background image

MARGIT SANDEMO 

WYMARZONY PRZYJACIEL 

Tytuł oryginału: „Drømmen om en venn” 

background image

PRZEDMOWA 

Tę  krótką  opowieść  napisałam  dawno,  w  roku  1963,  moŜe  1964,  zanim  jeszcze 

odwaŜyłam  się  myśleć  o  wysyłaniu  czegokolwiek  do  wydawcy.  W  owych  czasach  nie 

wypadało pisać niczego z gatunku science - fiction, dlatego zrobiłam to dla siebie, z samej po-

trzeby pisania. 

Nigdy  o  niej  nie  zapomniałam,  choć  sądziłam,  Ŝe  albo  juŜ  dawno  gdzieś  przepadła, 

albo  zostały  z  niej  jakieś  fragmenty.  AŜ  wreszcie,  w  roku  1995,  przeprowadzaliśmy  się. 

Wtedy  ją  znalazłam,  po  prostu  jakby  spadła  z  nieba  na  sam  wierzch  skrzyni  pełnej 

maszynopisów. Pięć minut wcześniej na pewno jej tam nie było! Maszynopis był kompletny, 

jedyne, co pozostało mi do zrobienia, to drobne zmiany redakcyjne i uwspółcześnienie tekstu. 

Opowieść  przemówi  być  moŜe  najbardziej  do  młodzieŜy  i  tych,  którzy  zachowali 

młodzieńczy  umysł  i  marzenia.  Przyjmijcie  ją  łaskawie  jako  moją  pierwszą,  naiwną  próbę 

pisarską! 

Margit Sandemo 

background image

ROZDZIAŁ I 

Dzień, w którym Lindis dowiedziała się prawdy, oznaczał dla niej koniec świata. 

JuŜ sam ranek był fatalny. 

Nocna  kłótnia  rodziców,  której  nie  starali  się  ukryć,  nie  dała  jej  długo  zasnąć.  Rano 

Lindis  była  niewyspana  i  poirytowana.  Rzuciła  jakąś  kąśliwą  uwagę  w  stronę  swej 

przemądrzałej młodszej siostry, co natychmiast sprowokowało rodziców do wzięcia małej w 

obronę. 

Lindis nie mogła się powstrzymać od złośliwego komentarza: 

- Dziwne, Ŝe potrzebujecie wspólnego wroga, aby działać razem... 

Ojciec przytrzymał ją mocno za ramię. 

- Nie bądź bezczelna! Chodzisz do szkoły średniej, dostajesz od nas ubrania i jedzenie. 

Nie masz powodu nas o nic oskarŜać! 

-  Nie  rozumiem,  co  to  ma  wspólnego  z  całą  sprawą  -  mruknęła  nieco  ciszej.  - 

Dlaczego nigdy nie krzyczycie na Karin? Ona moŜe robić, co jej się tylko spodoba! 

Ojciec nieświadomie przybrał łagodniejszy wyraz twarzy. 

- PrzecieŜ wiesz, Ŝe Karin... 

-  Wiem,  Ŝe  Karin  cięŜko  chorowała  jako  dziecko.  Było  mi  jej  wtedy  Ŝal,  musiałam 

mieć na nią wzgląd i być grzeczną dziewczynką. Ale teraz, u diabła, jest... 

- Nie przeklina się w moim domu - rzuciła matka swym najchłodniejszym tonem. Była 

elegancką  damą  w  tak  zwanym  kwiecie  wieku,  powaŜaną  przez  wszystkich  i  mocno 

przywiązaną do konwenansów. - Czy ja muszę zawsze się za ciebie wstydzić, Lindis? Jesteś 

najbardziej  niewdzięcznym  stworzeniem,  jakie  kiedykolwiek  spotkałam.  Po  tym  wszystkim, 

co dla ciebie zrobiłam! 

Lindis  nie  chciała  po  raz  kolejny  wysłuchiwać  znanego  tekstu.  Złapała  teczkę  i 

wybiegła z domu. Kątem oka dostrzegła jeszcze triumfalny uśmieszek siostry. 

Ich troje. Trzymali się razem, wspierając nawzajem, a ją odsuwając na dystans. 

Siedemnastoletnia  Lindis  przechodziła  właśnie  okres  buntu  i  nie  zawsze  właściwie 

oceniała rzeczywistość. Chciała czuć się odrzucona i niezrozumiana, chciała cierpieć! Był to 

kolejny etap jej rozwoju, o tym jednak nie wiedziała. 

Karin  miała  dopiero  dwanaście  lat  i  nie  dosięgło  jej  jeszcze  charakterystyczne  dla 

nastolatków gwałtowne pragnienie samodzielności. Dokuczała Lindis po dziecinnemu, pewna 

background image

rodzicielskiego  wsparcia, często  wykorzystując  dawną  chorobę.  Była  juŜ  zdrowa  i  silna,  ale 

trzymała to w tajemnicy. 

Wspaniale  było  czuć  się  uprzywilejowaną  w  stosunku  do  starszej  siostry,  wspaniale 

móc się wykręcać od nieprzyjemnych prac domowych, mówiąc cichutko: „Ale ja przecieŜ nie 

dam  rady...”  Lindis  przejrzała  jej  fortele,  dlatego  tym  bardziej  cieszyło  Karin,  gdy  starsza 

siostra obrywała burę. 

Przepełniona  buntem  Lindis  czekała  na  szkolny  autobus.  Nie  zjadła  śniadania,  jak 

zwykle  od  czasu  tej  fatalnej  lekcji  wuefu.  Nadepnęła  wtedy  na  nogę  Inger  -  Lise,  która 

krzyknęła: 

„UwaŜaj, gdzie leziesz, ty wielka, tłusta, niezdarna krowo!” 

Dla Lindis był to prawdziwy szok. Zawsze uwaŜała, Ŝe ona jest normalnie zbudowana, 

a Inger - Lise jest niedoŜywioną szczapą. Jednak złośliwe słowa zapadły jej głęboko w serce i 

zupełnie  się  załamała.  Nie  miała  juŜ  odwagi  jeść.  Porównując  się  z  najszczuplejszymi 

dziewczynami o drobnych kościach, czuła się przy nich jak stodoła. 

Nie miała racji. Doskonale mieściła się w granicach normy, jeśli chodzi o wagę. Była 

zdrową, zgrabną dziewczyną o Ŝywym usposobieniu. Teraz jednak znajdowała się na drodze 

ku przepaści. Oczywiście, słyszała o anoreksji, ale sądziła, Ŝe jej to nie dotyczy. UwaŜała, Ŝe 

w  pełni  się  kontroluje  i  Ŝe  musi  tylko  schudnąć  parę  kilo.  Jeszcze  tylko  parę.  Fakt,  Ŝe  juŜ 

dawno zeszła poniŜej wymarzonej wagi, przeoczyła. 

W  domu  zauwaŜano  czasem,  Ŝe  Lindis  rezygnuje  z  obiadu  i  Ŝe  jada  bardzo  mało, 

jednak  fakt  ten  przesłaniały  rodzicom  ich  własne  zmartwienia.  Wystarczało,  Ŝe  rzucili 

czasem: „No, jedz wreszcie!”, albo: „BoŜe jedyny, dziewczyna niedługo skończy osiemnaście 

lat,  najwyŜszy  czas,  Ŝeby  sama  dbała  o  siebie!  PrzecieŜ  gorzej  jest  z  Karin,  która  znów  nie 

moŜe wyjść z przeziębienia. Przy jej słabych płucach i niskiej odporności... Biedulka, chyba 

się znów nie rozchoruje?” 

Drogą  nadeszły  koleŜanki  z  klasy  Lindis,  rozmawiając  o  czymś,  co  Anne  Sofie 

trzymała w ręce. 

- Co to jest? - spytała Lindis. 

-  Dostałam  to!  -  promieniała  Anne  Sofie.  -  To  zdjęcie  mojego  ukochanego.  Och,  nie 

mogę,  jaki  on  jest  piękny!  Nie  wiem,  co  mi  napisał,  ale  to  musi  znaczyć,  Ŝe  mnie  kocha! 

Bezgranicznie! 

Było  to  zdjęcie  angielskiego  muzyka  rockowego  na  tle  grupy.  Marit,  chluba  klasy, 

poprosiła o podanie jej zdjęcia tego ubranego w skóry i metal półboga. 

- Napisane jest: „Best wishes”. Najlepsze Ŝyczenia. 

background image

- Zawsze musisz wszystko popsuć - mruknęła Anne Sofie lekko zaŜenowana. 

Nie  naleŜała  do  najlepszych,  jeśli  chodzi  o  języki  obce,  jakoś  jednak  udało  się  jej 

sklecić  list  do  swego  idola.  Kirsten,  przyjaciółka  Anne  Sofie,  teŜ  nie  naleŜała  do  geniuszy, 

poniewaŜ jednak była skończoną pięknością, nie miała Ŝadnych kompleksów. 

- I tak masz szczęście - westchnęła Solveig, patrząc na Anne Sofie. 

Solveig była mała i szara jak mysz. Trzymała się tych koleŜanek, którym to akurat nie 

przeszkadzało. 

Liderka grupy jeszcze się nie wypowiedziała. Miała na imię Tone i posiadała autorytet 

wynikający  z  urody,  sprawnego  umysłu,  porządnego  domu  i  wielu  wielbicieli  oraz 

wielbicielek.  Podbudowywały  go  teŜ  wypowiadane  przez  nią  sądy.  Z  wydaniem  aktualnego 

zaczekała, aŜ wszystkie obrócą się w jej kierunku. 

-  Kochanie  się  w  idolach  jest  nieszkodliwe  i  nieco  dziecinne  -  orzekła.  -  Wykazuje 

tylko, Ŝe ma się małe szanse w kręgu znajomych. 

Radość  Anne  Sofie  wyraźnie  minęła.  Nadjechał  autobus,  dziewczyna  wsunęła  z 

westchnieniem zdjęcie do ksiąŜki od matematyki. 

Dlaczego  ludzie  są  dla siebie  tak  okropni?  pomyślała  Lindis,  wsiadając  do  autobusu. 

Choć w zasadzie ja teŜ taka jestem w domu... 

Muszę być trochę milsza, postanowiła. 

Nagle  dotarło  do  niej,  Ŝe  takie  postanowienie  podejmowała  juŜ  wiele  razy  w  ciągu 

tego roku. Bez specjalnego rezultatu... 

Ojciec był wicedyrektorem w jej szkole. To nie była korzystna sytuacja dla niej jako 

uczennicy. MoŜe właśnie to sprawiło, Ŝe odsunęła się od ojca, nawet nieświadomie? 

Gdyby  tylko  mogła  z  kimś  szczerze  porozmawiać!  Z  prawdziwym  przyjacielem.  Z 

dziewczynami  było  dobrze  tylko  pozornie.  śadnej  z  nich  nie  odwaŜyłaby  się  zwierzyć. 

Wątpiła, czy interesuje je to samo, co ją, poza tym wszystkie miały spokojne domy. 

Bo  ona  nie  miała,  to  było  pewne.  Wina  w  duŜej  mierze  leŜała  po  jej  stronie,  ale  tak 

trudno jest być miłą i grzeczną, kiedy dusza wyraŜa sprzeciw! To minie, mawiała mama. To 

tylko dojrzewanie. 

Skąd ona to wiedziała? PrzecieŜ nie mogła zajrzeć do wnętrza Lindis! 

Lisbeth  Lund,  uśmiechnięta,  niewysoka  nauczycielka  angielskiego,  pewnie  by  ją 

zrozumiała.  Z  nią  na  pewno  by  się  dobrze  rozmawiało,  choć  to  nie  to  samo,  co  przyjaciel 

chłopak... 

Tego jednak nie było jej jeszcze dane zaznać. Durzyła się w kilku, lecz zachowywała 

się zbyt niezręcznie, aby któryś odwaŜył się do niej zbliŜyć. 

background image

Autobus  zatrzymał  się  przy  szkole  w  momencie,  gdy  zabrzmiał  dzwonek.  Gromada 

uczniów tłoczyła się przy drzwiach w przepychance, kto ostatni przekroczy główne wejście. 

Na  korytarzu  Lindis  napotkała  ojca  stojącego  z  Lisbeth  Lund.  PrzyjeŜdŜał  do  szkoły 

samochodem, dlatego ją wyprzedził. Podwoził czasem Karin, gdyŜ, jak twierdził, Lindis stale 

zaśmiecała mu auto resztkami chipsów. 

Skinęła na powitanie głową, lecz ojciec zatrzymał ją. 

- Podobno coraz gorzej się uczysz, Lindis. Postaraj się bardziej skoncentrować. Został 

ci przecieŜ jeszcze tylko rok. 

-  Ja  nie  mogę  narzekać  -  odezwała  się  przyjaźnie  Lisbeth  Lund.  -  Jest  dobra  z 

angielskiego i uwaŜa na lekcjach. 

Kochana Lisbeth! Lindis ogromnie ją lubiła. Nauczycielka wstawiała się za nią i moŜe 

dlatego dziewczyna na jej lekcjach starała się bardziej niŜ na innych. 

Gdyby tak to ona była moją matką zamiast tej chłodnej, obojętnej bizneswoman, która 

zjawiała  się  w  domu  tylko  wtedy,  gdy  robiła  przyjęcie  dla  przyjaciółek...  Nie,  jestem 

niesprawiedliwa.  Mama  wspaniale  prowadzi  dom  i  to  pewnie  moja  wina,  Ŝe  mnie  nie  lubi. 

Ojciec bywał w domu rzadko. KaŜde głupstwo tak go wyprowadzało z równowagi,  Ŝe moŜe 

to i lepiej. TakŜe on miał słabość do Karin i traktował Lindis jak zło konieczne, które powin-

no moŜliwie najszybciej opuścić dom. 

Co  ze  mną  jest  nie  tak?  pomyślała  wojowniczo,  wchodząc  do  klasy.  W  szybie 

napotkała  swoje  odbicie:  owalną  twarz  o  duŜych,  ciemnych  oczach,  z  ostro  zaznaczonymi 

kośćmi  policzkowymi  -  zasługą  lub  winą  intensywnego  odchudzania,  ładny  nos  i  usta, 

ciemnobrązowe włosy obcięte domowym sposobem na pazia, kanciaste ramiona i biodra, ale 

ogólnie zgrabną figurę i ładne nogi. 

Mogło  być  gorzej.  Ale  w  domu  i  to  nie  wystarczało,  by  ją  akceptowali.  MoŜe  tylko 

jako opiekunkę Karin, gdy rodzice wychodzili. 

Najlepiej  schudnąć.  Wtedy  na  pewno  mnie  polubią.  PrzecieŜ  jestem  wielka  i 

niezgrabna, tak powiedziała Inger - Lise. 

Lindis udawała, Ŝe nie zauwaŜa głodu. Najbardziej dokuczał przez pierwsze trzy doby. 

Teraz mogła nic nie jeść przez długie dni. Czasem jednak nadchodził i uderzał mocno. Starała 

się wtedy kłaść spać, aby przeczekać fantazje o jedzeniu dobrych rzeczy. 

Była  osłabiona.  Na  nic  nie  miała  siły.  Ale  wydawało  jej  się  to  naturalne  na 

przedwiośniu, gdy śnieg topnieje i wszyscy czekają na wiosnę. 

W  czasie  ostatniej  przerwy  stała  z  dziewczynami,  z  którymi  razem  dojeŜdŜała 

autobusem i z którymi w związku z tym przebywała najczęściej. Anne Sofie, Marit, Kirsten, 

background image

Solveig  i  Tone.  Nie  była  im  potrzebna, ale trzymała się ich,  starając się  być  niezauwaŜalna. 

Dzięki temu ją tolerowały. 

Kirsten odwróciła się nagle w jej stronę z zaskakującym pytaniem: 

- Co załoŜysz na imprezę w przyszły piątek? 

