background image
background image

Maeve Binchy

W tym roku będzie 

inaczej

Przełożyła Jolanta Bartosik

Najdroższemu Gordonowi, z miłością i 

wdzięcznością

1

background image

W duchu Bożego Narodzenia

Jenny i David urządzali wspaniałe przy-

jęcia świąteczne. Zawsze w niedzielę po-
przedzającą   Boże   Narodzenie.   Zapraszali 
całą rodzinę: jego i jej. Timmy’ego poka-
zywali wystarczająco długo, żeby wszyscy 
mogli się przekonać, jaki jest cudowny, ale 
nie na tyle długo, żeby stał się dla gości 
męczący.   Dom   był   udekorowany   ostro-
krzewem i bluszczem, dziko rosnącymi za 
miastem. Świąteczne drzewko nie miało w 
sobie nic wulgarnego. Zdobiły je skromne 
kokardki, aniołki i papierowe kwiaty. Nie 
było   pod   nim   kosztownie   wyglądających 
paczuszek   z   prezentami.   Każdy   jednak 
wiedział, że muszą gdzieś być, dyskretnie 
schowane, ponieważ para tak kochająca i 

2

background image

troskliwa jak David i Jenny z pewnością 
dostaje mnóstwo prezentów.

Mijały   lata,   dokładnie   mówiąc   –   pięć 

kolejnych   świąt   Bożego   Narodzenia.   Co 
roku Jenny przystawała nieruchomo w nie-
skazitelnie   czystej   kuchni   i   wsłuchiwała 
się   w   chwalące   ją   głosy.   Pierwsza   żona 
Davida   nie   fatygowała   się   urządzaniem 
przyjęć. Za jej czasów nikogo tu nie zapra-
szano. Diana była zbyt zarozumiała, żeby 
zadawać sobie trud z powodu rodziny.

Dla Jenny samo przyjęcie stanowiło wy-

starczającą nagrodę; było ukoronowaniem 
wielu   tygodni   –   czy   raczej   miesięcy   – 
przygotowań, snucia planów, robienia za-
kupów i udawania, że nie wymaga to wiel-
kiego wysiłku. David trochę marudził, kie-
dy powiedziała mu, że potrzebna jest im 
druga zamrażarka, ale przecież nie widział 
żony, gdy przygotowywała góry babeczek 
nadziewanych kremem budyniowym i ster-

3

background image

ty przeróżnych delicji. David nie wiedział, 
jak ciężko Jenny pracuje w kuchni wieczo-
rami,   kiedy   on   ma   jakieś   spotkania   albo 
wyjeżdża z miasta. Nigdy się tego nie do-
wie. Jenny zrobi wszystko, żeby pod każ-
dym względem różnić się od pięknej, sa-
molubnej Diany. Dziecko Jenny, Timmy, 
będzie   aniołkiem,   a   nie   diabłem   wcielo-
nym, jakim okazało się dziecko Diany. Nie 
będzie   niebezpieczne,   pełne   niszczyciel-
skiej siły, jak Alison.

Alison miała dziewięć lat, kiedy Jenny 

ją poznała. Była bardzo ładna. Niesforne 
kręcone   włosy   zasłaniały   prawie   całą 
twarz. Nawet nie starała się być grzeczna.

– Ile to kosztowało? – spytała, wskazu-

jąc na nową sukienkę Jenny.

– Dlaczego pytasz? – na początku Jenny 

była pełna dobrych chęci.

– Proszono mnie, żebym się dowiedziała 

– Alison wzruszyła ramionami.

4

background image

–   Matka   cię   prosiła?   –   Jenny   natych-

miast pożałowała swoich słów.

– Ależ skąd! Mamy to wcale nie intere-

suje.

Czuła,   że   dziewczynka   mówi   prawdę. 

Uroczej, leniwej Diany na pewno nie inte-
resowały jej stroje.

– Więc kto?
– Dziewczęta w szkole. Jedna z moich 

koleżanek uważa, że wyszłaś za ojca dla 
pieniędzy.

Później nie było ani trochę lepiej.
Kiedy Alison miała dziesięć lat, spędziła 

u   nich   sobotę   i   niedzielę.   Przymierzyła 
wszystkie   ubrania   Jenny   i   wypróbowała 
kosmetyki. Nie byłoby to aż tak przykre, 
gdyby każda szminka  nie  została  zdefor-
mowana, a każda część garderoby upaćka-
na pudrem w kremie.

– Dziewczynki w tym wieku uwielbiają 

się stroić, przebierać; po prostu taka zaba-

5

background image

wa – powiedział David, wzrokiem błagając 
o zrozumienie.

Jenny   nie   chciała,   żeby   ich   pierwsza 

sprzeczka dotyczyła dziecka z poprzednie-
go małżeństwa. Uśmiechnęła się tylko i za-
wiozła rzeczy do pralni. Kiedy Alison mia-
ła jedenaście lat, urodził się Timmy.

– Zapomniałaś wziąć pigułkę? – spytała 

Alison, ledwie jej ojciec wyszedł z pokoju.

–   Chcieliśmy   mieć   dziecko;   tak   samo 

jak twoja mama i tata pragnęli ciebie.

– Tak? – spytała Alison i Jenny poczuła 

ciężar   na   sercu.   Ona   bardziej   niż   David 
pragnęła dziecka. Jak ta potworna dziewu-
cha się domyśliła?

Kiedy Alison miała dwanaście lat, wy-

rzucono ją ze szkoły. Szkolna pani psycho-
log dostrzegła źródło problemu w tym, że 
dziewczynka   czuje   się   odrzucona   przez 
ojca. Alison powinna więcej z nim przeby-
wać. W ciągu tygodnia David prawie całe 

6

background image

dnie   spędzał   w   pracy.   Jenny   zresztą   też. 
Czas na zabawę z Timmym był dla nich 
bardzo   cenny.   Szwajcarka,   zatrudniona 
jako  au   paire,   zamykała   się   wówczas   w 
swoim pokoju, zostawiając ich w rodzin-
nym gronie. Po opuszczeniu szkoły Alison 
zaczęła bywać u nich bardzo często. Dąsa-
ła się, ziewała, nic nie wnosiła, wszystko 
krytykowała.

Kiedy   skończyła   trzynaście   lat,   nie 

chciała mieć z nimi nic wspólnego, z czego 
Jenny   byłaby   bardzo   zadowolona,   gdyby 
David tak bardzo nie przeżywał odtrącenia 
przez   własną   córkę.   Jenny   pracowała   w 
wydawnictwie. Z goryczą mówiła koleżan-
kom i kolegom, że doskonale rozumie, dla-
czego wydaje się tak dużo książek o wy-
chowywaniu   pasierbów,   że   przeczytała 
wszystkie i że sama mogłaby napisać kilka 
poradników na ten temat. Nikt jednak nie 
miał nigdy do czynienia z kimś takim jak 

7

background image

Alison.

Kiedy  Alison  miała  czternaście  lat,  jej 

matka   umarła.   Zupełnie   niespodziewanie, 
w wyniku banalnie prostej operacji. David 
pojechał do internatu, w którym przebywa-
ła Alison.

– Teraz będziesz musiał wziąć mnie do 

siebie – powiedziała ojcu.

Davidowi   mało   serce   nie   pękło,   kiedy 

zrozumiał, że jego jedyna córka czuje się 
jak paczka, odsyłana z miejsca na miejsce. 
Jenny myślała o Dianie, która zmarła przed 
czterdziestką,   zanim   zdążyła   się   ustatko-
wać.   O   Alison   wolała   nie   myśleć.   Wie-
działa,   że   jej   przyjazd   wszystko   zepsuje. 
Ta historia nie może mieć szczęśliwego za-
kończenia.   Nie   będzie   wspólnych   space-
rów   o   zachodzie   słońca   ani   dozgonnej 
przyjaźni.   Jednak   weźmie   dziecko   ze 
względu na Davida i – czyż to nie dziwne? 
– na zmarłą Dianę, której zawsze się bała i 

8

background image

nie darzyła zaufaniem. Gdyby Jenny zmar-
ła młodo, też chciałaby, żeby jakaś kobieta 
przygarnęła jej syna i zadbała o niego.

Przed tegorocznym przyjęciem bożona-

rodzeniowym   tyrała   bardziej   niż   zwykle. 
Czasem wstawała wiele godzin przed świ-
tem.   Kiedy   David   schodził   na   śniadanie, 
czuł   w   kuchni   zapach   pieczonego   ciasta, 
chociaż   wszystko   było   już   uprzątnięte. 
„Śmieszna jesteś, maleńka” – mawiał.

Jenny uznała, że nie  jest  śmieszna ani 

maleńka.   Przyglądała   się   sobie   z   namy-
słem. Oczywiście, że była wysoka; nie tak 
smukła jak Diana, ale jednak wysoka. Ro-
dzinę i pracę traktowała niezwykle poważ-
nie.   Dlaczego   starannie   przygotowując 
przyjęcia, wydaje się śmieszna i maleńka? 
David   często   powtarzał,   że   sprawia   mu 
wiele radości tym, co robi, że zawsze lubił 
uroczyste   święta,   ale   Diana   uważała,   że 
przygotowanie   ich   jest   zbyt   kłopotliwe. 

9

background image

Jenny nie zamierzała sprzeczać się z nim 
ani kłócić. Nie w czasie świąt.

Alison   niespodziewanie   przyjechała 

dzień wcześniej. Jenny wróciła z pracy i 
zastała ją nad opróżnioną do połowy tacą z 
niezwykle   skomplikowanymi  hors   d’oeu-
vres
.   Każde   z   nich,   przygotowywane   aż 
trzy minuty, zjadało się w ciągu sekundy. 
Jenny zrobiła  ich sześćdziesiąt. Z  wielką 
cierpliwością zwijała kawałki cieniutkiego 
ciasta, potem je studziła, by na koniec wło-
żyć   do   zamrażarki.   Przygotowanie   całej 
tacy owych smakołyków wymagało trzech 
godzin. Popatrzyła na Alison z jawną nie-
nawiścią.   Alison   zerkała   na   Jenny   spoza 
zasłony ciemnych włosów.

– Niezłe. Wiedziałam, że robisz karierę 

zawodową,   ale   nie   miałam   pojęcia,   że 
sama prowadzisz dom.

Jenny pobladła z gniewu. Nawet Alison 

to zauważyła.

10

background image

– Chyba nie zjadłam waszej dzisiejszej 

kolacji? – spytała, udając skruchę.

Jenny wzięła głęboki wdech, jak zaleca-

no w książkach traktujących o wychowy-
waniu   pasierbów.   Był   tak   głęboki,   że   aż 
poczuła mrowienie w całym ciele.

– Witaj w domu, Alison – powiedziała. 

– Nie, to nie była kolacja... Przygotowałam 
je na przyjęcie.

– Przyjęcie?
– Tak, będzie w niedzielę. Zaprosiliśmy 

rodzinę. Taką mamy tradycję.

– Myślałam, że coś musi mieć znacznie 

więcej lat niż trzy czy cztery, żeby stać się 
tradycją – powiedziała Alison.

– To już nasze szóste wspólne Boże Na-

rodzenie,   co   chyba   upoważnia   mnie   do 
mówienia o tradycji.

Jenny miała ochotę zdjąć buty z obola-

łych stóp i bić pasierbicę wysokim, ostrym 
obcasem, aż do utraty przytomności. Czuła 

11

background image

jednak, że takie zachowanie nie pasowało-
by do ducha świąt i raczej nic by nie zmie-
niło. To Boże Narodzenie nie będzie dla 
Jenny   przyjemne.   Musi   dać   z   siebie 
wszystko, żeby je jakoś przetrwać. Próbo-
wała sobie przypomnieć modne określenie. 
Jak ono brzmiało? „Minimalizacja szkód”? 
Nigdy   nie   rozumiała   jego   sensu.   Może 
chodzi o ratowanie tego, co się da? Wiele 
razy   przekonała   się,   że   myśląc   o   czymś 
nieistotnym,   zaprzątając   umysł   błahymi 
sprawami,   jest   zdolna   powstrzymać   atak 
szału.

Zauważyła, że Alison patrzy na nią z za-

interesowaniem.

– Tak, po sześciu latach to rzeczywiście 

stało się tradycją – przyznała dziewczynka, 
jakby bardzo chciała okazać się sprawie-
dliwa.

Mimo całej niechęci i złości, Jenny po-

czuła odrobinkę sympatii, była jednak zbyt 

12

background image

doświadczona,   żeby   uznać   to   przelotne 
uczucie za gwarancję szczęśliwego zakoń-
czenia i pomylić je z przenikliwymi nuta-
mi skrzypiec zawodzących przy końcu fil-
mu.

– Skoro już mówimy o przyjęciu – po-

wiedziała Jenny – chciałabyś zaprosić ko-
goś z rodziny swojej matki?

Alison spojrzała na nią z niedowierza-

niem.

– Zaprosić kogoś tutaj?
– Teraz to jest twój dom, a oni są twoimi 

krewnymi.   Planujemy   miłe,   świąteczne 
spotkanie w rodzinnym gronie i chętnie ich 
zaprosimy.

– Po co?
– Z tego samego powodu, co wszyscy 

zapraszający gości pod swój dach w okre-
sie świąt: dla okazania serdeczności i pod-
trzymania przyjaźni.

Jenny miała nadzieję, że w jej głosie nie 

13

background image

słychać   niemiłej   nuty.   Czuła   jednak,   że 
między   nią   a   pasierbicą   narasta   niechęć. 
Siłą  oderwała  spojrzenie  od tacy z przy-
stawkami, których przygotowanie koszto-
wało ją wiele pracy. Teraz zostały z nich 
pokruszone, niekształtne resztki, bo nawet 
te, które nie zostały zjedzone, nie wygląda-
ły już tak, jak powinny.

– Ludzie wydają przyjęcia bożonarodze-

niowe z całkiem innego powodu. Chcą się 
pokazać – stwierdziła Alison.

Jenny  zdjęła   buty  i   usiadła   przy  stole. 

Sięgnęła   po   wymyślnie   uformowany   ka-
wałek ciasta z pysznym nadzieniem. Sma-
kowało wyśmienicie.

– Tak sądzisz? – spytała.
– Nie sądzę. Ja wiem.
Jenny   zamyśliła   się.   Alison   ma   teraz 

czternaście lat. Niewykluczone, że zostanie 
u nich aż do osiemnastego roku życia. Przy 
odrobinie szczęścia może jej nie wyrzucą 

14

background image

ze szkoły, ale i tak cztery razy spędzi  u 
nich wakacje, cztery razy święta Wielka-
nocne i święta Bożego Narodzenia. Timmy 
będzie   wzrastał   w   cieniu   tej   humorzastej 
dziewczyny.   Będzie   już   siedmioletnim 
chłopcem, kiedy Alison wyprowadzi się z 
ich   domu.   Przez   niesympatyczną,   wrogo 
nastawioną   dziewuchę,   siedzącą   przy   ich 
kuchennym stole, stracą najprzyjemniejsze 
lata. Zastanawiała się, co by zrobiła, mając 
podobny   problem   w   pracy,   ale   to   w   ni-
czym jej nie pomogło. Gdyby Alison była 
zbuntowaną, mułowatą podwładną, zosta-
łaby wyrzucona albo przeniesiona na inne 
stanowisko w takim tempie, że wszystkim 
zaparłoby dech ze zdziwienia. Miała ocho-
tę powiedzieć pasierbicy, że życie nie jest 
słodkie   jak   dojrzała   czereśnia,   a   wręcz 
przeciwnie,   często   bywa   bolesne   niczym 
spanie w pokrzywach i że każdy sam musi 
sobie   zapewnić   szczęście;   jednak   znając 

15

background image

nastolatki wiedziała, że młoda osoba tego 
nie zrozumie; co innego dojrzała kobieta. 
Ktoś w wieku Alison wzruszyłby tylko ra-
mionami i spytał: „Po co w ogóle się wysi-
lać?”

Jenny zastanawiała się, czy Alison ma 

przyjaciółki.   Czy  tej   najbliższej   zapropo-
nowałaby   braterstwo   krwi   i   wymieniła   z 
nią przysięgę dozgonnej wierności?

Ze smutkiem przypomniała sobie opinię, 

jaką   pasierbica   otrzymała   ze   szkoły.   Na-
uczyciele   podkreślali,   że   Alison   buntuje 
się przeciwko wszelkim szkolnym zwycza-
jom, nawet tym, które jej rówieśnicy bar-
dzo lubią. Nie, z Alison nie da się zawrzeć 
siostrzanego przymierza.

Biorąc do ręki piątą tartinkę pomyślała 

sobie,   że   ta   ilość   jedzenia   kosztowała   ją 
piętnaście minut pracy we wczesnych go-
dzinach   rannych.   Wkrótce   wróci   David, 
zmęczony, marząc o chwili spokoju. Jenny 

16

background image

po powrocie do domu nie zdążyła jeszcze 
nawet zobaczyć swojego ukochanego Tim-
my’ego.

W całym kraju rodziny przygotowują się 

do świąt Bożego Narodzenia, w niektórych 
domach na pewno panuje napięta atmosfe-
ra... ale żadna rodzina na całym świecie nie 
ma u siebie Alison – istnej bomby zegaro-
wej. U nich będzie przez cztery lata i w 
każdej chwili może wybuchnąć.

Spojrzała na bagaże Alison, rozrzucone 

po   pokoju.   Porozmawia   z   Davidem   – 
dziewczyna   ma   trzymać   wszystkie   swoje 
rzeczy u siebie w pokoju. Jej pokój! Nie 
jest   przygotowany!   Cały   zastawiony   pu-
dłami... Gorzej nawet – Jenny zgromadziła 
w nim worki pełne szyszek i zielonych ga-
łązek do dekoracji domu. Jeśli dziewczyn-
ka poczuje się niechciana, to tylko z winy 
Jenny. Zamierzała przygotować dla pasier-
bicy wieszaki na ubrania oraz postawić w 

17

background image

jej   pokoju   nieduży   wazonik   z   gałązkami 
choinki i z kilkoma kwiatkami – żeby zro-
bić dziecku przyjemność. Nie chciała robić 
nic, co mogłoby się wydać wulgarne, prze-
sadne, „obciachowe” – Jenny nie wiedzia-
ła, jakich jeszcze słów użyje Alison, wy-
brzydzając w czasie świąt.

Milczała, z niezadowoleniem odrzucała 

kolejne przychodzące jej na myśl sposoby 
nawiązania   kontaktu   z   pasierbicą.   Alison 
coś   wyczuła.   Podążyła   spojrzeniem   za 
wzrokiem Jenny i spostrzegła swój bagaż.

– Pewnie chciałabyś, żebym to sprzątnę-

ła   –   powiedziała   głosem   prześladowanej 
męczennicy.

– Myślałam o twoim pokoju... – zaczęła 

Jenny.

– Będę zamykała drzwi – burknęła Ali-

son.

– Nie o to chodzi...
–   Nie   będę   głośno   słuchała   muzyki   – 

18

background image

obiecała Alison, przewracając oczami.

– Alison, muszę  się wytłumaczyć. Po-

kój...   Dziewczyna   zdążyła   już   pozbierać 
torby podróżne i szła w kierunku swojego 
pokoju, teraz jednak zatrzymała się.

– Daj spokój, Jenny, mów, o co chodzi. 

Czego mi jeszcze nie wolno?

Jenny   poczuła   takie   zmęczenie,   że   za-

chciało się jej płakać.

– Chciałam przeprosić za to, że nie przy-

gotowałam... – zaczęła słabym głosem.

Alison otworzyła drzwi. Stanęła w pro-

gu i przyglądała się prawie gotowym deko-
racjom   i   bożonarodzeniowym   ozdobom. 
Wzięła do ręki szyszkę i powąchała ją. Z 
zaciekawieniem rozejrzała się po pokoju.

–   Myśleliśmy,   że   przyjedziesz   dopiero 

jutro – powiedziała Jenny, przepraszając.

–   Chciałaś   udekorować   mój   pokój?   – 

spytała chrapliwym głosem Alison.

– Tak. Czymś, co mogłoby ci się koja-

19

background image

rzyć... no, wiesz – Jenny była zmieszana.

– To wszystko dla mnie?
Jenny przygryzła wargę. W pokoju było 

dość   zielonych   gałązek   do   udekorowania 
dwupiętrowego domu, w którym mieszka-
li. Chyba to dziecko nie wyobraża sobie, 
że wszystko przygotowano dla niej? Kiedy 
jednak Jenny spojrzała na rozpromienioną 
twarz Alison, zrozumiała, że wysoka, smu-
kła,   prerafaelicka   dziewczyna   ze   zmierz-
wionym   włosem   i   pełnymi   wargami   tak 
właśnie myśli; że jest tylko dzieckiem. Sie-
rotą,   która   pierwszy   raz   w   życiu   dostała 
świąteczne dekoracje do swojego pokoju.

W wydawnictwie zawsze mówiono, że 

najlepsze decyzje i najciekawsze książki są 
dziełem przypadku, a nie starannie opraco-
wanego planu.

– Prawie wszystko. Myślałam, że będzie 

ci miło i poczujesz się tutaj jak u siebie w 
domu,   skoro   jednak   przyjechałaś   wcze-

20

background image

śniej, zanim zdążyłam...

–   Mogę   pomóc?   –   spytała   Alison;   jej 

oczy lśniły z podniecenia.

Jenny zdawała sobie sprawę z tego, że 

nie zawsze tak będzie. Droga rozciągająca 
się   przed   nimi   nie   jest   utkana   z   delikat-
nych, migocących promieni światła. Ona i 
pasierbica nie padną sobie w ramiona, jak 
w filmie. Może jednak uda się zatrzymać 
ten nastrój chociaż na jakiś czas? Może do 
zakończenia przyjęcia albo do dnia Bożego 
Narodzenia?

Jenny usłyszała kroki syna, biegnącego 

jej na spotkanie.

– Gdzie byłaś? Nie przyszłaś się ze mną 

przywitać! – wołał. Wzięła go w ramiona i 
uniosła do góry.

– Najpierw musiałam powitać twoją sio-

strę – powiedziała, bojąc się spojrzeć na 
Alison.

Dziewczynka   wyciągnęła   rękę   i   poła-

21

background image

skotała malucha liściem bluszczu.

–   Wesołych   świąt,   braciszku   –   powie-

działa.

22

background image

Dziesięć bożonarodzeniowych fo-

tografii

Laura bardzo lubiła święta Bożego Na-

rodzenia. Jimmy wiedział, że nie da się ich 
uniknąć. Kiedy Maura była dzieckiem, w 
jej domu przed świętami panował niezwy-
kle   podniosły   nastrój.   W   czasie   adwentu 
codziennie   otwierano   jedno   okienko   spe-
cjalnego kalendarza, w skupieniu czytano 
nadchodzące   kartki   ze   świątecznymi   ży-
czeniami, po czym przyczepiano je do ko-
lorowej wstążeczki, rozciągniętej pod sufi-
tem. Już w październiku zaczynali rozma-
wiać o choince. Paczki z prezentami, sta-
rannie zapakowane i podpisane, leżały pod 
nią przez kilka tygodni i były wielokrotnie 

23

background image

obmacywane w nadziei ustalenia zawarto-
ści, chociaż Maura nigdy nie była pewna, 
czy   rzeczywiście   chciałaby   ją   wcześniej 
znać. Kiedy się pobrali, Jimmy’ego bardzo 
to wzruszało. Całował ją w czubek nosa i 
mówił,   że   jest   urocza.   Maura   zauważyła 
jednak, że z upływem lat wydawało mu się 
to coraz mniej urocze; podobnie jak wiele 
innych rzeczy. Zaczęła ukrywać przed mę-
żem   swój   świąteczny   nastrój.   Zrobiła   z 
niego   tajemnicę,   którą   dzieliła   tylko   z 
dziećmi,   przychodzącymi   na   świat   jedno 
po drugim. W tym roku tylko Rebecca cze-
ka na Świętego Mikołaja. Rebecca ma do-
piero cztery lata. John, James i Orla są już 
prawie   dorośli.   Jednak   z   rozświetlonej 
choinki,   świeczek   i   zielonego   wieńca   na 
drzwiach nigdy się nie wyrasta. Maura pra-
cowała   nad   przygotowaniami   do   świąt   i 
była zadowolona. Postanowiła nie zawra-
cać Jimmy’emu głowy, kiedy wracał z pra-

24

background image

cy.   Uzgadniała   z   nim   jednak,   co   będzie 
głównym,   dużym   prezentem   dla   każdego 
dziecka.

James ma dziesięć lat – dostanie rower. 

John ma osiem – na pewno ucieszy się z 
gry elektronicznej, o której często wspomi-
nał. Rebecca otrzyma  kilkanaście hałaśli-
wych zabaweczek. Jest jeszcze za mała na 
jeden,   duży   prezent.   Ale   Orla...   Co   dać 
czternastoletniej  córce?  Maura uznała, że 
bon na zakupy w sklepie z modną odzieżą, 
przed   którego   wystawą   często   przystają 
szkolne   koleżanki   Orli,   mógłby   sprawić 
córce   przyjemność.   Jimmy   uważał,   że 
dziewczynka byłaby zadowolona z maszy-
ny do pisania oraz  z kursu dla maszyni-
stek. W tej sprawie nie potrafili dojść do 
porozumienia.   Maura   przekonywała,   że 
kurs maszynopisania jako prezent gwiazd-
kowy,   to   tak,   jakby   ofiarować   kobiecie 
książkę   omawiającą   dietę   odchudzającą, 

25

background image

albo wykupić jej kartę uczestnictwa w klu-
bie dla otyłych. Jimmy twierdził, że dając 
dziecku bon na zakupy w „takim sklepie”, 
daliby przyzwolenie na noszenie – z rodzi-
cielskim błogosławieństwem – strojów dla 
jakichś   pozbawionych   płci   zboczeńców. 
Lepiej wymyślić coś innego. W końcu po-
stanowili dać jej aparat fotograficzny pola-
roida, który w kilka minut wywołuje zro-
bione zdjęcie. To będzie prezent pasujący 
do świątecznego nastroju i  do nastolatki. 
Kupili więc aparat fotograficzny, zamknęli 
go w  kilku coraz  większych pudełkach i 
owinęli krepiną tak, że Orla – chociaż ob-
macała paczkę ze sto razy – nie miała zie-
lonego pojęcia, co może być w środku.

Dla swojej matki, która miała spędzić z 

nimi Boże Narodzenie, Maura kupiła elek-
tryczne wałki do włosów. Dla niej matka 
była wciąż piękna i modna. Jimmy nazy-
wał   ją   owcą   udającą   jagnię   i   uważał,   że 

26

background image

jest to kobieta, która nie chce się pogodzić 
z   upływającym   czasem.   Nigdy   się   nie 
sprzeciwiał wizytom teściowej, ale też nie 
wzbudzały   w   nim   radości.   Jego   rodzice 
utrzymywali   dystans.   Prezenty   wysyłali 
pocztą. W dniu Bożego Narodzenia telefo-
nowali, żeby złożyć świąteczne życzenia. 
W rodzinie Jimmy’ego nie było zwyczaju 
okazywania sobie uczuć.

Maura kupiła ludową broszkę z Tary dla 

Marie   France,   au   paire   z   Francji.   Marie 
France miała denerwujący zwyczaj docie-
kania, czy to prawdziwe srebro, prawdzi-
wy jedwab, z jakiego rocznika jest wino i 
czy mają wykupione najlepsze miejsca w 
teatrze. Broszka jest tak charakterystyczna, 
tak   irlandzka,   że   jej   autentyczność   nie 
może   budzić   najmniejszych   wątpliwości. 
Marie France to dobra dziewczyna – po-
myślała   Maura.   –   Trochę   za   bardzo   się 
dąsa,   zbyt   często   wzrusza   ramionami   i 

27

background image

wznosi oczy ku niebu, ale może wszystkie 
dwudziestoletnie   Francuzki,   wysłane   do 
Anglii w celu nauki języka, są takie? Marie 
France dogląda Rebeki, przygotowuje ja-
rzyny i odkurza, poza tym nawet palcem 
nie kiwnie. Maura często żałowała, że na 
początku nie postawiła większych wyma-
gań. W końcu dziewczyna ma własny po-
kój, trzy wyśmienite posiłki w ciągu dnia 
oraz mnóstwo czasu na naukę i uczestnic-
two w kursach.

Nic   jednak   –   nawet   niechęć   do   Marie 

France – nie popsuje Maurze Bożego Na-
rodzenia. Od chwili, kiedy w sklepach za-
częto grać Mary’s Boy Child i The Little 
Drummer,   nie   opuszczało   jej   przyjemne 
podniecenie.   Kiedy   ulice   rozbłysły   feerią 
kolorowych świateł, Maura była w stanie 
radosnego   zabiegania.   Mama   przyjechała 
w stroju bardziej niestosownym niż zwy-
kle. Brigid, przyjaciółka Maury, od której 

28

background image

niedawno   odszedł   mąż,   spytała,   czy   mo-
głaby spędzić święta u niej. Maura zgodzi-
ła się. Boże Narodzenie to czas radości, a z 
Brigid znały się jeszcze ze szkoły. Jimmy 
był niezadowolony. Powiedział, że Brigid 
jest   wariatką   i   że   jej   mąż   dobrze   zrobił, 
uciekając do innej; zgodził się jednak, że 
skoro jedna kobieta nie może zjeść więcej 
niż porcję indyka i trochę szynki, a dzień i 
tak będzie zmarnowany przez obecność te-
ściowej, nie ma powodu, żeby jej odma-
wiać. Może przynieść własny śpiwór i spać 
na   kanapie   w   salonie.   Czemu   nie,   skoro 
matka Maury zajmie pokój gościnny?

W Wigilię Bożego Narodzenia śpiewali 

kolędy. Maura była tak szczęśliwa, że aż 
zmrużyła oczy. Na jej twarzy malowało się 
tyle radości, że nawet Orla, która uważała 
takie   śpiewanie   za   niesmaczne,   babcia, 
której   wydawało   się   przesadne   i   Jimmy, 
który uznał, że jest nieznośnie emocjonal-

29

background image

ne – wszyscy przyłączyli się do chóru. Ja-
mes i John twierdzili, że jest bardzo fajne i 
przekrzykiwali   się   nawzajem.   Rebecca 
wzięła to za zabawę i, wybijając rytm – jak 
jej się wydawało – waliła w tamburynek.

Nazajutrz rano, po mszy, usiedli w krę-

gu,   żeby   rozdać   prezenty.   Matce   Maury 
bardzo   się   spodobały   wałki   do   włosów. 
Wyłączyła z kontaktu jedną z lamp, żeby 
je natychmiast wypróbować. Marie France 
wzruszyła   ramionami   i   wydęła   wargi, 
oglądając irlandzką broszkę. Jimmy ucie-
szył się z ocieplanej kurtki, ponieważ nie 
lubił wydawać pieniędzy, a kurtka była mu 
potrzebna.   Maura   okazała   radość   ze 
szczotki   do  zamiatania   dywanów.   Jimmy 
powiedział, że to bardzo praktyczny pre-
zent, bo nie zawsze chce się włączać odku-
rzacz.

Podczas otwierania prezentów Orla nie 

odzywała   się   ani   słowem.   Maurze   było 

30

background image

przykro.   Może   powinna   była   się   uprzeć 
przy bonie na zakupy w sklepie z odzieżą? 
Kontakt z córką stawał się coraz trudniej-
szy.   Każda   matka   nastolatki   mówi   to 
samo. Maura dopiero po założeniu własnej 
rodziny i odchowaniu dzieci osiągnęła sa-
tysfakcjonujące   porozumienie   ze   swoją 
matką. Może tak już musi być? Kiedy pu-
cata, urocza Rebecca wejdzie w swój trud-
ny okres dojrzewania, zapewne historia się 
powtórzy.   Orla   nie   jest   niegrzeczna   ani 
mrukliwa, jak niektóre dziewczynki. Nig-
dy   nie   przeciwstawia   się   rodzicom   ani   z 
nimi nie kłóci. Ostatnio jednak zachowuje 
się tak, jakby... nudziła się w ich towarzy-
stwie. Jakby niezbyt sobie ceniła rodzinę. 
Maurze byłoby trudno dać konkretny przy-
kład; nie mogła rozmawiać z Jimmym, bo-
wiem dla niego najstarsza córka pozosta-
wała uosobieniem wszelkich cnót. Uznał-
by, że Maura krytykuje Orlę, a przecież nie 

31

background image

o to chodzi. Dlatego wolała nic nie mówić. 
Przygryzła   mocno   wargi,   kiedy   długie 
włosy Orli opadły na starannie zapakowa-
ny prezent. Po chwili dziewczyna wyjęła 
aparat fotograficzny, błyskawicznie wywo-
łujący zdjęcia.

– Jaki piękny. Dziękuję, mamo. Dzięku-

ję, tato – powiedziała  takim samym  gło-
sem, jakim Maura podziękowała Jimmy’e-
mu za szczotkę do dywanów.

– Dziękuję, babciu – dodała Orla.
–  Będziesz   mogła   robić   zdjęcia   znajo-

mym chłopakom, żeby później sobie gratu-
lować, że nie miałaś z nimi nic wspólnego 
–   powiedziała   Brigid,   paląc   papierosa   i 
przez cały czas oddając się pełnym złości 
wspomnieniom o mężu.

– Dobry pomysł, ciociu – zgodziła się 

Orla.

Maura   zauważyła,   że   wszyscy   poczuli 

się   zażenowani.   Sama   również   była   roz-

32

background image

czarowana.   Gdyby   tylko   Orla   wiedziała, 
przed   czym   ją   matka   uratowała...   Kurs 
podczas ferii wielkanocnych, maszyna po 
renowacji i podręcznik do nauki maszyno-
pisania.   Gdyby   to   wiedziała,   może 
uśmiechnęłaby   się   do   matki   troszkę   cie-
plej. Maurze znów zrobiło się żal, że nie 
uparła się przy swojej propozycji. Gdyby 
Orla dostała bon, przez cały dzień mogłaby 
marzyć, co sobie kupi, rozmawiać na ten 
temat z matką, zmieniać zdanie... Teraz już 
przepadło. Aparat fotograficzny z filmem 
na dziesięć zdjęć, to i tak wspaniały pre-
zent dla czternastolatki.

– Zrobisz nam zdjęcie? – spytał James, 

chcąc się przekonać, czy aparat jest spraw-
ny.

– Będziemy robili miny – John powie-

dział to jako dowcip.

– Zaczekajcie, aż zdejmę wałki. – Matka 

Maury postanowiła sprawdzić przydatność 

33

background image

prezentu, który dostała, i jej głowa przypo-
minała teraz las szpilek.

Orla   wzruszyła   ramionami.   Ostatnio 

często tak robi – pomyślała Maura. – Przy-
pomina wówczas Marie France. Staje się 
jakaś obca.

–   To   aparat   Orli.   Może   robić   zdjęcia, 

kiedy sama zechce – powiedziała Maura, 
licząc na wdzięczność córki, ale Orla tylko 
wzruszyła ramionami.

– Nieważne – powiedziała. – Jeśli chce-

cie, mogę wam zrobić zdjęcie.

Długo się ustawiali. Marie France mu-

siała   pomalować   usta,   ale   nie   przypięła 
broszki,   co   nie   uszło   uwadze   Maury.   W 
końcu czwórka dorosłych usiadła na sofie, 
a dzieci na podłodze. Orla nacisnęła guzik, 
z   aparatu   wysunęła   się   szarozielona   kar-
teczka, a po chwili już mogli oglądać sie-
bie na zdjęciu.

Wyglądamy jak manekiny – pomyślała 

34

background image

Maura. Niektórzy mieli czerwone oczy.

Wszyscy stwierdzili, że zdjęcie jest bar-

dzo wyraźne i zaczęli się zastanawiać, co 
powiedzieliby o takim aparacie  dzicy lu-
dzie, którzy nigdy czegoś podobnego nie 
widzieli.

Potem trzeba było przygotować uroczy-

sty obiad. Chłopcy zaczęli zbierać papiery 
po prezentach, Jimmy poszedł po wino, a 
babcia   miała   ułożyć   na   talerzu   ciastka   i 
czekoladki  –  na  deser.  Brigid  dostała  do 
ręki czystą, lnianą ściereczkę do wytarcia 
szklanek. Marie France nie dostała nic, nie 
miała   więc   co   robić.   Maura   wyszła   do 
kuchni   przygotować   sosy.   Wszystko   za-
częło   się   gotować   jednocześnie.   Garnki 
były ciężkie, a Rebecca cały czas kręciła 
się pod nogami matki. Maura krzyknęła na 
małą   i   kazała   wyjść   z   kuchni,   ale   zaraz 
ogarnęło   ją   poczucie   winy.   Jest   przecież 
dzień Bożego Narodzenia. Dlaczego tak ła-

35

background image

two jest wpaść w złość? Maura czuła, że 
coś jest nie w porządku. Ogarnął ją niewy-
tłumaczalny   lęk,   jakby   przebudziła   się   z 
koszmarnego snu. Była tak zdenerwowana 
i zmartwiona, że nie zauważyła w porę in-
dyka zsuwającego się z półmiska na podło-
gę. Chwyciła go ze złością i cisnęła na bla-
chę. Dziękować Bogu, że ani Jimmy, ani 
matka Maury tego nie widzieli. Oboje mie-
li zwyczaj stroić miny i głośno wzdychać 
nad niechlujstwem Maury. Dobrze, że nie 
widzieli   –   pomyślała   Maura,   wyciągając 
spod   kuchenki   kiełbaski   i   zdmuchując   z 
nich kurz. Nie zauważyła, w którym mo-
mencie do kuchni weszła Orla, z zaintere-
sowaniem oglądając nowy aparat.

– Naprawdę ci się podoba, kochanie? – 

spytała Maura.

– Jeszcze ci nie mówiłam? Tak.
Orla   nie   była   zamknięta   w   sobie,   ale 

unikała szczerej rozmowy.

36

background image

– To było światło flesza? Zastanawiałam 

się, co mi tak błysnęło przed oczami.

Orla   wzruszyła   ramionami.   Oduczę   ją 

tego   wstrętnego   nawyku   –   postanowiła 
Maura. Do kuchni weszli chłopcy.

–  Zrobisz   jeszcze   jedno   zdjęcie?   Wyj-

dziemy na dwór – prosili siostrę.

– Nie.
– Orla, przecież aparat służy do robienia 

zdjęć.

– Nie! Rodzice powiedzieli, że mogę fo-

tografować to, co sama zechcę.

– Co takiego zamierzasz fotografować? 

– niecierpliwili się chłopcy.

– Będę robiła zdjęcia w ciekawych sytu-

acjach. Nie pozowane. Sfotografuję Boże 
Narodzenie takie, jakie jest naprawdę.

Chłopcy dali spokój. Maura była zado-

wolona. Prezent chyba spodobał się Orli. 
Może wzbudzi jej zainteresowanie fotogra-
fią? Byłoby wspaniale. Nie chciała głośno 

37

background image

wypowiadać   tych   myśli   w   obawie,   żeby 
nie zniechęcić córki.

Orla poszła do szopy, gdzie przechowy-

wano wino. Tata nie usłyszał, gdy weszła i 
zauważył ją dopiero, kiedy błysnął flesz.

– Orla! – krzyknął, podchodząc do cór-

ki. W jednej sekundzie odskoczył od Marie 
France. Ona spojrzała na drzwi, uśmiech-
nęła się lekko i obciągnęła bluzkę.

– Co to za głupie numery?
Ale Orla była szybsza od ojca. Wróciła 

biegiem do domu. Maura wyjrzała z kuch-
ni zobaczyć, co się dzieje.

– Nic takiego. Fotografuję to, co chcę, 

jak sama mówiłaś.

–   Daj   spokój,   Jimmy.   Dostała   aparat, 

może fotografować co chce – potwierdziła 
Maura i wróciła do kuchni.

– To była tylko bożonarodzeniowa zaba-

wa   –   powiedział   zdenerwowany   Jimmy, 
ale Maura już go nie słyszała, a Orla scho-

38

background image

wała się gdzieś, żeby w spokoju obejrzeć 
zdjęcia.

Brigid   była   w   jadalni.   Wycierając 

szklanki, oddawała się ponurym rozważa-
niom.   Dlaczego   przez   tego   drania   musi 
spędzać   święta   w   cudzym   domu,   z   obcą 
rodziną? Już ona mu pokaże! Da mu popa-
lić! Gdyby tylko miała więcej pieniędzy! 
Życie   nie   jest   sprawiedliwe.   Maura   ma 
mnóstwo kryształów i sreber, ale zupełnie 
nie przywiązuje wagi do ich wielkiej war-
tości. Mała miseczka na kredensie musiała 
sporo kosztować, a trzymają w niej długo-
pisy i lepiącą się taśmę.

Wsuwając miseczkę ukradkiem do swo-

jej torebki, Brigid usłyszała krótki trzask; 
oślepił  ją błysk flesza. W drzwiach stała 
Orla.

– Chciałam wytrzeć z kurzu. Polerowa-

łam ją szmatką, którą mam w torebce.

–   Wiem,   ciociu   Brigid   –   powiedziała 

39

background image

Orla i wyszła, nie pokazując zdjęcia.

W jadalni babcia, zamiast układać cia-

steczka   i   czekoladki,   popijała   świąteczną 
wódkę prosto z butelki. Omal się nie za-
krztusiła,   kiedy   Orla   weszła   do   pokoju; 
słysząc suche brzęknięcie migawki, babcia 
wytrzeszczyła oczy.

–   Zachowujesz   się   jak   dziecko.   Jesteś 

niepoważna. Marnujesz zdjęcia.

– Wiem, babciu, jestem jeszcze bardzo 

dziecinna – zgodziła się Orla.

Zbliżał się czas obiadu. Za chwilę Mau-

ra   podnieconym   głosem   zacznie   wszyst-
kich zwoływać. Chłopcy zachowywali się 
podejrzanie cicho. Orla weszła do ich po-
koju bez pukania. John kasłał, zaciągając 
się papierosem, ale James palił swojego z 
wielką wprawą.

–   Utrwalone   na   filmie   dla   przyszłych 

pokoleń – powiedziała Orla, kiedy błysnął 
flesz.

40

background image

– Zabiją nas za to – wystraszył się Ja-

mes. – Całe Boże Narodzenie będzie zmar-
nowane.

– Jeśli zobaczą zdjęcie – uściśliła Orla.
Czekając w swoim pokoju, aż matka za-

cznie wołać na obiad, rozłożyła przed sobą 
świąteczną kolekcję. Cała rodzina na kana-
pie i na dywanie, niektórzy z czerwonymi 
oczami, wszyscy niezmiernie pewni siebie. 
Potem matka z indykiem leżącym na pod-
łodze, ojciec z Marie France, babcia pocią-
gająca  z  butelki, przyjaciółka  matki  cho-
wająca do torebki srebrny drobiazg i bracia 
palący papierosy w swoim pokoju. Zostały 
jej jeszcze cztery zdjęcia. Jedno zrobi, kie-
dy matka wniesie pudding śliwkowy i dru-
gie, kiedy wszyscy będą spali z otwartymi 
ustami.

– Obiad gotowy! – dobiegł z dołu rado-

sny   głos   matki.   Orla   podarła   na   strzępy 
zdjęcie z indykiem. Matka jest dobra. Na-

41

background image

iwna,   ale   dobra.   Orla   znów   spojrzała   na 
swoją kolekcję. Matka jest dobra i dlatego 
ma   udane   święta.   Nie,   nie   trzeba   było 
utrwalać na papierze wypadku z indykiem, 
ale   resztę   zdjęć   Orla   postanowiła   zacho-
wać.

Zeszła   na   dół,   na   świąteczny   obiad,   z 

wysoko uniesioną głową. Czuła, że w tym 
roku jest kimś ważnym. Nikt nie będzie jej 
lekceważył.

42

background image

Życzenie panny Martin

Elsa Martin nigdy nie była w Nowym 

Jorku.  Miała   paszport,  a   w  czasie,  kiedy 
planowała   spędzić   na   Florydzie   miesiąc 
miodowy, otrzymała wizę do Stanów Zjed-
noczonych.

To było wtedy, kiedy jeszcze wierzyła, 

że będzie miała miesiąc miodowy.

Paszport leżał schowany w pudełku. W 

tej samej szufladzie, co maleńka, srebrna 
torebka   babki   i   album   z   laurkami,   które 
dzieci zrobiły specjalnie dla niej. Powinna 
go wyrzucić, ale żal jej było dzieci, ponie-
waż   bardzo   się   przy   nim   napracowały. 
Ozdobiły album mnóstwem podków, ślub-
nych dzwonów i zużyły dużo brokatu. Wy-
rzucenie ich prezentu byłoby jak miażdże-

43

background image

nie świeżych kwiatów albo deptanie mu-
szelek.

Przez pewien czas przechowywała rów-

nież listy Tima; także ten, w którym napi-
sał, że nigdy jej nie kochał i że nie może 
dłużej kłamać, i w którym błagał ją o prze-
baczenie.   Po   roku   spaliła   list,   ponieważ 
zbyt   często   do   niego   wracała,   czytając 
wciąż na nowo bolesne słowa. Jakby spo-
dziewała   się   znaleźć   tam   wytłumaczenie 
nagłego zerwania i zapowiedź powrotu na-
rzeczonego.

Ludzie   mówili,   że   Elsa   zachowała   się 

cudownie i że Tim chyba jest nienormalny. 
Uważali, że dobrze zrobiła, pozbywając się 
go, i dziwili się, że przyjęła wszystko z ta-
kim spokojem, i to zaledwie dziesięć dni 
przed ślubem. Elsa odesłała prezenty, które 
wcześniej dostała, z uprzejmym i niezobo-
wiązującym   wyjaśnieniem:   „Ze   względu 
na to, iż za obopólną zgodą nasz ślub nie 

44

background image

odbędzie się, chcielibyśmy zwrócić ofiaro-
wany   nam   piękny   upominek   i   podzięko-
wać za miłe życzenia”. Po przerwie seme-
stralnej wróciła do szkoły, jakby nic się nie 
stało; jakby jej serce nie krwawiło. Dzieci 
były bardziej bezpośrednie niż dorośli.

– Bardzo jest pani smutno, że nie wyszła 

pani za mąż? – pytały.

– Troszeczkę, ale nie za bardzo – przy-

znawała panna Martin, uśmiechając się le-
ciutko.

W pokoju nauczycielskim nie zadawano 

jej żadnych pytań dotyczących ślubu, a po-
nieważ Elsa niczego nie próbowała wyja-
śniać, cała sprawa pozostała jej tajemnicą. 
Widocznie do siebie nie pasowali. Lepiej, 
że doszli do tego wniosku przed ślubem, 
niż po.

Siostry Elsy nie lubiły Tima, ponieważ 

miał   małe   oczy.   W   rozmowach   między 
sobą   jednomyślnie   uznały,   że   to   wielkie 

45

background image

szczęście, iż nie doszło do małżeństwa, ale 
przy niej owego faktu nie komentowały.

