background image

ERICH MARIA REMAROJUE 
 
GAM 
 
PrzełoŜył Andrzej Zawilski 
Poznań 2000 
Tytuł oryginału Gam 

Obok przemknęła grupa Beduinów w płaszczach koloru  
jasnej kawy. Jeźdźcy zostawili za sobą zapach wiel- 
błądziego nawozu i pustyni. Minęli grobowce mamelu-ków  
i rozciągnęli się w długą linię, pędząc ku przeraźliwie  
jasnemu niebu, jakby chcieli wziąć je szturmem. Gam  
przypatrywała się im aŜ do chwili, gdy ich sylwetki rozmyły  
się w oddali. Z trudem oderwała wzrok od horyzontu i  
ponownie odwróciła się w stronę miasta. Niespokojnie  
przemierzała ulice. U jakiegoś handlarza zobaczyła stare  
wydanie dywanu poezji Abu Nuwasa. Tom oprawiono w  
pofałdowaną skórę. KaŜdej z siedemnastu pieśni  
towarzyszyła ilustracja. Większość rycin była tur- 
kusowobłękitna. 
Gam gorąco zapragnęła ksiąŜki. Chwyciła ją pospiesz- 
nie. Opuszczając bazar, nie mogła zapanować nad dziwnym  
zamętem myśli, tym dotkliwszym, Ŝe nie znajdowała dlań  
Ŝ

adnego wytłumaczenia. 

Norman czekał na nią wraz z synem jednego z przy- 
jaciół, Clerfaytem, by ich sobie przedstawić, nim Cler-fayt  
zabierze ją samolotem do Luksoru. Norman zamierzał tam  
dotrzeć ekspresem dopiero następnego dnia. 
Pojechali na lotnisko. Clerfayt usadowił Gam w fotelu,  
starannie zapiął jej pas i uruchomił silnik. Po chwili w dole  
ujrzeli plątaninę wąskich uliczek Kairu. Hory- 
zont się przesuwał; jak na mapie plastycznej ukazywały się  
rozpadliny i płaskie wzniesienia masywu górskiego  
Mokattan. A potem zza gór wyłoniła się pustynia i samolot  
poszybował wzdłuŜ wzbierających wód Nilu. 
W pobliŜu Heluanu minęli dwie łodzie wycieczkowe.  
Stojący na pokładzie turyści machali w stronę samolotu.  
Gam rzuciła w dół czapkę. Wiatr rozwiewał jej włosy, czuła  
dziki pęd Ŝycia. 
Wychyliła się w tył. Przed nią siedział Clerfayt, nad  
głową miał wsporniki skrzydeł. Pilot był częścią samolotu:  
Gam nie dostrzegała w nim człowieka, stanowił dla niej  
jedynie element latającej maszyny... 
Ś

wiat oglądany przez śmigło nabierał powoli barwy  

ciemnego złota - nadchodził wieczór. Ogromny ptak do- 
prowadzał do szaleństwa wiejskie kundle, płoszyły się  
spokojne zazwyczaj osły, Ŝonie fellacha pranie wypadło z  
rąk i popłynęło z wodą, kominy parowców wypluwały kłęby  
dymu: wszystko to wyglądało jak na obrazach dawnych  

background image

mistrzów niderlandzkich. 
Koło Asjut Clerfayt obniŜył pułap. Nagle obok maszyny  
ukazały się plantacje rosnących wokół portu granatów i  
sady figowe ciągnące się w stronę el-Hamra, najpierw z  
prawej, potem z lewej mignął otoczony drewnianym  
parkanem budynek nadrzecznej przystani, samolot lekko  
siadł na ziemi, potoczył się kilkadziesiąt metrów i stanął. 
Kiedy Gam wysiadła, nogi odmówiły jej posłuszeństwa.  
Wokół cisnęli się Arabowie; za nimi jechało jakieś auto,  
które zahamowało tuŜ obok samolotu. Gam dostrzegła dłoń  
ozdobioną duŜym opalem. Skóra wokół paznokci była  
ciemna. Kreol otworzył drzwi, wyskoczył z samochodu i  
zaoferował pomoc. Clerfayt nie odpowiedział. Odwrócił się  
do Arabów, jednego z nich wysłał na policję, by załatwił  
formalności związane z aeroplanem, i dopiero potem  
zainteresował się samochodem; z lekką prze- 
sadą, tonem zdradzającym lekcewaŜenie, podziękował  
mieszańcowi. 
Kreol podwiózł ich do hotelu i odchodząc, ukłonił się  
Gam. Udawał, Ŝe nie widzi wyciągniętej ręki pilota. Cler- 
fayt uniósł kąciki ust z takim wyrazem twarzy, Ŝe mie- 
szańcowi krew uderzyła do głowy. Kiedy podszedł bliŜej,  
Clerfayt pokazał mu plecy, zupełnie juŜ nie kryjąc pogardy. 
Wieczorem wybrali się obejrzeć grobowiec nomarchy  
Hapa Tefy. W drodze powrotnej usłyszeli naraz huk wy- 
strzału. 
- To kreol - rzekł Clerfayt i zatrzymał wóz. Przez chwilę  
stał w świetle księŜyca i nasłuchiwał. Nie było widać  
nikogo. Clerfayt w końcu usiadł za kierownicą. 
Nocne powietrze pachniało coraz silniej. Palmy wy- 
glądały jak powycinane z czarnego szkła. Obok przesuwały  
się uśpione chaty, gdzieniegdzie błyskały słabe światełka,  
słychać było stłumione poszczekiwanie psów. 
W hotelu Clerfayt otworzył okna na ościeŜ. Wydawało  
się, Ŝe cała potęga nocy wdarła się do pokoju i wypełniła go,  
nasycając srebrem i błękitem. Wraz z nocą wtargnął wiatr,  
który szeleścił, jęczał, śpiewał i posapywał: był niczym  
gorący, namiętny szept na tle dostojnego, milczącego nieba.  
Gam stała wyprostowana - wciąŜ jeszcze jak przez mgłę  
słyszała szum Nilu, wizg powietrza ciętego śmigłem, krzyk  
pustynnych ptaków; wydawało jej się, Ŝe widzi blask  
księŜyca igrający w załomkach konstrukcji samolotu - gdy  
naraz obok niej znalazł się Clerfayt. 
Kiedy się obudziła, pod jej oknem panował poranny  
zgiełk. Znad rzeki dobiegało buczenie syren odbijających  
statków. DrŜąc z zimna w chłodnym powietrzu, pełna  
energii wyskoczyła z łóŜka. Wszedł Clerfayt. Lekkim  
krokiem przemierzył dywan, udając, Ŝe długie nogi Gam nie  
robią na nim Ŝadnego wraŜenia; miał przy tym w so- 
bie coś z narzucającej się rześkości poranka. Przyniósł  

background image

figurkę z brązu przedstawiającą kota, pochodzącą z czasów  
Amenhotepa IV Echnatona. Niezwykle szlachetny był zarys  
linii przebiegającej od przednich łap do podbródka, w karku  
zwierzęcia znajdowało się niewielkie wgłębienie. 
- Za dwie godziny lecimy dalej - powiedział Clerfayt. 
Nic w jego zachowaniu ani mimice nie zdradzało, Ŝe w  
nocy do czegoś między nimi doszło. Gam zamyśliła się, po  
chwili się jednak otrząsnęła, wzruszyła ramionami i  
pobiegła do łazienki. 
Samolot stał w pobliŜu zapory. Przy jednym z filarów  
pracowała grupa Koptów. Pustynia, spowita o poranku w  
lazurową mgłę, mieniąca się błękitem, fioletem i czerwienią,  
poraŜała pięknem. Podczas startu wystraszone konie  
Arabów rzuciły się galopem przed siebie, a białe burnusy  
wyglądały z dala jak zrywające się do lotu, spłoszone stado  
gołębi. 
Przed Abydos silnik przestał pracować, silny powiew  
wiatru targnął samolotem, który opuścił nos i zanurkował.  
Ze świstem, podobna do ziejącego krateru, zbliŜała się  
ziemia - naraz rozległy się pojedyncze wybuchy, z rury  
wydechowej wystrzelił kłąb dymu, silnik ryknął i zaczął  
znów pracować, aeroplan poderwał się w górę i odzyskał  
równowagę. 
Gam czuła jedynie, Ŝe krew uderza jej do uszu; zdawało  
się jej, Ŝe cały świat zaraz rozpadnie się na strzępy. Clerfayt  
się obejrzał. Jego oczy z wraŜenia powiększyły się do  
nienaturalnych rozmiarów, czerwone usta odbijały od  
pobladłej twarzy. Wołał coś do Gam, do niej jednak nic nie  
docierało: całą sobą przeŜywała lot. Pod nią rozpościerała  
się bezkresna równina ze śladami minionej kultury, ruinami  
ś

wiątyń i grobowców. Cień samolotu sunął po ziemi jak  

ogromna wskazówka zegara pośpiesznie odmierzającego  
czas. Minęli świątynię grobową Ramzesa II; po 
cenotafie Setiego I pozostało juŜ tylko wspomnienie, rów- 
nieŜ ołtarze Ozyrysa powoli ginęły pod lotnymi piaskami  
pustyni. Niebo jaśniało jednak nad kaŜdą z epok, nadawało  
jej ten sam rytm, pobudzało krąŜenie krwi, oŜywiało. Pod  
jasnym niebem przeszłość traciła blask, raptownie na  
pierwszy plan wysuwały się własne przeŜycia, wysnuwane  
z marzeń i pragnień śmiałe plany na przyszłość. 
Ś

wiat zdawał się upojnie kołysać i pędzić naprzód,  

niepowstrzymany; po raz pierwszy Gam ujrzała go w tak  
niezwykłym, choć wcześniej przeczuwanym kształcie. 
Clerfayt zbierał brązy. Norman zaproponował mu, by  
obejrzeli kolekcję jednego ze znajomych. Pojechali do niego  
wieczorem. 
Przemierzywszy plątaninę bajkowych uliczek, wóz  
zatrzymał się przed niskim domem w dzielnicy Bulak.  
Otworzyła im Berberyjka; poprowadziła gości po schodach,  
a potem krętym korytarzem. W jakichś drzwiach zalśniły  

background image

gwiazdy; w głębi znajdował się czworoboczny dziedziniec  
otoczony wysokim murem. Pośrodku szumiał wodotrysk. W  
ś

wietle księŜyca jaskrawię odcinała się od tła mauretańska  

brama budynku z naprzeciwka. Błysnęło światło, pojawił  
się jakiś męŜczyzna, który przywitał się z Normanem i  
Clerfaytem. Nazywał się Ravic. 
W pomieszczeniu znajdowało się jeszcze kilka osób. W  
półmroku jedni siedzieli, inni leŜeli na skórach bądź  
dywanach. Berberyjka przyniosła sorbet oraz zielonkawą  
wodę z lodem. Clerfayt dopiero po chwili zobaczył, Ŝe za  
nim leŜy jakaś Murzynka. Jej źrenice błyszczały; skóra i  
włosy wydzielały silną, pociągającą woń. 
- Go... go... - gruchała, prostując nogi pokryte sinym  
tatuaŜem. 
Zabrzmiała stonowana muzyka. Murzynka podchwyciła  
melodię. Clerfayt wyciągnął się na poduszkach. Czuł 
się jak w afrykańskiej wiosce, gdzieś głęboko w buszu.  
Wojownicy właśnie wrócili z łupieŜczej wyprawy na han- 
dlową faktorię i teraz zmęczeni odpoczywali w chatach,  
rozleniwieni, najedzeni do syta, z Ŝołądkami wypełnionymi  
wołowiną i cienkim piwem. W kącie przycupnęły białe  
kobiety, które wzięli do niewoli; ich jasna skóra pobudzała  
wyobraźnię, kobiety te pociągały wojowników o wiele  
bardziej niŜ ich własne. Na zewnątrz zapadła noc, słychać  
było poszczekiwanie szakali. Nazajutrz wojownicy  
plemienia znów pomaszerują na wojenną wyprawę... 
Z kąta po przeciwnej stronie dobiegał śmiech. Jakaś  
Murzynka podniosła się na posłaniu, by wstać. Gęste włosy  
osłaniające jej czoło przypominały hełm, skóra na kolanach  
błyszczała, wilgotne usta były szeroko otwarte. Czyjeś  
ramię pociągnęło ją z powrotem na poduszki. Berberyjka  
bez słowa podała Clerfaytowi ambrę. 
Myśląc o Gam, patrzył na Normana, któremu czar- 
noskóra kobieta masowała kark. Z wolna, po cichu, prze- 
nikała go na wskroś drzemiąca gdzieś pod skórą odwieczna  
potrzeba męskiej rywalizacji, ów nieokreślony fluid  
skrywanych prainstynktów. Clerfayt nie mógł powstrzymać  
ogarniającej go wrogości, nienawiści i pogardy, a takŜe  
gwałtownych pragnień. Splótł dłonie, mocno zacisnął palce.  
Po chwili się odwrócił. 
Natrętne myśli jednak go nie opuszczały. Choć oderwał  
wzrok od Normana i utkwił w suficie, osaczały go jak  
niezmordowane robactwo. 
Jakiś karzeł ruszył w tany; wraz z tą upośledzoną istotą  
między gości wkradło się dzikie poŜądanie. Czarna  
masaŜystka zaczęła mruczeć i szeptać coś ponad leŜącym  
Normanem. Berberyjka, przechodząc, otarła się o Clerfayta.  
Z kąta wołano o napoje. 
Stłumione bicie w bęben brzmiało niczym dźwięk gon- 
gu. Jakiś chłopiec o nubijskich rysach stał obok wysokiego  

background image

bębna afrykańskiego i uderzał pałeczkami w osobliwie  
pobudzającym, jednostajnym rytmie. Monotonia 
głuchego dudnienia oddziaływała z nadzwyczajną mocą,  
wobec emocji zapominało się o dźwiękach, bębnienie po- 
magało rozsupłać węzły uczuć, eliminowało wszelkie nie- 
jasności, było jak pierwotny zew: z wolna stawało się samą  
nocą, pradźwiękiem wyzwalającym instynkty, wołaniem  
puszczy, w której rozlegają się wrzaski lampartów i godowy  
ryk bawołu... Troska o dobre imię, o człowieczeństwo,  
ustąpiła pradawnym, zwierzęcym odruchom, które teraz z  
bulgotem wykipiały, topiąc wszystko po drodze... Clerfayt  
nawet nie poczuł, Ŝe masaŜystka chwyciła zębami rękę,  
którą się podpierał; czując wewnętrzny Ŝar, zerwał się,  
zacisnął pięści, ruszył nagle za Murzynką i odepchnął ją,  
nawet nie patrząc jej w twarz; następnie odwrócił się i,  
podobny do kota szukającego zwady, nie mogąc  
powstrzymać mrocznego przypływu pręŜącej się  
zwierzęcości, poszukał Normana. W kurczowym grymasie  
uniósł górną wargę, wyszczerzył zęby, wysyczał jakieś  
słowo, a kiedy pobladły i osłupiały Norman spojrzał na  
niego, Clerfayt w krańcowym napięciu, powoli jednak i  
wyraźnie, wycedził: 
- Jak cu-dow-nie Gam ję-czy z roz-ko-szy... 
Pod ścianą dyszała jakaś kobieta; nagle zawyła, po- 
derwała się, odepchnęła bęben i otoczyła ramionami barki  
młodego Nubijczyka. Wtedy Berberyjka runęła na nią jak  
dzikie zwierzę, odepchnęła od chłopca, zaczęła okładać  
pięściami po okrytej jasnymi włosami głowie, wgryzła się  
w lśniące ramiona... Kiedy walcząca para z charkotem  
kłębiła się na podłodze, rozdygotany bębni-sta uciekł. 
Z kamienną twarzą Ravic zaczął chłostać obie kobiety.  
Berberyjka otrzeźwiała. Blondynka jednak nie chciała  
wstać; wiła się konwulsyjnie i usiłowała wczepić palcami w  
podłogę. 
Norman, całkowicie juŜ opanowany, stanął naprzeciw  
Clerfayta. Ten wzruszył ramionami. 
- Co tam... - powiedział. - Najlepiej od razu. 
Norman się wahał, chciał jeszcze coś powiedzieć; po  
namyśle jednak odszedł i na stronie zamienił kilka słów z  
Ravikiem. 
Zgodzono się na pistolety Ravica. Na prośbę gospodarza  
pewien polski baron odmierzył krokami dystans na  
dziedzińcu. Goście uznali zajście za mało waŜne, to- 
warzyska rozmowa toczyła się nadal. Podobne zdarzenia  
były tutaj czymś codziennym. Ktoś zachował się nie- 
poprawnie i za chwilę wszystko wróci na swoje miejsce;  
jeden drugiemu uchybił, naleŜy zatem podać sobie ręce i  
sprawę rozstrzygnąć. Kiedy przyniosą światło, padną  
strzały. 
Clerfayt zajął pozycję. Widział, Ŝe Norman, zanim stanął  

background image

naprzeciw niego, chwilę zwlekał, oczekując zapewne  
wyjaśnień. Dłoń Clerfayta z wolna jednak się zaciskała na  
zimnym kawałku stali. Trzymał broń, jakby to było ramię  
przyjaciela. 
Padła komenda. Światła utworzyły na dziedzińcu  
migoczący krąg. Clerfayt stał nieruchomo. Z przeciwnej  
strony padł strzał. Clerfayt powoli uniósł broń i wypalił w  
sam środek jaśniejącego w bladym świetle kredowo-białego  
czoła. 
Kiedy wyszedł na ulicę, przez chwilę się zastanawiał,  
czy powinien iść do Gam. Natychmiast jednak pojawiły się  
pytania. Jak mógł się dopuścić podobnego szaleństwa? Skąd  
aŜ takie wzburzenie? Gdzie się podziała świadoma część  
jego natury? Wiedział, Ŝe aby zapanować nad innymi,  
trzeba być przede wszystkim panem samego siebie. Nic nie  
jest równie bezlitosne jak miłość: kto nie potrafi poskromić  
emocji, traci osobę, której ofiarował serce. Kto daje całego  
siebie, staje się niewolnikiem i, szukając szczęścia, wpada w  
pułapkę swych złudzeń. NajwaŜniejsze, by zawsze mieć się  
na baczności. 
Odesłał auto i zdecydowanym krokiem poszedł do ho- 
telu. Chciał uporządkować swoje sprawy. Nie mógł zebrać  
myśli, udało mu się jednak napisać list, a takŜe wydać kilka  
poleceń. Potem postanowił, Ŝe wieczór spędzi w barze. 
Barman dyskretnie podesłał mu dziewczynę. Clerfayt to  
spostrzegł i chlusnął mu absyntem w twarz. Wściekłość  
bijącą z oczu męŜczyzny poskromił jednym, zdecy- 
dowanym spojrzeniem, a kiedy barman, złorzecząc, wycofał  
się, Clerfayt poczuł dziką satysfakcję. Zaraz jednak się  
przestraszył: zupełnie nie mógł zrozumieć powodów swego  
zadowolenia. Byłaby to świadomość władzy nad drugą  
osobą? MoŜliwe, tym bardziej Ŝe przecieŜ nie potrafił  
zapanować nad sobą. Przywołał dziewczynę. 
Po chwili jednak stwierdził, Ŝe absynt jest zwietrzały, a  
dziewczyna to ordynarna dziwka. Poczuł do siebie odrazę  
za to, Ŝe obawia się ryzyka, Ŝe unika czegoś, co uwaŜa za  
niebezpieczne. Rzucił pieniądze barmanowi, zagwizdał na  
taksówkę i pojechał do Gam. 
Mówił o sprawach obojętnych, cały czas czując, Ŝe nie o  
to mu chodzi. Patrzył na szczupłą figurę Gam, na jej smukłe  
dłonie. Ona teŜ mu się uwaŜnie przyglądała. Zadzwoniła na  
słuŜącego i poprosiła o wodę sodową z lodem. Clerfayt bił  
się z myślami. Trzeba było posłuchać pierwszego impulsu i  
od razu tu przyjechać. W końcu i tak musiało do tego dojść.  
Czemu teraz czeka nie wiadomo na co i mędrkuje, zamiast  
wziąć Gam w ramiona? CzyŜby wpadł we własne sidła?  
PrzecieŜ dopiero co pozwolił emocjom zatriumfować nad  
rozumem. 
Podjął rozmowę, zaraz jednak nerwy znów dały znać o  
sobie. Nie chodziło o to, co się wydarzyło, o Normanie juŜ  

background image

nie myślał. Lecz właśnie tutaj spodziewał się czegoś  
całkiem nowego, nieznanego i bał się, Ŝe to coś go powali i  
zniewoli. 
Dalsze rozwaŜania nie miały sensu. Najlepiej byłoby  
wyjść, ocenić sytuację z dystansu, zyskać jakąś pewność.  
Wprawdzie wiedział, Ŝe Gam jeszcze niczego się nie do- 
myślą, nie przeczuwa nawet, co się w nim dzieje, nie wie,  
dlaczego brak mu zdecydowania i wiary w siebie, rozumiał  
jednak, Ŝe to, co się teraz stanie, ma decydujące znaczenie.  
Wymaga teŜ rozwagi i skupienia, których nie mogą  
zakłócać Ŝadne emocje. Mogłoby się to potem zemścić i  
obrócić przeciw niemu. Pragnął utrzymać stan posiadania,  
chciał zwycięŜyć w tej walce z sobą - dlatego teŜ próbował  
rozpoznać niebezpieczeństwo i przekonać się, z której  
strony najwięcej mu grozi. Zarówno atak, jak i obrona były  
dlań problemem wyłącznie wewnętrznym. 
Dlatego nagle postanowił wyjść. Na pozór był zupełnie  
opanowany. 
- Przyjdę innym razem... wkrótce... - powiedział prze- 
sadnie stanowczym, zdecydowanym tonem. Znów poczuł,  
Ŝ

e zachowuje się niestosownie, niepewnie. - Prawdopo- 

dobnie... - dodał i wyszedł. Przedtem jednak zdołał z siebie  
wyrzucić: - Zastrzeliłem dziś twego męŜa... 
Gam się nie odezwała. 
II 
Ulotne wraŜenia często stanowiły dla Gam źródło drob- 
nych radości: lubiła chłonąć dłonią chłód kryształu i brązu,  
z przyjemnością wpatrywała się w przejrzystą wodę.  
Przedziwną rozkosz sprawiało jej dotykanie śliskiej rybiej  
łuski, a takŜe tulenie gołębia, zagłębianie palców w  
upierzeniu ptaka. 
DuŜo podróŜowała. Odpowiadało to jej zmiennej natu- 
rze. Nigdzie nie zagrzała miejsca, nie lubiła się przywiązy- 
wać. UwaŜała, Ŝe jednostkowe zobowiązania i związki szko- 
dzą szerszemu pojmowaniu spraw. I zawsze szła na całość. 
Pewnego wieczoru odpoczywała na tapczanie w pokoju  
hotelowym. Obok stało biurko, na nim leŜały drobiazgi,  
które zawsze lubiła mieć pod ręką. 
Dzień był bezchmurny, trochę juŜ jednak jesienny. Za  
oknem ciemniał park, konary drzew ostro odcinały się od  
jasnego tła. Niebo widoczne poniŜej górnej krawędzi okna  
zmieniało kolory: z błękitu zabarwionego jabłkową zielenią  
przechodziło w oranŜ miękko przetykany pasmami róŜu.  
Całość wraz z plątaniną gałęzi o niezwykle wyrazistym  
rysunku przypominała japoński drzeworyt. 
W ciszy słychać było jedynie oddech Gam. Tam, za  
oknem, rozpościerał się świat. Poza nim nie było niczego,  
co najwyŜej trwanie chwili. Drzewa stały w równym  
szeregu i wydawało się, Ŝe nigdy juŜ nie okryją ich liście, Ŝe  
pod lśniącym niebem na zawsze ustał rytm Ŝycia. 

background image

To było jak dotknięcie tajemnicy: powolny oddech prze- 
nikający w spokojnym rytmie całe ciało, wzbierający jak  
fala, wypełniający płuca po kres ich objętości, wznoszący  
się i opadający według prawa, które jest cudem: dzięki  
niemu bowiem istnieje Ŝycie. Kogo ta fala poniesie, ten  
zawsze znajdzie ratunek i ocalenie. Oddech i trwanie są  
istotą ludzkiego przeznaczenia. W nich tkwi sens Ŝycia. 
Powoli niewyraźny zarys drewnianych ram okiennych  
stawał się czytelny, ich krawędzie nieco się wysunęły poza  
krąg światła. Gam nie musiała wytęŜać wzroku, by widzieć  
je coraz wyraźniej, dokładniej. 
Nagle dostrzegła szerokie pasmo światła na obrzeŜach  
ram; wcześniej go nie widziała. Przestraszyła się. Światło  
otoczyło wnękę okienną i oparcie fotela, wdarło się w  
załamanie konstrukcji krzesła, zaigrało w szlifie kryształu,  
obramowało dywan. Zalało cały pokój i przekształciło go w  
złocisty obszar, w którym wszystkie kontury nabrały  
ostrości. Blask bijący od zwykłych przedmiotów emanował  
szczęściem, był jak tchnienie świata. 
Owo tchnienie i światło wyznaczały zaklęty krąg. Były  
wszędzie, tylko dzięki nim mogły istnieć ich przeciwień- 
stwa - tkwiły w nich, poza nimi nie było niczego. 
Wnętrze jednej z filiŜanek zalśniło. Gam chwyciła ją  
ostroŜnie. Powoli się odwróciła i podniosła czarkę do okna.  
Ta prosta czynność pochłonęła ją bez reszty. To było  
wspaniałe uczucie, kiedy wędrowało do góry całe ramię,  
dłoń i obejmujące naczynie palce. I teraz, drŜąc, narzucały  
swą wolę: moŜna było filiŜankę przybliŜyć lub odstawić; to  
samo dało się zrobić z innymi przedmiotami i oglądać je z  
bliska bądź z daleka. Prawdziwa mistyka przestrzeni... 
Trudno o coś bardziej bezdusznego. Ale czy ktoś od- 
waŜy się uznać jakąś rzecz za martwą tylko dlatego, Ŝe się  
nie porusza? Czy wyłącznie ruch świadczy o Ŝyciu?  
PrzecieŜ jest on stanem pośrednim, przemijającym. Poprzez  
ruch wyraŜamy uczucia małej wagi. Głębsze prze- 
Ŝ

ycia są nieme, wielkie uczucie nabrzmiewa w przeciągłym  

bólu, prawdziwy zachwyt ogłusza. Tak więc bezruch  
oznaczać moŜe największe wzruszenie, a ruchliwe Ŝycie,  
przeciwnie - śmierć... Oto, dokąd prowadzi roztrząsanie  
natury rzeczy... 
Gam wyjechała do Davos. Naczelny lekarz przedstawił  
jej kilka osób, wśród nich dwóch mało waŜnych dy- 
plomatów, pewnego skromnego Włocha, Bramintę-Solę,  
Rakołową, Kinsleya, Vanderveldego, Kaia i kilka pań,  
których nazwiska nie zapadły Gam w pamięć. 
Braminta mówiła coś o Puryszkowie, który zniknął kilka  
dni temu. Prawdopodobnie z jakąś kobietą, choć nikt tego  
nie wiedział na pewno. Mogło się takŜe zdarzyć, Ŝe popadł  
w melancholię; w wypadku Puryszkowa naleŜało się liczyć  
z podobnymi wybrykami. 

background image

Po godzinie zjawił się lekarz. Kai zaczął tasować karty,  
grano w pokera. Razem z Braminta Gam wyszła do  
sąsiedniego pokoju; z okien widać było śnieg. Gam usiadła  
głęboko w fotelu i delektowała się spokojem płynącym z  
poczucia całkowitego bezpieczeństwa: wygodne siedzenie,  
półkolista boczna poręcz, wyściełane oparcie, przyjazne jak  
pomocne ramię. Podobne rozwaŜania mogła snuć wyłącznie  
natura pełna ciepła i fantazji... 
Z pokoju dobiegał głos Rakołowej. Był miękki i pro- 
szący. Wtórował mu jakiś baryton. Nie dało się zrozumieć  
ani słowa. Przez chwilę toczyła się oŜywiona rozmowa, po  
jakimś czasie mówiła juŜ tylko kobieta; jej łamiący się głos  
krąŜył w pomieszczeniu jak ptak szukający wyjścia z  
pułapki. 
Naraz Rakołową gwałtownie wybiegła. Miała zaczer- 
wienione oczy, drŜały jej wargi. Ujrzawszy Bramintę, spe- 
szyła się i omal nie wybuchła płaczem; opanowała się  
jednak na widok Gam. 
- Nie wiedziałam... - Udręczona podniosła dłoń do czoła. 
Gam, siedząca w głębokim fotelu, nie słuchała... Bra- 
minta zbladła i wstała. 

Vandervelde domaga się pieniędzy? - zapytała.  

Rakołowa potwierdziła. 

Dała mu je pani? KsięŜna  

potrząsnęła głową. 

Czy odszedł? 

Tak. - Rozpłakała się, patrząc wzrokiem pobitego  

zwierzęcia. - Nie mogłam mu nic dać, tydzień temu sprze- 
dałam biŜuterię. 

Ile zaŜądał tym razem? 

Dwa razy więcej niŜ zwykle. 

Kiedy chce je dostać? 

Jutro. Wszystko przegrał. 

Dam pani czek. 

Chce mi pani poŜyczyć pieniądze? - Rakołowa uniosła  

głowę. 

MoŜna to i tak nazwać. Dam je pani, ale pod jednym  

warunkiem: zostawi pani Puryszkowa. 
Rakołowa zadrŜała. 

PrzecieŜ to Rosjanin... 

Braminta milczała. Słowa były zbędne wobec tego, co  
zaszło; Eros musi zawsze ustąpić pod naciskiem woli -wola  
działa na zimno i do niej naleŜy ostatnie słowo. 
Na korytarzu było słychać czyjeś kroki. Rakołowa wstała  
i podeszła do drzwi. 

Proszę mi to dać - rzekła. 

Z gracją chwyciła czek, uśmiechnęła się, ukłoniła i wy- 
biegła z pokoju, prosto ku Vanderveldemu. 
Na policzki Braminty wystąpiły ostre rumieńce. Do- 
strzegła pytanie w oczach Gam i mówiła w zamyśleniu: 

background image

To jest choroba, mamy zbyt mało czasu, by o cokol  

wiek walczyć. Zresztą czy walczy się o złotą bransoletę?  
Nie, po prostu sieją kupuje. Czy powinniśmy wyrzekać się  
czegoś, co kochamy, tylko dlatego, Ŝe musimy to kupić? Szko  
da słów, one nic nie pomogą... W końcu to wszystko jedno... 
Przez pokój przebiegł duŜy, chudy pies. Był to czarny  
jak węgiel chart, prawie nieowłosiony, o aksamitnej skórze.  
Braminta zbladła. Wszedł Puryszkow z innym psem, który  
natychmiast przegonił czarnego charta. 
Rosjanin przyniósł kilka ksiąŜek -jakiegoś dawnego  
angielskiego mistyka i dwa tomy traktujące o okultyzmie.  
Pojawiła się Rakołowa ze szklanką herbaty. Puryszkow  
natychmiast poderwał się z miejsca. Rakołowa wyciągnęła  
do niego rękę. Kiedy Puryszkow zgiął się w ukłonie,  
szklanka wypadła z rąk księŜnej i się rozbiła, a herbata  
oblała garnitur Rosjanina. Minę miał nietęgą, kiedy dzwonił  
po słuŜącą i tłumaczył, Ŝe musi zmienić ubranie. 
Rakołowa znieruchomiała, po chwili jednak szybko  
podeszła do stolika i włączyła się do rozmowy. Tymczasem  
oczy Braminty nabrały blasku. 
Czegoś takiego Ŝaden męŜczyzna nie zapomina, po- 
myślała Gam. 
Za oknem w świetle księŜyca wirowały opadające płatki  
ś

niegu. 

Puryszkow wrócił w dobrym humorze. Rozmawiał z  
Braminta, wciąŜ jednak rozglądał się za Rakołowa. W  
końcu się pokazała i przechodząc obok niego, rzuciła: 
- Powinien pan się zadawać tylko z jedną kobietą. 
Puryszkow śmiertelnie zbladł i patrzył jak zahipno- 
tyzowany. Rakołowa pomachała do niego i pogroziła mu  
palcem. Rosjanin zacisnął wargi. 
Braminta wyraźnie nie zwróciła uwagi na te banalne  
słowa i z werwą ciągnęła konwersację. Jej nozdrza drŜały,  
pod oczami wykwitły delikatne, fiołkowe cienie. Ramiona  
jaśniały przydymionym światłem, w oŜywionej twarzy  
czerwieniały usta. 
Rosjanin w nikłym stopniu interesował się rozmową.  
Pozwolił słowom płynąć. Po chwili jednak coś się wyraźnie  
zmieniło. Braminta emanowała teraz ciepłem i ser- 
decznością. Puryszkow naraz się zorientował, Ŝe rozmo- 
wa go wciąga. Jej ton wyjątkowo mu odpowiadał, nie  
narzucał niczego. Twarz Rosjanina się wypogodziła. Bez- 
wiednie zaczął odpowiadać na pytania, potem mówił o  
sprawach mu bliskich, o tym, co się działo wokół niego.  
Kiedy Braminta spostrzegła, Ŝe znów robi się nerwowy,  
dała spokój konwersacji. Puryszkow pocałował ją w rękę,  
po czym poszedł do Rakołowej. 
Zanim powiedział cokolwiek, księŜna urządziła mu scenę  
dziecinnej wręcz zazdrości. Puryszkow zupełnie osłupiał i  
zmieszany próbował ją udobruchać. Potem się jednak  

background image

złamał. Atak został przeprowadzony nad podziw  
precyzyjnie, Rakołowa uderzyła w najwraŜliwsze miejsca.  
Słuchając śmiesznych zarzutów, stracił cierpliwość, niczego  
nie rozumiał, zamiast po rosyjsku, zaczął znów mówić po  
francusku. Następnego wieczoru naleŜał juŜ do Braminty. 
- W skrzypcach jest tyle słodyczy - mówiła Gam, słu- 
chając z zachwytem śpiewnej kantyleny rozbrzmiewającej  
na tle akompaniamentu smyczków, narastającej w  
powstrzymywanych kadencjach, kulminującej fermatą w  
wysokim rejestrze. - Kiedy słyszę skrzypce, wydaje mi się,  
Ŝ

e śmierć nie istnieje. Niebo się unosi, zacierają się  

wszelkie granice. W skrzypcach jest jakaś miękkość  
przypominająca szare pióra mew. Ich brzmienie promie- 
niuje domowym ciepłem, oddala wszelkie smutki. Słysząc  
skrzypce, człowiek mógłby popełnić niejedno głupstwo... 
Dźwięk skrzypiec moŜe nas odmienić... - ciągnęła. - 
Zdarza się, Ŝe wychodzimy poza siebie: wydaje nam się, Ŝe  
rośniemy i zaczynamy patrzeć oczami drugiego człowieka.  
Widzimy, jak nasze nogi i ręce się poruszają, wypowiadamy  
jakieś słowa. I wszystko jest jak najbardziej na miejscu.  
Lecz w pewnym momencie gubimy się i juŜ nie wiemy, kto  
jest kim: czy to jeszcze ja, czy juŜ ten drugi, czy stałem się  
kimś innym, a on mną? Czy to ja po- 
stępuję właściwie, czy moŜe ten drugi? W kaŜdym z nas  
drzemie obca istota... Melodia skrzypiec skłania, by rzucić  
wszystko, iść przed siebie, dokądkolwiek, bez celu,  
moŜliwie daleko... 
Kinsłey milczał. Wieczorne światło wyostrzyło jego  
rysy, głębokie bruzdy łączyły nasadę nosa z kącikami  
wąskich ust. Gam nie zdawała sobie sprawy, Ŝe nie mówi o  
sobie ani o swoich doznaniach, Ŝe poddała się czemuś, co  
wypełzło z niej niczym cień; nie wiedziała, Ŝe rozpoczęła  
się odwieczna walka płci, maskowana chęcią poświęceń i  
sympatią. Przeczuwała, Ŝe to właśnie walka, nawet jeśli  
nazwałoby się ją inaczej, łagodniej; wiedziała, Ŝe bez  
względu na to, jakiego słowa uŜyjemy, by ją określić, walka  
przerodzi się z czasem w bezlitosną wojnę. 
Nie poddawała się; parokrotnie, chowając się za bły- 
skotliwymi, niejednoznacznymi sformułowaniami, pró- 
bowała nawet sprowokować Kinsleya. Jego zagrywki były  
dla niej czytelne. Kinsley ani przez chwilę nie trwał w  
bezruchu, coraz to postępował kilka kroków, natychmiast  
jednak, uwagą rzucaną jakby mimochodem, próbował  
zacierać ślady, sprawiać wraŜenie, Ŝe dokonał tego wypadu  
całkiem bezwiednie. Prowadził luźną, skrzącą się dowcipem  
konwersację, wypowiadał słowa, do których pozornie nie  
przykładał wagi, nigdy jednak nie gubił nici przewodniej. Z  
całym spokojem koncentrował się na sprawach odległych;  
jeśli Gam podejmowała wątek, natychmiast, odpowiednio  
gestykulując, robił gwałtowny zwrot i przybierał dostojny  

background image

ton bezstronnego filozofa. W takich chwilach Gam traciła  
głowę i milkła. Powoli jednak budził się w niej opór,  
wzbierała wola walki. Wydawało się, Ŝe gdzieś z daleka  
dobiega szczęk oręŜa. 
Podczas którejś z rozmów, kiedy juŜ doszło do osobi- 
stych wynurzeń i częściowych wyznań, a obie strony  
ostroŜnie i z rezerwą próbowały wyczuć partnera, samemu  
się przy tym nie odkrywając, pojawiło się nieuchronne  
rzeczowe pytanie o przeszłość Kinsleya. 
Kinsley odpowiedział osobliwym gestem, który miał  
przekreślić wcześniejsze spory, troski, marzenia i triumfy- 
jednym ruchem ręki wymazał całe lata. 

Zapomniałem... Czy jest coś równie niewaŜnego jak  

przeszłość...? 
Naraz Gam zaczęła słuchać uwaŜniej: ktoś obok odezwał  
się, modulując interesująco brzmienie głosu. Do stolika  
podszedł jakiś męŜczyzna i mówił do Kinsleya. Ukłonił się  
Gam; był to ukłon dobrze wychowanego człowieka, który  
zaprzątnięty jest własnymi sprawami. 

Jechałem cały dzień dla tych kilku minut rozmo  

wy - powiedział. - Wystarczyłaby półgodzinna zwłoka,  
by wszystko zaprzepaścić. Czasem przypadek sprawia,  
Ŝ

e przedmioty nabierają cech ludzkich. Dlatego proszę  

wybaczyć... 
Krótko rozmawiał z Kinsleyem. Potem gestem dał do  
zrozumienia, Ŝe to juŜ koniec, i z uśmiechem odwrócił się  
do Gam. 

Tylko przypadek jest regułą, ona zaś - przypad  

kiem. Sprawy najbardziej niezwykłe zawsze są w grun  
cie rzeczy proste. Dlatego naruszenie form nie jest czymś  
aŜ tak powaŜnym, by nie dało się usprawiedliwić. I to  
w kaŜdej sytuacji... 
Dopiero po jakimś czasie Gam zapytała: 

Kto to był...? 

Lavalette. 

Pewnego mglistego dnia Kai wydawał u siebie przyjęcie.  
Gam przyszła późno. Pierwszy raz rozmawiała z Pu- 
ryszkowem. Rosjanin wkroczył między gości, wysoko  
unosząc czoło. Uderzyło ją jego dziecinne zachowanie.  
Trawiła go melancholia i nie miało to nic wspólnego z ko- 
bietami. Gam poczuła przypływ sympatii. Zachwycony  
lekkością, z jaką się poruszała, Puryszkow podąŜył za nią.  
Przed nimi kroczyły psy. Kiedy stanęły obok siebie na  
dywanie, wyglądały jak czarne figury odlane w brązie. 
Do Puryszkowa i Gam dołączyła Braminta; śmiała się, w  
jej głosie jednak chwilami odzywał się niepokój. Purysz- 
kow traktował ją z uprzejmą obojętnością. Natychmiast to  
dostrzegła, oŜywiła się i zaczęła mówić coś do Gam,  
odwróciła się od Rosjanina, ale kiedy tylko się poruszył,  
znów - odrobinę za wcześnie — z promiennym uśmiechem  

background image

go dopadła; próbowała wciągnąć do rozmowy przechodzą- 
cego obok Kaia, słała uśmiechy Rakołowej, niepostrzeŜenie  
popchnęła Vanderveldego w stronę Gam, umilkła, kiedy  
rozmowa nabrała tempa, spod opuszczonych powiek  
obserwując Puryszkowa, spostrzegła, Ŝe Vandervelde  
przedstawia się Gam, i odetchnęła z ulgą. 
Vandervelde próbował osaczyć Gam. To ironizował, to  
wpadał w ton łagodnej perswazji. Gam z rozbawieniem  
podjęła grę. Vandervelde natychmiast wszedł w zwarcie, raz  
jeszcze się jej wyśliznął, potem jednak dał się podejść i,  
jakby nigdy nic, spróbował ataku z innej strony. Prezentując  
na ciemnej skórze fotela swą niezwykle wypielęgnowaną  
dłoń, mówił coś o egzystencjalnym cierpieniu, z  
zafrasowaną miną sprawdzał, czy wywiera naleŜyte  
wraŜenie, potem znów zmieniał temat, aŜ w końcu Gam  
naiwnie oświadczyła, Ŝe nic nie rozumie. Zły, Ŝe nie dała się  
wziąć na jego sztuczki, nie krył rozdraŜnienia i,  
przynajmniej na razie, zrezygnował. 
Do stolika podeszła Rakołowa. Vandervelde zasyczał w  
jej stronę i czegoś zaŜądał; odpowiedziała mu łagodnie.  
Zostawił ją stojącą bezradnie pod ścianą i poszedł do  
pokoju, w którym grano w karty. 
Puryszkow rozglądał się za Gam. Widząc jego twarz, w  
której z niezwykłą wyrazistością odciskały się zmartwienia,  
Gam poczuła lęk. Wokół niej padały słowa niczym rzęsisty  
deszcz; odbierała je jak szum, nie wyłaniał się z nich Ŝaden  
sens. W głębi niej kołatało coś mrocznego, parło ku jej  
rękom, błagalnie domagało się uwolnienia... 
Braminta nie spuszczała z nich oka. Zadumę Gam  
zrozumiała opacznie i, naraz bardzo rozdraŜniona, spró- 
bowała wywołać kłótnię. Puryszkow spojrzał na nią obo- 
jętnie, wstał i podszedł do orkiestry. Od skrzypka wziął  
instrument, jednym ruchem ręki odsunął pozostałych  
muzyków i zaczął grać. 
Teraz dopiero Braminta-Sola pojęła, Ŝe się spóźniła i jej  
wysiłki na nic się nie zdały. Dotarło teŜ do niej, Ŝe Gam nie  
jest w najmniejszym stopniu winna i tak naprawdę w całej  
tej historii nie zawinił nikt... Jej ciałem wstrząsnął atak  
kaszlu. Kiedy się podniosła z fotela, na jej dolnej wardze  
widniała plama krwi. Wychodząc, do ostatniej chwili nie  
mogła oderwać wzroku od skrzypiec Puryszkowa. 
Wraz z muzyką w pomieszczeniu zapachniało stepowym  
wiatrem i pustynią. Pod naciągniętym płótnem namiotów  
nikłym światełkiem płonęły świece, a ciemnoskóre kobiety  
wylewały swoje codzienne Ŝale. Wszelkie marzenia okryła  
noc, rudawy księŜyc lśnił nad jaśniejącą równiną. Porywisty  
wiatr zmieniał kierunek, z wolna wraz z całym  
nieboskłonem obracały się gwiazdy; tylko Orion  
przemierzał swój szlak szybko niczym kometa. Noc  
ustępowała przed świtem. 

background image

Gam drŜała. Rwały jej się myśli, osunął się gdzieś  
twardy grunt, na którym wszystko się układało w logiczny  
ciąg. Runął cały gmach pojęć i słów, tylko na samym dnie  
pozostała pierwotna warstwa: Ŝycie, wierne niczym zwierzę,  
krzewiące się jak bujna roślina, czysta esencja instynktu,  
niepowstrzymana siła tworząca strukturę świata. Na końcu  
łańcucha znajduje się łono - w Ŝadnym wypadku nie głowa.  
PoniewaŜ łono wydaje owoce, jest ono jednocześnie i  
ziemią, i Ŝyciem. 
Nagle Gam odkryła, jak niewiele dla kobiety znaczy  
słowo. Myślenie, tworzenie pojęć jest czymś wyłącznie  
męskim. Kobieta przybywa z krainy milczenia i zachowuje  
się, jakby zamieszkała w obcym kraju, którego ję- 
zyka musi się wyuczyć: nigdy nie staje się on jej własną  
mową. By wyrazić siebie, musi posłuŜyć się pojęciami,  
które w nikłym stopniu oddają rzeczywistość, poniewaŜ  
przynaleŜą do męŜczyzn. Kobieta próbuje to wytłumaczyć,  
nigdy jednak jej się nie udaje. Właśnie dlatego męŜczyzna  
nie potrafi zrozumieć kobiety. 
Pogoń za kimś, kto określi istotę jej samej - oto, co  
kładzie się cieniem na kobiecym przeznaczeniu: powiedz,  
co jest we mnie, ja o tym nie umiem mówić...Odwieczne  
poddaństwo, odwieczna nienawiść i rezygnacja... 
Gam czuła, jak wzbiera w niej fala. Starała się opanować  
i poszukać stosownych określeń, Ŝadne jednak nie  
pasowało. Chciała znaleźć odpowiednie słowa - zgrzytały  
jak klucz nie dopasowany do zamka, męczyła się, by „to"  
wypowiedzieć, by chociaŜ przemyśleć. Nic z tego-„to"  
wciąŜ jej uciekało, wymykało się, jak zjawa przenikało  
poprzez gęstą plątaninę myśli. Udręczona magiczną  
niemocą swej płci, której absolutnie nie mogła przełamać,  
Gam krąŜyła wśród gości. W końcu wpadła na Rakołową,  
która przysiadła w kącie i nieprzytomnie patrzyła na  
zgromadzone towarzystwo. 
Przypływ siostrzanych uczuć wziął górę nad przygnę- 
bieniem. Znękane kobiety się objęły, zimny policzek Ro- 
sjanki przylgnął do twarzy Gam, pomieszały się oddechy i  
szloch, pękły wszystkie tamy i bliskość obu kobiet spłynęła  
dobroczynnym płaczem. 
Puryszkow stwierdził, Ŝe jest sam, i odłoŜył skrzypce.  
Potoczył dookoła nieobecnym wzrokiem, przez chwilę nad  
czymś myślał, po czym wolno połamał instrument i wy- 
szedł na zewnątrz, wprost w lodowaty wicher, który ostry- 
mi, nagłymi powiewami szarpał druty telegraficzne. 
Dwa dni później w Davos pojawił się Clerfayt. Któregoś  
wieczoru przyszedł do Gam, gdzie zastał Puryszko-wa. Od  
razu wiedział, jak się zachować: zaczął od zachwytów nad  
psami, potem podjął błyskotliwą konwer- 
sację, przy czym uwaŜnie słuchał Rosjanina i starał się go w  
niczym nie urazić; w końcu zupełnie go rozbroił. Pokazał  

background image

przy tym nie byle jaką klasę i przebił Puryszko-wa  
całkowicie. 
Gam zapytała go, co ostatnio porabiał. Opowiadał o  
wszystkim: najpierw krótko i zabawnie o bałkańskich  
przygodach i pewnym wieczorze w Normandii, później  
przeszedł do wyczynów lotniczych, które opisywał rze- 
czowo, ze szczegółami; dzięki temu osiągnął cel - przy- 
pomniał Gam wspólny lot do Luksoru, choć nie napomknął  
o nim ani słowem. 
Przed oczami Gam znów stanęła pustynia aŜ po horyzont  
złocąca się ziarenkami piaskowego pyłu. Wydawało się jej,  
Ŝ

e słyszy szum obracającego się Śmigla, Ŝe znów trzeszczy  

płótno opinające szkielet skrzydeł aeroplanu. 
Do przeszłości Clerfayt nie wracał, tylko do niej na- 
wiązał, gdy chciał podkreślić pewną kwestię: na chwilę  
uderzył w ton powagi i wspomniał tamten tragiczny - 
właśnie to słowo padło - finał, zaraz jednak zaczął roztaczać  
przed Gam olśniewające plany na przyszłość. Stwierdził teŜ,  
Ŝ

e przed konsekwencjami awanturnictwa moŜe ustrzec  

jedynie wewnętrzna konsolidacja, i głęboko spojrzawszy w  
oczy Gam, podzielił się swym najskrytszym pragnieniem:  
chciał w miarę moŜności utrudnić kontakt najgłębszych  
pokładów swego jestestwa z Ŝyciem zewnętrznym i  
sprowadzić je do poziomu rzemieślniczej rutyny. Coś  
takiego, uznał, winno być najprzedniejszą zabawą.  
Podkreślił, Ŝe subtelne zawirowania spowodowane przez  
wewnętrzny popęd wymagają osadzenia w sytuacjach  
stabilnych, uporządkowanych, istnieje nawet uzasadniona  
emocjonalnie potrzeba takiego zakotwiczenia. Bez tego,  
wywodził, nie sposób igrać ze sobą, bezuŜyteczna jest teŜ  
ironia, w innych sytuacjach nie do przecenienia. Łowca  
przygód pozbawiony więzi społecznych zawsze będzie  
tylko zwykłym włóczęgą i nigdy tak naprawdę siebie nie  
zgłębi, brak mu bowiem zwierciadła, 
a takŜe konfrontacji ze swym przeciwieństwem. Cel, do  
którego winniśmy dąŜyć, mówił Clerfayt, to dogłębne i bez- 
ustanne przeŜywanie, nawet gdy chodzi o drobiazgi. De- 
cydując się na ryzykowny skok, musimy być pewni, Ŝe  
mamy pod stopami bezpieczny grunt. Z całym przeko- 
naniem dowodził, jakie to waŜne dla kobiety, dla której  
oparciem zawsze powinien być męŜczyzna, a najlepiej, jeśli  
wszystko odbywa się w zgodzie z mieszczańską normą  
poprawności, w sposób społecznie akceptowany, czyli z  
urzędowym stemplem odciśniętym na akcie małŜeńskim;  
tak zabezpieczona kobieta moŜe sobie pozwolić na  
najdziwaczniejsze przygody i drąŜenie najgłębszych warstw  
swego jestestwa. 
Po tym wywodzie naraz zmienił temat, wypytał Gam  
ojej najbliŜsze plany i poddał je rzeczowej analizie. Kiedy  
na chybił trafił napomknęła o wyjeździe do Rzymu, Clerfayt  

background image

zaczął zachwalać Neapol, krytykując Rzym jako miasto  
nudnych zabytków przeszłości. Niespodziewanie zmienił  
się tembr jego głosu i Clerfayt przeszedł do ataku - wygłosił  
jeszcze kilka obojętnych zdań, a następnie zaproponował,  
by została jego Ŝoną. 
Czekał na odpowiedź. Pochylił się w stronę Gam i ut- 
kwił wzrok w jej twarzy. Po chwili spokojnie wstał i pod- 
szedł do drzwi. 
Kiedy był w przedpokoju, Gam zawołała ze śmiechem: 

JuŜ pan wychodzi?  

Clerfayt zatoczył ręką koło. 

Pani się nade mną znęca... 

Milczała. Clerfayt zrozumiał, Ŝe chce go trzymać w nie- 
pewności; stał nieporuszony, o nic nie pytał, jedynie  
zmiękły mu rysy twarzy, zwykle opanowanej i nieprze- 
niknionej. Wskazała mu fotel. Odetchnął z ulgą. 
Dlaczego nie siada? - pomyślała Gam i podziękowała za  
propozycję. 
Clerfayt przezornie nadal milczał. KaŜde słowo mogło  
się okazać niebezpieczne. 
Gam bawiła się rękami i choć wyglądało na to, Ŝe nie  
wie, co odpowiedzieć, Clerfayt węszył pułapkę. Niewinnie i  
nadzwyczaj zręcznie Gam postawiła go wobec kwestii  
rozstrzygającej i wprost zapytała o powody jego decyzji. 
Clerfayt jednak wiedział juŜ, co robić. Przypuszczał, Ŝe  
Gam rozumie go właściwie. Wystarczyło spojrzeć, jak  
nerwowo bawi się palcami; uznał, Ŝe w tej chwili moŜe się  
uratować tylko w jeden sposób, a przede wszystkim musi  
natychmiast wziąć się w garść. 
OstroŜnie się wycofał i dyskretnie pominął pytanie  
milczeniem. Gam jednak nie odpuszczała i znów postawiła  
go na baczność. Zaczął się wić, jakby szukał wyjścia.  
Taktyka okazała się właściwa: Gam zgodziła się odłoŜyć  
wszelkie wyjaśnienia na później. Tymczasem, ociągając się,  
wyjawił nieśmiało, Ŝe w tej złoŜonej sytuacji uwaŜa za  
sprawę honoru przywrócenie między nimi wcześniejszych  
relacji; musi bowiem uporać się z najwidoczniej znów  
odŜywającym, niekorzystnym wpływem najgłębszych  
pokładów jestestwa, któremu jeszcze raz uległ. 
Poza tym - tutaj przenikliwie spojrzał na Gam - to nie  
tylko obowiązek; gdyby nawet uwaŜał, Ŝe niczego nie musi,  
postąpiłby dziś tak samo. 
Wybieg się udał. ChociaŜ oferta małŜeńska została  
złoŜona serio, Gam uwierzyła, Ŝe Clerfaytem powodują  
wyłącznie motywy, o których mówił. Ostatnie zdanie tylko  
ją w tym utwierdziło. 
Po chwili jednak do niej dotarło, jak olbrzymie koło  
Clerfayt zatoczył, by osiągnąć cel, i szczerze ją to rozba- 
wiło. Młody człowiek, zupełnie juŜ teraz pewien swego,  
Ŝ

artował i cieszył się, Ŝe Gam nie Ŝywi Ŝadnych podejrzeń,  

background image

choć przecieŜ musiała uznać jego wywody za niezupełnie  
przekonujące. 
Jednak wychodząc, nie wątpił, Ŝe spotkał się z wyjąt- 
kowo szybką i gładką odprawą. Jak nigdy dotychczas. 

Zmartwiony? - triumfowała szyderczo Gam. 

Liczyłem się z tym od początku, przewidziałem re- 

zultat... - odparował. Nie mógł jednak odmówić sobie  
pytania: - Odniosłem wraŜenie, Ŝe moja propozycja jakoś  
szczególnie panią ubawiła... Jest zatem ktoś inny...? 
Gam zaniosła się śmiechem. 

AleŜ skąd. Tylko pan. 

Podczas kolejnego zgromadzenia towarzyskiego w ho- 
telu zjawił się posłaniec od Puryszkowa. Poprosił Gam, by  
poświęciła mu kilka minut. Wyjaśnił, Ŝe tym razem lekarz  
spodziewa się końca. Gam natychmiast z nim wyszła. 
Mała nocna lampka rzucała matowe światło na posłanie,  
koło którego czuwały psy. Na widok Gam jeden z nich  
wstał. Lekarz wymownie spojrzał na młodą kobietę i  
opuścił pokój. Pochyliła się nad umierającym. Długi płaszcz  
osunął się z jej ramion i opadł na podłogę obok psów. Gam  
była w sukni wieczorowej, wyglądała, jakby przyszła na  
przyjęcie. Pokój wypełniała niesamowita cisza, z zewnątrz  
nie przenikał Ŝaden dźwięk. Ktoś zatrzymał zegar. Czas  
przestał istnieć. Istniała jedynie Ŝółta twarz ułoŜona na  
poduszkach. 
I tylko ta twarz jeszcze Ŝyła. Cienie snujące się wokół  
nieruchomej głowy były przeraŜające w zestawieniu z  
obojętnym milczeniem pokoju; kiedy czoło Rosjanina się  
poruszyło, Gam miała wraŜenie, Ŝe drŜy od bezgłośnego  
podmuchu olbrzymich skrzydeł. 
Wolno, niewypowiedzianie wolno poruszyła się na  
kołdrze ręka. Widząc ten ruch, Gam poczuła fizyczny ból.  
Palce nie mogły dosięgnąć wnętrza dłoni i Gam wydawało  
się, Ŝe w tym momencie duch oddziela się od ciała;  
odetchnęła z ulgą, kiedy w końcu dłoń się domknęła. Krew  
rozsadzała jej skronie, odkryte w wieczorowej kreacji  
ramiona uniosły się i do oczu kobiety niepowstrzymaną falą  
napłynęły łzy wzruszenia. 
Dotknęła zaciśniętej dłoni i przyszło jej do głowy, Ŝe  
przez całe Ŝycie nic nie dało jej aŜ tyle szczęścia: czując  
muśnięcie ciepłej skóry Gam, dłoń znów się otworzyła, a  
palce, wbrew woli, stopniowo się wyprostowały i teraz,  
pobielałe i szczupłe, trwały w bezruchu. 
Gam zauwaŜyła, Ŝe Puryszkow na nią patrzy. Choć sobie  
wmawiała, Ŝe nie moŜe jej juŜ widzieć, czuła surowy wzrok  
Rosjanina. Nie mogła tego znieść. OstroŜnie podłoŜyła  
wąską poduszkę pod głowę umierającego. Miała wraŜenie,  
Ŝ

e jego usta drgnęły w nikłym uśmiechu. 

