background image
background image

 

background image

Projekt okładki 

ZBIGNIEW ANDRZEJ DĄBEK

Redaktor wydania 

KATARZYNA DARWAJ

ISBN 83-222-0173-7

©  Copyright by Wydawnictwo Lubelskie,

Lublin 1982

WYDAWNICTWO LUBELSKIE • LUBLIN 1987

Wydanie II. Nakład 29 730 + 270 egz. Ark. wyd. 9,5. Ark. druk. 11. 

Papier offset, kl. V, 70 g, 70 x 100 cm. Oddano do produkcji w lutym 

1987 r. Druk ukończono w marcu 1987 r.

konwersja lesiojot

background image

Rozdział 1

Rozmiękła   alejka   okryta   była   zielonoszarą,   półprzejrzystą 

mgłą,   z   palczastych   pączków   jesionowca   miarowo   kapały 

chłodne krople wiosennego deszczu, spadały wprost na kark i 
policzek leżącej nieruchomo  Vián.  Wreszcie któraś kropelka 

trafiła dokładnie w kącik zamkniętego oka.

Kobieta poderwała głowę, potrząsnęła nią - mokre i zimne 

kosmyki rozplecionych włosów chlasnęły ją po szyi jak bicze. 
Vián  otrząsnęła   się   jeszcze   raz,   podniosła   dłonie   do   oczu   i 

ostrożnie   przetarła   zabrudzone   powieki.   Potem   powoli 
uchyliła rzęsy, aż ciężkie od resztek błota, spojrzała - lepka i 

śliska glina na jej rękach miała nieprzyjemny odcień ziemistej 
żółci.

Dopiero   teraz,   ukryta   za   śmieszną   zaporą   umazanych 

palców, Vián ośmieliła się popatrzeć trochę dalej. Tam, gdzie 

przedtem był Laas. Jej mąż Laaster Erie Ninch’.

Był tam przez cały czas. Jak zakochany w pochylonym krzyżu 

zrobionym   z   dwóch   nie   okorowanych   pni   biełuch   trwał   pół 
klęcząc,  pół  zwisając  z  przekrzywionej  poprzeczki.   I uparcie, 

prawie czule przyciskał twarz do mokrego drewna.

Zabolało to  Vián  jak jakaś nieoczekiwana obelga - przecież 

kiedyś   Laas   dokładnie   tak   samo   przytulał   policzek   do   jej 
nagiego   ramienia.   Uśmiechał   się   wtedy   równie   łagodnie   i 

spokojnie.

Wiatr  znowu  strącił  na czoło  kobiety  kilkanaście  zimnych 

kropel,   więc   wzdrygnęła   się   odruchowo,   aż   dookoła   niej 
zafalowało  rzadkie,  gliniaste  błoto. Spod powierzchni  małej 

kałuży   z   lepkim   mlaśnięciem   wymknęło   się   kilkanaście 
pęcherzyków gazu. Brudnożółte banieczki przez długą chwilę 

utrzymywały   się   na   wodzie,   potem   pękły   -   niemal 
jednocześnie   w   nozdrza  Vián  uderzył   mdły   i   słodki   odór 

zgnilizny. Ten sam ckliwy zaduch dolatywał do niej teraz ze 

background image

wszystkich   stron   wraz   z   powiewami   niezdecydowanego 
wiatru,   kręcącego   się   w   kółko   między   nielicznymi   pniami 

cmentarnych   drzew   i   żałosnymi   szczątkami   powalonych 
nagrobków. Jakby wiatr także ogłupiał od tego, co działo się 

w ciągu ostatniej nocy.

A przecież tu, na zrujnowanym cmentarzu, rozegrał się t ylko 

ostatni   akt   dramatu.   Ostatnia   scena   opowieści   o   kolonizacji 
Nowej...

Właściwie chyba nikt z nas nie może powiedzieć, że zależy 

wyłącznie   od   siebie.   Wprawdzie   umiem   jakiś   konkretny 

problem oglądać z punktu widzenia własnego „ja”, ale... po co 
miałbym to robić? I tak wiem, że wszystkie moje spostrzeżenia 

posłużą   całej   rasie.   Tak   samo   mnie,   jak   każdemu   z   nowo 
narodzonych.

Jako   każdy   z   nas   powinienem   tę   kobietę   zlikwidować 

natychmiast. Bez wahania. Lecz jako ja mogę na nią patrzeć 

spokojnie - nie jest groźna. A to, że przypadkowo ocalała, wcale 
nie zwiększa jej szans. Niech sobie myśli...

Ów   ostatni   wieczór   zimy   wydawał   się  Vián  tym 

przyjemniejszy,   że   już   od   rana   miała   się   zacząć   krótka   jak 

wybuch,   zaledwie   czterodniowa   wiosna.   A   po   niej   miało 
przyjść gorące, szkarłatno-brązowe i ciemnozielone lato. 

Lecz kiedy niebo tuż przed północą zaczęło się robić głęboko 

purpurowe, a wszystkie gwiazdy zamglił już pierwszy ciepły 

powiew,   wtedy   cały   świat   nagle   stanął   do   góry   nogami. 
Stojącą   w   swoim   domu   przy   oknie  Vián  ogłuszył   trzask   i 

łomot padających drzew. Dopiero po długiej chwili usłyszała 
przenikliwe   dźwięczenie   tłuczonych   szyb,   huk   pękających 

murów,   rozpaczliwe   wrzaski   przygniecionych   ludzi   -   a   nad 
tym wszystkim drwiące wycie huraganu, który nie wiadomo 

skąd spadł na zaspane, niewielkie miasteczko.

W ciemność strzeliły złote iskry kilku pożarów, potem już całe 

niebo zalał narastający blask.

background image

Vián wybiegła z domu tak, jak stała - boso, w sięgającej do 

kostek koronkowej koszuli...

Noc tymczasem zrobiła się gorąca i krwista. A po chwili żółte, 

czerwone, bladozielononiebieskie jęzory płomieni smagnęły po 

twarzach przerażonych ludzi, wygoniły ich z miasta.

Vián  znalazła się w gromadce uciekających na cmentarz  - 

huragan   ścigał   ich   uparcie,   walił   w   plecy   kłębami   iskier   i 
zwałami   zgęstniałego   powietrza.   Poprzez   łomot   i   szum   w 

uszach  Vián  usłyszała   niesamowicie   słaby   głos   Laastera, 
wykrzykującego   jej   imię.   Spojrzała   w   tamtą   stronę,   rzuciła 

się, potknęła o jakiś wał rozmiękłej ziemi kiedy padała, niebo 
nagle   stało   się   jadowicie  zielone   i   liliowe.   W   tej   widmowej 

poświacie zobaczyła Laastera dwa metry dalej, wpadającego 
na   pochylony   krzyż.   A   potem   raptownie   wszystko   znikło   i 

ucichło.

Dopiero teraz  Vián  ogarnął strach. Dlaczego Laaster wcale 

się nie rusza? Przecież już jest rano - słońce zaczyna podnosić 
strzępy mgły i rozpraszać ostatnie chmury.

-  Laas... - z gardła  Vián  wydostał się tylko słaby, ochrypły 

szept. - Laas...?

Cisza.   Tylko   wiatr   spycha   resztki   zielonego   oparu   między 

poharatane   drzewa.   Tylko   dookoła  Vián  uparcie   faluje 

mdlący,   słodki   smród   przegniłych   ciał,   wydostający   się   z 
porozwalanych grobów.

Kobieta   z   trudem   wdrapuje   się   na   brzeg   dołu,   staje   obok 

męża i leciutko, nieśmiało dotyka jego pleców. Laaster powoli 

zaczyna unosić głowę... - nie. To tylko jego ciało bezwładnie 
osuwa się coraz niżej. Jednocześnie krzyż wali się na bok i z 

ciężkim, głuchym pacnięciem spada na dno grobowca.

Lepkie   bryzgi   rzadkiego   błota   smagają  Vián  po   twarzy, 

nowa   fala   trupiego   zaduchu   wywołuje   gwałtowne   torsje. 
Mdłości  powtarzają   się  co  chwila,  więc  Vián  wydaje   się, że 

będzie   tak   klęczeć   nad   ciałem   Laasa   i   wymiotować   aż   do 
końca   świata.   Ale   już   po   minucie   czy   dwóch   ostrożnie 

podnosi   głowę.   Potem   niezdarnie   dźwiga   się   z   kolan   i 
sztywno,   niepewnie   jak   lunatyczka   zaczyna   iść   w   stronę 

miasta,   automatycznie   omijając   rzadkie   drzewa.   I   gęsto 

background image

między grobami porozrzucane nieruchome ciała.

Wiem, że nikt z nas nie zmusi mnie do działania wbrew mojej 

woli.   Dlatego   bez   przeszkód,   spokojnie   mogę   obserwować 
starą, zmęczoną kobietę, która potykając się i padając zmierza 

uparcie tam, gdzie do wczoraj był jej dom.

Czuję, że pomału zaczyna się we mnie rodzić coś, czego do tej 

pory nie znałem. Lecz na razie zastanawiam się tylko, jak długo 
jeszcze pozwolę jej żyć.

Niebo   z   tamtej   strony   miasta   jest   już   wiosenne   i 

jasnozielone   -   na   tym   pogodnym   tle   osiedle   wygląda   tak, 

jakby   wszyscy   mieszkańcy   ciągle   jeszcze   spali.   A   ponieważ 
miedzy   domami   mgła   trzyma   się   trochę   dłużej   niż   na 

równinie,   więc   nawet   z   odległości   pięciuset   czy   czterystu 
metrów Vián wcale nie widzi gruzów na ulicach, nie dostrzega 

wyrw   w   poszarpanych   murach   ani   delikatnej   siateczki 
popękań na ocalałych ścianach. Więc powoli zaczyna wierzyć, 

że   to   tylko   jakiś   sen   koszmarny   wypędził   ją   z   wygodnego 
łóżka.   Bo  właściwie   co   ona  tu   robi   za   miastem?  Czemu   po 

młodej,   jedwabistej   trawie   biegnie   boso,   zaplątując   nogi   w 
mokre   fałdy   nocnej   koszuli   poplamionej   burożółtą   gliną? 

Gdyby teraz wyjrzał ktoś od sąsiadów...

A   Laaster   pewnie   już   od   dawna   czeka   na   nią.   Chodzi   od 

kuchni   do   hallu   swoimi   wielkimi,   niecierpliwymi   krokami   i 
zastanawia   się  -  niespokojny  - dokąd   ona  mogła  pójść o  tej 

porze, dlaczego nie wzięła chociaż swetra i kaloszy?

-  Zapomniałam,   Laas...   Po   prostu   zapomniałam   -  Vián 

uśmiecha   się   w   stronę   domu   nieśmiało,   przepraszająco.   I 
troszeńkę smutno. - To tylko roztargnienie zwyczajne. A teraz 

obejmiesz   mnie   na   przywitanie   i   prosto,   prościuteńko 
poprowadzisz do sypialni. Do mojego miękkiego, szerokiego 

łóżka,   na   którym   starannie   spiętrzyłeś   porozrzucane 
poduszki, a w nogach ułożyłeś gorący termofor. I na pewno 

nie powiesz mi ani słowa, jakbym wcale nie wychodziła. Bo ty 

background image

przecież   taki   już   jesteś   -   zawsze   troskliwy,   zawsze   aż   za 
bardzo   czuły.   A   ja   kiedyś   cię   za   to   prawie   nienawidziłam, 

wiesz?   Nie   mogłam   ścierpieć   tej   twojej   dobroci.   Nigdy   nie 
rozumiałam... Ale teraz, kiedy nie żyjesz...

Gwałtowny powiew o zapachu spalenizny zdmuchnął sprzed 

oczu  Vián  niematerialną   twarz   Laastera.   A   jednak   jeszcze 

przez długą, długą chwilę  Vián  wydawało się, że ze szczeliny 
w powietrzu patrzą na nią czyjeś uważne, przenikliwe źrenice. 

Takie, które nawet myśli potrafią zobaczyć.

I   wtedy   runął   najbliższy   dom.   Łoskot   głazów   i   jęk 

rozdzieranych   desek   dotarły  do   Vián  z   nieznacznym 
opóźnieniem, więc przez kilka pierwszych sekund wydawało 

jej się, że ogląda niemy film. W niesamowitej, upiornej ciszy 
kamień   zsuwał   się  z   kamienia,   za  wybitymi   oknami  migały 

osiadające stropy, w niebo pomału, leniwie wzbijał się kłąb 
rozpylonego tynku i kurzu. Huk przeraził Vián dopiero wtedy, 

kiedy   trzasnęły   nadwątlone   krokwie   i   cały   dach   zapadł   się 
między resztki cyklopowych murów. Potem wszystko zamarło 

w bezruchu...

Laaster to tamten martwy człowiek, rozpięty na krzyżu.

Tak, ostatecznie to my narzuciliśmy ludziom sytuację. Walkę, 

w   której   nie   mieli   żadnych   szans.   I   chyba   nie   powinienem 

nawet w martwym przeciwniku doszukiwać się dobroci, lecz ta 
kobieta   już   po   raz   drugi   wywołuje   we   mnie   niezrozumiałe, 

absurdalne uczucie zaciekawienia losami obcej istoty. Po raz 
pierwszy tym, że jednak przeżyła, a teraz...

Otaczam ją polem zera zdarzeń, a sam w grawitacyjnym wirze 

płynę   na   cmentarz.   Bo   jeszcze   z   okresu   swojej   młodości 

pamiętam,   że   ludzie   znają   swoiste   przeciwieństwo   naszego 
bezczasu - w chwili przejścia do nieistnienia każdy z osadników 

przeglądał swoje życie jak kolorowy film, w którym wszystko 
działo się naraz. 

Dlatego   po   drodze   tak   ustalam   współrzędne   wiru,   żeby 

przybyć   dokładnie   w   ostatnim   momencie   trwania   Laastera. 

Potem   przez   ułamek   sekundy   uważnie   wpatruję   się   w   to 

background image

miejsce nad jego karkiem, gdzie rodzą się wszystkie obrazy i 
myśli.

Laaster urodził się tak samo jak każdy z nich czy każdy z 

nas.   A   zrozumienie   przychodzi   mi   tym   łatwiej,   że   jego 

idioplazma i moja w zasadzie nie różnią się niczym. To, co 
wiemy, każdy odziedziczył prawie tak samo. I nawet fizycznie 

zbudowani   jesteśmy   dość   podobnie   -   dla   mnie   osobiście 
Laaster byłby doskonałym kumplem do golfa czy do cichych 

wypraw na dziewczynki do jakiegoś burdelu na przedmieściu. 
Oczywiście w każdym dowolnym punkcie galaktyki, byle nie 

na Nowej - za dobrze wiem, że tutaj zawsze byłbym dla niego 
czymś niepoj ętym i zwyrodniałym.

Czymś, co nie ma prawa żyć obok ludzi. Ja może umiałbym 

się   nawet   i   z   tym   pogodzić,   ale   przecież   oprócz   tego   jestem 

każdym z nas...

Porządkuje  teraz  i ustawiam  w czasie  to, do czego Laaster 

przywiązywał, zdaje się, największą wagę. To był człowiek, a 
przecież   żadnemu  z  nas  nic,  co  ludzkie,  nie  może  być obce. 

Kiedyś na pewno dojdzie do spotkania na większą skalę, więc 
to   wszystko,   co   teraz   z   mózgu   Laastera   wygrzebię,   będzie 

świetnym   uzupełnieniem   modelu   całej   rasy,   pozwoli   nam 
jeszcze   dokładniej  poznać ich   słabe   i  mocne  strony.  Dlatego 

czuję w sobie milczącą zgodę każdego z nas, kiedy rzucam w 
przestrzeń pierwsze uczucia i obrazy.

Widzę   Laastera   w   podrzędnym,  zadymionym   barze.   Takim 

jak   bar   Florića   w   tym   zrujnowanym   miasteczku.   Ale   wtedy 

Laaster jest jeszcze na Ziemi przed ponad setką lat.

Alkohol w kieliszkach ma tęczowe smugi wijące się leniwie, 

kiedy Laaster i siedząca przy nim dziewczyna podnoszą, szkło 
do   ust.   Laaster   mówi   i   uśmiecha   się   przy   tym,   lecz   jego 

uśmiech sprawia, że dziewczyna kuli  się na wysokim stołku. 
Jest   przestraszona.   W   tej   samej   chwili   do   baru   wchodzi 

nieznajomy   mężczyzna.   Rozgląda   się   uważnie,   potem   z 
wahaniem   rusza   w   kierunku   Laastera.   Swoje   nazwisko 

wymawia cicho, ale wyraźnie: - Bragg. Ernst Bragg...

Po   kilku   następnych   słowach   Laaster   poważnieje.   Spycha 

dziewczynę   ze   stołka,   klepnięciem   po   pośladku   kieruje   ją   w 

background image

stronę drzwi.

Bragg   wyciąga   z   portfela   plastykowy   czek,   patrzy   pytająco. 

Laaster   kiwa   głową,   wyciąga   dłoń...   -   Po   chwili   w   ślad   za 
dziewczyną wychodzą z baru.

Ulica jest oślepiająco biała od słonecznego żaru i pustynnego, 

nieważkiego kurzu przyniesionego przez wiatr. Mężczyźni idą 

obok siebie i półgłosem omawiają szczegóły swojego planu.

Twarz   Bragga   staje   się   zacięta   i   ponura,   kiedy   mówi:   - 

Vián... Trzeba jej przeszkodzić...

Laaster   nie   pyta,   dlaczego.   Skręca   w   drzwi   obskurnego 

hotelu, po pięciu minutach wychodzi z niewielką walizką. Za 
nim   wybiega   dziewczyna   z   baru   -   na   jej   policzku   powoli 

nabrzmiewa ciemnoczerwona, regularna plama. Laaster wraz z 
Braggiem   idzie   w   stronę   dworca.   Ale   przedtem   chwyta 

dziewczynę za smagłe, opalone ramię. Dziewczyna krzywi się z 
bólu. A on spokojnie, zimno odpycha ją od siebie. Jakby rzucał 

rzecz niepotrzebną. 

Bo   prawdziwe   życie   Laastera   zaczęło   się   dopiero   wtedy, 

kiedy poznał Vián.

Poznawał ją bardzo długo, nie dowierzając przy tym ani jej 

słowom,   ani   swoim   myślom.   Lecz   kiedy   wreszcie   uwierzył, 
stał się pod pewnym względem podobny do każdego z nas. 

Oczywiście nie całkiem. My potrafimy zespolić się z każdym 
dostępnym   mózgiem.   Natomiast   on   potrafił   utożsamiać   się 

jedynie z Vián. Być może właśnie dlatego równie żywo jak ona 
mógł   zobaczyć   w   swojej   pamięci   pewien   dzień   sprzed   stu 

dwudziestu paru ziemskich lat.

Przed   niewielkim   domkiem   na   przedmieściu   Arsus   stał 

wysoki,   barczysty   mężczyzna.   Przez   kilka   sekund   patrzył   na 
młode listki pnących róż, rozpiętych na płocie. Dwa lub trzy 

razy   niezdecydowanie   podnosił   dłoń   do   przycisku   dzwonka, 
lecz w ostatniej chwili cofał ją, nie dotykając tastra. Wreszcie 

machnął ręką, pchnął uchyloną furtkę i po wąskiej, betonowej 
ścieżce powędrował w stronę przeszklonej werandy. Po drodze 

zdążył zauważyć, że beton ścieżki  jest spękany, a ze szczelin 

background image

wygląda wiotka, jasnozielona trawa. Potem człowiek zerknął w 
bok.   Przed   chwilą   widział   tylko   czuby   kilkunastu   drzew, 

sterczące zza ogrodzenia. Teraz dostrzegł, że gałązki zielenieją, 
a   na   ziemię   sypią   się   miękkie,   bladoróżowe   i   białe   płatki. 

Człowiek   spojrzał   na   kilka   najbliższych   wisien   i   mruknął   do 
siebie półgłosem: - Za gęste są. I za wysokie... Trzeba by je było 

przyciąć jesienią albo na przyszłą wiosnę.

Przez   odgłos   swoich   kroków   usłyszał   nagle   lekki   tupot   po 

trawie. Przystanął, obrócił głowę - zza węgła domu biegła ku 
niemu cztero-, może pięcioletnia dziewczynka. Coś zieleniło się 

w jej zaciśniętej  łapce, nóżki w błękitnych rajstopach migały 
pod króciutką spódniczką.

A   na   bluzce   dziewczynki   człowiek   zobaczył   przypomnienie 

jego własnego dzieciństwa - więc mimo woli uśmiechnął się do 

krzywołapego   kaczora   w   marynarskiej   czapie,   starannie 
wyhaftowanego kolorową nitką.

Kaczor miał brwi uniesione wysoko aż na czoło, i dokładnie 

tak samo szeroko otwarły się po chwili oczy dziewczynki, kiedy 

z wysokości kolan mężczyzny uważnie patrzyła w jego twarz.

Człowiek   znowu   uśmiechnął   się   mimo   woli,   potem   nisko, 

nisko pochylił się nad dzieckiem.

Dziewczynka rozwarła piąstkę, podając nieznajomemu kilka 

półrozwiniętych, wymiętoszonych bratków.

-  To   pierwsze,   prawda?   -   nie   wiadomo   czemu   mężczyzna 

powiedział to szeptem.

Zamiast odpowiedzi dziewczynka dwukrotnie kiwnęła głową 

energicznie, jak

porcelanowy   chińczyk.   Krótka,   ciemna   grzywka   opadła   jej 

przy   tym   na   czoło,   więc   odgarnęła   ją   niecierpliwie   i   znowu 
podniosła   brwi,   zaglądając   mężczyźnie   prosto   w   oczy.   Nagle 

nad dwoma zbliżonymi ku sobie głowami trzasnęło otwierane 
okno.

-  Vián!  Wracaj na... - głos ucichł raptownie, kiedy kobieta 

zauważyła schylonego mężczyznę. 

Człowiek wyprostował się i wtedy na jego ramieniu błysnęła 

srebrna, siedmioramienna gwiazda. Kobieta mocno wciągnęła 

powietrze,   lecz   patrzyła   w   milczeniu,   więc   mężczyzna   zaczął 

background image

niepewnie: - Jestem...

-  Nie   trzeba...   Porozmawiamy   potem...   -   głos   kobiety 

przygasł, oczy stały się wilgotne i smutne. Mężczyzna spojrzał 
w stronę furtki, zrobił pół obrotu. Kobieta dorzuciła szybko: - 

Proszę nie odchodzić...

Człowiek zerknął na nią, na dziecko, potem znowu na nią. A 

później   szybko   schylił   się   ponownie,   trochę   niezgrabnie 
dźwignął  Vián  z ziemi, posadził ją sobie na przedramieniu i 

pochylając głowę przekroczył próg werandy.

Helena nagle zrozumiała, kogo jej ten człowiek przypomina. 

Jasne, że nie było to przypadkowe, fizyczne podobieństwo. To 
było coś więcej, a jednocześnie  o wiele  mniej niż same rysy 

twarzy czy ruchy. Raczej chodziło o to, co się pod tymi ruchami 
kryło.   O   to,   co   kiedyś,   kilkanaście   lat   temu   miał   w   twarzy 

Ladipax. Patrzył na nią prawie tak samo. Zresztą chyba do tej 
pory   Helena   była   przekonana,   że   Ulanoff   zaprzyjaźnił   się   z 

Markiem tylko po to, żeby ją częściej widywać. Może nawet by 
ją to w końcu zainteresowało - Ladipax był dosyć przystojny i 

wcale nie nieśmiały - ale wtedy istniał dla niej tylko Mark. Co 
nią wtedy kierowało? Czemu... ?

Chyba   przyciągnęło   ją   to   szalone   zafascynowanie.   Ta   jego 

głupia  miłość do swobody  i przestrzeni.  Podobało  jej  się, że 

Mark   tylko   po   to,   żeby   latać,   skończył   kosmobiologię   i   dwa 
dodatkowe fakultety. Od tamtej pory latał coraz częściej i dalej. 

A   Ladipax   -   tego   właśnie   Helena   najdłużej   nie   mogła   mu 
darować - wycofał się bez walki. Po prostu wyjechał z miasta i 

tylko przypadkowe wzmianki w gazetach mówiły jej, co on w tej 
chwili   robi.  P   rzez   pewien   okres   tych   wzmianek   było   nawet 

dużo.   Wtedy,   kiedy   Ladipax   zainteresował   się   medycyną   i 
psychologią   kosmiczną.   Dokonał   podobno   jakiegoś 

rewelacyjnego  wynalazku, który pozwalał uczestnikom nawet 
najdalszych   wypraw   z   łatwością   znosić   kosmiczne 

osamotnienie. Powierzono mu kierowanie jakąś wielką, nowo 
założoną kliniką i od tej pory wszystko nagle przycichło. Osoba 

Ulanoffa poszła po prostu w zapomnienie.

background image

Obiad   upłynął   w   milczeniu.   Dopiero   później,   kiedy  Vián 

ponownie wybiegła do ogrodu, mężczyzna przedstawił się: - 

Jestem Bragg. Ernst Bragg. Razem z Markiem...

- Dostałam wiadomość pół roku temu.

- Wiem. Powiedzieli mi o tym w kapitanacie, kiedy pytałem 

o pani adres.

- Więc po co pan przyszedł?
-  Pomyślałem sobie... Mark dużo o pani opowiadał i... - w 

głosie mężczyzny słychać było niepewność. - Pomyślałem, że 
może pani chciałaby wiedzieć...

- To i tak niczego nie zmieni. Ale... dobrze, że pan jest. Tutaj 

od dawna już nikt nie przychodzi.

- Dlaczego? Czy pani...
-  Trochę   ze   względu  na   Vián.  Ona   wciąż   jeszcze   czeka, 

rozumie pan?

-  Tak.   -   Mężczyzna   uśmiechnął   się   smutnie.   -   Chyba 

rozumiem... 

- Pan ma rodzinę?

-  Nie.   Na   mnie,   wie   pani,   nikt...   Trochę   zazdroszczę 

Markowi...

- Czego!?
- Chyba tego, że na niego ktoś mimo wszystko wciąż jeszcze 

czeka. Tak. Najbardziej chyba tego... Ale może lepiej będzie, 
jeżeli już pójdę. - Bragg wstał z krzesła, pochylił głowę.

- Niech pan siada... na chwilę. Czy... Czy pan jest stąd?
-  Nie.   -   Krzesło   pod   Braggiem   skrzypnęło   ponownie.   - 

Urodziłem się na drugim końcu świata.

- A teraz? Wraca pan do domu?

-  Jutro.   Dzisiaj   prześpię   się   w   hotelu.   Albo   gdzieś   sobie 

pójdę... Rozumie pani, po tylu latach...

-  Taak... - w głosie kobiety było smutne zamyślenie. - Ale 

teraz nigdzie się pan nie śpieszy?

-  Właściwie   nie   mam   dokąd.   -   Mężczyzna   lekko   wzruszył 

ramionami i zmarszczył brwi.

- Więc niech pan zostanie u nas na kolacji, zgoda? Tylko...
- Tylko co?

-  Mówmy sobie  po imieniu, dobrze? Ze względu  na Vián. 

background image

Niech choć na razie myśli...

-  W porządku, Heleno... - ostatnie słowo mężczyzna rzucił 

cicho i niepewnie.

-  Już   tak   strasznie   długo   nikt   do   mnie   nie   mówił   po 

imieniu...

- Do mnie też - mruknął Bragg.

-  Jak to? - Helena uniosła brwi. - Myślałam, że na statku 

kosmicznym...

-  Wie   pani...   Wiesz,   imię   to   było   coś   od   święta.   Jak   się 

chciało   powiedzieć   komuś   coś   bardzo   ważnego.   No   i   w 

raportach oczywiście. Ale tak na co dzień...

- Więc...?

- Proszę mówić do mnie zwyczajnie. Ernst. Albo... - to Bragg 

dorzucił po krótkim wahaniu - ... albo Eri.

- Eri?
- Właśnie. Kiedyś na mnie tak samo...

- Kobieta?
- Nie. Dziewczyna. Ale to było bardzo dawno temu.

- Myśli pan... Myślisz, że zapomniała?
- Wiem o tym. Ale... może wyjdziemy do ogrodu?

- Ależ oczywiście. Nie... - położyła dłoń na jego ramieniu. - 

Nie tędy. Z tamtego pokoju jest wyjście wprost na taras.

Bragg odruchowo zerknął na nogi idącej przed nim Heleny - 

szczupłe   kostki,   mocne,   ładnie   zarysowane   łydki,   proste   i 

wysmukłe uda.

- Ciekawe, ile ona może mieć lat? Porusza się tak elastycznie 

i   zwinnie,   jakby   miała   najwyżej   dwadzieścia...   -   zastanowił 
się. Potem podniósł wzrok wyżej. 

Kształtna głowa, leciutko zaokrąglone ramiona, szyja... Mimo 

wczesnej   pory   roku   kark   Heleny   miał   już   złoty   odcień 

opalenizny - odsłaniały go włosy, na tyle głowy zaczesane do 
góry w niewielki, zgrabny kok. Bragg zauważył, że przy każdym 

kroku   kobiety   spod   spinki   pomału   wysuwa   się   kasztanowo-
rude   pasemko.   Opadło   wreszcie,   załaskotało   złotobrązową 

skórę. Bragg niezdecydowanie wyciągnął rękę...

Helena zatrzymała się w oszklonych drzwiach, wiodących na 

taras.   Słońce,   wiszące   tuż   za   drzewami,   otoczyło   jej   ciemną 

background image

postać   przyćmionym,   czerwonym   blaskiem.   Kobieta   uniosła 
obie   ręce   do   głowy,   obróciła   się   do   Bragga   bokiem, 

wyprostowała...

Mężczyzna stał nieruchomo i patrzył, jak Helena odnajduje 

niesforny   kosmyk,   jak   długo,   bardzo   powoli   i   bardzo   długo 
poprawia rozluźnioną spinkę.

- Czy ona do licha nie rozumie, że ja przez tyle lat... że my 

wszyscy... Noo, z wyjątkiem Marka. On w tamtej kabinie był 

tylko raz. I gdyby po jego wyjściu okazało się, że na statku 
jest Ulanoff, zabiłby go chyba bez wahania. A przecież nawet 

gdyby Helena nie była tak cholernie zgrabna... - Bragg myślał 
chaotycznie   i   trochę   gniewnie,   ale   przecież   patrzył   z 

przyjemnością.   Z   tak   wielką   przyjemnością,   że   nawet   nie 
zauważył, kiedy skończyła.

Ocknął się dopiero wtedy, kiedy ostrożnie wzięła go za rękę, 

pytając: - O czym myślisz?

- Ja? Tak sobie... O niczym.
- Podoba ci się ogród? - Pociągnęła go za sobą.

-  Tak.   W   ogóle...   Przeniósł   spojrzenie   na   profil   Heleny, 

potem znowu zapatrzył się gdzieś daleko. - Czy ktoś mówił ci 

kiedyś... - urwał. To nie miało sensu. Na pewno ktoś jej to 
mówił już niejeden raz. Chociażby Mark.

- Czy ktoś kiedyś...? - podchwyciła.
-  Już   nic.   Tylko   jakaś   głupia   myśl.   Wiesz,   ostatni   raz 

widziałem takie słońce dokładnie pięć lat temu. Nie... Sześć, 
bo   ostatnie   miesiące   przesiedziałem   w   ośrodku 

szkoleniowym. A tam nie było czasu na wiosnę.

- Wiem... - zabrzmiało to trochę jak westchnienie.

-  Gdyby   ktoś   wtedy   kazał   mi   gapić   się   na   chmury, 

powiedziałbym mu, że głupi. Ale teraz już chyba wiem, ile to 

znaczy.

- Ty jeszcze „tam” jesteś, prawda? - szepnęła Helena.

- Taak. Trochę tak. Wiesz, czuję się teraz, jakby tam został 

ten prawdziwy Ernst Bragg.

Jakbym   częściowo   umarł...   O,   przepraszam   cię.   Na   chwilę 

zapomniałem...

- Nie szkodzi. Pół roku to jednak bardzo dużo. Miałam czas 

background image

już się przyzwyczaić. O wiele gorzej będzie z ma... - Helena 
spojrzeniem wskazała Vián na rozkołysanej huśtawce.

- Nie powiesz jej?
- Na razie chyba nie. Wiem, że kiedyś muszę to zrobić, ale 

ona tak czeka... To zresztą moja wina.

- Dlaczego?

- Zbyt wiele jej o ojcu opowiadałam. Od kiedy tylko zaczęła 

rozumieć i mówić aż do... do... 

Bragg   powoli   obrócił   głowę,   spojrzał   na   twarz   Heleny. 

Kobieta miała oczy szeroko rozwarte i wilgotne - wydawały się 

przez to jeszcze głębsze i ciemniejsze niż przedtem. Jej dolna 
warga zadrgała leciutko. Helena musiała poczuć to mimowolne 

drżenie, bo nagle zacisnęła rozchylone usta, przygryzła wargę 
zębami.

Bragg   zerknął   na   zachodzące   powoli   słońce   -   wielka, 

ciemnoczerwona tarcza pocięta była czarnymi cieniami gałęzi, 

na moment przesłoniła ją wznosząca się huśtawka.

-  Nie   myślisz,   że   mała   buja   się   już   trochę   za   wysoko?   - 

odezwał się półgłosem.

Helena poruszyła się niespokojnie, spojrzała w głąb ogrodu. 

Mężczyzna chwycił ją za nadgarstek, pomógł przeskoczyć niską 
barierkę   tarasu.   Nie   puścił   jej   ręki   -   po   młodej,   jedwabistej 

trawie pobiegli razem w stronę słońca, przeskakując wydłużone 
cienie przekwitających drzew.

Rozdział 2

Dopiero teraz spostrzegam, że we wspomnieniach Laastera 

kryje się nieco więcej, niż mogłaby wiedzieć Vián. Zastanawia 

mnie   to,   lecz   tylko   na   krótką   chwilę.   Zaczynam   coraz 
wyraźniej   widzieć   i   może   nawet   rozumieć   łańcuch 

uczuciowych   powiązań.   Choć   jednocześnie   paradoksem 
wydaje   mi   się   to,   że  Vián  właściwie   nigdy   nie   usiłowała 

utożsamiać   się   ze   swoim   mężem.   Nawet   nie   próbowała   go 

background image

zrozumieć.   Wystarczało   jej,   że   po   prostu   był.   Nie   pojmuję 
tego jeszcze, nie czuję przyczyn, ale już wiem, że i Laaster,   i 

Vián  służą   mi   tylko   jako   przekaźniki   odczuć   Bragga.   A   to 
jednocześnie   wyjaśnia   ów   leciutki   jak   wahanie   dystans,   z 

którego widzę wszystkie sceny i zdarzenia.

Tamtego dnia przed stu dwudziestu laty kolację zjedli nie w 

jadalnym i nie w kuchni, lecz w pokoju, który Helena nazwała 
gościnnym.

Po   powrocie   z   ogrodu,   kiedy   we   troje   zadyszani   i 

uśmiechnięci wpadli do maleńkiego salonu.

Vián  chwyciła Bragga za rękaw, pociągnęła ku kolorowym 

drzwiom.   Mężczyzna   poszedł   za   dziewczynką   trochę 

niepewnie   i   niezgrabnie   dostosowując   kanciaste   ruchy   do 
szybkich   kroczków  Vián.  Potem   -   już   prawie   na   progu   - 

obrócił głowę i pytająco spojrzał na Helenę. Uśmiechnęła się.

-  Idź,   Eri.   Ona   chce   pokazać   ci   swój   pokój.   Musiała   cię 

polubić, bo nawet mnie niechętnie tam wpuszcza. A jeśli... A 
jeżeli chcesz, to za chwilę przyjdę do was.

Drzwi pokoiku Vián przypominały wesoły witraż, zrobiony z 

kilkunastu   starannie   dobranych   kawałków   przejrzystego 

tworzywa.   Wiszące   już   nisko   słońce   przez   okno   salonu 
prześwietlało   swój   plastykowy   wizerunek,   więc   kiedy  Bragg 

zamknął za sobą drzwi,  cały  pokój  Vián  zalał miły, złocisty 
blask.

-  To trochę jak kolor bursztynu... - pomyślał Bragg. - Albo 

dobrego, odstałego miodu. Taki głęboki i mocny w tonie, a 

przecież jednocześnie przyjemny i jasny. 

Wesoło   uśmiechnął   się   do   dziewczynki,   porozumiewawczo 

przymrużył oko - w tej samej chwili do pokoju weszła Helena.

-  Vián,  posprzątaj   tu   trochę   -   wskazała   rozrzucone   po 

dywanie   wielobarwne   klocki   i   olbrzymiego,   puchatego 
zwierzaka z naderwanym uchem. - A przez ten czas Eri i ja 

obejrzymy sobie resztę domu. I pośpiesz się. Kolacja będzie 
za pół godzin y.

Tym razem ona pociągnęła Bragga za sobą. Czuł na swoim 

background image

nadgarstku  jej mocną i ciepłą dłoń wtedy, kiedy przymykał 
drzwi pokoiku  Vián,  i jeszcze wtedy, gdy Helena prowadziła 

go po wąskich, krętych schodkach wiodących na niewysokie 
pięterko.

- Mój pokój jest na dole obok salonu. A tu są tylko gościnne. 

No i oczywiście strych... Tylko na schodach trzeba uważać.

- Za wąskie?
- Nie. - W półmroku Bragg bardziej wyczuł, niż zobaczył jej 

uśmiech. - Po prostu światło zepsute i dlatego tak ciemno.

- Może mógłbym...

- Właściwie nie trzeba. Vián i ja znamy każdy stopień, a już 

od dawna nikt tutaj poza nami nie chodził. No, jesteśmy. Po 

prawej   stronie   masz   kontakt,   Eri...   -   ostatnie   słowo 
zabrzmiało tak, jakby Helena nie dokończyła zdania.

Pod   drewnianym   belkowaniem   sufitu   błysnęła   lampa, 

podobna do szklanego pąka herbacianej róży.

-  Za   tobą   jest   strych.   A   tam   -   Helena   wskazała   koniec 

krótkiego korytarza - drzwi do łazienki.

-  Zawsze   lubiłem   włazić   tam,   gdzie   mnie   nie   proszą   - 

mruknął  Bragg.   -  A  strychy   wręcz   uwielbiam.   Jeżeli  potem 

pokażesz   mi   jeszcze   piwnicę...   -   tym   razem   w   jego   głosie 
zadźwięczała   dość   wyraźna   kpina.   A   jednak   ten   zawarty   w 

niej   ton   dobrodusznej,   przyjaznej   ironii   sprawił   Helenie 
przyjemność.

- Ależ oczywiście. Skoro tak lubisz, to potem zejdziemy i do 

piwnicy. Tak tam rozkosznie ciemno, wilgotno, ponuro...

Bragg   roześmiał   się,   rzucił   półgłosem:   -   Już   dobrze... 

Przepraszam.

[L.J]

- To raczej ja powinnam... Zmuszam cię do oglądania domu, 

a może wolałbyś...

- Dlaczego? Tu mi się podoba.
- Cieszę się. Schodzimy?

- A te pokoje?
-  Tam właściwie nic ciekawego nie ma. Trochę sprzętów i 

bardzo dużo kurzu. Wprawdzie sprzątałam niedawno...

- To można zobaczyć?

- Oczywiście. A tak naprawdę, to... - Helena urwała i mocno, 

background image

może trochę za mocno nacisnęła klamkę.

- Co „naprawdę”? 

-  Już   nic.   -   Zapaliła   światło   i,   stanąwszy   na   progu, 

przepuściła Bragga przed sobą. Tak, że prawie otarł się o jej 

ostre   piersi.   Nawet   przez   rękaw   kurtki   wyczuł   na   swoim 
ramieniu   falę   przyjemnego   ciepła,   pachnącego   słońcem   i 

jakimiś ziołami. Chyba muszkatem.

Owalny stół na środku pokoju Bragg obszedł prawie dookoła, 

potem   zatrzymał   się   nagle.   Stał   i   patrzył   w   jedno   jedyne 
miejsce tak długo, że Helena zaniepokoiła się: - Coś ci się stało?

- Tak. To znaczy nie... Ten kominek w rogu...
- Chyba zwyczajny?

- Dla ciebie na pewno. Ale dla mnie... Wiesz, on jest prawie 

taki   sam,   jak   u   mnie   w   domu.   Ja   byłem   wtedy   głupim 

szczeniakiem...   Kiedy   rodzice   umarli,   dom   trzeba   było 
sprzedać.   I   od   tamtej   pory   nigdy   jakoś...   -   w   jego   wzroku 

Helena   dostrzegła   coś,   co   zmusiło   ją   do   serdecznego, 
przyjaznego uśmiechu.

-  Pewnie   bardzo   byś   chciał...   -   tym   razem   ona   kpiarsko 

przymrużyła oko - ... zjeść kolację właśnie w tym pokoju?

- Noo, nie chciałbym ci sprawiać kłopotu, ale...
- Ale jeżeli pomożesz mi przy noszeniu kolacji, wtedy zjemy 

tutaj. Och! Zapomniałam, że...

- Że co?

- Nie mamy drewna.
-  Nic   a   nic?   -   w   głosie   Bragga   zabrzmiało   tak   ogromne, 

niemal dziecinne rozczarowanie, że Helena uśmiechnęła się 
ponownie.

-  W   szopie   są   klocki,   ale   za   grube.   Trzeba   by   je   było 

dopiero...

- To ja... - Bragg wyskoczył z pokoju - ... zaraz... - dobiegło z 

połowy schodów - ... to zrobię.

Kiedy Helena zeszła na dół, Bragg czekał na nią w salonie, 

rozcierając dłonią lewy łokieć.

- Uderzyłeś się?
- Mhm, o poręcz... - mruknął ponuro. - A poza tym...

- Co?

background image

- Zapomniałem spytać, czy masz jakąś siekierę.
- Jest w szopie. Tam dalej, w głębi ogrodu.

- Gdzie?
- Powinna być za drzwiami. Pokazać ci drogę?

- Chyba trafię.

Tylko wróć niedługo. A ja przez ten czas przygotuję coś 

do zjedzenia i trochę tam na górze posprzątam.

- Według mnie wcale nie trzeba.

- Ale według mnie tak - Helena uśmiechnęła się przekornie. 

- No, idź...

Po kilku minutach zza drzew dobiegło przytłumione stukanie 

siekiery.   Helena   zerknęła   na   drzwi,   przez   które   wypchnęła 

Bragga, zamyśliła się i uśmiechnęła smutno. Potem energicznie 
zabrała się do krojenia chleba. 

Po pół godzinie słońce zaszło już na dobre. Helena zdążyła 

dokończyć kanapki, zaparzyła herbatę, wykąpała Vián, nawet 

pośpiesznie przetarła kurze w gościnnym, a z ogrodu wciąż 
dolatywało miarowe postukiwanie.

Helena okryła  Vián  podomką, dopięła jej pod szyją kurtkę 

flanelowej  piżamy, zaprowadziła  córkę do pokoju na górze. 

Potem szybko zbiegła na taras. Po ciepłym, wiosennym dniu 
wieczór był rześki, lecz i dosyć chłodny, więc wróciła do domu 

po szeroki szal. Później szybko i cicho poszła w stronę szopy.

Bragg wytaszczył pieniek aż za próg drewutni. Był tak zajęty, 

że   nie   zauważył   nadejścia   Heleny.   A   ta   mocniej   otuliła   się 
szalem,   oparła   plecami   o   ścianę   i   przez   kilkanaście   długich 

chwil obserwowała wielką, ciężką jak rzeźnicki topór siekierę. 
Pobłyskujące matowo ostrze unosi się w rękach Bragga niczym 

piórko, a potem szybko spada na twardy, gruzłowaly pieniek. 
Pieniek   momentalnie   rozpada   się   na   dwie   części,   potem   na 

ćwiartki, na ósemki... Helena długo patrzy, jak przed szopą z 
każdą chwilą rośnie stos zgrabnych, równiuteńkich polan.

Kobieta dostrzegła także i to, że Bragg zrzucił kurtkę, powiesił 

ją na drzwiach szopy. Że wraz ze zmierzchem srebrna gwiazda 

wyblakła nagle i smętnie poszarzała.

Któraś ze szczap odskoczyła trochę dalej. Bragg obejrzał się, 

zobaczył czekającą Helenę i kiwnął głową.

background image

- Zaraz przyjdę. Uff! Muszę powiedzieć, że tego to mi chyba 

najbardziej brakowało - wskazał oczami stylisko topora.

- Siekiery?
-  Nie - uśmiechnął się dobrodusznie. - Ale właśnie czegoś 

takiego, do czego człowiek musi użyć całej siły. Tam zawsze te 
cholerne automaty...

- Kolacja już prawie gotowa...
- A, tak. To już idę.

Rękawy   koszuli   miał   podwinięte   powyżej   łokci,   widać   było 

nabrzmiałe,   powęźlone   żyły   na   jego   przedramieniu.   Helena 

stała milcząc. Patrzyła, jak mężczyzna zgarnia kurtkę z drzwi, 
jak przerzuca ją przez plecy i ramię, jak od dłoni do łokcia lewej 

ręki starannie układa stosik szczap.

Helena również pochyliła się, zagarnęła dłońmi kilka polan. 

Brugg wyprostował się i rozejrzał dookoła.

-  Zaraz   tu   wrócę,   to   posprzątam   -   wolną   ręką   wskazał 

pieniek i porozrzucane bierwiona.

- Nie trzeba.

-  I tak muszę przyjść. Ja naprawdę bardzo lubię ogień na 

kominku...

Tym razem uśmiechnęła się Helena.
- Dobrze. I tak tyle pan... Tyle tego narąbałes, ze wystarczy 

chyba na cały rok.

- Przyda się.

- Tak. Aha! Obok kominka położyłam ci parę starych gazet.
- To świetnie... 

Kiedy   weszli   do   domu,   Bragg   odebrał   od   Heleny   resztę 

drewna powędrował na górę; zamarudził tam parę minut przy 

układaniu szczap w palenisku i rozpalaniu ognia. Kiedy potem 
przechodził   obok   kuchni,   Helena   zawołała   za   nim   przez 

uchylone drzwi: - Tylko niedługo, bo herbata wystygnie!

Skinął   głową   i   znikł.   Wrócił   rzeczywiście   szybko.   Zaniósł 

naręcze   drewna   na   górę,   potem   zbiegł   do   kuchni,   pokazał 
Helenie ręce oblepione żywicą. Podbiegła do drzwi łazienki.

- Otworzę ci, bo się przykleisz do klamki.
Bragg   mruknął   pół   z   kpiną,   a   pół   z   podziwem:   -   Proszę, 

proszę... Cóż za wygody. To znaczy, że tamta łazienka na górze 

background image

jest taka... gościnna?

Helena milczała. Patrzyła, jak Bragg starannie szoruje obie 

dłonie,   przy   okazji   rozchlapując   wodę   daleko   poza   brzeg 
umywalki. I nawet jej to chlapanie nie drażniło.

Mężczyzna   odłożył   szczotkę,   mocniej   odkręcił   kran, 

przekrzyczał szum wody pytając: - Co to było? Stara czereśnia?

- Tak. Przestała rodzić ze dwa lata przed tą waszą wyprawą. 

Sang wykarczował ją i pociął na klocki, ale nigdy jakoś nie 

miał czasu, żeby ją porąbać.

- Kto?

- Sang. To znaczy Mark...
- Aha! Przepraszam...

- Nie musisz.
- Mimo wszystko...

-  Mimo   wszystko   pośpiesz   się.   Bardzo   nie   lubię   zimnej 

herbaty. A ty?

- Ja też. O, do licha! - jęknął, kiedy mydło wyśliznęło mu się 

z ręki i bryzgi wody ze zbyt pełnej umywalki chlusnęły wprost 

pod nogi Heleny. - Zaraz to powycieram.

- Zostaw. I masz tu ręcznik...

Starannie wytarł dłonie, potem zapytał: - Mam ci w czymś 

pomóc?

-  Wszystko już czeka na górze - chwyciła go za rękę i tak 

samo jak za pierwszym razem poprowadziła po schodach.

Do gościnnego Helena weszła pierwsza. Nagle obróciła się i 

kładąc palce na ustach Bragga pokazała mu Vián, skuloną na 

wysokim,   trochę   staroświeckim   krześle.   W   rączce 
opuszczonej   na   obrus   dziewczynka   trzymała   nie   dojedzoną 

kanapkę.

-  I   nie   doczekała   się...   -   szepnął   Bragg.   -   Daj,  pomogę   ci 

zanieść ją do pokoju.

Ostrożnie   dźwignął   rozespane   dziecko.   Później,   już   przy 

drzwiach, uśmiechnął się do

Heleny   mrucząc   cicho:   -   Chyba   tę   kolację   zjemy   tylko   we 

dwoje...

background image

A jednak w ludziach jest coś dziwnego. Nieobliczalnego. Lecz 

jest to coś, co nawet mnie  -  jednemu z nas  - imponuje. Bo 

przecież   z   osobistych   wspomnień   Laastera   wiem,   dlaczego 
przestał   być   astropilotem.   Jestem   razem   z   nim   w 

nadmarsjańskiej przestrzeni. Tak jak on z rezygnacją leżę w 
głębokim fotelu i apatycznie patrzę na rosnący mi w oczach 

czerwony krąg planety. Już nie mam sił po ataku szalonych 
przekleństw,   po   wszystkich   bezskutecznych   próbach.   I   tak 

cud,   że   po   wybuchu   plazmowego   silnika   ocalał   choć   ten 
strzęp kabiny. Ale co z  tego? Teraz ten przeklęty wrak niesie 

mnie   bez   przerwy   w   dół,   coraz   mocniej   daje   się   przyciągać 
Marsowi.  Wiem, że  będę  tak   spadać  jeszcze  kilkanaście  dni. 

Miałbym   może   szansę...   Gdyby   udało   mi   się   wyskoczyć   w 
próżnię,   spadałbym   wolniej.   Lecz   wybuch   widać   obtopił 

powierzchnię   włazu,   bo   klapa   tkwi   w   pancerzu   jak 
przylutowana.

Znowu   skaczę   do   śluzy,   tłukę   pięściami   w   zielonoszary 

pancelit, a później długo, długo stoję bez ruchu. Przeklinam 

wszystko i wszystkich, tych, którzy tam na Marsie czekali nu 
nowe narzędzia, na wodę i tlen. I tych, którzy mnie wysłali. I 

tych,   którzy   tak   głupio,   tak   bezdennie   głupio   wymyślili   ten 
cholerny   autonomiczny   system   ochrony,   oddzielili   kabinę 

pilota   od   silnika   tuzinem   ładowni   z   pancernymi   grodziami. 
Wybuch musiał sprasować ładownie w harmonijkę, ale to mnie 

wcale   nie   interesuje.   Obchodzi   mnie   tylko   jedno.   To,   że   za 
grubą, zmatowiałą od żaru taflą od czasu do czasu pojawia się 

złowieszczy   czerwony   krąg.   Mars   ma   jeszcze   bardzo   rzadką 
atmosferę - może nie cały spłonę? Chciałbym trafić dokładnie 

w sam środek tej ich zasranej bazy...

Nie umiałbym aż tak nienawidzić żadnego z nas. Nawet nie 

wiem dokładnie, co to jest nienawiść. Ale rozumiem reakcję 
Laastera,   kiedy   jakaś   przypadkowa   ekipa   śmieciarzy   w 

ostatniej chwili złowiła magnetycznym polem wrak kosmolotu, 
kiedy   po   rozpruciu   pancerza   oswobodziła   półobłąkanego 

człowieka. Chyba rozumiem...

Tego wieczoru po kolacji Bragg dość szybko pożegnał się z 

Heleną, obiecał, że wpadnie do niej jeszcze przed odjazdem. A 

background image

potem powędrował w stronę hotelu. Było niezbyt daleko, więc 
nie   wzywał   taxodu;   chciał   sobie   zresztą   wszystko   spokojnie, 

powoli przemyśleć. Szedł leniwie, zapatrzony w uciekające do 
tyłu gładkie tafle chodnika.

Uliczki przedmieścia były wąskie, stosunkowo ciemne i kręte. 

Raptem z jakiejś nie oświetlonej przecznicy tuż przed Braggiem 

cicho wynurzył się niewyraźny cień.

-  Czy   ma   pan   może   zapalniczkę?   -   głos   mówiącego   był 

podobny do całej postaci. Też taki cichy i niewyraźny.

Bragg   odruchowo   sięgnął   do   kieszeni,   wyjął 

prostopadłościanik, mniej więcej na wysokości piersi tamtego 
przycisnął   płytkę   piezoelektryku.   I   właśnie   wtedy   w   słabym, 

gazowym   światełku   zobaczył,   że   nieznajomy   trzyma   detor, 
wycelowany   prosto   w   jego   brzuch.   Bragg   usłyszał   trzask 

bezpiecznika.   Jego   lewa   ręka   sama   zatoczyła   momentalny, 
krótki   łuk.   Głowę   nieznajomego   targnęło   w   bok,   ciało 

zwiotczało nagle, detor sucho szczęknął o chodnik - w tej samej 
chwili z jego lufy trysnął gorący, niemal niezauważalny błysk. 

Człowiek zawył, kiedy jego kolano przestało być.

Potem zemdlał widocznie, bo uliczkę znowu ogarnęła cisza - 

tylko słaby wiatr pocierał gałęzie krzewów o pobliski parkan.

Twarz   Bragga   ścięła   się   w   grymasie   koszmarnego   spokoju. 

Szczęki na chwilę zacisnęły się mocno, potem równie szybko 
rozluźniły.   Mężczyzna   obrócił   się   i   powolnym,   spacerowym 

krokiem podążył w stronę hotelu...

- Leo Blitzmacher. Lat dwadzieścia dwa. Przyjęty do szpitala 

o godzinie pierwszej trzydzieści pięć. Brak prawej nogi aż do 
polowy uda, prawdopodobnie w wyniku postrzału  z  detora. 

Do  tej   pory   nie   odzyskał   przytomności...   -   Leo   słyszał 
monotonny   głos   młodej   pielęgniarki,   opowiadającej 

lekarzowi   o   tym,   jak   dwóch   nieznajomych   przytaszczyło 
rannego do szpitala. Lecz nie otwierał oczu. Za wszelką cenę 

usiłował sobie przypomnieć twarz tamtego. Przecież widział 
ją przez chwilę w blasku zapalniczki. To za mało, żeby poznać 

go na ulicy. O wiele za mało... Gdyby tak znał jego nazwisko... 

background image

Zaraz,   zaraz,   przecież   wtedy   stracił   przytomność   tylko   na 
chwilę. Potem usłyszał, że tamten sobie spokojnie odchodzi. 

Jakby  nic się  nie stało. Bydlak...  Szedł chyba  w  stronę... w 
stronę hotelu. Tego samego, w którym i Leo zatrzymał się na 

tych parę dni. A teraz pewnie śpi sobie wygodnie, oddycha 
miarowo, może chrapie...

Leo Blitzmacher mylił się. Ernst Bragg rzeczywiście leżał na 

hotelowym   łóżku,   ale   oczy   miał  szeroko   rozwarte.   Patrzył   w 

ciemność.

Znowu   był   tam,   w   kosmosie,   na   pokładzie   Gazeli.   Znowu 

słyszał opowieść Olafa o tym, jak w prawie całej części rufowej 
kosmolotu zgasło światło, choć żaden automat nie sygnalizował 

awarii.

Olaf poszedł sprawdzić, co się stało. Kiedy wrócił, powiedział 

tylko, że ktoś usunął bezpieczniki.

Automat wstawił nowe w kilka minut później.

I dopiero wtedy, kiedy było już właściwie po wszystkim, Olaf 

zaczął coś podejrzewać.

Opowiedział   Braggowi,   co   udało   mu   się   zobaczyć.   Stał   w 

korytarzu   nieruchomo.   Nagle   gdzieś   przed   sobą   dostrzegł 

przyćmiony błysk latarki. Światełko przybliżyło się na tyle, że 
dojrzał zarys ciemnej postaci - ktoś w stronę komór startowych 

taszczył dwie olbrzymie paki. Przy niemal zerowym ciągu nie 
mogły   być   ciężkie,   ale   można   się   było   tego   domyślać   z   ich 

rozmiarów. Blask latarki zniknął za pancernymi drzwiami. Olaf 
przybliżył   się,   zajrzał   przez   szparę   -   tamten   ktoś   zajęty   był 

ładowaniem   pak   do   komory   bagażowej.   Olaf   nie   dostrzegł 
numeru rakietki; wtedy zresztą nie zobaczył w tej scenie nic 

podejrzanego - dopiero po wypadku obszedł, nikomu nic nie 
mówiąc, wszystkie komory startowe, lecz w żadnej rakiecie nie 

ujrzał   ani   śladu   tamtych   ogromnych   pak.   I   wtedy   też 
przypomniał  sobie,  że  już   poprzedniego  dnia  wiadomo   było, 

którą   rakietką   poleci   na   zwiad   Sangelson.   A   kiedy   jeszcze 
stwierdził, że w jednym z magazynów wyprawy brakuje trotylu, 

używanego   czasem   do   rozsadzania   skał   na   badanych 

background image

asteroidach i planetach...

Nie,   Olaf   nie   zadawał   pytań.   Zresztą   akurat   na   te   pytania 

Bragg nie mógł mu odpowiedzieć.

Tak na dobre zaprzyjaźnili się przed rokiem na piątej planecie 

układu   Vegi.   Braggowi   w   ostatniej   chwili   udało   się   dobiec   i 
celnie rzucić linę w stronę Olafa, kiedy ten spadł na skały w 

gardzieli   czynnego   wulkanu.   Olaf   uderzył   plecami   w 
obluzowany głaz. To zatrzymało na chwilę jego upadek, lecz w 

tym samym momencie złom skalny poruszył się, obsunął parę 
centymetrów niżej - Olaf leciał już na dno krateru, kiedy jego 

ręce oplatał zwój rzuconego sznura. 

