background image

Ba

ś

nie z dalekich mórz 

i oceanów 
WANDA MARKOWSKA ANNA   MILSKA 
 
WYDAWNICTWO  MORSKIE  GDA

Ń

SK 

Cykl „Ba

ś

nie z dalekich mórz i oceanów przyniesie opowie

ś

ci z całego 

ś

wiata, z mórz 

Południa i fiordów Północy. Co roku uka

Ŝ

e si

ę

 jedna bogato ilustrowana ksi

ąŜ

eczka. 

Ba

ś

nie te po raz pierwszy wydane zostały przez Wydawnictwo Morskie w 1969 roku. 

HI 
 

 

і

© 

І

^

і

 

^.

ІГк

 

O   dzielnym   Gunnarze,   Dziewczynie Morskiej i czarodziejskich zimorodkach 
Ba

śń

 skandynawska 

ył sobie raz dzielny marynarz imieniem Gunnar. Pływał po dalekich morzach, pod 
gwiazdami Północy i Południa, znał l

ą

dy i wyspy odległe^wiedział, kiedy i gdzie wiej

ą

 

silne wichry, gdzie gor

ą

ce pr

ą

dy opływaj

ą

 wybrze

Ŝ

a, gdzie zimuj

ą

 foki, gdzie ryby si

ę

 

gromadz

ą

, by składa

ć

 ikr

ę

, gdzie si

ę

 gnie

Ŝ

d

Ŝą

 pingwiny i pelikany, morskie g

ę

si i kaczki 

o barwnych piórach. Morze nie miało przed nim tajemnic. Tote

Ŝ

 wie

ś

ci o Gunnarze 

obiegały wszystkie rybackie wioski, a dziewcz

ę

ta 

ś

piewały o nim pie

ś

ni zw

ą

c go 

ś

eglarzem Siedmiu Mórz. 

—  Gunnarze — rzekła raz do syna jego stara matka, gdy wrócił z jednej ze swoich 
długich wypraw po 

ś

wiecie — czas, synku, 

Ŝ

eby

ś

 pomy

ś

lał o o

Ŝ

enku, dok

ą

d si

ę

 tak 

b

ę

dziesz tułał po morzach? Jam ju

Ŝ

 stara, niedługo po

Ŝ

yj

ę

 na 

ś

wiecie, chciałabym 

przed 

ś

mierci

ą

 wnuki piastowa

ć

Roze

ś

miał   si

ę

   Gunnar   i   powiedział: 

—  Jeszcze si

ę

 taka nie urodziła w naszym kraju, któr

ą

 bym chciał za 

Ŝ

on

ę

, matko. Ale 

nie bój si

ę

, dot

ą

d b

ę

d

ę

 pływał po wszystkich oceanach, dopóki sobie nie przywioz

ę

 

Dziewczyny Morskiej. 
Pokiwała matka ze smutkiem głow

ą

, zapłakała i rzecze: 

—  Nie dla ciebie, synku, Dziewczyna Morska, nie dla ciebie! Czy

Ŝ

 nie wiesz, 

Ŝ

e wi

ę

zi j

ą

 

zła Wied

ź

ma o Czerwonych Oczach? Ka

Ŝ

dego, kto si

ę

 do niej zbli

Ŝ

y, zamienia w 

kamie

ń

—  Wiem o tym, matko, ale pragn

ę

 ocali

ć

 Dziewczyn

ę

 Morsk

ą

. Dniem i noc

ą

 tylko o tym 

my

ś

l

ę

 od chwili, gdym j

ą

 ujrzał raz jeden jedyny, jak siedziała na skale i czesała swe 

długie warkocze. 
—  Zapomnij o niej, synku, je

ś

li ci 

Ŝ

ycie miłe — błagała matka. 

Ale 

Ŝ

adna siła nie mogła oderwa

ć

 Gunnara od marze

ń

 o Morskiej Dziewczynie. Gdy 

tylko wiosna nastała i wichry zimowe ucichły, znów wyruszył na morze na Swej 

ś

migłej 

łodzi. 
Przeleciały nad jego głow

ą

 dwa czarne kruki. 

—  Powiedzcie, kruki, przyjaciele moi, gdzie mieszka Dziewczyna Morska? — woła 
Gunnar 

background image

—  O, nie pytaj o ni

ą

! Wracaj, Gunnarze, wracaj co rychlej na l

ą

d. Grozi ci 

niebezpiecze

ń

stwo ! 

Ale Gunnar ani my

ś

lał wraca

ć

Załopotały nad łodzi

ą

 skrzydła wielkiego orła-rybołowa. 

—  Powiedz mi, orle, gdzie szuka

ć

 mam Morskiej Dziewczyny? 

—  Daleko st

ą

d, za siedmioma morzami, za oceanami. Nie dopłyniesz tam, zginiesz, 

staniesz si

ę

 łupem rekinów! — krzykn

ą

ł orzeł i wzniósł si

ę

 wysoko w bł

ę

kit. 

Lecz Gunnar popłyn

ą

ł dalej, nieustraszony, jakby nie słyszał przestrogi. 

Wtem spostrzegł na fali kołysz

ą

ce si

ę

 gniazdko, a w nim par

ę

 zimorodków. Zzi

ę

bni

ę

te 

ptaszki tuliły si

ę

 do siebie przera

Ŝ

one, osłaniaj

ą

c skrzydełkami swe małe, ledwie 

wyklute z jajeczek. Nad nimi fruwał wielki czarny ptak, kr

ąŜ

ył coraz ni

Ŝ

ej, ju

Ŝ

, ju

Ŝ

 miał 

szpony zatopi

ć

 w swych ofiarach. 

ś

al si

ę

 zrobiło Gunnarowi zimorodków, odp

ę

dził wi

ę

c krzykiem drapie

Ŝ

nika, a potem 

szybko podpłyn

ą

ł łódk

ą

 w stron

ę

 gniazdka i rzekł do trzepoc

ą

cych si

ę

 w 

ś

miertelnej 

grozie ptaszków: 
—  Nie l

ę

kajcie si

ę

 mnie. Nie uczyni

ę

 wam nic złego. Jestem Gunnar, 

ś

eglarz Siedmiu 

Mórz. 
—  Witaj nam, nasz obro

ń

co! — pisn

ę

ły zimorodki z rado

ś

ci

ą

. — Słyszały

ś

my o tobie. 

To ty szukasz po 

ś

wiecie Dziewczyny Morskiej ? 

—  Tak, szukam jej wsz

ę

dzie i nie spoczn

ę

, póki jej nie odnajd

ę

—  O, zawró

ć

 z drogi, 

ś

eglarzu! Skr

ęć

 dziób swej łodzi w stron

ę

 l

ą

du, je

ś

li nie chcesz 

narazi

ć

 si

ę

 na 

ś

mier

ć

 — rzekł z trwog

ą

 zimorodek, ojciec rodu. 

—  Có

Ŝ

 mi po 

Ŝ

yciu, nie dbam o nie, gdy ona tam j

ę

czy pod władz

ą

 złej Wied

ź

my. Bez 

Dziewczyny Morskiej niemiłe mi sło

ń

ce, morze i powietrze. Odnajd

ę

 j

ą

 albo zgin

ę

—  Uczynisz podług swej woli, 

ś

eglarzu. Ale 

Ŝ

e uratowałe

ś

 nas od zguby, chcemy ci si

ę

 

odwdzi

ę

czy

ć

. Nie wolno nam zdradzi

ć

 tajemnicy Morskiej Dziewczyny nikomu z ludzi,  

lecz tobie j

ą

 odsłonimy.  Posłuchaj: 

ś

yje ona daleko, daleko, na kra

ń

cach 

ś

wiata, po drugiej stronie widnokr

ę

gu, gdzie 

rozci

ą

ga si

ę

 Morze Snu i Milczenia. 

ś

eby tam si

ę

 dosta

ć

, musisz przepłyn

ąć

 siedem 

mórz nieprzebytych. Na pocz

ą

tku opłyniesz morze lodów, mo

Ŝ

na tam 

Ŝ

eglowa

ć

 tylko 

latem, kiedy sło

ń

ce stoi wysoko. Potem znajdziesz si

ę

 na morzu o falach białych jak 

mleko. Gdy przepłyniesz białe morze, kieruj si

ę

 na południe, wci

ąŜ

 na południe, a

Ŝ

 

otocz

ą

 ci

ę

 fale 

Ŝ

ółte jak miód. Gdy pokonasz wody 

Ŝ

ółtego morza, po

Ŝ

eglujesz dalej, a

Ŝ

 

dotrzesz do morza o falach czerwonych jak krew. Tam zdaj si

ę

 na wiatry i pr

ą

dy. Nie 

wolno ci chwyta

ć

 za wiosła, owi

ń

 si

ę

 w płótno 

Ŝ

aglowe i bacz, by ci

ę

 nie spryskały 

czerwone bryzgi fal, pró

Ŝ

no by

ś

 bowiem chciał zetrze

ć

 z siebie te krwawe piany, na 

zawsze we

Ŝ

r

ą

 si

ę

 w ciało i nic ich nie zmyje. Dalej twa droga b

ę

dzie wiodła w stron

ę

 

morza o falach czarnych jak noc bez ksi

ęŜ

yca. Tam musisz wyt

ęŜ

y

ć

 wszystkie siły, s

ą

 

to bowiem wody burzliwe i gro

ź


ne, ka

Ŝ

dego 

ś

miałka wci

ą

gaj

ą

 w swe smoliste tonie. Gdy i to morze przeb

ę

dziesz 

zwyci

ę

sko, znajdziesz si

ę

 na wodach o barwie fiołków. Ale nie daj si

ę

 złudzi

ć

 jego 

pi

ę

knym falom, kryj

ą

 one bowiem pod sw

ą

 powierzchni

ą

-mnóstwo raf niebezpiecznych i 

wirów zdradliwych. Na koniec dotrzesz do morza siódmego, ostatniego. Jego spokojne 
tafle s

ą

 

background image

zielone jak trawa wiosenna, całe zarosłe długimi glonami o w

ęŜ

owych łodygach, które 

wiele ju

Ŝ

 statków oplatały swymi 

ś

liskimi mackami i wci

ą

gn

ę

ły na dno. 

Tam, na skalistej rafie wznosz

ą

cej si

ę

 po

ś

rodku gł

ę

biny, 

Ŝ

yj

ą

 nasi krewniacy. Gdy im 

poka

Ŝ

esz piórko z mego skrzydła, przyjm

ą

 ci

ę

 jak przyjaciela i udziel

ą

 rad co do dalszej 

drogi. 
To mówi

ą

c ptaszek wyrwał sobie dzióbkiem piórko ze skrzydełka, sfrun

ą

ł na rami

ę

 

Gunnara i zło

Ŝ

ył mu je w dłoni. 