Przyjaciele   Elsy   nie   zdążyli   bliżej   po-

znać Tima. Współczuli jej, ale po nagłym 
zerwaniu poczuli się spokojniejsi. Tim po-
jawił się nagle i zawładnął Elsą całkowi-
cie.   Od   początku   można   było   przypusz-
czać, że to się źle skończy. Lata biegły; od 
zerwania zaręczyn minęło ich pięć. Dzieci 
podrosły   i   zapomniały,   że   panna   Martin 
kiedyś przygotowywała się do ślubu i że 
one narysowały z tej okazji laurki. Inni na-
uczyciele ze szkoły też o tym zapomnieli. 
Gdyby   przybył   jakiś   nowy   nauczyciel   i 
spytał   o   prywatne   życie   panny   Martin, 
pewnie trudno byłoby im odszukać w pa-
mięci wspomnienie sprzed lat. Ślub odwo-
łany   w   ostatniej   chwili?   Dla   nich   to   nie 
było ważne wydarzenie. Ale dla Elsy było 
najważniejszym, co jej się w ogóle w życiu 
przydarzyło. Robiła wszystko, żeby zapo-

46

background image

mnieć o bolesnym pytaniu: dlaczego męż-
czyzna, który chciał dzielić z nią życie, na-
gle zmienił zdanie i stwierdził, że to była 
pomyłka? Jeśli nie chodziło o coś, co Elsa 
zrobiła,   musiało   chodzić   o   to,   jaka   jest. 
Trudno było zapomnieć, ale Elsa musiała 
udawać, gdyż inaczej ludzie uznaliby, że 
popadła w melancholię i próbowaliby wy-
ciągać ją na zwierzenia, co jest męczące i 
denerwujące.   Znajomi   Elsy   myśleli,   że 
praca   w   szkole   całkowicie   ją   pochłania, 
zaś koledzy z pracy, że wiele czasu zajmu-
je   jej   życie   towarzyskie.   Łatwo   było   za-
mknąć   się   w   sobie,   a   Elsa   tego   właśnie 
pragnęła.

Boże Narodzenie  jest czasem refleksji, 

uwydatniającym wszystko to, czego braku-
je   ludziom   samotnym.   Dlatego   może   się 
wydać dziwne, że dla Elsy święta nie były 
gorsze od innych dni w roku. Jedne święta 
spędziła u swojej siostry, w pełnym napię-

47

background image

cia domu w południowym Londynie, gdzie 
bardzo dużo rozmawiało się o alkoholu i o 
tym,   czy   szwagier   Elsy   przypadkiem   go 
nie   nadużywa.   Rok   później   pojechała   do 
drugiej siostry; dom był zaniedbany i Elsa 
musiała sama przygotować większość dań 
i zrobić porządki. Następne święta spędziła 
u koleżanki, u której było za dużo kolędo-
wania, a za mało jedzenia. Ostatnie Boże 
Narodzenie spędziła w szkockich górach z 
rozwiedzioną   przyjaciółką,   która   przez 
cały czas z gniewem powtarzała, że męż-
czyźni   są   źli   do  szpiku   kości   i   bez   nich 
świat byłby o wiele lepszy.

Teraz zbliżało się piąte Boże Narodze-

nie.   Z   jakiegoś   powodu   Elsa   odrzucała 
wszystkie zaproszenia, dziękując za każde 
i tłumacząc, że już dawno zaplanowała te 
święta.   Nikomu   jednak   nie   powiedziała, 
gdzie zamierza je spędzić.

W ponurej, nieładnej sali gimnastycznej, 

48

background image

dobudowanej z boku szkoły i służącej rów-
nież   jako   miejsce   uroczystych   spotkań, 
Elsa – jak zwykle od lat – ostatni raz po-
prawiała   aniołom   skrzydła,   pasterzom 
owcze runo, a trzem królom korony. Dzie-
ci były podniecone, rodzice pełni dumy i 
podziwu. Wszyscy tłoczyli się wokół Elsy, 
żegnając się z nią i wymieniając uściski. 
Elsa nie pierwszy raz pomyślała sobie, że 
uczenie dzieci jest pracą lepszą od każdej 
innej, szczególnie w okresie świątecznym. 
Mogłaby przecież pracować w jakimś biu-
rze i z konieczności uczestniczyć w niemi-
łosiernie   długich   przyjęciach.   Jak   ludzie 
znoszą   tę   atmosferę   fałszywej   radości   i 
udawanej dobroduszności?

– Gdzie pani spędzi święta, panno Mar-

tin? – pytały dzieci, spokojne i zadowolo-
ne, że mają przy sobie rodziców.

Zazwyczaj odpowiadała niekonkretnie i 

niezobowiązująco,   żartobliwie,   na   przy-

49

background image

kład, że postara się nie zjeść za dużo pud-
dingu. W tym jednak roku, nie wiadomo 
dlaczego,   jedno   z   dzieci   –   Marion   Mat-
thews – powiedziało wszystkim w tajemni-
cy:

–   Jedzie   do   Ameryki.   Mówiła   nam   o 

tym.

Czy naprawdę mówiła? Elsa nie mogła 

sobie przypomnieć.

– Pamiętacie? Panna Martin, kiedy sta-

nie pod Statuą Wolności, powie w naszym 
imieniu jedno życzenie.

I wtedy Elsa sobie przypomniała. Czyta-

li   w   klasie   opowiadanie,   w   którym   była 
mowa o tym, że mijając nowojorską Statuę 
Wolności, ludzie mają w zwyczaju myśleć 
o czymś, co chcieliby, żeby się spełniło.

– Czy pani pomyślała sobie jakieś ży-

czenie? – pytały dzieci.

– Jeszcze nie – odparła Elsa – ale kiedy 

tam   pojadę,   pomyślę   jedno   życzenie   w 

50

background image

imieniu nas wszystkich.

Dzieci przyjęły te słowa z powagą wła-

ściwą   siedmiolatkom.   Czy   panna   Martin 
mogłaby prosić o nową salę gimnastyczną? 
Gdyby   mieli   nową   salę,   mogliby   w   niej 
brać   lekcje   tańca,   grać   w   koszykówkę   i 
wykonywać bardziej urozmaicone ćwicze-
nia. Elsa obiecała, że pomyśli o nowej sali, 
ostrzegła jednak, że nie wszystkie życzenia 
się spełniają.

Dzieci rozpoczęły ferie świąteczne. Za-

nim wrócą do szkoły na następny semestr 
nauki, zapomną, o co prosiły pannę Mar-
tin. Zaprzątną je bez reszty bożonarodze-
niowe prezenty i rozmaite przygody, które 
się   zdarzą   podczas   ferii.   Elsa   jednak   nie 
zapomniała. Podeszła do szuflady i wyjęła 
paszport. Spojrzała na zdjęcie. Pomyślała 
sobie, że wtedy wyglądała inaczej. Miała 
mniej   zmęczone   oczy   i   nie   zaciskała   ust 
tak, jak teraz. A może tylko tak jej się wy-

51

background image

daje?

Za   okładkę   paszportu   wetknięte   było 

dziesięć   dwudziestodolarowych   bankno-
tów.   Leżały   tam   od   pięciu   lat,   tracąc   na 
wartości. Dlaczego nie  wymieniła  ich na 
funty? Bo naruszenie ich wywoływało bo-
lesne   wspomnienia.   Potem   zapomniała. 
Teraz uznała, że to dobry omen. Przyda się 
na wydatki dwieście dolarów więcej. Kupi 
sobie coś luksusowego. Nie będzie rozpa-
miętywać,   na   co   pierwotnie   zamierzała 
przeznaczyć owe pieniądze. Dzisiaj nie po-
trafiła sobie nawet przypomnieć, skąd się 
wzięły   w   paszporcie.   Czy   wymieniła   je 
sama,   czy   może   dostała   w   prezencie? 
Dziwne, ale niektóre zdarzenia z tamtych 
dni pamiętała doskonale, jakby działy się 
wczoraj, a o innych zupełnie zapomniała.

Samotnej   kobiecie   bardzo   łatwo   było 

kupić bilet do Nowego Jorku i zarezerwo-
wać,   za   pośrednictwem   biura   podróży, 

52

background image

miejsce w hotelu. Nikt jej nie pytał, dla-
czego tam jedzie. Elsa jest dorosłą osobą i 
widocznie ma jakieś plany, przygotowany 
z góry program...

Podczas lotu pasażerowie czytali książ-

ki, oglądali film albo drzemali.

– I niech to będą udane święta, słyszy 

pani? – polecił jej pracownik urzędu imi-
gracyjnego.

– Miłego pobytu – rozkazał celnik.
– To najlepsze miasto na całym świecie 

–   stwierdził   kierowca   autobusu,   chociaż 
nikt go o to nie pytał.

W   hotelu   recepcjonistka   spytała   Elsę, 

czy chciałaby mieć w swoim pokoju nie-
wielką choinkę, czy raczej nie.

–   Niektórzy   ludzie   lubią   choinki,   ale 

inni woleliby zapomnieć o świętach, dlate-
go zawsze pytamy – wyjaśniła.

Elsa zastanawiała się chwilę.
– Poproszę o choinkę – powiedziała w 

53

background image

końcu.

Od   pięciu   lat   nie   ozdobiła   swojego 

mieszkania choćby jedną zieloną gałązką.

Włożyła wygodne buty – już zdążyła za-

pomnieć, która teraz jest godzina w Wiel-
kiej   Brytanii   –   i   wyszła   na   ulicę,   gdzie 
zmieszała się z tłumem ludzi robiących za-
kupy lub wracających po pracy do domu. 
Słyszała, że Nowy Jork jest bardzo ruchli-
wy i nieprzyjazny, a ludzie mijają się na 
ulicy nie okazując sobie najmniejszego za-
interesowania; ale wobec niej wszyscy byli 
uprzejmi i uśmiechali się, słysząc brytyjski 
akcent.

Przyglądała się jeżdżącym na łyżwach w 

Rockefeller   Center,   potem   podziwiała 
drobniutkie lampki migocące na drzewach 
przy głównych alejach Manhattanu. Zafa-
scynowana patrzyła na wystawy wielkich 
domów   handlowych,   zapełnione   najcu-
downiejszymi   prezentami.   Kiedy   poczuła 

54

background image

zmęczenie, wróciła do hotelu i do własnej 
choinki, ubranej specjalnie dla niej przez 
pokojową, z pochodzenia Azjatkę.

– Czy pani rodzina obchodzi święta Bo-

żego Narodzenia? – spytała Elsa.

U siebie nigdy nie odważyłaby się po-

stawić   obcej   osobie   tak   bezpośredniego 
pytania, dotyczącego pochodzenia i przy-
należności kulturowej. Widocznie pobyt w 
Nowym Jorku wpływa na zmianę osobo-
wości.

–   Wszyscy   lubimy   Boże   Narodzenie. 

Ludzie   są   w   tym   czasie   zadowoleni   i 
uprzejmi – odparła dziewczyna, jakby roz-
mowa dotyczyła najzwyklejszej rzeczy pod 
słońcem.

W recepcji leżała broszurka prezentują-

ca specjalną, wigilijną niespodziankę. Była 
nią wycieczka. Na początku można będzie 
posłuchać kolęd w wykonaniu chóru dzie-
cięcego,   potem   zobaczyć   Nowy   Jork   z 

55

background image

okien autobusu; pilot opowie, jak poszcze-
gólne   społeczności   narodowe   świętują 
Boże Narodzenie. Po tej wyprawie goście 
zostaną zaproszeni na uroczystą kolację, a 
na   koniec   na   wycieczkę   statkiem,   który 
przepłynie obok Statuy Wolności.

–   Czy   ludzie   wypowiadają   tam   swoje 

życzenia, czy coś mi się pomyliło? – spy-
tała Elsa.

– Nigdy o czymś takim nie słyszałam, 

ale tu się urodziłam i wychowałam, dlate-
go mogę nic nie wiedzieć – odparła recep-
cjonistka.

Elsa   jeszcze   raz   przeczytała   plan   wy-

cieczki   –   drogiej,   ale   zapowiadającej   się 
bardzo ciekawie. Nagle przypomniała so-
bie o magicznych pieniądzach, o dziesięciu 
dwudziestodolarowych   banknotach,   które 
niedawno odkryła.

– Chcę  zarezerwować jedno miejsce – 

powiedziała.

56

background image

W wycieczce uczestniczyło dwadzieścia 

osób. Były pary i osoby samotne. Każdy 
dostał wielką jak talerz plakietkę ze swoim 
imieniem: „Wesołych świąt. Jestem Elsa.” 
Niektórzy robili sobie zdjęcia.

– Zrobić pani zdjęcie? – spytał Elsę ja-

kiś mężczyzna.

Nie miała ochoty przyznawać się, że na 

całym   bożym   świecie   nie   ma   ani   jednej 
istoty, której mogłaby je później pokazać. 
Mężczyzna   wyglądał   bardzo   sympatycz-
nie.

– Poproszę – powiedziała, nie chcąc mu 

sprawić zawodu.

Uczestnicy wycieczki zaczęli się powoli 

poznawać. Było małżeństwo z Japonii, ro-
dzice   syna   poległego   na   wojnie   ponad 
pięćdziesiąt lat temu, którzy od lat kore-
spondowali   z   małżeństwem   amerykań-
skim; ci stracili syna tego samego dnia. Ja-
pończycy   po   raz   pierwszy   odwiedzili 

57

background image

Amerykę.   Elsa   przyglądała   się   czwórce 
starszych ludzi, pełnych współczucia i nie-
zrozumienia  tego, co się  stało pół  wieku 
wcześniej. Jej własne problemy nagle stra-
ciły na znaczeniu.

Były   matka   z   córką,   sprzeczające   się 

nieustannie, ale bez cienia złośliwości, jak-
by powielały wzór ustanowiony przez po-
przednie pokolenia, utrwalając go dla na-
stępnych. Było kilka osób samotnych, eks-
trawertyków   potrafiących   rozmawiać   ze 
wszystkimi,   jak   ze   starymi   znajomymi. 
Tylko ów sympatyczny mężczyzna o miłej 
twarzy, który zrobił Elsie zdjęcie, milczał. 
Sprawiał wrażenie, że dobrze zna miasto; 
może nawet tu mieszkał, co niewątpliwie 
byłoby dziwne. Dlaczego rodowity nowo-
jorczyk   miałby   zwiedzać   swoje   miasto   z 
wycieczką?

Gdy zbliżali się do Statuy Wolności, za-

czął   prószyć   drobny   śnieg.   Elsa   patrzyła 

58

background image

zachwycona. Z pewnością życzenia wypo-
wiedziane tutaj, w miejscu będącym sym-
bolem   nowego,   lepszego   życia   dla   ludzi 
przybywających   do   Ameryki,   mogą   się 
spełnić. Elsa zamknęła oczy i powiedziała, 
że pragnie, by dzieci z jej szkoły dostały 
nową salę gimnastyczną.

„To nie jest coś bardzo ważnego – szep-

tała nieświadoma, że ktoś ją słyszy. Pew-
nie   wypowiadano   tutaj   znacznie   poważ-
niejsze   życzenia,   ale   ja   obiecałam   dzie-
ciom. Sala przydałaby się na koncerty i na 
lekcje gimnastyki. Nie chodzi o to, żeby 
się pokazać. Na nową salę nie ma pienię-
dzy”.

Błysnął   flesz   aparatu   fotograficznego. 

Mężczyzna   o   łagodnej   twarzy   zrobił   jej 
zdjęcie.

– Modliła się pani z takim zaangażowa-

niem, że postanowiłem to uwiecznić – po-
wiedział.

59

background image

Dalej rozmowa potoczyła się sama. Elsa 

powiedziała  mu  o sali  gimnastycznej  i o 
dzieciach ze szkoły w Londynie. Później, 
w tawernie, przy kieliszku likieru, opowie-
działa o Timie, o tym, jak ją zostawił i o 
dolarach, które znalazła w paszporcie.

On opowiedział Elsie o swoim przyja-

cielu, Stefanie, zmarłym przed sześcioma 
miesiącami.   O   tym,   jak   Stefan   co   roku 
przychodził podziękować Statule Wolności 
za   to,   że   w   Ameryce   znalazł   dla   siebie 
miejsce i o tym, że on nie mógł stworzyć 
Stefanowi   prawdziwego   domu,   ponieważ 
ma starych i schorowanych rodziców, któ-
rych zabiłoby wyznanie prawdy, że zwią-
zał się z mężczyzną. Tylko nadzieja, że je-
dyny syn kiedyś się ożeni i przekaże wielki 
majątek następnemu pokoleniu, trzyma ich 
przy życiu.

Nigdy   nie   mógł   spędzić   ze   Stefanem 

Bożego   Narodzenia.   Od   lat   przez   cały 

60

background image

świąteczny dzień był milczący i nieszczę-
śliwy. Usiłował wprawdzie udawać weso-
łość  ze  względu na  parę  starszych ludzi; 
starał się zapomnieć o Stefanie, samotnym 
w   pustym   mieszkaniu,  pocieszającym   się 
butelką   wódki,   powtarzającym   sobie,   że 
jest kochany, chociaż światu nie może  o 
tym powiedzieć.

Co roku jednak spędzali razem wigilię 

Bożego   Narodzenia.   Przyjeżdżali   do   Sta-
tuy Wolności, stojącej u wejścia do portu. 
Czasem Stefan, z wdzięczności za amery-
kańską   gościnność,   grał   na   skrzypcach. 
Ludzie uśmiechali się do niego. Niektórzy 
uważali go za przesadnie sentymentalnego, 
inni byli wzruszeni.

Mężczyzna,   opowiadając   o   Stefanie, 

miał łzy w oczach. Powiedział, że chciałby 
kiedyś zbudować wielką salę koncertową 
noszącą   jego   imię,   żeby   Stefan   stał   się 
wreszcie kimś znanym. Żeby przestał być 

61

background image

jednym z wielu imigrantów i był wspomi-
nany jako skrzypek, który kochał to mia-
sto. Teraz jeszcze nie mógł spełnić swojej 
obietnicy. Nie  zrobi tego za życia rodzi-
ców. Musi zapewnić im spokój w ostatnich 
latach – a może już tylko miesiącach – ży-
cia. Stefan by go zrozumiał.

– Dawał koncerty? – spytała Elsa.
– Nie, uczył muzyki w szkole.
I   nagle   oboje   zrozumieli,   jak   i   gdzie 

można   zbudować   salę   imienia   Stefana. 
Mogłaby   stanąć   tysiące   kilometrów   stąd. 
Dzieci się ucieszą i nie będą się niczemu 
dziwiły. Panna Martin wypowiedziała ży-
czenie i już. Zaś pamięć Stefana zostanie 
uczczona w innym wielkim mieście, dopó-
ki nie nadejdzie czas, by uczcić ją również 
w Nowym Jorku, jego ukochanym miejscu 
na ziemi.

62

background image

63

background image

Najtrudniejsze przypadki

W   zasadzie   ich   lubiła.   Starych   ludzi, 

którzy   przyjechali,   żeby   żyć   i   umrzeć   w 
Woodlands.   W   Woodlands   [(ang.)   Leśna 
Kraina.] było niewiele drzew, ale jakie to 
ma  znaczenie? Nazwa jest równie dobra, 
jak każda inna. Drugi ośrodek przy tej sa-
mej ulicy nazywa się Rest Haven, [(ang.) 
Port Spoczynku.] a znajdujący się po dru-
giej   stronie   –   Santa   Rosa   delia   Marina. 
Woodlands ma w sobie więcej godności.

Ellie była lubiana przez gości. Nie zwra-

cała się do nich „kochanie” czy „skarbie”, 
jak   niektóre   opiekunki.   Nie   przemawiała 
do nich tak, jakby byli głusi albo nienor-
malni. Nigdy nie pytała: „No i jak się dzi-
siaj czujemy?”. Nie zniżała głosu z szacun-

64

background image

ku dla ich matuzalemowego wieku i bli-
skiej   śmierci.   Ellie   przyznawała   wprost, 
kiedy miała kaca albo związała się z kolej-
nym,   jak   najbardziej   nieodpowiednim, 
mężczyzną. Miała dwadzieścia siedem lat, 
była   pełna   wigoru,  nieporządna  i   głośna. 
Razem z poranną herbatą wnosiła do ich 
pokoi życiową energię; to samo przynosiła 
do pokoju dziennego, razem z przedpołu-
dniową kawą.

Kate   Harris,   matrona,   przyglądała   się 

Ellie z rozbawieniem i z poczuciem bez-
radności. Dziewczyna ubrana w poplamio-
ny biały fartuch nie stanowiła dobrej wizy-
tówki dla Woodlands... Jednak trzeba wie-
dzieć, że plamy często powstawały wów-
czas, kiedy Ellie, na przykład pomagając 
starszej   osobie   zająć   wygodniejszą   pozy-
cję,   przez   przypadek   wylewała   na   siebie 
resztki kawy z kubeczka. Włosy wysuwały 
się jej spod czepka, ponieważ zawsze bie-

65

background image

gała, starając się być wszędzie, gdzie jej 
potrzebowano.   Niewiele   czasu   spędzała 
przed lustrem, w pokoju dla personelu. El-
lie trzymała umierających za rękę i rozma-
wiała z nimi o ich rodzinach. Miała w so-
bie naturalną dobroć, która z nawiązką re-
kompensowała jej, często nazbyt swobod-
ny,   styl   bycia.   W   dodatku   pamiętała   na-
zwiska   odwiedzających   –   co   zdarza   się 
bardzo rzadko – i potrafiła flirtować z sy-
nami i wnukami, przyjeżdżającymi do sta-
ruszków.

Kate Harris zauważyła, że Ellie zawsze 

wybiera   sobie   niewłaściwych   mężczyzn. 
Ten najnowszy, śniady i ponury, miał de-
nerwujący zwyczaj trąbienia, kiedy zajeż-
dżał samochodem pod bramę w porze, gdy 
rezydenci układali się do snu, co nikomu 
nie   sprawiało   przyjemności.   Jednakże   i 
sama Kate Harris nie umiała dokonać do-
brego wyboru. Jej były mąż odszedł z ko-

66

background image

bietą mającą o połowę mniej lat niż ona, 
pozbawiając   Kate   należnej   jej   połowy 
wspólnego majątku. Sprawa  ta  nigdy nie 
została załatwiona.

Matka   Kate   zawsze   przepowiadała,   że 

nie   będą   dobrym   małżeństwem.   Fakt,   że 
miała rację – jak się w końcu okazało – był 
tym bardziej irytujący. Matka zawsze mu-
siała mieć rację. Nawet co do przyszłości.

– Nie sprowadzaj się do mnie, Kate – 

powiedziała.   –   Po   tygodniu   wspólnego 
mieszkania   będziemy   sobie   skakać   do 
oczu. Zajmij się pracą. Byłaś niegłupią ko-
bietą, dopóki on cię nie zniszczył.

Kate   postanowiła   zacząć   coś   robić   na 

własną rękę i otworzyła na przedmieściach 
Melbourne Woodlands – niezbyt dochodo-
wy dom opieki. Kate Harris westchnęła – 
nie jej krytykować Ellie za dobieranie so-
bie   niewłaściwych   mężczyzn.   Ona   przy-
najmniej za żadnego z nich nie wyszła za 

67

background image

mąż.

Ellie zamierzała spędzić Boże Narodze-

nie w Sydney, ze śniadym, ponurym męż-
czyzną   o   imieniu   Dan.   Opowiadała 
wszystkim   o   wynajętym   przez   niego 
mieszkaniu; to znaczy o mieszkaniu, które 
zamierzał wynająć. Od znajomych, to zna-
czy   od   znajomych   znajomych.   Planowali 
wybrać się tam cztery – a może trzy – dni 
przed świętami. Nie mają żadnych zobo-
wiązań, więc nie muszą się spieszyć. Bę-
dzie wspaniale. Ktoś spytał wczoraj Ellie, 
czy z okien mieszkania widać morze. Od-
parła, że oczywiście tak; to znaczy, raczej 
tak.

Kate   Harris   miała   wrażenie,   że   Dan   i 

mieszkanie nie są całkiem w porządku, ale 
nie wypowiadała swego zdania. To nie jej 
sprawa,   nie   jest   matką   Ellie,   nie   musi 
ostrzegać ani doradzać, jak matka Kate.

W   Woodlands   mieszkały   trzydzieści 

68

background image

dwie osoby; dwadzieścia osiem wyjeżdża-
ło na święta. Zostawała tylko czwórka  – 
najtrudniejsze przypadki. Kate Harris pora-
dzi sobie z nimi sama, tak jak w zeszłym 
roku i dwa lata temu. Zostają ci wiecznie 
się skarżący, jęczący, burczący. Nic dziw-
nego, że nikt ich nie chce; popsuliby całe 
święta.

Większość staruszków opuści dom: ktoś 

przyjedzie   i   zabierze   ich   do   dzieci,   do 
wnuków, do siostrzeńców lub bratanków, 
albo do dzieci dalszych krewnych. Oni po-
trafią się uśmiechać podczas świątecznego 
obiadu,   wybrać   z   katalogu   prezent   pod 
choinkę, albo zamówić w sklepie butelkę 
wina   dobrego   rocznika.   Wrócą   tutaj   ze 
zdjęciami   zrobionymi   podczas   uroczysto-
ści bożonarodzeniowych i noworocznych.

Najtrudniejsze przypadki będą siedziały, 

pełne urazy i niechęci, nie okazując niko-
mu cienia zainteresowania. Kate westchnę-

69

background image

ła. Wysłuchiwanie żalów najtrudniejszych 
przypadków nie jest wymarzonym sposo-
bem na spędzenie świąt Bożego Narodze-
nia. Ale Kate jest im to dłużna. Płacą za 
pobyt, tutaj jest ich dom i nie mają gdzie 
spędzić świąt; nie będzie ich nigdzie wysy-
łała,   nie   są   przecież   paczkami.   Nie   za-
mknie Woodlands i nie umieści ich w San-
ta Rosa ani w Rest Haven, żeby odebrać po 
kilkunastu dniach. Boże Narodzenie i tak 
jest czasem pełnym emocji i wspomnień. 
Zresztą i sama Kate była zadowolona; za-
jęcie się pracą sprawi, że nie wystarczy jej 
czasu na rozmyślania o mężu, o nieszczę-
snych latach przed jego odejściem i o do-
kuczliwej   samotności,   od   kiedy   ją   zosta-
wił.

Telefon z Darwin zaskoczył ją zupełnie. 

Odebrała go pięć dni przed świętami Boże-
go Narodzenia, gdy goście i personel po-
woli zwalniali tempo załatwiania licznych 

70

background image

spraw. Matka miała wylew i leży w szpita-
lu, wiele kilometrów od Melbourne; Kate 
czeka lot samolotem i wiele godzin jazdy 
samochodem.

Trzeba będzie coś zrobić z najtrudniej-

szymi   przypadkami.   Kate   ciężko   wes-
tchnęła. Musi teraz zapanować nad nerwa-
mi i na chwilę zapomnieć o swoich spra-
wach.   Czy   powinna   najpierw   zadzwonić 
do   Rest   Haven?   Może   zgodzą   się   wziąć 
Donalda? Mogliby, ale to mężczyzna po-
rywczy, furiat groźnie wymachujący laską. 
Z drugiej jednak strony, w Rest Haven pa-
nuje   atmosfera   snobizmu   i   zamożności. 
Donald   jest   najbardziej   wymagającym   z 
najtrudniejszych przypadków. Kate zasta-
nawiała się, czy trudniej będzie namówić 
Rest Haven, czy Donalda. Dalej – Georgia. 
Nie   spodoba   się   jej   w   Santa   Rosa   delia 
Marina. Powie, że Włoszki i Hiszpanki są 
dobrymi pokojówkami, ale nie wypada za-

71

background image

wierać z nimi bliższych znajomości. Kie-
dyś jednak była w Rest Haven i od tego 
czasu   drzwi   tego   domu   są   dla   niej   za-
mknięte; pozostaje więc Santa Rosa albo 
nic. Były jeszcze Hazel i Heather, siostry 
ziejące do siebie nienawiścią gorszą niż ta, 
którą czują do wszystkich wokół. Całymi 
dniami knują plany uprzykrzenia sobie na-
wzajem życia. Kate siedziała nieruchomo, 
z głową opartą na dłoniach, kiedy weszła 
Ellie.

– Za dużo się wczoraj wypiło?
Ellie dobrze wiedziała, z jakiego powo-

du   czasem   tak   siedzi,   obejmując   głowę 
dłońmi.

– Nie, Ellie. Może cię to zdziwi, ale nie 

mam zwyczaju pić na służbie.

–   Przepraszam.   Wygląda   pani,   jakby 

była na kacu.

– Moja matka miała wylew, muszę za-

mknąć   Woodlands   na   święta   i   przenieść 

72

background image

gdzieś najtrudniejsze przypadki. Każdy na 
moim miejscu by tak wyglądał.

Spojrzenie   Ellie   wyrażało   smutek   i 

współczucie.   Spytała   o   matkę   Kate:   czy 
może mówić, czy może się poruszać i jakie 
są   rokowania.   Nie   po   raz   pierwszy   Kate 
pomyślała,   że   Ellie   powinna   skończyć 
szkołę, dostać dyplom pielęgniarki i pod-
jąć pracę w tym zawodzie. Ma wiele pożą-
danych cech. Tymczasem dziewczyna traci 
młodość z Danem, mężczyzną o ciemnych, 
pustych oczach i nie do końca sprecyzowa-
nych planach na najbliższe święta.

– Cóż, to są ciężary, które musi ponosić 

każdy, kto chce być rekinem finansowym i 
kierować takim zakładem, jak mój, będący 
prawdziwą kopalnią złota – powiedziała z 
goryczą Kate.

Wszyscy wiedzieli, że Woodlands zara-

bia na siebie tylko dzięki temu, że właści-
cielka bardzo dużo pracuje.

73

background image

– Wyrzucą Donalda na ulicę – powie-

działa Ellie.

–   Może   i   my   powinniśmy   tak   zrobić 

parę lat temu – stwierdziła Kate, sięgając 
po książkę telefoniczną.

– Wie pani, że dla Georgii drzwi Rest 

Haven są zamknięte?

– Wiem, dlatego muszę zacisnąć zęby i 

stawić czoło Santa Rosa.

– Szkoda, że nikt... – powiedziała Ellie.
–   Wiem,   ale   nie   mam   nikogo...   Nie 

mogę oczekiwać, że ktoś zrezygnuje z pla-
nów na święta i zostanie tutaj z najtrud-
niejszymi przypadkami. Nikt się nie zgo-
dzi, za żadne pieniądze.

– Wiem – zgodziła się z nią Ellie.
Kate spojrzała na dziewczynę z uwagą. 

Czyżby   Dan   był   ostatnio   mroczniejszy   i 
bardziej   ponury   niż   zazwyczaj?   Czyżby 
zapomniał o Bożym Narodzeniu? Kate nie 
miała odwagi spytać. Sięgnęła po telefon i 

74

background image

wykręciła numer Santa Rosa.

– Niech pani jeszcze zaczeka – powie-

działa Ellie. Kate z ulgą odłożyła słuchaw-
kę.

– Zażądam dużych pieniędzy – mówiła 

Ellie.

– Zapłacę, ile zechcesz – odparła Kate.
– Od tej pory będzie mi pani płaciła po-

dwójnie za nadgodziny.

– Zgoda.
– Chciałabym pojechać do sanatorium i 

poddać się odnowie, czy jak to się teraz 
nazywa. On lubi mniejsze, młodsze, szczu-
plejsze ode mnie.

– Oni wszyscy są tacy sami – stwierdzi-

ła ponuro Kate.

– Po Nowym Roku wyjadę na dwa tygo-

dnie do takiego sanatorium, wrócę odmie-
niona, a potem wyjadę z Danem.

– Dobrze – Kate nie wierzyła własnym 

uszom.

75

background image

–   Niech   się   pani   pakuje   i   jedzie   do 

mamy – powiedziała Ellie.

– Pamiętasz, jak trudno jest z naszymi 

najtrudniejszymi przypadkami?

– Pamiętam. Czy już ustaliłyśmy, ile do-

stanę za ten dyżur?

– To będzie siedem dni. Zapłacę ci pięć 

razy tyle, co za zwykły tydzień.

– Sześć.
– Daj spokój, Ellie...
– Niech sobie pani wyobrazi Georgię w 

Santa Rosa i Donalda w Rest Haven.

– Sześć, ale musisz smacznie gotować i 

nie wolno ci na nich krzyczeć.

– Załatwione.
Najtrudniejsze przypadki wcale nie były 

zadowolone, kiedy się dowiedziały, że zo-
stają pod opieką Ellie.

– Flejtuch, tak się kiedyś mówiło o ta-

kich jak ona – stwierdził Donald.

– Nawet nie jest pielęgniarką, tylko po-

76

background image

mocnicą, służącą – zauważyła Georgia.

– Pewnie chłopak ją zostawił – powie-

działa Heather do Hazel.

– Ona przynajmniej miała chłopaka, w 

przeciwieństwie do ciebie – odpowiedziała 
jej Hazel.

Kate Harris zadzwoniła z lotniska.
– Ja chyba zwariowałam – powiedziała 

do Ellie. – Coś musiało mi się rzucić na 
mózg, żeby zostawić ich z tobą.

– Dziękuję za zaufanie – odparła Ellie.
– Nie chciałam ci zrobić przykrości. Po-

słuchaj,   jeszcze   możemy   ich   przenieść. 
Rest Haven ma wobec mnie dług wdzięcz-
ności,   przyjmie   Donalda   i   może   nawet 
okropne bliźniaczki.

– Chyba pani wie, że Hazel jest o jede-

naście miesięcy starsza – powiedziała El-
lie.

– Nie traćmy czasu na głupstwa, Ellie.
– Jeśli mam się zajmować  najtrudniej-

77

background image

szymi przypadkami aż do pani powrotu, to 
muszę mieć prawo do decydowania o tym, 
co jest ważne, a co nie. Kate, na miłość bo-
ską, niech pani wsiada do samolotu i bę-
dzie miła dla swojej mamy.

–  Ellie,  proszę,   nie   zaniedbuj   ich.   Nie 

mam   nic   oprócz   Woodlands;   jeśli   ta 
czwórka wyjedzie, zbankrutujemy.

– Szczęśliwego lotu, Kate – powiedziała 

Ellie i odłożyła słuchawkę.

Wyprostowała ramiona i wyszła na spo-

tkanie   z   narzekającymi   najtrudniejszymi 
przypadkami.   Konieczność   znoszenia   ich 
humorów przez cały tydzień była trudnym 
zadaniem, nawet zanim się dowiedziała, że 
dom opieki jest w gorszej kondycji finan-
sowej niż jego pracownicy sądzili.

– Podejrzewam, że będziesz oszczędzała 

na jedzeniu i zabierała sobie przeznaczone 
na ten cel pieniądze – powiedział Donald i 
na samą myśl o tym zrobił się purpurowy z 

78

background image

gniewu.

– Gdyby sama mniej jadła, chłopak by 

jej nie zostawił – powiedziała Heather.

– Ciekawa jestem, skąd ty możesz wie-

dzieć, co lubią mężczyźni – przycięła jej 
Hazel.

– To moje ostatnie Boże Narodzenie w 

tym domu – oznajmiła Georgia. – Wystar-
czająco się namęczyłam, kiedy pani Harris 
została z nami sama, dając urlop persone-
lowi, żeby zaoszczędzić pieniędzy. Ale zo-
stawiać   nas   z   opiekunką?!   To   niewyba-
czalne – parsknęła głośno, co zabrzmiało 
jak strzał z pistoletu.

– W Santa Rosa mają przynajmniej ku-

charkę – oznajmiła Hazel.

– Do tego spędzą święta w przyzwoitym 

towarzystwie – powiedziała Heather.

– W Rest Haven można porozmawiać z 

ludźmi równymi sobie... Tam nie przyjmu-
ją byle kogo – powiedział Donald, zerkając 

79

background image

na Georgię. Wszyscy wiedzieli, że drzwi 
Rest Haven są dla niej na zawsze zamknię-
te.

Ellie zrobiło się ciężko na sercu. W jej 

rękach   spoczął   los   czwórki   ludzi,   jednej 
ósmej klientów Kate Harris. Wszyscy wy-
jadą. Pewnie jeszcze przed końcem świąt, 
robiąc wiele hałasu. Ellie zobaczyła oczy-
ma wyobraźni Donalda udzielającego wy-
wiadów prasie i przechodzącego na drugą 
stronę ulicy, do Rest Haven, z gniewnym 
wymachiwaniem laseczką. Widziała to tak 
wyraźnie, jakby już było rzeczywistością. 
Wyobraziła sobie twarz Kate, oglądającej 
to wszystko w telewizji, gdzieś na drugim 
końcu   Australii.   Trzeba   będzie   zamknąć 
dom. Kate straci wszystkie pieniądze. Ellie 
straci   pracę.   Dwadzieścia   osiem   osób   po 
powrocie ze świątecznego wyjazdu dowie 
się, że ich dom będzie zlikwidowany. Na-
wet czwórka nieznośnych staruchów zosta-

80

background image

nie zmuszona do znalezienia sobie innego 
miejsca. Nie będzie to łatwe.

A   wszystko   dlatego,   że   najtrudniejsze 

przypadki są aż tak samolubne i nie chcą 
zrozumieć, że nie tylko dla nich Boże Na-
rodzenie jest piekłem na ziemi. Nie chcą 
się pogodzić z prawdą, że sami są odpo-
wiedzialni za własny los. Jaka szkoda, że 
obiecała Kate nie zaniedbywać ich. Chęt-
nie   powiedziałaby   najtrudniejszym   przy-
padkom, jak wielkie podejmują ryzyko.

– Nasz dom zostanie zamknięty – Ellie 

usłyszała   własny   głos   –   dzięki   waszej 
czwórce. Reszta jakoś da sobie radę. Kate 
dostanie trochę pieniędzy ze sprzedaży po-
siadłości,   chociaż   za   okazywaną   dobroć 
nikt jej nie zapłaci. Pozostali goście to nor-
malni   ludzie,   znajdą   się   dla   nich   inne 
domy.   Ja   też   gdzieś   dostanę   pracę.   Jak 
słusznie   mówiliście,   jestem   tylko   niewy-
kwalifikowaną   siłą   roboczą,   a   dla   takich 

81

background image

zawsze znajdzie się zajęcie. Nie wiadomo 
tylko, co będzie z wami. Ciekawe, gdzie 
spędzicie   następne   Boże   Narodzenie. 
Gdziekolwiek mnie rzuci los, będę o was 
wtedy myślała i zastanawiała się nad tym, 
co zrobiliście.

Zapadła cisza.
Ellie   nie  mogła   uwierzyć   w  to,  co się 

stało, zwłaszcza, że Kate przed wyjazdem 
błagała ją, by dobrze traktowała klientów. 
Jak Ellie mogła zrobić coś tak samolubne-
go i bezmyślnego? Jednak co się stało, to 
się nie odstanie. Nie cofnie teraz ostrych, 
niegrzecznych słów. Ellie bała się oderwać 
wzrok od podłogi.

Ku jej zdziwieniu, Donald nie walił la-

ską w podłogę, Georgia nie parskała, a Ha-
zel i Heather nie przypominały o marnych 
szansach na zamążpójście nieuprzejmej El-
lie.

Cisza   była   bardzo   wymowna.   Najtrud-

82

background image

niejszym przypadkom rzadko zdarzało się 
nie mieć nic do powiedzenia.

Kiedy spojrzała na ich twarze, zdziwiła 

się, widząc, że wyrażają szczere zatroska-
nie. Wszyscy się nagle postarzeli. Wyglą-
dali teraz na takich, jakimi byli naprawdę: 
starzy, słabi i przestraszeni. Do oczu Ellie 
napłynęły łzy. Zrobiło się jej żal tych ludzi 
i siebie samej, bo przecież kiedyś będzie w 
ich wieku. Wyrządziła im krzywdę brutal-
nym   uświadomieniem   prawdy.   Nie   wie-
działa, jak to naprawić.

Wydawało jej się, że cisza, jakiej w Wo-

odlands   nigdy   dotąd   nie   było,   trwa   całą 
wieczność. W końcu odezwał się Donald. 
Nie wymachiwał laską, a na jego twarzy 
nie było widać krzywego uśmieszku, któ-
rego – jak dotąd sądziła Ellie – nic nie jest 
w stanie z niej usunąć.

– Co możemy zrobić? – spytał.
Georgia   przypominała   przestraszone 

83

background image

dziecko.

–   Ostatecznie   Woodlands   nie   jest   naj-

gorszym miejscem na świecie, a ty, Ellie, 
mimo że brak ci potrzebnych kwalifikacji, 
masz przynajmniej... dobre serce. W Rest 
Haven nie zawracali sobie głowy uprzej-
mościami. Nawet gdyby mnie tam chcieli 
przyjąć,   co,   jeśli   dobrze   rozumiem,   nie 
wchodzi w grę...

Ellie spojrzała na nią, otwierając usta ze 

zdziwienia. Że też Georgia sama porusza 
tak niemiły dla niej temat! Heather zaczęła 
szlochać; Hazel wzięła ją za rękę.

– No już, już. Przestań, Heather. Hazel 

jest przy tobie i zadba o swoją siostrzycz-
kę, jak zawsze – powiedziała.

Ellie głośno wytarła nos, co wywołało 

nową falę łez. Dan jedzie w tej chwili do 
nowej   pracy   na   Gold   Coast.   W   ostatniej 
chwili zatrudnił się jako kierowca. Będzie 
zawoził   grupę   długonogich   dziewcząt   do 

84

background image

modnych kurortów i odwoził je z powro-
tem...   Ellie   musi   go   zrozumieć.   Przecież 
nie mieli żadnych konkretnych planów na 
święta, prawda? Dan patrzył na nią z nie-
pokojem,   ale   Ellie   była   zbyt   zraniona   i 
zmęczona, żeby mu  powiedzieć, jak bar-
dzo ważne i konkretne były dla niej plany, 
które   razem   snuli.   I   Kate   Harris...   Przez 
całe   życie   ciężko   pracowała,   lecz   zacho-
wywała pogodę ducha; została porzucona 
przez   tego   szczura,   męża,   a   teraz   straci 
dom spokojnej starości, który sama stwo-
rzyła i to w chwili, kiedy przeżywa rodzin-
ną tragedię. Najsmutniejszy jednak los cze-
ka czwórkę nieznośnych, starszych ludzi, 
patrzących teraz ze strachem na Ellie.

–   Nie   wiem,   co   moglibyśmy   zrobić   – 

powiedziała Ellie do Donalda, jak do rów-
nego   sobie.   –   Pieniędzy,   które   przynosi 
dom, z trudem wystarcza na to, żeby zwią-
zać   koniec   z   końcem.   Jeśli   Kate   będzie 

85

background image

musiała z powodu choroby matki zostać u 
niej przez jakiś czas, zabraknie pieniędzy 
na opłacenie osoby, która mogłaby ją za-
stąpić. Georgia przygryzła wargi.

– Nie potrzeba nam nikogo nadzwyczaj-

nego, jakoś damy sobie radę – powiedzia-
ła.

– Kate jest wykwalifikowaną pielęgniar-

ką. Mogłaby stracić licencję...

–   Nie   potrzebujemy   pielęgniarki   – 

stwierdziła Hazel. – Jesteśmy silni jak ko-
nie, prawda, Heather?

– Jak konie – zgodziła się z nią Heather.
– Nie mamy żadnych nowych gości, a 

ogłoszenia,   które   daje   Kate,   są   bardzo 
kosztowne...

–   Moglibyśmy   rozpuścić   wici   –   prze-

rwał  jej Donald. – Możemy  napisać  tu i 
tam, pochwalić nasz dom.

– Co z tego! Gdyby nawet przyjechali 

jacyś nowi, natychmiast ich powiadomicie, 

86

background image

że karmimy was tutaj trucizną – zirytowała 
się Ellie.

– Nie, nie; od tej chwili będzie inaczej – 

obiecał z przekonaniem Donald.

– Spróbuję namówić kilka osób z Rest 

Haven, żeby się tu przeniosły – powiedzia-
ła Georgia.

– Kate by na to nie pozwoliła. Nigdy nie 

podkradała innym gości.

– Mogłybyśmy napisać do naszej szko-

ły, Heather – powiedziała Hazel do siostry. 
– Wielu jej starych wychowanków szuka 
dla siebie odpowiedniego miejsca.

– Albo do kumpli, którzy przeszli razem 

ze mną na emeryturę – wtrącił Donald. – 
Nasze biuro wydaje wewnętrzny biuletyn. 
Mogę do niego napisać. Zawsze miałem do 
tego smykałkę. Opiszę, jak wygląda nasz 
dzień...

– Przecież nie znosisz tego wszystkiego. 

Nienawidzisz Woodlands. Po co wabić tu-

87

background image

taj ludzi? Żeby im powiedzieć, że miesz-
kańcami domu są sami głupcy i osoby z 
niższych sfer?

Ellie nie chciała budzić w Kate złudnych 

nadziei.

– Nie mówiłbym tak... – Donald nie do-

kończył zdania.

– Nie zmienisz się w ciągu jednej nocy – 

Ellie nie zamierzała dać mu spokoju. – To 
niemożliwe.   Nikt   bardziej   ode   mnie   nie 
pragnie,   żeby   nasz   dom   przetrwał,   ale... 
Macie   wystarczająco   dużo   lat,   aby   wie-
dzieć, że życie to nie jest bajka.

Zauważyła, że wszyscy patrzą na nią z 

nadzieją. Nagle uświadomiła sobie, że nig-
dy dotąd nie przyszło im do głowy, że Wo-
odlands może być dla niej ważne. Rozma-
wiała z nimi tylko o swoim kacu, o przyję-
ciach, na których była i o facetach, którzy 
przewijali się przez jej życie. Dopiero teraz 
odkryli,   że   nie   tylko   te   sprawy   były   dla 

88

background image

niej   ważne.   W   Woodlands   czuła   się   do-
brze, prawie jak w rodzinie.

–  Kiedy  jeszcze   pracowałem   –   powie-

dział Donald – spotykaliśmy się w pokoju 
konferencyjnym zawsze, gdy mieliśmy po-
ważne problemy.

– Kiedy byłam hostessą i na moje przy-

jęcia przychodzili wszyscy znani ludzie z 
całego stanu, zawsze zaczynałam od spo-
rządzenia listy gości – powiedziała Geor-
gia.

–   Kiedy   prowadziłyśmy   dom   naszemu 

ojcu – powiedziała Hazel – zawsze zasta-
nawiałyśmy się z Heather, co najgorszego 
może się wydarzyć i szukałyśmy rozwiąza-
nia   tego   hipotetycznego   problemu,   żeby 
mu zapobiec.

Heather uśmiechnęła się do starszej sio-

stry.

– To dobry pomysł – pochwalił Donald 

– żeby zacząć od tego, co negatywne.