Olaf nie podziękował Braggowi nigdy - może po prostu nie 

mógł czy nie umiał? Wtedy zaklął tylko i znowu wziął się do 
przerwanej roboty, lecz od tamtej pory tak się jakoś składało, 

że na wszystkie zwiady i badania latali zawsze razem. I również 
razem   polecieli   na   ratunek,   kiedy   zerwała   się   łączność   z 

rakietka Sangelsona...

Niebo na wschodzie różowieje powoli. Bragg wstaje z łóżka, 

podchodzi do okna, otwiera je... - przez chwilę słucha uważnie 
śpiewu pierwszych obudzonych ptaków. Potem wychyla się i 

mocno, głęboko wciąga w płuca chłodne powietrze.

Powietrze   tego   ranka   słodko   pachnie   pękaniem   pączków 

niedalekich morw.

Rozdział 3

Jest chyba trochę inaczej, niż myślałem. Znowu stwierdzam, 

że łańcuch utożsamień rozpada mi się i plącze - bo skąd Laaster 
wie,   co   myślał   Leo   Blitzmacher?   Odnoszę   coraz   silniejsze 

wrażenie,   że   ludzka   zdolność   do   utożsamień   działa   bardziej 
selektywnie   niż   u   każdego   z   nas.   I   więcej   -   ludzie   znają 

określenie  tej zdolności. Oczywiście  słowo  współczucie  jest - 
jak większość ludzkich  pojęć bardzo nieprecyzyjne. Mieści w 

sobie   zarówno   litość,   jak   i   współdoznawanie.   Może   w   ten 

background image

sposób ludzie instynktownie bronią się przed dookreśleniem? 
Nie   rozumiem,   skąd   ten   pęd   do   zachowania   osobniczej 

odrębności, do wyróżniania się z tłumu za wszelką cenę? W 
skali   jednostek   jest   to   być   może   pożyteczne,   ale   z   punktu 

widzenia interesów całego społeczeństwa...

Ja jako ja i ja jako każdy z nas - różnica wcale nie jest taka 

wielka, I przecież to, że nie mam nic do ukrywania, że każdy z 
nas   zna   moją   pamięć   tak   samo   dokładnie   jak   ja,   w 

najmniejszym stopniu nie ogranicza mojej wolnej woli. Mogę 
robić   wszystko,   co   innym   nie   przeszkadza.   Ludzie   niby   tak 

samo... Ale wydaje mi się, że w efekcie to oni są bardziej niż 
każdy z nas ograniczeni nakazami środowiska.

U nas każdy dorastający osobnik automatycznie włącza się w 

coraz większe obszary zespolonej pamięci - zależy to tylko od 

jego zdolności pojmowania. Typowy proces autosterowny.

A   ludziom   trzeba   do   tego   całego   systemu   wychowania, 

stymulacji, terroru, wyrafinowanych represji..

Vián  wspomina czasem swoją szkolę stąd wiem o ludzkich 

metodach. Od słodkiej perswazji podszytej szantażem aż po 
presję środowiska. Patrzę...

Szkoła jest jasna, czysta, nowoczesna. Pulpity  dostosowane 

wysokością do postaci uczniów.

Vián  stoi   wyprostowana,   spokojnie   wodzi   oczyma   po 

obróconych   ku   niej   twarzach,   słucha   uniesionego   głosu 

nauczycielki i... nagle obraz zamazuje się, rozmywa. Bo Vián 
zaczyna   czuć   się   jak   ladacznica   pod   pręgierzem.   Przykuta 

łańcuchami do kostropatego słupa stoi nago i drży, i na gęby 
gawiedzi   patrzy   z   jakąś   zimną,   utajoną   pogardą.   Dlatego 

zaczynam rozumieć jej ucieczkę do gwiazd. Wydaje mi się, że 
to, co najpiękniejsze, wartościowe i ciekawe, już dawno ulotniło 

się z Ziemi, że zawsze  i wszędzie zobaczyć mogę tylko jakąś 
odmianę Le o Blitzmachera, który leżąc w szpitalu już snuje 

pierwsze   plany   na   przyszłość.   Żałosny,   omotany   bandażem 
kuternoga   czeka   na   dorobienie   protezy.   Przekomarza   się   z 

pielęgniarką, podszczypuje wykorzystując chwile jej nieuwagi. 
Dziewczyna   opędza   się,   ale   żartobliwie   -   Leo   Blitzmacher 

uśmiech ma bardzo miły.

background image

Za   drzwiami   izolatki   słychać   czyjeś   kroki.   Dziewczyna 

prostuje się raptownie, słucha - kroki cichną pomału, korytarz 

zalega cisza. Dziewczyna obraca się, kładzie ręce na biodrach, 
potem   chowa   je   pod   brzegi   białego   fartucha.   Teraz   powoli 

zsuwa   rajstopy.   Najpierw   z   jednej   nogi,   potem   z   drugiej... 
Oparta   plecami   o   drzwi   pieszczotliwie   przesuwa   palcami   po 

swoich udach i długich, zgrabnych łydkach.

Zmięte   rajstopy   wciska   do   kieszeni   fartucha;   przez   chwilę 

nadsłuchują oboje - nic. Na korytarzu cisza.

Twarz   dziewczyny   jest   poważna,   oczy   skierowane   na 

wyciągniętą ku niej rękę Blitzmachera.

Jej   palce   po   omacku   odszukują   kolejne   guziki,   fartuch   od 

góry rozchyla się coraz mocniej i coraz szerzej. Ostatni guzik...

Teraz ręce dziewczyny wracają do szyi, powoli odpinają ekler 

nylonowej   bluzki,   w   izolatce   słychać   tylko   słabiutki   trzask 
przesuwanego   zamka   i   dwa   oddechy.   Jeden   spokojny,   drugi 

coraz bardziej gorączkowy i nierówny.

Szelest   rozchylanego   materiału;   delikatne,   różowe   palce 

dziewczyny   długo   manipulują   przy   umieszczonym   między 
piersiami   zapięciu   stanika...   Znowu   dwa   oddechy, 

nadsłuchiwanie   -   na   korytarzu   wciąż   przyczajona,   szpitalna 
cisza. Nagle dziewczyna tryska wesołym, kpiarskim śmieszkiem 

i zapinając fartuch wybiega z izolatki.

Leo Blitzmacher długo patrzy w sufit. Już się nie uśmiecha...

Profesor   Ulanoff   głośno   trzasnął   drzwiami.   W   ciemnym 

pokoju   ktoś   poruszył   się,   zabłysło   światło   -   tuż   przed   swoją 

twarzą   profesor   zobaczył   lustro.   Jak   co   wieczór   gorzko 
uśmiechnął się do swoich podpuchniętych, zaczerwienionych 

oczu, otoczonych pierwszymi zmarszczkami.

-  Już   nawet   antigeron   przestaje,   pomagać...   -   mruknął   z 

nieokreślonym,   przeciw   nikomu   skierowanym   gniewem. 
Zaczynał   czuć   złość   do   własnego   ciała,   które   pomału 

próbowało  odmawiać  mu posłuszeństwa.  Już  nie  umiałby   - 
tak jak jeszcze parę lat temu - spędzić miłej nocy z trzema 

naraz dziewczynami, a potem, jakby nigdy nic przepracować 

background image

całego dnia w laboratorium. Z jakąś nieświadomą niechęcią i 
jednocześnie z podziwem spojrzał teraz na stojącego tuż przy 

drzwiach androida.

- Taak... - pomyślał. - Jak na kopię wykonaną z pamięci ona 

jest   więcej   niż   doskonała.   I   ma   nade   mną   tę   przewagę,   że 
łatwiej ją naprawić. Heleno! - ostatnie słowo powiedział na 

głos.   -   Zaparz   mi   kawę.   Dużą   i   mocną!   Chcę   jeszcze   dziś 
popracować.

Android   ożył.   Ruszył   dwa   kroki   do   przodu,   wysunął   do 

pocałunku miękkie, ciepłe usta. 

Ulanoff   uśmiechnął   się   gorzko,   ale   wtulił   twarz   w   ciemne, 

pachnące włosy i spokojnie słuchał wymówek, czynionych mu 

przez   robota   cichym,   łagodnym   kontraltem:   -   Tyle   czasu 
czekałam...   Nie   powinieneś   pracować   zbyt   długo,   przecież 

wiesz...

Słuchał i odpoczywał. Tym razem uśmiechał się ze smutną 

dumą. Również i ten głos udało mu się odtworzyć doskonale... 
Oczywiście pierwsze kopie były mniej udane, ale wtedy śpieszył 

się.

Chciał zdążyć przed odlotem Gazeli. A teraz, kiedy tamten nie 

wrócił,   bał   się.   O,   nie,   nie   konsekwencji   -   mało   kto   mógłby 
naruszyć pozycję profesora Ulanoffa. A już na pewno nie jakiś 

tam kosmobiolog. Bał się raczej tego, że pod oczami Heleny 
mógłby zobaczyć takie same zmarszczki jak dookoła swoich.

Przez   chwilę   jeszcze   wdychał   mocny,   kojący   zapach 

muszkatu,   potem   łagodnie   wywinął   się   z   delikatnych   objęć 

robota.

-  Mimo   wszystko,   kochanie,   muszę   przynajmniej   godzinę 

posiedzieć. Ale później przyjdę do ciebie...

- Masz jakieś kłopoty?

- Tylko jeden. Chcę znaleźć paru pilotów, którzy zgodzą się 

ze mną współpracować. Ale takich, którzy mają szczęście czy 

diabli   wreszcie   wiedzą   co, może   intuicję,   która  pozwala   im 
wyczuć niebezpieczeństwo przez skórę. Żeby po prostu jakiś 

głupi   wypadek   nie   zafałszował   mi   wyników.   Zresztą   sama 
wiesz, że te wszystkie udoskonalenia są piekielnie kosztowne 

i pracochłonne.

background image

- Po co udoskonalać?
- Widzisz: to, że wynalazłem ciebie, to jeszcze nie wszystko. 

Dzięki tobie mam swoją klinikę.

Na pewno jesteś doskonalsza nawet od swojego pierwowzoru, 

ale nie jesteś w stanie go zastąpić.

Ona tak samo jak ty ma słuchać i rozumieć, byle nie za dużo. 

Ale kiedy wyniknie coś niespodziewanego, wykaże elastyczność 
działania taką, jakiej tobie na pewno zabraknie. A teraz idź po 

kawę. I przynieś ją do gabinetu...

Lekkie kroki robota oddalają się w stronę kuchni - Helena jak 

zwykle po domu chodzi boso lub tylko w rajstopach. Ladipax 
przymyka drzwi swojego gabinetu, przez chwilę słucha, jak w 

głębi domu szczęka ekspres do kawy, jak dźwięczą ustawiane 
na   tacy   naczynia.   Nie,   profesor   Ulanoff   nie   ma   złudzeń. 

Dlatego tak smutnie i trochę ironicznie uśmiecha się na samą 
myśl o tym, jak w gruncie rzeczy łatwo programować miłość, 

wierność,   pożądanie   i   posłuszeństwo.   A   potem   siada   przy 
szerokim,   staroświeckim   biurku   i   z   westchnieniem   rozkłada 

gruby   skoroszyt,   w   który   ktoś   w   pośpiechu,   niestarannie   i 
niedbale   powpinał   wyciągi   z   akt   wszystkich   pilotów 

zatrudnionych   w   kosmicznej   flocie.   Te   same   dane   mógłby 
obejrzeć   na   ekranie   wideofonu,   sprzężonego   z   rządowym 

komputerem   w   kapitanacie   żeglugi   przestrzennej.   Może   tak 
nawet   byłoby   łatwiej   i   o   wiele   szybciej   -   a   już   na   pewno 

wygodniej   -   lecz   profesor   ma   niekiedy   dość   staroświeckie 
upodobania.   Teraz   niektóre   kartki   po   prostu   wydziera   ze 

skoroszytu i odkłada na bok - być może któryś z tych ludzi...?

Świat dookoła  Vián  stopniowo nabiera kolorów i ruchu. O 

ile może być mowa o jakimkolwiek ruchu w ruinach. Chyba 
tylko   stare   okno,   kołyszące   się   na   jednym   jedynym 

skrzypiącym zawiasie, ożywia ten cały krąg martwych murów. 
I   tamte   połamane   belki,   sterczące   na   wszystkie   strony   z 

poszarpanej   ściany,   kolebane   na   szczątkach   włókien   przez 
niespokojny   wiatr.   Drewno   ma   tutaj   kolor   mahoniu, 

przeplecionego   długimi   smugami   jasnego   cynobru,   a 

background image

ponieważ  domy mają dokładnie ten sam odcień  co skały w 
kamieniołomach   za   miastem,   więc   całość   wygląda   tak,   jak 

czyjeś   zakrwawione   palce,   niecierpliwie   gmerające   w 
szarozielonej, zapiaszczonej trawie na skraju pustyni.

Vián  otrząsa   się   nerwowo,   potem   opornie   przypomina 

sobie,  kto  mieszkał  w tym  domu. Zdaje  się, że małżeństwo 

Endersonów. Tak, na pewno. On - wysoki, wyższy niż Laaster. 
Zawsze pogodny i wesoły. Ona mała, jasna blondyneczka. To 

znaczy - na statku jeszcze była jasna. Tutaj jej włosy po paru 
latach   przyrudziały,   upodobniły   się   do   liści   jesionowca   w 

połowie  lata.  I   tego   ledwo   uchwytnego   odcienia   nie   zmyła 
nawet starość i siwizna. Nawet tam, na cmentarzu...

Vián  rusza   przed   siebie   martwą   ulicą,   głęboko,   miarowo 

wciąga powietrze, starając się nie myśleć... Przeskakuje kikut 

złamanego   drzewa,   omija   roztrzaskaną   o   chodnik   donicę. 
Usiłuje   nie   widzieć,   że   burobrunatna   ziemia,   rozpryśnięta 

dookoła, ma kolor zakrzepłej krwi. Patrzy na zwiędłą roślinę, 
która kiedyś - jeszcze na Ziemi - była tulipanem. Patrzy na 

gorąco   szkarłatną   koronę   kwiatu,   którą   upał   przycisnął   do 
ziemi, patrzy na osłabłe korzenie, które rozpełzły się dookoła, 

wcisnęły   w   szczeliny   chodnika   w   poszukiwaniu   cienia   i 
wilgoci.

- Rośliny są wytrzymałe - myśli. - Gdyby tak mnie ciśnięto z 

wysokości pierwszego piętra...

Wiatr przynosi nagle jakąś mocną, ostrą woń. Vián prostuje 

się znad zdechłego kwiatu, kątem oka chwyta słaby ruch w 

ruinach po drugiej stronie ulicy.

Coś ostrożnie i cicho przemyka się między zwałami gruzów. 

Vián  z   napięciem,   nieufnie   zerka   w   cień,   zalegający   pod 
ścianą,   odruchowo   cofa   się   w   stronę   domu   Endersonów.   Z 

cienia  -  tym   głębszego,   że  Vián  stoi   po   słonecznej   stronie 
ulicy - błyskają ku niej dwa bursztynowe, czujne ślepia...

Słońce coraz wyżej wdrapuje się na niebo. Wiosenny dzień 

gorący jest i pogodny, nieśmiało pachną fiołki na skwerze tuż 

pod   hotelowym   oknem,   z   cichym   szmerem   przesuwają   się 

background image

nieliczne elektrowozy. Nieliczne, bo nie każdego stać na własny 
pojazd. I nie tyle nawet na sam silnik i cztery koła, ile na jego 

utrzymanie. Energia znaczy dla ludzi tyle samo co życie. Więc 
energia jest o wiele cenniejsza niż złoto. Zresztą już od dawna 

na całym świecie zredukowano rolę abstrakcyjnego pieniądza. 
Ale Bragg nie ma powodów do zmartwienia - dzięki wyprawie 

jego konto w centralnej rozdzielni wzrosło do trzystu tysięcy 
kwadrylionów ergów. Iz tą przyjemną myślą Bragg schodzi do 

hotelowego   baru.   Świat   jest   naprawdę   piękny,   kiedy   można 
sobie pozwolić na spacer w starym, pomiętym ubraniu. Kiedy 

zwyczajnym brakiem pośpiechu rozwala się zwariowane kółko. 
Bo czas to pieniądz. Bo pieniądz to erg. Bo energia...

Ludzie   w   barze   nieuważnie   pochłaniają   byle   jakie   dania, 

wybiegają, obrotowe drzwi pomału zamieniają się w karuzelę. 

Tym   ostentacyjniej   Bragg   przechodzi   do   restauracji,   zasiada 
przy stoliku, długo i z namysłem studiuje kartę potraw, tym 

leniwiej kiwa dłonią w stronę kelnera.

Tamten podbiega, bo jego czas mierzy się w ergach. Bragg 

zamawia bonsy i blar, a do tego kawę - prawdziwą kawę - ze 
śmietanką.   Ze   śmietanką   oczywiście   syntetyczną.   Taką   w 

niebieskie kropki.

Po śniadaniu leniwie i ociężale dźwiga się z krzesła, wychodzi 

do   chłodnego   hallu.   Boy   hotelowy   (jest   tańszy   niż 
fotokomórka)   doskakuje,   usłużnie   otwiera   drzwi.   Do   hal   lu 

wpada   kłąb   ulicznego   kurzu,   więc   Bragg   odruchowo   mruży 
oczy i powoli przekracza próg.

Na   ulicy   niezdecydowanie   obraca   się   w   lewo   i   w   prawo, 

zakłada   ręce   za   plecy,   potem   rusza   w   stronę   wschodzącego 

słońca.

Nawet nie umiałby powiedzieć, jak i kiedy znalazł się przed 

uchyloną furtką.

Helena   zobaczyła   go,   idącego   ku   werandzie,   zerkającego 

niepewnie przez okno. I znowu w jego spojrzeniu dostrzegła 
coś,   co   przypomniało   jej   Ladipaxa.   Uśmiechnęła   się   -   może 

trochę do wspomnień - ale część tego uśmiechu utrzymała się 
na jej ustach jeszcze przez długą chwilę po wejściu Bragga.

Stał nieruchomo, z opuszczonymi wzdłuż ciała rękami, jakby 

background image

raptem   skończyła   się   jego   pewność   siebie.   Powiedział   cicho, 
czując,   że   mówi   coś   najzupełniej   pozbawionego   sensu:   - 

Przyszedłem...

Przez chwilę bał się, że Helena zapyta: - Po co?

Nie zapytała. Poruszyła się jak automat. Bez słowa podała mu 

rękę,   potem   cofnęła   się   w   głąb   kuchni.   Dopiero   teraz, 

oddzielona od Bragga wysokim stołkiem, ożyła. Obserwował, 
jak z jej twarzy znika tamten martwy uśmiech, jak leciutko drżą 

obudzone   powieki,   jak   usta   układają   się   do   pytania:   -   Co 
wolisz? Kawę czy herbatę?

Bragg zrobił parę kroków, przysiadł na wysokim stołku, oparł 

plecy   o   brzeg   stołu.   Jego   oczy   stawały   się   coraz   śmielsze, 

prawie bezczelne, prawa brew powędrowała do góry, ułożyła 
się   w   odwrócone   v.  Być   może   to   właśnie   ta   uniesiona   brew 

nadała   odpowiedzi   Bragga   leciutki,   niemal   nieuchwytny 
posmak dwuznaczności: - Co dasz...?

-  Co chcesz...  -  nagle  poczuła,  że  się  rumieni,  że  pieką ją 

uszy,   szyja,   policzki...   Bo   w   tym   jego   spojrzeniu   i   jej 

odpowiedź zabrzmiała podobnie.

Odwróciła się, trzasnęła filiżanką o spodek.

- Dostaniesz kawę.
- Prawdziwą? Ze śmietanką?

Kpił.   Kpił   z   niej   najbezczelniej.   A   ona   nawet   nie   miała 

odwagi...

-  Dość tego... auu! - wrzątek  z czajnika chlusnął za brzeg 

filiżanki, Helena odruchowo podniosła dłoń do ust. 

Skoczył w jej stronę jak kot zwinnie i szybko, wepchnął jej 

rękę pod kran, puścił zimną wodę.

- Masz w domu apteczkę?
- W łazience.

Wrócił po chwili z bandażem i jakąś plastykową tubką.
- Co to jest?

-  Maść   witaminowa.   A   swoją   drogą   mogłabyś   tę   swoją 

apteczkę uzupełnić. To było jedyne, co znalazłem.

Patrzyła milcząc, jak jego mocne, olbrzymie dłonie delikatnie 

- zaskakująco lekko i delikatnie - wklepują maść w oparzone 

miejsce,   jak   równo,   starannie   owijają   je   bandażem.   Złość 

background image

przeszła  jej  nieoczekiwanie  tak   samo, jak  przyszła.  Mimo  że 
Bragg znowu uśmiechał się ironicznie unosząc prawą brew do 

góry.   Mimo   że   w   jego   oczach   znowu   pojawiła   się   ta   sama 
iskierka  zuchwałej   bezczelności.  Jakby   doskonale  wiedział,  o 

czym myślała w ciągu całej ostatniej nocy...

Leo Blitzmacher wiedział, że od tej pory dziewczyna będzie 

przychodzić codziennie. Aż do chwili jego wyjścia ze szpitala. 
Będzie stawać, nadsłuchiwać pod drzwiami. A potem - rano, w 

południe   lub   wieczorem   -   sięgnie   powoli   pod   poły   białego 
fartuszka, odepnie guziki, oswobodzi podobne do jabłek piersi, 

pieszczotliwie przygładzi palcami ciemne, wyostrzone sutki i...

Jakby   za   każdym   razem   bezsilne   pożądanie   Blitzmachera 

sprawiało   jej   najbardziej   wyrafinowaną   przyjemność.   I   już 
żadne   z   nich   nie   będzie   się   uśmiechać   niepotrzebnie.   Będą 

walczyć   ze   sobą   bez   słów,   ponuro.   Ona   o   rozkosz,   on   o 
przetrwanie.

Z   coraz   większym   lękiem,   natężeniem   i   pragnieniem   Leo 

wyczekiwać   będzie   odgłosu   znajomych,   nienawistnych, 

jedynych kroków za drzwiami izolatki. Przez długie wieczory i 
noce będzie bał się, że ktoś wreszcie zobaczy dziewczynę już 

uśmiechniętą   życzliwie,   dopinającą   się   w   lekkim,   niemal 
tanecznym biegu do oszklonej dyżurki w końcu korytarza.

Olaf nie lubi powracać do wspomnień, żyje przede wszystkim 

tym, co daje mu dzisiaj. I tym, co to dziś może znaczyć dla 

jutra.   Gdyby   nie   kawałek   liny   rzucony   przez   Bragga   w   głąb 
krateru,   Olaf   bez   wahania   złożyłby   właściwy   raport   o 

prawdziwym przebiegu tam tej wyprawy ratunkowej.

Dopiero na Ziemi stwierdził, że właściwie nie ma tego złego, 

co   by   na   dobre   nie   wyszło   -   tragedia   Sangelsona   podniosła 
rangę   całej   wyprawy.   Bo   ludzie   zawsze   wysoko   cenią 

ponoszone przez siebie ofiary. W sumie wszystko świetnie dało 
się połączyć i wykorzystać; umiejętna, cicha propaganda i snute 

publicznie,   cokolwiek   udramatyzowane   wspomnienia   z 

background image

wyprawy Gazeli doprowadziły do wzrostu popularności osoby 
Olafa Jensena.

Olaf był sprytny i rozumował prawidłowo, kiedy stopniowo, 

niezauważalnie   zaczynał   gloryfikować   postać   do   tej   pory  nie 

znanego   kosmobiologa.   Przecież   tym   samym   część   blasku 
otaczała   i   jego.   Niechętnie,   bardzo   niechętnie   opowiadał   o 

sobie   i   zawsze   -   kiedy   już   go   do   tego   zmuszono   -   mówił 
oszczędnie, bez olbrzymich słów. Chwalił tylko innych. 

Dziwnym   trafem   już   w   parę   dni   po   powrocie   wyprawy 

niektórzy ludzie zaczęli przebąkiwać o kandydaturze Olafa na 

deputowanego   z   okręgu.   I   byli   to   ludzie,   którzy   o   Jensenie 
nigdy przedtem nawet nie słyszeli.

Olaf wiedział, że Bragg jest nadal w Arsus. Sam siedział w 

swoim   rodzinnym   Haelle   i   systematycznie   kompletował 

informacje   na   temat   aktualnych   miejsc   pobytu   wszystkich 
członków wyprawy. Właśnie dzięki temu mógł stale umacniać 

legendę   o   trwałych   więzach   przyjaźni,   o   wzajemnym 
zrozumieniu   i   zaufaniu   wszystkich   kosmonautów   z   pokładu 

Gazeli. Oczywiście wcale nie obchodziło go, że Asso rozwiódł 
się po powrocie ze swoją czternastą żoną, że Ortisz wrócił i do 

żony,   i   do   kochanki,   że   Bragg   uparcie   odwiedza   Helenę 
Sangelson. To były tylko mało istotne, nieciekawe plotki. Ale 

dla Olafa takie właśnie drobiazgi były doskonałym narzędziem 
w kształtowaniu własnej popularności, nakazywały słuchaczom 

wiarę, że Jensen wie o wiele więcej, niż mówi. Że tym samym 
jest człowiekiem najbardziej godnym szacunku i zaufania.

Tamto mądre spojrzenie po drugiej stronie ulicy zgasło nie 

wiadomo   kiedy.  Vián  ze   zdumieniem   stwierdziła,   że   stoi   w 

chłodnym   cieniu   rozwalonego   domu,   a   zachodzące   słońce 
jasnozielonym   blaskiem   oblewa   ruiny   apteki.   Wiatr   znowu 

poniósł   w   jej   stronę   przenikliwy   i   ostry   zapach   lekarstw, 
wydobywający   się   z   poprzewracanych,   potłuczonych 

flakonów.

-  To   na   pewno   słońce   odbiło   się   w   dwóch   kawałkach 

rozpryśniętego szkła - szepnęła. - Tylko słońce...

background image

Lecz   czuła,   że   mimo   wszelkich   wytłumaczeń   coś   jest   i 

pozostanie   nadali   nie   tak,   jak   być   powinno.   Czuła,   że   dni 

zaczynają ślizgać się dookoła, nie dotykając jej wcale.

Nie poszła na drugą stronę ulicy. Chciała wierzyć, że wtedy 

nikt   nie   patrzył   na   nią,   że   za   mądre   ślepia   wzięła   kawałki 
aptekarskich butelek. Zawróciła w stronę domu. Bo ich dom - 

jeden z niewielu - ocalał. Jeżeli oczywiście nie brać pod uwagę 
częściowo zapadniętego dachu i kilkunastu popękanych szyb.

Z   jakąś   niezmierną   tkliwością   myślała   teraz   o   rękach 

Laastera,   które   dokładnie   ociosywały   wszystkie   belki, 

dopasowywały   głaz   do   głazu,   starannie   mieszały   zaprawę. 
Nigdy nie podejrzewała, że on umie budować domy, że kiedyś 

będzie stawiać dom dla siebie i dla niej.

Nie myślała o tym aż do owego ranka, kiedy Laaster chwycił 

ją   za   rękę,   wyciągnął   z   prowizorycznego   baraku,   pokrytego 
falistą blachą przywiezioną z Ziemi.

Wielkimi krokami przemierzył niemal całe miasteczko. To 

znaczy   wtedy   jeszcze   ledwie   zarysy   ulic,   wyznaczone 

rosnącymi   powoli   fundamentami.   Jego   rozpięta   wiatrówka 
zafurkotała w jakimś kapryśnym podmuchu, kiedy wreszcie 

stanął na niewysokim wzgórzu -  Vián  patrzyła na jego nogi, 
mocno   wparte   w   ziemię   jak   korzenie   drzewa.   A   Laaster 

obwiódł   oczyma   całe   osiedle,   wciąż   zatopione   w   porannej, 
zielonej mgle. Trochę jeszcze rozespana  Vián  zadrżała nagle 

od chłodu.

Wtedy myślała, że od chłodu. Ale już wiedziała, że Laaster za 

chwilę spojrzy na nią poważnie i głośno, dobitnie powie: - Tutaj 
będzie nasz dom. 

Zrozumiała, że od tej pory na jakiś czas przestaną istnieć dla 

siebie, że najważniejsza stanie się wytężona, gorączkowa praca, 

że   ich   oczy   jarzyć   się   będą   mocnym,   ostrym   blaskiem   jak 
spojrzenia wszystkich  ludzi,  którzy  nareszcie   odnaleźli  swoje 

miejsce   i   swój   najważniejszy   cel.   Że   będą   byle   jakie   posiłki 
niedbale   przygrzewane   na   ognisku,   bo   szkoda   czasu   na 

schodzenie ze wzgórza, i od czasu do czasu pośpieszna pomoc 
sąsiadów, tak samo zajętych budowaniem swojego domu.

Po   okresie   otępiającego   bezwładu,   po   roku   mieszkania   w 

background image

aklimatyzacyjnych   barakach,   gdzie   byle   nieostrożne, 
nieprzemyślane  słowo starczało  do wyciągnięcia noża czy do 

strzału   z   detora,   przyszła   gwałtowna,   niemal   już   nie 
oczekiwana   zmiana.   Najzaciętszy   wróg   z   sąsiedniego 

piętrowego   łóżka   nagle   stał   się   czymś   więcej   niż   tylko 
przyjacielem i bratem. Stał się człowiekiem, na którego zawsze 

można liczyć bez żadnych zastrzeżeń. Bez względu na to, czy 
chodzi   o   odnalezienie   zaginionego   sfagama   lub   ulubionego 

kota przywiezionego z Ziemi, czy o pomoc w łamaniu nowych 
głazów na fundamenty.

Teraz   ludzie   przestali   już   z   tęsknotą   spoglądać   do   gwiazd. 

Teraz   trzeba   było   wrosnąć   w   tę   przyjazną,   gościnną   ziemię. 

Wrosnąć tym mocniej, żeby kiedyś przyszłe pokolenia...

Vián z pochyloną głową wchodzi do opuszczonego domu, w 

którym nikt na nią nie czeka.

Bragg poczuł, że jego pewność siebie gdzieś ucieka, rozmywa 

się   i   znika   bez   śladu   w   kątach   tego   niewielkiego   salonu.   A 
przecież już tyle razy - jeszcze tam, w kosmosie - postanawiał 

sobie, że odnajdzie tę kobietę, że...

Był   okres,   że   nienawidził   jej   najserdeczniej.   Dlatego,   że 

musiał o niej myśleć bez przerwy. I nie mógł zapomnieć, że jest 
to żona Marka. Może nawet nie dowiedziałby się o tym nigdy - 

to   tylko   przypadek   sprawił,   że   w   miesiąc   po   starcie   Gazeli 
Bragg,   wracający   po   dyżurze   ze   sterowni,   zobaczył   Marka 

wypadającego   z   kabiny   kobietonu.   Jako   pierwszy   zastępca 
dowódcy   kosmolotu   czuł   się   odpowiedzialny   za   psychiczny   i 

fizyczny stan załogi - tylko dlatego poszedł za Sangelsonem. I 
wcale nie przejmowałby się jego bladością - właściwie nigdy się 

specjalnie nie lubili, a raczej tylko tolerowali.

Teraz   dotarł,   nie   zauważony   przez   Sangelsona,   aż   do   nie 

domkniętych drzwi jego kabiny.

Zobaczył   Marka   z   odchyloną   głową,   pijącego   coś   wprost   z 

butelki.   Całe   pomieszczenie   wypełniała   ostra   woń   spirytusu, 
smuga zapachu wywinęła się aż na korytarz.

Brągg   wszedł   do   kabiny,   gwałtownie   wyrwał   Markowi 

background image

butelkę, szkło zadźwięczało o zęby.

Potem   brutalnie   potrząsnął   ramieniem   stojącego,   otworzył 

usta...

Tamten   spojrzał   przytomniej,   szarpnął   się,   skoczył   ku 

niedalekiej   ścianie,   z   hukiem   otworzył   drzwi   niewielkiego 
schowka. I już był z powrotem naprzeciwko Bragga, dyszał mu 

w twarz gorąco: - To moja żona... Tam... Patrz... Patrz!

Gwałtownie   targnął   skórę   trzymanego   w   ręku   portfela, 

sfatygowane   szwy   puściły   z   opornym   trzaskiem,   na   podłogę 
kabiny sypnęły się kolorowe kartoniki. Mark rzucił się za nimi, 

zagarnął, podetkał pod nos Bragga wesołe, roześmiane zdjęcie 
ciemnowłosej dziewczyny. 

-  Patrz!   -   to   już   było   jak   wycie.   -   Widzisz?   To   ona,   na 

wszystkich statkach w kosmosie.

Dziwka! Och, jaka głupia dziwka... - głos Sangelsona załamał 

się, przeszedł w suchy, bezsilny szloch. - Jaka głupia dziwka...

Znowu skoczył do Bragga, chwycił go za koszulę na piersi.
- Zakazuję ci tam chodzić, rozumiesz? Zakazuję. Wszystkim 

zakażę! - nagle uspokoił się, puścił oszołomionego Bragga i 
już   prawie   normalnym   głosem,   spokojnie   zapytał:   -   To 

Ulanoff projektował kobietony, prawda? Ulanoff...

W   jego   głosie   było   coś,   co   Bragga   na   moment   przeraziło. 

Pomyślał, że ten szaleniec potrafiłby chyba zmienić kurs statku, 
byle jak najszybciej powrócić na Ziemię.

Lecz   wrażenie   to   trwało   tylko   krótką   chwilę.   Sangelson 

wyprostował się, spojrzał Braggowi w oczy, zaśmiał się sucho, 

zgrzytliwie: - Nie, stary. Nic z tego, co myślisz... Ja się z nimi 
obojgiem   rozprawię   inaczej.   No,   idź...   A   spirytus   weź   sobie. 

Może i tobie kiedyś się jeszcze przyda...

Od   tamtej   doby   Sangelson   stał   się   na   statku   niemal 

niezauważalny.   Znikał   na   całe   dni   w   swoim   laboratorium, 
później zaczął tam przebywać i przez całe noce. Trwało to tak 

długo,   że   Bragg   zdecydował   się   wreszcie   na   ostateczność 
któregoś dnia włączył monitor podglądu, sprzężony z kamerą w 

pracowni Sangelsona. I przez cały dyżur patrzył właściwie w 
ten   jeden   ekran.   A   Mark   przez   cały   czas   siedział   przy 

laboratoryjnym   stole.   Głowę   oparł   na   rękach.   Nie   zmieniał 

background image

pozycji przez osiem niemożliwie długich godzin - tylko słaby 
szmer   dobiegający   z   głośnika   zdradził   Braggowi,   że   Mark 

jeszcze żyje i oddycha.

Podczas   następnego   dyżuru   Bragg   znowu   włączył   monitor, 

ale   zobaczył   na   nim   tylko   chaos   kolorowych   kropek   i 
elektronowych błysków nie sterowanych impulsami z kamery. 

Domyślił się, że Mark odnalazł w ścianie oko obiektywu.

Później   nigdy   już   właściwie   ze   sobą   nie   rozmawiali,   choć 

Mark   powoli   zaczynał   wracać   do   normy.   Nigdy   też   nie 
powiedział ani słowa widząc, że Bragg za przykładem innych w 

miarę   upływu   miesięcy   coraz   częściej   zachodzi   do   kabiny 
kobietonu.

Sam jednak starannie unikał tej części kosmolotu. A potem ta 

jego katastrofa...

Chyba   to   wszystko   splecione   razem   pozbawiało   Bragga 

zwykłej śmiałości. Co innego tam, w kosmosie, na pokładzie 

Gazeli.   A   co   innego   tu,   kiedy   widzi   się,   że   tamta   kobieta 
naprawdę porusza się i żyje. Ponadto Bragg  zaczynał jednak 

czuć   coraz   mocniej,   że   podejrzenia   Marka   musiały   być 
niesłuszne. Że Helena po prostu o niczym nie wiedziała. Lecz 

mimo to nie miał odwagi zwyczajnie o wszystko zapytać. Wolał 
patrzeć, wolał z jej swobodnych, niewymuszonych ruchów, z 

wyrazu jej twarzy wyczytać całą prawdę, jaka by ona nie była.

Bo już wtedy jedno wiedział na pewno. Że to jego gadanie o 

przyniesionych   z   kosmosu   zaległościach,   które   teraz   musi 
nadrobić, pozostanie tylko gadaniem. Tracił samotne, bezsenne 

noce w hotelowym łóżku i z jakąś cichą, półświadomą radością 
obserwował chmurny wzrok Heleny, kiedy witała go codziennie 

rano,   kiedy   z   jego   podpuchniętych,   zaczerwienionych   oczu 
usiłowała domyślić się, gdzie spędził tę ostatnią noc. 

Ożywiała   się   dopiero   wieczorem.   Była   wtedy   rozmowną   i 

wesoła, a kiedy odchodził, żegnała go z prawdziwym chyba i 

miłym żalem; pytała, jakby nie wiedząc, kiedy przyjdzie znowu.

Odpowiadał za każdym razem tak samo: - Przed odjazdem.

Ale już myślał tak coraz rzadziej.
Bragg   dawno,   bodaj   na   pokładzie   Gazeli,   przestał   mieć 

jakiekolwiek skrupuły. Już wtedy postanowił, że po powrocie... 

background image

I mimo to ciągle brakowało mu odwagi. A kolejne dni mijały 
niepostrzeżenie,   pobyt  Bragga   w  Arsus  przedłużał   się  ponad 

wszelką   miarę.   Przychodził   do   Heleny,   odchodził 
postanawiając, że nie wróci, i przychodził znowu. Przesiadywał 

z nią do wieczora. Czując, że wszystko, co mówi, musi brzmieć 
w  uszach   Heleny   kpiarsko   lub   napastliwie,   wolał   nie   mówić 

wcale.   Siadał   sobie   gdzieś   w   kącie   pokoju,   brał   byle   jaką 
książkę z biblioteczki i patrzył spod oka, jak ona krząta się po 

domu.   Bo   Helena   zawsze   była   w   półruchu,   ciągle   miała   coś 
nowego do roboty.

Mówił   właściwie   tylko   wtedy,   kiedy   odkrywała   go  Vián, 

przyprowadzana   przez   Helenę   około   południa   z 

przedmiejskiego   punktu   zbiorowego   wychowania.   Czasem 
wyciągała go do ogrodu, czasem siadała obok i kazała sobie 

opowiadać   o   gwiazdach.   Opowiadał   posłusznie,   jakie   są 
gwiazdy i dlaczego świecą, opowiadał o nowych, nie znanych 

planetach, które tylko czekają na przybycie ludzi, wspomniał 
nawet   stary   plan   zasiedlania   kosmosu.   Więc   teraz   usiłował 

pokazać   małej  Vián  ludzi   sprzed   dwóch   stuleci,   którzy   w 
bezmierne,   kosmiczne   przestrzenie   wyrzucili   z   Ziemi   setki 

prymitywnych, fotonowych rakiet. A do rakiet przed startem 
załadowali najrozmaitsze nasiona ziemskich roślin i bardzo, 

bardzo   skomplikowane   urządzenia-inkubatory,   gdzie   przez 
długie   lata   podróży   drzemać   miały   zarodki   ziemskich 

zwierząt. Nie, ludzi w ten sposób nie wysyłano nigdy. A kiedy 
już   taka   rakieta   trafiała   do   nowego   układu,   wtedy 

najmądrzejszy   automat   -   coś   jak   kapitan   nowoczesnego 
statku - decydował, na której planecie roślinom i zwierzętom 

powinno być najlepiej. Szkoda tylko, że w ciągu tych dwóch 
stuleci   zawieruszył   się   gdzieś   spis   gwiezdnych   układów,   do 

których wysłano rakiety. Bo teraz nawet nie bardzo wiadomo, 
czy   flora   i   fauna   na   jakimś   globie   jest   prawdziwa,   czy 

przysłana z Ziemi.

Vián  słuchała cierpliwie, siedząc cichutko i myśląc sobie o 

czymś - ale Bragg wtedy jeszcze na jej zamyślenia nie zwracał 
uwagi.

Któregoś   dnia   siedzieli   na   tarasie   -   Bragg   wyciągnięty 

background image

wygodnie na składanym, turystycznym fotelu z odchylonym 
do   tyłu   oparciem,  Vián  na   plecionym   z   wikliny   stołeczku, 

ściągniętym ze strychu. Mężczyzna skończył właśnie kolejną 
opowieść,   zapatrzył   się   na   słońce,   które   powoli   złaziło   za 

drzewa.  Patrzył,  dopóki   jego  zamyślenia   nie  przerwał  cichy 
głosik Vián: - Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć prawdy?

Zdziwiony poderwał głowę i w niemym osłupieniu gapił się na 

uniesioną ku niemu twarzyczkę.

Zielonopiwne   oczy  Vián  patrzyły   na   niego   z   niemym 

wyrzutem,   kiedy   dziewczynka   pytała   ponownie:   -   Dlaczego 

nie powiedziałeś mi, że nareszcie wróciłeś? 

Ktoś gwałtownie, mocno wciągnął w płuca powietrze. Bragg 

obejrzał się - w oszklonych drzwiach stała Helena. Przybladła 
nagle. A potem, kiedy  trafił  w nią bezradny,  pytający  wzrok 

Bragga, zaczerwieniła się powoli aż po szyję, po nasadę piersi, 
prześwitujących   spod   cienkiej   sukienki.   Potem   obróciła   się, 

pobiegła w głąb domu.

Vián  nie   zauważyła   matki,   mówiła   dalej:   -   Na   pewno   nie 

chcieliście,   żebym   się   przestraszyła.   Ale   ja   się   sama 
domyśliłam! - zakończyła z tryumfem.

Braggowi zabrakło na chwilę sił. Nie, teraz przecież nie mógł 

jej zaprzeczyć... Nie umiał.

Bąknął   coś   niezrozumiale,   zerwał   się   z   fotela,   przemierzył 

salon   kilkoma   olbrzymimi   krokami,   uciekł   za   furtkę   bez 

pożegnania. Nawet nie próbował słuchać, czy ktoś za nim nie 
woła.

Wrócił przed wieczorem, mruknął w stronę Heleny, że miał, 

na  mieście   coś   bardzo   pilnego  do  załatwienia   i  przypomniał 

sobie   o   tym   dopiero   w   ostatniej   chwili.   Helena   bez   słowa 
podała   mu   filiżankę   kawy   -   z   bliska   zauważył   czerwone 

obwódki   dookoła   jej   oczu,   starannie   zamaskowane   jakimś 
pudrem czy kremem.

Kiedy   odstawił   pustą   filiżankę,   chwyciła   go   za   rękę, 

pociągnęła przez salonik w stronę schodów, szepnęła: - Tylko 

staraj się cicho, Vián już śpi...

Przemknęli   obok   kolorowych   drzwi   jak   cienie,   po   omacku 

powędrowali na górę. Nie mówili nic.

background image

Dopiero   kiedy   słabo   stuknęły   za   nimi   drzwi   gościnnego, 

Helena oddzieliła się od Bragga stołem, rzuciła półgłosem: - 

Bragg... - i nagle zabrakło jej oddechu.

Mężczyzna   cicho   odsunął  krzesło,   usiadł,   nie   spuszczając   z 

niej oczu ani na pół chwili.

Milczał.

- Eri... Ja wiem, ty przez tyle czasu... A ja? Patrz... - zerwała 

z siebie  nylonową szmatkę  - patrz, ja też  jeszcze  mogę być 

ładna. Eri...

Pod sukienką miała tylko koronkowe figi. Bez stanika.

- Eri. zostań chociaż dzisiaj, nie odchodź. Zawsze zostawiasz 

mnie samą. Jeśli musisz mieć dziwki, to ja... - zająknęła się, 

potem   głowę   poderwała   do   góry   -   ...   to   ja   także   mogę... 
Zrobię, co tylko chcesz. Ja...

Nigdy nie myślał, że tak długo można biec, okrążając kawałek 

owalnego stołu. Ale wreszcie delikatne nici koronki trzasnęły 

pod   jego   dłonią   jak   pajęczyna,   opadł   twarzą   nisko,   potem 
dźwignął   Helenę   jak   dziecko   -   szeroki   tapczan   przyjął   ich 

miękko i gościnnie...

Dwa   zdyszane,   gorące   oddechy   długo   wypełniały   niewielki 

pokoik, cały świat dookoła nagle przestał istnieć jak zastrzelony 
z olbrzymiego detora. Tylko ona i on, tylko miękkie falowanie 

gorącej piersi, przytulonej do ust, tylko...

Gwiazdy już na dobre rozlazły się po niebie, kiedy wreszcie po 

raz   pierwszy   ochłonęli,   oprzytomnieli,   popatrzyli   na   siebie 
uważniej   -   przez   półmrok   pokoju   Bragg   dostrzegł   uśmiech 

Heleny i zrozumiał, że sam się również uśmiecha. 

Potem przez chwilę leżeli obok siebie. Spokojni i zaspokojeni. 

Helena lekko, opuszkami palców gładziła twarz i szyję Bragga - 
objął ją ramieniem, przycisnął jej policzek do swojej piersi.

Obróceni   twarzami   do   siebie   nie   dostrzegli,   że   leciutko 

uchyliły się drzwi pokoju, popchnięte ręką małej istotki ubranej 

we flanelową piżamę. A małe coś przysiadło sobie na progu i z 
pobłażliwym,   wyrozumiałym   uśmiechem   słuchało   gorących 

oddechów   i   szeptów.   Musiało   przysnąć   na   chwilę,   bo   kiedy 
ponownie zaczęło słuchać, księżyc przeświecał przez wąziutką 

szparę między drzwiami a framugą.

background image

Bragg mówił półgłosem: - Vián miała rację. Powinienem od 

razu powiedzieć jej, że wróciłem. Ale przecież skąd mogłem 

wiedzieć, że ty...

- Chciałam ciebie od pierwszej chwili. Kiedy tylko wszedłeś 

do tego domu.

- Powinienem być dla niej odpowiednim... słuchaj, co ty jej 

o ojcu opowiadałaś? Czy Vián... - w głosie Bragga słychać było 
lekki   niepokój   -   ...   wie,   jak   naprawdę   jej   ojciec   wygląda? 

Wyglądał...

-  Chyba   raczej   nie.   Mówiłam   że   jest   dobry,   wysoki...   Ale 

przecież ona jest jeszcze taka malutka. Jeszcze zbyt wiele nie 
rozumie. Bragg! To, co mówiłam dziś wieczorem, to prawda.

Zrobiłabym wszystko, żebyś tylko chciał ze mną zostać. Eri, 

ja...   -   zamknął   jej   usta   pocałunkiem,   znowu   zatopili   się   w 

siebie,   zasłuchali...   Znowu   żadne   z   nich   nie   zauważyło,   że 
cichutko przymykają się drzwi do pokoju...

Uśmiech  Vián  stał się nagle brzydki i gorzki, nabrał tonów 

głębokiego,   przykrego   rozczarowania,   kiedy   po   raz   nie 

wiadomo który odpowiedziała jej tylko pusta, głucha cisza. A 
przecież   nadal   nie   mogła,   nie   chciała   w   to   uwierzyć. 

Przymknęła oczy na ułamek  chwili, potem z nową nadzieją 
otworzyła   je   szybko   i   cichym,   pieszczotliwym   szeptem 

zawołała   jak   co   dzień:   -   Laas...!   No,   Laas...   Nie   żartuj. 
Przecież wiem, że tam jesteś. Laas...

Szept przewędrował przez pokój, odbił się od ściany, zawrócił. 

I cisza - tylko martwe sprzęty schną skrzypiąc.

Rano zerwało ich słońce bezczelnie, z wysoka zaglądając w 

zmiętoszone łóżko.

Helena przeciągnęła się leniwie, spojrzała - dopiero teraz czas 

się w niej obudził.

- Vián! Trzeba ją nakarmić, odprowadzić...
Boso, nago przebiegła pokój, przeleciała schody, otworzyła 

kolorowe drzwi - rozkopane łóżko Vián było puste...

background image

Porządkuję w czasie wszystkie wydarzenia. Dlatego wiem, że 

poprzedniego   dnia   po   południu   Leo   Blitzmacher   opuścił 

miejski   szpital.   Obejrzał   się   tylko   na   szklane   wrota   i   dość 
niezdarnie   pokuśtykał   ulicą,   zamiatając   kurz   najtańszą 

bioprotezą.

 

Rozdział 4

Profesor   Ulanoff   budził   się   tego   dnia   opornie   i   długo. 

Zmęczyła go praca, zmęczyła noc z Heleną. Zresztą coraz więcej 
rzeczy męczyło go i drażniło ostatnio.

Powoli   doczłapał   do   lustra   w   łazience,   i   obrzydzeniem 

popatrzył na odbitego w nim starego człowieka.

-  Lad, kochany, chyba powinieneś już wychodzić. Mówiłeś, 

że   rano   masz   jakieś   ważne   spotkanie...   -   wzdrygnął   się, 

usłyszawszy cichy głos za swoimi plecami.

-  Nie   zauważyłem,   kiedy   weszłaś...   -   burknął   na   pół   z 

wyrzutem.

- Och... - zaśmiała się dźwięcznie i lekko. - Stoję za tobą już 

od paru minut.

Delikatne, miękkie ręce androida stanowczo ściągały z jego 

pleców kurtkę piżamy.

Spojrzał w lustro - na twarzy Heleny nie zobaczył ani śladu 

swojego zmęczenia.

-  Ona   jest   chyba   jednak   aż   za   doskonała...   -   pomyślał   z 

gwałtowną, niespodziewaną niechęcią.

- A może by tak...

Przestraszył się tej myśli. Już za późno, o wiele lat za późno, 

żeby upodabniać ją do oryginału.

Podobno   tamta   wyszła   za   jakiegoś   Bragga.   To   zdaje   się   - 

długą chwilę szukał w pamięci - był pilot z Gazeli. Z Gazeli... - 

zaśmiał się do siebie cicho, złośliwie. A zresztą diabli wiedzą, 
jak   tamta   teraz   zachowuje   się   i   wygląda.   Niech   już   lepiej 

zostanie tak, jak jest... Leniwie machnął ręką i nagle zaczął się 

background image

śpieszyć.   Bo   wprawdzie   parę   tygodni   temu   prezydent   przez 
swojego sekretarza obiecywał poparcie dla całego projektu, ale 

dziś   profesor   miał   to   ostatecznie   omówić.   Podać,   czego 
potrzebuje, i dowiedzieć się o terminy i warunki stawiane przez 

rząd.

- Heleno! - krzyknął w głąb mieszkania.

- Śniadanie już czeka - usłyszał z kuchni miły, pogodny głos. 

- A jednak... - uśmiechnął się do siebie przelotnie - a jednak 

chyba warto było...

Jajka   na   miękko,   biała   kawa,   świeże,   chrupiące   rogaliki   - 

świat   jest   mimo   wszystko   niesłychanie   przyjemny.   Ladipax 
czuł, że ogarnia go nieoczekiwana euforia. Nieoczekiwana, bo 

miłe poranne nastroje zdarzały mu się ostatnio coraz rzadziej. 
Zwykle wychodził z domu z taką samą miną, jak ta zauważona 

dziś   w   lustrze,   lecz   teraz   czuł   się   jak   wiatr   -   rześki,   lekki, 
skłonny do sztubackich kawałów. - Taak - pomyślał - to jednak 

dobrze, że wczoraj znalazłem w spisie tego Bahrana. Powinien 
być w sam raz. A to znaczy, że możemy zaczynać choćby i dziś...

Profesor Ulanoff całuje Helenę na pożegnanie. Bo nadstawiła 

policzek; bo już dawno pogodził się z tym, że codziennie rano i 

wieczorem   robi   dokładnie   to,   co   sam   zaprogramował   w 
obwodach pamięciowych robota. Pogodził się tak doskonale, że 

nawet nie odczuwa przelotnych chęci, aby wreszcie wyłamać się 
z rytmu życia, które wybrał sobie i narzucił piętnaście lat temu. 

Dlatego szybko zbiega po schodach i energicznie wymachując 
ciężką   teczką   zmierza   w   stronę   zaparkowanego   obok   domu 

elektrowozu.   Wygląda   jak   człowiek   szczęśliwy.   Jak   emeryt, 
który po raz ostatni idzie do swojej nie lubianej pracy i wie, że 

już od jutra zaczną się jego wielkie, najpiękniejsze wakacje.

Lecz ja chyba znam Ladipaxa o wiele lepiej niż on, patrzący 

tylko w łazienkowe  lustro. I ciągle  odnoszę wrażenie, że bez 
wahania   -   gdyby   umiał   i   mógł   -   zamieniłby   się   z   Braggiem 

miejscami.

Chciałby być nim piętnaście lat temu, po tej pierwszej nocy, 

kiedy   zadyszana   Helena   szarpie   go   za   ramię   i   dyszy 

background image

przerażona: - Vián! Zniknęła! Nie ma jej...

Dopiero   w   tej   chwili   Bragg   czuje   się   Helenie   naprawdę 

potrzebny.   Zeskakuje   z   tapczanu,   w   biegu   -   przydała   się 
wieloletnia   zaprawa   i   alarmy   na   statku   -   zakłada,   dopina 

koszulę i spodnie.

Drewniane schody łomoczą przez chwilę. Oboje jeszcze raz 

zerkają  do pokoju  Vián.  Potem  oczy  Heleny  stają  się coraz 
bardziej   błyszczące   i   wilgotne   -   kiedy   wybiega   do   kuchni, 

Bragg słyszy jej cichy, hamowany płacz. Idzie za nią, patrzy - 
Helena czoło przycisnęła do szyby w oknie, zasłoniła rękami 

twarz, jej skulone plecy drżą coraz mocniej.

Długą chwilę Bragg nie wie, co mówić, więc bezmyślnie gapi 

się   na   Helenę,   na   stół,   na   którym   stoi   dzbanek   po 
pomarańczowym   soku,   filiżanka   i   talerz   z   kawałkiem   nie 

dojedzonego chleba.

Patrzy na kawałek białego sera, starannie przykryty kloszem z 

opalizującego lekko szkła.

Przyciśnięte brzegiem klosza leży coś, co sprawia, że Bragg 

rusza od drzwi, podchodzi do stołu, wyciąga rękę...

Jest to kawałek kartonu z dziecięcego bloku do rysunków. Na 

sztywnym   papierze   rządek   bladych   liter,   nakreślonych 
pomarańczową kredką: 

ODPROWADZIŁAM SIĘ SAMA.

Bragg dotyka pleców Heleny, pyta półgłosem: - Czy to jest 

pismo Vián?

Helena obraca się gwałtownie.

- Gdzie!?
- Tu... - Bragg podsuwa jej kartkę zabraną ze stołu.

- Ja tego nie widziałam... Ale to pismo...
- Bo podbiegłaś do okna. Więc to Vián...?

-  Tak,   na   pewno.   Sama   ją   uczyłam,   bo   w   tych   punktach 

zbiorowego wychowania...

Widocznie   coś   się   jednak   Braggowi   w   tym   wszystkim   nie 

zgadza, bo kręci głową w  zamyśleniu i ponownie pyta: - Ile 

Vián ma lat?

background image

- Pięć. Prawie pięć i pół. Ale...
Bragg   z   niedowierzaniem   patrzy   na   kartkę.   Pismo   jest 

staranne i równe, litery kreślone mocno.

Takie zdecydowane. I wcale nie dziecinne.

Helena przestała już płakać. Bragg podnosi głowę, rzuca: - 

Ubieraj się. Trzeba to – sprawdzić. 

Helena z wdzięcznością spojrzała na Bragga. I nagle poczuła, 

że przecież jest naga. Że zmęczone piersi zwisają jej o wiele, 

wiele za nisko. Odruchowo zakryła je dłońmi.

- Nie patrz... Zaraz się ubiorę.

Pochylił   się   do   jej   twarzy,   pocałował,   potem   lekko,   ale 

stanowczo pchnął ją w kierunku łazienki.

-  Przemyj   twarz   zimną   wodą.   I...   -   dorzucił   po   chwili 

wahania - ... jak dla mnie ubierać się wcale nie musisz.

Wyszli   z   domu   po   paru   minutach.   Zaniepokojona   Helena 

próbowała   się   uśmiechać,   Bragg   szedł   ze   zmarszczonymi 

brwiami, zamyślony. Spojrzał na Helenę.

- Daleko to?

- Nie. O cztery ulice dalej... Myślisz, że...
- Nic nie myślę - uciął. - Wydaje mi się, że wszystko będzie 

w porządku.

Wiem,   że   Ernst   Bragg   myli   się.   Nie   wszystko   będzie   w 

porządku. Nawet mimo, że po dojściu do punktu wychowania 
oboje   dojrzą   za   płotem  Vián  w   gromadce   rozbawionych 

koleżanek.

Siatka płotu ma wielkie, druciane oka, więc  Vián  również 

dostrzeże Helenę i Bragga, podbiegnie do bramy.

- Mamo!

- Vián! Tak się bałam... Dlatego przyszliśmy, bo...
Vián  obraca   się   w   stronę   Bragga,   jakby   go   dopiero   teraz 

zauważyła   i...   sztywno,   jakoś   tak   oficjalnie,   na   moment 
pochyla główkę. Potem znowu obraca się do matki, obejmuje 

ją, pociesza: - Przecież nic się nie stało. Mamo! Ja od dzisiaj 
będę tu przychodzić i wracać do domu sama.

Bragg   widzi   oczy  Vián.  Mądre,   uważne   -   najzupełniej   nie 

background image

pasujące   do   okrągłej,   małej   twarzyczki.   I   nagle   nie   bardzo 
wie,   która   z   tych   dwu   kobiet   jest   dorosła,   a   która   jest 

dzieckiem, ciągle jeszcze potrzebującym pomocy.

Mężczyzna uśmiecha się smutnie, jakby poczuł, że od tej pory 

rzeczywiście nie wszystko będzie dobrze i w porządku.

Gdyby   wiedział,   co   kryje   się   pod   tą   maleńką,   kształtną 

czaszką, uśmiechałby się gorzko. Ale ludzie mają to do siebie, 
że  nie  potrafią   ogarnąć  rozumem czasu  większego  niż  kilka, 

kilkanaście   sekund   wybiegających   w   przód.   A   przecież   to,   o 
czym ja myślę, miało zdarzyć się dopiero za kilkanaście lat.