Za kilka godzin te usta zesztywnieją. Czoło ostygnie.  
Ale w ciele jeszcze pulsuje krew i pracuje umysł, przez  

background image

który przebiegają błędne ogniki myśli, jeszcze płynie stru- 
mień Ŝycia; ustanie ze śmiercią oŜywiającego go ducha. 
ś

ycie wciąŜ się sączyło. Jednak ponad zamierającą juŜ  

zdolnością poznawania, ponad czułkami instynktu szu- 
kającymi jakiegoś punktu zaczepienia ostatnimi skurczami  
woli zapalały się purpurowe i błękitne płomyki  
gorączkowych urojeń, gęstniały niczym łapczywa,  
wszechogarniająca kipiel, igrały pustymi złudami sennych  
widziadeł, wystrzelającymi jak grzyby, a sprawy minione,  
zapomniane i pogrzebane przemieniały w fatamorganę  
wykwitającą nad upiornym strumieniem zatrutej krwi. 
Spoza drŜącej głowy wypełzały ostatnie juŜ pokusy,  
pękały wszelkie okowy. Wirując, unosiły się poplątane,  
barwne zdarzenia, mieszały się z sobą przeŜycia, pragnienia  
i sprawy nieokreślone - przedwiośnie wśród śniegu i brzóz,  
twarz jakiejś dziewczyny, zapach ojczystej ziemi, jaskrawe  
cyfry rulety, mroźny poranek, stalowe lufy pistoletów,  
kobiece twarze, cudowna kantylena fletu, kwiaty janowca  
wokół łóŜka, niskiego łóŜeczka, w którym sypiał jako  
dziecko, łóŜka, które teraz porasta janowiec, które pogrąŜa  
się w ziemi... Krzyk z nieba, coś ciśnie i dusi... poruszają się  
wargi, z ust wydobywają się głuche, bezdźwięczne słowa,  
ciało wije się, jakby coś 
chciało się zeń wydostać, dławi się, zdumiewa, w śmier- 
telnym strachu wygląda ratunku... Gam nie mogła wy- 
krztusić słowa, chciała pomóc, wołać, głośno krzyczeć...  
Coś nagle przeniknęło do pokoju, sunęło po omacku,  
hałasując, niewidzialną ręką dotykało przedmiotów...  
Wygięły się ściany, drzwi rozwarły się szeroko, wybrzu- 
szyła się kołdra, wykwitły na niej węŜowate bruzdy, z ką- 
tów jak jakieś stwory wypełzały cienie, świat jęczał spa- 
zmatycznie, jego oddech przeradzał się w niesamowity,  
głuchy, przeraŜający krzyk; Gam nie miała siły stać, przy- 
kucnęła, palcami wczepiła się w miękką pościel i przeraŜona  
pokornie czekała, aŜ nadejdzie to, co straszne i niszczące, co  
huczy i wyje - akt ostatni... 
Ciało Puryszkowa się uspokoiło. W oczach pojawiło się  
coś szklistego, nieuchwytnego, ich przejrzystość się zatarła;  
po chwili skurcz unieruchomił źrenice, pierś się zapadła i w  
ostatnim, cięŜkim westchnieniu powietrze wydostało się z  
płuc. 
Kiedy Gam nabrała odwagi i rozejrzała się, stwierdziła,  
Ŝ

e niemal leŜy na dywanie i z całej siły przyciska kolana do  

łóŜka. Całkiem nieświadomie jedną ręką wpiła się w psa,  
dusiła go. Teraz pies niemrawo się przeciągał... 
W końcu zmęczona wstała. W ustach poczuła mdły smak  
krwi. Plecy ją bolały jak potłuczone. Mocno trzymając się  
poręczy łóŜka, patrzyła na Puryszkowa. Jego twarz się  
zapadła, śmierć wyostrzyła jej rysy, u nasady nosa pojawiły  
się cienie. Skóra poszarzała. 

background image

Gam juŜ go nie poznawała. To, co zostało, było pora- 
Ŝ

ająco sztywne, nieskończenie obce i napawało przera- 

Ŝ

eniem Ŝywą, pełną ciepła kobietę. Kilkakrotnie potrząsała  

głową i odwracała się od tego widoku, po czym robiła krok  
w przód, by zmusić się do patrzenia. Naraz pod na wpół  
opuszczoną powieką zalśniło odbicie lampy -osobliwy,  
przewrotny błysk niczym ognik igrający na wypolerowanej,  
mosięŜnej blasze, sugerujący, Ŝe rozpo- 
czyna się rozpad zastygłej materii Ŝycia; powiało trupią  
wonią i grobem, jakby rozkład postępował od czoła... Teraz  
Gam wiedziała: tak wygląda śmierć... Rzuciła się do drzwi,  
minęła je, nie dostrzegając lekarza, który śpieszył z  
przeciwnej strony, biegła dalej, jakby coś ją gnało, na dół,  
potem w górę do portierni i do swego pokoju; padła na  
łóŜko i przeleŜała tak do rana. Kiedy o świcie spojrzała  
przez okno, ujrzała w oddali smugę ostrego, zielonkawego  
ś

wiatła, przebijającą się przez szarość śniegu. Na zawsze  

pozostała w jej pamięci. 
Wydawało się, Ŝe Clerfayt zaniedbał Gam. Związał się  
teraz z Bramintą-Solą. Podbił ją bez najmniejszego wysiłku,  
zupełnie się nie opierała. Doświadczenia jej skom- 
plikowanego Ŝycia sprawiły, Ŝe niczego nie potrafiła juŜ  
przeŜywać czysto i prosto. To, co kiedyś pomagało jej osią- 
gać pełnię wewnętrznych doznań, teraz tylko przyśpieszało  
upadek. 
Clerfayt ostro starł się z Vanderveldem. Pewnego dnia  
przewrócił stolik do gry, odkrył przez to karty i okazało się,  
Ŝ

e Vandervelde ma o jednego asa za duŜo. Jeszcze tego  

samego wieczoru oszust wyjechał. 
Gam nie dała się zwieść ekscesom Clerfayta. Młody  
człowiek zrobił się teraz otwarty i juŜ nie próbował niczego  
przemilczać. Pierwszy raz nawiązał do przeszłości; kiedy o  
niej rozmawiali, uderzyło Clerfayta, Ŝe skoro juŜ się o  
jakimś zdarzeniu mówi, naleŜy je uznać za przebrzmiałe, i  
nagle zrozumiał, Ŝe tym razem to koniec. 
Ów koniec pojawił się niezauwaŜalnie, nie trzeba było o  
nic walczyć; był nieodwołalny, wygasła najmniejsza chęć  
obrony czegokolwiek, naleŜało go przyjąć jak coś oczywi- 
stego. 
Gam lubiła Clerfayta za jego niespoŜytą aktywność i  
Ŝ

ywość intelektualną, ceniła w nim siłę pragnień oraz  

umiejętność koncentracji. Jego władcza wola zniewalała.  
NajwyŜej jednak przez godzinę, nigdy dłuŜej. A to 
dlatego, Ŝe Clerfayt nie umiał dotrzeć w obszary kryjące  
ekstrakt kobiecości. Przyciągał kobiety do siebie, tak na- 
prawdę ich jednak nie zdobywał. Zdecydowanie parł  
naprzód, czarował wyrafinowaniem i inwencją, ale zawsze  
przegrywał w chwili, gdy niemal osiągał cel. Odpadał przed  
czasem. Jedynie ten, kto podąŜa równym krokiem, wprost  
przed siebie, dotrze, gdzie zmierza. 

background image

Clerfayt wyglądał, jakby za chwilę miał się zapaść pod  
ziemię. Kiedy odszedł, Gam poczuła wokół siebie pustkę.  
Nie umiała tego wytłumaczyć. Człowiek zawsze jest  
samotny. TakŜe w miłości, która jest tylko ucieczką. Jaźń  
nie daje Ŝadnej odpowiedzi, najwyŜej spokój i poczucie  
bezpieczeństwa. Ale trudne pytania się mnoŜą. A moŜe cała  
miłość zawiera się w pierwotnym instynkcie macierzyństwa,  
samo zaś macierzyństwo jest zarazem początkiem i  
końcem? 
Nagle Gam całą sobą poczuła, Ŝe niczego nie pragnie  
równie gorąco jak małej, ciepłej istoty u swych kolan, Ŝe  
chce słuchać pierwszych, z trudem wymawianych słów...  
Rozmyślania nad dalszym Ŝyciem, rozterki, chwilowe osa- 
motnienie - wszystko to przesłoniły marzenia o dziecku. 
Tutaj właśnie naleŜało szukać spełnienia i końcowej  
przystani. Jaźń wypełniała coraz większą przestrzeń,  
rozrastała się, stawała czytelna, jednoznaczna i Ŝyciodajna.  
Zawiązywały się zaląŜki sił stworzenia, pojawiał się sens i  
drogowskaz. Powołanie kobiety kazało wziąć na siebie  
obowiązek. 
W obliczu tego obowiązku naleŜało wszystko odrzucić,  
potraktować jak jałowy trud. JednakŜe Gam zdawała sobie  
sprawę, Ŝe zanim odnajdzie siebie, nieraz się zrani, Ŝe  
zamiast zmierzać wprost ku swemu przeznaczeniu, będzie  
błądzić. Ale innej drogi nie ma. NaleŜy zatem nią iść, nie  
stawiając warunków, trzeba podporządkować się prawu,  
które nakazuje szukać coraz dalej, choćby przyszło  
przemierzać obszary bezkresne jak ocean. 
QQ 
III 
W Wenecji Gam zatrzymała się przy Canal Grandę.  
KaŜdej nocy pod jej oknami przepływała gondola. Kiedy się  
oddalała i nie było juŜ słychać uderzeń wiosła, jakiś męski  
głos wyśpiewywał umbryjską serenadę. Śpiew niósł się  
kanałem, narastał podobny do bardzo wolnego tremolo i  
potęŜniał echem odbijającym się od wody i murów;  
wydawało się, Ŝe ciasna przestrzeń więzi melodię i narzuca  
jej leniwy rytm fali. 
Przez ten niezwykły rezonans śpiew miał w sobie coś  
niematerialnego, był jak nie z tego świata. Wypełniał po- 
wietrze, wędrował z wodą. Kiedy melodia się skończyła,  
Gam wyruszyła łodzią na kanał. Światło latarni sunęło przed  
dziobem i rozpraszało nieprzeniknione ciemności, zmuszało  
je do Ŝycia, sprawiało, Ŝe wokół gondoli roztaczał się  
czerwonawy, ciepły blask. Kamienne herby nabierały  
kolorów, wydawało się, Ŝe dopiero co z cichym zgrzytem  
zatrzasnęły się rzeźbione odrzwia, a zza kolumn  
przesuwających się obok łodzi wyjdą zaraz młodzieńcy- 
kawalerowie z brzęczącą szpadą u pasa. Przez chwilę w  
ś

wietle latarni jaśniał zaklęty w kamieniu renesans. 

background image

Za gondolą czar raptownie pryskał. Przestrzeń się  
kurczyła, światło ginęło, przepadał blask, znikało gdzieś  
ciepło. Ciemność odzyskiwała moc: jak olbrzymi nietoperz  
rozkładała skrzydła, odbierała światłu swą własność i  
zamieniała w monotonię nocy. 
Gam z przeraŜeniem obserwowała natarczywość noc- 
nych zjaw. Obracała się w tył, podnosiła latarnię i osłaniała  
ją w ten sposób, by całe światło skierować na wodę. Wtedy  
fantom, niezdarnie machając skrzydłami, wycofywał się i  
krył w cieniu pałaców. Wystarczyło jednak latarnię opuścić,  
by zjawa znów się wynurzyła i podąŜyła za gondolą. 
Kiedy Gam juŜ całkiem zamierzała się poddać, nad  
dachami pojawił się księŜyc i wszystko odmienił. Od razu  
rozproszył ciemność, dotychczas wiszącą tuŜ przy ziemi, i  
poderwał ją -w górę. Na ziemię tysiącami cieniutkich nici  
zstąpiła srebrzysta poświata, przez co ustało wszelkie  
ciąŜenie. Pałace widniały teraz w postaci delikatnych  
obrysów, kolumny opadły na wodę, domy przepływały w  
ciszy jak biblijne arki. Fasady odbijały poświatę; w miejscu,  
gdzie woda styka się z kamieniem, przebiegała cienka linia,  
niczym języczek u wagi: jej naruszenie mogło zakłócić  
harmonię pomiędzy nieruchomym księŜycem a tym, co  
odbijała woda. Czasem nawet tak się działo - zza jakiegoś  
rogu nadlatywał wiatr, chwilę wirował i zaraz się uspokajał. 
Pod sklepieniami mostów zalegały nocne cienie. Chro- 
niło się w nich ciepło, jak letnia, powłóczysta szata tulące  
się do ciała. W niszach okiennych gromadziły się blade  
refleksy, wystraszone i jaskrawe na ciemnym tle niczym  
kokoty przed sędzią. 
W coraz silniejszej poświacie niebo jaśniało jak przej- 
rzysty opal, dachy i woda odbijały światło. Wydawało się,  
Ŝ

e materialna, cielesna powłoka nic juŜ nie znaczy. 

Myśli pomykały wokół uczuć i wraŜeń, po czym ula- 
tywały bezpowrotnie jak świergot skowronka. WciąŜ  
pojawiało się coś nowego, usuwając dotychczasowe; nie  
dawało się powstrzymać tego biegu ani kształtować go  
wedle woli. 
Momentami Gam widziała zarysy swej postaci; na wy- 
srebrzonym tle ukazywały się przelotnie kontury ramion. 
3K 
Wiatr niemrawo pogłaskał jej skórę. Jeszcze jeden powiew i  
moŜna by całkowicie zapomnieć o sobie, wiatr jednak,  
zmęczony, drzemał na schodzących do wody stopniach. 
Zniknęło poczucie czasu; przestrzeń dźwięczała jak  
dzwon, który wcale nie przypomina o przemijaniu. Kłopoty  
dnia niepostrzeŜenie nabierały miłych cech, rozwiewały się  
doraźne troski, nabrzmiewały zaś uczucia, skrystalizowane  
kierowały się ku odległemu biegunowi jak Ŝelazo w stronę  
magnesu. 
Nieraz, idąc ulicą, Gam spodziewała się, Ŝe wśród  

background image

przechodniów spotka Kinsleya. Znów wspominała ostatnie  
tygodnie, kiedy to, ociągając się, postanowiła nie wchodzić  
mu w drogę. Decyzja dojrzewała w niej długo. 
JednakŜe tylko się oszukiwała, wyjeŜdŜając na kilka dni  
z Wenecji do Parmy i Bolonii. Wiedziała, Ŝe chodzi o  
Kinsleya. 
Pewnego wieczoru w Genui siedziała jeszcze na tarasie i  
patrzyła na morze otaczające miasto szerokim łukiem. Obok  
jakieś uszminkowane kobiety jadły lody i paplały  
metalicznymi głosami. Nadciągała juŜ noc, gdy jakiś  
skrzypek zaczął grać rzewny romans. Gam mimowolnie  
westchnęła, w oczach stanęły jej łzy. 
Zrobiłam się strasznie miękka, pomyślała, nie mogąc się  
oprzeć wraŜeniu, Ŝe szybuje wysoko nad ziemią. Ale tego  
nastroju nie wywołała sentymentalna melodia. Zapewne  
przeczuwała, Ŝe stoi przed czymś nowym, Ŝe jak w  
następujących po sobie częściach symfonii, pulsuje juŜ  
nowym rytmem kolejny rozdział jej Ŝycia; moŜliwe, Ŝe  
nagle sobie uświadomiła, co ją czeka, albo teŜ, na wspo- 
mnienie dawno minionego dnia, wezbrała w niej fala  
wzruszenia - bezsensownego, tym bardziej jednak przej- 
mującego. Tego nie wiedziała, powoli jednak, przesłaniając  
wszystko inne, zbliŜało się rozwiązanie: Gam czuła, Ŝe musi  
odnaleźć samą siebie, a Ŝe będzie to trudne, na 
pewno poszuka pomocy męŜczyzny. Nie miała wątpliwości,  
Ŝ

e zwiąŜe się z Kinsleyem. 

Miasto pozostało za rufą parowca. Portowy zgiełk juŜ nie  
dochodził, pojawił się za to wiatr. WybrzeŜe na wiele  
godzin zawisło nad wodą, podobne do pofałdowanego,  
mniszego płaszcza. Wyglądało na bezludne; tylko na pła- 
skowyŜu widać było pasterza ze stadem kóz. Stał nieru- 
chomo na tle horyzontu, ramionami podpierając antyczne  
niebo. 
Potem, dzień po dniu, słychać było jedynie szum morza.  
Przed dziobem statku wyrastały niewielkie wyspy z białymi  
domostwami pośród zieleni, raz po raz skrywające się za  
kłębami złocistego dymu. Latarniowce i latarnie  
wskazywały wejście do La Platy, lecz ławice piaskowe  
utrudniały Ŝeglugę. W końcu jednak parowiec stanął na  
redzie w Buenos Aires. 
Gam doskwierał suchy wiatr. Kinsley zaproponował jej  
podróŜ w głąb lądu, gdzie miał posiadłości. Początkowo  
jechali wzdłuŜ linii kolejowej do Rosario, potem przecięli  
tory i skręcili na wschód. Następnego dnia obok przemknęło  
galopem stado mustangów. Konie miały na boku wypalony  
znak Kinsleya: naleŜały do niego. 
Ale jechali jeszcze przez wiele dni. Świszczący wiatr  
targał jeŜyny krzewiące się na wzgórzach; na znacznych  
odległościach rozciągały się jęzory piaszczystych łach.  
Pampę porastała wysoka trawa. Czasem zbliŜał się do nich  

background image

gauczo na koniu, zwykle po chwili odjeŜdŜał na bok i  
strzelając jak z bicza, wyrzucał w górę lasso. Przez bez  
mała godzinę oglądali nad sobą orła; ptak zdawał się tkwić  
cały czas w tym samym miejscu. W popołudniowym słońcu  
zajaśniały zarośla słonych stepów, a za nimi znienacka  
wystrzeliło wąskie pasmo wzgórz porośniętych olszyną.  
Wzniesień przybywało. W końcu ujrzeli płaski budynek.  
Kiedy samochód zjeŜdŜał na dno kotliny, w której leŜała  
farma, noc gęstniała jak pszczeli rój. 
Węsząc i poszczekując, na spotkanie wypadła im sfora  
psów; wieczorną ciszę wypełnił radosny skowyt. Nadbiegły  
słuŜące z latarniami i próbowały odwołać zwierzęta. Psy  
jednak nie dawały się poskromić, poznały pana i z  
entuzjazmem go obskakiwały. Wśród kobiet była stara  
mamka Kinsleya; przewracała oczami i kryła się za jego  
plecami. Uśmiechała się do Gam. 
Szybkim krokiem szedł przez podwórze zarządca, który  
zasypał Kinsleya gradem słów. Kinsley jednak zdecy- 
dowanym ruchem ręki wszystkich odprawił, pochwycił  
Gam w ramiona i - nie bacząc na szczekające psy oraz cały  
ten radosny zgiełk- zaniósł ją do domu. 
Podając kolację, mamka paplała bez ustanku. Kinsley  
słuchał i nie przerywał. Gam poczuła się obco, miała  
wraŜenie, Ŝe jest niepotrzebna. Przekonała się, Ŝe  
wieloletnie obcowanie ze sobą moŜe wiązać mocniej niŜ  
cokolwiek innego, nawet jeśli dotyczy ludzi o najzupełniej  
róŜnym statusie społecznym. Kinsley stał się teraz dla niej  
kimś obcym, zarazem jednak coraz bliŜszym. Wszystko, co  
ją otaczało, naleŜało do niego: nie było tłem, lecz ramą, w  
której znakomicie się mieścił. Przez to Gam uwaŜała, Ŝe  
Kinsley jest częścią jej nowego Ŝycia, Ŝe do tego Ŝycia  
przynaleŜy - nie przerastał swego środowiska, lecz się w nie  
wtapiał, podkreślało ono jego osobowość. 
Obok Gam wyciągnął się pies Puryszkowa. Tulił się do  
niej i ze strachem patrzył na drzwi, zza których dobiegało  
szczekanie. Kiedy przyjechali, sfora potraktowała go jak  
obcego. Próbował uciekać, jednym, błyskawicznym  
kłapnięciem przegryzł gardło najgroźniejszemu prześla- 
dowcy, jak czarny pocisk pomknął przez podwórze, wpadł  
do domu i przywarł do Gam. Mocno przytuliła go do siebie.  
DrŜał całym ciałem. Był tutaj równie obcy jak ona. 
Za oknami, które osłonięto siatką, brzęczały moskity.  
Młoda Indianka upięła moskitierę nad posłaniem Gam i  
zgasiła światło. Wymamrotała coś niezrozumiałego na  
dobranoc i skrzyŜowała ręce. Gam natychmiast zasnęła. 
Następnego dnia pojechała konno z Kinsleyem obejrzeć  
pasące się stada. Gauczowie opowiadali o cięŜkich  
przejściach związanych z pozyskiwaniem kauczuku, na co  
właśnie teraz była pora, o strasznych Indianach z leśnych  
ostępów, o niesamowitym bladym świetle wędrującym  

background image

przez pampę w bezksięŜycowe noce. Potem poprosili Maca,  
by coś zagrał. Mac był wśród nich najmłodszy. Z grania nic  
nie wyszło - kiedy gauczo ujrzał Gam, oświadczył, Ŝe jego  
gitara jest połamana. 
Kłusem zbliŜał się jakiś jeździec. JuŜ z daleka wołał, Ŝe  
karczmarz dostał beczkę gorzałki. Zrobiło się zamieszanie.  
Jeden krzyczał przez drugiego, gauczowie, gwiŜdŜąc,  
spędzili konie. Ruszyli galopem. Po godzinie zajechali  
przed otoczoną drzewami karczmę. W budynku wszyscy  
spali. Jeźdźcy z krzykiem zaczęli się dobijać do drzwi i  
okien, aŜ wreszcie na piętrze pokazała się lufa karabinu, a  
za nią wystraszona twarz karczmarza. Ktoś chwycił broń na  
lasso i wyrwał mu ją. Gauczowie z dzikim rykiem domagali  
się otwarcia karczmy. Gospodarz się uspokoił i wpuścił ich. 
Gam i Kinsley pojechali dalej. Po chwili zasłoniła ich  
nieprzenikniona ciemność. Kopyta głucho uderzały o grunt,  
wydawało się, Ŝe ów odgłos, brzmiący jak postukiwanie  
monstrualnych kastanietow, wydobywa się spod ziemi. W  
końcu Kinsley się zatrzymał, oboje zsiedli z koni, połoŜyli  
się na trawie i, z uchem tuŜ przy ziemi, nasłuchiwali. Z  
niezliczonych szmerów i odgłosów wyławiali zarówno  
całkiem bliskie, jak i bardzo odległe... To była mowa stepu.  
Szybkim kłusem niewidoczne stada pędziły w noc... 
Dalej ruszyli pieszo. Nagle poczuli straszliwy zaduch,  
jakby pampa usiłowała pochwycić ich w swe szpony, oto- 
czyć zdradziecką siecią i powalić. Niespokojne konie  
nerwowo dreptały. Parne powietrze gęstniało, kleiło się jak  
błoto, utrudniało oddychanie, wdzierało się w nozdrza i  
ciąŜyło w płucach. Nad horyzontem gromadziły 
się chmury, które w jednej chwili zasłoniły księŜyc. Niebo  
nad stepem zajaśniało na chwilę siarkową Ŝółcią. Potem  
martwą ciszę przerwał błysk i po chwili rozległ się  
stłumiony pomruk. Jak stado cieni przemknęły obok  
mustangi; konie zawróciły, rozproszyły się i znów, wyraźnie  
niezdecydowane, zbiły się w gromadę. Gam czuła na karku  
ich gorący oddech. Jakieś wystraszone źrebię przywarło do  
niej wilgotnymi chrapami. Jego szyja drŜała, oddech  
przeraŜonego zwierzęcia był pośpieszny i krótki; naraz  
ź

rebię odskoczyło od Gam i przez chwilę stało jak  

skamieniałe, po czym, sapnąwszy, rzuciło się galopem przed  
siebie. Ich wierzchowce stawały dęba i gryzły cugle,  
targając wysoko głowami. Kinsleyowi i Gam udało się je  
poskromić z największym trudem. 
Nisko wiszące chmury przeszyła błyskawica. Z trza- 
skiem uderzył piorun. 
- Na koń! - krzyknął Kinsley. 
Wierzchowce zarŜały i wyrwały naprzód. Dmący tuŜ  
przy ziemi wiatr pastwił się nad trawami, wirował, wzbijał  
tumany kurzu, podrywał z ziemi kamyki, które biły po  
twarzy. Potem runął na konie, które gnały w oszalałym  

background image

galopie, jakby uciekały przed ostateczną zagładą. Jedna po  
drugiej zapalały się błyskawice. Magiczny ogień obejmował  
ogromne połacie nieba, coraz to rozcinanego zygzakami  
sinobłękitnego blasku. Pod huczącymi razami kolosalnego  
topora pękała niebieska czasza, błyskawice tęŜały na niej  
niczym nabrzmiałe Ŝyły nieskończoności: trwała mistyczna  
bitwa z nocą, która po kaŜdym ataku aksamitną czernią  
pośpiesznie okrywała swe rany. 
Stado mustangów stłoczyło się wokół drzewa, konie  
stawały dęba, toczyły wokół niesamowitym, błędnym  
wzrokiem. Najsilniejsze ogiery pozostały na zewnątrz.  
Wierzgały kopytami i kąsały powietrze, by odpędzić nie- 
bezpieczeństwo. Pozostałe konie utworzyły krąg, w środku  
stały źrebięta. 
Klacz, na której jechała Gam, postanowiła schronić 
się wśród mustangów. Wdarła się w głąb stada i w jednej  
chwili Gam znalazła się sam na sam z kłębiącą się masą  
zwierząt. Obok niej, niczym fale na wzburzonym morzu,  
lśniły w świetle błyskawic grzbiety miotających się  
mustangów. Obawiając się zmiaŜdŜenia nóg, Gam oparła  
stopy na siodle i z całej siły ściągnęła cugle. Ale klacz jej  
nie słuchała. Czując bliskość dzikich koni, zupełnie  
oszalała, rŜała, stawała dęba i próbowała zrzucić Gam z  
siodła. 
Kinsley zobaczył, co się dzieje. Chłoszcząc pejczem  
szyję swego konia, ruszył Gam na pomoc. Jeden z ogierów  
omal nie odgryzł mu ręki. Kinsley zdzielił go rewolwerem  
między oczy, spiął konia i okrąŜył stado, by dostać się do  
ś

rodka z drugiej strony. 

Spadły pierwsze krople deszczu. Nad grzbietami spie- 
nionych koni unosił się opar przesycony gorącą, silną wonią  
- obezwładniającą i oszałamiającą, poraŜającą gorączką  
namiętności i śmiertelnego strachu, wnikającą w krew,  
odbierającą zdolność myślenia. 
Nagle step się zakołysał i zapłonął, niebo zajaśniało  
niebywałym blaskiem, świat rozpadł się na strzępy i po- 
grąŜył w otchłani światła - w drzewo uderzył piorun. Stado  
się rozpierzchło. Niektóre konie pokładły się, drŜąc ze  
strachu. Ku przeraŜeniu mustangów stojące opodal drzewo  
zapłonęło jak pochodnia. Gam, chłostana strugami  
ulewnego deszczu, odzyskała wiarę we własne siły. Końska  
piana mocno przylgnęła jej do włosów. Młoda kobieta  
poczuła, Ŝe wzbiera w niej fala dzikich namiętności. Puściła  
cugle i ramionami objęła szyję klaczy, która gnana  
strachem, wyrwała przed siebie jak obłąkana. Gam wcisnęła  
twarz w końską grzywę i całkowicie zespoliła się ze  
zwierzęciem, była jak ono - jednym wielkim oszalałym  
pędem. 
Kiedy kolejna błyskawica rozdarła niebo, Gam udało się  
zawrócić przeraŜoną klacz. Kinsley starał się przeciąć jej  

background image

drogę i ją pochwycić. Klacz jednak go nie poznała 
i w ostatniej chwili uskoczyła. Rozpoczął się pościg. Zdy- 
szane konie pędziły bok w bok, Kinsley i Gam krzyczeli do  
siebie w galopie; słowa jednak nie docierały, gubiły się w  
burzy. 
Nadludzkim wysiłkiem Kinsley spiął konia, dopadł  
klaczy, chwycił jej cugle, w pełnym galopie złapał Gam i  
trzymając ją z całych sił, posadził przed sobą w siodle.  
Podczas tej wściekłej pogoni próbował przekrzyczeć noc,  
potop, burzę i pioruny. Gnali tak, aŜ w końcu udręczony  
koń z wyczerpania zwalił się z nóg, a para jeźdźców, sple- 
cionych kurczowym uściskiem, stoczyła się na trawę. 
Kiedy deszcz ustał i znów nad pampą jasno zalśnił  
księŜyc, Kinsley troskliwie posadził śpiącą kobietę na koniu  
przed sobą i ruszył do domu, dbając, by się nie obudziła... 
Upał sprawił, Ŝe powietrze wokół farmy całkiem znie- 
ruchomiało. Gam podstawiła ręce pod tryskające z fontanny  
krople wody. Chłód działał jak oŜywczy powiew, zdawało  
się, Ŝe z kojącą łagodnością przenika w głąb ciała i roztapia  
je od wewnątrz. Odbicie dłoni nabierało cech samoistnego  
bytu. Jego blady kolor na tle zielonej wody wydawał się  
czymś osobliwym. Z głębin studzienki powoli wyłaniał się  
zmierzch. 
Od strony lasu zbliŜali się męŜczyźni. Upolowali szyn- 
szylę i rudego wilka. Psy w podnieceniu szarpały zdobycz.  
Ponad gwarem głosów wyrastał czyjś śmiech, pełen ciepła,  
miękki i gardłowy - młoda kobieta biegła do męŜa  
powracającego z plantacji. Mamka Kinsleya opowiadała o  
pumach i lisach, które ostatnio udało się złowić. Z  
przejęciem, Ŝywo gestykulując, wskazywała na las -  
podobno zdarza się, Ŝe nocą pod farmę podchodzą jaguary.  
Po chwili ludzie rozeszli się do domów, skończył się gwar i  
zamieszanie. 
Gam szła przed siebie, w step. Zaczynały rechotać Ŝaby i  
wydawało się, Ŝe to jakieś tajemnicze zgromadzę- 
nie mnichów odprawia wieczorne modły. W powietrzu  
miękko i bezgłośnie unosiły się nocne jerzyki. Pomiędzy  
drzewami Gam dostrzegła zygzakujące nietoperze. TuŜ nad  
ziemią latały grube motyle, w wysokich trawach zielonkawo  
połyskiwały chrząszcze, słychać było melancholijne  
pojękiwanie kurek wodnych, piszczały polne myszy,  
metalicznie ćwierkały świerszcze. Akacje wydzielały  
zapach przypominający woń dzikiego zwierzęcia. 
Kiedy pokazał się Kinsley, Gam bez słowa oplotła go  
ramionami, jakby juŜ nigdy nie miała go wypuścić. Tuliła  
się do niego w milczeniu, zamknąwszy oczy. Myślała o  
ś

mierci, która musi wyglądać podobnie jak to zanurzenie się  

i całkowite wrośnięcie w kogoś drugiego, bezgraniczne  
wyrzeczenie się siebie, wszechogarniające pragnienie, by  
znaleźć sobie nową formę bytu; byłaby to najwspanialsza  

background image

ś

mierć - zadana ręką, którą się kocha... 

Podobne myśli nurtowały Gam od kilku dni. Zadziwiał ją  
jakiś ruch - uniesiona dłoń, wysunięta stopa -doskonale  
wiedziała, z czego te proste czynności się biorą, znała ich  
dalszy ciąg oraz skutki, jakie mogą wywołać. Jednak z  
niepokojem pochylała głowę, wsłuchiwała się w siebie i  
nicowała swe urojenia, czując przejmujący dreszcz. AŜ w  
końcu dochodziła do wniosku, Ŝe kiedyś juŜ coś podobnego  
przeŜywała. Czar pryskał. To były sprawy znane od dawna... 
Potem nigdy nie mogła sobie przypomnieć, co ją fa- 
scynowało. Pozostawało wraŜenie dwoistości, na moment  
unosiła się zasłona okrywająca jakieś inne Ŝycie - to Ŝycie  
wyraźnie umykało teraźniejszości i, Ŝywione energią ducha,  
migotało jak nieuchwytna zjawa, przenikając chwilami do  
ś

wiadomości. A moŜe to jedynie przebłyski bytu, który  

dopiero się kształtuje, tli się gdzieś poza domeną śmierci i  
swym tajemniczym światłem kreśli linię ponad  
teraźniejszością i jej duchowym zamętem w obliczu tego, co  
poprzedza i następuje - domyka parabolę i tworzy  
pierścień...? 
Gam trzęsła się na nocnym chłodzie. Weszła do domu,  
który otoczył ją ciepłem i dał poczucie bezpieczeństwa.  
Kiedy uciekło się ze świata, którym miotają emocje, po- 
między ścianami znów moŜna się poczuć jak u siebie. W  
kącie przysiadła oswojona małpa Kinsleya, która po  
południu zakradła się do pokoju, bawiła się kryształkami  
soli. Na widok Gam wzruszającym gestem przycisnęła ręce  
do piersi. Kiedy się poruszała, wpadający przez okno  
promień oświetlał jej mordkę. W oczach małpy lśniły łzy. 
W Gam z całą mocą uderzyła tajemnica zwierzęcej  
natury. Porośnięte brunatną sierścią stworzenie, w którym  
pulsowało coś nieogarnionego, niepojętego, zachowujące  
się i poruszające tak, Ŝe człowiek mógł je zrozumieć, było  
przeraŜającym cudem: naleŜało bowiem do istot Ŝywych, a  
zarazem było bardziej obce niŜ wszystko, co martwe;  
poprzez jego istnienie objawiała się jakaś zatrwaŜająca siła,  
nieznana i niezrozumiała. MoŜna było spróbować  
wyjaśnień, zawsze jednak z ludzkiego punktu widzenia.  
PrzecieŜ o purpurowym, mistycznym świecie obok nas nie  
wiemy niczego. Ten świat jest odległy, jakby znajdował się  
na innej planecie... Gam zadrŜała, uświadomiwszy sobie  
swą samotność, w której wszystko jest jak zaklęte,  
niesamowicie stęŜałe, zakrzepłe, zamknięte na zawsze w  
kręgu wyłącznie własnych doznań. 
Pochyliła się i wyjrzała przez okno. Naraz u kolan  
poczuła coś miękkiego. Do pokoju wśliznął się jej pies,  
który teraz domagał się pieszczot. 
Czego moŜe pragnąć zwierzę, o czym myśli? Pies po- 
szedł za nią, choć go nie wołała. Jaki ukryty impuls nim  
powodował? Kiedy z ludzkiej perspektywy oceniamy po- 

background image

stępowanie zwierzęcia, musi ono zadziwiać. MoŜe była dla  
niego bogiem? 
ś

ałośni ludzcy bogowie, którzy niczego nie wiedzą o  

pragnieniach podległych im istot, a sami swą nędzną  
miłością obdarzają rzeczy i sprawy, których nigdy do 
końca nie zrozumieją. KsięŜyc oświetla Ziemię - wtedy nad  
nią panuje; ale to Ziemia jest ośrodkiem, wokół którego  
krąŜy. Co zatem jest waŜniejsze: Ziemia czy KsięŜyc? A  
moŜe boskość jest tragiczną konsekwencją czło- 
wieczeństwa? 
Gam objęła dłońmi psi łeb. Uniosła go i przyjrzała mu  
się. Wpatrywała się z bliska w oczy zwierzęcia. Próbowała  
wzrokiem przewiercić błyszczące źrenice i wyrwać im ich  
tajemnicę. Niewygodna pozycja zmęczyła psa, zrobił się  
niespokojny, próbował się wyrwać z uścisku, jego oczy się  
rozbiegały. Gam podjęła desperacką próbę opanowania  
wzroku zwierzęcia. Pies się uspokoił i znów patrzył tylko na  
nią. Jego powieki rozwarły się całkowicie, oczy  
znieruchomiały. 
Pokój zawirował. Znajdujące się w nim przedmioty  
ruszyły jeden za drugim w coraz to szybszym pędzie.  
Pomiędzy nie wdarły się zielone pasma, poniŜej, świszcząc,  
zamigotały białe, świetliste koła, jak śmigła, aŜ w końcu  
wytrzeszczone do granic moŜliwości, zmordowane oczy  
spłynęły łzami i pies zdecydowanym ruchem uwolnił się z  
męczącego uścisku. 
Gam zeszła po schodach na podwórze, potem minęła  
bramę i znów znalazła się na otwartej przestrzeni, gdzie  
wśród czarnych drzew niczym wilk zawodził pampero. 
Otwartymi ustami łapczywie wdychała świeŜość nocy.  
Ale wewnętrzny niepokój jej nie opuszczał. Miała wraŜenie,  
Ŝ

e jakiś odraŜający pająk oplata siecią jej serce, stała na  

rozdroŜu: przed nią rozciągały się obszary pojęciowego i  
uczuciowego chaosu, gdzie czaił się obłęd. 
Gwałtownie opadła mgła. W jednej chwili pod cięŜarem  
rosy pochyliły się trawy. Rosa kleiła się do włosów,  
osiadała na brwiach i rzęsach, wilgoć sprowadzała chłód.  
Gam zaczęła dygotać. JuŜ nie chciała iść dalej: droga  
wiodła w mrok, ku ciemności... Z całych sił pragnęła się  
teraz znaleźć w pobliŜu drugiego człowieka. 
- Człowieka - przedrzeźniało echo. 
4K 
Jej włosy musnął nietoperz. Z krzykiem uciekła do  
domu. Kinsley mówił coś do niej, uspokajał, Gam patrzyła  
na jego twarz, emanującą spokojem, oświetloną księŜy- 
cowym blaskiem. Uwiesiła się na nim i zaciągnęła do  
siebie, wprost na posłanie. 
Kinsley wiedział doskonale, co ją dręczy, i głaskał tak  
długo, aŜ jej rozdygotanie minęło. A kiedy Gam z wdzięcz- 
ności przycisnęła usta do jego ucha i jej ciało miękko  

background image

poddało się pieszczotom, zostawił ją w spokoju. 
Rano Gam długo się rozglądała wokół siebie. Dzień był  
jasny. Powietrze na dworze lekko drŜało i falami ciepła  
wlewało się oknem do pokoju. Przez podwórze niósł się  
ś

piew mamki. Turkotały wozy, radośnie poszczekiwały psy,  

skrzeczały papugi. Świat był prosty i uporządkowany.  
Wszystko do siebie pasowało. Całą swą istotą, pewnie i  
ochoczo Gam wkraczała w nowy dzień. 
Tylko... co takiego wydarzyło się wczoraj? Jakieś zjawy,  
nieznośne przywidzenia. Kiedy noc przeminęła, złe czary  
straciły moc. Wstał dzień, pełen Ŝycia, mocno zakorzeniony  
w teraźniejszości. 
WciąŜ jeszcze zamyślona, Gam wsłuchiwała się w sie- 
bie. Zjawił się Kinsley i śmiejąc się, pokazał jej świeŜy koci  
przychówek: małe niezgrabnie pełzały po dachu i po- 
piskiwały. 
Gam patrzyła na Kinsleya bojaźliwie jak dziecko, z  
całkowitym jednak oddaniem. Nie mogła pojąć, jak to się  
stało, Ŝe zasnęła. Zaczerwieniła się. Szybko chwyciła dłoń  
Kinsleya i pocałowała ją. A za jakiś czas w całym domu  
było słychać jej śpiew. 
Nazajutrz obok farmy przeciągnęła karawana mułów z  
Sierra Cordoba. Zwierzęta niosły na grzbietach kolorowe  
marmury i miedź. Przewodnik nakazał poganiaczom, by  
zatrzymali się w pobliŜu na odpoczynek. Byli to Indianie z  
plemion Gujana i Tupi. Na ich piersiach widniały  
wytatuowane totemy. Rozbili obóz w cieniu 
akacji, usiedli pod sosnami i cierpliwie przeŜuwali ku- 
kurydziany chleb. 
Przewodnik pokazał Kinsleyowi rzadkie znaleziska:  
ciemne tygrysie oczka i kryształy górskie zdumiewających  
rozmiarów. Podarował teŜ Gam dwa agaty. Kiedy Kinsley  
zobaczył, jak się ucieszyła, przyniósł jej indiański łańcuch z  
oprawnych w złoto krwawników i ametystów. Wieczorem  
opięła nim biodra i spacerowała tak nago po dywanie;  
złocistobrązowe cienie zmierzchu tworzyły wspaniałe tło  
dla jej jasnego ciała. 
Po dwóch tygodniach wyjechali nad morze; na redzie  
kotwiczył jacht Kinsleya. Jakiś czas towarzyszyły mu mewy  
i rybitwy, przed dziobem baraszkowały delfiny. Raz udało  
się Gam wypatrzyć trójkątną płetwę rekina. Wieczorami  
woda delikatnie fosforyzowała. Latające ryby wyskakiwały  
aŜ na deski pokładu. Któregoś dnia jacht dostał się w pasat. 
Wydęty Ŝagiel oddzielał przednią część pokładu od  
reszty. Gam wyciągnęła się w słońcu na leŜaku. Była pora  
sjesty i załoga odpoczywała; na pokładzie został tylko  
znudzony sternik, który przysypiał za kołem. Kiedy zjawił  
się Kinsley, odesłał go na dół i sam stanął za sterem. 
Nad jachtem rozpościerało się ciemnobłękitne niebo.  
Powalał Ŝar słońca - stało niemal w zenicie. Świat ska- 

background image

mieniał w niesamowitym napięciu południowego prze- 
silenia. Osiągnąwszy szczytowy moment, czas się zatrzy- 
mał, wymknął się zwykłym regułom. Kulminacja ta miała w  
sobie coś przeraŜającego. 
Gam wstała z leŜaka. Na czole perliło się jej kilka kropel  
wody. Kiedy się podniosła, krew uderzyła jej do głowy i  
zmąciła wzrok. Wyciągnęła ramiona, pokręciła głową i  
naraz poczuła, jak bardzo w słońcu nabrzmiały jej Ŝyły.  
Nieprzytomna z rozkoszy zrzuciła z siebie wszystko, by  
promienie mogły ogarnąć całe jej ciało. Pragnęła tych  
pieszczot; przymknęła powieki i uniosła twarz ku słońcu. 
Zawieszona pomiędzy światłem i szumem morza, chło- 
nęła krystaliczny strumień Ŝycia, wypełniający ją bez  
reszty, docierający w najgłębsze warstwy jestestwa. Była  
teraz wszystkim, morzem i światłem, dotykała wieczności.  
Wszystko w niej się rozśpiewało; śpiewał teŜ jacht, wiatr,  
morze i niebo. W pewnej chwili otworzyła oczy, wciąŜ  
jeszcze zwrócone do słońca, i poczuła ostry, przeszywający  
ból. Szum, śpiew, początek i jednocześnie koniec - grzmot  
piorunów i cisza - prawdziwe misterium... 
Kolana Gam drŜały, ręce wyciągały się do nieba; w nie- 
pojętej ekstazie naga kobieta krzyczała, nie słysząc wła- 
snego głosu. Coś w niej kipiało, wirowało z hukiem, przej- 
mowało dreszczem, w którym koncentrowało się Ŝycie —  
otwierały się jego bramy, ładowały akumulatory, to była  
otchłań, do której Ŝycie musiało się wlać: kobiece łono...  
Wołała o Ŝycie, dysząc, płacząc, unosząc się, próbowała  
pochwycić powietrze; zza zaciśniętych zębów dolatywały  
jęki, Gam cięŜko dyszała; teraz pośpiesznie wciągała jakieś  
ubranie, nie rozumiała słów męŜczyzny, który stał obok,  
krzyczała: 
- Słońce-mnie-obejmuje-niebo-otacza-stary-świat-fa-luj  
e-Ŝycie-nabrzmiewa...! 
Nieprzytomna szarpała męŜczyznę, aŜ ten chwycił ją za  
szyję i zaczął dusić. Oszalała z bólu i przeraŜenia,  
gorączkowo, z niesamowitą zajadłością, rzuciła mu się do  
ust i wgryzła się w nie tak mocno, Ŝe musiał ją puścić.  
Natychmiast znów się na nim uwiesiła; Kinsley odepchnął  
ją i patrzył jak skamieniały. Zatoczyła się i dziwnie  
niepewnym krokiem, z tajemniczym uśmieszkiem na  
obrzmiałych ustach, przeszła obok niego, przemierzyła  
pokład z głową wysuniętą do przodu, wykonując nieświa- 
domie rękami jakieś dziwne gesty, po schodkach, trzymając  
się poręczy, zeszła do pomieszczeń dla załogi. 
Ogarnął ją półmrok. Przez moment, zanim znikła pod  
pokładem, jaśniała jeszcze w ciemnym otworze lśniąca biel  
jej sukienki. WciąŜ jednak z zewnątrz dochodził do Gam  
szum morza, a przez luki widać było błękit nieba. 
LeŜący w hamaku sternik obudził się i przetarł oczy ze  
zdumienia. Jeszcze na wpół pogrąŜony we śnie, ale juŜ  

background image

Ŝą

dny wraŜeń, zeskoczył na podłogę. Z przeciwnej strony  

pędził chiński kucharz. PoŜądanie wykrzywiło jego twarz  
kurczowym grymasem Meduzy. Chciał zajść sternika z  
boku. Wyciągnął rękę ku jego długiej, bladej nodze, sternik  
jednak chwycił go za ramię. Chińczyk syknął i próbował  
teraz udusić Fryzyjczyka. Obaj upadli i zaczęli się kotłować,  
cięŜko sapiąc i tłukąc pięściami. 
W drzwiach ukazał się Kinsley. Jedną ręką mocno  
chwycił za framugę, w drugiej trzymał rewolwer. Kiedy na  
linii strzału zobaczył Gam, odrzucił broń, chwycił pejcz i  
zaczął okładać kłębiących się męŜczyzn. Kucharz zawył i  
rozpłaszczył się na podłodze. Kinsley postawił stopę na jego  
twarzy i zabrał Gam do kajuty. Przylgnęła do niego  
wzrokiem, niezrozumiale mamrotała, śmiała się, zupełnie  
nieobecna duchem; jej głowa jak zwiędły kwiat opadła na  
poduszki i młoda kobieta niemal natychmiast głęboko  
zasnęła. 
Kinsley, zamyślony, długo obok niej siedział. W końcu  
pokiwał głową, wstał i poszedł zobaczyć, co się dzieje z  
Chińczykiem. Kucharz leŜał w tym samym miejscu. Kinsley  
sprawdził, czy nie dolega mu coś powaŜnego, po czym  
pomógł mu dotrzeć do kuchni. Kiedy wrócił, ujrzał sternika,  
który zaszył się w kącie. Oznajmił sternikowi, Ŝe go  
zwalnia. Kazał mu zejść na ląd w najbliŜszym porcie. 
Gam przebudziła się w nocy. Próbowała zebrać myśli.  
Wiedziała, Ŝe coś się wydarzyło. Czuła się jak nowo naro- 
dzona. W tym mrocznym zamęcie coś się nad nią przewa- 
liło. Pokonała jakiś próg, przed nią rozciągała się otwarta  
przestrzeń. Poddała się potęŜnej sile, która tkwiła w niej  
samej; ta siła nie pozostawiła jej Ŝadnego wyboru i jak  
Ŝ

ywioł pchnęła ją w stronę męŜczyzny. Wybuch kobiecości  

oznaczał jednak więcej: był najgłębszym z doznań ero- 
tycznych, jakie moŜe przeŜyć człowiek. To doznanie stało  
się jej udziałem właśnie dlatego, Ŝe była kobietą. 
d  

 rlAiu 

AQ 
Odbicia mistycznej karmy padały tu i tam. I nagle,  
zupełnie niespodziewanie, Gam ujrzała w nich siebie. 
Przez ostatni rok prawie nie zaznała spokoju. Jak lunatyk  
szła swoją drogą i pokornie godziła się z losem. Teraz  
największy wysiłek miała juŜ za sobą, zdołała przeniknąć  
naturę swej kobiecości. Wiedziała teŜ, Ŝe chciałaby zawsze  
tak siebie odbierać. 
Jej inicjacja się dokonała. Droga zatoczyła koło. Biegła  
od rozproszenia ku koncentracji - pozwoliła Gam poznać  
siebie; teraz droga na pewno nie prowadzi ku rozproszeniu,  
pojawią się na niej sprawy niepojęte, kuszące przygody-  
słowem, Ŝycie określane obecnością męŜczyzny. 
Ś

witało. Na pokładzie słychać było jakieś głosy. Kinsley  

wyszedł z kajuty. Zobaczył swą załogę w komplecie.  

background image

Sternik podniósł rewolwer i oświadczył, Ŝe jeśli Kinsley się  
ruszy, kula go nie minie. Ma natychmiast przyjąć go z  
powrotem. A co do załogi: zabezpieczeniem dla marynarzy  
będzie zapłata za trzy miesiące z góry. Opór jest bezcelowy,  
są przecieŜ na morzu. 
Kinsley zmierzył sternika przenikliwym spojrzeniem.  
Marynarz stracił pewność siebie i opuścił broń. 

Strzelaj! - krzyknął Kinsley i podszedł do niego.  

Odebrał mu rewolwer. 
Ludzie zaczęli się rozchodzić. Kinsley jeszcze przez  
chwilę stał zamyślony. Przypomniał sobie przyczynę przy- 
krego zajścia. 

MoŜesz zostać - powiedział głosem, w którym po  

brzmiewał smutek. 
W kajucie Gam słyszała wszystko. Kiedy jednak ujrzała  
obok siebie Kinsleya, który dopiero co okazał wy- 
rozumiałość, a teraz milczał, przyszło jej do głowy, Ŝe moŜe  
to juŜ koniec, zaczęła wątpić, czy Kinsley ją jeszcze  
rozumie. Między nimi pojawiło się coś nowego, Gam jednak  
nie wiedziała, skąd się wzięło. I nie chodziło by- 
err\ 
najmniej o jakieś chwilowe nieporozumienia czy Ŝale,  
chodziło o Kinsleya. 
Kiedy po południu przechadzała się po pokładzie, sternik  
wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu. Nie znała powodu,  
pamiętała jednak o porannej awanturze; gwizdnęła na  
wyŜła, który naleŜał do Kinsleya. WyŜeł przyniósł w pysku  
pejcz. Gdy wracała, dostrzegła poufały uśmieszek  
marynarza. Z całej siły zdzieliła go pejczem między oczy... 
IV 
Jacht zakotwiczył w Kolombo. Otoczyły go wyładowane  
towarami łodzie tubylców. Gam rzucała monety do wody.  
Ciemnoskórzy męŜczyźni nurkowali za nimi jak foki,  
wyławiali je i kłócili się o zdobycz. Kiedy wychodzili z  
wody, w ich brunatnej, mokrej skórze odbijało się słońce.  
Brzeg wabił mieszaniną róŜnorodnych zapachów, kusił  
widokiem palm. Gam stała z Kinsleyem przy re-lingu,  
wskazywała nurkujących. 

Na Wschodzie biel jest kolorem Ŝałoby; nam się  

wydaje, Ŝe równieŜ bogowie muszą być biali, tymczasem  
tutaj są ciemni, brązowi... 

Brązowi i okrutni — dodał Kinsley. - Bez cienia  

współczucia. To dobrze. W kaŜdym razie to małostkowi, słabi  
egoiści. CóŜ, konsekwencje upadku... 
 

Z którymi się walczy... 

To bezcelowe. Jeśli ktoś wznosi się ponad innych,  

powinien się takŜe godzić z upadkiem: te dwie sprawy łączą  
się ze sobą. Tymczasem nikt, komu się wiedzie, nie wierzy,  
Ŝ

e moŜe upaść. 

background image

RównieŜ wtedy, gdy ponosi klęskę... 

PoniewaŜ nie rozumie ducha czasu. Zanim dom się  

zawali, pękają tynki. Nim się dopełni czyjś los, zawsze  
widać jakieś symptomy. Walka z nimi byłaby głupotą,  
gorzej - trąciłaby sentymentalizmem. To wręcz śmieszne.  
Nadchodzący koniec moŜna co najwyŜej zauwaŜyć, nie  
sposób go jednak powstrzymać. 
Gam roześmiała się niepewnie. 

Kto mówi o końcu...?  

Kinsley nie odpowiedział. 
Mijały dni. Spędzali je na rozmyślaniach, które wy- 
magały spokoju i odosobnienia. Uniesiony wzrok, ulotne  
wraŜenie padającego cienia, szklanej ściany. A potem  
burząca się piana uczuć, ich wezbrany strumień, fanta- 
styczny bezład. Chwila spokoju, po czym znów konieczność  
roztrząsania spraw i gorączkowe wyczekiwanie,  
bezzasadne, lecz uporczywością górujące nad innymi do- 
znaniami. 
Na schodach i tarasach świątyni w Kandy płonęły  
pochodnie. Przed nimi stały namioty syngaleskich prze- 
kupniów; wokół straganów tłoczyli się ludzie, którzy  
kupowali świece i białe kwiaty lotosu. Do Europejczyków  
podszedł kapłan w szafranowoŜółtych szatach i pozdrowił  
ich dźwięcznym salam. Gdy Kinsley zwrócił się do niego w  
hindustani, odpowiedział mu dobrą angielszczyzną. 
Główny kapłan pokazał im najświętszą z relikwii -ząb  
Buddy - mówił takŜe o cennej świątynnej bibliotece, na  
którą składały się tysiące metalowych tablic. Kiedy Kinsley  
napomknął coś o buddyjskim pesymizmie, kapłan porównał  
go z filozofią Schopenhauera i Platona. Widząc zdziwienie  
w oczach Gam, uśmiechnął się i wskazał na półkę z  
europejskimi ksiąŜkami: widać było, Ŝe często do nich  
zaglądano. 

Pokonać moŜna tylko to, co znamy, mimo Ŝe cza  

sem wydaje się niebezpieczne. Coś takiego moŜe nam  
ciąŜyć, nawet bardzo, nigdy nas jednak nie zniszczy.  
Wnikamy bowiem w to coś naszym tchnieniem i powoli  
przyswajamy. Tylko tak da się zatrzymać przemianę,  
w przeciwnym razie przemknie obok nas. Jeśli zapanu  
jemy nad czyjąś wolą, bez walki zapanujemy równieŜ nad  
jego ramieniem. Jeśli jednak obezwładnimy samo ramię, 
 
ono nas niebawem uderzy. ZagraŜa nam tylko coś, czego  
nie znamy; jest bowiem dla nas czymś obcym, bez czy- 
telnych powiązań. 

Dlatego tak kochamy wszystko, co obce. 

Kochamy o tyle, o ile zdołamy poznać, gdyŜ wtedy  

nam juŜ nie zagraŜa. NaleŜy do nas i nie moŜe nas pokonać.  
Poznanie łączy się tutaj z wolnością. 

„Poznanie" - cóŜ za słowo! Jak to osiągnąć? 

background image

Na pewno nie poprzez spekulacje myślowe; są one  

jedynie prostackim dreptaniem po powierzchni spraw.  
Prawdziwe poznanie wymaga, by zejść głębiej - to sprawa  
krwi. Najbardziej wyrazistym doświadczeniem jest miłość.  
Pragnie dla siebie człowieka. Potrafi nim zawładnąć,  
przenika w niego, wlewa się jak w naczynie i wypełnia po  
brzegi. Wypiera wszystko, co kiedyś do niego naleŜało. 

Bierze w posiadanie i zarazem niszczy. 

W tych sprawach u ludzi Zachodu panuje osobliwy  

zamęt. - Lama uśmiechnął się. - W ich białych czaszkach  
gnieździ się niepokój, wygłodniałe zwierzę, które nazywają  
myśleniem. Myślą bez ustanku, ciągle pytają. Stawiają zbyt  
wiele pytań, nie potrafią milczeć ani czekać. Poprzez  
czekanie przygotowujemy się do najgłębszych przeŜyć, do  
spełnienia. Przypomina ono świerszcze, które kaŜdy słyszy,  
ale mało kto widzi. Spełnienie domaga się ciszy. Dopiero  
kiedy staniemy się jak ziemia i góry, jak krzewy i owoce,  
moŜemy wyjść mu na spotkanie. 
Łąka jest silniejsza od dębu - ciągnął. - Nie pęka pod  
naporem burzy, poniewaŜ się jej poddaje. Kto ustanowi  
jakieś prawo, musi wiedzieć, Ŝe ma ono sens tylko przez  
pewien czas. W przeciwnym wypadku uzaleŜni się od niego  
i skostnieje. Drzewa dojrzewają i przemijają, nawet skała  
wietrzeje. Nic nie jest trwałe, trwała jest jedynie zmiana. 

Zmiana... - Gam oparła się o niski mur. 

Ciemność zacierała rysy twarzy kapłana. Stał przed Gam  
pełen powagi, za jego plecami gęstniał mrok. Wiatr  
wydymał poły mniszego okrycia. Mówił z uśmiechem: 

Co jakiś czas gości u mnie pewien człowiek z Za  

chodu. Spędził on kilka łat w świętym mieście Urdze,  
rozmawiał z Ŝywym buddą, tamtejszym panującym. Kie  
dyś ten przybysz zdradził mi tajemnice praw rządzących  
miłością. Magnes poszukuje Ŝelaza i je przyciąga, podob  
nie zresztą jak Ŝelazo przyciąga magnes. Wkrótce jed  
nak magnes przenika w Ŝelazo, uŜycza mu swej mocy,  
tak Ŝe Ŝelazo przynaleŜy juŜ tylko do niego i samo powo  
li staje się magnesem. Wtedy magnes zaczyna je odpy  
chać i musi poszukać innego kawałka Ŝelaza. 
Gam opuściła wzrok. Myślała o Clerfaycie, którego  
przeznaczeniem stało się zniewolenie. Nie mógł i nie umiał  
odzyskać swobody. Czuła to i dlatego odeszła. Czy lama nie  
powiedział, Ŝe wszystko ma swój czas, w którym dojrzewa,  
a potem przemija? MoŜe jednak siłą woli dałoby się  
przezwycięŜyć przemijanie, zatriumfować nad nim?  
Popatrzyła na Kinsleya, którego postać przesłaniał cień. Jak  
właściwie jest z nimi? 

Kilka dni temu ów Europejczyk znów się u mnie  

zjawił. Przyszedł ze swym tamilskim słuŜącym; chłopiec  
na skroni miał ranę, która nie chciała się goić. Prosił  
mnie o lecznicze zioła i balsam indyjski. Jeszcze raz roz  

background image

mawialiśmy o tych sprawach. Mój gość uwaŜał, Ŝe w Eu  
ropie wiedza o nich się zatarła, poniewaŜ potępia je tam  
tejsza moralność; tylko nieliczne kobiety Zachodu rozu  
mieją, czym jest smutek i niedostatek miłości. A właśnie  
w losach tych kobiet objawia się przeznaczenie, mają one  
większą od pozostałych świadomość istoty swej płci; za  
pisy historyczne nie pozostawiają Ŝadnych wątpliwości.  
W tych ksiąŜkach - tu lama wskazał półkę - moŜna o nich  
sporo przeczytać: Aspazja, Fryne, Lais... Opowiadał, Ŝe  
te kobiety były o wiele bardziej niŜ inne zaleŜne od ta  
jemnych sił natury i poddane jednemu wspólnemu pra- 
wu. Nie potrafiły znaleźć spokoju u boku partnera; musiały  
się w końcu od niego uwolnić. Po czym z uśmiechem dodał,  
Ŝ

e tak właśnie wygląda gra przeciwieństw. Te kobiety były  

jak kule: toczyły się własną drogą dopóty, dopóki nie trafiły  
na przeszkodę - wtedy na pewien czas się zatrzymywały.  
Oznaczało to dla nich nadejście szczęśliwych dni. 
Gam milczała. Te słowa zapadły w nią głęboko. Kiedy  
jednak próbowała zebrać myśli, zauwaŜyła, Ŝe to, co usły- 
szała, jakoś dziwnie jej umyka. W końcu dała spokój, bo  
wiedziała, Ŝe to wszystko w niej tkwi i słowa nie są po- 
trzebne. 
Kapłan towarzyszył im do wrót świątyni. Świat pogrąŜał  
się w mroku. Szumiały ogrody. Gwiazdy błyszczały nad  
ziemią jak złote kule. Lama podszedł do Gam i rzekł: 
- Jeśli ktoś Ŝyje samą mądrością, bez kobiet, potrafi  
zajrzeć w przyszłość. Wiem, Ŝe jeszcze kiedyś pani dłonie  
będą dotykały tablic zgromadzonych w tej świątyni. Wtedy  
powiem pani więcej. 
Podczas jazdy powrotnej Gam nie mogła się otrząsnąć z  
zamyślenia. Z Kinsleyem rozstała się niemal bez słowa. 
Kiedy rozczesywała włosy, wróciły do niej wspomnienia  
z pampy. Przerwała czesanie i poszła do Kinsleya. Siedział  
zupełnie nieruchomo, patrząc przez iluminator; był tak  
pogrąŜony w myślach, Ŝe nie usłyszał, jak weszła. Pochylił  
głowę; w jego spojrzeniu mieszały się powaga i zagubienie,  
widać było, Ŝe nie jest mu lekko. Gam stała i przyglądała  
mu się długo z nieco zagadkowym wyrazem twarzy. Serce  
biło jej mocno, czuła, Ŝe zbliŜa się coś nieokreślonego,  
jakby poŜegnanie; nie chciała tego, cień rozstania był jednak  
coraz wyraźniejszy. Teraz, w chwili szczególnego  
wzburzenia, kiedy dała się ponieść emocjom, odczuwając na  
przemian ból, potrzebę miłości i dobroci, kochała Kinsleya  
jak nigdy dotychczas i nie wyobraŜała sobie, by mogła go  
opuścić; a przecieŜ nie 
było to nic innego, jak właśnie pierwsze oznaki nadcho- 
dzącego końca. Ze łzami w oczach podeszła do siedzącego  
w samotności, milczącego męŜczyzny i mówiła do niego  
długo, z głębi serca. 
Zza burty dobiegało chlupotanie wody. Gam obudziła się  

background image

i w ciemnościach włączyła lampę. Dźwięki przybierały na  
sile. Wyskoczyła z łóŜka i nasłuchiwała. Szum fal zagłuszał  
jakieś odgłosy. Po chwili Gam usłyszała nad sobą  
pospieszne kroki - ktoś przeszedł po pokładzie i otworzył  
drzwi. Teraz wyraźnie było słychać czyjś głos: giętki,  
metaliczny, o silnym brzmieniu. Gam znieruchomiała,  
opuściła głowę. Głos wydawał się znajomy. Nagle krew,  
zagłuszając chlupot fal, z szumem uderzyła jej do głowy.  
Czuła, Ŝe traci siły, oparła się o ścianę, słyszała, jak Kinsley  
odpowiada, potem jeszcze kroki, odległy szczęk zamka,  
jakieś postukiwanie. W końcu wszystko ucichło. 
Zeszła po schodach. U Kinsleya paliło się światło.  
Słychać było rozmowę. Pośpiesznie wycofała się do swojej  
kajuty i pragnąc uciec jak najdalej, zapadła w otchłań snu. 
Przez uchylone okienko przenikało słone, chłodne  
powietrze, w którym mieszały się zapachy kwiatów i cy- 
namonu. Na rufie siedział młody marynarz, który śpiewał  
jakąś sentymentalną piosenkę. Kinsley wyjaśnił Gam, Ŝe  
nocą do nabrzeŜa dobiła łódź, którą przypłynął jego  
przyjaciel - Gam miała juŜ okazję go poznać, to Lavalette.  
Zatrzymał się na krótko w drodze do Hongkongu i  
wieczorem w klubie usłyszał, Ŝe w porcie stoi jacht  
Kinsleya. Jego słuŜący miał bolesną ranę. Lava-lette nie  
chciał go z sobą brać dalej, dlatego teŜ zjawił się z prośbą,  
by Kinsley zechciał na kilka dni wziąć chłopca do siebie i  
dopilnować jego kuracji. Jeszcze tej nocy Lavalette  
odpłynął. 
Chłopiec był smukłym Tamilem o oliwkowobrązowej, 
dziwnie jasnej twarzy i chudych rękach. Na czole miał  
płytką, lecz szeroką ranę, która biegła aŜ po skroń. Słabym  
głosem odpowiedział na pytania Gam, po czym wskazał  
pudełeczko z balsamem indyjskim, który naleŜało wcierać  
w plecy. Jego pan dostał balsam od kapłana z Kandy. Pan  
powiedział, Ŝe dzięki temu balsamowi ozdrowieje. 
- Wierzysz, Ŝe pomoŜe? - zapytała Gam. 
W Kolombo na placu do gry w krykieta do Gam pod- 
szedł jakiś kreol i się przedstawił. Jego lśniące paznokcie  
były ciemne, na ręce połyskiwał wielki opal. Gam była  
przekonana, Ŝe juŜ go kiedyś widziała. 
W południe świątynny babu przyniósł do klubu wia- 
domość, Ŝe przyjechał cyrk. Wszyscy postanowili wybrać  
się tam wieczorem. 
Nieprzebite tłumy Hindusów oblegały namiot, kto mógł,  
próbował się przeczołgać pod płócienną ścianą. Tych  
jednak obsługa bezlitośnie wyciągała na zewnątrz i  
odganiała jak najdalej kijami o zakrzywionych hakowato  
końcach. 
Jak na kraj azjatycki przystało, program był nadzwyczaj  
długi. Tubylcy Ŝywo w nim uczestniczyli i podczas przerw  
z przejęciem dyskutowali o oglądanych numerach. Kiedy  

background image

wyleniały lew niespodziewanie zaczął ryczeć i ruszył w  
stronę bariery, pierwsze rzędy ogarnął popłoch; tylko jakiś  
starszy męŜczyzna zachował spokój i nie ruszył się z  
miejsca. Lew wsparł się na sztywno wyprostowanych  
łapach i łypał ślepiami w stronę krzyczącego tłumu. W  
końcu udało się go wyprowadzić; odszedł z gniewnym  
pomrukiwaniem. 
Kiedy widownia powoli się uspokoiła, na tyłach pod- 
niósł się krzyk. Podczas chwilowej paniki doszło do zwar- 
cia w instalacji elektrycznej. Najpierw zajął się płócienny  
fragment namiotu; po chwili płachta opadła na stertę słomy.  
Ta zapaliła się jak pochodnia i ogień przeniósł 
się na składowisko lin nasyconych olejem. Obsługa na  
koniach próbowała zdławić płomienie, rzucając na nie maty,  
co tylko pogorszyło sytuację. Płonące szmaty fruwały w  
przeciągu na wszystkie strony. Nagle ogień objął ścianę  
namiotu, zaczęły teŜ dymić drewniane ławki. 
Hindusi z wrzaskiem rzucili się do wyjścia. Napierający  
tłum zatarasował wąskie drzwi. Ogień się rozprzestrzeniał,  
w powietrzu kłębił się gęsty, duszący dym. Przepalił się  
główny kabel, zgasły wszystkie światła. Wybuchła panika.  
Przeraźliwie krzycząc, tłum przeistoczył się w zbitą masę  
skłębionych ciał. Wyciągnięte ręce targały cudze włosy,  
paznokcie wpijały się w szyje. Z miejsc połoŜonych wyŜej  
tubylcy skakali w ludzką kipiel, próbując po głowach  
przedostać się do wyjścia; rozszalały nurt niósł ich przez  
chwilę, po czym, stratowani, ginęli pod powierzchnią. 
Z klatek dobiegał ryk i chrapliwe posapywanie lwów, co  
potęgowało chaos, tym bardziej Ŝe wokół panowały  
ciemności rozświetlane jedynie blaskiem płomieni. LoŜe  
Europejczyków znajdowały się dość daleko od wyjścia.  
Jakiś Anglik krzyczał, Ŝeby zachować spokój i nie opusz- 
czać miejsc: ogień nie jest niebezpieczny, mówił, obawiać  
się trzeba wyłącznie tłumu. 
Od zaduchu i zapachu spalenizny Gam zrobiło się słabo,  
nie mogła się utrzymać na nogach. Nagle płomień uderzył  
w górę i rozprzestrzenił się wzdłuŜ jednej z płóciennych  
płacht; zawalił się szkielet namiotu. Gam poczuła, Ŝe ktoś ją  
wziął na ręce i niesie wśród zupełnego zamętu. To był  
kreol. Udało mu się przenieść Gam pod przeciwległą ścianę.  
NoŜem rozciął płótno, przeszedł przez zwalone maszty,  
odsunął nadpalone belki i, z Gam na rękach, przecisnął się  
na zewnątrz. Przebiegł na ukos przez plac i znalazł się na  
ulicy, na której stał jego wóz. Kiedy Gam, niemal  
zaczadzona, znalazła się znów na świeŜym powietrzu,  
zemdlała. Wybawca ułoŜył ją na siedzeniu auta. 
Po kilku minutach się ocknęła. Zorientowała się, Ŝe  
zamiast jechać do portu, kreol wywozi ją z miasta. Chciała  
wstać, pytać, zaraz jednak opadła na siedzenie. Czuła się  
jak przed chwilą, podczas poŜaru, w ramionach tego  

background image

męŜczyzny- zawładnęła nią jakaś siła i niosła nie wiadomo  
dokąd. Gam poddała się jej działaniu. 
Kreol odwrócił się do niej. Kiedy zobaczył, Ŝe oprzy- 
tomniała, jego oczy zwęziły się w szparki. Była wyczer- 
pana: głowa z powrotem opadła jej na siedzenie. Mimo to  
Gam cały czas bacznie obserwowała kreola. Nie odzywał  
się, z charakterystycznego pochylenia całej postaci moŜna  
było jednak wywnioskować, Ŝe prowadząc wóz, stara się jej  
nie spuszczać z oka. 
W światłach samochodu z ciemności wyłonił się park.  
Nadbiegła słuŜba. Kreol wrzasnął na swych ludzi, kaŜąc im  
się błyskawicznie wynosić, po czym sam wprowadził Gam  
do domu. Z rozmachem otworzył drzwi do jakiegoś pokoju.  
Gam zauwaŜyła, Ŝe z pokoju nie ma innego wyjścia.  
Widząc jej zmieszanie, kreol się uśmiechnął. Gam stała  
wciąŜ wyprostowana obok stołu: była zbyt zmęczona, by  
zdobyć się na cokolwiek. Mieszaniec pokręcił głową i rzekł: 

ś

yczę dobrego snu; rano proszę się czuć jak u siebie.  

