MARGIT SANDEMO
WYMARZONY PRZYJACIEL
Tytuł oryginału: „Drømmen om en venn”
PRZEDMOWA
Tę krótką opowieść napisałam dawno, w roku 1963, moŜe 1964, zanim jeszcze
odwaŜyłam się myśleć o wysyłaniu czegokolwiek do wydawcy. W owych czasach nie
wypadało pisać niczego z gatunku science - fiction, dlatego zrobiłam to dla siebie, z samej po-
trzeby pisania.
Nigdy o niej nie zapomniałam, choć sądziłam, Ŝe albo juŜ dawno gdzieś przepadła,
albo zostały z niej jakieś fragmenty. AŜ wreszcie, w roku 1995, przeprowadzaliśmy się.
Wtedy ją znalazłam, po prostu jakby spadła z nieba na sam wierzch skrzyni pełnej
maszynopisów. Pięć minut wcześniej na pewno jej tam nie było! Maszynopis był kompletny,
jedyne, co pozostało mi do zrobienia, to drobne zmiany redakcyjne i uwspółcześnienie tekstu.
Opowieść przemówi być moŜe najbardziej do młodzieŜy i tych, którzy zachowali
młodzieńczy umysł i marzenia. Przyjmijcie ją łaskawie jako moją pierwszą, naiwną próbę
pisarską!
Margit Sandemo
ROZDZIAŁ I
Dzień, w którym Lindis dowiedziała się prawdy, oznaczał dla niej koniec świata.
JuŜ sam ranek był fatalny.
Nocna kłótnia rodziców, której nie starali się ukryć, nie dała jej długo zasnąć. Rano
Lindis była niewyspana i poirytowana. Rzuciła jakąś kąśliwą uwagę w stronę swej
przemądrzałej młodszej siostry, co natychmiast sprowokowało rodziców do wzięcia małej w
obronę.
Lindis nie mogła się powstrzymać od złośliwego komentarza:
- Dziwne, Ŝe potrzebujecie wspólnego wroga, aby działać razem...
Ojciec przytrzymał ją mocno za ramię.
- Nie bądź bezczelna! Chodzisz do szkoły średniej, dostajesz od nas ubrania i jedzenie.
Nie masz powodu nas o nic oskarŜać!
- Nie rozumiem, co to ma wspólnego z całą sprawą - mruknęła nieco ciszej. -
Dlaczego nigdy nie krzyczycie na Karin? Ona moŜe robić, co jej się tylko spodoba!
Ojciec nieświadomie przybrał łagodniejszy wyraz twarzy.
- PrzecieŜ wiesz, Ŝe Karin...
- Wiem, Ŝe Karin cięŜko chorowała jako dziecko. Było mi jej wtedy Ŝal, musiałam
mieć na nią wzgląd i być grzeczną dziewczynką. Ale teraz, u diabła, jest...
- Nie przeklina się w moim domu - rzuciła matka swym najchłodniejszym tonem. Była
elegancką damą w tak zwanym kwiecie wieku, powaŜaną przez wszystkich i mocno
przywiązaną do konwenansów. - Czy ja muszę zawsze się za ciebie wstydzić, Lindis? Jesteś
najbardziej niewdzięcznym stworzeniem, jakie kiedykolwiek spotkałam. Po tym wszystkim,
co dla ciebie zrobiłam!
Lindis nie chciała po raz kolejny wysłuchiwać znanego tekstu. Złapała teczkę i
wybiegła z domu. Kątem oka dostrzegła jeszcze triumfalny uśmieszek siostry.
Ich troje. Trzymali się razem, wspierając nawzajem, a ją odsuwając na dystans.
Siedemnastoletnia Lindis przechodziła właśnie okres buntu i nie zawsze właściwie
oceniała rzeczywistość. Chciała czuć się odrzucona i niezrozumiana, chciała cierpieć! Był to
kolejny etap jej rozwoju, o tym jednak nie wiedziała.
Karin miała dopiero dwanaście lat i nie dosięgło jej jeszcze charakterystyczne dla
nastolatków gwałtowne pragnienie samodzielności. Dokuczała Lindis po dziecinnemu, pewna
rodzicielskiego wsparcia, często wykorzystując dawną chorobę. Była juŜ zdrowa i silna, ale
trzymała to w tajemnicy.
Wspaniale było czuć się uprzywilejowaną w stosunku do starszej siostry, wspaniale
móc się wykręcać od nieprzyjemnych prac domowych, mówiąc cichutko: „Ale ja przecieŜ nie
dam rady...” Lindis przejrzała jej fortele, dlatego tym bardziej cieszyło Karin, gdy starsza
siostra obrywała burę.
Przepełniona buntem Lindis czekała na szkolny autobus. Nie zjadła śniadania, jak
zwykle od czasu tej fatalnej lekcji wuefu. Nadepnęła wtedy na nogę Inger - Lise, która
krzyknęła:
„UwaŜaj, gdzie leziesz, ty wielka, tłusta, niezdarna krowo!”
Dla Lindis był to prawdziwy szok. Zawsze uwaŜała, Ŝe ona jest normalnie zbudowana,
a Inger - Lise jest niedoŜywioną szczapą. Jednak złośliwe słowa zapadły jej głęboko w serce i
zupełnie się załamała. Nie miała juŜ odwagi jeść. Porównując się z najszczuplejszymi
dziewczynami o drobnych kościach, czuła się przy nich jak stodoła.
Nie miała racji. Doskonale mieściła się w granicach normy, jeśli chodzi o wagę. Była
zdrową, zgrabną dziewczyną o Ŝywym usposobieniu. Teraz jednak znajdowała się na drodze
ku przepaści. Oczywiście, słyszała o anoreksji, ale sądziła, Ŝe jej to nie dotyczy. UwaŜała, Ŝe
w pełni się kontroluje i Ŝe musi tylko schudnąć parę kilo. Jeszcze tylko parę. Fakt, Ŝe juŜ
dawno zeszła poniŜej wymarzonej wagi, przeoczyła.
W domu zauwaŜano czasem, Ŝe Lindis rezygnuje z obiadu i Ŝe jada bardzo mało,
jednak fakt ten przesłaniały rodzicom ich własne zmartwienia. Wystarczało, Ŝe rzucili
czasem: „No, jedz wreszcie!”, albo: „BoŜe jedyny, dziewczyna niedługo skończy osiemnaście
lat, najwyŜszy czas, Ŝeby sama dbała o siebie! PrzecieŜ gorzej jest z Karin, która znów nie
moŜe wyjść z przeziębienia. Przy jej słabych płucach i niskiej odporności... Biedulka, chyba
się znów nie rozchoruje?”
Drogą nadeszły koleŜanki z klasy Lindis, rozmawiając o czymś, co Anne Sofie
trzymała w ręce.
- Co to jest? - spytała Lindis.
- Dostałam to! - promieniała Anne Sofie. - To zdjęcie mojego ukochanego. Och, nie
mogę, jaki on jest piękny! Nie wiem, co mi napisał, ale to musi znaczyć, Ŝe mnie kocha!
Bezgranicznie!
Było to zdjęcie angielskiego muzyka rockowego na tle grupy. Marit, chluba klasy,
poprosiła o podanie jej zdjęcia tego ubranego w skóry i metal półboga.
- Napisane jest: „Best wishes”. Najlepsze Ŝyczenia.
- Zawsze musisz wszystko popsuć - mruknęła Anne Sofie lekko zaŜenowana.
Nie naleŜała do najlepszych, jeśli chodzi o języki obce, jakoś jednak udało się jej
sklecić list do swego idola. Kirsten, przyjaciółka Anne Sofie, teŜ nie naleŜała do geniuszy,
poniewaŜ jednak była skończoną pięknością, nie miała Ŝadnych kompleksów.
- I tak masz szczęście - westchnęła Solveig, patrząc na Anne Sofie.
Solveig była mała i szara jak mysz. Trzymała się tych koleŜanek, którym to akurat nie
przeszkadzało.
Liderka grupy jeszcze się nie wypowiedziała. Miała na imię Tone i posiadała autorytet
wynikający z urody, sprawnego umysłu, porządnego domu i wielu wielbicieli oraz
wielbicielek. Podbudowywały go teŜ wypowiadane przez nią sądy. Z wydaniem aktualnego
zaczekała, aŜ wszystkie obrócą się w jej kierunku.
- Kochanie się w idolach jest nieszkodliwe i nieco dziecinne - orzekła. - Wykazuje
tylko, Ŝe ma się małe szanse w kręgu znajomych.
Radość Anne Sofie wyraźnie minęła. Nadjechał autobus, dziewczyna wsunęła z
westchnieniem zdjęcie do ksiąŜki od matematyki.
Dlaczego ludzie są dla siebie tak okropni? pomyślała Lindis, wsiadając do autobusu.
Choć w zasadzie ja teŜ taka jestem w domu...
Muszę być trochę milsza, postanowiła.
Nagle dotarło do niej, Ŝe takie postanowienie podejmowała juŜ wiele razy w ciągu
tego roku. Bez specjalnego rezultatu...
Ojciec był wicedyrektorem w jej szkole. To nie była korzystna sytuacja dla niej jako
uczennicy. MoŜe właśnie to sprawiło, Ŝe odsunęła się od ojca, nawet nieświadomie?
Gdyby tylko mogła z kimś szczerze porozmawiać! Z prawdziwym przyjacielem. Z
dziewczynami było dobrze tylko pozornie. śadnej z nich nie odwaŜyłaby się zwierzyć.
Wątpiła, czy interesuje je to samo, co ją, poza tym wszystkie miały spokojne domy.
Bo ona nie miała, to było pewne. Wina w duŜej mierze leŜała po jej stronie, ale tak
trudno jest być miłą i grzeczną, kiedy dusza wyraŜa sprzeciw! To minie, mawiała mama. To
tylko dojrzewanie.
Skąd ona to wiedziała? PrzecieŜ nie mogła zajrzeć do wnętrza Lindis!
Lisbeth Lund, uśmiechnięta, niewysoka nauczycielka angielskiego, pewnie by ją
zrozumiała. Z nią na pewno by się dobrze rozmawiało, choć to nie to samo, co przyjaciel
chłopak...
Tego jednak nie było jej jeszcze dane zaznać. Durzyła się w kilku, lecz zachowywała
się zbyt niezręcznie, aby któryś odwaŜył się do niej zbliŜyć.
Autobus zatrzymał się przy szkole w momencie, gdy zabrzmiał dzwonek. Gromada
uczniów tłoczyła się przy drzwiach w przepychance, kto ostatni przekroczy główne wejście.
Na korytarzu Lindis napotkała ojca stojącego z Lisbeth Lund. PrzyjeŜdŜał do szkoły
samochodem, dlatego ją wyprzedził. Podwoził czasem Karin, gdyŜ, jak twierdził, Lindis stale
zaśmiecała mu auto resztkami chipsów.
Skinęła na powitanie głową, lecz ojciec zatrzymał ją.
- Podobno coraz gorzej się uczysz, Lindis. Postaraj się bardziej skoncentrować. Został
ci przecieŜ jeszcze tylko rok.
- Ja nie mogę narzekać - odezwała się przyjaźnie Lisbeth Lund. - Jest dobra z
angielskiego i uwaŜa na lekcjach.
Kochana Lisbeth! Lindis ogromnie ją lubiła. Nauczycielka wstawiała się za nią i moŜe
dlatego dziewczyna na jej lekcjach starała się bardziej niŜ na innych.
Gdyby tak to ona była moją matką zamiast tej chłodnej, obojętnej bizneswoman, która
zjawiała się w domu tylko wtedy, gdy robiła przyjęcie dla przyjaciółek... Nie, jestem
niesprawiedliwa. Mama wspaniale prowadzi dom i to pewnie moja wina, Ŝe mnie nie lubi.
Ojciec bywał w domu rzadko. KaŜde głupstwo tak go wyprowadzało z równowagi, Ŝe moŜe
to i lepiej. TakŜe on miał słabość do Karin i traktował Lindis jak zło konieczne, które powin-
no moŜliwie najszybciej opuścić dom.
Co ze mną jest nie tak? pomyślała wojowniczo, wchodząc do klasy. W szybie
napotkała swoje odbicie: owalną twarz o duŜych, ciemnych oczach, z ostro zaznaczonymi
kośćmi policzkowymi - zasługą lub winą intensywnego odchudzania, ładny nos i usta,
ciemnobrązowe włosy obcięte domowym sposobem na pazia, kanciaste ramiona i biodra, ale
ogólnie zgrabną figurę i ładne nogi.
Mogło być gorzej. Ale w domu i to nie wystarczało, by ją akceptowali. MoŜe tylko
jako opiekunkę Karin, gdy rodzice wychodzili.
Najlepiej schudnąć. Wtedy na pewno mnie polubią. PrzecieŜ jestem wielka i
niezgrabna, tak powiedziała Inger - Lise.
Lindis udawała, Ŝe nie zauwaŜa głodu. Najbardziej dokuczał przez pierwsze trzy doby.
Teraz mogła nic nie jeść przez długie dni. Czasem jednak nadchodził i uderzał mocno. Starała
się wtedy kłaść spać, aby przeczekać fantazje o jedzeniu dobrych rzeczy.
Była osłabiona. Na nic nie miała siły. Ale wydawało jej się to naturalne na
przedwiośniu, gdy śnieg topnieje i wszyscy czekają na wiosnę.
W czasie ostatniej przerwy stała z dziewczynami, z którymi razem dojeŜdŜała
autobusem i z którymi w związku z tym przebywała najczęściej. Anne Sofie, Marit, Kirsten,
Solveig i Tone. Nie była im potrzebna, ale trzymała się ich, starając się być niezauwaŜalna.
Dzięki temu ją tolerowały.
Kirsten odwróciła się nagle w jej stronę z zaskakującym pytaniem:
- Co załoŜysz na imprezę w przyszły piątek?
- W piątek?
- No tak! U Tone. B. R.
Zapadła niezręczna cisza. Lindis wiedziała, Ŝe B.R. oznacza „bez rodziców”, ale jej
nikt nic nie mówił o piątku...
Tone wyglądała, jakby miała zamiar odejść, lecz w końcu zmieniła zdanie. Posłała
Kirsten pełne złości spojrzenie i rzuciła do Lindis:
- Nie dostałaś wiadomości? U mnie w domu, o ósmej. Musisz mieć ze sobą chłopaka,
do uŜytku ogólnego. Ale musi być sensowny!
Potem odwróciła się na pięcie i odeszła w towarzystwie niezmiennie ją podziwiającej
Solveig. Pozostałe dziewczyny zaczęły głośno o czymś rozmawiać i Lindis znów poczuła się
wykluczona z ich kręgu.
Nie miała ochoty iść na imprezę, na którą właściwie nie zamierzano jej zapraszać! I to
„weź ze sobą chłopaka”. Tone wiedziała przecieŜ, Ŝe Lindis nie mogła w nich przebierać. „Do
uŜytku ogólnego”... Brzmiało to dość brzydko, ale juŜ wiedziała, o co chodzi: aby nie
siedziała cały wieczór, trzymając tego chłopaka za rękę, ale Ŝeby wszyscy bawili się ze
wszystkimi.
Nie, na pewno nie chce tam pójść!
- Niestety, nie mam czasu! - zawołała w ślad za Tone i pozostałymi dziewczynami.
ZdąŜyły juŜ jednak wejść do środka, więc jej odwaŜna odmowa nie wywarła na nich Ŝadnego
wraŜenia.
Muszę o tym opowiedzieć...
Zatrzymała się. Czy jest ktoś, komu mogłaby o tym opowiedzieć?
Lisbeth Lund?
Nie, z jakiej racji? Po pierwsze, byłby to rodzaj poraŜki, Ŝe ma się tylko nauczycielkę
za powiernicę. Po drugie... No właśnie, po drugie? Z pewnym niepokojem przypomniała
sobie rozmowę sprzed kilku dni. Ktoś w klasie powiedział, Ŝe Lisbeth Lund chyba lubi
Lindis, bo zawsze zwraca się do niej takim miękkim głosem. Gdy dziewczyna odparła z
niedowierzaniem, zarumieniona: „Naprawdę?”, inny uczeń powiedział ze śmiechem: „A co
na to twoja mama?”
Lindis nie zrozumiała aluzji, choć wyczuła, Ŝe coś chciał przez to powiedzieć.
Niechętnie powlokła się w stronę budynku szkoły.
Czuła się strasznie samotna.
Gdyby tak mieć przyjaciela!
Gdy wróciła do domu, zastała w nim tylko mamę. Najwyraźniej nie usłyszała, jak
córka wchodzi, gdyŜ na jej widok szybko zabrała coś ze stołu i schowała. Lindis jednak
zdołała dostrzec, co to było: bluzka, o jaką dopominała się Karin juŜ od kilku dni.
Matka spostrzegła, Ŝe odkryto tę małą tajemnicę, i rzuciła z wymuszonym uśmiechem:
- Ojciec kupił ją dla Karin. Naprawdę na nią zasłuŜyła, biedna maleńka.
Lindis spostrzegła, Ŝe matka płakała, ale nie była w nastroju do współczucia.
- Dlaczego mnie ojciec nigdy nic nie kupuje?
Poniewczasie zrozumiała, Ŝe matka była na krawędzi załamania. Przypomniała sobie
nieprzyjemną atmosferę ostatnio panującą w domu, drobiazgi umykające jej uwagi. Ostre
sprzeczki rodziców, gwałtownie urywane, gdy wchodziła któraś z córek, trzaskanie drzwiami,
wszystkie te detale, których Lindis, zapatrzona w siebie nastolatka, nie zauwaŜała.
Jej agresywne pytanie zadziałało jak iskra powodująca wybuch.
Matka wstała z pałającymi policzkami i podeszła do okna. Nagle córka dostrzegła ją w
nowym świetle. Nie była juŜ tak młoda, elegancka ani pewna siebie. Na ułamek sekundy
Lindis ujrzała jej nagą, bezbronną twarz.
Ale to trwało tylko moment. W następnej chwili matka przybrała swą maskę i
powiedziała, nie patrząc na Lindis:
- Twój ojciec? Twój ojciec nigdy nie dbał o ciebie. Poszedł sobie i zostawił mnie z
tobą na karku. Był tchórzem, zawsze uciekającym przed odpowiedzialnością. Dla mnie
poczucie odpowiedzialności było najwaŜniejszą sprawą w Ŝyciu. Sama zapracowałam na
moją obecną pozycję mimo utrudnienia, jakim dla mnie byłaś. Tego mi nikt nie odbierze!
Lindis zmarszczyła czoło.
- Ojciec uciekł? PrzecieŜ widziałam go w szkole - bąknęła niepewnie. - Nawet ze mną
rozmawiał, to znaczy mnie strofował, ale on tak zawsze. Dlaczego nigdy nie powie nic miłe...
Matka stała nadal przy oknie, znów chłodna i wyniosła, pomimo zapłakanych oczu,
czerwonych plam na szyi zdradzających gorycz przekwitania i włosów choć raz nie
uczesanych idealnie.
- Nie mówię o moim męŜu - powiedziała lodowatym tonem. - Mówię o twoim
biologicznym ojcu. O tym, który obiecywał mi złote góry i lata szczęścia. Niech to, musiałam
do wszystkiego dojść sama. A on? Po prostu zniknął! Wiele, wiele lat temu. Mówił, Ŝe jedzie
do Australii, ale nie wiem, dokąd go zaniosło.
Prawda powoli docierała do Lindis. Więc to dlatego ojciec prawie nigdy jej nie
zauwaŜał poza przypadkami, gdy jej robił wyrzuty!
Miała w głowie taki zamęt, Ŝe trudno jej było skupić się na tym, co mówi matka.
- Tak to juŜ jest, gdy wychodzi się za mąŜ za czarującego wdowca z córką. Był
aktorem podziwianym przez wszystkich, ale bez pracy. No, moŜe tylko w reklamówkach. Na
co mi był ten ślub? Dostałam rozwód po tym, jak dowiedziałam się, Ŝe utonął. Nie wiem, czy
to prawda, ale nie dbam o to. Miałam go dosyć raz na zawsze! A gdy twój ojciec się
oświadczył...
Lindis podniosła rękę.
- Chwileczkę! Ten, który się oświadczył, nigdy więc nie był moim ojcem?
Matka odwróciła się w jej stronę z zaciętą twarzą.
- Zajmował się tobą przez te wszystkie lata, zapewnił ci byt, więc nie uwaŜam, Ŝe
masz prawo narzekać.
- PrzecieŜ tego nie robię. Ale nie o to mi chodzi. Mówiłaś, Ŝe pierwszy mąŜ był
wdowcem z córką. Ta córka to ja?
- No, a kto? Zostawił mnie z dzieckiem innej kobiety! Jakie miałam szanse na
ponowne zamąŜpójście? Ale udało mi się!
Lindis nie była w stanie podzielać triumfu matki. Była zdezorientowana, nie mogła
poskładać fragmentów w całość.
- Czy to znaczy, Ŝe nie jesteś moją matką?
Matka prychnęła.
- Nie, a widzisz jakieś podobieństwa? Ale uwaŜam, Ŝe dobrze spełniłam swój
obowiązek. Nigdy ci niczego nie brakowało, przyznasz sama!
Spojrzała na swą przybraną córkę, jakby widziała ją po raz pierwszy.
- AleŜ ty jesteś chuda!
- Prawda? - rozjaśniła się na chwilę Lindis. - I schudnę jeszcze bardziej!
- Lindis! - wykrzyknęła, wreszcie przestraszona, matka. - Chyba nie masz... nie
jesteś...
Krótka chwila radości minęła. Lindis ujrzała nagle swoją sytuację w nowym świetle i
poczuła, jak ogarnia ją zimna fala samotności i wyobcowania.
- Oszukaliście mnie! - krzyknęła, tracąc panowanie nad sobą. - Całe Ŝycie mnie
oszukiwaliście! Nic nie mam wspólnego z waszym sztucznym domem lalek!
Wybiegła na dwór.
Musiała uciekać, uciekać od tego bólu!
ROZDZIAŁ II
Bardzo szybko Lindis zauwaŜyła, Ŝe straciła swoją dawną dobrą formę. Była tak słaba
i zmęczona, Ŝe niemal wlokła nogi za sobą, starając się wybiec spomiędzy domów. Musiała
nawet zwolnić, Ŝeby nie upaść.
Co się ze mną dzieje? pomyślała zirytowana.
W głębi duszy jednak znała odpowiedź na to pytanie. Po prostu nie miała w ustach
porządnego posiłku juŜ od kilkunastu dni.
No i co z tego, za to jestem szczupła, uznała buntowniczo. Nikt nie moŜe powiedzieć,
Ŝ
e jestem tłusta i niezgrabna, a juŜ na pewno, jeśli jeszcze schudnę parę kilo.
Zatrzymała się, nagle bezradna. Na co się przyda to chudnięcie, jeśli nikt, nikt na
całym świecie się nią nie przejmuje? Nawet nie ma juŜ rodziny! Wszystko było kłamstwem
od początku do końca.
Bezwiednie zaczęła iść wzdłuŜ skał nad morzem. Nie zwróciła uwagi na to, Ŝe lód
ś
ciął wodę w kałuŜach na skale, Ŝe śnieg juŜ zdąŜył stopnieć na wrzosowisku, nie zauwaŜyła
czerwono zachodzącego słońca.
Szła zrozpaczona, zbuntowana, ze wzrokiem przesłoniętym łzami, nie widząc, gdzie
stawia stopy. Nagle poślizgnęła się na oblodzonym kamieniu i straciła równowagę. Zaciekle
walcząc o jakieś zaczepienie dla nóg czy rąk, zsuwała się nieubłaganie na dół. Wylądowała na
piaszczystym skrawku lądu, ponad którym wznosiły się strome, wygładzone skały. Fale
uderzały o nie rytmicznie, mocząc jej buty i spodnie.
Upadek okupiła kilkoma otarciami, ale nie to było najgorsze.
Znalazła się w pułapce!
Próby wspięcia się po skałach spełzły na niczym.
Popatrzyła zdesperowana w morze. KtóŜ jednak o tej porze, na przedwiośniu, wybiera
się na ryby? Większe statki tędy nie przepływały, miały inną trasę. Pływali tu tylko niedzielni
wędkarze.
Dopiero teraz spostrzegła, Ŝe słońce juŜ niemal zaszło, było dokładnie na linii
horyzontu. Musiała długo tak chodzić, pogrąŜona w ponurych rozmyślaniach.
Spojrzała na skały. Dostrzegła ślad, który przyprawił ją o kolejny szok. Linia
przypływu!
Więc dochodził aŜ tak wysoko! Woda sięgałaby jej ponad talię. Ale czy to na pewno
jest najwyŜszy poziom? Codziennie chyba aŜ tak się nie podnosi?
Lindis ogarnęła panika. Zawołała o pomoc, najpierw ostroŜnie, onieśmielona własnym
głosem w tej pustce, potem głośniej. Jeszcze kilka razy.
KtóŜ ją usłyszy?
Ma wejść do wody i płynąć? Fale wydawały się agresywne, mogły nią uderzyć w
skały. Nie wiedziała zresztą, jak daleko jest do płaskiego brzegu, nic nie widziała z tego
osłoniętego miejsca.
Woda była zresztą okropnie zimna. JuŜ dawno zlodowaciały jej uda.
Co za beznadziejna sytuacja!
Ja przecieŜ chcę Ŝyć, stwierdziła ze zdumieniem, mimo Ŝe w ciągu ostatniej godziny
przez głowę przelatywały jej nawet samobójcze myśli. Uświadomiła to sobie teraz, gdy
ś
mierć naprawdę zajrzała jej w oczy. PrzecieŜ nie mogę narzekać. Czy moja tak zwana matka
nie zajmowała się mną przez te wszystkie lata? Grała co prawda męczennicę, ale teraz juŜ
rozumiem lepiej, dlaczego. PrzecieŜ to niezwykłe, Ŝe wzięła odpowiedzialność za cudze
dziecko. A mój własny tatuś po prostu uciekł.
Kim on mógł być? A mama?
MoŜe mam gdzieś krewnych?
A nazwisko? Nazywam się Bergstrøm, jak cała rodzina. Czyli ojciec mnie adoptował.
Miło z jego strony. Choć poza tym nie okazał mi większego zainteresowania, to
pewne.
Choć, moŜe? Na początku? Ale gdy pojawiła się Karin, jego własna córka, istniała juŜ
tylko ona. Wszystko kręciło się wokół niej.
Chyba moŜna to zrozumieć?
Ale czy muszę?
Lindis czuła, Ŝe cały jej świat runął jak domek z kart. Tak, bardziej stabilny nigdy nie
był, mimo starań tych dwojga obcych ludzi.
To nie była przecieŜ normalna adopcja, w której dwoje ludzi decyduje się na właśnie
to dziecko, które oboje wybrali. Na właśnie to jedno. Nie, ona wylądowała im prosto na
kolanach i matka, dla której obowiązek był sprawą świętą, poczuła się zmuszona do dalszego
zajmowania się córką swego zaginionego męŜa. Wstyd jej było oddać dziecko, a Ŝe nie
chwaliła się jego pochodzeniem? Musiałaby się wtedy przyznać, Ŝe została porzucona! Nie,
dosyć tego, niechciane dziecko nie powinno tak myśleć.
Większa fala ochlapała Lindis. Dziewczyna zadrŜała z zimna.
Pasek piasku zwęził się do szerokości jej stóp.
- Ratuuunku!
Zawołała jeszcze kilka razy coraz bardziej rozpaczliwie.
Nagle zesztywniała. Wydało jej się, Ŝe coś usłyszała nad sobą.
Spojrzała w górę.
Ktoś stał i patrzył na nią. Ulgę odczuła jak otulające ją ciepło.
Z tej perspektywy dostrzegła tylko biały kombinezon i buty na grubych podeszwach.
MoŜe to jakiś monter?
- Błagam, pomóŜ mi się stąd wydostać - jęknęła. - Idzie przypływ, strasznie zmarzłam.
Pewnie była juŜ sina z zimna, ale teraz nie myślała o swym wyglądzie. WaŜniejsza
była ta postać na górze.
Nagle jednak znowu przeniknęło ją zimno.
Człowiek zniknął.
- Wracaj, do dia...
Nie, nie przeklinaj. Nie histeryzuj. Ktoś cię zobaczył, więc masz szanse na ratunek.
Spokojnie, on wróci. Na pewno poszedł po pomoc. Zaraz przyśle helikopter albo łódź, albo
coś takiego.
Po skale jak blady wąŜ spłynęła lina.
No, dobre i to. Ktoś jeszcze zawiązał na niej węzły, Ŝeby Lindis było łatwiej.
Z trudem chwytała sztywnymi palcami linę, jednak, z największym wysiłkiem, udało
jej się wspiąć na górę. Nikt jej nie wciągnął.
Wreszcie poczuła suchą, twardą i równą skałę pod palcami. Lina prowadziła dalej, aŜ
do kępy karłowatych sosen. Do jednej z nich była przymocowana.
Dzięki ci, sosenko!
Wybawiciela nie było nigdzie widać.
Dziwne! Ludzie lubią, gdy się im dziękuje i chwali za okazaną pomoc.
- Dziękuję! - zawołała w pustkę. - Bardzo dziękuję!
Była jednak tak wyczerpana, Ŝe nie mogła stanąć. LeŜała na plecach z rozrzuconymi
ramionami, niezdolna do ruchu. Z trudnością wciągała powietrze do płuc, serce biło tak
mocno, Ŝe aŜ bolało, w głowie jej się kręciło.
ś
e teŜ mam tak słabą kondycję, pomyślała z zamkniętymi oczami. To niepodobne do
mnie. Wiele razy o mało nie puściłam liny. Na nic nie mam siły!