Dlatego Bragg tak spokojnie teraz idzie obok Heleny i pomału 

zaczyna uśmiechać się po swojemu. Tak trochę bezczelnie, a 

trochę nieśmiało. W którejś chwili pochyla się, pyta: - A ty? Ile 
ty masz lat?

- Czy to ważne? - Helena czujnie unosi głowę.
- Bardzo ważne.

- Skoro chcesz... Dwadzieścia osiem.
- Na pewno? - Bragg śmieje się lekko. 

- A... Czemu się śmiejesz? Przecież jeszcze nie jestem...
- Nie jesteś. - Mężczyzna poważnieje. - To bardzo dobrze, że 

nie jesteś... Bo może gdybyś była parę lat młodsza, tobyś nie 
chciała... Hel... - jej imię wypowiada miękko, łagodnie.

Przystaje na środku chodnika. Szorstko, mocno obraca ją do 

siebie, potrząsa... - Hel... - mówi cicho i nieśmiało. Pochyla się, 

całuje miękkie, czekające usta. He -le-na... - wymawia każdą 
sylabę osobno.

Śmieją się, roześmiani wchodzą do domu...
Zsynchronizowany,   zespolony   z   tymi   ludźmi   i   ich   czasem 

czuję to samo co  Vián.  Bo mała  Vián  już potrafi kochać, już 
umie   rezygnować   nawet   z   siebie   samej.   Ale   gdyby   wtedy 

wiedziała, że robi to aż tak bardzo niepotrzebnie...

Teraz o tym wie doskonale i nadal nie chce się zgodzić. Nadal 

nie wierzy.

Patrzę,   jak   niespokojnie   przebiega   z   pokoju   do   pokoju, 

przegląda   wszystkie   zapuszczone   kąty,   uważnie   zerka   w 
ciemność dna szafy i pod łóżka. Potem coś załamuje się w niej 

raptownie.  Vián  zwiesza ręce wzdłuż ciała, po skrzypiących, 

background image

drewnianych   schodach   wlecze   się   na   niewysokie   pięterko. 
Wdrapuje się z trudem, chwyta słabymi palcami drewniane 

gałki,   umieszczone   tu   w   niewielkich   odstępach   zamiast 
poręczy.   Potem   odruchowo   sięga   w  stronę   kontaktu...   Cofa 

rękę, śmieje się głośno i gorzko - już od tylu dni elektrownia 
nie działa, a ona ciągle...

Nagle uderza mnie zadziwiająca zbieżność. Spostrzegam, że 

cały ten dom jest niesłychanie podobny do domu, w którym 

Vián urodziła się i wychowywała. Czyżby Laaster... ?

Vián  sunie   ciemnym   korytarzem,   przystaje,   po   omacku 

odnajduje drzwi, otwiera je - na korytarz pada blade światło 
zmierzchającego   dnia.  Vián  idzie   do   zakurzonego   okna,   w 

połowie drogi przystaje, zawraca. Czuję, że boi się patrzeć na 
ruiny   i   dlatego   skręca   ku   głębokiemu,   obitemu   szorstkim 

materiałem   fotelowi,   stojącemu   w   pobliżu   kominka.   Siedzi 
chwilę,   potem   klęka   przed   paleniskiem,   cierpliwie   układa 

stosik   z   zakurzonych   polan.   Przypomina   coś   sobie,   wstaje, 
przechodzi przez pokój, rozgląda się, przytomnieje...

- Przecież to nie Ziemia - mruczy. - Skąd ja ci wezmę starą 

gazetę...?

Szybko, zdecydowanie podchodzi do rozpiętego na ścianach 

regału, wyciąga pierwszą z brzegu książkę, wydziera kartki...

Słyszę trzask dartego, potem cichy szelest miętego papieru - 

i kroki Vián wędrującej ku palenisku. Kobieta wtyka papier w 

drewniany stożek, potem maca okap - jest...

Stara   zapalniczka   Laastera   coraz   słabiej   błyska   resztkami 

gazu, lecz  Vián  uparcie przyciska spust, choć papier błysnął 
już pierwszymi iskierkami.

Po chwili płomień obejmuje wszystkie drwa, skacze w głąb 

komina,   huczy,   oblewa   pusty   fotel   żółtoczerwonym, 

drgającym   blaskiem.  Vián  starannie   obraca   fotel   w   stronę 
paleniska, tyłem do wnętrza pokoju. Teraz cofa się, siada przy 

stole na wysokim, trochę staroświeckim krześle i zadowolona, 
spokojna zerka w czerniejące okno. Bo oparcie fotela jest tak 

wysokie,  że   po   prostu   nie   widać   zza   niego   głowy   Laastera, 
drzemiącego sobie słodko przy ogniu, strzelającym iskrami w 

czeluść szerokiego komina...

background image

I w tej właśnie chwili zamykam ją znowu w bezczasie. Niech 

trwa...

Vián nad tym się nie zastanawia, ale ja - jako każdy z nas - 

muszę. Czuję, że w ocenie ludzi powinienem wziąć poprawkę 

na   ich   przyzwyczajenia   i   tradycje   -   ot,   choćby   te   domy   na 
Nowej uparcie budowane jak ziemskie.

Są oczywiście pewne, czasem nawet dość istotne różnice. Na 

przykład   to,   że   dach   domu   Heleny   pokryty   był   płytami 

fotoelementów,   wyglądających   jak   pszczele   plastry   z 
bladożółtego wosku.

Część uzyskanej ze słońca energii przekształcała się w pole 

elektrostatyczne, które jonizowało miejski kurz, nie pozwalając 

osiadać mu na dachu. Reszta miała za zadanie pokryć połowę 
potrzeb   Heleny   -   oświetlać   dom,   zależnie   od   pory   roku 

ogrzewać go lub ochładzać. Taka względna autonomia nawet w 
największych   skupiskach   pozwalała   ludziom   przetrwać 

nieoczekiwane,   nawet   kilkudniowe   przerwy   w   zasilaniu, 
spowodowane naruszeniem miejskiego bilansu energetycznego 

albo   awariami   wielokilometrowego   systemu   kabli, 
rozciągniętych   pod   ulicami.   Taki   światłoczuły   dach   był 

standardowym wyposażeniem większości domów - oczywiście 
w tych lepszych dzielnicach. A Helena już przed związkiem z 

Sangelsonem postanowiła, że jej dziecko nie będzie należeć do 
tych,   które   drżą   i   sinieją   z   zimna   lub   krzyczą   ze   strachu   w 

ponurych ciemnościach, kiedy byle spięcie cały blok pozbawi 
dopływu energii. Zbyt dobrze zapamiętała swoje dzieciństwo.

Na   szczęście   -   to   było   zresztą   do   przewidzenia   Mark   po 

studiach   zaczął   wcale   nieźle   zarabiać;   właściwie   tylko 

porządkowi   mieli   konta   energetyczne   nieco   wyższe   niż 
kosmonauci.

Na Nowej wszystko to uległo przewróceniu do góry nogami. 

Nie było porządkowych, bo każdy pilnował się sam. Nie było 

kosmonautów,   bo   wszyscy   astropiloci   zajęli   się   bez   reszty 
budowaniem   domów.   Oczywiście   budowali   je   z   tego,   co   się 

znalazło   pod   ręką.   A   fotoelementy   były   zbyt   delikatne,   żeby 

background image

przewozić   je   jak   falistą   blachę,   i   zbyt   skomplikowane,   żeby 
mogli   je   w   parę   miesięcy   po   przylocie   wyprodukować   na 

miejscu. Dlatego pokrywali swoje domy drewnianymi gontami. 
Dopiero   w   drugim   albo   i   w   trzecim   roku   kolonizacji   geolog 

Skipper postawił za miasteczkiem pierwszą cegielnię i zaczął 
wypalać   gliniane   dachówki.   A   na   początku   następnego   roku 

biochemik   Alveron   Florić,   uparcie,   przesiadujący   w   swoim 
laboratorium, wyodrębnił z tkanek biełuchy i mayalu pierwszy 

enzym, doskonale zastępujący drożdże w procesie alkoholowej 
fermentacji...

Zastanawiam   się,   czy   wszystkie   gwiezdne   kolonie   ludzi   są 

względem   ziemskich   technologii   zacofane   o   parę   wieków. 

Wydaje się to najzupełniej prawdopodobne przy ograniczonych 
możliwościach   komunikacji   -   w   grę   wchodzą   przecież   zbyt 

wielkie   dla   ludzi   przestrzenie.   Usiłują   stworzyć   olbrzymie 
imperium   i   nawet   nie   chcą   widzieć,   jak   ono   jest   słabe.   A 

jednak... Mimo wszystko nawet niektóre ludzkie błędy budzą 
we   mnie   głęboki   szacunek.   Bo   z   jednej   strony   jest   to   ślepa 

głupota,  ale...  brak   organizacji  i  mierzenie  sił na zamiary   to 
tylko właśnie ta jedna strona.

Druga to szalony pęd w poznawaniu rzeczy nowych, rozmach, 

który bierze się w ludzi ach nie wiadomo skąd.

Z osobna przecież  wcale  nie są tacy, dbają tylko o swoje - 

prywatne sprawy, lecz kiedy występuj ą j ako rasa...

Vián  wydaje   mi   się   ucieleśnieniem   całej   ludzkości,   kiedy 

wmawia sobie, - że Laaster jest.

Choć wie doskonale, że od dawna już go wcale nie ma. Ciekaw 

jestem, czy robi to z rozmysłem i świadomie, tak jak wtedy, 

kiedy przypadkowo poznała część prawdy o Braggu i Helenie. 
Bo wtedy postanowiła, że będzie go tolerować, lecz nie sądziła, 

że będzie go jeszcze kiedyś nienawidzić.

Helena, zwolniona przez Vián z obowiązku odprowadzania, 

wstaje   teraz   o   całe   pół   godziny   później,   całuje   zaspanego 
Bragga i w półprzejrzystym szlafroku biegnie do plastykowej 

skrzyni, umieszczonej w ogrodzeniu tuż obok furtki. Właśnie 

background image

tam poranny dostawca umieszcza zawsze świeże pieczywo i 
mleko. A od półtora tygodnia także i codzienne gazety.

Kiedy Mark był w kosmosie, Helena czytała nawet szmatławe 

„Wiadomości   Poranne”.   Potem,   kiedy   przyszła   tamta 

wiadomość, przestała czytać cokolwiek. Teraz czyta znowu.

Bo świat jest dobry, przyjazny i miły, kiedy ma się dla kogo 

czytać na głos najciekawsze wiadomości. I nawet nie tylko te 
najciekawsze.

Helena szybko przygotowuje śniadanie. Potem, kiedy gorąca 

kawa paruje i pachnie z dzbanka, kiedy maleńki dzbanuszek ze 

śmietaną   pełen   jest   gęstego   płynu   w   niebieskawe   kropki, 
Helena  siada   i   czekając   zerka   na  pierwszą   stronę   gazety.  W 

oczy rzuca jej się natrętny, wybity tłustym, grubym drukiem 
tytuł: 

SENSACYJNE MORDERSTWO! PORZĄDKOWI NA TROPIE 

SPRAWCY!

Pod tytułem, upstrzona wykrzyknikami, relacja reportera o 

tym,   jak   w   miejskim   parku   znaleziono   bestialsko 

zmasakrowane ciało młodej, pięknej kobiety. Z zamieszczonego 
poniżej   zdjęcia   pogodnie   uśmiecha   się   twarz   rzeczywiście 

ładnej i sympatycznej dziewczyny.

Helena   czuje   mdłości,   czytając   szczegółowy   opis   miejsca 

zbrodni   -   jakby   reporterowi   sprawiało   perwersyjną 
przyjemność   rozwodzenie   się   nad   wyglądem   połamanych 

krzaków,   od   góry   do   dołu   obryzganych   zakrzepniętą   krwią; 
oraz   opis   jędrnych   kiedyś   piersi,   które   nie   zidentyfikowany 

zwyrodnialec   rozsiekał   sprężynowym   nożem   na   bezkształtną 
masę.   Nóż   -   znaleziony   w   pobliżu   -   okrwawiony   był   tak,   że 

porządkowi nie byli w stanie wykryć na nim żadnych śladów, 
które   pozwoliłyby   odnaleźć   charakterystyczne   cechy   dłoni 

mordercy i porównać je z ogólnym elektronicznym rysopisem 
każdego obywatela, utrwalanym i stale aktualizowanym przez 

cały   kompleks   rządowych   komputerów.   Jak   na   razie 
porządkowi   ustalili   tylko   tyle,   że   zamordowana   była 

pielęgniarką   w   pobliskim   szpitalu.   Wszyscy   przepytywani 

background image

chorzy twierdzili, że to jest po prostu wręcz niemożliwe. Ona 
była przecież zawsze taka uczynna i miła... 

Helena  otrząsnęła  się z  gwałtownym  obrzydzeniem, rzuciła 

gazetę na stół. Tuż obok chleba.

Przez chwilę patrzyła bezmyślnie, potem sięgnęła po gazetę 

ponownie, zmięła ją, cisnęła w stronę kosza.

W tej samej chwili  wszedł Bragg, spojrzał na nią pytająco, 

potem spokojnie podniósł stłamszony papier.

- Coś się stało?
Jego spokojny ton przywrócił Helenie równowagę.

-  Nie. Nie... Tylko ten artykuł na pierwszej stronie... Może 

człowieka pozbawić apetytu na cały tydzień.

- A co?
-  Ktoś zamordował pielęgniarkę z naszego szpitala. Lepiej 

nie czytaj tego przed śniadaniem.

- Zapominasz, że jestem trochę zahartowany. Ale... - powoli 

rozprostował   płachtę   szmatławca,   potem   złożył   gazetę   tak, 
aby pierwsza strona skierowana była w stronę środka.

- Jeden artykuł to nie powód, żeby nie czytać nic - mruknął. 

Potem   powoli   podszedł   do   Heleny,   pogładził   jej   włosy, 

przytulił   ramieniem   całą   głowę   -   przez   cienki   materiał 
kolorowej   piżamy   czuła   policzkiem   jego   brzuch,   płaski   i 

twardy   jak   ciepła   deska.   Poruszyła   się,   otarła   skronią   tak, 
żeby kurtka piżamy powędrowała w górę, żeby znowu nic nie 

dzieliło ich od siebie. Trwała chwilę w szczęśliwym milczeniu, 
potem ocknęła się raptownie.

- Kawa! Na pewno już wystygła!
Spojrzała   w   górę   -   Bragg   uśmiechał   się   łagodnym,   trochę 

nieobecnym wzrokiem, skierowanym gdzieś bardzo daleko w 
czarną,   pustą   przestrzeń.   Powoli   pochylał   głowę   -   Helena 

widziała, jak jego oczy wracają coraz bliżej, poczuła, że ramię 
Bragga   przytula   ją  jeszcze   silniej,   że   coraz   ciężej   leży   na  jej 

włosach.

- Eri, ja nigdy... - szepnęła, potem pokornie opuściła brwi i 

głowę. Przesunęła policzek po gorącym ciele, zamknęła oczy, 
przytuliła bok piersi do mocnego uda, na oślep objęła biodra i 

plecy Bragga wyrzuconym w górę ramieniem...

background image

Pili wystygłą kawę, gryźli obsuszone bułki. Helena milczała, 

usiłując spłukać kawą tamten ostry, piekący smak. Może nawet 

nie tyle  smak, co wspomnienie  - czuła  się taka upokorzona, 
poniżona   i...   bardzo   szczęśliwa.   Może   dlatego   po   mocno 

opóźnionym śniadaniu zostawiła wszystkie naczynia na stole i, 
tak   samo   jak   za   pierwszym   razem,   chwyciła   Bragga   za 

nadgarstek, poprowadziła na górę po półmrocznych schodach. 
Schody skrzypiały lekko i na pewno dlatego żadne nie usłyszało 

dalekiego,   słabego   odgłosu   otwieranej   furtki   ani   dźwięku 
cichych kroków po dywanie salonu.

-  Ja sama, Eri... - szeptała Helena, unosząc twarz. - Chcę 

sama...

Żadne  z nich  nie  usłyszało  leciutkiego  szmeru otwieranych 

drzwi, które zapomnieli zatrzasnąć. 

Nie usłyszało ani teraz, ani potem, kiedy leżeli ze zwróconymi 

ku sobie twarzami - on z lekko uniesioną głową, opartą o udo 

Heleny, ona policzkiem przytulona do bioder i boku Bragga.

Zapatrzeni   w  siebie   nie  dostrzegli   mądrych,   piwnych   oczu, 

które nieustannie śledziły ich każdy gorączkowy, niecierpliwy 
ruch.

Helena   na   chwilę   obróciła   w   stronę   Bragga   nabrzmiałe, 

wilgotne usta. I ani przez chwilę nie podejrzewała, że ktoś inny 

może   słyszeć   jej   lekki   jak   tchnienie,   najczulszy   szept:   -   Eri, 
przecież ja dla ciebie... chyba już zupełnie zwariowałam...

I cichy, szczęśliwy śmiech.
To   właśnie   ten   śmiech   -   śmiech   zadowolonej,   zakochanej 

kobiety - zagłuszył słabiutki trzask zamykanych drzwi i ciche, 
oddalające się stąpanie po schodach.

Otrzeźwiło   ich   głośne   trzaśniecie   wejściowymi   drzwiami   i 

ostre brzęczenie naczyń sprzątanych z kuchennego stołu.

- To Vián!
Oderwali   się   od   siebie.   Helena   pobiegła   do   krzesła   po 

zapomnianą,   porzuconą   podomkę,   przy   okazji   zerknęła   na 
leżący na stole zegarek.

-  Nie   rozumiem,   czemu   dziś   wróciła   tak   późno   -   spytała 

background image

samą siebie i już jej w pokoju nie było. Bragg słyszał tylko jej 
szybkie   kroki   na   schodach.   Kiedy   ubierał   się   spokojnie   i 

powoli,   Helena   klęczała   już   przed  Vián.  Dłońmi,   które 
zapachniały Braggiem, objęła twarz dziewczynki.

-  Maleńka   moja!   Dlaczego   dopiero   teraz...?   -   zapytała   z 

czułym, delikatnym wyrzutem.

Vián  już   wie,   że   miłość   czasem   wymaga   nawet   kłamstw. 

Dlatego   nie   uchyla   głowy,  cierpliwie  znosi ten obcy zapach, 

bijący od miękkich, tkliwych dłoni. Kłamie łagodnie...

Nawet nie całkiem  kłamie. Bo przecież  tak było naprawdę. 

Pani rzeczywiście zaprowadziła ich dzisiaj do parku, gdzie w 
jednej   z   alejek   robotnicy   zaczynają   wznosić   cokół   Pomnika 

Kosmonauty.

-  Pani   mówiła,   że   to   był   bardzo   mądry   i   bardzo   dobry 

człowiek. I bardzo szkoda, że musiał zginąć gdzieś w dalekim 
i obcym kosmosie, ale my za to postawimy mu pomnik - Vián 

nie wspomina, że wycieczka do parku trwała o godzinę krócej 
niż normalne zajęcia w punkcie zbiorowego wychowania.

Helena   z   jakimś   ledwie   sobie   uświadamianym   niepokojem 

pyta: - A... - wahanie - ... czy pani mówiła wam, jak się ten 

człowiek nazywa?

Vián znowu spokojnie kłamie: - Nie, nie mówiła.

Helena   oddycha   z   gwałtowną   ulgą.   W   tej   samej   chwili 

podchodzi   do   nich   Bragg.  Vián  sztywnieje.   Jak   młode, 

nieufne zwierzątko wciąga nosem powietrze - Helena pachnie 
Braggiem, on pachnie Heleną.  Vián  zwinnie wywija się pod 

ręką   matki,   biegnie   do   swojego   pokoju.   Bragg   jeszcze   się 
uśmiecha,   ale   już   czuje,   że   ten   uśmiech   staje   się   coraz 

bardziej cierpki.

- Co jej się stało? - pyta.

Helena   bezradnie   rozkłada   ręce.   Potem   bez   słowa,   z 

opuszczoną   głową   wychodzi   do   kuchni,   bierze   się   za 

przygotowanie obiadu, odwija z folii porcjowane syntetyczne 
mięso. Bragg samotnie zostaje w salonie i długo, bardzo długo 

patrzy przez oszklone drzwi na słoneczny ogródek...

Mniej więcej pół godziny później uchyla się furtka, której 

Vián jak zwykle nie domknęła.

background image

Człowiek,   który   stąpa   teraz   po   betonowej   ścieżce,   zostałby 

natychmiast   obszczekany,   może   nawet   pogryziony   przez 

każdego porządnego psa. Lecz w domu Heleny żadnego psa nie 
ma. A ona widzi mężczyznę dopiero wtedy, kiedy do werandy 

zostało mu zaledwie parę metrów. Przez chwilę patrzy na jego 
ostrożne, niepewne ruchy. Te ruchy wyglądają trochę jak ślizg 

przyczajonego węża, dlatego w Helenie budzi się instynktownie 
nieufność.   Czeka,   aż   człowiek   znajdzie   się   blisko,   potem 

gwałtownie otwiera okno, wychyla się, pyta szorstko: - Kim pan 
jest? Czego pan chce?

Mężczyzna prostuje się z nagłą, zaskakującą swobodą, obraca 

twarz do Heleny, nieoczekiwanie staje się miły i serdeczny.

- Chciałbym... - posyła Helenie sympatyczny uśmiech.
-  Czego?   -   to   brzmi   już   niegrzecznie,   ale   Helena   nie 

zamierza przejmować się uczuciami tamtego typa. Człowiek 
tymczasem staje się wręcz szarmancki - przez dłuższą chwilę 

usiłuje   chwycić   dłoń   Heleny,   opartą   na   klamce   okna,   i 
opuścić   ją   aż   do   swoich   ust.   Helena   trochę   łagodnieje, 

powtarza: - Kim pan jest?

-  Chciałbym   z   panią   chwilę   porozmawiać.   Naprawdę   nie 

zajmę pani wiele czasu.

Helena patrzy chwilę nad jego głową, wreszcie mówi: - Niech 

pan   wejdzie   -   pokazuje   mu   drzwi   werandy.   Potem   wyciera 
mokre   ręce   o   brzeg   fartucha   -   nie   zdejmuje   go   z   siebie   - 

wychodzi do hallu.

Wejściowe   drzwi   uchylają   się   bardzo   lekko,   aż   dziw,   że 

dorosły mężczyzna mógł wślizgnąć się do hallu przez tak wąską 
szparę.   Helena   otwiera   usta,   lecz   mężczyzna   uprzedza   ją:   - 

Jestem   dziennikarzem.   Moje   nazwisko   Plaumens.   Gorgo 
Plaumens.   Specjalny   reporter   działu   miejskiego   w 

„Wiadomościach Porannych”. Przysłano mnie tutaj...

Helena przypomina sobie tamten artykuł, sztywnieje. - Może 

to właśnie on pisał? - myśli z obrzydzeniem. Na głos mówi: - 
Nie czytam tej gazety.

W głosie mężczyzny nie słychać specjalnego zdziwienia, ale 

dość dobrze gra rolę człowieka urażonego w imieniu gazety.

-  Nie   czyta   pani?   To   chyba   niemożliwe...   -   śmieje   się   z 

background image

dobrze   wypunktowanym,   leciuteńkim   pobłażaniem,   potem 
poważnieje nagle i gorąco, z prawie szczerym zapałem rzuca: 

-   Szkoda,   że   pani   nie   czyta   „Wiadomości”.   Mamy   zawsze 
najświeższe   informacje   z   pierwszej   ręki.   Z   pierwszej   ręki   - 

powtarza z naciskiem. Reflektuje się nagle: - Ale, ale... Skoro 
pani   nie   czyta   naszej   gazety,   to   na  pewno   nie   domyśla   się 

pani,   dlaczego   przychodzę.   Otóż   chciałbym,   żeby   pani   jako 
żona naszego drogiego, zmarłego bohate...

Helena prostuje się nagle, jej oczy zaczynają świecić jakimś 

niedobrym   blaskiem,   ale   mówi   jeszcze   spokojnie:   -   Nie 

domyślam się. I wcale nie chcę wiedzieć. 

-  Ależ...   -   tym   razem   reporter   wydaje   się   naprawdę 

zaskoczony.   Próbuje   mówić   dalej,   ale   Helena   przerywa   mu 
bezceremonialnie: - Najlepiej będzie, kiedy pan sobie pójdzie. 

- Popycha go lekko ku wciąż uchylonym drzwiom.

Mężczyzna opiera się, Helena podnosi głos; - Niech pan idzie!

Mężczyzna   dostrzega   coś   za   plecami   Heleny,   uśmiecha   się 

jakoś   tak   obrzydliwie,   dwuznacznie,   potem   raptownie   jego 

ciało   poddaje   się   popychającej   go   dłoni.   Helena   odruchowo 
ogląda   się   po   linii   jego   spojrzenia,   widzi   Bragga   ze 

zmarszczonymi   brwiami,   powoli   ruszającego   w   ich   stronę. 
Mężczyzna bezszelestnie ulatnia się za drzwi, Bragg pyta: - Kto 

to był?

-  Jakiś   reporter   z   „Wiadomości   Porannych”   -   mruczy 

Helena,   przelotnie   przytulając   twarz   do   piersi   Bragga.   - 
Dobrze,   że   mi   pomogłeś,   bo   pewnie   bym   sobie   z   nim   nie 

poradziła.   Był   jakiś   taki...  śliski...   -   z   trudem   znajduje 
najwłaściwsze   słowo   i   odruchowo   wyciera   ręce   o   fartuch, 

marszczy  nos.  Po  chwili,  idąc  w  stronę kuchni,  dorzuca:   -  I 
nawet właściwie  nie wiem, czego chciał. Może... - śmieje się 

cicho... - może jednak wyrzuciliśmy go trochę za wcześnie?

Śmieją się głośno oboje.

Czego chciał reporter, domyśla się dopiero wieczorem. Po 

kolacji   Bragg   przypomni   sobie  o  rzuconej   w   kąt   gazecie, 

odnajdzie ją w kuchni, otworzy... Zaczytany mruknie w stronę 

background image

Heleny: - Posłuchaj...

„Jak   donosi   nasz   specjalny   wysłannik   ze   stolicy,   na 

wczorajszej   sesji   rząd   zatwierdził   wysunięty   przez   Olafa 
Jensena   projekt   zbudowania   Pomnika   Kosmonauty. 

Natchnieniem   tego   projektu   stała   się   tragedia   młodego 
kosmobiologa, Marka Sangelsona, który nie powrócił ze swej 

ostatniej   wyprawy   na   pokładzie   Gazeli,   pozostawił   samotną 
żonę   i   pięcioletnie   dziecko.   Przepastny   kosmos   żąda   od   nas 

wciąż nowych, smutnych ofiar, dlatego ku pamięci wszystkich 
poległych   dla   dobra   ludzkości   i   nauki   postanowiono   postać 

tego młodego, pełnego życia i dobrych nadziei kosmobiologa 
uznać   za   swoisty,   dramatyczny,   wzniosły   i   piękny   symbol 

poświęcenia. Dlatego też Pomnik Kosmonauty stanie w parku 
Arsus   -   rodzinnym   mieście   naszego   bohatera.   Miasto   to 

powinno   być   dumne,   że   ze   swego   łona   wydało   tak 
wartościowego, szlachetnego człowieka.

Pomnik   -   zaprojektowany   już   przez   utalentowanego 

rzeźbiarza  Jorga  Karajova   -   jest   bardzo   nietypowy.   Artysta 

nadmierną ekspresyjność tworzonych ostatnio monumentów 
uznaje   za   zbyteczną   manierę.   Dlatego   nie   operuje 

pompatycznymi efektami świetlno- zapachowymi, lecz obrał 
sobie najskromniej wyglądające, lecz i najdroższe tworzywo - 

granit.   Specjalnie   skierowani   robotnicy   wznoszą   już   cokół 
pomnika, tak więc może już niedługo na mieszkańców Arsus 

ze swego postumentu spoglądać będzie mądra, promieniejąca 
dobrotliwym   i   wyrozumiałym   uśmiechem   twarz   naszego 

bohatera, który stojąc na betonowym wzgórku jednocześnie 
będzie ufnie zerkał w niebo, w stronę odległych gwiazd...” - 

Co za dureń to pisał? - mruknął cicho Bragg. - Przecież Mark, 
o ile pamiętam, wcale nie miał zeza...

Potem głośno zapytał: - I co o tym sądzisz?
Helena wstała ze swojego krzesła, podeszła do Bragga, otarła 

się policzkiem o ramię mężczyzny.

-  Nic,   Eri...   -   uśmiechnęła   się   smutnie   i   jednocześnie 

promiennie, prawie wesoło. - Po prostu nic... Śmierć to jest 
śmierć, a życie to życie.

Nie wiedziała, że istnieje i trzecia możliwość...

background image

Leo Blitzmacher jest uparty. Bardzo ambitny i bardzo uparty. 

Postanowił,   że   nie   będzie   zwyczajnym,   ulicznym 

rzezimieszkiem.   Zbyt   boleśnie   przekonał   się,   ze   ryzyko   jest 
duże.   A   zyski   jednak   niewspółmiernie   małe   -   zegarek, 

zapalniczka,   czasem   parę   drobnych   sztonów   przeznaczonych 
na żer dla automatów sprzedających piwo, gazety i papierosy, 

nieświeże hamburgery lub przesłodzone lody.

Leo Blitzmacher siedzi w swoim pokoiku w Haelle. Mieszka 

na szóstym piętrze w starym drapaczu chmur, zamienionym na 
czynszową kamienicę. Oczywiście bez windy - tak jest o wiele 

taniej. To znaczy - winda w domu jest, tyle że od pół wieku 
nieczynna. A kolejnym właścicielom bloku wcale nie śpieszy się 

do   podejmowania   kosztownej   naprawy.   Po   co?   Przecież 
lokatorzy mają nogi...

Leo Blitzmacher siedzi spocony i zadyszany - poślednia, za 

sztywna i o wiele za ciężka bioproteza wcale nie ułatwia i nie 

uprzyjemnia   chodzenia   tak,   jak   głosił   prospekt   reklamowy 
podarowany Blitzmacherowi przez lekarza w szpitalu.

Wysapawszy się Leo sięga po przywleczoną do pokoju pakę, 

rozcina papierowy sznur sprężynowym nożem - to jedno mu 

jeszcze   we   krwi   zostało,   zawsze   lubi   mieć   porządny   nóż   w 
kieszeni.

Z paki wyciąga opasłe, grube książki, układa je w chwiejny 

stos   na   kulawym   stole.   Starannie   wybiera   któryś   tom   w 

sztywnej,   mocno   podniszczonej   oprawie,   otwiera   go, 
gorączkowo   przewraca   pozaginane,   przybrudzone   kartki,   od 

czasu   do   czasu   zamyśla   się,   patrząc   w   kąt   pokoju,   porusza 
bezgłośnie wargami, jakby jakiegoś trudniejszego zdania uczył 

się na pamięć. Bo Leo Blitzmacher jest uparty i mądry. Leo 
Blitzmacher ucząc się inwestuje w swoją przyszłość.

Jeszcze   długich   parę   lat   będzie   uczył   się   dosłownie 

wszystkiego, w jego tanim pokoiku pomału znajdą się książki w 

kilkunastu naraz językach. Grube, mądre książki, traktujące o 
prawie   karnym,   międzynarodowym,   kosmicznym   i   morskim. 

Opasłe tomy psychologii jednostki i psychologii tłumu, jeszcze 

background image

grubsze dzieła z socjologii, która mimo nieustannego upływu 
lat ciągle jeszcze znała tylko obiekt badań, a nie znała naukowej 

metody. Książki o filozofii celu i sensu dążenia.

Każdemu,   kto   po   raz   pierwszy   będzie   wchodził   do   tego 

pokoju,   wyda   się,   że   podłoga   zaraz   zarwie   się   pod   zwałami 
zgromadzonego tu papieru. Lecz kto wejdzie tam choćby jeden 

raz, wróci jeszcze na pewno. Bo Leo Blitzmacher już piętnaście 
lat   temu   postanowił   zostać   dyskretnym   doradcą   wszystkich 

tych, którym z jakichś względów nie odpowiada ludzkie prawo. 

Leo Blitzmacher jest mądrym, bardzo mądrym człowiekiem. 

Leo Blitzmacher nigdy już nikogo nie zamorduje. No, może 
tylko jednego jeszcze, jedynego...

-  Szefie! - zziajany Gorgo Plaumens wpada do redakcji jak 

bomba.   -   Sensacja!   Byłem   u   tej   całej   Sangelson   i...   - 

dramatycznie   zawiesza   głos,   potem   scenicznym   szeptem 
rzuca - ... ona tam miała jakiegoś... Zaraz to opiszę. Akurat na 

jutro ra...

Naczelny   myśli   głębiej   i   rozsądniej   niż   Plaumens.   Żywo 

skacze ze swojego stołka: - Zamknij gębę! Zwariowałeś!?

- Ja... szefie... - Gorgo gwałtownie traci pewność siebie.

- Nawet jeżeli coś widziałeś, to nikomu nie gadaj.
- Dlaczego!?

-  Idiota!   Przecież   żona   Naszego   Bohatera   musi   być 

nieskazitelnie czysta. No... - naczelny trochę łagodnieje, lekko 

popycha Plaumensa w stronę drzwi - ... idź, chłopcze.

A potem, kiedy Plaumens jest już na progu, cicho dorzuca: - I 

zapamiętaj sobie dobrze to, co dziś widziałeś. Może kiedyś... - 
Uśmiecha się do reportera porozumiewawczo, mruży lewe oko. 

- Może kiedyś... - mruczy już do siebie.

background image

Rozdział 5

Złośliwy   komar   bzyczy   cienko,   przeciągle.   Natrętny   dźwięk 

narasta, ogromnieje...

Olaf usiłuje zasłonić się rękami, bo rozpędzony komar staje 

się coraz   większy,  nalatuje   na niego  jak  pikujący  helikopter. 
Bzyczy wciąż głośniej, i grubiej, Olaf widzi olbrzymie, czerwone 

ślepie   owada,   mrugające   porozumiewawczo,   przyzywająco. 
Gigantyczne   skrzydła   zawodzą   w   nieustannym   ruchu   coraz 

bliżej, Olaf chce cofnąć się, uciec. Lecz wie, że to mu się nie 
uda, bo jakaś potężna dłoń wparta w jego plecy trzyma go na 

miejscu   nieustępliwie.   Mężczyzna   usiłuje   upaść   na   twarz. 
Szarpie się gwałtownie do przodu, skacze...

Budzi się stojąc na posłaniu i trzeźwieje momentalnie - tuż 

przed   jego   twarzą   miarowo   mruga   czerwone   oko   alarmu, 

przenikliwie płacze umieszczony nad drzwiami brzęczyk. Olaf 
skacze z łóżka w stronę otwartej niszy w ścianie. Czepne listwy 

dociśnięte   przesuniętą   niecierpliwie   dłonią   spinają   brzegi 
trykotu,   magnetyczne   obrzeża   próżniowego   kombinezonu 

zwierają się same, zaszklona bania hełmu wślizguje się Olafowi 
pod   pachę,   uruchomione   sygnałem   alarmu   przesuwne   drzwi 

uciekają   w   głąb   ściany.   Olaf   pędzi   do   najbliższej   windy,   na 
poziomie   sterowni   skacze   na   elastyczne   pasmo   chodnika, 

chodnik zaczyna biec razem z nim, wpycha go przez szeroko 
rozwarte drzwi. Olaf z trudem łapie równowagę - przy zerowym 

ciążeniu jego masa została ta sama.

Wreszcie   słabe   magnetyki   podeszew   przysysają   się   do 

metalizowanego   dywanu,   Olaf   prostuje   się,   rozgląda...   Nagle 
traci równowagę ponownie - nie usunął się z przejścia i na jego 

plecach wylądował następny zaspany kosmonauta. Olaf patrzy 
gniewnie   -   oczywiście,   Ortisz.   Ten   budzi   się   dopiero   wtedy, 

kiedy rozwali nos o najbliższą ścianę. 

Olaf   grozi   mu   pięścią   i   szybko   sunie   w   stronę   wolnego 

stanowiska. Pół minuty później prawie wszystkie fotele są już 
zajęte, obwiedzione czerwonym pasem ekrany migają, uważne 

oczy   astronautów   śledzą   kolejne   zmiany   obrazów   i   sytuacji. 

background image

Początkowo   film   biegnie   bardzo   szybko   -   jest   tylko 
przypomnieniem. A więc podchodzenie do układu, wejście za 

ostatnią   planetarną,   potem   orbity   kolejnych   planet, 
teleskopowe   zdjęcie   z   podłożonym   typem   i   widmem   słońca, 

nieostre,  bo na  skraju  protuberancji   ujęcie  drugiej planety   - 
tym   razem   cyfrowy   opis   w   rogu   ekranu   porusza   się   coraz 

wolniej,   wreszcie   staje.   Te   liczby   będą   się   zmieniać   tylko   w 
miarę korygowania danych.

Potem   na   monitorze   miga   twarz   Sangelsona,   krótki   błysk 

startu   zwiadowczej   rakie   tki.   Z   głośników   biegnie   głos 

kosmobiologa, który zgodnie z procedurą zwiadu - niezależnie 
od   obrazu   -   opisuje   kolejne   czynności.   Na   razie   wszystko 

zgadza się i obrazy znowu biegną szybciej: parabola podejścia, 
słaby   blask   pierwszego   przytarcia   rakietki   w   rozrzedzoną 

atmosferę, literowo-cyfrowy opis składu ogona gazowego miga 
przez chwilę w rogu, potem daleka panorama globu. Rozmyte 

szczegóły   wyostrzają   się   w   miarę   hamowania.   Przez   chwilę 
widać   rozłożyste   dorzecze   pierwszej   wielkiej   rzeki,   pierwsze 

góry   -   strzeliste   turnie   iskrzą   się   jak   wyciosane   z 
monumentalnych bloków górskiego kryształu i opali.

Góry spływają polśniewającymi niebiesko i różowo jęzorami 

lodowca; potem stepowa wyżyna i wreszcie intensywna zieleń 

nizin, która ma niepokojący wzrok, męczący odcień czerwieni.

Raptem   wszystko   urywa   się   jak   ucięte   gładko   olbrzymim 

nożem, a na ekranie wypucza się rozległe, sine morze. Krańce 
panoramy zalega burobrunatna mgła, rakietka Marka szarpie 

pierwsze  oporne, niemal  namacalnie   ciężkie  zwały   brudnego 
oparu, oko kamery z trudem przebija gęstniejące kłęby chmur 

przemieszanych   z   pyłem   i   nagle   obraz   rozmywa   się,   znika, 
zostaje   tylko   spokojny   głos   Sangelsona:   „Nie   widzę   was.   U 

mnie wszystko w porządku, lot bez zakłóceń. Słyszę doskonale. 
Już szósta godzina lotu, więc czuję się trochę zmęczony, poza 

tym nic szczególnego. Mam was jeszcze na radarze, a wy? To 
doskonale.   Zaraz   zniknę   wam   na   pół   godziny   -   instrumenty 

wskazują,   że   za   cztery   i   pół  minuty   wejdę   za   tarczę   planety 
mniej   więcej   w   połowie   odległości   między   biegunem   a 

równikiem.   To   gadanie   zaczyna   mnie   nużyć,   czuję,   że   po 

background image

powrocie przez trzy dni będę miał chrypę. Od tej pory będę się 
meldował co dziesięć minut. Lot i instrumenty na pokładzie w 

porządku...” Trzy następne meldunki są identyczne, padają z 
głośnika w parosekundowych odstępach, choć w rzeczywistości 

dzielą   je   dziesięciominutowe   pauzy:   „Na   pokładzie   wszystko 
OK,   zwalniam   zgodnie   z   programem”.   Mgła   się   rozmywa, 

ekrany jaśnieją szybko - rakieta wciąż leci nad oceanem. Głos 
kosmobiologa: „W tej mgle miałem przez chwilę wrażenie, że 

coś błyszczy pode mną, ale bardzo z boku. Na tej wysokości 
kamera mogła już nie obejmować całego obrazu. Wy nic nie 

widzieliście?   W   porządku.   W   takim   razie   przejdę   po   spirali 
trochę bliżej  równika.  Przy następnym okrążeniu  będę leciał 

pięć   razy   wolniej   i   pół   pułapu   niżej,   wtedy   zobaczycie... 
Wyłączam się na dziesięć minut - macie obraz”. 

Na dole ekranu powoli zmieniają się cyfry godzin lotu, tylko 

sekundy skaczą jak polne koniki.

Rakietka   Marka   zatacza   łuk   dookoła   planety,   łagodnym, 

szerokim   zakosem   opada   coraz   niżej,   przez   chwilę   -   w 

rzeczywistości  przez  półtorej  godziny  -  sunie  po  linii  prawie 
prostej,   dopóki   pilot  nie   wprowadza  ją   w  kolejny  skręt.   Kąt 

podejścia statku i położenie kosmolotu zwiadowczego są takie, 
że w pewnej chwili pojazd Marka zatrzymuje się na ekranie, 

obraca w miejscu zgrabnym piruetem i już leci w przeciwną 
stronę   po   gałęzi   wysmukłej   paraboli.   Głos:   „Za   pół   godziny 

znowu   wejdę   za   tarczę.   Na   pokładzie   wszystko   w   normie. 
Planeta nie wydaje się najciekawsza, może nie będziecie nawet 

musieli hamować. Powinienem zdążyć, zanim miniecie orbitę 
pierwszej. Właściwie tu jest piekielnie nudno. Jak będę niżej, 

pobiorę próbki atmosfery”.

„Dziesiąta   godzina   lotu.   Zażywam   paraerginę.   Powietrze 

nadaje się dla ludzi, ale trochę śmierdzi chinoliną. Na upartego 
przyzwyczaić się można... Dokładne wyniki analizy macie na 

ekranie.”   „Za   chwilę   mijam   brzeg   tarczy.   Lot   zgodnie   z 
programem, będę lądować za trzy godziny już znowu po waszej 

stronie. Następny meldunek za dziesięć minut”.

Na   ekranach   przed   twarzami   kosmonautów   znowu 

wyskoczyły kryształowe szczyty, znowu mignęły wyżyny i pas 

background image

przymorskiej depresji, potem rakietkę otoczyła burobrunatna 
mgła.

Milczenie   kosmobiologa   przedłużało   się.   Minęły   czasy 

czterech kolejnych meldunków, n a ekranach bez zmiany wiły 

się kłęby oparu nie oparu i nagle w ułamku sekundy wszystkie 
monitory pojaśniały...

Vián otwiera oczy - za oknem jest jasno i przyjemnie. Ogień 

na kominku  dawno  już wygasł,  w mocnym ciągu  powietrza 

nad   paleniskiem   polatują   w   górę   tylko   nieliczne   strzępki 
jasnosiwego popiołu.

Vián  z   trudem   wstaje   z   niewygodnego   krzesła,   powoli 

rozprostowuje   oporne   kości,   człapiąc   niedbale   zmierza   w 

stronę   drzwi.   W   połowie   drogi   przypomina   sobie   o   czymś. 
Wysoko podnosi głowę, uśmiecha się.

-  Laaster...   -   szepcze.   Jej   krok   nabiera   nagle   lekkości   i 

wdzięku, usta rozchylają się - ... niech nie myśli, że jestem już 

taka zmęczona i stara.

Nie wiem, co w niej podziwiać. Czy to, że tak mocno potrafi 

wierzyć w to, czego nie ma? Czy to, że tyle z siebie dla tej wiary 
umie wymusić...

Patrzę,   jak  Vián  energicznie   obraca   skrzypiący   kołowrót, 

wyciągając   ciężkie   wiadro   ze   starej,   dawno   nie   używanej 

studni.   Bo   hydrofor   -   założony   przez   Laastera   na   pięć   lat 
przed   katastrofą   -   oczywiście   nie   działa.   Woda   jest 

złotoszafirowa  w  słońcu,  czysta  i  lodowata;  cierpną  od  niej 
zęby   i   na   zanurzonych   dłoniach   momentalnie   wyskakuje 

gęsia skórka. Lecz Vián nie zważa na to.

Taszczy wiadro do domu ostrożnie, żeby jak najmniej wody 

rozchlapać,   potem   wylewa   wszystko   do   głębokiej   wanny. 
Wanna to luksus - zrobiona już tutaj, na miejscu z darniowych 

rud,   przetopionych   w   przywiezionej   z   Ziemi   miniaturze 
hutniczego   pieca.   Metalowa   muszla  jest   bardzo   toporna   i 

ciężka   -   nic   dziwnego,   Skipper   odlał   ją   jako   jedną   z 
pierwszych,   a   potem   podarował   ją  Vián.  Dlatego   teraz, 

wlewając   na   dno   wanny   już   trzecie   wiadro   wody,  Vián 

background image

przypomina sobie uśmiech Skippera. Trochę gorzki i smutny, 
trochę tęskny. Zawsze tak się do niej uśmiechał...

Vián  rozbiera się przed lustrem, ale w nie nie zerka. Siada 

na brzegu wanny, zanurza stopy w lodowatej wodzie, potem 

szybko, ale  starannie  myje całe  ciało. Spłukuje się, otrząsa, 
mocno trze dygoczące plecy wielkim, kąpielowym ręcznikiem. 

Ręcznik   jest   dość   sztywny   i   szorstki,   bo   mayal,   z   którego 
włókien   go   utkano,   jest   dalekim   potomkiem   ziemskich 

konopi,   wysianych   dawno   temu   na   Nowej   przez   pierwszą 
automatyczną sondę. W ciągu trzech stuleci włókna mayalu 

stały   się   mniej   żylaste   od   normalnych   konopi,   nabrały 
porowatej miękkości, która trochę zbliżyła je do bawełny.

Vián  przez chwilę zazdrości roślinom, które tak doskonale 

umiały przystosować się do odmiennych warunków, podczas 

gdy ludzie... Potem boso i nago biegnie po pokoju, stulonymi 
dłońmi   odruchowo   podtrzymuje   piersi,   które   czas   tak 

bezwzględnie przymiął i przypłaszczył, zatrzymuje się w rogu. 
Z brzuchatej, opasłej komody wyciąga świeżą bieliznę, wkłada 

ją na siebie pośpiesznie, z przyjemnością wciąga w nozdrza 
lekki   zapach   płonącego   jałowca.   Tak   na   Nowej   pachnie 

szczaw,   którego   pozwijanymi   w   wąskie   stożki   liśćmi  Vián 
poprzekładała   warstwy   materiału.   Oczywiście   tak   pachnie 

tylko   szczaw   zerwany   wcześnie   rano.   Około   szóstej 
miejscowego czasu czuć go już zgniłym śledziem, wykąpanym 

w   chloropikrynie.   Za   to   w   południe   zwyczajne   karczochy 
pachną   piękniej   niż   jaśminowiec   w   maju.   I   -   w 

przeciwieństwie do szczawiu - nadal nadają się do jedzenia.

Vián w Samej bieliźnie klęka teraz, kolejno wysuwa głębokie 

szuflady,   wciąga   powietrze   nosem   -   kiedyś   bawiło   ją   i 
Laastera, kiedy ich ubrania każdego dnia miały trochę inny 

zapach.

Odruchowo   wyjmuje   z   którejś   szuflady   męski   sweter   z 

puszystej, bladobłękitnej wełny sfagama - robiła ten sweter na 
drutach   prawie   przez   całą   zimę.   Teraz   przewiesza   go   przez 

ramię,   idzie   w   stronę   szafy,   z   przepastnej   głębi   wydobywa 
kolorową suknię. Wszystkie barwy sukienki są lekko matowe, 

utrzymane w tonacji łagodnych pasteli.

background image

Vián  ubiera się, potem wciąga sweter, wkłada obie ręce do 

naszytych na swetrze kieszeni i powoli kieruje się w stronę 

wyjściowych   drzwi.   Uchyla   je,   potem   raptownie   zamiera   w 
bezruchu, usłyszawszy stuk spadającego kamienia. Jakby ktoś 

potrącił go w panicznej ucieczce...

Vián  parę długich chwil stoi nieruchomo, wygląda nieufnie 

zza   uchylonych   drzwi,   potem   ostrożnie,   lecz   zdecydowanie 
wychodzi przed próg. Mruży oczy przed mocnym, jaskrawym 

blaskiem   wysokiego   słońca,   powoli   schodzi   ze   wzgórza   - 
wczoraj   zauważyła,   że   domowe   zapasy   kurczą   się   w 

zastraszającym   tempie,   dlatego   postanowiła   poszukać 
żywności w rozwalonych domach. A może to wcale nie było 

wczoraj...? -  Vián  znowu ma przez moment to nieuchwytne, 
prawie   niezauważalne   wrażenie   ślizgania   się   nie 

kontrolowanych   dni.   I   jeszcze   to   coś   czy   ktoś   bez   przerwy 
czający się w pobliżu niej... 

Lecz  Vián  postanowiła   nie   umierać   jak   najdłużej   - 

ostatecznie zwyczajne życie też może się stać celem samo w 

sobie.   Dlatego   teraz   mimo   wszystko   schodzi   ze   wzgórka. 
Potyka się, pada, wstaje, uparcie idzie w stronę apteki. Tam, 

gdzie   jeszcze   tak   niedawno   temu   kosmoceuta   Assobar   Jo 
żartował   z   nią   niefrasobliwie,   miksując   w   elektrycznym 

młynku ekstrakty kilkunastu miejscowych ziół. Tam, gdzie na 
pewno nikogo w domu nie będzie.

Bo tuż przed katastrofą Vián w oszalałym tłumie dostrzegła 

także i Jo, biegnącego w kierunku cmentarza.

-  Jo   zawsze   był   smakoszem   i   eksperymentatorem   -   myśli 

Vián i uśmiecha się lekko. - W jego spiżarni zawsze znajdzie 

się   coś   nowego   i   niespotykanego.   Szkoda,   żeby   się 
zmarnowało... - ostatnie słowa Vián mówi półgłosem w pustą 

przestrzeń,   jakby   usprawiedliwiając   się   niezręcznie   przed 
tymi   martwymi   ruinami,   które   patrzą   na   nią   z   niemym 

wyrzutem jak na cmentarną hienę.

Bo  Vián  rzeczywiście czuje się po części winna. Gdyby nie 

tamte kobiety, gdyby nie sama ona... Może Laaster, Assobar i 
Skipper   żyliby   do   dzisiaj,   może   miasto   umierałoby   o   wiele 

wolniej i pogodniej...

background image

- Miasto, Miasteczko... - myśli prawie czule. - Miasto...
Tak   po   prostu   i   zwyczajnie,   może   trochę   na   wyrost, 

postanowili je nazywać. Bez wahania, wszyscy.

I   tak   nagle,   tak   nieoczekiwanie   nagle   -   między   jednym 

wieczornym błyskiem świateł, a drugim - Miasto umarło na 
zawał. Na tę chorobę, przed którą  Vián  i wszyscy  pozostali 

uciekli ze swojej starej Ziemi.

- Nie trzeba było aż tak daleko... - myśli Vián. - Nieszczęścia 

zawsze uparcie chodzą z ludźmi w parze...

A ja - zazdroszczę Vián. Zazdroszczę tego nieszczęścia, które 

ona   przeklina.   Dzięki   nieszczęściom   ludzie   znają   i   ich 
zaprzeczenie, osiągają ekstrema dla mnie nie do pomyślenia.

Dlatego   przez   chwilę   czuję   się   absurdalnie,   jakby   ktoś 

przepuścił mnie przez gigantyczny dławik, wytłumił wszystkie 

nie   kontrolowane   drgania   duszy.   Duszy?   -   tak.   Akurat   to 
ludzkie słowo pasuje tu najwłaściwiej. Lecz nie boję się tego 

określenia - za bardzo jestem każdym z nas, żebym mógł się 
kiedykolwiek   doczłowieczyć.   Moje   życie   jest   funkcjonalne   i 

proste,   niesłychanie   proste   w   porównaniu   z   zawikłanym 
życiem ludzi, a jednak wcale nie czuję się bioautomatem. W 

przeciwieństwie do Vián.

Wszystko,   cokolwiek   kiedyś   czyniła,   nie   mogło   zmienić 

biegu   jej   świata   i   zawsze   wymykało   jej   się   wreszcie   spod 
kontroli,   nigdy   nie   umiała   ogarnąć   umysłem   wszystkich 

zjawisk, które towarzyszyły jej postępowaniu. Ja, jako każdy z 
nas, mam odskocznię w czasie. Natomiast Vián nigdy nie było 

stać   na   dystans   do   rzeczywistości,   zawsze   była   skazana   na 
półbierne   w   niej   uczestnictwo.   Zresztą   i   tak   nie   mogłaby 

przecież wpłynąć na to, że ponad sto lat temu, po długiej i 
poufnej   rozmowie   z   profesorem   Ulanoffem,   prezydent 

potakująco   pokiwał   głową.   Że   mniej   więcej   w   tym   samym 
czasie dłoń Olafa Jensena z głośnym plaśnięciem uderzyła o 

dłoń   Leo   Blitzmachera   na   znak   zawarcia   pewnej   tajnej 
umowy. I na to, że parę tygodni później Laaster Erie Ninch’vv 

Tihuawa spotkał się z Ernstem Braggiem. Nawet gdyby wtedy 
wiedziała...

background image

Półprzymknięte   oczy   Bragga   nieruchomo   patrzą   w   daleką 

noc. Mężczyzna czuje na swoim boku gorące ciepło oddechu, 
przysypia, mruczy półsennie: - Olaf...

Helena powoli podnosi głowę, potem nagle dociera dc niej 

znaczenie szepniętego słowa, bo podrywa się ostro, opiera na 

łokciu, czujnie wbija oczy w mrok pokoju.

- Co mówisz?

Bragg wraca na ziemię, mruczy niechętnie: - I tak nigdy nie 

zrozumiesz.

- Mimo to chcę wiedzieć - ton Bragga wcale się Helenie nie 

podoba,   jej   ciało   sztywnieje,   stygnie   stopniowo,   zamierają 

obie dłonie. Za to ręka mężczyzny ożywa, jego palce długo, 
pieszczotliwie ześlizgują się z ramienia kobiety na bok szyi, 

rozgarniają   włosy   za   małym,   ciepłym   uchem.   Helena 
sztywnieje   trochę   bardziej,   ale   nie   odsuwa   głowy.   Jeszcze 

czeka...

- Dobrze... - Bragg unosi głowę, patrzy w bliską i pachnącą 

ciemność  z   ledwo   uchwytną   rezygnacją.   -   Wiesz,  co   to   jest 
kobieton?

- Domyślam się. I rozumiem, że ty...
-  Nic   nie   rozumiesz   -   mężczyzna   rzuca   to   półgłosem,   ale 

ostro   i   już   prawie   gniewnie.   -   Tam   trzeba   być...   Wiesz   - 
podejmuje   po   krótkiej   pauzie,   a   Helena   czuje   policzkiem 

sprężone   mięśnie   jego   brzucha,   kiedy   Bragg   mimowolnie 
unosi rękę ku górze - tam każdy jest słaby i samotny.

Przynajmniej   ty   powinnaś   czuć,   co   to   potrzeba   kogoś 

naprawdę   bliskiego.   A   kobieton...   -   w   jego   głosie   wybija   się 

mocna   nuta   gwałtownej   goryczy   -   ...to   chyba   najgorsze 
draństwo, jakie widziałem.

Bragg   nie   broni   się,   nie   szuka   żadnych   usprawiedliwień. 

Bragg   wybuchowym   szeptem   atakuje   i   oskarża.   Oskarża 

wszystkich, którzy zostali na Ziemi.

-  Nie   wiesz,  co   to   znaczy  wejść   do   normalnej,   zwyczajnej 

kabiny,   założyć   metalową   obręcz   na   głowę,   poczuć,   jak   w 
skórę wsysają ci się zimne elektrody. A potem nagle ściana 

przed tobą rozwija się w trójwymiarze, cofa się coraz dalej aż 

background image

do granic horyzontu i już idziesz przez pachnącą, niedawno 
koszoną   łąkę,   dookoła   kostek   owijają   ci   się   długie   pasma 

przywiędłej trawy.

Patrzysz w stronę lasu, skąd dobiega słaby szmer i śpiewny 

bulgot strumyka, skaczącego wartko po kamieniach, patrzysz 
na postać dziewczyny pod najbliższym drzewem. Już jesteś tak 

blisko, że   widzisz   jej  uśmiech,  widzisz   oczy  błyszczące   coraz 
mocniej.   Zaczynasz   biec   przez   kwiaty,   dobiegasz,   czujesz   na 

policzku jej gorący, szczęśliwy śmiech, jakiś szept, zapach lasu i 
potarganych o gałęzie włosów. Dziewczyna trzyma w dłoni parę 

leśnych   konwalii.   Podaje   ci   je,   uśmiecha   się   ufnie,   a   ty 
zanurzasz   twarz   między   chłodne,   wydłużone   liście,   między 

drobne,  białe  kielichy,   które  dookoła  ciebie   rozpylają   słodki, 
odurzający zapach i już nie wiesz, czy to one tak pachną, czy 

właśnie   rozsypane   włosy   dziewczyny,   całujesz   jej   piersi   jak 
białe kwiaty konwalii, nagle tracisz z oczu cały czas i świat. 

A po wszystkim  obraz  rozmywa  się  i  znika.  Zdejmujesz  ze 

skroni rozpaloną obręcz, wychodzisz. I wiesz, że wszystko, co z 

ciebie   się   wydzieliło,   aż   do   ostatniej,   najmniejszej   drobinki 
parującego potu, zostanie teraz wessane przez ściany kabiny, 

oczyszczone,   odparowane,   przefiltrowane   lub   zagęszczone   w 
witaminowo-białkowe   polikondensaty,   znowu   zostanie 

wprowadzone   do   bezustannego,   zamkniętego   obiegu.   Po 
wyjściu   z   tej   kabiny...   -   głos   Bragga   znowu   nabiera   tonów 

rezygnacji   i   goryczy   -   ...   dopiero   teraz   naprawdę   czuje   się 
potrzebę   kogoś   bliskiego,   nieanonimowego.   Komu   można 

mówić po imieniu.

Bragg milczy chwilę.

