background image

DELORAS  SCOTT 

CO SIĘ WYDARZYŁO 

W SPRINGTOWN 

background image

Prolog 

Kalifornia, rok 1856 

Słońce zapadło za okoliczne wzgórza. Zmrok, któ­

ry ogarnął ziemię, nie był przyjazny. Wysokim sos­

nom i skalistym zboczom nadał groźny wygląd. Mi­

mo to Chance Doyer nie zsiadł z konia. Przez ostatni 

rok podróżował po kraju bogatym w złoto, od jednej 

osady do drugiej. Westchnął ze znużeniem. Mógł za­

przestać poszukiwań, nie miał po co wędrować dalej. 

W oddali, jakieś paręset metrów przed sobą, do­

strzegł na zboczu migotliwy płomień ogniska. Za­

trzymał konia. Nagle ucieszył się, że będzie miał 

z kim porozmawiać. Zaczęła mu już doskwierać sa­

motność i włóczęga. Nadal trawiła go nienawiść do 

Logana i Patrycji. Wprawdzie już wiedział, że nie ży­

ją, lecz przecież to on sam chciał ich zabić. Był już 

blisko celu, gdy nagle, przed niecałym tygodniem, 

ktoś go wyręczył i pozbawił satysfakcji. 

Chance spojrzał na niebo usiane gwiazdami, a po­

tem znów w stronę ogniska. Pomarańczowe płomie­

nie oświetlały dwie przykucnięte, kiwające się 

w przód i tył postaci. Chance był z natury ostrożny, 

background image

ujął więc w dłoń rewolwer. Po chwili ścisnął kolana­

mi boki konia, by szybciej ruszył naprzód - chciał, 

żeby siedzący przy ognisku słyszeli, że się zbliża. 

- Tato, jak myślisz, ile forsy trzymają w tym biu­

rze Wells Fargo w Columbii? - spytał podekscytowa­

ny Vern. 

- Ciiicho, chłopcze! Nigdy nie wiadomo, kto tu 

się może kręcić. Już ci mówiłem, że nie mam pojęcia. 

Przestań więc mnie o to pytać! - Siwowłosy mężczy­

zna odwrócił się i poprawił na zwiniętej do spania de­

rce. Ciepło ogniska rozgrzewało jego obolałe stawy. 

- Fred, kiedy w końcu coś zjemy? 

- Już gotowe, tato. 

Fred zabierał się do nalewania zupy z królika 

w blaszane miski, kiedy usłyszał, że ktoś nadjeżdża. 

Zerknął na ojca i brata. Ojciec przyciągnął bliżej 

strzelbę, brat stał sztywno, z dłonią na rewolwerze. 

- No, dalej, nalewaj tę zupę, Fred - cicho rozkazał 

synowi Gus Himple. - Zachowuj się jakby nigdy nic. 

Cholera, Vern, ale tu ruch! 

Kiedy nieznajomy na koniu zbliżył się na tyle, że 

mogli go widzieć, przyjrzeli mu się otwarcie. Był słu­

sznej postury, miał krótką brodę tego samego piasko­

wego koloru co włosy opadające mu aż za kołnierz 

brązowej kurtki. Kapelusz naciągnął głęboko na oczy. 

Mężczyzna zręcznie zeskoczył z konia i podszedł do 

ogniska, uśmiechając się z rezerwą. Jedno uważne 

spojrzenie wystarczyło, by uśmiech zniknął z jego 

twarzy. 

background image

- Nazywam się Chance. Pomyślałem sobie, że 

może podzielicie się kubkiem kawy ze zmęczonym 

wędrowcem. 

- Chance? - zaśmiał się nerwowo Fred. - Skąd, 

do cholery, takie imię? 

- Mój tata był szulerem. 

- Chodź tu do nas - zaprosił go Gus. - Fred, podaj 

gościowi zupę. Na pewno jest głodny. 

- To miło z waszej strony. - Chance nie zamierzał 

odmówić darmowego posiłku, chociaż miał przeczu­

cie, że ta trójka wpędzi go w kłopoty. Wziął miskę 

z rąk Freda i przykucnął. 

- Mam na imię Gus, a to moi dwaj synowie: Vera 

i Fred. 

Chance skinął uprzejmie głową i zabrał się do je­

dzenia. 

- Dokąd jedziesz? - spytał stary. 

- Chciałem dotrzeć do Angels Camp i sprawdzić, 

czy zostało tam trochę złota. 

- To powinieneś jechać z nami do Columbii. Mó­

wiono mi, że tam jest jeszcze dużo złota. 

Chance posilał się smaczną zupą, popatrując 

ukradkiem na mężczyzn, pochłoniętych jedzeniem. 

Wyglądali niechlujnie, mieli długie brody, brudne, za­

kurzone ubrania i przepocone kapelusze. Zapach, jaki 

się wokół nich unosił, pasował do ich wyglądu. Mu­

siał przyznać, że gdyby nie spędził poprzedniej nocy 

w hotelu, wcale by się od nich nie różnił. 

Gusa oceniał na co najmniej sześćdziesiątkę. Stary 

miał siwe potargane włosy, czerwony bulwiasty nos, 

background image

twarz pooraną zmarszczkami, brakowało mu prze­

dnich zębów. Mimo wieku zachował muskularną, po­

tężną sylwetkę. Synowie za to byli drobni - niscy 

i chudzi. Cała trójka sprawiała wrażenie, że mogłaby 

zabić człowieka dla samej przyjemności. Lecz czy on 

był inny? Przez te wszystkie łata tylko dzięki umie­

jętności posługiwania się bronią i twardym pięściom 

nie skończył w bezimiennym grobie. 

Przygodni znajomi okazali się, przynajmniej na po­

zór, przyjaźnie usposobieni, mimo to Chance skoń­

czywszy zupę, wstał i szykował się do odejścia. Na­

prawdę nie było ważne, czy dostanie kulkę w Angels 

Camp, czy w Columbii. 

- Dzięki za jedzenie, ale lepiej ruszę w drogę. 

Chcę jeszcze kawałek przejechać, dla mnie za wcześ­

nie na spoczynek. - Miał już wsiadać na konia, kie­

dy stalowa lufa wbiła mu się w żebra. - Co jest, do 

diabła?! 

- Nie denerwuj się - uspokoił go Gus. - Chcemy 

ci tylko ulżyć, oddaj nam swoje manatki. Najpierw 

wyciągnij rewolwer i rzuć na ziemię. Tylko bez sztu­

czek, bo Fred cię zastrzeli. 

- Bardzo mi się podoba ta perłowa kolba - stwier­

dził podniecony Fred. 

- A mnie twój koń - dodał Gus. - Na pewno jest 

lepszy od mojej szkapy. Jak się nazywa? 

- Kaktus - burknął Chance. 

Gus podrapał się w brodę. 

- Czemu go tak nazwałeś? 

- Przekonasz się sam. 

background image

- Nie znam konia, na którym nie potrafiłbym 

jeździć. A teraz cofnij się i rzuć ten cholerny re­

wolwer! 

Chance zacisnął zęby. Był wściekły. Ma stracić 

broń?! To jedyna rzecz, jaką zatrzymał po bracie, 

i bardzo ją cenił. Wyciągnął rewolwer z olstra, po 

czym błyskawicznie się odwrócił i z całej siły uderzył 

Freda pięścią w szczękę. Ten upadł nieprzytomny na 

ziemię. Chance usłyszał strzał, a zaraz potem poczuł 

w ramieniu piekący ból. Odwrócił się, by zaatakować 

pozostałych, lecz było za późno. Vern z rozmachem 

uderzył go kolbą w głowę. Chance poczuł, że pada. 

Ogarnęła go ciemność. 

background image

Rozdział pierwszy 

Columbia, stan Kalifornia 

- Co zrobiłeś? - Amanda Bradshaw wyprostowa­

ła się, nie wypuszczając z ręki mokrej spódnicy. 

- Przecież słyszałaś. Wyjdziesz za mąż za Lestera 

Adama. 

- Naprawdę oszalałeś! Nie wyszłabym za tego 

mydłka nawet za cenę życia! Mój Boże! Przecież on 

jest na dokładkę dwa lata ode mnie młodszy! 

Uważając rozmowę za zakończoną, pochyliła się 

nad miedzianą balią i ułożyła spódnicę na tarze. Roz­

wichrzone kosmyki przylgnęły do zaczerwienionych 

od gorąca policzków. 

- To twój obowiązek! - stwierdził Ben Bradshaw, 

wyciągając z kieszeni chustkę, by obetrzeć czoło. 

- Tato, jak w ogóle mogłeś o czymś takim pomy­

śleć? Gdybym chciała wyjść za mąż, sama bym sobie 

kogoś wybrała! 

- Amando, nie będziemy rozmawiać na podwó­

rzu, wejdź do domu. 

- Nie, nie ma o czym mówić. 

- Nie? A czego ty chcesz? Masz zamiar przez re-

background image

sztę życia prać ludziom brudy? Przecież przybywa ci 

lat. Skończyłaś już dwadzieścia! A spójrz na swoje 

ręce. Całe czerwone, zniszczone od ługu i mydła. 

Nic, tylko pracujesz i pracujesz! 

- Czego nie mogę powiedzieć o tobie! - Amanda 

wytarła ręce w fartuch. - Ty wolisz zdobyć pieniądze 

bez pracy albo lądujesz w więzieniu. Tylko dzięki 

mojemu praniu mamy co włożyć do ust i dach nad 

głową. 

Ben uderzył się w piersi. 

- Dobrze wiesz, że wciąż nie mogę się pogodzić 

z utratą twojej matki. 

- Nie opowiadaj mi tu takich rzeczy, tato. 

Przecież to ty kupiłeś marnie bilet, żeby się jej po­

zbyć. 

- Powinnaś mi być za to wdzięczna. Nie nadawała 

się na matkę. Dlatego muszę przejąć jej obowiązki 

i dopilnować, byś dobrze wyszła za mąż. 

Amanda minęła ojca i weszła do chałupy. Ruszył 

za nią. Nalała sobie wody do kubka, odwróciła się 

i spojrzała podejrzliwie na ojca. 

- A co ty będziesz z tego miał? 

Ben opadł na stare, drewniane krzesło. 

- Jak to, co ja będę z tego miał? Jak w ogóle coś 

podobnego mogło ci przyjść do głowy? - Zdjął brud­

ny, podniszczony kapelusz i wytarł łysinę. - Daję ci 

szansę, byś żyła jak dama. Przeprowadzisz się do ład­

nego domu i nigdy już nie będziesz prała cudzych ła­

chów. 

- Nie wierzę ci. Musisz mieć w tym jakiś inte-

background image

res, inaczej nie chciałbyś się mnie pozbyć. A skoro 

mowa o pieniądzach - chyba wiem, co zrobiłeś 

z tymi, które mi ukradłeś. Zalatuje od ciebie na ki­

lometr. 

- Nie wolno ci chować pieniędzy przed ojcem. 

- Owszem, wolno. To były moje pieniądze. Osz­

czędzałam je, żeby kupić materiał na sukienkę. Mam 

tylko dwie i obie wyglądają jak ścierki. Ale co to cie­

bie obchodzi! 

- No widzisz, właśnie w tym rzecz. Jeśli wyj­

dziesz za Lestera, nie będziesz musiała się martwić 

o takie rzeczy. 

W brązowych oczach Amandy błysnął gniew. 

- Możesz iść powiedzieć Henry'emu Adamowi, 

że nie wyjdę za jego syna! - Wyszła z chałupy i za­

brała się z powrotem do prania. 

- Cholera! - mruknął pod nosem Ben. 

Na myśl o tym, że złoto wymyka mu się z rąk, po­

czuł wściekłość. W końcu człowiek powinien dbać 

o własne dobro! A Henry Adam ma więcej pieniędzy 

niż każdy inny przyzwoity człowiek. Mimo to musiał 

się z nim długo spierać o przyzwoitą sumkę plus pro­

cent z kopalni złota. Henry chciał się doczekać wnu­

ka, zanim Lester stanie, się zbyt chory na to, by móc 

go spłodzić. Ben wetknął chustkę z powrotem do kie­

szeni i rozejrzał się po czystym, choć nad wyraz 

skromnie urządzonym pokoiku. Wszystkie meble zo­

stały zakupione za zarobione przez Amandę pienią­

dze. Jeżeli uda się załatwić sprawę jej zamążpójścia, 

Ben do końca życia nie będzie miał kłopotów finan-

background image

sowych. Musi istnieć sposób na to, by skłonić córkę 

do ślubu. 

Godzinę później znał już ten sposób. 

Amanda wytarła twarz fartuchem. Patrzyła, jak oj­

ciec rusza do miasta. Na jej pełnych ustach pojawił 

się uśmiech. Tego jednego nauczyła się od niego -

przebiegłości. Celowo zostawiła w puszce po ciaste­

czkach trochę pieniędzy. Wiedziała, że kiedy ojciec 

je znajdzie, już więcej nie będzie szukać. Reszta jej 

skarbu ukryta była pod siennikiem. Już niedługo uda 

jej się uzbierać na dyliżans do Sacramento i jeszcze 

trochę zostanie na jedzenie i mieszkanie, póki nie 

znajdzie pracy. Tak czy owak, miała zamiar wyjechać 

z tego przeklętego miasta poszukiwaczy złota. 

W 1855 roku wielki pożar strawił sporą jego część. 

Ostatnio, w ciągu jednego tylko tygodnia dokonano 

dwunastu zabójstw. Nie było w tym nic dziwnego, 

skoro ponad trzydzieści barów szeroko otwierało 

podwoje od wczesnego rana do późnej nocy. Amanda 

zanurzyła następne sztuki odzieży w wodzie. Kiedy 

tylko jej się uda, wyjedzie i nawet się za siebie nie 

obejrzy. 

Wieczorem położyła się spać jak zwykle śmiertel­

nie zmęczona. Nazajutrz czekał ją kolejny pracowity 

dzień, a musiała wstać o świcie, by złożyć i roznieść 

pranie. 

Przyśniło się jej, że porwał ją przystojny nieznajo­

my i zabrał jak najdalej od niewolniczego życia. 

Upierał się, żeby związać jej ręce w nadgarstkach, 

background image

chociaż zapewniała go, że nie będzie uciekać. Nagle 

się obudziła. Zaspana, nie potrafiła się zorientować, 

dlaczego ktoś zapalił lampę. Wtem zobaczyła, że przy 

łóżku stoi ojciec ze sznurem w dłoni. Chciała usiąść, 

lecz nie mogła, bo miała związane ręce. 

- Co robisz, na miłość boską?! - wykrzyknęła, 

a oczy pociemniały jej ze złości. Spróbowała spuścić 

nogi na podłogę, lecz było za późno - ojciec już zdą­

żył je związać w kostkach. - Jeszcze tego pożałujesz. 

- Domyślała się, że wszystko to ma jakiś związek 

z Lesterem Adamem. 

- Ależ, Amando, dlaczego się denerwujesz? -

uśmiechnął się Ben. - Myślę tylko o twojej przy­

szłości. 

- Tato, natychmiast mnie rozwiąż. 

- Obawiam się, że nie mogę tego zrobić. Odmó­

wiłaś wyjścia za Lestera, muszę więc wziąć sprawy 

w swoje ręce. 

- Nie wyjdę za niego! 

- Zobaczymy. Przestań się szarpać. Nie chcę, by 

twój wybranek ujrzał cię w sińcach. 

- Właśnie, że będę się szarpać! Ostrzegam cię: 

rozwiąż te sznury, bo w życiu nie zobaczysz kawałka 

chleba! 

- Przykro mi, ale tak się zachowujesz, że chyba 

cię zaknebluję. 

Amanda wrzeszczała jak opętana, kopała, rzucała 

głową, szarpała się, lecz wszystko na nic. 

Kiedy Ben uporał się z kneblowaniem, po twarzy 

ściekały mu strużki potu. Ale wreszcie udało mu się 

background image

chociaż ją uciszyć. Nienawistne spojrzenie córki mó­

wiło mu, że jednak powinien uważać. Nagłe z całej 

siły kopnęła go w udo. Kiedy cofnął się, zsunęła się 

jakoś z łóżka. 

- Do cholery, Amando, przestań ze mną walczyć. Je­

stem twoim ojcem. Nikt nie powinien bić się z ojcem. 

Patrzył na nią przez chwilę. Wprawdzie oboje byli 

drobnej budowy, lecz Amanda o pół głowy prze­

wyższała go i przyzwyczajona była do wysiłku fizy­

cznego. Niełatwo mu więc przyjdzie Władować ją na 

wóz. Tymczasem dziewczyna już czołgała się w stro­

nę drzwi. To przynajmniej ułatwi mu sprawę, bo kró­

cej będzie musiał ją nieść. 

Kiedy dotarła na próg, podszedł i chwycił ją pod 

pachy. Walczyła zajadłe niczym ranny niedźwiedź. 

Ben naprawdę się namęczył, zanim udało mu się za­

rzucić ją sobie na ramię i zwalić na wóz. Trzymając 

się za obolały krzyż, wdrapał się na kozioł i popędził 

konia, by nieposłuszna córka nie mogła mu uciec 

z wozu. Był naprawdę wykończony, a od domu Hen­

ry'ego Adama dzieliły go dobre trzy kilometry. 

Amanda jeszcze nigdy nie była taka wściekła na 

ojca. Tym razem przekroczył wszelkie granice! Poga­

niał konia tak, że wóz o mało się nie wywrócił. Pró­

bowała się dźwignąć i usiąść, lecz okazało się to nie­

wykonalne. W końcu dała za wygraną, mówiąc sobie, 

że Henry Adam nigdy się na coś podobnego nie zgo­

dzi, a gdyby nawet, to ona przed żadnym kaznodzieją 

nie powie „tak"! 

background image

Ben odetchnął z ulgą - mimo wszystko udało 

mu się jakoś dotrzeć do ładnego piętrowego domu 

Henry'ego. Zatrzymał konia, zeskoczył z wozu, 

wbiegł po trzech stopniach na ganek i załomotał 

pięścią w drzwi. Wydawało mu się, że czeka całe 

wieki. Wreszcie otworzyły się. Stanął w nich potężny 

Henry Adam w nocnej koszuli, trzymając w ręku 

świecę. 

- Co tu, do diabła, robisz w środku nocy?! - wy­

krzyknął. 

- Przywiozłem Amandę - odparł pokornie Ben, 

który nagle stracił pewność siebie. 

Henry rozejrzał się, a nie spostrzegłszy nikogo, 

zwrócił wzrok na Bena. 

- Leży związana na wozie. - Ben dziękował Bo­

gu, że Henry jest wdowcem. 

- Co, do diabła... 

- Henry, na pewno wiele myślałeś o tym małżeń­

stwie i niewątpliwie musi ci na nim naprawdę zale­

żeć, skoro zawarłeś ze mną umowę. Mam pomysł, 

który zadowoli nas wszystkich, ale musimy porozma­

wiać. Może pomożesz mi wnieść Amandę do domu 

i wtedy pogadamy? 

- Dobra. 

- Niestety, nie robię się młodszy. To był twój po­

mysł, więc ty ją wnieś. 

Henry, niezadowolony, podał Benowi świecę, pod­

szedł do wozu i wziął Amandę na ręce. 

- Nie wiem, o co ci chodzi. Jest lekka jak piórko. 

Ben szedł za Henrym, robiąc za jego plecami 

background image

wściekłe miny, bo na nic innego nie mógł sobie po­

zwolić. 

Ułożywszy Amandę na tapczanie, mężczyźni prze­

szli do biblioteki, zamykając za sobą drzwi. 

- Słucham cię, mów - rzucił Henry, opadając 

w głęboki fotel kryty skórą. 

Ben skrzyżował ręce na plecach, podszedł bliżej 

i spojrzał Henry'emu prosto w oczy. 

- No więc jest tak. Moja mała Amanda nie wie, 

jak spożytkować rozum, z którym się urodziła. Nie do 

wiary, jak się zaparła, że nie wyjdzie za Lestera, ta­

kiego miłego chłopaka. Dzięki Bogu, mogłem się tu 

z nią znaleźć, by przywołać ją do rozsądku. 

- I co dalej? 

- Ponieważ okazała się taka nieugięta, pomy­

ślałem, że jest tylko jeden sposób wydania jej za 

mąż. Ten wędrowny kaznodzieja może to załatwić... 

- Ben podrapał się w głowę. - No, jak mu tam... 

Hanson! 

- Ale jak ją zmusimy, by wyraziła zgodę? 

- Tym się nie kłopocz, to żaden problem. - Ben 

wyciągnął buteleczkę z kieszeni i usiadł na krześle 

naprzeciwko gospodarza. - Przez kilka dni potrzy­

masz ją w zamkniętym pokoju, a kiedy pojawi się ka­

znodzieja, ja dam jej odrobinę tego. - Podniósł bute­

leczkę. - Tak ją zamroczy, że nawet nie będzie wie­

działa, na co wyraża zgodę. Znam swoją córkę. 

A kiedy uprzytomni sobie, że jest mężatką, ustatkuje 

się i na pewno będzie z niej dobra synowa dla ciebie 

i żona dla Lestera. Kocha dzieci. 

background image

Henry wybuchnął śmiechem. 

- Do diabła, to niezły pomysł! 

Ben przymknął oczy z ulgą. To była naprawdę 

ciężka noc, lecz przynajmniej ta część planu się 

udała. 

Lester zszedł na dół, by sprawdzić, co się dzieje. 

Wstrząsnął nim widok dziewczyny, która skakała 

w stronę drzwi, mając nogi związane w kostkach. 

- Amanda? - upewnił się, po czym podszedł do 

niej i jeszcze bardziej się zdumiał, gdyż zobaczył, że 

ma również skrępowane przeguby, a w ustach knebel. 

Gdy wyciągnął rękę, w jej oczach błysnął strach. - Ja 

chcę tylko wyjąć knebel - powiedział łagodnie. 

Amanda skinęła głową i odwróciła się, by mógł 

rozwiązać supeł. 

- Nie wyjdę za ciebie, Lester - oświadczyła, od­

zyskawszy oddech. 

- O czym ty mówisz? 

Patrzyła na chudego młodego mężczyznę, a wła­

ściwie chłopca, o twarzy białej jak alabaster. Nie mia­

ła nawet pewności, czy skończył osiemnaście lat. 

- Chcesz powiedzieć, że nic ci na ten temat nie 

wiadomo? 

- Zgadza się. Rozwiążę cię i opowiedz mi, o co tu 

chodzi. - Najwyraźniej chciał coś dodać, ale uniemo­

żliwił mu to napad kaszlu. 

Zobaczyła, że Lester zgina się wpół i opiera 

o drzwi. Pomiędzy atakami kaszlu słychać było jego 

świszczący oddech. Naprawdę czuła litość dla tego 

background image

chłopaka, ale też nie miała pewności, czy czasem nie 

zabarykadował sobą drzwi po to, by nie mogła uciec. 

Może był w zmowie z jej ojcem? Czas upływał. Mu­

siała uciekać! Już chciała odsunąć Lestera, kiedy atak 

kaszlu minął i młodzieniec się wyprostował. Wyciąg­

nęła do niego związane ręce, prosząc, by ją oswo­

bodził. 

- Nikt mnie nie zmusi, bym za ciebie wyszła. Jeśli 

mnie nie rozwiążesz, pożałujesz! 

- Powiedz mi, o co tu w ogóle chodzi. 

- Nie udawaj, że nie wiesz o planach twojego 

i mojego ojca. - Amanda ze zdumieniem stwierdziła, 

że Lester czerwienieje ze złości. 

- Powinienem się domyślić, że ojciec będzie się 

starał rozdzielić mnie z Polly O'Neil. - Lester zręcz­

nie rozwiązał węzeł. - Jest wściekły, bo mu powie­

działem, że chcę się ożenić z tancerką. No, ale nie da­

my im postawić na swoim. Wymyślimy własny plan. 

Zaskrzypiały drzwi biblioteki. Amanda zamarła. 

Straciła okazję ucieczki. 

- Posłuchaj - szepnął Lester - jakoś nas z tego 

wyciągnę, ale musisz mi pomóc. Udawaj, że zga­

dzasz się na małżeństwo. 

Amandę ogarnęło przerażenie. 

- Nie znasz mojego ojca. Jak tylko coś sobie po­

stanowi, zawsze tego dopnie. 

- Musisz mi zaufać. Przechytrzymy ich. Już idą. 

Amanda wahała się, czy rzucić się do drzwi i wy­

biec na dwór, czy posłuchać Lestera. Nie miała wy­

boru, ponieważ mężczyźni weszli do sieni. Zupełnie 

background image

załamana, zarzuciła Lesterowi ręce na szyję. Pomy­

ślała, że w ten sposób zyska na czasie. 

- Amando, wierz mi - mruknął jej do ucha - ja 

też chcę stąd zniknąć. Musisz mnie ze sobą zabrać. 

- Co tu się dzieje? - spytał Henry. 

Lester odwrócił się i uśmiechnął. 

- Dziękuję ci, tato. Nie wierzyłem, że Amanda mi 

przebaczy po tym, jak się pokłóciliśmy. Kiedy się do­

myśliłeś, co nas łączy? 

Dwaj ojcowie popatrzyli na siebie, a potem na parę 

młodych. 

- O czym on mówi, dziewczyno? - spytał podej­

rzliwie Ben, marszcząc brwi. 

Wiedziała, że nie ma nic do stracenia. Zmusiła się 

do uśmiechu. 

- Lester mnie przekonał, bym za niego wyszła. 

Kochamy się od dziecka. Będę miała śliczną suknię 

ślubną, prawda? 

- Oczywiście - zapewnił Henry. 

Ben nie miał pewności, o co właściwie chodzi 

młodym, lecz wolał nie pytać. W każdym razie nie 

w obecności Henry'ego. 

- W takim razie nie ma co zwlekać. Trzeba obu­

dzić kaznodzieję! 

- Ale... ale potrzebuję choć kilku dni, żeby się 

przygotować. - Zerknęła na Lestera, a widząc, że 

skinął lekko głową, ciągnęła: - A co z moją wy­

prawą? 

Henry podszedł do dziewczyny i ją uścisnął. 

- Wyznaczymy ślub za tydzień - oświadczył. 

background image

- Moim zdaniem powinnyśmy urządzić go dzisiaj 

- nalegał niecierpliwie Ben. 

- Nie, Amanda ma rację - uznał Henry. - Powin­

na mieć wyprawę. Ponadto musi się zacząć do nas 

przyzwyczajać, bo przecież zamieszka z nami pod 

jednym dachem. 

- Ale co ludzie powiedzą? W tym domu powin­

nam zostać dopiero po ślubie. 

~ Nie będzie z tym problemu, jeśli Ben też z nami 

zostanie. No, już późno, muszę się choć trochę prze­

spać. Chodźcie za mną, pokażę wam wasze pokoje. 

A ty, Lester, idź do siebie. 

Ben był przekonany, że Amanda coś knuje. Wcale 

mu się nie podobało, że ślub został odłożony. Ale 

przynajmniej będzie ją miał na oku. 

Dziewczyna ruszyła za Henrym. Czuła się pokona­

na i zmęczona. Ojciec szedł tuż za nią. Wiedziała, że 

nie odstąpi jej na krok. 

Uciekli dwa dni później. Pod osłoną nocy przebie­

gli z domu do zagrody. Amanda nie martwiła się, że 

ojciec się obudzi, bo poprzedniego wieczora znalazła 

w kieszeni jego kurtki buteleczkę laudanum. Wlała 

kilka kropel do butelki whisky. 

Lester szybko przygotował konia do drogi. Do­

siedli go we dwójkę i ruszyli w stronę miasta. Przy 

powozowni czekała na nich Polly O'Neil. Wprawdzie 

Amanda nie chciała się zgodzić, by uciekała razem 

z nimi, lecz Lester nie ustąpił. Do wozu zaprzęgnięte 

były dwa potężne konie, można było ruszać. 

background image

- Gdzie się tak długo podziewałeś? - spytała Pol­

ly z niezadowoleniem. - Czekam tu od godziny. Mo­

gliśmy już być w połowie drogi do Sacramento! No, 

wsiadajcie! 

Księżyc skrył się za chmurami. Amanda nie wi­

działa po ciemku twarzy Polly, ale niewątpliwie do­

brze słyszała jej nieprzyjemny, szorstki głos. Kiedy 

Lester pomagał jej zsiąść z konia, już niemal żałowa­

ła, że z nim uciekła. Dobrze chociaż, że za którymś 

pobytem w mieście wszedł do niej do domu i wy­

ciągnął spod siennika uzbierane pieniądze. Nie miała 

zamiaru zostawiać ich ojcu. 

background image

Rozdział drugi 

Dwie kobiety o twarzach spalonych słońcem, 

ubrane w podobne suknie w kratkę, zakurzone i prze­

pocone, wpatrywały się w kamienny kopczyk. 

- Jak ten Lester mógł tak po prostu umrzeć? -

użalała się Polly. Niecierpliwym ruchem odgarnęła 

z twarzy rudy kosmyk. - Co my teraz zrobimy? 

Amanda oparła się na łopacie. Była u kresu sił tak 

samo jak Polly. Kiedyś otrzymała dobre wychowa­

nie, lecz przez lata żyła wśród poszukiwaczy złota 

i niewiele rzeczy było dla niej tajemnicą. Słyszała na­

wet opowieści o kobietach, które pracują w nocy. 

Polly nie budziła w niej przyjaznych uczuć, lecz 

Amanda usiłowała okazać choć odrobinę szacunku 

zmarłemu. 

- Chyba powinnyśmy chociaż odmówić za niego 

modlitwę. 

- To sama sobie odmów. Ja wracam do wozu. -

Polly ruszyła w górę zboczem, pełna pretensji do lo­

su. - Ten ostatni atak kaszlu Lestera wcale nie był 

gorszy od poprzednich, zupełnie nie rozumiem, jak 

mógł z jego powodu umrzeć! 

background image

- Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie - sze­

pnęła pośpiesznie Amanda i pobiegła za Polly. 

Odkąd wyjechali z Columbii, stosunki pomiędzy 

kobietami nie układały się dobrze. Amanda miała ser­

decznie dość narzekań wiecznie niezadowolonej wy­

branki serca Lestera. Teraz więc, kiedy go zabrakło, 

postanowiła powiedzieć Polly, co o niej myśli. 

Dogoniwszy ją, chwyciła za pulchne ramię i od­

wróciła przodem do siebie. 

- Mam cię dość. Lester miał dobre serce i zasłużył 

sobie na lepsze traktowanie. Jeżeli ci na nim nie za­

leżało, dlaczego w ogóle wyruszyłaś z nami? 

Dorodna Polly wsparła się pod boki i spojrzała wy­

niośle na drobniejszą Amandę. 

- Nie wiesz? Miał odziedziczyć kopalnię ojca. 

Umarł, a ja zostałam z niczym! Na domiar złego nie 

możemy wrócić do Columbii, bo kiedy jego stary się 

dowie, powiesi nas na suchej gałęzi! 

- W życiu nie słyszałam niczego tak potwornego, 

tak wyrachowanego. Ale czego można się spodzie­

wać po tancerce z saloonu? 

- Ha! Myślisz, że jesteś lepsza? Należysz do białej 

hołoty, pierzesz cudze brudy, twój ojciec to zero, 

pewnie nie przepracował w życiu ani jednego dnia! 

Zawsze uganiał się za dziewczynami, żeby dały mu 

za darmo... 

- Ty za to spałaś z każdym, kto miał choć trochę 

złota w kieszeni! 

Polly wydała groźny okrzyk, lecz Amandy to nie 

przestraszyło. 

background image

Zaczęły się turlać ze zbocza, gryząc, drapiąc, ciąg­

nąc za włosy, kopiąc i wrzeszcząc. Zatrzymały się do­

piero na mogile Lestera. Przestraszone, natychmiast 

przestały się bić. 

- To omen - szepnęła Polly. 

- Nie, to Lester. - Amanda ciężko dyszała. Pod­

niosła rękę i przetarła oczy. 

- Będziesz miała nieźle podbite oko - stwierdziła 

Polly z satysfakcją, z trudem łapiąc oddech. 

- Nie bądź taka zadowolona. Tobie też się dostało 

- odcięła się Amanda, lecz zdała sobie sprawę, że 

musi wyglądać tak samo okropnie. Wybuchnęła śmie­

chem, co jeszcze wzmogło ból w piersiach. - Słu­

chaj, Polly. Po pogrzebaniu Lestera i bójce z tobą nie 

dam chyba rady wspiąć się z powrotem na to zbocze 

- powiedziała i opadła na plecy. 

Dobre dziesięć minut obie leżały w milczeniu, 

wpatrując się w jasne niebo, odpoczywając, myśląc 

o swoim losie. 

- Co teraz zrobimy? - spytała wreszcie Polly. 

- Chyba możemy tylko iść dalej. Nie rozumiem, 

dlaczego Lester był taki. pewien, że dotrzemy do Sac-

ramento. Ten drań Jackson był chyba całkiem pijany, 

kiedy rysował mu mapę. Lester mógł się przynaj­

mniej dobrze jej przyjrzeć. Przecież nikt się nie poła­

pie w tych bazgrołach. 

- W takim razie zgubiłyśmy drogę. 

- Zgubiliśmy się już chyba po przeprawie przez 

rzekę Stanislaus. - Amanda zmusiła się, by wstać. 

Rozejrzała się wokół. Ogromne, sięgające nieba se-

background image

kwoje tworzyły dość gęsty las. Grube, imponująco 

wysokie pnie podtrzymywały iglaste korony, przez 

które przezierały promienie słońca. Nasunęła jej się 

myśl o Bogu. Przez chwilę miała wrażenie, że z nieba 

zabrzmi gromki głos. 

- Mamy tu umrzeć? - rzuciła nagle Polly. 

Jej słowa przywołały Amandę do rzeczywistości. 

- Nie, jeżeli uda mi się znaleźć drogę. Po prostu 

musimy dotrzeć do miasta. Wiem, że Lester chciał 

zmylić pościg, ale nie rozumiem, dlaczego się uparł 

iść na północ. Kiedyś prałam rzeczy woźnicy dyliżan­

su i wiem od niego, że Sacramento leży na zachód. 

- Wyciągnęła rękę do Polly, by pomóc jej wstać. 

- No, przynajmniej coś nam zostało - stwierdziła 

Polly, otrzepując spódnicę. - Najważniejsze, że ma­

my wodę i trochę zapasów. 

Amanda obrzuciła ją zdziwionym spojrzeniem. 

- To znaczy, że w końcu przestaniesz narzekać 

i na coś się przydasz? 

Polly się uśmiechnęła. 

- Mam dość fasoli. 

- Ja też - odparła ze śmiechem Amanda. 

Ruszyły pod górę. Wkrótce siedziały już wygodnie 

na koźle. Amanda chwyciła lejce i konie ruszyły. Ze 

zdumieniem spostrzegła, że Polly ogląda się na mo­

giłę Lestera, a w jej oczach widać smutek. Po raz 

pierwszy przyszło jej do głowy, że może niewłaści­

wie ją oceniła. 

- Musimy okropnie wyglądać - powiedziała lek­

kim tonem, by rozładować napięcie. 

background image

- Może trzeba było tej bójki, żeby atmosfera się 

oczyściła. 

- Może - mruknęła Amanda. - Gdzie są twoi ro­

dzice? 

- Mama umarła na ospę, a ojca nigdy nie znałam. 

Związałam się z szulerem, wędrowałam z nim od 

jednej osady poszukiwaczy złota do drugiej, od jed­

nego baru do drugiego. W końcu zostawił mnie na lo­

dzie. A co z twoją matką? Wiem, że wyjechała z mia­

sta jakiś rok temu, a twój ojciec został. 

- Wróciła do swojej rodziny. 

- Chcesz ją odwiedzić? 

- Nie. 

- Lester mówił mi o tej umowie w sprawie ślubu. 

Nie dziwię się, że chciałaś czmychnąć z Columbii. 

Amanda zaśmiała się cicho. 

- I tak zamierzałam wyjechać. Tylko że udało mi 

się to trochę wcześniej, niż planowałam. 

Polly milczała, najwyraźniej zamyślona. Amanda 

też się zadumała. Ogarnęły ją wspomnienia. Odkąd 

pamiętała, zawsze jej mówiono, że rodzice pochodzili 

z zamożnych rodzin. Tak do siebie nie pasowali, że 

trudno jej było zrozumieć, dlaczego w ogóle się po­

brali. Wiedziała, że ojciec nigdy nie pracował, był 

czarną owcą w rodzinie, jak mawiała matka, która 

miała na imię Constance, i uwielbiał włóczęgę. 

Obliczywszy swój stan posiadania i dodawszy do 

tego wiano Constance, Ben przeprowadził się wraz 

z rodziną do Columbii, gdzie miał nadzieję pomno­

żyć majątek. Słyszał, że jest tam pełno złota, które 

background image

tylko czeka, aby ktoś je wypłukał z piasku. Szybko 

się zorientował, że wymaga to ciężkiej pracy, i zre­

zygnował ze swoich planów. Po latach życia z nie­

wielkiego kapitału rodzina została bez pieniędzy, to­

też Ben musiał się za czymś rozejrzeć, ale w grę 

wchodził wyłącznie łatwy sposób zarabiania na ży­

cie. Wówczas Constance wpadła na pomysł, żeby 

córka zajęła się praniem. Sama była na to zbyt leniwa. 

Liczyła każdego centa zarobionego przez Amandę. 

Przez cały czas gderała, wydawała polecenia i powta­

rzała każdemu, że pochodzi ze świetnej i bogatej ro­

dziny. Uważała, iż to Ben i Amanda powinni jej za­

pewnić takie życie, do jakiego przywykła. 

Constance była kobietą zimną, nie okazującą 

uczuć. Uważała, że ma trzy rodzicielskie obowiązki: 

wpoić w córkę dumę, nauczyć ją czytać i pisać, 

a ponadto przestrzec przed niegodziwością męż­

czyzn. 

Ben przeważnie był poza domem. Tym większą 

niespodzianką było, gdy pojawił się któregoś dnia 

w chałupie, którą nazywali domem, z biletem na dy­

liżans. Constance była naprawdę szczęśliwa. Dwa dni 

później wyjechała, nawet się nie żegnając. 

Amanda nie zaznała czułości rodzicielskiej, wcale 

więc jej nie oczekiwała. Czasami tylko widząc, jak inni 

rodzice traktują swoje dzieci, czuła się rozżalona i samo­

tna. Z zadowoleniem przyjęła odmianę - już nie musiała 

wysłuchiwać ciągłych poleceń matki. Lubiła robić to, co 

sama uważała za stosowne, i wtedy, gdy uważała za sto­

sowne. Doskwierały jej jedynie wybryki ojca. Schowa-

background image

ła więc swoje pieniądze i czekała na sposobność wy­

jazdu z Columbii. Nie przyszłoby jej do głowy, że tuż 

po wyjeździe znajdzie się na pustkowiu, mając za to­

warzyszkę podróży tancerkę z saloonu. Chociaż sytu­

acja nie wyglądała różowo, Amanda doceniła to, że 

jest wolna, czuła się wspaniale. 

Późnym popołudniem dotarły do jakiejś starej dro­

gi. Choć była zarośnięta trawą i chwastami, ucieszyły 

się, że są bliżej cywilizacji. 

Nazajutrz dojechały do rozdroża. Postanowiły skręcić 

w prawo, ponieważ ten trakt wydawał się bardziej uczę­

szczany, a poza tym prowadził na zachód. 

Jechały kolejne dwa dni, nie widząc żywej duszy. 

Miały jednak nadzieję, że niedługo ktoś im powie, jak 

dotrzeć do Sacramento. Górzysta okolica była ma­

lownicza - rosłe dęby dumnie rozpościerały korony, 

łąki, pełne polnych kwiatów, przypominały różno­

barwne kobierce. W innych okolicznościach Aman­

da, czuła na piękno przyrody, byłaby zachwycona, 

lecz teraz pochłaniało ją zupełnie coś innego. Słońce 

grzało niemiłosiernie, zapasy żywności topniały. Le­

ster przygotował żywności tylko na trzy tygodnie. 

Wreszcie Polly wypatrzyła w oddali, u stóp skali­

stego wzgórza, zarysy domów. Amanda chciała popę­

dzić konie, ale szybko uświadomiła sobie, że nie wol­

no jej narażać zwierząt na dodatkowy wysiłek, zwła­

szcza że nie miała pewności, czego mogą się spodzie­

wać po dotarciu do celu. Wydawało się, że czas stanął 

w miejscu. Jechały w milczeniu, nie chcąc zdradzić, 

jak bardzo się niepokoją. 

background image

W końcu znalazły się na głównej ulicy. Amanda 

zatrzymała konie. Rozglądały się z niedowierzaniem. 

Wzdłuż ulicy ciągnęły się sklepy, stał też hotel. Dalej 

widać było zadbane domy, pomiędzy którymi rosły 

dęby, rzucające kuszący cień. W centralnym miejscu 

znajdowała się studnia ocembrowana kamieniami. Na 

ulicy jednak nie było znaku życia - tylko pies zaczął 

je obszczekiwać, a osioł przerwał skubanie trawy ros­

nącej wzdłuż drewnianego chodnika. Na pochylonej 

tablicy przy wjeździe do miasta przeczytały: WITAJ­

CIE W SPRINGTOWN. 

- Nie podoba mi się to - szepnęła Polly. 

- Przynajmniej mamy gdzie odpocząć. 

- Tu jest pusto, ani żywej duszy. Mówiłam ci przy 

grobie Lestera, że to zły omen. 

- Opowiadasz głupstwa. Może wszyscy pojechali 

gdzieś niedaleko na piknik. Potrzebna jest nam żyw­

ność. Aż ślinka mi leci na myśl o garnku zupy. -

Amanda podniosła rękę, by zwolnić hamulec. 

- Czekaj! - zawołała Polly. 

- O co chodzi? 

- Mówię ci, zawróćmy i jedźmy dalej. Naprawdę 

Lester mógł rzucić na nas przekleństwo. 

- Nie do wiary, co ty wymyślasz. - Amanda wes­

tchnęła, widząc strach w oczach towarzyszki. - Pójdę 

się rozejrzeć, udowodnię ci, że nie ma czego się bać. 

Zostaniesz wtedy kilka dni? 

Polly zawahała się. 

- A jeśli coś ci się stanie? 

- Mam dość tych bzdur. - Amanda zebrała spód-

background image

nicę i zsiadła z wozu. - Tylko nie odjeżdżaj beze 

mnie. 

- Dlaczego ludzie opuścili miasto? 

- Pewnie to stare miasto poszukiwaczy złota. 

A my możemy sobie tu odpocząć. Zaraz wracam. 

Polly przesiadła się na jej miejsce, nie spuszczając 

Amandy z oka. 

- Gdyby coś ci się stało, krzycz; zatnę konie i pod­

jadę, ty wskoczysz i popędzimy przed siebie! 

Amanda uśmiechnęła się pod nosem. Wcale się nie 

bała, szła pewnym krokiem. Przerażenie Polly nie 

udzieliło się jej. Nawet pies gdzieś sobie poszedł, 

a osioł wrócił do skubania. Nagły powiew wiatru 

poderwał tuman piachu, o ścianę uderzyła okiennica. 

Amanda aż podskoczyła. Po chwili jednak odetchnęła 

z ulgą, ponieważ nic się nie zdarzyło. 

Szła główną ulicą miasteczka, aż dotarła do studni. 

Niestety, gadanie Polly o rzuconym przekleństwie 

zrobiło swoje. Amanda poczuła się dziwnie, zwilgot­

niały jej dłonie. Lękliwie potoczyła wokół spojrze­

niem. Nie zauważyła niczego podejrzanego. Budynki 

wyglądały porządnie, gdzieniegdzie tylko okiennice 

zwisały na jednym zawiasie i drzwi stały otworem. 

Zdecydowała się w końcu wejść na drewniany chod­

nik. Otworzyła drzwi najbliższego sklepu i przekro­

czyła próg. 

Stała czekając, aż wzrok przywyknie do mroku. 

Kiedy mogła już rozróżniać przedmioty, uśmiechnęła 

się z niedowierzaniem. Przed nią, na półkach, stały 

słoje pełne cukierków, puszki z żywnością, worki 

background image

pełne mąki. Dalej dojrzała strzelby, rewolwery, mate­

riały, gotowe suknie, beczki fasoli. Wszystko, czego 

dusza zapragnie. Pomyślała, że trafiły z Polly w ja­

kieś niebiańskie miejsce, i wybuchnęła śmiechem. 

Wszędzie było pełno pajęczyn, nikt tu nie wchodził 

od miesięcy. Ogromnie podniecona, wybiegła na uli­

cę i weszła do znajdującego się obok hotelu. Potem 

zajrzała jeszcze do kilku sklepów. Lustracja wypadła 

pomyślnie. Amanda wróciła na ulicę i rozejrzała się 

dookoła. 

- Co z tobą? Co się dzieje?! - zawołała do niej 

Polly. - Dlaczego się śmiejesz? Wracamy, prawda? 

- Wracamy? Jest tu wszystko, czego nam potrze­

ba! Polly, znalazłyśmy dom! Podjeżdżaj tutaj! 

- To ty chodź tutaj! Musimy, do diabła, stąd uciekać! 

- Polly, to miasto jest opuszczone! Teraz należy 

do nas. Pełno tu jedzenia! Zajrzę jeszcze do domów! 

- Moja babcia w Wirginii Zachodniej zawsze 

mnie ostrzegała przed diabłem... 

Lecz Amanda nie słuchała. Ruszyła oglądać domy. 

Polly puściła lejce, otarła pot z czoła. Najwyraźniej 

niebo było jasne, nie działo się nic strasznego. O ja­

kim jedzeniu mówiła Amanda? Ciekawość wzięła gó­

rę. Chwyciła lejce, zwolniła hamulec i popędziła ko­

nie, rozglądając się na wszystkie strony. 

background image

Rozdział trzeci 

Od przyjazdu Amandy i Polly do Springtown mi­

nął tydzień. Postanowiły w nim zostać, dopóki ktoś 

się nie zjawi i nie wskaże im drogi do Sacramento. 

Ani jedna, ani druga nie miała pojęcia, dlaczego mie­

szkańcy porzucili znakomicie zagospodarowane, ob­

fitujące we wszelkie wygody miasteczko. Nawet 

w ogródkach przetrwały kartofle i inne warzywa. 

Domy mieszkalne były kompletnie wyposażone, wy­

glądały tak, jakby ludzie wyszli tylko na chwilę, tyle 

że wszędzie leżał kurz i wisiały pajęczyny. Były za­

chwycone, że w nieszczęściu, jakie na nich spadło, 

dopisało im takie szczęście. 

Polly, co prawda, znalazła w saloonie kilka jaskra­

wych sukien, lecz postanowiła ubierać się skromniej, 

jak Amanda. Pomyślała sobie, że w innej sukni stanie 

się być może inną kobietą. Najbardziej dumna była 

jednak ze znalezionego brylantowego naszyjnika. Nie 

zdejmowała go nawet do snu. Ponieważ nigdy nie 

miała własnego domu, chciała zamieszkać w jednym 

z tutejszych, lecz bojąc się spać w nim sama, zdecy­

dowała się pozostać z Amandą w hotelu. 

Amanda, która od lat nosiła na zmianę dwie su-

background image

kienki tak pocerowane, że trudno byłoby zmieścić ko­

lejną cerę, oniemiała na widok obfitości strojów 

w sklepach i domach. Hotel z przestronnymi pokoja­

mi, w których stały łóżka wyposażone w materace, 

przypominał jej pałac. Co noc spała w innym pomie­

szczeniu. Polly natomiast wciąż zajmowała ten sam 

pokój. 

Posiłki przygotowywały sobie w jednym z po­

bliskich domów. Polly chciała gotować, więc Aman­

da zajęła się zaopatrywaniem kuchni w świeże wa­

rzywa. 

Karmiły swoje dwa konie, sprzątały, pielęgnowały 

ogród - były naprawdę zajęte. 

Rankiem Polly musiała zajrzeć aż do czterech po­

koi, by znaleźć Amandę. Usiadła na jednym z niskich 

krzeseł i przyglądała się, jak ściele łóżko. 

- Wiesz, nawet gdybyśmy spędziły tu kilka mie­

sięcy, i tak nie dałybyśmy rady przejrzeć wszystkich 

rzeczy. Ciekawe, czy gdzieś jest jeszcze jakaś biżu­

teria - powiedziała Polly, dotykając swojego na­

szyjnika. 

Amanda się roześmiała. Sama nie mogła się nadzi­

wić, że polubiła tę rudowłosą dziewczynę. Polly prze­

stała się malować, teraz wyglądała jeszcze ładniej. Jej 

delikatne rysy i blada cera przypominały buzię porce­

lanowej lalki. Ona sama miała twarz ogorzałą od 

słońca. Różowe jak pączek róży usta Polly, jej zielone 

oczy na pewno wyglądały powabniej niż zbyt pełne 

usta, brązowe oczy i proste czarne włosy Amandy. 

background image

Ponadto Amanda miała smukłą sylwetkę, a Polly krą­

głą i pulchną, co zdecydowanie bardziej podoba się 

mężczyznom. 

- A po co ci biżuteria? 

- W Sacramento będę mogła ją sprzedać. 

Amanda zaczęła szczotkować swoje gęste włosy. 

- Co zrobisz, kiedy już tam dotrzemy? 

Polly zmarszczyła czoło. 

- Chyba wrócę do pracy w saloonie. A ty? 

- Nie wiem, chociaż dużo o tym myślałam. Ko­

rzystając z pieniędzy Lestera i z tych, które, być mo­

że, znajdziemy tutaj, mogłybyśmy założyć jakiś inte­

res. - Amanda na wszelki wypadek nie wspomniała 

o własnych oszczędnościach. 

Oczy Polly rozbłysły radością. 

- Mogłybyśmy otworzyć bar! 

- Myślałam raczej o... 

Amanda znieruchomiała. Wydało jej się, że słyszy ja­

kieś głosy. Polly skoczyła na nogi i podbiegła do okna. 

- Do diabła, mamy towarzystwo! - Już chciała 

rzucić się do drzwi i wybiec, kiedy Amanda chwyciła 

ją za ramię. 

-- Ciii... najpierw zobaczmy, kto to. 

- Co za różnica? 

Amanda podeszła do okna, stanęła z boku, żeby 

nie było jej widać z ulicy, i wyjrzała. 

- Jest ich trzech. 

Drgnęła ze strachu, bo Polly niespodziewanie sta­

nęła z tyłu. 

- Chyba w życiu nie widziałam bardziej niechluj-

background image

nych ludzi. A ten stary drań to już szczyt 

wszystkiego. Wygląda, jakby się nie mył od uro­

dzenia. 

- To tylko mężczyźni. Poradzę sobie. Może po­

wiedzą nam, jak się dostać do Sacramento. - Polly 

znów ruszyła w stronę drzwi. 

- Nie! - zaoponowała Amanda donośnym szep­

tem. - Przecież nie wiemy, kto to. A może to tacy, co 

tylko gwałcą, kradną i zabijają? Ten twój naszyjnik 

na pewno byłby dla nich niezłą gratką. 

- Nie pomyślałam o tym. - Polly dotknęła szyi. 

- Poczekajmy, zobaczymy, co będą robić. Nasze 

konie są w stajni, więc te typy nie domyślą się, że 

ktoś jest w miasteczku. Bądźmy cicho. Może uda 

nam się usłyszeć ich rozmowę. 

Jeźdźcy zatrzymali konie przy studni i zaczęli się 

rozglądać. 

- Do cholery - rzucił podnieconym głosem Vern 

- możemy się tu zaszyć. Posiedzieć tu trochę. To biu­

ro w Wells Fargo nie ucieknie. Możemy je później 

obrabować. 

- Ciekawe, czy coś tu znajdziemy - zastanawiał 

się Fred. 

- Nie ostrzcie sobie zębów, chłopaki - upomniał 

ich ojciec. - Jak ludzie opuszczają miasto, to zabie­

rają wszystko ze sobą. - Gus poprawił się niecierpli­

wie w siodle. - Poza tym to miejsce mi się nie po­

doba, zwłaszcza po tym, co Vern przeczytał na desce: 

Żółta febra. Napisano to wapnem. 

- Do diabła, tato, pewnie znajdzie się tu jakieś łóż-

background image

ko. Od miesięcy nie spałem w łóżku! A może będzie 

tu złoto? 

- Zamknij się, Vem. Gdyby było tu jeszcze złoto, 

to zostaliby i ludzie. Odpocznijmy przy tamtym stru­

mieniu, wzdłuż którego jedziemy. Będzie padało, bo­

lą mnie nogi. 

Amanda poczuła ulgę - mężczyźni wyjechali 

z miasteczka. O jakim deszczu mówili? Przecież na 

niebie nie było ani jednej chmurki. 

- Słyszałaś, Polly? To złodzieje. 

- Okropne, ale jeden z nich był naprawdę przy­

stojny. 

- Jak ty możesz teraz w ogóle myśleć o czymś 

takim? 

- Nigdy w życiu nie byłaś z mężczyzną, który 

mówił ci, jaka jesteś ładna i jak nie może się tobą na­

cieszyć. Albo z takim, którym ty nie mogłaś się na­

cieszyć. 

- Skąd możesz wiedzieć - broniła się Amanda. -

Przeciwnie. Interesowało się mną wielu mężczyzn. 

- Interesowało, interesowało... Ja nie o tym mó­

wiłam. 

Amanda, niezadowolona, że rozmowa przybrała 

taki obrót, ruszyła w stronę drzwi. 

- Powinnyśmy teraz bardzo uważać i pozostać 

w ukryciu. Któremuś mogłoby przyjść do głowy, że­

by tu wrócić. 

- Ale oni mówili o jakimś napisie. Może dlatego 

wszyscy stąd uciekli. A my możemy umrzeć. 

- Uspokój się, Polly. Nie widziałyśmy żadnego 

background image

napisu. Wątpię, czy ten drab w ogóle potrafi czytać. 

A poza tym, jak możemy się zarazić, jeżeli nie ma tu 

nikogo? 

Przez resztę dnia zachowywały ostrożność w oba­

wie, że któryś z mężczyzn może wrócić. Kiedy za­

padł wieczór, Amanda przestała się martwić, uzna­

wszy, że odjechali. 

- Jeżeli oni się pojawili, to przyjadą też inni. Mu­

simy jak najszybciej wyruszyć do Sacramento. 

Polly kiwnęła głową. Po chwili rozeszły się do 

swoich pokoi. 

Amanda ubrana w koszulę nocną pieściła palcami 

białą koronkę i różowe wstążeczki przy rękawach. 

Uśmiechnęła się na myśl, jak cudownie jest włożyć 

na gołe ciało strój z miękkiej bawełny. Jeszcze nigdy 

nie spała w czymś tak ślicznym. W ogóle jeszcze nig­

dy w życiu nie miała tylu ubrań. Teraz mogła co­

dziennie wkładać co innego, jak księżniczka z bajki. 

Postanowiła, że wybierze w Springtown wszystkie 

ubrania, które na nią pasują, i złoży je w jednym 

z domów. A kiedy będą już z Polly wyjeżdżały, zała­

duje je na wóz. Przecież nie będzie zostawiała takich 

skarbów! 

Położyła się do łóżka. Krochmalone prześcieradła 

były naprawdę wspaniałe, łóżko wielkie i wygodne. 

Czuła się jak w niebie. Podparła się na łokciu, zdmu­

chnęła świecę stojącą na stoliku nocnym. Teraz już 

wystarczyło tylko poklepać poduszkę. 

Leżała patrząc w ciemność. Zaczęła myśleć 

background image

o mężczyznach, którzy odjechali. Przedtem często się 

zastanawiała, co wypędziło mieszkańców mia­

steczka. Napis ostrzegający przed żółtą febrą wszy­

stko by wyjaśniał. A może rzeczywiście trafiły z Pol­

ly do nieba dzięki temu, że ktoś sprawował nad nimi 

opiekę? Nawet dzisiaj, gdyby nie zaspały i nie wstały 

później, te draby zastałyby je na ulicy. Ale po co my­

śleć o tym wszystkim. Odjechali i będzie spokój. Za­

mknęła oczy, postanawiając zasnąć. 

- Ci mężczyźni rozłożyli obóz za miastecz­

kiem. 

Amanda otworzyła oczy. Natychmiast wsunęła rę­

kę pod poduszkę i chwyciła rewolwer. Leżała jednak 

bez ruchu, usiłując się zorientować, skąd dobiega 

głos. Mijały sekundy, nasłuchiwała. Nie wychwyciła 

uchem jednak nawet szmeru. Może jej się przyśniło? 

Poczuła się głupio, naciągnęła koc na ramiona, ponie­

waż zrobiło się chłodno. Oczywiście, musiało jej się 

to przyśnić. 

- Są niebezpieczni. Pozostańcie w ukryciu. 

Amanda usiadła przestraszona nie na żarty. W ręce 

trzymała rewolwer, broda jej drżała, wzrok błądził 

w ciemnościach. Ku jej przerażeniu, w nogach łóżka 

ukazała się biała poświata. 

- To wszystko mi się śni. Wiem, że to mi się śni 

- powtarzała pod nosem. 

Nagle spadła z łóżka. Krzyknęła tak, że mogłaby 

obudzić umarłego. Chciała się wczołgać pod łóżko, 

by się tam ukryć przed złymi duchami. Ale nie zrobiła 

tego. Podniosła się z kolan i spróbowała zapalić świe-

background image

cę, lecz ręka za bardzo jej drżała. Drzwi otworzyły 

się z trzaskiem i wpadła Polly. 

- Co się stało? 

- Musimy uciekać! - szepnęła Amanda, obejmu­

jąc Polly. 

- Dlaczego? 

- Duch. - Amanda cała się trzęsła. - Duch. Przy­

sięgam, że widziałam ducha. Śpieszmy się! 

Wyprowadźmy konie, zaprzęgnijmy do wozu i ucie­

kajmy! 

-

 Ale jak wyjdziemy, to mogą nas znaleźć. 

- Kto? 

- Duchy, do diaska. 

Amanda wypuściła Polly z uścisku. Usiłowała ze­

brać myśli. 

- Był tylko jeden - powiedziała nagle. 

- Przecież nie masz pewności. 

Amanda była tak zdenerwowana, że ledwie się 

trzymała na nogach. 

- Sama zobaczysz, jak tu jeszcze postoimy. -

Zmusiła się, by wyjrzeć na korytarz. Nic nie zobaczy­

ła. - Chodź, zbieramy się. 

- To wrócił Lester. 

- Polly, to nie był jego głos! Chodź już! 

- Na wszystkie świętości! 

Amanda odwróciła się i zobaczyła, że Polly siedzi 

na łóżku, obejmując rękami głowę. 

- Co ty robisz?! 

- To znaczy, że mówił do ciebie? Usiłuje zawład­

nąć twoją duszą! 

background image

Próbując się opanować, Amanda oparła się o ścia­

nę i kilka razy głęboko odetchnęła. 

- Jeżeli będziesz tak siedziała, na pewno mu się to uda. 

Polly skoczyła na równe nogi, chwytając latarnię 

ze świecą z nocnego stolika. Po chwili zbiegały już 

po schodach. 

Kiedy wypadły na ulicę, Amanda zaczęła odzyski­

wać zdrowy rozsądek. Chwyciła Polly za ramię. 

- Stop! 

- Dlaczego? 

- Nie możemy tak wyjechać. Jesteśmy w koszu­

lach nocnych. Nie mamy ubrań ani butów. Nie może­

my tak po prostu wskoczyć na wóz i odjechać. 

Polly odwróciła się. Trzymała latarnię i dopiero te­

raz zdała sobie sprawę, że nie jest zapalona. 

- Czemu nie możemy? 

- Przecież potrzebna nam będzie żywność, ubra­

nia, woda... 

- Chcesz powiedzieć, że zostajemy? 

- Nie. Chcę powiedzieć, że powinnyśmy wypro­

wadzić wóz, załadować go i dopiero potem odjechać. 

Jeżeli naprawdę widziałam ducha, to nic nam nie zro­

bi, wystarczy nie wracać do hotelu. 

- Jeżeli naprawdę widziałaś ducha? - Polly unios­

ła brwi. 

- Przyszło mi do głowy, że może któryś z tych 

drabów wrócił, by nas ostrzec. Spałam, więc mogło 

mi się zdawać, że to duch. Tyle mi naopowiadałaś 

o różnych nocnych strachach, że mogłam to sobie 

wyobrazić. 

background image

W oddali przetoczył się ciężki grzmot. Spojrzały 

na niebo. 

- Wspaniale, do tego wszystkiego jeszcze burza -

jęknęła Polly. - Do diabła! Uderzyłam się o jakiś ka­

mień! Wyjeżdżamy czy nie? 

Amanda nadal była zdenerwowana. Nie chciała 

zostać, jeżeli nawet to nie był duch, tylko jeden 

z mężczyzn o podejrzanym wyglądzie. 

- Tak, wyjeżdżamy. Załadujmy wóz, a wtedy 

włożymy buty. - Ruszyła w stronę stajni, Polly drep­

tała za nią. - Chyba wzięłaś zapałki, by zapalić la­

tarnię? 

- Tak, zaraz to zrobię, tylko poczekaj. 

Latarnia zapłonęła i ruszyły do stajni. W środku 

poczuły ostry zapach siana i owsa, ale koni nie było. 

- Zdawało mi się, że zostawiłaś konie tutaj. 

- Zgadza się, tutaj. Może się odwiązały? - Aman­

da wzięła latarnię z rąk Polly i ruszyła wzdłuż bo­

ksów. - Nie rozumiem. Nie ma ich! 

- Może wyszły na zewnątrz? 

- Ale jak? Zamknęłam drzwi na skobel. - Aman­

da usiłowała zebrać myśli. - A może... może to ci 

mężczyźni. Może jeden z nich po cichu wrócił 

i ukradł je. A potem przestraszył mnie. 

- Co teraz zrobimy? 

Amanda usiadła na kupie siana. 

- Ten głos w hotelu powiedział, że rozłożyli obóz 

za miasteczkiem. Możemy im zabrać nasze konie. 

Zakraść się. 

- Najpierw mówisz, że nie powinni nas nawet zo-

background image

baczyć, bo to złodzieje, a teraz twierdzisz, że mo­

żemy się zakraść i odebrać nasze konie! A jak nas 

złapią? 

- Myślisz, że mnie się to wszystko podoba? Ale 

jakie mamy wyjście? Gdyby nam się udało odebrać 

konie, to nim by się spostrzegli, byłybyśmy już dale­

ko. Jeżeli tego nie zrobimy, to możemy tu zostać na 

wieki. 

Pierwsze krople deszczu uderzyły o dach. Polly 

jęknęła, gotowa pogodzić się z losem. Nad ich gło­

wami rozległ się donośny grzmot. 

- Przynajmniej nie będą nas słyszeć - zauważyła 

Amanda pocieszającym tonem. - Chodźmy szybko 

do domu, musimy się przebrać. 

Polly ruszyła za przyjaciółką, jakby szła na 

ścięcie. 

Korzystając z ciemności, Chance przycupnął na 

wzgórzu. Trzymał w ręce ciężki kij, usta miał zaciś­

nięte, zmrużonymi oczami przyglądał się trzem męż­

czyznom. Rozłożyli obóz nad strumieniem, robiąc so­

bie namiot z jego skórzanego płaszcza. W jasnych 

płomieniach ogniska Chance doskonale widział, co 

robią. 

Ich konie uwiązane były do sznura rozciągniętego 

między dwiema topolami. Vern już spał, w nocnym 

powietrzu słychać było jego głośne chrapanie. Dwaj 

pozostali przykucnęli przy ogniu. Od godziny raczyli 

się whisky. Chance liczył na to, że już niedługo zmo­

rzy ich sen. 

background image

Zaczęło padać, lecz nie zwracał na to uwagi. Tra­

wiła go myśl, ile wycierpiał z rąk tych bandytów. Ku­

la szczęśliwie przeszła przez ramię, ale upływ krwi 

i gorączka bardzo go osłabiły. Ruszył ich tropem jak 

gończy pies, spał tylko wtedy, gdy już nie mógł iść 

dalej. Parł przed siebie gnany pragnieniem odzyska­

nia Kaktusa i rewolweru oraz chęcią zemsty na tych 

draniach, którzy zostawili go na pewną śmierć. Wre­

szcie nadszedł czas wyrównania rachunków. Nie miał 

jednak broni, musiał więc czekać na sposobność do-

padnięcia któregoś w pojedynkę lub na to, że wszyscy 

trzej usną. 

Spękane usta rozciągnęły się w uśmiechu. Gus 

i jego synowie popełnili wielki błąd, spędzając wię­

cej czasu na popasach niż w drodze. Chance następo­

wał im na pięty. Gdyby go wtedy przeszukali, na 

pewno znaleźliby woreczek złota ukryty w bucie. Nie 

popisali się inteligencją. Miał więc czym zapłacić le­

karzowi w Hangtown i za co kupić żywność. Nie by­

ło tego tyle, by mógł kupić sobie też konia, więc go 

ukradł. 

Padał coraz większy deszcz. Chance nasunął głę­

biej kapelusz. Przetoczył się grzmot, a ciemności roz­

świetliła błyskawica. 

- Cholera! - wrzasnął Gus. - A nie mówiłem, że 

będzie padać? Jak ten Vern może spać, kiedy tak 

grzmi?! 

- Do diabła, tato, przecież wiesz, że nie potrafi pić! 

Jeden z koni zarżał, po chwili zawtórował mu 

drugi. 

background image

- Fred, idź zobaczyć, co z nimi - rozkazał Gus. 

- Przecież leje, nie chce mi się moknąć. 