Nagle poczuła, Ŝe nie jest juŜ sama. Wyczuwała czyjąś obecność tak wyraźnie, jakby
jej dotykała.
- Jesteś chora? - spytał ktoś.
Otworzyła oczy.
To był on, ten ubrany na biało monter.
Poczuła się niepewnie, patrząc na niego z ziemi. Zerwała się na nogi i zachwiała.
MęŜczyzna wyciągnął rękę, Ŝeby ją podtrzymać.
Wtedy wreszcie mu się przyjrzała. No, właściwie nie całkiem, bo łuna zachodzącego
słońca ją oślepiała i widziała nieznajomego jako czarny zarys na tle nieba. Przesunęła się
odrobinę i wtedy mogła normalnie patrzeć.
Wciągnęła głęboko powietrze.
Nigdy jeszcze nie widziała tak przystojnego męŜczyzny! Miał kruczoczarne, lekko
falujące włosy, jego kombinezon nie był biały, właściwie mienił się srebrzyście. U pasa,
okalającego silnie zbudowane ciało, wisiał podłuŜny woreczek.
Cała ta sytuacja wydawała się dziewczynie kompletnie nierzeczywista. Czas jakby
zatrzymał się w miejscu, fale uderzały miarowo o skały, wiatr świstał. Miała wraŜenie, Ŝe
cały świat składa się tylko z tego uroczyska. Nieznajomy patrzył na nią tak intensywnie,
jakby chciał ją przejrzeć na wylot i poznać do głębi.
Nie mógł być Norwegiem, nie umiała teŜ odgadnąć, skąd pochodził. Jednego była
pewna: miała do czynienia z człowiekiem inteligentnym, o ogromnej kulturze osobistej. Oczy
pod mocno zarysowanymi brwiami były podłuŜne, lekko skośne, ale nie w sposób orientalny,
nos prosty i krótki, a linia ust bardzo interesująca: mocna i zdecydowana, lecz z ledwie zau-
waŜalnym grymasem w kącikach, świadczącym o poczuciu humoru. Twarz, choć opalona
słońcem i wiatrem, sprawiała wraŜenie wyrzeźbionej z marmuru.
Najbardziej jednak zaskoczył Lindis kolor oczu nieznajomego. Tęczówki miał jasne,
mieniące się od szarego do zielonego, jak oczy kota albo istot Ŝyjących w morzach czy
rzekach; było to niezwykle fascynujące. Właściwie samo pojawienie się tego męŜczyzny było
niespodziewane, jak grom z jasnego nieba.
Lindis wciągnęła gwałtownie powietrze. On teŜ się jakby odpręŜył.
- Twoja obecność zaskoczyła mnie - uśmiechnął się. - Nie przypuszczałem, Ŝe
spotkam tu ludzi.
Wreszcie odzyskała zdolność mówienia i mogła podziękować mu za uratowanie Ŝycia.
Zbył ją stwierdzeniem, Ŝe nie chciał jej potem przeszkadzać, ale poniewaŜ zobaczył, Ŝe nie
jest w stanie ustać na nogach, wrócił. Przeprasza za kłopot.
Nie chciał przeszkadzać? Przeprasza? O co mu chodzi?
- Co pan tu... co tu robisz? - spytała Lindis.
- A, to - otworzył dłoń i pokazał mały kamień. - Zbieram próbki minerałów.
Miał szczupłe dłonie o niezwykle długich palcach.
- Jesteś geologiem?
Patrzył na nią przez chwilę, zastanawiając się, aŜ pomyślała, Ŝe uŜyła niewłaściwego
słowa. Wreszcie uśmiechnął się.
- Tak. W kaŜdym razie prawie.
Lindis spróbowała odgadnąć, ile mógł mieć lat. Chwilami wyglądał na chłopaka, a
chwilami na trzydziestolatka. Uznała, Ŝe ma dwadzieścia kilka lat.
- Szukasz jakichś specjalnych okazów? - spytała z nadzieją, Ŝe nie zabrzmi to głupio.
Bardzo chciała wywrzeć na nim wraŜenie osoby inteligentnej. Zrobiła krok w jego
stronę, lecz zatrzymała się, gdy się cofnął. Opuścił ją zapał i stała bezradnie, kopiąc ziemię
czubkiem buta.
Wtedy podszedł do niej i pokazał zawartość woreczka.
- Nie, nie szukam konkretnego minerału, zbieram tylko takie, których wcześniej nie
widziałem. DuŜo ciekawych rzeczy tu znalazłem. Biorę je do... laboratorium.
Lindis była jeszcze zbyt oszołomiona, aby zauwaŜyć tę małą przerwę między
słowami.
- Widzę, Ŝe wziąłeś teŜ kamyki z plaŜy.
Dlaczego jej głos zabrzmiał tak niepewnie? Broda jej drŜała tak, Ŝe nie panowała nad
nią.
- Tak, stamtąd z dołu. Potrzeba mi będzie jeszcze duŜo więcej tych próbek, ale nie
miałem czasu.
Lindis przerwała mu bez namysłu:
- Och, moŜe mogłabym ci pomóc? Ja... To znaczy, jeśli nie będę przeszkadzać...
Spojrzała na niego z lękiem. Znów zachowała się beznadziejnie. Narzucała się.
Zupełnie nie miała doświadczenia w kontaktach z chłopakami.
Otrzymała jednak uprzejmą odpowiedź:
- Będę wdzięczny za pomoc. Jest tu duŜo rzeczy do zbadania. Ale teraz jest ci zimno,
masz mokre ubranie, powinnaś iść do domu.
- E, tam, dam sobie radę - odpowiedziała buńczucznie, choć szczękała zębami z
zimna.
Patrzył na nią przez dłuŜszą chwilę, co ją jeszcze bardziej zbiło z tropu. Wyciągnął w
końcu z woreczka niebieski jak lawenda szalik i owinął go wokół jej szyi. Był niewiarygodnie
miękki, jak puch. A jak grzał!
- Pomaga? - spytał.
- O, tak! - szepnęła. Ciepło rozchodziło się po jej ciele. - Niesamowicie!
Przez moment wyglądał na zaniepokojonego, zaraz jednak poprosił:
- Postaraj się znaleźć jak najwięcej róŜnych kamieni, zarówno tych wygładzonych
przez morze, jak i tych o ostrzejszych krawędziach.
Lindis ochoczo zeszła na plaŜę, która zresztą była zadziwiająco blisko tej zatoczki, do
której niechcący się zsunęła, i zaczęła zbierać kamienie. Wypychała nimi kieszenie swetra, aŜ
zupełnie stracił fason. MęŜczyzna teŜ szukał. Cały czas rozmawiali ze sobą, to znaczy paplała
głównie Lindis. Najpierw o kaŜdym kamieniu, gdyŜ kaŜdy był godny wzmianki, potem o
swoich zmartwieniach. Zanim się zorientowała, opowiedziała mu całą swą historię. On
odpowiadał i pytał o róŜne rzeczy, a Lindis czuła się swobodna jak nigdy dotąd. Nie krę-
powała się juŜ, nie lękała, Ŝe się wygłupi. Po raz pierwszy czuła, Ŝe moŜe być z kimś szczera i
naturalna bez obawy, Ŝe ten ktoś ją wyśmieje czy spojrzy z pogardą.
Najbardziej nieznajomego zaintrygowało oświadczenie Lindis, Ŝe szczególnie
interesuje ją paleozoologia, Ŝe wie „wszystko” o wymarłych zwierzętach. Zawsze ją
ciekawiły, o wiele wcześniej, niŜ Steven Spielberg nakręcił „Park Jurajski”. Jej wybawca nie
mógł się nasłuchać do syta. Nagle wydało się jej, Ŝe moŜe sobie z niej Ŝartuje. Nie zdąŜyła
głośno wyrazić wątpliwości, gdy powiedział, Ŝe wiedza na ten temat ma wielkie znaczenie dla
jego badań. Wydało jej się nieco dziwne, Ŝe geolog nie studiował paleontologii, ale radość ze
znalezienia przyjaciela zatarła to wraŜenie.
Zorientowała się nagle, Ŝe za bardzo się oddaliła, a poniewaŜ kieszenie i rodzaj worka,
jaki zrobiła, podwinąwszy sweter, stały się bardzo cięŜkie, pobiegła z powrotem do
nieznajomego. WciąŜ zadziwiał ją swą urodą.
- Nie zauwaŜyłam, Ŝe aŜ tak daleko odeszłam. Słyszałam cię tak dobrze, to pewnie
dzięki wiatrowi - zaśmiała się. - Oto moja zdobycz.
Zrzuciła zebrane kamienie, wygładziła rozciągnięty sweter i czekała na jego osąd.
Podszedł do niej. Lindis aŜ ugięły się kolana, gdy poczuła jego bliskość. Zupełnie
jakby miał w sobie jakąś magnetyczną siłę przyciągania.
Obejrzał kaŜdy kamień. Wiele odrzucił, część włoŜył bez większego zainteresowania
do worka, z kilku jednak wyraźnie się ucieszył. Lindis poczuła wtedy, Ŝe zrobiłaby dla niego
wszystko.
W kieszeni namacała jabłko i podała mu je. Podziękował i schował owoc do worka.
- Nie zjesz? - spytała dziewczyna.
- Jeśli moŜna, wolałbym je zjeść później.
- Oczywiście.
Lindis nagle uświadomiła sobie, Ŝe zrobiło się bardzo późno. Zapadł juŜ zmrok. Z
niechęcią zdjęła piękny szalik i oddała mu go. Od razu poczuła, jak ostry wiatr przenika ją na
wskroś, a jej mokre ubranie lodowacieje.
Nieznajomy włoŜył szalik do kieszeni. Lindis nigdy jeszcze nie widziała równie
wspaniale zbudowanego męŜczyzny: tak szerokiego w barach i wąskiego w biodrach. Pewnie
jest niezwykle silny, pomyślała z podziwem zmieszanym ze strachem.
- No, muszę juŜ iść do domu - rzucił jakby w odpowiedzi na jej myśli. - Bardzo ci
dziękuję za pomoc, informacje i jabłko. I za to, Ŝe opowiedziałaś mi tyle o sobie. Bardzo to
cenię. Zapamiętaj jedną rzecz: ludzie nie zawsze są tacy, jakie sprawiają wraŜenie. MoŜe to
brzmi banalnie, ale tak juŜ jest. Wiem to. Wydaje ci się, Ŝe nikt o ciebie nie dba, ale gdybyś
zajrzała do wnętrza dusz swoich bliskich, zobaczyłabyś coś zupełnie innego. Pod słowami i
czynami leŜą myśli, a pod nimi właściwe ja człowieka. Widzę, Ŝe nie za bardzo mnie teraz
rozumiesz, ale pewnego dnia to pojmiesz. Tak w ogóle: czy ty kogoś lubisz?
Lindis patrzyła na nieznajomego zaskoczona. TeŜ pytanie! PrzecieŜ lubi... no...
Och, nie! Nikt jej nie przychodzi do głowy! Poza nim, oczywiście, ale...
Nie zdąŜyła zakończyć myśli, gdy przerwał jej spokojnie:
- Nie musisz liczyć. MoŜe zrozumiałaś, Ŝe ten problem nie jest taki prosty. No, idź juŜ
do domu, musisz być głodna.
- Nigdy nie jestem głodna - odparła szybko, choć kłamała. Była tak głodna, Ŝe Ŝołądek
aŜ krzyczał. Znów jeden z tych dni, pomyślała gorzko. Musi się zaraz połoŜyć spać, Ŝeby nie
rzucić się na jedzenie. Dotychczas jeszcze tego nie zrobiła, ale zdawała sobie sprawę, Ŝe to
byłoby niebezpieczne.
Aby oddalić niezręczny temat, powiedziała szybko:
- Dzięki, Ŝe tu byłeś! Straciłam nadzieję, Ŝe ktoś mnie uratuje, tym bardziej ktoś tak...
no, Ŝe w ogóle ktoś tu będzie. Dziękuję!
Uśmiechnął się krzywo i przez to stał się jeszcze bardziej pociągający.
- Znów marzniesz - stwierdził. - Dasz radę dojść do domu? Wyglądasz na
niedoŜywioną. Wszyscy tacy jesteście?
Nie do końca zrozumiała to pytanie.
- Jacy wszyscy?
Nie odpowiedział. Lindis właściwie była dumna, Ŝe nazwał ją niedoŜywioną.
Oznaczało to, Ŝe choć daleko jej do ideału, to na pewno jest szczupła.
PogrąŜona we własnych myślach rzuciła:
- Ale nie zaproszono mnie do Tone. Wszystkich zaprosiła, a mnie nie.
Popatrzył na nią badawczo.
- Chyba wiem dlaczego. Tone się ciebie boi, bo jesteś zbyt ładna.
- Ja? - wykrzyknęła Lindis. - Wcale nie jestem ładna. Jestem wielka, tłusta i
niezgrabna. Tak powiedziała Inger - Lise.
- Przeciwnie! Zobacz sama! Łokcie ci sterczą, ręce i nogi masz jak patyki. Myślisz, Ŝe
to ładnie wygląda? Widziałem inne dziewczyny tutaj, miały krągłe ramiona i piękne ciała.
Mogłabyś pobić je wszystkie pod względem urody, gdybyś nie była taką wychudzoną
szczapą. Rozumiem jednak, jesteś chora i dlatego wyglądasz tak brzydko.
Lindis nie zorientowała się, Ŝe on chce ją sprowokować i sprawić, Ŝeby odzyskała
rozsądek. Łzy stanęły jej w oczach.
- Nic nie rozumiesz. Jak moŜesz mówić, Ŝe jestem chuda? Ja chcę być chuda, ale nie
udaje mi się, mimo Ŝe wcale nie jem.
- Chcesz się jeszcze ze mną spotkać, Lindis?
- Tak, bardzo - odparła, zdumiona pytaniem.
- Więc idź do domu i zjedz coś porządnie. Bez oszukiwania! Powinnaś zacząć
ostroŜnie i powoli zwiększać porcje. JeŜeli nadal będziesz się odchudzać, zniszczysz organy
wewnętrzne, a w końcu umrzesz! Chcesz tego?
Czy nie chciała tego? PrzecieŜ czuła, Ŝe wszystkim zawadza, chciała uciec...
Zdarzyły się jednak dwie rzeczy: znalazła się w rzeczywistym niebezpieczeństwie
oraz spotkała wspaniałego przyjaciela. To znaczy, on chciał zostać jej przyjacielem. Jeśli
zacznie jeść. Czy chciała? Teraz, gdy zbliŜała się do ideału? Miałaby to zmarnować?
A moŜe nie przejmować się sądem Inger - Lise, cóŜ ona znaczyła?
- Tak, chcę - odpowiedziała, ale zdała sobie sprawę, Ŝe odpowiada na własne myśli, a
nie na jego pytanie. - To znaczy, nie chcę. Nie chcę umrzeć. Nie teraz. Zrobię, jak mówisz.
- Wspaniale! I nie zapomnij opatrzyć kolana!
- Skąd wiesz? - znów się zdumiała.
Uśmiechnął się tylko i podniósł dłoń w geście pozdrowienia. Wspiął się na skały i
zniknął.
Lindis szła do domu zamyślona. Czuła się o wiele lepiej. Gdy dotarła do pierwszych
zabudowań, spróbowała nawet wskoczyć na murek. Nie miała jednak dość sił i upadła. No
cóŜ, zaśmiała się do siebie.
W myślach powtarzała sobie całą rozmowę z nieznajomym. AŜ się wzdrygnęła, gdy
uświadomiła sobie, Ŝe zapomniała go spytać o imię. Skąd był? I dokąd poszedł? PrzecieŜ tam
nikt nie mieszkał. śadnego domu, same wrzosowiska i nieuŜytki.
No, moŜe znał jakiś skrót.
Najgorsze, Ŝe się nie umówili! A jeśli go juŜ nie zobaczy? Był taki miły. Wydawało
się, Ŝe się dobrze rozumieją, często odpowiadał jej, niemal zanim zadała pytanie. To właśnie
o takim przyjacielu i koledze marzyła. Fakt, Ŝe był tak męski i przystojny, na pewno stanowił
zaletę, ale nie liczył się najbardziej.
Czyli jednak był Norwegiem, mówił bez Ŝadnego akcentu. A głos...
Głos?
Zaraz, jaki on miał głos? Absolutnie nie mogła sobie przypomnieć jego głosu. A
przecieŜ nie tak dawno się poŜegnali! Starała się sobie go przypomnieć ze wszystkich sił, lecz
nie mogła. Jak go znów spotka, a musi, inaczej Ŝycie straci sens, to zwróci uwagę na jego
głos.
Wcale go nie pamiętała.
ROZDZIAŁ III
Powrót do jedzenia nie był jednak taki prosty, jak sądziła. A naprawdę się starała.
Okazało się, Ŝe sam widok poŜywienia ją odrzucał. Organizm jak gdyby odmawiał jego
przyjęcia. Jakaś bariera w mózgu mówiła: nie jedz, bo będziesz gruba i brzydka! Pierwszego
dnia nic się jej nie udało przełknąć.
Ratunku! pomyślała. Czy zabrnęłam aŜ tak daleko? Pomocy! A jeśli juŜ nie będę w
stanie nic zjeść? Czytałam o takich przypadkach...
Lindis nie wiedziała, Ŝe choć znalazła się w strefie zagroŜenia, nie groziła jej śmierć.
Jeszcze nie. Osoba cierpiąca na anoreksję i pragnąca wyleczenia jest w o wiele lepszej
sytuacji niŜ taka, która nie chce przyznać się przed samą sobą do choroby. Lindis na szczęście
nie zapadła na bulimię. ObŜeranie się, a potem wymuszanie torsji wydawało jej się po prostu
obrzydliwe, nie była w stanie tego zrobić. Nie chciała być nieapetyczna...
Dziewczyna miała niezwykłe szczęście, Ŝe została obudzona na czas.
Powrót do normalności był jednak trudny. Lęk przed jedzeniem wciąŜ jej nie
opuszczał. KaŜdemu kęsowi towarzyszyły wyrzuty sumienia. Zmuszała się jednak do tego, co
jeszcze niedawno wydawało się jej nie do pomyślenia: starała się przybrać na wadze. Piła
niewielkie ilości mleka i nawet próbowała takich zakazanych słodkości, jak ciastka z kremem.
To jednak się nie udawało. Czuła mdłości na samą myśl, Ŝe miałaby jeść coś takiego.
Jedno wiedziała na pewno: musiała znów spotkać swego wybawiciela. Ale jak?
W domu nie zastała rodziców. Matka była pewnie na jakimś zebraniu, a ojciec został
jeszcze w szkole. Ostatnio często tak robił.
Trzeciego dnia Lindis zrozumiała, Ŝe potrzebuje pomocy. Najchętniej pobiegłaby na
uroczysko, ale nie mogła, poniewaŜ nie zaczęła jeść. Tylko trochę mleka, pół talerza zupy...
Tyle co nic.
Poszła do szkolnego lekarza.
Lekarz dobrze znał wszystkich w tej miejscowości. Dzieci leczył od niemowlęctwa
poprzez choroby wieku dziecięcego.
Lindis przeszła od razu do sedna sprawy:
- Wydaje mi się, Ŝe mam anoreksję. Chciałabym z tego wyjść.
Poprosił ją o zdjęcie bluzy i koszulki. Na widok odsłoniętego ciała dziewczyny aŜ się
lekko wzdrygnął.
- Twoi rodzice cię nie oglądali?
- Raczej nie - stwierdziła Lindis z rezygnacją. - Mama powiedziała coś przedwczoraj,
ale chyba zapomniała.
Lekarz westchnął głęboko. Spytał, jak to się wszystko zaczęło. Z wahaniem
opowiedziała mu o tej fatalnej lekcji gimnastyki. Nie zdradziła, z czyich ust padły te
brzemienne w skutki słowa, ale doktor od razu odgadł.
- To pewnie moja jadowita sąsiadeczka, Inger - Lise, która chwali się wszem i wobec,
jaka jest drobna i krucha. Nie zwracaj na nią uwagi. Jest po prostu zazdrosna! UwaŜa, Ŝe
wszyscy inni są górami tłuszczu niezaleŜnie od tego, jak naprawdę wyglądają.
Lindis aŜ się zaśmiała.
- No, ja nie jestem ładna.
- Tak uwaŜasz? - zastanowił się lekarz. - No tak, raczej byłaś ładna. Byłaś wtedy sobą,
a nie tym wysuszonym szkieletem. Nie jesteś doskonałością, ale bije od ciebie blask, którego
inne mogą ci tylko zazdrościć.
Dziewczyna chłonęła jego słowa. Czuła, Ŝe to część terapii, ale przecieŜ zgadzały się z
tym, co mówił jej przyjaciel ze skał. Czy odwaŜy się im uwierzyć?
Doktor otrzeźwił ją:
- Muszę jednak przyznać, Ŝe ten blask ostatnio nieco przygasł. Nie jesteś juŜ pogodna.
- Nie wiem, czemu - szepnęła. - Czuję się niechciana.
Lekarz popatrzył na nią uwaŜnie.
- Raczej nie masz powodu. Tacy wspaniali rodzice, miła siostrzyczka, tyle
koleŜanek...
Nie odrzekła nic. Wiedziała juŜ teraz, Ŝe wina leŜy po obu stronach. śądała miłości od
innych, ale czy dawała coś w zamian? „Jesteś w trudnym wieku”, mówili niezaleŜnie od tego,
co zrobiła. MoŜe i tak. A nuŜ nie jest z nią tak źle? Gdyby dano jej trochę czasu...
Lekarz pouczył ją, jak moŜe przybrać na wadze. Poprosił, Ŝeby przejrzała się w lustrze
wiszącym na ścianie.
- Jestem strasznie gruba - mruknęła.
Doktora najwyraźniej to zaniepokoiło.
- A więc nie oglądaj się juŜ więcej w lustrze. Masz się kimś zająć? MoŜesz zapomnieć
na trochę o swojej szanownej osobie? Masz psa?
- Ha! - wykrzyknęła gorzko. - Próbowałam kilka lat temu. Usłyszałam
najstanowczejsze „nie” w moim Ŝyciu.
- Najbardziej stanowcze - poprawił lekarz odruchowo. - Dobrze, przyjdź do mnie
pojutrze, ustalimy wtedy terminy kontroli. Przepiszę ci tabletki stymulujące apetyt...
Mówił dalej, roztaczając przeraŜające wizje zniszczonych nerek i wątroby,
rozregulowanego układu trawiennego, ustania miesiączki, psucia się zębów... Lindis z dumą
przyznała, Ŝe tak daleko jeszcze nie zaszła.
Doktor kontynuował wywód, wspominając szkody w układzie kostnym, zmiany w
mózgu... To dopiero powaŜnie ją zaniepokoiło, bardzo bowiem ceniła swój mózg. Zakończył
wizją całkowitego załamania organizmu i jego śmierci.
Miłe widoki na przyszłość, nie ma co! Lindis jednak była wdzięczna lekarzowi za
wsparcie mimo tych czarnych barw. Chciał przecieŜ jej dobra!
Da sobie radę. To będzie trudne, wiedziała. Jedna jej połowa chciała jeszcze schudnąć,
podczas gdy druga chciała zasłuŜyć na spotkanie z wybawcą znad morza. Sama Lindis była
gdzieś pośrodku...
Weszła do domu z mocnym postanowieniem przeproszenia za swoje zachowanie w
ciągu ostatniego roku. Niestety, dom, jak zwykle, był pusty. Cała zmobilizowana odwaga
powoli uciekła. Poczuła, jak gdyby nikogo nie obchodziło, gdzie była ani co robiła. Czy juŜ
spisali ją na straty? No tak, mogła tylko sobie za to podziękować. Szczerze mówiąc, bywała
nieznośna...
Nie mogła się powstrzymać i przepytała się dyskretnie, jakby mimochodem, czy w
okolicy nie pojawiła się ostatnio jakaś grupa geologów. Nikt o niczym nie wiedział. Nie
odwaŜyła się dociekać, czy ktoś nie widział niezwykle przystojnego nieznajomego, aby nie
wydać się naiwną.
Powinna sama pilnować swych rozlicznych znajomych...
Piątkowy wieczór u Tone zbliŜał się przeraŜająco szybko. Lindis coś się zaczęło
marzyć, ale nie chciała się do tego głośno przyznać. Na razie powiedziała Tone, Ŝe tego
wieczora jest zajęta, ale jeśli zajdzie coś nieprzewidzianego, to moŜe... Zostawiła sobie małą
furtkę.
To się nie moŜe udać! Na pewno juŜ dawno stąd wyjechał...
We wtorek po południu nie wytrzymała.
Po szkole wróciła do pustego domu i spróbowała wmusić w siebie nieco jedzenia.
Skończyło się jednak na chlupoczącej w Ŝołądku filiŜance czekolady. Potem powędrowała
nad morze.
Wiosna jeszcze nie nadeszła. W ostrym powietrzu fruwały małe płatki śniegu.
Na plaŜy nie dostrzegła nikogo, skały takŜe były puste. CzegóŜ oczekiwała?
Gdyby tylko wiedziała, kim jest, mogłaby go odszukać. A tak musiała czekać, aŜ on
da znak Niby dlaczego miałby to zrobić? Nie była Ŝadną pięknością. Czy chciałby mieć coś
wspólnego z jakąś siedemnastolatką, no, prawie osiemnastolatką? Dziewczyną zajętą
rozmyślaniem o własnej figurze, Ŝebrzącą o okruchy sympatii, a nie interesującą się
zmartwieniami innych? Nienawidzącą połowy świata, mówiącą tylko o sobie? Dziewczyną,
która nie spytała swego najlepszego przyjaciela o imię?!
Bezwiednie zaczęła zbierać kamyki.
Gdy słońce zaczęło zachodzić, uzbierała juŜ niezły ich pagórek. Co najmniej setny raz
spojrzała w kierunku skał, gdzie wtedy zniknął. Była juŜ kilka razy na górze i wpatrywała się
w dal, ale nikogo nie dostrzegła. Tylko pofałdowany, kamienisty teren z wrzosami i kępkami
drzew.
Zrozpaczona i zmarznięta snuła się wzdłuŜ plaŜy, kopiąc nogą piasek. Była
przygnębiona. On nie przyjdzie, powinna to przewidzieć. Ale nie chciała.
MoŜe szukał minerałów gdzie indziej? O co mu właściwie chodziło? Tyle paplała o
swoim Ŝyciu, nie dała mu powiedzieć nic o sobie. Był geologiem - prawie - i dostarczał
próbki do jakiegoś laboratorium. To wszystko, co o nim wiedziała. Niewiele...
Ogarnęła ją ochota na rozwalenie piramidki kamieni, ale się rozmyśliła. Niech sobie
leŜy na pamiątkę niespełnionej miłości!
Niespodziewanie poczuła, jakby przepłynęła przez nią jakaś fala. Zesztywniała. Nie
miała odwagi się odwrócić.
Był tu! Był niedaleko, czuła to tak wyraźnie, jakby go widziała.
Powoli się obróciła. Daleko na skale, odcinając się na tle nieba, stał on. Lindis zrobiło
się gorąco. Pomachała do niego, a on w odpowiedzi podniósł rękę. Po chwili był juŜ na plaŜy
i zbliŜał się do niej.
Lindis zachowała w pamięci wyidealizowany obraz męŜczyzny, mimo to doznała
szoku. Właściwie zapomniała, jak bardzo był fascynujący i przystojny. Niesamowite,
mieniące się zielenią oczy aŜ zaświeciły spod czarnych brwi, gdy uśmiechnął się do niej, uka-
zując białe, mocne zęby. Poruszał się miękko jak kot, choć był solidnie zbudowany. Miał na
sobie ten sam kombinezon, ale juŜ bez woreczka u pasa.
- Ja... nie sądziłam, Ŝe przyjdziesz - odezwała się Lindis, szczęśliwa.
- Analizowałem próbki w laboratorium - odpowiedział. - Teraz mogę trochę odpocząć.
Długo tu jesteś?
- Nie, dopiero przyszłam.
Spojrzał na piramidkę kamieni i pewnie pomyślał swoje, ale tylko się uśmiechnął.
Lindis nie mogła rozgryźć, skąd pochodzi. Nie był Latynosem ani Arabem, mimo Ŝe
dostrzegała jakiś azjatycki rys w twarzy, coś w oczach i kościach policzkowych. Wiele innych
cech wykluczało jednak orientalny rodowód. W ogóle nie pasował do Ŝadnego ze znanych
Lindis typów antropologicznych.
- Wydaje mi się, Ŝe masz dziś bardziej zaróŜowione policzki - rzucił zamyślony.
AŜ się rozjaśniła.
- O, tak, chodzę do lekarza. Pomaga mi powrócić do normalnego jedzenia. Trochę mi
to wolno idzie, muszę przyznać. Nie mogę przezwycięŜyć strachu przed przytyciem. Ale się
nie poddaję. Wytrzymam. Dzięki, Ŝe mówiłeś o mnie takie okropne rzeczy!
- Doprawdy, mówiłem?
- No, a wychudzona szczapa? Tak mnie nazwałeś. Mówiłeś o innych miłych
dziewczynach z róŜnymi krągłościami. To zrobiło na mnie wraŜenie. O wiele większe, niŜ
gdybyś mi współczuł.
- Muszę przyznać, Ŝe zrobiłem to celowo - zaśmiał się. - Chciałem cię nastraszyć.
- I udało ci się! Starałam się takŜe więcej myśleć o innych. Miałam przeprosić
przybraną matkę za moje nieznośne zachowanie. Ale nigdy nie było jej w domu, tak jak ojca i
Karin. Zawsze coś mają do roboty.
- A ty?
- No... zdarza się. Słyszysz, jaka jestem miła?