SłuŜba jest na pani rozkazy. Ja, niestety, jutro muszę być w  
Kolombo. 

W Kolombo?! - wybuchnęła Gam. 

Stał nieporuszony i patrzył, jakie wraŜenie wywarły jego  
słowa. Gam jednak zaraz wzięła się w garść, wzrok utkwiła  
w podłodze. Gdy kreol wyszedł, natychmiast pobiegła do  
drzwi i pośpiesznie je zaryglowała. 
Ktoś kilka razy zapukał do drzwi. Gam nie odpowiadała.  
Kiedy w końcu otworzyła, ujrzała w progu wystraszoną  
garbuskę. SłuŜąca zapytała, czy czegoś nie przynieść. Gam  
przyjrzała się jej. Ciało słuŜącej było bardzo zniekształcone,  
kobieta miała jednak piękne dłonie i oczy. 
Razem z garbuską wyszła do parku. Przed domem  
wznosiły się dwie oranŜerie, w których dojrzewały or- 
chidee; pod szkłem umieszczono równieŜ akwaria. Pła- 
skobokie rybki o płetwach zdobnych w pawi deseń i sko- 
ś

nych oczach kreśliły szybkie zygzaki. W gęstwie roślin  

buszowały księŜycowate molinezje, w szlamie zagrzebał się  
sum - wystawały jedynie czujne i ruchliwe końcówki jego  
wąsów. Za winnoczerwonymi cichlidae goniły ryby w  
kształcie kuli, które wyrywały kolorowe ślimaki Ŝerujące na  
ich grzbietach. Wśród walisnerii znieruchomiały  
przezroczyste, niemal niewidoczne lancetniki. Tylko nić  
jelita, zakończona pęcherzykiem Ŝołądka, pulsowała  
ciemniejszym kolorem. Turkusowobłękitne rybki syjamskie  
zastygły w bezruchu w gęstwinie strzałkowców, wiel- 
kopłetwy z zapałem budowały swe pieniste gniazda. Kiedy  
Gam wracała z garbuską ze spaceru, przechodziły obok  
dziwnych roślin o dzwonkowatych, wręcz nieprzyzwoitych  
kształtach. Inne znów miały kwiaty przypominające  
nieświeŜe mięso; z jakąś bezwstydną przewrotnością  
otwierały nagle mroczną czeluść oka, w której pośród  

background image

lepkich owłosionych ścianek w mękach dogorywały  
uwięzione owady. Obok stały dostojne, białe kwiaty; ich  
szypułki układały się we wzór krzyŜa i z tego powodu  
nazywano je boŜymi mękami. 
Przez dom często przebiegali chłopcy podobni do bla- 
dych aniołków. Mieli uszminkowane wargi. Poruszali się  
bezgłośnie. W ich Ŝyłach płynęła indiańska krew, byli  
mieszańcami i zarazem bękartami o chorobliwym uroku  
dzieci naznaczonych piętnem śmierci. W jednym z pokoi  
jakaś potęŜnie zbudowana kobieta rozczesywała włosy,  
które niczym rozlewająca się rzeka spływały jej na ramiona.  
Odwróciła głowę i z ukosa spojrzała na Gam,  
przygwoździła ją wzrokiem, po czym oblizała wargi. W  
mimice tej pospolitej, mongolskiej twarzy było coś nie- 
bywale wulgarnego i lepkiego. Ręce kobiety- słabe 
i miękkie, pokryte nabrzmiałymi Ŝyłami - musiały do- 
skonale wiedzieć, czym jest cięŜar Ŝycia. 
Gam miała juŜ dość i chciała odejść. Poczuła jednak, Ŝe  
ktoś ją trzyma za ramię; obok zobaczyła wykrzywioną w  
niepojętym strachu twarz garbuski. 
- Musisz zostać - szeptała kaleka poszarzałymi wargami. 
Gam nie wiedziała dlaczego, spełniła jednak prośbę  
słuŜącej: nie zastanawiając się, zawróciła. Po południu  
bawiła się z dwoma długowłosymi kotami angorskimi i  
słuchała bajek opowiadanych przez garbuskę; wszystkie  
były o miłości i kończyły się szczęśliwie. Potem przy- 
człapała rozłoŜysta kobieta, na moment zatrzymała się przed  
Gam, przyjrzała się jej i poszła dalej. 
W oknie siedziała oswojona małpa, na palcach miała  
liczne pierścienie. Kiedy garbuska szeptała Gam do ucha,  
małpa powoli się odwróciła. Garbuska natychmiast umilkła,  
a jej twarz zrobiła się popielata. Gdy zwierzę wyszło na  
szczudłach z pokoju, słuŜąca powiedziała, Ŝe małpa jest  
dokuczliwa i nikt jej tu nie lubi; gruba kobieta, która znowu  
się pojawiła, była przekonana, Ŝe stworzenie o wszystkim  
donosi. Kiedy małpiszon znów próbował wejść do pokoju,  
Gam obrzuciła go ksiąŜkami i poduszkami. 
Kreol nie pokazał się przez cały dzień. Gam uśmiechała  
się, myśląc o tym naiwnym zabiegu. Poznała dom na wylot i  
miała okazję podziwiać gust właściciela. Wszystkie pokoje  
były obwieszone dywanami. Marokańskie i perskie  
sąsiadowały z porozkładanymi na podłodze arabskimi i  
tureckimi o niezwykłej ornamentyce; wszystkie zachwycały  
jakością wykonania. 
Nocną ciszę jak nóŜ przeciął rozdzierający krzyk. DrŜąc  
z przeraŜenia, Gam zerwała się z łóŜka, serce biło jej jak  
oszalałe. Usiadła i powoli się uspokoiła: doszła do wniosku,  
Ŝ

e to był zły sen. Ale zaraz przeraźliwy krzyk 

się powtórzył; teraz był wyraźniejszy, bardziej przenikliwy,  
ostrzejszy, jakby komuś groziło śmiertelne niebez- 

background image

pieczeństwo. Gam pobiegła do drzwi i chociaŜ bała się  
otworzyć, z krzykiem, jak szalona tłukła w nie pięściami. Po  
chwili usłyszała stłumiony głos garbuski. Odry-glowała  
zamek, z całych sił wczepiła się w ramiona kaleki i zaczęła  
ją chaotycznie wypytywać. W końcu coś do niej dotarło: 
- To Mary, znów ma atak... 
Garbuska skuliła się, z fałdów spódnicy wydobyła  
grzechoczący róŜaniec i zaczęła przesuwać paciorki, szep- 
cząc przy tym z naboŜnym lękiem. Naraz trzasnęły drzwi;  
pojawił się kreol ubrany w niebieską koszulę nocną, bły- 
skawicznym, gniewnym spojrzeniem obrzucił obie kobiety i  
popędził po schodach na górę. Kiedy otworzył drzwi na  
piętrze, niesamowity krzyk się nasilił, zaraz jednak nieco  
przycichł, po czym rozległy się odgłosy gęstych razów,  
którym towarzyszyły jęki - z czasem coraz słabsze,  
zamierające; po nich dobiegło z góry przeciągłe westchnie- 
nie, przepojone jakimś pragnieniem, głębokie, budzące  
zgrozę. Wobec rozpaczy rozsadzającej ściany nic juŜ się nie  
liczyło. To była jakaś czarna wizja, nagle otulona ciszą  
tropikalnej nocy... 
Garbuska całkiem zaniemówiła. Na podeście przystanęła  
tłusta kobieta; śmiała się chrypliwie, pozwalając sobie w  
dodatku na sprośne gesty. Potem uciekła, przemykając się  
chyłkiem pod ścianami jak zaszczute zwierzę. Cicho  
przeszedł po schodach jeden z chłopców; niósł latarnię,  
której blade światło padało na jego pochyloną głowę. 
Następnego dnia kreol zaszedł do Gam. Zachowywał się  
tak, jakby była jego własnością, uwaŜał to za oczywiste.  
Potraktowała go jak powietrze, cały czas patrzyła w okno;  
w szlifie szyb jak przyszpilony owad drŜała słońce. Choć  
odszedł z niczym, nie poczuł się dotknięty. Kie- 
dy wrócił, Gam była juŜ inna. Wszczęła z nim grę, kiedy jej  
się nie wiodło, kładła mu dłoń na ramieniu, i tak, nie- 
postrzeŜenie, zaczęła coraz Ŝywiej reagować na jego słowa.  
Wyczuł to natychmiast i z całą energią, zupełnie juŜ  
zaślepiony, zaatakował, próbując ją uwieść. Odepchnęła go,  
chociaŜ nie poniŜyła; nieco zaskoczona patrzyła w  
zamyśleniu przed siebie. Mieszaniec uznał, Ŝe się  
zagalopował i zaczął od nowa, tym razem zdecydowanie  
rozwaŜniej: kluczył, mówił coś, chwytając Gam za rękę,  
krąŜył, mierząc kaŜdy krok, wznosił wokół niej ogrodzenie,  
sączył krople uczucia, dodawał do nich następne, nabierał  
pewności siebie, czując, Ŝe Gam mu się poddaje, podejmuje  
grę, sądził, Ŝe juŜ ją usidlił, ruszał z kopyta, nagle  
dostrzegał, Ŝe zdobycz mu umyka, nie mógł się juŜ jednak  
zatrzymać, wrzeszczał, po kolejnym wybuchu, widząc  
obojętność w oczach Gam, syczał jak opadająca piana,  
kapitulował, rozpaczliwie krył się za wymuszonym  
uśmiechem... 

Jest pani wspaniała, madame! - krzyknął i runął  

background image

do drzwi. 
Znów był u Gam. 

Ma pan piękne dywany - rzekła Gam, podziwiając  

kolekcję. 

Są moją pasją. 

Ach, więc to pasja...  

Ugryzł się w język. 

Jedyna... - Zawiesił głos, ale nie doczekał się odpo  

wiedzi. — Ten zielony dywan modlitewny przedkładam  
nad wszystkie. By go utkać, rzemieślnik z Basry poświęcił  
całe Ŝycie. Pracował nad nim nawet wówczas, gdy Ŝona  
zdradzała go z pewnym Europejczykiem. Kiedy dywan  
był gotów, kochanek Ŝony zmarł na nieznaną chorobę.  
ś

onę tkacza znaleziono w studni. TakŜe dziś w dywanie  

tkwi szczególna moc... Ale moŜe porozmawiamy o czymś  
innym? 
Przysunął fotel i znów zaczął perorować. Wszelki ogląd  
spraw bywa interesujący tylko wtedy, gdy rozpatrujemy je z  
wielu stron, mówił. Po jednej stronie jest on oraz to, jak on  
ją widzi. To drugie spojrzenie jest nowe, dotychczas  
nieznane; wiadomo jednak, Ŝe chodzi tutaj takŜe o nią. 

Liczy pan na mój protest? - wtrąciła Gam, jakby  

mimochodem. - Jest pan szermierzem starej szkoły.  
Streszczajmy się. Dokończę zatem: chce pan równieŜ  
wiedzieć, czyja pana chcę... 
Ś

ledził kaŜde drgnienie jej twarzy, w napięciu czekał na  

dalsze słowa. Uznał, Ŝe trzeba pomóc Gam, usunąć wszelkie  
przeszkody. Wstał, skinął głową, jakby właśnie skończył  
negocjacje handlowe i dokonał transakcji. Od niechcenia,  
tonem wręcz poŜegnalnym, powiedział: 

No proszę, zaczynajmy... 

Zmierzając do drzwi, wciąŜ czekał na odpowiedź; mil- 
czenie, które zostawiał za sobą, było dlań czymś strasz- 
liwym. Chwycił klamkę, lecz musiał się odwrócić. Rzucił  
Gam tylko jedno, przeciągłe spojrzenie. Czekała na to i  
kiedy szczęknął zamek, zawołała doń, starając się, by słowa  
zabrzmiały jak najzwyczajniej: 

A więc jutro mnie pan odwiezie.  

Natychmiast zawrócił i zorientował się, Ŝe Gam z nie  
go drwi. 

Pani lubi zaczynać nietypowo; myślę, Ŝe po trosze  

to rozumiem... 
Jednak następnego ranka nigdzie się nie ruszył. Za to  
posłał Gam niebieskie orchidee. W południe próbował  
wyperswadować jej pomysł wyjazdu. 

O co chodzi? - dziwiła się Gam. 

Kluczył, unikając odpowiedzi. Gam naciskała: 

Mój drogi, ciągle pan się zmienia. Dwa dni temu  

był pan despotą i traktował mnie jak pasza, teraz za  
chowuje się pan niemal jak przekupień. Kończmy tę za  

background image

bawę; wieczorem jedziemy do Kolombo... 
S — GAM 
65 
Twarz kreola wykrzywił jakiś nieokreślony grymas. Nie  
odezwał się. 

Nie chce pan wyjaśnić powodów swego postępowa  

nia - ciągnęła Gam. - Zrobił się pan wręcz mistyczny i po  
padł pan w banał. 
Zastanowił się. 

To prawda - odezwał się po chwili - uwielbiam blef,  

poza nim o nic tu nie chodzi. Zakładam, Ŝe mój partner  
zrozumie grę i Ŝe się na niej nie zawiedzie, tym bardziej Ŝe  
jest kobietą; taka zasłona, nic ponad to... Chodzi zatem  
wyłącznie o stworzenie rusztowania, konstrukcji, która  
pozwoli posłuŜyć się dowolnym kostiumem. Moja słabość i  
bez tego jest czytelna. Jeśli partnerzy się znają, wszystko  
moŜe przebiegać w sposób zawoalowany; znajomość  
przybiera wtedy kunsztowne, lśniące formy. Rokoko i  
słowa... Tylko tyle. A rzeczywisty fundament, czyli  
prawdziwe motywy, pozostaje gdzieś w tle. Walka na  
argumenty, uzasadnienia - wszystko to niepotrzebne.  
PrzecieŜ pani wie, czego chcę... 

Jest pan niezwykle ostroŜny. Co świadczy, Ŝe musi się  

pan obawiać zdemaskowania. A jeśli się tego obawiamy, to  
znaczy, Ŝe mamy coś do ukrycia. To krępujące i ja czegoś  
takiego nie lubię. Byłoby milej rozmawiać bez ograniczeń. 

Jeśli pani sobie tego Ŝyczy, damy spokój dalszym  

podchodom. Uchylam przyłbicy. Tak, przywiozłem panią  
tutaj, gdzie wszystko, od mieszkańców po ułoŜenie kwiatów  
w wazonie, dzieje się i wygląda tak, jak ja chcę, nosi piętno  
mojej woli. Bezustannie staram się dobrać do pani, stale  
szukam jakiegoś pośrednictwa, czegoś, co byłoby  
rzecznikiem moich interesów. Moja jaźń działa tylko w tym  
jednym kierunku i pani powinna to odczuwać na kaŜdym  
kroku. 
Gam się roześmiała. 

To są zręczne wykręty. Za nic nie chce pan niczego  

powiedzieć wprost. Ta partia naraz zrobiła się trudna 
aa 
i próbuje pan ją rozegrać tak, by skończyła się chociaŜ  
remisem. 
Kreol się nie odezwał. Ktoś zapukał do drzwi. Garbuska  
przyniosła listy. Wyrwał je słuŜącej z ręki. Gam chciała coś  
powiedzieć, zaraz jednak ugryzła się w język. Pomyślała, Ŝe  
okazał niebywały spryt, odsłaniając ciemną stronę swej  
natury tak, by niczego nie powiedzieć do końca. Odsunęła  
się nieco i obserwowała go, kiedy czytał listy. Do pokoju  
wśliznęła się małpa. Gam natychmiast znów obrzuciła ją  
ksiąŜkami. Małpa wyszczerzyła zęby, skoczyła swemu panu  
na ramię i, skryta za jego głową, groźnie pomrukiwała.  

background image

Kreol potrząsnął ramionami; z chrapliwym krzykiem małpa  
spadła na podłogę i pobiegła ku drzwiom. Mieszaniec ruszył  
za nią; wychodząc, rzucił listami w twarz garbuski, odwrócił  
się gwałtownie do Gam i z kamiennym spokojem, chłodno,  
powiedział: 
- Proszę się przygotować, o dziewiątej panią odwiozę. 
Garbuska przyniosła rzeczy Gam i powoli, jakby była  
bardzo zmęczona, układała je na stoliku. W jej oczach  
malował się smutek. Gam kroczyła obok i ze wzruszeniem  
przyglądała się dłoniom kaleki. śyły własnym Ŝyciem,  
miękko się poruszały i wydawało się, Ŝe naleŜą do innego  
ciała: były cięŜkie, a ów cięŜar w zdumiewający sposób  
przeistaczał się naraz w ruchy pełne kojącego wdzięku. Ze  
smutnych oczu garbuski wyzierała cała nędza jej Ŝycia,  
widać było, ile spraw musiało dla niej obumrzeć juŜ w  
chwili narodzin. KaŜde spojrzenie przypominało o  
bezmiarze cierpienia, którym było naznaczone jej Ŝycie, o  
beznadziejnej rozpaczy, o morzu przelanych łez. A przecieŜ  
w tym kalekim, pokręconym ciele tkwiła taka sama wola,  
instynkt i Ŝądza Ŝycia jak w kaŜdym innym... 
Myśląc o tym wszystkim, Gam pochyliła się nad głową  
słuŜącej; z jej włosów bił silny zapach. Z obawą i za- 
razem wielką czułością chwyciła dłonie, które wyglądały  
jak twarz chorego. Kiedy poczuła oŜywcze ciepło wnikające  
w jej skórę z nabrzmiałych Ŝył kaleki, zrobiło jej się lŜej. Z  
całych sił zapragnęła coś dla niej zrobić. 

Pojedzie pani ze mną - wyszeptała Ŝarliwie.  

Powoli uniosły się cięŜkie powieki, słuŜąca spojrzała 
na Gam wzrokiem, w którym zawarła pytanie o swój los.  
Nagły blask rozjaśnił jej oczy i na szarej zwyczajnej twarzy  
ukazał się przelotny rumieniec. Gwałtownie kiwnęła głową,  
błyskawicznie wyśliznęła się z objęć Gam, zrobiła krok w  
przód i osunęła się na podłogę. Ramionami oplotła stopy  
młodej kobiety i leŜała tak, zupełnie bez słowa, podobna do  
ptaka, któremu po długich poszukiwaniach udało się w  
końcu znaleźć bezpieczne miejsce na gniazdo. Po chwili  
jednak zerwała się na równe nogi. Gam pochwyciła jej  
spojrzenie, pełne śmiertelnej powagi. Źrenice garbuski  
gwałtownie zamigotały, rozbiegany wzrok zaczął błądzić po  
ś

cianach... 

Nie... Nie...- powtarzała piskliwym, zadyszanym  

głosem. 
Zdenerwowana chwyciła Gam za ręce i potrząsała nimi,  
wciąŜ krzycząc nie i nie. Po chwili, walcząc z sobą, puściła  
Gam i drŜąca z przeraŜenia, przycisnęła ucho do drzwi. Nie  
usłyszawszy niczego, Ŝadnych, nawet najcichszych  
odgłosów, popędziła przed siebie; pełnym zniewalającego  
uroku ruchem potrząsnęła powoli głową i głębokim, mięk- 
kim, zabarwionym melancholią głosem powtórzyła: 

Nie... Dlatego, Ŝe ja... - Naraz urwała, wpadła w za  

background image

dumę, po czym jakby zgasła. 
Znów była wystraszoną i posłuszną słuŜącą. Wyszła z  
pokoju. Po chwili zjawił się kreol, by zabrać Gam. 
Bryza niosła słony zapach bezkresnej dali, fale przy- 
pływu mieniły się śnieŜną bielą, jakby ktoś porozrzucał na  
wodzie sztuki bielizny. Ciemna kipiel burzyła się nie- 
bezpiecznie, w oddali było widać bryzgi piany i wydawa- 
ło się, Ŝe wśród nich chwilami połyskują podbrzusza ryb.  
TuŜ nad powierzchnią morza wyzywająco zastygł księŜyc w  
pełni. 
Kiedy droga zbliŜyła się do samego brzegu, kreol za- 
trzymał auto. W nagłym przypływie emocji pochylił się nad  
Gam i zbliŜył do niej twarz tak bardzo, Ŝe czuła jego  
przyśpieszony oddech. W milczeniu wcisnęła się w sie- 
dzenie, siedziała bez ruchu, patrząc na niego. Mieszaniec  
nagle ryknął jak jaguar, z całej siły pchnął od wewnątrz  
drzwi i zaczął trząść samochodem - Gam ani drgnęła;  
gwałtownie wyciągnął ręce w jej stronę - Gam nadal  
siedziała bez ruchu; próbował chwycić jej ramię -Gam nie  
odrywała odeń wzroku i coraz głębiej zapadała się w fotel,  
tak Ŝe juŜ tylko czubek głowy, jak ostrzeŜenie, wystawał  
ponad krawędź auta. Po jakimś czasie atak ustąpił,  
paroksyzm się przewalił, oczy kreola zaszły mgłą, a on sam  
upadł i stoczył się na stopień samochodu. 
Natychmiast jednak się poderwał, wskoczył do auta i  
ruszył z ogromną szybkością przed siebie. Pędził tak do  
samego miasta. Dopiero teraz odwrócił się do Gam i  
zapytał, dokąd ją zawieźć. Bez wahania podała adres  
Kinsleya... 
Kiedy pomagał jej wysiąść, odezwał się zmęczonym  
głosem: 

Proszę mi wybaczyć... To był zupełny Ŝywioł...  

Gam zmierzyła go wzrokiem. 

Nikt nie potrafi się oprzeć Ŝywiołom... 

A zatem...?- Urwał. Po czym, jąkając się, znów  

zaczął:- Chciałem... 
Gam, odchodząc, rzuciła przez ramię: 

Czemu pan tego nie zrobił...? 

Zatrzymała się przed swoim pokojem. Dłońmi ściskała  
skronie. Po chwili poszła dalej, w stronę pomieszczeń  
zajmowanych przez Kinsleya. Długo stała przed drzwiami,  
nie mogąc się zdobyć na Ŝaden ruch. Naciśnięcie 
klamki okazuje się czasem czymś naprawdę trudnym.  
Niezdecydowana patrzyła na wypolerowany kawałek  
mosiądzu, na którym igrał wątły odblask światła. Jakby to  
miało jakiekolwiek znaczenie, myślała, skąd pada światło.  
Stwierdziwszy, Ŝe w metalu odbija się nieduŜa lampa z  
korytarza, odetchnęła z ulgą i naraz znalazła w sobie siły, by  
otworzyć drzwi. W pomieszczeniu, do którego weszła, było  
ciemno. Monotonny szum wentylatorów mieszał się z  

background image

silnymi, rytmicznymi uderzeniami przy-boju. Fosforyzujący  
blask księŜyca i jego odbicie w czarnej morskiej wodzie  
rozjaśniały pokój. Gam nie miała odwagi zapalić światła. Po  
omacku, krok za krokiem, doszła do sypialni Kinsleya. Nie  
było w niej nikogo. Zwinięta moskitiera leŜała koło łóŜka.  
Kinsley gdzieś przepadł. 
Gam usiadła przy oknie. Postanowiła czekać, jej wy- 
obraźnia nie była w stanie przekroczyć granic pokoju.  
Spomiędzy poszarpanych liści palmowych wyzierały niebo i  
noc, nieustający szum morza był jak głos dobiegający z  
zaświatów. Wobec jego przygniatającej monotonii ginęły  
inne dźwięki - szum ogarniał wszystko; Gam zdawało się,  
Ŝ

e porywa ją z sobą i zanurza w strumieniu, który płynie  

gdzieś obok ku wieczności. Była jednym wielkim  
wyczekiwaniem, dodatkowo ulegającym tej przemoŜnej  
potędze. 
Czas przepływał poza jej świadomością i nawet się nie  
zdziwiła, gdy naraz przestrzeń wokół drzwi zajaśniała  
czerwoną poświatą. I stało się jak w starej sadze, która  
zamienia się w rzeczywistość - w nikłym świetle przedświtu  
ujrzała zarys postaci Kinsleya; nawet nie próbowała wstać i  
wyjść mu naprzeciw. 
Kinsley zdecydowanym krokiem podszedł do Gam.  
Wyraźniej niŜ kiedykolwiek widziała teraz rysy jego twa- 
rzy, bruzdy biegnące od kącików szerokich ust do nasady  
nosa, zaciśnięte wargi, wklęsłe skronie. 
- A więc jeszcze raz wróciłaś — rzekł. 

Wróciłam do ciebie. 

Jego twarz na moment się rozjaśniła: wyglądało to jak  
cierpki uśmiech. 

Wróciłam do ciebie - powtórzyła Gam i ujęła wy  

ciągniętą rękę męŜczyzny. 
Nie było odpowiedzi. 

Sama nie wiem, co to właściwie oznacza - odezwa  

ła się stłumionym głosem. 
Twarz Kinsleya pozostała nieruchoma. 

To poŜegnanie - powiedział. 

Cofnęła dłoń. Naraz jak błyskawica poraziła ją pewna  
myśl, Gam zamknęła oczy i objęła Kinsleya. 

Nie... nie... - Jej ręce powoli opadły. - Czy to... 

Nie - rzekł Kinsley - to nie to. Nie wiem, co się  

wydarzyło. Ale to bez znaczenia. KtóŜ pyta o coś, co go nie  
dotyczy? Nawet gdyby wydarzyło się tysiąckroć więcej,  
naleŜałoby o tym zapomnieć, nie dopuszczać do świa- 
domości. 

Dlaczego chcesz odejść? - zapytała cicho Gam. 

Tkwię wciąŜ w tym samym miejscu, to ty odchodzisz.  

Gam zaprzeczyła ruchem głowy. 

Wróciłam do ciebie - wyszeptała, tuląc się do jego  

ramienia jak zawstydzony dzieciak. 

background image

Kinsley wpatrywał się w noc i mówił, kierując słowa  
gdzieś w ciemność, nie wiadomo do kogo, moŜe do wiatru  
jęczącego za oknem: 

Jesteś jak strumień, piękny i szumiący, który ata  

kuje tamę. Dopóki tama mocno się trzyma, strumień się  
burzy i oblewa ją wezbraną falą. Kocha tamę skąpaną  
w białej, dzikiej kipieli. Lecz jego miłość niesie z sobą  
zniszczenie. Kusi i pochlebia tamie, naciera na nią i mięk  
ką dłonią, krusząc, odrywa kawałek po kawałku, aŜ udaje  
mu sieją przerwać. Wtedy pędzi dalej, gnany Ŝądzą, która  
kaŜe mu się wciąŜ pienić i zalewać, szuka nowej tamy.  
Znów będzie mógł ją obdarzyć swą nienasyconą miłością  
i zniszczyć. 
O tym jednak, co dzieje się z tamą - dodał - wie tylko jej  
straŜnik, nigdy zaś strumień. Tama bowiem wali się  
wówczas, gdy strumień burzy się najwspanialej. 
Gam, milcząc, wstała i połoŜyła głowę na ramieniu  
Kinsleya. Miała wraŜenie, Ŝe tylko tutaj moŜe czuć się  
bezpiecznie. 

Dajmy spokój tym porównaniom. Nie czujesz, Ŝe mój  

oddech miesza się z twoim...? 

Trudno te sprawy zamknąć w słowach: prześlizgują się  

poprzez sieć pojęć i umykają. Jedynie symboliczna wymowa  
porównań wyzwala dziwny rezonans dla tych  
niewypowiedzianych zdarzeń rozgrywających się w naszej  
psychice. I tylko w ten sposób moŜemy wyznaczyć dalszy  
kierunek... 
Co jakiś czas Ŝycie zatacza kolejny krąg- ciągnął. - 
Pomiędzy jednym kręgiem a następnym brak jakiego- 
kolwiek związku. Niczego nie da się przenieść z jednego do  
drugiego. Nasz czas dobiegł końca. Wiem o tym. Ty takŜe  
odczuwasz niepokój towarzyszący zawsze narodzinom  
czegoś nowego. Masz jeszcze przed sobą przyszłość;  
wszystko inne moŜna powstrzymać, przekreślić, tylko nie to,  
co nadchodzi. Ja znalazłem się w ostatnim kręgu, dalej jest  
juŜ tylko cisza. Muszę się ciebie wyrzec i moje serce  
krwawi. Najdotkliwsza jest jednak świadomość, Ŝe trzeba  
przez to przejść, Ŝe nadeszła godzina rozstania. Potem  
pozostanie juŜ tylko męka zmagań z samym sobą,  
samotność i Ŝal. Kto tę godzinę rozpozna i potrafi się opa- 
nować, ustrzeŜe się śmierci z powodu spraw małej wagi.  
Tego, co mogłoby pomóc - bo przecieŜ cię tracę - nie zro- 
bię... Chcę, Ŝebyś odeszła juŜ jutro. Czekam na jakiś twój  
gest... Jedyny i ostatni... 

Wróciłam do ciebie - szeptała Gam. 

Poznasz wielu ludzi, zanim wreszcie uda ci się od- 

naleźć siebie. CiąŜy nad tobą szczególne przeznaczenie.  
Dlatego nie moŜesz tkwić w miejscu. Jeśli tak zrobisz,  
skostniejesz, a Ŝycie przecieknie ci przez palce... Ty bę- 
dziesz zawsze na początku jakiejś drogi. Lub u jej kresu...  

background image

Jak wspaniały, kipiący, biały strumień... 
Gam miała wraŜenie, Ŝe cały świat pogrąŜa się w księ- 
Ŝ

ycowej mgle. Z oczu płynęły jej łzy. Była złamana i pła- 

kała, jej ciało trzęsło się jak w konwulsjach; czegoś takiego  
nigdy jeszcze nie zaznała. Kinsley połoŜył jej ręce na  
ramionach. Bezwładnie zawisła na jego rękach, lejąc łzy,  
nie mogła powstrzymać słów Ŝalu, skarg i wyrzekań,  
niedorzecznych pytań; Kinsley na wszystko odpowiadał:  
„tak, tak" - aŜ w końcu, szlochając coraz ciszej, całkiem się  
uspokoiła. 
Wziął w dłonie jej twarz i wpatrywał się w rysy, raz  
jeszcze chciał się przyjrzeć najdrobniejszym bruzdom i za- 
łomkom oczu i ust: wciąŜ były dla niego ukochane, a być  
moŜe nigdy ich juŜ nie zobaczy. Gam zauwaŜyła, Ŝe drŜą  
mu wargi. Emanowały jakąś niezwykłą miękkością. Z  
obawą przyłoŜyła usta do zaciśniętych ust męŜczyzny.  
Kiedy poczuła bijące z nich ciepło, odŜyła w niej cała,  
dopiero co miniona przeszłość; poraziło ją, Ŝe wszystko  
dzieje się jak dotychczas, i mamiła się, wierząc, Ŝe wraz z  
odwieczną złudą cielesnego zbliŜenia zniknie dzieląca ich  
przepaść... 
Jej chęć całkowitego oddania się Kinsley uznał za akt  
jednorazowy. W Ŝadnym razie nie mógł tej ofiary przyjąć,  
gdyŜ pragnienia Gam wyrastały z podłoŜa, które juŜ samo w  
sobie było oszustwem. Nie naleŜało tego demaskować:  
Kinsley uwaŜał, Ŝe tylko tak zdoła ocalić odruch Gam dla  
swej przyszłości, w której czekała go pustka, był pewien, Ŝe  
dzięki temu przyszłe wspomnienia zabarwią się jeszcze  
jednym odcieniem. Będzie to cichy ślad przeŜycia, którego  
się wyrzekł, nieporównywalnego z niczym. 
Mocno przytulił Gam i zaprowadził ją do łóŜka. Poddała  
się bezwolnie, pozwoliła, by ją posadził. Przez cały czas  
jednak nie odrywała oczu od Kinsleya. Tymczasem on  
głaskał ją po włosach i ukląkł na podłodze, by zdjąć 
TQ 
jej buty. OstroŜnie ją rozebrał. Godziła się na wszystko i  
wciąŜ milcząc, połoŜyła się. Kiedy zamierzał umocować  
moskitierę, nie pozwoliła mu i odsunęła tiul. Sięgnęła po  
rękę Kinsleya i przytuliła do niej policzek. W tej pozycji  
zasnęła. 
Obudziła się w ciszy, wyzwolona i szczęśliwa. Było jej  
ciepło, czuła, Ŝe jej gładka skóra oddycha. To, co przeŜyła,  
stawało się coraz bardziej odległe. Zamknęła oczy i oddała  
się marzeniom. Zapadła w półsen, puszczając wodze  
fantazji, niczego nie rozpamiętywała, jej marzenia były  
pogodne. Wolne od powagi i konkretów. Powiewne i ulotne  
jak ona sama, przesłodzone i trochę na wyrost. Raz po raz  
spoglądała na drzwi. W końcu ubrała się i poszła do swych  
pokoi. Na podłodze leŜały porozrzucane orchidee. Ani śladu  
jakiegokolwiek listu. W biurze zapytała o Kinsleya.  

background image

Dowiedziała się, Ŝe wyjechał wczesnym rankiem i ma  
wrócić wieczorem. Nigdy więcej się nie pokazał... 
Po godzinie zaanonsowano jej kreola. Przyszedł ze słu- 
Ŝą

cym. Był niezwykle poprawny, usprawiedliwiał się i  

prosił Gam, by zechciała przyjąć w prezencie jeden z jego  
dywanów. Gam próbowała dociec, czy wie o wyjeździe  
Kinsleya. 
Poprosiła, Ŝeby wybrał w jej pokoju miejsce na dywan.  
Trzeba było określić rozmiary i kreol rozwinął rulon. Oka- 
zało się, Ŝe to zielony dywan modlitewny. 

Dlaczego pan to robi? - Ze słów Gam naraz powia  

ło chłodem. - Dlaczego nie przyniósł pan innego dywa  
nu? Dlaczego właśnie ten? 
Kreol w milczeniu zagryzł wargi. Gam wiedziała, jaka  
będzie odpowiedź. Nie chciała jej usłyszeć. Zrobiła krok w  
stronę mieszańca, po czym wyszła z pokoju. 

Jaki piękny ranek dziś mamy... 

Wiatr dmący za oknem pędził fale aŜ po horyzont. Ich 
grzbiety pokrywała biała piana. Nad nimi z krzykiem  
unosiły się chmary ptaków. Tubylcy taszczyli kufry. Po- 
rykiwały syreny. Z boku wysunął się dziób parowca wy- 
chodzącego w morze. Majestatycznie, jakby świadom swej  
siły, statek parł przed siebie. Zostawiał za sobą bruzdę, w  
której z potęŜnym bulgotem pieniły się fale wyrwane przez  
dziób. Załoga była na pokładzie. Maszty błyszczały w  
słońcu. Z kominów buchał tłusty, czarny dym. Statek  
wykonał zwrot w kierunku pełnego morza. Okryty chmurą  
dymu, mając przed sobą bezkres oceanu, zmierzał w  
nieznane. 
Gam odprowadzała go wzrokiem. Horyzont złotą ob- 
ręczą otaczał ziemię, w zaczarowanym kręgu znalazły się  
morze wraz ze słońcem. Fale, szumiąc, uderzały w rzadkich  
odstępach, rozbijały się o kamienne bloki nabrzeŜa,  
wystrzelały pianą w górę, zamieniały się w białą kipiel. Dął  
wiatr... Morze napierało na stały ląd... KaŜdy oddech  
sprawiał radość... A wszystko razem świadczyło o  
wszechobecnym trwaniu świata... 

Nad Kanałem Sueskim upał lał się z nieba jak rozto- 
piony ołów. Bezlitosne światło wdzierało się kaŜdego ranka  
pomiędzy niebo i pustynię niczym kolosalne reflektory; w  
południe Ŝar gęstniał w lepką masę i ciąŜył nad pokładem. 
Brzegiem, po rozpalonym piasku, ciągnęły karawany.  
Trudno było uwierzyć, Ŝe kiedykolwiek dotrą do celu: ich  
ruchomą, cieniutką nić osaczał bezmiar pustyni, w której  
czaiła się śmierć. Wieczorami na horyzoncie pojawiały się  
sinobłękitne jak gencjana pasma. Zrazu gromadziły się nad  
piaskowymi wzgórzami, potem wpełza-ły w wąskie  
zagłębienia i w końcu poŜerały się wzajemnie w resztkach  
ginących pomarańczowych promieni słońca opadającego za  

background image

widnokrąg. Teraz dopiero nieruchomy krajobraz nabierał  
Ŝ

ycia, zaczynała się milcząca gra światła i mroku. Armia  

wydłuŜających się cieni parła przed siebie, zajmując coraz  
większe połacie pustyni. Jej forpoczty docierały nad kanał,  
którego brzegi jeszcze lśniły złotem. Od horyzontu  
nadciągały jednak posiłki -były ogromne i wydawało się, Ŝe  
pochód czarnych wojsk nie ma końca. Nagle słońce skryło  
się za górami piasku. Teraz cienie przypuściły szturm na  
statek: najpierw weszły w wodę, potem zaczepiły o burtę  
parowca, następnie wdarły się pomiędzy kominy i  
nadbudówki; wspinając się coraz wyŜej, zlikwidowały  
ostatni złoty pierścień 
na szczycie komina i okryły świat nierealnym, błękitnym  
całunem. Poprzez ten całun sączył się wieczorny zaduch,  
który w głuchej ciszy opadł na pokład i zastygł nieruchomo  
jak schorowana, niedołęŜna kobieta. 
Gam wyciągnęła się na leŜaku i czekała na powiew  
wiatru. Z pomieszczeń załogi dolatywały stłumione, nie- 
wyraźne, przeciągłe dźwięki harmonii. Przypominały Gam  
dawno zapomniane pieśni grane na dudach, których słuchała  
nad włoskimi jeziorami: były sentymentalne, tęskne, pełne  
smutku, ale i naiwnej słodyczy. Gam próbowała uchwycić  
melodię. Zaraz jednak nadleciał wiatr i z szumem rozbił się  
o maszty. Obok wiatru nocną ciszę zakłócał stuk  
drewnianych belek i pośród tych hałasów muzyka chwilami  
całkiem się gubiła; po jakimś czasie jednak, w zupełnej  
ciszy, Gam usłyszała jedwabiste brzmienie akordu, które  
opadało z miękkością przelatującego motyla. 
Statek pochylił się w manewrze i wpłynął na szary  
obszar słonych jezior. Wiatr znów się uspokoił. Marynarze  
poszli spać - muzyka ucichła. Gam zapadła w pół-sen, z  
którego chwilami, kiedy ustawała wibracja maszyn,  
bezboleśnie powracała do rzeczywistości. Statek dopłynął  
do mijanki i czekał. Po godzinie z przeciwnej strony  
nadszedł parowiec. Był oświetlony, przesunął się obok  
niczym zjawa - powoli i bezszelestnie. Dziób statku  
obmywała szemrząca fala. Na mostku majaczyła jakaś  
postać i Gam zdawało się, Ŝe ten ktoś do niej macha; nie  
była jednak tego do końca pewna. 
Dziwne spotkanie, pomyślała rozczarowana. Pozdro- 
wienie przesłane z ciemności w ciemność, spotkanie i za- 
razem rozstanie, moŜliwe, Ŝe przyjazne gesty na obu  
pokładach, i nic ponadto. Światła statków znalazły się  
najbliŜej siebie i w tym samym momencie jeden zaczął  
oddalać się od drugiego. Po chwili kaŜdy z nich znów  
podąŜał w samotności. 
Myślała o ostatnich miesiącach swego Ŝycia. AŜ opu- 
ś

ciła głowę z wraŜenia: symboliczna wymowa mijających  

się statków uzmysłowiła jej, na czym polegał jej związek z  
Kinsleyem i czym było rozstanie. Teraz wiedziała, Ŝe  

background image

Kinsley miał rację, Ŝe przez cały czas oceniał sytuację  
właściwie. Statki mogły się nawet pozdrawiać, a juŜ się od  
siebie odsuwały; mogło teŜ być tak, Ŝe Kinsley bawił w  
porcie, w którym cumował jej statek. Kiedy tylko pierwszy  
raz załopotał Ŝagiel i statek, wciąŜ jeszcze zakotwiczony,  
zakołysał się, Kinsley nie chciał czekać, wiedział, Ŝe ona  
odpłynie i wolał uniknąć zerwania. Port... A moŜe jej dusza  
zazna w nim pocieszenia, które otoczy ją subtelnym  
ciepłem? Czy nie zawija się do portów po długich,  
transoceanicznych podróŜach? Zaraz jednak dała spokój tym  
kojącym złudzeniom: tylko coś, czego nie znamy,  
przyciąga, jedynie wizyta w porcie, który odwiedzamy po  
raz pierwszy, moŜe czymś obrodzić... I tak wreszcie parnej  
nocy w pobliŜu Suezu Gam w pełni zrozumiała ostatnie  
wydarzenia. Przeszłość zatoczyła koło, zamknął się kolejny  
krąg. 
Siedziała przy stole kapitańskim. Wpadła jej w oko  
pewna rodzina, stałe wyśmiewana przez pasaŜerów, która  
nic sobie nie robiła z drwin: wszyscy jej członkowie  
udawali, Ŝe ich nie dostrzegają. Byli to ludzie, którzy  
szybko się wzbogacili, ich maniery nie szły jednak w parze  
z zamoŜnością. Gam prędko przezwycięŜyła cichą odrazę,  
którą budził w niej widok tych ludzi namiętnie  
gestykulujących przy jedzeniu, zaskakujących ją trak- 
towaniem swych potrzeb jak czegoś oczywistego, nie  
budzącego wątpliwości, stawianiem ich w centrum własnej  
jaźni - wydawało się, Ŝe krąŜą wokół swych pragnień, jakby  
były one osią wszechświata. Obserwowała ich zachowanie  
przy stole, zdecydowanie odstające od poprawnej  
powściągliwości pozostałych pasaŜerów. Wybuchem  
entuzjazmu powitali stewarda niosącego zupę, z miłym  
uśmiechem rozkładali serwetki, jakby sposobili 
się do spełnienia radosnego obrzędu. Nie mogła się na- 
dziwić, patrząc, z jakim przejęciem zanurzają po raz  
pierwszy łyŜki w gęstej cieczy, zdumiewał ją potok słów  
lejących się z mięsistych ust, komentujących jakość potraw -  
istne fajerwerki błyskotliwych powiedzonek skrzących się  
nad talerzami z pieczystym, którego wyborny smak  
opisywali nadzwyczaj dokładnie. Nawiązywali do  
wcześniejszych obiadów podawanych na statku, do wczo- 
rajszego, do obiadu sprzed tygodnia, dyskutowali o spo- 
sobach przyrządzania dań. Był to prawdziwy przegląd  
indywidualnych upodobań kulinarnych członków rodziny i  
w ten oto cudownie prosty sposób zwykłe przeŜuwanie  
doprawiali treściwą rozmową o jedzeniu. Kiedy wśród  
kolejnych potraw nie pojawiło się danie cenione przez  
wszystkich bardziej niŜ inne, na obliczu głowy rodziny  
odmalowało się głębokie zmartwienie: ta zacna strategia,  
dzięki której po Ŝmudnych, prowadzonych szeptem  
rokowaniach ze stewardem udało się mimo wszystko dostać  

background image

poŜądane resztki, wzbudziła zachwyt przy stole. Wyraz  
twarzy otyłej matrony zdradzał nie byle jaką determinację,  
gdy duŜym widelcem przewracała na półmisku pieczyste i  
sokolim wzrokiem wypatrywała najokazalszych plastrów, po  
czym odkładała je dla swej trzód-ki. Gęsto upierścienioną  
dłonią lała obficie sos z sosjerki, nie zwaŜając w  
najmniejszej nawet mierze na to, Ŝe inni teŜ mogliby mieć  
nań ochotę. Poza rodziną świat dla niej nie istniał: zaczynał  
się po jednej stronie stołu, kończył po drugiej. Gam  
dostrzegała komizm podobnych zachowań. W dodatku była  
teraz wolna od emocjonalnych zawirowań i obciąŜeń; dzięki  
temu czuła igła jej wewnętrznego kompasu reagowała na  
najsłabszy nawet impuls i mimowolnie, w kaŜdej zabawnej  
sytuacji, wyszukiwała coś jeszcze prócz śmieszności - 
mianowicie jednoznaczną stanowczość drzemiącą w głębi  
jestestwa i kształtującą je prymitywną, przez to jednak  
bardziej brutalną, skalę uczuć, mroczną energię w stosunku  
do spraw zu- 
7Q 
pełnie niewaŜnych. Wszystko to pobudzało ciekawość  
Gam, która chciała dowiedzieć się czegoś więcej. 
Dotychczas nie zdawała sobie sprawy z istnienia tych  
wszystkich warstw. Lub teŜ wnikały one w jej świadomość  
jako coś uŜytecznego i tkwiły tam, dzięki czemu złoŜony  
mechanizm jaźni funkcjonował bez zarzutu. To był rodzaj  
biura, w którym łatwiej liczyć, łatwiej podejmować  
praktyczne działania, gdzie nie sprawia kłopotu znalezienie  
rzeczy i spraw potrzebnych ani gromadzenie ich wokół  
siebie. 
Te warstwy tworzyły jednak tylko pozory jaźni; do  
optymistycznych i sceptycznych wyobraŜeń ludzkich cech i  
przymiotów dodawały siebie - swe problemy i przekonanie  
o ich waŜności. Bez szczytnych wyobraŜeń pęka spoiwo  
społeczeństw, gdyŜ to, by duŜe i małe koła się obracały i nic  
nie zakłócało ich biegu, zaleŜy od powszechnego  
przekonania, według którego kaŜde ogniwo mechanizmu  
jest niezbędne, a brak najmniejszego z nich moŜe zatrzymać  
całość. I tak wszystkie te sprawy, wszyscy ci dyrektorzy,  
urzędnicy, robotnicy i handlowcy tworzą osnowę tego, co  
nazywamy aktywnym Ŝyciem. Miarą wartości jest tutaj  
wydajność, która tak naprawdę nie ma Ŝadnego znaczenia. 
Roztrząsając te sprawy, Gam odkryła specjalny rodzaj  
Ŝ

yciowej ruchliwości, uporczywie przeciwstawiającej się  

niwelującemu działaniu nawyków kulturowych. W istocie  
ruchliwość ta ograniczała się do zachowań codziennych, od  
dawna angaŜujących te pokłady jaźni, które poprzez  
wychowanie przekształciły się w szablon stosownych form;  
niemniej tkwiła tam i dawała o sobie znać jednoznacznie, a  
przejawy jej istnienia wywoływały zdumienie. 
Ludzie sprawiają wraŜenie wrośniętych w podłoŜe tak  

background image

mocno, Ŝe nic ich nie moŜe zeń wyrwać. śadne doznanie  
nie jest dosyć mocne, by przezwycięŜyć to zakorzenienie. O  
pobycie w Benares lub na Bali opowiadają jak 
on 
o niedzielnej wycieczce do pobliskiego lasku lub restauracji.  
Wszędzie zabierają swój dom: spacerując ulicami  
Jokohamy, w rzeczywistości nie opuszczają rodzinnego  
Osnabriick bądź s'Gravenhage. Jakiś niepojęty czar strzeŜe  
ich przed fascynacją obcym i nieznanym. WciąŜ są tacy  
sami, jacy byli zawsze, i pozostaną tacy do końca swych  
dni. Niczego nie moŜna im zarzucić, nie da się teŜ ich  
skłonić do porzucenia utartych dróg - wtedy zawsze  
powołają się na konieczność przestrzegania znanych i wy- 
próbowanych zasad, które na dodatek są dla nich jasne i  
czytelne... I w ostatecznym rozrachunku nie wolno ich  
łamać dla osiągnięcia chwilowych korzyści... 
Zycie pokazało Gam jeszcze jedno oblicze — było czymś  
w rodzaju przeraŜającego cięŜaru, który moŜe zdruzgotać,  
ale teŜ pociągnąć za sobą, wynieść ponad wszystkich i  
wszystko lub zmiaŜdŜyć. Czuła się wobec niego całkiem  
bezradna i niczego o nim nie wiedziała, prócz jednego:  
wiele razy dostarczyło jej ono niezwykłych, mocnych i  
cudownych wraŜeń. Tu tkwiło sedno sprawy, chodziło  
wprawdzie o kontrolowane, ale konsekwentne traktowanie  
swych pragnień jak celu, którego osiągnięcie dostarcza  
przyjemności. Wyjaśnienie tych motywacji oraz dopięcie  
swego pobudzało wyobraźnię Gam. Był to ogromny,  
nieznany obszar drobnych spraw; Gam wiedziała, Ŝe  
przemierza go wraz z całym szeregiem innych ludzi. Kim są  
ci ludzie? Postanowiła, Ŝe musi ich poznać... 
W Marsylii zeszła ze statku. Jakiś czas się wahała, dokąd  
się udać. W końcu zdecydowała się na ParyŜ. Znalazła  
lokum na przedmieściu, w domu przy starej, wąskiej ulicy,  
zamieszkanej przez drobnych urzędników. 
Wczesnym rankiem okolica nabierała szczególnego  
wyrazu. Za dnia ulice rozjaśniało wszędobylskie światło,  
które do nich nie pasowało. W szarości poranka stawały się  
jednak rozpaczliwie bezbarwne i wtedy chyba najbardziej  
były sobą. W załomkach domów gromadziły 
81 
się cienie podobne do strapionych kobiet: wynędzniałe tuliły  
się po kątach, kryjąc się przed bezlitosnymi pierwszymi  
promieniami słońca. O określonej godzinie w domach  
otwierały się okna, z ciemnych czeluści mieszkań  
wychylały się zaspane głowy, by się przekonać, jaka jest  
pogoda; kwadrans później z trzaskiem odmykanych bram  
pierwsi ludzie opuszczali domy. Szli ulicami, niemal przy- 
ciskając się do kamiennych ścian; w ich wzroku była  
najczęściej pustka, niejednokrotnie smutek i zmartwienie.  
Kiedy pewnego razu Gam wyszła na ulicę i obserwowała  

background image

twarze, wciąŜ na nowo dostrzegała w nich otępienie  
oŜywiane czasami jakimś przelotnym grymasem, częściej  
jednak niepokojem, Ŝe wyszło się zbyt późno. 
Kilka razy rankiem natykała się u swych drzwi na  
jakiegoś bladego człowieka. Pod pachą trzymał skórzaną  
teczkę, pustą, bezkształtną i tylko charakterystyczne  
zgrubienie w jednym miejscu świadczyło, Ŝe niesie w niej  
ś

niadanie. Po kilku dniach męŜczyzna ukłonił się Gam, dwa  

dni później nawiązał rozmowę. 
Był księgowym w duŜym przedsiębiorstwie i jego praca  
polegała na nieustannym liczeniu. PoniewaŜ mieszkał w  
tym samym domu, łatwo znalazł pretekst, by Gam zaczepić  
i o coś zapytać. Po tygodniu zaproponował jej, aby wspólnie  
spędzili niedzielę. Gam nie pamiętała, jak się przedstawił.  
Mówiła na niego Fred, a on nie protestował... 
Swą prośbę wyraził niezwykle uroczyście - Gam zro- 
zumiała, jak wiele dla niego znaczy ten dzień, niecierpliwie  
wyczekiwany, odmienny od szarej codzienności. Sama  
spodziewała się po tym spotkaniu zetknięcia się z kolejnym  
uosobieniem ludzkich cech i przymiotów, toteŜ przyjęła  
propozycję księgowego. 
Pojawił się w dość niezwykłym garniturze, który za- 
pewne wkładał wyłącznie na podobne okazje. Wyglądał w  
nim wzruszająco. Stojący kołnierzyk nadawał jego 
89 
odświętnemu ubiorowi odcień skromnej i trochę bezradnej  
elegancji. Stroju dopełniały rękawiczki i laska, którą  
księgowy zawiesił na ramieniu. 
W pogodny, jasny dzień wielu ludzi wybierało się w  
plener. Środki komunikacji były przepełnione Ŝądnym  
wraŜeń tłumem, który zdąŜał za miasto. Czyniąc nieopisany  
zgiełk, jedni próbowali zdobyć miejsce siedzące, inni starali  
się je utrzymać. Gam znów nie mogła się nadziwić, ile  
energii trawią na mało istotne spory. Jeśli wobec spraw  
drobnych spotykamy się z takim wybuchem ukrytych sił, to  
w wypadku czegoś powaŜnego, znaczącego, naleŜy  
oczekiwać eksplozji. Dość szybko jednak Gam dostrzegła  
granicę, którą przekraczali tylko nieliczni; widać było  
wyraźnie, Ŝe rezerw wystarcza na krótko. Rychło twarze  
pogrąŜały się w milczeniu, oŜywienie gdzieś przepadało,  
ludzie stadnie wracali na utarte szlaki; Gam głowiła się,  
gdzie tym razem naleŜy nacisnąć, by wymusić kolejny  
przypływ aktywności... 
Wypytywała Freda o jego Ŝycie. Księgowy zrobił się  
rozmowny i opowiedział jedną z typowych historyjek. W  
Ŝ

yciu urzędnika nie zdarzyło się nic waŜnego - kaŜde słowo  

ś

wiadczyło o jego absolutnej przeciętności. Szczególnie  

duŜo uwagi poświęcał swej rodzinie, szeroko się rozwodził,  
mówiąc o jednej z sióstr i jej narzeczonym, kilkakrotnie  
wracał do tego tematu. WciąŜ podkreślał, Ŝe Ŝycie siostry  

background image

opiera się na „pewnych podstawach". 
JuŜ wcześniej Gam zetknęła się z przejawami silnych,  
wręcz instynktownych powiązań rodzinnych, polegających  
nie tyle na codziennej bliskości, ile raczej na duchowych  
współzaleŜnościach, na wzajemnej skłonności bądź niechęci  
spokrewnionych osób. Gdy Ŝyje się oddzielnie, coś takiego  
staje się jeszcze bardziej widoczne: zarówno nienawiść, jak  
i obojętność są oznaką głębokich więzi. Przypadek Freda  
wiele wyjaśniał. Tacy ludzie nie potrafią być sami, nie łakną  
duchowego odosobnienia, budzi ono w nich lęk: muszą się  
wczepić w jakikolwiek 
S3 
jednostronny układ, miłości lub nienawiści, te zaś na- 
miętności dziwnie ciąŜą ku schematom i szybko przechodzą  
w przyzwyczajenie. 
Na południowy posiłek zaszli do małej restauracji nad  
jeziorem. Nad wodą panowała typowa wczesnojesienna  
cisza. Rozedrgane złociste sierpniowe powietrze okrywało  
ziemię jak przezroczysta czasza dzwonu i nadawało no- 
stalgiczny, błękitny odcień lasom. Wszystko było wyraźne,  
dopowiedziane, światło niczego nie kryło, nie zamazywało  
konturów. 
Kury leniwie grzebały w liściach, stare mury, zbudo- 
wane z nierówno poukładanych warstw polnych kamieni,  
jaśniały ciepłą ochrą; pięły się po nich czerwone pędy  
dzikiego wina. Wiejskie chaty spadzistymi dachami ostro  
odcinały się od bezkresu nieba, z otwartych okien ku- 
chennych dolatywał brzęk zmywanych naczyń, w ogrodzie  
pracował jakiś męŜczyzna w wypłowiałej bluzie i lnianych  
spodniach - nic nie zakłócało bukolicznego nastroju  
pogodnej zadumy. Po jeziorze sunęły łódki, w oddali było  
widać kilka białych, trójkątnych Ŝagli. 
Fred mówił coś o Ŝeglowaniu; gdy skończył, z wielkim  
namaszczeniem zapalił cygaro, które wyglądało dość  
dziwnie przy jego szczupłej twarzy. Ono takŜe naleŜało do  
rytuału świątecznego dnia. Księgowy oglądał je wie- 
lokrotnie z kaŜdej strony i zanim włoŜył do ust, spojrzał na  
nie rozmarzonym wzrokiem. Gam to zauwaŜyła i dotknęła  
dłonią jego ręki. 
Lekkie wino stołowe rozwiązało mu język; na początku  
był trochę sztywny, teraz zaczął opowiadać o swym biurze.  
Bardzo się starał, by Gam go dobrze zrozumiała, posunął się  
nawet do tego, Ŝe naszkicował laską plan budynku i  
połoŜenie swego pokoju, który znajdował się w pobliŜu  
gabinetu dyrektora Kostera. 
Potrzebował mniej więcej pół godziny, by gruntownie  
wyjaśnić, na czym polega jego praca. Ze szczególnym 
e/i 
naciskiem podkreślał, Ŝe wymaga ona absolutnej nie- 
omylności, dzięki której zresztą zdołał osiągnąć swą po- 

background image

zycję; niezwykle Ŝywo rozprawiał o ewentualnych skutkach  
błędnych zapisów w ksiąŜkach rachunkowych. Chcąc to  
wytłumaczyć jak najlepiej, przytoczył przykład: z powodu  
roztargnienia pewnego urzędnika, Peugota, wysłano  
waŜnemu kooperantowi bezzasadne wezwanie do zapłaty,  
co doprowadziło do zerwania współpracy. Oczywiście  
Peugot został zwolniony. 
Gam zapytała Freda, czy praca daje mu zadowolenie.  
Nie rozumiał, o co chodzi: dzięki pracy zarabia przecieŜ na  
chleb, nie moŜe więc mówić o niezadowoleniu. Potem  
opowiadał o kolegach. Szczególnie jeden z nich, niejaki  
Bertin, budził jego podziw. Wobec szefa Bertin pozwalał  
sobie na tak śmiałe zachowanie, na jakie nikt by się nie  
zdobył. ChociaŜ... jeśli ma się rację... Teraz opowiedział  
długą historię, w której on sam męŜnie przeciwstawił się  
wspomnianemu juŜ dyrektorowi Kósterowi, Alzatczykowi,  
dochodząc swych racji w bardzo trudnych i denerwujących  
okolicznościach, kiedy Koster posunął się nawet do tego, Ŝe  
walił pięścią w biurko; ostatecznie jednak dyrektor go  
pochwalił i na zgodę poklepał po ramieniu. 
Monotonny głos księgowego docierał do Gam, sącząc się  
przez popołudniową ciszę. Była to czcza gadanina, czy  
jednak nie na czasie? Znakomicie pasowała do spokojnego i  
beznamiętnego nastroju niedzielnej wycieczki. Zdawało się,  
Ŝ

e wszystko w tej opowieści ma uzasadnienie i jest jak  

najbardziej na miejscu. Równie dobrze mogłaby wysłuchać  
jeszcze jednej historyjki na temat dyrektora Kostera i pana  
Bertina, ewentualnie związków łączących tego ostatniego z  
panią Koster. I moŜe teŜ dowcipnej dysputy Murraya z  
Sandenem, toczonej w rezydencji wicekróla Indii. W  
gruncie rzeczy słowa nie miały Ŝadnego znaczenia. Pokrywa  
się nimi brak wza- 
jemnych uczuć. I tak naprawdę nie ma Ŝadnej róŜnicy  
pomiędzy rozmową, w której zadajemy sobie trud uchwy- 
cenia i zdefiniowania niejasnych wraŜeń, a plotkami, którym  
poŜywki dostarcza biurowa stenotypistka. Biały chleb na  
glinianym wiejskim talerzu prezentuje się znakomicie,  
smakowicie kruszy się w palcach, bije od niego zapach  
pszenicy i sytości. A moŜe moglibyśmy zamienić się w  
chleb albo w kury, które w słoneczny dzień roz-grzebują  
dziobami ziemię... 
Po chwili jednak Gam poczuła lekki dreszcz, uświa- 
domiwszy sobie, Ŝe to, o czym opowiada siedzący obok niej  
człowiek, jest nie tyle tematem rozmowy, ile raczej treścią  
jego jaźni. W pospolitych zdarzeniach, o których mówił,  
zawierało się całe jego Ŝycie i ani razu nie przyszło mu do  
głowy, w jak ciasnej przestrzeni się porusza: uwaŜał swą  
sytuację za najzupełniej właściwą. Dyrektor Koster był dla  
niego najwyŜszą instancją, dalej myśl Freda nie sięgała.  
Wprawdzie nie uwaŜał swego szefa za uosobienie  

background image

doskonałości i nawet pozwalał sobie na krytykę, w biurze  
jednak ów człowiek panował niepodzielnie, a biuro było dla  
księgowego całym światem. Prócz biura w Ŝyciu Freda  
istniało moŜe jeszcze kilka drobiazgów i jakichś mało  
waŜnych pragnień... 
Ręka, w której trzymał cygaro, spoczęła na stole. Była  
blada, rachityczna; pod skórą jednak, tak samo jak u Gam,  
pulsowała czerwona krew... Oczywiste podobieństwo  
leŜących obok siebie dłoni jaskrawo kontrastowało z tym, co  
się działo pod czaszkami Freda i Gam - były to światy  
najzupełniej odmiennych pojęć, niezdolne do porozumienia,  
ś

wiaty dwóch wyobraźni, których kompletnie nic nie łączy,  

bardziej nawzajem niezrozumiałych niŜ są dla człowieka  
instynktowne reakcje zwierząt, odleglejsze, niŜ są względem  
siebie galaktyki, które dzielą tysiące lat świetlnych. A  
przecieŜ krew oŜywiająca oboje była jednakowo czerwona i  
nawet najbardziej przenikliwe oko nie mogłoby dostrzec  
róŜnicy. Obie ręce ani na 
moment się nie rozdzieliły i zdołały do siebie upodobnić —  
czegoś takiego nie spotyka się wśród zwierząt tego samego  
gatunku. Gam miała wraŜenie, Ŝe te dwie dłonie na stole są  
jak niesamowite, nieporównywalne z niczym demony  
uosabiające straszliwy tragizm niemoŜności porozumienia, z  
którym tak trudno się pogodzić; wobec czegoś takiego  
wszystko inne na tym świecie wygląda na nieszkodliwy Ŝart  
bądź banalne i ułomne teoretyzowanie. 
Była to dla niej jedna z tych chwil, w których nie ma  
mowy o normalnym rozumowaniu. Powiązania z zasobem  
zwykłych skojarzeń zostają zerwane i człowiek, całkowicie  
zawieszony w próŜni, niczym dziecko albo mieszkaniec  
innej planety, czuje się obco wobec otaczającego go świata.  
Wszystkie nazwy gubią się gdzieś jak ulotne cienie,  
szukamy jakiegoś słowa, na przykład „ręka", i okazuje się,  
Ŝ

e poszukiwane określenie cały czas nam umyka. W oddali  

majaczą jakieś szczątki, początek i zakończenie słów, nie  
potrafimy jednak odnaleźć powiązań logicznych i określenie  
jest jak niezrozumiały znak pozbawiony jakiegokolwiek  
znaczenia, pogrąŜony w transcendentalnym chaosie świata  
przedmiotów. AŜ nagle zaczynamy chwytać coś więcej i  
powoli znów pojawia się określenie i rzecz, której dotyczy.  
Przez jakiś czas, z pewną obawą, jeszcze się zastanawiamy,  
czy właśnie o to nam chodzi. W końcu pozostaje juŜ tylko  
głębokie zdumienie, które nieraz nas jeszcze porazi w  
najmniej oczekiwanych chwilach; w naszym ludzkim  
zadufaniu uwaŜamy bowiem, Ŝe powinniśmy je jakoś  
wytłumaczyć, nadać mu sens i osadzić w jakŜe przydatnym  
kontekście filozoficznym. 
I tak Gam uświadomiła sobie, jak wiele dzieli ją i mło- 
dego człowieka, z którym spędza niedzielę. Był to dystans  
nie tyle duchowy czy towarzyski - coś takiego w osta- 

background image

tecznym rozrachunku jest nieistotne - chodziło raczej o  
róŜnice pomiędzy dwojgiem istot, tajemnicę odwiecz- 
nej obcości, uzaleŜnienie od reguł rządzących naszą jaźnią,  
których nie wolno omijać, w przeciwnym bowiem razie  
popadamy w chaos - stajemy nad otchłanią, w której panuje  
pomieszanie spraw. 
Tylko jedno oblicze rzeczywistości pozostaje w zasięgu  
naszego wzroku, wyświetlane przez latarnię magiczną  
poznania, nierozłącznie powiązane z naszą świadomością,  
nie dające się od niej oddzielić. Wyobraźmy sobie morze  
błyszczące w promieniach słońca. Postrzegamy je jako  
słońce i morze - poprzez nasze oko i odbicie tego zjawiska  
w mózgu: nigdy to nie będzie samo tylko morze. Filtry  
naszej jaźni są jak barwna szyba, przez którą patrzymy na  
ś

wiat. 