- A jak któryś się urwie, to będzie ci się chciało 

iść pieszo?! - Gus podniósł kamyk i rzucił nim w sy­

na. - Rusz tyłek! 

Mamrocząc coś pod nosem, Fred wyczołgał się 

spod prowizorycznego namiotu. Wstał tak nagle, że 

zakręciło mu się w głowie i przez chwilę niczego nie 

widział. 

- Na co czekasz, do cholery?! - ryknął wściekły 

Gus. 

- Idę, już idę... 

Powlókł się w stronę koni. Deszcz zalewał mu 

oczy, lecz zarazem odrobinę go otrzeźwił. Nagle 

w świetle błyskawicy zobaczył, że dwie kobiety usi­

łują odwiązać gniadego i konia ojca. Uśmiechnął się, 

wyciągając rewolwer. 

- No proszę, co też nam dobry Bóg dostarczył 

wprost na miejsce. 

Amanda i Polly, przemoczone do suchej nitki, 

wpatrywały się w mężczyznę. Stwierdziwszy, że ich 

koni nigdzie nie ma, postanowiły zabrać te, na któ­

rych przyjechali mężczyźni. Nie miały innego wyj­

ścia. Złapane na gorącym uczynku, wpadły w po­

płoch - za kradzież konia karano stryczkiem. 

- No, no! Ojciec, ja i Vern nieźle się z wami dwie­

ma dziś zabawimy! 

Ledwie kilkanaście metrów dalej uderzył piorun, 

zaraz po nim drugi, tym razem w gałąź tuż nad głową 

Freda. Przerażone kobiety odskoczyły, lecz on stał 

background image

w miejscu, oniemiały: Gruby konar zatrzeszczał, pękł 

i runął na ziemię, powalając Freda. 

Kobiety nie miały pojęcia, czy Fred żyje, czy nie, 

lecz nie zamierzały tego sprawdzać. Amanda odru­

chowo podniosła rewolwer, który wypadł 

mężczyźnie z ręki, i pobiegła za Polly. Udało im się 

przynajmniej zdobyć konie. 

Chance dostrzegł kobiety, gdy ruszył zboczem, by 

zająć się Fredem. Chociaż ulewny deszcz utrudniał 

widoczność, rozpoznał suknie. Kiedy konar runął na 

Freda i jedna z kobiet podniosła broń, Chance był je­

szcze za daleko, by zareagować. Błyskawice roz­

świetliły niebo i cała scena widoczna była niby w bia­

ły dzień. Jakby nie miał dość kłopotów, kobiety za­

brały jego konia. 

Wściekły, że przypadek pokrzyżował mu plany, 

odwrócił się, by popatrzyć na prowizoryczne schro­

nienie opryszków. Stary nadal tam siedział, nie mając 

pojęcia, co się przydarzyło Fredowi. Chance nie wąt­

pił, że Gus jest świetnie uzbrojony. Nawet pijany, był 

niebezpieczny. Chance doskonale znał tego typu lu­

dzi, bo sam całe lata spędził wśród band. 

Deszcz lał jak z cebra, lecz Chance nie miał po co 

szukać schronienia pod drzewem, wolał ruszyć za ko­

bietami w stronę Springtown. Przedtem myślał, że mia­

sto jest opustoszałe, ale teraz się przekonał, że to niepra­

wda. Kiedy tylko odzyska konia i rewolwer, wróci do 

obozowiska rozprawić się z Gusem i Vernem. 

Zerwał kapelusz, uderzył nim o spodnie, by strze­

pnąć wodę, i z powrotem wsadził na głowę. Przy-

background image

najmniej w jednym sprzyjało mu szczęście - nie bę­

dzie musiał walczyć o konia i broń z bandą męż­

czyzn. 

Amanda I Polly odetchnęły dopiero na głównej 

ulicy miasteczka. 

- Udało nam się! Naprawdę nam się udało! - wy­

krzyknęła Polly z niedowierzaniem. 

- Tak, ale straciłyśmy za dużo czasu. - Amanda 

była zatroskana. - Musimy się diabelnie spieszyć 

z zaprzęganiem i ładowaniem wozu. Nawet nie wie­

my, czy te konie potrafią iść w zaprzęgu. 

Kiedy zbliżały się do stajni, gwałtowny pod­

much wiatru szarpnął okiennicą, po niebie przeto­

czył się ogłuszający grzmot. Spłoszone konie szar­

pnęły się do tyłu. Kobiety ledwie mogły je utrzy­

mać. Wiatr się wzmagał, chłostał je deszczem, 

zalewał twarze. Konie cofały się, rżały, aż na­

gle jakby ktoś dźgnął je widłami, zerwały się z u-

więzi. 

Wiatr uspokoił się tak samo niespodzianie, jak zer­

wał. Amanda i Polly stały w błocie, spoglądając za 

galopującymi końmi. Były załamane. 

- Co teraz? - spytała Polly. 

Amanda otarła z twarzy łzy i deszcz. Była tak sa­

mo jak Polly zmartwiona niepomyślnym obrotem 

rzeczy, lecz uważała, że nie mają czasu na lamenty. 

- Ładujemy broń i czekamy. Te typy muszą tu 

wrócić po swoje konie. 

background image

Chance zatoczył wielkie koło, by za szybko nie 

zbliżyć się do kobiet, a następnie ruszył wzdłuż drew­

nianych domów. Po chwili udało mu się dojrzeć świa­

tełko w jednym z okien od podwórza sporego domu. 

Poruszając się cicho jak kot, wszedł frontowymi 

drzwiami. Na szczęście, nie zaskrzypiały. Stał cicho, 

nasłuchując. Ktoś krzątał się w kuchni. Ruszył na­

przód. 

Polly, zadowolona, że udało jej się zgromadzić je­

dzenie na cały dzień, zawiązała mocno worek po mą­

ce. Wiedziała doskonale, że Amanda będzie na nią 

wściekła, bo wymknęła się z kryjówki w starej stodo­

le, lecz nie mogła już wytrzymać bez jedzenia. Popa­

trzyła teraz tęsknie na szynkę pozostawioną na blacie. 

Czy naprawdę spakowała dość prowiantów? Uważa­

ła, że Amanda przesadza z tą ostrożnością. Gdyby 

bandyci mieli przyjść do miasteczka, już dawno by tu 

byli. 

Postanowiła jednak wracać do stodoły. Chwyciła 

świecę, odwróciła się i... worek wypadł jej z ręki. 

W drzwiach stał barczysty, wysoki mężczyzna. Mokre 

włosy zakrywały mu niemal całą twarz, lecz nie na tyle, 

by Polly nie dojrzała jego złośliwego uśmiechu. 

Oparł się o framugę i zmierzył ją uważnym spo­

jrzeniem, zatrzymując wzrok na naszyjniku z bry­

lantów. 

- Nie przyszło mi do głowy, że na tym pustkowiu 

znajdę takie apetyczne stworzenie. Jak ci na imię, ko­

chanie? - spytał głębokim aksamitnym głosem. 

Polly odczuwała jednocześnie strach i pożądanie. 

background image

Nawet z tą długą jasnoblond brodą mężczyzna wy­

glądał wspaniale. 

- Mam na imię Polly. Nazywam się Polly O'Neil. 

- A może byś mi tak, Polly, powiedziała, co zro­

biłaś z końmi? 

- Z jakimi końmi? - żachnęła się. 

- Uciekły, zanim udało nam się je związać - od­

powiedziała Amanda, wyłaniając się zza pleców męż­

czyzny. 

Chance odwrócił się zaskoczony. Kobieta miała na 

głowie kapelusz i stała poza kręgiem światła, nie wi­

dział więc jej twarzy. Mokra suknia oblepiała jej cia­

ło. Była drobniejsza od rudowłosej, ale miała dobrą 

figurę. W ręce trzymała jego własny rewolwer z per­

łową kolbą. Celowała w jego tors. 

- Ręce do góry, cofnąć się do salonu - rozkazała. 

Oczami wyobraźni ujrzała, jak wieszają ją na gałęzi 

za kradzież koni. 

- Z pewnością oboje wiemy, że jeśli naciśniesz 

cyngiel, tamci zaraz tu przybiegną. Ja chcę tylko swo­

jego konia i rewolwer. 

- Chyba zwariowałeś, jeśli myślisz, że zrobię coś 

tak głupiego. No, ruszaj! 

Ociągając się, Chance wykonał jej polecenie. Był 

wściekły, że go zaskoczyła. Przecież to kobieta. 

- Jeżeli mnie puścicie, ochronię was przed tymi 

bandytami. Mam z nimi porachunki. Zostawili mnie 

na pewną śmierć. 

- No jasne - prychnęła Amanda. - A ja jestem 

królową Anglii. 

background image

- Naprawdę grubo się mylisz! 

- Polly, daj jakiś sznur. 

Chance uprzytomnił sobie nagle, że może odwró­

cić sytuację. Czas płynął, nie chciał stracić okazji za­

skoczenia Gusa i jego syna. 

- Co zrobicie, jak zjawią się tu po konie? 

Amanda widziała, że Polly poszła do kuchni. 

- Nie martw się o nas. I tak ci się nie uda nas na­

brać. 

Polly wróciła. Amanda oniemiała, widząc, że za­

miast sznura trzyma w ręce żelazny rondel. Jednym 

szybkim ruchem opuściła go na głowę mężczyzny. 

Padł na podłogę. 

- Zabiłam go? - spytała, patrząc na nieruchomą 

postać. Rondel wypadł jej z ręki. 

Amanda pochyliła się i dotknęła dwoma palcami 

szyi mężczyzny. 

- Nie, tylko go ogłuszyłaś. - Wyprostowała się, 

nadal oszołomiona postępkiem Polly. 

- Jest taki wielki, że od razu pomyślałam, by go 

unieszkodliwić, inaczej on unieszkodliwi nas. 

Amanda roześmiała się z podziwem. 

- Zdumiewasz mnie, Polly. 

- Co z nim zrobimy? 

- Nie mam pojęcia. Jest za wielki, byśmy mogły 

go stąd zabrać. - Popatrzyła jeszcze raz na mężczy­

znę rozciągniętego na podłodze. - Chyba możemy go 

ułożyć na łóżku i przywiązać. I zakneblujemy go, że­

by nie mógł przywołać pomocy. Masz lepszy po­

mysł? 

background image

Polly potrząsnęła przecząco głową. 

- No więc dobrze. Ty chwyć go za nogi, ja za 

ręce. 

Okazało się jednak, że mężczyzna jest za ciężki. 

Amanda spróbowała go przesunąć, ale nadaremnie. 

- Teraz ja - powiedziała Polly. Chwyciła go za 

nadgarstki i pociągnęła, ale zaledwie o kilka centy­

metrów. 

- Poczekaj, Polly. W takim tempie nic nam się nie 

uda, bo on zdąży oprzytomnieć. Ty trzymaj go za jed­

ną rękę, ja za drugą. Liczę do trzech i ciągnijmy. Raz, 

dwa... trzy! No, jeszcze raz. Ale teraz, jak go ruszy­

my, to już przeciągnijmy do sypialni. 

W sypialni obie nie mogły złapać tchu. Polly po­

patrzyła na łóżko, potem na mężczyznę i znów na 

łóżko. 

- Ledwo udało nam się go tu przyciągnąć, jak da­

my radę go podnieść? 

- Ty bierz go pod lewe ramię, ja pod prawe. 

Po wielu próbach zdołały wciągnąć na łóżko głowę 

i tors. Amanda zakasała spódnicę, stanęła nad męż­

czyzną i ujęła go pod ramiona. 

- Ty przejdź z drugiej strony łóżka i chwyć go za 

ręce. 

Polly wykonała polecenie. Ciągnęła, szarpała, usi­

łowała podźwignąć ciało, lecz wszystko na próżno. 

Już wiedziały, że nie dadzą rady. Spojrzała pytająco 

na przyjaciółkę. 

- Przecież musi być jakiś sposób. Już wiem. Prze­

kręcimy go na bok, wtedy usiądę na nim, żeby nie 

background image

zsunął się na podłogę, a ty podejdziesz z drugiej stro­

ny i spróbujesz zarzucić mu nogi na łóżko. 

Reszta była już prosta. Amanda pobiegła po rewol­

wer, by móc pilnować mężczyzny, gdy Polly będzie 

szukała sznura i szmaty. 

Kiedy wróciła, sprawnie przywiązały mężczyznę 

do kolumienek podtrzymujących baldachim i za­

kneblowały usta. Odsunęły się i patrzyły z zadowole­

niem na swoją ofiarę. 

Amanda naprawdę cieszyła się, że w tę pełną dra­

matycznych wydarzeń noc udało jej się ze wszystkim 

uporać. Długoletnie doświadczenie w przechytrzaniu 

ojca nauczyło ją samozaparcia i stanowczości. Nagle 

spytała Polly: 

- Słuchaj, czy wspomniałaś mu, że mamy kryjów­

kę w stodole? 

- Nie pamiętam... byłam taka przerażona... 

Amanda jęknęła. Polly, podobnie jak ojciec, my­

ślała tylko o chwili bieżącej. 

- Musimy więc znaleźć inną - stwierdziła. - Kie­

dy wracałyśmy z końmi, widziałam stary szyb. Tam 

się schowamy. Jeżeli tamci trzej się zjawią i znajdą 

tego, na pewno się domyślą, że jesteśmy w miastecz­

ku. Pośpieszmy się, bo on zaraz odzyska przyto­

mność. - Była tak zmęczona, że nie miała pewności, 

czy zdoła dojść do szybu. 

Polly chwyciła worek z żywnością i wyszły 

z domu. 

- Amando, może on mówił prawdę. Może to on 

ostrzegał cię przed bandziorami. 

background image

Amanda uśmiechnęła się blado. 

- Zaraz zacznie świtać. Po tym, co przeżyłyśmy, 

nic mnie nie obchodzi, jestem wykończona. 

- Ale nadal nie wiemy, jak się stąd wydostać. 

- Owszem, ale teraz przede wszystkim musimy 

się dobrze ukryć. 

- Myślisz, że ci trzej wrócą? 

- Jestem pewna. Pośpieszmy się. 

background image

Rozdział czwarty 

- Ktoś zwinął nam konie! 

Gus otworzył oczy i zobaczył biegnącego Verna. 

- Co ty, do diabła, wygadujesz?! - warknął. 

- Nie ma dwóch koni, tato! Gniadego i twojego. 

A gdzie Fred? Nawet nie zaczął gotować wody na 

kawę. 

- Może odszedł się wysikać. - Gus powoli wsta­

wał ze swojej derki. Głowa mu pękała od wypitej po­

przedniego wieczoru whisky. - Co z tymi końmi? -

Pokuśtykał do sznura. - Do diabła! Vern, wsiadaj na 

swojego i znajdź tamte dwa. Nie mogły daleko 

odejść. 

Vern miał już wracać po siodło, kiedy obaj z ojcem 

usłyszeli głośny jęk. 

- Fred? -zawołał Gus, kładąc rękę na kolbie re­

wolweru. 

- Tato, wyciągnijcie mnie spod tego przeklętego 

drzewa! 

Rzucili się w jego stronę. Gus, silny jak 

niedźwiedź, podźwignął ciężki konar, a Vern wyciąg­

nął brata. Kiedy Fred stanął już na nogach i Gus prze­

konał się, że synowi nic nie jest, poza tym, że ma gu-

background image

za na głowie, zamachnął się i rąbnął go z całej siły 

w szczękę. Fred znów wylądował na ziemi. 

Potrząsnął głową, by lepiej widzieć. 

- Po coś to zrobił, tato? 

- Bo puściłeś konie! 

- To nie ja, to dwie kobiety! 

- Jakie dwie kobiety, do cholery? Byłeś tak pijany, 

że nie odróżniałeś kobiety od drzewa. Nigdy nie byłeś 

zbyt bystry. Teraz wstawaj i ruszaj z bratem po konie. 

Fred podniósł się, ale na wszelki wypadek nie zbli­

żał się do ojca. Przemyślawszy sprawę, uznał, że oj­

ciec chyba ma rację. Musiał sobie wymyślić te kobie­

ty. Szkoda, wydawały mu się milutkie. 

Znaleźli konie nieopodal, pasły się jak gdyby nigdy 

nic. Vern podjechał do srokatego i zarzucił mu lasso 

na szyję. W żaden sposób nie mogli jednak złapać 

gniadego. Był za szybki. W końcu zatrzymali swoje 

konie i tylko patrzyli, jak gniady znika za wzgórzem. 

- Tata nie będzie zadowolony - mruknął Fred, po­

cierając obolałą szczękę. 

- I tak nie mógłby na nim jeździć. 

- Taa, ale chciał go dobrze sprzedać w Columbii. 

Podchodząc do wyjścia, Amanda się roześmiała. 

- Ci dranie sobie pojechali! - zawołała do Polly. 

-Możesz już wyjść. Znaleźli konie i widziałam, jak 

odjechali. Jakieś piętnaście minut temu. Jesteśmy 

bezpieczne! 

Polly wybiegła na słońce. 

- O, jak dobrze jest wyjść z tej ciemnej nory. Już 

background image

sobie wyobrażałam, że musimy schodzić coraz głę­

biej, a potem nie potrafimy stamtąd wyjść. Przejeż­

dżali przez miasteczko? 

- Nie, chyba je okrążyli. 

- Skoro ich już nie ma, to co zrobimy z tym zwią­

zanym? Zabijemy go? 

Amanda zmarszczyła czoło. 

- Chcesz powiedzieć, że potrafiłabyś tam wejść 

i po prostu go zastrzelić? 

Polly wyglądała na wstrząśniętą tym pomysłem. 

- Nie, skądże, myślałam, że ty się tym zajmiesz. 

- Jeszcze w życiu nikogo nie zabiłam! 

- Ja też nie. Pytam więc po raz drugi: co z nim 

zrobimy? 

Amanda odgarnęła kosmyki, które bez przerwy 

opadały jej na twarz. Spojrzała na Polly, myśląc, że 

obie wyglądają o wiele gorzej, niż kiedy przyjechały 

do Springtown. Włosy miały rozczochrane, suknie, 

brudne i pogniecione, przypominały ścierki. 

- Idę nagrzać wody, zdjąć te mokre łachy, wyką­

pać się i przebrać. - Spojrzała w pogodne niebo. -

Dzięki Bogu, burza minęła. 

- A co z tym przystojniakiem? 

- Nie zapraszałyśmy go tutaj! - Amanda szarpała 

pasek sukienki, która po zmoknięciu najwyraźniej się 

skurczyła. - Musi leżeć tam związany, będziemy go 

karmić, aż coś wymyślę. 

Spojrzała w stronę hotelu. Była przekonana, że 

w nocy słyszała głos należący do jednego z męż­

czyzn, a biała poświata to było po prostu złudzenie, 

background image

lecz na myśl o wejściu do środka poczuła się nieswo­

jo. Wzięła głęboki oddech. Nie pozwoli, by 

wyobraźnia znów zaczęła jej płatać figle. 

- Idę do hotelu. Pójdziesz ze mną? 

- Za nic w świecie - odparła Polly. - Nie chcę tam 

nawet zaglądać. Zajmę dom, w którym gotowałyśmy. 

Nadal nie jestem pewna, czy to Lester nie złożył ci 

wizyty. 

Amanda skinęła głową, żałując, że tak się pośpie­

szyła. Wolałaby mieć przy sobie Polly, niż zostać sa­

ma w tym dziwnym hotelu, ale nie chciała pokazać, 

że się waha. 

- No to ja już idę doprowadzić się do porządku. 

Chance rozluźnił mięśnie i leżał spokojnie. Głowa 

pękała mu z bólu, a słońce zaglądające przez okno je­

szcze pogarszało sprawę. W ciągu ostatnich kilku 

tygodni już po raz drugi oberwał w głowę i wcale mu 

się to nie podobało. A na dodatek, jeżeli Gus z syna­

mi gdzieś odjechali, będzie musiał ich od nowa wy­

tropić. 

Wykręcił dłonie, bo zaczęły mu drętwieć. Przynaj­

mniej nie musi się martwić, jak się oswobodzić, bo 

kobiety niezbyt sprawnie zawiązały węzły. Co pe­

wien czas mógł nawet zgiąć dłonie w nadgarstkach 

i palcami jednej próbować rozwiązać supeł u drugiej. 

Usiłowania te zajęły mu prawie całą noc, lecz teraz 

był bliski zwycięstwa. Przypuszczał, że kobiety już 

dawno odjechały, przywłaszczając sobie jego konia 

i rewolwer. 

background image

Znów zabierał się do postronków, kiedy usłyszał 

dwa kobiece głosy. 

- Pójdę sprawdzić, co robi, bo już odzyskał przy­

tomność, ale nie wyjęłam mu knebla. 

- Nie, nie, ty zajmij się śniadaniem i kawą, a ja do 

niego zajrzę. 

Chance czekał bez ruchu. Kiedy w końcu stanę­

ła na progu, przestał być taki wściekły. Pięknej ko­

biecie potrafił przebaczyć niemal wszystko, a ta była 

naprawdę cudowna. Miękkie rondo kapelusza przy­

słaniało błyszczące czarne włosy. Brwi miała wygięte 

w śliczny łuk, złotą cerę, wysokie kości policzkowe 

pokryte naturalnym rumieńcem, a usta pełne i czer­

wone. Długa zgrabna szyja, jędrne piersi zebrane ob­

cisłym zielonym staniczkiem sukni, wąska talia do­

prowadziłyby każdego mężczyznę do stanu szcze­

gólnego napięcia. Czuł nawet cudowny zapach jej 

perfum. 

Doyer, trzymaj się z daleka od tej ślicznotki, po­

wiedział sobie w duchu. Z drugiej strony jednak mo­

że da się wykorzystać tę sytuację, nawet jeżeli nie­

znajoma ukryła pod suknią jego rewolwer. Przez dłu­

gi czas nie miał kobiety, a te dwie były naprawdę 

warte grzechu. Koń pewnie pasł się gdzieś niedaleko, 

a Gus z synami posuwali się w takim tempie, że bez 

problemu ich dogoni w Columbii. 

Kobieta popatrzyła, czy jest związany, i podeszła 

wyjąć mu knebel. 

- Tamci sobie pojechali, możesz więc wrzeszczeć, 

ile ci się podoba - powiedziała. 

background image

Stała tak blisko, że Chance widział kolor jej oczu 

- miały barwę wytrawnej whisky. 

- Co chcecie ze mną zrobić? 

Jego wzrost wpływał deprymująco na większość 

mężczyzn, a ta drobna, smukła młoda kobieta patrzy­

ła na niego otwarcie, bez lęku. 

- Jeszcze nie podjęłam decyzji. Może cię zabije­

my? Lepiej, żebyś nie próbował sprawiać nam kłopo­

tu. - Z lubością patrzyła, jak on mruży oczy. Przed­

stawiła jasno swoje stanowisko, a on zrozumiał. Na­

gle zdała sobie sprawę, że nieznajomy jest bardzo 

przystojny. - Jak to się stało, że nie przejeżdżałeś 

przez miasto ze swoimi kompanami? 

- To nie są moi kompani. Kilka tygodni temu 

ograbili mnie ze wszystkiego, co miałem, z wyjąt­

kiem ubrania. Potem strzelili do mnie i zostawili, u-

znając, że nie żyję. Tropiłem ich, żeby wyrównać ra­

chunki, aż nagle pomieszałyście mi szyki. Teraz bę­

dzie mi trudno ich złapać. Nie jestem twoim wro­

giem, miła pani, może więc rozwiążesz te sznury? 

Amanda słuchała, przyglądając mu się uważnie. 

Miał szerokie bary i był taki wysoki, że łóżko okazało 

się dla niego za krótkie. Bujne, jasnoblond włosy roz­

sypały się na poduszce. Amanda musiała przyznać, że 

nigdy przez dwadzieścia lat swojego życia nie wi­

działa tak atrakcyjnego mężczyzny. Było jednak 

w nim coś, co przywodziło na myśl węża gotowego 

ukąsić. Amanda nie chciała tego po sobie pokazać, 

ale bała się go. 

- Jak się nazywasz? 

background image

- Chance Doyer. 

- Wymyśliłeś to. Nikt nie może się tak nazywać. 

- Odwróciła się i wyszła z pokoju. 

- Zaczekaj! - zawołał za nią. - Czemu mnie nie 

uwolnisz? 

Nie raczyła odpowiedzieć. Kiedy nie patrzyła na 

niego, przestało ją ściskać w gardle. Pomyślała, że 

mają teraz z Polly niezły problem do rozwiązania. 

- Oprzytomniał? - spytała Polly, podnosząc 

wzrok znad kuchni. 

- Tak, jest całkiem przytomny. - Amanda nalała 

sobie kawy do delikatnej porcelanowej filiżanki. 

- Nic mu się nie stało? 

- Chyba nie, chociaż go nieźle grzmotnęłaś tym 

żelaznym rondlem. - Zanim usiadła, wyciągnęła re­

wolwer zza paska sukienki i położyła na stole. 

- Amando, tam w pokoju leży naprawdę wspania­

ły, przystojny mężczyzna. Rozwiążmy go. Może na­

wet zna drogę do Sacramento. Jak będziemy go trzy­

mać związanego, na pewno nam jej nie wskaże. 

- Wygląd to nie wszystko - oświadczyła Amanda, 

omal nie krztusząc się kawą. Przecież przed chwilą 

sama patrzyła z zachwytem na tego mężczyznę. -

A co nam przyjdzie z tego, że będziemy znały drogę 

do Sacramento, skoro nie mamy koni? 

- Będziemy wiedziały, jak tam dojechać. Może 

nawet w pobliżu są miasteczka, do których mogłyby­

śmy dojść pieszo. - Nałożyła na talerze ugotowane 

mięso z puszki i kartofle. 

Amanda bawiła się widelcem. 

background image

- Polly, ale jest w nim coś takiego... - Nie potra­

fiła znaleźć słów, by opisać to, co czuje. - Wiem, że 

nie możemy zostawić go tu związanego, ale przynaj­

mniej powinnyśmy się czegoś o nim dowiedzieć. 

Skąd wiadomo, że można mu ufać? Że nie będzie 

próbował zrobić nam krzywdy? 

Polly zachichotała, stawiając talerz przed Amandą. 

- Założę się, że szybko bym go uspokoiła. A poza 

tym jeszcze coś innego przychodzi mi do głowy. Jeśli 

go nie rozwiążemy, jak się dostanie do domku z ser­

duszkiem? 

Widelec Amandy zawisł w powietrzu. 

- Nie pomyślałam o tym. 

Polly odsunęła krzesło i też usiadła przy stole. 

- Widzisz, nie mamy wyjścia, musimy go u-

wolnić. 

- A może wystarczy... - Amanda się uśmiechnę­

ła. - Mam już na to radę. W sklepie żelaznym widzia­

łam kajdany. Mogłybyśmy mu założyć jeden na nogę 

w kostce, a koniec łańcucha przymocować do nogi 

łóżka. Łańcuch byłby dostatecznie długi, żeby on 

mógł się poruszać. Wstawiłybyśmy mu do pokoju 

nocnik. 

- Musiałbym więc tylko podnieść nogę łóżka i już 

byłbym wolny. 

Obie podskoczyły. Stał tuż za nimi. Amanda chwy­

ciła rewolwer ze stołu. 

- Wracaj do sypialni! 

- Nic z tego, szanowna pani. Nie dam się znów 

związać. Jeżeli chcesz strzelać, to strzel teraz. 

background image

Amandzie zadrżała ręka. Twarz Chance'a była jak 

wykuta z kamienia. Patrzył na nią wyzywająco. 

- Może wołałabyś strzelić mi w plecy? - Odwró­

cił się tyłem i czekał. 

Zrozumiała, że nie potrafiłaby zabić człowieka. 

Ani z zimną krwią, ani w żadnych innych okoliczno­

ściach. Nawet gdyby było zagrożone jej życie. 

- Uważam więc, że doszliśmy do porozumienia -

powiedział, stając znowu przodem do niej. 

Widząc triumf na twarzy Chance'a, Amanda, kry­

jąc zmieszanie, odsunęła energicznie krzesło i wstała. 

Nadal trzymała go na muszce. 

- Może i nie zabiję cię, ale na pewno się nie za­

waham przed strzeleniem ci w nogę. Jak rozwiązałeś 

sznury? 

- Jeżeli będziesz naprawdę słodka i pokażesz mi, 

gdzie się podziewa mój koń, to może ja pokażę ci wte­

dy, jak się robi przyzwoity węzeł. 

- Nie mamy twojego konia - wtrąciła lękliwie 

Polly. 

- Hm, chyba nie myślisz, że ci uwierzę? Widzia­

łem, jak go prowadziłyście. Mój był gniady. 

Polly powoli wstała z krzesła i przysunęła się do 

Amandy. 

- To prawda. Ale podczas burzy konie uciekły, 

a dziś rano widziałyśmy, jak odjechali na nich tamci 

bandyci. 

Amanda uprzytomniła sobie, że kiedy rabusie od­

jeżdżali, nie mieli ze sobą gniadosza. Nie zamierzała 

jednak informować o tym tego mężczyzny ani Polly, 

background image

która za dużo paplała. Gdyby udało im się schwytać 

tego konia, miałyby na czym uciec. 

Chance bacznie obserwował Amandę, doskonale 

więc widział, kiedy zerknęła na Polly, a wtedy, wy­

rwał jej z ręki rewolwer. 

- No, szanowne panie, co wy na to? 

Amanda, wściekła, że znów ją przechytrzył, rzuci­

ła się do drzwi. Nagle mocna ręka chwyciła ją w talii, 

aż jej dech zaparło i o mało nie upadła. 

- Wiedziałam, że kąsasz jak wąż - syknęła. - Co 

chcesz z nami zrobić? 

- Polly, może byś mi nalała filiżankę kawy? - spy­

tał jak gdyby nigdy nic. - I wezmę sobie na talerz tro­

chę kartofli. 

- Polly, nie waż się ruszyć! - krzyknęła Amanda. 

- Niech sobie sam weźmie. 

- Ale... ale... - jąkała Polly. 

- Jeśli będzie chciał nas zastrzelić, to i tak to 

zrobi! 

Chance uśmiechnął się szeroko. Czupurna brunet­

ka patrzyła mu wyzywająco w oczy, czekając, czy 

pociągnie za cyngiel. O jednym się przekonał: nie 

miały w sobie tyle siły, by go zabić. 

- Jak ci na imię? - spytał. 

- Amanda - szybko odpowiedziała za przyjaciół­

kę Polly. 

Chance wydął usta, jakby głęboko się nad czymś 

zastanawiał. 

- No cóż, Amando, uważam, że mam prawo po­

traktować was z taką samą gościnnością jak wy mnie. 

background image

No, może bez tego grzmotnięcia w głowę. - Zerknął 

na Polly, a potem znów zwrócił wzrok na Amandę. 

- Właściwie to dwie kobiety przywiązane do łóżka 

wyglądają naprawdę powabnie. - Oparł się o ścianę 

i delektował przerażeniem Amandy. - Dlaczego mie­

szkacie w tym opuszczonym mieście? - Widząc, że 

nie ma zamiaru otworzyć mocno zaciśniętych ust, 

spojrzał na Polly, która niewątpliwie była bardziej 

rozmowna. - Może ty zachowasz się mądrzej i odpo­

wiesz? 

Polly zaczęła paplać jak nakręcona o jakichś ojcach, 

o ucieczce w ciemną noc, o Sacramento, o śmierci Le­

stera, o mogile, która stała się dla nich przekleństwem, 

o kończącej się żywności i w końcu o tym, jak razem 

z Amandą przypadkiem natrafiły na Springtown. Swoją 

opowieść zakończyła następująco: 

- I jakby tego wszystkiego było jeszcze mało, to 

duch Lestera chyba przywędrował tu za nami! 

Chance nie miał pojęcia, o czym ona trajkocze. Zro­

zumiał tylko część opowieści dotyczącą Springtown. 

Popatrzył na Amandę, lecz ta tylko wzruszyła ramio­

nami. Zaczęła mu się podobać jej odwaga i upór. Bu­

dziła ciekawość, a poza tym młoda kobieta była na­

prawdę piękna. Nagłe uprzytomnił sobie całą absur­

dalność sytuacji i wybuchnął śmiechem. 

Amanda pomyślała, że zwariował. Przecież tylko 

wariat może się śmiać w takiej sytuacji. Zaczęła się 

bać, bo Chance zatarasował jedyne wyjście z kuchni. 

Doszła do wniosku, że tylko ustępując mu, mogą od­

zyskać wolność. 

background image

- Dobrze, podam ci filiżankę kawy i talerz kar­

tofli. 

Nie zaprotestował, więc ostrożnie podeszła do 

pieca. 

- No więc sprawa wygląda tak, szanowne panie. 

Ponieważ przez was nie mam na czym odjechać, bę­

dziecie, niestety, na jakiś czas musiały się pogodzić 

z moim towarzystwem. - Popatrzył na jedną, a po­

tem na drugą. - Mówiłem już, że zależy mi tylko na 

odzyskaniu konia i rewolweru. Rewolwer już mam, 

a gdzie się podziewa koń? Jeśli mi go oddacie, odpo­

cznę tu kilka dni i ruszę w dalszą drogę. 

Amanda postawiła przed nim talerz tak zamaszy­

ście, że widelec spadł na podłogę. 

- Bardzo byśmy chciały, byś sobie pojechał, ale 

nie możemy wyczarować twojego konia. Polly po­

wiedziała ci prawdę. Konie spłoszyły się w czasie 

burzy. 

- Polly, potwierdzisz to? - spytał bardzo poważnie. 

Skinęła potakująco głową. 

- No cóż, będę zmuszony wybrać sobie dom, 

w którym zamieszkam. Są tu jeszcze jacyś ludzie? 

Polly potrząsnęła przecząco głową. 

- Nie martwcie się tak, szanowne panie. Jeżeli da­

cie mi spokój, ja też dam wam spokój. Proponował­

bym jednak, byście już nie próbowały ze mną żartów. 

- Podszedł do stołu i wziął swój talerz. - Dzięki za 

jedzenie. 

Amanda oniemiała patrzyła za nim, kiedy wy­

chodził. 

background image

- Co teraz zrobimy? - Polly niecierpliwie skręca­

ła rąbek spódnicy. - Na pewno będzie chciał się ze 

mną porachować za to grzmotnięcie rondlem. 

Amanda wpatrywała się w otwarte drzwi. 

- Możemy mieć poważniejsze kłopoty, bo moim 

zdaniem on jest niespełna rozumu. 

- Naprawdę? Dlaczego? 

- Zauważyłaś, jak często zmienia mu się nastrój? 

Raz jest wściekły, raz złośliwy, raz się śmieje, raz 

nam grozi. W Columbii była kobieta, która tak samo 

się zachowywała. Zupełna wariatka. 

- Czy ty czasem nie wymyślasz kolejnej historyj­

ki? - spytała podejrzliwie Polly. 

- Skądże. Znam wielu ludzi. Moim zdaniem 

powinnyśmy zamieszkać w hotelu, żeby móc go ob­

serwować. Przez cały czas będziemy miały nabitą 

broń, a wychodząc z hotelu, zawsze będziemy we 

dwie. 

- Powiedział, że nic nam nie zrobi, jeżeli damy 

mu spokój - szepnęła Polly. 

- I ty w to wierzysz? Szkoda, że nie zakułyśmy 

go w kajdany. 

Polly zdumiona patrzyła na swoją drobną przyja­

ciółkę. 

- Chyba nie zamierzasz go schwytać po raz drugi? 

Amanda zastanawiała się przez chwilę. 

- Nie, na pewno będzie bardzo ostrożny - odparła 

w końcu. - Jest taki wielki, że nawet we dwie nie da­

łybyśmy mu rady. Jeżeli z czymś wyskoczy, to na 

pewno będę strzelała. 

background image

- Jaka szkoda! Jest taki piękny, a nawet czarujący. 

- W Columbii był taki jeden, co to potrafił zacza­

rować nawet węża. Ale wiadomo było, że to najgor­

szy człowiek, jaki chodził po tej ziemi. 

- Do cholery! - wykrzyknęła Polly. 

Chance oparł się o cembrowinę studni i roze­

jrzał wokół. Rzeczywiście miasteczko było jak wy­

marłe. Gus z synami już dawno odjechał, a on na­

wet nie miał na czym ich gonić! Poszedł tam, gdzie 

poprzedniego wieczoru zostawił konia, którego 

ukradł. Nie było go. Pewnie zerwał się w czasie 

burzy. 

Przez kilka godzin sprawdzał wszędzie, gdzie tyl­

ko mógł: w stajniach, w stodołach, szopach. Najwy­

raźniej kobiety mówiły prawdę. Z drugiej strony jed­

nak miały dużo czasu, by ukryć konia, podczas gdy 

on, Chance, leżał przywiązany do łóżka. Najgorsze 

jednak było to, że nie miał pojęcia, gdzie jeszcze 

szukać. 

Zajrzał do studni, by sprawdzić, czy wyschła. 

Sznur, do którego przywiązane było wiadro, nie wy­

glądał na stary. Chodząc po miasteczku, Chance ze 

zdumieniem stwierdził, że domy i sklepy wyglądały 

tak, jak gdyby zostały opuszczone na chwilę - nicze­

go w nich nie brakowało. Wracając znad strumienia, 

zauważył napis „Żółta febra". A zatem mieszkańcy 

uciekli przed śmiertelną chorobą, część pewnie zmar­

ła. Dlaczego w takim razie Polly i Amanda pozostały 

przy życiu? Mimo wszystko wydało mu się dziwne, 

background image

że mieszkańcy pozostawili cały swój dobytek. Po­

wstawało następne pytanie: jeżeli opuszczali miaste­

czko w pośpiechu, to gdzie są ciała zmarłych na fe­

brę? Przecież te dwie kobiety na pewno ich nie grze­

bały. A może wcale nie wszyscy uciekali naraz? Na­

prawdę trudno było dociec, co tu się wydarzyło. 

Ponadto przez Springtown przejeżdżali już inni lu­

dzie. Dlaczego więc tylko te dwie ładne kobiety po­

stanowiły tu zostać? 

Chwycił korbę i zaczął odkręcać sznur z wiadrem. 

Kiedy już nabrał wody i wyciągnął wiadro, zabloko­

wał korbę i wziął do ręki czerpak, który wisiał obok 

na gwoździu. Powąchał wodę, by sprawdzić, czy jest 

zatruta. Nie miał pewności, czy woda jest dobra, lecz 

wypił pół czerpaka i odwiesił go na miejsce. 

Potarł zarośniętą brodę, zastanawiając się, co zro­

bić. Czy iść pieszo za Gusem i jego synami? Niespe­

cjalnie mu się ten pomysł podobał. Zmęczyło go już 

to polowanie. Najwyższy czas, by jego życie wróci­

ło do normy. Nie warto było poświęcać tyle energii 

na tropienie bandytów. Jednego był pewien: oni 

znaleźli swoje konie, w przeciwnym razie kręciliby 

się miasteczku. Nigdy już nie zobaczy swojego Ka­

ktusa, chyba że stoi tu gdzieś ukryty przez kobiety. 

Teraz jednak już nie wydawało się to prawdopo­

dobne. 

Przeniósł wzrok z hotelu na sklep, a następnie na 

zakład fryzjerski. Powinien sobie zafundować czyste 

ubranie, ogolić się i wykąpać w strumieniu. Potem 

poszuka sobie domu z wygodnym łóżkiem. Był bar-

background image

dzo zmęczony, lecz wiedział, że nie jest mu pisane 

długo spać w nocy. Będzie musiał czuwać, by kobiety 

go nie zaskoczyły. Widział w sklepie wszelkiego ro­

dzaju broń, nie miał więc wątpliwości, że panie są 

dobrze uzbrojone. Zerknął na okno na pierwszym pię­

trze hotelu i uchylił kapelusza, po czym ruszył jesz­

cze raz do sklepu. 

- Widziałaś?! - wykrzyknęła Polly. - Wiedział, że 

go obserwujemy. - Przytknęła policzek, do szyby, usiłu­

jąc dojrzeć, dokąd poszedł Chance. - Gdzie idzie? 

- A skąd mam wiedzieć? Może do któregoś ze 

sklepów? Widzę tyle samo co ty. I nie musisz mówić 

szeptem. Zauważył nas, ale na pewno nie słyszy. -

Amanda cofnęła się i przysiadła na łóżku. 

- Nie musisz na mnie krzyczeć. To nie moja wina, 

że tak się sprawy potoczyły. 

- Wiem - westchnęła Amanda. - Jestem po prostu 

zmęczona. Ty się odrobinę przespałaś w szybie. 

- Znów się pokazał. Włożył drelichowe spodnie 

i koszulę. Hm, niepotrzebnie chodził do sklepu, bo te­

raz ma też strzelbę i pas rewolwerowy. Znów zniknął 

mi z oczu. 

- Polly, po co w ogóle... 

- Już go widzę. Coś trzyma w ręce, ale nie wiem, 

co to jest. Sprawdza po kolei domy. Chyba idzie z po­

wrotem nad strumień. To już drugi raz. Ciekawe, co 

jest tam takiego interesującego. 

•- Może chce się wynieść. - Oczy Amandy zrobiły 

się jak szparki, ale po chwili potrząsnęła głową. -

Niestety, chyba nie będzie nam dane takie szczęście. 

background image

Polly padła na krzesło przy oknie. 

- Może źle go oceniamy - powiedziała. - Może 

mówił prawdę i rzeczywiście tropi tych drani. 

- Albo jest jednym z nich! - Amanda znużonym 

krokiem wróciła do okna. Stała tam dobre piętnaście 

minut, lecz Chance się nie pojawił. - Idę sprawdzić, 

co on robi. 

- Ale on może cię złapać i... 

- Musimy wiedzieć, co zamierza. 

- Racja. Idę z tobą. 

- Nie, poczekaj tutaj. Sama zrobię to o wiele szyb­

ciej i nie narobię tyle hałasu. 

- Ale przecież mówiłyśmy, że wszędzie będziemy 

chodzić we dwie. 

- Nawet się nie domyśli, że jestem w pobliżu. Mo­

że kłamał, że nie ma konia, i naprawdę postanowił 

wyjechać. Jak wrócę, pójdę się trochę przespać, a ty 

zostaniesz na czatach. Przecież może nas zaatakować 

we śnie. W Columbii opowiadano o takim, co to zabił 

w nocy całą rodzinę. 

- Jeżeli chciał nas zaatakować, to dlaczego tego 

nie zrobił? 

- Bo jest głupi - odparła Amanda, wzięła do ręki 

rewolwer i sprawdziła, czy jest załadowany. - Pra­

wdopodobnie to drapieżnik. 

- Drapieżnik? 

- Zwierzę, które poluje na inne zwierzęta. Jak 

wielki kot. 

- Puma? 

- No właśnie. 

background image

- Ale musisz przyznać, że jest niebywale przy­

stojny. 

- To kwestia gustu - mruknęła Amanda, idąc do 

drzwi. - Mnie on zupełnie nie interesuje. 

Ciekawość jednak brała górę nad udawaną obojęt­

nością. Dziewczyna koniecznie chciała się przeko­

nać, po co Chance poszedł nad strumień. 

Polly stała w drzwiach. Pomyślała, że Amanda już 

chyba zbyt długo mieszka w tym miasteczku, bo co­

raz częściej opowiada takie rzeczy jak poszukiwacze 

złota wieczorem w barze. Wszyscy wiedzą, że potra­

fią wymyślać niestworzone historie. 

Amanda ostrożnie przedzierała się przez gęste za­

rośla, trzymając w pogotowiu rewolwer. Idąc ścież­

ką, szybciej dotarłaby na miejsce, ale też byłaby wi­

doczna jak na dłoni. Nigdzie nie zauważyła ani śladu 

Chance'a, zaczęła więc podejrzewać, że rzeczywiście 

odjechał. 

Nagle coś szarpnęło ją za spódnicę. Przystanęła, 

spojrzała w dół. To po prostu ostra gałąź. Pociągnęła, 

chcąc się uwolnić, lecz gałąź lekko się tylko wygięła, 

a spódnica rozdarła. Zebrała więc jej fałdy i ruszyła 

naprzód. Miała tylko nadzieję, że Chance jest dosta­

tecznie daleko i nie słyszy tego hałasu. 

Przeszła jeszcze kilka kroków i nagle między drze­

wami zamigotała tafla wody. Było to niewielkie je­

zioro, częściowo skryte za zakrętem. Ruszyła w dół 

skalistą skarpą porosłą mchem, bluszczem i paprocia­

mi. Pnącza oplatały też pnie drzew i zwisały z gałęzi. 

background image

Kiedy dotarła do zakrętu, stanęła jak wryta. Ktoś 

stał w płytkiej wodzie. Chyba był to Chance, lecz re­

fleksy słońca na wodzie nie pozwalały tego stwier­

dzić z całą pewnością. Podeszła jeszcze bliżej i ukry­

ła się za dużym krzewem. 

Chance stał po pas w wodzie. Ciało i włosy miał 

namydlone, szorował sobie tors. Ze zdumieniem 

stwierdziła, że jest całkiem nagi. 

Rzucił kawałek mydła na brzeg. Dopiero teraz 

Amanda zauważyła stertę ubrań, buty i broń. Leżała 

tam również otwarta brzytwa i lusterko. Pomyślała, 

że czas wracać, w końcu wypełniła zadanie. Ale na­

gle poczuła przemożną pokusę, by ukraść Chance'o-

wi wszystkie rzeczy i zostawić go tu gołego. Niestety, 

na pewno by się domyślił, kto to zrobił, i szybko mó­

głby ją złapać. Nie chciała ryzykować. 

Jeszcze raz spojrzała na niego i zamarła oczarowa­

na. Zdążył się już opłukać, jego brązowe ciało poły­

skiwało w słońcu. Musiał sporo czasu spędzać bez 

koszuli. Potrząsnął głową, strząsając z włosów lśnią­

ce krople. Spojrzała na jego ogoloną twarz i omal nie 

zemdlała - był zniewalająco przystojny. Muskularne 

ciało było jak wyrzeźbione, brzuch płaski, napięty. 

Nawet... 

Oczy otworzyły jej się jeszcze szerzej. Wycho­

dził z wody! Nie mogła się powstrzymać, by nie spoj­

rzeć na dolne partie jego postaci. Przełknęła ślinę 

i podniosła wzrok z powrotem na jego twarz. Stał 

w płytkiej wodzie na brzegu i spoglądał w jej stronę. 

Była pewna, że jej nie widzi, lecz nie śmiała się po-

background image

ruszyć. Chyba umarłaby z upokorzenia, gdyby ją tu 

zobaczył. 

- Amando, wiem, że tam jesteś - powiedział ci­

chym głosem. - Narobiłaś tyle hałasu, że mogłabyś 

spłoszyć stado bawołów. Chcesz, bym się odwrócił? 

Mogłabyś mieć pełny obraz. 

Przerażona, rzuciła się gwałtownie do ucieczki, 

popędzana jego szyderczym śmiechem. Uderzały ją 

po twarzy pnącza, gałązki chwytały za rękawy, spód­

nica rozdarła się jeszcze bardziej. Kilka razy się po­

tknęła, upadła, lecz podniosła się z powrotem na no­

gi, nadal słysząc za sobą echa gromkiego śmiechu. 

Wpadła bez tchu do hotelu i rzuciła się na drew­

nianą ławkę w holu. Zanim odzyskała oddech, sto ra­

zy sklęła siebie za to, co zrobiła. Gdyby Chance spy­

tał Polly, czy dość się mu napatrzyła, ta prawdopo­

dobnie odpowiedziałaby ze znawstwem „tak" i zaraz 

by do niego podeszła. Amanda nie mogła sobie daro­

wać, że uciekła. No, ale co się stało, to się nie odsta­

nie, niemniej była pewna, że Chance wykorzysta całe 

to zdarzenie przeciwko niej. 

Odetchnęła głęboko i ruszyła po schodach na gó­

rę. Potrzebowała długiego snu. 

- Przedtem byłam zmęczona, ale teraz lecę z nóg 

- mruknęła do siebie. 

Weszła do pokoju. Polly leżała w łóżku. Amanda 

miała ochotę ją obudzić, lecz przyjaciółka spała tak 

smacznie, że w końcu jej pożałowała. Przesunęła 

ciężki fotel do okna, żeby z niego obserwować ulicę, 

background image

a zarazem widzieć drzwi. Przynajmniej będzie jej 

wygodnie, kiedy tu usiądzie na czatach. Może Polly 

miała rację, twierdząc, że jest zbyt podejrzliwa, lecz 

przecież nie wiedziały niczego pewnego o Chansie 

Doyer i odrobina ostrożności na pewno nie zawadzi. 

Nagle zorientowała się, że nie ma swojego rewol­

weru. Musiał jej wypaść podczas ucieczki. Tylko tego 

brakowało! 

Wzięła ze stolika strzelbę Polly i wróciła na fotel. 

Ubranie miała brudne i poszarpane, lecz nie starczało 

jej już siły, by się przebrać. Siedziała ze strzelbą na 

kolanach. Minęło niecałe pięć minut, a powieki same 

jej się zamykały i z trudem broniła się przed zaśnię­

ciem. Zaczęła więc zastanawiać się nad tajemnicą 

opustoszałego miasteczka. Co chwila jednak bez­

wiednie wracała myślami nad jezioro, do wspaniałe­

go mężczyzny. Sama myśl o nim sprawiała, że serce 

zaczynało jej szybciej bić. Po kilku minutach zapadła 

w głęboki sen. 

Polly obudziła się wypoczęta i głodna. Przeciągnę­

ła się leniwie i wygramoliła z łóżka. Zobaczyła 

Amandę uśpioną na fotelu, z głową przechyloną na 

ramię. Poczuła się winna, bo przecież przez cały czas 

to Amanda czuwała nad ich bezpieczeństwem, a ona 

spała. Nic dziwnego, że teraz biedaczka po prostu nie 

wytrzymała. Polly popatrzyła na jej poszarpaną, po­

plamioną spódnicę, brud na rękach i twarzy, krwawe 

zadrapania. Przestraszona, przypuszczając, że musia­

ła stoczyć jakąś walkę, podeszła bliżej i delikatnie 

background image

potrząsnęła przyjaciółkę za ramię. Aż drgnęła, ponie­

waż Amanda, zdawałoby się głęboko uśpiona, naty­

chmiast otworzyła oczy. 

- Jest tu? - spytała przytomniejąc. 

- Nie - uspokoiła ją Polly. Widząc liczne zadra­

pania na ślicznej twarzy Amandy, przestraszyła się je-

szcze bardziej. - Już jesteś bezpieczna, możesz ze 

mną porozmawiać. Co ci zrobił Chance? 

- Daj mi spokój, chce mi się spać. 

- Dobrze, pomogę ci się położyć. 

- Stój na czatach. 

Amanda podniosła się z fotela, strzelba spadła jej 

z kolan. Polly odsunęła ją nogą i poprowadziła przy­

jaciółkę do łóżka. 

- Nie martw się, już ja dopilnuję, by nic podobne­

go ci się nie stało. 

Wystarczyło, że Amanda wyciągnęła się na łóżku, 

a już zamknęła powieki i zasnęła. 

Polly chwyciła strzelbę i wybiegła z pokoju. Miała 

zamiar strzelić Chance'owi Doyer między nogi za to, 

co zrobił jej przyjaciółce. 

Chance, głodny i zmęczony, nie potrafił myśleć 

o niczym innym, tylko o szynce, którą widział w ku­

chni. Przecież to z winy tych kobiet musiał zostać 

w miasteczku, powinny więc go karmić. Wyszedł 

z domu, który zajął dla siebie, i ruszył ulicą. 

Dom, w którym dziewczyny gotowały posiłki, był jas­

no oświetlony, Chance, nie pukając, otworzył po prostu 

drzwi i wszedł. Polly wyjrzała z kuchni. Przystanął, 

background image

- Do cholery, znów zaczynacie?! - wykrzyknął, 

widząc strzelbę w jej ręce. - Tylko o tym potraficie 

myśleć? A może to ja was tak usposabiam? - Głębo­

ko zaczerpnął powietrza, by się opanować. - Za co 

tym razem mam zostać zastrzelony? 

- Doskonale wiesz, draniu. 

- Na dokładkę zostałem jeszcze draniem! Chyba 

nie masz prawa mnie wyzywać, słoneczko, bo nie je­

stem tu z własnej woli. Ale czy mogę się dowiedzieć, 

o co właściwie chodzi, zanim wykonasz na mnie wy­

rok? - Widział, że Polly tak mocno drży ręka, że kula 

i tak by go nie trafiła. 

- Zgwałciłeś Amandę! 

- Co?! - spytał zdumiony. - Tak ci powiedziała? 

- Nie wymigasz się. Widziałam, jak ona wygląda. 

Chance wzniósł oczy do nieba. Te kobiety to istne 

wariatki! 

- A mogę spytać, jak ona wygląda? 

- Ma poszarpane i brudne ubranie, cała jest po­

drapana. Naprawdę nie zasłużyła na coś podobnego. 

Mogła cię zabić, a przecież tego nie zrobiła. Więc ja 

to zrobię! 

- Poczekaj chwilę, do cholery! Wyjaśnię ci, jak 

było: zobaczyła mnie nagiego, kiedy się myłem w je­

ziorze, a potem zaczęła uciekać, jakby ją gonił sam 

diabeł. Jeżeli coś jej się wtedy przydarzyło, to nie 

mam z tym nic wspólnego. A teraz odłóż tę cholerną 

pukawkę. Przyszedłem tu coś zjeść. Jestem głodny 

i zmęczony i naprawdę nie mam ochoty wdawać się 

w kolejną idiotyczną historię. 

background image

- To znaczy, że nic jej nie zrobiłeś? 

- Oczywiście. Jeżeli powiedziała ci coś innego, to 

kłamała. 

Polly straciła pewność siebie. Chance przeszedł 

obok i wkroczył do kuchni. Opuściła broń. Może wy­

ciągnęła zbyt pochopne wnioski. Pewnie Amanda 

również. Poza wszystkim tak przystojny mężczy­

zna chyba nie musi się posuwać do gwałtu, żeby 

dostać to, czego chce. To raczej kobiety za nim ga­

niają. 

- W porządku - powiedziała, wchodząc za nim do 

kuchni. - Może nie miałam racji. 

- Może? 

Uśmiech, jaki nagle rozjaśnił mu twarz, sprawił, 

że ugięły się pod nią kolana. Ten mężczyzna za­

chowywał się normalniej niż kiedyś większość jej 

klientów. 

- Pogadajmy. Usiądź, a ja przygotuję coś do je­

dzenia. 

Przez następną godzinę jedli i rozmawiali. Chance 

wyglądał na naprawdę zmęczonego, w końcu więc 

zdecydował, że wróci do siebie i położy się spać. Po 

jego wyjściu Polly doszła do wniosku, że najbardziej 

niebezpieczny w nim jest jego czar. Już się cieszyła, 

że go zobaczy nazajutrz. Zaprosiła go na śniadanie. 

Kiedy już będzie wypoczęty, przekona się, czy jest 

taki dobry w łóżku, jak jej się wydaje. 

Słysząc, że ktoś do niej mówi, Amanda otworzyła 

powoli oczy. W końcu uprzytomniła sobie, że to był 

background image

sen. Usiadła na łóżku i zaczęła się rozglądać po toną­

cym w ciemnościach pokoju, zdumiona, że już tak 

późno. 

- Polly? - zawołała. - Polly? 

- Twoja miła pulchna przyjaciółka bawi się w to­

warzystwie tego pastucha. 

Serce zabiło jej z przerażenia. W nogach łóżka 

znów pokazała się biała poświata. Amanda skuliła się 

i przesunęła aż do wezgłowia. 

- Nie powinnaś mnie się bać. Nigdy nie pozwolę, 

by stała ci się jakaś krzywda. 

Poświata przybrała bardziej konkretny kształt. 

Dziewczyna chciała krzyknąć, lecz głos uwiązł jej 

w gardle. 

- Żeby ci udowodnić, że jestem twoim przyjacie­

lem, zdradzę ci pewną tajemnicę: w tym mieście jest 

złoto. 

- Z... złoto? 

- Tak. Jest go tyle, że możesz być bogata do końca 

życia. 

Widziała zarys męskiej postaci. 

- Nie chcesz... nie zamierzasz zrobić mi krzyw­

dy? 

- Skądże, po co miałbym krzywdzić taką śliczną 

istotę? 

Połyskliwy kontur postaci podniósł się i podszedł 

do okna. 

- Nie wierzę w duchy. To jakaś sztuczka! Skąd tu 

się wziąłeś? 

Roześmiał się. 

background image

- Przejmujesz się bardzo tym pastuchem o imie­

niu Chance. Chcę, byś wiedziała, że nigdzie miejsca 

nie zagrzeje, ale jest nieszkodliwy. Niemniej powin­

nyście się starać go stąd wyprawić. Jest wam niepo­

trzebny. 

Zarys sylwetki zaczął się rozpływać. 

- Poczekaj! - zawołała, wyskakując z łóżka. -

Powiedz, co to wszystko znaczy! Nie odchodź! Co 

z tym złotem? 

Postać już jednak zniknęła, Amanda została sama 

na środku pokoju. Wstrząśnięta, podeszła do stolika 

zapalić świecę. Przeszył ją zimny dreszcz, znów po­

czuła się bardzo zmęczona. Padła na łóżko, mówiąc 

do siebie, że musi znaleźć Polly i upewnić się, czy 

nic jej się nie stało. 

background image

Rozdział piąty 

Amanda szła ulicą, trzymając w ręku strzelbę. 

Szukała Polly. Przejrzała już wszystkie pokoje w ho­

telu, męczyło ją okropne poczucie winy, że tak długo 

spała. Jeżeli przyjaciółce coś się stało, to przez nią. 

Nie obchodziło jej, czy zaraz spotka gdzieś Chance'a 

Doyer. I tak chciała go zabić. 

Zbliżając się do domu, w którym gotowały, usły­

szała śmiech Polly. Postanowiła okrążyć dom i wejść 

od tyłu. A w ogródku, w cieniu dębu zobaczyła Polly 

i Chance'a. Przyjaciółka obejmowała go za szyję 

i miała rozanielony wyraz twarzy. 

- Co tu się dzieje? - spytała ostro, choć doskonale 

wiedziała co. 

- Och, Amando, cudownie, że się obudziłaś — 

ucieszyła się Polly. 

- Wyglądasz, jakbyś biegła przez krzewy róż - za­

uważył Chance. - Coś ci się stało? 

Amanda najeżyła się, widząc uśmiech na jego twa­

rzy, kiedy uwalniał się z objęć Polly. 

-Bardzo śmieszne - skwitowała kwaśno. -

Chciałabym porozmawiać z Polly na osobności. -

background image

Poczuła ulgę, kiedy odszedł bez słowa. Ale nadal się 

uśmiechał. 

- Myślałam, że stoisz na czatach - powiedziała do 

Polly z wyrzutem. 

- Owszem, pilnowałam nas. Ale Chance nie jest 

groźny. Był wściekły za to wszystko, co mu zrobiłyśmy, 

i niespecjalnie mu się dziwię. Już prawie miał w ręku 

tych drani, którzy zostawili go na pewną śmierć! Moim 

zdaniem powinnyśmy bardziej przyzwoicie się wobec 

niego zachowywać, bo jakiś czas tu pozostanie. 

Amanda oniemiała. Nie potrafiła odeprzeć argu­

mentów Polly, bo jeśli chodziło o mężczyzn, przyja­

ciółka miała naprawdę duże doświadczenie. Pomyśla­

ła, że może wyciągnęła zbyt pochopne wnioski co to 

Chance'a, może powinna go trochę poobserwować. 

- " Jakiś czas", to znaczy jak długo? 

- Chyba dopóki nie będzie gotów do odjazdu. Co 

z twoją twarzą, dlaczego tak wygląda twoja suknia? 

- Nic się nie stało. Daj spokój. 

Amanda dopiero teraz zauważyła, że Polly zrobiła 

sobie wymyślną fryzurę - starannie uczesane loczki 

zebrała do góry i związała na czubku głowy. Miała 

na sobie tę piękną atłasową suknię, którą Amanda 

chciała zatrzymać dla siebie. Ponieważ Polly była 

bardziej pulchna, jej pełne piersi rozsadzały głęboki 

dekolt, a szwy napięte były do granic wytrzymałości. 

- Przymilanie się do tego mężczyzny nazywasz 

pilnowaniem nas? I właściwie dlaczego masz na so­

bie moją suknię? 

- Chciałam ładnie wyglądać. Dla niego. - Polly 

background image

przygładziła sobie włosy nad karkiem. - Poza tym to 

chyba nie jest jedyna suknia, jaką masz. Dałam mu 

jeść i rozmawialiśmy. Gdybyś nie nadeszła, posunę­

łabym się z nim dalej. 

- Zniszczyłaś mi suknię. 

- Bzdury - odparła z uśmiechem Polly. - Jeszcze 

mi posłuży. Tylko chyba muszę ją odrobinę wypuścić 

w szwach. Nie złość się tak. Powinnaś się cieszyć: 

przygotowałam śniadanie. 

Ruszyła do domu, Amandzie nie pozostało więc 

nic innego, jak pójść za nią. Zmartwiła się, że Polly 

i Chance tak szybko się polubili. Nie dziwiło jej to, 

bo Polly należała do naprawdę ładnych kobiet, więc 

spodobała mu się. 

- Co ci mówił Chance? - spytała już w kuchni. 

Polly nałożyła przyjaciółce na talerz porcję kaszy 

kukurydzianej. 

- Rozmawialiśmy o miasteczkach poszukiwaczy 

złota i opowiadaliśmy sobie różne historyjki. Mówił 

mi też, że widziałaś go nago. Czy właśnie wtedy tak 

się podrapałaś i pobrudziłaś? 

- Przewróciłam się w krzakach. 

Polly musiała się odwrócić, by nie wybuchnąć 

śmiechem. Chance miał rację. Amanda wpadła w po­

płoch na widok nagiego mężczyzny. 

- Co jeszcze mówił? 

- Nic takiego. Właściwie głównie zadawał pyta­

nia. Zauważyłam, że tak samo boi się nas, jak my je­

go. Powiedział, że cały czas się denerwuje, że zaj­

dziesz go od tyłu ze strzelbą. 

background image

Teraz Amanda się uśmiechnęła. Cieszyło ją, że 

Chance ma się na baczności, ale dlaczego się boi? 

Kiedy widziała go nad jeziorem, nie wyglądał na 

przestraszonego. Zaczęła jeść kaszę. 

- No więc - ciągnęła Polly, siadając obok Aman­

dy przy stole - powiedziałam mu trochę o nas, co 

tu robimy i tak dalej. Od razu się uspokoił. -

Znów podniosła rękę i pogłaskała się po włosach nad 

karkiem. Bardzo się tego ranka napracowała nad fry­

zurą. 

- Spytałaś go, gdzie leży Sacramento? I czy jest 

tu w pobliżu jakieś inne miasto? 

- Tak, ale nigdy nie był w Sacramento. Przyjechał 

z północy. Twierdzi, że ostatni raz widział miasto trzy 

miesiące temu. Nazywało się Angels Camp. Biedak 

spędził w siodle naprawdę dużo czasu i nie miał ko­

biety, która by zaspokoiła jego potrzeby - dokończy­

ła ze smutkiem, - To dla mężczyzny naprawdę trudna 

sprawa. 

- Powiedział ci to czy sama wymyśliłaś? 

- Wiele z tego sam mi powiedział, a reszty się do­

myśliłam, bo mam dość oleju w głowie, by wiedzieć, 

że mężczyzna, który długo nie miał kobiety, robi się 

gburowaty. Wydaje mi się, że nie musimy już stać na 

czatach, bo Chance jest tu z nami. 

- Dlaczego? Chcesz go obezwładnić, kochając się 

z nim? To mężczyzna, który nigdzie nie zagrzeje 

miejsca. Bierze, co mu potrzeba, i jedzie dalej. 

- Niewiele więc się różni od innych. 

Amanda uśmiechnęła się z przymusem. 

background image

- A pytałaś go, czy pomoże nam się stąd wy­

dostać? 

- Nie. - Polly zdjęła nitkę ze stanika sukni. - Mia­

łam inne sprawy na głowie. 

Amandę ogarnął gniew. Jak Polly mogła się nie 

przejmować ich losem? Dlaczego całą uwagę skupiła 

na pierwszym lepszym mężczyźnie? 

- Potrafisz myśleć tylko o sobie. - Wstała, gwał­

townie odsuwając krzesło, aż zazgrzytało o podłogę. 

- Jeśli chcesz, idź sobie do niego, twoja sprawa. Ale 

będę ci wdzięczna, jak się ubierzesz we własną 

suknię. 

Amanda wybiegła z domu. Nagle poczuła się sa­

ma. Jak Polly mogła tak zaślepić jedna przystojna 

męska twarz? Niech sobie bierze tego nicponia! Tan­

cerka z baru i poszukiwacz przygód - są siebie war­

ci. Śmiał nawet kąpać się nago. 

Stanęła pośrodku ulicy, próbując wymyślić, co teraz 

zrobić. Nie chciała wyjechać ze Springtown bez złota. 

Ale jak miałaby je znaleźć w tajemnicy przed Chance-

'em? Przecież Polly zaraz mu wszystko wypaple. Nawet 

nie mają konia. Gdyby był koń, załadowałaby złoto i od­

jechała. Zakasała spódnicę i ruszyła w stronę, z której 

pokazali się tamci dranie, gdy znaleźli konie. Gdy prze­

chodziła obok stajni, uprzytomniła sobie, że musi tam 

wejść po sznur. Duch powiedział jej o złocie, powinna 

więc być przygotowana. 