- Tak. I zadowolona! No właśnie. Jeśli jest coś, co nikomu nie sprawia przyjemności,
to właśnie skwaszona mina. To największy wróg człowieka w kontaktach z innymi ludźmi.
- Zapamiętam to sobie. Trudno być zadowolonym, mając uczucie, Ŝe się komuś
zawadza.
Jedna myśl nie dawała jej spokoju. Ogarnęła ją nieodparta chęć spytania go o coś,
jednak strasznie się krępowała.
- No? - rzucił, zerkając na nią z ukosa. - O co chciałaś zapytać?
Mówił tak przyjaźnie, Ŝe zebrała całą odwagę i zaryzykowała:
- Mam iść do... koleŜanki w piątek wieczór. No i pomyślałam... - głos jej zamierał,
więc dokończyła niemal niedosłyszalnie: - Zastanawiałam się, czy nie mógłbyś pójść tam ze
mną.
Długo patrzył na nią. Dziewczyna zerknęła na niego, zaŜenowana. Dlaczego tak od
razu go spytała? Dopiero co się przywitali. Powinna była zaczekać. Albo dać spokój.
- Dziękuję, Ŝe mnie zaprosiłaś - odparł w końcu. - Niestety, nie mogę.
CzyŜby zgasło słońce? Dlaczego wszystko tak poszarzało?
- Aha - zawiesiła głos. - Jesteś zajęty?
- Nie, nie jestem. To po prostu... Tak, to niemoŜliwe.
- Ale dlaczego?
Widziała, jak mięśnie jego twarzy napinają się pod skórą, jednak nie odpowiedział.
Patrzył w morze. Lindis grzebała nogą w piasku, boleśnie zawiedziona. Właśnie sobie
uświadomiła, jak bardzo chciała, Ŝeby on poszedł z nią do Tone. Wcześniej myśl ta tkwiła
gdzieś głęboko, nieuświadomiona.
Dotknął delikatnie jej włosów. Serdecznie, jakby odgadywał jej rozczarowanie i chciał
pomóc, ale nie mógł. Wydawało się, Ŝe jest mu równie przykro, jak jej.
Zadziwiające, jak bardzo dobrze wyczuwali swoje nastroje. Pasowali do siebie jak nikt
inny!
Mimo to było w nim tyle zagadek. Na przykład to, Ŝe zawsze się odwracał, kiedy
mówił. A jeśli nie, to patrzył na nią tak intensywnie tymi swoimi jasnymi oczami, jakby ją
hipnotyzował.
Nagle przypomniała sobie, Ŝe postanowiła zwrócić uwagę na jego głos. Dziwne, nadal
nie mogła stwierdzić, jaką miał barwę. Chyba bardziej pasowała niska. Teraz posłucha.
- Czy laboratorium jest daleko stąd? - spytała.
Jego podłuŜne, sugestywne oczy popatrzyły na nią z góry. Tym razem nie da się im
rozproszyć. Zmusiła się do patrzenia na jego usta.
- Nie, to niedaleko.
Lindis poczuła lodowaty dreszcz.
Z niezwykłą wyrazistością usłyszała szum fal.
Uniosła drŜącą dłoń ku twarzy, jakby w obronie.
Odpowiedział, słowa słyszała wyraźnie. Jednak nie poruszył ustami, nie wydobył
Ŝ
adnego dźwięku.
Jego odpowiedź Lindis usłyszała w swojej głowie!
On nie miał głosu!
ROZDZIAŁ IV
Lindis zaczęła krzyczeć.
Krzyczała z całych sił, uciekając w panice w kierunku osady. Właściwie nie w strachu,
a w proteście. W proteście przeciw złemu losowi, który odbierał jej jedynego przyjaciela,
jakiego kiedykolwiek miała. W ostatniej chwili dostrzegła, jak jego oczy robią się ogromne ze
zdziwienia i strachu. Słyszała jego miękkie, szybkie kroki za sobą i czuła, jakby coś ją
zmuszało do zatrzymania. WytęŜyła jednak wszystkie siły i biegła dalej, zapadając się w
piasku po kostki. Wydawało jej się, Ŝe to scena z jakiegoś sennego koszmaru.
Gdy dotarła do skał, nogi odmówiły jej posłuszeństwa. ZuŜyła całkiem swoje nędzne
siły.
On juŜ jej nie gonił, nie słyszała jego kroków. Gdy tak stała oparta o skalną ścianę,
starając się odzyskać oddech, poczuła coś przedziwnego.
Coś otuliło ją ze wszystkich stron, jakby mgła ciepła, bezpieczeństwa i przyjaźni.
WraŜenie było tak silne, Ŝe osunęła się na kolana. Z czołem wspartym o zimną skałę
rozpłakała się głośno.
Poczuła jego dłoń gładzącą jej włosy i wtedy strach zniknął. Pięścią otarła oczy. On
ukucnął obok, czekając cierpliwie, aŜ się całkiem uspokoi.
- Wybacz mi - powiedział miękko. - Musiałem cię zatrzymać.
- Jesteś brzuchomówcą? - spytała, pociągając nosem.
Uśmiech przemknął przez jego twarz.
- Nie, nie jestem.
- No to... - zawstydziła się, lecz pytała dalej: - Jakimś duchem?
- Nie! - zaśmiał się. - Czy odwaŜysz się pójść ze mną? Do laboratorium?
Zawahała się, ciągle jeszcze przestraszona.
- Pamiętam - zaczął ciepło - pamiętam, jak pewna dziewczyna mówiła ostatnio o
Przygodzie. śałowała, Ŝe się nic nie dzieje, Ŝe jest tak nudno...
- Tak, to prawda, ale mówiłam o niewielkiej przygodzie, nie o takiej, która mnie
przytłoczy.
Popatrzył na nią przyjaznymi, mądrymi oczami, aŜ uśmiechnęła się nieśmiało.
- Nie wiem, czy jesteś potworem, ale jeśli tak, to na pewno miły z ciebie potwór.
Delikatnie postawił ją na nogi.
- Chodź.
Wspięli się na skały, minęli wrzosowisko, przeszli kilka wzniesień i dotarli do
ś
wierkowego lasku. Słońce juŜ dawno zaszło, w lesie było ciemno i nieprzyjemnie, ale Lindis
ufnie szła za nieznajomym. Nie odwracał się, aby sprawdzić, czy za nim idzie, ale
przytrzymywał gałęzie, Ŝeby jej nie uderzyły. Nadal nic nie rozumiała, ale w jakiś przedziwny
sposób ten niezwykły męŜczyzna przekazał jej, Ŝe nie powinna się bać i Ŝe moŜe mu zaufać.
Nie czuła juŜ strachu, tylko igiełki podniecenia.
AleŜ mam dzisiaj kondycję, pomyślała zdziwiona. Czy sprawiły to rzeczywiście te
szklanki mleka i porcyjki jedzenia? Zadziwiające!
Weszli na kamienne rumowisko, przez które prowadził ją jakby niewidzialną ścieŜką,
aŜ dotarli do głębokiego wąwozu, niewidocznego z zewnątrz.
To nie mogę być ja, pomyślała. Takie rzeczy nie zdarzają się Lindis Bergstrøm.
Tylko jeden raz „przemówił” do niej. Spytała go, dlaczego zszedł do niej właśnie
dzisiaj.
- Wołałaś mnie - stwierdził krótko.
- Naprawdę?
- Tak. Kilka razy pomyślałaś przecieŜ: „Przyjdź, musisz do mnie przyjść”.
- No tak. Usłyszałeś to?
- Oczywiście. PrzecieŜ zwracałaś się bezpośrednio do mnie. Nie powinienem był
przychodzić, bo to jest niebezpieczne dla nas obojga, ale usłyszałem, jaka jesteś smutna.
Sama rozumiesz, juŜ nasze pierwsze spotkanie było niedozwolone, ale jeszcze gorzej, Ŝe
przyszedłem do ciebie dzisiaj. No cóŜ, jakoś to naprawimy.
Zatrzymał się na polance.
- Dlaczego stoimy? - spytała Lindis.
- Wołam pozostałych.
Jej oczy rozwarły się szeroko. Pozostałych? Było ich tu więcej?
- Jest nas trzech - odpowiedział.
Miała teraz dowód, Ŝe umiał czytać w myślach, gdyŜ nie spytała głośno.
Znów się odezwał:
- Nie musisz mówić. To tylko przeszkadza, gdyŜ nie rozumiem twojego języka. Jeśli
chcesz mi coś przekazać, po prostu pomyśl! To wystarczy.
- Czytasz moje wszystkie myśli? - spytała przeraŜona Lindis.
- Wszystkie - przyznał z uśmiechem.
Lindis ucieszył fakt, Ŝe zapadły juŜ ciemności, bo zorientowała się, jak palą ją
policzki.
Nieznajomy zadał jej jednak ostateczny cios.
- I widzę w ciemności - dodał.
Lindis poddała się i wybuchnęła śmiechem. On przyłączył się do niej, widać teŜ chciał
rozładować napięcie. JuŜ nie wstydziła się, Ŝe obcy widzi ją na wskroś. Wiedziała, Ŝe ją lubi i
Ŝ
e dobrze się z nią czuje.
Nagle znów się przestraszyła. Z lasu po drugiej stronie polany wyszło dwóch
męŜczyzn. Lindis i jej towarzysz ruszyli im na spotkanie. Ze strachu dziewczynie aŜ
szczękały zęby.
Jeden z przybyszów był wysokim, władczym męŜczyzną w średnim wieku. Spojrzał
ostro na Lindis oczami o niezwykłej sile wyrazu. Znów miała uczucie, którego zaznała przy
pierwszym spotkaniu z przyjacielem - Ŝe oto ktoś zagląda jej w duszę. Drugi z nich był
jeszcze starszy, patrzył na nią przyjaznymi, mądrymi oczami. Obaj byli równie niezwykli,
przystojni i ciemnowłosi jak jej towarzysz.
Ich „rozmowa” przebiegała najwyraźniej burzliwie, o ile mogła się domyślić ze
ś
ciągniętych brwi tamtych dwu i ich oczu ciskających błyskawice.
Wreszcie ten, którego w myślach nazwała szefem, zwrócił się do niej.
- Lo popełnił kardynalny błąd, spotykając się z tobą ponownie - „powiedział”. -
Obarczył w ten sposób twoje młode barki zbyt wielkim cięŜarem. UwaŜa jednak, Ŝe jesteś
mądrą dziewczyną, co zresztą teŜ stwierdziliśmy z uczonym Tanem. Dlatego witam cię i
zapraszam na powaŜną rozmowę.
Poszli przodem przez las. Lo wziął ją za rękę, chroniąc przed upadkiem.
A więc miał na imię Lo. Wiedziała, Ŝe po szwedzku „lo” znaczy tyle co „ryś”. To imię
pasowało do jej przyjaciela. Był silny i zwinny jak kot.
Pomiędzy drzewami zarysował się potęŜny blok skalny.
Przywódca podszedł bliŜej i odsunął wejście w „skale”.
Serce Lindis waliło mocno. Ścisnęła dłoń Lo. Odwzajemnił jej uścisk uspokajająco.
- Czy to jest UFO? - szepnęła. - Latający talerz?
- Tak, tak je nazywacie - odpowiedział szef. Musieliśmy go dobrze ukryć, aby nikt go
nie znalazł. Proszę, wejdź!
Lindis zawahała się.
- Wejdź, nie bój się. Nie wzniesiemy się w powietrze z tobą - uśmiechnął się
najstarszy z nich, ten, którego spontanicznie nazwała profesorem.
Jego słowa brzmiały bardzo przyjacielsko. O ile w ogóle mogła coś takiego
stwierdzić... PrzecieŜ nic nie powiedział głośno.
Wzięła głęboki oddech i wkroczyła do środka. Gdy drzwi zasunęły się za nimi, Lo
zapalił niewidoczne światło, dyskretnie oświetlające pomieszczenie.
Znajdowali się w czymś w rodzaju salonu. Przymocowane do podłogi meble o linii,
jakiej dotychczas Lindis nie widziała, wydawały się być najlepszego gatunku. Miały łagodne
kolory, połączone w zaskakujące zestawienia. W pomieszczeniu zobaczyła wiele drzwi, teraz
zamkniętych. Panowało miłe ciepło. W zasadzie nie wiedziała, czy to, co dostrzega powinna
nazywać meblami, lampami czy moŜe ścianami...
MęŜczyźni śmiali się z jej zmieszania. Przywódca zaprosił ją, Ŝeby usiadła. Z
wahaniem wybrała siedzenie wielkości wanny, ale o wiele wygodniejsze. Przy wszystkich
siedziskach wisiały szerokie pasy.
- To pasy bezpieczeństwa - odpowiedział Lo.
- Jesteście z Marsa? - spytała Lindis nieśmiało.
Lo pokręcił przecząco głową z uśmiechem. ZdąŜyła juŜ polubić ten jego ciepły,
melancholijny uśmiech. Czuła, Ŝe traktował ją trochę jak dziecko, jednak nie demonstrował
przy tym wyŜszości, tylko opiekuńczość.
Wszyscy usiedli. Lo przyniósł jeszcze tacę z owocami i orzechami, jakich nigdy nie
widziała. OstroŜnie wzięła jakiś czerwony owoc. Smakował wybornie: był słodki i
aromatyczny.
Nagle dostrzegła swoje jabłko, leŜało pokrojone na szklanym blacie. Lo podąŜył za jej
wzrokiem.
- No tak, wybacz mi, ale nie mogłem się oprzeć pokusie zbadania go.
Wykorzystujemy kaŜdą okazję, która się nadarza.
Szef wziął cząstkę czegoś, co nie przypominało jej niczego znanego, i odpowiedział
na zadane wcześniej pytanie:
- Nie, na Marsie nie ma ludzi. Lo, przynieś mapę tutejszego nieba, którą narysowałeś.
Lo wstał. Jedne z drzwi otworzyły się i Lindis dostrzegła laboratorium ze stołem
zastawionym róŜnymi aparatami.
Wrócił, przestawił tacę z owocami i rozłoŜył mapę nieba. Lindis rozpoznała Wielki
Wóz, Kasjopeję i jeszcze kilka innych gwiazdozbiorów. Mapa była dokładna i czytelna.
Przywódca dał znak „profesorowi” Tanowi, który spojrzał na Lindis swymi ciepłymi
oczami.
- We wszechświecie jest około trzydziestu miliardów gwiazd, przynajmniej o tylu
wiemy - usłyszała jego myśli. - Jedną z nich jest wasze Słońce. Wokół wielu z nich krąŜą
planety. Liczba planet we wszechświecie nie jest znana, ale na pewno wielokrotnie
przekracza liczbę gwiazd. W tym systemie słonecznym, w którym teraz jesteśmy, tylko na
Ziemi, po procesie trwającym miliony lat, pojawił się człowiek Najmniejsze odchylenie
mogłoby spowodować, Ŝe rozwinęłaby się zupełnie inna forma Ŝycia.
Spojrzał na nią, aby sprawdzić, czy nadąŜa, i kontynuował:
- MoŜna wobec tego oczekiwać, Ŝe wśród tak ogromnej ilości ciał niebieskich znajdą
się i takie, na których istnieją podobne warunki do Ŝycia, jak na Ziemi. Jest ich wiele!
Niektóre leŜą w podobnej odległości od swego słońca, liczne spośród nich mają podobne do
ziemskich warunki do rozwoju form Ŝycia. Potrzebny jest jeden związek chemiczny, na razie
o nim nie będę mówił, niezbędny do otrzymania wody. Wiesz, Ŝe twoją planetę nazywają
„niebieskim klejnotem”? To oceany nadają jej taką przepiękną barwę. Jest mnóstwo planet,
na których stwierdzono takie czy inne formy Ŝycia. Ale tylko na jeszcze jednej z nich, o ile
wiemy, powstali ludzie. To zakrawa na cud, Ŝe na dwóch planetach rozwinęły się niemal
identyczne stworzenia.
- Gdzie jest ta planeta? - spytała Lindis podniecona.
Profesor pochylił się nad mapą.
- Mamy tu niebo półkuli północnej. Widzisz te trzy jasne gwiazdy stojące w szeregu...
- Pas Oriona - skinęła głową Lindis.
- Tak to nazywacie? - zdziwił się Tan. - TuŜ ponad nimi są dwie duŜe gwiazdy.
- Rigel i Betelgeuse - pomyślała dziewczyna.
- Znasz je, słyszę. Jeśli przeciągniemy linię od nich w lewo, dojdziemy do tej gwiazdy.
MoŜe i ją znasz?
Lindis była zadowolona, Ŝe astronomia interesowała ją od dawna.
- To Procjon w Małym Psie.
Lo i jego szef spojrzeli na nią z uznaniem, a ona odwzajemniła ich spojrzenie
radosnym uśmiechem.
- To nasze słońce - powiedział profesor Tan. - A jego czwarta planeta to nasz dom.
Lindis spojrzała na Lo z rezygnacją. Skoro juŜ wreszcie znalazła przyjaciela, to czy
nie mógłby mieszkać choć trochę bliŜej?
- Ale jak to jest, Procjon stanowi chyba układ podwójny?
Trzej męŜczyźni popatrzyli po sobie.
- Wiesz co? - spytał przywódca. - Coraz bardziej cię lubię, Lindis. Lo rzeczywiście
dobrze cię ocenił po pierwszym spotkaniu. Nie mógł wybrać lepiej, skoro juŜ absolutnie
musiał zaplątać się w układy z Ziemianami.
Lindis aŜ promieniała.
- Tak, nie mylisz się, mamy dwa słońca - przyznał Tan. - Jedno nas nie obchodzi, bo
jest małe i leŜy za daleko, aby wywierać jakikolwiek wpływ na nasz klimat. To dzięki temu
drugiemu nie mamy śniegu ani lodu takiego jak u was.
- Czy na waszej planecie jest ładnie? - spytała Lindis z ciekawością, nadal nie mogąc
w to wszystko uwierzyć. AŜ się uszczypnęła ukradkiem. Lo uśmiechnął się, a ona zalała
rumieńcem.
- Jest bardzo ładnie - odrzekł szef. - Wspaniałe kolory, bujna natura, właśnie ze
względu na wodę, zaawansowana cywilizacja. Mamy miasta, które są klejnotami piękności i
stanowią arcydzieła miękkich linii.
- Czyli to raj?
- Nie, aŜ tak nudno tam nie jest. ZauwaŜyłaś pewnie, Ŝe jesteśmy solidnie zbudowani i
mamy wysoko rozwinięte zmysły. Nie wspięliśmy się jednak na nasz poziom tak całkiem bez
wysiłku. Jesteśmy pokojowo nastawionym ludem o wysokiej moralności. Przestępczości nie
ma u nas prawie wcale.
Lindis słuchała z napięciem jego słów, przerwała w końcu:
- Powiedz mi, Ŝyjecie o wiele bliŜej Syriusza niŜ my. To najpiękniejsza gwiazda, jaką
znam. Czy widziana u was jest równie ładna?
- Odległości na niebie są często mylące. Jest moŜe nieco większa - wyjaśnił profesor. -
Stanowi układ podwójny, a właściwie potrójny. Właśnie dlatego ładniej wygląda stąd.
Odwróciła się w stronę przyjaciela.
- Czy to nie dziwne stać tu i widzieć swoje słońce jako maleńką gwiazdę?
- Tak - skinął głową Lo. - To budzi tęsknotę.
- Tęsknisz do domu?
- Czasem.
- Lo jest najlepszym badaczem kosmosu młodej generacji - wtrącił profesor. - Jest w
przestrzeni juŜ dziesięć lat.
- Dziesięć lat?
- No tak, podróŜ na Ziemię nie trwa bynajmniej kwadrans.
Lindis zamilkła na chwilę.
- Czy odwiedziliście wiele miejsc w kosmosie?
- Na przestrzeni dziejów tak. Jesteśmy daleko przed wami pod względem rozwoju.
Nasze zainteresowanie skupia się jednak na tej planecie - tłumaczył przywódca. - Na tej
biednej, pięknej planecie z jej wiecznymi wojnami. Ma coś w sobie, co zapada w serce. Te
melancholijne, rozmarzone wiosny, gwałtowne burze śnieŜne... To dziwne, ale ta część
planety bardziej nam się podoba niŜ bogate, przyciągające wzrok południe.
- Tak - zgodziła się zamyślona Lindis. - My, mieszkańcy północy, chętnie
podróŜujemy, by oglądać świat. Ale im dalej na południe docieramy, tym mocniej tęsknimy
za domem. Mówi się, Ŝe najgorzej pod tym względem mają Eskimosi.
Lo pokiwał głową.
- Coś jest w tym, o czym mówisz. Myślę, Ŝe dlatego lubimy tę część Ziemi, gdyŜ
przypomina nam naszą planetę. Nie mamy co prawda zimy, ale jest coś podobnego w
powietrzu, w świetle. Nasza przyroda jest bogatsza, zbiory obfitsze, ale ta wasza, północna, w
swej surowości ma coś pięknego.
Lindis poczuła patriotyczną dumę.
- Jesteście tu juŜ długo?
- Tutaj jesteśmy juŜ drugi tydzień, ale byliśmy teŜ w innych miejscach na Ziemi.
- To was moŜna spotkać jako UFO?
- No, jest ich wiele typów, my latamy jednym z nich - odpowiedział szef. -
Kilkakrotnie o mało nie natknęliśmy się na ludzi, ale udało nam się ukryć. Ty jesteś pierwszą
osobą, z którą nawiązaliśmy kontakt.
- Ale dlaczego nie... Znaczy, jesteście przecieŜ mili i pokojowo nastawieni. Dlaczego
nie chcecie się ujawnić?
Oczy profesora posmutniały.
- Nie mamy odwagi. Tak długo, jak toczą się tu wojny, nie moŜemy. Człowiek, na
którego byśmy trafili, mógłby chcieć nas wykorzystać przeciw swojemu wrogowi. Nie
mówiąc juŜ o tych szczegółowych badaniach i kwarantannach, jakie musielibyśmy przejść,
aby zostać zaakceptowanymi. O ile, oczywiście, nie zastrzelono by nas w panice, zanim
zdołalibyśmy się odezwać...
Lindis uznała jego racje.
- A właśnie... czy wy ze sobą nigdy nie rozmawiacie? Tak, jak my?
- Rozmawiamy, ale rzadko. Mamy swój język, ale go nie potrzebujemy. Tylko w nim
czytamy. Nauczyliśmy się zresztą angielskiego i rosyjskiego na wypadek zaskoczenia. Tak
jak to przydarzyło się Lo. Przypuszczał, Ŝe uwierzysz, Ŝe rozmawia z tobą po norwesku.
Najwyraźniej cię nie doceniał.
Lindis pokazała Lo język, a on odpowiedział śmiechem.
Długo siedziała, rozmawiając z obcymi przybyszami. Opowiadali o kosmosie i swych
podróŜach tak wspaniałe rzeczy, Ŝe Lindis z podniecenia aŜ płonęły uszy. Dowiedziała się teŜ,
Ŝ
e oni Ŝyją dwa razy dłuŜej niŜ ziemscy ludzie i Ŝe Lo, który ma trzydzieści cztery lata - o
rany, aŜ tyle?! - odpowiada wiekiem tutejszemu siedemnastolatkowi. No, to juŜ lepiej brzmi.
Sto pięćdziesiąt lat profesora Tana odpowiada w takim razie siedemdziesięciu pięciu.
- A gdybym do was przybyła, miałabym z powrotem osiem lat? - zastanawiała się
Lindis.
Zaśmiali się.
- Nie, to niemoŜliwe. Zachowałabyś jednak młodość jeszcze przez wiele lat.
- PrzecieŜ jestem z Ziemi. Chyba nie mogłabym doŜyć dwustu lat?
- Mogłabyś. Mamy specjalną dietę, która by to sprawiła. Spreparowaliśmy pewne
związki, które opóźniają proces starzenia.
Lindis zaniemówiła. W głębi duszy powstało pewne ciche i beznadziejne marzenie...
Nie pokazali jej pozostałych pomieszczeń, nie prosiła zresztą o to. Gdy wstała,
szykując się do wyjścia, przywódca powiedział:
- Zdajesz sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka teraz na tobie spoczywa. JeŜeli
piśniesz o nas choć słowo...
Lindis przysięgła, Ŝe będzie milczeć.
Wspomniała jeszcze o imprezie u Tone i o tym, Ŝe chciała, by Lo poszedł tam z nią.
Po krótkiej, niesłyszalnej dla niej dyskusji szef stwierdził:
- Ryzyko jest zbyt duŜe. Byłoby to rzeczywiście interesujące, gdyby Lo mógł
poobserwować ludzi z tak bliska, moŜe nawet by mu się udało, ale jesteś jeszcze ty, Lindis.
Znalazłabyś się w trudnej sytuacji, musiałabyś z pewnością odpowiadać na podchwytliwe
pytania. Nie moŜemy wymagać aŜ takiej dyplomacji od siedemnastolatki. Dlatego niestety
musimy odmówić.
- Za kilka dni skończę osiemnaście! - sięgnęła po ostatni argument.
- NiemoŜliwe - uśmiechnął się Lo.
- I ty to mówisz! - zdenerwowała się dziewczyna. - Sam masz ledwo siedemnaście.
- Trzydzieści cztery - odparł Lo.
- Siedemnaście!
- Trzydzieści cztery - upierał się.
- Dzieci! - westchnął Tan. - Gdy ciebie teraz słucham, Lo, wydaje mi się, Ŝe nasz
preparat opóźnia takŜe rozwój inteligencji... Lo skończył trzydzieści cztery lata, Lindis.
- No, to w takim razie jest dziadkiem - mruknęła, bo chciała, Ŝeby do niej naleŜało
ostatnie słowo.
- Jeśli zechcesz znów tu przyjść, serdecznie zapraszamy - odezwał się dowódca
przyjaźnie. - Jesteś mądra, chętnie dowiedzielibyśmy się za twoim pośrednictwem czegoś
więcej o ludziach. Chciałabyś?
- O, tak! - wykrzyknęła Lindis z oczami promieniejącymi szczęściem. Do diabła z
imprezą u Tone, to było stokroć ciekawsze! - Jesteście tacy mili i wszystko jest tu strasznie
ciekawe. MoŜecie mnie pytać, o co chcecie, i badać mnie, ile chcecie!
Zaśmiał się.
- Nie będziemy natarczywi, obiecuję.
Lindis znów miała wraŜenie, Ŝe się wygłupiła.
- Lo odprowadzi cię przez las. Dalej pójdziesz juŜ sama. Do widzenia!
CóŜ za wspaniałe słowa!
W lesie było juŜ całkiem ciemno. Ponad drzewami migotały gwiazdy.
Gwiazdy... Zawsze myślała o nich jak o jasnych punkcikach o ładnych nazwach,
ś
wiatełkach wiszących gdzieś w przestrzeni. Dopiero teraz uprzytomniła sobie niezwykłość
sytuacji, w jakiej się znalazła. MęŜczyzna idący przed nią pochodził gdzieś stamtąd, z
dalekiej gwiazdy. Procjon... AŜ szepnęła tę nazwę do siebie.
Dotarli na skraj lasu. Przed nimi rozciągało się wrzosowisko skąpane w zimnym
blasku księŜyca. Lo zatrzymał się i odwrócił do Lindis.
AŜ się wzdrygnęła.
- Lo! - krzyknęła - Twoje oczy świecą!
- To tylko odbicie księŜyca - uśmiechnął się. - Przestraszyłaś się?
ZadrŜała.
- Wygląda to trochę niesamowicie...
- Przyzwyczaisz się. Widzisz tę drogę?
Lindis niczego nie dostrzegła.
- Tam, pomiędzy wzgórkami. Idź tamtędy, będziesz szybciej w domu. Pospiesz się, na
pewno się o ciebie niepokoją.
- A niech tam - prychnęła gorzko.
- Na pewno! No i... Idź na tę imprezę w piątek! Za duŜo przebywasz sama. AleŜ ty
marzniesz! Chcesz ten szalik? Ładnie ci w nim było.
- Och, dajesz mi go? Dzięki, Lo! TeŜ coś ci dam... Zobacz, to moje zdjęcie. Zawsze
moŜesz wziąć papier do analizy - zakończyła ironicznie.
- Przyjdziesz jutro? - Zerknął na zdjęcie i uśmiechnął się. - Dziękuję!
Ucieszyła się.
- Jutro? Na pewno! Gdzie się spotkamy?
- Tutaj. To bliŜej niŜ z plaŜy.
- Przyjdę od razu po szkole. Gdy słońce będzie nad morzem. Dobranoc, Lo! Dziękuję
za wspaniały wieczór!
- Dobranoc, mała Lindis!
Zniknął pomiędzy drzewami. Stała jeszcze i patrzyła za Lo. Po prostu stała i myślała o
nim. Westchnęła głęboko z bezgranicznego szczęścia.
Jej marzenie o przyjacielu się spełniło. I to jak!
Nagle zasmuciła się. PrzecieŜ w końcu go straci, naleŜy przecieŜ dosłownie do innego
ś
wiata...
NiewaŜne! Jutro go znów zobaczy! CzyŜ moŜe być większe szczęście?
ROZDZIAŁ V
Zegar kościelny wybił jedenastą, gdy Lindis szła przez ulice z szalikiem
powiewającym na wietrze. Tak późno jeszcze nigdy nie była sama poza domem. MoŜliwe, Ŝe
macie tam gdzieś w gwiazdach wysoki poziom moralności, pomyślała, jednak tu na Ziemi
zwabiacie niewinne dziewczyny na drogę pokus. Pomyśleć, jedenasta w nocy, a ja sobie idę!
Stłumiła triumfalny śmiech.
Siedzieli i czekali na nią wszyscy troje... Ojciec zerwał się z fotela i krzyknął:
- Gdzieś ty, u diabła, była o tej porze?! Myślisz, Ŝe moŜesz robić, co ci się Ŝywnie
podoba? Gdzie byłaś? Wytłumacz się!