Podzi

ę

kował Gunnar zimorodkom za dobre rady i nie zwlekaj

ą

c ni chwili ruszył na 

poszukiwanie swej ukochanej. 
Wielu przygód zaznał, wiele dziwów widział, stu niebezpiecze

ń

stw unikn

ą

ł, sto burz 

zwalczył i orkanów, zanim zdołał przepłyn

ąć

 sze

ść

 mórz nieprzebytych. W ko

ń

cu 

znalazł si

ę

 na siódmym morzu o falach zielonych jak trawa wiosenna. Wiosła z trudem 

przedzierały si

ę

 przez g

ą

szcz wodorostów, w

ęŜ

owe glony oplatały łód

ź

, chwytały j

ą

 jak 

w kleszcze, owijały si

ę

 wokół dziobu.-Gunnarowi r

ę

ce mdlały z wysiłku, pot zalewał 

czoło, dokuczało pragnienie. Wtem rozległ si

ę

 trzask, łód

ź

 uderzyła bokiem o stercz

ą

c

ą

 

skał

ę

 pokryt

ą

 zielonym mchem. G

ę

sta, oleista woda wdarła si

ę

 z chlupotem do 

ś

rodka 

przez rozp

ę

ą

 burt

ę

. Łód

ź

 zacz

ę

ła ton

ąć

. Jeszcze przez chwil

ę

 kołysała si

ę

 na 

powierzchni i w ko

ń

cu znikn

ę

ła w bezdennych gł

ę

binach. Ostatkiem sił chwycił si

ę

 

Gunnar skalnego wyst

ę

pu i wdrapał si

ę

 na raf

ę

Nastała noc, parna, gor

ą

ca, bez gwiazd i ksi

ęŜ

yca. 

Le

Ŝ

y Gunnar na mokre) skale oblewanej zewsz

ą

d falami i rozmy

ś

la smutnie nad sw

ą

 

dol

ą

. Coraz bardziej dokucza mu głód i pragnienie, a znik

ą

d nie widzi ratunku. Przyjdzie 

mu chyba zgin

ąć

 na tym strasznym morzu, ju

Ŝ

 nie zobaczy swej ukochanej, ju

Ŝ

 nigdy 

nie wróci do rodzinnych brzegów. 
Gdy tak dumał samotnie w

ś

ród nocy, nagle w dali ujrzał jakie

ś

 bł

ę

kitne 

ś

wiatełko 

pełgaj

ą

ce po falach. 

—  Co to by

ć

 mo

Ŝ

e ? Czy

Ŝ

by jaki

ś

 statek zabł

ą

kał si

ę

 na te wody ? 

Po chwili posłyszał plusk wioseł i cichy, słodki 

ś

piew dziewcz

ę

cy. Wbił wzrok w 

ciemno

ść

 i oto dostrzegł male

ń

k

ą

 łódeczk

ę

, a na niej Dziewczyn

ę

 Morsk

ą

, t

ę

, dla której 

tyle trudów znosił i niebezpiecze

ń

stw. Miała na rozpuszczonych włosach wieniec z 

dziwnych kwiatów 

ś

wiec

ą

cych w mroku niby bł

ę

kitne gwiazdeczki. 

Uwi

ą

zała sw

ą

 łódeczk

ę

 do skały i lekko wskoczyła na głazy ci

ą

gle nuc

ą

c sw

ą

 pie

śń

 — 

wołanie: 
Do mnie, do mnie, ptaszki morza, Złotym ziarnem was obdarz

ę

, Le

ć

cie do mnie skro

ś

 

przestworza I mówcie mi o Gunnarze. 
Dał si

ę

 słysze

ć

 szum tysi

ę

cy skrzydeł i po chwili cała skała rozbrzmiewa

ć

 zacz

ę

ła 

ptasim 

ś

wiergotem. 

Dziewczyna Morska sypała ptakom z dłoni złote ziarna, tysi

ą

c dziobków chwytało je w 

locie, a ona pytała: 
Gdzie mój Gunnar ukochany? Gdzie jest 

ś

eglarz Siedmiu Mórz? Czy przepłyn

ą

ł szóste 

morze Po

ś

ród wichrów i stu burz? 

W ciemno

ś

ci roz

ś

wietlanej wiankiem Dziewczyny Morskiej zabrzmiał głos najstarszego 

z ptasiej gromady: 
Pi

ą

te morze on przepłyn

ą

ł, Szóste morze cało min

ą

ł I na siódmym, przy tej skale, Łód

ź

 

Gunnara skryły fale. 
Krzyknie Dziewczyna Morska, rzewnymi łzami si

ę

 zaleje. 

background image

Skoczył Gunnar spod skalnego załomu, gdzie dot

ą

d siedział w ukryciu, stan

ą

ł przed 

Morsk

ą

 Dziewczyn

ą

 i rzecze: 

—  Nie płacz, pi

ę

kna czarodziejko, i otrzyj łzy z oczu. Oto Gunnar stoi tu przed tob

ą

 we 

własnej osobie. 

Zerwała Morska Dziewczyna swój wianek gwia

ź

dzisty z czoła, wzniosła rami

ę

 w gór

ę

, i 

oto w jej dłoni zal

ś

nił jak bł

ę

kitna latarenka o

ś

wietlaj

ą

c jasnym blaskiem posta

ć

 

Gunnara. 
—  Ty

ś

 jest Gunnar, sławny Gunnar, 

ś

eglarz Siedmiu Mórz? — spytała i u

ś

miech 

rado

ś

ci rozja

ś

nił jej twarz, a serce 

Ŝ

ywiej zabiło w piersiach. 

—  Tak, ja nim jestem. Od kiedym ci

ę

 ujrzał czesz

ą

c

ą

 włosy w sło

ń

cu, ju

Ŝ

 zapomnie

ć

 o 

tobie nie mogłem. Jam sze

ść

 mórz przepłyn

ą

ł, by ci

ę

 odnale

źć

, tu na siódmym łód

ź

 ma 

si

ę

 roztrzaskała, a sam ledwiem zdołał uj

ść

 z 

Ŝ

yciem. 

—  I ja o tobie my

ś

le

ć

 nie przestałam, odk

ą

d ci

ę

 dostrzegłam na twej 

ś

cigłej łodzi. Ptaki 

mi powiedziały, 

Ŝ

e do mnie płyniesz przez morza i od tej pory w noc ka

Ŝ

d

ą

 wykradam 

si

ę

 na t

ę

 skał

ę

, by słucha

ć

 wie

ś

ci o tobie. Wiedziałam, kiedy

ś

 przemierzał morze 

lodowe i morza o falach białych, 

Ŝ

ółtych, czerwonych i czarnych, czuwałam z trwog

ą

by

ś

 na tych toniach o falach zielonych jak trawa nie napotkał mej stra

Ŝ

niczki, Wied

ź

my 

o Czerwonych Oczach. Cz

ę

sto tu ona przybywa ze swego podwodnego pałacu za 

horyzontem, tam gdzie le

Ŝ

y Morze Snu i Milczenia o falach bł

ę

kitnych jak niebo. Ale ty

ś

 

pewnie głodny i spragniony. 
Klasn

ę

ła w dłonie i rozkazała ptakom fruwaj

ą

cym dokoła przynie

ść

 jadła i napoju. 

Zaszumiały skrzydła i ptasia gromada pomkn

ę

ła na cztery strony 

ś

wiata. Ptaki powróciły 

w mgnieniu oka i ju

Ŝ

 przed Gunnarem le

Ŝ

ały najpi

ę

kniejsze owoce, wonne, soczyste 

banany, słodkie figi i daktyle, plastry miodu złocistego, a w kryształowych dzbanuszkach 
czekała woda 

ź

ródlana. 

Gdy pokosztował Gunnar darów Morskiej Dziewczyny, nowe siły we

ń

 wst

ą

piły i nowa 

nadzieja. 
—  Nie puszcz

ę

 ci

ę

 ju

Ŝ

 z powrotem — rzekł z moc

ą

 — ju

Ŝ

 ty za siódme morze nie 

popłyniesz, nie wrócisz do złej Wied

ź

my o Czerwonych Oczach! Je

ś

lim ci miły, 

Dziewczyno, to nie tra

ć

my chwili czasu. Pły

ń

my tw

ą

 łódk

ą

 do mojej ojczyzny, przez 

siedem mórz i oceanów. Tam, na północy, mam chatk

ę

 mał

ą

, w niej stara matka mnie 

czeka. Tam moj

ą

 

Ŝ

on

ą

 zostaniesz.                                                                                          


—  O, mój Gunnarze, dzielny 

ś

eglarzu! — odpowie Morska Dziewczyna ze smutkiem. 

— Nie mog

ę

 z tob

ą

 ruszy

ć

 na morze, jeszcze nie wolno mi tego uczyni

ć

. Zły czar rzuciła 

na mnie Wied

ź

ma straszliwa i trzyma mnie w swej władzy. Niegdy

ś

 

Ŝ

yłam na wielkim 

zamku u rodziców kochanych. Lecz pewnego dnia porwała mnie wied

ź

ma, uniosła za 

siódme morze, i poty b

ę

d

ę

 w tej twardej niewoli, póki si

ę

 nie znajdzie 

ś

miałek, co si

ę

 

odwa

Ŝ

y rozbi

ć

 zaczarowane jaje, w którym ukrywa si

ę

 dusza Wied

ź

my o Czerwonych 

Oczach, w niej bowiem jest 

ź

ródło jej mocy. Inaczej cho

ć

bym na kraniec 

ś

wiata uciekła, 

znajdzie mnie ona wsz

ę

dzie, a mych rodziców na straszn

ą

 

ś

mier

ć

 wyda. 

—  Mów, co mam czyni

ć

, by ci

ę

 ocali

ć

Ś

mierci si

ę

 nie l

ę

kam! Kln

ę

 si

ę

 na niebo 

wysokie! — wykrzykn

ą

ł Gunnar gor

ą

co. 