89

background image

Ellie   odsunęła   stolik   od   ściany   i   cała 

piątka przy nim usiadła.

W   czasie   świąt   nie   będą   się   objadali. 

Zrezygnują z uroczystego posiłku. Oszczę-
dzą w ten sposób trochę pieniędzy.

–   Nie   przyjmę   dodatkowej   zapłaty   za 

dni spędzone z wami – obiecała Ellie.

Wszyscy chcieli wiedzieć, ile pieniędzy 

miała za to dostać. Byli przerażeni, kiedy 
usłyszeli, że Kate obiecała jej sześć razy 
tyle, ile wynosi normalna stawka.

– Jesteście naprawdę okropni – powie-

działa Ellie, a wszyscy przytaknęli, dumni 
z takiej opinii.

Sporządzili listę ludzi, do których napi-

szą   o   tym,   jak   bardzo   lubią   Woodlands. 
Donald   powiedział,   że   mogliby   też   za-
dzwonić do lokalnej telewizji i poprosić o 
nakręcenie reportażu o tym, jak to czwórka 
starszych ludzi zrezygnowała ze spędzenia 
świąt   z   rodziną,   bo   wolała   je   spędzić 

90

background image

wśród starych przyjaciół.

– Wasze rodziny zdziwią się, kiedy to 

usłyszą! – chichotała Georgia.

–   Może   przejrzą   na   oczy   –   stwierdził 

Donald.

Kate zadzwoniła zaraz po wyjściu z sa-

molotu,   z   lotniska   w   mieście,   w   którym 
mieszkała jej matka.

– Powiedz, że wszystko w porządku – 

prosiła Ellie. – Będziesz dzwoniła codzien-
nie? Zamierzasz tracić pieniądze, których 
nam   tak   bardzo   brakuje,   na   telefony   za-
miejscowe?

– Tak się martwisz o pieniądze na dom, 

ale   dla   siebie   zażądałaś   sześciokrotnej 
stawki – odcięła się Kate.

– Zmieniłam zdanie.
– Chcesz mnie zrujnować?
– Nie, zadowolę się podwójną stawką.
–   Mam   nadzieję,   że   przynajmniej   nie-

którzy z nich jeszcze żyją – przeraziła się 

91

background image

Kate.

– Możesz zamienić słówko z każdym z 

nich i życzyć wesołych świąt, ale szybko, 
żeby nie wydawać pieniędzy bez potrzeby 
– powiedziała Ellie.

Każdy z czwórki gości zamienił z Kate 

kilka słów.

– Nie chcieliśmy zbyt dużo mówić, żeby 

nie zaczęła czegoś podejrzewać – stwier-
dził Donald.

– Tak właśnie powinien myśleć kierow-

nik – pochwaliła go Ellie. Na twarzy Do-
nalda pojawił się, po raz pierwszy od kiedy 
zamieszkał   w   Woodlands,   szczery 
uśmiech.

Do   późnej   nocy   snuli   plany.   Siedzieli 

przy   kakao   i   herbatnikach,   gdy   usłyszeli 
dobiegające z zewnątrz głośne trąbienie.

–   To   twój   chłopak   –   powiedziała   He-

ather.

– Niech podejdzie do drzwi i zapuka, jak 

92

background image

inni ludzie – odparła Ellie.

Przyszedł Dan.
– Nie słyszałaś? – spytał. – Zadzwoni-

łem   tam   i   powiedziałem,   że   mogłabyś 
przyjechać   ze   mną   jako   pomoc.   Powie-
działem   im,   że   pracowałaś   w   podobnym 
ośrodku. Rozumiesz, nie mówiłem dokład-
nie, jaki to ośrodek.

– Rozumiem.
Najtrudniejsze   przypadki   z   niezadowo-

leniem kręciły głowami.

– Jeśli chcesz, możesz ze mną jechać.
–   Wesołych   świąt,   Dan   –   powiedziała 

Ellie.

– To znaczy tak, czy nie? – nie zrozu-

miał Dan.

–   To   takie   geriatryczne   pożegnanie   – 

wyjaśniła Ellie.

W milczeniu słuchali ryku silnika odda-

lającego się samochodu.

Żeby zdążyć przed świętami, listy mu-

93

background image

szą być wysłane nazajutrz. Postanowili też 
dzwonić, żeby przekazać dobrą nowinę lu-
dziom   wyobcowanym,   zaniedbanym,   od-
ciętym od świata ze względu na prawdzi-
wą lub urojoną słabość; zaprosić gości w 
odwiedziny przed Nowym Rokiem.

– Dom wygląda nieco ponuro – zauwa-

żyła   Georgia.   –   To   mogłoby   im   się   nie 
spodobać.   Niektórzy   ludzie   wierzą   pozo-
rom.

Uzgodniono,   że   poproszą   dzieci   z   są-

siedztwa, żeby przyszły i pomogły poma-
lować ściany, uporządkować ogród i usta-
wić na oknach skrzynki z kwiatami. Ko-
ścioły   i   różne   organizacje   osiedlowe   na 
pewno również zgodzą się pomóc.

W dniu Bożego Narodzenia, kiedy jedli 

świąteczne   barbecue,   zadzwonił   telefon. 
Słuchawkę podniosła Georgia.

– Nie, Kate, lepiej nie rozmawiać z El-

lie.   Jest   kompletnie   pijana.   Donald   się 

94

background image

uparł, żebyśmy jej dali wina. Była cudow-
na. Jak się czuje pani matka?

Kate nie mogła wydobyć z siebie słowa. 

Usiadła na krzesełku na szpitalnym koryta-
rzu. Ellie jest pijana. Georgia jest w dosko-
nałym humorze. Donald się uparł, żeby El-
lie napiła się wina. Koniec świata.

–   Mam   nadzieję,   że   wkrótce   do   was 

wrócę   –   powiedziała   Kate   zdławionym 
głosem.

– Najpierw pani matka musi nabrać sił 

przed daleką podróżą – przypomniała Geo-
rgia.

– Jaką podróżą? – zachrypiała Kate.
– Przecież przywiezie ją pani do domu? 

Takiego zdania jest komitet.

– Jaki komitet?
– Zastanawialiśmy się, jak go nazwać, i 

zdecydowaliśmy   się   na   „Najtrudniejsze 
przypadki” – powiedziała Georgia, uśmie-
chając   się   tak,   jak   wiele   lat   temu,   kiedy 

95

background image

jeszcze była sławna, zanim pokłóciła się ze 
wszystkimi i została sama.

Oddalona od domu o wiele kilometrów, 

Kate ledwo utrzymała słuchawkę w ręce. 
Jej matka powoli dochodziła do siebie, ale 
do końca życia będzie potrzebowała stałej 
opieki.   Kate   z   lekkim   drżeniem   w   sercu 
pomyślała o Bożym Narodzeniu i o atmos-
ferze tych świąt.

– Powinnyśmy już kończyć, Kate. Ellie 

mówiła, że jeśli chcemy, żeby Woodlands 
się   utrzymało,   wszyscy   musimy   oszczę-
dzać.

–   Ellie   tak   powiedziała?   –   szepnęła 

Kate.

– Kiedy jest trzeźwa – czyli prawie za-

wsze   –   jest   bardzo   dobra   –   stwierdziła 
Georgia tonem sugerującym, że tylko jed-
na Kate się z tą opinią nie zgadza.

–   Podziękuj   najtrudniejszym   przypad-

kom i powiedz, że o nich pamiętam – po-

96

background image

wiedziała Kate.

Georgia była zadowolona. Zadowolona i 

zdziwiona.

– Pamięta pani, jak się nazwaliśmy – po-

chwaliła. – Widać jest jeszcze dla naszego 
domu nadzieja.

97

background image

W święta czas biegnie inaczej

To będzie ich piąte wspólne Boże Naro-

dzenie, chociaż nie będą razem. Wszystko 
jedno. Chris nienawidzi beztroskiego zado-
wolenia, z jakim małżeństwa obchodzą ko-
lejne   rocznice,   jakby   świętować   można 
było tylko to, co zostało zalegalizowane. 
Trudno   było   jej   uwierzyć,   że   przyjaciele 
mogą nie wiedzieć, iż związała się z No-
elem   zimą   1984   roku.   To   był   magiczny 
czas. Stopniowo dowiadywali się, jak wie-
le mają ze sobą wspólnego: oboje urodzili 
się podczas świąt Bożego Narodzenia, dla-
tego  ona  nosi   imię   Chris,  [skrót  od  ang. 
Christmas   –  Boże   Narodzenie.]   on  Noel. 
[(franc.) Boże Narodzenie i imię św. Mi-
kołaja.]   Oboje   byli   śmiertelnie   znudzeni 

98

background image

olimpiadą i chętnie skreśliliby ze słownika 
słowa dekatlon, oszczep i dysk. Oboje za-
chwycali   się   filmem   „Amadeusz”   i   byli 
zdania, że skończywszy trzydzieści lat, są 
już nieco za starzy na Michaela Jacksona.

Tamto   Boże   Narodzenie   upłynęło   pod 

znakiem Steve Wondera i  I just called to 
say I love you.
 [tytuł piosenki S. Wondera, 
ang.  Zadzwoniłem,  by   powiedzieć,  że   cię 
kocham.]
  Chris   nigdy   tego   nie   zapomni. 
Noel dzwonił z każdej budki telefonicznej, 
z każdego hotelu i stacji kolejowej, żeby 
powiedzieć, że ją kocha. Nawet z domu, 
kiedy żona nie słyszała.

W 1984 roku dzieci były jeszcze małe. 

Dzieci Noela i – nie ma co owijać w ba-
wełnę – jego żony. Były bardzo małe: sie-
dem i osiem lat. To niewiele. Dziwne, ale 
lata mijały, a one pozostały małe. Chris nie 
potrafiła   tego   zrozumieć.   Wszystko   inne 
zmieniało się z upływem czasu, ale dzieci 

99

background image

Noela wciąż były lgnącymi do taty malu-
chami, niecierpliwie czekającymi na jego 
powrót  do domu,  domagającymi  się  czę-
stych telefonów w ciągu dnia, prezentów i 
codziennego   wysyłania   pocztówek   przy 
tych   nielicznych   okazjach,   kiedy   Noel   i 
Chris wreszcie wyrywali się razem na kil-
ka dni. Nawet na zdjęciach wydawały się 
coraz młodsze. A może tylko ubierają się 
tak   dziecinnie   i   robią   infantylne   minki? 
Mają już dwanaście i trzynaście lat. Dla-
czego   fotografują   się   przytulone   do   taty, 
wsparte na nim, oczekujące od niego opie-
ki? A może to diabelsko przebiegła żona 
zawsze   uwiecznia   takie   chwile,   wiedząc, 
że Noel będzie pokazywał raczej zdjęcia z 
dziećmi, niż całej rodziny?

Chris i Noel są wobec siebie bardzo de-

likatni. On nigdy nie wspomina o tych ro-
dzinnych zwyczajach związanych z Bożym 
Narodzeniem,   które   mogłyby   sprawić   jej 

100

background image

przykrość, na przykład o przyjęciach urzą-
dzanych dla rodziny i sąsiadów. Ona trak-
tuje go tak samo. Nigdy nie wspominała 
przy nim, że rodzice zawsze zapraszają do 
siebie   współpracownika   ojca,   który   ma 
jedną   wspaniałą   zaletę:   jest   kawalerem. 
Nie wspomina też o tym, że siostry z ponu-
rą   satysfakcją   przypominają   jej,   iż   zegar 
biologiczny tyka nieubłaganie i że wolność 
jest rzeczą piękną, ale nie można zbyt dłu-
go zwlekać z decyzją o urodzeniu dziecka.

Chris jest zdania, że ona i Noel są dla 

siebie znacznie bardziej uprzejmi niż więk-
szość   znanych   jej   małżeństw   i   bardziej 
uważają,   żeby   nie   zadawać   sobie   bólu. 
Często   odpowiada   na   pytania   zawarte   w 
psychotestach,   które   proponuje   wiele   ga-
zet,   na   przykład:   „Czy   pasujecie   do 
siebie?”.   Za   każdym   razem,   udzielając 
szczerych odpowiedzi, uzyskuje najwyższe 
noty.   Oboje   zawsze   z   zainteresowaniem 

101

background image

słuchają o tym, co się wydarzyło w pracy. 
Nie   chodzą   po   domu   w   brzydkich,   nie-
chlujnych   strojach.   Żadnemu   z   nich   nie 
przychodzi do głowy, żeby włączyć tele-
wizor w czasie, kiedy mogą ze sobą roz-
mawiać. W życiu intymnym nie są samo-
lubni;   raczej   gotowi   do   poświęceń.   Nie 
muszą się okłamywać. Pasują do siebie.

Pozytywnie wypadł test: „Czy jesteście 

romantyczni?”. Są, a jakże!

On często przynosi jej pojedynczy kwia-

tek, zwraca uwagę na to, w co Chris jest 
ubrana i chwali jej wygląd. Ona z kolei za-
wsze   podaje   obiad   na   stole;   u   Chris   nie 
jada się z tacy trzymanej na kolanach.

Również   pomyślne   były   wyniki   testu 

„Czy on jest szowinistyczną świnią?”. Na 
pewno nie, w żadnym razie! Z ręką na ser-
cu mogła powiedzieć, że podziwia jej mą-
drość, wysoko ceni to, co ona robi, prosi o 
rady   w   sprawach   dotyczących   własnego 

102

background image

życia zawodowego i uznaje za równą sobie 
pod każdym względem. Nie uważa Chris 
za   swoją   własność,   nie   nazywa   jej   kru-
szynką,   misiaczkiem,   Chris   nie   jest   jego 
maskotką.

Żadnych testów się nie bała. Nawet testu 

„Czy   wasza   miłość   jest   trwała?”.   Odpo-
wiedziała na pytania i stwierdziła, że tak, 
ich  miłość   przetrwa.  To  bardzo  cenne  w 
czasach,   kiedy   większość   związków   się 
rozpada,   a   miłość   szybko   obumiera.   Oni 
mają wszystko, czego trzeba, żeby zawsze 
się kochać. Patrzą na świat trzeźwo, rozu-
mieją   istniejące   ograniczenia,   a   mimo   to 
potrafią przekroczyć każdą granicę. Nawet 
składana   co   roku   obietnica,   że   następne 
Boże Narodzenie spędzą już razem, nie od-
daliła ich od siebie. Obietnica była prze-
cież potwierdzeniem wzajemnego oddania.

Noel też lubi rozwiązywać testy psycho-

logiczne. Czasem, w periodykach dla kadr 

103

background image

kierowniczych,   znajduje   takie,   których 
Chris nie zna. „Czy Twoje życie uczucio-
we cierpi z powodu nadmiernego stresu?” 
Śmiali się z tego, ufni w swoją miłość i na-
wzajem zapewniali, że ich życie intymne 
nie doznaje z wymienionego powodu żad-
nego uszczerbku. To on znalazł bardzo po-
ważny test: „Czy jesteś oszustem?”. Praco-
wali nad nim z wielką uwagą i doszli do 
wniosku, że żadne z nich nie jest, ponie-
waż nikt nie czuje się zawiedziony. A we 
właściwym czasie i tak wszystko ujawnią.

Nie   bali   się   więc   żadnej   bożonarodze-

niowej psychozabawy. Redakcje gazet za-
mieszczały   ich   mnóstwo,   by   zadowolić 
czytelników i dać im do myślenia.

Chociaż oddaleni od siebie o wiele kilo-

metrów, nie będą w dniu Bożego Narodze-
nia nieszczęśliwi. Noel ma zdjęcie Chris w 
jej   rodzinnym   domu,   w   otoczeniu   sióstr, 
szwagrów, siostrzeńców i siostrzenic oraz 

104

background image

przyjaciół   rodziny.   Potrafi   ją   sobie   wy-
obrazić siedzącą przy kominku z tym sa-
mym, co on, kwestionariuszem; wypełnia 
go spokojnie i uśmiecha się na myśl o tym, 
że i on usiądzie przy ogniu i zrobi to, co 
ona, i że ich odpowiedzi będą się pokrywa-
ły niemalże słowo w słowo. Chris myślała 
o   Noelu,   zmęczonym   zabawą   z   dwójką 
dzieci, które odwróciły proces dojrzewania 
do góry nogami tak, że w tym roku pewnie 
dostały w prezencie grzechotki. Noel po-
prosi o kilka chwil, żeby w spokoju prze-
czytać gazetę i jego prośba zostanie speł-
niona. Wyobraża go sobie kiwającego gło-
wą   i   uśmiechającego   się   przy   pytaniach, 
które   mocno   zaniepokoiłyby   inne   pary. 
Dopasowani, romantyczni, trzeźwo myślą, 
nie są szowinistami i nie oszukują – w każ-
dej kategorii są zwycięzcami. Mniej więcej 
o tej samej porze w dniu Bożego Narodze-
nia  będą  studiować  pytania  świątecznego 

105

background image

quizu.

W tym roku zaproponowano sprawdzian 

bardziej skomplikowany. Nie było kwadra-
cików, w których zaznacza się odpowiedź 
„tak”, „nie” lub „być może”. Na końcu nie 
było punktacji: „Jeśli uzyskałeś więcej niż 
75 punktów, jesteś niewiarygodnie szczę-
śliwy”,   albo:   „Jeśli   uzyskałeś   poniżej   20 
punktów,   zastanów   się,   czy   rzeczywiście 
powinieneś pozostawać w tym związku”.

W tym roku było coś zupełnie nowego. 

Należało odpowiadać słowami, a nawet ca-
łymi zdaniami, zamiast stawiać krzyżyki. 
Na końcu nie omawiano wyników wedle 
punktacji, radzono natomiast zostawić ga-
zetę w jakimś widocznym miejscu po to, 
żeby on lub ona  mogli  przeczytać  odpo-
wiedzi, jeśli się pragnie widzieć zmiany w 
ukochanej osobie. Oddaleni o wiele kilo-
metrów, Chris i Noel – trzydziestopięcio-
letnie   bożonarodzeniowe   dzieci   –   usiedli 

106

background image

wygodnie w fotelach, żeby odpowiedzieć 
na pytania. Test nosił tytuł „Irytujące dro-
biazgi” i składał się z kilku części. Czytel-
nik miał wymienić cechy lub nawyki uko-
chanej osoby, które są dla niego przykre. 
„BĄDŹ SZCZERY” – nawoływano wiel-
kimi literami, jednocześnie przypominając, 
że odpowiadanie na pytania wymaga abso-
lutnej   szczerości,   bo   tylko   wówczas   ma 
sens.

W   domu   Chris   dzieci   bawiły   się   pod 

choinką nowymi  zabawkami, siostry roz-
mawiały   o   zbliżających   się   narodzinach 
nowych członków rodziny, a rodzice – za-
dowoleni   z   życia   –   spali   w   fotelach. 
Współpracownik jej ojca, którego najwięk-
szą zaletą było to, że jest kawalerem, na-
prawił już lampki na choinkę i włożył ba-
terie do wszystkich urządzeń, które znala-
zły się pod choinką, a nie zostały w nie 
wcześniej wyposażone; teraz zauważył, że 

107

background image

Chris studiuje pytania psychotestu.

–   Tylko   wariaci   zgodziliby   się   zrobić 

coś takiego – powiedział wesoło.

Chris spojrzała na niego z politowaniem. 

Nie mogła mu powiedzieć o swoim roman-
sie; obawiała się, że doniósłby o tym ro-
dzicom.

–   Rzeczywiście,   tylko   nas,   samotnych, 

stać na prawdziwą szczerość.

Odpowiedział   jej   uśmiechem.   W   tym 

roku wyglądał jakoś inaczej; może on rów-
nież ma swoje tajemne życie? Zasłoniła się 
gazetą, żeby ukryć przed nim malujący się 
na jej twarzy wyraz zadowolenia.

W domu Noela nie było dzieci; wyszły z 

kolegami. Stwierdziły, że nie mają nic do 
roboty, skoro prezenty już zostały otwarte, 
i spytały, czy mogą iść na wzgórza pusz-
czać latawce, jak wszyscy. Żona Noela z 
wielkim ożywieniem rozmawiała ze swo-
imi   rodzicami   o   firmie,   którą   zamierza 

108

background image

otworzyć.   Oczywiście,   praca   będzie   wy-
magała służbowych podróży, ale dzieci są 
już odchowane, a nic nie nauczy ich samo-
dzielności lepiej niż konieczność zadbania 
o własne sprawy.

Noel otworzył gazetę i uśmiechnął się, 

widząc   „Irytujące   drobiazgi”.   Zanim   za-
czął czytać, już wiedział, że w Chris nie 
ma   nic   irytującego:   ani   drobiazgów,   ani 
większych rzeczy.

Co   innego,   gdyby   chodziło   o   niego   i 

jego żonę! Weźmy dla przykładu pierwsze 
pytanie:

„Czy ukochana osoba ma takie ulubione 

powiedzenie,   które   powtarza   bez   końca, 
doprowadzając   cię   do   szału?”.   Chris   nie 
ma.   Wszystko,   co   mówi,   jest   świeże   i 
nowe.  Żona  z  kolei,  jeśli   już  raz  powie-
działa „spójrzmy prawdzie w oczy”, mu-
siała to powtórzyć jeszcze ze czterysta razy 
tego samego dnia. Inne jej ulubione zdanie 

109

background image

to: „mówiąc całkiem szczerze”. Boże, kie-
dy to słyszy, ma ochotę krzyczeć. Potrzebę 
podkreślenia   całkowitej   szczerości   żona 
odczuwa zawsze wtedy, gdy mówi o naj-
bardziej   trywialnych   sprawach;   na   przy-
kład o tym, ile czasu czekała na autobus, 
albo o której godzinie zadzwonił telefon. 
„Nie, mówiąc całkiem szczerze, zadzwoni-
ła   o  trzeciej,  a  nie   o  pół  do  drugiej,  ale 
spójrzmy   prawdzie   w   oczy:   dzwoni   do 
mnie   codziennie”.   W   porównaniu   z   nią 
Chris jest bez zarzutu. Żona natomiast ma 
jeszcze jedno powiedzonko, którego Noel 
nie cierpi. Ma na myśli jej „rozumiesz?”. 
Powtarza to z pytającą intonacją nawet po 
najbardziej banalnym zdaniu. „Widziałam 
dzisiaj   naszych   nowych   sąsiadów,   rozu-
miesz?”. Dlaczego powtarza to swoje „ro-
zumiesz”?   Zrezygnowanie   z   dalszych 
gniewnych rozważań przyszło Noelowi  z 
trudem, a przecież chciał, żeby psychoza-

110

background image

bawa   odkryła   przed   nim   nowe   aspekty 
jego związku z Chris. Jak dotąd wszystko 
idzie doskonale.

Pytanie numer dwa: „Czy ukochana oso-

ba  nosi  taką  rzecz,  którą   miałbyś   ochotę 
wyrzucić   do   śmieci?”.   Oczywiście,   ten 
okropny   fular   z   norek;   i   powtarzanie   w 
kółko: „Nie pochwalam zabijania zwierząt 
dla futra, ale norki to co innego, są szkod-
nikami i nigdy nie zaznały wolności”. Lecz 
to   nie   Chris   powtarza   owe   słowa,   tylko 
żona. Chris nie nosi futer, a gdyby je lubi-
ła, na pewno nie tłumaczyłaby się z tego.

Chris lubi urocze, delikatne kolory, sza-

roniebieskie jak jej oczy, niekiedy liliowe, 
chociaż od czasu do czasu, kiedy Noel się 
tego najmniej spodziewa, pokazuje mu się 
na przykład w szkarłatnej sukience albo w 
żółtym sweterku. Nie, Chris nie nosi nicze-
go, co Noel wolałby widzieć w koszu na 
śmieci. Myśląc o swoim szczęściu w miło-

111

background image

ści,   aż   westchnął   z   zadowolenia.   Znalazł 
dziewczynę, która nie rzuca słów na wiatr i 
nie nosi ubrań budzących w nim wstręt.

W innym domu siedziała Chris; posłusz-

na   zaleceniom   dla   zainteresowanych   te-
stem – była szczera. Czy Noel powtarza ja-
kieś  zdanie?   Tylko  jedno:  „Muszę   wyjść 
do pokoiku dla  chłopczyków”;  mówi  tak 
zawsze, kiedy jedzą na mieście, a nawet u 
niej w mieszkaniu. Ale to nie jest coś, cze-
go by nie można było ścierpieć. Po prostu 
w  określonej  sytuacji  wypowiada  zawsze 
identyczne zdanie, co szybko staje się nud-
ne. No i jeszcze upodobał sobie „lód z pla-
sterkiem”, ilekroć przygotowuje jej dżin z 
tonikiem;   powtarza   wielokrotnie,   ale   za-
wsze z takim zadowoleniem, jakby wymy-
ślił coś nowego. Ale to przecież tylko żart. 
Dlatego Chris nie wpisze; nie chce się cze-
piać.   Zerknęła   na   siedzącego   po   drugiej 
stronie kominka kolegę ojca. Miała wraże-

112

background image

nie, że obserwuje ją, ale najwidoczniej się 
pomyliła. Młody człowiek z uwagą prze-
glądał baterie. Przyniósł ich ze sobą mnó-
stwo,   co   dobrze   świadczy   o   człowieku, 
który nie ma własnych dzieci. Chris zaczę-
ła czytać dalej. Czy Noel nosi coś, co ona z 
chęcią   wyrzuciłaby   do   kosza   na   śmieci? 
Coś oprócz spodenek z napisem „napalo-
ny”? Jest jeszcze szlafmyca w biało-czer-
wone paski, która kiedyś wydawała jej się 
śmieszna,   futro   kupione,   gdy   panowała 
moda   na   Gorbaczowa,   skarpety   noszone 
latem do sandałów i rękawice do prowa-
dzenia   samochodu,   całkiem   przyzwoite, 
ale na kierownicy wyglądające jakoś pre-
tensjonalnie.   Nie   znalazła   jednak   nic   na-
prawdę irytującego. Żadnych rzeczy, które 
warto byłoby wciągać na listę.

Test   składał   się   z   dwudziestu   pytań. 

Dwadzieścia razy Noel znajdował co naj-
mniej pięć wad w swojej żonie i żadnej w 

113

background image

dziewczynie. Kiedy jednak Chris skończy-
ła odpowiadać na dwadzieścia pytań, zna-
lazła w Noelu dwadzieścia wad. Dwadzie-
ścia razy do oczu napływały jej łzy. Dopa-
trzyła  się  u niego nieprzyjemnych  nawy-
ków związanych z jedzeniem, przypomnia-
ła sobie, że dwa razy okazał się nielojalny i 
sześć razy był złośliwy. Chris zapisała to 
wszystko. Chociaż nie musiała. Nie zamie-
rzała   zostawiać   gazety   na   widoku,   z   na-
dzieją, że Noel się zmieni. To ona czegoś 
się dowiedziała. Nagle z oczu opadły klap-
ki i Noel przestał być nieskazitelny. Wie-
działa, że wkrótce zadzwoni do niej i za-
śpiewa   refren   piosenki   Steve   Wondera. 
Wiedziała, że mu nie powie, iż już zrozu-
miała, że on nie zostawi dla niej swojego 
domu i że ona też tego nie chce. Nie ułatwi 
mu   życia.   W   zasadzie   Noel   jest   dobrym 
człowiekiem, ale irytującym.

Noel, siedząc w swoim domu, naliczył u 

114

background image

żony   siedem   nieprzyjemnych   nawyków 
związanych z jedzeniem i tyle nielojalnych 
zachowań,  że  aż   zaczął   się   bać,  że   żona 
szybko wyląduje w więzieniu, jeśli zacznie 
pracować   na   własny   rachunek.   Wiedział 
już, że czas powiedzieć żonie, iż od niej 
odchodzi. Zrobi to jeszcze dzisiaj. Tak bę-
dzie   uczciwie.   Pozwoli   jej   zaplanować 
przyszłość bez niego. Dotąd Noel nie zda-
wał sobie sprawy, jak bardzo stali się sobie 
obcy. Jak mało on się liczy w życiu dzieci. 
Sam sobie się dziwił, że wcześniej tego nie 
dostrzegł.

Powie jej teraz, a potem zatelefonuje do 

Chris. Żeby zadzwonić, nie będzie się już 
musiał  wymykać  do sypialni pod pretek-
stem, że potrzebuje skorzystać z pokoiku 
dla chłopczyków. Nie będzie musiał wy-
chodzić   do   budki   telefonicznej   na   rogu. 
Będzie szczery.

Noel z podnieceniem myślał o tym, co 

115

background image

powie Chris. Może szybko pożegna się z 
rodzicami i natychmiast wróci do swojego 
mieszkania? Po co miałaby u nich zosta-
wać? Pojedzie do niej z butelką toniku i z 
cytryną; Chris na pewno ma dżin. Wpraw-
dzie to nic specjalnego, ale Chris bardzo 
lubi dżin z lodem i z plasterkiem.

Szkoda, że nie może jej teraz zobaczyć. 

Później, po wszystkim, spyta ją, jak spę-
dziła   ostatnie   godziny   przed   jego   telefo-
nem; zanim się dowiedziała, że Noel jest 
wolny.

Chris grała w elektronicznego hokeja na 

lodzie   z   przyjacielem   rodziny,   współpra-
cownikiem   ojca,   kawalerem   i   wyjątkowo 
miłym człowiekiem.

Tylko oni dwoje usłyszeli dzwonek tele-

fonu i zgodnie przyznali, że nie ma sensu 
odbierać.   W   dzień   Bożego   Narodzenia 
może dzwonić tylko ktoś bardzo irytujący.

116

background image

117

background image

Kulturalne święta

Ludzie mówili, że rozwód był kultural-

ny. Co to znaczy? Znaczy, że Jen nigdy nie 
powiedziała złego słowa o Tinie, pierwszej 
żonie i pięknej kobiecie, która kilkanaście 
razy   odchodziła   od   męża   i   wracała.   Był 
kulturalny, ponieważ Jen w każdą sobotę 
zawiązywała Steviemu na szyi szalik i bez 
słowa skargi zawoziła go do domu Tiny. 
Uśmiechała się nieszczerze, kiedy Tina – 
często w samej podomce, ale zawsze ślicz-
na – otwierała drzwi. Na początku zapra-
szała ją do środka, ale Jen zawsze się wy-
mawiała zakupami. Tina powtarzała za nią 
słowo „zakupy” z taką intonacją, jakby w 
sobotę żaden normalny człowiek czymś ta-
kim się nie zajmował. Kiedy wizyta Ste-

118

background image

viego dobiegała końca, Tina wsadzała go 
do   taksówki,   a   Jen,   odbierając   dziecko, 
płaciła za kurs. Tina miała dom z tarasem, 
trzyczęściowy   kostium   w   kwiaty,   w   jej 
przedpokoju wisiało lustro w mosiężnej ra-
mie, nigdy natomiast nie stać jej było na 
taksówkę dla swojego syna.

Mówili, że rozwód był  kulturalny, po-

nieważ Tina nie walczyła o prawo do wy-
chowywania dziecka. Jej praca łączyła się 
z częstymi  wyjazdami. Była krupierką w 
kasynie i wyjeżdżała do różnych miast w 
kraju. Nie miała stałych godzin pracy. Wy-
chowywanie ośmioletniego chłopca w ta-
kich warunkach byłoby pozbawione sensu, 
a   u   ojca   będzie   mu   bardzo   dobrze.   Nic 
więc nie stało na przeszkodzie, żeby roz-
wiązać i tę kwestię w kulturalny sposób, 
szczególnie, że ojcu bardzo na dziecku za-
leżało – mówiła Tina.

Martina tak bardzo ucieszył fakt, iż nie 

119

background image

musiał walczyć o syna, że zaczął myśleć o 
Tinie niemalże z życzliwością. Stevie bar-
dzo lubił odwiedzać swoją piękną matkę i 
spotykać jej sprytnych, gadatliwych przy-
jaciół. To było o wiele przyjemniejsze od 
dni, kiedy mama i tata kłócili się i płakali. 
Mówili mu przed rozwodem, że tak będzie 
lepiej i mieli rację. Mama kupiła mu kom-
puter, przy którym spędzał większość cza-
su przeznaczonego na wizyty u niej. Swo-
ich gości częstowała winem i kanapkami; 
czasem podchodzili do niego i mówili „je-
steś wspaniały”. Mama zawsze miała dla 
Steviego butelkę soku jabłkowego i kanap-
ki.   Wichrzyła   mu   włosy,   powtarzała,   że 
jest inteligentny, przystojny i że się nią za-
opiekuje, kiedy będzie stara i brzydka, a 
wszyscy przyjaciele ją opuszczą.

Przyjaciele mamy klepali go po plecach, 

jakby był już dorosły, co bardzo mu po-
chlebiało. To mama uznała, że jest już wy-

120

background image

starczająco   duży,   żeby   samemu   jeździć 
taksówką.   Lekkim   krokiem   zbiegała   po 
schodach i przenikliwie gwizdała. Widząc 
to, przechodnie uśmiechali się pod nosem; 
wszystko, co robiła mama, wywoływało u 
obcych ludzi uśmiech.

W szkole pytali Steviego, czy rzeczywi-

ście tak strasznie jest być dzieckiem roz-
wiedzionych   rodziców,   a   on   odpowiadał, 
że nie; jest całkiem fajnie. Widuje się prze-
cież i z jednym, i z drugim rodzicem, kłót-
nie   się   skończyły   i   jest   teraz   miłym   go-
ściem w dwóch domach. W pubie, do któ-
rego Martin wstępował po pracy, aby zwil-
żyć   gardło,   sympatyczna   pani   o   macie-
rzyńskim sposobie bycia, polerująca kufle 
i wysłuchująca historii z życia konsumen-
tów, spytała Martina, czy dobrze mu się te-
raz wiedzie i czy jego chłopiec żyje w zgo-
dzie z nową mamą.

– Ależ Jen nie jest jego matką – odparł z 

121

background image

zadowoleniem.   –   Nikt   nigdy   nie   zastąpi 
mu   matki   i   chłopiec   dobrze   o   tym   wie; 
wszyscy wiemy.

Kobieta uśmiechnęła się, nadając połysk 

mosiężnym kurkom i powiedziała, że gdy-
by wszyscy byli tak kulturalni jak Martin i 
jego żona, na świecie byłoby więcej szczę-
ścia.

Zbliżało się ich pierwsze wspólne Boże 

Narodzenie:  Jen,  Martina   i  Steviego.  Jen 
zaplanowała wszystko w najdrobniejszych 
szczegółach.   W   każdą   sobotę   pracowała 
przez pięć godzin w supermarkecie. O tej 
porze roku praca była ciężka. Siedziała w 
kasie w tej części sklepu, gdzie było zimno 
i hulały przeciągi. Drzwi otwierały się co 
chwila i lodowaty, grudniowy wiatr chło-
stał ją po plecach. Kasjerkom nie pozwala-
no nosić kurtek, wkładała więc na siebie 
trzy marynarki i kamizelkę, a dopiero na to 
wszystko fartuch. Sprawiała wtedy wraże-

122

background image

nie znacznie grubszej niż w szkole, gdzie 
pracowała   jako   sekretarka   i   gdzie   nosiła 
ładną, wełnianą sukienkę. Pieniądze zaro-
bione   w   supermarkecie   Jen   odkładała   na 
święta. Kupiła już krakersy, dekoracje na 
stół, kruche ciasto – upiecze je z owocami 
– herbatniki w puszce, o których normalnie 
nie mogliby nawet marzyć, puszkę puree z 
kasztanów i pudełko owoców kandyzowa-
nych.

Jen była dobrą kucharką. Obiad bożona-

rodzeniowy zaplanowała tak szczegółowo 
i tak często o nim myślała, że nawet wy-
rwana ze snu w środku nocy mogłaby wy-
recytować   menu.   Wiedziała   już,   o   której 
godzinie musi zacząć przygotowywać sos 
chlebowy. Często powtarzała sobie w my-
ślach, że dla Martina i Steviego będzie to 
pierwsze   prawdziwe   Boże   Narodzenie. 
Śliczna   Tina   nie   była   dobrą   kucharką,   a 
okres   świąteczny   najchętniej   spędzała   w 

123

background image

barach,   restauracjach   i   klubach,   pijąc   za 
zdrowie znajomych.

Myśląc o Tinie, Jen czuła się nieswojo. 

Miała   nadzieję,   że   Tina   nie   popsuje   ich 
pierwszego wspólnego Bożego Narodzenia 
i nie odwiedzi ich bez uprzedzenia, z mnó-
stwem   serdeczności   na   ustach.   Serdecz-
ność   Tiny   przyprawiała   Jen   o   mdłości. 
Martin zapomniał już chyba, jak często po-
przednia   żona   go   upokarzała,   nierzadko 
publicznie; jak często po powrocie z pracy 
Martin   zastawał   w   swoim   domu   obcych 
mężczyzn, popijających wino i pogryzają-
cych   maleńkie   kanapeczki.   Kiedy   Stevie 
skończył rok i wyrósł z kojca i z pieluch, 
Tina zaczęła znikać z domu. Martin nie po-
trafił sobie przypomnieć, ile razy jej się to 
zdarzyło. Czasem wyjeżdżała za granicę i 
nie   wracała   przez   wiele   tygodni.   Kiedy 
była   w   domu,   zajęcia   w   kasynie   często 
przeciągały   się   aż   do   godzin   południo-

124

background image

wych, a Martin przed powrotem żony nie 
mógł wyjść do pracy.

Tina nie widziała nic strasznego w tym, 

że   Stevie   posiedzi   trochę   w   domu   sam. 
Martin nie chciał o tym nawet słyszeć.

Teraz jednak, kiedy Tina zachowywała 

się uroczo i niczego od niego nie chciała, 
Martin   najwyraźniej   zapomniał   o   daw-
nych, złych dniach. Tina była niesprawie-
dliwie  piękna. Miała  długie  nogi, długie, 
jasne   włosy   i   bardzo   ładnie   się   ubierała. 
Miała   dziewczęcy   typ   urody   i   sprawiała 
wrażenie   zbyt   młodej,   żeby   mogła   być 
matką Steviego. Jen z kolei miała wygląd 
matrony,   matki   kilkorga   dorastających 
dzieci. Życie jest niesprawiedliwe. Jen ma 
tyle  samo  lat co długonoga Tina – dwa-
dzieścia   dziewięć.   Za   rok   obie   skończą 
trzydziesty rok życia, ale jedna z nich nig-
dy, nawet za dziesięć lat, po czterdziestce, 
nie będzie wyglądała jak trzydziestolatka.

125

background image

Jen przypinała kartki bożonarodzeniowe 

do sznurka rozwieszonego na ścianie.

– Ładnie – pochwalił ją Stevie. – Nigdy 

tak nie robiliśmy.

– A co z nimi robiliście?
–   Nie   robiliśmy   wystawy.   W   zeszłym 

roku, zanim się pojawiłaś, byliśmy z tatą w 
hotelu. Wcześniej mama nie miała na takie 
rzeczy czasu.

Chłopiec nie miał o to żalu; w jego gło-

sie nie było słychać nagany. Przyjmował 
świat takim, jakim był.

Jen   przygryzła   wargi.   Rzeczywiście! 

Mama  nie miała czasu! Mama, która tak 
naprawdę nigdy nie pracowała, tylko krę-
ciła się po kasynie, nie miała czasu, żeby 
rozwiesić   w   domu   świąteczne   dekoracje 
dla męża i syna. Ale stara, poczciwa Jen 
miała na to czas; Jen pracująca w szkole na 
etacie od dziewiątej do szesnastej. Zapo-
biegliwa   Jen,   wlokąca   się   z   synem   Tiny 

126

background image

dwoma   autobusami,   żeby   chłopiec   mógł 
spotkać się ze swoją matką. Jen płacąca z 
własnych   pieniędzy   za   taksówkę,   żeby 
uniknąć   nieprzyjemnej   wymiany   słów. 
Nikt nigdy nie powiedział, że Jen nie ma 
na coś czasu. Dla niej nie było zmiłowania.

Martinowi podobały się świąteczne de-

koracje. Chodził po mieszkaniu, dotykając 
gałązek   choinki   i   bluszczu   pozatykanych 
za   obrazy,   świeczek   w   oknie   i   oglądał 
drzewko czekające na przystrojenie.

– Jest ślicznie – stwierdził. – Mieszkanie 

wygląda jak z bajki, całkiem odmienione.

Chciał ją pochwalić. Jen jednak poczuła 

łzy napływające do oczu. Wszystko było 
cholernie realne w czasach, kiedy mieszka-
ła tu wredna Tina, przyjmując swoich we-
sołych przyjaciół i prowadząc z nimi idio-
tyczne   rozmowy,   nie   poświęcając   nato-
miast czasu na przystrojenie domu.

Całe szczęście, że i w tym roku, tak jak 

127

background image

w zeszłym, Tina będzie wiele kilometrów 
stąd,   na   statku,   zajęta   rozdawaniem   kart, 
wywoływaniem   numerów   i   robieniem   na 
pasażerach dobrego wrażenia. Tak spędziła 
zeszłoroczne Boże  Narodzenie, przed za-
kończeniem sprawy rozwodowej. Jen była 
u matki, która przez pięć świątecznych dni 
ostrzegała ją, że niełatwo będzie żyć z roz-
wiedzionym   mężczyzną   i   wychowywać 
jego dziecko. Martin mówił, że czuł się w 
hotelu samotny, ale Steviemu podobały się 
gry, przygotowane dla dzieci. Oboje byli 
zdania, że nie można narażać dziecka na 
zbyt wiele zmian i że jedne święta powi-
nien spędzić samotnie z ojcem, żeby po-
czuł, że na tym nieustannie zmieniającym 
się świecie jest coś stałego. Biedny mały 
miał   dopiero   siedem   lat.   Trzeba   jednak 
przyznać, że  dobrze  daje  sobie  radę. Jen 
nie stała się dla niego złą macochą; nie pła-
kał   nocami   za   złotowłosą   mamusią.   Jen 

128

background image

wolałaby jednak, żeby była w oczach do-
mowników   troszkę   mniej   zwyczajna,   a 
Tina mniej wyjątkowa i inna niż wszyscy.

Rozpaliła w kominku i usiedli we trójkę, 

rozmawiając.   Tym   razem   nikt   nie   chciał 
oglądać   telewizji,   Martin   nie   mówił,   że 
musi wyjść do pracowni, a Stevie nie spie-
szył się do swojego pokoju. Jen zastana-
wiała się, dlaczego tak ją niepokoi myśl o 
Tinie   i   o   Bożym   Narodzeniu.   To   niepo-
ważne, wierzyć w przeczucia. Śmiała się 
przecież z drugiej szkolnej sekretarki, któ-
ra każdego ranka, zanim podjęła jakiekol-
wiek decyzje, informowała się dokładnie, 
co jest jej zapisane w gwiazdach. Gdyby 
ktoś dowiedział się o przeczuciach Jen i o 
jej niepokojach, też by się uśmiał.

– Tina dzwoniła dzisiaj do mnie do pra-

cy – powiedział Martin.

Martin   nie   lubił   przyjmować   w   pracy 

prywatnych telefonów. Siedział w okienku 

129

background image

w ruchliwym banku i nie chciał być wywo-
ływany do telefonu. Jen dzwoniła do niego 
tylko w wyjątkowych wypadkach. Z Tiną 
pewnie było tak samo; coś się musiało wy-
darzyć.

– Wygląda na to, że odwołano jej rejs i 

że   nie   wyjeżdża   za   granicę.   Dowiedzieli 
się o tym w ostatniej chwili. Nie dostaną 
ani   grosza.   Biuro   zachowało   się   bardzo 
nieładnie – Martin pokręcił głową.

–   Mama   spędzi   Boże   Narodzenie   w 

domu? – ucieszył się Stevie. – Pojadę do 
niej rano?

Jen po raz drugi tego dnia poczuła łzy 

napływające do oczu. Cholera! Do diabła z 
Tiną! Dlaczego ona nie potrafi być zwy-
czajna? Dlaczego nie znajdzie sobie męż-
czyzny, nie zamieszka z nim i nie weźmie 
ślubu,   jak   normalna   kobieta?   Dlaczego 
musi   wieść   swobodne   życie   pracownicy 
kasyn i klubów? I, na miłość boską, dla-

130

background image

czego akurat to biuro, które ją zatrudniło, 
musiało   odwołać   świąteczny   rejs?   Musi 
być jakaś odpowiedź na to pytanie. Teraz 
będą zmuszeni przerwać przyjemny, świą-
teczny dzień, żeby Tina mogła spędzić ze 
swoim synem dwie godzinki; z synem, na 
którym jej nie zależy, bo inaczej nigdy by 
go nie oddała. To niesprawiedliwe!

–   W   tym   cały   problem   –   powiedział 

Martin, patrząc to na Jen, to na Steviego. – 
Zamierzała spędzić święta za granicą, a te-
raz   została   sama.   Powiedziała,   że   nie 
chciałaby samotnie siedzieć w domu. Nie 
lubi samotności, szczególnie w dniu Boże-
go Narodzenia.

– Nie ona jedna spędzi te święta samot-

nie – wyrwało się Jen, zanim zdążyła po-
myśleć.

– Oczywiście, ale Tina jest matką Ste-

viego. Zresztą, znasz Tinę, lubi  być oto-
czona ludźmi, ale teraz wszyscy myślą, że 

131

background image

wyjechała.

Jen wstała udając, że musi poprawić za-

słony. Nikt nie zwrócił na nią uwagi.

– Co mama  zrobi, skoro nie chce być 

sama? Pojedzie gdzie indziej? – dopytywał 
się Stevie.

– Chyba tak. Powiedziała, że podzwoni 

do różnych znajomych – odparł Martin.

Oczywiście,   że   podzwoni.   A   od   kogo 

najlepiej zacząć, jeśli nie od byłego męża? 
Żeby wzbudzić w nim poczucie winy i za-
leźć mu za skórę. Żeby musiał jej zapropo-
nować spędzenie Bożego Narodzenia z sy-
nem i smaczny obiad, przygotowany przez 
Jen.   To   zrozumiałe,   że   Tina   zadzwoniła 
najpierw do Martina, który nigdy nie spra-
wił jej zawodu. Za każdym razem, kiedy 
uciekała z domu, wiedziała, że on przyjmie 
ją z powrotem. Dopóki nie poznał Jen i nie 
zrozumiał, że można żyć normalnie.

Dopiero ona otworzyła Martinowi oczy 

132

background image

na Tinę i jej styl życia. Niestety – pomy-
ślała teraz z niechęcią – nie zostały otwarte 
dostatecznie szeroko.

W  powietrzu wisiało  słowo  „zaprosze-

nie”. Jen powinna wypowiedzieć je pierw-
sza, ale nie zamierzała tego robić. W żad-
nym wypadku. Będzie udawała, że nie ro-
zumie, czego od niej oczekują.