Wychodząc z miasta, zauważyła, że na drodze coś 

połyskuje w słońcu. Zaciekawiona, zaczęła iść szyb­

ciej. To coś leżało częściowo zasypane piaskiem. 

background image

Podniosła świecidełko i głośno się roześmiała. To 

pierścionek. Bardzo piękny pierścionek. Wsunęła 

pierścionek do kieszeni spódnicy i poszła dalej. Mi­

mo wszystko dzień nie był stracony. 

Chance zamieszkał w jednym z największych do­

mów. Przeglądał go teraz pokój po pokoju. Dziś rano 

dowiedział się od Polly, że nie są tutejsze. Powiedzia­

ła mu, że przyjechały niedawno. Przeszukały niewie­

le domów i sklepów. Może więc teraz jemu uda się 

znaleźć coś drogocennego, biżuterię lub złoto. Kto 

wie? Niewykluczone, że dopisze mu szczęście. 

Prawdziwą ciekawość wzbudził w nim dopiero ku­

fer w jednej z trzech sypialni. Na jego dnie, pod ko­

cami i dziecięcymi ubrankami, znalazł dwie ciężkie 

sakiewki złota. 

Usiadł na bujanym fotelu pod oknem i patrzył 

z niedowierzaniem. Dlaczego właściciel domu nie 

zabrał złota ze sobą? Skąd się tu wzięło? Pomyślał, 

że chyba nigdy nie pozna odpowiedzi. Kilka rzeczy 

jednak układało się w logiczny ciąg. Chance wie­

dział, że w tych rejonach występuje złoto. Spring-

town leżało pośród wzgórz, tam, gdzie przebiegała 

wielka żyła. Złoto mogło więc zostać wydobyte 

w pobliskim szybie. Włożył obie sakiewki z powro­

tem na dno kufra i przykrył kocami. 

Zaczął przeczesywać dom centymetr po centyme­

trze, lecz nie natrafił już na nic wartościowego. 

Wszedł do tylnej sieni, popatrzył na drzwi. Prawie ża­

łował, że odnalazł złoto. Gdyby nie to, nie próbował-

background image

by teraz siebie przekonać, że warto zejść do piwnicy. 

Nie bał się nikogo, ani ludzi, ani zwierząt, lecz wprost 

przerażały go małe, zamknięte pomieszczenia. 

Wiedział, że strach się bierze z dzieciństwa, lecz 

nie potrafił jednak go w sobie przemóc. Pamiętał, jak 

kiedyś późnym popołudniem matka wysłała go do 

sklepu po igły. Żeby sobie skrócić drogę, jak zwykle 

poszedł przez cmentarz. Wracając natknął się na świe­

żo wykopany grób. Zaciekawiony, podszedł bliżej 

i zajrzał do dołu. Nawet teraz zadrżał na wspomnie­

nie tego wydarzenia - ziemia się osunęła i wpadł do 

grobu. Był przerażony, wrzeszczał, krzyczał, skakał, 

próbował się wspiąć na górę, płakał. Nikt jednak nie 

przyszedł mu z pomocą i spędził w dole całą noc. 

Wzruszył ramionami, by odegnać złe wspomnie­

nie. To idiotyczne. Przecież dzieciństwo już da­

wno minęło. Stał się dorosłym mężczyzną, widział 

wiele i przeszedł wiele. Chwycił świecę i wyszedł 

z domu. 

Otworzył drzwi do piwnicy, czując, że nerwy ma 

napięte jak postronki. Patrząc w ciemność w dole, 

miał ochotę zamknąć drzwi i uciec. Przecież nie mógł 

pozwolić, by strach znów wziął nad nim górę. Ruszył 

drewnianymi schodami, licząc stopnie. Czuł się tak, 

jakby schodził do piekła. Siedem stopni i poczuł pod 

nogami klepisko. W pomieszczeniu unosił się zapach 

ziemi. Uprzytomnił sobie, że trzyma w ręku nie za­

paloną świecę. 

Zapalił więc zapałkę i przytknął do knota. Ogień 

zawahał się i nagle rozbłysł. Chance zobaczył teraz, 

background image

że w piwnicy jest niewiele zapasów - kilka pełnych 

i pustych słoi, trochę zużytych sprzętów domowych. 

Wszystko pokrywała gruba warstwa pajęczyny. Zmu­

sił się, by przejść kilka kroków dalej. Przeszukanie 

tej piwniczki potrwa tylko chwilę. Zaczął zrywać pa­

jęczyny, zastanawiając się, czy natrafi na pająka. Nic 

nie znalazł. Poczuł ogromną ulgę, że może wyjść na 

powietrze. 

Amanda przywlokła się z powrotem do miasta, wy­

kończona i spragniona. Znalazła nie tylko końskie od­

chody, lecz także konia. Był jednak sprytny. Pozwalał 

jej podejść do siebie, ale wtedy natychmiast czmychał, 

stawał i patrzył na nią. Goniła tak za nim przez kilka 

godzin. Dała spokój, kiedy żar słoneczny stał się nie do 

wytrzymania. Postanowiła, że jutro rano znów spróbuje. 

Teraz przystanęła przy studni, spragniona choć ły­

ka wody. Już wyciągała wiadro, kiedy dostrzegła 

Chance'a. Szedł w jej stronę. Bardzo chciała go nie 

lubić, ale musiała przyznać, że opinia Polly jest słu­

szna. Chance był naprawdę przystojny. Odwróciła 

się, chcąc odejść. 

- Poczekaj! - zawołał. 

Zaczekała, niepewna, czy dobrze robi. 

- Powinniśmy porozmawiać. 

- O czym? 

- Chcę ci powiedzieć, że wierzę, iż nie macie mo­

jego konia. 

- Dlaczego? Czyżbyś przeszukał wszystkie możli­

we miejsca? 

background image

- Zgadza się. 

Musiała się bardzo pilnować, by nie poddać się 

urokowi jego uśmiechu. Białe równe zęby cudownie 

kontrastowały z opaloną skórą. Przed oczami stanęło 

jej męskie nagie ciało. 

- Masz jeszcze coś ważnego? - rzuciła, chcąc jak 

najszybciej skończyć rozmowę. 

- Nie lubisz mnie, prawda? 

- Zgadza się. 

Chance uśmiechnął się szeroko. 

- Możesz mi powiedzieć dlaczego? 

- Nic ci to nie powie, ale przypominasz mi moje­

go ojca. 

- Wyglądem czy charakterem? 

- Co za różnica? Jeżeli nie masz mi już nic waż­

nego do powiedzenia, to idę. 

- Przy bliższym poznaniu okazuję się całkiem 

miły. 

- Niedźwiedzie też nie są złe, chyba że wejdzie 

się im w drogę. Gdybyś jednak mógł się odsunąć... 

- Wstrzymała oddech, bo przesunął palcem po jej po­

liczku. 

- Jesteś bardzo piękna i pociągająca. 

Amanda odtrąciła jego rękę. 

- Mogłeś sobie czarować Polly, ale na mnie to nie 

działa. 

- Dlaczego jesteś taka zdenerwowana? 

- Bo ci nie ufam. - Uniosła wyzywająco brodę. 

- Myślę, że jest z ciebie zwykły poszukiwacz przy­

gód, który nie potrafi porządnie zarabiać na życie. 

background image

- Tak jak twój ojciec? 

- Jeszcze nie skończyłam. Uważam też, że zacho­

wujesz się tak, bo myślisz, że skoro masz tu dwie ko­

biety, to możesz... - zabrakło jej słów. 

Chance zaśmiał się cicho. 

- Używać, ile się da? 

- Tak, właśnie. Nie należę do takich kobiet, więc 

byłabym ci wdzięczna, gdybyś zostawił mnie w spo­

koju. 

Bardzo go te słowa rozbawiły. 

- Och, ani przez chwilę nie wątpiłem, że nie nale­

żysz do takich kobiet. 

- To dobrze. 

- Co nie znaczy, że nie jesteś ponętna. 

- Jak śmiesz tak do mnie mówić? 

- Lepiej uważaj, Amando. Im bardziej będziesz 

niedostępna, tym mocniej będziesz mnie pociągała. 

Zawsze lubiłem wyzwania. 

Otworzyła usta, by mu ostro odpowiedzieć, lecz 

ugryzła się w język. Zacisnęła zęby i uśmiechnęła 

się. 

- Zatem muszę po prosto być dla ciebie miła. Sza­

nowny panie, czy mógłby się pan odsunąć, bym mog­

ła odejść? 

Wybuchnął śmiechem. Odstąpił krok, ukłonił się, 

robiąc zamaszysty ruch ręką i znów się roześmiał, pa­

trząc, jak Amanda odchodzi, sztywno wyprostowana. 

Polly czekała na nią na ławce w holu. Wstała szyb-

ko, aby powitać przyjaciółkę, a wtedy ku przerażeniu 

Amandy rozległ się głośny trzask pękających szwów 

background image

pięknej sukni. Kiedy jednak Amanda zobaczyła zbo­

lały wyraz twarzy przyjaciółki, poczuła się winna. 

Musiała przyznać, że nie była wobec niej całkiem 

w porządku. W końcu Polly naprawdę nie zrobiła nic 

złego. To ona, Amanda, niepotrzebnie tak się rozło­

ściła, zobaczywszy ją w ramionach Chance'a. 

- Potrafię szyć. Może znajdziemy ci jakąś odpo­

wiednią sukienkę, a jeżeli będzie za szeroka, to mogę 

ją zwęzić. 

- Będę ci zobowiązana. Nigdy w życiu nie mia­

łam ładnych strojów. 

Amanda blado się uśmiechnęła. 

- Ja też. Pewnie dlatego są dla mnie takie ważne. 

Już dawno zauważyłam, że jeśli ładnie się ubierasz, 

to ludzie cię szanują. 

Wyciągnęła z kieszeni chusteczkę i wytarła czoło. 

O pierścionku przypomniała sobie dopiero, gdy za­

brzęczał na podłodze. 

Polly schyliła się, by go podnieść. 

- Znalazłam go w piachu na drodze. 

- Zdaje się, że jest w nim kilka brylantów, ale po­

środku ma zwykłe zielone szkło - powiedziała Polly, 

oddając pierścionek przyjaciółce. - Nadal myślisz, że 

w Sacramento otworzymy jakiś interes? 

- Nie widzę przeszkód. 

Polly odetchnęła. 

- Teraz mogę ci powiedzieć, że okropnie się mar-

twiłam, kiedy wyszłaś wściekła. Pomyślałam sobie, 

że powinnyśmy wziąć ze sklepów wszystkie pienią­

dze, zanim Chance się do nich dobierze. 

background image

- Czy to oznacza, że nie zamierzasz już mieć 

z nim nic wspólnego? 

- O Boże, zmiłuj się nade mną. - Polly jęknęła, 

załamując ręce. - Wiesz znacznie więcej ode mnie 

o wielu sprawach, ale jeśli chodzi o mężczyzn, to na­

prawdę czuję się sto lat starsza od ciebie. Oczywiście, 

że mogę mieć z nim coś wspólnego. I nie zamierzam 

zrezygnować ze wszystkiego, czego mnie życie na­

uczyło. 

- To dlaczego...? 

- Lubię mężczyzn, a musisz przyznać, że Chance 

jest nadzwyczaj przystojny. Każda z nas może robić 

swoje, jeśli chodzi o jego osobę. 

- Co to ma znaczyć? 

- To, że jeżeli chcesz go mieć, musisz go zdobyć. 

Amanda zaniemówiła, ale tylko na chwilę. 

- Czy nic z tego, co mówiłam, nie ma żadnego 

znaczenia? Nie tylko go nie chcę, ale marzę, aby jak 

najszybciej opuścił miasto. 

- Posłuchaj. Moim zdaniem potrzebujemy Chan­

ce'a, bo może nam pomóc stąd się wydostać. A poza 

tym, jest taki... przystojny. 

- Czy jeśli coś ci powiem, nie powtórzysz mu? 

- Przyrzekam. 

Amanda spojrzała w stronę drzwi. 

- Lepiej chodźmy na górę. Tam na pewno nikt nas 

nie podsłucha. A poza tym strasznie chce mi się pić. 

, Wypiła trzy szklanki wody i dopiero wtedy usiadła 

na łóżku. Polly usadowiła się na drewnianym krześle 

z wysokim oparciem. 

background image

- Znów mnie nawiedził ten duch. 

Zielone oczy Polly zrobiły się okrągłe ze zdu­

mienia. 

- Ale przecież to był jeden z tych opryszków. 

- Widziałam, jak wczoraj rano odjeżdżali, a tym­

czasem duch znów mi się ukazał. 

- Na pewno ci się śniło albo wymyśliłaś to. Byłaś 

tak zmęczona, że nie mogłaś mieć rozeznania, co się 

dzieje. A może to był Chance. - Polly wstała i zaczę­

ła przemierzać pokój. - Tak, na pewno. To on składał 

ci wizyty. Jest w tym sens. Spytam go. 

- Co ty! Przyrzekłaś! Oczywiście, że się bałam, 

ale właściwie duch jest nieszkodliwy. A najważniej­

sze, że chce nam pomóc. 

- Jak? 

Amanda pochyliła się do niej i szepnęła: 

- Mówił mi, że w tym mieście jest ukryte złoto. 

- Złoto? 

- Cii. Nie tak głośno. Chcesz, by Chance usłyszał? 

Polly przestała krążyć po pokoju. Przystanęła 

i spojrzała na Amandę. 

- Skąd wiesz, że mówił prawdę? - spytała podnie­

cona. 

- Nie mam pewności. Zdajesz sobie sprawę, jakie 

możemy być bogate? Z tobą chętnie się podzielę, ale 

z Chance'em Doyer na pewno nie. Duch powiedział, 

że powinnyśmy go wyprawić z miasta. 

- Jak? 

- Wszystko przemyślałam, kiedy usiłowałam zła­

pać jego konia. 

background image

- Przecież zabrali go tamci mężczyźni. 

- Nie, gniadego nie. Na razie nie powiedziałam 

o tym Chance'owi. Z drugiej strony, gdyby się do­

wiedział o koniu, nie musiałby tu dłużej zostawać. 

Powinnaś przestać mu okazywać zainteresowanie. 

Na twarz Polly odmalował się upór. 

- Dlaczego? 

- Bo może się zdecydować zostać. 

- Jak w takim razie chcesz stąd wywieźć złoto? 

Amanda się uśmiechnęła. 

- Na tym ośle, który gdzieś się kręci po mieście. 

- Ale jakoś nigdy się do nas nie zbliża. 

- Możemy go zwabić jedzeniem i spętać. 

- A dokąd pojedziemy? 

- Może duch nam podpowie. 

- Och, Amando, naprawdę musisz uważać. To 

może być diabeł. 

- Wątpię - roześmiała się. 

- Złoto. - Polly opadła na krzesło i ponownie się 

rozległ trzask szwów. - Psiakrew, to najlepsze słowo. 

Amanda nie bardzo chciała się przyznać, lecz chci­

wość brała nad nią górę. 

- Mam nadzieję, że dziś w nocy duch znów się po­

jawi. 

- Chyba powinnam ci pomóc. Będę dziś tu z tobą 

spała. 

- Dzięki ci, Polly. Na pewno będziesz się bała, ale 

kiedy go zobaczysz, zmienisz zdanie. Ma naprawdę 

bardzo miły głos. Może byś poszła teraz wspomnieć 

Chance'owi o koniu? 

background image

Polly zachichotała. 

- To naprawdę będzie dla mnie przyjemność. Ale 

tym razem mnie nie szukaj. 

Amanda zmarszczyła czoło. 

- Spotkajmy się w domu na kolacji. 

Polly znów zachichotała i podniosła się z krzesła. 

- Jeżeli mi się uda, to sama będziesz musiała zro­

bić sobie kolację. Wiem, że wolałabyś, bym nie miała 

z Chance'em nic wspólnego, ale jeden raz nikomu 

nie zaszkodzi. I nie martw się, będę milczała jak grób. 

Amanda poczuła nagle taką zazdrość, że aż trudno 

jej było w to uwierzyć. Jak to jest kochać się z męż­

czyzną? Pytanie to zadawała sobie już od kilku lat, 

choć uważała, że jest grzeszne. 

- Jeżeli on mnie zabije, to umrę z rozkoszy. Nie­

złego mamy sąsiada - powiedziała Polly i popatrzyła 

na swoją zniszczoną suknię. Nie śmiała spojrzeć na 

Amandę. - Idę znaleźć sobie coś w moim rozmiarze 

- dodała, wychodząc z pokoju. 

Amanda rzuciła się na łóżko. Była naprawdę 

wdzięczna Polly, że zgodziła się dziś w nocy spać 

z nią w jednym pokoju. Kłamała twierdząc, że się nie 

boi ducha. Wprost umierała ze strachu przed ponow­

nym spotkaniem. Czy igrała z diabłem, czy były to 

majaki senne? Musiała się przekonać. 

Jeżeli to rzeczywiście był duch i mówił prawdę 

o złocie, to ona na pewno nie zaprzepaści okazji. Jako 

osoba bogata będzie mogła sobie pozwolić na wszy­

stko, czego zapragnie. Na ładny dom, śliczne stroje. 

Ludzie będą patrzyli na nią z szacunkiem. Od dzie-

background image

ciństwa urabiała sobie ręce do łokci. Teraz to mogło 

się zmienić. 

Przyszło jej do głowy, że dobrze byłoby odłożyć na 

miejsce pieniądze, które znalazły w miasteczku. Prze­

cież i tak nie było ich aż tak dużo. Ale co zostanie jej 

i Polly, jeżeli duch nie przyjdzie i nie znajdą złota? 

Amanda szła powoli drewnianym chodnikiem. 

Cieszyła się, że wyszła z hotelu, popołudnie było na­

prawdę śliczne. Polly pewnie spędza miło czas w to-

warzytwie Chance'a. Niespecjalnie jej to odpowiada­

ło, lecz co mogła poradzić? W skrytości ducha przy­

znawała, że mógł się podobać każdej kobiecie. Ona 

sama nie była pruderyjna, przynajmniej tak uważała. 

Często rozmyślała po nocach, jak by to było, gdyby 

mogła się kochać z mężczyzną. 

Już miała minąć saloon, gdy niespodzianie podjęła 

decyzję. Porządne kobiety nie przekraczały progu po­

dobnych przybytków, lecz teraz, tu, jakie to miało 

znaczenie? Przecież nikt się o tym nie dowie. 

Wewnątrz było cicho jak maikiem zasiał, jej kroki 

rozbrzmiewały echem w całym pomieszczeniu. Ro­

zejrzała się dookoła. Były tam tylko stoły i krzesła, 

spluwaczki i schody prowadzące na górę. Czy właś­

nie tam mieściły się pokoje prostytutek, jak opowia­

dali jej znajomi chłopcy? Wzdłuż ściany w głębi 

ciągnął się szynkwas. Za nim wisiało duże lustro, na 

którego tle stały butelki, szklanki i kieliszki, obrosłe 

pajęczynami. W powietrzu unosił się ten sam zapach 

stęchlizny co w sklepach. 

background image

Amanda stała rozczarowana. Zadała sobie pytanie, 

czego właściwie oczekuje. Pijących mężczyzn i ko­

biet kręcących się wśród nich w purpurowych suk­

niach? Kiedy po raz ostatni ktoś podniósł tu szklankę 

whisky, kiedy dziwki wdzięczyły się do klientów? 

Rozglądając się po domach i sklepach, doszła do 

wniosku, że miasteczko zamieszkiwali ciężko pracu­

jący ludzie. Pozostawione ubrania były przeważnie 

robocze, prócz kilku ślicznych sukienek, z których 

jedną Polly właśnie zniszczyła, chcąc oczarować 

Chance'a. 

Już miała wyjść, kiedy jej wzrok padł na mosiężny 

pręt biegnący po podłodze wzdłuż szynkwasu. Zacie­

kawiło ją to, więc zaczęła sprawdzać, dokąd biegnie 

i po co w ogóle jest. Tak doszła do środka szynkwasu 

i stanęła naprzeciwko lustra. Uznała, że mężczyźni 

pijący przy barze stawiają na pręcie nogi. Oparła się 

łokciami o gładki mahoń i patrzyła na butelki whisky. 

W pewnej chwili jej wzrok padł na obraz wiszący 

w głębi sali. Zaczerwieniła się po uszy. Przedstawiał 

kobietę siedzącą na ławce, z wężem w dłoniach. Była 

całkiem naga! Wstrząśnięta Amanda odwróciła się, 

by uciec z baru, kiedy nagle uderzyła o twardy tors. 

Stał przed nią Chance Doyer. 

- Co tu robisz?! - wykrzyknęła zaskoczona. 

- Widziałem, jak wchodziłaś, więc pomyślałem, 

że może razem się czegoś napijemy. 

- Napijemy? Ja nie piję. - Jego bliskość wprawia­

ła ją w zdenerwowanie. 

- To po co tu przyszłaś? 

background image

- Chciałam... chciałam... A co cię to ob­

chodzi?! 

Jeszcze bardziej zbliżył się do niej, musiała się 

oprzeć plecami o szynkwas. Nie wiedziała, co po­

wiedzieć. 

- Dlaczego nie jesteś z Polly? - spytała po 

chwili. 

- A dlaczego miałbym z nią być? 

Miał niski aksamitny głos, czuła na twarzy jego 

oddech. 

- Bo cię szukała. Chyba powinieneś... 

- Polly może poczekać. - Przyglądał się jej gę­

stym długim włosom, oczom, z których wyzierał 

strach, ale i ciekawość. - Chciałem z tobą porozma­

wiać. Na pewno wiesz, jak jesteś ponętna. 

- Tak... nie, to znaczy... Już mówiłeś. 

Patrzył na jej usta. Pełne i kuszące. Jak by zare­

agowała, gdyby ją pocałował? 

- Opowiedz mi jeszcze o swoim ojcu - powie­

dział. 

Usiłowała się odsunąć, lecz oparł ręce o szynkwas 

i znalazła się w pułapce. Próbowała w panice coś wy­

myślić. Żałowała, że weszła do baru. 

- Mój... mój ojciec jest niskim mężczyzną. - To 

wszystko, co przyszło jej do głowy. 

Chance patrzył z rozbawieniem na zmieszanie 

Amandy. Najwyraźniej jego obecność wytrąciła ją 

z równowagi. A zawsze była taka opanowana. 

- Ciekawe, jak by to było, gdybyś rozpuściła wło­

sy, a ja bym przesunął po nich palcami. 

background image

- Żądam, byś wziął stąd ręce - powiedziała, lecz 

słowa te nie zabrzmiały dostatecznie stanowczo. 

- A co będzie, jeśli tego nie zrobię? 

- Na pewno nie będziesz taki... taki, żeby 

mnie... 

- Żeby co? Żeby cię pocałować? Żeby pieścić 

twoje ciało i delektować się nim tak długo, aż dłużej 

już nie wytrzymam, i zacznę się z tobą kochać? 

Amanda oniemiała. 

- Jestem damą - szepnęła wreszcie. - Dżentelme­

ni nie mówią damom takich rzeczy. 

- Dżentelmeni? Zapewniam cię, moja droga, że ja 

nie jestem dżentelmenem. 

Pochylił głowę tak, by nie miała wątpliwości, że 

chce ją pocałować. Zamknęła oczy, ręce zacisnęła na 

fałdach spódnicy, chcąc pozostać obojętna, kiedy nie­

nawistne usta jej dotkną. Lecz on zaczął delikatnie 

całować jej oczy i kąciki ust. Po chwili pieścił języ­

kiem jej wargi. 

- Cholera, cudownie smakujesz. 

Teraz dotknął ich ustami. Aż zakręciło jej się 

w głowie. Chciała zaprotestować, lecz w tej samej 

chwili poczuła, że jego język wślizguje się pomiędzy 

jej wargi. Dostała gęsiej skórki. Kiedy w końcu lekko 

się odsunął, chciała go wysłać do diabła, i poczuła, że 

nie jest w stanie wymówić słowa. Jeszcze żaden męż­

czyzna tak jej nie całował. Pocałunek sprawił, że 

przestała się opierać. 

Chance widząc, że dziewczyna ma wciąż zamknię­

te oczy i rozmarzony wyraz twarzy, miał ochotę nadal 

background image

ją całować i pieścić, lecz musiał załatwić coś waż­

niejszego. 

- No, a teraz... chyba że wolisz, bym to konty­

nuował, panno Amando, a jeśli nie, to zdradź mi, 

gdzie jest mój koń. Przy okazji powiedz mi też, dla­

czego zatrzymałyście się z Polly w Springtown. 

- Co? - spytała zdumiona. 

- Chyba słyszałaś. 

Szybko odzyskując przytomność umysłu, spojrzała 

mu prosto w oczy... Ten drań całował ją tylko po to, 

by wyciągnąć informacje! 

- Panie Doyer, nie musiał pan zadawać sobie tyle 

trudu - powiedziała wściekła. - Mogłeś po prostu od 

razu zapytać. Jeżeli chcesz odzyskać konia, to musisz 

go znaleźć i złapać. Mówiłyśmy ci, że konie uciekły, 

i tak było naprawdę. - Dlaczego on się nie odsuwa, 

pytała siebie w duchu. Cały czas czuła ciepło jego 

ciała. - Kiedy bandyci odjeżdżali, nie wzięli ze sobą 

gniadego. Można więc się domyślić, że gdzieś sobie 

biega. A jeśli chodzi o to, dlaczego tu zostałyśmy, to 

powód był prosty: nie miałyśmy czym odjechać. Dla­

tego ukradłyśmy konie. 

- No dobrze, mogę przyjąć, że to prawda... na ra­

zie. - Zdjął ręce z szynkwasu i cofnął się. - No, mo­

że w końcu się czegoś napijemy? 

- Przecież mówiłam, że nie piję. A nawet gdy­

bym piła, to nie z takimi jak ty. - Ruszyła w stronę 

drzwi. 

- Oj, oj! - Chwycił ją za ramię i okręcił dookoła. 

- Co ci się we mnie nie podoba? O co ci chodzi? Do-

Skan Anula, przerobienie pona.

background image

trzymałem słowa, że nie zrobię wam nic złego, jeżeli 

wy zostawicie mnie w spokoju. 

- No właśnie, dlatego ci nie ufam. Powtarzasz, że 

dasz nam spokój, a potem zmuszasz do odpowiedzi 

na swoje pytania. A może tak ty sam byś mi odpo­

wiedział na kilka? 

Chance oparł się o szynkwas. 

- To pytaj. 

- Skąd się tu wziąłeś? 

- Mówiłem ci, że tropiłem tę bandę. 

- To dlaczego teraz tu siedzisz, zamiast ją dalej tropić? 

- Z tego samego powodu co wy: nie mam konia. 

Ale nie śpieszy mi się. Oni posuwają się naprzód po­

woli. - Przesunął po niej wzrokiem. - Muszę przy­

znać, że zaczyna mi się tu podobać. 

- To daj nam swojego konia. Przynajmniej my 

wyjedziemy. 

- Nawet jeżeli go złapię, nie sądzę, bym miał 

ochotę wam go podarować. 

- Rozumiem. - Zabierała się do odejścia. - Mam 

nadzieję, że będziesz miał okropny dzień. 

- Jeżeli to cię interesuje, to za jakąś godzinę idę 

się wykąpać w jeziorze. - Uśmiechnął się znacząco. 

- W życiu nie znałam bardziej mizernej imitacji 

mężczyzny. 

- Nie wyciągaj pochopnie wniosków, zanim bę­

dziesz miała mnie z kim porównać. - A kiedy prze­

stąpiła próg, dodał: - Nie musisz uciekać. - I wybu­

chnął śmiechem. 

background image

- Ciekawe, dokąd Chance poszedł, kiedy wy­

szłam z baru - powiedziała Amanda, kładąc się na 

łóżku obok Polly. 

- Nie wiem i nic mnie to w tej chwili nie obcho­

dzi. Przeraża mnie myśl o duchu. - Polly włożyła 

czepek. - Może źle, że postanowiłam tu z tobą spać? 

- Przecież nic ci się nie stanie. Chcę mieć po pro­

stu pewność, że to mi się nie śni. Zdmuchnij świecę 

i śpijmy. Obudzę cię, kiedy się pojawi. 

- Jestem pewna, że nie zmrużę oka. 

Po kilku minutach Amanda usłyszała równy oddech 

przyjaciółki. Sama postanowiła czuwać. Musiała się 

upewnić, czy naprawdę widuje ducha, czy to sen. 

Myślała o rozmowie, jaką prowadziły z Polly przy 

kolacji. Przyjaciółka dąsała się, bo od rana nie wi­

działa Chance'a. A kiedy się dowiedziała, że Amanda 

już powiedziała mu o koniu, jeszcze bardziej się za­

sępiła. 

Amanda doszła do wniosku, że zupełnie nie rozu­

mie Polly, która po chwili już się rozpogodziła i za­

częła żartować, że lepiej by było, gdyby miały więcej 

mężczyzn do dyspozycji. Kiedy zaś Amanda jej opo­

wiedziała, jak Chance wydobył od niej wiadomość 

o koniu, zaczęła jej wmawiać, jakie to ma szczęście, 

że jest taka zimnokrwista. 

Amanda przewróciła się na drugi bok. Matka po­

wtarzała, że na cudzołóstwo pozwalają sobie tylko 

prostytutki i mężczyźni. Dla porządnej mężatki obo­

wiązki małżeńskie to był ciężar, który musiała 

dźwigać. Odkąd Amanda skończyła piętnaście lat, 

background image

poszukiwacze złota często próbowali skraść jej cału­

sa. I niektórym nawet to się udało. Ich pocałunki były 

nijakie i niewiele ją obeszły. W obecności Chance'a 

działo się z nią coś dziwnego. Całował ją naprawdę 

cudownie, wcale nie chciała, by przestał. Nabrała 

ochoty, by się przekonać, czy rację miała matka, czy 

Polly. 

Położyła się na wznak. Zaczęła sobie przypomi­

nać, jak Chance wyglądał nago. Widziała jego przy­

stojną twarz, szczupłe biodra, długie silne nogi i... 

Czy to by bolało? Był taki duży! Polly to nie martwi­

ło. Zaraz jednak skarciła się za te myśli. 

Znów przekręciła się na bok i próbowała myśleć 

o złocie, lecz bez przerwy widziała zielononiebieskie 

oczy Chance'a, oczy o śmiałym spojrzeniu. Powracał 

obraz całej jego postaci. Z pewnością opanował sztu­

kę czarowania kobiet. Musiała to przyznać, choć 

przecież miała go za nic. 

Wygramoliła się z łóżka i podeszła do okna. Na 

dworze panowały zupełne ciemności. Ile lat jeszcze 

zamierzała czekać, zanim pozna przyjemności, któ­

rych mogą doznawać kobiety i mężczyźni? Czy 

Chance miał ochotę dzielić z nią łoże? Przecież to 

właśnie on wzbudził w niej płomień pożądania. Był 

stworzony do tego, by ją nauczyć życia. Kiedy wyje­

dzie z miasteczka, już więcej go nie zobaczy. Nikt się 

nie dowie. 

Z drugiej strony jednak mógł ją całować, ale nie 

mieć ochoty na nic więcej. Przecież nie posunął się 

dalej. Czy naprawdę chciała oddać mu swoje dzie-

background image

wictwo, o którego zachowaniu dla męża matka tyle 

mówiła? A jeżeli potem nigdy nie znajdzie mężczy­

zny, który będzie chciał się z nią ożenić? 

Wściekła na siebie, wróciła do łóżka. Polly poru­

szyła się, ale nie obudziła. Amanda przymknęła oczy, 

usiłując przemóc w sobie pragnienie, którego dotych­

czas nie znała, nawet nie rozumiała. W końcu zapadła 

w niespokojny sen. 

Kiedy się obudziła, zerknęła w stronę okna, zdu­

miona, że zaczyna świtać. Z goryczą pomyślała, że 

duch okazał się tylko sennym majakiem. Naprawdę 

była niemądra. Miała przed sobą niełatwe zadanie, bo 

musiała powiedzieć Polly, że ich marzenia o bogac­

twie się nie ziszczą. Znajdowały się w tym samym 

punkcie, w którym były, kiedy tu przyjechały. Wszy­

stko wskazywało na to, że Chance jest ich jedyną 

szansą na wydostanie się z miasteczka. 

background image

Rozdział szósty 

Chance wyruszył na poszukiwania konia o świcie. 

Przyjemny, poranny chłód zmienił się po kilku godzi­

nach w upał. Przemierzył okoliczne wzgórza i doliny, 

zdążył się zmęczyć i spocić, a nie natrafił nawet na 

ślad zwierzęcia. Chwilami zastanawiał się, czy 

Amanda go nie okłamała, nie ustawał jednak w po­

szukiwaniach. Bez konia utknie na dobre w tym wy­

marłym miasteczku. 

Stanął na wielkim głazie, zdjął kapelusz i wytarł 

czoło. Rozglądając się po porosłej trawą dolinie, uj­

rzał w oddali pasące się zwierzę. Włożył z powrotem 

kapelusz na głowę, by ją osłonić przed prażącym 

słońcem. Wcale nie miał pewności, czy to jego Ka­

ktus. Wsunął w usta dwa palce i zagwizdał. Ostry 

dźwięk przeszył powietrze i odbił się echem od oko­

licznych skał. Koń podniósł łeb. Chance wyraźnie zo­

baczył znajomą czarną grzywę i gruby ogon. Ponow­

nie zagwizdał. Odpowiedziało mu znajome rżenie, 

zszedł więc z głazu i ruszył w stronę Kaktusa. 

Koń zerwał się i pogalopował, chcąc powitać swe­

go pana. Chance odetchnął z ulgą. Słyszał chara­

kterystyczny odgłos kopyt uderzających o ziemię. 

background image

Najwyraźniej ogier pogubił podkowy, lecz poza tym 

wydawał się w doskonałej formie. 

Koń zatrzymał się, wyciągnął muskularną szyję 

i czule skubnął pierś Chance'a, który głaskał go po 

aksamitnym pysku. Naprawdę wiele razem przeżyli, 

a kiedyś Kaktus uratował mu życie. 

- No co, staruszku - przemówił pieszczotliwie 

Chance - dość długo się nie widzieliśmy, co? 

Koń potrząsnął łbem, jakby rozumiejąc jego słowa. 

- Przede wszystkim musimy się zająć twoimi ko­

pytami, inaczej będziesz miał kłopoty. 

Zarzucił koniowi na szyję pętlę z grubej liny. Przy­

trzymując jej końce, chwycił się obiema rękami grzy­

wy Kaktusa i wskoczył mu na grzbiet. Ruszył na po­

łudnie, bo w miasteczku Murphys mógł podkuć ko­

nia. Ogier, który przez kilka dni przyzwyczaił się do 

swobody, teraz wierzgał, lecz Chance'owi udało się 

go szybko poskromić i poprowadzić kłusem. 

Przejeżdżając jakiś kilometr od Springtown, 

Chance miał okazję przekonać się, jak dobrze ukryte 

jest to miasteczko. Zbudowano je bowiem u podnóża 

skalistego zbocza, w małej górskiej dolinie, a od stro­

ny drogi zasłaniały je drzewa. Leżało całkiem na ubo­

czu. Nikt nie miał o nim pojęcia, chyba że, podobnie 

jak Gus, ktoś celowo zboczył z głównego traktu. 

Chance odzyskał konia i rewolwer, mógł więc ru­

szyć w drogę. A złoto? Nadal spoczywało w starej 

skrzyni, dobrze ukryte w domu, w którym zamiesz­

kał. Nie mógł machnąć ręką na taki majątek. 

Zaśmiał się złośliwie, przypominając sobie, jak po-

background image

wiedział Polly, że nie wie, gdzie leży Sacramento. 

Wprowadził ją w błąd, bo był wściekły, że one nie 

chciały mu wyjaśnić, jak znalazły się w Springtown. 

Dodał nawet, że do Angels Camp mają trzy miesiące 

drogi, by się przekonać, jak Polly zareaguje. A pra­

wda była taka, że Angels Camp oddalone było od 

Springtown niewiele więcej niż jakieś dziesięć kilo­

metrów, Murphys zaś jeszcze mniej. Polly jednak 

uwierzyła i nie zadawała już pytań. 

Te dwie kobiety stanowiły dla niego zagadkę. 

Amanda naopowiadała mu, że potrzebne im były ko­

nie. A przecież po drodze musiały minąć kilka mia­

steczek, chyba że przybyły z północy. Polly plotła coś 

o Columbii, coś, co w ogóle było pozbawione sensu. 

Cóż, widocznie miały swoje powody, by pozostać 

w Springtown. To nie jego sprawa. 

W Murphys Chance skierował się wprost do kowa­

la. Chciał jak najszybciej zadbać o kopyta Kaktusa, 

aby czym prędzej wrócić do Springtown, zabrać złoto 

i ruszyć w pościg za Gusem i jego synalkami. 

- Co pana sprowadza? - powitał go kowal. 

- Trzeba podkuć mojego konia. 

- Ma pan szczęście. Akurat nie jestem zajęty, więc 

zaraz mogę się do tego zabrać. - Podniósł kopyto Ka­

ktusa. - No tak, najwyższy czas. Nie ma pan siodła 

ani wodzy? 

Chance uśmiechnął się do potężnego mężczyzny. 

- Nie ukradłem go, jeśli o to chodzi. Nikt poza 

mną by na nim nie usiedział. Próbowałem w złym 

background image

miejscu przeprawić się przez rzekę Stanislaus. Myśla­

łem, że już po mnie. Nie wiem, jak spadło siodło, ale 

przynajmniej ja i koń się uratowaliśmy. - Chance 

wsunął z powrotem kapelusz na głowę i rozejrzał się. 

- Dlaczego nie płynął pan promem Parrotta? 

- Byłem za daleko na północ. Mogę tu kupić 

uprząż? 

- Dwie przecznice dalej. 

- A gdzie jest saloon? 

- Minął go pan. Naprawdę piękne zwierzę - po­

wiedział kowal, klepiąc Kaktusa. - Może chce pan go 

sprzedać? 

- Skądże, w życiu takiego nie znajdę. 

- Dokąd pan jedzie? 

- Do Springtown. 

Kowal roześmiał się, pokazując żółte zęby. 

- To najlepszy żart, jaki dziś słyszałem - powie­

dział w końcu. 

- Czemu pan tak mówi? 

- Bo takiego miasta nie ma. 

Chance zdziwił się. Przecież dopiero stamtąd przy­

jechał. 

- Panie, jeśli ktoś naopowiadał panu o Spring­

town, to chciał po prostu wystrychnąć pana na dudka. 

Tylko żółtodzioby wierzą w tę historyjkę. 

- W jaką historyjkę? 

- Że naprawdę istnieje Springtown, duch i ukryta 

góra złota. - Kowal znów się zaśmiał. - Do diabła, to 

tylko takie gadanie poszukiwaczy. Oni wymyślają 

różne bajdy i zaklinają się, że to prawda. Nigdy w ży-

background image

ciu nie widziałem nikogo, kto by przyjechał ze 

Springtown. Tę historyjkę na pewno wymyślili różni 

tacy, co to chcą się pozbyć innych, by dla nich zostało 

więcej złota. Na pana miejscu nie zawracałbym sobie 

głowy szukaniem tego miasteczka. Ale, ale, przypo­

mina mi to historię o... 

- Dzięki za informację - przerwał mu Chance. -

Niedługo wrócę po konia. 

Chance szedł ulicą i krew pulsowała mu w żyłach. 

Czuł się tak po raz pierwszy od czasu, gdy znaleźli 

razem z bratem swoją pierwszą żyłę złota. Jedno było 

pewne: wiedział, że Springtown istnieje. A poza tym 

Polly chyba coś wspomniała o duchu i złocie. Wszedł 

do baru. Nawet gdyby miało mu to zająć cały dzień, 

chciał się przekonać, czy spotka kogoś, kto również 

wie o tajemniczym mieście. 

Wypił butelkę whisky z jakimś staruszkiem i bar­

manem, po czym wyszedł z baru. Obaj mężczyźni 

opowiedzieli mu mniej więcej to samo, co usłyszał 

od kowala. Chance nie wierzył w ducha, lecz co do 

złota, to przecież miał absolutną pewność, że istnieje. 

Teraz już wiedział, dlaczego te dwie kobiety zatrzy­

mały się w opuszczonym miasteczku. Albo wiedzia­

ły, gdzie ukryto złoto, albo go szukały. Niestety, bar­

dzo się rozczarują, jeżeli myślą, iż wezmą je dla sie­

bie. Miał szczery zamiar dobrać się do bogactw. 

Wrócił do kowala. Koń był już podkuty. 

- Myślałem, że już pan nie przyjdzie. 

- Zatrzymałem się w barze. Ile płacę? 

Dał kowalowi żądaną sumę i wskoczył na konia. 

background image

- Gdzie tu jest stajnia? Chyba zatrzymam się na 

kilka dni. 

- Prosto, a potem pierwsza w lewo. Może zasta­

nowił się pan i sprzeda jednak konia? 

- Nigdy w życiu. - Zawrócił Kaktusa i ruszył 

ulicą. 

Opuszczając Murphys, był bardzo zadowolony. Opła­

cił dwumiesięczny pobyt Kaktusa w stajni, a potem wy­

najął dereszowatego wałacha i na nim wyjechał z mia­

steczka. Stajenny o haczykowatym nosie nawet nie 

mrugnął, gdy Chance spytał go, czy wałach sam wróci 

do stajni, jeżeli puści się go wolno. Wyjaśnił, że ma mały 

szyb złota i nie chce, by ktoś go wyśledził, konia więc 

potrzebuje tylko po to, by tam dotrzeć. 

Jakiś kilometr przed Springtown Chance zsiadł 

z wałacha, klepnął go mocno w zad i koń pomknął 

z powrotem do domu. Chance ruszył do miasteczka 

pieszo. 

Polly i Amanda siedziały w kuchni, popijały kawę 

i liczyły pieniądze. Przez cały ranek biegały od skle­

pu do sklepu, zbierając odłożone tam przez Amandę 

pieniądze i wiele innych rzeczy. 

- Moim zdaniem poszedł sobie - stwierdziła 

Amanda, kiedy skończyły liczyć. 

Polly mlasnęła językiem. 

- Mówiłam ci, że powinnyśmy go poprosić, by 

nam pomógł się stąd wydostać. 

- A ja twierdzę, że dobrze się stało. Jesteśmy 

same. 

background image

- Ale kto wie, ile czasu upłynie, zanim ktoś tu 

znowu się zjawi? Chance był jedyną osobą, która 

mogła nas stąd wydostać - upierała się Polly. 

Amanda odrzuciła włosy na plecy. Nie zdążyła się 

rano uczesać. 

- Nie ma co lamentować. Widziałaś, jak wycho­

dził z miasteczka, a na pewno dotychczas nie wrócił. 

- Co teraz zrobimy? 

Amanda oparła się łokciami o stół. W pierścionku, 

który miała na palcu, zamigotało słońce. 

- Polly, nie masz ochoty przeszukać domów? Ja 

już nie mogę wytrzymać. Mogłybyśmy sobie też po­

patrzyć na piękne meble, stroje... 

- I biżuterię? 

- I biżuterię. To byłoby podobne do poszukiwania 

skarbów. Pomyśl tylko o porcelanie i srebrze... 

- Brakuje mi mężczyzn. - Polly spojrzała na przy­

jaciółkę. - Ale ty nie masz pojęcia, o czym ja mówię. 

- Podniosła filiżankę i dopiła kawę. - Brakuje mi tej 

atmosfery podniecenia, kiedy mężczyzna wrzeszczy, 

że wygrał grubą forsę w karty. Brakuje mi muzyki, 

pokera, mężczyzn, którzy by patrzyli na mnie jak na 

kogoś, bez kogo nie mogą żyć. Psiakrew, brakuje mi 

uczucia, że żyję. Tu nic się nie dzieje. Kiedy Chance 

się zjawił, było jeszcze całkiem, całkiem, ale teraz, 

bez niego, zaczyna mi się naprawdę nudzić. Przy nim 

wszystko wydawało się bardziej interesujące. - Po­

stawiła stanowczym ruchem filiżankę na stole. - Mu­

szę stąd wyjechać, bo zwariuję. 

Amanda usiłowała zrozumieć Polly. Jej odpowia-

background image

dał ten spokój. Nie wiedziała tylko, jak by się czuła, 

gdyby przez całe miesiące nie widziała żywej duszy, 

albo gdyby nadeszły jesienne chłody. 

- Chyba masz rację. Nie możemy tu wiecznie sie­

dzieć. Tymczasem spróbujemy schwytać tego osła. 

Na nim mogłybyśmy wszystko wywieźć. 

Polly skinęła głową i odegnała krążącą jej nad gło­

wą muchę. 

- Jest okropnie gorąco - powiedziała Amanda. -

Mogłybyśmy wykąpać się w jeziorze. Pójdziesz ze 

mną? 

- Nie umiem pływać, boję się wody. Przy moim 

szczęściu mogłabym się utopić. Nie, chyba pójdę do 

baru i czegoś się napiję. 

Amanda już miała ją strofować, lecz pomyślała, że 

przecież Polly jest dorosła i sama może o siebie za­

dbać. Ze zdziwieniem stwierdziła, że zniknięcie 

Chance'a zasmuciło ją. Zastanawiała się, czy to mo­

żliwe, żeby za nim tęskniła. A może powróciły wszy­

stkie wątpliwości i pytania, które usiłowała uciszyć 

ubiegłej nocy? Albo było to po prostu rozczarowanie, 

że straciła szansę na poznanie tajemnicy miłości? Ale 

teraz, co za różnica? Przecież Chance'a już nie było. 

- Do zobaczenia - powiedziała do Polly, kiedy ta 

wychodziła z kuchni. 

Amanda w niezbyt dobrym nastroju ruszyła na ob­

chód miasta. Popatrywała na sklepy. Panowała cisza, 

tylko podmuchy gorącego wiatru podrywały piach na 

drodze. Życie Polly wydawało jej się naprawdę pod­

niecające, choć wiedziała, że sama nigdy by nie po-

background image

trafiła takiego prowadzić. Lecz co właściwie w życiu 

zrobiła? Nic. Miała już prawie dwadzieścia jeden lat, 

a nie przypominała sobie, by przydarzyło jej się co­

kolwiek ekscytującego. 

Chance wrócił do miasteczka późnym popołud­

niem. Panował taki skwar, że -jak zwykło się mówić 

- można było smażyć jajka na kamieniu. Przez ostat­

nie kilka tygodni nachodził się więcej niż przez całe 

życie. 

Przystanął przy studni, wyciągnął wiadro i wypił 

kilka haustów zimnej wody. Rozejrzał się po ulicy, 

zastanawiając się, gdzie są kobiety. Ulicą przemknął 

wiatr, podrywając piasek, trzaskając okiennicami. 

Poza tym w miasteczku panował spokój. Postanowił 

wziąć sobie z baru butelkę whisky i popływać 

w chłodnym jeziorze. Nazajutrz rano miał zamiar za­

brać się do szukania kopalni złota. 

Kiedy wszedł do baru, przez chwilę nic nie widział 

w mroku. Ruszył za szynkwas po butelkę, kiedy na­

gle na schodach rozległ się śmiech Polly. Miała na 

sobie wspaniałą krótką amarantową sukienkę, której 

kolor podkreślał rudą barwę wzburzonych włosów. 

W jednej ręce trzymała duży wachlarz ze strusich 

piór, którym się zamaszyście wachlowała. W drugiej 

- butelkę whisky. 

- Patrzcie, patrzcie państwo, kogo my tu widzimy. 

- Chance uśmiechnął się szeroko. 

- O, Chance! - wykrzyknęła zachęcającym to­

nem. Potknęła się i omal nie spadła ze schodów, 

background image

lecz chwyciła się poręczy, wyprostowała i zaczęła 

schodzić, kołysząc kokieteryjnie biodrami. - Myśla­

łam, że cię tu nie ma. - Podniosła butelkę. - Może się 

ze mną napijesz? 

- Z przyjemnością, ślicznotko. - Bawiło go to 

przedstawienie. Podszedł do niej, kiedy już stanęła 

u podnóża schodów, wziął ją za rękę, poprowadził 

do stolika i odsunął jedno z krzeseł, żeby mogła 

usiąść. 

- Och, jak mi się podobają twoje maniery. Gdzie 

się podziewałeś, Chansie Doyer? Brakowało mi cie­

bie. - Polly usiłowała zatrzepotać rzęsami, ale jakoś 

nie udało jej się zrobić tego jednocześnie obiema po­

wiekami. - Wiesz, co jest na górze? 

- Nawet się nie domyślam. 

Polly pociągnęła z butelki i podała ją Chance'owi. 

- Pokoje z łóżkami. Może byśmy z nich skorzy­

stali? 

- Chyba nic nie sprawiłoby mi większej przyje­

mności, ale mam wrażenie, że nie uda ci się wejść 

z powrotem na górę. 

- Owszem, uda mi się. 

- Może jednak posiedzimy tu chwilę i porozma­

wiamy? Jestem wykończony szukaniem konia. Na 

górze mógłbym cię rozczarować, a tego bym nie 

chciał. 

- O, na pewno mnie nie rozczarujesz. No dobrze, 

porozmawiajmy. Przynajmniej przez chwilę. Jak to 

się stało, że całowałeś się z Amandą? 

Uśmiechnął się. 

background image

- A więc ci powiedziała. Zachowywała się nie­

uprzejmie, wobec tego chciałem wyrównać rachunki. 

- Amanda nie ma doświadczenia w tych spra­

wach, lepiej zostaw ją w spokoju. Ja natomiast wiem, 

jak zadowolić mężczyznę. 

- Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. 

I muszę przyznać, że jesteś w stu procentach kobietą. 

Wiesz, kiedy szukałem rano konia... 

- No i znalazłeś? 

- Niestety, nie. Może ty mi wyjaśnisz, dlaczego 

Amanda tak nieprzyjaźnie mnie traktuje. - Wypił du­

ży haust whisky i odstawił butelkę. 

Polly zaczęła się wachlować, lecz po chwili prze­

stała, bo pióra łaskotały ją w nos. 

- Chyba przesadzasz. Najlepiej będzie, jak zosta­

wisz ją w spokoju. To ostrzeżenie. Amanda jest moją 

najlepszą przyjaciółką... jedyną w moim życiu przy­

jaciółką... i zabiję każdego, kto będzie próbował ją 

skrzywdzić. Jest dla mnie bardzo dobra. 

- Polly, przecież wiesz, że żadnej z was bym nie 

skrzywdził. - Poklepał ją po dłoni. - To nie leży 

w mojej naturze. Naprawdę nie wiem, co ona ma do 

mnie. 

Polly oczy same się zamykały. Z trudnością formu­

łowała zdania. 

- Myślała, że jesteś taki sam jak ci, co tu przy­

jechali i mówili o obrabowaniu Wells Fargo w Co­

lumbii. 

Ta wiadomość wydała mu się bardzo interesująca. 

Może tym razem Gus dostanie za swoje. 

background image

Polly westchnęła głęboko. 

- A potem, kiedy duch powiedział jej o złocie, 

wcale nie chciała, byś się o tym dowiedział. Miałam 

ci o tym nie mówić, ale teraz to już nieważne. - Po­

chyliła się i wsparła czoło na stole. 

- No, Polly, napij się jeszcze. 

Dziewczyna podniosła głowę. 

- Dlaczego to teraz już nie jest ważne? - spytał. 

- Bo nie ma tu złota. To wszystko było snem. -

Oczy jej się zamknęły. 

Był dla niej pełen uznania. Nawet pijana usiłowała 

go przekonać, że to tylko wymyślone bzdury. 

- Gdzie jest teraz Amanda? - spytał. 

- Nad jeziorem. 

Głowa dziewczyny opadła i tylko dzięki reflekso­

wi Chance'a nie uderzyła mocno o blat. 

Zaniósł ją na górę, położył na łóżku i wyszedł 

z baru. Sądząc po reakcji Polly, obie musiały uznać, 

że zniknął z miasteczka na dobre. Mając nikłą na­

dzieję, że Amanda rzeczywiście kąpie się w jeziorze, 

ruszył w tamtym kierunku. 

Drogę przez zarośla pokonał najciszej, jak potrafił. 

Chciał się zorientować, co Amanda robi nad jeziorem. 

Nie oczekiwał jednak, że będzie się kąpała. 

Natychmiast wyszedł z ukrycia, stanął na piasz­

czystym brzegu i otwarcie wpatrywał się w ciało 

Amandy, oblepione mokrą koszulą i pantalonami. 

Stała ledwie po kolana w wodzie, wyraźnie było wi­

dać sterczące brodawki i długie nogi. W jej jasnopiw-

nych oczach pojawił się strach, wycofała się na głęb-

background image

szą wodę. Wiedział, że powinien odejść, lecz stanął 

jeszcze bliżej brzegu. 

Nigdy w życiu nie wziął kobiety siłą i teraz też nie 

zamierzał. Ku swemu zaskoczeniu poczuł przypływ 

dojmującego pożądania. Zmusił się jednak, by odejść. 

Ledwie się odwrócił, usłyszał plusk wody i kobiecy 

okrzyk. To Amanda poślizgnęła się i upadła na plecy. 

Zniknęła pod wodą, wynurzyła się i zaczęła trzepać 

rękami i kaszleć. Po chwili znów jej głowa zniknęła 

pod wodą. 

Kiedy wynurzyła się po raz drugi, zdał sobie spra­

wę, że ona nie potrafi pływać. Ściągnął szybko buty 

i wbiegł do wody. Sięgała mu już do pasa, zanurzył 

się i zaczął płynąć, wypatrując dziewczyny. Dał nur­

ka, szukał jej pod wodą. Wynurzył się, aby nabrać po­

wietrza w płuca, znów zanurkował, na dobre przera­

żony. Już miał ponownie wypłynąć na powierzch­

nię, kiedy nagle poczuł mocnego kopniaka w plecy, 

a za sekundę następnego. Ledwie mógł utrzymać się 

pod wodą, brakowało mu powietrza, mocnym ru­

chem nóg odepchnął się tak, by móc się wynurzyć, 

gdy tymczasem coś znów go kopnęło, tym razem 

w głowę. 

Kiedy wreszcie wypłynął na powierzchnię, był 

wściekły. Zatoczył prawie pełne koło, gdy nagle do­

strzegł napastnika - Amanda wprawnymi ruchami pły­

nęła do brzegu. Ruszył za nią, lecz kiedy znalazł się na 

płytkiej wodzie, ona już stała na piasku. Trzymała w rę­

ce grubą gałąź. Spieszyła się, by chwycić swoje ubranie, 

mimo to obserwowała, co on robi. Płynął najszybciej, 

background image

jak potrafił, cały czas patrząc na nią. Była boso, trud­

no więc jej będzie przebiec przez zarośla. 

Zdając sobie sprawę, że nie ma dość czasu, by włożyć 

buty, rzuciła sukienkę i chwyciła gałąź w obie ręce. Bę­

dzie się mogła bronić przed nim tylko wtedy, gdy on bę­

dzie jeszcze w wodzie. Wbiegła po kostki do jeziora 

i czekała. Wyglądał potężnie i groźnie, lecz uznała, że 

wszystko jest lepsze niż zostać zgwałconą. Dostrzegła 

przecież na jego twarzy wyraz pożądania. 

Kiedy podpłynął już dostatecznie blisko, zamach­

nęła się gałęzią, lecz Chance podniósł rękę i obronił 

się przed ciosem. Drewno popękało na kawałki na je­

go potężnym ramieniu. Była bezbronna. Przerażona, 

wypuściła z ręki resztkę gałęzi i rzuciła się do ucie­

czki. Przebiegła kilka kroków, kiedy chwycił ją za no­

gę. Amanda z okrzykiem upadła na ziemię. Przewró­

ciła się na bok, wierzgając nogą, by ją uwolnić, lecz 

Chance chwycił ją za drugą kostkę. Przyciągnął 

dziewczynę do siebie. Krzyczała wbijając palce 

w piach, lecz miękkie podłoże nie dawało jej żadnego 

oparcia. Chance mógł w końcu położyć się na niej. 

Plunęła mu w twarz, rzucała głową w prawo i w le­

wo. Dyszała ciężko, oczy miała szeroko otwarte, 

wpatrywała się w twarz mężczyzny, nienawidząc go 

za to, że ma nad nią przewagę. 

Chance podniósł głowę, zadowolony, że przynaj­

mniej przestała krzyczeć. 

- Co ty, do diabła, tam wyrabiałaś? Gdybyś była 

mężczyzną, złamałbym ci kark za udawanie, że nie 

umiesz pływać! 

background image

Amanda zacisnęła usta i patrzyła na niego bez sło­

wa. Nie chciała, by się zorientował, że umiera ze stra­

chu. Ledwie dyszała, jego mokre ciało wgniatało ją 

w ziemię. Zielononiebieskie oczy wpatrywały się 

w nią badawczo. Była przerażona. Walkę uznała za 

bezsensowną, mogła tylko czekać i mieć nadzieję, że 

on w końcu przyjmie taką pozycję, w której będzie 

mogła kopnąć go w krocze. 

- Cholera! Odpowiedz mi! 

- Chciałeś mnie zgwałcić! - wyszeptała. 

- Zgwałcić? 

- Do diabła, trudno mi złapać oddech! 

Chance stoczył się na ziemię. Silną ręką jednak na­

dal trzymał dziewczynę w talii, by mu nie uciekła. 

- Może miałem ochotę skłonić cię do czegoś, ale 

nigdy nie myślałem o tym, by cię zgwałcić. 

- To mnie puść. 

- Mam ci pozwolić odejść? Przecież wcale mi się 

nie śpieszy, a o ile wiem, ciebie też nic nie wzywa do 

obowiązków. 

Serce Amandy załomotało. Niski głos Chance'a 

bardziej ją przerażał niż jego krzyki. Oboje byli mo­

krzy, mimo to czuła żar bijący z jego ciała. Uprzyto­

mniła sobie też, że jest prawie naga. 

- Polly zacznie się martwić i będzie mnie szukała. 

Chance wiedział, że to nieprawda, Polly przez wie­

le godzin będzie po prostu spała. 

- Jakoś sobie z tym poradzimy - odparł spokoj­

nie, mimo że nadal był na nią wściekły. Podniósł się 

na łokciu, by się jej przyjrzeć, powoli przesunął ręką 

background image

po jej płaskim brzuchu, żebrach i zatrzymał się tuż 

pod pełnymi piersiami. - Amando, czy miałaś męż­

czyznę? 

Patrzyła na niego w milczeniu. 

- Zastanawiałaś się kiedyś, jak by to było kochać 

się z mężczyzną? 

Zacisnęła zęby. Chciała mu się wyrwać, lecz bez 

trudu ją przytrzymał. 

- Nie wiem, dlaczego tak się denerwujesz - po­

wiedział łagodnie. - Gdybym chciał cię zgwałcić, już 

bym to zrobił. A widzisz, jeszcze niczego nie próbo­

wałem. 

- Dotykasz mnie, mówisz o rzeczach, o których 

przyzwoite kobiety nie rozmawiają, a poza tym, do 

diabła, jesteśmy niemal nadzy! 

Uśmiechnął się. 

- Zgoda, ale „niemal" to nie to samo co „na­

prawdę". 

Miał rację. Gdyby chciał ją zgwałcić, już dawno 

by to zrobił. Nagle przestała się czuć taka zagrożona, 

była teraz pewna, że jakoś sobie poradzi. 

- A więc dobrze, przepraszam. Zrozum, musiałam 

się bronić. Na moim miejscu postąpiłbyś tak samo. 

A teraz propozycja. Ponieważ mamy mieszkać w tak 

niewielkiej odległości od siebie, chyba najwyższy 

czas, byśmy zaczęli się zachowywać bardziej po 

przyjacielsku. Mam dobrą wolę, a ty możesz ją oka­

zać, pozwalając mi wstać. 

- Bardzo bym chciał być twoim przyjacielem, ale 

tak jak powiedziałem, wcale mi się nie śpieszy. -

background image

Przesuwał palcami tuż pod jej piersią. - Jak to mo­

żliwe, byś nigdy nie pozwoliła kochać się 

mężczyźnie? 

Amanda nie śmiała się poruszyć. 

- To mężczyzna zaznaje przyjemności, przyzwoi­

ta kobieta nie. Może byś tak... 

Chance pochylił głowę i zaczął ją delikatnie sku­

bać w ucho. 

- Rozumiem więc, że przyzwoite kobiety nie są 

w stanie odczuwać fizycznej przyjemności. 

- Zostaw moje ucho - rozkazała, usiłując wykrę­

cić głowę. Nie chciała odczuwać przyjemności, jaką 

dawała jego pieszczota. 

Chance zamierzał tylko wyrównać z nią rachunki, 

lecz teraz sprowokowała go swymi dziwacznymi 

stwierdzeniami. 

- Mówisz więc, że jako dama nie możesz odczu­

wać pożądania? 

Odwróciła lekko głowę na bok, ukazując biały 

łuk szyi. Chance zaczął pieścić tę piękną szyję języ­

kiem i wargami. Dziewczyna oddychała coraz szyb­

ciej. 

- Mam tego dość! - krzyknęła i przekręciła się na 

bok, usiłując go odepchnąć, ale wbrew sobie znalazła 

się w jego ramionach, a jego twarz niemal dotykała 

jej twarzy. Chciała się odsunąć, lecz wtedy mocno ją 

przytulił. Rękę zsunął na jej pośladki. Była przerażo­

na, przyciągnął ją tak mocno do siebie, że ledwie 

mogła oddychać. - Przestań! Mówiłeś, że mnie nie 

zgwałcisz! 

background image

- I wcale nie mam tego zamiaru. Czy niepokoi cię 

bliskość mężczyzny? 

- To nie jest odpowiednie zachowanie. I sam 

o tym wiesz. 

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. 

- Jakie pytanie? 

Miał niezwykłe oczy. Z trudem odwróciła wzrok. 

Objęła spojrzeniem jego nie ogoloną brodę, pełne 

usta, które przypomniały jej o gorącym pocałunku. 

Nabrała powietrza, wdychając zapach jego skóry, 

osobliwie miłą woń wody z jeziora i słońca. 

- Pytałem, czy jako dama nie odczuwasz pożą­

dania? 

Położył dłoń na jej piersi, pieścił jej ciało. Przesu­

wał kciukiem po wrażliwej brodawce, aż poczuła 

dreszcz w dole brzucha. 

- Co robisz? Zostaw mnie! - Szarpnęła jego rękę. 

- A co to za różnica, moja słodka? Przecież mó­

wisz, że damy nie odczuwają pożądania. Pamiętasz, 

że to przyjemność, którą przeżywają tylko 

mężczyźni? A ty jesteś damą, prawda? 

- Tak - szepnęła, chociaż już nie potrafiła zagłu­

szyć w sobie cudownych odczuć, jakich doznawała 

za

 każdym dotknięciem jego kciuka. Nie chciała się 

im poddać, a jednocześnie pragnęła, by pieszczoty 

Chance'a trwały bez końca. 

- No więc nie ma zmartwienia. 

Oniemiała, zamarła. Po prostu zostawił ją w spo­

koju. Patrzyła z niedowierzaniem, jak sięga po buty 

i wciąga je na nogi. 

background image

- Amando, ten, kto ci powiedział, że damy nie od­

czuwają tego rodzaju potrzeb, był cholernym kłamcą. 

Z otwartymi ze zdumienia ustami patrzyła, jak 

Chance znika w zaroślach. Usiadła, nie wiedząc, co 

się z nią dzieje. Wczoraj w nocy pragnęła, by ją pie­

ścił. Dziś, widząc go na brzegu, była przekonana, że 

chce ją wziąć siłą. Wpadła więc w panikę. Gwałt to 

zupełnie co innego niż kochanie się. Ale jakie Chance 

miał prawo dotykać jej ciała? Żaden mężczyzna nie 

miał do tego prawa! 

Chwyciła sukienkę, wydała z siebie głośny jęk. 

Nadal czuła na sobie jego ręce, jego miękkie drażnią­

ce wargi. Miała świetną okazję, aby raz na zawsze się 

przekonać, co to znaczy być z mężczyzną, i wszystko 

popsuła! Popatrzyła na jezioro i uśmiechnęła się. Już 

wiedziała, co chce teraz zrobić. Chance rozpalił 

w niej płomień pożądania i jeśli jej się to uda, będzie 

miał okazję go ugasić. 

background image

Rozdział siódmy 

Chance'a nie opuściła wściekłość nawet po powro­

cie do domu. Nie był jednak do końca pewien, na ko­

go jest wściekły - na Amandę czy na siebie. 

Zrzucił buty i poszedł do sypialni się przebrać. Był 

zły, że znów spodobała mu się kobieta wyrachowana. 

Bo tak właśnie ocenił Amandę. Przybierała świętosz­

kowate miny, powtarzała, że jest przyzwoitą kobietą, 

a na dobrą sprawę obchodziło ją tylko złoto i pienią­

dze. Był o tym przekonany. 

Chwycił butelkę brandy, którą wziął z baru, i nalał 

sobie do kieliszka sporą miarkę. Nie był to najlepszy 

trunek, lecz musiał mu wystarczyć. Napił się, wspo­

minając Patrycję Turner, pierwszą kobietę, która usi­

łowała zrobić z niego głupca. Zupełnie przypadkowo, 

tak mu się wówczas wydawało, natknął się na nią, 

wychodząc z banku w Auburn. Już po wszystkim zo­

rientował się, że od samego początku działała z roz­

mysłem, dowiedział się też, że naciągnęła wielu męż­

czyzn. 