—  Dzi

ę

ki ci, Gunnarze drogi! Kiedym ci

ę

 ujrzała płyn

ą

cego w łodzi, czułam, 

Ŝ

b

ę

dziesz mym wyzwolicielem. Ale czas jeszcze nie nadszedł. Chocia

Ŝ

 wiele ju

Ŝ

 

background image

podpatrzyłam jej sposobów i sztuczek, wci

ąŜ

 nie wiem, gdzie Wied

ź

ma chowa 

zaczarowane jaje. Gdy poznam t

ę

 tajemnic

ę

, wtedy ci łatwiej przyjdzie pokona

ć

 j

ę

dz

ę

—  Ale ja czeka

ć

 nie chc

ę

 i nie mog

ę

! — wykrzykn

ą

ł Gunnar. — We

ź

 mnie na sw

ą

 


t'*-||# 
 
łódk

ę

, razem popłyniemy do jej siedziby. Nie zabraknie mi m

ę

stwa ni siły, by stan

ąć

 w 

twojej obronie. 
—  Dobrze — zgodziła si

ę

 Morska Dziewczyna widz

ą

c zapał i odwag

ę

 Gunnara. — Gdy 

minie dzie

ń

, wróc

ę

 tu do ciebie z gał

ą

zk

ą

 cudownego drzewa i wtedy ci

ę

 powiod

ę

 poza 

kraniec widnokr

ę

gu, na morze o falach bł

ę

kitnych jak niebo. Jest to Morze Snu i 

Milczenia. Taka panuje na nim cisza, taki spokój bezmierny, 

Ŝ

e nawet fala nie plu

ś

nie, 

ptak nie za

ś

piewa, wietrzyk nie zawieje. Ka

Ŝ

dy, kto si

ę

 zabł

ą

ka na jego wody martwe, 

nieruchome, zasypia snem nieprzespanym i ju

Ŝ

 si

ę

 wi

ę

cej nie zbudzi. Tylko gał

ą

zka 

drzewa rosn

ą

cego u wej

ś

cia do podwodnego pałacu, w którym mnie wi

ę

zi Wied

ź

ma, 

mo

Ŝ

e uchroni

ć

 przed za

ś

ni

ę

ciem na wieki. Nie wa

Ŝ

 si

ę

 tedy sam tam płyn

ąć

, Gunnarze, 

bez gał

ą

zki cudownej. Czekaj tu na mnie do "jutrzejszej nocy. Zjawi

ę

 si

ę

 na pewno, a 

wtedy... 
Nie doko

ń

czyła tych słów, gdy nagle z gł

ę

bi ciemno

ś

ci zerwał si

ę

 wicher pot

ęŜ

ny, a 

wzburzone fale zacz

ę

ły uderza

ć

 o skał

ę

 z gło

ś

nym pluskiem. Dziewczyna Morska 

zadr

Ŝ

ała i zawołała ze zgroz

ą

—  To ona! Słysz

ę

 jej wołanie. Musz

ę

 wraca

ć

. Szuka mnie po tej stronie horyzontu. Nie 

mo

Ŝ

e ciebie zobaczy

ć

, Gunnarze! Gotowa ci

ę

 zabi

ć

 i zamieni

ć

 w kamie

ń

, gdy ci

ę

 tu 

odnajdzie. Masz tu 

Ŝ

agiel z mojej łódki, nakryj si

ę

 nim co pr

ę

dzej, a staniesz si

ę

 

niewidzialny. 
10 
To mówi

ą

c zarzuciła na głow

ę

 Gunnara płótno 

Ŝ

agla, a sama wskoczyła do łódki i 

odpłyn

ę

ła w dal rozja

ś

nion

ą

 blaskiem wstaj

ą

cej zorzy. 

Tymczasem Wied

ź

ma o Czerwonych Oczach p

ę

dziła niczym burza po morzu szukaj

ą

Morskiej Dziewczyny. W 

ś

wietle brzasku widział Gunnar z daleka, jak biegła po 

powierzchni wód niby po murawie depc

ą

c olbrzymimi stopami k

ę

py wodorostów. Wielka 

była jak góra, cała czarna, tylko 

ś

lepia miała czerwone, płon

ą

ce krwawym ogniem. W 

r

ę

ku trzymała w

ęŜ

a morskiego i wywijała nim niby biczem. 

Wst

ą

piła na skał

ę

, chwil

ę

 w

ę

szyła gło

ś

no, rozgl

ą

daj

ą

c si

ę

 na wszystkie strony, w ko

ń

cu 

warkn

ę

ła w

ś

ciekle: 

— Nie ma jej tutaj. Ale ja j

ą

 znajd

ę

, przede mn

ą

 nie umknie. A kiedy j

ą

 schwytam, to 

mnie popami

ę

ta do ko

ń

ca 

Ŝ

ycia. Odechce jej si

ę

 samotnych w

ę

drówek po morzu. Ale 

co to? Czuj

ę

 ludzk

ą

 dusz

ę

! Jaki

ś

 człowiek musi si

ę

 tu ukrywa

ć

. Kim jest ten zuchwalec, 

co przepłyn

ą

ł sze

ść

 mórz nieprzebytych ? 

Pot

ęŜ

nymi no

Ŝ

yskami st

ą

pała po głazach, zagl

ą

dała pod ka

Ŝ

dy załom skały, 

przetrz

ą

sała k

ę

py trzcin, ale Gunnara nie znalazła, cho

ć

 Mika razy otarła si

ę

 o niego z 

bliska, a

Ŝ

 mu dreszcz przebiegł po grzbiecie. Na szcz

ęś

cie, dobrze ukryty pod 

Ŝ

aglow

ą

 

płacht

ą

-nie-widk

ą

, bezpieczny był przed wzrokiem wied

ź

my. 

Wreszcie przeszukawszy cał

ą

 raf

ę

 zacz

ę

ła si

ę

 oddala

ć

. Gnała jak wicher po zielonym 

morzu, a

Ŝ

 znikn

ę

ła po drugiej stronie horyzontu. 

11 

background image

Gunnar odetchn

ą

ł z ulg

ą

, zrzucił płacht

ę

-niewidk

ę

 z ramion i usiadł na skale. Dzie

ń

 

wydał mu si

ę

 długi niesko

ń

czenie, nie mógł si

ę

 doczeka

ć

 nocy i powrotu Morskiej 

Dziewczyny. 
W ko

ń

cu zmrok zapadł na morzu, w górze rozbłysły gwiazdy i ksi

ęŜ

yc zal

ś

nił srebrnym 

blaskiem. 
Czeka Gunnar noc cał

ą

, czeka do białego rana, Dziewczyny Morskiej jak nie ma, tak nie 

ma. 
Pewnie j

ą

 wi

ę

zi zła Wied

ź

ma o Czerwonych Oczach — my

ś

li Gunnar zrozpaczony — 

ju

Ŝ

 ona do mnie nie wróci. Co teraz pocz

ąć

 mam nieszcz

ę

sny, uwi

ę

ziony na tej skale, 

bez łodzi, bez 

Ŝ

agla, bez wioseł? Jak wyrwa

ć

 Morsk

ą

 Dziewczyn

ę

 z niewoli? 

Kiedy tak siedział zatopiony w smutku i pos

ę

pnych my

ś

lach, nagle przypomniał sobie o 

darze zimorodków. Wyj

ą

ł piórko ptasie i zacz

ą

ł je głaska

ć

 i obraca

ć

 w palcach. 

Jakie

Ŝ

 było jego zdumienie, gdy w tej samej chwili ujrzał przed sob

ą

 par

ę

 małych 

ptaszków trzepoc

ą

cych skrzydełkami. Kiwały główkami i ciekawie, bez l

ę

ku przygl

ą

dały 

mu si

ę

 czarnymi oczkami. 

—  Witaj nam, Gunnarze! — przemówiły — co ci

ę

 sprowadza do nas ? Mów 

ś

miało, 

bowiem ten, kto przybywa od naszych drogich krewniaków zza morza, jest naszym 
przyjacielem. 
Uradował si

ę

 Gunnar na te słowa i opowiedział zimorodkom o swoich przygodach, o 

tym jak przepłyn

ą

ł sze

ść

 mórz nieprzebytych, jak si

ę

 tu rozbił o skał

ę

, jak spotkał 

Dziewczyn

ę

 Morsk

ą

 i jak zla wied

ź

ma niczym wicher p

ę

dziła za ni

ą

 po morzu. 

—  Daremnie noc cał

ą

 czekałem na Dziewczyn

ę

 Morsk

ą

Ś

wit biały nastał, a ona nie 

przybyła. Pewnie wied

ź

ma zamkn

ę

ła j

ą

 i wi

ę

zi. Rozpacz mnie chwyta i gniew bezsilny, 

gdy pomy

ś

l

ę

Ŝ

e ona tam nieszcz

ęś

liwa oczy wypłakuje, pró

Ŝ

no ratunku czeka, a ja na 

tej skale bezczynnie siedz

ę

 i nie wiem, co czyni

ć

, by j

ą

 z r

ą

k straszliwej czarownicy 

uwolni

ć

Wysłuchały zimorodki uwa

Ŝ

nie opowie

ś

ci Gunnara, a gdy sko

ń

czył, odezwały si

ę

 w te 

słowa: 
—  Wła

ś

nie wracamy zza horyzontu. Tam z samego 

ś

rodka Morza Snu i Milczenia 

wyrasta samotna góra, a na jej szczycie jest otwór prowadz

ą

cy a

Ŝ

 na dno gł

ę

biny, do 

pałacu Wied

ź

my o Czerwonych Oczach. Kiedy

ś

my przelatywały nad gór

ą

, słyszały

ś

my 

j

ę

ki i skargi Morskiej Dziewczyny i wrzask czarownicy, która jej pilnuje. Morski krab, co 

ma tam sw

ą

 kryjówk

ę

, powiedział nam, 

Ŝ

e wied

ź

ma nie odst

ę

puje jej na krok, 

przywi

ą

zała Dziewczyn

ę

 ła

ń

cuchem do ło

Ŝ

a i bije j

ą

 biczem splecionym z morskich 

w

ęŜ

ów za to tylko, 

Ŝ

e odwa

Ŝ

yła si

ę

 wypłyn

ąć

 ukradkiem na t

ę

 stron

ę

 horyzontu, na 

morze o falach zielonych jak trawa, i karmi

ć

 ptaki morskie złotym ziarnem i słucha

ć

 

wie

ś

ci, jakie jej znosiły o tobie, Gunnarze. 

—  A wi

ę

c wied

ź

ma wie wszystko? — zawołał Gunnar z przestrachem. 

—  Ma ona swoich szpiegów po

ś

ród barwnych meduz, to one jej donosz

ą

 o wszystkim, 

co si

ę

 dzieje na morzu. 