Gam spojrzała na stół. Obie dłonie wciąŜ leŜały obok  
siebie, a głos, dobiegający jakby z oddali, opowiadał o mało  
waŜnych sprawach. Naraz poczuła jakąś bezradną tkliwość,  
której - być moŜe - doznają ludzie złączeni w cierpieniu  
bądź skazańcy, którym przypadł w udziale ten sam los, przy  
czym jeden z nich przeczuwa wyzwolenie, swą nadzieją  
jednak nie moŜe się podzielić z innymi. W przemoŜnym  
pragnieniu zrzucenia cięŜaru pochwyciła raz jeszcze dłoń  
leŜącą obok jej dłoni, której nie potrafiła odsunąć,  
pogładziła ją i bez śladu ironii, ze szczerego serca, drŜącym  
głosem, w którym słychać było łzy, rzekła: 
- Jest pan dzielnym człowiekiem, Fred. Wierzę, Ŝe na  
pewno... - tu musiała zrobić krótką pauzę — na pewno  
zostanie pan kiedyś kierownikiem swojego działu. 
Wieczorem długo siedzieli w restauracyjnym ogródku, w  
którym rozstawiono liczne stoły. Pomiędzy drzewami  
przeciągnięto sznury lamp kołysanych teraz podmuchami  
wiatru. O zmierzchu do ogródka przyszło sporo ludzi i  
wszystkie stoły były zajęte. Zwracały uwagę liczne  
zakochane pary, które bez Ŝenady tuliły się do siebie. 
Z otwartego okna na parterze dolatywały dźwięki  
muzyki. Przy pianinie siedziała dziewczyna w jasnej sukni.  
Próbowała grać jakąś piosenkę. Na pokrywie instrumentu  
leŜał jej kapelusz. Wzięła kilka akordów i roz-anielonym  
wzrokiem spojrzała na męŜczyznę, który opierał się o  
pianino. Włosy opadały mu na czoło. Jego twarz rozjaśniało  
ciepłe światło świec. Z czułością spoglądał z góry na  
dziewczynę. Wnętrze pokoju tonęło w mroku, jak na  
obrazach van Dycka zatarte kontury rozmywały się wśród  
niezliczonych odcieni brązu. Kiedy patrzyło się z zewnątrz,  
przez ramę okienną, scenka do złudzenia przypominała taki  
stary obraz. 
Obok kapelusza Gam zauwaŜyła mocno przewiązany,  
gruby bukiet. Drgnęło jej serce. Chyba odnalazłam utracone  
krajobrazy, przebiegło jej przez myśl, zanim zdąŜyła zdać  

background image

sobie z tego sprawę. Bukiet był dla Gam czymś w rodzaju  
nieznanego ptaka, który nagle przeleciał obok niej. Dwoje  
ludzi wyszło na zewnątrz i teraz szukali miejsca przy  
stolikach w ogrodzie. W przejściu niemal się o nią otarli.  
Dziewczyna trzymała w ręce kapelusz i kwiaty. Gam  
dostrzegła pospolitość w linii jej ust: śmiała się, słuchając  
męŜczyzny. Śmiech był wymuszony, brzmiał nieszczerze.  
Po chwili dziewczyna się odwróciła i w odpowiedzi rzuciła  
przez ramię głupi, niezgrabny Ŝart. Gam przyglądała im się  
jeszcze przez chwilę; młody człowiek włoŜył rękę do  
kieszeni i odchodząc, obrzucił Gam bezceremonialnym  
spojrzeniem. 
Wracali z Fredem do domu. Było juŜ po Ŝniwach i ścier- 
niska pachniały ziemią. Teraz zbierał swe Ŝniwo księŜyc,  
którego sierp wędrował po niebie. Gam przyglądała się  
Fredowi, kroczącemu obok z wysoko uniesionym czołem.  
Zapytał Gam, czym się zajmuje. Zanim odpowiedziała,  
zaśmiała się: obszar, po którym poruszał się jego umysł, był  
wyjątkowo ograniczony. Zaproponował jej wspólne  
gospodarstwo. Przypuszczalnie bez specjalnego wysiłku  
znajdą w przyszłości większe mieszkanie, do 
QQ 
którego będą się mogli wprowadzić, stwierdził, na razie  
jednak wszystko pozostanie jak dotychczas. Co tydzień  
będzie jej dawał określoną sumę, za którą ona kupi  
wszystko, co niezbędne, i będzie mu gotowała. On jada  
wieczorem punktualnie o szóstej, zaraz po powrocie z biura.  
Takie rozwiązanie powinno być korzystne dla obu stron. 
Tą propozycją wprawił Gam w zakłopotanie, z którego  
nie umiała się otrząsnąć. Oszołomiła ją niewzruszona  
pewność Freda, Ŝe Gam się zgodzi. Takie właśnie obyczaje  
panowały między ludźmi, wśród których się obracał:  
najpierw rozsądnie i bez emocji omawiało się sprawę,  
ustalało szczegóły, a potem zaczynało się Ŝycie we dwoje.  
Jeśli spodziewano się dziecka, moŜliwe było takŜe  
małŜeństwo. Zdarzało się teŜ, Ŝe wszystko przebiegało nieco  
inaczej i między dwojgiem ludzi pojawiał się w pewnej  
chwili płomień pokonujący wszelkie bariery, sycący się  
Ŝ

arem poŜądania, domagający się w nocy swych praw.  

Bardzo prędko jednak wszystko wracało na swoje miejsce:  
nadal trzeba było wypełniać rodzinne obowiązki, spotykać  
się, ustalać terminy; moŜna było nawet razem mieszkać,  
jednak wspólnie zorganizowany dzień był równie waŜny jak  
nocna namiętność; aŜ wreszcie - i o tym wiedział kaŜdy, nie  
spodziewając się zresztą niczego innego - dwoje ludzi  
orientowało się nagle, Ŝe Ŝyją obok siebie, równieŜ wtedy,  
gdy od dawna nic ich juŜ nie łączyło i jedno od drugiego  
niczego nie oczekiwało, powodowała nimi jedynie wygoda i  
obyczaj. 
Gam czuła się podobnie jak po południu w restauracji.  

background image

Była bezradna wobec własnych myśli i odczuć potrzą- 
sających nią niczym krótka, drobna fala. Absolutnie nic nie  
mogło się przebić na powierzchnię, a jeŜeli juŜ do tego  
dochodziło, nowe doznanie wkrótce połykały tryby bez- 
dusznego zegara napędzanego, a potem unicestwianego  
przez jestestwo takich ludzi. 
Fred raz jeszcze zapytał, czy Gam przystanie na pro- 
pozycję. Bez słowa skinęła głową. Choć wiedziała, Ŝe tylko  
ją przeraŜa rozpaczliwy banał, nie umiała się obronić przed  
współczuciem: świetnie zdawała sobie sprawę z całego  
splotu niemoŜności i chciała pomóc. Podobne uczucia  
ogarnęły ją kiedyś w szpitalu dla nieuleczalnie chorych...  
Tutaj miała do czynienia z niedostrzegalnym, nieszczęsnym  
przekleństwem, którego nic nie było w stanie przekreślić:  
szarą pospolitością. Wszelkie pociągnięcia natury socjalnej  
ledwo dotykały problemu. Polepszały sytuację materialną,  
istota sprawy i struktury pozostawały jednak niezmienione.  
JeŜeli się zdarzało, Ŝe ktoś osiągał ponadprzeciętną  
zamoŜność, wszystko przeobraŜało się w groteskę budzącą  
jedynie śmiech, poniewaŜ forma i treść nie szły z sobą w  
parze, jak u tej rodziny na statku w Kanale Sueskim, która  
zupełnie nie umiała się znaleźć i mając tysiące moŜliwości,  
pozostała przy swoich prostackich zwyczajach... 
Fred ujął Gam pod ramię i z oŜywieniem mówił o naj- 
róŜniejszych sprawach. Dzielnie znosiła poufały ton: nie  
ciąŜył jej, tym razem był jak najbardziej na miejscu. Potem  
poszła jeszcze na górę do mieszkania księgowego, który  
chciał ją wprowadzić w nową rolę i omówić szczegóły  
dotyczące następnego dnia. Usiedli naprzeciw siebie na  
wysokich krzesłach z plecionej trzciny. Gam zapytała Freda,  
czego w Ŝyciu pragnąłby najbardziej. Roześmiał się -  
owszem, marzył o wielu rzeczach, uwaŜał jednak, Ŝe to  
mrzonki, których nie naleŜy traktować powaŜnie. Po  
krótkim namyśle stwierdził, Ŝe ucieszyłaby go dobra posada  
i lepsze zarobki, chciałby mieć ładne mieszkanie i zgodną  
kobietę obok siebie. Gdyby spotkało go coś więcej, uznałby  
to za uśmiech losu i przyjął z wdzięcznością jako  
szczególny dar niebios. 
Gam skinęła głową - oczekiwała mniej więcej takiej  
odpowiedzi. I nawet jej to nie śmieszyło, doskonale Freda  
rozumiała. W końcu zorientowała się, gdzie tkwi sedno  
sprawy. Zrozumiała, chociaŜ nie była w stanie pojąć. 

Nagle ją olśniło, Ŝe to, co uwaŜała za niespoŜytą energię i  
siłę, przejawiającą się w najdrobniejszej codziennej  
czynności, niczego nie oznacza: jest jedynie widocznym  
efektem aktywności Ŝyciowej, równie nieskomplikowanej  
jak roślinna wegetacja. Nic tutaj nie sięgało głębiej,  
wszystko działo się wyłącznie na powierzchni. Nie było teŜ  
mowy o Ŝadnych zmianach - jedno z nienaruszalnych praw  

background image

natury mówi, Ŝe z ziarna fasoli wyrasta wijące się pnącze, a  
nie potęŜna jodła. I nawet z pomocą najbardziej wyszukanej  
sztuki ogrodniczej nie wskóramy niczego... 
Fred patrzył na Gam przymglonym wzrokiem. Dla niej  
jego twarz wyglądała teraz tak samo jak twarze większości  
istot ludzkich. Bez wątpienia wśród tych istot muszą  
znajdować się równieŜ takie, dla których większość stanowi  
wyłącznie rodzaj tła, podłoŜa: wznoszą się one ponad  
pospolitość, są świadome swej wartości i zdolne są  
naprawdę przeŜywać. Przekonanie o własnej wyjątkowości  
moŜe być równieŜ źródłem szczególnej satysfakcji: moŜna  
czuć się jak ktoś, komu powierzono nadzwyczajną misję do  
spełnienia, ktoś wtajemniczony w powikłane zaleŜności  
przyczyn i skutków, kto na dodatek potrafi się tym bawić,  
poniewaŜ świadomość i wiedza zawsze prowokują do  
podjęcia gry... Najgłębszą kontemplację winniśmy kończyć  
tanecznym balansem, u kresu zamyślenia i melancholii  
dostrzegać prostotę i wdzięk... Zabawa, gra- w tym miejscu  
ocieramy się o tajemnicę spraw ostatecznych i mistykę  
następstw, dotykamy granicy, za którą mieszają się pojęcia i  
koło się zamyka. 
Człowiek siedzący naprzeciw był jednym z ludzkich  
bytów. Stanowił niewielkie ogniwo w łańcuchu istnień,  
waŜnych dla gatunku, który pełnię człowieczeństwa osiągał  
tylko dzięki jednostkom wybitnym; ten męŜczyzna był,  
niestety, osobnikiem pasywnym, bezbarwnym. Jakimś  
zrządzeniem losu znalazł się tutaj... 
Fred zmruŜył oczy. 
- Czemu mi się tak przyglądasz? - zapytał. 
Gam objęła głowę męŜczyzny, z wielką powagą przy- 
ciągnęła ją do siebie i pocałowała. Miała wraŜenie, Ŝe  
znalazła jakąś drogę - naraz w środku nocy spotkała wie- 
ś

niaka, który potwierdził, Ŝe idąc w kierunku, który obrała,  

zajdzie prosto do celu, przy czym wieśniak nie ma pojęcia,  
jak waŜny jest dla niej ów ceł. 
ś

egnając się, w drzwiach, podniosła jeszcze rękę i po- 

machała do Freda. ZauwaŜyła, Ŝe wygląda na rozczaro- 
wanego. Przypuszczalnie sądził, Ŝe Gam zostanie z nim na  
noc. 
Na Quai d'Orsay, pomiędzy kramami bukinistów, za- 
czepił Gam jakiś malarz, który długo opowiadał o swych  
planach i ideałach. Choć wiele przemawiało za tym, Ŝe  
malarz jest człowiekiem pokroju Freda, Gam postanowiła  
przeprowadzić jeszcze jeden eksperyment, tym bardziej Ŝe  
ów typ duŜo mówił o ideałach, które są dla niego  
najwaŜniejsze i którym podporządkował swe Ŝycie. Przez  
kilka dni wysłuchiwała tyrad malarza, potem u drobnego  
handlarza, który miał na składzie jego obrazy, kupiła kilka  
prac. Oszołomiony sukcesem idealista ochoczo zabrał się do  
malowania. Gam z rozmysłem kupiła płótna, które malarz  

background image

sam uwaŜał za najmniej udane. Przekonawszy się, Ŝe maluje  
teraz w ten sam sposób, Gam nie zdziwiła się nic a nic. Ale  
przestał się jej podobać. Była ciekawa, jakie wraŜenie  
wywrą na malarzu pieniądze. Przekonała się, Ŝe nie trzeba  
było wiele, aby zrobił się zarozumiały, a Ŝądza posiadania  
przesłoniła idealizm. 
Jeszcze przez kilka tygodni Gam Ŝyła w ciągłym za- 
bieganiu. Jej dzielnicę zamieszkiwali urzędnicy, dalszą  
okolicę - zamoŜne mieszczaństwo. Mimo uszu puszczała  
liczne nazwiska, wokół pojawiali się ludzie, o których  
niemal zaraz zapominała. Przemysłowcy, którzy rozpo- 
czynali nadzwyczaj skromnie i po latach stawali się wła- 
QQ 
ś

cicielami fabryk, wynalazcy, dzięki którym wprowadzono  

istotne ulepszenia, generałowie piszący uczone ksiąŜki o  
sztuce wojennej, ambitni młodzi dyplomaci, juŜ uho- 
norowani licznymi orderami - wszyscy oni w jakimś okresie  
swego Ŝycia zadziwiali rozsadzającą ich energią, z czasem  
jednak ta aktywność się w nich wypalała. Byli dobrymi  
fachowcami, znali się na swojej pracy, ale funkcjonowali  
jak automaty; duŜo wiedzieli i potrafili przekonać do swych  
racji, wielu nieobce były nawet arkana nieco staroświeckiej  
sztuki Ŝycia, tak naprawdę jednak brakowało im czegoś, co  
najwaŜniejsze. Gam sama nie wiedziała, jak naleŜałoby  
nazwać ten mankament. Miała jedynie wraŜenie, Ŝe ci  
wszyscy ludzie jak pijawki przyssali się do rzeczywistości  
tylko z jednej strony i zupełnie nie ogarniają całości, nie  
stanowią bytów integralnych, daleko im do tego, by kaŜdą  
chwilę swego Ŝycia twórczo zamieniać w coś nowego,  
wcześniej nieznanego, a kiedy juŜ tego spróbują, postępują  
wedle utartych wzorców. Brakowało im niezłomności,  
ś

miałości, chłonności -cech godnych miłości i szacunku,  

wymuszających aktywność, owocujących sukcesem; nie  
było w nich beztroski, niezaleŜności, ruchliwości;  
poddawali się miałkim hasłom i regułom. W cieniu kaŜdego  
z nich zawsze w końcu Gam odkrywała Freda... 
Do poetów i artystów zupełnie się rozczarowała. In- 
teresują się tylko sobą, stwierdziła, swoją twórczością, pod  
której cięŜarem uginają się jak krzew winorośli pod  
dojrzewającym gronem. śyją wyłącznie w swoich dziełach,  
te zaś są jak pasoŜyt: cierpi przez nie rozwój osobowości, w  
której nie ma miejsca na prawdziwą pogodę ducha,  
poniewaŜ artysta tylko z pozoru cieszy się duchową  
wolnością. Całą jego egzystencję przenika dzieło: kiedy  
odpoczywa, dzieło w nim dojrzewa, stan spoczynku jest  
doznaniem, z którego ono wyrasta. Artyści nie mają czasu  
na wsłuchiwanie się w zew własnej krwi, czekają na nich  
dłuta, pędzle bądź pióra- nowe dzieło 
f\ A 
musi się narodzić. KaŜdy zaś poród sam w sobie staje się  

background image

celem; dlatego teŜ artysta nigdy nie dotrze w rejony piękna  
bezuŜytecznego, dostępnego bytom z niczym nie zwią- 
zanym; obszary te są domeną osobowości prawdziwie  
wielkiego formatu... 
Gam złoŜyła wizytę markizie d'Argenteuil, która z kolei  
zabrała ją do księŜnej Parmy. Kilka razy odbyła przejaŜdŜkę  
wzdłuŜ bulwarów w towarzystwie młodego St. Denis.  
Wieczorem przyszła do niej z płaczem jakaś akto-reczka i  
prosiła, by Gam nie odbierała jej pana St. Denis. Gam ją  
pocieszyła i obiecała spełnić prośbę. Za jakiś czas znów  
spędziły z sobą wieczór. Mała była przymilna jak kociak i  
zjawiała się u Gam jeszcze kilka razy. Na przyjęciu u  
księŜnej Gam wywołała sensację stylem, w jakim wkroczyła  
na pokoje. Innym razem, siedząc w loŜy, uczestniczyła w  
debiucie pewnego poety, który powiedział, Ŝe w jej  
obecności ma za nic sławę. Nie uwierzyła mu: poeci często  
kłamią, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. 
Pojedynkowali się o nią dwaj młodzi oficerowie, których  
nie znała. Co za głupota, pomyślała, kiedy jej o tym  
opowiedziano. Gdyby się załoŜyli, wyglądałoby to znacznie  
sympatyczniej. 
Europejskie miasta ją znudziły. Miała dosyć nieustan- 
nego nawiązywania nowych błahych znajomości. Prze- 
oczenie dziesięciu spraw dokucza znacznie bardziej niŜ  
jednorazowe niedopatrzenie. Poza tym miasto narzuca  
pewną uniformizację: ludzie Ŝyją zbyt blisko siebie, ciągle  
się spotykają. Jeśli poznamy jedną osobę, znamy  
wszystkich... 
Gam czuła się zmęczona. Przebiła się przez wszystkie  
warstwy- od najniŜszych po te, które zalegają na samym  
wierzchu. Stwierdziła, Ŝe poza usytuowaniem niczym się od  
siebie nie róŜnią. Wszystkie były takie same. Koło obraca  
się pomiędzy narodzinami a śmier- 
ci K 
cią, te dwa bieguny wyznaczają przestrzeń dla Ŝycia. Ono  
zaś wcale nie toczy się po prostej, lecz wciąŜ, jak krótka  
fala, próbuje przeciwstawiać się nurtowi, który mimo to  
niesie je w określonym kierunku. Rezygnuje z szerokiego  
oddechu, zacieśnia horyzonty, nie potrafi posłuŜyć się  
magicznym OM, o którym mówił buddyjski kapłan. Nie  
warto niczego obchodzić... Nikomu teŜ nie da się pomóc. 
Zawsze ciepłym uczuciem darzyła zwierzęta. Obser- 
wując ich naturalny wdzięk, porównywała go z Ŝałosną  
interesownością ludzkich zachowań. U ludzi zmysły były  
wyczulone na szablon, na zestawy słów, stereotypowy ruch,  
myślenie, aktywność. Uderzała Gam jakaś poło-wiczność,  
poraŜała sztuczność. RozróŜniała wszelkie niuanse gry,  
maski - tę ostatnią potrafiła przeniknąć chłodnym okiem, a  
kiedy ostroŜna pewność siebie zamieniała się w  
samozadowolenie, Gam traciła resztki złudzeń. Nabierała  

background image

wtedy dystansu, usta wykrzywiał jej grymas pogardy, aŜ w  
końcu pojawiała się obojętność: zdyscyplinowane głąby,  
mieszanina białek i kwasów tłuszczowych, całkowicie  
zaskorupiali w swych nawykach, zniewoleni pracą,  
pieniędzmi, tytułami, sukcesami; do tego niezbędni, bo bez  
nich nie byłoby mieszczańskiej stabilizacji: punktualnych  
ekspresów, solidnych banków. Oto prawdziwe koszty Ŝycia  
- teraz je znała; i tylko tyle... 
Markiza d'Argenteuil zaprosiła Gam do swego pałacu na  
wodzie, oddalonego od ParyŜa o godzinę drogi. 
W dniu wyjazdu przypadkiem znalazła się niedaleko  
domu, w którym mieszkał Fred. Spotkała go na ulicy. Nie  
szczędząc wyrzutów, zapytał, dlaczego go opuściła, i zaraz  
dodał, Ŝe juŜ za późno, poniewaŜ ma nową przyjaciółkę, z  
którą zamieszkał. Był pewien, Ŝe Gam chce wrócić, nic  
innego nie przeszło mu nawet przez myśl. Wprawił ją w  
zachwyt, wraŜenie było piorunujące. I tak, w radosnym  
nastroju, Gam udała się do posiadłości markizy. 
VI 
Stary zarządca twierdził, Ŝe w ostatnich latach wodne  
urządzenia zostały naprawione i znów wszystko działa. I  
rzeczywiście, o zmierzchu na godzinę rozszumiały się  
parkowe wodotryski. Wiatr pędził do wody pobrązo-wiałe  
juŜ liście wiązów i orzechów włoskich, a spoglądający w dół  
melancholijny Narcyz wyglądał jak zaklęte w kamieniu  
uosobienie smutku tych nostalgicznych jesiennych  
wieczorów: w ciszy i zapadającym zmroku przyroda  
obumierała. 
Przechadzając się po pokojach, Gam często się za- 
trzymywała, by podziwiać obrazy. Subtelnie cieniowane  
jasnymi akwarelami, zawieszone na zgrabnych haczykach,  
zajmowały całe ściany. W małym biurku z politu-rowanej  
brzozy natrafiła na kilka paczek z listami. Na poŜółkłych  
papierach ktoś powypisywał wielostronicowe egzaltowane  
epistoły - coś takiego mogło powstać tylko w tamtym  
stuleciu. Spędziła nad nimi cały dzień. Adresatem  
większości był kawaler von Roste, który przypuszczalnie  
zwrócił je w chwili rozstania; w innych jakaś przyjaciółka  
pisała o ukochanym. 
W szafach i kufrach odkryła stare suknie. Wyjmowała je  
i wkładała na siebie. Spłowiałe tkaniny miały nie- 
powtarzalny, oszałamiający zapach. Gam przesiadywała tak  
przebrana całymi godzinami, marzyła, cofała się w  
przeszłość. Patrząc przez dłuŜszy czas na swe odbicie 
Q7 
w kryształowym lustrze, zupełnie zapominała o sobie.  
Obraz, który oglądała, przedstawiał kogoś cudownie obcego  
i zarazem bliskiego: to była ona, tyle Ŝe dzięki jakimś  
czarom udało się jej zawędrować w inną epokę i teraz,  
spoglądając w milczeniu zza szklanej tafli, na chwilę  

background image

stamtąd powracała. Za kruchą i nierealną postacią kładły się  
szare cienie zmierzchu; w głębi lustra przechodziły w  
delikatny brąz i wydawało się, Ŝe przesłaniają całą  
przeszłość; jedynie spokojny, pełen zadumy uśmiech  
kobiety łączył tę przeszłość z teraźniejszością. Kiedy  
pewnego wieczoru Gam, ubrana w wystawną, drogą kreację,  
przechodziła przez pokoje, był tam równieŜ stary zarządca.  
Nie zauwaŜyła go i ruszyła tanecznym krokiem w  
dostojnym rytmie sarabandy. Ujrzawszy starego człowieka,  
wskazała na stojący pod ścianą szpinet. Zarządca usiadł przy  
nim i zagrał menueta. W powietrzu drŜał wątły srebrzysty  
dźwięk chwilami przypominający pozytywkę. Gam powoli  
stawiała taneczne pas, dołączając do nich głębokie ukłony;  
czuła w tych figurach uwodzicielski blask epoki, którą  
dobrze znała i do której miała wyjątkowy sentyment. W  
czasach rokoka wszystko działo się w bajkowych ogrodach,  
ogrody te przesłaniały wszelką otchłań; choć Gam wiedziała  
o przepaści, ją równieŜ chciała nazywać ogrodem. Dziś  
częściej wolimy mieć do czynienia z przepaścią, która nas  
przeraŜa. Tamta epoka - czas namiętnych romansów i poje- 
dynków - ponad wszystko ceniła wykwint i wdzięk. Kawaler  
von Roste z uśmiechem na ustach wyzwał na pojedynek  
najlepszego szermierza Francji tylko dlatego, Ŝe ten miał  
czelność odrobinę za długo całować dłoń damy jego serca.  
Eleganckim Ŝartem wyprosił w towarzystwie chwilę  
niezbędną dla zaczerpnięcia świeŜego powietrza, wyszedł z  
przyjacielem sekundantem do ogrodu i więcej nie wrócił.  
Nie zostawił Ŝadnych listów, nikomu się nie tłumaczył. 
Znów zmierzchało; półmrok juŜ wcześniej przyprawił  
Gam o dreszcze. Wyszła ze starym zarządcą do ogrodu.  
Patrzyła na Ŝywopłoty. Kiedyś je przycinano, teraz były  
całkiem zdziczałe i smutne, jakby się czegoś wstydziły.  
Wieczór nabierał kolorów lapis lazuli i srebra. 
Karmiła czarne łabędzie, które juŜ sposobiły się do snu.  
Kreśląc koła na stawie, pośpiesznie do niej podpływały. 
Horyzont zaciągał się chmurami, przez które przedzie- 
rały się jeszcze resztki światła. Niebo ponad drzewami  
robiło się fioletowe, zaraz za fioletem narastała ciemność.  
Po chwili z szumem zakołysały się szczyty drzew, w wie- 
czorny chłód wdarły się strumienie ciepłego, wilgotnego  
powietrza. Do ogrodu wpadł mokry wiatr. Potem zapadła  
martwa cisza, a chmury zasłoniły całe niebo. 
Gam zawróciła do pałacu. Jakiś dziwny odgłos towa- 
rzyszył jej krokom, w kaŜdym załomku tajemniczo gęstniała  
ciemność, ze wszystkich stron osaczała młodą kobietę; dom  
zdawał się kulić do ziemi w obliczu coraz bliŜszego,  
nieznanego niebezpieczeństwa. KaŜdy szmer gwałtownie  
potęŜniał i równie nagle, jakby uderzony miękkim toporem,  
zamierał. Świat dookoła poraŜał ciszą. 
Gam była rozdygotana. Kryło się za tym coś więcej niŜ  

background image

tylko zwykłe wyczekiwanie na burzę. Czuła, Ŝe wraz z  
burzą nadciąga coś jeszcze... Ale co...? Wiedziała, Ŝe  
niebawem nastąpi przemiana. Zastanawiała się, co ją czeka.  
MoŜe jak gąsienica zrzuci skórę i przeistoczy się w motyla,  
który zerwie się z miejsca i pofrunie...? Była ogromnie  
zmęczona, nie miała siły się opierać; w chmurach czaiła się  
burza, gotując się do ataku. Niech więc uderza! 
Z całą pewnością Gam znalazła się na rozdroŜu. Stojący  
przed nią świecznik wyglądał przedziwnie: odlew z brązu  
wydobywany z ciemności blaskiem niemych jeszcze  
piorunów sprawiał niesamowite wraŜenie. Spokój  
poprzedzający nawałnicę miał w sobie coś ZagadkOWe- 
go, nieznośna tajemnica osaczyła Gam, porywała ją za  
sobą... Tylko dokąd...? 
Czerń za oknem rozdzierały błyskawice, raz po raz  
przecinające niebo. Zapalały się i przez moment jarzyły  
niczym monstrualne, węŜowate linie unerwienia. Potem  
znów zapadała noc. I znów na kilka sekund w parku i w  
pokojach robiło się jasno. Po chwili rozlegał się przeciągły,  
narastający grzmot pioruna. Z potęŜnym szumem opadły na  
ziemię strugi deszczu. 
Odgłos ulewy wypełnił wnętrze pałacu. Był uporczywy,  
wydawało się, Ŝe nigdy nie ustanie. Szyby i ściany pokoi  
dygotały pod naporem siekącej wody; łoskot niósł jednak z  
sobą wybawienie. Naraz Gam usłyszała, Ŝe w korytarzu do  
dudnienia ulewy dołączył inny dźwięk: z dołu dobiegł jakiś  
rumor, szybko się zbliŜał. Z trzaskiem otworzyły się drzwi i  
w progu stanął ociekający wodą Lavalette. Krzyczał coś do  
słuŜącego, domagał się kąpieli i suchego ubrania. Ukłonił się  
Gam. 

Przykro mi, Ŝe tak wyglądam, witając się z panią.  

Za godzinę wszystko wyjaśnię. 
Gam nawet nie próbowała wstać z fotela. Wydawało się,  
Ŝ

e szalejąca na zewnątrz nawałnica zmiecie wszystko z  

powierzchni ziemi. Wystrzelające co sekunda błyskawice  
wdzierały się białosinym blaskiem pomiędzy drzewa,  
wściekły atak piorunów wspomagała ulewa, z nieba lały się  
potoki deszczu - rozpasanie Ŝywiołów nie miało granic.  
Wrócił Lavalette. Gam wstała, szybkim krokiem podeszła  
do okna i spojrzała przez szybę. Lavalet-te gwałtownie  
wyciągnął rękę, wskazując na burzę, po czym w milczeniu  
zacisnął palce na oparciu fotela. I natychmiast znów  
odwrócił się do Gam. 

Wobec takiego potopu wyjaśnianie czegokolwiek jest  

zbyteczne. Wystarczy, jeśli się pani dowie, Ŝe jestem przy  
jacielem markizy d'Argenteuil i znam tę posiadłość. Mam  
zobowiązania, które nie mogą czekać. Natychmiast mu- 
szę znaleźć jakiś samochód. O godzinę stąd, jadąc po  
ciemku, bez świateł, wpadłem na stertę kamieni i roz- 
trzaskałem wał korbowy. Czy pani wóz jest sprawny? Gam  

background image

potwierdziła. 

Będę go potrzebował. 

Na moment niebo stanęło w czerwonych płomieniach.  
Lavalette pochylił się nad Gam. 

Gdzieś juŜ panią widziałem... 

Gam skinęła głową. Nie mogła mówić. Ciało jej ciąŜyło,  
jakby było z ołowiu. Ręce bezwładnie spoczywały na  
poręczach fotela. 

W Szwajcarii. Raz teŜ spotkałem panią w Kolom-  

bo. Dopatrywanie się jakichkolwiek związków, wyciąga  
nie wniosków byłoby absurdem. Ale ułatwię pani decy  
zję. Pojedzie pani do Marsylii i wejdzie na pokład Annę  
Lane. Statek wypływa za dwanaście dni. Będę na panią  
czekał w Singapurze. 
Gam nie odpowiedziała. Lavalette zadzwonił na słu- 
Ŝą

cego i poprosił o wyprowadzenie auta z garaŜu. Potem raz  

jeszcze wskazał okno. 

Przy czymś takim wszystko inne to banał. Tu się  

nie zadaje pytań i nie udziela odpowiedzi - to po prostu  
jest. Proszę przemyśleć ten problem. W Singapurze zej  
dzie pani ze statku. 
Na dworze kilku ludzi pchało wóz. Lavalette pochylił się  
nad ręką Gam. Młoda kobieta patrzyła na niego jak przez  
sen, zupełnie bezwolna. Trzasnęły drzwi, za nimi słychać  
było oddalające się kroki. Jakby powracając z innego  
ś

wiata, Gam, w pustym pokoju, odezwała się głębokim  

głosem: 

Tak... - Ściągnęła brwi, oczy jej pociemniały. - Tak -  

powtórzyła, po czym opuściła głowę. 
Silnik prychnął kilka razy i zagrał w jednostajnym  
rytmie. Zgrzytnęła skrzynia biegów, jeszcze gdzieś ktoś  
wołał... Po chwili nawałnica wchłonęła warkot oddalającego  
się auta. 
Kiedy Gam się obudziła, niebo było jasne. Burza minęła.  
KsięŜyc jak wielka mosięŜna misa świecił nad parkiem i  
odbijał się w kałuŜach, których w ogrodowych alejkach  
porobiło się co niemiara. Wierzchołki drzew zastygły w  
bezruchu. Na gałęziach krzewów wokół domu zbierały się  
krople i wolno ściekały z liścia na liść. Marmurowy Narcyz  
nad stawem, w połowie oświetlony padającym ukośnie  
blaskiem księŜyca, nadal ze smutkiem patrzył w wodę.  
Ś

wiatło zatrzymało się na lewym ramieniu posągu; potem,  

jakby dla zabawy, z niewątpliwą sympatią, miękko i  
bezgłośnie przeskakując kilka razy, księŜycowy blask  
otoczył całą rzeźbę. Narcyz stał zamyślony i się uśmiechał... 

Nie ma w tym nic nadzwyczajnego - mówiła Gam  

do markizy d'Argenteuil. - O naszym Ŝyciu nie decydują  
zdarzenia waŜne i głośne, lecz te drobne, niemal niedo  
strzegalne. RównieŜ nie te, które mają jakieś logiczne  
uzasadnienie i których się spodziewamy, ale wyłącznie  

background image

zaskakujące, nie przeczuwane, nagle burzące spokój i kie  
rujące nas na nowe drogi. UwaŜamy, Ŝe obok naszego  
codziennego Ŝycia toczy się Ŝycie ukryte i wszystko, czym  
łudzi nas jaźń, mami intuicja, to jedynie przypadkowe  
odbicia tej drugiej ścieŜki. Kiedy jednak nastąpi wstrząs,  
cała nasza mądrość obraca się wniwecz... 
Markiza dobrodusznie patrzyła na Gam. 

Najcudowniej dobrane, porywające słowa poety,  

których słuchamy ze sceny, nigdy nie poruszają tak mocno  
jak dalekie wołanie wśród nocy, dobiegające nie wiadomo  
skąd - odparła. - Nasza fantazja przypisuje mu tysiące  
znaczeń, krzyk oŜywia wyobraźnię i budzi tęsknotę,  
powoduje coś, czego nie dokona Ŝadne słowo: przenika do  
krwi, staje się częścią ciemnego, zagadkowego dziedzictwa,  
w które wyposaŜyła nas natura; ona przez ten krzyk do nas  
przemawia i wymusza decyzje. 

Przypadkowy dźwięk moŜe wywołać rezonans- 

odezwała się Gam. - Ten dźwięk wciąŜ wybrzmiewa, jego  
odbicia nie słabną nawet wtedy, gdy próbujemy go za- 
głuszyć, bo uwaŜamy, Ŝe jest bez sensu; wciąŜ się odzywa,  
coraz głośniej wibruje, kusi nas i w końcu zwycięŜa. 

Proszę za nim iść, na pewno się pani nie zawiedzie. 

Tak... - odrzekła cicho Gam. Po chwili się roześmiała.  

- Mogę teŜ postąpić zupełnie inaczej... 
Dwa dni później opuściła ParyŜ. Nie dojechała jednak  
daleko, tego samego dnia wróciła. Ale juŜ wieczorem, w  
operze, poczuła niepokój. Znów do późnej nocy siedziała  
przy oknie w swym pokoju. Następnego dnia wsiadła do  
ekspresu jadącego do Marsylii. 
Nie dotarła do celu. Zatrzymała się w jakiejś prowan- 
salskiej wsi, gdzie zamieszkała u prostych ludzi, którzy  
sypiali w kolorowych, wysokich łoŜach. Na noc zamykano  
drewniane okiennice. Kiedy rankiem Gam się obudziła,  
przez wycięty w jednej z nich otwór w kształcie liścia lipy  
wpadało jasne światło budzącego się dnia. Ze złocistego  
serduszka strzelał promień, przecinał ciemne pomieszczenie,  
jak aureola padał na ścianę i oleodruk -kolory na piersi  
Madonny nabierały niespotykanych barw. Gam podsunęła  
dłoń i próbowała pochwycić światło. Potem przyniosła  
lusterko i podrzucała świetlną plamę jak piłkę - złociste  
serduszko fantastycznie ślizgało się po ścianach i suficie, aŜ  
Gam się podniosła i stanęła na łóŜku; ramiączka nocnej  
koszuli osunęły się i kobieta, stojąc na poduszkach,  
nachyliła się tak, Ŝe promień dosięgał jej ciała w miejscu, w  
którym biło serce. Natychmiast poczuła ciepło na skórze,  
pod jej lewą piersią jaśniała słoneczna plamka; dłuŜej nie  
potrafiła powstrzymać kipiącej radości, na nic juŜ nie  
zwaŜając, wyskoczyła z łóŜka i zaimprowizowała poranny  
taniec ze słońcem... 
Po południu znów pogrąŜyła się w marzeniach. Zde- 

background image

cydowała się na dalszą podróŜ. Kudłaty pies gospodarzy,  
którzy odprowadził ją do pociągu, nie zamierzał się 
z nią rozstawać. Na poŜegnanie pomachała mu ręką jak  
serdecznemu przyjacielowi... 
Przez całą drogę patrzyła na krajobraz skąpany w pro- 
mieniach słońca. Wiatr buszował w konarach srebrzy- 
stoszarych drzew oliwnych, pociąg mijał pinie, bananowce i  
krzewy wawrzynu, a pokazujące się gdzieniegdzie palmy  
nadawały widokom posmak egzotyki. Potem juŜ było  
miasto- właściwie jeden wielki port- Boulevard de la  
Cannebiere i mieszanina róŜnych nacji i ras. Gam długo  
stała na nabrzeŜu i patrzyła na morze. Obok niej piętrzyły  
się skrzynie, ławki i krzesła pokładowe - typowe  
wyposaŜenie kaŜdego statku. Obrotowe Ŝurawie unosiły na  
linach ogromne worki i inne cięŜary, jakby te ładunki nic nie  
waŜyły. W dokach trwał załadunek siarki i ochry  
sieneńskiej, porykiwało, czekając na swą kolej, spragnione  
stado krów. Pomiędzy falochronem a miastem jeden obok  
drugiego kotwiczyły parowce... Gam w końcu postanowiła  
zapytać; Annę Lane nie weszła jeszcze do portu. 
Ale następnego ranka juŜ była: zacumowała w środku  
nocy. Na widok statku pod Gam ugięły się kolana i za- 
kręciło się jej w głowie; przez cały następny dzień starała  
się omijać port z daleka. W końcu, kiedy juŜ odwaŜyła się  
wyjść, zawędrowała w okolice ocienionej platanami alei des  
Cours Belsunce i wmieszała się w tłum kokot i  
cudzoziemców. Wkrótce jednak wszędzie zaczęła się  
natykać na ludzi z załogi Annę Lane, którzy ciągnęli do  
starej części miasta, w stronę uliczek zamieszkanych przez  
prostytutki. 
Kiedy na Annę Lane uzupełniono zapasy węgla, Gam  
uznała, Ŝe parowiec jest gotów do drogi. Pośpiesznie udała  
się na nabrzeŜe Messageries Maritimes, spodziewając się, Ŝe  
wkrótce wypłynie. Zadyszana wbiegła na pokład. Miała  
wraŜenie, Ŝe jakaś niewidzialna ręka kieruje jej ruchami.  
Była podniecona, spodziewała się, Ŝe 
maszyny są juŜ pod parą. Kapitan jednak oświadczył, Ŝe  
statek wyjdzie w morze dopiero następnego dnia. 
W nocy źle spała. WciąŜ się jej zdawało, Ŝe słyszy szczęk  
łańcuchów i co chwila się budziła, przekonana, Ŝe statek juŜ  
płynie. Potem zapadła w jakieś odrętwienie, bez  
jakichkolwiek snów, z którego wyrwało ją dopiero  
dudnienie maszyn. Byle jak, w pośpiechu się ubrała,  
wybiegła z kajuty i popędziła na pokład. Poranne, świeŜe  
powietrze ją oszołomiło. Na pokładzie stali ludzie i machali  
rękami. Statek odbijał od nabrzeŜa. Gam przechyliła się  
przez reling i chciała krzyczeć - zaraz jednak się  
zreflektowała. Patrzyła na odsuwający się ląd, pochylała się  
nad nim, jakby chciała go zagarnąć i powstrzymać, czuła  
przy tym absolutną niemoc. Przyjrzała się jakiemuś obcemu  

background image

człowiekowi na nabrzeŜu i uśmiechnęła się do niego. Kiedy  
spojrzała w bok, dostrzegła pewnego Anglika, który jak  
opętany wymachiwał lunetą. Popatrzyła na niego bezradnie  
jak dziecko, po czym sama podniosła rękę i kilka razy nie  
wiadomo do kogo pomachała... Pozdrawiając wszystko, co  
zostawiała za sobą... 
Z morza wyłoniła się statua Lessepsa. Ciemnoniebieski  
horyzont pobrązowiał. W jednej chwili nad powierzchnią  
wody wyrosły białe domy o płaskich dachach. To był Port  
Said. Jeszcze zanim rzucono cumy, wokół statku zaroiło się  
od łodzi Arabów. Obok parowca pojawił się stateczek  
lekarza portowego. Potem na pokład runął kolorowy tłum  
przybyszów o najróŜniejszych kolorach skóry- od czarnego i  
brunatnego po Ŝółty. Zachwalali towary: głównie papierosy,  
pocztówki, chustki i łańcuszki - produkty niemieckie bądź  
angielskie; wśród pasaŜerów krąŜyło kilku wyrostków i  
szczerząc zęby, szeptem, prosto do ucha, składało poufne  
oferty; swe usługi proponowali teŜ przewodnicy. Za  
szerokimi, czystymi ulicami dzielnic europejskich ciągnęły  
się szeregi niskich domów z białego kamienia i bazary  
arabskiego miasta; 
wśród obdartych dzieci wałęsały się świnie i nieprawdo- 
podobne mnóstwo kotów. Kiedy jasnobrązowe dziecko ja- 
kiegoś fellacha potknęło się i upadło, Gam wzięła je na  
ręce. Dzieciak spojrzał na nią błyszczącymi, czarnymi jak  
węgiel oczami, odwrócił się i potrząsając wełnistą czu- 
pryną, jak najdalej odsunął głowę. Po chwili się uspokoił,  
znów popatrzył na Gam, brodę wsparł na ramieniu, spojrzał  
z ukosa i wyciągnął drobną, brudną rączkę. 
- Bakszysz, bakszysz ... - powtarzał. 
Trzymając na rękach drobne, kruche ciałko, Gam  
zastanawiała się, jak to moŜliwe, by ludzka istota miała  
równie drobne paluszki, do tego kaŜdy zakończony takim  
maleńkim paznokciem. Od delikatnego stworzonka płynął  
jakiś dziwnie ciepły prąd i Gam musiała się przemóc, by nie  
przyciągnąć go do siebie, nie głaskać, nie wypytywać i nie  
pouczać. 
Całkiem wytrącona z równowagi, szybko wcisnęła mu  
do rączki kilka monet, zacisnęła piąstkę i odeszła. 
Nocą na Annę Lane ładowano węgiel. Zasapani Murzyni  
wnosili go w workach zarzuconych na nagie plecy. Widać  
było, jak pod skórą dokerów pręŜą się mięśnie, a światło  
reflektorów odbija się na ciemnych, błyszczących od potu  
ciałach. W wykrzywionych twarzach niebieskawą bielą  
lśniły zęby i białka oczu. Z ciemności okrywających port  
wynurzały się czarne, niepokojące postacie - zdawało się, Ŝe  
ich pochód nie ma końca, Ŝe jakaś ogromna armia otoczyła  
statek i teraz pogrąŜa się w czeluściach ładowni. W ukośnie  
padającym stoŜku światła kłębił się tłum; czasami poprzez  
zgiełk przebijał się spokojny, rytmiczny szum morskich fal,  

background image

pobrzmiewający jak dyskretny akompaniament. Kredowa  
biel smugi światła krzyczała pośród nocy histerycznym  
furioso, jakby za wszelką cenę chciała wszystkich  
przekonać o bezwzględnym prymacie jasności. Wydaje się,  
myślała Gam, Ŝe ten niesamowity stoŜek światła mógłby się  
skierować, 
dokąd by tylko zechciał, takŜe do nieba - wtedy zoba- 
czylibyśmy, Ŝe równieŜ tam dzieją się rzeczy zazwyczaj  
przed nami ukryte i wszystko wiruje w oszalałym tańcu. Z  
przesłaniających port ciemności, na pozór przyjaznych,  
stwarzających iluzję ciepła i bezpieczeństwa, światło  
wykrawało przeraŜające obrazy najprawdziwszych bitew;  
było jak soczewki mikroskopu, przez które widać, Ŝe w  
kropli wody, dla gołego oka zupełnie niewinnej, toczy się  
prawdziwa wojna jednokomórkowców... Gam uśmiechnęła  
się - wojna w kropli wody i o tę kroplę, a takŜe o inne,  
waŜne sprawy... RównieŜ o śmierć i Ŝycie. Jak wszędzie. 
Od kilku godzin ryk syren obwieszczał, Ŝe statek nie- 
bawem odpłynie. Parowiec powoli odsunął się od nabrzeŜa i  
zwrócił w stronę kanału. Na mostku kapitańskim stał pilot.  
Pomiędzy kotwiczącymi jednostkami przeciskał się jakiś  
stateczek, który pełną parą gonił Annę Lane. MęŜczyzna u  
steru głośno krzyczał. Za jego plecami ktoś siedział. Gam  
właśnie wyszła na pokład i obserwowała widowisko. Statek  
dobił do burty parowca, przerzucono trap, człowiek  
siedzący za sternikiem poderwał się i po minucie był na  
Annę Lane. Wchodząc na pokład, wpadł na Gam, która stała  
tuŜ przy trapie. Zmierzył ją wzrokiem i odsunął, po czym  
odwrócił się, wyjął z kieszeni pieniądze i zamaszystym  
ruchem rzucił w dół, do człowieka na barkasie. Co  
uczyniwszy, wyniośle, z nieprzeniknionym wyrazem  
twarzy, ruszył przed siebie, zamienił kilka słów z którymś z  
oficerów i, poprzedzany przez stewarda, udał się do kabiny.  
Parowiec powoli nabierał szybkości. 
Dość długo trwało, nim statek zdołał obejść smutne  
skały wokół Adenu. W końcu roztopiły się w niebieskawej  
mgiełce; wokół statku zapadła noc. 
- Jutro obudzimy się na oceanie - oznajmił przy sto- 
le kapitan, którego Ŝarty wygłaszane głębokim basem  
mieszały się z szumem wentylatorów. 
Późnym wieczorem zrobiło się jeszcze duszniej. Gam  
wyszła na pokład. Była sama. Nad nią, niczym zbita, czarna  
wata, zawisła ciemność. WygwieŜdŜone niebo  
znieruchomiało, wyglądało jak dekoracja rozpięta ponad  
masztami statku; gwiazdy świeciły równym, jasnym bla- 
skiem. KrzyŜ Południa jak wielka agrafa spinał aksamit  
nocy. Za wystawnym przepychem kryło się jednak coś, co  
bezustannie drąŜyło, nicowało, poŜerało, czaiło się, czyhało,  
kąsało, atakowało; rozkołysane morze kłębiło się, cięŜko  
dysząc. Statek wszedł w śluzę i zostawił za sobą spokojne  

background image

wody kanału; na spotkanie parowca znów wybiegły  
ruchliwe fale, które wraz z pianą niosły z nieodległych juŜ  
brzegów Indii świeŜy zapach nowych pragnień i  
niepokojów. 
PotęŜne odkosy dziobowe przepływały wzdłuŜ burt, za  
statkiem zamieniając się w srebrzysty kilwater, ciągnący się  
daleko w morze. Grzbiety fal jaśniały matowym blaskiem,  
który za rufą lekko czerwieniał; wydawało się, Ŝe morze  
ś

wieci. Statek płynął srebrnym szlakiem, sam zbierał srebro  

i zostawiał za sobą księŜycową rzekę. 

Przypadek to jedyna forma, poprzez którą urzeczy  

wistnia się przeznaczenie - odezwał się ktoś obok Gam. -  
Forma chyba bardziej sympatyczna, zarazem coś, czego  
jak przeznaczenia uniknąć nie sposób. 
Koło Gam stał nieznajomy z Port Saidu; pamiętała, jak  
się jej przedstawił - nazywał się Sejour. Na chwilę zamilkł,  
po czym podjął: 

Równie waŜny jak moŜliwość trafienia jest sam traf.  

Ś

lepy traf działa bez Ŝadnych intencji - kaŜdego dotyka  

inaczej. Ale teŜ dlatego działanie przypadku moŜemy łatwo  
postrzegać jak ekscytującą loterię. 

Czy musimy o tym rozmawiać? - zauwaŜyła cierpko  

Gam. 

Kiedy o czymś rozmawiamy, nigdy nie mówimy  

wszystkiego; z kolei myślenie spłaszcza wiele problemów i  
czasem najlepiej dać spokój wszelkim rozwaŜaniom. Zbyt  
jasne światło moŜe oślepić, ale chłodny potok słów  
niejednokrotnie przywraca właściwe wymiary. Słowa mają  
to do siebie, Ŝe nigdy nie sięgają sedna spraw... 

A myśli...? 

Podobnie. Do tego myślenie sprawia, Ŝe gubimy  

nastroje. Prowadzi do brzydoty. 

I smutku - rzekła Gam. 

Podziwiamy blask morza, szum oceanu. Ale stojąc  

tutaj, próbujemy w tym lśnieniu i szumie znaleźć sens, w  
braku czegoś lepszego przypisać im jakąś symbolikę. Nie  
myśleć, za to przeŜywać- oto tajemnica Orientu; często  
zresztą myślenie bywa jedynie formalnością, potem  
przekonujemy się, Ŝe jest ono tylko innym sposobem  
przeŜywania. Jeśli potrafimy wpaść w niemy zachwyt na  
widok dostojnych białych lilii w cynowym wazonie, znaczy  
to zawsze więcej od spekulacji na temat istoty ich piękna.  
Emocje i wraŜenia nadają Ŝyciu piętno nieskończoności.  
Zatracenie się w nich ma w sobie coś boskiego. 

Zatracić się moŜna tylko poprzez milczenie. Tym- 

czasem pan nie szczędzi słów. 

Mówiłem juŜ, Ŝe słowa są nieszkodliwe. 

Mogą jednak przeszkadzać. 

Od dwóch tysięcy lat przywykliśmy do słów i nie da  

się ich uniknąć, jeśli chcemy cokolwiek osiągnąć... O to mi  

background image

chodziło. 

Co pan chciał osiągnąć...? 

ZaleŜało mi, by uprzedzić przypadek... 

...który jest regułą? 

Chętnie przeciwstawiamy się regułom... 

Ze względu na nasze kaprysy? 

Kierując się przeczuciem... 

Gam zmierzyła wzrokiem Sejoura, który mówił dalej: 
- MoŜliwe, Ŝe to, co powiem, panią zaskoczy: wiele  
przyczyn, w tym nasza rozmowa, skłoniło mnie do tego, by  
jednak skorzystać z okazji. 
Mam pasywny stosunek do Ŝycia - ciągnął. - Kiedyś było  
inaczej. Nie zawsze dawało się stać w miejscu. Ale nie czuję  
Ŝ

adnej goryczy, to takŜe mam za sobą. Nie mam wobec  

Ŝ

ycia Ŝadnych wymagań, nie doznaję więc rozczarowań.  

Jestem wyłącznie obserwatorem. I w końcu doszedłem do  
najczystszej formy przeŜywania: moja jaźń jest jedynie  
zwierciadłem, w którym odbijają się przeŜycia. PrzeŜywam  
spełnienie, choć do niego nie dąŜę. Takim spełnieniem jest  
pani odbicie, podobnie blask morza wokół nas. Proszę  
pomyśleć: moŜliwe, Ŝe jestem jedynym męŜczyzną w pani  
Ŝ

yciu, który niczego od pani nie chce. 

Gam została sama na pokładzie aŜ do świtu, kiedy fale  
poszarzały niczym łupkowa tablica, a ich szum zamienił się  
w monotonny szmer. 
Zaroiło się od Chińczyków. Obiegli nabrzeŜe, zanim  
jeszcze parowiec zacumował. Czekali naAnne Lane, a kiedy  
rzucono trap, tłum wziął go szturmem. Do akcji ruszyli  
marynarze, którzy odgonili intruzów. 
Gam powoli schodziła ze statku. Zostawiała za sobą  
pokład, który teraz, kiedy zagłębiała się w tłum, wydawał  
jej się prawdziwą oazą spokoju i bezpieczeństwa. W  
wąskiej szczelinie pomiędzy burtą parowca a betonową keją  
bulgotało morze. Przekroczyła je niczym wody Styksu i na  
miękkich nogach, starając się zapanować nad ogarniającym  
ją paraliŜującym podnieceniem, drŜąc z niecierpliwości,  
pełna oczekiwań, zeszła na stały ląd w Singapurze. 
Dwóch rikszarzy okładało się bambusowymi pałkami -  
bili się o pasaŜera. Malaje i Chińczycy otoczyli ich kołem i  
uradowani zagrzewali do walki; w pewnej chwili rozbiegli  
się z krzykiem przed bezszelestnie sunącą 
w tłumie niebieską limuzyną, która zatrzymała się tuŜ obok  
Gam. 
Z auta wyskoczył Lavalette. Poprosił o wybaczenie, Ŝe  
nie czekał na nabrzeŜu. Gam nie zdołała odpowiedzieć:  
mówił dalej. OtóŜ zaszły pewne zmiany i okazało się, Ŝe  
jeszcze dziś musi jechać do Sajgonu. Czy jest bardzo  
zmęczona? Zawiezie ją zaraz do hotelu, gdzie na niego  
zaczeka; on w tym czasie zajrzy do kilku miejsc, gdzie ma  
sprawy do załatwienia. Zostawia jej słuŜącego, który się o  

background image

nią zatroszczy. 
Dopiero teraz Gam dostrzegła wciśniętego w kąt Ta- 
mila; uderzyło ją, Ŝe okna limuzyny są zasłonięte tak  
szczelnie, Ŝe nie da się zajrzeć do środka. Nic nie odpo- 
wiedziała, uśmiechnęła się jedynie do chłopca, który w  
milczeniu patrzył na nią błyszczącymi oczami i bezgłośnie  
poruszał wargami; w ciemnej twarzy bielą jaśniały zęby. 
Zgiełk ulicy w nikłym stopniu docierał do wnętrza  
samochodu. Wkrótce całkiem zamarł i zrobiło się cicho. Po  
kilku minutach auto zatrzymało się przed parkiem, w  
którym wznosił się hotel. Lavalette zamienił kilka słów z  
właścicielem i po koleŜeńsku wyciągnął do Gam rękę. 
- Wkrótce pani wszystko zrozumie... Za dwie godziny  
wyjeŜdŜamy... 
Samochód z powrotem potoczył się szeroką aleją. Gam  
przez chwilę stała pogrąŜona w myślach; jej wzrok padł na  
Tamila, który przyglądał się jej w milczeniu. Otrząsnęła się  
z zamyślenia i nakazała chłopcu, by się zajął bagaŜami.  
Tamil ochoczo pobiegł spełnić polecenie. Tymczasem Gam  
w towarzystwie właściciela hotelu udała się do swego  
pokoju. 
Po chwili, taszcząc walizy, zjawił się Tamil. Kiedy  
chciał odejść, Gam go zawołała. Wszedł do pokoju. Gam  
przeciągnęła dłonią po jego włosach i uniosła je, odsłaniając  
skroń. Widniała na niej blizna po całkowicie za- 

gojonej ranie, biała na tle oliwkowej skóry. W uśmiechu  
chłopiec odsłonił zęby, oczy mu błysnęły, ostroŜnie dotknął  
blizny i powaŜnie skinął głową. Gam zaczęła nim potrząsać,  
ciągnąc za sobą po całym pokoju; naraz wybuchła  
niepowstrzymanym śmiechem i rzuciła chłopcu klucze od  
waliz. 
Wyszła z łazienki jeszcze mokra, owinięta obszernym  
płaszczem kąpielowym, z miękkim ręcznikiem frotte  
przewieszonym przez ramię. Podała go Tamilowi i po- 
prosiła, by ją wytarł do sucha i natarł skórę, aŜ zrobi się  
czerwona; pręŜyła się jak kotka pod naciskiem szczupłych,  
brązowych dłoni lejących na nią olejek z naczynia o  
dziwnym kształcie i masujących ją ostroŜnie koniuszkami  
palców, kreślących koła, rozkosznie ugniatających ciało. 
Przebierała jeszcze w swej bieliźnie, kiedy wrócił La- 
valette. Otworzył drzwi i zatrzymał się, widząc Gam na  
klęczkach, zgiętą w kabłąk nad walizką; wokół leŜały  
porozrzucane jedwabne fatałaszki w najróŜniejszych  
kolorach. 