- W piątek? 

- No tak! U Tone. B. R. 

Zapadła  niezręczna  cisza.  Lindis  wiedziała,  Ŝe  B.R.  oznacza  „bez  rodziców”,  ale  jej 

nikt nic nie mówił o piątku... 

Tone  wyglądała,  jakby  miała  zamiar  odejść,  lecz  w  końcu  zmieniła  zdanie.  Posłała 

Kirsten pełne złości spojrzenie i rzuciła do Lindis: 

- Nie dostałaś wiadomości? U mnie w domu, o ósmej. Musisz mieć ze sobą chłopaka, 

do uŜytku ogólnego. Ale musi być sensowny! 

Potem odwróciła się na pięcie i odeszła w towarzystwie niezmiennie ją podziwiającej 

Solveig. Pozostałe dziewczyny zaczęły głośno o czymś rozmawiać i Lindis znów poczuła się 

wykluczona z ich kręgu. 

Nie miała ochoty iść na imprezę, na którą właściwie nie zamierzano jej zapraszać! I to 

„weź ze sobą chłopaka”. Tone wiedziała przecieŜ, Ŝe Lindis nie mogła w nich przebierać. „Do 

uŜytku  ogólnego”...  Brzmiało  to  dość  brzydko,  ale  juŜ  wiedziała,  o  co  chodzi:  aby  nie 

siedziała  cały  wieczór,  trzymając  tego  chłopaka  za  rękę,  ale  Ŝeby  wszyscy  bawili  się  ze 

wszystkimi. 

Nie, na pewno nie chce tam pójść! 

-  Niestety,  nie  mam  czasu!  -  zawołała  w  ślad  za  Tone  i  pozostałymi  dziewczynami. 

ZdąŜyły juŜ jednak wejść do środka, więc jej odwaŜna odmowa nie wywarła na nich Ŝadnego 

wraŜenia. 

Muszę o tym opowiedzieć... 

Zatrzymała się. Czy jest ktoś, komu mogłaby o tym opowiedzieć? 

Lisbeth Lund? 

Nie, z jakiej racji? Po pierwsze, byłby to rodzaj poraŜki, Ŝe ma się tylko nauczycielkę 

za  powiernicę.  Po  drugie...  No  właśnie,  po  drugie?  Z  pewnym  niepokojem  przypomniała 

sobie  rozmowę  sprzed  kilku  dni.  Ktoś  w  klasie  powiedział,  Ŝe  Lisbeth  Lund  chyba  lubi 

Lindis,  bo  zawsze  zwraca  się  do  niej  takim  miękkim  głosem.  Gdy  dziewczyna  odparła  z 

niedowierzaniem,  zarumieniona:  „Naprawdę?”,  inny  uczeń  powiedział  ze  śmiechem:  „A  co 

na to twoja mama?” 

Lindis nie zrozumiała aluzji, choć wyczuła, Ŝe coś chciał przez to powiedzieć. 

background image

Niechętnie powlokła się w stronę budynku szkoły. 

Czuła się strasznie samotna. 

Gdyby tak mieć przyjaciela! 

 

Gdy  wróciła  do  domu,  zastała  w  nim  tylko  mamę.  Najwyraźniej  nie  usłyszała,  jak 

córka  wchodzi,  gdyŜ  na  jej  widok  szybko  zabrała  coś  ze  stołu  i  schowała.  Lindis  jednak 

zdołała dostrzec, co to było: bluzka, o jaką dopominała się Karin juŜ od kilku dni. 

Matka spostrzegła, Ŝe odkryto tę małą tajemnicę, i rzuciła z wymuszonym uśmiechem: 

- Ojciec kupił ją dla Karin. Naprawdę na nią zasłuŜyła, biedna maleńka. 

Lindis spostrzegła, Ŝe matka płakała, ale nie była w nastroju do współczucia. 

- Dlaczego mnie ojciec nigdy nic nie kupuje? 

Poniewczasie  zrozumiała,  Ŝe  matka  była  na  krawędzi  załamania.  Przypomniała  sobie 

nieprzyjemną  atmosferę  ostatnio  panującą  w  domu,  drobiazgi  umykające  jej  uwagi.  Ostre 

sprzeczki rodziców, gwałtownie urywane, gdy wchodziła któraś z córek, trzaskanie drzwiami, 

wszystkie te detale, których Lindis, zapatrzona w siebie nastolatka, nie zauwaŜała. 

Jej agresywne pytanie zadziałało jak iskra powodująca wybuch. 

Matka wstała z pałającymi policzkami i podeszła do okna. Nagle córka dostrzegła ją w 

nowym  świetle.  Nie  była  juŜ  tak  młoda,  elegancka  ani  pewna  siebie.  Na  ułamek  sekundy 

Lindis ujrzała jej nagą, bezbronną twarz. 

Ale  to  trwało  tylko  moment.  W  następnej  chwili  matka  przybrała  swą  maskę  i 

powiedziała, nie patrząc na Lindis: 

-  Twój  ojciec?  Twój  ojciec  nigdy  nie  dbał  o  ciebie.  Poszedł  sobie  i  zostawił  mnie  z 

tobą  na  karku.  Był  tchórzem,  zawsze  uciekającym  przed  odpowiedzialnością.  Dla  mnie 

poczucie  odpowiedzialności  było  najwaŜniejszą  sprawą  w  Ŝyciu.  Sama  zapracowałam  na 

moją obecną pozycję mimo utrudnienia, jakim dla mnie byłaś. Tego mi nikt nie odbierze! 

Lindis zmarszczyła czoło. 

- Ojciec uciekł? PrzecieŜ widziałam go w szkole - bąknęła niepewnie. - Nawet ze mną 

rozmawiał, to znaczy mnie strofował, ale on tak zawsze. Dlaczego nigdy nie powie nic miłe... 

Matka  stała  nadal  przy  oknie,  znów  chłodna  i  wyniosła,  pomimo  zapłakanych  oczu, 

czerwonych  plam  na  szyi  zdradzających  gorycz  przekwitania  i  włosów  choć  raz  nie 

uczesanych idealnie. 

-  Nie  mówię  o  moim  męŜu  -  powiedziała  lodowatym  tonem.  -  Mówię  o  twoim 

biologicznym ojcu. O tym, który obiecywał mi złote góry i lata szczęścia. Niech to, musiałam 

background image

do wszystkiego dojść sama. A on? Po prostu zniknął! Wiele, wiele lat temu. Mówił, Ŝe jedzie 

do Australii, ale nie wiem, dokąd go zaniosło. 

Prawda  powoli  docierała  do  Lindis.  Więc  to  dlatego  ojciec  prawie  nigdy  jej  nie 

zauwaŜał poza przypadkami, gdy jej robił wyrzuty! 

Miała w głowie taki zamęt, Ŝe trudno jej było skupić się na tym, co mówi matka. 

-  Tak  to  juŜ  jest,  gdy  wychodzi  się  za  mąŜ  za  czarującego  wdowca  z  córką.  Był 

aktorem podziwianym przez wszystkich, ale bez pracy. No, moŜe tylko w reklamówkach. Na 

co mi był ten ślub? Dostałam rozwód po tym, jak dowiedziałam się, Ŝe utonął. Nie wiem, czy 

to  prawda,  ale  nie  dbam  o  to.  Miałam  go  dosyć  raz  na  zawsze!  A  gdy  twój  ojciec  się 

oświadczył... 

Lindis podniosła rękę. 

- Chwileczkę! Ten, który się oświadczył, nigdy więc nie był moim ojcem? 

Matka odwróciła się w jej stronę z zaciętą twarzą. 

-  Zajmował  się  tobą  przez  te  wszystkie  lata,  zapewnił  ci  byt,  więc  nie  uwaŜam,  Ŝe 

masz prawo narzekać. 

-  PrzecieŜ  tego  nie  robię.  Ale  nie  o  to  mi  chodzi.  Mówiłaś,  Ŝe  pierwszy  mąŜ  był 

wdowcem z córką. Ta córka to ja? 

-  No,  a  kto?  Zostawił  mnie  z  dzieckiem  innej  kobiety!  Jakie  miałam  szanse  na 

ponowne zamąŜpójście? Ale udało mi się! 

Lindis  nie  była  w  stanie  podzielać  triumfu  matki.  Była  zdezorientowana,  nie  mogła 

poskładać fragmentów w całość. 

- Czy to znaczy, Ŝe nie jesteś moją matką? 

Matka prychnęła. 

-  Nie,  a  widzisz  jakieś  podobieństwa?  Ale  uwaŜam,  Ŝe  dobrze  spełniłam  swój 

obowiązek. Nigdy ci niczego nie brakowało, przyznasz sama! 

Spojrzała na swą przybraną córkę, jakby widziała ją po raz pierwszy. 

- AleŜ ty jesteś chuda! 

- Prawda? - rozjaśniła się na chwilę Lindis. - I schudnę jeszcze bardziej! 

-  Lindis!  -  wykrzyknęła,  wreszcie  przestraszona,  matka.  -  Chyba  nie  masz...  nie 

jesteś... 

Krótka chwila radości minęła. Lindis ujrzała nagle swoją sytuację w nowym świetle i 

poczuła, jak ogarnia ją zimna fala samotności i wyobcowania. 

-  Oszukaliście  mnie!  -  krzyknęła,  tracąc  panowanie  nad  sobą.  -  Całe  Ŝycie  mnie 

oszukiwaliście! Nic nie mam wspólnego z waszym sztucznym domem lalek! 

background image

Wybiegła na dwór. 

Musiała uciekać, uciekać od tego bólu! 

background image

ROZDZIAŁ II 

Bardzo szybko Lindis zauwaŜyła, Ŝe straciła swoją dawną dobrą formę. Była tak słaba 

i zmęczona, Ŝe niemal wlokła nogi za sobą, starając się wybiec spomiędzy domów. Musiała 

nawet zwolnić, Ŝeby nie upaść. 

Co się ze mną dzieje? pomyślała zirytowana. 

W  głębi  duszy  jednak  znała  odpowiedź  na  to  pytanie.  Po  prostu  nie  miała  w  ustach 

porządnego posiłku juŜ od kilkunastu dni. 

No i co z tego, za to jestem szczupła, uznała buntowniczo. Nikt nie moŜe powiedzieć, 

Ŝ

e jestem tłusta i niezgrabna, a juŜ na pewno, jeśli jeszcze schudnę parę kilo. 

Zatrzymała  się,  nagle  bezradna.  Na  co  się  przyda  to  chudnięcie,  jeśli  nikt,  nikt  na 

całym  świecie  się  nią  nie  przejmuje?  Nawet  nie ma juŜ  rodziny!  Wszystko  było  kłamstwem 

od początku do końca. 

Bezwiednie  zaczęła  iść  wzdłuŜ  skał  nad  morzem.  Nie  zwróciła  uwagi  na  to,  Ŝe  lód 

ś

ciął wodę w kałuŜach na skale, Ŝe śnieg juŜ zdąŜył stopnieć na wrzosowisku, nie zauwaŜyła 

czerwono zachodzącego słońca. 

Szła  zrozpaczona,  zbuntowana,  ze  wzrokiem  przesłoniętym  łzami,  nie  widząc,  gdzie 

stawia stopy. Nagle poślizgnęła się na  oblodzonym kamieniu i straciła równowagę. Zaciekle 

walcząc o jakieś zaczepienie dla nóg czy rąk, zsuwała się nieubłaganie na dół. Wylądowała na 

piaszczystym  skrawku  lądu,  ponad  którym  wznosiły  się  strome,  wygładzone  skały.  Fale 

uderzały o nie rytmicznie, mocząc jej buty i spodnie. 

Upadek okupiła kilkoma otarciami, ale nie to było najgorsze. 

Znalazła się w pułapce! 

Próby wspięcia się po skałach spełzły na niczym. 

Popatrzyła zdesperowana w morze. KtóŜ jednak o tej porze, na przedwiośniu, wybiera 

się na ryby? Większe statki tędy nie przepływały, miały inną trasę. Pływali tu tylko niedzielni 

wędkarze. 

Dopiero  teraz  spostrzegła,  Ŝe  słońce  juŜ  niemal  zaszło,  było  dokładnie  na  linii 

horyzontu. Musiała długo tak chodzić, pogrąŜona w ponurych rozmyślaniach. 

Spojrzała  na  skały.  Dostrzegła  ślad,  który  przyprawił  ją  o  kolejny  szok.  Linia 

przypływu! 

Więc dochodził aŜ tak wysoko! Woda sięgałaby jej ponad talię. Ale czy to na pewno 

jest najwyŜszy poziom? Codziennie chyba aŜ tak się nie podnosi? 

background image

Lindis ogarnęła panika. Zawołała o pomoc, najpierw ostroŜnie, onieśmielona własnym 

głosem w tej pustce, potem głośniej. Jeszcze kilka razy. 

KtóŜ ją usłyszy? 

Ma  wejść  do  wody  i  płynąć?  Fale  wydawały  się  agresywne,  mogły  nią  uderzyć  w 

skały.  Nie  wiedziała  zresztą,  jak  daleko  jest  do  płaskiego  brzegu,  nic  nie  widziała  z  tego 

osłoniętego miejsca. 

Woda była zresztą okropnie zimna. JuŜ dawno zlodowaciały jej uda. 

Co za beznadziejna sytuacja! 

Ja  przecieŜ  chcę  Ŝyć, stwierdziła  ze  zdumieniem, mimo  Ŝe  w ciągu  ostatniej  godziny 

przez  głowę  przelatywały  jej  nawet  samobójcze  myśli.  Uświadomiła  to  sobie  teraz,  gdy 

ś

mierć naprawdę zajrzała jej w oczy. PrzecieŜ nie mogę narzekać. Czy moja tak zwana matka 

nie  zajmowała  się  mną  przez  te  wszystkie  lata?  Grała  co  prawda  męczennicę,  ale  teraz  juŜ 

rozumiem  lepiej,  dlaczego.  PrzecieŜ  to  niezwykłe,  Ŝe  wzięła  odpowiedzialność  za  cudze 

dziecko. A mój własny tatuś po prostu uciekł. 

Kim on mógł być? A mama? 

MoŜe mam gdzieś krewnych? 

A nazwisko? Nazywam się Bergstrøm, jak cała rodzina. Czyli ojciec mnie adoptował. 

Miło  z  jego  strony.  Choć  poza  tym  nie  okazał  mi  większego  zainteresowania,  to 

pewne. 

Choć, moŜe? Na początku? Ale gdy pojawiła się Karin, jego własna córka, istniała juŜ 

tylko ona. Wszystko kręciło się wokół niej. 

Chyba moŜna to zrozumieć? 

Ale czy muszę? 

Lindis czuła, Ŝe cały jej świat runął jak domek z kart. Tak, bardziej stabilny nigdy nie 

był, mimo starań tych dwojga obcych ludzi. 

To nie była przecieŜ normalna adopcja, w której dwoje ludzi decyduje się na właśnie 

to  dziecko,  które  oboje  wybrali.  Na  właśnie  to  jedno.  Nie,  ona  wylądowała  im  prosto  na 

kolanach i matka, dla której obowiązek był sprawą świętą, poczuła się zmuszona do dalszego 

zajmowania  się  córką  swego  zaginionego  męŜa.  Wstyd  jej  było  oddać  dziecko,  a  Ŝe  nie 

chwaliła  się  jego  pochodzeniem?  Musiałaby  się  wtedy  przyznać,  Ŝe  została  porzucona!  Nie, 

dosyć tego, niechciane dziecko nie powinno tak myśleć. 

Większa fala ochlapała Lindis. Dziewczyna zadrŜała z zimna. 

Pasek piasku zwęził się do szerokości jej stóp. 

- Ratuuunku! 

background image

Zawołała jeszcze kilka razy coraz bardziej rozpaczliwie. 