—  Cho

ć

bym miał zgin

ąć

 najstraszniejsz

ą

 

ś

mierci

ą

, musz

ę

 zgładzi

ć

 Wied

ź

m

ę

 o 

Czerwonych Oczach! —wykrzykn

ą

ł Gunnar wznosz

ą

c dłonie w gór

ę

12 
—  Pomo

Ŝ

emy ci, Gunnarze, bo kochamy Dziewczyn

ę

 Morsk

ą

 i nienawidzimy złej 

czarownicy — powiedziały zimorodki. — A teraz posłuchaj nas uwa

Ŝ

nie: 

background image

Ni ogie

ń

, ni woda, ni ostrze 

Ŝ

elaza nie imaj

ą

 si

ę

 Wied

ź

my o Czerwonych Oczach. Nikt 

jej pokona

ć

 nie zdoła, ka

Ŝ

dego zamieni

ą

 w głaz jej krwawe 

ś

lepia. Ale jest sposób 

jedyny, który mo

Ŝ

e pozbawi

ć

 j

ą

 

Ŝ

ycia. 

—  Jaki

Ŝ

 to sposób, wyjawcie mi go, zaklinam! — zawołał Gunnar niecierpliwie. 

—  Na skraju widnokr

ę

gu, tam gdzie ko

ń

czy si

ę

 siódme morze o zielonych falach, na 

którym teraz przebywasz, jest w

ą

ska cie

ś

nina. Jej nurty ł

ą

cz

ą

 si

ę

 z wodami Morza Snu i 

Milczenia. Z obu stron cie

ś

niny rozci

ą

gaj

ą

 si

ę

 długie pasy l

ą

du ocienione wysokim 

lasem. Z lewej strony ro

ś

nie las cedrowy, a z prawej — sosnowy. W cedrowym lesie 

stoi drzewo tysi

ą

cletnie, w jego pniu na pól spróchniałym ze staro

ś

ci znajduje si

ę

 

dziupla gł

ę

boka, a w tej dziupli spoczywa małe czarne jajeczko, w którym zakl

ę

ta jest 

dusza Wied

ź

my o Czerwonych Oczach. Je

ś

li kto

ś

 rozbije czarne jajeczko, w tej samej 

chwili j

ę

dza przestanie 

Ŝ

y

ć

. Ale jaja ukrytego w dziupli strze

Ŝ

e olbrzymi smok o stu 

oczach, co nigdy nie zasypia. 
—  Cho

ć

by i tysi

ą

c miał oczu, ja si

ę

 nie ul

ę

kn

ę

! — zakrzykn

ą

ł Gunnar. Musz

ę

 ocali

ć

 

moj

ą

 ukochan

ą

! Ale jak tam dopłyn

ąć

 bez tratwy, bez łodzi? 

—  O to si

ę

 nie martw, ju

Ŝ

 nasza w tym głowa — za

ś

wiergotały ptaszki i wydały 

przenikliwy gwizd, raz, drugi i trzeci. 
Na ten zew zleciały si

ę

 zewsz

ą

d ptaki morza, jezior i moczarów, dzikie łab

ę

dzie, 

Ŝ

urawie, czaple siwe, białe, purpurowe i czarne, bociany klekoc

ą

ce długimi dziobami, 

ś

migłe kormorany, pelikany, ró

Ŝ

owe flamingi, czerwone ibisy, dzikie orły-rybołowy, 

nawet biało-czarne pingwiny przyfrun

ę

ły z lodowych pól, a ile mew, czajek, rybitw 

krzykliwych, ile nurów, traczy, kurek wodnych, morskich g

ę

si, mi

ę

kkopiórych edredo-

nów! Tysi

ą

ce, tysi

ą

ce skrzydeł furkotało w powietrzu, a wci

ąŜ

 nowe roje nadlatywały z 

daleka. 
—  Bracia i siostry! — zawołały zimorodki. — Czy chcecie pomóc Morskiej Dziewczynie 

—  Zrobimy dla niej wszystko, co w naszej mocy! — odkrzykn

ę

ły ptaki. — Wiemy, 

Ŝ

jest przyjaciółk

ą

 ptasiego rodu. Czy grozi jej niebezpiecze

ń

stwo? 

—  Wi

ę

zi j

ą

 Wied

ź

ma o Czerwonych Oczach na Morzu Snu i Milczenia. Gunnar, 

ś

eglarz Siedmiu Mórz, pragnie j

ą

 wyrwa

ć

 z mocy złej czarownicy, lecz nie ma on ni 

łodzi, ni tratwy.  Musimy mu pomóc. 
—  Nic łatwiejszego! — ucieszyły si

ę

 ptaki. — Zaraz zbudujemy z naszych piór 

pływaj

ą

ce gniazdo. 

I w tej samej chwili j

ę

ły sobie wyrywa

ć

 piórka, znosi

ć

 w dzióbkach muł i wodorosty i 

lepi

ć

 wielkie, okr

ą

głe pływaj

ą

ce gniazdo. Było tak pi

ę

kne, tak lekko kołysało si

ę

 na fali, 

Ŝ

e Gunnar a

Ŝ

 krzykn

ą

ł z zachwytu. 

Kiedy wszystko ju

Ŝ

 było gotowe, ptaki odleciały do swoich krajów, a zimorodki 

powiedziały do Gunnara: 
—  A teraz w drog

ę

, nie ma chwili do stracenia! Nim sło

ń

ce przejdzie pół nieba, musimy 

dotrze

ć

 do cie

ś

niny u skraju widnokr

ę

gu. Wsiadaj do łodzi, a oto twój 

Ŝ

agiel — do- 

13 
dały wskazuj

ą

c dzióbkami płacht

ę

-niewidk

ę

, ów płat płótna, którym osłoniła Gunnara 

Morska Dziewczyna przed czerwonymi oczami Wied

ź

my. 

Usiadł Gunnar w pływaj

ą

cym ptasim gnie

ź

dzie, rozwin

ą

ł 

Ŝ

agiel, zimorodki przycupn

ę

ły 

po obu bokach i tak razem ruszyli w/ drog

ę

background image

Pierzaste czółno p

ę

dziło niczym wiatr po siódmym morzu o falach zielonych jak trawa i 

wkrótce wpłyn

ę

ło w w

ą

sk

ą

 cie

ś

nin

ę

 na skraju widnokr

ę

gu. 

—  Teraz steruj na lewo, Gunnarze, tam gdzie las cedrowy — mówi

ą

 zimorodki. Chwycił 

Gunnar p

ę

k wielkich piór orlich, zanurzył w wodzie jak wiosło i skierował 

łód

ź

-gniazdo na lewo. Lekko, cicho dobili do brzegu zarosłego dzikim g

ą

szczem drzew, 

krzewów i lian. Gunnar szybko wyskoczył na l

ą

d, swoj

ą

 ptasi

ą

 łódk

ę

 uwi

ą

zał p

ę

dami 

lian i nie trac

ą

c chwili zacz

ą

ł sporz

ą

dza

ć

 łuk i strzały. Gdy ju

Ŝ

 setk

ę

 długich strzał obcio-

sał ostrym krzemieniem, zwi

ą

zał je mocnym łykiem, łuk zarzucił na plecy i ruszył w las, 

ą

 para zimorodków wskazywała mu drog

ę

— Widzisz tam w dali ten wielki cedr na wpół spróchniały ze staro

ś

ci ? To w jego pniu 

ukryta jest dusza Wied

ź

my o Czerwonych Oczach. Musisz teraz ostro

Ŝ

nie pod-kra

ść

 si

ę

 

do

ń

, ale wpierw osło

ń

 si

ę

 płacht

ą

-niewidk

ą

, by smok ci

ę

 nie dostrzegł — poradziły ptaki. 

Podpełzł Gunnar, jak mógł najciszej, w stron

ę

 cedru, lecz smok był czujny, posłyszał 

szmer i wyczołgał si

ę

 z dziupli. Jego ryk zatrz

ą

sł lasem, a

Ŝ

 szczyty drzew pochyliły si

ę

 z 

przestrachu jakby przygi

ę

te wichrem. Potwór miał paszcz

ę

 ziej

ą

c

ą

 ogniem, ze łba 

miotało iskry sto płon

ą

cych 

ś

lepi, pot

ęŜ

ny ogon pokryty błyszcz

ą

c

ą

 łusk

ą

 walił z 

w

ś

ciekło

ś

ci

ą

 o ziemi

ę

, a

Ŝ

 dudniła głucho. 

Porwał Gunnar łuk z pleców, zało

Ŝ

ył strzał

ę

, napi

ą

ł ci

ę

ciw

ę

. Strzała pomkn

ę

ła ze 

ś

wistem i utkwiła w jednym ze stu 

ś

lepi smoka. Za ni

ą

 druga i trzecia, dziesi

ą

ta, 

dwudziesta. Zawył potwór z bólu i zacz

ą

ł si

ę

 miota

ć

 w

ś

ciekle na wszystkie strony, nie 

widz

ą

c, sk

ą

d wróg nadchodzi, bo płachta-niewidka dobrze skrywała Gunnara. 

A on tymczasem szył we

ń

 strzałami bez przerwy, bez odpoczynku. Ju

Ŝ

 dziewi

ęć

dziesi

ą

dziewi

ęć

 

ś

lepi potwora przebił ostrymi pociskami, zostało jeszcze setne, ostatnie. 

Zało

Ŝ

ył Gunnar sw

ą

 ostatni

ą

 strzał

ę

 na ci

ę

ciw

ę

, lecz, o zgrozo, ci

ę

ciwa, p

ę

kła, nim 

zd

ąŜ

ył strzał

ę

 wypu

ś

ci

ć

 z łuku. 

Ale m

ęŜ

ny 

Ŝ

eglarz nie stracił odwagi, wyrwał t

ę

gie drzewko z ziemi, szybko jak 

błyskawica podbiegł do potwora i jednym ciosem powalił go trupem. 
Gunnarze, dalej, w skok! Legł   martwy   straszny   smok!' 
— 

ś

piewały zimorodki rado

ś

nie, kołuj

ą

c nad głow

ą

 

Ŝ

eglarza. 

A on dumny ze zwyci

ę

stwa ju

Ŝ

 znikn

ą

ł w olbrzymiej dziupli. Długo szukał czarnego 

jajeczka w grubej warstwie próchna zalegaj

ą

cego wn

ę

trze pnia, ju

Ŝ

 zrozpaczony stracił 

nadziej

ę

, gdy nagle poczuł w dłoni mały, kr

ą

gły kształt. 

—  To ono! Czarne jaje, a w nim przekl

ę

ta dusza złej Wied

ź

my o Czerwonych Oczach! 

