ERICH MARIA REMAROJUE
GAM
PrzełoŜył Andrzej Zawilski
Poznań 2000
Tytuł oryginału Gam
I
Obok przemknęła grupa Beduinów w płaszczach koloru
jasnej kawy. Jeźdźcy zostawili za sobą zapach wiel-
błądziego nawozu i pustyni. Minęli grobowce mamelu-ków
i rozciągnęli się w długą linię, pędząc ku przeraźliwie
jasnemu niebu, jakby chcieli wziąć je szturmem. Gam
przypatrywała się im aŜ do chwili, gdy ich sylwetki rozmyły
się w oddali. Z trudem oderwała wzrok od horyzontu i
ponownie odwróciła się w stronę miasta. Niespokojnie
przemierzała ulice. U jakiegoś handlarza zobaczyła stare
wydanie dywanu poezji Abu Nuwasa. Tom oprawiono w
pofałdowaną skórę. KaŜdej z siedemnastu pieśni
towarzyszyła ilustracja. Większość rycin była tur-
kusowobłękitna.
Gam gorąco zapragnęła ksiąŜki. Chwyciła ją pospiesz-
nie. Opuszczając bazar, nie mogła zapanować nad dziwnym
zamętem myśli, tym dotkliwszym, Ŝe nie znajdowała dlań
Ŝ
adnego wytłumaczenia.
Norman czekał na nią wraz z synem jednego z przy-
jaciół, Clerfaytem, by ich sobie przedstawić, nim Cler-fayt
zabierze ją samolotem do Luksoru. Norman zamierzał tam
dotrzeć ekspresem dopiero następnego dnia.
Pojechali na lotnisko. Clerfayt usadowił Gam w fotelu,
starannie zapiął jej pas i uruchomił silnik. Po chwili w dole
ujrzeli plątaninę wąskich uliczek Kairu. Hory-
zont się przesuwał; jak na mapie plastycznej ukazywały się
rozpadliny i płaskie wzniesienia masywu górskiego
Mokattan. A potem zza gór wyłoniła się pustynia i samolot
poszybował wzdłuŜ wzbierających wód Nilu.
W pobliŜu Heluanu minęli dwie łodzie wycieczkowe.
Stojący na pokładzie turyści machali w stronę samolotu.
Gam rzuciła w dół czapkę. Wiatr rozwiewał jej włosy, czuła
dziki pęd Ŝycia.
Wychyliła się w tył. Przed nią siedział Clerfayt, nad
głową miał wsporniki skrzydeł. Pilot był częścią samolotu:
Gam nie dostrzegała w nim człowieka, stanowił dla niej
jedynie element latającej maszyny...
Ś
wiat oglądany przez śmigło nabierał powoli barwy
ciemnego złota - nadchodził wieczór. Ogromny ptak do-
prowadzał do szaleństwa wiejskie kundle, płoszyły się
spokojne zazwyczaj osły, Ŝonie fellacha pranie wypadło z
rąk i popłynęło z wodą, kominy parowców wypluwały kłęby
dymu: wszystko to wyglądało jak na obrazach dawnych
mistrzów niderlandzkich.
Koło Asjut Clerfayt obniŜył pułap. Nagle obok maszyny
ukazały się plantacje rosnących wokół portu granatów i
sady figowe ciągnące się w stronę el-Hamra, najpierw z
prawej, potem z lewej mignął otoczony drewnianym
parkanem budynek nadrzecznej przystani, samolot lekko
siadł na ziemi, potoczył się kilkadziesiąt metrów i stanął.
Kiedy Gam wysiadła, nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
Wokół cisnęli się Arabowie; za nimi jechało jakieś auto,
które zahamowało tuŜ obok samolotu. Gam dostrzegła dłoń
ozdobioną duŜym opalem. Skóra wokół paznokci była
ciemna. Kreol otworzył drzwi, wyskoczył z samochodu i
zaoferował pomoc. Clerfayt nie odpowiedział. Odwrócił się
do Arabów, jednego z nich wysłał na policję, by załatwił
formalności związane z aeroplanem, i dopiero potem
zainteresował się samochodem; z lekką prze-
sadą, tonem zdradzającym lekcewaŜenie, podziękował
mieszańcowi.
Kreol podwiózł ich do hotelu i odchodząc, ukłonił się
Gam. Udawał, Ŝe nie widzi wyciągniętej ręki pilota. Cler-
fayt uniósł kąciki ust z takim wyrazem twarzy, Ŝe mie-
szańcowi krew uderzyła do głowy. Kiedy podszedł bliŜej,
Clerfayt pokazał mu plecy, zupełnie juŜ nie kryjąc pogardy.
Wieczorem wybrali się obejrzeć grobowiec nomarchy
Hapa Tefy. W drodze powrotnej usłyszeli naraz huk wy-
strzału.
- To kreol - rzekł Clerfayt i zatrzymał wóz. Przez chwilę
stał w świetle księŜyca i nasłuchiwał. Nie było widać
nikogo. Clerfayt w końcu usiadł za kierownicą.
Nocne powietrze pachniało coraz silniej. Palmy wy-
glądały jak powycinane z czarnego szkła. Obok przesuwały
się uśpione chaty, gdzieniegdzie błyskały słabe światełka,
słychać było stłumione poszczekiwanie psów.
W hotelu Clerfayt otworzył okna na ościeŜ. Wydawało
się, Ŝe cała potęga nocy wdarła się do pokoju i wypełniła go,
nasycając srebrem i błękitem. Wraz z nocą wtargnął wiatr,
który szeleścił, jęczał, śpiewał i posapywał: był niczym
gorący, namiętny szept na tle dostojnego, milczącego nieba.
Gam stała wyprostowana - wciąŜ jeszcze jak przez mgłę
słyszała szum Nilu, wizg powietrza ciętego śmigłem, krzyk
pustynnych ptaków; wydawało jej się, Ŝe widzi blask
księŜyca igrający w załomkach konstrukcji samolotu - gdy
naraz obok niej znalazł się Clerfayt.
Kiedy się obudziła, pod jej oknem panował poranny
zgiełk. Znad rzeki dobiegało buczenie syren odbijających
statków. DrŜąc z zimna w chłodnym powietrzu, pełna
energii wyskoczyła z łóŜka. Wszedł Clerfayt. Lekkim
krokiem przemierzył dywan, udając, Ŝe długie nogi Gam nie
robią na nim Ŝadnego wraŜenia; miał przy tym w so-
bie coś z narzucającej się rześkości poranka. Przyniósł
figurkę z brązu przedstawiającą kota, pochodzącą z czasów
Amenhotepa IV Echnatona. Niezwykle szlachetny był zarys
linii przebiegającej od przednich łap do podbródka, w karku
zwierzęcia znajdowało się niewielkie wgłębienie.
- Za dwie godziny lecimy dalej - powiedział Clerfayt.
Nic w jego zachowaniu ani mimice nie zdradzało, Ŝe w
nocy do czegoś między nimi doszło. Gam zamyśliła się, po
chwili się jednak otrząsnęła, wzruszyła ramionami i
pobiegła do łazienki.
Samolot stał w pobliŜu zapory. Przy jednym z filarów
pracowała grupa Koptów. Pustynia, spowita o poranku w
lazurową mgłę, mieniąca się błękitem, fioletem i czerwienią,
poraŜała pięknem. Podczas startu wystraszone konie
Arabów rzuciły się galopem przed siebie, a białe burnusy
wyglądały z dala jak zrywające się do lotu, spłoszone stado
gołębi.
Przed Abydos silnik przestał pracować, silny powiew
wiatru targnął samolotem, który opuścił nos i zanurkował.
Ze świstem, podobna do ziejącego krateru, zbliŜała się
ziemia - naraz rozległy się pojedyncze wybuchy, z rury
wydechowej wystrzelił kłąb dymu, silnik ryknął i zaczął
znów pracować, aeroplan poderwał się w górę i odzyskał
równowagę.
Gam czuła jedynie, Ŝe krew uderza jej do uszu; zdawało
się jej, Ŝe cały świat zaraz rozpadnie się na strzępy. Clerfayt
się obejrzał. Jego oczy z wraŜenia powiększyły się do
nienaturalnych rozmiarów, czerwone usta odbijały od
pobladłej twarzy. Wołał coś do Gam, do niej jednak nic nie
docierało: całą sobą przeŜywała lot. Pod nią rozpościerała
się bezkresna równina ze śladami minionej kultury, ruinami
ś
wiątyń i grobowców. Cień samolotu sunął po ziemi jak
ogromna wskazówka zegara pośpiesznie odmierzającego
czas. Minęli świątynię grobową Ramzesa II; po
cenotafie Setiego I pozostało juŜ tylko wspomnienie, rów-
nieŜ ołtarze Ozyrysa powoli ginęły pod lotnymi piaskami
pustyni. Niebo jaśniało jednak nad kaŜdą z epok, nadawało
jej ten sam rytm, pobudzało krąŜenie krwi, oŜywiało. Pod
jasnym niebem przeszłość traciła blask, raptownie na
pierwszy plan wysuwały się własne przeŜycia, wysnuwane
z marzeń i pragnień śmiałe plany na przyszłość.
Ś
wiat zdawał się upojnie kołysać i pędzić naprzód,
niepowstrzymany; po raz pierwszy Gam ujrzała go w tak
niezwykłym, choć wcześniej przeczuwanym kształcie.
Clerfayt zbierał brązy. Norman zaproponował mu, by
obejrzeli kolekcję jednego ze znajomych. Pojechali do niego
wieczorem.
Przemierzywszy plątaninę bajkowych uliczek, wóz
zatrzymał się przed niskim domem w dzielnicy Bulak.
Otworzyła im Berberyjka; poprowadziła gości po schodach,
a potem krętym korytarzem. W jakichś drzwiach zalśniły
gwiazdy; w głębi znajdował się czworoboczny dziedziniec
otoczony wysokim murem. Pośrodku szumiał wodotrysk. W
ś
wietle księŜyca jaskrawię odcinała się od tła mauretańska
brama budynku z naprzeciwka. Błysnęło światło, pojawił
się jakiś męŜczyzna, który przywitał się z Normanem i
Clerfaytem. Nazywał się Ravic.
W pomieszczeniu znajdowało się jeszcze kilka osób. W
półmroku jedni siedzieli, inni leŜeli na skórach bądź
dywanach. Berberyjka przyniosła sorbet oraz zielonkawą
wodę z lodem. Clerfayt dopiero po chwili zobaczył, Ŝe za
nim leŜy jakaś Murzynka. Jej źrenice błyszczały; skóra i
włosy wydzielały silną, pociągającą woń.
- Go... go... - gruchała, prostując nogi pokryte sinym
tatuaŜem.
Zabrzmiała stonowana muzyka. Murzynka podchwyciła
melodię. Clerfayt wyciągnął się na poduszkach. Czuł
się jak w afrykańskiej wiosce, gdzieś głęboko w buszu.
Wojownicy właśnie wrócili z łupieŜczej wyprawy na han-
dlową faktorię i teraz zmęczeni odpoczywali w chatach,
rozleniwieni, najedzeni do syta, z Ŝołądkami wypełnionymi
wołowiną i cienkim piwem. W kącie przycupnęły białe
kobiety, które wzięli do niewoli; ich jasna skóra pobudzała
wyobraźnię, kobiety te pociągały wojowników o wiele
bardziej niŜ ich własne. Na zewnątrz zapadła noc, słychać
było poszczekiwanie szakali. Nazajutrz wojownicy
plemienia znów pomaszerują na wojenną wyprawę...
Z kąta po przeciwnej stronie dobiegał śmiech. Jakaś
Murzynka podniosła się na posłaniu, by wstać. Gęste włosy
osłaniające jej czoło przypominały hełm, skóra na kolanach
błyszczała, wilgotne usta były szeroko otwarte. Czyjeś
ramię pociągnęło ją z powrotem na poduszki. Berberyjka
bez słowa podała Clerfaytowi ambrę.
Myśląc o Gam, patrzył na Normana, któremu czar-
noskóra kobieta masowała kark. Z wolna, po cichu, prze-
nikała go na wskroś drzemiąca gdzieś pod skórą odwieczna
potrzeba męskiej rywalizacji, ów nieokreślony fluid
skrywanych prainstynktów. Clerfayt nie mógł powstrzymać
ogarniającej go wrogości, nienawiści i pogardy, a takŜe
gwałtownych pragnień. Splótł dłonie, mocno zacisnął palce.
Po chwili się odwrócił.
Natrętne myśli jednak go nie opuszczały. Choć oderwał
wzrok od Normana i utkwił w suficie, osaczały go jak
niezmordowane robactwo.
Jakiś karzeł ruszył w tany; wraz z tą upośledzoną istotą
między gości wkradło się dzikie poŜądanie. Czarna
masaŜystka zaczęła mruczeć i szeptać coś ponad leŜącym
Normanem. Berberyjka, przechodząc, otarła się o Clerfayta.
Z kąta wołano o napoje.
Stłumione bicie w bęben brzmiało niczym dźwięk gon-
gu. Jakiś chłopiec o nubijskich rysach stał obok wysokiego
bębna afrykańskiego i uderzał pałeczkami w osobliwie
pobudzającym, jednostajnym rytmie. Monotonia
głuchego dudnienia oddziaływała z nadzwyczajną mocą,
wobec emocji zapominało się o dźwiękach, bębnienie po-
magało rozsupłać węzły uczuć, eliminowało wszelkie nie-
jasności, było jak pierwotny zew: z wolna stawało się samą
nocą, pradźwiękiem wyzwalającym instynkty, wołaniem
puszczy, w której rozlegają się wrzaski lampartów i godowy
ryk bawołu... Troska o dobre imię, o człowieczeństwo,
ustąpiła pradawnym, zwierzęcym odruchom, które teraz z
bulgotem wykipiały, topiąc wszystko po drodze... Clerfayt
nawet nie poczuł, Ŝe masaŜystka chwyciła zębami rękę,
którą się podpierał; czując wewnętrzny Ŝar, zerwał się,
zacisnął pięści, ruszył nagle za Murzynką i odepchnął ją,
nawet nie patrząc jej w twarz; następnie odwrócił się i,
podobny do kota szukającego zwady, nie mogąc
powstrzymać mrocznego przypływu pręŜącej się
zwierzęcości, poszukał Normana. W kurczowym grymasie
uniósł górną wargę, wyszczerzył zęby, wysyczał jakieś
słowo, a kiedy pobladły i osłupiały Norman spojrzał na
niego, Clerfayt w krańcowym napięciu, powoli jednak i
wyraźnie, wycedził:
- Jak cu-dow-nie Gam ję-czy z roz-ko-szy...
Pod ścianą dyszała jakaś kobieta; nagle zawyła, po-
derwała się, odepchnęła bęben i otoczyła ramionami barki
młodego Nubijczyka. Wtedy Berberyjka runęła na nią jak
dzikie zwierzę, odepchnęła od chłopca, zaczęła okładać
pięściami po okrytej jasnymi włosami głowie, wgryzła się
w lśniące ramiona... Kiedy walcząca para z charkotem
kłębiła się na podłodze, rozdygotany bębni-sta uciekł.
Z kamienną twarzą Ravic zaczął chłostać obie kobiety.
Berberyjka otrzeźwiała. Blondynka jednak nie chciała
wstać; wiła się konwulsyjnie i usiłowała wczepić palcami w
podłogę.
Norman, całkowicie juŜ opanowany, stanął naprzeciw
Clerfayta. Ten wzruszył ramionami.
- Co tam... - powiedział. - Najlepiej od razu.
Norman się wahał, chciał jeszcze coś powiedzieć; po
namyśle jednak odszedł i na stronie zamienił kilka słów z
Ravikiem.
Zgodzono się na pistolety Ravica. Na prośbę gospodarza
pewien polski baron odmierzył krokami dystans na
dziedzińcu. Goście uznali zajście za mało waŜne, to-
warzyska rozmowa toczyła się nadal. Podobne zdarzenia
były tutaj czymś codziennym. Ktoś zachował się nie-
poprawnie i za chwilę wszystko wróci na swoje miejsce;
jeden drugiemu uchybił, naleŜy zatem podać sobie ręce i
sprawę rozstrzygnąć. Kiedy przyniosą światło, padną
strzały.
Clerfayt zajął pozycję. Widział, Ŝe Norman, zanim stanął
naprzeciw niego, chwilę zwlekał, oczekując zapewne
wyjaśnień. Dłoń Clerfayta z wolna jednak się zaciskała na
zimnym kawałku stali. Trzymał broń, jakby to było ramię
przyjaciela.
Padła komenda. Światła utworzyły na dziedzińcu
migoczący krąg. Clerfayt stał nieruchomo. Z przeciwnej
strony padł strzał. Clerfayt powoli uniósł broń i wypalił w
sam środek jaśniejącego w bladym świetle kredowo-białego
czoła.
Kiedy wyszedł na ulicę, przez chwilę się zastanawiał,
czy powinien iść do Gam. Natychmiast jednak pojawiły się
pytania. Jak mógł się dopuścić podobnego szaleństwa? Skąd
aŜ takie wzburzenie? Gdzie się podziała świadoma część
jego natury? Wiedział, Ŝe aby zapanować nad innymi,
trzeba być przede wszystkim panem samego siebie. Nic nie
jest równie bezlitosne jak miłość: kto nie potrafi poskromić
emocji, traci osobę, której ofiarował serce. Kto daje całego
siebie, staje się niewolnikiem i, szukając szczęścia, wpada w
pułapkę swych złudzeń. NajwaŜniejsze, by zawsze mieć się
na baczności.
Odesłał auto i zdecydowanym krokiem poszedł do ho-
telu. Chciał uporządkować swoje sprawy. Nie mógł zebrać
myśli, udało mu się jednak napisać list, a takŜe wydać kilka
poleceń. Potem postanowił, Ŝe wieczór spędzi w barze.
Barman dyskretnie podesłał mu dziewczynę. Clerfayt to
spostrzegł i chlusnął mu absyntem w twarz. Wściekłość
bijącą z oczu męŜczyzny poskromił jednym, zdecy-
dowanym spojrzeniem, a kiedy barman, złorzecząc, wycofał
się, Clerfayt poczuł dziką satysfakcję. Zaraz jednak się
przestraszył: zupełnie nie mógł zrozumieć powodów swego
zadowolenia. Byłaby to świadomość władzy nad drugą
osobą? MoŜliwe, tym bardziej Ŝe przecieŜ nie potrafił
zapanować nad sobą. Przywołał dziewczynę.
Po chwili jednak stwierdził, Ŝe absynt jest zwietrzały, a
dziewczyna to ordynarna dziwka. Poczuł do siebie odrazę
za to, Ŝe obawia się ryzyka, Ŝe unika czegoś, co uwaŜa za
niebezpieczne. Rzucił pieniądze barmanowi, zagwizdał na
taksówkę i pojechał do Gam.
Mówił o sprawach obojętnych, cały czas czując, Ŝe nie o
to mu chodzi. Patrzył na szczupłą figurę Gam, na jej smukłe
dłonie. Ona teŜ mu się uwaŜnie przyglądała. Zadzwoniła na
słuŜącego i poprosiła o wodę sodową z lodem. Clerfayt bił
się z myślami. Trzeba było posłuchać pierwszego impulsu i
od razu tu przyjechać. W końcu i tak musiało do tego dojść.
Czemu teraz czeka nie wiadomo na co i mędrkuje, zamiast
wziąć Gam w ramiona? CzyŜby wpadł we własne sidła?
PrzecieŜ dopiero co pozwolił emocjom zatriumfować nad
rozumem.
Podjął rozmowę, zaraz jednak nerwy znów dały znać o
sobie. Nie chodziło o to, co się wydarzyło, o Normanie juŜ
nie myślał. Lecz właśnie tutaj spodziewał się czegoś
całkiem nowego, nieznanego i bał się, Ŝe to coś go powali i
zniewoli.
Dalsze rozwaŜania nie miały sensu. Najlepiej byłoby
wyjść, ocenić sytuację z dystansu, zyskać jakąś pewność.
Wprawdzie wiedział, Ŝe Gam jeszcze niczego się nie do-
myślą, nie przeczuwa nawet, co się w nim dzieje, nie wie,
dlaczego brak mu zdecydowania i wiary w siebie, rozumiał
jednak, Ŝe to, co się teraz stanie, ma decydujące znaczenie.
Wymaga teŜ rozwagi i skupienia, których nie mogą
zakłócać Ŝadne emocje. Mogłoby się to potem zemścić i
obrócić przeciw niemu. Pragnął utrzymać stan posiadania,
chciał zwycięŜyć w tej walce z sobą - dlatego teŜ próbował
rozpoznać niebezpieczeństwo i przekonać się, z której
strony najwięcej mu grozi. Zarówno atak, jak i obrona były
dlań problemem wyłącznie wewnętrznym.
Dlatego nagle postanowił wyjść. Na pozór był zupełnie
opanowany.
- Przyjdę innym razem... wkrótce... - powiedział prze-
sadnie stanowczym, zdecydowanym tonem. Znów poczuł,
Ŝ
e zachowuje się niestosownie, niepewnie. - Prawdopo-
dobnie... - dodał i wyszedł. Przedtem jednak zdołał z siebie
wyrzucić: - Zastrzeliłem dziś twego męŜa...
Gam się nie odezwała.
II
Ulotne wraŜenia często stanowiły dla Gam źródło drob-
nych radości: lubiła chłonąć dłonią chłód kryształu i brązu,
z przyjemnością wpatrywała się w przejrzystą wodę.
Przedziwną rozkosz sprawiało jej dotykanie śliskiej rybiej
łuski, a takŜe tulenie gołębia, zagłębianie palców w
upierzeniu ptaka.
DuŜo podróŜowała. Odpowiadało to jej zmiennej natu-
rze. Nigdzie nie zagrzała miejsca, nie lubiła się przywiązy-
wać. UwaŜała, Ŝe jednostkowe zobowiązania i związki szko-
dzą szerszemu pojmowaniu spraw. I zawsze szła na całość.
Pewnego wieczoru odpoczywała na tapczanie w pokoju
hotelowym. Obok stało biurko, na nim leŜały drobiazgi,
które zawsze lubiła mieć pod ręką.
Dzień był bezchmurny, trochę juŜ jednak jesienny. Za
oknem ciemniał park, konary drzew ostro odcinały się od
jasnego tła. Niebo widoczne poniŜej górnej krawędzi okna
zmieniało kolory: z błękitu zabarwionego jabłkową zielenią
przechodziło w oranŜ miękko przetykany pasmami róŜu.
Całość wraz z plątaniną gałęzi o niezwykle wyrazistym
rysunku przypominała japoński drzeworyt.
W ciszy słychać było jedynie oddech Gam. Tam, za
oknem, rozpościerał się świat. Poza nim nie było niczego,
co najwyŜej trwanie chwili. Drzewa stały w równym
szeregu i wydawało się, Ŝe nigdy juŜ nie okryją ich liście, Ŝe
pod lśniącym niebem na zawsze ustał rytm Ŝycia.
To było jak dotknięcie tajemnicy: powolny oddech prze-
nikający w spokojnym rytmie całe ciało, wzbierający jak
fala, wypełniający płuca po kres ich objętości, wznoszący
się i opadający według prawa, które jest cudem: dzięki
niemu bowiem istnieje Ŝycie. Kogo ta fala poniesie, ten
zawsze znajdzie ratunek i ocalenie. Oddech i trwanie są
istotą ludzkiego przeznaczenia. W nich tkwi sens Ŝycia.
Powoli niewyraźny zarys drewnianych ram okiennych
stawał się czytelny, ich krawędzie nieco się wysunęły poza
krąg światła. Gam nie musiała wytęŜać wzroku, by widzieć
je coraz wyraźniej, dokładniej.
Nagle dostrzegła szerokie pasmo światła na obrzeŜach
ram; wcześniej go nie widziała. Przestraszyła się. Światło
otoczyło wnękę okienną i oparcie fotela, wdarło się w
załamanie konstrukcji krzesła, zaigrało w szlifie kryształu,
obramowało dywan. Zalało cały pokój i przekształciło go w
złocisty obszar, w którym wszystkie kontury nabrały
ostrości. Blask bijący od zwykłych przedmiotów emanował
szczęściem, był jak tchnienie świata.
Owo tchnienie i światło wyznaczały zaklęty krąg. Były
wszędzie, tylko dzięki nim mogły istnieć ich przeciwień-
stwa - tkwiły w nich, poza nimi nie było niczego.
Wnętrze jednej z filiŜanek zalśniło. Gam chwyciła ją
ostroŜnie. Powoli się odwróciła i podniosła czarkę do okna.
Ta prosta czynność pochłonęła ją bez reszty. To było
wspaniałe uczucie, kiedy wędrowało do góry całe ramię,
dłoń i obejmujące naczynie palce. I teraz, drŜąc, narzucały
swą wolę: moŜna było filiŜankę przybliŜyć lub odstawić; to
samo dało się zrobić z innymi przedmiotami i oglądać je z
bliska bądź z daleka. Prawdziwa mistyka przestrzeni...
Trudno o coś bardziej bezdusznego. Ale czy ktoś od-
waŜy się uznać jakąś rzecz za martwą tylko dlatego, Ŝe się
nie porusza? Czy wyłącznie ruch świadczy o Ŝyciu?
PrzecieŜ jest on stanem pośrednim, przemijającym. Poprzez
ruch wyraŜamy uczucia małej wagi. Głębsze prze-
Ŝ
ycia są nieme, wielkie uczucie nabrzmiewa w przeciągłym
bólu, prawdziwy zachwyt ogłusza. Tak więc bezruch
oznaczać moŜe największe wzruszenie, a ruchliwe Ŝycie,
przeciwnie - śmierć... Oto, dokąd prowadzi roztrząsanie
natury rzeczy...
Gam wyjechała do Davos. Naczelny lekarz przedstawił
jej kilka osób, wśród nich dwóch mało waŜnych dy-
plomatów, pewnego skromnego Włocha, Bramintę-Solę,
Rakołową, Kinsleya, Vanderveldego, Kaia i kilka pań,
których nazwiska nie zapadły Gam w pamięć.
Braminta mówiła coś o Puryszkowie, który zniknął kilka
dni temu. Prawdopodobnie z jakąś kobietą, choć nikt tego
nie wiedział na pewno. Mogło się takŜe zdarzyć, Ŝe popadł
w melancholię; w wypadku Puryszkowa naleŜało się liczyć
z podobnymi wybrykami.
Po godzinie zjawił się lekarz. Kai zaczął tasować karty,
grano w pokera. Razem z Braminta Gam wyszła do
sąsiedniego pokoju; z okien widać było śnieg. Gam usiadła
głęboko w fotelu i delektowała się spokojem płynącym z
poczucia całkowitego bezpieczeństwa: wygodne siedzenie,
półkolista boczna poręcz, wyściełane oparcie, przyjazne jak
pomocne ramię. Podobne rozwaŜania mogła snuć wyłącznie
natura pełna ciepła i fantazji...
Z pokoju dobiegał głos Rakołowej. Był miękki i pro-
szący. Wtórował mu jakiś baryton. Nie dało się zrozumieć
ani słowa. Przez chwilę toczyła się oŜywiona rozmowa, po
jakimś czasie mówiła juŜ tylko kobieta; jej łamiący się głos
krąŜył w pomieszczeniu jak ptak szukający wyjścia z
pułapki.
Naraz Rakołową gwałtownie wybiegła. Miała zaczer-
wienione oczy, drŜały jej wargi. Ujrzawszy Bramintę, spe-
szyła się i omal nie wybuchła płaczem; opanowała się
jednak na widok Gam.
- Nie wiedziałam... - Udręczona podniosła dłoń do czoła.
Gam, siedząca w głębokim fotelu, nie słuchała... Bra-
minta zbladła i wstała.
-
Vandervelde domaga się pieniędzy? - zapytała.
Rakołowa potwierdziła.
-
Dała mu je pani? KsięŜna
potrząsnęła głową.
-
Czy odszedł?
-
Tak. - Rozpłakała się, patrząc wzrokiem pobitego
zwierzęcia. - Nie mogłam mu nic dać, tydzień temu sprze-
dałam biŜuterię.
-
Ile zaŜądał tym razem?
-
Dwa razy więcej niŜ zwykle.
-
Kiedy chce je dostać?
-
Jutro. Wszystko przegrał.
-
Dam pani czek.
-
Chce mi pani poŜyczyć pieniądze? - Rakołowa uniosła
głowę.
-
MoŜna to i tak nazwać. Dam je pani, ale pod jednym
warunkiem: zostawi pani Puryszkowa.
Rakołowa zadrŜała.
-
PrzecieŜ to Rosjanin...
Braminta milczała. Słowa były zbędne wobec tego, co
zaszło; Eros musi zawsze ustąpić pod naciskiem woli -wola
działa na zimno i do niej naleŜy ostatnie słowo.
Na korytarzu było słychać czyjeś kroki. Rakołowa wstała
i podeszła do drzwi.
-
Proszę mi to dać - rzekła.
Z gracją chwyciła czek, uśmiechnęła się, ukłoniła i wy-
biegła z pokoju, prosto ku Vanderveldemu.
Na policzki Braminty wystąpiły ostre rumieńce. Do-
strzegła pytanie w oczach Gam i mówiła w zamyśleniu:
-
To jest choroba, mamy zbyt mało czasu, by o cokol
wiek walczyć. Zresztą czy walczy się o złotą bransoletę?
Nie, po prostu sieją kupuje. Czy powinniśmy wyrzekać się
czegoś, co kochamy, tylko dlatego, Ŝe musimy to kupić? Szko
da słów, one nic nie pomogą... W końcu to wszystko jedno...
Przez pokój przebiegł duŜy, chudy pies. Był to czarny
jak węgiel chart, prawie nieowłosiony, o aksamitnej skórze.
Braminta zbladła. Wszedł Puryszkow z innym psem, który
natychmiast przegonił czarnego charta.
Rosjanin przyniósł kilka ksiąŜek -jakiegoś dawnego
angielskiego mistyka i dwa tomy traktujące o okultyzmie.
Pojawiła się Rakołowa ze szklanką herbaty. Puryszkow
natychmiast poderwał się z miejsca. Rakołowa wyciągnęła
do niego rękę. Kiedy Puryszkow zgiął się w ukłonie,
szklanka wypadła z rąk księŜnej i się rozbiła, a herbata
oblała garnitur Rosjanina. Minę miał nietęgą, kiedy dzwonił
po słuŜącą i tłumaczył, Ŝe musi zmienić ubranie.
Rakołowa znieruchomiała, po chwili jednak szybko
podeszła do stolika i włączyła się do rozmowy. Tymczasem
oczy Braminty nabrały blasku.
Czegoś takiego Ŝaden męŜczyzna nie zapomina, po-
myślała Gam.
Za oknem w świetle księŜyca wirowały opadające płatki
ś
niegu.
Puryszkow wrócił w dobrym humorze. Rozmawiał z
Braminta, wciąŜ jednak rozglądał się za Rakołowa. W
końcu się pokazała i przechodząc obok niego, rzuciła:
- Powinien pan się zadawać tylko z jedną kobietą.
Puryszkow śmiertelnie zbladł i patrzył jak zahipno-
tyzowany. Rakołowa pomachała do niego i pogroziła mu
palcem. Rosjanin zacisnął wargi.
Braminta wyraźnie nie zwróciła uwagi na te banalne
słowa i z werwą ciągnęła konwersację. Jej nozdrza drŜały,
pod oczami wykwitły delikatne, fiołkowe cienie. Ramiona
jaśniały przydymionym światłem, w oŜywionej twarzy
czerwieniały usta.
Rosjanin w nikłym stopniu interesował się rozmową.
Pozwolił słowom płynąć. Po chwili jednak coś się wyraźnie
zmieniło. Braminta emanowała teraz ciepłem i ser-
decznością. Puryszkow naraz się zorientował, Ŝe rozmo-
wa go wciąga. Jej ton wyjątkowo mu odpowiadał, nie
narzucał niczego. Twarz Rosjanina się wypogodziła. Bez-
wiednie zaczął odpowiadać na pytania, potem mówił o
sprawach mu bliskich, o tym, co się działo wokół niego.
Kiedy Braminta spostrzegła, Ŝe znów robi się nerwowy,
dała spokój konwersacji. Puryszkow pocałował ją w rękę,
po czym poszedł do Rakołowej.
Zanim powiedział cokolwiek, księŜna urządziła mu scenę
dziecinnej wręcz zazdrości. Puryszkow zupełnie osłupiał i
zmieszany próbował ją udobruchać. Potem się jednak
złamał. Atak został przeprowadzony nad podziw
precyzyjnie, Rakołowa uderzyła w najwraŜliwsze miejsca.
Słuchając śmiesznych zarzutów, stracił cierpliwość, niczego
nie rozumiał, zamiast po rosyjsku, zaczął znów mówić po
francusku. Następnego wieczoru naleŜał juŜ do Braminty.
- W skrzypcach jest tyle słodyczy - mówiła Gam, słu-
chając z zachwytem śpiewnej kantyleny rozbrzmiewającej
na tle akompaniamentu smyczków, narastającej w
powstrzymywanych kadencjach, kulminującej fermatą w
wysokim rejestrze. - Kiedy słyszę skrzypce, wydaje mi się,
Ŝ
e śmierć nie istnieje. Niebo się unosi, zacierają się
wszelkie granice. W skrzypcach jest jakaś miękkość
przypominająca szare pióra mew. Ich brzmienie promie-
niuje domowym ciepłem, oddala wszelkie smutki. Słysząc
skrzypce, człowiek mógłby popełnić niejedno głupstwo...
Dźwięk skrzypiec moŜe nas odmienić... - ciągnęła. -
Zdarza się, Ŝe wychodzimy poza siebie: wydaje nam się, Ŝe
rośniemy i zaczynamy patrzeć oczami drugiego człowieka.
Widzimy, jak nasze nogi i ręce się poruszają, wypowiadamy
jakieś słowa. I wszystko jest jak najbardziej na miejscu.
Lecz w pewnym momencie gubimy się i juŜ nie wiemy, kto
jest kim: czy to jeszcze ja, czy juŜ ten drugi, czy stałem się
kimś innym, a on mną? Czy to ja po-
stępuję właściwie, czy moŜe ten drugi? W kaŜdym z nas
drzemie obca istota... Melodia skrzypiec skłania, by rzucić
wszystko, iść przed siebie, dokądkolwiek, bez celu,
moŜliwie daleko...
Kinsłey milczał. Wieczorne światło wyostrzyło jego
rysy, głębokie bruzdy łączyły nasadę nosa z kącikami
wąskich ust. Gam nie zdawała sobie sprawy, Ŝe nie mówi o
sobie ani o swoich doznaniach, Ŝe poddała się czemuś, co
wypełzło z niej niczym cień; nie wiedziała, Ŝe rozpoczęła
się odwieczna walka płci, maskowana chęcią poświęceń i
sympatią. Przeczuwała, Ŝe to właśnie walka, nawet jeśli
nazwałoby się ją inaczej, łagodniej; wiedziała, Ŝe bez
względu na to, jakiego słowa uŜyjemy, by ją określić, walka
przerodzi się z czasem w bezlitosną wojnę.
Nie poddawała się; parokrotnie, chowając się za bły-
skotliwymi, niejednoznacznymi sformułowaniami, pró-
bowała nawet sprowokować Kinsleya. Jego zagrywki były
dla niej czytelne. Kinsley ani przez chwilę nie trwał w
bezruchu, coraz to postępował kilka kroków, natychmiast
jednak, uwagą rzucaną jakby mimochodem, próbował
zacierać ślady, sprawiać wraŜenie, Ŝe dokonał tego wypadu
całkiem bezwiednie. Prowadził luźną, skrzącą się dowcipem
konwersację, wypowiadał słowa, do których pozornie nie
przykładał wagi, nigdy jednak nie gubił nici przewodniej. Z
całym spokojem koncentrował się na sprawach odległych;
jeśli Gam podejmowała wątek, natychmiast, odpowiednio
gestykulując, robił gwałtowny zwrot i przybierał dostojny
ton bezstronnego filozofa. W takich chwilach Gam traciła
głowę i milkła. Powoli jednak budził się w niej opór,
wzbierała wola walki. Wydawało się, Ŝe gdzieś z daleka
dobiega szczęk oręŜa.
Podczas którejś z rozmów, kiedy juŜ doszło do osobi-
stych wynurzeń i częściowych wyznań, a obie strony
ostroŜnie i z rezerwą próbowały wyczuć partnera, samemu
się przy tym nie odkrywając, pojawiło się nieuchronne
rzeczowe pytanie o przeszłość Kinsleya.
Kinsley odpowiedział osobliwym gestem, który miał
przekreślić wcześniejsze spory, troski, marzenia i triumfy-
jednym ruchem ręki wymazał całe lata.
-
Zapomniałem... Czy jest coś równie niewaŜnego jak
przeszłość...?
Naraz Gam zaczęła słuchać uwaŜniej: ktoś obok odezwał
się, modulując interesująco brzmienie głosu. Do stolika
podszedł jakiś męŜczyzna i mówił do Kinsleya. Ukłonił się
Gam; był to ukłon dobrze wychowanego człowieka, który
zaprzątnięty jest własnymi sprawami.
-
Jechałem cały dzień dla tych kilku minut rozmo
wy - powiedział. - Wystarczyłaby półgodzinna zwłoka,
by wszystko zaprzepaścić. Czasem przypadek sprawia,
Ŝ
e przedmioty nabierają cech ludzkich. Dlatego proszę
wybaczyć...
Krótko rozmawiał z Kinsleyem. Potem gestem dał do
zrozumienia, Ŝe to juŜ koniec, i z uśmiechem odwrócił się
do Gam.
-
Tylko przypadek jest regułą, ona zaś - przypad
kiem. Sprawy najbardziej niezwykłe zawsze są w grun
cie rzeczy proste. Dlatego naruszenie form nie jest czymś
aŜ tak powaŜnym, by nie dało się usprawiedliwić. I to
w kaŜdej sytuacji...
Dopiero po jakimś czasie Gam zapytała:
-
Kto to był...?
-
Lavalette.
Pewnego mglistego dnia Kai wydawał u siebie przyjęcie.
Gam przyszła późno. Pierwszy raz rozmawiała z Pu-
ryszkowem. Rosjanin wkroczył między gości, wysoko
unosząc czoło. Uderzyło ją jego dziecinne zachowanie.
Trawiła go melancholia i nie miało to nic wspólnego z ko-
bietami. Gam poczuła przypływ sympatii. Zachwycony
lekkością, z jaką się poruszała, Puryszkow podąŜył za nią.
Przed nimi kroczyły psy. Kiedy stanęły obok siebie na
dywanie, wyglądały jak czarne figury odlane w brązie.
Do Puryszkowa i Gam dołączyła Braminta; śmiała się, w
jej głosie jednak chwilami odzywał się niepokój. Purysz-
kow traktował ją z uprzejmą obojętnością. Natychmiast to
dostrzegła, oŜywiła się i zaczęła mówić coś do Gam,
odwróciła się od Rosjanina, ale kiedy tylko się poruszył,
znów - odrobinę za wcześnie — z promiennym uśmiechem
go dopadła; próbowała wciągnąć do rozmowy przechodzą-
cego obok Kaia, słała uśmiechy Rakołowej, niepostrzeŜenie
popchnęła Vanderveldego w stronę Gam, umilkła, kiedy
rozmowa nabrała tempa, spod opuszczonych powiek
obserwując Puryszkowa, spostrzegła, Ŝe Vandervelde
przedstawia się Gam, i odetchnęła z ulgą.
Vandervelde próbował osaczyć Gam. To ironizował, to
wpadał w ton łagodnej perswazji. Gam z rozbawieniem
podjęła grę. Vandervelde natychmiast wszedł w zwarcie, raz
jeszcze się jej wyśliznął, potem jednak dał się podejść i,
jakby nigdy nic, spróbował ataku z innej strony. Prezentując
na ciemnej skórze fotela swą niezwykle wypielęgnowaną
dłoń, mówił coś o egzystencjalnym cierpieniu, z
zafrasowaną miną sprawdzał, czy wywiera naleŜyte
wraŜenie, potem znów zmieniał temat, aŜ w końcu Gam
naiwnie oświadczyła, Ŝe nic nie rozumie. Zły, Ŝe nie dała się
wziąć na jego sztuczki, nie krył rozdraŜnienia i,
przynajmniej na razie, zrezygnował.
Do stolika podeszła Rakołowa. Vandervelde zasyczał w
jej stronę i czegoś zaŜądał; odpowiedziała mu łagodnie.
Zostawił ją stojącą bezradnie pod ścianą i poszedł do
pokoju, w którym grano w karty.
Puryszkow rozglądał się za Gam. Widząc jego twarz, w
której z niezwykłą wyrazistością odciskały się zmartwienia,
Gam poczuła lęk. Wokół niej padały słowa niczym rzęsisty
deszcz; odbierała je jak szum, nie wyłaniał się z nich Ŝaden
sens. W głębi niej kołatało coś mrocznego, parło ku jej
rękom, błagalnie domagało się uwolnienia...
Braminta nie spuszczała z nich oka. Zadumę Gam
zrozumiała opacznie i, naraz bardzo rozdraŜniona, spró-
bowała wywołać kłótnię. Puryszkow spojrzał na nią obo-
jętnie, wstał i podszedł do orkiestry. Od skrzypka wziął
instrument, jednym ruchem ręki odsunął pozostałych
muzyków i zaczął grać.
Teraz dopiero Braminta-Sola pojęła, Ŝe się spóźniła i jej
wysiłki na nic się nie zdały. Dotarło teŜ do niej, Ŝe Gam nie
jest w najmniejszym stopniu winna i tak naprawdę w całej
tej historii nie zawinił nikt... Jej ciałem wstrząsnął atak
kaszlu. Kiedy się podniosła z fotela, na jej dolnej wardze
widniała plama krwi. Wychodząc, do ostatniej chwili nie
mogła oderwać wzroku od skrzypiec Puryszkowa.
Wraz z muzyką w pomieszczeniu zapachniało stepowym
wiatrem i pustynią. Pod naciągniętym płótnem namiotów
nikłym światełkiem płonęły świece, a ciemnoskóre kobiety
wylewały swoje codzienne Ŝale. Wszelkie marzenia okryła
noc, rudawy księŜyc lśnił nad jaśniejącą równiną. Porywisty
wiatr zmieniał kierunek, z wolna wraz z całym
nieboskłonem obracały się gwiazdy; tylko Orion
przemierzał swój szlak szybko niczym kometa. Noc
ustępowała przed świtem.
Gam drŜała. Rwały jej się myśli, osunął się gdzieś
twardy grunt, na którym wszystko się układało w logiczny
ciąg. Runął cały gmach pojęć i słów, tylko na samym dnie
pozostała pierwotna warstwa: Ŝycie, wierne niczym zwierzę,
krzewiące się jak bujna roślina, czysta esencja instynktu,
niepowstrzymana siła tworząca strukturę świata. Na końcu
łańcucha znajduje się łono - w Ŝadnym wypadku nie głowa.
PoniewaŜ łono wydaje owoce, jest ono jednocześnie i
ziemią, i Ŝyciem.
Nagle Gam odkryła, jak niewiele dla kobiety znaczy
słowo. Myślenie, tworzenie pojęć jest czymś wyłącznie
męskim. Kobieta przybywa z krainy milczenia i zachowuje
się, jakby zamieszkała w obcym kraju, którego ję-
zyka musi się wyuczyć: nigdy nie staje się on jej własną
mową. By wyrazić siebie, musi posłuŜyć się pojęciami,
które w nikłym stopniu oddają rzeczywistość, poniewaŜ
przynaleŜą do męŜczyzn. Kobieta próbuje to wytłumaczyć,
nigdy jednak jej się nie udaje. Właśnie dlatego męŜczyzna
nie potrafi zrozumieć kobiety.
Pogoń za kimś, kto określi istotę jej samej - oto, co
kładzie się cieniem na kobiecym przeznaczeniu: powiedz,
co jest we mnie, ja o tym nie umiem mówić...Odwieczne
poddaństwo, odwieczna nienawiść i rezygnacja...
Gam czuła, jak wzbiera w niej fala. Starała się opanować
i poszukać stosownych określeń, Ŝadne jednak nie
pasowało. Chciała znaleźć odpowiednie słowa - zgrzytały
jak klucz nie dopasowany do zamka, męczyła się, by „to"
wypowiedzieć, by chociaŜ przemyśleć. Nic z tego-„to"
wciąŜ jej uciekało, wymykało się, jak zjawa przenikało
poprzez gęstą plątaninę myśli. Udręczona magiczną
niemocą swej płci, której absolutnie nie mogła przełamać,
Gam krąŜyła wśród gości. W końcu wpadła na Rakołową,
która przysiadła w kącie i nieprzytomnie patrzyła na
zgromadzone towarzystwo.
Przypływ siostrzanych uczuć wziął górę nad przygnę-
bieniem. Znękane kobiety się objęły, zimny policzek Ro-
sjanki przylgnął do twarzy Gam, pomieszały się oddechy i
szloch, pękły wszystkie tamy i bliskość obu kobiet spłynęła
dobroczynnym płaczem.
Puryszkow stwierdził, Ŝe jest sam, i odłoŜył skrzypce.
Potoczył dookoła nieobecnym wzrokiem, przez chwilę nad
czymś myślał, po czym wolno połamał instrument i wy-
szedł na zewnątrz, wprost w lodowaty wicher, który ostry-
mi, nagłymi powiewami szarpał druty telegraficzne.
Dwa dni później w Davos pojawił się Clerfayt. Któregoś
wieczoru przyszedł do Gam, gdzie zastał Puryszko-wa. Od
razu wiedział, jak się zachować: zaczął od zachwytów nad
psami, potem podjął błyskotliwą konwer-
sację, przy czym uwaŜnie słuchał Rosjanina i starał się go w
niczym nie urazić; w końcu zupełnie go rozbroił. Pokazał
przy tym nie byle jaką klasę i przebił Puryszko-wa
całkowicie.
Gam zapytała go, co ostatnio porabiał. Opowiadał o
wszystkim: najpierw krótko i zabawnie o bałkańskich
przygodach i pewnym wieczorze w Normandii, później
przeszedł do wyczynów lotniczych, które opisywał rze-
czowo, ze szczegółami; dzięki temu osiągnął cel - przy-
pomniał Gam wspólny lot do Luksoru, choć nie napomknął
o nim ani słowem.
Przed oczami Gam znów stanęła pustynia aŜ po horyzont
złocąca się ziarenkami piaskowego pyłu. Wydawało się jej,
Ŝ
e słyszy szum obracającego się Śmigla, Ŝe znów trzeszczy
płótno opinające szkielet skrzydeł aeroplanu.
Do przeszłości Clerfayt nie wracał, tylko do niej na-
wiązał, gdy chciał podkreślić pewną kwestię: na chwilę
uderzył w ton powagi i wspomniał tamten tragiczny -
właśnie to słowo padło - finał, zaraz jednak zaczął roztaczać
przed Gam olśniewające plany na przyszłość. Stwierdził teŜ,
Ŝ
e przed konsekwencjami awanturnictwa moŜe ustrzec
jedynie wewnętrzna konsolidacja, i głęboko spojrzawszy w
oczy Gam, podzielił się swym najskrytszym pragnieniem:
chciał w miarę moŜności utrudnić kontakt najgłębszych
pokładów swego jestestwa z Ŝyciem zewnętrznym i
sprowadzić je do poziomu rzemieślniczej rutyny. Coś
takiego, uznał, winno być najprzedniejszą zabawą.
Podkreślił, Ŝe subtelne zawirowania spowodowane przez
wewnętrzny popęd wymagają osadzenia w sytuacjach
stabilnych, uporządkowanych, istnieje nawet uzasadniona
emocjonalnie potrzeba takiego zakotwiczenia. Bez tego,
wywodził, nie sposób igrać ze sobą, bezuŜyteczna jest teŜ
ironia, w innych sytuacjach nie do przecenienia. Łowca
przygód pozbawiony więzi społecznych zawsze będzie
tylko zwykłym włóczęgą i nigdy tak naprawdę siebie nie
zgłębi, brak mu bowiem zwierciadła,
a takŜe konfrontacji ze swym przeciwieństwem. Cel, do
którego winniśmy dąŜyć, mówił Clerfayt, to dogłębne i bez-
ustanne przeŜywanie, nawet gdy chodzi o drobiazgi. De-
cydując się na ryzykowny skok, musimy być pewni, Ŝe
mamy pod stopami bezpieczny grunt. Z całym przeko-
naniem dowodził, jakie to waŜne dla kobiety, dla której
oparciem zawsze powinien być męŜczyzna, a najlepiej, jeśli
wszystko odbywa się w zgodzie z mieszczańską normą
poprawności, w sposób społecznie akceptowany, czyli z
urzędowym stemplem odciśniętym na akcie małŜeńskim;
tak zabezpieczona kobieta moŜe sobie pozwolić na
najdziwaczniejsze przygody i drąŜenie najgłębszych warstw
swego jestestwa.
Po tym wywodzie naraz zmienił temat, wypytał Gam
ojej najbliŜsze plany i poddał je rzeczowej analizie. Kiedy
na chybił trafił napomknęła o wyjeździe do Rzymu, Clerfayt
zaczął zachwalać Neapol, krytykując Rzym jako miasto
nudnych zabytków przeszłości. Niespodziewanie zmienił
się tembr jego głosu i Clerfayt przeszedł do ataku - wygłosił
jeszcze kilka obojętnych zdań, a następnie zaproponował,
by została jego Ŝoną.
Czekał na odpowiedź. Pochylił się w stronę Gam i ut-
kwił wzrok w jej twarzy. Po chwili spokojnie wstał i pod-
szedł do drzwi.
Kiedy był w przedpokoju, Gam zawołała ze śmiechem:
-
JuŜ pan wychodzi?
Clerfayt zatoczył ręką koło.
-
Pani się nade mną znęca...
Milczała. Clerfayt zrozumiał, Ŝe chce go trzymać w nie-
pewności; stał nieporuszony, o nic nie pytał, jedynie
zmiękły mu rysy twarzy, zwykle opanowanej i nieprze-
niknionej. Wskazała mu fotel. Odetchnął z ulgą.
Dlaczego nie siada? - pomyślała Gam i podziękowała za
propozycję.
Clerfayt przezornie nadal milczał. KaŜde słowo mogło
się okazać niebezpieczne.
Gam bawiła się rękami i choć wyglądało na to, Ŝe nie
wie, co odpowiedzieć, Clerfayt węszył pułapkę. Niewinnie i
nadzwyczaj zręcznie Gam postawiła go wobec kwestii
rozstrzygającej i wprost zapytała o powody jego decyzji.
Clerfayt jednak wiedział juŜ, co robić. Przypuszczał, Ŝe
Gam rozumie go właściwie. Wystarczyło spojrzeć, jak
nerwowo bawi się palcami; uznał, Ŝe w tej chwili moŜe się
uratować tylko w jeden sposób, a przede wszystkim musi
natychmiast wziąć się w garść.
OstroŜnie się wycofał i dyskretnie pominął pytanie
milczeniem. Gam jednak nie odpuszczała i znów postawiła
go na baczność. Zaczął się wić, jakby szukał wyjścia.
Taktyka okazała się właściwa: Gam zgodziła się odłoŜyć
wszelkie wyjaśnienia na później. Tymczasem, ociągając się,
wyjawił nieśmiało, Ŝe w tej złoŜonej sytuacji uwaŜa za
sprawę honoru przywrócenie między nimi wcześniejszych
relacji; musi bowiem uporać się z najwidoczniej znów
odŜywającym, niekorzystnym wpływem najgłębszych
pokładów jestestwa, któremu jeszcze raz uległ.
Poza tym - tutaj przenikliwie spojrzał na Gam - to nie
tylko obowiązek; gdyby nawet uwaŜał, Ŝe niczego nie musi,
postąpiłby dziś tak samo.
Wybieg się udał. ChociaŜ oferta małŜeńska została
złoŜona serio, Gam uwierzyła, Ŝe Clerfaytem powodują
wyłącznie motywy, o których mówił. Ostatnie zdanie tylko
ją w tym utwierdziło.
Po chwili jednak do niej dotarło, jak olbrzymie koło
Clerfayt zatoczył, by osiągnąć cel, i szczerze ją to rozba-
wiło. Młody człowiek, zupełnie juŜ teraz pewien swego,
Ŝ
artował i cieszył się, Ŝe Gam nie Ŝywi Ŝadnych podejrzeń,
choć przecieŜ musiała uznać jego wywody za niezupełnie
przekonujące.
Jednak wychodząc, nie wątpił, Ŝe spotkał się z wyjąt-
kowo szybką i gładką odprawą. Jak nigdy dotychczas.
-
Zmartwiony? - triumfowała szyderczo Gam.
-
Liczyłem się z tym od początku, przewidziałem re-
zultat... - odparował. Nie mógł jednak odmówić sobie
pytania: - Odniosłem wraŜenie, Ŝe moja propozycja jakoś
szczególnie panią ubawiła... Jest zatem ktoś inny...?
Gam zaniosła się śmiechem.
-
AleŜ skąd. Tylko pan.
Podczas kolejnego zgromadzenia towarzyskiego w ho-
telu zjawił się posłaniec od Puryszkowa. Poprosił Gam, by
poświęciła mu kilka minut. Wyjaśnił, Ŝe tym razem lekarz
spodziewa się końca. Gam natychmiast z nim wyszła.
Mała nocna lampka rzucała matowe światło na posłanie,
koło którego czuwały psy. Na widok Gam jeden z nich
wstał. Lekarz wymownie spojrzał na młodą kobietę i
opuścił pokój. Pochyliła się nad umierającym. Długi płaszcz
osunął się z jej ramion i opadł na podłogę obok psów. Gam
była w sukni wieczorowej, wyglądała, jakby przyszła na
przyjęcie. Pokój wypełniała niesamowita cisza, z zewnątrz
nie przenikał Ŝaden dźwięk. Ktoś zatrzymał zegar. Czas
przestał istnieć. Istniała jedynie Ŝółta twarz ułoŜona na
poduszkach.
I tylko ta twarz jeszcze Ŝyła. Cienie snujące się wokół
nieruchomej głowy były przeraŜające w zestawieniu z
obojętnym milczeniem pokoju; kiedy czoło Rosjanina się
poruszyło, Gam miała wraŜenie, Ŝe drŜy od bezgłośnego
podmuchu olbrzymich skrzydeł.
Wolno, niewypowiedzianie wolno poruszyła się na
kołdrze ręka. Widząc ten ruch, Gam poczuła fizyczny ból.
Palce nie mogły dosięgnąć wnętrza dłoni i Gam wydawało
się, Ŝe w tym momencie duch oddziela się od ciała;
odetchnęła z ulgą, kiedy w końcu dłoń się domknęła. Krew
rozsadzała jej skronie, odkryte w wieczorowej kreacji
ramiona uniosły się i do oczu kobiety niepowstrzymaną falą
napłynęły łzy wzruszenia.
Dotknęła zaciśniętej dłoni i przyszło jej do głowy, Ŝe
przez całe Ŝycie nic nie dało jej aŜ tyle szczęścia: czując
muśnięcie ciepłej skóry Gam, dłoń znów się otworzyła, a
palce, wbrew woli, stopniowo się wyprostowały i teraz,
pobielałe i szczupłe, trwały w bezruchu.
Gam zauwaŜyła, Ŝe Puryszkow na nią patrzy. Choć sobie
wmawiała, Ŝe nie moŜe jej juŜ widzieć, czuła surowy wzrok
Rosjanina. Nie mogła tego znieść. OstroŜnie podłoŜyła
wąską poduszkę pod głowę umierającego. Miała wraŜenie,
Ŝ
e jego usta drgnęły w nikłym uśmiechu.
Za kilka godzin te usta zesztywnieją. Czoło ostygnie.
Ale w ciele jeszcze pulsuje krew i pracuje umysł, przez
który przebiegają błędne ogniki myśli, jeszcze płynie stru-
mień Ŝycia; ustanie ze śmiercią oŜywiającego go ducha.
ś
ycie wciąŜ się sączyło. Jednak ponad zamierającą juŜ
zdolnością poznawania, ponad czułkami instynktu szu-
kającymi jakiegoś punktu zaczepienia ostatnimi skurczami
woli zapalały się purpurowe i błękitne płomyki
gorączkowych urojeń, gęstniały niczym łapczywa,
wszechogarniająca kipiel, igrały pustymi złudami sennych
widziadeł, wystrzelającymi jak grzyby, a sprawy minione,
zapomniane i pogrzebane przemieniały w fatamorganę
wykwitającą nad upiornym strumieniem zatrutej krwi.
Spoza drŜącej głowy wypełzały ostatnie juŜ pokusy,
pękały wszelkie okowy. Wirując, unosiły się poplątane,
barwne zdarzenia, mieszały się z sobą przeŜycia, pragnienia
i sprawy nieokreślone - przedwiośnie wśród śniegu i brzóz,
twarz jakiejś dziewczyny, zapach ojczystej ziemi, jaskrawe
cyfry rulety, mroźny poranek, stalowe lufy pistoletów,
kobiece twarze, cudowna kantylena fletu, kwiaty janowca
wokół łóŜka, niskiego łóŜeczka, w którym sypiał jako
dziecko, łóŜka, które teraz porasta janowiec, które pogrąŜa
się w ziemi... Krzyk z nieba, coś ciśnie i dusi... poruszają się
wargi, z ust wydobywają się głuche, bezdźwięczne słowa,
ciało wije się, jakby coś
chciało się zeń wydostać, dławi się, zdumiewa, w śmier-
telnym strachu wygląda ratunku... Gam nie mogła wy-
krztusić słowa, chciała pomóc, wołać, głośno krzyczeć...
Coś nagle przeniknęło do pokoju, sunęło po omacku,
hałasując, niewidzialną ręką dotykało przedmiotów...
Wygięły się ściany, drzwi rozwarły się szeroko, wybrzu-
szyła się kołdra, wykwitły na niej węŜowate bruzdy, z ką-
tów jak jakieś stwory wypełzały cienie, świat jęczał spa-
zmatycznie, jego oddech przeradzał się w niesamowity,
głuchy, przeraŜający krzyk; Gam nie miała siły stać, przy-
kucnęła, palcami wczepiła się w miękką pościel i przeraŜona
pokornie czekała, aŜ nadejdzie to, co straszne i niszczące, co
huczy i wyje - akt ostatni...
Ciało Puryszkowa się uspokoiło. W oczach pojawiło się
coś szklistego, nieuchwytnego, ich przejrzystość się zatarła;
po chwili skurcz unieruchomił źrenice, pierś się zapadła i w
ostatnim, cięŜkim westchnieniu powietrze wydostało się z
płuc.
Kiedy Gam nabrała odwagi i rozejrzała się, stwierdziła,
Ŝ
e niemal leŜy na dywanie i z całej siły przyciska kolana do
łóŜka. Całkiem nieświadomie jedną ręką wpiła się w psa,
dusiła go. Teraz pies niemrawo się przeciągał...
W końcu zmęczona wstała. W ustach poczuła mdły smak
krwi. Plecy ją bolały jak potłuczone. Mocno trzymając się
poręczy łóŜka, patrzyła na Puryszkowa. Jego twarz się
zapadła, śmierć wyostrzyła jej rysy, u nasady nosa pojawiły
się cienie. Skóra poszarzała.
Gam juŜ go nie poznawała. To, co zostało, było pora-
Ŝ
ająco sztywne, nieskończenie obce i napawało przera-
Ŝ
eniem Ŝywą, pełną ciepła kobietę. Kilkakrotnie potrząsała
głową i odwracała się od tego widoku, po czym robiła krok
w przód, by zmusić się do patrzenia. Naraz pod na wpół
opuszczoną powieką zalśniło odbicie lampy -osobliwy,
przewrotny błysk niczym ognik igrający na wypolerowanej,
mosięŜnej blasze, sugerujący, Ŝe rozpo-
czyna się rozpad zastygłej materii Ŝycia; powiało trupią
wonią i grobem, jakby rozkład postępował od czoła... Teraz
Gam wiedziała: tak wygląda śmierć... Rzuciła się do drzwi,
minęła je, nie dostrzegając lekarza, który śpieszył z
przeciwnej strony, biegła dalej, jakby coś ją gnało, na dół,
potem w górę do portierni i do swego pokoju; padła na
łóŜko i przeleŜała tak do rana. Kiedy o świcie spojrzała
przez okno, ujrzała w oddali smugę ostrego, zielonkawego
ś
wiatła, przebijającą się przez szarość śniegu. Na zawsze
pozostała w jej pamięci.