- U przyjaciela - odpowiedziała Lindis cicho.
- U jakiego znów przyjaciela? U chłopaka?
- Nie, nie u chłopaka. Nie mogłam wrócić wcześniej. Chcieli jeszcze ze mną
rozmawiać.
- Chcieli? To było ich więcej?
- Tak, było nas czworo. Zaprosili mnie na owoce i orzechy i rozmawialiśmy o
astronomii.
Trochę to głupio zabrzmiało, ale przecieŜ było prawdą!
- Astronomia do jedenastej w nocy - zadrwił ojciec. - Nieźle, nie ma co. Były was
dwie pary, tak? I rozmawialiście o astronomii? Na pewno zgasiliście światło, Ŝeby lepiej
widzieć gwiazdy, co? - grzmiał dalej. - Czy z tobą muszą być same awantury? JeŜeli się w coś
zapłaczesz, wylecisz z domu! Rozumiesz?
Nieźle by to wyglądało, córka wicedyrektora...
Lindis próbowała z całych sił doszukać się miłości za tymi surowymi słowami, tak jak
radził Lo. Rozumiała, Ŝe ojciec krzyczał na nią, bo się o nią bał, jednak uwaŜała, Ŝe jest
niesprawiedliwy.
Matka nie poprawiła jej nastroju. Nakrzyczała za zniszczony sweter. Nosiła w nim
kamienie? No i co to za bzdury, Ŝe ona nie chce jeść?
Zanim Lindis zdołała odeprzeć atak, matka spytała:
- Co to w ogóle są za ludzie? Gdzie mieszkają?
- Nie znacie ich. Spotkałam jednego niedawno, a dzisiaj zaprosili mnie do siebie.
Mieszkają poza miastem. Jeden jest profesorem, drugi geologiem, a trzeci... a trzeci to
astronom.
- I co, chcieli z tobą rozmawiać? - spytał ojciec uszczypliwie. - Mamy w to uwierzyć?
- Trzej męŜczyźni? - dziwiła się Karin. - Byłaś sam na sam z trzema męŜczyznami?
Masz ty rozum?
- Byli bardzo mili - tłumaczyła się Lindis rozpaczliwie. - Zapewniam was, nic
podejrzanego się nie działo.
- No dobrze, ale jak się oni nazywają? - nie poddawała się matka.
- Geolog nazywa się Lo. Nazwisk pozostałych nie pamiętam.
- Lo? - spytał ojciec nieco spokojniej. - Dziwnie. Jest w ksiąŜce telefonicznej?
Lindis nie mogła powstrzymać uśmiechu.
- Nie sądzę.
Nadal zasypywali ją pytaniami. Starała się odpowiadać jak najbardziej
dyplomatycznie. Jednak cierpliwość jej się skończyła, gdy Karin pogardliwie dała do
zrozumienia, Ŝe siostra nie jest juŜ pewnie tak niewinna, jaką udaje.
- I ty to mówisz, a sama palisz trawkę za szkołą! - wybuchnęła.
Zapadła śmiertelna cisza.
- Przepraszam - bąknęła Lindis. - Nie chciałam tego powiedzieć.
- Pewnie, Ŝe chciałaś! - zapiszczała Karin. - Tylko Ŝe kłamałaś!
Lindis westchnęła, zmęczona.
- Dobra, kłamałam.
Rodzice znów rzucili się na nią z pretensjami. Jak mogła oskarŜyć o coś takiego swoją
dwunastoletnią siostrę! Co jej przyszło do głowy?!
Lindis wiedziała, Ŝe więcej uczniów z klasy Karin podpala marihuanę, ale było jej juŜ
wszystko jedno. Znów zaczęli ją pytać o nowych znajomych.
- Zaprosili mnie na jutrzejsze popołudnie - rzuciła Lindis, idąc w stronę drzwi. - Ale
wrócę wcześniej. Będę w domu około szóstej. Mam im pomóc sortować zebrane kamienie.
Przerwała nowe upomnienia, zamykając drzwi. Zdołała jeszcze dostrzec, jak rodzice
przytulają Karin, mówiąc uspokajająco: „Biedne dziecko...”
- AleŜ Lindis! - wykrzyknęła Kirsten na dziedzińcu szkolnym. - Po raz pierwszy od
dawna widzę, Ŝe masz ze sobą drugie śniadanie!
- Prawidłowa obserwacja - uśmiechnęła się Lindis. - Znów zaczęłam jeść.
- Dzięki Bogu - odetchnęło kilka koleŜanek. - Bałyśmy się, Ŝe masz anoreksję albo coś
takiego.
Więc niepokoiły się o nią! Ogarnęło ją wzruszenie pomieszane z lekkim poczuciem
winy. A tak źle o nich myślała!
- O mało co bym miała - przyznała. - Inger - Lise któregoś dnia powiedziała mi coś
niemiłego o moim wyglądzie i odtąd nie chciałam jeść. Ale teraz to się zmieniło.
- Inger - Lise! - prychnęła Anne Sofie. - WyobraŜa sobie, Ŝe jest ósmym cudem
ś
wiata.
- To raczej wynika z niepewności - stwierdziła Tone. - Taki ktoś wytyka innym wady,
aby samemu poczuć się lepiej.
- Ale Lindis nigdy nie była gruba - zaprotestowała Anne Sofie. - Byłaś chyba dla niej
zbyt doskonała. Chciała cię jakoś pogrąŜyć.
- Prawie jej się to udało - rzekła Lindis, czując, jak po plecach przebiega jej dreszcz.
Popatrzyła zdziwiona po swoich koleŜankach. To były właściwie jej przyjaciółki, nie
traktowały jej jak kłopotliwego dodatku.
MoŜe to dlatego, Ŝe stała się milsza? W takim razie to zasługa Lo. I lekarza. Obaj
poczęstowali ją niezłą garścią prawdy o niej samej.
Spytała Marit, co dostała z klasówki z matematyki, pochwaliła sweter Solveig,
poprosiła Kirsten o radę w związku z nową płytą... I tak dalej! Lindis odkryła, Ŝe to wspaniale
interesować się innymi. Wszystkim sprawiało to miłą niespodziankę.
- Przyjdziesz w piątek, prawda? - upewniła się Tone szczerze.
Lindis powiedziała, Ŝe się postara. Nie wspomniała nic o osobie towarzyszącej, gdyŜ
raczej nie będzie jej miała. Mimo to cieszyła się.
Okazało się, Ŝe nie zawsze trzeba wystawiać kolce.
Na lekcji norweskiego klasę czekała niemiła niespodzianka.
- Macie dziś trzygodzinne pisanie wypracowania - zapowiedział nauczyciel. - Nie było
zapowiadane, bo trzeba je tak właśnie przeprowadzić. Oto tematy.
Lindis spojrzała na tablicę. Źle spała w nocy, a lekcje odrobiła wcześnie rano. Bez
większego entuzjazmu przeczytała: „Dramaty Ibsena i Bjørnsona”, „Jesienna przechadzka po
lesie”, „Sytuacja polityczna w Afryce południowej”... Nagle drgnęła. „Gwiaździste niebo
jesienią”!
Kilka chwil siedziała, gryząc ołówek, aŜ zaczęła pisać.
Ołówek fruwał po papierze. Wypełniała stronę po stronie wiedzą z lekcji, własnych
lektar, ale przede wszystkim tym, co poprzedniego wieczora usłyszała od profesora Tana,
dowódcy i Lo. Gdy w końcu spojrzała na zegarek, zorientowała się, Ŝe powinna juŜ zacząć
przepisywać na czysto. Pracę kończyła bez brudnopisu. Ostatnie zdanie dopisała w ostatniej
chwili i oddała wypracowanie, dumna i kompletnie wyczerpana. Nauczyciel z ciekawością
zajrzał na pierwszą stronę i aŜ uniósł brwi ze zdziwienia, gdy zobaczył, który temat wybrała.
Jego zdziwienie zwiększyło się jeszcze na widok liczby zapisanych kartek.
Lindis uśmiechnęła się. Nie mógł tego oczekiwać po najbardziej leniwej uczennicy w
klasie...
Panna Lund była dla niej szczególnie miła na następnej lekcji mimo nie odrobionej
pracy domowej. Ojciec teŜ lubił Lisbeth Lund. Stali często razem na korytarzu, rozmawiając.
Matka, przeciwnie, nie znosiła jej. Mama chyba nie zna się na ludziach, pomyślała Lindis.
Od razu po szkole popędziła w kierunku uroczyska, upewniwszy się wcześniej, czy na
pewno nikt nie widzi, dokąd ona zmierza.
Na skraju lasu czekał na nią Lo. Jak zwykle na jego widok serce uderzyło Lindis
dodatkowo co najmniej pięć razy. Chyba nigdy się nie przyzwyczai do jego niezwykłej siły
przyciągania.
- Dziś nie mogę długo zostać - rzuciła głośno. Uświadomiła sobie jednak coś i potem
juŜ „myślała” do niego. - Udało mi się wczoraj odpowiedzieć na wszystkie pytania o to, gdzie
byłam.
- Świetnie - ucieszył się Lo.
Wspaniale było znów „usłyszeć jego głos”! Być przy nim blisko, patrzeć na niego...
Wyciągnęła paczkę z plecaka.
- To dla ciebie - uśmiechnęła się zaŜenowana. - Kupiłam ją za kieszonkowe. Jest po
angielsku, więc powinieneś zrozumieć.
Lo rozwinął papier. KsiąŜka traktowała o minerałach i rodzajach skał, o wieku
geologicznym i innych niezrozumiałych dla Lindis rzeczach. Kupiła ją na przerwie za
pieniądze ze skarbonki.
Lo przewracał kartki z zainteresowaniem.
- Jest wspaniała - rzekł z zachwytem, a Lindis czuła, Ŝe mówi szczerze. - Dokładnie
to, czego potrzebujemy! Nie moglibyśmy tak po prostu pójść i kupić czegoś takiego. Jak
mogę się zrewanŜować? Jesteś bardzo miła.
Ona? Miła? Teraz naprawdę poczuła się zaŜenowana.
- Nie chcę, Ŝebyś się rewanŜował - rzuciła. - To przecieŜ prezent. Nie zniosę, jeśli
będziesz czuł, Ŝe masz jakiś dług wdzięczności w stosunku do mnie. To juŜ lepiej oddaj ją z
powrotem.
Ukrył ksiąŜkę za plecami, śmiejąc się.
- Nie, nie oddam! Jest zbyt cenna. Pod wieloma względami.
Powstała sytuacja, w której Lindis nie czuła się zbyt pewnie, rzuciła więc niezręcznie:
- Będziemy tu stać cały dzień, czy...
- Nie, oczywiście, Ŝe nie. Idziemy? Bardzo bym chciał cię zbadać, jeśli pozwolisz.
- Królik doświadczalny? Dobra, pewnie. O ile nie będzie bolało, zniosę wszystko.
Obiecał, Ŝe nie będzie bolało.
W „salonie” przywitali ją Tan i dowódca, który wreszcie się przedstawił. Miał na imię
Ari. Lo pokazał im ksiąŜkę. Dosłownie się na nią rzucili, czym niezwykle uradowali Lindis.
A więc wybrałam właściwy prezent, pomyślała z dumą.
Lo zaprowadził ją do sąsiedniego pokoju pełnego róŜnych aparatów i instrumentów.
Wygląda to ciut niebezpiecznie, pomyślała.
- PołóŜ się na tej wysokiej ławce - polecił i zniknął za drzwiami.
Posłuchała go i leŜała spokojnie, czekając. Wrócił przebrany w białe spodnie i
koszulkę z krótkimi rękawami. Wiedziała, Ŝe nie wypada gapić się na męŜczyzn, ale nie
mogła oderwać oczu od jego ramion. Ramiona są najładniejszą częścią ciała męŜczyzny,
pomyślała. Kiedy się odwrócił, zmieniła zdanie na korzyść pleców. A kiedy usiadł koło niej
na ławce, była juŜ całkiem zdezorientowana, bo teraz najładniejsza wydała jej się jego twarz.
Westchnęła. Bycia tak doskonałym naleŜałoby zabronić...
Otulił ją duŜym, cięŜkim kocem.
- Nie bój się - usłyszała jego myśli. - To nie jest niebezpieczne.
Do koca podłączył jakieś przewody i przekręcił wyłącznik na tablicy rozdzielczej.
Lindis poczuła, jakby koc otulił ją mocno, nie było to jednak przykre.
- MoŜesz tak poleŜeć przez kilka minut? - spytał. - MoŜemy porozmawiać, jeśli
chcesz.
- Tak, mam parę pytań. Jak to jest, Ŝe ty czytasz moje myśli, a ja dostaję ładnie
okrojoną wersję twoich?
- To proste. Dysponujemy wysoko rozwiniętym zmysłem telepatii. MoŜemy zarówno
nadawać, jak i odbierać. Poza tym kontrolujemy to, co wysyłamy. To tak, jak u was z mową.
Nie wysyłamy innych myśli niŜ te, które chcemy. Ty nie masz takiej kontroli. Dlatego widzę
wszystkie twoje myśli i muszę przyznać, Ŝe są czasem mocno poplątane...
- Uff, chyba tak - westchnęła Lindis. - MoŜe bym i wolała, Ŝebyś nie był aŜ tak
przenikliwy.
Lo uśmiechnął się przelotnie.
- Myślałem duŜo o tobie i twoich problemach, Lindis. Chyba wiem, co mogłoby ci
pomóc. Zdarza się u was, Ŝe osoby słabo widzące lub słyszące dostają specjalne aparaty?
- Tak - pokiwała głową. - Okulary i tym podobne.
- No właśnie. Jeśli u nas czyjś zmysł telepatyczny ulega przytępieniu, ten ktoś dostaje
pewien aparat. Umieszcza się go za uchem. Oto on. Na ile zrozumiałem, nie masz
harmonijnych kontaktów z otoczeniem.
- Raczej nie. Ale to się poprawia. Szybko.
- Nie wierzysz ludziom, masz z góry ustalone sądy na ich temat. Czy chcesz poŜyczyć
ten aparat na jeden dzień? Chcesz czytać myśli innych?
- Ojej! - Lindis była zachwycona i przeraŜona jednocześnie. - Oczywiście, Ŝe chcę!
- Myślę, Ŝe ci pomoŜe. Nie moŜesz go jednak naduŜywać, to moŜe być niebezpieczne.
No i nikt nie moŜe go zobaczyć!
- No tak, to zrozumiałe. A do czego jest ten mały przełącznik?
- Ten? Poczekaj, uwolnię cię z tych okowów. No, teraz lepiej, prawda? Zbadane
zostało twoje serce, płuca i inne organy. Teraz to się wydrukuje, a potem wszystko
przeanalizujemy. A więc ten przełącznik jest po to, by móc wejść głębiej w psychikę danej
osoby. Mówiłem kiedyś, Ŝe słowa, myśli i charakter to trzy róŜne rzeczy. JuŜ ci tłumaczę, jak
to wygląda. Oto rozmawiasz z jakimś człowiekiem. Mówi ci przykre słowa. Czytasz jego
myśli. Widzisz, Ŝe boli go coś, czego nie wyraŜa słowami. Przekręcasz przełącznik.
Wchodzisz wtedy pod zwykłe myśli i widzisz to, czego ten człowiek moŜe sam nie być
ś
wiadomy. Widzisz, Ŝe on cię kocha, moŜe ma wyrzuty sumienia w stosunku do ciebie i
dlatego, broniąc się przed tym, jest na ciebie zły. Czy to moŜe brzmi zbyt skomplikowanie?
- Nie - Lindis usiadła. - Myślisz o moich rodzicach?
- Nie znam ich - powiedział Lo wymijająco - ale sądzę, Ŝe mogą tak myśleć. Czy z
twojej strony to nie wygląda tak samo? Wewnątrz siebie ich lubisz, a na zewnątrz jesteś
niemiła?
- Tak, zgadza się... czasami bywam bardzo niemiła.
- Jesteś po prostu samotna i nieszczęśliwa. Musisz znaleźć kogoś, kogo polubisz.
Odwróciła głowę, aby nie zauwaŜył łez, ale on odwrócił ją z powrotem. Zacisnęła
mocno oczy.
Po chwili odezwał się:
- I to ja, pewny siebie idiota, mówię o pomocy!
Wreszcie odwaŜyła się na niego spojrzeć. Nadal stał i patrzył na nią. Pokręcił głową.
- śaden ze mnie dobry przyjaciel, Lindis. Jeśli powiem, Ŝe nie chciałem cię zawieść,
nie uwierzysz mi chyba?
- Uwierzę - przyznała słabo. - Chyba... uŜyłeś niewłaściwych słów.
Pokiwał głową.
- Na pewno. Ale wracając do przełącznika... przekręcaj go jak najrzadziej! Najlepiej
będzie dla ciebie, jeśli nie poznasz najgłębszych pokładów duszy innego człowieka. PołóŜ się
jeszcze, pobiorę próbki krwi. Musimy cię wykorzystać, Ziemianko, skoro juŜ tu jesteś!
Znów poczuła do niego zaufanie.
- Dotarłeś do mojego wnętrza?
- Tak. Wtedy, gdy się spotkaliśmy. Wymaga to od nas wielkiej koncentracji i jest
męczące.
- Rzeczywiście, pamiętam coś takiego. I wtedy, w lesie, przy spotkaniu z pozostałymi.
No i co znalazłeś?
- Nie, tego nie powiem. Mogłoby to dla ciebie okazać się cięŜarem ponad siły.
- Było aŜ tak źle?
- Mała, gdyby było źle, nie zaprosilibyśmy cię tutaj. Nie rozumiesz, Ŝe nawet
ś
wiadomość tego, Ŝe jesteś dobrym człowiekiem, moŜe stać się cięŜarem? No niech ci będzie,
jesteś w porządku. PrzeraŜająco niedojrzała i niezadowolona z siebie samej, ale absolutnie
„czysta”.
- A ty sam? Czy kiedykolwiek przestałeś kontrolować własne myśli?
- Tak, raz. Wtedy, gdy uciekałaś ode mnie i chciałem cię powstrzymać.
- W takim razie masz wspaniałą duszę - powiedziała Lindis cicho.
- JuŜ nie - odrzekł Lo poirytowany. - Zachowałem się jak głupiec i o mało nie
zniszczyłem pięknej przyjaźni tylko dlatego, Ŝe chciałem być szlachetny. śaden ze mnie
rycerz - zakończył, podciągając rękaw jej swetra.
- U nas pobiera się krew ze zgięcia ręki - mruknęła.
Często zapominała się i mówiła na głos. Nie mogła się przyzwyczaić, Ŝe Lo rozumiał
jej myśli lepiej niŜ słowa.
Wkłuł coś ostrego w jej ramię. Odwróciła wzrok, póki nie wyjął tej igły czy czegoś.
Pobrał kilka próbek. LeŜała spokojnie i patrzyła na jego fascynującą twarz, zagadkowe oczy i
usta.
Ciekawe, jakby to było, gdyby on mnie pocałował, pomyślała w roztargnieniu. W tym
momencie on spojrzał na nią pytająco, uśmiechnął się i pokręcił głową.
Lindis spiekła raka.
- No, to wszystko - rzucił. - Dziękuję! Byłaś dzielna.
Nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Wstała i obciągnęła rękawy swetra.
- Pójdziemy do nich? - spytał.
Skinęła głową, nadal umierając ze wstydu.
Zaprosili ją na obiad złoŜony ze wspaniałych, nieznanych dań, które jej bardzo
smakowały. Poczuła, Ŝe strasznie chciałaby zaprosić ich do domu, ale wtedy podziękowali jej
uprzejmie, gdyŜ oczywiście odczytali jej myśli.
Następnie znów zadawali Lindis mnóstwo pytań na wszelkie tematy dotyczące Ŝycia
ludzi, a ona odpowiadała najlepiej, jak umiała.
Tym razem to nie Lo odprowadził ją przez las, lecz Ari. Lindis była zawiedziona, lecz
starała się to ukryć. Na ile jej się to udało, nie wiedziała. Gdy się Ŝegnali, męŜczyzna spojrzał
na nią powaŜnie.
- Postarasz się przebywać jak najczęściej ze swymi kolegami, Lindis? - spytał.
Nie zrozumiała.
- Dlaczego?
- Byłoby dla ciebie dobrze, gdybyś się zakochała w którymś z nich.
Teraz juŜ nic nie rozumiała.
- Ale ci chłopcy... są beznadziejni. Nie moŜna z nimi o niczym porozmawiać!
Ari skrzywił się.
- Właśnie tego się bałem. To zmierza w złym kierunku. Bądź ostroŜna, Lindis! Bardzo
cię cenimy wszyscy trzej, byłaś dla nas prawdziwą pomocą, i dlatego nie chcemy, Ŝebyś
cierpiała. Nie moŜemy z ciebie zrezygnować, bo cię nadal potrzebujemy, poza tym cię
lubimy. CzyŜbyś tego nie rozumiała? Jesteś przecieŜ taka wraŜliwa. Rozstanie moŜe okazać
się bardzo bolesne, jeśli nie opamiętasz się w porę. Postaraj się rozejrzeć wokół siebie, moŜe
znajdziesz jakiegoś sensownego chłopaka... To moja rada. Pociesza nas fakt, Ŝe jesteś młoda i
Ŝ
e szybko zapomnisz. Poza tym mało ostatnio spałaś. Postaraj się wypocząć przez kilka dni,
potem zobaczymy.
Chciała zaprotestować, ale zmieszana zgodziła się i poŜegnała.
AleŜ jej nagadał! Tego wieczoru on i Lo tyle mówili o tych idealnych chłopakach dla
niej.
Lindis przeszedł dreszcz. MoŜe to było przeczucie? Przeczucie przyszłego bólu...
ROZDZIAŁ VI
Lindis przyglądała się ukradkiem siedzącym przy stole, pochłoniętym rozmową
koleŜankom.
Wśród nich najbardziej małomówna była Solveig, która dzisiaj wyglądała na
zmartwioną. Niekorzystne wraŜenie pogłębiał dodatkowo jej nieefektowny wygląd; ta drobna,
niska dziewczyna miała na sobie obszerną puchową kurtkę, jakby zdjętą ze starszego brata.
Kurtka była mocno wygnieciona, bo, jak oznajmiła jej właścicielka, „dopiero co wyszła z
prania”. Rzeczywiście, na ramionach widać jeszcze było ślady po spinaczach do bielizny.
Nagle Lindis zrobiło się Ŝal Solveig, która siedziała teraz ze spuszczoną głową i przypominała
zranione, porzucone przez rodziców pisklę.
Lindis nie miała dotąd okazji wypróbować, jak działa magiczne urządzenie, które
poŜyczył jej Lo. W domu rodzice na pewno nie pochwaliliby takiej zabawy. Teraz sięgnęła do
kieszeni. To dopiero byłaby frajda, gdyby mogła poznać najskrytsze myśli i pragnienia
koleŜanek!
Przez nikogo nie zauwaŜona, Lindis wymknęła się z pokoju i zniknęła za drzwiami
łazienki. DrŜącymi rękoma umocowała maleńki aparacik za lewym uchem, przysłoniła go
luźno opadającymi na ramiona włosami, po czym, jak gdyby nigdy nic, wróciła do
towarzystwa. Serce waliło jej niczym kowalski młot. śeby tylko nikt nie zauwaŜył niczego
podejrzanego...
Była tak podniecona, Ŝe z początku nie mogła wyłowić Ŝadnych głosów. Czy zdoła
poznać tajemnice koleŜanek, skoro sama nie moŜe poradzić sobie z własnymi problemami?
Po chwili jednak coś zwróciło jej uwagę. Stopniowo zaczęła rozróŜniać zdania, które nigdy
nie zostały wypowiedziane na głos. Były to rozmowy, o których nikt nie miał się dowiedzieć,
rozmowy, które dziewczęta prowadziły same z sobą. Początkowo Lindis nie potrafiła
oddzielić poszczególnych wypowiedzi, myślała nawet, Ŝe powinna dać sobie spokój z tą
wątpliwą zabawą. Wkrótce zrozumiała, co naleŜy robić; po prostu musi skoncentrować się na
obserwacji tylko jednej z dziewcząt.
Najpierw zajęła się Marit, atrakcyjną dziewczyną i zarazem najzdolniejszą uczennicą
w klasie, która zawsze niezwykle jej imponowała.
Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Lindis objęła głowę dłońmi, by głos z małego
aparatu był wyraźniejszy. Serce dziewczyny nadal biło jak szalone. Mimo Ŝe Marit od czasu
do czasu włączała się do oŜywionej dyskusji, Lindis słyszała, o czym rozmyśla jej koleŜanka
w skrytości ducha.
„Chyba poczęstuję się ciastkiem, wygląda tak apetycznie. Za to jutro do wieczora nic
nie wezmę do ust; u Tone muszę wyglądać wystrzałowo. śeby tylko nie skończyło się tak, jak
w przypadku Lindis. Ona wyraźnie przesadziła, choć przestrzegano ją, Ŝe nadmierne
odchudzanie jest niebezpieczne dla zdrowia. Jednak mnie to chyba nie grozi, przez jeden
dzień nie zdąŜę ani utyć, ani specjalnie stracić na wadze. Ach, wezmę kawałeczek. Dlaczego
miałabym sobie wszystkiego odmawiać? ZasłuŜyłam na odrobinę słodyczy. Ojej, co za ulga!
Lindis znowu mi się podejrzliwie przygląda. Ciekawe, o czym teraz myśli? Kto wie, moŜe
snuje marzenia o królewiczu z bajki, a tymczasem królewicza ani śladu? Dziwna z niej
dziewczyna. Chodzi i szuka jakiegoś geologa. Pewnie poznała kogoś i zaraz się zakochała, a
jej wybranek zniknął bez śladu. Ostatnio Lindis bardzo wydoroślała. MoŜe właśnie ten geolog
tak na nią wpłynął, o ile nie jest wytworem jej wyobraźni. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby
to była prawda. Biedna dziewczyna, w domu kłopoty, poza domem teŜ... Ojej, wcale nie mam
chęci na to jutrzejsze wyjście, chociaŜ co ja mówię? PrzecieŜ będzie tam Dagfinn. Dobrze, Ŝe
nikt nie wie, jak bardzo jestem w nim zakochana. I nigdy się nie dowiedzą. Inteligentna Marit
nie pozwoli sobie na taką słabość. Niech myślą, Ŝe on mnie wcale nie interesuje. Kto wie,
moŜe nawet dziewczyny by mnie wyśmiały? Na przykład taka Tone? UwaŜa, Ŝe pozjadała
wszystkie rozumy. Nienawidzę jej. Ciekawe, czemu Lindis ma taką tajemniczą minę...”
Lindis przeŜywała rozterkę. Z jednej strony nie miała ochoty odkrywać kolejnych
tajemnic Marit, krępowało ją to i odczuwała wyrzuty sumienia, z drugiej jednak korciło ją, by
przyjrzeć się pozostałym dziewczętom.
Po chwili w maleńkiej słuchawce usłyszała głos drugiej koleŜanki, Anne Sofie. Gdy
do Lindis dotarły myśli dziewczyny, o mało się nie zdradziła.
„Panie BoŜe, zachowaj mnie w swojej opiece! To nie moŜe być prawda! JuŜ siedem
dni po terminie! Skończyłam przecieŜ dopiero siedemnaście lat! Co ja zrobię, co powie
mama, przecieŜ ona wyrzuci mnie z domu! Taki wstyd! Jak to się mogło stać, skoro
spędziłam z Tomem tylko ten jeden jedyny wieczór! Mateńko Przenajświętsza, błagam,
wysłuchaj moich próśb!”
Lindis przestraszyła się nie na Ŝarty, kiedy zrozumiała, jakie problemy ma koleŜanka.
Ogarnęły ją wątpliwości. Choć z całego serca pragnęła pomóc Anne Sofie, nie wiedziała, w
jaki sposób mogłaby to uczynić.
Rozmyślania przerwał Lindis słodki jak miód głos. To Solveig zwróciła się do niej z
pytaniem:
- Lindis, czy odrobiłaś juŜ angielski?
- Jeszcze nie całkiem - odpowiedziała spokojnie Lindis. Zaraz potem przeniosła swoją
uwagę na nową „rozmówczynię”.
„Lindis wcale mnie nie lubi”, myślała wojowniczo Solveig. „To dlatego, Ŝe tak
wyładniała i uwaŜa się za cudo. Właściwie to ona wcale nie jest taka ładna. O mnie nikt się
nie martwi, w ogóle ich nie obchodzę. Gdybym tylko miała przyjaciółkę! Najlepiej Tone, bo
jej wszystkie nadskakują. Anne Sofie w głowie tylko chłopaki i nikogo poza nimi nie
potrzebuje, za to Marit jest przebiegła i zarozumiała. Kirsten teŜ jest zimna jak lód i nigdy się
nie odzywa, tylko mierzy wszystkich ponurym, podejrzliwym wzrokiem. Z nią w ogóle nie
chciałabym się przyjaźnić, na pewno nie jest szczera. Lindis z kolei wiecznie opowiada te
swoje niestworzone historie. Ona teŜ nie ma Ŝadnej przyjaciółki. Ciekawe dlaczego? Ostatnio
bardzo się zmieniła. Wszystkie i tak myślą tylko o sobie. Wcale im na mnie nie zaleŜy. A ja
przecieŜ tak się staram, tak bardzo chciałabym być z nimi bliŜej! A zresztą, czy to warto?
Niech sobie idą do diabła!”
Lindis poczuła niesmak. Nie mogła się nadziwić, Ŝe Lo okazał się takim znawcą
ludzkich dusz. Jej niechęć do magicznego urządzenia z kaŜdą chwilą rosła, jednak korciło ją,
by poznać takŜe najskrytsze myśli Kirsten.