Proszę wybrać coś w kolorze ametystu - zapropo  

nował. - Pani skóra będzie pod tym przypominała wy  
polerowany brąz. 
Gam właśnie znalazła coś odpowiedniego i wstała.  
Lavalette podbiegł do niej; podniósł szeleszczącą sztukę  

background image

bielizny, pomachał nad głową biletami na statek, które  
trzymał w drugiej ręce, zawiązał je w jedwab i rzucił  
chłopcu, który, szczęśliwy jak dziecko, trzymał pakunek w  
dłoni do chwili, kiedy Lavalette krzyknął coś do niego w  
hindustani i odebrał zawiniątko. 

Pakujemy się! - zawołał. - Wyruszać to coś najpięk  

niejszego w świecie! - Stał obok Gam i mówił do niej,  
patrząc z góry: Gam znów kucnęła nad walizką. - Dla  
kogoś, kto ma przed sobą podróŜ, Ŝycie jest nieustającą  
przygodą. 

Przygodą? - zapytała Gam, unosząc głowę. - I niczym  

więcej? 

To mało? - zaśmiał się Lavalette. - A najpiękniejsze u  

kobiety są plecy. Kiedy kobieta się schyla, jej kręgosłup  
przypomina wygięty indiański łuk; z jakim wdziękiem  
zmienia on kształt pod opinającą go skórą, jak wspaniale,  
poczynając od delikatnych kręgów szyjnych, się pręŜy:  
wzdłuŜ całej linii stopniowo tworzą się na skórze  
drobniutkie zagłębienia, w których igrają cienie, a całe plecy  
opływa światło... 
Gam wśliznęła mu się pod ramię i poczuła na plecach  
delikatne ciepło męskiej dłoni. Odsunęła się, w rękach  
wciąŜ ściskała kawałek jedwabiu... 

Są słowa - rzekł Lavalette - których brzmienie  

kojarzy się z podróŜą i przygodą, oŜywia wyobraźnię.  
Proszę tylko posłuchać: „Timbuktu" - pierwsza sylaba  
krótka, a po niej dwa razy głębokie „u"; jak to słowo ko  
łysze się w rytmie, który kaŜe nam marzyć o bezkresnej  
przestrzeni. „Timbuktu". Albo „Hongkong"- tu znów  
mamy dwie jednakowo waŜne i tak samo brzmiące syla  
by- odzywa się w nich bezmiar przeczuć i oczekiwań;  
spróbujmy wymówić je jedna po drugiej: „Timbuktu" —  
przytłumione dudnienie murzyńskiego bębna, „Hong  
kong" - dzwony w pagodzie - „Timbuktu" - „Hong -  
- kong"... 
Lavalette wypuścił Gam z objęć i miękko pociągnął ją za  
sobą do okna. Przysiedli na szerokim parapecie.  
Kobaltowobłękitne niebo przypominało wydęty Ŝagiel. Na  
jego tle zarysy ich głów były jak obietnica. Oba ciała oŜy- 
wiał równy, spokojny oddech. Gam opuściła złoŜone dłonie  
na kolana i odwróciła się w stronę pokoju; jej twarz  
pogrąŜyła się w mroku. Za nią jaśniała niewielka po- 
wierzchnia okna i wydawało się, Ŝe na zewnątrz płonie  
błękitny ogień. 
Lavalette patrzył na jej niewidoczną twarz i mówił: 

Kochamy Ŝycie ślepo i do szaleństwa, wciąŜ chce  

my czuć je obok siebie, przeŜywać od nowa. Dlatego ko  
chamy równieŜ przygodę i podróŜe, intensywne dozna  
nia; bezustannie szukamy nowych wraŜeń, niebezpie  
czeństw - dopiero wtedy Ŝycie dociera do nas w całej  

background image

pełni, najsilniej odczuwamy jego urok, staje się ono czymś  
najcenniejszym... - Pozbierał bieliznę porozrzucaną po  
podłodze. - Za godzinę zaryczą syreny i statek wyjdzie  
w morze. Pośpieszmy się - wkraczamy w ametystowy  
ś

wiat niewypowiedzianych pragnień. 

Tamil przyniósł stalową kasetę. Lavalette wyjął z niej  
kilka papierów, zamknął ją i oddał chłopcu; potem po- 
grzebał w walizce z pończochami Gam. 

Te będą najlepsze - powiedział. WłoŜył na palce  

Gam kilka pierścionków i przetarł je do połysku;  
uśmiechnął się na widok indiańskiego łańcucha z krwaw  
ników i ametystów. - Mam całą walizę powłóczystych  
japońskich jedwabi. Będzie je pani nosić wieczorami...  
O zmroku na korso w Sajgonie. 
VII 

Popołudniem w Kochinchinie słońce leje się z nieba  

jak gęsty miód - powiedział Lavalette i przesunął leŜak Gam  
pod płócienny dach. - Przypomina trochę złocistą Ŝywicę i  
czasem wydaje się, Ŝe z pomocą jakiejś tajemniczej alchemii  
zakrzepnie i uwięzi nas na zawsze, jak owady w bursztynie.  
Te godziny na morzu wokół Annamu są doprawdy  
niezwykłe. 

Barometr spada! - krzyknął, idąc przez pokład,  

pierwszy oficer. 

To znaczy, Ŝe w ciągu godziny zwali się na nas praw- 

dziwy potop, a po następnej godzinie nie zostanie po nim  
nawet wspomnienie. Lubię tropiki za gwałtowność, spon- 
taniczność, rozhukanie, szaleństwo, za to, Ŝe eksplodują,  
rozsadzają i niszczą, Ŝe nic w nich nie dzieje się powoli, nie  
musi dojrzewać, Ŝe kiedy rozpęta się burza, zaskakuje i  
powala; a wszystko to bez Ŝadnych konsekwencji. 

Jednak wszelki rozwój wymaga konsekwencji - 

odezwała się Gam. 

Tylko na początku. Po to, by zyskać swobodę. Okrop- 

nie cierpimy pod ciśnieniem dwóch tysięcy lat kultury, tym  
najcenniejszym osiągnięciem ludzkości, jak usiłują nam  
wmówić strupieszałe autorytety wszystkich epok... A to  
tylko popiół po wygasłym ogniu ducha. MoŜliwe, Ŝe ów  
spopielały duch, którego resztkami wielu, strojąc powaŜne  
miny, się Ŝywi, to najcenniejsze, co po tym ogniu 
ii* 
zostało. Ale moŜe waŜniejsze jest ciepło, które przetrwało i  
które odczuwamy, Ŝyjąc... 

Szkoda, Ŝe nie moŜna spłonąć tak, by nie pozostał  

nawet popiół — rzekła Gam w zamyśleniu. 

Nie potrafimy odrzucić gorsetu przyzwyczajeń, dzie- 

dzictwa tradycji, wychowania. Nic dziwnego, Ŝe naszą skórę  
teŜ uwaŜamy za coś wstydliwego... 

Skóra...- Gam westchnęła przeciągle, na wpół  

otwierając oczy. - To przecieŜ samo Ŝycie, aksamitne i  

background image

miękkie. 

Nasze umysły stały się bezbarwne, zbyt obłaskawione.  

Myślenie to dziś domena mieszczucha. Wcześniej wiązało  
się z niebezpieczeństwem, było dziką rozkoszą, spoza której  
wyzierało zniszczenie. Poznanie to była namiętność, dzieło  
burzącej się krwi: unicestwiało, sprowadzało śmierć. Taki  
Empedokles uznał, Ŝe mędrzec musi ponieść konsekwencje  
swych przekonań, i rzucił się do Etny. Dziś poznanie stało  
się synekurą profesorów filozofii, którzy sprzedają swą  
wiedzę w ciągu ośmiu semestrów. Nikt juŜ nie skacze do  
krateru, oglądamy za to niejeden skok na uniwersytecką  
katedrę. Wiedza ograbiła nas z tajemnic. Wszystko juŜ  
wiemy... Zarazem ta wiedza śmieszy, męczy i rozleniwia. I  
zabija zdrowy instynkt Ŝycia; chyba Ŝe odezwie się jakiś  
prainstynkt. 

Pra... pra.. - odezwała się sennie Gam. - JuŜ w samym  

brzmieniu głoski „a" tkwi coś mistycznego. 

KaŜdy konsekwentnie podąŜa własną drogą wiodącą  

do samotności i zagubienia. O tym się jednak nie myśli,  
pozostaje jedynie świadomość samej drogi i swych doznań.  
W ten sposób kształtuje się ego. Wszystko, w co wierzymy,  
do czego lgniemy, dzieje się poza nami i kiedy opuszcza nas  
ostatni człowiek, orientacja staje się bardzo trudna. Wtedy  
czujemy się zagubieni, tracimy cel, poczucie toŜsamości,  
nawet imię - słowem wszystko poza samą drogą i upartym  
parciem naprzód. I nagle droga się kończy: przed nami  
otwiera się przepaść, nicość - 
następny krok oznacza teraz śmierć. Bez wahania decy- 
dujemy się na ten krok i doznajemy cudu spełnienia;  
dotychczas odgradzała nas odeń połowiczność. Sądziliśmy,  
Ŝ

e skaczemy w przepaść, jednakŜe droga prowadzi nas z  

powrotem. Decydujący krok okazuje się, być moŜe,  
ostateczną próbą - tylko nieliczni potrafią się nań zdobyć. A  
ten cud to transcendentalne salto mortale. Skoczyliśmy w  
otchłań, tymczasem okazuje się, Ŝe ten skok wynosi nas w  
przestworza i odwraca - ruszamy z powrotem, nabieramy sił  
i hartu. Byliśmy na dnie, nic więc juŜ nas nie moŜe zranić.  
Sprawy, które zostawiliśmy za sobą, juŜ nam nie zaszkodzą.  
Otarliśmy się o krańcową nicość - strata, która powaliłaby  
innych, nas nawet nie dotknie. 
Ale nie to jest najwaŜniejsze - ciągnął Lavalette - coś  
takiego oznaczałoby jedynie wyzucie z wszelkich pragnień,  
rezygnację pesymistycznego platończyka; u Schopenhauera  
juŜ jest inaczej - dla niego świat jest czymś w rodzaju  
sklepu, który nie przynosi dochodów; przekonany o  
słuszności swego kupieckiego punktu widzenia,  
Schopenhauer neguje świat taki, jakim go postrzega.  
Najistotniejsze jednak, Ŝe konsekwencją naszych przeŜyć i  
negacji jest bezwarunkowa afirmacja. W dodatku jaka! Jej  
ź

ródłem jest prainstynkt i doznania, które powstają w  

background image

wyniku zderzenia dwóch przeciwstawnych prądów; by ją  
osiągnąć, współdziałają z sobą instynkty, tajemnicze logos  
naszej krwi, najgłębsze, nie uświadamiane pokłady  
jestestwa. Czujemy, czym naprawdę jest Ŝycie... 
Chłonąc Ŝycie - mówił Lavalette - omijamy wszelkie  
prawa i reguły, przerzucamy się nimi jak piłką; nie za- 
wracamy sobie głowy większością spraw - dopuszczamy, by  
trwały w nieładzie wokół nas; Ŝarliwie wierzymy, a zarazem  
potrafimy szydzić; stać nas na bezgraniczne poświęcenie,  
ale trzęsiemy się nad sobą; ogarniamy to, co w nas, i to, co  
poza nami... Intensywność odczuwania nam 
nie przeszkadza, przeciwnie- uskrzydla. Stajemy się  
swobodniejsi: wgryzamy się w Ŝycie jak drapieŜne zwie- 
rzęta, igramy z nim; a poniewaŜ jesteśmy mu bez reszty  
oddani i kochamy je do szaleństwa, nie zatracimy się dla  
jakiegoś detalu. Chyba Ŝe on się od nas odłączy i stanie się  
nowym wszechświatem... Wtedy... 

Wtedy... - odezwała się Gam, wstając z leŜaka. 

Wtedy moŜe być jak z ciałami niebieskimi: kiedy  

mniejsza planeta zanadto się przybliŜy, większa ściąga ją ze  
słonecznej orbity i zmusza, by wokół niej krąŜyła, stała się  
jej księŜycem... Takie są planety. 
Gam oparła się na poręczy leŜaka. 

Myślę o naszych popędach - kontynuował Lavalet-  

te. - „Popęd" to niedobre słowo, którym określamy ciem  
ne, kipiące siły, które tkwią w całym naszym gatunku.  
U kaŜdego człowieka krzyŜują się one z jego własnym,  
niepowtarzalnym jestestwem. Nic bardziej pierwotnego,  
jak chwycić ten wiatr w Ŝagle. Ale biada, jeśli ster od  
mówi posłuszeństwa, bo moŜna pomknąć w nieznane.  
Ster wciąŜ nas nie słucha... aleŜ pani zbladła... nadal nad  
nim nie panujemy... widzi pani, Ŝe to, co mówię, jest za  
powiedzią walki... a więc ster nie słucha, poniewaŜ rzą  
dzi nami detal, który okazał się silniejszy niŜ moce tkwią  
ce w całości. Zdominowani przez ów detal przestajemy  
czuć przynaleŜność do naszego gatunku, w związku z ko  
bietą nie doświadczamy miłości w ogóle, lecz miłość jed  
nostkową, tracimy duchową niezaleŜność i kontakt z si  
łami otoczenia, popadamy w niewolnictwo i godzimy się,  
by nasze jestestwo związać z drugim, które zdominuje  
naszą jaźń... czemu pani tak pobladła?... właśnie w tym  
kryje się niebezpieczeństwo; miotają bowiem nami naj  
potęŜniejsze fale; ale tylko taka zuchwała gra wcią  
ga, jak zresztą kaŜde ryzyko... 
Niewiele wiemy o szlachetnych uczuciach naszych  
ojców - mówił. - Miłość kojarzyła się im z czymś niewzru- 
szonym, oznaczała pewność i bezpieczeństwo; dla nas jest 
ona podniecającą grą, rodzajem szermierki. śyjemy wy- 
łącznie sobą; dlatego uwielbiamy sensację - to nawet  
oczywiste; ale czy to zarazem nie lepsze od przeŜywania na  

background image

nowo emocji dawno zwietrzałych, nie przystających do  
naszych czasów? Upaja nas tempo, odrzucamy trwanie.  
Jesteśmy znakomicie zdyscyplinowani; dlatego przepadamy  
za giętkością, blaskiem, zabawą, nieokreślonością,  
roztańczeniem, pojęciową Ŝonglerką, zręcznym ba- 
lansowaniem nad przepaścią. Wielbimy zaskoczenie,  
głupstwa, szaleństwa, a takŜe banał — ten ostatni jednak  
wyłącznie w wyrafinowanym opakowaniu uszczypliwej  
przewrotności. Czy to nie cudowne pozwalać sobie na  
prostactwo, na płynący z głębi serca banalny sen- 
tymentalizm? A przecieŜ my sami nie jesteśmy ani trochę  
sentymentalni: oplatające nas gęsto włókna nerwowe iskrzą,  
w całym ciele, po koniuszki palców czujemy elektryczność,  
nasze wyostrzone zmysły węszą jak sfora tropiących psów,  
są dla dochodzących z zewnątrz doznań wyśmienitym  
filtrem. Taki stan rzeczy nigdy nie prowadzi do dekadencji,  
której następstwem bywa snobistyczne zblazowanie -  
nieodmiennie odległe prainstynktom, pozbawione  
najmniejszej łączności z głębokimi pokładami jestestwa i  
dlatego szybko przemijające; nasza ryzykowna gra jest  
kwintesencją dyscypliny, nieustającym czuwaniem, wieczną  
gotowością, jesteśmy tropiącymi psami niebios, pełni  
nieziemskiej lekkości, nie obciąŜeni Ŝadnym celem ani  
systemem... 
Eros to dla nas nie tylko dominacja, dąŜymy do czegoś  
więcej - ciągnął Lavalette - nasze popędy popychają nas w  
objęcia przygody. Igramy z nimi, stawiamy je na baczność,  
mocujemy się, próbujemy draŜnić jak tore-ador byka - a są  
to ciemne, podziemne moce; nie wiemy, co to spokój,  
dopadamy czegoś, puszczamy, znów niemal chwytamy, lecz  
po chwili odskakujemy; a kiedy spada na nas cięŜki cios i  
wyrywa nas z miejsca, szybujemy z zapartym tchem, aŜ w  
ostatniej chwili omijamy nie- 
bezpieczeństwo. Jeśli zaś ono nas dosięgnie, jeśli się w coś  
wplączemy, okazuje się, Ŝe ta wyrafinowana gra wciągnęła  
nas zbyt mocno, byśmy byli zdolni przetrzymać katastrofę.  
Na szczęście silny przeciwnik trafia się rzadko, a poraŜka  
najczęściej pomaga pozbyć się jakiejś ukrytej słabości,  
przez co staje się zwycięstwem; walka rozpoczyna się na  
nowo, tym razem na innym terenie... 
Zdradzę pewien sekret: otóŜ działanie popędu naleŜy  
okryć tajemnicą... Mówię to z całym spokojem i proszę nie  
patrzeć na mnie z takim przeraŜeniem; mówiąc o tym, chcę,  
by pani szanse były takie same... To, co ludzie w swej  
niefrasobliwości nazywają miłością, moŜe się okazać  
niebezpieczne: coś takiego uderza gdzie popadnie, ciąŜy i  
sprowadza klęskę; nie pojawia się raptownie, lecz pełznie,  
bezszelestnie jak podstępna infekcja; a kiedy przeradza się  
w burzę, odnajdujemy w sobie buntujące się rejony, z  
których strony naleŜy się obawiać uderzenia w plecy; są to  

background image

rejony cudze, obca zaraza, manifestacja popędów: miłość... - 
Wymawiając to słowo, Lavalette się roześmiał; w jego  
szelmowskim śmiechu mieszały się szyderstwo i drwina.  
Naraz się przeciągnął, trochę zaskoczony swą perorą. - Jakie  
cudowne bywają popołudnia na Morzu  
Południowochinskim. Słońce leje się jak miód i prowokuje  
do wygłaszania takich monologów; ten monolog to równieŜ  
zapowiedź walki, pełnej wdzięku, niesłychanie  
niebezpiecznej - rokokowego pojedynku na florety, w  
którym śmierć zadaje się w sposób elegancki... Ale... czy to  
rzeczywiście zapowiedź? 

Tak, to zapowiedź... - odparła Gam, wstając z le  

Ŝ

aka. 

Lavalette wziął ją pod ramię i pociągnął do relingu. 

Proszę za mną; jak twierdzi pierwszy oficer, baro  

metr spada. Nie powinno nas dziwić, Ŝe choć słońce  
i wszystko dookoła wygląda jak zawsze, słupek rtęci zwia  
stuje coś wręcz przeciwnego. Niech pani spojrzy na te 
malachitowe fale pod nami, są jeszcze przezroczyste i  
błyszczące, a jednak obrzeŜa ich grzbietów barwią się z  
wolna na niebiesko, w zagłębieniach pojawia się kolor  
szary, jakby pod powierzchnię morza wkręcił się jakiś  
olbrzymi wąŜ; takŜe horyzont zaciągnął się mgiełką, która  
gęstnieje z minuty na minutę... Niesamowita cisza... Gdzie  
się podział wiatr...? śeby choć najdrobniejszy szelest...  
Mimo to bestia w głębi wód nie śpi, wyraźnie za czymś  
węszy, białe grzywy stają na sztorc... proszę spojrzeć, jak  
bojowo wyglądają... nadciąga ich coraz więcej, ustawiają się  
w szyku, gotują do natarcia. Są teŜ pierwsze chmury, Ŝółte i  
szare. Jak okiem sięgnąć, rozsypują się po całym niebie,  
przed nami, nad nami, nad naszymi plecami, jakby w  
błękicie rozwarły się jakieś wrota, które dotychczas je  
powstrzymywały; teraz oczekują wiatru, który właśnie  
zaczyna wiać... Pośpieszmy się, za chwilę nas dopadnie... 
Na pokład spadły pierwsze, cięŜkie krople deszczu. Gam  
poczuła na ramieniu wilgoć. Uciekając, spojrzała w górę - w  
jednej chwili z nieba lunęły potoki wody, które rozbijając  
się na pokładzie, natychmiast zamieniły się w tryskające  
fontanny; zaraz jednak zmyła je woda, płynąca rwącą,  
rozszalałą rzeką, jakby ktoś zerwał gigantyczną tamę. 
Pod naporem ton wody Gam się przewróciła. Lava-lette  
chwycił ją i pociągnął do nadbudówki; z całych sił oboje  
przywarli do ściany. Jasna suknia kleiła się do ciała Gam.  
To było najprawdziwsze oberwanie chmury i wąski daszek  
nie mógł ich przed nim uchronić. 
Gam wystawiła rękę: ramię zostało niemal potłuczone.  
Trzymając się jak najbliŜej ściany, próbowali znaleźć  
wejście do kajut. 
- Tędy - rzucił ze śmiechem Lavalette. 
Zanim dotarli w suche miejsce, musieli się przedrzeć  

background image

przez potoki deszczu. Gam, pośród wiatru, oblepiona  
przemoczoną suknią, wyglądała jak grecka bogini. Dłoń- 
101 
mi usiłowała rozczesać włosy, była jak ogłuszona, całkiem  
oszołomiona. 
Z morza wyłoniła się delta Dong Nai. Wśród bagiennych  
wysepek porośniętych namorzynami rzeka tworzyła  
niezliczone meandry. Na brzegach, podmokłych i nieza- 
mieszkanych, obok nagromadzonych przez rzekę martwych  
drzew i gałęzi, wygrzewały się w słońcu aligatory. Pokazały  
się pierwsze pola ryŜowe. Stojąc po pas w wodzie,  
pracowali na nich tubylcy. W pobliŜu pasł się bawół wodny,  
który właśnie podniósł łeb i porykując, odprowadzał  
wzrokiem statek. 
Po trzech godzinach Ŝeglugi parowiec wpłynął w odnogę  
rzeki Sajgon, a po następnych trzech oczom podróŜnych  
ukazały się dwie ostro zarysowane wieŜe saj-gońskiej  
katedry. 
Obok burty parowca zatrzymała się łódź, na której  
łopotała flaga rządowa. Lavalette machnął do Tamila, by  
przyniósł stalową kasetę. SłuŜący wręczył ją jakiemuś  
blademu człowiekowi, który kilka razy zgiął się w ukłonie. 
Okna były szeroko otwarte. Poranny wietrzyk lekko  
kołysał długimi zasłonami z muślinu. Powietrze w pokoju  
wypełniał zapach tamaryndowców. Słońce delikatnie złociło  
przestrzeń pomiędzy drzwiami a łóŜkiem. Za oknem  
szumiał park, wśród drzew szczebiotały małe, kolorowe  
ptaszki. 
Gam siedziała przed lustrem i przypatrywała się fla- 
konom z pachnidłami. Nieskazitelnie szlifowane kryształy  
mieniły się w słońcu barwami rubinu i opalu. Matowe  
puzderka kryły aksamitny puder, miękko rozcierający się w  
palcach. W płaskich słoiczkach lśniły odŜywcze kremy,  
obok stała miseczka z wodą o cierpkim zapachu. Na  
miedzianej tacy leŜało drewno sandałowe i kadzidełka. 
Promienie słoneczne odbijające się w szeroko otwar- 
tych oknach padały na lustro i rozpraszały się na blacie  
niskiej toaletki, przed którą Gam, jak Japonka, przykucnęła  
na poduszce. Wewnątrz rubinowego flakonu igrał  
purpurowy płomyk, którego refleks zajaśniał bladą plamką  
na toaletce. Złociste promyki migotały na opalizującej  
powierzchni wody, regularny, pionowy pasek słońca pojawił  
się na porcelanowych słoiczkach, na wypolerowanych  
krzywiznach miedzianych naczyń wykwitło ostre, zuchwałe  
ś

wiatło. Wszystko to odbijało się w złudnych głębiach  

lustrzanej tafli i wyglądało jeszcze piękniej, kontrastując z  
matowym tłem koloru macicy perłowej. 
Gra światła i kolorów całkowicie pochłonęła uwagę  
Gam: ulotna harmonia Ŝycia okrytego ciszą wywierała  
szczególne wraŜenie. Gam rozkoszowała się tymi drobnymi  

background image

zdarzeniami i zdawała sobie sprawę, jak mocno mogą  
oddziaływać na psychikę. Nie były skaŜone Ŝadnymi  
pragnieniami, nie miały woli, wymykały się regułom  
rządzącym przyczyną i skutkiem. Zaskakujące jak  
nieoczekiwany podarunek, nieodmiennie budziły zdumie- 
nie. Często się wydawało, Ŝe są odblaskiem czystego pięk- 
na, tak trudno było dociec powodów ich istnienia. To roz- 
proszone światło wokół lustra było niemal cudem i wręcz  
dotykało wraŜliwego serca. Concertino oŜywianych słoń- 
cem barw brzmiało jak nierealna, pozaziemska muzyka...  
Czy jakiś malarz potrafiłby pędzlem wyczarować te  
lustrzane odbicia...? Dochodzący z parku zapach tama- 
ryndowców był jednym wielkim pochlebstwem. Do pokoju  
wpadł maleńki komar i teraz odpoczywał na dłoni Gam -  
owad o kruchych skrzydełkach utkanych z przezroczystego  
blasku i o wysokich, pogiętych kończynach, cienkich jak  
pajęcza nić - ucieleśnienie dekadencji zwiewnych sylfid  
ufnie siedzące na jasnym, niepokojąco drŜącym,  
tajemniczym gruncie, który się wolno poruszał i którego  
zwroty były dlań czymś wcześniej nie znanym. 
Sylfida na mojej dłoni, pomyślała podekscytowana 
Gam. Skrzydełka ma jak najlŜejsze tchnienie, mogą się one  
jednak poruszać tak szybko, Ŝe - choć w takiej chwili  
srebrzą się całkiem niewidoczne - napełniają brzęczeniem  
cały pokój. Oczy tego owada to jedynie maleńki punkcik,  
poprzecinany jednak misterną siateczką światłoczułego  
unerwienia; choć jego odnóŜa są cienkie jak nici,  
precyzyjnie utrzymują cały odwłok pionowo na szkle.  
Zaiste, przemyślna budowa tego trzymilimetrowego or- 
ganizmu moŜe zdumiewać: na obszarze nie większym niŜ  
półtora centymetra mieści się wszystko, czego potrzeba, by  
owad Ŝył i oddychał tak samo jak ja... Zycie jest jak  
gospodyni, kobieta o rozłoŜystych biodrach, która robi  
zapasy na zimę, gotuje owoce i zamyka je hermetycznie w  
szklanych słojach... Wszyscy wyrośliśmy na tym samym  
drzewie; teraz, jak te owoce, jesteśmy zamknięci w naszych  
szklanych domach, moŜemy na siebie patrzeć przez  
przezroczyste ściany, nigdy jednak się juŜ nie spotkamy: z  
jednych zrobiono papkowaty mus, inni zostali pocięci,  
wydrąŜeni lub wydrylowani, są wreszcie i tacy, których w  
całości wrzucono pod prasę — ci czują się najbardziej  
poszkodowani... 
Gam widziała w lustrze swoją zatroskaną twarz. Splotła  
dłonie, podniosła je do oczu i spojrzała na świat przez  
szparki między palcami. Wyglądało to dość komicznie.  
Roześmiała się. Trochę zmieszana spojrzała na komara:  
owad jeszcze nie odleciał. Leciutko, z boku dmuchnęła na  
dłoń. Komar natychmiast odwrócił się w stronę, skąd  
dochodził ciepły powiew, poruszył skrzydełkami. Widzę, Ŝe  
lubisz ciepło, pomyślała Gam i odsunęła rękę od twarzy.  

background image

Ś

ciągnęła usta i znów ostroŜnie dmuchnęła na rękę; tym  

razem podmuch był chłodny. Nitkowate nóŜki nerwowo  
zatrzepotały, owad wyraźnie się zaniepokoił i odleciał. 
Gam, zamyślona, przez chwilę go obserwowała. Wszyst- 
ko, co Ŝyje, wywołuje podziw, ekscytuje. Słowa są bezsilne,  
najlepiej milczeć. Ile piękna jest w drobiazgach, któ- 
re nazywamy detalami. Czy moŜna o kimś powiedzieć, Ŝe  
Ŝ

yje naprawdę, jeśli te sprawy nie poruszają go do głębi?  

Nie potrafi naraz w gąszczu krzyŜujących się myśli i  
pragnień znaleźć miejsca na spokojną kontemplację, nie  
widzi, jak nagle ustaje gonitwa myśli i niespodziewanie, w  
jakimś wolnym miejscu, pojawia się najprawdziwszy cud:  
promień opalizujący w kolorowym szkle, niesamowity  
pająk snujący o poranku misterną nić, zielonozło-cisty  
chitynowy pancerz chrząszcza. 
Same w sobie zwierzęta i przedmioty są dobre, spokojne.  
Weźmy dla przykładu kota albo koc leŜący na łóŜku: kot  
jest miękki i puszysty, koc takŜe. I zdawałoby się, Ŝe moŜna  
je z sobą zamienić. Teraz koc będzie kotem i na odwrót;  
miękkość pozostanie ich wspólnym atrybutem. Dlaczego  
myślimy za pomocą głowy? MoŜe byłoby słuszniej, gdyby  
tę funkcję przejęła nasza skóra? 
Ile radości dostarczałby nam śmiech. Nie śmiejemy się,  
bo nie dostrzegamy tego, co zabawne - wciąŜ nam to gdzieś  
umyka. Czy nie lepiej rozkoszować się krągłością kryształu,  
który ściskamy w dłoni, wyczuwać jego kształt i miły chłód,  
zamiast zgłębiać mądrości wbijane nam od stuleci przez  
uczone głowy? 
Te drobiazgi bywają wspaniałe, są przejrzyste i jed- 
noznaczne; nie zawsze to samo da się powiedzieć o spra- 
wach większych... Ale trzeba im poświęcić wiele uwagi... I  
trudno znaleźć coś, co byłoby tego warte w równym  
stopniu... Nie obejmiemy większych spraw, nie ulegając  
wciąŜ na nowo urokowi drobiazgów... Zycie jest jednym  
wielkim odczuwaniem... Zawsze i wszędzie... 
Jakby miała złoŜyć ofiarę jakiemuś bóstwu, Gam pod- 
niosła z blatu flakoniki z pachnidłami. Barwione wody  
chłodziły skórę. Kremy nadały jej spręŜystość i miękkość,  
puder - matowy blask. Delikatny jedwab osłonił ciało ko- 
biety, na zgrabne, długie nogi Gam wciągnęła cienkie,  
idealnie przylegające pończochy... Ramiona wyciągnęła w  
stronę okna, z którego dobiegał coraz mocniejszy za- 
pach... Jak młody wydawał się świat... Młody jak ona  
sama... 
Minęła północ, kiedy pojechali do willi pewnego mie- 
szańca. Właściciel, w połowie Chińczyk, był synem an- 
gielskiego oficera. O jego orientalnym pochodzeniu świad- 
czyły jedynie skośne oczy. Był wysoki, poruszał się z dys- 
tynkcją. Dopiero później Gam zauwaŜyła, Ŝe jedna ręka  
mieszańca jest krótsza, a skórę szpecą czarne cętki - ślady  

background image

prochu. Wśród kobiet uczestniczących w przyjęciu Gam  
miała najjaśniejszą skórę. 
Gości obsługiwały Annamitki. Roznosiły wodę sodową i  
napoje z lodem w duŜych szklanicach, do których potem  
dolewano szampana. Gam podziwiała drobną kość tych  
kobiet, a takŜe wąskie stopy, niemal nagie w podeszwach  
podtrzymywanych paskiem. Potem cierpliwie słuchała  
potoku słów, którym zalał ją jakiś Anglik. 
W jednym z większych pomieszczeń goście zasiedli do  
gry. Stół był bardzo niski, gracze leŜeli bądź siedzieli w  
kucki na płaskich matach. Gospodarz trzymał bank.  
Lavalette kilka razy obstawił i przegrał. Potem na dobre  
ulokował się za stołem, ale wciąŜ przegrywał. Gam  
przyglądała się grze. Lavalette odwrócił się do niej.  
Uśmiechnęła się i wyszła do sąsiedniego pomieszczenia.  
Inni goście stojący wokół stołu zrobili to samo. Po paru  
minutach pozostało zaledwie kilku graczy. Teraz stawki  
gwałtownie poszły w górę. 
Z kamiennym obliczem Chińczyk usiadł naprzeciw  
Lavalette'a. Kiedy brał kolejne karty i je odsłaniał, nie  
drgnął mu na twarzy Ŝaden mięsień. Dość szybko przegrał  
trzy wysoko obstawione partie. Obojętnie dorzucił  
banknoty. W następnych minutach przegrał drugie tyle.  
Lavalette przerwał grę i zapytał, czy nie powinni ustalić  
stawki maksymalnej. 
- Po co? - zapytał Chińczyk i skinął na usługujące  
kobiety. Przyniosły napoje oraz sardynki z cebulą i czer- 
wonym pieprzem. 
Lavalette przejął bank. Choć czuł, Ŝe gra go wciąga,  
uspokoił się i wygodnie rozsiadł. Po półgodzinie trzeciemu  
z graczy pozostały juŜ tylko bilety wizytowe, na których  
wpisywał tracone sumy. Kiedy Chińczyk jak szaleniec  
windował stawkę, twarz przegrywającego się wydłuŜyła:  
bardzo duŜo stracił i musiał dopisać na wizytówce pokaźną  
sumę. Podliczając straty, śmiertelnie zbladł, ołówek wypadł  
mu z ręki. Lavalette go obserwował. 

Karty były źle potasowane. ZauwaŜyłem to dopie  

ro teraz. Dziewięć ostatnich rozgrywek trzeba uniewaŜ  
nić - powiedział, zanim Chińczyk zdąŜył się odezwać, po  
czym oddał szaremu na twarzy graczowi wszystkie wi  
zytówki. Nie podnosząc wzroku, zaczął na nowo tasować  
karty, zaraz jednak przestał. - Zróbmy przerwę, chciał  
bym zapalić opium. 
Grający wstali. Kiedy przeszli do drugiego pomiesz- 
czenia, trzeci z graczy się poŜegnał. Lavalette czuł, Ŝe  
drŜąca dłoń, którą ściska, jest wilgotna od potu. 

Spodziewam się, Ŝe nie odmówią mi panowie pra  

wa do rewanŜu - wygłosił konwencjonalną formułkę i się  
ukłonił. 
Gam czekała na tarasie. 

background image

Proszę jechać do hotelu - rzekł do niej Lavalette. -Gra  

idzie mi doskonale i jeszcze nie powinienem stąd  
wychodzić. Chłopiec będzie pani towarzyszył. MoŜe jeszcze  
się zobaczymy... 

Właśnie miałam zamiar wyjść - mówiła Gam. - 

Chciałam jeszcze tylko uciąć kilka gałązek tamaryndow-ca i  
zabrać je z sobą. Mam nadzieję, Ŝe uda się panu zachować  
dobrą passę... 

Kiedy się panuje nad grą, powinno się udać. 

Czy to jeszcze gra, czy juŜ tylko wyrównywanie ra- 

chunku...? 

Rzecz nie polega na wysokości stawki, lecz na na- 

pięciu, które wiąŜe się z grą... Tu i teraz... Potem o wszyst- 
kim zapominamy... 

Zapominamy... - powtórzyła jak echo Gam.  

ZbliŜył się mieszaniec. 

Ma pan urodziwą słuŜbę - odezwała się do niego  

Gam. - W dodatku u jednej z dziewcząt zauwaŜyłam  
niebieskie oczy. To osobliwość przy takiej ciemnej kar  
nacji... - Podała mu rękę. - Jutro będę grała w polo... 
Lavalette chciał ją odprowadzić. Powstrzymała go. 

Chciałabym sama zejść po tych schodach... Nagle  

mi przyszło do głowy... Przeskakiwanie stopni czasem  
mnie bardzo bawi... 
Na dole spojrzała przez ramię i się roześmiała; w głę- 
bokim dekolcie wyraźnie zarysowała się jej smukła szyja i  
gibkie plecy... 
Lavalette w milczeniu połoŜył się na plecionej macie.  
Chińczyk leŜał naprzeciwko; ze srebrnego pudełka wyjął  
porcję opium, przytrzymał ją nad płomieniem, a kiedy  
zaczęła puszczać złocistobrązowy sok, wcisnął ją głęboko w  
fajkę. 
Czarny dym zawisł pod stropem. Dobroczynny narkotyk  
przenikał do krwi, pobudzał fantazję, wyobraźnię, sprawiał,  
Ŝ

e świat nabierał kolorów i kusił przygodą. Bezszelestnie  

otworzyły się drzwi i do pomieszczenia wśliznęła się jedna  
z dziewcząt. Stanęła pod ścianą. La-valette się odsunął.  
Chińczyk odprawił dziewczynę skinieniem dłoni; bez słowa  
natychmiast wyszła. 

Dlaczego kazał jej pan wyjść? - zapytał Lavalette. 

Zdawało mi się, Ŝe nie ma pan na nią ochoty... 

Chwilowo nie...  

Chińczyk uniósł powieki. 

Proszę wybaczyć, nie wiedziałem. Nie mogę jej jed- 

nak zawołać z powrotem. Nie wypada. 

Oczywiście, Ŝe nie - odparł chłodno Lavalette i pod- 

niósł rękę. - Wracajmy do gry... 
Przy stole zastali kilku nowych graczy. Goście nie  
Ŝ

ałowali sobie alkoholu. Lavalette zaŜądał czegoś moc- 

-1 OO 

background image

niejszego. Kontynuowano grę. Bank trzymał jakiś Anglik. 
Lavalette przestał uwaŜać na karty. Ogarniał go dziwny,  
awanturniczy nastrój. Poddał mu się, próbując rozpoznać  
najróŜniejsze odcienie miotających nim namiętności...  
Powoli budziło się w nim nieprzeparte pragnienie, by wstać  
i dać upust wzburzeniu. 
W tym momencie sporo przegrał. Zrobił się przez to  
uwaŜny, skoncentrował się na grze i całą siłą woli usiłował  
skupić rozsadzające go emocje i wykorzystać je w jednym  
tylko kierunku: miały pomóc potęgowaniu napięcia i  
zarazem chłodnej kalkulacji towarzyszącym grze. Im więcej  
przegrywał, tym wyŜej obstawiał. 
Jeden z graczy, zupełnie pijany, osunął się na podłogę.  
Pozostali usiedli bliŜej siebie i zaczęli grać w ostrym  
tempie. Jedna po drugiej padały odzywki. Lavalette po- 
chylony nad kartami tęgo pił. Znów przegrał. Potem kilka  
razy wygrał, co jednak nie miało większego znaczenia.  
Chińczyk przejął bank i siadł naprzeciw Lavalette'a, który  
nadal przegrywał. Gra zamieniła się w pojedynek między  
nimi. Pozostali partnerzy się wycofali. 
Chińczyk wygrywał. Przed nim piętrzyły się banknoty.  
Lavalette wypisywał weksle i nimi obstawiał - kaŜdy  
następny opiewał na coraz to wyŜszą sumę. Przegrał  
wszystko. Trawiony jakąś gorączką wypisywał na blan- 
kietach niewyobraŜalnie wysokie kwoty. Krótka chwila, w  
której wszystko się decyduje, dzieląca podniesienie i od- 
krycie karty, dostarczała mu tak szalonych emocji, Ŝe re- 
zultat stawał się wobec nich nieistotny, wręcz bez znaczenia  
- samo napięcie oszałamiało. 
W końcu Chińczyk rzucił karty na stół. 

Nie moŜemy tak grać bez końca. Stawiam pięć razy  

tyle, ile jest w banku - zgarnął wszystkie banknoty i weksle,  
podniósł je i cisnął na stół - i chcę zagrać o tę kobietę...  
Chyba się pan zgadza...? 

Tak - odparł Lavalette. 

10Q 
Chińczyk rozdał karty. Lavalette przegrał. Obaj zerwali  
się z miejsc. Jednym ruchem ręki Lavalette zmiótł ze stołu  
pieniądze i papiery, które z furkotem opadły na leŜących  
pokotem pijanych graczy. OpróŜniony blat stołu zalśnił,  
robił wraŜenie czegoś odświętnego, uroczystego. Lavalette  
rozdał karty... I znowu przegrał. 
Niezwykła stawka tej gry sprawiła, Ŝe napięcie sięgało  
zenitu. Chwilami obaj zapominali nawet, o co grają. Rzucali  
się na karty z takim impetem, jakby chodziło o Ŝycie.  
Chińczyk przyciskał je do siebie, na jego dotychczas  
nieruchomej twarzy pojawiły się głębokie bruzdy, usta się  
zacisnęły, powieki zapadły, co chwila zgarniał karty do  
siebie, szepcząc przy tym: „Aha... aha... aha..." 
Lavalette śmiał się groźnie, iskrzyły mu oczy, z tu- 

background image

balnym śmiechem przybijał kartami w blat, krzyczał: „Tak!  
Tak...!" W końcu przegrał po raz czwarty. Chińczyk  
pozbierał karty, zbliŜała się ostatnia, rozstrzygająca  
rozgrywka. 
Zaczął tasować karty szybkimi, gwałtownymi ruchami,  
potem coraz wolniej - i w końcu je rozdał. Twarz Lavalette'a  
stęŜała, w jego wzroku malowała się bezgraniczna  
nienawiść. Kiedy chwytał karty, ręce mu się trzęsły; naraz  
zbladł, zamilkł i połoŜył kartę na stole - była dobra; wyszedł  
po raz drugi - całe pomieszczenie wypełniło uporczywe  
dudnienie, pośród którego liczyło się tylko jedno: czarna  
powierzchnia stołu i dwie połyskujące, naelektryzowane  
karty, od których w gęstniejącym powietrzu strzelały iskry.  
Lavalette podparł rękami głowę, do skroni przycisnął  
zaciśniętą pięść; cały czas dyszał, groził, sapał, krzyczał...  
JuŜ tylko wachlarz szarych kart i palce sięgające po nie jak  
szpony, podnoszące je, wkładające pomiędzy pozostałe;  
znów szperanie, wyszarpy-wanie kolejnej karty,  
wyciąganie, wyjście - i naraz na stole zjawiła się oślepiająca  
biel, a na niej czarny sztylet... Trzecia karta... Dudnienie  
ustało... As pik... 
Lavalette przegrał. 
1 QA 
Chińczyk znów zapadł się w sobie, jego twarz posza- 
rzała. Lavalette mu się przyglądał. Spojrzał na stół. Przy- 
pomniał sobie, o co grali. 

Ach, tak - powiedział spokojnie. - W godzinę po  

staram się wszystko załatwić. 
Mrok rozjaśniały jedynie wątłe płomyki świec; Gam  
szczególnie lubiła takie światło. Owinęła się na sposób  
malajski sarongiem i opadła na otomanę. Tamil upinał nad  
jej łóŜkiem moskitierę. Zawołała go i poprosiła, by stanął  
obok świec - chciała zobaczyć odbicie światła na jego  
ciemnej skórze. Poprosiła teŜ, Ŝeby mówił do niej w  
ojczystym języku. Powtarzała niektóre słowa, a kiedy jej się  
udawało, co chłopiec z powagą potwierdzał: Very nice, all  
right... śmiała się jak uczniak. 
Potem mocniej obciągnęła biodra sarongiem; wyobraŜała  
sobie, Ŝe ma brunatną skórę i mieszka w malajskiej chacie... 
Wszedł Lavalette; zgiął się w niedbałym ukłonie, szu- 
kając ręki Gam. 

Prędko pan wrócił - odezwała się. 

W samą porę. - Lavalette bawił się gałązką tama- 

ryndowca. - Ma pani rację, ten zapach oszałamia. Nie  
powinna pani jednak trzymać tych gałązek w sypialni:  
pachną zbyt silnie i mogą sprowadzić niemiłe sny... 

Jaki pan troskliwy... 

Ale nie dlatego tu jestem. Gra u Collina była abso- 

lutnie niezwykła. Wszystko przegrałem i w końcu byłem  
zmuszony zagrać o panią. Collin wygrał. Jutro zagra z nim  

background image

pani w polo... 
Gam wstała. Nie odezwała się. 

Z całą pewnością jutro będzie pani z nim grała w po- 

lo... 

MoŜe zechce mi pan... - Gam urwała. - MoŜe mi pan  

powie, jak do tego doszło? 

Nie było w tym nic romantycznego, czysta logika. 

i3i 
Najpierw traciłem pieniądze, potem weksle, stawki szły w  
górę... 

Chciałabym wiedzieć, kto wpadł na taki pomysł... 

To bez znaczenia. Ale chyba Collin...  

Gam odetchnęła. Naraz krzyknęła: 

Pan nie będzie...! - Przerwała i podeszła do Lava-  

lette'a tak blisko, Ŝe poczuł bijące od niej ciepło. - Mogę  
panu powiedzieć, w jakim celu nacięłam tych gałązek... -  
Mocno trzymając osuwający się z bioder sarong, patrzy  
ła na Lavalette'a, jakby chciała go przewiercić wzrokiem.  
Odwróciła się, stanęła we framudze okna, chwilę się za  
stanawiała... - Pan będzie... - Pobiegła do swych waliz,  
jedną z nich wyciągnęła, wyjęła z niej paczkę, wepchnę  
ła w rękę Lavalette'a i zacisnęła na niej jego pałce. -  
Tutaj... jeszcze... ma... pan... pieniądze!- wykrzyczała. 
Lavalette wbił wzrok w ziemię. Pieniądze omal nie  
wypadły mu z ręki. Wzruszył ramionami. Naraz schował  
paczkę. 

Mogę więc dalej grać! — zawołał radośnie i wybiegł  

z pokoju. 
Coś z szelestem opadło na podłogę. Z rąk Gam wyśliznął  
się sarong. Trzymała go mocno, trochę się więc wystraszyła.  
Zamarła w tej pozycji: lekko pochylona, z wysuniętą stopą i  
uniesioną głową, jakby czegoś nasłuchiwała, jedną ręką  
podpierając przegub drugiej, którą ściskała jedwab poniŜej  
piersi; na jej wygiętą szyję, znieruchomiałą w pozycji, która  
wyraŜała pokorę, padał blask świec. Na podłodze leŜały  
kwitnące gałązki. Po chwili ciało Gam oŜyło i zaczęła  
chodzić po pokoju. Ciągnęła za sobą brokatowy tren  
ocierający się o kwiaty tamaryndo wca. 
Była w dziwnym nastroju: z jednej strony odczuwała  
wzburzenie, z drugiej ogarniał ją jakiś mrok. Prawie wcale  
nie zastanawiała się nad sensem kilku słów, które usłyszała  
od Lavalette'a: były niczym w porównaniu z tą 
1 OO 
wprawiającą w osłupienie historią. Przez cały czas świetnie  
zdawała sobie sprawę z bezczelności, a nawet śmieszności  
Ŝą

dania Lavalette'a. Ale nie o to chodziło - całe zajście  

dobitnie świadczyło o tym, jak Lavalette ją traktuje. 
I wystarczało juŜ to, Ŝe nękają ją podobne myśli. Być  
moŜe jutro Lavalette dostrzeŜe absurdalność swych rosz- 
czeń, na razie jednak nie mogła pogodzić się z tym, Ŝe  

background image

uwaŜał je za oczywiste i w tamtej godzinie wzburzenia były  
dla niego najzupełniej normalne. MoŜliwe, Ŝe był to  
początek walki... Gam w to nie wierzyła i nie chciała  
niczego na ten temat wiedzieć; miała wraŜenie, Ŝe została  
pobita; odczuwała teŜ przeraŜenie, choć nie znajdowała po  
temu dostatecznych powodów. Jednego była pewna:  
Lavalette był człowiekiem wolnym i nic go nie wiązało.  
Jego wolność miała w sobie coś władczego: ulegając  
kaprysowi, potrafił ją odsunąć. Tkwiło w nim mistyczne ego  
o ogromnej sile, wytrącające oręŜ z ręki... 
Gam, która cały czas chodziła po pokoju, nagle się  
zatrzymała. W kaŜdej chwili znowu mógł się zjawić La- 
valette. Przypomniała sobie, Ŝe dała mu pieniądze. Wie- 
działa, Ŝe dopóki on nie wróci, nie moŜe być niczego pew- 
na. Wszędzie wyczuwała jego obecność... wydawało się, Ŝe  
duch Lavalette'a krąŜy po pokoju... Gam była gotowa mu  
ulec... Przeszła prawdziwą ewolucję, do której nie  
dorastała... Ewolucję związaną z najgłębszymi pokładami  
jestestwa... tymi, które są skrajnie egoistyczne... Teraz  
wiedziała, Ŝe stała się wobec nich bezsilna, a jej kapitulacja  
to jedyny oczywisty dowód świadczący o działaniu prawa  
rządzącego naturą kobiety. Prawa, które kaŜe jej ulec  
zwycięzcy, nakazuje bez walki otworzyć wszystkie bramy i  
dopóki on jest panem i władcą, całkowicie mu się  
podporządkować... 
Była roztrzęsiona. Głęboki niepokój usunął w cień  
wszelkie inne obawy, zepchnął na margines odwieczną 
tajemnicę cielesnego zbliŜenia; jakiś wewnętrzny Ŝar gnał ją  
przed siebie, nie było chwili do stracenia... W pośpiechu  
zaczęła się pakować, bez zastanowienia, nie dbając o  
porządek, wrzucała do walizki wszystko, co miała pod ręką.  
Nagle się wyprostowała, uniosła głowę, nasłuchiwała... 
Noc była cicha, sprawiała wraŜenie całkowicie odgro- 
dzonej od niedalekiej przeszłości, z niczym nie powiąza- 
nej... Z palarni opium przez chwilę dobiegał stłumiony  
gwar. Za oknem krzyczał jakiś ptak... Gam oparła głowę na  
podniesionym wieku walizki i długo siedziała w tej  
pozycji... Była zmęczona. 
Za drzwiami rozległy się lekkie kroki. Przyszedł La- 
valette. OstroŜnie zamknął drzwi na klucz. 
- Pełne zaskoczenie. Pani pieniądze przyniosły mi  
szczęście, odmieniły grę. Z kartami często tak bywa. I jak tu  
nie być przesądym. Od pierwszego rozdania miałem  
nadzwyczajną passę. Rzadki przypadek: jedenaście razy z  
rzędu zgarniałem maksimum, jedenaście rozdań bez  
najmniejszej straty... Czyste szaleństwo... Odegrałem  
wszystko, takŜe panią. Oddaję pieniądze, proszę je wziąć z  
powrotem... - WłoŜył pakiet do otwartej walizy i włączył  
wentylator. - Noc jest gorąca i parna. Na szczęście od gór  
zaczyna wiać i niebawem zrobi się chłodniej. Proszę  

background image

zostawić otwarte okna i jeszcze przez godzinę nie wyłączać  
wentylatora. - Obszedł walizę dookoła i stanął naprzeciw  
Gam.- Widzę, Ŝe pani przeszkodziłem... Jest pani zajęta...  
ś

yczę dobrej nocy. 

Gam nie odpowiedziała. Machinalnie odłoŜyła pieniądze.  
Usiadła między walizami i wpadła w zadumę. La-valette  
zaskoczył ją przy pakowaniu i zupełnie tego nie zauwaŜył. 
Zawisło nad nią coś nieodwracalnego-jakaś chmura,  
ręka, moŜe obręcz. To coś się burzyło, było coraz bliŜej,  
poŜerało wszystko po drodze, niczego obok siebie nie 
tolerowało... Gam opierała się z całych sił, czuła się jednak  
zbyt słaba; chciała stawić czoło niebezpieczeństwu i je  
oswoić, potrzebowała jednak czasu. Postanowiła zatem, Ŝe  
zejdzie mu z drogi, schroni się gdzieś i przeczeka, ucieknie z  
niebezpiecznej strefy, w której grozi jej okaleczenie i  
unicestwienie, gdzie jej opór słabnie, a ciemne moce  
triumfują... 
Spakowała walizy do końca, pozamykała je i zasięgnęła  
informacji o najbliŜszych połączeniach kolejowych. Nocny  
ekspres odchodził za godzinę. Zamówiła bilety i w  
pośpiechu, zadyszana, zbiegła na dół. 
W hallu panował półmrok. KrąŜyli po nim ubrani na  
biało boye. Przy stoliku nad szklaneczką whisky siedział  
jakiś męŜczyzna. Zaczerwienionymi oczami patrzył na Gam.  
Kiedy mijała park, przemknęło jej przez myśl, Ŝe po prostu  
ucieka... Więcej juŜ się jednak nie zastanawiała. 
Odprawiła rikszę. Chciała się przejść, słyszeć mocny,  
rytmiczny stukot swych kroków, czuć ruchy ciała i rąk. 
Rozluźniła się, zaczęła spokojnie myśleć. Ale nieznośna  
obręcz wciąŜ uciskała jej głowę, kotłowały się w niej  
mroczne przeczucia, znalazła się w matni, z której nie było  
wyjścia, wszędzie trafiała na stalową zaporę... 
Pociąg wtoczył się do hali. Gam starała się czymś zająć.  
Kiedy ekspres ruszył, opuściła szybę w swym przedziale.  
Otuliła ją ciepła, bezkresna, podzwrotnikowa noc. 
VIII 

Dodam - mówił Sejour - Ŝe pani postępowanie na- 

leŜałoby uznać za rezygnację. Byłaby to jednak ocena  
jednostronna, wolę zatem je rozpatrywać raczej jako próbę  
estetycznego oglądu świata. To po prostu obraz jaźni nie  
skaŜonej prymitywnymi pragnieniami. Dlatego jest piękny i  
na tyle obiektywny, na ile to moŜliwe z wizją świata będącą  
jedynie projekcją naszych zdolności poznawczych. Ogląd  
subiektywny jest nieszczęściem naszej egzystencji. Zaciera  
prawdę; poprzez spokój osiągamy zawsze więcej niŜ dzięki  
agresji - tak mówi mędrzec Lao-cy. Świat moŜemy poznać,  
nie otwierając drzwi; im dalej się zapuszczamy, tym  
poznanie staje się mizer-niejsze. 

Czy jednak przez to się nie ograniczamy? 

Wręcz przeciwnie. Do kogoś, kto wyrzekł się posia- 

background image

dania, naleŜy cały świat. Patrzę na panią: stoi pani teraz  
obok sampana, młoda i szczupła, wiatr czesze pani włosy,  
które chwilami opadają na czoło, podziwiam połysk  
jedwabiu opinającego pani ciało - ramiona i biodra -uderza  
mnie smukłość rysujących się pod nim nóg, na tle jasnego  
horyzontu widzę zarys kształtnych piersi, zachwycam się  
ś

miałą i zarazem wyrafinowaną linią biegnącą od nasady  

nosa ku policzkom - najwyraźniej-szą, gdy wyciągając  
szyję, patrzy pani tak, jakby miała przeniknąć bezkres  
morza. Gdyby tylko pani wiedziała, 
1 OC 
jak wspaniale wygląda pani głowa na tle tego muru i jak  
błękit morza podkreśla smukłość sylwetki... Wszystko to  
składa się na urzekający obraz Ŝywego człowieka i, zaraz za  
nim, obraz dwóch najbardziej poruszających tworów natury:  
nieba i morza. To prawdziwa symfonia Ŝycia, przejaw jego  
najszlachetniejszych form... 
Czy gdybym pani poŜądał, widziałbym to tak samo? - 
ciągnął. - Dręczące nas pragnienia zacierają czystość  
podobnych przeŜyć tak samo, jak wiatr mąci lustro wody... 
Gam wskoczyła do łodzi. 
- A teraz trochę popatrzmy - powiedziała i przechyliła się  
przez burtę. 
Pod wodą rozpościerał się bajkowy świat ogrodów  
koralowych. Morze było przejrzyste jak kryształ, rozedrgana  
toń połyskiwała tysiącami świetlistych plam, które, jasne na  
powierzchni, bliŜej dna barwiły się sinym błękitem. Łódź  
przepływała nad kolonią korali. Co chwila podwodne  
gałęzie szorowały o dno. 
Pośród wzgórz wznoszących się na białym piasku,  
wzdłuŜ dzielących je dolin, rozciągał się lśniący, milczący  
ś

wiat - zadziwiający groteskowością kształtów, plątaniną  

rozgałęzień, porośnięty najprawdziwszymi drzewami i  
krzewami we wszystkich odcieniach czerwieni i lazuru. Na  
tych niezwykłych drzewach poruszały się kołysane ruchem  
fal strzępiaste płatki ukwiałów, węŜowato pogięte, kolczaste  
stwory, o których trudno powiedzieć, czy naleŜą do świata  
roślin, czy teŜ, swobodnie krąŜąc w wodzie, są juŜ  
zwierzętami. Płynąc, raz po raz groźnie otwierały swe  
paszczęki. 
Po białym dnie pełzały ultramarynowe Ophiuridea,  
wokół nich poukładały się brązowe i czerwone rozgwiazdy,  
leniwie wiły się strzykwy podobne do długich szarych glist,  
z boku było widać kraby przesuwające kolorowe muszle,  
ponad tym wszystkim, jak barwne, skrzące się obłoki,  
unosiły się ławice małych, turkusowych i kar- 
minowych rybek; pod ich lśniącą łuską odznaczały się  
jasnoliliowe Ŝyłki naczyń krwionośnych- wyglądało to tak,  
jakby ktoś wysypał do wody tysiące szlachetnych kamieni. 
Sampan wolno sunął przed siebie. Ciemnoskóra załoga  

background image

pochwyciła młodego rekina i trzy szarozielone, ogromne  
langusty, które trzepocząc się, wpadły do łodzi. Gam  
wypuściła je na wolność. 

Przybyła pani do mnie gnana niepokojem, burzą  

namiętności, o której nic nie wiem - mówił Sejour. - Nigdy  
jednak o to nie zapytam. Teraz jest pani u mnie, ale całą  
sobą tkwi gdzie indziej; dlatego te dni, zanim pani znów  
ruszy w drogę, powinny się okazać dla pani waŜnym  
doświadczeniem, podobnie jak dla mnie. Nazwałbym je  
kontemplacją lustrzanego odbicia jaźni. Jaźni bezre- 
fleksyjnej, wyzutej z pragnień... Coś jak fatamorgana  
łagodząca pani niepokój o przyszłość. Ten obraz z czasem  
wtopi się w rzeczywistość i coraz bardziej będzie się pani do  
niego zbliŜała. 

Nigdy - odrzekła Gam. 

Nigdy nie naleŜy się zarzekać... - Sejour spojrzał na  

Gam. Płakała. Odwrócił się, udając, Ŝe tego nie zauwaŜył. 

Proszę się nie krępować - odezwała się - moŜe pan  

spokojnie na mnie patrzeć. To nie są tak całkiem moje łzy.  
Tak czasem bywa: jeśli zobaczę coś takiego jak ten  
podwodny świat lub sądzę, Ŝe ocieram się o istotę Ŝycia,  
otwierają się we mnie jakieś drzwi. Wzburzona albo za- 
myślona nastawiam uszu i wtedy, z czego nie zdaję sobie  
sprawy, zupełnie bez powodu, pojawiają się łzy... I zdarza  
się, Ŝe potem czuję się tak samo jak pan... Jestem  
szczęśliwa... A teraz wpłyńmy w kipiel przed tą ostrą białą  
skałą, która dzieli nas od atoli. 
Wczesnym rankiem, o szóstej, Gam owinęła biodra  
batikowym sarongiem, narzuciła jawajski, przetykany 
srebrem kaftanik i wybiegła z pokoju. Skierowała się w  
stronę domku kąpielowego. W nocy padało, ziemia była juŜ  
jednak całkiem sucha. Gam weszła do kabiny i zaczęła się  
polewać wodą, którą nabierała pojemnym czerpakiem.  
Czuła, jak oŜywcze strugi obmywają jej ramiona, spływają  
po całym ciele i z pluskiem wpadają do duŜej miednicy,  
wprost na nagie stopy. OdświeŜona wróciła na taras, na  
ś

niadanie z obowiązkową grzanką. Obsługa, miejscowi  

chłopcy, roznosiła herbatę, stawiając naczynia na szerokich  
poręczach wygodnych krzeseł. Naraz uderzyło Gam, Ŝe  
jeden z chłopców jest bardzo podobny do Tamila. 
Jej wewnętrzny spokój uleciał w jednej chwili. Przez  
ostatnich kilka dni wydawało się jej, Ŝe dzięki ucieczce  
zdołała odsunąć od siebie zagroŜenie. Teraz, wstrząśnięta,  
pojęła, Ŝe nie udało jej się umknąć, Ŝe niebezpieczeństwo  
wciąŜ czai się gdzieś w pobliŜu. Znów ją dopadło i w Ŝaden  
sposób nie mogła go powstrzymać; bezustannie czekała,  
trawiona lekką, wewnętrzną gorączką, równieŜ wtedy, gdy  
próbowała się odciąć od wszystkiego. 
Sejour dostrzegł w jej oczach przeraŜenie. Domyślał się  
przyczyn. 

background image

Pojedźmy dziś do pałacu sułtana w Jogyakarcie - 

powiedział. 