Wydawało się, Ŝe Clerfayt zaniedbał Gam. Związał się
teraz z Bramintą-Solą. Podbił ją bez najmniejszego wysiłku,
zupełnie się nie opierała. Doświadczenia jej skom-
plikowanego Ŝycia sprawiły, Ŝe niczego nie potrafiła juŜ
przeŜywać czysto i prosto. To, co kiedyś pomagało jej osią-
gać pełnię wewnętrznych doznań, teraz tylko przyśpieszało
upadek.
Clerfayt ostro starł się z Vanderveldem. Pewnego dnia
przewrócił stolik do gry, odkrył przez to karty i okazało się,
Ŝ
e Vandervelde ma o jednego asa za duŜo. Jeszcze tego
samego wieczoru oszust wyjechał.
Gam nie dała się zwieść ekscesom Clerfayta. Młody
człowiek zrobił się teraz otwarty i juŜ nie próbował niczego
przemilczać. Pierwszy raz nawiązał do przeszłości; kiedy o
niej rozmawiali, uderzyło Clerfayta, Ŝe skoro juŜ się o
jakimś zdarzeniu mówi, naleŜy je uznać za przebrzmiałe, i
nagle zrozumiał, Ŝe tym razem to koniec.
Ów koniec pojawił się niezauwaŜalnie, nie trzeba było o
nic walczyć; był nieodwołalny, wygasła najmniejsza chęć
obrony czegokolwiek, naleŜało go przyjąć jak coś oczywi-
stego.
Gam lubiła Clerfayta za jego niespoŜytą aktywność i
Ŝ
ywość intelektualną, ceniła w nim siłę pragnień oraz
umiejętność koncentracji. Jego władcza wola zniewalała.
NajwyŜej jednak przez godzinę, nigdy dłuŜej. A to
dlatego, Ŝe Clerfayt nie umiał dotrzeć w obszary kryjące
ekstrakt kobiecości. Przyciągał kobiety do siebie, tak na-
prawdę ich jednak nie zdobywał. Zdecydowanie parł
naprzód, czarował wyrafinowaniem i inwencją, ale zawsze
przegrywał w chwili, gdy niemal osiągał cel. Odpadał przed
czasem. Jedynie ten, kto podąŜa równym krokiem, wprost
przed siebie, dotrze, gdzie zmierza.
Clerfayt wyglądał, jakby za chwilę miał się zapaść pod
ziemię. Kiedy odszedł, Gam poczuła wokół siebie pustkę.
Nie umiała tego wytłumaczyć. Człowiek zawsze jest
samotny. TakŜe w miłości, która jest tylko ucieczką. Jaźń
nie daje Ŝadnej odpowiedzi, najwyŜej spokój i poczucie
bezpieczeństwa. Ale trudne pytania się mnoŜą. A moŜe cała
miłość zawiera się w pierwotnym instynkcie macierzyństwa,
samo zaś macierzyństwo jest zarazem początkiem i
końcem?
Nagle Gam całą sobą poczuła, Ŝe niczego nie pragnie
równie gorąco jak małej, ciepłej istoty u swych kolan, Ŝe
chce słuchać pierwszych, z trudem wymawianych słów...
Rozmyślania nad dalszym Ŝyciem, rozterki, chwilowe osa-
motnienie - wszystko to przesłoniły marzenia o dziecku.
Tutaj właśnie naleŜało szukać spełnienia i końcowej
przystani. Jaźń wypełniała coraz większą przestrzeń,
rozrastała się, stawała czytelna, jednoznaczna i Ŝyciodajna.
Zawiązywały się zaląŜki sił stworzenia, pojawiał się sens i
drogowskaz. Powołanie kobiety kazało wziąć na siebie
obowiązek.
W obliczu tego obowiązku naleŜało wszystko odrzucić,
potraktować jak jałowy trud. JednakŜe Gam zdawała sobie
sprawę, Ŝe zanim odnajdzie siebie, nieraz się zrani, Ŝe
zamiast zmierzać wprost ku swemu przeznaczeniu, będzie
błądzić. Ale innej drogi nie ma. NaleŜy zatem nią iść, nie
stawiając warunków, trzeba podporządkować się prawu,
które nakazuje szukać coraz dalej, choćby przyszło
przemierzać obszary bezkresne jak ocean.
QQ
III
W Wenecji Gam zatrzymała się przy Canal Grandę.
KaŜdej nocy pod jej oknami przepływała gondola. Kiedy się
oddalała i nie było juŜ słychać uderzeń wiosła, jakiś męski
głos wyśpiewywał umbryjską serenadę. Śpiew niósł się
kanałem, narastał podobny do bardzo wolnego tremolo i
potęŜniał echem odbijającym się od wody i murów;
wydawało się, Ŝe ciasna przestrzeń więzi melodię i narzuca
jej leniwy rytm fali.
Przez ten niezwykły rezonans śpiew miał w sobie coś
niematerialnego, był jak nie z tego świata. Wypełniał po-
wietrze, wędrował z wodą. Kiedy melodia się skończyła,
Gam wyruszyła łodzią na kanał. Światło latarni sunęło przed
dziobem i rozpraszało nieprzeniknione ciemności, zmuszało
je do Ŝycia, sprawiało, Ŝe wokół gondoli roztaczał się
czerwonawy, ciepły blask. Kamienne herby nabierały
kolorów, wydawało się, Ŝe dopiero co z cichym zgrzytem
zatrzasnęły się rzeźbione odrzwia, a zza kolumn
przesuwających się obok łodzi wyjdą zaraz młodzieńcy-
kawalerowie z brzęczącą szpadą u pasa. Przez chwilę w
ś
wietle latarni jaśniał zaklęty w kamieniu renesans.
Za gondolą czar raptownie pryskał. Przestrzeń się
kurczyła, światło ginęło, przepadał blask, znikało gdzieś
ciepło. Ciemność odzyskiwała moc: jak olbrzymi nietoperz
rozkładała skrzydła, odbierała światłu swą własność i
zamieniała w monotonię nocy.
Gam z przeraŜeniem obserwowała natarczywość noc-
nych zjaw. Obracała się w tył, podnosiła latarnię i osłaniała
ją w ten sposób, by całe światło skierować na wodę. Wtedy
fantom, niezdarnie machając skrzydłami, wycofywał się i
krył w cieniu pałaców. Wystarczyło jednak latarnię opuścić,
by zjawa znów się wynurzyła i podąŜyła za gondolą.
Kiedy Gam juŜ całkiem zamierzała się poddać, nad
dachami pojawił się księŜyc i wszystko odmienił. Od razu
rozproszył ciemność, dotychczas wiszącą tuŜ przy ziemi, i
poderwał ją -w górę. Na ziemię tysiącami cieniutkich nici
zstąpiła srebrzysta poświata, przez co ustało wszelkie
ciąŜenie. Pałace widniały teraz w postaci delikatnych
obrysów, kolumny opadły na wodę, domy przepływały w
ciszy jak biblijne arki. Fasady odbijały poświatę; w miejscu,
gdzie woda styka się z kamieniem, przebiegała cienka linia,
niczym języczek u wagi: jej naruszenie mogło zakłócić
harmonię pomiędzy nieruchomym księŜycem a tym, co
odbijała woda. Czasem nawet tak się działo - zza jakiegoś
rogu nadlatywał wiatr, chwilę wirował i zaraz się uspokajał.
Pod sklepieniami mostów zalegały nocne cienie. Chro-
niło się w nich ciepło, jak letnia, powłóczysta szata tulące
się do ciała. W niszach okiennych gromadziły się blade
refleksy, wystraszone i jaskrawe na ciemnym tle niczym
kokoty przed sędzią.
W coraz silniejszej poświacie niebo jaśniało jak przej-
rzysty opal, dachy i woda odbijały światło. Wydawało się,
Ŝ
e materialna, cielesna powłoka nic juŜ nie znaczy.
Myśli pomykały wokół uczuć i wraŜeń, po czym ula-
tywały bezpowrotnie jak świergot skowronka. WciąŜ
pojawiało się coś nowego, usuwając dotychczasowe; nie
dawało się powstrzymać tego biegu ani kształtować go
wedle woli.
Momentami Gam widziała zarysy swej postaci; na wy-
srebrzonym tle ukazywały się przelotnie kontury ramion.
3K
Wiatr niemrawo pogłaskał jej skórę. Jeszcze jeden powiew i
moŜna by całkowicie zapomnieć o sobie, wiatr jednak,
zmęczony, drzemał na schodzących do wody stopniach.
Zniknęło poczucie czasu; przestrzeń dźwięczała jak
dzwon, który wcale nie przypomina o przemijaniu. Kłopoty
dnia niepostrzeŜenie nabierały miłych cech, rozwiewały się
doraźne troski, nabrzmiewały zaś uczucia, skrystalizowane
kierowały się ku odległemu biegunowi jak Ŝelazo w stronę
magnesu.
Nieraz, idąc ulicą, Gam spodziewała się, Ŝe wśród
przechodniów spotka Kinsleya. Znów wspominała ostatnie
tygodnie, kiedy to, ociągając się, postanowiła nie wchodzić
mu w drogę. Decyzja dojrzewała w niej długo.
JednakŜe tylko się oszukiwała, wyjeŜdŜając na kilka dni
z Wenecji do Parmy i Bolonii. Wiedziała, Ŝe chodzi o
Kinsleya.
Pewnego wieczoru w Genui siedziała jeszcze na tarasie i
patrzyła na morze otaczające miasto szerokim łukiem. Obok
jakieś uszminkowane kobiety jadły lody i paplały
metalicznymi głosami. Nadciągała juŜ noc, gdy jakiś
skrzypek zaczął grać rzewny romans. Gam mimowolnie
westchnęła, w oczach stanęły jej łzy.
Zrobiłam się strasznie miękka, pomyślała, nie mogąc się
oprzeć wraŜeniu, Ŝe szybuje wysoko nad ziemią. Ale tego
nastroju nie wywołała sentymentalna melodia. Zapewne
przeczuwała, Ŝe stoi przed czymś nowym, Ŝe jak w
następujących po sobie częściach symfonii, pulsuje juŜ
nowym rytmem kolejny rozdział jej Ŝycia; moŜliwe, Ŝe
nagle sobie uświadomiła, co ją czeka, albo teŜ, na wspo-
mnienie dawno minionego dnia, wezbrała w niej fala
wzruszenia - bezsensownego, tym bardziej jednak przej-
mującego. Tego nie wiedziała, powoli jednak, przesłaniając
wszystko inne, zbliŜało się rozwiązanie: Gam czuła, Ŝe musi
odnaleźć samą siebie, a Ŝe będzie to trudne, na
pewno poszuka pomocy męŜczyzny. Nie miała wątpliwości,
Ŝ
e zwiąŜe się z Kinsleyem.
Miasto pozostało za rufą parowca. Portowy zgiełk juŜ nie
dochodził, pojawił się za to wiatr. WybrzeŜe na wiele
godzin zawisło nad wodą, podobne do pofałdowanego,
mniszego płaszcza. Wyglądało na bezludne; tylko na pła-
skowyŜu widać było pasterza ze stadem kóz. Stał nieru-
chomo na tle horyzontu, ramionami podpierając antyczne
niebo.
Potem, dzień po dniu, słychać było jedynie szum morza.
Przed dziobem statku wyrastały niewielkie wyspy z białymi
domostwami pośród zieleni, raz po raz skrywające się za
kłębami złocistego dymu. Latarniowce i latarnie
wskazywały wejście do La Platy, lecz ławice piaskowe
utrudniały Ŝeglugę. W końcu jednak parowiec stanął na
redzie w Buenos Aires.
Gam doskwierał suchy wiatr. Kinsley zaproponował jej
podróŜ w głąb lądu, gdzie miał posiadłości. Początkowo
jechali wzdłuŜ linii kolejowej do Rosario, potem przecięli
tory i skręcili na wschód. Następnego dnia obok przemknęło
galopem stado mustangów. Konie miały na boku wypalony
znak Kinsleya: naleŜały do niego.
Ale jechali jeszcze przez wiele dni. Świszczący wiatr
targał jeŜyny krzewiące się na wzgórzach; na znacznych
odległościach rozciągały się jęzory piaszczystych łach.
Pampę porastała wysoka trawa. Czasem zbliŜał się do nich
gauczo na koniu, zwykle po chwili odjeŜdŜał na bok i
strzelając jak z bicza, wyrzucał w górę lasso. Przez bez
mała godzinę oglądali nad sobą orła; ptak zdawał się tkwić
cały czas w tym samym miejscu. W popołudniowym słońcu
zajaśniały zarośla słonych stepów, a za nimi znienacka
wystrzeliło wąskie pasmo wzgórz porośniętych olszyną.
Wzniesień przybywało. W końcu ujrzeli płaski budynek.
Kiedy samochód zjeŜdŜał na dno kotliny, w której leŜała
farma, noc gęstniała jak pszczeli rój.
Węsząc i poszczekując, na spotkanie wypadła im sfora
psów; wieczorną ciszę wypełnił radosny skowyt. Nadbiegły
słuŜące z latarniami i próbowały odwołać zwierzęta. Psy
jednak nie dawały się poskromić, poznały pana i z
entuzjazmem go obskakiwały. Wśród kobiet była stara
mamka Kinsleya; przewracała oczami i kryła się za jego
plecami. Uśmiechała się do Gam.
Szybkim krokiem szedł przez podwórze zarządca, który
zasypał Kinsleya gradem słów. Kinsley jednak zdecy-
dowanym ruchem ręki wszystkich odprawił, pochwycił
Gam w ramiona i - nie bacząc na szczekające psy oraz cały
ten radosny zgiełk- zaniósł ją do domu.
Podając kolację, mamka paplała bez ustanku. Kinsley
słuchał i nie przerywał. Gam poczuła się obco, miała
wraŜenie, Ŝe jest niepotrzebna. Przekonała się, Ŝe
wieloletnie obcowanie ze sobą moŜe wiązać mocniej niŜ
cokolwiek innego, nawet jeśli dotyczy ludzi o najzupełniej
róŜnym statusie społecznym. Kinsley stał się teraz dla niej
kimś obcym, zarazem jednak coraz bliŜszym. Wszystko, co
ją otaczało, naleŜało do niego: nie było tłem, lecz ramą, w
której znakomicie się mieścił. Przez to Gam uwaŜała, Ŝe
Kinsley jest częścią jej nowego Ŝycia, Ŝe do tego Ŝycia
przynaleŜy - nie przerastał swego środowiska, lecz się w nie
wtapiał, podkreślało ono jego osobowość.
Obok Gam wyciągnął się pies Puryszkowa. Tulił się do
niej i ze strachem patrzył na drzwi, zza których dobiegało
szczekanie. Kiedy przyjechali, sfora potraktowała go jak
obcego. Próbował uciekać, jednym, błyskawicznym
kłapnięciem przegryzł gardło najgroźniejszemu prześla-
dowcy, jak czarny pocisk pomknął przez podwórze, wpadł
do domu i przywarł do Gam. Mocno przytuliła go do siebie.
DrŜał całym ciałem. Był tutaj równie obcy jak ona.
Za oknami, które osłonięto siatką, brzęczały moskity.
Młoda Indianka upięła moskitierę nad posłaniem Gam i
zgasiła światło. Wymamrotała coś niezrozumiałego na
dobranoc i skrzyŜowała ręce. Gam natychmiast zasnęła.
Następnego dnia pojechała konno z Kinsleyem obejrzeć
pasące się stada. Gauczowie opowiadali o cięŜkich
przejściach związanych z pozyskiwaniem kauczuku, na co
właśnie teraz była pora, o strasznych Indianach z leśnych
ostępów, o niesamowitym bladym świetle wędrującym
przez pampę w bezksięŜycowe noce. Potem poprosili Maca,
by coś zagrał. Mac był wśród nich najmłodszy. Z grania nic
nie wyszło - kiedy gauczo ujrzał Gam, oświadczył, Ŝe jego
gitara jest połamana.
Kłusem zbliŜał się jakiś jeździec. JuŜ z daleka wołał, Ŝe
karczmarz dostał beczkę gorzałki. Zrobiło się zamieszanie.
Jeden krzyczał przez drugiego, gauczowie, gwiŜdŜąc,
spędzili konie. Ruszyli galopem. Po godzinie zajechali
przed otoczoną drzewami karczmę. W budynku wszyscy
spali. Jeźdźcy z krzykiem zaczęli się dobijać do drzwi i
okien, aŜ wreszcie na piętrze pokazała się lufa karabinu, a
za nią wystraszona twarz karczmarza. Ktoś chwycił broń na
lasso i wyrwał mu ją. Gauczowie z dzikim rykiem domagali
się otwarcia karczmy. Gospodarz się uspokoił i wpuścił ich.
Gam i Kinsley pojechali dalej. Po chwili zasłoniła ich
nieprzenikniona ciemność. Kopyta głucho uderzały o grunt,
wydawało się, Ŝe ów odgłos, brzmiący jak postukiwanie
monstrualnych kastanietow, wydobywa się spod ziemi. W
końcu Kinsley się zatrzymał, oboje zsiedli z koni, połoŜyli
się na trawie i, z uchem tuŜ przy ziemi, nasłuchiwali. Z
niezliczonych szmerów i odgłosów wyławiali zarówno
całkiem bliskie, jak i bardzo odległe... To była mowa stepu.
Szybkim kłusem niewidoczne stada pędziły w noc...
Dalej ruszyli pieszo. Nagle poczuli straszliwy zaduch,
jakby pampa usiłowała pochwycić ich w swe szpony, oto-
czyć zdradziecką siecią i powalić. Niespokojne konie
nerwowo dreptały. Parne powietrze gęstniało, kleiło się jak
błoto, utrudniało oddychanie, wdzierało się w nozdrza i
ciąŜyło w płucach. Nad horyzontem gromadziły
się chmury, które w jednej chwili zasłoniły księŜyc. Niebo
nad stepem zajaśniało na chwilę siarkową Ŝółcią. Potem
martwą ciszę przerwał błysk i po chwili rozległ się
stłumiony pomruk. Jak stado cieni przemknęły obok
mustangi; konie zawróciły, rozproszyły się i znów, wyraźnie
niezdecydowane, zbiły się w gromadę. Gam czuła na karku
ich gorący oddech. Jakieś wystraszone źrebię przywarło do
niej wilgotnymi chrapami. Jego szyja drŜała, oddech
przeraŜonego zwierzęcia był pośpieszny i krótki; naraz
ź
rebię odskoczyło od Gam i przez chwilę stało jak
skamieniałe, po czym, sapnąwszy, rzuciło się galopem przed
siebie. Ich wierzchowce stawały dęba i gryzły cugle,
targając wysoko głowami. Kinsleyowi i Gam udało się je
poskromić z największym trudem.
Nisko wiszące chmury przeszyła błyskawica. Z trza-
skiem uderzył piorun.
- Na koń! - krzyknął Kinsley.
Wierzchowce zarŜały i wyrwały naprzód. Dmący tuŜ
przy ziemi wiatr pastwił się nad trawami, wirował, wzbijał
tumany kurzu, podrywał z ziemi kamyki, które biły po
twarzy. Potem runął na konie, które gnały w oszalałym
galopie, jakby uciekały przed ostateczną zagładą. Jedna po
drugiej zapalały się błyskawice. Magiczny ogień obejmował
ogromne połacie nieba, coraz to rozcinanego zygzakami
sinobłękitnego blasku. Pod huczącymi razami kolosalnego
topora pękała niebieska czasza, błyskawice tęŜały na niej
niczym nabrzmiałe Ŝyły nieskończoności: trwała mistyczna
bitwa z nocą, która po kaŜdym ataku aksamitną czernią
pośpiesznie okrywała swe rany.
Stado mustangów stłoczyło się wokół drzewa, konie
stawały dęba, toczyły wokół niesamowitym, błędnym
wzrokiem. Najsilniejsze ogiery pozostały na zewnątrz.
Wierzgały kopytami i kąsały powietrze, by odpędzić nie-
bezpieczeństwo. Pozostałe konie utworzyły krąg, w środku
stały źrebięta.
Klacz, na której jechała Gam, postanowiła schronić
się wśród mustangów. Wdarła się w głąb stada i w jednej
chwili Gam znalazła się sam na sam z kłębiącą się masą
zwierząt. Obok niej, niczym fale na wzburzonym morzu,
lśniły w świetle błyskawic grzbiety miotających się
mustangów. Obawiając się zmiaŜdŜenia nóg, Gam oparła
stopy na siodle i z całej siły ściągnęła cugle. Ale klacz jej
nie słuchała. Czując bliskość dzikich koni, zupełnie
oszalała, rŜała, stawała dęba i próbowała zrzucić Gam z
siodła.
Kinsley zobaczył, co się dzieje. Chłoszcząc pejczem
szyję swego konia, ruszył Gam na pomoc. Jeden z ogierów
omal nie odgryzł mu ręki. Kinsley zdzielił go rewolwerem
między oczy, spiął konia i okrąŜył stado, by dostać się do
ś
rodka z drugiej strony.
Spadły pierwsze krople deszczu. Nad grzbietami spie-
nionych koni unosił się opar przesycony gorącą, silną wonią
- obezwładniającą i oszałamiającą, poraŜającą gorączką
namiętności i śmiertelnego strachu, wnikającą w krew,
odbierającą zdolność myślenia.
Nagle step się zakołysał i zapłonął, niebo zajaśniało
niebywałym blaskiem, świat rozpadł się na strzępy i po-
grąŜył w otchłani światła - w drzewo uderzył piorun. Stado
się rozpierzchło. Niektóre konie pokładły się, drŜąc ze
strachu. Ku przeraŜeniu mustangów stojące opodal drzewo
zapłonęło jak pochodnia. Gam, chłostana strugami
ulewnego deszczu, odzyskała wiarę we własne siły. Końska
piana mocno przylgnęła jej do włosów. Młoda kobieta
poczuła, Ŝe wzbiera w niej fala dzikich namiętności. Puściła
cugle i ramionami objęła szyję klaczy, która gnana
strachem, wyrwała przed siebie jak obłąkana. Gam wcisnęła
twarz w końską grzywę i całkowicie zespoliła się ze
zwierzęciem, była jak ono - jednym wielkim oszalałym
pędem.
Kiedy kolejna błyskawica rozdarła niebo, Gam udało się
zawrócić przeraŜoną klacz. Kinsley starał się przeciąć jej
drogę i ją pochwycić. Klacz jednak go nie poznała
i w ostatniej chwili uskoczyła. Rozpoczął się pościg. Zdy-
szane konie pędziły bok w bok, Kinsley i Gam krzyczeli do
siebie w galopie; słowa jednak nie docierały, gubiły się w
burzy.
Nadludzkim wysiłkiem Kinsley spiął konia, dopadł
klaczy, chwycił jej cugle, w pełnym galopie złapał Gam i
trzymając ją z całych sił, posadził przed sobą w siodle.
Podczas tej wściekłej pogoni próbował przekrzyczeć noc,
potop, burzę i pioruny. Gnali tak, aŜ w końcu udręczony
koń z wyczerpania zwalił się z nóg, a para jeźdźców, sple-
cionych kurczowym uściskiem, stoczyła się na trawę.
Kiedy deszcz ustał i znów nad pampą jasno zalśnił
księŜyc, Kinsley troskliwie posadził śpiącą kobietę na koniu
przed sobą i ruszył do domu, dbając, by się nie obudziła...
Upał sprawił, Ŝe powietrze wokół farmy całkiem znie-
ruchomiało. Gam podstawiła ręce pod tryskające z fontanny
krople wody. Chłód działał jak oŜywczy powiew, zdawało
się, Ŝe z kojącą łagodnością przenika w głąb ciała i roztapia
je od wewnątrz. Odbicie dłoni nabierało cech samoistnego
bytu. Jego blady kolor na tle zielonej wody wydawał się
czymś osobliwym. Z głębin studzienki powoli wyłaniał się
zmierzch.
Od strony lasu zbliŜali się męŜczyźni. Upolowali szyn-
szylę i rudego wilka. Psy w podnieceniu szarpały zdobycz.
Ponad gwarem głosów wyrastał czyjś śmiech, pełen ciepła,
miękki i gardłowy - młoda kobieta biegła do męŜa
powracającego z plantacji. Mamka Kinsleya opowiadała o
pumach i lisach, które ostatnio udało się złowić. Z
przejęciem, Ŝywo gestykulując, wskazywała na las -
podobno zdarza się, Ŝe nocą pod farmę podchodzą jaguary.
Po chwili ludzie rozeszli się do domów, skończył się gwar i
zamieszanie.
Gam szła przed siebie, w step. Zaczynały rechotać Ŝaby i
wydawało się, Ŝe to jakieś tajemnicze zgromadzę-
nie mnichów odprawia wieczorne modły. W powietrzu
miękko i bezgłośnie unosiły się nocne jerzyki. Pomiędzy
drzewami Gam dostrzegła zygzakujące nietoperze. TuŜ nad
ziemią latały grube motyle, w wysokich trawach zielonkawo
połyskiwały chrząszcze, słychać było melancholijne
pojękiwanie kurek wodnych, piszczały polne myszy,
metalicznie ćwierkały świerszcze. Akacje wydzielały
zapach przypominający woń dzikiego zwierzęcia.
Kiedy pokazał się Kinsley, Gam bez słowa oplotła go
ramionami, jakby juŜ nigdy nie miała go wypuścić. Tuliła
się do niego w milczeniu, zamknąwszy oczy. Myślała o
ś
mierci, która musi wyglądać podobnie jak to zanurzenie się
i całkowite wrośnięcie w kogoś drugiego, bezgraniczne
wyrzeczenie się siebie, wszechogarniające pragnienie, by
znaleźć sobie nową formę bytu; byłaby to najwspanialsza
ś
mierć - zadana ręką, którą się kocha...
Podobne myśli nurtowały Gam od kilku dni. Zadziwiał ją
jakiś ruch - uniesiona dłoń, wysunięta stopa -doskonale
wiedziała, z czego te proste czynności się biorą, znała ich
dalszy ciąg oraz skutki, jakie mogą wywołać. Jednak z
niepokojem pochylała głowę, wsłuchiwała się w siebie i
nicowała swe urojenia, czując przejmujący dreszcz. AŜ w
końcu dochodziła do wniosku, Ŝe kiedyś juŜ coś podobnego
przeŜywała. Czar pryskał. To były sprawy znane od dawna...
Potem nigdy nie mogła sobie przypomnieć, co ją fa-
scynowało. Pozostawało wraŜenie dwoistości, na moment
unosiła się zasłona okrywająca jakieś inne Ŝycie - to Ŝycie
wyraźnie umykało teraźniejszości i, Ŝywione energią ducha,
migotało jak nieuchwytna zjawa, przenikając chwilami do
ś
wiadomości. A moŜe to jedynie przebłyski bytu, który
dopiero się kształtuje, tli się gdzieś poza domeną śmierci i
swym tajemniczym światłem kreśli linię ponad
teraźniejszością i jej duchowym zamętem w obliczu tego, co
poprzedza i następuje - domyka parabolę i tworzy
pierścień...?
Gam trzęsła się na nocnym chłodzie. Weszła do domu,
który otoczył ją ciepłem i dał poczucie bezpieczeństwa.
Kiedy uciekło się ze świata, którym miotają emocje, po-
między ścianami znów moŜna się poczuć jak u siebie. W
kącie przysiadła oswojona małpa Kinsleya, która po
południu zakradła się do pokoju, bawiła się kryształkami
soli. Na widok Gam wzruszającym gestem przycisnęła ręce
do piersi. Kiedy się poruszała, wpadający przez okno
promień oświetlał jej mordkę. W oczach małpy lśniły łzy.
W Gam z całą mocą uderzyła tajemnica zwierzęcej
natury. Porośnięte brunatną sierścią stworzenie, w którym
pulsowało coś nieogarnionego, niepojętego, zachowujące
się i poruszające tak, Ŝe człowiek mógł je zrozumieć, było
przeraŜającym cudem: naleŜało bowiem do istot Ŝywych, a
zarazem było bardziej obce niŜ wszystko, co martwe;
poprzez jego istnienie objawiała się jakaś zatrwaŜająca siła,
nieznana i niezrozumiała. MoŜna było spróbować
wyjaśnień, zawsze jednak z ludzkiego punktu widzenia.
PrzecieŜ o purpurowym, mistycznym świecie obok nas nie
wiemy niczego. Ten świat jest odległy, jakby znajdował się
na innej planecie... Gam zadrŜała, uświadomiwszy sobie
swą samotność, w której wszystko jest jak zaklęte,
niesamowicie stęŜałe, zakrzepłe, zamknięte na zawsze w
kręgu wyłącznie własnych doznań.
Pochyliła się i wyjrzała przez okno. Naraz u kolan
poczuła coś miękkiego. Do pokoju wśliznął się jej pies,
który teraz domagał się pieszczot.
Czego moŜe pragnąć zwierzę, o czym myśli? Pies po-
szedł za nią, choć go nie wołała. Jaki ukryty impuls nim
powodował? Kiedy z ludzkiej perspektywy oceniamy po-
stępowanie zwierzęcia, musi ono zadziwiać. MoŜe była dla
niego bogiem?
ś
ałośni ludzcy bogowie, którzy niczego nie wiedzą o
pragnieniach podległych im istot, a sami swą nędzną
miłością obdarzają rzeczy i sprawy, których nigdy do
końca nie zrozumieją. KsięŜyc oświetla Ziemię - wtedy nad
nią panuje; ale to Ziemia jest ośrodkiem, wokół którego
krąŜy. Co zatem jest waŜniejsze: Ziemia czy KsięŜyc? A
moŜe boskość jest tragiczną konsekwencją czło-
wieczeństwa?
Gam objęła dłońmi psi łeb. Uniosła go i przyjrzała mu
się. Wpatrywała się z bliska w oczy zwierzęcia. Próbowała
wzrokiem przewiercić błyszczące źrenice i wyrwać im ich
tajemnicę. Niewygodna pozycja zmęczyła psa, zrobił się
niespokojny, próbował się wyrwać z uścisku, jego oczy się
rozbiegały. Gam podjęła desperacką próbę opanowania
wzroku zwierzęcia. Pies się uspokoił i znów patrzył tylko na
nią. Jego powieki rozwarły się całkowicie, oczy
znieruchomiały.
Pokój zawirował. Znajdujące się w nim przedmioty
ruszyły jeden za drugim w coraz to szybszym pędzie.
Pomiędzy nie wdarły się zielone pasma, poniŜej, świszcząc,
zamigotały białe, świetliste koła, jak śmigła, aŜ w końcu
wytrzeszczone do granic moŜliwości, zmordowane oczy
spłynęły łzami i pies zdecydowanym ruchem uwolnił się z
męczącego uścisku.
Gam zeszła po schodach na podwórze, potem minęła
bramę i znów znalazła się na otwartej przestrzeni, gdzie
wśród czarnych drzew niczym wilk zawodził pampero.
Otwartymi ustami łapczywie wdychała świeŜość nocy.
Ale wewnętrzny niepokój jej nie opuszczał. Miała wraŜenie,
Ŝ
e jakiś odraŜający pająk oplata siecią jej serce, stała na
rozdroŜu: przed nią rozciągały się obszary pojęciowego i
uczuciowego chaosu, gdzie czaił się obłęd.
Gwałtownie opadła mgła. W jednej chwili pod cięŜarem
rosy pochyliły się trawy. Rosa kleiła się do włosów,
osiadała na brwiach i rzęsach, wilgoć sprowadzała chłód.
Gam zaczęła dygotać. JuŜ nie chciała iść dalej: droga
wiodła w mrok, ku ciemności... Z całych sił pragnęła się
teraz znaleźć w pobliŜu drugiego człowieka.
- Człowieka - przedrzeźniało echo.
4K
Jej włosy musnął nietoperz. Z krzykiem uciekła do
domu. Kinsley mówił coś do niej, uspokajał, Gam patrzyła
na jego twarz, emanującą spokojem, oświetloną księŜy-
cowym blaskiem. Uwiesiła się na nim i zaciągnęła do
siebie, wprost na posłanie.
Kinsley wiedział doskonale, co ją dręczy, i głaskał tak
długo, aŜ jej rozdygotanie minęło. A kiedy Gam z wdzięcz-
ności przycisnęła usta do jego ucha i jej ciało miękko
poddało się pieszczotom, zostawił ją w spokoju.
Rano Gam długo się rozglądała wokół siebie. Dzień był
jasny. Powietrze na dworze lekko drŜało i falami ciepła
wlewało się oknem do pokoju. Przez podwórze niósł się
ś
piew mamki. Turkotały wozy, radośnie poszczekiwały psy,
skrzeczały papugi. Świat był prosty i uporządkowany.
Wszystko do siebie pasowało. Całą swą istotą, pewnie i
ochoczo Gam wkraczała w nowy dzień.
Tylko... co takiego wydarzyło się wczoraj? Jakieś zjawy,
nieznośne przywidzenia. Kiedy noc przeminęła, złe czary
straciły moc. Wstał dzień, pełen Ŝycia, mocno zakorzeniony
w teraźniejszości.
WciąŜ jeszcze zamyślona, Gam wsłuchiwała się w sie-
bie. Zjawił się Kinsley i śmiejąc się, pokazał jej świeŜy koci
przychówek: małe niezgrabnie pełzały po dachu i po-
piskiwały.
Gam patrzyła na Kinsleya bojaźliwie jak dziecko, z
całkowitym jednak oddaniem. Nie mogła pojąć, jak to się
stało, Ŝe zasnęła. Zaczerwieniła się. Szybko chwyciła dłoń
Kinsleya i pocałowała ją. A za jakiś czas w całym domu
było słychać jej śpiew.
Nazajutrz obok farmy przeciągnęła karawana mułów z
Sierra Cordoba. Zwierzęta niosły na grzbietach kolorowe
marmury i miedź. Przewodnik nakazał poganiaczom, by
zatrzymali się w pobliŜu na odpoczynek. Byli to Indianie z
plemion Gujana i Tupi. Na ich piersiach widniały
wytatuowane totemy. Rozbili obóz w cieniu
akacji, usiedli pod sosnami i cierpliwie przeŜuwali ku-
kurydziany chleb.
Przewodnik pokazał Kinsleyowi rzadkie znaleziska:
ciemne tygrysie oczka i kryształy górskie zdumiewających
rozmiarów. Podarował teŜ Gam dwa agaty. Kiedy Kinsley
zobaczył, jak się ucieszyła, przyniósł jej indiański łańcuch z
oprawnych w złoto krwawników i ametystów. Wieczorem
opięła nim biodra i spacerowała tak nago po dywanie;
złocistobrązowe cienie zmierzchu tworzyły wspaniałe tło
dla jej jasnego ciała.
Po dwóch tygodniach wyjechali nad morze; na redzie
kotwiczył jacht Kinsleya. Jakiś czas towarzyszyły mu mewy
i rybitwy, przed dziobem baraszkowały delfiny. Raz udało
się Gam wypatrzyć trójkątną płetwę rekina. Wieczorami
woda delikatnie fosforyzowała. Latające ryby wyskakiwały
aŜ na deski pokładu. Któregoś dnia jacht dostał się w pasat.
Wydęty Ŝagiel oddzielał przednią część pokładu od
reszty. Gam wyciągnęła się w słońcu na leŜaku. Była pora
sjesty i załoga odpoczywała; na pokładzie został tylko
znudzony sternik, który przysypiał za kołem. Kiedy zjawił
się Kinsley, odesłał go na dół i sam stanął za sterem.
Nad jachtem rozpościerało się ciemnobłękitne niebo.
Powalał Ŝar słońca - stało niemal w zenicie. Świat ska-
mieniał w niesamowitym napięciu południowego prze-
silenia. Osiągnąwszy szczytowy moment, czas się zatrzy-
mał, wymknął się zwykłym regułom. Kulminacja ta miała w
sobie coś przeraŜającego.
Gam wstała z leŜaka. Na czole perliło się jej kilka kropel
wody. Kiedy się podniosła, krew uderzyła jej do głowy i
zmąciła wzrok. Wyciągnęła ramiona, pokręciła głową i
naraz poczuła, jak bardzo w słońcu nabrzmiały jej Ŝyły.
Nieprzytomna z rozkoszy zrzuciła z siebie wszystko, by
promienie mogły ogarnąć całe jej ciało. Pragnęła tych
pieszczot; przymknęła powieki i uniosła twarz ku słońcu.
Zawieszona pomiędzy światłem i szumem morza, chło-
nęła krystaliczny strumień Ŝycia, wypełniający ją bez
reszty, docierający w najgłębsze warstwy jestestwa. Była
teraz wszystkim, morzem i światłem, dotykała wieczności.
Wszystko w niej się rozśpiewało; śpiewał teŜ jacht, wiatr,
morze i niebo. W pewnej chwili otworzyła oczy, wciąŜ
jeszcze zwrócone do słońca, i poczuła ostry, przeszywający
ból. Szum, śpiew, początek i jednocześnie koniec - grzmot
piorunów i cisza - prawdziwe misterium...
Kolana Gam drŜały, ręce wyciągały się do nieba; w nie-
pojętej ekstazie naga kobieta krzyczała, nie słysząc wła-
snego głosu. Coś w niej kipiało, wirowało z hukiem, przej-
mowało dreszczem, w którym koncentrowało się Ŝycie —
otwierały się jego bramy, ładowały akumulatory, to była
otchłań, do której Ŝycie musiało się wlać: kobiece łono...
Wołała o Ŝycie, dysząc, płacząc, unosząc się, próbowała
pochwycić powietrze; zza zaciśniętych zębów dolatywały
jęki, Gam cięŜko dyszała; teraz pośpiesznie wciągała jakieś
ubranie, nie rozumiała słów męŜczyzny, który stał obok,
krzyczała:
- Słońce-mnie-obejmuje-niebo-otacza-stary-świat-fa-luj
e-Ŝycie-nabrzmiewa...!
Nieprzytomna szarpała męŜczyznę, aŜ ten chwycił ją za
szyję i zaczął dusić. Oszalała z bólu i przeraŜenia,
gorączkowo, z niesamowitą zajadłością, rzuciła mu się do
ust i wgryzła się w nie tak mocno, Ŝe musiał ją puścić.
Natychmiast znów się na nim uwiesiła; Kinsley odepchnął
ją i patrzył jak skamieniały. Zatoczyła się i dziwnie
niepewnym krokiem, z tajemniczym uśmieszkiem na
obrzmiałych ustach, przeszła obok niego, przemierzyła
pokład z głową wysuniętą do przodu, wykonując nieświa-
domie rękami jakieś dziwne gesty, po schodkach, trzymając
się poręczy, zeszła do pomieszczeń dla załogi.
Ogarnął ją półmrok. Przez moment, zanim znikła pod
pokładem, jaśniała jeszcze w ciemnym otworze lśniąca biel
jej sukienki. WciąŜ jednak z zewnątrz dochodził do Gam
szum morza, a przez luki widać było błękit nieba.
LeŜący w hamaku sternik obudził się i przetarł oczy ze
zdumienia. Jeszcze na wpół pogrąŜony we śnie, ale juŜ
Ŝą
dny wraŜeń, zeskoczył na podłogę. Z przeciwnej strony
pędził chiński kucharz. PoŜądanie wykrzywiło jego twarz
kurczowym grymasem Meduzy. Chciał zajść sternika z
boku. Wyciągnął rękę ku jego długiej, bladej nodze, sternik
jednak chwycił go za ramię. Chińczyk syknął i próbował
teraz udusić Fryzyjczyka. Obaj upadli i zaczęli się kotłować,
cięŜko sapiąc i tłukąc pięściami.
W drzwiach ukazał się Kinsley. Jedną ręką mocno
chwycił za framugę, w drugiej trzymał rewolwer. Kiedy na
linii strzału zobaczył Gam, odrzucił broń, chwycił pejcz i
zaczął okładać kłębiących się męŜczyzn. Kucharz zawył i
rozpłaszczył się na podłodze. Kinsley postawił stopę na jego
twarzy i zabrał Gam do kajuty. Przylgnęła do niego
wzrokiem, niezrozumiale mamrotała, śmiała się, zupełnie
nieobecna duchem; jej głowa jak zwiędły kwiat opadła na
poduszki i młoda kobieta niemal natychmiast głęboko
zasnęła.
Kinsley, zamyślony, długo obok niej siedział. W końcu
pokiwał głową, wstał i poszedł zobaczyć, co się dzieje z
Chińczykiem. Kucharz leŜał w tym samym miejscu. Kinsley
sprawdził, czy nie dolega mu coś powaŜnego, po czym
pomógł mu dotrzeć do kuchni. Kiedy wrócił, ujrzał sternika,
który zaszył się w kącie. Oznajmił sternikowi, Ŝe go
zwalnia. Kazał mu zejść na ląd w najbliŜszym porcie.
Gam przebudziła się w nocy. Próbowała zebrać myśli.
Wiedziała, Ŝe coś się wydarzyło. Czuła się jak nowo naro-
dzona. W tym mrocznym zamęcie coś się nad nią przewa-
liło. Pokonała jakiś próg, przed nią rozciągała się otwarta
przestrzeń. Poddała się potęŜnej sile, która tkwiła w niej
samej; ta siła nie pozostawiła jej Ŝadnego wyboru i jak
Ŝ
ywioł pchnęła ją w stronę męŜczyzny. Wybuch kobiecości
oznaczał jednak więcej: był najgłębszym z doznań ero-
tycznych, jakie moŜe przeŜyć człowiek. To doznanie stało
się jej udziałem właśnie dlatego, Ŝe była kobietą.
d
rlAiu
AQ
Odbicia mistycznej karmy padały tu i tam. I nagle,
zupełnie niespodziewanie, Gam ujrzała w nich siebie.
Przez ostatni rok prawie nie zaznała spokoju. Jak lunatyk
szła swoją drogą i pokornie godziła się z losem. Teraz
największy wysiłek miała juŜ za sobą, zdołała przeniknąć
naturę swej kobiecości. Wiedziała teŜ, Ŝe chciałaby zawsze
tak siebie odbierać.
Jej inicjacja się dokonała. Droga zatoczyła koło. Biegła
od rozproszenia ku koncentracji - pozwoliła Gam poznać
siebie; teraz droga na pewno nie prowadzi ku rozproszeniu,
pojawią się na niej sprawy niepojęte, kuszące przygody-
słowem, Ŝycie określane obecnością męŜczyzny.
Ś
witało. Na pokładzie słychać było jakieś głosy. Kinsley
wyszedł z kajuty. Zobaczył swą załogę w komplecie.
Sternik podniósł rewolwer i oświadczył, Ŝe jeśli Kinsley się
ruszy, kula go nie minie. Ma natychmiast przyjąć go z
powrotem. A co do załogi: zabezpieczeniem dla marynarzy
będzie zapłata za trzy miesiące z góry. Opór jest bezcelowy,
są przecieŜ na morzu.
Kinsley zmierzył sternika przenikliwym spojrzeniem.
Marynarz stracił pewność siebie i opuścił broń.
-
Strzelaj! - krzyknął Kinsley i podszedł do niego.
Odebrał mu rewolwer.
Ludzie zaczęli się rozchodzić. Kinsley jeszcze przez
chwilę stał zamyślony. Przypomniał sobie przyczynę przy-
krego zajścia.
-
MoŜesz zostać - powiedział głosem, w którym po
brzmiewał smutek.
W kajucie Gam słyszała wszystko. Kiedy jednak ujrzała
obok siebie Kinsleya, który dopiero co okazał wy-
rozumiałość, a teraz milczał, przyszło jej do głowy, Ŝe moŜe
to juŜ koniec, zaczęła wątpić, czy Kinsley ją jeszcze
rozumie. Między nimi pojawiło się coś nowego, Gam jednak
nie wiedziała, skąd się wzięło. I nie chodziło by-
err\
najmniej o jakieś chwilowe nieporozumienia czy Ŝale,
chodziło o Kinsleya.
Kiedy po południu przechadzała się po pokładzie, sternik
wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu. Nie znała powodu,
pamiętała jednak o porannej awanturze; gwizdnęła na
wyŜła, który naleŜał do Kinsleya. WyŜeł przyniósł w pysku
pejcz. Gdy wracała, dostrzegła poufały uśmieszek
marynarza. Z całej siły zdzieliła go pejczem między oczy...
IV
Jacht zakotwiczył w Kolombo. Otoczyły go wyładowane
towarami łodzie tubylców. Gam rzucała monety do wody.
Ciemnoskórzy męŜczyźni nurkowali za nimi jak foki,
wyławiali je i kłócili się o zdobycz. Kiedy wychodzili z
wody, w ich brunatnej, mokrej skórze odbijało się słońce.
Brzeg wabił mieszaniną róŜnorodnych zapachów, kusił
widokiem palm. Gam stała z Kinsleyem przy re-lingu,
wskazywała nurkujących.
-
Na Wschodzie biel jest kolorem Ŝałoby; nam się
wydaje, Ŝe równieŜ bogowie muszą być biali, tymczasem
tutaj są ciemni, brązowi...
-
Brązowi i okrutni — dodał Kinsley. - Bez cienia
współczucia. To dobrze. W kaŜdym razie to małostkowi, słabi
egoiści. CóŜ, konsekwencje upadku...
)
-
Z którymi się walczy...
-
To bezcelowe. Jeśli ktoś wznosi się ponad innych,
powinien się takŜe godzić z upadkiem: te dwie sprawy łączą
się ze sobą. Tymczasem nikt, komu się wiedzie, nie wierzy,
Ŝ
e moŜe upaść.
-
RównieŜ wtedy, gdy ponosi klęskę...
-
PoniewaŜ nie rozumie ducha czasu. Zanim dom się
zawali, pękają tynki. Nim się dopełni czyjś los, zawsze
widać jakieś symptomy. Walka z nimi byłaby głupotą,
gorzej - trąciłaby sentymentalizmem. To wręcz śmieszne.
Nadchodzący koniec moŜna co najwyŜej zauwaŜyć, nie
sposób go jednak powstrzymać.
Gam roześmiała się niepewnie.
-
Kto mówi o końcu...?
Kinsley nie odpowiedział.
Mijały dni. Spędzali je na rozmyślaniach, które wy-
magały spokoju i odosobnienia. Uniesiony wzrok, ulotne
wraŜenie padającego cienia, szklanej ściany. A potem
burząca się piana uczuć, ich wezbrany strumień, fanta-
styczny bezład. Chwila spokoju, po czym znów konieczność
roztrząsania spraw i gorączkowe wyczekiwanie,
bezzasadne, lecz uporczywością górujące nad innymi do-
znaniami.
Na schodach i tarasach świątyni w Kandy płonęły
pochodnie. Przed nimi stały namioty syngaleskich prze-
kupniów; wokół straganów tłoczyli się ludzie, którzy
kupowali świece i białe kwiaty lotosu. Do Europejczyków
podszedł kapłan w szafranowoŜółtych szatach i pozdrowił
ich dźwięcznym salam. Gdy Kinsley zwrócił się do niego w
hindustani, odpowiedział mu dobrą angielszczyzną.
Główny kapłan pokazał im najświętszą z relikwii -ząb
Buddy - mówił takŜe o cennej świątynnej bibliotece, na
którą składały się tysiące metalowych tablic. Kiedy Kinsley
napomknął coś o buddyjskim pesymizmie, kapłan porównał
go z filozofią Schopenhauera i Platona. Widząc zdziwienie
w oczach Gam, uśmiechnął się i wskazał na półkę z
europejskimi ksiąŜkami: widać było, Ŝe często do nich
zaglądano.
-
Pokonać moŜna tylko to, co znamy, mimo Ŝe cza
sem wydaje się niebezpieczne. Coś takiego moŜe nam
ciąŜyć, nawet bardzo, nigdy nas jednak nie zniszczy.
Wnikamy bowiem w to coś naszym tchnieniem i powoli
przyswajamy. Tylko tak da się zatrzymać przemianę,
w przeciwnym razie przemknie obok nas. Jeśli zapanu
jemy nad czyjąś wolą, bez walki zapanujemy równieŜ nad
jego ramieniem. Jeśli jednak obezwładnimy samo ramię,
ono nas niebawem uderzy. ZagraŜa nam tylko coś, czego
nie znamy; jest bowiem dla nas czymś obcym, bez czy-
telnych powiązań.
-
Dlatego tak kochamy wszystko, co obce.
-
Kochamy o tyle, o ile zdołamy poznać, gdyŜ wtedy
nam juŜ nie zagraŜa. NaleŜy do nas i nie moŜe nas pokonać.
Poznanie łączy się tutaj z wolnością.
-
„Poznanie" - cóŜ za słowo! Jak to osiągnąć?
-
Na pewno nie poprzez spekulacje myślowe; są one
jedynie prostackim dreptaniem po powierzchni spraw.
Prawdziwe poznanie wymaga, by zejść głębiej - to sprawa
krwi. Najbardziej wyrazistym doświadczeniem jest miłość.
Pragnie dla siebie człowieka. Potrafi nim zawładnąć,
przenika w niego, wlewa się jak w naczynie i wypełnia po
brzegi. Wypiera wszystko, co kiedyś do niego naleŜało.
-
Bierze w posiadanie i zarazem niszczy.
-
W tych sprawach u ludzi Zachodu panuje osobliwy
zamęt. - Lama uśmiechnął się. - W ich białych czaszkach
gnieździ się niepokój, wygłodniałe zwierzę, które nazywają
myśleniem. Myślą bez ustanku, ciągle pytają. Stawiają zbyt
wiele pytań, nie potrafią milczeć ani czekać. Poprzez
czekanie przygotowujemy się do najgłębszych przeŜyć, do
spełnienia. Przypomina ono świerszcze, które kaŜdy słyszy,
ale mało kto widzi. Spełnienie domaga się ciszy. Dopiero
kiedy staniemy się jak ziemia i góry, jak krzewy i owoce,
moŜemy wyjść mu na spotkanie.
Łąka jest silniejsza od dębu - ciągnął. - Nie pęka pod
naporem burzy, poniewaŜ się jej poddaje. Kto ustanowi
jakieś prawo, musi wiedzieć, Ŝe ma ono sens tylko przez
pewien czas. W przeciwnym wypadku uzaleŜni się od niego
i skostnieje. Drzewa dojrzewają i przemijają, nawet skała
wietrzeje. Nic nie jest trwałe, trwała jest jedynie zmiana.
-
Zmiana... - Gam oparła się o niski mur.
Ciemność zacierała rysy twarzy kapłana. Stał przed Gam
pełen powagi, za jego plecami gęstniał mrok. Wiatr
wydymał poły mniszego okrycia. Mówił z uśmiechem:
-
Co jakiś czas gości u mnie pewien człowiek z Za
chodu. Spędził on kilka łat w świętym mieście Urdze,
rozmawiał z Ŝywym buddą, tamtejszym panującym. Kie
dyś ten przybysz zdradził mi tajemnice praw rządzących
miłością. Magnes poszukuje Ŝelaza i je przyciąga, podob
nie zresztą jak Ŝelazo przyciąga magnes. Wkrótce jed
nak magnes przenika w Ŝelazo, uŜycza mu swej mocy,
tak Ŝe Ŝelazo przynaleŜy juŜ tylko do niego i samo powo
li staje się magnesem. Wtedy magnes zaczyna je odpy
chać i musi poszukać innego kawałka Ŝelaza.
Gam opuściła wzrok. Myślała o Clerfaycie, którego
przeznaczeniem stało się zniewolenie. Nie mógł i nie umiał
odzyskać swobody. Czuła to i dlatego odeszła. Czy lama nie
powiedział, Ŝe wszystko ma swój czas, w którym dojrzewa,
a potem przemija? MoŜe jednak siłą woli dałoby się
przezwycięŜyć przemijanie, zatriumfować nad nim?
Popatrzyła na Kinsleya, którego postać przesłaniał cień. Jak
właściwie jest z nimi?
-
Kilka dni temu ów Europejczyk znów się u mnie
zjawił. Przyszedł ze swym tamilskim słuŜącym; chłopiec
na skroni miał ranę, która nie chciała się goić. Prosił
mnie o lecznicze zioła i balsam indyjski. Jeszcze raz roz
mawialiśmy o tych sprawach. Mój gość uwaŜał, Ŝe w Eu
ropie wiedza o nich się zatarła, poniewaŜ potępia je tam
tejsza moralność; tylko nieliczne kobiety Zachodu rozu
mieją, czym jest smutek i niedostatek miłości. A właśnie
w losach tych kobiet objawia się przeznaczenie, mają one
większą od pozostałych świadomość istoty swej płci; za
pisy historyczne nie pozostawiają Ŝadnych wątpliwości.
W tych ksiąŜkach - tu lama wskazał półkę - moŜna o nich
sporo przeczytać: Aspazja, Fryne, Lais... Opowiadał, Ŝe
te kobiety były o wiele bardziej niŜ inne zaleŜne od ta
jemnych sił natury i poddane jednemu wspólnemu pra-
wu. Nie potrafiły znaleźć spokoju u boku partnera; musiały
się w końcu od niego uwolnić. Po czym z uśmiechem dodał,
Ŝ
e tak właśnie wygląda gra przeciwieństw. Te kobiety były
jak kule: toczyły się własną drogą dopóty, dopóki nie trafiły
na przeszkodę - wtedy na pewien czas się zatrzymywały.
Oznaczało to dla nich nadejście szczęśliwych dni.
Gam milczała. Te słowa zapadły w nią głęboko. Kiedy
jednak próbowała zebrać myśli, zauwaŜyła, Ŝe to, co usły-
szała, jakoś dziwnie jej umyka. W końcu dała spokój, bo
wiedziała, Ŝe to wszystko w niej tkwi i słowa nie są po-
trzebne.
Kapłan towarzyszył im do wrót świątyni. Świat pogrąŜał
się w mroku. Szumiały ogrody. Gwiazdy błyszczały nad
ziemią jak złote kule. Lama podszedł do Gam i rzekł:
- Jeśli ktoś Ŝyje samą mądrością, bez kobiet, potrafi
zajrzeć w przyszłość. Wiem, Ŝe jeszcze kiedyś pani dłonie
będą dotykały tablic zgromadzonych w tej świątyni. Wtedy
powiem pani więcej.
Podczas jazdy powrotnej Gam nie mogła się otrząsnąć z
zamyślenia. Z Kinsleyem rozstała się niemal bez słowa.
Kiedy rozczesywała włosy, wróciły do niej wspomnienia
z pampy. Przerwała czesanie i poszła do Kinsleya. Siedział
zupełnie nieruchomo, patrząc przez iluminator; był tak
pogrąŜony w myślach, Ŝe nie usłyszał, jak weszła. Pochylił
głowę; w jego spojrzeniu mieszały się powaga i zagubienie,
widać było, Ŝe nie jest mu lekko. Gam stała i przyglądała
mu się długo z nieco zagadkowym wyrazem twarzy. Serce
biło jej mocno, czuła, Ŝe zbliŜa się coś nieokreślonego,
jakby poŜegnanie; nie chciała tego, cień rozstania był jednak
coraz wyraźniejszy. Teraz, w chwili szczególnego
wzburzenia, kiedy dała się ponieść emocjom, odczuwając na
przemian ból, potrzebę miłości i dobroci, kochała Kinsleya
jak nigdy dotychczas i nie wyobraŜała sobie, by mogła go
opuścić; a przecieŜ nie
było to nic innego, jak właśnie pierwsze oznaki nadcho-
dzącego końca. Ze łzami w oczach podeszła do siedzącego
w samotności, milczącego męŜczyzny i mówiła do niego
długo, z głębi serca.
Zza burty dobiegało chlupotanie wody. Gam obudziła się
i w ciemnościach włączyła lampę. Dźwięki przybierały na
sile. Wyskoczyła z łóŜka i nasłuchiwała. Szum fal zagłuszał
jakieś odgłosy. Po chwili Gam usłyszała nad sobą
pospieszne kroki - ktoś przeszedł po pokładzie i otworzył
drzwi. Teraz wyraźnie było słychać czyjś głos: giętki,
metaliczny, o silnym brzmieniu. Gam znieruchomiała,
opuściła głowę. Głos wydawał się znajomy. Nagle krew,
zagłuszając chlupot fal, z szumem uderzyła jej do głowy.
Czuła, Ŝe traci siły, oparła się o ścianę, słyszała, jak Kinsley
odpowiada, potem jeszcze kroki, odległy szczęk zamka,
jakieś postukiwanie. W końcu wszystko ucichło.
Zeszła po schodach. U Kinsleya paliło się światło.
Słychać było rozmowę. Pośpiesznie wycofała się do swojej
kajuty i pragnąc uciec jak najdalej, zapadła w otchłań snu.
Przez uchylone okienko przenikało słone, chłodne
powietrze, w którym mieszały się zapachy kwiatów i cy-
namonu. Na rufie siedział młody marynarz, który śpiewał
jakąś sentymentalną piosenkę. Kinsley wyjaśnił Gam, Ŝe
nocą do nabrzeŜa dobiła łódź, którą przypłynął jego
przyjaciel - Gam miała juŜ okazję go poznać, to Lavalette.
Zatrzymał się na krótko w drodze do Hongkongu i
wieczorem w klubie usłyszał, Ŝe w porcie stoi jacht
Kinsleya. Jego słuŜący miał bolesną ranę. Lava-lette nie
chciał go z sobą brać dalej, dlatego teŜ zjawił się z prośbą,
by Kinsley zechciał na kilka dni wziąć chłopca do siebie i
dopilnować jego kuracji. Jeszcze tej nocy Lavalette
odpłynął.
Chłopiec był smukłym Tamilem o oliwkowobrązowej,
dziwnie jasnej twarzy i chudych rękach. Na czole miał
płytką, lecz szeroką ranę, która biegła aŜ po skroń. Słabym
głosem odpowiedział na pytania Gam, po czym wskazał
pudełeczko z balsamem indyjskim, który naleŜało wcierać
w plecy. Jego pan dostał balsam od kapłana z Kandy. Pan
powiedział, Ŝe dzięki temu balsamowi ozdrowieje.
- Wierzysz, Ŝe pomoŜe? - zapytała Gam.
W Kolombo na placu do gry w krykieta do Gam pod-
szedł jakiś kreol i się przedstawił. Jego lśniące paznokcie
były ciemne, na ręce połyskiwał wielki opal. Gam była
przekonana, Ŝe juŜ go kiedyś widziała.
W południe świątynny babu przyniósł do klubu wia-
domość, Ŝe przyjechał cyrk. Wszyscy postanowili wybrać
się tam wieczorem.
Nieprzebite tłumy Hindusów oblegały namiot, kto mógł,
próbował się przeczołgać pod płócienną ścianą. Tych
jednak obsługa bezlitośnie wyciągała na zewnątrz i
odganiała jak najdalej kijami o zakrzywionych hakowato
końcach.
Jak na kraj azjatycki przystało, program był nadzwyczaj
długi. Tubylcy Ŝywo w nim uczestniczyli i podczas przerw
z przejęciem dyskutowali o oglądanych numerach. Kiedy
wyleniały lew niespodziewanie zaczął ryczeć i ruszył w
stronę bariery, pierwsze rzędy ogarnął popłoch; tylko jakiś
starszy męŜczyzna zachował spokój i nie ruszył się z
miejsca. Lew wsparł się na sztywno wyprostowanych
łapach i łypał ślepiami w stronę krzyczącego tłumu. W
końcu udało się go wyprowadzić; odszedł z gniewnym
pomrukiwaniem.
Kiedy widownia powoli się uspokoiła, na tyłach pod-
niósł się krzyk. Podczas chwilowej paniki doszło do zwar-
cia w instalacji elektrycznej. Najpierw zajął się płócienny
fragment namiotu; po chwili płachta opadła na stertę słomy.
Ta zapaliła się jak pochodnia i ogień przeniósł
się na składowisko lin nasyconych olejem. Obsługa na
koniach próbowała zdławić płomienie, rzucając na nie maty,
co tylko pogorszyło sytuację. Płonące szmaty fruwały w
przeciągu na wszystkie strony. Nagle ogień objął ścianę
namiotu, zaczęły teŜ dymić drewniane ławki.