Tym razem jednak nie wszystko poszło tak gładko. Lindis nadstawiła uszu, ale
docierały do niej jedynie bardzo niewyraźne, chaotyczne fragmenty zdań, których nie mogła
połączyć w sensowną całość. Z trudem odgadywała, o czym w danej chwili myśli Kirsten.
„Ciekawe, czemu Lindis się tak na mnie gapi? Let me know..., jak to szło dalej? Jutro
na pewno wygram, ale ani słowa nikomu. O matko, ale ta Marit się opycha! Niedługo będzie
gruba jak słoń. Przyjechał jakiś samochód. JuŜ późno, muszę iść. Lubię Lisbeth Lund. Ojciec
Lindis to przystojny facet. Jaka ta Tone głupia...”
Lindis ogarniało coraz większe zdumienie. Nie sądziła, Ŝe Kirsten jest taką prostą
dziewczyną. Jej jedyną bronią okazało się milczenie. Stanowiło, jak widać, skuteczniejszą
metodę niŜ ta, którą stosowała Solveig. Chcąc przypodobać się koleŜankom, robiła wszystko,
co jej kazały. Niestety starania Solveig przynosiły odwrotny efekt: zamiast okazywać
przyjaźń, koleŜanki coraz bardziej były Solveig niechętne.
Pozostała jeszcze Tone. Tak naprawdę Lindis nie znała jej zbyt dobrze. Mimo Ŝe
chodziły do jednej klasy, rozmawiały tylko przelotnie, i to zawsze na błahe tematy. To jedyna
okazja, by poznać ją bliŜej.
„Co one się tak uczepiły Lindis, ciągle tylko o niej mówią. Ale ja jej jeszcze pokaŜę!
Niech no tylko spotkam tego geologa, o którego niedawno pytała. JuŜ ja jej wtedy dopiekę!
Powiem jej, co myślę o romansie jej ojca! Dojrzały męŜczyzna, a ładny przykład daje
młodym! Z tym geologiem to teŜ na pewno bujda. MoŜe powiedzieć dziewczynom? Nie, na
razie jeszcze poczekam. Swoją drogą, Lindis wyładniała i ma ładny szalik. Do twarzy jej w
błękicie. Muszę koniecznie mieć taki sam. Ciekawe, gdzie go kupiła?”
Lindis uśmiechnęła się pod nosem. Sięgnęła dyskretnie za ucho, by wyciszyć aparat,
ale jej myśli nadal błądziły wokół Tone, Anne Sofie i Marit. Miała wyrzuty sumienia, Ŝe
odkrywa najskrytsze tajemnice koleŜanek. Jednocześnie dowiedziała się, Ŝe wszystkie te
dziewczęta są w rzeczywistości zupełnie zwyczajnymi nastolatkami, ani lepszymi, ani teŜ
gorszymi od niej samej. I Ŝadnej z nich nie jest obca samotność. Była teŜ zawiedziona, bo
zdała sobie sprawę, Ŝe Ŝadna z dziewcząt nie jest tak naprawdę sobą, Ŝe starają się udawać
kogoś innego.
Lindis przypomniała sobie teraz, jak bezpiecznie czuje się w towarzystwie Lo, jak jej
przy nim dobrze. To wielkie szczęście, Ŝe moŜe mieć takiego przyjaciela.
„Dziewczyny mi nadskakują, ale w gruncie rzeczy to się mnie boją”, myślała dalej
Tone. „Sądzę, Ŝe tak naprawdę wcale mnie nie lubią. Mogłabym okazywać im więcej
serdeczności, ale odczytałyby to jako oznakę słabości. Na myśl o tym, Ŝe zostanę sama jak
palec, chce mi się po prostu płakać...
Lindis wyczuła w myślach Tone wyraźny lęk przed samotnością, taki sam zresztą jak i
u innych dziewcząt. Teraz, gdy juŜ wiedziała, co naprawdę o niej sądzą, kamień spadł jej z
serca. Nieoczekiwanie uznała, Ŝe moŜe kiedyś będzie im jednak potrzebna.
- No nie, dziewczyny, lekcje! Jesteśmy spóźnione! - krzyknęła przeraŜona Marit.
KoleŜanki poderwały się w mgnieniu oka i wybiegły z pokoju. Lindis chwyciła w
pośpiechu teczkę z ksiąŜkami i popędziła za nimi, zapominając o urządzeniu do odczytywania
ludzkich myśli, które nadal tkwiło za uchem.
Na szkolnym korytarzu wpadła prosto na pannę Lund.
- Witaj, Lindis, jak się masz? - zagadnęła słodko nauczycielka.
- Dzień dobry pani. Spieszę się na zajęcia, juŜ jestem spóźniona.
Nagle Lindis zamarła, bo doszły do jej uszu słowa, które w duchu wypowiadała panna
Lund.
„śe teŜ muszę się tak krygować przy tej smarkuli! Ale co zrobić, chcę ją sobie
zjednać, chcę, Ŝeby mnie polubiła. Teraz, gdy juŜ owinęłam Ernsta wokół palca, reszta
powinna pójść gładko. Jego Ŝona wkrótce spakuje manatki. Skoro Ernst koniecznie chce za-
trzymać jedną z córek, niech będzie nią Lindis, bo ona przynajmniej darzy mnie sympatią.
Wprawdzie przechodzi trudny okres i moŜe się trochę buntować, ale juŜ ja ją sobie
wychowam, jak naleŜy”.
Lindis gwałtownie skręciła za róg. Wielkie nieba! Co to wszystko ma znaczyć, co się
tu dzieje? Ojciec i panna Lisbeth Lund razem? Nie, to niemoŜliwe! Nie wolno na to pozwolić!
A jeszcze nie tak dawno wyobraŜała sobie, Ŝe panna Lisbeth Lund jest jej matką!
Teraz nawet nie chciała dopuścić do siebie takiej myśli. Jak nigdy przedtem poczuła głęboką
solidarność z macochą i z całego serca zapragnęła jej pomóc.
Na korytarzu po raz drugi zadźwięczał dzwonek na lekcje, jednak Lindis była tak
oszołomiona, Ŝe nie mogła zrobić kroku. Przez nikogo nie zauwaŜona, wsunęła się ukradkiem
do pustej o tej porze auli i przycupnęła pod ścianą. Dopiero teraz pojęła, dlaczego rodzice
wciąŜ się ze sobą sprzeczają, dlaczego sprzeczki kończą się płaczem matki, a koleŜanki
czynią niedwuznaczne uwagi.
Lindis nie miała pojęcia, jak powinna zachować się w takiej sytuacji.
- Lo, Lo, gdzie jesteś, przyjacielu... - chlipnęła cichutko.
- Co się stało, Lindis?
Drgnęła. Była pewna, Ŝe słyszy głos Lo, ale nikogo w pobliŜu nie zauwaŜyła.
- Masz przy sobie aparat, a poza tym wołałaś mnie. Więc jestem.
- Czy to naprawdę ty? Zostań ze mną przez chwilę, nie odchodź, proszę. Gdzie ty się
podziewasz?
- Jestem u siebie, w bazie. To miejsce wy, ludzie, nazywacie statkiem kosmicznym
albo latającym talerzem. Widzę, Ŝe z twoją formą dziś nie najlepiej?
Lindis zacisnęła bezradnie pięści.
- Nie wiem, co powinnam zrobić. Ojciec ma nową przyjaciółkę, pannę Lund...
- Wiem o tym. Domyśliłem się od razu, gdy mi o nich opowiadałaś.
- Czy sądzisz, Ŝe mogę jakoś pomóc mamie?
- Raczej nie. Lepiej nie mieszaj się do tych spraw. Mama musi to rozwiązać sama.
- Ale przecieŜ...
- Dobrze ci radzę. Zresztą spróbuję nad tym pomyśleć. A co poza tym u ciebie? Jak ci
się podoba mój aparat?
- To... wcale nie takie przyjemne, jak sądziłam...
- Naprawdę?
Lindis wydawało się teraz, Ŝe słyszy Lo tak, jakby znajdował się tuŜ obok. A jednak
nie zwracał się do niej słowami, tylko przesyłał jej swoje myśli. Mimo to Lindis nie mogła
powstrzymać się, by nie poprawić włosów czy wygładzić ręką zmiętej bluzki. Pragnęła
podobać się Lo. Złudzenie, Ŝe przyjaciel jest w pobliŜu, dodawało jej otuchy.
- MoŜe trochę przesadziłam. Wypróbowałam go na moich koleŜankach z klasy. Nie
miałam pojęcia, Ŝe kaŜda z nich odczuwa samotność i tak bardzo tęskni za bratnią duszą. Do
tej pory uwaŜałam, Ŝe tylko ja jestem biedna, nieszczęśliwa i opuszczona. Tymczasem inne
dziewczyny są tak samo zagubione jak ja. Czy to normalne, Lo, czy wszyscy ludzie czują
podobnie?
- O, tak, zwłaszcza gdy mają po osiemnaście lat.
Kontakt myślowy z przyjacielem poprawił samopoczucie Lindis.
- Wiesz, twój aparat ma jedną wielką zaletę. Mogę rozmawiać z tobą do woli, nawet
gdy znajdujesz się daleko stąd. Dzięki temu małemu przedmiotowi juŜ nie czuję się samotna.
Wiem, Ŝe jesteś blisko. Inne koleŜanki nie mają tak wspaniałego przyjaciela.
Tym razem Lindis nie odebrała kolejnych sygnałów od Lo.
- Lo, jesteś tu? Wcale cię nie słyszę, Lo! - przestraszyła się nagle dziewczyna.
Po chwili nadeszła odpowiedź:
- Jestem, Lindis.
- O, jak się cieszę. Bałam się, Ŝe kontakt został przerwany.
Lindis usłyszała delikatny śmiech przyjaciela.
- Czy wypróbowałaś juŜ mój aparat na rodzicach i siostrze? - spytał nagle Lo.
- Jeszcze nie... jakoś nie mogę się przemóc.
- A to szkoda. PrzecieŜ właśnie po to ci go poŜyczyłem.
- Wiem, ale coś mnie powstrzymuje. MoŜe jednak dam sobie z tym spokój. A jeśli się
okaŜe, Ŝe ich naprawdę nic a nic nie obchodzę? Jeśli mój dom jest zimny i pozbawiony
serdeczności? Nie przeŜyłabym tego. Wolę Ŝyć w przekonaniu, Ŝe rodzice choć trochę
troszczą się o mnie. Wspominałam ci o pannie Lund, prawda? A pomyśleć, Ŝe naprawdę ją
lubiłam! Odnosiłam wraŜenie, Ŝe chociaŜ ona mnie rozumie. Tymczasem była to jedynie
bardzo zręczna gra.
- No dobrze, jak chcesz. A teraz zajmijmy się czymś przyjemniejszym. Mieliśmy
wszyscy nadzieję, Ŝe nas wezwiesz. Brakowało nam ciebie.
W jednej chwili Lindis poczuła, Ŝe robi jej się ciepło na sercu. Nagle dzień wydał się
piękniejszy, a słońce jaśniej zaświeciło, oblewając korony drzew złocistym blaskiem.
- Naprawdę? A ja myślałam, Ŝe Ari mnie nie lubi...
- Ari chce jedynie twojego dobra, uwierz mi. Dlatego chciałbym cię o coś poprosić.
Czy moŜesz się ze mną spotkać po zmroku?
- Pewnie, Ŝe mogę - rzuciła bez zastanowienia Lindis.
- Świetnie. Będziesz miała okazję przeŜyć coś niepowtarzalnego. Coś, czego dotąd nie
doświadczyła Ŝadna ludzka istota.
- O czym myślisz, Lo?
- Trochę cierpliwości, dziewczyno. Niczego się nie bój, moŜesz na nas polegać. Nic
złego ci się nie stanie.
- W porządku, tylko Ŝe nie mogę zostać długo.
Lo milczał przez chwilę.
- Dasz radę wymknąć się z domu nie zauwaŜona?
- Nie wiem, postaram się. Rodzice na ogół zjawiają się późno i zaraz kładą się spać.
- Musisz jednak wiedzieć, Ŝe chcę zabrać cię na dalszą wyprawę. Potrwa to pewnie pół
nocy, a moŜe i dłuŜej - wyjaśnił Lo.
- Naprawdę? Na szczęście jutro nie będę musiała zrywać się tak rano do szkoły. Idę
dopiero na trzecią lekcję. Jakoś sobie poradzę. Ale wolałabym wiedzieć, co mnie czeka?
- Chcą cię poznać nasi naukowcy pracujący w przestrzeni kosmicznej - rzekł z
wahaniem Lo.
- Z przestrzeni kosmicznej? PrzecieŜ mówiłeś...
- Nasz mały łatający talerz to tylko jeden z bardzo wielu obiektów uczestniczących w
badaniach kosmosu. Poza ziemską atmosferą znajdują się niezmierzone przestrzenie i one
takŜe interesują naszych badaczy. Nie wyobraŜasz sobie chyba, Ŝe zdołalibyśmy wrócić na
naszą odległą o lata świetlne planetę tym maleńkim pojazdem?
- To nie do wiary! Naprawdę nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Mimo to jestem
gotowa na to spotkanie - oświadczyła z powagą w głosie Lindis, po czym dodała ciszej: - Lo?
- Słucham cię, przyjaciółko?
Dziewczyna, wyraźnie zawstydzona, rzekła:
- Wiesz, dzisiaj są moje osiemnaste urodziny i chciałabym, Ŝebyś Ŝyczył mi
wszystkiego najlepszego. Tylko nie mów, Ŝe wyglądam dziecinnie. Naprawdę, wiele się
ostatnio nauczyłam.
Lo roześmiał się serdecznie i odparł:
- AleŜ, Lindis, nic takiego nie miałem na myśli. Jesteś naprawdę wspaniałą, mądrą
dziewczyną. Mam nadzieję, Ŝe ten nadchodzący rok będzie dla ciebie wyjątkowo szczęśliwy.
Trzymam kciuki za twoje powodzenie.
- W kaŜdym razie zacznę go wystrzałowo, prawda? Skoro czeka mnie podróŜ w
kosmiczne przestworza! - zauwaŜyła rozbawiona.
Po chwili jednak poczuła na plecach dreszcz strachu.
- Widzę, Ŝe mimo wszystko trochę się boisz. Pamiętaj, Ŝe cały czas będę nad tobą
czuwał - pocieszał Lo. - Przy mnie nic ci nie grozi. Chyba Ŝe nie masz ochoty na tę wyprawę?
Nie chciałbym cię zmuszać.
- AleŜ skąd! Jestem do waszej dyspozycji - odparła nieco zawstydzona Lindis. - Z tobą
jestem gotowa wybrać się na kraj świata, jeśli zajdzie taka konieczność.
Te słowa Lindis tak rozbawiły Lo, Ŝe długo nie mógł opanować śmiechu.
- To ci się udało. Właśnie polecimy aŜ poza kraj świata!
- Masz rację. No, ale teraz juŜ czas na mnie, zwłaszcza Ŝe ktoś nadchodzi. Będę
czekała pod lasem tuŜ po zmroku.
- Świetnie. I pamiętaj, nie ma się czego bać! Ubierz się ciepło, weź sweter i długie
spodnie, Ŝebyś nie zmarzła.
Do auli zajrzała Tone. Kiedy zobaczyła siedzącą w kucki przy ścianie koleŜankę,
wykrzyknęła:
- Lindis, tu cię mam! Co ci jest? Panna Lund powiedziała, Ŝe źle się czujesz.
- Nie, wszystko w porządku. Tone, czyŜ świat nie jest piękny?
Zaskoczona Tone zmierzyła koleŜankę zimnym spojrzeniem.
- Czyś ty zwariowała, Lindis?
- Tone, dzisiaj wieczorem wybieram się w podróŜ, w niesamowitą podróŜ!
Tone z politowaniem pokiwała głową i wyszła z auli, pozostawiając Lindis z głową w
chmurach.
ROZDZIAŁ VII
Gdy Lindis pojawiła się w domu, Ŝadnego z rodziców nie zastała. Nie było teŜ Karin.
Korzystając z tego, bez namysłu zabrała się do pracy. Najpierw przystawiła pod swoje okno
drabinę, następnie naoliwiła wszystkie zamki i dokładnie sprawdziła, które deski w podłodze
skrzypią. Od czasu do czasu uśmiechała się do siebie, rozmarzona.
Potem postanowiła chwilę się zdrzemnąć. Sen na pewno jej się przyda.
Popołudnie spędziła z rodzicami i siostrą przy skromnym urodzinowym poczęstunku.
W czasie kolacji ostentacyjnie ziewała, udając bardzo zmęczoną.
Znalazłszy się wreszcie w swoim pokoju, od razu zaczęła przygotowania do nocnej
eskapady. Wydobyła z szafy gruby, biały golf i z niemałym trudem wciągnęła go przez
głowę. Potem poprawiła włosy i korzystając z drabiny, cichutko wysunęła się przez okno na
podwórko. Gdy znalazła się na dole, pofrunęła jak na skrzydłach w stronę lasu i po kilku
minutach ponownie witała się z Lo.
Była ogromnie uradowana, Ŝe znowu go widzi.
- Zwracam twój aparat, Lo. Dziękuję - powiedziała, podając przyjacielowi magiczne
urządzenie.
Lo schował je do kieszeni, po czym podniósł wzrok w niebo i z uśmiechem zapytał:
- No i jak, boisz się?
Lindis skinęła lekko głową.
Lo ujął dziewczynę za rękę i poprowadził drogą w głąb lasu. Choć znała tę okolicę, za
Ŝ
adne skarby nie wypuściłaby teraz dłoni przyjaciela. Lo doskonale zdawał sobie z tego
sprawę i nie miał zamiaru zostawiać jej samej w leśnym gąszczu.
Gdy uszli juŜ spory odcinek, Lindis usłyszała cichy warkot. W miarę jak las się
przerzedzał, warkot stawał się coraz głośniejszy.
Na koniec stanęli na przestronnej polanie, a oczom Lindis ukazał się ogromnych
rozmiarów pojazd w kształcie talerza. Mimo Ŝe Lindis była juŜ raz na pokładzie tego
niezwykłego statku, dopiero teraz ujrzała go w całej okazałości. Była zafascynowana.
Przytłumione światło masywnych reflektorów, które oblewało całą polanę, nadawało scenerii
nieprawdopodobny, tajemniczy wyraz. TuŜ przy łagodnie wznoszącym się ku maszynie
podjeździe oczekiwali Ari i Tan.
Lindis czuła wyraźnie, Ŝe krew szybciej płynie w jej Ŝyłach, tak jakby miała za sobą
wielokilometrowy bieg. Czy ta przygoda na pewno skończy się dla niej szczęśliwie? A moŜe
powinna się wycofać?
Rozglądała się niepewnie dookoła, gdy Ari rzekł z serdecznym uśmiechem:
- Witaj, Lindis. Cieszymy się, Ŝe przyszłaś. Za chwilę wyruszamy. Właśnie
zakończyliśmy sprawdzanie instrumentów pokładowych. Zapraszam do środka.
Pod Lindis ugięły się nogi. W pierwszej chwili nie mogła zrobić ani kroku. Zaraz
jednak poczuła na swojej dłoni pewny uścisk Lo, który łagodnie podprowadził ją do wejścia.
We wnętrzu pojazdu wszystko wyglądało zupełnie inaczej niŜ podczas jej pierwszej
wizyty. Lo pokazał teraz Lindis pomieszczenia, których istnienia wcześniej mogła się jedynie
domyślać. Większość z nich wypełniona była najróŜniejszą aparaturą i wysokimi,
pozamykanymi regałami. Na pulpitach i pod sufitem zamontowano setki lamp, migoczących i
rozświetlających wnętrze jaskrawym światłem.
- Nie widziałaś jeszcze tylko naszych sypialni oraz kuchni - powiedział Lo, kiedy
zatrzymali się w małym pomieszczeniu przypominającym wyposaŜeniem gabinet lekarski.
Potem Lo poprosił Lindis, by ułoŜyła się wygodnie na obciągniętej ceratą szerokiej kozetce.
- Ręce trzymaj luźno wzdłuŜ tułowia - dodał. - Złącz stopy, o, tak, dobrze. Czy
wszystko mamy na miejscu? - spytał Ariego.
Obok kozetki znajdowały się przeróŜne aparaty i przyrządy. Na ich widok Lindis
drgnęła.
- Nie bój się, Lindis - rzekł uspokajająco Lo. - Ta aparatura najprawdopodobniej w
ogóle nie będzie nam potrzebna. Zamontowano ją tu wyłącznie na wypadek wystąpienia
nieprzewidzianych okoliczności. A teraz przygotuję cię do lotu!
Lindis starała się leŜeć spokojnie, podczas gdy Lo wkładał na jej stopy cięŜkie,
masywne buty jak do jazdy na nartach. Mocno zacisnął ich klamry, a potem przypiął
dziewczynę grubymi pasami na wysokości talii, kostek i przegubów rąk. Dolną część kozetki
nieco opuścił, zaś część górną lekko uniósł, tak Ŝe Lindis pozostawała w pozycji półleŜącej.
Ari oraz profesor Tan przez chwilę obserwowali czynności kolegi, lecz wkrótce
wyszli. Lindis jednak nadal nie traciła ich z oczu, gdyŜ najbliŜsze pomieszczenia były
pooddzielane przezroczystymi ścianami. Ari zasiadł w wygodnym fotelu przed pulpitem
sterowniczym, na którym znajdowały się niezliczone ilości małych i duŜych przycisków i
migających lampek.
Lindis przypuszczała, Ŝe załoŜą jej skafander, taki jakiego uŜywają kosmonauci, ale
tak się nie stało. CóŜ, pozostawało jej zaufać wiedzy przybyszów z dalekiej planety.
Lo wstał, podszedł zdecydowanym krokiem do masywnych drzwi, wykonanych z
materiału przypominającego pleksi, i zatrzasnął je. Następnie dał znak kolegom, Ŝe wszystko
gotowe do odlotu, i ponownie przysiadł obok Lindis, która ani na chwilę nie spuszczała
swojego opiekuna z oczu.
- Zwykle pomagam Ariemu przy starcie. Manewrowanie w atmosferze ziemskiej
wymaga sporej wprawy - wyjaśnił. - Tym razem jednak postanowiłem dotrzymać ci
towarzystwa. Jesteś pierwszą ludzką istotą, która wyruszy w kosmiczną podróŜ w
międzyplanetarnej maszynie tego typu. Wiemy, Ŝe i wy, Ziemianie, dysponujecie
nowoczesnymi statkami kosmicznymi, ale nasze pojazdy to maszyny duŜo nowszej generacji.
Dlatego nie jesteśmy pewni, jak zniesiesz ten lot, rozwiniemy bowiem ogromną prędkość.
Zastanawiam się, czy nie zaaplikować ci zastrzyku znieczulającego. Podczas wznoszenia się
statku moŜesz odczuwać dotkliwy ból w uszach.
- Oszalałeś? Nie chcę Ŝadnego znieczulenia!
- Nie zamierzam cię straszyć, ale zanim nie opuścimy atmosfery i nie znajdziemy się
poza strefą przyciągania ziemskiego, moŜe być naprawdę nieprzyjemnie.
- Nie boję się - skłamała Lindis.
Lo uśmiechnął się pod nosem.
- Wyjątkowo dzielna z ciebie dziewczyna.
Profesor Tan włączył silnik i ustawił parametry lotu. Lindis zauwaŜyła, Ŝe trójka
pilotów jest niezwykle skoncentrowana.
- Ruszamy - „usłyszała” myśli profesora Tana.
- Oczekujemy was - rozległ się niski głos, dobiegający od strony niewielkiego
monitora. - UwaŜajcie na deszcz meteorów na waszym kursie. Czy jest z wami dziewczyna z
Ziemi?
- Owszem. Zdecydowała się na tę podróŜ.
- Znakomicie. Zwróćcie szczególną uwagę na jej reakcje. Poruszajcie się z minimalną
prędkością! Lo ma rację, mówiąc, Ŝe ludzie z planety Ziemia nie są tak odporni jak my.
Wprawdzie ci ludzie uŜywają skafandrów kosmicznych, ale w tym przypadku nawet i one nie
na wiele by się zdały. Pozostaje nam wierzyć, Ŝe wszystko pójdzie dobrze.
Głos ucichł, a tymczasem Lo ułoŜył się na drugiej kozetce tuŜ obok Lindis i przypiął
starannie pasami. Ręce i nogi miał jednak wolne na wypadek, gdyby musiał pomagać
współtowarzyszce podróŜy. Wcześniej jeszcze owinął ramię dziewczyny szerokim pasem.
Lindis odniosła wraŜenie, Ŝe w ten sposób Lo mierzy jej ciśnienie.
W pewnej chwili statek zaczął się kołysać, a silnik zawył przejmująco. Z sekundy na
sekundę owo napawające Lindis lękiem kołysanie wzmagało się, a po upływie minuty lub
dwóch nagle wszystko się uspokoiło i ucichło.
- Natychmiast otwórz usta! - zawołał nieoczekiwanie Lo.
- Dlacze... - chciała zapytać Lindis, lecz nie zdąŜyła. Nagła zmiana ciśnienia wewnątrz
pojazdu sprawiła, Ŝe z płuc Lindis w ułamku sekundy wydostało się zalegające tam powietrze.
W pomieszczeniu rozległ się jej rozdzierający krzyk.
- Jestem przy tobie, spokojnie - starał się uspokajać przyjaciółkę Lo.
Lindis tymczasem nie mogła złapać tchu. Bębenki w uszach bolały niemiłosiernie, a
nieznana siła rozsadzała jej płuca i wciskała ciało w kozetkę. Dziewczyna miała nieodparte
wraŜenie, Ŝe gałki oczne wbijają się głęboko w jej mózg. Skóra na twarzy napięła się tak,
jakby za moment miała pęknąć. Po chwili pod nosem Lindis pojawiły się kropelki krwi.
Lo obserwował dziewczynę z przeraŜeniem. Na chwilę kompletnie stracił głowę i nie
był w stanie zareagować. Opanował się jednak, ostroŜnie otarł z twarzy Lindis krew i pot,
jeszcze bardziej uniósł górną część kozetki, po raz kolejny zmierzył Lindis ciśnienie i
sprawdził pracę serca. W pewnej chwili zrozpaczony krzyknął w stronę pilotów:
- Zawracajcie!
Oddychanie przychodziło Lindis z niewyobraŜalnym trudem. Zsiniała i była juŜ bliska
utraty przytomności. Tan wskazał dłonią na aparat tlenowy, wiszący ponad głową
dziewczyny, i Lo błyskawicznie zrobił z niego uŜytek.
Lindis poczuła wyraźną ulgę i wreszcie udało jej się wciągnąć większy haust
powietrza do płuc. Ostatkiem sił skierowała do Lo przesłanie:
- Nie zawracajcie. Wytrzymam.
Wcale jednak nie była tego taka pewna. Czuła, Ŝe opada z sil, ale nic nie mogła na to
poradzić. Nie była w stanie nawet ruszyć się z miejsca, gdyŜ krępowały ją pasy
bezpieczeństwa, zaś ciśnienie wewnątrz kabiny nie pozwoliłoby na najmniejsze uniesienie
głowy czy ręki. Wydawało jej się, Ŝe cierpieniom nie będzie końca.
Ari odwrócił się, spojrzał na dziewczynę i z troską w głosie spytał:
- Lo, jak ona to znosi?
Lo w milczeniu pokręcił tylko głową. Wyglądał na bezradnego.
- Za chwilę znajdziemy się poza strefą przyciągania. To juŜ nie potrwa długo -
pocieszał Ari.
Lindis nigdy przedtem nie przeŜywała tak okropnego bólu. Miała wraŜenie, Ŝe jakaś
niewyobraŜalna siła rozrywa jej ciało na tysiące kawałeczków, płuca pracują niczym
kowalskie miechy, zaś z oczu, czoła, a nawet uszu spływają pomieszane z potem łzy. Czuła
na sobie dłonie Lo, ale nie widziała jego twarzy. Wydawało jej się, Ŝe wszystkie światła po-
gasły. Wokół niej zapanowała głęboka ciemność. Raz miała wraŜenie, Ŝe marznie, innym
razem oblewała ją fala gorąca.
Profesor Tan zaczął mówić do mikrofonu, informując macierzystą jednostkę o stanie
pasaŜerki.
- Wygląda na to, Ŝe dziewczyna nie wytrzyma.
- Spróbujcie zrobić jej zastrzyk z...
Co zamierzano jej zaaplikować, tego Lindis nie dosłyszała. Poczuła jedynie lekkie
ukłucie w przedramię i juŜ po chwili jej serce zaczęło bić spokojniej. Nadal jednak nie
ustępowało bolesne napięcie w uszach i płucach, a skronie wciąŜ dudniły. Dziewczyna
odwróciła wykrzywioną bólem twarz w stronę, gdzie, jak sądziła, siedział jej przyjaciel.
- Nie miałem pojęcia, Ŝe między mieszkańcami Ziemi a nami jest taka róŜnica.
Gdybym przypuszczał, jakie sprowadzę na ciebie cierpienia, nigdy nie pozwoliłbym na tę
podróŜ - powiedział załamany Lo. - Za bardzo zaufałem podobieństwom, sądziłem, Ŝe wiele
nas łączy. Teraz wiem, Ŝe nie moŜecie obyć się bez skafandra. O ile w ogóle na coś by się tu
zdał.
- Jesteśmy słabymi istotami - . wyszeptała z trudem Lindis.
Czuła się tak, jakby za chwilę miała umrzeć, a jednak się nie bała. Być moŜe sprawiła
to obecność Lo, a moŜe fakt, Ŝe jej organizm znajdował się w stanie krańcowego
wyczerpania. Nie miała siły do dalszej walki. Teraz było jej obojętne, jak zakończy się ta
przygoda.