-  A... ta kobieta? - Helena złagodniała nie wiadomo kiedy, 

jej słowa znowu zaczynają pobrzmiewać zalotnie i lekko. - Czy 

była o wiele piękniejsza ode mnie?

Bragg znowu wybucha, już prawie krzyczy szeptem: - Nic nie 

rozumiesz,   nie   rozumiesz!?   Nic!   uspokaja   się   momentalnie, 
mruczy   bardziej   do   siebie   niż   do   Heleny:   -   Myślę,   że   ta 

prawdziwa nigdy o tym nie wiedziała... Na pewno. Bo inaczej 
przecież by się nie zgodziła... - patrzy w noc, a Helena w jego 

błyszczących   oczach,   w   jego   głosie   wyczuwa   jakąś 

background image

niezrozumiałą   prośbę   i   nieuchwytną   nadzieję.   Być   może 
dlatego   reaguje   instynktownie,   żeby   go   uspokoić,   rzuca 

impulsywnie: - Na pewno nie wiedziała. Nie wierzę, że mogłaby 
zgodzić   się...   milknie,   przypomina   sobie   oglądany   kiedyś 

pornograficzny film stereo.

Bragg   na   szczęście   nie   wychwytuje   tej   ostatniej   nuty 

niepewności   w   głosie   Heleny,   bo   mówi   dalej:   -   To   oni, 
rozumiesz? Ci naukowcy na Ziemi, którzy zrobili sobie z nas 

zaszczute   króliki   doświadczalne.   Och,   gdybym   mógł   go 
kiedykolwiek...

- Kogo?
- Jego. Ulanoffa.

- Kogo!?
- Ulanoffa. Nigdy o nim nie słyszałaś?

- Słyszałam. I właśnie dlatego...
- Dlatego co?

- To chyba niemożliwe. Naukowiec tej miary... - Helena nie 

kończy,   bo   Bragg   rzuca   gniewnie:   -   ...   może   być   jeszcze 

gorszym draniem niż głupi rzezimieszek. To przez niego... - 
urywa raptownie, cichnie, uspokaja się momentalnie. Skoro 

Helena nie wie o niczym, nie ma potrzeby  opowiadać jej o 
Marku, nie ma sensu powtarzanie jego myśli. Może kiedyś...

Dlatego   Bragg   milczy,   uparcie   patrzy   w  ciemność,  z   ulgą  i 

rozkoszą czuje, że Helena powoli opuszcza głowę.

Olaf ma pamięć dobrą, bo wygodną - zachowuje w niej tylko 

to,   co   uważa   za   wiadomość,   która   może   przydać   się   w 

przyszłości. A że w całej tej sprawie jest coś zagadkowego, Olaf 
tym   barwniej   po   przymknięciu   oczu   widzi   Bragga, 

wyciągającego   powolną,   jakby   przyczajoną   dłoń   do   dźwigni 
rozruchu,   widzi   swoją   matową   twarz,   odbitą   w   jeszcze 

martwym ekranie. Ekran rozjarza się momentalnie, pojawia się 
na nim uciekająca do tyłu kula astrolotu. Dlaczego Sangelson 

poleciał sam? - Olaf zastanawia się uparcie. - Dlaczego tak mu 
na tym zależało? Dlaczego Bragg wczoraj tak zawzięcie upierał 

się przy zasadzie najmniejszego zła. 

background image

Niby jest to logiczne  - kiedy ginie  jeden członek  wyprawy, 

szkoda   jest   dokładnie   dwukrotnie   mniejsza,   niż   gdyby   w 

zwiadzie brała udział przepisowa ilość kosmonautów. Ale może 
gdyby poleciało ich dwóch...?

Olaf przechyla głowę, nad ramieniem Bragga zerka w ekran 

sprzężony z czołową kamerą  -  na   szarozielonej,   plastykowej 

szybie,   podbitej   po   bokach   głęboką   czernią   przestrzeni, 
stopniowo   narasta   coraz   większy   i   większy   krąg   drugiej 

planety.   Tej   z   wypuczonym   nad   horyzont   morzem   i 
dziwacznymi, niby kryształowymi górami.

Od   tej   chwili   Olaf   patrzy   w   oba   ekrany   jednocześnie.   Na 

jednym astrolot staje się coraz mniejszą kulką, już tylko słabo 

migoczącym   punktem,   już   nie   widać   go   wcale.   Olaf   nie 
zauważył nawet, kiedy kosmolot zwiadowczy zatoczył szeroki 

łuk, wpłynął za zasłonę pierwszych wysokich chmur.

Na drugim ekranie jest przez chwilę  tylko przelewająca się 

skotłowana masa o pastelowym odcieniu mlecznej czekolady, 
potem rakietka wyskakuje nagle w obszar czystego powietrza.

Znowu   na   pierwszym   ekranie   widać   obraz   astrolotu,   to 

znaczy   widać   przede   wszystkim   coraz   mocniejszy   blask 

silników hamowniczych. Olaf wie, że hamowanie musi potrwać 
jeszcze kilkanaście godzin, zanim astrolot będzie mógł wejść na 

orbitę   parkingową.   Oczywiście   wszystko   zależy   od   tego,   co 
zwiadowcy na planecie odkryją.

Bragg   zerka   w   ekran   Olafa.   I   mimo   że   łączność   wizyjna 

ponownie została nawiązana, zaczyna ustny raport. Olaf przez 

chwilę wsłuchuje się w jego równy, spokojny głos: ...Jesteśmy 
nad   biegunem   planety,   zaczynamy   schodzenie   po   spirali   w 

kierunku równika. Na podstawie filmowego zapisu usiłujemy 
zrekonstruować   trasę   Sangelsona.   Nie   podoba   mi   się   praca 

autopilota - niby jest wszystko w porządku, ale wskaźniki drżą 
trochę za mocno. Boję się uchybu.

Być może pole tej planety ma miejscami właściwości pułapki 

elektromagnetycznej.   Jakieś   wiry   czy   co?   Niewykluczone,   że 

niedługo   będziemy   zmuszeni   przejść   na   ręczne   sterowanie. 
Jesteśmy coraz niżej, zwalniamy. Jeszcze was widzimy, ale za 

parę   minut   wejdziemy   za   tarczę,   mniej   więcej   na   linii 

background image

terminatora. Będziemy nadawać bez przerwy...” Olaf przestaje 
słuchać, patrzy na ekrany. Zamiast astrolotu widzi teraz zachód 

błękitnego słońca, odruchowo mruży oczy, bo blask ostatnich 
promieni   nadaje   powietrzu   dziwną   migotliwość,   męczącą 

wzrok   jak   zepsuta   świetlówka.   Potem   zerka   na   ekran   przed 
Braggiem i już nie widzi nic.

Bragg domyśla się, nie przerywając nadawania meldunku dla 

astrolotu, rzuca w którejś chwili w stronę kolegi: - Załóż hełm. 

Ochronne szkła są za słabe. - Potem znowu leciutko pochyla się 
nad mikrofonem: „Olaf wam za chwilę opowie, jak to cholerne 

powietrze wykańcza oczy”.

Olaf   po   omacku   odnajduje   hełm,   spina   go   ze   sztywnym 

kołnierzem skafandra i dopiero teraz odważa się popatrzeć na 
ekran ponownie. Bragg miał szczęście, że jako dowódca musiał 

bez przerwy siedzieć w całkowitym pogotowiu, że ani na chwilę 
nie ściągał z głowy swojej szklanej bańki. 

Tworzywo   automatycznie   ciemnieje   przy   zbyt   jaskrawym 

blasku   i   dlatego   Olaf   już   bezpiecznie   może   patrzeć,   jak   na 

ekranie rosną coraz bliższe góry. Padające pod małym kątem 
promienie   słońca   sprawiły,   że   teraz   dosłownie   każdy   szczyt 

strzela   w   matowiejące   niebo   potężną   kolumną   tęczowego, 
ostrego   światła.   Olafowi   wydaje   się,   że   świeci   i   drży   nawet 

powietrze   w   kabinie   kosmolotu,   pochyla   się   nad   ramieniem 
Bragga, rzuca: „To wygląda jak zorza polarna na Ziemi, tyle że 

ze sto tysięcy razy jaskrawsza. Zresztą na pewno widzieliście 
sami. Mam nadzieję, że nikt z was nie dostał od tego paraliżu 

nerwu   ocznego,   bo   ja   nawet   mimo   hełmu   muszę   mrużyć 
powieki. Na całe szczęście już przelatujemy nad wyżyną”.

I znowu włącza się spokojny, prawie bezbarwny głos Bragga: 

„Minęliśmy   połowę   wyżyny.   Noc   jest   purpurowa,   niezbyt 

ciemna. W każdym razie jest już około tutejszej północy. Mniej 
więcej   o  świcie   powinniśmy   dolecieć  do  brzegu   morza.   Jeśli 

można   tamten   opar   z   pierwszego   filmu   uznać   za   zjawisko 
względnie   stale,   to   powinniśmy   około   południa  miejscowego 

czasu   dotrzeć   do   obszaru   brunatnej   mgły.   Za   chwilę 
rozwiniemy   skrzydła,   potem   zwolnimy   do   poddźwiękowej. 

Przelecimy przez tę mgiełkę parę razy wzdłuż i wszerz, zanim 

background image

wylądujemy.   Olaf   właśnie   sprawdza   autopilota.   W   samym 
urządzeniu wszystko jest w idealnym porządku, ale mimo to 

chyba przejdziemy na sterowanie ręczne. Wydaje nam się, że 
tak będzie jednak bezpieczniej”.

Olaf   potakująco   kiwa   głową,   ale   nie   wydaje   się   do   końca 

przekonany o słuszności Bragga.

Mimo to spokojnie siedzi w fotelu, kiedy dowódca stateczku 

przestawia   autopilota   na   bierną   obserwację   przebiegu 

lądowania. I znowu Bragg: „W tej piekielnej mgle nie widać 
zupełnie   nic.   Będę   lądować   według   wskazań   instrumentów, 

wtedy może uda się nam coś ciekawego zobaczyć. Przez opar 
zaczyna   przebijać  jakiś   słaby  blask  -  może  jest to  światło,   o 

którym mówił Mark? Zwalniamy do stu dwudziestu na godzinę 
i   wyłączamy   silnik   główny   -   jest   chyba   zbyt   hałaśliwy. 

Podejdziemy tam ślizgiem na silnikach pomocniczych.

Na razie widać tylko sam blask. Po prostu mgła świeci coraz 

mocniej. Lecimy   po łuku  na granicy  ciemności, lądujemy  za 
trzy i trzy czwarte  minuty. Bo pod tą mgłą rzeczywiście  jest 

ziemia. Na razie stoimy w powietrzu. Zaczynamy opadać - no, 
w porządku. Łapy amortyzatorów znalazły oparcie. Od tej pory 

Olaf obejmie stanowisko dowodzenia, a ja przejdę się na spacer 
w stronę tego światełka. Jeszcze tylko zabiorę kamerę, żebyście 

widzieli to samo co ja. Olaf! Obserwuj wszystko dookoła rakiety 
i mój wskaźnik osobisty. Kiedy tylko zauważysz, że coś jest nie 

w porządku, masz startować bez wahania. Ja schodzę do śluzy. 
Już jestem na klapie. Teraz powoli schodzę w dół.

Mógłbym skoczyć - wcale nie jest wysoko, ale wolę uniknąć 

wszelkiego ryzyka. Robię trzy pierwsze kroki po powierzchni, 

biorę próbkę gruntu do analizy. Ziemia tutaj jest lekka i sypka, 
rozstępuje się trochę pod nogami. Idę powoli w stronę blasku. I 

mimo że jest coraz jaśniej, wcale nie odnoszę takiego wrażenia. 
Kiedy podnoszę rękę do oczu, nadal jest mi ją tak samo trudno 

zobaczyć jak pięć minut temu...

Dogasająca   świeczka   mruga   w   stronę  Vián  krwawym 

oczkiem   z   głębi   ciemności,   która   powoli   zalega   cały   pokój, 

background image

skrada się po kątach, czujnie jak bezpański pies przypada do 
podłogi   pod   fotelami   i   stołem,   wycieka   spod   szafy   czarną 

kałużą,   przelewającą   się   powoli   ku   brzegowi   mayalowego 
dywanu.  Vián  mimowolnie   podciąga   nogi   na   krzesło, 

przysuwa twarz bliżej świecy.

Tak blisko, że czuje mdły, odurzający zapach zetlonego knota 

i   płynnego   wosku.   Usiłuje   ożywić   swoim   oddechem   coraz 
słabiej podrygujący płomyk. Jakby bała się, że w zetknięciu z 

ciemnością i ona sama mogłaby się roztopić. Jakby w blasku 
następnego   dnia   miała   być   tylko   czarnym,   bezcielesnym 

cieniem,   lokalnym   brakiem   człowieka   w   przypisanym   jej 
punkcie czasu i przestrzeni.

Czuję,   że   ogarnia   mnie   przejmujący,   przeraźliwy   chłód 

ciągnący od podłogi - nie pomaga nawet to, że od czasu do 

czasu mojej twarzy dotyka miły, gorący powiew letniej nocy, 
wpadający   przez   uchylone   okno.   Dlatego   chowam   się, 

wtapiam w myśli Vián. Bo wspomnienia tej kobiety - jeszcze 
nie umiem powiedzieć, czemu - właściwie zawsze są jasne i 

pogodne.

Przez  niemal niedostrzegalną  mgiełkę  jej smutku  jak  przez 

spokojne łzy widzę Laastera, który w zaplamionym sonarami 
ubraniu powoli złazi z wysokiej drabiny. O jego plecy obija się 

wypchana torba, poplamiona tak samo jak cały kombinezon. 
Laaster spogląda w dół, krzyczy: - Odsuńcie się!

Z wysokości jakichś dziesięciu metrów ciska torbę na beton. 

Słychać   brzęk   metalu,   osłabiony   szew   w   którymś   miejscu 

pęka; dookoła torby rozsypują się mutry, śrubokręty, młotek i 
nastawne klucze. Laaster spogląda na kilkunastu ludzi znowu 

podchodzących   do   drabiny   i   widząc   na   ich   twarzach   pełne 
wyczekiwania   napięcie,   uśmiecha   się   wesoło,   potem   macha 

ręką   w   stronę   Skippera,   który   właśnie   zaczyna   złazić   z 
samego wierzchołka konstrukcji. Przez  chwilę  tak  samo jak 

wszyscy   ludzie   patrzę   na   wysoki,   pionowy   maszt,   na   trzy 
duralowe   łuki,   zaczynające   się   wąskimi   pasmami   tuż   nad 

głową   schodzącego   Skippera,   zbiegające   w   dół   jak   szwy   na 
ustawionej   sztorcem   piłce  do   rugby.  Metalowe   taśmy 

najszersze są mniej więcej  w połowie swojej długości i tam 

background image

właśnie   wyprofilowane   jak   najstaranniej   niczym   śmigi 
helikoptera.   Potem   zwężają   się,   spotykają   końcami   na 

łożysku   u   podstawy   masztu,   zakotwiczonej   potężnymi   i 
szeroko   rozstawionymi   łapami,   wpartymi   w   łysy, 

wybetonowany wierzchołek pagórka.

Ostatnie szczeble drabiny Laaster przeskakuje coraz szybciej. 

Wreszcie zbliża się do czekających, ale nie mówi nic. Obraca 
się,   razem   ze   wszystkimi   czeka   na   zejście   Skippera.   Potem 

wspólnymi siłami odstawiają, kładą na łagodnym stoku ciężką 
drabinę   i   dopiero   wtedy   Laaster   rzuca:   -   Uff!   Chyba   już 

wszystko w porządku.

Skipper śmieje się szeroko: - Byłem geologiem, ale nigdy nie 

myślałem, że kiedyś zostanę alpinistą.

Ludzie   o   napiętych   twarzach   również   zaczynają   się 

uśmiechać   i   czuję,   jak   moja   twarz,   twarz  Vián  odpręża   się 
powoli.   Przez   ostatni   chłodny   i   ciemny   rok   wszyscy   coraz 

goręcej,  coraz   niecierpliwiej   czekali   na   to   ostatnie   zejście   z 
drabiny. Teraz jeszcze tylko parę najgorszych chwil niepokoju, 

czy nie było błędu, czy obliczenia sprawdzą się w praktyce.

Zbocze   niewysokiego   pagórka   jest   również   -   niczym   jakiś 

gigantyczny   bunkier  -  oblane   betonem  pofalowanym   drobno 
jak schody, których brzegi uporczywy deszcz zmyl i zaokrąglił.

Ludzie schodzą aż do stóp wzgórza, kierują się do ciężkich, 

okutych   drzwi,   uchylonych   prawie   do   połowy.   Otwierają   je 

jeszcze   szerzej,   całą   gromadą   zapuszczają   się   w   krótki, 
półmroczny korytarz.

Potem   cicho   tłoczą   się   pod   ścianami   dużej   sali,   słabo 

oświetlonej akumulatorową lampą - półblask znowu wydobywa 

na ich twarze wyraz napiętego oczekiwania i niepewności.

Fotel,   ustawiony   przed   półkolistym   pulpitem,   obraca   się. 

Znad   poręczy   widać   twarz   Charlesa   Colburna,   który   rzuca 
ponaglająco: - No!?

Z   półmroku   korytarza   wyłania   się   postać   Laastera,   który 

leniwie, aż do ostateczności przeciągając chwilę, podchodzi do 

pulpitu, pochyla się nad elektronikiem. W blasku lampy widać, 
jak  jego palce  zwierają się powoli, jak  cała  dłoń zwija  się w 

bielejącą   pięść.   Laaster   podnosi   pięść   do   góry,   potem 

background image

zatrzymuje ją nagle w połowie ruchu, przybliża twarz do twarzy 
Colburna, w sali zapada cisza, której brakuje nawet oddechów 

czekających ludzi. Czai się w tej sekundzie coś groźnego i wręcz 
niesamowitego   nawet   dla   mnie.   Mimo   tego,   że   wiem 

doskonale, co stanie się za chwilę. Bo Laaster jeszcze mocniej 
zaciśnie   dłoń,   jeszcze   bardziej   zbliży   ją   do   brody   Charlesa, 

jakby   wymierzał   najwłaściwszy   punkt,   a   potem   z   jakąś 
pogróżką   burknie:   -   Colburn,   jeśli   okaże   się,   że   coś   tu 

popieprzyłeś, to...

Pięść Laastera cofnie się do tyłu, cała postać odegnie nagle, 

głos nabierze tonów ponurego żartu: - ... ja pierwszy powieszę 
cię na śmidze.

Ludzie odetchną z gwałtowną, nieoczekiwaną ulgą, elektronik 

- wciąż spokojnie siedzący w fotelu - odsunie pięść Laastera 

jeszcze dalej, uśmiechnie się wesoło; zapyta: - Skończyliście?

Potem   raptownie   zerwie   się   z   fotela,   chwyci   Laastera   za 

rozchełstany na piersiach kombinezon.

Obróci się wraz z Laasterem szybko i zwinnie jak w tańcu, 

pchnie go na swój fotel. Pochyli się, zaciskając pięść, przybierze 
wyraz ponurej powagi, burknie tonem Laastera: - A jak wy coś 

tam na górze schrzaniliście...

Nie  wytrzyma,   parsknie   śmiechem,  szczęśliwym   śmiechem, 

ludzie w kątach zawtórują mu coraz głośniej i śmielej .

-  Osłony   łożysk   zaciągnięte?   -   elektronik   spoważnieje   po 

chwili.

- Tak.

-  To   co?   Zaczynamy?   -   Colburn,   nie   czekając   na   niczyje 

potwierdzenie, pochyli się nad pulpitem i delikatnie, z niemal 

pieszczotliwym wyczuciem ściągnie ku sobie krótką dźwignię 
hamulca.   Słychać   krótki   zgrzyt   ciernych   tarcz,   potem   słaby 

szmer metalu tartego o metal, ludzie usiłują przebić półmrok 
oczyma   wpatrzonymi   w   pobłyskującą   oleiście   metalową 

kolumnę, umieszczoną w głębi sali za osłoną z drucianej siatki. 
Przez   salę   przebiegnie   czyjś   szept:   -   Obraca   się,   patrzcie. 

Naprawdę się obraca...

Colburn   wypchnie   Laastera   z   fotela,   siądzie   sam,   znowu 

pochyli się nad przyciskami.

background image

- Uwaga - mruknie przez ramię. - Za chwilę włączam...
I   nagle   całe   wspomnienie  Vián  jaśnieje   radośnie,   kiedy 

zaczynają   mżyć   pierwsze   żarówki,   pod   sufitem,   kiedy   ich 
blask   potężnieje   z   sekundy   na   sekundę,   wypiera   z   sali 

przyczajony   mrok.  Vián  podbiegnie   do   ogłupiałego   ze 
szczęścia   Laastera,   przytula   policzek   do   jego   brudnego, 

przepoconego   kombinezonu,   coraz   serdeczniej   przez 
mimowolne łzy patrzy w jego oczy. Bo oczy Laastera są w tej 

chwili jak maleńkie, zielone studnie, w których bez przerwy 
odbija się ciepły, pogodny blask elektrycznych słońc.

I właśnie w tym momencie znowu zamykam ją w bezczasie, 

w chwili, która dla Vián nie ma końca ani dna.

Rozdział 6

-  Dziwne,   głupie   uczucie...   -   myśli  Vián.  -   Jakbym   była 

książką,   którą   ktoś   otwiera   na   dowolnej   stronie,   czasem 

odkłada ją grzbietem do góry na godzinę czy na kilka dni, a 
czasem   o   niej   po   prostu   zapomina.   Wiem,   co   myślałam   w 

nocy. Ale dlaczego teraz jest dzień, dlaczego stoję właśnie tu, 
u stóp pagórka? Ile już czasu gapię się na maszt, na jego łapę 

wyrwaną z betonowej osady, podniesioną ku niebu jak dłoń 
zrozpaczonego rozbitka wołającego o ratunek?

Dla   mnie   nie   ma   ratunku,   chyba   że   z   Ziemi   przyleci 

następna   grupa   kolonistów.   Lecz   skoro   przez   tyle   lat   nikt 

jakoś nie trafił na Nową, to nie dotrze i teraz; bo Ziemia ma 
za   krótką   pamięć,   żeby   dbać   o   wszystkie   swoje   kolonie...   - 

Vián  myśli o tym z pasją i gorzko, lecz po chwili łagodnieje 
znowu, zostaje w niej tylko pełen rezygnacji smutek. Nie żal. 

Smutek.

O ile  zdołałem   to  prawidłowo  zauważyć,  ludzie  różnią się 

pomiędzy sobą charakterami. A w charakterze  Vián  nie leży 
bezcelowy   żal.   Dlatego   spokojnie   może   patrzeć   w   siebie, 

analizować   każdy   zapamiętany   ruch,   uśmiechać   się,   kiedy 

background image

pada mile albo śmieszne słowo.

Miała wtedy siedemnaście lat. Tak, to wtedy zaczęły się jej 

pierwsze   poważniejsze   starcia   z   Braggiem.   Oczywiście   wcale 
nie chciała, nie zamierzała wypędzać go z domu - jeszcze był 

Helenie potrzebny. Ale już wtedy zrozumiała, że on kłamie. Że 
na pewno kłamie, kiedy opowiada, jak to rozbił kamerę o jakiś 

głaz, lecz mimo to poszedł dalej. Tak daleko, jak pozwolił mu 
na to grząski, suchy grunt podobny trochę do sypkich piasków 

na pustyni. I jak przez upiornie świecącą mgłę zobaczył rakietę 
Marka   wbitą   w   sam   środek   piaskowego   bagniska.   Jak   mógł 

podejść   zaledwie   na   dwadzieścia   metrów   do   poharatanych 
szczątków, zanim sam zaczął się zapadać. Od czasu do czasu z 

rozwalonego  wraku  strzelał  krótki, ostry  błysk płomienia. W 
każdej chwili mogło dojść do wybuchu siłowni, a on po prostu 

nie umiał, nie mógł odejść. Tak zwyczajnie, bez niczego odejść. 

Dlatego   stał   przez   parę   długich   godzin   i   patrzył,   jak   lotny 

piach powoli, cal po calu pożera popękany kadłub kosmolotu...

Vián  mimo   wszystko   uparcie   wierzyła   -   upór   to   kolejna 

cecha   jej   charakteru   -   że   Mark   mimo   wszystko   przeżył.   I 
przecież   tylko   z   tego   powodu   zdecydowała   się   wreszcie   na 

studiowanie kosmobiologii. Tylko dlatego odnalazła w jakimś 
archiwum, niekompletny, bo niekompletny, spis układów, do 

których przed wiekami wysłano pierwsze rakiety.

W grubym, zakurzonym skoroszycie brakowało kilkunastu 

ostatnich   stron   -   jak   oceniła  Vián,  prawie   połowy.   Ktoś 
bezmyślnie powydzierał pożółkłe kartki.

Jest to oczywiście bezmyślność tylko z jej punktu widzenia. 

Ani  ona, ani  żaden  inny człowiek   nie może  się dowiedzieć, 

dokąd sięga nasza władza nad czasem. Nie naruszamy praw 
skutku   i   przyczyny,   choć   logika   każdego   z   nas   dopuszcza   i 

taką   możliwość,   ale   na   pewno   mamy   większą   niż   ludzie 
możność wybrania sobie optymalnej przyszłości. A przeszłość 

nie przyprawia nas o takie  drżenie rąk, jakie poczuła  Vián, 
ścierająca   rękawem   bluzki   kurz   z   tekturowej   okładki. 

Odginała ją powoli i ostrożnie, śledziła oczyma kolejne kartki, 
z niepokojem wyczuwała palcami, że jest ich coraz mniej, że... 

Czytała coraz wolniej, wreszcie trafiła oczyma: „Alfa  Auriga, 

background image

Capella; G-O III; jasność wiz. +O ,09...” Coś przełamało się w 
niej,   pękło,   strzeliło   na   policzki   gorącem,   buchnęło   w 

zakurzony   półmrok   archiwum   z   rozjarzonych   oczu.  Vián 
wybiegła   na   pusty,   cichy   korytarz,   za   którymś   zakrętem 

dopadła pomarszczonego, zasuszonego ze starości strażnika, 
objęła   ramionami   jego   pergaminową   szyję,   pocałowała   w 

zwiotczałe policzki.

- On żyje, na pewno żyje! - nie wiedziała, że krzyczy. - Teraz 

wiem, że ma szansę. Ja muszę...

Zostawiła   oszołomionego   staruszka,   śmignęła   po 

wydeptanych schodach, wybiegła na ulicę - dopiero po chwili 
spostrzegła,   że   ludzie   patrzą   na   nią   zdziwieni,   poczuła   łzy 

ściekające do kącików roześmianych ust. Lecz biegła dalej nie 
patrząc na ludzi. Byle szybciej znaleźć się w domu, powiedzieć 

Helenie...

Zatrzymała się na pniu jakiegoś drzewa, objęła je ramionami. 

- Helenie...? - szepnęła.

Skręciła   ostro   za  najbliższy   róg,  poszła   w  stronę   odległego 

parku. Tam, gdzie uciekała zawsze, kiedy już nie mogła patrzeć 
na to cholerne, ślepe i głupie szczęście Bragga i Heleny.

-  Im   przecież   wcale   tego   nie   potrzeba...   -   pomyślała   ze 

złością.   -   Przecież   nie   chcą,   żebym   wiedziała.   Żadne   do   tej 

pory   nie   pisnęło   ani   słowa.   Nawet   nazwisko   mi   zmienili   - 
zaśmiała się sucho. I śmiała się tak przez całą drogę czując, że 

płacze.   Do   środka.   Jakby   dusza   była   workiem   na 
niepotrzebne łzy.

Uspokoiła   się   dopiero   w   parku,   w   zachwaszczonej, 

zapomnianej   alejce,   wiodącej   do   stóp   pomnika.   Doszła   do 

betonowego wzgórka i nawet nie umiałaby powiedzieć, kiedy 
wdrapała   się   po   jakiejś   fałdzie   kamienia   oz   na   wysokość 

nadnaturalnej,   olbrzymiej   twarzy.   Zajrzała   z   bliska   w   puste, 
granitowe   oczy   zapatrzone   w   niebo   nad   Arsus.   Małą,   ciepłą 

dłonią powiodła po wyrzeźbionej zmarszczce od nosa do ust, 
przytuliła policzek.

-  Zapomnieli   o   tobie,   staruszku   -   szepnęła   -   wszyscy 

zapomnieli. 

Czuła, jak kamień powoli chłodzi jej skroń, a sam nagrzewa 

background image

się,   nabiera   jakiegoś   utajonego   życia   Szybko,   leciutko 
pocałowała to miejsce, zsunęła się na ugięte kolano pomnika, 

na olbrzymi but wysunięty do przodu. Przez chwilę pragnęła, 
żeby martwy kolos rzeczywiście ruszył przed siebie, rozdeptał 

napotkane   domy,   przekroczywszy   furtkę   oplecioną   różami 
wszedł do ogrodu.

- Nie... - szepnęła. - Tego nie potrzeba, i tak cię ożywię.
Na ławce, która dawno już oblazła z resztek jakiejkolwiek 

farby, Vián przesiedziała niemalże do zmroku - dopiero chłód 
zmusił ją do odejścia.

Powędrowała   w   stronę   domu,   wiedząc,   co   tam   zobaczy   - 

podstarzałą,   siwiejącą   na   skroniach   Helenę   jak   zwykle 

krzątającą się po kuchni i okrąglejący z dnia na dzień brzuch 
Bragga,   rozpartego   w   najwygodniejszym   fotelu, 

przysłoniętego   płachtą   czytanej   gazety   drzemiącego   za   nią 
może,   i   ten   łysiejący   grubas   miał   być   kiedyś   odważnym 

kosmonautą? Vián uśmiechnęła się do siebie ironicznie, lecz: 
tuż przed wejściem do domu starła ten grymas z twarzy jak 

rozmazaną   szminkę   -   Lepiej,   żeby   na   razie   niczego   nie 
przeczuwali. Żeby nie wiedzieli... - pomyślała. - Niech sobie 

jeszcze pożyją spokojnie.

Czarne   drzewa   wychylały   z   mroku   chciwe,   szeleszczące 

gałęzie   -  Vián  wykrzywiła  się ku  nim jak  dziecko, wywaliła 
język   aż   na   brodę,   potem   nieoczekiwanie   roześmiała   się   z 

samej siebie i z tym uśmiechem otworzyła drzwi.

Zostawiam jej wspomnienie tego wieczoru i zastanawiam się, 

dlaczego ludzie inaczej śmieją się z kogoś, a inaczej z siebie. 
Czy   żaden   z   nich   tak   naprawdę   nie   potrafi   widzieć   się   bez 

lustra?

Czy   rzeczywiście   tylko   lustro   pozwala   Ulanoffowi   każdego 

wieczoru czuć się coraz bardziej staro?

Śmieszy mnie ten głupi mędrzec, kiedy skazę na szkle bierze 

za pryszcz  na czubku  swojego nosa, i kiedy  oddycha z ulgą, 
przybliżywszy do gładkiej tafli krótkowidzące oczy. Tak, dzięki 

ludziom każdy z nas i ja wiem, co to jest rozbawienie. Dobrze 

background image

jest na swoim pooranym mądrością czole nie dostrzegać żadnej 
skazy, starczy podobać się byle androidowi, aby już poczuć się 

szczęśliwym i potrzebnym. Starczy tylko na chwilę zapomnieć, 
że   miłość   robota   jest   rzeczą   z   góry   zaprogramowaną   i 

wymuszoną. A ludzie zapominać potrafią doskonale.

Potrafią z siebie i innych wymuszać nawet to, co jest dla nich 

niemożliwe.

Jako każdy z nas mógłbym - rzecz oczywista - prześliznąć w 

czasie,   zobaczyć,   co   za   parę   najbliższych   chwil   nastąpi.   A 
jednak trwam w ludzkiej teraźniejszości, liczę mijające mnie, 

wydłużone sekundy, patrzę...

Ruchy   pilota   wciąż   są   szybkie   i   precyzyjne,   choć   na   jego 

twarzy maluje się coraz wyraźniejsze przemęczenie. I mimo to 
nadal ciska swoją rakietkę to w lewo, to w prawo, gwałtownymi 

uskokami i szusami jak narciarz przed lawiną omija walące się 
na   niego   skalne   złomy,   zmyka   w   przód   przed   głazami   zbyt 

wielkimi,   by  móc  je  ominąć  śmielszym   i   szybszym  od  myśli 
zakosem.   A   w   kamiennym   młynie   materia   kotłuje   się   bez 

przerwy, bez przerwy buchają w próżnię ostre pęki kolorowych 
iskier z trących o siebie skał, bez przerwy o pancerz rakietki 

siecze  deszcz   rozpędzonego   żwiru,   obłoki   naelektryzowanego 
pyłu zalepiają wizjery kamer jak rzadkie błoto.

Człowiek   bardziej   wyczuwa,   niż   widzi   potężny   głaz,   który 

nieoczekiwanie wbija się w snop światła z reflektorów tuż przed 

dziobem   kosmolotu.   Instynktownie   kładzie   rakietę   w   ostry, 
głęboki   skręt,   silniki   dygoczą   z   nadmiernego   wysiłku,   dziób 

kosmolotu w ryzykownym, zawrotnym młyńcu wychyla się do 
swobodnej   próżni.   Jeszcze   tylko   ułamek   sekundy   i...   w   tym 

ułamku chwili zaczyna dziać się niesłychanie wiele. Bo martwy 
dotąd   licznik   Geigera   ożywa   raptem,   w   kabinie   słychać 

najpierw ciche bębnienie jak głos słabego deszczu uderzającego 
o   szyby!   A   potem   nagle   bucha   gwałtowny,   szarpiący   nerwy 

werbel, jakby gęsty grad siekł o napiętą skórę gigantycznego 
bębna, jakby jakiś zwariowany dobosz chciał po raz tysięczny 

poderwać swój pułk do straceńczego ataku. Rakieta już mknie 
po czystej przestrzeni, lecz oczy pilota stają się ogromne, ręce 

spadają ze sterów, podnoszą się do głowy, drżące palce usiłują 

background image

zatkać uszy, bo werbel stał się szalonym, przenikliwym wyciem, 
niesamowitym gwizdem wpadającym w coraz wyższe rejestry. 

Bezsilne dłonie oślizgują się po bańce próżniowego hełmu, lecz 
w tej samej chwili ze szczeliny między płytą pulpitu a obudową 

licznika,   spod   śrub   wywija   się   słabe,   cienkie   pasemko 
gryzącego dymu, gwizd urywa się w połowie najwyższego tonu.

- Rany boskie... - szepcze ktoś tuż koło mnie. - Rany boskie. 

Przecież ten licznik miał dwukrotną rezerwę.

Patrzę na ludzi - ich twarze napinają się w nieświadomych, 

koszmarnych grymasach lęku i bólu. Zimna i opanowana jest 

tylko twarz Ulanoffa, który spokojnie sięga ręką do jakiegoś 
kontaktu, umieszczonego w kącie olbrzymiej płyty dyspozycji 

i zdalnej kontroli..

Człowiek na ekranie podrywa się gwałtownie, wypręża... - nie 

ma   ucieczki.   Ze   sztywnego   kołnierza   skafandra   wysuwa   się 
maleńka igła, trafia w kark  pilota. W ułamku mikrosekundy 

ciało   człowieka  wiotczeje,   bezwładnie  wpada  w  niepotrzebny 
fotel - już tylko martwa metalowa skorupa zmyka ukosem od 

pędzącej przez niebo rzeki meteorów.

-  Co   pan   robi,   Ulanoff!?   -   w   głosie   mężczyzny   słychać 

mocną,   gwałtowną   nutę   niepohamowanego   gniewu.   -   To 
człowiek...

- To był człowiek - cicho, z jakimś nie znoszącym sprzeciwu 

naciskiem prostuje Ulanoff.

- Ale już nie miał szans.
-  W ten sposób wymorduje mi pan wszystkich najlepszych 

pilotów! - mężczyzna gniewnie wali pięścią w brzeg pulpitu, 
nie czuje bólu ani tego, że strzaskał jakieś trzy przyciski.

Ulanoff   spokojnie   patrzy   na   jego   twarz,   na   mundur 

rozerwany pod szyją, na odpięty kołnierz koszuli. Tam, gdzie 

koszula   dotyka   karku   mężczyzny,   gdzie   na   jasnoszarym   tle 
materiału wyraźnie odcina się ciemna pręga potu.

-  Będą nowi - stwierdza zimno. Potem obraca się w stronę 

pozostałych, przez chwilę patrzy na ich twarze dopiero teraz 

wyrywające się z martwego otępienia. - Wszyscy  widzieliśmy 
wskazania licznika, zanim go rozsadziło. A pan chciał, żeby ten 

pilot męczył się kilka dni bez żadnej nadziei ratunku. Sam pan 

background image

wie, że na twarde promieniowanie nie mamy sposobu.

- Trzeba to było przewidzieć. Od tego jesteście.

-  Znał  pan  wyniki   wstępnych  badań  tej  rzeki  i  sam, o  ile 

dobrze pamiętam... - twarz Ulanoffa przybiera wyraz ukrytej 

drwiny,   w   jego   głosie   pobrzmiewa   gniewny   sarkazm   -   ... 
zatwierdził pan ten test i jego szczegółowy przebieg. Własnym 

podpisem.   Miał   pan   dokładnie   tyle   samo   danych   co   my.   I 
mógł również przewidywać takie zakończenie. Nie jest to ani 

naszą,   ani   pańską   winą,   że   testowany   pilot   trafił   na 
promieniotwórczy meteor.

-  Tak   na   zimno   wykończyć   człowieka...   -   mężczyzna   w 

mundurze   zniżył   głos   do   szeptu,   na   chwilę   zasłonił   twarz, 

żeby nie patrzeć na rozgwieżdżone ekrany.

- Chce pan, żebym płakał? - w głosie Ulanoffa już wyraźnie 

dźwięczy nuta słodkiej zgryźliwości. - O ile dobrze wiem, to 
nie   był   to   pierwszy   pilot,   któremu   powierzał   pan   równie 

ryzykowne zadanie. Zapewne pamięta pan tego, jak mu tam, 
Nineh’a Tak, Laaster Ninch’.

Znalazłem szczegółowy opis jego sprawy w aktach wszystkich 

pilotów.   Ten   miał   szczęście,   prawda?   Dosłownie   w   ostatniej 

chwili złapali go śmieciarze. Tylko dlatego żyje do tej pory. A 
więc pan, co teraz robi?

- Niie... mężczyzna zdobył się na szept.
-  Ja przypadkowo wiem. Bierze zasiłek dla bezrobotnych i 

natychmiast cały swój zasób energii przepija w burdelach  i 
barach. Żył pan kiedyś z dziwek tak jak on? Umiałby pan żyć 

bez swojej ukochanej przestrzeni? Bo on zawsze rzyga, kiedy 
przypadkowo zobaczy gwiazdy na niebie.

- Mimo wszystko. Tamten człowiek... - mężczyzna podniósł 

głowę,   odruchowo   poprawił   swój   rozchełstany   mundur 

komandora dalekiego zwiadu. Ulanoff przerwał mu gniewnie; 
- Człowiek ma sięgnąć gwiazd. Po to latał pan, po to latają 

teraz setki i tysiące innych. Sam pan wie, że mamy już ponad 
pół   miliona   astropilotów.   A   jeśli   dodać   naukowców   o 

kosmicznych   specjalnościach   i   potencjalnych   kolonistów... 
Naszym   obowiązkiem   jest   umożliwienie   im   podboju 

przestrzeni. Znalezienie ludzi, którzy zniosą długotrwały głód 

background image

i   najdotkliwsze   zimno,   wytrzymają   wszystko,   co   innych 
zabija.   Krach   każdej   gwiezdnej   kolonii   spowodowany   jest 

zawsze   tym,   że   ludziom   za   dobrze   żyło   się   na   Ziemi,   za 
wygodnie i za dostatnio. Zbyt wiele mieli do stracenia.

Trzeba znaleźć takich, co oprócz życia nie mają nic, których 

będzie   można  od   nowa   stworzyć  i   ukształtować.   To   ja  panu 

mówię,   że   nawet   ten   Ninch’,   który   teraz   sra   na   wszystkie 
gwiazdy,   poleci   do   nich,   kiedy   mu   bieda   na   Ziemi   zanadto 

dopiecze.

Wiem, Ulanoff ma w tej chwili rację i nie ma jej. Bo Laaster 

rzeczywiście opuścił Ziemię, lecz z zupełnie innych powodów. A 
gdybym operował ludzką moralnością, powiedziałbym nawet, 

że   przyczyny   decyzji   Laastera   będą   o   wiele,   wiele 
szlachetniejsze,   niż   może   to   sobie   wyobrazić   ten   genialny 

eksperymentator.   Przezabawne   jest   ludzkie   dążenie   do 
doskonałości za wszelką cenę i pod jednym tylko warunkiem - 

że   cena   i   udoskonalenie   dotyczą   innych   ludzi.   Usiłuję 
zmodelować w mózgu każdego z nas obraz samego profesora, 

poddającego się testom i korektom psychofizycznym - nie, to 
nawet   przy   naszej   zdolności   do   utożsamień   wydaje   się 

niemożliwe. Zbyt mocno czujemy, że profesor do końca życia 
będzie   się   uważać   za   najlepszego   z   najlepszych.   Tu   nie   ma 

żadnych szans dokonania jakiejkolwiek zmiany, bo tylu jest na 
Ziemi myślących podobnie.

Jako   ja   i   jednocześnie   jako   każdy   z   nas   zaczynamy   coraz 

pełniej   rozumieć   głoszoną   przez   niektórych   ludzi   zasadę 

kosmicznej   nieingerencji,   więc   zostawimy   ich   samych   sobie. 
Ludziom ludzi. 

Ale chcemy, żeby i oni zostawili nas w spokoju. I każdy z 

nas   widzi   tylko   jedną   drogę   -   trzeba   sprawić,   aby   dla 

wszystkich   Ziemian  słowa  o  nieingerencji   w sprawy  innych 
ras   nie   były   pustym   frazesem.   Żeby   nie   powtórzyła   się 

historia   prymitywnych   Tombowów   na   Wenus,   żebyśmy   nie 
musieli   się   zakochać   w   ludzkiej   doskonałości   i 

bezinteresowności tak, jak zdarzyło się to Cundalończykom, 

background image

Veganom,   Aniołom   z   Hiad,   Niszczycielom,   Galaktom   i... 
przede wszystkim ludziom.

Ludzie, nawet nie wiedząc o tym, są dla nas doskonałymi 

nauczycielami   dzięki   temu,   że   czasem   potrafią   myśleć 

niesłychanie obrazowo i syntetycznie. Dlatego już każdy z nas 
wie, że rzeczywiście najlepszą obroną jest atak. Może ciężko 

jest na zimno podejmować takie decyzje, lecz skoro większość 
Ziemian to potrafi... To znaczy większość tych, których mózgi 

za pośrednictwem Laastera i Vián poznaję.

Nie Vián. To Bragg pierwszy zauważył, że w domu dzieje się 

coś  nie   tak,   jak   trzeba.   Może   dostrzegł   jakieś   nie   ukryte   w 
porę   spojrzenie   dziewczyny,   może   wyczuł   jej   odruchową 

wrogość.

Ludzie   łatwo   zarażają   się   nieufnością,   dlatego   Bragg 

również   usiłował   unikać  Vián.  Drażnił   go   wzrok,   drażniły 
słowa dorastającej zbyt szybko dziewczyny. Dopiero po roku, 

kiedy  Vián  oznajmiła   Helenie,   że   zamierza   zdawać   na 
kosmobiologię, Bragg zrozumiał. Najpierw próbował jeszcze 

tylko słowami przekonywać  Vián  do siebie. Potem pozornie 
machnął   na   wszystko   ręką,   ale   za   to   obserwował  Vián 

uważniej,   usiłując   pojąć   jej   ostateczny   cel.   Starał   się   nie 
widzieć   jej   ostentacyjnego   wychodzenia   z   salonu,   kiedy 

czasem próbował wspominać swoje bohaterskie czasy, znosił 
cierpliwie jej cichy, wrogi, oficjalny chłód. Bo wtedy jeszcze 

Bragg mógł i chciał mieć nadzieję, że z czasem wszystko samo 
się ułoży. I miał tę nadzieję aż do dnia, w którym ogłoszono 

ostatnie wyniki uniwersyteckiego konkursu egzaminacyjnego.

Vián  wróciła  do domu stosunkowo  wcześnie,  w  milczeniu 

zjadła obiad i, unikając pytających spojrzeń Heleny, uciekła 
do swojego pokoju.

Pojawiła   się   w   salonie   dopiero   wieczorem,   dotknęła 

ramienia   Heleny,   mówiąc   przy   tym   cicho   i   spokojnie:   - 

Wychodzę Wrócę rano, ale przedtem...

Bragg  podniósł wzrok  znad czytanej  gazety,  obrzucił  Vián 

długim, uważnym spojrzeniem, odruchowo ocenił w myśli: - 

background image

Ona jest więcej niż ładna. Gdyby Helena była taka... 

Vián  podjęła po króciutkiej pauzie: - ... chciałabym z wami 

porozmawiać. To, że zmieniliście mi nazwisko, jeszcze nic nie 
znaczy.

Mówić nie musicie - wtrąciła, widząc, że Helena otwiera usta. 

- Sama wiem, że chcieliście mi o wszystkim opowiedzieć trochę 

później. I nawet czekałam, ale to później nie nadchodziło. Od 
dwóch   miesięcy   jestem   pełnoletnia,   więc   dokładnie   dwa 

miesiące   temu   oficjalnie   poprosiłam   o   przywrócenie   mi 
prawdziwego kodu i nazwiska. Chcę wierzyć, że milczeliście dla 

mojego dobra, ale w jedno uwierzyć nie mogę. Mam podstawy 
sądzić, że mój ojciec żyje.

-  Chcesz   powiedzieć,   że   ja...   -   twarz   Bragga   przybladła, 

potem   gwałtownie   nabiegła   czerwienią.   Guzik   jego   koszuli 

prysnął gdzieś w kąt salonu, kiedy Bragg targnął duszący go 
kołnierz. - Chcesz powiedzieć... - zadławił się słowami.

- Nic nie chcę powiedzieć - głos Vián zabrzmiał spokojnie i 

zimno. - Nic ponad to, że po ukończeniu studiów, a skończę 

je   na  pewno,  i   to   indywidualnym,   przyśpieszonym  kursem, 
zamierzam   zorganizować   wyprawę   badawczą   do 

gwiazdozbioru Woźnicy. Dobranoc, mamo...  - ostatnie słowa 
zabrzmiały nieoczekiwanie ciepło.

-  Dokąd...? - Helena przerwała, kiedy  Vián  obróciła się od 

drzwi i rzuciła przez ramię: - Jestem już dorosła, mamo...

Bragg   podniósł   obie   ręce   do   głowy,   potem   opuścił   je   w 

połowie  ruchu,  spojrzał  zaskoczony.  Bo  po raz  pierwszy  od 

wielu   miesięcy   drzwi   za   wychodzącą  Vián  zamknęły   się 
zupełnie wolno i cicho.

Bragg dopiero po upływie roku uwierzył, że postanowienie 

Vián  rzeczywiście   jest   nieodwołalne.   Decydował   się   długo, 

zanim   wreszcie   na   parę   dni   wyjechał   z   Arsus.   Helenie 
powiedział tylko tyle, że chce odwiedzić Olafa, lecz ona sama 

zrozumiała   nie   dopowiedziane   słowa   -   Bragg   zamierzał 
znaleźć   argumenty,   które   przekonałyby  Vián  o   tym,   jak 

bardzo go skrzywdziła.

Być może słowa Olafa bezpośredniego uczestnika wydarzeń - 

mogłyby   Braggowi   przywrócić   choć   część   autorytetu.   Nie 

background image

zatrzymywała   go   tym   razem,   choć   nigdy   nie   lubiła,   kiedy 
wyjeżdżał bodaj na dwa dni. Czuła, że Bragg musi z kimś o tym 

porozmawiać, a sama przecież nic nie mogła mu doradzić.

Kiedy   przerzucał   przez   ramię   niewielką   torbę,   kiedy   już 

otwierał drzwi, zatrzymała go jeszcze na chwilę.

- Bragg... - szepnęła. - Eri, wróć szybko. Ja bez ciebie...

Uśmiechnął się, wyszedł bez żadnego słowa.

Przyciszony   dźwięk   gongu   drży   lekko,   tańczy   w   powietrzu, 

wibruje   przez   kilkanaście   sekund   -   dopiero   po   trzecim 
uderzeniu ekran stereofonu jaśnieje powoli, wychyla się z niego 

nos, czoło, policzki, usta, oczy sekretarza. Reszta głowy i ciała 
nadal   pozostaje   ukryta   we   wklęsłości   plastyku,   w 

szarozielonym   tle,   więc   cała   scena   wygląda   tak,   jakby   ktoś 
bardzo   nieśmiało   i   dyskretnie   zaglądał   do   pokoju.   I   takie 

właśnie miało to sprawiać wrażenie - Spo Ankus jest idealnym 
sekretarzem. Spo Ankus doskonale wie, czego prezes nie lubi, a 

co   toleruje.   Dlatego   i   głos   sekretarza   jest   harmonijnie 
zespolony z sytuacją - słowa są miękkie, uległe, nie brzmią ani 

za głośno, ani nazbyt cicho. Słowa są w sam raz.

-  Przepraszam,   panie   Prezesie...   -   wyraźnie   słychać   dużą 

literę w słowie „Prezes” - ... ale sprawa jest pilna. Prezydent... 
- tym razem, mimo początku zdania, „p” jest zupełnie małe -

bardzo prosił, aby pan Prezes zechciał do niego przybyć około 

godziny dwunastej.

Olaf unosi głowę znad projektu cennika, który przed chwilą 

przedstawiono mu do zatwierdzenia.

- Dobrze... - mruczy. - Coś jeszcze?
- Przyszedł telegram od pana Bragga. Pozwoliłem sobie.

- Proszę pokazać.
Twarz   znika   na   moment,   zastępują   ją   ręce,   trzymające 

rozwinięty blankiet. Olaf czyta lakoniczny, krótki tekst: 

PRZYJEŻDŻAM SZÓSTEGO O 12. SPRAWA POWAŻNA

Ręce znikają. Olaf rzuca w stronę twarzy: - Proszę zająć się 

background image

panem   Braggiem   aż   do   mojego   powrotu   od   prezydenta. 
Możecie go oprowadzić po siedzibie koncernu.

- Tak jest. - Głowa Spo cofa się, ekran ciemnieje łagodnie.
Olaf wraca do przerwanej lektury. Od czasu do czasu sięga po 

pisak,   grubą   krechą   podkreśla   poszczególne   linijki   tekstu, 
czasem na marginesie robi znak zapytania, czasem rzuca obok 

któregoś wersu gruby, przysadzisty wykrzyknik podbity mocną 
kropką, która niemal dziurawi papier.

W   pewnej   chwili   prezes   Jensen   wstaje,   odkłada   cennik   na 

biurko,   po   jasnobłękitnym,   nieskazitelnie   czystym   dywanie 

idzie ku drzwiom prywatnej windy. Olaf Jensen ma zaufanie do 
doskonałości  swojego  sekretarza   i  wie,  że  Spo  właśnie  w  tej 

chwili   pod   gmach   koncernu   sprowadza   zdalny   glider. 
Elektrowozy to od dobrych dziesięciu lat przeżytek. Ochłap dla 

mas.   Dla   wszystkich   przeindywidualizowanych   półgłówków, 
którzy zaoszczędzają rodzinom i sobie połowę życia - połowę 

przyjemnego   życia   -   byle   tylko   mieć   niezależny   środek 
lokomocji.   Olaf   uśmiecha   się   złośliwie   -   jako   doradca 

prezydenta wie od kilku dni, że przewiduje się nowe, okrojone 
normy energetyczne.

Spo Ankus zarabia na swoją pensję - tuż przed wyjściem z 

gmachu miękko z boku na bok na polu siłowym kolebie się 

czarny, wydłużony kształt.

Znam życie Olafa dokładniej, niż on je świadomie pamięta, 

więc   wiem,   dlaczego   Jensen   znajduje   w   myśli   akurat   to 
porównanie:   -   Glider   ma   zalety   rolls-royce’a.   Nie   psuje   się 

nigdy i jest tak dostojny, że można byłoby wsiadać do niego bez 
zdejmowania z głowy najwyższego cylindra.

W epoce zdalnie sterowanej pogody ani na równiku, ani w 

strefach okołobiegunowych nie nosi się nakryć głowy. A jednak 

pod myślą Olafa tkwi inny, głębszy sens. Sylwetka rządowego 
glidera nawet w najszybszym biegu zachowuje jakąś trudną do 

określenia, a przecież istniejącą, dyplomatyczną siłę perswazji, 
powagę   czołgu,   sunącego   powoli   po   ulicach   okupowanego 

miasteczka. Dlatego nieliczne elektrowozy pryskają na boki ku 
krawędziom   ulic,   dlatego   zwalniają   nawet   samobieżne 

reanimatory, kiedy glider pomału rusza spod gmachu.

background image

Otyły   mężczyzna   długo   patrzy   na   numer   bloku,   potem 

niezdecydowanie  popycha drzwi, przez ponury  i brudny hall 

kieruje się w stronę windy. W ledwie mżącym światełku gołej, 
brudnej żarówki zwisającej spod sufitu dostrzega na drzwiach 

windy zakurzoną pajęczynę, rozpiętą od obrotowej gałki aż po 
stos   rupieci   i   pustych   butelek,   niedbale   zwalonych   pod 

progiem.   Teraz   o   wiele   mocniej   czuje   zaduch   zaschniętego 
moczu i kwaśny odór rozpryskanych w kącie wymiocin.

Z   obrzydzeniem   marszczy   nos,   przez   parę   chwil   mimo 

wszystko naciska martwe guziki, ale niemożliwe się nie zdarza, 

za grubymi drzwiami nie słychać charakterystycznego szczęku 
serwomotorów.   Mężczyzna   spogląda   w   sufit,   jakby   chciał 

przebić wzrokiem kilka pięter, potem obraca się i z rezygnacją 
rusza w stronę stromych schodów.

Włażenie   trwa   długo   -   na   każdym   podeście   mężczyzna 

zatrzymuje   się,   ciężko   wzdycha   i   sapie,   ociera   z   twarzy   pot 

dłonią   zabrudzoną   o   poręcz.   Piętro   drugie,   trzecie,   potem 
czwarte - grubas przysiada na parapecie, spogląda w dół przez 

zakurzoną szybę. Odpoczywa przez kilka minut, potem znowu 
wdrapuje się na schody.

Na szóstym piętrze mężczyzna rozgląda się - w brudnym jak 

hall   na   dole   korytarzu   widzi   kilkoro   drzwi   bez   numerów   i 

napisów.   Po   krótkim   namyśle,   po   wysapaniu   się   do   końca 
grubas idzie prosto. Kiedy naciska klamkę i wchodzi do pokoju, 

musi na chwilę zmrużyć oczy, bo nawet mimo brudnych szyb 
jest tu jasno i wesoło od słońca. W każdym razie o wiele jaśniej 

niż na korytarzu.

Czyjś cichy, niewyraźny głos pyta: - O co chodzi?

Grubas powoli uchyla powieki - pierwsze, co widzi, to stos 

książek na stole. Wiedzie oczyma po ścianach - dookoła tylko 

opasłe grzbiety tomów, ciasno poupychanych w regałach.

- Pan jest Blitzmacher...? - pytanie brzmi jak stwierdzenie.

Szczupły,   starannie   ogolony   mężczyzna   uśmiecha   się 

sympatycznie, odruchowo przygładza siwiejące włosy na skroni 

i za uchem.

background image

- Tak - rzuca. - A pan jest kandydatem na radnego miasta.
- Skąd pan wie? - grubas wydaje się zaniepokojony.

-  Żyję   z   tego,   że   wiem   -   suchy   ton   odpowiedzi   przeczy 

uśmiechowi,   który   uparcie   trzyma   się   na   ustach 

Blitzmachera. - Wiem także i to, że ma pan pewien kłopot. 
Inaczej nigdy by się pan tutaj nie pojawił.

- Czy...? - radny zawiesza głos.
- Oczywiście nie znam szczegółów, ale pan mi o nich opowie 

- w głosie Blitzmachera brzmi niezachwiana pewność. Grubas 
ociera   czoło,   mówi   powoli:   -   Skoro   pan   wie,   wolałbym   nie 

gadać za wiele.

Z miłej twarzy Blitzmachera uśmiech znika stopniowo, jakby 

ścierała go niewidzialna gąbka. 

Tym razem jego głos pobrzmiewa metalicznie, zgrzytliwie.

- Panie Lusin. Ja nie jestem adwokatem w sądzie. Ja muszę 

dokładnie   znać   każdą   sprawę,   zanim   podejmę   się 

jakiegokolwiek działania. Ustalmy może tak: ja powiem to, co 
wiem, a pan potem dorzuci resztę.

- Dobrze, ale...
- Jakiś tydzień temu wybrał się pan jak zwykle na spacer do 

parku. Rozumiem, te dwunasto-, trzynastoletnie smarkule są 
rzeczywiście prowokujące. Bieda w tym, ze właśnie tego dnia 

przez park przechodził również wuj tej dziewczynki, czy tak? 
A może to był starszy brat? W każdym razie ślad na twarzy 

ma pan do dziś. Co gorsza, jest pan w mieście dosyć znany. 
Ujawnienie takiej sprawy mogłoby utrącić pańską karierę. Ile 

im pan do tej pory zapłacił?

-   Sto   dwadzieścia   pięć   tysięcy   ergów.   Chwilowo   więcej   do 

dyspozycji nie miałem, ale...

-  ...   ale   wuj   smarkuli   zapowiedział   swoją   kolejną   wizytę, 

prawda?   -  Blitzmacher   uśmiech   ma  bardzo   miły.  -  Cóż,  na 
pana   miejscu   ja   także   obawiałbym   się   dalszego   ciągu. 