Jedźmy jak najprędzej - odezwała się. W jej głosie  

słychać było ulgę. 
Samochód pędził poprzez wyŜyny zajmujące pokaźną  
część wyspy, wyprzedzając na dobrej drodze licznesado —  
małe wózeczki z jednym tylko pasaŜerem, który siedział  
tyłem do woźnicy. ZaprzęŜone do nich kuce z Timoru pę- 
dziły galopem; wózki nieprzerwanie turkotały i pobrzę- 
kiwały dzwoneczkami, co jakiś czas gwałtownie podska- 
kując. Wynędzniali Chińczycy o cynamonowej skórze,  
nadzy do pasa, natęŜali mięśnie i truchtając jednostajnie,  
cierpliwie ciągnęli dwukołowe riksze, w których ociekały  
potem pulchne, dostojne Holenderki. Na poboczu 
1 QQ 
stał smutny wół zaprzęgnięty do cięŜkiego wozu. Zwierzę  
miało piękne, długie, podkręcone rogi i okazywało  
absolutną obojętność wobec Ŝywo gestykulujących męŜ- 
czyzn, którzy oglądali pęknięte koło i poczerniałymi zębami  
Ŝ

uli betel. Na wozie siedziała stłoczona grupka Jawajek  

odzianych w barwne, wzorzyste batiki; kobiety szczebiotały  
jak stado wróbli. Zaciekawił je samochód, przyglądały mu  
się uwaŜnie, coś wołały. Niektóre z nich miały głowy  
owinięte cienką, zwiewną tkaniną upstrzoną złotymi  
ś

wiecidełkami oraz złote koła w uszach. 

Auto wjechało w aleję obsadzoną strączyńcami indyj- 
skimi. Gałęzie drzew, zwisające do ziemi jak niedbale  
narzucona peleryna, zdobiły duŜe granatowe pęki kwiatów.  
Droga wznosiła się szerokimi zakrętami. Dookoła, jak  
olbrzymie krecie kopce, piętrzyły się wulkany. Z krateru  
Bromo ulatywała w niebo smuga dymu. 
Zbocza wyrudziałych bądź szarych gór porastała ciemna  
zieleń lasów. Wydawało się, Ŝe wyŜej zieleń słabnie i  
wypuszcza z objęć nagi stoŜek. Dalej ciągnęły się plantacje  
kawy, tytoniu i palm kokosowych. Nad tarasami  
wyblakłych pól ryŜowych zawisła srebrzysta mgiełka. W  
oddali, pośród zielonych łąk, pokazały się, jeden nad  
drugim, trzy dachy muzułmańskich domów modlitwy  
przeglądające się w spokojnej wodzie stawów. Za drze- 
wami, głównie chinowcami i tamaryndo wcami, grzały się  
w słońcu białe bungalowy, o których, jak się wydawało,  
zapomniał czas. Coraz częściej pojawiały się domy na  
palach kryte strzechą czarnych liści palmowych, sąsiadujące  
z szopami na ryŜ - konstrukcjami o giętych dachach,  
wymalowanymi i otwartymi na przestrzał. Miasto było  
coraz bliŜej. 
Ubrani na biało, pięknie zbudowani Indonezyjczycy  
poruszali się bezszelestnie wśród stale zabieganych Chiń- 
czyków. Sejour skręcił do ogrodowej części miasta i za- 
trzymał się przed domem przyjaciela. Na powitanie wy- 

background image

szedł gruby, ocięŜały Holender. Gam otoczyły dzieci o wło- 
sach jak len; na ich buziach malowało się zaciekawienie.  
Pani domu dyszała astmatycznie; jej kędzierzawe włosy  
ś

wiadczyły o domieszce krwi negroidalnej. Promieniując  

radością, zapraszała na werandę, gdzie czekało jedzenie. 
Z tajemniczą miną przygotowywała dla Gam specjalne  
danie: do miski ryŜu wrzuciła drobno pocięte kawałki  
suszonej i świeŜej ryby makasarskiej, pomfreta, roz- 
drobnione mięso kury, kaczki, omlet i jaja przyrządzone na  
róŜny sposób, a wszystko to przyprawiłaćatni, cebulą,  
pieprzem, imbirem i nieznanymi dodatkami jawajskimi.  
Kiedy danie było gotowe, gospodyni zachęcająco wskazała  
na stół. Gam zaczęła z pewną obawą, potem jednak męŜnie  
zjadła całą porcję. Bosa dziewczyna o oliwkowej cerze  
przyniosła owoce. Gam ucieszyła się na widok soczystej  
ś

wieŜości chłodnych owoców mango, ich delikatnego  

miąŜszu, wodnistych melonów, czerwonych persy-mon,  
wspaniałych papai, owoców mangostanu, kolczastych  
rambutanów; kiedy jednak na stole pojawił się papkowaty  
durian, chciała uciec — rosnący w dŜungli tygrysi przysmak  
wydzielał okropny zapach zgnilizny. Potem jednak,  
przezwycięŜając obrzydzenie, skosztowała go i była  
zaskoczona wykwintnym smakiem przypominającym  
delikatny krem orzechowy, mokkę i mroŜoną śmietankę. 
Późnym popołudniem Gam i Sejour pojechali na przy- 
jęcie do pałacu sułtana. Musieli przejść przez rozliczne  
ogrody, w których rosły wyszukane gatunki drzew i kwia- 
tów, potem obok basenów, gdzie zwykle zaŜywał kąpieli  
sułtański harem, zanim w końcu dostali się na pałacowy  
taras. Przed wejściem stały dwa słonie - unosząc wysoko  
trąby, głośno trąbiły. Z pałacu wysypała się spora grupa  
Jawajczyków i naraz wszyscy padli na ziemię. Ukazał się  
mistrz ceremonii, poprowadził gości do sali 
tronowej. Ściany były tutaj pokryte barwnymi tkaninami  
indyjskimi. Z boku tłoczyli się Jawajczycy w odświętnych  
strojach - szkarłatnych spodniach i bądź to zielonych, bądź  
białych sukniach. Liczni ksiąŜęta przykucnęli na posadzce  
wyłoŜonej kaflami i sunąc tuŜ ponad nią w postawie  
wyraŜającej pokorę, zbliŜali się do tronu. Postać sułtana  
przesłaniały niezliczone sznury pereł, którymi władca był  
obwieszony od stóp do głów. 
Mistrz ceremonii poprowadził Gam i Sejoura przed jego  
oblicze. Sułtan od razu poznał Sejoura, rozsunął perły i  
rozpoczął wartką rozmowę. Miał wyrazistą, mięsistą twarz  
oraz podmalowane czarnym tuszem krzaczaste brwi.  
Odwrócił się do Gam i zapytał o coś Sejoura po malajsku.  
Sejour potrząsnął głową i odpowiedział. Sułtan poprosił  
Gam, by wieczorem przyszła jeszcze raz. Będzie mogła  
posłuchać gamelanów. 
Prawie wszystkie Ŝony sułtana pochodziły z prowincji  

background image

Preanger. Były delikatnej budowy i emanowały jakąś  
melancholią, którą zawdzięczały zniewalającemu urokowi  
sarnich oczu. Gam nie mogła sobie przypomnieć, by  
kiedykolwiek widziała skórę o równie ciepłym, złocistym  
odcieniu. 
W czystych boksach sułtańskich stajni obok karych koni  
australijskich stały wspaniałe izabelowe ogiery; stajniami  
zarządzał pewien siwobrody Niemiec. Na pałacowych  
dziedzińcach bawiły się usmarowane dzieci. Obok wielu z  
nich opierały się o mur zielone lub złote parasole,  
ś

wiadczące o ksiąŜęcym pochodzeniu. W pobliŜu snuli się  

słuŜący; Ŝuli betel. 
Prędko zapadła noc. W ciemnym ogrodzie pałacowy  
pawilon wyglądał jak wyspa światła. Dworzanie zasiedli w  
kucki na płytach posadzki. Tylko sułtan siedział  
wyprostowany. Jawajski gamelan zaczął grać stary taniec  
wojenny, muzyka rozwijała się w śmiałym, miarowym  
rytmie. 
Powoli weszły tancerki. Ich nagie ciała od pasa w górę  
osłaniał jedynie wąski, złocisty stanik. Wspaniałe biodra  
okrywały jedwabie w kolorze brzoskwiniowym i  
szmaragdowym. Ruchy kobiet pod ciasno opinającą je  
cienką materią miały niezwykły urok. 
Tancerki odegrały scenę z rycerskiej opowieści oraz  
topeng - taniec w maskach. Potem zmieniła się muzyka  
gamelanów — orkiestra zaczęła grać ciszej i bardziej de- 
likatnie. Gam słuchała zachwycona. Smutnie zabrzmiały  
dźwięki prowadzących melodię miedzianych saronów,  
którym towarzyszyły przytłumione uderzenia w bębny i  
mniejsze bębenki, potem włączył się suling, harfa oraz  
instrumenty przypominające cytrę i skrzypce. Narastająca  
kantylena emanowała ciepłą słodyczą i wydawało się, Ŝe  
orkiestra złoŜona z dwudziestu mieszkańców wyspy od  
dawna juŜ nie gra, Ŝe to równikowa noc sączy się do pałacu  
oszałamiającym zapachem ogrodów, zstępuje z  
gwiaździstego firmamentu i syci tę egzotyczną muzykę  
drŜącą melancholią wybrzmiewających akordów. A kiedy  
wszystkie instrumenty towarzyszące zamilkły i w powietrzu  
dźwięczała jedynie przejmująca, Ŝywa melodia, powoli,  
bardzo cicho, jak odległe buczenie pszczół zawibrowały  
gongi, rozdźwięczały się miedziane niecki, zalśniły  
srebrzyste arpedŜia harfy, w rozedrganej przestrzeni rozległy  
się na przemian wznoszące, to znów opadające figury  
instrumentów smyczkowych; wtedy koncert zamienił się w  
muzykę tropikalnych mórz, harmonię sfer, którą udało się  
oŜywić i dzięki temu jeszcze tu, na ziemi, usłyszeć jej  
seraficzny ton. 
Sułtan wstał i z trzema kobietami zaimprowizował  
liryczny taniec. Szeroko rozkładając ramiona, okrąŜały go  
miękkim krokiem, ich ręce unosiły się nad nim i płynnie się  

background image

wyginały. Tancerki poruszały się coraz spokojniej, stawiały  
coraz drobniejsze kroki, aŜ w końcu się zatrzymały, uniosły  
na palce i lekko drŜąc, zaczęły się nieznacznie obracać.  
Teraz magia tańca przeniosła się na ich 
1 Al 
wyraziste twarze i ręce. OŜywiły się dłonie, ramiona wiły  
się węŜowato, miękko kreśliły koła i spirale, były przy tym  
podobne do poruszanych wiatrem gałęzi drzew liściastych;  
szeroko rozstawione palce rozciągały się, jeszcze przez  
chwilę tańczyły jedynie ramiona, a potem juŜ tylko dłonie i  
palce - szczupłe i piękne; teraz ekspresja tańca wyraŜała się  
wyłącznie w nich, bo reszta ciała uspokoiła się całkowicie. 
Gamelany dźwięczały jak dzwony zatopione w morzu:  
nierzeczywiście, tajemniczo, cicho i głucho. I tak jak w  
przedziwnych, kolorowych baśniach płynnie zaciera się  
granica pomiędzy zwierzęciem i rośliną, jak bez Ŝadnego  
oporu poddają się fali morskie kwiaty w podwodnych  
ogrodach, tak miękko poruszały się tancerki i sułtan  
prowadzeni ledwo uchwytnym rytmem, podobni do pa- 
jęczyny utkanej ze światła, z kolorów, z kobiet i dźwięków. 
Gam i Sejour wracali z przyjęcia w milczeniu. Wraz z  
Holendrami usiedli jeszcze na jakiś czas pod świętym  
figowcem, który zadziwiał wznoszącą się wysoko plątaniną  
nadziemnych korzeni. Ktoś opowiadał o niezwykłych  
sztuczkach miłosnych jawajskich kobiet: owijają one włos  
ukochanego wokół kawałka czaszki tygrysa, noszą go z  
sobą, a kiedy odpadnie — męŜczyzna naleŜy do nich. Z  
kolei Holender mówił o Europejczykach, którzy zawsze  
muszą wracać do swych ciemnoskórych kobiet, nawet jeśli  
próbują się temu opierać. Gam niemal się nie odzywała,  
poprzez jednostajny potok słów wciąŜ dobiegało ją z pałacu  
oddalone dudnienie gamelanów -wibracja gongów burzyła  
spokój jej serca i budziły się wspomnienia, od których nie  
potrafiła uciec. 
O dziesiątej wieczorem francuski parowiec idący do  
Hongkongu odbił od nabrzeŜa i wziął kurs na ujście Rzeki  
Perłowej. Gam stała na pokładzie i patrzyła przed sie- 
bie ponad mnóstwem świateł. W basenie portowym uwijały  
się tysiące sampanów: wyglądało to, tak jakby wokół  
statków krąŜyły nocne motyle. Nad wodą kołysały się małe  
latarenki, zwisające z łodzi na długich łańcuchach. Za nimi  
widniały silne, kolorowe światła pozycyjne licznych  
Ŝ

aglowców, parowców i okrętów wojennych. W oddali  

jaśniały rzęsiście oświetlone trzy statki pasaŜerskie. WzdłuŜ  
nabrzeŜa ciągnął się szereg latarni oświetlających ulicę  
prowadzącą do portu. Między nimi poruszały się światełka  
riksz i, znacznie szybciej, jasne smugi reflektorów  
samochodowych. Nad wybrzeŜem ciemniały zarysy wzgórza  
Prak; do zbocza, niczym migoczące ptasie gniazda, tuliły się  
domy europejskich mieszkańców miasta. Wszystkie te  

background image

drŜące światła były słabe i bezsilne wobec potęgi nocy,  
ziejącej niczym otchłań, otaczającej je z kaŜdej strony...  
Wydawało się, Ŝe jeszcze chwila i nastąpi eksplozja, która za  
jednym zamachem zniszczy wszystko - mroczna ciemność  
wystąpi z brzegów i pochłonie bezbronne wysepki światła. 
Z białych i nieprzejrzystych jak wata porannych mgieł  
wyłoniły się wyzłocone pierwszymi promieniami słońca  
wysokie wieŜe katolickiej katedry. Rzekę przecinały parowe  
bocznokołowce, jeden z nich parł przed siebie, ciągnąc na  
holu dwie chińskie dŜonki pełne ludzi; dobiegał stamtąd  
rześki gwar oŜywionych rozmów. Długie, barwne proporce  
na masztach dŜonek furkotały na wietrze. Rybacy wciągali  
rozstawione na noc sieci i podnosili kotwice, by z połowem  
udać się na targ. Dalej na wodzie unosiły się tysiące  
sampanów. 
Pobudowane na nich mieszkania z luźno powiązanego  
bambusa wyglądały na siedlisko jakiegoś odrębnego  
gatunku istot ludzkich, Ŝyjących stadnie jak szczury. Na  
beczkowato zadaszonym dziobie łodzi znajdował się jeden  
pokój, na rufie, pokrytej takim samym dachem-drugi.  
Pośrodku był otwarty pokład, jedyne miejsce, gdzie 
mieszkańcy mogli się wyprostować. Mimo to na wszystkich  
łodziach roiło się jak w mrowisku. Skośnookie twarze  
wyzierały z kaŜdego zakątka; ruchliwe jak pająki postacie  
obklejały kaŜde wolne miejsce i zdawało się, źe jeden  
drugiemu wchodzi na głowę, a ich kończyny mają więcej  
stawów niŜ kończyny zwykłych ludzi. By dzieci nie  
powpadały do wody, przywiązano je postronkami do łodzi;  
tak ubezpieczone raczkowały pomiędzy dorosłymi. Na  
półokrągłych zadaszeniach siedziały puszczone luzem,  
buńczucznie nastroszone kundle, które ujadały na widok  
swych pobratymców z sąsiednich łodzi; wzdłuŜ burt,  
balansując, spacerowały koty, kury pracowicie dziobały  
bambus w poszukiwaniu ziarna. 
TuŜ pod sobą, w którymś z sampanów, Gam zauwaŜyła  
okryte puchem pisklęta i kurę, która gdacząc i uderzając  
skrzydłami, męŜnie walczyła o poŜywienie dla swej  
gromadki. 
Długimi Ŝerdziami przepychano łodzie w poŜądanym  
kierunku. Płonęły paleniska, nad którymi rozwieszano  
garnki. Na innych sampanach powykładano towary i wła- 
ś

ciciele głośno je zachwalali. Powietrze wypełniał ostry,  

przenikliwy, skrzekliwy jazgot. Unosił się nad wodą, krąŜył  
wśród łodzi, a kiedy obok przeszedł parowiec i fala  
zakołysała łódkami, cały kwartał pływającego miasta zaczął  
miotać dzikie obelgi, z powykrzywianych złością ust  
popłynęły przekleństwa, wściekle wygraŜały wychudłe ręce.  
Na wodę padało poranne słońce, na falach zalśniła złota  
obręcz. Zajaśniały brązowe łodzie, promienie przeniknęły  
do zadaszonych pomieszczeń, gdzieniegdzie wydobywały  

background image

nawet z mroku domowe ołtarzyki oraz zdobiące je barwne  
wieńce. Coraz więcej sampanów odrywało się od pływającej  
kolonii, otaczało parowiec i próbowało obok niego płynąć; z  
łodzi wyskakiwały szczupłe postacie i z kocią zręcznością  
wspinały się na pokład statku, a ci, którym się nie powiodło,  
nie szczędzili sił, by przekonać do swego towaru. Rozpoczął  
się szaleńczy 
wyścig do przystani, towarzyszył mu nieopisany zamęt i  
ogłuszający wrzask; kobiety przy sterach przekrzykiwały  
się, gorąco zachęcane nawoływaniami przyjaciół wzajemnie  
sobie złorzeczyły i w końcu ich głosy zamieniły się w  
ochrypłą kakofonię - przeraŜający tumult. 
- To Azja... - powiedział Sejour, odwracając się do Gam. 
Od ulicy na ścianach domów wisiały niebieskie lub  
pozłacane tabliczki z napisami. Na straganach mamiły  
wzrok bale jedwabiu w kolorze tabaczkowym lub gołębiego  
błękitu. Za straganami stały krosna, przy których mali  
chłopcy tkackimi grzebieniami ubijali osnowę. W innych  
uliczkach rozsiedli się rzemieślnicy wyrabiający ozdoby ze  
srebra i złota, a takŜe rzeźbiący w kości słoniowej.  
Powstawały tutaj filigranowe cacka, misternie cyzelowane,  
wymagające niezwykle Ŝmudnej obróbki. Młode kobiety  
szlifowały niebieskie kamienie, siwi rękodzielnicy z  
nieprawdopodobną precyzją obrabiali kawałki kości  
słoniowej i przekształcali je w najprawdziwsze dzieła sztuki.  
Na ścianach, pod tablicami z imionami przodków oraz w  
kątach domostw, przed posąŜkami Buddy, Ŝarzyły się  
wonne kadzidełka. 
Przekupnie handlowali ogórkami nanizanymi na cienkie  
sznurki z łyka, ogromnymi noŜami płatali krwiste ryby,  
brudny grubas mył rzodkiew, wrzucał ją do kadzi z wodą,  
sam do niej wchodził i zawzięcie deptał. W którymś ze  
sklepów dwie kobiety syczały na siebie jak Ŝmije. W innym  
wystawione były na sprzedaŜ kaczki, kury, psy i szczury.  
Przed sklepem rzeźniczym szlachtowano konia. Przeraźliwie  
kwicząc, zwierzę padło na kolana, toczyło błędnym  
wzrokiem, z wytrzeszczonych oczu płynęły łzy. Nozdrzami  
trysnęła mu róŜowa piana. Z końskiej piersi wyrwało się  
zamierające, przejmujące, wręcz ludzkie westchnienie -  
zwierzę zwaliło się z nóg... I jeszcze przez chwilę kopyta  
uderzały o bruk. 
147 
W otwartych zakładach fryzjerskich moŜna było usły- 
szeć wszystkie języki i dialekty. Z domów gry dochodził  
stukot kości, chińscy kulisi w kilka godzin tracili tu roczny  
zarobek. 
Prowadzący grę biegali z dzwoniącymi mieszkami,  
przyjmowali stawki, z pomocą długich lasek kładli je na  
wskazanych miejscach w dolnej sali i w ten sam sposób  
odbierali wygraną. Obok znajdowały się domy uciech -całe  

background image

rzędy jednakowych pokoi, piętro nad piętrem. W kaŜdym  
pokoju były małe, bogato malowane, szklane okienka,  
hebanowe, intarsjowane macicą perłową fotele oraz  
delikatne, łamliwe stoliki herbaciane; wśród tego wszyst- 
kiego przemykały kobiety o grubo uszminkowanych, jakby  
pokrytych emalią, martwych twarzach, z zastygłym na nich  
sztucznym uśmiechem, odziane w cenne szaty, tańczące jak  
automaty przy dźwiękach samisenu i śpiewanych falsetem  
pieśni. 
W wielu pokojach stały obłe, pięknie malowane trumny;  
krewni zmarłych stawiali na nich herbatę i owoce, palili  
kadzidełka. Sejour zabrał następnie Gam do więzienia.  
Rzucił kilka sztuk srebra straŜnikowi, którego czoło toczyła  
jakaś choroba. StraŜnik przeprowadził ich przez kilka  
dziedzińców i cel. Szyje więźniów tkwiły pomiędzy dwiema  
cięŜkim kłodami. Na widok obcych rozległy się przeraźliwe  
jęki; moŜna się było tylko domyślać, Ŝe te odgłosy  
wydobywają się z ludzkich gardeł. Wynędzniałe kobiety w  
łachmanach siedziały z dziećmi przy piersi obok więźniów i  
czekały. StraŜnik się rozgadał: mówił, Ŝe większość  
uwięzionych nigdy głębiej nie zasypia, poniewaŜ  
przeszkadzają w tym drewniane kłody; gdyby usnęli,  
niechybnie by się podusili. Potem otworzył celę, w której  
skazani na śmierć czekali na wykonanie wyroku. Z  
diabolicznym uśmieszkiem, obnaŜając nieliczne, krzywe i  
połamane zęby poprzedzielane czarnymi dziurami, straŜnik  
opisywał miejsce straceń. Za trzy dni 
t A Ci 
więźniowie zostaną ścięci, powiedział. Ich głowy, umiesz- 
czone w dzbanach, wrzuci się do wody. 
Nie mogąc się oprzeć niezdrowej ciekawości, Gam ze  
wstrętem patrzyła na grupkę ludzi, którzy wprawiali ją w  
osłupienie i jednocześnie budzili litość. Stara kobieta  
czołgała się na czworakach po podłodze i bezwstydnie  
zadzierała swe łachmany. StraŜnik, nie zastanawiając się,  
kopnął ją w brzuch, aŜ zwymiotowała; potem oznajmił, Ŝe  
skazano ją za trucicielstwo. Podniosła się niepewnie,  
poczołgała się dalej na długość łańcucha, szarpała się,  
jęczała, wyła, darła okrywające ją szmaty i wyciągała ręce  
do młodego kulisa, który wytrzeszczał oczy, patrząc na nią  
tępo. 
Wokół Gam zaroiło się od ludzi. Brudne ręce w Ŝebra- 
czym geście domagały się jałmuŜny. Gam zbladła: te Ŝywe  
ciała, ruchliwe, o giętkich stawach, posłuszne sterującej  
nimi woli, za trzy dni zesztywnieją, będą martwe; śmiertelny  
skurcz zaciśnie im palce, krew z nich wycieknie -w ciągu  
niewielu godzin, które łatwo policzyć, świat przestanie dla  
nich istnieć. Tymczasem poŜądliwe ręce wyciągają się po  
jałmuŜnę, po datek, ręce ludzi, których Ŝycie się skończy,  
zanim pod drugiej stronie rzeki cztery razy zgaśnie słońce...  

background image

I oni jeszcze Ŝebrzą o kilka centów... Nie do wiary... 
Potem było Hankou, gdzie zamieszkali w niemieckim  
hotelu - staromodnej budowli z wąską werandą. Wbrew  
pozorom pokoje były tu wysokie i chłodne, a korytarze  
szerokie. Gam z okien swego pokoju miała widok na wodę;  
przez cały dzień mogła oglądać zakotwiczoną ka-nonierkę,  
parowce rzeczne i Ŝagle dŜonek. Dalej rozpościerał się  
typowy chiński krajobraz: płaskie tereny wzdłuŜ rzeki,  
szare, porośnięte drzewami wzgórza wokół Wuczanu,  
pagoda, błękitniejący na horyzoncie łańcuch niskich gór.  
Widok przepływających dŜonek miał w sobie coś  
odwiecznego. Na licznych łodziach zwracały 
uwagę wymyślne kształty wioseł sterowych. śagle z ple- 
cionych mat osłaniały kasztel rufowy... Wiosła przypo- 
minały wysunięte pazury. WzdłuŜ burt siedzieli w kucki  
ludzie i jedli ryŜ z czerwonych bądź niebieskich miseczek. 
Gam i Sejour pojechali w górę Jangcy do Jangczou. W  
mieście panowało ogromne poruszenie. Zdołano schwytać  
kilku rozbójników, którzy utrzymywali w strachu całą  
okolicę; teraz mieli być ścięci. Wszyscy mieszkańcy wylegli  
na ulice. Plac straceń znajdował się tuŜ za miastem.  
Przyprowadzono skazańców, którzy okazywali zupełną  
obojętność wobec czekającej ich kaźni. Pierwszy z nich  
ukląkł, jego warkocz juŜ wcześniej został odcięty. Sejour i  
Gam ustawili się w miejscu, z którego dobrze było widać  
plac. Gam zacisnęła usta, przez co uwydatniły się jej  
pobladłe policzki. Straszliwa ciekawość, napełniająca jej  
myśli zgrozą i przeraŜeniem, przenikała kaŜde włó-kienko  
ciała; Gam czuła się jak przetrącona, chciała się odwrócić,  
nogi jej jednak nie słuchały, znieruchomiała w odrętwieniu... 
Do skazańców podszedł kat. Tłum się oŜywił, rozległy  
się pojedyncze krzyki, zaraz jednak co śmielsi jęli  
złorzeczyć bandytom, gwar narastał, miotano przekleństwa i  
obelgi, wygraŜano pięściami. Jakiś chiński kupiec, tłusty,  
zwalisty, którego palce zdobiły liczne grube pierścienie z  
diamentami, stał w tłumie i obojętnie przyglądał się  
egzekucji. Palił długie czarne cygaro i co chwila spoglądał  
na zegarek. W pewnej chwili powoli się odwrócił i coś  
powiedział. 
WaŜąc w dłoni miecz, kat zbliŜył się do klęczącego  
Chińczyka i stanął za jego plecami. Tłum wstrzymał  
oddech, zapadła cisza. W zupełnej próŜni rozległ się nagle  
spóźniony śmiech - to była kobieta. Opasły kupiec  
uśmiechnął się, oblizał, wyjął cygaro z ust. 
Nagle Gam zauwaŜyła, Ŝe kat ma jaśniejszą skórę niŜ  
otaczający go ludzie. Jego klatka piersiowa była koloru 
bladej oliwki. Nie naleŜał do rasy Ŝółtej, rysy twarzy miał  
niemal europejskie. W świadomości Gam kaŜdy jego ruch  
odciskał się z niebywałą wyrazistością, jej mózg rejestrował  
najdrobniejsze szczegóły. Miała wraŜenie, Ŝe ogląda  

background image

zwolniony film. I oto napięły się mięśnie barkowe kata,  
biceps stwardniał i odskoczył od ramienia, przemknął po  
nim migotliwy cień, uaktywniły się mięśnie na plecach,  
leciutko ugięły kolana, cały tułów się obniŜył, zastygł na  
moment w półobrocie, klinga powędrowała do tyłu... Po  
chwili oczy zdołały uchwycić migotliwy błysk... Nagle coś  
się potoczyło, poturlało - Gam z przeraŜenia szarpała i  
ś

ciskała swe palce - odcięta ludzka głowa samotnie toczyła  

się coraz dalej... Tymczasem upiorny, straszliwie  
okaleczony korpus z niepojętych, niezrozumiałych  
powodów nadal klęczał; tryskały zeń trzy strumienie  
czerwonej krwi. 
Kiedy Gam patrzyła, jak kat unosi miecz, poczuła, Ŝe  
ogarnia ją szaleństwo i musi coś zrobić; z najwyŜszym  
trudem powstrzymała się od krzyku, chciała prosić, chwycić  
kata za ramię, wytłumaczyć zagroŜenie i nie dopuścić do  
rzeczy najstraszliwszej - do unicestwienia Ŝycia; czynu  
potwornego, dla którego nie ma Ŝadnego uspra- 
wiedliwienia... Czuła się tak, jakby jej równieŜ groziło  
unicestwienie, jakby to ona klęczała na miejscu skazańca;  
zdawało się jej, Ŝe śmierć niczym kot morderca pręŜy się do  
skoku... Na nią i wszystkich dookoła... Nieprzytomna ze  
strachu stała bezradnie z szeroko otwartymi oczami; nie  
mogła pojąć, dlaczego nikt się nie buntuje, Ŝadna z  
Ŝ

ałosnych postaci tam, na dole, Ŝaden z tych ludzi o Ŝółtych  

twarzach, którzy mieli, jak wszyscy, usta i nos; dlaczego  
tłum nie krzyczy, nie woła, nie walczy z nieszczęściem,  
które czai się za nagimi plecami kata wznoszącego Ŝelazo  
wprawnym i zarazem przeraŜającym ruchem... Gam chciała  
wołać, krzyczeć, jeszcze raz się przeciwstawić... I naraz  
błysk miecza przeszył jej serce... Napięcie opadło, krzyk  
przeszedł w cichy, chrypliwy jęk... 
Szalone podniecenie ustąpiło, krew rozlała się po całym  
ciele, wypełniając je łagodnym ciepłem. Ciało bez głowy  
osunęło się; było teraz jedną krwawą masą, nieruchomą i  
zagadkową. Odciągnięto je na bok. Poczerniała krew  
wsiąkała w ziemię. Do miejsca kaźni podszedł następny  
skazaniec. Nie pozwolił zawiązać sobie oczu. Ukląkł obok  
kałuŜy krwi. Jego twarz niczego nie wyraŜała, była obojętna.  
Nie patrzył przed siebie, od razu opuścił głowę i odsłonił  
kark. Gam znów spojrzała na kata. Stał za swą ofiarą  
wsparty na mieczu, po jego twarzy błądził uśmiech -Gam,  
której czułe zmysły i zdolność postrzegania chwytały  
wszystko, zrozumiała ten przykry uśmiech właściwie. 
Gwałtownie się odwróciła i ruszyła przed siebie. Po  
drodze prześladowały ją ponure obrazy egzekucji; naraz  
jednak poczuła, Ŝe rozpiera ją radość - najczystsza radość  
Ŝ

ycia. Gam cieszyła się, Ŝe jeszcze Ŝyje. Pomimo to nie  

mogła dojść do siebie, przykre wraŜenia nie ustępowały.  
Znienacka zapytała Sejoura: 

background image

Kim jest... - zawahała się - kim jest kat?  

Sejour nie odpowiedział. Gam, coraz bardziej oŜywio  
na, ulegając nagłemu impulsowi, powtórzyła pytanie: 

Kim jest kat? 

Jego matka była Meksykanką, ojciec Murzynem. On  

sam mówi po angielsku, po hiszpańsku i po chińsku. Jest  
tutaj od pięciu lat. Ma bogatą biografię. Znam go, jestem w  
tym mieście szósty raz, przed kilku laty zawarliśmy  
znajomość. Dziś wieczorem będzie pani miała okazję z nim  
porozmawiać... 
Gam zmierzyła Sejoura błyskawicznym spojrzeniem. Była  
zdumiona i podekscytowana. I nie protestowała. 
Wieczór był parny; wokół krąŜyły ćmy. Miękkimi ude- 
rzeniami skrzydeł mieszały gęstą zawiesinę powietrza 
i pary, sprawiając, Ŝe chwilami podnosił się ledwo wy- 
czuwalny podmuch. Obok promu zatrzymał się parowiec z  
Wuczanu; dolatywał z niego gwar rozmów. MoŜna było z  
nich wywnioskować, Ŝe to handlarze jaj, którzy płynęli w  
górę Jangcy i teraz kłócą się o dzienny utarg. 

Benie Minsąueton, proszę sobie wyobrazić, Ŝe ni  

kogo nie ma w pokoju - powiedział Sejour. 
Dalej rozmowa toczyła się tak, jakby rzeczywiście kaŜdy  
mówił tylko do siebie. 

Wiem, Ŝe robił pan to juŜ nie raz; zawsze to łatwiej,  

kiedy moŜna się dowiedzieć, co myślą inni. Teraz jest pan  
wśród ludzi, którzy na pewno dołoŜą starań, by pana  
zrozumieć... 
Na chwilę zrobiło się cicho. Minsąueton wcisnął się w  
kąt, nie ruszał się, łokcie oparł na kolanach. Zaczął mówić  
jednostajnym, obojętnym głosem: 

To dawne sprawy, niemal o nich zapomniałem. By  

łem majtkiem na holenderskim parowcu w koloniach; ko  
twiczyliśmy w Singapurze. Wieczorem poszedłem z pew  
ną Niemką do jej mieszkania. Dawno jej nie widziałem,  
a kochałem tę kobietę o białej skórze jak jakiś chłopiec  
okrętowy. Miałem od niej wszystko, czego tylko chciałem.  
WciąŜ jednak było mi mało, męczyło mnie to, Ŝe nie mogę  
jej mieć jeszcze bardziej. Kiedy wypływałem w rejs, sta  
waliśmy się dwojgiem ludzi, których nic nie łączy. Dopro  
wadzało mnie to do wściekłej pasji, nie mogłem się z tym  
pogodzić, uwaŜałem, Ŝe muszę być z nią razem - chcia  
łem przeniknąć do jej krwi, zespolić się z nią, niestety, nie  
wiedziałem, jak to zrobić. Wpadłem w szał i ją udusiłem.  
Nie miałem takiego zamiaru: swoje ręce zobaczyłem do  
piero wtedy, gdy jej ciało się wypręŜyło i oczy wyszły z or  
bit. Zorientowałem się, Ŝe ją duszę, nie mogłem jednak  
rozluźnić chwytu. Czułem, jak drŜy, jak jej ciałem miota  
ją przedśmiertne skurcze... to wszystko wprawiło mnie  
w takie podniecenie, Ŝe nie zauwaŜyłem, kiedy opadła z sił.  
Oprzytomniałem dopiero wtedy, gdy była martwa. Mu- 

background image

siałem uciekać. Ale wspomnienia stale mnie nachodzą. To  
uczucie było silniejsze od wszystkiego, co mnie wcześniej  
spotkało. 
Wiedziałem, Ŝe będę to robił nadal. Nie chciałem jednak  
uśmiercać niewinnych ludzi. Nie byłoby zapewne wielkiej  
straty, gdybym się zajął starą, zuŜytą ladacznicą, której na  
dodatek nigdy nie znałem; tego jednak robić nie chciałem.  
Wiele podróŜując, trafiłem tutaj i dostałem to zajęcie; mój  
poprzednik właśnie umarł. Płaci mi państwo, jestem  
szanowanym człowiekiem. I tak to wszystko się ułoŜyło.  
Odczuwam wewnętrzny spokój, poniewaŜ mam to, czego  
potrzebuję... 
Pochylił się i przyjrzał swym dłoniom. Po chwili, znacz- 
nie Ŝywiej, podjął: 

Jeśli piraci są Chińczykami, w obliczu śmierci za- 

chowują się obojętnie. Ale niekiedy mam do czynienia z  
pół-Rosjanami bądź mieszańcami. Zazwyczaj na plac  
straceń wszyscy idą spokojnie. Kiedy jednak pierwszy ginie  
pod ciosem miecza, następny zaczyna się bronić, szarpie  
kajdany i zachowuje się jak tygrys w matni. Muszę go  
wiązać i często sam rzucam się na niego, zanim go w końcu  
obezwładnię. Te chwile są dla mnie jeszcze waŜniejsze niŜ  
zabijanie. Szamoczę się z Ŝyciem, które chce mi uciec,  
trzymam je za gardło; jestem odeń mocniejszy, czuję się  
panem sytuacji, nie pozwalam, by mi się wymknęło. -  
OŜywił się jeszcze bardziej, był niezwykle podniecony.  
Uśmiechnął się i po chwili mówił dalej: -Dwudziestego  
siódmego lipca ścinałem czterdziestu jeden męŜczyzn, całą  
załogę pirackiej dŜonki. Kiedy wrzucałem głowę szypra do  
dzbana, ugryzła mnie w palec. Przed egzekucją szyper  
krzyczał wniebogłosy i z trudem udało się go związać. 

Mówił pan - odezwała się w ciemnościach Gam -Ŝe ta  

kobieta nie była panu obojętna... 

Oczywiście - odpowiedział Minsąueton. — W prze- 

ciwnym razie coś takiego nigdy by się nie wydarzyło. 
W pokoju zrobiło się cicho. Mrok spowijał troje ludzi  
pogrąŜonych we własnych myślach. Naraz za drzwiami  
rozległy się jakieś hałasy. Słychać było kroki, szuranie  
czyichś butów, potem stąpanie bosych stóp. Sejour wyszedł  
zobaczyć, co się dzieje. 
Gam wstała. Była w szczególnym nastroju. To, co usły- 
szała, zburzyło jej równowagę, wtargnęło w jej jaźń niczym  
rzeka rozŜarzonej lawy. Nagle, jak rozmigotany obraz  
filmowy, stanęły jej przed oczami chwile, które spędziła  
przy umierającym Puryszkowie. Śmierć, ze swoją niepojętą  
mocą zniszczenia, jedyna absolutna negacja Ŝycia, znów się  
jej objawiła, siejąc zamęt w umyśle, uzmysławiając  
dobitnie, Ŝe istnieje przeczuwany wcześniej, tajemniczy  
związek między negacją a najpełniejszym przejawem  
afirmacji Ŝycia, jakim jest eros. Śmierć stale go osacza,  

background image

wciąŜ czai się w pobliŜu, miłość i zagłada bezustannie  
trzymają się w objęciach, krąŜą wokół siebie, poruszają się  
po tej samej orbicie, jedno nie moŜe istnieć bez drugiego,  
dopełniają się jak elementy prastarego chińskiego symbolu  
jin-jang i tworzą jedność. 
Minsąueton przygarbił się i zapadł w fotelu. Nie ruszał  
się. Niesamowite tchnienie śmierci ciąŜyło nad nim jak  
straszliwa klątwa. 
Te ręce zacisnęły się wokół kobiecej krtani i trzymały ją  
dopóty, dopóki nie ustał rytmiczny oddech. Były zaworem  
ś

mierci, zawsze sprawnym, okrutnym, beznamiętnym.  

DrŜały jednak z rozkoszy, kiedy cień przesłaniał oczy  
człowieka, którego trzymały... Wszystko rozpływało się we  
mgle. Gam miała wraŜenie, Ŝe ściany się chwieją, jakby  
były z kleistej mazi, dom się zapada, a siedzący naprzeciw  
męŜczyzna pogrąŜa się w mroku; tylko silne ręce pewnie  
spoczywały na swoim miejscu. Były blade, pokryte  
grubymi, nabrzmiałymi Ŝyłami. W miejscu, gdzie dłoń się  
rozwidla i zaczynają się palce, wyrastała guzowata narośl.  
Paznokcie były zakrzywione i pokryte licznymi białymi  
plamami, wyraźnie widocznymi pod świa- 
tło na tle przezroczystej czerwieni. Stawy przypominały  
młoteczki. Kiedy te ręce się unosiły, wraz z nimi wędrowała  
ś

mierć. 

Gam, powłócząc nogami, przeszła przez pokój i stanęła  
naprzeciw Minsąuetona. Maksymalnie się skoncentrowała i  
przygotowała na bezpośrednie starcie - znaleźli się w  
niebezpiecznie chwiejnej równowadze. Gam bezwiednie  
czekała na pierwszy impuls. Zdawała sobie sprawę, Ŝe  
aktywność jej jaźni ustała i nie stać jej na przejawienie  
władczej woli; ta mistyczna cezura wydawała ją teraz, o  
szarej godzinie, na pastwę przypadku. 
Ben Minsąueton niczego nie zrozumiał. Widział tuŜ koło  
siebie kobietę i wdychał jej zapach. Krew uderzyła mu do  
głowy, ręce zaczęły drŜeć. Gam próbowała przewiercić go  
wzrokiem. Obojętnie podniósł głowę i, bardzo zakłopotany,  
wstał z fotela. Wyglądał na wystraszonego. Kiedy uniósł  
wzrok i wycedził kilka słów, Gam, nie zastanawiając się,  
skinęła głową i nagle, słuchając kolejnego niezgrabnego  
sformułowania, wybuchła śmiechem... Minsąueton się  
ucieszył i chciał mówić dalej, ale ona juŜ go nie słuchała. 
Wrócił Sejour i Ben Minsąueton wyszedł. Gam przy- 
niosła lichtarz, który zawsze z sobą woziła, i zapaliła  
ś

wiece. Zupełnie się zmieniła, była rozgorączkowana.  

Krzyczała, wskazując drzwi, przez które wyszedł Min- 
sąueton. 

Opuścił nas, poszedł sobie...! Jak zły los...! On jest  

jak zły los - ponury i ocięŜały - działa na oślep...! Udało  
nam się uniknąć śmierci...! 
Sejour nie ruszył się spod ściany. 

background image

Tak, rzeczywiście - powiedział zmienionym głosem.  

Gam rozmarzyła się, dając upust emocjom: 

Jesteśmy jak fale pędzone przez burzę... Wielbimy  

ziemię, ślepo kochamy ten świat. Jeśli nie daje on nam  
oparcia, tracimy spokój... Miłość jest zagładą... Tak, tak, 
wiem o tym i nawet w to wierzę... Miłość niesie zagładę. -  
Roześmiała się, cieszyła się jak uczeń, któremu udało się  
rozwiązać zadanie. - Walka... - Nagle urwała. 
Ktoś niedawno to do niej wykrzyczał... Kto...? Jak się  
nazywał...? Gdzie to było...? W pokoju hotelowym, pako- 
wała do walizki bieliznę, myślała o ucieczce, czuła za sobą  
ironiczne spojrzenie... Teraz nagle wszystko zrozumiała...  
Walka... Zagłada... Trzeba wracać... Natychmiast...! 
Pośpiesznie, długimi krokami przeszła przez pokój i  
zatrzymała się przed lichtarzem, w którym płonęło siedem  
ś

wiec. W wielkim skupieniu, z powaŜną miną zgasiła jeden  

płomień. Odwróciła się do Sejoura. 

Jest o wiele ładniej, kiedy gasimy świece, niŜ gdy  

je zapalamy... - powiedziała. - Zawsze lepiej coś gasić,  
niŜ zapalać... Zgaśmy światło... 
Zgasiła po kolei wszystkie świece oprócz jednej. 

To ostatnia. Jest dokładnie taka sama jak tamte  

sześć... Ostatnia... Czemu to słowo ma tak silne zabar  
wienie emocjonalne? To, co ostatnie, zawsze nadaje Ŝy  
ciu posmak tragizmu i niewaŜne, czy chodzi o początek,  
czy o zakończenie. Spójrz, przez papierowe okna widać  
chiński księŜyc... a tu płonie ostatnia świeca... Chodź -  
chwyciła Sejoura za rękę- popatrz... Czy ta świeca nie  
jest piękna...? To wspaniałe być ostatnim promykiem  
ś

wiatła pośród nocy... Trudno o coś bardziej sentymen  

talnego... Pozwolimy jej umrzeć, głupio, sentymentalnie,  
zamordujemy ją, będziemy katami światła... - Zgasiła  
ś

wiecę i nagle zaczęła wymachiwać ręką Sejoura. Ze  

sztywniała i zarazem rozdygotana mruczała: - Nie wiem,  
naprawdę nie wiem... Chodź, księŜyc ostudzi nam krew,  
jest przecieŜ zimny, a jego światło zabija... Roztrzaskaj  
my go na kawałki, rzućmy się w noc... 
Szarpała Sejoura za ramię, a on - blady jak trup - 
pozwalał jej na wszystko. Posiadł ją, a kiedy na chwilę  
otworzyła oczy, szeptał, chcąc uspokoić ją i siebie: 

To nie to... Nie to... 

Gam jednak mu się wywinęła, uniosła się, przycisnęła  
twarz do jego twarzy i mówiła coś zupełnie niezrozu- 
miałego, po czym zaczęła krzyczeć: 

Zabij mnie...! Zabij! 

Nigdy! — bronił się rozpaczliwie, a po chwili, pełen  

czułości, obsypywał ją pocałunkami, namiętnie pieścił. 

Znam kogoś, kto to zrobi - mamrotała, tuląc twarz do  

poduszki. 
Zaczęła spazmatycznie szlochać, płakała do rana. 

background image

W drodze powrotnej Sejour zapytał: 

Zamierza pani opuścić statek w Hongkongu i udać się  

stamtąd do Singapuru? 

Tak, tylko skąd pan...? - odparła zmieszana. 

Czuję, Ŝe tak jest. 

Po chwili Sejour znów się odezwał: 

Proszę, niech pani ze mną zostanie. - Widząc zdzi  

wienie w oczach Gam, zaczął pośpiesznie wyjaśniać: -  
Stała się pani dla mnie niezbędna. Okazała się pani sil  
niejsza od moich wyobraŜeń o świecie... JuŜ nie trwam  
w zawieszeniu. Myślałem o tym przez dwie noce, zanim  
odwaŜyłem się to powiedzieć. Ale i teraz nie wiem, jak  
zacząć. Dlatego posłuŜę się przykładem. Moje akumula  
tory się wyładowały - to był prąd o niespotykanej mocy.  
Zanim się zorientowałem, zuŜył całą nagromadzoną ener  
gię. Teraz maszyneria nie pracuje: całkowicie rozłado  
wane akumulatory są bezsilne. Koła i tryby się nie ob  
racają... Nie ma prądu... Akumulatory juŜ go nie dostar  
czą, są bezuŜyteczne. Jeśli pani odejdzie, maszyneria się  
rozpadnie... Mówię to z cięŜkim sercem, słowa ledwo  
przechodzą mi przez gardło. 
Gam wpatrywała się w koło sterowe parowca. Chiń- 
czycy jedli coś z czerwonych miseczek i gawędzili. Wokół  
panowała niezmącona harmonia... 

Wiem o tym - mówiła Gam, cedząc słowa. - Ale  

odejdę... Jeśli coś się z tego powodu rozpadnie, będzie to 
z pewnością przykre i smutne... Jednak muszę odejść: nic  
innego mi nie pozostaje. 
Gam, oddającą się na pokładzie marzeniom, poraziło  
niespodziewane odkrycie. Było jak kadr wycięty z ostro  
naświetlonego filmu, jaskrawe i oczywiste wobec mglistych  
planów i oczekiwań: jaźni nie kształtują cele ani, tym  
bardziej, sposoby ich osiągania. Decydujący wpływ  
wywierają tutaj napięcia, ich emanacja, działanie naj- 
róŜniejszych sprzęŜeń potęgujących dynamikę podskórnych  
prądów. Stajemy się iskrzącą diodą, prąd zamienia nas w  
lampę fluorescencyjną. Osiągamy to dzięki napięciom. Jeśli  
natomiast poszukujemy celu, napięcie nie jest potrzebne, nie  
tędy droga. Cel moŜna osiągnąć za pomocą sofistycznych  
sztuczek, wówczas jednak osiągnięcie go nie przysporzy  
nam zadowolenia. DąŜąc drogą pełną napięć, moŜna na niej  
równieŜ sprytnie ukryć cel; w takim postępowaniu jest  
jednak coś ze śmiesznej ostroŜności, która kaŜe zapalić  
Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Kto zakreśla sobie  
granice, mierzy kaŜdą rzecz, wciąŜ licząc, kalkulując,  
zachowuje się jak skostniały akademik i budzi odrazę. Kto  
twardo trzyma się wytyczonej drogi, nie zasklepi się nigdy  
w jakimś ciasnym kręgu. Ale jeśli kogoś pociągają silne  
emocje, potrafi je stopniować, nie traktuje Ŝyciowych  
zakrętów jak tragedii, lecz dostrzega w nich jedynie  

background image

moŜliwość jeszcze silniejszej ekscytacji, człowiek taki  
naleŜy do wyjątkowego gatunku. Dzięki napięciu i skrajnym  
emocjom moŜemy wznieść się ponad wszystko -  
poszybować nad dalekimi morzami ku coraz odleglejszym  
brzegom i w końcu wystrzelić w nieskończoność błękitu... 
Gam targał niepokój. Nie miał on nic wspólnego z prze- 
szłością - zawsze tak mocno Ŝyła teraźniejszością, Ŝe prze- 
szłość była dla niej czymś co najwyŜej podobnym do fali  
chlupiącej za rufą. Od dawna wiedziała, Ŝe jeśli chce Ŝyć  
intensywnie, pełną piersią, musi chłonąć kaŜdą chwilę, 
ulegać jej całym swym jestestwem, postępować tak, jakby  
prócz niej nic innego się nie liczyło... 
Nic bardziej bezdusznego jak egoizm, który wciąŜ szuka  
dla siebie nowych podniet i fascynacji... Z drugiej strony,  
czy istnieje coś równie prawdziwego, szczerego...? Potok  
słów wciąŜ nękał młodą kobietę... Skąd się brały...?  
NiezaleŜnie od słów biegły jej myśli... Kiedy do niej  
dotarło, Ŝe wszystko to jest rezultatem oporu, jaki stawiła  
przed chwilą, spłonęła rumieńcem; w ten opór za- 
angaŜowała się bez reszty, kaŜdym włókienkiem swej  
natury - gorącej i tym razem skłonnej wręcz do ataku. 
IX 
Lav 
alette,  
wyciąg 
nięty  
na  
leŜaku  
pod  
markiz 
ą

, przy- 

rządzał  
sobie  
whisky  
z  
lodem i  
wodą  
sodową 
.  
Wycisn 
ą

ł  

cytrynę 
,  
zmiesz 
ał sok z  
wodą, a  
owoc  
niedbal 
e rzucił  
na  

background image

ziemię,  
po  
czym  
zanurz 
ył ręce  
w  
stojącej  
obok  
misce,  
chwyci 
ł  
ręcznik  
frotte i  
bez  
pośpiec 
hu  
wytarł  
dłonie. 
Kie 
dy po  
chwili  
uniósł  
głowę,  
obok  
leŜaka  
ujrzał  
Gam.  
Nie  
zdziwił  
się ani  
trochę,  
przywit 
ał ją,  
jakby  
rozstali  
się  
przed  
godzin 
ą

. Gam  

przyglą 
dała  
mu się  
uwaŜni 
e. Jego  
twarz  
niczeg 
o nie  
zdradz 
ała. 

background image

 

rzybyw 
a pani  
w samą  
porę -  
powied 
ział. -  
Gdyby  
się pani  
nie  
zjawiła,  
moje  
sprawy  
uległyb 
y  
opóźnie 
niu. Ale  
o tym  
pomów 
imy  
wieczor 
em.  
MoŜe  
teraz  
zechce  
się pani  
przebra 
ć

. W  

pokojac 
h nic  
się nie  
zmienił 
o, są  
urządzo 
ne  
zgodnie  
z pani  
upodob 
aniami.  
Chłopie 
c się  
panią  
zajmie,  
jest na  
pani  
rozkazy 
. Ja  
tymcza 
sem  
wrócę  

background image

do  
moich  
zajęć,  
a potem  
wtajem 
niczę  
panią w  
niezbęd 
ne  
szczegó 
ły. 
Wie 
czorem  
Lavalet 
te w  
kilku  
zdaniac 
h  
wyjaśni 
ł, Ŝe  
chodzi  
o to, by  
zdobyć  
kilka  
waŜnyc 
h  
planów 
.  
Trafiły  
one do  
rąk  
pewneg 
o  
Meksy 
kanina,  
który  
teraz  
negocj 
uje  
warunk 
i ich  
odstąpi 
enia z  
dwoma  
urzędni 
kami  
angiel- 
skiego  
przedst 
awiciel 

background image

stwa.  
W  
Kalkuc 
ie  
Lavalet 
te  
zamie- 
rza się  
spotkać  
z  
jednym  
ze  
swych  
ludzi,  
który  
przedst 
awi go  
Meksy 
kanino 
wi. I  
tutaj  
właśnie  
liczy na  
pomoc  
Gam. 

 

usi  
się  
pani  
dow 
iedz 
ieć,  
o co  
cho 
dzi i  
jak  
dale 
ko 
Meksykanin posunął się w pertraktacjach z Anglikami.  
Trzeba go wysondować. Jest ostroŜny i przebiegły. Ma tylko  
jeden słaby punkt... jak zresztą większość męŜczyzn... Gam  
spłonęła rumieńcem. 

Myślę o kobietach - ciągnął. - Jeśli zręcznie pokie  

ruje pani rozmową, na pewno się z czymś zdradzi. Na  
tym właśnie mi zaleŜy. Te plany są bardzo waŜne. Musi  
my zrobić wszystko, by je mieć. I będziemy je mieli. 
Gam zeszła do ogrodu. Nie odpowiedziała Lavalet- 
te'owi. Zamiast tego zawołała z dołu: 

Powietrze jest jak gorąca kąpiel...! MoŜna by w nim  

background image

utonąć, zupełnie nie czuję gruntu...! 

Grunt, podstawa...! Nieźle brzmi...!- odkrzyknął  

Lavalette, złoŜywszy dłonie wokół ust. - Motyw...! Fun- 
dament...! Jak ołów i klej...! 
Gam rozłoŜyła ramiona. 

Chcę popływać we fiordzie...! W krystalicznej wo  

dzie! - zawołała. Z tajemniczym uśmiechem zerwała kil  
ka gałązek tamaryndowca... 
Meksykanin zmierzył Lavalette'a nieufnym spojrzeniem  
i, trochę niezgrabnie, ukłonił się Gam. Podała mu rękę, lecz  
tak, by nie mógł jej pocałować. Kiedy mówił, błyskał  
jednym okiem, przy czym jego dłonie bezustannie się  
poruszały. 

Trzeba mu dać coś do picia - zadrwił Lavalette. -  

On po prostu musi trzymać szklankę, wtedy mu przej  
dzie. Widzi pani, Ŝe nie zapomniałem o Ŝadnej waŜnej  
sprawie. 
Zostawił Gam i udał się na spotkanie ze swym agentem. 
Po kilku dniach Meksykanin zaprosił ich do siebie. Przez  
cały czas mówił wyłącznie do Gam, próbując obudzić jej  
zainteresowanie. Traktowała go chłodno, nawet oschle.  
Lavalette ją obserwował; po pewnym czasie zaproponował  
siedzącej obok kobiecie, by wyszła z nim na 
taras. Kiedy Meksykanin zobaczył, Ŝe został w pokoju tylko  
z Gam, spróbował skrócić dystans. Gam zrobiła się  
wyniosła, nie zwaŜała na jego słowa. To go zabolało,  
zmieszał się, zapomniał tak dalece, Ŝe kilka razy wymienił  
Lavalette'a. Odpowiedź Gam była lodowata, Meksykanin  
musiał wstać. Gam chciała go zranić, obudziło się w niej  
jakieś trudne do wytłumaczenia okrucieństwo. Pospieszył za  
nią, chwycił ją mocno za ramię i próbował się  
usprawiedliwiać. Gam wciąŜ stała bez ruchu, plecami do  
niego. Odwróciła jedynie głowę i bez słowa, pełna pogardy,  
wpatrywała się w rękę trzymającą jej ramię. Meksykanin,  
zawstydzony, puścił ją. 
W tej samej chwili pod jakimś pretekstem zjawił się  
Lavalette. Natychmiast się połapał, Ŝe Gam właśnie odparła  
zakusy Meksykanina. Teraz w napięciu patrzyła, co zrobi  
Lavalette. Ku jej zaskoczeniu zareagował ostro i Latynos  
usłyszał kilka cierpkich słów. Następnie La-valette podał  
ramię Gam i poprosił o ich okrycia. 
Na drugi dzień Lavalette słowem nie wspomniał o zaj- 
ś

ciu, co trochę speszoną Gam wprawiło w zdumienie. Nie  

przypuszczała, by coś się miało zmienić; dlatego, czekając  
na kolejny ruch Lavalette'a, nie czuła się zbyt pewnie. 
Czekała - wiedziała bowiem, Ŝe tylko milczenie moŜe  
nadać sprawom właściwy bieg. I pewnego dnia Lavalette  
zaczął: 
- Niebawem znów się spotkamy z Meksykaninem.  
Usprawiedliwiał się i prosił o wybaczenie z powodu tam- 

background image

tego incydentu. Całkiem zapomniałem pogratulować  
wspaniałego stylu, w jakim spowodowała pani tę decy- 
dującą przemianę. Przedtem Meksykanin mi nie ufał, pani  
zresztą teŜ. Teraz czuje się pewien swego, sądzi -tu  
Lavalette ironicznie spojrzał na Gam- Ŝe gdybym czegoś od  
niego chciał, odnosiłbym się doń zgoła inaczej. 
Usłyszawszy te przewrotne słowa, Gam wolała niczego  
nie mówić. Ograniczyła się do pytania: 

Kiedy się spotykamy? 

Za dwa dni. U mnie. Rozmowy między Meksykani- 

nem a dwoma Anglikami zaszły tak daleko, Ŝe tego wie- 
czoru koniecznie musimy go skłonić do zwierzeń. NaleŜy  
się spodziewać, Ŝe wszystko, co dotyczy strony przeciwnej,  
będzie juŜ sfinalizowane. 
Gam bawiła się wstąŜką. 

A jeśli termin nie będzie mu odpowiadał? 

Na pewno będzie... I moŜe znów pani spróbuje...  

Zresztą nie ma innej drogi: musi pani zastosować jakiś  
wybieg, dzięki któremu dopniemy swego. 

Wybieg... MoŜliwe... O, tak... 

Gam miała wraŜenie, Ŝe spoza tych niewinnych, Ŝarto- 
bliwych słów wyziera coś jeszcze. Nie chciała tego, czuła  
się jednak spięta. Cichy szczęk oręŜa zapowiadał walkę... 
Kiedy doszło do spotkania, w zachowaniu Meksykanina  
wobec Gam moŜna było zauwaŜyć niemal pokorę. Gam  
starała się być dla niego miła. Meksykanin nabrał do niej  
zaufania i co rusz rzucał jej szczere, ciepłe spojrzenia.  
Wzruszył ją, pozwoliła mu się zatem poprowadzić do stołu.  
Siedziało tam jeszcze kilku ludzi, którzy bardzo się o coś  
spierali. Lavalette był niezwykle uprzejmy. Korzystając z  
okazji, chytrze zmruŜył oko i uśmiechnął się do Gam, przez  
co trochę zbił ją z tropu. Wydawało jej się, Ŝe nie dorasta do  
tych jego nagłych przeobraŜeń. Swą demoniczną  
osobowością często ją przygniatał; kiedy jednak Gam  
chwytała za broń i, bezpiecznie opancerzona, zamierzała  
podjąć walkę, wtedy nagle, jak psotny chłopiec, Lavalette  
jej umykał. Czuła się bezradna wobec człowieka, który  
bywa tak nieobliczalny - beztrosko odwraca porządek  
spraw, stawia je na głowie, bawi się nimi. 
Gdy juŜ coś wpadło mu w ręce, Lavalette nigdy się tego  
nie wyrzekał; za to go podziwiała. Naraz odkryła, Ŝe znaczy  
to więcej od nerwowej ciekawości i wewnętrz- 
nej energii Clerfayta, Ŝe tym samym Lavalette przerasta  
równieŜ głęboko ludzkiego Kinsleya. Dzięki tym cechom  
swej natury poruszał do głębi; one teŜ zresztą tkwiły gdzieś  
blisko dna, gdzie kaŜda rzecz ma takie samo oblicze i  
wszystko stapia się w jedność; bez wątpienia jednak była to  
natura nieobliczalna, wiarołomna i wierna zarazem... Jak  
Ŝ

ycie. 

Był przy tym odporny na jakikolwiek atak: gdy tylko  

background image

ktoś się zbliŜał, jak Proteusz przybierał coraz to inną postać.  
Gam zauwaŜyła, Ŝe i w niej drzemią podobne moŜliwości.  
Dostrzegała, jak trudno ją zranić, wobec czego wszelki atak  
moŜe ujść bezkarnie; cieszyło ją to, ale uznała, Ŝe ma do  
czynienia z ładunkiem wybuchowym... I postanowiła go  
rozbroić... Wedrzeć się w głąb siebie, podkopać się i  
zdetonować bombę... Potem zapewne ogarnie ją smutek...  
Tylko czy potrafi...? Czy nie wkracza na śliski, trudny  
teren...? Czy jej odporność się nie kruszy, nie widać  
pęknięć...? 
Z wyrozumiałością słuchała bojaźliwych usprawiedli- 
wień Meksykanina. W końcu miała dość i jednym, nie- 
dbałym gestem zdecydowała się przekreślić tamto nie- 
porozumienie, po czym spróbowała się dowiedzieć czegoś o  
ojczystym kraju Latynosa. 
Meksykanin wpadł w zachwyt i odtąd prócz towarzystwa  
Gam nic juŜ dla niego nie istniało. Kiedy podano do stołu,  
wziął ją pod ramię i poprowadził do jadalni; odmówił  
równieŜ udziału w grze, do której goście zasiedli w  
sąsiednim pokoju. Gam zapytała go, czy kocha swój kraj.  
Odparł, Ŝe mało co kocha równie mocno. 
Nie pytała, co jeszcze prócz ojczyzny miał na myśli.  
Rozmowa się jednak nie urwała: teraz Gam chciała się  
dowiedzieć, kiedy zamierza wrócić do siebie. 
Meksykanin odpowiedział, Ŝe za kilka tygodni - ma tutaj  
do załatwienia jeszcze kilka spraw, choć właściwie juŜ tylko  
jedną; potem chce wracać. Gam nie dociekała, o co chodzi,  
zadała jednak kolejne pytanie: 

Mówi pan, Ŝe to tylko jedna sprawa. Więc chyba  

bardzo waŜna? 

Tak, bardzo waŜna... I bardzo zyskowna. 

Jakiś wynalazek...? 

Niezupełnie. Rzecz dotyczy kwestii militarnych... 