Myślał, że jest damą, a jej brat Logan zamożnym 

dżentelmenem. Była nieśmiała, co niezwykle łechtało 

jego męską dumę. Kiedy kilka miesięcy później ko-

background image

chali się, wyjaśniła mu, że nie jest dziewicą, gdyż 

zgwałcono ją jako młodą dziewczynę. Od tamtego 

czasu nie pozwoliła się dotknąć żadnemu mężczyź­

nie aż do chwili, gdy on, Chance, wkroczył w jej 

życie. Nawet go prosiła, by postępował z nią deli­

katnie. 

Chance oparł się o kominek i znów się napił. Jakim 

głupcem potrafi być mężczyzna! Uwierzył we wszy­

stko, co mu powiedziała. Później Logan przyparł go 

do muru, oświadczył, że wie o związku Chance'a 

z jego siostrą, i zażądał, aby się z nią ożenił. Chance 

wcale się nie wzbraniał, uważał Patrycję za subtelną 

istotę, która potrzebuje opieki. Uznał również, że czas 

się ustatkować i założyć rodzinę. Zwłaszcza że właś­

nie jemu i bratu Nedowi dopisało szczęście w poszu­

kiwaniu złota. Wybudowali okazały dom, a Chance 

oświadczył się Patrycji. 

Poczuł teraz, jak na to wspomnienie ogarnia go 

gniew. Mieszkańcy Auburn uważali Chance'a i Neda 

za dżentelmenów, za filary tamtejszej społeczności. 

Ich dom należał do najpiękniejszych w całym miaste­

czku. O tym, co się zdarzyło, opowiedział mu brat, 

wydając ostatnie tchnienie. 

Otóż kiedy Chance pojechał do Sacramento kupić 

drugą kopalnię, zjawili się Patrycja z Loganem. Ona 

oświadczyła Nedowi, że chce sprawić niespodziankę 

Chance'owi i urządzić mu gabinet. Ned zostawił ją 

więc samą i przeszedł z Loganem do saloniku na kie­

liszeczek, porozmawiać o zbliżającym się ślubie. 

W efekcie obaj się upili. 

background image

Tymczasem Patrycja przeszukała otwarty sejf i za­

brała akty własności kopalni i domu. Po godzinie 

podsunęła papiery mocno już podpitemu Nedowi, 

prosząc go o podpis jako świadka, że ona oddaje 

Chance'owi w zarząd swój majątek. Ned nagryzmolił 

podpis, nie czytając dokumentów. 

Kiedy po dwóch dniach Ned pojawił się w kopalni, 

pracowali tam jacyś obcy ludzie. Zaczął protestować, 

lecz któryś z obecnych pokazał mu dokument stwier­

dzający, że to on jest teraz właścicielem, że to Logan 

Turner załatwił sprawę aktu kupna-sprzedaży. Ned 

przypomniał sobie, że Patrycja dawała mu jakieś do­

kumenty do podpisu. Jak oszalały pobiegł do biura 

prawnego, a tam się okazało, że pozbył się nie tylko 

kopalni, lecz także domu. Na aktach własności figu­

rowały też podpisy Chance'a, sfałszowane przez Lo­

gana, co było sprawą oczywistą. Jak jednak można 

było to udowodnić? Ned ruszył na poszukiwania Pa­

trycji i Logana, ale już ich nie znalazł w mieście. 

Chance nalał sobie następny kieliszek i położył się 

na łóżku. Gdyby nie pojechał wtedy do Sacramento, 

aby powiększyć swój majątek, lub gdyby nie wpadł 

w pułapkę zastawioną przez kobietę o niewinnych 

niebieskich oczach, jego rodzony brat nadal by żył. 

Przypomniało mu się znowu, jak się czuł, kiedy po 

powrocie zastał we własnym domu obcych ludzi. Ne­

da nigdzie nie mógł znaleźć. Szeryf powiedział mu, 

że ruszył w pościg za parą oszustów. 

Chance podążył za nim, lecz było już za późno. 

Znalazł Neda w gabinecie doktora w Grass Valley. 

background image

Był umierający, postrzelono go dwukrotnie w plecy. 

Zdążył powiedzieć, że odnalazł oszustów, lecz popeł­

nił błąd, bo zawrócił po szeryfa. Wtedy Logan strzelił 

mu w plecy. Ned obwiniał siebie za całą tę sprawę, 

błagał Chance'a o wybaczenie. Ten odparł, że nie jest 

niczemu winien, lecz Ned już nie usłyszał tych słów. 

Umarł. 

Chance rzucił kryształowym kieliszkiem przez po­

kój. Patrzył, jak rozpryskuje się na kawałki, a brandy 

ścieka po ścianie. Usiadł, podparł głowę rękami. 

Tworzyli z bratem zgodny zespół. Po śmierci Neda 

musiał pogodzić się z tragedią i żyć dalej. Łatwo po­

wiedzieć! Przez rok wędrował od jednego miasteczka 

poszukiwaczy złota do drugiego, gnany chęcią zem­

sty. Myślał tylko o jednym - żeby odnaleźć i zabić 

Patrycję i Logana. 

Doszedł do wniosku, że zbrodnicza para jest obda­

rzona szóstym zmysłem, w ostatniej chwili bowiem 

wymykała się z jego sideł. W końcu ktoś inny wy­

mierzył im sprawiedliwość. Być może Chance powi­

nien być mu wdzięczny, ale czuł jedynie gorycz i żal 

do złego losu, który zabrał mu brata i majątek. Wia­

domość o złocie w Springtown wyrwała Chance'a ze 

stanu zobojętnienia. Dostrzegł szansę dla siebie. Zdo­

będzie złoto, po czym wyjedzie stąd i rozpocznie no­

we życie. Amanda na pewno mu w tym nie przeszko­

dzi, nawet gdyby knuła i spiskowała. 

Amanda ubrana w nocny strój siedziała na skraju 

łóżka i w zadumie rozglądała się po pokoju. Wodziła 

background image

wokół nie widzącym spojrzeniem, ponieważ głowę 

miała zaprzątniętą myślami. Zastanawiała się, jak 

skłonić Chance'a do tego, by pomógł jej i Polly wy­

dostać się ze Springtown. Musiała również zadecydo­

wać, jak z nim postępować. Podobała mu się, Chance 

powiedział to wyraźnie. On zaś samą swoją obecno­

ścią obudził w niej uczucia, których do tej pory nie 

znała, a jego pocałunki i pieszczoty wprost odbierały 

jej rozum. Nigdy jeszcze nie była z mężczyzną 

i chciała się dowiedzieć, jak to jest. Matka przedsta­

wiała jej te sprawy w ciemnych barwach, Polly mó­

wiła zupełnie co innego. 

Po powrocie znad jeziora długo szukała Polly, za­

nim wpadła na pomysł, by zajrzeć do baru. Znalazła 

przyjaciółkę na jednym z łóżek w pokoju na piętrze, 

chrapiącą głośno, ubraną w wyzywającą suknię. Usi­

łowała ją obudzić, lecz nadaremno, narzuciła więc na 

nią koc i wyszła. Pamiętała, jak długo ojciec musiał 

spać po przepiciu, toteż wiedziała, że Polly nie wsta­

nie wcześniej niż nazajutrz rano. 

- Nie pozbyłaś się tego niebieskiego ptaka. On 

i Polly są siebie warci. 

Amanda zesztywniała. To nie był sen. Przecież na 

pewno teraz nie spała. Powoli odwróciła głowę. 

- Jesteś... jesteś tutaj? - wyszeptała. 

Nie dalej niż półtora metra od niej zamajaczyła ja­

kaś postać. Amanda wstrzymała oddech, kontury po­

staci stawały się coraz ostrzejsze, aż w końcu zoba­

czyła mężczyznę tak wyraźnie, jakby był żywy. 

O mało nie zemdlała. 

background image

Patrzyła w osłupieniu, z niedowierzaniem. Męż­

czyzna wydawał się w jej wieku, był też niewiele od 

niej wyższy. Miał czarne proste włosy, ciemne oczy 

o przenikliwym spojrzeniu, zgrabny nos i czarne, 

lekko podkręcone wąsy. Był niebywale przystojny, 

a w czarnym surducie, białej koszuli z wysokim koł­

nierzykiem i czarnych spodniach wyglądał jak pra­

wdziwy dżentelmen. Jedyna skaza, jaką miał, to bli­

zna nad lewym okiem. 

Amanda zdała sobie sprawę, że wpatruje się w zja­

wę z ustami otwartymi ze zdumienia. 

- Skąd się tu wziąłeś? - wreszcie spytała. 

- To moje miasto. A poza tym ciągnie mnie do 

ciebie. 

Jego głos nie był taki głęboki jak Chance'a, 

lecz zrobił na Amandzie wrażenie. Mężczyzna 

miał w sobie coś niebezpiecznego, lecz to tylko do­

dawało mu uroku. Splotła dłonie i ułożyła je na ko­

lanach. 

- Dlaczego ciągnie cię do mnie? 

Zaśmiał się łobuzersko. 

- Ciągnie mnie do wszystkich pięknych kobiet. 

A możesz mi wierzyć, seniorka, że przyćmiewasz 

urodą wszystkie znajome mi kobiety. 

- Tak? Naprawdę tak myślisz? - Chociaż powta­

rzała sobie, że cała ta rozmowa jest naprawdę idioty­

czna, poczuła dreszcz prawdziwej przyjemności. 

- A twoje ciało... 

- Moje ciało? 

- Słodka Amando, naprawdę nie powinnaś się 

background image

martwić. Przecież jestem tylko duchem, chociaż na­

wet duchowi należy się odrobina przyjemności. 

Amanda wciąż była oszołomiona. 

- Chcesz mi powiedzieć, że patrzyłeś, jak się roz­

bieram? 

- Wiele razy. 

- Absolutnie żądam, byś przestał mnie... pod­

glądać! 

- Świetnie, ale skąd będziesz wiedziała, że dotrzy­

muję słowa? 

- Nie będę tego wiedziała, będę musiała polegać 

na twoim honorze. 

- Moja droga, jak możesz mnie pozbawiać tej od­

robiny ziemskich przyjemności, jaką jeszcze mogę się 

cieszyć? 

Uśmiechnął się czule i ciepło. Rozluźniła się i też 

uśmiechnęła. 

- Jednak muszę nalegać. 

- Masz moje słowo dżentelmena. 

- Jesteś Hiszpanem? - spytała, podchodząc do 

stolika, aby nalać sobie wody. Całkiem jej zaschło 

w gardle, zupełnie jak Polly. 

- Nie, ale długo byłem w Meksyku, a czym sko­

rupka za młodu nasiąknie... Myślałaś o ukrytym 

złocie? 

Starała się nie okazać podniecenia, odwracała się 

więc do ducha bardzo powoli. 

- Tak, myślałam... - Już nie siedział na krze­

śle. Rozejrzała się po pokoju, lecz duch zniknął. -

Poczekaj! - szepnęła. - Jak się nazywasz? - Nie by-

background image

ło odpowiedzi, została sama. Po chwili jednak 

znów poczuła podniecenie, bo przypomniało jej się 

złoto. To nie był sen, a duch okazał się nie tylko 

bardzo przystojnym, lecz także czarującym męż­

czyzną. 

Nie potrafiła na niczym skupić myśli. Odstawiła 

szklankę, nie wypiwszy z niej ani łyka. Jak w transie 

podeszła do stolika, wzięła szczotkę. Machinalnie 

przerzuciła włosy przez ramię i zabrała się do rozcze­

sywania. Złoto! Czy było tu dużo złota? Jeśli tak, to 

będzie ją stać na wyjazd, dokąd tylko zapragnie, i na 

to, by żyć jak królowa. Będzie bogata! Włosy były 

bardzo splątane. Ale będąc bogata, będzie mogła 

mieć pokojówkę do tego rodzaju usług. Ręka zawisła 

w powietrzu. Jak miałaby wywieźć z miasta to złoto? 

I dokąd pojedzie? A najważniejsze: jak ma nie dopu­

ścić do tego, by znalazł je Chance? Jak nie jeden kło­

pot, to drugi. 

Obudziła się nagle, usiadła na łóżku. Rozglądała 

się po ciemnym pokoju, nasłuchiwała, lecz wszędzie 

panowała cisza. Sen był tak przerażający i wyrazisty, 

że wydał się jej prawdą. Do tej pory miała przed ocza­

mi obraz straszliwej katastrofy: przestraszonych męż­

czyzn i kobiety, uciekających w popłochu: krzyki 

i strzały, martwe ciała padające na ziemię. Teraz już 

wiedziała, że był to jedynie senny koszmar, zmusiła 

się więc, by ponownie się położyć. Poczuła się bez­

bronna i samotna, zaszyła się więc w koce i usiłowa­

ła zasnąć. Nie mogła jednak opędzić się od widoku 

background image

dziecka zastrzelonego z zimną krwią. Zasnęła, dopie­

ro gdy zaczęło świtać. 

Niedawno minęło południe. W sypialni domu, 

w którym zamieszkała Polly, Amanda patrzyła, jak 

przyjaciółka przebiera się w niebieską bawełnianą su­

kienkę. 

- Nie potrafię uwierzyć, że nie pamiętasz czegoś 

tak ważnego jak to, czy powiedziałaś Chance'owi 

o duchu i złocie! - mówiła podniesionym głosem. 

- Byłam pijana! I nie krzycz tak, bo pęka mi gło­

wa. - Polly zapięła ostatni guzik, pochyliła się i wy­

gładziła długą spódnicę. - A gdybym nawet mu o tym 

powiedziała, to co za różnica? To wszystko był sen. 

- A czy w ogóle coś pamiętasz? Co robiliście 

z Chance'em? 

- Wątpię, bym coś takiego zapomniała, Amando, 

nawet gdybym była sto razy bardziej pijana. 

- No więc? 

- Nie, do diabła, nic się nie wydarzyło. 

Amanda uśmiechnęła się. Wyszły z sypialni. 

- Wczoraj wieczorem znów widziałam ducha. 

Polly przystanęła tak niespodzianie, że Amanda 

niemal na nią wpadła. 

- Czy ten duch obudził cię z głębokiego snu? -

spytała Polly z niedowierzaniem. 

- Nie, w ogóle wtedy nie spałam. 

- Amando, nigdy nie wiem, czy ci wierzyć, czy 

nie. Powiedz mi jedno. Jeżeli ten duch istnieje, to dla­

czego się nie pokazał, kiedy byłyśmy razem? 

background image

- Nie wiem, nie spytałam o to. Ale nie ma powo­

du, byś się bała. - Uśmiechnęła się. - Znów mówił 

o złocie. Jest ukryte. Dlatego to takie ważne, byś so­

bie przypomniała, czy powiedziałaś coś Chance'owi. 

Jeśli będzie podejrzewał, że jest tu złoto, nigdy nie 

wyjedzie! 

- Naprawdę myślisz, że jest tu gdzieś? 

- Tak. 

- W takim razie zacznijmy poszukiwania. 

- Ale wtedy Chance zacznie coś podejrzewać. 

Polly potarła skronie. 

- Nie potrafię zebrać myśli. Może zrobi mi się le­

piej po filiżance kawy. 

- Już jest gotowa. Staraj się przypomnieć sobie, 

co powiedziałaś Chance'owi. 

W kuchni Amanda nalała przyjaciółce kawy. 

- Mam plan - oznajmiła, podając jej filiżankę. 

- Właściwie to nawet boję cię o to pytać - stwier­

dziła Polly, popijając łyk aromatycznego płynu. 

- Czekając, aż się obudzisz, miałam czas wszy­

stko przemyśleć. Dlaczego Chance wybrał sobie 

dom? Dlaczego nie sypia nad barem? Bo zamierza tu 

dłużej zostać! Po co? - to istotne pytania. 

- Amando, przecież zjawił się kilka dni temu. Za 

jakiś tydzień na pewno wyjedzie. 

- Nie sądzę. Najpierw myślałam, że został, bo ty 

go do tego zachęcałaś, ale teraz uważam, że ma waż­

niejszy powód. Jeżeli nie wie o złocie, to na pewno 

jest poszukiwany listem gończym i po prostu się 

ukrywa. 

background image

Każdy łyk kawy pomagał Polly dojść do siebie. 

- Może siedzi tu, bo podobnie jak my nie ma ko­

nia? Przecież do następnego miasta może być ze sto 

kilometrów. 

- Wzięłam to pod uwagę, ale potem przyszło mi 

do głowy coś, na co powinnam wpaść o wiele wcześ­

niej. Są tu szyby, a więc musimy się znajdować w re­

jonie, gdzie się poszukuje złota. A to oznacza, że róż­

ne miasteczka mogą się znajdować bliżej niż sto ki­

lometrów stąd. To również oznacza, że Chance mu­

siał przejeżdżać przez nie, a przynajmniej w ich po­

bliżu. Myślę więc, że on wie, gdzie leży najbliższe. 

- Moim zdaniem znów dajesz się ponieść 

wyobraźni. 

- Musimy być dla niego miłe. 

- Ale wtedy, twoim zdaniem, nie będzie chciał 

wyjechać. 

- Za kilka dni poprosimy go, by nam pokazał drogę. 

- Ale jeżeli jest poszukiwany, to może nie chcieć 

się stąd ruszyć. 

- Przekonamy go, że jesteśmy bezbronne i jako 

mężczyzna powinien nam pomóc. Możemy go też 

poprosić, by złapał nam osła. A kiedy dostaniemy się 

do jakiegoś miasteczka, oddamy Chance'a w ręce 

sprawiedliwości i na zawsze będziemy miały z nim 

spokój. Pozostanie nam tylko kupić parę koni i wró­

cić do Springtown po nasz wóz. 

- Amando, dotychczas żaden z twoich pomysłów 

nie wypalił. Dlaczego nie możemy go poprosić 

wprost, by nas stąd zabrał? 

background image

- Przecież zdobyłam dla nas konie, prawda? To 

nie moja wina, że uciekły. Musimy przekonać Chan­

ce'a że naprawdę chcemy stąd wyjechać. W prze­

ciwnym razie zacznie coś podejrzewać. 

Polly nie była przekonana, lecz Amanda miała tak 

sugestywny sposób mówienia, że nie potrafiła się 

z nią spierać. 

Chance pchnął jeden z potężnych bali podpierają­

cych wejście do szybu. Wydawało się, że jest w do­

brym stanie, chociaż zarastały je chwasty. W trzech 

szybach, które już odkrył, chwastów nie było. Nig­

dzie nie dostrzegł śladów stóp ani połamanych gałą­

zek, które mogłyby wskazywać na to, że niedawno 

ktoś do nich wchodził. Odwrócił się, by popatrzyć na 

pobliskie skały. Gdzieniegdzie widać było pomarań-

czowożółte belki, lecz to nie oznaczało, że jedynie 

tam mogły się znajdować szyby. Główna żyła biegła 

głęboko, często więc pozostawiano w skałach stem­

ple, aby szyby się nie zawaliły. Nad głową ujrzał 

otwory wentylacyjne. Na pewno tu wydobywano 

i wynoszono stąd złoto. Wszystko to jednak nie da­

wało mu klarownego obrazu sytuacji. Szyby były głę­

bokie, niemożliwe, by pracowały tu dwie kobiety. 

Może więc wydobywały złoto, wypłukując je z pia­

chu w strumieniu. Postanowił ruszyć wzdłuż jego 

biegu. Może znajdzie jakieś ślady. 

Kiedy Chance wrócił do domu, zapadał zmierzch. 

Rzucił się na łóżko, głodny i zmęczony. Nadal nie 

background image

miał pojęcia, czy i gdzie Amanda i Polly znalazły 

złoto. Był jednak przekonany, że opowieść o ukrytym 

złocie jest prawdziwa. A może już zostało wydobyte 

albo chodziło o bogatą żyłę, na którą nikt jeszcze nie 

natrafił? 

Poszukując dziś szybu, uprzytomnił sobie jednak 

coś, co mogło być ważne. Otóż kobiety również mo­

gły nie wiedzieć, gdzie jest złoto. I właśnie dlatego 

nadal tkwiły w miasteczku. Może słyszały tę samą 

opowieść i podobnie jak on doszły do wniosku, że 

skoro Springtown rzeczywiście istnieje, to musi się 

tam gdzieś znajdować ruda złota. 

Usłyszał, że ktoś wszedł do domu. Zsunął nogi 

z łóżka i usiadł. 

- Chance? 

Uśmiechnął się pod nosem, wstał i wyszedł na­

przeciw gościa. 

- Widzę, Polly, że jakoś żyjesz po wczorajszej hu­

lance. 

Polly podeszła i przesunęła palcem po jego torsie. 

- Czułabym się lepiej, gdybyś wczoraj mi towa­

rzyszył. Jeżeli chcesz tu zostać jakiś czas, to na pew­

no będziesz potrzebował kobiety. 

Pomyślał sobie, że Amanda chyba nie opowiedzia­

ła przyjaciółce o wydarzeniach nad jeziorem. 

- To prawda, ale teraz jestem zupełnie wykończony. 

Polly zmarszczyła czoło. Jego słowa brzmiały zna­

jomo. 

- Czy wczoraj powiedziałeś mi to samo? 

- Nie sądzę. 

background image

- Hm, później o tym pogadamy. Amanda zau­

ważyła, że wróciłeś, i doszła do wniosku, że na pew­

no jesteś głodny. Jest nas tylko troje w tym mie­

ście, cóż zatem stoi na przeszkodzie, byśmy jadali 

razem? 

- Odniosłem wrażenie, że nie chce mieć ze mną 

nic wspólnego. 

- Uznała, że jej podejrzenia są bezpodstawne. Tak 

czy siak, kolacja będzie za pół godziny. - Polly ro­

zejrzała się po pokoju. Był umeblowany o wiele ład­

niej niż w jej domu. - Zjesz z nami? Amanda nawet 

upiekła chleb. 

- Myślałem, że tylko ty zajmujesz się kuchnią, 

a ona nie ma o tym pojęcia. 

- Tak, to ja zajmuję się kuchnią, bo... sama nie 

wiem, tak wyszło, ale to nie znaczy, że ona nie potrafi 

gotować. 

- No to cieszę się na wspólną kolację. 

- Świetnie, do zobaczenia. 

Polly wyszła, kołysząc uwodzicielsko biodrami. 

Chance zastanawiał się, co Amanda knuje. Sam 

nie rozumiał, dlaczego po raz drugi odrzucił awan­

se Polly. Przecież mógłby przyjąć jej wręcz otwar­

tą propozycję, zwłaszcza że Polly jest naprawdę 

ładna. 

Wyciągnął z szuflady czystą koszulę i rzucił ją na 

łóżko. Polly mu się podobała, lecz nie pociągała. 

Amandy zaś pragnął od pierwszej chwili, gdy tylko 

ją ujrzał, choć leżał związany na łóżku, a w ustach 

miał knebel. Jej opór wzmagał to pragnienie. Dobrze, 

background image

że w końcu oprzytomniał. Nie ufał Amandzie. Jego 

brat umarł przez kobietę. 

Zapatrzył się przed siebie nie widzącym spojrze­

niem. Smutek po śmierci Neda był wciąż dojmują­

cy, jakby brat jeszcze wczoraj żył, rozmawiał 

z nim... Potrząsnął głową. Myślał o tym tysiące razy, 

po co więc znów się dręczyć? Nedowi już nic nie 

wróci życia. Jeżeli chce być punktualny, musi się po­

śpieszyć. 

Chance ucieszył się, widząc na progu Amandę. 

Obrzucił ją pełnym uznania spojrzeniem. Do licha, 

przecież to najpiękniejsza kobieta, jaką dotąd widział. 

Miała na sobie elegancką suknię w kolorze lawendy 

z wysokim kołnierzykiem i długimi rękawami, lecz 

nawet ta suknia nie była w stanie ukryć smukłego, 

kobiecego ciała. 

- Cieszę się, że przyjąłeś nasze zaproszenie - ode­

zwała się pierwsza. - Powiedziałam Polly, że nie po­

winniśmy się kłócić, skoro jesteśmy tu tylko we troje. 

Lepiej, byśmy żyli w zgodzie. 

Chance szeroko się uśmiechnął. 

- Całkowicie się z tym zgadzam. 

- Chciałam być z tobą przez chwilę sama, by cię 

przeprosić za to, co się wydarzyło nad jeziorem. Zro­

zumiałam, dlaczego byłeś wściekły, i mam nadzieję, 

że ty rozumiesz, dlaczego zachowałam się tak, a nie 

inaczej. - Uśmiechnęła się nieśmiało. - A poza tym 

miałeś rację. Damy też mają uczucia. 

Chance niepomiernie się zdziwił, ale zaraz przy-

background image

szło mu do głowy, że to tylko gra, którą Amandą pro­

wadzi z sobie wiadomych powodów. 

- Dlaczego nie wchodzicie? - rozległo się woła­

nie Polly. -Stół nakryty. 

- Bardzo przepraszam, miła pani - odkrzyknął 

Chance. - Właśnie mówię Amandzie, że już mi ślinka 

cieknie na samą myśl o tych wszystkich smakowito-

ściach. 

- Chodźcie, chodźcie - ponagliła Polly - kolacja 

wystygnie. 

Jadalnia zrobiła na nim duże wrażenie. Stół został 

przykryty adamaszkowym obrusem. Przy trzech porce­

lanowych talerzach położono białe serwetki i srebrne 

wyczyszczone sztućce, nie zabrakło także kryształo­

wych kieliszków. Półmiski z potrawami dymiły. Na jed­

nym przyciągały wzrok słodkie ziemniaki oblane syro­

pem, na drugim grube plastry wędzonej szynki, na trze­

cim fasolka. Czekały też dwa wspaniałe bochenki chle­

ba, specjalny sos oraz wyjęte ze słoika brzoskwinie 

w syropie. Chance od lat nie zasiadał do takiej uczty. 

- Drogie panie, naprawdę przeszłyście same sie­

bie - powiedział szczerze i jak prawdziwy dżentel­

men ruszył w stronę stołu, by podsunąć kobietom 

krzesła. Ubiegły go jednak i usiadły same. 

- Pomyślałyśmy, że najlepiej będzie, jeżeli ty 

usiądziesz u szczytu stołu - zaproponowała Amanda. 

Widziała na jego twarzy ogromne zadowolenie. Do­

piero teraz uznała, że warto było wyczyścić srebra. 

Chance poczuł dotkliwy głód na widok tak pysz­

nego posiłku. 

background image

- Nie wstydź się. - Amanda podała mu półmisek 

z dymiącymi kartoflami. - Wszystkiego jest dużo, 

jedz, ile chcesz. 

Kiedy już nałożyli sobie na talerze, Polly odezwała 

się: 

- Naprawdę bardzo się cieszę, że odtąd będziemy 

razem jadać. Zupełnie jak w rodzinie. 

- Ja też się cieszę - dorzuciła Amanda. - Chance, 

chcesz piętkę czy kromkę? 

- Lubię piętki - odparł z ustami pełnymi szynki. 

Nie mógł się nadziwić, że Amanda i Polly są takie 

miłe. Na pewno czegoś chcą i już wkrótce o tym się 

dowie. 

Amanda pokroiła chleb, dbając o to, by piętka była 

odpowiednio duża. 

- Polly mi mówiła, że szukałeś swojego konia. Na­

prawdę mi przykro, że go nie znalazłeś. Przynajmniej ty 

mógłbyś stąd wyjechać i przysłać kogoś po nas. 

- Koń na pewno jest już gdzieś daleko, cieszy się 

swobodą. 

- Dziś go też szukałeś? - spytała Polly. 

- Cóż, jeszcze nie straciłem nadziei. - Ugryzł kęs 

chleba. - Amando, to wyborne. 

- Dzięki. - Zauważyła, że się ogolił i przystrzygł 

sobie gęste blond włosy. Sięgały mu ledwie za koł­

nierzyk koszuli. Jej uwagę przyciągnęły smukłe dło­

nie o długich palcach. Ten mężczyzna miał niepra­

wdopodobnie piękne ręce. 

- Czyżby szanownym paniom śpieszyło się, by 

stąd wyjechać? 

background image

Amanda milczała zaskoczona. 

- Im szybciej, tym lepiej - przyznała po chwili Polly. 

Chance nabił kawałek szynki na widelec. 

- Mnie się tu podoba i nigdzie się nie śpieszę. 

Amanda wzięła głęboki oddech. Jej plan musi się 

udać! Dlatego powinna skoncentrować się na najwa­

żniejszym. 

- A co z tą bandą, którą tropiłeś? 

- Może zastrzelą wszystkich trzech, jak napadną 

na Wells Fargo. 

- Ale dlaczego chcesz tu zostać? - spytała Polly. 

- To miasto przypomina cmentarz. 

- Nie zrozumcie mnie źle, nie zamierzam siedzieć 

tu do końca życia. Chciałbym tylko sprawdzić kilka 

szybów w okolicy. - Widział, że jasnopiwne oczy 

Amandy stały się czujne. 

- Może masz chęć na brzoskwinię? - spytała. 

- Wolałbym coś o wiele słodszego. - Roześmiał 

się cicho. 

- Ale mamy tylko brzoskwinie - odparła. Nakła­

dała owoce na talerzyk, lecz ręce jej tak drżały, że 

omal wszystkiego nie upuściła na obrus. - Miałyśmy 

nadzieję, że pomożesz nam złapać tego osiołka, który 

kręci się po miasteczku. 

- Dziękuję- powiedział Chance, biorąc od niej ta­

lerzyk z owocami. 

- Co miałeś na myśli, mówiąc o czymś o wiele 

słodszym? - spytała Polly. 

- Pomożesz z tym osiołkiem? - naciskała Amanda. 

Polly pochyliła się do przodu, całkiem oczarowana 

background image

urodą tego mężczyzny, który teraz tylko jej poświęcał 

uwagę. 

- Chodziło ci o cukierki? 

- Słodka jest też ładna kobieta, słodkie są poca­

łunki... 

- Tak, zgadzam się z tym - przytaknęła z entu­

zjazmem Polly. 

Amandzie coraz trudniej było się skoncentrować 

na realizowaniu planu. Oczami wyobraźni zobaczyła 

nagiego Chance'a, co wcale nie pomogło jej kontro­

lować rozmowy. 

- Pomożesz nam złapać tego osiołka czy nie? -

zapytała ponownie. 

Chance wytarł usta serwetką i odłożył ją na kolana. 

- Dlaczego to takie ważne? - odpowiedział pyta­

niem na pytanie. 

- Chcemy się z Polly stąd wydostać. Na osiołka 

mogłybyśmy wpakować zapasy żywności na drogę 

do najbliższego miasteczka - wyjaśniła Amanda, a 

w duchu podjęła decyzję, że pozwoli, by to Chance, 

a nie kto inny, pokazał jej, na czym polega przyje­

mność bycia kobietą. Nagle wydało się jej, że w po­

koju jest bardzo gorąco. 

- I chcecie zostawić mnie tu samego? - spytał 

Chance i po chwili się roześmiał. 

- Z czego się śmiejesz? - zdziwiła się Amanda. 

- Zastanawiałem się, czy zostałem zaproszony tu­

taj tylko po to, żebym obiecał pomoc w schwytaniu 

osiołka, czy jeszcze w jakimś innym celu. Może 

chcecie, bym was zawiózł do najbliższego miasta? 

background image

- Skoro poruszyłeś ten temat, to muszę przyznać, 

że mamy taką nadzieję - powiedziała Amanda. -

Dwie kobiety podróżujące samotnie, tylko z osioł­

kiem to chyba niezbyt bezpieczne. 

Chance się uśmiechnął. 

- Tak, wiem, to mogłoby być niebezpieczne. 

- Dobrze się czujesz, Amando? - spytała nagle 

Polly. 

Amanda spojrzała na nią. 

- Oczywiście. Dlaczego pytasz? 

- Masz takie wypieki i w ogóle nic nie zjadłaś. 

- To tylko z powodu gorąca. Od pieca chlebowe­

go nagrzał się cały dom. Czuję się świetnie. - Nabrała 

na widelec odrobinę fasolki na dowód tego, że nic jej 

nie jest. Wolałaby, żeby było już po kolacji i żeby 

Chance sobie poszedł. Nie, to nieprawda. Chciała, by 

Chance kochał się z nią czule, namiętnie, by przeżyła 

z nim takie uniesienia, o jakich opowiadała Polly. 

Trawiło ją pożądanie, a on nawet jej nie dotknął! 

Polly wstała. 

- Amando, naprawdę martwię się o ciebie. Twarz 

masz prawie purpurową. Oprzyj się porządnie, przy­

niosę ci mokry ręcznik. - I pobiegła do kuchni. 

Amanda rzuciła Chance'owi ukradkowe spojrze­

nie i natychmiast odwróciła wzrok. Podniósł się 

z miejsca. Po cichu liczyła na to, że będzie miał na 

tyle przyzwoitości, by wyjść z tego domu. Nagłe sta­

nął za jej krzesłem. Czuła bliskość jego ciała. 

- Polly ma rację. Może odprowadzę cię do sy­

pialni. 

background image

Amanda zadrżała na samą myśl o tym, co mogłoby 

się stać za drzwiami sypialni. Zaraz jednak przywo­

łała się do porządku. 

- Naprawdę nic mi nie jest, tylko się zgrzałam. 

- To może dobrze ci zrobi świeże powietrze. 

Położył jej rękę na ramieniu. Jego dotyk parzył 

skórę przez materiał sukni. Jak to możliwe, by nagle 

tak zapragnęła mężczyzny? 

- Możesz zostawić mnie w spokoju? Przecież nic 

mi nie jest. 

- Uparta z ciebie kobieta. 

Odsunął jej krzesło, chwycił ją na ręce i ruszył 

w stronę sieni. 

- Nie! - zaprotestowała, z trudem łapiąc oddech. 

Położyła mu dłoń na piersi, chcąc go odepchnąć, lecz 

natychmiast ją cofnęła, dotknąwszy włosków tuż nad 

ostatnim z zapiętych guzików. 

- Dokąd idziecie? - zawołała Polly, wróciwszy 

z mokrym ręcznikiem. 

- Na dwór, zaczerpnąć świeżego powietrza - od­

krzyknął. 

Polly pośpieszyła za nimi. 

- Wiesz co, kochanie - szepnął do ucha Amandzie 

- nie powinnaś się dać ponosić wyobraźni. 

Zawstydziła się. 

- Postaw mnie. 

Trzymając ją w ramionach, zdał sobie sprawę, że 

nie będzie się teraz starał zaspokoić swoich pragnień. 

Nie wątpił już, że Amanda zakochała się w nim, wi­

dział to dziś wieczorem w jej oczach. 

background image

- Gdyby znowu ogarnęło cię pragnienie, wiesz, 

który dom jest mój. 

Natychmiast zaczęła się bronić. 

- Sugerujesz, że... 

- Masz ręcznik - rzuciła Polly, która zdążyła ich 

dogonić. 

Chance zatrzymał się i postawił Amandę na ziemi. 

- Chyba nie będzie go potrzebowała. Wystar­

czy, że pobędzie chwilę na powietrzu. Na pewno nic 

jej nie będzie. A teraz przepraszam, drogie panie, 

udaję się na spoczynek. Dziękuję za kolację, była py­

szna. 

- A wywieziesz nas stąd? - spytała Polly. 

- Pomyślę o tym. 

- Jutro też z nami zjesz, prawda? 

- Na pewno. Nigdy bym z tego nie zrezygnował. 

Idąc do domu, uśmiechał się do siebie. Teraz wie­

dział, że zupełnie niewłaściwie ocenił Amandę i Pol­

ly. Zawsze lubił kobiety, lecz lubić je a ufać im - to 

zupełnie inna sprawa. Skoro wiedział już, że Amanda 

coś do niego czuje, dlaczego nie miałby dzielić z nią 

przyjemności? Chciały, by je wywiózł ze Springtown. 

Ale dlaczego? Brakowało mu jakiegoś ogniwa w ca­

łej tej sprawie, lecz był pewien, że w końcu je znaj­

dzie. A tymczasem zastosuje się do ich reguł gry, co 

może okazać się całkiem miłe. Jeżeli jednak nie do­

wie się wkrótce, gdzie jest złoto, to będzie musiał 

znaleźć jakiś sposób, by wbić klin pomiędzy Amandę 

a Polly. Musi je poróżnić i pokonać. 

background image

Zgasił lampę i kładł się do łóżka, gdy skrzypnęły 

frontowe drzwi. Sięgnął pod poduszkę po rewolwer, 

położył palec na cynglu. Uspokoił się, gdy usłyszał ci­

che kobiece kroki. Uśmiechnął się w oczekiwaniu na 

Amandę. Była pełnia, promienie księżyca oświetlały 

wejście do sypialni, kiedy więc zamiast Amandy 

w progu stanęła Polly, widział jej postać całkiem 

wyraźnie. Rozszedł się też mocny zapach jej perfum. 

Nie tego oczekiwał. 

- Chance? - szepnęła. 

Wiedział, że musi błyskawicznie podjąć decyzję. 

Polly powinna pozostać jego sprzymierzeńcem, a nie 

wrogiem, nie mógł więc sobie pozwolić na to, by ją 

obrazić. Patrzył, jak rozpina guziki bluzki. Najpro­

ściej byłoby jej nie odmawiać, lecz jakoś zupełnie nie 

czuł do niej pociągu. Co robić? Kiedy zsunęła bluzkę 

z ramion, wiedział już, że ma tylko jedno wyjście: 

udać, że go nie ma. Polly przez cały czas stała 

w drzwiach, pomyślał więc, że może go nie widzieć 

w mroku. Zdjęła już bluzkę i rozpinała spódnicę. Nie 

spuszczając jej z oka, zaczął się przesuwać na skraj 

łóżka. Wreszcie zsunął się na podłogę i wczołgał pod 

łóżko. Za moment usłyszał stąpanie jej bosych stóp. 

- Chance, śpisz? Do diabła, wcale go tu nie ma. 

O, mój wielki kochanku, będziesz miał niespodzian­

kę, jak przyjdziesz - dokończyła radośnie. 

Weszła do łóżka i zaczęła się tak wiercić, że Chance 

z trudem zmusił się do milczenia. Czy ona nigdy się nie 

uspokoi? 

Przez godzinę Polly to wstawała z łóżka, to z po-

background image

wrotem się kładła. Chodziła po pokoju, mówiła do 

siebie, śpiewała piosenki, skakała po łóżku. W końcu, 

ku jego ogromnej uldze, wszystko ucichło, a po chwi­

li usłyszała regularny oddech. Poczekał jeszcze pięć 

minut i wyczołgał się spod łóżka. Wyszedł cicho 

z pokoju. Dzisiejszą noc spędzi w innym domu. Wre­

szcie się wyśpi. 

background image

Rozdział ósmy 

Nazajutrz rano Amanda obudziła się, słysząc swoje 

imię. Pomyślała, że to duch, lecz kiedy wołanie roz­

legło się po raz drugi, rozpoznała głos Polly. Musiała 

być na dole. Amanda przeciągnęła się leniwie i od­

rzuciła pościel, aby wstać, ponieważ wołanie było co­

raz bardziej natarczywe. 

- Amando, odpowiesz mi w końcu? Do diabła, 

gdzie jesteś?! 

Amanda wyskoczyła z łóżka. Zastanawiała się, 

o co Polly może być taka wściekła. Jeszcze raz się 

przeciągnęła i ruszyła do drzwi. Usłyszała kroki na 

schodach. 

- Amando, natychmiast się odezwij! W którym je­

steś pokoju? 

Amanda otworzyła drzwi. 

- Tutaj! -zawołała. 

Polly wtargnęła do pokoju z gniewną miną, rzuca­

jąc złe spojrzenia. Skierowała się wprost do szafy, 

a potem zajrzała pod łóżko. 

- Szukasz czegoś? 

- Chance'a! Dobrze wam było w nocy? 

background image

- O czym ty mówisz?! 

- Nie graj przede mną niewiniątka. Przecież spę­

dziłaś z Chance'em noc! 

- On ci tak powiedział? 

- Jak mógł mi powiedzieć, skoro był z tobą? 

- To idiotyczne. - Amanda odwróciła się, podesz­

ła do stolika i wzięła do ręki szczotkę. - Spałam. Ty 

mnie obudziłaś. Nie wiem, skąd ten pomysł. Nie wi­

działam Chance'a od kolacji. 

- Mówisz, że spałaś. A dlaczego jesteś ubrana? 

Amanda się zarumieniła. 

- Bo duch powiedział mi, że lubi mnie podglądać, 

jak się rozbieram. 

- Niezła historyjka. Możesz komu innemu opo­

wiadać te swoje banialuki. Spędziłam całą noc w łóż­

ku Chance'a, ale jego nie było. Gdzie mógłby być, 

jeśli nie z tobą? 

Amanda odwróciła się błyskawicznie. 

- Gdzie spędziłaś noc? - Powstrzymywała się, by 

nie rzucić szczotką. Czy Chance miał zamiar otwo­

rzyć harem? Ogarnęła ją zazdrość. Ale przynajmniej, 

jak widać, nic nie zaszło, w przeciwnym razie Polly 

byłaby w dużo lepszym humorze. - A co robiłaś 

w jego łóżku? 

- A jak myślisz? Niestety spałam, i to sama, choć 

miałam inne plany! Nic dziwnego, skoro to ty byłaś 

z Chance'em... 

- Nie spędziłam z nim nocy! - Amanda wyjęła 

suknię z szafy. - Nawiasem mówiąc, on nie jest twoją 

własnością. Jest dorosłym człowiekiem i sam może 

background image

zdecydować, z kim chce być. Gdyby wybrał mnie, 

nic byś na to nie mogła poradzić! 

- Na pewno nie jest też twoją własnością! Zapo­

mniałaś, że nie chciałaś mieć z nim nic wspólnego?! 

Amanda rzuciła suknię na łóżko. 

- Nie mam zamiaru się o to kłócić. Jesteś wściek­

ła, bo nie dopięłaś swego. - Odczuwała sporą saty­

sfakcję, że Polly się nie udało. - To naprawdę idioty­

czne. Nie mogę uwierzyć, że skaczemy sobie do oczu 

z powodu mężczyzny. Jeśli nie spędził nocy z żadną 

z nas, to gdzie on się podziewał? 

- Naprawdę nie było go tutaj? 

- Przez cały czas próbuję ci to uświadomić. 

Polly podeszła do lustra i przejrzała się w nim. 

- No, rzeczywiście. Nie wiem, dlaczego przyszło 

mi do głowy, że był z tobą. Przecież nie jesteś w jego 

typie. 

- Nie jestem w jego typie?! - wykrzyknęła 

Amanda. - Jeśli tak myślisz, to dlaczego podejrzewa­

łaś, że spędził ze mną noc? Dobre sobie, nie w jego 

typie! Powiem ci coś... - Już chciała dać Polly na­

uczkę, ale ugryzła się w język. - On coś knuje. Czuję 

to przez skórę. Nie możemy sobie pozwolić na kłót­

nie ani na to, by nas rozdzielił jakiś bezwartościowy 

mężczyzna. 

- Masz rację - odparła przyjaciółka. - Niepo­

trzebnie tak się uniosłam. Ale miałam na niego wielką 

ochotę. - Wydęła usta. 

- Daj spokój, Polly. Kiedy już stąd się wydosta­

niemy, na pewno znajdą się inni. 

background image

Przyjaciółka skinęła głową. 

Amanda siedziała na płaskim kamieniu i cieszyła 

oczy otaczającą ją przyrodą. Wprawdzie zmęczyła ją 

wspinaczka na wzgórze, lecz chciała odpocząć od to­

warzystwa Polly. Przez ostatnie trzy dni nie dawała 

jej spokoju pytaniami, kiedy poproszą Chance'a, by 

je zabrał z miasteczka, i dlaczego duch ponownie się 

nie pojawił. Czekała, aż Chance w końcu da jej 

odpowiedź. Niestety, na razie milczał. Amanda zma­

gała się również z samą sobą. Dni płynęły jej jako ta­

ko spokojnie, lecz w nocy uporczywie powracały 

pragnienia, które obudził w niej Chance pieszczotami 

i pocałunkami. Zupełnie jakby dostała na tym pun­

kcie obsesji. Nawet złoto nie było w stanie oderwać 

jej myśli od tego jednego tematu. 

Popatrzyła na kłębiaste chmury na jasnym niebie. 

W oddali krążyły myszołowy. Były trzy, zupełnie jak 

ich trójka: Chance, Polly i ona. Żadne niewarte zła­

manego szeląga, wyrzucone poza nawias, bez rodziny 

i pieniędzy. 

Zmarszczyła czoło. Sprawy nie powinny się toczyć 

tak jak dotychczas. Musi jakoś sprawić, by Chance 

wyniósł się ze Springtown. Nie tylko z powodu złota, 

lecz także dla jej własnego dobra. Może wtedy prze­

stanie o nim myśleć. Westchnęła głęboko. 

Podciągnęła kolana pod brodę, wygładziła jasno­

niebieską bawełnianą spódnicę. Zastanawiała się je­

szcze nad jednym: duch się więcej nie pojawił. Jeżeli 

nic się nie wydarzy, to i za pięć lat będzie jeszcze tu 

background image

tkwiła. Już nawet przestała się kłaść w ubraniu do 

łóżka, bo po co jej niewygoda. Jeżeli duch chce ją 

podglądać, to niech sobie podgląda. 

Błądziła dookoła wzrokiem. Wśród drzew otacza­

jących miasteczko coś przykuło jej uwagę. Przysłoni­

ła oczy ręką. Wyglądało to jak wejście do szybu. Za­

częła dokładnie przyglądać się pobliskim zboczom -

na nich również odkryła ślady kilku szybów. 

- Musiałaś naprawdę głęboko się zamyślić, jeżeli 

nie słyszałaś moich kroków. 

Głos Chance'a sprawił, że przeszył ją dreszcz. Za­

cisnęła zęby na myśl o tym, co teraz może się wyda­

rzyć, teraz, kiedy byli całkiem sami. 

- Mogę ci towarzyszyć? 

- Proszę bardzo. 

Usiadł obok. 

- Nie udaje się, prawda? 

- Co się nie udaje? - spytała, nadal przyglądając 

się okolicznym wzgórzom. 

- Być tylko przyjaciółmi. 

- Nie wiem, o czym mówisz. 

- Owszem, wiesz. Kiedy tylko pojawiam się obok 

ciebie, płoszysz się jak królik. Naprawdę myślałaś, że 

zdołamy pozostać tylko przyjaciółmi po tym, co zda­

rzyło się nad jeziorem? 

- Polly z największą ochotą zrobi, co tylko zech­

cesz - odparła szybko. 

- Ale ja nie pragnę Polly. 

Ton tych słów sprawił, że zakręciło jej się w gło­

wie. Dlaczego nie wziął jej teraz po prostu w ramio-

background image

na? Naprawdę byłoby jej o wiele łatwiej, gdyby nie 

musiała go o to prosić. 

- Jak mnie znalazłeś? 

- Szedłem za tobą. - Chwycił kamyk i rzucił go 

w dół. - Amando, kochanie, dlaczego nadal ze mną 

walczysz? 

Uprzytomniła sobie, że ma teraz niebywałą okazję. 

Musi tylko zachować zimną krew i nie pozwolić na 

to, by zawładnęło nią pożądanie. 

- Mówisz, że mnie pragniesz? 

- A jak myślisz? Przecież nie kryję tego tak jak ty. 

- To ubijemy interes. 

- Ach tak? - zaśmiał się. - To ciekawe. 

- Z ochotą do ciebie przyjdę, jeżeli pomożesz 

nam, mnie i Polly, wyjechać stąd - powiedziawszy 

to, poczuła się naprawdę dumna z siebie. Nie było to 

aż takie trudne. 

- Zgadzam się, ale pod innym warunkiem: przyj­

dziesz do mnie, zanim zabiorę was z miasta. 

Chciało jej się krzyczeć z radości. Wiedziała, że 

nie przyjmie jej propozycji, w ten sposób pozwalała 

więc mu myśleć, że to on o wszystkim decyduje. 

- Potem. Nie ufam ci. 

- A ja nie ufam tobie. Czyli szach mat. 

Amanda wstała, jakby rezygnując z dyskusji. 

Chance pociągnął ją za rękę, zmuszając, by ponownie 

usiadła. 

- Co robisz? 

- Mam dość tej zabawy w kotka i myszkę. Muszę 

znać konkretne odpowiedzi. 

background image

- Nie wiem, o czym mówisz. 

Dotknął jej włosów, wyjął z nich szpilki, ciemne 

gęste pukle rozsypały się na ramiona. Usiłowała się 

odsunąć, lecz Chance przyciągnął ją do siebie. 

- Masz takie piękne włosy. - Przesunął po nich 

ręką, napawając się ich jedwabistością. 

Amanda poczuła ściskanie w żołądku. W końcu 

miało to nastąpić. Nie, tak nie będzie dobrze. Powin­

na go najpierw skłonić, by je stąd zabrał. 

- Dlaczego tak ci się śpieszy do wyjazdu? 

- Jak to? Przecież nic tu nie ma, tylko my troje 

i osioł. 

Otoczył ją ramieniem, czuł, że dziewczyna drży. 

Wiedział, że Amanda pragnie go tak samo, jak on pra­

gnie jej, lecz jest uparta. 

- My dwoje moglibyśmy tu zostać na zawsze. -

Zaczął lekko skubać wargami jej ucho. 

Na pewno słyszał, jak jej wali serce. 

- Złożyłam ci propozycję, ale ciebie to nie intere­

suje. Przestań więc mnie całować. 

- Nie mogę, bo smakujesz naprawdę bosko i za­

wsze pachniesz kwiatem pomarańczy. 

Kiedy położył dłoń na jej piersi, wstrzymała od­

dech. 

- Nie poddam się twoim pieszczotom, zanim... -

Poczuła, że słabnie. Jego ręce już sprawiły, że opór 

zmalał. 

- Już się poddałaś. Ale jeżeli naprawdę chcesz, 

bym przestał, to powiedz mi, gdzie jest ukryte złoto. 

Te słowa były jak kubeł zimnej wody. 

background image

- Z... złoto? Jakie złoto? 

- Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię. - Od­

sunął się od niej, oparł na łokciach. - Kiedy Polly się 

upiła, mamrotała coś o duchu i ukrytym złocie. To 

dlatego tu zostałyście? 

Do diabła z Polly! Wiedziała, że teraz nie uda jej 

się zaprzeczyć. Zaczęła wymyślać jakąś historyjkę. 

- No dobrze... słyszałyśmy taką opowieść. Ale 

przeszukałyśmy całe miasteczko i niczego nie znala­

złyśmy. Dałyśmy więc spokój. Problem w tym, że my 

nie wiemy, jak daleko stąd do następnego miasta, 

a nasze konie, które przyciągnęły tu wóz, zniknęły ze 

stajni. Chyba źle je przywiązałyśmy, podobnie jak 

ciebie. Potem zjawiła się ta bandycka trójka. Chcia­

łyśmy więc ukraść im konie. Ale zerwała się burza 

i spłoszyły się. Polly miała ci tego wszystkiego nie 

mówić, bo ja uważałam, że jeżeli pragniesz złota, to 

nigdy nie pomożesz nam się stąd wydostać. Teraz 

znasz całą historię. - Amanda pochyliła się i strze­

pnęła piach ze spódnicy. - Jeżeli nas stąd wywie­

ziesz, też na tym skorzystasz. W innym mieście chęt­

nie kupimy ci konia, byś mógł dalej ścigać tych 

trzech, z którymi chciałeś wyrównać rachunek. 

A więc, pomożesz nam? - Była dumna z siebie, że 

wymyśliła wiarygodną historyjkę. 

Chance przeżuwał w milczeniu jej słowa. Cała 

opowieść wydawała mu się bardziej sensowna niż 

wszystkie inne. Już miał przyrzec, że pomoże, kiedy 

coś mu się przypomniało. Jeżeli przeszukały też jego 

dom, to na pewno znalazły sakiewki złota. Czy Polly 

background image

nie mówiła mu, że przyjechały do Springtown nie­

wiele wcześniej niż on? Amanda więc nadal kłamała. 

Dlaczego? Uprzytomnił sobie, że zna odpowiedź. 

Kiedy już się go pozbędą, wrócą tutaj i miasteczko 

będzie należało wyłącznie do nich. 

- No i? 

Spojrzał na nią. Była najpiękniejszą kobietą, jaką 

w życiu poznał, lecz nie była szczera. Uśmiechnął się 

do niej. 

- Gdybyście mi o tym wszystkim opowiedziały 

na samym początku, już dawno bym wam pomógł 

wyjechać. Jako mężczyzna uważam za swój obowią­

zek pomóc dwóm paniom w trudnej sytuacji. 

- Och, dzięki ci, Chance - powiedziała Amanda 

odrobinę zbyt słodkim tonem. Naprawdę trudno jej 

było się powstrzymać od radosnego uśmiechu. - Ale 

najpierw musimy złapać osła, żeby wywieźć na nim 

bagaże. Jak myślisz, jak daleko stąd do najbliższego 

miasteczka? 

Chance widział, że jest podekscytowana. Jej jasno-

piwne oczy rozbłysły jak choinka w Boże Narodze­

nie. Może rzeczywiście nie wiedziały, jak daleko stąd 

do Murphys, lecz wcale nie miał co do tego pewności. 

- Zdaje się, że bardzo się cieszysz z mojej de­

cyzji? 

- Oczywiście. Bardziej, niż możesz sobie wyob­

razić. - Amanda wstała. Przeszła parę kroków, zanim 

zdała sobie sprawę, że on nadal siedzi. - Nie idziesz? 

Musimy się przygotować. 

- Nie, mnie się nie śpieszy. 

background image

- To znaczy? Spójrz w dół. Widzisz osła? Może 

uda ci się go złapać. 

- Amando, chyba znasz stare powiedzenie „coś za 

coś". 

- O czym ty mówisz? 

- Mówię o tym, że chętnie wam pomogę, ale musi 

mi się to opłacać. 

- Nie mam za dużo pieniędzy i... potem... potem 

kupię ci konia... 

- Ja nie mówię o pieniądzach. 

Wiedząc, że od niej zależy rozwój sytuacji, uśmie­

chnęła się słodko. 

- Powiedziałam przecież, że kiedy dotrzemy do 

najbliższego miasta... 

- A ja powiedziałem, że chcę najpierw dostać za­

płatę. 

- Nie wierzysz, że dotrzymam słowa? 

- Nie. 

- Ale... 

- Nie ma o czym mówić. Najpierw zapłata albo 

wcale wam nie pomogę. 

- Zdaje się, że nie mam wyboru. Muszę się zasta­

nowić. 

- Daję ci czas do namysłu do jutra w południe. -

Uchylił kapelusza i już miał odejść, gdy coś sobie 

uprzytomnił. - Czy odkryłyście, dlaczego Spring-

town opustoszało? 

- Chyba z powodu żółtej febry. 

- Pewnie masz rację. A, jeszcze jedno: zabiłem 

i oprawiłem jelenia, będziemy więc mieć świeże mię-

background image

so. Do zobaczenia przy kolacji i nie zapomnij: jutro 

do południa. - I odszedł. 

- Cholera, cholera, cholera - mruczała do siebie. 

- On wie o złocie. 

Z drugiej strony miała prawie całkowitą pewność, 

że go przekonała, iż w Springtown nie ma złota. Poza 

tym chciał im pomóc. Jeżeli oczywiście ona spełni 

jego warunek. Wybuchnęła śmiechem. Przydała jej 

się przebiegłość, której nauczyła się od ojca. Powta­

rzał jej kiedyś, że składanie propozycji wprost, bez 

żadnych warunków budzi podejrzenia. Zawsze więc 

należy proponować przeciwieństwo tego, o co fakty­

cznie chodzi. Teraz Chance uważał, że to on dyktuje 

warunki, a w istocie to ona będzie mogła mieć to, co 

zaplanowała. Oprócz złota. Szkoda, że z Polly taka 

papla. 

Amanda schodziła zboczem. Nigdzie nie widziała 

ani śladu Chance'a. Zastanawiała się, jak on mógł 

zejść tak szybko. Musiał wybrać inną drogę. Miała 

więc zostać kozłem ofiarnym? Złoży zatem ofiarę, 

wydostaną się z tego miasta i Chance na zawsze znik­

nie z jej życia. Żeby tylko duch ponownie się pojawił. 

Gdyby wiedziała, gdzie jest ukryte złoto, też by się 

czuła o wiele pewniej. 

Była już w miasteczku. Ruszyła na poszukiwanie 

Polly. Jej przyjaciółka musi się dowiedzieć, że po raz 

kolejny okazała się paplą. 

Chance wszedł do saloniku i rzucił się na wiśnio­

wy fotel kryty aksamitem. Nienawidził bezczynności. 

background image

Nie był też szczególnie zachwycony, że wymógł na 

Amandzie zgodę na swoje warunki. Wolał, gdy ko­

bieta przychodziła do niego sama. Ale to ona zaczęła 

tę grę. Szedł za nią aż do tego głazu na zboczu, mając 

nadzieję, że kiedy znajdą się bez Polly, stanie się bar­

dziej rozmowna. I owszem, była rozmowna, lecz od­

powiedzi, jakie uzyskał, wcale mu się nie podobały. 

Wiedział, że ona nie ma zamiaru przyjść do niego, 

z własnej woli. Nie czuł więc wyrzutów sumienia, że 

nie zabierze ich do najbliższego miasteczka. Gdyby 

jednak Amanda sama do niego przyszła, na pewno by 

jej się nie oparł. A potem znalazłby złoto i pojechałby 

do Murphys, stamtąd zaś przysłałby kogoś, kto by je 

zabrał.

 Był przekonany, że Amanda postąpiłaby po­

dobnie, gdyby znalazła złoto, tylko że zostawiłaby go 

na pastwę losu. 

Rozejrzał się po pokoju, przyglądając się każdemu 

eleganckiemu meblowi, koronkowym firankom, 

aksamitnym zasłonom, tak doskonale wymierzonym, 

że nie dotykały podłogi z pięknych desek. Kto przy­

wiózł to wszystko do Springtown? Dom był piękniej 

urządzony niż dom jego dzieciństwa, lecz nie tak 

pięknie jak ten, który zbudowali z bratem w Auburn. 

Krew w nim zawrzała, kiedy uprzytomnił sobie, że 

teraz mieszkają w nim inni ludzie. Ned pewnie się 

przewraca w grobie. Nie żył już od ponad roku, co 

wydawało się Chance'owi nieprawdopodobne. Boże, 

jakże on kochał swojego młodszego brata. Znów 

ogarnęły go wspomnienia. 

Przypomniał sobie scenę w ich małym domu w Te-

background image

ksasie. Ned stał w saloniku oparty o ścianę i łzy pły­

nęły mu po policzkach. Dziesięcioletni wówczas 

Chance, który uważał się za mężczyznę, stał obok 

matki. Właśnie dostała list od ich ojca hazardzisty, 

że jest zmęczony życiem rodzinnym i rusza swoją 

drogą. 

- Nie płacz, mamo - prosił Chance. - Nieważne, 

że tata odszedł. Jestem duży i potrafię pracować. 

Chance miał przed oczami twarz matki, Cynthii 

Doyer - malowały się na niej cierpienie i świadomość 

porażki. 

Pogłaskała go po głowie i powiedziała: 

- Obaj z Nedem będziecie nadal chodzić do szko­

ły i uczyć się. Ja nigdy nie miałam na to warunków 

i teraz postaram się wam je zapewnić. Pani Parkinson 

zgodziła się, bym prowadziła jej dom, więc poradzi­

my sobie. 

I tak radzili sobie przez siedem lat. A potem wszy­

stko zaczęło się psuć. Pani Parkinson zmarła, matka 

nie mogła nigdzie znaleźć pracy. Chance w wieku 

siedemnastu lat pracował już w sklepie, zapewniając 

byt rodzinie. 

Od dnia, w którym Cynthia otrzymała list od męża, 

że porzuca ją i dzieci, zaczęła podupadać na zdrowiu. 

W końcu pół roku po śmierci pani Parkinson Cynthia 

również zmarła. Na łożu śmierci kazała starszemu sy­

nowi przyrzec, że będzie się opiekował bratem. 

Chance boleśnie przeżył śmierć matki, podobnie 

jak kiedyś ucieczkę ojca. Teraz był zmuszony oddać 

Neda pod opiekę ciotki. Mając pewność, że brat jest 

background image

w dobrych rękach, sam puścił się w nieznane. Nie 

myśląc o konsekwencjach, przystąpił do bandy, która 

napadała na dyliżanse. Kradła też bydło i owce, prze­

ganiając je do Meksyku. Trwało to cztery lata, lecz 

nawet wtedy co miesiąc pojawiał się u ciotki, by od­

wiedzić Neda i dać pieniądze na jego utrzymanie. 

Splótł palce, patrząc przed siebie. Przypomniała 

mu się ostatnia wizyta u ciotki. Przez usta przemknął 

się uśmiech. Spędził wtedy tydzień z bratem. Po 

wyjeździe, jakieś sześć kilometrów od domu, spo­

strzegł, że ktoś za nim jedzie. Wprowadził więc konia 

za wielki głaz, wszedł na kamienną platformę i obser­

wował. Kiedy pojawił się jeździec, zdwoił czujność. 

Nieznajomy musiał przejechać obok. Wtedy Chance 

skoczył na niego z góry i powalił na ziemię. To był 

Ned. Zaczęli się kłócić. W końcu Chance pozwolił 

bratu jechać z sobą. 

To były dobre czasy. Przepuszczali pieniądze równie 

szybko, jak je zdobywali, a każdy sposób wydawał im 

się dopuszczalny i możliwy. Bracia Doyer okryli się nie­

sławą, rozesłano za nimi listy gończe. Wtedy Ned do­

wiedział się, że w Kalifornii odkryto złoto. Postanowili 

spróbować szczęścia w Sutter's Mill. Zbili tam majątek. 

Pracowali ciężko, ale stali się bogaci. 

Chance wstał. Teraz mógł tylko żałować, że nie zo­

stali w Teksasie. Z drugiej strony, gdyby nie Patrycja 

i jej brat Logan, osiągnęliby z Nedem wszystko, 

o czym marzyli. 

Znów rozejrzał się po pokoju. Powinien przestać 

wspominać, lepiej żyć teraźniejszością. Musi się 

background image

czymś zająć. Przypomniał sobie, że kiedy po raz pier­

wszy przeszukiwał ten dom, znalazł czyjś dziennik. 

Może wyjaśni mu tajemnicę Springtown. Może nawet 

znajdzie w nim wzmiankę o tym, gdzie jest ukryte 

złoto. 

- Gdzie ja widziałem ten dziennik? - mruknął do 

siebie, wychodząc z saloniku. Nie miał wielkiej 

ochoty na przeszukiwanie całego domu od nowa. Za­

trzymał się w sieni, usiłując zdecydować, od którego 

pokoju powinien zacząć. 

Kiedy przeszukał już jedną z sypialń, przypomniał 

sobie, że dziennik zostawił w piwnicy. Cholera! Bę­

dzie musiał znowu tam zejść! Powtarzając sobie 

w duchu, że to dla niego drobnostka, chwycił latarnię 

i ruszył do piwnicy. 

Kiedy tylko znalazł się na dole, podniósł latarnię 

i starał się myśleć tylko o tym, po co tu przyszedł. 

Słoje i puszki z warzywami wyglądały znajomo. 

Gdzie położył ten dziennik? Przesunął powoli latarnię 

w lewo, potem w prawo. Pot ściekał po skroniach. 

Cholera! Znalazł go wtedy na ziemi za tym starym 

wiadrem na mleko... A potem trzymał pod pachą 

i sprawdzał, co leży na pólkach za pustymi słojami. 

Teraz podszedł tam, przesunął słoje w bok, część 

z nich spadła i potłukła się. Przeklinał w duchu pają­

ki, które już zdążyły na nich uprząść nowe pajęczyny. 

Wreszcie dostrzegł dziennik. 

Chwycił go i rzucił się pędem schodami w górę. 

Zatrzasnął za sobą drzwi piwnicy. Był zlany potem, 

background image

koszula przylepiła mu się do pleców. Z radością 

powitał słońce i świeże powietrze. Przyrzekł sobie, 

że nigdy więcej już nie zejdzie do tej czarnej piw­

nicy, dobrze by więc było, żeby teraz dziennik oka­

zał się wart wysiłku! Otworzył go na ostatniej stro­

nicy. 

„Dzisiaj odbył się ślub Susan. Uroczystość była na­

prawdę piękna. Przyszło całe miasto. Willard wyglą­

dał przystojnie, był taki dumny. Złapałam bukiet pan­

ny młodej. Może teraz ja wyjdę za mąż". 

Postanowił przeczytać dziennik od początku, skoro 

i tak nie miał nic do roboty. 

Amanda weszła do holu i już miała iść na górę, 

kiedy jej uwagę przykuło coś na podłodze, w kącie za 

blatem recepcji. Najpierw pomyślała, że to może ta­

rantula. Wiele razy widziała te duże kosmate pająki 

na ulicy czy na ścianie. Gdyby ten wszedł po scho­

dach na górę, nie byłaby zachwycona. Podeszła bli­

żej, bo wydawało jej się, że wcale się nie rusza. 

Dopiero teraz zobaczyła, że to nie pająk, tylko ka­

mień. Żółty kamień! Pochyliła się i podniosła go. Nie 

wierzyła własnym oczom. Była to bryła złota wielko­

ści dużego jaja! 

Wbiegła po schodach, wpadła do swojego pokoju, 

zamknęła za sobą drzwi. Patrzyła na bryłę. 

- Fałszywe złoto? - szepnęła, nie wierząc we 

własne szczęście. Bryła była ciepła. 

background image

- Nie, jest prawdziwe. 

Stał przed nią duch. 

- Czekałem na ciebie - powiedział i uśmiechnął 

się. - Brakowało mi ciebie. 

- Prawdziwe... prawdziwe? Chyba jest warte fortunę. 