Oczywiście mógłby pan wyjechać z Haelle, ale... - Blitzmacher 
zawiesza głos, uśmiecha się bez przerwy

-  ... wie pan równie dobrze jak ja, że system pościgowych 

komputerów   policyjnych   został   ostatnio   doprowadzony 

niemal   do   perfekcji.   Przy   wszelkich   paktach,   umowach   i 

background image

układach   nie   miałby   pan   szans   nawet   ukrywszy   się   w 
najciemniejszym   zakątku   drugiej   półkuli.   Jak   wiadomo, 

zintegrowany system informatyczny nie zna granic.

Grubas głośno wciąga powietrze. Dopiero teraz przypomina 

sobie, że ma w kieszeni chustkę, więc wyciąga ją, długo i mocno 
trze czoło, potem spotniały, zaczerwieniony kark. Milczy.

- Ale wreszcie wpadł pan na najrozsądniejsze rozwiązanie - 

spokojnie   kontynuuje   Blitzmacher   -   i   dzięki   temu   zapytał 

jednego ze swoich znajomych o radę. A on skierował pana do 
mnie. Czy tak?

-  Tak - grubas sapie z nieoczekiwaną ulgą. - Tak było. Nie 

rozumiem tylko, skąd  pan to wszystko  wie?  Przecież...  hm, 

swojemu przyjacielowi  powiedziałem  tylko, że mam drobne 
kłopoty.

- On tak samo żyje z tego, że wie o ludziach bardzo dużo.
- To znaczy....? - w Lusinie znowu budzi się niepokój.

- To nic nie znaczy - uśmiech Blitzmachera jest wyrozumiały 

i   łagodny.   -   Pański   i   mój   przyjaciel   doskonale   rozumie,   że 

dyskrecja   jest   w   międzyludzkich   stosunkach   rzeczą   bardzo 
istotną. Taak - znowu ruch dłoni, przygładzającej włosy - czy 

pan wie, jak nazywają się tamci ludzie?

- Nie.

- Dziewczyna ma urzędowy kod BAF-V-12 981 784. Nazywa 

się Aileena Zsabo. Mieszka w południowo-zachodniej części 

giant   city   Haelle   w   ósmym   falansterze.   Jej   wuj   mieszka   w 
dziewiątym.   I   dzięki   dobrodziejstwom   automatyzacji,   jak 

większość   fizycznych,   bierze   stały   zasiłek   energetyczny   dla 
bezrobotnych.   Nie   dziwię   się,   że   postanowił   trochę   sobie 

dorobić. 

Ale   wróćmy  do  rzeczy.   Mam   nadzieję,   że   przyjaciel 

uprzedził pana o wysokości moich stawek za poradę?

- Tak.

-  O   ile   dobrze   rozumiem,   chciałby   pan   zapewnić   sobie 

spokój i milczenie tamtych ludzi.

- Oczywiście. Czy ma pan może jakiś sposób?
-  Och...   -   Blitzmacher   uśmiecha   się   szeroko.   -   Sposobów 

zawsze   jest   bardzo   dużo.   Przecież   to   tylko  prole  piątej 

background image

kategorii.   Tu   nie   trzeba   skomplikowanego   i   długiego 
przekonywania. Sądzę że starczą najprostsze metody.

- Czy pan... - Lusin sprawia wrażenie zaniepokojonego, jego 

ręka   mimo   woli   wysuwa   się   do   przodu,   jakby   trzymała 

wycelowany detor. - Czy pan zamierza ich...?

- Nie - twarz Blitzmachera momentalnie ścina się w zaciętą, 

złą maskę, głos brzmi zaskakująco ponuro. - Od czasu, kiedy 
miałem   wypadek,   do   nikogo   nie   usiłuję   strzelać.   -   Teraz   w 

jego głosie zaczyna przebijać ledwie uchwytna urągliwość. - 
Ja nie jestem płatnym bandytą, panie Lusin. I proszę... złość 

Blitzmachera   raptownie   mija,   Leo   mówi   teraz   lekko   i 
swobodnie: - I bardzo proszę pamiętać, że ja żyję wyłącznie z 

pomagania   ludziom   w   kłopotach.   Tylko   głupcy   potrzebują 
broni.

- Wiec... - oczy Lusina biegają po pokoju niespokojnie.
- Więc może pan spokojnie iść do domu. Rachunek przyśle 

panu już po wszystkim. Mniej więcej za tydzień.

- Czy można wiedzieć, ile...?

-  Myślę, że około trzystu  tysięcy. Oczywiście  w zamian za 

gwarancję całkowitego spokoju.

Jestem przekonany, że  w  ciągu   tygodnia  ta rodzina opuści 

Haelle.

- Dziękuję. - Lusin wstaje, wyciąga rękę, uśmiecha się. Leo 

przetrzymuje   jego   dłoń,   zagląda   radnemu   w   oczy,   dorzuca 

cicho:   -   I   niech   pan   nie   wspomina   mojego   nazwiska   zbyt 
często. Tylko w razie potrzeby. - Prowadzi Lusina do drzwi, 

radny mruczy w stronę Blitzmachera: - Trochę się dziwię, że 
człowiek   taki   jak   pan   mieszka   w   czynszowym   bloku.   Przy 

pańskich dochodach...

Leo   śmieje   się   cicho:   -   Względy   zawodowe,   panie   Lusin. 

Względy zawodowe i trochę przyzwyczajenie.

-  Mimo   wszystko   ten   brud,   odór   moczu...   Warto   byłoby 

poruszyć tę sprawę na forum...

Leo poważnieje, mówi półgłosem: - Pan dopiero kandyduje 

do zarządu miasta, prawda?

Może dlatego jeszcze pan nie wie, że wbrew pozorom brud, 

rozprzężenie moralne i bałagan bardzo ułatwiają życie. Niech 

background image

pan to dobrze zapamięta. A skoro już mowa o tym, co kogo 
dziwi. To ja dziwię się, że pan ryzykuje tak wiele, chadzając do 

parku. Gdyby to pana mogło kiedyś zainteresować... - Leo na 
moment zawiesza głos.

- Co? - Lusin obraca twarz, unosi brwi.
-  Znam   pewien   miły,   niewielki   punkt   zbiorowego 

wychowania w północnym giant Haelle. 

Prowadnica tego punktu jest z zamiłowania estetką i bardzo 

starannie   dobiera  dziewczęta,  które  pragnie  wychować. Poza 
tym   jest   osobą   bardzo   rozsądną   i   wyrozumiałą.   Jeśli   pan 

zechce, mogę ją panu przy jakiejś okazji przedstawić...

Rozdział 7

-  Taak,   Jensen...   -   prezydent   chodzi   po   gabinecie   coraz 

większymi   krokami.   -   Pan,   jako   specjalista   od   manipulacji 
finansowych,   mógłby   mi   doradzić.   Wie   pan,   co   to   jest 

kalster ?

- Nie. - Olaf siedzi w klubowcu, patrzy na obraz zawieszony 

na przeciwległej ścianie.

Prezydent wyciąga z kieszeni mały przedmiocik, podobny do 

plastykowej  papierośnicy, podaje  go  Olafowi,  tłumaczy:  -  Ta 
zabaweczka   jest   dostosowana   do   kształtu   dłoni   właściciela. 

Nikt   inny   nie   może   jej   uruchomić.   Tu   na   górze   ma   pan   w 
kodzie dwójkowym wypisany stan konta energetycznego.

Wystarczy   teraz   przycisnąć   dowolną   kombinację   dziesięciu 

cyfr   i   ewentualnie   mnożnik,   o   tak...   -   palec   prezydenta 

przesuwa   się   po   kilku   klawiszach   -   ...   i   z   boku   wypada 
plastykowy żeton z żądaną liczbą. To na górze maleje dokładnie 

o   tyle,   ile   przed   chwilą   zostało   wybite.   Rzecz   niezawodna   i 
prosta   w   użyciu.   Fabryka   pieniędzy   w  kieszeni,   odpada   cały 

kłopot   z   wypisywaniem   czy   z   noszeniem   czeków. 
Przedstawiono mi to jako projekt do zatwierdzenia, lecz boję 

się... - prezydent zawiesza głos.

background image

Olaf podnosi wzrok znad kalstera, mówi: - Na razie nie widzę 

powodów do obaw. To naprawdę może wiele spraw uprościć. 

Gdyby każdy obywatel miał tego typu zabawkę... - Olaf milknie, 
bo prezydent rzuca: - Właśnie w tym sęk. Jeżeli każdy będzie 

miał tego typu rzecz zawsze przy sobie... Rozumie pan, tu już 
nie chodzi o sprawy czysto manipulacyjne, a raczej o pewien 

czynnik psychologiczny.

Ze względu na duże możliwości indywidualnych nadużyć nie 

można   w   kalsterze   wprowadzić   znaku   minus   i   dokonywać 
jakichkolwiek   operacji   zasadzie   zadłużenia.   Można 

podejmować dowolne sumy, ale tylko do zera, rozumie pan?

- Oczywiście. Chodzi panu o psychologiczną barierę. Do tej 

pory   każdy   przeciętny   obywatel   mógł   a   conto   swoich 
przyszłych   poborów   zadłużać   się   w   banku   i   długi   spłacać 

ratami. Oczywiście z doliczeniem procentów za usługę.

-  Chodzi nie tylko o procenty. Niech pan przyjmie, że ma 

pan   żonę,   która   stale   przypomina   panu   o   braku   środków 
płatniczych. Czy w tej sytuacji nie ograniczy pan drastycznie 

większości swoich wydatków? Bo ja bym tak zrobił. I ręczę 
panu,   że   większość   mężczyzn   zrobiłaby   to   dla   świętego 

spokoju.

- Żonę można przekonać.

-  Słusznie.   Ale   przecież   z   kalsterem   nie   będzie   pan 

dyskutować. Niech zaledwie jedna czwarta naszych obywateli 

ograniczy swoje wydatki energetyczne, a grozi nam potężny 
krach. Dlatego wezwałem właśnie - pana. Co pan sądzi o tej 

sprawie? 

- Czy rzecz dostała się do prasy?

- Tak. I to jest chyba najgorsze.
-  Hmm...   musiałbym   to   sobie   spokojnie   przemyśleć   - 

mruczy Olaf. - ile mi pan daje czasu?

- Sam pan rozumie, Jensen. To pilne. Jakieś dwa, trzy dni...

-  Myślę,   że   jest   rozwiązanie.   Musiałbym   się   naradzić   z 

pewnym człowiekiem, a mam w tej chwili sporo pracy. Nowy 

cennik do zatwierdzenia. Łapówki również powinny wzrastać, 
nie   sądzi   pan?   Ponadto   są   pewne   komplikacje   natury 

ustawodawczej.   Gdyby   ktoś   zaproponował   i   wniósł 

background image

odpowiednie   poprawki...   -   tym   razem   Olaf   zawiesza   głos, 
znowu patrzy na przeciwległą ścianę.

Milczenie.
Ciszę przerywa prezydent: - To, co pan mówi, mogłoby mnie 

zainteresować. Tyle że nie jestem finansistą, nie bardzo sobie 
takie poprawki wyobrażam. Gdyby jednak ktoś przedstawił mi 

konkretne,   rozsądne   propozycje   ...   -   prezydent   cichnie   na 
chwilę, potem zatrzymuje się nagle, rzuca: - To znaczy, za trzy 

dni?

Olaf zastanawia się parę sekund, potem mówi: - Powiedzmy, 

za   cztery,   panie   prezydencie.   Rozumiem   pilność   sprawy,   ale 
widzę, że cały problem wymaga głębszego przemyślenia. I to 

przez ludzi.

-  Mogę   panu   dać   na   te   parę   dni   dostęp   do   sieci 

komputerów.

Olaf śmieje się ciche, przecząco kręci głową.

-  To   by   nic   nie   dało,   panie   prezydencie.   Wszystkie 

komputery mają tę samą wadę co kalster.

One są po prostu za uczciwe...
Rozweselony prezydent odprowadza swojego doradcę aż do 

progu   gabinetu.   Potem   zaciera   ręce,   siada   w   fotelu.   zapala 
cygaro,   głęboko   zaciąga   się   pachnącym   dymem.   Patrząc   na 

obraz, który tak zainteresował Jensena, myśli: - Taak, malarz 
się   postarał.   Na   takie   dziewczyny   człowiek   chcąc   nie   chcąc 

musi   mieć   ochotę.   Najciekawsza   jest   chyba   ta,   która   podaje 
ręcznik.   Ma   taką   chmurną   twarz.   A   Jensen   to   rzeczywiście 

niegłupi gość. Choćby ten jego koncern... Byle kto nie wpadłby 
na   równie   prosty   pomysł.   Zinstytucjonalizować   łapówki, 

dobre... Wiadomo, na łapówkach urząd stoi.

Wyrzucisz jednego - przyjdzie nowy i sprytniejszy. Taki, że i 

za rękę nie złapiesz. Ukarać za branie to żadna sztuka; jeden 
ukarany, stu nadal bierze. A tak przynajmniej wiadomo, ile za 

co dać.

Jeden   płaci   procent   za   to,   że   urzędnik   załatwi   sprawę   w 

przyśpieszonym   terminie,   drugi   płaci   procent   od   wysokości 
łapówki.   I   po   krzyku.   I   prasa   nie   pyskuje   na   opieszałość 

urzędów,   wszystko   jest   zawsze   załatwione,   rozpatrzone, 

background image

opieczętowane przed terminem. Może gdyby temu malarzowi 
dać   odpowiednią   łapówkę...   -   prezydent   uśmiecha   się   do 

swoich myśli. Uśmiecha się również Olaf Jensen, siedzący w 
gliderze. I tak samo jak prezydent zaciera ręce. 

Ostatecznie   rozwiązywał   w   życiu   trudniejsze   problemy. 

Wprawdzie   znalazł   już   pierwsze   rozwiązanie,   ale   po   co   się 

śpieszyć?

Zapytać Blitzmachera o zdanie nigdy nie zaszkodzi. Jasne, że 

trick   musi   być   utrzymany   w   bezwzględnej   tajemnicy,   ale 
jeszcze nie było wypadku, żeby Blitzmacher powiedział o słowo 

za dużo. Tuż przed gmachem koncernu Olaf przypomina sobie 
nagle telegram od Bragga. - Czego ten znowu chce? - myśli z 

niechęcią.   -   Jak   wszystko   dobrze,   to   nie   pamięta,   ale   kiedy 
przyjdzie co do czego...

Glider   zatrzymuje   się   bezszelestnie,   prezes   Olaf   Jensen 

wysiada,   ruchem   ręki   odprawia   szofera   wchodzi   w   krótki 

korytarz   wiodący   do   jego   windy.   Usiłuje   sobie   przez   chwilę 
przypomnieć, jak właściwie  wygląda wejście dla urzędników. 

Bezskutecznie.

Winda zatrzymuje się łagodnie, drzwi rozsuwają się z cichym 

mlaśnięciem, w tym samym momencie z ekranu wychyla się 
twarz Spo Ankusa - Panie prezesie... Pan Bragg czeka od pół 

godziny.

- W porządku. Niech pan go poprosi. - Na twarzy Olafa nie 

widać ani śladu niedawnej niechęci.

Grube,   dźwiękochłonne   drzwi   otwierają   się.   Olaf   rusza   w 

stronę progu, wyciąga dłoń, skóra dookoła jego oczu zbiega się 
przy uśmiechu w siateczkę drobnych zmarszczek.

-  Halo,   Eri!   Sto   lat   cię   nie   widziałem!   -   prezes   Jensen 

postanowił dawnego kumpla przyjąć jak kumpla. Ostatecznie 

diabli   go   wiedzą,   z   czym   przychodzi.   Oficjalny   ton   mógłby 
Braggowi utrudnić wyjaśnienie sprawy, a prezes Jensen nie 

ma czasu na długie rozmowy.

- Cześć, Olaf! Podziwiałem twoje królestwo.

- O, to tylko mała cząsteczka. Olaf śmieje się jeszcze szerzej. 

- Jego prawdziwe granice rozciągają się od bakczyszu aż po 

kuban.   Co   cię   sprowadza?   Uprzedzam,   że   w   chęć 

background image

powspominania starych, dobrych czasów raczej nie uwierzę...

-  A   jednak...   -   twarz   Bragga   staje   się   ponura   -   ...   chodzi 

przede wszystkim o to.

-  Ciekawe...   -  mruczy   Olaf,   jego  sztuczne   ożywienie  znika 

bez śladu. - Co się stało?

- Jak pewnie wiesz, ożeniłem się z Heleną Sangelson...

-  O ile dobrze pamiętam kobieton na Gazeli, to wcale nie 

zrobiłeś głupio. - Olaf unosi kąciki ust do góry.

-  Nie   o   to   chodzi.   Mark   zostawił   pięcioletnią   córkę.   Do 

niedawna wszystko było w porządku, dopóki nie dowiedziała 

się skądś o swoim prawdziwym ojcu.

-  Poczuła   się   oszukana?   -   Olaf   próbuje   nadać   swojemu 

głosowi ton zrozumienia i współczucia.

-  Gorzej...   -   wzdycha   Bragg.   Potem   wyrzuca   z   siebie 

gwałtownie: - Olaf! Ona nie wierzy w nasz raport. W to, że jej 
ojciec od dawna nie żyje.

Oczy   Olafa   zwężają   się   w   szparki,   spod   powiek   strzela 

przenikliwe, ostre spojrzenie.

- Hmm. Eri... Jeśli mam powiedzieć szczerze...
- Mów. 

-  To   ty   byłeś   na   zewnątrz   rakiety.   Gdybyś   się...   -   Jensen 

zawiesza głos szukając właściwego słowa. - Gdybyś się omylił, 

to   może   mogłaby   mieć   rację...   Ale   chyba   nie   ma   się   czym 
zbytnio przejmować. Przecież to było ponad dwadzieścia lat 

temu. I nawet przy założeniu, że uległeś jakiejś halucynacji, 
to...   Nie   wyobrażam   sobie,   żeby   człowiek   mógł   samotnie 

przeżyć tyle lat na dzikiej, nie znanej planecie. Przecież nawet 
w tej chwili nie wiemy nic konkretnego o jej faunie i florze.

-  Ona   twierdzi,   że   wie.   Znalazła   fragment   starego   spisu 

układów,   do   których   dwieście   lat   temu   wysłano   fotoloty   z 

zarodkami.   I   pomyśleć,   że   sam   jej   o   tym   zaginionym   i 
zapomnianym planie opowiadałem.

- Przecież to jeszcze niczego nie dowodzi.
-  Dla   niej   tak.   Rzeczywiście   w   spisie   wymieniono 

gwiazdozbiór Woźnicy.

-  Stary   spis   to   za   mało,   żeby   mogła   czegokolwiek   ponad 

nasze, twoje wyjaśnienia zażądać.

background image

-  Ona   jest   w   tej   chwili   na   trzecim   roku   kosmobiologii.   I 

zapowiedziała,   że   po   skończeniu   studiów   zorganizuje 

wyprawę badawczą do Capelli. A ja boję się, że to jej się uda.

- Słuchaj... - oczy Olafa zwężają się znowu. - Jeżeli było tak, 

jak mówiłeś, to przecież nie masz się czego obawiać.

-  Widziałem   tę   rakietę,   grzęznącą   w   piasku   niemal   tak 

wyraźnie jak ciebie w tej chwili.

- Więc o co chodzi?

-  Widziałem   tylko   rakietę,   rozumiesz?   A   gdyby   tam   na 

miejscu   okazało   się,   że   on   jednak   przeżył?   Wystarczyłby 

najmniejszy   ślad,   strzęp   ubrania,   kawałek   kości   czy   diabli 
wreszcie wiedzą co... Przecież to ty opowiadałeś mi o pakach 

załadowanych   do   rakietki.   A  myślę   teraz,   że,   zrobił   to   sam 
Sangelson.

-  Może   i   tak.   Taak...   -   Olaf   zamyśla   się.   Rzeczywiście   to 

może   być   niebezpieczne   nie   tylko   dla   Bragga.   Myśli   parę 

długich chwil, wreszcie pyta: - Widzisz jakieś rozwiązanie?

- No, gdybyś znalazł trochę czasu... - Bragg mówi z nadzieją, 

ale   bez   przekonania.   -   Mógłbyś   przyjechać   na   parę   dni   do 
Arsus. Może po rozmowie z tobą, jako naocznym świadkiem, 

Vián zrezygnuje choć z części swojego planu. Przecież zawsze 
umiałeś przekonywać ludzi.

- Z twojej opowieści wynika, że ta Vián  musi być cholernie 

uparta i byle czym nie da się przekonać. A pamiętaj, że ja bez 

przerwy siedziałem w rakiecie, więc całą sprawę znam tylko z 
twojej relacji. I jeszcze ta kamera, rozwalona przypadkowo... 

Nie, to jednak o wiele za mało.

- Więc co mam zrobić, do licha?

-  Nie wiem. - Olaf leciutko wzrusza ramionami. - Chociaż 

może... - ożywia się. - Tak. Masz jakieś zasoby energii?

- Oczywiście.
- Dużo?

- Przy sobie? Dwadzieścia tysięcy. Rzecz jasna czekiem. 
- Hmm, trochę za mało. Poczekaj... - Olaf wypisuje rząd cyfr 

na   plastykowym   świstku,   potem   podaje   go   Braggowi.   -   Tu 
masz czek na sto tysięcy. Nie martw się, nie musisz zwracać.

- I co?

background image

- Znam człowieka, który umiałby to załatwić. Zapiszę ci jego 

adres. Mieszka w północnej dzielnicy starego śródmieścia.

- Dobrze, ale...
-  Pójdziesz do niego zaraz po wyjściu ode mnie i opowiesz 

mu   całą   sprawę.   Tylko   bez   mojego   nazwiska.   Jeżeli   się 
zdecyduje pomóc, dasz mu ten czek.

- Zgodzi się? - Bragg podnosi głowę, patrzy na Jensena.
- Załatwiał trudniejsze sprawy. A potem przyjdź do mnie do 

domu. Chcę wiedzieć, co on wymyśli. Jasne?

- Tak.

- To świetnie. - Zmarszczki wokół oczu Olafa zbiegają się w 

uśmiech. - I wybacz, mam jeszcze sporo roboty na dziś...

-  Oczywiście,   rozumiem...   -   Bragg   podaje   rękę   Olafowi, 

uśmiecha   się   słabo   i   szybko   wychodzi.   Po   paru   sekundach 

drzwi gabinetu uchylają się. Olaf podnosi głowę.

- Coś się stało, Eri?

- Adres adresem, ale jak się ten gość nazywa?
- Nie mówiłem ci? To zapamiętaj: Leo Blitzmacher.

Helena   zaniepokojona   jest   coraz   bardziej   -   mija   już   trzeci 

dzień od wyjazdu Bragga, a mechaniczny listonosz nie przynosi 

żadnego telegramu, a stereofon milczy i tylko kurz zbiera się na 
obrzeżach jego wklęsłego ekranu. Helena nie myśląc przesuwa 

kciukiem po obudowie aparatu, długo patrzy na jasną smugę, 
którą   zostawił   jej   palec.   Nie   sięga   po   szmatkę   tak,   jak 

uczyniłaby to każdego innego dnia. Każdego normalnego dnia.

W którejś chwili Helenie wydaje się, że coś drży za matową 

taflą   szarozielonego   plastyku.   Na   oślep   sięga   ręką   za   siebie, 
przyciąga   najbliższe   krzesło,   siada.   Stereofon   milczy,   ale 

Helena   słyszy   cichy   szum   wody,   widzi   miniaturowe   drzewa. 
Drzewa olbrzymieją powoli, liście szeleszczą łagodnie. Helenę 

otacza  drżący   blask  słońca,  przefiltrowany  przez  rozkołysane 
gałęzie, dookoła pachnie siano na łąkach, świeżość, woda. cały 

las, zapóźnione aż do czerwca konwalie, rozgnieciony kwiat... Z 
przymglonego   horyzontu,   z   traw   wyrasta   postać   mężczyzny, 

który przez łąkę idzie wielkimi krokami, który nie ma czasu na 

background image

zapachy i zioła, bo biegnie już prawie, przeskakując napotkane 
po drodze niedojrzałe poziomki.

Półmrok   lasu   pachnie   pleśnią   i   grzybami,   łąka   słońcem, 

strumyk   omszałymi   ze   starości   głazami,   mężczyzna   czarnym 

wiatrem, który przywiał go z kosmosu, który zostawił mocne 
ślady-   bruzdy   dookoła   ust,   całujących   piersi   jak   konwalie 

pachnące muszkatem.

Kobieta - Helena.

Mężczyzna - Eri Bragg.
Wąż - strumyk.

I nagle trzaśniecie drzwiami. To Vián wraca z wykładów.

W skalną szczelinę wbity stalowy klin. Obok klina leży ciężki 

młot, osadzony na krótkim, drewnianym trzonie. Obok młota 
spoczywa potwornie umięśniona, bezkształtna łapa. Spoczywa 

cały człowiek.

Skały   są   półprzejrzyste,   mają   mlecznobrunatny   odcień 

płynących   ponad   nimi   chmur.   Ale   wiatr   chmury   wypędza   z 
nieba,   zaczyna   świecić   słońce,   człowiek   ożywa   powoli. 

Poobijane   palce,   z   których   dawno   spadły   ostatnie   kawałki 
paznokci, obejmują klin i trzonek młota. Młot z hukiem opada, 

w   pokaleczoną,   posiekaną   twarz   pryskają   nowe   odłamki 
głazów. Zaczął się kolejny katorżniczy dzień.

Zaduch i mrok. Człowiek podnosi głowę - oczywiście. Muchy 

na   żarówce   grzeją   swoje   owadzie   kupry.   Mężczyzna   ciężko 

oddycha   przez   chwilę,   waha   się,   otwiera   pierwsze   z   brzegu 
drzwi   po   prawej   stronie.   Zagląda   -   dość   jasny,   stosunkowo 

duży   pokój,   którego   część   ukryta   jest   za   kulawym 
przepierzeniem. Parę kroków za progiem zwalone na stos stare 

rupiecie,   brudne   garnki,   jakieś   skłębione   szmaty,   ostro 
cuchnące terpentyną.

Na rozchwianym stole półpusta butelka, za butelką zarośnięty 

typ z ponurym spojrzeniem.

Mężczyzna  przekracza  próg, ostrożnie  okrąża  stos, rusza w 

background image

kierunku stołu.

- Szukam pana Blitzmachera. Jestem... - wyciąga dłoń.

W   oczach   typa   zapala   się   nieprzyjemne   światełko,   głos 

zgrzyta, jakby był od niesłychanie dawna nie używany: - Widzę, 

że jesteś. I gówno mi z  tego... A Blitzmacher  mieszka obok. 
Noo... - mężczyzna powoli podnosi się zza stołu.

Bragg wychodzi bardziej niż szybko, zatyka nos na korytarzu, 

puka do sąsiednich drzwi.

Otwiera   mu   starszy,   sympatyczny   gość   o  miłym   uśmiechu. 

Bragg pyta: - Czy pan Leo Blitzmacher?

- Słucham. O co chodzi?
-  Nie   chciałbym   tu...   -   Bragg   niezdecydowanie   zerka   w 

ciemne kąty korytarza.

- Proszę do środka. - Mężczyzna cofa się od progu.

- Wie pan, przed chwilą pomyliłem drzwi i... - Bragg śmieje 

się trochę nerwowo.

- Pewnie trafił pan do Rappa?
- Taki zarośnięty, ponury typ.

- To on. Nieszkodliwy i nawet fajny chłop. Chyba że za dużo 

wypije.

- A poza tym co robi?
- Maluje jakieś ponure trupiarnie. Oglądałem tylko dwa jego 

obrazy i mam na długo dość.

Poza   tym   od   paru   lat   szuka   sobie   baby,   która   będzie   mu 

kupować płótno, farby i pędzle.

Mówi, że nic więcej nie chce, ona nawet żyć z nim nie musi. 

Ale chyba nie przyszedł pan rozmawiać ze mną o obrazach?

-  Tak, - przepraszam... - Bragg wciąga powietrze i milczy, 

dopiero   teraz   dostrzega,   że   w   uśmiechu   Blitzmachera   od 
czasu   do   czasu   jak   złoty   ząb   błyska   coś   bezwzględnego   i 

drapieżnego.

Leo   czeka,   uśmiechając   się   uprzejmie,   wreszcie   ponagla 

cicho: - Więc o co panu chodzi? 

Bragg decyduje się. Krótko, rzeczowo opowiada o domowym 

konflikcie,   starannie   unika   wszystkich   szczegółów,   które 
mogłyby Blitzmacherowi przywieść na myśl osobę Olafa.

Leo słucha w milczeniu, odruchowo gładzi włosy za uchem. 

background image

Wreszcie pyta i zarazem  stwierdza spokojnie: - Rozumiem z 
tego, że chciałby pan odzyskać u córki autorytet, a jednocześnie 

odwieść ją od zbyt dalekosiężnych planów. Czy tak?

- Tak. Przede wszystkim chodzi o to, żeby ona nie poleciała. 

A nawet jeżeli wyprawa z Ziemi wystartuje, to nie powinna 
dotrzeć zbyt daleko...

- Rozumiem... - Leo w zamyśleniu przygryza wargę. - Taak. 

Czy trzeba będzie kogoś...?

-  Blitzmacher   czyni   ręką   ruch,   jakby   celował   do   kogoś   z 

detora,   jednocześnie   mierzy   Bragga   przenikliwym 

spojrzeniem.

-  Nie.   Lepiej   nie.   Przecież   wystarczy   jakieś   niewielkie 

uszkodzenie rozrządu. A dlaczego pan pyta, czy trzeba kogoś 
w ten sposób...?

-  Bo   nie   wiedziałem.   A   wtedy   załatwienie   sprawy 

kosztowałoby   odpowiednio   drożej.   Pan   rozumie...   -   Leo 

Blitzmacher   uśmiech   ma   bardzo   miły   -   ...   sumienie   nie 
pozwala nam cenić ludzi zbyt nisko.

- Czy to znaczy, że pan się podejmuje?
- Nie. Ja nie. Ale znam człowieka, który byłby w sam raz. To 

były pilot, który przeszedł na bezrobocie.

- To znaczy?

-  Parę   lat   temu   miał   bardzo   nieprzyjemny   wypadek   w 

okolicach Marsa i od tej pory za żadne skarby nie wsiądzie na 

pokład gwiazdolotu. To daje dodatkową gwarancję, że zrobi 
wszystko, aby nie dopuścić do startu wyprawy.

- Hmm, pan nie wie, jak próżnia włazi w krew...
-  Za   to   znam   tego   pilota.   Skoro   przyjmie   od   pana   czek, 

będzie wszystko w porządku. Aha!

Koniecznie   na   początku   rozmowy   niech   go   pan   ode   mnie 

pozdrowi. Zapamięta pan?

- Tak, ale...

- Ale co? - Blitzmacher uprzejmie unosi brew.
-  Ja   właściwie   nie   mam   żadnego   konkretnego   planu 

działania. Nie bardzo wiem, co trzeba uczynić.

- To proste. Ten pilot jest bezrobotny. Żyje z dziwek.

- Nie widzę związku.

background image

- Jest poza tym młody i przystojny. A kiedy chce lub... - Leo 

czyni leciutką, lecz wymowną pauzę - ... kiedy mu się dobrze 

zapłaci, potrafi być niesłychanie miły. Wręcz czarujący. Dla 
pana,   jako   dla   ojca,   może   to   być   momentami   przykre,   ale 

chyba  jedynym  sposobem  jest  doprowadzenie  do  spotkania 
tego pilota i pańskiej córki. Zakocha się w nim na pewno. Pan 

oczywiście   będzie   ją   ostrzegać,   będzie   pan   zdecydowanie 
przeciwny   ich   kontaktom.   Skoro   dziewczyna   jest   aż   tak 

uparta, jak pan to przedstawił, będzie robić na złość. 

A po jakichś dwóch lub trzech miesiącach tamten potraktuje 

ją   jak   dziwkę.   Ma   swoje   sposoby,   żeby   każdą   dziewczynę 
upokorzyć.

- Hm, niezbyt to ładne... - Bragg długą chwilę trze czoło.
-  Ale skuteczne. Musimy ustalić, czy woli pan swoją córkę 

narazić na utratę złudzeń czy na utratę życia.

- To oczywiste. Ale nie chciałbym, żeby Vián była katowana 

przez jakiegoś opryszka.

-  Panie   Bragg!   -   w   głosie   Blitzmachera   brzmi   nutka 

ostrzeżenia.   -   Pilot   Erie   Ninch’   nie   jest   opryszkiem.   Jest 
człowiekiem, któremu się w życiu nie powiodło i to nie z jego 

winy. Na pewno potrafi sprać kobietę, ale sam zbyt dobrze 
wie, że brutalność może odnieść skutek wręcz przeciwny do 

zamierzonego.   Gwarantuję,   że   nie   uderzy   jej   bez   pańskiej 
wiedzy i zgody.

-  Skoro tak... - Bragg  spogląda w oczy  Blitzmachera.  - W 

porządku. Gdzie ten Ninch’ mieszka?

Leo zamyśla się, przymyka oczy na chwilę, potem mówi: - 

Dwa tygodnie temu widziano go w Tihuawa.

- Gdzie to jest?
-  To   taka   mała,   zapomniana   przez   rząd,   boga   i   ludzi 

mieścina na pograniczu dawnego Meksyku. Spotka go pan na 
pewno, tam się wszyscy znają.

- A jeżeli...?
-  Mówił,   że   zostanie   tam   na   wakacjach   przez   jakieś   dwa 

miesiące.

- Nie bardzo rozumiem. Na wakacjach? Co to znaczy?

- To znaczy, że po prostu chce sobie odpocząć po całym roku 

background image

pracy.

- Przecież mówił pan, że on jest bezrobotny.

- Zgoda.
- To jak to?

- Zwyczajnie. Dla pana pracą jest to, czym pan się zajmuje 

na co dzień. Dla niego też. Dziwki.

Myślę,   że   nawet   spodoba   mu   się   być   przez   jakiś   czas   z 

porządną   dziewczyną.   Czy   ten   plan   panu   odpowiada?   -   Leo 

uśmiecha   się   tak   często,   że   Bragg   przestaje   dostrzegać 
jakąkolwiek bezwzględność i drapieżność.

- Nie przewiduje pan żadnych komplikacji? - upewnia się.
-  Nie   sądzę...   -   Leo   marszczy   brwi.   -   Ninch’   to   bardzo 

porządna   firma.   Gdyby   jednak   z   jakichś   względów   nie 
spodobał się Vián, niech pan tu wróci. Obmyślimy wtedy coś 

nowego.   Oczywiście   w   ramach   tego   samego   honorarium   - 
zastrzega szybko. - Bo odniosłem wrażenie, że sięgał pan do 

portfela.   -   Tym   razem   Leo   uśmiecha   się   jednocześnie   i 
bezczelnie, i niesłychanie rozbrajająco.

Bragg   przytomnieje,   szybko   wręcza   Blitzmacherowi   czek 

otrzymany od Olafa, uważnie patrzy na twarz doradcy. Widzi 

leciutkie ściągnięcie brwi, więc wyjaśnia szybko: - Zapewniano 
mnie, że ta suma... - zawiesza głos. 

- Nie chodzi o sumę - mruczy Leo. - Głowę dam, że znam to 

pismo. Gdzie ja je widziałem...?

-  Tylu   ludzi   podobnie   układa   rękę   przy   pisaniu   -   Bragg 

uśmiechem   próbuje   pokryć   zmieszanie.   -   Sam   pan   wie,   na 

czym   polega   sens   istnienia   i   praca   wszystkich   punktów 
zbiorowego wychowania.

- Rzeczywiście. O tym nie pomyślałem.
Leo   Blitzmacher   uśmiecha   się   niewyraźnie,   wstaje   i 

odprowadzając Bragga do drzwi mówi cicho: - Cóż, życzę panu 
powodzenia   i   dogadania   się   z   Ninch’em.   I   koniecznie   na 

początku rozmowy niech go pan ode mnie pozdrowi.

Drzwi zamykają się, lecz Leo nie wraca do biurka, zawalonego 

książkami.   Stoi   długo   pod   progiem   i   bezskutecznie   usiłuje 
przypomnieć   sobie,   skąd   zna   ten   sposób   stawiania   kroków. 

Takie   mocne   i   zdecydowane   stąpanie,   oddalające   się   w  głąb 

background image

korytarza, stopniowo zacichające na schodach.

Bragg ze zmarszczonymi brwiami przechodzi sześć pięter w 

dół. Głowę ma opuszczoną, lecz nie patrzy na stopnie, na które 
stawia   nogi.   Ernst   Bragg   również   się   nad   czymś   głęboko 

zastanawia.

Droga  do   domu   Olafa   mija   mu   niemal   niepostrzeżenie.   W 

pewnej   chwili,   tuż   przed   drzwiami,   Bragg   macha   ręką, 
rozpogadza się i z uśmiechem woła do domofonu: - Hej, Olaf! 

To ja, Bragg!

Odpowiedzią   jest   tylko   głos   brzęczyka.   Bragg   przez   chwilę 

słucha   słabego   dźwięku,   nim   zorientowawszy   się,   popycha 
furtkę, której rygiel został zwolniony z elektromagnetycznego 

zatrzasku. Potem powoli  idzie starannie  wygracowaną  alejką 
między   dokładnie   wydeptanymi   trawnikami.   Przez   chwilę 

zastanawia się, czy nie warto byłoby wysiać tej odmiany przed 
domem   w   Arsus.   Pochyla   się,   zrywa   wąski   liść,   zwinięty   w 

elastyczną rurkę. Przez chwilę bezmyślnie mnie go w palcach, 
potem po trzech szerokich stopniach podchodzi do drzwi.

Drzwi otwierają się bezszelestnie, szybszy i uważniejszy niż 

fotokomórka   lokaj   odbiera   teraz   od   Bragga   płaszcz 

przewieszony przez ramię.

- Pan prezes czeka na pana w gabinecie. Tędy proszę.

- Znam drogę - Bragg odsuwa lokaja ramieniem, kieruje się 

ku którymś drzwiom. Otwiera je pewnie, wchodzi...

Po sekundzie czy dwóch wychodzi z powrotem, kiwa w stronę 

czekającego człowieka. - Trochę się tu zmieniło... - mruczy.

Lokaj ukrywa rozbawienie, prowadzi Bragga we właściwym 

kierunku, leciutko pochyla głowę, przepuszczając go przed sobą 

do pokoju.

- I co? - Olaf wychyla się z przepaści fotela.

-  W  porządku.  - Bragg   miękko  wpada w głąb  sąsiedniego 

klubowca. - Tak, jak mówiłeś.

Słuchaj... - Ernst opowiada całą rozmowę, na koniec pyta: - 

Czy ty już mu kiedyś za coś płaciłeś?

- A... dlaczego pytasz? - Olaf wydaje się lekko zmieszany. 
-  Kiedy   dałem   mu   czek,   ten   od   ciebie,   zaczął   się 

zastanawiać, skąd zna ten charakter pisma.

background image

- Co mu powiedziałeś?
-  Że   ludzie   uczeni   w   punktach   zbiorowego   wychowania 

zazwyczaj wszystko piszą podobnie.

Prawie tak samo.

- A on?
-  Nic. Odprowadził mnie do drzwi. - Bragg  spostrzega, że 

Olafowi   temat   nie   bardzo   się   podoba,   mówi:   -   Zresztą   to 
wasza   sprawa.   Mnie   natomiast   zastanawia   co   innego...   - 

urywa.

- Co?

-  Widzisz... - Bragg słowa wypowiada powoli, z namysłem, 

trze ręką zmarszczone czoło.

-  Ciągle odnoszę wrażenie, że ja tego człowieka gdzieś już 

kiedyś spotkałem.

-  Ciekawe   gdzie?   -   Olaf   unosi   kieliszek,   zakrywa   nim 

dyskretne ziewnięcie. - Napijesz się?

-  Z   przyjemnością.   Cherry.   Właśnie   nie   mogę   sobie 

przypomnieć, gdzie to było, ale głowę daję, że już po powrocie 

Gazeli.   I   chyba   w   jakichś   niezbyt   przyjemnych 
okolicznościach.  Nie wiem,  przecież  mam  dobrą pamięć  do 

twarzy...

- Może spotkałeś kogoś podobnego?

-  To   nie   tylko   twarz.   Całe   zachowanie,   ruchy,   głos.   Taki 

cichy   i   niewyraźny...   Gdyby   nie   to,   że   ten   Blitzmacher   ma 

obie nogi...

- To co?

- To przysiągłbym, że to jemu kiedyś dałem w pysk zaraz po 

przyjeździe do Arsus.

- Nigdy o tym nie opowiadałeś. - Olaf ponownie wychyla się 

z fotela, podaje Braggowi kieliszek, patrzy uważnie.

- Nigdy jakoś nie było okazji. I całkiem o tym zapomniałem.
-  Masz   okazję   i   masz   czas.   Rast   do   Tihuawa   odchodzi 

dopiero za cztery godziny, tak to było?

-  Wracałem   kiedyś   od   Heleny.   Zaczepił   mnie   jakiś   typ   i 

chyba chciał obrabować. Zobaczyłem detor, usłyszałem trzask 
bezpiecznika,   ręka   mi   się   jakoś   sama   odwinęła.   Tamten 

dostał w pysk, detor uderzył o chodnik i wystrzelił. Facet miał 

background image

pecha. Jego kolano znalazło się w zasięgu strzału.

- I co?

- Nic. Wróciłem do hotelu.
- Zostawiłeś go tak?

-  A co? Może miałem niańczyć gnojka, który przed chwilą 

usiłował mnie zastrzelić?

- Zmieniłeś się, Bragg. Chyba nigdy nie byłeś taki twardy.
-  To   ty   się   zmieniłeś.   Zmiękłeś,   stary.   Nie   zaprzeczaj.   Ja 

wiem, że tak jest. - Bragg klepie Olafa po ramieniu. - Ale nie 
zapominaj,   że   to   było   parę   dni   po   powrocie.   Teraz   i   ja 

sflaczałem, ale wtedy... 

-  Może   i   masz   rację   -   Olaf   patrzy   na   Ernsta   przez   pusty 

kieliszek. - Wcale nie wykluczone, że zrobiłbym tak samo. Ale 
może chciałbyś się przespać? Czeka cię parę ładnych godzin 

podróży.

-  Chyba tak - Bragg przeciąga się i ziewa. - Trochę snu na 

pewno mi nie zaszkodzi.

-  Wheely odprowadzi cię do pokoju. Powiedz mu, o której 

ma cię obudzić.

- W porządku. To co? Dobranoc...

- Dobranoc. - Olaf potrząsa dłonią Bragga. - Powodzenia.
Po wyjściu Ernsta Olaf podchodzi do barku, napełnia swój 

kieliszek,   sączy   go   długo   aż   do   ostatniej   kropelki.   Nie 
powiedział   Braggowi   o   tym,   że   sam   kiedyś   namówił   Leo 

Blitzmachera   do   wyrzucenia   starej   i   kupienia   wygodniejszej 
bioprotezy.

Rozdział 8

Vián  słyszy   ciche,   szybkie   kroki   za   plecami,   czyjś   miękki 

skok. Ogląda się - dookoła pusto i tylko  powietrze  na rogu 

ulicy drży słabiutko, jakby ktoś potrącił je, uciekając.

Zbliżam   się   spokojnie   i   jestem   najzupełniej   pewny,   że   ona 

mnie nie zobaczy - ludzie nigdy nie widzą żadnego z nas. Mogą 

background image

co najwyżej przeczuwać, kiedy wnikamy w nich jak drobinki 
wody w osmotyczne błony.

Vián patrzy na rozchwianą ścianę ogólnego spichrza. I nagle 

-   jakby   pod   naporem   jej   spojrzenia   -   spomiędzy   głazów 

wypryskują   odłamki   zaprawy,   goły   kamień   trze   o   kamień, 
spada, z ulicy podnosi się ulotny kurz. Zza pyłowej zasłony 

wybucha   łomot  i   huk.  Wydaje   się,  że   łoskot  obudzi   wiatr   i 
rzeczywiście po ułamku chwili Vián czuje na twarzy pierwszy 

słaby powiew, który kurtynę pyłu tłamsi, roznosi dookoła, na 
drobne strzępki rwie zielonobure kłęby. Vián odruchowo cofa 

się o krok, potem czyni krok do przodu, chce biec... - nie, stoi 
w miejscu. Patrzy.

Na wpół rozwalonych schodach siedzi ktoś, komu zabrakło 

sił,   więc   łokieć   oparł   na   kolanie,   bok   głowy   na   dłoni   i 

martwym,   szklistym   wzrokiem   patrzy   drwiąco   ponad 
zapadnięte dachy. Jest coś tak beznadziejnego w zgięciu jego 

kadłuba, jest taki smutek w pochyleniu głowy, że Vián znowu 
cofa się.

-  Virgin  land... - myśli ironicznie. - Nowy, wspaniały świat 

do zdobycia przez ludzi. I nie tylko przez ludzi...

Nie   biegnie   na   ratunek.   Bo   zadumanemu   stworowi   na 

załamanych   schodach   od   zbyt   dawna   brakuje   energii,   która 

zmusiłaby do ruchu jego cztery cęgowate palce, napięła stalowe 
ścięgna, wyprostowała tytanowy korpus.

Vián  nadal  cofa  się  przed  zimnym  spojrzeniem  martwego 

robota. - Nie... - szepcze. - Nie. To Laaster chciał tu od nowa 

stwarzać mit o krainie nieograniczonych możliwości. Laaster 
i   tamci.   Ja   chciałam   tylko   jak   człowiek   żyć   w   spokoju. 

Chciałam   mieć   święty   spokój,  rozumiesz?   Ty   głupi,   zdechły 
robocie!   Ty   stalowa   kukło!   Ty...   -   histeryczny   krzyk   kobiety 

urywa się w połowie tonu, kiedy wszystko dookoła niej zamiera 
w bezruchu.

Ludzie myślą wieloma torami jednocześnie, więc mam już 

to, czego w mózgu Vián szukałem.

Ona rzeczywiście nic nie wiedziała o planie Blitzmachera. Do 

background image

tej pory nie wie, że w Tihuawa Ninch’ spotkał się z Braggiem, że 
razem przyjechali do Arsus.

Znajduję się dawno temu na Ziemi pod wieczór  upalnego 

dnia. Stoję, Vián stoi i przez moment patrzy na nieprzerwany 

bieg   kolorowych   liter:   DISCO...   DISCO...   DISCO-BOOM... 
DISCO...

Drzwi   uchylają   się   na   parę   sekund,   bucha   zza   nich   ostry, 

prymitywny   rytm,   zmienny   blask,   śmiechy,   brzęk   szkła   i 

mosiężnych   blach,   które   perkusista   wali   szaloną   pałką   w 
rozdygotane brzegi.

Vián robi dwa kroki, wchodzi w hałas i blask, w odór potu i 

tanich   perfum   przemieszanych   z   tytoniowym   dymem, 

wchodzi w rytm między poklepywane pośladki. W baśniowy 
świat...

Może dlatego jak najlepszy dowcip traktuje trącenie łokciem 

w   bok   i   głos:   -   Patrz   na   tego   kurdupla.   Wstaje   tak   długo, 

jakby czuł się wysoki  Vián  posłusznie zerka we wskazanym 
kierunku,   dopiero   potem   obraca   głowę,   w   słabym   mżeniu 

światełek   przy   barze,   w   huczącym   blasku   usiłuje   dojrzeć 
nachyloną ku niej, uśmiechniętą twarz. Uśmiech jest łagodny, 

a twarz sympatyczna -  Vián  chwyta nieznajomego za ramię, 
wciąga   w   gorący,   ruchliwy   ścisk   pod   przeciwległą   ścianą. 

Perkusja   dudni   i   brzęczy   bezustannie,   zawodzi   saksofon, 
czasem   w   melodię   wwierca   się   ostry,   przejmujący   i 

przenikliwy   jazgot   szalonego   fletu,   ciało  Vián  odruchowo 
zgrywa się, synchronizuje z każdym tonem świateł, z każdą 

nadbiegającą synkopą, ze skaczącymi wokół oddechami. Już 
cała   nazywa   się   każdym   z   nich.   Jest   sobą   i   nie   sobą,   jest 

zwariowanym   światłem,   jest   tamtym   nieznajomym 
mężczyzną.

A   jednak   nie   wie,   że   ten   człowiek   przyjechał   do   Arsus   w 

określonym celu.  Dlatego  po pół godzinie gorący,  mokrzy  i 

zadyszani dociskają się z powrotem do baru, dlatego  Vián  z 
wdzięcznością   bierze   od   mężczyzny   szklankę   z   zimną  coca-

colą wymieszaną z kieliszkiem rumu.

background image

Tym   razem   profesor   Ulanoff   jest   zadowolony   -   wszyscy 

wytypowani piloci przeszli testy pomyślnie. Wszyscy żyją. A to, 

że kilku z nich po trwającym zbyt długo napięciu nerwowym, 
które dawno już przekroczyło wyobrażalne granice, trzeba było 

odesłać   do   kliniki,   to   przecież   przewidziane,   dokładnie 
skalkulowane ryzyko.

Klinika profesora Ulanoffa od dziesięciu lat specjalizuje się 

nie   tylko   w   fizjologii,   lecz   i   w   psychiatrii   kosmicznej. 

Oczywiście materiału do badań ciągle jest za mało - piloci to 
ludzie uparci i wcale nie skłonni do psychicznych załamań.

- Ten Ninch’... - myśli profesor - ... ten Ninch’ mógłby być 

doskonałym okazem, ale znikł gdzieś bez śladu. Pewnie zaszył 

się w jakiejś zakazanej dziurze, co wieczór wyprawia na ulice 
swoje dziwki, a potem chla aż do delirium tremens. Teraz już 

byłoby za późno na  jakiekolwiek badania. Uraz został mu na 
stałe, ale większość wrażeń na pewno uległa zatarciu. Szkoda... 

- profesor myśli o tym z prawdziwym i głębokim żalem.

Ludzka  moralność to  najczęściej   szukanie  usprawiedliwień, 

więc po chwili Ulanoff swoją myśl uzupełnia: - Oczywiście to 
bardzo   przykre,   co   Ninch’owi   się   przytrafiło,   ale   dla   dobra 

nauki...

-  Tak,   moi   panowie   -   mówi   głośno,   patrzy   na   skupione, 

uważne twarze zebranych dookoła młodszych naukowców. - 
Możemy   już   powiedzieć,   że   zdecydowaną   większość 

zagadnień   rozwiązaliśmy.   Nie   interesują   nas   stereotypowe 
wyróżniki moralne, a zresztą specyfika naszej pracy, jak sami 

doskonale   wiecie,   wyklucza   klasyczną   etykę.   Nasza   etyka 
zawodowa musi być zbiorem norm efektywnie elastycznych i 

to   zarówno   dla   dobra   ludzkości,   jak   i   dla   osiągnięcia 
ostatecznego   celu   naszych   badań.   Ja   również   miałem 

wątpliwości   tak   samo   jak   wy...   -   profesor   zawiesza   głos   na 
chwilę.   -   Ale   teraz   już   wiem   na   pewno,   że   dotychczasowa 

praca   zebranego   przeze   mnie   zespołu   nie   była   bezcelowa. 
Dokonaliśmy rzeczy olbrzymiej. Może ktoś z was powie, że za 

wcześnie na wielkie słowa. Ale też nasze osiągnięcie otworzy 
ludzkości   drogę  do   kosmosu.  Do   bezustannego   podboju   tej 

czarnej,   nieprzyjaznej   przestrzeni,   która   dotychczas 

background image

wyznaczała kres możliwości człowieka. Która drwiła sobie z 
nas, panowie. Po prostu drwiła. Naszych najlepszych pilotów, 

najodważniejszych   synów   Ziemi   zamrażała   i   głodziła   w 
metalowych trumnach. A teraz...  -  profesor podniósł głowę i 

głos   -   ...   popatrzcie   tutaj.   W   tej   czarnej   teczce...   -   gładzi 
lśniącą, poskrzypującą skórę - ... leżą zebrane razem wyniki 

badań, które prowadziliśmy przez dziesięć lat.

Chciałbym   was   przeprosić,   że   przez   dziesięć   lat   nie 

zdradzałem wam ostatecznego celu.

Prawdopodobnie wielu z was nawet nie domyślało się, czemu 

mają   służyć   te   wszystkie   coraz   bardziej   skomplikowane 
eksperymenty   i   testy.   Te   dokumenty...   -   lekkie   uderzenie   w 

teczkę   -   są   dowodem,   że   człowiek   zyskał   obywatelstwo 
wszechświata.

Milczenie,   potem   -   cichy   szmer   głosów,   oczy   wlepione   w 

czarny   prostokąt   na   stole.   Po   chwilowym   uniesieniu   twarz 

profesora zmienia się, przygasa, a emfaza w jego głosie spada 
do normalnego tonu.

-  Lecz   mimo   wszystko,   panowie,   proszę   was   jeszcze   o 

zachowanie   dyskrecji.   To   prawda,   że   stworzeni,   noo, 

powiedzmy,   udoskonaleni   przez   nas   astronauci   mogą,   z 
punktu   widzenia   przeciętnego   człowieka,   uczynić 

niewyobrażalnie wiele. Każdy z nich wytrzyma trzymiesięczny 
brak pożywienia i wody. A w razie potrzeby wytrzyma więcej, 

zapadając w stan anabiozy, przy czym należy podkreślić, że 
każdy z nich umie zapaść w stan podobny do letargu bez całej 

skomplikowanej aparatury, która do tej pory była niezbędna. 
Świadomie   mogą   obniżać   poziom   energetyczny   atomów   w 

swoich   ciałach,   doprowadzając   tym   samym   do   oziębienia 
poszczególnych   komórek.   Mogą   utrzymywać   się   w   stanie 

półżycia przez okres, jak wskazują iteratory, do pięciu lat.

A granica ta może być przesunięta jeszcze dalej. I więcej... - 

profesor wydobywa  z  teczki   arkusz  plastyku.  - Mam  tu  opis 
eksperymentu, polegającego na zamrożeniu ludzkiego ciała do 

temperatury   próżni   międzygwiezdnej.   Nie   byłoby   to   może 
osiągnięciem na skalę światową, gdyby nie fakt, iż zamrożono 

tylko ciało tego człowieka. Deszyfratory pracowały przez cały 

background image

rok,   dostarczając   nam   wciąż   nowych   danych.   Bo   człowiek 
zatopiony   w   ciekłym   helu   przez   cały   ten   rok   intensywnie 

pracował umysłowo. Stało się to możliwe dzięki osiągnięciom 
kosmicznej psychiatrii; stworzyliśmy temu człowiekowi iluzję 

międzyplanetarnej   podróży.   Podróży   odbywanej   oczywiście   - 
profesor   uśmiechnął   się   przelotnie   -   ...   w   interesującym 

towarzystwie.   Daleko   za   nami   został   pierwszy   prymitywny 
kobieton.   Eksperymentalny   astronauta   mógł   poprzez 

sterowanie   myślami   wpływać   na   pracę   iluzyjnych   urządzeń, 
oddanych do jego dyspozycji. Kiedy więc wyobrażał sobie na 

przykład,   że   dokonuje   manewru   zmiany   kursu,   rzeczywiście 
zmieniały   się   trajektorie   lotu   na   monitorach.   A   co 

najistotniejsze - powiem szczerze, że był to efekt przez nas nie 
przewidziany - po okresie adaptacyjnego szoku mózg badanego 

astronauty   zaczął   pracować   na   zasadach   urządzeń 
nadprzewodnikowych. A więc bez strat energii i w warunkach 

maksymalnej   przepustowości,   czyli   wielokrotnie   szybciej   niż 
mózg każdego z nas. Zapoznaję was z wynikami badań tylko 

ogólnie, później sami obejrzycie te dokumenty. Nasi piloci nie 
boją się głodu i chłodu, nie boją się kosmicznej samotności, nie 

grozi   im   anoksja,   bowiem   potrafią   przystosować   swoje 
organizmy   do   oddychania   chlorem.   I   znowu   podkreślam,   że 

wszystkie   te   zmiany   dokonują   się   w   ich   organizmach 
samoistnie   w   zależności   od   warunków   zewnętrznych   i   bez 

konieczności   stosowania   jakichkolwiek   skomplikowanych 
urządzeń.   Po   treningu   w   naszym   instytucie,   bez   żadnej 

cyborgizacji   organów   wewnętrznych,   każdy   człowiek   śmiało 
może wybrać się na Plutona i dalej z zapasami żywności, wody, 

tlenu i energii, które zwykłemu kosmonaucie starczały do tej 
pory zaledwie na dwa, trzy dni.

Niestety,   i   stąd   wzięła   się   moja   prośba   o   dyskrecję,   nie 

osiągnęliśmy   ideału.   Nawet   dla   udoskonalonych   pilotów 

zabójcze jest twarde promieniowanie. Wprawdzie nie my jedni 
prowadziliśmy badania w tym kierunku i nie nam jednym się 

nie   udało,   ale   to   żadne   usprawiedliwienie.   Sądzę,   że 
powinniśmy naszą pracę prowadzić aż do skutku. Chcę i panów 

zapytać o zdanie na ten temat. Czy ktoś myśli inaczej?

background image

Milczenie. Długie milczenie. Milczenie coraz dłuższe.
-  Wnioskuję   z   tego,   że   wszyscy   są   zgodni.   Na   razie 

zapoznamy rząd tylko ze starannie wybraną częścią naszych 
osiągnięć,   aby   uniknąć   nawału   zleceń   i   prób 

natychmiastowego wykorzystywania poszczególnych efektów 
naszej  długoletniej  pracy.  Część zebranego  tu  materiału...  - 

znowu leciutkie, niemal pieszczotliwe uderzenie w teczkę - ... 
umożliwi nam zdobycie rządowych dotacji na kontynuowanie 

badań.   Z   punktu   widzenia   przeciętnego   polityka   czy 
obywatela   zatajanie   wyników,   takich   wyników,   nie   jest 

moralne, ale my przekroczyliśmy próg przeciętności. Zresztą 
już na samym początku ustaliliśmy sobie odpowiednie zasady 

zawodowej   etyki.   Musimy   pamiętać,   że   za   naszymi 
osiągnięciami   kryje   się   władza   nie   tylko   w   kosmosie...   - 

profesor przerywa. Milczy długą chwilę, potem mówi z lekkim 
westchnieniem: - Cóż, panowie. Skończyłem. 