Hindusi z wrzaskiem rzucili się do wyjścia. Napierający
tłum zatarasował wąskie drzwi. Ogień się rozprzestrzeniał,
w powietrzu kłębił się gęsty, duszący dym. Przepalił się
główny kabel, zgasły wszystkie światła. Wybuchła panika.
Przeraźliwie krzycząc, tłum przeistoczył się w zbitą masę
skłębionych ciał. Wyciągnięte ręce targały cudze włosy,
paznokcie wpijały się w szyje. Z miejsc połoŜonych wyŜej
tubylcy skakali w ludzką kipiel, próbując po głowach
przedostać się do wyjścia; rozszalały nurt niósł ich przez
chwilę, po czym, stratowani, ginęli pod powierzchnią.
Z klatek dobiegał ryk i chrapliwe posapywanie lwów, co
potęgowało chaos, tym bardziej Ŝe wokół panowały
ciemności rozświetlane jedynie blaskiem płomieni. LoŜe
Europejczyków znajdowały się dość daleko od wyjścia.
Jakiś Anglik krzyczał, Ŝeby zachować spokój i nie opusz-
czać miejsc: ogień nie jest niebezpieczny, mówił, obawiać
się trzeba wyłącznie tłumu.
Od zaduchu i zapachu spalenizny Gam zrobiło się słabo,
nie mogła się utrzymać na nogach. Nagle płomień uderzył
w górę i rozprzestrzenił się wzdłuŜ jednej z płóciennych
płacht; zawalił się szkielet namiotu. Gam poczuła, Ŝe ktoś ją
wziął na ręce i niesie wśród zupełnego zamętu. To był
kreol. Udało mu się przenieść Gam pod przeciwległą ścianę.
NoŜem rozciął płótno, przeszedł przez zwalone maszty,
odsunął nadpalone belki i, z Gam na rękach, przecisnął się
na zewnątrz. Przebiegł na ukos przez plac i znalazł się na
ulicy, na której stał jego wóz. Kiedy Gam, niemal
zaczadzona, znalazła się znów na świeŜym powietrzu,
zemdlała. Wybawca ułoŜył ją na siedzeniu auta.
Po kilku minutach się ocknęła. Zorientowała się, Ŝe
zamiast jechać do portu, kreol wywozi ją z miasta. Chciała
wstać, pytać, zaraz jednak opadła na siedzenie. Czuła się
jak przed chwilą, podczas poŜaru, w ramionach tego
męŜczyzny- zawładnęła nią jakaś siła i niosła nie wiadomo
dokąd. Gam poddała się jej działaniu.
Kreol odwrócił się do niej. Kiedy zobaczył, Ŝe oprzy-
tomniała, jego oczy zwęziły się w szparki. Była wyczer-
pana: głowa z powrotem opadła jej na siedzenie. Mimo to
Gam cały czas bacznie obserwowała kreola. Nie odzywał
się, z charakterystycznego pochylenia całej postaci moŜna
było jednak wywnioskować, Ŝe prowadząc wóz, stara się jej
nie spuszczać z oka.
W światłach samochodu z ciemności wyłonił się park.
Nadbiegła słuŜba. Kreol wrzasnął na swych ludzi, kaŜąc im
się błyskawicznie wynosić, po czym sam wprowadził Gam
do domu. Z rozmachem otworzył drzwi do jakiegoś pokoju.
Gam zauwaŜyła, Ŝe z pokoju nie ma innego wyjścia.
Widząc jej zmieszanie, kreol się uśmiechnął. Gam stała
wciąŜ wyprostowana obok stołu: była zbyt zmęczona, by
zdobyć się na cokolwiek. Mieszaniec pokręcił głową i rzekł:
-
ś
yczę dobrego snu; rano proszę się czuć jak u siebie.
SłuŜba jest na pani rozkazy. Ja, niestety, jutro muszę być w
Kolombo.
-
W Kolombo?! - wybuchnęła Gam.
Stał nieporuszony i patrzył, jakie wraŜenie wywarły jego
słowa. Gam jednak zaraz wzięła się w garść, wzrok utkwiła
w podłodze. Gdy kreol wyszedł, natychmiast pobiegła do
drzwi i pośpiesznie je zaryglowała.
Ktoś kilka razy zapukał do drzwi. Gam nie odpowiadała.
Kiedy w końcu otworzyła, ujrzała w progu wystraszoną
garbuskę. SłuŜąca zapytała, czy czegoś nie przynieść. Gam
przyjrzała się jej. Ciało słuŜącej było bardzo zniekształcone,
kobieta miała jednak piękne dłonie i oczy.
Razem z garbuską wyszła do parku. Przed domem
wznosiły się dwie oranŜerie, w których dojrzewały or-
chidee; pod szkłem umieszczono równieŜ akwaria. Pła-
skobokie rybki o płetwach zdobnych w pawi deseń i sko-
ś
nych oczach kreśliły szybkie zygzaki. W gęstwie roślin
buszowały księŜycowate molinezje, w szlamie zagrzebał się
sum - wystawały jedynie czujne i ruchliwe końcówki jego
wąsów. Za winnoczerwonymi cichlidae goniły ryby w
kształcie kuli, które wyrywały kolorowe ślimaki Ŝerujące na
ich grzbietach. Wśród walisnerii znieruchomiały
przezroczyste, niemal niewidoczne lancetniki. Tylko nić
jelita, zakończona pęcherzykiem Ŝołądka, pulsowała
ciemniejszym kolorem. Turkusowobłękitne rybki syjamskie
zastygły w bezruchu w gęstwinie strzałkowców, wiel-
kopłetwy z zapałem budowały swe pieniste gniazda. Kiedy
Gam wracała z garbuską ze spaceru, przechodziły obok
dziwnych roślin o dzwonkowatych, wręcz nieprzyzwoitych
kształtach. Inne znów miały kwiaty przypominające
nieświeŜe mięso; z jakąś bezwstydną przewrotnością
otwierały nagle mroczną czeluść oka, w której pośród
lepkich owłosionych ścianek w mękach dogorywały
uwięzione owady. Obok stały dostojne, białe kwiaty; ich
szypułki układały się we wzór krzyŜa i z tego powodu
nazywano je boŜymi mękami.
Przez dom często przebiegali chłopcy podobni do bla-
dych aniołków. Mieli uszminkowane wargi. Poruszali się
bezgłośnie. W ich Ŝyłach płynęła indiańska krew, byli
mieszańcami i zarazem bękartami o chorobliwym uroku
dzieci naznaczonych piętnem śmierci. W jednym z pokoi
jakaś potęŜnie zbudowana kobieta rozczesywała włosy,
które niczym rozlewająca się rzeka spływały jej na ramiona.
Odwróciła głowę i z ukosa spojrzała na Gam,
przygwoździła ją wzrokiem, po czym oblizała wargi. W
mimice tej pospolitej, mongolskiej twarzy było coś nie-
bywale wulgarnego i lepkiego. Ręce kobiety- słabe
i miękkie, pokryte nabrzmiałymi Ŝyłami - musiały do-
skonale wiedzieć, czym jest cięŜar Ŝycia.
Gam miała juŜ dość i chciała odejść. Poczuła jednak, Ŝe
ktoś ją trzyma za ramię; obok zobaczyła wykrzywioną w
niepojętym strachu twarz garbuski.
- Musisz zostać - szeptała kaleka poszarzałymi wargami.
Gam nie wiedziała dlaczego, spełniła jednak prośbę
słuŜącej: nie zastanawiając się, zawróciła. Po południu
bawiła się z dwoma długowłosymi kotami angorskimi i
słuchała bajek opowiadanych przez garbuskę; wszystkie
były o miłości i kończyły się szczęśliwie. Potem przy-
człapała rozłoŜysta kobieta, na moment zatrzymała się przed
Gam, przyjrzała się jej i poszła dalej.
W oknie siedziała oswojona małpa, na palcach miała
liczne pierścienie. Kiedy garbuska szeptała Gam do ucha,
małpa powoli się odwróciła. Garbuska natychmiast umilkła,
a jej twarz zrobiła się popielata. Gdy zwierzę wyszło na
szczudłach z pokoju, słuŜąca powiedziała, Ŝe małpa jest
dokuczliwa i nikt jej tu nie lubi; gruba kobieta, która znowu
się pojawiła, była przekonana, Ŝe stworzenie o wszystkim
donosi. Kiedy małpiszon znów próbował wejść do pokoju,
Gam obrzuciła go ksiąŜkami i poduszkami.
Kreol nie pokazał się przez cały dzień. Gam uśmiechała
się, myśląc o tym naiwnym zabiegu. Poznała dom na wylot i
miała okazję podziwiać gust właściciela. Wszystkie pokoje
były obwieszone dywanami. Marokańskie i perskie
sąsiadowały z porozkładanymi na podłodze arabskimi i
tureckimi o niezwykłej ornamentyce; wszystkie zachwycały
jakością wykonania.
Nocną ciszę jak nóŜ przeciął rozdzierający krzyk. DrŜąc
z przeraŜenia, Gam zerwała się z łóŜka, serce biło jej jak
oszalałe. Usiadła i powoli się uspokoiła: doszła do wniosku,
Ŝ
e to był zły sen. Ale zaraz przeraźliwy krzyk
się powtórzył; teraz był wyraźniejszy, bardziej przenikliwy,
ostrzejszy, jakby komuś groziło śmiertelne niebez-
pieczeństwo. Gam pobiegła do drzwi i chociaŜ bała się
otworzyć, z krzykiem, jak szalona tłukła w nie pięściami. Po
chwili usłyszała stłumiony głos garbuski. Odry-glowała
zamek, z całych sił wczepiła się w ramiona kaleki i zaczęła
ją chaotycznie wypytywać. W końcu coś do niej dotarło:
- To Mary, znów ma atak...
Garbuska skuliła się, z fałdów spódnicy wydobyła
grzechoczący róŜaniec i zaczęła przesuwać paciorki, szep-
cząc przy tym z naboŜnym lękiem. Naraz trzasnęły drzwi;
pojawił się kreol ubrany w niebieską koszulę nocną, bły-
skawicznym, gniewnym spojrzeniem obrzucił obie kobiety i
popędził po schodach na górę. Kiedy otworzył drzwi na
piętrze, niesamowity krzyk się nasilił, zaraz jednak nieco
przycichł, po czym rozległy się odgłosy gęstych razów,
którym towarzyszyły jęki - z czasem coraz słabsze,
zamierające; po nich dobiegło z góry przeciągłe westchnie-
nie, przepojone jakimś pragnieniem, głębokie, budzące
zgrozę. Wobec rozpaczy rozsadzającej ściany nic juŜ się nie
liczyło. To była jakaś czarna wizja, nagle otulona ciszą
tropikalnej nocy...
Garbuska całkiem zaniemówiła. Na podeście przystanęła
tłusta kobieta; śmiała się chrypliwie, pozwalając sobie w
dodatku na sprośne gesty. Potem uciekła, przemykając się
chyłkiem pod ścianami jak zaszczute zwierzę. Cicho
przeszedł po schodach jeden z chłopców; niósł latarnię,
której blade światło padało na jego pochyloną głowę.
Następnego dnia kreol zaszedł do Gam. Zachowywał się
tak, jakby była jego własnością, uwaŜał to za oczywiste.
Potraktowała go jak powietrze, cały czas patrzyła w okno;
w szlifie szyb jak przyszpilony owad drŜała słońce. Choć
odszedł z niczym, nie poczuł się dotknięty. Kie-
dy wrócił, Gam była juŜ inna. Wszczęła z nim grę, kiedy jej
się nie wiodło, kładła mu dłoń na ramieniu, i tak, nie-
postrzeŜenie, zaczęła coraz Ŝywiej reagować na jego słowa.
Wyczuł to natychmiast i z całą energią, zupełnie juŜ
zaślepiony, zaatakował, próbując ją uwieść. Odepchnęła go,
chociaŜ nie poniŜyła; nieco zaskoczona patrzyła w
zamyśleniu przed siebie. Mieszaniec uznał, Ŝe się
zagalopował i zaczął od nowa, tym razem zdecydowanie
rozwaŜniej: kluczył, mówił coś, chwytając Gam za rękę,
krąŜył, mierząc kaŜdy krok, wznosił wokół niej ogrodzenie,
sączył krople uczucia, dodawał do nich następne, nabierał
pewności siebie, czując, Ŝe Gam mu się poddaje, podejmuje
grę, sądził, Ŝe juŜ ją usidlił, ruszał z kopyta, nagle
dostrzegał, Ŝe zdobycz mu umyka, nie mógł się juŜ jednak
zatrzymać, wrzeszczał, po kolejnym wybuchu, widząc
obojętność w oczach Gam, syczał jak opadająca piana,
kapitulował, rozpaczliwie krył się za wymuszonym
uśmiechem...
-
Jest pani wspaniała, madame! - krzyknął i runął
do drzwi.
Znów był u Gam.
-
Ma pan piękne dywany - rzekła Gam, podziwiając
kolekcję.
-
Są moją pasją.
-
Ach, więc to pasja...
Ugryzł się w język.
-
Jedyna... - Zawiesił głos, ale nie doczekał się odpo
wiedzi. — Ten zielony dywan modlitewny przedkładam
nad wszystkie. By go utkać, rzemieślnik z Basry poświęcił
całe Ŝycie. Pracował nad nim nawet wówczas, gdy Ŝona
zdradzała go z pewnym Europejczykiem. Kiedy dywan
był gotów, kochanek Ŝony zmarł na nieznaną chorobę.
ś
onę tkacza znaleziono w studni. TakŜe dziś w dywanie
tkwi szczególna moc... Ale moŜe porozmawiamy o czymś
innym?
Przysunął fotel i znów zaczął perorować. Wszelki ogląd
spraw bywa interesujący tylko wtedy, gdy rozpatrujemy je z
wielu stron, mówił. Po jednej stronie jest on oraz to, jak on
ją widzi. To drugie spojrzenie jest nowe, dotychczas
nieznane; wiadomo jednak, Ŝe chodzi tutaj takŜe o nią.
-
Liczy pan na mój protest? - wtrąciła Gam, jakby
mimochodem. - Jest pan szermierzem starej szkoły.
Streszczajmy się. Dokończę zatem: chce pan równieŜ
wiedzieć, czyja pana chcę...
Ś
ledził kaŜde drgnienie jej twarzy, w napięciu czekał na
dalsze słowa. Uznał, Ŝe trzeba pomóc Gam, usunąć wszelkie
przeszkody. Wstał, skinął głową, jakby właśnie skończył
negocjacje handlowe i dokonał transakcji. Od niechcenia,
tonem wręcz poŜegnalnym, powiedział:
-
No proszę, zaczynajmy...
Zmierzając do drzwi, wciąŜ czekał na odpowiedź; mil-
czenie, które zostawiał za sobą, było dlań czymś strasz-
liwym. Chwycił klamkę, lecz musiał się odwrócić. Rzucił
Gam tylko jedno, przeciągłe spojrzenie. Czekała na to i
kiedy szczęknął zamek, zawołała doń, starając się, by słowa
zabrzmiały jak najzwyczajniej:
-
A więc jutro mnie pan odwiezie.
Natychmiast zawrócił i zorientował się, Ŝe Gam z nie
go drwi.
-
Pani lubi zaczynać nietypowo; myślę, Ŝe po trosze
to rozumiem...
Jednak następnego ranka nigdzie się nie ruszył. Za to
posłał Gam niebieskie orchidee. W południe próbował
wyperswadować jej pomysł wyjazdu.
-
O co chodzi? - dziwiła się Gam.
Kluczył, unikając odpowiedzi. Gam naciskała:
-
Mój drogi, ciągle pan się zmienia. Dwa dni temu
był pan despotą i traktował mnie jak pasza, teraz za
chowuje się pan niemal jak przekupień. Kończmy tę za
bawę; wieczorem jedziemy do Kolombo...
S — GAM
65
Twarz kreola wykrzywił jakiś nieokreślony grymas. Nie
odezwał się.
-
Nie chce pan wyjaśnić powodów swego postępowa
nia - ciągnęła Gam. - Zrobił się pan wręcz mistyczny i po
padł pan w banał.
Zastanowił się.
-
To prawda - odezwał się po chwili - uwielbiam blef,
poza nim o nic tu nie chodzi. Zakładam, Ŝe mój partner
zrozumie grę i Ŝe się na niej nie zawiedzie, tym bardziej Ŝe
jest kobietą; taka zasłona, nic ponad to... Chodzi zatem
wyłącznie o stworzenie rusztowania, konstrukcji, która
pozwoli posłuŜyć się dowolnym kostiumem. Moja słabość i
bez tego jest czytelna. Jeśli partnerzy się znają, wszystko
moŜe przebiegać w sposób zawoalowany; znajomość
przybiera wtedy kunsztowne, lśniące formy. Rokoko i
słowa... Tylko tyle. A rzeczywisty fundament, czyli
prawdziwe motywy, pozostaje gdzieś w tle. Walka na
argumenty, uzasadnienia - wszystko to niepotrzebne.
PrzecieŜ pani wie, czego chcę...
-
Jest pan niezwykle ostroŜny. Co świadczy, Ŝe musi się
pan obawiać zdemaskowania. A jeśli się tego obawiamy, to
znaczy, Ŝe mamy coś do ukrycia. To krępujące i ja czegoś
takiego nie lubię. Byłoby milej rozmawiać bez ograniczeń.
-
Jeśli pani sobie tego Ŝyczy, damy spokój dalszym
podchodom. Uchylam przyłbicy. Tak, przywiozłem panią
tutaj, gdzie wszystko, od mieszkańców po ułoŜenie kwiatów
w wazonie, dzieje się i wygląda tak, jak ja chcę, nosi piętno
mojej woli. Bezustannie staram się dobrać do pani, stale
szukam jakiegoś pośrednictwa, czegoś, co byłoby
rzecznikiem moich interesów. Moja jaźń działa tylko w tym
jednym kierunku i pani powinna to odczuwać na kaŜdym
kroku.
Gam się roześmiała.
-
To są zręczne wykręty. Za nic nie chce pan niczego
powiedzieć wprost. Ta partia naraz zrobiła się trudna
aa
i próbuje pan ją rozegrać tak, by skończyła się chociaŜ
remisem.
Kreol się nie odezwał. Ktoś zapukał do drzwi. Garbuska
przyniosła listy. Wyrwał je słuŜącej z ręki. Gam chciała coś
powiedzieć, zaraz jednak ugryzła się w język. Pomyślała, Ŝe
okazał niebywały spryt, odsłaniając ciemną stronę swej
natury tak, by niczego nie powiedzieć do końca. Odsunęła
się nieco i obserwowała go, kiedy czytał listy. Do pokoju
wśliznęła się małpa. Gam natychmiast znów obrzuciła ją
ksiąŜkami. Małpa wyszczerzyła zęby, skoczyła swemu panu
na ramię i, skryta za jego głową, groźnie pomrukiwała.
Kreol potrząsnął ramionami; z chrapliwym krzykiem małpa
spadła na podłogę i pobiegła ku drzwiom. Mieszaniec ruszył
za nią; wychodząc, rzucił listami w twarz garbuski, odwrócił
się gwałtownie do Gam i z kamiennym spokojem, chłodno,
powiedział:
- Proszę się przygotować, o dziewiątej panią odwiozę.
Garbuska przyniosła rzeczy Gam i powoli, jakby była
bardzo zmęczona, układała je na stoliku. W jej oczach
malował się smutek. Gam kroczyła obok i ze wzruszeniem
przyglądała się dłoniom kaleki. śyły własnym Ŝyciem,
miękko się poruszały i wydawało się, Ŝe naleŜą do innego
ciała: były cięŜkie, a ów cięŜar w zdumiewający sposób
przeistaczał się naraz w ruchy pełne kojącego wdzięku. Ze
smutnych oczu garbuski wyzierała cała nędza jej Ŝycia,
widać było, ile spraw musiało dla niej obumrzeć juŜ w
chwili narodzin. KaŜde spojrzenie przypominało o
bezmiarze cierpienia, którym było naznaczone jej Ŝycie, o
beznadziejnej rozpaczy, o morzu przelanych łez. A przecieŜ
w tym kalekim, pokręconym ciele tkwiła taka sama wola,
instynkt i Ŝądza Ŝycia jak w kaŜdym innym...
Myśląc o tym wszystkim, Gam pochyliła się nad głową
słuŜącej; z jej włosów bił silny zapach. Z obawą i za-
razem wielką czułością chwyciła dłonie, które wyglądały
jak twarz chorego. Kiedy poczuła oŜywcze ciepło wnikające
w jej skórę z nabrzmiałych Ŝył kaleki, zrobiło jej się lŜej. Z
całych sił zapragnęła coś dla niej zrobić.
-
Pojedzie pani ze mną - wyszeptała Ŝarliwie.
Powoli uniosły się cięŜkie powieki, słuŜąca spojrzała
na Gam wzrokiem, w którym zawarła pytanie o swój los.
Nagły blask rozjaśnił jej oczy i na szarej zwyczajnej twarzy
ukazał się przelotny rumieniec. Gwałtownie kiwnęła głową,
błyskawicznie wyśliznęła się z objęć Gam, zrobiła krok w
przód i osunęła się na podłogę. Ramionami oplotła stopy
młodej kobiety i leŜała tak, zupełnie bez słowa, podobna do
ptaka, któremu po długich poszukiwaniach udało się w
końcu znaleźć bezpieczne miejsce na gniazdo. Po chwili
jednak zerwała się na równe nogi. Gam pochwyciła jej
spojrzenie, pełne śmiertelnej powagi. Źrenice garbuski
gwałtownie zamigotały, rozbiegany wzrok zaczął błądzić po
ś
cianach...
-
Nie... Nie...- powtarzała piskliwym, zadyszanym
głosem.
Zdenerwowana chwyciła Gam za ręce i potrząsała nimi,
wciąŜ krzycząc nie i nie. Po chwili, walcząc z sobą, puściła
Gam i drŜąca z przeraŜenia, przycisnęła ucho do drzwi. Nie
usłyszawszy niczego, Ŝadnych, nawet najcichszych
odgłosów, popędziła przed siebie; pełnym zniewalającego
uroku ruchem potrząsnęła powoli głową i głębokim, mięk-
kim, zabarwionym melancholią głosem powtórzyła:
-
Nie... Dlatego, Ŝe ja... - Naraz urwała, wpadła w za
dumę, po czym jakby zgasła.
Znów była wystraszoną i posłuszną słuŜącą. Wyszła z
pokoju. Po chwili zjawił się kreol, by zabrać Gam.
Bryza niosła słony zapach bezkresnej dali, fale przy-
pływu mieniły się śnieŜną bielą, jakby ktoś porozrzucał na
wodzie sztuki bielizny. Ciemna kipiel burzyła się nie-
bezpiecznie, w oddali było widać bryzgi piany i wydawa-
ło się, Ŝe wśród nich chwilami połyskują podbrzusza ryb.
TuŜ nad powierzchnią morza wyzywająco zastygł księŜyc w
pełni.
Kiedy droga zbliŜyła się do samego brzegu, kreol za-
trzymał auto. W nagłym przypływie emocji pochylił się nad
Gam i zbliŜył do niej twarz tak bardzo, Ŝe czuła jego
przyśpieszony oddech. W milczeniu wcisnęła się w sie-
dzenie, siedziała bez ruchu, patrząc na niego. Mieszaniec
nagle ryknął jak jaguar, z całej siły pchnął od wewnątrz
drzwi i zaczął trząść samochodem - Gam ani drgnęła;
gwałtownie wyciągnął ręce w jej stronę - Gam nadal
siedziała bez ruchu; próbował chwycić jej ramię -Gam nie
odrywała odeń wzroku i coraz głębiej zapadała się w fotel,
tak Ŝe juŜ tylko czubek głowy, jak ostrzeŜenie, wystawał
ponad krawędź auta. Po jakimś czasie atak ustąpił,
paroksyzm się przewalił, oczy kreola zaszły mgłą, a on sam
upadł i stoczył się na stopień samochodu.
Natychmiast jednak się poderwał, wskoczył do auta i
ruszył z ogromną szybkością przed siebie. Pędził tak do
samego miasta. Dopiero teraz odwrócił się do Gam i
zapytał, dokąd ją zawieźć. Bez wahania podała adres
Kinsleya...
Kiedy pomagał jej wysiąść, odezwał się zmęczonym
głosem:
-
Proszę mi wybaczyć... To był zupełny Ŝywioł...
Gam zmierzyła go wzrokiem.
-
Nikt nie potrafi się oprzeć Ŝywiołom...
-
A zatem...?- Urwał. Po czym, jąkając się, znów
zaczął:- Chciałem...
Gam, odchodząc, rzuciła przez ramię:
-
Czemu pan tego nie zrobił...?
Zatrzymała się przed swoim pokojem. Dłońmi ściskała
skronie. Po chwili poszła dalej, w stronę pomieszczeń
zajmowanych przez Kinsleya. Długo stała przed drzwiami,
nie mogąc się zdobyć na Ŝaden ruch. Naciśnięcie
klamki okazuje się czasem czymś naprawdę trudnym.
Niezdecydowana patrzyła na wypolerowany kawałek
mosiądzu, na którym igrał wątły odblask światła. Jakby to
miało jakiekolwiek znaczenie, myślała, skąd pada światło.
Stwierdziwszy, Ŝe w metalu odbija się nieduŜa lampa z
korytarza, odetchnęła z ulgą i naraz znalazła w sobie siły, by
otworzyć drzwi. W pomieszczeniu, do którego weszła, było
ciemno. Monotonny szum wentylatorów mieszał się z
silnymi, rytmicznymi uderzeniami przy-boju. Fosforyzujący
blask księŜyca i jego odbicie w czarnej morskiej wodzie
rozjaśniały pokój. Gam nie miała odwagi zapalić światła. Po
omacku, krok za krokiem, doszła do sypialni Kinsleya. Nie
było w niej nikogo. Zwinięta moskitiera leŜała koło łóŜka.
Kinsley gdzieś przepadł.
Gam usiadła przy oknie. Postanowiła czekać, jej wy-
obraźnia nie była w stanie przekroczyć granic pokoju.
Spomiędzy poszarpanych liści palmowych wyzierały niebo i
noc, nieustający szum morza był jak głos dobiegający z
zaświatów. Wobec jego przygniatającej monotonii ginęły
inne dźwięki - szum ogarniał wszystko; Gam zdawało się,
Ŝ
e porywa ją z sobą i zanurza w strumieniu, który płynie
gdzieś obok ku wieczności. Była jednym wielkim
wyczekiwaniem, dodatkowo ulegającym tej przemoŜnej
potędze.
Czas przepływał poza jej świadomością i nawet się nie
zdziwiła, gdy naraz przestrzeń wokół drzwi zajaśniała
czerwoną poświatą. I stało się jak w starej sadze, która
zamienia się w rzeczywistość - w nikłym świetle przedświtu
ujrzała zarys postaci Kinsleya; nawet nie próbowała wstać i
wyjść mu naprzeciw.
Kinsley zdecydowanym krokiem podszedł do Gam.
Wyraźniej niŜ kiedykolwiek widziała teraz rysy jego twa-
rzy, bruzdy biegnące od kącików szerokich ust do nasady
nosa, zaciśnięte wargi, wklęsłe skronie.
- A więc jeszcze raz wróciłaś — rzekł.
-
Wróciłam do ciebie.
Jego twarz na moment się rozjaśniła: wyglądało to jak
cierpki uśmiech.
-
Wróciłam do ciebie - powtórzyła Gam i ujęła wy
ciągniętą rękę męŜczyzny.
Nie było odpowiedzi.
-
Sama nie wiem, co to właściwie oznacza - odezwa
ła się stłumionym głosem.
Twarz Kinsleya pozostała nieruchoma.
-
To poŜegnanie - powiedział.
Cofnęła dłoń. Naraz jak błyskawica poraziła ją pewna
myśl, Gam zamknęła oczy i objęła Kinsleya.
-
Nie... nie... - Jej ręce powoli opadły. - Czy to...
-
Nie - rzekł Kinsley - to nie to. Nie wiem, co się
wydarzyło. Ale to bez znaczenia. KtóŜ pyta o coś, co go nie
dotyczy? Nawet gdyby wydarzyło się tysiąckroć więcej,
naleŜałoby o tym zapomnieć, nie dopuszczać do świa-
domości.
-
Dlaczego chcesz odejść? - zapytała cicho Gam.
-
Tkwię wciąŜ w tym samym miejscu, to ty odchodzisz.
Gam zaprzeczyła ruchem głowy.
-
Wróciłam do ciebie - wyszeptała, tuląc się do jego
ramienia jak zawstydzony dzieciak.
Kinsley wpatrywał się w noc i mówił, kierując słowa
gdzieś w ciemność, nie wiadomo do kogo, moŜe do wiatru
jęczącego za oknem:
-
Jesteś jak strumień, piękny i szumiący, który ata
kuje tamę. Dopóki tama mocno się trzyma, strumień się
burzy i oblewa ją wezbraną falą. Kocha tamę skąpaną
w białej, dzikiej kipieli. Lecz jego miłość niesie z sobą
zniszczenie. Kusi i pochlebia tamie, naciera na nią i mięk
ką dłonią, krusząc, odrywa kawałek po kawałku, aŜ udaje
mu sieją przerwać. Wtedy pędzi dalej, gnany Ŝądzą, która
kaŜe mu się wciąŜ pienić i zalewać, szuka nowej tamy.
Znów będzie mógł ją obdarzyć swą nienasyconą miłością
i zniszczyć.
O tym jednak, co dzieje się z tamą - dodał - wie tylko jej
straŜnik, nigdy zaś strumień. Tama bowiem wali się
wówczas, gdy strumień burzy się najwspanialej.
Gam, milcząc, wstała i połoŜyła głowę na ramieniu
Kinsleya. Miała wraŜenie, Ŝe tylko tutaj moŜe czuć się
bezpiecznie.
-
Dajmy spokój tym porównaniom. Nie czujesz, Ŝe mój
oddech miesza się z twoim...?
-
Trudno te sprawy zamknąć w słowach: prześlizgują się
poprzez sieć pojęć i umykają. Jedynie symboliczna wymowa
porównań wyzwala dziwny rezonans dla tych
niewypowiedzianych zdarzeń rozgrywających się w naszej
psychice. I tylko w ten sposób moŜemy wyznaczyć dalszy
kierunek...
Co jakiś czas Ŝycie zatacza kolejny krąg- ciągnął. -
Pomiędzy jednym kręgiem a następnym brak jakiego-
kolwiek związku. Niczego nie da się przenieść z jednego do
drugiego. Nasz czas dobiegł końca. Wiem o tym. Ty takŜe
odczuwasz niepokój towarzyszący zawsze narodzinom
czegoś nowego. Masz jeszcze przed sobą przyszłość;
wszystko inne moŜna powstrzymać, przekreślić, tylko nie to,
co nadchodzi. Ja znalazłem się w ostatnim kręgu, dalej jest
juŜ tylko cisza. Muszę się ciebie wyrzec i moje serce
krwawi. Najdotkliwsza jest jednak świadomość, Ŝe trzeba
przez to przejść, Ŝe nadeszła godzina rozstania. Potem
pozostanie juŜ tylko męka zmagań z samym sobą,
samotność i Ŝal. Kto tę godzinę rozpozna i potrafi się opa-
nować, ustrzeŜe się śmierci z powodu spraw małej wagi.
Tego, co mogłoby pomóc - bo przecieŜ cię tracę - nie zro-
bię... Chcę, Ŝebyś odeszła juŜ jutro. Czekam na jakiś twój
gest... Jedyny i ostatni...
-
Wróciłam do ciebie - szeptała Gam.
-
Poznasz wielu ludzi, zanim wreszcie uda ci się od-
naleźć siebie. CiąŜy nad tobą szczególne przeznaczenie.
Dlatego nie moŜesz tkwić w miejscu. Jeśli tak zrobisz,
skostniejesz, a Ŝycie przecieknie ci przez palce... Ty bę-
dziesz zawsze na początku jakiejś drogi. Lub u jej kresu...
Jak wspaniały, kipiący, biały strumień...
Gam miała wraŜenie, Ŝe cały świat pogrąŜa się w księ-
Ŝ
ycowej mgle. Z oczu płynęły jej łzy. Była złamana i pła-
kała, jej ciało trzęsło się jak w konwulsjach; czegoś takiego
nigdy jeszcze nie zaznała. Kinsley połoŜył jej ręce na
ramionach. Bezwładnie zawisła na jego rękach, lejąc łzy,
nie mogła powstrzymać słów Ŝalu, skarg i wyrzekań,
niedorzecznych pytań; Kinsley na wszystko odpowiadał:
„tak, tak" - aŜ w końcu, szlochając coraz ciszej, całkiem się
uspokoiła.
Wziął w dłonie jej twarz i wpatrywał się w rysy, raz
jeszcze chciał się przyjrzeć najdrobniejszym bruzdom i za-
łomkom oczu i ust: wciąŜ były dla niego ukochane, a być
moŜe nigdy ich juŜ nie zobaczy. Gam zauwaŜyła, Ŝe drŜą
mu wargi. Emanowały jakąś niezwykłą miękkością. Z
obawą przyłoŜyła usta do zaciśniętych ust męŜczyzny.
Kiedy poczuła bijące z nich ciepło, odŜyła w niej cała,
dopiero co miniona przeszłość; poraziło ją, Ŝe wszystko
dzieje się jak dotychczas, i mamiła się, wierząc, Ŝe wraz z
odwieczną złudą cielesnego zbliŜenia zniknie dzieląca ich
przepaść...
Jej chęć całkowitego oddania się Kinsley uznał za akt
jednorazowy. W Ŝadnym razie nie mógł tej ofiary przyjąć,
gdyŜ pragnienia Gam wyrastały z podłoŜa, które juŜ samo w
sobie było oszustwem. Nie naleŜało tego demaskować:
Kinsley uwaŜał, Ŝe tylko tak zdoła ocalić odruch Gam dla
swej przyszłości, w której czekała go pustka, był pewien, Ŝe
dzięki temu przyszłe wspomnienia zabarwią się jeszcze
jednym odcieniem. Będzie to cichy ślad przeŜycia, którego
się wyrzekł, nieporównywalnego z niczym.
Mocno przytulił Gam i zaprowadził ją do łóŜka. Poddała
się bezwolnie, pozwoliła, by ją posadził. Przez cały czas
jednak nie odrywała oczu od Kinsleya. Tymczasem on
głaskał ją po włosach i ukląkł na podłodze, by zdjąć
TQ
jej buty. OstroŜnie ją rozebrał. Godziła się na wszystko i
wciąŜ milcząc, połoŜyła się. Kiedy zamierzał umocować
moskitierę, nie pozwoliła mu i odsunęła tiul. Sięgnęła po
rękę Kinsleya i przytuliła do niej policzek. W tej pozycji
zasnęła.
Obudziła się w ciszy, wyzwolona i szczęśliwa. Było jej
ciepło, czuła, Ŝe jej gładka skóra oddycha. To, co przeŜyła,
stawało się coraz bardziej odległe. Zamknęła oczy i oddała
się marzeniom. Zapadła w półsen, puszczając wodze
fantazji, niczego nie rozpamiętywała, jej marzenia były
pogodne. Wolne od powagi i konkretów. Powiewne i ulotne
jak ona sama, przesłodzone i trochę na wyrost. Raz po raz
spoglądała na drzwi. W końcu ubrała się i poszła do swych
pokoi. Na podłodze leŜały porozrzucane orchidee. Ani śladu
jakiegokolwiek listu. W biurze zapytała o Kinsleya.
Dowiedziała się, Ŝe wyjechał wczesnym rankiem i ma
wrócić wieczorem. Nigdy więcej się nie pokazał...
Po godzinie zaanonsowano jej kreola. Przyszedł ze słu-
Ŝą
cym. Był niezwykle poprawny, usprawiedliwiał się i
prosił Gam, by zechciała przyjąć w prezencie jeden z jego
dywanów. Gam próbowała dociec, czy wie o wyjeździe
Kinsleya.
Poprosiła, Ŝeby wybrał w jej pokoju miejsce na dywan.
Trzeba było określić rozmiary i kreol rozwinął rulon. Oka-
zało się, Ŝe to zielony dywan modlitewny.
-
Dlaczego pan to robi? - Ze słów Gam naraz powia
ło chłodem. - Dlaczego nie przyniósł pan innego dywa
nu? Dlaczego właśnie ten?
Kreol w milczeniu zagryzł wargi. Gam wiedziała, jaka
będzie odpowiedź. Nie chciała jej usłyszeć. Zrobiła krok w
stronę mieszańca, po czym wyszła z pokoju.
-
Jaki piękny ranek dziś mamy...
Wiatr dmący za oknem pędził fale aŜ po horyzont. Ich
grzbiety pokrywała biała piana. Nad nimi z krzykiem
unosiły się chmary ptaków. Tubylcy taszczyli kufry. Po-
rykiwały syreny. Z boku wysunął się dziób parowca wy-
chodzącego w morze. Majestatycznie, jakby świadom swej
siły, statek parł przed siebie. Zostawiał za sobą bruzdę, w
której z potęŜnym bulgotem pieniły się fale wyrwane przez
dziób. Załoga była na pokładzie. Maszty błyszczały w
słońcu. Z kominów buchał tłusty, czarny dym. Statek
wykonał zwrot w kierunku pełnego morza. Okryty chmurą
dymu, mając przed sobą bezkres oceanu, zmierzał w
nieznane.
Gam odprowadzała go wzrokiem. Horyzont złotą ob-
ręczą otaczał ziemię, w zaczarowanym kręgu znalazły się
morze wraz ze słońcem. Fale, szumiąc, uderzały w rzadkich
odstępach, rozbijały się o kamienne bloki nabrzeŜa,
wystrzelały pianą w górę, zamieniały się w białą kipiel. Dął
wiatr... Morze napierało na stały ląd... KaŜdy oddech
sprawiał radość... A wszystko razem świadczyło o
wszechobecnym trwaniu świata...
V
Nad Kanałem Sueskim upał lał się z nieba jak rozto-
piony ołów. Bezlitosne światło wdzierało się kaŜdego ranka
pomiędzy niebo i pustynię niczym kolosalne reflektory; w
południe Ŝar gęstniał w lepką masę i ciąŜył nad pokładem.
Brzegiem, po rozpalonym piasku, ciągnęły karawany.
Trudno było uwierzyć, Ŝe kiedykolwiek dotrą do celu: ich
ruchomą, cieniutką nić osaczał bezmiar pustyni, w której
czaiła się śmierć. Wieczorami na horyzoncie pojawiały się
sinobłękitne jak gencjana pasma. Zrazu gromadziły się nad
piaskowymi wzgórzami, potem wpełza-ły w wąskie
zagłębienia i w końcu poŜerały się wzajemnie w resztkach
ginących pomarańczowych promieni słońca opadającego za
widnokrąg. Teraz dopiero nieruchomy krajobraz nabierał
Ŝ
ycia, zaczynała się milcząca gra światła i mroku. Armia
wydłuŜających się cieni parła przed siebie, zajmując coraz
większe połacie pustyni. Jej forpoczty docierały nad kanał,
którego brzegi jeszcze lśniły złotem. Od horyzontu
nadciągały jednak posiłki -były ogromne i wydawało się, Ŝe
pochód czarnych wojsk nie ma końca. Nagle słońce skryło
się za górami piasku. Teraz cienie przypuściły szturm na
statek: najpierw weszły w wodę, potem zaczepiły o burtę
parowca, następnie wdarły się pomiędzy kominy i
nadbudówki; wspinając się coraz wyŜej, zlikwidowały
ostatni złoty pierścień
na szczycie komina i okryły świat nierealnym, błękitnym
całunem. Poprzez ten całun sączył się wieczorny zaduch,
który w głuchej ciszy opadł na pokład i zastygł nieruchomo
jak schorowana, niedołęŜna kobieta.
Gam wyciągnęła się na leŜaku i czekała na powiew
wiatru. Z pomieszczeń załogi dolatywały stłumione, nie-
wyraźne, przeciągłe dźwięki harmonii. Przypominały Gam
dawno zapomniane pieśni grane na dudach, których słuchała
nad włoskimi jeziorami: były sentymentalne, tęskne, pełne
smutku, ale i naiwnej słodyczy. Gam próbowała uchwycić
melodię. Zaraz jednak nadleciał wiatr i z szumem rozbił się
o maszty. Obok wiatru nocną ciszę zakłócał stuk
drewnianych belek i pośród tych hałasów muzyka chwilami
całkiem się gubiła; po jakimś czasie jednak, w zupełnej
ciszy, Gam usłyszała jedwabiste brzmienie akordu, które
opadało z miękkością przelatującego motyla.
Statek pochylił się w manewrze i wpłynął na szary
obszar słonych jezior. Wiatr znów się uspokoił. Marynarze
poszli spać - muzyka ucichła. Gam zapadła w pół-sen, z
którego chwilami, kiedy ustawała wibracja maszyn,
bezboleśnie powracała do rzeczywistości. Statek dopłynął
do mijanki i czekał. Po godzinie z przeciwnej strony
nadszedł parowiec. Był oświetlony, przesunął się obok
niczym zjawa - powoli i bezszelestnie. Dziób statku
obmywała szemrząca fala. Na mostku majaczyła jakaś
postać i Gam zdawało się, Ŝe ten ktoś do niej macha; nie
była jednak tego do końca pewna.
Dziwne spotkanie, pomyślała rozczarowana. Pozdro-
wienie przesłane z ciemności w ciemność, spotkanie i za-
razem rozstanie, moŜliwe, Ŝe przyjazne gesty na obu
pokładach, i nic ponadto. Światła statków znalazły się
najbliŜej siebie i w tym samym momencie jeden zaczął
oddalać się od drugiego. Po chwili kaŜdy z nich znów
podąŜał w samotności.
Myślała o ostatnich miesiącach swego Ŝycia. AŜ opu-
ś
ciła głowę z wraŜenia: symboliczna wymowa mijających
się statków uzmysłowiła jej, na czym polegał jej związek z
Kinsleyem i czym było rozstanie. Teraz wiedziała, Ŝe
Kinsley miał rację, Ŝe przez cały czas oceniał sytuację
właściwie. Statki mogły się nawet pozdrawiać, a juŜ się od
siebie odsuwały; mogło teŜ być tak, Ŝe Kinsley bawił w
porcie, w którym cumował jej statek. Kiedy tylko pierwszy
raz załopotał Ŝagiel i statek, wciąŜ jeszcze zakotwiczony,
zakołysał się, Kinsley nie chciał czekać, wiedział, Ŝe ona
odpłynie i wolał uniknąć zerwania. Port... A moŜe jej dusza
zazna w nim pocieszenia, które otoczy ją subtelnym
ciepłem? Czy nie zawija się do portów po długich,
transoceanicznych podróŜach? Zaraz jednak dała spokój tym
kojącym złudzeniom: tylko coś, czego nie znamy,
przyciąga, jedynie wizyta w porcie, który odwiedzamy po
raz pierwszy, moŜe czymś obrodzić... I tak wreszcie parnej
nocy w pobliŜu Suezu Gam w pełni zrozumiała ostatnie
wydarzenia. Przeszłość zatoczyła koło, zamknął się kolejny
krąg.
Siedziała przy stole kapitańskim. Wpadła jej w oko
pewna rodzina, stałe wyśmiewana przez pasaŜerów, która
nic sobie nie robiła z drwin: wszyscy jej członkowie
udawali, Ŝe ich nie dostrzegają. Byli to ludzie, którzy
szybko się wzbogacili, ich maniery nie szły jednak w parze
z zamoŜnością. Gam prędko przezwycięŜyła cichą odrazę,
którą budził w niej widok tych ludzi namiętnie
gestykulujących przy jedzeniu, zaskakujących ją trak-
towaniem swych potrzeb jak czegoś oczywistego, nie
budzącego wątpliwości, stawianiem ich w centrum własnej
jaźni - wydawało się, Ŝe krąŜą wokół swych pragnień, jakby
były one osią wszechświata. Obserwowała ich zachowanie
przy stole, zdecydowanie odstające od poprawnej
powściągliwości pozostałych pasaŜerów. Wybuchem
entuzjazmu powitali stewarda niosącego zupę, z miłym
uśmiechem rozkładali serwetki, jakby sposobili
się do spełnienia radosnego obrzędu. Nie mogła się na-
dziwić, patrząc, z jakim przejęciem zanurzają po raz
pierwszy łyŜki w gęstej cieczy, zdumiewał ją potok słów
lejących się z mięsistych ust, komentujących jakość potraw -
istne fajerwerki błyskotliwych powiedzonek skrzących się
nad talerzami z pieczystym, którego wyborny smak
opisywali nadzwyczaj dokładnie. Nawiązywali do
wcześniejszych obiadów podawanych na statku, do wczo-
rajszego, do obiadu sprzed tygodnia, dyskutowali o spo-
sobach przyrządzania dań. Był to prawdziwy przegląd
indywidualnych upodobań kulinarnych członków rodziny i
w ten oto cudownie prosty sposób zwykłe przeŜuwanie
doprawiali treściwą rozmową o jedzeniu. Kiedy wśród
kolejnych potraw nie pojawiło się danie cenione przez
wszystkich bardziej niŜ inne, na obliczu głowy rodziny
odmalowało się głębokie zmartwienie: ta zacna strategia,
dzięki której po Ŝmudnych, prowadzonych szeptem
rokowaniach ze stewardem udało się mimo wszystko dostać
poŜądane resztki, wzbudziła zachwyt przy stole. Wyraz
twarzy otyłej matrony zdradzał nie byle jaką determinację,
gdy duŜym widelcem przewracała na półmisku pieczyste i
sokolim wzrokiem wypatrywała najokazalszych plastrów, po
czym odkładała je dla swej trzód-ki. Gęsto upierścienioną
dłonią lała obficie sos z sosjerki, nie zwaŜając w
najmniejszej nawet mierze na to, Ŝe inni teŜ mogliby mieć
nań ochotę. Poza rodziną świat dla niej nie istniał: zaczynał
się po jednej stronie stołu, kończył po drugiej. Gam
dostrzegała komizm podobnych zachowań. W dodatku była
teraz wolna od emocjonalnych zawirowań i obciąŜeń; dzięki
temu czuła igła jej wewnętrznego kompasu reagowała na
najsłabszy nawet impuls i mimowolnie, w kaŜdej zabawnej
sytuacji, wyszukiwała coś jeszcze prócz śmieszności -
mianowicie jednoznaczną stanowczość drzemiącą w głębi
jestestwa i kształtującą je prymitywną, przez to jednak
bardziej brutalną, skalę uczuć, mroczną energię w stosunku
do spraw zu-
7Q
pełnie niewaŜnych. Wszystko to pobudzało ciekawość
Gam, która chciała dowiedzieć się czegoś więcej.
Dotychczas nie zdawała sobie sprawy z istnienia tych
wszystkich warstw. Lub teŜ wnikały one w jej świadomość
jako coś uŜytecznego i tkwiły tam, dzięki czemu złoŜony
mechanizm jaźni funkcjonował bez zarzutu. To był rodzaj
biura, w którym łatwiej liczyć, łatwiej podejmować
praktyczne działania, gdzie nie sprawia kłopotu znalezienie
rzeczy i spraw potrzebnych ani gromadzenie ich wokół
siebie.
Te warstwy tworzyły jednak tylko pozory jaźni; do
optymistycznych i sceptycznych wyobraŜeń ludzkich cech i
przymiotów dodawały siebie - swe problemy i przekonanie
o ich waŜności. Bez szczytnych wyobraŜeń pęka spoiwo
społeczeństw, gdyŜ to, by duŜe i małe koła się obracały i nic
nie zakłócało ich biegu, zaleŜy od powszechnego
przekonania, według którego kaŜde ogniwo mechanizmu
jest niezbędne, a brak najmniejszego z nich moŜe zatrzymać
całość. I tak wszystkie te sprawy, wszyscy ci dyrektorzy,
urzędnicy, robotnicy i handlowcy tworzą osnowę tego, co
nazywamy aktywnym Ŝyciem. Miarą wartości jest tutaj
wydajność, która tak naprawdę nie ma Ŝadnego znaczenia.
Roztrząsając te sprawy, Gam odkryła specjalny rodzaj
Ŝ
yciowej ruchliwości, uporczywie przeciwstawiającej się
niwelującemu działaniu nawyków kulturowych. W istocie
ruchliwość ta ograniczała się do zachowań codziennych, od
dawna angaŜujących te pokłady jaźni, które poprzez
wychowanie przekształciły się w szablon stosownych form;
niemniej tkwiła tam i dawała o sobie znać jednoznacznie, a
przejawy jej istnienia wywoływały zdumienie.
Ludzie sprawiają wraŜenie wrośniętych w podłoŜe tak
mocno, Ŝe nic ich nie moŜe zeń wyrwać. śadne doznanie
nie jest dosyć mocne, by przezwycięŜyć to zakorzenienie. O
pobycie w Benares lub na Bali opowiadają jak
on
o niedzielnej wycieczce do pobliskiego lasku lub restauracji.
Wszędzie zabierają swój dom: spacerując ulicami
Jokohamy, w rzeczywistości nie opuszczają rodzinnego
Osnabriick bądź s'Gravenhage. Jakiś niepojęty czar strzeŜe
ich przed fascynacją obcym i nieznanym. WciąŜ są tacy
sami, jacy byli zawsze, i pozostaną tacy do końca swych
dni. Niczego nie moŜna im zarzucić, nie da się teŜ ich
skłonić do porzucenia utartych dróg - wtedy zawsze
powołają się na konieczność przestrzegania znanych i wy-
próbowanych zasad, które na dodatek są dla nich jasne i
czytelne... I w ostatecznym rozrachunku nie wolno ich
łamać dla osiągnięcia chwilowych korzyści...
Zycie pokazało Gam jeszcze jedno oblicze — było czymś
w rodzaju przeraŜającego cięŜaru, który moŜe zdruzgotać,
ale teŜ pociągnąć za sobą, wynieść ponad wszystkich i
wszystko lub zmiaŜdŜyć. Czuła się wobec niego całkiem
bezradna i niczego o nim nie wiedziała, prócz jednego:
wiele razy dostarczyło jej ono niezwykłych, mocnych i
cudownych wraŜeń. Tu tkwiło sedno sprawy, chodziło
wprawdzie o kontrolowane, ale konsekwentne traktowanie
swych pragnień jak celu, którego osiągnięcie dostarcza
przyjemności. Wyjaśnienie tych motywacji oraz dopięcie
swego pobudzało wyobraźnię Gam. Był to ogromny,
nieznany obszar drobnych spraw; Gam wiedziała, Ŝe
przemierza go wraz z całym szeregiem innych ludzi. Kim są
ci ludzie? Postanowiła, Ŝe musi ich poznać...
W Marsylii zeszła ze statku. Jakiś czas się wahała, dokąd
się udać. W końcu zdecydowała się na ParyŜ. Znalazła
lokum na przedmieściu, w domu przy starej, wąskiej ulicy,
zamieszkanej przez drobnych urzędników.
Wczesnym rankiem okolica nabierała szczególnego
wyrazu. Za dnia ulice rozjaśniało wszędobylskie światło,
które do nich nie pasowało. W szarości poranka stawały się
jednak rozpaczliwie bezbarwne i wtedy chyba najbardziej
były sobą. W załomkach domów gromadziły
81
się cienie podobne do strapionych kobiet: wynędzniałe tuliły
się po kątach, kryjąc się przed bezlitosnymi pierwszymi
promieniami słońca. O określonej godzinie w domach
otwierały się okna, z ciemnych czeluści mieszkań
wychylały się zaspane głowy, by się przekonać, jaka jest
pogoda; kwadrans później z trzaskiem odmykanych bram
pierwsi ludzie opuszczali domy. Szli ulicami, niemal przy-
ciskając się do kamiennych ścian; w ich wzroku była
najczęściej pustka, niejednokrotnie smutek i zmartwienie.
Kiedy pewnego razu Gam wyszła na ulicę i obserwowała
twarze, wciąŜ na nowo dostrzegała w nich otępienie
oŜywiane czasami jakimś przelotnym grymasem, częściej
jednak niepokojem, Ŝe wyszło się zbyt późno.
Kilka razy rankiem natykała się u swych drzwi na
jakiegoś bladego człowieka. Pod pachą trzymał skórzaną
teczkę, pustą, bezkształtną i tylko charakterystyczne
zgrubienie w jednym miejscu świadczyło, Ŝe niesie w niej
ś
niadanie. Po kilku dniach męŜczyzna ukłonił się Gam, dwa
dni później nawiązał rozmowę.
Był księgowym w duŜym przedsiębiorstwie i jego praca
polegała na nieustannym liczeniu. PoniewaŜ mieszkał w
tym samym domu, łatwo znalazł pretekst, by Gam zaczepić
i o coś zapytać. Po tygodniu zaproponował jej, aby wspólnie
spędzili niedzielę. Gam nie pamiętała, jak się przedstawił.
Mówiła na niego Fred, a on nie protestował...
Swą prośbę wyraził niezwykle uroczyście - Gam zro-
zumiała, jak wiele dla niego znaczy ten dzień, niecierpliwie
wyczekiwany, odmienny od szarej codzienności. Sama
spodziewała się po tym spotkaniu zetknięcia się z kolejnym
uosobieniem ludzkich cech i przymiotów, toteŜ przyjęła
propozycję księgowego.
Pojawił się w dość niezwykłym garniturze, który za-
pewne wkładał wyłącznie na podobne okazje. Wyglądał w
nim wzruszająco. Stojący kołnierzyk nadawał jego
89
odświętnemu ubiorowi odcień skromnej i trochę bezradnej
elegancji. Stroju dopełniały rękawiczki i laska, którą
księgowy zawiesił na ramieniu.
W pogodny, jasny dzień wielu ludzi wybierało się w
plener. Środki komunikacji były przepełnione Ŝądnym
wraŜeń tłumem, który zdąŜał za miasto. Czyniąc nieopisany
zgiełk, jedni próbowali zdobyć miejsce siedzące, inni starali
się je utrzymać. Gam znów nie mogła się nadziwić, ile
energii trawią na mało istotne spory. Jeśli wobec spraw
drobnych spotykamy się z takim wybuchem ukrytych sił, to
w wypadku czegoś powaŜnego, znaczącego, naleŜy
oczekiwać eksplozji. Dość szybko jednak Gam dostrzegła
granicę, którą przekraczali tylko nieliczni; widać było
wyraźnie, Ŝe rezerw wystarcza na krótko. Rychło twarze
pogrąŜały się w milczeniu, oŜywienie gdzieś przepadało,
ludzie stadnie wracali na utarte szlaki; Gam głowiła się,
gdzie tym razem naleŜy nacisnąć, by wymusić kolejny
przypływ aktywności...
Wypytywała Freda o jego Ŝycie. Księgowy zrobił się
rozmowny i opowiedział jedną z typowych historyjek. W
Ŝ
yciu urzędnika nie zdarzyło się nic waŜnego - kaŜde słowo
ś
wiadczyło o jego absolutnej przeciętności. Szczególnie
duŜo uwagi poświęcał swej rodzinie, szeroko się rozwodził,
mówiąc o jednej z sióstr i jej narzeczonym, kilkakrotnie
wracał do tego tematu. WciąŜ podkreślał, Ŝe Ŝycie siostry
opiera się na „pewnych podstawach".
JuŜ wcześniej Gam zetknęła się z przejawami silnych,
wręcz instynktownych powiązań rodzinnych, polegających
nie tyle na codziennej bliskości, ile raczej na duchowych
współzaleŜnościach, na wzajemnej skłonności bądź niechęci
spokrewnionych osób. Gdy Ŝyje się oddzielnie, coś takiego
staje się jeszcze bardziej widoczne: zarówno nienawiść, jak
i obojętność są oznaką głębokich więzi. Przypadek Freda
wiele wyjaśniał. Tacy ludzie nie potrafią być sami, nie łakną
duchowego odosobnienia, budzi ono w nich lęk: muszą się
wczepić w jakikolwiek
S3
jednostronny układ, miłości lub nienawiści, te zaś na-
miętności dziwnie ciąŜą ku schematom i szybko przechodzą
w przyzwyczajenie.
Na południowy posiłek zaszli do małej restauracji nad
jeziorem. Nad wodą panowała typowa wczesnojesienna
cisza. Rozedrgane złociste sierpniowe powietrze okrywało
ziemię jak przezroczysta czasza dzwonu i nadawało no-
stalgiczny, błękitny odcień lasom. Wszystko było wyraźne,
dopowiedziane, światło niczego nie kryło, nie zamazywało
konturów.
Kury leniwie grzebały w liściach, stare mury, zbudo-
wane z nierówno poukładanych warstw polnych kamieni,
jaśniały ciepłą ochrą; pięły się po nich czerwone pędy
dzikiego wina. Wiejskie chaty spadzistymi dachami ostro
odcinały się od bezkresu nieba, z otwartych okien ku-
chennych dolatywał brzęk zmywanych naczyń, w ogrodzie
pracował jakiś męŜczyzna w wypłowiałej bluzie i lnianych
spodniach - nic nie zakłócało bukolicznego nastroju
pogodnej zadumy. Po jeziorze sunęły łódki, w oddali było
widać kilka białych, trójkątnych Ŝagli.
Fred mówił coś o Ŝeglowaniu; gdy skończył, z wielkim
namaszczeniem zapalił cygaro, które wyglądało dość
dziwnie przy jego szczupłej twarzy. Ono takŜe naleŜało do
rytuału świątecznego dnia. Księgowy oglądał je wie-
lokrotnie z kaŜdej strony i zanim włoŜył do ust, spojrzał na
nie rozmarzonym wzrokiem. Gam to zauwaŜyła i dotknęła
dłonią jego ręki.
Lekkie wino stołowe rozwiązało mu język; na początku
był trochę sztywny, teraz zaczął opowiadać o swym biurze.
Bardzo się starał, by Gam go dobrze zrozumiała, posunął się
nawet do tego, Ŝe naszkicował laską plan budynku i
połoŜenie swego pokoju, który znajdował się w pobliŜu
gabinetu dyrektora Kostera.
Potrzebował mniej więcej pół godziny, by gruntownie
wyjaśnić, na czym polega jego praca. Ze szczególnym
e/i
naciskiem podkreślał, Ŝe wymaga ona absolutnej nie-
omylności, dzięki której zresztą zdołał osiągnąć swą po-
zycję; niezwykle Ŝywo rozprawiał o ewentualnych skutkach
błędnych zapisów w ksiąŜkach rachunkowych. Chcąc to
wytłumaczyć jak najlepiej, przytoczył przykład: z powodu
roztargnienia pewnego urzędnika, Peugota, wysłano
waŜnemu kooperantowi bezzasadne wezwanie do zapłaty,
co doprowadziło do zerwania współpracy. Oczywiście
Peugot został zwolniony.
Gam zapytała Freda, czy praca daje mu zadowolenie.
Nie rozumiał, o co chodzi: dzięki pracy zarabia przecieŜ na
chleb, nie moŜe więc mówić o niezadowoleniu. Potem
opowiadał o kolegach. Szczególnie jeden z nich, niejaki
Bertin, budził jego podziw. Wobec szefa Bertin pozwalał
sobie na tak śmiałe zachowanie, na jakie nikt by się nie
zdobył. ChociaŜ... jeśli ma się rację... Teraz opowiedział
długą historię, w której on sam męŜnie przeciwstawił się
wspomnianemu juŜ dyrektorowi Kósterowi, Alzatczykowi,
dochodząc swych racji w bardzo trudnych i denerwujących
okolicznościach, kiedy Koster posunął się nawet do tego, Ŝe
walił pięścią w biurko; ostatecznie jednak dyrektor go
pochwalił i na zgodę poklepał po ramieniu.