– Czy to znaczy, że nie będę mógł się z 

nią zobaczyć w dniu Bożego Narodzenia? 
– spytał Stevie.

Jen uśmiechnęła się.
– Przecież gdyby była na statku i tak byś 

jej nie zobaczył – powiedziała. – Już dałeś 
mamie prezent, a twój czeka pod choinką.

– Ale ona nie ma się gdzie podziać...
–   Ależ   Stevie,   twoja   mama   zna   wiele 

miejsc,   w   których   może   spędzić   święta. 
Sam słyszałeś, tata przed chwilą mówił, że 
ma mnóstwo przyjaciół.

–   Powiedziałem,   że   lubi   być   otoczona 

133

background image

ludźmi; a to znaczy coś innego.

Jen wiedziała, na co miałaby teraz ocho-

tę. Chętnie włożyłaby płaszcz i wyszła na 
wiatr i deszcz. Zatrzymałaby pierwszą tak-
sówkę, pojechała do domu Tiny, złapałaby 
ją za szyję i dusiła do ostatniego tchu. Po-
tem wróciłaby do domu i spytała, czy ktoś 
ma ochotę na filiżankę gorącej czekolady.

Ale Jen tego nie zrobi, ponieważ musia-

łaby zachować się niekulturalnie. Uznano 
by ją za wariatkę. To znaczy tutaj, w An-
glii. W krajach śródziemnomorskich, gdzie 
ludzie mają gorętszą krew, zrozumiano by 
ją. Ale Anglia nie jest krajem namiętnych 
kochanków i gwałtownej zazdrości; to kul-
turalny,   cywilizowany   kraj.   Dlatego   Jen 
przywołała na twarz lekki uśmiech, jakby 
miała do czynienia ze zgrzybiałym starcem 
i z małym dzidziusiem, a nie ze swoim mę-
żem i z pasierbem.

–   Nie   musimy   się   teraz   tym   martwić. 

134

background image

Twoja mama jakoś sobie poradzi, Stevie. 
Macie ochotę na czekoladę na gorąco?

Nikt   nie   wyraził   ochoty.   Jen   wstała   i 

przygotowała   czekoladę   dla   siebie.   Wie-
działa, że gdyby postawiła na tacy trzy ku-
beczki, wszyscy by się napili, ale dlaczego 
miałaby   to   robić?   Dlaczego   miałaby   ich 
niańczyć?

Tymczasem   oni,   wpatrzeni   w   ogień, 

martwili się piękną Tiną i zmarnowanymi 
świętami.

Kiedy Stevie poszedł spać, Jen zaczęła 

mówić   o   supermarkecie.   Zaproponowano 
jej pracę w sobotę, niedzielę i ostatnie dwa 
dni przed Bożym Narodzeniem. Czy może 
się   zgodzić?   Zarobi   sporo   pieniędzy.   W 
połowie stycznia będą ich potrzebowali. Z 
drugiej jednak strony, czy warto się tak za-
męczać? Czy nie byliby szczęśliwsi, gdyby 
spędzili ten czas w domu i trochę odpoczę-
li? Była ciekawa, co o tym myśli Martin.

135

background image

– Jak wolisz – powiedział. Wyglądał na 

zmartwionego. Nagle wszystko zaczęło jej 
ciążyć kamieniem. Nawet nie usiłowała za-
chować pozorów kulturalnego zachowania.

–   Co   wolę?   –   spytała   z   niedowierza-

niem.   –   Czy   ty   jesteś   normalny?   Co   ja 
wolę? Myślisz, że z przyjemnością wycho-
dzę   z   cieplutkiego   łóżka,   zostawiając   w 
nim cudownego męża, ubieram się, biegnę 
tam, użeram się z wiecznie niezadowolo-
nymi klientami i patrzę na ludzi, których 
na   wszystko   stać,   na   kobiety   w   złotych 
pierścionkach wydające za jednym razem 
czterdzieści,   pięćdziesiąt,   sześćdziesiąt 
funtów na samo jedzenie? Jeśli myślisz, że 
komuś   coś   takiego   może   sprawiać   przy-
jemność, to chyba zwariowałeś.

Spojrzał na nią, zdumiony. Jen nigdy tak 

do niego nie mówiła. Jej oczy płonęły, a 
twarz miała wykrzywioną z gniewu.

– W takim razie, dlaczego... Myślałem, 

136

background image

że chcesz zarobić... Nigdy nie mówiłaś... – 
jąkał   się.   Nie   wiedział,   jak   rozmawiać   z 
kobietą, która nagle stała mu się obca.

–   Chciałam   zarobić   trochę   pieniędzy, 

żeby w czasie świąt dom twój i Steviego 
wyglądał ładniej niż zwykle, dlatego. Nig-
dy nawet  nie  pomyślałam o pieniądzach, 
które idą co miesiąc na utrzymanie domu 
Tiny. Nawet w sobotę po południu, kiedy 
muszę patrzeć na jej dom, większy i ład-
niejszy od naszego. Czy mam pretensje o 
to, że płacisz na jego utrzymanie, chociaż 
wiadomo, że Tina zarabia czasem trzy razy 
tyle, co my oboje razem? Wiem, że jej pra-
ca nie daje żadnej pewności. Bywają tygo-
dnie, kiedy nie zarabia ani grosza. Dobrze 
o tym wiem. Jejku-jejku! Co za szczęście, 
że nikt się nigdy nie odważył zapropono-
wać, żeby znalazła sobie normalną pracę, 
jak   wszyscy   ludzie.   –   Jen   zrobiła   krótką 
przerwę dla wzięcia oddechu i wyszarpnę-

137

background image

ła rękę, którą Martin próbował pogładzić. 
– Daj mi skończyć. Może powinnam po-
rozmawiać z tobą wcześniej, zamiast uda-
wać, że wszystko jest w porządku. Myśla-
łam jednak, że tego ode mnie potrzebujesz. 
Miałeś dość awantur ze swoją byłą, teraz 
masz ochotę na odrobinę spokoju i ciszy.

– Potrzebuję ciebie. Chcę ciebie – odpo-

wiedział. Jen kiwnęła głową.

– Starałam się być spokojna, dzielna, za-

dowolona, i pewnie dalej będę się starała. 
To tylko dlatego, że powiedziałeś, żebym 
robiła, co mi się podoba... jak wolę... czy 
jak to ująłeś... Jakbyś nie wiedział. Jasne, 
że wolałabym być w domu, dłużej pospać, 
pokręcić się po kuchni, przesadzić kwiatki 
czy zrobić coś przyjemnego, jak wszyscy 
ludzie. Przynajmniej jak niektórzy.

– Myślałem, że się z nami nudzisz i dla-

tego uciekasz z domu, żeby pobyć wśród 
ludzi  i  zarobić  trochę  pieniędzy, którymi 

138

background image

będziesz mogła dysponować samodzielnie 
– powiedział, patrząc na nią szczerze zdu-
miony.

Dobry, prostolinijny mężczyzna, które-

go porzuciła żona.

Jen wysunęła szufladę i pokazała mu je-

dzenie,   krakersy   i   dekoracje,   kupione   na 
święta.   Wyciągnęła   jaskrawe,   połyskliwe 
ozdoby i lampki na choinkę. Bez słowa do-
tknęła lampy stojącej przy fotelu męża, za-
słon   na   nowych   szynach   i   mosiężnej 
skrzynki na drewno, ustawionej koło ko-
minka.

– Nie wydałam pieniędzy na własne po-

trzeby. Kupiłam za nie te rzeczy do nasze-
go domu. Nie odkładam swojej pensji dla 
siebie; ty też nie. Wszystko, co zarabiam, 
przeznaczam   na   nasz   dom,   żeby   było   w 
nim przytulnie; bardzo mi przykro, ale nie 
życzę sobie, by Tina spędziła z nami świę-
ta. Ona wszystko popsuje. Dlatego jestem 

139

background image

taka   zdenerwowana.   Chcę,   żebyśmy   byli 
razem: ty, ja i Stevie. Będziemy mieli czas 
na rozmowę. Czy to takie dziwne?

– Tina? U nas na święta? Co za pomysł!
– Ależ tak! Chciałeś, żeby dzielna, spo-

kojna Jen powiedziała, że powinniśmy się 
zachować jak kulturalni ludzie i zaprosić 
matkę Steviego na obiad. Nie zamierzam 
jej gościć i koniec!

–   Chyba   nie   myślisz,   że   pragnąłbym 

spędzić   święta   w   towarzystwie   Tiny? 
Zmarnowała   mnie   i   Steviemu   niejedno 
Boże Narodzenie, zadała nam wiele bólu, 
kłamała   i   zwodziła   mnie.   I   ja   miałbym 
chcieć jej w naszym domu? Chyba zapo-
minasz, że się z nią rozwiodłem i wziąłem 
ślub z tobą. Kocham cię!

– Tak? A święta Tiny?
– Znajdzie sobie coś, nie musisz się o 

nią martwić.

– Ja się nie martwię. Ty wyglądałeś dzi-

140

background image

siaj   na   zmartwionego.   Obaj   ze   Steviem 
wydawaliście się przygnębieni.

– Rzeczywiście, byłem zmartwiony. Na-

dal jestem. Przy Steviem nie powiedziałem 
wszystkiego.

– Co się stało? – zaniepokoiła się Jen.
– Tina potrafi wyprowadzić człowieka z 

równowagi. Chodzi nie tylko o zmianę pla-
nów na Boże Narodzenie. Nowy Rok chce 
spędzić za granicą. Mówi, że chyba znala-
zła stałą pracę. Musieliśmy porozmawiać o 
domu. Jej domu. Nie będzie już potrzebo-
wała moich pieniędzy. Zdaje się, że chce 
go wynająć. Obiecała zwrócić nam część 
wydatków, jakie na nią ponieśliśmy.

– Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę tych 

pieniędzy.

–   Ja   też.   Najważniejsze,   że   wreszcie 

przestaniemy na nią łożyć.

– I dlatego jesteś zmartwiony?
– Ze względu na Steviego. Martwiłem 

141

background image

się, że będzie za nią tęsknił, ale kiedy wró-
ciłem do naszego ślicznego domu, pomy-
ślałem, że szybko mu przejdzie. Tutaj ma 
prawdziwy dom. Ty go dla nas stworzyłaś.

Jen   nie   chciała   się   jeszcze   poddawać. 

Wreszcie zrzuciła wszystko, co jej leżało 
na wątrobie i nie zamierzała zbyt szybko 
stać się znów łagodną Jen.

–   W   takim   razie   czym   się   martwiłeś, 

skoro nie będziesz tęsknił za Tiną, a Stevie 
prawdopodobnie szybko się pogodzi z wy-
jazdem matki? Co cię gryzie?

– Obawiam się, że jestem nudnym mę-

żem. Tina ode mnie odeszła, ty w dni wol-
ne uciekasz do pracy... Chyba dlatego, że 
jestem nudny.

Miał tak smutną minę, że Jen przyklękła 

obok jego fotela.

–   Ja   też   myślałam   o   sobie,   że   jestem 

nudna. Chciałam być tygrysicą, jak Tina, 
ale nigdy, ani przez chwilę nie pomyśla-

142

background image

łam, że ty jesteś nudny. Przysięgam.

Pocałował ją. W kominku płonął ogień.
–   Mężczyźni   są   głupi   –   powiedział.   – 

Nigdy nie mówimy tego, co wydaje nam 
się  oczywiste.  Jesteś   piękna   i  niezwykła. 
Od kiedy się poznaliśmy, bałem się, że je-
steś dla mnie za mądra, a ja jestem tylko 
nudnym urzędnikiem bankowym z synem. 
Nie mogłem uwierzyć, że chcesz nas obu. 
Nigdy nie myślę o Tinie, chyba tylko wte-
dy, kiedy się cieszę, że dała mi Steviego i 
że wszystko się jakoś ułożyło. Nawet mi 
do głowy nie przyszło, żeby was porówny-
wać. Nigdy!

– Wiem.
Zaczęła go uspokajać. Był rzeczywiście 

bardzo zmartwiony. Ale Martin dalej szu-
kał właściwych słów. Uparł się, że powie 
jej to, co ma na myśli i w sercu, a czego ni-
gdy nie umiał nazwać.

–   Przed   laty   –   powiedział   w   końcu   – 

143

background image

kręcili tylko czarno-białe filmy. Potem zro-
bili   kolorowe   i   mówili   o   nich:   cudowny 
technikolor...   Ty   jesteś   dla   mnie   jak   cu-
downy technikolor.

Pogładził Jen po mysioszarych włosach, 

po bladym policzku, otoczył ją ramionami 
i przytulił do siebie zwyczajną kobietę w 
szarym sweterku i fioletowej spódnicy. Po-
tem ucałował usta, na których nie było już 
śladu szminki, dotknął nie pomalowanych 
powiek i na każdej złożył czuły pocałunek.

– Cudowny technikolor – powtórzył.

Zbliżenie

Jenny co tydzień wysyłała pocztą lotni-

czą   list   do   swojej   przyjaciółki   Maggie, 
mieszkającej   w   Australii.   Każdego   tygo-
dnia pisała o życiu w pokoju nauczyciel-

144

background image

skim,   o   pannie   Hali   –   najprawdziwszej, 
staroświeckiej belferce – i o tym, że teraz 
już wszystkie dzieci są przestępcami, nie 
tylko trzydzieści procent z nich, jak daw-
niej. Pisała też o rodzicach. Niektórzy mają 
nierealne oczekiwania i wierzą, że ich cór-
ki podbiją świat. Trudno jest żyć w kraju 
rządzonym   przez   królową,   z   kobietą   na 
stanowisku   premiera   –   pisała   Penny.   – 
Dziewczęta wyobrażają sobie, że droga na 
najwyższe   szczyty  stoi  przed  nimi   otwo-
rem, co jest chyba równie złe jak wyobra-
żenia dziewcząt ze starszych pokoleń, któ-
re wierzyły, że kobieta niczego w życiu nie 
osiągnie.

Pisała także, że czas leci bardzo szybko i 

aż trudno uwierzyć, że zbliża się jej piąte 
Boże Narodzenie w tej szkole. Gdyby tak 
ktoś ostrzegł Penny na samym początku! 
Gdyby powiedział, że w wieku dwudziestu 
siedmiu   lat   nadal   będzie   pracowała   w 

145

background image

pierwszym miejscu zatrudnienia, w szkole 
dla dziewcząt, wiele kilometrów od domu! 
Że będzie mieszkała w maleńkim, nieład-
nym mieszkanku, którego nigdy nie urzą-
dziła,   bo   nie   zamierzała   w   nim   zagrzać 
miejsca!

Pisała do Maggie o zimnych, jesiennych 

wieczorach, które spędza na boisku, grze-
jąc   ręce   w   kieszeniach   i   dopingując   do 
walki drużynę hokejową, żeby przypodo-
bać  się   nauczycielce   wychowania   fizycz-
nego; o tym, jak pomaga w przygotowa-
niach do szkolnej akademii, zobowiązana 
poczuciem solidarności; o tym, że nawet w 
tej chwili myśli o koncercie kolęd, w któ-
rego przygotowaniu piąty rok z rzędu po-
maga.

Nie musiała pisać, dlaczego ma aż tyle 

zajęć.   Maggie   wiedziała   i   –   jako   dobra 
przyjaciółka – nigdy o tym nie wspomina-
ła.   Ani   razu,   w   żadnym   z   wysyłanych 

146

background image

pocztą lotniczą listów, w których pisała o 
nauczaniu w buszu, o tym, jak zabiła kan-
gura i myślała, że wszyscy będą na nią bar-
dzo źli, podczas gdy w rzeczywistości ze-
brała mnóstwo gratulacji; o tym, że w po-
rze strzyżenia owiec szkoła pustoszeje i o 
Pecie, chłopaku, z którym ma de facto. De 
facto   znaczy,   że   z   nim   mieszka,   co   jest 
ważne dla kogoś, kto chce otrzymać oby-
watelstwo australijskie.

Maggie nigdy nie pyta, dlaczego Penny 

nie odejdzie, skoro praca jest tak męcząca. 
Maggie   wie   o   Jacku.   Wie   wystarczająco 
dużo, żeby o niego również nie pytać. Na 
początku znajomości Penny pisała o nim; o 
tym, jak się pojawił w jej życiu, niespo-
dziewanie zajmując najważniejsze miejsce. 
O tym, że ją kocha i że jest mu potrzebna. 
Jack był wszystkiego tak bardzo pewien, 
że wątpliwości Penny wydawały się jej sa-
mej głupie. Bała się bowiem tego, że jest 

147

background image

żonaty, że nigdy nie zostawi rodziny i bę-
dzie chciał utrzymywać ich znajomość w 
tajemnicy.

Jack mówił, że kocha w Penny wszyst-

ko, co śmieszne. Śmieszne, pełne życia i 
wolne. Penny jest całkiem inna od wszyst-
kich kobiet, wiecznie zajętych sobą... Pen-
ny wyczuwała w tych słowach wątpliwość, 
czy mężczyzna w ogóle może być wolny. 
Dlatego na początku nie pozwalała sobie 
na poruszanie drażliwych tematów. Przy-
sięgała mu, że ona także pragnie pozostać 
wolna i nawet nie chce myśleć o jakichkol-
wiek więzach. Teraz trudno byłoby się z 
tego   wycofać.   Mimo   iż   przekroczyła 
ćwierćwiecze swojego życia, nie potrafiła 
mu powiedzieć, że tęskni za odrobiną po-
czucia   bezpieczeństwa.   Brała   do   ręki 
książkę Germaine Greer „Kobieta-eunuch” 
i czytała rozdział, w którym autorka udo-
wadniała,   że   nie   ma   czegoś   takiego,   jak 

148

background image

bezpieczeństwo. Wmawiała w siebie, że na 
pewno tak jest, dlatego nie czytała artyku-
łów mówiących o tym, że Germaine Greer 
prawdopodobnie   zmieniła   zdanie   w   owej 
kwestii.

Ze względu na pozycję Jacka i na to, że 

oboje z żoną pełnią wiele ważnych funkcji, 
co, rzecz jasna, jest całkiem bez znaczenia, 
a uśmiechy posyłane do kamer są sztuczne 
i puste... Penny nie mogła nikomu powie-
dzieć o tym, co ją łączy z Jackiem: że on 
przychodzi do jej mieszkanka zawsze, kie-
dy tylko uda mu się wyrwać, że ona spędza 
większość   czasu   samotnie   siedząc   w 
domu, czekając na niego i że nigdy się nie 
skarży z powodu licznych wieczorów, kie-
dy jemu nie udaje się znaleźć ani jednej 
wolnej chwilki. Na początku wspominała o 
tym w listach do Maggie, ale przyjaciółka, 
bezpieczna ze swoim de facto, była zbyt 
taktowna, żeby pytać o szczegóły. Maggie 

149

background image

stwierdziła tylko, że jeśli się kogoś kocha, 
to się kocha i już. Takim, jakim jest. Nie 
da   się   wydzielić   niechcianych   aspektów 
życia człowieka i wyciąć ich. Sama chcia-
łaby mieć Pete’a, ale bez jego nieuleczal-
nego   zamiłowania   do   zimnego   piwa.   To 
podnosiło Penny na duchu; przypominała 
sobie   słowa   przyjaciółki   zawsze,   ilekroć 
życie wydawało jej się smutne, czyli bar-
dzo często.

Od kiedy zakochała się w Jacku, minęły 

trzy kolejne Boże Narodzenia; teraz zbliża-
ły   się   czwarte   święta.   Dwudziesty   piąty 
grudnia   był   dla   niej   najsmutniejszym 
dniem w roku. Spędzała go oglądając nud-
ne   programy   telewizyjne   i   dzwoniąc   do 
mieszkających   setki   kilometrów   od   niej 
matki i ojczyma, żeby im powiedzieć, że 
jest szczęśliwa i podziękować za prezenty. 
Ściskając w dłoni flakonik perfum, prezent 
od   Jacka,   czekała,   aż   ukochany   znajdzie 

150

background image

dla   niej   kilka   minut.   W   zeszłym   roku 
wpadł tylko na kwadrans. Podobno powie-
dział w domu, że musi pojechać po coś do 
biura. Dzieci chciały jechać z nim, ale zo-
stawił je w parku. Nie mógł u niej posie-
dzieć ani chwili dłużej.

Po   jego   wyjściu   Penny   płakała   przez 

dwie godziny. Po południu włożyła ciem-
ny   płaszcz   i   poszła   przespacerować   się 
koło jego domu. W oknach płonęły świa-
tła,   widać   było   choinki,   rozwieszone   na 
ścianach kartki z życzeniami i świąteczne 
wieńce. Dla kogo to wszystko? Dzieci były 
jeszcze za małe, żeby to docenić. Lepiej go 
nie   pytać.   Lepiej,   żeby   nie   wiedział,   że 
Penny to widziała.

Nie chciała czuć się opuszczona, dlatego 

w tym roku postanowiła wyjechać gdzieś, 
gdzie będzie świeciło słońce i gdzie zapo-
mni o Bożym Narodzeniu. Może do Maro-
ka – myślała – albo do Tunezji? Do ciepłe-

151

background image

go muzułmańskiego kraju. Jack był z tego 
niezadowolony. Poczuł się urażony, a na-
wet troszkę oburzony.

– Widać nie znaczę dla ciebie zbyt wie-

le, skoro chcesz uciec. Nie rozumiesz, co 
ja   przeżywam   ukrywając,   udając...   –   po-
wiedział.   –   Wszyscy   byśmy   tak   mogli... 
uciekać przed trudnościami. Myślałem, że 
mnie kochasz i że tu będziesz. Czy zdarzy-
ło   się,   żebym   nie   przyszedł   do   ciebie   w 
dniu Bożego Narodzenia? No, powiedz!

Penny   zrozumiała,   że   rzeczywiście   jej 

myśli   były   samolubne.   Jednak   w   okresie 
przedświątecznej   krzątaniny   i   chaosu   w 
szkole, gdy w sklepach od tygodni słychać 
kolędy, a oczy aż bolą od patrzenia na licz-
ne scenki rodzinnego szczęścia, Penny po-
żałowała, że nie była bardziej zdecydowa-
na i nie wytłumaczyła Jackowi spokojnie, 
rzeczowo, że ośmiodniowy wyjazd nie jest 
równoznaczny z końcem miłości trawiącej 

152

background image

ją od ponad czterech lat, zajmującej naj-
ważniejsze miejsce w jej sercu teraz i do 
końca życia. Powinna być bardziej stanow-
cza i znaleźć słowa, w których nie można 
by wyczuć urazy... Mogła powiedzieć coś 
na   ten   temat,   że   sama   potrafi   dać   sobie 
radę. A teraz było już za późno. Jack za-
bierze ją w wigilię Bożego Narodzenia na 
kolację do nowo otwartego, skromnego lo-
kalu, w którym nie spotkają nikogo, kogo 
może   znać   Jack   albo   jego   żona.   Z   jego 
słów   Penny   zrozumiała,   że   to   nawet   nie 
jest   restauracja,   tylko   jakaś   kawiarenka. 
Pewnie   zafunduje   mi   kiełbasę,   fasolkę   i 
herbatę   z   mlekiem   –   myślała   Penny   ze 
smutkiem.

Zawsze  lepsze  to niż... Zawahała się  i 

zaczęła   myśleć,   od   czego   to   jest   lepsze. 
Spojrzała na pannę Hali, mającą na karku 
co   najmniej   pięćdziesiąt   pięć   lat,   zawsze 
noszącą ten sam sweterek z tą samą spód-

153

background image

nicą,   używającą   tej   samej,   starej   torebki, 
siedzącą teraz w kącie i czytającą gazetę; 
twarz miała szarą, włosy siwe, cała spra-
wiała   wrażenie   jakby   przykurzonej.   Tak, 
lepsze to niż życie panny Hali, właścicielki 
wielkiego domu wartego mnóstwo pienię-
dzy,   której   hobby   stała   się   lektura   prasy 
codziennej. Penny nawet była ciekawa, co 
panna Hali czyta, jeśli rzeczywiście czyta. 
Nie interesowały jej bowiem najświeższe 
wydarzenia,   polityka   ani   plotki   towarzy-
skie. Nikt też nie widział, żeby rozwiązy-
wała krzyżówki.

Ktoś zapukał do drzwi pokoju nauczy-

cielskiego. To Lassie Clark – najmniej lu-
biana z uczennic Penny. Wysoka, wiecznie 
nadąsana, czesała się tak, że włosy zasła-
niały jej połowę twarzy. Potrafiła wzruszać 
ramionami dla okazania braku zaintereso-
wania i nudy, nie wykonując prawie żad-
nego ruchu. Nie zgarniając z twarzy kurty-

154

background image

ny włosów, Lassie burknęła, że kazano jej 
się zameldować w pokoju nauczycielskim 
o pół do czwartej.

– Za co tym razem? – spytała Penny.
Lassie często musiała meldować się w 

pokoju nauczycielskim: a to z powodu nie 
napisanego   wypracowania,   a   to   braku 
usprawiedliwienia od rodziców, a to nie do 
końca odrobionej pracy domowej.

–   Nie   wiem   –   powiedziała   Lassie.   – 

Chodziło o przedstawienie szkolne, albo o 
coś innego.

Penny   miała   ochotę   dać   dziewczynie 

klapsa. W następnym liście do Maggie na-
pisze,   że   nauczanie   w   szkole   dla   dziew-
cząt,   gdzie   uczą   wyłącznie   kobiety,   jest 
czymś nienaturalnym. Wcześniej czy póź-
niej musi doprowadzić do szaleństwa. Pen-
ny czuła, że właśnie za chwilę zwariuje.

Powściągnęła jednak nerwy.
– Ile masz lat, Lassie? – spytała uprzej-

155

background image

mie.

Lassie   spojrzała   na   nią   spomiędzy 

zmierzwionych   włosów,   jakby   nie   była 
pewna, co ma odpowiedzieć.

– Nie rozumiem.
– Daj spokój, to nie jest trudne pytanie.
– Piętnaście – odpowiedziała.
– Cieszę się. Dziewczyna w tym wieku z 

pewnością   potrafi   zapamiętać,   dlaczego 
kazano   jej   się   zgłosić   w   pokoju   nauczy-
cielskim. No, o co chodzi? Jakieś cholerne 
przedstawienie, czy coś innego? Powiedz 
wreszcie.   Nie   zamierzam   tu   czekać   do 
nocy.

Lassie podniosła wzrok na nauczycielkę. 

Była przestraszona.

–   Chodzi   o   cholerne   przedstawienie   – 

powiedziała wiedząc, że nikt jej nie skarci 
za użycie słowa, które nauczycielka wypo-
wiedziała pierwsza.

– Co zrobiłaś? Nie byłaś na próbie? – 

156

background image

Tak.

– Ależ ty jesteś głupia! Co za niemądra, 

zwariowana   dziewczyna,   nie   potrafiąca 
spojrzeć dalej niż czubek własnego nosa. 
Dlaczego nie poszłaś na próbę? Mogłaś się 
przecież postarać, żeby cię wyrzucono. Te-
raz   będziesz   musiała   przez   pół   godziny 
przepisywać w klasie jakieś bezsensowne 
słowa, jutro będą cię szukali i pewnie zmu-
szą, żebyś się przebrała za pasterza, anioła 
albo  jeszcze   kogoś  innego.  Dlaczego,  do 
diabła, nie poszłaś tam i nie odstałaś swo-
jego, jak robimy my wszyscy, rok po roku? 
Tak byłoby o wiele łatwiej.

Penny   nigdy   dotąd   nie   widziała   oczu 

Lassie. Jej spojrzenie było czujne, wyraża-
jące ciekawość i strach.

– Chyba tak – przyznała dziewczyna.
– Na pewno tak. Ale dajmy temu spo-

kój;   dzisiaj   ja   jestem   rebeliantką,   młodą 
kobietą buntującą się przeciwko systemo-

157

background image

wi.

– Co? – zaniepokoiła się Lassie.
– Dość tego. Nie jestem lepsza od cie-

bie. Odprowadzę cię.

Kiedy Penny wróciła do pokoju nauczy-

cielskiego po swoje książki, zwróciła uwa-
gę na pannę Hali, spoglądającą przez okno 
na wilgotne gałęzie.

– Przepraszam za swój brak opanowania 

– powiedziała Penny.

– Nic nie słyszałam. Co się stało?
– Krzyczałam na Lassie Clark – przy-

znała się Penny.

– Zastanawiam się, po co jej rodzicom 

było dziecko, skoro mieli ochotę tylko na 
psa – powiedziała niespodziewanie panna 
Hali.

– Może sama sobie wymyśliła imię?
– Nie, zawsze tak na nią mówili; w każ-

dym razie na pewno od dziewięciu lat. Pa-
miętam, że kiedy była w pierwszej klasie, 

158

background image

pomyślałam sobie, że ma dziwaczne imię.

Penny   słuchała   zdumiona.   Panna   Hali 

nie miała zwyczaju pamiętać o dzieciach i 
ich sprawach.

– Strasznie kłopotliwe dziecko – powie-

działa ponurym głosem Penny. – Jej imię 
to najmniejszy problem.

– Zbliża się Boże Narodzenie – odezwa-

ła   się   znów   panna   Hali.   –   Wszyscy   są 
przygnębieni.   Gdybym   mogła,   zakazała-
bym obchodzenia Bożego Narodzenia.

Penny,   która   myślała   tak   samo,   czuła 

jednak, że nie powinna się z tym zgodzić.

– Dla kogoś takiego, jak Lassie, święta 

są chyba przyjemnością – powiedziała.

– Dla kogoś takiego, jak Lassie, nie ma 

w nich nic przyjemnego – sprzeciwiła się 
panna Hali.

– Rzeczywiście, jej nic się nie podoba. 

Ani wiosna, ani lato, ani jesień, ani zima.

– Boże Narodzenie jest wyjątkowe. Ro-

159

background image

dzi w nas nadzieję, której często nie speł-
nia.

– Mówi pani jak Scrooge – słysząc w 

swoim   głosie   nutkę   nagany,   Penny 
uśmiechnęła się pod nosem.

– Ależ nie, naprawdę tak jest. W Wigilię 

wszyscy, i dzieci, i dorośli, są podnieceni i 
szczęśliwi.

– Jakie to smutne.
– A pani? Jest pani bardzo pogodną oso-

bą. Zawsze umiała pani dostrzec coś pozy-
tywnego w każdej sytuacji, nawet najgor-
szej. Mimo to sądzę, że pani zgadza się ze 
mną. Przed Bożym Narodzeniem, czekając 
na jego nadejście, nawet pani jest szczę-
śliwsza niż będzie potem, wspominając je.

Penny nigdy dotąd nie rozmawiała tak z 

niedostępną panną Hali. Widocznie Boże 
Narodzenie,   nawet   jeśli   nie   wydobywa   z 
człowieka   tego,   co   w   nim   najlepsze,   to 
przynajmniej odkrywa coś nowego.

160

background image

–   Może   zabrzmi   śmiesznie   to,   co   po-

wiem, ale ja będę szczęśliwsza po Bożym 
Narodzeniu, bo nie będę już musiała sie-
dzieć samotnie, z niecierpliwością oczeku-
jąc   końca   świąt.   Rozumiem   jednak,   co 
pani ma na myśli.

Panna Hali miała w oczach łzy. Penny, 

przez te wszystkie lata zawsze trzymająca 
fason, zjeżyła się na samą myśl o współ-
czuciu.

– Nie, nie chcę, żeby się pani nade mną 

użalała – powiedziała szybko.

– Nie zamierzam użalać się nad panią, 

Penny.   Przytłaczają   mnie   własne   zmar-
twienia, nie mam siły współczuć innym.

Starsza pani sprawiała wrażenie tak nie-

szczęśliwej, że Penny, która już trzymała 
rękę   na   klamce   i   chciała   wyjść,   bowiem 
miała przypilnować dziewczęta zatrzyma-
ne w szkole po lekcjach, stanęła bez ruchu.

– Czy mogłabym coś zrobić...? – zawa-

161

background image

hała się. Panna Hali zawsze była oschła i 
zgryźliwa. Nawet teraz, chociaż przyznała, 
że czuje się nieszczęśliwa, z pewnością od-
rzuci nawet najserdeczniejszy gest.

Ale   panna   Hali   wyglądała   inaczej   niż 

zwykle. Wahała się jeszcze, najwyraźniej 
jednak miała ochotę coś powiedzieć, zwie-
rzyć się.

– Nie... Dziękuję... To miło, że pani spy-

tała, ale nikt nie jest w stanie mi pomóc.

– Zawsze można jakoś pomóc – stwier-

dziła   Penny   z   fałszywym   optymizmem, 
jakby mówiła do dziecka.

– W takim razie, dlaczego nie zrobi pani 

czegoś   ze   swoim   Bożym   Narodzeniem? 
Dlaczego będzie pani siedziała cały dzień, 
czekając, aż dobiegnie końca?

W   słowach   starej   nauczycielki   słychać 

było   troskę;   nie   zamierzała   być   złośliwa 
ani nie chciała obrazić Penny.

– Może dlatego, że pewnych rzeczy nie 

162

background image

chcę zmieniać i muszę się pogodzić z kon-
sekwencjami   wyborów,   których   dokona-
łam.

– To brzmi rozsądnie. Jeśli pani wie, że 

można by temu zaradzić, dokonując inne-
go wyboru, rzeczywiście miała pani rację 
mówiąc, że zawsze można jakoś pomóc. – 
Panna Hali pokiwała głową, jakby była za-
dowolona, że udało jej się obrócić sprawę 
w żart.

– W pani przypadku jest inaczej? – Pen-

ny   czuła,   że   zachowuje   się   zuchwale   i 
wkracza na niebezpieczny grunt.

– W moim przypadku nie chodzi o kon-

kretną  decyzję. Chodzi  o coś, co powin-
nam zrobić wiele lat temu, albo raczej o to, 
czego   nie   powinnam   zrobić.   Ale   dajmy 
spokój moim sprawom. To biedne, ponure 
dziecko, Lassie, chyba też nie ma wielkie-
go wyboru.

– Mogłaby być troszkę bardziej sympa-

163

background image

tyczna – zasugerowała Penny.

– Pewnie tak, ale to nie zmieniłoby Bo-

żego Narodzenia. Czy będzie sympatycz-
na, czy nie, fakty pozostaną takie same.

– Skąd pani wie?
Panna Hali nigdy nie rozmawiała o dzie-

ciach, jakby nie wiedziała, że mają jakieś 
życie poza szkołą.

– Stąd, co i  wszyscy, słyszałam  różne 

plotki.   Jej   rodzice   się   rozchodzą.   Matka 
jest   w   ciąży   z   nowym   facetem,   a   ojciec 
przeprowadził   się   do   mieszkania   swojej 
przyjaciółki. Żadne z nich nie ma ochoty 
oglądać   w   okresie   świątecznym   wielkiej, 
ponurej   twarzy   dziecka,   któremu   dali   na 
imię Lassie. 

– I co z nią będzie?
– A co ma być? Spędzi trochę czasu z 

jednym rodzicem, trochę z drugim, wszę-
dzie domagając się uwagi, rodząc poczucie 
winy i wywołując niechęć. Tak to już jest. 

164

background image

Nawet gdyby była przeuroczą dziewczyn-
ką, nie mogłaby dostać tego, czego pragnie 
najbardziej na świecie, czyli rodziny. Ta-
kiej, jaką miała kiedyś, trwałej i bezpiecz-
nej.

W tonie głosu panny Hali można było 

wyczuć współczucie i zrozumienie. Penny 
kolejny   raz   odważyła   się   mówić   o   spra-
wach osobistych...

– Już pani wspomniałam, że Boże Naro-

dzenie   spędzę   samotnie.   Gdybym   mogła 
się z panią spotkać... albo...

Nie   mogła   zaprosić   jej   do   siebie   ze 

względu na Jacka, który może przyjść – je-
śli   wykradnie   rodzinie   pół   godziny   dla 
Penny. Byłby wściekły, gdyby zastał starą 
nauczycielkę.   Jednak   mogłaby   odwiedzić 
starszą panią w jej wielkim domu z tara-
sem po powrocie Jacka na to, co Penny na-
zywała w myślach łonem rodziny, a co dla 
niego   nie   miało   większego   znaczenia   i 

165

background image

było czymś, co musi tolerować ze względu 
na dzieci, do czasu, aż te podrosną i będą 
w stanie go zrozumieć.

– Pani jest bardzo miła, ale, niestety, to 

niemożliwe.

– Już pani mówiła, że jestem miła; pro-

szę   mi   jednak   powiedzieć,   dlaczego   nie 
mogę pani odwiedzić? – spytała zdenerwo-
wana Penny.

– Ponieważ mnie pani nie zastanie. Dom 

nie jest mój. Musi zostać sprzedany.

– Nie wierzę. Gdzie pani teraz mieszka?
– W zajeździe.
– Żartuje pani ze mnie?
– Gdybym żartowała, nie byłby to udany 

dowcip.

– Więc dlaczego? Słyszałam, że zawsze 

pani tam mieszkała. Dom należał do pani 
ojca, a przedtem do dziadka. Dlaczego go 
pani sprzedała?

– Żeby spłacić długi. Jestem nieuleczal-

166

background image

ną   hazardzistką.   Wolałabym   powiedzieć, 
że byłam hazardzistką, ale my,  podobnie 
jak alkoholicy, zawsze mówimy w czasie 
teraźniejszym.

– Przecież nie można mieszkać w zajeź-

dzie do... do końca życia.

– Nie zamierzam tam pozostawać. Kie-

dy   sprzedaż   domu   będzie   sfinalizowana, 
zostanie   mi   dość   pieniędzy   na   jakieś 
mieszkanko.

– Straszne. Nie miałam pojęcia.
– Nikt nie miał pojęcia, z wyjątkiem lu-

dzi z mojej grupy... Mam na myśli grupę 
wsparcia. No i ludzi, którym jestem winna 
pieniądze. Oni doskonale wiedzieli. Gdyby 
powiadomiono o tym szkołę, zdaję sobie 
sprawę z konsekwencji. Obawiam się, że 
dyrektorka nie okazałaby bożonarodzenio-
wej dobroci i wyrozumiałości, dlatego wo-
lałabym, żeby ta sprawa pozostała tajemni-
cą.

167

background image

– Oczywiście, rozumiem – zapewniła ją 

Penny.

– Zawsze mogę się tłumaczyć, że sprze-

dałam dom, obrazy i śliczne meble, ponie-
waż było tego za dużo jak na mnie jedną i 
nie mogłam sobie poradzić z utrzymaniem 
wszystkiego w należytym porządku.

– Konie czy karty?
Panna Hali uśmiechnęła się.
– Dlaczego pani pyta?
– Bo to wszystko brzmi  nieprawdopo-

dobnie. I raczej  wolałabym  rozmawiać  o 
konkretach   niż   użalać   się   nad   pani   sytu-
acją.

Pannę   Hali   zadowoliła   odpowiedź. 

Znów się uśmiechnęła.

– Cała ta historia będzie jeszcze bardziej 

nieprawdopodobna, kiedy pani powiem, że 
chodzi o chemin de fer.

– W klubie?
–   Tak,   w   eleganckim   klubie,   godzinę 

168

background image

drogi stąd pociągiem. Tam, gdzie nikt nie 
zna   mojego   nazwiska.   Teraz   pani   wie 
wszystko.

Penny   musiała   już   wyjść.   Nie   mogła 

dłużej prowadzić rozmowy – wzywały ją 
obowiązki.

W   korytarzu,   przy   biurku,   siedziała   z 

ponurą miną Lassie. Była sama.

– Idź do domu – powiedziała Penny.
– Nie mogę, muszę skończyć. Sama pani 

mówiła,   że   zrobiłam   głupio   nie   idąc   na 
próbę. Nie chcę później robić tego drugi 
raz.

– Masz rację. Myślałam, że może spie-

szy ci się do domu.

–   Po   co   miałabym   się   spieszyć?   Dom 

jest pusty – odparła Lassie.

– Tak jak u mnie – pokiwała głową Pen-

ny.

– Ale pani jest sama z wyboru i jest pani 

dorosła.

169

background image

– Nie, nie wybierałam samotności i wca-

le nie jestem dorosła.

– Przepraszam – Lassie uśmiechnęła się 

nieśmiało.

– W takim razie pracuj dalej, a ja coś 

wymyślę.

Penny usiadła w dużej sali, służącej do 

odbywania kar. Widziała stąd Lassie, pra-
cującą   nad   wypracowaniem   na   temat 
„Zmiany w najbliższym sąsiedztwie”, któ-
rego i tak nikt nie przeczyta, ponieważ za-
dano je tylko za karę.

Penny myślała o swojej matce, o ojczy-

mie i o tym, że jest już za późno, żeby po-
jechać   do   nich   na   święta,   gdyby   nawet 
chciała,   a   nie   chciała.   Byliby   zaskoczeni 
jej przybyciem, w niej zaś obudziłyby się 
wspomnienia   domu   za   życia   taty,   kiedy 
była małą dziewczynką i nie znała jeszcze 
poważnych problemów.

Było też za późno, żeby wybrać się na 

170

background image

wycieczkę do kraju, gdzie nie obchodzi się 
świąt Bożego Narodzenia, gdzie o tej po-
rze  roku  można   się   pluskać   w  basenach, 
wypoczywać   pod   palmami   i   w   palących 
promieniach słońca pogryzać kanapki.

Jednak jest jeszcze dość czasu, żeby ura-

tować święta, nie dać się osaczyć pustce i 
samotności.   Jeśli   zdecyduje   się   otworzyć 
w swoim sercu okna, które Jack pozamy-
kał. Które sama pozamykała, ślepo zako-
chana, chociaż jej uczucie nie było miło-
ścią;   raczej   zauroczeniem   i   lękiem   przed 
utraceniem mężczyzny.

Myślała o tym całkiem spokojnie, anali-

zując   sytuację.   Doszła   do   wniosku,   że 
wszystkie będą zadowolone. Ale są pewne 
problemy. I trzeba się z nimi jakoś uporać.

Nie mogą pogrążyć się w smutku i żalu. 

To nie spotkanie skazańców, którym dano 
ostatnią szansę. Jeśli miałyby razem spę-
dzić święta, ona nie ma zamiaru być roz-

171

background image

jemcą między gburowatą, wyniosłą panną 
Hali a ponurą, pełną żalu Lassie. Penny za-
czerpnęła tchu i spojrzała na dziecko, sie-
dzące przy biurku. Czy tylko jej się wyda-
je, czy Lassie rzeczywiście odgarnęła wło-
sy z twarzy i zaczesała je za uszy? Twarz 
dziewczynki   wyrażała   jakąś   otwartość, 
może nawet zainteresowanie.

– Lassie! – powiedziała Penny.
–   Już   się   pani   zastanowiła?   –   spytała 

Lassie.

–  Tak;   chcę   ci   coś   zaproponować.  Od 

twojej   odpowiedzi   bardzo   wiele   zależy, 
więc słuchaj mnie uważnie.

– Dobrze – zgodziła się Lassie. Słuchała 

w milczeniu.

–   Ma   pani   duże,   ładne   mieszkanie?   – 

spytała na koniec.

– Nie, nie jest ładne. Niezbyt zadbane, 

ponieważ zakładałam, że szybko je opusz-
czę. Ale jakoś się pomieścimy. Panna Hali 

172

background image

prześpi się na sofie w oddzielnym pokoju, 
a ty możesz przynieść śpiwór i radio, jeśli 
będziesz słuchała po cichu. Ja zostanę w 
swoim pokoju.

–   Do   Bożego   Narodzenia   jest   jeszcze 

dziesięć dni – powiedziała Lassie.

– Rzeczywiście. I co z tego?
Penny nie wiedziała, czy się cieszyć, czy 

niepokoić rzeczowymi pytaniami dziecka. 
Przecież nie co dzień dostaje się propozy-
cję spędzenia Bożego Narodzenia z dwie-
ma nauczycielkami.

– Pomyślałam, że zdążyłybyśmy je po-

malować, ustroić choinkę, wypróbować ja-
kieś   przepisy.   Podejrzewam,   że   żadna   z 
nas nie ma w tym wielkiej wprawy.

– Chyba nie – zgodziła się Penny, nie 

umiejąc ukryć uśmiechu.

–   Czy   ona   będzie   miała   pieniądze?   – 

spytała Lassie, pokazując głową w stronę 
pokoju nauczycielskiego.

173

background image

–   Raczej   nie,   ale   wystarczy   to,   co   ja 

mam. Nie będzie nas jednak stać na luksu-
sy.

– Ja pewnie dostanę pieniądze. Dołożę 

je do wspólnej kasy. Moi będą bardzo za-
dowoleni, że się mnie pozbyli.

– Nie możesz u mnie zostać. Zapraszam 

cię tylko na święta.

– To dobrze, bo właśnie w tym czasie 

będziemy sobie potrzebne – odparła Las-
sie.

–   Pójdę   powiedzieć   pannie   Hali.   Na 

pewno się zgodzi.

– Musiałaby zwariować, żeby odmówić 

– powiedziała z powagą Lassie.

Panna Hall wysłuchała Penny, nie oka-

zując   żadnych   emocji.   Penny   zaczęła   się 
poważnie obawiać, że na świecie jest zbyt 
wiele osób lekko traktujących życie.

–   Tak   –   powiedziała   w   końcu   panna 

Hali – to byłoby bardzo miłe. Cieszę się, 

174

background image

że powiedziała jej pani o moich kłopotach, 
skoro ja powiedziałam pani o niej. My je-
steśmy   w   porządku.   Tylko   pani   stanowi 
problem.

– Nie rozumiem, dlaczego – wykrztusiła 

Penny.

Była  tak oburzona, że słowa  z trudem 

przechodziły  jej   przez  gardło.  Czy  po  to 
zaprosiła do swojego domu na Boże Naro-
dzenie dwie nieudacznice, aby usłyszeć, że 
właśnie ona stanowi problem?

– Założę się, że chodzi o mężczyznę; o 

żonatego mężczyznę – powiedziała panna 
Hali. W tonie jej głosu nie wyczuła potę-
pienia. – Nie miała pani czasu porozma-
wiać z nim o zmianie planów na Boże Na-
rodzenie. Nie boi się pani, że szybko poża-
łuje, iż nas zaprosiła? Że on się pogniewa? 
Że coś będzie nie tak?

Panna Hali mówiła to takim tonem, jak-

by prosiła o jeszcze jeden herbatnik do po-

175

background image

rannej kawy.

– Nie, nie boję się – odparła Penny.
– Nie powinna pani tego powtarzać w 

następnych latach, kochanie – powiedziała 
z troską panna Hali. – Jest pani dobrą, peł-
ną ciepła dziewczyną. Zbyt łatwo byłoby 
pani zajmować się takimi kulejącymi ka-
czątkami, jak my, zamiast wziąć sobie ko-
goś   normalnego,   kogo   mogłaby   pani   ko-
chać i być kochaną w zamian.

Mimo   że   rada   została   wypowiedziana 

bardzo   ciepłym   tonem,   Penny   wiedziała, 
że powinna odpowiedzieć szorstko.