Naraz wszelkie bóle i uciąŜliwości minęły jak ręką odjął. Lindis poczuła się znacznie
lepiej. Napięcie w całym ciele ustąpiło, powrócił wzrok, lepiej słyszała. Zdeformowana,
ś
ciągnięta skurczami twarz odzyskała normalny wygląd. Lindis z niedowierzaniem popatrzyła
na Lo; on równieŜ wydawał się zaskoczony.
- Udało się - rzekł z westchnieniem ulgi i uśmiechnął się, patrząc na spokojną juŜ
dziewczynę. - Och, Lindis, nareszcie! Tak się o ciebie bałem. Teraz niebezpieczeństwo
minęło, jesteśmy juŜ poza zasięgiem przyciągania ziemskiego.
Przez moment wyglądało na to, Ŝe Lo rzuci się Lindis na szyję i uściska ją z radości.
Nie uczynił tego, tylko wstał, uwolnił Lindis z pasów bezpieczeństwa i otarł jej z czoła pot.
Wyglądał na bardzo zmęczonego, ale i uradowanego.
Lindis odetchnęła głęboko.
ROZDZIAŁ VIII
Jakiś czas leŜała bez ruchu i odpoczywała po dramatycznych przeŜyciach. Teraz nie
byłaby w stanie poruszyć choćby palcem. Tymczasem profesor Tan przy uŜyciu specjalnego
wziernika dokładnie obejrzał uszy dziewczyny.
- No, na szczęście nic powaŜnego się nie stało. Masz wprawdzie uszkodzone bębenki,
ale z czasem same się wygoją. Na razie moŜesz mieć kłopoty ze słuchem. Nic się jednak nie
martw.
- Właściwie uszy nie są mi aŜ tak bardzo potrzebne. PrzecieŜ i tak wiem, co mówi do
mnie Lo.
- Ach, więc tylko on cię interesuje? A twoi przyjaciele tam, na Ziemi?
- Profesorze, chwilami odnoszę wraŜenie, Ŝe mają niewiele do powiedzenia, dlatego
nie Ŝałuję, Ŝe ich nie usłyszę.
Lindis uniosła się na łokciu i ostroŜnie spuściła nogi na podłogę. Dobre samopoczucie
powoli powracało. Nie mogła uwierzyć w to, co jeszcze kilka minut wcześniej działo się z jej
ciałem. Była niezmiernie dumna, Ŝe jako jedyna Ziemianka moŜe brać udział w tak dalekiej
międzyplanetarnej ekspedycji.
Gdy wstała, Lo ujął ją pod ramię i podprowadził w kierunku okienka.
- Chodź, coś ci pokaŜę - powiedział.
Lindis odniosła wraŜenie, Ŝe prawie nic nie waŜy. Tylko dzięki ogromnym, cięŜkim
butom, których Lo nie pozwolił jej zdejmować, mogła normalnie chodzić po podłodze.
- Gdybyś nie miała na sobie tych specjalnych butów, unosiłabyś się pod sufitem jak
balonik. A teraz spójrz tam, w dół.
Niektóre elementy pokładu wykonano z przezroczystego materiału, przypominającego
szkło, tak Ŝe moŜna było przez nie wyglądać na zewnątrz.
- Wielkie nieba, Lo! - zawołała bezmiernie zdumiona Lindis. - Czy my naprawdę
znajdujemy się tak daleko od Ziemi?
Nisko pod stopami, w gęstej mgle, dostrzegła wiszącą niczym bombkę choinkową,
lśniącą niezwykłym blaskiem planetę.
- To nie jest Ziemia - powiedział Lo z uśmiechem.
- A co, KsięŜyc? Nie, to niemoŜliwe. W ciągu kilkunastu minut nie mogliśmy pokonać
aŜ takiej drogi?
- Masz przed sobą Wenus w całej okazałości, moja mała.
- Co takiego? Lo, ja chcę do domu! - wykrzyknęła Lindis juŜ nie na Ŝarty przeraŜona.
- Nic się nie bój. Wszystko jest pod kontrolą. Chodź, pokaŜę ci twoją ukochaną
Ziemię, ale musimy przejść na drugą stronę. Spójrz, oto ona - powiedział i wskazał na
jaśniejącą błękitem kulę. - Ta największa. KsięŜyca w ogóle stąd nie zobaczysz.
Lindis wcześniej nie zdawała sobie sprawy z tego, Ŝe moŜe znaleźć się tak daleko od
planety matki. Ogarnięta lękiem ukryła twarz w dłoniach.
- Boję się - zaszlochała.
Lo delikatnie otoczył ją ramieniem. Gdy tak przez chwilę stali przytuleni, Lindis nagle
opuścił niepokój. W ramionach przyjaciela czuła się całkiem bezpieczna.
- PodróŜ powrotna nie będzie juŜ taka dramatyczna - zapewnił łagodnie. - Najgorsze
juŜ za tobą, wierz mi.
Lindis spojrzała z wdzięcznością na Lo, a po chwili rzekła:
- Strasznie tu u was gorąco.
- Nic dziwnego, teraz znajdujemy się blisko Słońca.
Mogłabym tak stać w jego ramionach całą wieczność, pomyślała, ale powinnam
zachować wobec niego dystans.
Tymczasem Lo wypuścił ją z objęć i oboje znowu podeszli do okienka, z którego
wcześniej patrzyli na Wenus.
Jakby to było dobrze móc kontrolować swoje własne myśli, rozmarzyła się Lindis. To
niesprawiedliwe, Ŝe Lo moŜe o mnie wiedzieć wszystko, podczas gdy sam stanowi dla mnie
zagadkę!
- Wenus, jak zapewne wiesz, jest drugą planetą, licząc od Słońca - wyjaśniał Lo. -
Choć spośród wszystkich planet pod względem rozmiarów i gęstości najbardziej przypomina
Ziemię, wy, ludzie, nie moglibyście na niej zamieszkać. Na Wenus panuje bardzo wysoka
temperatura, no i prawie nie ma tam tlenu.
Pojazd tymczasem zatoczył duŜe półkole i wrócił na poprzedni kurs. Po upływie
minuty lub dwóch z kabiny pilotów odezwał się Ari:
- No, jesteśmy prawie na miejscu.
Lindis podbiegła do znajdującego się najbliŜej stanowisk pilotów okienka i wyjrzała
przez nie. Dość wysoko ponad nimi zawisł olbrzymich rozmiarów statek, równieŜ zbliŜony
kształtem do - jak określali to ludzie - latającego talerza. Pod jego płaskim spodem
przelatywały w tę i z powrotem pojazdy identyczne jak ten, którym podróŜowała Lindis.
Niektóre z nich wlatywały do wnętrza olbrzyma, inne wylatywały z niego niczym pszczoły z
ula.
- No, Lindis, masz przed sobą bardzo waŜne spotkanie - odezwał się zza jej pleców
Tan. - Jak czujesz się jako pierwsza istota ludzka, która dotarła tak daleko?
- CzyŜbyście wy nie byli ludźmi? - spytała zaskoczona dziewczyna.
- Owszem, tylko w duŜo bardziej zaawansowanym stadium rozwoju niŜ Ziemianie.
Wybacz, jeśli cię uraziłem. Wszystkie pojazdy, które tu widzisz, łącznie ze statkiem - bazą,
zostały wybudowane specjalnie do celów badawczych. Szczególnie interesuje nas Ziemia i
wy, jej mieszkańcy. Przykro mi, Ŝe nie pomyśleliśmy o skafandrze dla ciebie, ale właśnie te
mniejsze statki są dla nas tym, czym dla ludzi z Ziemi kosmiczne skafandry. Sama przed
chwilą boleśnie doświadczyłaś, Ŝe nie są one jednak dostatecznie bezpieczne dla istot takich
jak ty. Jesteście, jak się okazało, znacznie mniej odporni na wahania ciśnienia. My uŜywamy
skafandrów tylko wówczas, gdy schodzimy na całkiem odmienne od naszej obce planety. Na
Ziemi moŜemy się bez nich obejść.
Lindis z rozdziawionymi z przejęcia ustami obserwowała rozgwieŜdŜone niebo. Naraz
wybuchła głośnym śmiechem, czym wszystkich wprawiła w zdumienie.
- Co się stało, co cię tak cieszy?
- Przypomniałam sobie, Ŝe za kilka godzin mam wieczorek u koleŜanki, która mieszka
na tamtej małej planecie.
- Oj, chyba się mylisz, moja droga. Tamta planeta nazywa się Mars - wyjaśnił Lo.
- Jak to, przecieŜ dopiero mi ją pokazywałeś i mówiłeś, Ŝe to Ziemia! - zawołała
oszołomiona Lindis.
- Poruszamy się z zawrotną prędkością - powiedział spokojnie Ari. - Specjalnie dla
ciebie nadłoŜyliśmy drogi i zatoczyliśmy półkole, by przelecieć blisko Wenus. To piękna
planeta i warto na nią popatrzeć. Taka okazja nieprędko się powtórzy. Przede wszystkim jed-
nak chcieliśmy uniknąć niebezpiecznego spotkania z deszczem meteorów. Nie rozumiem,
dlaczego nie mogę teraz połączyć się z bazą - dodał poirytowany.
- Czy macie moŜe lusterko? - zapytała nieoczekiwanie Lindis.
Lo nie mógł opanować wesołości.
- Ciekawe, czy ktoś spotkał kiedyś kobietę, która mogłaby obyć się bez lusterka? -
zapytał. - Chodź, zaprowadzę cię do łazienki. Tam znajdziesz wszystko, co potrzeba.
Pokładowa łazienka urządzona była naprawdę wspaniale. Zachwycona Lindis spytała,
czy nie mogłaby się wykąpać.
- Lindis, obawiam się, Ŝe to na razie niemoŜliwe - rzekł Lo. - Woda rozchlapie się po
całym pomieszczeniu, nie utrzymasz jej w wannie.
Lindis rozejrzała się uwaŜnie dookoła.
- Zastanawiam się, gdzie przechowujecie swoje przybory do golenia. Wprost nie mogę
się nadziwić, kaŜdy z was wygląda zawsze tak świeŜo, jakby wyszedł prosto spod brzytwy!
- AleŜ z ciebie dociekliwa osóbka! Rzeczywiście, nie musimy się golić zbyt często,
wystarczy raz na pół roku.
Lindis odruchowo uniosła dłoń, by dotknąć policzka przyjaciela, ale zaraz,
zawstydzona, cofnęła ją.
- Proszę bardzo, moŜesz sprawdzić - rzekł rozbawiony Lo.
Przez chwilę przyglądała się twarzy przybysza z dalekiej planety, po czym pogłaskała
czule jego policzek, a nawet palcami leciutko musnęła jego wargi. Przez moment odniosła
wraŜenie, Ŝe Lo specjalnie przybliŜył twarz, zaraz jednak się cofnął.
Lindis poprawiła rozwichrzone włosy i uznała, Ŝe prezentuje się całkiem dobrze.
Razem z przyjacielem wróciła do pomieszczenia za kabiną pilotów.
Wreszcie nadszedł najwaŜniejszy moment.
- Jesteśmy gotowi do połączenia ze statkiem - bazą - rzekł Ari. - Proszę zapiąć pasy.
Lindis oczekiwała gwałtownego uderzenia, tymczasem wpłynęli gładko przez otwarty
luk i miękko wylądowali.
Po kilku minutach mogli juŜ opuścić swój pojazd. Gdy po podstawionym szerokim
trapie zeszli na dół, Lindis rozejrzała się ciekawie dookoła. Oto znalazła się na głównym
pokładzie statku - bazy. Potem wraz z trzema towarzyszami przeszła do duŜego
pomieszczenia, w którym czekało juŜ kilku rosłych męŜczyzn o nieprzeniknionych twarzach.
PrzedłuŜająca się pełna napięcia cisza sprawiła, Ŝe Lindis poczuła się nieswojo. Przełknęła
nerwowo ślinę. śebym tylko dobrze wypadła, pomyślała.
- Dasz sobie radę, Lindis - rzekł z przekonaniem Lo, który wiedział, co czuje teraz
dziewczyna. - Pamiętaj, Ŝe oni są mili i przyjaźnie do ciebie nastawieni.
Tymczasem zbliŜył się do nich jedyny w tej grupie krępy i niski męŜczyzna.
- Witam, słyszałem, Ŝe miała pani wyczerpującą podróŜ.
Lindis uniosła głowę, dygnęła na przywitanie i odpowiedziała z dumą:
- Tak, ale wszystko dobrze się skończyło.
- To bardzo uprzejme z pani strony, Ŝe zechciała nas pani odwiedzić. Proszę zająć
miejsce, zaraz zaczynamy. Mamy niewiele czasu. Podobno wraca pani na swoją planetę za
kilka godzin?
Lindis uśmiechnęła się pod nosem. Coś takiego! Wszyscy przejmują się tym, Ŝe musi
niedługo wracać do siebie. CzyŜby nie chcieli się z nią rozstawać?
Kiedy Lindis usiadła, otoczyli ją pozostali męŜczyźni. Zadawali jej tyle pytań, Ŝe po
paru minutach poczuła się bardziej wyczerpana niŜ po najdłuŜszej odpowiedzi na ocenę w
szkole. Interesowało ich wszystko: problemy społeczne, religia, przyroda, polityka, ekonomia,
szkolnictwo, Ŝycie rodzinne, związki między kobietą a męŜczyzną i wiele innych zagadnień.
Im więcej padało pytań, im głębiej drąŜono temat, tym bardziej bezradna czuła się Lindis.
Było jej wstyd, Ŝe ma takie luki w wykształceniu. CóŜ, wiele przedmiotów traktowała po
macoszemu, nic więc dziwnego, Ŝe teraz nie wszystko potrafiła wyjaśnić.
Lo nie odstępował Lindis i w ten sposób podtrzymywał ją na duchu. Była wdzięczna,
Ŝ
e chociaŜ w nim znajduje oparcie.
Dziewczyna wciąŜ nie mogła się nadziwić, Ŝe doskonale słyszy kaŜde z pytań, choć
Ŝ
aden z dostojnie wyglądających panów nie zadaje ich na głos. ZdąŜyła się juŜ przyzwyczaić,
Ŝ
e w ten szczególny sposób komunikuje się z Lo, ale przecieŜ niezwykła komisja
egzaminacyjna składała się z zupełnie obcych jej osób!
Po godzinie Lindis poczuła ogromne zmęczenie. Jej odpowiedzi nie były juŜ tak
staranne i przemyślane. Gdy jeden z męŜczyzn zapytał ją, dlaczego jest taka chuda i dlaczego
czuje się samotna, choć przecieŜ ma wielu znajomych, o mało się nie rozpłakała.
Na szczęście krępy męŜczyzna, ten który na początku powitał Lindis, dostrzegł, jak
bardzo jest wyczerpana, i stwierdził:
- Chyba najwyŜszy czas na przerwę, panowie. Nasz gość jest znuŜony. Pozwólmy mu
odsapnąć. Myślę teŜ, Ŝe powinniśmy coś zjeść.
Po chwili podano do stołu. Patrząc na smakowite, ładnie podane potrawy, Lindis ku
swemu zdziwieniu poczuła wyraźny głód.
- Myślałam, Ŝe odŜywiacie się wyłącznie tabletkami - powiedziała z uśmiechem.
- Nie gardzimy dobrą kuchnią - odparł Tan. - Jakiś czas temu przeszliśmy na pokarm
farmakologiczny, ale ludność podniosła bunt.
Po skończonym posiłku Lindis znów odpowiadała na pytania obcych męŜczyzn.
Potem dziewczynie pobrano krew, zmierzono ciśnienie krwi, wykonano elektrokardiogram,
tomografię komputerową mózgu i wiele innych badań, których celu nie znała. Badanie, jakie
na Ziemi przeprowadził Lo, było jedynie wstępem do mnóstwa analiz, które planowali
przybysze z obcej planety.
Kiedy Lindis uznała, Ŝe nareszcie dadzą jej spokój, egzamin zaczął się od nowa.
Chciała wypaść jak najlepiej, za nic nie chciała sprawić zawodu Lo. Choć była ledwie Ŝywa i
nie mogła się skupić, cierpliwie odpowiadała, aŜ wreszcie, kompletnie wyczerpana, po prostu
umilkła.
- Za duŜo od niej wymagacie - oburzył się Lo. - Nie moŜecie oczekiwać, Ŝe nastoletnia
uczennica wyjaśni wszystkie interesujące nas kwestie.
- Proszę nam wybaczyć, być moŜe trochę przesadziliśmy - usprawiedliwiał się
niewysoki męŜczyzna. - Po prostu tak bardzo interesujemy się Ziemią, jej mieszkańcami i ich
Ŝ
yciem, Ŝe chcieliśmy do maksimum wykorzystać obecność naszego gościa.
Zaczęli wymieniać między sobą ciche uwagi, a chwilami Lindis odnosiła nawet
wraŜenie, Ŝe się o coś spierają. Jeden z męŜczyzn przywołał do siebie Lo i coś mu szepnął do
ucha. Lo wyraźnie spochmurniał. Lindis dałaby teraz wiele za to, by mieć przy sobie
urządzenie, które pozwala odgadywać cudze myśli.
Wreszcie Lo podszedł do Lindis. Stanąwszy za plecami dziewczyny, oparł jej głowę
wygodnie na oparciu fotela i począł delikatnie masować skronie siedzącej.
Lindis spojrzała na niego pytająco, tym razem jednak nie przekazał jej Ŝadnych
wyjaśnień. Powieki Lindis stały się naraz cięŜkie jak ołów i powoli zaczął morzyć ją sen.
Wokół zapanowała cisza...
Po jakimś czasie poczuła, Ŝe ktoś delikatnie potrząsa ją za ramię. Poderwała się na
równe nogi.
- Lindis, wracamy na Ziemię, juŜ czas - poinformował Lo.
Niewysoki krępy męŜczyzna podziękował Lindis serdecznie za spotkanie oraz
udzielenie odpowiedzi na wiele waŜnych pytań. Informacje, które dzięki niej zgromadzili,
zostaną teraz szczegółowo przeanalizowane i wykorzystane do dalszych badań, zapewnił.
Po jakimś czasie, gdy Lindis wraz z Lo, Arim i Tanem znaleźli się na pokładzie
mniejszego statku, Lindis zagadnęła przyjaciela, który siedział nachmurzony:
- Co się ze mną działo, Lo?
- Zadali ci kilka pytań, na które nie chciałaś udzielić odpowiedzi - wyjaśnił, starannie
unikając jej spojrzenia. - Musieliśmy poddać cię hipnozie, poniewaŜ tym razem nasze
umiejętności czytania w myślach zawiodły.
Lindis zaniepokoiła się nie na Ŝarty. Nie miała pojęcia, o jakie pytania chodzi.
Zdarzało się przecieŜ, Ŝe o pewnych sprawach nie miała ochoty rozmawiać z nikim. Czasami
bała się nawet o nich myśleć. Poczuła się dotknięta do Ŝywego.
- Nie miałeś prawa zmuszać mnie do niczego! - zawołała. - I to w obecności obcych
męŜczyzn!
- Nie miałem wyboru - odparł krótko.
- I co, dowiedzieli się tego, czego chcieli? - zapytała obraŜona Lindis.
- Owszem, ale nie były to dla nas sprawy nowe. Okazało się, Ŝe jednak mamy wiele
wspólnego.
Lindis odwróciła się na pięcie i usadowiła się w fotelu na drugim końcu
pomieszczenia.
Lądowanie na Ziemi w porównaniu z przeŜyciami, jakie stały się udziałem Lindis przy
starcie, było niemal przyjemnością. Powoli wstawał ranek, kościelne dzwony właśnie zaczęły
wzywać na poranne naboŜeństwo. Gdy słońce wychyliło się znad horyzontu, Lindis leŜała juŜ
w swoim łóŜku i zasypiała. W zaciśniętej dłoni trzymała błękitny szalik.
ROZDZIAŁ IX
Odkąd Lindis sięgała pamięcią, czas spędzany w domu nie kojarzył jej się z niczym
przyjemnym. Teraz, kiedy dziewczyna poznała prawdziwe zamiary panny Lund, czuła się tu
jeszcze bardziej obco. Z drugiej jednak strony uznała, Ŝe nie wolno dopuścić do tego, by obca
kobieta rozbiła jej rodzinę, choćby nawet ta rodzina róŜniła się od normalnych. Rozmyślała o
tym całe przedpołudnie, aŜ wreszcie zdecydowała, Ŝe musi porozmawiać z ojcem.
Po obiedzie z duszą na ramieniu stanęła pod drzwiami jego gabinetu i delikatnie
zapukała.
Ojciec uniósł wzrok znad biurka.
- Kogo widzę, Lindis! Co, skończyło się kieszonkowe?
Dziewczyna potrząsnęła przecząco głową i rzekła:
- Tym razem nie. Chciałabym z tobą powaŜnie porozmawiać.
Odetchnął z ulgą i odłoŜył na bok swoje papiery.
- Zamieniam się w słuch.
Zimny ton głosu ojca speszył Lindis, ale po chwili dziewczyna wzięła głęboki oddech
i zaczęła:
- Dotarły do mnie nieprzyjemne plotki na twój temat, ojcze...
- Co takiego? - spytał pan Bergstrøm, wyraźnie blednąc.
- Wygląda na to, Ŝe nasza nauczycielka od angielskiego chwali się wszem i wobec, Ŝe
wpadłeś jej w oko. Rozgłasza, Ŝe odchodzisz od Ŝony. Słyszałam nawet, Ŝe chcecie mnie
zabrać do siebie, a Karin zostawić mamie! Ja się na to stanowczo nie zgadzam! Nie
zamierzam zostać pasierbicą panny Lund!
Na twarzy ojca wystąpiły czerwone plamy.
- Kto ci nagadał takich głupstw! - krzyknął, uderzając pięścią w stół. - To... to
nieprawda.
Szloch ścisnął Lindis za gardło, tak Ŝe z trudem zdołała wykrztusić:
- Ja... słyszałam to od róŜnych osób... Pan Bergstrøm ciskał z oczu błyskawice.
- Tato, czy to prawda? - pochlipywała Lindis. - Chcesz naprawdę zostawić mamę?
Czy dlatego mama jest taka nieszczęśliwa?
- Lindis, wyjdź stąd natychmiast! Muszę pilnie zadzwonić! - MęŜczyzna złapał się za
głowę i opadł bez sił na fotel. - To jakaś kompletna bujda! Kto ci naopowiadał takich rzeczy?
Zamiast słuchać podłych oszczerstw, powinnaś kategorycznie zaprzeczyć!
Lindis opuściła gabinet ojca. Miała wraŜenie, Ŝe pierwszą rundę wygrała. Wiedziała
jednak, Ŝe na tym jeszcze nie koniec, Ŝe czeka ją kolejne starcie.
Pomyślała o swoim przyjacielu. Ani on, ani teŜ Tan czy Ari nie wspomnieli nawet
słowem o ewentualnym następnym spotkaniu. Tymczasem Lindis juŜ nie mogła się doczekać,
by znowu ujrzeć Lo. Odnosiła wraŜenie, Ŝe i Ari, i Tan nie pochwalają jej nadmiernego
zainteresowania osobą Lo. Z pewnością woleliby, Ŝeby teraz usunęła się w cień. Lindis zaś
targały sprzeczne uczucia: za Ŝadne skarby nie chciała się narzucać, a jednocześnie tęskniła za
niezwykłym przyjacielem, z którym tak wspaniale się rozumieli. Nie wiedziała nawet, w jaki
sposób nawiązać z nim kontakt, nie była pewna, czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczy. Mogła
tylko cierpliwie czekać na jakiś znak od niego. Chyba Lo nie opuści jej bez poŜegnania?
Samotna, spragniona miłości i przyjaźni Lindis cierpiała prawdziwe męki.
Mimo wielkiego przygnębienia postanowiła jednak pójść na wieczorek do Tone.
Zastanawiała się, w czym byłoby jej najładniej. A moŜe nie warto się stroić, tylko włoŜyć
zwykłą trykotową koszulkę i wytarte dŜinsy?
Jednak zdecydowała, Ŝe ubierze się starannie, na złość koleŜankom. Poza tym uznała,
Ŝ
e gdyby Lo jej towarzyszył, z pewnością ucieszyłby się, widząc ją elegancką i zadbaną.
Ciekawe, w czym podobałabym mu się najbardziej? pomyślała.
Umyła włosy i zwinęła je wysoko, upinając w zgrabny kok. WłoŜyła obcisłą
granatową spódniczkę, która odsłaniała smukłe nogi i podkreślała szczupłą talię. Do tego
ś
wietnie pasowała jasnoniebieska bluzka z przezroczystymi szyfonowymi rękawami. Gdy
Lindis była juŜ gotowa, przejrzała się w lustrze. Uznała, Ŝe wygląda bardzo efektownie.
Szczególnej elegancji dodały jej ciemne pantofelki na wyŜszym niŜ zwykle obcasie.
Czy mogę się tak pokazać w towarzystwie? A jeśli dziewczęta mnie wyśmieją?
Tymczasem do pokoju weszła mama Lindis. Na widok córki oniemiała.
- AleŜ Lindis... jak... jak... ty...? - wykrztusiła po dłuŜszej chwili. - Chciałam
powiedzieć, Ŝe prześlicznie wyglądasz, choć mnie wydajesz się stanowczo za szczupła.
Chyba skończyłaś z tym odchudzaniem? No, no, kto by pomyślał? Taka piękna dziewczyna!
- Mamo, właśnie przybyłam na wadze dwa kilogramy. Ostatnio jem za dwie, więc nie
musisz się martwić. Czy mogłabym poŜyczyć twoich perfum? Podobają mi się te o zapachu
konwalii.
Pani Bergstrøm pozwoliła Lindis skorzystać nie tylko z perfum, ale teŜ z pomadki i
kredki do oczu. Doradziła takŜe córce, by pociągnęła rzęsy czarnym tuszem. Dzięki tym
zabiegom twarz Lindis stała się duŜo bardziej wyrazista.
JuŜ stojąc w drzwiach, przed samym wyjściem, Lindis nieoczekiwanie powiedziała:
- Mamo, tak mi przykro, Ŝe ostatnio byłam wobec ciebie oschła Poprawię się,
obiecuję. I wcale nie tęsknię za moimi biologicznymi rodzicami. Myślę, Ŝe z tobą jest mi
najlepiej.
Zanim do zaskoczonej pani Bergstrøm dotarł sens słów, Lindis zniknęła.
U Tone było juŜ gwarno. Na widok wchodzącej Lindis dziewczęta zamarły, po czym
otoczyły ją i zaczęły prześcigać się w komplementach, zachwycone jej nowym stylem. Ku
swojemu zdumieniu Lindis stwierdziła, Ŝe podziw koleŜanek jest szczery.
- Tylko pasek trochę ci się przekrzywił - rzuciła Tone, co najwyraźniej oznaczało, Ŝe
cała reszta jest w najlepszym porządku.
Wśród gości Lindis dostrzegła Dagfinna, ku któremu tęskne spojrzenia słała Marit. On
jednak pochłonięty był rozmową z inną. Anne Sofie sprawiała wraŜenie rozbawionej i
wyjątkowo szczęśliwej. Lindis domyśliła się, Ŝe obawy koleŜanki okazały się przedwczesne.
To dobrze, dziewczyna nie będzie musiała przerywać szkoły w połowie roku.
W drodze na wieczorek Lindis natknęła się na pannę Lisbeth Lund. Ukłoniła jej się
grzecznie, jak zwykle. Nauczycielka tymczasem zmierzyła ją niechętnym wzrokiem, po czym
szybko się oddaliła. Lindis wiedziała, Ŝe tego wieczoru ojciec postanowił zostać w domu ku
wielkiej radości matki. Lindis była z tego powodu niezwykle dumna. W końcu to jej zasługa.
W pewnym momencie do Lindis podeszła Marit.
- Nawet jak mnie poprosi, nie mam zamiaru z nim tańczyć - powiedziała trochę bez
związku i znów posłała czułe spojrzenie Dagfinnowi. - Spójrz, jak ci chłopcy uganiają się za
głupimi gąskami. Mnie nadmiar powodzenia nie grozi, prawda, Lindis? Oni wszyscy boją się
mądrych dziewcząt!
- Ze mną teŜ Ŝaden nie chce tańczyć. Nawet nie mam tej pociechy co ty - z goryczą w
głosie odrzekła Lindis.
- No wiesz! Ty w ogóle nie okazujesz im zainteresowania, dlatego omijają cię z
daleka. Mrozisz ich swoim lodowatym spojrzeniem. Chodzisz z głową w chmurach albo
zaczynasz rozmowę na zbyt skomplikowane tematy. Oni tego nie lubią. Wolą w kółko
chwalić się swymi wątpliwymi sukcesami, przytulać się, uszczypnąć tu i tam. To wszystko,
na co ich stać. Po co nadmiernie wysilać mózg?
- Marit, jesteś niesprawiedliwa - zauwaŜyła ze śmiechem Lindis. - Ale co do mnie
masz rację. Jakoś Ŝaden z nich mnie nie interesuje. Gdyby mieli same zalety, gdyby stanął
przede mną sam Tom Cruise, to i tak nie dorastałby nawet do pięt...
- Ach, tak, więc nadal marzysz o tym geologu - powiedziała z przekąsem Marit. -
Niech ci będzie.
Lindis przypomniała sobie słowa Ariego. Mówił, Ŝe powinna jak najwięcej czasu
spędzać ze swoimi najbliŜszymi i z rówieśnikami. CóŜ, kiedy nudziła się w ich towarzystwie.
Nie było jej łatwo.