- Masz to ode mnie na dowód, że naprawdę jest 

tu złoto. 

- Tu? W hotelu? 

- Nie, moja droga. 

- To gdzie? 

- Na to pytanie nie jestem jeszcze gotów dać od­

powiedzi. 

- Dlaczego? 

- Bo kiedy znajdziesz dość złota, będziesz chciała 

wyjechać. 

Stał bardzo blisko, ale kiedy Amanda wyciągnęła 

rękę, przeniknęła przez przezroczystą postać. 

- Dlaczego nie mogę cię dotknąć? Wyglądasz jak 

człowiek. Skąd wziąłeś tę bryłę? 

- Zadajesz dużo pytań. Poznasz odpowiedzi we wła­

ściwym czasie. Najpierw chcę, byś poznała mnie. 

Amanda uprzytomniła sobie, że wcale się nie boi. 

- Masz imię? 

- To mam, najpiękniejsza z dam. - Skłonił się głę­

boko, teatralnie. - Jack Quigley, do usług. 

Zaśmiała się widząc, że stroi sobie żarty. 

- Chyba jesteś niezłym kobieciarzem. 

- Owszem, znany jestem z tego, że mam powo­

dzenie u płci pięknej. 

- Zanim znów znikniesz, chcę ci powiedzieć, że 

background image

wyprowadzam się do jednego z domów. Zmęczył 

mnie ten hotel. Ale możesz mi powiedzieć, kiedy byś 

chciał mi się pokazać, a wtedy ja... 

- Znam taki dom, w sam raz dla ciebie. Jutro 

przejdź ulicą do samego końca i skręć w lewo. Kiedy 

miniesz kępę drzew, od razu go zobaczysz. 

- Będziesz mógł mnie tam odwiedzać? 

- Oczywiście. 

- Naprawdę? 

- Mogę się swobodnie poruszać. - Uśmiechnął się 

szeroko. - Potrafię też podnosić różne rzeczy. - I na 

dowód, że mówi prawdę, podszedł do komody i pod­

niósł dzbanek. 

Na Amandzie zrobiło to duże wrażenie. Nagle wy­

buchnęła śmiechem. 

- Powinnaś, kochanie, śmiać się o wiele częściej. 

To naprawdę urocze. 

Wyciągnął rękę, a Amanda mogłaby przysiąc, że 

pogłaskał ją po policzku. 

- Dlaczego mówisz mi takie czułe słowa? - spy­

tała, siadając na łóżku. - Nie masz prawa tak się do 

mnie zwracać. 

- Przeciwnie, uważam, że mam takie prawo! Za­

czynam się w tobie kochać. 

- To niemożliwe. Jak duch może kochać śmiertel-

niczkę? 

- Owszem, całym sercem - odparł cicho Jack. 

Była zdumiona jego szczerością. 

- No dobrze, pochlebia mi to, ale nie mogę od­

wzajemnić twoich uczuć. 

background image

Stanął przed nią. 

- Oczywiście, że możesz. Uważam, że już zaczy­

nasz mnie lubić. Musisz tylko pogodzić się z tym, że 

potrafisz kochać ducha. 

Amanda chciała zaprotestować, lecz zamilkła wi­

dząc, że on znika. Odchrząknęła. Patrzyła na dłoń, na 

której leżała bryła, myśląc, że złoto też zniknie. Ale 

nie! Zaczęła się radośnie śmiać. Tak! Będzie bogata! 

Amanda odgryzła następny kęs pysznej dziczyzny, 

lecz nadal milczała. Chance siedział u szczytu stołu, 

najwyraźniej zachwycony posiłkiem. Polly, która zaj­

mowała miejsce naprzeciwko przyjaciółki, nadal się 

dąsała za wymówki, że nie potrafi trzymać języka za 

zębami. Złość nie odebrała jej jednak apetytu. Aman­

da postanowiła nie mówić jej ani o bryle złota, ani 

o powrocie ducha. Już jej nie ufała, wiedziała, że Pol­

ly może wszystko wypaplać Chance'owi. 

Patrzyła na niego, zastanawiając się, dlaczego mu­

si mieć takie muskularne ciało. Myślała o Chansie ca­

łe popołudnie. O nim i o złocie. Mijał czas, musiała 

coś postanowić. Jutro nie będzie mogła się uważać za 

kobietę czystą. Najgorsze jednak było to, że wbrew 

przekonaniu, że chce to wszystko mieć już za sobą, 

zaczęła odczuwać strach. Dzięki Bogu, jutro w po­

łudnie będzie już po wszystkim. Potem będą mogli 

wyruszyć do innego miasta. 

Chance obserwował grę uczuć na twarzy Amandy. 

Domyślił się, że próbuje podjąć decyzję. Nadal jed­

nak dręczyły go wątpliwości. Postanowił zabrać ko-

background image

biety do Angels Camp. Potem powróci do Springtown 

i zaczeka. Jeżeli one też wrócą, będzie już miał pew­

ność, że wszystko, co Amanda mu mówiła, było 

kłamstwem, że wróciła po złoto. 

background image

Rozdział dziewiąty 

Amanda wcześnie zerwała się z łóżka. Miała za so­

bą ciężką noc. Długo nie mogła zasnąć, a gdy wresz­

cie zmorzył ją sen, powrócił koszmar, a wraz z nim 

straszliwe wizje rzezi dokonanej na niewinnych lu­

dziach. Myła się i ubierała, starając się wyrzucić z pa­

mięci wspomnienia pełnych okrucieństwa sennych 

majaków. Okazało się to niełatwe, tak realistyczne 

były obrazy widziane we śnie. W dodatku czekało ją 

spotkanie z Chance'em. Aby się czymś zająć i od­

wrócić bieg myśli, ruszyła na poszukiwania domu, 

o którym wczoraj mówił Jack Quigley. 

Idąc wysadzaną drzewami drogą, a potem wzdłuż 

żywopłotu, zastanawiała się, co to za dom i dlaczego 

stoi na uboczu, z dala od innych. Nagle wyłonił się 

zza zakrętu. Odruchowo przyśpieszyła kroku. Kiedy 

stanęła przed frontonem, była oczarowana. Weszła po 

trzech schodkach na duży ganek, położyła rękę na 

gałce frontowych drzwi i przekręciła ją. Drzwi za­

skrzypiały, a ona weszła do środka. 

Sam hol był większy od całej ich chałupy w Co­

lumbii. Uszczęśliwiona, zaczęła przegląd pokoi. 

Wszystkie meble pokrywała gruba warstwa kurzu, 

background image

mimo to widać było, że są piękne. Stoły miały mar­

murowe blaty, w rogu salonu stało nawet pianino. Na 

górze znajdowało się pięć sypialni, przy największej 

z nich obszerna łazienka z wanną i wszystkimi po­

trzebnymi urządzeniami. Szafy pękały od eleganckiej 

garderoby, na specjalnych półkach leżały dziesiątki 

damskich kapeluszy i butów. Osobne, mniejsze szaf­

ki mieściły bieliznę pościelową. 

W końcu Amanda stanęła u szczytu krętych scho­

dów, oparła się o balustradę i spojrzała w dół. Dom 

był wspaniały. 

- Jack, nie wiem, czy mnie słyszysz, ale jeśli tak, 

to bardzo ci dziękuję - szepnęła. 

Najchętniej od razu zabrałaby się do sprzątania, 

lecz wiedziała, że to bez sensu. Jeżeli powiedzie się 

jej plan, wkrótce wszyscy troje opuszczą Springtown, 

a kiedy potem sama wróci do tego pięknego domu, to 

i tak będzie musiała sprzątać od nowa. 

Do południa było jeszcze sporo czasu, postanowiła 

więc jeszcze raz spokojnie obejrzeć pokój po pokoju. 

Zbliżając się do domu Chance'a, zwolniła kroku. 

Bez przerwy powtarzała sobie, że właśnie tego chce, 

lecz wcale jej to nie pomagało. Przecież nie miała 

żadnego doświadczenia w takich sprawach. Dlaczego 

Jack Quigley nie może być żywym mężczyzną? Wy­

dał się jej ideałem. Delikatny, uprzejmy, bystry i cza­

rujący. Po chwili jednak doszła do wniosku, że nawet 

z nim nie byłoby jej łatwo przeżyć ten pierwszy raz. 

Podeszła do drzwi, podniosła rękę, by zapukać, 

background image

lecz jakoś nie mogła. Co powinna powiedzieć? Oto 

jestem, rób ze mną, co chcesz? Głęboko odetchnęła. 

Teraz już się nie wycofa. Miała przecież swoje plany. 

Może nie będzie musiała nic robić, tylko skinąć gło­

wą, a on sam zajmie się resztą? Nagle drzwi otworzy­

ły się na oścież. Polly, wybiegając na ganek, omal jej 

nie przewróciła. 

- Co ty robisz? - zawołała Amanda. 

- Na pewno nie to, co bym chciała! - Sukienka 

Polly, w różowo-białą kratkę, aż furczała, kiedy 

dziewczyna biegła dalej chodnikiem. - Mam umyć 

twarz, rzeczywiście, też mi coś! - krzyczała. 

Amanda, nękana wątpliwościami, weszła jednak 

do środka. 

- Chance! - zawołała. 

Po chwili ukazał się w holu. Wyglądał tak przystoj­

nie, że ugięły się pod nią kolana. 

Po wizycie Polly nie był w najlepszym nastroju. 

- Jesteś punktualna. Podjęłaś decyzję? - zagadnął 

obojętnym tonem. 

Amanda, zaskoczona zimnym przyjęciem, jeszcze 

bardziej się zdenerwowała. 

- Czego chciała Polly? 

- Tego co zawsze. 

- A ty... odprawiłeś ją? Dlatego była taka wściekła? 

- Zgadza się. 

- Ale dlaczego? - spytała, ogarnięta podejrzenia­

mi. - Przecież jest piękna, a ty wyglądasz na mężczy­

znę, który chętnie skorzysta z nadarzającej się okazji. 

- Nie znasz mnie, prawda? Nic o mnie nie wiesz. 

background image

Nie wiesz, czy jestem podły, dobry, uprzejmy czy 

brutalny. Jestem tylko kimś, kto nieproszony pojawił 

się w twoim życiu. Podjęłaś decyzję? 

- Nie musisz się na mnie wyżywać, przecież to 

Polly cię zirytowała - zaprotestowała stanowczo. 

- Zachowujesz się tak, jakby to ona odrzuciła twoje 

awanse. 

- Polly nie ma z nami nic wspólnego. Pytałem, 

czy podjęłaś decyzję. 

Amanda milczała przez chwilę, po czym spytała: 

- Przyrzekasz, że jeżeli zgodzę się na twoje wa­

runki, zabierzesz mnie i Polly do najbliższego mia­

steczka? 

- Takie były między nami ustalenia. 

- Nie ułatwiasz mi sprawy. 

- Nie rozumiem, dlaczego miałbym ułatwiać? 

- Dżentelmen... 

- Już ci mówiłem, że nie jestem dżentelmenem. 

A więc? 

Amanda dumnie uniosła głowę. 

- Dobrze, zgadzam się. 

Nic się nie wydarzyło. Chance stał w tym samym 

miejscu i patrzył na nią obojętnym wzrokiem. 

Wściekła, że brak mu delikatności i wyczucia sytu­

acji, zła na siebie, że w ogóle wdała się w tę całą spra­

wę, zaczęła rozpinać guziki przy staniku sukienki. 

Chciała mieć to za sobą. 

- Przestań! 

Ręce Amandy znieruchomiały, nie potrafiła spo­

jrzeć na Chance'a. Była zbyt zawstydzona. 

background image

Przeczesał palcami swoje gęste włosy koloru pia­

sku, po czym skrzyżował ręce na piersi. Planował to 

sobie całkiem inaczej. 

- Nie musisz tego robić - usłyszał swój głos. -

Wyjdź stąd. I bez tego zabiorę was do Angels Camp. 

- Odwrócił się i wszedł do domu. 

Amanda odetchnęła z ulgą, lecz już po chwili po­

czuła się zawiedziona, a zaraz potem ogarnęła ją 

złość. A więc to tak, łaskawie z niej zrezygnował. 

Czy, podobnie jak Polly, nie jest dla niego dość do­

bra? Nie da się zbyć! Już ona mu pokaże! Nie będzie 

jej traktował jak służącej. Weszła do saloniku. 

- Uważasz się za wyjątkowego mężczyznę, który 

może przebierać w kobietach jak w ulęgałkach?! 

A to niby dlaczego? Może mi powiesz, bo ja nie 

wiem i nawet się nie domyślam! - wyrzuciła z sie­

bie. - Powiem ci coś, panie Doyer. Nie jesteś 

wcale mężczyzną, o którym kobiety marzą! Jesteś 

bezwartościowym niebieskim ptakiem i czekam tyl­

ko na tę chwilę, kiedy będę cię widziała ostatni raz 

w życiu! 

- Na twoim miejscu nie rzucałbym tak słów na 

wiatr - powiedział spokojnie, lecz pogardliwym to­

nem. - Przecież wszystko idzie po twojej myśli, nie 

rób więc nic, czego byś potem żałowała. 

Odwrócił się do niej plecami. Poczuła, że ogarnia 

ją furia. Podeszła do stołu, chwyciła wazon i rzuciła 

nim w Chance'a. Kiedy delikatne szkło rozprysło się 

na kawałki na jego plecach, oprzytomniała. Chance 

odwrócił się powoli, ukazując kamienną twarz. 

background image

- Masz rację. Rzeczywiście, nie jestem nikim 

nadzwyczajnym. Ubiliśmy interes, więc rzeczywiście 

powinienem dotrzymać warunków umowy. 

- To nie będzie konieczne - powiedziała w koń­

cu, cofając się o kilka kroków. - Nie powinnam tego 

wszystkiego mówić. - Wiedziała, że mówi głupstwa, 

ale nie potrafiła przestać. - Czasem mój temperament 

obraca się przeciwko mnie. - Znów się cofnęła. -

Pójdę już. 

- Nie chcę o tym słyszeć. 

- Ale... ale powiedziałeś, że nie będę musiała te­

go robić. 

- Zmieniłem zdanie. 

- No tak, powinnam to wziąć pod uwagę. W po­

rządku. Gdzie jest sypialnia? Chcę udowodnić, że je­

stem osobą, która dotrzymuje słowa. 

Chance powoli postąpił kilka kroków naprzód. 

Stanął przed nią, uniósł jej brodę, zmuszając, by spoj­

rzała mu w oczy, po czym pochylił się i pocałował jej 

wargi. 

- Nie tutaj - powiedział. 

Pieścił ustami jej usta. Amanda poczuła, że jest bliska 

zemdlenia, przytuliła się do niego, szukając oparcia. 

- Dlaczego? - spytała. 

- Chyba nie chcielibyśmy, by wpadła tu na nas 

Polly, prawda? Spotkajmy się przy tym głazie na zbo­

czu, po kolacji. - Przytulił ją i pocałował namiętnie, 

aby wiedziała, czego może oczekiwać wieczorem. 

Puścił ją, cofnął się i wtedy znów zobaczyła zimny 

uśmiech na jego twarzy. 

background image

- Wiesz, Amando, cały czas się zastanawiam, czy 

walczysz ze sobą, czy ze mną. 

Policzek, jaki mu wymierzyła, był jak trzaśnięcie 

z bata. Odwróciła się gwałtownie i wybiegła. 

Uśmiech Chance'a miał w sobie dużo goryczy. 

Myślał o nich obojgu. Właściwie nie powinien jej ca­

łować, tylko przełożyć przez kolano i dać klapsa, jak 

nieznośnemu dziecku. 

Podszedł do okna i patrzył, jak Amanda oddala się 

ulicą. Jej gęste, błyszczące włosy połyskiwały 

w słońcu. Nawet zwykła robocza sukienka nie była 

w stanie zatuszować zgrabnej sylwetki. 

Kiedy zniknęła, odszedł od okna. Pragnął Amandy 

jak żadnej innej kobiety i powinien być zadowolony, że 

zgodziła się spełnić jego oczekiwania. Tymczasem był 

wściekły, ponieważ wiedział, co nią kierowało - zwykłe 

wyrachowanie. Ofiarowała mu miłe chwile w zamian za 

przysługę, potraktowała go instrumentalnie. Okazało 

się, że miał rację: wszystkie kobiety są interesowne, ot 

co. Spojrzał na otwarty dziennik, który leżał tam, gdzie 

go zostawił. Usadowił się w fotelu i zabrał do czytania. 

Amanda bez apetytu grzebała widelcem w talerzu. 

Świadomość, że ma się spotkać z Chance'em przy 

głazie na zboczu, wprawiała ją w stan rozdygotania. 

Kiedy patrzył na nią, czuła się tak, jakby docierał aż 

do dna jej duszy. Napięcie między nimi rosło. Aman­

dę ogarniały na przemian strach i podekscytowanie. 

Czuła, że jeżeli któreś z nich nie przerwie milczenia, 

ona zacznie krzyczeć! 

background image

- Polly - odezwał się Chance między jednym 

i drugim kęsem - czy Amanda ci wspominała, że 

zgodziłem się zabrać was stąd do innego miasta? 

- Naprawdę? Kiedy? - Polly wyraźnie się ożywiła. 

- Może pojutrze? Złapałem dziś po południu osła 

i przywiązałem za miastem przy strumieniu. To zna­

czy, zakładam, że Amanda nadał tego chce. 

Nie uszło uwagi Amandy, że uśmiechnął się 

chytrze. 

- Wreszcie! - wykrzyknęła Polly. - Możemy za­

cząć się dzisiaj pakować. 

- Ale ona nie dała nam jeszcze odpowiedzi. 

- Oczywiście, że też chce wyjechać - powiedziała 

za nią Polly. 

- No więc jak, Amando? - spytał Chance, patrząc 

na nią spod zmarszczonych brwi. 

Odchrząknęła. 

- Tak... powinniśmy opuścić Springtown. 

- Chciałem się tylko upewnić, że się rozumiemy. 

- O, tak, na pewno - odparła. - To znaczy, rozu­

miem, że przed niczym się nie cofniesz, byle tylko 

postawić na swoim. 

- W takim razie jesteśmy bardzo do siebie podo­

bni, prawda? 

- Amando, daj spokój - żachnęła się Polly. -

Chance zgodził się nas stąd zabrać, więc nie psuj 

wszystkiego! 

Dotychczas Amanda uważała, że to ona trzyma go 

w szachu, a teraz uprzytomniła sobie, że jest odwrot­

nie. Im prędzej załatwi, co postanowiła, tym szybciej 

background image

będzie mogła wymazać Chance'a z pamięci. Spojrza­

ła mu prosto w oczy. 

- Nie martw się, Polly, jeżeli Chance dotrzymuje 

słowa, to wyniesiemy się stąd we wtorek rano. 

- Świetnie! - zaśmiała się przyjaciółka. - Już my­

ślałam, że zostaniemy tu do śmierci. 

Amanda wstała, aby posprzątać ze stołu. 

- Mam później coś do zrobienia, im szybciej 

z tym się uporam, tym lepiej. Chodź, Polly, pozmy­

wamy. 

Chance uśmiechnął się pod nosem. 

Wspinaczka po ciemku okazała się trudniejsza niż 

za dnia. Amanda przeklinała w duchu Chance'a za to, 

że wybrał to miejsce. Dobrze, że przynajmniej księ­

życ oświetlał jako tako drogę. Nie była nawet pewna, 

czy Chance rzeczywiście będzie na nią czekał. Nie 

mogła się wyrwać Polly, która, podekscytowana, już 

planowała, co zabiorą ze sobą. 

Zasapana, dotarła w końcu do płaskiego głazu. Ro­

zejrzała się wokół, lecz nigdzie nie było widać Chan­

ce'a. Ona się stawiła na spotkanie, więc jeżeli on się 

nie zjawi, to i tak będzie musiał dotrzymać dalszej 

części umowy. W głębi duszy poczuła jednak rozcza­

rowanie, że nie dowie się, jak to jest kochać się 

z Chance'em. Z mężczyzną, poprawiła się szybko, 

jakby chciała samą siebie przekonać, że jest jej wszy­

stko jedno. Lecz nie było jej wszystko jedno. Pragnę­

ła dotyku, pieszczot i pocałunków właśnie Chance'a, 

a nie innego mężczyzny. 

background image

Gdzieś w oddali zaryczał łoś. Uprzytomniła sobie, 

że jest tu sama pośród ciemnej nocy i nie ma przy 

sobie broni. 

Chance stał pośród drzew okalających głaz, obser­

wując, jak Amanda nerwowo chodzi tam i z powro­

tem. Domyślał się, że usiłuje zdecydować, czy już 

wracać do miasta. Z jednej strony chętnie by jej na to 

pozwolił, ale z drugiej wiedział, że wtedy ona posta­

wi na swoim. 

Zobaczyła go natychmiast, gdy wyszedł z głębo­

kiego mroku i stanął w świetle księżyca. Był wysoki, 

postawny i piękny, pod rękawami koszuli rysowały 

się mocne bicepsy. 

- No, dobrze, załatwmy to - powiedziała ironicz­

nym tonem, usiłując ukryć podekscytowanie i niepo­

kój oczekiwania. - Aż nie mogę uwierzyć, że pozwa­

lam, by ktoś taki jak ty dyktował mi warunki. 

Chance przestał się wahać, słysząc jej ostre słowa. 

- W takim razie się rozbieraj. 

Oniemiała. 

- Ale... ale czy na początku nie powinniśmy się 

chociaż... pocałować? 

- Po co? - Rozpinał koszulę. 

- No bo... przedtem się całowaliśmy. 

- Powiedziałaś, że chcesz to załatwić. - Odrzucił 

koszulę i pochylił się, by zdjąć buty. 

- Nie chodziło mi... - Wstrzymała oddech, bo za­

czął rozpinać spodnie. W jasnym świetle księżyca wi­

działa go całkiem wyraźnie, chociaż stał kilka kro­

ków dalej. 

background image

- O co ci nie chodziło? 

- Może byś przestał okazywać taki chłód! 

Zachowywał się jak pozbawiony wszelkiej wrażli­

wości drań, chociaż był pewien, że ona jest dziewicą. 

Specjalnie nie zastanowił się nad tym, jakie to musi 

być dla niej trudne, nawet jeśli jest uparta i chce do­

piąć swego. Podszedł do niej, objął ją w talii i nie­

oczekiwanie dla siebie powiedział: 

- Amando, nie musisz tego robić. 

- Ale ja... - Nie potrafiła już powstrzymać łez. -

Chciałam... - Próbowała obetrzeć twarz. - Miałam 

nadzieję... To znaczy, myślałam... 

- Chcesz powiedzieć, że pragniesz się ze mną kochać? 

Mogła już tylko skinąć głową. 

Odwrócił ją delikatnie do siebie. Objął ją i pocało­

wał w czubek głowy, wdychając zapach jej włosów. 

- Amando, ja... 

Odsunęła się i spojrzała na niego. 

- Proszę cię, Chance, nie... 

Położył wargi na jej ustach, wtuliła się w niego, 

upajała pocałunkiem. Pieścił je językiem, a kiedy 

otoczył sobie szyję jej ramionami, wszystko wydało 

się takie naturalne. Nie wiedząc dokładnie, co ma ro­

bić, zaczęła odwzajemniać jego pocałunki. Mruknął 

z zadowolenia. Pieścił rękami jej plecy, przesunął 

dłonie w dół, na biodra, i przyciągnął ją do siebie. Po­

czuła nieprzytomną radość, kiedy ich ciała jakby sto­

piły się w jedno. Z jego namiętności czerpała siłę, 

czuła się coraz pewniejsza siebie. Zaczął wyciągać 

szpilki z jej włosów, całował ją w szyję. 

background image

Wiedział, że jeśli się nie powstrzyma, nie będzie już 

odwrotu. Podniósł głowę i spojrzał Amandzie w oczy. 

- Jesteś pewna? - spytał. 

- Tak, tak - szepnęła. - Umarłabym, gdybyś teraz 

przestał. 

Powoli rozpiął jej sukienkę, nie chciał niczego 

przyśpieszać. Zsunął ją z ramion dziewczyny. Padało 

na nie teraz światło księżyca. Pochylił się i powoli 

pieścił ustami to jedną, to drugą pierś ukrytą jeszcze 

pod koszulą. Pożądanie niemal odebrało mu władzę 

nad sobą. Wolno zaczął zdejmować z niej bieliznę. 

Stawała się coraz śmielsza. Podniosła się na palcach 

i całowała jego szyję, pieściła tors. 

Wziął ją na ręce i poniósł dalej, gdzie rosła gęsta 

trawa. Kiedy zdjął spodnie, zdziwił się, że dziewczy­

na nie wstydzi się nagości, że patrzy na niego śmiało. 

Położył się koło niej, pieścił, głaskał i całował jej cia­

ło, aż poznał każdy jego zakamarek i wiedział, co 

przynosi jej największą rozkosz. 

Wiła się z pożądania. Dopiero wtedy się z nią po­

łączył. Ciało jej stało się napięte, lecz kiedy zaczął się 

w niej delikatnie poruszać, całować ją i pieścić, prze­

stała już odczuwać ból i zaczęła się poruszać wraz 

z nim. Była gwałtowna, nieokiełznana, dążyła do 

czegoś, choć nie wiedziała do czego. On był źródłem, 

z którego czerpała siły, a kiedy jej pragnienie osiąg­

nęło szczyt, wziął ją wśród roztańczonych gwiazd. 

Niebo już jaśniało, kiedy Chance wstał i wciągnął 

spodnie i buty. Stał, patrząc na piękność śpiącą spo-

background image

kojnie u jego stóp. Jej gęste włosy rozsypały się do­

okoła głowy niby aureola. Na twarzy malował się 

słodki wyraz niewinności. Wiedział już wszystko 

o jej ciele. Nauczył się, jak ma jej dotykać, aby prze­

mieniła się w namiętną kochankę. Nie miał jednak 

pojęcia o tym, co działo się w jej głowie, prócz tego, 

że chciała zdobyć złoto. Właściwie nawet tego nie 

wiedział na pewno. Jeżeli ona powróci do Spring-

town, to nie będzie już miał wątpliwości, że wszystko 

to był spisek przeciwko niemu. 

Podszedł na skraj głazu, spojrzał na miasteczko 

skąpane w promieniach wschodzącego słońca. 

Amanda podarowała mu tyle samo przyjemności, ile 

on podarował jej. Szkoda, że nie spotkali się wcze­

śniej. 

Usłyszał, że się poruszyła. Siedziała już, osłaniając 

piersi sukienką. Uśmiechała się niepewnie. Skończ 

z tym, pomyślał. Już raz dostałeś w kość, nie daj się 

ponownie zranić. 

- Wyruszymy jutro o świcie - powiedział. 

Amanda skinęła głową. 

- Dziękuję - szepnęła. 

- Nie żałujesz? 

Uśmiechnęła się. 

- Żałuję? Nigdy w życiu nie przeżyłam niczego 

równie cudownego. 

Roześmiał się. 

- Lepiej się ubieraj. 

Włożyła bieliznę, potem sukienkę. Czy ten akt był 

dla Chance'a takim samym przeżyciem jak dla niej? 

background image

Kochała go, a przynajmniej tak myślała. Kiedy był 

blisko, czuła w środku ciepło. Chciała być z nim, 

chciała, by ją obejmował, by wróciło... 

- Jesteś gotowa? 

- Tak. 

Wziął ją za rękę i poprowadził w dół. Dłoń miał 

tak dużą, że jej utonęła w uścisku. 

- Prawda, że piękny ranek? O, poczekaj! - Zer­

wała dziki groszek. - Jaki piękny różowy kolor. -

Wsunęła z powrotem dłoń w jego rękę i poszli dalej. 

Kiedy dotarli do wąskiej ścieżki, roześmiała się. -

Zastanawiałam się wtedy, jakim sposobem tak szybko 

zszedłeś. 

- A ja, dlaczego ty wspinałaś się najtrudniejszą 

drogą. 

Spojrzała na niego. Uśmiechał się szeroko. Jej 

twarz promieniała. 

Pewnie teraz uważa, że jest. zakochana, pomyślał 

Chance. Wiele lat temu, kiedy po raz pierwszy miał 

kobietę, czuł się podobnie. Nawet chciał się ożenić 

z Betty Lou, lecz na szczęście nie było to możliwe 

- miał trzynaście lat. Parę tygodni później dowiedział 

się, że nie tylko jego obdarzyła swoimi wdziękami. 

Wcale go to nie zmartwiło, czyli nie był w niej bar­

dzo zakochany. Uśmiechnął się do swoich myśli. 

- Dlaczego się śmiejesz? 

- Myślałem o tym, jak to było ze złapaniem tego 

osła. Chciałbym jutro wyruszyć przed świtem. 

Kiedy po raz drugi wspomniał o wyjeździe, Aman­

da poczuła, że cudowne uczucie gdzieś ulatuje. Kusi-

background image

ło ją, by mu powiedzieć o duchu i zlocie, lecz nadal 

milczała. Nie składali sobie żadnych obietnic, po pro­

stu przeżyli razem cudowne chwile. Teraz każde mia­

ło iść w swoją stronę i wieść własne życie. Nie wia­

domo jednak, co będzie, kiedy dotrą do innego mia­

sta. Byłoby szaleństwem skosztować owocu tylko 

raz. A kto wie, co może się wydarzyć za drugim ra­

zem? Już teraz nie mogła się tego doczekać. 

Weszła do holu hotelowego i natychmiast przesta­

ła nucić. Odniosła wrażenie, że Jack Quigley jest 

w pobliżu. Tak, siedział na jednej z ławek. Wyglądał 

jak żywy! 

- Długo czekasz? - spytała nie wiedząc, co po­

wiedzieć. 

Wstał, uśmiechając się. 

- Kochanie, ilekroć na ciebie czekam, wydaje mi 

się to wiecznością. 

Amanda odpowiedziała uśmiechem. 

- Jack, naprawdę nie powinieneś mówić takich 

rzeczy. 

- Ależ, kochanie, dlaczego nie mam przed tobą 

otwierać serca? Jesteś dla mnie wszystkim. 

Chciałaby, żeby to Chance uczynił jej takie wyznanie. 

- Co robiłaś wczoraj wieczorem? Szukałem cię, 

ale nigdzie nie znalazłem. 

Ogarnęło ją niespodzianie poczucie winy. Jack wy­

znawał jej miłość, poczuła się więc tak, jakby była 

mu niewierna. Czy wiedział, że była z Chance'em? 

- Widzę, że masz jakieś zmartwienie. Widziałaś 

dom, o którym ci mówiłem? 

background image

- Tak. - Uprzytomniła sobie, że on nie potrafi 

czytać w jej myślach. Polly mówiła, że duchy wiedzą 

wszystko. Albo więc Polly plotła trzy po trzy, albo 

Jack nie był typowym duchem. 

- No i podobało ci się w nim? 

- Jest wspaniały - zapewniła, przypominając so­

bie bogactwo i elegancję wnętrz. Jakże cudownie 

byłoby zamieszkać z Chance'em. - Czy tam jest 

ukryte złoto? 

Zaśmiał się, rozbawiony, widziała ogniki w jego 

oczach. 

- Bawisz się mną! - rzuciła oskarżycielsko 

i podeszła do ławki, by usiąść koło niego. - Nie ma 

żadnego złota, prawda? 

- Nie smuć się - odparł, nadal się uśmiechając. - Nig­

dy bym cię nie okłamał. Jesteś moim sercem i moją duszą. 

Wstał i podszedł do biurka recepcji. Zaczął wysu­

wać szuflady. Padały z hukiem na podłogę. Amanda 

za każdym razem wzdrygała się. 

- Wiesz, czego najbardziej mi brakuje poza uści­

skiem ślicznej kobiety? 

- Nie. 

- Dobrej whisky. 

Zebrała się w sobie, by zadać mu pytanie, które już 

od dawna ją nurtowało. 

- Jack? Zastanawiałam się... jak umarłeś. 

- Nie lubię o tym mówić, ale może ci opowiem za 

jakiś tydzień. 

- To może mi wyjaśnisz, dlaczego Springtown 

opustoszało? 

background image

- Teraz też nie. To tajemnica, nad którą będziesz 

się zastanawiać. Przecież to tak, jakbyś... 

- Kiedy cię o coś pytam, zawsze dajesz tę samą 

odpowiedź - zniecierpliwiła się. - Czy naprawdę 

masz zamiar kiedyś mi powiedzieć, gdzie jest złoto? 

- Oczywiście. Ale nie chcielibyśmy, by Chance 

się dowiedział, prawda? 

- To naprawdę jest tu złoto? 

- Więcej, niż mogłabyś udźwignąć. Przecież już 

ci to udowodniłem. 

Ku jej zdumieniu przeniknął blat i biurko recepcji 

i podszedł do niej. Kiedy się ruszał, wydawało się, że 

powietrze faluje. 

- Mówiłaś, że się tobą bawię. Lubię gry i zabawy. Za 

każdym razem, gdy się zobaczymy, dam ci do rozwią­

zania zagadkę. Oto pierwsza: światło na tym błyszczy 

codziennie po kilka razy. 

- To coś mogłoby się znajdować wszędzie, gdzie­

kolwiek. 

- No właśnie. - Spoważniał. - Zarazem jednak 

będzie cię to trzymało tu ze mną. O, Amando, gdy­

bym tylko mógł się stopić ciałem z twoim ciałem 

i okazać ci głębię mojego uczucia! Nigdy mnie nie 

opuszczaj. - Wyciągnął rękę, jakby chcąc ją pogła­

dzić, lecz przeniknęła przez jej ramię. 

- Jack, my... - Nie dokończyła jednak, bo zniknął. 

Tej nocy miała kolejny przerażający sen. O męż­

czyźnie, którego powieszono. Nie widziała jego twa­

rzy, tylko słyszała wiwatujący tłum. 

background image

Rozdział dziesiąty 

Wędrowali od świtu. Amanda naciągnęła na czoło 

miękki kapelusz, by osłonić oczy przed słońcem. Pol­

ly nie ustawała w narzekaniach. Skarżyła się, że nie 

jest przyzwyczajona do dalekich marszów, że ma pę­

cherze na nogach, że gryzą ją przeróżne owady, że 

spali się na wiór w tym pełnym słońcu. Chance po­

cieszał ją i zachęcał do wysiłku. Sam szedł wytrwale, 

prowadząc na sznurze osła. Szczęśliwie, zwierzę nie 

sprawiało kłopotów. 

Amanda widziała, jak przyjaciółka potknęła się 

o kępę trawy i jak idący z tyłu Chance podtrzymał ją, 

by nie upadła. Polly popatrzyła na niego z uznaniem 

i powiedziała: 

- Dzięki, Chance. Teraz jest całkiem jasne, że sa­

me nie dałybyśmy rady. 

Amanda zacisnęła zęby. Potknęła się już kilka razy, 

a Chance nawet nie próbował jej pomóc. Było jej go­

rąco, oblewał ją pot i czuła się tak samo zmęczona 

jak Polly. Lecz w przeciwieństwie do niej, nie skar­

żyła się. Odkąd wyszli ze Springtown, Chance powie­

dział do niej nie więcej niż pięć słów. Zupełnie jakby 

jej nie było. Cierpiała z tego powodu, a z upływem 

background image

czasu ogarniała ją coraz większa złość na to, że noc, 

którą spędzili razem, potraktował jak spełnienie wa­

runków umowy. 

Amanda spojrzała przed siebie na ciągnące się 

w nieskończoność grzbiety wzgórz. Roślinność by­

ła skąpa, tylko gdzieniegdzie rosły pojedyncze dę­

by, mieniły się purpurowo kwitnące osty, szumiały ła­

ny wysokiej aż po pas trawy. Zastanawiała się, 

jak długo będą wędrować. Powinna o to zapytać, 

zanim wyruszyli. Na szczęście, owady nie dokucza­

ły jej tak jak Polly. I twarz jej tak nie piekła, dzięki 

ciemniejszej karnacji. Cieszyły ją przemykające od 

czasu do czasu jelenie i głosy nawołujących się 

ptaków. 

Kiedy Chance zarządził postój nad strumykiem, 

Polly z ulgą padła na ziemię w cieniu wysokiej topo­

li. Amanda uklękła i obmyła sobie twarz zimną gór­

ską wodą, nie zważając na to, że moczy sobie stanik 

sukni. Poczuła się o wiele lepiej, podeszła do Polly 

i też się położyła, przekonana, że nieprędko da radę 

wstać. Chance zdjął bagaż z grzbietu osiołka i spętał 

zwierzęciu nogi. Musiała przyznać z podziwem, że 

ich przewodnik jest nad wyraz wytrzymały. Ani razu 

nie okazał zmęczenia. Postanowiła więc wstać. Jeżeli 

bowiem Chance miał siłę to wszystko wytrzymać, to 

ona też da radę! Wzięła się do rozkładania derek do 

spania i rozejrzała za drewnem na ognisko. Polly le­

żała jak kłoda. 

Chance nawet przygotował posiłek: placki i dzi­

czyznę z sosem. Amandzie bardzo to smakowało, 

background image

lecz była zbyt zmęczona, by móc dużo zjeść. Polly 

pochłonęła więc swoją porcję i resztę przypadającą 

przyjaciółce. 

Amanda zmyła swój blaszany talerz i łyżkę, odło­

żyła na miejsce i usadowiła się na derce, gotowa iść 

spać. Kiedy jednak Polly, która tak się skarżyła na tru­

dy drogi, wciąż siedziała z Chance'em przy ognisku, 

nieskora do spania, Amanda poczuła ukłucie zazdro­

ści. Rozmawiali tak cicho, że chociaż natężała słuch, 

nie udało jej się niczego zrozumieć. 

W końcu Polly też się położyła, a Chance pozmy­

wał resztę naczyń. Kiedy wrócił znad strumyka, obie 

już spały. Wygasił ognisko, ułożył się na derce, wsu­

nął ręce pod głowę i patrzył w gwiazdy. Był wyczer­

pany, lecz wiedział, że nieprędko zaśnie. Przez cały 

dzień obserwował Amandę, jak dzielnie maszerowała 

bez słowa skargi. Czasem nawet pomagała Polly, 

a przecież wiedział, że też musiała poczuć w nogach 

długą wędrówkę. 

Coraz bardziej się nią zachwycał. Chociaż udawała 

twardą, miał wiele okazji przekonać się, jak jest wra­

żliwa. Nie tylko jej pożądał, lecz i lubił, czuł się więc 

winien, że odległość ledwie dziesięciu kilometrów 

każe im pokonywać w półtora dnia. Nawiązało się 

między nimi coś, czego nie potrafił nazwać. Podobne 

do gałęzi kołyszącej się na wietrze, gałęzi, która nie 

mogła sama poruszyć w żadnym kierunku. Jeżeli 

Amanda powróci do Springtown, to będzie tak, jakby 

gałąź złamała się i runęła na ziemię. Jeżeli nie powró­

ci - gałąź pozostanie zdrowa i mocna i zacznie kwit-

background image

nąć. To wszystko jednak dopiero się okaże, dlatego 

Chance zmierzał, wraz z towarzyszącymi mu kobie­

tami, do Angels Camp. 

Nazajutrz przeszli ledwie kilometr, kiedy Polly po­

tknęła się i upadła w wysoką trawę. 

- No, wstawaj, pomogę ci. - Amanda podała jej rękę. 

- Nie, zostaw mnie, nie ruszam się stąd. 

Zachowywała się jak rozkapryszone dziecko. Wy­

dęła usta, jej szara spódnica podwinęła się aż po łyd­

ki, ukazując białe pończochy i zapinane na guziczki 

buty. Włosy miała w nieładzie, ręce skrzyżowane na 

bujnej piersi podkreślały, że Polly się uparła. Amanda 

wiedziała, że nie może się poddać naciskom przyja­

ciółki. 

- To sobie tu zostań! Pamiętaj tylko, byś dobrze 

się schowała, kiedy pojawią się wilki. 

- O co chodzi? - spytał Chance, podchodząc 

bliżej. 

- Polly twierdzi, że nie ruszy się stąd na krok -

odparła Amanda. 

- A może pojechałabym na ośle? 

- A co będzie z bagażem? - zaoponowała Amanda. 

Ku jej zdumieniu Chance zaczaj zdejmować juki 

z osła. 

- Co robisz?! - wykrzyknęła. - Przecież tam są 

ubrania i jedzenie. 

- Polly ma rację - odburknął, stawiając na ziemi 

ostatni tobołek, nie licząc pojemników z wodą. - Jest 

u krańca wytrzymałości. 

background image

- Nie, nie pozwolę na to! - upierała się Amanda. 

- Na pewno może iść o własnych siłach. 

- Przeciwnie, nie da rady - odparł Chance, pod­

niósł Polly i posadził ją na ośle. - No, gotowe, jedzie­

my. - Chwycił za sznur i ruszył naprzód. 

Amanda była wściekła. Obie miały na sobie su­

kienki tak brudne, że nawet nie dałyby się wyprać do 

czysta, a tu Chance zostawia tobołek z zapasowym 

ubraniem! Co więc miały na siebie włożyć? 

- A co będziemy jeść?! - krzyknęła za nim, bo 

zdążył już przejść spory kawałek. Wiedziała, że im 

dłużej będzie się ociągać, tym trudniej będzie ich do­

gonić, kopnąwszy więc jeden z tobołków, ruszyła 

przed siebie. 

Dowiedziawszy się, gdzie mieści się biuro probier­

cze i sklep, Amanda wyszła z hotelu Angels. Nie był 

duży, lecz pokoje zapewniały wygodę. 

Myślała, ile sukien czeka na nią w Springtown, 

i nie miała ochoty kupować tu nowej. W końcu po­

stanowiła się przebrać, żeby probierca nie pomyślał, 

iż ukradła bryłę złota, którą chciała mu pokazać. 

Wszystko to byłoby zbędne, gdyby Chance nie uległ 

fanaberiom Polly. 

Amanda szła ulicą, mając nadzieję, że nie natknie 

się na niego. Chociaż na chwilę uwolniła się od Polly, 

która wciąż nie mogła dojść do siebie po ledwie pół-

toradniowej wędrówce. Amanda współczuła jej, lecz 

zarazem traciła cierpliwość. Mimo to kupiła jej 

w drogerii Scribnera miksturę na wszelkie dolegliwo-

background image

ści. Polly ciągle narzekała albo spała. Amanda musia­

ła przyznać, że przyjaciółka ma powody skarżyć się 

na stopy, gdyż za małe buty, w których uparła się wę­

drować, obtarły w wielu miejscach skórę. Na pewno 

więc byłoby o wiele gorzej, gdyby nie przejechała re­

szty drogi na ośle. 

Przypomniało się jej, jak Polly wyglądała na grzbiecie 

osła - jechała z dumnie podniesioną głową niby jakaś 

królowa. Gdyby Chance powiedział im wtedy, że pozo­

stało ledwie pół dnia drogi, Amanda zupełnie inaczej pa­

trzyłaby na całą sprawę. Lecz nie odezwał się słowem. 

Jak na mężczyznę, który twierdził, że Polly go nie inte­

resuje, poświęcił jej całkiem dużo uwagi! 

Teraz nawet Polly musiała przyznać, że Chance'o-

wi nie zależy na żadnej z nich. Nie widziały go od 

czasu, gdy zostawił je w hotelu. Nawet nie wspo­

mniał o koniu, którego Amanda obiecała mu kupić! 

Odkąd opuścili Springtown, coraz rzadziej marzyła 

o tym, by znów kochać się z Chance'em. Doszła do 

wniosku, że w rekordowym czasie utraciła miłość -

wszystko trwało dwa dni. 

Patrzyła teraz na kobietę prowadzącą ulicą osiołka 

objuczonego narzędziami do wydobywania złota. 

Miała na sobie męski strój i właśnie to przyciągnęło 

uwagę Amandy. Widok taki nie był rzadkością 

w miasteczkach poszukiwaczy złota, lecz Amanda 

dopiero teraz doceniła zalety takiego ubioru. O wiele 

łatwiej byłoby w czymś takim powrócić do Spring­

town. 

background image

Wsunęła na głowę nowy kapelusz i wyszła ze skle­

pu. Czuła się niepewnie, ale rozejrzawszy się dooko­

ła, stwierdziła, że nikt nie zwraca na nią uwagi. Za­

rzuciła więc na ramię nowe juki i pomaszerowała uli­

cą. W koszuli i kamizelce czuła się wspaniale, lecz 

miała wątpliwości, czy powinna paradować w mę­

skich spodniach. Po chwili jednak i to przestało ją 

dręczyć, pozostała tylko radość, że jest jej tak wygod­

nie. Stawiała teraz dłuższe kroki i szła coraz szybciej. 

Angels Camp pod wieloma względami przypomi­

nało jej Columbię. W miasteczku przyjmował cyru­

lik, działała poczta, znajdowało się wiele kantorów 

i sklepów. No i wszędzie dookoła byli ludzie. Starzy, 

młodzi i dzieci. Dotychczas nie zdawała sobie spra­

wy, jak bardzo jej brakowało ludzi. Poczuła przypływ 

energii, uśmiechała się do każdego przechodnia. Te­

raz już wiedziała, że samotne życie w Springtown 

wcale jej nie odpowiadało, choć przebywając tam, 

uważała, że czuje się świetnie. Zaczęła bać się po­

wrotu. 

W końcu dotarła do pracowni probiercy, który 

orzekł, że bryła złota jest najwyższej próby. Pytał, 

gdzie ją znalazła. Amanda bała się odpowiedzieć, by 

wiadomość nie rozeszła się po mieście, lękała się też, 

żeby jej ktoś nie obrabował w drodze do hotelu, szyb­

ko więc wyszła i wróciła do Polly. 

- Musimy jak najprędzej się stąd wynosić -

oświadczyła, wpadając do pokoju. Z ulgą zobaczyła, 

że przyjaciółka wreszcie wstała z łóżka. - Dobrze, że 

w końcu czujesz się lepiej. 

background image

- Nigdzie się stąd nie ruszam! Co ty masz na 

sobie? 

- Ty też powinnaś spróbować tak się ubrać. 

O wiele łatwiej się w tym poruszać. Polly, musimy 

wrócić do Springtown. Natychmiast. 

- Dlaczego? Nawet nie zdążyłam się tu rozejrzeć. 

A gdzie jest Chance? 

Amanda nie chciała pokazać, jak bardzo obeszło ją 

zniknięcie Chance'a. 

- Nie mam pojęcia - odparła krótko i poszła do 

swojego pokoju pakować nowe juki. - Kiedy zrozu­

miesz, że zupełnie go nie obchodzi nasz los? - spy­

tała przez otwarte drzwi. 

- Wcale w to nie wierzę. Widziałaś przecież, jak 

bardzo się mną zajmował. Moim zdaniem jest nie­

śmiały. 

Amanda roześmiała się ironicznie. 

- Nie wydaje mi się, byś nawet ty mogła w to 

uwierzyć. Przestań się oszukiwać. Chcesz coś zabrać 

z tego pokoju? 

Polly siadła na łóżku. 

- Już powiedziałam, że nigdzie nie idę. Może ru­

szę się stąd za jakiś tydzień czy dwa. 

- Świetnie. A więc sama wrócisz do Springtown. 

- Nie mam pojęcia, jak tam trafić! -jęknęła Polly. 

Amanda wzruszyła ramionami. 

- Możesz mi chociaż powiedzieć, dlaczego tak ci 

spieszno? 

Spojrzała na Polly, zastanawiając się, po co w ogó­

le znosi jej towarzystwo. I przyznała, że wyłącznie 

background image

z lęku przed samotnością. Bąknęła coś o bryle, lecz 

zaraz umilkła. Nie chciała mówić za dużo, zważy­

wszy, że Polly to papla - zdążyła się o tym przeko­

nać. Ale nie mogła też pokazać, że nie zniesie samo­

tnego powrotu do Springtown, bo Polly to wykorzy­

sta i zmusi ją do pozostania w Angels Camp całe 

tygodnie. Amanda wiedziała, że musi blefować. 

- Jak chcesz. Nie będę na ciebie czekać. Rozma­

wiałam z Jackiem i na pewno mnie nie zawiedzie. 

Powie mi, gdzie szukać złota. Jeżeli nie przyjedziesz 

do Springtown, to ja na pewno nie będę cię szukać. 

- Kto to jest Jack? 

- Ponieważ przez kilka ostatnich dni bez przerwy 

miałaś humory, nie powiedziałam ci, że duch nazywa 

się Jack Quigley. Dużo rozmawialiśmy. Zaraz kupię 

konie i żywność i wyjeżdżam. - Zarzuciła torbę na 

ramię. - Sama zdecyduj, czy jedziesz ze mną, czy 

nie. Myślałam, że też ci zależy na złocie. 

- Oczywiście, że tak. 

- Im szybciej wrócimy i znajdziemy złoto, tym 

prędzej skończymy ze Springtown. 

Chance odpoczywał na głazie, spoglądając w dół 

na Springtown. Minęło już pięć dni, odkąd zostawił 

Amandę i Polly w Angels Camp. Miał wyrzuty su­

mienia, że poprowadził je okrężną drogą, Polly prze­

cież tak się zmęczyła. Niemniej minęło już sporo cza­

su i mogłyby wrócić. Zakładając, że miały taki za­

miar. 

Wyciągnął z kieszeni kamizelki cygaro i zapalił. 

background image

Pudełko cygar wpadło mu w ręce w jednym z do­

mów, kiedy szukał złota. Poza cygarami i dobrą whi­

sky nie znalazł niczego wartościowego, lecz poszuki­

wania przynajmniej wypełniły mu czas. Był zdezo­

rientowany, bo nie natrafił na nic, co by wskazało, 

gdzie jest ukryte złoto czy dlaczego mieszkańcy opu­

ścili miasto. 

Wieczorami czytał dziennik Emily Howard. Po­

znał już historię przybycia jej rodziny do Springtown. 

Ojciec Emily miał sklep, a gdzieś wśród wzgórz szyb. 

Ponieważ bardzo szczegółowo opisywała mieszkań­

ców, Chance miał wrażenie, że teraz sam już ich 

świetnie zna. Emily była szczęśliwa. Napisała o pew­

nym poszukiwaczu złota, imieniem Billy, którego oj­

ciec kiedyś zaprosił na kolację. Zrobił na niej duże 

wrażenie. 

Czytając dziennik, Chance czuł się coraz bardziej 

samotny. Właściwie jeszcze nigdy nie był w takim 

stanie ducha. Miasto zamarło, jakby w oczekiwaniu 

czegoś niezwykłego. 

Chance wpatrywał się w cygaro, które żarzyło się 

między jego palcami. Zadawał sobie pytanie, czy się 

przypadkiem nie pomylił co do Amandy. Jeśli kobiety 

nie pojawią się w ciągu tygodnia, to on pojedzie do 

Angels Camp, bo jednak bardzo mu na Amandzie za­

leży. Gdyby chciała, chętnie by się z nią ożenił 

i ustatkował. Złoto na pewno się im przyda, lecz bez 

niego też sobie poradzą. 

Myślał sobie, jakie byłyby ich dzieci. Włożył cy­

garo do ust, lekko się zaciągnął i popatrzył przed sie-

background image

bie. Zaciągnął się drugi raz i nagle dostrzegł w odda­

li jakiś poruszający się punkt. Słońce chowało się za 

góry, musiał więc przymrużyć oczy. Usta mu się za­

cisnęły, spojrzenie stwardniało. Już nie miał wątpli­

wości - od zachodu nadjeżdżali dwaj jeźdźcy, domy­

ślał się, kto to. Wstał, zgniótł cygaro i ruszył w dół 

zboczem. 

Kiedy zbliżały się do miasteczka, serce Amandy 

łomotało w piersi. Wzrok utkwiła w wysokiego, bar­

czystego mężczyznę, który opierał się o cembrowinę 

studni. Kapelusz miał nasunięty głęboko na czoło, rę­

kawy jasnoniebieskiej koszuli podwinięte, dżinsy 

mocno opinały się na biodrach i muskularnych udach. 

Amanda już nie miała wątpliwości, czy jest zakocha­

na. Jaka była głupia! Przez te wszystkie knowania 

i chciwość omal nie straciła jedynej osoby na świecie, 

na której jej zależało. A może już straciła? 

- To Chance - powiedziała podekscytowanym 

głosem Polly. 

Amanda popędziła konia. Nie mogła się doczekać 

chwili, kiedy wyzna Chance'owi miłość, niezależnie 

od tego, czy on ją kocha, czy nie. Kiedy podjechała 

już całkiem blisko, zobaczyła, że przybrał surową mi­

nę. Na jego twarzy nie było śladu uśmiechu. Jesz­

cze nikt nie patrzył na nią takim zimnym, zaciętym 

wzrokiem. 

- Witajcie w Springtown - powiedział bez entu­

zjazmu. 

- Tęskniłeś za mną? - spytała Polly. 

background image

_ Nie, bo wiedziałem, że wrócicie. 

Amanda poczuła, że ogarnia ją gniew. 

_ Ty draniu, wykorzystałeś mnie. Od samego po­

czątku wiedziałeś, co zamierzamy. 

- Taa. No, ale teraz, kiedy już wszystko o sobie 

wiemy, nie będzie potrzeby udawać. 

Była wściekła. Ten mężczyzna naprawdę miał ją 

w nosie. Usiłując powstrzymać łzy, zsiadła z konia 

i zaczęła odpinać juki od siodła. 

_ Widzę, że zmieniłaś styl ubierania się. 

Zdołała się opanować. Wzruszyła ramionami. 

_ Po co to gadanie? Tak jak powiedziałeś, nie trze­

ba już owijać w bawełnę. Nie myśl, że kiedy znaj­

dziemy złoto, będziemy się z tobą dzielić. 

_ Chance, pomożesz mi zsiąść? - spytała przymil­

nie Polly. 

Miała na sobie jasnorożową suknię kupioną w An-

gels Camp, całą w różowe kokardki, teraz zarzuconą 

wysoko do kolan. 

Amanda poczuła, że nie zniesie sztuczek Polly. 

- Jakoś przez dwa dni nie miałaś żadnych trudno­

ści z wsiadaniem i zsiadaniem - rzuciła zgryźliwie. 

Chance nie zareagował. 

_ Rozumiem, że każdy tu będzie sobie radził sam. 

- Mniej więcej, tyle że siły kształtują się następu­

jąco: dwie kobiety na jednego mężczyznę. 

- A co ty na to powiesz, Polly? - spytał. 

- Bardzo cię lubię, ale dbać o siebie muszę sama. 

- O, to zrozumiałe, ale po co masz się dzielić zło­

tem z Amandą? 

background image

- Nie uda ci się, Chance - ostrzegła Amanda, 

zbierając lejce. - Polly wie, że podzielę się z nią, 

i byłaby głupia, myśląc, że ty zaproponujesz jej to sa­

mo. Powiedziałam już, że są tu dwie kobiety i jeden 

mężczyzna. 

- Duch powie, gdzie jest złoto. 

Amanda chętnie by ją udusiła. Chance popatrzył 

na Polly i wybuchnął śmiechem. 

- Z czego tak się śmiejesz? - spytała. 

- Duch? Naprawdę w to wierzysz? 

- Tak... wierzę. - Polly zerknęła na przyjaciółkę. 

- Chodź, Polly - wtrąciła się Amanda. - Odpro­

wadźmy konie. Chance chce nas poróżnić. - I odwró­

ciła się. 

On już się nie uśmiechał. 

- Polly, nie odpowiedziałaś na moje pytanie. 

- No... Amanda mi o nim mówiła. - Dziewczynie 

nie podobało się, że Chance usiłuje ją zbić z tropu. 

- A ty wierzysz we wszystko, co ona mówi? 

Miał głęboki, aksamitny głos, niebieskozielone oczy. 

Polly poczuła ciarki na plecach. Wyglądał wspaniale. 

- Myślę... - zaczęła. 

- Oczywiście, że wierzy - nie wytrzymała Aman­

da. - Bo wie, że jej nie okłamuję! Powiedz mu, Polly, 

żeby raz na zawsze skończyć z tymi pytaniami. 

- Ona ma rację. Dużo razem przeżyłyśmy i nie 

będę występować przeciwko Amandzie. 

- No, chyba w końcu jesteś zadowolony. 

- Wydaje mi się, że wszystkiego ci nie powiedzia­

ła - nie ustępował. 

background image

Amanda zerwała kapelusz i trzepnęła nim o nogę. 

- Nie rób tego, Chance - rzuciła ostrym tonem. 

- O co ci chodzi? Co znaczy, że mi wszystkiego 

nie powiedziała? 

- Nie słuchaj go, Polly, chce nas skłócić. 

- Nie powiedziała ci, że się ze mną kochała. 

- Że co? - Polly odwróciła się tak zamaszyście, że 

odpadła jej kokarda. - Jak mogłaś to zrobić? Przecież 

wiedziałaś, że go pragnę. Kazałaś mi się trzymać 

z dala od niego. Teraz już wiem dlaczego! 

- Wszystko ci wytłumaczę... 

Polly, nie słuchając, odwróciła się i ruszyła do 

swojego domu. Amanda puściła lejce, ogarnięta furią. 

- Ty nieodpowiedzialny draniu! - I z całej siły 

uderzyła go pięścią w brzuch. Zgiął się wpół, a wtedy 

wymierzyła mu cios w brodę. Już chwytała za lejce, 

kiedy potężna dłoń złapała ją za nadgarstek. Chance 

szarpnął ją ku sobie, na jego twarzy malowała się 

wściekłość. 

- Co chcesz zrobić?! Uderzyć mnie? - prowoko­

wała go. 

Musiał powstrzymać gniew. 

- Nie podjudzaj mnie. Teraz jesteśmy kwita. Od 

tej chwili każdy myśli tylko o sobie. - Puścił jej rękę, 

poprawił kapelusz i odszedł. 

Nie chciała, by to on miał ostatnie słowo, chwyciła 

więc kamień i rzuciła nim w Chance'a. Dostał w ple­

cy, a ona wybuchnęła śmiechem. Kiedy mimo to się 

nie odwrócił, zawołała: 

- Nienawidzę cię! 

background image

Zebrała lejce i już miała iść, kiedy zobaczyła 

wzniecony nagłym wiatrem, pędzący ulicą, tuman 

kurzu. Konie się spłoszyły. 

- Nie! - krzyknęła Amanda. Była przerażona, że 

znów stracą wierzchowce. Tuman zawirował wokół 

niej, sypiąc żwirem i kamykami. Poczuła ostry ból, 

coś uderzyło ją w czoło. 

Słysząc krzyk, Chance odwrócił się. Konie ga­

lopowały wprost na niego. Rzucił się w bok, by 

go nie stratowały, zerwał się na nogi i popędził do po­

bliskiego domu, by się schować przed wirującym tu­

manem. Zatrzasnął za sobą drzwi i oparł się o nie 

plecami. 

Gdyby Amanda nie krzyknęła, Chance już by 

nie żył albo został ciężko ranny. Zdał sobie spra­

wę, że zapadła głęboka cisza, jakby pokryła wszy­

stko grubym pledem. Zanim Polly i Amanda wróci­

ły, było podobnie, lecz starał się o tym nie myśleć. 

Dopiero teraz uprzytomnił sobie, że nie słychać śpie­

wu ptaków. Wiatr też przycichł, nie było najlżejsze­

go powiewu. Wszędzie panowała martwa cisza, któ­

rą trudno było znieść. Odsunął się od drzwi i przy­

pomniał sobie o Amandzie. Wybiegł na ulicę. 

Dziewczyna leżała bez ruchu w piachu. Puścił się 

biegiem. 

- Nic jej nie jest?! - usłyszał wołanie Polly gdzieś 

z tyłu. 

Chance klęknął przy Amandzie. Puls miała do­

bry, ale twarz zalaną krwią, a na czole głębokie roz­

cięcie. 

background image

- Żyje? - dopytywała się Polly, która już do nich 

dobiegła. 

- Tak, ale jest nieprzytomna i ranna. - Wziął 

Amandę na ręce. 

- Zanieś ją do mojego domu. Mam tam igły i nici. 

Trzeba jej zszyć tę ranę. 

- Potrafisz to zrobić? - spytał z nutą wątpliwości. 

- Już robiłam takie rzeczy. Pośpieszmy się. Może 

uda mi się to zrobić, zanim odzyska przytomność. 

Kiedy ułożył Amandę na łóżku, Polly już stała 

z gotową, nawleczoną igłą. 

- Przynieś wody i jakąś ściereczkę - poleciła. -

Muszę jej umyć twarz, żebym widziała, co robię. 

Po chwili wrócił. 

- Strasznie krwawi. Musisz jakoś ścierać krew, 

a ja będę szyła. Dobrze chociaż, że krew sama oczy­

szcza ranę. - Nabrała powietrza głęboko w płuca 

i wbiła igłę w skórę przyjaciółki. 

Amandę okropnie bolała głowa. Podniosła rękę, by 

dotknąć czoła, lecz jakaś inna ręka ją powstrzymała. 

Otworzyła oczy. 

- Miałaś na czole ranę, musiałam ją zeszyć - po­

wiedziała cicho Polly. 

Chora patrzyła na przyjaciółkę i Chance'a, stoją­

cych przy jej łóżku. On miał zakrwawioną koszulę, 

a ona twarz umazaną krwią, lecz ani jedno, ani drugie 

nie wyglądało na ranne. 

- Co się stało? - spytała słabym głosem. 

- Coś uderzyło cię w głowę - odparł Chance. Ce-

background image

lowo mówił cicho, ale teraz zdał sobie sprawę, że je­

go słowa zabrzmiały tak, jakby miał zasznurowane 

usta. Na widok nieprzytomnej Amandy wpadł w pa­

nikę. Przeraził się, że tak mocno krwawiła. Wróciła 

jej świadomość, ale była biała jak płótno. - Staraj się 

nie dotykać twarzy. No, wyglądasz o wiele lepiej, 

mogę więc już iść. 

- Żeby szukać złota? - spytała kąśliwie. Ściskała 

w dłoniach narzutę. Chance był już w drzwiach. Po­

czuła pustkę w sercu. Czy był na nią tak wściekły, że 

nawet jej nie współczuł? A może tak ją znienawidził? 

Czy zawsze żywił do niej takie uczucia, czy dopiero 

teraz, kiedy się przekonał, że chciała się go pozbyć 

i być w Springtown tylko z przyjaciółką? - Polly, 

a co z końmi? 

- Uciekły, tak jak tamte. Wiesz, Amando, czasem 

mam ochotę cię trzepnąć. Chance to porządny czło­

wiek, a ty go tak źle traktujesz. Nie mieści mi się to 

w głowie. 

- On po prostu bardzo ci się podoba i dlatego tak 

go oceniasz. - Amanda usiłowała się wesprzeć na ło­

kciu, lecz była za bardzo obolała. 

- Robiłaś po kryjomu, co chciałaś, i nie pisnę­

łaś słowa. Kiedy się o tym dowiedziałam, byłam 

wściekła. 

- Ale, Polly... 

- Nie przerywaj, teraz ja powiem, co mam na wą­

trobie. - Splotła z tyłu ręce i zaczęła chodzić po po­

koju. - Kiedy zobaczyłam, że leżysz nieprzytomna, 

aż mnie skręciło ze strachu i żalu, Chance też się 

background image

okropnie przejął. To on przyniósł cię tutaj. Chance 

jest przyzwoitym facetem. No, od tej chwili każdy ro­

bi swoje. Dotyczy to również mężczyzn. 

- Polly, ty nie masz pojęcia, jaki on jest! 

- Daj mi skończyć. - Polly podeszła do łóżka 

i spojrzała na przyjaciółkę. - Od samego początku 

go nie lubiłaś. Nawet teraz nie potrafiłaś wydusić 

z siebie słowa podziękowania za wszystko, co dla 

ciebie zrobił. Myślę, że go kocham, i nie odpowiada 

mi wysłuchiwanie tego wszystkiego, co o nim mó­

wisz. Nie rób takiej zdumionej miny. Chance jest 

w moim typie i zrobię wszystko, żeby zaczął się mną 

interesować. Bardzo cię proszę, byś pozostała w mo­

im domu, póki nie poczujesz się lepiej, ale potem się 

wyprowadź. 

Polly wyszła, pozostawiając przyjaciółkę w poczu­

ciu winy. Na podłodze leżała następna kokardka, któ­

ra odpadła od sukni Polly. Amanda usiadła, lecz z jej 

ust wydarł się okrzyk bólu. W głowie jej pulsowało. 

Spojrzała w stojące naprzeciw lustro i zmartwiała. 

Jej twarz wyglądała, jakby ktoś przeorał ją widłami. 

Z oczu popłynęły łzy. Czy będzie tak wyglądać już 

do końca życia? Powoli wstała, usiłując opanować 

zawroty głowy. Kolana miała jak z waty, musiała 

więc chwycić się stolika. W końcu zawroty głowy 

ustąpiły. Stawiając ostrożnie stopy, Amanda wyszła 

z pokoju. 

- Co ty robisz? Nie możesz teraz sobie pójść! -

wykrzyknęła Polly. 

- Nie będę nikomu robiła kłopotu. 

background image

- Och, przepraszam za to, co powiedziałam. Mo­

żesz tu zostać, jak długo chcesz. Ktoś musi się tobą 

opiekować. Ja tylko... 

- Idę do hotelu - rzuciła Amanda, kończąc rozmowę. 

Powoli, zbolała, szła w stronę furtki. Nagle chwy­

ciły ją mocne ramiona. 

- Cholera, jesteś najbardziej upartą kobietą, jaką 

znam! - krzyknął Chance. 

- Nie chcę, byś mnie niósł! - Czuła ból przy każ­

dym ruchu, a Chance nie miał zamiaru jej puścić. 