14 
-  ** 

 

 
Uradowany wyskoczył z dziupli, chwycił kamie

ń

 i roztrzaskał jaje na miazg

ę

. Głuchy j

ę

rozległ si

ę

 w lesie, z dala od strony morza podniósł si

ę

 szum złowrogi, jakby huragan 

rozszalał si

ę

 w przestworzach. Potem wszystko ucichło, tylko ptactwo gnie

Ŝ

d

Ŝą

ce si

ę

 w 

koronach cedrów zacz

ę

ło 

ś

piewa

ć

ś

wiergota

ć

, gwizda

ć

, szczebiota

ć

 i wyci

ą

ga

ć

 gło

ś

ne 

trele jak podczas godów wiosennych. Wielka rado

ść

 zapanowała na 

ś

wiecie, bowiem 

sko

ń

czyło si

ę

 panowanie okrutnej Wied

ź

my, przed któr

ą

 dr

Ŝ

ało wszystko, co 

Ŝ

yje w 

morzu, w powietrzu i na ziemi. 
—  Teraz czym pr

ę

dzej za siódme morze, na tamt

ą

 stron

ę

 horyzontu! — zawołał 

Gunnar p

ę

dz

ą

c co tchu w stron

ę

 łódki. 

background image

Gdy si

ę

 tam znale

ź

li, ptaszki, jego wierni przewodnicy, pokiwały łebkami, po

ś

wier-gotały 

ze sob

ą

, a potem rzekły mu te słowa: 

—  Nie pu

ś

cimy ci

ę

, Gunnarze, za siódme morze bez gał

ą

zki cudownego drzewa. 

Wszak wiesz o tym, 

Ŝ

e ka

Ŝ

dy, kto si

ę

 znajdzie na tamtych wodach, musi zapa

ść

 w sen 

nieprzespany, z którego si

ę

 nie obudzi. Tylko gał

ąź

 czarodziejska zdolna jest odegna

ć

 

ode

ń

 zły czar, jakim tchn

ą

 fale tego morza. Musisz si

ę

 zatem uzbroi

ć

 w cierpliwo

ść

, a 

my tymczasem polecimy do siedziby Wied

ź

my i uszczkniemy p

ę

d z drzewa rosn

ą

cego 

na szczycie góry. Dopiero wtedy b

ę

dziesz mógł wyruszy

ć

 w drog

ę

Zasmucił si

ę

 Gunnar gł

ę

boko, teraz bowiem, gdy sczezła ju

Ŝ

 ze 

ś

wiata zła Wied

ź

ma, 

ka

Ŝ

da chwila dziel

ą

ca go od uwolnienia Dziewczyny Morskiej wydawała mu si

ę

 

wieczno

ś

ci

ą

. Ale nie było rady. Musiał czeka

ć

 na powrót zimorodków, je

ś

li chciał 

Ŝ

ywy 

dotrze

ć

 do swej ukochanej. 

A ptaszki uniosły si

ę

 w gor

ę

 wysoko i wkrótce znikły mu sprzed oczu. 

Czas upływał powoli. Gunnar zacz

ą

ł zrywa

ć

 owoce mango, których tu rosła obfito

ść

zbierał 

Ŝ

ółwie jaja w nadbrze

Ŝ

nym piasku, a kiedy si

ę

 posilił, uło

Ŝ

ył si

ę

 w cieniu i zasn

ą

ł 

ę

boko. 

Zbudziło go lekkie mu

ś

ni

ę

cie ptasich skrzydeł. Zerwał si

ę

 z ziemi i z rado

ś

ci

ą

 powitał 

swoich male

ń

kich przyjaciół. W dzióbkach trzymały gał

ą

zki cudownego drzewa, co 

chroniło   przed   snem   nieprzespanym. 
—  Teraz naprzód! Bez zwłoki! — nagliły zimorodki. — Gdy kr

ąŜ

yły

ś

my nad gór

ą

 

po

ś

rodku Morza Snu i Milczenia, słyszały

ś

my j

ę

ki Dziewczyny Morskiej. Płakała gło

ś

no i 

wzywała ciebie, Gunnarze! Chciały

ś

my j

ą

 pocieszy

ć

, zapewni

ć

Ŝ

e czuwasz, 

Ŝ

e wkrótce 

j

ą

 uwolnisz, krzyczały

ś

my, wołały

ś

my w gł

ą

b czarnej czelu

ś

ci wiod

ą

cej do podwodnego 

pałacu, ale głosy, jak wiesz, mamy słabe, ciche, wi

ę

c nas pewnie nie mogła dosłysze

ć

Ś

cisn

ę

ło si

ę

 serce Gunnarowi z 

Ŝ

alu nad m

ę

k

ą

 Morskiej Dziewczyny, bez słowa skoczył 

do łódki z piór ptasich i chwycił za wiosła, które sobie ju

Ŝ

 przedtem sporz

ą

dził z 

cedrowych konarów. 
Łód

ź

-gniazdko pomkn

ę

ła jak błyskawica po falach i wkrótce dosi

ę

gła kra

ń

ca w

ą

skiej 

cie

ś

niny dziel

ą

cej oba morza. 

—  T

ę

dy biegnie horyzont — powiedziały zimorodki — po tamtej stronie rozci

ą

ga si

ę

 

Morze Snu i Milczenia. Teraz we

ź

 zamiast wioseł dwie gał

ą

zki cudownego drzewa, by 

ci

ę

 nie opadła senno

ść

, na któr

ą

 nie ma ratunku. Nawet' my musimy ulecie

ć

 wysoko w 

gór

ę

, by nie ulec złemu czarowi tych wód. Z wysoka b

ę

dziemy ci wskazywa

ć

 drog

ę

16 
Gdy dzielny 

ś

eglarz Siedmiu Mórz przepłyn

ą

ł granic

ę

 horyzontu i znalazł si

ę

 na Morzu 

Snu i Milczenia, chciał wyda

ć

 okrzyk zdumienia, lecz głos zamarł mu w gardle i 

Ŝ

aden 

d

ź

wi

ę

k nie dobył si

ę

 z ust młodzie

ń

ca. 

Zapatrzony w cudowne zjawisko bezwiednie wypu

ś

cił z r

ą

k czarodziejskie gał

ą

zki. 

Ogarn

ę

ło go nagle jakie

ś

 wielkie, łagodne znu

Ŝ

enie, jaka

ś

 szcz

ęś

liwo

ść

 niewymowna, 

dot

ą

d nieznana. Bezmierna przestrze

ń

 morza promieniała bł

ę

kitem tak czystym, 

Ŝ

e zda 

si

ę

 nie wody to były, lecz sam lazur roztopiony, jakby wysokie niebo zanurzyło si

ę

 w 

tych toniach bezdennych. Gładkie jak zwierciadło tafle l

ś

niły blaskiem nieziemskim, 

najmniejsza falka nie marszczyła spokojnej powierzchni, 

Ŝ

aden plusk, powiew 

Ŝ

aden 

nie m

ą

cił martwej ciszy. Milczało morze i niebo, a było to milczenie tak dziwne, 

Ŝ

e Gun-

nar zadr

Ŝ

ał przej

ę

ty l

ę

kiem i nagle poczuł, 

Ŝ

e powieki opadaj

ą

 mu na oczy, jaka

ś

 

oci

ęŜ

ało

ść

 obezwładnia ciało i nieprzeparta ch

ęć

 snu nim owłada. 

background image

Wtem z góry opadły mu na rami

ę

 jak pierzaste kule dwa zimorodki, przestraszone, 

dr

Ŝą

ce. Szybko, szybko wcisn

ę

ły mu dziobkami w dłonie czarodziejskie gał

ą

zki i nim 

spostrzegł, co si

ę

 stało, uleciały w gór

ę

I oto czar prysn

ą

ł, senno

ść

 go odbiegła, powróciły siły i ch

ęć

 walki. Machn

ą

ł Gunnar 

jedn

ą

 gał

ę

zi

ą

 i drug

ą

, zanurzył je w wodzie jak wiosła. 

Ra

ź

no sun

ę

ła łódeczka po zwierciadlanej tafli i w ko

ń

cu ujrzał Gunnar przed sob

ą

 

wznosz

ą

c

ą

 si

ę

 po

ś

rodku morza wysok

ą

 gór

ę

. Przybił do urwistego brzegu i kr

ę

t

ą

 

ś

cie

Ŝ

k

ą

 zacz

ą

ł si

ę

 wspina

ć

 na szczyt. Tu siedziały ju

Ŝ

 zimorodki na gał

ę

ziach 

czarodziejskiego drzewa, które rosło u wej

ś

cia do podziemnej siedziby złej Wied

ź

my. 

Z gł

ę

bi doleciało go ciche, 

Ŝ

ałosne łkanie. To płakała Dziewczyna Morska uwi

ę

ziona, 

samotna, przykuta do ło

Ŝ

a ła

ń

cuchem. 

Drgn

ą

ł Gunnar na ten d

ź

wi

ę

k jak podci

ę

ty biczem i zacz

ą

ł pospiesznie schodzi

ć

 w gł

ą

w

ą

skim korytarzem wykutym w skale. 

O

ś

lizłe stopnie wiodły wci

ąŜ

 ni

Ŝ

ej i ni

Ŝ

ej, ju

Ŝ

 znikł wszelki odblask 

ś

wiatła z góry i 

czarna, g

ę

sta ciemno

ść

 zapanowała wokół. Wreszcie dotarł do zakr

ę

tu. Jeszcze kilka 

kroków przeszedł w mroku i stan

ą

ł przed wielkimi wrotami zawartymi na głucho. Pchn

ą

ł 

ci

ęŜ

kie podwoje i oto jego oczom ukazała si

ę

 komnata cała wyło

Ŝ

ona perłow

ą

 mas

ą

Blade 

ś

wiatło s

ą

czyło si

ę

 przez otwór w sklepieniu. O

ś

lepiony, niepewny dok

ą

d zwróci

ć

 

kroki, zatrzymał si

ę

 w progu, gdy wtem posłyszał cichy szept: 

—  To ty, Gunnarze? Wiedziałam, 

Ŝ

e mnie nie opu

ś

cisz, czekałam na ciebie dzie

ń

 i noc. 

Ale ju

Ŝ

 sił mi braknie. Wody, daj mi wody, umieram z pragnienia. 

Pochwycił Gunnar dzban stoj

ą

cy u ło

Ŝ

a Morskiej Dziewczyny i przytkn

ą

ł go do jej warg. 

Długo piła chłodny, o

Ŝ

ywczy płyn, a z ka

Ŝ

dym łykiem wracały jej siły. A potem wzniosła 

do

ń

 błagalnie dłonie skute 

Ŝ

elaznym ła

ń

cuchem i rzekła: 

—  We

ź

 ten topór o ostrzu z diamentów, który tam wisi na 

ś

cianie, i przetnij mi wi

ę

zy. 

Pochwycił Gunnar topór diamentowy i przeci

ą

ł gruby ła

ń

cuch jednym ciosem, a potem 

porwał sw

ą

 ukochan

ą

 w obj

ę

cia i długo tulił do serca. 