Chowa   plastykowy   arkusz   do   teczki,   zapina   ją   starannie   i 

powoli, spokojnie wychodzi. Wie, że za chwilę w sali zabrzęczą 

przytłumione głosy, że tony podniosą się w miarę rozpalania 
dyskusji.

Wie również i to, że żaden z naukowców nie odważy się po 

dzisiejszym dniu opuścić instytutu.

Ostatecznie po to specjalnie uważnie dobierał sobie ludzi z 

wysokim wskaźnikiem instynktu samozachowawczego. Nawet 

gdyby któryś nie był do końca przekonany o słuszności postawy 
Ulanoffa, stłumi to w sobie czym prędzej.

Ludzka zdolność przewidywania to rzecz zawodna. A przecież 

profesor Ulanoff bywa jednak od czasu do czasu człowiekiem.

Laaster wyciąga się na łóżku, patrzy przez okno - świt jest 

zaróżowiony   nieśmiało,   drzewa   zaczynają   rzucać   pierwsze 

dzienne cienie. Wiatr, który nimi kołysze, jest chyba tak lekki 
jak pocałunek tej  Vián  poznanej w barze. Laaster uśmiecha 

się w przestrzeń jak wtedy, kiedy na spacerze, już dobrze po 
północy, po raz pierwszy odważył się objąć ją ramieniem. I 

nagle uśmiech Laastera znowu staje się gorzki - przypomina 

background image

sobie inną Vián.  Tamtą, o której opowiadał Bragg. - Szkoda, 
że w ogóle polazłem do tego baru - myśli - zamiast wyspać się 

porządnie po podróży.

Teraz oczy mam na pewno tak podpuchnięte, że przez dwa 

dni ani mowy o udawaniu porządnego człowieka. Porządnego 
człowieka - myśli ironicznie, zamykając oczy.

Budzi   się   około   południa,   spogląda   na   zegarek   i   klnąc 

wyskakuje z łóżka - została mu niecała godzina do spotkania z 

Braggiem. Szybko biegnie pod natrysk, odkręca kurki i klnie 
ponownie, kiedy z zawieszonego pod sufitem sitka bucha para i 

ukrop,   a   potem   nieoczekiwanie   woda   tak   zimna,   jakby 
sprowadzana   rurociągiem   spod   bieguna.   Laaster   ustawia   się 

tak, żeby nie sięgnęła go żadna strużka, i ostrożnie, delikatnie 
manipuluje   zaworami.   Wreszcie   woda   jest   w   sam   raz,   ostre 

igiełki natrysku spłukują z twarzy Laastera ślady zarwanej nocy 
i   zmęczenie.   Mimo   to   mężczyzna   z   wyjątkowo   ponurą   miną 

zbiega po schodach - szkoda mu czasu oczekiwania na windę - 
do hotelowego baru.

Pora lunchu. Tłok jest zbyt duży, więc Laaster bez śniadania 

wybiega  na  ulicę,  kieruje  się  w  stronę  podmiejskiego  parku. 

Całe szczęście, że Bragg podczas podróży opisał mu to miejsce 
dość dokładnie.

Lecz ani Laaster, ani Bragg nie wiedzą, że ten zapomniany 

park to również ulubione miejsce Vián. Nie wiedzą i tego, że 

Vián  nie ma dziś ochoty siedzieć na wykładach, że po cichu 
wymyka   się   ze   staroświeckiej   auli,   wychodzi   na   ulicę   i   z 

rozkoszą podstawia twarz ciepłemu wiatrowi.

Laaster   dostrzega   po   drodze   automatyczny   bar.   Sięga   do 

kieszeni,   wymacuje   w  niej   kilkanaście   małych,   plastykowych 
trójkątów. - Chyba starczy - myśli i skręca w drzwi.

Bar jest prolowski, nastawiony na maksymalną przelotowość, 

więc mimo tłoku wszystko idzie szybko i sprawnie. No, prawie 

wszystko.   Dookoła   sali   w   meandrach   pod   ścianami 
nieprzerwanie płynie taśma podajnika, leciutko drżą sunące po 

niej   plastykowe   tace.   Rząd  automatów   na   początku   taśmy 
połyka   żetony,   z   okienek   równomiernie   klapią   odmierzane 

porcje   syntetyków   o   najrozmaitszych   smakach   i   jednym 

background image

wspólnym   mianowniku:   bez   względu   na   nazwy   wszystkie 
potrawy   mają   ten   sam   mdły   posmaczek   zymoliny.   Ostatni 

żeton zwalnia z uchwytu plastykowe sztućce. Laaster chwyta 
je, zaczyna jeść, jednocześnie drobno, ostro przebiera nogami 

jak narowisty  koń, drepcze  w ślad za sunącą tacką, za nim 
tłoczą się już następni  prole.  Wszyscy cicho klną - nikt nie 

lubi, kiedy ucieka mu miska pełna żarcia. A tu jak na złość 
coś   się   zepsuło   i   porusza   się   tylko   taśma   podajnika. 

Normalnie   powinna   również   sunąć   po   rolkach   wstęga 
chodnika, zsynchronizowanego z podajnikiem tak, żeby każdy 

stojąc   spokojnie   zdążył   zjeść,   zanim   tacka   wśliźnie   się   do 
zmywaka,   kończącego   bieg   taśmy   tuż   przy   wyjściowych 

drzwiach.

Wypadając z baru Laaster słyszy jeszcze przekleństwa dwóch 

proli: „I to, do diabła, zawsze tak, kiedy akurat człowiek ma 
ochotę zjeść sobie spokojnie!” Laaster ma chęć mruknąć, że nie 

tylko w Arsus psują się automaty, ale  zostało mu zbyt mało 
czasu.   Biegnie   w   stronę   parku   czując,   jak   pochłonięta   bryja 

podchodzi   mu   co   chwila   do   samego   gardła.   Parę   razy   beka 
głośno   i   znowu   czuje   ohydnie   mdły,   charakterystyczny   dla 

wszystkich autobarów smak i zapach zymoliny. Teraz Laaster 
żałuje, że jednak nie zjadł śniadania w hotelu.

Bądź co bądź tam jest bar pierwszej klasy z ludzką obsługą i 

prawdziwymi jajkami. Bragg mówił, że piętnaście lat temu w 

hotelowej restauracji podawali nawet naturalne ziemniaki.

Laaster zwalnia, zaczyna iść, oddycha równomiernie, ociera z 

twarzy pot. Nie chce dopadać do ławki czerwony i zdyszany, bo 
to   wyglądałoby   zdecydowanie   niepoważnie.   Lepiej,   o   wiele 

lepiej spóźnić się spokojnie - to przynajmniej można uważać za 
wyrachowanie - niż przybiegać w ostatniej chwili. - Niech pies 

Bragga   gania   z   wywieszonym   jęzorem   -   myśli   Laaster.   -   Ja 
wcale nie mam zamiaru. Ciekawe, jak ta jego córka wygląda? 

Żeby tylko nie była za ładna, bo to mi wszystko utrudni. Takie 
zawsze   wybrzydzają,   marzą   im   się   bogacze   albo   królowie   z 

bajek. Ale z kolei brzydka... - Laaster pogardliwie spuszcza w 
dół   oba   kąciki   ust,   wreszcie   macha   ręką.   -   Jak   będzie   za 

brzydka, zażądam od Bragga specjalnego dodatku - śmieje się 

background image

do siebie, wchodząc w pierwszą alejkę parku. Już widzi punkt 
orientacyjny,   opisany   przez   Bragga   -   kamienną   głowę 

olbrzymiej postaci, przewyższającej szczyty cherlawych drzew.

Po chwili obaj mężczyźni spotykają się u wylotu alei. Siadają 

na najbliższej ławce, Bragg bez słowa wyciąga portfel.

Laaster  bierze od niego mały, kolorowy  kartonik, patrzy, z 

trudem opanowuje twarz.

- To ona? - pyta.

- Mhm... - mruczy Bragg. - To ona.
Ze   zdjęcia   spogląda   na   Laastera  Vián  poznana   wcześniej. 

Ale jednocześnie zupełnie inna.

Wczoraj   była   lekka   w   każdym   ruchu   i   słowie,   była 

roześmiana.   Teraz   stoi   przed   werandą   niewielkiej   willi, 
wtulonej między owocowe drzewa, i patrzy pochmurnie. Twarz 

ma złą.

- Kto robił to zdjęcie? 

- Ja - rzuca Bragg krótko. Nie uważa za stosowne opowiadać 

jakiemuś   przybłędzie,   że   wczoraj   bardzo   starannie   szukał 

właśnie tej fotografii w albumie. Ninch’ ma zrobić to, co mu 
wyznaczono, a nie analizować czyjekolwiek motywy.

- W porządku - Laaster na ułamek sekundy przymyka oczy. 

- Niech pan to schowa.

- A pan?
-  Wystarczy mi, że zapamiętałem twarz. Przypadki chodzą 

po ludziach, czasem taka fotografia może wypaść z kieszeni w 
najmniej odpowiednim momencie.

Przez chwilę obaj mężczyźni milczą, wystawiają twarze ku 

słońcu.   Żaden   z   nich   nie   wie,   że  Vián  właśnie   spogląda 

niezdecydowanie   w   stronę   parku,   potem   podnosi   głowę   i 
uważnie przypatruje się wełnistym chmurom.

Wreszcie Bragg zerka spod oka na Laastera, pyta leniwie: - 

Ma pan już jakiś plan?

- Muszę wiedzieć, gdzie ona najczęściej chodzi.
- Na uczelnię.

- A poza tym?
Bragg wzrusza ramionami. - A niby skąd mam wiedzieć? - 

rzuca opryskliwie. - To już należy do pana.

background image

- Taak... - mruczy Laaster. - W porządku.
Zamierzał   jeszcze   spytać   Bragga   o   parę   cech   charakteru 

Vián, lecz teraz rezygnuje, wstaje z ławki.

- Zapamiętał pan jej twarz?

- Na pewno - Laaster na chwilę ponownie przymyka oczy.
-  To niech pan idzie pod uniwersytet. Tą alejką, potem w 

prawo do ulicy i w kierunku centrum.

Po lewej stronie zobaczy pan budynek kosmobiologii.

-  O   której   ona   kończy   wykłady?   -   Laaster   rusza,   pytanie 

rzuca przez ramię.

- Chyba za jakieś dwie godziny. Będę tu w parku czekać na 

pana za trzy dni o tej samej porze.

Laaster przystaje, odprowadza wzrokiem plecy odchodzącego 

Bragga.   Wreszcie,   kiedy   tamten   znika   za   drzewami,   Ninch’ 

potrząsa   głową,   wzrusza   ramionami,   idzie   ku   ulicy.   -   A   to 
sukinsyn   -   myśli.   -   Żeby   własną   córkę...   Zresztą   co   to   mnie 

obchodzi? Facet płaci i wymaga. Nic dziwnego...

Idzie   patrząc   pod   nogi   tak   zawzięcie,   że   nie   zauważa 

uśmiechu dziewczyny w kolorowej sukience.

Kiedy   mężczyzna   mija   ją   nie   patrząc,  Vián  jeszcze   przez 

parę sekund idzie w stronę pomnika, niedbale kołysze torbą 
wypchaną   książkami.   Potem   torbę   przewiesza   przez   ramię, 

zawraca,   idzie   za   zamyślonym   mężczyzną,   w   którejś   chwili 
dogania go, dotyka ramienia.

- Cześć!
Laaster   prostuje   się   raptownie,   gapi   się  na   Vián  w 

milczeniu. - Skąd ona się tu wzięła? - myśli. 

- Czy widziała nas razem?

- O, cześć! - rzuca z uśmiechem. - Wcale cię nie widziałem... 

- zawiesza głos.

-  Wiem.   Miałoś   tak   ponurą   twarz,   że   przez   moment 

zastanawiałam   się,   czy   to   w   ogóle   jesteś   ty.   Kiedy   cię 

mijałam...

- Mijałaś? - Laaster ma głupio zaskoczoną minę.

-  A tak -  Vián  podśmiewa się leciutko z jego półotwartych 

ust.   -   Zwiałam   z   wykładów   -   mówi   to   tak,   jakby   zwierzała 

Laasterowi   najstraszniejszą   tajemnicę   -   a   nie   chce   mi   się 

background image

wracać do domu.

- Wcale ci się nie dziwię - myśli Laaster. - Wcale ci się nie 

dziwię - powtarza głośno. - Taka pogoda...

- Ale, ale... - Vián uważnie spogląda na twarz Laastera. - A 

co ty tutaj robisz? Miałeś podobno załatwiać jakieś interesy...

Laaster świadomie nadaje swojej twarzy wyraz zakłopotania, 

przez   chwilę   wygląda   jak   uczniak   przyłapany   na   wagarach. 
Potem mruży oko, uśmiecha się łobuzersko.

- Interesy nie zając - mruczy.
- Słońce też nie... - śmiech  Vián  jest dźwięczny i zaraźliwy, 

więc śmieją się już oboje. - Chodź, nie będziemy tu stać do 
wieczora.

Laaster pozwala się zaprowadzić na tę samą ławkę, na której 

siedział przed paroma minutami.

- Nie odpowiedziałeś mi, co tu robisz?
-  Wspominałaś   wczoraj...   -   Laaster   zawiesza   głos,   jakby 

zastanawiał się, czy mówić prawdę, czy nie. Potem decyduje 
się i z leciutkim ni to sapnięciem, ni westchnieniem rzuca: - 

No, dobrze...

Wczoraj wspominałaś, że lubisz chodzić do parku. - Patrzy 

ponad   drzewa,   potem   spuszcza   wzrok   na   czubki   swoich 
butów. Kątem oka widzi, że twarz Vián poważnieje powoli.

- To przecież nie jest jedyny park w Arsus.
-  Ale   ja...  -   Laaster   znowu   zaczyna   się   uśmiechać   -  znam 

tylko ten. Kiedy pytałem w hotelu...

- przez jego uśmiech przebija słabe zakłopotanie. Jakby nie 

chciał powiedzieć  Vián  za dużo. Jakby chciał, żeby ona nie 
czuła,   że   mu   na   niej   jednak   zależy.   I   tak   właśnie  Vián  to 

zakłopotanie odbiera.

- Przepraszam - mówi cicho. - Wcale nie chciałam, żebyś się 

przede   mną   tłumaczył.   Byłam   zdziwiona,   bo   to   akurat   ten 
park,   do   którego   zawsze   przychodzę.   To...   -   wyjaśnia, 

wskazując   górujący   nad   nimi   pomnik,   i   twarz   znowu   ma 
smutną - jest mój ojciec.

-  Nie   rozumiem...  -   Laaster   rzeczywiście   nic  nie   rozumie. 

Czyżby   Bragg   wprowadził   go   w   błąd?   Rozmyślnie   pokazał 

zdjęcie nie swojej córki, a jakiejś innej dziewczyny? W jakim 

background image

celu?

Twarz Vián na moment staje się zacięta i zła.

- Nie musisz. Wystarczy, że ja rozumiem. 
Laaster   milczy,   patrzy,   jak   twarz   dziewczyny   łagodnieje 

bardzo, bardzo powoli. Wreszcie  mówi cicho, z namysłem: - 
Wiesz, chyba jednak wolę, kiedy się śmiejesz.

Wzdycha   przy   tym   tak   komicznie,   że  Vián  stopniowo 

zaczyna podnosić kąciki ust do góry i po chwili znowu staje 

się wczorajszą Vián z dyskoteki.

-  Idziemy   się   czegoś   napić?   -   Laaster   wstaje   z   ławki, 

odkładając   sobie   to   wszystko   na   później   do   przemyślenia. 
Przyjaźnie   zagarnia   dziewczynę   ramieniem,   zgrywa   swoje 

kroki z jej stąpaniem, oboje zgodnie odchodzą od patrzącego 
za nimi pomnika. Vián nie sztywnieje, nie usiłuje uwolnić się 

spod   jego   ramienia,   ale   Laaster   sam   puszcza   ją   po   chwili. 
Chce,   żeby   jego   ruch   na   razie   pozostał   tylko   czysto 

koleżeńskim gestem. Laaster  nie od dziś wie, że zbyt łatwy 
początek   może   tylko   zaszkodzić.   Wszystko   jest   jeszcze 

niewyważone, jeszcze może się bardzo łatwo zmieniać. A on 
rzeczywiście zna swój fach doskonale i dawno już zauważył, 

że kobiety zdobywa się przelotnie.

Takimi niby nic nie znaczącymi dotknięciami. Słowami, które 

nikogo bezpośrednio nie dotyczą.

Laaster   dawno   zrozumiał,   że   miłość   jest   grą   strategiczną, 

która wymaga posunięć na pozór od sytuacji oderwanych i na 
pierwszy   rzut   oka   wcale   nie   mających   logicznego   związku   z 

celem i przebiegiem całej batalii.

Laaster   nie  wie  tylko   jednego  -  że  Vián  również  ma swój 

wytyczony cel.

Patrzę, jak wchodzą do maleńkiej kafeterii, w której stary 

właściciel od wielu lat nie podawał nikomu prawdziwej kawy. 
Laaster sięga do kieszeni, wyciąga z portfela plastykowy czek 

otrzymany   od  Bragga,   przytyka   go   na  moment do  wypustu 
czytnika, który bezpośrednio sprzężony jest z odpowiednim 

obwodem banku energetycznego. Potem podchodzi  do Vián, 
siedzącej już przy stoliku.

- Co chcesz?

background image

- Bonsa i kawę.
- Ja bym wolał zwyczajne rogaliki, ale to nie ta klasa. Odbiję 

sobie w hotelu.

Laaster przebiega palcami po kilku przyciskach i po chwili na 

środku stołu ukazują się dwa bonsy, dwie filiżanki parującej, 
brunatnej cieczy i dwa kieliszki czerwonego wina.

Wino   jest   podobne   do   rozcieńczonego   kompotu.   Laaster 

patrzy   na   nie   podejrzliwie,   potem   wyciąga   dłoń,   podnosi 

kieliszek,   próbuje,   krzywi   się   lekko.   Ponownie   sięga   do 
przycisków.   Tym   razem   dotyka   tastra   z   napisem   „koniak”   i 

jednocześnie wgniata w płytę czerwony guzik oznaczony „lux”.

-  Lubię   od   czasu   do   czasu   wypić   coś   prawdziwego   - 

uśmiecha się w stronę  Vián  przepraszająco  Może i ty masz 
ochotę?

-  Dziękuję.   Przede   wszystkim   jestem   piekielnie   głodna   - 

Vián sięga po bonsa i swoją filiżankę.

Laaster czeka na koniak, czekanie przedłuża się. Wreszcie, 

kiedy   już  Vián  zdążyła   wypić   połowę   naparu   z   cykorii   i 

palonych   buraków,   na   środku   stołu   pojawia   się   pękaty 
kieliszek   z   bełtającą   się   po   dnie   kałużą   złotego,   oleistego 

płynu. 

Zamyślona  Vián  skubie   swojego   bonsa   palcami,   ugniata 

puszyste   ciasto,   formuje   maleńkie   kulki,   które   potem 
przetrzymuje w ustach długo jak cukierki. Zajęty koniakiem 

Laaster nie dostrzega spojrzenia dziewczyny. Zresztą było to 
szybkie   zerknięcie   spod   oka.   Przelotne,   badawcze,   zimne. 

Vián cały czas zastanawia się nad przyszłością i nad tym, jaką 
rolę   w   tej   przyszłości   mógłby   odegrać   siedzący   przed   nią 

mężczyzna. Zastanawia się bez przerwy jeszcze wtedy, kiedy 
Laaster przy wyjściu ponownie przytyka czek do bankowego 

wypustu   i   czeka   na   snop   elektrycznych   iskierek,   które 
przegrupują ciemne plamki na plastyku, zmniejszą cały zapis 

o tysiąc osiemset ergów. Zastanawia się jeszcze wtedy, kiedy 
wychodzą   z   baru   nawet   nie   patrząc   w   stronę   starego 

właściciela - i tak wiedzą doskonale, zarówno oni, jak on, że 
funkcja prowadzącego kafeterię jest czysto honorowa. Żaden 

właściciel nie jest automatom potrzebny.

background image

Ida milcząc po przykurzonym chodniku. Laaster nie wysila 

się, nie usiłuje nic mówić. Wie, że słowa powinny padać we 

właściwych momentach, a wtedy mogą być byle jakie, bo i tak 
odniosą zamierzony skutek.

Vián  po   zymolinowym   winie   nastrojona   jest   filozoficznie. 

Myśli,   jaka   będzie   za   parę   lat,   usiłuje   wyobrazić   się   gdzieś 

pod   kryształowym   niebem   drugiej   planety   alfy  Auriga.  Nie 
pragnie sięgać dalej, nie może zobaczyć tej Vián, która po raz 

szósty   czy   dziesiąty   wybierze   się   po   żywność   do   ocalałych 
spiżarni i magazynów miasteczka, przejdzie między zwałami 

gruzów, które zatrą linie ulic, na chybił trafił wśliźnie się do 
któregoś domu. Domek był parterowy i wtulony między dwa 

wysokie, więc huragan nie rozwalił go. Tylko spadające głazy 
od   czasu   do   czasu   będą   przebijać   dach,   będą   na   strychu 

gromadzić się tak długo, aż strop trzaśnie pod ich ciężarem.

Vián  wejdzie   przez   uchylone   drzwi   w   chłodny   półmrok 

sieni,   zajrzy   do   kuchni,   odnajdzie  oczami   drzwi   niewielkiej 
spiżarenki.   Wejdzie   dalej.   Z   jednego   worka   odsypie   trochę 

kaszy, z innego trochę cukru. Będzie skrupulatnie dbać o to, 
żeby   nie   wysypać   zbyt   dużo   -   jakby   pod   nieobecność 

gospodarzy weszła do domu najbliższej sąsiadki i pożyczyła 
tylko to, czego jej akurat zabrakło do obiadu.

Potem zdejmie z półki dwa słoje konfitur, uśmiechnie się na 

wspomnienie Skippera, który tak umiejętnie wykorzystał piec 

hutniczy do wytopu szkła, i wycofa się ze spiżarni.

Później gorzko pożałuje tego, co zrobiła. Bo zamiast od razu 

wyjść   na   ulicę,   zajrzy   jeszcze   przez   drzwi   do   pokoju   obok 
kuchni. Zobaczy przewieszoną przez poręcz krzesła sukienkę, 

a  obok  łóżka   nagą,   skuloną dziewczynę   z   ręką  przerzuconą 
przez piersi chłopaka. Zobaczy to, co z obojga zostało - dwie 

wysuszone przez powietrze mumie, które wyszczerzą ku Vián 
zęby w trupim, pełnym gwałtownego przerażenia uśmiechu.

Dopiero   w   domu  Vián  przypomni   sobie   tych   dwoje   - 

wyruszyli z Ziemi jako dzieci. Najmłodsi członkowie wyprawy 

na   Nową.   Brat   i   siostra,   którzy   tutaj   dorastali   i   tutaj   na 
zawsze zostaną...

 

background image

Rozdział 9

Ruda deska rozdziera się z przeciągłym jękiem, potem łamie 

się w połowie - trzask przebiega zatarte ślady ulic, wywabia z 
ruin   zwinne,   szybkie   stworzenie,   które   ostrożnie   wychyla 

trójkątny   pysk   spośród   gruzów   i   bursztynowymi   ślepiami 
patrzy   uważnie  na   Vián,  mocującą   się   z   zamkniętymi 

drzwiami.

Kobieta   zaciekle   dziobie   łomem   grube   drewno,   od   drzwi 

odskakują   coraz   większe   drzazgi,   pęka   następna   deska.   Po 
godzinie Vián ociera czoło, zapach jej potu dobiega aż do ruin 

po drugiej stronie ulicy, przyczajone stworzenie kicha cicho. 
Ludzie   mają   słuch   selektywny   bardzo   słabo,   więc  Vián  nie 

słyszy   cichego   odgłosu   za   plecami.   Napiera   na   drzwi 
ramieniem,   nadwątlony   rygiel   puszcza,   zawiasy   skrzypią 

żałośnie, z wnętrza otwartej piwnicy bucha ciemność i chłód. 
Vián  jak   złodziej   rzuca   za   siebie   ukradkowe   spojrzenie   i 

prostuje się gwałtownie - po drugiej stronie ulicy ziewający 
kot   nie   zdążył   schować   pyska   w   ruiny.   Teraz  Vián  sama   z 

siebie śmieje się półgłosem. - To tylko zdziczały  kot łazi za 
mną co dzień - mruczy. - A ja myślałam...

Ostrożnie,   po   omacku   kobieta   zapuszcza   się   w   chłodny, 

suchy   mrok   miejskiego   magazynu,   po   chwili   zawraca   w 

stronę   wejścia.   Mrużąc   oczy   wchodzi   w   blask 
pomarańczowego słońca, kieruje się w stronę apteki. Idzie nie 

śpiesząc   się,   powoli.   A   za   nią   cicho,   miękko   skrada   się 
wygłodniały   kot,   który   jakimś   cudem   podobnie   jak  Vián 

przeżył katastrofę.

Przed drzwiami apteki Vián zatrzymuje się na chwilę, patrzy 

na zapadnięty dach, ogląda się za siebie. Potem wchodzi po 
trzech  kamiennych   schodkach  między  pozbawione   daszku   i 

szyb słupy werandy, popycha półprzymknięte drzwi, wchodzi 
do   wnętrza   domu.   Trzy   najbliższe   regały   zwaliły   się   na 

kontuar, z różnokolorowych tabletek i porozlewanych płynów 

background image

zrobiła   się   na   podłodze   rozpaćkana   kasza.  Vián  usiłuje 
ominąć   odłamki   potłuczonych   butelek,   ale   i   tak   okrążając 

ladę słyszy pod swoimi stopami trzask miażdżonego szkła.

Drzwi   za   kontuarem   prowadzą   do   niewielkiego   saloniku. 

Następne,   otwarte   szeroko,   pokazują   róg   tapczanu   ze 
zwisającym strzępem prześcieradła. Poprzednio Vián prosto z 

salonu   skierowała   się   do   kuchni   i   do   spiżarni,   tym   razem 
idzie   do   porzuconej   sypialni,   przekracza   próg   i   mocno, 

gwałtownie   wciąga   powietrze,   zatyka   usta   dłonią,   żeby   nie 
krzyczeć.   Szybko   zatrzaskuje   powieki   jak   stalowe   rygle, 

potem   podnosi   je   powoli   z   nadzieją,   że   wszystko   zniknie. 
Przecież   tamtej   nocy   rzeczywiście   widziała   Assobara 

uciekającego  na cmentarz. On zdążył zeskoczyć z tapczanu, 
ale   ona...   -   Co   to   za   kobieta?   -  Vián  zastanawia   się   przez 

chwilę, potem powoli podchodzi do zapadniętego łóżka, które 
gruba belka oderwana od stropu złamała w połowie. Ta sama 

belka strzaskała kręgosłup nagiej kobiety.

Twarz   jej   wciśnięta   jest   w   poduszkę,   ręce   rozrzucone 

bezwładnie,   palce   prawej   dłoni   zaciśnięte   na   kolorowej 
szmatce, jakby chciały przyciągnąć już niepotrzebną sukienkę.

Vián  wstrzymuje oddech, delikatnie odgarnia długie włosy 

martwej   kobiety,   rozsypane   po   pościeli.   Powietrze   Nowej 

wysusza wszystko i konserwuje, więc Vián bez trudu poznaje 
rysy leżącej - to żona Colburna.  Vián  uśmiecha się gorzko - 

zawsze   myślała,   że   Colburn   i   Alina   są   idealnie   dobraną, 
zgodną   parą.   Zawsze   traktowała   Assobara   Jo   jak   trochę 

zgorzkniałego dziwaka.

Starego,   upartego   mężczyznę,   który   na   kobiety   nie   zwraca 

uwagi, któremu do szczęścia wystarcza prowadzenie  apteki i 
wymyślanie coraz to nowych przysmaków.

Przecież biologicznie on był ze dwa razy starszy od Aliny... - 

Vián  idzie   w   stronę   krzesła,   podnosi   z   niego   ubranie 

Assobara,   starannie   przeszukuje   wszystkie   kieszenie.   Nie 
znajduje tego, co chciała, więc podchodzi do stołu. Tam, obok 

wielkiej   miedzianej   popielnicy   i   cynowego   świecznika   - 
pamiątek przywiezionych przez Jo ze starej Ziemi - znajduje 

zapomnianą   zapalniczkę.   Tamtej   nocy   trudno   było   o 

background image

czymkolwiek pamiętać.

Vián  na   wszelki   wypadek   przyciska   spust   -   zapalniczka 

działa, tryska z niej bladobłękitny płomyk. Kobieta zabiera ze 
stołu także i świecznik z wypaloną do połowy świecą, którą 

pewnie zgasił wiatr, wdzierający się do sypialni przez wybite 
okno. A może sam Jo...?

Vián  nieufnie   zerka   na   strop,   potem   wychodzi   z   pokoju, 

starając się nie patrzeć na łóżko. W salonie oddycha z ulgą, 

stoi na środku pokoju przez pół minuty, żeby później szybko 
wybiec   na   ulicę   -   kot   zaglądający   ciekawie   przez   uchylone 

drzwi   uskakuje   na   bok   w   ostatniej   chwili.   Potem   znowu 
zaczyna skradać się za Vián, biegnącą w stronę magazynu.

Kiedyś, ponad sto lat temu, Laaster podobnie skradał się za 

Vián  po ulicach. Bo wtedy jeszcze nie umawiali się ze sobą, 

spotykali   się   najzupełniej   przypadkowo.   Niby   najzupełniej 
przypadkowo.

Laaster   wiedział,   o   której  Vián  kończy   zajęcia.  A   Vián 

wiedziała,   że   parę   kroków   za   bramą   uniwersytetu   zobaczy 

uśmiechniętą   twarz   Laasa,   usłyszy:   -   O,   cześć!   Właśnie 
przechodziłem... Może odprowadzić cię kawałek?

Wiedziała, że Laaster na chwilę obejmie ją po przyjacielsku 

ramieniem, p oprowadzi tak przez parę kroków, potem opuści 

rękę swobodnie wzdłuż swojego ciała. I to właśnie Vián w nim 
najbardziej się podobało - te spokojne dłonie, które wcale nie 

usiłują przylepić się do jej piersi przez cienki materiał bluzki.

Najczęściej wędrowali razem do kawiarenki przy parku albo 

pod   pomnik   kosmonauty.   Właśnie   tam,   na   ławce,   u   stóp 
kamiennego   olbrzyma  Vián  po   raz   pierwszy   opowiedziała 

Laasterowi o swoim ojcu, o Braggu i o Helenie. Opowiedziała 
i o tym, że chce zorganizować kolejną wyprawę.

Laaster   słuchał   cierpliwie.   Nie   słów.   Słuchał   tylko   głosu 

Vián.  Być   może   dlatego   zapomniał   się   na   moment   i   kiedy 

Vián  umilkła, mruknął, że sam jest astropilotem. Ocknął się 
szybko,   sprostował:   -   To   znaczy   kiedyś,   dawno   temu 

latałem...

Ale   już   czuł,   że   to   sprostowanie   przyszło   za   późno.   Teraz 

mówił   on.   Mówił,   co   czuje   człowiek   uwięziony   w   blaszanej 

background image

trumnie.  Mówił o strachu,  o gniewie,  o nienawiści...  I nagle 
oprzytomniał - co może o prawdziwej nienawiści wiedzieć ta 

cicha, zasłuchana dziewczyna o jasnopiwnych oczach? Zamilkł 
raptownie i poczuł, że usta ma pełne gorzkiej śliny zmieszanej z 

kurzem. 

Przełknął ślinę z wysiłkiem, polem zerwał się z ławki, poszedł 

wielkimi krokami w stronę kawiarenki. Czuł, że musi się spić, 
bo inaczej...

Vián  dogoniła go w połowie alejki, nieśmiało wsunęła rękę 

pod jego łokieć. Nie mówiła nic.

Pili tego dnia aż do wieczora. Do chwili, w której automat 

przestał   reagować   na   walenie   pięścią   w   przyciski   i   musieli 

wyjść z kawiarni. Właściciel odprowadził ich do drzwi, wyjął z 
kieszeni Laastera czek, przytknął go do bankowego wypustu - 

po zliczeniu całego rachunku na plastykowym świstku została 
zaledwie trzycyfrowa liczba.

Łazili po ulicach tak długo, aż zamajaczyły im drzwi hotelu. 

Vián doprowadziła Laastera do windy, razem z nim pojechała 

na górę; wtoczyli się w drzwi, upadli w poprzek tapczanu.

Poranny jazgot elektrowozów zmusił Laastera do otwarcia 

oczu.   Mężczyzna   tępo   zagapił   się   na   wpółrozebraną  Vián, 
potem z wysiłkiem zlazł z tapczanu i chwiejnie poczłapał do 

łazienki. Czując na skórze ostre igiełki natrysku przytomniał 
powoli.   Jak   przez   mgłę   przypomniał   sobie   teraz   drogę   do 

hotelu, nieskończenie długą jazdę windą aż gdzieś pod samo 
niebo   i   ten   moment,   kiedy   niezdarnie   zdzierał   z  Vián 

spódnicę i rajstopy. Ale potem... - Co było potem? - myślał 
opornie. - Czy zabrakło mi sił i zasnąłem, czy urwał mi się 

film?

Czuł się teraz cholernie głupio - przecież wcale nie chciał w 

ten sposób... Polubił tę smarkulę bardziej, niż myślał. Wbrew 
umowie   z   Braggiem.   Bez   względu   na   to,   czy   opowiadała 

prawdę, czy nie...

Zakręcając   wodę   usłyszał   pierwsze   kroki  Vián,  słabe 

szuranie zmierzające w stronę toalety.

Wyszedł   spod   natrysku,   okręcając   biodra   mokrym 

ręcznikiem zajrzał przez uchylone drzwi - Vián  klęczała przy 

background image

sedesie,   zwieszoną   głowę   oparła   na   dłoniach.   Laaster 
zobaczył jej plecy drgające pod półprzejrzystą bluzką, poczuł 

ostry   zapach   wymiocin.   Zdecydowanie   wszedł   do   toalety, 
podniósł   dziewczynę   z   klęczek,   zaprowadził   pod   natrysk, 

odkręcił   kurki.   Otrzeźwiała   trochę,   ale   nie   protestowała, 
kiedy Laaster ściągał z niej przemoczoną bluzkę.

Specjalnie puścił zimną wodę - teraz patrzył, jak na udach 

Vián robi się gęsia skórka, kiedy chłodne strumyki spływają z 

ramion   i   piersi   na   brzuch,   kiedy   włosom   na   podbrzuszu 
dziewczyny nadają ciemniejszy ton. Patrzył, czując, że ręcznik 

na jego biodrach robi się coraz bardziej ciasny.

Sięgnął ręką w bok do zaworu, puścił ciepłą wodę - gęsia 

skórka znikła. Potem zakręcił krany - nieprzytomne oczy Vián 
rozszerzyły   się   na   moment,   kiedy   odwinął   ręcznik   i 

dziewczyna dostrzegła jego podniecenie. A jednak nadal bez 
żadnego protestu pozwoliła się wytrzeć mokrym ręcznikiem, 

zaprowadzić   do   skotłowanego   tapczanu.   Spokojnie   czekała, 
kiedy   Laaster   pośpiesznie   wygładzał   zmiętoszoną   pościel; 

poruszyła się bezwolnie, kiedy wziął ją za rękę, pociągnął w 
stronę łóżka, ułożył ją i otulił kołdrą jak rozespane dziecko. 

Potem ufnie przymknęła oczy. 

Laaster  narzucił szlafrok, podszedł do wizofonu. Przestawił 

aparat  tak,   żeby  recepcjonista  nie  mógł dostrzec   tapczanu,   i 
dopiero wtedy wcisnął klawisz. Po chwili na ekranie pojawiła 

się zmęczona twarz niewyspanego mężczyzny.

- Słucham pana? - twarz zmięła się w zawodowo uprzejmym 

uśmiechu.

-  Mówię   z   pokoju...   -   Laaster   zerknął   na   blaszkę 

magnetycznego   klucza   -   ...   dwa   tysiące   trzysta   czterdzieści 
dziewięć. Proszę przysłać śniadanie. I kawę. Dużo kawy.

- Prawdziwej?
- Tak.

-  Dziękuję   panu,   zaraz   wysyłam   automat   -   recepcjonista 

nacisnął   jakiś   przycisk   na   umieszczonej   przed   nim   tablicy. 

Szybko   powtórzył   zamówienie   Laastera,   potem   ponownie 
spojrzał w swój aparat, zapytał: - Czy ma pan jeszcze jakieś 

życzenie?

background image

- Na razie nie.
Twarz   recepcjonisty   znikła.   Laaster   podszedł   do   okna, 

otworzył je szeroko, potem siadł w fotelu.

Nie   posiedział   długo,   bo   po   paru   minutach   drzwi   pokoju 

uchyliły się cicho i wjechał przez nie samobieżny stolik. Laaster 
nalał   sobie   filiżankę   gorącej   kawy,   wypił   ją   duszkiem   do 

połowy, potem skrzywił się lekko i sięgnął po cukier. Spojrzał 
na bułki, jedną z nich przycisnął palcem - wypieczona skórka 

chrupnęła   cicho.   Spod   uniesionej   pokrywki   zapachniała 
jajecznica. Laaster przykrył glinianą rynkę, uśmiechnął się - to 

rzeczywiście jest porządny hotel, w którym podaje się gościom 
prawdziwe   potrawy,   a   nie   jakąś   zymolinową   maź.   I   nawet 

masło wcale nie ma ohydnego posmaczku margaryny.

Mężczyzna popchnął stolik w stronę tapczanu, pochylił się, 

delikatnie potrząsnął ramieniem dziewczyny.

- Hej! Vián, śniadanie czeka! - zawołał wesoło.

Vián  przeciągnęła się sennie, odgarnęła kołdrę ramieniem, 

usiadła   -   dopiero   teraz   poczuła,   że   nie   ma   nic   na   sobie. 

Zaczerwieniła   się,   spojrzała   Laasterowi   w   oczy.   Później 
leciutko   potrząsnęła   głową,   uniosła   ją,   wyprostowała   plecy. 

Nie usiłowała zakrywać się niczym - podciągnęła tylko kolana 
i   tak   na   podwiniętych   nogach   z   naturalnym,   niemal 

pierwotnym bezwstydem, ze swobodą i wdziękiem siedziała 
przez cały czas, kiedy jedli śniadanie, pijąc kawę z tej samej 

filiżanki, smarując bułki tym samym nożem; bo zamawiając 
śniadanie   Laaster   nie   wspomniał   o   dwóch   nakryciach.   We 

wzroku  Vián  dostrzegał   teraz   zaciekawienie   i   chyba 
rozbawienie.   Takie   maleńkie,   złote   iskierki,   pobłyskujące 

czasem w głębi spokojnych źrenic. Dlatego opuszczał oczy na 
chwilę,   ale   zaraz   podnosił   je   znowu   -   wolał   nie   patrzeć   na 

ciało  Vián  zbyt   często,   na   jej   małe   zaróżowione   piersi,   na 
brzuch lekko wklęsły jak perłowa muszla, po której gładkim 

wnętrzu wzrok sam ześlizguje się coraz niżej.

Przez   otwarte   okno   wpadało   słońce,   a   razem   z   nim   ciepły 

wiatr, który przynosił z ulicy strzępy czyichś okrzyków, zapach 
nagrzanego asfaltu, ulotne jak pierze nasiona dojrzewających 

lip   i   wirujący,   drżący   kurz.   Laaster   spojrzał   w   stronę   okna, 

background image

powiódł   wzrokiem   po   smudze   drżącego   blasku   od   szczeliny 
między   nie   dociągniętą   storą   a   framugą.   Płaski  promień 

przesłaniał kawałek ściany i część poduszki, jasnym paskiem 
kładł   się   na   ręce   i   boku  Vián,  uwypuklał   falę   żeber, 

miękkiemu puszkowi na brzuchu i udach dziewczyny nadawał 
złoty połysk pomarańczy.

Milczenie   trwało   do   chwili,   w  której   Laaster   wypchnął   za 

drzwi   niepotrzebny   automat.  Vián  wstała   z   tapczanu, 

przeciągnęła się, podeszła do okna, spojrzała w dół na odległą 
ulicę. Poruszała się leniwie jak zadowolony kot. Poruszała się 

tak, jakby była w pantoflach, rajstopach, spódnicy i bluzce.

Laaster patrzył na jej plecy, na jej powolny obrót i odchylenie 

głowy do tyłu, na twarz podniesioną do słońca, na rozchylone 
uda i drobne stopy mocno wparte w nagrzaną podłogę.

Podszedł   do   dziewczyny,   nieśmiało   dotknął   jej   opalonego 

ramienia. Vián opuściła głowę, spojrzała mu w oczy.

- Słuchaj, ja wczoraj... - zaczął i umilkł nieporadnie. Poczuł, 

że tym razem on się czerwieni, bo krew znowu spływa mu w 

dół brzucha. - Ja nie chciałem tak... Ja...

Szlafrok   stawał   się   zbyt   obcisły.   Nie   chcąc,   żeby  Vián  to 

zauważyła, Laaster mówił coraz szybciej: - Jesteś taka ładna 
i...   Ja   chciałem...   To   znaczy   nie   chciałem...   -   różowa, 

prześwietlona   przez   słońce   dłoń  Vián  zakryła   mu   usta   jak 
pachnąca,   ciepła   muszla.   Jednocześnie   Laaster   poczuł,   że 

palce   jej   drugiej   dłoni   powoli   i   delikatnie   rozplątują   gruby 
węzeł na pasku szlafroka.

Szlafrok miękko spadł na podłogę - Laaster przekroczył go, 

niosąc Vián w stronę tapczanu.

Kilkanaście   minut   później   przekonał   się,   że   poprzedniego 

dnia rzeczywiście spił się do niemożliwości. Kiedy wchodził w 

nią po raz pierwszy niepewnie i delikatnie, poczuł słaby opór, 
poczuł,   że  Vián  leciutko   przygryzła   koniec   jego   języka. 

Zawrócił   wiedząc,   że   za   chwilę   przygarnie   ją   do   siebie   już 
mocno   i   zdecydowanie,   że   opór   ustąpi   wraz   z   rozkosznym 

bólem,  a  jednocześnie  ciało  Vián  wypręży  się na  moment  i 
zesztywnieje.   Dziewczyna   rzuci   mu   w   twarz   cichy   okrzyk 

spóźnionego   protestu,   bólu   i   niespodziewanej   radości   - 

background image

wszystko   to   razem   z   ulgą   i   rozkoszą   zawarte   w   jednym 
gwałtownym przydechu i jęku, w rozchyleniu ust, w gorącym, 

czułym   przytuleniu   piersi.  Vián  za   każdym   razem   będzie   z 
bólu   przygryzać   wargi,   ale   nie   pozwoli   Laasterowi   uciec. 

Podciągnie kolana, oplecie jego biodra nogami, wbije pięty w 
jego uda. Laaster powoli uwolni dłoń spod pleców  Vián,  na 

chwilę   zatrzyma   ją  na  drobnej,  twardej   piersi,  przesunie   w 
dół   po   gorącym   boku   dziewczyny,   wciśnie   palce   między 

biodra  odchylone   na ułamek   sekundy, łagodnie  i  spokojnie 
wyzwoli z  Vián  najwyższy szczyt. A kiedy kolana dziewczyny 

jak skrzydła ćmy zawachlują miękko i bezwładnie opadną na 
boki, wtedy Laaster  ześlizgnie się w dół na chwilę, przytuli 

policzek do wilgotnego, słonego uda, znowu wróci ustami do 
ust.   Potem   odegnie   się,   uniesie   na   łokciu,   spojrzy   na 

zamknięte oczy i przygryzioną wargę Vián, na szyję, pulsującą 
miarowo   w   rytm   jego   coraz   wolniejszych,   posuwistych 

ruchów. I wtedy Laaster zrozumie, tak naprawdę zrozumie to, 
co przeczuwał niemal od pierwszego dnia. To, że jednak nie 

dotrzyma   całej   zawartej   z   Braggiem   umowy.   Że   może   nie 
dopuścić do zorganizowania wyprawy, ale na pewno już tej 

dziewczyny nie porzuci.

Widzę   Laastera  i   Vián  śpiących   w   skos   tapczanu   tak,   jak 

rzucił ich i obezwładnił szybki, gorączkowy sen. I myślę, że 
ludzie jednak potrafią być piękni, kiedy fizyczna miłość nada 

ich twarzom wyraz zadowolonego spokoju i czułości.

Vián  przeciąga   się   przez   sen,   otwiera   oczy   -   czuję   jej 

przerażenie,   kiedy   dostrzega   smugę   krwi   na   policzku 
Laastera. A potem nieśmiały wstyd, kiedy takie same smużki 

dziewczyna odkrywa na swoich udach i na pościeli. Zrywa się 
szybko, biegnie do łazienki, pod natryskiem starannie zmywa 

rumieniec z twarzy, resztki snu z powiek, krew z nóg. Jeszcze 
z niedowierzaniem przeciąga dłonią po obolałym podbrzuszu, 

potem   jej   palce   wędrują   śladem   palców   Laastera.   Ściana-
lustro  wiernie  powtarza  każdy  ruch -  Vián,  pociemniałe  od 

pieszczot,   obrzmiałe   sutki   przesuwa   tak,   żeby   każdą   z   nich 

background image

siekł   rozkosznie   ostry   biczyk   ciepłej   wody,   zaróżowione 
jeziorko zbiera się w dłoniach stulonych pod brzuchem, palec 

ślizga się po delikatnym naskórku wnętrza tak długo, aż Vián 
odkrywa w sobie nieoczekiwaną przyjemność, aż zaczyna czuć 

gwałtowne   drżenie   osłabionych   kolan.   I   właśnie   w   tym 
momencie odnajduje ją Laas. Szybko wchodzi pod natrysk i w 

nią   -   długo   i   mocno   kochają   się   pod   ostrymi   strumykami 
wody jak pod ciepłym deszczem.

Tego   dnia   wyszli   z   hotelu   dopiero   wieczorem.   Szli   po 

ciemniejących ulicach obok si ebie jak zwykle. Tylko czasem 

Laaster nieśmiało, po koleżeńsku prawie ogarniał ramieniem 
szczupłe   plecy   dziewczyny.  Vián  unosiła   wtedy   twarz, 

przystawali   na   środku   chodnika   i   całowali   się   długo, 
przytuleni.

Na   rogu   ostatniej   ulicy  Vián  sama   obróciła   się   do 

mężczyzny,   wspięła   się   na   palce,   lekko   pocałowała   go   w 

policzek.

- Do jutra, Laas - szepnęła. - Czekaj na mnie przy uczelni.

Dostrzegła   w   półmroku,   że   twarz   miał   poważną,   kiedy 

kiwnął głową w milczeniu. A potem odszedł bardzo szybko. 

Tak szybko, jakby uciekał. Lecz Vián wchodząc w furtkę tego 
już nie widziała, nie mogła widzieć i nie mogła wiedzieć, że 

Laaster próbuje uciec przed sobą samym i czuje przy tym, że 
ucieczka   nigdy   mu   się   do   końca   nie   uda   -   za   bardzo   jest 

człowiekiem.   A   ludzie   nie   mają   ani   prawa,   ani   możliwości 
wymykać   się   poza   nawias   realnego   życia.   Nie   umie   tego 

uczynić Laaster, kiedy kładzie  się spać i przez sen przytula 
powietrze,   nie   umie   tego   uczynić   nawet   tamten   szalony 

katorżnik,   onanizujący   się   obłędną,   ciężką   pracą.   Czujący 
wściekły   orgazm   przy   każdym   stęknięciu   stalowego   klina, 

wbijanego   między   skały.   Pragnący,   żeby   wraz   z   odłamkami 
głazów   prysnęła   w   kryształowe   niebo   cała   rozpacz   tym 

gwałtowniejsza i tym bardziej tępa, że pełna nienawiści. Więc 
zażarcie kołysze się tors, posiekany skalnymi okruchami, więc 

miarowo unosi się i opada ciężki młot, zniekształcony przez 

background image

lata   i   setki   tysięcy   furiackich   uderzeń.   Katorżnik   nie   może 
widzieć   efektów   swojej   pracy   -   zbyt   blisko   jest   ziemi.   Lecz 

mimo   to   od   dwudziestu   lat   obrabia   skały   z   czułością 
rzeźbiarza, modelującego w podatnym wosku kształt i wyraz 

przyszłego pomnika.

Laaster budzi się przed północą czując, że piżama przylepia 

mu się do brzucha. Zapala lampkę obok tapczanu i przez długą 
chwilę   nieprzytomnie   rozgląda   się   po  pokoju,  potem   wstaje, 

człapie w stronę szafki, wyciąga z niej swoją podróżną torbę. W 
niewielkiej   przegródce   tuż   przy   dnie   odnajduje   po   omacku 

niewielką   fiolkę.   Wyciąga   ją,   otwiera,   wysypuje   na   dłoń 
szczyptę miałkiego, krystalicznego pyłku. Patrzy chwilę, potem 

podnosi   dłoń   do   ust.   Proszek   leciuteńko   szczypie,   odrętwia 
czubek   języka,   drażni   przełyk   jak   połykany   piasek.   Laaster 

wrzuca fiolkę do torby, wraca w krąg słabego światła, wali się 
na   tapczan   i   przymyka   oczy.   Cierpliwie   czeka   na   chwilę,   w 

której wpadnie w świat koncentrycznych smaków i zapachów, 
w   kolory   jak   tęcze   rozciągnięte   wzdłuż   wzroku,   w   marzenia 

pełne lotu i niedoobrazów, niesłów, nieokreśleń...

Rano   budzi   się   ociężale   i   niemrawie.   Blask   słońca   jest   aż 

bolesny,   więc   oczy   Laastera   odruchowo   przykrywają   się 
powiekami, żeby później bardzo powoli i ostrożnie otwierać się 

znowu. Mężczyzna idzie do łazienki, potem wchodzi nago do 
pokoju.   Uważnie   patrzy   na   zegarek,   szybko   oblicza   czas   i 

zaczyna się śpieszyć. Myje się i ubiera w ciągu pięciu minut, w 
ciągu następnych pięciu minut zbiega do hotelowej restauracji. 

Tu rachunki reguluje się dopiero przy opuszczeniu hotelu, więc 
restauracja jest jedynym miejscem, gdzie Laaster może zjeść 

śniadanie - trzycyfrowa liczba na czeku w każdym innym barze 
uprawniłaby   go   co   najwyżej   do   otrzymania   porcji   zymoliny. 

Laaster pokazuje kelnerowi klucz z numerem pokoju, zamawia 
maślane   bułeczki   i   kawę,   do   tego   masło,   ser   i   miód.   Dwie 

minuty   później   smaruje   przekrojoną   bułkę   mętnoztotą, 
ciągliwą   cieczą   o   zapachu   lip   i   drapiącym   gardło   smaku 

zgęszczonego   cukru.   Zapija   to   kawą   i   wstaje,   wychodzi   do 

background image

mrocznego hallu, kładzie klucz przed recepcjonistą o zmiętej 
twarzy, pyta o  drogę  do  motelu  Aenis. Recepcjonista  krzywi 

wargi w niemal niedostrzegalnym uśmiechu - Aenis to znany 
burdel   podmiejski   -   i   naciska   niewidoczny   taster.   Za   jego 

plecami   rozświetla   się   kolorowy   plan   miasta.   Człowiek 
przesuwa palec po najkrótszej linii, łączącej hotel z pobliskim 

dworcem,   potem   ciągnie   go   wzdłuż   trasy   metra   aż   do 
niewielkiego   kółka   tuż   za   granicami   Arsus.   Jeszcze   raz 

przyciska   taster   i   kółko   pod   jego   palcem   rośnie,   wypiera   z 
planu   miasto.   Na   planszy   błyska   ostry   napis   BŁĘKITNA. 

Recepcjonista sunie palcem po uliczkach osiedla aż do punktu, 
w   którym   kilkakrotnie   zapala   się   i   gaśnie   nazwa   szukanego 

motelu. Człowiek odrywa p alec od planu, pod blatem kontuaru 
coś przez chwilę bzyczy cienko i cichutko, potem z przegródki 

przed   Laasterem   wysuwa   się   niewielka   płytka   metaloplastu. 
Najbliższe   ulice   zaznaczone   są   słabymi   kreskami   i   tylko 

właściwa trasa błyszczy trochę mocniej, na jej początku miga 
czerwony punkt. Patrząc na płytkę Laaster wychodzi za próg 

hotelu   -   w   tej   samej   chwili   ulice   na   miniaturowym   planie 
zaczynają się zmieniać, płynnie przesuwa się migający punkt. 

Laaster zgrywa punkt z linią wyznaczonej trasy i pośpiesznie 
wędruje w stronę metra.

Piętnaście minut później, już na dworcu, Laaster gubi się na 

chwilę   w   plątaninie   peronów,   eskalatorów   i   kolorowych, 

szybkobieżnych   smug.   Dotyka   dłonią   najbliższej   kolumny, 
wywołuje z niej pączek infora, pyta o drogę do Błękitnej. Głos 

infora będzie kiedyś wesoły, dźwięczny i melodyjny, ale teraz 
Ninch’ z trudem spośród stękań i zgrzytów automatu wyławia 

numer   i   kolor   bezpośredniego   rastu.   Po   kilku   minutach 
dźwiękoszczelna   kabina   odcina   Laastera   od   dworcowego 

gwaru, fotel słabo wibruje od szarpnięć na złączach zasilania. 
Laaster przymyka oczy, stara się nie czuć drgań - woli myśleć, 

że kiedyś rasty będą sunąć naprawdę szybko i płynnie. Tyle że 
będzie   to   dla   Ninch’a   przyszłość   tak   piękna   i   daleka,   że   aż 

nierealna. Może w czterdziestym, a może w sto pięćdziesiątym 
dziewiątym wieku...

Czas   i   rasty   wloką   się   powoli,   ale   wreszcie   nad   drzwiami 

background image

kabiny miga napis: „Błękitna”.

Pojazd dygocząc przystaje na ułamek chwili, Laaster szybko 

daje susa na peron, żeby automatyczne drzwi nie przytrzasnęły 
go w połowie skoku.

Po   wyjściu   z   dworca   Ninch’   ponownie   zgrywa   czerwony 

punkcik z początkiem trasy biegnącej wzdłuż krętych uliczek. 

Później zerka na zegarek i rusza powoli - już śpieszyć się nie 
musi,   bo   do   umówionej   z   Braggiem   godziny   zostało   mu 

jeszcze   czterdzieści   osiem   minut.   Teraz   Laaster   zaczyna 
żałować,   że   powiedział   Braggowi   przy   którymś   spotkaniu   o 

nawyku  Vián  i jej ulubionym parku. Bragg podał mu wtedy 
nazwę   tego   motelu   i   umówił   się   z   nim   na   spotkania   o 

dwunastej   w   południe   co   tydzień.   Gdyby   rast   powrotny 
nawalił,   Ninch’   na   pewno   spóźniłby   się   na   spotkanie   pod 

instytutem kosmobiologii. A na to wcale nie miał ochoty.

Na szczęście Bragg z ponurą miną czekał już przy barze. Na 

widok  Ninch’a  wstał   ze   stołka,   zgarnął   z   kontuaru   ledwo 
napoczęta   butelkę,   kciukiem   wskazał   Laasterowi   szklanki, 

potem   nie   oglądając   się   wszedł   w   korytarz   wiodący   do 
wynajętego pokoju. Laaster ze szklankami w dłoniach poszedł 

za Braggiem, czując za swoimi plecami  spojrzenia i krzywy 
uśmieszek barmana.

Zastanawiał się, czy  nie wrócić,  nie strzelić go w pysk, ale 

zrezygnował. Wolał nie ryzykować kłopotów z policją, a bójka w 

barze   groziła   również   nadaniem   sprawie   zbytecznego, 
gazetowego   rozgłosu.   I   tylko   ta   jego   refleksja   sprawiła,   że 

patrzący z zainteresowaniem Gorgo Plaumens - specjalista od 
sensacji   -   mógł   ponownie   zwiesić   nos   i   zdrzemnąć   się   nad 

opróżnionym do połowy kieliszkiem. Gorgo Plaumens myślał z 
rosnącym obrzydzeniem, że ludzie z roku na rok stają się coraz 

bardziej nudni, że nie stać ich nawet na jakieś solidne, ciekawe 
przestępstwo czy bodaj porządne mordobicie w barze. Myślał z 

gorzkim   rozczarowaniem   o   tych,   którym   brakowało   życia,   a 
fantazji   wystarczało   zaledwie   na   byle   jakie   włamanie   do 

automatu z najtańszym winem, śmiesznie błahe malwersacje i 
drobne   kradzieże.   I   nic   w   tym   właściwie   dziwnego   -   Gorgo 

znowu   otrząsa   się   z   raptownym   obrzydzeniem,   podnosząc 

background image

kieliszek do ust - skoro ostatnio nawet łapówki daje się według 
ustalonego przez koncern Jensena i zatwierdzonego przez rząd 

cennika.   Plaumens   sam   do   siebie   śmieje   się   zgryźliwie, 
wspomniawszy poszczególne pozycje cennika: 

§ 9: Za podwy k  miesi cznych poborów  energetycznych a)

ż ę

ę

 

bez zmiany zajmowanego przez petenta słu bowego stanowiska

ż

 

-   opłata   w   wysoko ci   trzech   pensji   petenta   +   10%   kwoty

ś

 

otrzymanej   przez   odpowiedzialnego   urz dnika;   b)   ze   zmian

ę

ą 

stanowiska petenta na wy sze lub ni sze w słu bowej hierarchii

ż

ż

ż

 

(zale nie   od   wyra onego   yczenia)   -   sze ciokrotna   warto

ż

ż

ż

ś

ść 

energetyczna   nowych   poborów   petenta   +   17,5%   kwoty 
otrzymanej przez odpowiedzialnego urz dnika.