Nagle zesztywniała. Wydało jej się, Ŝe coś usłyszała nad sobą. 

Spojrzała w górę. 

Ktoś stał i patrzył na nią. Ulgę odczuła jak otulające ją ciepło. 

Z tej perspektywy dostrzegła  tylko biały kombinezon i buty na grubych podeszwach. 

MoŜe to jakiś monter? 

- Błagam, pomóŜ mi się stąd wydostać - jęknęła. - Idzie przypływ, strasznie zmarzłam. 

Pewnie  była  juŜ  sina  z  zimna,  ale  teraz  nie  myślała  o  swym  wyglądzie.  WaŜniejsza 

była ta postać na górze. 

Nagle jednak znowu przeniknęło ją zimno. 

Człowiek zniknął. 

- Wracaj, do dia... 

Nie,  nie  przeklinaj.  Nie  histeryzuj.  Ktoś  cię  zobaczył,  więc  masz  szanse  na  ratunek. 

Spokojnie,  on  wróci.  Na  pewno  poszedł po  pomoc.  Zaraz  przyśle  helikopter  albo  łódź,  albo 

coś takiego. 

Po skale jak blady wąŜ spłynęła lina. 

No, dobre i to. Ktoś jeszcze zawiązał na niej węzły, Ŝeby Lindis było łatwiej. 

Z trudem chwytała sztywnymi palcami linę, jednak, z największym wysiłkiem, udało 

jej się wspiąć na górę. Nikt jej nie wciągnął. 

Wreszcie poczuła suchą, twardą i równą skałę pod palcami. Lina prowadziła dalej, aŜ 

do kępy karłowatych sosen. Do jednej z nich była przymocowana. 

Dzięki ci, sosenko! 

Wybawiciela nie było nigdzie widać. 

Dziwne! Ludzie lubią, gdy się im dziękuje i chwali za okazaną pomoc. 

- Dziękuję! - zawołała w pustkę. - Bardzo dziękuję! 

Była jednak tak  wyczerpana,  Ŝe  nie  mogła  stanąć.  LeŜała  na  plecach  z  rozrzuconymi 

ramionami,  niezdolna  do  ruchu.  Z  trudnością  wciągała  powietrze  do  płuc,  serce  biło  tak 

mocno, Ŝe aŜ bolało, w głowie jej się kręciło. 

ś

e teŜ mam tak słabą kondycję, pomyślała z zamkniętymi oczami. To niepodobne do 

mnie. Wiele razy o mało nie puściłam liny. Na nic nie mam siły! 

Nagle poczuła, Ŝe nie jest juŜ sama. Wyczuwała czyjąś obecność tak wyraźnie, jakby 

jej dotykała. 

- Jesteś chora? - spytał ktoś. 

Otworzyła oczy. 

background image

To był on, ten ubrany na biało monter. 

Poczuła się niepewnie, patrząc na niego z ziemi. Zerwała się na nogi i zachwiała. 

MęŜczyzna wyciągnął rękę, Ŝeby ją podtrzymać. 

Wtedy wreszcie mu się przyjrzała. No, właściwie nie całkiem, bo łuna zachodzącego 

słońca  ją  oślepiała  i  widziała  nieznajomego  jako  czarny  zarys  na  tle  nieba.  Przesunęła  się 

odrobinę i wtedy mogła normalnie patrzeć. 

Wciągnęła głęboko powietrze. 

Nigdy  jeszcze  nie  widziała  tak  przystojnego  męŜczyzny!  Miał  kruczoczarne,  lekko 

falujące  włosy,  jego  kombinezon  nie  był  biały,  właściwie  mienił  się  srebrzyście.  U  pasa, 

okalającego silnie zbudowane ciało, wisiał podłuŜny woreczek. 

Cała  ta  sytuacja  wydawała  się  dziewczynie  kompletnie  nierzeczywista.  Czas  jakby 

zatrzymał  się  w  miejscu,  fale  uderzały  miarowo  o  skały,  wiatr  świstał.  Miała  wraŜenie,  Ŝe 

cały  świat  składa  się  tylko  z  tego  uroczyska.  Nieznajomy  patrzył  na  nią  tak  intensywnie, 

jakby chciał ją przejrzeć na wylot i poznać do głębi. 

Nie  mógł  być  Norwegiem,  nie  umiała  teŜ  odgadnąć,  skąd  pochodził.  Jednego  była 

pewna: miała do czynienia z człowiekiem inteligentnym, o ogromnej kulturze osobistej. Oczy 

pod mocno zarysowanymi brwiami były podłuŜne, lekko skośne, ale nie w sposób orientalny, 

nos prosty i krótki, a linia ust bardzo interesująca: mocna i zdecydowana, lecz z ledwie zau-

waŜalnym  grymasem  w  kącikach,  świadczącym  o  poczuciu  humoru.  Twarz,  choć  opalona 

słońcem i wiatrem, sprawiała wraŜenie wyrzeźbionej z marmuru. 

Najbardziej  jednak  zaskoczył  Lindis  kolor  oczu  nieznajomego.  Tęczówki  miał  jasne, 

mieniące  się  od  szarego  do  zielonego,  jak  oczy  kota  albo  istot  Ŝyjących  w  morzach  czy 

rzekach; było to niezwykle fascynujące. Właściwie samo pojawienie się tego męŜczyzny było 

niespodziewane, jak grom z jasnego nieba. 

Lindis wciągnęła gwałtownie powietrze. On teŜ się jakby odpręŜył. 

-  Twoja  obecność  zaskoczyła  mnie  -  uśmiechnął  się.  -  Nie  przypuszczałem,  Ŝe 

spotkam tu ludzi. 

Wreszcie odzyskała zdolność mówienia i mogła podziękować mu za uratowanie Ŝycia. 

Zbył  ją  stwierdzeniem,  Ŝe  nie  chciał  jej  potem  przeszkadzać,  ale  poniewaŜ  zobaczył,  Ŝe  nie 

jest w stanie ustać na nogach, wrócił. Przeprasza za kłopot. 

Nie chciał przeszkadzać? Przeprasza? O co mu chodzi? 

- Co pan tu... co tu robisz? - spytała Lindis. 

- A, to - otworzył dłoń i pokazał mały kamień. - Zbieram próbki minerałów. 

Miał szczupłe dłonie o niezwykle długich palcach. 

background image

- Jesteś geologiem? 

Patrzył  na nią przez chwilę, zastanawiając się, aŜ pomyślała, Ŝe uŜyła niewłaściwego 

słowa. Wreszcie uśmiechnął się. 

- Tak. W kaŜdym razie prawie. 

Lindis  spróbowała  odgadnąć,  ile  mógł  mieć  lat.  Chwilami  wyglądał  na  chłopaka,  a 

chwilami na trzydziestolatka. Uznała, Ŝe ma dwadzieścia kilka lat. 

- Szukasz jakichś specjalnych okazów? - spytała z nadzieją, Ŝe nie zabrzmi to głupio. 

Bardzo  chciała  wywrzeć  na  nim  wraŜenie  osoby  inteligentnej.  Zrobiła  krok  w  jego 

stronę,  lecz  zatrzymała  się,  gdy  się  cofnął.  Opuścił  ją  zapał  i  stała  bezradnie,  kopiąc  ziemię 

czubkiem buta. 

Wtedy podszedł do niej i pokazał zawartość woreczka. 

-  Nie,  nie  szukam  konkretnego  minerału,  zbieram  tylko  takie,  których  wcześniej  nie 

widziałem. DuŜo ciekawych rzeczy tu znalazłem. Biorę je do... laboratorium. 

Lindis  była  jeszcze  zbyt  oszołomiona,  aby  zauwaŜyć  tę  małą  przerwę  między 

słowami. 

- Widzę, Ŝe wziąłeś teŜ kamyki z plaŜy. 

Dlaczego jej głos zabrzmiał tak niepewnie? Broda jej drŜała tak, Ŝe nie panowała nad 

nią. 

-  Tak,  stamtąd  z  dołu.  Potrzeba  mi  będzie  jeszcze  duŜo  więcej  tych  próbek,  ale  nie 

miałem czasu. 

Lindis przerwała mu bez namysłu: 

- Och, moŜe mogłabym ci pomóc? Ja... To znaczy, jeśli nie będę przeszkadzać... 

Spojrzała  na  niego  z  lękiem.  Znów  zachowała  się  beznadziejnie.  Narzucała  się. 

Zupełnie nie miała doświadczenia w kontaktach z chłopakami. 

Otrzymała jednak uprzejmą odpowiedź: 

- Będę wdzięczny za pomoc. Jest tu duŜo rzeczy do zbadania. Ale teraz jest ci zimno, 

masz mokre ubranie, powinnaś iść do domu. 

-  E,  tam,  dam  sobie  radę  -  odpowiedziała  buńczucznie,  choć  szczękała  zębami  z 

zimna. 

Patrzył na nią przez dłuŜszą chwilę, co ją jeszcze bardziej zbiło z tropu. Wyciągnął w 

końcu z woreczka niebieski jak lawenda szalik i owinął go wokół jej szyi. Był niewiarygodnie 

miękki, jak puch. A jak grzał! 

- Pomaga? - spytał. 

- O, tak! - szepnęła. Ciepło rozchodziło się po jej ciele. - Niesamowicie! 

background image

Przez moment wyglądał na zaniepokojonego, zaraz jednak poprosił: 

-  Postaraj  się  znaleźć  jak  najwięcej  róŜnych  kamieni,  zarówno  tych  wygładzonych 

przez morze, jak i tych o ostrzejszych krawędziach. 

Lindis ochoczo zeszła na plaŜę, która zresztą była zadziwiająco blisko tej zatoczki, do 

której niechcący się zsunęła, i zaczęła zbierać kamienie. Wypychała nimi kieszenie swetra, aŜ 

zupełnie stracił fason. MęŜczyzna teŜ szukał. Cały czas rozmawiali ze sobą, to znaczy paplała 

głównie  Lindis.  Najpierw  o  kaŜdym  kamieniu,  gdyŜ  kaŜdy  był  godny  wzmianki,  potem  o 

swoich  zmartwieniach.  Zanim  się  zorientowała,  opowiedziała  mu  całą  swą  historię.  On 

odpowiadał  i  pytał  o  róŜne  rzeczy,  a  Lindis  czuła  się  swobodna  jak  nigdy  dotąd.  Nie  krę-

powała się juŜ, nie lękała, Ŝe się wygłupi. Po raz pierwszy czuła, Ŝe moŜe być z kimś szczera i 

naturalna bez obawy, Ŝe ten ktoś ją wyśmieje czy spojrzy z pogardą. 

Najbardziej  nieznajomego  zaintrygowało  oświadczenie  Lindis,  Ŝe  szczególnie 

interesuje  ją  paleozoologia,  Ŝe  wie  „wszystko”  o  wymarłych  zwierzętach.  Zawsze  ją 

ciekawiły, o wiele wcześniej, niŜ Steven Spielberg nakręcił „Park Jurajski”. Jej wybawca nie 

mógł  się  nasłuchać  do  syta.  Nagle  wydało  się  jej,  Ŝe  moŜe  sobie  z  niej  Ŝartuje.  Nie  zdąŜyła 

głośno wyrazić wątpliwości, gdy powiedział, Ŝe wiedza na ten temat ma wielkie znaczenie dla 

jego badań. Wydało jej się nieco dziwne, Ŝe geolog nie studiował paleontologii, ale radość ze 

znalezienia przyjaciela zatarła to wraŜenie. 

Zorientowała się nagle, Ŝe za bardzo się oddaliła, a poniewaŜ kieszenie i rodzaj worka, 

jaki  zrobiła,  podwinąwszy  sweter,  stały  się  bardzo  cięŜkie,  pobiegła  z  powrotem  do 

nieznajomego. WciąŜ zadziwiał ją swą urodą. 

-  Nie  zauwaŜyłam,  Ŝe  aŜ  tak  daleko  odeszłam.  Słyszałam  cię  tak  dobrze,  to  pewnie 

dzięki wiatrowi - zaśmiała się. - Oto moja zdobycz. 

Zrzuciła zebrane kamienie, wygładziła rozciągnięty sweter i czekała na jego osąd. 

Podszedł  do  niej.  Lindis  aŜ  ugięły  się  kolana,  gdy  poczuła  jego  bliskość.  Zupełnie 

jakby miał w sobie jakąś magnetyczną siłę przyciągania. 

Obejrzał kaŜdy kamień. Wiele odrzucił, część włoŜył bez większego  zainteresowania 

do worka, z kilku jednak wyraźnie się ucieszył. Lindis poczuła wtedy, Ŝe zrobiłaby dla niego 

wszystko. 

W kieszeni namacała jabłko i podała mu je. Podziękował i schował owoc do worka. 

- Nie zjesz? - spytała dziewczyna. 

- Jeśli moŜna, wolałbym je zjeść później. 

- Oczywiście. 

background image

Lindis  nagle  uświadomiła  sobie,  Ŝe  zrobiło  się  bardzo  późno.  Zapadł  juŜ  zmrok.  Z 

niechęcią zdjęła piękny szalik i oddała mu go. Od razu poczuła, jak ostry wiatr przenika ją na 

wskroś, a jej mokre ubranie lodowacieje. 

Nieznajomy  włoŜył  szalik  do  kieszeni.  Lindis  nigdy  jeszcze  nie  widziała  równie 

wspaniale zbudowanego męŜczyzny: tak szerokiego w barach i wąskiego w biodrach. Pewnie 

jest niezwykle silny, pomyślała z podziwem zmieszanym ze strachem. 

-  No,  muszę  juŜ  iść  do  domu  -  rzucił  jakby  w  odpowiedzi  na  jej  myśli.  -  Bardzo  ci 

dziękuję za  pomoc, informacje i jabłko. I za to, Ŝe opowiedziałaś mi tyle o sobie. Bardzo to 

cenię.  Zapamiętaj jedną rzecz:  ludzie  nie  zawsze  są  tacy, jakie  sprawiają wraŜenie.  MoŜe  to 

brzmi banalnie, ale tak juŜ jest. Wiem to. Wydaje ci się, Ŝe nikt o ciebie nie dba, ale gdybyś 

zajrzała  do  wnętrza  dusz  swoich  bliskich,  zobaczyłabyś  coś  zupełnie  innego.  Pod  słowami  i 

czynami  leŜą  myśli,  a  pod  nimi  właściwe  ja  człowieka.  Widzę,  Ŝe  nie  za  bardzo  mnie  teraz 

rozumiesz, ale pewnego dnia to pojmiesz. Tak w ogóle: czy ty kogoś lubisz? 

Lindis patrzyła na nieznajomego zaskoczona. TeŜ pytanie! PrzecieŜ lubi... no... 

Och, nie! Nikt jej nie przychodzi do głowy! Poza nim, oczywiście, ale... 

Nie zdąŜyła zakończyć myśli, gdy przerwał jej spokojnie: 

- Nie musisz liczyć. MoŜe zrozumiałaś, Ŝe ten problem nie jest taki prosty. No, idź juŜ 

do domu, musisz być głodna. 

- Nigdy nie jestem głodna - odparła szybko, choć kłamała. Była tak głodna, Ŝe Ŝołądek 

aŜ krzyczał. Znów jeden z tych dni, pomyślała gorzko. Musi się zaraz połoŜyć spać, Ŝeby nie 

rzucić  się  na  jedzenie.  Dotychczas  jeszcze  tego  nie  zrobiła,  ale  zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  to 

byłoby niebezpieczne. 

Aby oddalić niezręczny temat, powiedziała szybko: 

- Dzięki, Ŝe tu byłeś! Straciłam nadzieję, Ŝe ktoś mnie uratuje, tym bardziej ktoś tak... 

no, Ŝe w ogóle ktoś tu będzie. Dziękuję! 