Amanda była za słaba, by z nim walczyć. - No, do­

brze, jeśli chcesz, to zanieś mnie do hotelu. 

Odwrócił się, zobaczył w oknie Polly, która pota­

kująco kiwała głową. Ruszył ulicą. 

W ciągu tygodnia Amanda odzyskała siły. Zaczęła 

się przenosić do swojego domu. Zdjęła już szwy i by­

ła szczęśliwa, że bliznę ma tuż poniżej linii włosów. 

Ku jej zdumieniu, zadrapania na twarzy były już nie­

mal niewidoczne. 

Przez cały okres rekonwalescencji Polly przynosi­

ła jej posiłki i dbała o nią, lecz niewiele rozmawiały. 

Chance nie pokazał się ani razu. Amanda powtarzała 

sobie, że jest jej to obojętne, ale z dnia na dzień czuła 

do niego większą urazę. Wyobrażała sobie, jak Polly 

i Chance spędzają razem czas. Na domiar wszystkie­

go mogli pierwsi znaleźć złoto. Nie rozumiała tylko, 

dlaczego Jack Quigley ani razu się nie pokazał i dla­

czego powróciły jej nocne koszmary. 

background image

Już od tygodnia szukała złota, lecz bez powodze­

nia. Weszła do pokoju i padła na obity brokatem fotel. 

Była wyczerpana, a niczego nie znalazła. 

Wyciągnęła szpilki z koka i włosy rozsypały się na 

ramiona. Poczuła dreszcz, dziwny, ale znajomy. Wie­

dząc, że nie jest sama, rozejrzała się po dużym sa­

lonie. 

- Dlaczego dopiero teraz mnie odwiedzasz? -

spytała ze złością. 

- Bo gniewałem się na ciebie. 

Odwróciła się W stronę kominka. Stał przed nim 

Quigley. 

- Gniewałeś się na mnie? To ja powinnam się 

gniewać. Jestem wykończona przez to daremne szu­

kanie złota. Już zaczynam rozumieć, co miałeś na 

myśli, mówiąc, że lubisz różne sztuczki. - Podniosła 

się, odłożyła szpilki na stolik i patrzyła na Jacka. 

- Zasłużyłaś sobie na to. Z przyjemnością obser­

wowałem ciebie i Polly, jak biegacie z miejsca na 

miejsce. Ale Chance jest inny. Czeka cierpliwie, czy 

któraś z was coś znajdzie, a tymczasem pewnie prze­

szukuje stare szyby. 

Podchodził bliżej, cofnęła się więc i usiadła na ta­

borecie przed pianinem. Teraz ona była zła na Jacka. 

Na Polly i Chance'a również. Czuła się jak gderliwa 

baba. 

- Co to znaczy, że sobie zasłużyłam? - Nagle do­

strzegła, że wyraz jego twarzy jest niemal przeraża­

jący. Obaj z Chance'em stanowili dobraną parę. -

Odpowiesz mi na pytanie? 

background image

Stanął przy niej, lecz uznała, że tym razem nie po­

winna się cofać. Jego ręka przeniknęła przez klapę 

i nagle rozległy się dźwięki fortepianu. Tak dziwne, 

że Amanda zadrżała. 

- Gniewałem się na ciebie, kochanie. 

Przestał uderzać w klawisze. 

- Już to mówiłeś. Dlaczego się gniewałeś? 

- Bo mnie zostawiłaś. 

- Nie należę do ciebie, Jack. Mogę odjeżdżać 

i przyjeżdżać, kiedy chcę. A w ogóle to prze­

cież ty zniknąłeś i nie mogłam ci powiedzieć, że 

wyjeżdżam, ale wrócę. Chciałam pozbyć się 

Chance'a. 

- Ale już więcej nie wyjeżdżaj. 

- To groźba? 

- Nie bądź na mnie zła, moja kochana. Chcę, byś 

została tu ze mną, bo tu jest twoje miejsce. Nie jestem 

dla ciebie dość dobry? 

- Nie wiem. - Wstała i podeszła do okna, zdzi­

wiona, że już robi się ciemno. 

- Nie podobasz mi się w męskim ubraniu. Dlacze­

go nie nosisz tych ładnych sukien, których pełno 

w szafach? 

- Bo łatwiej mi się tak poruszać. A poza tym nie 

chcę ich zniszczyć, szukając złota. 

- Złota nie ma w miasteczku. 

- Jestem już prawie przekonana, że w ogóle go 

nie ma. To chyba jedna z twoich sztuczek. 

- Pamiętaj, że jestem twoim jedynym sprzymie­

rzeńcem. Pozostali cię opuścili. 

background image

Amanda poczuła nagle, że dziwne uczucie mro­

wienia ustępuje, wiedziała więc, że znów jest sama. 

Chance skończył czytać dziennik i zamknął go 

z trzaskiem. Nadal jednak myślał o ostatnim frag­

mencie. Emily rozpisywała się bardzo szczegółowo 

o nowo wybudowanym domu, pięknym i zasobnym. 

Mieli się tam wprowadzić tydzień po tym, jak Emily 

napisała ostatnie słowa. Dom Amandy doskonale od­

powiadał opisowi w dzienniku. 

Położył dziennik na oparciu fotela. Kiedy rodzina 

stąd się wyprowadzała, musiano go zapomnieć. Po­

myślał, że powinien znaleźć drugi dziennik Emily. 

Tylko w ten sposób uda mu się poznać przebieg wy­

darzeń w Springtown i dowiedzieć, gdzie jest złoto. 

Musiałby przeszukać dom Amandy. Usta wykrzywił 

mu gorzki uśmiech. Amanda wykorzystała go tamtej no­

cy, aby zaspokoić swoją ciekawość. Chciała, by się wy­

niósł z miasta, bo pragnęła zagarnąć dla siebie całe złoto, 

nie zamierzała się z nim dzielić. Co z niej za ziółko! 

Polly co prawda nie czyniła mu już żadnych pro­

pozycji, lecz okazywała tyle serdeczności i tak często 

się do niego uśmiechała, że chyba musiał się uznać za 

adorowanego. Co wieczór zapraszała go na kolację 

i bardzo mu nadskakiwała. Zaproponowała nawet, że 

wypierze mu ubrania. 

Uśmiechnął się. Jak w ogóle doszło do tego, że 

znalazł się tu, w Springtown, z dwiema szalonymi 

kobietami? 

background image

Amanda przewracała się z boku na bok w wielkim 

łóżku. Obudziła się z krzykiem. Była zlana potem, 

z trudem oddychała. We śnie widziała płonące na 

środku drogi ognisko. Jego blask oświetlał powieszo­

nego mężczyznę. Tym razem ujrzała jego twarz. Na­

leżała do Jacka Quigleya. Wszystko działo się 

w Springtown. 

Podeszła do komody i nalała sobie wody z dzban­

ka. Zmoczyła ręczniczek i przetarła twarz i szyję. 

Musiała z kimś porozmawiać, z kimś, kto by ją zro­

zumiał. Nie było jednak nikogo. A poza tym mógł ją 

zrozumieć tylko ktoś, kto miał podobne koszmary. 

Czy te sny mówiły o prawdziwych wydarzeniach? 

Czy właśnie to wydarzyło się w Springtown? Doszła 

do wniosku, że to byłoby idiotyczne. Ludzie nie śnią 

o przeszłości, a przynajmniej nie o tej, która ich nie 

dotyczyła. Z drugiej strony przecież nigdy nie wie­

rzyła w duchy, a jednak teraz poznała Jacka Qui-

gleya. 

background image

Rozdział jedenasty 

Amanda, zdezorientowana, wybita ze snu, nie 

mogła otrząsnąć się z sennego koszmaru. Wciąż mia­

ła przed oczami przerażającą wizję. W koszuli nocnej 

i szlafroku, z zapaloną lampą w ręku, zeszła do ku­

chni. Tam zrobiła sobie grzankę i kubek gorącej cze­

kolady i przeszła do saloniku. Zaczynało świtać. 

Usadowiła się w wygodnym fotelu i obserwowała, 

jak światło powoli wypełnia cały pokój. Ożyły nawet 

niebieskie i złote kolory wzoru na dywanie. Amanda 

wysprzątała już większą część domu, lecz na wszy­

stko nie starczyło jej czasu, bo dzień w dzień wyru­

szała na poszukiwanie złota. 

Ugryzła kęs grzanki, zastanawiając się, co z nią sa­

mą się dzieje. W Angels Camp nie śniły jej się kosz­

mary, nie odczuwała przygnębienia, które nie opusz­

czało jej od powrotu do Springtown. Zauważyła 

u siebie objawy zniechęcenia, rozgoryczenia. Czy 

była zazdrosna o Chance'a i Polly? Jeszcze nigdy 

w życiu nie miała okazji do zazdrości, ale teraz da­

wała jej się we znaki. Całą złość przelała na Chance'a 

i Polly, a przecież problem tkwił w niej samej. Pra­

gnęła miłości Chance'a, lecz nie potrafiła sprawić, 

background image

aby ją pokochał. Działała przeciwko sobie - kłóciła 

się z nim, demonstrowała niechęć, wręcz pogardę, 

choć w głębi serca marzyła o tym, by znów znaleźć 

się w jego ramionach. 

A Jack? On też był zazdrosny. Czy złoto wymyślił 

dla sobie tylko znanych celów? Przecież sam się 

przyznał, że lubi płatać figle. Może złoto nie istniało? 

Bryła złota miała udowodnić, iż jest dokładnie od­

wrotnie. Dlaczego w takim razie nie zdołała go do tej 

pory odnaleźć? I dlaczego nigdy nie pokazał się Polly 

ani Chance'owi? A może tylko opowiadał o tym zło­

cie, by zatrzymać ją przy sobie? Gdyby nie złoto, 

dawno opuściłaby to wymarłe miasto i nigdy tu nie 

wróciła. A gdyby stąd wyjechała, co wtedy? Nie 

chciała zamieszkać w Angels Camp. Przypominało 

Columbię. Ale z Angels Camp mogła pojechać dyli­

żansem do Sacramento. A co z Polly, co z Chan­

ce'em? Myśl, że rozstałaby się z nim na zawsze, była 

bolesna. 

Skończyła czekoladę i odstawiła kubek na stolik. 

Miłość do Chance'a nie była jej jedyną słabością. 

Jack trafnie odgadł, że bardzo zależało jej na złocie. 

Chciała odmienić swój los, stać się niezależna, decy­

dować o sobie i swoim życiu. 

Powinna się pogodzić z Polly. Nie potrafiła już 

dłużej znosić samotności. Zamiast jednak iść na górę 

i ubrać się, podwinęła pod siebie nogi i oparła głowę 

o poduszki fotela. Była taka zmęczona, że nawet nie 

walczyła z ogarniającą ją sennością. 

Z domu wyszła dopiero około południa. Bardzo 

background image

chciała porozmawiać z Polly, wyjaśnić nieporozu­

mienia, które powstały z powodu Chance'a. 

Kiedy Amanda zniknęła, Chance wszedł do do­

mu. W dzienniku opis wnętrza był na tyle dokład­

ny, że bez trudu dotarł do sypialni Emily. Mieściła 

się na górze, prowadziły do niej szerokie schody. 

Dom był naprawdę urządzony z przepychem. Przez 

trzy okna w sypialni wpadały promienie słońca. Była 

utrzymana w ulubionych kolorach Emily: niebieskim 

i białym. 

Rozejrzał się, usiłując podjąć decyzję, od czego za­

cząć poszukiwania drugiego tomu dziennika. Już 

otwierał szafę, gdy coś przykuło jego uwagę. Ze 

skrzyni stojącej pomiędzy oknami zsunął się koc, 

Chance podszedł, podniósł wieko i zobaczył dziennik 

leżący na zielonej atłasowej sukni. Otworzył go - na 

pierwszej stronie widniało imię i nazwisko: Emily 

Howard. 

Nikt nie odpowiedział na pukanie, Amanda nie by­

ła więc pewna, co robić. Polly powinna już dawno 

wstać, ale jeśli nie była sama? Czy Amanda może so­

bie pozwolić na to, by wtargnąć do domu przyjaciół­

ki? Czy Chance był z Polly? Podejrzewać, że jest ko­

chankiem Polly to jedno, a mieć pewność - to zupeł­

nie co innego. Nabrała powietrza. Może właśnie tego 

potrzebowała, by móc się uwolnić od Chance'a, który 

najwyraźniej nadal miał nad nią władzę. 

Już chciała wejść do środka, kiedy drzwi same się 

background image

otworzyły. Ogromnie się zdziwiła. Twarz i ramiona 

Polly były pokryte czerwonymi plamami. 

- Amando, właśnie do ciebie szłam - powiedziała 

wyraźnie przestraszona. - Chyba mam żółtą febrę. 

- Co? O Boże miłosierny! Gdzie byłaś? To zna­

czy... Ta wysypka? 

- Wczoraj byłam tylko na jagodach nad strumie­

niem! - Nie miała ochoty się przyznać, że zbierała 

tam rośliny, które przypominały lubczyk. - Amando, 

czy ja umrę? - spytała łamiącym się głosem. 

Amanda była niemal pewna, że wie, na co jest cho­

ra przyjaciółka. 

- Daj, obejrzę cię. 

Polly odruchowo się cofnęła. 

- Uważaj, bo się zarazisz. 

- Nie boję się. Stój spokojnie. - Widząc podeszłe 

wodą bąble, o mało nie wybuchnęła śmiechem. -

Moim zdaniem oparzyłaś się liśćmi sumaku. 

- Sumaku? Jesteś pewna? 

- Jestem pewna. Idę do apteki zobaczyć, czy może 

jest tam maść. A ty nie drap tych bąbli. 

- Czy uważasz, że nigdy mi to nie zejdzie? 

- Nie, nie o to chodzi - uśmiechnęła się Amanda. 

- Nie jest tak źle. Widziałam gorsze rzeczy. Jeszcze 

jesteś na mnie zła? - spytała odchodząc. 

- Chyba nikt nie potrafiłby się długo na ciebie 

gniewać - odparła Polly, a Amanda poczuła ogromną 

ulgę. 

Szła ulicą z uśmiechem na ustach. Nie mogła wi­

nić Polly za to, że była wściekła. Przecież ledwie kil-

Skan Anula, przerobienie pona.

background image

ka minut temu ona sama czuła się podobnie, my­

śląc, że może zastać Polly w łóżku z Chance'em. 

Jedno było pewne - bąble Polly nie znikną w jeden 

dzień, a przez ten czas między nimi do niczego nie 

dojdzie. 

Kiedy wróciła z maścią, zastała Polly na tapczanie, 

z wyciągniętymi w bok ramionami. 

- Co robisz? - spytała zaciekawiona. 

- Nie chcę mieć blizn. 

- Nie będziesz miała blizn, jeśli zaraz tym się wy­

smarujesz. 

- A mojej mamie zostały blizny po ospie. 

- Ale ty nie masz ospy. Musimy tylko posmaro­

wać bąble maścią, potem przekłuć je i znów posma­

rować. 

Polly spojrzała na przyjaciółkę. 

- Chyba nie mówisz poważnie! 

- Owszem, najpoważniej. 

Przez następne pół godziny Amanda delikatnie 

i starannie posmarowała bąble na ciele Polly. W koń­

cu uporała się z tym. Trwałoby to o wiele krócej, gdy­

by Polly się nie wierciła. 

- No, gotowe. Jeżeli zauważysz gdzieś nowe, to 

zaraz je posmaruj. Niedługo będzie po wszystkim. 

- Nie dam rady sama się smarować. 

- Dasz. Lepsze to od bąbli na całym ciele. Jeżeli 

nie będziesz smarowała, zejdą ci dopiero po kilku 

miesiącach. 

- Po kilku miesiącach? 

background image

- Znałam kobietę, którą tak obsypało, że doktor 

nie pozwolił jej wstawać z łóżka przez pół roku. 

- Kłamiesz! 

- Wcale nie. 

- No, niech ci będzie. Dzięki za pomoc. 

- Ty się zaopiekowałaś mną, gdy byłam ranna 

w głowę, więc teraz ja po prostu ci się odwdzięczam. 

Polly się roześmiała. 

- Muszę ci powiedzieć, że czułam się okropnie, 

kiedy ci tak nagadałam. 

Amanda poklepała ją po ręce. 

- Ale przynosiłaś mi jedzenie i dbałaś o mnie. 

- Widziałaś znów ducha? - spytała nagle Polly. 

- Tak, był zły, że wyjechałam. Nie do wiary. 

- Naprawdę był taki wściekły? 

- Na to wyglądało. I zabronił mi ponownie wyjeż­

dżać. 

- Ojej, Amando, przyszło mi teraz do głowy, że 

może to on przepędził wtedy stąd konie, a teraz roz­

pętał ten wiatr. 

Amanda wyprostowała się i uśmiechnęła. 

- Nie wydaje mi się. Może trudno ci to zrozumieć, 

ale on mnie kocha. Bez sensu jest więc przypuszczać, 

że chce, by mi się coś stało. 

- Chyba masz rację - przyznała Polly po namyśle. 

- Jest nieszkodliwy. - Amanda wsadziła kapelusz 

głęboko na głowę. - Chyba pójdę popływać w jezio­

rze. Jak wrócę, to znów pomogę ci przy tych bąblach. 

Może nawet zjemy razem kolację? 

- Chance też przyjdzie... 

background image

Amanda poczuła, jak zazdrość ściska ją za gardło. 

- No to może kiedy indziej. 

Polly powinna się cieszyć, że Amanda nie chce się 

spotkać z Chance'em, lecz uderzył ją smutek w gło­

sie przyjaciółki. 

- Jak to się stało, że do mnie wpadłaś? 

- Chciałam się z tobą pogodzić. Powinnam ci 

wtedy powiedzieć, co się wydarzyło między mną 

a Chance'em, ale wiedziałam, że będziesz zła. Nic 

mnie nie tłumaczy i nawet nie mogę zrzucić winy 

na niego. Postanowiłam jeszcze przez kilka tygod­

ni poszukać złota, a potem... - Nie dokończyła, 

bo uprzytomniła sobie, że może słucha jej Jack, 

nie mogła więc powiedzieć, że potem zamierza wy­

jechać. A może chodziło jej o obawy Polly, która 

teraz patrzyła na nią pytającym wzrokiem. - My­

ślę, że potem zacznę inaczej się ubierać. Polly, po­

winnaś przyjść do mnie, mam tam najrozmaitsze 

stroje. Zdaje się, że gospodyni domu miała twoje roz­

miary. 

- Naprawdę?! - wykrzyknęła Polly. - Przyjdę, 

jak tylko znikną mi te świństwa. 

- Szukałaś złota? 

Polly skinęła głową. 

- Zawarliśmy z Chance'em umowę, że ja zajmę 

się gotowaniem, a on poszukiwaniami. - Prawda była 

taka, że Polly wolała wierzyć, że rzeczywiście tak się 

umówili. 

- Rozumiem. - Amanda chciała poradzić przyja­

ciółce, że nie powinna ufać Chance'owi, lecz zdawa-

background image

ła sobie sprawę, iż to niczego nie zmieni. Znów po­

czuła się osamotniona. - No to czekam na ciebie 

w domu. 

Polly skinęła głową. Czuła się jak prawdziwa 

zdrajczyni. 

Przez następny tydzień Amanda bez przerwy my­

ślała o tym, by wynieść się ze Springtown. Nic już jej 

tu nie trzymało. Nawet złoto przestało ją interesować. 

Chciała jednak porozmawiać z Chance'em. Problem 

w tym, że nie mogła się zdobyć na to, by złożyć mu 

wizytę. Gdyby ją pocałował, padłaby mu w ramiona. 

A to by niczego nie rozwiązało, tyle że znów poczu­

łaby się wykorzystana. Jak miała go przeprosić za to, 

że źle go traktowała, i podziękować, że pomógł Polly 

przy zszywaniu jej rany? Jak miała to powiedzieć 

i nie wybuchnąć płaczem? Wiedziała, że wiele mu 

zawdzięcza. 

Kiedy w końcu Polly przyszła do niej, Amanda by­

ła uszczęśliwiona. Chyba jeszcze nigdy tak jej nie 

ucieszył widok drugiej osoby. Spędziły razem cały 

dzień. Buszowały po wszystkich pokojach, śmiały się 

i przymierzały stroje. 

Chociaż Polly przyrzekła wpaść nazajutrz, po jej 

wyjściu Amanda czuła się jeszcze bardziej samotna. 

Postanowiły przerobić niektóre stroje. Amanda obli­

czyła, że zajmie to jakiś tydzień do dwóch. Potem wy­

niesie się ze Springtown. Nie czuła się tu dobrze, była 

coraz bardziej przygnębiona. 

background image

Następnego ranka obudziła się wcześnie. Zjadła 

szybko owsiankę i ruszyła do miasta w poszukiwaniu 

przyborów do szycia, tak by były gotowe na przyjście 

przyjaciółki. 

Nie patrzyła na wystawy sklepów, bo dobrze je już 

znała. Wzrok miała wbity w ziemię w nadziei, że znaj­

dzie jeszcze jeden pierścionek, taki jak ten, który scho­

wała do torby. W Angels Camp pokazała go jubilerowi. 

Okazało się, że wielki zielony kamień to szmaragd. 

Usłyszała prychnięcie. Podniosła głowę i wstrzy­

mała oddech. Jakieś trzydzieści metrów dalej stały 

trzy konie z jeźdźcami. Natychmiast ich rozpoznała. 

- Jasna cholera, tato, mówiłem ci, że wtedy wi­

działem kobiety! 

- No to miałeś rację, Fred - odparł Gus. Zmierzył 

Amandę od stóp do głów. - Ta tutaj wygląda nawet 

nieźle mimo męskich łachów. Założę się, że jest chętna. 

- Ja pierwszy - rzucił Vern, zeskakując z konia. 

- Co jest, do diabła! - wrzasnął Fred, wyszarpnął 

stopy ze strzemion i skoczył bratu na plecy. 

Tarzali się na ziemi, wzniecając tumany kurzu. 

Amanda rzuciła się do ucieczki, lecz nie zdołała prze­

biec dziesięciu kroków, kiedy wokół jej talii zacisnęła 

się pętla. Upadła. Próbowała wstać, lecz pętla znów 

powaliła ją na ziemię. W ustach miała już pełno pia­

chu, mężczyźni rechotali. Pomyślała, że musi ostrzec 

Polly i Chance'a. Przestała się szarpać i zaczęła krzy­

czeć. Stary podjechał na koniu i kopnął ją tak mocno, 

że głowa jej odskoczyła do tyłu. Była przekonana, że 

zgruchotał jej kości. 

background image

- No, teraz lepiej - warknął nad nią Gus. 

- Kto ją weźmie pierwszy? - spytał Fred, rozpi­

nając spodnie. 

Kiedy podszedł do niej, podniosła wysoko nogę 

i kopnęła go w krocze. Zgiął się wpół. 

Gus patrzył na leżącą i wyobrażał sobie, jakich to 

zazna przyjemności. 

- No i jak tam, dziewczyno? Powiesz nam, gdzie 

jest złoto, czy mam cię z chłopakami ujeżdżać przez 

całą noc, byś wydusiła z siebie prawdę? Fred i Vern 

nieźle sobie radzą z kobietami. 

Amanda patrzyła na brudną twarz starego. 

- Nie wiem, o czym mówisz - szepnęła. Bolały ją 

usta i policzek. 

- Tylko nie mów, że nie dałem ci szansy. - Gus 

wytarł perkaty nos rękawem brudnej koszuli. - Nie 

wy będziecie pierwsi, tylko ja. - Pochylał się, by 

zsiąść z konia, gdy rozległ się strzał. Kula musnęła 

mu ucho. Zeskoczył na ziemię i schował się za 

koniem. 

Vern wyrwał rewolwer z olstra i przystawił lufę do 

głowy Amandy. 

- Tato, nic ci się nie stało? 

- Nie, do cholery. Tylko krew mi spływa po twa­

rzy. Kto strzelał?! - wrzasnął Gus. - Jeszcze raz, 

a kobieta padnie trupem! Zrozumiano?! 

Nikt nie odpowiedział. 

- Nie ma zmartwienia - warknął Fred. - Wiem, 

kto to. To ta druga kobieta. Mówiłem wam, że wi­

działem dwie. 

background image

Zapinał spodnie, lecz nie spuszczał oka z Amandy. 

- Tylko poczekaj, aż się do ciebie dobiorę! 

Odwróciła głowę, by bandyci nie spostrzegli gry­

masu przerażenia na jej twarzy. Była pewna, że to 

strzelał Chance, lecz stamtąd, gdzie leżała, niewiele 

było widać. 

- Vern, trzymaj ją na muszce. A ty, Fred, zwiąż jej 

ręce i nogi. Chcę mieć to złoto. Zaraz się dowiemy, 

gdzie ono jest. 

Vern się cofnął, a podszedł do niej Fred. Zdołała 

wstać. Widziała, jak Vern zaciska palec na cynglu. 

Rozległ się strzał i kula trafiła go między oczy. Upadł 

na ziemię, Amanda rzuciła się do ucieczki, lecz Gus 

okazał się szybszy, niż myślała - chwycił ją za rę­

kę, przyciągnął do siebie i schował się za nią jak za 

tarczą. 

- Tato! - wrzasnął Fred. - Zabili Verna! 

- Trzymaj przed sobą konia i posuwaj się w stronę 

hotelu - warknął ojciec. 

- Ale nie możemy tu zostawić Verna! 

- Ty cholerny idioto! Vern nie żyje. Ty też możesz 

za chwilę gryźć ziemię, jeśli się nie ruszysz! - Gus 

ruszył w kierunku hotelu, zasłaniając się Amandą. 

Kiedy już byli w środku, odepchnął ją tak mocno, że 

upadła. 

- Mój brat leży tam zabity i ty, kobieto, za to za­

płacisz! - krzyknął Fred. 

Wymierzył w nią broń, lecz silne uderzenie Gusa 

wytrąciło mu ją z ręki. 

- Nie zabijaj jej! Jeszcze nie teraz. No, panienko, 

background image

właśnie straciłem syna i nie jestem w nastroju do żar­

tów. Mów, gdzie jest złoto, a gwarantuję ci, że bę­

dziesz miała szybką śmierć. Jak mi nie powiesz, bę­

dziesz umierała tysiące razy, nim te śliczne oczka za­

mkną się na zawsze. I nie próbuj mi mówić, że nie 

ma tu złota. W Columbii nasłuchaliśmy się o nim 

dosyć. 

Amanda wpadła w panikę. Została sama z bandy­

tami gotowymi na wszystko. Była jak sparaliżowana, 

tak bardzo się bała; nie miała pewności, czy da radę 

wymówić choć jedno słowo. 

- Ja... 

Dostała potężnego kopniaka w brzuch. 

- To za mojego kopniaka! 

- Spokój, Fred, przecież nie chcemy tej kobiety 

doprowadzić do takiego stanu, że nie będzie mogła 

nam nic powiedzieć. - Oczy starego nabrały twarde­

go wyrazu. - No, panienko, spróbuj jeszcze raz. 

Gdzie jest złoto? 

- Nie... nie wiem. 

- Tato, ja nią się zajmę. Zaraz przemówi. 

- Nie... - Gus zaczął pocierać ramiona. - Co tak 

zimno się zrobiło? 

Rozległ się głośny łomot. Mężczyźni odwrócili się 

i ich oczom ukazał się szybujący w powietrzu żela­

zny pogrzebacz. Patrzyli z niedowierzaniem. 

- Co to, do diabła? - Fred, trzymając w drżącej 

ręce rewolwer, wystrzelił. Pogrzebacz spadł mu 

z trzaskiem na głowę. 

Amanda dopadła kąta i przytuliła się do ściany. Po 

background image

podłodze zadudniły ciężkie kroki. Kiedy otworzyła 

oczy, zobaczyła, że stary wybiegł na ulicę. Rozległ 

się strzał. 

- Już wszystko w porządku, moja ukochana. Za­

wsze będę się tobą opiekował. 

Stał przed nią Jack Quigley. 

- Zabiłeś go - szepnęła. 

- Oczywiście, że go zabiłem. Wyrządził ci krzyw­

dę. - Spojrzał w stronę drzwi. - Pamiętaj, że twoje 

życie jest w moich rękach. 

Widząc leżącego na podłodze martwego bandytę, 

Amanda zaczęła wymiotować. Tak ją zastali Chance 

i Polly, kiedy wbiegli do holu. 

Dni mijały, a Amanda nie opuszczała domu. Nie 

mogła dojść do siebie. Powiedziała Polly i Chan­

ce'owi, że po tym wszystkim, co się wydarzyło, przez 

jakiś czas chce być sama. Nie była jednak zupełnie 

sama - wizyty Jacka Quigleya stawały się coraz czę­

stsze. Powiedział jej, że jest szczęśliwy, bo zdecydo­

wała się na zerwanie z Chance'em i Polly, i bez prze­

rwy opowiadał jej o tym, że powinni być razem, tylko 

we dwoje. 

Usiłowała wyjaśnić mu sytuację, powiedzieć, że wca­

le nie zamierza zerwać z Polly i Chance'em, lecz on jak­

by w ogóle tego nie słyszał. Nic też nie mówił o ukry­

tym złocie. Po raz pierwszy Amanda zaczęła się bać Ja­

cka. Co zrobi, jeśli będzie chciała opuścić Springtown? 

Przeczuwała, że potrafi być niebezpieczny. 

background image

Amanda wyszła do ogrodu. Zerwała czerwoną 

różę, napawając się jej pięknem i słodkim, moc­

nym zapachem. Popatrzyła na korony drzew i nagle 

uświadomiła sobie, że nie słychać ptaków. Miała 

ochotę odwiedzić Polly, lecz pomyślała, że jeżeli 

nadal są z Chance'em razem, to woli o tym nie wie­

dzieć. 

Zmęczona kręceniem się wokół domu, bojąc się 

zarazem opuścić Springtown, postanowiła jeszcze raz 

wyruszyć na poszukiwanie złota, gdyby miało się 

okazać, że Jack Quigley powiedział jej prawdę. Jeśli 

je znajdzie, to podzieli się nim z Chance'em i Polly, 

by mogli się wynieść z tego ponurego miasteczka. 

Jack powiedział kiedyś, że złota w mieście nie ma. 

Mówił też wówczas, że o pewnych porach dnia świe­

ci na nie słońce, co mogło oznaczać, że jest częścio­

wo ukryte. Może w jaskini? A może po prostu w głę­

bokim szybie? 

Oddaliwszy się od domu, poczuła się naprawdę do­

brze. Doszła już do siebie. Postanowiła, że będzie 

prowadzić poszukiwania przez tydzień. Potem wy­

myśli jakiś sposób, by uciec ze Springtown, a tym sa­

mym od Jacka Quigleya. Zdecydowała się powie­

dzieć o nim Chance'owi i Polly, chociaż wiedziała, 

że to ryzykowne. 

„Billy Hayes zginął w szybie. Dziś rano wydobyto 

jego ciało. Cierpię i opłakuję go. Tak bardzo go ko­

chałam. Już nigdy nie będziemy razem. Dlaczego 

Bóg mi to zrobił? Za dwa dni mieliśmy uciec do 

background image

Murphys i tam wziąć ślub. Wiem, że już nigdy niko­

go nie pokocham. Mama twierdzi, że to bzdura, ale 

ja wiem, że tak będzie". 

Tym zdaniem kończył się drugi tom dziennika Emily, 

młodej kobiety, która utraciła ukochanego. Chance za­

stanawiał się, czy wróciła po jakimś czasie do spisywa­

nia wydarzeń ze swego życia, czy też, pogrążona w głę­

bokim smutku, całkiem zaniechała prowadzenia pamięt­

nika. Miał nadzieję, że tak się nie stało. 

Wyszedł z domu. Zamierzał jeszcze raz przeszu­

kać pokój Emily. Czy istniał następny tom, a jeśli tak, 

to czy zabrała go ze sobą? Musiał się co do tego 

upewnić. Z tej drugiej części dowiedział się wielu 

ważnych rzeczy. Poszukiwacze złota sprzedawali je 

ojcu Emily, Robertowi Howardowi. Ten uważał, że 

mieszkańcy miasteczka są godni zaufania, lecz na 

wszelki wypadek trzymał złoto gdzieś w ukryciu. 

Oznaczało to, że opowieść o ukrytym złocie może 

być prawdziwa. A ponadto duch mógł być wymysłem 

Roberta, ponieważ wiedział, że poszukiwacze złota 

są przesądni. 

Poszczególne elementy zaczynały się układać 

w całość. Pozostawało jedynie pytanie, czy Howar-

dowie zabrali ze sobą złoto, czy je zostawili, podob­

nie jak tyle innych rzeczy. I na jeszcze jedno pytanie 

brakowało odpowiedzi: dlaczego właściwie miesz­

kańcy opuścili miasteczko, porzucając cały dobytek? 

Jeśli zastanie w domu Amandę, pokrzyżuje mu to 

plany, lecz z drugiej strony bardzo chciał się z nią zo-

background image

baczyć. Co prawda, Polly zapewniała go, że przyja­

ciółka czuje się dobrze, lecz wolałby przekonać się 

o tym na własne oczy. Chance nie powiedział słowa 

na temat zajścia z bandytami, lecz przejął się tym nie 

mniej niż Polly, wiedząc, przez co przeszła Amanda. 

Może nawet bardziej, bo gdy o mało jej nie stracił, 

uprzytomnił sobie, że ją kocha. 

Wszedł na ganek i zapukał. Nikt nie otwierał, więc 

pchnął drzwi i wszedł do środka. W pierwszej chwili 

pomyślał, że może Amandzie coś się stało, lecz potem 

stwierdził, że pewnie wyszła do miasta. Ruszył na 

górę. 

Wchodząc do pokoju Emily, odniósł wrażenie, że 

jest w nim bardzo jasno. Po chwili uznał jednak, że 

pokój wygląda jak każdy inny, i zabrał się do poszu­

kiwań. Przyszło mu do głowy, by przeszukać łóżko. 

Podniósł z jednej strony materac wraz z pościelą. Nie 

pomylił się, dziennik tam leżał. Wziął go do ręki, 

opuścił materac, poprawił pościel i narzutę. 

Amanda nie wróciła. A może coś się stało? Posta­

nowił ją odnaleźć, by przekonać się osobiście, jak się 

czuje. Po śladach pozostawionych na piaszczystej 

drodze zorientował się, że jednak nie poszła do 

miasta. 

Ruszył jej tropem. Kiedy wszedł na skalisty teren, 

zgubił ślad. Zaczął powoli, dokładnie przyglądać się 

zboczu. W końcu wypatrzył Amandę - wspinała się 

niemal wprost nad nim. Nagle poślizgnęła się na żwi­

rze. Wstrzymał oddech. Zdołała jednak złapać rów­

nowagę, ruszyła dalej w stronę otworu prowadzącego 

background image

chyba do jakiejś jaskini. Przycupnął za dużym głazem 

i czekał. 

Po kilku minutach Amanda wyszła i rozejrzała się 

po zboczach przeciwnej strony kanionu. Spostrzegła 

poruszającą się postać. Poznała Chance'a. Uśmiech­

nęła się szyderczo, uważając, że śledził ją po to, by 

wiedzieć, czy i gdzie znajdzie złoto. Zastanawiała 

się, czy przedtem też ją śledził i czy przeszukał jej 

dom. Pewnie chodził za nią, bo sam niczego nie zna­

lazł. Ona już się pogodziła z możliwością, że złota nie 

ma, lecz dla niego może to oznaczać wielkie rozcza­

rowanie. Miała nawet ochotę zobaczyć, jak się będzie 

czuł, stwierdzając, że poniósł fiasko. Zdawała sobie 

sprawę, że te wszystkie myśli oznaczają, iż zgorzk­

niała, lecz wolała gorycz niż łzy, których tyle wylała 

przez ostatnie tygodnie. 

background image

Rozdział dwunasty 

Polly powoli nalała wyciśnięty sok do szklanej bu­

teleczki i zakorkowała ją. Bąble już zniknęły, sporzą­

dziła więc miksturę, by wykorzystać jej właściwości. 

Wreszcie miała czym wzbudzić pożądanie Chance'a. 

Podniosła buteleczkę i zachichotała. 

- Kilka kropli, mój kochany, a ręce same będą ci się 

po mnie wyciągały. - Wygładziła perkalową sukienkę, 

poprawiła włosy i zadowolona wyszła z apteki. 

Idąc do domu Chance'a, radośnie podśpiewywała. 

Była pewna, że kiedy choć raz się przekona, ile ona 

potrafi mu dać przyjemności, już nigdy nie obejrzy 

się za Amandą. 

Stając przed drzwiami Chance'a, poprawiła su­

kienkę i przygładziła włosy. Postanowiła tym razem 

zapukać, nie wchodzić jak do swojego domu. Dzięki 

temu on potraktuje ją jak damę. 

Otworzył drzwi w nie zapiętej koszuli. Musiała się 

powstrzymać, by nie dotknąć jego torsu. Chance był 

barczysty, przystojny, uważała, że już nigdy nie poz­

na takiego mężczyzny. 

- Chciałabym z tobą porozmawiać - powiedziała 

przymilnie, widząc jego pytające spojrzenie. 

background image

- A o czym chcesz rozmawiać? 

- Po prostu przyszłam z wizytą. Nie zaprosisz 

mnie do środka? Przyrzekam, że będę się właściwie 

zachowywała. 

Popatrzył na jej twarz. Nie dostrzegł ani śladu pu­

dru i szminki. Gładko zaczesane włosy były związa­

ne niebieską wstążką dobraną do koloru sukienki. 

Ładna cera, zgrabny, lekko zadarty nosek i duże, zie­

lone oczy rzeczywiście robiły wrażenie. Co prawda, 

nie była pięknością jak Amanda, lecz wyglądała bar­

dzo pociągająco. 

- Ależ wejdź. - Uśmiechnął się i cofnął od drzwi. 

Idąc za nią do saloniku, uświadomił sobie, że po­

lubił Polly mimo wszystkich dzielących ich różnic. 

Nigdy nie udawała, że jest kimś innym, niż była - na­

miętną, zmysłową kobietą. 

- Jaki jest powód twojej wizyty? 

- Przyszło mi do głowy, że każde z nas z osobna 

niczego nie wskóra. Chciałam ci więc zaproponować, 

byśmy połączyli siły. 

Skinął z aprobatą głową. 

- Masz ładną sukienkę. 

Już sama ta uwaga wystarczyła, by mocniej zabiło 

jej serce. 

- Czy to znaczy, że mi przebaczyłeś? 

- Co miałbym ci przebaczyć? 

- To, że pomogłam Amandzie wydostać się z miasta. 

- Polly, prawdę mówiąc, na twoim miejscu zrobił­

bym to samo - odparł wspaniałomyślnie. 

- Kamień spadł mi z serca. Wiem, że jest trochę 

background image

za wcześnie, ale może byśmy wypili za dobry po­

czątek? 

- Nie widzę przeszkód. 

- To usiądź, a ja naleję whisky. 

- Proszę bardzo. - Zajął swój ulubiony fotel, 

szybko wsuwając leżący obok dziennik pod po­

duszkę. 

Polly, stojąc tyłem do Chance'a, wyjęła buteleczkę 

z kieszeni spódnicy. Wyciągnęła korek i wlała trochę 

mikstury do jednej ze szklanek, po czym zakorkowała 

buteleczkę i ukryła ją za butelką whisky. Uśmiecha­

jąc się do siebie, napełniła szklanki alkoholem. 

- Naprawdę uważasz, że Amanda wymyśliła sobie 

całą tę historię z duchem? - spytała, podając mu whi­

sky. Specjalnie usiadła naprzeciwko niego. 

- Nie ma powodów, bym zmienił zdanie. 

- Ona czasami rzeczywiście daje się ponieść 

wyobraźni. - Wpatrywała się w jego szklaneczkę, 

czekając, aż weźmie ją do ręki. - Ale co to jej daje? 

- Nie wiem. Wielu rzeczy w niej nie rozumiem. 

- Zawsze mówiła, że bardzo jej się tu podoba i nie 

chciałaby stąd wyjeżdżać. Nie napijesz się? 

- Może więc właśnie to daje nam odpowiedź. Wy­

myśliła tę historię, byście tu zostały. - Ścisnął dłoń 

w pięść. - Chciała się mnie pozbyć, ale jej się nie 

udało. 

Polly doszła do wniosku, że w tym, co powiedział 

Chance, jest pewna logika. 

Pochylił się do przodu. 

- Nie wiem jak ty, Polly, ale ja nie pozwolę wy-

background image

strychnąć się na dudka. Kiedyś znałem kobietę podo­

bną do Amandy. Wierz mi, niektóre kobiety napra­

wdę są zdolne do wszystkiego, żeby postawić na 

swoim. 

- Dlaczego więc tkwisz w Springtown? 

- Bo chcę coś skończyć. - Miał na myśli dziennik. 

- Kiedy już poznam odpowiedzi na wszystkie pyta­

nia, wyniosę się stąd. 

- Weźmiesz mnie ze sobą? 

Uśmiechnął się. 

- Czemu nie? 

- Wypijmy za to. - Podniosła szklankę i czekała, 

aż on zrobi to samo. 

Chance już brał do ręki whisky, gdy usłyszał, że 

otwierają się wejściowe drzwi, a po chwili ujrzał 

Amandę. 

- Nie mogłam cię znaleźć, Polly, więc się domy­

śliłam, że jesteś tutaj - powiedziała, wchodząc do po­

koju. Wiedziała, że głupio się zachowuje, lecz coraz 

trudniej jej było opanować zazdrość. Przynajmniej 

nie siedzieli blisko siebie. - Widzę, że sobie popija­

cie. - Zauważyła, że Chance ma nie zapiętą koszulę. 

- Czy mnie też chcieliście zaprosić? 

- Właśnie mieliśmy wznieść toast - odparł Chance. 

Polly uprzytomniła sobie, że to cudowna okazja. 

Jeżeli Chance w sposób otwarty zacznie jej robić 

awanse, to Amanda z pewnością zostawi go w spo­

koju. 

- Myślę, że to dobry pomysł: toast za przyszłość. 

- Wstała z kanapy. - Naleję ci. 

background image

- Nie fatyguj się. Wypiję to, co już nalałaś, i nie 

będę wam przeszkadzać - powiedziała Amanda i ku 

przerażeniu Polly podniosła szklaneczkę Chance'a. 

- Nie... - szepnęła Polly, lecz było za późno. 

Amanda zakrztusiła się i poczerwieniała na twa­

rzy. Chance się zaśmiał. Na jego twarzy malował się 

taki zachwyt, że Polly rzuciła się do drzwi. Doskonale 

wiedziała, czym się to wszystko skończy, i nie miała 

zamiaru na to patrzeć. Chance'owi rozbłysły oczy na 

widok Amandy, najwyraźniej był w niej zakochany. 

Wątpiła, czy któreś z nich w ogóle zauważy, że ona 

wyszła. 

Cały czas się śmiejąc, Chance podszedł do Amandy 

i poklepał ją po plecach, by szybciej złapała oddech. 

Amanda się szarpnęła. 

- Chcesz mnie zabić? 

- Nie myśl, że nie brałem tego pod uwagę. -

Szybko przeszła mu ochota na żarty. Podprowadził ją 

do kanapy, by usiadła. - Nadszedł czas, panno Aman­

do, byśmy porozmawiali. A w ogóle, to jak brzmi 

twoje nazwisko? 

- Bradshaw. - Odzyskała oddech, chciała wstać. 

Przytrzymał ją na miejscu. 

- Nie będziesz używał wobec mnie siły! - wy­

krzyknęła. - Trzymaj te brudne łapy przy sobie! -

Znów chciała wstać, ale jej przeszkodził. Nawet nie 

starał się być delikatny. 

- Możemy tak się bawić przez cały dzień, ale jeśli 

się zgodzisz przez chwilę posiedzieć, to porozmawia­

my - powiedział ostrym tonem. 

background image

- Nie mam o czym z tobą rozmawiać. 

- Ja akurat uważam odwrotnie, jest wiele spraw, 

o których powinnaś ze mną porozmawiać. Przesta­

niesz się szamotać? 

- Dobrze! 

Ruszył w stronę swojego fotela, upewniając się 

jednak po drodze, czy ona znów się nie zrywa na no­

gi. W końcu usiadł wygodnie. 

- No, zaczynamy. Zakładając, że potrafisz mówić 

prawdę, czy możesz mi powiedzieć, co chcesz uzy­

skać, opowiadając tę historię o duchu? 

- Jak śmiesz wątpić, czy potrafię mówić prawdę?! 

To ty ciągle kłamiesz. A duch istnieje! Zabił jednego 

z bandytów! - Po wyrazie twarzy Chance'a widziała, 

że on wcale jej nie wierzy. 

- Pogadajmy o czymś innym. Jak się dowiedziałaś 

o złocie? 

- Znów mi nie uwierzysz. 

- Zobaczymy. 

- Duch mi powiedział. 

- Muszę cię pochwalić, rzeczywiście jesteś konse­

kwentna. Ale mnie to nie przekonuje. 

- Tak myślałam. - Patrzyła, jak przeciąga palcami 

przez włosy koloru piasku. Miał naprawdę piękne 

dłonie. Zastanawiała się, po kim odziedziczył te nie­

bieskozielone oczy. 

- Wiem, że chciałaś, bym zniknął z tego miasta. 

Mogłabyś wtedy zagarnąć całe złoto. Czy powodo­

wały tobą też jakieś motywy osobiste? 

- Nie. Ja... - Pomyślała, że ma takie męskie rysy, 

background image

a usta... usta takie miękkie. - Po co tu przyszła 

Polly? 

- Najpierw odpowiedz na moje pytanie. 

- Jakie pytanie? 

- Dobrze się czujesz? 

Oparła się łokciem o poręcz kanapy i uśmiechnęła. 

- Bardzo dobrze. Może się jeszcze napijemy? 

- Amando! Co trzeba zrobić, byś odpowiedziała 

na pytanie? Pytałem, czy chcąc, bym się stąd wyniósł, 

kierowałaś się osobistymi względami. 

- Z iloma kobietami w życiu spałeś? 

- Dlaczego to cię interesuje? 

Obrzuciła go długim spojrzeniem i zaczęła rozpi­

nać spódnicę. 

- O, nie, tak się z tego nie wywiniesz. Nie ma 

mowy. 

Potrząsnęła głową. Co też ona robi? Czuła się jakoś 

dziwnie. 

- Nie wiem, o czym mówisz. - Zaczęła zapinać 

guziki. Po zapięciu drugiego jej palce znieruchomia­

ły. Oblała ją fala gorąca. 

- Doskonale wiesz, do cholery, o czym mówię. 

Odpowiedz mi, moja droga! 

- Chance, ja... - Poczuła tak nagłe pożądanie, że 

zakręciło się jej w głowie. 

- Co? - Czy z jej oczu wyzierała prawdziwa na­

miętność, czy to tylko kolejna sztuczka, by przepro­

wadzić swoją wolę? 

Pożądanie tak w niej rosło, że nie potrafiła już jas­

no myśleć. Ręka zsunęła się z guzików na piersi. 

background image

- Nie pamiętam, co chciałam powiedzieć. 

Chance poprawił się w fotelu. Nie miał zamiaru 

pozwolić jej na to, by wykręciła się od odpowiedzi. 

Mimo to krew zaczęła mu szybciej krążyć w żyłach 

na widok jej ręki głaszczącej stanik. 

- Mówiliśmy o tym, że chciałaś, bym stąd się wy­

niósł. 

- Och, wolałabym raczej mówić o tym, jak się 

czuję, kiedy mnie dotykasz i... 

- Uspokój się! My... - Poczuł, jak górną wargę 

zrasza mu pot, bo Amanda zaczęła iść ku niemu. Pa­

trzyła mu prosto w oczy. Wstał z fotela i podszedł do 

okna. Stojąc w bezpiecznej odległości, odwrócił się. 

- Chcę wiedzieć, co ze złotem. Jeśli myślisz, że wy­

niosę się stąd bez mojej działki, to się grubo mylisz. 

I nie zmienię zdania, nawet jeśli będziesz używać 

tych kobiecych sztuczek. 

Amanda najchętniej zerwałaby z siebie suknię 

i rzuciła się na Chance'a. Przyszło jej jednak do gło­

wy, że on przez nią też czuje się dziwnie. Widziała, 

jakie robi na nim wrażenie. Podeszła bliżej, wyjęła 

spinki z włosów, które opadły jej na ramiona. 

- Chcesz powiedzieć, że już ci się nie podobam? 

- spytała uwodzicielskim tonem. 

- Powiedziałem, że nie... 

- Nie obchodzi mnie, co powiedziałeś. 

Stała przed nim, wyciągnęła rękę i przesunęła po 

jego torsie. Odtrącił ją, oddychał ciężko. 

- Cholera, przecież damy nie... 

- Sam mi mówiłeś, że damy też. - Pieściła jego 

background image

tors. - Pragnę cię, Chance. Naprawdę bardzo cię pra­

gnę. 

Szybko tracił panowanie nad sobą. Powinien ją od­

sunąć, lecz była niby płomień, a on jak ćma. Była tak 

niezwykle pociągająca: rozchylone, wilgotne wargi, 

półprzymknięte powieki, zarumieniona twarz. Kiedy 

przesunęła językiem po swoich pełnych ustach, za­

pragnął zmiażdżyć je w namiętnym pocałunku. Zaraz 

przyszło mu jednak do głowy, że ona na pewno udaje, 

bo przecież nic takiego się nie wydarzyło, by nagle 

przestali walczyć ze sobą. Musiała udawać, żeby wy­

kręcić się od odpowiedzi. 

- Lepiej sobie idź. 

- Do cholery, Chance, kochaj się ze mną! 

- Nie, ja... 

Przytuliła się do niego i z tą chwilą był stracony, 

wiedział, że przegrał, że nie potrafi jej odtrącić. Do­

prowadzała go do szaleństwa, już nie chciał walczyć 

z pożądaniem. Wziął ją na ręce. Jeżeli udawała, to 

poniesie tego konsekwencje. Przytuliła się, całując go 

i pieszcząc, a z ust Chance'a wyrwał się gardłowy 

pomruk. 

Kiedy położył ją na łóżku w sypialni, wstrząsnęła 

nim siła jej pożądania. Natychmiast zaczęła rozpinać 

mu spodnie. Na Boga, pomyślał, ona nie udaje! Byli 

zbyt podnieceni, by zaczynać wstępne pieszczoty. 

- Tak, tak, tak - wyszeptała. - Mój słodki, z tobą 

czuję się tak cudownie. - Wygięła się w łuk, by zaczął 

pieścić jej piersi, wsunęła palce w jego jasną czupry­

nę. Tak długo czekała. Przesunęła ręką po jego ple-

background image

cach, zachwycała się siłą napiętych mięśni, pragnę­

ła dać mu tyle samo, ile od niego otrzymywała. Na­

pięcie rosło, marzyła o chwili, gdy zaczną spadać 

gwiazdy. Kołysała biodrami, nęcąc go, pragnąc, ko­

chając. Jego dłonie oblewały żarem jej ciało. Wcze­

piła się w jego plecy w oczekiwaniu, domagała się 

końca. 

- Kocham cię - szepnęła. Jej ciało naprężyło się, pa­

trzyła Chance'owi w oczy, niebo nad nimi runęło tysią­

cem gwiazd. Poczuła, jak Chance'em wstrząsa spazm. 

Czuła się cudownie, chciało jej się śmiać i żarto­

wać, obróciła się na bok, by popatrzeć na niego. Leżał 

na plecach, z zamkniętymi oczami, lecz wiedziała, że 

nie śpi. 

- Zrobimy to jeszcze raz? 

Zaśmiał się. 

- Nie od razu. 

Podparła się na łokciu. 

- Dlaczego? 

- Bo mężczyzna potrzebuje przynajmniej kilku 

minut, by dojść z powrotem do sił, moje kochanie. 

Zwłaszcza z taką kobietą jak ty. 

- A jaką ja jestem kobietą? 

Otworzył oczy, uśmiechnął się. 

- Taką, co ma dar dostawania tego, czego chce, 

i dawania tego samego w dwójnasób. 

- Ach, tak? To dobrze? 

Przytuliła się do niego i położyła mu głowę na 

piersi. Otoczył ją ramieniem, poczuła się bezpieczna, 

background image

- Więc ile mam czekać? - Pocałowała jego pierś. 

Wciągnął ją na siebie. 

- Niedługo, całkiem niedługo. 

- To znaczy... 

- To znaczy naprawdę niedługo. 

Poruszyła biodrami i uśmiechnęła się szeroko. 

- Rozumiem. 

Kiedy już zaspokoili pożądanie i Amanda była 

pewna, że co najmniej przez miesiąc nie będzie 

w stanie się ruszać, Chance całował mokre kosmyki, 

przylepione do jej twarzy. 

- Jesteś piękna - powiedział cicho. 

- Ty też. 

- Gdzie są twoi rodzice, Amando? Bo chyba masz 

rodziców? 

- Mama wróciła do swojej rodziny, a ojciec pew­

nie nadal mieszka w Columbii. 

- Czy masz zamiar odwiedzić któreś z nich? 

- Zdecydowanie nie. 

Przesunął palcami po jej ustach. 

- Dlaczego? 

Opowiedziała mu o swoim życiu i o tym, jak 

z Polly znalazły się w Springtown. Kiedy zapadła 

noc, zasnęli już razem głębokim, spokojnym snem. 

Polly niewiele zjadła na kolację. Zbyt się nad sobą 

użalała, by móc myśleć o jedzeniu. Kiedy jednak 

skończyła zmywać, była przygotowana na przyjęcie 

tego, co nieuniknione. Za dużo doświadczyła w ży­

ciu, by nie patrzyć na sprawy w sposób realistyczny. 

background image

Chance zakochał się w Amandzie. Widziała to w jego 

oczach. A jego wybranka też za nim szalała, w prze­

ciwnym razie nie dostałaby napadu zazdrości, widząc 

go razem z Polly. Jeżeli wolał Amandę, to ona już na 

pewno nie będzie starała się go zdobyć. Poza tym, 

chociaż wiele razy się kłóciły, była bardzo przywią­

zana do swojej jedynej przyjaciółki. 

Po niebie przetoczył się potężny grzmot. Polly 

drgnęła. Przed półgodziną była na dworze i widziała 

pięknie rozgwieżdżone niebo, po którym wędrował 

księżyc. 

Zerwał się huraganowy wiatr. Polly przestraszyła 

się nie na żarty. Bała się burzy, zatkała sobie uszy rę­

kami. Dom zaczął trzeszczeć. Przerażona, weszła pod 

stół. Bała się, że dom zaraz zawali się jej na gło­

wę, zaczęła płakać i szeptać od dawna zapomniane 

modlitwy. 

Amanda też drżała, mimo że Chance trzymał ją 

w ramionach. 

- Co się dzieje? - krzyknęła wśród ogłuszających 

grzmotów i wycia wiatru. 

- Nie wiem - odpowiedział zaniepokojony. Na­

wet jego zaczynały już zawodzić nerwy. - Nigdy 

w życiu niczego podobnego nie przeżyłem. Gdyby­

śmy byli w Teksasie, myślałbym, że to tornado! 

- Polly! - Amanda usiłowała wyrwać mu się z ra­

mion. - Polly! Trzeba do niej iść. Na pewno umiera 

ze strachu. 

- Nie, to zbyt niebezpieczne. Musimy to przecze-

background image

kać. - Coś uderzyło od zewnątrz w ścianę domu. 

Amanda krzyknęła przeraźliwie. Przytulił ją jeszcze 

mocniej. - Wszystko będzie dobrze - uspokajał. 

- To Jack! - zawołała nagle. - Polly miała rację! 

On to robi, bo wie, że jestem z tobą! Puść mnie! -

Zupełnie przestała nad sobą panować: biła Chance'a, 

gryzła i kopała. - Polly, Polly! - krzyczała. 

Chance widząc, że Amanda nie zrezygnuje, nie 

miał wielkiego wyboru. Po prostu uderzył ją, by stra­

ciła przytomność. Jęknął przy tym głośno, bo cios był 

pewnie bardziej bolesny dla niego niż dla niej. Nagle 

burza się uciszyła. Zapadła głucha cisza. 

Upewniwszy się, że Amandzie nic nie jest, wstał 

i wciągnął spodnie. W pośpiechu, boso, popędził jak 

szalony do domu Polly. Drzwi frontowe wisiały na 

jednym zawiasie. 

- Polly? - zawołał. Było ciemno, posuwał się po 

omacku, szukał sypialni. Wciąż wpadał na różne 

sprzęty. - Polly! 

- Chance? 

A więc żyła! Chwała Bogu! 

- Gdzie jesteś, kochanie? - spytał pozornie spo­

kojnym tonem. 

- W kuchni pod stołem. 

Słyszał w jej głosie przerażenie. 

- Nic ci się nie stało? 

- Chyba nic. 

Starał się po omacku znaleźć drogę do kuchni, ude­

rzył o coś i zaklął pod nosem. Odsunął na bok jakieś 

krzesło. Poczuł, że za nogę chwyta go para rąk. Schy-

background image

lił się i podniósł bezwolne ciało. Polly cała się trzęsła. 

Usiłowała coś powiedzieć, ale nic z tego nie rozu­

miał. 

- Już po wszystkim, uspokój się. Nic ci nie będzie, 

wezmę cię do swojego domu. 

Kiedy tam dotarli, lampa już się paliła. Postawił 

Polly na podłodze, Amanda wybiegła z sypialni. 

Rzuciły się sobie w ramiona, płacząc. Chance za­

uważył, że Amanda zdążyła się ubrać. Przyzwycza­

ił się do jej męskiego stroju i nawet mu się w nim 

podobała. Widząc, że obie są zdrowe i bezpieczne, 

wziął lampę i poszedł do kuchni zrobić kawy. Zupeł­

nie nie rozumiał, co się wydarzyło. Jak mogło tak 

strasznie grzmieć, skoro nigdzie nie było widać bły­

skawic? 

- Amando - szepnęła Polly - to zrobił Jack. 

Wiem, że jest wściekły. Wszystkich nas zabije. 

Amanda też tak myślała. Wstrząsnął nią dreszcz. 

Chciała poprosić Polly, by jak najszybciej opuściła 

miasto razem z Chance'em, lecz te słowa nie mogły 

jej przejść przez usta. A poza tym jak miała przeko­

nać Chance'a, że naprawdę grozi im niebezpieczeń­

stwo? Przecież on nie uwierzył w ducha! Przyszedł 

jej do głowy pomysł, jak uspokoić Polly. 

- Słuchaj, Jacka Quigleya nie ma. 

- Nie wierzę ci! 

- Ale to prawda. Wszystko wymyśliłam. Nie ma 

się czego bać. 

Polly odsunęła się i popatrzyła na przyjaciółkę 

z niedowierzaniem. 

background image

- Dlaczego? 

Chance stał na progu i też czekał, aż Amanda 

wszystko wyjaśni. 

Miała zszarpane nerwy, była u kresu wytrzymało­

ści. Nagłe sobie przypomniała, co powiedzieli Gus 

i jego synowie. 

- Opowiadano mi o tym mieście jeszcze w Co­

lumbii. Kiedy przyjechałyśmy tu i zobaczyłam nazwę 

miasteczka, przypomniała mi się ta opowieść o duchu 

i ukrytym złocie. Chciałam je znaleźć, podobnie jak 

ty. Zjawił się Chance, a ja zaczęłam się bać, że zosta­

wisz mnie tutaj samą, więc wymyśliłam Jacka Qui-

gleya. - Przerwała na chwilę, usiłując zebrać myśli. 

- Źle zrobiłam - podjęła. - Poza tym nie mam poję­

cia, czy tu naprawdę jest złoto. Chyba wszyscy wpad­

liśmy w pułapkę. Dopuściliśmy do tego, że powodo­

wała nami chciwość. Nie miałabym wam za złe, gdy­

byście razem z Chance'em się stąd wynieśli. 

- Chcesz się mnie pozbyć? - spytała oburzona 

Polly. 

- Nie, tylko chcę, byś wszystko dobrze rozumiała. 

Od samego początku miałaś rację. Nic tu nie ma. Już 

pierwszego dnia chciałaś stąd wyjechać. Po prostu 

mówię, że w niczym nie ma twojej winy. 

- A jeżeli ja stąd się wyniosę, to ty też? 

- Nie, już ci mówiłam, że mnie się tu podoba. 

- Nieprawda, chcesz całe złoto zagarnąć dla siebie! 

- Do diabła! Dlaczego za każdym razem, kiedy ja 

coś powiem, masz inne zdanie? Jeżeli chcesz zostać, 

to w porządku, zostań! 

background image

Amanda poszła do saloniku i rzuciła się na kanapę. 

Bała się i nie wiedziała, co robić. W czasie tej burzy 

ktoś mógł zginąć. Jeżeli była to sprawka Jacka Qui-

gleya, to tym bardziej należało się niepokoić. Ale 

gdyby Polly i Chance wynieśli się z miasteczka... 

- Zaparzyłem kawy - oznajmił Chance. 

Z wdzięcznością przyjęła filiżankę. 

- Polly, siadaj tu - polecił. 

Dziewczyna posłusznie zajęła miejsce w fotelu na­

przeciwko Amandy, lecz nawet na nią nie spojrzała. 

Chance wyszedł do kuchni i wrócił z dwiema filiżan­

kami. Jedną z nich podał Polly. 

- Drogie panie - zaczął, stając przed kominkiem 

- moim zdaniem wszyscy popełniliśmy błąd. 

Obie popatrzyły na niego pytająco. 

- Otóż zabrakło wzajemnego zaufania. - Skrzy­

żował ręce na nagim torsie. -- Wysłuchajcie mnie, za­

nim same się wypowiecie. Rozumiem, dlaczego nie 

potrafiłyście na początku mi zaufać. Ale potem? Gdy­

bym chciał wyrządzić wam krzywdę, już dawno bym 

to zrobił. Owszem, chciałem zgarnąć złoto, przyzna­

ję. Teraz już mam do tego zupełnie inny stosunek. 

Gdybyśmy je znaleźli, nie miałbym nic przeciwko te­

mu, by podzielić je na trzy części. - Wziął swoją fi­

liżankę i wypił łyk gorącej kawy. - Wiem jedno. Jeśli 

złoto rzeczywiście jest gdzieś ukryte, to nie znajdzie­

my go, działając w pojedynkę. Musimy połączyć siły. 

Czy się na to zgadzacie? 

- Przez ile tygodni? - spytała Amanda. 

- Przez trzy. Już poświęciliśmy na to sporo czasu, 

background image

więc jeżeli po trzech kolejnych tygodniach niczego 

nie znajdziemy, to znaczy, że złota nie ma. 

- A co z Amandą? Tyle już nakłamała i teraz ma­

my jej ufać? - wtrąciła Polly. - Znajdzie złoto i wca­

le się do tego nie przyzna. 

Amanda przymknęła oczy. 

- Jak możesz tak mówić, Polly! To ja od same­

go początku mówiłam, byśmy wszystkim się po­

dzieliły. Moim zdaniem Chance ma dobry pomysł. 

Powinniśmy działać razem. Może dobrze by było 

narysować jakąś mapę i zaznaczyć na niej miejsca, 

w których już byliśmy. W ten sposób ułatwimy so­

bie sprawę. Poza tym złoto nie jest ukryte w mieście. 

Jest gdzieś, gdzie o jakiejś porze dnia pada na nie 

słońce. 

- Skąd wiesz? - spytał Chance. 

Amanda otworzyła szeroko oczy. Jak mogła być 

taka nieostrożna! Zerknęła na Polly. 

- Ja... 

Polly skoczyła na równe nogi. 

- Wiedziałam, wcale nie kłamałaś o duchu! Co je­

szcze powiedział ci Jack Quigley? 

- Chyba w to nie wierzysz, Polly? - odezwał się 

Chance. - Wszyscy jesteśmy zmęczeni. Popatrz, za­

czyna świtać. Proponuję, byśmy poszli spać. Poroz­

mawiamy później. 

- Idę do siebie - rzuciła Amanda, wstając. 

Podszedł i wziął ją w ramiona. 

- Jesteś śmiertelnie zmęczona. Zostań tu. 

- Nie! - krzyknęła. - Nie mogę. - Wyrwała mu 

background image

się. Jeżeli wszystko to było sprawką Jacka Quigleya, 

to nie chciała narażać Chance'a. 

- O co chodzi, do diabła? - zniecierpliwił się 

Chance. - Jeszcze godzinę temu leżałaś w moich ra­

mionach, a teraz zachowujesz się tak, jakbyś nie 

chciała mieć ze mną nic wspólnego! 

- Ja tylko chcę pomóc nam wszystkim znaleźć 

złoto i rozdzielić je na trzy części. - Powstrzymy­

wała łzy. Pragnęła zostać z Chance'em na zawsze. 

Nie mogła jednak. Najpierw musiała porozmawiać 

z Jackiem. Nie miała pojęcia, czego się po nim jesz­

cze spodziewać. 

Chance z wściekłością patrzył w drzwi, za którymi 

zniknęła Amanda. 

- Ja bym chciała zostać - odezwała się Polly. -

Nie patrz tak na mnie. Przecież nie chodzi mi o to, 

by spać z tobą. Pewnie przyniesie ci ulgę wieść, że 

poddałam się w tej bitwie. - Podeszła do kredensu, 

zza butelki whisky wyciągnęła buteleczkę i schowała 

do kieszeni. 

- Co to? - spytał ostro. 

- To był podarunek ode mnie dla ciebie. 

- Nie rozumiem. 

Polly wzruszyła ramionami. 

- Naprawdę to nieważne. Nie bądź zły na Amandę. 

Chrząknął. 

- Może byśmy się napili? - zaproponowała. 