Monotonny głos księgowego docierał do Gam, sącząc się
przez popołudniową ciszę. Była to czcza gadanina, czy
jednak nie na czasie? Znakomicie pasowała do spokojnego i
beznamiętnego nastroju niedzielnej wycieczki. Zdawało się,
Ŝ
e wszystko w tej opowieści ma uzasadnienie i jest jak
najbardziej na miejscu. Równie dobrze mogłaby wysłuchać
jeszcze jednej historyjki na temat dyrektora Kostera i pana
Bertina, ewentualnie związków łączących tego ostatniego z
panią Koster. I moŜe teŜ dowcipnej dysputy Murraya z
Sandenem, toczonej w rezydencji wicekróla Indii. W
gruncie rzeczy słowa nie miały Ŝadnego znaczenia. Pokrywa
się nimi brak wza-
jemnych uczuć. I tak naprawdę nie ma Ŝadnej róŜnicy
pomiędzy rozmową, w której zadajemy sobie trud uchwy-
cenia i zdefiniowania niejasnych wraŜeń, a plotkami, którym
poŜywki dostarcza biurowa stenotypistka. Biały chleb na
glinianym wiejskim talerzu prezentuje się znakomicie,
smakowicie kruszy się w palcach, bije od niego zapach
pszenicy i sytości. A moŜe moglibyśmy zamienić się w
chleb albo w kury, które w słoneczny dzień roz-grzebują
dziobami ziemię...
Po chwili jednak Gam poczuła lekki dreszcz, uświa-
domiwszy sobie, Ŝe to, o czym opowiada siedzący obok niej
człowiek, jest nie tyle tematem rozmowy, ile raczej treścią
jego jaźni. W pospolitych zdarzeniach, o których mówił,
zawierało się całe jego Ŝycie i ani razu nie przyszło mu do
głowy, w jak ciasnej przestrzeni się porusza: uwaŜał swą
sytuację za najzupełniej właściwą. Dyrektor Koster był dla
niego najwyŜszą instancją, dalej myśl Freda nie sięgała.
Wprawdzie nie uwaŜał swego szefa za uosobienie
doskonałości i nawet pozwalał sobie na krytykę, w biurze
jednak ów człowiek panował niepodzielnie, a biuro było dla
księgowego całym światem. Prócz biura w Ŝyciu Freda
istniało moŜe jeszcze kilka drobiazgów i jakichś mało
waŜnych pragnień...
Ręka, w której trzymał cygaro, spoczęła na stole. Była
blada, rachityczna; pod skórą jednak, tak samo jak u Gam,
pulsowała czerwona krew... Oczywiste podobieństwo
leŜących obok siebie dłoni jaskrawo kontrastowało z tym, co
się działo pod czaszkami Freda i Gam - były to światy
najzupełniej odmiennych pojęć, niezdolne do porozumienia,
ś
wiaty dwóch wyobraźni, których kompletnie nic nie łączy,
bardziej nawzajem niezrozumiałych niŜ są dla człowieka
instynktowne reakcje zwierząt, odleglejsze, niŜ są względem
siebie galaktyki, które dzielą tysiące lat świetlnych. A
przecieŜ krew oŜywiająca oboje była jednakowo czerwona i
nawet najbardziej przenikliwe oko nie mogłoby dostrzec
róŜnicy. Obie ręce ani na
moment się nie rozdzieliły i zdołały do siebie upodobnić —
czegoś takiego nie spotyka się wśród zwierząt tego samego
gatunku. Gam miała wraŜenie, Ŝe te dwie dłonie na stole są
jak niesamowite, nieporównywalne z niczym demony
uosabiające straszliwy tragizm niemoŜności porozumienia, z
którym tak trudno się pogodzić; wobec czegoś takiego
wszystko inne na tym świecie wygląda na nieszkodliwy Ŝart
bądź banalne i ułomne teoretyzowanie.
Była to dla niej jedna z tych chwil, w których nie ma
mowy o normalnym rozumowaniu. Powiązania z zasobem
zwykłych skojarzeń zostają zerwane i człowiek, całkowicie
zawieszony w próŜni, niczym dziecko albo mieszkaniec
innej planety, czuje się obco wobec otaczającego go świata.
Wszystkie nazwy gubią się gdzieś jak ulotne cienie,
szukamy jakiegoś słowa, na przykład „ręka", i okazuje się,
Ŝ
e poszukiwane określenie cały czas nam umyka. W oddali
majaczą jakieś szczątki, początek i zakończenie słów, nie
potrafimy jednak odnaleźć powiązań logicznych i określenie
jest jak niezrozumiały znak pozbawiony jakiegokolwiek
znaczenia, pogrąŜony w transcendentalnym chaosie świata
przedmiotów. AŜ nagle zaczynamy chwytać coś więcej i
powoli znów pojawia się określenie i rzecz, której dotyczy.
Przez jakiś czas, z pewną obawą, jeszcze się zastanawiamy,
czy właśnie o to nam chodzi. W końcu pozostaje juŜ tylko
głębokie zdumienie, które nieraz nas jeszcze porazi w
najmniej oczekiwanych chwilach; w naszym ludzkim
zadufaniu uwaŜamy bowiem, Ŝe powinniśmy je jakoś
wytłumaczyć, nadać mu sens i osadzić w jakŜe przydatnym
kontekście filozoficznym.
I tak Gam uświadomiła sobie, jak wiele dzieli ją i mło-
dego człowieka, z którym spędza niedzielę. Był to dystans
nie tyle duchowy czy towarzyski - coś takiego w osta-
tecznym rozrachunku jest nieistotne - chodziło raczej o
róŜnice pomiędzy dwojgiem istot, tajemnicę odwiecz-
nej obcości, uzaleŜnienie od reguł rządzących naszą jaźnią,
których nie wolno omijać, w przeciwnym bowiem razie
popadamy w chaos - stajemy nad otchłanią, w której panuje
pomieszanie spraw.
Tylko jedno oblicze rzeczywistości pozostaje w zasięgu
naszego wzroku, wyświetlane przez latarnię magiczną
poznania, nierozłącznie powiązane z naszą świadomością,
nie dające się od niej oddzielić. Wyobraźmy sobie morze
błyszczące w promieniach słońca. Postrzegamy je jako
słońce i morze - poprzez nasze oko i odbicie tego zjawiska
w mózgu: nigdy to nie będzie samo tylko morze. Filtry
naszej jaźni są jak barwna szyba, przez którą patrzymy na
ś
wiat.
Gam spojrzała na stół. Obie dłonie wciąŜ leŜały obok
siebie, a głos, dobiegający jakby z oddali, opowiadał o mało
waŜnych sprawach. Naraz poczuła jakąś bezradną tkliwość,
której - być moŜe - doznają ludzie złączeni w cierpieniu
bądź skazańcy, którym przypadł w udziale ten sam los, przy
czym jeden z nich przeczuwa wyzwolenie, swą nadzieją
jednak nie moŜe się podzielić z innymi. W przemoŜnym
pragnieniu zrzucenia cięŜaru pochwyciła raz jeszcze dłoń
leŜącą obok jej dłoni, której nie potrafiła odsunąć,
pogładziła ją i bez śladu ironii, ze szczerego serca, drŜącym
głosem, w którym słychać było łzy, rzekła:
- Jest pan dzielnym człowiekiem, Fred. Wierzę, Ŝe na
pewno... - tu musiała zrobić krótką pauzę — na pewno
zostanie pan kiedyś kierownikiem swojego działu.
Wieczorem długo siedzieli w restauracyjnym ogródku, w
którym rozstawiono liczne stoły. Pomiędzy drzewami
przeciągnięto sznury lamp kołysanych teraz podmuchami
wiatru. O zmierzchu do ogródka przyszło sporo ludzi i
wszystkie stoły były zajęte. Zwracały uwagę liczne
zakochane pary, które bez Ŝenady tuliły się do siebie.
Z otwartego okna na parterze dolatywały dźwięki
muzyki. Przy pianinie siedziała dziewczyna w jasnej sukni.
Próbowała grać jakąś piosenkę. Na pokrywie instrumentu
leŜał jej kapelusz. Wzięła kilka akordów i roz-anielonym
wzrokiem spojrzała na męŜczyznę, który opierał się o
pianino. Włosy opadały mu na czoło. Jego twarz rozjaśniało
ciepłe światło świec. Z czułością spoglądał z góry na
dziewczynę. Wnętrze pokoju tonęło w mroku, jak na
obrazach van Dycka zatarte kontury rozmywały się wśród
niezliczonych odcieni brązu. Kiedy patrzyło się z zewnątrz,
przez ramę okienną, scenka do złudzenia przypominała taki
stary obraz.
Obok kapelusza Gam zauwaŜyła mocno przewiązany,
gruby bukiet. Drgnęło jej serce. Chyba odnalazłam utracone
krajobrazy, przebiegło jej przez myśl, zanim zdąŜyła zdać
sobie z tego sprawę. Bukiet był dla Gam czymś w rodzaju
nieznanego ptaka, który nagle przeleciał obok niej. Dwoje
ludzi wyszło na zewnątrz i teraz szukali miejsca przy
stolikach w ogrodzie. W przejściu niemal się o nią otarli.
Dziewczyna trzymała w ręce kapelusz i kwiaty. Gam
dostrzegła pospolitość w linii jej ust: śmiała się, słuchając
męŜczyzny. Śmiech był wymuszony, brzmiał nieszczerze.
Po chwili dziewczyna się odwróciła i w odpowiedzi rzuciła
przez ramię głupi, niezgrabny Ŝart. Gam przyglądała im się
jeszcze przez chwilę; młody człowiek włoŜył rękę do
kieszeni i odchodząc, obrzucił Gam bezceremonialnym
spojrzeniem.
Wracali z Fredem do domu. Było juŜ po Ŝniwach i ścier-
niska pachniały ziemią. Teraz zbierał swe Ŝniwo księŜyc,
którego sierp wędrował po niebie. Gam przyglądała się
Fredowi, kroczącemu obok z wysoko uniesionym czołem.
Zapytał Gam, czym się zajmuje. Zanim odpowiedziała,
zaśmiała się: obszar, po którym poruszał się jego umysł, był
wyjątkowo ograniczony. Zaproponował jej wspólne
gospodarstwo. Przypuszczalnie bez specjalnego wysiłku
znajdą w przyszłości większe mieszkanie, do
QQ
którego będą się mogli wprowadzić, stwierdził, na razie
jednak wszystko pozostanie jak dotychczas. Co tydzień
będzie jej dawał określoną sumę, za którą ona kupi
wszystko, co niezbędne, i będzie mu gotowała. On jada
wieczorem punktualnie o szóstej, zaraz po powrocie z biura.
Takie rozwiązanie powinno być korzystne dla obu stron.
Tą propozycją wprawił Gam w zakłopotanie, z którego
nie umiała się otrząsnąć. Oszołomiła ją niewzruszona
pewność Freda, Ŝe Gam się zgodzi. Takie właśnie obyczaje
panowały między ludźmi, wśród których się obracał:
najpierw rozsądnie i bez emocji omawiało się sprawę,
ustalało szczegóły, a potem zaczynało się Ŝycie we dwoje.
Jeśli spodziewano się dziecka, moŜliwe było takŜe
małŜeństwo. Zdarzało się teŜ, Ŝe wszystko przebiegało nieco
inaczej i między dwojgiem ludzi pojawiał się w pewnej
chwili płomień pokonujący wszelkie bariery, sycący się
Ŝ
arem poŜądania, domagający się w nocy swych praw.
Bardzo prędko jednak wszystko wracało na swoje miejsce:
nadal trzeba było wypełniać rodzinne obowiązki, spotykać
się, ustalać terminy; moŜna było nawet razem mieszkać,
jednak wspólnie zorganizowany dzień był równie waŜny jak
nocna namiętność; aŜ wreszcie - i o tym wiedział kaŜdy, nie
spodziewając się zresztą niczego innego - dwoje ludzi
orientowało się nagle, Ŝe Ŝyją obok siebie, równieŜ wtedy,
gdy od dawna nic ich juŜ nie łączyło i jedno od drugiego
niczego nie oczekiwało, powodowała nimi jedynie wygoda i
obyczaj.
Gam czuła się podobnie jak po południu w restauracji.
Była bezradna wobec własnych myśli i odczuć potrzą-
sających nią niczym krótka, drobna fala. Absolutnie nic nie
mogło się przebić na powierzchnię, a jeŜeli juŜ do tego
dochodziło, nowe doznanie wkrótce połykały tryby bez-
dusznego zegara napędzanego, a potem unicestwianego
przez jestestwo takich ludzi.
Fred raz jeszcze zapytał, czy Gam przystanie na pro-
pozycję. Bez słowa skinęła głową. Choć wiedziała, Ŝe tylko
ją przeraŜa rozpaczliwy banał, nie umiała się obronić przed
współczuciem: świetnie zdawała sobie sprawę z całego
splotu niemoŜności i chciała pomóc. Podobne uczucia
ogarnęły ją kiedyś w szpitalu dla nieuleczalnie chorych...
Tutaj miała do czynienia z niedostrzegalnym, nieszczęsnym
przekleństwem, którego nic nie było w stanie przekreślić:
szarą pospolitością. Wszelkie pociągnięcia natury socjalnej
ledwo dotykały problemu. Polepszały sytuację materialną,
istota sprawy i struktury pozostawały jednak niezmienione.
JeŜeli się zdarzało, Ŝe ktoś osiągał ponadprzeciętną
zamoŜność, wszystko przeobraŜało się w groteskę budzącą
jedynie śmiech, poniewaŜ forma i treść nie szły z sobą w
parze, jak u tej rodziny na statku w Kanale Sueskim, która
zupełnie nie umiała się znaleźć i mając tysiące moŜliwości,
pozostała przy swoich prostackich zwyczajach...
Fred ujął Gam pod ramię i z oŜywieniem mówił o naj-
róŜniejszych sprawach. Dzielnie znosiła poufały ton: nie
ciąŜył jej, tym razem był jak najbardziej na miejscu. Potem
poszła jeszcze na górę do mieszkania księgowego, który
chciał ją wprowadzić w nową rolę i omówić szczegóły
dotyczące następnego dnia. Usiedli naprzeciw siebie na
wysokich krzesłach z plecionej trzciny. Gam zapytała Freda,
czego w Ŝyciu pragnąłby najbardziej. Roześmiał się -
owszem, marzył o wielu rzeczach, uwaŜał jednak, Ŝe to
mrzonki, których nie naleŜy traktować powaŜnie. Po
krótkim namyśle stwierdził, Ŝe ucieszyłaby go dobra posada
i lepsze zarobki, chciałby mieć ładne mieszkanie i zgodną
kobietę obok siebie. Gdyby spotkało go coś więcej, uznałby
to za uśmiech losu i przyjął z wdzięcznością jako
szczególny dar niebios.
Gam skinęła głową - oczekiwała mniej więcej takiej
odpowiedzi. I nawet jej to nie śmieszyło, doskonale Freda
rozumiała. W końcu zorientowała się, gdzie tkwi sedno
sprawy. Zrozumiała, chociaŜ nie była w stanie pojąć.
m
Nagle ją olśniło, Ŝe to, co uwaŜała za niespoŜytą energię i
siłę, przejawiającą się w najdrobniejszej codziennej
czynności, niczego nie oznacza: jest jedynie widocznym
efektem aktywności Ŝyciowej, równie nieskomplikowanej
jak roślinna wegetacja. Nic tutaj nie sięgało głębiej,
wszystko działo się wyłącznie na powierzchni. Nie było teŜ
mowy o Ŝadnych zmianach - jedno z nienaruszalnych praw
natury mówi, Ŝe z ziarna fasoli wyrasta wijące się pnącze, a
nie potęŜna jodła. I nawet z pomocą najbardziej wyszukanej
sztuki ogrodniczej nie wskóramy niczego...
Fred patrzył na Gam przymglonym wzrokiem. Dla niej
jego twarz wyglądała teraz tak samo jak twarze większości
istot ludzkich. Bez wątpienia wśród tych istot muszą
znajdować się równieŜ takie, dla których większość stanowi
wyłącznie rodzaj tła, podłoŜa: wznoszą się one ponad
pospolitość, są świadome swej wartości i zdolne są
naprawdę przeŜywać. Przekonanie o własnej wyjątkowości
moŜe być równieŜ źródłem szczególnej satysfakcji: moŜna
czuć się jak ktoś, komu powierzono nadzwyczajną misję do
spełnienia, ktoś wtajemniczony w powikłane zaleŜności
przyczyn i skutków, kto na dodatek potrafi się tym bawić,
poniewaŜ świadomość i wiedza zawsze prowokują do
podjęcia gry... Najgłębszą kontemplację winniśmy kończyć
tanecznym balansem, u kresu zamyślenia i melancholii
dostrzegać prostotę i wdzięk... Zabawa, gra- w tym miejscu
ocieramy się o tajemnicę spraw ostatecznych i mistykę
następstw, dotykamy granicy, za którą mieszają się pojęcia i
koło się zamyka.
Człowiek siedzący naprzeciw był jednym z ludzkich
bytów. Stanowił niewielkie ogniwo w łańcuchu istnień,
waŜnych dla gatunku, który pełnię człowieczeństwa osiągał
tylko dzięki jednostkom wybitnym; ten męŜczyzna był,
niestety, osobnikiem pasywnym, bezbarwnym. Jakimś
zrządzeniem losu znalazł się tutaj...
Fred zmruŜył oczy.
- Czemu mi się tak przyglądasz? - zapytał.
Gam objęła głowę męŜczyzny, z wielką powagą przy-
ciągnęła ją do siebie i pocałowała. Miała wraŜenie, Ŝe
znalazła jakąś drogę - naraz w środku nocy spotkała wie-
ś
niaka, który potwierdził, Ŝe idąc w kierunku, który obrała,
zajdzie prosto do celu, przy czym wieśniak nie ma pojęcia,
jak waŜny jest dla niej ów ceł.
ś
egnając się, w drzwiach, podniosła jeszcze rękę i po-
machała do Freda. ZauwaŜyła, Ŝe wygląda na rozczaro-
wanego. Przypuszczalnie sądził, Ŝe Gam zostanie z nim na
noc.
Na Quai d'Orsay, pomiędzy kramami bukinistów, za-
czepił Gam jakiś malarz, który długo opowiadał o swych
planach i ideałach. Choć wiele przemawiało za tym, Ŝe
malarz jest człowiekiem pokroju Freda, Gam postanowiła
przeprowadzić jeszcze jeden eksperyment, tym bardziej Ŝe
ów typ duŜo mówił o ideałach, które są dla niego
najwaŜniejsze i którym podporządkował swe Ŝycie. Przez
kilka dni wysłuchiwała tyrad malarza, potem u drobnego
handlarza, który miał na składzie jego obrazy, kupiła kilka
prac. Oszołomiony sukcesem idealista ochoczo zabrał się do
malowania. Gam z rozmysłem kupiła płótna, które malarz
sam uwaŜał za najmniej udane. Przekonawszy się, Ŝe maluje
teraz w ten sam sposób, Gam nie zdziwiła się nic a nic. Ale
przestał się jej podobać. Była ciekawa, jakie wraŜenie
wywrą na malarzu pieniądze. Przekonała się, Ŝe nie trzeba
było wiele, aby zrobił się zarozumiały, a Ŝądza posiadania
przesłoniła idealizm.
Jeszcze przez kilka tygodni Gam Ŝyła w ciągłym za-
bieganiu. Jej dzielnicę zamieszkiwali urzędnicy, dalszą
okolicę - zamoŜne mieszczaństwo. Mimo uszu puszczała
liczne nazwiska, wokół pojawiali się ludzie, o których
niemal zaraz zapominała. Przemysłowcy, którzy rozpo-
czynali nadzwyczaj skromnie i po latach stawali się wła-
QQ
ś
cicielami fabryk, wynalazcy, dzięki którym wprowadzono
istotne ulepszenia, generałowie piszący uczone ksiąŜki o
sztuce wojennej, ambitni młodzi dyplomaci, juŜ uho-
norowani licznymi orderami - wszyscy oni w jakimś okresie
swego Ŝycia zadziwiali rozsadzającą ich energią, z czasem
jednak ta aktywność się w nich wypalała. Byli dobrymi
fachowcami, znali się na swojej pracy, ale funkcjonowali
jak automaty; duŜo wiedzieli i potrafili przekonać do swych
racji, wielu nieobce były nawet arkana nieco staroświeckiej
sztuki Ŝycia, tak naprawdę jednak brakowało im czegoś, co
najwaŜniejsze. Gam sama nie wiedziała, jak naleŜałoby
nazwać ten mankament. Miała jedynie wraŜenie, Ŝe ci
wszyscy ludzie jak pijawki przyssali się do rzeczywistości
tylko z jednej strony i zupełnie nie ogarniają całości, nie
stanowią bytów integralnych, daleko im do tego, by kaŜdą
chwilę swego Ŝycia twórczo zamieniać w coś nowego,
wcześniej nieznanego, a kiedy juŜ tego spróbują, postępują
wedle utartych wzorców. Brakowało im niezłomności,
ś
miałości, chłonności -cech godnych miłości i szacunku,
wymuszających aktywność, owocujących sukcesem; nie
było w nich beztroski, niezaleŜności, ruchliwości;
poddawali się miałkim hasłom i regułom. W cieniu kaŜdego
z nich zawsze w końcu Gam odkrywała Freda...
Do poetów i artystów zupełnie się rozczarowała. In-
teresują się tylko sobą, stwierdziła, swoją twórczością, pod
której cięŜarem uginają się jak krzew winorośli pod
dojrzewającym gronem. śyją wyłącznie w swoich dziełach,
te zaś są jak pasoŜyt: cierpi przez nie rozwój osobowości, w
której nie ma miejsca na prawdziwą pogodę ducha,
poniewaŜ artysta tylko z pozoru cieszy się duchową
wolnością. Całą jego egzystencję przenika dzieło: kiedy
odpoczywa, dzieło w nim dojrzewa, stan spoczynku jest
doznaniem, z którego ono wyrasta. Artyści nie mają czasu
na wsłuchiwanie się w zew własnej krwi, czekają na nich
dłuta, pędzle bądź pióra- nowe dzieło
f\ A
musi się narodzić. KaŜdy zaś poród sam w sobie staje się
celem; dlatego teŜ artysta nigdy nie dotrze w rejony piękna
bezuŜytecznego, dostępnego bytom z niczym nie zwią-
zanym; obszary te są domeną osobowości prawdziwie
wielkiego formatu...
Gam złoŜyła wizytę markizie d'Argenteuil, która z kolei
zabrała ją do księŜnej Parmy. Kilka razy odbyła przejaŜdŜkę
wzdłuŜ bulwarów w towarzystwie młodego St. Denis.
Wieczorem przyszła do niej z płaczem jakaś akto-reczka i
prosiła, by Gam nie odbierała jej pana St. Denis. Gam ją
pocieszyła i obiecała spełnić prośbę. Za jakiś czas znów
spędziły z sobą wieczór. Mała była przymilna jak kociak i
zjawiała się u Gam jeszcze kilka razy. Na przyjęciu u
księŜnej Gam wywołała sensację stylem, w jakim wkroczyła
na pokoje. Innym razem, siedząc w loŜy, uczestniczyła w
debiucie pewnego poety, który powiedział, Ŝe w jej
obecności ma za nic sławę. Nie uwierzyła mu: poeci często
kłamią, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Pojedynkowali się o nią dwaj młodzi oficerowie, których
nie znała. Co za głupota, pomyślała, kiedy jej o tym
opowiedziano. Gdyby się załoŜyli, wyglądałoby to znacznie
sympatyczniej.
Europejskie miasta ją znudziły. Miała dosyć nieustan-
nego nawiązywania nowych błahych znajomości. Prze-
oczenie dziesięciu spraw dokucza znacznie bardziej niŜ
jednorazowe niedopatrzenie. Poza tym miasto narzuca
pewną uniformizację: ludzie Ŝyją zbyt blisko siebie, ciągle
się spotykają. Jeśli poznamy jedną osobę, znamy
wszystkich...
Gam czuła się zmęczona. Przebiła się przez wszystkie
warstwy- od najniŜszych po te, które zalegają na samym
wierzchu. Stwierdziła, Ŝe poza usytuowaniem niczym się od
siebie nie róŜnią. Wszystkie były takie same. Koło obraca
się pomiędzy narodzinami a śmier-
ci K
cią, te dwa bieguny wyznaczają przestrzeń dla Ŝycia. Ono
zaś wcale nie toczy się po prostej, lecz wciąŜ, jak krótka
fala, próbuje przeciwstawiać się nurtowi, który mimo to
niesie je w określonym kierunku. Rezygnuje z szerokiego
oddechu, zacieśnia horyzonty, nie potrafi posłuŜyć się
magicznym OM, o którym mówił buddyjski kapłan. Nie
warto niczego obchodzić... Nikomu teŜ nie da się pomóc.
Zawsze ciepłym uczuciem darzyła zwierzęta. Obser-
wując ich naturalny wdzięk, porównywała go z Ŝałosną
interesownością ludzkich zachowań. U ludzi zmysły były
wyczulone na szablon, na zestawy słów, stereotypowy ruch,
myślenie, aktywność. Uderzała Gam jakaś poło-wiczność,
poraŜała sztuczność. RozróŜniała wszelkie niuanse gry,
maski - tę ostatnią potrafiła przeniknąć chłodnym okiem, a
kiedy ostroŜna pewność siebie zamieniała się w
samozadowolenie, Gam traciła resztki złudzeń. Nabierała
wtedy dystansu, usta wykrzywiał jej grymas pogardy, aŜ w
końcu pojawiała się obojętność: zdyscyplinowane głąby,
mieszanina białek i kwasów tłuszczowych, całkowicie
zaskorupiali w swych nawykach, zniewoleni pracą,
pieniędzmi, tytułami, sukcesami; do tego niezbędni, bo bez
nich nie byłoby mieszczańskiej stabilizacji: punktualnych
ekspresów, solidnych banków. Oto prawdziwe koszty Ŝycia
- teraz je znała; i tylko tyle...
Markiza d'Argenteuil zaprosiła Gam do swego pałacu na
wodzie, oddalonego od ParyŜa o godzinę drogi.
W dniu wyjazdu przypadkiem znalazła się niedaleko
domu, w którym mieszkał Fred. Spotkała go na ulicy. Nie
szczędząc wyrzutów, zapytał, dlaczego go opuściła, i zaraz
dodał, Ŝe juŜ za późno, poniewaŜ ma nową przyjaciółkę, z
którą zamieszkał. Był pewien, Ŝe Gam chce wrócić, nic
innego nie przeszło mu nawet przez myśl. Wprawił ją w
zachwyt, wraŜenie było piorunujące. I tak, w radosnym
nastroju, Gam udała się do posiadłości markizy.
VI
Stary zarządca twierdził, Ŝe w ostatnich latach wodne
urządzenia zostały naprawione i znów wszystko działa. I
rzeczywiście, o zmierzchu na godzinę rozszumiały się
parkowe wodotryski. Wiatr pędził do wody pobrązo-wiałe
juŜ liście wiązów i orzechów włoskich, a spoglądający w dół
melancholijny Narcyz wyglądał jak zaklęte w kamieniu
uosobienie smutku tych nostalgicznych jesiennych
wieczorów: w ciszy i zapadającym zmroku przyroda
obumierała.
Przechadzając się po pokojach, Gam często się za-
trzymywała, by podziwiać obrazy. Subtelnie cieniowane
jasnymi akwarelami, zawieszone na zgrabnych haczykach,
zajmowały całe ściany. W małym biurku z politu-rowanej
brzozy natrafiła na kilka paczek z listami. Na poŜółkłych
papierach ktoś powypisywał wielostronicowe egzaltowane
epistoły - coś takiego mogło powstać tylko w tamtym
stuleciu. Spędziła nad nimi cały dzień. Adresatem
większości był kawaler von Roste, który przypuszczalnie
zwrócił je w chwili rozstania; w innych jakaś przyjaciółka
pisała o ukochanym.
W szafach i kufrach odkryła stare suknie. Wyjmowała je
i wkładała na siebie. Spłowiałe tkaniny miały nie-
powtarzalny, oszałamiający zapach. Gam przesiadywała tak
przebrana całymi godzinami, marzyła, cofała się w
przeszłość. Patrząc przez dłuŜszy czas na swe odbicie
Q7
w kryształowym lustrze, zupełnie zapominała o sobie.
Obraz, który oglądała, przedstawiał kogoś cudownie obcego
i zarazem bliskiego: to była ona, tyle Ŝe dzięki jakimś
czarom udało się jej zawędrować w inną epokę i teraz,
spoglądając w milczeniu zza szklanej tafli, na chwilę
stamtąd powracała. Za kruchą i nierealną postacią kładły się
szare cienie zmierzchu; w głębi lustra przechodziły w
delikatny brąz i wydawało się, Ŝe przesłaniają całą
przeszłość; jedynie spokojny, pełen zadumy uśmiech
kobiety łączył tę przeszłość z teraźniejszością. Kiedy
pewnego wieczoru Gam, ubrana w wystawną, drogą kreację,
przechodziła przez pokoje, był tam równieŜ stary zarządca.
Nie zauwaŜyła go i ruszyła tanecznym krokiem w
dostojnym rytmie sarabandy. Ujrzawszy starego człowieka,
wskazała na stojący pod ścianą szpinet. Zarządca usiadł przy
nim i zagrał menueta. W powietrzu drŜał wątły srebrzysty
dźwięk chwilami przypominający pozytywkę. Gam powoli
stawiała taneczne pas, dołączając do nich głębokie ukłony;
czuła w tych figurach uwodzicielski blask epoki, którą
dobrze znała i do której miała wyjątkowy sentyment. W
czasach rokoka wszystko działo się w bajkowych ogrodach,
ogrody te przesłaniały wszelką otchłań; choć Gam wiedziała
o przepaści, ją równieŜ chciała nazywać ogrodem. Dziś
częściej wolimy mieć do czynienia z przepaścią, która nas
przeraŜa. Tamta epoka - czas namiętnych romansów i poje-
dynków - ponad wszystko ceniła wykwint i wdzięk. Kawaler
von Roste z uśmiechem na ustach wyzwał na pojedynek
najlepszego szermierza Francji tylko dlatego, Ŝe ten miał
czelność odrobinę za długo całować dłoń damy jego serca.
Eleganckim Ŝartem wyprosił w towarzystwie chwilę
niezbędną dla zaczerpnięcia świeŜego powietrza, wyszedł z
przyjacielem sekundantem do ogrodu i więcej nie wrócił.
Nie zostawił Ŝadnych listów, nikomu się nie tłumaczył.
Znów zmierzchało; półmrok juŜ wcześniej przyprawił
Gam o dreszcze. Wyszła ze starym zarządcą do ogrodu.
Patrzyła na Ŝywopłoty. Kiedyś je przycinano, teraz były
całkiem zdziczałe i smutne, jakby się czegoś wstydziły.
Wieczór nabierał kolorów lapis lazuli i srebra.
Karmiła czarne łabędzie, które juŜ sposobiły się do snu.
Kreśląc koła na stawie, pośpiesznie do niej podpływały.
Horyzont zaciągał się chmurami, przez które przedzie-
rały się jeszcze resztki światła. Niebo ponad drzewami
robiło się fioletowe, zaraz za fioletem narastała ciemność.
Po chwili z szumem zakołysały się szczyty drzew, w wie-
czorny chłód wdarły się strumienie ciepłego, wilgotnego
powietrza. Do ogrodu wpadł mokry wiatr. Potem zapadła
martwa cisza, a chmury zasłoniły całe niebo.
Gam zawróciła do pałacu. Jakiś dziwny odgłos towa-
rzyszył jej krokom, w kaŜdym załomku tajemniczo gęstniała
ciemność, ze wszystkich stron osaczała młodą kobietę; dom
zdawał się kulić do ziemi w obliczu coraz bliŜszego,
nieznanego niebezpieczeństwa. KaŜdy szmer gwałtownie
potęŜniał i równie nagle, jakby uderzony miękkim toporem,
zamierał. Świat dookoła poraŜał ciszą.
Gam była rozdygotana. Kryło się za tym coś więcej niŜ
tylko zwykłe wyczekiwanie na burzę. Czuła, Ŝe wraz z
burzą nadciąga coś jeszcze... Ale co...? Wiedziała, Ŝe
niebawem nastąpi przemiana. Zastanawiała się, co ją czeka.
MoŜe jak gąsienica zrzuci skórę i przeistoczy się w motyla,
który zerwie się z miejsca i pofrunie...? Była ogromnie
zmęczona, nie miała siły się opierać; w chmurach czaiła się
burza, gotując się do ataku. Niech więc uderza!
Z całą pewnością Gam znalazła się na rozdroŜu. Stojący
przed nią świecznik wyglądał przedziwnie: odlew z brązu
wydobywany z ciemności blaskiem niemych jeszcze
piorunów sprawiał niesamowite wraŜenie. Spokój
poprzedzający nawałnicę miał w sobie coś ZagadkOWe-
go, nieznośna tajemnica osaczyła Gam, porywała ją za
sobą... Tylko dokąd...?
Czerń za oknem rozdzierały błyskawice, raz po raz
przecinające niebo. Zapalały się i przez moment jarzyły
niczym monstrualne, węŜowate linie unerwienia. Potem
znów zapadała noc. I znów na kilka sekund w parku i w
pokojach robiło się jasno. Po chwili rozlegał się przeciągły,
narastający grzmot pioruna. Z potęŜnym szumem opadły na
ziemię strugi deszczu.
Odgłos ulewy wypełnił wnętrze pałacu. Był uporczywy,
wydawało się, Ŝe nigdy nie ustanie. Szyby i ściany pokoi
dygotały pod naporem siekącej wody; łoskot niósł jednak z
sobą wybawienie. Naraz Gam usłyszała, Ŝe w korytarzu do
dudnienia ulewy dołączył inny dźwięk: z dołu dobiegł jakiś
rumor, szybko się zbliŜał. Z trzaskiem otworzyły się drzwi i
w progu stanął ociekający wodą Lavalette. Krzyczał coś do
słuŜącego, domagał się kąpieli i suchego ubrania. Ukłonił się
Gam.
-
Przykro mi, Ŝe tak wyglądam, witając się z panią.
Za godzinę wszystko wyjaśnię.
Gam nawet nie próbowała wstać z fotela. Wydawało się,
Ŝ
e szalejąca na zewnątrz nawałnica zmiecie wszystko z
powierzchni ziemi. Wystrzelające co sekunda błyskawice
wdzierały się białosinym blaskiem pomiędzy drzewa,
wściekły atak piorunów wspomagała ulewa, z nieba lały się
potoki deszczu - rozpasanie Ŝywiołów nie miało granic.
Wrócił Lavalette. Gam wstała, szybkim krokiem podeszła
do okna i spojrzała przez szybę. Lavalet-te gwałtownie
wyciągnął rękę, wskazując na burzę, po czym w milczeniu
zacisnął palce na oparciu fotela. I natychmiast znów
odwrócił się do Gam.
-
Wobec takiego potopu wyjaśnianie czegokolwiek jest
zbyteczne. Wystarczy, jeśli się pani dowie, Ŝe jestem przy
jacielem markizy d'Argenteuil i znam tę posiadłość. Mam
zobowiązania, które nie mogą czekać. Natychmiast mu-
szę znaleźć jakiś samochód. O godzinę stąd, jadąc po
ciemku, bez świateł, wpadłem na stertę kamieni i roz-
trzaskałem wał korbowy. Czy pani wóz jest sprawny? Gam
potwierdziła.
-
Będę go potrzebował.
Na moment niebo stanęło w czerwonych płomieniach.
Lavalette pochylił się nad Gam.
-
Gdzieś juŜ panią widziałem...
Gam skinęła głową. Nie mogła mówić. Ciało jej ciąŜyło,
jakby było z ołowiu. Ręce bezwładnie spoczywały na
poręczach fotela.
-
W Szwajcarii. Raz teŜ spotkałem panią w Kolom-
bo. Dopatrywanie się jakichkolwiek związków, wyciąga
nie wniosków byłoby absurdem. Ale ułatwię pani decy
zję. Pojedzie pani do Marsylii i wejdzie na pokład Annę
Lane. Statek wypływa za dwanaście dni. Będę na panią
czekał w Singapurze.
Gam nie odpowiedziała. Lavalette zadzwonił na słu-
Ŝą
cego i poprosił o wyprowadzenie auta z garaŜu. Potem raz
jeszcze wskazał okno.
-
Przy czymś takim wszystko inne to banał. Tu się
nie zadaje pytań i nie udziela odpowiedzi - to po prostu
jest. Proszę przemyśleć ten problem. W Singapurze zej
dzie pani ze statku.
Na dworze kilku ludzi pchało wóz. Lavalette pochylił się
nad ręką Gam. Młoda kobieta patrzyła na niego jak przez
sen, zupełnie bezwolna. Trzasnęły drzwi, za nimi słychać
było oddalające się kroki. Jakby powracając z innego
ś
wiata, Gam, w pustym pokoju, odezwała się głębokim
głosem:
-
Tak... - Ściągnęła brwi, oczy jej pociemniały. - Tak -
powtórzyła, po czym opuściła głowę.
Silnik prychnął kilka razy i zagrał w jednostajnym
rytmie. Zgrzytnęła skrzynia biegów, jeszcze gdzieś ktoś
wołał... Po chwili nawałnica wchłonęła warkot oddalającego
się auta.
Kiedy Gam się obudziła, niebo było jasne. Burza minęła.
KsięŜyc jak wielka mosięŜna misa świecił nad parkiem i
odbijał się w kałuŜach, których w ogrodowych alejkach
porobiło się co niemiara. Wierzchołki drzew zastygły w
bezruchu. Na gałęziach krzewów wokół domu zbierały się
krople i wolno ściekały z liścia na liść. Marmurowy Narcyz
nad stawem, w połowie oświetlony padającym ukośnie
blaskiem księŜyca, nadal ze smutkiem patrzył w wodę.
Ś
wiatło zatrzymało się na lewym ramieniu posągu; potem,
jakby dla zabawy, z niewątpliwą sympatią, miękko i
bezgłośnie przeskakując kilka razy, księŜycowy blask
otoczył całą rzeźbę. Narcyz stał zamyślony i się uśmiechał...
-
Nie ma w tym nic nadzwyczajnego - mówiła Gam
do markizy d'Argenteuil. - O naszym Ŝyciu nie decydują
zdarzenia waŜne i głośne, lecz te drobne, niemal niedo
strzegalne. RównieŜ nie te, które mają jakieś logiczne
uzasadnienie i których się spodziewamy, ale wyłącznie
zaskakujące, nie przeczuwane, nagle burzące spokój i kie
rujące nas na nowe drogi. UwaŜamy, Ŝe obok naszego
codziennego Ŝycia toczy się Ŝycie ukryte i wszystko, czym
łudzi nas jaźń, mami intuicja, to jedynie przypadkowe
odbicia tej drugiej ścieŜki. Kiedy jednak nastąpi wstrząs,
cała nasza mądrość obraca się wniwecz...
Markiza dobrodusznie patrzyła na Gam.
-
Najcudowniej dobrane, porywające słowa poety,
których słuchamy ze sceny, nigdy nie poruszają tak mocno
jak dalekie wołanie wśród nocy, dobiegające nie wiadomo
skąd - odparła. - Nasza fantazja przypisuje mu tysiące
znaczeń, krzyk oŜywia wyobraźnię i budzi tęsknotę,
powoduje coś, czego nie dokona Ŝadne słowo: przenika do
krwi, staje się częścią ciemnego, zagadkowego dziedzictwa,
w które wyposaŜyła nas natura; ona przez ten krzyk do nas
przemawia i wymusza decyzje.
-
Przypadkowy dźwięk moŜe wywołać rezonans-
odezwała się Gam. - Ten dźwięk wciąŜ wybrzmiewa, jego
odbicia nie słabną nawet wtedy, gdy próbujemy go za-
głuszyć, bo uwaŜamy, Ŝe jest bez sensu; wciąŜ się odzywa,
coraz głośniej wibruje, kusi nas i w końcu zwycięŜa.
-
Proszę za nim iść, na pewno się pani nie zawiedzie.
-
Tak... - odrzekła cicho Gam. Po chwili się roześmiała.
- Mogę teŜ postąpić zupełnie inaczej...
Dwa dni później opuściła ParyŜ. Nie dojechała jednak
daleko, tego samego dnia wróciła. Ale juŜ wieczorem, w
operze, poczuła niepokój. Znów do późnej nocy siedziała
przy oknie w swym pokoju. Następnego dnia wsiadła do
ekspresu jadącego do Marsylii.
Nie dotarła do celu. Zatrzymała się w jakiejś prowan-
salskiej wsi, gdzie zamieszkała u prostych ludzi, którzy
sypiali w kolorowych, wysokich łoŜach. Na noc zamykano
drewniane okiennice. Kiedy rankiem Gam się obudziła,
przez wycięty w jednej z nich otwór w kształcie liścia lipy
wpadało jasne światło budzącego się dnia. Ze złocistego
serduszka strzelał promień, przecinał ciemne pomieszczenie,
jak aureola padał na ścianę i oleodruk -kolory na piersi
Madonny nabierały niespotykanych barw. Gam podsunęła
dłoń i próbowała pochwycić światło. Potem przyniosła
lusterko i podrzucała świetlną plamę jak piłkę - złociste
serduszko fantastycznie ślizgało się po ścianach i suficie, aŜ
Gam się podniosła i stanęła na łóŜku; ramiączka nocnej
koszuli osunęły się i kobieta, stojąc na poduszkach,
nachyliła się tak, Ŝe promień dosięgał jej ciała w miejscu, w
którym biło serce. Natychmiast poczuła ciepło na skórze,
pod jej lewą piersią jaśniała słoneczna plamka; dłuŜej nie
potrafiła powstrzymać kipiącej radości, na nic juŜ nie
zwaŜając, wyskoczyła z łóŜka i zaimprowizowała poranny
taniec ze słońcem...
Po południu znów pogrąŜyła się w marzeniach. Zde-
cydowała się na dalszą podróŜ. Kudłaty pies gospodarzy,
którzy odprowadził ją do pociągu, nie zamierzał się
z nią rozstawać. Na poŜegnanie pomachała mu ręką jak
serdecznemu przyjacielowi...
Przez całą drogę patrzyła na krajobraz skąpany w pro-
mieniach słońca. Wiatr buszował w konarach srebrzy-
stoszarych drzew oliwnych, pociąg mijał pinie, bananowce i
krzewy wawrzynu, a pokazujące się gdzieniegdzie palmy
nadawały widokom posmak egzotyki. Potem juŜ było
miasto- właściwie jeden wielki port- Boulevard de la
Cannebiere i mieszanina róŜnych nacji i ras. Gam długo
stała na nabrzeŜu i patrzyła na morze. Obok niej piętrzyły
się skrzynie, ławki i krzesła pokładowe - typowe
wyposaŜenie kaŜdego statku. Obrotowe Ŝurawie unosiły na
linach ogromne worki i inne cięŜary, jakby te ładunki nic nie
waŜyły. W dokach trwał załadunek siarki i ochry
sieneńskiej, porykiwało, czekając na swą kolej, spragnione
stado krów. Pomiędzy falochronem a miastem jeden obok
drugiego kotwiczyły parowce... Gam w końcu postanowiła
zapytać; Annę Lane nie weszła jeszcze do portu.
Ale następnego ranka juŜ była: zacumowała w środku
nocy. Na widok statku pod Gam ugięły się kolana i za-
kręciło się jej w głowie; przez cały następny dzień starała
się omijać port z daleka. W końcu, kiedy juŜ odwaŜyła się
wyjść, zawędrowała w okolice ocienionej platanami alei des
Cours Belsunce i wmieszała się w tłum kokot i
cudzoziemców. Wkrótce jednak wszędzie zaczęła się
natykać na ludzi z załogi Annę Lane, którzy ciągnęli do
starej części miasta, w stronę uliczek zamieszkanych przez
prostytutki.
Kiedy na Annę Lane uzupełniono zapasy węgla, Gam
uznała, Ŝe parowiec jest gotów do drogi. Pośpiesznie udała
się na nabrzeŜe Messageries Maritimes, spodziewając się, Ŝe
wkrótce wypłynie. Zadyszana wbiegła na pokład. Miała
wraŜenie, Ŝe jakaś niewidzialna ręka kieruje jej ruchami.
Była podniecona, spodziewała się, Ŝe
maszyny są juŜ pod parą. Kapitan jednak oświadczył, Ŝe
statek wyjdzie w morze dopiero następnego dnia.
W nocy źle spała. WciąŜ się jej zdawało, Ŝe słyszy szczęk
łańcuchów i co chwila się budziła, przekonana, Ŝe statek juŜ
płynie. Potem zapadła w jakieś odrętwienie, bez
jakichkolwiek snów, z którego wyrwało ją dopiero
dudnienie maszyn. Byle jak, w pośpiechu się ubrała,
wybiegła z kajuty i popędziła na pokład. Poranne, świeŜe
powietrze ją oszołomiło. Na pokładzie stali ludzie i machali
rękami. Statek odbijał od nabrzeŜa. Gam przechyliła się
przez reling i chciała krzyczeć - zaraz jednak się
zreflektowała. Patrzyła na odsuwający się ląd, pochylała się
nad nim, jakby chciała go zagarnąć i powstrzymać, czuła
przy tym absolutną niemoc. Przyjrzała się jakiemuś obcemu
człowiekowi na nabrzeŜu i uśmiechnęła się do niego. Kiedy
spojrzała w bok, dostrzegła pewnego Anglika, który jak
opętany wymachiwał lunetą. Popatrzyła na niego bezradnie
jak dziecko, po czym sama podniosła rękę i kilka razy nie
wiadomo do kogo pomachała... Pozdrawiając wszystko, co
zostawiała za sobą...
Z morza wyłoniła się statua Lessepsa. Ciemnoniebieski
horyzont pobrązowiał. W jednej chwili nad powierzchnią
wody wyrosły białe domy o płaskich dachach. To był Port
Said. Jeszcze zanim rzucono cumy, wokół statku zaroiło się
od łodzi Arabów. Obok parowca pojawił się stateczek
lekarza portowego. Potem na pokład runął kolorowy tłum
przybyszów o najróŜniejszych kolorach skóry- od czarnego i
brunatnego po Ŝółty. Zachwalali towary: głównie papierosy,
pocztówki, chustki i łańcuszki - produkty niemieckie bądź
angielskie; wśród pasaŜerów krąŜyło kilku wyrostków i
szczerząc zęby, szeptem, prosto do ucha, składało poufne
oferty; swe usługi proponowali teŜ przewodnicy. Za
szerokimi, czystymi ulicami dzielnic europejskich ciągnęły
się szeregi niskich domów z białego kamienia i bazary
arabskiego miasta;
wśród obdartych dzieci wałęsały się świnie i nieprawdo-
podobne mnóstwo kotów. Kiedy jasnobrązowe dziecko ja-
kiegoś fellacha potknęło się i upadło, Gam wzięła je na
ręce. Dzieciak spojrzał na nią błyszczącymi, czarnymi jak
węgiel oczami, odwrócił się i potrząsając wełnistą czu-
pryną, jak najdalej odsunął głowę. Po chwili się uspokoił,
znów popatrzył na Gam, brodę wsparł na ramieniu, spojrzał
z ukosa i wyciągnął drobną, brudną rączkę.
- Bakszysz, bakszysz ... - powtarzał.
Trzymając na rękach drobne, kruche ciałko, Gam
zastanawiała się, jak to moŜliwe, by ludzka istota miała
równie drobne paluszki, do tego kaŜdy zakończony takim
maleńkim paznokciem. Od delikatnego stworzonka płynął
jakiś dziwnie ciepły prąd i Gam musiała się przemóc, by nie
przyciągnąć go do siebie, nie głaskać, nie wypytywać i nie
pouczać.
Całkiem wytrącona z równowagi, szybko wcisnęła mu
do rączki kilka monet, zacisnęła piąstkę i odeszła.
Nocą na Annę Lane ładowano węgiel. Zasapani Murzyni
wnosili go w workach zarzuconych na nagie plecy. Widać
było, jak pod skórą dokerów pręŜą się mięśnie, a światło
reflektorów odbija się na ciemnych, błyszczących od potu
ciałach. W wykrzywionych twarzach niebieskawą bielą
lśniły zęby i białka oczu. Z ciemności okrywających port
wynurzały się czarne, niepokojące postacie - zdawało się, Ŝe
ich pochód nie ma końca, Ŝe jakaś ogromna armia otoczyła
statek i teraz pogrąŜa się w czeluściach ładowni. W ukośnie
padającym stoŜku światła kłębił się tłum; czasami poprzez
zgiełk przebijał się spokojny, rytmiczny szum morskich fal,
pobrzmiewający jak dyskretny akompaniament. Kredowa
biel smugi światła krzyczała pośród nocy histerycznym
furioso, jakby za wszelką cenę chciała wszystkich
przekonać o bezwzględnym prymacie jasności. Wydaje się,
myślała Gam, Ŝe ten niesamowity stoŜek światła mógłby się
skierować,
dokąd by tylko zechciał, takŜe do nieba - wtedy zoba-
czylibyśmy, Ŝe równieŜ tam dzieją się rzeczy zazwyczaj
przed nami ukryte i wszystko wiruje w oszalałym tańcu. Z
przesłaniających port ciemności, na pozór przyjaznych,
stwarzających iluzję ciepła i bezpieczeństwa, światło
wykrawało przeraŜające obrazy najprawdziwszych bitew;
było jak soczewki mikroskopu, przez które widać, Ŝe w
kropli wody, dla gołego oka zupełnie niewinnej, toczy się
prawdziwa wojna jednokomórkowców... Gam uśmiechnęła
się - wojna w kropli wody i o tę kroplę, a takŜe o inne,
waŜne sprawy... RównieŜ o śmierć i Ŝycie. Jak wszędzie.
Od kilku godzin ryk syren obwieszczał, Ŝe statek nie-
bawem odpłynie. Parowiec powoli odsunął się od nabrzeŜa i
zwrócił w stronę kanału. Na mostku kapitańskim stał pilot.
Pomiędzy kotwiczącymi jednostkami przeciskał się jakiś
stateczek, który pełną parą gonił Annę Lane. MęŜczyzna u
steru głośno krzyczał. Za jego plecami ktoś siedział. Gam
właśnie wyszła na pokład i obserwowała widowisko. Statek
dobił do burty parowca, przerzucono trap, człowiek
siedzący za sternikiem poderwał się i po minucie był na
Annę Lane. Wchodząc na pokład, wpadł na Gam, która stała
tuŜ przy trapie. Zmierzył ją wzrokiem i odsunął, po czym
odwrócił się, wyjął z kieszeni pieniądze i zamaszystym
ruchem rzucił w dół, do człowieka na barkasie. Co
uczyniwszy, wyniośle, z nieprzeniknionym wyrazem
twarzy, ruszył przed siebie, zamienił kilka słów z którymś z
oficerów i, poprzedzany przez stewarda, udał się do kabiny.
Parowiec powoli nabierał szybkości.
Dość długo trwało, nim statek zdołał obejść smutne
skały wokół Adenu. W końcu roztopiły się w niebieskawej
mgiełce; wokół statku zapadła noc.
- Jutro obudzimy się na oceanie - oznajmił przy sto-
le kapitan, którego Ŝarty wygłaszane głębokim basem
mieszały się z szumem wentylatorów.
Późnym wieczorem zrobiło się jeszcze duszniej. Gam
wyszła na pokład. Była sama. Nad nią, niczym zbita, czarna
wata, zawisła ciemność. WygwieŜdŜone niebo
znieruchomiało, wyglądało jak dekoracja rozpięta ponad
masztami statku; gwiazdy świeciły równym, jasnym bla-
skiem. KrzyŜ Południa jak wielka agrafa spinał aksamit
nocy. Za wystawnym przepychem kryło się jednak coś, co
bezustannie drąŜyło, nicowało, poŜerało, czaiło się, czyhało,
kąsało, atakowało; rozkołysane morze kłębiło się, cięŜko
dysząc. Statek wszedł w śluzę i zostawił za sobą spokojne
wody kanału; na spotkanie parowca znów wybiegły
ruchliwe fale, które wraz z pianą niosły z nieodległych juŜ
brzegów Indii świeŜy zapach nowych pragnień i
niepokojów.
PotęŜne odkosy dziobowe przepływały wzdłuŜ burt, za
statkiem zamieniając się w srebrzysty kilwater, ciągnący się
daleko w morze. Grzbiety fal jaśniały matowym blaskiem,
który za rufą lekko czerwieniał; wydawało się, Ŝe morze
ś
wieci. Statek płynął srebrnym szlakiem, sam zbierał srebro
i zostawiał za sobą księŜycową rzekę.
-
Przypadek to jedyna forma, poprzez którą urzeczy
wistnia się przeznaczenie - odezwał się ktoś obok Gam. -
Forma chyba bardziej sympatyczna, zarazem coś, czego
jak przeznaczenia uniknąć nie sposób.
Koło Gam stał nieznajomy z Port Saidu; pamiętała, jak
się jej przedstawił - nazywał się Sejour. Na chwilę zamilkł,
po czym podjął:
-
Równie waŜny jak moŜliwość trafienia jest sam traf.
Ś
lepy traf działa bez Ŝadnych intencji - kaŜdego dotyka
inaczej. Ale teŜ dlatego działanie przypadku moŜemy łatwo
postrzegać jak ekscytującą loterię.
-
Czy musimy o tym rozmawiać? - zauwaŜyła cierpko
Gam.
-
Kiedy o czymś rozmawiamy, nigdy nie mówimy
wszystkiego; z kolei myślenie spłaszcza wiele problemów i
czasem najlepiej dać spokój wszelkim rozwaŜaniom. Zbyt
jasne światło moŜe oślepić, ale chłodny potok słów
niejednokrotnie przywraca właściwe wymiary. Słowa mają
to do siebie, Ŝe nigdy nie sięgają sedna spraw...
-
A myśli...?
-
Podobnie. Do tego myślenie sprawia, Ŝe gubimy
nastroje. Prowadzi do brzydoty.
-
I smutku - rzekła Gam.
-
Podziwiamy blask morza, szum oceanu. Ale stojąc
tutaj, próbujemy w tym lśnieniu i szumie znaleźć sens, w
braku czegoś lepszego przypisać im jakąś symbolikę. Nie
myśleć, za to przeŜywać- oto tajemnica Orientu; często
zresztą myślenie bywa jedynie formalnością, potem
przekonujemy się, Ŝe jest ono tylko innym sposobem
przeŜywania. Jeśli potrafimy wpaść w niemy zachwyt na
widok dostojnych białych lilii w cynowym wazonie, znaczy
to zawsze więcej od spekulacji na temat istoty ich piękna.
Emocje i wraŜenia nadają Ŝyciu piętno nieskończoności.
Zatracenie się w nich ma w sobie coś boskiego.
-
Zatracić się moŜna tylko poprzez milczenie. Tym-
czasem pan nie szczędzi słów.
-
Mówiłem juŜ, Ŝe słowa są nieszkodliwe.
-
Mogą jednak przeszkadzać.
-
Od dwóch tysięcy lat przywykliśmy do słów i nie da
się ich uniknąć, jeśli chcemy cokolwiek osiągnąć... O to mi
chodziło.
-
Co pan chciał osiągnąć...?
-
ZaleŜało mi, by uprzedzić przypadek...
-
...który jest regułą?
-
Chętnie przeciwstawiamy się regułom...
-
Ze względu na nasze kaprysy?
-
Kierując się przeczuciem...
Gam zmierzyła wzrokiem Sejoura, który mówił dalej:
- MoŜliwe, Ŝe to, co powiem, panią zaskoczy: wiele
przyczyn, w tym nasza rozmowa, skłoniło mnie do tego, by
jednak skorzystać z okazji.
Mam pasywny stosunek do Ŝycia - ciągnął. - Kiedyś było
inaczej. Nie zawsze dawało się stać w miejscu. Ale nie czuję
Ŝ
adnej goryczy, to takŜe mam za sobą. Nie mam wobec
Ŝ
ycia Ŝadnych wymagań, nie doznaję więc rozczarowań.
Jestem wyłącznie obserwatorem. I w końcu doszedłem do
najczystszej formy przeŜywania: moja jaźń jest jedynie
zwierciadłem, w którym odbijają się przeŜycia. PrzeŜywam
spełnienie, choć do niego nie dąŜę. Takim spełnieniem jest
pani odbicie, podobnie blask morza wokół nas. Proszę
pomyśleć: moŜliwe, Ŝe jestem jedynym męŜczyzną w pani
Ŝ
yciu, który niczego od pani nie chce.
Gam została sama na pokładzie aŜ do świtu, kiedy fale
poszarzały niczym łupkowa tablica, a ich szum zamienił się
w monotonny szmer.
Zaroiło się od Chińczyków. Obiegli nabrzeŜe, zanim
jeszcze parowiec zacumował. Czekali naAnne Lane, a kiedy
rzucono trap, tłum wziął go szturmem. Do akcji ruszyli
marynarze, którzy odgonili intruzów.
Gam powoli schodziła ze statku. Zostawiała za sobą
pokład, który teraz, kiedy zagłębiała się w tłum, wydawał
jej się prawdziwą oazą spokoju i bezpieczeństwa. W
wąskiej szczelinie pomiędzy burtą parowca a betonową keją
bulgotało morze. Przekroczyła je niczym wody Styksu i na
miękkich nogach, starając się zapanować nad ogarniającym
ją paraliŜującym podnieceniem, drŜąc z niecierpliwości,
pełna oczekiwań, zeszła na stały ląd w Singapurze.
Dwóch rikszarzy okładało się bambusowymi pałkami -
bili się o pasaŜera. Malaje i Chińczycy otoczyli ich kołem i
uradowani zagrzewali do walki; w pewnej chwili rozbiegli
się z krzykiem przed bezszelestnie sunącą
w tłumie niebieską limuzyną, która zatrzymała się tuŜ obok
Gam.
Z auta wyskoczył Lavalette. Poprosił o wybaczenie, Ŝe
nie czekał na nabrzeŜu. Gam nie zdołała odpowiedzieć:
mówił dalej. OtóŜ zaszły pewne zmiany i okazało się, Ŝe
jeszcze dziś musi jechać do Sajgonu. Czy jest bardzo
zmęczona? Zawiezie ją zaraz do hotelu, gdzie na niego
zaczeka; on w tym czasie zajrzy do kilku miejsc, gdzie ma
sprawy do załatwienia. Zostawia jej słuŜącego, który się o
nią zatroszczy.
Dopiero teraz Gam dostrzegła wciśniętego w kąt Ta-
mila; uderzyło ją, Ŝe okna limuzyny są zasłonięte tak
szczelnie, Ŝe nie da się zajrzeć do środka. Nic nie odpo-
wiedziała, uśmiechnęła się jedynie do chłopca, który w
milczeniu patrzył na nią błyszczącymi oczami i bezgłośnie
poruszał wargami; w ciemnej twarzy bielą jaśniały zęby.
Zgiełk ulicy w nikłym stopniu docierał do wnętrza
samochodu. Wkrótce całkiem zamarł i zrobiło się cicho. Po
kilku minutach auto zatrzymało się przed parkiem, w
którym wznosił się hotel. Lavalette zamienił kilka słów z
właścicielem i po koleŜeńsku wyciągnął do Gam rękę.
- Wkrótce pani wszystko zrozumie... Za dwie godziny
wyjeŜdŜamy...
Samochód z powrotem potoczył się szeroką aleją. Gam
przez chwilę stała pogrąŜona w myślach; jej wzrok padł na
Tamila, który przyglądał się jej w milczeniu. Otrząsnęła się
z zamyślenia i nakazała chłopcu, by się zajął bagaŜami.
Tamil ochoczo pobiegł spełnić polecenie. Tymczasem Gam
w towarzystwie właściciela hotelu udała się do swego
pokoju.
Po chwili, taszcząc walizy, zjawił się Tamil. Kiedy
chciał odejść, Gam go zawołała. Wszedł do pokoju. Gam
przeciągnęła dłonią po jego włosach i uniosła je, odsłaniając
skroń. Widniała na niej blizna po całkowicie za-
m
gojonej ranie, biała na tle oliwkowej skóry. W uśmiechu
chłopiec odsłonił zęby, oczy mu błysnęły, ostroŜnie dotknął
blizny i powaŜnie skinął głową. Gam zaczęła nim potrząsać,
ciągnąc za sobą po całym pokoju; naraz wybuchła
niepowstrzymanym śmiechem i rzuciła chłopcu klucze od
waliz.
Wyszła z łazienki jeszcze mokra, owinięta obszernym
płaszczem kąpielowym, z miękkim ręcznikiem frotte
przewieszonym przez ramię. Podała go Tamilowi i po-
prosiła, by ją wytarł do sucha i natarł skórę, aŜ zrobi się
czerwona; pręŜyła się jak kotka pod naciskiem szczupłych,
brązowych dłoni lejących na nią olejek z naczynia o
dziwnym kształcie i masujących ją ostroŜnie koniuszkami
palców, kreślących koła, rozkosznie ugniatających ciało.