Interesujące. Z pewnością teŜ niebezpieczne? - Gam  

ś

miała się w duchu. Wiedziała, Ŝe powinna dalej wypytywać  

Meksykanina. Naraz jednak nabrała ochoty, by zrobić coś  
wręcz przeciwnego: postanowiła go ostrzec. Kiedy  
przypadkiem obok przechodził Lavalette, zawołała go. 

Nasz przyjaciel jest bardzo nieostroŜny - oznajmiła z  

wyjątkowo szerokim uśmiechem. - Zna wiele waŜnych  
tajemnic... 
Ku jej zaskoczeniu nie okazał najmniejszego zdziwienia.  
Chwycił dłoń Gam i nakrył nią jej usta. Jednocześnie  
zatroskanym głosem rzekł do Meksykanina: 

Powinien pan więc zachować milczenie. JuŜ samo  

tylko myślenie o takich sekretach moŜe się okazać ryzy  
kowne. Poza tym chyba pan wie - tutaj ze zrozumieniem  
pokiwał głową - Ŝe najłatwiej wygadać się przed kobietą.  
Cieszę się, Ŝe zjawiłem się w porę i mogę pana ostrzec.  
Lepiej niech pan z nami zagra, to bezpieczniejsze i - drwią  

background image

co spojrzał Gam w oczy- łatwiejsze... 
Gam miała wraŜenie, Ŝe krew rozsadza jej skronie.  
Lavalette przejrzał jej zamiary i zdemaskował ją. Ze stoic- 
kim spokojem zrobił to, co sama zamierzała: ostrzegł  
Meksykanina. Wytrącił jej oręŜ z ręki; teraz byłoby za- 
bawnie jeszcze raz pokrzyŜować jego zamiary. Przez tę  
poraŜkę wydawało się jej, Ŝe nadąŜanie za pragnieniami  
Lavalette'a stało się czymś w rodzaju obowiązku. Ogarnęło  
ją jakieś szaleństwo, coś się w niej burzyło, kotłowało i  
Gam nie miała pojęcia, z której strony nadciąga nawałnica.  
Uśmiechała się jednak do Meksykanina i choć myślami  
zupełnie nieobecna, potrafiła się świetnie skoncentrować.  
Grała komedię z wirtuozerią tak olśniewają- 
cą, Ŝe osłupiała ze zdumienia, pytała samą siebie: Czy na  
pewno ja to mówię...? Czy ten teatr to moje dzieło...?  
Patrzyła na siebie, jakby była obcą osobą, nauczycielem,  
który nagle znalazł się w szkolnej ławce obok zdumionego  
ucznia; miała wraŜenie, Ŝe promieniuje energią, rzuca wokół  
siebie jakiś czar, Ŝe pierwszy raz w Ŝyciu doświadcza czegoś  
podobnego. Przez cały czas zachowywała wewnętrzny  
chłód, wszystko to działo się poza nią, na zewnątrz jak  
prawdziwy aktor uŜyczała jednak tej kreacji swego głosu i  
ciepła. 
Oszołomiła Meksykanina, którego rozpierało szczęście:  
uwaŜał, Ŝe to jego towarzystwo wprawiło Gam w ten  
wyjątkowy nastrój. By dotrzymać jej kroku, częściowo się  
odkrył i uchylił przed Gam rąbka swych tajemnic. Kiedy  
Gam demonstracyjnie okazywała brak zrozumienia,  
przysunął się do niej i z powaŜną miną objaśniał szczegóły.  
Zadowolony, Ŝe wywarł wraŜenie, w przeświadczeniu, Ŝe  
mimo to niczego nie zdradził, bo przecieŜ o niektórych  
sprawach ledwo napomknął, cały czas przy tym panując nad  
rozmową, rozsiadł się wygodnie i rozkoszował słodkim  
przekonaniem o swej waŜności. 
Gam tymczasem nie mogła się skupić i wkrótce poczuła  
znuŜenie. Grający opuszczali sąsiednie pokoje i  
przychodzili się poŜegnać. Lavalette wydał Tamilowi kilka  
poleceń i zwrócił się do Gam: 
- Proszę wybaczyć, muszę jeszcze coś napisać... Pani teŜ  
zapewne niebawem opuści to męczące towarzystwo...  
Spodziewam się, Ŝe jutro rano zobaczę panią wyspaną i  
wypoczętą... 
Tamil czyścił meble. Co jakiś czas podnosił głowę i zer- 
kał na nią błyszczącymi oczami. Gam pogrąŜyła się w my- 
ś

lach. Chłopiec ostroŜnie przemykał się między sprzętami.  

Skąpe światło rzucało na ścianę jego cień, który, po- 
większony do groteskowych rozmiarów, to się zabawnie  
wydymał, to gwałtownie się kurczył. Gam dostrzegła grę 
cienia i - trwając w bezruchu - uwaŜnie ją obserwowała...  
Tamil przerwał na chwilę pracę i przyglądał się jej smutnym  

background image

wzrokiem. 
W końcu go zauwaŜyła i skinieniem ręki dała do zro- 
zumienia, Ŝe ma się zbliŜyć. Kiedy podszedł, pogłaskała  
jego gęstą czuprynę. Była wyczerpana, lecz i uległa cu- 
downej potrzebie darzenia czułością. 

Pora spać... NajwyŜszy czas się połoŜyć... - powie  

działa. 
Weszła na schody prowadzące do pokoi Lavalette'a. Z  
trudem, jakby wspinała się na jakiś szczyt, pokonywała  
kolejne stopnie. Poręcz, której się trzymała, przypominała  
pomost o dziwnej konstrukcji, wskazujący drogę w  
nieznane. Gałki wieńczące załamania balustrady groźnie  
szczerzyły zęby, wykrzywiały się w grymasie pochlebstwa.  
Ponad głową Gam sunęła ciemność, która chwilami zdawała  
się płynąć niczym rzeka, innym znów razem stygła w  
bezruchu. Potem były drzwi... Gam musiała je otworzyć...  
Tyle razy, wchodząc albo wychodząc, otwierała jakieś  
drzwi... Teraz było to wyjątkowo trudne... 
Lavalette zapisywał w cienkim notesie jakieś cyfry. Gam  
ledwo trzymała się na nogach. Nie miała pojęcia, dlaczego  
drŜą jej kolana, musiała się na czymś oprzeć, bała się, Ŝe  
zaraz zemdleje. Po chwili się odezwała: 

Chodzi o budowę fortów wokół Hongkongu i plany  

rozmieszczenia nowych pól minowych na wodach Gibral- 
taru. 

Czy udało się pani dowiedzieć, ile Anglicy mu ofe- 

rują? 
Gam wymieniła sumę. 
Lavalette chwycił słuchawkę telefonu i dyktując same  
tylko cyfry, nadał pilny telegram. 

Dziękuję, teraz wiem wszystko, na czym mi zale  

Ŝ

ało - rzekł, odkładając słuchawkę na widełki. Po czym  

znów pochylił się nad swymi zapiskami. 
Gam gwałtownie zrobiła krok do przodu i podniosła  
ręce. Lavalette wstał. 

Dziś powinna się pani uspokoić... Dziś... Jutro znów  

będzie pani knuła zdradę... Coś takiego zawsze cudow  
nie podnieca. Tak juŜ musi być... W przeciwnym razie... -  
Na moment ściągnął brwi, po czym potrząsnął głową.  
Jego dłoń spoczęła na ramieniu Gam. 
Rozpierał ją nieznany wcześniej rodzaj szczęścia. Czuła  
dziwaczne pomieszanie bezsilności, przekory, tkliwości i  
nienawiści; wsparta czołem o ramię Lavalette'a, cala się w  
niego wtuliła. 

Tak bardzo cię kocham... - mruczała. 

Przyjąłem, Ŝe w pertraktacjach z Anglikami Mek- 

sykanin posunął się tak daleko, Ŝe w tej chwili wszelkie  
próby pozyskania go nie miałyby sensu. Spowodowałem  
jedynie, Ŝe przekazano mu sumę, o której pani wspomniała.  
Ale to tylko ze względu na panią; jeśli chodzi o mnie,  

background image

uwaŜam, Ŝe to niekonieczne. Dzięki wpłacie uda się jednak  
dość łatwo odwrócić od nas wszelkie podejrzenia. 

Jakie podejrzenia? 

Podejrzenia o kradzieŜ. Tej nocy Tamil ukradł Mek- 

sykaninowi plany. Są tak waŜne, Ŝe zdecydowałem uciec się  
do gwałtu. 

Ma pan te plany? 

Oczywiście. Teraz tylko muszę je stąd wywieźć. Na  

podróŜ statkiem jest juŜ za późno. Meksykanin postawił na  
nogi tajne słuŜby juŜ w godzinę po tym, jak plany znikły.  
Wszystkie odpływające parowce będą obstawione. Za trzy  
dni dostanie pieniądze. Wtedy my juŜ będziemy daleko. 

Po co pan to robi? 

Po co? CóŜ za pytanie; wszelkie pytania w rodzaju po  

co, dlaczego, są po prostu nudne... 

Pan się naraŜa, grozi panu powaŜna kara... To szpie- 

gostwo. 

Właśnie dlatego to robię, choć o charakterze mojej  

działalności przesądził przypadek. Równie dobrze mógł  
bym stanąć na czele ekspedycji penetrującej dziewicze  
dŜungle Konga. Tam jednak miałbym do czynienia wy  
łącznie z Murzynami i ryzyko leŜałoby, Ŝe się tak wyra  
Ŝę

, bardziej na zewnątrz niŜ wewnątrz: wiązałoby się  

z obawą o własną skórę, a nie z przygodą o charakterze  
intelektualnym. Wystarczyłoby rozporządzać dostatecz  
ną liczbą broni palnej. Tymczasem tutaj wszystko wy  
gląda inaczej. Niebezpieczeństwo ekscytuje, by posłuŜyć  
się wyświechtanym mieszczańskim frazesem, nadającym  
całej sprawie niedobry wydźwięk... PróŜno jednak gdzie  
indziej szukać równie podniecających przygód, zaskaku  
jących sytuacji, groźnych, nieoczekiwanych zwrotów...  
Inne motywy nie są dla mnie istotne... Ale zdaje się, Ŝe  
zrobiło się chłodniej... Trzeba się zbierać... 
Było juŜ ciemno, kiedy Lavalette, z dala od miasta,  
zawrócił samochód. Na pełnym gazie popędził z powrotem  
tam, gdzie z czarnego jak sadza mroku światło reflektorów  
wydobyło wapienną biel murów. 

Jesteśmy na cmentarzu. Jeszcze go pani nie widzia  

ła - powiedział i zatrzymał auto. 
Wydawało się, Ŝe groby za murem oddziela od świata  
cała epoka. Nocne niebo, rozmigotane tysiącem gwiazd,  
rozpościerało się nad cmentarzem niczym kopuła. KsięŜyca  
ubywało, półokrągła tarcza świeciła jednak na tyle jasno, Ŝe  
zupełnie dobrze było widać całą okolicę. 
Lavalette ujął Gam za ramię i wskazał na groby. 

Hinduiści wierzą w wędrówkę dusz. Ich wiara prze- 

konuje bardziej od tej, którą głoszą nasi kapłani. Mimo to  
cmentarz zawsze nas wewnętrznie wycisza. Temu miejscu  
przypisujemy ostatnie słowo. Tutaj teŜ, uświadomiwszy  
sobie daremność naszych wysiłków, najczęściej  

background image

rezygnujemy. 

To niepojęte - rzekła Gam. 

Pod jej stopą zatrzeszczało drewno. Cofnęła się wy- 
straszona. Coś zachrobotało. Lavalette schylił się i podniósł  
jaszczurkę. Okryty łuską korpus wił mu się w palcach,  
zwierzę wydawało skrzekliwe dźwięki. Szeroko rozwarło  
pyszczek, ukazując drobne, ostro zakończone zęby.  
Lavalette postawił jaszczurkę na ziemię. 

Tutaj wszystko się kończy. Tracimy grunt pod no- 

gami. Ci, których ciała się rozkładają, kiedyś Ŝyli i oddy- 
chali tak samo jak my. Ale tylko głupiec mógłby się z tego  
cieszyć, ktoś ograniczony umysłowo. Taki człowiek chowa  
się za uświęconymi pojęciami: opierając się na tezach,  
wedle których kaŜde jednostkowe istnienie dąŜy ku śmierci,  
tworzy na własny uŜytek prostą regułę, współbrzmiącą z  
jego wiarą i oglądem świata, dzięki czemu zyskuje spokój.  
Oto, czemu słuŜy czasem wiedza. Przez kogo jednak Ŝycie  
przepływa niczym rzeka, czyje Ŝyły pulsują Ŝarem  
szkarłatnej krwi, ten zawsze, słysząc słowo „śmierć", będzie  
uwaŜał, Ŝe stoi nad przepaścią. Kto bowiem chłonie Ŝycie  
pełną piersią, równieŜ w tym wypadku nie znajduje miary. 

Czy istnieje słowo, za którym nie czaiłaby się śmierć?  

- odezwała się Gam. 

Spójrz - Lavalette odepchnął Gam od siebie - stoisz  

przede mną w tym świetle, widzę twoje ręce, usta, nogi, na  
których się poruszasz... Jednak juŜ gdzieś spod ziemi  
wyciągają się zachłanne dłonie, które chciałyby cię  
pochwycić, wciąŜ czyhają, czekają... Są przeraŜająco  
wytrwałe... Piasek zasypuje ci stopy, ziemia się podnosi,  
woła cię, za chwilę się rozstąpi... Rozpada się na tysiące  
atomów... Nie czujesz, Ŝe grunt mięknie, ustępuje...? śe  
powoli się pogrąŜasz...? 
Gam nie wytrzymała: szukając ucieczki, roztrzęsiona, z  
całych sił przywarła do Lavalette'a. 

Wiesz coś o ciałach spoczywających tam, pod zie  

mią...? - ciągnął Lavalette. - Nad grobami unosi się ru  
dawa poświata rozkładu, z mogił wydobywają się budzące 
zgrozę, wilgotne opary i zalegają dookoła. Napierają na  
nas... W nas jednak kryje się Ŝycie, cały czas daje o sobie  
znać... Czujesz je przecieŜ... Twoje ręce są ciepłe, obejmują  
moją szyję... Twoje tchnienie świadczy, Ŝe Ŝyjesz, wargi  
ucieleśniają duszę. Podejdź bliŜej, będziemy się nawzajem  
ochraniać... 
Mocno, jakby chciała go przewrócić, Gam wcisnęła się  
w ramiona Lavalette'a. 

Widzisz tam tę ziejącą jamę...? - mówił. - Grób zo  

stał rozkopany. Spróchniała trumna się zapadła... Zie  
mia się osunęła, pośród nocy rozległ się łoskot i jęk... Ale  
spójrz, wokół jamy wyrastają juŜ krągłe, opasłe mogiły,  
obficie czerpią z ziemi ohydne soki... Mgły bezładnie prze  

background image

taczają się tuŜ nad ziemią, ryją w niej, usiłują się dostać  
do pogrzebanych zwłok... Spójrz, jak się nad mogiłami  
kłębi, Ŝarzy, tli... tak wygląda niespełnione Ŝycie, cięŜko  
i bezgłośnie pełzające wśród grobów, przeraŜające w swym  
milczeniu... 
Gam przycisnęła twarz do szyi męŜczyzny. Brakło jej  
odwagi, by spojrzeć za siebie... 

Chodź, chcę się przekonać, Ŝe Ŝyjemy- nalegał  

Lavalette. - Tamto milczenie oznacza śmierć... Będzie  
my krzyczeć... Zycie jest jednym wielkim krzykiem, a my  
przecieŜ Ŝyjemy... Płynie w nas krew, wraz z którą roz  
chodzi się ciepło... ZbliŜ się do mnie... Czuję twój oddech,  
dotykam skóry... Co to...? Chodźmy stąd... - Szarpał jej  
suknię. - Chodźmy... To chyba juŜ... Twoja skóra... Twój  
rytm i twoje Ŝycie... Śmieję się z całego serca. - Urwał  
kawałek sukni Gam, cisnął go pomiędzy groby. - Rzu  
cam wam to na poŜarcie. Milczcie. Wytrzeszczajcie złe,  
ponure ślepia... Wypowiadam wam wojnę...! Unosi mnie  
spieniona fala...! Wywrzaskuję Ŝycie w waszą topiel...!  
Mój ryk to Ŝycie...! Zadaję wam klęskę...! - Pociągnął Gam  
między groby. Potknęli się i runęli na ziemię. Lavalette  
nie pozwolił jej wstać, sam uniósł się na rękach. - Wci  
skam się między was... w odwieczny chłód! - wołał. - Je- 
stem ręką zaciskającą się na gardle, czepiam się drzwi  
między Ŝyciem a śmiercią...! Zycie płynie przeze mnie jak  
rzeka, tuli do ciepłej piersi... chroni... WciąŜ się śmieję.  
Ś

mieję się i płynę rwącym nurtem... 

Zamilkł, jeszcze tylko wymachiwał ramionami, wściekał  
się i wygraŜał, obywając się bez słów, dając upust falom  
rozpasanych emocji, które miotały nim jak cyklon. 
W szeroko otwartych i błyszczących oczach Gam odbijał  
się księŜyc; światło załamywało się w nich, tworząc  
niezliczone refleksy. Spojrzenie Gam znieruchomiało, oczy  
wpatrywały się w niebo, gęste od gwiazd. DrŜały jej dłonie,  
ciałem wstrząsały dreszcze. 
Nadleciał wiatr, a wraz z nim pojawił się chłód, od  
którego wilgotna mgiełka zamieniła się w rosę. Do włosów  
Gam przylgnęły jasne krople; wyglądały jak łańcuszek  
drogocennych kamieni. Opadały na groby z przedziwnym,  
ledwo słyszalnym szmerem. 
Gam naraz się ocknęła z lekkiego snu. Przed nią stał  
Lavalette. 

Proszę wybaczyć, Ŝe panią budzę. Zdaje się, Ŝe  

Meksykanin juŜ o wszystkim opowiedział Anglikom, a ci  
się domyślili, gdzie są plany. Wiem juŜ, Ŝe park jest oto  
czony. Nie mam czasu do stracenia. Za chwilę komisarz  
i jego ludzie zaczną rewizję. Byłoby wspaniale, gdyby ich  
pani przetrzymała chociaŜ kilka minut. Ja w tym czasie  
postaram się uciec z wszystkimi waŜnymi papierami.  
Chłopiec będzie wiedział, jak mnie znaleźć. 

background image

Gam skinęła głową. 

Niech pan idzie - ponagliła go. - Myślę, Ŝe mi się uda.  

Pocałował ją w rękę, zajrzał w oczy i roześmiał się. 
Jaki on młody, pomyślała Gam. SpręŜystym krokiem  
popędził do domu. Z daleka, nim zamknął drzwi, jeszcze jej  
pomachał. Gam wolno poszła za nim. Ogarniało ją  
podniecenie, czuła, Ŝe paraliŜuje jej ruchy. 
Zrobiło się cicho. Podobnych, nabrzmiałych bez- 
dźwięcznym spokojem chwil Gam dotychczas nie przeŜyła.  
Wiedziała, Ŝe za tą ciszą czai się niebezpieczeństwo,  
wyciąga pazury, pręŜy grzbiet jak kot szykujący się do  
ataku, napawa lękiem przed niewiadomą. 
Po chwili z tarasu dobiegły jakieś bardzo ciche odgłosy,  
coś szczęknęło, zabrzęczało. Zaraz potem ktoś zapukał;  
drzwi natychmiast się otworzyły. Gam nie zwracała uwagi  
na to, co się dzieje: wsparta o parapet patrzyła przez okno  
na park. 

Nie zapowiedziano mi tej wizyty... 

Istotnie, składanie nieoczekiwanych wizyt wiąŜe się  

jednak z charakterem naszej pracy - usłyszała. - Pozwoli  
pani, Ŝe się rozejrzymy... 
Gam podniosła ramię, jakby się chciała zasłonić. Zaraz  
jednak sobie przypomniała, Ŝe powinna grać na zwłokę. 

Widzę, Ŝe jeden z panów nosi brytyjski mundur...  

Obaj się przedstawili. 

To tłumaczy tę szczególną wizytę. Proszę powiedzieć,  

czego panowie sobie Ŝyczą... 

Szukamy Lavalette'a. 

ś

ałuję, ale jestem w domu sama. Mogą więc panowie  

porozmawiać jedynie ze mną... Proszę spocząć... 
Anglicy wymienili porozumiewawcze spojrzenia i usie- 
dli. Oficer nie spuszczał z oczu drzwi. Uprzejmie ukłonił się  
Gam, po czym zaczął mówić: 

Pani opanowanie zasługuje na szczery podziw, chcę  

jednak, by pani wiedziała, Ŝe dom jest szczelnie otoczony i  
nikt się zeń nie wymknie. Musi się pani zgodzić na  
przeprowadzenie rewizji. Powody, dla których jesteśmy do  
tego zmuszeni, są powaŜne: mamy uzasadnione podejrzenia,  
Ŝ

e znajdują się tutaj pewne dokumenty. 

Czy moje pokoje takŜe chcecie przeszukać? 

Niewykluczone. Z pewnością pani rozumie, Ŝe tego  

rodzaju środki stosuje się tylko wtedy, gdy chodzi o coś  
naprawdę waŜnego. Mogę pani jedynie obiecać - tu znów 
zgiął się w ukłonie - Ŝe pani pokoje przeszukamy na końcu.  
I zrobimy to nadzwyczaj delikatnie, niczego nie naruszymy.  
ZaleŜy nam wyłącznie na naszych rysunkach, prócz tego o  
nic nam nie chodzi. Nie wiem, czy wolno mi o to prosić,  
chciałbym jednak, by nam pani towarzyszyła. Byłoby  
najlepiej, gdybyśmy moŜliwie szybko znaleźli dokumenty...  
Zaoszczędziłoby to pani zbędnych niewygód i komplikacji.  

background image

Od dwóch dni, to znaczy niemal od chwili, kiedy dokonano  
kradzieŜy, rekwirujemy i kontrolujemy wszystkie przesyłki  
odchodzące drogą morską. Muszę jednak szczerze wyznać,  
Ŝ

e dotychczas niczego nie znaleźliśmy. Na pewno  

dokumentów nie udało się jeszcze stąd wywieźć. Na dodatek  
pewna suma, trochę za wcześnie przekazana czekiem  
bankowym, wskazuje ślad... Proszę z nami... 

Oczywiście... - Gam uśmiechnęła się niepewnie.  

Nagle chwyciła cienką ksiąŜkę leŜącą na biurku i wy  
rzuciła ją przez okno, prosto w gęste zarośla. 
Przez moment wydawało się, Ŝe oficer za nią wyskoczy;  
powstrzymał się jednak i odezwał głosem stanowczym i  
opanowanym: 

Ułatwia mi pani pracę. To było zupełnie niepotrzeb  

ne... przecieŜ mówiłem, Ŝe dom jest otoczony. Czy w prze  
ciwnym razie rozmawiałbym z panią tak spokojnie?  
KsiąŜkę przypuszczalnie juŜ znaleziono. 
Gam spojrzała na niego wzrokiem, w którym mieszały  
się chłód i zdumienie. 

Myli się pan. Nie chciałam tylko, by ktoś obcy grzebał  

w moich rzeczach, by moŜe nawet coś z tego mi zabrano. W  
ksiąŜce były listy do mojego męŜa. 

Nie wątpię - odparł ironicznie Anglik. - Ale pozwoli  

pani, Ŝe ją z grubsza przejrzę; powinienem to chyba zrobić,  
skoro przedstawia ona dla pani taką wartość... 
Gam zobaczyła przed domem Tamila. Towarzyszył mu  
angielski Ŝołnierz. ZadrŜała ze strachu, po chwili jednak  
odetchnęła z ulgą. Tamil był sam. MruŜąc oczy, przesłał 
jej błyskawiczne spojrzenie. Zrozumiała od razu: Lava-lette  
zdołał umknąć. 

Pańskie zachowanie sprawia, Ŝe jestem zmuszona  

prosić, by ograniczył się pan wyłącznie do tego, co nie  
zbędne. Nie mam zamiaru przedłuŜać tej rozmowy. 
Przyniesiono ksiąŜkę, którą Gam wyrzuciła. Anglik  
skwapliwie ją chwycił, przekartkował. Niczego nie znalazł i  
zaczął przeglądać od początku. KaŜdą stronę poddawał  
drobiazgowym oględzinom, sprawdzał tekst. Na koniec  
zamknął ksiąŜkę, rozdraŜniony postukał w nią palcem i  
oddał Gam. 

Po co pani to wyrzuciła...? Tu rzeczywiście niczego  

nie ma. - Zdezorientowany patrzył na Gam: nie miał  
pojęcia, co o niej sądzić. 
Gam bez słowa wzruszyła ramionami. Podeszła do  
fortepianu. 

Nie mam ochoty na dalsze śledztwo. Proszę do tego  

pokoju przysłać kogoś ze swych ludzi. Mam zamiar tu  
zostać. 
Podniosła klapę fortepianu i wzięła kilka akordów. 
Po trzech godzinach zaprzestano poszukiwań. Anglicy  
niczego nie znaleźli. Oficer zdjął posterunki i zwrócił się do  

background image

Gam: 

Wyniki nie są zadowalające. Dlatego teŜ muszę na  

pewien czas zawiesić śledztwo. Ale nie na długo... -Chciał  
coś dodać, był przecieŜ młodym męŜczyzną; naraz jednak  
się odwrócił i poŜegnał. 

Czemu pan na mnie czeka? - zapytała Gam. 

Przed nami jeszcze długa droga... 

MoŜe byłoby lepiej, gdyby pan uciekał sam? 

Boi się pani? 

Po twarzy Gam przemknął uśmiech, zaraz jednak spo- 
waŜniała. 

Boję się o pana... 

To bardzo ludzkie... 

Nie ułatwię panu ucieczki, będę tylko przeszkadzała... 

W Ŝadnym razie... 

Nie rozumiemy się. Ze mną będzie się panu trudniej  

poruszać. 

Mówi dziś pani nie wprost, pani słowa mają groźny,  

symboliczny wydźwięk... - zauwaŜył drwiąco Lavalette. 

To przypadek... 

Tym gorzej... 

Mógłby pan juŜ być w Malakce... 

To bez znaczenia... 

Powinien pan być teraz na statku... 

Czy pani nie wie, Ŝe moŜe mnie zatrzymać kaŜdy  

angielski urzędnik, Ŝe zna mnie połowa tutejszych An- 
glików, Ŝe w portach i na stacjach kolejowych kontroluje się  
paszporty wszystkich Europejczyków, Ŝe mój rysopis  
przekazano telegraficznie do wszystkich waŜniejszych  
miejsc aŜ po Georgetown, Ŝe o tej porze roku wyjeŜdŜają  
stąd Europejczycy, którzy tu mieszkają, i nie ma nas wielu,  
Ŝ

e - koniec końców — powinienem przedostać się przez  

Syjam do Kolumbii. 

To jeszcze nie jest odpowiedź... 

Powinna ją pani znać - ściągnął usta - na pewno będzie  

pani spokojniejsza. Dodam, Ŝe nie wszedłem na statek, który  
czekał na mnie z dala od portu, na morzu. Dodam jeszcze, Ŝe  
na pewno by do tego nie doszło, gdybym był sam. 
Gam patrzyła na niego zaskoczona. 

Proszę zbyt wcześnie się nie cieszyć - ciągnął spo  

kojnie Lavalette. - Dodam nawet, Ŝe właśnie pani jest  
powodem, dla którego nie wyjechałem jeszcze tej samej  
nocy. Dopiero wtedy się zorientowałem, Ŝe nasza znajo  
mość zaszła zbyt daleko, by tak zwyczajnie wyjeŜdŜać.  
Uznałem, Ŝe najpierw muszę uporządkować tę sprawę;  
juŜ bowiem pani mówiłem, Ŝe czeka nas długa droga  
i chciałem być pani pewien. PoniewaŜ pieniądze przy  
szły za wcześnie, mój kaprys, by je przekazać Meksyka- 
ninowi, miał zaskakujące konsekwencje. To przekreśliło  
moje zamiary — podkreślam: zamiary, nie plany — i mu- 

background image

siałem je dostosować do sytuacji. 

Pan nie jest mnie pewien... 

Doprawdy chwalebne, z jaką logiką i uporem ciągnie  

mnie pani za język. Nie byłem pani pewien, dlaczego jednak  
pani jest taka pewna, Ŝe sama nie dała mi po temu  
powodów? Są sprawy, które wystarczy tylko tknąć i same  
układają się w poŜądanej konfiguracji; inne trzeba mocno  
chwycić w garść i poustawiać na właściwych miejscach. 
Twarz Gam pojaśniała. 

Wcześniej bardzo się pan starał, bym pana właściwie  

rozumiała... 

Oczywiście, bo bez tych obszernych wyjaśnień by się  

nie obeszło. Ale od dwóch minut przestałem się tak bardzo  
starać. Teraz odpowiadam na pytanie, czego pani się tak  
natarczywie domagała, i jak juŜ zaznaczyłem, robię to  
wyłącznie po to, by panią uspokoić. Kiedy starałem się  
wyjaśnić dlaczego, mówiłem o sprawach, które pani na  
pewno zrozumie na opak... jaka kobieta postąpiłaby inaczej i  
słysząc coś takiego, by się nie cieszyła... tych spraw jednak  
nie przemilczałem. To bardzo miłe, Ŝe jest pani przekonana,  
iŜ ma na mnie wpływ. Zakłada pani, Ŝe przez to ograniczam  
się w swych decyzjach. OtóŜ, madame, jeśli coś  
postanawiam, a to się właśnie stało, moja decyzja jest  
wyłącznie kaprysem, choć- proszę się wstrzymać z  
ewentualnymi zarzutami - podejmuję ją w rezultacie  
trzeźwych przemyśleń; to rodzaj interesu, jeśli woli pani  
takie określenie. 

UŜywa pan mocnych słów... 

Aby mnie dobrze zrozumiano. Jest pani niezwykłą*  

kobietą, a ja nie potrafię się wyrzec tych silnych emocji,  
które być moŜe - tu pomógł sobie trochę sztucznym ukłonem  
- wspaniale wypełnią nam kilka najbliŜszych tygodni... I to  
juŜ nie jest kaprys. 

Powiedział pan to samo, tyle Ŝe innymi słowami... 

Pozornie. Musimy dostrzegać niuanse, nawet jeśli to  

wymaga od nas wysiłku. 

Niuanse są jedynie odcieniami koloru podstawowego. 

Wspaniale. Kolor podstawowy: teraźniejszość; temat:  

mgnienie chwili; bohaterowie, z których będzie pani  
zadowolona: pani - w danej chwili... 

Sofizmaty... 

Czym byłby świat bez sofizmatów? Bo przecieŜ nie  

moŜna go traktować powaŜnie. Kto patrzy na świat, na poły  
ś

niąc, bezustannie balansując na nieuchwytnej granicy snu i  

jawy, kiedy całym ciałem zapragnie się z tym światem  
zespolić, doznaje zwykle cudownych wraŜeń. Ach, ci  
filozofowie, którzy gardzą sofistami i z powodu swej  
buńczucznej gadaniny nie potrafią zejść na ziemię, by się  
poŜywić. My, sofiści, jesteśmy od nich szczęśliwsi...  
Rzucamy się na pokarm... Sycimy głód aromatycznym  

background image

miąŜszem złocistych bananów, w restauracji Palące w  
Singapurze pochłaniamy mięso czerwonych homarów,  
zjadamy jasne plastry ananasów, cieszymy się, kiedy małpy  
zrzucą nam z drzewa orzechy palmy kokosowej, a potem  
zasiądą w krąg, podobne do naszych prehistorycznych  
przodków... Są jedynie wspomnieniem przeszłości, o której  
nie powinniśmy myśleć... Przestrogą... Ewolucja wcale nie  
zaszła tak daleko... Głód jest doprawdy czymś boskim...  
Gdyby nie on, do dziś nie zeszlibyśmy z drzew...  
Odwieczny głód... 
Lavalette rozłupał kleszcze homara, Gam zapamiętale  
ś

ciągała skórkę z bananów, dobierała się do ananasa. I oboje  

nikogo innego nie dopuściliby teraz do stołu. 
Lavalette zamierzał w Malakce lub Port Dickson znaleźć  
jakiś statek, który płynąłby na Sumatrę. Do morza było  
niedaleko, więc juŜ tego samego dnia wieczorem weszli na  
pokład parowca kursującego wzdłuŜ wybrze- 
Ŝ

a. Cała załoga, nie wyłączając kapitana, składała się z  

Chińczyków. Gam i Lavalette byli jedynymi białymi na  
statku. Kapitan wskazał im małe pomieszczenie, w którym  
znajdowało się tylko kilka krzeseł. Panował tam straszliwy  
zaduch. Lavalette kazał Tamilowi przynieść dwa hamaki  
wyplatane z łyka i ruszył na górny pokład, przeciskając się  
pomiędzy leŜącymi pokotem ludźmi. Nadepnął przy tym na  
jakiegoś Chińczyka, który zwinął się z sykiem jak wąŜ, po  
czym nagle skoczył na równe nogi i wytrzeszczył oczy.  
Lavalette udawał, Ŝe niczego nie widzi, kiedy jednak wiązał  
hamaki, uwaŜnie Chińczyka obserwował. 
Gdy pomógł Gam się ułoŜyć, skinął na Tamila. Kazał  
mu pilnować kapitana: gdyby chłopiec dostrzegł coś po- 
dejrzanego, natychmiast miał o tym meldować. Potem sam  
się wyciągnął w hamaku i odbezpieczył rewolwer. 
KsięŜyc oświetlał pokład, zrobiło się jasno niemal jak w  
dzień. W powietrzu unosił się mdły, słodkawy zapach:  
siedzący w kucki Chińczycy palili opium. Łańcuchy i liny  
rytmicznie ocierały się o drewno, nocną ciszę zakłócało  
jedynie posapywanie maszyn. Naraz mignął jakiś cień,  
promień światła padł na czyjeś plecy, które znikły w mroku. 
Nagle pojawił się Tamil. Oznajmił, Ŝe kapitan Ŝywo z  
kimś rozprawia. Lavalette kazał mu pilnować Gam. Po kilku  
minutach rozległy się ciche, posuwiste kroki. Kapitanowi  
towarzyszyło dwóch męŜczyzn. Kryli się za kominami i  
starali się zaskoczyć Lavalette'a. 
Pozwolił im się zbliŜyć, zaczekał, aŜ wyłonią się z cie- 
nia. Kiedy światło księŜyca wydobyło z mroku trzy po- 
stacie, odezwał się stłumionym głosem: 

Stop - hands up... 

Zaskoczeni napastnicy podnieśli ręce. 

Jeśli któryś się ruszy, potraktuję go kulą... Kapi  

tan do mnie... Czego chcecie? 

background image

Chińczyk wyszczerzył zęby, bełkotał coś o liście goń- 
czym i nagrodzie, po czym wskazał człowieka, który poznał  
Lavalette'a. 

Jak wysoka jest nagroda?  

Kapitan wymienił znaczącą sumę. 

Kłamiesz - rzekł Lavalette. - Wiem dokładnie, jaka  

jest nagroda. Mów prawdę, bo stracę cierpliwość. 
Chińczyk się przestraszył. Podał dwa razy niŜszą kwotę. 

Tyle samo dostaniesz ode mnie. W zamian zatrzymasz  

się godzinę przed Malakką, spuścisz łódź i odstawisz mnie  
na ląd. Zrozumiałeś? 

Tak... 

Twoje szczęście. I nie Ŝyczę sobie, by mi ktoś prze- 

szkadzał... 
Chińczycy odeszli. Lavalette odetchnął i rzucił okiem na  
Gam, która przez cały czas spała. Potem dał Tamilo-wi broń  
i kazał mu pilnować kapitana. Nic jednak juŜ się nie  
wydarzyło... 
O świcie łódź dobiła do brzegu. Lavalette rzucił ster- 
nikowi pieniądze i zaczekał, aŜ odpłynie statek. W końcu  
odwrócił się do Gam. 

Jest trudniej, niŜ się spodziewałem, a przede  

wszystkim mniej wygodnie. Teraz, kiedy Chińczycy wie  
dzą, gdzie jestem, nie ma mowy o wykorzystaniu Ŝadne  
go z portów. Musimy stąd zaraz uciekać: nasi znajomi  
zechcą, być moŜe, drugi raz zarobić i zaalarmują Angli  
ków. Ci zaś mają pod bronią co najmniej kilku sikhów,  
którzy mogą nam skomplikować Ŝycie. Musimy iść przez  
góry. 
Udało się znaleźć kilku tragarzy: kucharza, dwóch  
Syngalezów i czterech chińskich kulisów. Tamil zdobył  
gdzieś dwukołowe taczki i niebawem cała grupa wyruszyła.  
Budził się, coraz jaśniejszy, dzień. 
WzdłuŜ drogi ciągnęły się plantacje kawy. Potem po- 
jawiły się kopalnie cyny. Chińscy robotnicy wyciągali 
z szybów kosze i worki urobku, po czym wytrząsali je do  
odeskowanych rynien. Silny strumień wody oddzielał  
rudonośną ziemię od piasku. W pobliŜu znajdowały się  
nieduŜe, opalane drewnem piece, w których wytapiano cynę  
i formowano ją w długie sztaby. 
W Kuala Lumpur Lavalette uzupełnił zapasy. 
Następnie nieduŜa karawana skierowała się do Kuala  
Kuba, a stamtąd w góry. Po nocy spędzonej w bungalowie  
wczesnym rankiem rozpoczęła się wspinaczka. Gam ściśle  
okręciła łydki impregnowanymi owijaczami, by się  
zabezpieczyć przed pijawkami, które wypełzały zewsząd, z  
krzaków, z ziemi, i mocno przysysały się do kaŜdego  
odkrytego kawałka skóry. Padał deszcz, w koronach drzew  
kłębiła się gęsta mgła. Lavalette kroczył obok osła  
niosącego na grzbiecie osłoniętą palankinem Gam;  

background image

przestrzegał ją, by nie odrywała pijawki, która łapczywie  
wpiła się w jej rękę, gdyŜ pozostanie bolesna rana. Przypalał  
pijawkę papierosem, aŜ skręciła się i odpadła. 

Powinienem był odesłać panią do Sajgonu - rzekł. 

Musi być z panem Ŝle, skoro przychodzą panu do  

głowy takie sentymentalne pomysły. 

Przeciwnie. Nieznane niebezpieczeństwo mnie pod- 

nieca. Staram się przechytrzyć nie lada przeciwnika, który  
w dodatku ma nade mną przewagę. To mi wynagradza  
wszystkie trudy. Panią przygoda chyba mniej wciąga,  
dlatego moŜe bardziej odczuwa pani niewygody podróŜy. 

O, bynajmniej... uwielbiam silne emocje... - odparła  

Gam, obrzucając Lavalette'a szybkim spojrzeniem. 
W środku dnia marsz stawał się szczególnie uciąŜliwy: z  
nieba lał się Ŝar. Karawana musiała przechodzić w bród  
przez liczne rzeki i strumienie; podczas jednej z przepraw  
Gam wpadła po szyję do wody. Lavalette chwycił z jednej  
strony, syngaleski tragarz z drugiej i wy- 
ciągnęli ją na brzeg. Otrząsnęła się ze śmiechem i utrzy- 
mywała, Ŝe słońce ją wysuszy. Kiedy jednak Lavalette  
uraczył ją długim wywodem o okropnościach malarii,  
wystraszona zrzuciła mokrą odzieŜ. Tamil przyniósł stalowy  
kufer z bielizną i Gam, wciąŜ rozpromieniona, miała okazję  
zakosztować uroku przeciwieństw: w sercu Indo-chin, w  
głębi pierwotnych lasów, wkładała na siebie cienkie  
jedwabie pachnące angielskimi perfumami. 
Zmiana ubrania dodała jej skrzydeł. Zeskoczyła z osła i  
szła obok Lavalette'a. Gawędzili. 

Niewiarygodne, jak bardzo nasz nastrój - mówiła Gam  

- coś przecieŜ najzupełniej wewnętrznego, sumaryczny efekt  
doznań ducha, zaleŜy od tego, co dzieje się na zewnątrz.  
Zmieniam ubranie, czuję na sobie suchy jedwab, wdycham  
zapach świeŜej bielizny... i ogarnia mnie radość. 

To jedna ze sztuczek, jakie stosuje wobec nas Ŝycie -  

odrzekł Lavalette. - Łączy sprawy drobne z waŜnymi,  
wyszukuje związki między tym, co tkwi najgłębiej, i tym, co  
na samej powierzchni... A przy tym, myśląc o sprawach  
najistotniejszych - o, niesłychanie wręcz istotnych! -  
pełnych treści wyznacznikach naszej jaźni, potrząsamy  
głową i nie wierzymy w te związki, poniewaŜ uwaŜamy, Ŝe  
są po prostu niemoŜliwe. Dlatego teŜ nigdy nie znajdujemy  
właściwego klucza... Nie jesteśmy panami, lecz jedynie  
urzędnikami Ŝycia. Jeden bywa marudny, inny  
przedsiębiorczy, trzeci znów to typowy gryzipiórek,  
wszyscy jednak na słuŜbie. 
Nasza jaźń kieruje się instynktem, nie logiką - ciągnął. -  
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest zadufanie ludzi  
kupczących logiką, którym się wydaje, Ŝe potrafią myśleć.  
Nazywają to filozofią i windują na piedestał. Jakby nie  
pomysły miały rozstrzygać, lecz opierający się na nich  

background image

system, który dla mieszczucha jest wygodnym pomostem:  
dzięki niemu moŜe on dotrzeć, dokąd chce... nadal nie  
rozumiejąc niczego. A to dlatego - niech 
Budda będzie pochwalony- Ŝe Ŝycie strzeŜe swych tajemnic  
i nie kaŜdego do nich dopuszcza. Zrozumieć moŜemy tylko  
to, co potrafimy odczuć. Przy czym niekiedy sprawy  
przybierają zabawny obrót i miewamy do czynienia z  
prawdziwymi komediami omyłek... Na naszej drodze  
pojawiają się drzwi. Jeśli ktoś chce iść dalej, musi je  
otworzyć. Drzwi są masywne, cięŜkie, zaopatrzone w zamki  
i rygle... Kupczący logiką próbuje je otworzyć łomem.  
Drzwi nie ustępują. Człowiek świadomy lekko je popycha -  
otwierają się natychmiast. Ale... nie powinniśmy za często  
mówić o tych sprawach... Wystarczy, Ŝe robią to inni - rzekł  
Lavalette i gwizdnął jak leśny gołąb. 
Gam z uniesioną głową nasłuchiwała odpowiedzi ptaka.  
Dopiero teraz zrozumiała, jak to się dzieje, Ŝe Lava-lette  
niespodziewanie zamienia się w młodego chłopca, Ŝe często  
coś w nim nagle pęka i dorosły męŜczyzna zachowuje się  
naiwnie jak dziecko. Pojęła, Ŝe kaŜda bujna natura ma  
podwójne oblicze, a tylko przeciętność jest zawsze taka  
sama... 
W końcu, przez podmokłe pola ryŜowe, karawana wyszła  
nad Perak. Wiejski panghulu poprowadził gości na nocleg  
do bungalowu. Nim do niego doszli, usłyszeli za sobą  
młody głos wołający po angielsku. Spomiędzy drzew  
wypadł jakiś jeździec machający szerokim słomkowym  
kapeluszem. 
— Europejczycy...! Co za niespodzianka...! Musicie  
zamieszkać u mnie! 
Zatrzymał się i przedstawił, nazywał się Scrymour.  
Prosił, by uwaŜali się za jego gości tak długo, jak tylko  
zechcą, i zaprowadził ich do swego domu. Na wezwanie  
gospodarza przybiegły japońskie słuŜące, które zaprowa- 
dziły Gam i Lavalette'a do kąpieli. Potem Scrymour pokazał  
im swą posiadłość. Na plantacjach kauczuku uwijało się  
wiele osób. Białe, ostre nacięcia na korze drzew 
przypominały szkielety ze zdjęć rentgenowskich. W cy- 
nowych konwiach Malajki przenosiły lateks do koagula- 
tora. Jedna z nich błysnęła okiem w stronę Lavalette'a. 

Jaka zgrabna - rzekł Lavalette do Scrymoura. 

Scrymour spokojnym głosem zawołał dziewczynę i po- 
prosił ją, by przygotowała samisen - wieczorem goście  
posłuchają muzyki. Dziewczyna skwapliwie skinęła głową i  
pobiegła do siebie tak prędko, Ŝe omal nie zgubiła sarongu. 

Pomaga przy zbiorze kauczuku - rzekł Scrymour. -  

Na stałe jednak pracuje w domu. 
Za domem, w szklanej przybudówce, Scrymour urządził  
serpentarium. Otworzył drzwi i ze środka buchnął stęchły  
zaduch. Za grubą szklaną szybą, zwinięte wokół suchych  

background image

konarów, zwisały skłębione cielska wygrzewających się  
gadów. Powoli, z sykiem podnosiły obrzydliwe wąskie łby i  
w niepojęty sposób, ponad cętkowanym ciałem, odginały je  
w tył. Nagle Gam zrozumiała, dlaczego te stwory są takie  
obce i przeraŜające: nie miały nóg ani rąk. Wbrew prawom,  
które obowiązują ludzi, sunęły z jakąś przedziwną, budzącą  
lęk sprawnością, potrafiły samym koniuszkiem długiego,  
pozbawionego kończyn tułowia owinąć się wokół gałęzi i  
drwiąc z sił grawitacji, korzystając z tej wątłej podpórki,  
sięgać oslizłym ciałem w odległe miejsca, budować z niego  
mosty między drzewami. To była kondensacja Ŝycia w jego  
najobrzydliw-szej postaci. Wśród liści odraŜająco wiła się  
anakonda; spomiędzy rozrośniętych korzeni wypełzały  
ś

więte pytony; z konara zwisał nieruchomo długi Boa  

constrictor; wokół pni poowijały się piękne niczym Lucyfer  
kobry królewskie, 
Lavalette zwrócił uwagę Gam na czarnego, nitkowatego  
węŜa o ciele zaledwie centymetrowej grubości, leŜącego na  
ziemi tuŜ obok szyby. 

Cobra capella - odezwał się Scrymour. - Najniebez- 

pieczniejszy ze wszystkich. Jego ukąszenie to pewna  
ś

mierć. 

WąŜ powoli sunął po piasku. Lavalette postukał palcami  
w szybę; kobra uniosła głowę i zaczęła kąsać. Czyjaś  
ciemna dłoń odepchnęła rękę Lavalette'a - do gości  
dołączyła Malajka, która z przeraŜeniem patrzyła na tę  
scenę. 

Pan umrze... To śmierć... 

Przesąd tubylców - zaśmiał się Scrymour. - Kobry są  

dla nich święte. 
Kiedy wrócili do domu, przy stole krzątała się jakaś  
półkrwi Chinka. Gdy ujrzała nadchodzących, chciała na- 
tychmiast uciec. Lavalette jednak ją zatrzymał. 

Proszę pozwolić pańskiej przyjaciółce, by spokojnie z  

nami zjadła - rzekł do Scrymoura. 

Nie jest przyzwyczajona - padła odpowiedź. 

Na wsi siała spustoszenie malaria. Scrymour zajmował  
się leczeniem: miał duŜy zapas chininy i innych lekarstw,  
którymi hojnie obdzielał potrzebujących. Opowiadał, Ŝe  
właśnie Chińczycy są najmniej odporni. Poddają się przy  
pierwszym ataku choroby i pokornie czekają na śmierć. 
Chinka postawiła na stole herbatę i whisky. Scrymour pił  
wielkimi łykami. Od tygodni nie oglądał białej kobiety i był  
teraz lekko rozgorączkowany. Gam wykorzystała dzień  
odpoczynku na przejrzenie zawartości stalowego kufra i  
włoŜyła toaletę, w której nawet w St. Germain zrobiłaby  
furorę. Po emocjach dnia czuła się wewnętrznie wyciszona i  
odpręŜona, co jej ruchom przydało osobliwej dystynkcji -  
były spokojne, wywaŜone i niewymuszone. Skóra Gam  
nabrała barwy dojrzałej brzoskwini. Jej przedramię zdobiły  

background image

wymyślne bransoletki, palce u dłoni - pierścionki, z lewego  
ucha zwisał długi kolczyk. 
W pewnym momencie Gam i Scrymour zostali sami.  
Kiedy Anglik sięgał po szklankę, drŜały mu ręce. Chinka  
przyniosła wysokiej klasy tytoń i owoce... Smutno  
spoglądała na Scrymoura. Gam zatrzymała ją i zaczęła o coś  
wypytywać. Dziewczyna odpowiadała słabym, ptasim  
głosem i kiedy tylko Gam puściła jej rękę, rzuciła się do  
drzwi. Scrymour zaczął mówić o polowaniach na tygrysy,  
przerwał jednak i wpadł w zadumę. 

Mieszkam tu od czterech lat - odezwał się w końcu. -  

Przyzwyczaiłem się i myślę, Ŝe juŜ tu zostanę. Za kaŜdym  
razem, kiedy wracam z kraju, coraz mniej za nim tęsknię.  
Liutseki jest skromna i oddana. I w dodatku cicha. A ja lubię  
ciszę. Ale wraz z panią zjawiła się u mnie Europa i  
przekreśliła te cztery lata zasiedzenia oraz dziesięć lat  
wcześniejszych doświadczeń. Dopóki pani tu zostanie,  
będzie dobrze. Potem jednak nadal trzeba będzie Ŝyć. W  
pustym domu. Nieraz będzie mi cięŜko. 

Chciałabym panu powiedzieć coś pokrzepiającego, nie  

umiem jednak znaleźć odpowiednich słów. Ale spróbuję.  
MoŜliwe, Ŝe pewnego dnia odezwie się w panu zew krwi, Ŝe  
przypomni pan sobie o europejskich korzeniach. KaŜdy  
czasem powraca we wspomnieniach do swej młodości. Bo  
przecieŜ ten czas jest duŜo przyjemniejszy od wszystkiego,  
co następuje później... 
Scrymour uniósł głowę. 

Zycie w tropikach nauczyło mnie szybkiego podej  

mowania decyzji. Proszę, niech pani ze mną zostanie;  
sprzedam plantacje w Penangu i wyjedziemy do Euro- 
py- 

I co dalej? 

Pomówię z nim. Na pewno zrozumie. Musi. On pani  

nie kocha, to widać. 

Rozczula mnie pańska naiwność. Ta propozycja jest  

tak niedorzeczna, Ŝe być moŜe zasługuje pan na prawdziwą  
miłość. Jak zwyczajnie i bezproblemowo pan sobie to  
wszystko poukładał. Proszę zapamiętać: samot- 
ność upraszcza wiele spraw. - Gam uniosła rękę. Brzęk-nęły  
bransolety. - Najprawdopodobniej nie ma pan pojęcia, o co  
toczy się gra. Ku czemu nieubłaganie zmierza... 
Malajka matowym głosem śpiewała jakąś melodię, do- 
bywając z samisenu zająkliwe dźwięki. Muzyka emanowała  
nostalgią, budziła emocje. Scrymour uciszył dziewczynę i  
kazał jej tańczyć. Malajka zalotnie błysnęła okiem do  
Lavalette'a i zrzuciła batikowy kaftanik. Miała wspaniałe  
piersi - pełne, jędrne, o szlachetnych kształtach. 
Chinka bez przerwy wpatrywała się w Gam. Zamyśliła  
się przy tym tak głęboko, Ŝe kiedy Scrymour do niej  
krzyknął, wpadła w panikę. Gam coraz bardziej Chince  

background image

współczuła; wiedziała, jaki jest powód jej zmartwień i  
chętnie by z nią porozmawiała... To, co się działo na jej  
oczach, było niezmiernie interesujące: kiedy Scrymour  
znalazł się wśród swoich, za jednym zamachem odciął się  
od wszystkiego, co go otaczało... A ta Azjatka, w połowie  
przecieŜ teŜ osoba białej rasy, musiała ustąpić innej, obcej  
kobiecie, która z miejsca stała się waŜniejsza. 
Z czasem Scrymour i goście przenieśli się na taras, by  
odetchnąć wieczornym, chłodnym powietrzem. Zerwał się  
wiatr, rozszumiały się korony drzew. Z mroku dolatywały  
głosy zwierząt, całkiem inne niŜ za dnia. Kołysząc  
biodrami, obok tarasu przeszła Malajka, po czym znikła w  
ogrodzie. 
Naraz wieczorną ciszę zakłóciły szybkie kroki, a wraz z  
nimi przekrzykujące się głosy. Na podwórze wpadło dwóch  
Chińczyków, wołali Scrymoura. Właściciel domu gry miał  
atak zimnicy. Uradowany, Ŝe nadarza się okazja, by zrzucić  
z siebie czar, któremu uległ w obecności Gam, Scrymour  
pobiegł do domu po narzędzia i medykamenty. 
Gam i Lavalette zostali sami na tarasie. - Pięknie dziś  
wyglądasz - rzekł Lavalette i pocałował ją w rękę. 
Nie odpowiedziała: obserwowała cień jakiegoś ptaka  
krąŜącego nad tarasem. Lavalette pochylił się nad nią.  
Delikatnie dotknął dłonią jej twarzy i zmusił ją, by na niego  
patrzyła. Odsunęła głowę, przycisnęła ją do oparcia,  
trzymając się rękami poręczy fotela, odchylona do tyłu,  
spięta do granic wytrzymałości siedziała tak i patrzyła w  
oczy męŜczyzny, za którego plecami robiło się coraz  
ciemniej. 
Milczeli. Kiedy Lavalette chciał ją podnieść i wziąć na  
ręce, nie pozwoliła mu; nie odrywała przy tym od niego  
wzroku. Natychmiast ją puścił i wyszedł do parku. Gdy po  
chwili wrócił, stwierdził, Ŝe Gam nie ruszyła się z fotela.  
Próbował ją chwycić za ręce. Wywinęła się. 

Domaga się pan ode mnie wyjaśnień - rzekła.-I  

słusznie. Ale proszę mi je darować... 

Kiedy to domagałem się czegoś podobnego? - odparł z  

ironią Lavalette. - Poza tym takie Ŝądanie byłoby juŜ  
częściową pochwałą pani postępowania. A od tego jestem  
jak najdalszy. 

Wydaje się, Ŝe z całym uporem chce pan dopiąć  

swego... 

Tylko na chwilę... 

Ale jednak pan tego chciał... 

Absolutnie nie. Przelotny nastrój, nie mogłem się  

oprzeć. 

Tę noc chciałabym spędzić sama... 

Wydaje się, Ŝe z całym uporem pragnie pani dopiąć  

swego. 

Absolutnie nie. Przelotny nastrój, nie mogłam się  

background image

oprzeć. 

Pani wybaczy, ale to przerzucanie się słowami staje  

się irytujące. Powiedziałem, Ŝe wygląda dziś pani  
wyjątkowo pięknie, budzi poŜądanie. Wie pani doskonale,  
Ŝ

e ostatnie tygodnie wyjątkowo mnie emocjonalnie  

pobudziły, a to domaga się rozładowania. Nie ulec popędom  
byłoby wbrew moim zasadom. Powściągnąć je z po- 
wodu czyjegoś kaprysu znaczyłoby, Ŝe nakładam sobie  
pęta. A tego bym nie zniósł... 
Gam siedziała bez ruchu. Nad lasami zawisła noc,  
miękka i jakaś niejednoznaczna. Horyzont drŜał. Zrobiło się  
niebywale cicho. Jakby świat wstrzymał oddech i na coś  
czekał. Co kryło się za ciszą? Obok domu przeszła Malajka  
- ponętne, krągłe biodra dziewczyny, opięte idealnie  
przylegającym, przetykanym złotą nicią sa-rongiem,  
kołysały się w rytm jej kroków. 
- Pani wie, Ŝe potrzebuję dziś kobiety. Być moŜe jednak  
nie wie pani, Ŝe tym razem chodzi o jakąkolwiek kobietę.  
ś

egnam panią...- Lavalette zszedł z tarasu; naraz się  

odwrócił, pomachał do Gam i poszedł za Malajka, która na  
niego czekała. 
Gam wciąŜ siedziała nieruchomo. 
Po chwili, cała spięta, wyprostowała się w fotelu. Cicho  
klasnęła w dłonie. Zjawiła się Chinka i zapytała, czego sobie  
Ŝ

yczy. Gam poprosiła dziewczynę, by z nią została. Chinka  

posłusznie usiadła w kucki na macie i odpowiadała na  
pytania. Gam zauwaŜyła, Ŝe włosy dziewczyny upięte są  
zupełnie tak samo jak jej własne. Poruszona chwyciła jej  
dłoń i dając upust ogarniającemu ją gwałtownie  
współczuciu, zapewniła Chinkę, Ŝe wszystko zostanie po  
staremu: Scrymour ją kocha i jej nie odprawi. Dziewczyna  
padła na kolana i o coś prosiła w swoim języku. Nagle  
przerwała i jąkając się, zaczęła błagać po angielsku, by Gam  
zdradziła jej swój sekret. Wie od Malajki, Ŝe ona zna  
miłosne zaklęcia. Gam próbowała wyprowadzić ją z błędu.  
Dziewczyna jednak, potrząsając głową, ponowiła prośbę.  
Gam zrozumiała, Ŝe tej pół--Chinki nie przekonają Ŝadne  
wyjaśnienia. Najlepiej dać jej spokój i pozwolić, by  
wierzyła, w co chce. Zsunęła z ręki bransoletkę i dała ją  
dziewczynie. Chinka sięgnęła po nią z błyskiem w oku i  
ukryła na piersiach. 
Tymczasem wrócił Scrymour. Zapytał o coś dziewczy- 
nę, po czym ją odprawił. Wybiegła, przyciskając mocno do  
piersi swój talizman. 

Wróćmy do naszej rozmowy - powiedział. - Powinna  

się pani dowiedzieć, co zaszło: jest pani sama... 

Chciałam być sama... 

To znaczy, Ŝe pani nic nie wie... 

Tak... 

Nie bardzo rozumiem, jak pani to sobie tłumaczy. Ale  

background image

muszę powiedzieć prawdę. 

O... 

A zatem bez ogródek: Lavalette i Malajka... Gam  

podskoczyła. 

Kto panu powiedział? 

Więc pani nie wie. Liutseki widziała ich razem... 

Gdzie? Kto juŜ o tym wie? - Gam wzburzona stanęła  

naprzeciw Scrymoura. - WaŜne, Ŝe o tym wiem! Muszę  
wiedzieć. Mógłby się pan dowiedzieć czegoś więcej? 

Malajka jest moją słuŜącą. Za godzinę zapewne się  

pochwali... 
Gam zbladła, biła się z myślami. 

Jutro mi pan wszystko opowie - zaŜądała.  

Nagle się zawstydziła i bez poŜegnania uciekła do 
sypialni. śądania jednak nie odwołała. 
Przez cały dzień Gam nie widziała Malajki. Lavalet-te ze  
Scrymourem udali się na polowanie - w okolicy wytropiono  
tygrysa. Wrócili z niczym, Lavalette pogodny i beztroski,  
Scrymour blady i zgnębiony. 
Po jakimś czasie Scrymour znalazł okazję, by pomówić z  
Gam na osobności. Utkwiła w nim wzrok. Scrymour ani  
razu nie spojrzał jej w oczy, chciał mówić, zdawało się, Ŝe  
się dusi, gryzł wargi; w końcu zdecydowanym ruchem  
podniósł głowę i wykrztusił: 

Nie... Nie... Opowiedział mi o tym w kilku słowach.  

Rozwiązał jej nawet sarong, zaraz ją jednak zostawił. Nie 
 
kiwnął palcem, Ŝeby ją zadowolić. Kiedy się tego doma- 
gała, dał jej kilka rupii i odesłał do domu. Gam odetchnęła  
pełną piersią. 

Dziękuję panu. - Gwałtownie wyciągnęła do Scry- 

moura rękę, oczy jej rozbłysły, policzki się zaróŜowiły,  
twarz pojaśniała. 

Pani go bardzo kocha - odezwał się półgłosem Scry- 

mour. 
Uśmiechnęła się tajemniczo. 

Co pan moŜe o tym wiedzieć... 

Gam była wzburzona. CzyŜby Lavalette uwaŜał, Ŝe ma  
wobec niej jakieś zobowiązania? Dlaczego zostawił Malajkę  
w spokoju? Ze względu na nią? Przepełniało ją szczęście,  
było ono jednak naznaczone bólem, zdeterminowane  
kataklizmem, który się właśnie przewalił. A przecieŜ  
doskonale wiedziała, Ŝe nadal będzie szła swoją drogą, która  
bynajmniej się nie kończy, i nieraz jeszcze poniesie ją  
spieniona fala. Zupełnie skołowana i udręczona, Gam  
spokojnie czekała, co jej przyniesie przyszłość... 
Tego wieczoru ogarnął ją dziwny, niemal płaczliwy  
nastrój. Prawie się nie odzywała, dzięki czemu udało jej się  
powstrzymać łzy. Scrymour obserwował ją w milczeniu.  
Gdy skończył posiłek, wstał i poszedł do wsi, do chorego.  

background image

Lavalette przeglądał swoje szkice. 

Te plany są waŜniejsze, niŜ myślałem - rzekł. -  

Zaczynam rozumieć, dlaczego Anglicy ich tak szukają.  
Koniecznie muszę je przewieźć do Syjamu, tam będą  
bezpieczne. Jutro stąd wyjedziemy. Nie sądzi pani, Ŝe  
ten Scrymour zrobił się trochę uciąŜliwy? - Przyjrzał się  
Gam i zauwaŜył, Ŝe ma wilgotne oczy. Wyciągnął dłoń,  
dotknął jej policzka. Ta dłoń promieniowała bezpieczeń  
stwem, jednak prócz spełnienia, w dotyku Lavalette'a  
Gam wyczuwała coś jeszcze: to było poŜegnanie. - Myli  
się pani - stwierdził pogodnie. — Nie byłem u Malajki. 
Skinęła głową, nie zmieniając pozycji. 

A więc pani wnioski były nieco przedwczesne. 

Nie mogłeś... 

To prawda. 

Beze mnie... 