Uśmiechnął się krzywo i przez to stał się jeszcze bardziej pociągający. 

-  Znów  marzniesz  -  stwierdził.  -  Dasz  radę  dojść  do  domu?  Wyglądasz  na 

niedoŜywioną. Wszyscy tacy jesteście? 

Nie do końca zrozumiała to pytanie. 

- Jacy wszyscy? 

Nie  odpowiedział.  Lindis  właściwie  była  dumna,  Ŝe  nazwał  ją  niedoŜywioną. 

Oznaczało to, Ŝe choć daleko jej do ideału, to na pewno jest szczupła. 

PogrąŜona we własnych myślach rzuciła: 

- Ale nie zaproszono mnie do Tone. Wszystkich zaprosiła, a mnie nie. 

background image

Popatrzył na nią badawczo. 

- Chyba wiem dlaczego. Tone się ciebie boi, bo jesteś zbyt ładna. 

-  Ja?  -  wykrzyknęła  Lindis.  -  Wcale  nie  jestem  ładna.  Jestem  wielka,  tłusta  i 

niezgrabna. Tak powiedziała Inger - Lise. 

- Przeciwnie! Zobacz sama! Łokcie ci sterczą, ręce i nogi masz jak patyki. Myślisz, Ŝe 

to  ładnie  wygląda?  Widziałem  inne  dziewczyny  tutaj,  miały  krągłe  ramiona  i  piękne  ciała. 

Mogłabyś  pobić  je  wszystkie  pod  względem  urody,  gdybyś  nie  była  taką  wychudzoną 

szczapą. Rozumiem jednak, jesteś chora i dlatego wyglądasz tak brzydko. 

Lindis  nie  zorientowała  się,  Ŝe  on  chce  ją  sprowokować  i  sprawić,  Ŝeby  odzyskała 

rozsądek. Łzy stanęły jej w oczach. 

- Nic nie rozumiesz. Jak moŜesz mówić, Ŝe jestem chuda? Ja chcę być chuda, ale nie 

udaje mi się, mimo Ŝe wcale nie jem. 

- Chcesz się jeszcze ze mną spotkać, Lindis? 

- Tak, bardzo - odparła, zdumiona pytaniem. 

-  Więc  idź  do  domu  i  zjedz  coś  porządnie.  Bez  oszukiwania!  Powinnaś  zacząć 

ostroŜnie i powoli zwiększać porcje. JeŜeli nadal będziesz się odchudzać, zniszczysz organy 

wewnętrzne, a w końcu umrzesz! Chcesz tego? 

Czy nie chciała tego? PrzecieŜ czuła, Ŝe wszystkim zawadza, chciała uciec... 

Zdarzyły  się  jednak  dwie  rzeczy:  znalazła  się  w  rzeczywistym  niebezpieczeństwie 

oraz  spotkała  wspaniałego  przyjaciela.  To  znaczy,  on  chciał  zostać  jej  przyjacielem.  Jeśli 

zacznie jeść. Czy chciała? Teraz, gdy zbliŜała się do ideału? Miałaby to zmarnować? 

A moŜe nie przejmować się sądem Inger - Lise, cóŜ ona znaczyła? 

- Tak, chcę - odpowiedziała, ale zdała sobie sprawę, Ŝe odpowiada na własne myśli, a 

nie na jego pytanie. - To znaczy, nie chcę. Nie chcę umrzeć. Nie teraz. Zrobię, jak mówisz. 

- Wspaniale! I nie zapomnij opatrzyć kolana! 

- Skąd wiesz? - znów się zdumiała. 

Uśmiechnął  się  tylko  i  podniósł  dłoń  w  geście  pozdrowienia.  Wspiął  się  na  skały  i 

zniknął. 

Lindis szła do domu zamyślona. Czuła się o wiele lepiej. Gdy dotarła do pierwszych 

zabudowań,  spróbowała  nawet  wskoczyć  na  murek.  Nie  miała  jednak  dość  sił  i  upadła.  No 

cóŜ, zaśmiała się do siebie. 

W  myślach  powtarzała  sobie  całą  rozmowę  z  nieznajomym.  AŜ  się  wzdrygnęła,  gdy 

uświadomiła sobie, Ŝe zapomniała go spytać o imię. Skąd był? I dokąd poszedł? PrzecieŜ tam 

nikt nie mieszkał. śadnego domu, same wrzosowiska i nieuŜytki. 

background image

No, moŜe znał jakiś skrót. 

Najgorsze,  Ŝe  się  nie  umówili!  A  jeśli  go  juŜ  nie  zobaczy? Był  taki  miły.  Wydawało 

się, Ŝe się dobrze rozumieją, często odpowiadał jej, niemal zanim zadała pytanie. To właśnie 

o takim przyjacielu i koledze marzyła. Fakt, Ŝe był tak męski i przystojny, na pewno stanowił 

zaletę, ale nie liczył się najbardziej. 

Czyli jednak był Norwegiem, mówił bez Ŝadnego akcentu. A głos... 

Głos? 

Zaraz,  jaki  on  miał  głos?  Absolutnie  nie  mogła  sobie  przypomnieć  jego  głosu.  A 

przecieŜ nie tak dawno się poŜegnali! Starała się sobie go przypomnieć ze wszystkich sił, lecz 

nie  mogła.  Jak  go  znów  spotka,  a  musi,  inaczej  Ŝycie  straci  sens,  to  zwróci  uwagę  na  jego 

głos. 

Wcale go nie pamiętała. 

background image

ROZDZIAŁ III 

Powrót  do  jedzenia  nie  był  jednak  taki  prosty,  jak  sądziła.  A  naprawdę  się  starała. 

Okazało  się,  Ŝe  sam  widok  poŜywienia  ją  odrzucał.  Organizm  jak  gdyby  odmawiał  jego 

przyjęcia. Jakaś bariera w mózgu mówiła: nie jedz, bo będziesz gruba i brzydka! Pierwszego 

dnia nic się jej nie udało przełknąć. 

Ratunku!  pomyślała.  Czy  zabrnęłam  aŜ  tak  daleko?  Pomocy!  A  jeśli  juŜ  nie  będę  w 

stanie nic zjeść? Czytałam o takich przypadkach... 

Lindis nie wiedziała, Ŝe choć znalazła się w strefie zagroŜenia, nie groziła jej śmierć. 

Jeszcze  nie.  Osoba  cierpiąca  na  anoreksję  i  pragnąca  wyleczenia  jest  w  o  wiele  lepszej 

sytuacji niŜ taka, która nie chce przyznać się przed samą sobą do choroby. Lindis na szczęście 

nie zapadła na bulimię. ObŜeranie się, a potem wymuszanie torsji wydawało jej się po prostu 

obrzydliwe, nie była w stanie tego zrobić. Nie chciała być nieapetyczna... 

Dziewczyna miała niezwykłe szczęście, Ŝe została obudzona na czas. 

Powrót  do  normalności  był  jednak  trudny.  Lęk  przed  jedzeniem  wciąŜ  jej  nie 

opuszczał. KaŜdemu kęsowi towarzyszyły wyrzuty sumienia. Zmuszała się jednak do tego, co 

jeszcze  niedawno  wydawało  się  jej  nie  do  pomyślenia:  starała  się  przybrać  na  wadze.  Piła 

niewielkie ilości mleka i nawet próbowała takich zakazanych słodkości, jak ciastka z kremem. 

To jednak się nie udawało. Czuła mdłości na samą myśl, Ŝe miałaby jeść coś takiego. 

Jedno wiedziała na pewno: musiała znów spotkać swego wybawiciela. Ale jak? 

W domu nie zastała rodziców. Matka była pewnie na jakimś zebraniu, a ojciec został 

jeszcze w szkole. Ostatnio często tak robił. 

Trzeciego  dnia  Lindis  zrozumiała,  Ŝe  potrzebuje  pomocy.  Najchętniej  pobiegłaby  na 

uroczysko, ale nie mogła, poniewaŜ nie zaczęła jeść.  Tylko trochę mleka, pół talerza zupy... 

Tyle co nic. 

Poszła do szkolnego lekarza. 

Lekarz  dobrze  znał  wszystkich  w  tej  miejscowości.  Dzieci  leczył  od  niemowlęctwa 

poprzez choroby wieku dziecięcego. 

Lindis przeszła od razu do sedna sprawy: 

- Wydaje mi się, Ŝe mam anoreksję. Chciałabym z tego wyjść. 

Poprosił ją o zdjęcie bluzy i koszulki. Na widok odsłoniętego ciała dziewczyny aŜ się 

lekko wzdrygnął. 

- Twoi rodzice cię nie oglądali? 

background image

- Raczej nie - stwierdziła Lindis z rezygnacją. - Mama powiedziała coś przedwczoraj, 

ale chyba zapomniała. 

Lekarz  westchnął  głęboko.  Spytał,  jak  to  się  wszystko  zaczęło.  Z  wahaniem 

opowiedziała  mu  o  tej  fatalnej  lekcji  gimnastyki.  Nie  zdradziła,  z  czyich  ust  padły  te 

brzemienne w skutki słowa, ale doktor od razu odgadł. 

- To pewnie moja jadowita sąsiadeczka, Inger - Lise, która chwali się wszem i wobec, 

jaka  jest  drobna  i  krucha.  Nie  zwracaj  na  nią  uwagi.  Jest  po  prostu  zazdrosna!  UwaŜa,  Ŝe 

wszyscy inni są górami tłuszczu niezaleŜnie od tego, jak naprawdę wyglądają. 

Lindis aŜ się zaśmiała. 

- No, ja nie jestem ładna. 

- Tak uwaŜasz? - zastanowił się lekarz. - No tak, raczej byłaś ładna. Byłaś wtedy sobą, 

a nie tym wysuszonym szkieletem. Nie jesteś doskonałością, ale bije od ciebie blask, którego 

inne mogą ci tylko zazdrościć. 

Dziewczyna chłonęła jego słowa. Czuła, Ŝe to część terapii, ale przecieŜ zgadzały się z 

tym, co mówił jej przyjaciel ze skał. Czy odwaŜy się im uwierzyć? 

Doktor otrzeźwił ją: 

- Muszę jednak przyznać, Ŝe ten blask ostatnio nieco przygasł. Nie jesteś juŜ pogodna. 

- Nie wiem, czemu - szepnęła. - Czuję się niechciana. 

Lekarz popatrzył na nią uwaŜnie. 

-  Raczej  nie  masz  powodu.  Tacy  wspaniali  rodzice,  miła  siostrzyczka,  tyle 

koleŜanek... 

Nie odrzekła nic. Wiedziała juŜ teraz, Ŝe wina leŜy po obu stronach. śądała miłości od 

innych, ale czy dawała coś w zamian? „Jesteś w trudnym wieku”, mówili niezaleŜnie od tego, 

co zrobiła. MoŜe i tak. A nuŜ nie jest z nią tak źle? Gdyby dano jej trochę czasu... 

Lekarz pouczył ją, jak moŜe przybrać na wadze. Poprosił, Ŝeby przejrzała się w lustrze 

wiszącym na ścianie. 

- Jestem strasznie gruba - mruknęła. 

Doktora najwyraźniej to zaniepokoiło. 

- A więc nie oglądaj się juŜ więcej w lustrze. Masz się kimś zająć? MoŜesz zapomnieć 

na trochę o swojej szanownej osobie? Masz psa? 

-  Ha!  -  wykrzyknęła  gorzko.  -  Próbowałam  kilka  lat  temu.  Usłyszałam 

najstanowczejsze „nie” w moim Ŝyciu. 

-  Najbardziej  stanowcze  -  poprawił  lekarz  odruchowo.  -  Dobrze,  przyjdź  do  mnie 

pojutrze, ustalimy wtedy terminy kontroli. Przepiszę ci tabletki stymulujące apetyt... 

background image

Mówił  dalej,  roztaczając  przeraŜające  wizje  zniszczonych  nerek  i  wątroby, 

rozregulowanego układu trawiennego, ustania miesiączki, psucia się zębów... Lindis z dumą 

przyznała, Ŝe tak daleko jeszcze nie zaszła. 

Doktor  kontynuował  wywód,  wspominając  szkody  w  układzie  kostnym,  zmiany  w 

mózgu... To dopiero powaŜnie ją zaniepokoiło, bardzo bowiem ceniła swój mózg. Zakończył 

wizją całkowitego załamania organizmu i jego śmierci. 

Miłe  widoki  na  przyszłość,  nie  ma  co!  Lindis  jednak  była  wdzięczna  lekarzowi  za 

wsparcie mimo tych czarnych barw. Chciał przecieŜ jej dobra! 

Da sobie radę. To będzie trudne, wiedziała. Jedna jej połowa chciała jeszcze schudnąć, 

podczas  gdy  druga  chciała  zasłuŜyć  na  spotkanie  z  wybawcą  znad  morza.  Sama  Lindis  była 

gdzieś pośrodku... 

Weszła  do  domu  z  mocnym  postanowieniem  przeproszenia  za  swoje  zachowanie  w 

ciągu  ostatniego  roku.  Niestety,  dom,  jak  zwykle,  był  pusty.  Cała  zmobilizowana  odwaga 

powoli uciekła. Poczuła, jak gdyby nikogo nie obchodziło, gdzie była ani co robiła. Czy juŜ 

spisali ją na straty? No tak, mogła tylko sobie za to podziękować. Szczerze mówiąc, bywała 

nieznośna... 

Nie  mogła  się  powstrzymać  i  przepytała  się  dyskretnie,  jakby  mimochodem,  czy  w 

okolicy  nie  pojawiła  się  ostatnio  jakaś  grupa  geologów.  Nikt  o  niczym  nie  wiedział.  Nie 

odwaŜyła  się  dociekać,  czy  ktoś  nie  widział  niezwykle  przystojnego  nieznajomego,  aby  nie 

wydać się naiwną. 

Powinna sama pilnować swych rozlicznych znajomych... 

Piątkowy  wieczór  u  Tone  zbliŜał  się  przeraŜająco  szybko.  Lindis  coś  się  zaczęło 

marzyć,  ale  nie  chciała  się  do  tego  głośno  przyznać.  Na  razie  powiedziała  Tone,  Ŝe  tego 

wieczora jest zajęta, ale jeśli zajdzie coś nieprzewidzianego, to moŜe... Zostawiła sobie małą 

furtkę. 

To się nie moŜe udać! Na pewno juŜ dawno stąd wyjechał... 

We wtorek po południu nie wytrzymała. 

Po  szkole  wróciła  do  pustego  domu  i  spróbowała  wmusić  w  siebie  nieco  jedzenia. 

Skończyło  się  jednak  na  chlupoczącej  w  Ŝołądku  filiŜance  czekolady.  Potem  powędrowała 

nad morze. 

Wiosna jeszcze nie nadeszła. W ostrym powietrzu fruwały małe płatki śniegu. 

Na plaŜy nie dostrzegła nikogo, skały takŜe były puste. CzegóŜ oczekiwała? 

Gdyby  tylko  wiedziała, kim jest,  mogłaby  go  odszukać.  A  tak  musiała  czekać,  aŜ  on 

da znak Niby dlaczego miałby to zrobić? Nie była Ŝadną pięknością. Czy chciałby mieć coś 

background image

wspólnego  z  jakąś  siedemnastolatką,  no,  prawie  osiemnastolatką?  Dziewczyną  zajętą 

rozmyślaniem  o  własnej  figurze,  Ŝebrzącą  o  okruchy  sympatii,  a  nie  interesującą  się 

zmartwieniami  innych?  Nienawidzącą  połowy  świata,  mówiącą  tylko  o  sobie?  Dziewczyną, 

która nie spytała swego najlepszego przyjaciela o imię?! 

Bezwiednie zaczęła zbierać kamyki. 