Przebierała jeszcze w swej bieliźnie, kiedy wrócił La-
valette. Otworzył drzwi i zatrzymał się, widząc Gam na
klęczkach, zgiętą w kabłąk nad walizką; wokół leŜały
porozrzucane jedwabne fatałaszki w najróŜniejszych
kolorach.
-
Proszę wybrać coś w kolorze ametystu - zapropo
nował. - Pani skóra będzie pod tym przypominała wy
polerowany brąz.
Gam właśnie znalazła coś odpowiedniego i wstała.
Lavalette podbiegł do niej; podniósł szeleszczącą sztukę
bielizny, pomachał nad głową biletami na statek, które
trzymał w drugiej ręce, zawiązał je w jedwab i rzucił
chłopcu, który, szczęśliwy jak dziecko, trzymał pakunek w
dłoni do chwili, kiedy Lavalette krzyknął coś do niego w
hindustani i odebrał zawiniątko.
-
Pakujemy się! - zawołał. - Wyruszać to coś najpięk
niejszego w świecie! - Stał obok Gam i mówił do niej,
patrząc z góry: Gam znów kucnęła nad walizką. - Dla
kogoś, kto ma przed sobą podróŜ, Ŝycie jest nieustającą
przygodą.
-
Przygodą? - zapytała Gam, unosząc głowę. - I niczym
więcej?
-
To mało? - zaśmiał się Lavalette. - A najpiękniejsze u
kobiety są plecy. Kiedy kobieta się schyla, jej kręgosłup
przypomina wygięty indiański łuk; z jakim wdziękiem
zmienia on kształt pod opinającą go skórą, jak wspaniale,
poczynając od delikatnych kręgów szyjnych, się pręŜy:
wzdłuŜ całej linii stopniowo tworzą się na skórze
drobniutkie zagłębienia, w których igrają cienie, a całe plecy
opływa światło...
Gam wśliznęła mu się pod ramię i poczuła na plecach
delikatne ciepło męskiej dłoni. Odsunęła się, w rękach
wciąŜ ściskała kawałek jedwabiu...
-
Są słowa - rzekł Lavalette - których brzmienie
kojarzy się z podróŜą i przygodą, oŜywia wyobraźnię.
Proszę tylko posłuchać: „Timbuktu" - pierwsza sylaba
krótka, a po niej dwa razy głębokie „u"; jak to słowo ko
łysze się w rytmie, który kaŜe nam marzyć o bezkresnej
przestrzeni. „Timbuktu". Albo „Hongkong"- tu znów
mamy dwie jednakowo waŜne i tak samo brzmiące syla
by- odzywa się w nich bezmiar przeczuć i oczekiwań;
spróbujmy wymówić je jedna po drugiej: „Timbuktu" —
przytłumione dudnienie murzyńskiego bębna, „Hong
kong" - dzwony w pagodzie - „Timbuktu" - „Hong -
- kong"...
Lavalette wypuścił Gam z objęć i miękko pociągnął ją za
sobą do okna. Przysiedli na szerokim parapecie.
Kobaltowobłękitne niebo przypominało wydęty Ŝagiel. Na
jego tle zarysy ich głów były jak obietnica. Oba ciała oŜy-
wiał równy, spokojny oddech. Gam opuściła złoŜone dłonie
na kolana i odwróciła się w stronę pokoju; jej twarz
pogrąŜyła się w mroku. Za nią jaśniała niewielka po-
wierzchnia okna i wydawało się, Ŝe na zewnątrz płonie
błękitny ogień.
Lavalette patrzył na jej niewidoczną twarz i mówił:
-
Kochamy Ŝycie ślepo i do szaleństwa, wciąŜ chce
my czuć je obok siebie, przeŜywać od nowa. Dlatego ko
chamy równieŜ przygodę i podróŜe, intensywne dozna
nia; bezustannie szukamy nowych wraŜeń, niebezpie
czeństw - dopiero wtedy Ŝycie dociera do nas w całej
pełni, najsilniej odczuwamy jego urok, staje się ono czymś
najcenniejszym... - Pozbierał bieliznę porozrzucaną po
podłodze. - Za godzinę zaryczą syreny i statek wyjdzie
w morze. Pośpieszmy się - wkraczamy w ametystowy
ś
wiat niewypowiedzianych pragnień.
Tamil przyniósł stalową kasetę. Lavalette wyjął z niej
kilka papierów, zamknął ją i oddał chłopcu; potem po-
grzebał w walizce z pończochami Gam.
-
Te będą najlepsze - powiedział. WłoŜył na palce
Gam kilka pierścionków i przetarł je do połysku;
uśmiechnął się na widok indiańskiego łańcucha z krwaw
ników i ametystów. - Mam całą walizę powłóczystych
japońskich jedwabi. Będzie je pani nosić wieczorami...
O zmroku na korso w Sajgonie.
VII
-
Popołudniem w Kochinchinie słońce leje się z nieba
jak gęsty miód - powiedział Lavalette i przesunął leŜak Gam
pod płócienny dach. - Przypomina trochę złocistą Ŝywicę i
czasem wydaje się, Ŝe z pomocą jakiejś tajemniczej alchemii
zakrzepnie i uwięzi nas na zawsze, jak owady w bursztynie.
Te godziny na morzu wokół Annamu są doprawdy
niezwykłe.
-
Barometr spada! - krzyknął, idąc przez pokład,
pierwszy oficer.
-
To znaczy, Ŝe w ciągu godziny zwali się na nas praw-
dziwy potop, a po następnej godzinie nie zostanie po nim
nawet wspomnienie. Lubię tropiki za gwałtowność, spon-
taniczność, rozhukanie, szaleństwo, za to, Ŝe eksplodują,
rozsadzają i niszczą, Ŝe nic w nich nie dzieje się powoli, nie
musi dojrzewać, Ŝe kiedy rozpęta się burza, zaskakuje i
powala; a wszystko to bez Ŝadnych konsekwencji.
-
Jednak wszelki rozwój wymaga konsekwencji -
odezwała się Gam.
-
Tylko na początku. Po to, by zyskać swobodę. Okrop-
nie cierpimy pod ciśnieniem dwóch tysięcy lat kultury, tym
najcenniejszym osiągnięciem ludzkości, jak usiłują nam
wmówić strupieszałe autorytety wszystkich epok... A to
tylko popiół po wygasłym ogniu ducha. MoŜliwe, Ŝe ów
spopielały duch, którego resztkami wielu, strojąc powaŜne
miny, się Ŝywi, to najcenniejsze, co po tym ogniu
ii*
zostało. Ale moŜe waŜniejsze jest ciepło, które przetrwało i
które odczuwamy, Ŝyjąc...
-
Szkoda, Ŝe nie moŜna spłonąć tak, by nie pozostał
nawet popiół — rzekła Gam w zamyśleniu.
-
Nie potrafimy odrzucić gorsetu przyzwyczajeń, dzie-
dzictwa tradycji, wychowania. Nic dziwnego, Ŝe naszą skórę
teŜ uwaŜamy za coś wstydliwego...
-
Skóra...- Gam westchnęła przeciągle, na wpół
otwierając oczy. - To przecieŜ samo Ŝycie, aksamitne i
miękkie.
-
Nasze umysły stały się bezbarwne, zbyt obłaskawione.
Myślenie to dziś domena mieszczucha. Wcześniej wiązało
się z niebezpieczeństwem, było dziką rozkoszą, spoza której
wyzierało zniszczenie. Poznanie to była namiętność, dzieło
burzącej się krwi: unicestwiało, sprowadzało śmierć. Taki
Empedokles uznał, Ŝe mędrzec musi ponieść konsekwencje
swych przekonań, i rzucił się do Etny. Dziś poznanie stało
się synekurą profesorów filozofii, którzy sprzedają swą
wiedzę w ciągu ośmiu semestrów. Nikt juŜ nie skacze do
krateru, oglądamy za to niejeden skok na uniwersytecką
katedrę. Wiedza ograbiła nas z tajemnic. Wszystko juŜ
wiemy... Zarazem ta wiedza śmieszy, męczy i rozleniwia. I
zabija zdrowy instynkt Ŝycia; chyba Ŝe odezwie się jakiś
prainstynkt.
-
Pra... pra.. - odezwała się sennie Gam. - JuŜ w samym
brzmieniu głoski „a" tkwi coś mistycznego.
-
KaŜdy konsekwentnie podąŜa własną drogą wiodącą
do samotności i zagubienia. O tym się jednak nie myśli,
pozostaje jedynie świadomość samej drogi i swych doznań.
W ten sposób kształtuje się ego. Wszystko, w co wierzymy,
do czego lgniemy, dzieje się poza nami i kiedy opuszcza nas
ostatni człowiek, orientacja staje się bardzo trudna. Wtedy
czujemy się zagubieni, tracimy cel, poczucie toŜsamości,
nawet imię - słowem wszystko poza samą drogą i upartym
parciem naprzód. I nagle droga się kończy: przed nami
otwiera się przepaść, nicość -
następny krok oznacza teraz śmierć. Bez wahania decy-
dujemy się na ten krok i doznajemy cudu spełnienia;
dotychczas odgradzała nas odeń połowiczność. Sądziliśmy,
Ŝ
e skaczemy w przepaść, jednakŜe droga prowadzi nas z
powrotem. Decydujący krok okazuje się, być moŜe,
ostateczną próbą - tylko nieliczni potrafią się nań zdobyć. A
ten cud to transcendentalne salto mortale. Skoczyliśmy w
otchłań, tymczasem okazuje się, Ŝe ten skok wynosi nas w
przestworza i odwraca - ruszamy z powrotem, nabieramy sił
i hartu. Byliśmy na dnie, nic więc juŜ nas nie moŜe zranić.
Sprawy, które zostawiliśmy za sobą, juŜ nam nie zaszkodzą.
Otarliśmy się o krańcową nicość - strata, która powaliłaby
innych, nas nawet nie dotknie.
Ale nie to jest najwaŜniejsze - ciągnął Lavalette - coś
takiego oznaczałoby jedynie wyzucie z wszelkich pragnień,
rezygnację pesymistycznego platończyka; u Schopenhauera
juŜ jest inaczej - dla niego świat jest czymś w rodzaju
sklepu, który nie przynosi dochodów; przekonany o
słuszności swego kupieckiego punktu widzenia,
Schopenhauer neguje świat taki, jakim go postrzega.
Najistotniejsze jednak, Ŝe konsekwencją naszych przeŜyć i
negacji jest bezwarunkowa afirmacja. W dodatku jaka! Jej
ź
ródłem jest prainstynkt i doznania, które powstają w
wyniku zderzenia dwóch przeciwstawnych prądów; by ją
osiągnąć, współdziałają z sobą instynkty, tajemnicze logos
naszej krwi, najgłębsze, nie uświadamiane pokłady
jestestwa. Czujemy, czym naprawdę jest Ŝycie...
Chłonąc Ŝycie - mówił Lavalette - omijamy wszelkie
prawa i reguły, przerzucamy się nimi jak piłką; nie za-
wracamy sobie głowy większością spraw - dopuszczamy, by
trwały w nieładzie wokół nas; Ŝarliwie wierzymy, a zarazem
potrafimy szydzić; stać nas na bezgraniczne poświęcenie,
ale trzęsiemy się nad sobą; ogarniamy to, co w nas, i to, co
poza nami... Intensywność odczuwania nam
nie przeszkadza, przeciwnie- uskrzydla. Stajemy się
swobodniejsi: wgryzamy się w Ŝycie jak drapieŜne zwie-
rzęta, igramy z nim; a poniewaŜ jesteśmy mu bez reszty
oddani i kochamy je do szaleństwa, nie zatracimy się dla
jakiegoś detalu. Chyba Ŝe on się od nas odłączy i stanie się
nowym wszechświatem... Wtedy...
-
Wtedy... - odezwała się Gam, wstając z leŜaka.
-
Wtedy moŜe być jak z ciałami niebieskimi: kiedy
mniejsza planeta zanadto się przybliŜy, większa ściąga ją ze
słonecznej orbity i zmusza, by wokół niej krąŜyła, stała się
jej księŜycem... Takie są planety.
Gam oparła się na poręczy leŜaka.
-
Myślę o naszych popędach - kontynuował Lavalet-
te. - „Popęd" to niedobre słowo, którym określamy ciem
ne, kipiące siły, które tkwią w całym naszym gatunku.
U kaŜdego człowieka krzyŜują się one z jego własnym,
niepowtarzalnym jestestwem. Nic bardziej pierwotnego,
jak chwycić ten wiatr w Ŝagle. Ale biada, jeśli ster od
mówi posłuszeństwa, bo moŜna pomknąć w nieznane.
Ster wciąŜ nas nie słucha... aleŜ pani zbladła... nadal nad
nim nie panujemy... widzi pani, Ŝe to, co mówię, jest za
powiedzią walki... a więc ster nie słucha, poniewaŜ rzą
dzi nami detal, który okazał się silniejszy niŜ moce tkwią
ce w całości. Zdominowani przez ów detal przestajemy
czuć przynaleŜność do naszego gatunku, w związku z ko
bietą nie doświadczamy miłości w ogóle, lecz miłość jed
nostkową, tracimy duchową niezaleŜność i kontakt z si
łami otoczenia, popadamy w niewolnictwo i godzimy się,
by nasze jestestwo związać z drugim, które zdominuje
naszą jaźń... czemu pani tak pobladła?... właśnie w tym
kryje się niebezpieczeństwo; miotają bowiem nami naj
potęŜniejsze fale; ale tylko taka zuchwała gra wcią
ga, jak zresztą kaŜde ryzyko...
Niewiele wiemy o szlachetnych uczuciach naszych
ojców - mówił. - Miłość kojarzyła się im z czymś niewzru-
szonym, oznaczała pewność i bezpieczeństwo; dla nas jest
ona podniecającą grą, rodzajem szermierki. śyjemy wy-
łącznie sobą; dlatego uwielbiamy sensację - to nawet
oczywiste; ale czy to zarazem nie lepsze od przeŜywania na
nowo emocji dawno zwietrzałych, nie przystających do
naszych czasów? Upaja nas tempo, odrzucamy trwanie.
Jesteśmy znakomicie zdyscyplinowani; dlatego przepadamy
za giętkością, blaskiem, zabawą, nieokreślonością,
roztańczeniem, pojęciową Ŝonglerką, zręcznym ba-
lansowaniem nad przepaścią. Wielbimy zaskoczenie,
głupstwa, szaleństwa, a takŜe banał — ten ostatni jednak
wyłącznie w wyrafinowanym opakowaniu uszczypliwej
przewrotności. Czy to nie cudowne pozwalać sobie na
prostactwo, na płynący z głębi serca banalny sen-
tymentalizm? A przecieŜ my sami nie jesteśmy ani trochę
sentymentalni: oplatające nas gęsto włókna nerwowe iskrzą,
w całym ciele, po koniuszki palców czujemy elektryczność,
nasze wyostrzone zmysły węszą jak sfora tropiących psów,
są dla dochodzących z zewnątrz doznań wyśmienitym
filtrem. Taki stan rzeczy nigdy nie prowadzi do dekadencji,
której następstwem bywa snobistyczne zblazowanie -
nieodmiennie odległe prainstynktom, pozbawione
najmniejszej łączności z głębokimi pokładami jestestwa i
dlatego szybko przemijające; nasza ryzykowna gra jest
kwintesencją dyscypliny, nieustającym czuwaniem, wieczną
gotowością, jesteśmy tropiącymi psami niebios, pełni
nieziemskiej lekkości, nie obciąŜeni Ŝadnym celem ani
systemem...
Eros to dla nas nie tylko dominacja, dąŜymy do czegoś
więcej - ciągnął Lavalette - nasze popędy popychają nas w
objęcia przygody. Igramy z nimi, stawiamy je na baczność,
mocujemy się, próbujemy draŜnić jak tore-ador byka - a są
to ciemne, podziemne moce; nie wiemy, co to spokój,
dopadamy czegoś, puszczamy, znów niemal chwytamy, lecz
po chwili odskakujemy; a kiedy spada na nas cięŜki cios i
wyrywa nas z miejsca, szybujemy z zapartym tchem, aŜ w
ostatniej chwili omijamy nie-
bezpieczeństwo. Jeśli zaś ono nas dosięgnie, jeśli się w coś
wplączemy, okazuje się, Ŝe ta wyrafinowana gra wciągnęła
nas zbyt mocno, byśmy byli zdolni przetrzymać katastrofę.
Na szczęście silny przeciwnik trafia się rzadko, a poraŜka
najczęściej pomaga pozbyć się jakiejś ukrytej słabości,
przez co staje się zwycięstwem; walka rozpoczyna się na
nowo, tym razem na innym terenie...
Zdradzę pewien sekret: otóŜ działanie popędu naleŜy
okryć tajemnicą... Mówię to z całym spokojem i proszę nie
patrzeć na mnie z takim przeraŜeniem; mówiąc o tym, chcę,
by pani szanse były takie same... To, co ludzie w swej
niefrasobliwości nazywają miłością, moŜe się okazać
niebezpieczne: coś takiego uderza gdzie popadnie, ciąŜy i
sprowadza klęskę; nie pojawia się raptownie, lecz pełznie,
bezszelestnie jak podstępna infekcja; a kiedy przeradza się
w burzę, odnajdujemy w sobie buntujące się rejony, z
których strony naleŜy się obawiać uderzenia w plecy; są to
rejony cudze, obca zaraza, manifestacja popędów: miłość... -
Wymawiając to słowo, Lavalette się roześmiał; w jego
szelmowskim śmiechu mieszały się szyderstwo i drwina.
Naraz się przeciągnął, trochę zaskoczony swą perorą. - Jakie
cudowne bywają popołudnia na Morzu
Południowochinskim. Słońce leje się jak miód i prowokuje
do wygłaszania takich monologów; ten monolog to równieŜ
zapowiedź walki, pełnej wdzięku, niesłychanie
niebezpiecznej - rokokowego pojedynku na florety, w
którym śmierć zadaje się w sposób elegancki... Ale... czy to
rzeczywiście zapowiedź?
-
Tak, to zapowiedź... - odparła Gam, wstając z le
Ŝ
aka.
Lavalette wziął ją pod ramię i pociągnął do relingu.
-
Proszę za mną; jak twierdzi pierwszy oficer, baro
metr spada. Nie powinno nas dziwić, Ŝe choć słońce
i wszystko dookoła wygląda jak zawsze, słupek rtęci zwia
stuje coś wręcz przeciwnego. Niech pani spojrzy na te
malachitowe fale pod nami, są jeszcze przezroczyste i
błyszczące, a jednak obrzeŜa ich grzbietów barwią się z
wolna na niebiesko, w zagłębieniach pojawia się kolor
szary, jakby pod powierzchnię morza wkręcił się jakiś
olbrzymi wąŜ; takŜe horyzont zaciągnął się mgiełką, która
gęstnieje z minuty na minutę... Niesamowita cisza... Gdzie
się podział wiatr...? śeby choć najdrobniejszy szelest...
Mimo to bestia w głębi wód nie śpi, wyraźnie za czymś
węszy, białe grzywy stają na sztorc... proszę spojrzeć, jak
bojowo wyglądają... nadciąga ich coraz więcej, ustawiają się
w szyku, gotują do natarcia. Są teŜ pierwsze chmury, Ŝółte i
szare. Jak okiem sięgnąć, rozsypują się po całym niebie,
przed nami, nad nami, nad naszymi plecami, jakby w
błękicie rozwarły się jakieś wrota, które dotychczas je
powstrzymywały; teraz oczekują wiatru, który właśnie
zaczyna wiać... Pośpieszmy się, za chwilę nas dopadnie...
Na pokład spadły pierwsze, cięŜkie krople deszczu. Gam
poczuła na ramieniu wilgoć. Uciekając, spojrzała w górę - w
jednej chwili z nieba lunęły potoki wody, które rozbijając
się na pokładzie, natychmiast zamieniły się w tryskające
fontanny; zaraz jednak zmyła je woda, płynąca rwącą,
rozszalałą rzeką, jakby ktoś zerwał gigantyczną tamę.
Pod naporem ton wody Gam się przewróciła. Lava-lette
chwycił ją i pociągnął do nadbudówki; z całych sił oboje
przywarli do ściany. Jasna suknia kleiła się do ciała Gam.
To było najprawdziwsze oberwanie chmury i wąski daszek
nie mógł ich przed nim uchronić.
Gam wystawiła rękę: ramię zostało niemal potłuczone.
Trzymając się jak najbliŜej ściany, próbowali znaleźć
wejście do kajut.
- Tędy - rzucił ze śmiechem Lavalette.
Zanim dotarli w suche miejsce, musieli się przedrzeć
przez potoki deszczu. Gam, pośród wiatru, oblepiona
przemoczoną suknią, wyglądała jak grecka bogini. Dłoń-
101
mi usiłowała rozczesać włosy, była jak ogłuszona, całkiem
oszołomiona.
Z morza wyłoniła się delta Dong Nai. Wśród bagiennych
wysepek porośniętych namorzynami rzeka tworzyła
niezliczone meandry. Na brzegach, podmokłych i nieza-
mieszkanych, obok nagromadzonych przez rzekę martwych
drzew i gałęzi, wygrzewały się w słońcu aligatory. Pokazały
się pierwsze pola ryŜowe. Stojąc po pas w wodzie,
pracowali na nich tubylcy. W pobliŜu pasł się bawół wodny,
który właśnie podniósł łeb i porykując, odprowadzał
wzrokiem statek.
Po trzech godzinach Ŝeglugi parowiec wpłynął w odnogę
rzeki Sajgon, a po następnych trzech oczom podróŜnych
ukazały się dwie ostro zarysowane wieŜe saj-gońskiej
katedry.
Obok burty parowca zatrzymała się łódź, na której
łopotała flaga rządowa. Lavalette machnął do Tamila, by
przyniósł stalową kasetę. SłuŜący wręczył ją jakiemuś
blademu człowiekowi, który kilka razy zgiął się w ukłonie.
Okna były szeroko otwarte. Poranny wietrzyk lekko
kołysał długimi zasłonami z muślinu. Powietrze w pokoju
wypełniał zapach tamaryndowców. Słońce delikatnie złociło
przestrzeń pomiędzy drzwiami a łóŜkiem. Za oknem
szumiał park, wśród drzew szczebiotały małe, kolorowe
ptaszki.
Gam siedziała przed lustrem i przypatrywała się fla-
konom z pachnidłami. Nieskazitelnie szlifowane kryształy
mieniły się w słońcu barwami rubinu i opalu. Matowe
puzderka kryły aksamitny puder, miękko rozcierający się w
palcach. W płaskich słoiczkach lśniły odŜywcze kremy,
obok stała miseczka z wodą o cierpkim zapachu. Na
miedzianej tacy leŜało drewno sandałowe i kadzidełka.
Promienie słoneczne odbijające się w szeroko otwar-
tych oknach padały na lustro i rozpraszały się na blacie
niskiej toaletki, przed którą Gam, jak Japonka, przykucnęła
na poduszce. Wewnątrz rubinowego flakonu igrał
purpurowy płomyk, którego refleks zajaśniał bladą plamką
na toaletce. Złociste promyki migotały na opalizującej
powierzchni wody, regularny, pionowy pasek słońca pojawił
się na porcelanowych słoiczkach, na wypolerowanych
krzywiznach miedzianych naczyń wykwitło ostre, zuchwałe
ś
wiatło. Wszystko to odbijało się w złudnych głębiach
lustrzanej tafli i wyglądało jeszcze piękniej, kontrastując z
matowym tłem koloru macicy perłowej.
Gra światła i kolorów całkowicie pochłonęła uwagę
Gam: ulotna harmonia Ŝycia okrytego ciszą wywierała
szczególne wraŜenie. Gam rozkoszowała się tymi drobnymi
zdarzeniami i zdawała sobie sprawę, jak mocno mogą
oddziaływać na psychikę. Nie były skaŜone Ŝadnymi
pragnieniami, nie miały woli, wymykały się regułom
rządzącym przyczyną i skutkiem. Zaskakujące jak
nieoczekiwany podarunek, nieodmiennie budziły zdumie-
nie. Często się wydawało, Ŝe są odblaskiem czystego pięk-
na, tak trudno było dociec powodów ich istnienia. To roz-
proszone światło wokół lustra było niemal cudem i wręcz
dotykało wraŜliwego serca. Concertino oŜywianych słoń-
cem barw brzmiało jak nierealna, pozaziemska muzyka...
Czy jakiś malarz potrafiłby pędzlem wyczarować te
lustrzane odbicia...? Dochodzący z parku zapach tama-
ryndowców był jednym wielkim pochlebstwem. Do pokoju
wpadł maleńki komar i teraz odpoczywał na dłoni Gam -
owad o kruchych skrzydełkach utkanych z przezroczystego
blasku i o wysokich, pogiętych kończynach, cienkich jak
pajęcza nić - ucieleśnienie dekadencji zwiewnych sylfid
ufnie siedzące na jasnym, niepokojąco drŜącym,
tajemniczym gruncie, który się wolno poruszał i którego
zwroty były dlań czymś wcześniej nie znanym.
Sylfida na mojej dłoni, pomyślała podekscytowana
Gam. Skrzydełka ma jak najlŜejsze tchnienie, mogą się one
jednak poruszać tak szybko, Ŝe - choć w takiej chwili
srebrzą się całkiem niewidoczne - napełniają brzęczeniem
cały pokój. Oczy tego owada to jedynie maleńki punkcik,
poprzecinany jednak misterną siateczką światłoczułego
unerwienia; choć jego odnóŜa są cienkie jak nici,
precyzyjnie utrzymują cały odwłok pionowo na szkle.
Zaiste, przemyślna budowa tego trzymilimetrowego or-
ganizmu moŜe zdumiewać: na obszarze nie większym niŜ
półtora centymetra mieści się wszystko, czego potrzeba, by
owad Ŝył i oddychał tak samo jak ja... Zycie jest jak
gospodyni, kobieta o rozłoŜystych biodrach, która robi
zapasy na zimę, gotuje owoce i zamyka je hermetycznie w
szklanych słojach... Wszyscy wyrośliśmy na tym samym
drzewie; teraz, jak te owoce, jesteśmy zamknięci w naszych
szklanych domach, moŜemy na siebie patrzeć przez
przezroczyste ściany, nigdy jednak się juŜ nie spotkamy: z
jednych zrobiono papkowaty mus, inni zostali pocięci,
wydrąŜeni lub wydrylowani, są wreszcie i tacy, których w
całości wrzucono pod prasę — ci czują się najbardziej
poszkodowani...
Gam widziała w lustrze swoją zatroskaną twarz. Splotła
dłonie, podniosła je do oczu i spojrzała na świat przez
szparki między palcami. Wyglądało to dość komicznie.
Roześmiała się. Trochę zmieszana spojrzała na komara:
owad jeszcze nie odleciał. Leciutko, z boku dmuchnęła na
dłoń. Komar natychmiast odwrócił się w stronę, skąd
dochodził ciepły powiew, poruszył skrzydełkami. Widzę, Ŝe
lubisz ciepło, pomyślała Gam i odsunęła rękę od twarzy.
Ś
ciągnęła usta i znów ostroŜnie dmuchnęła na rękę; tym
razem podmuch był chłodny. Nitkowate nóŜki nerwowo
zatrzepotały, owad wyraźnie się zaniepokoił i odleciał.
Gam, zamyślona, przez chwilę go obserwowała. Wszyst-
ko, co Ŝyje, wywołuje podziw, ekscytuje. Słowa są bezsilne,
najlepiej milczeć. Ile piękna jest w drobiazgach, któ-
re nazywamy detalami. Czy moŜna o kimś powiedzieć, Ŝe
Ŝ
yje naprawdę, jeśli te sprawy nie poruszają go do głębi?
Nie potrafi naraz w gąszczu krzyŜujących się myśli i
pragnień znaleźć miejsca na spokojną kontemplację, nie
widzi, jak nagle ustaje gonitwa myśli i niespodziewanie, w
jakimś wolnym miejscu, pojawia się najprawdziwszy cud:
promień opalizujący w kolorowym szkle, niesamowity
pająk snujący o poranku misterną nić, zielonozło-cisty
chitynowy pancerz chrząszcza.
Same w sobie zwierzęta i przedmioty są dobre, spokojne.
Weźmy dla przykładu kota albo koc leŜący na łóŜku: kot
jest miękki i puszysty, koc takŜe. I zdawałoby się, Ŝe moŜna
je z sobą zamienić. Teraz koc będzie kotem i na odwrót;
miękkość pozostanie ich wspólnym atrybutem. Dlaczego
myślimy za pomocą głowy? MoŜe byłoby słuszniej, gdyby
tę funkcję przejęła nasza skóra?
Ile radości dostarczałby nam śmiech. Nie śmiejemy się,
bo nie dostrzegamy tego, co zabawne - wciąŜ nam to gdzieś
umyka. Czy nie lepiej rozkoszować się krągłością kryształu,
który ściskamy w dłoni, wyczuwać jego kształt i miły chłód,
zamiast zgłębiać mądrości wbijane nam od stuleci przez
uczone głowy?
Te drobiazgi bywają wspaniałe, są przejrzyste i jed-
noznaczne; nie zawsze to samo da się powiedzieć o spra-
wach większych... Ale trzeba im poświęcić wiele uwagi... I
trudno znaleźć coś, co byłoby tego warte w równym
stopniu... Nie obejmiemy większych spraw, nie ulegając
wciąŜ na nowo urokowi drobiazgów... Zycie jest jednym
wielkim odczuwaniem... Zawsze i wszędzie...
Jakby miała złoŜyć ofiarę jakiemuś bóstwu, Gam pod-
niosła z blatu flakoniki z pachnidłami. Barwione wody
chłodziły skórę. Kremy nadały jej spręŜystość i miękkość,
puder - matowy blask. Delikatny jedwab osłonił ciało ko-
biety, na zgrabne, długie nogi Gam wciągnęła cienkie,
idealnie przylegające pończochy... Ramiona wyciągnęła w
stronę okna, z którego dobiegał coraz mocniejszy za-
pach... Jak młody wydawał się świat... Młody jak ona
sama...
Minęła północ, kiedy pojechali do willi pewnego mie-
szańca. Właściciel, w połowie Chińczyk, był synem an-
gielskiego oficera. O jego orientalnym pochodzeniu świad-
czyły jedynie skośne oczy. Był wysoki, poruszał się z dys-
tynkcją. Dopiero później Gam zauwaŜyła, Ŝe jedna ręka
mieszańca jest krótsza, a skórę szpecą czarne cętki - ślady
prochu. Wśród kobiet uczestniczących w przyjęciu Gam
miała najjaśniejszą skórę.
Gości obsługiwały Annamitki. Roznosiły wodę sodową i
napoje z lodem w duŜych szklanicach, do których potem
dolewano szampana. Gam podziwiała drobną kość tych
kobiet, a takŜe wąskie stopy, niemal nagie w podeszwach
podtrzymywanych paskiem. Potem cierpliwie słuchała
potoku słów, którym zalał ją jakiś Anglik.
W jednym z większych pomieszczeń goście zasiedli do
gry. Stół był bardzo niski, gracze leŜeli bądź siedzieli w
kucki na płaskich matach. Gospodarz trzymał bank.
Lavalette kilka razy obstawił i przegrał. Potem na dobre
ulokował się za stołem, ale wciąŜ przegrywał. Gam
przyglądała się grze. Lavalette odwrócił się do niej.
Uśmiechnęła się i wyszła do sąsiedniego pomieszczenia.
Inni goście stojący wokół stołu zrobili to samo. Po paru
minutach pozostało zaledwie kilku graczy. Teraz stawki
gwałtownie poszły w górę.
Z kamiennym obliczem Chińczyk usiadł naprzeciw
Lavalette'a. Kiedy brał kolejne karty i je odsłaniał, nie
drgnął mu na twarzy Ŝaden mięsień. Dość szybko przegrał
trzy wysoko obstawione partie. Obojętnie dorzucił
banknoty. W następnych minutach przegrał drugie tyle.
Lavalette przerwał grę i zapytał, czy nie powinni ustalić
stawki maksymalnej.
- Po co? - zapytał Chińczyk i skinął na usługujące
kobiety. Przyniosły napoje oraz sardynki z cebulą i czer-
wonym pieprzem.
Lavalette przejął bank. Choć czuł, Ŝe gra go wciąga,
uspokoił się i wygodnie rozsiadł. Po półgodzinie trzeciemu
z graczy pozostały juŜ tylko bilety wizytowe, na których
wpisywał tracone sumy. Kiedy Chińczyk jak szaleniec
windował stawkę, twarz przegrywającego się wydłuŜyła:
bardzo duŜo stracił i musiał dopisać na wizytówce pokaźną
sumę. Podliczając straty, śmiertelnie zbladł, ołówek wypadł
mu z ręki. Lavalette go obserwował.
-
Karty były źle potasowane. ZauwaŜyłem to dopie
ro teraz. Dziewięć ostatnich rozgrywek trzeba uniewaŜ
nić - powiedział, zanim Chińczyk zdąŜył się odezwać, po
czym oddał szaremu na twarzy graczowi wszystkie wi
zytówki. Nie podnosząc wzroku, zaczął na nowo tasować
karty, zaraz jednak przestał. - Zróbmy przerwę, chciał
bym zapalić opium.
Grający wstali. Kiedy przeszli do drugiego pomiesz-
czenia, trzeci z graczy się poŜegnał. Lavalette czuł, Ŝe
drŜąca dłoń, którą ściska, jest wilgotna od potu.
-
Spodziewam się, Ŝe nie odmówią mi panowie pra
wa do rewanŜu - wygłosił konwencjonalną formułkę i się
ukłonił.
Gam czekała na tarasie.
-
Proszę jechać do hotelu - rzekł do niej Lavalette. -Gra
idzie mi doskonale i jeszcze nie powinienem stąd
wychodzić. Chłopiec będzie pani towarzyszył. MoŜe jeszcze
się zobaczymy...
-
Właśnie miałam zamiar wyjść - mówiła Gam. -
Chciałam jeszcze tylko uciąć kilka gałązek tamaryndow-ca i
zabrać je z sobą. Mam nadzieję, Ŝe uda się panu zachować
dobrą passę...
-
Kiedy się panuje nad grą, powinno się udać.
-
Czy to jeszcze gra, czy juŜ tylko wyrównywanie ra-
chunku...?
-
Rzecz nie polega na wysokości stawki, lecz na na-
pięciu, które wiąŜe się z grą... Tu i teraz... Potem o wszyst-
kim zapominamy...
-
Zapominamy... - powtórzyła jak echo Gam.
ZbliŜył się mieszaniec.
-
Ma pan urodziwą słuŜbę - odezwała się do niego
Gam. - W dodatku u jednej z dziewcząt zauwaŜyłam
niebieskie oczy. To osobliwość przy takiej ciemnej kar
nacji... - Podała mu rękę. - Jutro będę grała w polo...
Lavalette chciał ją odprowadzić. Powstrzymała go.
-
Chciałabym sama zejść po tych schodach... Nagle
mi przyszło do głowy... Przeskakiwanie stopni czasem
mnie bardzo bawi...
Na dole spojrzała przez ramię i się roześmiała; w głę-
bokim dekolcie wyraźnie zarysowała się jej smukła szyja i
gibkie plecy...
Lavalette w milczeniu połoŜył się na plecionej macie.
Chińczyk leŜał naprzeciwko; ze srebrnego pudełka wyjął
porcję opium, przytrzymał ją nad płomieniem, a kiedy
zaczęła puszczać złocistobrązowy sok, wcisnął ją głęboko w
fajkę.
Czarny dym zawisł pod stropem. Dobroczynny narkotyk
przenikał do krwi, pobudzał fantazję, wyobraźnię, sprawiał,
Ŝ
e świat nabierał kolorów i kusił przygodą. Bezszelestnie
otworzyły się drzwi i do pomieszczenia wśliznęła się jedna
z dziewcząt. Stanęła pod ścianą. La-valette się odsunął.
Chińczyk odprawił dziewczynę skinieniem dłoni; bez słowa
natychmiast wyszła.
-
Dlaczego kazał jej pan wyjść? - zapytał Lavalette.
-
Zdawało mi się, Ŝe nie ma pan na nią ochoty...
-
Chwilowo nie...
Chińczyk uniósł powieki.
-
Proszę wybaczyć, nie wiedziałem. Nie mogę jej jed-
nak zawołać z powrotem. Nie wypada.
-
Oczywiście, Ŝe nie - odparł chłodno Lavalette i pod-
niósł rękę. - Wracajmy do gry...
Przy stole zastali kilku nowych graczy. Goście nie
Ŝ
ałowali sobie alkoholu. Lavalette zaŜądał czegoś moc-
-1 OO
niejszego. Kontynuowano grę. Bank trzymał jakiś Anglik.
Lavalette przestał uwaŜać na karty. Ogarniał go dziwny,
awanturniczy nastrój. Poddał mu się, próbując rozpoznać
najróŜniejsze odcienie miotających nim namiętności...
Powoli budziło się w nim nieprzeparte pragnienie, by wstać
i dać upust wzburzeniu.
W tym momencie sporo przegrał. Zrobił się przez to
uwaŜny, skoncentrował się na grze i całą siłą woli usiłował
skupić rozsadzające go emocje i wykorzystać je w jednym
tylko kierunku: miały pomóc potęgowaniu napięcia i
zarazem chłodnej kalkulacji towarzyszącym grze. Im więcej
przegrywał, tym wyŜej obstawiał.
Jeden z graczy, zupełnie pijany, osunął się na podłogę.
Pozostali usiedli bliŜej siebie i zaczęli grać w ostrym
tempie. Jedna po drugiej padały odzywki. Lavalette po-
chylony nad kartami tęgo pił. Znów przegrał. Potem kilka
razy wygrał, co jednak nie miało większego znaczenia.
Chińczyk przejął bank i siadł naprzeciw Lavalette'a, który
nadal przegrywał. Gra zamieniła się w pojedynek między
nimi. Pozostali partnerzy się wycofali.
Chińczyk wygrywał. Przed nim piętrzyły się banknoty.
Lavalette wypisywał weksle i nimi obstawiał - kaŜdy
następny opiewał na coraz to wyŜszą sumę. Przegrał
wszystko. Trawiony jakąś gorączką wypisywał na blan-
kietach niewyobraŜalnie wysokie kwoty. Krótka chwila, w
której wszystko się decyduje, dzieląca podniesienie i od-
krycie karty, dostarczała mu tak szalonych emocji, Ŝe re-
zultat stawał się wobec nich nieistotny, wręcz bez znaczenia
- samo napięcie oszałamiało.
W końcu Chińczyk rzucił karty na stół.
-
Nie moŜemy tak grać bez końca. Stawiam pięć razy
tyle, ile jest w banku - zgarnął wszystkie banknoty i weksle,
podniósł je i cisnął na stół - i chcę zagrać o tę kobietę...
Chyba się pan zgadza...?
-
Tak - odparł Lavalette.
10Q
Chińczyk rozdał karty. Lavalette przegrał. Obaj zerwali
się z miejsc. Jednym ruchem ręki Lavalette zmiótł ze stołu
pieniądze i papiery, które z furkotem opadły na leŜących
pokotem pijanych graczy. OpróŜniony blat stołu zalśnił,
robił wraŜenie czegoś odświętnego, uroczystego. Lavalette
rozdał karty... I znowu przegrał.
Niezwykła stawka tej gry sprawiła, Ŝe napięcie sięgało
zenitu. Chwilami obaj zapominali nawet, o co grają. Rzucali
się na karty z takim impetem, jakby chodziło o Ŝycie.
Chińczyk przyciskał je do siebie, na jego dotychczas
nieruchomej twarzy pojawiły się głębokie bruzdy, usta się
zacisnęły, powieki zapadły, co chwila zgarniał karty do
siebie, szepcząc przy tym: „Aha... aha... aha..."
Lavalette śmiał się groźnie, iskrzyły mu oczy, z tu-
balnym śmiechem przybijał kartami w blat, krzyczał: „Tak!
Tak...!" W końcu przegrał po raz czwarty. Chińczyk
pozbierał karty, zbliŜała się ostatnia, rozstrzygająca
rozgrywka.
Zaczął tasować karty szybkimi, gwałtownymi ruchami,
potem coraz wolniej - i w końcu je rozdał. Twarz Lavalette'a
stęŜała, w jego wzroku malowała się bezgraniczna
nienawiść. Kiedy chwytał karty, ręce mu się trzęsły; naraz
zbladł, zamilkł i połoŜył kartę na stole - była dobra; wyszedł
po raz drugi - całe pomieszczenie wypełniło uporczywe
dudnienie, pośród którego liczyło się tylko jedno: czarna
powierzchnia stołu i dwie połyskujące, naelektryzowane
karty, od których w gęstniejącym powietrzu strzelały iskry.
Lavalette podparł rękami głowę, do skroni przycisnął
zaciśniętą pięść; cały czas dyszał, groził, sapał, krzyczał...
JuŜ tylko wachlarz szarych kart i palce sięgające po nie jak
szpony, podnoszące je, wkładające pomiędzy pozostałe;
znów szperanie, wyszarpy-wanie kolejnej karty,
wyciąganie, wyjście - i naraz na stole zjawiła się oślepiająca
biel, a na niej czarny sztylet... Trzecia karta... Dudnienie
ustało... As pik...
Lavalette przegrał.
1 QA
Chińczyk znów zapadł się w sobie, jego twarz posza-
rzała. Lavalette mu się przyglądał. Spojrzał na stół. Przy-
pomniał sobie, o co grali.
-
Ach, tak - powiedział spokojnie. - W godzinę po
staram się wszystko załatwić.
Mrok rozjaśniały jedynie wątłe płomyki świec; Gam
szczególnie lubiła takie światło. Owinęła się na sposób
malajski sarongiem i opadła na otomanę. Tamil upinał nad
jej łóŜkiem moskitierę. Zawołała go i poprosiła, by stanął
obok świec - chciała zobaczyć odbicie światła na jego
ciemnej skórze. Poprosiła teŜ, Ŝeby mówił do niej w
ojczystym języku. Powtarzała niektóre słowa, a kiedy jej się
udawało, co chłopiec z powagą potwierdzał: Very nice, all
right... śmiała się jak uczniak.
Potem mocniej obciągnęła biodra sarongiem; wyobraŜała
sobie, Ŝe ma brunatną skórę i mieszka w malajskiej chacie...
Wszedł Lavalette; zgiął się w niedbałym ukłonie, szu-
kając ręki Gam.
-
Prędko pan wrócił - odezwała się.
-
W samą porę. - Lavalette bawił się gałązką tama-
ryndowca. - Ma pani rację, ten zapach oszałamia. Nie
powinna pani jednak trzymać tych gałązek w sypialni:
pachną zbyt silnie i mogą sprowadzić niemiłe sny...
-
Jaki pan troskliwy...
-
Ale nie dlatego tu jestem. Gra u Collina była abso-
lutnie niezwykła. Wszystko przegrałem i w końcu byłem
zmuszony zagrać o panią. Collin wygrał. Jutro zagra z nim
pani w polo...
Gam wstała. Nie odezwała się.
-
Z całą pewnością jutro będzie pani z nim grała w po-
lo...
-
MoŜe zechce mi pan... - Gam urwała. - MoŜe mi pan
powie, jak do tego doszło?
-
Nie było w tym nic romantycznego, czysta logika.
i3i
Najpierw traciłem pieniądze, potem weksle, stawki szły w
górę...
-
Chciałabym wiedzieć, kto wpadł na taki pomysł...
-
To bez znaczenia. Ale chyba Collin...
Gam odetchnęła. Naraz krzyknęła:
-
Pan nie będzie...! - Przerwała i podeszła do Lava-
lette'a tak blisko, Ŝe poczuł bijące od niej ciepło. - Mogę
panu powiedzieć, w jakim celu nacięłam tych gałązek... -
Mocno trzymając osuwający się z bioder sarong, patrzy
ła na Lavalette'a, jakby chciała go przewiercić wzrokiem.
Odwróciła się, stanęła we framudze okna, chwilę się za
stanawiała... - Pan będzie... - Pobiegła do swych waliz,
jedną z nich wyciągnęła, wyjęła z niej paczkę, wepchnę
ła w rękę Lavalette'a i zacisnęła na niej jego pałce. -
Tutaj... jeszcze... ma... pan... pieniądze!- wykrzyczała.
Lavalette wbił wzrok w ziemię. Pieniądze omal nie
wypadły mu z ręki. Wzruszył ramionami. Naraz schował
paczkę.
-
Mogę więc dalej grać! — zawołał radośnie i wybiegł
z pokoju.
Coś z szelestem opadło na podłogę. Z rąk Gam wyśliznął
się sarong. Trzymała go mocno, trochę się więc wystraszyła.
Zamarła w tej pozycji: lekko pochylona, z wysuniętą stopą i
uniesioną głową, jakby czegoś nasłuchiwała, jedną ręką
podpierając przegub drugiej, którą ściskała jedwab poniŜej
piersi; na jej wygiętą szyję, znieruchomiałą w pozycji, która
wyraŜała pokorę, padał blask świec. Na podłodze leŜały
kwitnące gałązki. Po chwili ciało Gam oŜyło i zaczęła
chodzić po pokoju. Ciągnęła za sobą brokatowy tren
ocierający się o kwiaty tamaryndo wca.
Była w dziwnym nastroju: z jednej strony odczuwała
wzburzenie, z drugiej ogarniał ją jakiś mrok. Prawie wcale
nie zastanawiała się nad sensem kilku słów, które usłyszała
od Lavalette'a: były niczym w porównaniu z tą
1 OO
wprawiającą w osłupienie historią. Przez cały czas świetnie
zdawała sobie sprawę z bezczelności, a nawet śmieszności
Ŝą
dania Lavalette'a. Ale nie o to chodziło - całe zajście
dobitnie świadczyło o tym, jak Lavalette ją traktuje.
I wystarczało juŜ to, Ŝe nękają ją podobne myśli. Być
moŜe jutro Lavalette dostrzeŜe absurdalność swych rosz-
czeń, na razie jednak nie mogła pogodzić się z tym, Ŝe
uwaŜał je za oczywiste i w tamtej godzinie wzburzenia były
dla niego najzupełniej normalne. MoŜliwe, Ŝe był to
początek walki... Gam w to nie wierzyła i nie chciała
niczego na ten temat wiedzieć; miała wraŜenie, Ŝe została
pobita; odczuwała teŜ przeraŜenie, choć nie znajdowała po
temu dostatecznych powodów. Jednego była pewna:
Lavalette był człowiekiem wolnym i nic go nie wiązało.
Jego wolność miała w sobie coś władczego: ulegając
kaprysowi, potrafił ją odsunąć. Tkwiło w nim mistyczne ego
o ogromnej sile, wytrącające oręŜ z ręki...
Gam, która cały czas chodziła po pokoju, nagle się
zatrzymała. W kaŜdej chwili znowu mógł się zjawić La-
valette. Przypomniała sobie, Ŝe dała mu pieniądze. Wie-
działa, Ŝe dopóki on nie wróci, nie moŜe być niczego pew-
na. Wszędzie wyczuwała jego obecność... wydawało się, Ŝe
duch Lavalette'a krąŜy po pokoju... Gam była gotowa mu
ulec... Przeszła prawdziwą ewolucję, do której nie
dorastała... Ewolucję związaną z najgłębszymi pokładami
jestestwa... tymi, które są skrajnie egoistyczne... Teraz
wiedziała, Ŝe stała się wobec nich bezsilna, a jej kapitulacja
to jedyny oczywisty dowód świadczący o działaniu prawa
rządzącego naturą kobiety. Prawa, które kaŜe jej ulec
zwycięzcy, nakazuje bez walki otworzyć wszystkie bramy i
dopóki on jest panem i władcą, całkowicie mu się
podporządkować...
Była roztrzęsiona. Głęboki niepokój usunął w cień
wszelkie inne obawy, zepchnął na margines odwieczną
tajemnicę cielesnego zbliŜenia; jakiś wewnętrzny Ŝar gnał ją
przed siebie, nie było chwili do stracenia... W pośpiechu
zaczęła się pakować, bez zastanowienia, nie dbając o
porządek, wrzucała do walizki wszystko, co miała pod ręką.
Nagle się wyprostowała, uniosła głowę, nasłuchiwała...
Noc była cicha, sprawiała wraŜenie całkowicie odgro-
dzonej od niedalekiej przeszłości, z niczym nie powiąza-
nej... Z palarni opium przez chwilę dobiegał stłumiony
gwar. Za oknem krzyczał jakiś ptak... Gam oparła głowę na
podniesionym wieku walizki i długo siedziała w tej
pozycji... Była zmęczona.
Za drzwiami rozległy się lekkie kroki. Przyszedł La-
valette. OstroŜnie zamknął drzwi na klucz.
- Pełne zaskoczenie. Pani pieniądze przyniosły mi
szczęście, odmieniły grę. Z kartami często tak bywa. I jak tu
nie być przesądym. Od pierwszego rozdania miałem
nadzwyczajną passę. Rzadki przypadek: jedenaście razy z
rzędu zgarniałem maksimum, jedenaście rozdań bez
najmniejszej straty... Czyste szaleństwo... Odegrałem
wszystko, takŜe panią. Oddaję pieniądze, proszę je wziąć z
powrotem... - WłoŜył pakiet do otwartej walizy i włączył
wentylator. - Noc jest gorąca i parna. Na szczęście od gór
zaczyna wiać i niebawem zrobi się chłodniej. Proszę
zostawić otwarte okna i jeszcze przez godzinę nie wyłączać
wentylatora. - Obszedł walizę dookoła i stanął naprzeciw
Gam.- Widzę, Ŝe pani przeszkodziłem... Jest pani zajęta...
ś
yczę dobrej nocy.
Gam nie odpowiedziała. Machinalnie odłoŜyła pieniądze.
Usiadła między walizami i wpadła w zadumę. La-valette
zaskoczył ją przy pakowaniu i zupełnie tego nie zauwaŜył.
Zawisło nad nią coś nieodwracalnego-jakaś chmura,
ręka, moŜe obręcz. To coś się burzyło, było coraz bliŜej,
poŜerało wszystko po drodze, niczego obok siebie nie
tolerowało... Gam opierała się z całych sił, czuła się jednak
zbyt słaba; chciała stawić czoło niebezpieczeństwu i je
oswoić, potrzebowała jednak czasu. Postanowiła zatem, Ŝe
zejdzie mu z drogi, schroni się gdzieś i przeczeka, ucieknie z
niebezpiecznej strefy, w której grozi jej okaleczenie i
unicestwienie, gdzie jej opór słabnie, a ciemne moce
triumfują...
Spakowała walizy do końca, pozamykała je i zasięgnęła
informacji o najbliŜszych połączeniach kolejowych. Nocny
ekspres odchodził za godzinę. Zamówiła bilety i w
pośpiechu, zadyszana, zbiegła na dół.
W hallu panował półmrok. KrąŜyli po nim ubrani na
biało boye. Przy stoliku nad szklaneczką whisky siedział
jakiś męŜczyzna. Zaczerwienionymi oczami patrzył na Gam.
Kiedy mijała park, przemknęło jej przez myśl, Ŝe po prostu
ucieka... Więcej juŜ się jednak nie zastanawiała.
Odprawiła rikszę. Chciała się przejść, słyszeć mocny,
rytmiczny stukot swych kroków, czuć ruchy ciała i rąk.
Rozluźniła się, zaczęła spokojnie myśleć. Ale nieznośna
obręcz wciąŜ uciskała jej głowę, kotłowały się w niej
mroczne przeczucia, znalazła się w matni, z której nie było
wyjścia, wszędzie trafiała na stalową zaporę...
Pociąg wtoczył się do hali. Gam starała się czymś zająć.
Kiedy ekspres ruszył, opuściła szybę w swym przedziale.
Otuliła ją ciepła, bezkresna, podzwrotnikowa noc.
VIII
-
Dodam - mówił Sejour - Ŝe pani postępowanie na-
leŜałoby uznać za rezygnację. Byłaby to jednak ocena
jednostronna, wolę zatem je rozpatrywać raczej jako próbę
estetycznego oglądu świata. To po prostu obraz jaźni nie
skaŜonej prymitywnymi pragnieniami. Dlatego jest piękny i
na tyle obiektywny, na ile to moŜliwe z wizją świata będącą
jedynie projekcją naszych zdolności poznawczych. Ogląd
subiektywny jest nieszczęściem naszej egzystencji. Zaciera
prawdę; poprzez spokój osiągamy zawsze więcej niŜ dzięki
agresji - tak mówi mędrzec Lao-cy. Świat moŜemy poznać,
nie otwierając drzwi; im dalej się zapuszczamy, tym
poznanie staje się mizer-niejsze.
-
Czy jednak przez to się nie ograniczamy?
-
Wręcz przeciwnie. Do kogoś, kto wyrzekł się posia-
dania, naleŜy cały świat. Patrzę na panią: stoi pani teraz
obok sampana, młoda i szczupła, wiatr czesze pani włosy,
które chwilami opadają na czoło, podziwiam połysk
jedwabiu opinającego pani ciało - ramiona i biodra -uderza
mnie smukłość rysujących się pod nim nóg, na tle jasnego
horyzontu widzę zarys kształtnych piersi, zachwycam się
ś
miałą i zarazem wyrafinowaną linią biegnącą od nasady
nosa ku policzkom - najwyraźniej-szą, gdy wyciągając
szyję, patrzy pani tak, jakby miała przeniknąć bezkres
morza. Gdyby tylko pani wiedziała,
1 OC
jak wspaniale wygląda pani głowa na tle tego muru i jak
błękit morza podkreśla smukłość sylwetki... Wszystko to
składa się na urzekający obraz Ŝywego człowieka i, zaraz za
nim, obraz dwóch najbardziej poruszających tworów natury:
nieba i morza. To prawdziwa symfonia Ŝycia, przejaw jego
najszlachetniejszych form...
Czy gdybym pani poŜądał, widziałbym to tak samo? -
ciągnął. - Dręczące nas pragnienia zacierają czystość
podobnych przeŜyć tak samo, jak wiatr mąci lustro wody...
Gam wskoczyła do łodzi.
- A teraz trochę popatrzmy - powiedziała i przechyliła się
przez burtę.
Pod wodą rozpościerał się bajkowy świat ogrodów
koralowych. Morze było przejrzyste jak kryształ, rozedrgana
toń połyskiwała tysiącami świetlistych plam, które, jasne na
powierzchni, bliŜej dna barwiły się sinym błękitem. Łódź
przepływała nad kolonią korali. Co chwila podwodne
gałęzie szorowały o dno.
Pośród wzgórz wznoszących się na białym piasku,
wzdłuŜ dzielących je dolin, rozciągał się lśniący, milczący
ś
wiat - zadziwiający groteskowością kształtów, plątaniną
rozgałęzień, porośnięty najprawdziwszymi drzewami i
krzewami we wszystkich odcieniach czerwieni i lazuru. Na
tych niezwykłych drzewach poruszały się kołysane ruchem
fal strzępiaste płatki ukwiałów, węŜowato pogięte, kolczaste
stwory, o których trudno powiedzieć, czy naleŜą do świata
roślin, czy teŜ, swobodnie krąŜąc w wodzie, są juŜ
zwierzętami. Płynąc, raz po raz groźnie otwierały swe
paszczęki.
Po białym dnie pełzały ultramarynowe Ophiuridea,
wokół nich poukładały się brązowe i czerwone rozgwiazdy,
leniwie wiły się strzykwy podobne do długich szarych glist,
z boku było widać kraby przesuwające kolorowe muszle,
ponad tym wszystkim, jak barwne, skrzące się obłoki,
unosiły się ławice małych, turkusowych i kar-
minowych rybek; pod ich lśniącą łuską odznaczały się
jasnoliliowe Ŝyłki naczyń krwionośnych- wyglądało to tak,
jakby ktoś wysypał do wody tysiące szlachetnych kamieni.
Sampan wolno sunął przed siebie. Ciemnoskóra załoga
pochwyciła młodego rekina i trzy szarozielone, ogromne
langusty, które trzepocząc się, wpadły do łodzi. Gam
wypuściła je na wolność.
-
Przybyła pani do mnie gnana niepokojem, burzą
namiętności, o której nic nie wiem - mówił Sejour. - Nigdy
jednak o to nie zapytam. Teraz jest pani u mnie, ale całą
sobą tkwi gdzie indziej; dlatego te dni, zanim pani znów
ruszy w drogę, powinny się okazać dla pani waŜnym
doświadczeniem, podobnie jak dla mnie. Nazwałbym je
kontemplacją lustrzanego odbicia jaźni. Jaźni bezre-
fleksyjnej, wyzutej z pragnień... Coś jak fatamorgana
łagodząca pani niepokój o przyszłość. Ten obraz z czasem
wtopi się w rzeczywistość i coraz bardziej będzie się pani do
niego zbliŜała.
-
Nigdy - odrzekła Gam.
-
Nigdy nie naleŜy się zarzekać... - Sejour spojrzał na
Gam. Płakała. Odwrócił się, udając, Ŝe tego nie zauwaŜył.
-
Proszę się nie krępować - odezwała się - moŜe pan
spokojnie na mnie patrzeć. To nie są tak całkiem moje łzy.
Tak czasem bywa: jeśli zobaczę coś takiego jak ten
podwodny świat lub sądzę, Ŝe ocieram się o istotę Ŝycia,
otwierają się we mnie jakieś drzwi. Wzburzona albo za-
myślona nastawiam uszu i wtedy, z czego nie zdaję sobie
sprawy, zupełnie bez powodu, pojawiają się łzy... I zdarza
się, Ŝe potem czuję się tak samo jak pan... Jestem
szczęśliwa... A teraz wpłyńmy w kipiel przed tą ostrą białą
skałą, która dzieli nas od atoli.
Wczesnym rankiem, o szóstej, Gam owinęła biodra
batikowym sarongiem, narzuciła jawajski, przetykany
srebrem kaftanik i wybiegła z pokoju. Skierowała się w
stronę domku kąpielowego. W nocy padało, ziemia była juŜ
jednak całkiem sucha. Gam weszła do kabiny i zaczęła się
polewać wodą, którą nabierała pojemnym czerpakiem.
Czuła, jak oŜywcze strugi obmywają jej ramiona, spływają
po całym ciele i z pluskiem wpadają do duŜej miednicy,
wprost na nagie stopy. OdświeŜona wróciła na taras, na
ś
niadanie z obowiązkową grzanką. Obsługa, miejscowi
chłopcy, roznosiła herbatę, stawiając naczynia na szerokich
poręczach wygodnych krzeseł. Naraz uderzyło Gam, Ŝe
jeden z chłopców jest bardzo podobny do Tamila.
Jej wewnętrzny spokój uleciał w jednej chwili. Przez
ostatnich kilka dni wydawało się jej, Ŝe dzięki ucieczce
zdołała odsunąć od siebie zagroŜenie. Teraz, wstrząśnięta,
pojęła, Ŝe nie udało jej się umknąć, Ŝe niebezpieczeństwo
wciąŜ czai się gdzieś w pobliŜu. Znów ją dopadło i w Ŝaden
sposób nie mogła go powstrzymać; bezustannie czekała,
trawiona lekką, wewnętrzną gorączką, równieŜ wtedy, gdy
próbowała się odciąć od wszystkiego.
Sejour dostrzegł w jej oczach przeraŜenie. Domyślał się
przyczyn.
-
Pojedźmy dziś do pałacu sułtana w Jogyakarcie -
powiedział.
-
Jedźmy jak najprędzej - odezwała się. W jej głosie
słychać było ulgę.