Zgoda... i tutaj właśnie wkracza logika z wnioskiem  

zaczynającym się od „a więc"... świetnie. Jak łatwo, by  
wytłumaczyć coś na swoją korzyść, godzi się pani na jed- 
nostronny ogląd zagadnienia. Naprawdę jest pani prze- 
konana, Ŝe rozumowanie było słuszne? MoŜe raczej na- 
leŜałoby przyjąć, Ŝe wszystko wygląda zupełnie na od- 
wrót...? 

Słowa... 

Według pani postępuję niezgrabnie, kanciasto. Czy  

pani nie sądzi, Ŝe gdyby mi na tym zaleŜało, łatwo mógłbym  
się pokazać z odmiennej strony? Nie robię tego, bo nie  
przywiązuję wagi do cudzej opinii... 

To nieprawda - rzekła Gam, nie odrywając oczu od  

Lavalette'a. 

Jak pani uwaŜa. Ale tam, gdzie pani dostrzega zo- 

bowiązania, moŜe chodzić o najprawdziwszą swobodę.  
Trzeba tylko umieć patrzyć. Musi pani spojrzeć na te  
sprawy moimi oczami. 

Po co pan mi to mówi? 

PoniewaŜ nie uwaŜam za konieczne czegokolwiek  

ukrywać. Jeszcze nie... 
Choć Gam chciała wierzyć w to, co mówił Lavalette,  
miotały nią sprzeczne uczucia. Wiedziała, Ŝe ich znajomość  
doszła do punktu, w którym słowa mogą znaczyć bardzo  
wiele lub nic. Przed ostatecznym rozstaniem musiała  
Lavalette'a znów poddać próbie; roztrzęsiona postępowała  
zgodnie z bezlitosnym prawem, które nie toleruje Ŝadnej  
konkurencji, cudownie niszczącym prawem krańcowej  
odmienności, przez całe stulecia przeraŜająco fałszywie  
rozumianym. Przystrojono je emblematami 
dobra, mimo Ŝe u jego podstaw legły wyłącznie pierwotne  
warstwy jestestwa, nazwano miłością i doprawdy trudno  
było dlań znaleźć bardziej niedorzeczne miano. Do tego  
naleŜy dodać, Ŝe spoza miłości zawsze wyziera otchłań.  

background image

Nazywając ją miłością, myśleliśmy, Ŝe uda nam sieją  
zasypać, Ŝe przesłonimy ziejący krater ukwieconym  
ogrodem; otchłań jednak ciągle jest naga, dzika i bezlitosna,  
szczerzy zęby i poŜera kaŜdego, kto naiwnie obdarzy ją  
zaufaniem. Zaufanie oznacza tutaj śmierć; kto się chce od  
niej uchronić, musi umknąć. Wśród kwitnących róŜ kryje się  
ś

miercionośna głownia miecza. Biada temu, kto wpadnie w  

pułapkę. Biada takŜe tym, którzy się odkryją. Jednak nie  
skutki przesądzają o tragizmie, lecz konieczność rezygnacji.  
By zwycięŜyć, trzeba przegrać; by przetrwać, naleŜy się  
wyrzekać. A moŜe właśnie na tym polega tajemnicza  
róŜnica pomiędzy tymi, którzy wiedzą, a tymi, którzy starają  
się osiągnąć wiedzę poprzez poznanie...? Bo jeśli ktoś jest  
ś

wiadom całego tragizmu tych spraw, potrafi je równieŜ  

przezwycięŜyć. Natomiast poprzez poznanie nigdy nad nimi  
nie zapanuje: realna rzeczywistość wytycza nieprzekraczalne  
granice. Następstwo przyczyn i skutków oraz ślepy los są  
wyznacznikami tej rzeczywistości. Dla kogoś, kto wie,  
rzeczywistość jest jedynie symbolem, dopiero za nią  
rozciąga się bezgraniczna przestrzeń. Ale to symbol wie- 
loznaczny, bogowie bowiem potrafią być tyleŜ weseli, ile  
przewrotni. Radość zawsze wiąŜe się z okrucieństwem.  
Zycie przemawia do nas róŜnymi językami. 
...doprawdy trudno było znaleźć dla tego zjawiska  
bardziej niedorzeczną nazwę - miłość. To fatamorgana,  
która rozsnuwa przed kobietą i męŜczyzną odwieczne  
kuszące wizje, ciągle kaŜe na nowo przysięgać, nigdy nie  
jest taka sama, wciąŜ się zmienia. Przypomina w tym  
wszystkim Ŝycie, za którego symbol uchodzi. 
Przeprawiwszy się promem linowym przez rzekę Li- 
pis, karawana dotarła do wschodniego wybrzeŜa - obszaru  
pociętego gęstą siecią dróg wodnych. WzdłuŜ drogi ciągnęły  
się plantacje kawy, wśród nich rozsiadły się liczne  
domostwa Chińczyków. Za kopalniami złota w Punjamie  
zaczynała się dŜungla. Mimo ostrzeŜeń postanowili iść  
dalej: tygrysy zamieszkujące dziewicze lasy nie powinny  
atakować za dnia. 
Był rześki poranek. W koronach drzew buszowały  
małpy. Pawie przekrzykiwały się z papugami. TuŜ ponad  
leśnym poszyciem igrały w powietrzu wielkie motyle i  
barwne kolibry. Stopniowo niskie krzaki stawały się  
gęstsze, a ścieŜka coraz węŜsza. Wysoko nad drzewami  
zajaśniało słońce. 
Coś zadudniło w zaroślach. Drogę przecięło stado dzi- 
kich świń. Nagle zza gałęzi ukazały się melancholijne oczy  
bawołu; nie wiadomo, skąd się tam wziął. Po chwili zarośla  
się przerzedziły i karawana wyszła na polanę. Zatrzymali się  
tu na odpoczynek. Jeden z tragarzy przewrócił się i zranił w  
rękę. Lavalette załoŜył mu opatrunek. 
Gam odeszła kilka kroków, by się przyjrzeć kwiatom,  

background image

które juŜ wcześniej wpadły jej w oko. Naraz gdzieś obok  
trzasnęła gałąź. Odwróciła się w tamtą stronę, ale niczego  
nie zauwaŜyła. Kiedy juŜ chciała pójść dalej, zobaczyła  
wśród liści dwa zielone, fosforyzujące punkty, a za nimi - 
osypujący się piasek. Gam usłyszała cięŜki oddech i dopiero  
teraz dostrzegła pręgowane futro lamparta. 
Nie mogła zrobić kroku. Skamieniała ze strachu wpa- 
trywała się w oczy zwierzęcia. Lampart gniewnie pomru- 
kiwał i tłukł ogonem w ziemię. Z jego oczu biła obezwład- 
niająca siła drapieŜcy. Gam czuła się jak zahipnotyzowana,  
wydawało się jej, Ŝe przenika ją jakiś prąd, który poraŜa i  
odbiera zdolność do jakiegokolwiek ruchu. W końcu jednak,  
niepewnie stawiając stopy, ruszyła przed siebie, w kaŜdej  
chwili gotowa ulec, przeraŜona i bezradna wobec pręŜącej  
się do skoku, okrytej pręgo-wanym futrem groźby  
unicestwienia. 
Nagle lampart się zwinął, skoczył w tył i uciekł. Za- 
sunęła się za nim zielona kurtyna bujnej roślinności. Gam  
przez moment stała jak wryta. Powoli wracała jej  
ś

wiadomość, poczuła w sobie falę chłodu spływającą  

wzdłuŜ kręgosłupa i opadającą do nóg; zaczęła się znów  
trząść i kiedy, nieprzytomna ze strachu, znów znalazła się na  
polanie, Lavalette z trudem zdołał z niej wydobyć, co się  
stało. 
Mimo Ŝe obszedł całą okolicę, uwaŜnie się rozglądając,  
nie znalazł lamparta. Obok ścieŜki pod palmą zauwaŜył  
jedynie ślady i rozgrzebaną ziemię. 
Nazajutrz Gam niemal się nie odzywała; skarŜyła się  
tylko na ból głowy. Lavalette zmierzył jej temperaturę:  
miała lekką gorączkę. Popędzał tragarzy, by jak najprędzej  
dotrzeć do Chappingu, gdzie spodziewał się znaleźć lekarza. 
Gorączka wzrosła. Lavalette zarządził postój i kazał  
rozbić jeden namiot. Następnie wysłał Tamila do Chappingu  
i polecił mu sprowadzić lekarza. Zaaplikował Gam chininę,  
zmusił ją, by zasnęła. 
W końcu Tamil wrócił. Biegł tak szybko, Ŝe ledwo trzy- 
mał się na nogach. Wiadomość jednak była pomyślna:  
lekarz jest juŜ w drodze. 
Był on Szkotem o masywnej budowie ciała i rudawych  
włosach. UwaŜnie obejrzał i osłuchał plecy Gam, po czym  
odwrócił się do Lavalette'a. W zawziętych oczach lekarza  
pojawił się błysk. 

Konieczny będzie transport do Chappingu. Ale pan  

zapewne chciałby się skierować ku koncesji Buffalo River. 

Ma pan rację, chcę się dostać do Syjamu. 

Wiem, jakie są powody. 

Nie sądziłem, Ŝe jestem aŜ tak popularny. Przypusz- 

czalnie zawdzięczam to władzom brytyjskim. 

W pewnym sensie. Ale widziałem, jak po ostatnim  

swoim wyczynie w Hiszpanii opuszczał pan Madryt... 

background image

Chyba mogę iść do Chappingu... 

Tak, będzie pan mógł to zrobić. Posterunku pilnuje  

dwóch podoficerów; porucznik jest gdzieś w głębi kraju i  
wróci dopiero za cztery dni... Chciałbym dokładnie zbadać  
pańską towarzyszkę... 

Co jej jest? - zapytał Lavalette, wskazując zakrzy- 

wionym palcem piersi Gam. 

Zapalenie opłucnej. 

Tak teŜ myślałem. Proszę łaskawie przyjąć do wia- 

domości, Ŝe dalszych badań nie będzie. 

O tym na ogół decyduje lekarz... 

Racja, na ogół... 

Nie mogę poprzestać na powierzchownej ocenie  

objawów. - Szkot uśmiechnął się. - Poza tym, kiedy się  
leczy niemal wyłącznie brunatny motłoch, biały pacjent to  
prawdziwa rozkosz. 

I właśnie dlatego proszę mi powiedzieć, ile jestem  

panu winien... 
W oczach lekarza błysnął gniew. Wstał i przez zaciśnięte  
zęby wycedził: 

Nic. 

Po czym wsiadł na konia i odjechał bez słowa. Gam  
podniosła głowę. 

On zaalarmuje Anglików. Musimy uciekać.  

Lavalette wsunął jej termometr pod pachę. 

Dałoby to nam jedynie chwilę wytchnienia. Oni się  

nas uczepią, będą tropić dzień i noc. 

Musisz uciekać! - krzyknęła Gam. - Ja zostanę. Bierz  

plany, Tamila, dwóch tragarzy. Idź! Natychmiast! 
Lavalette nie odpowiedział. Wyszedł z namiotu, wydał  
ludziom kilka poleceń. Po chwili wrócił. 

Choroba zdecydowała za nas - powiedział. - Gdy  

by pani była zdrowa, moglibyśmy jeszcze podyskutować.  
A tak na marginesie: jeszcze nie jestem w Singapurze.  
Do tego czasu wszystko moŜe się wydarzyć. 
Po kilku godzinach zjawili się brytyjscy podoficero- 
wie w asyście sikhijskich Ŝołnierzy. Lavalette nie dał im  
dojść do słowa: 

Oczekiwałem panów. Trzeba zwinąć namiot. Z pa-  

lankinem proszę się obchodzić bardzo ostroŜnie. Musimy  
z niego zrobić nosze. Na pewno się da. W stalowym ku  
frze znajdują się waŜne papiery - proszę go mieć na oku. 
Oświetlając leśną ścieŜkę pochodniami, karawana  
dotarła do osady. Gam cały czas spała. Tylko na chwilę  
otworzyła oczy i zamyślona patrzyła na Lavalette'a. 
Obaj podoficerowie postanowili zaczekać na porucznika.  
Na razie zostawili więźniom swobodę. W południe pokazał  
się lekarz, chciał obejrzeć Gam. Lavalette gdzieś wyszedł.  
Gam przywitała Szkota z obojętnym wyrazem twarzy. 

Przykro mi - rzekł - Ŝe musiałem posunąć się do takich  

background image

ś

rodków, chciałem jednak panią porządnie zbadać. Widzi  

pani, traktuję swoją pracę powaŜnie... 

Jest pan brytyjskim poddanym - zauwaŜyła ironicznie. 

Tutaj to nie ma znaczenia. 

Spojrzała na niego badawczo i odezwała się trochę juŜ  
innym tonem: 

Poza tym przecenia pan mój udział w tym przed- 

sięwzięciu. 

Rozumiem, Ŝe i bez tego jest ono bez sensu. Takich  

niebezpiecznych ludzi Anglicy zazwyczaj na całe lata  
zamykają w twierdzy. 
Lata więzienia... - pomyślała Gam. Po chwili rzekła: 

NiewaŜne. I bez tego postąpiłabym tak samo. 

Jest pani ekscentryczką. Inaczej nie sposób wyjaśnić  

powodów tej eskapady... 

Ale w Europie wszystko byłoby jasne... 

To prawda. Powody, dla których się tutaj znalazłem,  

są podobne. Jednak dziesięć lat spędzonych wśród Malajów  
sprawiło, Ŝe zrobiłem się wyjątkowo łakomy na 
wszystko, co europejskie. Czy mogę pani zmierzyć tem- 
peraturę? 

Dziś nie mam gorączki - odparła Gam, biorąc ter- 

mometr. 

Rzeczywiście. Zdumiewający przypadek, wręcz suk- 

ces. 

Rozwiązanie zawsze wiąŜe się z sukcesem... 

UwaŜa pani, Ŝe to, co się stało, jest rozwiązaniem? 

Skoro tak to pan ujmuje... Tak, trochę gwałtowne i  

wymuszone, ale jednak rozwiązanie... 
Wieczorem przybył oficer, którego wezwano telefonicz- 
nie. Słysząc warkot samochodu, Gam się ubrała. Po krótkim  
przesłuchaniu porucznik oświadczył, Ŝe gdyby czegoś  
potrzebowała, zawsze moŜe liczyć na jego pomoc. Była  
wolna. Nie krył uznania dla Lavalette'a; następnie  
stwierdził, Ŝe choć mu z tego powodu przykro, musi trzy- 
mać się rozkazów. Jutro rano zabiera Lavalette'a na  
posterunek, tam poczeka on na dalszy transport. Gam cały  
czas uśmiechała się do młodego porucznika. Na koniec  
poprosiła go o wskazanie drogi do domu lekarza. 
Jej wizyta zaskoczyła Szkota. Gam zachowywała się  
przy tym tak naturalnie, Ŝe lekarz zupełnie osłupiał.  
Wykrztusił kilka słów bez ładu i składu, po czym wskazał  
jej krzesło. Gam traktowała go z góry, trzęsła się z po- 
gardy... W końcu usiadła. Rozbiegane oczy Szkota śledziły  
kaŜdy jej ruch. Lekarz wyraźnie jej poŜądał. Gam spokojnie  
siedziała naprzeciw niego i czekała. 

Wczesnym rankiem zabierają Lavalette'a - zaczął  

chrypliwym głosem. 
Gam obojętnie wzruszyła ramionami 

Czy pani... z nim pojedzie?- zapytał. 

background image

Nie wiem, moŜliwe, Ŝe zostanę - odparła, jakby nie- 

obecna. Całe lata twierdzy, myślała jednocześnie. 

Dałem juŜ pani dowody, jak bardzo mi na tym za- 

leŜy... 

Mam jeden warunek... 

Dotyczy Lavalette'a? 

On musi tej nocy uciec. 

Nic prostszego. PrzecieŜ moŜe się swobodnie poru- 

szać. 

Wie pan doskonale, Ŝe taka ucieczka byłaby non- 

sensem. Trzeba mu pomóc. 

Nie rozumiem... 

Mówiłam juŜ panu, Ŝe oczekiwałam jakiegoś roz- 

wiązania. Nie takiego nagłego jak to. Skoro juŜ jednak tak  
się stało, uwaŜam, Ŝe powinnam tę historię, która zaczęła się  
przeze mnie i skończyła tak, jak widzimy, doprowadzić do  
w miarę szczęśliwego finału; w przyszłości wolałabym nie  
mieć wyrzutów sumienia. 
Lekarz skinął głową. 

Jak pani sobie wyobraŜa ten finał? 

Ma pan automobil? 

Tak... 

W takim razie chciałabym, Ŝeby za godzinę był gotów  

do natychmiastowego wyjazdu. 

To jest moŜliwe. Sam się wszystkim zajmę. 

Dobrze. Czy drogi są przejezdne? 

JeŜeli ktoś ma trochę doświadczenia, na pewno sobie  

poradzi. 

I wóz będzie przygotowany? 

Mam jeden warunek... 

Znam ten warunek i nie uwaŜani za konieczne o tym  

mówić. 

Niezupełnie. Jaką mam gwarancję, Ŝe pani zostanie? 

Sprytnie pan kalkuluje. Czy wóz jest gotów do drogi? 

JuŜ mówiłem. Trzeba tylko dolać paliwa... 

Chcę przy tym być. Proszę zapakować prowiant, koce  

i broń. 
Szkot w milczeniu zaczął gromadzić potrzebne przed- 
mioty. 

Co dalej? 

Auto zostanie panu skradzione. Jakiekolwiek po- 

dejrzenia wobec pana o współudział byłyby absurdem:  
przecieŜ to dzięki panu nas zatrzymano. KradzieŜ odkryje  
pan jutro rano. 

Jutro rano, razem z panią. 

Niech pan jeszcze zapakuje mapę - dodała. - Pójdzie  

pan ze mną do bungalowu porucznika Browna. Postaram się  
uprzedzić Lavalette'a. Na pewno będzie się wzbraniał. Pan  
stwierdzi u niego atak malarii, co ułatwi całą sprawę. Po  
dwóch godzinach przyjdę do pańskiego mieszkania... Po  

background image

dwóch godzinach - powtórzyła. - To wystarczy, by  
zaalarmować posterunek i z łatwością pochwycić ucie- 
kiniera... Widzi pan, Ŝe rozumuję logicznie. 

Zgadzam się. 

Zapakował duŜy zapas prowiantu, uzupełnił olej i ben- 
zynę, po czym włoŜył do auta fuzję. 

To moja najlepsza strzelba - odezwał się. DołoŜył  

jeszcze amunicję i lornetkę. - Musi pani wiedzieć, Ŝe robię  
to z cięŜkim sercem. DoŜyliśmy czasów, w których takie  
pojęcia jak draństwo czy zdrada źle się kojarzą... Z drugiej  
strony dŜungla nas uczy, Ŝe cel uświęca środki... 

Pomówimy o tym później - odparła Gam, naciskając  

na lekarza, by się pośpieszył. 
Szkot odpiął łańcuchy zabezpieczające automobil i na  
chwilę uruchomił silnik. Kiedy Gam usłyszała warkot,  
ogarnęła ją nieokiełznana radość. 

Proszę za mną! - zawołała i szybkim krokiem, nie  

mal biegnąc, opuściła dom lekarza. 
Jakoś jej się udało pomówić sam na sam z Lavalet-te'em.  
Gorączkowo szepcząc, opowiedziała mu o przygotowaniach  
do ucieczki. Lavalette krótko uciął: 

Kto pani powiedział, Ŝe chcę uciec? 

Nie mów tak! Musisz uciekać. 

Dobrze! Zabiorę z sobą papiery. 

Nie dostaniesz się do nich. Uciekaj sam! 

Nie. Mogę je mieć w kaŜdej chwili. Mam zapasowy  

klucz od kasety; wyjmę tylko plany, kufer zostawię. Dopóki  
nie wyjadę, nikt niczego nie zauwaŜy. Potem pójdę do  
mojego pokoju. Pani po chwili pod jakimś pretekstem  
wyjdzie z domu i przybiegnie do mnie co sił w nogach.  
Będę czekał za ostatnimi zabudowaniami. 

Nie jadę z panem. Zostaję. 

Obiecała pani lekarzowi... 

Nie, to nie to... Liczy się kaŜda minuta...  

Lavalette milczał, patrzył przed siebie. 

Jeszcze zobaczymy - odezwał się po chwili. Skierował się  

do bungalowu. Gam poszła z nim. Przy 
stole siedział lekarz z porucznikiem. Pili whisky. Na widok Gam  
Szkot odetchnął z ulgą. Lavalette usiadł na wyplatanym krześle;  
nie mógł pozbierać myśli. Gam stanęła obok oficera, była  
czarująca. Lavalette wstał i zaczął się Ŝegnać. 

Nie czuję się dobrze, wezmę chyba przed snem kilka  

tabletek - wyjaśnił. - Inaczej jutro będzie ze mną źle. 

MoŜe dać panu coś przeciw gorączce? - zapytał lekarz.  

- Mam przy sobie proszki... 

Tak, poproszę. Mam nadzieję, Ŝe mi pomogą - odparł  

Lavalette. 

Mogę to panu zagwarantować - rzekł Szkot, podając  

mu białe pudełko. 
Kiedy Lavalette wyszedł, porucznik próbował dowie- 

background image

dzieć się o nim czegoś więcej. Gam zręcznie zmieniła temat,  
zaczęła z nim flirtować. JuŜ po kilku minutach Anglik  
spurpurowiał jak licealista, zrobił się usłuŜny, nadskakujący.  
Lekarz niemal się nie odzywał. Błyszczącym wzrokiem  
wpatrywał się w Gam. Naraz wstał. 

Poruczniku Brown, zrobiło się późno - powiedział. - 

Pójdę juŜ. Chcę jeszcze odetchnąć świeŜym powietrzem. 

Przejrzał mnie pan - rzekła Gam z uśmiechem. - 

Zechce pan mi towarzyszyć? Zawsze to bezpieczniej... 

Zanim porucznik zdąŜył się odezwać, Ŝyczyła mu dobrej  
nocy. Nisko pochylił się nad jej dłonią. W oczach lekarza  
błysnął gniew zmieszany z drwiną. 
Szli obok siebie bez słowa. Wzeszedł jasny księŜyc:  
odrealniająca krajobraz nikła poświata kontrastowała z  
głębokim cieniem. Wydawało się, Ŝe cały, ograniczony  
horyzontem obszar, lekko drŜąc, zawisł na niewidzialnych  
linach. Z dala jaśniały okna zamykającego drogę domu  
lekarza, ucieleśniając nieuchronność przeznaczenia i  
ostatecznego końca. 
Brama do garaŜu stała otworem. Samochodu nie było.  
Szkot nieco przesadnym gestem wskazał Gam puste  
pomieszczenie, po czym, niemal pokornie, otworzył drzwi  
bungalowu. Gam weszła; jej kroków nie było słychać, miała  
wraŜenie, Ŝe zapada się w watę. Lekarz poszedł za nią. Jego  
przyśpieszony oddech zdradzał podniecenie. Gam,  
podchodząc do okna, zauwaŜyła nagłe, Ŝe w pokoju jest  
Lavalette. Stał z rękami na piersi. Szybko podszedł do  
drzwi, wyjrzał przez nie; błysnął metal - Lava-lette trzymał  
w ręku broń. 

Proszę wybaczyć tę romantyczną pozę, ale w mojej  

sytuacji to jedyne rozwiązanie. Pani umowa z lekarzem  
wymaga pewnej poprawki, tylko tak moŜna to załatwić.  
Nie zawaham się strzelić - zwrócił się do Szkota. - Pro  
szę trzymać ręce przy sobie. 
Lekarz zbladł. Cały się trząsł. Na tle poszarzałej twarzy  
upiorne wraŜenie sprawiała biel wytrzeszczonych oczu.  
Kurczowo zaciśnięte wargi drŜały. Spoza nich wydobywał  
się bełkot, pojedyncze słowa bez jakiegokolwiek sensu.  
Ciałem wstrząsały drgawki. Wściekle rzęŜąc, Szkot ruszył  
przed siebie, zaraz się jednak zatoczył i zatrzymał. Lavalette  
lekko go pchnął i lekarz się przewrócił. Lavalette szybko  
związał mu ręce i nogi, między zęby wepchnął knebel. 

To, niestety, konieczne - powiedział spokojnie. - Raz 

juŜ miałem wątpliwą przyjemność przekonać się, do czego  
pan jest zdolny. Pan wie, Ŝe muszę mieć godzinę przewagi.  
Wóz wojskowy jest szybszy niŜ pański. 
Podszedł do Gam, która stała jak sparaliŜowana. 
- Jeszcze tu jesteś? - wykrztusiła. 
Pociągnął ją za sobą. Szybko pobiegli ścieŜką na skraj  

background image

wsi. Chmury co chwila przesłaniały księŜyc, nie było  
niczego widać, wszystko zrobiło się jakieś nieokreślone,  
nocny wiatr pachniał przygodą i wolnością. Na koniec  
ukazała się sylwetka automobilu; zdecydowaną czernią  
odcinała się od księŜycowej, tropikalnej nocy. 
Lavalette podniósł Gam i posadził w samochodzie.  
Jaskrawe światło reflektorów rozdarło ciemności, pokazała  
się droga. Zawarczał silnik i wóz ostro wyrwał przed siebie. 
Obok samochodu jedna za drugą przemykały bambu- 
sowe chaty, oślepieni tubylcy uskakiwali w bok, poza zasięg  
reflektorów. Pod toczące się ze świstem opony wpadł  
olbrzymi, kolorowy kapelusz ze słomy, w alei uderzył w  
jadących mocny zapach, a z drzew posypał się złocisty  
kwiatowy pył. TuŜ za parkiem zaczynała się dŜungla;  
wzdłuŜ drogi nagle wyrosły tysiące giętkich, bambusowych  
prętów, samochód pędził między ścianami jakiejś  
monstrualnej klatki. Dalej ciągnęły się pola ryŜowe i  
plantacje herbaty. Nagle wóz jakby zapadł się pod ziemię:  
auto znalazło się w leśnym tunelu. Las ów wyglądał jak  
tulący się do ziemi olbrzymi brzuch brzemiennej samicy. 
ObrzeŜa jaśniejszych świetlnych plam barwiły się fio- 
letem. Sponad nich wypełzały w górę cienie i wgryzały się  
w mrok nieboskłonu. Ciemność niczym wilgotne sukno  
rozpościerała się ponad gęstym, przesyconym parą  
powietrzem, które kleiło się do płuc. 
Silnik grzmiał, dobiegające ze wszystkich stron echo  
potęgowało jego warkot. Po szczytach drzew przebiega- 
ły skrzeczące stada małp. Wśród gałęzi wrzeszczały spło- 
szone papugi. TuŜ przed maską auta prześliznął się po  
drodze jakiś cień. Dopadły go nienasycone koła; z tyłu  
pozostała płaska, ciemna, nieruchoma plama. Gam opuściła  
głowę. 

Dlaczego na mnie czekałeś? - odezwała się. 

Lavalette popatrywał na kolorowe światełka na desce  
rozdzielczej; czasem zaglądał do rozłoŜonej na kolanach  
mapy. 

Czy tak nie jest lepiej? - zapytał. 

Prędzej odkryją ucieczkę i moŜliwe, Ŝe wszystko  

przepadnie. 
Wzruszył ramionami. 

To, Ŝe prawdopodobieństwo jest większe, niczego nie  

przesądza. Kto ma silną wolę, potrafi zapanować nad  
przypadkiem. 
Ś

wiatła pędziły przed samochodem jak psy gończe,  

wyrywały z ciemności pasmo drogi, rzucając na nie blady, a  
zarazem przenikliwy blask. Zaraz za pojazdem znów  
wyrastała ciemność, blask przez chwilę opadał niczym  
sycząca piana, ubita z mroku i światła. Jak na niemej  
paradzie, na poboczu stały w szeregu ciemne niczym ołów  
palmowe pnie. 

background image

W smugi światła wdarło się coś połyskującego srebrem i  
bielą. Zaklęte w promień bezgłośnie zawisło tuŜ przed  
samochodem- jakiś ptak o rozłoŜystych skrzydłach.  
Zdawało się, Ŝe obok mknie czarodziejski powóz, którym  
umyka więzień. Jednak wokół przedzierającego się przez  
lasy auta, ponad wąskim jasnym strumieniem światła,  
panuje noc... Las domaga się ofiar, jest pełen barwnych,  
drapieŜnych kotów, poraŜa zaduchem, chroni swe tajemnice  
- mord i krzyk przeraŜenia, ucieczkę i pościg. 

Nie chciałeś mnie zostawić? - zapytała Gam. 

Czekającej na odpowiedź Gam zamarło serce. Po chwili  
znów zaczęło bić, podskoczyło niemal do gardła i za- 
głuszyło warkot silnika. Lavalette spojrzał na nią. 

Nie - powiedział zdecydowanym, dźwięcznym gło  

sem. 
Krew uderzyła Gam do głowy, młoda kobieta omal nie  
osunęła się na podłogę. W jej umyśle pojawił się wyraźny,  
plastyczny obraz, jaśniał w niematerialnym świetle, w ciszy,  
przepełniał ją całą- gałązka tamaryndowca w blasku świec,  
ciepła annamicka noc za oknami, dwie nieruchome dłonie i  
głos: „Wszystko przegrałem i w końcu byłem zmuszony  
zagrać o panią. Collin wygrał... Jutro zagra z nim pani w  
polo..." Potem przeciąg wdzierający się w cięŜkie powietrze  
nocy, ona sama wciśnięta w kąt przedziału, uciekająca przed  
taką dominacją i przed sobą, a przecieŜ juŜ w tamtej chwili  
uległa jak nigdy wcześniej... 
Obraz znikł, przesłoniła go szalona gonitwa myśli, z  
której z wolna wyłaniał się wniosek coraz bardziej oczy- 
wisty, zapierający dech: by ją zabrać, by nie musiała  
dotrzymywać obietnicy, Lavalette zaryzykował własną  
wolność... 
W krańcowym wzburzeniu, całym swym jestestwem  
czuła, Ŝe się z nią związał, Ŝe nie jest juŜ wolny, Ŝe wtar- 
gnęło weń coś mocniejszego niŜ on sam, Ŝe jakaś siła  
zmusiła go do pogwałcenia zasad, którym hołdował, Ŝe  
musiał się podporządkować prawom Ŝycia i wszechświata. 
Gwałtownie, z całych sił go objęła, szarpała za ramię. 

Ty...! Ty...! - krzyczała namiętnie, Ŝarliwie.  

Lavalette się odwrócił, rysy jego twarzy wyraŜały 
pełną koncentrację. Naraz coś się zaczęło dziać, twarz mu  
się zmieniła. Wywołane ucieczką kolosalne napięcie  
wyzwoliło w nim nieokiełznaną grę instynktów, sprawiło,  
Ŝ

e stracił panowanie nad sobą i pijany szaleństwem  

wybuchnął: 

Tak, nie mogłem do tego dopuścić...! Nie chciałem,  

Ŝ

eby ten ohydny robal cię dotykał...! 

Hamulce zgrzytnęły niczym tartaczne piły, gwałtownie  
powstrzymany, rozpędzony wóz z piskiem opon sta- 
nął w miejscu, silnik dymił, dusząc się i posapując. La- 
valette wyskoczył z auta i z obłędem w oku zaczął łamać  

background image

gałęzie, wyrywać z ziemi krzewy, kwiaty, ściółkę leśną i co  
tylko wpadło mu w ręce; wszystko to ciskał do samochodu,  
obrzucał Gam, rozrzucał dookoła; jeszcze raz wrócił na  
pobocze, zgarnął, co mógł, i niemal zasypał Gam. 

Przyniosę ci do auta cały las! - krzyczał. — Wywró  

cę świat do góry nogami...! 
Przywlókł całą kępę krzaków, wsadził między nie głowę  
i krztusząc się ziemią opadającą z korzeni, zaczął ryczeć jak  
jaguar. 
Nagle, niczym błyskawica, w świadomość Gam wdarła  
się pewna myśl. Nie dało się jej powstrzymać, unicestwić,  
pomysł okazał się mocniejszy niŜ wola kobiety, silniejszy  
od jej szczęścia i zachwytów. Gam czuła, Ŝe porywają dziki,  
nieujarzmiony nurt i musi się mu poddać; coś z głębi niej  
wołało i choć wiedziała, Ŝe to nieprawda, to coś było  
dziwnie prawdziwe, nieodłączne od niej samej, wyrywało  
się z przepastnych głębi jej natury: 

Zrobiłabym to...! - krzyczała półprzytomna.  

Lavalette chwycił Gam w ramiona, syczał w jej twarz, 
pośród ciemności usiłował przewiercić ją wzrokiem, aŜ w  
końcu, dysząc z poŜądania, wyrzucił z siebie: 

Dla mnie. 

Samochód dygotał, Gam miała wraŜenie, Ŝe wokół jej  
ramion zaciskają się Ŝelazne kleszcze; wewnętrzny głos  
jednak z kaŜdą chwilą potęŜniał, był jak ryczące, oszalałe  
morze wstrząsane uderzeniami huraganu; wreszcie  
skrzypliwie wydostał się na zewnątrz: 

Nie... Nie... Tylko dla siebie... 

Lavalette miotał się, tłukł pięściami w karoserię auta,  
przeraŜający grymas wykrzywił jego pobladłą twarz. 

Kłamiesz! - wrzeszczał. 

Gam mocno oparła się o drzwi samochodu. Próbując  
powstrzymać oszalałego Lavalette'a, chwyciła jego rękę.  
Nagle, w mistycznym uniesieniu, zaczęła krzyczeć: 

JuŜ po wszystkim! Koniec gry! To juŜ za mną! Je  

stem wolna! Wolna! Widzę drogę, którą pójdę dalej, bez  
ciebie! 
Jednym skokiem Lavalette dopadł kierownicy, zwolnił  
hamulec, wcisnął gaz. Wóz skoczył do przodu, zawadził o  
jedno i drugie pobocze drogi, nabrał prędkości. 

Jeszcze nie...! Nie tym razem...! To moja jazda i moja  

droga! - Lavalette starał się przekrzyczeć warkot silnika. 
Naraz Gam rzuciła okiem za siebie. Na końcu drogi,  
daleko z tyłu, wystrzeliły z ciemności dwa świetlne punkty,  
dwoje złych, coraz jaśniejszych oczu - reflektory sa- 
mochodu. Gam wstrzymała oddech: wojskowy wóz ich  
doganiał. Odwróciła się do Lavalette'a. 

JuŜ są... - Wskazała ręką do tyłu. 

Lavalette zawył, ryknął tubalnym śmiechem, powtarzał  
jej słowa, krzyczał coś bez sensu. Gam uwiesiła mu się na  

background image

ramieniu, nieruchomy wzrok utkwiła w przesuwającej się  
coraz dalej wskazówce szybkościomierza. 

Szybciej... Jeszcze szybciej... 

Otaczający drogę dziwaczny świat w obłędnym tempie,  
jak zaczarowany, przemykał obok auta i zapadał się w  
nicość. Do samochodu wpadały nietoperze i unoszone  
wiatrem nocne motyle: wóz poŜerał wszystko, co znalazło  
się na drodze, był jak stwór z zaświatów, który wdarł się w  
noc niczym przypadkowy rabuś pośpiesznie plądrujący  
damskie sypialnie, w biegu oświetlający latarką zaskoczone  
kobiety. Gam czuła, Ŝe goni ich śmierć, Ŝe się czai,  
przybliŜa, z wolna okrywa świat cieniem; nadciągają  
chmury i burza, pośród której niebawem uderzy piorun  
zniszczenia... Niebezpieczeństwo! Zagłada! 
Spojrzała za siebie: odległość między samochodami się  
zwiększyła. Przycisnęła głowę do skroni Lavalette'a. Ledwo  
to poczuł, tak niesamowita była emanacja sił porywających  
go za sobą, zmuszających, by bezwarunkowo im uległ. W  
pełni tego świadom, rozkoszował się groźbą unicestwienia,  
nic innego się dlań nie liczyło prócz 
chwili, w której gnał go Ŝywioł pozwalający na przekro- 
czenie wszelkich granic, niszczący kaŜdą przeszkodę. Jego  
,ja" było w tej grze mistyczną stawką, Lavalette rzucał swe  
Ŝ

ycie w ogień i płonąc, sięgał szczytów; nie oglądając się na  

nic, krzyczał, a wiatr wyrywał mu słowa z ust i pędził je po  
okolicy jak potargane gałgany. 
- Co ty wiesz o tym... O prawdziwym napięciu... O nie- 
bezpieczeństwie... Sam je dla siebie stworzyłem... Napięcie  
najsilniejsze z moŜliwych i niebezpieczeństwo najbardziej  
nieubłagane... I nic nie moŜe się równać z tą... tak... z tą  
klęską... 
Z tyłu rozległy się strzały. Zadźwięczała blacha, jedna z  
kul trafiła w karoserię. Las odpowiedział głuchym echem.  
Strzały pośród nocy... Oddech tulący się do czoła...  
Lavalette wypręŜył się, z całej siły nadepnął pedał gazu,  
jedną ręką trzymając kierownicę, drugą sięgnął po Gam i  
przyciągnął ją do siebie; zupełnie bezwolna opadła na jego  
ramię, gdy tymczasem on gnał dalej jak oszalały. 
Na długim odcinku droga biegła prosto; wydawało się, Ŝe  
dudnienie silnika, gwizd opon i szum powietrza zlewają się  
w całość, w muzykę, której brzmienie przypomina dźwięk  
organów. Wóz przelatywał przez koleiny, wyskakiwał w  
górę, niebezpiecznie się przechylał, znowu prostował i  
niezmordowanie pędził przed siebie. Za nim wciąŜ widniały  
ś

wiatła dwóch reflektorów; ponad reflektorami nocne  

ciemności rozdzierały coraz częstsze błyski wystrzałów. 
Lavalette zerknął na Gam: wciąŜ wisiała na jego ra- 
mieniu, dłońmi oplotła mu szyję i cały czas coś mówiła.  
Wzbierał w nim ogromny przypływ uczuć. Uwolnił się z jej  
objęć i sięgnął po broń. Zacisnął dłoń na chłodnym  

background image

uchwycie. Wystrzelił. Huk zwielokrotniał, odbijając się po  
tysiąckroć w czeluściach pierwotnego lasu. Lavalette puścił  
kierownicę, zwolnił pedał gazu, wyprostowany stanął na  
samochodzie. Krzyknął i wystrzelił. Gam kur- 
czowo chwyciła go za stopę i próbowała ściągnąć w dół.  
Lavalette się wyrwał... Strzelił, raz, drugi i zaczął krzyczeć -  
brzmiało to jak triumfalny śpiew - strzelał w jaskrawe  
ś

wiatła, które, coraz bliŜsze, zamieniały się w oślepiającą  

ś

cianę... Znów strzelał, krzyczał, śpiewał, miotał się, jeszcze  

raz się wyprostował. Wóz się zatrzymał... Broń wypadła  
Lavalette'owi z ręki, trafiony, zwalił się z nóg, głową  
uderzył o krawędź karoserii... Na pokaleczone dłonie Gam  
pociekło coś ciepłego... i zabójczego: zobaczyła krew... A  
potem juŜ nic do niej nie docierało... 
Epilog 
Wraz z lekkim wiatrem budził się dzień, wyłaniał się z  
wolna zza gór. Rozedrgana jasność sięgała zenitu, po czym  
zstępowała na dół, zalewając światłem całą przestrzeń aŜ po  
horyzont. Na górach, pod samymi szczytami, zalegały  
jeszcze wąskie pasma śniegu. W południe ich oślepiająca  
biel kłuła w oczy, sprawiając wraŜenie, jakby nie tylko od- 
bijała promienie słoneczne, lecz i sama stawała się' słońcem.  
A kiedy wieczorem góry pogrąŜały się w ciemnościach, przez  
jakiś czas jaśniał tylko śnieg. W końcu noc pochłaniała całe  
ś

wiatło; ostatnie znikały śnieŜne pasma. 

Nocy zwykle udawało się coś, czego nie potrafił dokonać  
dzień: obracała uwagę ku sprawom serca. Była ciemna i  
bezkresna, wydawało się, Ŝe nie zna granic, nie zajmuje  
Ŝ

adnej przestrzeni, a jednak wszędzie się czai, osacza  

wszystko i wszystkich; moŜna się jej oddać, bezgranicznie  
się w niej zatracić, nie wiedząc przy tym, dokąd po- 
prowadzi... Im bardziej jej zawierzyć, tym więcej moŜna od  
niej otrzymać... Ktoś, kto podzieli się z nią rozpaczą lub  
zwątpieniem i, otulony ciemnością, podąŜy ku nieznanemu,  
wróci obdarzony spokojem. 
Przestrzeń oddzielającą świat od zmysłów wypełniały  
mgły. Miękkie jak poduszki nie pozwalały, by zdolność  
poznania zetknęła się z rzeczywistością. Wszystko się  
rozpływa, kontury się zatarły, płaszczyzny pozapadały.  
Istna ucieczka przedmiotów. 
Ową ucieczkę z przestrzeni wielowymiarowej do pła- 
skiej Gam szczególnie mocno odczuwała o zmierzchu -tym  
krótkim interludium dzielącym dzień od tropikalnej nocy.  
Zmierzch miesza z sobą rzeczy, odbiera im ich cechy, tracą  
one kolor i kształt, rozmywają się, stają się abstraktem -  
pozbawione wymiarów, dalekie i niepojęte. Są zimne,  
niedosięŜne i nawet jeśli wciąŜ Ŝyją i się poruszają,  
pozostają obce, nie naleŜą juŜ do nas. 
Gam w zupełnej ciszy odpoczywała na leŜaku, patrzyła  
w okno. Odkąd słuŜąca poprawiła jej poduszki i bezsze- 

background image

lestnie wyszła z pokoju, do umysłu młodej kobiety powoli,  
krok za krokiem, przenikała świadomość współzaleŜności  
przyczyn i skutków. Miała wraŜenie, Ŝe spogląda z góry, z  
jakiegoś niezwykłego punktu obserwacyjnego, skąd widać  
coś jeszcze prócz stale ją nękających wspomnień, których  
obawiała się za dnia. Nie uciekała od nich - oznaczałoby to,  
Ŝ

e im uległa. Nie chciała tego, często więc do nich wracała,  

by je dogłębnie roztrząsnąć. 
Teraz, kiedy się wydawało, Ŝe najgorsze ma juŜ za sobą,  
przeszłość wróciła ze zdwojoną siłą. Przed jej oczami, jeden  
za drugim, przesuwały się pojedyncze obrazy; Ŝaden jednak  
nie wybiegał przed inne, nie zmuszał, by się przed nim  
zatrzymać. Ulegając jakiemuś nieznanemu prawu,  
poszczególne epizody łączyły się w samoistną całość i Gam  
miała uczucie, Ŝe są odrębnym bytem, z którym prawie nic  
jej nie łączy. Owszem, przeŜycia te w niej tkwiły i wciąŜ  
budziły olbrzymi oddźwięk, Gam jednak instynktownie  
czuła, Ŝe są to doznania powierzchowne, Ŝe głębiej tkwią  
pokłady jaźni, które nie mają z nimi nic wspólnego.  
Wiedziała, Ŝe nadejdzie dzień, kiedy właśnie one, jak rafy  
koralowe, wyłonią się z głębin i staną się najwaŜniejsze.  
Ufała im bez zastrzeŜeń, czuła, jak budzą się drzemiące w  
niej tajemnicze siły, dlatego o wszystkim, co się ostatnio  
wydarzyło, myślała niemal bez emocji. 
Od kilku tygodni przebywała w wysokich górach, 
w Nuwara Elija, i prócz słuŜącej nikogo nie widywała. Co  
wieczór kładła się na leŜaku i w milczeniu patrzyła, jak za  
oknem zmienia się świat. Milczenie było tutaj wszystkim:  
kto milczy, poznaje świat, kto oddycha, wnika w istotę  
zdarzeń. 
Pewnego wieczoru przyszło jej do głowy, Ŝe juŜ kiedyś  
doznała podobnych wraŜeń: było to wówczas, gdy zafa- 
scynowała ją mistyka przedmiotów. Wydawało jej się, Ŝe  
znalazła rozwiązanie i wie, co dalej - w końcu trafiła na  
znany od dawna punkt orientacyjny, wskazujący, Ŝe znów  
podąŜa właściwą drogą. 
Ś

wiat na powrót zrobił się zrozumiały. Koniec z nie- 

ustającym poszukiwaniem sensu, z zawiłościami etyki. Jak  
błysk magnezji objawiła się najbardziej oczywista z prawd:  
przez cały czas wszystko dzieje się tak, jak powinno, jest jak  
najbardziej prawidłowe. Kto Ŝyje w zgodzie z samym sobą,  
nie błądzi. Kto się w Ŝyciu zagubi, poznaje świat. A ten, kto  
poznaje świat, pozna równieŜ samego siebie. Kto potrafi  
wniknąć w siebie i siebie zrozumieć, wzniesie się ponad  
wszystko i sięgnie wieczności. PrzeŜywać bowiem moŜemy  
tylko to, co tkwi w nas samych. 
W drodze powrotnej Gam zatrzymała się kilka dni w  
Kandy. Mimo Ŝe ostatnio Ŝyła samotnie i starała się unikać  
ludzi, ostatniego wieczoru poszła do świątyni. Zatopiona w  
myślach, wolno krocząc przez świątynny przedsionek,  

background image

słuchała monotonnych modlitw tłumu. Naraz dostrzegła  
przed sobą szafranową Ŝółć mniszych szat. Poznała  
głównego kapłana i przypomniała sobie, jak jej mówił, Ŝe  
niebawem znów odwiedzi świątynię. Zachowała spokój:  
wyczuwała powagę miejsca, wiedziała, Ŝe naleŜy  
powściągnąć emocje. W ślad za kapłanem weszła do  
ś

wiątynnej biblioteki. Usiadła na kamiennym murku. Kiedy  

spojrzała w twarz lamy, odniosła wraŜenie, Ŝe ostatnim  
razem widziała mnicha zaledwie kilka 
godzin temu; wszystkie sprawy odsunęły się teraz od niej  
jeszcze bardziej niŜ w dniach poprzedzających spotkanie,  
zrobiły się dziwnie odległe, drugorzędne. 

Wśród wyznawców Buddy w Tybecie - zaczął lama - 

panuje stary obyczaj modlitewny, dla ludzi Zachodu nie- 
zrozumiały; zdarza się nawet, Ŝe z tego powodu się z nas  
ś

mieją. Podczas modlitw sto, niekiedy tysiąc, a czasem  

niezliczone razy kręci się specjalnym młynkiem, powta- 
rzając przy tym wciąŜ to samo zdanie: OM MANI PEME  
HUNG. W przejrzystych czaszkach ludzi Zachodu kryje się  
niespokojne zwierzę, które oni, całkiem niesłusznie,  
nazywają myśleniem. Ludzie tutejsi teŜ myślą, nawet bardzo  
intensywnie... Proszę wskazać religię, która nie miałaby  
wschodnich korzeni... W umysłach ludzi Wschodu próŜno  
jednak szukać zwierzęcia, które utrudniałoby wyciąganie  
wniosków. Myślenie wiąŜe się tutaj z medytacją. Monotonia  
tybetańskiej modlitwy, którą Europejczycy tak pogardzają,  
jest jej siłą. Kto podług swej woli kształtuje otaczający go  
ś

wiat, osiągnie tyle, na ile wystarczy mu sił: zasób sił  

wyznacza kres jego drogi. Kto stoi na uboczu i wszystko  
sprowadza do nieistotnych wymiarów, zadaje po cichu gwałt  
prawom rządzącym ludzką naturą. Kręci się w kółko i nigdy  
nie zginie, ale teŜ nie dotrze do końca drogi... Wszyscy  
ludzie Zachodu są tak zadufani... 

Znalazłam się u kresu - rzekła Gam. 

KaŜdy koniec jest zarazem początkiem... Pani wierzy,  

Ŝ

e to koniec, jest pani o tym przekonana... Ludzie Zachodu  

uwaŜają, Ŝe gdy narzędziem tak niedoskonałym jak rozum  
zdołali coś zmierzyć, a to coś okazało się niepodzielne,  
wówczas dotarli do kresu. Twierdzą teŜ, Ŝe śmierć -  
najbardziej gwałtowna z przemian, przejście z jednej jakości  
w drugą - oznacza koniec. Chcielibyście objąć wszystko  
rozumem, nie moŜecie pojąć, Ŝe rozum i logika przydają się,  
gdy chodzi o pospolitą codzienność; są natomiast bezsilne,  
kiedy stajemy przed, jak wy to 
nazywacie, problemami metafizycznymi i transcenden- 
talnymi. Tak jak my macie zwierzęta, o których Ŝadna z  
waszych bezdusznych religii nie mówi ani słowa; grun- 
townie je wykorzystujecie: dostarczają wam poŜywienia,  
dzięki nim moŜecie utwierdzać się w poczuciu swej ludzkiej  
odmienności, ich istnienie gwarantuje wam dobre  

background image

samopoczucie... Strumień Ŝycia przenika jednak znacznie  
głębiej... Czym byłby świat, gdyby go pojmować i mierzyć  
wyłącznie ludzką miarą... - Patrzył na Gam spokojnymi,  
mądrymi oczami. - Wielu ludziom wystarcza Ŝycie na  
równinie - sami są płascy. Inni przypominają wzniesienia, są  
jak góry, na które wciąŜ się wspinają, a zdobywanie przez  
nich szczytów to krańcowy efekt działania podstawowych  
warstw jestestwa. Są wreszcie tacy, którzy wciąŜ krąŜą -  
spełniają się, wchodząc w pewien krąg, zataczają koło i,  
przekonani, Ŝe przed nimi nie ma juŜ niczego,  
niepostrzeŜenie przenikają do następnego kręgu. Egzystują  
właściwie bez przeszłości, wciąŜ powstają z popiołów na  
nowo. Doświadczenie, tak waŜne dla innych, dla nich nic nie  
znaczy: Ŝyciem tych ludzi kierują mistyczne prawa, są oni w  
nim zakotwiczeni znacznie bardziej niŜ inni. Pani naleŜy do  
tej ostatniej kategorii. Kiedy widziałem panią przed kilkoma  
miesiącami, byłem pewien, Ŝe zanim pani wędrówka przez  
ostatni krąg dobiegnie końca, jeszcze raz pani się tu pojawi...  
Czas się dopełnił... Wkracza pani w kolejny krąg... Gam z  
powagą spojrzała na kapłana. 

Wiem, Ŝe to, co się stało, zostawiłam daleko za sobą,  

Ŝ

e nie ma powrotu... Jestem teŜ pewna, Ŝe jeśli się powtórzy,  

znów nie będę wiedziała, co robić: w ogóle mało  
pamiętam... Dlaczego jednak serce tak bardzo mi ciąŜy? 

Kilka dni temu nad Kolombo nadciągnęły czarne  

chmury. Zerwała się burza, fale z rykiem wznosiły się na  
wysokość wierzchołków palm. Następnego ranka niebo  
znów jaśniało błękitem i kto nie przeŜył tej burzy, nie  
uwierzyłby, Ŝe coś takiego mogło się wydarzyć. Morze 
wciąŜ jednak szalało, lecz nie było wiatru, panował cał- 
kowity spokój. Nasuwało się więc pytanie: skąd biorą się  
fale? Burza przecieŜ dawno minęła. OtóŜ by morze ucichło,  
potrzeba czasu. Staw uspokaja się bez porównania prędzej. -  
Kapłan wstał. - Bardzo rzadko odwiedza mnie ktoś z  
Zachodu. Człowiek, którego osobowość odegrała ostatnio  
taką rolę w pani Ŝyciu, takŜe miał w sobie coś szczególnego.  
Pytał o róŜnice pomiędzy kimś, kto jest niemy, a kimś, kto  
milczy. Niemowa nie mówi, bo nie moŜe. Milczenie  
natomiast jest równoznaczne z przekroczeniem bariery  
słów... 
By coś mogło trwać wiecznie, musi się zmieniać -rzekł. -  
Takie właśnie jest Ŝycie. Niech pani Ŝyje w zgodzie z sobą. I  
nawet nie traktuje tego jak reguły... To początek... Początek  
zaś znaczy bardzo wiele... Zamyka pierścień... I nie ma  
takich spraw ani zdarzeń, których by nie objął... 
Nocą w Kolombo Gam obudziły jakieś szmery. Przez  
chwilę nasłuchiwała, lecz dobiegło ją tylko cykanie  
ś

wierszczy. Przyszło jej do głowy, Ŝe to jaszczurka, która  

wdrapała się do pokoju i odpadła od ściany, dźwięk jednak  
się powtórzył. Przypominał ciche kroki, jakby ktoś ostroŜnie  

background image

stąpał i tylko czasem zaskrzypiała podłoga. Wszystko  
wskazywało na sąsiedni pokój. 
Gam wyjęła broń i po cichu odsunęła zasłonę, by w razie  
czego prześliznąć się przez szczelinę. W pomieszczeniu nie  
było nikogo. Naraz uniosła się mlecznobiała gaza na oknie i  
ukazała się ciemna szpara. Jakaś ręka odepchnęła gazę na  
bok i wsunęła się do pokoju, za ręką pojawiła się głowa,  
potem cała postać. Intruz szybkim krokiem podszedł do  
ś

ciany, ściągnął dywan i zaczął go zwijać. 

Gam przez chwilę uwaŜnie go obserwowała, po czym  
odłoŜyła broń i weszła do pokoju. MęŜczyzna okrąŜył  
pomieszczenie i wydawało się, Ŝe zaraz rzuci się przed 
siebie. Widząc jego płynne ruchy, Gam nabrała pewności,  
Ŝ

e się nie myli: to był kreol. 

Gwałtownie się cofnął. Gam przekręciła kontakt. Jasne  
ś

wiatło zalało pokój. Kreol instynktownie chwycił  

częściowo zwinięty dywan i powoli ruszył do okna, za- 
mierzając go wyrzucić. Gam powstrzymała go ruchem ręki.  
Patrzyła na niego, w jej oczach malowała się powaga.  
Mieszaniec trzymał pod pachą zielony dywan modlitewny,  
który jej kiedyś podarował. 

Uprzedził mnie pan - odezwała się. - Właśnie za- 

mierzałam odesłać panu ten dywan. WyjeŜdŜam do Europy. 

JuŜ pani tu nie wróci? 

Nie wiem. 

Chciała mi pani oddać dywan... 

NaleŜy do pana. Jestem wdzięczna, Ŝe pyta pan o  

niego dopiero teraz, po moim wyjeździe i tym wszystkim,  
co się od tego czasu wydarzyło. Potrafię to docenić. 

Naprawdę chciała mi go pani oddać? - Kreol nie krył  

zdumienia. 

Zawsze uwaŜałam, Ŝe powinien do pana wrócić, jest  

przecieŜ pańską własnością. To zaś, lepiej niŜ cokolwiek  
innego, tłumaczy całą sytuację... 

Proszę nie myśleć, Ŝe skoro sam i w taki sposób po  

niego przyszedłem, chodzi o coś więcej, Ŝe jakąś rolę od- 
grywa jego wartość. Zresztą na pewno pani tak nie pomyśli.  
RównieŜ o innych sprawach, o których nie chcę mówić. Nie  
mogę Ŝyć bez tego dywanu, muszę go znów mieć. 

Nie mówmy juŜ o tym - rzekła Gam. - Ta wizyta  

dowodzi, Ŝe nie do końca się na panu poznałam. Proszę mi  
wybaczyć. Tym większa jest moja radość, kiedy widzę, Ŝe  
po tym krótkim epizodzie potrafił się pan odnaleźć.  
Bynajmniej nie ironizuję. Proszę nie patrzyć na mnie spod  
oka. 

Jest pani osobliwym człowiekiem. 

- Darujmy sobie psychologię... Rozstaję się z Indiami  
pogodnie, odczuwam coś w rodzaju małej, dziecięcej  
radości, mam nawet wraŜenie, Ŝe mi się udało. A wszystko  
to zawdzięczam pańskiej dzisiejszej wizycie. Dziękuję panu  

background image

za nią... 
Gam poleciła wnieść kufry do przestronnych, jasnych  
pomieszczeń. Z szerokiego okna dawnego budynku klasz- 
tornego rozciągał się widok na włoskie niziny i sinawe  
zarysy górskiego łańcucha. Z boku, niczym srebrna misa,  
wciskało się w nizinę morze. W popołudniowym słońcu  
zakurzoną drogą ciągnęły liczne wózki zaprzęŜone w osły,  
które słysząc przenikliwy klakson, często się płoszyły i  
wystraszone, nie zwaŜając na pokrzykiwania woźniców,  
uciekały na pobocze. Sygnaturka nad tylnym refektarzem  
nawoływała do modlitwy na Anioł Pański. O tej porze  
gospodynie zwykły juŜ mawiać felicissima notte. 
Gam przekładała zawartość kufrów do ogromnych  
wnękowych szaf: zamierzała zostać tu dłuŜej. Prosiła, by  
nikt jej nie pomagał. Nadszedł wieczór. Gam wciąŜ była  
sama; praca nad porządkowaniem, układaniem, segrego- 
waniem pochłonęła ją bez reszty. Spomiędzy materiałów,  
które przywiozła z Kantonu i Birmy, wypadła mała pa- 
czuszka zawinięta w zielony jedwab. Była to ksiąŜka w ja- 
snoczerwonej skórzanej oprawie. Zapięcie oprawy tworzyły  
fallus i czaszka - wyśmienity przykład misternej pracy  
artysty cyzelatora. Litery wypisano tuszem, ozdobne inicjały  
mieniły się kolorami. Całość składała się z siedemnastu  
pieśni, kaŜdą z nich zdobiła ilustracja. Wśród kolorów  
większości rycin dominował turkusowy błękit. Było to stare  
wydanie dywanu poezji Abu Nuwasa, które Gam kupiła w  
Kairze przed trzema laty. Od tamtego dnia po raz pierwszy  
trzymała ksiąŜkę w ręku... 
Podeszła z nią do okna. Przedwieczorne niebo ściem- 
niało i na horyzoncie zabarwiło się nasyconą czerwienią;  
wyŜej liczne kolory układały się w coraz to jaśniej- 
sze warstwy, aŜ po lazur pomieszany z jabłkową zielenią i  
jadeitem. Świat pogrąŜył się w ciszy. 
Kartka za kartką Gam przeglądała ksiąŜkę i miała dziwne  
wraŜenie, Ŝe na kaŜdej ze stron opisano jakiś fragment jej  
Ŝ

ycia. KaŜda strofa zmuszała do zastanowienia i kiedy w  

końcu Gam zamknęła tomik, wydawało się jej, Ŝe wraz z  
nim zamyka coś jeszcze... 
Nic się nie wydarzyło, a przecieŜ doznała jakiegoś  
cudownego olśnienia, przeŜyła coś niezwykle waŜnego. Nie  
potrafiła jednak niczego sobie przypomnieć, mimo Ŝe stało  
się to niemal przed chwilą. A moŜe - przyszło jej do głowy-  
coś we mnie dojrzało; jak z owocem, który przez wiele  
tygodni opiera się wiatrom i burzy, mocno trzyma się gałęzi,  
po czym pewnego dnia, przy pięknej pogodzie, bez Ŝadnego  
widocznego powodu spada na ziemię... Dlatego, Ŝe nadeszła  
pora. I nawet jeśli porównanie nie było całkiem trafne, Gam  
długo nie mogła się otrząsnąć z wraŜenia. CzyŜby coś  
powracało? Zaczynało się od nowa? Co takiego nagle się w  
niej odezwało? Bez wątpienia coś, czemu moŜna ufać.  

background image

Błogie ciepło napełniło jej Ŝyły, krew pulsowała Ŝywiej...  
Dopełniał się czas. 
Po chwili odłoŜyła ksiąŜkę. Te wiersze same do niej  
przyszły... Trzeba było na to trzech lat. Wcześniej o nich nie  
myślała... ChociaŜ stale miała tomik przy sobie, dopiero dziś  
wpadł jej w ręce. Gam nie lubiła taniej symboliki, nagle  
jednak do niej dotarło, Ŝe wszystko kiedyś wraca... 
Poprzetykane narcyzami łąki jaśniały w promieniach  
słońca. Cienkie źdźbła trawy ochronnym kordonem otaczały  
delikatne szypułki kwiatów. Motyle spijały słodki nektar,  
chrząszcze' Ŝwawo pięły się po łodygach w górę. Ich  
złocistozielone chitynowe pancerze połyskiwały w plą- 
taninie traw. Brzęczenie pszczół przypominało stłumiony  
dźwięk organów. 
Gam szła po łące, rozkoszując się kaŜdym krokiem. 
Czuła, jak jej stopy dotykają ziemi, jak miękko przywierają  
do gruntu zaokrąglone pięty, jak potem cięŜar przenosi się  
na palce. W rytm kroków uginały się kolana, w tym samym  
tempie kołysały się biodra, tułów i ramiona. To był  
prawdziwy dar niebios: Gam cieszyła się, Ŝe moŜe wysoko  
podnieść głowę, odwrócić się... Czuła, jak na jej twarzy igra  
słoneczny promień. 
ś

ycie jest wszystkim! - wołało jej rozkołysane ciało;  

Gam nie myślała, wyraŜała to ruchem. - Znów Ŝyję, oto  
najbardziej boskie z uczuć... Świat jest równie młody jak  
ja... Jak długo będę zdolna przeŜywać samą siebie, tak długo  
przetrwa świat... Jak długo będę umiała Ŝyć sobą, tak długo  
potrafię przeŜywać wszystko, co mnie otacza... 
Za łąkami zaczynał się las. Ponad inne drzewa wyrastały  
potęŜne dęby. Pod nimi roiło się od młodych drzewek.  
Jeszcze niŜej były krzewy i bujnie pieniące się zielsko, które  
chwytało Gam za nogi. Tu i ówdzie stał pień -pozostałość  
po wyrębach. Najczęściej jednak rosły juŜ na nich grzyby,  
wokół owijały się pnącza. Las bezustannie rósł... Był silny,  
witalny... WciąŜ rósł. 
Gam wciągnęła w nozdrza zapach ziemi i ziół. Odła- 
mała kawałek kory, spróbowała, jak smakuje. Nadleciał  
wiatr. Nowy rok budził się do Ŝycia. Wszystko było po- 
czątkiem. Teraz Gam to wiedziała. Opuściła głowę... Miała  
wraŜenie, Ŝe obok niej ktoś mówi: „Zaczynam... Jestem  
gotów..."