Gdy słońce zaczęło zachodzić, uzbierała juŜ niezły ich pagórek. Co najmniej setny raz 

spojrzała w kierunku skał, gdzie wtedy zniknął. Była juŜ kilka razy na górze i wpatrywała się 

w dal, ale nikogo nie dostrzegła. Tylko pofałdowany, kamienisty teren z wrzosami i kępkami 

drzew. 

Zrozpaczona  i  zmarznięta  snuła  się  wzdłuŜ  plaŜy,  kopiąc  nogą  piasek.  Była 

przygnębiona. On nie przyjdzie, powinna to przewidzieć. Ale nie chciała. 

MoŜe  szukał  minerałów  gdzie  indziej?  O  co  mu  właściwie  chodziło?  Tyle  paplała  o 

swoim  Ŝyciu,  nie  dała  mu  powiedzieć  nic  o  sobie.  Był  geologiem  -  prawie  -  i  dostarczał 

próbki do jakiegoś laboratorium. To wszystko, co o nim wiedziała. Niewiele... 

Ogarnęła  ją  ochota  na  rozwalenie  piramidki  kamieni,  ale  się  rozmyśliła.  Niech  sobie 

leŜy na pamiątkę niespełnionej miłości! 

Niespodziewanie  poczuła,  jakby  przepłynęła  przez  nią  jakaś  fala.  Zesztywniała.  Nie 

miała odwagi się odwrócić. 

Był tu! Był niedaleko, czuła to tak wyraźnie, jakby go widziała. 

Powoli się obróciła. Daleko na skale, odcinając się na tle nieba, stał on. Lindis zrobiło 

się gorąco. Pomachała do niego, a on w odpowiedzi podniósł rękę. Po chwili był juŜ na plaŜy 

i zbliŜał się do niej. 

Lindis  zachowała  w  pamięci  wyidealizowany  obraz  męŜczyzny,  mimo  to  doznała 

szoku.  Właściwie  zapomniała,  jak  bardzo  był  fascynujący  i  przystojny.  Niesamowite, 

mieniące się zielenią oczy aŜ zaświeciły spod czarnych brwi, gdy uśmiechnął się do niej, uka-

zując białe, mocne zęby. Poruszał się miękko jak kot, choć był solidnie zbudowany. Miał na 

sobie ten sam kombinezon, ale juŜ bez woreczka u pasa. 

- Ja... nie sądziłam, Ŝe przyjdziesz - odezwała się Lindis, szczęśliwa. 

- Analizowałem próbki w laboratorium - odpowiedział. - Teraz mogę trochę odpocząć. 

Długo tu jesteś? 

- Nie, dopiero przyszłam. 

Spojrzał na piramidkę kamieni i pewnie pomyślał swoje, ale tylko się uśmiechnął. 

Lindis nie mogła rozgryźć, skąd pochodzi. Nie był  Latynosem ani Arabem, mimo  Ŝe 

dostrzegała jakiś azjatycki rys w twarzy, coś w oczach i kościach policzkowych. Wiele innych 

background image

cech  wykluczało  jednak  orientalny  rodowód.  W  ogóle  nie  pasował  do  Ŝadnego  ze  znanych 

Lindis typów antropologicznych. 

- Wydaje mi się, Ŝe masz dziś bardziej zaróŜowione policzki - rzucił zamyślony. 

AŜ się rozjaśniła. 

- O, tak, chodzę do lekarza. Pomaga mi powrócić do normalnego jedzenia. Trochę mi 

to wolno idzie, muszę przyznać. Nie mogę przezwycięŜyć strachu przed przytyciem. Ale się 

nie poddaję. Wytrzymam. Dzięki, Ŝe mówiłeś o mnie takie okropne rzeczy! 

- Doprawdy, mówiłem? 

-  No,  a  wychudzona  szczapa?  Tak  mnie  nazwałeś.  Mówiłeś  o  innych  miłych 

dziewczynach  z  róŜnymi  krągłościami.  To  zrobiło  na  mnie  wraŜenie.  O  wiele  większe,  niŜ 

gdybyś mi współczuł. 

- Muszę przyznać, Ŝe zrobiłem to celowo - zaśmiał się. - Chciałem cię nastraszyć. 

-  I  udało  ci  się!  Starałam  się  takŜe  więcej  myśleć  o  innych.  Miałam  przeprosić 

przybraną matkę za moje nieznośne zachowanie. Ale nigdy nie było jej w domu, tak jak ojca i 

Karin. Zawsze coś mają do roboty. 

- A ty? 

- No... zdarza się. Słyszysz, jaka jestem miła? 

- Tak. I zadowolona! No właśnie. Jeśli jest coś, co nikomu nie sprawia przyjemności, 

to właśnie skwaszona mina. To największy wróg człowieka w kontaktach z innymi ludźmi. 

-  Zapamiętam  to  sobie.  Trudno  być  zadowolonym,  mając  uczucie,  Ŝe  się  komuś 

zawadza. 

Jedna  myśl  nie  dawała  jej  spokoju.  Ogarnęła  ją  nieodparta  chęć  spytania  go  o  coś, 

jednak strasznie się krępowała. 

- No? - rzucił, zerkając na nią z ukosa. - O co chciałaś zapytać? 

Mówił tak przyjaźnie, Ŝe zebrała całą odwagę i zaryzykowała: 

-  Mam  iść  do...  koleŜanki  w  piątek  wieczór.  No  i  pomyślałam...  -  głos  jej  zamierał, 

więc dokończyła niemal niedosłyszalnie: - Zastanawiałam się, czy nie mógłbyś pójść tam ze 

mną. 

Długo  patrzył  na  nią.  Dziewczyna  zerknęła  na  niego,  zaŜenowana.  Dlaczego  tak  od 

razu go spytała? Dopiero co się przywitali. Powinna była zaczekać. Albo dać spokój. 

- Dziękuję, Ŝe mnie zaprosiłaś - odparł w końcu. - Niestety, nie mogę. 

CzyŜby zgasło słońce? Dlaczego wszystko tak poszarzało? 

- Aha - zawiesiła głos. - Jesteś zajęty? 

- Nie, nie jestem. To po prostu... Tak, to niemoŜliwe. 

background image

- Ale dlaczego? 

Widziała,  jak  mięśnie  jego  twarzy  napinają  się  pod  skórą,  jednak  nie  odpowiedział. 

Patrzył  w  morze.  Lindis  grzebała  nogą  w  piasku,  boleśnie  zawiedziona.  Właśnie  sobie 

uświadomiła,  jak  bardzo  chciała,  Ŝeby  on  poszedł  z  nią  do  Tone.  Wcześniej  myśl  ta  tkwiła 

gdzieś głęboko, nieuświadomiona. 

Dotknął delikatnie jej włosów. Serdecznie, jakby odgadywał jej rozczarowanie i chciał 

pomóc, ale nie mógł. Wydawało się, Ŝe jest mu równie przykro, jak jej. 

Zadziwiające, jak bardzo dobrze wyczuwali swoje nastroje. Pasowali do siebie jak nikt 

inny! 

Mimo  to  było  w  nim  tyle  zagadek.  Na  przykład  to,  Ŝe  zawsze  się  odwracał,  kiedy 

mówił.  A  jeśli  nie,  to  patrzył  na  nią  tak  intensywnie  tymi  swoimi  jasnymi  oczami,  jakby  ją 

hipnotyzował. 

Nagle przypomniała sobie, Ŝe postanowiła zwrócić uwagę na jego głos. Dziwne, nadal 

nie mogła stwierdzić, jaką miał barwę. Chyba bardziej pasowała niska. Teraz posłucha. 

- Czy laboratorium jest daleko stąd? - spytała. 

Jego  podłuŜne,  sugestywne  oczy  popatrzyły  na  nią  z  góry.  Tym  razem  nie  da  się  im 

rozproszyć. Zmusiła się do patrzenia na jego usta. 

- Nie, to niedaleko. 

Lindis poczuła lodowaty dreszcz. 

Z niezwykłą wyrazistością usłyszała szum fal. 

Uniosła drŜącą dłoń ku twarzy, jakby w obronie. 

Odpowiedział,  słowa  słyszała  wyraźnie.  Jednak  nie  poruszył  ustami,  nie  wydobył 

Ŝ

adnego dźwięku. 

Jego odpowiedź Lindis usłyszała w swojej głowie! 

On nie miał głosu! 

background image

ROZDZIAŁ IV 

Lindis zaczęła krzyczeć. 

Krzyczała z całych sił, uciekając w panice w kierunku osady. Właściwie nie w strachu, 

a  w  proteście.  W  proteście  przeciw  złemu  losowi,  który  odbierał  jej  jedynego  przyjaciela, 

jakiego kiedykolwiek miała. W ostatniej chwili dostrzegła, jak jego oczy robią się ogromne ze 

zdziwienia  i  strachu.  Słyszała  jego  miękkie,  szybkie  kroki  za  sobą  i  czuła,  jakby  coś  ją 

zmuszało  do  zatrzymania.  WytęŜyła  jednak  wszystkie  siły  i  biegła  dalej,  zapadając  się  w 

piasku po kostki. Wydawało jej się, Ŝe to scena z jakiegoś sennego koszmaru. 

Gdy dotarła do skał, nogi odmówiły jej posłuszeństwa. ZuŜyła całkiem swoje nędzne 

siły. 

On  juŜ  jej  nie  gonił,  nie  słyszała  jego  kroków.  Gdy  tak  stała  oparta  o  skalną  ścianę, 

starając się odzyskać oddech, poczuła coś przedziwnego. 

Coś  otuliło  ją  ze  wszystkich  stron,  jakby  mgła  ciepła,  bezpieczeństwa  i  przyjaźni. 

WraŜenie  było  tak  silne,  Ŝe  osunęła  się  na  kolana.  Z  czołem  wspartym  o  zimną  skałę 

rozpłakała się głośno. 

Poczuła  jego  dłoń  gładzącą  jej  włosy  i  wtedy  strach  zniknął.  Pięścią  otarła  oczy.  On 

ukucnął obok, czekając cierpliwie, aŜ się całkiem uspokoi. 

- Wybacz mi - powiedział miękko. - Musiałem cię zatrzymać. 

- Jesteś brzuchomówcą? - spytała, pociągając nosem. 

Uśmiech przemknął przez jego twarz. 

- Nie, nie jestem. 

- No to... - zawstydziła się, lecz pytała dalej: - Jakimś duchem? 

- Nie! - zaśmiał się. - Czy odwaŜysz się pójść ze mną? Do laboratorium? 

Zawahała się, ciągle jeszcze przestraszona. 

-  Pamiętam  -  zaczął  ciepło  -  pamiętam,  jak  pewna  dziewczyna  mówiła  ostatnio  o 

Przygodzie. śałowała, Ŝe się nic nie dzieje, Ŝe jest tak nudno... 

-  Tak,  to  prawda,  ale  mówiłam  o  niewielkiej  przygodzie,  nie  o  takiej,  która  mnie 

przytłoczy. 

Popatrzył na nią przyjaznymi, mądrymi oczami, aŜ uśmiechnęła się nieśmiało. 

- Nie wiem, czy jesteś potworem, ale jeśli tak, to na pewno miły z ciebie potwór. 

Delikatnie postawił ją na nogi. 

- Chodź. 

background image

Wspięli  się  na  skały,  minęli  wrzosowisko,  przeszli  kilka  wzniesień  i  dotarli  do 

ś

wierkowego lasku. Słońce juŜ dawno zaszło, w lesie było ciemno i nieprzyjemnie, ale Lindis 

ufnie  szła  za  nieznajomym.  Nie  odwracał  się,  aby  sprawdzić,  czy  za  nim  idzie,  ale 

przytrzymywał gałęzie, Ŝeby jej nie uderzyły. Nadal nic nie rozumiała, ale w jakiś przedziwny 

sposób ten niezwykły męŜczyzna przekazał jej, Ŝe nie powinna się bać i Ŝe moŜe mu zaufać. 

Nie czuła juŜ strachu, tylko igiełki podniecenia. 

AleŜ  mam  dzisiaj  kondycję,  pomyślała  zdziwiona.  Czy  sprawiły  to  rzeczywiście  te 

szklanki mleka i porcyjki jedzenia? Zadziwiające! 

Weszli na kamienne rumowisko, przez które prowadził ją jakby niewidzialną ścieŜką, 

aŜ dotarli do głębokiego wąwozu, niewidocznego z zewnątrz. 

To nie mogę być ja, pomyślała. Takie rzeczy nie zdarzają się Lindis Bergstrøm. 

Tylko  jeden  raz  „przemówił”  do  niej.  Spytała  go,  dlaczego  zszedł  do  niej  właśnie 

dzisiaj. 

- Wołałaś mnie - stwierdził krótko. 

- Naprawdę? 

- Tak. Kilka razy pomyślałaś przecieŜ: „Przyjdź, musisz do mnie przyjść”. 

- No tak. Usłyszałeś to? 

-  Oczywiście.  PrzecieŜ  zwracałaś  się  bezpośrednio  do  mnie.  Nie  powinienem  był 

przychodzić,  bo  to  jest  niebezpieczne  dla  nas  obojga,  ale  usłyszałem,  jaka  jesteś  smutna. 

Sama  rozumiesz,  juŜ  nasze  pierwsze  spotkanie  było  niedozwolone,  ale  jeszcze  gorzej,  Ŝe 

przyszedłem do ciebie dzisiaj. No cóŜ, jakoś to naprawimy. 

Zatrzymał się na polance. 

- Dlaczego stoimy? - spytała Lindis. 

- Wołam pozostałych. 

Jej oczy rozwarły się szeroko. Pozostałych? Było ich tu więcej? 

- Jest nas trzech - odpowiedział. 

Miała teraz dowód, Ŝe umiał czytać w myślach, gdyŜ nie spytała głośno. 

Znów się odezwał: 

- Nie musisz mówić. To tylko przeszkadza, gdyŜ nie rozumiem twojego języka. Jeśli 

chcesz mi coś przekazać, po prostu pomyśl! To wystarczy. 

- Czytasz moje wszystkie myśli? - spytała przeraŜona Lindis. 

- Wszystkie - przyznał z uśmiechem. 

Lindis  ucieszył  fakt,  Ŝe  zapadły  juŜ  ciemności,  bo  zorientowała  się,  jak  palą  ją 

policzki. 

background image

Nieznajomy zadał jej jednak ostateczny cios. 

- I widzę w ciemności - dodał. 

Lindis poddała się i wybuchnęła śmiechem. On przyłączył się do niej, widać teŜ chciał 

rozładować napięcie. JuŜ nie wstydziła się, Ŝe obcy widzi ją na wskroś. Wiedziała, Ŝe ją lubi i 

Ŝ

e dobrze się z nią czuje. 

Nagle  znów  się  przestraszyła.  Z  lasu  po  drugiej  stronie  polany  wyszło  dwóch 

męŜczyzn.  Lindis  i  jej  towarzysz  ruszyli  im  na  spotkanie.  Ze  strachu  dziewczynie  aŜ 

szczękały zęby. 

Jeden  z  przybyszów  był  wysokim,  władczym  męŜczyzną  w  średnim  wieku.  Spojrzał 

ostro na Lindis oczami o niezwykłej sile wyrazu. Znów miała uczucie, którego zaznała przy 

pierwszym  spotkaniu  z  przyjacielem  -  Ŝe  oto  ktoś  zagląda  jej  w  duszę.  Drugi  z  nich  był 

jeszcze  starszy,  patrzył  na  nią  przyjaznymi,  mądrymi  oczami.  Obaj  byli  równie  niezwykli, 

przystojni i ciemnowłosi jak jej towarzysz. 

Ich  „rozmowa”  przebiegała  najwyraźniej  burzliwie,  o  ile  mogła  się  domyślić  ze 

ś

ciągniętych brwi tamtych dwu i ich oczu ciskających błyskawice. 