Samochód pędził poprzez wyŜyny zajmujące pokaźną
część wyspy, wyprzedzając na dobrej drodze licznesado —
małe wózeczki z jednym tylko pasaŜerem, który siedział
tyłem do woźnicy. ZaprzęŜone do nich kuce z Timoru pę-
dziły galopem; wózki nieprzerwanie turkotały i pobrzę-
kiwały dzwoneczkami, co jakiś czas gwałtownie podska-
kując. Wynędzniali Chińczycy o cynamonowej skórze,
nadzy do pasa, natęŜali mięśnie i truchtając jednostajnie,
cierpliwie ciągnęli dwukołowe riksze, w których ociekały
potem pulchne, dostojne Holenderki. Na poboczu
1 QQ
stał smutny wół zaprzęgnięty do cięŜkiego wozu. Zwierzę
miało piękne, długie, podkręcone rogi i okazywało
absolutną obojętność wobec Ŝywo gestykulujących męŜ-
czyzn, którzy oglądali pęknięte koło i poczerniałymi zębami
Ŝ
uli betel. Na wozie siedziała stłoczona grupka Jawajek
odzianych w barwne, wzorzyste batiki; kobiety szczebiotały
jak stado wróbli. Zaciekawił je samochód, przyglądały mu
się uwaŜnie, coś wołały. Niektóre z nich miały głowy
owinięte cienką, zwiewną tkaniną upstrzoną złotymi
ś
wiecidełkami oraz złote koła w uszach.
Auto wjechało w aleję obsadzoną strączyńcami indyj-
skimi. Gałęzie drzew, zwisające do ziemi jak niedbale
narzucona peleryna, zdobiły duŜe granatowe pęki kwiatów.
Droga wznosiła się szerokimi zakrętami. Dookoła, jak
olbrzymie krecie kopce, piętrzyły się wulkany. Z krateru
Bromo ulatywała w niebo smuga dymu.
Zbocza wyrudziałych bądź szarych gór porastała ciemna
zieleń lasów. Wydawało się, Ŝe wyŜej zieleń słabnie i
wypuszcza z objęć nagi stoŜek. Dalej ciągnęły się plantacje
kawy, tytoniu i palm kokosowych. Nad tarasami
wyblakłych pól ryŜowych zawisła srebrzysta mgiełka. W
oddali, pośród zielonych łąk, pokazały się, jeden nad
drugim, trzy dachy muzułmańskich domów modlitwy
przeglądające się w spokojnej wodzie stawów. Za drze-
wami, głównie chinowcami i tamaryndo wcami, grzały się
w słońcu białe bungalowy, o których, jak się wydawało,
zapomniał czas. Coraz częściej pojawiały się domy na
palach kryte strzechą czarnych liści palmowych, sąsiadujące
z szopami na ryŜ - konstrukcjami o giętych dachach,
wymalowanymi i otwartymi na przestrzał. Miasto było
coraz bliŜej.
Ubrani na biało, pięknie zbudowani Indonezyjczycy
poruszali się bezszelestnie wśród stale zabieganych Chiń-
czyków. Sejour skręcił do ogrodowej części miasta i za-
trzymał się przed domem przyjaciela. Na powitanie wy-
szedł gruby, ocięŜały Holender. Gam otoczyły dzieci o wło-
sach jak len; na ich buziach malowało się zaciekawienie.
Pani domu dyszała astmatycznie; jej kędzierzawe włosy
ś
wiadczyły o domieszce krwi negroidalnej. Promieniując
radością, zapraszała na werandę, gdzie czekało jedzenie.
Z tajemniczą miną przygotowywała dla Gam specjalne
danie: do miski ryŜu wrzuciła drobno pocięte kawałki
suszonej i świeŜej ryby makasarskiej, pomfreta, roz-
drobnione mięso kury, kaczki, omlet i jaja przyrządzone na
róŜny sposób, a wszystko to przyprawiłaćatni, cebulą,
pieprzem, imbirem i nieznanymi dodatkami jawajskimi.
Kiedy danie było gotowe, gospodyni zachęcająco wskazała
na stół. Gam zaczęła z pewną obawą, potem jednak męŜnie
zjadła całą porcję. Bosa dziewczyna o oliwkowej cerze
przyniosła owoce. Gam ucieszyła się na widok soczystej
ś
wieŜości chłodnych owoców mango, ich delikatnego
miąŜszu, wodnistych melonów, czerwonych persy-mon,
wspaniałych papai, owoców mangostanu, kolczastych
rambutanów; kiedy jednak na stole pojawił się papkowaty
durian, chciała uciec — rosnący w dŜungli tygrysi przysmak
wydzielał okropny zapach zgnilizny. Potem jednak,
przezwycięŜając obrzydzenie, skosztowała go i była
zaskoczona wykwintnym smakiem przypominającym
delikatny krem orzechowy, mokkę i mroŜoną śmietankę.
Późnym popołudniem Gam i Sejour pojechali na przy-
jęcie do pałacu sułtana. Musieli przejść przez rozliczne
ogrody, w których rosły wyszukane gatunki drzew i kwia-
tów, potem obok basenów, gdzie zwykle zaŜywał kąpieli
sułtański harem, zanim w końcu dostali się na pałacowy
taras. Przed wejściem stały dwa słonie - unosząc wysoko
trąby, głośno trąbiły. Z pałacu wysypała się spora grupa
Jawajczyków i naraz wszyscy padli na ziemię. Ukazał się
mistrz ceremonii, poprowadził gości do sali
tronowej. Ściany były tutaj pokryte barwnymi tkaninami
indyjskimi. Z boku tłoczyli się Jawajczycy w odświętnych
strojach - szkarłatnych spodniach i bądź to zielonych, bądź
białych sukniach. Liczni ksiąŜęta przykucnęli na posadzce
wyłoŜonej kaflami i sunąc tuŜ ponad nią w postawie
wyraŜającej pokorę, zbliŜali się do tronu. Postać sułtana
przesłaniały niezliczone sznury pereł, którymi władca był
obwieszony od stóp do głów.
Mistrz ceremonii poprowadził Gam i Sejoura przed jego
oblicze. Sułtan od razu poznał Sejoura, rozsunął perły i
rozpoczął wartką rozmowę. Miał wyrazistą, mięsistą twarz
oraz podmalowane czarnym tuszem krzaczaste brwi.
Odwrócił się do Gam i zapytał o coś Sejoura po malajsku.
Sejour potrząsnął głową i odpowiedział. Sułtan poprosił
Gam, by wieczorem przyszła jeszcze raz. Będzie mogła
posłuchać gamelanów.
Prawie wszystkie Ŝony sułtana pochodziły z prowincji
Preanger. Były delikatnej budowy i emanowały jakąś
melancholią, którą zawdzięczały zniewalającemu urokowi
sarnich oczu. Gam nie mogła sobie przypomnieć, by
kiedykolwiek widziała skórę o równie ciepłym, złocistym
odcieniu.
W czystych boksach sułtańskich stajni obok karych koni
australijskich stały wspaniałe izabelowe ogiery; stajniami
zarządzał pewien siwobrody Niemiec. Na pałacowych
dziedzińcach bawiły się usmarowane dzieci. Obok wielu z
nich opierały się o mur zielone lub złote parasole,
ś
wiadczące o ksiąŜęcym pochodzeniu. W pobliŜu snuli się
słuŜący; Ŝuli betel.
Prędko zapadła noc. W ciemnym ogrodzie pałacowy
pawilon wyglądał jak wyspa światła. Dworzanie zasiedli w
kucki na płytach posadzki. Tylko sułtan siedział
wyprostowany. Jawajski gamelan zaczął grać stary taniec
wojenny, muzyka rozwijała się w śmiałym, miarowym
rytmie.
Powoli weszły tancerki. Ich nagie ciała od pasa w górę
osłaniał jedynie wąski, złocisty stanik. Wspaniałe biodra
okrywały jedwabie w kolorze brzoskwiniowym i
szmaragdowym. Ruchy kobiet pod ciasno opinającą je
cienką materią miały niezwykły urok.
Tancerki odegrały scenę z rycerskiej opowieści oraz
topeng - taniec w maskach. Potem zmieniła się muzyka
gamelanów — orkiestra zaczęła grać ciszej i bardziej de-
likatnie. Gam słuchała zachwycona. Smutnie zabrzmiały
dźwięki prowadzących melodię miedzianych saronów,
którym towarzyszyły przytłumione uderzenia w bębny i
mniejsze bębenki, potem włączył się suling, harfa oraz
instrumenty przypominające cytrę i skrzypce. Narastająca
kantylena emanowała ciepłą słodyczą i wydawało się, Ŝe
orkiestra złoŜona z dwudziestu mieszkańców wyspy od
dawna juŜ nie gra, Ŝe to równikowa noc sączy się do pałacu
oszałamiającym zapachem ogrodów, zstępuje z
gwiaździstego firmamentu i syci tę egzotyczną muzykę
drŜącą melancholią wybrzmiewających akordów. A kiedy
wszystkie instrumenty towarzyszące zamilkły i w powietrzu
dźwięczała jedynie przejmująca, Ŝywa melodia, powoli,
bardzo cicho, jak odległe buczenie pszczół zawibrowały
gongi, rozdźwięczały się miedziane niecki, zalśniły
srebrzyste arpedŜia harfy, w rozedrganej przestrzeni rozległy
się na przemian wznoszące, to znów opadające figury
instrumentów smyczkowych; wtedy koncert zamienił się w
muzykę tropikalnych mórz, harmonię sfer, którą udało się
oŜywić i dzięki temu jeszcze tu, na ziemi, usłyszeć jej
seraficzny ton.
Sułtan wstał i z trzema kobietami zaimprowizował
liryczny taniec. Szeroko rozkładając ramiona, okrąŜały go
miękkim krokiem, ich ręce unosiły się nad nim i płynnie się
wyginały. Tancerki poruszały się coraz spokojniej, stawiały
coraz drobniejsze kroki, aŜ w końcu się zatrzymały, uniosły
na palce i lekko drŜąc, zaczęły się nieznacznie obracać.
Teraz magia tańca przeniosła się na ich
1 Al
wyraziste twarze i ręce. OŜywiły się dłonie, ramiona wiły
się węŜowato, miękko kreśliły koła i spirale, były przy tym
podobne do poruszanych wiatrem gałęzi drzew liściastych;
szeroko rozstawione palce rozciągały się, jeszcze przez
chwilę tańczyły jedynie ramiona, a potem juŜ tylko dłonie i
palce - szczupłe i piękne; teraz ekspresja tańca wyraŜała się
wyłącznie w nich, bo reszta ciała uspokoiła się całkowicie.
Gamelany dźwięczały jak dzwony zatopione w morzu:
nierzeczywiście, tajemniczo, cicho i głucho. I tak jak w
przedziwnych, kolorowych baśniach płynnie zaciera się
granica pomiędzy zwierzęciem i rośliną, jak bez Ŝadnego
oporu poddają się fali morskie kwiaty w podwodnych
ogrodach, tak miękko poruszały się tancerki i sułtan
prowadzeni ledwo uchwytnym rytmem, podobni do pa-
jęczyny utkanej ze światła, z kolorów, z kobiet i dźwięków.
Gam i Sejour wracali z przyjęcia w milczeniu. Wraz z
Holendrami usiedli jeszcze na jakiś czas pod świętym
figowcem, który zadziwiał wznoszącą się wysoko plątaniną
nadziemnych korzeni. Ktoś opowiadał o niezwykłych
sztuczkach miłosnych jawajskich kobiet: owijają one włos
ukochanego wokół kawałka czaszki tygrysa, noszą go z
sobą, a kiedy odpadnie — męŜczyzna naleŜy do nich. Z
kolei Holender mówił o Europejczykach, którzy zawsze
muszą wracać do swych ciemnoskórych kobiet, nawet jeśli
próbują się temu opierać. Gam niemal się nie odzywała,
poprzez jednostajny potok słów wciąŜ dobiegało ją z pałacu
oddalone dudnienie gamelanów -wibracja gongów burzyła
spokój jej serca i budziły się wspomnienia, od których nie
potrafiła uciec.
O dziesiątej wieczorem francuski parowiec idący do
Hongkongu odbił od nabrzeŜa i wziął kurs na ujście Rzeki
Perłowej. Gam stała na pokładzie i patrzyła przed sie-
bie ponad mnóstwem świateł. W basenie portowym uwijały
się tysiące sampanów: wyglądało to, tak jakby wokół
statków krąŜyły nocne motyle. Nad wodą kołysały się małe
latarenki, zwisające z łodzi na długich łańcuchach. Za nimi
widniały silne, kolorowe światła pozycyjne licznych
Ŝ
aglowców, parowców i okrętów wojennych. W oddali
jaśniały rzęsiście oświetlone trzy statki pasaŜerskie. WzdłuŜ
nabrzeŜa ciągnął się szereg latarni oświetlających ulicę
prowadzącą do portu. Między nimi poruszały się światełka
riksz i, znacznie szybciej, jasne smugi reflektorów
samochodowych. Nad wybrzeŜem ciemniały zarysy wzgórza
Prak; do zbocza, niczym migoczące ptasie gniazda, tuliły się
domy europejskich mieszkańców miasta. Wszystkie te
drŜące światła były słabe i bezsilne wobec potęgi nocy,
ziejącej niczym otchłań, otaczającej je z kaŜdej strony...
Wydawało się, Ŝe jeszcze chwila i nastąpi eksplozja, która za
jednym zamachem zniszczy wszystko - mroczna ciemność
wystąpi z brzegów i pochłonie bezbronne wysepki światła.
Z białych i nieprzejrzystych jak wata porannych mgieł
wyłoniły się wyzłocone pierwszymi promieniami słońca
wysokie wieŜe katolickiej katedry. Rzekę przecinały parowe
bocznokołowce, jeden z nich parł przed siebie, ciągnąc na
holu dwie chińskie dŜonki pełne ludzi; dobiegał stamtąd
rześki gwar oŜywionych rozmów. Długie, barwne proporce
na masztach dŜonek furkotały na wietrze. Rybacy wciągali
rozstawione na noc sieci i podnosili kotwice, by z połowem
udać się na targ. Dalej na wodzie unosiły się tysiące
sampanów.
Pobudowane na nich mieszkania z luźno powiązanego
bambusa wyglądały na siedlisko jakiegoś odrębnego
gatunku istot ludzkich, Ŝyjących stadnie jak szczury. Na
beczkowato zadaszonym dziobie łodzi znajdował się jeden
pokój, na rufie, pokrytej takim samym dachem-drugi.
Pośrodku był otwarty pokład, jedyne miejsce, gdzie
mieszkańcy mogli się wyprostować. Mimo to na wszystkich
łodziach roiło się jak w mrowisku. Skośnookie twarze
wyzierały z kaŜdego zakątka; ruchliwe jak pająki postacie
obklejały kaŜde wolne miejsce i zdawało się, źe jeden
drugiemu wchodzi na głowę, a ich kończyny mają więcej
stawów niŜ kończyny zwykłych ludzi. By dzieci nie
powpadały do wody, przywiązano je postronkami do łodzi;
tak ubezpieczone raczkowały pomiędzy dorosłymi. Na
półokrągłych zadaszeniach siedziały puszczone luzem,
buńczucznie nastroszone kundle, które ujadały na widok
swych pobratymców z sąsiednich łodzi; wzdłuŜ burt,
balansując, spacerowały koty, kury pracowicie dziobały
bambus w poszukiwaniu ziarna.
TuŜ pod sobą, w którymś z sampanów, Gam zauwaŜyła
okryte puchem pisklęta i kurę, która gdacząc i uderzając
skrzydłami, męŜnie walczyła o poŜywienie dla swej
gromadki.
Długimi Ŝerdziami przepychano łodzie w poŜądanym
kierunku. Płonęły paleniska, nad którymi rozwieszano
garnki. Na innych sampanach powykładano towary i wła-
ś
ciciele głośno je zachwalali. Powietrze wypełniał ostry,
przenikliwy, skrzekliwy jazgot. Unosił się nad wodą, krąŜył
wśród łodzi, a kiedy obok przeszedł parowiec i fala
zakołysała łódkami, cały kwartał pływającego miasta zaczął
miotać dzikie obelgi, z powykrzywianych złością ust
popłynęły przekleństwa, wściekle wygraŜały wychudłe ręce.
Na wodę padało poranne słońce, na falach zalśniła złota
obręcz. Zajaśniały brązowe łodzie, promienie przeniknęły
do zadaszonych pomieszczeń, gdzieniegdzie wydobywały
nawet z mroku domowe ołtarzyki oraz zdobiące je barwne
wieńce. Coraz więcej sampanów odrywało się od pływającej
kolonii, otaczało parowiec i próbowało obok niego płynąć; z
łodzi wyskakiwały szczupłe postacie i z kocią zręcznością
wspinały się na pokład statku, a ci, którym się nie powiodło,
nie szczędzili sił, by przekonać do swego towaru. Rozpoczął
się szaleńczy
wyścig do przystani, towarzyszył mu nieopisany zamęt i
ogłuszający wrzask; kobiety przy sterach przekrzykiwały
się, gorąco zachęcane nawoływaniami przyjaciół wzajemnie
sobie złorzeczyły i w końcu ich głosy zamieniły się w
ochrypłą kakofonię - przeraŜający tumult.
- To Azja... - powiedział Sejour, odwracając się do Gam.
Od ulicy na ścianach domów wisiały niebieskie lub
pozłacane tabliczki z napisami. Na straganach mamiły
wzrok bale jedwabiu w kolorze tabaczkowym lub gołębiego
błękitu. Za straganami stały krosna, przy których mali
chłopcy tkackimi grzebieniami ubijali osnowę. W innych
uliczkach rozsiedli się rzemieślnicy wyrabiający ozdoby ze
srebra i złota, a takŜe rzeźbiący w kości słoniowej.
Powstawały tutaj filigranowe cacka, misternie cyzelowane,
wymagające niezwykle Ŝmudnej obróbki. Młode kobiety
szlifowały niebieskie kamienie, siwi rękodzielnicy z
nieprawdopodobną precyzją obrabiali kawałki kości
słoniowej i przekształcali je w najprawdziwsze dzieła sztuki.
Na ścianach, pod tablicami z imionami przodków oraz w
kątach domostw, przed posąŜkami Buddy, Ŝarzyły się
wonne kadzidełka.
Przekupnie handlowali ogórkami nanizanymi na cienkie
sznurki z łyka, ogromnymi noŜami płatali krwiste ryby,
brudny grubas mył rzodkiew, wrzucał ją do kadzi z wodą,
sam do niej wchodził i zawzięcie deptał. W którymś ze
sklepów dwie kobiety syczały na siebie jak Ŝmije. W innym
wystawione były na sprzedaŜ kaczki, kury, psy i szczury.
Przed sklepem rzeźniczym szlachtowano konia. Przeraźliwie
kwicząc, zwierzę padło na kolana, toczyło błędnym
wzrokiem, z wytrzeszczonych oczu płynęły łzy. Nozdrzami
trysnęła mu róŜowa piana. Z końskiej piersi wyrwało się
zamierające, przejmujące, wręcz ludzkie westchnienie -
zwierzę zwaliło się z nóg... I jeszcze przez chwilę kopyta
uderzały o bruk.
147
W otwartych zakładach fryzjerskich moŜna było usły-
szeć wszystkie języki i dialekty. Z domów gry dochodził
stukot kości, chińscy kulisi w kilka godzin tracili tu roczny
zarobek.
Prowadzący grę biegali z dzwoniącymi mieszkami,
przyjmowali stawki, z pomocą długich lasek kładli je na
wskazanych miejscach w dolnej sali i w ten sam sposób
odbierali wygraną. Obok znajdowały się domy uciech -całe
rzędy jednakowych pokoi, piętro nad piętrem. W kaŜdym
pokoju były małe, bogato malowane, szklane okienka,
hebanowe, intarsjowane macicą perłową fotele oraz
delikatne, łamliwe stoliki herbaciane; wśród tego wszyst-
kiego przemykały kobiety o grubo uszminkowanych, jakby
pokrytych emalią, martwych twarzach, z zastygłym na nich
sztucznym uśmiechem, odziane w cenne szaty, tańczące jak
automaty przy dźwiękach samisenu i śpiewanych falsetem
pieśni.
W wielu pokojach stały obłe, pięknie malowane trumny;
krewni zmarłych stawiali na nich herbatę i owoce, palili
kadzidełka. Sejour zabrał następnie Gam do więzienia.
Rzucił kilka sztuk srebra straŜnikowi, którego czoło toczyła
jakaś choroba. StraŜnik przeprowadził ich przez kilka
dziedzińców i cel. Szyje więźniów tkwiły pomiędzy dwiema
cięŜkim kłodami. Na widok obcych rozległy się przeraźliwe
jęki; moŜna się było tylko domyślać, Ŝe te odgłosy
wydobywają się z ludzkich gardeł. Wynędzniałe kobiety w
łachmanach siedziały z dziećmi przy piersi obok więźniów i
czekały. StraŜnik się rozgadał: mówił, Ŝe większość
uwięzionych nigdy głębiej nie zasypia, poniewaŜ
przeszkadzają w tym drewniane kłody; gdyby usnęli,
niechybnie by się podusili. Potem otworzył celę, w której
skazani na śmierć czekali na wykonanie wyroku. Z
diabolicznym uśmieszkiem, obnaŜając nieliczne, krzywe i
połamane zęby poprzedzielane czarnymi dziurami, straŜnik
opisywał miejsce straceń. Za trzy dni
t A Ci
więźniowie zostaną ścięci, powiedział. Ich głowy, umiesz-
czone w dzbanach, wrzuci się do wody.
Nie mogąc się oprzeć niezdrowej ciekawości, Gam ze
wstrętem patrzyła na grupkę ludzi, którzy wprawiali ją w
osłupienie i jednocześnie budzili litość. Stara kobieta
czołgała się na czworakach po podłodze i bezwstydnie
zadzierała swe łachmany. StraŜnik, nie zastanawiając się,
kopnął ją w brzuch, aŜ zwymiotowała; potem oznajmił, Ŝe
skazano ją za trucicielstwo. Podniosła się niepewnie,
poczołgała się dalej na długość łańcucha, szarpała się,
jęczała, wyła, darła okrywające ją szmaty i wyciągała ręce
do młodego kulisa, który wytrzeszczał oczy, patrząc na nią
tępo.
Wokół Gam zaroiło się od ludzi. Brudne ręce w Ŝebra-
czym geście domagały się jałmuŜny. Gam zbladła: te Ŝywe
ciała, ruchliwe, o giętkich stawach, posłuszne sterującej
nimi woli, za trzy dni zesztywnieją, będą martwe; śmiertelny
skurcz zaciśnie im palce, krew z nich wycieknie -w ciągu
niewielu godzin, które łatwo policzyć, świat przestanie dla
nich istnieć. Tymczasem poŜądliwe ręce wyciągają się po
jałmuŜnę, po datek, ręce ludzi, których Ŝycie się skończy,
zanim pod drugiej stronie rzeki cztery razy zgaśnie słońce...
I oni jeszcze Ŝebrzą o kilka centów... Nie do wiary...
Potem było Hankou, gdzie zamieszkali w niemieckim
hotelu - staromodnej budowli z wąską werandą. Wbrew
pozorom pokoje były tu wysokie i chłodne, a korytarze
szerokie. Gam z okien swego pokoju miała widok na wodę;
przez cały dzień mogła oglądać zakotwiczoną ka-nonierkę,
parowce rzeczne i Ŝagle dŜonek. Dalej rozpościerał się
typowy chiński krajobraz: płaskie tereny wzdłuŜ rzeki,
szare, porośnięte drzewami wzgórza wokół Wuczanu,
pagoda, błękitniejący na horyzoncie łańcuch niskich gór.
Widok przepływających dŜonek miał w sobie coś
odwiecznego. Na licznych łodziach zwracały
uwagę wymyślne kształty wioseł sterowych. śagle z ple-
cionych mat osłaniały kasztel rufowy... Wiosła przypo-
minały wysunięte pazury. WzdłuŜ burt siedzieli w kucki
ludzie i jedli ryŜ z czerwonych bądź niebieskich miseczek.
Gam i Sejour pojechali w górę Jangcy do Jangczou. W
mieście panowało ogromne poruszenie. Zdołano schwytać
kilku rozbójników, którzy utrzymywali w strachu całą
okolicę; teraz mieli być ścięci. Wszyscy mieszkańcy wylegli
na ulice. Plac straceń znajdował się tuŜ za miastem.
Przyprowadzono skazańców, którzy okazywali zupełną
obojętność wobec czekającej ich kaźni. Pierwszy z nich
ukląkł, jego warkocz juŜ wcześniej został odcięty. Sejour i
Gam ustawili się w miejscu, z którego dobrze było widać
plac. Gam zacisnęła usta, przez co uwydatniły się jej
pobladłe policzki. Straszliwa ciekawość, napełniająca jej
myśli zgrozą i przeraŜeniem, przenikała kaŜde włó-kienko
ciała; Gam czuła się jak przetrącona, chciała się odwrócić,
nogi jej jednak nie słuchały, znieruchomiała w odrętwieniu...
Do skazańców podszedł kat. Tłum się oŜywił, rozległy
się pojedyncze krzyki, zaraz jednak co śmielsi jęli
złorzeczyć bandytom, gwar narastał, miotano przekleństwa i
obelgi, wygraŜano pięściami. Jakiś chiński kupiec, tłusty,
zwalisty, którego palce zdobiły liczne grube pierścienie z
diamentami, stał w tłumie i obojętnie przyglądał się
egzekucji. Palił długie czarne cygaro i co chwila spoglądał
na zegarek. W pewnej chwili powoli się odwrócił i coś
powiedział.
WaŜąc w dłoni miecz, kat zbliŜył się do klęczącego
Chińczyka i stanął za jego plecami. Tłum wstrzymał
oddech, zapadła cisza. W zupełnej próŜni rozległ się nagle
spóźniony śmiech - to była kobieta. Opasły kupiec
uśmiechnął się, oblizał, wyjął cygaro z ust.
Nagle Gam zauwaŜyła, Ŝe kat ma jaśniejszą skórę niŜ
otaczający go ludzie. Jego klatka piersiowa była koloru
bladej oliwki. Nie naleŜał do rasy Ŝółtej, rysy twarzy miał
niemal europejskie. W świadomości Gam kaŜdy jego ruch
odciskał się z niebywałą wyrazistością, jej mózg rejestrował
najdrobniejsze szczegóły. Miała wraŜenie, Ŝe ogląda
zwolniony film. I oto napięły się mięśnie barkowe kata,
biceps stwardniał i odskoczył od ramienia, przemknął po
nim migotliwy cień, uaktywniły się mięśnie na plecach,
leciutko ugięły kolana, cały tułów się obniŜył, zastygł na
moment w półobrocie, klinga powędrowała do tyłu... Po
chwili oczy zdołały uchwycić migotliwy błysk... Nagle coś
się potoczyło, poturlało - Gam z przeraŜenia szarpała i
ś
ciskała swe palce - odcięta ludzka głowa samotnie toczyła
się coraz dalej... Tymczasem upiorny, straszliwie
okaleczony korpus z niepojętych, niezrozumiałych
powodów nadal klęczał; tryskały zeń trzy strumienie
czerwonej krwi.
Kiedy Gam patrzyła, jak kat unosi miecz, poczuła, Ŝe
ogarnia ją szaleństwo i musi coś zrobić; z najwyŜszym
trudem powstrzymała się od krzyku, chciała prosić, chwycić
kata za ramię, wytłumaczyć zagroŜenie i nie dopuścić do
rzeczy najstraszliwszej - do unicestwienia Ŝycia; czynu
potwornego, dla którego nie ma Ŝadnego uspra-
wiedliwienia... Czuła się tak, jakby jej równieŜ groziło
unicestwienie, jakby to ona klęczała na miejscu skazańca;
zdawało się jej, Ŝe śmierć niczym kot morderca pręŜy się do
skoku... Na nią i wszystkich dookoła... Nieprzytomna ze
strachu stała bezradnie z szeroko otwartymi oczami; nie
mogła pojąć, dlaczego nikt się nie buntuje, Ŝadna z
Ŝ
ałosnych postaci tam, na dole, Ŝaden z tych ludzi o Ŝółtych
twarzach, którzy mieli, jak wszyscy, usta i nos; dlaczego
tłum nie krzyczy, nie woła, nie walczy z nieszczęściem,
które czai się za nagimi plecami kata wznoszącego Ŝelazo
wprawnym i zarazem przeraŜającym ruchem... Gam chciała
wołać, krzyczeć, jeszcze raz się przeciwstawić... I naraz
błysk miecza przeszył jej serce... Napięcie opadło, krzyk
przeszedł w cichy, chrypliwy jęk...
Szalone podniecenie ustąpiło, krew rozlała się po całym
ciele, wypełniając je łagodnym ciepłem. Ciało bez głowy
osunęło się; było teraz jedną krwawą masą, nieruchomą i
zagadkową. Odciągnięto je na bok. Poczerniała krew
wsiąkała w ziemię. Do miejsca kaźni podszedł następny
skazaniec. Nie pozwolił zawiązać sobie oczu. Ukląkł obok
kałuŜy krwi. Jego twarz niczego nie wyraŜała, była obojętna.
Nie patrzył przed siebie, od razu opuścił głowę i odsłonił
kark. Gam znów spojrzała na kata. Stał za swą ofiarą
wsparty na mieczu, po jego twarzy błądził uśmiech -Gam,
której czułe zmysły i zdolność postrzegania chwytały
wszystko, zrozumiała ten przykry uśmiech właściwie.
Gwałtownie się odwróciła i ruszyła przed siebie. Po
drodze prześladowały ją ponure obrazy egzekucji; naraz
jednak poczuła, Ŝe rozpiera ją radość - najczystsza radość
Ŝ
ycia. Gam cieszyła się, Ŝe jeszcze Ŝyje. Pomimo to nie
mogła dojść do siebie, przykre wraŜenia nie ustępowały.
Znienacka zapytała Sejoura:
-
Kim jest... - zawahała się - kim jest kat?
Sejour nie odpowiedział. Gam, coraz bardziej oŜywio
na, ulegając nagłemu impulsowi, powtórzyła pytanie:
-
Kim jest kat?
-
Jego matka była Meksykanką, ojciec Murzynem. On
sam mówi po angielsku, po hiszpańsku i po chińsku. Jest
tutaj od pięciu lat. Ma bogatą biografię. Znam go, jestem w
tym mieście szósty raz, przed kilku laty zawarliśmy
znajomość. Dziś wieczorem będzie pani miała okazję z nim
porozmawiać...
Gam zmierzyła Sejoura błyskawicznym spojrzeniem. Była
zdumiona i podekscytowana. I nie protestowała.
Wieczór był parny; wokół krąŜyły ćmy. Miękkimi ude-
rzeniami skrzydeł mieszały gęstą zawiesinę powietrza
i pary, sprawiając, Ŝe chwilami podnosił się ledwo wy-
czuwalny podmuch. Obok promu zatrzymał się parowiec z
Wuczanu; dolatywał z niego gwar rozmów. MoŜna było z
nich wywnioskować, Ŝe to handlarze jaj, którzy płynęli w
górę Jangcy i teraz kłócą się o dzienny utarg.
-
Benie Minsąueton, proszę sobie wyobrazić, Ŝe ni
kogo nie ma w pokoju - powiedział Sejour.
Dalej rozmowa toczyła się tak, jakby rzeczywiście kaŜdy
mówił tylko do siebie.
-
Wiem, Ŝe robił pan to juŜ nie raz; zawsze to łatwiej,
kiedy moŜna się dowiedzieć, co myślą inni. Teraz jest pan
wśród ludzi, którzy na pewno dołoŜą starań, by pana
zrozumieć...
Na chwilę zrobiło się cicho. Minsąueton wcisnął się w
kąt, nie ruszał się, łokcie oparł na kolanach. Zaczął mówić
jednostajnym, obojętnym głosem:
-
To dawne sprawy, niemal o nich zapomniałem. By
łem majtkiem na holenderskim parowcu w koloniach; ko
twiczyliśmy w Singapurze. Wieczorem poszedłem z pew
ną Niemką do jej mieszkania. Dawno jej nie widziałem,
a kochałem tę kobietę o białej skórze jak jakiś chłopiec
okrętowy. Miałem od niej wszystko, czego tylko chciałem.
WciąŜ jednak było mi mało, męczyło mnie to, Ŝe nie mogę
jej mieć jeszcze bardziej. Kiedy wypływałem w rejs, sta
waliśmy się dwojgiem ludzi, których nic nie łączy. Dopro
wadzało mnie to do wściekłej pasji, nie mogłem się z tym
pogodzić, uwaŜałem, Ŝe muszę być z nią razem - chcia
łem przeniknąć do jej krwi, zespolić się z nią, niestety, nie
wiedziałem, jak to zrobić. Wpadłem w szał i ją udusiłem.
Nie miałem takiego zamiaru: swoje ręce zobaczyłem do
piero wtedy, gdy jej ciało się wypręŜyło i oczy wyszły z or
bit. Zorientowałem się, Ŝe ją duszę, nie mogłem jednak
rozluźnić chwytu. Czułem, jak drŜy, jak jej ciałem miota
ją przedśmiertne skurcze... to wszystko wprawiło mnie
w takie podniecenie, Ŝe nie zauwaŜyłem, kiedy opadła z sił.
Oprzytomniałem dopiero wtedy, gdy była martwa. Mu-
siałem uciekać. Ale wspomnienia stale mnie nachodzą. To
uczucie było silniejsze od wszystkiego, co mnie wcześniej
spotkało.
Wiedziałem, Ŝe będę to robił nadal. Nie chciałem jednak
uśmiercać niewinnych ludzi. Nie byłoby zapewne wielkiej
straty, gdybym się zajął starą, zuŜytą ladacznicą, której na
dodatek nigdy nie znałem; tego jednak robić nie chciałem.
Wiele podróŜując, trafiłem tutaj i dostałem to zajęcie; mój
poprzednik właśnie umarł. Płaci mi państwo, jestem
szanowanym człowiekiem. I tak to wszystko się ułoŜyło.
Odczuwam wewnętrzny spokój, poniewaŜ mam to, czego
potrzebuję...
Pochylił się i przyjrzał swym dłoniom. Po chwili, znacz-
nie Ŝywiej, podjął:
-
Jeśli piraci są Chińczykami, w obliczu śmierci za-
chowują się obojętnie. Ale niekiedy mam do czynienia z
pół-Rosjanami bądź mieszańcami. Zazwyczaj na plac
straceń wszyscy idą spokojnie. Kiedy jednak pierwszy ginie
pod ciosem miecza, następny zaczyna się bronić, szarpie
kajdany i zachowuje się jak tygrys w matni. Muszę go
wiązać i często sam rzucam się na niego, zanim go w końcu
obezwładnię. Te chwile są dla mnie jeszcze waŜniejsze niŜ
zabijanie. Szamoczę się z Ŝyciem, które chce mi uciec,
trzymam je za gardło; jestem odeń mocniejszy, czuję się
panem sytuacji, nie pozwalam, by mi się wymknęło. -
OŜywił się jeszcze bardziej, był niezwykle podniecony.
Uśmiechnął się i po chwili mówił dalej: -Dwudziestego
siódmego lipca ścinałem czterdziestu jeden męŜczyzn, całą
załogę pirackiej dŜonki. Kiedy wrzucałem głowę szypra do
dzbana, ugryzła mnie w palec. Przed egzekucją szyper
krzyczał wniebogłosy i z trudem udało się go związać.
-
Mówił pan - odezwała się w ciemnościach Gam -Ŝe ta
kobieta nie była panu obojętna...
-
Oczywiście - odpowiedział Minsąueton. — W prze-
ciwnym razie coś takiego nigdy by się nie wydarzyło.
W pokoju zrobiło się cicho. Mrok spowijał troje ludzi
pogrąŜonych we własnych myślach. Naraz za drzwiami
rozległy się jakieś hałasy. Słychać było kroki, szuranie
czyichś butów, potem stąpanie bosych stóp. Sejour wyszedł
zobaczyć, co się dzieje.
Gam wstała. Była w szczególnym nastroju. To, co usły-
szała, zburzyło jej równowagę, wtargnęło w jej jaźń niczym
rzeka rozŜarzonej lawy. Nagle, jak rozmigotany obraz
filmowy, stanęły jej przed oczami chwile, które spędziła
przy umierającym Puryszkowie. Śmierć, ze swoją niepojętą
mocą zniszczenia, jedyna absolutna negacja Ŝycia, znów się
jej objawiła, siejąc zamęt w umyśle, uzmysławiając
dobitnie, Ŝe istnieje przeczuwany wcześniej, tajemniczy
związek między negacją a najpełniejszym przejawem
afirmacji Ŝycia, jakim jest eros. Śmierć stale go osacza,
wciąŜ czai się w pobliŜu, miłość i zagłada bezustannie
trzymają się w objęciach, krąŜą wokół siebie, poruszają się
po tej samej orbicie, jedno nie moŜe istnieć bez drugiego,
dopełniają się jak elementy prastarego chińskiego symbolu
jin-jang i tworzą jedność.
Minsąueton przygarbił się i zapadł w fotelu. Nie ruszał
się. Niesamowite tchnienie śmierci ciąŜyło nad nim jak
straszliwa klątwa.
Te ręce zacisnęły się wokół kobiecej krtani i trzymały ją
dopóty, dopóki nie ustał rytmiczny oddech. Były zaworem
ś
mierci, zawsze sprawnym, okrutnym, beznamiętnym.
DrŜały jednak z rozkoszy, kiedy cień przesłaniał oczy
człowieka, którego trzymały... Wszystko rozpływało się we
mgle. Gam miała wraŜenie, Ŝe ściany się chwieją, jakby
były z kleistej mazi, dom się zapada, a siedzący naprzeciw
męŜczyzna pogrąŜa się w mroku; tylko silne ręce pewnie
spoczywały na swoim miejscu. Były blade, pokryte
grubymi, nabrzmiałymi Ŝyłami. W miejscu, gdzie dłoń się
rozwidla i zaczynają się palce, wyrastała guzowata narośl.
Paznokcie były zakrzywione i pokryte licznymi białymi
plamami, wyraźnie widocznymi pod świa-
tło na tle przezroczystej czerwieni. Stawy przypominały
młoteczki. Kiedy te ręce się unosiły, wraz z nimi wędrowała
ś
mierć.
Gam, powłócząc nogami, przeszła przez pokój i stanęła
naprzeciw Minsąuetona. Maksymalnie się skoncentrowała i
przygotowała na bezpośrednie starcie - znaleźli się w
niebezpiecznie chwiejnej równowadze. Gam bezwiednie
czekała na pierwszy impuls. Zdawała sobie sprawę, Ŝe
aktywność jej jaźni ustała i nie stać jej na przejawienie
władczej woli; ta mistyczna cezura wydawała ją teraz, o
szarej godzinie, na pastwę przypadku.
Ben Minsąueton niczego nie zrozumiał. Widział tuŜ koło
siebie kobietę i wdychał jej zapach. Krew uderzyła mu do
głowy, ręce zaczęły drŜeć. Gam próbowała przewiercić go
wzrokiem. Obojętnie podniósł głowę i, bardzo zakłopotany,
wstał z fotela. Wyglądał na wystraszonego. Kiedy uniósł
wzrok i wycedził kilka słów, Gam, nie zastanawiając się,
skinęła głową i nagle, słuchając kolejnego niezgrabnego
sformułowania, wybuchła śmiechem... Minsąueton się
ucieszył i chciał mówić dalej, ale ona juŜ go nie słuchała.
Wrócił Sejour i Ben Minsąueton wyszedł. Gam przy-
niosła lichtarz, który zawsze z sobą woziła, i zapaliła
ś
wiece. Zupełnie się zmieniła, była rozgorączkowana.
Krzyczała, wskazując drzwi, przez które wyszedł Min-
sąueton.
-
Opuścił nas, poszedł sobie...! Jak zły los...! On jest
jak zły los - ponury i ocięŜały - działa na oślep...! Udało
nam się uniknąć śmierci...!
Sejour nie ruszył się spod ściany.
-
Tak, rzeczywiście - powiedział zmienionym głosem.
Gam rozmarzyła się, dając upust emocjom:
-
Jesteśmy jak fale pędzone przez burzę... Wielbimy
ziemię, ślepo kochamy ten świat. Jeśli nie daje on nam
oparcia, tracimy spokój... Miłość jest zagładą... Tak, tak,
wiem o tym i nawet w to wierzę... Miłość niesie zagładę. -
Roześmiała się, cieszyła się jak uczeń, któremu udało się
rozwiązać zadanie. - Walka... - Nagle urwała.
Ktoś niedawno to do niej wykrzyczał... Kto...? Jak się
nazywał...? Gdzie to było...? W pokoju hotelowym, pako-
wała do walizki bieliznę, myślała o ucieczce, czuła za sobą
ironiczne spojrzenie... Teraz nagle wszystko zrozumiała...
Walka... Zagłada... Trzeba wracać... Natychmiast...!
Pośpiesznie, długimi krokami przeszła przez pokój i
zatrzymała się przed lichtarzem, w którym płonęło siedem
ś
wiec. W wielkim skupieniu, z powaŜną miną zgasiła jeden
płomień. Odwróciła się do Sejoura.
-
Jest o wiele ładniej, kiedy gasimy świece, niŜ gdy
je zapalamy... - powiedziała. - Zawsze lepiej coś gasić,
niŜ zapalać... Zgaśmy światło...
Zgasiła po kolei wszystkie świece oprócz jednej.
-
To ostatnia. Jest dokładnie taka sama jak tamte
sześć... Ostatnia... Czemu to słowo ma tak silne zabar
wienie emocjonalne? To, co ostatnie, zawsze nadaje Ŝy
ciu posmak tragizmu i niewaŜne, czy chodzi o początek,
czy o zakończenie. Spójrz, przez papierowe okna widać
chiński księŜyc... a tu płonie ostatnia świeca... Chodź -
chwyciła Sejoura za rękę- popatrz... Czy ta świeca nie
jest piękna...? To wspaniałe być ostatnim promykiem
ś
wiatła pośród nocy... Trudno o coś bardziej sentymen
talnego... Pozwolimy jej umrzeć, głupio, sentymentalnie,
zamordujemy ją, będziemy katami światła... - Zgasiła
ś
wiecę i nagle zaczęła wymachiwać ręką Sejoura. Ze
sztywniała i zarazem rozdygotana mruczała: - Nie wiem,
naprawdę nie wiem... Chodź, księŜyc ostudzi nam krew,
jest przecieŜ zimny, a jego światło zabija... Roztrzaskaj
my go na kawałki, rzućmy się w noc...
Szarpała Sejoura za ramię, a on - blady jak trup -
pozwalał jej na wszystko. Posiadł ją, a kiedy na chwilę
otworzyła oczy, szeptał, chcąc uspokoić ją i siebie:
-
To nie to... Nie to...
Gam jednak mu się wywinęła, uniosła się, przycisnęła
twarz do jego twarzy i mówiła coś zupełnie niezrozu-
miałego, po czym zaczęła krzyczeć:
-
Zabij mnie...! Zabij!
-
Nigdy! — bronił się rozpaczliwie, a po chwili, pełen
czułości, obsypywał ją pocałunkami, namiętnie pieścił.
-
Znam kogoś, kto to zrobi - mamrotała, tuląc twarz do
poduszki.
Zaczęła spazmatycznie szlochać, płakała do rana.
W drodze powrotnej Sejour zapytał:
-
Zamierza pani opuścić statek w Hongkongu i udać się
stamtąd do Singapuru?
-
Tak, tylko skąd pan...? - odparła zmieszana.
-
Czuję, Ŝe tak jest.
Po chwili Sejour znów się odezwał:
-
Proszę, niech pani ze mną zostanie. - Widząc zdzi
wienie w oczach Gam, zaczął pośpiesznie wyjaśniać: -
Stała się pani dla mnie niezbędna. Okazała się pani sil
niejsza od moich wyobraŜeń o świecie... JuŜ nie trwam
w zawieszeniu. Myślałem o tym przez dwie noce, zanim
odwaŜyłem się to powiedzieć. Ale i teraz nie wiem, jak
zacząć. Dlatego posłuŜę się przykładem. Moje akumula
tory się wyładowały - to był prąd o niespotykanej mocy.
Zanim się zorientowałem, zuŜył całą nagromadzoną ener
gię. Teraz maszyneria nie pracuje: całkowicie rozłado
wane akumulatory są bezsilne. Koła i tryby się nie ob
racają... Nie ma prądu... Akumulatory juŜ go nie dostar
czą, są bezuŜyteczne. Jeśli pani odejdzie, maszyneria się
rozpadnie... Mówię to z cięŜkim sercem, słowa ledwo
przechodzą mi przez gardło.
Gam wpatrywała się w koło sterowe parowca. Chiń-
czycy jedli coś z czerwonych miseczek i gawędzili. Wokół
panowała niezmącona harmonia...
-
Wiem o tym - mówiła Gam, cedząc słowa. - Ale
odejdę... Jeśli coś się z tego powodu rozpadnie, będzie to
z pewnością przykre i smutne... Jednak muszę odejść: nic
innego mi nie pozostaje.
Gam, oddającą się na pokładzie marzeniom, poraziło
niespodziewane odkrycie. Było jak kadr wycięty z ostro
naświetlonego filmu, jaskrawe i oczywiste wobec mglistych
planów i oczekiwań: jaźni nie kształtują cele ani, tym
bardziej, sposoby ich osiągania. Decydujący wpływ
wywierają tutaj napięcia, ich emanacja, działanie naj-
róŜniejszych sprzęŜeń potęgujących dynamikę podskórnych
prądów. Stajemy się iskrzącą diodą, prąd zamienia nas w
lampę fluorescencyjną. Osiągamy to dzięki napięciom. Jeśli
natomiast poszukujemy celu, napięcie nie jest potrzebne, nie
tędy droga. Cel moŜna osiągnąć za pomocą sofistycznych
sztuczek, wówczas jednak osiągnięcie go nie przysporzy
nam zadowolenia. DąŜąc drogą pełną napięć, moŜna na niej
równieŜ sprytnie ukryć cel; w takim postępowaniu jest
jednak coś ze śmiesznej ostroŜności, która kaŜe zapalić
Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Kto zakreśla sobie
granice, mierzy kaŜdą rzecz, wciąŜ licząc, kalkulując,
zachowuje się jak skostniały akademik i budzi odrazę. Kto
twardo trzyma się wytyczonej drogi, nie zasklepi się nigdy
w jakimś ciasnym kręgu. Ale jeśli kogoś pociągają silne
emocje, potrafi je stopniować, nie traktuje Ŝyciowych
zakrętów jak tragedii, lecz dostrzega w nich jedynie
moŜliwość jeszcze silniejszej ekscytacji, człowiek taki
naleŜy do wyjątkowego gatunku. Dzięki napięciu i skrajnym
emocjom moŜemy wznieść się ponad wszystko -
poszybować nad dalekimi morzami ku coraz odleglejszym
brzegom i w końcu wystrzelić w nieskończoność błękitu...
Gam targał niepokój. Nie miał on nic wspólnego z prze-
szłością - zawsze tak mocno Ŝyła teraźniejszością, Ŝe prze-
szłość była dla niej czymś co najwyŜej podobnym do fali
chlupiącej za rufą. Od dawna wiedziała, Ŝe jeśli chce Ŝyć
intensywnie, pełną piersią, musi chłonąć kaŜdą chwilę,
ulegać jej całym swym jestestwem, postępować tak, jakby
prócz niej nic innego się nie liczyło...
Nic bardziej bezdusznego jak egoizm, który wciąŜ szuka
dla siebie nowych podniet i fascynacji... Z drugiej strony,
czy istnieje coś równie prawdziwego, szczerego...? Potok
słów wciąŜ nękał młodą kobietę... Skąd się brały...?
NiezaleŜnie od słów biegły jej myśli... Kiedy do niej
dotarło, Ŝe wszystko to jest rezultatem oporu, jaki stawiła
przed chwilą, spłonęła rumieńcem; w ten opór za-
angaŜowała się bez reszty, kaŜdym włókienkiem swej
natury - gorącej i tym razem skłonnej wręcz do ataku.
IX
Lav
alette,
wyciąg
nięty
na
leŜaku
pod
markiz
ą
, przy-
rządzał
sobie
whisky
z
lodem i
wodą
sodową
.
Wycisn
ą
ł
cytrynę
,
zmiesz
ał sok z
wodą, a
owoc
niedbal
e rzucił
na
ziemię,
po
czym
zanurz
ył ręce
w
stojącej
obok
misce,
chwyci
ł
ręcznik
frotte i
bez
pośpiec
hu
wytarł
dłonie.
Kie
dy po
chwili
uniósł
głowę,
obok
leŜaka
ujrzał
Gam.
Nie
zdziwił
się ani
trochę,
przywit
ał ją,
jakby
rozstali
się
przed
godzin
ą
. Gam
przyglą
dała
mu się
uwaŜni
e. Jego
twarz
niczeg
o nie
zdradz
ała.
-
P
rzybyw
a pani
w samą
porę -
powied
ział. -
Gdyby
się pani
nie
zjawiła,
moje
sprawy
uległyb
y
opóźnie
niu. Ale
o tym
pomów
imy
wieczor
em.
MoŜe
teraz
zechce
się pani
przebra
ć
. W
pokojac
h nic
się nie
zmienił
o, są
urządzo
ne
zgodnie
z pani
upodob
aniami.
Chłopie
c się
panią
zajmie,
jest na
pani
rozkazy
. Ja
tymcza
sem
wrócę
do
moich
zajęć,
a potem
wtajem
niczę
panią w
niezbęd
ne
szczegó
ły.
Wie
czorem
Lavalet
te w
kilku
zdaniac
h
wyjaśni
ł, Ŝe
chodzi
o to, by
zdobyć
kilka
waŜnyc
h
planów
.
Trafiły
one do
rąk
pewneg
o
Meksy
kanina,
który
teraz
negocj
uje
warunk
i ich
odstąpi
enia z
dwoma
urzędni
kami
angiel-
skiego
przedst
awiciel
stwa.
W
Kalkuc
ie
Lavalet
te
zamie-
rza się
spotkać
z
jednym
ze
swych
ludzi,
który
przedst
awi go
Meksy
kanino
wi. I
tutaj
właśnie
liczy na
pomoc
Gam.
-
M
usi
się
pani
dow
iedz
ieć,
o co
cho
dzi i
jak
dale
ko
Meksykanin posunął się w pertraktacjach z Anglikami.
Trzeba go wysondować. Jest ostroŜny i przebiegły. Ma tylko
jeden słaby punkt... jak zresztą większość męŜczyzn... Gam
spłonęła rumieńcem.
-
Myślę o kobietach - ciągnął. - Jeśli zręcznie pokie
ruje pani rozmową, na pewno się z czymś zdradzi. Na
tym właśnie mi zaleŜy. Te plany są bardzo waŜne. Musi
my zrobić wszystko, by je mieć. I będziemy je mieli.
Gam zeszła do ogrodu. Nie odpowiedziała Lavalet-
te'owi. Zamiast tego zawołała z dołu:
-
Powietrze jest jak gorąca kąpiel...! MoŜna by w nim
utonąć, zupełnie nie czuję gruntu...!
-
Grunt, podstawa...! Nieźle brzmi...!- odkrzyknął
Lavalette, złoŜywszy dłonie wokół ust. - Motyw...! Fun-
dament...! Jak ołów i klej...!
Gam rozłoŜyła ramiona.
-
Chcę popływać we fiordzie...! W krystalicznej wo
dzie! - zawołała. Z tajemniczym uśmiechem zerwała kil
ka gałązek tamaryndowca...
Meksykanin zmierzył Lavalette'a nieufnym spojrzeniem
i, trochę niezgrabnie, ukłonił się Gam. Podała mu rękę, lecz
tak, by nie mógł jej pocałować. Kiedy mówił, błyskał
jednym okiem, przy czym jego dłonie bezustannie się
poruszały.
-
Trzeba mu dać coś do picia - zadrwił Lavalette. -
On po prostu musi trzymać szklankę, wtedy mu przej
dzie. Widzi pani, Ŝe nie zapomniałem o Ŝadnej waŜnej
sprawie.
Zostawił Gam i udał się na spotkanie ze swym agentem.
Po kilku dniach Meksykanin zaprosił ich do siebie. Przez
cały czas mówił wyłącznie do Gam, próbując obudzić jej
zainteresowanie. Traktowała go chłodno, nawet oschle.
Lavalette ją obserwował; po pewnym czasie zaproponował
siedzącej obok kobiecie, by wyszła z nim na
taras. Kiedy Meksykanin zobaczył, Ŝe został w pokoju tylko
z Gam, spróbował skrócić dystans. Gam zrobiła się
wyniosła, nie zwaŜała na jego słowa. To go zabolało,
zmieszał się, zapomniał tak dalece, Ŝe kilka razy wymienił
Lavalette'a. Odpowiedź Gam była lodowata, Meksykanin
musiał wstać. Gam chciała go zranić, obudziło się w niej
jakieś trudne do wytłumaczenia okrucieństwo. Pospieszył za
nią, chwycił ją mocno za ramię i próbował się
usprawiedliwiać. Gam wciąŜ stała bez ruchu, plecami do
niego. Odwróciła jedynie głowę i bez słowa, pełna pogardy,
wpatrywała się w rękę trzymającą jej ramię. Meksykanin,
zawstydzony, puścił ją.
W tej samej chwili pod jakimś pretekstem zjawił się
Lavalette. Natychmiast się połapał, Ŝe Gam właśnie odparła
zakusy Meksykanina. Teraz w napięciu patrzyła, co zrobi
Lavalette. Ku jej zaskoczeniu zareagował ostro i Latynos
usłyszał kilka cierpkich słów. Następnie La-valette podał
ramię Gam i poprosił o ich okrycia.
Na drugi dzień Lavalette słowem nie wspomniał o zaj-
ś
ciu, co trochę speszoną Gam wprawiło w zdumienie. Nie
przypuszczała, by coś się miało zmienić; dlatego, czekając
na kolejny ruch Lavalette'a, nie czuła się zbyt pewnie.
Czekała - wiedziała bowiem, Ŝe tylko milczenie moŜe
nadać sprawom właściwy bieg. I pewnego dnia Lavalette
zaczął:
- Niebawem znów się spotkamy z Meksykaninem.
Usprawiedliwiał się i prosił o wybaczenie z powodu tam-
tego incydentu. Całkiem zapomniałem pogratulować
wspaniałego stylu, w jakim spowodowała pani tę decy-
dującą przemianę. Przedtem Meksykanin mi nie ufał, pani
zresztą teŜ. Teraz czuje się pewien swego, sądzi -tu
Lavalette ironicznie spojrzał na Gam- Ŝe gdybym czegoś od
niego chciał, odnosiłbym się doń zgoła inaczej.
Usłyszawszy te przewrotne słowa, Gam wolała niczego
nie mówić. Ograniczyła się do pytania:
-
Kiedy się spotykamy?
-
Za dwa dni. U mnie. Rozmowy między Meksykani-
nem a dwoma Anglikami zaszły tak daleko, Ŝe tego wie-
czoru koniecznie musimy go skłonić do zwierzeń. NaleŜy
się spodziewać, Ŝe wszystko, co dotyczy strony przeciwnej,
będzie juŜ sfinalizowane.
Gam bawiła się wstąŜką.
-
A jeśli termin nie będzie mu odpowiadał?
-
Na pewno będzie... I moŜe znów pani spróbuje...
Zresztą nie ma innej drogi: musi pani zastosować jakiś
wybieg, dzięki któremu dopniemy swego.
-
Wybieg... MoŜliwe... O, tak...
Gam miała wraŜenie, Ŝe spoza tych niewinnych, Ŝarto-
bliwych słów wyziera coś jeszcze. Nie chciała tego, czuła
się jednak spięta. Cichy szczęk oręŜa zapowiadał walkę...
Kiedy doszło do spotkania, w zachowaniu Meksykanina
wobec Gam moŜna było zauwaŜyć niemal pokorę. Gam
starała się być dla niego miła. Meksykanin nabrał do niej
zaufania i co rusz rzucał jej szczere, ciepłe spojrzenia.
Wzruszył ją, pozwoliła mu się zatem poprowadzić do stołu.
Siedziało tam jeszcze kilku ludzi, którzy bardzo się o coś
spierali. Lavalette był niezwykle uprzejmy. Korzystając z
okazji, chytrze zmruŜył oko i uśmiechnął się do Gam, przez
co trochę zbił ją z tropu. Wydawało jej się, Ŝe nie dorasta do
tych jego nagłych przeobraŜeń. Swą demoniczną
osobowością często ją przygniatał; kiedy jednak Gam
chwytała za broń i, bezpiecznie opancerzona, zamierzała
podjąć walkę, wtedy nagle, jak psotny chłopiec, Lavalette
jej umykał. Czuła się bezradna wobec człowieka, który
bywa tak nieobliczalny - beztrosko odwraca porządek
spraw, stawia je na głowie, bawi się nimi.
Gdy juŜ coś wpadło mu w ręce, Lavalette nigdy się tego
nie wyrzekał; za to go podziwiała. Naraz odkryła, Ŝe znaczy
to więcej od nerwowej ciekawości i wewnętrz-
nej energii Clerfayta, Ŝe tym samym Lavalette przerasta
równieŜ głęboko ludzkiego Kinsleya. Dzięki tym cechom
swej natury poruszał do głębi; one teŜ zresztą tkwiły gdzieś
blisko dna, gdzie kaŜda rzecz ma takie samo oblicze i
wszystko stapia się w jedność; bez wątpienia jednak była to
natura nieobliczalna, wiarołomna i wierna zarazem... Jak
Ŝ
ycie.
Był przy tym odporny na jakikolwiek atak: gdy tylko
ktoś się zbliŜał, jak Proteusz przybierał coraz to inną postać.
Gam zauwaŜyła, Ŝe i w niej drzemią podobne moŜliwości.
Dostrzegała, jak trudno ją zranić, wobec czego wszelki atak
moŜe ujść bezkarnie; cieszyło ją to, ale uznała, Ŝe ma do
czynienia z ładunkiem wybuchowym... I postanowiła go
rozbroić... Wedrzeć się w głąb siebie, podkopać się i
zdetonować bombę... Potem zapewne ogarnie ją smutek...
Tylko czy potrafi...? Czy nie wkracza na śliski, trudny
teren...? Czy jej odporność się nie kruszy, nie widać
pęknięć...?
Z wyrozumiałością słuchała bojaźliwych usprawiedli-
wień Meksykanina. W końcu miała dość i jednym, nie-
dbałym gestem zdecydowała się przekreślić tamto nie-
porozumienie, po czym spróbowała się dowiedzieć czegoś o
ojczystym kraju Latynosa.
Meksykanin wpadł w zachwyt i odtąd prócz towarzystwa
Gam nic juŜ dla niego nie istniało. Kiedy podano do stołu,
wziął ją pod ramię i poprowadził do jadalni; odmówił
równieŜ udziału w grze, do której goście zasiedli w
sąsiednim pokoju. Gam zapytała go, czy kocha swój kraj.
Odparł, Ŝe mało co kocha równie mocno.
Nie pytała, co jeszcze prócz ojczyzny miał na myśli.
Rozmowa się jednak nie urwała: teraz Gam chciała się
dowiedzieć, kiedy zamierza wrócić do siebie.
Meksykanin odpowiedział, Ŝe za kilka tygodni - ma tutaj
do załatwienia jeszcze kilka spraw, choć właściwie juŜ tylko
jedną; potem chce wracać. Gam nie dociekała, o co chodzi,
zadała jednak kolejne pytanie:
-
Mówi pan, Ŝe to tylko jedna sprawa. Więc chyba
bardzo waŜna?
-
Tak, bardzo waŜna... I bardzo zyskowna.
-
Jakiś wynalazek...?
-
Niezupełnie. Rzecz dotyczy kwestii militarnych...
-
Interesujące. Z pewnością teŜ niebezpieczne? - Gam
ś
miała się w duchu. Wiedziała, Ŝe powinna dalej wypytywać
Meksykanina. Naraz jednak nabrała ochoty, by zrobić coś
wręcz przeciwnego: postanowiła go ostrzec. Kiedy
przypadkiem obok przechodził Lavalette, zawołała go.
-
Nasz przyjaciel jest bardzo nieostroŜny - oznajmiła z
wyjątkowo szerokim uśmiechem. - Zna wiele waŜnych
tajemnic...
Ku jej zaskoczeniu nie okazał najmniejszego zdziwienia.
Chwycił dłoń Gam i nakrył nią jej usta. Jednocześnie
zatroskanym głosem rzekł do Meksykanina:
-
Powinien pan więc zachować milczenie. JuŜ samo
tylko myślenie o takich sekretach moŜe się okazać ryzy
kowne. Poza tym chyba pan wie - tutaj ze zrozumieniem
pokiwał głową - Ŝe najłatwiej wygadać się przed kobietą.