—  Zabierz mnie st

ą

d jak najpr

ę

dzej — prosiła Dziewczyna Morska — nie chc

ę

 tu 

zosta

ć

 dłu

Ŝ

ej ani chwili. Teraz, gdy znikn

ę

ła Wied

ź

ma "o Czerwonych Oczach, gdy 

2 — Bafnie z dalekich mórz 
si

ę

 rozwiała jak dym razem ze swymi w

ęŜ

ami, mog

ę

 wróci

ć

 do mych rodziców 

kochanych, do dalekiej ojczyzny za siedmiu morzami. 
Nie zwlekaj

ą

c chwili powiódł Gunnar sw

ą

 mił

ą

 na szczyt góry, gdzie ich powitały wierne 

zimorodki, a potem wszyscy razem uzbrojeni w gał

ę

zie czarodziejskiego drzewa 

przepłyn

ę

li szcz

ęś

liwie Morze Snu i Milczenia i dotarli do skały na siódmym morzu o 

falach zielonych jak trawa. 
Tu pozostawili par

ę

 swych skrzydlatych przyjaciół, podzi

ę

kowali im pi

ę

knie za pomoc i 

ruszyli w dalsz

ą

 drog

ę

 na swej łódce pierzastej, lotniejszej ni

Ŝ

 wiatr. Przebyli 

bezpiecznie morze o barwie fiołków i morze o falach czarnych jak noc bez ksi

ęŜ

yca, i 

morze o falach czerwonych jak krew, i morze o falach 

Ŝ

ółtych niczym miód, przemkn

ę

li 

przez obszary morza białego jak mleko, przepłyn

ę

li przez morze lodowe, a

Ŝ

 wreszcie 

dobili do brzegów porosłych gajami kwitn

ą

cych krzewów i drzew. Była to kraina, w której 

władali rodzice Morskiej Dziewczyny. Nikt nie zdołałby opisa

ć

 ich rado

ś

ci na widok 

cudownie ocalonej córki. 
19 

background image

Wkrótce odbyły si

ę

 za

ś

lubiny Gunnara z Morsk

ą

 Dziewczyn

ą

, weselisko było huczne i 

ja na nim byłem, miód i wino piłem, a czegom si

ę

 dowiedział, tom wam opowiedział. 

A potem Gunnar sprowadził na zamek królewski sw

ą

 matk

ę

 staruszk

ę

 i odt

ą

Ŝ

yli sobie 

w szcz

ęś

ciu i rado

ś

ci. 

Od tej te

Ŝ

 pory wszyscy ludzie w ich pa

ń

stwie jak długie i szerokie, i 

Ŝ

eglarze pływaj

ą

cy 

po siedmiu morzach, i ka

Ŝ

dy, kto słyszał o tej cudownej historii — wszyscy, wszyscy 

darzyli wierne zimorodki najwi

ę

ksz

ą

 przyja

ź

ni

ą

 i strzegli ich gniazdek. 

O pi

ę

knej Inie, dzielnym  Tuanie i Wyspie Znik

ą

d-Donik

ą

Ba

śń

 z mórz południowych 

aleko na morzach Południa le

Ŝ

ał atol male

ń

ki jak pier

ś

cie

ń

 z koralu, zewsz

ą

d oblany 

ę

kitnymi wodami tworz

ą

cymi u brzegów płytkie mielizny. Po

ś

rodku atolu l

ś

niło w 

blaskach sło

ń

ca jeziorko pokryte kwieciem bł

ę

kitnych lotosów. 

Nad brzegiem jeziorka stała chatka z bambusu kryta palmowymi li

ść

mi. W tej chatce 

mieszkała uboga wdowa wraz ze swym synem Tuanem. 
Pewnego razu poszła wdowa ze dzbanem po wod

ę

 do jeziora. Patrzy, a tu na li

ś

ciach 

lotosu le

Ŝ

y jak w gniazdku male

ń

ka, 

ś

liczna dziewczynka i rzewnie płacz

ą

c wyci

ą

ga do 

niej r

ą

czki. 

Zabrała wdowa dziewczynk

ę

 do chaty, utuliła, nakarmiła, napoiła i uło

Ŝ

yła do snu w 

kołysce z trzciny cukrowej. 
Dziecko wyrosło po latach na pi

ę

kn

ą

 dziewczyn

ę

. Drugiej takiej nie było na calutkim 

ś

wiecie. Przybrana matka nadała jej imi

ę

 Ina i kochała j

ą

 jak własn

ą

 córk

ę

, a młody 

Tuan nazwał j

ą

 Kwiatem Lotosu i 

ś

wiata poza ni

ą

 nie widział, znosił jej najcudniejsze 

korale i konchy perłowe, pióra dzikich łab

ę

dzi i flamingów, naszyjniki z z

ę

bów rekina, 

grzebienie z szylkretu. Z dalekich morskich wypraw przywoził j-ej nanizane na sznury 
male

ń

kie białe muszelki, tkaniny barwione jak t

ę

cza i maty tkane z najdelikatniejszych 

włókien białej tapy. 
Kiedy czas nadszedł, rzekła wdowa do Iny: 
—  Pora pomy

ś

le

ć

 o za

ś

lubinach. Ci

ęŜ

ko mi b

ę

dzie na sercu, gdy opu

ś

cisz moj

ą

 chat

ę

ale tak ju

Ŝ

 jest na 

ś

wiecie, 

Ŝ

e dziewczyna idzie za tym, który jej przeznaczony na m

ęŜ

a. 

—  Albo mi tu 

ź

le u ciebie, matko? — za

ś

miała si

ę

 Ina. — Nie chc

ę

 odchodzi

ć

. Tu jest 

moje miejsce i mój dom — dodała spogl

ą

daj

ą

c na Tuana. 

Słyszał to młody 

Ŝ

eglarz i, nie posiadaj

ą

c si

ę

 z rado

ś

ci, zawołał: 

—  A mnie by

ś

 nie chciała za m

ęŜ

a, Ino, zrodzona z kwiecia lotosu? 

—  O niczym bardziej nie marz

ę

 — odpowiedziała Ina 

ś

miało — od dawna serce moje 

nale

Ŝ

y do ciebie, Tuanie. 

Szcz

ęś

cie i rado

ść

 zapanowały w małej chatce nad lagun

ą

, wnet sproszono go

ś

ci 

weselnych z daleka i z bliska na za

ś

lubiny młodej pary. Gdy wszystko było ju

Ŝ

 gotowe 

do uroczystej uczty, poszła Ina nad jezioro narwa

ć

 kwiatów lotosu do wianka. 

Wtem z rozło

Ŝ

ystego drzewa mango rosn

ą

cego nad brzegiem wyskoczył zły czarodziej. 

Straszny był, cały poro

ś

ni

ę

ty czarn

ą

 szczecin

ą

, z dług

ą

 zmierzwion

ą

 brod

ą

, z wielkimi 

zakrzywionymi pazurami. Zamiast nóg miał rybi ogon, a z ramion wyrastały mu czarne 
skrzydła. 
—  A tu

ś

 mi! Teraz mi nie ujdziesz! Od dawna na ciebie czekałem. 

22 

%' 

background image

Krzykn

ę

ła Ina przera

Ŝ

ona widokiem potwora i rzuciła si

ę

 do ucieczki. Lecz było za 

ź

no. Wielkie, zakrzywione pazury czarodzieja pochwyciły j

ą

 jak piórko i uniosły w 

powietrze. Długo leciał z ni

ą

 nad morzem, ju

Ŝ

 znikn

ę

ły w oddali brzegi koralowego atolu 

i złoty piasek nad lagun

ą

, ju

Ŝ

 tylko fale spienione kł

ę

biły si

ę

 w dole pod jej stopami, a 

p

ę

d wiatru tłumił oddech w piersiach. Siły opu

ś

ciły biedn

ą

 In

ę

, w oczach jej pociemniało 

i ju

Ŝ

 nic nie widziała ani nie słyszała. 

Gdy si

ę

 obudziła z omdlenia, le

Ŝ

ała na mi

ę

kkiej białej macie z tapy w pi

ę

knej grocie 

wykutej z koralu, przed ni

ą

 stał stoliczek z perłowej masy, a na nim dzban wody, gar

ść

 

owoców i miseczka ry

Ŝ

u. U jej stóp zieleniła si

ę

 male

ń

ka sadzawka pokryta kwieciem 

lotosów, w której pływały złote rybki z długimi welonami, ze 

ś

cian groty zwieszały si

ę

 

festony wodorostów, a na ka

Ŝ

dym ja

ś

niały cudnym blaskiem p

ę

ki zielonych 

szmaragdów i roje barwnych ptaszków wy

ś

piewywały swe trele. Dziwne to były 

stworzenia, niby ptaszki — niby rybki, bo miały skrzydła do fruwania, lecz zamiast 

Ŝ

ek wyrastały im płetwy. 

—  Czy to sen? Gdzie ja jestem? Gdzie mój Tuan ukochany? — zawołała Ina i zerwała 
si

ę

 z maty. 

—  Jeste

ś

 na Wyspie Znik

ą

d-Donik

ą

d — usłyszała ochrypły głos czarodzieja i jego 

straszliwa posta

ć

, wyrosła nagle przed dziewczyn

ą

Zasłoniła Ina oczy ze zgroz

ą

 i zacz

ę

ła si

ę

 cofa

ć

 przed nim pod koralowe 

ś

ciany groty. 

—  Jestem panem tej wyspy, z której jeszcze nikt 

Ŝ

ywy nie uszedł. Odk

ą

d twa matka 

wymkn

ę

ła si

ę

 spod mej władzy, szukałem ci

ę

 po całym 

ś

wiecie. Je

ś

li mi b

ę

dziesz 

słu

Ŝ

y

ć

 bez szemrania, nie spotka ci

ę

 u mnie nic złego, ale biada ci, gdyby

ś

 zechciała 

ucieka

ć

: zginiesz straszn

ą

 

ś

mierci

ą

 jak ona. A teraz marsz do roboty. Masz codziennie 

karmi

ć

 złote rybki w sadzawce i rozsypywa

ć

 proso dla moich ptaszków. Ale to jeszcze 

nie wszystko. 
23 
Musisz zrywa

ć

 szmaragdy z wodorostów zwieszaj

ą

cych si

ę

 ze 

ś

cian i układa

ć

 je w 

koszach, które sama upleciesz z sitowia porastaj

ą

cego sadzawk

ę

. Co dzie

ń

 musisz mi 

napełni

ć

 klejnotami sto koszy, bo inaczej poznasz co to głód i pragnienie. 