Chance skinął głową. 

Wzięła z kredensu dwie szklaneczki i odkorkowa­

ła butelkę whisky. 

background image

- Już w dzieciństwie ostrzegano mnie przed du­

chami. Niektórych rzeczy boję się tak, że wprost 

umieram ze strachu. Do nich zaliczam duchy. 

- Polly, nie zaczynaj od nowa. To tylko przesądy. 

- Myślę, że powinieneś mnie wysłuchać, dla do­

bra nas obojga. - Podeszła i podała mu szklaneczkę. 

- Może masz rację co do duchów, może nie masz. Ja 

jestem pewna, że nie wszystkie opowieści o duchach, 

jakie słyszałam, były prawdziwe. Może nie jestem ta­

ka bystra jak Amanda, ale też nie jestem głupia. 

- Do czego zmierzasz? - spytał, marszcząc czoło. 

Usiadła w krytym aksamitem fotelu. 

- Czy Amanda mówiła ci, jak tu się znalazłyśmy? 

- Tak, ale nadal nie rozumiem, co to ma wspólne­

go z duchami. 

Polly wypiła łyk alkoholu. 

- Tej nocy, kiedy przyjechali tu ci trzej dranie, obu­

dziły mnie krzyki Amandy. Była przerażona, chciała za­

raz się stąd wynosić. Dlatego ukradłyśmy konie. 

- To było, zanim ja się pojawiłem. 

- Tak, ale Amanda stwierdziła potem, że to wszy­

stko wymyśliła. Nie mam zamiaru udawać odważnej, 

bobym was oszukała. Nie potrafię nawet w połowie 

wyrazić, jaka jestem przerażona. 

Chance wychylił do końca szklaneczkę. 

- Rozumiem, co chcesz powiedzieć, ale absolut­

nie nie wierzę w istnienie ducha. Z jakiego powodu 

miałby tu się ukazywać? 

- Jack Quigley... to znaczy ten duch... kocha się 

w Amandzie. A zazdrość to potężna siła. 

background image

- Chcesz, bym w to uwierzył, do diabła!? 

- Spójrzmy na to z innej strony. Przed przyjazdem 

nic nie wiedziałyśmy o złocie. To Jack powiedział 

o nim Amandzie. - Polly zadrżała. - Czujesz prze­

ciąg? 

- Tak, pewnie od okna. - Wstał i nalał sobie nową 

porcję whisky. - Ja słyszałem tę opowieść w Mur-

phys, więc Amanda mogła ją usłyszeć w Columbii. 

- Widzę, że nie dam rady cię przekonać! Może 

więc wyświadczysz mi jedną przysługę? 

- Jaką? 

- Wydostań nas stąd albo... 

- Nie zamierzam uciekać ze strachu. Ty, Polly, 

rób, jak chcesz. Ja zostaję, dopóki wszystko się nie 

wyjaśni, co, mam nadzieję, nastąpi w ciągu najbliż­

szych trzech tygodni. 

Amanda z przerażeniem patrzyła na szkody wy­

rządzone przez burzę: stłuczone szyby, wyrwane 

drzwi i okna, zapadnięte lub zerwane dachy. Pędziła 

do swojego domu z obawą w sercu, co zastanie. 

Słońce wyszło już zza horyzontu, zrobiło się ciepło. 

Trudno było sobie wyobrazić, że jeszcze niedawno 

szalała wichura. Amanda była przekonana, że to piek­

ło rozpętał Jack, choć w świetle dnia wydawało się to 

niemożliwe. 

Odprężyła się dopiero, gdy w oddali zobaczyła 

swój dom. Na zewnątrz nie widać było szkód, lecz 

drzwi wejściowe stały otworem. Kiedy weszła do ho­

lu, wyczuła, że Jacka nie ma. 

background image

- Jack! - zawołała. - Chcę porozmawiać! 

Przeszukała wszystkie pokoje, lecz nigdzie go nie 

znalazła. Pozostał jej jeszcze ostatni, na końcu kory­

tarza. Nigdy do niego nie wchodziła. Był śliczny, 

urządzony na biało i niebiesko - we wszystkich od­

cieniach tego koloru. Nawet tapeta była w niebieskie 

kwiatki na białym tle. Nie mogło być wątpliwości, że 

pokój należał do kobiety - wskazywało na to całe 

umeblowanie, flakoniki perfum, różne przedmioty 

służące do damskiej toalety. Amanda spojrzała na łóż­

ko. Miało baldachim na czterech kolumienkach. Wy­

glądało niezwykle kusząco. Usiadła na miękkim pier­

nacie. Tu poczeka na Jacka. Po chwili już spała. 

Chance leżał z otwartymi oczami. Słyszał, jak Pol­

ly chrapie w drugim pokoju. W innych okoliczno­

ściach śmiałby się z tego, lecz teraz nie miał nastroju 

do żartów. Polly upierała się, że istnieje ten jakiś Jack 

Quigley. Bardzo go to denerwowało. Nie wątpił, że 

obie z Amandą rzeczywiście wierzą w jego istnienie. 

Przecież gdy zaczęła się burza, Amanda była nieprzy­

tomna ze strachu i winiła za nią Jacka Quigleya. 

Wstał z łóżka i poszedł do saloniku. Nalał sobie 

whisky, zapalił cygaro i zajął ulubiony fotel. Nie po­

trafił już wypierać się miłości do Amandy, a to jesz­

cze bardziej komplikowało sprawę. Jeżeli wierzyła 

w jakiegoś ducha, to przecież może ją straszyć do 

końca życia. W takim razie co z nim? Ubiegłej nocy 

zawiązała się między nimi silna więź. Dziś rano 

Amanda znów okazała mu chłód. 

background image

Dotknął przypadkiem dziennika i wyciągnął go 

spod poduszki. Nie wspomniał ani słowem o zapi­

skach Emily, bo nie chciał, by Amanda i Polly wyol­

brzymiły jego znaczenie. Kiedy skończy czytać tę 

ostatnią część, powie im, skąd zna opowieść o ukry­

tym złocie. 

Otworzył dziennik, zajrzał na ostatnią stronę, lecz 

nie znalazł tam żadnych istotnych wiadomości. Emily 

opowiadała o tym, jak to schowała się do szafy, zu­

pełnie jak w dzieciństwie. Chance postanowił prze­

czytać całość. Z drugiej części dziennika dowiedział 

się, że ojciec Emily ukrywał złoto. Może w trzeciej 

części znajdzie jakąś inną ważną informację. 

Po jakimś czasie dowiedział się jednak tylko tyle, 

że Susan, dziewczyna, która wyszła za mąż za Jose­

pha pod koniec poprzedniej części, teraz była w cią­

ży. Historia miłości Susan i Josepha była, zdaniem 

autorki dziennika, bardzo romantyczna. Emily 

ogromnie się jednak zdziwiła, kiedy już w tydzień po 

ślubie Susan miała spory brzuszek. Chance roześmiał 

się cicho. Ach, ta swawolna Susan! 

background image

Rozdział trzynasty 

Amanda obudziła się w południe. Czuła się wypoczę­

ta bardziej niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich miesięcy. 

Miała cudowny sen, aż się uśmiechnęła. Śniło się jej, że 

razem z Chance'em biegną przez pole maków. Chance 

bierze ją w ramiona i zaczynają się kochać. Tak czule, 

a zarazem namiętnie, że na samo wspomnienie ogarnęło 

ją pożądanie. Czy kiedyś uda im się przeżyć razem takie 

szczęście i mieć takie poczucie wolności jak w tym 

śnie? Chance nigdy nie wymówił słowa miłość, lecz 

ubiegłej nocy połączyło ich coś niezwykłego, magiczne­

go. Amanda nabrała przekonania, że ją kocha. 

Podniosła ręce i przeciągnęła się. Przebiegła wzro­

kiem po pokoju. Jej spojrzenie zatrzymało się na sos­

nowej szafie. Była wielka, rzeźbiona, mieściło się 

w niej na pewno bardzo dużo ubrań. Amanda uznała, 

że nadszedł czas, by włożyć suknię. Spała w brud­

nych spodniach, bo nie miała siły się rozebrać. 

Wstała z łóżka i podeszła do szafy. Była zamknięta 

na klucz, drzwi nie chciały ustąpić. Przyglądała się 

przez chwilę zamkowi, lecz doszła do wniosku, że nie 

zrobi jej różnicy, jeśli ubierze się w suknię wyjętą 

z innej szafy, tej w swojej sypialni. 

background image

Zeszła po szerokich schodach, przeciągając ręką 

po mahoniowej poręczy. Z holu na dole skierowała 

się do kuchni w tylnej części domu. Od razu poczuła 

zapach ziół, które przed tygodniem powiesiła, by się 

ususzyły. Pomyślała, że cudownie by było, gdyby 

miała taką kuchnię w Columbii. Była duża, na hakach 

wisiały przeróżne garnki i rondle, na kredensie stał 

śliczny młynek do kawy. Wiele tu było sprzętów 

usprawniających przygotowywanie posiłków. Piec 

wyglądał tak, jakby nigdy go nie używano. Na środku 

stał okrągły stół dębowy i krzesła. Można więc było 

tu swobodnie jadać. Najzabawniejsze jednak były 

dzwonki uwieszone pod sufitem. Amanda dopiero po 

jakimś czasie domyśliła się, do czego mogą służyć. 

Od każdego biegł sznur do innego pokoju. Każdy też 

miał inny dźwięk, żeby służba wiedziała, do którego 

pokoju ją wzywają. Naprawdę wspaniały wynalazek. 

Szybko coś zjadła i zgromadziła rzeczy potrzebne 

do sprzątnięcia biało-niebieskiego pokoju, w którym 

postanowiła zamieszkać. Kiedy stanęła z powrotem 

w jego progu, twarz jej rozjaśnił uśmiech. Czy mo­

głaby tu kiedyś przyprowadzić Chance'a? 

Zaczęła robić porządki, podśpiewując sobie starą 

piosenkę poszukiwaczy złota i rozmyślając o tym, 

jak mogłoby wyglądać jej życie z Chance'em. W je­

go ramionach czuła się jak w niebie. A dotyk jego rąk 

powodował, że całe ciało zaczynało żyć... Przerwała 

na chwilę. Może nie powinna myśleć o tym wszy­

stkim. 

Kiedy pokój już lśnił czystością, stanęła, by podzi-

background image

wiać efekty swojej pracy. Dlaczego wcześniej nawet 

pobieżnie nie przeszukała tego pokoju? Jutro wynie­

sie piernat na dwór, by się wywietrzył, przeszuka 

skrzynię i szafę... Już teraz ogarnęła ją ciekawość, 

podeszła więc do szafy i ponownie próbowała ją 

otworzyć. Drzwi jednak nadal nie chciały ustąpić. Ju­

tro wymyśli jakiś sposób. Zrobiło się już późne popo­

łudnie, musiała się przebrać z brudnych spodni i ko­

szuli i iść do domu Chance'a, ustalić z nim plan po­

szukiwania złota. 

Kiedy wychodziła z domu, nuciła i była w cudow­

nym humorze. Przeszła przez ganek i już miała zejść 

po kilku stopniach, kiedy noga zawisła jej w powie­

trzu. Przerażona Amanda zasłoniła dłonią usta. Na 

jednym ze schodków leżał martwy pies. Na szyi miał 

sznur, cały był zakrwawiony, krew zaczynała krze­

pnąć. Od razu poznała, że to ten sam pies, który ob­

szczekiwał je, kiedy przyjechały z Polly do miaste­

czka. Potem już nigdy go nie widziała, uznała więc, 

że był zdziczały. Żołądek podszedł jej do gardła, od­

wróciła głowę. 

Podniosła spódnicę i skoczyła na ziemię. Rzuciła 

się biegiem, pędziła jak szalona. Drzwi domu Chan­

ce'a stały otworem. Wbiegła do środka, przeszukała 

wszystkie pokoje, lecz nikogo nie znalazła. Stojąc 

w holu, usiłowała złapać oddech, powtarzała sobie, 

że przesadza, że niepotrzebnie tak się przestraszyła. 

Nic jednak nie pomagało. Chance musi zabrać trupa 

tego psa. Ona sama na pewno tego nie zrobi! 

- Chance!-krzyknęła. 

background image

Już miała ruszyć dalej, kiedy usłyszała kobiecy 

głos. Wyjrzała przez drzwi i zobaczyła Polly z Chan­

ce'em. Szli w stronę domu. Podbiegła do nich. 

- Nie macie pojęcia, co leży u mnie na schodach! 

- Najmniejszego - odparł Chance. 

- Martwy pies! - Ani Polly, ani Chance nie zare­

agowali. - Zabity pies! Nie słyszycie?! 

- Ale co mamy zrobić? - spytał Chance. 

- No przecież coś trzeba z nim zrobić. 

Chance położył rękę na ramieniu Polly. Kiedy do­

strzegł, że Amandzie oczy zwężają się w szparki, je­

szcze mocniej uścisnął jej przyjaciółkę. Czy napra­

wdę udało mu się wzbudzić w Amandzie zazdrość? 

- Ale co chcesz, bym zrobił? 

Jak on śmie obejmować Polly? I nawet się do sie­

bie uśmiechają! Miała taki piękny sen miłosny, po­

tem znalazła zabitego psa. Naprawdę za wiele tego 

wszystkiego! 

- Zakop go! 

- W porządku. Chodźmy zobaczyć. - Był pewien, 

że Amanda znów sobie coś wymyśliła albo chciała go 

odciągnąć od Polly. 

- Nie weźmiesz łopaty? 

- Jeżeli ten pies rzeczywiście tam leży, to łopatę 

znajdę w twoim domu. 

Ruszyła przodem, Chance ją dogonił. 

- Co się stało? Nie wystarczy ci jedna kobieta?! 

- wybuchnęła. 

- Dziś rano odniosłem wrażenie, że nie chcesz 

mieć ze mną nic wspólnego. 

background image

- I niespecjalnie dużo czasu zajęło ci przerzucenie 

się na inną! 

- No, chodź do mnie, też cię przytulę. 

- Nie potrzebuję! 

- Masz ładną suknię. 

- Nie myślałam, że zauważysz. 

- Wierz mi, że zauważyłem. 

Ze smutkiem, lecz zarazem z ulgą stwierdziła, że 

pies nadal leży na schodach. Nie chciała podchodzić 

blisko, czekała, aż Chance go obejrzy. 

- Ktoś musiał go pobić i powiesić, ale zwierzę ja­

koś się uwolniło i przybiegło tutaj. Widzisz - wskazał 

ślady na ziemi - widać, którędy się czołgał ten bie­

dak. Nie mam pojęcia, jak on... - Znów spojrzał na 

zwierzę. - To pies Emily! 

- Emily? A kto to jest? Chcesz mi powiedzieć, że 

znałeś kobietę, która tu mieszkała? 

Chance musiał szybko coś wymyślić. Nie chciał 

ujawnić całej prawdy o dzienniku. 

- Kiedy byłyście w Angels Camp, przeszukałem 

częściowo ten dom i znalazłem kilka zapisanych kar­

tek. Chyba pochodziły z jakiegoś dziennika prowa­

dzonego przez dziewczynę o imieniu Emily. Pisała 

między innymi o psie w łaty, który miał mniej więcej 

rok. Uwielbiała go. 

Amanda nie rozumiała, dlaczego Chance mówi takim 

smutnym tonem, jakby rzeczywiście znał tę dziewczynę. 

- Zakopiesz go? - spytała cicho. 

Spojrzał w stronę dużego dębu. Właśnie pod nim 

Emily bawiła się ze swoim szczeniaczkiem. 

background image

- Tak, tam go zakopię. Pod tamtym drzewem. 

Może pójdziesz poszukać łopaty, a ja przeniosę psa. 

Patrzyła ze zdumieniem, jak delikatnie Chance 

podniósł nieżywe zwierzę. Poczuła, że kocha go je­

szcze bardziej. Ruszyła do domu. 

Zakopawszy psa, Chance odrzucił łopatę i popadł 

w zadumę. Fakt, że pies należał do Emily, wywarł na 

nim wielkie wrażenie. Czuł się w przedziwny sposób 

związany z autorką pamiętnika, poznał jej smutki 

i radości. Na szczęście istniały na tym świecie nie tyl­

ko Patrycje, ale i Emilie. Zapragnął mieć kogoś bli­

skiego, kochanego. Najwyższy czas pozostawić za 

sobą przeszłość i zacząć myśleć o przyszłości. 

- A może pójdziemy popływać? 

To całkiem niespodziewane pytanie zaskoczyło 

Amandę. 

- Ale Polly na nas czeka. 

Wziął jej małą rękę w swoją dużą dłoń. 

- Myślę, że zrozumie. 

Amanda wiedziała, że nie powinna się zgodzić, 

lecz tak bardzo pragnęła być z nim sam na sam. 

- Chciałabym... - I nagle poczuła, że Jack jest w po­

bliżu. Nie miała pewności, czy z jego strony grozi im 

niebezpieczeństwo, lecz nie powinna ryzykować. Pomy­

ślała, że musi wymyślić coś, co uspokoi obu: Chance'a 

i Jacka. - Powinnam jednak iść do Polly. Mamy napra­

wdę niewiele czasu na szukanie złota. 

Chance roześmiał się. 

- Ależ z ciebie uparciuch. Zresztą chyba masz rację. 

Już i tak jest późno. Chodź nad jezioro. 

background image

- Nie, wracajmy do domu i narysujmy mapę. Ra­

no będziemy mogli zabrać się do roboty. 

- Mapę możemy narysować wieczorem. 

- Nie. 

- Tak. 

Wyrwała rękę z jego dłoni, przystanęła. Nie wy­

czuwała już obecności Jacka, lecz przytłaczało ją 

przeczucie czegoś złego. 

- Chance, zdarzy się coś strasznego - szepnęła. 

- Znów zaczynasz? 

- Dlaczego nie chcesz mnie słuchać? 

- Dobrze, będę cię słuchał, ale dopiero po kąpieli. 

- Myślisz tylko o jednym. 

- Tak jest, rzeczywiście. - Objął ją w talii i wziął 

na ręce. 

Próbowała się bronić. 

- Zostaw mnie, Chansie Doyer! 

- Bądź grzeczną dziewczynką - droczył się z nią, 

idąc wąską ścieżką. 

- Co mam zrobić, byś chciał posłuchać tego, co 

mam do powiedzenia? Grozi ci niebezpieczeństwo! 

- Tobie też, jeśli nie przestaniesz mi się wyrywać. 

Westchnęła. Wiedziała, że nic nie wskóra. 

Wreszcie dotarł na piaszczysty brzeg, ale wcale nie 

zwolnił kroku, tylko wszedł wprost do wody. 

Amanda poczuła, że woda sięga już do jej nóg. Po­

stawił ją w wodzie, lecz natychmiast znów lekko 

uniósł, tak by jej twarz znalazła się na tej samej wy­

sokości co jego. 

- Taka jesteś poważna - pocałował ją w usta - że 

background image

już zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle potrafisz 

się śmiać. No i co z tym pływaniem? 

- Pływaniem? Myślałam... 

- Wiem, co myślałaś, ale tego nie będzie. 

- Co znaczy, nie będzie? - spytała głosem na­

brzmiałym pożądaniem. 

- Znaczy to, że będziemy pływać. - Postawił ją na 

dnie. Woda sięgała jej do pasa, spódnica rozkładała 

się wokół niby płatki nenufaru. - Zniszczyłem ci suk­

nię - stwierdził, szeroko się uśmiechając. 

- A sobie buty. 

- Cholera! Nie pomyślałem o tym! Dobrze, że 

mam drugą parę. - Schylił się i zdjął jeden but, po 

czym rzucił go na piaszczysty brzeg. Po chwili po­

szybował tam dragi. Potem spodnie i koszula. - Od­

wróć się, pomogę ci zdjąć suknię. Mokry materiał bę­

dzie ci bardzo ciążył. 

- Gdybym wiedziała, że wrzucisz mnie do wody 

- droczyła się z nim - tobym się ubrała w spodnie 

i koszulę. Przydałoby się im pranie. 

Przez godzinę baraszkowali w jeziorze, śmiali się, 

ochlapywali wodą. Kiedy wrócili na brzeg, Amanda 

czuła zmęczenie, lecz zarazem ogromną radość. Na­

wet nie pamiętała, kiedy tak beztrosko się bawiła. 

Chance usiadł na ziemi i przyglądał się, jak wyci­

ska sobie wodę z włosów. Mokre pantalony i koszul­

ka przylgnęły jej do ciała. Wyglądała niezmiernie po­

nętnie. Tym razem nie chciał jednak, by pożądanie 

wzięło górę. 

- Amando, musimy sobie wyjaśnić pewne rzeczy. 

background image

- Dobrze. - Uśmiechnęła się. - Najwyższy czas, 

byś mi opowiedział coś o sobie. Ty już znasz moją 

przeszłość. - Zaczęła splatać włosy. - A może masz 

jakąś tajemnicę, której za nic nie chcesz mi zdradzić? 

Byłam przekonana, że jesteś ścigany listem gończym. 

Kiedy byliśmy w Angels Camp, chciałam cię oddać 

w ręce szeryfa. 

- To dlaczego tego nie zrobiłaś? 

- Bo wydawało mi się, że to nie będzie w porządku. 

- Możesz więc być spokojna. Nie ściga mnie pra­

wo. Chcę, byś mi opowiedziała o tym swoim duchu. 

Odrzuciła do tyłu warkocz i stała, patrząc na gład­

ką, połyskliwą taflę jeziora. Niedługo miało zajść 

słońce. 

- Dlaczego jak tylko wspomni się o duchu, stajesz 

się taka poważna? 

- Nic podobnego, wszystko to zmyśliłam. 

- Możesz sobie mówić, co chcesz, ale widzę, że 

przyjęłaś, iż Jack Quigley istnieje. 

- Po co mamy o tym mówić? I tak mi nie uwie­

rzysz. 

- A skąd mam wiedzieć, w co wierzyć? Polly mi 

opowiadała, że po raz pierwszy ukazał ci się tej nocy, 

kiedy ukradłyście konie. 

Amanda otoczyła kolana ramionami, oparła na 

nich głowę. 

- Nie, za pierwszym razem słyszałam tylko jego 

głos. Ukazał mi się później. Prawdziwy dżentelmen. 

Mówił mi słodkie słówka i prawił komplementy. Po­

chlebiło mi to. Po naszym powrocie z Angels Camp 

background image

jednak się zmienił. Był wściekły, że wyjechałam. Po­

za tym to on zabił tego bandytę. 

- Skąd wiesz? - spytał cicho. 

- Widziałam. Chance, boję się go. Mówi mi, że je­

stem jego miłością, i że pragnie, bym tu została na 

zawsze. Lękam się, że posunie się za daleko, żeby 

mnie tu zatrzymać. A poza tym miałam w nocy ko­

szmary. Okropne. Przerażające. 

Chance chciał wziąć ją w ramiona i utulić, lecz skoro 

zaczęła opowiadać, wolał dowiedzieć się wszystkiego. 

- Jakie to sny? 

- Najpierw śnili mi się ludzie, którzy krzyczeli 

i uciekali. Strzelano do nich z zimną krwią. Potem 

widziałam we śnie, że kogoś powieszono. Ludzie wi­

watowali, paliło się wielkie ognisko. Tym wisielcem 

był Jack Quigley, a miasteczkiem Springtown. 

Drżały jej usta, trzęsła się broda. 

- Słuchaj, Amando, czy to możliwe, byś to wszy­

stko sobie wymyśliła? Nie ukazał się ani Polly, ani 

mnie. Może miałaś taką potrzebę, by ktoś był dla cie­

bie dobry i opiekował się tobą? Może to dziwne mia­

sto ma na ciebie taki wpływ? Mnie trudno uwierzyć, 

że mieszkańców wygnała stąd żółta febra, ponieważ 

pozostał dobytek. 

- W Angels Camp nie pokazywał mi się. Przecież 

nie tracę zmysłów. Bo może ci się wydaje, że jestem 

bliska szaleństwa? Wiedziałam, że mi nie uwierzysz. 

- Sięgnęła po sukienkę. 

- No, dobrze, teraz spójrzmy na to z innej strony. 

Powiedzmy, że masz rację. 

background image

Popatrzyła na niego podejrzliwie. 

- Posuńmy się o krok naprzód. Powieszono go 

w Springtown, więc straszy w tym mieście. Z tego, 

co mi mówiłaś, wynika, że jest też bystry. Jeżeli to 

prawda, to czy nie potrafi wymyślić różnych rzeczy 

po to, żeby tobą manipulować? Na pewno wie, że się 

boisz. 

- Nie pomyślałam o tym. 

- Mówiłaś, że w Angels Camp wcale go nie wi­

dywałaś. To może po prostu spakujmy się i wynieśmy 

stąd. Już nigdy nie będzie cię niepokoił. 

- Zrezygnowałbyś ze złota? - spytała z niedowie­

rzaniem. 

- Owszem. - Uśmiechnął się do niej. - Tym bar­

dziej że może wcale go tu nie ma, więc po co tracić 

czas na poszukiwania? 

Odgarnęła z czoła mokre kosmyki. 

- Ale jeżeli jest, to moglibyśmy stać się bogaci. 

- Więc co chcesz robić? 

- Trzymajmy się planu i zostańmy jeszcze trzy 

tygodnie, tak jak proponowałeś. 

- A co będziesz robić, gdy już stąd wyjedziesz? 

- Chyba pojadę z tobą, jeśli mnie weźmiesz. 

- Dlaczego? 

Amandzie serce zabiło niespokojnie. A więc 

Chance jej nie chciał. 

- Masz rację, lepiej pojadę do San Francisco czy 

gdzieś indziej. 

- Jeżeli nie znajdziemy złota, to nie będziemy 

mieć nawet centa przy duszy. 

background image

Pomyślała, że ma pieniądze oszczędzone jeszcze 

w Columbii, bryłkę złota i pierścionek. 

- Chyba jakoś byśmy sobie dali radę. 

- Dlaczego wtedy chciałaś, żebym wyniósł się ze 

Springtown? 

Pochyliła głowę. 

- Z powodu złota. Ale potem kochaliśmy się i... 

- Wyjechaliśmy po tym, jak się kochaliśmy. Nie 

pamiętasz? Zawarliśmy umowę. 

- Tak, ale to było, zanim zdałam sobie sprawę, że 

jestem... - Nie potrafiła wypowiedzieć tych słów. 

Roześmiała się tylko. - Czy naprawdę przyniosłeś 

mnie tutaj tylko po to, by popływać i porozmawiać? 

Teraz on zachichotał. 

- A jaki jeszcze mógłbym mieć powód? 

- Mnie chodziło o coś innego. 

- Na przykład o co? 

- Pokażę ci. - Pocałowała go czule i namiętnie. Chance 

otoczył ją ramionami i zaczął całować jak szalony. 

Wrócili, kiedy Polly przygotowywała kolację. 

- Już myślałam, że nigdy się nie zjawicie - za­

uważyła. 

Amandzie przyszło do głowy że zamieniły się 

z Polly rolami. Przyjaciółka bowiem wyglądała ślicz­

nie i schludnie w niebieskiej sukni z wysokim koł­

nierzykiem i długimi rękawami. Rude włosy gładko 

zaczesała do tyłu i zwinęła w koczek. Amanda nato­

miast miała mokrą suknię, potargane rozpuszczone 

włosy i wcale nie wyglądała jak dama. 

background image

- Pójdę się przebrać. Zaraz wrócę. 

Po drodze myślała o tym, co powiedział Chance. 

Czy miał rację? Czy zmyśliła sobie Jacka Quigleya? 

Czy mogła coś podobnego wymyślić? Wyszedłszy 

spośród drzew, przystanęła i popatrzyła na swój dom. 

Robił wrażenie zimnego, niegościnnego. Przez chwi­

lę zmagała się z pokusą, by zawrócić, lecz poszła da­

lej. Postanowiła uporać się z Jackiem, czy rzeczywi­

ście istniał, czy nie. 

Otworzyła drzwi i natychmiast poczuła chłód 

i owo dziwne swędzenie czy drżenie skóry. Powta­

rzała sobie, że to wszystko tylko jej się wydaje, że 

wystarczy chwila prawdziwego skupienia, by Jack na 

zawsze zniknął z jej życia. Ruszyła przez hol ku 

schodom. Spojrzała w górę. Na podeście siedział 

Jack, jego przystojną twarz wykrzywiał grymas 

wściekłości. Zamknęła oczy, modląc się, by zniknął, 

lecz kiedy znów je otworzyła, nadal siedział na górze. 

Może wcale nie traciła zmysłów, tylko Chance miał 

rację, uważając, że Jack straszy ją po to, by móc nią 

manipulować. Postanowiła wziąć się w garść, opano­

wać strach i zacząć trzeźwo rozumować. Czekała, aż 

on się odezwie, i cały czas powtarzała sobie, że zu­

pełnie się nie boi. 

- Masz coś na swoje usprawiedliwienie? 

- Usprawiedliwienie czego? 

- To się chyba nazywa niewiernością - warknął. 

- A ty możesz zaspokoić wszystkie moje po­

trzeby? 

- Mogę ci dać miłość! 

background image

- Czy za życia nie miałeś kobiet? 

- To nie to samo, byłem mężczyzną. 

- A ja jestem kobietą. Też mam prawo cieszyć się 

życiem. Twoje życie zostało przerwane i to samo 

chcesz zrobić z moim. Pokaż mi swoją szyję. Pewnie 

nie chcesz, dlatego że widać na niej ślady po sznurze, 

na którym cię powieszono. 

Jack wstał i powoli zaczął schodzić. 

- Skąd o tym wiesz? 

- Widziałam to we śnie - wyjaśniła łagodniej­

szym już tonem. - Jeżeli doszło do niesprawiedliwo­

ści, bo nie zasłużyłeś na to, to nie przerzucaj swojej 

nienawiści na innych. 

- Inni nic mnie nie obchodzą. Ale dlaczego masz 

mokrą suknię? 

- Nie twoja sprawa. 

- Znów byłaś z Chance'em, prawda? W ubraniu 

czy bez? 

Amanda cofnęła się. Robiła wszystko, by nie dać 

się przestraszyć. 

- Gdybym pływała nago, miałabym suchą suk­

nię. 

- Chciałaś mi się przeciwstawić, prawda? 

Najwyraźniej nie pojęłaś lekcji. 

- Jakiej lekcji? - Musiała się odwrócić, bo prze­

niknął przez nią i stanął z tyłu. 

- Byłem wściekły, że wyniosłaś się z miasteczka, 

więc wymyśliłem sposób, by ci dać nauczkę. 

Chwyciła się poręczy. 

- Przysięgałeś, że nigdy nie pozwolisz, by mi się 

background image

stało coś złego, a teraz mi mówisz, że specjalnie zra­

niłeś mi czoło? 

- Tak jest. Mężczyzna musi pokazać swojej ko­

biecie, gdzie jej miejsce. 

- Ale ja nie jestem twoją kobietą! 

- Owszem, jesteś! Zawsze będziesz moją kobietą! 

Nie odbierze mi ciebie żaden mężczyzna! Rozu­

miesz?! Byłem cierpliwy! - Uderzył w ciężki drew­

niany wieszak tak mocno, że upadł na podłogę. - Po­

zwoliłem ci mieć przyjaciół i z przyjemnością patrzy­

łem na swary między wami. Ale teraz już wywarli na 

tobie swoje piętno. Najpierw ta dziwka, a potem ten 

nicpoń. 

Amanda zasłoniła usta ręką. Nie mogła się opano­

wać, drżała na całym ciele. Nawet nie potrafiła się 

zmusić, by spytać Jacka, czy to on zabił tego biedne­

go psa. 

- A nasze konie? 

- Przegnałem je. Zapewniam cię jednak, że do­

tychczas postępowałem z tobą delikatnie. - Uśmie­

chnął się. - Jeżeli w dalszym ciągu będziesz się za­

dawała z Chance'em, zabiję go. A jeżeli będziecie 

próbowali uciec, wszystkich was zabiję! Wtedy bę­

dziesz moja na całą wieczność. 

Ogarnął ją dziwny chłód. Jack mógł ją zranić tylko 

w jeden sposób: robiąc coś złego Chance'owi lub 

Polly. 

- Jack, czy to złoto naprawdę gdzieś tu jest? 

- Tak, ale go nie znajdziesz. 

- Nie grasz uczciwie. 

background image

- Uczciwie? A kto powiedział, że mam być ucz­

ciwy? Pamiętaj, że ich życie jest w twoich rękach. 

Już się przekonałaś, że potrafię zabijać. I wiesz, że 

mogę to znów zrobić. - Roześmiał się piskliwie 

i zniknął, lecz echo jego chichotu jeszcze długo nios­

ło się po pokojach. 

Amanda wybiegła z domu, popędzana strachem. 

Nie było sposobu, by ostrzec Chance'a i Polly przed 

grożącym im niebezpieczeństwem. Chance nigdy by 

jej nie uwierzył, a Polly sama stąd nie ucieknie. Bę­

dzie się starała ich przekonać, by opuścili miasteczko, 

lecz jeśli tego nie zrobią, to następne trzy tygodnie 

dla wszystkich będą piekłem. Mogła ich ochronić, je­

dynie zrywając wszelkie kontakty z Chance'em. 

W przeciwnym razie żadne z nich nigdy nie opuści 

miasteczka żywe. 

- Jak się masz, kochanie? - spytał Chance, kiedy 

wróciła. - Sądziłem, że chcesz się przebrać? 

Zupełnie o tym zapomniała. 

- Cóż... Tak... Suknia już prawie wyschła, więc 

kiedy doszłam do domu, uznałam przebieranie się za 

zbędne. 

- Nie było cię ledwie kilka chwil, a ja już się za 

tobą stęskniłem. 

Poczuła słodycz w sercu. Wydawało jej się, że 

przez całe życie czekała na te słowa. Chciała mu od­

powiedzieć, lecz Jack postawił twarde warunki. Mu­

siała zniechęcić Chance'a, niezależnie od tego, co do 

siebie czuli. 

background image

- Nie powinieneś przy Polly mówić takich rzeczy -

rzuciła i zaczęła pomagać przyjaciółce nakrywać stół. 

Chance zamyślił się. Dlaczego od Amandy znów 

powiało takim chłodem? 

Po kolacji usiedli w trójkę przy stole i zabrali się 

za rysowanie mapy okolicy. Zaznaczyli miejsca, 

w których już szukali złota. Postanowili zacząć teraz 

od północnego wschodu, za miastem. 

Amanda wstała i przeciągnęła się. 

- Jestem naprawdę zmęczona, idę spać, bo jutro 

wyruszamy z samego rana. 

Polly zachichotała. 

- Zrozumiałam aluzję. Idę do swojej sypialni. Też 

jestem zmęczona. 

- To nie będzie konieczne - rzuciła zimnym to­

nem Amanda. Nie podobało jej się, że Polly mieszka 

teraz w domu Chance'a, lecz już nie mogła sobie po­

zwolić na zazdrość. - Pójdę do siebie. 

- Dlaczego nie zostaniesz z Chance'em? - spyta­

ła Polly. 

- Do zobaczenia jutro. Dobranoc, Chance, dobra­

noc, Polly. 

Odsunął krzesło i wstał, a jego usta wykrzywił iro­

niczny uśmieszek. 

- Chyba Amanda odrobinę się wstydzi, Polly. 

- Dlaczego? 

- Pewnie dlatego, że ty tu jesteś. 

Amanda chwyciła się tej wymówki. 

- To prawda. Wstydzę się. Sprawy zaszły za dale­

ko, wymknęły mi się z rąk. Czas się opamiętać. 

background image

- Polly, niedługo wracam. Odprowadzę Amandę. 

- Powiedziałam, że chcę iść sama! - Wybiegła do 

holu, lecz słyszała za sobą kroki Chance'a. Modliła 

się, by Bóg nie pozwolił mu iść dalej. Tak bardzo się 

bała Jacka. 

Bóg jednak nie wysłuchał jej modlitw, bo na ulicy 

Chance ją dogonił. 

- Poczekaj! - zawołał tuż za jej plecami. 

Serce jej biło jak młotem. Kiedy chwycił ją za ra­

mię, wyrwała mu się. 

- Co się znów dzieje, do diabła? Kiedy szłaś się 

przebrać, byłaś w cudownym nastroju. Wróciłaś z po­

nurą miną i cały czas traktujesz mnie jak powietrze. 

I nie próbuj mi wmawiać, że się wstydzisz. Nie wie­

rzę ci. 

- Powiedziałam, że chcę iść sama, a skoro tego 

nie rozumiesz, to twój problem. A jeśli twoim zda­

niem powinnam paść na kolana i całować cię po bu­

tach tylko dlatego, że spędziliśmy ze sobą kilka mi­

łych chwil, to czeka cię rozczarowanie. 

- Kiedyś - zaczął stłumionym głosem - opowiesz 

mi, co się dzieje w tej twojej głowie, jeśli uznasz, że 

na to zasłużyłem. 

Wiedziała, że jest wściekły, bo miał ku temu po­

wody. Nie chciała na niego patrzyć, spoglądała więc 

na zalaną księżycowym światłem drogę. Wzruszyła 

ramionami. 

- Może kiedyś... ci opowiem. Nie ułatwiasz mi 

sprawy. 

- Nie miałem zamiaru ci ułatwiać. 

background image

- Nie sądź, że do ciebie należę. 

- Wykorzystujesz mnie tylko do tego, by zaspo­

koić swoje potrzeby? 

- A co to za różnica? Jestem pewna, że postąpiłeś 

podobnie z niejedną kobietą. 

Chance spojrzał na nią wzrokiem zimnym jak lód. 

- Masz całkowitą rację. Postąpiłem tak nieraz i na 

pewno jeszcze postąpię. Daj mi znać, kiedy znów bę­

dziesz miała ochotę na seks. To pozwala zabić nudę. 

Zranił ją tak, jak jeszcze nikt dotąd. Nie mogła jed­

nak nic zrobić. Podniosła więc tylko wyżej głowę 

i uśmiechnęła się smutno. 

- Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. Na pew­

no będzie nam łatwiej. - Czuła, że już dłużej nie po­

wstrzyma łez. - A teraz pozwól, że pójdę spać. Zoba­

czymy się jutro rano. - Ruszyła, a on tym razem nie 

podążył za nią. Kiedy doszła do kępy drzew, łzy trysnęły 

jej z oczu, a z piersi wyrwał się żałosny szloch. 

Weszła do domu, wbiegła po schodach, wpadła na 

korytarz. W głębi siedział Jack Quigley. 

- Widzisz? Teraz masz tylko mnie - zaskrzeczał. 

Minęła go i otworzyła drzwi sypialni. Wpadła do 

środka i rzuciła się na łóżko. Waliła pięściami w po­

duszkę i płakała tak długo, aż straciła siły. Odwróciła 

się na plecy i pełnym nienawiści spojrzeniem objęła 

drzwi. Szkoda, że Jack nie wszedł tu za nią. Już by 

mu wtedy powiedziała, co o tym wszystkim myśli. 

Wiedziała, że pewnie rozkoszuje się całą sytuacją. Po 

chwili znów zaszlochała rozpaczliwie. 

background image

Chance'owi ulżyło, gdy przekonał się, że Polly po­

szła spać. Chciał być sam i w samotności koić ból, 

który mu zadała Amanda. Wbrew złym doświadcze­

niom z przeszłości jeszcze raz zawierzył, otworzył 

serce, i proszę, co go spotkało. Znowu wyszedł na 

głupca. Ale na tym koniec, nie pozwoli się tak trakto­

wać, nigdy więcej. Jeśli jeszcze kiedyś Amanda bę­

dzie chciała się z nim kochać, to gorzko się rozczaru­

je. Niech sobie szuka innego, równie jak ona pozba­

wionego przyzwoitości! 

Postanowił, że mimo wszystko nie odstąpi od planu 

poszukiwania złota, ale po upływie trzech tygodni naty­

chmiast się stąd wyniesie. Nagle jego wzrok padł na 

otwarty dziennik leżący na kominku. Na szczęście 

Amanda go nie widziała, a jak się zorientował, Polly nie 

umiała czytać. Może lektura pamiętnika subtelnej, wra­

żliwej Emily pomoże mu zapomnieć o rozczarowaniu. 

Podszedł do kominka i wziął oprawny w tekturę zeszyt. 

Skończył czytać na fragmencie opowiadającym, 

jak to zarządca kopalni ojca poprosił Emily o rękę. 

„Mama i Ojciec cieszą się z tych oświadczyn, ale 

ja sama nie wiem, czego chcę. Wiem tylko tyle, że 

już nikogo nie będę kochać tak jak Billy'ego. 

Wczoraj wieczorem po głębokim namyśle posta­

nowiłam jednak wyjść za Jeffery'ego. Mamę i Ojca 

ucieszy ta nowina. Jeffery to porządny człowiek, Ta 

decyzja nie napawa mnie szczęściem, ale jest konie­

cznością. Nie chcę bowiem zostać starą panną, pragnę 

mieć dzieci, wychowywać je i kochać". 

background image

Rozdział czternasty 

Amanda ubrała się i zawahała się przed wyjściem 

z sypialni. Tej nocy znowu spała dobrze, nie dręczyły jej 

koszmary. W biało-niebieskim pokoju z niewiadomych 

powodów czuła się bezpieczna. Wiedziała, że powinna 

jak najszybciej pójść do domu Chance'a, skąd mieli wy­

ruszyć na poszukiwania, ale odwlekała tę chwilę. Było 

tak wcześnie, może wszyscy jeszcze śpią. 

Wzięła dużą pozytywkę stojącą przy łóżku i przy­

glądała jej się uważnie. Wieczko zdobiła inkrustacja 

z masy perłowej przedstawiająca dziecko z parasol­

ką. Pozytywka była ciężka, wykonana z ciemnego 

drewna, którego Amanda nie potrafiła nazwać. Zdzi­

wiła się, że nie może jej otworzyć. Obracała ją w rę­

kach, po czym nakręciła i odstawiła na stolik. Skocz­

na melodia wywołała uśmiech na twarzy Amandy. 

Tanecznym krokiem podeszła do skrzyni stojącej na 

podłodze i podniosła wieko. Już miała wyjąć piękną 

suknię z zielonej satyny, gdy usłyszała trzask. Pozy­

tywka przestała grać. Zdawało jej się, że przyszedł 

Jack, ale nie wyczuła jego obecności. 

Amanda chciała przed wyjściem jeszcze raz usły­

szeć tę melodyjkę, podeszła więc znowu do pozyty-

background image

wki i odkryła, że z wnętrza pudełka wyskoczyła szu­

fladka. Nie wierząc własnym oczom, wpatrywała się 

w biżuterię. Ostrożnie wyjmowała po kolei każdą 

sztukę. Był tam piękny wisior z czerwonych rubinów 

otoczonych brylantami. Miał zepsute zapięcie. Były 

najrozmaitsze pierścionki i bransoletki, ale uwagę 

Amandy przykuł przede wszystkim naszyjnik ze 

szmaragdów i brylantów, który pasował do jej pier­

ścionka. 

Uniosła go do góry i patrzyła, jak pobłyskuje. Kie­

dy uświadomiła sobie wagę swego odkrycia, natych­

miast wpadła w panikę. Gdzie mogłaby to ukryć? 

Chwilę trwało, zanim uznała, że biżuteria leży w naj­

bezpieczniejszym miejscu. Już miała schować wszy­

stko z powrotem, kiedy dostrzegła w głębi szufladki 

kluczyk. Zaintrygowana wyjęła go, odłożyła biżuterię 

na miejsce i zasunęła szufladkę. Zastanawiając się, 

co ma otwierać, odłożyła go na stolik przy łóżku. 

Wyszła z pokoju i od razu poczuła się nieswojo. 

Kiedy zbiegała po schodach, odczucie to stawało się 

coraz wyraźniejsze. 

- Dzień dobry, kochanie. Mam nadzieję, że do­

brze spałaś. - To był Jack. 

- Owszem. 

- Wiesz, ta sypialnia jest taka mała. Powinnaś się 

przenieść do większego pokoju. 

Amanda przejechała spoconymi dłońmi po noga­

wkach spodni. 

- Czy mam to traktować jako polecenie? 

- Skądże. Chodzi mi po prostu o twoją wygodę. 

background image

- Dlaczego zawsze masz na sobie to samo ubranie 

i kapelusz? 

- Nie mam garderoby, w której mógłbym wy­

bierać. 

- Jack, rozepnij koszulę. 

- Zgoda. Skoro już zawsze będziemy razem, chy­

ba powinnaś zobaczyć moją jedyną skazę. 

Amanda nie potrafiła ukryć przerażenia na widok 

strasznej czerwonej pręgi wokół jego szyi. Uniósł do 

góry brodę, żeby lepiej widziała. 

- Miałam rację - wyszeptała. - Powiesili cię. Za­

służyłeś sobie czy była to pomyłka? 

- Byłem winien - odpowiedział. Usta wykrzywił 

mu diaboliczny uśmieszek. - I może byłoby dobrze, 

gdybyś o tym pamiętała. Nie musisz się obawiać, do­

póki będziesz mi posłuszna. 

Zbliżył się do niej, ciało Amandy przebiegł 

dreszcz, nad którym nie potrafiła zapanować. 

- O mój skarbie, przestraszyłem cię - powiedział 

Jack z udaną troską. Zebrał poły kurtki. - Prawdę 

mówiąc, nie bawią mnie już twoi przyjaciele. Byłbym 

zadowolony, gdyby wyjechali. Możesz mi wierzyć, 

że kiedy już ich nie będzie, zadomowisz się i znaj­

dziesz szczęście takie, jakiego istnienia nawet nie po­

dejrzewałaś. Czasami będę musiał ci przypomnieć, 

gdzie twoje miejsce, ale powoli się nauczysz. 

- Muszę iść. Czekają na mnie. 

- Mam nadzieję, że doceniasz moją uprzejmość. 

Pozwalam im zostać tylko dlatego, że ty tego chcesz. 

- Tak, jestem ci bardzo wdzięczna. - Nienawidziła 

background image

jego uśmiechu. A przede wszystkim nienawidziła go za 

to, że odebrał jej szczęście. Jack napawał ją przeraże­

niem. Była przekonana, że nie rzucał słów na wiatr. 

- Dobrze. Przyjemnego dnia. Pamiętaj, że będę cię 

bacznie obserwował. 

Amanda zapanowała nad przemożną chęcią ucie­

czki i wyszła z wysoko podniesioną głową. 

Na zewnątrz przestała wyczuwać obecność Jacka. 

Była zła na siebie, że pozwoliła mu się nastraszyć. Jeśli 

zachowa spokój i będzie spełniać jego polecenia, Chan­

ce'owi i Polly nic się nie stanie. Było jej niemal wszy­

stko jedno, co Jack z nią zrobi po ich wyjeździe. Ale on 

też ma na pewno jakiś słaby punkt. Musi istnieć jakiś 

sposób pokrzyżowania jego planów... 

Przybywszy na miejsce, Amanda z niezadowole­

niem stwierdziła, że przyjaciółka nie zamierza wziąć 

udziału w poszukiwaniach. 

- Chance uświadomił mi, że mogę znowu popa­

rzyć się sumakiem - oznajmiła. 

Amanda stała w kuchni z filiżanką kawy i obser­

wowała, jak Chance i Polly kończą śniadanie. W in­

nych okolicznościach z radością przyjęłaby możli­

wość spędzenia czasu tylko z Chance'em, ale teraz 

utrudniało to jedynie sytuację. 

- Ustaliliśmy już chyba, że jeśli będziemy prowa­

dzili poszukiwania we trójkę, to możemy więcej 

zdziałać. 

- Ale jeśli złapie mnie sumak jadowity, to i tak nie 

będę mogła w niczym pomóc - upierała się Polly. -

background image

Amando, na pewno nie chcesz śniadania? Mogłabym 

przysiąc, że jesteś codziennie chudsza. 

- Nie, dziękuję. - Świadoma, że nie pokona uporu 

przyjaciółki, Amanda zamilkła. Pociągnęła kolejny 

łyk kawy. Skoro nie może zmienić decyzji Polly, to 

może uda jej się przynajmniej inaczej ukierunkować 

ich myślenie. - Jest coś, czego nie wzięliśmy pod 

uwagę: może na ten skarb składa się biżuteria, nie 

złoto? 

- Skąd ci to przyszło do głowy? - spytała Polly. 

Amanda spojrzała na Chance'a. Nie odezwał się 

jeszcze do niej ani słowem. 

- Znowu znalazłam biżuterię. Nie wątpię, że war­

ta jest fortunę. 

Polly poderwała się z krzesła. 

- Przyniosłaś ją? 

- Nie, ale zrobię to. Przecież uzgodniliśmy, że po­

dzielimy wszystko na trzy części. - Zaskoczył ją brak 

zainteresowania ze strony Chance'a. 

- Ani przez chwilę nie wątpię, że kiedyś ukryto 

tutaj złoto - powiedział po chwili, odsuwając pusty 

talerz. - Nie wiem tylko, czy ktoś już go nie znalazł 

albo czy osoba, do której należało, nie zabrała go 

z sobą. - Wstał i spojrzał na Amandę. - Zaczynamy? 

- Sięgnął po plecak leżący na kuchennym blacie. 

Amanda skinęła w milczeniu głową. 

- Nie chcesz, żebym przez ten czas poszła po bi­

żuterię? - dopytywała się Polly. 

- Obiecuję, że przyniosę ją jutro - uśmiechnęła się 

Amanda. 

background image

Kiedy szli obok siebie w kierunku skał, Amanda 

wiedziała, że będzie musiała rzucić wyzwanie mil­

czeniu Chance'a. Wprawdzie nie było dla nich żadnej 

przyszłości, ale rozpaczliwie pragnęła, żeby został 

przynajmniej jej przyjacielem. 

- Jesteś na mnie zły, prawda? 

- Mówiąc szczerze, nie bardzo wiem, co czuję 

w tej chwili. 

- Chciałabym, żebyśmy zostali przyjaciółmi. 

- Jeśli dobrze pamiętam, próbowaliśmy już tego. 

Szli dalej w milczeniu. Amanda nie odrywała 

wzroku od rysujących się przed nimi białych skał. 

Najwyraźniej Chance miał na myśli jakiś konkretny 

fragment terenu. Doszli do gęstych zarośli, wyższych 

od Amandy, i Chance ruszył przodem. Była pewna, 

że wzrost Chance'a pozwala mu widzieć, dokąd idą. 

Na długich, mocnych nogach posuwał się szybciej 

i wkrótce straciła go z oczu. 

- Nie mógłbyś zwolnić? - zawołała. 

- Nie zatrzymuj się. Jeszcze ze dwadzieścia me­

trów i wyjdziesz stamtąd. 

- Łatwo ci mówić - mruknęła. Kiedy wreszcie 

wychynęła z zarośli, zorientowała się, że są w nie­

wielkim kanionie otoczonym nierównymi skałami. 

Chance postawił na ziemi plecak. 

- Tu się rozdzielimy. - Wskazał na szyb znajdują­

cy się dokładnie na wprost. - Jak widzisz, tu wszę­

dzie szukano złota. Te dziury są tak głębokie, że jak 

w którąś wpadniesz, to możemy cię już nie znaleźć. 

Robotników opuszczano na dół w kubłach. Jeśli znaj-

background image

dziesz szyb z wejściem, to nie wchodź do środka. 

Stemple mogą być słabe. Postaraj się tylko zoriento­

wać, czy został zasypany i czy w ogóle w nim kopa­

no. Jeśli będzie ci się chciało pić, to w plecaku jest 

woda, a także jedzenie na później. 

- Czy możemy porozmawiać? 

Chance zsunął kapelusz na tył głowy i czekał. 

- Pytałeś wcześniej, dlaczego zachowuję się tak 

dziwnie. Wiem, że ci się podobam, i to mi pochlebia. 

Zaczęłam się jednak niepokoić, że chciałbyś związać 

się ze mną na dłużej. - Zakłopotana, spuściła oczy. 

- Potem zezłościłam się na siebie, bo to tak, jakbym 

zakładała, że ty możesz coś do mnie czuć. Kiedy miną 

trzy tygodnie, wyjedziesz, ale beze mnie. 

- Zamierzasz jechać do San Francisco? 

- Nie, zostanę w Springtown. 

- Dlaczego? 

- Podoba mi się tutaj. Lubię być sama i nie mieć 

żadnych obowiązków. Nie twierdzę, że zostanę tu na 

zawsze. Wyjadę, kiedy uznam, że nadeszła pora. 

- Dlaczego nie patrzysz mi w oczy? 

Amanda uniosła głowę, ale natychmiast odwróciła 

wzrok. 

- Usiłuję być wobec ciebie uczciwa, a to nie jest 

łatwe. 

Chance wiedział, że kłamie, ale w żaden sposób 

nie mógł zrozumieć, dlaczego tak postępuje. Coś było 

nie w porządku, coś musiało się wydarzyć, ale choć 

się bardzo starał, nie domyślał się, o co chodzi. Jedy­

na rzecz, jaka przychodziła mu do głowy, to duch. 

background image

A jak, do diabła, mężczyzna może walczyć z czymś 

takim? 

- Więc czego chcesz ode mnie? 

Amanda wreszcie spojrzała mu w oczy. 

- Abyś mi powiedział, że nie jesteś na mnie zły. O to 

mi chodziło, kiedy prosiłam, żebyśmy zostali przyjaciół­

mi. Nie masz pojęcia, jakie to dla mnie ważne. 

Nie ulegało wątpliwości, że tym razem mówiła 

prawdę. W jej głosie pobrzmiewał błagalny ton. Nie 

do wiary! Amanda Bradshaw zniżyła się do prośby. 

Ostatniego wieczora postanowił, że zabierze ją z so­

bą. Czy jej się to spodoba, czy nie, zabierze ją ze 

Springtown i nie zamierza czekać na to trzy tygodnie. 

- Masz rację. Troszkę się w tobie zadurzyłem, ale 

musisz pamiętać, że minęło sporo czasu, odkąd by­

łem w towarzystwie kobiety tak atrakcyjnej jak ty. 

Dostrzegł w jej oczach smutek i gniew; to potwier­

dzało jego podejrzenia. Kłamała, że jej na nim nie 

zależy, ale z jakiegoś powodu chciała, by uwierzył 

w to, co mówi. Dobrze się stało, że Polly im nie to­

warzyszy. A ponieważ niezupełnie dał wiarę słowom 

Amandy, że złoto ukryto poza miastem, na wszel­

ki wypadek polecił Polly kontynuować poszuki­

wania. 

- Amando, chętnie zostanę twoim przyjacielem. 

Zapewne gdybyśmy się zdecydowali być razem, 

wkrótce byśmy się sobą zmęczyli. 

Słowa Chance'a sprawiły ból, ale odczuła ulgę, że 

udało jej się dokonać tego, co zamierzyła. Najważ­

niejsze było jego bezpieczeństwo. 

background image

- Cieszę się, że wyjaśniliśmy sobie to i owo. A te­

raz, wspólniczko, bierzmy się do szukania. 

Każde z nich ruszyło swoją drogą. Reakcja Chan­

ce'a dotknęła Amandę do żywego. Co z niego za 

człowiek! Czy jest wyprany z uczuć? Minęło sporo 

czasu, odkąd był z kobietą, i dlatego dążył do zbliże­

nia. Na bezrybiu i rak ryba, tak? Czy dlatego mu się 

spodobała? A niech go! Nie jest lepszy od innych 

mężczyzn. W miarę wspinaczki od jednego szybu do 

drugiego początkowa gorycz zawodu przeszła w roz­

żalenie, a w końcu pogodziła się z losem. Tak będzie 

najlepiej, czy jej się to podoba, czy nie. 

Kiedy spotkali się w południe, oboje byli głodni 

i zmęczeni upałem. Usiedli w cieniu i zabrali się do 

jedzenia. Chance przezornie zapakował do plecaka 

chleb i upieczoną dziczyznę. Amanda słuchała opo­

wieści o jego życiu w Teksasie i o tym, co przydarzy­

ło się jemu i bratu. 

- Dlaczego mi to wszystko opowiadasz? - spytała 

w końcu, mocno poruszona. 

- Czy to nie ty proponowałaś, byśmy zostali przy­

jaciółmi? 

- No tak, ale... 

- Już wcześniej opowiedziałaś mi o sobie. Uzna­

łem, że powinnaś się dowiedzieć, jak do tej pory ży­

łem. - Wstał i wyciągnął rękę, żeby pomóc jej się 

podnieść. - Znalazłaś jakieś interesujące szyby? 

- Jeden. - Wskazała ręką. 

- No to, wspólniczko, chodźmy zobaczyć. 

background image

Zaczynało się ściemniać, kiedy Amanda i Chance 

wrócili do domu. Nie zdawała sobie sprawy, jak bar­

dzo jest głodna, dopóki nie poczuła cudownego zapa­

chu gotowanego posiłku. 

- Znaleźliście coś? - zawołała Polly. 

Chance i Amanda weszli do kuchni. 

- Absolutnie nic - odpowiedziała Amanda - ale 

przecież to dopiero początek. 

W drodze powrotnej do swojego domu Amanda 

rozmyślała nad zachowaniem Chance'a. Z jaką ła­

twością zgodził się, by łączyła ich tylko przyjaźń. Od­

kąd odbyli tę zasadniczą rozmowę tryskał humorem. 

Najwyraźniej zdjęła mu z serca ogromny ciężar, mó­

wiąc, że obawia się stałego związku. 

Amanda śmiało weszła do domu, nie przejmowała 

się też specjalnie, czy zastanie Jacka. Zapaliła lampę 

i poszła na górę. Nie zamknęła nawet drzwi sypialni. 

Uważała, że to bez sensu. Jeśli Jack zechce się poja­

wić, nie zdoła go powstrzymać. 

Postawiła lampę na stoliku przy łóżku, szybko 

zdjęła brudne spodnie i bluzkę i zarzuciła je na opar­

cie bujanego fotela. Potem zdjęła bieliznę. 

Umyła się gąbką, wciągnęła przez głowę różową ko­

szulę nocną, przetrzepała puchowe poduszki i położyła 

się. Niestety, sen nie nadchodził. Zastanawiała się, czy 

nie zejść na dół po książkę do biblioteki, ale była zbyt 

niespokojna, by skupić się na lekturze. Czy Chance już 

leżał w łóżku? Gdyby tylko mogła być z nim... 

Przewróciła się na bok i gdy miała zdmuchnąć pło­

myk lampy, zobaczyła klucz. Zupełnie o nim zapo-

background image

mniała. Zadowolona, że znalazła jakieś zajęcie, wy­

skoczyła z łóżka. Gdy tylko wzięła do ręki klucz, 

wzrok jej padł na szafę. Klucz wydawał się odpo­

wiednich rozmiarów. Czy znajdzie w szafie więcej 

biżuterii? Uniosła nocną koszulę i przeszła przez po­

kój. Była tak podniecona tym, co może odkryć, że 

wkładała klucz do zamka drżącymi rękami. Pasował. 

Amanda otworzyła powoli ciężkie drzwi. Uważnie 

oglądała wnętrze od góry do dołu. Nagle podniosła ręce 

do piersi i cofnęła się, z trudem łapiąc oddech. Na dnie 

szafy siedział ubrany kościotrup. Amanda cofnęła się je­

szcze dalej, nie mogła jednak oderwać oczu od straszli­

wego widoku. Jasne włosy przykrywały częściowo to, 

co kiedyś było twarzą. Sztywny i pomarszczony mate­

riał sukni przylegał do kości. Odstąpiła kilka kroków, aż 

dotknęła łóżka, wtedy zaczęła krzyczeć. Krzyczała jesz­

cze, kiedy wybiegała z domu. 

Chance i Polly stali nad świeżą mogiłą. Amanda 

położyła bukiet róż, po czym sprawdziła, czy zrobio­

ny przez Chance'a krzyż tkwi wystarczająco głęboko 

w ziemi. 

- Dobra robota, Chance. Może teraz będzie spo­

czywała w spokoju. - Rozejrzała się wokół i powoli 

pokręciła głową. Jak na miasto rzekomo dotknięte 

żółtą febrą nie było tu zbyt wiele grobów. - Co się 

stało ze wszystkimi ludźmi w Springtown? - spytała, 

nie zwracając się do nikogo. 

Chance wyprowadził Amandę i Polly z cmentarza. 

Nic wprawdzie nie powiedział, ale widok Emily 

background image

w szafie zrobił na nim wielkie wrażenie. Wyobrażał 

ją sobie żywą w otoczeniu rodziny i dzieci. Na we­

wnętrznej stronie drzwi szafy zauważył zadrapania, 

świadczące o tym, że usiłowała się wydostać. Jakie 

cierpienia musiała przejść! Coś jednak nie dawało mu 

spokoju. Wiedział, że już przyszła pora, by opuścić 

miasto, ale, choć mogło się to wydawać szaleństwem, 

czuł, że musi zbadać, co się zdarzyło w Springtown. 

Przez następny tydzień trwały poszukiwania złota, 

ale okazały się bezowocne. Chance traktował Aman­

dę jak dobrego kompana, a ona miała coraz bardziej 

tego dosyć. Zmagała się ze sobą, serce wprost rwało 

się jej do Chance'a, marzyła, by znaleźć się w jego 

ramionach, smakować jego pocałunki, cieszyć się 

pieszczotami. Spalała ją tęsknota i pożądanie, ale 

bezpieczeństwo Chance'a było ważniejsze, a groźby 

Jacka zamknęły jej usta. 

Mimo przerażającego odkrycia Amanda nie przeniosła 

się do innej sypialni. O dziwo, w tym pokoju nadal czuła 

się bezpiecznie, a Jack nigdy do niego nie wchodził, choć 

nic go nie powstrzymywało, gdy znajdowała się w jakim­

kolwiek innym pomieszczeniu. Nie była pewna, co to oz­

nacza, ale w końcu znalazła sposób na Jacka. 

Mimo całego poczucia beznadziei myślała, że mo­

że jakoś uda jej się wyjechać z Polly i Chance'em. 

Bardzo chciała w to wierzyć, wiedziała bowiem, że 

po ich wyjeździe jedynym jej towarzyszem będzie 

upiorny Jack Quigley. 

background image

Rozdział piętnasty 

Amanda weszła do saloniku w domu Chance'a i ze 

zdziwieniem skonstatowała, że Polly również jest 

w spodniach i koszuli. 

- Będę pomagać w poszukiwaniach - oświadczy­

ła z dumą Polly, zanim Amanda zdążyła zrobić uwagę 

na temat stroju przyjaciółki. - Poprosiłam Chance'a 

i przyniósł to ze sklepu bławatnego. - Wsadziła rękę 

za pasek spodni. - Gdyby nie szelki, to pewnie spod­

nie by opadły. Dziwnie się w nich czuję. 

- A co z sumakiem jadowitym? 

- Chance znalazł też jakiś olej do posmarowania 

skóry. Powiedział, że postara się, żebym się nie zbli­

żała do żadnych krzaków. 

Amanda spojrzała w stronę okna. 

- Gdzie on jest? 

- W mieście. Mówił, że musi coś sprawdzić. Ma­

my się z nim spotkać przy studni. 

- To chyba powinnyśmy już iść. 

- Amando, ja specjalnie wysłałam go przodem. 

- Dlaczego? 

- Pomyślałam sobie, że może chciałabyś z kimś 

porozmawiać. Nie rozumiem, co się dzieje między 

background image

tobą a Chance'em. On się zachowuje jak gbur, 

a ty masz cienie pod oczami. Jeśli podobacie 

się sobie, to na czym polega problem? Czy chodzi 

o Jacka? 

- Jack zapowiedział, że jeśli ostatecznie nie zerwę 

z Chance'em albo jeśli będę próbowała wyjechać ze 

Springtown, to zabije nas wszystkich. 

- Mógłby to zrobić? - wyszeptała przestraszona 

Polly. 

- Nie powinnam ci tego mówić. 

- Amando, musisz to powiedzieć Chance'owi. Je­

steś mu to winna. A potem trzeba się zastanowić, jak 

się stąd wyrwać. 

- Ja nie mogę wyjechać. 

- Co zamierzasz? Spędzić tu resztę życia? 

- Nie uda nam się pokonać Jacka. On jest zdolny 

do wszystkiego. Ostatniej nocy miałam sen. Teraz go 

sobie nie przypominam, ale we śnie wiedziałam, jak 

przechytrzyć Jacka. 

Polly wzięła Amandę za rękę. 

- Chodźmy do Chance'a. Założę się, że znajdzie 

jakieś wyjście. 

- On uważa, że to wszystko moje wymysły. 

- Więc będziemy musiały go przekonać. Powiedz 

mi tylko jedno, zanim wyjdziemy. Kochasz go? 

- Całym sercem. 

Nie zastały Chance'a przy studni. 

- Mówił chyba, że chce się przejść - powiedziała 

Polly. - Poczekajmy tutaj. Jestem pewna, że lada 

chwila się zjawi. - Usiadła na kamiennej cembrowi-

background image

nie. - Nienawidzę czekać, ale jeszcze bardziej niena­

widzę stać. 

Amanda przeszła na drugą stronę studni, żeby obser­

wować drogę. Niepokoiła się o Chance'a. Od rana to­

warzyszyło jej jakieś dziwne przeczucie nieszczęścia. 

- Jaki chłodny ten wiatr - zauważyła Polly. 

Amanda odwróciła głowę w jej stronę i przeszył ją 

strach. 

- Nie! - wykrzyknęła na widok Jacka Quigleya, 

który szedł w stronę Polly. Kiedy uświadomiła sobie, 

że przyjaciółka zamarła z przerażenia i nie może 

uciec, rzuciła się biegiem, by ją ochronić. Kątem oka 

dostrzegła szatański uśmieszek na ustach Jacka, który 

nie śpiesząc się wcale, schwycił Polly za nogę i we­

pchnął do studni. Amanda słyszała jej krzyk, ale może 

to ona sama krzyczała. Zachwiała się, a potem stra­

ciła przytomność. 