Cieszę się, Ŝe zjawiłem się w porę i mogę pana ostrzec.
Lepiej niech pan z nami zagra, to bezpieczniejsze i - drwią
co spojrzał Gam w oczy- łatwiejsze...
Gam miała wraŜenie, Ŝe krew rozsadza jej skronie.
Lavalette przejrzał jej zamiary i zdemaskował ją. Ze stoic-
kim spokojem zrobił to, co sama zamierzała: ostrzegł
Meksykanina. Wytrącił jej oręŜ z ręki; teraz byłoby za-
bawnie jeszcze raz pokrzyŜować jego zamiary. Przez tę
poraŜkę wydawało się jej, Ŝe nadąŜanie za pragnieniami
Lavalette'a stało się czymś w rodzaju obowiązku. Ogarnęło
ją jakieś szaleństwo, coś się w niej burzyło, kotłowało i
Gam nie miała pojęcia, z której strony nadciąga nawałnica.
Uśmiechała się jednak do Meksykanina i choć myślami
zupełnie nieobecna, potrafiła się świetnie skoncentrować.
Grała komedię z wirtuozerią tak olśniewają-
cą, Ŝe osłupiała ze zdumienia, pytała samą siebie: Czy na
pewno ja to mówię...? Czy ten teatr to moje dzieło...?
Patrzyła na siebie, jakby była obcą osobą, nauczycielem,
który nagle znalazł się w szkolnej ławce obok zdumionego
ucznia; miała wraŜenie, Ŝe promieniuje energią, rzuca wokół
siebie jakiś czar, Ŝe pierwszy raz w Ŝyciu doświadcza czegoś
podobnego. Przez cały czas zachowywała wewnętrzny
chłód, wszystko to działo się poza nią, na zewnątrz jak
prawdziwy aktor uŜyczała jednak tej kreacji swego głosu i
ciepła.
Oszołomiła Meksykanina, którego rozpierało szczęście:
uwaŜał, Ŝe to jego towarzystwo wprawiło Gam w ten
wyjątkowy nastrój. By dotrzymać jej kroku, częściowo się
odkrył i uchylił przed Gam rąbka swych tajemnic. Kiedy
Gam demonstracyjnie okazywała brak zrozumienia,
przysunął się do niej i z powaŜną miną objaśniał szczegóły.
Zadowolony, Ŝe wywarł wraŜenie, w przeświadczeniu, Ŝe
mimo to niczego nie zdradził, bo przecieŜ o niektórych
sprawach ledwo napomknął, cały czas przy tym panując nad
rozmową, rozsiadł się wygodnie i rozkoszował słodkim
przekonaniem o swej waŜności.
Gam tymczasem nie mogła się skupić i wkrótce poczuła
znuŜenie. Grający opuszczali sąsiednie pokoje i
przychodzili się poŜegnać. Lavalette wydał Tamilowi kilka
poleceń i zwrócił się do Gam:
- Proszę wybaczyć, muszę jeszcze coś napisać... Pani teŜ
zapewne niebawem opuści to męczące towarzystwo...
Spodziewam się, Ŝe jutro rano zobaczę panią wyspaną i
wypoczętą...
Tamil czyścił meble. Co jakiś czas podnosił głowę i zer-
kał na nią błyszczącymi oczami. Gam pogrąŜyła się w my-
ś
lach. Chłopiec ostroŜnie przemykał się między sprzętami.
Skąpe światło rzucało na ścianę jego cień, który, po-
większony do groteskowych rozmiarów, to się zabawnie
wydymał, to gwałtownie się kurczył. Gam dostrzegła grę
cienia i - trwając w bezruchu - uwaŜnie ją obserwowała...
Tamil przerwał na chwilę pracę i przyglądał się jej smutnym
wzrokiem.
W końcu go zauwaŜyła i skinieniem ręki dała do zro-
zumienia, Ŝe ma się zbliŜyć. Kiedy podszedł, pogłaskała
jego gęstą czuprynę. Była wyczerpana, lecz i uległa cu-
downej potrzebie darzenia czułością.
-
Pora spać... NajwyŜszy czas się połoŜyć... - powie
działa.
Weszła na schody prowadzące do pokoi Lavalette'a. Z
trudem, jakby wspinała się na jakiś szczyt, pokonywała
kolejne stopnie. Poręcz, której się trzymała, przypominała
pomost o dziwnej konstrukcji, wskazujący drogę w
nieznane. Gałki wieńczące załamania balustrady groźnie
szczerzyły zęby, wykrzywiały się w grymasie pochlebstwa.
Ponad głową Gam sunęła ciemność, która chwilami zdawała
się płynąć niczym rzeka, innym znów razem stygła w
bezruchu. Potem były drzwi... Gam musiała je otworzyć...
Tyle razy, wchodząc albo wychodząc, otwierała jakieś
drzwi... Teraz było to wyjątkowo trudne...
Lavalette zapisywał w cienkim notesie jakieś cyfry. Gam
ledwo trzymała się na nogach. Nie miała pojęcia, dlaczego
drŜą jej kolana, musiała się na czymś oprzeć, bała się, Ŝe
zaraz zemdleje. Po chwili się odezwała:
-
Chodzi o budowę fortów wokół Hongkongu i plany
rozmieszczenia nowych pól minowych na wodach Gibral-
taru.
-
Czy udało się pani dowiedzieć, ile Anglicy mu ofe-
rują?
Gam wymieniła sumę.
Lavalette chwycił słuchawkę telefonu i dyktując same
tylko cyfry, nadał pilny telegram.
-
Dziękuję, teraz wiem wszystko, na czym mi zale
Ŝ
ało - rzekł, odkładając słuchawkę na widełki. Po czym
znów pochylił się nad swymi zapiskami.
Gam gwałtownie zrobiła krok do przodu i podniosła
ręce. Lavalette wstał.
-
Dziś powinna się pani uspokoić... Dziś... Jutro znów
będzie pani knuła zdradę... Coś takiego zawsze cudow
nie podnieca. Tak juŜ musi być... W przeciwnym razie... -
Na moment ściągnął brwi, po czym potrząsnął głową.
Jego dłoń spoczęła na ramieniu Gam.
Rozpierał ją nieznany wcześniej rodzaj szczęścia. Czuła
dziwaczne pomieszanie bezsilności, przekory, tkliwości i
nienawiści; wsparta czołem o ramię Lavalette'a, cala się w
niego wtuliła.
-
Tak bardzo cię kocham... - mruczała.
-
Przyjąłem, Ŝe w pertraktacjach z Anglikami Mek-
sykanin posunął się tak daleko, Ŝe w tej chwili wszelkie
próby pozyskania go nie miałyby sensu. Spowodowałem
jedynie, Ŝe przekazano mu sumę, o której pani wspomniała.
Ale to tylko ze względu na panią; jeśli chodzi o mnie,
uwaŜam, Ŝe to niekonieczne. Dzięki wpłacie uda się jednak
dość łatwo odwrócić od nas wszelkie podejrzenia.
-
Jakie podejrzenia?
-
Podejrzenia o kradzieŜ. Tej nocy Tamil ukradł Mek-
sykaninowi plany. Są tak waŜne, Ŝe zdecydowałem uciec się
do gwałtu.
-
Ma pan te plany?
-
Oczywiście. Teraz tylko muszę je stąd wywieźć. Na
podróŜ statkiem jest juŜ za późno. Meksykanin postawił na
nogi tajne słuŜby juŜ w godzinę po tym, jak plany znikły.
Wszystkie odpływające parowce będą obstawione. Za trzy
dni dostanie pieniądze. Wtedy my juŜ będziemy daleko.
-
Po co pan to robi?
-
Po co? CóŜ za pytanie; wszelkie pytania w rodzaju po
co, dlaczego, są po prostu nudne...
-
Pan się naraŜa, grozi panu powaŜna kara... To szpie-
gostwo.
-
Właśnie dlatego to robię, choć o charakterze mojej
działalności przesądził przypadek. Równie dobrze mógł
bym stanąć na czele ekspedycji penetrującej dziewicze
dŜungle Konga. Tam jednak miałbym do czynienia wy
łącznie z Murzynami i ryzyko leŜałoby, Ŝe się tak wyra
Ŝę
, bardziej na zewnątrz niŜ wewnątrz: wiązałoby się
z obawą o własną skórę, a nie z przygodą o charakterze
intelektualnym. Wystarczyłoby rozporządzać dostatecz
ną liczbą broni palnej. Tymczasem tutaj wszystko wy
gląda inaczej. Niebezpieczeństwo ekscytuje, by posłuŜyć
się wyświechtanym mieszczańskim frazesem, nadającym
całej sprawie niedobry wydźwięk... PróŜno jednak gdzie
indziej szukać równie podniecających przygód, zaskaku
jących sytuacji, groźnych, nieoczekiwanych zwrotów...
Inne motywy nie są dla mnie istotne... Ale zdaje się, Ŝe
zrobiło się chłodniej... Trzeba się zbierać...
Było juŜ ciemno, kiedy Lavalette, z dala od miasta,
zawrócił samochód. Na pełnym gazie popędził z powrotem
tam, gdzie z czarnego jak sadza mroku światło reflektorów
wydobyło wapienną biel murów.
-
Jesteśmy na cmentarzu. Jeszcze go pani nie widzia
ła - powiedział i zatrzymał auto.
Wydawało się, Ŝe groby za murem oddziela od świata
cała epoka. Nocne niebo, rozmigotane tysiącem gwiazd,
rozpościerało się nad cmentarzem niczym kopuła. KsięŜyca
ubywało, półokrągła tarcza świeciła jednak na tyle jasno, Ŝe
zupełnie dobrze było widać całą okolicę.
Lavalette ujął Gam za ramię i wskazał na groby.
-
Hinduiści wierzą w wędrówkę dusz. Ich wiara prze-
konuje bardziej od tej, którą głoszą nasi kapłani. Mimo to
cmentarz zawsze nas wewnętrznie wycisza. Temu miejscu
przypisujemy ostatnie słowo. Tutaj teŜ, uświadomiwszy
sobie daremność naszych wysiłków, najczęściej
rezygnujemy.
-
To niepojęte - rzekła Gam.
Pod jej stopą zatrzeszczało drewno. Cofnęła się wy-
straszona. Coś zachrobotało. Lavalette schylił się i podniósł
jaszczurkę. Okryty łuską korpus wił mu się w palcach,
zwierzę wydawało skrzekliwe dźwięki. Szeroko rozwarło
pyszczek, ukazując drobne, ostro zakończone zęby.
Lavalette postawił jaszczurkę na ziemię.
-
Tutaj wszystko się kończy. Tracimy grunt pod no-
gami. Ci, których ciała się rozkładają, kiedyś Ŝyli i oddy-
chali tak samo jak my. Ale tylko głupiec mógłby się z tego
cieszyć, ktoś ograniczony umysłowo. Taki człowiek chowa
się za uświęconymi pojęciami: opierając się na tezach,
wedle których kaŜde jednostkowe istnienie dąŜy ku śmierci,
tworzy na własny uŜytek prostą regułę, współbrzmiącą z
jego wiarą i oglądem świata, dzięki czemu zyskuje spokój.
Oto, czemu słuŜy czasem wiedza. Przez kogo jednak Ŝycie
przepływa niczym rzeka, czyje Ŝyły pulsują Ŝarem
szkarłatnej krwi, ten zawsze, słysząc słowo „śmierć", będzie
uwaŜał, Ŝe stoi nad przepaścią. Kto bowiem chłonie Ŝycie
pełną piersią, równieŜ w tym wypadku nie znajduje miary.
-
Czy istnieje słowo, za którym nie czaiłaby się śmierć?
- odezwała się Gam.
-
Spójrz - Lavalette odepchnął Gam od siebie - stoisz
przede mną w tym świetle, widzę twoje ręce, usta, nogi, na
których się poruszasz... Jednak juŜ gdzieś spod ziemi
wyciągają się zachłanne dłonie, które chciałyby cię
pochwycić, wciąŜ czyhają, czekają... Są przeraŜająco
wytrwałe... Piasek zasypuje ci stopy, ziemia się podnosi,
woła cię, za chwilę się rozstąpi... Rozpada się na tysiące
atomów... Nie czujesz, Ŝe grunt mięknie, ustępuje...? śe
powoli się pogrąŜasz...?
Gam nie wytrzymała: szukając ucieczki, roztrzęsiona, z
całych sił przywarła do Lavalette'a.
-
Wiesz coś o ciałach spoczywających tam, pod zie
mią...? - ciągnął Lavalette. - Nad grobami unosi się ru
dawa poświata rozkładu, z mogił wydobywają się budzące
zgrozę, wilgotne opary i zalegają dookoła. Napierają na
nas... W nas jednak kryje się Ŝycie, cały czas daje o sobie
znać... Czujesz je przecieŜ... Twoje ręce są ciepłe, obejmują
moją szyję... Twoje tchnienie świadczy, Ŝe Ŝyjesz, wargi
ucieleśniają duszę. Podejdź bliŜej, będziemy się nawzajem
ochraniać...
Mocno, jakby chciała go przewrócić, Gam wcisnęła się
w ramiona Lavalette'a.
-
Widzisz tam tę ziejącą jamę...? - mówił. - Grób zo
stał rozkopany. Spróchniała trumna się zapadła... Zie
mia się osunęła, pośród nocy rozległ się łoskot i jęk... Ale
spójrz, wokół jamy wyrastają juŜ krągłe, opasłe mogiły,
obficie czerpią z ziemi ohydne soki... Mgły bezładnie prze
taczają się tuŜ nad ziemią, ryją w niej, usiłują się dostać
do pogrzebanych zwłok... Spójrz, jak się nad mogiłami
kłębi, Ŝarzy, tli... tak wygląda niespełnione Ŝycie, cięŜko
i bezgłośnie pełzające wśród grobów, przeraŜające w swym
milczeniu...
Gam przycisnęła twarz do szyi męŜczyzny. Brakło jej
odwagi, by spojrzeć za siebie...
-
Chodź, chcę się przekonać, Ŝe Ŝyjemy- nalegał
Lavalette. - Tamto milczenie oznacza śmierć... Będzie
my krzyczeć... Zycie jest jednym wielkim krzykiem, a my
przecieŜ Ŝyjemy... Płynie w nas krew, wraz z którą roz
chodzi się ciepło... ZbliŜ się do mnie... Czuję twój oddech,
dotykam skóry... Co to...? Chodźmy stąd... - Szarpał jej
suknię. - Chodźmy... To chyba juŜ... Twoja skóra... Twój
rytm i twoje Ŝycie... Śmieję się z całego serca. - Urwał
kawałek sukni Gam, cisnął go pomiędzy groby. - Rzu
cam wam to na poŜarcie. Milczcie. Wytrzeszczajcie złe,
ponure ślepia... Wypowiadam wam wojnę...! Unosi mnie
spieniona fala...! Wywrzaskuję Ŝycie w waszą topiel...!
Mój ryk to Ŝycie...! Zadaję wam klęskę...! - Pociągnął Gam
między groby. Potknęli się i runęli na ziemię. Lavalette
nie pozwolił jej wstać, sam uniósł się na rękach. - Wci
skam się między was... w odwieczny chłód! - wołał. - Je-
stem ręką zaciskającą się na gardle, czepiam się drzwi
między Ŝyciem a śmiercią...! Zycie płynie przeze mnie jak
rzeka, tuli do ciepłej piersi... chroni... WciąŜ się śmieję.
Ś
mieję się i płynę rwącym nurtem...
Zamilkł, jeszcze tylko wymachiwał ramionami, wściekał
się i wygraŜał, obywając się bez słów, dając upust falom
rozpasanych emocji, które miotały nim jak cyklon.
W szeroko otwartych i błyszczących oczach Gam odbijał
się księŜyc; światło załamywało się w nich, tworząc
niezliczone refleksy. Spojrzenie Gam znieruchomiało, oczy
wpatrywały się w niebo, gęste od gwiazd. DrŜały jej dłonie,
ciałem wstrząsały dreszcze.
Nadleciał wiatr, a wraz z nim pojawił się chłód, od
którego wilgotna mgiełka zamieniła się w rosę. Do włosów
Gam przylgnęły jasne krople; wyglądały jak łańcuszek
drogocennych kamieni. Opadały na groby z przedziwnym,
ledwo słyszalnym szmerem.
Gam naraz się ocknęła z lekkiego snu. Przed nią stał
Lavalette.
-
Proszę wybaczyć, Ŝe panią budzę. Zdaje się, Ŝe
Meksykanin juŜ o wszystkim opowiedział Anglikom, a ci
się domyślili, gdzie są plany. Wiem juŜ, Ŝe park jest oto
czony. Nie mam czasu do stracenia. Za chwilę komisarz
i jego ludzie zaczną rewizję. Byłoby wspaniale, gdyby ich
pani przetrzymała chociaŜ kilka minut. Ja w tym czasie
postaram się uciec z wszystkimi waŜnymi papierami.
Chłopiec będzie wiedział, jak mnie znaleźć.
Gam skinęła głową.
-
Niech pan idzie - ponagliła go. - Myślę, Ŝe mi się uda.
Pocałował ją w rękę, zajrzał w oczy i roześmiał się.
Jaki on młody, pomyślała Gam. SpręŜystym krokiem
popędził do domu. Z daleka, nim zamknął drzwi, jeszcze jej
pomachał. Gam wolno poszła za nim. Ogarniało ją
podniecenie, czuła, Ŝe paraliŜuje jej ruchy.
Zrobiło się cicho. Podobnych, nabrzmiałych bez-
dźwięcznym spokojem chwil Gam dotychczas nie przeŜyła.
Wiedziała, Ŝe za tą ciszą czai się niebezpieczeństwo,
wyciąga pazury, pręŜy grzbiet jak kot szykujący się do
ataku, napawa lękiem przed niewiadomą.
Po chwili z tarasu dobiegły jakieś bardzo ciche odgłosy,
coś szczęknęło, zabrzęczało. Zaraz potem ktoś zapukał;
drzwi natychmiast się otworzyły. Gam nie zwracała uwagi
na to, co się dzieje: wsparta o parapet patrzyła przez okno
na park.
-
Nie zapowiedziano mi tej wizyty...
-
Istotnie, składanie nieoczekiwanych wizyt wiąŜe się
jednak z charakterem naszej pracy - usłyszała. - Pozwoli
pani, Ŝe się rozejrzymy...
Gam podniosła ramię, jakby się chciała zasłonić. Zaraz
jednak sobie przypomniała, Ŝe powinna grać na zwłokę.
-
Widzę, Ŝe jeden z panów nosi brytyjski mundur...
Obaj się przedstawili.
-
To tłumaczy tę szczególną wizytę. Proszę powiedzieć,
czego panowie sobie Ŝyczą...
-
Szukamy Lavalette'a.
-
ś
ałuję, ale jestem w domu sama. Mogą więc panowie
porozmawiać jedynie ze mną... Proszę spocząć...
Anglicy wymienili porozumiewawcze spojrzenia i usie-
dli. Oficer nie spuszczał z oczu drzwi. Uprzejmie ukłonił się
Gam, po czym zaczął mówić:
-
Pani opanowanie zasługuje na szczery podziw, chcę
jednak, by pani wiedziała, Ŝe dom jest szczelnie otoczony i
nikt się zeń nie wymknie. Musi się pani zgodzić na
przeprowadzenie rewizji. Powody, dla których jesteśmy do
tego zmuszeni, są powaŜne: mamy uzasadnione podejrzenia,
Ŝ
e znajdują się tutaj pewne dokumenty.
-
Czy moje pokoje takŜe chcecie przeszukać?
-
Niewykluczone. Z pewnością pani rozumie, Ŝe tego
rodzaju środki stosuje się tylko wtedy, gdy chodzi o coś
naprawdę waŜnego. Mogę pani jedynie obiecać - tu znów
zgiął się w ukłonie - Ŝe pani pokoje przeszukamy na końcu.
I zrobimy to nadzwyczaj delikatnie, niczego nie naruszymy.
ZaleŜy nam wyłącznie na naszych rysunkach, prócz tego o
nic nam nie chodzi. Nie wiem, czy wolno mi o to prosić,
chciałbym jednak, by nam pani towarzyszyła. Byłoby
najlepiej, gdybyśmy moŜliwie szybko znaleźli dokumenty...
Zaoszczędziłoby to pani zbędnych niewygód i komplikacji.
Od dwóch dni, to znaczy niemal od chwili, kiedy dokonano
kradzieŜy, rekwirujemy i kontrolujemy wszystkie przesyłki
odchodzące drogą morską. Muszę jednak szczerze wyznać,
Ŝ
e dotychczas niczego nie znaleźliśmy. Na pewno
dokumentów nie udało się jeszcze stąd wywieźć. Na dodatek
pewna suma, trochę za wcześnie przekazana czekiem
bankowym, wskazuje ślad... Proszę z nami...
-
Oczywiście... - Gam uśmiechnęła się niepewnie.
Nagle chwyciła cienką ksiąŜkę leŜącą na biurku i wy
rzuciła ją przez okno, prosto w gęste zarośla.
Przez moment wydawało się, Ŝe oficer za nią wyskoczy;
powstrzymał się jednak i odezwał głosem stanowczym i
opanowanym:
-
Ułatwia mi pani pracę. To było zupełnie niepotrzeb
ne... przecieŜ mówiłem, Ŝe dom jest otoczony. Czy w prze
ciwnym razie rozmawiałbym z panią tak spokojnie?
KsiąŜkę przypuszczalnie juŜ znaleziono.
Gam spojrzała na niego wzrokiem, w którym mieszały
się chłód i zdumienie.
-
Myli się pan. Nie chciałam tylko, by ktoś obcy grzebał
w moich rzeczach, by moŜe nawet coś z tego mi zabrano. W
ksiąŜce były listy do mojego męŜa.
-
Nie wątpię - odparł ironicznie Anglik. - Ale pozwoli
pani, Ŝe ją z grubsza przejrzę; powinienem to chyba zrobić,
skoro przedstawia ona dla pani taką wartość...
Gam zobaczyła przed domem Tamila. Towarzyszył mu
angielski Ŝołnierz. ZadrŜała ze strachu, po chwili jednak
odetchnęła z ulgą. Tamil był sam. MruŜąc oczy, przesłał
jej błyskawiczne spojrzenie. Zrozumiała od razu: Lava-lette
zdołał umknąć.
-
Pańskie zachowanie sprawia, Ŝe jestem zmuszona
prosić, by ograniczył się pan wyłącznie do tego, co nie
zbędne. Nie mam zamiaru przedłuŜać tej rozmowy.
Przyniesiono ksiąŜkę, którą Gam wyrzuciła. Anglik
skwapliwie ją chwycił, przekartkował. Niczego nie znalazł i
zaczął przeglądać od początku. KaŜdą stronę poddawał
drobiazgowym oględzinom, sprawdzał tekst. Na koniec
zamknął ksiąŜkę, rozdraŜniony postukał w nią palcem i
oddał Gam.
-
Po co pani to wyrzuciła...? Tu rzeczywiście niczego
nie ma. - Zdezorientowany patrzył na Gam: nie miał
pojęcia, co o niej sądzić.
Gam bez słowa wzruszyła ramionami. Podeszła do
fortepianu.
-
Nie mam ochoty na dalsze śledztwo. Proszę do tego
pokoju przysłać kogoś ze swych ludzi. Mam zamiar tu
zostać.
Podniosła klapę fortepianu i wzięła kilka akordów.
Po trzech godzinach zaprzestano poszukiwań. Anglicy
niczego nie znaleźli. Oficer zdjął posterunki i zwrócił się do
Gam:
-
Wyniki nie są zadowalające. Dlatego teŜ muszę na
pewien czas zawiesić śledztwo. Ale nie na długo... -Chciał
coś dodać, był przecieŜ młodym męŜczyzną; naraz jednak
się odwrócił i poŜegnał.
-
Czemu pan na mnie czeka? - zapytała Gam.
-
Przed nami jeszcze długa droga...
-
MoŜe byłoby lepiej, gdyby pan uciekał sam?
-
Boi się pani?
Po twarzy Gam przemknął uśmiech, zaraz jednak spo-
waŜniała.
-
Boję się o pana...
-
To bardzo ludzkie...
-
Nie ułatwię panu ucieczki, będę tylko przeszkadzała...
-
W Ŝadnym razie...
-
Nie rozumiemy się. Ze mną będzie się panu trudniej
poruszać.
-
Mówi dziś pani nie wprost, pani słowa mają groźny,
symboliczny wydźwięk... - zauwaŜył drwiąco Lavalette.
-
To przypadek...
-
Tym gorzej...
-
Mógłby pan juŜ być w Malakce...
-
To bez znaczenia...
-
Powinien pan być teraz na statku...
-
Czy pani nie wie, Ŝe moŜe mnie zatrzymać kaŜdy
angielski urzędnik, Ŝe zna mnie połowa tutejszych An-
glików, Ŝe w portach i na stacjach kolejowych kontroluje się
paszporty wszystkich Europejczyków, Ŝe mój rysopis
przekazano telegraficznie do wszystkich waŜniejszych
miejsc aŜ po Georgetown, Ŝe o tej porze roku wyjeŜdŜają
stąd Europejczycy, którzy tu mieszkają, i nie ma nas wielu,
Ŝ
e - koniec końców — powinienem przedostać się przez
Syjam do Kolumbii.
-
To jeszcze nie jest odpowiedź...
-
Powinna ją pani znać - ściągnął usta - na pewno będzie
pani spokojniejsza. Dodam, Ŝe nie wszedłem na statek, który
czekał na mnie z dala od portu, na morzu. Dodam jeszcze, Ŝe
na pewno by do tego nie doszło, gdybym był sam.
Gam patrzyła na niego zaskoczona.
-
Proszę zbyt wcześnie się nie cieszyć - ciągnął spo
kojnie Lavalette. - Dodam nawet, Ŝe właśnie pani jest
powodem, dla którego nie wyjechałem jeszcze tej samej
nocy. Dopiero wtedy się zorientowałem, Ŝe nasza znajo
mość zaszła zbyt daleko, by tak zwyczajnie wyjeŜdŜać.
Uznałem, Ŝe najpierw muszę uporządkować tę sprawę;
juŜ bowiem pani mówiłem, Ŝe czeka nas długa droga
i chciałem być pani pewien. PoniewaŜ pieniądze przy
szły za wcześnie, mój kaprys, by je przekazać Meksyka-
ninowi, miał zaskakujące konsekwencje. To przekreśliło
moje zamiary — podkreślam: zamiary, nie plany — i mu-
siałem je dostosować do sytuacji.
-
Pan nie jest mnie pewien...
-
Doprawdy chwalebne, z jaką logiką i uporem ciągnie
mnie pani za język. Nie byłem pani pewien, dlaczego jednak
pani jest taka pewna, Ŝe sama nie dała mi po temu
powodów? Są sprawy, które wystarczy tylko tknąć i same
układają się w poŜądanej konfiguracji; inne trzeba mocno
chwycić w garść i poustawiać na właściwych miejscach.
Twarz Gam pojaśniała.
-
Wcześniej bardzo się pan starał, bym pana właściwie
rozumiała...
-
Oczywiście, bo bez tych obszernych wyjaśnień by się
nie obeszło. Ale od dwóch minut przestałem się tak bardzo
starać. Teraz odpowiadam na pytanie, czego pani się tak
natarczywie domagała, i jak juŜ zaznaczyłem, robię to
wyłącznie po to, by panią uspokoić. Kiedy starałem się
wyjaśnić dlaczego, mówiłem o sprawach, które pani na
pewno zrozumie na opak... jaka kobieta postąpiłaby inaczej i
słysząc coś takiego, by się nie cieszyła... tych spraw jednak
nie przemilczałem. To bardzo miłe, Ŝe jest pani przekonana,
iŜ ma na mnie wpływ. Zakłada pani, Ŝe przez to ograniczam
się w swych decyzjach. OtóŜ, madame, jeśli coś
postanawiam, a to się właśnie stało, moja decyzja jest
wyłącznie kaprysem, choć- proszę się wstrzymać z
ewentualnymi zarzutami - podejmuję ją w rezultacie
trzeźwych przemyśleń; to rodzaj interesu, jeśli woli pani
takie określenie.
-
UŜywa pan mocnych słów...
-
Aby mnie dobrze zrozumiano. Jest pani niezwykłą*
kobietą, a ja nie potrafię się wyrzec tych silnych emocji,
które być moŜe - tu pomógł sobie trochę sztucznym ukłonem
- wspaniale wypełnią nam kilka najbliŜszych tygodni... I to
juŜ nie jest kaprys.
-
Powiedział pan to samo, tyle Ŝe innymi słowami...
-
Pozornie. Musimy dostrzegać niuanse, nawet jeśli to
wymaga od nas wysiłku.
-
Niuanse są jedynie odcieniami koloru podstawowego.
-
Wspaniale. Kolor podstawowy: teraźniejszość; temat:
mgnienie chwili; bohaterowie, z których będzie pani
zadowolona: pani - w danej chwili...
-
Sofizmaty...
-
Czym byłby świat bez sofizmatów? Bo przecieŜ nie
moŜna go traktować powaŜnie. Kto patrzy na świat, na poły
ś
niąc, bezustannie balansując na nieuchwytnej granicy snu i
jawy, kiedy całym ciałem zapragnie się z tym światem
zespolić, doznaje zwykle cudownych wraŜeń. Ach, ci
filozofowie, którzy gardzą sofistami i z powodu swej
buńczucznej gadaniny nie potrafią zejść na ziemię, by się
poŜywić. My, sofiści, jesteśmy od nich szczęśliwsi...
Rzucamy się na pokarm... Sycimy głód aromatycznym
miąŜszem złocistych bananów, w restauracji Palące w
Singapurze pochłaniamy mięso czerwonych homarów,
zjadamy jasne plastry ananasów, cieszymy się, kiedy małpy
zrzucą nam z drzewa orzechy palmy kokosowej, a potem
zasiądą w krąg, podobne do naszych prehistorycznych
przodków... Są jedynie wspomnieniem przeszłości, o której
nie powinniśmy myśleć... Przestrogą... Ewolucja wcale nie
zaszła tak daleko... Głód jest doprawdy czymś boskim...
Gdyby nie on, do dziś nie zeszlibyśmy z drzew...
Odwieczny głód...
Lavalette rozłupał kleszcze homara, Gam zapamiętale
ś
ciągała skórkę z bananów, dobierała się do ananasa. I oboje
nikogo innego nie dopuściliby teraz do stołu.
Lavalette zamierzał w Malakce lub Port Dickson znaleźć
jakiś statek, który płynąłby na Sumatrę. Do morza było
niedaleko, więc juŜ tego samego dnia wieczorem weszli na
pokład parowca kursującego wzdłuŜ wybrze-
Ŝ
a. Cała załoga, nie wyłączając kapitana, składała się z
Chińczyków. Gam i Lavalette byli jedynymi białymi na
statku. Kapitan wskazał im małe pomieszczenie, w którym
znajdowało się tylko kilka krzeseł. Panował tam straszliwy
zaduch. Lavalette kazał Tamilowi przynieść dwa hamaki
wyplatane z łyka i ruszył na górny pokład, przeciskając się
pomiędzy leŜącymi pokotem ludźmi. Nadepnął przy tym na
jakiegoś Chińczyka, który zwinął się z sykiem jak wąŜ, po
czym nagle skoczył na równe nogi i wytrzeszczył oczy.
Lavalette udawał, Ŝe niczego nie widzi, kiedy jednak wiązał
hamaki, uwaŜnie Chińczyka obserwował.
Gdy pomógł Gam się ułoŜyć, skinął na Tamila. Kazał
mu pilnować kapitana: gdyby chłopiec dostrzegł coś po-
dejrzanego, natychmiast miał o tym meldować. Potem sam
się wyciągnął w hamaku i odbezpieczył rewolwer.
KsięŜyc oświetlał pokład, zrobiło się jasno niemal jak w
dzień. W powietrzu unosił się mdły, słodkawy zapach:
siedzący w kucki Chińczycy palili opium. Łańcuchy i liny
rytmicznie ocierały się o drewno, nocną ciszę zakłócało
jedynie posapywanie maszyn. Naraz mignął jakiś cień,
promień światła padł na czyjeś plecy, które znikły w mroku.
Nagle pojawił się Tamil. Oznajmił, Ŝe kapitan Ŝywo z
kimś rozprawia. Lavalette kazał mu pilnować Gam. Po kilku
minutach rozległy się ciche, posuwiste kroki. Kapitanowi
towarzyszyło dwóch męŜczyzn. Kryli się za kominami i
starali się zaskoczyć Lavalette'a.
Pozwolił im się zbliŜyć, zaczekał, aŜ wyłonią się z cie-
nia. Kiedy światło księŜyca wydobyło z mroku trzy po-
stacie, odezwał się stłumionym głosem:
-
Stop - hands up...
Zaskoczeni napastnicy podnieśli ręce.
-
Jeśli któryś się ruszy, potraktuję go kulą... Kapi
tan do mnie... Czego chcecie?
Chińczyk wyszczerzył zęby, bełkotał coś o liście goń-
czym i nagrodzie, po czym wskazał człowieka, który poznał
Lavalette'a.
-
Jak wysoka jest nagroda?
Kapitan wymienił znaczącą sumę.
-
Kłamiesz - rzekł Lavalette. - Wiem dokładnie, jaka
jest nagroda. Mów prawdę, bo stracę cierpliwość.
Chińczyk się przestraszył. Podał dwa razy niŜszą kwotę.
-
Tyle samo dostaniesz ode mnie. W zamian zatrzymasz
się godzinę przed Malakką, spuścisz łódź i odstawisz mnie
na ląd. Zrozumiałeś?
-
Tak...
-
Twoje szczęście. I nie Ŝyczę sobie, by mi ktoś prze-
szkadzał...
Chińczycy odeszli. Lavalette odetchnął i rzucił okiem na
Gam, która przez cały czas spała. Potem dał Tamilo-wi broń
i kazał mu pilnować kapitana. Nic jednak juŜ się nie
wydarzyło...
O świcie łódź dobiła do brzegu. Lavalette rzucił ster-
nikowi pieniądze i zaczekał, aŜ odpłynie statek. W końcu
odwrócił się do Gam.
-
Jest trudniej, niŜ się spodziewałem, a przede
wszystkim mniej wygodnie. Teraz, kiedy Chińczycy wie
dzą, gdzie jestem, nie ma mowy o wykorzystaniu Ŝadne
go z portów. Musimy stąd zaraz uciekać: nasi znajomi
zechcą, być moŜe, drugi raz zarobić i zaalarmują Angli
ków. Ci zaś mają pod bronią co najmniej kilku sikhów,
którzy mogą nam skomplikować Ŝycie. Musimy iść przez
góry.
Udało się znaleźć kilku tragarzy: kucharza, dwóch
Syngalezów i czterech chińskich kulisów. Tamil zdobył
gdzieś dwukołowe taczki i niebawem cała grupa wyruszyła.
Budził się, coraz jaśniejszy, dzień.
WzdłuŜ drogi ciągnęły się plantacje kawy. Potem po-
jawiły się kopalnie cyny. Chińscy robotnicy wyciągali
z szybów kosze i worki urobku, po czym wytrząsali je do
odeskowanych rynien. Silny strumień wody oddzielał
rudonośną ziemię od piasku. W pobliŜu znajdowały się
nieduŜe, opalane drewnem piece, w których wytapiano cynę
i formowano ją w długie sztaby.
W Kuala Lumpur Lavalette uzupełnił zapasy.
Następnie nieduŜa karawana skierowała się do Kuala
Kuba, a stamtąd w góry. Po nocy spędzonej w bungalowie
wczesnym rankiem rozpoczęła się wspinaczka. Gam ściśle
okręciła łydki impregnowanymi owijaczami, by się
zabezpieczyć przed pijawkami, które wypełzały zewsząd, z
krzaków, z ziemi, i mocno przysysały się do kaŜdego
odkrytego kawałka skóry. Padał deszcz, w koronach drzew
kłębiła się gęsta mgła. Lavalette kroczył obok osła
niosącego na grzbiecie osłoniętą palankinem Gam;
przestrzegał ją, by nie odrywała pijawki, która łapczywie
wpiła się w jej rękę, gdyŜ pozostanie bolesna rana. Przypalał
pijawkę papierosem, aŜ skręciła się i odpadła.
-
Powinienem był odesłać panią do Sajgonu - rzekł.
-
Musi być z panem Ŝle, skoro przychodzą panu do
głowy takie sentymentalne pomysły.
-
Przeciwnie. Nieznane niebezpieczeństwo mnie pod-
nieca. Staram się przechytrzyć nie lada przeciwnika, który
w dodatku ma nade mną przewagę. To mi wynagradza
wszystkie trudy. Panią przygoda chyba mniej wciąga,
dlatego moŜe bardziej odczuwa pani niewygody podróŜy.
-
O, bynajmniej... uwielbiam silne emocje... - odparła
Gam, obrzucając Lavalette'a szybkim spojrzeniem.
W środku dnia marsz stawał się szczególnie uciąŜliwy: z
nieba lał się Ŝar. Karawana musiała przechodzić w bród
przez liczne rzeki i strumienie; podczas jednej z przepraw
Gam wpadła po szyję do wody. Lavalette chwycił z jednej
strony, syngaleski tragarz z drugiej i wy-
ciągnęli ją na brzeg. Otrząsnęła się ze śmiechem i utrzy-
mywała, Ŝe słońce ją wysuszy. Kiedy jednak Lavalette
uraczył ją długim wywodem o okropnościach malarii,
wystraszona zrzuciła mokrą odzieŜ. Tamil przyniósł stalowy
kufer z bielizną i Gam, wciąŜ rozpromieniona, miała okazję
zakosztować uroku przeciwieństw: w sercu Indo-chin, w
głębi pierwotnych lasów, wkładała na siebie cienkie
jedwabie pachnące angielskimi perfumami.
Zmiana ubrania dodała jej skrzydeł. Zeskoczyła z osła i
szła obok Lavalette'a. Gawędzili.
-
Niewiarygodne, jak bardzo nasz nastrój - mówiła Gam
- coś przecieŜ najzupełniej wewnętrznego, sumaryczny efekt
doznań ducha, zaleŜy od tego, co dzieje się na zewnątrz.
Zmieniam ubranie, czuję na sobie suchy jedwab, wdycham
zapach świeŜej bielizny... i ogarnia mnie radość.
-
To jedna ze sztuczek, jakie stosuje wobec nas Ŝycie -
odrzekł Lavalette. - Łączy sprawy drobne z waŜnymi,
wyszukuje związki między tym, co tkwi najgłębiej, i tym, co
na samej powierzchni... A przy tym, myśląc o sprawach
najistotniejszych - o, niesłychanie wręcz istotnych! -
pełnych treści wyznacznikach naszej jaźni, potrząsamy
głową i nie wierzymy w te związki, poniewaŜ uwaŜamy, Ŝe
są po prostu niemoŜliwe. Dlatego teŜ nigdy nie znajdujemy
właściwego klucza... Nie jesteśmy panami, lecz jedynie
urzędnikami Ŝycia. Jeden bywa marudny, inny
przedsiębiorczy, trzeci znów to typowy gryzipiórek,
wszyscy jednak na słuŜbie.
Nasza jaźń kieruje się instynktem, nie logiką - ciągnął. -
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest zadufanie ludzi
kupczących logiką, którym się wydaje, Ŝe potrafią myśleć.
Nazywają to filozofią i windują na piedestał. Jakby nie
pomysły miały rozstrzygać, lecz opierający się na nich
system, który dla mieszczucha jest wygodnym pomostem:
dzięki niemu moŜe on dotrzeć, dokąd chce... nadal nie
rozumiejąc niczego. A to dlatego - niech
Budda będzie pochwalony- Ŝe Ŝycie strzeŜe swych tajemnic
i nie kaŜdego do nich dopuszcza. Zrozumieć moŜemy tylko
to, co potrafimy odczuć. Przy czym niekiedy sprawy
przybierają zabawny obrót i miewamy do czynienia z
prawdziwymi komediami omyłek... Na naszej drodze
pojawiają się drzwi. Jeśli ktoś chce iść dalej, musi je
otworzyć. Drzwi są masywne, cięŜkie, zaopatrzone w zamki
i rygle... Kupczący logiką próbuje je otworzyć łomem.
Drzwi nie ustępują. Człowiek świadomy lekko je popycha -
otwierają się natychmiast. Ale... nie powinniśmy za często
mówić o tych sprawach... Wystarczy, Ŝe robią to inni - rzekł
Lavalette i gwizdnął jak leśny gołąb.
Gam z uniesioną głową nasłuchiwała odpowiedzi ptaka.
Dopiero teraz zrozumiała, jak to się dzieje, Ŝe Lava-lette
niespodziewanie zamienia się w młodego chłopca, Ŝe często
coś w nim nagle pęka i dorosły męŜczyzna zachowuje się
naiwnie jak dziecko. Pojęła, Ŝe kaŜda bujna natura ma
podwójne oblicze, a tylko przeciętność jest zawsze taka
sama...
W końcu, przez podmokłe pola ryŜowe, karawana wyszła
nad Perak. Wiejski panghulu poprowadził gości na nocleg
do bungalowu. Nim do niego doszli, usłyszeli za sobą
młody głos wołający po angielsku. Spomiędzy drzew
wypadł jakiś jeździec machający szerokim słomkowym
kapeluszem.
— Europejczycy...! Co za niespodzianka...! Musicie
zamieszkać u mnie!
Zatrzymał się i przedstawił, nazywał się Scrymour.
Prosił, by uwaŜali się za jego gości tak długo, jak tylko
zechcą, i zaprowadził ich do swego domu. Na wezwanie
gospodarza przybiegły japońskie słuŜące, które zaprowa-
dziły Gam i Lavalette'a do kąpieli. Potem Scrymour pokazał
im swą posiadłość. Na plantacjach kauczuku uwijało się
wiele osób. Białe, ostre nacięcia na korze drzew
przypominały szkielety ze zdjęć rentgenowskich. W cy-
nowych konwiach Malajki przenosiły lateks do koagula-
tora. Jedna z nich błysnęła okiem w stronę Lavalette'a.
-
Jaka zgrabna - rzekł Lavalette do Scrymoura.
Scrymour spokojnym głosem zawołał dziewczynę i po-
prosił ją, by przygotowała samisen - wieczorem goście
posłuchają muzyki. Dziewczyna skwapliwie skinęła głową i
pobiegła do siebie tak prędko, Ŝe omal nie zgubiła sarongu.
-
Pomaga przy zbiorze kauczuku - rzekł Scrymour. -
Na stałe jednak pracuje w domu.
Za domem, w szklanej przybudówce, Scrymour urządził
serpentarium. Otworzył drzwi i ze środka buchnął stęchły
zaduch. Za grubą szklaną szybą, zwinięte wokół suchych
konarów, zwisały skłębione cielska wygrzewających się
gadów. Powoli, z sykiem podnosiły obrzydliwe wąskie łby i
w niepojęty sposób, ponad cętkowanym ciałem, odginały je
w tył. Nagle Gam zrozumiała, dlaczego te stwory są takie
obce i przeraŜające: nie miały nóg ani rąk. Wbrew prawom,
które obowiązują ludzi, sunęły z jakąś przedziwną, budzącą
lęk sprawnością, potrafiły samym koniuszkiem długiego,
pozbawionego kończyn tułowia owinąć się wokół gałęzi i
drwiąc z sił grawitacji, korzystając z tej wątłej podpórki,
sięgać oslizłym ciałem w odległe miejsca, budować z niego
mosty między drzewami. To była kondensacja Ŝycia w jego
najobrzydliw-szej postaci. Wśród liści odraŜająco wiła się
anakonda; spomiędzy rozrośniętych korzeni wypełzały
ś
więte pytony; z konara zwisał nieruchomo długi Boa
constrictor; wokół pni poowijały się piękne niczym Lucyfer
kobry królewskie,
Lavalette zwrócił uwagę Gam na czarnego, nitkowatego
węŜa o ciele zaledwie centymetrowej grubości, leŜącego na
ziemi tuŜ obok szyby.
-
Cobra capella - odezwał się Scrymour. - Najniebez-
pieczniejszy ze wszystkich. Jego ukąszenie to pewna
ś
mierć.
WąŜ powoli sunął po piasku. Lavalette postukał palcami
w szybę; kobra uniosła głowę i zaczęła kąsać. Czyjaś
ciemna dłoń odepchnęła rękę Lavalette'a - do gości
dołączyła Malajka, która z przeraŜeniem patrzyła na tę
scenę.
-
Pan umrze... To śmierć...
-
Przesąd tubylców - zaśmiał się Scrymour. - Kobry są
dla nich święte.
Kiedy wrócili do domu, przy stole krzątała się jakaś
półkrwi Chinka. Gdy ujrzała nadchodzących, chciała na-
tychmiast uciec. Lavalette jednak ją zatrzymał.
-
Proszę pozwolić pańskiej przyjaciółce, by spokojnie z
nami zjadła - rzekł do Scrymoura.
-
Nie jest przyzwyczajona - padła odpowiedź.
Na wsi siała spustoszenie malaria. Scrymour zajmował
się leczeniem: miał duŜy zapas chininy i innych lekarstw,
którymi hojnie obdzielał potrzebujących. Opowiadał, Ŝe
właśnie Chińczycy są najmniej odporni. Poddają się przy
pierwszym ataku choroby i pokornie czekają na śmierć.
Chinka postawiła na stole herbatę i whisky. Scrymour pił
wielkimi łykami. Od tygodni nie oglądał białej kobiety i był
teraz lekko rozgorączkowany. Gam wykorzystała dzień
odpoczynku na przejrzenie zawartości stalowego kufra i
włoŜyła toaletę, w której nawet w St. Germain zrobiłaby
furorę. Po emocjach dnia czuła się wewnętrznie wyciszona i
odpręŜona, co jej ruchom przydało osobliwej dystynkcji -
były spokojne, wywaŜone i niewymuszone. Skóra Gam
nabrała barwy dojrzałej brzoskwini. Jej przedramię zdobiły
wymyślne bransoletki, palce u dłoni - pierścionki, z lewego
ucha zwisał długi kolczyk.
W pewnym momencie Gam i Scrymour zostali sami.
Kiedy Anglik sięgał po szklankę, drŜały mu ręce. Chinka
przyniosła wysokiej klasy tytoń i owoce... Smutno
spoglądała na Scrymoura. Gam zatrzymała ją i zaczęła o coś
wypytywać. Dziewczyna odpowiadała słabym, ptasim
głosem i kiedy tylko Gam puściła jej rękę, rzuciła się do
drzwi. Scrymour zaczął mówić o polowaniach na tygrysy,
przerwał jednak i wpadł w zadumę.
-
Mieszkam tu od czterech lat - odezwał się w końcu. -
Przyzwyczaiłem się i myślę, Ŝe juŜ tu zostanę. Za kaŜdym
razem, kiedy wracam z kraju, coraz mniej za nim tęsknię.
Liutseki jest skromna i oddana. I w dodatku cicha. A ja lubię
ciszę. Ale wraz z panią zjawiła się u mnie Europa i
przekreśliła te cztery lata zasiedzenia oraz dziesięć lat
wcześniejszych doświadczeń. Dopóki pani tu zostanie,
będzie dobrze. Potem jednak nadal trzeba będzie Ŝyć. W
pustym domu. Nieraz będzie mi cięŜko.
-
Chciałabym panu powiedzieć coś pokrzepiającego, nie
umiem jednak znaleźć odpowiednich słów. Ale spróbuję.
MoŜliwe, Ŝe pewnego dnia odezwie się w panu zew krwi, Ŝe
przypomni pan sobie o europejskich korzeniach. KaŜdy
czasem powraca we wspomnieniach do swej młodości. Bo
przecieŜ ten czas jest duŜo przyjemniejszy od wszystkiego,
co następuje później...
Scrymour uniósł głowę.
-
Zycie w tropikach nauczyło mnie szybkiego podej
mowania decyzji. Proszę, niech pani ze mną zostanie;
sprzedam plantacje w Penangu i wyjedziemy do Euro-
py-
-
I co dalej?
-
Pomówię z nim. Na pewno zrozumie. Musi. On pani
nie kocha, to widać.
-
Rozczula mnie pańska naiwność. Ta propozycja jest
tak niedorzeczna, Ŝe być moŜe zasługuje pan na prawdziwą
miłość. Jak zwyczajnie i bezproblemowo pan sobie to
wszystko poukładał. Proszę zapamiętać: samot-
ność upraszcza wiele spraw. - Gam uniosła rękę. Brzęk-nęły
bransolety. - Najprawdopodobniej nie ma pan pojęcia, o co
toczy się gra. Ku czemu nieubłaganie zmierza...
Malajka matowym głosem śpiewała jakąś melodię, do-
bywając z samisenu zająkliwe dźwięki. Muzyka emanowała
nostalgią, budziła emocje. Scrymour uciszył dziewczynę i
kazał jej tańczyć. Malajka zalotnie błysnęła okiem do
Lavalette'a i zrzuciła batikowy kaftanik. Miała wspaniałe
piersi - pełne, jędrne, o szlachetnych kształtach.
Chinka bez przerwy wpatrywała się w Gam. Zamyśliła
się przy tym tak głęboko, Ŝe kiedy Scrymour do niej
krzyknął, wpadła w panikę. Gam coraz bardziej Chince
współczuła; wiedziała, jaki jest powód jej zmartwień i
chętnie by z nią porozmawiała... To, co się działo na jej
oczach, było niezmiernie interesujące: kiedy Scrymour
znalazł się wśród swoich, za jednym zamachem odciął się
od wszystkiego, co go otaczało... A ta Azjatka, w połowie
przecieŜ teŜ osoba białej rasy, musiała ustąpić innej, obcej
kobiecie, która z miejsca stała się waŜniejsza.
Z czasem Scrymour i goście przenieśli się na taras, by
odetchnąć wieczornym, chłodnym powietrzem. Zerwał się
wiatr, rozszumiały się korony drzew. Z mroku dolatywały
głosy zwierząt, całkiem inne niŜ za dnia. Kołysząc
biodrami, obok tarasu przeszła Malajka, po czym znikła w
ogrodzie.
Naraz wieczorną ciszę zakłóciły szybkie kroki, a wraz z
nimi przekrzykujące się głosy. Na podwórze wpadło dwóch
Chińczyków, wołali Scrymoura. Właściciel domu gry miał
atak zimnicy. Uradowany, Ŝe nadarza się okazja, by zrzucić
z siebie czar, któremu uległ w obecności Gam, Scrymour
pobiegł do domu po narzędzia i medykamenty.
Gam i Lavalette zostali sami na tarasie. - Pięknie dziś
wyglądasz - rzekł Lavalette i pocałował ją w rękę.
Nie odpowiedziała: obserwowała cień jakiegoś ptaka
krąŜącego nad tarasem. Lavalette pochylił się nad nią.
Delikatnie dotknął dłonią jej twarzy i zmusił ją, by na niego
patrzyła. Odsunęła głowę, przycisnęła ją do oparcia,
trzymając się rękami poręczy fotela, odchylona do tyłu,
spięta do granic wytrzymałości siedziała tak i patrzyła w
oczy męŜczyzny, za którego plecami robiło się coraz
ciemniej.
Milczeli. Kiedy Lavalette chciał ją podnieść i wziąć na
ręce, nie pozwoliła mu; nie odrywała przy tym od niego
wzroku. Natychmiast ją puścił i wyszedł do parku. Gdy po
chwili wrócił, stwierdził, Ŝe Gam nie ruszyła się z fotela.
Próbował ją chwycić za ręce. Wywinęła się.
-
Domaga się pan ode mnie wyjaśnień - rzekła.-I
słusznie. Ale proszę mi je darować...
-
Kiedy to domagałem się czegoś podobnego? - odparł z
ironią Lavalette. - Poza tym takie Ŝądanie byłoby juŜ
częściową pochwałą pani postępowania. A od tego jestem
jak najdalszy.
-
Wydaje się, Ŝe z całym uporem chce pan dopiąć
swego...
-
Tylko na chwilę...
-
Ale jednak pan tego chciał...
-
Absolutnie nie. Przelotny nastrój, nie mogłem się
oprzeć.
-
Tę noc chciałabym spędzić sama...
-
Wydaje się, Ŝe z całym uporem pragnie pani dopiąć
swego.
-
Absolutnie nie. Przelotny nastrój, nie mogłam się
oprzeć.
-
Pani wybaczy, ale to przerzucanie się słowami staje
się irytujące. Powiedziałem, Ŝe wygląda dziś pani
wyjątkowo pięknie, budzi poŜądanie. Wie pani doskonale,
Ŝ
e ostatnie tygodnie wyjątkowo mnie emocjonalnie
pobudziły, a to domaga się rozładowania. Nie ulec popędom
byłoby wbrew moim zasadom. Powściągnąć je z po-
wodu czyjegoś kaprysu znaczyłoby, Ŝe nakładam sobie
pęta. A tego bym nie zniósł...
Gam siedziała bez ruchu. Nad lasami zawisła noc,
miękka i jakaś niejednoznaczna. Horyzont drŜał. Zrobiło się
niebywale cicho. Jakby świat wstrzymał oddech i na coś
czekał. Co kryło się za ciszą? Obok domu przeszła Malajka
- ponętne, krągłe biodra dziewczyny, opięte idealnie
przylegającym, przetykanym złotą nicią sa-rongiem,
kołysały się w rytm jej kroków.
- Pani wie, Ŝe potrzebuję dziś kobiety. Być moŜe jednak
nie wie pani, Ŝe tym razem chodzi o jakąkolwiek kobietę.
ś
egnam panią...- Lavalette zszedł z tarasu; naraz się
odwrócił, pomachał do Gam i poszedł za Malajka, która na
niego czekała.
Gam wciąŜ siedziała nieruchomo.
Po chwili, cała spięta, wyprostowała się w fotelu. Cicho
klasnęła w dłonie. Zjawiła się Chinka i zapytała, czego sobie
Ŝ
yczy. Gam poprosiła dziewczynę, by z nią została. Chinka
posłusznie usiadła w kucki na macie i odpowiadała na
pytania. Gam zauwaŜyła, Ŝe włosy dziewczyny upięte są
zupełnie tak samo jak jej własne. Poruszona chwyciła jej
dłoń i dając upust ogarniającemu ją gwałtownie
współczuciu, zapewniła Chinkę, Ŝe wszystko zostanie po
staremu: Scrymour ją kocha i jej nie odprawi. Dziewczyna
padła na kolana i o coś prosiła w swoim języku. Nagle
przerwała i jąkając się, zaczęła błagać po angielsku, by Gam
zdradziła jej swój sekret. Wie od Malajki, Ŝe ona zna
miłosne zaklęcia. Gam próbowała wyprowadzić ją z błędu.
Dziewczyna jednak, potrząsając głową, ponowiła prośbę.
Gam zrozumiała, Ŝe tej pół--Chinki nie przekonają Ŝadne
wyjaśnienia. Najlepiej dać jej spokój i pozwolić, by
wierzyła, w co chce. Zsunęła z ręki bransoletkę i dała ją
dziewczynie. Chinka sięgnęła po nią z błyskiem w oku i
ukryła na piersiach.
Tymczasem wrócił Scrymour. Zapytał o coś dziewczy-
nę, po czym ją odprawił. Wybiegła, przyciskając mocno do
piersi swój talizman.
-
Wróćmy do naszej rozmowy - powiedział. - Powinna
się pani dowiedzieć, co zaszło: jest pani sama...
-
Chciałam być sama...
-
To znaczy, Ŝe pani nic nie wie...
-
Tak...
-
Nie bardzo rozumiem, jak pani to sobie tłumaczy. Ale
muszę powiedzieć prawdę.
-
O...
-
A zatem bez ogródek: Lavalette i Malajka... Gam
podskoczyła.
-
Kto panu powiedział?
-
Więc pani nie wie. Liutseki widziała ich razem...
-
Gdzie? Kto juŜ o tym wie? - Gam wzburzona stanęła
naprzeciw Scrymoura. - WaŜne, Ŝe o tym wiem! Muszę
wiedzieć. Mógłby się pan dowiedzieć czegoś więcej?
-
Malajka jest moją słuŜącą. Za godzinę zapewne się
pochwali...
Gam zbladła, biła się z myślami.
-
Jutro mi pan wszystko opowie - zaŜądała.
Nagle się zawstydziła i bez poŜegnania uciekła do
sypialni. śądania jednak nie odwołała.
Przez cały dzień Gam nie widziała Malajki. Lavalet-te ze
Scrymourem udali się na polowanie - w okolicy wytropiono
tygrysa. Wrócili z niczym, Lavalette pogodny i beztroski,
Scrymour blady i zgnębiony.
Po jakimś czasie Scrymour znalazł okazję, by pomówić z
Gam na osobności. Utkwiła w nim wzrok. Scrymour ani
razu nie spojrzał jej w oczy, chciał mówić, zdawało się, Ŝe
się dusi, gryzł wargi; w końcu zdecydowanym ruchem
podniósł głowę i wykrztusił:
-
Nie... Nie... Opowiedział mi o tym w kilku słowach.
Rozwiązał jej nawet sarong, zaraz ją jednak zostawił. Nie
kiwnął palcem, Ŝeby ją zadowolić. Kiedy się tego doma-
gała, dał jej kilka rupii i odesłał do domu. Gam odetchnęła
pełną piersią.
-
Dziękuję panu. - Gwałtownie wyciągnęła do Scry-
moura rękę, oczy jej rozbłysły, policzki się zaróŜowiły,
twarz pojaśniała.
-
Pani go bardzo kocha - odezwał się półgłosem Scry-
mour.
Uśmiechnęła się tajemniczo.
-
Co pan moŜe o tym wiedzieć...
Gam była wzburzona. CzyŜby Lavalette uwaŜał, Ŝe ma
wobec niej jakieś zobowiązania? Dlaczego zostawił Malajkę
w spokoju? Ze względu na nią? Przepełniało ją szczęście,
było ono jednak naznaczone bólem, zdeterminowane
kataklizmem, który się właśnie przewalił. A przecieŜ
doskonale wiedziała, Ŝe nadal będzie szła swoją drogą, która
bynajmniej się nie kończy, i nieraz jeszcze poniesie ją
spieniona fala. Zupełnie skołowana i udręczona, Gam
spokojnie czekała, co jej przyniesie przyszłość...
Tego wieczoru ogarnął ją dziwny, niemal płaczliwy
nastrój. Prawie się nie odzywała, dzięki czemu udało jej się
powstrzymać łzy. Scrymour obserwował ją w milczeniu.
Gdy skończył posiłek, wstał i poszedł do wsi, do chorego.
Lavalette przeglądał swoje szkice.
-
Te plany są waŜniejsze, niŜ myślałem - rzekł. -
Zaczynam rozumieć, dlaczego Anglicy ich tak szukają.
Koniecznie muszę je przewieźć do Syjamu, tam będą
bezpieczne. Jutro stąd wyjedziemy. Nie sądzi pani, Ŝe
ten Scrymour zrobił się trochę uciąŜliwy? - Przyjrzał się
Gam i zauwaŜył, Ŝe ma wilgotne oczy. Wyciągnął dłoń,
dotknął jej policzka. Ta dłoń promieniowała bezpieczeń
stwem, jednak prócz spełnienia, w dotyku Lavalette'a
Gam wyczuwała coś jeszcze: to było poŜegnanie. - Myli
się pani - stwierdził pogodnie. — Nie byłem u Malajki.
Skinęła głową, nie zmieniając pozycji.
-
A więc pani wnioski były nieco przedwczesne.
-
Nie mogłeś...
-
To prawda.
-
Beze mnie...
-
Zgoda... i tutaj właśnie wkracza logika z wnioskiem
zaczynającym się od „a więc"... świetnie. Jak łatwo, by
wytłumaczyć coś na swoją korzyść, godzi się pani na jed-
nostronny ogląd zagadnienia. Naprawdę jest pani prze-
konana, Ŝe rozumowanie było słuszne? MoŜe raczej na-
leŜałoby przyjąć, Ŝe wszystko wygląda zupełnie na od-
wrót...?
-
Słowa...