Po tych słowach czarownik znikł tak nagle, jak si

ę

 pojawił, zostawiaj

ą

c In

ę

 we łzach i 

rozpaczy. 
Odt

ą

d dni jej mijały na ci

ęŜ

kiej pracy, w t

ę

sknocie i w udr

ę

ce. Dłonie krwawiły od 

ci

ą

głego splatania koszy i zrywania twardych szmaragdów, które wci

ąŜ

 na nowo 

odrastały, cz

ę

sto przymierała głodem i cierpiała pragnienie, gdy nie zd

ąŜ

yła na czas z 

robot

ą

, bo wtedy srogi potwór nie dawał jej ni kropli wody do picia, ni ziarenka ry

Ŝ

u. 

Jedyn

ą

 pociech

ą

 Iny były złote rybki w sadzawce i te dziwne ptaszki o rybich płetwach 

fruwaj

ą

ce nad jej głow

ą

Pewnego dnia, gdy tak siedziała pochylona nad koszami, łykaj

ą

c słone łzy, zdało jej   

si

ę

,  

Ŝ

e  rozró

Ŝ

nia  w  

ś

piewie  ptaków  słowa: 

Tirli, tirli, tiii. Zly czarodziej 

ś

pi. Zerwij lotosu kwiat, Posłuchaj naszych rad. 

Czy j

ą

 słuch nie myli? Czy

Ŝ

by ptaszki znały ludzk

ą

 mow

ę

? A ptaszki 

ś

piewały dalej: 

Gdy przyjdzie potwór dzi

ś

, Ci

ś

nij mu w 

ś

lepia li

ść

. Zdmuchnij kwiatowy pył, A wnet nie 

b

ę

dzie 

Ŝ

ył. 

Nie wierz

ą

c własnym uszom wstała Ina z maty, pochyliła si

ę

 nad sadzawk

ą

 i zacz

ę

ła 

pełnymi gar

ś

ciami zrywa

ć

 p

ę

ki lotosów. 

background image

O zwykłej porze zjawił si

ę

 przed ni

ą

 czarodziej odwaliwszy ogromny głaz, którym 

zamykał zwykle wej

ś

cie do groty. 

— No, sko

ń

czyła

ś

 robot

ę

? Ile masz koszy gotowych? — zaryczał gro

ź

nie i zacz

ą

ł je 

liczy

ć

 gło

ś

no. — Co? Tylko dziewi

ęć

dziesi

ą

t dziewi

ęć

? My

ś

lisz, 

Ŝ

e darmo ci

ę

 b

ę

d

ę

 

Ŝ

ywił? Poczekaj, odpokutujesz za swe lenistwo. 

Kopn

ą

ł nog

ą

 dzban z wod

ą

, wrzucił ry

Ŝ

 do sadzawki i j

ą

ł okłada

ć

 In

ę

 twardym biczem 

ze skóry rekina. 
Lecz Ina poderwała si

ę

 z kl

ę

czek i szybkim ruchem sypn

ę

ła mu gar

ś

ci

ą

 lotosowych li

ś

ci 

w twarz, dmuchn

ę

ła pyłem kwiatowym w rozw

ś

cieczone 

ś

lepia. 

Jakby ra

Ŝ

ony gromem run

ą

ł potwór na ziemi

ę

, zacz

ą

ł bledn

ą

c, nikn

ąć

, zmniejsza

ć

 si

ę

kurczy

ć

, a

Ŝ

 w ko

ń

cu zmienił si

ę

 w smug

ę

 czarnego dymu i rozwiał w powietrzu. 

Ina, oczom własnym nie wierz

ą

c, długo stała jak wryta nad brzegiem sadzawki i 

rozgl

ą

dała si

ę

 wokół niepewna, czy sk

ą

de

ś

 nie wypadnie z rykiem jej okropny 

prze

ś

ladowca. Ale nawet najmniejszy 

ś

lad ze

ń

 nie pozostał, tylko ptaszki jak oszalałe z 

rado

ś

ci 

24 
 
'

ЩЙШШ

 


*. 

'•». \ 

zacz

ę

ły fruwa

ć

 po całej grocie i 

ś

wiergota

ć

, i 

ś

piewa

ć

 rozgło

ś

nie, tylko złote rybki 

zata

ń

czyły w przejrzystej wodzie wywijaj

ą

c długimi welonami i błyskaj

ą

c kr

ą

głymi 

oczkami. 
Uszcz

ęś

liwiona Ina wybiegła przed grot

ę

 i wydała okrzyk zachwytu. 

Znajdowała si

ę

 na małej wysepce zewsz

ą

d oblanej morzem. Rosły tu drzewa olbrzymie, 

ka

Ŝ

de innej barwy, niebieskie, czerwone, bursztynowe, białe i ró

Ŝ

owe, z gał

ę

zi 

zwieszały si

ę

 soczyste owoce: złote jabłka, fiołkowe granaty, słodkie daktyle i figi: na 

polach 

Ŝ

ółciły si

ę

 dynie, olbrzymie tykwy, ananasy i melony, w zaro

ś

lach szemrały 

strumyki, chłodne 

ź

ródła tryskały spod głazów, bielutkie ko

ź

l

ę

ta pasły si

ę

 na zielonej 

murawie, a stado antylop na widok Iny bez l

ę

ku przybiegło do niej przygl

ą

daj

ą

c si

ę

 jej 

ciekawie wielkimi łagodnymi oczami. 
W cieniu wysokich palm stał pałac o 

ś

cianach ze słoniowej ko

ś

ci, o wrotach 

wysadzanych ró

Ŝ

owymi muszlami. 

Pchn

ę

ła Ina odrzwia pałacu i weszła do 

ś

rodka. Wewn

ą

trz nie było nikogo. Mijała 

ogromne, puste sale wysłane cudnymi kobiercami, pełne nieprzeliczonych skarbów 
zebranych z całego 

ś

wiata, st

ą

pała po posadzkach ze złota i srebra, po drogich 

kamieniach rozrzuconych wsz

ę

dzie niby piasek na morskim wybrze

Ŝ

u. W wielkich 

skrzyniach le

Ŝ

ały stosy szmaragdów nanizanych na sznury. 

Ach! To pewnie te, które musiałam zrywa

ć

 w grocie — pomy

ś

lała Ina i zarzuciła sobie 

na ramiona zielony błyszcz

ą

cy naszyjnik. 

Odt

ą

d chodziła sobie swobodnie po całej Wyspie Znik

ą

d-Donik

ą

d, bawiła si

ę

 z kózkami 

na ł

ą

ce, karmiła złote rybki w sadzawce, zrywała słodkie owoce i orzechy z drzew, 

stroiła si

ę

 w złoto i klejnoty, rozmawiała z ptaszkami-rybami, ale ani na chwil

ę

 nie 

opuszczała jej t

ę

sknota za rodzinnym atolem, za Tuanem i przybran

ą

 matk

ą

background image

Pewnego razu nie wyszła Ina do kózek na ł

ą

ce, do swych rybek w sadzawce, siedziała 

samotnie w ogromnej sali ró

Ŝ

owego pałacu i rozmy

ś

lała smutnie: 

Co oni tam robi

ą

 teraz sami w opuszczonej chatce? Czekali na mnie, czekali, lecz ja nie 

przyszłam na 

ś

lubn

ą

 uczt

ę

. Pewnie ju

Ŝ

 go

ś

cie weselni odeszli, pewnie matka zalewa 

si

ę

 łzami, a Tuan my

ś

li, 

Ŝ

e o nim całkiem *zapomniałam. A mo

Ŝ

e mnie szuka gdzie

ś

 po 

ś

wiecie szerokim?.Mo

Ŝ

e płynie za mn

ą

 po morzu gł

ę

bokim, a wiatry i fale miotaj

ą

 jego 

łodzi

ą

 samotn

ą

Wtem wzrok jej padł na szmaragd tak cudnej pi

ę

kno

ś

ci, wielki niby orzech palmy 

kokosowej, 

Ŝ

e a

Ŝ

 przystan

ę

ła w podziwie. Klejnot zamigotał jasnym, zielonkawym 

blaskiem i stoczył si

ę

 jej pod stopy. 

Podniosła Ina drogocenny kamie

ń

. Ogl

ą

da, obraca w palcach raz, drugi, trzeci, nadziwi

ć

 

si

ę

 jego pi

ę

kno

ś

ci nie mo

Ŝ

e. 

Lecz có

Ŝ

 to si

ę

 dzieje? Szmaragd znikł, a przed ni

ą

 si

ę

 pojawił male

ń

ki człowieczek, 

cały zielony jak drzewo, 

Ŝ

wawy niby wiewiórka i zacz

ą

ł klaska

ć

 z rado

ś

ci zielonymi 

niczym listki r

ą

czkami i ta

ń

czy

ć

, i wywija

ć

 cienkimi nó

Ŝ

kami. 

—  Dzi

ę

ki ci, o dzi

ę

ki ci stokrotnie, wybawicielko moja: — zawołał: — Mów, czego 

pragniesz, a wszystko otrzymasz, ka

Ŝ

dy twój rozkaz b

ę

dzie spełniony. 

—  Kim jeste

ś

, zielony człowieczku? — pyta Ina zdumiona i wystraszona okrutnie. 

—  Jestem królem Wyspy Znik

ą

d-Donik

ą

d. A te wszystkie szmaragdy, które tu le

Ŝą

 w 

pałacu i te, co rosn

ą

 w koralowej grocie, to moi poddani. Zły czarodziej zamienił 

26 
nas wszystkich w zimne kamienie. Lecz teraz, gdy on ju

Ŝ

 przepadł na zawsze i rozwiał 

si

ę

 jak dym, zakl

ę

cie działa

ć

 przestało, wystarczy gdy obrócisz szmaragd trzy razy w 

palcach, a znów wszyscy moi bracia, jak ja tu przed tob

ą

, powróc

ą

 do dawnej postaci. 

Ale tu na naszej wyspie od dawna nie postała stopa 

Ŝ

ywego człowieka, ty

ś

 jest drug

ą

 

istot

ą

 ludzk

ą

, co zawitała do naszego kraju, o córko Królowej Lotosu. Na te słowa 

zadr

Ŝ

ała Ina a

Ŝ

 do gł

ę

bi serca i zawołała: 

—  Ach, zielony człowieczku, wi

ę

c ty

ś

 znał moj

ą

 prawdziw

ą

 matk

ę

? Mów, gdzie ona, 

czy 

Ŝ

yje, czy j

ą

 jeszcze zobacz

ę

—  Twoj

ą

 matk

ą

 była pi

ę

kna Iri, Królowa Lotosów, a ojcem m

ęŜ

ny wojownik Marua. 