ę

Potem kolejne punkty i paragrafy, a na końcu:

UWAGA! W uzasadnionych przypadkach bez wzgl du na płe

ę

ć 

obu stron dopuszcza si  równie  łapówki w naturze, przy czym

ę

ż

 

poj cie   „przypadku   uzasadnionego”,   ilo

  i   cz stotliwo

ę

ść

ę

ść 

aktów-spłat oraz procentowe normy energetyczne przelewów 
na konto koncernu szczegółowo ustala si  w zał czniku DCV-

ę

ą

 

198/15   z   dnia   8   kwietnia   40   roku   Ery   Podboju   Dalekiego 
Kosmosu.

Gorgo Plaumens uśmiecha się gorzko.

Rozdział 10

Vián,  Laaster,   Bragg   -   żadne   z   nich   nie   wiedziało,   kiedy 

Helena   zaczęła   się   domyślać   prawdy   o   Marku   i   Ulanoffie. 

Kiedy  zaczęła  siebie  obciążać   winą  za  śmierć Sangelsona.   - 
Przecież mogłam... - myśli czekając na powrót Bragga - ... nie 

pozwolić Ladipaxowi na nic. Nie wpuszczać go do domu, nie 
rozmawiać z nim, nie zauważać... Ale wtedy imponowało mi 

to wszystko, bo za żadną dziewczyną na roku nie uganiało się 

background image

aż  dwóch. Zresztą kto mógł przypuszczać, że Ulanoff okaże 
się aż takim draniem. To przez ten jego cholerny wynalazek 

zginął Mark, to dlatego teraz Ernst czasami traktuje mnie jak 
dziwkę. Ale gdyby nie ja, nie byłoby kobietonów.

Helena   myli   się   -   wcześniej   czy   później   jakiś   człowiek 

wymyśliłby kobieton i bez niej, a Bragg już dawno zrozumiał, że 

kobieton   niczego   jeszcze   nie   dowodzi.   Więc   nikt   z   Heleny 
dziwki   nie   robił,   dopóki   ona   tego   nie   chciała,   dopóki 

przypadkowy   zbieg   okoliczności   nie   umożliwił   jej   kupienia 
nowego   mężczyzny.   Teraz   decyduje   się   nagle;   podchodzi   do 

stereofonu, wywołuje kapitanat kosmicznej żeglugi.

-  Jestem Helena Bragg - rzuca w stronę wychylającego się 

ku   niej   urzędnika.   -   Chciałabym   prosić   o   podanie   mi 
aktualnych   adresów   i   miejsc   pobytu   wszystkich   członków 

wyprawy Gazeli. To było prawie piętnaście lat temu - dodaje 
wyjaśniająco.   Mężczyzna   kiwa   głową,   uśmiecha   się   lekko, 

szybko   pochyla   głowę.   -   Proszę   zgłosić   się   za   godzinę   - 
urzędnik prostuje się już bez uśmiechu. - Przez ten czas nasz 

komputer znajdzie wszystkie dostępne dane.

Po godzinie Helena znowu łączy się z kapitanatem. Człowiek 

na   ekranie   poznaje   ją,   bez   pytania   podnosi   sztywny   arkusz, 
opiera go o stos akt po lewej stronie biurka tak, żeby Helena 

mogła   swobodnie   odczytać   wszystkie   napisy.   Trwa   to   kilka 
minut,   kiedy   Helena   wybiera   pięć   przypadkowych   nazwisk, 

przy   których   dostrzega   krótką   notatkę   „obecnie   urlop   na 
Ziemi” i starannie przepisuje numery stereołącz.

- Czy możecie przesłać mi te dane? - pyta jeszcze na wszelki 

wypadek.

-  Oczywiście - urzędnik wzrusza ramionami. - To przecież 

żadna tajemnica.

-  Dziękuję   -   Helena   wyłącza   swój   aparat,   potem   uważnie 

wystukuje   kod   pierwszego   z   kosmonautów.   Zamiast 

człowieka zgłasza się domowy automat: - Pana Ortisza nie ma 
w domu. Proszę podać nazwisko i powiedzieć, o co chodzi.

- A kiedy wróci?
- Proszę podać nazwisko i powiedzieć, o co chodzi.

- Chcę wiedzieć, kiedy on będzie w domu. 

background image

- Proszę podać naz...
Helena  gwałtownie   kasuje   łącze,   wystukuje   kolejny   numer. 

Tym razem zgłasza się człowiek.

Człowiek,   który   zobaczywszy   twarz   Heleny,   usłyszawszy   jej 

głos i nazwisko, marszczy czoło, jakby coś sobie z wysiłkiem 
przypominał.

Bez   niepotrzebnych   wstępów   Helena   pyta   o   kobieton   na 

Gazeli. Mężczyzna marszczy czoło, rzuca gniewnie: - To dawna 

sprawa! Nie widzę powodów...

- Ale ja widzę. Bardzo mi na tym zależy...

-  Mimo wszystko... - twarz kosmonauty łagodnieje. - Co ja 

mógłbym pani powiedzieć?

Najlepiej   niech   pani   pyta   o   to   w  Żekosie.   Na  pewno   mają 

szczegółowe dane.

Helena ze zniecierpliwieniem wyłącza się. Siedzi kilkanaście 

minut   bez   ruchu,   potem   ponownie   dotyka   przycisków.   Tym 

razem nie mówi nic. Czeka.

Człowiek   z   ekranu   patrzy   na   nią   uważnie,   potem   na   jego 

twarzy maluje się wyraz przypomnienia i zarazem zdziwienia.

- Myślałem... - mówi cicho - ... myślałem, że pani nigdy nie 

było...

Helena   zrzuca   swój   stereofon   ze   stolika.   Mężczyzna   nadal 

patrzy na nią z podłogi. Helena przyciska dłonie do brzucha, 
pochyla się nisko, potem opiera łokcie na kolanach, zasłania 

twarz.

Trwa   tak,   skulona,   i   plecy   jej   dygoczą   długo   -   milczący 

mężczyzna   wyłącza   swój   aparat   i   stereofon   gaśnie.   Kiedy 
Helena   się   podnosi,   oczy   ma   suche,   powieki   lekko 

przymrużone,   usta   mocno,   bardzo   mocno   i   zdecydowanie 
zaciśnięte. W gruncie rzeczy źle to świadczy przede wszystkim 

o   Ulanoffie   -   mądry   człowiek   powinien   wiedzieć,   że   bardzo 
nierozsądnie   jest   zrobić   z   kobiety   dziwkę,   kiedy   ona   akurat 

sobie   tego   nie   życzy.   Nawet   ja   to   wiem   teraz,   choć   jestem 
każdym z nas.

Helena wstaje, wybiega z domu - przenikam przestrzeń i czas, 

żeby   jej   towarzyszyć.   Jestem   nią,   kiedy   kupuje   detor,   kiedy 

jednym   uchem   słucha   wskazówek   i   ostrzeżeń   sprzedawcy, 

background image

kiedy zapamiętuje moc i zasięg rażenia, kiedy chowa detor do 
plastykowej   siatki   na   zakupy   obok   torebki   z   syntetycznym 

mlekiem i pęczka zielonej pietruszki.

Zakurzona   broń   niemal   ginie   w   olbrzymiej   łapie,   gruby 

paluch z trudem wciska się w ciasne kółko, ochraniające spust, 
zabezpieczające   go   przed   przypadkowym   naciśnięciem.   Z 

rubinowej lufy bucha krótki błysk - tak świeci powietrze, kiedy 
znika   przy   dezintegracji.   Wybuchy   zlewają   się   w   oślepiający 

blask,   świszczące   powietrze   ledwie   zdąża   zapełniać   lokalne 
wakuum, wszystko zagłusza łomot spadających głazów.

Wytrasowane   stalowym   dłutem   kontury   powoli   nabierają 

ostrości   i   krystalicznego   wyrazu,   obudzone   skały   wydają   z 

siebie   coraz   wyższy,   przenikliwy   ton.   W   oczach   człowieka 
pojawia się wściekła, mściwa radość. W myślach - spokojna, 

drwiąca   refleksja,   że   nie   wystarczy   wykorzystać   falę 
dezintegracyjną. Trzeba wiedzieć, po co i jak? Trzeba wiedzieć, 

co dzieje się z materią, która wnika w niebyt nie przechodząc 
ani w czas, ani w przestrzeń. Po każdym strzale z detora - a 

przenikliwy   płacz   skał   już  przeskoczył   słuchowe   rejestry,  już 
wwierca się aż do głębi mózgu - powstaje próżni dokładnie tyle 

samo, ile brakuje zdezintegrowanej materii. Więc masa to nie 
jednoznaczność,   ograniczona   do   fizycznej   rzeczywistości,   w 

międzyatomowej przestrzeni musi istnieć jakiś równoważnik, 
jakiś   jednoczesny   i   synchroniczny   stan   nieistnienia 

wszystkiego,   co   materii   nadaje   wyczuwaną   przez   ludzi 
realność. Musi istnieć w zespolonym świecie rzeczy także i ich 

pierwiastek   urojony.   I   na   pewno   jest   on   istotniejszy   niż 
trywialność antymaterii. Bo antymateria to tylko ludzki i jak 

zwykle jednostronny - człowiek śmieje się zgryźliwie, mocniej 
naciska spust - ogląd zespolonej masy. Fale dezintegracji to nie 

zwyczajna   zmiana   znaku.   To   zmiana   sensu   rzeczy,   która 
pobudzona takim impulsem istnieje nadal, choć zwinęła się w 

sobie,   wpadając   w   obszar   urojenia.   Więc   każdy   człowiek, 
zastrzelony z detora...

Nie...   -   mężczyzna   cofa  dłoń,  podniesioną   już   ku   wylotowi 

background image

lufy. Ta ręka będzie mu jeszcze potrzebna, jeszcze nie skończył 
swojej katorżniczej pracy. Zgrzyt śmiechu wdziera się w huk 

spadających   głazów,   w   ich   łomotanie   po   stromiźnie   zbocza, 
kiedy   człowiek   wyobraża   sobie   własną   dłoń,   bytującą 

samoistnie   w   obszarze   ludzkiego   urojenia,   chwytającą 
przenicowanych   ludzi   za   przenicowane   gardła.   Mężczyzna 

rechocze   głośno,   żeby   zagłuszyć   dziurawiące   mózg,   śpiewne 
jęczenie okolicznych skał.

Na granicy ciemności i dnia Vián nabiera w płuca powietrza 

i   mocnym   dmuchnięciem   gasi   świeczkę.   Potem   ślini   palce, 

ściska   nimi   rozżarzony   koniuszek   knota   -   mdłe   pasemko 
sinego dymu urywa się raptownie.  Vián  stawia świecznik w 

skalnej wnęce, wychodzi z pieczary, przymyka za sobą drzwi - 
rygiel   wyłamała   przed   godziną,   więc   teraz   przypiera   je   do 

futryny   kawałkiem   szarozielonego   głazu,   który   w   dniu 
katastrofy   musiał   stoczyć   się   tu   po   stoku   pagórka.   W 

niedalekich  ruinach  Vián  dostrzega żółte  ślepia i koniuszek 
ruchliwego   ogona,   wystający   zza   złamanej   belki.   Sięga   do 

przewieszonej przez ramię torby, obijającej jej bok i biodro, 
wyciąga   metalową   puszkę,   pokazuje   ją   kotu   z   daleka. 

Przykuca na piętach, cały czas wysuwa dłoń z puszką w stronę 
ruin.

Zwierzę ostrożnie wychyla się z ukrycia, powolutku idzie ku 

Vián,  czmycha w ruiny momentalnie, kiedy kobieta zaczyna 

się podnosić.

Vián  prostuje się wolno, patrzy na trójkątny pysk ciekawie 

wysunięty  spomiędzy  dwóch  złomów  gruzu. Wreszcie  rusza 
ulicą   w   stronę   domu,   od   czasu   do   czasu   ogląda   się   -   kot 

biegnie   za   nią,   przemykając   szybko   od   głazu   do   głazu; 
wykorzystuje każdą dziurę, każdy kawałek strzaskanej belki. 

Robi to jednak  nie aż  tak  szybko, żeby  Vián  nie zauważyła 
jego matowej sierści i zapadniętych boków.

W domu Vián biegnie do kuchni, z szuflady przysadzistego, 

pomalowanego na biało kredensu wyciąga otwieracz. Przebija 

cienką blachę, kilka razy obraca zębate kółko, potem podnosi 

background image

puszkę i nieufnie wącha jej zawartość. Uśmiecha się smutnie 
- ludzie wyginęli, a sardynki przywiezione przez nich z Ziemi 

w zalutowanej  puszce  przechowały  się doskonale  przez tyle 
lat   w   suchym,   chłodnym   mroku   pieczary-magazynu.   Twarz 

kobiety   robi   się   w   uśmiechu   jeszcze   bardziej   zmęczona   i 
stara,   pomarszczone   ręce   drżą   leciutko,   kiedy   odnajdują 

wyszczerbiony   spodek.  Vián  kładzie   na   spodku   kilka 
sardynek,   zalewa   je   złotym,  pachnącym   olejem.   Później 

wynosi   spodek   przed   dom,   stawia   go   tuż   przed   stopniem 
werandy   i   cofa   się,   zza   uchylonych   drzwi   obserwuje 

przyczajone zwierzę, które węszy długo, zanim czyni pierwszy 
krok.

Kot podkrada się do werandy, na ułamek sekundy znika za 

brzegiem   stopnia.   Po   chwili   czmycha   ku   ruinom   domu 

Endersonów,   niesie   w   pysku   sardynkę,   potrząsa   głową   - 
pryskające na boki kropelki tłuszczu migają w słońcu jak iskry, 

nim spadną na ziemię.

Vián nie odchodzi od drzwi. Czeka, patrzy - zwierzę pojawia 

się   znowu,   oblizuje   pysk,   podchodzi   już   wolniej   i   wolniej 
ucieka. A potem wszystko zamiera w bezruchu...

Vián,  nawet   utożsamiając   się   z   Braggiem,   nie   mogła   do 

końca przeniknąć całej  jego pamięci  - z ludźmi zawsze  jest 

tak,   że   wiedząc   wiele,   niczego   nie   wiedzą   do   końca.   Gdy 
pomyślę,   że   przez   nich   i   każdy   z   nas   mógł   stać   się   tylko 

potworkiem, skazanym na stopniowaną powierzchowność...

Zaczynam   rozumieć,   skąd   bierze   się   ludzki   wszechczas   - 

moment,   w   którym   każdy   człowiek   widzi   swoje   życie   jako 
całość,   a   nie   jako   uciekłe   w   przeszłość   etapy.   Myśl,   obraz, 

zapamiętane   słowo   to   nowa   dróżka   wytrasowana   na   mapie 
mózgu,   utrwalona   bioelektrochemicznym   przebiegiem, 

mikrowoltami impulsów. A śmierć to stan ostatniego alarmu. 
To   gwałtowne,   rozpaczliwe   szukanie   ratunku,   próba 

znalezienia   choć   jednego   precedensu   sytuacji   w   całym 
przebiegu życia, we wszystkim, co ludzie upychają codziennie 

w   głębi   podświadomości.   Dorobili   do   wszechczasu   całą 
skomplikowaną mistykę, symboliczne labirynty  i alegoryczne 

kule   utkane   z   abstrakcyjnego   dobra   i   kuszących   promieni. 

background image

Czysto   zwierzęcej   reakcji   obronnej   swoich   organizmów 
narzucili stygmat i rangę boskości, nadistnienia, doskonalenia 

się w procesie duchowej ewolucji. Ale bez tego wszystkiego nie 
byliby   ludźmi   -   podejrzewam,   że   człowiek-   jednostka   i 

człowiek- społeczność są - każde na swoją miarę - jednakowo 
zarozumiali i próżni. A jest to dla nich samych niebezpieczne 

tym   bardziej,   że   nigdy   się   o   próżność   tak   naprawdę   nie 
podejrzewają. Tylko nieliczni z nich i to jako jednostki zaledwie 

- mogą sobie własną zarozumiałość podświadamiać. Lecz na 
pewno   do   tych   jednostek   nie   należy   profesor   Ulanoff   -  zbyt 

wysoko ceni sam siebie, zbyt długo szermował pojęciem dobra, 
żeby móc je ocenić. Choć oczywiście pewny jest tego, co czyni, 

zamyka swoje credo wiarą w doskonalenie człowieka.

Profesor Ulanoff jest szczęśliwy - uosobienie jego ideału to 

pilot   Bahran.   Astropilot   niemal   doskonały.   Wytrenowane 
mięśnie ma wytrzymalsze od stali, wytrenowany mózg włącza 

lub   wyłącza   zależnie   od   potrzeby,   umie   przyswajać   energię 
słonecznych promieni. Tylko jednej rzeczy jego organizm nie 

znosi - radioemisji gamma. Dlatego prawie doskonałe szczęście 
profesora wciąż jeszcze nosi maleńką skazę niedopełnienia.

Pilot  Bahran   w  swoim   skafandrze   przetrwał   półroczny   test 

osamotnienia na orbicie!

Pilot   Bahran   jako   pierwszy   człowiek   wylądował   na 

dosłonecznej stronie Merkurego!

Pilot Bahran lubi lecznicze kąpiele w ciekłym helu!

  Pilot   Bahran   wygrywa   każdą   grę   strategiczną   z   super-

mózgiem!

Pilot Bahran nie może wejść do wnętrza reaktora... 

Pilot  Bahran   bardzo   nie   lubi   sprawiać   przykrości   swojemu 

profesorowi. Ergo - poszukiwanie trwa.

Profesor   uśmiecha   się   z   nadzieją   -   Bahran   podsunął   mu 

wczoraj   bardzo   obiecujący   pomysł   założenia   w   instytucie 

oddziału kosmopediatrii.

Drzemiący nad swoim kieliszkiem, gorzko uśmiechnięty Gorgo 

Plaumens nie wie, że za parę dni zacznie uśmiechać się błogo.

background image

Laaster   piętą   zatrzaskuje   drzwi   pokoiku,   jednocześnie 

wyciąga ku Braggowi dłonie, w których trzyma szklanki. Bragg 

odbiera mu jedno naczynie, przechyla butelkę, szybko podnosi 
szklankę do ust. Dopiero potem nalewa winiak do szklaneczki 

Laastera.   I   znowu   do   swojej.   Nalewa   patrząc   uważnie, 
marszczy brwi, słucha cichego bulgotu w szyjce butelki. Nagle 

podnosi głowę.

- No? - rzuca pytająco.

Laaster milczy przez chwilę, sączy winiak drobnymi łykami, 

miesza go ze śliną na języku.

Przez chwilę ma ochotę plunąć Braggowi w oczy, ale nie... Nie 

zabija się kury, która znosi złote jajka. Dlatego Laaster milczy 

tylko   krótką   chwilę.   Wreszcie   zaczyna   mówić   powoli,   z 
namysłem: - Myślę, że trzeba mi będzie jeszcze paru miesięcy. 

Jeden raz to właściwie nic nie znaczy. Za mało, żeby jej stawiać 
jakiekolwiek warunki. Tym bardziej, że musiałem ją upić.

Bragg krzywi usta z pogardą, rzuca sucho: - Ile?
-  Przynajmniej   tyle   samo,   co   za   pierwszym   razem   -   ton 

Laastera brzmi zdecydowanie i rzeczowo.

-  Nie   dam   więcej,   niż   na   początku   ustaliliśmy   -   Bragg 

jeszcze   mocniej  ściąga  brwi,   uważnie   patrzy  przez  wilgotne 
dno   szklanki.   -   Była   mowa   o   dwustu   tysiącach   -   ostatnie 

słowa mają dźwięk i sens przypomnienia, w którym starannie 
ukrywa się nie dopowiedziana groźba.

- Moje ryzyko... - Laaster lekko wzrusza ramionami.
- Chce pan resztę kwoty czy znowu zaliczkę?

- Wszystko jedno.
- W porządku - mruczy Bragg. - Załatwimy od razu.

Laaster   spokojnie   czeka,   aż   Bragg   wypełni   odpowiednią 

rubrykę   na   plastykowym   świstku,   zabezpieczy   i   schowa 

elektryczne pióro do kieszeni. Potem bierze czek do ręki - seria 
impulsów zmieniła miejscami kolor metalizowanego tworzywa, 

ułożyła ciemne plamki w kształt sześciu cyfr: jeden - osiem - 
zero - zero - zero - zero.

- Okay - stwierdza, potem mruczy ni to do Bragga, ni to do 

background image

siebie: - Oczywiście nikt tego czeku nie zaprotestuje...

Twarz Bragga czerwienieje na moment, szczęki zaciskają się 

gwałtownie, pięść podnosi...

Mężczyzna   opanowuje  się,  wyciąga   coś  z   kieszeni,  rzuca   w 

stronę Laastera.

- Potwierdzenie stanu konta - zgrzyta.

-  Okay   -   Laaster   spokojnie   odrzuca   Braggowi   płytkę 

metaloplastu,   oznaczoną   symbolem   unibanku.   -   Lubię 

ryzyko, ale nie za duże... 

Złość   Bragga   mija,   na   jego   twarz   wyłazi   jeszcze   nieśmiały 

uśmiech. Taki  sobie ani przyjacielski, ani  serdeczny, ani zły. 
Obojętny i nijaki znak wzajemnego zrozumienia.

- Ja też nie lubię nadmiernego ryzyka. Dlatego będzie mnie 

pan   nadal   osobiście   -   słowo   „osobiście”   brzmi   jak 

obwiedzione grubą krechą - co tydzień informować o rozwoju 
sytuacji. No...

- Bragg pochyla się do Laastera, wychlustuje część winiaku 

do jego szklanki, resztę wlewa do swojej.

-  Kiedy   on   zdążył   wychlać   całą   butelkę?   -   Laaster 

zastanawia   się   cicho,   później   pyta:   -   Taak,   to   kiedy 

zaczynamy komedię? Z tym wyrzucaniem mnie z pańskiego 
domu?

-  Ma pan rok. Ona studiuje indywidualnym kursem. Aha! 

Chyba   wcale   nie   byłoby   głupie,   gdyby   jej   pan   trochę   tę 

zabawę utrudnił. Albo w ogóle namówił do przerwania nauki.

-  Zbyt   ryzykowne   -   mówi   Laaster   i   znowu   czuje,   że   ślina 

sama zbiera mu się na język. - Ty w mordę... - myśli.

- Dlaczego?

- Chyba zna ją pan lepiej niż ja - Laaster pogardliwie krzywi 

usta. - Wszystko musi wyglądać na przypadek.

- Taak - mruczy Bragg półgłosem. - W porządku, może pan 

iść: Spotykamy się tu za tydzień o tej samej porze.

-  Dobrze... - Ninch’ pochyla się, stawia szklankę z resztką 

alkoholu   na   podłodze,   przez   moment   zastanawia   się,   czy 

Bragg po jego wyjściu wypije i to, co po nim zostało. Wstaje, 
przeciąga się leniwie, mówi: - Pojadę przed panem. Już mam 

piekielnie mało czasu do spotkania - nie czeka na odpowiedź, 

background image

obraca się do drzwi i pośpiesznie wychodzi.

Bragg   wstaje   również,   robi   dwa   kroki,   podnosi   z   podłogi 

szklankę Laastera. Przez chwilę niezdecydowanie kołysze nią, 
waży ją w dłoni. Potem gwałtownie wylewa alkohol na dywan, 

ciska puste naczynie o ścianę.

Złość   znowu   mija   mu   tak   szybko   i   nieoczekiwanie,   jak 

przyszła.   Bragg   wychodzi,   zostawiając   otwarte   drzwi,   przez 
krótki   korytarzyk   przechodzi   do   baru.   Opiera   się   łokciem   o 

kontuar, oczyma pokazuje barmanowi butelki, a później znad 
podsuniętego kieliszka długo i tępo gapi się na różnokolorowe 

etykiety.

Leo   Blitzmacher   spokojnie,   metodycznie   czyści   dawno   nie 

używany   detor,   wszystkie   metalowe   części   mechanizmu 
spustowego   przeciera   szmatką   i   oliwi   na   nowo,   potem 

czujnikiem   sprawdza   kolejne   obwody   generatora   fali.   Leo   - 
podobnie jak i konstruktorzy detora - nie wie, dlaczego detor 

działa,   jaki   jest   charakter   emisji   wymuszanej   przez 
wzmocniony impuls elektryczny z piezoelementu, powielanej i 

ostatecznie   kształtowanej   w   zblokowanych   obwodach.   Co 
więcej - wcale mu tych wiadomości nie potrzeba - interesuje go 

tylko niezawodność broni.

Leo kilkakrotnie przesuwa w obie strony blok bezpiecznika, 

sprawdza   regulator   rażenia.   -   Dobra   broń   -   myśli.   -   Mimo 
wszystko to jest bardzo dobra broń. Cicha i wygodna. 

Właściwie detor przy swoich zaletach ma tylko jedną wadę. 

Nie można go ustawić na strzelanie seriami, bo każdy wybuch 

wymaga   odrębnego   impulsu   podanego   na   wejściu 
wzmacniacza.   Oczywiście   można   byłoby   zamiast   spustu 

zamontować generator drgań mechanicznych, ale to osłabiłoby 
celność strzałów, a za to dwukrotnie podwyższyło zawodność, 

nie mówiąc już o zwiększeniu ciężaru. Rezonatory montuje się 
tylko   przy   działkach   policyjnych.   A   Leo   Blitzmacher   jest 

człowiekiem   skromnym,   który   wcale   nie   ma   zbyt   wielkich 
wymagań.   Z   zadowoleniem   patrzy   na   wynik   pomiaru 

ostatniego obwodu, potem szybko składa detor.

background image

Odbezpiecza go, podchodzi do uchylonego okna, sprowadza 

regulator do pozycji minimum, naciska spust - słabiutki błysk 

zdezintegrowanego powietrza za oknem upewnia go, że broń 
jest w idealnym porządku. Leo zabezpiecza ją starannie, przez 

chwilę pieszczotliwie gładzi opuszkami palców rubinową lufę, 
potem   chowa   detor   do   kabury.   Podchodzi   do   regału   -   za 

kilkoma   wyjętymi   z   półki   książkami   ukazuje   się   sprytnie 
zamaskowany schowek. Leo nie zapina kabury na zatrzaski, a 

drzwiczki   schowka   obraca   na   zawiasach   tak,   żeby   dokładnie 
przylegały   do   ściany.   W   otwartą   wnękę   wpycha   kaburę   z 

detorem,   starannie   ustawia   książki   -   teraz   w   razie   czego 
wystarczy tylko wyjąć najgrubszą z nich.

Bo Leo Blitzmacher jest bardzo mądrym człowiekiem i wie, że 

kandydatom   na  radnych   nie  mówi   się  całej   prawdy.  Bo  Leo 

Blitzmacher   wcale   nie   uważa,   że   broń   to   tylko   zabawka   dla 
debili.

Jeszcze   przez   pół   godziny   po   rozmowie   z   Ulanoffem 

prezydent   jest   tak   wzburzony,   że   niemal   biega   po   swoim 

gabinecie, zapominając o czekającym Jensenie. Opracowany i 
przedstawiony   przez   profesora   pomysł   Bahrana   chwilami 

wydaje   się   prezydentowi   czymś   tak   koszmarnym,   że   aż 
nierealnym. Lecz z drugiej strony argumenty  naukowca były 

nie   do   podważenia,   a   wyliczone   przez   zespół   rządowych 
komputerów prawdopodobieństwo powodzenia planu zaledwie 

o   dwadzieścia   dziewięć   setnych   mniejsze   od   jedności. 
Prezydent uspokaja się, chodzi coraz wolniej, wreszcie siada za 

biurkiem. - Tak - myśli - pod tym względem Ulanoff ma rację. 
Przyszli zdobywcy przestrzeni powinni zaczynać trening w jego 

instytucie jak najwcześniej. A może spytać Jensena?

Nie... - prezydent marszczy czoło. - Lepiej, żeby nie wiedział 

za dużo. Ostatecznie, diabli wiedzą, co za jeden...

Słychać   ciche,   nieśmiałe   pukanie,   potem   przez   lekko 

uchylone drzwi wsuwa się głowa sekretarza.

- Panie prezy...

Głowa   znika,   drzwi   otwierają   się   szeroko,   Olaf   Jensen 

background image

spokojnie   wchodzi   do   gabinetu,   odepchnąwszy   sekretarza. 
Prezydent uśmiecha się przelotnie, widząc gniew zmieszany z 

uniżonością   na   twarzy   potrąconego   urzędnika.   Czeka,   aż 
sekretarz zamknie drzwi, potem mówi cicho: - Hmm, Jensen. 

Wydaje mi się, że od dziś ma pan nowego wroga. Czy to trochę 
nie za wiele? 

Olaf lekceważąco macha ręką.
- Jeden więcej, jeden mniej... Ważne, że chyba wpadłem na 

najlepsze rozwiązanie. Będzie dobre przez parę najbliższych 
miesięcy,   a   to   da   dodatkowy   czas   na   obmyślenie   nowego 

sposobu.

Oczywiście sprawę wprowadzenia kalsterów do użytku i tak 

warto przeciągnąć jak najdłużej...

- Zaraz, zaraz... Niech pan mówi po kolei.

-  W   porządku.   A   więc   kiedy   już   nawet   dojdzie   do 

rozpowszechnienia kalsterów, będzie czas na badanie reakcji 

tłumu i dostosowanie się do sytuacji.

-  Ale   jak?   No   niechże   pan   gada!   -   prezydent   zrywa   się   z 

fotela, szybko okrąża róg biurka, staje przed Jensenem.

-  Bardzo   prosto.   Wystarczy,   że   unibank   zmieni   system   z 

miesięcznego  na  trzymiesięczny.   To   da  się   łatwo  uzasadnić 
pracochłonnością   operacji   przy   nanoszeniu   stanu   kont   na 

poszczególne   kalstery.   A   poza   tym...   -   Jensen   na   ułamek 
chwili zawiesza głos - a poza tym trzeba kodować stan konta 

brutto.   Przy   nowym   systemie   powinno   to   dać   co   najmniej 
rok, zanim się ludzie we wszystkim połapią.

Prezydent” milczy. Przez dłuższą chwilę patrzy w ścianę tępo i 

głupio. Potem prostuje się nagle, klepie Jensena z rozmachem. 

Kilkakrotnie   wali   go   w   plecy.   -   Niee   -   przeciąga,   twarz   mu 
czerwienieje. Krztusi się od śmiechu. - Nie. Jensen! To po tym 

pańskim   koncernie   chyba   najgenialniejszy   pomysł!   I   kto   by 
pomyślał, że to przecież takie proste... Słowo daję, że zarabia 

pan   na   pomnik.   Ale,  ale...   -   poważnieje   nagle.   -   Taki   kawał 
musi być utrzymany w najściślej szej taj emni cy.

- Nie ma obawy - Jensen wzrusza ramionami. - Człowiek, z 

którym rozmawiałem, nie żyje z państwowej pensyjki.

-  Chyba  że   tak...   -  prezydent  oddycha   swobodniej,  znowu 

background image

zaczyna się śmiać. Odprowadza Jensena aż za próg gabinetu i 
jeszcze długo śmieje się serdecznie. Co wcale nie przeszkadza 

mu   dostrzec   ponurego   spojrzenia,   jakim   sekretarz   obrzucił 
plecy wychodzącego Olafa.

Przez całą powrotną drogę Laaster czuje się lekko i wesoło - 

sto osiemdziesiąt tysięcy to przecież energii do cholery i trochę. 

Ninch’   z   wdzięcznością   myśli   teraz   o   Blitzmacherze   -   to   on 
skierował Bragga właśnie akurat tam, gdzie było trzeba. Ale... - 

twarz Laastera posępnieje nagle.

W   zamian   za   to   trzeba   będzie   dotrzymać   choć   części 

umowy.   Gdyby   coś   poszło   nie   tak,   jak   należy,   i   gdyby 
wyprawa   doszła   do   skutku,   trzeba   będzie   razem   z  Vián 

polecieć - Laaster gwałtownie kuli się w rozdygotanym fotelu.

Na szczęście rast zwalnia szybko, staje - Ninch’ zrywa się, 

wyskakuje z kabiny. Teraz nie ma czasu na strach. Spogląda 
na   zegarek,   klnie,   zaczyna   biec   -   za   dziesięć   minut  Vián 

wyjdzie   przed   bramę   uczelni.   Laaster   stara   się   oddychać 
miarowo   w   rytm   wydłużonych   kroków   i   na   pewno   tylko 

dlatego nie może zastanowić się, czy biegnie zarabiać na te 
sto   osiemdziesiąt   tysięcy,   czy   dlatego,   że  Vián  mogłaby   na 

niego nie poczekać. 

Nie   zwalnia   nawet   wtedy,   kiedy   widzi   ją   stojącą   w   cieniu 

bramy i rozglądającą się uważnie po ulicy. Jakoś nie ma ochoty 
na stare, wypróbowane metody. Zresztą czuje, że akurat w tym 

wypadku   mógłby   się   przeliczyć.   -   No   i   dobrze   -   myśli.   -   Po 
ostatniej  nocy  powinna teraz  zobaczyć, że  mi trochę  na niej 

zależy...

Vián  zła   jest   na   samą   siebie   za   ten   wyraz   niepokoju   na 

twarzy,   który   poczuła   nie   widząc   przed   bramą   czekającego 
Laastera. - Niech nie myśli, że mi na nim zależy. Zaraz sobie 

pójdę... - mruczy buntowniczo. Teraz jednak wcale nie żałuje 
pięciu   minut   czekania.   Szybko   wspina   się   na   palce,   całuje 

zaczerwieniony od biegu i upału policzek Laastera, uśmiecha 
się   łagodnie   i   czule.   -   Niepotrzebnie   biegłeś   -   mruczy, 

przytulając na ułamek sekundy głowę tam, gdzie pod żebrami 

background image

łomocze   jeszcze   rozpędzone   serce.   -   I   tak   bym   czekała...   - 
Masz   -   wyławia   z   torby   złożoną   we   czworo   chusteczkę.   A 

kiedy Laaster nie wyciąga dłoni, rozwija ją sama, ociera pot 
ściekający z czoła i skroni mężczyzny aż na szyję.

-  Przepraszam...  -  dyszy  Ninch’.  - Załatwiałem  dziś  dobry 

interes,   ale   zajęło   mi   to   więcej   czasu,   niż   myślałem...   - 

wyciąga czek, tryumfalnie powiewa nim w powietrzu, lecz nie 
pokazuje go Vián z bliska. A nuż ona zna pismo Bragga?

Vián  zerka   na   plastykowy   świstek   obojętnie,   starannie 

składa i chowa chusteczkę. Uśmiecha się.

- Niepotrzebnie biegłeś... - powtarza.
Laaster   przeczy   tylko   ruchem   głowy   -   wie,   że   słów   nie 

powinno   być   za   dużo.   Na   ułamek   sekundy   niemal,   na 
króciutką   chwilę   obejmuje   plecy  Vián  ramieniem,   obraca 

lekko - idą obok siebie spokojnie milcząc jak starzy i dobrzy 
przyjaciele.

Piętnaście minut później wchodzą razem do hotelu. A kiedy 

drzwi windy powoli zamykają się za ich plecami, odprowadza 

ich długie spojrzenie recepcjonisty. I domyślny uśmiech, który 
twarzy człowieka nadaje wygląd mocno wyżętej ścierki.

Rozdział 11

Tego dnia Gorgo Plaumens będzie wyjątkowo zadowolony i 

wesoły - wtoczy się do redakcji potrząsając uniesioną butelką, 

odtańczy wokół swojego biurka dziki taniec pijanego szczęścia.

Nagle ktoś mocno klepnie go po ramieniu.

- Szefie! - Gorgo obróci się, jeszcze bardziej rozpromieni, w 

jeszcze szerszym uśmiechu pokaże żółte zęby, z rozmachem 

uniesie butelkę aż nad łysą głowę naczelnego. - Szefie, mam 
syna! Od dziś upijam się na wesoło!

Gorgo Plaumens tańczy i pije, bo jeszcze nie wie, że za rok 

jego synek zniknie z domu w okolicznościach tak tajemniczych, 

że mimo przewlekłego dochodzenia policji nie uda się odnaleźć 

background image

dziecka ani nic wyjaśnić.

Gorgo Plaumens nie wie również i tego, że za rok zniknie nie 

tylko jego synek.

Człowiek długo patrzy w ziemię, potem przeciąga się leniwie i 

uśmiecha ponuro - może powiedzieć, że właściwie  zakończył 
robotę.   Teraz   wali   się   na   miękką   trawę,   układa   wygodnie, 

wpycha ręce pod głowę. Człowiek czeka na zachód słońca. Na tę 
chwilę, w której niebo pociemnieje aksamitnie i purpurowo. Na 

ostatnie, skośne promienie, które uderzą w bok wyprofilowanej 
skały, wyzwolą z niej śpiewny, długi jęk i strumienie tęczowego 

blasku,   które   ostro   chlasną   mroczne   powietrze,   przebiją 
skotłowane chmury, złamią się bezsilnie na granicy jonosfery, 

wypełnią   rozproszonym   migotaniem   kontury   gigantycznego 
symbolu - pomnika.

Symbolu, który zostanie na tym niebie nawet wtedy, kiedy już 

żadnego człowieka wcale tu nie będzie.

Człowiek   nie   widzi   efektów   swojej   katorżniczej   pracy   -   za 

blisko jest ziemi. Widzi tylko krwisto mrugającą gwiazdę, która 

zatacza łagodny łuk, wpada tam, gdzie powinny znajdować się 
wyzywająco wypchnięte w kosmos biodra i rozchylone leniwie, 

opalizujące uda. Człowiek zaciera ręce z mściwą satysfakcją - 
niech choć przez te pół godziny zachodu co dzień byle śmieć z 

kosmosu   rozdziera   ciało   olbrzymiej   dziwki,   uwiecznionej   w 
starannie wyliczonej, świetlistej aureoli cowieczornej projekcji. 

Właśnie wtedy, gdy rozbudzone kryształy płaczą śpiewnie, gdy 
w   mózgu   człowieka   budzą   lawinowy   tok   swobodnie 

kontrolowanych   skojarzeń,   kiedy   abstrakcjom   nadają   kształt 
realnego obrazu, a pojęciom płynną elastyczność.

Mężczyzna  śmieje się  drwiąco   i cicho,  mruży  oczy  - ludzie 

szukają   dróg   przez   czasy   i   przestrzenie,   usiłują   włazić   w 

wymyślane   przez   siebie   wymiary,   próbują   krzyżować   proste 
równoległe w zwichrowaniu próżni kolapsami, wpadają w infra 

- albo hiperprzestrzeń z nadzieją, że uda im się łby wychylić po 
drugiej stronie wszechświata. A kiedy już nic im się nie udaje, 

wtedy   poufale   klepią stwórczy   kosmos  po  ramieniu,  usiłując 

background image

odnaleźć go w sobie. Tępe gały wbałuszają do środka swoich 
mózgów i myśli, a kiedy nic nie mogą zobaczyć, wtedy wołają: 

„Oto   dowód,   że   mamy   cały   kosmos   w   duszy!”   Człowiek   z 
nieokreślonym żalem patrzy na stopniowe blakniecie ostrych, 

tęczowych promieni, widzi ostatnie płomyki blasku pełgające 
nad skałą. Potem znowu wraca wzrokiem do nieba i z tępym 

zainteresowaniem   gapi   się   na   krwistą   gwiazdę,   która   coraz 
wolniej spada.

Człowiek   przymknął   oczy;   więc   nie   widzi,   że   spadająca 

gwiazda rośnie amarantowiejąc i żółknąc stopniowo. Nie widzi 

również   momentu,   w   którym   jej   blask   gaśnie.   Człowiek 
uśmiecha się przez sen do nieba ponuro - od kilku lat przygasał 

jak gwiazda, czuł się samotny i stary, nawet sobie samemu do 
niczego niepotrzebny. Bo nie wiedział, że jeszcze jest ktoś, kto 

umiałby go i chciał ciągle kochać. Dla kogo nie był nigdy ani 
mitem,   ani   nawet   symbolem   niepotrzebnie   uwznioślonej 

tragedii   -   wymiar   ludzkich   nieszczęść   zawsze   powinien 
pozostawać ludzki.

Człowiek,   który   sam   siebie   skazał   na   katorgę   i   odległy 

pomnik, śpi. Śpi cicho nie wiedząc, że właśnie odnalazł go ktoś 

młody   i   zbuntowany,   dla   kogo   każdy   nazbyt   wyświechtany 
symbol   nosi   znamiona   groteski   albo   nadużycia.   Człowiek 

pamiętał kiedyś, że ma dziecko - ale już dawno zaprzeczył je w 
sobie jak niewierną żonę czy fałszywy weksel. Dlatego jeszcze 

może spać spokojnie.

Gazela   II   podkrada   się   do   drugiej   planety   jak   złodziej 

ostrożnie. Jakby kapitan nie chciał budzić śpiącego człowieka.

Vián za plecami Laastera siedzi w sterowni i uśmiecha się z 

zadowoleniem   -   dopięła   swego,   doprowadziła   do   startu 
wyprawy. - Gdyby nie Laas... - myśli - nigdy chyba by  nas 

tutaj nie było.

No i gdyby nie tamto... - uśmiech Vián na moment staje się 

zły, przebija z niego obrzydzenie. - Ale musiałam... Przecież 
musiałam...   -  myśli   tak,   jakby   załamywała   dłonie,  wyginała 

palce mocno aż do bolesnego chrupnięcia wszystkich stawów. 
I   z   niemą   prośbą   patrzy   na   tył   głowy   Laastera.   -   Ty 

zrozumiałbyś   mnie   na  pewno...   -   myśli.   -   Laas,   ty   przecież 

background image

wiesz,   ile   dla   mnie   znaczyło   zorganizowanie   tej   wyprawy. 
Nawet za wszelką cenę...

Nie jest jednak zbyt pewna jego zrozumienia - dlatego uparcie 

milczy, dlatego z mimowolnym obrzydzeniem stara się coraz 

rzadziej   wspominać   tamtą   noc   z   Lusinem.   -   Bydlak   -   myśli 
mściwie.

-  Świńska   świnia.   Kazał   mi   siedzieć   w   poczekalni   przed 

swoim gabinetem prawie całą godzinę, żeby sobie spokojnie 

móc tamtą smarkulę...

Vián cieszy się z tej wyprawy. Cieszy się bardzo - ale jednak 

czuje, że jest to radość dokładnie zmieszana z nieprzyjemną 
goryczą.  Vián  już   potrafi   nazywać   to,   o   czym   inni   boją   się 

bodaj i pomyśleć - pod tym jednym względem wcale nie różni 
się od Olafa Jensena czy Leo Blitzmachera.

I gdyby mogła wypluć z siebie to wszystko...
Vián  siedzi,   starając   się   nie   myśleć   o   niczym;   patrzy   na 

spokojne,   precyzyjne   ruchy   rąk   Laastera,   na   jego   szerokie 
ramiona, ciasno opięte srebrzystym skafandrem.

Ninch’   powoli   przechodzi   na   prędkość   podświetlną. 

Metodycznie   dubluje   autopilota   przy   włączaniu   kolejnych 

programów,   swoje   oczywiste   opóźnienia   o   ułamki   sekund 
względem   automatu   kwituje   krótkimi,   niemal 

niedostrzegalnymi   kiwnięciami   głowy.  Jak  na  razie   wszystko 
jest jeszcze w porządku - szybkość jego reakcji nadal mieści się 

w granicach przewidzianego  błędu. Zresztą przy programach 
dotyczących   próżni   wszystkie   marginesy   są   jeszcze   dość 

szerokie.

-  Gorzej będzie z lądowaniem... - myśli Ninch’, na ułamek 

chwili przymykając oczy.

Wie, że ze zmianą prędkości kosmolotu w okolicy alfy Capella 

dyskretnie   zjawi   się   nowa  rozpędzona   gwiazdka.   Najpierw 
będzie   ciemnopurpurowa,   potem   krwistoczerwona,   później 

pożółknie   i   zgaśnie   aż   do   tej   chwili,   kiedy   wejdzie   w 
atmosferę   planety   i   buchnie   z   niej   bladobłękitny   płomień 

silników hamowniczych. - Gdyby  Vián  wiedziała, co czuję w 
tej chwili... - Laaster obraca się, rzuca dziewczynie uśmiech 

przelotny jak nieobecne spojrzenie

background image

- ... nie siedziałaby teraz tak spokojnie.
Ale   przecież   musiał   wreszcie   zgodzić   się   na   udział   w   tej 

wyprawie. Ciągle bał się, że Bragg tam na Ziemi zdenerwuje 
się w końcu i wynajmie kogoś innego, dla kogo  Vián  będzie 

tylko rozmazaną plamą na przedłużeniu lufy. I miał dość, dość 
aż po usz y tych codziennych niedomówień i kłamstw. A kiedy 

ponadto  przyszła  jeszcze  tamta  noc,  spędzona w  Haelle   pod 
willą Lusina...

Wtedy   Ninch’   zrozumiał   ostatecznie,   że   dalsze   stwarzanie 

przeszkód nie ma sensu. Że Vián prędzej zmieni się w dziwkę, 

niż   z   wytkniętego   sobie   celu   zrezygnuje.   Bo   Laaster   Erie 
Ninch’   nie   wiedział   i   nie   wierzył,   że   dziwka   to   prawie   tyle 

samo co charakter. Ale wiedział za to na pewno, że wierna 
dziwka to ta, która kogoś naprawdę kocha. Ergo - dziwką być 

przestaje. - Bumse, also ich bin... - pomyślał uśmiechając się 
ironicznie.   I   w   tej   samej   chwili   na   tle   pociemniałej   tarczy 

planety   zobaczył   promienisty   miraż   -   wygięte   jak   tęcza 
świetliste   ciało   kobiety,   która   z   rozkoszy   głowę   odrzuciła 

między   ramiona   do   tyłu,   bladobrązowo   opalizujący   brzuch 
nadstawiła   słońcu   i   ustom,   w   radosnym   spazmie   już   nie 

ludzkiej,   a   zwierzęcej   rozkoszy   wycelowała   podbrzusze   w 
kosmos, w stronę odległej, niewidocznej Ziemi. Tak, że każdy 

astrolot wchodzący do układu Capelli po promieniu z Sol G2-
V musiał wpaść między drżące, roztęczone uda.

Laaster   usłyszał   za   swoimi   plecami   cichy,   gwałtowny 

przydech;   obejrzał   się   i   szybko   wbił   spojrzenie   w   pulpit 

sterowniczy   ponownie   -   na   twarzy  Vián  zobaczył   wierne 
odbicie   tamtej   nieprzyzwoitej   wizji.   I   jednocześnie   upewnił 

się, że to, co widzi, nie może być halucynacją - nie ma snów 
śnionych   pospołu.   -   Nawet   jeśli   to   jest   tylko   miraż...   - 

pomyślał.

- Nawet jeśli to jest tylko miraż... - usłyszał - ... to dowód, że 

tu muszą być ludzie - ostatnie słowo brzmiało tak, jakby Vián 
mówiąc „ludzie”, pomyślała: „człowiek” - Tak, tu musiał być 

człowiek - przytaknął. - Ale na wszelki wypadek przeczekamy 
parę dni na orbicie. Wcale mi się to nie podoba...

-  Dlaczego? -  Vián  wyrwała się z fotela, pochyliła się nad 

background image

Laasterem,   zajrzała   mu   w   twarz.   -   Przecież   to   najlepszy 
dowód...   -   umilkła   niepewnie,   kiedy   Ninch’   przecząco 

pokręcił głową mrucząc: - Dowód albo nie dowód. Zrobienie 
czegoś takiego na pewno jest ponad siły jednego człowieka. A 

nawet   gdyby   tu   było   wielu   ludzi,   zdolnych   do   wspólnego 
działa nia, to i tak zbiorowy obłęd śmiało możemy wykluczyć.

- Dlaczego? -  Vián  pochyliła się jeszcze bardziej. - Przecież 

na Ziemi...

-  Do   cholery!   Ziemia,   Ziemi,   Ziemią...   To   gówno,   a   nie 

żadna miara! W kosmos może latają romantyczni głupcy, ale 

nie   cyniczni   debile.   Tu   nie   wystarczy   zaświecić   ludziom   w 
oczy byle błyskotką. Dla pieniędzy to robili? Dla idei? Bzdura! 

-   oszołomiona   wybuchem   Laasa  Vián  słuchała   cicho.   - 
Zrozum,   dziewczyno   ...   -   ton   mężczyzny   złagodniał 

niespodziewanie   -   ...   to   może   być  coś   o   wiele   gorszego   niż 
kolonia zwariowanych ludzi. I dam głowę za to, że gdzieś na 

tej   planecie   znajdziemy   na   pewno   doskonały   kosmodrom. 
Albo   nawet   kilka   czy   kilkanaście   pięknych,   wygodnych 

kosmodromów...

-  W   tym   coś   może   być...   -   trzeci   głos   zmusił   Laastera   i 

dziewczynę   do   obrócenia   głów.   -   Mam   nadzieję,   Ninch’,   że 
zastanowisz   się   ze   cztery   razy,   zanim   na   czymś   takim 

wylądujesz.

-  Masz rację, Bolc - Laaster uśmiecha się do mówiącego. - 

Zastanowię   się   co   najmniej   cztery   razy.   A 
najprawdopodobniej wyląduję daleko od tego świństwa. 

-  To też może być niebezpieczne. O ile dobrze rozumiem, 

zakładasz, że ktoś lub coś tutaj - nazwijmy to czynnikiem X - 

umie odczytywać ludzkie myśli. A w takim razie umie również 
przewidzieć, że każdy normalny człowiek będzie się trzymać 

od czegoś takiego z daleka.. Ale patrz! Na ekran, idioto!

-  Znika...   -   szept  Vián  jest   tak   słaby,   jakby   ktoś   mógł   ją 

usłyszeć aż tam, na planecie.

- Poczekamy. Może zjawi się znowu?

- Co? - czwarty głos od drzwi.
-  O, Jobbick! Jakiś nierealny miraż... - trójgłosowy chór. - 

To była kobieta. Naga kobieta zrobiona z tęczy...

background image

- Nie śniło się wam? - Jobbick śmieje się złośliwie.
-  Idiota!   -   jednogłośne   oburzenie   jest   tak   gwałtowne   i 

szczere,   że   Jobbick   milknie,   jeszcze   tylko   warczy   cicho:   - 
Kobieta...

-  Chłopcy! -  Vián  prostuje się raptownie. - Przecież mamy 

kamery!

Laaster   wgniata   przycisk   cofania   taśmy.   Po   chwili   włącza 

normalny bieg - przez parę sekund ekran pozostaje martwy; i 

nagle   wybucha   na   nim   czarny   błysk.   -   Jesteśmy   na   granicy 
światła... - Ninch’ mruczy cicho. - Zaraz sam zobaczysz...

Przez pół godziny autopilot sam prowadzi hamującą Gazelę - 

wszyscy   ludzie   w   sterowni   milczą,   połykają   oczami 

niesamowite zjawisko.

Potem   w   sterowni   zapada   cisza,   kiedy   Laaster   na   tablicy 

autopilota   odszukuje   przycisk   z   napisem:   „Awaryjne 
hamowanie”.

- Włącz alarm! - suchy rozkaz budzi Vián z odrętwienia. Po 

sekundzie wszystko na statku brzęczy i zawodzi przenikliwie, 

płaczą wszystkie grodzie, podłogi i ściany, światła przygasają 
i błyskają nieregularnie, zmiennokolorowym blaskiem. Jakby 

cały   statek   stękał   z   ogromnego,   niemożliwego   wysiłku, 
rzygając w kosmos przed sobą potężnymi strugami płomieni. 

Wyszarpnięci   ze   snu,   oderwani   od   pracy   ludzie   tupią   w 
korytarzach, pośpiesznie dopinają skafandry, wciskają głowy 

w dygoczące hełmy.

- Wy też. Hełmy, do cholery!

Bolc,  Vián  i Jobbick przytomnieją raptownie, do sterowni 

wpadają pierwsi zdenerwowani ludzie.

- Drugi stopień!? Co jest, do licha! Co się stało? - zadyszane, 

pomieszane   głosy.   -   Zgłupieli   do   szczętu!   Awaryjne 

hamowanie już przy wejściu do układu! Odrywacie ludzi od 
roboty...   -   ktoś   piekli   się   i   żali   jednocześnie,   ale   zgodnie   z 

instrukcją wpada w głęboki fotel.

Laaster   na   razie   nie   włącza   swojego   mikrofonu,   ponownie 

przewija   taśmę,   milcząc   pokazuje   martwy   ekran.   A   po   paru 
minutach   ludzie   nie   zauważają   już,   nie   czują   coraz 

mocniejszych   drgań   i   szarpnięć   astrolotu,   sunącego   wciąż 

background image

wolniej jak w poprzek bruzd na ogromnym, świeżo zaoranym 
polu.

-  Taak   -   cedzi   ktoś   wreszcie,   kiedy   ekran   gaśnie.   -   To 

ciekawe... Kiedy i gdzie lądujemy?

-  W   tej   chwili   on   tu   rządzi   -   Bolc   wzrusza   ramionami, 

kciukiem wskazuje plecy kapitana. 

Laaster   obraca   się,   patrzy   na   ludzi   przez   chwilę,   wreszcie 

nieznacznym opuszczeniem brody wciska guzik mikrofonu.

- Nigdzie nie lądujemy - mówi spokojnie. Czeka na protesty, 

które za moment wybuchną. I nie myli się. Znowu czeka.

Kiedy   zachrypniętym   ludziom   zabraknie   sił   na   gadanie, 

odezwie się zimno i jasno: - Na razie nigdzie nie wylądujemy, 

wejdziemy na parkingową. Puszczę co najwyżej dwuosobowy 
zwiad.   Po   zakończeniu   hamowania   i   przynajmniej   dwóch 

godzinach na dalekiej orbicie będziecie mogli wrócić do siebie. 
Mimo to stan pogotowia będzie utrzymany aż do odwołania. 

Teraz proszę o ciszę. Możecie na ogólnej fali mówić tylko to, co 
niezbędne.

W   jego   głosie   brzmi   taka   pewność   i   siła,   że   ludzie   milkną 

rzeczywiście. Nie wiedzą, że ta siła jest tylko w jego głosie.

Bo Laaster Erie Ninch’ sam siebie przeklina za swoją głupotę. 

Za to, że widać dokładnie nie obliczył dawki...

Patrzy na przyrządy, koryguje wskazania trajektometru, ale 

jednocześnie   w   jego   mózgu   bez   przerwy   sunie   okrutnie 

szczegółowy   film:   „Jeszcze   jest   ponadświetlna,   jeszcze   piloci 
nie   mają   nic   do   roboty,   więc   siedzą   w   kabinie   Laastera   i 

spokojnie  sączą   przemyconą  whisky.  Isaac   Andrews   znany   z 
ryzykownych   kątowych   podejść   do   lądowania   i   siadający 

najczęściej   zaledwie   na   jednym   dopalaczu,   przez   przyjaciół 
pieszczotliwie   nazywany   Issie,   przez   początkujących 

żółtodziobów   „Booster-boom”.   I   on   -   Laaster   Erie   Ninch’   - 
pilot, który już tysiące razy w życiu przysięgał sobie dozgonną 

miłość do ukochanej Ziemi.

Issie pije powoli i ostrożnie - wie, że za parę godzin będzie 

siedział   przy   sterach,   kontrolując   powrót   Gazeli   do 
zwichrowanej,   bo   zwichrowanej,   ale   zawsze   euklidesowej 

przestrzeni.   Manewr,   który   z   osiąganego   układu   wydaje   się 

background image

trwać zaledwie paręnaście minut, tutaj w astrolocie będzie się 
ciągnął   przez   cztery   dobre   dni.   A   whisky   jest   mocna, 

przyjemnie  szczypie kołowaty  język, każdy  łyk  ciepłą i błogą 
falą odzywa się w ciele. A whisky jest tak ostra, że Issie ani 

przez moment nie wyczuwa w niej obcego smaku. Pije do dna. 
Potem   jednak   przecząco   potrząsa   głową,   kiedy   Laaster 

pokazuje mu butelkę. Owszem, lubi wypić, ale w miarę. Tym 
bardziej teraz... Wprawdzie samo wychodzenie w podświetlną 

nie jest niebezpieczne i nawet drobny błąd może niczym tu nie 
zagrozić, ale granica między małym błędem a dużym zawsze 

jest cholernie płynna. To, że statkowi może się zdarzyć drobny 
poślizg - jakieś parę milionów kilometrów od celu - to jeszcze 

nic.

Gorzej,   kiedy   gwiazdozbiór   jest   tak   ciasny   jak   Woźnica. 

Wtedy   zawsze   może   się   w   pobliże   statku   napatoczyć 
przypadkowa   grudka   materii.   Wtedy   już   żadne   osłony   i 

modlitwy nie pomogą...

Issie   wstaje   zdecydowanie   i   swobodnie,   pewnie   wychodzi. 

Laaster patrzy za nim przez długą chwilę, nawet wygląda na 
korytarz - nie powodów do obaw nie ma. Po tak małej ilości 

mieszanki błąd, który Issie popełni, na pewno nie będzie zbyt 
duży. I wystarczy na pewno - nawet stumetrowy poślizg przy 

przejściu w zwykłe, trójwymiarowe kontinuum nadtapia dysze, 
pali   co   najmniej   setkę   obwodów   rozrządu   i   rozkalibrowuje 

trajektometr. A wtedy zostaje tylko siedzieć grzecznie i czekać 
na kolejną ekspedycję z Ziemi. Laaster sam do siebie śmieje się 

cicho - jednak udało mu się dotrzymać umowy. A Issiemu mała 
nauczka się przyda  -  za bardzo  się  do Vián  przeklejał.  Lecz 

Laaster   wciąż   jeszcze   nie   wie,   że   nie   uwzględnił   pewnego 
drobiazgu:   każdy   człowiek   to   fenomen   i   noumen   zarazem. 