–   Miło   słyszeć   –   uśmiechnęła   się.   – 

Oczywiście, ma pani rację. Zrobię to tylko 
jeden raz, traktując jako coś wyjątkowego. 
Po tym Bożym Narodzeniu będziemy ule-
czone, zdolne do podjęcia stojących przed 
nami wyzwań.

W przyszłym tygodniu Penny z pewno-

ścią   napisze   do   Maggie,   ale   nie   będzie 

176

background image

miała nic do powiedzenia Jackowi. On zro-
zumie, że to nie jest z jej strony gest po-
zbawiony   głębszego   znaczenia   ani   próba 
zwrócenia   na   siebie   uwagi.   To   znak,   że 
Penny rzeczywiście dochodzi do zdrowia.

177

background image

Sto miligramów

Nawet gdyby zostali u matki Helen do 

Wielkanocy, ona i tak skarżyłaby się, że 
zbyt wcześnie po Bożym Narodzeniu zo-
stawiają ją samą. Dlatego postanowili, że 
w tym roku nie poddadzą się. Przyjadą w 
niedzielę  wieczorem,   a  wyjadą   w  czwar-
tek. Cztery noce pod rodzicielskim dachem 
i prawie cztery dni. W tym roku – a miały 
to być dziesiąte święta Bożego Narodzenia 
obchodzone w domu mamy – postanowili 
uniknąć błędów popełnianych w latach po-
przednich.   Przemyśleli   wszystko   zawcza-
su.

Będzie   zimno.   W   domu   mamy   można 

odmrozić sobie nos. Dlatego dadzą jej pie-
cyk gazowy z wymiennymi wkładami. Nie 

178

background image

będzie  się  mogła  skarżyć, że  ogrzewanie 
pożera   strasznie   dużo   prądu.   Wkłady   też 
dadzą jej w prezencie. Zabiorą ciepłe ubra-
nia   i   dwa   termofory.   Nie   będą,   drżąc   z 
zimna, przekonywali jej do założenia cen-
tralnego ogrzewania.

Kolejnym problemem będzie picie. Ra-

zem z bagażem przemycą do swojego po-
koju kilka butelek. Potrzebują więcej alko-
holu niż znajdą w kredensie mamy; w tym 
roku będą się raczyć po kryjomu. Mama 
dostrzega objawy takie jak popękane żyłki, 
drżące ręce i oznaki uszkodzenia wątroby 
nawet tam, gdzie ich nie ma. Zostają jesz-
cze mamine rady. Będą ich wysłuchiwali 
bez słowa protestu. Nie dadzą się złapać w 
pułapkę i nie zaangażują się w sprzeczkę 
nie   do   wygrania.   Będą   sobie   powtarzali 
każdego ranka, kiedy tylko obudzą się w 
lodowatym pokoju, z sinymi z zimna nosa-
mi: mama nie jest wprawdzie bardzo stara, 

179

background image

ale zawsze myślała jak staruszka; ona się 
nie zmieni, więc my musimy postępować 
inaczej, żeby nie mogła sprawiać nam tyle 
bólu. Jedno drugiemu będzie o tym przy-
pominać. Może więc nie będzie źle.

Rzeczywiście, dziesiąte Boże Narodze-

nie okazało się lepsze od innych. W domu 
było cieplej. Kilka razy udało im się zapro-
sić   sąsiadów   na   sherry   i   ciasteczka.   To 
ograniczyło czas, który matka Helen mo-
gła poświęcić na smętne kiwanie głową i 
mówienie,   że   aż   strach   pomyśleć,   dokąd 
ten świat zmierza i że wszystkie wartości 
się zmieniają, bynajmniej nie na lepsze.

Był czwartek rano. Dzień ich wyjazdu. 

Postanowili zaprosić mamę na obiad do re-
stauracji. Wcześniej spakują bagaże i znio-
są je do samochodu. Zjedzą w hotelu, po-
tem odwiozą mamę do domu i uciekną do 
siebie, mając poczucie winy, ale zadowole-
ni, że w tym roku udało im się zachować 

180

background image

spokój.

Helen pochyliła się nad mężem i pocało-

wała go. Nick chciał ją przytulić, ale szyb-
ko wyskoczyła z łóżka. Nie można tego ro-
bić   u  mamy.  Z  jakiegoś   powodu  wydaje 
się niewłaściwe. Zresztą, mama w każdej 
chwili może stanąć w drzwiach. W domu 
będą mieli na to dużo czasu.

– Zaparzę kawę – powiedziała Helen.
– Dziękuję – mruknął Nick. W kuchni 

była mama.

– Myślałam,  że on wstanie  pierwszy i 

zrobi ci herbatę.

Twarz mamy wyrażała niezadowolenie. 

Helen przypomniała sobie, że nie powinna 
przyjmować postawy obronnej i że w jej 
głosie nie może być słychać buntowniczej 
nuty.

– Na zmianę przygotowujemy śniadania 

– wyjaśniła.

– A co on ma innego do roboty? Każdy 

181

background image

mężczyzna na jego miejscu byłby szczęśli-
wy, mogąc zaparzyć ci herbatę i podać do 
łóżka; mało tego, czułby się zaszczycony, 
że może to dla ciebie zrobić.

– Skoro już wstałam, możesz wrócić do 

łóżka, przyniosę ci herbatę.

– Nie, ubrałam się i nie muszę się kłaść 

z powrotem. Życie wraca do normy, skoro 
dzisiaj   wyjeżdżacie.   Myślałam,   że   zosta-
niecie   przynajmniej   do   Nowego   Roku. 
Panna O’Connor mówiła, że jest zdziwio-
na...

–   Zauważyłam,   że   łatwo   ją   zdziwić   – 

przerwała matce Helen, hałasując filiżan-
kami i spodeczkami. Nagle przypomniała 
sobie. Zostało tylko pięć godzin.

„Bądź miła i spokojna – myślała. – Jeśli 

dojdzie   do   awantury,   możemy   tylko   na 
tym ucierpieć”.

– Przyjemnie spędziła święta? Mówię o 

pannie O’Connor.

182

background image

– Nie wiem. Była u siostry. Nie ma innej 

rodziny. Woda w czajniku nie chciała się 
zagotować.

– W domu też całymi dniami wyleguje 

się w łóżku? Czy on się w ogóle ubiera?

„Spokojnie, Helen. Powoli. Uśmiechnij 

się”.

– Zwykle wstajemy razem. Jednego dnia 

ja   przygotowuję   śniadanie,   drugiego   on. 
Potem   wyprowadzamy   Hitchcocka;   ja 
wsiadam do autobusu, a Nick kupuje gaze-
tę i wraca do domu – jej głos był ciepły i 
pogodny,   jakby   mówiła   o   wymarzonym 
życiu.

– Pomaga ci w gotowaniu?
– Tak. Sama przecież widziałaś, że lubi 

pomagać.

– Będąc u mnie ograniczył się do rozsta-

wiania i zbierania talerzy.

Czajnik chyba musi mieć dziury w den-

ku, bo w żadnym naczyniu woda nie może 

183

background image

się gotować tak długo. Helen uśmiechnęła 
się z przymusem i zaczęła ustawiać naczy-
nia na tacy.

– Potrzebujesz tac? Kiedyś ludziom wy-

starczała poranna herbata w kubeczku.

– Masz taką śliczną zastawę, używa się 

jej z przyjemnością.

– On pewnie nie może się doczekać, kie-

dy położy na wszystkim łapę. Widziałam, 
jak   się   przyglądał   komodzie.   Powiedział, 
że jest sporo warta.

– Podejrzewam, że Nick chciał ci zrobić 

przyjemność, mamo. Mówiłaś, że nic nie 
masz, nawet żadnych antyków. Nick chciał 
powiedzieć, że jednak masz kilka bardzo 
ładnych mebli.

– Człowiek, który zrobił to, co on, nie 

powinien mówić takich rzeczy. Niech się 
nie spodziewa ode mnie wdzięczności.

– Szkoda – powiedziała oschłym głosem 

Helen.   Wiedziała,   że   wkracza   na   cienki 

184

background image

lód.   Zwykle   matka   robiła   tylko   niejasne 
aluzje, teraz zaczęła mówić wprost.

– Żeby tak upokorzyć i ciebie, i mnie. 

Ludzie wytykają nas palcami. Możesz być 
pewna, że wszyscy o tym wiedzą. Tylko 
dlatego, że zawsze byłam sama i samotnie 
musiałam dźwigać ciężary, dzisiaj też po-
trafię to robić.

– Nie sądzę, żeby ciebie upokarzało, iż 

Nick   okazał   się   niepotrzebny.   Nie   tylko 
jego zwolnili z pracy. Najgorzej czuje się z 
tego   powodu   właśnie   on.   Na   szczęście 
wkrótce się czegoś spodziewamy. Dobrze 
też, że nie mamy piątki dzieci, jak niektó-
rzy z jego kolegów.

– No właśnie, kolejna sprawa. Jesteście 

małżeństwem od dziesięciu lat, a nie macie 
dzieci,   tylko   psa   o   dziwacznym   imieniu 
Hitchcock.   Kto   to   widział,   żeby   tak   na-
zwać zwierzę?

– Podoba nam się jego imię. Kochamy 

185

background image

naszego psa, ale nie zwalamy ci się na gło-
wę razem z nim. Zostawiliśmy go w schro-
nisku, gdzie wyczekuje na nas z niecierpli-
wością.

Źle!   Źle.   Nie   powinna   tak   mówić.   Jej 

słowa świadczą, że już chce wrócić do sie-
bie.  Teraz   nie   da   się   ich   cofnąć.  Czy   to 
czajnik bulgoce?  Czyżby woda  miała  się 
zaraz zagotować?

– Nie wyobrażam sobie, jak ty to zno-

sisz? U mnie miałaś wszystko. Nie rozu-
miem,   jak   sobie   teraz   radzisz,   żeby   nie 
upaść na duchu?

– Gdybym tylko mogła znaleźć Nickowi 

dobrą   pracę,   czułabym   się   szczęśliwa.   – 
Uśmiech Helen był wymuszony i sztuczny. 
Miała nadzieję, że matka nie będzie chcia-
ła drążyć poruszonego tematu.

– Chodziło mi nie tylko o pracę. Rów-

nież o tę drugą sprawę. Teraz, skoro to zo-
stało głośno powiedziane, nie można było 

186

background image

dłużej udawać, że nic się nie stało.

– Tak? – spytała Helen grzecznie, z za-

interesowaniem, ale nie zdradzając się ze 
swoimi uczuciami.

– Nie zbywaj mnie jakimś „tak”, Helen. 

Dobrze wiesz, co mam na myśli. Chodzi o 
kobietę Nicka.

– Och, to już dawno skończone.
Znowu udało się jej nie zdradzić z tym, 

że w piersi zaczęła rosnąć dziwna, dławią-
ca kula.

– Jak to „skończone”? To nie Boże Na-

rodzenie, które było, a teraz się skończyło. 
To nie takie proste.

– Ależ tak, mamo, to jest takie proste.
– Jak możesz pozwolić, żeby taka spra-

wa uszła mu na sucho? Jak możesz z nim 
wytrzymać po tym... Po tym wszystkim?

– Jesteśmy z Nickiem szczęśliwi, kocha-

my się, a tamto po prostu było. Szkoda, że 
ludzie   się   dowiedzieli.   –   Woda   wreszcie 

187

background image

zawrzała. Helen wyparzyła imbryk.

– Ależ ty zachowujesz się tak, jakby nic 

się nie stało.

– A co mi pozostało, mamo? Sama po-

wiedz! Co byś chciała, żebym zrobiła? Je-
stem ciekawa, czego byś się po mnie spo-
dziewała?

– Spodziewałabym się, że takie rzeczy 

nie będą miały miejsca.

– Ja też; podobnie jak Nick i Virginia. 

Ale to już się stało.

– Tak miała na imię? Virginia?
– Tak.
– Proszę, proszę. Virginia.
– Powiedz mi, mamo! Chciałabym wie-

dzieć, czego się po mnie spodziewałaś. Że 
go zostawię? Każę go aresztować? Zażą-
dam rozwodu? No, czego?

–   Nie   podnoś   na   mnie   głosu.   Jestem 

twoją matką i chcę dla ciebie wszystkiego, 
co najlepsze.

188

background image

– Jeśli tak, to przestań mnie dręczyć – 

powiedziała Helen. Oczy miała pełne łez. 
Zabrała tacę z herbatą i poszła na górę.

–   Wszystko   popsułam   –   powiedziała 

Nickowi, szlochając. – Popsułam wszystko 
ostatniego dnia.

Nick przytulił jej głowę do swojego ra-

mienia   i   gładził   po   włosach,   dopóki   nie 
przestała płakać.

– Dodaj brandy do herbaty – powiedział 

– i wskakuj pod kołdrę, bo za chwilę za-
czniesz   przypominać   znalezisko   z   epoki 
lodowcowej.

Helen zdawała sobie sprawę z tego, że 

byłoby dużo lepiej, gdyby nikt nie wiedział 
o Virginii. Sama od początku znała praw-
dę, ale nic nie mówiła. Myślała, że to nie 
potrwa długo. Virginia była młoda, ładna, 
głupiutka i pracowała w biurze Nicka. Ta-
kie rzeczy zdarzają się bardzo często, ale 
rzadko   stają   się   przyczyną   rozpadu   mał-

189

background image

żeństwa. Pod warunkiem, że żona jest roz-
sądna i nie straci głowy. Konfrontacja by-
łaby niebezpieczna. Dlaczego człowiek tak 
przyzwoity i poważany, jak Nick, miałby 
wybierać między praktyczną żoną a ślicz-
ną, głupiutką Virginią? Czy nie lepiej uda-
wać, że się niczego nie widzi, i mieć na-
dzieję, że Virginia znajdzie sobie wkrótce 
kogoś innego? Tak właśnie by się stało i 
cała sprawa przeszłaby do historii, gdyby 
nie pewien wypadek.

Było to przed Bożym Narodzeniem, dwa 

lata temu. W biurze Nicka zorganizowano 
przyjęcie. Taksówek zawsze jest dużo. Po 
co ryzykować? Przy śniadaniu małżonko-
wie sprzeczali się o to bez złości. Wylicza-
li, ile miligramów trzeba wypić, żeby się 
upić. Uzgodnili w końcu, że każde z nich 
może czterokrotnie przekroczyć dozwolo-
ną   ilość,   ale   niektórzy   znoszą   alkohol 
znacznie gorzej, stąd wzięły się restrykcyj-

190

background image

ne przepisy. Nick obiecał, że jeśli wypije 
za dużo, zostawi samochód na parkingu i 
odbierze go nazajutrz rano. Helen wiedzia-
ła, że romans z Virginią zbliża się do koń-
ca i była tego dnia szczęśliwsza niż kiedy-
kolwiek od kilku miesięcy.

Zauważyła, że ostatnio Nick wcześniej 

wraca do domu i rzadziej ukradkiem ko-
rzysta z telefonu. Była zadowolona, że tak 
dobrze poradziła sobie z tą przykrą sytu-
acją.

O siódmej zadzwoniła do niej Virginia. 

Była pijana i płakała. Prosiła, żeby Helen 
w czasie świąt okazała Nickowi wiele ser-
deczności,   bo   Nick   jest   wspaniałym,   cu-
downym człowiekiem i potrzebuje pocie-
chy. Helen obiecała spełnić tę prośbę. Po-
myślała, że jedyną rzeczą gorszą od roz-
mowy telefonicznej trzeźwego człowieka z 
pijanym   jest   rozmowa   żony   z   kochanką. 
Połączenie jednego z drugim zbijało z nóg.

191

background image

Nieco później zadzwonił Nick i powie-

dział,   iż   ma   nadzieję,   że   do   Helen   nie 
dzwoniły   jakieś   dziewczyny,   wygadujące 
głupoty. Helen stwierdziła, że nic z tego 
wszystkiego   nie   rozumie   i   prosiła   męża, 
żeby nie wracał do domu swoim samocho-
dem. Nick odparł, że musi odwieźć tę głu-
pią gąskę, która robi z siebie idiotkę. Odło-
żył   słuchawkę,   zanim   Helen   zdążyła   go 
poprosić, żeby wziął taksówkę.

Nick opowiadał jej później, że tej podró-

ży nie zapomni do końca życia. Jazda była 
gorsza od samego wypadku.

Ulice   stały   się   nieoczekiwanie   wrogie. 

W powietrzu wisiał niepokój. Światła sa-
mochodów   wyglądały   groźnie.   Zza   szyb 
zalanych   deszczem   spoglądali   na   niego 
inni kierowcy. Wkoło rozlegało się bynaj-
mniej nie świąteczne trąbienie klaksonów. 
Słychać było przekleństwa.

Siedząca   obok   Virginia   wymiotowała, 

192

background image

szlochała i kurczowo czepiała się jego ra-
mienia. Nie chciała dzwonić do Helen, ale 
nagle uznała, że żona Nicka powinna wie-
dzieć. Wcześniej tego dnia Virginia powie-
działa Nickowi, że na święta Bożego Naro-
dzenia wyjeżdża z kimś innym. W samo-
chodzie   jednak   ogarnęły   ją   wątpliwości, 
była smutna i koniecznie chciała usłyszeć, 
że dobrze zrobiła. Nick całą uwagę kon-
centrował na prowadzeniu auta, więc nic 
jej   nie   odpowiadał.   Virginia   gwałtownie 
szarpnęła go za ramię i samochód zjechał 
na drugą stronę jezdni, prosto pod cięża-
rówkę.

Virginia straciła dwa zęby, miała złama-

ne ramię i dwa pęknięte żebra. Nickowi na 
trzy lata odebrano prawo jazdy. Firma stra-
ciła samochód, ponieważ jednak kilka mie-
sięcy   później   straciła   również   Nicka   i 
większość jego kolegów, samochód nie był 
w końcu aż tak wielką stratą. Sprawa cią-

193

background image

gnęła się bez końca. Firmy ubezpieczenio-
we obu stron ciągle domagały się nowych 
wyjaśnień. Virginia udzieliła jednej z gazet 
wywiadu. Powiedziała, że rany na twarzy 
mogą zmniejszyć jej szansę na zamążpój-
ście i przyznała, że miała romans z żona-
tym mężczyzną z biura i że on zniszczył jej 
życie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto prze-
czytawszy w gazecie coś ciekawego, poka-
że   innym.   Tym  razem   także   znalazła  się 
osoba,   która   wysłała   artykuł   przyjaciółce 
mamy,   pannie   O’Connor,   z   podkreśloną 
nazwą firmy i komentarzem, że dziwnym 
zbiegiem   okoliczności   dzień   wypadku   i 
inne, znane matce Helen, szczegóły wska-
zują na Nicka.

Przez dwa lata matce Helen udawało się 

nie   mówić   o   tym   głośno,   chociaż   wiele 
razy   czyniła   wyraźne   aluzje.   Ale   dzisiaj 
rano sprawa została wreszcie wyciągnięta. 
Helen nie była na to przygotowana.

194

background image

– Przepraszam – szepnęła, spuszczając 

wzrok. – Byłeś wspaniały, a ja wszystko 
zniszczyłam.   Podczas   obiadu   będzie   się 
dąsała, nie da się tego uniknąć.

Nick grzał zmarznięte dłonie o kubek z 

herbatą   przyjemnie   pachnącą   brandy.   Na 
dole   matka   Helen   głośno   trzaskała 
drzwiczkami   szafek.   Oczywiste,   co   chce 
im dać do zrozumienia: jest zdenerwowana 
i zmartwiona; kiedy wreszcie zejdą na dół, 
nie zaznają spokoju.

–   Żałuję,   że   przyjechaliśmy.   Przynaj-

mniej te święta mogliśmy spędzić w domu, 
we dwoje tylko z Hitchcockiem – powie-
działa Helen.

Miała wrażenie, że oczy Nicka dziwnie 

lśnią,   chociaż   może   to   tylko   herbata   z 
brandy zakręciła jej w głowie.

– Ciekawa jestem, ile miligramów jest w 

tej herbacie – powiedziała, chcąc rozchmu-
rzyć męża. Nick odwrócił głowę i spojrzał 

195

background image

na Helen. Miała rację, w jego oczach lśniły 
łzy.

– Pamiętasz ten talerz, który stłukłaś kil-

ka lat temu? – spytał.

Helen była zdziwiona.
– Tak. Mama miała do mnie wielki żal.
–   Skleiłem   go,   pamiętasz?   Pęsetą   do 

brwi przytrzymywałaś kawałki porcelany, 
a ja smarowałem je klejem.

– Zrobiłeś to bardzo dobrze, w ogóle nie 

było widać śladów łączenia.

Nie wiedziała, dlaczego Nick przypomi-

na o czymś, co wydarzyło się przed laty. 
Czy   dlatego,   że   wówczas   matka   Helen 
była bardzo nieprzyjemna, a Nick załago-
dził sytuację?

–   Kiedy   skończyliśmy,   mama   chciała 

natychmiast   używać   talerza,   musieliśmy 
jednak kazać odłożyć go na jakiś czas na 
najwyższą   półkę,   żeby   klej   stwardniał. 
Mimo   że   talerz   wyglądał   normalnie,   nie 

196

background image

nadawał   się   do   użytku.   Rozpadłby   się, 
gdyby coś na nim położyć.

– Pamiętam. Ustawiliśmy go na specjal-

nym stojaku na porcelanę? – bardziej spy-
tała niż stwierdziła.

Dlaczego on o tym przypomina?
– Gdyby ktoś wszedł do pokoju, pomy-

ślałby, że talerz jest dobry. Nie miałby po-
wodu   uważać   inaczej.   Ale   to   nieprawda. 
Klej  musiał  stwardnieć. W  końcu można 
było używać talerza, ale przez długi czas 
był właściwie tylko atrapą naczynia.

– I co z tego?
– Tak samo jest z nami. Udajemy przed 

twoją matką, że jesteśmy prawdziwymi ta-
lerzami. Nie chcemy, żeby widziała pęk-
nięcia i ślady kleju. W jej obecności zacho-
wujemy się nienaturalnie. Sami jeszcze nie 
mamy pewności, czy to, co pokazujemy na 
zewnątrz, jest prawdziwe, czy nie – powie-
dział Nick bardzo poważnym głosem.

197

background image

–   Wydaje   mi   się,   że   nic   lepszego   nie 

mogliśmy   zrobić.   Owszem,   moglibyśmy 
wybrać nie kończące się dyskusje, analizy, 
roztrząsanie tego, co było i dlaczego, ale... 
czy ja wiem? Czy to byłoby lepsze?

– Na pewno bardziej szczere. Może mia-

łaś ochotę wyrzucić mnie z domu, ale prze-
cież nie mogłaś, bo przez cały czas musie-
liśmy   udawać   przed   twoją   matką   dobre, 
kochające się małżeństwo.

– Uważam, że nasze małżeństwo w za-

sadzie   jest   bardzo   udane.   Jesteś   innego 
zdania?

– Mówisz to szczerze, czy ze względu 

na swoją matkę? – spytał Nick.

– Mówię szczerze. Masz w tej sprawie 

inne zdanie?

– Ja też uważam nasze małżeństwo za 

udane, ale nie mnie o tym sądzić. Ja jestem 
czarnym charakterem, niewiernym mężem 
bez pracy, nieodpowiedzialnym, który pro-

198

background image

wadził samochód po pijanemu.

–   Nie   bądź   śmieszny.   Było,   minęło... 

Stale ci to powtarzam.

–   Udajesz   z   przyzwyczajenia.   Jesteś 

zbyt tolerancyjna...

–   Posłuchaj!   –   powiedziała   gniewnie 

Helen. – Kiedy moja matka napada na cie-
bie, chciałabym cię bronić jak lwica. Kiedy 
mówi  o tobie  źle, robi mi  się ciemno  w 
oczach. Być może jej złośliwości wyszły 
nam   na   dobre,   bo   próbując   rozbić   nasze 
małżeństwo, zbliżyła nas do siebie.

–   Myślisz,   że   to   prawdziwy,   mocny 

klej?   A   może   raczej   wolimy   udawać,   że 
wszystko jest w porządku?

–   Dobrze   byłoby   sprawdzić,   ale   nie 

wiem, jak. Z talerzem jest łatwiej. Można 
zejść na dół, uderzyć nim o stół, a kiedy 
się rozleci, stwierdzić, że był źle sklejony.

Nick rozchmurzył się.
– Wygląda na to, że wiele twojej mamie 

199

background image

zawdzięczamy. Dzięki niej nie podjęliśmy 
żadnej decyzji, zanim klej nie stwardniał. 
Bo teraz chyba już jest twardy? Zgodzisz 
się ze mną, Helen?

Na dole coś huknęło raz, potem drugi, 

na   wypadek,   gdyby   pierwsze   uderzenie 
przeszło   nie   zauważone.   Helen   i   Nick 
wstali i zdjęli pościel z łóżka, na którym 
nie będą dzisiaj musieli spać. Dla złośliwej 
satysfakcji zaczęli przesuwać meble. Zro-
zumieli, że nie warto przyglądać się rysom 
ani wypróbowywać siły spoiwa, żeby się 
przekonać,   czy   puści.   Może   kto   inny 
chciałby   rozprawiać   o   tym   do   upadłego, 
ale oni byli już pewni, że to, co pokazali 
uciążliwej   kobiecie   hałasującej   na   dole, 
jest prawdziwe. W dodatku za cztery go-
dziny będą mogli przestać uśmiechać się z 
przymusem. Zresztą, czy tylko oni jedni w 
Boże Narodzenie zasłaniali swe prawdziwe 
twarze maskami?

200

background image

201

background image

Bożonarodzeniowy okoń

Poznała go na targu rybnym w wigilię 

Bożego Narodzenia. Mimo wczesnej pory 
panował już spory tłok. Ich dłonie zetknęły 
się, kiedy wskazali na tego samego mor-
skiego okonia.

– Ten – powiedzieli jednocześnie.
Wszyscy się  zaśmiali:  Janet  – nauczy-

cielka, Liam – bankowiec i Hano – młod-
szy syn sprzedawcy ryb.

–   Oddaję   go   pani   –   powiedział   szar-

mancko Liam.

– Ależ nie, pan był pierwszy – zaprote-

stowała Janet. Hano powiedział:

–   Ryba   ma   wielu   braci   i   wiele   sióstr, 

wystarczy i dla pani, i dla pana.

– Nie jest mi przyjemnie myśleć o jej 

202

background image

braciach i siostrach – zmartwiła się Janet.

– Rozumiem panią, ale to hipokryzja – 

Liam zmarszczył twarz w uśmiechu.

– Kto to powiedział, że nie potrafi zjeść 

niczego, co ma twarz?

Janet w zamyśleniu popatrzyła na ryby. 

Każda   miała   wyraźną   twarz,   a   niektóre 
miały nawet określony wyraz twarzy.

– Chciałaby pani, żebyśmy jedli w świę-

ta chleb z serem? – zaniepokoił się Liam.

Janet westchnęła.
– Nie, i w tym problem. Człowiek widzi 

wszystkie wady jakiegoś zachowania, ale i 
tak je powtarza.

– Ja jestem inny, stosuję strusi sposób: 

udaję,   że   ryby   nie   mają   braci   ani   sióstr. 
Rzucam na grill i zjadam.

–  Najpierw   pewnie   je   pan   obgotowuje 

albo piecze w folii. Ta jest za duża, żeby ją 
upiec na grillu.

Janet potraktowała jego wypowiedź do-

203

background image

słownie.

–   Zapraszam   panią   na   kawę   –   powie-

dział nieoczekiwanie Liam.

Hano   zapakował   ryby.   Janet   zapłaciła 

gotówką, Liam złotą kartą kredytową. Po-
tem wziął ją pod rękę i poszli razem do lo-
kalu, gdzie ludzie popijali kawę z maleń-
kich filiżanek i pogryzali  pyszny, włoski 
chlebek.

Hano pomachał im ręką na pożegnanie. 

Chciałby pójść z nimi, porozmawiać i po-
śmiać się. Musiał jednak zostać przy stra-
ganie,   bacznie   obserwowany   przez   ojca, 
wujów   i   dwóch   starszych   braci.   Wigilia 
świąt Bożego Narodzenia to jeden z naj-
bardziej   ruchliwych   dni   w   roku.   Trzeba 
pracować, obsługiwać klientów, a nie ma-
rzyć.

Ostatnio   coraz   więcej   ludzi   kupuje   na 

święta ryby. Wizyta na targu w Pyremont 
powoli staje się tradycją i jest dla klientów 

204

background image

równie   przyjemna   jak   spożywanie   ryby. 
Na przykład ta para. Mężczyzna jest boga-
ty. Ma na sobie marynarkę, na którą Hano 
musiałby pracować pięć lat. Miał też złoty 
zegarek. Nawet nie spojrzał na kwit, który 
właśnie podpisał. Z pewnością nie musiał 
przychodzić tu po rybę, mógł kogoś przy-
słać. Może jest samotny, a może pokłócił 
się z żoną? Możliwe też, że jest jeszcze ka-
walerem albo już rozwodnikiem. Ma pew-
nie trzydzieści trzy... najwyżej trzydzieści 
pięć lat.

Janet   w   drodze   do   kawiarni   zadawała 

sobie te same pytania.

Kiedy usiedli przy stoliku i przyniesiono 

im espresso i ciepłe  foccacio, przestało ją 
jednak   interesować,   czy   nowy   znajomy 
jest samotny, czy żonaty; czy w domu cze-
ka   na   niego   dwadzieścia   osób,   czy   nikt. 
Rozmawiało się z nim bardzo przyjemnie. 
Siedząc na wysokich stołkach, wymieniali 

205

background image

informacje   o   bożonarodzeniowych   zwy-
czajach w innych krajach. Liam kilkakrot-
nie   spędził   dzień   Bożego   Narodzenia   w 
Nowym Jorku, gdzie o tej porze roku za-
wsze pada deszcz. Wspominał, jak po wyj-
ściu z biura wmieszał się w tłum kupują-
cych w ostatniej chwili prezenty. W skle-
pach tłoczyły się tysiące ludzi. Nie to, co 
tutaj, w Sydney, gdzie z okazji świąt za-
mykają wszystko na kilka tygodni.

– Dla nas jest to czas letnich wakacji – 

powiedziała   Janet   z   lekkim   poczuciem 
winy.

Zawsze czuła się winna z powodu dłu-

gich   wakacji,   będących   przywilejem   na-
uczycieli. Znajomi twierdzą, że całe jej ży-
cie jest jak długie wakacje. Nie mają jed-
nak pojęcia, jak to jest spędzać całe dni w 
hałasie, obcować z niespokojną młodzieżą 
i musieć występować publicznie od pierw-
szego   dzwonka   do   ostatniego.   Mimo 

206

background image

wszystko nigdy nie brała pod uwagę inne-
go zawodu – powiedziała Liamowi. Potem 
opowiedziała   mu   o   Bożym   Narodzeniu, 
które spędziła we Francji mając nadzieję, 
że wyszlifuje swój francuski, w rzeczywi-
stości jednak tylko rozbudziła w sobie za-
interesowanie winami.

Zaczęli rozmawiać o swoich ulubionych 

winach. Między straganami kręcili się lu-
dzie, z półek kapały krople wody i spływa-
ły po jeszcze nie  rozpuszczonych kawał-
kach lodu. Liam i Janet rozmawiali z pod-
nieceniem   charakterystycznym   dla   ludzi, 
którzy   dopiero   zaczynają   się   poznawać   i 
boją się postawić pytania, które mogłoby 
wszystko zniszczyć, jeszcze zanim coś się 
zaczęło. Każde z nich kupiło rybę wystar-
czającą dla całej rodziny. Żadne z nich nie 
nosiło obrączki, co jednak nic nie znaczy-
ło. Oboje zauważyli, że to drugie nie spie-
szy się do domu, co znów nie musiało ni-

207

background image

czego oznaczać. Kiedy dopili trzecią kawę, 
nie było już pretekstu, by ciągnąć to dalej.

– Obawiam się, że po czwartej kawie za-

częłyby mi drżeć ręce – powiedział Liam.

– Ja też – zgodziła się z nim Janet i po-

smutniała.

– Co się stało? – spytał.
– Chciałabym pozbyć się tych szkolnych 

powiedzonek: „ja też” i „najpierw ja”. Je-
dyną wadą pracy z dziećmi jest to, że za-
czyna się mówić ich językiem.

– Masz dzieci? – spytał nieoczekiwanie i 

bez ogródek.

– Ostatnio było ich dwieście jedenaścio-

ro – odparła, po czym, jakby dla złagodze-
nia uszczypliwości, dodała: – ale o czwar-
tej po południu mówię  im wszystkim do 
widzenia.

– Rozumiem.
Sprawiał wrażenie zadowolonego.
– A ty?

208

background image

Miała nadzieję, że udało jej się powie-

dzieć to lekkim tonem.

– Ostatnio było ich dziewięćdziesięcio-

ro, ale tylko w banku – stwierdził. Janet 
zrozumiała, że on również zostawia swoje 
dzieci w pracy.

– Rozumiem.
Janet była zadowolona. Możliwe, że bę-

dzie musiała walczyć o niego z inną kobie-
tą,   ale   nie   z   uroczymi,   malutkimi   dzie-
ciaczkami potrzebującymi tatusia.

Minęło już wiele czasu, od kiedy usiedli 

w kawiarni.

–   Chciałabyś   się   ze   mną   jeszcze   spo-

tkać? – spytał wprost.

– Z przyjemnością – zgodziła się, ukry-

wając  za   tymi  słowami   żarliwość   i  ulgę, 
jaką poczuła. Czy poprosi ją o numer tele-
fonu? Czy poda swój? Na kiedy zechce się 
umówić? Serce waliło jej w piersi tak moc-
no, że oddychanie sprawiało trudność.

209

background image

–   Zaproponujesz   coś?   –   spytał,   zosta-

wiając jej decyzję.

– Podejrzewam, że w tym samym miej-

scu, dniu i o tej samej porze w przyszłym 
roku to trochę za długi termin?

Spojrzała na niego, przechylając kokie-

teryjnie głowę. Czekała. Nie cierpiała ko-
biet, które zachowują się w ten sposób, ale 
czuła, że robi to, co musi. Inaczej wyrazem 
twarzy zdradziłaby, jak bardzo jej zależy 
na szybkim spotkaniu; jak bardzo pragnie 
lepiej poznać Liama.

– Mam nadzieję, że w przyszłym roku 

będę cię już dobrze znał – powiedział ci-
cho. – Bardzo dobrze.

Janet przeniknął miły dreszcz. Jej matka 

mawiała, że to znak, iż ktoś przeszedł po 
naszym grobie.

– Dobrze – powiedział Liam. – Dobrze. 

I zaproponował restaurację, w porze obia-
dowej, za trzy dni.

210

background image

– Restauracje będą już otwarte? – spyta-

ła Janet. Nie chciałaby się z nim rozminąć.

– Ależ tak, na pewno.
Spojrzeli   na   siebie,   jakby   jeszcze   nie 

wszystko zostało powiedziane. Liam wziął 
do ręki broszurkę reklamującą sprzedawa-
ne ryby, oddarł kawałek kartki z narysowa-
ną baramundi [australijska ryba płucodysz-
na] i szybko zapisał kilka cyfr.

– To na wypadek, gdybyś zmieniła zda-

nie – wyjaśnił. Janet oddarła drugą kartkę 
z rysunkiem baramundi i również zapisała 
swój numer.

– Na wypadek, gdybyś ty zmienił zda-

nie.

– Nigdy, dla mnie to sama przyjemność 

–   zaprotestował,   kłaniając   się   z   zabawną 
galanterią.

– Ja  też   będę   niecierpliwie   czekała   na 

nasze następne spotkanie – zgodziła się z 
nim Janet i poszła do swojego samochodu, 

211

background image

przeskakując kałuże, które tworzyła woda 
lejąca się z węży przy straganach rybnych. 
Odwróciła się jeden raz; Liam wciąż stał w 
miejscu, gdzie się rozstali. Pomyślała, że 
nie życzyli sobie wesołych świąt. Wszyscy 
życzyli tego nawet przygodnie poznanym 
osobom.   Może   oboje   czuli,   że   to   drugie 
musi w czasie Bożego Narodzenia coś za-
łatwić, wyjaśnić...

Janet mieszkała w jednym domu z trze-

ma innymi nauczycielkami. Każda z nich 
zajmowała duży, słoneczny pokój. Ogrom-
na kuchnia i dwie łazienki były wspólne. 
Miały też niewielki ogródek, a w nim czte-
ry leżaki do opalania. Wszyscy twierdzili, 
że to szaleństwo płacić tak dużo pieniędzy 
za   luksusowe   mieszkanie.   Każda   z   nich 
mogłaby złożyć depozyt bankowy, dostać 
kredyt hipoteczny i kupić własny dom, ale 
na razie żadna nie chciała wybrać takiego 
rozwiązania. Jak na kobiety między dwu-

212

background image

dziestym a trzydziestym rokiem życia, ra-
czej nie miały konfliktów. Nie wtrącały się 
w sprawy innych. Płaciły kobiecie, która 
raz   w   tygodniu   przychodziła   posprzątać. 
W ich domu nikt nie nastawiał telewizora 
zbyt głośno, a jeśli ktoś zaprosił do pokoju 
chłopaka, nie rozmawiało się o tym. Nigdy 
też nie było słychać żadnych nieprzystoj-
nych odgłosów. Często śmiały się z tego 
układu i ze wspólnego mieszkania, nazy-
wając dom „dworem menopauzy”.

Sheila pochodzi z Irlandii. Czasem uda-

wała   się   na   święta   do   domu,   ale   w   tym 
roku nie odłożyła na ten cel pieniędzy ani 
też nie mogła wykrzesać z siebie entuzja-
zmu dla deszczu i mokrego śniegu, więc 
została w Sydney. Wszystkie cztery zapla-
nowały   dzień   Bożego   Narodzenia   jako 
miły i spokojny. Będą unikały wzruszenia i 
wypiją trochę więcej alkoholu niż zwykle. 
Nie będą wspominały o facecie Maggie i o 

213

background image

braku   perspektyw   dla   tego   związku;   nie 
będą   budziły   nostalgicznego   nastroju   w 
Sheili,   śpiewając   piosenkę   Danny   Boy; 
będą   wykazywały   zainteresowanie   pracą 
magisterską Kate. O tym, że Janet poznała 
najwspanialszego   mężczyznę   na   świecie, 
koleżanki nie będą wiedziały, więc żadna o 
tym nawet nie wspomni.

W wigilię Bożego Narodzenia Janet sie-

działa   w   ogrodzie.   Wieczór   był   ciepły   i 
pachniał kwiatami. Z oddali słychać było 
szum morza. Zastanawiała się, gdzie w tej 
chwili   może   być   mężczyzna   o   imieniu 
Liam,   zabawnie   marszczący   twarz   w 
uśmiechu, podobno pracujący w bankowo-
ści. Nie powiedział, że pracuje w banku, 
co wydało jej się znaczące. Była dziesiąta. 
Usłyszała dźwięk telefonu. Janet, przeko-
nana, że dzwoni rodzina Sheili z Irlandii, 
mimo to podniosła słuchawkę.

– Janet?

214

background image

– Liam? – natychmiast go poznała.
–   Chciałem   ci   życzyć   wesołych   świąt. 

Zapomnieliśmy o tym.

– Rzeczywiście. Wesołych świąt. – Ja-

net, chociaż nie lubiła czekać, ugryzła się 
w język i nie powiedziała nic więcej.

– Masz jeszcze swoją baramundi? – spy-

tał.

– Oczywiście. Znów chwila ciszy.
– Miłego dnia.
– Tobie również.
Rozłączyli się. Janet wróciła do ogrodu, 

objęła   kolana   rękami   i   zapatrzyła   się   na 
rozświetlone   gwiazdami   niebo.   Dobrze 
wiedziała, dlaczego była taka powściągli-
wa. Chciała móc w dniu Bożego Narodze-
nia oddawać się marzeniom. Chciała my-
śleć o Liamie, o jego uśmiechu i o tym, że 
i on marzył o niej o dziesiątej wieczorem, 
w wigilię Bożego Narodzenia. Nie chciała 
słuchać o jego żonie i dzieciach – jeśli ist-

215

background image

nieją – ani wyrozumiałej kobiecie, z którą 
mieszka od lat, ani też o przykrej sprawie 
rozwodowej. Wolała myśleć o mężczyźnie, 
który z niecierpliwością wyczekuje spotka-
nia z nią, mającego nastąpić za trzy dni. O 
mężczyźnie, z którym może o wszystkim 
porozmawiać i który wszystko rozumie. O 
mężczyźnie, który powiedział, że w przy-
szłym roku o tej porze będą się bardzo do-
brze znali.

Siedziała długo, ciesząc się swoją tajem-

nicą.   Od   sześciu   lat   nie   była   zakochana. 
Wtedy miała dwadzieścia dwa lata. Później 
byli w jej życiu różni mężczyźni, ale nie 
było prawdziwej miłości. Zdążyła już za-
pomnieć, jakie to cudowne uczucie: głupie, 
uskrzydlające i oderwane od rzeczywisto-
ści. Usłyszała dzwony i przypomniała so-
bie, że w kościołach odprawiają nabożeń-
stwa. Gdzieś na ulicy hałaśliwie żegnali się 
podchmieleni   kumple.   Zaczął   się   dzień 

216

background image

Bożego Narodzenia.

Nie było wiatru, ale Janet zadrżała. Dru-

gi raz  tego dnia. Bez  żadnej  zrozumiałej 
przyczyny przypomniało jej się, jak mama 
pomagała   jej   zasunąć   suwak   przy   pierw-
szej wieczorowej sukni, w dniu osiemna-
stych urodzin.

–   Jestem   bardzo   szczęśliwa   –   powie-

działa   wówczas   Janet,   z   przyjemnością 
przyglądając   się   swojemu   odbiciu   w   lu-
strze.

– Już nigdy nie będziesz taka szczęśli-

wa, jak w tej chwili – powiedziała matka.

Janet   była   wściekła.   Mama   umiała 

odrzeć z uroku nawet najbardziej czarowne 
chwile.  Nigdy  tego  nie   zapomniała,  cho-
ciaż okazało się, że matka nie miała racji.

Janet   bywała   szczęśliwsza   niż   w   dniu 

osiemnastych   urodzin.   Kiedy   miała   dwa-
dzieścia jeden lat, zakochała się w Marku i 
przez   czternaście   miesięcy   każdy   dzień  i 

217

background image

każda   noc   były  przepełnione   szczęściem. 
Dlaczego właśnie teraz przypomniała sobie 
słowa mamy? Słowa kobiety, która nigdy 
nie zaznała szczęścia i zawsze, we wszyst-
kim, zamiast blasków widziała tylko cie-
nie?   Zbyt   wiele   śmiechu   oznaczało   łzy 
przed snem, zbyt ładna pogoda zapowiada-
ła ból głowy wieczorem, ludzie zachowu-
jący się serdecznie, sympatyczni i uprzej-
mi,   wcześniej   czy   później   okazywali   się 
słabeuszami.

Matka Janet nie żyła od czterech lat. Oj-

ciec ożenił się powtórnie. Obecna żona w 
niczym   nie   przypominała   poprzedniej. 
Była   niska,   pulchna   i   wiecznie   uśmiech-
nięta.   Janet   nie   potrafiła   zrozumieć,   co 
tych dwoje w sobie zobaczyło, ale nie wy-
dawało jej się to istotne. Może znaleźli to, 
co ona i Liam, chociaż brzmiało to bardzo 
nieprawdopodobnie.   W   każdym   razie   oj-
ciec poznał Lilian w studiu telewizyjnym, 

218

background image

gdzie oboje siedzieli jako widzowie w ja-
kimś programie, i Lilian została jego żoną. 
Janet poznała Liama dzisiaj rano, na targu 
rybnym. Liam powiedział, że za rok o tej 
porze będą się dobrze znali. Przed chwilą 
zadzwonił   i   życzył   jej   wesołych   świąt. 
Najpiękniejsze jest dopiero przed nią.

W Boże Narodzenie koleżanki mówiły, 

że Janet wydaje się odmieniona. Przez cały 
dzień była uśmiechnięta. Sama  przygoto-
wała   sałatki,   zastawiła   stół   w   ogrodzie, 
upiekła ziemniaki i schłodziła wino. Cho-
ciaż   nie   przepadała   za   pracą   w   kuchni, 
uparła się, że wszystko zrobi sama. Goto-
wany   okoń   morski   był   przepyszny.   Tej 
ryby dotykał wczoraj Liam. Przy niej się 
śmiali, to ona zbliżyła ich do siebie.

Dzień dziwnie się dłużył. Janet myślała, 

że jest już siódma, kiedy zegar wskazywał 
piątą. Jednak nawet najdłuższe dni kiedyś 
się kończą. Nadszedł świeży poranek dnia, 

219

background image

gdy mieli razem zjeść obiad. Janet stwier-
dziła,   że   z   niewyspania   ma   cienie   pod 
oczami.   Za   bardzo   żyła   nadzieją,   zbyt 
wielką wagę przywiązywała do tego spo-
tkania, zbyt wiele się spodziewała. Pewnie 
tak, ale owe myśli wcale nie ułatwiały jej 
zaśnięcia.

Zakłady   fryzjerskie   były   pozamykane, 

dlatego   sama   musiała   umyć   włosy.   Na 
nadanie fryzurze pożądanego wyglądu po-
święciła kilka godzin. Zamierzała włożyć 
pomarańczową bluzkę i dżinsową spódni-
cę, ale uznała, że będzie w tym wyglądała 
jak artystka z amerykańskiego zespołu lu-
dowego.   Na   żakiet   było   za   ciepło,   a   nie 
mogła przecież pójść do restauracji w su-
kience plażowej. Kiedy go poznała na tar-
gu rybnym, była w dżinsach. Chciała po-
kazać , że ma też inne ubrania.

Zanim zdecydowała się na spódnicę w 

kratę i zwykły, biały podkoszulek, trzeba 

220

background image

już   było   wzywać   taksówkę.   Kierowca 
spóźnił   się.   Janet   weszła   do   restauracji 
zdenerwowana i zziajana.

–   Zamówiłem   ostrygi   –   powiedział,   z 

napięciem czekając, czy pochwali wybór.

Janet nie cierpiała zadufanych w sobie 

mężczyzn,   składających   zamówienie   w 
imieniu bezradnej kobiety, ale Liam chciał 
być uprzejmy. Uśmiechnęła się od ucha do 
ucha.

– Nie mogłeś wybrać lepiej – pochwali-

ła.