Lecz zły czarodziej zabił twego ojca, a matk

ę

 porwał i zawiózł tutaj na nasz

ą

 wysp

ę

gdzie j

ą

 wi

ę

ził w koralowej grocie. Wkrótce umarła biedaczka z rozpaczy i smutku, a po 

jej 

ś

mierci wyrosły w sadzawce kwiaty lotosu, za

ś

 jej słu

Ŝ

ki zamieniły si

ę

 w złote rybki, 

które

ś

 ty karmiła, i w te ptaszki o rybich płetwach. Tylko ciebie zdołała ocali

ć

 pi

ę

kna Iri 

przed złym czarodziejem i ukryła ci

ę

 na jeziorku w

ś

ród li

ś

ci lotosu, gdzie ci

ę

 odnalazła 

przybrana matka. Lecz teraz, Ino, błagam, racz o

Ŝ

ywi

ć

 swym dotkni

ę

ciem mych 

poddanych zakl

ę

tych w szmaragdy. We

ź

 ka

Ŝ

dy kamie

ń

 w dłonie i obró

ć

 trzy razy, gdy 

to uczynisz, powróc

ą

 do dawnej postaci. 

Idzie Ina przez sale pałacu, pochyla si

ę

 nad skrzyniami pełnymi klejnotów, ka

Ŝ

dy z nich 

obraca w dłoniach, raz, drugi i trzeci. Zaroiła si

ę

 Wyspa Znik

ą

d-Donik

ą

d tysi

ą

cem 

male

ń

kich zielonych człowieczków, rozszumiała ich 

ś

piewem i 

ś

miechem, ta

ń

cem i 

weselem. 
Gdy ju

Ŝ

 skrzynie były puste, si

ę

gn

ę

ła Ina r

ę

k

ą

 po naszyjnik, którym si

ę

 przyozdobiła po 

znikni

ę

ciu czarodzieja. Dotyka kamieni, obraca je w palcach, lecz o dziwo, one nie 

znikaj

ą

, nie przemieniaj

ą

 si

ę

 w małych zielonych ludzików, tylko jeszcze cudniejszym 

płon

ą

 blaskiem. 

background image

—  Te szmaragdy nie s

ą

 zakl

ę

te — rzecze król Wyspy Znik

ą

d-Donik

ą

d — to prawdziwe 

klejnoty, we

ź

 je sobie na pami

ą

tk

ę

, Ino, nale

Ŝą

 do ciebie, tak jak wszystko, co si

ę

 tu 

znajduje. B

ą

d

ź

 nasz

ą

 władczyni

ą

, króluj nam i rozkazuj, oddaj

ę

 ci moje berło. 

I mały zielony ludzik wyci

ą

gn

ą

ł do Iny pi

ę

knie rze

ź

bion

ą

 pałeczk

ę

 ze szczerego złota. 

—  Zielony królu — Ina odpowiada — niechaj berło Wyspy Znik

ą

d-Donik

ą

d zostanie 

przy tobie. Lecz je

ś

li chcesz co

ś

 uczyni

ć

 dla Iny, spraw, bym mogła powróci

ć

 na mój 

atol koralowy, do mego ukochanego Tuana, który czeka na mnie ze sw

ą

 star

ą

 matk

ą

Pi

ę

kna jest twoja wyspa, kocham moje rybki złote, moje ptaszki-nieptaszki, kocham was 

wszystkich, moje dobre, zielone ludziki, ale serce mi si

ę

 wyrywa do swoich, tam moje 

szcz

ęś

cie i 

Ŝ

ycie. 

Posmutniał mały człowieczek, zielon

ą

 głow

ę

 zwiesił i tak rzecze: 

—  Ci

ęŜ

ko nam przyjdzie rozstanie z tob

ą

, nasza wybawicielko, ale pro

ś

ba twoja jest 

dla mnie rozkazem. Jutro skoro 

ś

wit zawieziemy ci

ę

 na koralowy atol, do narzeczonego. 

Wiedz jednak o tym, 

Ŝ

e gdy raz st

ą

d odejdziesz, nigdy ju

Ŝ

 wi

ę

cej 

Ŝ

aden człowiek nie 

trafi na nasz

ą

 wysp

ę

Nazajutrz o brzasku weszła Ina do groty, która tak niedawno była jej wi

ę

zieniem, 

zerwała nar

ę

cze kwiatów lotosu, pami

ą

tk

ę

 po zmarłej matce, uwiła z nich wianek na 

27 
głow

ę

, po

Ŝ

egnała si

ę

 ze złotymi rybkami w sadzawce, ze 

ś

licznymi ptaszkami-nieptasz-

kami i pobiegła nad brzeg morza. 
Czekał tam na ni

ą

 mały zielony król ze 

ś

wit

ą

 swoich dworzan. Na falach ju

Ŝ

 si

ę

 kołysała 

ogromna koncha perłowa połyskuj

ą

c mlecznym blaskiem. 

Usiadła Ina na dnie konchy wysłanej ptasim puchem, a zielone ludziki na rozkaz króla 
rozpi

ę

ły białe 

Ŝ

agle i pochwyciły za male

ń

kie wiosła. 

—  

ś

egnaj mi na zawsze Wyspo Znik

ą

d-Donik

ą

d — zawołała Ina, a tłumy zielonych 

człowieczków zacz

ę

ły macha

ć

 na po

Ŝ

egnanie p

ę

kami kwiecia i zieleni. 

I perłowa koncha popłyn

ę

ła z szumem przez fale unosz

ą

c z sob

ą

 In

ę

 i jej male

ń

kich 

Ŝ

eglarzy. 

Nie wiadomo, krótko to trwało czy długo, dzie

ń

 jeden czy chwil

ę

, a ju

Ŝ

 przed oczami 

dziewczyny pojawił si

ę

 brzeg jej rodzinnego atolu. 

—  Widz

ę

 moje drzewo mango! — wykrzykn

ę

ła rado

ś

nie. — I moj

ą

 palm

ę

 ulubion

ą

 tam, 

nad jeziorkiem! Ach, jak

Ŝ

e jestem szcz

ęś

liwa! 

Cicho plusn

ę

ły fale, perłowa koncha dobiła do brzegu i mi

ę

kko zaryła si

ę

 w piasek. 

шшмИЙЁНН

 

Szybko, szybko wyskakuje Ina ze swej czarodziejskiej łodzi, chce podzi

ę

kowa

ć

 

Ŝ

eglarzom, lecz zaledwie dotkn

ę

ła stop

ą

 złocistego piasku, perłowa koncha znikła w 

falach, znikn

ę

li zieloni ludkowie, rozpłyn

ą

ł si

ę

 w powietrzu male

ń

ki król Wyspy Znik

ą

d--

Donik

ą

d. 

Ś

pieszy Ina z bij

ą

cym sercem do chaty. Na jej długich czarnych włosach bł

ę

kitnieje 

wianek przecudnych lotosów, na jej piersi l

ś

ni naszyjnik z zielonych szmaragdów. 

Patrzy, a tu na progu stoi Tu

ą

n, jej ukochany, r

ę

ce do niej wyci

ą

ga i woła: 

—  Pr

ę

dzej, Ino, chod

ź

 ju

Ŝ

 do chaty, czemu

ś

 tak długo zrywała lotosy na wianek, uczta 

ju

Ŝ

 dawno gotowa, wszyscy czekamy na ciebie. 

Padła mu Ina w ramiona, ze szcz

ęś

cia mówi

ć

 nie mo

Ŝ

e. A on j

ą

 wiedzie do chaty, a 

b

ę

bny warcz

ą

, piszczałki graj

ą

, wszyscy si

ę

 wesel

ą

 i wznosz

ą

 okrzyki na cze

ść

 młodej 

pary.                              

Щ

 

background image

— 'Gdzie

ś

 była tak długo, córeczko? — pyta stara matka Tuana — i sk

ą

d masz ten 

pi

ę

kny naszyjnik ze szmaragdów? 

—  Wracam z Wyspy Znik

ą

d-Donik

ą

d — mówi Ina — a ten naszyjnik to pami

ą

tka od 

małego zielonego króla. 
Zdziwili si

ę

 wszyscy słysz

ą

c te słowa, a Ina długo w noc opowiada

ć

 im musiała o swych 

przygodach na wyspie, o złym czarodzieju, o swej biednej matce, Królowej Lotosów, o 
złotych rybkach w sadzawce, o ptaszkach-nieptaszkach 

ś

piewaj

ą

cych ludzk

ą

 mow

ą

, o 

wspaniałym pałacu pełnym skarbów niezliczonych, o tym jak wyzwoliła mieszka

ń

ców 

wyspy z zakl

ę

cia, jak j

ą

 odwie

ź

li na atol w perłowej konsze i o innych cudach, jakie si

ę

 

jej przydarzyły na morzu. 
Odt

ą

d In

ę

 zwano Królewn

ą

 Wyspy Znik

ą

d-Donik

ą

d, a jej naszyjnik ze szmaragdów do 

dzi

ś

 pokazuj

ą

 wnuki i przy ogniskach opowiadaj

ą

 sobie o jej cudownych i dziwnych 

przygodach. 

SPIS TRE

Ś

CI 

O DZIELNYM GUNNARZE, DZIEWCZYNIE MORSKIEJ I CZARODZIEJSKICH 
ZIMORODKACH - BA

ŚŃ

 SKANDYNAWSKA.....5 

O PI

Ę

KNEJ INIE, DZIELNYM TUANIE I WYSPIE ZNIK

Ą

D-DONI-K

Ą

D - BA

ŚŃ

 Z MÓRZ 

POŁUDNIOWYCH................21 
W nast

ę

pnej ksi

ąŜ

eczce przeczytacie o czarodziejskiej piszczałce Olafa, pozwalaj

ą

cej 

pozna

ć

 tajemnice morskich stworze

ń

 i o walce m

ęŜ

nego Halvora z postrachem rybaków 

— białym Rekinem. 
ISBN 83-215-6622-7 
© Text copyright by Wanda Markowska, Anna Milska, Gda

ń

sk 1969 © lUustrations 

copyright by Gizela Bachtin-Karłowska, Gda

ń

sk 1969 

Wydawnictwo Morskie Gda

ń

sk 1983 

Wydanie drugie. Nakład 199 750 + 250 egz. 
Ark. wyd. 3,57. Ark. druk. 4. 
Przekazano do drukarni 18 kwietnia 1983 r. 
Podpisano do druku 1 czerwca 1983 r. 
Papier offset. III ki. 90 g. 
Druk: Zakłady Graficzne w Gda

ń

sku, 

ul. 

Ś

wi

ę

toja

ń

ska 19/23 

Zam. nr 760      D-5