Wreszcie ten, którego w myślach nazwała szefem, zwrócił się do niej. 

-  Lo  popełnił  kardynalny  błąd,  spotykając  się  z  tobą  ponownie  -  „powiedział”.  - 

Obarczył  w  ten  sposób  twoje  młode  barki  zbyt  wielkim  cięŜarem.  UwaŜa  jednak,  Ŝe  jesteś 

mądrą  dziewczyną,  co  zresztą  teŜ  stwierdziliśmy  z  uczonym  Tanem.  Dlatego  witam  cię  i 

zapraszam na powaŜną rozmowę. 

Poszli przodem przez las. Lo wziął ją za rękę, chroniąc przed upadkiem. 

A więc miał na imię Lo. Wiedziała, Ŝe po szwedzku „lo” znaczy tyle co „ryś”. To imię 

pasowało do jej przyjaciela. Był silny i zwinny jak kot. 

Pomiędzy drzewami zarysował się potęŜny blok skalny. 

Przywódca podszedł bliŜej i odsunął wejście w „skale”. 

Serce Lindis waliło mocno. Ścisnęła dłoń Lo. Odwzajemnił jej uścisk uspokajająco. 

- Czy to jest UFO? - szepnęła. - Latający talerz? 

- Tak, tak je nazywacie - odpowiedział szef. Musieliśmy go dobrze ukryć, aby nikt go 

nie znalazł. Proszę, wejdź! 

Lindis zawahała się. 

-  Wejdź,  nie  bój  się.  Nie  wzniesiemy  się  w  powietrze  z  tobą  -  uśmiechnął  się 

najstarszy z nich, ten, którego spontanicznie nazwała profesorem. 

Jego  słowa  brzmiały  bardzo  przyjacielsko.  O  ile  w  ogóle  mogła  coś  takiego 

stwierdzić... PrzecieŜ nic nie powiedział głośno. 

background image

Wzięła  głęboki  oddech  i  wkroczyła  do  środka.  Gdy  drzwi  zasunęły  się  za  nimi,  Lo 

zapalił niewidoczne światło, dyskretnie oświetlające pomieszczenie. 

Znajdowali  się  w  czymś  w  rodzaju  salonu.  Przymocowane  do  podłogi  meble  o  linii, 

jakiej dotychczas Lindis nie widziała, wydawały się być najlepszego gatunku. Miały łagodne 

kolory, połączone w zaskakujące zestawienia. W pomieszczeniu zobaczyła wiele drzwi, teraz 

zamkniętych. Panowało miłe ciepło. W zasadzie nie wiedziała, czy to, co dostrzega powinna 

nazywać meblami, lampami czy moŜe ścianami... 

MęŜczyźni  śmiali  się  z  jej  zmieszania.  Przywódca  zaprosił  ją,  Ŝeby  usiadła.  Z 

wahaniem  wybrała  siedzenie  wielkości  wanny,  ale  o  wiele  wygodniejsze.  Przy  wszystkich 

siedziskach wisiały szerokie pasy. 

- To pasy bezpieczeństwa - odpowiedział Lo. 

- Jesteście z Marsa? - spytała Lindis nieśmiało. 

Lo  pokręcił  przecząco  głową  z  uśmiechem.  ZdąŜyła  juŜ  polubić  ten  jego  ciepły, 

melancholijny  uśmiech.  Czuła,  Ŝe  traktował  ją  trochę  jak  dziecko,  jednak  nie  demonstrował 

przy tym wyŜszości, tylko opiekuńczość. 

Wszyscy  usiedli.  Lo  przyniósł  jeszcze  tacę  z  owocami  i  orzechami,  jakich  nigdy  nie 

widziała.  OstroŜnie  wzięła  jakiś  czerwony  owoc.  Smakował  wybornie:  był  słodki  i 

aromatyczny. 

Nagle dostrzegła swoje jabłko, leŜało pokrojone na szklanym blacie. Lo podąŜył za jej 

wzrokiem. 

-  No  tak,  wybacz  mi,  ale  nie  mogłem  się  oprzeć  pokusie  zbadania  go. 

Wykorzystujemy kaŜdą okazję, która się nadarza. 

Szef  wziął  cząstkę  czegoś,  co  nie  przypominało  jej  niczego  znanego,  i  odpowiedział 

na zadane wcześniej pytanie: 

- Nie, na Marsie nie ma ludzi. Lo, przynieś mapę tutejszego nieba, którą narysowałeś. 

Lo  wstał.  Jedne  z  drzwi  otworzyły  się  i  Lindis  dostrzegła  laboratorium  ze  stołem 

zastawionym róŜnymi aparatami. 

Wrócił,  przestawił  tacę  z  owocami  i  rozłoŜył  mapę  nieba.  Lindis  rozpoznała  Wielki 

Wóz, Kasjopeję i jeszcze kilka innych gwiazdozbiorów. Mapa była dokładna i czytelna. 

Przywódca dał znak „profesorowi” Tanowi, który spojrzał na Lindis swymi ciepłymi 

oczami. 

-  We  wszechświecie  jest  około  trzydziestu  miliardów  gwiazd,  przynajmniej  o  tylu 

wiemy  -  usłyszała  jego  myśli.  -  Jedną  z  nich  jest  wasze  Słońce.  Wokół  wielu  z  nich  krąŜą 

planety.  Liczba  planet  we  wszechświecie  nie  jest  znana,  ale  na  pewno  wielokrotnie 

background image

przekracza  liczbę  gwiazd.  W  tym  systemie  słonecznym,  w  którym  teraz  jesteśmy,  tylko  na 

Ziemi,  po  procesie  trwającym  miliony  lat,  pojawił  się  człowiek  Najmniejsze  odchylenie 

mogłoby spowodować, Ŝe rozwinęłaby się zupełnie inna forma Ŝycia. 

Spojrzał na nią, aby sprawdzić, czy nadąŜa, i kontynuował: 

- MoŜna wobec tego oczekiwać, Ŝe wśród tak ogromnej ilości ciał niebieskich znajdą 

się  i  takie,  na  których  istnieją  podobne  warunki  do  Ŝycia,  jak  na  Ziemi.  Jest  ich  wiele! 

Niektóre leŜą w podobnej odległości od swego słońca, liczne spośród nich mają podobne do 

ziemskich warunki do rozwoju form Ŝycia. Potrzebny jest jeden związek chemiczny, na razie 

o  nim  nie  będę  mówił,  niezbędny  do  otrzymania  wody.  Wiesz,  Ŝe  twoją  planetę  nazywają 

„niebieskim  klejnotem”?  To  oceany  nadają  jej  taką  przepiękną  barwę.  Jest  mnóstwo  planet, 

na  których  stwierdzono  takie  czy  inne  formy  Ŝycia.  Ale  tylko na jeszcze jednej  z  nich,  o  ile 

wiemy,  powstali  ludzie.  To  zakrawa  na  cud,  Ŝe  na  dwóch  planetach  rozwinęły  się  niemal 

identyczne stworzenia. 

- Gdzie jest ta planeta? - spytała Lindis podniecona. 

Profesor pochylił się nad mapą. 

- Mamy tu niebo półkuli północnej. Widzisz te trzy jasne gwiazdy stojące w szeregu... 

- Pas Oriona - skinęła głową Lindis. 

- Tak to nazywacie? - zdziwił się Tan. - TuŜ ponad nimi są dwie duŜe gwiazdy. 

- Rigel i Betelgeuse - pomyślała dziewczyna. 

- Znasz je, słyszę. Jeśli przeciągniemy linię od nich w lewo, dojdziemy do tej gwiazdy. 

MoŜe i ją znasz? 

Lindis była zadowolona, Ŝe astronomia interesowała ją od dawna. 

- To Procjon w Małym Psie. 

Lo  i  jego  szef  spojrzeli  na  nią  z  uznaniem,  a  ona  odwzajemniła  ich  spojrzenie 

radosnym uśmiechem. 

- To nasze słońce - powiedział profesor Tan. - A jego czwarta planeta to nasz dom. 

Lindis  spojrzała  na  Lo  z  rezygnacją.  Skoro  juŜ  wreszcie  znalazła  przyjaciela,  to  czy 

nie mógłby mieszkać choć trochę bliŜej? 

- Ale jak to jest, Procjon stanowi chyba układ podwójny? 

Trzej męŜczyźni popatrzyli po sobie. 

-  Wiesz  co?  -  spytał  przywódca.  -  Coraz  bardziej  cię  lubię,  Lindis.  Lo  rzeczywiście 

dobrze  cię  ocenił  po  pierwszym  spotkaniu.  Nie  mógł  wybrać  lepiej,  skoro  juŜ  absolutnie 

musiał zaplątać się w układy z Ziemianami. 

Lindis aŜ promieniała. 

background image

- Tak, nie mylisz się, mamy dwa słońca - przyznał Tan. - Jedno nas nie obchodzi, bo 

jest małe i leŜy za daleko, aby wywierać jakikolwiek wpływ na nasz klimat. To dzięki temu 

drugiemu nie mamy śniegu ani lodu takiego jak u was. 

- Czy na waszej planecie jest ładnie? - spytała Lindis z ciekawością, nadal nie mogąc 

w  to  wszystko  uwierzyć.  AŜ  się  uszczypnęła  ukradkiem.  Lo  uśmiechnął  się,  a  ona  zalała 

rumieńcem. 

-  Jest  bardzo  ładnie  -  odrzekł  szef.  -  Wspaniałe  kolory,  bujna  natura,  właśnie  ze 

względu na wodę, zaawansowana cywilizacja. Mamy miasta, które są klejnotami piękności i 

stanowią arcydzieła miękkich linii. 

- Czyli to raj? 

- Nie, aŜ tak nudno tam nie jest. ZauwaŜyłaś pewnie, Ŝe jesteśmy solidnie zbudowani i 

mamy wysoko rozwinięte zmysły. Nie wspięliśmy się jednak na nasz poziom tak całkiem bez 

wysiłku.  Jesteśmy  pokojowo  nastawionym  ludem  o  wysokiej  moralności. Przestępczości  nie 

ma u nas prawie wcale. 

Lindis słuchała z napięciem jego słów, przerwała w końcu: 

- Powiedz mi, Ŝyjecie o wiele bliŜej Syriusza niŜ my. To najpiękniejsza gwiazda, jaką 

znam. Czy widziana u was jest równie ładna? 

- Odległości na niebie są często mylące. Jest moŜe nieco większa - wyjaśnił profesor. - 

Stanowi układ podwójny, a właściwie potrójny. Właśnie dlatego ładniej wygląda stąd. 

Odwróciła się w stronę przyjaciela. 

- Czy to nie dziwne stać tu i widzieć swoje słońce jako maleńką gwiazdę? 

- Tak - skinął głową Lo. - To budzi tęsknotę. 

- Tęsknisz do domu? 

- Czasem. 

- Lo jest najlepszym badaczem kosmosu młodej generacji - wtrącił profesor. - Jest w 

przestrzeni juŜ dziesięć lat. 

- Dziesięć lat? 

- No tak, podróŜ na Ziemię nie trwa bynajmniej kwadrans. 

Lindis zamilkła na chwilę. 

- Czy odwiedziliście wiele miejsc w kosmosie? 

-  Na  przestrzeni  dziejów  tak.  Jesteśmy  daleko  przed  wami  pod  względem  rozwoju. 

Nasze  zainteresowanie  skupia  się  jednak  na  tej  planecie  -  tłumaczył  przywódca.  -  Na  tej 

biednej,  pięknej  planecie  z  jej  wiecznymi  wojnami.  Ma  coś  w  sobie, co  zapada  w  serce.  Te 

background image

melancholijne,  rozmarzone  wiosny,  gwałtowne  burze  śnieŜne...  To  dziwne,  ale  ta  część 

planety bardziej nam się podoba niŜ bogate, przyciągające wzrok południe. 

-  Tak  -  zgodziła  się  zamyślona  Lindis.  -  My,  mieszkańcy  północy,  chętnie 

podróŜujemy, by oglądać świat. Ale im dalej na południe docieramy, tym mocniej tęsknimy 

za domem. Mówi się, Ŝe najgorzej pod tym względem mają Eskimosi. 

Lo pokiwał głową. 

-  Coś  jest  w  tym,  o  czym  mówisz.  Myślę,  Ŝe  dlatego  lubimy  tę  część  Ziemi,  gdyŜ 

przypomina  nam  naszą  planetę.  Nie  mamy  co  prawda  zimy,  ale  jest  coś  podobnego  w 

powietrzu, w świetle. Nasza przyroda jest bogatsza, zbiory obfitsze, ale ta wasza, północna, w 

swej surowości ma coś pięknego. 

Lindis poczuła patriotyczną dumę. 

- Jesteście tu juŜ długo? 

- Tutaj jesteśmy juŜ drugi tydzień, ale byliśmy teŜ w innych miejscach na Ziemi. 

- To was moŜna spotkać jako UFO? 

-  No,  jest  ich  wiele  typów,  my  latamy  jednym  z  nich  -  odpowiedział  szef.  - 

Kilkakrotnie o mało nie natknęliśmy się na ludzi, ale udało nam się ukryć. Ty jesteś pierwszą 

osobą, z którą nawiązaliśmy kontakt. 

- Ale dlaczego nie... Znaczy, jesteście przecieŜ mili i pokojowo nastawieni. Dlaczego 

nie chcecie się ujawnić? 

Oczy profesora posmutniały. 

-  Nie  mamy  odwagi.  Tak  długo,  jak  toczą  się  tu  wojny,  nie  moŜemy.  Człowiek,  na 

którego  byśmy  trafili,  mógłby  chcieć  nas  wykorzystać  przeciw  swojemu  wrogowi.  Nie 

mówiąc  juŜ  o  tych  szczegółowych  badaniach  i  kwarantannach,  jakie  musielibyśmy  przejść, 

aby  zostać  zaakceptowanymi.  O  ile,  oczywiście,  nie  zastrzelono  by  nas  w  panice,  zanim 

zdołalibyśmy się odezwać... 

Lindis uznała jego racje. 

- A właśnie... czy wy ze sobą nigdy nie rozmawiacie? Tak, jak my? 

- Rozmawiamy, ale rzadko. Mamy swój język, ale go nie potrzebujemy. Tylko w nim 

czytamy.  Nauczyliśmy  się  zresztą  angielskiego  i  rosyjskiego  na  wypadek  zaskoczenia.  Tak 

jak  to  przydarzyło  się  Lo.  Przypuszczał,  Ŝe  uwierzysz,  Ŝe  rozmawia  z  tobą  po  norwesku. 

Najwyraźniej cię nie doceniał. 

Lindis pokazała Lo język, a on odpowiedział śmiechem. 

Długo siedziała, rozmawiając z obcymi przybyszami. Opowiadali o kosmosie i swych 

podróŜach tak wspaniałe rzeczy, Ŝe Lindis z podniecenia aŜ płonęły uszy. Dowiedziała się teŜ, 

background image

Ŝ

e  oni  Ŝyją  dwa  razy  dłuŜej  niŜ  ziemscy  ludzie  i  Ŝe  Lo,  który  ma  trzydzieści  cztery  lata  -  o 

rany, aŜ tyle?! - odpowiada wiekiem tutejszemu siedemnastolatkowi. No, to juŜ lepiej brzmi. 

Sto pięćdziesiąt lat profesora Tana odpowiada w takim razie siedemdziesięciu pięciu. 

-  A  gdybym  do  was  przybyła,  miałabym  z  powrotem  osiem  lat?  -  zastanawiała  się 

Lindis. 

Zaśmiali się. 

- Nie, to niemoŜliwe. Zachowałabyś jednak młodość jeszcze przez wiele lat. 

- PrzecieŜ jestem z Ziemi. Chyba nie mogłabym doŜyć dwustu lat? 