Obiad   upłynął   w   podobnej   atmosferze 

jak spotkanie przy kawie na targu rybnym, 
ale był bardziej udany. Rozmawiali o za-
mkniętym   środowisku   pracowników   ban-
kowości i o tym, że Liamowi trudno jest 
poznać normalnych ludzi. Spotyka się tyl-
ko z ludźmi ze swojego środowiska zawo-
dowego i z przedstawicielami komitetów, 
czyta   raporty   i   analizuje   zawarte   w   nich 

221

background image

sugestie. Janet z kolei opowiadała o szko-
le, o tym, że nie ma czasu, by poznać dzie-
ci, dowiedzieć się, co chciałyby robić, ja-
kie są i jakie mają marzenia. Musi realizo-
wać program, przygotowywać uczniów do 
egzaminów i osiągać dobre wyniki – przez 
wzgląd na dobre imię szkoły.

Nie mieli siły dokończyć krewetek, sos 

był zbyt tłusty. Przesuwali je widelcami po 
talerzach,  gdy   Liam   niespodziewanie   po-
wiedział:

– Spędzimy to popołudnie razem?
– Oczywiście. Gdzie? – spytała.
– Znam pewne miejsce.
Znów uśmiechnęła się od ucha do ucha. 

To znaczy, że nie jest ani żonaty, ani zwią-
zany z żadną kobietą na stałe, ani też nie 
ma   innych   zobowiązań,   skoro   mówi,   że 
zna odpowiednie miejsce...

– Tak?
Na twarzy Janet odmalowała się nadzie-

222

background image

ja i podniecenie.

– Na wszelki wypadek dokonałem rezer-

wacji – powiedział.

Motel! Wynajęty pokój. Był tak pewien 

jej zgody, że zawczasu dokonał rezerwacji. 
Poczuła   ciężar   na   sercu.   Wyraz   twarzy 
również się zmienił.

– Coś się stało? – spytał Liam.
– Nie – uśmiechnęła się z wysiłkiem. Na 

twarz Liama też wrócił uśmiech. Był nie-
skomplikowanym, bezpośrednim człowie-
kiem. Polubił ją tak bardzo, że zaprosił na 
obiad, zadzwonił w wigilię Bożego Naro-
dzenia, zamówił dla niej ostrygi i zarezer-
wował   pokój   na   dzisiejsze   popołudnie, 
żeby z nią być. Może to ona jest samolub-
na, oczekując oddania, pewności, bezpie-
czeństwa? A przecież jest kobietą wyzwo-
loną. Wie, że jeśli się chce, można się spo-
tykać i cieszyć sobą na zasadzie równości. 
Minęły   dni,   kiedy   od   mężczyzny   można 

223

background image

było oczekiwać opieki i finansowego za-
bezpieczenia.

– Może więc przestaniemy udawać, że 

jemy te krewetki? – roześmiał się.

– Ja już przestałam.
Pojechali do motelu. Janet często prze-

jeżdżała obok niego i zastanawiała się, jak 
to   możliwe,   że   przynosi   dochody.   Teraz 
wiedziała: wynajmują pokoje na godziny. 
Było tu czysto i wygodnie. Liam miał ze 
sobą butelkę wina, którą przywiózł w tor-
bie izotermicznej; jeszcze jeden dowód na 
to, iż wiedział, że Janet zgodzi się na mo-
tel. Napełnił kieliszki. Wino było dobre, z 
winnicy, o której poprzednio rozmawiali, 
ale dzisiaj smakowało jak ocet.

Okazał się delikatnym i czułym kochan-

kiem. Kiedy było po wszystkim, objął ją 
ramieniem,   jakby   chciał   chronić;   jakby 
często tak leżeli i mieli przed sobą wiele, 
wiele wspólnych lat. Poczuła ulgę. Może 

224

background image

w dzisiejszych czasach ludzie są  właśnie 
tacy? Zachowują się inaczej. Nie uprawiają 
skomplikowanych gier, nie udają niezdo-
bytych, nie potrzebują nieustającego zain-
teresowania   i   oddania,   żeby   utrzymywać 
kontakty seksualne.

–   Mam   dla   ciebie   prezent,   głupi   dro-

biazg – powiedział i sięgnął po paczuszkę 
leżącą na nocnym stoliku.

Janet oddała mu się ciałem i duszą. Do-

brze, że nie udawała oburzenia, kiedy za-
proponował,   żeby   spędzili   popołudnie   w 
motelu.

– Co to takiego?
Coś, czemu nie mógł się równać żaden z 

prezentów, które dostała na Boże Narodze-
nie.   Maleńka,   blaszana   rybka;   można   ją 
było powiesić na choince albo za pomocą 
magnesu przyczepić do drzwi lodówki.

– To baramundi – powiedział zadowolo-

ny, że udało mu się zrobić jej przyjemność. 

225

background image

– Żebyś patrząc na nią wspominała nasze 
pierwsze   spotkanie.  Poznaliśmy   się   prze-
cież wskazując na tę samą rybę.

Znów objął ją ramieniem i mocno przy-

tulił.

– Ryba zbliżyła nas do siebie – dodał z 

zadowoleniem.   Janet   obracała   rybkę   w 
dłoni.

– Śliczna! – powiedziała głosem pozba-

wionym intonacji. Jej radość była fałszy-
wa.

–   To   tylko   mały   żart   –   tłumaczył   się 

Liam, zawstydzony.

– Jest naprawdę śliczna.
Janet zapragnęła znaleźć się setki kilo-

metrów   stąd.   Dlaczego   nie   przyjechała 
swoim   samochodem?   Próbowała   sobie 
przypomnieć. Chciała być do jego dyspo-
zycji.   Okazało   się,   że   miała   rację.   Teraz 
będzie musiała poprosić, żeby odwiózł ją 
do domu albo na postój taksówek. Będzie 

226

background image

niezręcznie. Nie! Nie dopuści do tego, jeśli 
tylko uda się jej zapanować nad sobą i nie 
powiedzieć nic głupiego.

– Co powiedziałeś żonie? – spytała, za-

nim zdążyła pomyśleć.

Spojrzał   na   nią   tak,   jakby   wymierzyła 

mu policzek, ale szybko wziął się w garść.

– Ona nie pytała, a ja nic nie mówiłem.
– A dzieci?
Dlaczego  o   to   pyta?   Dlaczego   niszczy 

to, co dobrego jeszcze między nimi zosta-
ło?

– Są na basenie. Nie wiedzą, gdzie ja je-

stem.   Tak   dużo   pracuję,   że   nie   liczą   na 
moje towarzystwo.

Mówił prawdę, sam jednak o nic nie za-

pytał.

Wyszli z łóżka, w którym byli szczęśli-

wi i bliscy sobie. Janet zauważyła, że Liam 
bardzo   starannie   się   wykąpał.   Jakby   wy-
szedł   z   sali   gimnastycznej.   Kiedy   Janet 

227

background image

weszła pod prysznic, podał jej czysty ręcz-
nik. Przytuliła go do twarzy i czekała, aż 
łzy przestaną napływać jej do oczu.

W samochodzie Liam nadal cieszył się 

jak dziecko, był jednak wystarczająco inte-
ligentny,   żeby   wiedzieć,   iż   między   nimi 
wszystko   skończone.   Spytał   Janet,   gdzie 
mieszka, a ona zaproponowała, żeby wysa-
dził ją w Balmain.

– Ależ nie, odstawię cię pod same drzwi 

– zaśmiał się. Potem spojrzał na nią i zro-
zumiał, że zabrzmiało to niezręcznie. Po-
głaskał ją po kolanie.

– Nie chciałem być uszczypliwy. Było 

cudownie – powiedział.

– Rzeczywiście.
Chciała,   żeby   w   jej   głosie   zabrzmiała 

choćby nutka  zadowolenia, ale  nie  udało 
jej się.

Podjechał pod furtkę. W ogrodzie, w ja-

snych   promieniach   słońca   spała   Maggie, 

228

background image

śniąc być może o swoim żonatym facecie, 
który w czasie świąt nie może zostawić ro-
dziny. Kate pewnie uczy się u siebie w po-
koju, a Sheila poszła pograć w tenisa, pra-
gnąc zagłuszyć poczucie winy z tego po-
wodu, że nie pojechała na święta Bożego 
Narodzenia do rodzinnej Irlandii. Żadna z 
nich się nie dowie, że Janet ma złamane 
serce. Liam patrzył na nią uważnie.

– Spotkamy się jeszcze? – spytał z na-

dzieją, że się zgodzi. Lubił z Janet rozma-
wiać, śmiać się, tulić ją i kochać się z nią. 
Nie   rozumiał,   dlaczego   nie   miałoby   to 
trwać   dłużej,   równie   pogodnie   i   bezkon-
fliktowo, jak się zaczęło.

Starając się zachować obiektywizm, Ja-

net pomyślała, że ona również nie widzi 
powodu, żeby tak nie było. Wiedziała jed-
nak, że to już koniec.

– Nie, ale dziękuję za propozycję – od-

parła. Spojrzał na nią ze smutkiem.

229

background image

–   Obraziłaś   się,   że   podarowałem   ci 

rybę?   Małą,   bożonarodzeniową   baramun-
di? – spytał zaniepokojony.

– Dlaczego tak myślisz? – chciała wie-

dzieć Janet. Był naprawdę zakłopotany.

– Sądziłem, że ci się spodoba. Wydawa-

ła mi się zabawna, sentymentalna i niepo-
spolita. Mogłem ci kupić spinkę, broszkę, 
albo coś innego za pięćset dolarów, mia-
łem   jednak   wrażenie,   że   to   nie   zostanie 
mile przyjęte.

– Rybka jest śliczna – powiedziała Ja-

net.

– Poznaliśmy się kupując ryby – przypo-

mniał. Zapadła chwila ciszy. Liam spojrzał 
na dom.

– Ładnie tutaj – odezwał się takim to-

nem, jakby wypowiadał błogosławieństwo.

– Bardzo.
Nagle   zrozumiała,   że   on   nie   wie.   Nie 

spytał, czy mieszka z mężem, z mężczy-

230

background image

zną, ale bez ślubu, czy może z dziećmi... Z 
góry założył, że jest wolna duchem i tak 
jak on prowadzi podwójne życie.

– Za domem jest ogród?
Rozmawiali   ze   sobą   jak   obcy   ludzie, 

którzy przypadkiem znaleźli się na tym sa-
mym przyjęciu.

– Tak, ale niezbyt wielki. Wiesz, Liam, 

w tym ogrodzie spędziłam w wigilię Boże-
go Narodzenia najpiękniejszy dzień swoje-
go życia. Już nigdy nie będę taka szczęśli-
wa.

Zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo 

jest spięta; zauważyła, że Liam przygląda 
jej się z zażenowaniem. Nie wiedzieć jed-
nak   czemu,   nazwanie   tego   uczucia   przy-
niosło Janet ulgę.

Mówią, że kobieta w miarę upływu lat 

zaczyna coraz bardziej przypominać swoją 
matkę.   Janet   zadrżała.   Niemal   czuła,   że 
staje się coraz bardziej podobna do swojej 

231

background image

rodzicielki. Wkrótce i jej twarz wykrzywi 
zacięty   uśmieszek.   Szkoda,   że   nie   ma   z 
kim o tym porozmawiać. Przecież mężczy-
zna żegnający ją przed furtką mógłby stać 
się kimś bliskim, gdyby sprawy inaczej się 
ułożyły.

232

background image

W tym roku będzie inaczej

Ethel zastanawiała się, czy to może mieć 

coś   wspólnego   z   jej   imieniem.   Oprócz 
Ethel Merman nie znała żadnej kobiety z 
klasą noszącej to imię. Nie znała też żadnej 
Ethel,   która   prowadziłaby   niezależne   ży-
cie.

W szkole oprócz niej były jeszcze dwie 

Ethel. Jedna została zakonnicą i wyjechała 
do jakiegoś kraju trzeciego świata, co jest 
wprawdzie godne pochwały, ale nie świad-
czy o prawdziwej klasie. Druga była szarą 
myszką; szara jako nastolatka, w wieku lat 
czterdziestu   poszarzała   jeszcze   bardziej. 
Prawa ręka osoby w najwyższym stopniu 
samolubnej. Mawiała, że ma  posadę Pię-
taszka,   ale   w   rzeczywistości   była   psem 

233

background image

obronnym o wzroku przenikliwym jak pro-
mienie Roentgena. Zresztą, czy to ważne, 
jak nazwie swoją pracę, skoro słowa mają 
tylko   takie   znaczenie,   jakie   chce   się   im 
nadać?

Dla   Ethel   żadna   z   dwóch   imienniczek 

nie stanowiła wzorca. Zresztą, nawet po-
mijając pełne łagodności imię, i tak nie by-
łaby w stanie się zmienić w jednej chwili. 
Tylko w filmach szczęśliwa mężatka, mat-
ka trójki dzieci zwołuje rodzinną naradę, 
żeby powiedzieć, że w tym roku jest zmę-
czona i ma dosyć wracania biegiem po pra-
cy do domu, żeby sprzątnąć, kupić bożona-
rodzeniowe dekoracje i rozwiesić je, kupić 
kartki świąteczne, wypisać życzenia i wy-
słać, żeby nie stracić tych kilku przyjaciół, 
których jeszcze mają.

Tylko   w   filmie   Ethel   mogłaby   powie-

dzieć, że ma po prostu dosyć bożonarodze-
niowych obniżek cen, pilnowania terminu 

234

background image

przygotowania masła z brandy, nadzienia z 
kasztanów, rożków z bekonu i wysłuchi-
wania   rozczarowanych   głosów,   wołają-
cych „nie ma kiełbasy?”, kiedy wnosi do 
pokoju   tacę   z   wymyślnie   udekorowanym 
indykiem.

Ona, która dawniej bardzo lubiła goto-

wanie i cieszyła się wiedząc, że rodzina z 
nadzieją czeka na to, co mama postawi na 
stół, teraz z najwyższą niechęcią myślała o 
tym, co świat nazywa duchem Bożego Na-
rodzenia.

Ale   nie   urządzi   przedstawienia.   Po   co 

miałaby im psuć święta, żaląc się, że są sa-
molubni? Ethel miała silne poczucie spra-
wiedliwości. Jeśli jej mąż nigdy nie poma-
ga w kuchni, to część winy za ten stan rze-
czy ponosi ona. Od samego początku po-
winna oczekiwać, że będą razem przygoto-
wywali posiłki, uważać to za całkiem natu-
ralne i z uśmiechem na ustach czekać, aż 

235

background image

jej   pomoże.   Jednak   dwadzieścia   pięć   lat 
temu kobiety tak nie postępowały. Młode 
mężatki przepędzały mężów z kuchni, po-
zwalając   im   siedzieć   przed   kominkiem   i 
czytać gazetę. W tamtych czasach kobiety 
potrafiły sobie radzić ze wszystkim. Zmia-
na zasad gry w jej wieku nie byłaby uczci-
wa.

Pretensje do dwóch synów i córki także 

nie byłyby uzasadnione. Od początku po-
wtarzali swoim dzieciom,  że ich najważ-
niejszym   obowiązkiem   jest   nauka.   To 
mama sprzątała ze stołu, żeby dzieci miały 
gdzie odrobić lekcje, napisać wypracowa-
nie czy ćwiczyć na komputerze. Inne ko-
biety   kupowały   sobie   zmywarki   do   na-
czyń, podczas gdy Ethel zdecydowała, że 
im   potrzebny   jest   komputer.   Dlaczego 
miałaby nagle zacząć się skarżyć?

Niektórzy   zazdroszczą,   że   dwóch   sil-

nych, przystojnych synów zostało przy niej 

236

background image

i   z   własnej   woli   nadal   mieszkają   w   jej 
domu.   Dwudziestodwu-,   dwudziestotrzy-
letnie dzieci zwykle opuszczają rodziciel-
ski   dom.   Inne   matki   dziewiętnastoletnich 
dziewcząt   dostają   szału,   nieustannie   wy-
słuchując próśb córek o pozwolenie na za-
mieszkanie w jakimś ciasnym mieszkanku, 
dzielonym   z   kilkoma   koleżankami.   Ethel 
uchodzi za osobę, której sprzyja szczęście; 
sama zgadzała się z tą opinią. Była pierw-
szą, która przyznawała, że ma nad wyraz 
udane życie.

Dopiero   w   tym   roku   poczuła,   że   zbyt 

wiele   spadło   na   jej   barki.   Jeśli   zobaczy 
jeszcze jedno zdjęcie czterdziestosiedmio-
letniej kobiety uśmiechającej się z okładki 
kobiecego czasopisma, obdarzonej ciałem 
osiemnastolatki,   lśniącą   skórą,   równymi, 
białymi   zębami   i   połyskliwymi   włosami, 
Ethel rzuci się na nie z nożem.

W tym roku po raz pierwszy nie wycze-

237

background image

kiwała   z   niecierpliwością   Bożego   Naro-
dzenia. W tym roku dokonała podsumowa-
nia: na jednej szali położyła żmudne pla-
nowanie, pracę, zmęczenie, łamanie w ko-
ściach, a na drugiej zadowolenie rodziny. 
Z   ciężkim   sercem   uświadomiła   sobie,   że 
nie warto się wysilać.

Nie zrobiła nic dramatycznego. Właści-

wie   w   ogóle   nic   nie   zrobiła.   Nie   kupiła 
choinki,   nie   naprawiła   lampek   i   wysłała 
tylko sześć kartek do ludzi, którzy na nie 
czekali.   W   przeciwieństwie   do   poprzed-
nich lat, tym razem nie było pełnych emo-
cji rozmów o wadze indyka i o tym, jak 
długo trzeba piec szynkę. Nie było list po-
trzebnych   rzeczy   ani   zakupów   późnymi 
wieczorami.   Po   pracy   Ethel   wracała   do 
domu,  przygotowywała  obiad, sprzątała  i 
siadała przed telewizorem.

W końcu coś zauważyli.
– Nie kupisz choinki, Ethel? – spytał po-

238

background image

godnym głosem mąż.

– Choinki? – spojrzała na niego tak, jak-

by mówił o dziwnym, egzotycznym zwy-
czaju, o którym nikt w Irlandii nie słyszał.

Mąż zmarszczył brwi.
– W tym roku Sean kupi choinkę – po-

wiedział,   gromiąc   wzrokiem   starszego 
syna.

–   Babeczki   są   już   gotowe?   –   spytał 

Brian. Ethel uśmiechnęła się z rozmarze-
niem.

– Gotowe? – spytała.
– No, przygotowane, upieczone... W fo-

remkach, jak zawsze – był skonsternowa-
ny.

– W sklepach na pewno nie brak babe-

czek – powiedziała. Mąż Ethel spojrzał na 
Briana i ostrzegawczo pokręcił głową. Te-
mat zawisł w próżni.

Nazajutrz   Theresa   powiedziała   wszyst-

kim, że w zamrażarce nie ma indyka i że w 

239

background image

sklepie   nie   zostało   złożone   zamówienie. 
Ethel głośniej nastawiła telewizor, żeby nie 
słyszeć rodzinnej narady, odbywającej się 
w kuchni.

Przyszli do niej oficjalnie. Przypominali 

delegację   związków   zawodowych   wcho-
dzącą   do   gmachu   sądu   arbitrażowego. 
Albo grupę, która przybyła do ambasady 
obcego państwa, aby doręczyć list prote-
stacyjny.

– W tym roku będzie inaczej, Ethel – 

powiedział   burkliwie   mąż,   nie   przyzwy-
czajony do takich rozmów. – Zrozumieli-
śmy, że nie pomagaliśmy ci w przygoto-
waniach.   Nie   przecz,   omówiliśmy   już 
wszystko i w tym roku będzie inaczej.

–   My   posprzątamy   po   świątecznym 

obiedzie – powiedział Sean.

– I pozbieramy papiery po prezentach – 

dodał Brian.

– A ja polukruję ciasto; wystarczy, że ty 

240

background image

je upieczesz i przybierzesz migdałami.

Spojrzała na nich z uprzejmym uśmie-

chem, jak zawsze.

– To bardzo miło z waszej strony – po-

wiedziała, ale tak, jakby myślami błądziła 
gdzie   indziej.   Wiedziała,   że   chcą   czegoś 
więcej. Chcieli, żeby zerwała się na równe 
nogi, włożyła fartuszek i obiecała, że teraz, 
skoro każde z nich zobowiązało się zrobić 
po jednej rzeczy, ona będzie pracowała jak 
szalona, żeby nadrobić stracony czas. Ale 
jej   brakowało   energii.   Wolałaby,   żeby 
przestali o tym mówić.

Mąż pogładził ją po dłoni.
–   To   nie   są   czcze   obietnice,   Ethel. 

Mamy bardzo konkretne plany i zaczniemy 
jeszcze przed Bożym Narodzeniem. W za-
sadzie zaczynamy jutro. Posiedź tu jeszcze 
i nie wchodź na razie do kuchni, bo chce-
my dokończyć rozmowę.

Ethel   wyciągnęła   się   w   fotelu.   Nie 

241

background image

chciała ich karać, odmawiać im ciepła, ani 
dąsać się w celu wyegzekwowania pomo-
cy.   To   nie   było   starannie   zaplanowane 
zwycięstwo,   ponieważ   wcześniej   przeciw 
nim nie knuła.

Słyszała podniecone głosy i głośne syk-

nięcia, kiedy uciszali się nawzajem. Bar-
dzo chcieli nadgonić lata, kiedy nie zauwa-
żali jej starań. Bo o to właśnie chodziło: 
oni nawet nie zauważali, jak Ethel ciężko 
pracuje.

Nie   zauważyli,   jakie   to   naprawdę   nie-

sprawiedliwe,   gdy   pięć   dorosłych   osób 
wychodzi   rano  do  pracy,  ale  tylko  jedna 
musi   dbać,   żeby   w   domu   wszystko   było 
zrobione jak należy.

Oczywiście mogła zrezygnować z pracy 

i całkowicie poświęcić się rodzinie, ale by-
łaby głupia robiąc to teraz, gdyż wkrótce 
gniazdo opustoszeje. Wszyscy oszczędzają 
na depozyty bankowe i nie dają jej wiele 

242

background image

na utrzymanie, ale są przecież jej rodzony-
mi dziećmi. Nie będzie ich prosiła o zapła-
tę za mieszkanie i wyżywienie.

Nie,   jeśli   nie   widzą,   jak   Ethel   ciężko 

pracuje i jak bardzo jest zmęczona, to tylko 
z jej winy. Powinna raczej powiedzieć: nie 
widzieli. Z przyjemnością słuchała toczą-
cej się w kuchni rozmowy. Teraz już wie-
dzą. Na szczęście. Może jednak nie postą-
piła tak całkiem źle, zachowując się nie-
spokojnie, nawet jeśli w środku nie czuła 
wielkiego zmęczenia i troszeczkę udawała.

Nazajutrz rano spytali ją, o której wraca 

z pracy.

– Jak co dzień, o pół do siódmej – od-

parła.

–   Mogłabyś   nie   wracać   przed   pół   do 

ósmej?

Oczywiście, że tak. Może pójść na her-

batę z Maire, przyjaciółką z pracy. Maire 
mawia, że rodzina traktuje Ethel jak wy-

243

background image

cieraczkę.   Z   przyjemnością   powie   teraz 
Maire,   że   nie   może   wrócić   prosto   do 
domu, bo właśnie rodzina zajęta jest wyrę-
czaniem jej  w przygotowaniach do świąt 
Bożego Narodzenia.

– Możesz pójść do sklepu – powiedziała 

Theresa.

– Mam coś kupić? – zmieszała się Ethel. 

Myślała, że sami zajmą się wszystkim.

Chłopcy zaczęli dawać Theresie znaki.
– Albo możesz zrobić coś innego, jeśli 

masz ochotę – wyjaśniła Theresa.

– Nie zapomnicie o folii? – zaniepokoiła 

się Ethel. Jeśli zamierzają piec ciasta, było-
by przykro, gdyby im czegoś zabrakło.

– O folii? – patrzyli na nią ze zdziwie-

niem.

–   Może   powinnam   wrócić   wcześniej   i 

pomóc... Wszyscy stanowczo zaprzeczyli. 
Nikt tego nie chce. Nie, nie wolno jej się 
pokazywać w domu. Do Bożego Narodze-

244

background image

nia zostały jeszcze cztery dni. To będą wy-
jątkowe święta, Ethel się o tym przekona, 
tylko   nie   może   wracać   do   domu   zbyt 
wcześnie.

Potem wszyscy rozeszli się do pracy i na 

uczelnię.

Ethel   zauważyła,   że   sprzątnięcie   po 

śniadaniu nie należy do nowych zwycza-
jów. Pomyślała sobie jednak, że zachowa-
łaby się jak zrzęda, gdyby miała pretensję 
o to, że musiała zanieść do zlewu pięć fili-
żanek i spodeczków, pięć talerzy i mise-
czek po zupie mlecznej, umyć je i wytrzeć. 
Chciała zostawić im czyściutką kuchnię.

Zdziwiła się, że nie wyjęli książek ku-

charskich. Położyła je teraz w widocznym 
miejscu, razem z wyciętymi z gazet przepi-
sami,   przypiętymi   do  książek  spinaczami 
do bielizny. Musiała się pospieszyć, żeby 
zdążyć do pracy.

Maire bardzo ucieszyło zaproszenie na 

245

background image

herbatę.

–   Co   się   stało?   Wszyscy   polecieli   na 

wyspy Bahama, a ciebie zostawili w domu, 
czy tak? – spytała.

Ethel roześmiała się. Maire zawsze żar-

towała sobie z mężatek.

Nie zdradziła jednak swojej tajemnicy, 

nie wspomniała o rodzinie, która wszystko 
za nią zrobi. W biurze panowało podniece-
nie.   W   nowym   roku   miano   zmienić   wy-
strój wnętrz, więc wyprzedawano stare me-
ble po śmiesznie niskich cenach. Ethel za-
stanawiała się, czy Sean będzie chciał sto-
lik pod komputer, a Brian małe biurko. Te-
raz   są   warci   każdego   prezentu.   A   może 
używane meble będą wyglądały źle? Jakby 
jej na dzieciach nie zależało?

Nie  przyzwyczajona  do alkoholu, wra-

cając do domu po wypiciu podwójnej whi-
sky, Ethel czuła w głowie lekki zamęt.

– Jestem – zawołała od drzwi. – Mogę 

246

background image

wejść do kuchni?

Stali i czekali na nią, onieśmieleni i pod-

nieceni. Ethel była rozrzewniona. Podczas 
gdy ona siedząc wygodnie popijała whisky 
z   cytryną   i   goździkami,   i   rozmawiała   z 
Maire o nowym wystroju biura, oni praco-
wali jak niewolnicy. Biedna Maire musiała 
wracać   do   pustego   mieszkania,   podczas 
gdy Ethel ma rodzinę, która obiecała, że w 
tym roku będzie inaczej. Poczuła łaskota-
nie w oczach i w nosie, co zapowiadało, że 
chyba się rozpłacze.

Nie   potrafiła   sobie   przypomnieć,   żeby 

kiedykolwiek zrobili jej jakąś niespodzian-
kę. Dlatego ta jest tak niezwykła. Na uro-
dziny Ethel dostawała od męża kilka bank-
notów z prośbą, żeby kupiła sobie coś ład-
nego.   Dzieci   dawały   jej   życzenia   na   pi-
śmie. Nie w każdym roku. Na Boże Naro-
dzenie robili składkę i kupowali jej coś do 
domu. W zeszłym roku dostała elektryczny 

247

background image

otwieracz do konserw. Dwa lata temu wa-
łek.   Skąd   miała   wiedzieć,   że   teraz   się 
zmienią?

Wszyscy   patrzyli   na   nią   wyczekująco. 

Chcieli, żeby to, co zrobili, zachwyciło ją.

Miała nadzieję, że znaleźli kandyzowa-

ne   skórki   pomarańczy,   schowane   w   nie 
podpisanym   pudełku,   ale   nawet   jeśli   ich 
nie znaleźli, nie będzie krytykowała. Ro-
zejrzała się po kuchni. Nigdzie nie było ani 
śladu pieczenia, mieszania, ubijania, przy-
gotowywania... Mimo to wszyscy patrzyli 
na nią wyczekująco.

Spojrzała tam, gdzie oni zerkali. Jedyny 

nadający się do pracy, wolny blat zajmo-
wał teraz duży, nieładny telewizor, ze ster-
czącą u góry anteną, co utrudniało dostęp 
do wyższych półek.

Odsunęli  się,  żeby  Ethel  mogła  podzi-

wiać nowy odbiornik w całej okazałości. 
Sean okręcił się jak artysta cyrkowy.

248

background image

–   Hokus-pokus!   –   zawołał.   Telewizor 

był czarno-biały.

– Ma bardzo ostry obraz – powiedział 

Sean.

– Mówią, że stare modele mają lepszy 

obraz niż nowe – uspokoiła matkę Theresa.

–   Wystarczy   ci   jeden   program.   Lepiej 

mieć zbyt mały wybór, niż zbyt duży – po-
wiedział Brian.

– Mówiłem ci, że te święta będą się róż-

nić od poprzednich – powiedział z dumą 
mąż.

Teraz może oglądać telewizję tak samo 

często, jak oni. Będzie znała wszystkie ak-
tualności, nie  przerywając  sobie  pracy w 
kuchni.

Stali wokół niej pełni dobrej woli, cze-

kając aż powie, co o tym myśli. Słyszała 
ich głosy, dochodzące jakby z bardzo dale-
ka. Sean zna kogoś, kto naprawia stare te-
lewizory, tata dał pieniądze, Brian pojechał 

249

background image

po aparat czyimś samochodem, a Theresa 
kupiła gniazdko i podłączyła telewizor.

Długie   lata,   podczas   których   ukrywała 

rozczarowanie,   przyszły   Ethel   z   pomocą. 
Mięśnie   twarzy   same   zaczęły   pracować. 
Usta   ułożyły   się   do   pełnego   zachwytu 
„Ach!”, w oczach odmalowało się zasko-
czenie i zadowolenie, a dłonie same złoży-
ły się jak do modlitwy.

Z wprawą zawodowej tancerki wykony-

wała gesty, których po niej oczekiwali. Jej 
ręka   automatycznie   się   wyciągnęła,   żeby 
pogłaskać brzydki, niekształtny telewizor, 
zajmujący znaczną część maleńkiej kuch-
ni.

Potem   wszyscy   wyszli,   szczęśliwi,   że 

kupili jej prezent, który wszystko zmieni, a 
Ethel została w kuchni, żeby przygotować 
kolację.

Zdjęła płaszcz i zawiązała fartuch. Popa-

trzyła   na   półki   ukryte   za   telewizorem   i 

250

background image

przez chwilę zastanawiała się, jak poprze-
stawia umieszczone na nich rzeczy. Czuła 
dziwną obojętność. W głowie słyszała gło-
sy obiecujące, że to Boże Narodzenie bę-
dzie zupełnie inne.

Mieli   rację,   Ethel   się   zmieniła,   ale   na 

pewno nie z powodu nieudanego prezentu 
świadczącego o tym, że jej miejsce aż do 
końca życia widzą w kuchni.

Nakłuwając kiełbaski i obierając ziem-

niaki, zrozumiała wszystko. Po raz pierw-
szy w życiu zrobili coś dla niej. Nie to, co 
chciała, ale jednak coś. Dlaczego? Ponie-
waż była smutna. Nie chciała się dąsać, ale 
tak   było.   Inne   kobiety   robią   to   częściej. 
Kobiety wydymające usta, użalające się i 
oczekujące pochwał. Nie czyniąc przygo-
towań do świąt Bożego Narodzenia, uzy-
skała coś od nich. Co dalej?

Włączyła trzeszczący telewizor i z zain-

teresowaniem spojrzała na pokryty śnieżną 

251

background image

kaszką ekran. Dobry początek. Nie będzie 
się   spieszyła.   W   jeden   dzień   nie   zmieni 
wieloletniego   zwyczaju   usługiwania   im. 
Nie może zmieniać się zbyt szybko, bo po-
myślą,   że   to   tylko   nerwy,   że   przechodzi 
trudny okres i wyślą ją na rozmowę z miłą 
osobą w białym fartuchu, która przepisze 
jej środki uspokajające. Ethel nie przesta-
nie nagle zajmować się domem. Będzie się 
zmieniała powoli.

Spojrzała na nich. Siedzieli przed kolo-

rowym telewizorem zadowoleni, że zrobili 
to, co powinni i że wkrótce dostaną kola-
cję.   Nie   mieli   pojęcia,   że   od   tej   pory 
wszystko   będzie   wyglądało   zupełnie   ina-
czej.

252

background image

Czas nerwowej krzątaniny

Pani Doyle zwykle zaczynała się krzątać 

już   w   październiku.   Miała   przecież   tak 
dużo do zrobienia! Trzeba było upiec bo-
żonarodzeniowe ciasta i puddingi oraz po-
wyjmować   różne   rzeczy,   używane   raz   w 
roku. Jej dzieci miały ochotę wbijać zęby 
w ściany, zwłaszcza, że nie były już dzieć-
mi. Były dorosłe.

Zaczynało się na przykład od tego, iż za-

uważała,  że   zgubiła  przepis   na  ciasto  od 
Theodory,   i   wyrzucała   wszystko   na   stół. 
Przy   tej   okazji   odkrywała   inne   straszne 
rzeczy: listy, na które nie odpisała, i wzory 
robótek,   które   obiecała   dać   koleżankom. 
Wszędzie   panował   bałagan   i   zamęt,   co 
było kolejnym dowodem na to, jak wiele 

253

background image

jest do zrobienia.

– Kupiłam jej specjalny album na prze-

pisy – jęczała Brenda. – Zaczęłam nawet 
wkładać wycinki do albumu, ale ona je z 
niego wyciąga i gubi. To beznadziejne.

Mieszkanie Brendy byłoby w stanie za-

dowolić   nawet   dobrego   specjalistę   od 
praktycznego urządzania biur. Ona zawsze 
wiedziała, gdzie należy szukać przepisu na 
ciasto Theodory i kiedy upływa termin wy-
syłania kartek świątecznych do Ameryki. 
Robiła dla mamy odbitki zgubionych nota-
tek, ale to tylko pogarszało sprawę, bo pani 
Doyle i tak łamała sobie głowę nad tym, 
gdzie się mogły podziać oryginały.

Druga córka, Cathy, za każdym razem, 

kiedy pani Doyle zaczynała bożonarodze-
niową   krzątaninę,   leżała   przez   godzinę   z 
zimnym kompresem na oczach. Dla Cathy 
obiad bożonarodzeniowy był jednym z naj-
łatwiejszych do przyrządzenia posiłków w 

254

background image

roku. Wystarczyło włożyć ptaka do piekar-
nika, a kiedy będzie gotowy – pokroić go 
na porcje i zjeść. Poza tym potrzebne są 
tylko ziemniaki, brukselka, sos chlebowy i 
nadzienie, ale, mówiąc szczerze, jeśli nie 
wrzuci   się   do   garnka   brudnej   ścierki, 
wszystko na pewno wyjdzie dobrze i nie 
ma się czego bać. Pani Doyle po wielekroć 
przeglądała   swoje   zapiski,   zastanawiając 
się, co trzeba zrobić w dzień poprzedzają-
cy Boże Narodzenie i o której trzeba rano 
wstać. Można by pomyśleć, że pani Doyle 
kieruje centrum kontroli na przylądku Ca-
naveral, a chodziło przecież tylko o obiad 
dla dwóch córek, syna i dodatkowo dwójki 
małżonków jej dzieci. Posiłek dla sześciu 
osób   to   przecież   nie   wysyłanie   w   prze-
strzeń rakiety kosmicznej.

Michael Doyle mawiał czasami, że miał-

by  ochotę  położyć  się  na  podłodze  i   nie 
wstać,   dopóki   Boże   Narodzenie   się   nie 

255

background image

skończy i matka nie zacznie mówić o kosz-
tach. Na próżno prosił ją, żeby się tym nie 
martwiła. Musi kupić tylko indyka i część 
jarzyn. Pudding i ciasto upiecze wcześniej. 
Brenda, Cathy i Michael przyniosą wino, 
czekoladki z likierem i inne smakołyki, ta-
kie   jak  herbatniki  w   puszkach  i  chrupki, 
oraz zapasowy komplet lampek na choin-
kę,   ponieważ   lampki   prawie   co   roku   się 
psują.

Co roku wszyscy wracali do swoich do-

mów  zmęczeni i spięci. Bożonarodzenio-
wego ducha gasiła krzątanina i bieganina 
kobiety   nie   potrafiącej   się   odprężyć   ani 
cieszyć rodziną, zgromadzoną pod wspól-
nym dachem w świąteczny dzień.

Brenda postanowiła, że w tym roku bę-

dzie inaczej. Brenda nie miała męża, w ży-
ciu zawodowym odnosiła tylko sukcesy i 
dlatego pozwalano jej rządzić się bardziej 
niż   innym.   Prawdę   mówiąc,   doskonale 

256

background image

nadawała się do roli przywódcy i w tym 
roku podjęła się jej z zapałem.

Trzeba było pomyśleć o dzidziusiu Ca-

thy,   wspaniałym   pięciomiesięcznym 
chłopczyku, który nikomu nie sprawi kło-
potu i spokojnie prześpi szalejącą na dole 
burzę i krzątaninę, jeśli tylko pani Doyle 
mu pozwoli. Cathy jest zmęczona bardziej 
niż   zwykle,   nie   przyzwyczajona   do   bez-
sennych nocy. Nie powinna zamartwiać się 
problemami mamy. Żona Michaela, Rosę, 
jest w ciąży i jej również może zaszkodzić 
niespokojna, napięta atmosfera. Potrzebuje 
spokoju i okazji do rozmowy o porodzie i 
o dzieciach z bardziej od niej doświadczo-
ną szwagierką.

We wrześniu Brenda ustaliła plan dzia-

łania.   Powiedzieli   pani   Doyle,   że   w   tym 
roku   wyręczą   ją   i   sami   przygotują   świą-
teczny obiad. Cathy upiecze ciasto, Rosę 
zrobi puddingi, a w dniu Bożego Narodze-

257

background image

nia   daniem   głównym   zajmie   się   Brenda. 
Pani   Doyle   będzie   mogła   odpoczywać. 
Sami wybiorą i przystroją choinkę. Kupią 
nawet   kartki   świąteczne   i   znaczki,   żeby 
mama nie musiała stać na poczcie w kolej-
ce.   Pani   Doyle   protestowała,   ale   dzieci 
zgodnym   chórem   twierdziły,   że   już   zbyt 
długo wszystko za nie robiła i teraz powin-
na nastąpić zamiana ról.

Im bliżej było do świąt, tym częściej się 

dziwili, że nie wpadli na ten pomysł wcze-
śniej.   Pani   Doyle   jeszcze   nigdy   nie   była 
tak spokojna. Czasem zaczynała jakieś peł-
ne niepokoju zdanie, ale zaraz sobie przy-
pominała, że nie ciążą na niej żadne uciąż-
liwe obowiązki i nabierała wody w usta. 
Wszyscy mieszkali blisko, więc codziennie 
ktoś do niej wpadał. Brenda, Cathy i Mi-
chael gratulowali sobie, ponieważ zmniej-
szyli   niespokojną   krzątaninę   o   jakieś 
osiemdziesiąt   procent.   Pani   Doyle   nadal 

258

background image

martwiła się gołoledzią na drodze albo, czy 
nie przykleiła za mało znaczków na kalen-
darzu, który wysłała  kuzynce, lecz  na  to 
już nic nie można było poradzić. W każ-
dym razie uzdrowili wszystko, co można 
było uzdrowić.

W wigilię Bożego Narodzenia dom wy-

glądał odświętnie. Ustawili choinkę, więk-
szą i ładniej przystrojoną niż w minionych 
latach. Michael i Brenda mieli wiele rado-
ści przy ubieraniu jej. Śmiali się i wypili 
po kieliszku pomarańczówki. Czuli się tak, 
jakby   wróciło   ich   dzieciństwo.   Cathy 
ozdobiła   pokój   gałązkami   choinki.   Brian 
przybił je wysoko, żeby nikt się nie podra-
pał,   co   często   się   zdarzało,   kiedy   pani 
Doyle sama wtykała małe, kłujące gałązki 
za   obrazy.   Kupili   jaskrawoczerwone   ser-
wetki i kolorowe herbatniki. Michael do-
pilnował, żeby nie zabrakło brykietów do 
kominka ani zapałek. Przed wyjściem roz-

259

background image

stawili stół. Ucałowali panią Doyle i poże-
gnali się z nią, z niecierpliwością wycze-
kując   Bożego   Narodzenia   szczęśliwszego 
od poprzednich.

Pani   Doyle   chodziła   po   ciepłym,   wy-

sprzątanym   domu.   Przygotowując   się   do 
jutrzejszego   obiadu,   Brenda   zrobiła   po-
rządki. Garnki z ziemniakami i brukselką 
lśniły bardziej niż zwykle. Indyk, nadzie-
nie z kasztanów i nadzienie z mięsa i kieł-
basy stały przykryte folią. Pani Doyle mia-
ła nazajutrz, o jedenastej rano, wstawić je 
do pieca. Nic więcej nie musi robić. Może 
zajrzy   do   szuflady   i   uporządkuje   stare 
przepisy? Brenda ucieszy się, kiedy zoba-
czy   je   w   albumie.   Ale   proszę,   proszę! 
Brenda już zrobiła z nimi porządek i uło-
żyła   starannie   w   albumie.   W   szufladach 
panował   podejrzany   ład.   Pani   Doyle   nie 
mogła sobie przypomnieć, czego tu braku-
je, czuła jednak, że wiele rzeczy wylądo-

260

background image

wało w koszu na śmieci.

Postanowiła wyczyścić szafkę z produk-

tami   spożywczymi,   żeby   zrobić   na   dzie-
ciach   wrażenie,   kiedy   przyjdą   pomóc   w 
zmywaniu. W szafce było jednak czysto; 
wszystkie   półki   przykryte   białym   papie-
rem. Najwyraźniej nowym. Tak, to robota 
Cathy i Rosę. Zrobiły porządek w szafce, 
kiedy się śmiały i rozmawiały o dzieciach i 
o bólu w plecach. Kazały pani Doyle opu-
ścić  kuchnię  i usiąść  przy kominku.  Ku-
chenne ręczniczki zostały wyprane i roz-
wieszone na oparciach krzeseł – do rana na 
pewno będą suche. Nawet taca na śniada-
nie pani Doyle stała przygotowana, żeby, 
kiedy wróci po mszy i będzie oczekiwała 
dzieci, zjadła gotowane jajko. O jedenastej 
musi odbyć wielką podróż, żeby wstawić 
indyka do pieca, potem pozostanie już tyl-
ko czekać, nic nie robiąc. Zapowiada się 
naprawdę   spokojny   dzień,   nie   to,   co   w 

261

background image

ubiegłych   latach.   Pani   Doyle   ma   dobre 
dzieci. Bardzo dobre!

Usiadła przed kominkiem i pomyślała o 

Jamesie. Wzięła z kominka jego zdjęcie i 
zapatrzyła się na nie. To będzie już dwuna-
ste   Boże   Narodzenie   bez   męża.   Miałby 
sześćdziesiąt   dwa   lata,   gdyby   żył;   tyle 
samo, co pani Doyle. Nie byłby wcale sta-
ry. Zna wiele małżeństw starszych od nich, 
w których i mąż, i żona żyją do dzisiaj. 
Sześćdziesiąt dwa lata to zbyt mało jak na 
wdowę od dwunastu lat. James nie powi-
nien   był   tak   umrzeć.   Ledwie   się   zdążyli 
pożegnać i już odszedł. Jej oczy napełniły 
się   łzami,   kiedy   usłyszała   śpiewających 
kolędników.   Boże   Narodzenie   to   trudny 
czas dla wdów i dla ludzi mieszkających 
samotnie.

Za nic nie chciałaby mieć jutro opuch-

niętych oczu. Córki przyglądałyby się jej 
podejrzliwie i wypytywały.

262

background image

Nie!   Lepiej   powspominać   przyjemne 

chwile ze wspólnego życia z Jamesem. Jak 
on   się   cieszył,   kiedy   rodziły   się   dzieci! 
Przy   narodzinach   pierwszej   córki   stawiał 
drinka   przygodnie   spotkanym   ludziom. 
Kiedy   przyszedł   na   świat   pierwszy   syn, 
biegał   od   jednych   sąsiadów   do   drugich, 
pukając do okien. Wszystkim opowiadał o 
sukcesach   członków   rodziny,   o   doskona-
łych   wynikach   egzaminów   i   o   tym,   jaką 
niesprawiedliwością   jest,   że   Michael   nie 
dostał   pracy.   Przypomniała   sobie,   jak   z 
uśmiechem na ustach wracał do domu. Nie 
chciała   myśleć   o   ostatnich   miesiącach,   o 
bólu i przerażeniu w jego oczach, o cią-
głych pytaniach i ciągłych kłamliwych od-
powiedziach: „Oczywiście, że nie umrzesz, 
James, nie bądź śmieszny”.

W tym roku trudniej jej było o tym nie 

myśleć. Nie wiedziała dlaczego, ale czuła 
ciężar na duszy.

263

background image

Dzieci przyszły z naręczami prezentów. 

Wszyscy sąsiedzi na całej ulicy zobaczyli, 
że kochają panią Doyle i troszczą się o nią. 
Widzieli w jej oknie jasno oświetloną cho-
inkę, a nawet – być może – śliczne, wypo-
lerowane przedmioty z mosiądzu. Brenda 
wyczyściła je dokładnie, kiedy matka nie 
patrzyła.

Obiad zjedli w spokoju. Matka siedziała 

w swoim fotelu, maluch cały czas spał na 
górze, a Michael i Rosę, szczęśliwi ponad 
miarę, rozmawiali o tym, że w przyszłym 
roku przyjdą na przyjęcie z własnym nie-
mowlęciem.   Brenda   była   duszą   towarzy-
stwa. Powiedziała, że ma poważne zamiary 
wobec pewnego wdowca, który niedawno 
podjął pracę w jej biurze i że jeśli dobrze 
rozegra   swoje   karty,   w   przyszłym   roku 
może zaprosi go na Boże Narodzenie.

Wszyscy   zgodnie   twierdzili,   że   mają 

najbardziej udane Boże Narodzenie.

264

background image

– Od kiedy umarł wasz ojciec – powie-

działa pani Doyle.

– Oczywiście – zgodził się z nią Micha-

el.

– To właśnie mieliśmy na myśli – przy-

taknęła Cathy.

– Jak najbardziej, chodziło nam o te lata 

po śmierci taty – potwierdziła Brenda.

Byli zdziwieni. Zwykle w okresie świą-

tecznym pani Doyle nie wspominała o ta-
cie.   Na   szczęście   nie   sprawiała   wrażenia 
zasmuconej.   Wyglądało   raczej   na   to,   że 
chciała ustalić fakty.

Tym razem nie zbierali się pospiesznie 

do swoich domów. Spokojnie zmywali na-
czynia, a ci, którzy akurat byli wolni, sie-
dzieli przy płonącym w kominku ogniu i 
rozmawiali z panią Doyle. Obejrzeli tele-
wizję i poszli na spacer, wszyscy z wyjąt-
kiem Cathy i Rosę, które pilnowały jedne-
go dziecka, rozmawiając o drugim.