-
Według pani postępuję niezgrabnie, kanciasto. Czy
pani nie sądzi, Ŝe gdyby mi na tym zaleŜało, łatwo mógłbym
się pokazać z odmiennej strony? Nie robię tego, bo nie
przywiązuję wagi do cudzej opinii...
-
To nieprawda - rzekła Gam, nie odrywając oczu od
Lavalette'a.
-
Jak pani uwaŜa. Ale tam, gdzie pani dostrzega zo-
bowiązania, moŜe chodzić o najprawdziwszą swobodę.
Trzeba tylko umieć patrzyć. Musi pani spojrzeć na te
sprawy moimi oczami.
-
Po co pan mi to mówi?
-
PoniewaŜ nie uwaŜam za konieczne czegokolwiek
ukrywać. Jeszcze nie...
Choć Gam chciała wierzyć w to, co mówił Lavalette,
miotały nią sprzeczne uczucia. Wiedziała, Ŝe ich znajomość
doszła do punktu, w którym słowa mogą znaczyć bardzo
wiele lub nic. Przed ostatecznym rozstaniem musiała
Lavalette'a znów poddać próbie; roztrzęsiona postępowała
zgodnie z bezlitosnym prawem, które nie toleruje Ŝadnej
konkurencji, cudownie niszczącym prawem krańcowej
odmienności, przez całe stulecia przeraŜająco fałszywie
rozumianym. Przystrojono je emblematami
dobra, mimo Ŝe u jego podstaw legły wyłącznie pierwotne
warstwy jestestwa, nazwano miłością i doprawdy trudno
było dlań znaleźć bardziej niedorzeczne miano. Do tego
naleŜy dodać, Ŝe spoza miłości zawsze wyziera otchłań.
Nazywając ją miłością, myśleliśmy, Ŝe uda nam sieją
zasypać, Ŝe przesłonimy ziejący krater ukwieconym
ogrodem; otchłań jednak ciągle jest naga, dzika i bezlitosna,
szczerzy zęby i poŜera kaŜdego, kto naiwnie obdarzy ją
zaufaniem. Zaufanie oznacza tutaj śmierć; kto się chce od
niej uchronić, musi umknąć. Wśród kwitnących róŜ kryje się
ś
miercionośna głownia miecza. Biada temu, kto wpadnie w
pułapkę. Biada takŜe tym, którzy się odkryją. Jednak nie
skutki przesądzają o tragizmie, lecz konieczność rezygnacji.
By zwycięŜyć, trzeba przegrać; by przetrwać, naleŜy się
wyrzekać. A moŜe właśnie na tym polega tajemnicza
róŜnica pomiędzy tymi, którzy wiedzą, a tymi, którzy starają
się osiągnąć wiedzę poprzez poznanie...? Bo jeśli ktoś jest
ś
wiadom całego tragizmu tych spraw, potrafi je równieŜ
przezwycięŜyć. Natomiast poprzez poznanie nigdy nad nimi
nie zapanuje: realna rzeczywistość wytycza nieprzekraczalne
granice. Następstwo przyczyn i skutków oraz ślepy los są
wyznacznikami tej rzeczywistości. Dla kogoś, kto wie,
rzeczywistość jest jedynie symbolem, dopiero za nią
rozciąga się bezgraniczna przestrzeń. Ale to symbol wie-
loznaczny, bogowie bowiem potrafią być tyleŜ weseli, ile
przewrotni. Radość zawsze wiąŜe się z okrucieństwem.
Zycie przemawia do nas róŜnymi językami.
...doprawdy trudno było znaleźć dla tego zjawiska
bardziej niedorzeczną nazwę - miłość. To fatamorgana,
która rozsnuwa przed kobietą i męŜczyzną odwieczne
kuszące wizje, ciągle kaŜe na nowo przysięgać, nigdy nie
jest taka sama, wciąŜ się zmienia. Przypomina w tym
wszystkim Ŝycie, za którego symbol uchodzi.
Przeprawiwszy się promem linowym przez rzekę Li-
pis, karawana dotarła do wschodniego wybrzeŜa - obszaru
pociętego gęstą siecią dróg wodnych. WzdłuŜ drogi ciągnęły
się plantacje kawy, wśród nich rozsiadły się liczne
domostwa Chińczyków. Za kopalniami złota w Punjamie
zaczynała się dŜungla. Mimo ostrzeŜeń postanowili iść
dalej: tygrysy zamieszkujące dziewicze lasy nie powinny
atakować za dnia.
Był rześki poranek. W koronach drzew buszowały
małpy. Pawie przekrzykiwały się z papugami. TuŜ ponad
leśnym poszyciem igrały w powietrzu wielkie motyle i
barwne kolibry. Stopniowo niskie krzaki stawały się
gęstsze, a ścieŜka coraz węŜsza. Wysoko nad drzewami
zajaśniało słońce.
Coś zadudniło w zaroślach. Drogę przecięło stado dzi-
kich świń. Nagle zza gałęzi ukazały się melancholijne oczy
bawołu; nie wiadomo, skąd się tam wziął. Po chwili zarośla
się przerzedziły i karawana wyszła na polanę. Zatrzymali się
tu na odpoczynek. Jeden z tragarzy przewrócił się i zranił w
rękę. Lavalette załoŜył mu opatrunek.
Gam odeszła kilka kroków, by się przyjrzeć kwiatom,
które juŜ wcześniej wpadły jej w oko. Naraz gdzieś obok
trzasnęła gałąź. Odwróciła się w tamtą stronę, ale niczego
nie zauwaŜyła. Kiedy juŜ chciała pójść dalej, zobaczyła
wśród liści dwa zielone, fosforyzujące punkty, a za nimi -
osypujący się piasek. Gam usłyszała cięŜki oddech i dopiero
teraz dostrzegła pręgowane futro lamparta.
Nie mogła zrobić kroku. Skamieniała ze strachu wpa-
trywała się w oczy zwierzęcia. Lampart gniewnie pomru-
kiwał i tłukł ogonem w ziemię. Z jego oczu biła obezwład-
niająca siła drapieŜcy. Gam czuła się jak zahipnotyzowana,
wydawało się jej, Ŝe przenika ją jakiś prąd, który poraŜa i
odbiera zdolność do jakiegokolwiek ruchu. W końcu jednak,
niepewnie stawiając stopy, ruszyła przed siebie, w kaŜdej
chwili gotowa ulec, przeraŜona i bezradna wobec pręŜącej
się do skoku, okrytej pręgo-wanym futrem groźby
unicestwienia.
Nagle lampart się zwinął, skoczył w tył i uciekł. Za-
sunęła się za nim zielona kurtyna bujnej roślinności. Gam
przez moment stała jak wryta. Powoli wracała jej
ś
wiadomość, poczuła w sobie falę chłodu spływającą
wzdłuŜ kręgosłupa i opadającą do nóg; zaczęła się znów
trząść i kiedy, nieprzytomna ze strachu, znów znalazła się na
polanie, Lavalette z trudem zdołał z niej wydobyć, co się
stało.
Mimo Ŝe obszedł całą okolicę, uwaŜnie się rozglądając,
nie znalazł lamparta. Obok ścieŜki pod palmą zauwaŜył
jedynie ślady i rozgrzebaną ziemię.
Nazajutrz Gam niemal się nie odzywała; skarŜyła się
tylko na ból głowy. Lavalette zmierzył jej temperaturę:
miała lekką gorączkę. Popędzał tragarzy, by jak najprędzej
dotrzeć do Chappingu, gdzie spodziewał się znaleźć lekarza.
Gorączka wzrosła. Lavalette zarządził postój i kazał
rozbić jeden namiot. Następnie wysłał Tamila do Chappingu
i polecił mu sprowadzić lekarza. Zaaplikował Gam chininę,
zmusił ją, by zasnęła.
W końcu Tamil wrócił. Biegł tak szybko, Ŝe ledwo trzy-
mał się na nogach. Wiadomość jednak była pomyślna:
lekarz jest juŜ w drodze.
Był on Szkotem o masywnej budowie ciała i rudawych
włosach. UwaŜnie obejrzał i osłuchał plecy Gam, po czym
odwrócił się do Lavalette'a. W zawziętych oczach lekarza
pojawił się błysk.
-
Konieczny będzie transport do Chappingu. Ale pan
zapewne chciałby się skierować ku koncesji Buffalo River.
-
Ma pan rację, chcę się dostać do Syjamu.
-
Wiem, jakie są powody.
-
Nie sądziłem, Ŝe jestem aŜ tak popularny. Przypusz-
czalnie zawdzięczam to władzom brytyjskim.
-
W pewnym sensie. Ale widziałem, jak po ostatnim
swoim wyczynie w Hiszpanii opuszczał pan Madryt...
-
Chyba mogę iść do Chappingu...
-
Tak, będzie pan mógł to zrobić. Posterunku pilnuje
dwóch podoficerów; porucznik jest gdzieś w głębi kraju i
wróci dopiero za cztery dni... Chciałbym dokładnie zbadać
pańską towarzyszkę...
-
Co jej jest? - zapytał Lavalette, wskazując zakrzy-
wionym palcem piersi Gam.
-
Zapalenie opłucnej.
-
Tak teŜ myślałem. Proszę łaskawie przyjąć do wia-
domości, Ŝe dalszych badań nie będzie.
-
O tym na ogół decyduje lekarz...
-
Racja, na ogół...
-
Nie mogę poprzestać na powierzchownej ocenie
objawów. - Szkot uśmiechnął się. - Poza tym, kiedy się
leczy niemal wyłącznie brunatny motłoch, biały pacjent to
prawdziwa rozkosz.
-
I właśnie dlatego proszę mi powiedzieć, ile jestem
panu winien...
W oczach lekarza błysnął gniew. Wstał i przez zaciśnięte
zęby wycedził:
-
Nic.
Po czym wsiadł na konia i odjechał bez słowa. Gam
podniosła głowę.
-
On zaalarmuje Anglików. Musimy uciekać.
Lavalette wsunął jej termometr pod pachę.
-
Dałoby to nam jedynie chwilę wytchnienia. Oni się
nas uczepią, będą tropić dzień i noc.
-
Musisz uciekać! - krzyknęła Gam. - Ja zostanę. Bierz
plany, Tamila, dwóch tragarzy. Idź! Natychmiast!
Lavalette nie odpowiedział. Wyszedł z namiotu, wydał
ludziom kilka poleceń. Po chwili wrócił.
-
Choroba zdecydowała za nas - powiedział. - Gdy
by pani była zdrowa, moglibyśmy jeszcze podyskutować.
A tak na marginesie: jeszcze nie jestem w Singapurze.
Do tego czasu wszystko moŜe się wydarzyć.
Po kilku godzinach zjawili się brytyjscy podoficero-
wie w asyście sikhijskich Ŝołnierzy. Lavalette nie dał im
dojść do słowa:
-
Oczekiwałem panów. Trzeba zwinąć namiot. Z pa-
lankinem proszę się obchodzić bardzo ostroŜnie. Musimy
z niego zrobić nosze. Na pewno się da. W stalowym ku
frze znajdują się waŜne papiery - proszę go mieć na oku.
Oświetlając leśną ścieŜkę pochodniami, karawana
dotarła do osady. Gam cały czas spała. Tylko na chwilę
otworzyła oczy i zamyślona patrzyła na Lavalette'a.
Obaj podoficerowie postanowili zaczekać na porucznika.
Na razie zostawili więźniom swobodę. W południe pokazał
się lekarz, chciał obejrzeć Gam. Lavalette gdzieś wyszedł.
Gam przywitała Szkota z obojętnym wyrazem twarzy.
-
Przykro mi - rzekł - Ŝe musiałem posunąć się do takich
ś
rodków, chciałem jednak panią porządnie zbadać. Widzi
pani, traktuję swoją pracę powaŜnie...
-
Jest pan brytyjskim poddanym - zauwaŜyła ironicznie.
-
Tutaj to nie ma znaczenia.
Spojrzała na niego badawczo i odezwała się trochę juŜ
innym tonem:
-
Poza tym przecenia pan mój udział w tym przed-
sięwzięciu.
-
Rozumiem, Ŝe i bez tego jest ono bez sensu. Takich
niebezpiecznych ludzi Anglicy zazwyczaj na całe lata
zamykają w twierdzy.
Lata więzienia... - pomyślała Gam. Po chwili rzekła:
-
NiewaŜne. I bez tego postąpiłabym tak samo.
-
Jest pani ekscentryczką. Inaczej nie sposób wyjaśnić
powodów tej eskapady...
-
Ale w Europie wszystko byłoby jasne...
-
To prawda. Powody, dla których się tutaj znalazłem,
są podobne. Jednak dziesięć lat spędzonych wśród Malajów
sprawiło, Ŝe zrobiłem się wyjątkowo łakomy na
wszystko, co europejskie. Czy mogę pani zmierzyć tem-
peraturę?
-
Dziś nie mam gorączki - odparła Gam, biorąc ter-
mometr.
-
Rzeczywiście. Zdumiewający przypadek, wręcz suk-
ces.
-
Rozwiązanie zawsze wiąŜe się z sukcesem...
-
UwaŜa pani, Ŝe to, co się stało, jest rozwiązaniem?
-
Skoro tak to pan ujmuje... Tak, trochę gwałtowne i
wymuszone, ale jednak rozwiązanie...
Wieczorem przybył oficer, którego wezwano telefonicz-
nie. Słysząc warkot samochodu, Gam się ubrała. Po krótkim
przesłuchaniu porucznik oświadczył, Ŝe gdyby czegoś
potrzebowała, zawsze moŜe liczyć na jego pomoc. Była
wolna. Nie krył uznania dla Lavalette'a; następnie
stwierdził, Ŝe choć mu z tego powodu przykro, musi trzy-
mać się rozkazów. Jutro rano zabiera Lavalette'a na
posterunek, tam poczeka on na dalszy transport. Gam cały
czas uśmiechała się do młodego porucznika. Na koniec
poprosiła go o wskazanie drogi do domu lekarza.
Jej wizyta zaskoczyła Szkota. Gam zachowywała się
przy tym tak naturalnie, Ŝe lekarz zupełnie osłupiał.
Wykrztusił kilka słów bez ładu i składu, po czym wskazał
jej krzesło. Gam traktowała go z góry, trzęsła się z po-
gardy... W końcu usiadła. Rozbiegane oczy Szkota śledziły
kaŜdy jej ruch. Lekarz wyraźnie jej poŜądał. Gam spokojnie
siedziała naprzeciw niego i czekała.
-
Wczesnym rankiem zabierają Lavalette'a - zaczął
chrypliwym głosem.
Gam obojętnie wzruszyła ramionami
-
Czy pani... z nim pojedzie?- zapytał.
-
Nie wiem, moŜliwe, Ŝe zostanę - odparła, jakby nie-
obecna. Całe lata twierdzy, myślała jednocześnie.
-
Dałem juŜ pani dowody, jak bardzo mi na tym za-
leŜy...
-
Mam jeden warunek...
-
Dotyczy Lavalette'a?
-
On musi tej nocy uciec.
-
Nic prostszego. PrzecieŜ moŜe się swobodnie poru-
szać.
-
Wie pan doskonale, Ŝe taka ucieczka byłaby non-
sensem. Trzeba mu pomóc.
-
Nie rozumiem...
-
Mówiłam juŜ panu, Ŝe oczekiwałam jakiegoś roz-
wiązania. Nie takiego nagłego jak to. Skoro juŜ jednak tak
się stało, uwaŜam, Ŝe powinnam tę historię, która zaczęła się
przeze mnie i skończyła tak, jak widzimy, doprowadzić do
w miarę szczęśliwego finału; w przyszłości wolałabym nie
mieć wyrzutów sumienia.
Lekarz skinął głową.
-
Jak pani sobie wyobraŜa ten finał?
-
Ma pan automobil?
-
Tak...
-
W takim razie chciałabym, Ŝeby za godzinę był gotów
do natychmiastowego wyjazdu.
-
To jest moŜliwe. Sam się wszystkim zajmę.
-
Dobrze. Czy drogi są przejezdne?
-
JeŜeli ktoś ma trochę doświadczenia, na pewno sobie
poradzi.
-
I wóz będzie przygotowany?
-
Mam jeden warunek...
-
Znam ten warunek i nie uwaŜani za konieczne o tym
mówić.
-
Niezupełnie. Jaką mam gwarancję, Ŝe pani zostanie?
-
Sprytnie pan kalkuluje. Czy wóz jest gotów do drogi?
-
JuŜ mówiłem. Trzeba tylko dolać paliwa...
-
Chcę przy tym być. Proszę zapakować prowiant, koce
i broń.
Szkot w milczeniu zaczął gromadzić potrzebne przed-
mioty.
-
Co dalej?
-
Auto zostanie panu skradzione. Jakiekolwiek po-
dejrzenia wobec pana o współudział byłyby absurdem:
przecieŜ to dzięki panu nas zatrzymano. KradzieŜ odkryje
pan jutro rano.
-
Jutro rano, razem z panią.
-
Niech pan jeszcze zapakuje mapę - dodała. - Pójdzie
pan ze mną do bungalowu porucznika Browna. Postaram się
uprzedzić Lavalette'a. Na pewno będzie się wzbraniał. Pan
stwierdzi u niego atak malarii, co ułatwi całą sprawę. Po
dwóch godzinach przyjdę do pańskiego mieszkania... Po
dwóch godzinach - powtórzyła. - To wystarczy, by
zaalarmować posterunek i z łatwością pochwycić ucie-
kiniera... Widzi pan, Ŝe rozumuję logicznie.
-
Zgadzam się.
Zapakował duŜy zapas prowiantu, uzupełnił olej i ben-
zynę, po czym włoŜył do auta fuzję.
-
To moja najlepsza strzelba - odezwał się. DołoŜył
jeszcze amunicję i lornetkę. - Musi pani wiedzieć, Ŝe robię
to z cięŜkim sercem. DoŜyliśmy czasów, w których takie
pojęcia jak draństwo czy zdrada źle się kojarzą... Z drugiej
strony dŜungla nas uczy, Ŝe cel uświęca środki...
-
Pomówimy o tym później - odparła Gam, naciskając
na lekarza, by się pośpieszył.
Szkot odpiął łańcuchy zabezpieczające automobil i na
chwilę uruchomił silnik. Kiedy Gam usłyszała warkot,
ogarnęła ją nieokiełznana radość.
-
Proszę za mną! - zawołała i szybkim krokiem, nie
mal biegnąc, opuściła dom lekarza.
Jakoś jej się udało pomówić sam na sam z Lavalet-te'em.
Gorączkowo szepcząc, opowiedziała mu o przygotowaniach
do ucieczki. Lavalette krótko uciął:
-
Kto pani powiedział, Ŝe chcę uciec?
-
Nie mów tak! Musisz uciekać.
-
Dobrze! Zabiorę z sobą papiery.
-
Nie dostaniesz się do nich. Uciekaj sam!
-
Nie. Mogę je mieć w kaŜdej chwili. Mam zapasowy
klucz od kasety; wyjmę tylko plany, kufer zostawię. Dopóki
nie wyjadę, nikt niczego nie zauwaŜy. Potem pójdę do
mojego pokoju. Pani po chwili pod jakimś pretekstem
wyjdzie z domu i przybiegnie do mnie co sił w nogach.
Będę czekał za ostatnimi zabudowaniami.
-
Nie jadę z panem. Zostaję.
-
Obiecała pani lekarzowi...
-
Nie, to nie to... Liczy się kaŜda minuta...
Lavalette milczał, patrzył przed siebie.
-
Jeszcze zobaczymy - odezwał się po chwili. Skierował się
do bungalowu. Gam poszła z nim. Przy
stole siedział lekarz z porucznikiem. Pili whisky. Na widok Gam
Szkot odetchnął z ulgą. Lavalette usiadł na wyplatanym krześle;
nie mógł pozbierać myśli. Gam stanęła obok oficera, była
czarująca. Lavalette wstał i zaczął się Ŝegnać.
-
Nie czuję się dobrze, wezmę chyba przed snem kilka
tabletek - wyjaśnił. - Inaczej jutro będzie ze mną źle.
-
MoŜe dać panu coś przeciw gorączce? - zapytał lekarz.
- Mam przy sobie proszki...
-
Tak, poproszę. Mam nadzieję, Ŝe mi pomogą - odparł
Lavalette.
-
Mogę to panu zagwarantować - rzekł Szkot, podając
mu białe pudełko.
Kiedy Lavalette wyszedł, porucznik próbował dowie-
dzieć się o nim czegoś więcej. Gam zręcznie zmieniła temat,
zaczęła z nim flirtować. JuŜ po kilku minutach Anglik
spurpurowiał jak licealista, zrobił się usłuŜny, nadskakujący.
Lekarz niemal się nie odzywał. Błyszczącym wzrokiem
wpatrywał się w Gam. Naraz wstał.
-
Poruczniku Brown, zrobiło się późno - powiedział. -
Pójdę juŜ. Chcę jeszcze odetchnąć świeŜym powietrzem.
-
Przejrzał mnie pan - rzekła Gam z uśmiechem. -
Zechce pan mi towarzyszyć? Zawsze to bezpieczniej...
I
Zanim porucznik zdąŜył się odezwać, Ŝyczyła mu dobrej
nocy. Nisko pochylił się nad jej dłonią. W oczach lekarza
błysnął gniew zmieszany z drwiną.
Szli obok siebie bez słowa. Wzeszedł jasny księŜyc:
odrealniająca krajobraz nikła poświata kontrastowała z
głębokim cieniem. Wydawało się, Ŝe cały, ograniczony
horyzontem obszar, lekko drŜąc, zawisł na niewidzialnych
linach. Z dala jaśniały okna zamykającego drogę domu
lekarza, ucieleśniając nieuchronność przeznaczenia i
ostatecznego końca.
Brama do garaŜu stała otworem. Samochodu nie było.
Szkot nieco przesadnym gestem wskazał Gam puste
pomieszczenie, po czym, niemal pokornie, otworzył drzwi
bungalowu. Gam weszła; jej kroków nie było słychać, miała
wraŜenie, Ŝe zapada się w watę. Lekarz poszedł za nią. Jego
przyśpieszony oddech zdradzał podniecenie. Gam,
podchodząc do okna, zauwaŜyła nagłe, Ŝe w pokoju jest
Lavalette. Stał z rękami na piersi. Szybko podszedł do
drzwi, wyjrzał przez nie; błysnął metal - Lava-lette trzymał
w ręku broń.
-
Proszę wybaczyć tę romantyczną pozę, ale w mojej
sytuacji to jedyne rozwiązanie. Pani umowa z lekarzem
wymaga pewnej poprawki, tylko tak moŜna to załatwić.
Nie zawaham się strzelić - zwrócił się do Szkota. - Pro
szę trzymać ręce przy sobie.
Lekarz zbladł. Cały się trząsł. Na tle poszarzałej twarzy
upiorne wraŜenie sprawiała biel wytrzeszczonych oczu.
Kurczowo zaciśnięte wargi drŜały. Spoza nich wydobywał
się bełkot, pojedyncze słowa bez jakiegokolwiek sensu.
Ciałem wstrząsały drgawki. Wściekle rzęŜąc, Szkot ruszył
przed siebie, zaraz się jednak zatoczył i zatrzymał. Lavalette
lekko go pchnął i lekarz się przewrócił. Lavalette szybko
związał mu ręce i nogi, między zęby wepchnął knebel.
-
To, niestety, konieczne - powiedział spokojnie. - Raz
juŜ miałem wątpliwą przyjemność przekonać się, do czego
pan jest zdolny. Pan wie, Ŝe muszę mieć godzinę przewagi.
Wóz wojskowy jest szybszy niŜ pański.
Podszedł do Gam, która stała jak sparaliŜowana.
- Jeszcze tu jesteś? - wykrztusiła.
Pociągnął ją za sobą. Szybko pobiegli ścieŜką na skraj
wsi. Chmury co chwila przesłaniały księŜyc, nie było
niczego widać, wszystko zrobiło się jakieś nieokreślone,
nocny wiatr pachniał przygodą i wolnością. Na koniec
ukazała się sylwetka automobilu; zdecydowaną czernią
odcinała się od księŜycowej, tropikalnej nocy.
Lavalette podniósł Gam i posadził w samochodzie.
Jaskrawe światło reflektorów rozdarło ciemności, pokazała
się droga. Zawarczał silnik i wóz ostro wyrwał przed siebie.
Obok samochodu jedna za drugą przemykały bambu-
sowe chaty, oślepieni tubylcy uskakiwali w bok, poza zasięg
reflektorów. Pod toczące się ze świstem opony wpadł
olbrzymi, kolorowy kapelusz ze słomy, w alei uderzył w
jadących mocny zapach, a z drzew posypał się złocisty
kwiatowy pył. TuŜ za parkiem zaczynała się dŜungla;
wzdłuŜ drogi nagle wyrosły tysiące giętkich, bambusowych
prętów, samochód pędził między ścianami jakiejś
monstrualnej klatki. Dalej ciągnęły się pola ryŜowe i
plantacje herbaty. Nagle wóz jakby zapadł się pod ziemię:
auto znalazło się w leśnym tunelu. Las ów wyglądał jak
tulący się do ziemi olbrzymi brzuch brzemiennej samicy.
ObrzeŜa jaśniejszych świetlnych plam barwiły się fio-
letem. Sponad nich wypełzały w górę cienie i wgryzały się
w mrok nieboskłonu. Ciemność niczym wilgotne sukno
rozpościerała się ponad gęstym, przesyconym parą
powietrzem, które kleiło się do płuc.
Silnik grzmiał, dobiegające ze wszystkich stron echo
potęgowało jego warkot. Po szczytach drzew przebiega-
ły skrzeczące stada małp. Wśród gałęzi wrzeszczały spło-
szone papugi. TuŜ przed maską auta prześliznął się po
drodze jakiś cień. Dopadły go nienasycone koła; z tyłu
pozostała płaska, ciemna, nieruchoma plama. Gam opuściła
głowę.
-
Dlaczego na mnie czekałeś? - odezwała się.
Lavalette popatrywał na kolorowe światełka na desce
rozdzielczej; czasem zaglądał do rozłoŜonej na kolanach
mapy.
-
Czy tak nie jest lepiej? - zapytał.
-
Prędzej odkryją ucieczkę i moŜliwe, Ŝe wszystko
przepadnie.
Wzruszył ramionami.
-
To, Ŝe prawdopodobieństwo jest większe, niczego nie
przesądza. Kto ma silną wolę, potrafi zapanować nad
przypadkiem.
Ś
wiatła pędziły przed samochodem jak psy gończe,
wyrywały z ciemności pasmo drogi, rzucając na nie blady, a
zarazem przenikliwy blask. Zaraz za pojazdem znów
wyrastała ciemność, blask przez chwilę opadał niczym
sycząca piana, ubita z mroku i światła. Jak na niemej
paradzie, na poboczu stały w szeregu ciemne niczym ołów
palmowe pnie.
W smugi światła wdarło się coś połyskującego srebrem i
bielą. Zaklęte w promień bezgłośnie zawisło tuŜ przed
samochodem- jakiś ptak o rozłoŜystych skrzydłach.
Zdawało się, Ŝe obok mknie czarodziejski powóz, którym
umyka więzień. Jednak wokół przedzierającego się przez
lasy auta, ponad wąskim jasnym strumieniem światła,
panuje noc... Las domaga się ofiar, jest pełen barwnych,
drapieŜnych kotów, poraŜa zaduchem, chroni swe tajemnice
- mord i krzyk przeraŜenia, ucieczkę i pościg.
-
Nie chciałeś mnie zostawić? - zapytała Gam.
Czekającej na odpowiedź Gam zamarło serce. Po chwili
znów zaczęło bić, podskoczyło niemal do gardła i za-
głuszyło warkot silnika. Lavalette spojrzał na nią.
-
Nie - powiedział zdecydowanym, dźwięcznym gło
sem.
Krew uderzyła Gam do głowy, młoda kobieta omal nie
osunęła się na podłogę. W jej umyśle pojawił się wyraźny,
plastyczny obraz, jaśniał w niematerialnym świetle, w ciszy,
przepełniał ją całą- gałązka tamaryndowca w blasku świec,
ciepła annamicka noc za oknami, dwie nieruchome dłonie i
głos: „Wszystko przegrałem i w końcu byłem zmuszony
zagrać o panią. Collin wygrał... Jutro zagra z nim pani w
polo..." Potem przeciąg wdzierający się w cięŜkie powietrze
nocy, ona sama wciśnięta w kąt przedziału, uciekająca przed
taką dominacją i przed sobą, a przecieŜ juŜ w tamtej chwili
uległa jak nigdy wcześniej...
Obraz znikł, przesłoniła go szalona gonitwa myśli, z
której z wolna wyłaniał się wniosek coraz bardziej oczy-
wisty, zapierający dech: by ją zabrać, by nie musiała
dotrzymywać obietnicy, Lavalette zaryzykował własną
wolność...
W krańcowym wzburzeniu, całym swym jestestwem
czuła, Ŝe się z nią związał, Ŝe nie jest juŜ wolny, Ŝe wtar-
gnęło weń coś mocniejszego niŜ on sam, Ŝe jakaś siła
zmusiła go do pogwałcenia zasad, którym hołdował, Ŝe
musiał się podporządkować prawom Ŝycia i wszechświata.
Gwałtownie, z całych sił go objęła, szarpała za ramię.
-
Ty...! Ty...! - krzyczała namiętnie, Ŝarliwie.
Lavalette się odwrócił, rysy jego twarzy wyraŜały
pełną koncentrację. Naraz coś się zaczęło dziać, twarz mu
się zmieniła. Wywołane ucieczką kolosalne napięcie
wyzwoliło w nim nieokiełznaną grę instynktów, sprawiło,
Ŝ
e stracił panowanie nad sobą i pijany szaleństwem
wybuchnął:
-
Tak, nie mogłem do tego dopuścić...! Nie chciałem,
Ŝ
eby ten ohydny robal cię dotykał...!
Hamulce zgrzytnęły niczym tartaczne piły, gwałtownie
powstrzymany, rozpędzony wóz z piskiem opon sta-
nął w miejscu, silnik dymił, dusząc się i posapując. La-
valette wyskoczył z auta i z obłędem w oku zaczął łamać
gałęzie, wyrywać z ziemi krzewy, kwiaty, ściółkę leśną i co
tylko wpadło mu w ręce; wszystko to ciskał do samochodu,
obrzucał Gam, rozrzucał dookoła; jeszcze raz wrócił na
pobocze, zgarnął, co mógł, i niemal zasypał Gam.
-
Przyniosę ci do auta cały las! - krzyczał. — Wywró
cę świat do góry nogami...!
Przywlókł całą kępę krzaków, wsadził między nie głowę
i krztusząc się ziemią opadającą z korzeni, zaczął ryczeć jak
jaguar.
Nagle, niczym błyskawica, w świadomość Gam wdarła
się pewna myśl. Nie dało się jej powstrzymać, unicestwić,
pomysł okazał się mocniejszy niŜ wola kobiety, silniejszy
od jej szczęścia i zachwytów. Gam czuła, Ŝe porywają dziki,
nieujarzmiony nurt i musi się mu poddać; coś z głębi niej
wołało i choć wiedziała, Ŝe to nieprawda, to coś było
dziwnie prawdziwe, nieodłączne od niej samej, wyrywało
się z przepastnych głębi jej natury:
-
Zrobiłabym to...! - krzyczała półprzytomna.
Lavalette chwycił Gam w ramiona, syczał w jej twarz,
pośród ciemności usiłował przewiercić ją wzrokiem, aŜ w
końcu, dysząc z poŜądania, wyrzucił z siebie:
-
Dla mnie.
Samochód dygotał, Gam miała wraŜenie, Ŝe wokół jej
ramion zaciskają się Ŝelazne kleszcze; wewnętrzny głos
jednak z kaŜdą chwilą potęŜniał, był jak ryczące, oszalałe
morze wstrząsane uderzeniami huraganu; wreszcie
skrzypliwie wydostał się na zewnątrz:
-
Nie... Nie... Tylko dla siebie...
Lavalette miotał się, tłukł pięściami w karoserię auta,
przeraŜający grymas wykrzywił jego pobladłą twarz.
-
Kłamiesz! - wrzeszczał.
Gam mocno oparła się o drzwi samochodu. Próbując
powstrzymać oszalałego Lavalette'a, chwyciła jego rękę.
Nagle, w mistycznym uniesieniu, zaczęła krzyczeć:
-
JuŜ po wszystkim! Koniec gry! To juŜ za mną! Je
stem wolna! Wolna! Widzę drogę, którą pójdę dalej, bez
ciebie!
Jednym skokiem Lavalette dopadł kierownicy, zwolnił
hamulec, wcisnął gaz. Wóz skoczył do przodu, zawadził o
jedno i drugie pobocze drogi, nabrał prędkości.
-
Jeszcze nie...! Nie tym razem...! To moja jazda i moja
droga! - Lavalette starał się przekrzyczeć warkot silnika.
Naraz Gam rzuciła okiem za siebie. Na końcu drogi,
daleko z tyłu, wystrzeliły z ciemności dwa świetlne punkty,
dwoje złych, coraz jaśniejszych oczu - reflektory sa-
mochodu. Gam wstrzymała oddech: wojskowy wóz ich
doganiał. Odwróciła się do Lavalette'a.
-
JuŜ są... - Wskazała ręką do tyłu.
Lavalette zawył, ryknął tubalnym śmiechem, powtarzał
jej słowa, krzyczał coś bez sensu. Gam uwiesiła mu się na
ramieniu, nieruchomy wzrok utkwiła w przesuwającej się
coraz dalej wskazówce szybkościomierza.
-
Szybciej... Jeszcze szybciej...
Otaczający drogę dziwaczny świat w obłędnym tempie,
jak zaczarowany, przemykał obok auta i zapadał się w
nicość. Do samochodu wpadały nietoperze i unoszone
wiatrem nocne motyle: wóz poŜerał wszystko, co znalazło
się na drodze, był jak stwór z zaświatów, który wdarł się w
noc niczym przypadkowy rabuś pośpiesznie plądrujący
damskie sypialnie, w biegu oświetlający latarką zaskoczone
kobiety. Gam czuła, Ŝe goni ich śmierć, Ŝe się czai,
przybliŜa, z wolna okrywa świat cieniem; nadciągają
chmury i burza, pośród której niebawem uderzy piorun
zniszczenia... Niebezpieczeństwo! Zagłada!
Spojrzała za siebie: odległość między samochodami się
zwiększyła. Przycisnęła głowę do skroni Lavalette'a. Ledwo
to poczuł, tak niesamowita była emanacja sił porywających
go za sobą, zmuszających, by bezwarunkowo im uległ. W
pełni tego świadom, rozkoszował się groźbą unicestwienia,
nic innego się dlań nie liczyło prócz
chwili, w której gnał go Ŝywioł pozwalający na przekro-
czenie wszelkich granic, niszczący kaŜdą przeszkodę. Jego
,ja" było w tej grze mistyczną stawką, Lavalette rzucał swe
Ŝ
ycie w ogień i płonąc, sięgał szczytów; nie oglądając się na
nic, krzyczał, a wiatr wyrywał mu słowa z ust i pędził je po
okolicy jak potargane gałgany.
- Co ty wiesz o tym... O prawdziwym napięciu... O nie-
bezpieczeństwie... Sam je dla siebie stworzyłem... Napięcie
najsilniejsze z moŜliwych i niebezpieczeństwo najbardziej
nieubłagane... I nic nie moŜe się równać z tą... tak... z tą
klęską...
Z tyłu rozległy się strzały. Zadźwięczała blacha, jedna z
kul trafiła w karoserię. Las odpowiedział głuchym echem.
Strzały pośród nocy... Oddech tulący się do czoła...
Lavalette wypręŜył się, z całej siły nadepnął pedał gazu,
jedną ręką trzymając kierownicę, drugą sięgnął po Gam i
przyciągnął ją do siebie; zupełnie bezwolna opadła na jego
ramię, gdy tymczasem on gnał dalej jak oszalały.
Na długim odcinku droga biegła prosto; wydawało się, Ŝe
dudnienie silnika, gwizd opon i szum powietrza zlewają się
w całość, w muzykę, której brzmienie przypomina dźwięk
organów. Wóz przelatywał przez koleiny, wyskakiwał w
górę, niebezpiecznie się przechylał, znowu prostował i
niezmordowanie pędził przed siebie. Za nim wciąŜ widniały
ś
wiatła dwóch reflektorów; ponad reflektorami nocne
ciemności rozdzierały coraz częstsze błyski wystrzałów.
Lavalette zerknął na Gam: wciąŜ wisiała na jego ra-
mieniu, dłońmi oplotła mu szyję i cały czas coś mówiła.
Wzbierał w nim ogromny przypływ uczuć. Uwolnił się z jej
objęć i sięgnął po broń. Zacisnął dłoń na chłodnym
uchwycie. Wystrzelił. Huk zwielokrotniał, odbijając się po
tysiąckroć w czeluściach pierwotnego lasu. Lavalette puścił
kierownicę, zwolnił pedał gazu, wyprostowany stanął na
samochodzie. Krzyknął i wystrzelił. Gam kur-
czowo chwyciła go za stopę i próbowała ściągnąć w dół.
Lavalette się wyrwał... Strzelił, raz, drugi i zaczął krzyczeć -
brzmiało to jak triumfalny śpiew - strzelał w jaskrawe
ś
wiatła, które, coraz bliŜsze, zamieniały się w oślepiającą
ś
cianę... Znów strzelał, krzyczał, śpiewał, miotał się, jeszcze
raz się wyprostował. Wóz się zatrzymał... Broń wypadła
Lavalette'owi z ręki, trafiony, zwalił się z nóg, głową
uderzył o krawędź karoserii... Na pokaleczone dłonie Gam
pociekło coś ciepłego... i zabójczego: zobaczyła krew... A
potem juŜ nic do niej nie docierało...
Epilog
Wraz z lekkim wiatrem budził się dzień, wyłaniał się z
wolna zza gór. Rozedrgana jasność sięgała zenitu, po czym
zstępowała na dół, zalewając światłem całą przestrzeń aŜ po
horyzont. Na górach, pod samymi szczytami, zalegały
jeszcze wąskie pasma śniegu. W południe ich oślepiająca
biel kłuła w oczy, sprawiając wraŜenie, jakby nie tylko od-
bijała promienie słoneczne, lecz i sama stawała się' słońcem.
A kiedy wieczorem góry pogrąŜały się w ciemnościach, przez
jakiś czas jaśniał tylko śnieg. W końcu noc pochłaniała całe
ś
wiatło; ostatnie znikały śnieŜne pasma.
Nocy zwykle udawało się coś, czego nie potrafił dokonać
dzień: obracała uwagę ku sprawom serca. Była ciemna i
bezkresna, wydawało się, Ŝe nie zna granic, nie zajmuje
Ŝ
adnej przestrzeni, a jednak wszędzie się czai, osacza
wszystko i wszystkich; moŜna się jej oddać, bezgranicznie
się w niej zatracić, nie wiedząc przy tym, dokąd po-
prowadzi... Im bardziej jej zawierzyć, tym więcej moŜna od
niej otrzymać... Ktoś, kto podzieli się z nią rozpaczą lub
zwątpieniem i, otulony ciemnością, podąŜy ku nieznanemu,
wróci obdarzony spokojem.
Przestrzeń oddzielającą świat od zmysłów wypełniały
mgły. Miękkie jak poduszki nie pozwalały, by zdolność
poznania zetknęła się z rzeczywistością. Wszystko się
rozpływa, kontury się zatarły, płaszczyzny pozapadały.
Istna ucieczka przedmiotów.
Ową ucieczkę z przestrzeni wielowymiarowej do pła-
skiej Gam szczególnie mocno odczuwała o zmierzchu -tym
krótkim interludium dzielącym dzień od tropikalnej nocy.
Zmierzch miesza z sobą rzeczy, odbiera im ich cechy, tracą
one kolor i kształt, rozmywają się, stają się abstraktem -
pozbawione wymiarów, dalekie i niepojęte. Są zimne,
niedosięŜne i nawet jeśli wciąŜ Ŝyją i się poruszają,
pozostają obce, nie naleŜą juŜ do nas.
Gam w zupełnej ciszy odpoczywała na leŜaku, patrzyła
w okno. Odkąd słuŜąca poprawiła jej poduszki i bezsze-
lestnie wyszła z pokoju, do umysłu młodej kobiety powoli,
krok za krokiem, przenikała świadomość współzaleŜności
przyczyn i skutków. Miała wraŜenie, Ŝe spogląda z góry, z
jakiegoś niezwykłego punktu obserwacyjnego, skąd widać
coś jeszcze prócz stale ją nękających wspomnień, których
obawiała się za dnia. Nie uciekała od nich - oznaczałoby to,
Ŝ
e im uległa. Nie chciała tego, często więc do nich wracała,
by je dogłębnie roztrząsnąć.
Teraz, kiedy się wydawało, Ŝe najgorsze ma juŜ za sobą,
przeszłość wróciła ze zdwojoną siłą. Przed jej oczami, jeden
za drugim, przesuwały się pojedyncze obrazy; Ŝaden jednak
nie wybiegał przed inne, nie zmuszał, by się przed nim
zatrzymać. Ulegając jakiemuś nieznanemu prawu,
poszczególne epizody łączyły się w samoistną całość i Gam
miała uczucie, Ŝe są odrębnym bytem, z którym prawie nic
jej nie łączy. Owszem, przeŜycia te w niej tkwiły i wciąŜ
budziły olbrzymi oddźwięk, Gam jednak instynktownie
czuła, Ŝe są to doznania powierzchowne, Ŝe głębiej tkwią
pokłady jaźni, które nie mają z nimi nic wspólnego.
Wiedziała, Ŝe nadejdzie dzień, kiedy właśnie one, jak rafy
koralowe, wyłonią się z głębin i staną się najwaŜniejsze.
Ufała im bez zastrzeŜeń, czuła, jak budzą się drzemiące w
niej tajemnicze siły, dlatego o wszystkim, co się ostatnio
wydarzyło, myślała niemal bez emocji.
Od kilku tygodni przebywała w wysokich górach,
w Nuwara Elija, i prócz słuŜącej nikogo nie widywała. Co
wieczór kładła się na leŜaku i w milczeniu patrzyła, jak za
oknem zmienia się świat. Milczenie było tutaj wszystkim:
kto milczy, poznaje świat, kto oddycha, wnika w istotę
zdarzeń.
Pewnego wieczoru przyszło jej do głowy, Ŝe juŜ kiedyś
doznała podobnych wraŜeń: było to wówczas, gdy zafa-
scynowała ją mistyka przedmiotów. Wydawało jej się, Ŝe
znalazła rozwiązanie i wie, co dalej - w końcu trafiła na
znany od dawna punkt orientacyjny, wskazujący, Ŝe znów
podąŜa właściwą drogą.
Ś
wiat na powrót zrobił się zrozumiały. Koniec z nie-
ustającym poszukiwaniem sensu, z zawiłościami etyki. Jak
błysk magnezji objawiła się najbardziej oczywista z prawd:
przez cały czas wszystko dzieje się tak, jak powinno, jest jak
najbardziej prawidłowe. Kto Ŝyje w zgodzie z samym sobą,
nie błądzi. Kto się w Ŝyciu zagubi, poznaje świat. A ten, kto
poznaje świat, pozna równieŜ samego siebie. Kto potrafi
wniknąć w siebie i siebie zrozumieć, wzniesie się ponad
wszystko i sięgnie wieczności. PrzeŜywać bowiem moŜemy
tylko to, co tkwi w nas samych.
W drodze powrotnej Gam zatrzymała się kilka dni w
Kandy. Mimo Ŝe ostatnio Ŝyła samotnie i starała się unikać
ludzi, ostatniego wieczoru poszła do świątyni. Zatopiona w
myślach, wolno krocząc przez świątynny przedsionek,
słuchała monotonnych modlitw tłumu. Naraz dostrzegła
przed sobą szafranową Ŝółć mniszych szat. Poznała
głównego kapłana i przypomniała sobie, jak jej mówił, Ŝe
niebawem znów odwiedzi świątynię. Zachowała spokój:
wyczuwała powagę miejsca, wiedziała, Ŝe naleŜy
powściągnąć emocje. W ślad za kapłanem weszła do
ś
wiątynnej biblioteki. Usiadła na kamiennym murku. Kiedy
spojrzała w twarz lamy, odniosła wraŜenie, Ŝe ostatnim
razem widziała mnicha zaledwie kilka
godzin temu; wszystkie sprawy odsunęły się teraz od niej
jeszcze bardziej niŜ w dniach poprzedzających spotkanie,
zrobiły się dziwnie odległe, drugorzędne.
-
Wśród wyznawców Buddy w Tybecie - zaczął lama -
panuje stary obyczaj modlitewny, dla ludzi Zachodu nie-
zrozumiały; zdarza się nawet, Ŝe z tego powodu się z nas
ś
mieją. Podczas modlitw sto, niekiedy tysiąc, a czasem
niezliczone razy kręci się specjalnym młynkiem, powta-
rzając przy tym wciąŜ to samo zdanie: OM MANI PEME
HUNG. W przejrzystych czaszkach ludzi Zachodu kryje się
niespokojne zwierzę, które oni, całkiem niesłusznie,
nazywają myśleniem. Ludzie tutejsi teŜ myślą, nawet bardzo
intensywnie... Proszę wskazać religię, która nie miałaby
wschodnich korzeni... W umysłach ludzi Wschodu próŜno
jednak szukać zwierzęcia, które utrudniałoby wyciąganie
wniosków. Myślenie wiąŜe się tutaj z medytacją. Monotonia
tybetańskiej modlitwy, którą Europejczycy tak pogardzają,
jest jej siłą. Kto podług swej woli kształtuje otaczający go
ś
wiat, osiągnie tyle, na ile wystarczy mu sił: zasób sił
wyznacza kres jego drogi. Kto stoi na uboczu i wszystko
sprowadza do nieistotnych wymiarów, zadaje po cichu gwałt
prawom rządzącym ludzką naturą. Kręci się w kółko i nigdy
nie zginie, ale teŜ nie dotrze do końca drogi... Wszyscy
ludzie Zachodu są tak zadufani...
-
Znalazłam się u kresu - rzekła Gam.
-
KaŜdy koniec jest zarazem początkiem... Pani wierzy,
Ŝ
e to koniec, jest pani o tym przekonana... Ludzie Zachodu
uwaŜają, Ŝe gdy narzędziem tak niedoskonałym jak rozum
zdołali coś zmierzyć, a to coś okazało się niepodzielne,
wówczas dotarli do kresu. Twierdzą teŜ, Ŝe śmierć -
najbardziej gwałtowna z przemian, przejście z jednej jakości
w drugą - oznacza koniec. Chcielibyście objąć wszystko
rozumem, nie moŜecie pojąć, Ŝe rozum i logika przydają się,
gdy chodzi o pospolitą codzienność; są natomiast bezsilne,
kiedy stajemy przed, jak wy to
nazywacie, problemami metafizycznymi i transcenden-
talnymi. Tak jak my macie zwierzęta, o których Ŝadna z
waszych bezdusznych religii nie mówi ani słowa; grun-
townie je wykorzystujecie: dostarczają wam poŜywienia,
dzięki nim moŜecie utwierdzać się w poczuciu swej ludzkiej
odmienności, ich istnienie gwarantuje wam dobre
samopoczucie... Strumień Ŝycia przenika jednak znacznie
głębiej... Czym byłby świat, gdyby go pojmować i mierzyć
wyłącznie ludzką miarą... - Patrzył na Gam spokojnymi,
mądrymi oczami. - Wielu ludziom wystarcza Ŝycie na
równinie - sami są płascy. Inni przypominają wzniesienia, są
jak góry, na które wciąŜ się wspinają, a zdobywanie przez
nich szczytów to krańcowy efekt działania podstawowych
warstw jestestwa. Są wreszcie tacy, którzy wciąŜ krąŜą -
spełniają się, wchodząc w pewien krąg, zataczają koło i,
przekonani, Ŝe przed nimi nie ma juŜ niczego,
niepostrzeŜenie przenikają do następnego kręgu. Egzystują
właściwie bez przeszłości, wciąŜ powstają z popiołów na
nowo. Doświadczenie, tak waŜne dla innych, dla nich nic nie
znaczy: Ŝyciem tych ludzi kierują mistyczne prawa, są oni w
nim zakotwiczeni znacznie bardziej niŜ inni. Pani naleŜy do
tej ostatniej kategorii. Kiedy widziałem panią przed kilkoma
miesiącami, byłem pewien, Ŝe zanim pani wędrówka przez
ostatni krąg dobiegnie końca, jeszcze raz pani się tu pojawi...
Czas się dopełnił... Wkracza pani w kolejny krąg... Gam z
powagą spojrzała na kapłana.
-
Wiem, Ŝe to, co się stało, zostawiłam daleko za sobą,
Ŝ
e nie ma powrotu... Jestem teŜ pewna, Ŝe jeśli się powtórzy,
znów nie będę wiedziała, co robić: w ogóle mało
pamiętam... Dlaczego jednak serce tak bardzo mi ciąŜy?
-
Kilka dni temu nad Kolombo nadciągnęły czarne
chmury. Zerwała się burza, fale z rykiem wznosiły się na
wysokość wierzchołków palm. Następnego ranka niebo
znów jaśniało błękitem i kto nie przeŜył tej burzy, nie
uwierzyłby, Ŝe coś takiego mogło się wydarzyć. Morze
wciąŜ jednak szalało, lecz nie było wiatru, panował cał-
kowity spokój. Nasuwało się więc pytanie: skąd biorą się
fale? Burza przecieŜ dawno minęła. OtóŜ by morze ucichło,
potrzeba czasu. Staw uspokaja się bez porównania prędzej. -
Kapłan wstał. - Bardzo rzadko odwiedza mnie ktoś z
Zachodu. Człowiek, którego osobowość odegrała ostatnio
taką rolę w pani Ŝyciu, takŜe miał w sobie coś szczególnego.
Pytał o róŜnice pomiędzy kimś, kto jest niemy, a kimś, kto
milczy. Niemowa nie mówi, bo nie moŜe. Milczenie
natomiast jest równoznaczne z przekroczeniem bariery
słów...
By coś mogło trwać wiecznie, musi się zmieniać -rzekł. -
Takie właśnie jest Ŝycie. Niech pani Ŝyje w zgodzie z sobą. I
nawet nie traktuje tego jak reguły... To początek... Początek
zaś znaczy bardzo wiele... Zamyka pierścień... I nie ma
takich spraw ani zdarzeń, których by nie objął...
Nocą w Kolombo Gam obudziły jakieś szmery. Przez
chwilę nasłuchiwała, lecz dobiegło ją tylko cykanie
ś
wierszczy. Przyszło jej do głowy, Ŝe to jaszczurka, która
wdrapała się do pokoju i odpadła od ściany, dźwięk jednak
się powtórzył. Przypominał ciche kroki, jakby ktoś ostroŜnie
stąpał i tylko czasem zaskrzypiała podłoga. Wszystko
wskazywało na sąsiedni pokój.
Gam wyjęła broń i po cichu odsunęła zasłonę, by w razie
czego prześliznąć się przez szczelinę. W pomieszczeniu nie
było nikogo. Naraz uniosła się mlecznobiała gaza na oknie i
ukazała się ciemna szpara. Jakaś ręka odepchnęła gazę na
bok i wsunęła się do pokoju, za ręką pojawiła się głowa,
potem cała postać. Intruz szybkim krokiem podszedł do
ś
ciany, ściągnął dywan i zaczął go zwijać.
Gam przez chwilę uwaŜnie go obserwowała, po czym
odłoŜyła broń i weszła do pokoju. MęŜczyzna okrąŜył
pomieszczenie i wydawało się, Ŝe zaraz rzuci się przed
siebie. Widząc jego płynne ruchy, Gam nabrała pewności,
Ŝ
e się nie myli: to był kreol.
Gwałtownie się cofnął. Gam przekręciła kontakt. Jasne
ś
wiatło zalało pokój. Kreol instynktownie chwycił
częściowo zwinięty dywan i powoli ruszył do okna, za-
mierzając go wyrzucić. Gam powstrzymała go ruchem ręki.
Patrzyła na niego, w jej oczach malowała się powaga.
Mieszaniec trzymał pod pachą zielony dywan modlitewny,
który jej kiedyś podarował.
-
Uprzedził mnie pan - odezwała się. - Właśnie za-
mierzałam odesłać panu ten dywan. WyjeŜdŜam do Europy.
-
JuŜ pani tu nie wróci?
-
Nie wiem.
-
Chciała mi pani oddać dywan...
-
NaleŜy do pana. Jestem wdzięczna, Ŝe pyta pan o
niego dopiero teraz, po moim wyjeździe i tym wszystkim,
co się od tego czasu wydarzyło. Potrafię to docenić.
-
Naprawdę chciała mi go pani oddać? - Kreol nie krył
zdumienia.
-
Zawsze uwaŜałam, Ŝe powinien do pana wrócić, jest
przecieŜ pańską własnością. To zaś, lepiej niŜ cokolwiek
innego, tłumaczy całą sytuację...
-
Proszę nie myśleć, Ŝe skoro sam i w taki sposób po
niego przyszedłem, chodzi o coś więcej, Ŝe jakąś rolę od-
grywa jego wartość. Zresztą na pewno pani tak nie pomyśli.
RównieŜ o innych sprawach, o których nie chcę mówić. Nie
mogę Ŝyć bez tego dywanu, muszę go znów mieć.
-
Nie mówmy juŜ o tym - rzekła Gam. - Ta wizyta
dowodzi, Ŝe nie do końca się na panu poznałam. Proszę mi
wybaczyć. Tym większa jest moja radość, kiedy widzę, Ŝe
po tym krótkim epizodzie potrafił się pan odnaleźć.
Bynajmniej nie ironizuję. Proszę nie patrzyć na mnie spod
oka.
-
Jest pani osobliwym człowiekiem.
- Darujmy sobie psychologię... Rozstaję się z Indiami
pogodnie, odczuwam coś w rodzaju małej, dziecięcej
radości, mam nawet wraŜenie, Ŝe mi się udało. A wszystko
to zawdzięczam pańskiej dzisiejszej wizycie. Dziękuję panu
za nią...
Gam poleciła wnieść kufry do przestronnych, jasnych
pomieszczeń. Z szerokiego okna dawnego budynku klasz-
tornego rozciągał się widok na włoskie niziny i sinawe
zarysy górskiego łańcucha. Z boku, niczym srebrna misa,
wciskało się w nizinę morze. W popołudniowym słońcu
zakurzoną drogą ciągnęły liczne wózki zaprzęŜone w osły,
które słysząc przenikliwy klakson, często się płoszyły i
wystraszone, nie zwaŜając na pokrzykiwania woźniców,
uciekały na pobocze. Sygnaturka nad tylnym refektarzem
nawoływała do modlitwy na Anioł Pański. O tej porze
gospodynie zwykły juŜ mawiać felicissima notte.
Gam przekładała zawartość kufrów do ogromnych
wnękowych szaf: zamierzała zostać tu dłuŜej. Prosiła, by
nikt jej nie pomagał. Nadszedł wieczór. Gam wciąŜ była
sama; praca nad porządkowaniem, układaniem, segrego-
waniem pochłonęła ją bez reszty. Spomiędzy materiałów,
które przywiozła z Kantonu i Birmy, wypadła mała pa-
czuszka zawinięta w zielony jedwab. Była to ksiąŜka w ja-
snoczerwonej skórzanej oprawie. Zapięcie oprawy tworzyły
fallus i czaszka - wyśmienity przykład misternej pracy
artysty cyzelatora. Litery wypisano tuszem, ozdobne inicjały
mieniły się kolorami. Całość składała się z siedemnastu
pieśni, kaŜdą z nich zdobiła ilustracja. Wśród kolorów
większości rycin dominował turkusowy błękit. Było to stare
wydanie dywanu poezji Abu Nuwasa, które Gam kupiła w
Kairze przed trzema laty. Od tamtego dnia po raz pierwszy
trzymała ksiąŜkę w ręku...
Podeszła z nią do okna. Przedwieczorne niebo ściem-
niało i na horyzoncie zabarwiło się nasyconą czerwienią;
wyŜej liczne kolory układały się w coraz to jaśniej-
sze warstwy, aŜ po lazur pomieszany z jabłkową zielenią i
jadeitem. Świat pogrąŜył się w ciszy.
Kartka za kartką Gam przeglądała ksiąŜkę i miała dziwne
wraŜenie, Ŝe na kaŜdej ze stron opisano jakiś fragment jej
Ŝ
ycia. KaŜda strofa zmuszała do zastanowienia i kiedy w
końcu Gam zamknęła tomik, wydawało się jej, Ŝe wraz z
nim zamyka coś jeszcze...
Nic się nie wydarzyło, a przecieŜ doznała jakiegoś
cudownego olśnienia, przeŜyła coś niezwykle waŜnego. Nie
potrafiła jednak niczego sobie przypomnieć, mimo Ŝe stało
się to niemal przed chwilą. A moŜe - przyszło jej do głowy-
coś we mnie dojrzało; jak z owocem, który przez wiele
tygodni opiera się wiatrom i burzy, mocno trzyma się gałęzi,
po czym pewnego dnia, przy pięknej pogodzie, bez Ŝadnego
widocznego powodu spada na ziemię... Dlatego, Ŝe nadeszła
pora. I nawet jeśli porównanie nie było całkiem trafne, Gam
długo nie mogła się otrząsnąć z wraŜenia. CzyŜby coś
powracało? Zaczynało się od nowa? Co takiego nagle się w
niej odezwało? Bez wątpienia coś, czemu moŜna ufać.
Błogie ciepło napełniło jej Ŝyły, krew pulsowała Ŝywiej...
Dopełniał się czas.
Po chwili odłoŜyła ksiąŜkę. Te wiersze same do niej
przyszły... Trzeba było na to trzech lat. Wcześniej o nich nie
myślała... ChociaŜ stale miała tomik przy sobie, dopiero dziś
wpadł jej w ręce. Gam nie lubiła taniej symboliki, nagle
jednak do niej dotarło, Ŝe wszystko kiedyś wraca...
Poprzetykane narcyzami łąki jaśniały w promieniach
słońca. Cienkie źdźbła trawy ochronnym kordonem otaczały
delikatne szypułki kwiatów. Motyle spijały słodki nektar,
chrząszcze' Ŝwawo pięły się po łodygach w górę. Ich
złocistozielone chitynowe pancerze połyskiwały w plą-
taninie traw. Brzęczenie pszczół przypominało stłumiony
dźwięk organów.
Gam szła po łące, rozkoszując się kaŜdym krokiem.
Czuła, jak jej stopy dotykają ziemi, jak miękko przywierają
do gruntu zaokrąglone pięty, jak potem cięŜar przenosi się
na palce. W rytm kroków uginały się kolana, w tym samym
tempie kołysały się biodra, tułów i ramiona. To był
prawdziwy dar niebios: Gam cieszyła się, Ŝe moŜe wysoko
podnieść głowę, odwrócić się... Czuła, jak na jej twarzy igra
słoneczny promień.
ś
ycie jest wszystkim! - wołało jej rozkołysane ciało;
Gam nie myślała, wyraŜała to ruchem. - Znów Ŝyję, oto
najbardziej boskie z uczuć... Świat jest równie młody jak
ja... Jak długo będę zdolna przeŜywać samą siebie, tak długo
przetrwa świat... Jak długo będę umiała Ŝyć sobą, tak długo
potrafię przeŜywać wszystko, co mnie otacza...
Za łąkami zaczynał się las. Ponad inne drzewa wyrastały
potęŜne dęby. Pod nimi roiło się od młodych drzewek.
Jeszcze niŜej były krzewy i bujnie pieniące się zielsko, które
chwytało Gam za nogi. Tu i ówdzie stał pień -pozostałość
po wyrębach. Najczęściej jednak rosły juŜ na nich grzyby,
wokół owijały się pnącza. Las bezustannie rósł... Był silny,
witalny... WciąŜ rósł.
Gam wciągnęła w nozdrza zapach ziemi i ziół. Odła-
mała kawałek kory, spróbowała, jak smakuje. Nadleciał
wiatr. Nowy rok budził się do Ŝycia. Wszystko było po-
czątkiem. Teraz Gam to wiedziała. Opuściła głowę... Miała
wraŜenie, Ŝe obok niej ktoś mówi: „Zaczynam... Jestem
gotów..."