-  Mogłabyś.  Mamy  specjalną  dietę,  która  by  to  sprawiła.  Spreparowaliśmy  pewne 

związki, które opóźniają proces starzenia. 

Lindis zaniemówiła. W głębi duszy powstało pewne ciche i beznadziejne marzenie... 

Nie  pokazali  jej  pozostałych  pomieszczeń,  nie  prosiła  zresztą  o  to.  Gdy  wstała, 

szykując się do wyjścia, przywódca powiedział: 

-  Zdajesz  sobie  sprawę  z  odpowiedzialności,  jaka  teraz  na  tobie  spoczywa.  JeŜeli 

piśniesz o nas choć słowo... 

Lindis przysięgła, Ŝe będzie milczeć. 

Wspomniała jeszcze o imprezie u Tone i o tym,  Ŝe chciała, by Lo poszedł tam z nią. 

Po krótkiej, niesłyszalnej dla niej dyskusji szef stwierdził: 

-  Ryzyko  jest  zbyt  duŜe.  Byłoby  to  rzeczywiście  interesujące,  gdyby  Lo  mógł 

poobserwować ludzi z  tak bliska, moŜe nawet by mu się udało, ale jesteś jeszcze ty, Lindis. 

Znalazłabyś  się  w  trudnej  sytuacji,  musiałabyś  z  pewnością  odpowiadać  na  podchwytliwe 

pytania.  Nie  moŜemy  wymagać  aŜ  takiej  dyplomacji  od  siedemnastolatki.  Dlatego  niestety 

musimy odmówić. 

- Za kilka dni skończę osiemnaście! - sięgnęła po ostatni argument. 

- NiemoŜliwe - uśmiechnął się Lo. 

- I ty to mówisz! - zdenerwowała się dziewczyna. - Sam masz ledwo siedemnaście. 

- Trzydzieści cztery - odparł Lo. 

- Siedemnaście! 

- Trzydzieści cztery - upierał się. 

-  Dzieci!  -  westchnął  Tan.  -  Gdy  ciebie  teraz  słucham,  Lo,  wydaje  mi  się,  Ŝe  nasz 

preparat opóźnia takŜe rozwój inteligencji... Lo skończył trzydzieści cztery lata, Lindis. 

-  No,  to  w  takim  razie  jest  dziadkiem  -  mruknęła,  bo  chciała,  Ŝeby  do  niej  naleŜało 

ostatnie słowo. 

background image

-  Jeśli  zechcesz  znów  tu  przyjść,  serdecznie  zapraszamy  -  odezwał  się  dowódca 

przyjaźnie.  -  Jesteś  mądra,  chętnie  dowiedzielibyśmy  się  za  twoim  pośrednictwem  czegoś 

więcej o ludziach. Chciałabyś? 

-  O,  tak!  -  wykrzyknęła  Lindis  z  oczami  promieniejącymi  szczęściem.  Do  diabła  z 

imprezą  u  Tone,  to  było  stokroć ciekawsze!  -  Jesteście  tacy  mili i  wszystko jest  tu  strasznie 

ciekawe. MoŜecie mnie pytać, o co chcecie, i badać mnie, ile chcecie! 

Zaśmiał się. 

- Nie będziemy natarczywi, obiecuję. 

Lindis znów miała wraŜenie, Ŝe się wygłupiła. 

- Lo odprowadzi cię przez las. Dalej pójdziesz juŜ sama. Do widzenia! 

CóŜ za wspaniałe słowa! 

W lesie było juŜ całkiem ciemno. Ponad drzewami migotały gwiazdy. 

Gwiazdy...  Zawsze  myślała  o  nich  jak  o  jasnych  punkcikach  o  ładnych  nazwach, 

ś

wiatełkach  wiszących  gdzieś  w  przestrzeni.  Dopiero  teraz  uprzytomniła  sobie  niezwykłość 

sytuacji,  w  jakiej  się  znalazła.  MęŜczyzna  idący  przed  nią  pochodził  gdzieś  stamtąd,  z 

dalekiej gwiazdy. Procjon... AŜ szepnęła tę nazwę do siebie. 

Dotarli  na  skraj  lasu.  Przed  nimi  rozciągało  się  wrzosowisko  skąpane  w  zimnym 

blasku księŜyca. Lo zatrzymał się i odwrócił do Lindis. 

AŜ się wzdrygnęła. 

- Lo! - krzyknęła - Twoje oczy świecą! 

- To tylko odbicie księŜyca - uśmiechnął się. - Przestraszyłaś się? 

ZadrŜała. 

- Wygląda to trochę niesamowicie... 

- Przyzwyczaisz się. Widzisz tę drogę? 

Lindis niczego nie dostrzegła. 

- Tam, pomiędzy wzgórkami. Idź tamtędy, będziesz szybciej w domu. Pospiesz się, na 

pewno się o ciebie niepokoją. 

- A niech tam - prychnęła gorzko. 

-  Na  pewno!  No  i...  Idź  na  tę  imprezę  w  piątek!  Za  duŜo  przebywasz  sama.  AleŜ  ty 

marzniesz! Chcesz ten szalik? Ładnie ci w nim było. 

-  Och,  dajesz  mi  go?  Dzięki,  Lo!  TeŜ coś  ci  dam...  Zobacz,  to  moje  zdjęcie.  Zawsze 

moŜesz wziąć papier do analizy - zakończyła ironicznie. 

- Przyjdziesz jutro? - Zerknął na zdjęcie i uśmiechnął się. - Dziękuję! 

Ucieszyła się. 

background image

- Jutro? Na pewno! Gdzie się spotkamy? 

- Tutaj. To bliŜej niŜ z plaŜy. 

- Przyjdę od razu po szkole. Gdy słońce będzie nad morzem. Dobranoc, Lo! Dziękuję 

za wspaniały wieczór! 

- Dobranoc, mała Lindis! 

Zniknął pomiędzy drzewami. Stała jeszcze i patrzyła za Lo. Po prostu stała i myślała o 

nim. Westchnęła głęboko z bezgranicznego szczęścia. 

Jej marzenie o przyjacielu się spełniło. I to jak! 

Nagle zasmuciła się. PrzecieŜ w końcu go straci, naleŜy przecieŜ dosłownie do innego 

ś

wiata... 

NiewaŜne! Jutro go znów zobaczy! CzyŜ moŜe być większe szczęście? 

background image

ROZDZIAŁ V 

Zegar  kościelny  wybił  jedenastą,  gdy  Lindis  szła  przez  ulice  z  szalikiem 

powiewającym na wietrze. Tak późno jeszcze nigdy nie była sama poza domem. MoŜliwe, Ŝe 

macie  tam  gdzieś  w  gwiazdach  wysoki  poziom  moralności,  pomyślała,  jednak  tu  na  Ziemi 

zwabiacie niewinne dziewczyny na drogę pokus. Pomyśleć, jedenasta w nocy, a ja sobie idę! 

Stłumiła triumfalny śmiech. 

Siedzieli i czekali na nią wszyscy troje... Ojciec zerwał się z fotela i krzyknął: 

-  Gdzieś  ty,  u  diabła,  była  o  tej  porze?!  Myślisz,  Ŝe  moŜesz  robić,  co  ci  się  Ŝywnie 

podoba? Gdzie byłaś? Wytłumacz się! 

- U przyjaciela - odpowiedziała Lindis cicho. 

- U jakiego znów przyjaciela? U chłopaka? 

-  Nie,  nie  u  chłopaka.  Nie  mogłam  wrócić  wcześniej.  Chcieli  jeszcze  ze  mną 

rozmawiać. 

- Chcieli? To było ich więcej? 

-  Tak,  było  nas  czworo.  Zaprosili  mnie  na  owoce  i  orzechy  i  rozmawialiśmy  o 

astronomii. 

Trochę to głupio zabrzmiało, ale przecieŜ było prawdą! 

-  Astronomia  do  jedenastej  w  nocy  -  zadrwił  ojciec.  -  Nieźle,  nie  ma  co.  Były  was 

dwie  pary,  tak?  I  rozmawialiście  o  astronomii?  Na  pewno  zgasiliście  światło,  Ŝeby  lepiej 

widzieć gwiazdy, co? - grzmiał dalej. - Czy z tobą muszą być same awantury? JeŜeli się w coś 

zapłaczesz, wylecisz z domu! Rozumiesz? 

Nieźle by to wyglądało, córka wicedyrektora... 

Lindis próbowała z całych sił doszukać się miłości za tymi surowymi słowami, tak jak 

radził  Lo.  Rozumiała,  Ŝe  ojciec  krzyczał  na  nią,  bo  się  o  nią  bał,  jednak  uwaŜała,  Ŝe  jest 

niesprawiedliwy. 

Matka  nie  poprawiła  jej  nastroju.  Nakrzyczała  za  zniszczony  sweter.  Nosiła  w  nim 

kamienie? No i co to za bzdury, Ŝe ona nie chce jeść? 

Zanim Lindis zdołała odeprzeć atak, matka spytała: 

- Co to w ogóle są za ludzie? Gdzie mieszkają? 

-  Nie  znacie  ich.  Spotkałam  jednego  niedawno,  a  dzisiaj  zaprosili  mnie  do  siebie. 

Mieszkają  poza  miastem.  Jeden  jest  profesorem,  drugi  geologiem,  a  trzeci...  a  trzeci  to 

astronom. 

background image

- I co, chcieli z tobą rozmawiać? - spytał ojciec uszczypliwie. - Mamy w to uwierzyć? 

-  Trzej  męŜczyźni?  -  dziwiła  się  Karin.  -  Byłaś  sam  na  sam  z  trzema  męŜczyznami? 

Masz ty rozum? 

-  Byli  bardzo  mili  -  tłumaczyła  się  Lindis  rozpaczliwie.  -  Zapewniam  was,  nic 

podejrzanego się nie działo. 

- No dobrze, ale jak się oni nazywają? - nie poddawała się matka. 

- Geolog nazywa się Lo. Nazwisk pozostałych nie pamiętam. 

- Lo? - spytał ojciec nieco spokojniej. - Dziwnie. Jest w ksiąŜce telefonicznej? 

Lindis nie mogła powstrzymać uśmiechu. 

- Nie sądzę. 

Nadal  zasypywali  ją  pytaniami.  Starała  się  odpowiadać  jak  najbardziej 

dyplomatycznie.  Jednak  cierpliwość  jej  się  skończyła,  gdy  Karin  pogardliwie  dała  do 

zrozumienia, Ŝe siostra nie jest juŜ pewnie tak niewinna, jaką udaje. 

- I ty to mówisz, a sama palisz trawkę za szkołą! - wybuchnęła. 

Zapadła śmiertelna cisza. 

- Przepraszam - bąknęła Lindis. - Nie chciałam tego powiedzieć. 

- Pewnie, Ŝe chciałaś! - zapiszczała Karin. - Tylko Ŝe kłamałaś! 

Lindis westchnęła, zmęczona. 

- Dobra, kłamałam. 

Rodzice znów rzucili się na nią z pretensjami. Jak mogła oskarŜyć o coś takiego swoją 

dwunastoletnią siostrę! Co jej przyszło do głowy?! 

Lindis wiedziała, Ŝe więcej uczniów z klasy Karin podpala marihuanę, ale było jej juŜ 

wszystko jedno. Znów zaczęli ją pytać o nowych znajomych. 

- Zaprosili mnie na jutrzejsze popołudnie - rzuciła Lindis, idąc w stronę drzwi. - Ale 

wrócę wcześniej. Będę w domu około szóstej. Mam im pomóc sortować zebrane kamienie. 

Przerwała  nowe  upomnienia,  zamykając  drzwi.  Zdołała  jeszcze  dostrzec,  jak  rodzice 

przytulają Karin, mówiąc uspokajająco: „Biedne dziecko...” 

 

-  AleŜ  Lindis!  -  wykrzyknęła  Kirsten  na  dziedzińcu  szkolnym.  -  Po  raz  pierwszy  od 

dawna widzę, Ŝe masz ze sobą drugie śniadanie! 

- Prawidłowa obserwacja - uśmiechnęła się Lindis. - Znów zaczęłam jeść. 

- Dzięki Bogu - odetchnęło kilka koleŜanek. - Bałyśmy się, Ŝe masz anoreksję albo coś 

takiego. 

background image

Więc  niepokoiły  się  o  nią!  Ogarnęło  ją  wzruszenie  pomieszane  z  lekkim  poczuciem 

winy. A tak źle o nich myślała! 

-  O  mało  co  bym  miała  -  przyznała.  -  Inger  -  Lise  któregoś  dnia  powiedziała  mi coś 

niemiłego o moim wyglądzie i odtąd nie chciałam jeść. Ale teraz to się zmieniło. 

-  Inger  -  Lise!  -  prychnęła  Anne  Sofie.  -  WyobraŜa  sobie,  Ŝe  jest  ósmym  cudem 

ś

wiata. 

- To raczej wynika z niepewności - stwierdziła Tone. - Taki ktoś wytyka innym wady, 

aby samemu poczuć się lepiej. 

- Ale Lindis nigdy nie była gruba - zaprotestowała Anne Sofie. - Byłaś chyba dla niej 

zbyt doskonała. Chciała cię jakoś pogrąŜyć. 

- Prawie jej się to udało - rzekła Lindis, czując, jak po plecach przebiega jej dreszcz. 

Popatrzyła zdziwiona po swoich koleŜankach. To były właściwie jej przyjaciółki, nie 

traktowały jej jak kłopotliwego dodatku. 

MoŜe  to  dlatego,  Ŝe  stała  się  milsza?  W  takim  razie  to  zasługa  Lo.  I  lekarza.  Obaj 

poczęstowali ją niezłą garścią prawdy o niej samej. 

Spytała  Marit,  co  dostała  z  klasówki  z  matematyki,  pochwaliła  sweter  Solveig, 

poprosiła Kirsten o radę w związku z nową płytą... I tak dalej! Lindis odkryła, Ŝe to wspaniale 

interesować się innymi. Wszystkim sprawiało to miłą niespodziankę. 

- Przyjdziesz w piątek, prawda? - upewniła się Tone szczerze. 

Lindis powiedziała, Ŝe się postara. Nie wspomniała nic o osobie towarzyszącej, gdyŜ 

raczej nie będzie jej miała. Mimo to cieszyła się. 

Okazało się, Ŝe nie zawsze trzeba wystawiać kolce. 

 

Na lekcji norweskiego klasę czekała niemiła niespodzianka. 

- Macie dziś trzygodzinne pisanie wypracowania - zapowiedział nauczyciel. - Nie było 

zapowiadane, bo trzeba je tak właśnie przeprowadzić. Oto tematy. 

Lindis  spojrzała  na  tablicę.  Źle  spała  w  nocy,  a  lekcje  odrobiła  wcześnie  rano.  Bez 

większego entuzjazmu przeczytała: „Dramaty Ibsena i Bjørnsona”, „Jesienna przechadzka po 

lesie”,  „Sytuacja  polityczna  w  Afryce  południowej”...  Nagle  drgnęła.  „Gwiaździste  niebo 

jesienią”! 

Kilka chwil siedziała, gryząc ołówek, aŜ zaczęła pisać. 

Ołówek  fruwał  po  papierze.  Wypełniała  stronę  po  stronie  wiedzą  z  lekcji,  własnych 

lektar,  ale  przede  wszystkim  tym,  co  poprzedniego  wieczora  usłyszała  od  profesora  Tana, 

dowódcy  i  Lo.  Gdy  w  końcu  spojrzała  na  zegarek,  zorientowała  się,  Ŝe  powinna  juŜ  zacząć 

background image

przepisywać  na  czysto. Pracę  kończyła  bez  brudnopisu.  Ostatnie  zdanie dopisała  w  ostatniej 

chwili  i  oddała  wypracowanie,  dumna  i  kompletnie  wyczerpana.  Nauczyciel  z  ciekawością 

zajrzał na pierwszą stronę i aŜ uniósł brwi ze zdziwienia, gdy zobaczył, który temat wybrała. 