265

background image

Potem zaparzyli herbatę i przynieśli cia-

sto. Dużo później zjedli trochę indyka na 
zimno, z chlebem upieczonym przez Bren-
dę. Śliczne papiery po prezentach zostały 
pozbierane   i   schowane   w   dolnej   szufla-
dzie.   Pani   Doyle   nigdy   nie   potrafiła   się 
zdecydować, czy je wyrzucić, czy zatrzy-
mać. W tym roku dzieci podjęły decyzję za 
nią. Jej prezenty ustawili na kredensie. Per-
fumy, talk, komplet składający się z długo-
pisu   i   ołówka,   prenumerata   na   tygodnik, 
ręcznie haftowana okładka na książkę i bu-
telka pomarańczy w likierze – prezenty dla 
kobiety, o której  się  w Boże Narodzenie 
pamięta.

Dlaczego   pani   Doyle   czuła   się   nie   do 

końca zadowolona? Może z powodu listy. 
Brenda zapisała, kto co dał. Żeby uniknąć 
zamieszania   –   wyjaśniała   –   kiedy   pani 
Doyle  będzie  pisała  podziękowania. Tak. 
To   rzeczywiście   ułatwi   sprawę,   ale   pani 

266

background image

Doyle ma dopiero sześćdziesiąt dwa lata, a 
nie   dziewięćdziesiąt   dwa.   Nie   muszą   za-
kładać jej śliniaka i karmić łyżeczką. Nie 
muszą przemawiać do niej jak do dziecka. 
Po co zapisywać, kto jej co dał? Przecież 
na   jej   głowie   nie   spoczywa   zbyt   wiele 
spraw. Przypominanie sobie, kto jej co dał, 
mogłoby sprawić pani Doyle przyjemność.

Zazwyczaj   w   Boże   Narodzenie   pani 

Doyle kładła się spać wyczerpana. W tym 
roku długo siedziała przy kominku zapa-
trzona w zdjęcie Jima. Rozmyślała, dlacze-
go Bóg – jeśli jest taki dobry, jak dzisiaj 
rano   mówił   ksiądz   –   pozwolił   mu   przez 
tyle miesięcy cierpieć, bać się, by w końcu 
umrzeć.   Nie   rozwiązała   problemu,   tylko 
wzbudziła w sobie poczucie winy z powo-
du tego, że myśli źle o Bogu. Położyła się 
do łóżka, ale bardzo długo leżała w ciem-
nościach, z otwartymi oczami.

W tygodniu po Bożym Narodzeniu czę-

267

background image

sto do niej wpadali. Zawsze tak było: przy-
chodzili i wychodzili, kiedy mieli ochotę. 
Zwykle pani Doyle krzątała się niespokoj-
nie i mówiła, że właśnie zamierzała upiec 
rożki.  W   tym   roku  wszystko  zostało  do-
skonale zorganizowane, jak kampania wo-
jenna. Rano wpadli Rosę i Michael, przy-
nosząc jej talerz pełen kanapek z szynką na 
wypadek, gdyby ktoś jeszcze ją odwiedził. 
Po południu przyszli Cathy i Brian, i za-
nim pani Doyle zdążyła zauważyć, co się 
dzieje, zaparzyli herbatę. Cathy kupiła coś, 
co stawało się whisky z cytryną z goździ-
kami, wystarczyło tylko dodać trochę go-
rącej   wody.   Kiedy   pojawiła   się   Brenda, 
podwieczorek był gotowy.

Wszyscy jednak czuli, że coś jest nie w 

porządku. Mama była zbyt milcząca i nie-
naturalnie spokojna. Nie odzywała się nie 
pytana. Nie miała żadnych poglądów, na 
nic się nie skarżyła i w ogóle miała niewie-

268

background image

le do powiedzenia.

Urządzili naradę. To raczej nie przezię-

bienie. Zapewniała ich przecież, że nic jej 
nie dolega. Że coś jest nie tak, zorientowali 
się w środę; w czwartek nic się nie zmie-
niało. W sobotę mama była w ponurym na-
stroju.

Brenda   domyśliła   się   prawdy.   Mama 

wprawdzie nie musi się krzątać po domu, 
ale   też   nie   ma   nic   do   roboty.   Nerwowa 
krzątanina, jak epicentrum huraganu, stała 
się motorem życia mamy. Kiedy tego za-
brakło,   nie   zostało   nic.   Inni   uważali,   że 
Brenda   przesadza.   Przecież   święta   były 
bardzo udane.

– Dla nas – stwierdziła ponurym głosem 

Brenda. – Dla nas udane.

W sobotę poszła odwiedzić mamę. Nie 

uprzedziła jej wcześniej, więc nic nie było 
przygotowane.   Cierpliwie   czekała,   aż 
mama wpadnie w zwykły nastrój, zacznie 

269

background image

stękać i jęczeć, skarżąc się na to, że sklepy 
ciągle   otwierają   i   zamykają,   i   nigdy   nie 
wiadomo, na co można liczyć. Brenda ki-
wała głową ze współczuciem. Nie postawi-
ła na stół jedzenia z własnej, doskonale za-
opatrzonej lodówki czy spiżarni; powstrzy-
mała   się   w   ostatniej   chwili.   Pozwoliła, 
żeby nerwowa krzątanina przerodziła się w 
prawdziwą burzę.

Potem wyciągnęła asa z rękawa.
– Idziesz na wyprzedaże? – spytała. – W 

sklepach zawsze są takie tłumy, że trudno 
się zdecydować, co wybrać.

Pani Doyle okazała zainteresowanie.
– Sama nie wiem, czy warto pójść – cią-

gnęła Brenda. – To prawdziwa męczarnia, 
jednak z drugiej strony czasem udaje się 
coś   kupić   po   naprawdę   okazyjnej   cenie. 
Jak myślisz, czy lepiej iść z samego rana i 
stać w kolejce, czy zaczekać, aż tłum się 
przerzedzi?

270

background image

Wysiłek Brendy został nagrodzony. Na 

twarzy pani Doyle pojawiła się chęć życia. 
Z zapałem zaczęła rozprawiać o trudzie i 
zmęczeniu, o tym, co jest wartościowe, a 
co nie, jak odróżnić buble, których sprze-
dawcy chcą się pozbyć przy okazji poświą-
tecznych wyprzedaży, od tego, co jest na-
prawdę warte zainteresowania. Potem zaję-
ła się szukaniem zbieranych przez cały rok 
wycinków   z   gazet   podpowiadających,   co 
opłaca się kupić, jeśli cena zostanie obni-
żona o jedną trzecią. Brenda westchnęła; 
zrozumiała, że wrócił czas nerwowej krzą-
taniny   i   że,   mimo   nadzwyczaj   udanych 
świąt, wszystko jest w najlepszym porząd-
ku.

271

background image

„Typowe irlandzkie 

Narodzenie...”

Wszyscy w biurze chcieli zaprosić Bena 

na   święta.   Był   już   zmęczony   tłumacze-
niem, że nie trzeba.

Nie wyglądał dobrze i wydawało się, że 

coś musi być z nim nie w porządku. Czy 
mogło być inaczej? Wszystko przypomina-
ło mu o Ellen. Ludzie spieszący na spotka-
nie   w   restauracji,   ludzie   niosący   kwiaty, 
ludzie spędzający wieczór w domu i poza 
domem.

Dla   Bena   Boże   Narodzenie   będzie 

straszne.

Dlatego każdy znajdował jakiś  powód, 

żeby go zaprosić.

Święto Dziękczynienia spędził u Harry-

272

background image

’ego i Jeannie, z ich dziećmi. Nawet nie 
podejrzewali, jak czas mu się dłużył, jak 
łykowaty był indyk i jak bardzo niesmacz-
ne tradycyjne ciasto z dyni; tylko z tego 
powodu, że przy stole brakowało Ellen.

Uśmiechał się, dziękował im i próbował 

być dobrym kompanem, ale serce miał jak 
z ołowiu. Obiecał Ellen, że po jej śmierci 
nie będzie unikał towarzystwa i nie zmieni 
się w odludka, zajmującego się wyłącznie 
pracą.

Nie dotrzymał obietnicy.
Ale Ellen nie mogła wiedzieć, że będzie 

tak ciężko. Nie potrafiła sobie wyobrazić 
przeszywającej go na wylot tęsknoty. Sie-
dząc w dniu Święta Dziękczynienia przy 
jednym stole z Harrym i Jeannie wspomi-
nał ubiegły rok, kiedy Ellen żyła, a cień 
choroby,   która   zabrała   żonę,   jeszcze   na 
nich nie padł.

Ben naprawdę nie mógł i nie chciał spę-

273

background image

dzać   z   kimś   Bożego   Narodzenia.   Okres 
świąteczny zawsze był dla nich szczegól-
ny. Razem ubierali choinkę, śmiejąc się i 
często   przytulając.   Ellen   opowiadała   o 
wielkich drzewach w lasach jej rodzinnego 
kraju – Szwecji, a on o choinkach kupowa-
nych w sklepach Brooklynu w wigilię Bo-
żego Narodzenia, późnym wieczorem, kie-
dy ruch był już bardzo mały i ceny obniża-
no o połowę.

Nie mieli dzieci, ale niektórzy mówili, 

że   przez   to   jeszcze   bardziej   się   kochają. 
Nie mieli nikogo innego do kochania; ni-
kogo, kto by ich rozpraszał. Ellen praco-
wała nie mniej ciężko od Bena, ale znajdo-
wała jeszcze czas na pieczenie ciast i pud-
dingów, i na moczenie wędzonej ryby w 
specjalnej zalewie.

– Muszę się starać, żebyś mnie nie zo-

stawił dla innej... – powiedziała. – Ale kto 
by ci przygotował tyle dań na Boże Naro-

274

background image

dzenie?

Nigdy by jej nie zostawił, a teraz trudno 

mu jest uwierzyć, że ona odeszła od niego 
w słoneczny, wiosenny dzień.

Boże   Narodzenie   w   Nowym   Jorku   z 

kimś innym niż Ellen byłoby nie do znie-
sienia.   Wszyscy   okazywali   mu   serdecz-
ność i troskę. Nie mógł im powiedzieć, że 
robi mu się niedobrze od tej ich gościnno-
ści. Będzie  musiał  udawać, że  wyjeżdża. 
Ale dokąd?

Codziennie w drodze do pracy mijał biu-

ro podróży, na którego wystawie widniały 
zdjęcia z Irlandii. Sam nie wiedział, co za-
decydowało, że wybrał ów kraj. Może dla-
tego, że nigdy tam nie był z Ellen?

Zawsze  mówiła, że tęskni za słońcem. 

Biedni są ci ludzie z północy, tak bardzo 
spragnieni   słońca.   Co   roku   zimą   miała 
ochotę jechać do Meksyku albo na Hawa-
je; i jechali tam. Jasna skóra Ellen nabiera-

275

background image

ła złocistego koloru. Dużo spacerowali, za-
wsze zbyt zajęci sobą, żeby zauważać tych, 
którzy podróżują samotnie.

A tamci pewnie się do nich uśmiechali – 

rozmyślał   Ben.   Ellen   zawsze   była   pełna 
ciepła i życzliwości, i z pewnością rozma-
wiała z samotnymi, on jednak nie potrafił 
sobie tego przypomnieć.

– Boże Narodzenie spędzę w Irlandii – 

mówił ludziom.

– Trochę popracuję, a trochę wypocznę.
Mówił to zdecydowanym tonem, dając 

do zrozumienia, że dobrze wie, co robi.

Z ich twarzy mógł wyczytać zadowole-

nie, że coś sobie zaplanował. Dziwiło go, 
że tak łatwo przyjmowali  jego tłumacze-
nie. Gdyby kilka miesięcy temu jakiś kole-
ga powiedział, że wyjeżdża do Irlandii po-
pracować   i   odpocząć,   zapewne   Ben   też 
przytakiwałby   zadowolony,   że   wszystko 
się dobrze układa.

276

background image

Ludzie   rzadko   zastanawiają   się   głębiej 

nad drugim człowiekiem.

Wstąpił do biura podróży, żeby zarezer-

wować miejsce.

Za   ladą   siedziała   drobna,   czarnowłosa 

dziewczyna z piegami na nosie. Latem El-
len   też   dostawała   piegów,   które   dziwnie 
wyglądały w Nowym Jorku, w chłodny, zi-
mowy dzień.

Pracownica biura miała przypięty do ża-

kietu identyfikator z imieniem Fionnula.

–   To   niespotykane   imię   –   powiedział 

Ben.

Podał jej służbową wizytówkę i poprosił 

o przesłanie broszurki z informacją o świę-
tach Bożego Narodzenia w Irlandii.

– Jeśli pan tam pojedzie, pozna pan wie-

le ciekawych zwyczajów – powiedziała. – 
Ucieka pan przed czymś?

Ben był zaskoczony. Nie spodziewał się 

takiego pytania.

277

background image

– Dlaczego panią to interesuje? – chciał 

wiedzieć.

–   Na   wizytówce   przeczytałam,   że   jest 

pan   wiceprezesem.   Tacy   ludzie   nie   zała-
twiają   swoich   spraw   osobiście.   Zwykle 
przysyłają   sekretarki.   To   dziwne,   że   pan 
postąpił inaczej.

Mówiła z irlandzkim akcentem. Ben po-

czuł się tak, jakby już znalazł się w kraju, 
gdzie ludzie stawiają niezwykłe pytania i 
są ciekawi odpowiedzi.

– Rzeczywiście chcę uciec, ale nie przed 

ręką sprawiedliwości, tylko przed kolega-
mi, którzy koniecznie chcą mnie widzieć u 
siebie w te święta.

– A pan ma inne plany? – spytała Fion-

nula.

– W kwietniu zmarła moja żona.
Powiedział to wprost, jak nigdy dotąd. 

Fionnula wydawała się przejęta.

–   W   takim   razie   pewnie   nie   ma   pan 

278

background image

ochoty na huczne obchodzenie świąt.

–   Nie,   chciałbym   zobaczyć   typowe   ir-

landzkie Boże Narodzenie – powiedział.

– Nie ma czegoś takiego; podobnie, jak 

nie ma typowego amerykańskiego Bożego 
Narodzenia. Jeśli zdecyduje się pan na któ-
reś   z   miast,   mogę   panu   zarezerwować 
miejsce w hotelu, gdzie będzie świąteczny 
program, wycieczka na wyścigi, na tańce i 
wyprawa do pubów... Albo może pan wy-
brać  wieś  z  polowaniem,  odrobiną  ruchu 
na  świeżym  powietrzu... Mógłby pan też 
wynająć domek i nie musiałby pan nikogo 
widzieć, ale wtedy pewnie czułby się pan 
samotny...

– Co by mi pani radziła? – spytał Ben.
– Nie wiem, na co miałby pan ochotę. 

Niech mi pan powie coś więcej o sobie. – 
Była nieskomplikowana i bezpośrednia.

–   Jeśli   w   taki   sposób   załatwia   pani 

wszystkich klientów, to pewnie nie zara-

279

background image

biacie   zbyt   wiele.  Wybór   odpowiedniego 
miejsca trwa chyba ze trzy tygodnie.

Fionnula spojrzała na niego żywo.
– Nie każdego klienta tak traktuję. Pan 

stracił   żonę,   to   co   innego.   Musimy   pana 
wysłać w dobre miejsce.

To prawda, Ben stracił żonę. Oczy za-

szły mu łzami.

– Nie chciałby pan patrzeć na szczęśliwą 

rodzinkę?   –   spytała   Fionnula,   udając,   że 
nie widzi jego łez.

– Chyba że byłby to ktoś tak jak ja skry-

ty i lubiący samotność.

– Bardzo pan musi cierpieć – stwierdzi-

ła, pełna współczucia.

– Świat się od tego nie zawali. W mie-

ście nie brakuje ludzi, którzy stracili bliską 
osobę. – Ben znów schował się, jak ślimak 
w skorupce.

– Mógłby pan zatrzymać się u mojego 

taty – powiedziała Fionnula.

280

background image

– Co takiego?
– Wyświadczyłby mi pan wielką przy-

sługę,   gdyby   pan   się   u   niego   zatrzymał. 
Jest   jeszcze   bardziej   skryty   niż   pan.   W 
święta będzie samotny jak palec.

– Ale...
– Mieszka w wielkim, kamiennym domu 

na wsi i ma dwa owczarki collie, które po-
trzebują codziennych, długich spacerów po 
plaży. Wystarczy przejść kilkaset metrów, 
żeby trafić do doskonałego pubu. Tata nie 
będzie miał choinki, bo oprócz niego nie 
ma kto na nią patrzeć.

– Dlaczego pani przy nim nie będzie? – 

spytał   Ben   równie   bezpośrednio,   jak 
przedtem Fionnula.

–   Ponieważ   za   mężczyzną   z   mojego 

miasteczka przyjechałam aż tutaj, do No-
wego Jorku. Myślałam, że on będzie mnie 
kochał i że wszystko dobrze się ułoży.

Ben nie musiał pytać, czy się ułożyło; 

281

background image

było jasne, że nie.

– Mój ojciec powiedział kilka przykrych 

słów, ja dodałam swoje i teraz ja jestem tu-
taj, a on tam.

Ben spojrzał na nią uważnie.
–   Mogłaby   pani   do   niego   zadzwonić. 

Albo on mógłby zadzwonić.

– To nie takie proste. Oboje się boimy, 

że to drugie odłoży słuchawkę; jeśli nie bę-
dzie telefonów, taka sytuacja po prostu się 
nie zdarzy.

– Więc miałbym zostać rozjemcą? – zro-

zumiał wreszcie Ben.

– Ma pan ujmującą, miłą twarz i nie ma 

nic lepszego do roboty – powiedziała.

Owczarki   collie   nazywały   się   Sunset 

[(ang.) zachód słońca.] i Seaweed. [(ang.) 
wodorosty.] Niall O’Connor przeprosił za 
to,   dodając,   że   nie   ma   na   świecie   głup-
szych imion i że wybrała je przed laty jego 
córka, a psu nie można zmieniać imienia.

282

background image

– Ani córce – powiedział Ben Rozjem-

ca.

– To prawda – przyznał ojciec Fionnuli.
Pojechali do miasta, aby kupić wszyst-

ko, co mieliby ochotę jeść w święta Boże-
go   Narodzenia.   Kupili   mięso   na   kotlety, 
cebulę, ser pleśniowy i lody z kawałkami 
czekolady.

W Wigilię poszli na pasterkę.
Niall O’Connor powiedział Benowi, że 

jego żona też miała na imię Ellen. Popłaka-
li sobie razem. Nazajutrz usmażyli kotlety 
z cebulą. Nie wspominali o wczorajszych 
łzach.

Spacerowali   po   górach,   podziwiali   je-

ziora, odwiedzali sąsiadów i wysłuchiwali 
plotek.

Ben nie wyznaczył daty powrotu.
– Będę musiał zadzwonić do Fionnuli – 

powiedział.

– Jesteś jej klientem.

283

background image

– A ty jej ojcem – odparł na to Ben Roz-

jemca.

Fionnula powiedziała, że w Nowym Jor-

ku jest zimno, ale wszyscy wrócili już do 
normalnej pracy, w przeciwieństwie do Ir-
landii, gdzie pewnie będą świętowali jesz-
cze co najmniej dwa tygodnie.

–   Typowe   irlandzkie   Boże   Narodzenie 

było   bardzo   udane   –   powiedział   Ben.   – 
Mam   zamiar   zostać   tutaj   na   typowy   ir-
landzki Nowy Rok, więc bilet...

– Twój bilet nie ma rezerwacji na kon-

kretny   dzień.   A   tak   naprawdę,   po   co   do 
mnie dzwonisz?

– Mieliśmy nadzieję, że tu przyjedziesz i 

że razem spędzimy Nowy Rok – wyjaśnił.

– Kto miał nadzieję?
– Na przykład Sunset, Seaweed, Niall i 

ja.   Poprosiłbym   ich   do   telefonu,   ale   psy 
śpią.   Tylko   Niall   może   z   tobą   porozma-
wiać.

284

background image

Podał   słuchawkę   ojcu   Fionnuli.   Kiedy 

ten   zaczął   rozmawiać   z   córką,   Ben   wy-
szedł z pokoju, stanął przy oknie wycho-
dzącym na drugą stronę domu i zapatrzył 
się na Atlantyk.

Piękna, gwiaździsta noc. I zaklęta w niej 

tajemnica. Gdzieś tam były dwie szczęśli-
we   Ellen.   Ben   odetchnął   głęboko   i   swo-
bodnie, po raz pierwszy od ostatniej wio-
sny.

285

background image

Podróż nadziei

W biurze wszyscy zazdrościli Meg, kie-

dy   powiedziała,   że   jedenastego   grudnia 
leci na cały miesiąc do Australii.

– Pogoda – mówili. – Ach, tamtejsza po-

goda!

Ominą ją zimne, wilgotne tygodnie, kie-

dy na londyńskich ulicach panuje szalony 
ruch i korki, ludzie się spieszą i wszystko 
zostaje wystawione na sprzedaż.

– Szczęśliwa Meg – mówili.
Nawet   te   najmłodsze,   dwudziestoletnie 

dziewczyny, szczerze jej zazdrościły. Wi-
dząc to, Meg uśmiechała się do siebie.

Miała pięćdziesiąt trzy lata, nie czuła się 

jeszcze bardzo stara, wiedziała jednak, że 
większość jej koleżanek z pracy uważa, iż 

286

background image

lepszą   część   życia   ma   już   za   sobą.   Nie 
było tajemnicą, że Meg ma w Australii do-
rosłego syna, ale młodsze koleżanki nie in-
teresowały się nim, ponieważ był żonaty. 
Z tego powodu, a także dlatego, że nie od-
wiedzał   swojej   mamy.   Gdyby   zobaczyły 
przystojnego   Roberta,   zainteresowałyby 
się nim, nie zważając na jego stan cywilny. 
Robert był wysportowany i zawsze dobrze 
się uczył. Kiedy miał dwadzieścia pięć lat, 
ożenił   się   z   dziewczyną  o  imieniu  Rosa, 
której Meg nigdy w życiu nie widziała.

Robert napisał, że planują skromny ślub, 

chociaż   na   zdjęciach   wcale   nie   wyglądał 
na skromny – myślała później Meg. Było 
na nim kilkudziesięciu krewnych i przyja-
ciół z Grecji. I nikogo z rodziny pana mło-
dego. Pytając go o to przez telefon, Meg 
starała   się   panować   nad   swoim   głosem. 
Mimo   to   Robert   odpowiadał   jej   ze   znie-
cierpliwieniem. Spodziewała się takiej re-

287

background image

akcji.

– Nie stwarzaj problemów, mamo – po-

wiedział.

To samo mówił w wieku pięciu lat, kie-

dy wracał do domu z kolanem owiniętym 
bandażem przesiąkniętym krwią.

– Rodzina Rosy mieszka tutaj, a wy z 

tatą   musielibyście   przebyć   setki   kilome-
trów.   Przyjedziesz   kiedyś   do   nas,   wtedy 
będziemy mieli dla siebie więcej czasu.

Oczywiście   miał   rację.   Uroczystość, 

podczas  której większość  gości  mówi  po 
grecku, na której musiałaby spotkać swoje-
go byłego męża Geralda z jego nową, we-
solutką żoną i rozmawiać z nimi, byłaby 
trudna do zniesienia. Robert miał rację.

Teraz   leciała,  żeby  się   zobaczyć   z   sy-

nem   i   poznać   Rosę   –   drobną,   śniadą 
dziewczynę ze zdjęć. Cały miesiąc będzie 
się pławiła w słońcu; zwiedzi miejsca, któ-
re inni widzieli tylko na zdjęciach i w tele-

288

background image

wizji. Kiedy odpocznie po zmianie czasu, 
zorganizują z okazji jej przyjazdu wielkie 
przyjęcie.   Pewnie   myślą,   że   jest   bardzo 
słaba, skoro dali jej na przystosowanie się 
do nowego miejsca aż cztery dni.

List Roberta był entuzjastyczny. Zabiorą 

ją w głąb lądu, żeby zobaczyła prawdziwą 
Australię. Nie będzie zwiedzała jak zwykli 
turyści, którym pokazuje się kilka najpięk-
niejszych   miejsc.   Ona   pozna   ich   kraj. 
Szczerze mówiąc, Meg wolałaby, żeby jej 
pozwolili siedzieć całymi dniami w ogro-
dzie i korzystać z basenu sąsiadów. Meg 
nigdy   nie   miała   prawdziwych   wakacji. 
Przez wiele lat wcale nie wyjeżdżała, po-
nieważ   wiecznie   oszczędzała   na   ubrania, 
rowery i inne rzeczy, które – miała nadzie-
ję – jakoś zrekompensują Robertowi brak 
ojca. Gerald nie przejmował się chłopcem, 
chociaż trzy razy w roku składał fałszywe 
obietnice, budząc w dziecku nie spełnione 

289

background image

nadzieje, po czym dawał synowi na przy-
kład używaną gitarę, która była dla Rober-
ta cenniejsza od wszystkiego, na co ciężką 
pracą   zarobiła   matka.   Podczas   rocznego 
pobytu w Australii, grając właśnie na tej 
gitarze,   Robert   poznał   miłość   i   zaczął 
nowe życie, które – jak powiedział matce – 
odpowiada mu.

Koleżanki   z   biura   złożyły   się   i   kupiły 

Meg walizkę. Była bardzo ładna, lekka i 
zbyt elegancka jak dla skromnej Meg. Na-
dając ją na lotnisku, nie mogła uwierzyć, 
że stanowi jej własność. Dowiedziała się, 
że w samolocie będzie tłok, ponieważ o tej 
porze   roku   starzy   odwiedzają   swoich   w 
Australii.

– Starzy? – Meg była zmieszana.
– Babcie – wyjaśnił młodzieniec za kon-

tuarem.

Meg ciekawiło, czy Rosa jest w ciąży. 

Gdyby   tak   było,   chyba   nie   planowaliby 

290

background image

wycieczki   w   głąb   lądu.   Postanowiła   jed-
nak, że nie poruszy tego tematu. Nie chce 
zadawać irytujących pytań.

Kiedy   już   usadowili   się   w   samolocie, 

postawny   mężczyzna,   który   usiadł   obok 
niej, wyciągnął rękę, żeby się przedstawić.

– Skoro będziemy ze sobą spać, że tak 

powiem, chyba powinniśmy poznać swoje 
nazwiska   –   powiedział   z   wyraźnym   ir-
landzkim akcentem. – Jestem Tom O’Neill 
z Wicklow.

– A ja Meg Matthews z Londynu.
Ściskając   jego   dłoń   miała   nadzieję,   że 

sąsiad nie będzie mówił bez przerwy przez 
następne dwadzieścia cztery godziny. Meg 
chciała   przygotować   się   psychicznie   na 
spotkanie i przemyśleć, jak postępować, by 
Robert nie musiał jej mówić: „Nie stwarzaj 
problemu, mamo”.

Tom O’Neill okazał się idealnym towa-

rzyszem podróży. Miał przy sobie niewiel-

291

background image

kie szachy i książkę o tej grze. Włożył na 
nos okulary i metodycznie wykonywał ko-
lejne opisywane ruchy. Na kolanach Meg, 
która sporządzała w myślach listę drażli-
wych tematów, leżały bezużytecznie książ-
ka i gazeta. Nie będzie pytała Roberta o 
jego zarobki ani o to, czy zamierza wzno-
wić studia, które przerwał po dwóch latach 
spędzonych na uczelni, kiedy znalazł się w 
Australii   i   rozsmakował   w   śpiewaniu   po 
kawiarniach   i   w   Rosie.   Powtarzała   sobie 
wiele razy, nie będzie się skarżyła na to, że 
zbyt rzadko do niej dzwoni. Nie zdawała 
sobie sprawy, że porusza ustami, kiedy za-
pewniała samą siebie, że nie wymknie jej 
się   ani   jedno   słowo   krytyki,   ani   jedno 
słówko o tym, jak bardzo czuje się samot-
na.

–   To   tylko   turbulencje   –   powiedział 

uspokajającym głosem Tom.

– Proszę?

292

background image

– Myślałem, że odmawia pani różaniec. 

Chciałem panią zapewnić, że nie ma po-
trzeby. Niech pani zachowa modlitwy na 
bardziej naglącą potrzebę.

Miał miły uśmiech.
– Nie  umiem  się   modlić  używając   ró-

żańca. To skuteczna modlitwa?

– Nie zawsze. Powiedziałbym, że raz na 

pięćdziesiąt, ale kiedy pomaga,  ludzie są 
tak   zadowoleni,   że   zapominają   o   sytu-
acjach, w których różaniec nic nie pomógł.

– Pan odmawia różaniec? – spytała.
– Teraz już nie, ale w młodości odma-

wiałem.   Raz   moja   modlitwa   okazała   się 
bardzo   skuteczna.   Wygrałem   na   wyści-
gach, w walkach psów i w pokera. Wszyst-
ko w jednym tygodniu.

Wspominał to z wyraźną przyjemnością.
–   Nie   wiedziałam,   że   o   takie   rzeczy 

można się modlić. Nie spodziewałam się, 
że modlitwa może pomagać w hazardzie.

293

background image

– Na dłuższą metę nie pomogła – przy-

znał z niechęcią i wrócił do szachów.

Meg zauważyła, że Tom O’Neill niewie-

le pije i nic nie je. Poprosił tylko o szklan-
kę wody. W końcu spytała go o to. Posiłki 
były   jedyną   atrakcją   długiej   podróży,   a 
odrobina alkoholu pomaga zasnąć.

– Muszę przybyć na miejsce w dobrej 

formie – wyjaśnił.

–   Czytałem,   że   dobrze   jest   pić   dużo 

wody.

–   Bardzo   poważnie   podchodzi   pan   do 

rzeczy – powiedziała Meg ni to z podzi-
wem, ni z naganą.

– Wiem – zgodził się z nią Tom O’Neill. 

–   To   jest   błogosławieństwem   i   zarazem 
przekleństwem mojego życia.

Zostało im jeszcze piętnaście godzin po-

dróży. Meg nie chciała wypytywać o jego 
życie. Nie tak szybko. Dopiero kiedy mieli 
przed sobą zaledwie cztery godziny, zaczę-

294

background image

ła zadawać pytania. Miał szaloną córkę. Po 
śmierci jej matki Tom nie potrafił dać so-
bie z dzieckiem rady. Dziewczyna robiła 
to, na co miała ochotę i kiedy jej się za-
chciało.   Teraz   mieszka   w   Australii.   Nie 
tymczasowo, na stałe. Z mężczyzną. Nie z 
mężem, ale z tak zwanym de facto. To bar-
dzo liberalne, bardzo nowoczesne, że jego 
córka   jawnie   mieszka   z   mężczyzną   i   z 
dumą   informuje   o   tym   australijski   rząd. 
Tom   pokręcił   głową,   zdenerwowany   i 
zmartwiony.

– Będzie się pan musiał z tym pogodzić. 

Skoro przebył pan tyle kilometrów, to chy-
ba nie w celu krytykowania jej – stwierdzi-
ła Meg. Łatwo było doradzać komuś obce-
mu.

Sama z kolei opowiedziała o Robercie i 

o tym, że nie została zaproszona na ślub. 
Tom O’Neill powiedział, że to nawet le-
piej. Nie musiała rozmawiać z byłym mę-

295

background image

żem ani z rodziną panny młodej, nie znają-
cą żadnego cywilizowanego języka. Teraz 
jest o wiele lepszy czas na wizytę. Zresztą, 
czym jest ślub? Krótką uroczystością, któ-
rej Tom pewnie nigdy się nie doczeka.

Jego córka ma na imię Deirdre. Dobre, 

irlandzkie   imię,   ale   teraz   podpisuje   się 
Dee.   Jej   mężczyzna   nazywa   się   Fox. 
[(ang.) lis] Jak człowiek może nosić takie 
imię?

Lody skruszały. Zamówili sok pomarań-

czowy   i   gorące   ręczniki,   żeby   odegnać 
zmęczenie.   Czuli   się   ze   sobą   jak   starzy 
znajomi. Żałowali, że będą się musieli po-
żegnać. Czekając na bagaż, udzielali sobie 
dobrych rad.

– Staraj się  nie wspominać  o ślubie  – 

ostrzegał Tom.

– Nie mów o tym, że wspólne mieszka-

nie bez ślubu jest grzechem. Tutaj myślą 
inaczej – prosiła.

296

background image

– Zapisałem ci swój adres – powiedział.
– Dziękuję.
Meg zawstydziła się, że nie pomyślała o 

tym,  by zapisać  mu  adres  swojego syna. 
Pewnie dlatego, że nie chciała, aby Robert 
uznał   ją   za   dziwaczkę,   która   obcemu   Ir-
landczykowi,   poznanemu   w   samolocie, 
daje numer telefonu.

– Teraz wszystko będzie zależało od cie-

bie... Możesz się odezwać... – powiedział, 
ale Meg słyszała w jego głosie rozczaro-
wanie.

– Jak najbardziej – potwierdziła.
– Miesiąc to bardzo długo – tłumaczył 

się.

Wcześniej uważali, że ten czas zleci jak 

z bicza strzelił. Teraz, kiedy stali na austra-
lijskiej ziemi, zdenerwowani bliskim spo-
tkaniem z dziećmi... wydawało im się, że 
to bardzo długo.

– Będę w Randwick – zaczęła Meg.

297

background image

– Nie trzeba. Zadzwoń, kiedy będziesz 

miała ochotę wypić ze mną kawę. Mogli-
byśmy   wybrać   się   na   spacer,   porozma-
wiać...

Sprawiał   wrażenie   zdenerwowanego. 

Mimo że wypił wiele szklanek wody, nie 
był przygotowany na spotkanie z mężczy-
zną o imieniu Fox. Wyglądał tak, jakby za-
pomniał,   że   jego   córka   nazywa   się   teraz 
Dee i ma się za mężatkę, bo przecież de 
facto to mniej więcej to samo, co małżeń-
stwo. Meg była zmartwiona.

– Na pewno zadzwonię. Podejrzewam, 

że oboje chętnie oderwiemy się na chwilę 
od obcej kultury – powiedziała.

Wiedziała, że na jej twarzy maluje się 

niepokój. Czuła, że na czole pojawiły się 
zmarszczki, a brwi spotkały się nad nosem. 
Kiedy miała taką minę, koleżanki z pracy 
mówiły, że Meg zaraz wpadnie w szał, a 
Robert  prosił, żeby przestała podgrzewać 

298

background image

atmosferę. Chętnie porozmawiałaby dłużej 
z   tym   spokojnym   mężczyzną.   Mogliby 
usiąść   w   wygodnych   fotelach   i   jeszcze 
chociaż   przez   godzinkę   przygotowywać 
się   do  zupełnie   innego   Bożego  Narodze-
nia, które przyjdzie im spędzić wśród ludzi 
tak bardzo różniących się od nich stylem 
życia.

Nagle   zrozumiała,   że   przyjechali   tutaj, 

żeby   pobłogosławić   ów   nowy   styl   życia. 
Tom przyjechał powiedzieć Dee, że cieszy 
się, iż ona znalazła Foxa i że nie ma do 
niej pretensji o to, że nie wzięła z nim ślu-
bu, chociaż zwykle młode pary dopełniają 
tej   formalności.   Ona   przyjechała   powie-
dzieć   Robertowi,   że   z   nadzieją   czeka   na 
spotkanie z synową oraz jej rodziną i poka-
zać, że nie ma żalu o uniemożliwienie jej 
obecności na ślubie. Miło byłoby jeszcze 
spotkać Toma i dowiedzieć się, jak mu po-
szło. Gdyby byli starymi przyjaciółmi, by-

299

background image

łoby łatwiej, ale w przypadku wolnych lu-
dzi w średnim wieku, którzy poznali się w 
samolocie, nie obejdzie się bez tłumacze-
nia. Może Robert będzie matce współczuł? 
Albo Rosa ucieszy się, że mama poznała w 
podróży kogoś ciekawego? Jedno i drugie 
byłoby żenujące.

– Myślałem, że powiem Deirdee... Dee... 

Ona ma na imię Dee... Boże, muszę pamię-
tać, żeby zwracać się do niej Dee... – za-
czął Tom.

– Tak?
– Pomyślałem, że chyba jej powiem, że 

znamy się od dłuższego czasu, rozumiesz?

– Rozumiem – odparła, uśmiechając się 

ciepło. Mogliby powiedzieć więcej; dużo 
więcej.   Jeśli   chcą   się   zaprzyjaźnić,   będą 
musieli dowiedzieć się o sobie jeszcze bar-
dzo wiele. Ale nie teraz. Teraz pchali wóz-
ki   ku   zatłoczonemu   przejściu,   pełnemu 
młodych, opalonych Australijczyków, cze-

300

background image

kających na kuśtykających dziadków, zmę-
czonych   wielogodzinną   podróżą.   Ludzie 
krzyczeli, wołali i podnosili do góry dzie-
ci, żeby pomachały. Doskwierał upał jak w 
środku lata.

Robert miał na sobie szorty. Jego długie 

nogi były opalone. Jedną ręką obejmował 
szyję   drobnej   dziewczyny   o   wielkich 
oczach i kręconych włosach, która nerwo-
wo przygryzała wargę. Wypatrywali Meg. 
Kiedy ją spostrzegli, Robert zawołał: „To 
ona!”,  jakby  nikt   oprócz   niej  nie   spędził 
kilkudziesięciu ostatnich godzin w samolo-
cie. Po chwili padli sobie w ramiona. Rosę 
płakała.

–   Pani   jest   taka   młoda!   Za   młoda   na 

babcię – powiedziała i z taką dumą pokle-
pała się po brzuszku, że Meg również za-
częła   płakać.   Robert   tulił   ją   do   siebie   i 
wcale nie prosił, żeby przestała podgrze-
wać atmosferę. Kiedy Meg uniosła głowę, 

301

background image

widziała   ponad   ramieniem   syna   piękną 
córkę   Toma   O’Neilla;   dziewczynę,   która 
przez całe życie była szalona, ale teraz wy-
glądała całkiem normalnie. Dee nieśmiało 
przedstawiła ojcu chłopca o okrągłej twa-
rzy,   rudego   i   w   okularach,   niespokojnie 
rozluźniającego krawat, który włożył spe-
cjalnie  na spotkanie  z teściem z  Irlandii. 
Tom, żartując, pokazywał na włosy chłop-
ca; pewnie mówił, że wreszcie wie, skąd to 
dziwne imię. Tak czy inaczej, wszyscy się 
zaśmiali.

Robert   i   Rosa   też   się   śmiali   i   ocierali 

łzy, prowadząc mamę do samochodu. Meg 
obejrzała się w nadziei, że napotka spoj-
rzenie Toma O’Neilla, starego znajomego, 
którego   poznała   przypadkiem   w   samolo-
cie, ale jego również prowadzono już do 
wyjścia. Nieważne. Spotkają się jeszcze w 
Australii, może dwa albo trzy razy, żeby 
dać   młodym   trochę   oddechu.   Jednak   nie 

302

background image

ma co liczyć na częste spotkania. Miesiąc 
to bardzo niewiele, a Boże Narodzenie to 
czas   spotkań   w   gronie   rodzinnym.   Poza 
tym, zawsze mogą się spotykać na drugim 
końcu   świata,   w   takim   czasie   i   miejscu, 
gdzie nie będą mieli zbyt wiele do roboty.

303

background image

Czym jest szczęście?

Nazwali   go   Parcieli,   żeby   podkreślić 

jego   irlandzkie   pochodzenie.   W   szkole 
mówili mu Parny i tak już zostało. Jednak 
Kąty i Shane Quinn każdemu, dla kogo to 
było ważne, potrafili wytłumaczyć, że na-
prawdę   nazywa   się   Parnell,   jak   wielki 
przywódca.   W   rzeczywistości   nikt   ich   o 
wielkiego przywódcę nie pytał. Dość męt-
nie opowiadali o tym, czemu przewodził, 
kiedy i w jakim celu. W Dublinie spodoba-
ła im się góra Parnell, chociaż nie byli za-
chwyceni słysząc, że wielki przywódca był 
protestantem i kobieciarzem. Mieli nadzie-
ję, że to tylko głupie gadanie miejscowych.

Parny’emu   podobał   się   Dublin:   mały, 

kulturalny i swojski. Ludzie wydawali się 

304

background image

tu biedniejsi i trudno było zgadnąć, gdzie 
jest centrum miasta, ale to i tak lepsze niż 
Boże Narodzenie u siebie. Dużo lepsze.

W kraju jest recepcjonistka taty, Esther. 

Zaczęła   pracować   u   ojca   dziewięć   lat 
temu, kiedy Parny był jeszcze mały. Była 
doskonałą   recepcjonistką,   ale   –   zdaniem 
taty   –   smutną,   samotną   osobą.   Według 
mamy   jest   wariatką,   zakochaną   w   tacie. 
Rok   temu,   w   dniu   Bożego   Narodzenia, 
przyszła do ich domu, usiadła na schodach 
i płakała tak długo, aż musieli ją wpuścić 
do środka z obawy przed tym, co powiedzą 
sąsiedzi. Krzyczała, chodziła wkoło domu 
i pukała do okien. Powiedziała, że nie da 
się wyrzucić. Wszyscy po kolei kazali Par-
ny’emu iść do łóżka.

– Dopiero co wstałem. Na miłość Boską, 

mamy przecież Boże Narodzenie! – krzy-
czał, nie bez racji.

Błagali, żeby wrócił do łóżka i zajął się 

305

background image

zabawkami.   Niechętnie,   ale   w   końcu   się 
zgodził, ponieważ mama szepnęła mu do 
ucha,   że   wtedy   szalona   Esther   szybciej 
wyjdzie.   Oczywiście   podsłuchiwał   ze 
schodów. Było to bardzo dziwne.

Parny zrozumiał, że tata miał kiedyś ro-

mans z Esther. Teraz wydawało się to nie-
prawdopodobne, ponieważ tata jest już sta-
ry,  a   Esther  wygląda   tak,  jak  wygląda   – 
okropnie. Trudno też było zrozumieć, dla-
czego   mama   tak   się   tym   zdenerwowała; 
przecież   musiała   już   z   tatą   ten   problem 
wcześniej rozwiązać. Było jednak tak, nie 
inaczej.

W szkole znał wiele dzieci, których ro-

dzice się rozeszli. Esther krzyczała, że tata 
obiecał rozwieść się z mamą, kiedy dzie-
ciak   dorośnie.   Parny’emu   nie   spodobało 
się, że nazwała go dzieciakiem i aż się w 
środku z jeżył, ale mamę i tatę też bardzo 
to   zdenerwowało   i   oboje   stanęli   w   jego 

306

background image

obronie, tak że Esther przynajmniej w tym 
punkcie przegrała, a oboje rodzice okazali 
się   jego   sprzymierzeńcami.   Po   pewnym 
czasie Parny zrezygnował z podsłuchiwa-
nia, wrócił do swojego pokoju i zaczął się 
bawić nowymi zabawkami, jak mu kazali.

– Chcę tylko odrobiny szczęścia! Ja też 

chcę   być   szczęśliwa!   –   dobiegał   z   dołu 
krzyk Esther.

– Co to jest szczęście, Esther? – spytał 

zmęczonym głosem tata.

Mieli rację, Parny dobrze zrobił, chro-

niąc   się   na   górze.   Później,   kiedy   Esther 
wyszła, przyszli do niego. Parny nie krył 
zainteresowania   sytuacją;   raczej   nie   był 
przestraszony.

–   Zamierzasz   rozwieść   się   z   mamą   i 

odejść z nią, tato? – spytał zaciekawiony.

Jego   słowa   wywołały   zamieszanie.   Po 

chwili tata powiedział:

–   Nie.   Wprawdzie   mówiłem   jej,   że   to 

307

background image

zrobię, ale  nigdy nie  miałem takiego za-
miaru. Okłamałem ją, synu, i teraz słono 
za to płacę.

Parny pokiwał głową.
– Tak myślałem – stwierdził z powagą.
Odpowiedź taty tak się mamie spodoba-

ła, że pogładziła tatę po dłoni.

–   Twój   tata   jest   odważnym   człowie-

kiem, skoro się do tego przyznał – stwier-
dziła. – Nie wszystkich mężczyzn spotyka 
aż tak surowa kara za niewierność wobec 
rodziny.

Parny zgodził się z nią, że Esther krzy-

cząca na schodach przed domem to rzeczy-
wiście surowa kara. Ciekawe, czy w gabi-
necie też się tak piekli i krzyczy? – zasta-
nawiał się.

Widocznie jednak nie. Kiedy miała na 

sobie biały fartuch, była miła, spokojna i 
oficjalna. Tylko w czasie wolnym od pra-
cy, szczególnie zaś w dni świąteczne, de-

308

background image

nerwowała się i wariowała. Na Święto Pra-
cy   i   Święto   Dziękczynienia   dzwoniła   do 
nich, ale nie była tak bardzo podekscyto-
wana. Na Wielkanoc znów do nich przy-
szła.   Odwiedziła   ich   też   w   sylwestra,   w 
dniu   urodzin   taty   i   podczas   przyjęcia   w 
dniu świętego Patryka. Czwartego czerwca 
wybrali się na piknik. Ledwie zaczęli wy-
pakowywać   mięso,   zobaczyli   ją;   mama   i 
tata   szybko   wskoczyli   do   samochodu   i 
uciekli wiele kilometrów, ciągle oglądając 
się za siebie, czy jej znów nie zobaczą.

W tym roku, uciekając przed nią, wrócili 

do rodzinnej  Irlandii. Zawsze  chcieli  od-
wiedzić ojczyznę przodków. W tym roku 
Parny był wystarczająco duży, dolar miał 
korzystny  kurs,  więc   postanowili   skorzy-
stać   z   okazji.   Okoliczności   też   zmuszały 
ich do podjęcia owej decyzji. W tym roku 
w dniu Święta Dziękczynienia Esther przy-
szła przebrana w kostium astronauty. My-

309

background image

śleli, że to żywy telegram i otworzyli jej 
drzwi, wtedy wdarła się do środka.

Dlatego  w   końcu  przyjechali   do  ziemi 

przodków Parny’ego. Parny był zadowolo-
ny, chociaż będzie mu brakowało przyja-
ciół.   Powoli   robił   się   równie   przewrażli-
wiony   na   punkcie   różnych   uroczystości, 
jak mama i tata, bał się bowiem zobaczyć 
czerwoną, szaloną twarz Esther.

Miał cichą nadzieję, że Esther pojawi się 

na jego urodzinach. Cała szkoła przez kil-
ka miesięcy miałaby o czym mówić. Ale 
nie przyszła. Interesowały ją tylko oficjal-
ne święta i urodziny taty. Esther jest chyba 
wystarczająco szalona, żeby ją zamknąć – 
myślał Parny. I zastanawiał się, dlaczego 
tak się nie stało.