ś
yję w dwóch róŜnych światach, pomyślała. Pierwszy to mój zwyczajny, powszedni
dzień, ten drugi, niezwykły, to świat Lo. Największym problemem jest to, Ŝe wciąŜ tęsknię za
tym drugim.
Nagle Lindis zamarła. Mimo gwaru, jaki panował w pomieszczeniu, usłyszała
znajomy głos. Głos, który rozpoznałaby nawet wówczas, gdyby dochodził z końca świata. To
Lo wzywał ją do siebie.
- Lindis, wyjdź na dwór. Czekam w ogrodzie!
Na moment wstrzymała oddech. Była tak uszczęśliwiona, Ŝe w pierwszej chwili nie
mogła zrobić kroku. Zaraz jednak opanowała się i przeprosiła Marit.
- Wybacz mi, Marit, zaraz wracam.... - rzuciła tonem usprawiedliwienia i wybiegła na
zewnątrz.
Obeszła dom w koło i znalazła się na jego tyłach, koło werandy, której schodki
prowadziły w dół, w stronę plaŜy. W ciemności dostrzegła połyskujący kombinezon
przyjaciela. W okamgnieniu znalazła się tuŜ przy Lo.
- Cześć, jak to dobrze, Ŝe przyszedłeś! - rzuciła zdyszana. - Czy będę wam znowu
potrzebna? Nie wybieracie się czasem w kolejną podróŜ?
Lo spojrzał na Lindis, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w Ŝyciu.
- Nie, na razie nigdzie się nie wybieramy. Myślałem tylko... Lindis, nie mogę wyjść ze
zdumienia. Wyglądasz tak... tak elegancko...
Elegancko? Lindis spodziewała się innego komplementu. Sądziła, Ŝe Lo przywita ją
bardziej serdecznie. Nie mógł nie zauwaŜyć, jak bardzo się zmieniła, miał wszak znakomity
wzrok, nie przeszkadzała mu najgłębsza nawet ciemność.
Lo dostrzegł zawiedzioną minę Lindis.
- MoŜe źle się wyraziłem. Wyglądasz pięknie - poprawił się z uśmiechem.
Zanim Lindis zdąŜyła zareagować, mówił dalej:
- Wiesz, ciekawi mnie, jak się bawicie.
- No to chodź ze mną do środka - zaproponowała uradowana.
- Lepiej nie. Podejdę tylko do okna i trochę pozaglądam. Chyba mnie nie zauwaŜą.
- MoŜe masz rację - rzekła, z trudem opanowując rozczarowanie. - WyobraŜam sobie,
jakie wywołałbyś poruszenie.
- Zwłaszcza w tym kombinezonie - dorzucił.
- Myślę, Ŝe nie tylko ten strój spowodowałby zamieszanie.
ś
e teŜ tak się wygłupiła! Co jej przyszło do głowy, Ŝeby zapraszać go na wieczorek?
Obserwowała ukradkiem, jak Lo przygląda się rozbawionej młodzieŜy, i tym bardziej
Ŝ
ałowała swoich słów. Lo tak ogromnie róŜnił się od jej kolegów i koleŜanek! Choć dla niej
był po prostu wspaniałym męŜczyzną, jego niezwykłe oczy mogły wywołać szok u innych
dziewcząt. A moŜe przeciwnie, zachwyciłyby się nim, a potem nie mógłby się opędzić od
rozhisteryzowanych wielbicielek, które starałyby mu się przypodobać. Nie, nade wszystko
Lindis nie miała zamiaru dzielić się Lo, pokazywać go innym. NaleŜał tylko do niej, był jej
wiernym przyjacielem i ta świadomość podnosiła ją na duchu.
Nagle zdała sobie sprawę, Ŝe Lo śledzi jej myśli, gdyŜ wyraźnie posmutniał. Lindis
szybko zaczęła mówić na zupełnie inny temat, ale Lo zdawał się jej nie słuchać.
- Interesujące - wycedził przez zęby i w zamyśleniu obserwował sączących drinki
chłopców. - Nie mogłem sobie odmówić, Ŝeby tu do was nie zajrzeć. Tyle ciekawych
postaci...
- Ach, tak, więc tylko po to tu przyszedłeś?
Odwrócił się do Lindis i spojrzał jej głęboko w oczy.
- Tak, tylko po to.
- A co powiedzą na tę wizytę Ari i Tan?
- Nie wiedzą, Ŝe tu jestem.
- Naprawdę? - zawołała Lindis. - Wychodzisz bez powiadomienia swoich
przełoŜonych?
- No, a co ty zrobiłaś wczoraj w nocy?
- Wczoraj wpatrywałam się w planetę Wenus w towarzystwie ukocha... Oj,
przepraszam. Miałam zupełnie co innego na myśli - dodała zawstydzona.
- Ja nic nie słyszałem, Lindis.
ś
adne z nich juŜ się nie odezwało. W milczeniu przyglądali się gromadzie
rozbawionych młodych ludzi. Lindis czuła się nieswojo, podglądając znajomych, ale wcale
nie miała ochoty ruszyć się z miejsca.
- Powiedziałbym, Ŝe nie widzę w nich nic nadzwyczajnego - powiedział w końcu Lo. -
UwaŜam, Ŝe nie dorastają ci do pięt.
Lindis dopiero po chwili się zorientowała, Ŝe Lo do niej mówi. Po raz pierwszy
usłyszała jego prawdziwy głos. Tym razem Lo nie przekazywał swoich myśli, tylko je
naprawdę wypowiadał. Głos miał niski, ciepły, dźwięczny. Lindis była nim zachwycona.
- Zobacz, jakie piękne włosy ma ta dziewczyna - rzucił w pewnym momencie. - Takie
jasne jak łan Ŝyta!
To była Kirsten. Jej długie złotoblond włosy spływały pięknymi lokami na ramiona.
Lindis posmutniała. Niewiele brakowało, a rozpłakałaby się. Wiele dałaby za takie
właśnie włosy...
- Lindis - zaczął Lo. - Dlaczego tak dziwnie reagujesz? Czy od razu zakochujesz się w
chłopcu tylko dlatego, Ŝe ma bujną czuprynę?
- Oczywiście, Ŝe nie.
- Dlaczego więc sądzisz, Ŝe ze mną jest inaczej?
- Przepraszam, nie chciałam zrobić ci przykrości. Powiedz, czy jesteś Ŝonaty?
- Nie, od dziesięciu lat zajmuję się wyłącznie badaniem przestrzeni kosmicznej. Jakoś
nie myślałem o ułoŜeniu sobie Ŝycia. Wcześnie opuściłem rodzinny dom.
- Nigdy nie tęsknisz za kimś bliskim?
- MoŜe czasami - powiedział ostroŜnie.
- Za kimś konkretnym?
- Lindis, daj spokój - uciął krótko.
Dziewczyna umilkła, zgaszona, a po chwili zmieniła temat.
- Umiesz hipnotyzować? - spytała.
Lo spojrzał na Lindis w zamyśleniu. Jego zmruŜone jak u kota, lśniące jasnym
blaskiem oczy kontrastowały ze smagłą, jakby opaloną twarzą.
- Hm, moŜe to nie jest najlepsze określenie. Nie wiem zresztą, o co tak naprawdę ci
chodzi.
Lindis zerknęła na Lo i poprosiła:
- Czy mógłbyś sprawić, Ŝeby Dagfinn zatańczył z Marit? Ona jest w nim taka
zakochana, a Dagfinn zupełnie nie zwraca na nią uwagi. Niech poprosi ją do tańca!
- Widzę, Ŝe pragniesz wszystkich uszczęśliwiać - uśmiechnął się Lo. - A który to
Dagfinn?
Lindis wskazała na jednego z rozbawionych chłopców.
- No wiesz? Czemu miałoby to słuŜyć? - zdziwił się Lo. - On nie zasługuje na jej
zainteresowanie. Wolałbym skojarzyć ją z tym drugim, który stoi nieco w tyle. Zobacz tylko,
jak często posyła w jej kierunku czułe spojrzenia.
- Niech więc Marit zmieni swój obiekt westchnień!
- Lindis, kochanie, przecieŜ nie jestem swatem! Uczuć nie moŜna poddawać
eksperymentom.
- A gdybyś znał dziewczynę, która ulokowała swoje uczucia nie w tej osobie, co
naleŜy, nie chciałbyś jej pomóc? Zwłaszcza gdyby nie chodziło o miłość, ale o zwykłą...
przyjaźń?
Lindis zdawała sobie sprawę z tego, Ŝe jej głos zaczyna drŜeć.
- Jeśli chodzi o przelotne zauroczenie, być moŜe uda mi się coś na nie poradzić, ale nie
mam najmniejszego zamiaru mieszać się do prawdziwej miłości. Nie leŜy to zresztą w mojej
mocy.
- Więc nie pomoŜesz Marit?
- Owszem, jej mogę pomóc, jeśli rzeczywiście tak bardzo ci na tym zaleŜy.
ZaleŜy? Tylko tego brakowało! Co ja narobiłam? Wtrącam się w nieswoje sprawy, a
do tego ryzykuję utratą przyjaźni Lo. Ale co zrobić, platoniczna przyjaźń dziewczyny i
chłopca nie moŜe chyba trwać wiecznie. Prędzej czy później musi przerodzić się w głęboką
zaŜyłość. Dotyczy to takŜe mnie, zwłaszcza Ŝe chodzi o kogoś tak przystojnego i zmysłowego
jak Lo.
Tymczasem Lo skoncentrował uwagę na dwojgu młodych. W pewnej chwili Lindis
zauwaŜyła, Ŝe Marit podeszła do chłopca, który od dawna tęsknie spoglądał w jej stronę.
A jednak udało się! Lo jest naprawdę wspaniały, pomyślała z wdzięcznością Lindis.
Nie minęło wiele czasu i Marit z chłopakiem, czule objęci, wyszli na werandę. Stali w
milczeniu, zapatrzeni w sierp księŜyca na niebie. Lindis z Lo odeszli po cichutku trochę dalej,
by para ich nie zauwaŜyła.
- Jak oni mogą tak się obejmować! - zawołał w pewnej chwili oburzony Lo. - PrzecieŜ
prawie się nie znają! A ta twoja Marit nawet go nie kocha! Nie pojmuję waszych zwyczajów.
Dla nas miłość jest rzeczą wielką, bez niej nie ma mowy o bliskości i fizycznym kontakcie.
Czy wy nie macie Ŝadnych zasad? Większość tych dziewcząt... Ich myśli wprawiają mnie w
prawdziwe zakłopotanie. Muszę przyznać, Ŝe jestem zaszokowany.
Zawstydzona Lindis przypomniała sobie, Ŝe jeszcze niedawno sama chciała pocałować
Lo.
- Ty jesteś zupełnie inna, przyjaciółko - powiedział Lo, jak zwykłe odczytując jej
myśli. - Z pewnością podobałabyś się mieszkańcom naszej planety, jesteś bowiem wraŜliwą,
myślącą dziewczyną. To nie tylko moje zdanie, ja to po prostu wiem. Otwartość, szczerość,
serdeczny stosunek do drugiego człowieka to zalety, które przyciągają do ciebie innych,
Lindis.
Lindis zadowolona chłonęła słowa Lo tak, jak gdyby juŜ nigdy więcej nie miała ich
usłyszeć. Była niezwykle wdzięczna i dumna, Ŝe Lo ma o niej tak dobre mniemanie.
Zerwał się wiatr. Lindis drgnęła.
- Zmarzłaś? Chodź do mnie, ogrzeję cię.
Lo otulił dziewczynę połą swojej kurtki i przytulił do siebie. Lindis z wraŜenia niemal
zamarła. Po chwili ostroŜnie przyłoŜyła ucho do szerokiej piersi przyjaciela, a usłyszawszy,
jak rytmicznie bije jego serce, wykrzyknęła zaskoczona:
- Lo, do tej pory sądziłam, Ŝe ty nie masz serca!
- Chyba Ŝartujesz, Lindis. CzyŜbyś uwaŜała mnie za robota?
- No... raczej nie. Jak mocno bije! Czy zawsze tak je słychać?
Lo zmarszczył czoło i rzekł niemal z gniewem:
- Słuchaj, dziewczyno, jeśli nie przestaniesz mnie prowokować, juŜ nigdy się nie
spotkamy. Nie rozumiesz, Ŝe mnie po prostu dręczysz?
Zmieszana Lindis nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć.
- Przepraszam, ale ja naprawdę nie chciałam sprawić ci przykrości - wyjąkała. - A tym
bardziej nie miałam zamiaru cię prowokować. Nic nie poradzę, Ŝe tak cię lubię - dokończyła
ledwie słyszalnie.
Lo uśmiechnął się smutno.
- No dobrze, juŜ się nie gniewam. Wiem, Ŝe jest ci cięŜko. I tak jeszcze niemało się
nacierpisz.
W tej samej chwili otworzyły się drzwi na werandę. Kiedy Lo podniósł wzrok na
stojącą w nich dziewczynę, ta wrzasnęła przeraŜona i jak burza wpadła do salonu.
Lo zareagował błyskawicznie. Jednym susem pokonał ogrodzenie i stojąc juŜ po
drugiej stronie, zawołał:
- Lindis, skacz! Złapię cię. Potem biegnij szybko do wejścia, zabierz swój płaszcz i
zmykaj. Czekam na ciebie za najbliŜszym rogiem.
Lindis bez namysłu rzuciła się do przodu i wylądowała w ramionach Lo. Zza ściany
wciąŜ dochodził histeryczny krzyk dziewczyny.
- Co jej się stało? Dlaczego tak krzyczy?
- Prawdopodobnie w moich oczach odbiło się światło. MoŜesz sobie wyobrazić, jak to
wyglądało!
- Wielkie nieba! JuŜ pędzę. Tylko mnie tu nie zostawiaj!
Gdy Lindis znalazła się w przedpokoju, zdjęła z wieszaka swój płaszcz i bez słowa
wyjaśnienia czym prędzej opuściła dom Tone. Za najbliŜszym rogiem obejrzała się za siebie.
Werandę wypełniał juŜ tłumek gości.
- Myślę, Ŝe moi znajomi mają się teraz z pyszna - zauwaŜyła z przekąsem Lindis.
Lo nie zareagował. Minęli w milczeniu kilka przecznic, aŜ wreszcie dotarli do domu
Lindis.
- Tu właśnie mieszkam.
Zatrzymali się przy schodkach.
- Nie będę wchodził. Znowu narobiłbym zamieszania. Powiedz, czy jesteś zadowolona
z dzisiejszego wieczoru?
- Było wspaniale! - powiedziała, a w duchu poprosiła: Pocałuj mnie na poŜegnanie,
Lo.
Bliskość przyjaciela przyprawiała dziewczynę o zawrót głowy. Po raz kolejny
uświadomiła sobie, Ŝe właśnie on jest tym człowiekiem, który mógłby wyrwać ją z zaklętego
kręgu samotności.
Nic się jednak nie stało. Lo nagle spowaŜniał i pozostał głuchy na jej prośbę.
- Teraz nieprędko się zobaczymy - zakomunikował sucho. - Obiecałem to moim
przełoŜonym. Jesteśmy bardzo zapracowani. Odezwę się do ciebie, jak tylko będę miał chwilę
czasu. Zresztą będziemy cię jeszcze potrzebować.
Teraz wszystko stało się jasne. Stanowi dla Lo jedynie obiekt badań. Chciał poznać
zachowanie i zwyczaje mieszkańców Ziemi i postanowił ją wykorzystać do tego celu.
- Dobranoc, Lo - wyszeptała zawiedziona.
- Dobranoc.
Z krwawiącym sercem nacisnęła klamkę i weszła do mieszkania.
Kim ja tak naprawdę jestem? myślała rozŜalona. Nie wiadomo, czy juŜ dorosłam, czy
jeszcze jestem małą dziewczynką. Osiemnaście lat, a taka niedojrzała, jak mawia Lo.
Nieodwzajemniona miłość bardzo boli. Czy zdołam sobie poradzić z tym
wszechogarniającym uczuciem, które nigdy nie doczeka się odpowiedzi?
Dlaczego nikt mnie nie kocha? Czy robię coś nie tak, czy to jakiś Ŝart okrutnego losu?
Dla mamy i taty tak naprawdę istnieje tylko Karin, a mnie pozostawiają samej sobie. Lisbeth
Lund, jak się okazało, jest po prostu wyrachowana i nieszczera. Dla Lo stanowię wyłącznie
obiekt badań naukowych. Dobrze wie, Ŝe jestem w nim zakochana, ale poza współczuciem
nie jest w stanie nic mi ofiarować.
Czym się to wszystko skończy? Czy moŜe mnie spotkać coś gorszego niŜ
nieodwzajemniona miłość? Chyba pęknie mi serce...
ROZDZIAŁ X
Przez całą sobotę i niedzielę trwały nie kończące się dyskusje na temat potwora,
którego Anette ujrzała w ogrodzie Tone. Wszyscy byli pod wraŜeniem, jakiś Ŝartowniś
twierdził nawet, Ŝe w ogrodzie pojawił się wilkołak. Ów potwór, jak oświadczyła Anette,
ciskał z oczu błyskawice, a w dodatku miał wyjątkowo nieforemne ciało. Lindis doskonale
wiedziała, co było tego powodem. Stała przecieŜ wtulona w ramiona Lo i okryta jego kurtką.
Jej samej nie było widać, ale sylwetka Lo z pewnością mogła wydać się zniekształcona.
Anette mówiła takŜe, iŜ owa groźna istota szykowała się do ataku na nią. Wszyscy w
miasteczku byli poruszeni, kilku męŜczyzn wydobyło nawet broń myśliwską na wypadek,
gdyby potwór miał się jeszcze pojawić.
Lindis słuchała tylko, co mówią inni, sama milczała jak zaklęta.
W poniedziałek na pierwszej lekcji był norweski.
KoleŜanki i koledzy Lindis nie przestawali mówić o tym, co stało się w piątek
wieczorem. Ktoś spytał Lindis, o której opuściła imprezę, ktoś inny z przejęciem
zrelacjonował jej sensacyjne wydarzenie. Lindis łgała jak z nut: na wieczorku u Tone źle się
poczuła i wcześnie opuściła towarzystwo.
O ósmej do klasy wszedł nauczyciel norweskiego w towarzystwie fizyka oraz
starszego, nieznajomego męŜczyzny o Ŝywym spojrzeniu.
Nauczyciel norweskiego przedstawił zaskoczonym uczniom gościa.
- To jest pan profesor Andersen z laboratorium astronomicznego.
Wszyscy trzej panowie usiedli, a potem nauczyciel norweskiego wyjął z teczki stos
wypracowań.
- Przejrzałem wasze prace - powiedział. - Muszę przyznać, Ŝe mam mieszane uczucia.
Powoli obchodził klasę i zwracał kolejno wypracowania. Z kaŜdym uczniem
zamieniał przy okazji kilka słów.
- Olav, zupełnie nie zrozumiałeś tematu - rzekł. - Praca w zasadzie nawet nie
najgorsza, ale za to błędy! Jens! U ciebie takŜe błąd na błędzie. Ocena obniŜona o dwa
stopnie. Przykro mi. Kirsten, zupełnie się nie przygotowałaś. Marit, jak zawsze bez
zastrzeŜeń.
Lindis siedziała jak na szpilkach. Wolała, by pan nie wypowiadał się głośno na temat
jej pracy. Kiedy nauczyciel rozdał wszystkie wypracowania, pomijając tylko ją, przeraziła się
nie na Ŝarty. On tymczasem podszedł do swojego stolika, przystanął przy nim i odetchnąwszy
głęboko, rzekł:
- Kiedy wziąłem do ręki wypracowanie Lindis Bergstrøm, od razu uznałem, Ŝe jest
naprawdę wyjątkowe. PoniewaŜ sam nie znam się na tych sprawach, poprosiłem o pomoc
kolegę fizyka. Jak się okazało, on równieŜ musiał się poddać. Zasięgnęliśmy więc opinii
eksperta, pana Andersena. Pan profesor dokładnie przeczytał pracę Lindis. Chciałby zadać jej
kilka pytań. Dlatego jest tu dzisiaj z nami.
Nauczyciel usunął się na bok i ustąpił profesorowi miejsca przy swoim stoliku. Serce
podskoczyło Lindis do gardła, nerwowo wycierała spocone dłonie o spodnie.
Profesor odwrócił się w stronę uczniów i rzekł surowym tonem:
- Czy Lindis Bergstrøm moŜe do mnie podejść?
Lindis z wielkim trudem starała się zapanować nad drŜeniem kolan. Reszta klasy nie
spuszczała z niej wzroku. Co ona znowu nabroiła, myśleli zapewne.
- Hm, tak... - odchrząknął z przejęciem profesor. - Właściwie nie bardzo wiem, od
czego zacząć. Słyszałem, Ŝe Lindis Bergstrøm nie jest szczególnie wyróŜniającą się
uczennicą. Podobno nawet opuściła się trochę w ostatnim półroczu. Tym bardziej trudno jest
mi pojąć, Ŝe ta młoda osoba jest autorką tak dojrzałej pracy, powiedziałbym, rozprawy
naukowej. Byłbym nie mniej zdumiony, nawet gdyby napisał ją mój najlepszy student. Ja...
po prostu jestem pełen uznania!
Lindis stała naprzeciw profesora ze spuszczoną głową, z wypiekami na policzkach.
Ładne rzeczy, tego tylko brakowało!
- Twoje wypracowanie, Lindis, zawiera specjalistyczne sformułowania, a takŜe szereg
tez, których nie powstydziłby się najlepszy ekspert. Piszesz o faktach, które znane są
wyłącznie badaczom. - Profesor z impetem złoŜył ksiąŜkę, którą trzymał w dłoni. - Z wielkim
zaskoczeniem muszę takŜe przyznać, Ŝe znalazłem tu wyjaśnienie pewnej teorii, nad którą od
dawna pracowaliśmy. Lindis zaprezentowała nam alternatywne rozwiązania kilku
skomplikowanych problemów. Co zupełnie zaskakujące, sprawdziliśmy te rozwiązania, i
okazuje się, Ŝe są tym, czego od dawna szukaliśmy! Lindis, twoja praca juŜ teraz stała się
sensacją w środowisku naukowym! Ciekawi mnie, skąd zaczerpnęłaś swoją wiedzę? Wydaje
nam się niemoŜliwe, abyś doszła do tego na własną rękę. Wprawdzie wykazujesz talent w
dziedzinie astronomii, ale nie miałaś, zdaje się, dotąd dostępu do obserwatorium. Zresztą w
tej części kraju obserwatoriów nie ma.
- Nie - przyznała skruszona Lindis.
- A zatem? Gdzie się tego wszystkiego nauczyłaś? Wasz profesor twierdzi, Ŝe to
wypracowanie jest dla niego ogromnym zaskoczeniem, dotąd twoje prace były przeciętne.
- Trochę czytałam - odparła dziewczyna. - Od dawna interesuję się gwiazdami. Ale
najwięcej dowiedziałam się od... od... znajomych.
Profesor nachylił się, by nie uronić ani słowa z relacji uczennicy.
- A jak oni się nazywają?
Wielkie nieba, Lo, wybaw mnie z tej opresji! Co ja im teraz powiem?
Na moment przymknęła powieki w nadziei na lepszą koncentrację. Z całego serca
wierzyła, Ŝe uda jej się nawiązać kontakt z Lo. Tymczasem dzieląca ich odległość, a moŜe
zbyt małe telepatyczne zdolności Lindis sprawiły, Ŝe jej usiłowania nie przyniosły
oczekiwanego rezultatu. Była załamana.
Jednak po chwili poczuła w sobie nieznaną dotąd odwagę. Wprawdzie nie sądziła, Ŝe
kontaktuje się bezpośrednio ze swoim przyjacielem, była jednak pewna, Ŝe to on wspiera ją z
daleka.
- Człowiek, który zainteresował mnie tą tematyką, nazywa się Lo - usłyszała własny
zdecydowany głos, tak jakby to nie ona sama przemawiała. - Jest z wykształcenia geologiem,
ale posiada wybitną wiedzę w dziedzinie astronomii.
Po klasie przeszedł szmer podziwu. Geolog, o którym wspominała Lindis! A więc on
naprawdę istnieje, skoro wypracowanie Lindis wywołało taką sensację!
Tymczasem profesor Andersen wyprostował się i rzekł:
- Hm, w środowisku naszym nie znamy osoby o takim nazwisku. Czy on mieszka
gdzieś niedaleko?
- W tej chwili jest nieobecny - odparła Lindis. - Ale wkrótce znowu się pojawi.
- W takim razie koniecznie chcemy go poznać. Bądź tak miła i przekaŜ mu to. A
propos, czy on jest Norwegiem?
- Nie.
Profesor z pewnością chciał uzyskać więcej informacji na temat tajemniczego
geologa, ale porzucił ten zamiar, co Lindis uznała za ewidentną zasługę Lo; z pewnością
udało mu się skierować myśli astronoma na inne tory. Profesor Andersen zaś dodał:
- Muszę przyznać, Lindis, Ŝe masz bujną wyobraźnię. W twojej pracy wysuwasz tezę,
Ŝ
e istnieją planety, które zamieszkują Ŝywe istoty. Na to nauka nie zdobyła jeszcze dowodów.
ZauwaŜyłem teŜ, Ŝe szczególnie interesuje cię odległy od nas setki lat świetlnych Procjon.
Dlaczego właśnie ta gwiazda?
Czy rzeczywiście coś podobnego napisałam? Co mi strzeliło do głowy?
Tymczasem profesor drąŜył nieubłaganie:
- Trochę puściłaś wodze fantazji, prawda?
- Tak - przyznała ze skruchą dziewczyna.
- No właśnie. Mimo to jestem zdania, Ŝe wypracowanie Lindis Bergstrøm zasługuje na
najwyŜszą ocenę, ba, na celujący. Nauczyciel zaproponował bardzo ogólny temat:
„Gwiaździste niebo jesienią”, tymczasem Lindis potraktowała go wyjątkowo konkretnie.
Brawo! Choć elementy fizyki kwantowej lub kwazary nie są specjalnością norwegisty,
zrobiły jednak na nim wielkie wraŜenie. Ale to, jak sądzę, jest juŜ zasługą twoich przyjaciół.
Lindis miała wielką ochotę przyznać, Ŝe kwazary zna od dawna, ale uznała, Ŝe lepiej
więcej się nie odzywać.
- Pan nauczyciel przymknął oko na fakt, Ŝe wyszłaś poza ramy zwykłego
wypracowania. Ja natomiast mogę dodać, Ŝe twoja praca posłuŜy za znakomity materiał do
rozprawy doktorskiej. Jeszcze raz proszę, abyś skontaktowała się ze swoim przyjacielem i
umówiła nas na spotkanie. Myślę takŜe, Ŝe wkrótce będziemy mogli zaprosić was oboje na
konferencję w stolicy poświęconą nowym trendom w fizyce i astronomii. Obiecaj mi to,
Lindis.
- Naturalnie - przytaknęła bez namysłu dziewczyna.
Na tym lekcja się skończyła. Lindis czuła się tak wyczerpana, Ŝe ledwie stała na
nogach. Swoje pierwsze kroki skierowała do toalety, nie miała bowiem ochoty z kimkolwiek
rozmawiać.
Gdy nieco juŜ ochłonęła, wysłała telepatyczne podziękowanie do Lo.
Jestem ci dozgonnie wdzięczna, pomyślała.
Wydawało się jej, Ŝe Lo odpowiedział:
- Nie ma za co, przyjaciółko. Dałaś sobie radę...
Ktoś trzasnął drzwiami, a Lindis zdąŜyła jeszcze dorzucić:
- Na razie mi się udało. Nie wiem za to, jak sobie dalej poradzę, jak to się skończy?
Tym razem odpowiedziała jej niczym niezmącona cisza. Lindis nie odebrała juŜ
Ŝ
adnych wiadomości i odtąd sama musiała radzić sobie z dalszymi problemami.
ROZDZIAŁ XI
Rozstanie nadeszło gwałtownie.
W czasie obiadu zadzwonił telefon. Odebrał ojciec. Lindis słyszała całą rozmowę.
- Alarm obrony cywilnej? Dziś wieczór? Dlaczego?... Co mówisz? Harcerz? Co
widział?... UFO?! No, tylko bez takich bzdur... Nieznany obiekt o charakterze militarnym?
NiemoŜliwe!... Aha... Coś takiego!... Jak to było?... Wpełzł pod skalny blok i zobaczył...
Podwozie?... Nie domyślił się, jakiego pojazdu?... Nie, ja teŜ nie wiem... Aha?... O!...
Naprawdę?... W świerkowym lesie za wrzosowiskiem, juŜ notuję... Tak, wiem, gdzie to jest...
A co on tam robił?... Szukał gniazd gilów... Ci harcerze... Zadbaliście, Ŝeby tam nikt nie
chodził?... On nikomu nie powiedział, to dobrze... A więc czekamy na wojsko... Pełne
uzbrojenie, no tak, to powaŜna sprawa... ZagroŜenie dla kraju... Słyszał, jak ktoś się poruszał
we wnętrzu?... Nie do uwierzenia... Nie, nie będę mógł pójść, złapało mnie lumbago, ale
zawiadomię moich... A więc przy szkole o dziesiątej. Będę!
Lindis zbladła jak kreda. Teraz była szósta. Zostały cztery godziny...
Jeszcze nigdy nie biegła tak szybko. Gdy dotarła do lasu, upadła na ziemię.
Wymęczone płuca nie dawały rady, widać jeszcze nie odzyskała pełni sił po intensywnym
odchudzaniu. LeŜała na mchu, z trudem łapiąc powietrze i przeklinając swoją słabą formę. A
cenne minuty upływały...
Zmobilizowała siły i ruszyła dalej.