Kant każdej filozofii polega na tym właśnie, że ukazuje ona 
ludzi ze starannie wybranego punkciku widzenia i wrzeszczy 

o wszechstronnym oglądzie i szuka uogólnień tam, gdzie ich 
być   nie   może,   bo   ludzie   tylko   w   ograniczonym   zakresie 

podobnie reagują na te same bodźce. A i wtedy rozrzut mają 
bardzo duży. Więc Laaster jeszcze nie może wiedzieć, że za 

pół godziny oszołomiony narkotykiem Issie wyjdzie sobie po 

background image

prostu   zaczerpnąć   świeżego   powietrza.   Niematerialny   i 
bezczasowy wejdzie w nieskończoność jak do lasu, przeszłym 

i   przyszłym   pokoleniom   objawi   się   jako   lokalny   zgęstek 
wzmożonej   grawitacji...”   Film   zrywa   się   Laasterowi   na 

granicy   pojmowania   abstraktu.   Dookoła   znowu   czai   się 
groźna,  lecz  dotykalna   - a  więc  dzięki   temu  dobra i   miła  - 

rzeczywistość.

Statek majestatycznie, dostojnie, powoli wpływa na orbitę.

Od dnia startu Gazeli II Helenie nawet na parę godzin nie 

udało się opuścić domu - przestała wiedzieć, co Ernst może w 

każdej   chwili   zrobić.   Pił   długo,   całymi   tygodniami   -   z   tego 
okresu Helena zapamiętała trzy nazwiska: Jensen, Blitzmacher 

i   Ninch’,   które   pijany   Bragg   powtarzał   zmieszane   z 
przekleństwami. Z czasem zrobiło się z tego coś w rodzaju gry

- Bragg rano uciekał do jakiegoś baru w Arsus albo okolicy. 

A   kiedy   nie   wracał   zbyt   długo,   Helena   ruszała   za   nim.   W 

ciągu tych dni, takich samych dni w tygodniach i miesiącach, 
Helena   nauczyła   się   prowadzić   elektrowóz.   Nauczyła   się 

milczeć,   kiedy   pijany   Bragg   klął   nie   tylko   Ninch’a   czy 
Blitzmachera.

Równie często przeklinał ją i siebie. A jednak nie mogła, nie 

umiała zdobyć się na to, żeby o nim zapomnieć, wciąż jeszcze 

czekała   z   nadzieją,   że   zły   okres   minie   i   zno   wu   wszystko 
będzie   tak,   jak  było.  Czekała   wiedząc,  że  nie  będzie   tak   na 

pewno. Dlatego tym mocniej była zaskoczona, kiedy któregoś 
dnia Bragg wrócił do domu najzupełniej trzeźwy.

Laaster  znowu  jest spokojny  - po  kilkunastu  miesiącach  w 

próżni uwierzył, że coś, co zdarzyło się raz, wcale nie musi się 

powtórzyć.   Przez   te   prawie   dziesięć   lat,   które   spędził   nie 
wytykając   nosa   z   Ziemi,   niezawodność   automatów   wzrosła 

niemal dwukrotnie, konstrukcje statków zmodernizowano tak, 
że wypadki rzeczywiście zdarzały się coraz rzadziej, dziura w 

pancerzu, wybuch silnika plazmowego czy brak tlenu w butli 

background image

powoli stawały się powieściowymi sytuacjami, za którymi nie 
kryło się nic poza udramatyzowaniem fabuły. Wszystko z roku 

na rok musi stawać się doskonalsze, sprawniejsze i lepsze. Tak 
samo zwyczajny rast czy elektrowóz, jak i kosmolot.

Żadna   z   tych   rzeczy   nie   ma   prawa   zawodzić   człowieka   w 

nieoczekiwanych  momentach,  musi służyć  zgodnie ze  swoim 

przeznaczeniem   jak   najdłużej,   chyba   że   ktoś   ją   rozmyślnie 
zepsuje lub zniszczy. Więc Laaster jest najzupełniej spokojny, a 

jednak uśmiecha się gorzko. 

Uśmiecha  się  gorzko, bo  i  co  mu  z  tego, że  cały   kosmolot 

działa jak zegarek, że każda rzecz i każdy człowiek doskonale 
znają swoje miejsce. Stało się to, - co Ninch’ przeczuwał już 

przed startem wyprawy, ale wtedy nie myślał, że będzie aż tak.

Bo  Vián  naprawdę   odnalazła   swojego   ojca   i   od   tej   pory 

właściwie   przestała   być   członkiem   wyprawy.   Początkowo 
Laaster usiłował tego nie zauważać, ale uśmiech Jobbicka z 

dnia na dzień stawał się coraz bardziej złośliwy, coraz częściej 
Ninch’owi udawało się przychwycić współczujące spojrzenie 

Bolca.

Udawał, że to wcale go nie dotyczy, że między nim  a Vián 

wszystko nadal układa się dokładnie tak samo, jak było. Lecz 
któregoś   dnia   -   jakieś   dwa   miesiące   przed   powrotem   na 

Ziemię - kiedy Laaster siedział w sterowni i gapił się na pulpit 
rozrządu, zrobiło mu się piekielnie smutno.

W   tamtej   chwili   nawet   Jobbicka   przywitałby   przyjaznym 

uśmiechem.   Issie   nie   żyje   -   to   znaczy   nie   żyje   w   ludzkim 

rozumieniu tego słowa. Laaster nie robił sobie z tego powodu 
zbyt wielkich wyrzutów, ostatecznie widział przez te parę lat 

na Ziemi sporo ludzi zabijanych tylko dlatego, że nosili zbyt 
ładne   zegarki   czy   zbyt   wiele   żetonów   nadających   się   do 

uruchamiania automatów z alkoholem. Teraz jednak Laaster 
żałował swojego kroku - przecież nie zmienił nic, nie udało 

mu   się   dotrzymać   zawartej   z   Braggiem   umowy,  Vián  bez 
przerwy   opiekuje   się   ojcem,   a   on   musi   siedzieć   samotnie   i 

nawet  nie ma z  kim sobie  pogadać.  Żeby  był  Issie... Pulpit 
rozrządu   ożyje   dopiero   wtedy,   kiedy   Gazela   wystarczająco 

zbliży   się   do   Słońca   -   na   razie   tylko   autopilot   pracuje 

background image

spokojnie, kiedy statek gna po promieniu, kiedy z czoła fali 
ześlizguje   się   na   czoło.   Z   punktu   widzenia   zewnętrznego 

obserwatora   Gazela   to   gigantyczny   kwant,   zatrzymany   w 
połowie skoku z poziomu na poziom energetyczny. - Dla ludzi 

nas w tej chwili nie ma... - Laaster uśmiecha się ponuro. - I 
gdybyśmy byli tu we dwoje, tylko ja i Vián...

Ninch’ waha się chwilę, potem zdecydowanie wciska taster 

podglądu, zmontowanego w pokoju odnalezionego naukowca. 

Ekran jarzy się słabo, Laaster mocno zaciska szczęki, choć w 
pomieszczeniu właściwie nie dzieje się nic - Sangelson ręką 

osłania   głowę   i   głośno   chrapie,   za   to  Vián  porusza   się 
cichutko,   niemal   ukradkiem,   kiedy   dopinany   kombinezon 

wciąga na ramiona, kiedy z delikatną czułością okrywa ojca 
kołdrą, a potem cofa się od posłania, siada w fotelu i długo, 

bez   żadnego   słowa,   westchnienia   czy   ruchu   patrzy   na 
mężczyznę,   którego   odnalazła.   Potem   pochyla   się,   wyciąga 

dłoń   i   leciutko   gładzi   włosy   śpiącego.   Ninch’   wie,   o   czym 
myśli Vián. Vián nie wie, o czym będzie myśleć, kiedy po stu 

dwudziestu   latach   podobnie   usiądzie   w   fotelu,   podobnie 
będzie przesuwać palce po puszystych włosach. Ale to już nie 

będą włosy człowieka...

Vián na chwilę wraca w swój czas - w najbliższą przeszłość. 

Uśmiecha się słabo, kiedy zwinięty w kłębek kot na sąsiednim 
fotelu   coraz   głośniej   mruczy.   Oswajała   go   stosunkowo 

niedługo.   Już   drugiego   czy   trzeciego   dnia   po   włamaniu   do 
magazynu sam przybiegał pod werandę. 

Siadał przed stopniem nieruchomo i tylko żółtymi ślepiami 

wodził   uważnie   za  Vián,  kiedy   wychylała   się   przez   okno,   a 

potem szła do drzwi z miską wody zabielonej sproszkowanym 
mlekiem   czy   z   otwartą   puszką   konserw   przyniesionych   z 

magazynu.   Przez   d   ziury   po   szybach   na   werandzie  Vián 
widziała, jak kot niecierpliwie przestępuje z łapy na łapę, jak 

na wszelki wypadek cofa się, kiedy Vián wchodzi na stopnie, 
kiedy stawia miskę na ziemi. Podbiegał potem szybko - Vián 

wracając   na   werandę   widziała,   jak   zaczyna   jeść.   Kilka   dni 

background image

później Vián zamiast postawić naczynie na ziemi i jak zawsze 
odejść,   tym   razem   trzymała   je   w   rękach   tak   długo,   aż 

zniecierpliwione   zwierzę   zdecydowało   się   podejść   do   niej 
powoli, bardzo nieufnie i ostrożnie.

A   teraz  Vián  pieszczotliwie   przeciąga   opuszki   palców   po 

gładkiej   sierści   mruczącego   kota   i   myśli   smutno   o  dniu,   w 

którym zniknęli obaj jej synowie. Jej i Laasa.

Nikt   na   Nowej   nie   mówił   głośno   o   tym   znikaniu   trzy   -   i 

czteroletnich dzieci - wszyscy osadnicy czuli, że tak musi być.

Vián  wspomina   swoją   radość,   kiedy   poczuła   w   brzuchu 

pierwsze   słabe   kopnięcie,   pamięta   jak   przez   sen   mocne, 
szorstkie i dobre dłonie lekarza pokładowego, który z czasem 

na Nowej stał się także akuszerką. Lekarz pocieszał ją wtedy, 
że tak się zawsze może zdarzyć, że za drugim razem wszystko 

będzie   już   o   wiele   lepiej,  ale   Vián  wyczuła   nikły   ton 
nieszczerości, starannie zamaskowanej w jego współczującym 

głosie. Przez długi czas nie mogła się potem przyzwyczaić do 
tych   swoich   dziwnych   dzieci.   Pamięta   swój   wstyd   i 

zaskoczenie Laasa kiedy po raz pierwszy dotykał puszystych 
futerek. Laas podniósł potem głowę, uśmiechnął się smutno, 

powiedział: - No cóż... Przecież to nasze dzieci.

Potem uśmiechnął się wesoło, prawie wesoło, ale Vián już w 

jego radość nie wierzyła.

Wyprawa na Nową składała się prawie z dziesięciu tysięcy 

ludzi. Niemal z pięciu tysięcy młodych i starszych par, które 
albo   poznały   się   wcześniej   na   Ziemi,   albo   dobrały   podczas 

podróży - tuż po starcie przed zapadnięciem w anabiożę i po 
stu  latach,  kiedy   automaty  na pół  roku  przed  osiągnięciem 

celu   wyłączyły   niepotrzebne   już   hibernatory.   Upartych 
antyfeministów   nie   było   -  Vián  przekonała   się   o   tym 

ostatecznie   w   rozwalonym   domu   kosmoceuty   Assobara   Jo. 
Było pięć tysięcy kobiet, z których każda przynajmniej raz na 

Nowej zachodziła w ciążę.

I   tak   się   jednak   dziwnie   składało,   że   nikt   po   urodzeniu 

dziecka   nie   składał   wizyt   szczęśliwej   parze,   nie   przynosił 
prezentów,   nie   składał   gratulacji.   Dyskretnie   nie   zauważano 

wydętych   brzuchów   kobiet   przed   porodem,   dyskretnie   w 

background image

żadnym  towarzystwie  nie  wspominano  o lekkim  czy   ciężkim 
rozwiązaniu. I to było rozwiązanie najlepsze.

A po jakimś czasie problem - przynajmniej problem Vián  - 

po prostu znikł. Nikt już w ogrodzie sąsiadów nie dostrzegał 

maleńkich   śladów   bosych,   czteropalcych   stóp,   nie   było 
cichych śmieszków ani płaczów w czyimkolwiek domu.

Początkowo  Vián  myślała,   że   to   tylko   wstyd   narzucił 

ludziom nowy obyczaj umyślnego omijania wzrokiem rzeczy 

oczywistych. Myślała, że to jeszcze jedna forma przeniesiona 
z Ziemi, która na nowej planecie rozrosła się i zdeformowała 

jak   przywiezione   kwiaty,   jak  przysłane   tu   przed   wiekami 
ziemskie drzewa i grzyby. Buntowała się przeciw temu w duchu 

tak   długo, póki  wreszcie  nie  zrozumiała,   że  to  instynktowna 
mądrość rasy każe ludziom czekać, aż zły okres minie.

I dopiero jeżeli nie minie sam, trzeba będzie zgodzić się z 

rzeczywistymi faktami albo sięgać po starannie przemyślane 

sposoby zaradzenia złu. Vián pojęła, że najtrudniejsze decyzje 
to   te,   na   które   trzeba   wiele   czasu.   Te,   które   rodzą   się   w 

milczeniu. Więc to nie głupi wstyd i nie brak odwagi kazały 
kolonistom godzić się nie godząc i patrzeć zamykając oczy.

Vián z prawdziwym, głębokim szacunkiem myśli teraz o tym 

lekarzu,   który   -   chyba   jako   jeden   jedyny   człowiek   spośród 

osadników - znał prawdziwe rozmiary zagadkowego zjawiska. 
Wzywano go przecież do każdego porodu.

Vián  siedzi cicho, patrzy w okno ciemniejące od zachodu, 

gładzi   kocią   sierść.   Obaj   jej   synowie   mieli   futerka   o   wiele 

miększe,   jeszcze   bardziej   puszyste,   lecz  Vián  mimo   to 
przymyka   oczy,   przypomina   sobie   inne   wieczory,   spędzone 

przez nią właśnie w tym pokoju. Kochała te dzieci tak samo, 
jak kochała Laasa, który stał za nią, oddychając ciepło - czuła 

wtedy w sobie ciszę, zadowolenie i spokój. Czuła to, czego na 
Ziemi w normalnym świ ecie nie umiałaby odnaleźć.

Przez uchylone okno ciepły, nocny wiatr  łaskocze  jej kark 

jak   oddech   Laastera,   pod   palcami   wędrującej   ręki 

bezustannie   przesuwa   się   gładkie,   zadowolone   mruczenie, 
dobrze   jest,   miło   i   przytulnie,   kiedy   można   zamknąć   oczy, 

kiedy   ktoś   szepcze   pół   słowa,   a   pół   westchnienia.  Vián 

background image

zaczyna   słuchać   uważniej,   nadstawiać   się   dalekim   szeptom 
jak   pieszczocie   -   potem   znaczenie   tego   słabego   dźwięku, 

dźwięku bez żadnych słów, dociera do niej raptownie.  Vián 
zrywa się z fotela, kot z wyrzutem zerka na nią bursztynowym 

okiem, podnosi głowę, uważnie patrzy na kobietę biegnącą do 
okna, z trzaskiem rozwierającą je szeroko, usiłującą przebić 

wzrokiem   ciemnopurpurową   jak   przejrzałe   wiśnie,   ciemną, 
ciepłą noc.

Noc   nie   szepcze   już,   lecz   głośno   i   ochryple   ryczy,   potem 

zaczyna jazgotać przenikliwie, kiedy źródło hałasu przybliża się 

szybko,   w   jeszcze   kosmicznym   pędzie   śmiga   nad   jedynym 
jasnym punktem na planecie - oknem pokoju, gdzie w głębi, na 

stole   pochylają   się   w   przeciągu   płomyki   trzech   świec, 
osadzonych w lichtarzu.

Jazgot   wybuchów   o   ton   pogłębia   się   gwałtownie,   kiedy 

kosmolot   śmiga   nad   domem   w   stronę   odległych   wzgórz.   - 

Przy   tej   szybkości   zrobi   jeszcze   jedno   lub   dwa   okrążenia, 
zanim będzie mógł wylądować - myśli Vián. Wie, że czasu jest 

jeszcze dużo, ale już zaczyna się śpieszyć. Nagle zaczyna bać 
się,   że   pilot   wystartuje   zbyt   szybko,   kiedy   zobaczy   tylko 

martwe ruiny miasteczka.

Vián  narzuca sweter na ramiona, szybko schodzi do hallu, 

wybiega w mrok - i raptem cała noc zamiera w bezruchu...

 

Rozdział 12

Olaf siedzi przy biurku zawalonym książkami, uważnie patrzy 

na   Blitzmachera,   mówi:   -   Więc   wyprawa   Gazeli   II   doszła 
jednak do skutku? Szkoda...

-  O ile  znam  Ninch’a,  to  poradzi  sobie  tak,  żeby  nie  było 

kłopotów. A o ile znam życie, to nie są to tylko kłopoty tego... 

tego Bragga. Wie pan, ja ciągle odnoszę wrażenie, że gdzieś 
go już widziałem... - Leo mruży oczy.

- To bardzo możliwe...

background image

- Jak pan to rozumie?
Olaf milczy. Milczy dość długo. Blitzmacher również milczy, 

pieszczotliwie gładzi palcami opasły grzbiet jakiejś książki. W 
tym   czasie   Olaf   zastanawia   się,   co   właściwie   tam,   na 

Kryształowej,   kazało   mu   wyjrzeć   przez   uchyloną   śluzę.   To 
zresztą było jeszcze mało ważne, czemu wyglądał. Ważniejsze, 

że   w   oparach   brunatnej   mgły   obok   wpartej   w   piasek   łapy 
kosmolotu dostrzegł rozmazaną sylwetkę. Sylwetkę człowieka. 

I   mniej   więcej   w   tej   samej   chwili   w   hełmofonie   zabrzmiało 
przekleństwo: „O cholera!” A potem słowa Bragga o rozwalonej 

kamerze.

- Zastanawiam się, gdzie teraz może być Gazela II - mówi.

Blitzmacher wzrusza ramionami.
- Jeśli Ninch’owi się udało...

- A jeśli nie?
Leo Blitzmacher ponownie wzrusza ramionami.

- Taak - mruczy Olaf. - Jeśli ten pański astropilot nawali, to 

będziemy tu mieli niezgorszą zabawę.

- O tym się przecież dowiemy.
- Jak? Przecież oni lecą po promieniu.

- Nie mówię, że już dziś. Kiedy wyhamują w pobliżu naszego 

Układu, nawiążą przecież łączność z Ziemią. To już nietrudno 

przechwycić.

- Wtedy to już może nie mieć żadnego - znaczenia.

- Mówi pan tak, jakby cała sprawa dotyczyła również i pana.
-  Czemu   pan   tak   myśli?   -   Olaf   siedzi   spokojnie.   Za 

spokojnie. Tylko powieki przymyka na ułamek chwili.

- Widzi pan... - Leo uśmiecha się niby przepraszająco, ale w 

jego   skrzywieniu   ust   drży   leciutka   drwina.   -   Jako   stary 
kawaler   mam   pewne   swoje,   zapewne   dość   dziwne, 

przyzwyczajenia.

- I? - brew Olafa powoli wędruje do góry.

- I jednym z nich jest to, że bardzo lubię wiedzieć, co robią 

wszyscy moi klienci. Może to zwyczaj brzydki, ale zapewniam 

pana, że bardzo przydatny - Leo wstaje zza biurka, kieruje się 
w   stronę   rozpiętego   na   ścianie   regału,   niezdecydowanie 

przesuwa palcami po grzbietach książek. 

background image

Ręka Blitzmachera zatrzymuje się na którymś tomie, twarz 

obraca się do Olafa, głos jest cichy i niewyraźny.

-  Ja wiem, panie Jensen, że kiedyś lataliście razem. Wiem 

także i to, że tamten czek był od pana.

- Charakter pisma? - Olaf uśmiecha się drwiąco.
- Nie. Nie tylko.

- A co?
- Pańskie konto w unibanku tego dnia zmalało o sto tysięcy 

ergów. Były jeszcze jakieś drobne, ale tego możemy nie liczyć, 
prawda?   -   Leo   uśmiecha   się   wręcz   rozbrajająco.   -   Ponadto 

wiem,   że   pański   przyjaciel   ostatnio   ma   niezbyt   miły   i...   - 
Blitzmacher   na   moment   zawiesza   głos...   -   chyba   niezbyt 

rozsądny zwyczaj topienia zmartwień.

- To znaczy? - ton Olafa nabiera ostrości.

- To znaczy, że pije. I to dużo pije, panie prezesie. - Olafowi 

wydaje się, że w ostatnich słowach znowu kryje się cichutka 

drwina.

-  I   pan   sądzi,   że   to   mnie   obchodzi?   -   Jensen   przymyka 

powieki,   potem   wbija   spojrzenie   w   nieruchomą   rękę 
Blitzmachera.

- Ja? Tak. Sądzę, że to pana obchodzi.
- Jak zwykle ma pan rację - Olaf zaczyna się uśmiechać.

- To znaczy?
-  Ależ   to   oczywiste.   Starym   kolegom   należy   od   czasu   do 

czasu pomagać. Pan również postąpiłby podobnie, prawda?

-  Jak   zwykle   ma   pan   rację   -   przytakuje   Blitzmacher, 

opuszcza dłoń, odchodzi od ściany.

-  Martwi  mnie  to,  co  pan powiedział.  Pan  nie  zna  go tak 

doskonale   jak   ja.   Eri   to   wspaniały   człowiek.   Twardy, 
zdecydowany, szybki. Nawet pan sobie nie wyobraża, jaki on 

ma refleks.

Kiedyś   rzucił   mi   linę   dosłownie   w   ostatniej   chwili.   Chyba 

nikomu innemu to by się nie udało.

Szkoda człowieka... - leciutkie westchnienie Olafa długo trwa 

w ciszy pokoju.

background image

Helena ma aż trzy powody do zmartwienia. Niepokoi się  o 

Vián,  która w tej chwili zbliża się do Ziemi - tak w każdym 

razie   wskazywał   harmonogram   wyprawy.   Niepokoi   się   o 
Bragga, który znowu zaczął coraz więcej pić. I niepokoi się o 

siebie.   Niepokoi   się   o   to,   co   będzie   po   śmierci   profesora 
Ulanoffa.

Ten ostatni kłopot ciągle odsuwa na najdalszy plan. Na razie 

kolejno   przeszukuje   wszystkie   bary   w   okolicy   domu.   Potem 

wraca   na   parę   minut   po   elektrowóz   i   swój   stary   szal.   Przy 
okazji   wsuwa   rękę   głęboko   pod   stos   starannie   poukładanej 

bielizny   i   długą   chwilę   trzyma   dłoń   na   chłodnym   kawałku 
metalu.

Patrzy   na   zegarek   -   Eri   uciekł   rano,   a   teraz   już   południe. 

Zanim   znajdzie   go   w   jakiejś   zakazanej   dziurze...   Helena   z 

mimowolnym   gniewem   myśli   o   tych   wszystkich   barmanach, 
którzy   witają   ją   jak   starą,   dobrą   znajomą.   O   obleśnych 

pijakach,   którzy   klepią   ją   po   tyłku,   kiedy   niespokojnie 
przebiega między stolikami. Kiedyś próbowała się bronić, ale to 

zawsze  zajmowało jej zbyt wiele czasu. A kiedy jeszcze jakiś 
pijany bydlak uderzony w twarz oddał jej tak samo...

Helena wskakuje  do przeszklonej kabiny, uruchamia wóz - 

elektryczny   silnik   szemrze   cicho,   potem   zaczyna   wyć,   gdy 

Helena  prawie   natychmiast   wrzuca   najwyższe  obroty   i   ostro 
rusza sprzed bramy. Przelatuje śródmieście - o tej porze ruch 

jest   jeszcze   bardzo   mały   -   czasem   trochę   na   chybił   trafił 
zatrzymuje się przy jakimś barze, choć nie bardzo wierzy, że 

znajdzie Ernsta właśnie tu. W śródmieściu był parę dni temu, 
więc teraz najprawdopodobniej pije gdzieś za miastem.

Helena skręca w obwodnicę, która olbrzymim łukiem obiega 

Arsus  od  zachodu. Zaczyna  działać  spokojnie i  metodycznie. 

Jedzie stosunkowo powoli, zatrzymuje się przy każdej knajpie, 
czasem na parę minut odbija w bok od trasy, żeby odwiedzić 

jakiś podlejszy bar. Bragg może być wszędzie, gdzie tylko jest 
alkohol - tego Helena nie rozumie. Ale czuje, że skierowanie 

Ernsta   do   zakładu   odwykowego   byłoby   czymś   w   rodzaju 
zdrady. Zresztą słyszała coś niecoś o terapii pracą - filie zakładu 

odwykowego znajdują się podobno nawet na Merkurym. Żeby 

background image

jeszcze była gwarancja, że zostawią go na Ziemi...

Miasteczka na granicy Arsus na szczęście nie są wielkie. Ot, 

czter y domki i trzy knajpy na krzyż, a do tego co najwyżej dwa 
niewielkie motele. A jednak zapada już szybki, jesienny zmrok, 

kiedy Helena dociera dopiero do Błękitnej. Zdaje się, że tam 
dawno   Bragga   nie   było   -   kobieta   niezdarnie   gramoli   się   z 

przytulnego wnętrza elektrowozu.

Wieczór  jeszcze  jest ciepły, ale  od czasu  do czasu  zawiewa 

chłodny, nieprzyjemny wiatr.

Dlatego   Helena  otula  się   szalem,  biegnie   przez   półmrok   w 

stronę wejścia do motelu. I woli nie pamiętać, że piętnaście lat 
temu któregoś wiosennego wieczoru tak samo sięgała po swój 

stary, wysłużony szal.

Motel jest burdelem - widać to na pierwszy rzut oka. A oko 

Helena   ma   już   doskonale   wyćwiczone.   Dlatego   pierwszą 
dostrzeżoną osobą przy barze jest właśnie Bragg, ześlizgujący 

się ze stołka. Helena podbiega szybko, nie zważa na uśmiech i 
ukłon barmana wdzięcznego, że nareszcie znalazł się ktoś, kto 

uwolni   go   od   tego   starego   nudziarza.   Ostatecznie   facet   ma 
prawo   przyjść   i   ma   prawo   pić,   a   gadać   nikt   mu   tutaj   nie 

zabroni. Ale ile razy można słuchać bełkotu o jakiejś cholernej 
planecie, na której góry były całe z diamentów, rubinów i opali, 

a powietrze wyglądało jak malutkie lusterka. Gość naczytał się 
jakichś bzdur o podboju kosmosu, a teraz pieprzy jak najęty, co 

mu ślina na język przyniesie.

Dlatego   barman   żwawo   wyskakuje   zza   kontuaru,   pomaga 

Helenie dotaszczyć Bragga do elektrowozu. Potem nagle żal mu 
się robi tej kobiety o siwiejących włosach i zmęczonych oczach.

Pochyla   się   nad   odsuniętą   szybą:   -   Niech   go   pani   nie 

wypuszcza   z   domu   -   wskazuje   Bragga,   nieprzytomnie 

rozwalonego na tylnym siedzeniu. Chce jeszcze powiedzieć tej 
kobiecie coś dobrego i miłego, więc dorzuca: - Od razu widać, 

że chłop jest do rzeczy. A to, że trochę pije... 

Helena uśmiecha się smutnie. Tak, że człowiek prostuje się i 

już bez słowa o dchodzi, goni go szmer włączonego silnika.

Elektrowóz   powoli   wytacza   się   z   parkingu   przed   motelem, 

wysuwa   opływowy   pysk   na   skraj   głównej   szosy   -   po   prawej 

background image

stronie zza zakrętu wyskakują nagle trzy grube snopy światła, 
po autostradzie niesie się głuchy szum potężnego motoru.

- Wariat - myśli Helena, naciskając hamulec. - Po którym on 

pasie...

Trzy snopy światła jak nóż wbijają się w bok elektrowozu.

Vián  z   przerażeniem   stwierdza,   że   już   jest  rano.  I   nie 

wiadomo które, skoro dni potrafią prześlizgiwać się dookoła 
niej niepostrzeżenie. A potem nagle oddycha z ulgą, bo słyszy 

cichy,   daleki   pomruk   osiadającego   kosmolotu   gdzieś   za 
otaczającymi   miasto   wzgórzami.   Dlatego   wbiega   w   zieloną 

mgłę, która jeszcze nisko ściele się przy ziemi. Nie ogląda się 
na opuszczony dom, więc nie widzi, że kot wysuwa się przed 

próg leniwie i spokojnie patrzy za nią żółtymi ślepiami.

Patrzę  na biegnącą  kobietę i  czuję, jak  obija sobie nogi o 

przypadkowe kamienie. Czuję jej radość na myśl, że może już 
za parę chwil trafi do miejsca, w którym wylądował nieznany 

pilot.   A   potem   wróci   na   Ziemię.   Bo  Vián  nie   chce   teraz 
pamiętać, jak ta Ziemia kiedyś się z nią obeszła. W tej chwili 

chce za wszelką cenę wyrzucić ze świadomości to, co widziała 
po powrocie Gazeli.

Jeszcze tam, w kosmosie, udało jej się przywrócić Markowi 

jaką   taką   równowagę.   Początkowo   usiłował   ją   dusić   i   gryźć, 

kiedy   tylko   podchodziła.   Więc   musiała   go   sobie   zdobywać 
powoli.

Wiedziała   przecież   nie   od   dziś,   że   mężczyźni   są   chyba 

najbardziej  czuli  na bodźce wzrokowe  - w przypadku Marka 

dowiodła tego choćby stworzona przez niego szalona tęcza, co 
wieczór przez góry i słońce rozpinana na niebie Kryształowej.

Przywiązany do koi Mark patrzył ponuro, jak  Vián  powoli 

rozpina i ściąga kombinezon, jak potem długo czesze włosy, 

myje się, chodzi nago po kabinie, przeciąga się leniwie.

Patrzył   wtedy   ponuro,   ale   przecież   patrzył.   Nie   usiłował 

zamykać oczu, kiedy  Vián  schylała się nad nim, pozwalając 

background image

swoim   piersiom   kołysać   się   łagodnie.   I   zaczynało   się   z   nią 
samą powoli dziać coś bardzo dziwnego - nigdy nie sądziła, że 

spojrzenia  bezradnego  mężczyzny   mogą  sprawić  jej  aż  taką 
przyjemność.   Później   kiedy   już   we   wzroku   Marka   coraz 

częściej pojawiała się bezsilna prośba, te spojrzenia kilka razy 
wyzwoliły   w   niej   rozkosz   tak   gwałtowną,   że   byle   jak 

wciągnąwszy   kombinezon,   wybiegała   poszukać   Laastera. 
Znajdowała go już wpółzadowolona i wilgotna, kochała się z 

nim   długo,   zamykając   oczy.   A   raz,   kiedy   nie   mogła   go 
odnaleźć - zaszył się w jakimś niedostępnym kącie - poszła z 

Bolcem   i  po  kilkunastu   minutach  jeszcze   z  Jobbickiem.  Bo 
akurat ci dwaj byli w swoich kabinach.

Później wracała do Marka. Dwadzieścia lat na syntetycznym 

pożywieniu   nie   zaszkodziło   mu   zbytnio   wbrew   wszelkim 

przewidywaniom.   A   było   jeszcze   coś,   co  Vián  usiłowała 
zrozumieć. 

Badania próbek kryształów - w sumie wzięli ich z planety 

dobrych parę ton - wykazały, że po wzbudzeniu ciepłem albo 

światłem ich cząsteczki zaczynają gwałtownie drgać, emitując 
falę dźwiękową w najwyższych rejestrach, chwytanych przez 

aparaty.   Co   więcej   -   zależnie   od   pobudzenia   -   większość 
kryształów   wykazywała   sporą   radioaktywność   Jak   Markowi 

udało   się   przeżyć,   skoro   codziennie   sam   wyzwalał   ze   skał 
olbrzymie   jak   na   odporność   człowieka   dawki   wszystkich 

rodzajów   promieniowania?   Jak   przeżywał   każdy   słoneczny 
dzień? Potem Vián myślała o tym już coraz rzadziej - przecież 

najważniejsze było to, że mimo wszystko przeżył.

Mark nie był wysoki, a w dodatku lata katorżniczej harówki 

rozdęły jego pierś, rozwinęły olbrzymie ramiona i dłonie tak, 
że   teraz   wydawał   się   atletą.   Może   dlatego  Vián  bała   się 

zaryzykować   zbyt   wcześnie.   Jeszcze   przez   dwa   miesiące 
przekonywała   go   do   siebie   samym   ciałem,   samymi 

swobodnymi,   łagodnymi   ruchami.   Początkowo   na   wszystko 
reagował   gniewem   i   tylko   gniewem,   naprężeniem   aż   do 

przecięcia skóry potężnych muskułów, byle tylko uwolnić się, 
skoczyć, zacisnąć twarde dłonie, pokruszyć kości...

Później   zaczęło   wzbierać   w   nim   słabe   podniecenie,   kiedy 

background image

Vián wchodząc do kabiny podnosiła rękę do suwaka, a potem 
siadała   w   pobliżu   posłania,   podciągając   stopy   na   siedzenie 

fotela,   obejmując   nogi   ramionami,   opierając   brodę   na 
kolanach.   Po   kilku   dniach   odważała   się   już   dopomóc   mu 

klęknąwszy   obok   wąskiej,   niewygodnej   koi.   A   kiedy   po   raz 
pierwszy   objęła   go   kolanami,   myślała,   że   szerokie   pasy 

mocnego  tworzywa   na  jego  torsie  i  ramionach  rzeczywiście 
trzasną. Widziała z góry, jak Mark wypręża się gwałtownie i 

drży, a potem nagle opada na posłanie i spokojnie, leniwie 
przymyka   oczy.   Tego   właśnie   dnia   spróbował   się   do   niej 

uśmiechać...

Biegnąca  Vián  uśmiecha   się   w   zieloną   mgłę,   potem 

nieoczekiwanie mocno zaciska usta.

Ponownie jest na Gazeli w parę chwil po wyjściu za orbitę 

Plutona. Po meldunku o przebiegu wyprawy, złożonym przez 
Laastera,   zaczęły   się   pierwsze   rozmowy   -   kobiety   dalekimi 

błyskami   przyśpieszonego   światła   przywoływały   swoich 
mężczyzn, na poprzecznej fali przez ciemność i chłód biegły 

ich jasne, ciepłe głosy. Matki uśmiechały się do synów, dzieci 
na   ekranach   daleko   w   kosmos   próbowały   wyciągać   słabe, 

maleńkie   ręce.   I   tylko  Vián  nie   zawołał   nikt...   Nawet   do 
Laastera zgłaszali się starzy kumple, gratulowali mu udanego 

lotu.

Hamowali już w strefie Jowisza, kiedy nareszcie i Vián ktoś 

przywołał   do   sterowni.   Biegła   wtedy   uśmiechnięta   -   już 
zapomniała o pretensjach do Bragga, już nie miała żalu  do 

Heleny. Lecz człowiek na ekranie był obcy. A twarz miał jakąś 
taką   nieprzyjemną   i   drapieżną,   że  Vián  w   pierwszej   chwili 

cofnęła się od telestereowizora, poczuła dławienie w gardle, 
zanim   jeszcze   mężczyzna   otworzył   wąskie,   obojętne   usta, 

zanim   popłynął   jego   zimny,   bezlitosny   głos.  Vián 
nieświadomie skuliła się przy aparacie  dokładnie tak  samo, 

jak   kiedyś   Helena,   kiedy   padały   równo   odmierzone   słowa: 
„Dwa miesiące temu, piętnastego października czterdziestego 

drugiego   roku   Ery   Podboju   Dalekiego   Kosmosu   Helena   i 
Ernst  Bragg   zginęli   w   wypadku   samochodowym   przed 

motelem Aenis w miejscowości Błękitna na pograniczu Arsus”.

background image

Potem człowiek bez żadnego innego słowa znikł z ekranu. A 

Vián wtedy jeszcze nie wiedziała, że to dopiero początek...

Teraz   spostrzegła,   że   mgła   zaczyna   się   przerzedzać.   Idzie 

wolniej, rozgląda się uważnie - nie patrzy pod nogi, więc w 

pewnym momencie potyka się o jakąś grudę ziemi, potem o 
drugą i trzecią. Nagle gwałtowny podmuch wiatru rozdziera 

przed twarzą Vián resztki zielonego oparu.

Kobieta   zatrzymuje   się   w   ostatniej   chwili.   Długo,   długo   i 

smutnie   patrzy   na   ogromne   kolisko   przemielonej   ziemi,   na 
ściany głębokiego leja, osmalone potężnym wybuchem.

-  To   ten   ostatni   grzmot,   który   tak   długo   toczył   się   nad 

miastem... - myśli. A potem gorzko śmieje się i płacze, garbi 

plecy,   wtuliwszy   głowę   między   rozdygotane   ramiona. 
Wreszcie zawraca wlokąc nogi niedbale. Idzie myśląc, czy kot 

na nią czeka...

„Tu astropilot Bahran! Wchodzę do kolejnego układu. Numer 

ewidencyjny   w   harmonogramie   lotu   sto   pięćdziesiąty   ósmy. 
Wyjście   w   przestrzeń   euklidesową   przebiegło   zgodnie   z 

programem,   teraz   zaczynam   podejście   do   ostatniej   planety. 
Układ ma jedno słońce i cztery planety. Ostatnia od słońca to 

martwy glob, prawdopodobnie nie nadaje się do zasiedlenia. 
Tak,   po   trzech   okrążeniach   czujniki   wykazały   wysoką 

radioaktywność.   Zgodnie   z   instrukcją   oddalam   się   jak 
najszybciej,   po   spirali   schodzę   w   okolicę   trzeciej   planety. 

Widok   identyczny.   Atmosfera   szczątkowa   o   składzie   nie 
nadającym się nawet dla mnie. Same gazy obojętne. Schodzę 

na orbitę drugiej - płaszcz gazowy o sporej grubości i składzie, 
który już można wytrzymać. Osiemnaście procent tlenu, reszta 

obojętna   z   wyjątkiem   trzydziestu   procent   azotu   i   ułamkami 
procent innych gazów aktywnych. Tu już jest życie - z daleka 

widzę akweny i coś, co wygląda na lasy, Niestety, zapada tutaj 
zmierzch, muszę zwolnić albo przyśpieszyć, żeby nie lecieć w 

nocy.   Uwaga!   Przez   moment   wydawało   mi   się,   że   widzę 
niesłychanie słaby punkt świetlny! Tak. Kamera zarejestrowała 

go   również,   decyduję   się   na   hamowanie.   Wchodzę   w   strefę 

background image

dnia,   wytracam   prędkość   w   takim   tempie,   żeby   najdalej   za 
dwie godziny znaleźć się ponownie nad tamtym punkcikiem. 

Wyląduję najpóźniej nad ranem. Wydaje mi się, że widzę coś w 
rodzaju osiedla. Niestety, większość kotliny zalega zielony opar 

nieprzenikliwy   dla   podczerwieni.   Nie   wygląda   to   jednak   na 
maskowanie, a raczej na poranną mgłę.

Na   wszelki   wypadek   osiądę   poza   kręgiem   wzgórz, 

otaczających kotlinę. Manewr osiadania zgodny z procedurą, za 

pięć minut opuszczę kosmolot i pójdę w stronę kotliny. Jest tu 
jednak   coś,   co   mnie   trochę   niepokoi.   Bez   przerwy   odnoszę 

wrażenie,   że   jestem   obserwowany.   Wprawdzie   w   zasięgu 
mojego   wzroku   ani   kamer   nie   widać,   nic   poza   nielicznymi 

drzewami,   ale   na   wszelki   wypadek   wstrzymam   się   z 
opuszczeniem rakiety jeszcze co najmniej przez dziesięć minut. 

W tym wypadku decyduję się pozostawić cały rozrząd w ruchu, 
nastawiony na automatyczny lot po pięciokrotnym promieniu 

w stronę Ziemi. Tak więc gdyby mi się coś stało, astrolot mimo 
wszystko przekaże na Ziemię wszystkie dane, które do tej pory 

zebrałem.   Mnemotrony   elektronowego   mózgu   nastawiam   na 
ciągłą łączność z moim skafandrem na wszystkich zakresach. 

Teraz otwieram śluzę i czekam na opuszczenie trapu. Schodzę, 
stawiam nogę...” 

Dzięki ludziom wiem, co to jest śmiech. Więc śmieję się, bo 

tej taśmy już nie ma. Swoją drogą to zabawne - akurat Bahran 

został   wysłany   na   poszukiwanie   światów   do   zasiedlenia.   I 
akurat trafił na Nową. Na Naszą planetę. Żałować właściwie - z 

punktu   widzenia   ludzi   -   nie   ma  czego.   To   także   już   nie   był 
człowiek.

O wiele bardziej ludzka jest Vián. I nawet ten Laaster, który 

kiedyś namawiał kolonistów, żeby zabić każdego z nas, zanim 

będzie   za   późno.   Nie   wiedział   tylko,   że   było   za   późno   już 
wtedy, kiedy wylądowali. A pamiętam to wszystko. Pamiętam 

doskonale, widzę oczami  Vián.  Bo  Vián,  która teraz ciągnąc 
nogę za nogą zawraca w stronę domu, wraca jednocześnie na 

Ziemię.   Wraca   do   tego   dnia,   kiedy   Gazela   II,   dygocząc   na 

background image

błękitnej burzy, powoli, majestatycznie osuwała się w płytką 
nieckę księżycowego kosmodromu.

Nie   czekał   na   nich   nikt.   Nawet   potem,   kiedy   wahadłowiec 

dowlókł się na Ziemię, nikt nie wznosił powitalnych okrzyków, 

nie   ciskał   pod   stopy   kolorowych   kwiatów.   Wszyscy   ludzie 
wiedzieli o starcie Gazeli. Ale nikt nie wiedział prawdy o jej 

powrocie.   Właściwie   słusznie   -   rzeczą   niebezpieczną   jest 
odbrązawiać pomniki. Niedobrze, kiedy bohater, który umarł - 

żyje.   Niedobrze,   kiedy   bohater   nie   jest   bohaterem. 
Niewygodnie...

Nawet nietrudno było wtedy przekonać  Vián,  że jej ojciec 

przede   wszystkim   potrzebuje   ciszy   i   spokoju   normalnego 

życia.   Przecież   trzeba   mu   przywrócić   wszystko,   co   utracił   - 
prawo   do   prawdziwego,   ziemskiego   powietrza,   do 

prawdziwego  słońca,  do  prawdziwej  wody, do prawdziwego 
leczenia.

Psychiatra,   któremu  Vián  opowiedziała   o   zastosowanej 

przez siebie  metodzie, zbladł z wrażenia  - od tamtej  chwili 

zresztą zaczął patrzeć  na Vián  trochę jak na swoją przyszłą 
pacjentkę. I żadne z nich wtedy nie wiedziało, że rzeczywiście 

niewiele do tego zabrakło.

Vián  była zmęczona. Straszliwie  zmęczona i stara - chyba 

głównie dlatego godziła się na wszystko, co zaproponowano. 
Sama zresztą zrozumiała, że nie byłaby w stanie leczyć ojca 

dłużej.

Mimo spędzonych razem z nim miesięcy nadal nie wiedziała, 

co właściwie w jego mózgu się kryje.

Tylko raz zaczął mówić, kiedy Vián do jego kabin y - wtedy 

jeszcze   był   przywiązany   do   koi   -   przyniosła   odłamek 
kryształowego   głazu.   Ledwie   ostre,   bezcieniowe   światło 

ożywiło wszystkie kolory ukryte w krysztale, Mark ocknął się 
z głębokiego, zwierzęcego snu. Patrząc na twarz  Vián oblaną 

tęczowym   blaskiem   bełkotał   -   dwadzieścia   lat   samotności 
pozbawiło jego głos wyraźnej artykulacji, tylko przekleństwa 

wykrzykiwał głośno i wyraźnie - bełkotał i wywarkiwał słowa, 
połykając   końcówki.   Mówił   o   zespolonej   masie,   w   którą 

można   wpadać   odbywając   podróże   detorem,   jakby   nie 

background image

wiedział,   do   czego   detor   służy.   Mówił   o   urojonym   świecie, 
ukrytym w głębi każdej rzeczy, kilkakrotnie powtarzał słowa 

brzmiące jak „intermateria”, potem „imat” - z kontekstu Vián 
mogła   zrozumieć,   że   chodzi   tu   o   jakiś   nowy   rodzaj 

kosmolotów   albo   odpowiednik   wzmacniacza   mikrofali 
hiperdźwięku. Równie dobrze  mogło to być zresztą i jedno, i 

drugie.   W   sumie   nie   potrafiłaby   nawet   tego   wszystkiego 
powtórzyć.   W   pewnej   chwili   spojrzała   na   ojca   uważniej   i 

przeraziła   się.   dostrzegając   w   jego   oczach   obłęd   prawie   taki 
sam jak na początku.

Szybko   wybiegła   z   kabiny   -   w   oszczędnym   półmroku 

korytarza kryształ przygasł stopniowo.

Później przez dwa dni Mark znowu próbował się uwolnić. A 

raz, kiedy Vián nieopatrznie pochyliła się nad nim zbyt nisko, 

gwałtownie poderwał głowę, dziko kłapnął zębami tuż koło jej 
piersi. Długo trwało, zanim uspokoił się ponownie, więc od 

tej   pory  Vián  badanie   kryształów   pozostawiła   kolegom, 
ograniczyła się do opieki nad ojcem.

I   rzeczywiście   -   kiedy   z   Instytutu   w   Haelle,   najlepszego 

instytutu   i   najlepszej   kliniki   na   Ziemi,   przysłano   specjalny 

koleopter - Mark prawie niczym nie różnił się od otaczających 
go   ludzi.   Nie   poruszał   się   już   olbrzymimi   susami   jak   po 

stromym   zboczu   czy   po   kryształowych   piargach,   olbrzymie 
dłonie   trzymał   swobodnie,   już   bez   utrwalonego   przez   lata 

nawyku. Tylko kiedy się na chwilę zapomniał, jego prawe ramię 
gwałtownie wyskakiwało ku niebu, żeby po ułamku sekundy z 

całą mocą opaść w dół, zakończyć swój prawie nieuchwytny dla 
ludzkiego   oka   bieg   głuchym   klaśnięciem   zwiniętej   pięści   o 

pięść.

Lekarze z Instytutu poprosili  Vián  jeszcze o dopilnowanie, 

aby   próbki   przywiezione   z   Kryształowej   wraz   ze 
szczegółowym   raportem   i   opisem   spostrzeżeń   zachowania 

Marka   zostały   jak   najszybciej   do   Haelle   wysłane.   I   kiedy 
koleopter   ostro   wystrzelił   w   zakurzone   niebo,  Vián 

odetchnęła z nieoczekiwaną ulgą.

Przez  dwa dni była tak  zajęta dopilnowaniem  wyładunku  i 

wysyłki próbek - okazało się, że jest tego prawie dwadzieścia 

background image

ton   -   że   dopiero   trzeciego   dnia   rano   spostrzegła   zniknięcie 
Laastera.

Pytała o niego - nikt nie potrafił udzielić odpowiedzi. Przez 

jakiś czas była z tego nawet dość zadowolona - właściwie bała 

się go trochę ostatnio. Już na statku zdarzało mu się patrzeć 
na nią bardzo dziwnie. Vián wprawdzie nie należała do osób, 

które potrafią miewać coś sobie za złe, lecz mimo to znowu 
czuła czasem takie samo obrzydzenie do siebie, jak po tamtej 

nocy z Lusinem...

Jeszcze raz  wędruję  przez przestrzeń i czas na zrujnowany 

cmentarz,   jeszcze   raz   umierający   człowiek   zawisa   na 
pochylonym krzyżu. I patrzę...

Laaster   czuł   się   wtedy   jak   zużyta   bioproteza.  Vián  nie 

obiecywała mu nic, nigdy nie rzucała wielkich słów. A jednak 

czuł się okradziony i oszukany. Niepotrzebny.

Dlatego znikł. Tylko Leo Blitzmacher wiedział, że Ninch’ w 

Tihuawa znowu zagania swoje stare dziwki do roboty. Nawet 
nie odebrał książeczki czekowej, którą przy odlocie założono 

w  unibanku   na  jego   nazwisko.  Wtedy   nie   chciał   z  Vián  się 
utożsamiać,   więc   nie   mógł   wiedzieć,   że   i   dla   niej   przyszły 

długie, okrutne i puste dni.

Po załatwieniu ostatnich formalności  Vián szybko wyniosła 

się z kosmotelu, pojechała do Arsus. Kiedy po raz pierwszy 
przekraczała   bramę,   dostrzegła   przez   półprzejrzyste 

tworzywo   jakiś   ciemny   przedmiot   pod   pokrywą   skrzyni   na 
pieczywo,   mleko   i   gazety.   Pochyliła   się,  uniosła   pokrywę, 

wyjęła   ze   skrzyni   niewielki   sześcian   z   pospawanej   blachy. 
Otwarła   go,   potem   bezmyślnie   zaczerpnęła   w   dłoń   garstkę 

szarego, puszystego popiołu. Potem rozwarła palce, przechyliła 
skrzynkę dnem do góry i długo, długo patrzyła, jak słaby wiatr 

wwiewa do ogrodu lekką, szarosiwą smugę. - Helena i Bragg - 
pomyślała. - Helena i Bragg - powtórzyła głośno. A potem po 

raz pierwszy w życiu zaśmiała się gorzko.

Wyprostowała się po chwili, poderwała głowę: - Jeszcze jest 

Mark!  Jeszcze...  - obróciła się ostro na pięcie, po spękanym 

background image

betonie poszła w stronę domu.

A jednak czekała, że Laaster wreszcie odezwie się do niej, że 

przyjedzie może. Nie przyjeżdżał.

Vián  zamawiała   wszystkie   gazety   z   nadzieją,   że   gdzieś 

zobaczy jego nazwisko. Nazwiska Ninch’ nigdzie nie było.

Zresztą   nigdzie   nie   znalazła   też   żadnej   wzmianki   o 

odnalezieniu   i   uratowaniu   Marka   -   żyjący   bohater   to 
zbezczeszczenie   pomnika.   Nawet   w   znanych   z   tropienia 

sensacji   „Wiadomościach   Porannych”   przeczytała   zaledwie 
krótką, niemal wypchniętą na margines notatkę, że Gazela II 

powróciła   na   księżycowy   kosmodrom,   wszyscy   członkowie 
wyprawy z wyjątkiem pierwszego pilota żyją i są najzupełniej 

zdrowi.   Za   to   całą   czołówkę   zajmowały   poszukiwania 
porywaczy   dwu   -   i   trzyletnich   dzieci.   Policja   ciągle   była   na 

tropie.

Tylko   raz   zagadka   kidnaperów   zeszła   na   dalszy   plan   - 

poszukiwano   trzystu   tysięcy   ochotników   do   zasiedlania 
nowych   planet.  Vián  pobieżnie   zerknęła   na   fotografie   tych, 

którzy   się   pierwsi   zgłosili,   ale   nie   znalazłszy   tam   twarzy 
Laastera,   wzruszyła   ramionami,   nawet   nie   doczytała 

artykułów i wywiadów do końca.

I  tak   minęło   pięć   miesięcy.   Od   czasu   do   czasu   gazety 

donosiły   o   kolejnych   startach   poszczególnych   grup 
osadników. W każdej grupie dziesięć tysięcy ludzi. Oczywiście 

na  pierwszy   ogień   poszły   układy   najbardziej   atrakcyjne,   bo 
najbliższe. Kolejne wyprawy miały przed sobą coraz więcej lat 

podróży. Ponieważ nie opłacało się budować nowych statków, 
wykorzystano stare, zdolne zaledwie do osiągnięcia prędkości 

przyświetlnych.

Po pięciu miesiącach  Vián  nareszcie ocknęła się z letargu. 

Najpierw   próbowała   połączyć   się   z   Instytutem   w   Haelle 
stereofonicznie. Próbowała całe  dwa dni, zanim zaczęła coś 

podejrzewać.

Trzeciego dnia postanowiła pojechać.

Oczywiście na teren Instytutu wpuszczono ją bez większych 

kłopotów.   Jednak   przywołany   z   kliniki   lekarz   kategorycznie 

sprzeciwił   się   jakimkolwiek   odwiedzinom   u   leczonego 

background image

kosmobiologa.

A patrzył na Vián prawie ze wstrętem, jak na morderczynię. 

I   zresztą   chyba   nie   byłby   sobą,   gdyby   nie   stwierdził,   że 
właściwie   to  Vián  jest   wszystkiemu   winna.   Bardzo   był 

ciekawy,   co   za  perwersyjną   rozkosz   sprawiało   jej   dręczenie 
niewinnego,   bezsilnego   człowieka,   którego   najpierw 

przywiązała   do   koi,   a   potem   systematycznie   doprowadzała 
niemal do obłędu. I w to już Vián nie uwierzyła - zbyt dobrze 

pamiętała   reakcję   Marka,   kiedy  przypadkowo   przyniosła 
kryształ do kabiny. Zbyt dobrze pamiętała jego wzrok, kiedy po 

raz pierwszy ześlizgiwała się z niego, z wąskiej i niewygodnej 
koi.

Lekarz unosił się i zapluwał tak długo, że zwabił do pokoju 

kilkunastu   gapiów,   w   końcu   wypchnął  Vián  za   bramę 

Instytutu. Zdawał się nie słyszeć jej prośby, zaklęcia niemal, 
żeby pozwolili jej popatrzeć na niego choć przez parę chwil. 

Przecież   muszą   mieć   coś   w   rodzaju   podglądu,   jeżeli   mają 
badać wszystkie ludzkie reakcje.

Tylko brama trzasnęła głucho.
Vián  poderwała głowę, z nienawiścią spojrzała na olbrzymi 

gmach.   A   tego   samego   dnia   wieczorem   znalazła   się   w   nim 
ponownie.   Przemykając   półmrocznymi   korytarzami,  Vián 

uśmiechała   się   gorzko   na   wspomnienie   strażnika.   Musiał 
chyba być trochę niedorozwinięty, skoro nie wiedział, czym 

ryzykuje. Zresztą, może dlatego specjalnie go wybrano? Był 
obrzydliwie ośliniony i cuchnący, ale głupi. Potem pokazał jej 

na   planie   nawet   drogę   do   kliniki   i   pokoju   Marka, 
wytłumaczył, jak trzeba iść.

Jasne i żywe z rana korytarze teraz były martwe i głuche - 

Vián  obawiała się nawet głośno oddychać, kiedy podkradała 

się do potężnych drzwi, opatrzonych więziennym judaszem. 
Przez chwilę nie mogła uwierzyć, że to właśnie tu - aż cofnęła 

się   o   krok,   żeby   dojrzeć   numer   pokoju,   umieszczony   nad 
drzwiami.   Ostrożnie,   cichutko   odsunęła   klapę   judasza, 

wspięła się na palce i... poczuła, że nawet nie potrafi krzyczeć. 
Wydawało   jej   się,   że   czuje   mdły   smród   ohydnego   brudu, 

który   nawet   przez   grubą   płytę   drzwi   bije   od   obłąkanego 

background image

dzikusa,   który   z   radosnym,  bezgłośnym  chichotem   debila   z 
ręki   do   ręki   przesypuje   garść   szklanych   paciorków.  Vián 

puściła się szalonym pędem przez ponure korytarze - nawet 
kiedy na sekundę przymykała oczy, widziała pod powiekami 

drżące, tęczowokrystaliczne błyski.

Nie wiedziała, jak trafiła do bramy, jakim cudem odepchnęła 

od siebie oślinionego, przymilnie uśmiechniętego strażnika, jak 
wypadła na pustą ulicę. Biegła przez okrutne, martwe, podłe 

miasto tak długo, póki nie uderzyła sobą o kogoś, kto chwycił ją 
mocno i przytrzymał. Podniosła nieprzytomne oczy, a potem 

poczuła, jak coś łamie się w niej ze zgrzytem i pęka.

- Laas - wyszeptała tylko. - Laas...

Opowiedziała   mu   wszystko.   Siedzieli   w   pokoju   Laasa   w 

hotelu  i   Vián  mówiła.   O   tej   pierwszej   nocy   pod   pokojem 

gościnnym, kiedy usłyszała, że Bragg wcale jej ojcem nie jest. 
O   swoich   podejrzeniach,   które   przecież   zmieniły   się   w 

pewność. O nocy z Lusinem, o Jobbicku i Bolcu, o strażniku 
w bramie... I o Marku, o Marku, o Marku... Aż do rana.

O ósmej Laaster  wstał z  fotela,  w którym przesiedział całą 

opowieść, wziął dziewczynę za rękę, prawie szarpnął za sobą. - 

Chodź - mruknął krótko.

Poszła, nie pytając o nic.

Zielona   mgła   podnosi   się   coraz   szybciej,   więc   kiedy  Vián 

nareszcie dociera do domu, wyraźnie widzi trójkątny pysk i 

dwa   bursztynowe   ślepia,   pobłyskujące   w   porannym   słońcu. 
Nagle przejmuje ją gwałtowny chłód. - To przecież już koniec 

lata – myśli. 

Powoli wchodzi po stopniach na werandę, schyla się po kota, 

wnosi go do wnętrza domu. W salonie siada na najbliższym 
fotelu   i   po   chwili   pod   palcami   zaczyna   wyczuwać   cichutkie 

mruczenie.   Wiem,   że   patrzy   w   tej   chwili   za   okno,   widzi 
olbrzymi   astrolot,  z   którego   pomału,  ociągając   się   wychodzą 

pierwsi ludzie. Bojaźliwie  i nieufnie patrzą  na daleki  las, na 
mgłę zieloną, na przestrzenie. Milczą.

Wreszcie ktoś - kapitan - wysuwa się naprzód, zatacza ręką 

background image

łuk. Szeroki. - Ludzie! - woła szeptem. - O cholera, ludzie! To 
wszystko będzie nasze!

Dwie olbrzymie łzy ciężko, opornie znajdują sobie kolejne 

bruzdy na pomarszczonych policzkach Vián.

Dwie wielkie, błyszczące łzy, kiedy odchodzę...

background image