– Nie ma  nikogo, kto mógłby się tym 

zająć – wytłumaczyła mu mama.

Na szczęście dla Esther – pomyślał Par-

ny. – Jeśli ktoś ma takiego pecha, jak ona, 

310

background image

należałoby uznać za sprawiedliwe, że nie 
ma nikogo, kto mógłby ją zamknąć w szpi-
talu. Przynajmniej trochę dłużej pobędzie 
na wolności.

Pytał, dlaczego tata nie może jej zwol-

nić. Tata powiedział, że prawo reguluje ta-
kie   sytuacje;   jeśli   Esther   jest   bardzo   do-
brym   pracownikiem,   a   jest,   w   gabinecie 
nie popada w szaleństwo, i on chciałby ją 
zwolnić,   wywołałoby   to   protesty   i   tata 
mógłby stanąć przed sądem.

Pewni, że tutaj Esther ich nie dosięgnie, 

mama i tata byli mili i spokojni. Parny wi-
dział, że czasem trzymają się za ręce, co 
było   bardzo   krępujące,   ale   nikt   znajomy 
nie mógł ich widzieć, więc w zasadzie nic 
nie szkodzi.

Hotelowy portier zaprzyjaźnił się z Par-

nym. Opowiadał chłopcu o czasach, kiedy 
zatrzymywało   się   tu   mnóstwo   Ameryka-
nów, którzy wynajmowali jego brata, żeby 

311

background image

woził ich po całej Irlandii. Portier nazywał 
się Mick Quinn i powiedział, że z pewno-
ścią   jest   jakimś   krewnym   Parny’ego,   bo 
inaczej   dlaczego   nosiliby   takie   samo   na-
zwisko?  Mick  Quinn  miał   dla   Parny’ego 
zawsze dużo czasu, ponieważ hotel świecił 
pustkami, a mama i tata chłopca cały czas 
patrzyli   sobie   w   oczy   i   odbywali   długie 
rozmowy o życiu.

Tym   lepiej.   Rano   Parny   szedł   z   Mic-

kiem odebrać gazety, później pomagał mu 
nosić bagaże. Raz dostał napiwek.

Największą   pomocą   służył   Mickowi, 

kiedy trzeba było przytrzymać  papierosa. 
Mickowi nie wolno było palić na służbie. 
Kiedy Parny trzymał papierosa, wyglądało 
na to, że jest rozpuszczonym smarkaczem 
z Ameryki, któremu wolno robić, co mu 
się podoba, nawet palić w wieku dziesięciu 
lat. Kiedy na horyzoncie nikogo nie było, 
Parny dawał Mickowi pociągnąć.

312

background image

Mick   był   żonaty   z   kobietą   o   imieniu 

Berna. Parny często pytał o Bernę.

– Nie jest najgorsza – mówił Mick.
– Kto jest najgorszy? – chciał wiedzieć 

Parny.

Skoro nie Berna, to ktoś inny, ale Mick 

odpowiadał, że tak się tylko mówi. Mick i 
Berna mieli dorosłe dzieci; wszystkie opu-
ściły już rodzinny dom. Trójka mieszkała 
w Anglii, jedno w Australii i jedno po dru-
giej stronie Dublina, czyli równie daleko, 
jakby dzielił ich ocean.

Co   Berna   robi   całymi   dniami,   kiedy 

Mick   jest   w   hotelu?   Parny   był   ciekawy. 
Mama   Parny’ego   pracuje   w   eleganckiej 
kwiaciarni,   będącej   odpowiednim   miej-
scem dla żony dentysty. Ale Berna nigdzie 
nie pracuje.

Pewnego   razu   Mick   wyjawił,   że   żona 

całe   dnie   spędza   na   ponurych   rozmyśla-
niach;   zawsze   jest   niezadowolona.   Nie 

313

background image

wie,   co   to   jest   szczęście.   Później   jednak 
zawstydził   się,   że   to   powiedział   i   nigdy 
więcej nie chciał na ten temat rozmawiać.

– A właściwie, co to jest szczęście? – 

spytał Parny.

–   Jeśli   ty,   człowiek   młody   i   mający 

wszystko,   czego   można   chcieć,   tego   nie 
wiesz, to z pewnością nikt nie zna odpo-
wiedzi na to pytanie.

– Rzeczywiście mam dużo – powiedział 

Parny – ale Esther ma nie mniej, a wcale 
nie   jest   szczęśliwa.   Wariuje   jak   ptak   w 
klatce.

– Ptak w klatce nie wariuje – sprzeciwił 

się Mick.

– Nie mówiłem tego dosłownie. To tak 

jak z Berna, która nie jest najgorsza: tak 
tylko sobie powiedziałem.

– Prawdę mówiąc, bardzo lubię ptaki – 

powiedział Mick Quinn, zaciągając się pa-
pierosem Parny’ego Quinna. – Chętnie ho-

314

background image

dowałbym gołębie, ale Berna mówi, że są 
brudne.

Mick   ze   smutkiem   pokręcił   głową,   a 

Parny pomyślał, że Berna jest niewiele lep-
sza od tej najgorszej.

– Kto to taki, ta Esther? – spytał Mick, 

chcąc   odwrócić   myśli   i   rozmowę   od 
wiecznie niezadowolonej Berny.

–   To   długa   i   skomplikowana   historia. 

Musiałbym mieć sporo czasu, żeby móc ci 
wyjaśnić.

Parny czuł, że w niespokojnej atmosfe-

rze  hotelu, kiedy lada  moment  może  na-
dejść kierownik albo jakiś gość potrzebują-
cy pomocy lub rady, nie potrafi oddać peł-
nej   sprawiedliwości   szaleństwu   Esther. 
Poza tym Parny miał wątpliwości, czy jego 
nowy przyjaciel, Mick, potrafi zrozumieć 
sprawę Esther.

–   Może   miałbyś   ochotę   przejść   się   ze 

mną po mieście dzisiaj po południu i opo-

315

background image

wiedzieć mi o tym? – spytał Mick.

– Dobrze, a ty opowiesz mi o ptakach, 

które chciałbyś hodować – zgodził się Par-
ny.

– Najlepiej będzie, jeśli pokażę ci ptaki.
Mama Parny’ego powiedziała, że go za-

niedbują. Oboje z tatą czują się z tego po-
wodu   winni,   ale   muszą   omówić   wiele 
spraw. Po południu jednak zabiorą Parny-
’ego do kina. Sam może wybrać film. Jeśli 
rodzicom   spodoba   się   jego   wybór,   pójdą 
na niego, ale jeśli nie, będzie musiał wy-
brać   sobie   jakiś   inny.   Parny   powiedział 
jednak, że idzie z Mickiem oglądać ptaki.

–   W   tej   części   świata   tak   nazywa   się 

dziewczyny – powiedział tata Parny’ego.

– Nie!
Parny był przekonany, że nie chodzi o 

dziewczyny.   Mick   ma   dość   kobiet.   Wy-
starcza mu wiecznie niezadowolona Berna. 
Nie chce mieć do czynienia z żadną inną. 

316

background image

Powiedział o tym wprost.

Mama   Parny’ego   stwierdziła,   że   Mick 

dokonał dobrego wyboru. Patrząc znaczą-
co na tatę powiedziała, że wcześniej czy 
później prawie każdy mężczyzna dochodzi 
do tego samego wniosku.

W zwyczajnym ubraniu Mick wyglądał 

zupełnie inaczej; mniej elegancko niż w li-
berii portiera. Powiedział jednak, że w sta-
rej marynarce i spodniach czuje się wolny 
jak   mewa   w   przestworzach.   Zaprowadził 
Parny’ego do autobusu.

– Jedziemy do ptaszarni? – pytał zacie-

kawiony chłopiec.

– Nie. Do domu mojego kumpla. Jestem 

współwłaścicielem   kilku   gołębi.   Nikt   o 
tym   nie   wie,   tylko   ty   i   ja   –   powiedział 
Mick, rozglądając się w autobusie, czy nikt 
ich   nie   podsłuchuje.   –   W   hotelu   też   nie 
wiedzą – szepnął.

– Mieliby coś przeciwko temu? – spytał 

317

background image

Parny,   również   szeptem.   Nie   widział   nic 
złego w hodowaniu gołębi, wydawało się 
jednak, że to bardzo niebezpieczne hobby.

– Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział. 

Pytaliby mnie, jak tam moje gołębie. Nie 
zniósłbym tego.

Parny   zrozumiał.   Pytania   ludzi,   którzy 

nie mają o ptakach pojęcia, zniszczyłyby 
cały urok.

– Obawiam się, że ja też nie jestem eks-

pertem – powiedział, żeby uniknąć niepo-
rozumienia.

–   Wiem,   synu,   ale   ty   masz   otwarty 

umysł. Młody, otwarty umysł.

– Esther kiedyś powiedziała mi to samo: 

że   mam   młody   umysł   i   nie   jestem   za-
mknięty, jak starsze pokolenie. – Był bez-
granicznie zdumiony, że na drugim końcu 
świata ktoś mówi mu to samo. Miał tylko 
nadzieję, że Mick nie jest szalony, jak Es-
ther.

318

background image

– Czy masz kogoś, kto zamknąłby cię w 

szpitalu, gdybyś zwariował? – spytał z tro-
ską.

Mick był tym pytaniem zachwycony.
–   Jesteś   przezabawny,   Parny   Quinnie. 

Kim jest Esther? Twoją siostrą?

Parny zauważył, że obaj zadają pytania, 

na które nigdy nie odpowiadają, ale to nie 
miało   znaczenia,   ponieważ   pytania   nie 
były aż tak ważne. Wyszli z autobusu i po-
szli do domu, który wydał się Parny’emu 
bardzo ubogi. Chłopiec miał nadzieję, że 
to   nie   jest   dom   Micka;   chciałby,   żeby 
przyjaciel mieszkał w lepszych warunkach.

– Mieszkasz tutaj?
– Ależ skąd. – W głosie Micka słychać 

było   nutkę   żalu;   popatrzył   na   odrapane 
szafki, na sterty gazet na podłodze, na na-
czynia w zlewie i na pustą butelkę po mle-
ku stojącą na stole. – Wchodząc do mojego 
domu   należy   zdejmować   buty.   Gdybym 

319

background image

cię   tam   przyprowadził   bez   wcześniejszej 
zgody   parlamentu,   podniósłby   się   taki 
wrzask,   że   słychać   by   go   było   w   całym 
kraju. To dom Gera – wyjaśnił z wyraźną 
zazdrością.

Ger był na podwórku. Ucieszył  się na 

widok   Parny’ego   i   spytał   go,   czy   gra,   a 
Parny odparł, że kiedy będzie dorosły, kie-
dy będzie wiedział, na co stawiać i będzie 
miał   własne   pieniądze,   na   pewno   będzie 
grał. Ger uznał, że to rozsądna odpowiedź i 
wcale nie przeprosił, że wziął Parny’ego za 
niepoprawnego   hazardzistę.   Ger   to   fajny 
facet – pomyślał Parny.

Pokazali mu  strych i wyjaśnili zasady. 

Po   męsku   rozmawiali   o   kiepskich   wyni-
kach gołębi Gera i Micka w rywalizacji z 
innymi ptakami, które znali i których za-
zdrościli. Na podwórku pełno jest poczto-
wych gołębi, ale czy one potrafią wrócić 
do skrzynki? Niech je diabli! Wygrywały-

320

background image

by w każdym wyścigu, gdyby tylko potra-
fiły przestrzegać zasad. Ale nie! One wra-
cały na podwórko i gruchały, zadowolone, 
że znów są u Gera i Micka. Niektóre z nich 
były wprawdzie niewiele warte, ale o tym 
– jak usłyszał Parny – nie może się dowie-
dzieć nikt oprócz tu obecnych. Parny nie 
wiedział, czy w Stanach organizuje się za-
wody gołębi, obiecał jednak, że po powro-
cie się dowie i napisze do Gera i Micka.

– Takie dziecko jak ty na pewno zapo-

mni napisać – powiedział Ger z rezygnacją 
w głosie.

Gołębie   zaczęły   przysiadać   na   ramio-

nach   Parny’ego,   zadowolone,   że   w   tym 
przyjaznym miejscu znajdują jeszcze jed-
nego towarzysza do zabawy i to takiego, 
dla którego osiągany przez nie czas nie ma 
żadnego znaczenia.

– Lubię pisać listy – zaprzeczył Parny. – 

Napisałem do każdego, komu obiecałem... 

321

background image

– zamilkł na chwilę. – Z wyjątkiem Esther.

–   Opowiedz   nam   wreszcie   o   Esther   – 

powiedział   Mick   Quinn.   Na   niewielkim 
podwórzu,   gdzie   puszyste   ptaki   łagodnie 
wzbijały   się   i   lądowały,   a   ich   gruchanie 
stanowiło podkład dźwiękowy, Parny opo-
wiedział Gerowi i Mickowi o Esther. Lep-
szych słuchaczy nie mógł sobie wymarzyć. 
Całkiem jak w filmie, mówili jeden przez 
drugiego, domagając się szczegółów doty-
czących   jej   zachowania   przy   rozmaitych 
okazjach. Wyobrażasz sobie? Rodzina mu-
siała   przepłynąć   Atlantyk,   żeby   jej 
umknąć.

– Dlaczego chciała, żebyś do niej napi-

sał? – spytał w końcu Mick.

– Dzień przed wyjazdem powiedziała, iż 

wie, że gdzieś się wybieramy i spytała, czy 
do niej napiszę, bo chciałaby wiedzieć, czy 
tam,   gdzie   będziemy,   znajdziemy   szczę-
ście. Ale nie mogłem napisać. Nie mogłem 

322

background image

jej powiedzieć, że mama i tata sprawiają 
wrażenie   szczęśliwych   i   ciągle   trzymają 
się za ręce. Gdyby się o tym dowiedziała, 
sfiksowałaby do reszty.

Stał wśród przylatujących i odlatujących 

gołębi, głaskał je po piórach, a one wcale 
się  go  nie   bały;  jednego  nawet   wziął   do 
ręki   i   poczuł   bicie   jego   serca.   Zamknął 
oczy, wsłuchując się w szum ich skrzydeł. 
Nie   zaznał   w   życiu   takich   przyjemności, 
które mógłby porównać do tego, co dawało 
mu  towarzystwo tych dwóch mężczyzn i 
ptaków:   niewymagające,   satysfakcjonują-
ce. Czuł, że być może już nigdy w życiu 
nie będzie taki szczęśliwy, jak w tej chwili.

–   Mógłbyś   wysłać   biedaczce   kartkę   – 

powiedział Mick.

– Do niczego się nie zobowiązując – do-

dał   Ger,   który   przez   życie   wędrował   sa-
motnie i był zdania, że to najlepszy spo-
sób.

323

background image

– Za późno. W piątek wracamy. List nie 

dojdzie przed nami.

– Możemy do niej zadzwonić z hotelu – 

powiedział Mick.

– Zadzwonić do Esther? Mamę szlag by 

trafił ze złości – zaprotestował Parny.

– Nie musimy mówić mamie.
– Nie mam pieniędzy. Telefon do Sta-

nów będzie bardzo drogi.

Ger i Mick pokiwali głowami. To dało-

by się jakoś załatwić – powiedzieli. Jeśli 
Parny   ma   coś   do   powiedzenia   biednej, 
udręczonej kobiecie, powinien to uczynić 
właśnie w Boże Narodzenie.

Parny zaczął wątpić, czy dostatecznie ja-

sno opisał szaleństwo Esther i czy nie za-
pomniał   powiedzieć,   że   ona   koniecznie 
chce uciec z jego ojcem. Z drugiej jednak 
strony Mick i Ger okazali się tacy mili, że 
nie wypadało im się przeciwstawiać.

Było to popołudnie wśród piór i cichych 

324

background image

dźwięków. W końcu ruszyli do autobusu i 
niebawem znaleźli się w hotelu. Dochodzi-
ła szósta. O tej porze Esther powinna jeść 
kolację. Parny porozmawiał z budki telefo-
nicznej   z   hotelowym   telefonistą.   Razem 
znaleźli numer kierunkowy i odszukali Es-
ther. Parny spytał też o koszt połączenia i 
usłyszał w odpowiedzi taką kwotę, że mu-
siał się przytrzymać, żeby nie upaść z wra-
żenia.   Powiedział   Mickowi,   że   nie   ma   o 
czym   mówić.   Mick   znów   był   w   liberii. 
Czasem pracował na zmiany i tylko popo-
łudnie miał wolne. Rozejrzał się po holu.

– Wracaj do budki – powiedział, a sam 

błyskawicznie znalazł się przy stojącym na 
biurku   telefonie   i   wykręcił   zapisany   na 
kartce numer. Czekając na połączenie, Par-
ny nerwowo przełykał  ślinę. Głos  Esther 
był cieniutki, nie przypominał histeryczne-
go wrzasku, który znał i którego się bał.

– Mówi Parny Quinn – powiedział. Es-

325

background image

ther zaczęła cicho płakać.

– Tata prosił, żebyś do mnie zadzwonił? 

– wyszlochała.

– Nie wie, że do ciebie dzwonię. Słuchaj 

Esther, tutejsza poczta nie działa najlepiej, 
a ty prosiłaś, żebym ci napisał o szczęściu i 
tak dalej...

– Co to jest szczęście? – spytała Esther.
Parny   zniecierpliwił   się.   Dlaczego   lu-

dzie zawsze o to pytają? On dzwoni z dale-
kiego świata, żeby jej odpowiedzieć, a ona 
wciąż uparcie powtarza swoje pytanie.

– Jasne, trudno dokładnie wyjaśnić, ale 

prosiłaś, żebym dał ci znać, kiedy je znaj-
dę,   dlatego   dzwonię,   bo   chcę   ci   powie-
dzieć, że szczęście ma wiele wspólnego z 
ptakami.

– Nie musimy mówić mamie.
– Nie mam pieniędzy. Telefon do Sta-

nów będzie bardzo drogi.

Ger i Mick pokiwali głowami. To dało-

326

background image

by się jakoś załatwić – powiedzieli. Jeśli 
Parny   ma   coś   do   powiedzenia   biednej, 
udręczonej kobiecie, powinien to uczynić 
właśnie w Boże Narodzenie.

Parny zaczął wątpić, czy dostatecznie ja-

sno opisał szaleństwo Esther i czy nie za-
pomniał   powiedzieć,   że   ona   koniecznie 
chce uciec z jego ojcem. Z drugiej jednak 
strony Mick i Ger okazali się tacy mili, że 
nie wypadało im się przeciwstawiać.

Było to popołudnie wśród piór i cichych 

dźwięków. W końcu ruszyli do autobusu i 
niebawem znaleźli się w hotelu. Dochodzi-
ła szósta. O tej porze Esther powinna jeść 
kolację. Parny porozmawiał z budki telefo-
nicznej   z   hotelowym   telefonistą.   Razem 
znaleźli numer kierunkowy i odszukali Es-
ther. Parny spytał też o koszt połączenia i 
usłyszał w odpowiedzi taką kwotę, że mu-
siał się przytrzymać, żeby nie upaść z wra-
żenia.   Powiedział   Mickowi,   że   nie   ma   o 

327

background image

czym   mówić.   Mick   znów   był   w   liberii. 
Czasem pracował na zmiany i tylko popo-
łudnie miał wolne. Rozejrzał się po holu.

– Wracaj do budki – powiedział, a sam 

błyskawicznie znalazł się przy stojącym na 
biurku   telefonie   i   wykręcił   zapisany   na 
kartce numer. Czekając na połączenie, Par-
ny nerwowo przełykał  ślinę. Głos  Esther 
był cieniutki, nie przypominał histeryczne-
go wrzasku, który znał i którego się bał.

– Mówi Parny Quinn – powiedział. Es-

ther zaczęła cicho płakać.

– Tata prosił, żebyś do mnie zadzwonił? 

– wyszlochała.

– Nie wie, że do ciebie dzwonię. Słuchaj 

Esther, tutejsza poczta nie działa najlepiej, 
a ty prosiłaś, żebym ci napisał o szczęściu i 
tak dalej...

– Co to jest szczęście? – spytała Esther.
Parny   zniecierpliwił   się.   Dlaczego   lu-

dzie zawsze o to pytają? On dzwoni z dale-

328

background image

kiego świata, żeby jej odpowiedzieć, a ona 
wciąż uparcie powtarza swoje pytanie.

– Jasne, trudno dokładnie wyjaśnić, ale 

prosiłaś, żebym dał ci znać, kiedy je znaj-
dę,   dlatego   dzwonię,   bo   chcę   ci   powie-
dzieć, że szczęście ma wiele wspólnego z 
ptakami.

– Z ptakami?
– Tak, z gołębiami. Mogłabyś kupić so-

bie książkę o gołębiach. Naprawdę myślę, 
że to sprawiłoby ci przyjemność.

– Twój tata też zajął się ptakami?
– Nie, Esther, ja. Chciałaś wiedzieć, co 

myślę   i   czy   znajdę   szczęście;   znalazłem, 
więc pomyślałem, że do ciebie zadzwonię.

Zdenerwował go brak wdzięczności z jej 

strony.

– Kogo obchodzi, co ty myślisz! – po-

wiedziała Esther.

– Daj mi ojca.
– Nie ma go tutaj – powiedział Parny. 

329

background image

Był tak zagniewany, że do oczu napłynęły 
mu łzy. Chciał być wobec niej miły, Mick 
ryzykował utratą pracy, łącząc go z Ame-
ryką, a ona jest taka niewdzięczna. – Tata i 
mama   są  w   kasynie  w   Dublinie.  Jeszcze 
nie wrócili.

– Jesteście w Dublinie! – krzyknęła z sa-

tysfakcją Esther.

– W jakim hotelu? No, powiedz, Parny, 

ty głupcze! Mów! W jakim hotelu?

Parny odwiesił słuchawkę. Mick czekał 

przed budką.

– Zrobiłeś, co mogłeś, chłopcze; dotrzy-

małeś słowa. Zawsze możesz znaleźć po-
ciechę wśród gołębi, nie zapominaj o tym.

Esther zdobyła listę hoteli w Dublinie i 

o siódmej wieczorem znalazła Kąty i Sha-
ne’a Quinnów.

– Podejrzewam,   że   dowiedziała  się   od 

agenta z biura podróży – powiedział tata 
Parny’ego.

330

background image

– Tym razem będą ją musieli zamknąć – 

powiedziała mama Parny’ego, uśmiechając 
się ponuro.

–   Wyobraź   sobie,   że   ona   twierdzi,   iż 

Parny do niej dzwonił.

– Upierała się, że to prawda – westchnął 

tata. – Twierdzi, że Parny chciał jej powie-
dzieć, że zainteresował się ornitologią. To 
smutne; bardzo smutne.

– Jestem ciekawa, dlaczego tym razem 

wybrała sobie Parny’ego. Zawsze unikała 
nawet   najmniejszej   wzmianki   o   nim,   bo 
wie, że to nas bardzo denerwuje.

Parny zastanawiał się nad wydarzeniami 

tego   dnia.   Mogło   być   gorzej.   Esther   nie 
zdołała kupić biletu na samolot, więc bę-
dzie   ich   nękała   tylko   telefonicznie.   Tata 
poprosił w recepcji, żeby dzwoniącym mó-
wiono, iż opuścił hotel. Parny nie przyznał 
się, że brał w tym wszystkim udział. Do-
kładnie   przeanalizował   całą   sprawę.   Jeśli 

331

background image

będą przekonani, że Esther wymyśliła so-
bie jego telefon, zyskają jeszcze jeden do-
wód   na   to,   że   jest   szalona.   Może   nawet 
przyspieszą moment zamknięcia jej w za-
kładzie? Poza tym nie zamierzał nic mówić 
o wspólnych gołębiach Gera i Micka. Pa-
miętał, że Mick nie powiedział nikomu w 
hotelu o swoich ptakach, bo zbyt wysoko 
je sobie ceni. Parny czuł to samo.

Zresztą Esther nazwała go głupcem i po-

wiedziała, że nikogo nie interesuje, co Par-
ny myśli. Dlaczego miałby się za nią uj-
mować?   No,   dlaczego?   Zainteresowanie 
gołębiami   zachowa   w   tajemnicy,   tak   jak 
Mick, aż pewnego dnia, kiedy Esther zo-
stanie   już   zamknięta   w   szpitalu   dla   psy-
chicznie   chorych,   powie,   że   przeczytał 
książkę o gołębiach i zbuduje sobie gołęb-
nik. I nie będzie się zadawał z kobietami. 
Nigdy!   Od   pierwszego   spojrzenia   widać, 
że Ger, swobodny w swoim domku, żyje 

332

background image

jak król w porównaniu z ojcem Parny’ego 
czy z Mickiem.

Parny   westchnął   z   zadowolenia   i   zajął 

się przeglądaniem repertuaru kin. Spodo-
bał mu się tytuł „W towarzystwie wilków”, 
ale na ten film wpuszczają tylko osoby po-
wyżej osiemnastego roku życia. Zaczął się 
zastanawiać, czy by pomogło, gdyby po-
wiedział,   że   przyjechał   ze   Stanów   i   jest 
bardziej   dojrzały   niż   inne   dzieci   w   jego 
wieku...

333

background image

Najlepsza gospoda w mieście

Matki powinny się lubić. Przecież były 

do   siebie   podobne.   Obydwie   przesadnie 
dbały o elegancję. Obydwie były kapryśne 
i żywotnie zainteresowane modą. Mimo to 
nienawidziły się od pierwszej chwili. Po-
znały się osiemnaście długich lat temu, w 
roku 1970, kiedy ich dzieci się zaręczyły. 
Matka Noela, która rok po zaręczynach zo-
stała babcią Dunne, miała wargi odymają-
ce się odruchowo, bez wiedzy ich właści-
cielki.   Matka   Avril,   która   została   babcią 
Byrne, potrafiła tak się zaśmiać, że wszyst-
kim   ze   strachu   robiło   się   zimno.   Kiedyś 
obydwie miały mężów, mężczyzn bardzo 
łagodnych, którym udawało się przedkła-
dać dobro dzieci nad małżeńskie waśnie, 

334

background image

ale   nawet   wdowieństwo   nie   zbliżyło   do 
siebie   obu   kobiet.   Spotykały   się   raz   w 
roku, na Boże Narodzenie, żeby terroryzo-
wać   najbliższych   i   niszczyć   rodzinną   at-
mosferę.

Noel   otrzymał   takie   imię,   ponieważ 

przyszedł na świat w dniu Bożego Naro-
dzenia.   Babcia   Dunne   powtarzała   to   do 
znudzenia. Bóle zaczęły się podczas świą-
tecznego obiadu. Na oddziale położniczym 
były   bożonarodzeniowe   wieńce,   zielone 
gałązki i papierowe łańcuchy. W tamtych 
czasach umieli świętować, mówiła babcia 
Dunne   oskarżycielskim   tonem   do   Avril, 
jakby  poród  w   roku  1950   był   jak  bal   w 
Wersalu w porównaniu z tym, co oddziały 
położnicze oferują dzisiaj.

Babcia   Byrne   nigdy   nie   zapomniała 

uświadomić wszystkim, że Avril nosi tak 
niezwykłe imię dlatego, że urodziła się w 
kwietniu. [(fr.) kwiecień] To piękny mie-

335

background image

siąc, pełen słońca i świeżych kwiatów, ja-
gniąt i wszystkiego, co rodzi nadzieję. W 
tamtych czasach... i po tych słowach bab-
cia spoglądała na Noela, śmiejąc się sucho. 
Życie straciło wiosenną świeżość, kiedy jej 
córka wyszła za mąż w wieku dziewiętna-
stu lat, na zawsze niwecząc związane z nią 
nadzieje matki.

Noel   i   Avril   doskonale   radzili   sobie   z 

wzajemną niechęcią matek. Nieporozumie-
nia w rodzinie z biegiem lat wzmocniły ich 
małżeństwo. Przynajmniej oni byli szczę-
śliwi; dla równowagi – mawiali. Na każde 
powiedzenie   babci   Dunne,   babcia   Byrne 
znajdowała nieprzyjazną odpowiedź. Mło-
dzi   starali   się   traktować   obie   matki   tak 
samo, żeby nie dać im powodu do porów-
nywania się. W pierwszą niedzielę każde-
go miesiąca odwiedzali na zmianę to jed-
ną, to drugą. Dzieci lubiły dom babci Dun-
ne, bo miała duże akwarium, i dom babci 

336

background image

Byrne, bo miała rasowego kota bezogono-
wego i książkę o tych kotach, którą oglą-
dały   z   największym   zainteresowaniem 
sześć razy w roku.

Nie, dzieci nie buntowały się przeciwko 

odwiedzaniu babć. Dla Noela i Avril za-
wsze   było   to   ciężkie   przeżycie.   Babcia 
Dunne   z   naciskiem   podkreślała,   że   koty 
roznoszą choroby i że jeśli ktoś już musi 
mieć kota, to wybranie zwierzęcia zdefor-
mowanego,   z   niczym   nie   przysłoniętymi 
dolnymi częściami ciała, świadczy o per-
wersji. Babcia Byrne nigdy nie zapomniała 
powiedzieć, co myśli o ludziach trzymają-
cych w domu pojemniki z ciepłą, cuchnącą 
wodą, w której pływają oszalałe, pomarań-
czowe rybki tylko w tym celu, żeby koić 
skołatane nerwy niespokojnego człowieka.

Babcia Byrne zwykle podziwiała Avril 

za to, że daje sobie radę bez różnych naj-
nowszych maszyn, które większość mężów 

337

background image

kupuje swoim żonom. Słuchając tego Avril 
przygryzała   wargi   i   ściskała   dłoń   męża, 
chcąc mu pokazać, że nie odczuwa nieza-
dowolenia wyrażanego w jej imieniu przez 
matkę. Z kolei babcia Dunne – wydymając 
wargi – mówiła, że podziwia młode kobie-
ty, które – tak jak jej synowa – nie dbają o 
makijaż ani o stroje i nie przejmują się mę-
żem   i   jego   pozycją.   Wtedy   Noel   ściskał 
dłoń   żony.   Oboje   małżonkowie   zgodnie 
twierdzili, że sytuacja zmusza ich do doda-
wania   sobie   otuchy   i   zapewniania   się   o 
wzajemnej miłości, w celu przeciwdziała-
nia wpływom obu matek. Możliwe, że nie 
wyszli na tym najgorzej.

Nazwali swoje dzieci Ann, Mary i John, 

w buncie przeciwko własnym, wymyślnym 
i dziwacznym imionom. Obie matki uwa-
żały,   że   wybrali   imiona   zbyt   pospolite   i 
każda   winiła   o   brak   wyobraźni   i   stylu 
dziecko tej drugiej.

338

background image

Ann miała siedemnaście lat i została zo-

bowiązana do przygotowania programu na 
Boże Narodzenie. Ann w szkole dobrze so-
bie  radziła  z  nauką  obsługi  komputerów, 
co było bardzo przydatne, ponieważ rok po 
roku coraz trudniej przychodziło zabawić 
babcie. Problemy stwarzały rosnąca liczba 
kanałów   w   telewizji   oraz   dostępność   fil-
mów wideo. W tym roku było zbyt dużo 
możliwości do wyboru. Ann z wielką po-
wagą stwierdziła, że o wiele łatwiej żyło 
się w czasach, gdy w telewizji pokazywali 
tylko   jeden   świąteczny   film,   po   którym 
babcie mogły się pokłócić o papieża i kró-
lową. Matka Avril była zdania, że każda 
osoba   na   poziomie   powinna   wysłuchać 
orędzia królowej; nie ma to nic wspólnego 
z brytyjskim szowinizmem, po prostu tak 
wypada. Matka Noela mówiła, że u nich 
nigdy nie oglądało się rodziny królewskiej. 
Przypominała   sobie   jednak,   że   dawno 

339

background image

temu pokojówki zatrudnione w ich domu z 
przejęciem czytywały ploteczki z życia pa-
nujących, co dobitnie świadczy o tym, że 
niektórzy rzeczywiście interesują się tymi 
sprawami. Ona sama z kolei, chociaż nie 
zgadza się z papieżem Janem Pawłem w 
żadnej sprawie, uważa, że każdy dobry ka-
tolik powinien przynajmniej w tym jednym 
z trzystu sześćdziesięciu pięciu dni odczu-
wać potrzebę przyjęcia papieskiego błogo-
sławieństwa.

Noel   i   Avril   zachowali   zdrowie   psy-

chiczne dzięki włączeniu w program uro-
czystości   świątecznych   obu   osobistości. 
Były jeszcze  inne  pomocne  rzeczy, takie 
jak   długi   spacer   po   papieskim   błogosła-
wieństwie, a przed kruchymi ciasteczkami 
i prezentami. Małżonkowie już dawno do-
szli do wniosku, że jeszcze przed kolacją 
pozakładano   by   im   kaftany   bezpieczeń-
stwa,   gdyby   mieli   cały   dzień   siedzieć   w 

340

background image

domu. Nawet jeśli padał deszcz lub sypał 
śnieg, wychodzili na ulicę i szli aż na pla-
żę. Po drodze mijali inne rodziny. Noel i 
Avril często się zastanawiali, czy tamci są 
naprawdę szczęśliwi, czy raczej – tak jak 
oni – są jak beczki prochu, jak wulkany, 
jak zbiorowiska wszystkich potencjalnych 
nieszczęść.

Potem, po koktajlach alkoholowych ser-

wowanych podczas wystąpienia królowej, 
zasiadali do świątecznego obiadu, w czasie 
którego oglądali telewizję, ocierając łzy, aż 
któraś z babć mówiła: „Dobry Boże, któraż 
to już godzina? Może napijemy się herba-
ty, zjemy po kawałku ciasta i odwieziecie 
mnie już do domu”.

Od kiedy kupili wideo, życie stało się ła-

twiejsze. Nie trzeba było skakać z jednego 
kanału na drugi ani podejmować szybkich, 
trudnych decyzji. Od kilku lat rodzina za-
wczasu   badała   zawartość   świątecznego 

341

background image

programu w telewizji z taką uwagą, jakby 
to były plany lądowania w Normandii. Po-
pularne   programy   rozrywkowe   były   wy-
kluczane,   ze   względu   na   niewyszukane 
słownictwo   występujących   osób.   Co   do 
komedii również można było mieć wątpli-
wości, ponieważ dawały okazję do kosych 
spojrzeń,   niepewności,   czy   babcia   Byrne 
zrozumiała   dowcip   i   do   uszczypliwych 
uwag babci Dunne, która nie potrafiła zro-
zumieć,   dlaczego   niektórzy   obrażają   się 
nie wiadomo o co. Babcie były nieprzewi-
dywalne. Jednego roku wygłaszały morali-
zujące uwagi, drugiego opowiadały spro-
śne dowcipy, ale nigdy nie było zawczasu 
wiadomo,  jak będzie  tym razem.  Jeszcze 
jedna bożonarodzeniowa niespodzianka.

Ann   poczuła   się   bardzo   ważna,   kiedy 

pozwolono jej wybrać programy, ale przy-
znała,   że   jest   z   tym   wiele   problemów. 
Gdyby   nagrali   „Powrót   do   przyszłości” 

342

background image

podczas obiadu, to mogliby go obejrzeć o 
piątej, ale czy babciom spodoba się maszy-
na podróżująca w czasie?

Dzieci chcą obejrzeć „Imperium kontr-

atakuje” – donosiła Ann – i mają nadzieję, 
że uda się to jakoś umieścić w programie 
dnia. Projekcja filmu jest od czwartej do 
szóstej,   ale   wtedy   rodzina   najprawdopo-
dobniej będzie oglądać coś innego na wi-
deo, w związku z czym nie uda się nagrać 
„Imperium”.

Ann chciała nagrać „Burzowego chłop-

ca”. Wydawało jej się, że ten film będzie 
lepszy dla całej rodziny niż „Zakochanie”. 
Nie znała treści tego drugiego, ale Meryl 
Streep i Robert De Niro na pewno będą się 
często ściskali, a tak trudno przewidzieć, 
jak babcie zareagują, oglądając sceny ero-
tyczne.

Noel   i   Avril   przyglądali   się   poważnej 

twarzy córki, szukającej właściwego roz-

343

background image

wiązania. „Jo Maxi Show”, ulubiony pro-
gram Mary i Johna, został skreślony; bab-
cie by czegoś takiego nie zniosły. Coś za-
tytułowane   „Zabaw   się”   określono   jako 
„bożonarodzeniową radochę”; trudno przy-
puszczać,   żeby   taka   radocha   mogła   się 
spodobać którejś z babć. Na pewno dobry 
będzie   „Glenroe”   o   ósmej,   ale   nie   „No-
n-Stop Christmas Show”, zbyt urozmaico-
ny, jak na gust pani Dunne i pani Byrne. 
Występ Dublin Boy Singers mógłby się im 
spodobać, tylko czy warto ryzykować tyra-
dy przeciw Johnny’emu Loganowi i Ding-
batsom?

Ann doszła do wniosku, że jeszcze raz 

porozmawia z najmłodszym rodzeństwem. 
Musi się znaleźć jakieś wyjście. Wszystkie 
rodziny z pewnością mają o tej porze roku 
takie same problemy – powiedziała dojrza-
le – a wszystko dlatego, że maluchy doma-
gają się rzeczy nie do przyjęcia. Boże Na-

344

background image

rodzenie nie jest przecież świętem dzieci.

Avril i Noel byli zasmuceni. Ich córka 

nie mówiła tego złośliwie. Przez całe życie 
myślała,   że   Boże   Narodzenie   to   święto 
babć, którego celem jest zadowolenie ich, 
jeśli to tylko możliwe.

Avril   przygryzła   wargę,   wspominając 

wiele   bożonarodzeniowych   dni,   podczas 
których   babcia   Dunne   mierzyła   ją   wzro-
kiem od góry do dołu i pytała, kiedy Avril 
się przebierze, po czym – udając, że dopie-
ro teraz to zauważa – stwierdzała, że oczy-
wiście Avril już jest przebrana i że postąpi-
ła rozsądnie, nie wkładając na  siebie nic 
eleganckiego.

Przypomniała   sobie   też   różne   okazje, 

przy   których   babcia   Byrne,   oglądając 
uważnie etykietę na winie kupionym w su-
permarkecie, pytała Noela, kto zaopatruje 
ich w alkohol i czy w tym roku wybrali coś 
specjalnego. Noel długo gładził pod stołem 

345

background image

dłoń żony. – Nieważne – mówił. – Mamy 
przed sobą całe życie.

To prawda, ale dzieci nigdy nie miały 

takiego Bożego Narodzenia, jakie powinny 
mieć.

Pomyśleć tylko, jak by to było, gdyby 

nie było babć. Jak by to było!

Avril zamyśliła się. Mogliby wstać póź-

niej i zjeść śniadanie w piżamach. Potem, 
popijając herbatę, oglądaliby program tele-
wizyjny bez zerkania na fotele, by spraw-
dzić,   jak   niektóre   sceny   są   przyjmowane 
przez starsze panie.

Mogliby wybrać się na krótki spacer, w 

starych ubraniach, żeby nie bać się błota i 
mogliby się śmiać, i pokazywać sobie róż-
ne   ciekawe   widoki.   Tak   jak   w   inne   dni. 
Nie   musieliby   się   dostosowywać   do   po-
wolnego tempa babć, odparowywać natręt-
nych   pytań   i   znosić   uszczypliwości,   któ-
rych obie panie nie szczędziły sobie wza-

346

background image

jemnie.

Nie musieliby oglądać ani papieża, ani 

królowej.   Sami   opowiadaliby   dzieciom   o 
Bożym Narodzeniu.

Indyk   smakowałby   lepiej,   gdyby   nie 

trzeba   było   za   niego   przepraszać,   wyja-
śniać   i   analizować.   Mogliby   zjeść   świą-
teczny   pudding   z   greckim   jogurtem,   za 
którym wszyscy przepadając nie z masłem 
z brandy, jak wypada. Dzieci mogłyby się 
śmiać do rozpuku z dowcipów znajdowa-
nych w herbatnikach, zamiast ponuro ki-
wać głowami i przytakiwać babciom, które 
uważają,   że   sprzedawanie   tak   bezwarto-
ściowych ciasteczek jest grzechem wołają-
cym o pomstę do nieba.

Noel czuł żal do swoich dwóch braci i 

siostry, którzy nigdy nie pomyśleli o za-
proszeniu matki na święta. Ani razu. Tra-
dycją stało się, że mama spędza ten dzień z 
Noelem i Avril – mówili z ulgą i dawali jej 

347

background image

butelki sherry, termofory z wełnianymi po-
krowcami i maleńkie pudełeczka czekola-
dek z likierem, które nakazywali jej zjeść 
bez dzielenia się z innymi, co też robiła.

A czy siostra Avril, mieszkająca w Li-

merick, nie mogłaby wziąć do siebie pani 
Byrne? Chociaż raz. Dlaczego to stało się 
tradycją? Stare zrzędy z radością powitały-
by odmianę – myślała załamana Avril.

Ale w tym roku jest już za późno, nie 

ma o czym mówić. Trzeba było wszystko 
zaplanować znacznie wcześniej i zaaranżo-
wać tak, żeby nie wyglądało... na to, czym 
rzeczywiście było.

Avril i Noel spojrzeli po sobie, ale tym 

razem nie głaskali się po rękach, nie doda-
wali  sobie  otuchy  i  nie  przypominali,  że 
mają   przed   sobą   całe   życie,   a   ten   jeden 
dzień   to   nie   jest   znowu   aż   tak   wiele. 
Pierwszy raz wydało im się, że to bardzo 
dużo.   Że   tego   dnia   wszyscy   powinni   się 

348

background image

cieszyć. Tymczasem w ich rodzinie panuje 
przekonanie, że to nie jest dzień, w którym 
dzieci są najważniejsze.

Mijały dni, ale nieprzyjemne uczucie nie 

chciało   zniknąć.   Dzieci   wyczuły,   że   coś 
jest nie w porządku. Mama i tata, zwykle 
mający   mnóstwo   próśb,   zaklęć   i   napo-
mnień,   stracili   bożonarodzeniowego   du-
cha.   Między   rodzicami   nie   było   nawet 
zwykłego, żenującego przytulania się i gła-
skania po rękach. Kiedy Ann, Mary albo 
John   pytali,   co   rodzice   przygotowali   dla 
babć, otrzymywali wykrętne odpowiedzi.

– Może przyniesiemy parawan na wypa-

dek,   gdyby   babci   Byrne   przeszkadzały 
przeciągi? – spytała Ann.

– Nic jej nie będzie, na pewno się nie 

przeziębi – odparła nieoczekiwanie mama.

–   Gdzie   jest   szkło   powiększające   dla 

babci, żeby mogła przeczytać program te-
lewizyjny? – spytał John w wigilię Bożego 

349

background image

Narodzenia. – Babcia Dunne lubi je mieć 
pod ręką, żeby móc odczytać małe litery.

– W  takim razie niech włoży okulary, 

jak wszyscy ludzie – powiedział tata.

Dzieci były zmartwione.
Ann pomyślała, że może tata przechodzi 

coś na podobieństwo kobiecej menopauzy. 
Mary przyszło do głowy, że może mama 
przeżywa   kryzys   średniego   wieku.   Nie 
wiedziała, co to takiego, ale oglądała w te-
lewizji program, w którym pobladłe kobie-
ty   w   wieku   mamy   opowiadały   o   swoich 
przeżyciach.   John   myślał,   że   rodzice   po 
prostu mają złe humory, podobnie jak na-
uczyciele, których dąsy potrafią trwać kil-
ka   miesięcy.   Miał   nadzieję,   że   rodzice 
przezwyciężą ten nastrój, bo w domu zro-
biło się nudno i smutno, od kiedy zaczęto 
się wszystkich czepiać.

Wieczorem w przeddzień Bożego Naro-

dzenia   rodzina   zebrała   się   przed   komin-

350

background image

kiem.   Wszyscy   chcieli   oglądać   ten   sam 
film z Jamesem Stewartem. Nie było za-
drażnień z powodu tego, kto gdzie usiądzie 
i   komu   należy   się   honorowe   miejsce   na 
wprost   telewizora.   Nikt   nie   szukał   szkła 
powiększającego ani parawanów do osło-
nięcia przed przeciągiem.

Noel i Avril westchnęli.
– Przepraszam za babcie – powiedziała 

nieoczekiwanie Avril.

– Byłoby przyjemnie, gdybyście mogli 

mieć normalne Boże Narodzenie, jak inne 
dzieci – dodał Noel.

Trójka dzieci spojrzała na nich ze zdzi-

wieniem. Rodzice przeprosili ich pierwszy 
raz.   Dotąd   dzieci   zawsze   słyszały,   że   to 
wielkie   szczęście,   iż   mają   dwie   babcie, 
które przychodzą do nich na Boże Naro-
dzenie.

Nigdy w to nie wierzyły, ale przyjmo-

wały to tak samo jak gadanie, że szpinak 

351

background image

jest zdrowy, a hamburgery nie. Powtarzano 
im to całymi latami i przyzwyczaiły się. W 
każdym razie słuchanie banałów przycho-
dziło im łatwiej niż znoszenie nieoczeki-
wanego zmieszania rodziców i przeprosin 
w imieniu babć, i mówienie, że babcie jed-
nak nie są tak wspaniałym darem, jak mo-
głoby się wydawać.

Ann, Mary i Johnowi nie spodobało się 

to, ponieważ zmieniało naturalny bieg rze-
czy, a oni nie chcieli zmian. Nie w czasie 
Bożego Narodzenia.

–   Ten   dzień   powinien   być   uroczysty 

również dla was – powiedziała Avril.

– Bardziej dla was, niż dla nich – spro-

stował Noel. Dzieci przyglądały mu się w 
migotliwym świetle ognia.

Nie chciały słyszeć żadnych tłumaczeń 

ani   oskarżeń   przeciwko   stryjkom   i   cio-
ciom, którzy nie wypełniają swoich obo-
wiązków. Nie chciały słów takich jak „cię-

352

background image

żar” i „kłopot”. Nie w Boże Narodzenie.

Musieli szybko coś zrobić, żeby nie pa-

dły   słowa,   które   nie   powinny   zostać   po-
wiedziane.

–   Doszliśmy   do   wniosku,   że   możemy 

nagrać „Star Trek 3” i wytłumaczyć bab-
ciom, kto jest kim: Kirk, Spock i Scotty – 
powiedział John.

– Może babcia Byrne zacznie wspomi-

nać filmy o Drakuli i o Frankensteinie? – 
powiedziała z nadzieją w głosie Mary.

Ann, która w ciągu ostatnich kilku dni 

bardzo   dojrzała   i   prawie   wszystko   rozu-
miała, dodała z niezwykłą łagodnością w 
głosie:

– Widocznie nie ma dla nich dość miej-

sca   w   innych   gospodach,   skoro   zawsze 
przychodzą do nas; mają szczęście, bo to 
najlepsza gospoda w mieście.

353


Document Outline