Pierwszy raz szła tą drogą sama. Gdyby nie niepokoiła się tak losem swoich
przyjaciół, z pewnością przestraszyłaby się ciemności. Zmrok juŜ zapadł, a las był gęsty.
Starała się trzymać drogi. Najgorzej było na skalnym rumowisku. Kamienie wydawały się tak
do siebie podobne... Kilka razy potknęła się i potłukła boleśnie. W lesie szła od drzewa do
drzewa. Przez chwilę miała wraŜenie, Ŝe się zgubiła, gdyŜ droga wydała jej się zbyt długa. W
końcu jednak znalazła się na polance. Przyspieszyła i wreszcie dopadła do skalnego bloku.
Załomotała pięściami.
- Otwórzcie! Otwórzcie! Tu Lindis. Szybko! Pospieszcie się!
Słyszała, jak histerycznie brzmiało to wołanie, ale nic się nie liczyło. Byle tylko
otworzyli!
Drzwi się uchyliły i Lo pomógł jej wejść. Była tak zmęczona, Ŝe osunęła się na
kanapę.
- Jakiś harcerz odkrył wasz pojazd - wykrztusiła z trudem. - Przyjdą tu dziś wieczorem
o dziesiątej. Będą uzbrojeni Ŝołnierze!
Rozmawiali między sobą, wyraźnie zdenerwowani. Spytali Lindis o czas, nie za
bardzo wiedzieli, jak długo trwa ziemskie półtorej godziny.
- Ruszamy zaraz - powiedział Ari do dziewczyny. - Dziękujemy za ostrzeŜenie! Nie
po raz pierwszy wyświadczasz nam przysługę. A teraz pędź do domu!
- Kiedy tu wrócicie? - rzuciła niecierpliwie.
Zatrzymali się z powaŜnymi minami.
- Nigdy nie wrócimy, Lindis - odparł Ari.
- Jak to... nigdy?... - spytała, patrząc na nich przestraszona. - Jedziecie w inne miejsce?
Mogę...
- W zasadzie skończyliśmy badanie tego systemu słonecznego. Teraz statek - baza
wraca do domu. Byliśmy w przestrzeni kosmicznej juŜ dziesięć lat. DłuŜej w tych warunkach
nie moŜe przebywać Ŝaden badacz. Kiedy wyruszymy w kolejną ekspedycję, naszym celem
będzie inny system słoneczny, odległy moŜe o kilkaset lat świetlnych stąd.
Patrzyła na nich osłupiała. Lo wbił wzrok w podłogę i przygryzł wargę.
- Ale... poczekacie chyba, póki nie zabiorę z domu kilku rzeczy? - spytała niepewnie.
Profesor Tan pokręcił głową.
- Nie moŜesz z nami lecieć, Lindis.
Zapadła cisza. Patrzyła na nich nic nierozumiejącym wzrokiem.
- Nadszedł ten moment, o którym ci mówiłem, Lindis - powiedział Ari współczującym
tonem. - Ostrzegałem cię przed nim. To koniec.
Skuliła się, zgnębiona.
Profesor Tan podszedł do niej i objął ją.
- Zegnaj, mała Lindis. Nigdy cię nie zapomnę.
- To nie moŜe być prawdą - wyszeptała.
Teraz objął ją Ari.
- Gdyby tak wszyscy byli tacy jak ty...
Odszedł.
Lo patrzył na nią, stojąc bez ruchu. Do Lindis zaczęło docierać, co się naprawdę zaraz
stanie.
- Lo! - zawołała, jakby prosząc go o pomoc, i umilkła.
Objął ją mocno.
- No, juŜ, juŜ... - powiedział pocieszająco. - Wkrótce zapomnisz.
- Nie odjeŜdŜaj, Lo! Nie odjeŜdŜaj!
- Muszę - odparł łagodnie. - Sama widziałaś, Ŝe do was nie pasuję. Ari ma rację:
gdyby wszyscy na Ziemi byli tacy jak ty, moŜe mógłbym zostać. Ale przecieŜ na własne uszy
słyszałaś: wojsko i inni chętni do strzelania zawsze się znajdą. Najpierw strzelają, a dopiero
potem patrzą, do kogo.
- No to weź mnie ze sobą!
- Jesteś jeszcze dzieckiem, Lindis. Nie mamy prawa tego zrobić. Pomyśl o rodzicach!
Poza tym, nie dasz rady. Pamiętasz, co się działo podczas startu pojazdu?
- Wolę umrzeć z tobą, niŜ Ŝyć tu bez ciebie - mruknęła, choć wiedziała, Ŝe to brzmi
patetycznie.
Nadszedł Ari.
- Nie męcz go juŜ, Lindis - rzekł ze smutkiem. - To się na nic nie zda. Musimy
przygotować się do startu.
- Odprowadzę ją kawałek - zdecydował Lo. - Mamy jeszcze trochę czasu.
Najgorsze, Ŝe jej miłość była nieodwzajemniona. Wiedziała, Ŝe narzuca się Lo ze
swym uczuciem mimo jego obojętności. Zawstydzało ją to niewypowiedzianie, ale nie mogła
powstrzymać łez. Miała wraŜenie, Ŝe jest rozdzierana na strzępy. Jedyna osoba na całej Ziemi,
którą kiedykolwiek kochała... Czuła dojmujący ból, mając świadomość, Ŝe ta osoba... Nic nie
pozostanie.
Znów szli przez las. Ostatni raz prowadził ją przez rumowisko. Lindis starała się
powstrzymać płacz, ale łzy płynęły jej po twarzy nieprzerwanym strumieniem.
- Lindis - zaczął Lo cicho. - Nie wolno ci zrobić tego, o czym teraz myślisz.
- Ale ja nie mam po co Ŝyć!
- Tak nie moŜna.
- Łatwo ci mówić. Nie rozpacza się po obiekcie badań...
- Nie mów tak, Lindis!
Nie zauwaŜyła, kiedy doszli nad skały nad morzem. Właśnie tam, gdzie się wtedy
zsunęła. Nie chciała spojrzeć w dół, w miejsce, gdzie stała, zanim on ją uratował.
- Tu cię znalazłem - powiedział. - I tu musimy się rozstać. Nie płacz juŜ, Lindis!
Wierz mi, wkrótce zapomnisz.
- Wiesz, Ŝe nie zapomnę, Lo.
- Tak, Lindis, wiem - odparł cicho. - Ale kiedyś musisz nauczyć się rezygnować. I
akceptować.
- Nie ma Ŝadnej nadziei? - Dziewczyna była niepocieszona.
Potrząsnął głową.
- Napiszesz... No nie, głupia jestem. A nie moŜesz mi dać tego aparatu? Moglibyśmy
wtedy ze sobą rozmawiać...
- Na odległość bilionów kilometrów?
- AleŜ Lo, to będzie tak, jakbyś umarł. Tylko jeszcze gorzej.
- Tak, Lindis. A ty jakbyś umarła dla mnie.
Myślała, Ŝe się przesłyszała.
- CzyŜbym coś dla ciebie znaczyła?
Nie odpowiedział. Stał tylko, obejmując ją mocno i kołysząc powoli.
Fale połyskiwały szaro gdzieś pod nimi. Wiatr szarpał ich ubrania, ale Lindis nie
zwracała na to uwagi. Była otępiała z rozpaczy. Przesunęła dłoń ku policzkowi przyjaciela i
odwróciła jego twarz w swoją stronę.
- Lo - spytała zdziwiona. - Myślałam, Ŝe tylko ja... Lo! Naprawdę? MoŜe to tylko
litość?
Znów ogarnęła ją ta niezwykła mgła. Poczuła miłość i smutek tak głęboki jak fizyczny
ból.
- Kochałem cię od pierwszej chwili. Nie wolno mi było jednak tego okazać, bo jesteś
taka młoda i wiedziałem, jak to się musi skończyć. Ale teraz... Kochana, kochana
dziewczynko z innego świata!
Wreszcie Lindis dowiedziała się, jaki jest pocałunek Lo. Czegoś takiego na pewno
nigdy juŜ nie będzie jej dane doświadczyć. Człowiek z gatunku Lo wkłada w pieszczoty o
wiele więcej miłości, oddaje swą duszę, serce i całego siebie. Lindis odwzajemniła jego
pocałunek z Ŝarem, wiedząc, Ŝe Lo zna jej uczucia lepiej niŜ ktokolwiek na Ziemi. Wtuliła
twarz w jego szyję, szepcząc wciąŜ jego imię w dzikiej, nieopanowanej rozpaczy.
Nie zauwaŜyła, jak zaczął delikatnie gładzić jej skronie. Osunęła się na trawę, zdawało
jej się, Ŝe słyszy słowa: „Zegnaj, moja kochana Lindis”, a potem cichnące kroki Lo.
Zapadła w cięŜki sen.
Ocknęła się i usiadła gwałtownie. Była noc, morze huczało, wiatr wył gdzieś w
skałach.
Gdzie była? Dlaczego tu leŜała? Ale zimno! Tak pusto i samotnie.
Było jej niezwykle smutno. Co się właściwie stało? Nagle przypomniała sobie, Ŝe szła
tędy po szkole, samotna i pełna goryczy. Nikomu na niej nie zaleŜało. Tęskniła za
prawdziwym przyjacielem, powiernikiem, ale nie miała nikogo. Jej matka właśnie
powiedziała jej, Ŝe nie jest jej biologiczną matką, a ojciec - prawdziwym ojcem. Zajęli się nią
z obowiązku, ale ich własna córka zawsze była dla nich najwaŜniejsza.
A potem? Idąc po skałach, nie patrzyła pod nogi, poślizgnęła się...
Ale co było potem?
Pamięć zaczęła się jej rozjaśniać. To było coś wspaniałego, sen o gwiazdach i statku
kosmicznym, astronomach i...
Lo!
Wspomnienie przeszyło ją niczym nóŜ. Wszystko juŜ pamiętała. To było takie
rzeczywiste.
Czuła, Ŝe płakała. No tak, moŜna płakać przez sen, zdarzało się jej to. Pewnie uderzyła
się w głowę przy upadku i straciła przytomność, tego przecieŜ nie mogła pamiętać.
Sen? To wszystko było tylko snem?
Raczej tak. Nic tak dziwnego nie dzieje się naprawdę. To jedno z jej szalonych
marzeń, moŜe bardziej szalone niŜ zwykle. Pewnie pod wpływem upadku...
Zebrała wszystko razem: wyidealizowany obraz przyjaciela... PrzecieŜ ona zawsze
marzyła o kimś niezwyczajnym. No i był przystojny, mądry, miły... I miłość. Budząca się w
niej kobieta tęskniła za miłością. Lindis zawsze marzyła, aby zjawić się na imprezie z
najwspanialszym facetem. Zrezygnowała z tego, moŜe z powodu kompleksu niŜszości? Z
obawy, Ŝe spodoba mu się jakaś klasowa piękność?
A marzenie o sławie? Chwalono ją przed całą klasą, a przecieŜ człowiek zwykle chce
się popisać przed przyjaciółmi. Wypracowanie uznano za sensację, i to z dziedziny, w której
pozornie była słaba. To było beznadziejne, typowo dziecinne marzenie.
Problemy domowe? Czy podświadomie nie czuła, Ŝe coś jest nie tak? Czy nie
podejrzewała, Ŝe ojciec i Lisbeth Lund byli kimś więcej niŜ przyjaciółmi? I oto nadeszła ona,
bohaterka z naostrzonym rewolwerem, i zaprowadziła porządek.
Naostrzony rewolwer? Chyba coś jej się pomieszało. Lindis aŜ zachichotała.
No i ten aparat do odczytywania myśli. PrzecieŜ o czymś takim teŜ marzyła. Chciała
wiedzieć, jakie myśli kłębią się w głowach innych.
A tęsknota do idealnego świata... Do Utopii... Wszystko tam było!
Wreszcie podróŜ w przestrzeń kosmiczną. Lindis zaśmiała się gorzko. Statek
kosmiczny, z którego mogła oglądać Wenus! I ci wszyscy mieszkańcy jej planety zadający
tyle pytań, i ona, która na nie odpowiadała! Marzenie, Ŝe jest się kimś WaŜnym.
Ten ból przy starcie? PrzecieŜ teŜ moŜna wytłumaczyć to upadkiem, poobijaniem się o
skały. Z pewnością to właśnie odczuwała podczas tego dziwnego snu.
Czemu jednak musiała śnić o Lo? Myśl o nim nadal przysparzała jej cierpienia. Czy
nie mogła śnić o kimś mniej miłym i łatwym do zapomnienia?
ZadrŜała z zimna. Jak długo tu leŜała? Niedobrze! Wstała i zaczęła iść w stronę domu.
Dla rozgrzewki przebiegła kawałek.
Nie miała juŜ przecieŜ tego wspaniałego szalika Lo. Dziewczyna uśmiechnęła się
gorzko. To znów sztuczka jej wyobraźni. Czy coś okręconego wokół szyi mogło ogrzać cale
ciało? Przypuszczalnie pociła się, stąd sen o ogrzaniu się czymś naleŜącym do Lo. Ech, cóŜ za
fantazje!
Zima jeszcze nie minęła, w powietrzu panował nieprzyjemny chłód. Na jej planecie
marzeń nie istniała zima...
Przygniatała ją pustka. Ten długi sen zdawał się być tak prawdziwy... Tak wspaniały i
tak bolesny. Przyjaźń z Lo była niewypowiedzianie piękna. Taka przyjaźń nie zdarza się
naprawdę...
Czy doprawdy moŜna śnić tak realnie?
O, tak, jeśli to jest coś, za czym się bardzo tęskni.
A gdyby to nie był sen...? Gdyby jednak... Nie, Lo nie istnieje naprawdę i nigdy nie
przeŜyła tych wspaniałych dni. MoŜe tak jest lepiej. Bo przecieŜ jeśli to nie sen, Lo
znajdowałby się teraz w przestrzeni kosmicznej. Nigdy nie spotkałaby juŜ kogoś takiego jak
on. Lo i ona pasowali do siebie jak dwie połówki jabłka. Dzieliłaby ich teraz odległość
bilionów mil. Na zawsze.
Tak, chyba lepiej, Ŝe był to sen. Nawet bolesny.
Zegar kościelny pokazywał dziesięć po dziewiątej. Nie później? Zdawało się jej, Ŝe
jest grubo po północy.
Nadjechała Karin na rowerze. Zatrzymała się i zeskoczyła.
- Tu jesteś! Zwariowałaś, Lindis, dlaczego nie wracasz do domu? Tata i mama czekają
od kilku godzin!
- Jaki dzisiaj dzień?
- Poniedziałek, oczywiście!
No tak, to by się zgadzało. Właśnie w poniedziałek poszła na skały nad morzem. Była
zrozpaczona: matka ujawniła jej przeszłość, bolała ją niesprawiedliwość losu, była zła na
własne ciało, które chciała zmusić do schudnięcia aŜ do granic anoreksji... Czy to dziwne, Ŝe
była tak niemiła przez ostatni rok? Bunt okresu dojrzewania, udręczone ciało wołające o
jedzenie... I to uczucie, Ŝe jest niechciana. Zajmowali się nią całe Ŝycie, dawali wszystko,
czego potrzebowała, a ona odwzajemniła się okropnym zachowaniem i słowami pełnymi
złości.
Poprawi się teraz! Czas buntu i egoizmu juŜ minął.
Pomyśleć, Ŝe leŜała tam na skałach i śniła o jakichś cudach! Lindis zadrŜała.
Była w stanie wyśmiać wszystko, o czym śniła, wszystko z wyjątkiem Lo. To bolało.
Lo, dlaczego muszę o tobie marzyć? Jak zdołam zakochać się w innym chłopaku? Zawsze
będę tęskniła za postacią ze snu...
Podniesione głosy rodziców dotarły do Lindis z ich sypialni. Raczej jej nie usłyszeli i
nadal się kłócili.
- Nie zauwaŜyłeś tego w szkole? - krzyczała matka. - Musiałeś coś zauwaŜyć. Twoja
własna córka paląca marihuanę! Chyba umrę ze wstydu.
- Gdzie ona jest? Słyszałem, jak trzasnęły drzwi na dole. Wyszła? Wyszła po więcej?
- Skąd mam wiedzieć? - krzyknęła matka histerycznie. - Co to w ogóle za córki? Jedna
ma anoreksję, druga pali trawkę. Na pewno Lindis ją tego nauczyła.
No nie... pomyślała Lindis i aŜ przystanęła. Nigdy w Ŝyciu nie próbowałam Ŝadnych
narkotyków!
Najgorsze było, Ŝe ojciec teŜ ją obwiniał. Na pewno Lindis skusiła do tego słodką
małą Karin. Okropna Lindis!
- Nic, tylko problemy z tym twoim dzieciakiem.
- To przecieŜ nie moje dziecko - zaprotestowała matka. - Nie moŜesz winić mojej
rodziny za to, Ŝe ta dziewucha jest tak beznadziejna!
Gdyby sen był prawdą, musieliby wspomnieć jej wspaniałe wypracowanie o
gwiazdach! Ale nie zrobili tego... To ostatecznie zaprzeczało istnieniu Lo.
O BoŜe, jakie to wszystko trudne!
- Jak długo jeszcze ona ma tu mieszkać? - spytał ojciec ponuro.
- Niedługo skończy szkołę. Wtedy musi iść do pracy. Będę potrzebowała jej pokoju
dla Karin, do odrabiania lekcji.
- Tak jej słabo idzie, Ŝe mogę ją juŜ teraz wyrzucić ze szkoły. Zaraz, powiedziałaś, Ŝe
będziesz potrzebowała tego pokoju? Co masz na myśli?
- Chyba nie wyobraŜasz sobie, Ŝe będziesz tu mieszkał po skandalu z tą małą
podlizuchą ze szkoły? Idź do niej, do swojej kochanki! Nie chcę cię tutaj, brzydzę się tobą.
Wszyscy juŜ wiedzą o tej ohydnej historii. Ale Karin nigdy nie dostaniesz.
- Będę ją miał! Jest moim jedynym dzieckiem! Samotna kobieta nie uchroni jej przed
złym wpływem kolegów!
- Ona jest teŜ moim jedynym dzieckiem, nie zapominaj o tym! MoŜesz wziąć Lindis.
- Chcę Karin. Dlaczego sama nie weźmiesz Lindis? To ty ją wprowadziłaś do rodziny.
- Jestem matką Karin. Ja mam do niej prawo, ty swoje straciłeś.
- Nigdy jej nie dostaniesz! Poza tym mówiłem ci juŜ tysiące razy, Ŝe skończyłem z
Lisbeth Lund. Jest tylko małą intrygantką.
- Nie myśl, Ŝe ci przebaczę tylko dlatego, Ŝe teraz tak mówisz! Jutro pakujesz rzeczy i
do widzenia!
- Nie wyjadę bez Karin. Jest moja.
- Straciłeś do niej prawo!
Kłótnia trwała dalej. Lindis uciekła do swego pokoju i oparła się plecami o drzwi.
Płakała cicho i bezradnie. Czy moŜna być bardziej samotnym?
I nagle zobaczyła to.
Na nocnej szafce leŜał niebieski jak lawenda szalik.
ROZDZIAŁ XII
To jednak nie był sen!
Oczywiście, Ŝe nie! PrzecieŜ ojciec nic nie wiedział o tym, jaką intrygę szykuje panna
Lund! Kiedy Lindis po słownej utarczce z ojcem roztrzęsiona wybiegła z domu, nic nie
wskazywało na to, by pan Bergstrøm chciał porzucić pannę Lund! Teraz była juŜ całkiem
pewna, nie mogła się mylić: przygoda z Lo nie była wytworem jej wyobraźni.
Zaraz, która to godzina? Za kwadrans dziesiąta?
Lindis zerwała się na równe nogi i złapała swój mały plecak. W okamgnieniu
chwyciła kilka najpotrzebniejszych drobiazgów: błękitny szalik, ulubione ksiąŜki, bieliznę i
dwa golfy na zmianę, po czym wybiegła z domu. Szansa, by zdąŜyła przed odlotem pojazdu,
była minimalna, lecz Lindis nie darowałaby sobie, gdyby nie spróbowała. Dobrze wiedziała,
Ŝ
e moŜe jest juŜ za późno, Ŝe polana będzie zupełnie pusta. Nie przestawała jednak modlić się
w duchu.
Gdyby jednak zechcieli zabrać ją ze sobą? MoŜe jakoś zdoła ich przekonać?
Właśnie przebiegała koło osiedla domków jednorodzinnych, kiedy zauwaŜyła oparty o
parkan samotnie stojący rower. Podobno cel uświęca środki, pomyślała usprawiedliwiająco, i
wskoczyła na siodełko. Z całych sił naciskała na pedały i tak samo intensywnie starała się
skoncentrować swoją uwagę na Lo; moŜe odbierze jej sygnały i poczeka?
Nie zostawiaj mnie, proszę, nie odjeŜdŜaj beze mnie, błagała w duchu. Jaka czeka
mnie tu przyszłość? Wszystko skończone! Rodzice niedługo się rozejdą i oboje się mnie
wyrzekną. Wkrótce nie zechcą mnie w domu i bez wahania rozkaŜą, bym szukała sobie
innego miejsca. Lo, tak bardzo pragnę być z tobą, moje miejsce jest przy tobie!
Gdy Lindis mijała budynek szkolny, zauwaŜyła kolumnę wojska w równym szyku,
gotową do wymarszu. Na samym przedzie stały dwa opancerzone wozy...
Co za szaleńcy, co oni robią? myślała przeraŜona Lindis.
Dotarła do skraju lasu, zeskoczyła z roweru i porzuciła go. Pędem puściła się w stronę
polany.
JuŜ za późno, juŜ na pewno za późno, myślała załamana. Tak długo z pewnością nie
czekali! A jeśli jeszcze są, nie będą chcieli zabrać mnie ze sobą!
Nie zostawiajcie mnie tutaj, nic mnie juŜ tu nie trzyma! PrzecieŜ dobrze o tym wiecie.
Błagam, nie zostawiajcie mnie!
A moŜe juŜ dawno zniknęli w przestrzeni międzyplanetarnej ?
Serce Lindis ściskało się z Ŝalu na tę myśl.
Mimo Ŝe nadzieja na spotkanie była niemal Ŝadna, Lindis nie zwalniała. Pędziła na
złamanie karku. Z tyłu, za plecami, słyszała warkot silników, znak, Ŝe wojskowa kawalkada
ruszyła w tym samym co ona kierunku.
W lesie panowała niemal całkowita ciemność. Lindis co kilka kroków potykała się o
niewidoczne w mroku, wystające z ziemi korzenie i gałęzie, które boleśnie raniły jej stopy. Z
minuty na minutę plecak ciąŜył jej coraz bardziej. Jakby tego było mało, często traciła
orientację, myliła ścieŜki, zawracała, zmieniała kierunek i znowu zaczynała biec.
Odmówią, na pewno odmówią, dlaczego mieliby zmienić zdanie? Ari nigdy nie
zgodzi się na to, by mnie zabrać! Nie ma juŜ dla mnie Ŝadnej nadziei! szlochała.
Naraz w ciemności zauwaŜyła czyjąś sylwetkę. Ktoś się do niej zbliŜał. W pierwszej
chwili przykucnęła, by się ukryć, sądziła bowiem, iŜ to jeden z Ŝołnierzy. Po chwili usłyszała
głos Ariego.
- Lindis, przyjaciółko, jak to dobrze, Ŝe o nas myślałaś. JuŜ nawet włączyliśmy silniki
i sekundy dzieliły nas od startu. Chodź, podaj mi rękę, bo czas nagli. A cóŜ to masz ze sobą?
- To mój plecak. Zapakowałam do niego kilka waŜnych drobiazgów.
- Pomogę ci, widzę, Ŝe jesteś wykończona, ledwie trzymasz się na nogach. Nie masz
pojęcia, jak bardzo uszczęśliwisz pewnego człowieka, Lindis! Właśnie zajmuje się
przygotowaniem specjalnej kabiny dla ciebie, Ŝeby tym razem jak najbardziej ograniczyć
niebezpieczeństwo.
Lindis uroniła kilka łez, a wzruszenie odebrało jej mowę. Więc jednak moje prośby
zostały wysłuchane, pomyślała z radością.
- Nie ciesz się za wcześnie, moja droga. Stoisz przed naprawdę cięŜką próbą. Mam
nadzieję, Ŝe Lo zrobi wszystko, co w jego mocy, byś nie cierpiała. Ale musimy się spieszyć,
juŜ jesteśmy spóźnieni, a to wszystko przez niego. Uparł się, Ŝe zostanie, ale nie wyraziłem na
to zgody. Poza tobą nie znaliśmy tu nikogo, a ty, jak na złość, bardzo przypominasz
mieszkańców naszej planety. Tymczasem Lo w tajemnicy przed nami wymknął się na
spotkanie z tobą i przy okazji przyjrzał się innym młodym ludziom. Jak nam później
opowiadał, był kompletnie zaszokowany. Dostrzegł wiele fałszu, zawiści, nieŜyczliwości. A
my nie moŜemy pozwolić sobie na przyjmowanie takiej ilości negatywnych sygnałów. To
mogłoby nas unicestwić.
Ta informacja ogromnie przeraziła dziewczynę. Ją teŜ nieprzyjemnie zaskoczyły
reakcje i postawy najbliŜszych koleŜanek.
Tymczasem Ari kontynuował:
- Chłopak nie miałby tu wielkich szans, pękłoby mu serce. Właśnie dlatego nie
mogłem pozwolić, by został na Ziemi. Tymczasem jednak zorientowałem się, Ŝe Lo kocha cię
nad Ŝycie. A my moŜemy kochać tylko raz, i to tylko wtedy, gdy miłość jest odwzajemniona.
Ty i Lo zostaliście dla siebie stworzeni, on zaś był na najlepszej drodze, by cię utracić. To
takŜe oznaczałoby dla niego koniec. Nie mogłem do tego dopuścić.
- Och, Ari!
- Na jego szczęście okazało się, Ŝe zapadłaś w dość lekki sen. Gdy zaczęłaś nas
wzywać, gdy opowiedziałaś o tym, co cię czeka, nie zwlekaliśmy ani chwili dłuŜej.
Zdecydowaliśmy, Ŝe pojedziesz z nami. W przeciwnym wypadku unieszczęśliwili - byśmy i
Lo, i ciebie. Ani ja, ani Tan nie zdawaliśmy sobie przedtem sprawy z tego, Ŝe wasze uczucie
jest tak silne. UwaŜaliśmy, Ŝe jesteś zbyt młoda i nie wiesz, czym jest prawdziwa miłość. Lo
zadba o to, byś mogła mu w przyszłości towarzyszyć w jego podróŜach badawczych. Czy
chcesz tego, Lindis?
- AleŜ tak, z całego serca! Przysięgam, Ŝe nigdy go nie opuszczę!
- To dobrze - Ari uśmiechnął się ciepło. - No, a teraz pospieszmy się, bo słyszę warkot
samochodów.
Właśnie znaleźli się na polanie, tuŜ przed gotowym do startu pojazdem. Lo chwycił
Lindis w ramiona i wciągnął do wnętrza kabiny, po czym błyskawicznie zatrzasnął za sobą
drzwi. Ari zajął miejsce w swoim fotelu, podczas gdy Lo zakładał Lindis uniform, który
trochę przypominał kamizelkę ratunkową.
Lo najwyraźniej odblokował swoje myśli, bo Lindis ze zdumieniem zauwaŜyła, Ŝe wie
o wszystkim, co dotąd ukrywał. Tym razem nie sprawiał wraŜenia osoby powściągliwej,
tysiące najróŜniejszych myśli w nieładzie przelatywały mu przez głowę. Nade wszystko
Lindis odczuwała radość i wielką ulgę. Odtąd jego myśli staną się moimi myślami, i
odwrotnie. Odtąd Lo nie będzie miał przede mną Ŝadnych tajemnic.
Lo umieścił Lindis w specjalnym siedzisku, załoŜył jej na usta aparat tlenowy, po
czym zamknął nad nią duŜą przezroczystą kopułę. Silniki nabrały mocy.
Nadszedł moment startu. Dla Lindis było to kolejne trudne przeŜycie. Oddychała
cięŜko, choć kamizelka zdecydowanie regulowała nierówny oddech. Po kilku minutach Lo
uniósł kopułę i, podobnie jak za pierwszym razem, zrobił Lindis zastrzyk. Dziewczyna,
widząc strach w oczach ukochanego, powiedziała:
- Zniosę wszystkie trudy. To lepsze niŜ Ŝycie bez ciebie na Ziemi.
I nagle wszystko się odmieniło. Lindis znowu mogła swobodnie oddychać, zaś Lo
wyłączył aparaturę i objął dziewczynę. Lindis pogładziła go po głowie i poczuła się, jak nigdy
dotąd, zupełnie dorosła.
Po chwili zwróciła się do profesora Tana:
- Chciałabym wysłać na Ziemię wiadomość, Ŝe ze mną wszystko w porządku. Nie
chcę, Ŝeby się martwili ani by mnie szukali.
- MoŜemy to zrobić, Lindis. Musisz podejść do mnie, a ja przekaŜę tę wiadomość
twoim rodzicom.
Lindis zastanawiała się przez chwilę, co powinna powiedzieć, po czym Tan przesłał
jej komunikat:
- Nazywam się Lindis Bergstrøm i mieszkam w północnej Norwegii. Obecnie znajduję
się na pokładzie obiektu latającego. Udaję się w kierunku czwartej planety Procjona, skąd nie
zamierzam powrócić. Dokonałam wyboru. Pozdrawiam moich rodziców i proszę, Ŝeby mnie
nie szukali.
Lo podniósł wzrok i spojrzał z miłością na Lindis.
- Zobaczysz, najmilsza, będzie nam razem jak w niebie!