- Amando! Amando! 

Na dźwięk swojego imienia, który docierał do niej 

jak przez mgłę, wolno uniosła powieki. Chance, 

wyraźnie przestraszony, pochylał się nad nią i uspo­

kajająco poklepywał ją po rękach. 

- Polly, Polly - zaszlochała Amanda. 

- Co się stało? 

- Jack... Jack ją zabił. Wrzucił ją do studni. -

Amanda oderwała się od Chance'a. - Może jeszcze 

żyje! Musisz zejść do studni. 

- Amando, coś ci się śniło. - Odgarnął jej włosy 

z twarzy. 

background image

- Śniło? Nie! Ja... - Nagle uświadomiła sobie, że 

leży w nocnej koszuli we własnym łóżku. 

Zdyszana Polly wpadła do pokoju. 

- Nic jej nie jest? 

- Nie. Miała tylko zły sen. 

Choć po twarzy Amandy dalej spływały łzy, od­

czuwała niezwykłą ulgę. 

- Twoje ubranie - szepnęła po chwili. 

- Powiedziałaś, że łatwiej się poruszać w spod­

niach, więc Chance mi to przyniósł. Czekaliśmy na 

ciebie, ale ponieważ bardzo się spóźniałaś, on nale­

gał, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Kie­

dy weszliśmy do domu, usłyszeliśmy twój krzyk. 

Chance wbiegł po schodach dużo szybciej ode mnie. 

- Czujesz się lepiej? - dopytywał się Chance, a 

w jego oczach widać było troskę. 

- Nic mi nie jest - zapewniła Amanda. - Ubiorę 

się. - Jednak wcale nie czuła się dobrze. Sen nią 

wstrząsnął, a widok Polly w męskim stroju jeszcze 

bardziej wystraszył. Chciała jakoś przekonać Polly 

i Chance'a, żeby zrozumieli, co zamierza Jack. Ale 

jak to zrobić, skoro oni jej nie wierzą? 

- Może jednak odpoczniesz? Pójdziesz z nami 

jutro. 

- Muszę iść z wami. - Potarła dłonią głowę, która 

wprost pękała jej z bólu. Kiedy Chance się odsunął, 

wstała z łóżka. 

- Poczekam na dole - oznajmiła Polly, zmierzając 

w stronę drzwi. 

- Nie! - wykrzyknęła Amanda. Jeśli zatrzyma ją 

background image

blisko siebie, może będzie bezpieczna. Ściągnęła 

z krzesła spodnie i koszulę i zaczęła się ubierać. 

Polly spojrzała na Chance'a. Wydawał się równie 

niepewny jak ona sama. 

- W porządku, jestem gotowa. - Amanda podesz­

ła do Polly i wzięła ją za rękę. 

Po dość długiej wspinaczce dotarli do pierwszego 

szybu, który zaznaczyli sobie na planie. Amanda 

i Polly zostały przy wejściu, a Chance wszedł do 

środka z zapaloną latarnią. Po kilkunastu metrach na­

tknął się na zaporę z belek i postanowił zawrócić. 

- No i co? - spytała Polly, gdy się pojawił. 

- Jeśli nawet coś tu jest, nigdy do tego nie dotrze­

my. Poszukajmy następnego. 

W ten sposób minął dzień. Czasami wszyscy troje 

wchodzili do szybu, ale nigdy nie dalej niż kilka stóp. 

Cofali się albo z powodu słabych stempli, albo śle­

pych zaułków. Chance był dobrze przygotowany do 

wyprawy. Oprócz latarni niósł w plecaku sznurek, 

gwoździe i młotek, żeby oznaczać drogę. Bacznie ob­

serwował Amandę. Gdziekolwiek byli, nie oddalała 

się od Polly i cały czas ją przestrzegała. 

Amanda niepokoiła się o przyjaciółkę, a tymcza­

sem Chance martwił się o nią. Wielokrotnie propono­

wał, żeby zaprzestali poszukiwań i opuścili Spring-

town, ale zdecydowanie odmawiała. Korciło go, by 

siłą wywieźć ją z miasta. Zastanawiał się, w jaki spo­

sób dałoby się przebić tę skorupę uporu. Pragnął ją 

pocieszyć i zapewnić, że wszystko będzie dobrze, je-

background image

śli tylko pozwoli, by on się nią zajął. Nie wiedział 

jednak, jak do niej przemówić. Zachowywała dys­

tans, odzywała się do niego tylko wtedy, kiedy to było 

konieczne. 

Tego wieczoru Amanda nalegała, żeby przyjaciół­

ka została u niej w domu. Kiedy oznajmiła, że będą 

spały razem, Polly okazała zdumienie. Pamiętając 

o tym, jak Amanda zmieniała pokoje w hotelu po 

przyjeździe do Springtown, Polly nie mogła zrozu­

mieć, dlaczego teraz upierała się, żeby spały w tej sa­

mej sypialni, skoro w domu było ich kilka. 

- Jak możesz tu spać po znalezieniu kościotrupa? 

- spytała Polly, kładąc się do łóżka. Choć i ona, pra­

wdę mówiąc, nie odczuwała strachu; przeciwnie, po­

kój działał na nią dziwnie kojąco. 

Amanda zawiązywała zieloną kokardkę przy noc­

nej koszuli. 

- Lubię ten pokój. Tutaj obydwie jesteśmy bezpie­

czne. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Nic. Po prostu mówię głupstwa. - Usiadła przy 

niewielkiej toaletce i zaczęła szczotkować długie, 

czarne włosy. 

Polly przysiadła na łóżku. 

- Czy widujesz jeszcze Jacka? 

- Od czasu do czasu. - Amanda odłożyła szczotkę 

i zmusiła się do uśmiechu. - No, za niecały tydzień 

wyjedziecie. A ponieważ będzie mi ciebie brakowa­

ło, chciałabym, żebyś mieszkała tu ze mną aż do dnia 

wyjazdu. 

background image

- Muszę przyznać, że to łóżko jest wygodniejsze 

od mojego. - Polly podłożyła poduszkę pod plecy. -

Amando, czy kochasz Chance'a? 

- Ja... - Zadała to samo pytanie w jej śnie. Aman­

da zacisnęła dłonie, żeby przyjaciółka nie zauważyła, 

jak bardzo drżą. Może jeśli uda jej się zmienić sen, 

wszystko się obróci na dobre. - Nie sądzę. Bardzo 

mnie pociąga, ale wątpię, czy to jest miłość. 

- Sama myślałam, że go kocham, ale on jest tak 

oczarowany tobą, że nawet mnie nie zauważa. 

- Polly, nakręć pozytywkę. Wygrywa zachwycającą 

melodyjkę - powiedziała Amanda, żeby zmienić temat. 

Polly nachyliła się i wzięła do rąk pudełko. Przyj­

rzała się pozytywce, znalazła kluczyk i nakręciła go 

do oporu. 

Skoczne dźwięki rozproszyły przygnębienie 

Amandy. Niecierpliwie wyczekiwała na minę, jaką 

zrobi Polly, kiedy otworzy się szufladka. 

Polly poruszała głową w takt muzyki, na ustach jej 

zakwitł szczęśliwy uśmiech. Kiedy trzasnęła szuflad­

ka, spojrzała w dół, zdumiona odkryciem. 

- Biżuteria! - wykrzyknęła, a zielone oczy stały 

się okrągłe jak spodki. Wysypała klejnoty na kolana 

i oglądała poszczególne sztuki. - Mówiłaś o biżuterii 

- zaczęła w absolutnym zachwycie - ale nie miałam 

pojęcia, że mówisz o czymś takim! - Oglądała szcze­

gólnie dokładnie olbrzymi pierścionek z brylantem, 

a potem spróbowała wsunąć go na palec. Pierścionek 

był za mały. - Naszyjnik, który nosiłam, jest niczym 

w porównaniu z tymi kosztownościami. 

background image

Amanda podeszła do kufra i podniosła wieko. 

- Mam jeszcze więcej. - Wyciągnęła juki i otwo­

rzyła jedną z kieszeni. 

- Znalazłam to jakiś czas temu. - Usiadła obok 

Polly na łóżku. Wyciągnęła rękę z bryłką złota, 

i roześmiała się, kiedy przyjaciółka lękliwie po nią 

sięgnęła. - Nie ugryzie cię. 

Polly wzięła bryłkę i obracała ją w dłoni. 

- Och, Amando, jakie to piękne! Czy było ich 

więcej? 

- Nie. 

- To chyba znaczy, że tu naprawdę jest gdzieś złoto. 

Amanda zamyśliła się. 

- Nie sądzę. Myślę, że ktoś to zgubił. Polly, czy 

zdajesz sobie sprawę, że oprócz zawartości szuflady 

wszystko, co znalazłyśmy dotychczas, wydaje się 

czyjąś zgubą? 

- Co masz na myśli? 

- Naszyjnik, który nosisz, leżał przy porzuconej 

torebce, mój pierścionek znalazłam na drodze, a teraz 

ta bryłka. 

- Nigdy mi to nie przyszło do głowy. 

- Czasami wydaje mi się, że odpowiedź na pytanie, 

dlaczego ludzie opuścili Springtown, jest w zasięgu ręki, 

ale... Może któregoś dnia to rozszyfruję. Daj, włożymy 

to wszystko do juków. Trzymam tutaj również pierścio­

nek. Rano zaniesiemy to do domu Chance' a. Przyda się, 

kiedy oboje opuścicie już miasto. 

- Amando, dlaczego nie pojedziesz z nami? 

Chance cię kocha. 

background image

- Powiedział ci to? 

- Nie musi mi mówić. Wystarczy, że widzę, jak na 

ciebie patrzy. 

Amanda poczuła przypływ nadziei, ale tylko na 

chwilę. Jack trzymał ją w szachu i jeśli nie wydarzy 

się jakiś cud, nie czeka jej nic dobrego. 

- Robi się późno, musimy się trochę przespać. Ju­

tro kolejny ciężki dzień. 

Polly wepchnęła biżuterię do kieszeni juków. 

- Nie obchodzi cię to, że Chance cię kocha? 

- Obchodzi. I dlatego zostaję w Springtown. 

Polly popatrzyła na Amandę, która położyła się 

obok niej. 

- Co to ma znaczyć? 

- To znaczy... znaczy, że lepiej będzie dla niego, 

jeśli to się tutaj skończy. 

- Ale... 

- Nie chcę już o tym mówić. Bądź taka dobra 

i zgaś lampę. 

Polly położyła juki na podłodze przy łóżku i zga­

siła światło. Okryła się i odwróciła do przyjaciółki 

plecami. 

Amanda wpatrywała się w ciemność, a z oczu jej 

płynęły łzy. Nie ośmieliła się uwierzyć, że Chance ją 

kocha. A jednak teraz to się wydawało takie oczywi­

ste. Nawet w tym smutnym nastroju przyniosło jej to 

pociechę. Jeśli tylko wytrzyma jeszcze trochę dłużej 

i nie zacznie go błagać, żeby wziął ją w ramiona, 

Chance będzie bezpieczny. 

background image

Ku utrapieniu Polly przez następne dwa dni Aman­

da nie odstępowała jej na krok. Mimo usilnych starań 

Polly nie udało się spędzić ani chwili sam na sam 

z Chance'em. 

Chance nie wątpił ani przez sekundę, że Amanda 

stara się chronić przyjaciółkę. Pozostawało tylko py­

tanie: z jakiego powodu? Może pragnie ich odsepa­

rować. Ale po co? Czyżby była zazdrosna? Przecież 

cały czas trzyma go na dystans, nie pozwala mu zbli­

żyć się do siebie. Co za idiotyczna sytuacja. Nie mógł 

nawet zamienić słowa z Polly, żeby zapytać, czy ona 

wie, o co chodzi. 

Przyniósł butelkę whisky i usadowił się w swoim 

ulubionym fotelu. Zamierzał się upić. Był zły na 

Amandę, że nie chce mieć z nim do czynienia, 

i wściekły na siebie, że tak bardzo za nią tęskni i jej 

pragnie. 

Pociągnął solidny łyk z butelki. Musi być najwię­

kszym mięczakiem na świecie, w przeciwnym razie 

dawno już by się wyniósł się ze Springtown. Czy cze­

kał, aż Amanda powie mu, żeby poszedł do diabła? 

Ostatnio mówiła głównie o tym, jak bardzo lubi to 

miasto, więc niby po co miałby ją zabierać z sobą, 

skoro i tak by tu wróciła? Pociągnął kolejny łyk. 

Rzecz w tym, że zupełnie nie wiedział, co robić, i to 

denerwowało go najbardziej. 

Spojrzał w stronę kominka. Dziennik Emily spadł na 

podłogę. Podszedł i podniósł go. Zamierzał odłożyć go 

na gzyms kominka, ale po namyśle zdecydował, że prze­

czyta jeszcze kilka stron. Wrócił na fotel i umościł się 

background image

wygodnie. Kiedy otworzył dziennik, już sam widok 

pisma Emily napełnił go smutkiem. Wkrótce lektura 

zapisków Emily wciągnęła go całkowicie. 

„...robią wrażenie doświadczonych przez życie 

awanturników, ale ich przywódca jest naprawdę przy­

stojny. Czuję się strasznie zepsuta, pisząc to, bo przecież 

w przyszłym tygodniu mamy się pobrać z Jefferym. Ale 

choćbym nie wiem jak się starała, nie mogę w sobie 

wzbudzić ani odrobiny miłości dla niego. Nie mam już 

ochoty na ten ślub, ale Mama zapewnia, że jak już będę 

mężatką, wszystko się ułoży. Nie przypuszczam". 

Chance przewrócił stronę i czytał dalej. 

„Mężczyźni, którzy wczoraj zjechali do miasta, za­

trzymali się w saloonie, ale podsłuchałam, jak Jeffery 

mówił Ojcu, że się popili i urządzili awanturę. Jeffery 

jest zaniepokojony. Uważa, że ich obecność nie wró­

ży nic dobrego, chcą się po prostu upewnić, czy nie 

spodziewamy się wizyty szeryfa. Kiedy wychodziłam 

ze sklepu Ojca, ich przywódca wpadł na mnie przy­

padkiem. Jest dżentelmenem i przedstawił się jako 

Jack Quigley. Pochlebiło mi zainteresowanie, które 

dostrzegłam w jego oczach, ale oczywiście skinęłam 

mu jedynie głową i odeszłam pospiesznie". 

Chance usiadł prosto i postawił butelkę na podło­

dze koło fotela. Przecież duch Amandy nazywał się 

Jack Quigley. Szybko powrócił do lektury. 

background image

„Pisanie tych słów sprawia mi ból, ale muszę opo­

wiedzieć, co się wydarzyło, bo inaczej oszaleję ze 

zmartwienia i strachu. Banda opryszków objęła pa­

nowanie w naszym dotychczas spokojnym mieście. 

Łupili, mordowali i gwałcili. To krwawa łaźnia i boję 

się o własne życie. Te potwory pochwyciły Ojca i tor­

turowały go, usiłując wydobyć od niego informacje 

o złocie. Ojciec nie był już młody i zmarł. Mamę zna­

lazłam nieżywą w sypialni. Zastrzeliła się. Zostawiła 

list, prosząc mnie o wybaczenie, ale nie mogła żyć 

bez Ojca. Nie będę rozwodzić się nad cierpieniem 

spowodowanym nie tylko stratą moich najbliższych, 

ale i innych. Jeffery uciekł. Ten tchórz nawet nie pró­

bował zabrać mnie z sobą, chociaż i tak bym odmó­

wiła. Jack zniewolił mnie, twierdząc, że nie ma mowy 

o gwałcie, ponieważ mnie kocha. Już nigdy nie po­

czuję się czysta, brak mi jednak odwagi mojej Matki, 

żeby odebrać sobie życie. Niech Bóg mi wybaczy, ale 

gdybym miała kogoś zabić, to zabiję Jacka, jeśli 

ośmieli się znowu tu przyjść. Usiłowałam zachęcić 

pozostałych w mieście ludzi do stawienia oporu, ale 

byli zbyt wystraszeni. 

Wreszcie na skutek moich nalegań mieszkańcy 

miasta chwycili za broń. Po zaciętej walce i śmierci 

jeszcze kilku osób pokonaliśmy bandę. Jack Quigley 

zginął ostatni. Przeklinał wszystkich i przysiągł, że 

wróci z tamtego świata, żeby się zemścić. Umierał ze 

śmiechem. Rozpalono wielkie ognisko dla uczczenia 

egzekucji. Nie mam do nich pretensji, że się tak cie­

szą, ale ja nie czuję żadnej radości, tylko smutek i nie-

background image

nawiść do człowieka, który spowodował śmierć mo­

ich rodziców i moją hańbę". 

Chance pominął kilka kolejnych zapisków, aż zna­

lazł to, czego szukał, i zaczął czytać dokładnie każde 

słowo. 

„Kto by przypuszczał, że Jack powróci? To się wy­

daje niemożliwe. Nasze miasto jest przeklęte. Winni 

jego śmierci zostali zabici. Postawiono znak ostrze­

gający przed żółtą febrą, by odstraszyć podróżnych. 

Gdyby znak ostrzegał przed duchem, nikt nie dałby 

mu wiary. Ludzie, którzy jeszcze pozostali w mie­

ście, opuszczają je tylko w tym, co mają na grzbiecie. 

Są przerażeni i wymykają się z miasta nocą. Nie 

wiem, czy komukolwiek udało się wyjść bezpiecznie, 

ale modlę się o to. Nigdy nie wrócą ze strachu przed 

zemstą Jacka. 

Teraz już wszyscy wyjechali ze Springtown. Zo­

stałam tylko ja. Nie wyjadę, chociaż wiem, że on do­

bierze się do mnie. To tylko kwestia czasu. Zanim za-

brali Ojca, powiedział mi, gdzie jest ukryte złoto, 

i czuję, że moim obowiązkiem jest ujawnienie tej 

kryjówki, ale najpierw muszę coś wyjaśnić. Od po­

czątku całe wydobyte złoto opatrywano tabliczką 

z nazwiskiem właściciela i przekazywano Ojcu, po­

nieważ był uczciwym człowiekiem. On z kolei trzy­

mał je w bezpiecznym ukryciu. Ojcowie miasta pra­

gnęli, by złoto pozostało tajemnicą, aby nie okradli 

nas bandyci, jak to się zdarzyło gdzie indziej. Mieli 

background image

wysłać cały ładunek konwojem wozów do Sacramen-

to, kiedy zjawił się Jack Quigley ze swoją bandą. Zło­

to jest w starej opuszczonej kopalni przy strumieniu. 

Na górze jest szyb, a kiedy słońce stoi wysoko, moż­

na za pomocą lustra zobaczyć worki ze złotem. W ten 

sposób Ojciec mógł sprawdzać, czy wszystko jest 

w porządku, nie wchodząc do szybu. Kopalnia robi 

wrażenie zasypanej, ale jest to jedynie cienka war­

stwa kamieni. Ojciec zarządził to wkrótce po przyby­

ciu bandy do miasta. Teraz już tylko ja znam ten se­

kret. Wszyscy inni nie żyją. Modlę się, żeby jacyś do­

brzy ludzie znaleźli złoto i żeby przyniosło im szczę­

ście. Wtedy zaznam spokoju". 

Chance znał ten szyb. Był jednym z pierwszych, 

do których zaglądał, a także jednym z największych. 

Zlekceważył go, ponieważ uznał, że jest zasypany. 

„Jack idzie po mnie. Przewraca wszystko na do­

le, a wkrótce wejdzie po schodach. Schowam się 

w mojej szafie, jak to robiłam w dzieciństwie. Nie 

wierzę..." 

Tekst się urwał. Czy Jack Quigley zamknął drzwi 

do szafy, czy zatrzasnęły się przypadkiem? Chance 

nigdy się tego nie dowie. 

A więc Amanda mówiła prawdę o duchu, a on był 

zbyt uparty, by jej uwierzyć. Przejechał rękami po 

włosach, usiłując zdecydować, co zrobić. Jak, do 

diabła, walczy się z duchem? Zaczął teraz lepiej ro-

background image

zumieć całą sytuację, wszystkie działania Amandy 

nabierały sensu. A jeśli jej brak zainteresowania spo­

wodowały groźby Jacka? 

Chance podniósł się i zaczął chodzić po pokoju. 

Zatrzymał się i spojrzał na dziennik. Nagle przypo­

mniał sobie, jak koc zsunął się z kufra, kiedy poszedł 

po drugi tom dziennika. I ten blask, który wtedy zo­

baczył. Duch Emily dalej przebywał w tym pokoju! 

Jeśli ma wierzyć w duchy, to chyba również w ducha 

Emily. Postarała się przecież, żeby znalazł jej dzien­

niki. Choć wydawało się to nieprawdopodobne, ale 

może odnalezienie złota odpędzi także Jacka? Emily 

napisała, że kiedy zostanie znalezione, ona zazna spo­

koju. Dlaczego nie miałoby to odnosić się i do Jacka? 

Podjął niespokojny spacer po pokoju. Zanim co­

kolwiek przedsięweźmie, musi wywieźć Polly z mia­

sta. Wywiezienie Amandy bez wiedzy Jacka może się 

okazać niemożliwe. Ale jak może się to udać, skoro 

Amanda nie odstępuje jej na krok? Nagle zrozumiał, 

że musi zachować ostrożność. Musi uważać. Amanda 

nie może się dowiedzieć o jego planach. Porozmawia 

z Polly w cztery oczy, by uświadomić jej niebezpie­

czeństwo. Kiedy już pozbędzie się Polly, zaopiekuje 

się Amandą. Uśmiechnął się. Nikt nie powstrzyma go 

przed zabraniem Amandy z tego miasta, nawet duch. 

background image

Rozdział szesnasty 

Penetrowali właśnie ostatni wyznaczony rejon, 

a Chance w skrytości ducha marzył tylko o tym, żeby 

dostać się do złota, o którym pisała Emily w swoim 

dzienniku. Świadomość, że nie znajdują się nawet 

w pobliżu tamtego szybu, powiększała jedynie jego 

niecierpliwość. Jednak inne sprawy były ważniejsze. 

Musiał znaleźć okazję, by porozmawiać z Polly, a nie 

było to łatwe. Amanda przez cały dzień nie odstępo­

wała przyjaciółki na krok. Za godzinę powinni wra­

cać do miasta. 

Na skalistym terenie nie było widać śladu szybów. 

Widoczne pozostałości kopalni znajdowały się poni­

żej. Chance stanął wyprostowany w gęstych zaro­

ślach i obserwował, jak Polly i Amanda wspinają się 

po niewielkim wzniesieniu. 

- Uwaga na węże! - krzyknął. 

Amanda spojrzała w dół. 

- Co mówisz? 

W chwili nieuwagi zrobiła nieostrożny krok. 

Chance rzucił się biegiem, widząc, jak zsuwa się 

w dół skalistego zbocza. Kiedy dotarł na miejsce, le­

żała u podnóża skał. 

background image

- Wszystko w porządku? - zapytał. 

- Chyba tak - odpowiedziała, trochę oszołomio­

na. Próbowała stanąć, ale ból w lewej stopie kazał jej 

usiąść z powrotem. 

- Nie ruszaj się. - Zdejmując jej but, Chance usły­

szał jęk bólu. Miała skręconą kostkę, poza tym wszy­

stko wydawało się w porządku. Oto nadarzyła się 

okazja, na którą czekał. - Chyba nie będziesz mogła 

chodzić przez dzień czy dwa. - Uśmiechnął się szel­

mowsko. - Myślę, że odniosłaś też pewne obrażenia 

w tylnych partiach. 

- Co się stało? - spytała zaniepokojona Polly, któ­

ra właśnie do nich dołączyła. 

- Skręciła nogę w kostce. Niegroźnie. 

W

 oczach Polly pojawiła się ulga, a zaraz potem 

zerknęła porozumiewawczo na Chance'a, który pod­

chwycił jej spojrzenie. 

- Zaniosę Amandę pod drzewa, żeby miała cień. 

-Wziął ją na ręce. 

- Na pewno nic mi nie jest - upierała się Amanda. 

- Chance ma rację - wtrąciła Polly. - Dzisiaj już nie 

będziesz mogła się wspinać. My się tym zajmiemy, 

- Polly, musisz tu ze mną zostać! 

- Nonsens! Nic jej się nie stanie - zapewnił 

Chance. 

Amanda wpadła w panikę. 

- Może zginąć! Do diabła, Chance, postaw mnie! 

- Skąd ci to przyszło do głowy? - spytał spokojnie. 

- Miałam sen, w którym widziałam śmierć Polly! 

- Amando, to był tylko sen. Będę jej pilnował. 

background image

- Polly, obiecaj, że będziesz ostrożna. 

- Obiecuję. 

- Polly, poczekaj tutaj - polecił Chance. - Ja za 

chwilę wrócę i będziemy dalej szukać. 

Amanda była bezradna. Nie mogła chodzić, nie 

mogła też zmusić Polly, żeby z nią została. Mogła je­

dynie modlić się, by Jack zostawił ich w spokoju. 

Chance miał rację. Zaczynała tracić kontakt z rzeczy­

wistością. Oparła głowę na jego ramieniu i zamknęła 

oczy, rozkoszując się tymi kilkoma chwilami blisko­

ści. Wdychała przyjemny zapach jego ciała, wsłuchi­

wała się w bicie serca. Pragnęła jego pocałunków, 

pragnęła, by uwolnił ją od smutnej świadomości, że 

wkrótce go straci. Jak cudownie byłoby raz jeszcze 

poczuć jego wargi na swoich ustach. 

Chance delikatnie posadził ją na ziemi. 

- Dziękuję - szepnęła. - Będziesz uważał na Polly? 

- Na pewno. - Widział niepokój w jej oczach i mu­

siał stoczyć z sobą walkę, żeby nie porwać jej w ramio­

na i nie uciec od wszystkiego, co miało związek ze 

Springtown. Jednak po przeczytaniu dziennika Emily 

nie miał wątpliwości, że Jack Quigley bacznie ich ob­

serwuje. Jeden fałszywy ruch mógł oznaczać śmierć ich 

wszystkich. Chciał zapewnić Amandę, że zrobi co w je­

go mocy, żeby wyjechali bezpiecznie ze Springtown, ale 

nie ośmielił się. Nawet rozmowa z Polly nie będzie taka 

prosta. Położył plecak obok Amandy. 

- Gdybyś poczuła głód lub pragnienie. 

- Nie zapomnisz uważać na Polly? 

- Nie, cały czas będziemy razem. - Chance mrug-

background image

nął porozumiewawczo. - Nie martw się, Amando, sy­

tuacja może nie jest aż tak zła, jak przypuszczasz. 

Wpatrywała się w szerokie ramiona odchodzącego 

Chance'a. Nie martw się? Dopóki on i Polly nie wyjadą 

stąd, mogła się tylko martwić. Usiłowała poruszyć nogą, 

ale było to bolesne. Jeśli teraz okuleje, to wyjątkowo nie 

w porę. Nazajutrz Polly i Chance będą z pewnością nale­

gać, by została w domu i będzie musiała ich posłuchać. 

Kiedy wrócił Chance, Polly natychmiast usiłowała 

porozmawiać z nim o Amandzie: 

- Chance,ja... 

- Nic nie mów - wyszeptał. - Nie przystawaj. 

Gdy odeszli na tyle daleko, by Amanda nie mogła 

ich widzieć, Chance schwycił Polly za rękę i przy­

ciągnął ją do siebie. 

- Chance, ja muszę z tobą porozmawiać! Amanda 

powiedziała, że zostanie w Springtown, dopóki się 

nie upewni, że zniknąłeś z jej życia. Ale myślę... 

- Nie ma czasu na wyjaśnienia. - Chance prze­

chylił się, by się upewnić, czy Amanda siedzi tam, 

gdzie ją zostawił. - Nawet w tej chwili podejmuję 

wielkie ryzyko, bo może Jack słucha tego, co mówię. 

- Więc wierzysz w istnienie ducha? - Polly za­

parło dech. 

- Tak. A teraz słuchaj. Chcę, żebyś dziś wieczo­

rem opuściła Springtown. 

- Dzisiaj? Pójdziesz ze mną? 

- Nie. Ja... 

- Nie mogę przecież iść sama całą drogę do An-

gels Camp. Dlaczego mnie nie zaprowadzisz? 

background image

- Chcę wyciągnąć stąd Amandę, a nie uda mi się, je­

śli będę musiał uważać także na ciebie. Nie dalej jak 

dziewięć kilometrów stąd jest miasto o nazwie Murphys. 

- A dlaczego ona nie może opuścić miasta? 

- Nasz przyjaciel może pozwolić odejść nam, ale 

nie wypuści Amandy, chyba że znajdę sposób, żeby 

go przechytrzyć. - Chance zamyślił się. - Jeśli dotrę 

do złota, on pewnie zniknie. 

- Nie chcę iść sama! 

- Słyszałaś, co powiedziała Amanda. Twoje życie 

jest w niebezpieczeństwie, więc musisz odejść. 

- Twierdzisz, że Jack mógłby mnie zabić? 

- Tak właśnie twierdzę. 

- Nie chcę umierać! 

- A więc rób, co mówię. Dziś wieczorem, kiedy 

Amanda zaśnie, wymkniesz się z domu. Będę na cie­

bie czekał. Odprowadzę cię pół drogi do Murphys. 

Potem tu wrócę. Możesz to zrobić? 

- Boję się! 

- Wiem, ale nie masz wyboru. 

- Będziesz czekał? 

- Będę. 

- Zgoda. Jak tylko Amanda zaśnie, wymknę się 

z domu. 

Polly leżała w łóżku, wsłuchując się w równy od­

dech Amandy. Kilkakrotnie próbowała wstać, ale za 

każdym razem przyjaciółka się budziła. 

- Dobrze się czujesz? - szeptała, ale Polly nie od­

powiadała, udając, że śpi. 

background image

Powoli przesunęła na brzeg łóżka jedną nogę, a po­

tem dragą. Amanda nie poruszyła się, więc Polly usiadła 

na łóżku, a potem zsunęła się na podłogę. W pokoju by­

ło wystarczająco jasno, bo przez okno wpadało światło 

księżyca. Schwyciła spodnie, koszulę i buty i podeszła 

do drzwi. W ostatniej chwili pomyślała o tym, żeby 

wziąć świecę i zapałki. Drzwi nie zaskrzypiały ani przy 

otwieraniu, ani przy zamykaniu. 

Noc była ciepła, ale korytarz okazał się zaskakująco 

zimny. Ciało Polly pokryła gęsia skórka, zaczęła szczę­

kać zębami. Wkrótce po przyjeździe do Springtown 

Amanda wspominała o tym, że pojawieniu ducha towa­

rzyszy przejmujące zimno. Drżącą ręką zapaliła zapałkę 

i świecę. Przy świetle poczuła się trochę lepiej. Osłoniła 

ręką płomień i zaczęła odmawiać modlitwy. 

Zeszła zaledwie do połowy schodów, kiedy nagły 

podmuch wiatru zgasił świecę. Zrobiło się zupełnie 

ciemno i Polly z trudem powstrzymała się od krzyku. 

Nie wiedziała, czy wrócić do sypialni, czy dalej scho­

dzić na dół. Dotknęła ręką ściany i ostrożnie ruszyła 

do przodu. Wreszcie namacała poręcz. Jeśli ten Jack 

Quigley istnieje naprawdę, to czy zepchnie ją ze 

schodów? 

Chance odetchnął z ulgą na widok Polly wycho­

dzącej z domu. Na razie wszystko idzie dobrze. Teraz 

musi ją stąd zabrać. Podbiegł do niej. 

- Pospiesz się, Polly, nie ma czasu. 

- Muszę się najpierw ubrać. 

- To może poczekać. Włóż tylko buty. 

Zamiast iść przez miasto, Chance skierował się na 

background image

tyły domu. Była to dłuższa droga, ale zamierzał sze­

rokim łukiem ominąć Springtown. Polly narzekała, że 

idzie zbyt szybko, ale nie przestawał jej popędzać. 

Pozwolił jej się zatrzymać, dopiero gdy odeszli 

prawie dwa kilometry od miasta. 

Polly padła na ziemię, usiłując uspokoić oddech. 

- Czy... czy już jesteśmy bezpieczni? 

- Chyba tak. 

- Jak daleko jeszcze, musimy iść? 

- Ty musisz przejść jeszcze z siedem kilometrów. 

Odgarnęła włosy z oczu. 

- Ja? Co masz na myśli? 

- Ja muszę wracać. 

Poderwała się na nogi. 

- Chcesz powiedzieć, że zostawisz mnie samą na 

tym pustkowiu? - Usiłowała rozejrzeć się wokół, ale 

było zbyt ciemno, by cokolwiek zobaczyć. 

Chance wskazał na południe. 

- Idź w tym kierunku, a dotrzesz do Murphys. 

- Zabłądzę! 

Chance obejrzał się na Springtown. 

- Przecież wiesz, że nie mogę iść z tobą. 

Polly westchnęła. 

- Wiem - powiedziała po chwili. - Musisz wrócić 

po Amandę. 

- Czy chciałabyś, żebym postąpił inaczej? 

- Nie, ja też ją kocham. Czy naprawdę myślisz, że 

uda ci się ją wydostać? 

- Nie wiem, ale na pewno będę próbował. Polly, 

wiem, gdzie jest złoto. 

background image

- Wiesz? - pytała zaskoczona. - Widziałeś je? 

- Nie, ale zamierzam mu się przyjrzeć w południe. 

- Zsunął z ramienia juki. - Tutaj jest sakiewka, a w niej 

połowa złota, które znalazłem. Chcę, żebyś zatrzymała 

się w hotelu w Murphys przez dwa tygodnie. Jeśli nie 

zjawimy się do tej pory, to wszystko należy do ciebie. 

W tamtejszej stajni stoi mój koń. Zapłać za jego pobyt. 

Jeśli się nie zjawimy, koń jest twój. Nie próbuj na nim 

jeździć, ale kowal chce go kupić. 

- Chance - zaczęła zatroskana Polly - mówisz 

tak, jakbyśmy mieli więcej się nie spotkać. Nie uciek­

nę przecież ze wszystkim. 

Chance roześmiał się. 

- Dobrze wiesz, Polly, że to mi w ogóle nie przyszło 

do głowy. Jestem przekonany, że będziesz czekać. Do­

bra z ciebie dziewczyna. Nie jestem pewien, czy uda 

nam się dotrzeć do złota. Przecież nie wiem nawet, czy 

ktoś już się do niego nie dobrał. Ale w tych jukach jest 

dosyć, żebyśmy wszyscy troje mogli zacząć od nowa. 

- Może otworzymy saloon? 

Chance przeniósł ciężar ciała na drugą nogę. 

- Polly, jeśli jesteś sprytna, nie wrócisz już do sa­

loonu. Nie spiesz się i znajdź sobie odpowiedniego 

mężczyznę. Wydaje mi się, że tego naprawdę chcesz. 

A teraz muszę już iść. 

- Bądź ostrożny. 

- Wierz mi, że nie mam ochoty umierać, ale prę­

dzej mnie diabli porwą, niż pozwolę jakiemuś ducho­

wi zabrać kobietę, którą kocham. - Pochylił się i po­

całował ją w policzek. - Zobaczymy się za kilka dni. 

background image

Polly wzięła od niego juki i obserwowała, jak zni­

ka w ciemności. 

- Znalazłam odpowiedniego mężczyznę - wyszep­

tała. - Tyle że nie jest do wzięcia, 

Amanda obudziła się i stwierdziła, że Polly nie ma. 

W pierwszym odruchu przeraziła się i wyskoczyła 

z łóżka, ale natychmiast usiadła z powrotem, ponie­

waż kostka nadal bolała. Uświadomiła sobie, że nie 

ma powodów do niepokoju. Polly i Chance na pewno 

już wyruszyli na poszukiwania. Pozostawało jej jedy­

nie czekać na ich powrót. 

Pokuśtykała do otwartego okna i wysunęła głowę 

na zewnątrz. Zbliżało się południe. Przynajmniej nie 

będzie musiała czekać cały dzień. 

Szyb wydawał się początkiem kopalni. Cały 

osprzęt i drewno były na miejscu, zabrano jedynie 

kubeł do opuszczania łudzi. Ile metrów liczy główny 

tunel? Sto pięćdziesiąt, trzysta, siedemset? Wciągnął 

głęboko powietrze. Jama prawdopodobnie nie miała 

więcej niż siedem, może dziesięć metrów głębokości, 

ale to też nie wydawało się zbyt zachęcające. 

Wyjął z plecaka lusterko i popatrzył na słońce. Może 

teraz przekona się wreszcie, czy złoto jeszcze tu jest. 

Może uda się wyciągnąć je za pomocą haka, bez opusz­

czania się na dno szybu. Złoto nie może przecież leżeć 

luzem. Musi być w workach albo w pojemnikach. 

Chance podszedł do szerokiego otworu szybu, 

ustawił lusterko w ten sposób, by słońce odbijało się 

background image

w czarnej dziurze. Pochylił się i spojrzał w dół. Właś­

nie dostrzegł coś, co przypominało worki z juty, gdy 

poczuł, że grunt usuwa mu się pod nogami. Usiłował 

rzucić się do tyłu, ale wszystko, co udało mu się 

uchwycić, osuwało się wraz z nim. 

Uderzył głucho o ziemię, ale był tylko lekko oszo­

łomiony. Pokręcił głową. W następnej chwili ogarnę­

ło go przerażenie. Nie mniej niż dziesięć metrów nad 

głową widział szeroki otwór. Zadrżał, nozdrza wypeł­

nił mu stęchły zapach wilgotnej ziemi. Macał wokół, 

szukając czegoś, co pomogłoby mu się wydostać. Sta­

lowy szpikulec ugodził go w rękę. Zaczął go obma­

cywać. Żelazny hak! Trzymając w jednym ręku linę, 

poderwał się na nogi. Wiele razy próbował wyrzucić 

hak na górę, ale za każdym razem opadał w dół, mi­

jając go o włos. Chance oddychał z coraz większym 

trudem. Widział niewyraźnie, aż wreszcie ogarnęły 

go kompletne ciemności. 

Kiedy oprzytomniał, uświadomił sobie, że musiało 

to być omdlenie. Zmuszał się do zachowania spokoju, 

ale nie było to łatwe. Czuł, że znowu ogarnia go pa­

nika. Pomyśl, do diabła, pomyśl! Myśl o Amandzie! 

Czy pozwolisz, żeby Jack Quigley zwyciężył? 

Chance dźwignął się do pozycji siedzącej. Nic 

dziwnego, że w stanie skrajnego zdenerwowania nie 

udało mu się zaczepić haka. Otarł pot z twarzy, za­

mierzał wziąć się w garść. Jak długo będzie myślał, 

tak długo uda mu się utrzymać na wodzy strach. Po­

szukał liny. Nagle namacał ręką coś znajomego. Ple­

cak! Musiał pociągnąć go za sobą, spadając do szybu. 

background image

Otworzył plecak drżącymi rękami. Po omacku odna­

lazł świecę. Potem wymacał zapałki, zapalił jedną 

i błogosławił cudowny blask płomienia. Zapalił świe­

cę i wstał. Miał wokół siebie sporo miejsca. Rozglą­

dał się wokół, aż zlokalizował to, czego szukał. 

W odległości nie większej niż siedem metrów zo­

baczył worki z juty. Zbliżył się szybko i zaczął je 

otwierać. Po chwili cofnął się o krok, nie wierząc 

własnym oczom. Nigdy nie widział takiej ilości złota! 

Podniósł wyżej świecę. Wielką komorę w trzech 

czwartych wypełniało złoto! Usiadł na ziemi i wpa­

trywał się w skarb. On, Polly i Amanda stali się bo­

gaczami! W podziemnych tunelach niosło się echo je­

go histerycznego śmiechu. 

Dopiero gdy się uspokoił, uświadomił sobie niedo­

godność całej sytuacji. W jaki sposób wydobędzie to 

złoto na powierzchnię? Spojrzał znowu w otwór szy­

bu i nagle przyszła mu do głowy myśl, czy to nie Jack 

Quigley zepchnął go w dół. Doskonały sposób, żeby 

się go pozbyć. Ale Jack Quigley jeszcze nie odniósł 

nad nim zwycięstwa! Wstał i zaczął krążyć po ob­

szernej komorze, oglądając ją badawczo. We wszy­

stkie strony rozchodziły się stąd tunele, większość 

z nich schodziła w dół. Spostrzegł skrzynki z dyna­

mitem, a także lonty. Latarnie, kilofy... Uśmiechnął 

się na widok palta wiszącego na szpikulcu wbitym 

w ścianę. Miał dwie możliwości. Mógł próbować 

znaleźć wyjście albo raz jeszcze posłużyć się hakiem. 

Słońce dawno już nie świeciło wprost nad otworem 

i po tym Chance zorientował się, że to późne popo-

background image

łudnie. Zdecydował się na próbę z hakiem. Po wie­

lu usiłowaniach wiedział już, że nie ma wyboru. Tyl­

ko dwukrotnie udało mu się zaczepić hak na skra­

ju otworu i za każdym razem grunt się obsuwał, a 

w dół leciały grudy ziemi i kępki trawy. Chance'a nie 

cieszyło, że musi szukać wyjścia pod ziemią, ale 

strach go już opuścił. Teraz był pełen determinacji. 

Zdjął ze szpikulca wełniane palto i ubrał się. Ręka­

wy były o wiele za krótkie, palto nie dopinało się 

z przodu, ale dawało ciepło. Nie miał pojęcia, w któ­

rą stronę iść, lecz i tak los mu sprzyjał. Miał świat­

ło i cały zwój sznurka w plecaku. Wiedział też dość 

dużo o kopalniach. Złożył wszystko, co mogło się 

przydać, na stare taczki. Wiedział, że dynamit potrze­

buje wyższej temperatury, wetknął więc kilka lasek 

za cholewę. 

Amanda chodziła po saloniku w domu Chance'a, 

nieprzytomna z niepokoju. Dokuśtykała tutaj w po­

szukiwaniu Chance'a i Polly. Potem obeszła, kulejąc, 

cały dom. Zapadły ciemności, powinni wrócić przed 

kilkoma godzinami. Musiało im się coś przytrafić. 

Czy powinna wyruszyć im na spotkanie? Ale jak, ze 

skręconą nogą, po ciemku? Poczuła dreszcze i znie­

ruchomiała w oczekiwaniu na pojawienie się Jacka. 

Siedział w ulubionym fotelu Chance'a i czyścił 

paznokcie. 

- Coś nie w porządku, mój skarbie? - zapytał od 

niechcenia. 

- Jack, gdzie oni są? 

Skan Anula, przerobienie pona.

background image

- Oni? Jacy oni? 

Miała ochotę krzyknąć, cisnąć w niego czymś, by­

le tylko zniknął z jego twarzy ten wyraz zadowolenia. 

- Czy zrobiłeś im krzywdę? 

- Skądże. 

- Więc gdzie są? - Amanda wstrzymała oddech. 

- Odeszli. Zabrali całą biżuterię i wszystko, co im 

wpadło w ręce, i wymknęli się tej nocy. 

- Nie wierzę ci. 

- Czy naprawdę sądziłaś, że nicpoń i dziwka zo­

staną tutaj, skoro uznali, że nie ma złota? Czy mam 

ci powiedzieć, ile razy oni... 

- Nie! 

- Obserwowanie ich sprawiało mi wielką przyje­

mność. 

Po policzkach Amandy popłynęły łzy. 

- Mówiłem ci, że tylko ja kocham cię naprawdę, 

ale nie chciałaś mi wierzyć. Pozwoliłem im tu zostać 

tylko po to, żebyś się sama przekonała. Ale oni byli 

na tyle sprytni, że w twojej obecności nie okazywali 

sobie żadnych uczuć. 

- Nie wierzę ci! - Rzuciła się do drzwi, ale Jack uniósł 

rękę i silny podmuch wiatru powalił ją na podłogę. 

Powoli wstał z krzesła, twarz miał wykrzywioną 

gniewem. 

- Nigdy nie próbuj wychodzić, kiedy mówię do 

ciebie! Rozumiesz? 

- A co mi zrobisz? Zabijesz mnie? 

- O, nie. Nigdy bym tego nie zrobił. Ale mogę cię 

okaleczyć, poranić, uczynić z twego życia piekło. 

background image

Możesz mi wierzyć, że robiłem to już wielokrotnie, 

gdy pragnąłem jakiejś kobiety. 

Teraz stał naprzeciwko niej. Amanda nie mogła 

znieść widoku jego twarzy. 

- Jack, proszę cię. Mówisz, że mnie kochasz, więc 

pozwól mi odejść. 

- Pozwolić ci odejść? Czy o to mnie błagasz? 

- Nie. Nie będę błagać. 

- To dobrze. Nigdy nie lubiłem słabych kobiet. 

Nie pozwolę ci odejść. Zbyt długo czekałem, żebyś 

zjawiła się w moim mieście. Jesteśmy sobie przezna­

czeni. 

- Prędzej umrę. 

- Będziesz żyła. Instynkt samozachowawczy jest 

czymś niezwykłym. Amando, nie próbuj odejść:. Mo­

gę cię zapewnić, że nie uciekniesz ode mnie, a kiedy 

już z tobą skończę, nigdy więcej nie będziesz próbo­

wała uciekać. I pamiętaj, że chociaż ty mnie nie wi­

dzisz, ja widzę ciebie. Jestem z tobą przez cały czas 

i coraz lepiej cię poznaję. 

Kiedy zniknął, Amanda się rozpłakała. Czy mówił 

prawdę na temat Polly i Chance'a? Pomimo wszystko 

nie przestała kochać Chance'a. Od pewnego czasu zda­

wała sobie sprawę, że Jack nie dopuści, by związała 

z Chance'em swoją przyszłość, miała jednak wspo­

mnienia, a tego Jack nie mógł jej odebrać. Czyż nie 

modliła się, żeby Poiły i Chance mogli bezpiecznie 

uciec? Usiadła, z gniewem wycierając łzy. Dlaczego go­

towa była uwierzyć Jackowi? Zawsze próbował nią ma­

nipulować. A jeśli kłamie, to skąd wiadomo, że Chance 

background image

nie wróci? Nie, Chance, nie może wrócić. Nie wątpi­

ła, że gdyby to zrobił, Jack by go zabił. 

Chance ciągnął za sobą sznurek. Kiedy uznał, że 

tunel prowadzi w dół albo że nie ma z niego wyjścia, 

wracał po śladach sznurka. Kolejny tunel wydał się 

mu obiecujący. Nie uszedł daleko, kiedy dostrzegł 

koleiny wyżłobione przez koła niewielkiego wozu. 

Tunel był wystarczająco szeroki, by zmieścił się 

w nim muł i wóz. A złoto było za ciężkie, żeby je 

nieść. Nie miał pojęcia, jaka jest pora dnia, był jednak 

pewien, że szedł wiele godzin. Nie wiedząc, ile jesz­

cze czasu upłynie, zanim znajdzie wyjście, usiadł wy­

czerpany na ziemi. Pogrzebał w plecaku i znalazł tro­

chę wyschniętego chleba i stwardniałej dziczyzny. 

Po tym skromnym posiłku sprawdził latarnię. Wa­

hał się, zanim ją zgasił, ale musiał oszczędzać. Zosta­

ły mu już tylko trzy latarnie. Może znajdzie ich wię­

cej w tunelu, ale nie było to pewne. 

Gdy tylko znalazł się w ciemnościach, poczuł, że 

ogarnia go panika. Aby zapomnieć o strachu, zaczął 

myśleć o Amandzie. Uśmiechnął się na wspomnie­

nie wspólnie spędzonego czasu, a potem zmarszczył 

brwi, uświadomiwszy sobie, ile razy próbowała mu 

powiedzieć o Jacku. Położył się i zamknął oczy. Po­

trzebował snu. Nagle otworzył szeroko oczy. Jeśli 

Jack spowodował burzę piaskową, dlaczego nie inter­

weniował, kiedy kochali się na skale albo kiedy za­

brał Amandę nad jezioro? Istniała tylko jedna 

odpowiedź. I cały czas o niej wiedzieli! 

background image

Rozdział siedemnasty 

Amanda leżała na łóżku w pokoju Emily, wpatru­

jąc się w koronkowe firanki poruszane popołudnio­

wym wietrzykiem. Miała wyschnięte wargi, ciało 

rozpalone i lepkie od upału, nie chciała jednak wy­

chodzić z tego pokoju. Przebywała tu od chwili 

rozmowy z Jackiem przed dwoma dniami. Gdyby 

Chance zamierzał wrócić, już by się zjawił. Co do Ja­

cka, to była pewna, że dopóki pozostanie w tej sypial­

ni, nie będzie mógł jej dotknąć. Może obawiał się du­

cha Emily i dlatego tu nie wchodził? 

- Amando! 

Wyskoczyła z łóżka i zachwiała się na nogach. Nie 

zdawała sobie sprawy, jak bardzo osłabła. Wyjrzała przez 

okno i zobaczyła, że Chance wychodzi spod drzew 

i zmierza prosto w stronę domu. Ubranie miał brudne, 

a twarz pociemniałą od zarostu. Robił wrażenie skrajnie 

wyczerpanego. Zauważyła, że wiatr zaczyna poruszać li­

ście i gałęzie i że coraz bardziej przybiera na sile. 

- Jack - szepnęła, zmierzając do drzwi. - Nie! -

krzyczała, biegnąc przez korytarz. Potknęła się na 

pierwszym stopniu schodów, ale udało jej się uchwy­

cić poręcz. Kiedy Jack odwrócił się w jej stronę, za-

background image

chwiała się. Na jego twarzy malowała się nienawiść 

i wściekłość. 

- Proszę, nie zabijaj go! 

- Amando! - wołał Chance. - Wyjdź. Chcę z tobą 

porozmawiać. 

- Czy teraz mnie błagasz, Amando? - pytał Jack. 

- Tak, błagam cię. - Znowu odwrócił się do niej 

plecami, usłyszała grzmot i coraz głośniejsze wycie 

wiatru. - Zrobię wszystko, co zechcesz. 

Stanął twarzą do niej z zimnym uśmieszkiem na 

ustach. Amanda zrobiła ostatni krok i zatrzymała się. 

- Dlaczego miałbym ocalić to nędzne życie? On 

próbuje zabrać mi ciebie! 

Jego słowa zdawały się huczeć w całym domu. 

- Jeśli to zrobisz, będę ci służyć aż do śmierci. 

Spojrzał na nią podejrzliwie. 

- I nigdy już nie wejdziesz do tej sypialni? 

- Nigdy. 

- I zrobisz wszystko, co ci każę? 

- Tak. Obiecuję. 

Przekrzywił głowę. 

- Oddam ci tę ostatnią przysługę, ale już nigdy nie 

próbuj mnie rozzłościć. Pozbądź się go raz na zawsze. 

Będę was obserwował i jeśli nie odejdzie, zabiję go. 

Zaręczam ci, że nie będzie to przyjemna śmierć. 

Amanda słyszała, że wiatr cichnie. Podeszła do 

drzwi i otworzyła je. Chance nie poruszył się, gdy 

szła w jego stronę. Zmusiła się do uśmiechu, modląc 

się, by tym razem udało się go przekonać, że nie chce 

go już więcej widzieć. 

background image

Chance zdawał sobie doskonale sprawę, że nie­

wiele brakowało, by spotkał się ze swoim Stwór­

cą, i że w jakiś sposób Amanda temu przeszkodziła. 

Nie mógł uwierzyć, jak bardzo się zmieniła w tak 

krótkim czasie. Miała pożółkłą cerę i czarne kręgi 

pod oczami. Spodnie i koszula wyglądały tak, jakby 

nie zdejmowała ich od kilku dni. Czy była chora, czy 

to wpływ obecności Jacka? Zauważył, że z trudem 

trzyma się na nogach. Zmusił się, by stanąć w możli­

wie swobodnej pozie, nie chciał bowiem, żeby Aman­

da lub Jack zorientowali się, co czuje łub jakie ma 

plany. 

- Chance - odezwała się Amanda - myślałam, że 

poszedłeś sobie. A gdzie Polly? 

- W mieście zwanym Murphys. 

Musiała spleść ręce na plecach, by nie okazać zde­

nerwowania. Chance, nawet tak brudny, wydawał jej 

się najprzystojniejszym mężczyzną na świecie. Boże, 

jakże go kochała! 

- Co się stało? Wyglądasz, jakbyś spadł z konia. 

- Rzeczywiście. Poczułem wyrzuty sumienia, że 

Polly i ja tak się ulotniliśmy. Musiałem wrócić, żeby 

zapytać, czy mamy ci zostawić jakieś pieniądze 

w Murphys. Polly powiedziała, że chcesz się mnie 

pozbyć, zanim sama opuścisz Springtown. 

- Chcesz powiedzieć... że nie jesteś na mnie zły? 

- Dlaczego miałbym być? Oboje jesteśmy dorośli, 

i jak już mówiłem, cokolwiek się stało, nie mogło 

trwać. 

- A ty zawsze będziesz miał Polly? 

background image

Chance domyślał się, co powinien teraz powie­

dzieć. Widział cierpienie w jej wielkich oczach i to 

utrudniało mu tę grę. 

- Znasz przecież Polly. Jak długo można się jej 

opierać? 

- Istotnie, niezbyt długo! Mogę cię zapewnić, że 

nie będę potrzebowała pieniędzy. Wszystko w po­

rządku. 

Chance przeciągnął dłonią po włosach. 

- Może odprowadzisz mnie do mojego konia, że­

by udowodnić, że nie masz do mnie pretensji? 

- Ja... 

Uśmiechnął się. 

- No, dobra. Możemy przynajmniej rozstać się jak 

przyjaciele. 

Amanda rzuciła okiem przez ramię. Jack pewnie 

będzie przekonany, że nic jej nie łączy z Chance'em. 

- W porządku. 

- A więc jak długo zamierzasz zostać w Spring-

town? - spytał Chance, prowadząc ją na tyły domu. 

Nie przestawał mówić, gdy oddalali się coraz bar­

dziej. 

Amanda nagle zatrzymała się i rozejrzała wokół. 

- Gdzie jest twój koń? 

Delikatnie wziął ją w ramiona. 

- Amando, nie miałem czasu wytłumaczyć ci 

wszystkiego, ale zaufaj mi. Razem opuścimy to 

miejsce. 

- Nie! - usiłowała się wyrwać. - Czy nie rozu­

miesz? Nienawidzę cię. Musisz odejść! 

background image

- Posłuchaj - powiedział łagodnie. - Jack nie mo­

że już zrobić ci krzywdy. 

- Nie! Mylisz się! On... 

Chance pochylił się i pocałował ją czule, starając 

się nie urazić popękanych warg. 

- Kocham cię - wyszeptał. - I nigdy nie naraził­

bym twojego życia na niebezpieczeństwo. 

- Ale przecież powiedziałeś, że ty i Polly... 

Uśmiechnął się. 

- Kłamałem. Nie mogłem powiedzieć prawdy 

w obecności Jacka. 

- Chance, posłuchaj! On zabije nas oboje. Proszę 

cię, odejdź - błagała Amanda. 

Potrząsnął nią delikatnie. 

- Nie, ty posłuchaj. Jestem przekonany, że nie mo­

że nam nic zrobić. Czy dobrze się czujesz? Wyglą­

dasz strasznie. 

Nie pragnęła nic więcej, prócz tego wyrazu miłości 

w jego oczach. Chance naprawdę ją kochał. Przez ca­

ły czas. 

- Teraz czuję się świetnie - powiedziała miękko. 

Chance rzucił okiem w stronę miasta. 

- Miałem dużo czasu, żeby zastanowić się nad sy­

tuacją, i chyba wiem, jak pozbyć się Jacka raz na za­

wsze. 

Amanda odsunęła się od niego. 

- To niemożliwe. On nie jest człowiekiem. Wiem, 

że nawet teraz nas obserwuje. 

- A więc dlaczego nic nie robi? 

- No... nie wiem. 

background image

- Gdzie jest wiatr czy burza? - Chance uśmiech­

nął się, bo z każdą chwilą nabierał pewności siebie. 

- Kiedy byłem w kopalni... 

- W jakiej kopalni? 

- Później ci opowiem. Teraz nie mamy wiele cza­

su. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego Jack tak się 

rozzłościł, że spałaś w moim łóżku, a przecież nie 

zrobił niczego, kiedy byliśmy razem przy innych oka­

zjach. Doznałem olśnienia. Nie wiedział o tych in­

nych okazjach, ponieważ byliśmy za miastem. 

Springtown to więzienie Jacka. 

- Ale to niemożliwe. Powiedział, że obserwuje 

mnie przez cały czas. 

- Domyślam się, że kontrolował cię za pomo­

cą twojego własnego strachu. Dopóki mógł cię 

przekonać, że wszystko widzi, nie miał się czego oba­

wiać. 

Amanda dotknęła dłonią pulsujących skroni. 

- Masz rację. Teraz, gdy o tym myślę, uświada­

miam sobie, że wydarzyły się różne rzeczy, o których 

nie wiedział. Powiedział nawet kiedyś, iż wydaje mu 

się, że sprawdzamy szyby. Mogliśmy wyjechać 

w każdej chwili! 

- Kochanie, mam pewien plan, ale nie wiem, czy 

się powiedzie. 

- Co masz na myśli? - Amanda wstrzymała od­

dech. - Jeśli on rzeczywiście nie może nas dosięgnąć, 

uciekajmy stąd jak najszybciej! 

Chance pogłaskał jej policzek. 

- Czy nie rozumiesz, że nie możemy wyjechać? 

background image

- Dlaczego? Zrobiliśmy to przedtem. Chance, nie 

mogę znieść myśli, że on cię zabije. 

- Owszem, wyjechaliśmy, ale każde z nas musiało 

wrócić. Amando, czy wierzysz w przeznaczenie? 

- Nie wiem, czy jest jeszcze coś, w co mogłabym 

wątpić. Dlaczego pytasz? 

- Ponieważ czuję przez skórę, że przeznaczeniem 

twoim, Polly i moim było przybycie tutaj. Powiedziałaś, 

że mogliśmy wyjechać w każdej chwili. Nie przypusz­

czam. Mieliśmy zniszczyć Jacka i znaleźć złoto. I nie 

mogliśmy wyjechać, dopóki tego nie dokonamy. 

- Możliwe też - powiedziała miękko - że byliśmy 

sobie przeznaczeni. 

Spojrzał na nią i uśmiechnął się. 

- Co do tego nie mam wątpliwości. 

- Na czym polega twój plan? 

- Możesz iść czy mam cię nieść? 

Amanda z każdą chwilą czuła się silniejsza. Goto­

wa była na wszystko przy boku Chance'a. 

- Mogę iść. 

Trzymając Amandę za rękę, Chance ominął miasto 

wielkim łukiem. Wreszcie dotarli do miejsca, gdzie 

zostawił załadowane karabiny. 

- Co to jest? - spytała zatroskana Amanda. - Nie 

możesz zabić Jacka. 

- Ale spróbuję. Podłożyłem w całym mieście dy­

namit. Przez cały czas martwiłem się, że Jack mnie 

obserwuje, a jednak nie robił tego. 

- Był zbyt zajęty, czekając, aż wyjdę z pokoju 

Emily. Co zamierzasz zrobić? 

background image

- Podjąć największe ryzyko mojego życia. Spró­

buję wysadzić całe miasto w powietrze. Ale nie zro­

bię tego bez twojego przyzwolenia. Amando, spójrz 

na mnie. - Popatrzył w jej głębokie, ciepłe oczy. -

Wiele rzeczy może się nie udać. A najważniejsza 

z nich to taka, że mogę w ten sposób wyzwolić Jacka 

z jego więzienia. Jeśli tak się stanie, to wiesz dobrze, 

że pójdzie za nami. Albo nie dopuści, by cokolwiek 

zdarzyło się w Springtown. Może wznieci ogień. Nie 

mam pojęcia, co zrobi. Jak mówiłem, to wielkie ry­

zyko, ale myślę, że powinniśmy je podjąć. 

- Może masz rację. Może przybycie tutaj było na­

szym przeznaczeniem, ponieważ oboje wiedzieliśmy, 

że w istocie nie mamy wyboru. 

Chance skinął głową, wziął karabin i wycelowa­

wszy w jedno z miejsc, gdzie założył dynamit. Po­

ciągnął za cyngiel. 

Suche drewno rozprysnęło się na wszystkie strony. 

Chance strzelał w kolejne cele, a Amanda poczuła, że 

ziemia drży jej pod nogami. Najpierw wybuchł pożar, 

ogień zachłannie obejmował kolejne budynki, a pło­

mienie lizały skraj nieba. Żar stawał się nie do wy­

trzymania. Dym wyciskał już łzy. Kiedy Chance 

przestał strzelać, całe miasto stało w płomieniach. 

Amanda mogłaby przysiąc, że słyszy wołania Jacka. 

Zatkała uszy i już miała skryć się w ramionach Chan­

ce'a, ale wziął do ręki karabin. Patrzyła, jak celuje 

w piękny, duży dom stojący na uboczu. Chwyciła go 

za rękę. 

- Nie możesz tego zrobić! - wykrzyknęła. 

background image

Chance delikatnie odsunął jej rękę. 

- Amando, trzeba zniszczyć wszystko, inaczej 

Jack nie zginie. Poza tym, on nie jest jedynym du­

chem, który musi odpocząć w spokoju. Jesteśmy to 

winni Emily. - Znowu wycelował i pociągnął za 

spust. Jedna część domu wyleciała w powietrze, pło­

mienie ogarnęły konstrukcję. Amanda ukryła głowę 

na piersi Chance'a, a on otoczył ją ramionami. 

- Popatrz! 

Odwróciła głowę. W centrum miasta pośród płomie­

ni zaczęła się tworzyć gęsta czarna chmura. Amandę 

ścisnęło w piersiach, kiedy chmura uniosła się w powie­

trze i zaczęła płynąć w ich stronę. Widziała twarz Jacka 

wykrzywioną nienawiścią, z ogniem w oczach. I wtedy 

w dymie pojawiła się inna postać, a Jack zniknął. 

- Emily! - szepnęła Amanda. 

Emily nakryła Jacka czymś w rodzaju płaszcza, 

a czarny dym opadł na ziemię. Amandę ogarnęło po­

czucie wolności, nie znane od tygodni. Spojrzała na 

Chance'a z uśmiechem. 

- Tak mi się chce pić - zdążyła powiedzieć 

i zemdlała. 

Znajdowali się na brzegu wąwozu. Amanda leżała 

w ramionach Chance'a i wpatrywała się w gwiazdy. 

- Aż trudno uwierzyć, że tam było ukryte złoto 

i ty je znalazłeś. 

- Jeszcze trudniej będzie ci uwierzyć, gdy poje­

dziemy tam wozem, żeby je załadować. - Chance 

myślał o Emily. Opowie Amandzie o dziennikach, 

background image

kiedy będzie na tyle pewna jego miłości, żeby zrozu­

mieć, że zachował specjalne miejsce w swoim sercu 

dla tamtej dzielnej, łagodnej młodej kobiety. 

- Ile razy trzeba będzie po to jechać? 

- Nie mam pojęcia. Amando, czy prosiłem cię już, 

żebyś za mnie wyszła? 

- Nie. 

- A więc wyjdziesz za mnie? 

- Co takiego? 

Chance roześmiał się i przyciągnął ją bliżej. 

- Czy masz pojęcie, jak bardzo cię kocham? 

- Udowodnij to. 

- Z przyjemnością, ale czy jesteś pewna, że... 

- Całkiem pewna. - Przejechała dłonią po jego 

torsie i pocałowała go. 

- O, nie - oznajmił z udaną powagą - w żadnym 

wypadku przed ślubem! 

Amanda roześmiała się. 

- Chyba nie zostawiłeś mi wyboru. Będę musiała 

za ciebie wyjść. 

Pocałował ją namiętnie. 

- Jak tylko dotrzemy do Murphys? 

Westchnęła z rozkoszy, kiedy Chance przygarnął 

ją mocno do siebie. Poczuła, jak bardzo jej pragnie. 

- Kochanie, czy wiesz, ile razy chciałam się z tobą ko­

chać? - Przechyliła głowę, żeby mógł całować jej szyję. 

- Mogę się domyślać, bo wiem, przez jakie piekło 

przeszedłem, pożądając ciebie. - Położył ją na ple­

cach i zaczął rozpinać jej bluzkę. 

background image

Jasne słońce wznosiło się właśnie nad górami, kiedy 

Amanda i Chance stanęli na skraju skały i spojrzeli 

w dół, na to, co było kiedyś Springtown. Teraz były tam 

tylko dymiące zgliszcza. Myśl o wszystkich ludziach, 

którzy tu kiedyś mieszkali, o wszystkich ich nadziejach, 

planach i marzeniach, wywołała łzy Amandy. 

- Chodź, najdroższa - powiedział ciepło Chance. 

- Mamy przed sobą blisko dziesięciokilometrowy 

marsz. Tam jest Polly, na którą czeka prawdziwa nie­

spodzianka. 

Trzymając się za ręce, ruszyli w drogę. 

- Chance, kiedy zabierzemy już całe złoto, czy 

powiemy, skąd pochodzi? 

- Nigdy. Pozwolimy ludziom myśleć, że pochodzi 

z naszej własnej kopalni. 

Amanda uśmiechnęła się. 

- A więc to złoto stanie się legendą. 

- Już się stało. Pomyśl tylko, przez ile jeszcze lat 

ludzie będą szukać ukrytego skarbu Springtown.