Jego zdziwienie zwiększyło się jeszcze na widok liczby zapisanych kartek. 

Lindis uśmiechnęła się. Nie mógł tego oczekiwać po najbardziej leniwej uczennicy w 

klasie... 

Panna  Lund  była  dla  niej  szczególnie  miła  na  następnej  lekcji  mimo  nie  odrobionej 

pracy domowej. Ojciec teŜ lubił Lisbeth Lund. Stali często razem na korytarzu, rozmawiając. 

Matka, przeciwnie, nie znosiła jej. Mama chyba nie zna się na ludziach, pomyślała Lindis. 

 

Od razu po szkole popędziła w kierunku uroczyska, upewniwszy się wcześniej, czy na 

pewno nikt nie widzi, dokąd ona zmierza. 

Na  skraju  lasu  czekał  na  nią  Lo.  Jak  zwykle  na  jego  widok  serce  uderzyło  Lindis 

dodatkowo  co  najmniej pięć  razy.  Chyba  nigdy  się  nie  przyzwyczai  do jego niezwykłej  siły 

przyciągania. 

- Dziś nie mogę długo zostać - rzuciła głośno. Uświadomiła sobie jednak coś i potem 

juŜ „myślała” do niego. - Udało mi się wczoraj odpowiedzieć na wszystkie pytania o to, gdzie 

byłam. 

- Świetnie - ucieszył się Lo. 

Wspaniale było znów „usłyszeć jego głos”! Być przy nim blisko, patrzeć na niego... 

Wyciągnęła paczkę z plecaka. 

-  To  dla  ciebie  -  uśmiechnęła  się  zaŜenowana.  -  Kupiłam  ją  za  kieszonkowe.  Jest  po 

angielsku, więc powinieneś zrozumieć. 

Lo  rozwinął  papier.  KsiąŜka  traktowała  o  minerałach  i  rodzajach  skał,  o  wieku 

geologicznym  i  innych  niezrozumiałych  dla  Lindis  rzeczach.  Kupiła  ją  na  przerwie  za 

pieniądze ze skarbonki. 

Lo przewracał kartki z zainteresowaniem. 

-  Jest  wspaniała  -  rzekł  z  zachwytem, a  Lindis  czuła,  Ŝe  mówi  szczerze. -  Dokładnie 

to,  czego  potrzebujemy!  Nie  moglibyśmy  tak  po  prostu  pójść  i  kupić  czegoś  takiego.  Jak 

mogę się zrewanŜować? Jesteś bardzo miła. 

Ona? Miła? Teraz naprawdę poczuła się zaŜenowana. 

-  Nie  chcę,  Ŝebyś  się  rewanŜował  -  rzuciła.  -  To  przecieŜ  prezent.  Nie  zniosę,  jeśli 

będziesz czuł, Ŝe masz jakiś dług wdzięczności w stosunku do mnie. To juŜ lepiej oddaj ją z 

powrotem. 

background image

Ukrył ksiąŜkę za plecami, śmiejąc się. 

- Nie, nie oddam! Jest zbyt cenna. Pod wieloma względami. 

Powstała sytuacja, w której Lindis nie czuła się zbyt pewnie, rzuciła więc niezręcznie: 

- Będziemy tu stać cały dzień, czy... 

- Nie, oczywiście, Ŝe nie. Idziemy? Bardzo bym chciał cię zbadać, jeśli pozwolisz. 

- Królik doświadczalny? Dobra, pewnie. O ile nie będzie bolało, zniosę wszystko. 

Obiecał, Ŝe nie będzie bolało. 

W „salonie” przywitali ją Tan i dowódca, który wreszcie się przedstawił. Miał na imię 

Ari. Lo pokazał im ksiąŜkę. Dosłownie się na nią rzucili, czym niezwykle uradowali Lindis. 

A więc wybrałam właściwy prezent, pomyślała z dumą. 

Lo  zaprowadził  ją  do  sąsiedniego  pokoju  pełnego  róŜnych  aparatów  i  instrumentów. 

Wygląda to ciut niebezpiecznie, pomyślała. 

- PołóŜ się na tej wysokiej ławce - polecił i zniknął za drzwiami. 

Posłuchała  go  i  leŜała  spokojnie,  czekając.  Wrócił  przebrany  w  białe  spodnie  i 

koszulkę  z  krótkimi  rękawami.  Wiedziała,  Ŝe  nie  wypada  gapić  się  na  męŜczyzn,  ale  nie 

mogła  oderwać  oczu  od  jego  ramion.  Ramiona  są  najładniejszą  częścią  ciała  męŜczyzny, 

pomyślała. Kiedy się odwrócił, zmieniła zdanie na korzyść pleców. A  kiedy usiadł koło niej 

na ławce, była juŜ całkiem zdezorientowana, bo teraz najładniejsza wydała jej się jego twarz. 

Westchnęła. Bycia tak doskonałym naleŜałoby zabronić... 

Otulił ją duŜym, cięŜkim kocem. 

- Nie bój się - usłyszała jego myśli. - To nie jest niebezpieczne. 

Do  koca  podłączył  jakieś  przewody  i  przekręcił  wyłącznik  na  tablicy  rozdzielczej. 

Lindis poczuła, jakby koc otulił ją mocno, nie było to jednak przykre. 

-  MoŜesz  tak  poleŜeć  przez  kilka  minut?  -  spytał.  -  MoŜemy  porozmawiać,  jeśli 

chcesz. 

-  Tak,  mam  parę  pytań.  Jak  to  jest,  Ŝe  ty  czytasz  moje  myśli,  a  ja  dostaję  ładnie 

okrojoną wersję twoich? 

- To proste. Dysponujemy wysoko rozwiniętym zmysłem telepatii. MoŜemy zarówno 

nadawać, jak i odbierać. Poza tym kontrolujemy to, co wysyłamy. To tak, jak u was z mową. 

Nie wysyłamy innych myśli niŜ te, które chcemy. Ty nie masz takiej kontroli. Dlatego widzę 

wszystkie twoje myśli i muszę przyznać, Ŝe są czasem mocno poplątane... 

-  Uff,  chyba  tak  -  westchnęła  Lindis.  -  MoŜe  bym  i  wolała,  Ŝebyś  nie  był  aŜ  tak 

przenikliwy. 

Lo uśmiechnął się przelotnie. 

background image

-  Myślałem  duŜo  o  tobie  i  twoich  problemach,  Lindis.  Chyba  wiem,  co  mogłoby  ci 

pomóc. Zdarza się u was, Ŝe osoby słabo widzące lub słyszące dostają specjalne aparaty? 

- Tak - pokiwała głową. - Okulary i tym podobne. 

- No właśnie. Jeśli u nas czyjś zmysł telepatyczny ulega przytępieniu, ten ktoś dostaje 

pewien  aparat.  Umieszcza  się  go  za  uchem.  Oto  on.  Na  ile  zrozumiałem,  nie  masz 

harmonijnych kontaktów z otoczeniem. 

- Raczej nie. Ale to się poprawia. Szybko. 

- Nie wierzysz ludziom, masz z góry ustalone sądy na ich temat. Czy chcesz poŜyczyć 

ten aparat na jeden dzień? Chcesz czytać myśli innych? 

- Ojej! - Lindis była zachwycona i przeraŜona jednocześnie. - Oczywiście, Ŝe chcę! 

- Myślę, Ŝe ci pomoŜe. Nie moŜesz go jednak naduŜywać, to moŜe być niebezpieczne. 

No i nikt nie moŜe go zobaczyć! 

- No tak, to zrozumiałe. A do czego jest ten mały przełącznik? 

-  Ten?  Poczekaj,  uwolnię  cię  z  tych  okowów.  No,  teraz  lepiej,  prawda?  Zbadane 

zostało  twoje  serce,  płuca  i  inne  organy.  Teraz  to  się  wydrukuje,  a  potem  wszystko 

przeanalizujemy.  A  więc  ten  przełącznik  jest  po  to,  by  móc  wejść  głębiej  w  psychikę  danej 

osoby. Mówiłem kiedyś, Ŝe słowa, myśli i charakter to trzy róŜne rzeczy. JuŜ ci tłumaczę, jak 

to  wygląda.  Oto  rozmawiasz  z  jakimś  człowiekiem.  Mówi  ci  przykre  słowa.  Czytasz  jego 

myśli.  Widzisz,  Ŝe  boli  go  coś,  czego  nie  wyraŜa  słowami.  Przekręcasz  przełącznik. 

Wchodzisz  wtedy  pod  zwykłe  myśli  i  widzisz  to,  czego  ten  człowiek  moŜe  sam  nie  być 

ś

wiadomy.  Widzisz,  Ŝe  on  cię  kocha,  moŜe  ma  wyrzuty  sumienia  w  stosunku  do  ciebie  i 

dlatego, broniąc się przed tym, jest na ciebie zły. Czy to moŜe brzmi zbyt skomplikowanie? 

- Nie - Lindis usiadła. - Myślisz o moich rodzicach? 

-  Nie  znam  ich  -  powiedział  Lo  wymijająco  -  ale  sądzę,  Ŝe  mogą  tak  myśleć.  Czy  z 

twojej  strony  to  nie  wygląda  tak  samo?  Wewnątrz  siebie  ich  lubisz,  a  na  zewnątrz  jesteś 

niemiła? 

- Tak, zgadza się... czasami bywam bardzo niemiła. 

- Jesteś po prostu samotna i nieszczęśliwa. Musisz znaleźć kogoś, kogo polubisz. 

Odwróciła  głowę,  aby  nie  zauwaŜył  łez,  ale  on  odwrócił  ją  z  powrotem.  Zacisnęła 

mocno oczy. 

Po chwili odezwał się: 

- I to ja, pewny siebie idiota, mówię o pomocy! 

Wreszcie odwaŜyła się na niego spojrzeć. Nadal stał i patrzył na nią. Pokręcił głową. 

background image

- śaden  ze mnie dobry przyjaciel, Lindis. Jeśli powiem, Ŝe nie chciałem cię zawieść, 

nie uwierzysz mi chyba? 

- Uwierzę - przyznała słabo. - Chyba... uŜyłeś niewłaściwych słów. 

Pokiwał głową. 

-  Na  pewno.  Ale  wracając  do  przełącznika...  przekręcaj  go  jak  najrzadziej!  Najlepiej 

będzie dla ciebie, jeśli nie poznasz najgłębszych pokładów duszy innego człowieka. PołóŜ się 

jeszcze, pobiorę próbki krwi. Musimy cię wykorzystać, Ziemianko, skoro juŜ tu jesteś! 

Znów poczuła do niego zaufanie. 

- Dotarłeś do mojego wnętrza? 

-  Tak.  Wtedy,  gdy  się  spotkaliśmy.  Wymaga  to  od  nas  wielkiej  koncentracji  i  jest 

męczące. 

- Rzeczywiście, pamiętam coś takiego. I wtedy, w lesie, przy spotkaniu z pozostałymi. 

No i co znalazłeś? 

- Nie, tego nie powiem. Mogłoby to dla ciebie okazać się cięŜarem ponad siły. 

- Było aŜ tak źle? 

-  Mała,  gdyby  było  źle,  nie  zaprosilibyśmy  cię  tutaj.  Nie  rozumiesz,  Ŝe  nawet 

ś

wiadomość tego, Ŝe jesteś dobrym człowiekiem, moŜe stać się cięŜarem? No niech ci będzie, 

jesteś  w  porządku.  PrzeraŜająco  niedojrzała  i  niezadowolona  z  siebie  samej,  ale  absolutnie 

„czysta”. 

- A ty sam? Czy kiedykolwiek przestałeś kontrolować własne myśli? 

- Tak, raz. Wtedy, gdy uciekałaś ode mnie i chciałem cię powstrzymać. 

- W takim razie masz wspaniałą duszę - powiedziała Lindis cicho. 

-  JuŜ  nie  -  odrzekł  Lo  poirytowany.  -  Zachowałem  się  jak  głupiec  i  o  mało  nie 

zniszczyłem  pięknej  przyjaźni  tylko  dlatego,  Ŝe  chciałem  być  szlachetny.  śaden  ze  mnie 

rycerz - zakończył, podciągając rękaw jej swetra. 

- U nas pobiera się krew ze zgięcia ręki - mruknęła. 

Często zapominała się i mówiła na głos. Nie mogła się przyzwyczaić, Ŝe Lo rozumiał 

jej myśli lepiej niŜ słowa. 

Wkłuł coś  ostrego  w jej ramię.  Odwróciła  wzrok,  póki  nie  wyjął  tej igły  czy  czegoś. 

Pobrał kilka próbek. LeŜała spokojnie i patrzyła na jego fascynującą twarz, zagadkowe oczy i 

usta. 

Ciekawe, jakby to było, gdyby on mnie pocałował, pomyślała w roztargnieniu. W tym 

momencie on spojrzał na nią pytająco, uśmiechnął się i pokręcił głową. 

Lindis spiekła raka. 

background image

- No, to wszystko - rzucił. - Dziękuję! Byłaś dzielna. 

Nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Wstała i obciągnęła rękawy swetra. 

- Pójdziemy do nich? - spytał. 

Skinęła głową, nadal umierając ze wstydu. 

Zaprosili  ją  na  obiad  złoŜony  ze  wspaniałych,  nieznanych  dań,  które  jej  bardzo 

smakowały. Poczuła, Ŝe strasznie chciałaby zaprosić ich do domu, ale wtedy podziękowali jej 

uprzejmie, gdyŜ oczywiście odczytali jej myśli. 

Następnie  znów  zadawali  Lindis  mnóstwo  pytań na  wszelkie  tematy  dotyczące  Ŝycia 

ludzi, a ona odpowiadała najlepiej, jak umiała. 

Tym razem to nie Lo odprowadził ją przez las, lecz Ari. Lindis była zawiedziona, lecz 

starała się to ukryć. Na ile jej się to udało, nie wiedziała. Gdy się Ŝegnali, męŜczyzna spojrzał 

na nią powaŜnie. 

- Postarasz się przebywać jak najczęściej ze swymi kolegami, Lindis? - spytał. 

Nie zrozumiała. 

- Dlaczego? 

- Byłoby dla ciebie dobrze, gdybyś się zakochała w którymś z nich. 

Teraz juŜ nic nie rozumiała. 

- Ale ci chłopcy... są beznadziejni. Nie moŜna z nimi o niczym porozmawiać! 

Ari skrzywił się. 

- Właśnie tego się bałem. To zmierza w złym kierunku. Bądź ostroŜna, Lindis! Bardzo 

cię  cenimy  wszyscy  trzej,  byłaś  dla  nas  prawdziwą  pomocą,  i  dlatego  nie  chcemy,  Ŝebyś 

cierpiała.  Nie  moŜemy  z  ciebie  zrezygnować,  bo  cię  nadal  potrzebujemy,  poza  tym  cię 

lubimy.  CzyŜbyś  tego  nie  rozumiała?  Jesteś  przecieŜ  taka  wraŜliwa.  Rozstanie  moŜe  okazać 

się bardzo bolesne, jeśli nie opamiętasz się w porę. Postaraj się rozejrzeć wokół siebie, moŜe 

znajdziesz jakiegoś sensownego chłopaka... To moja rada. Pociesza nas fakt, Ŝe jesteś młoda i 

Ŝ

e szybko zapomnisz. Poza tym mało ostatnio spałaś. Postaraj się wypocząć przez kilka dni, 

potem zobaczymy. 

Chciała zaprotestować, ale zmieszana zgodziła się i poŜegnała. 

AleŜ jej nagadał! Tego wieczoru on i Lo tyle mówili o tych idealnych chłopakach dla 

niej. 

Lindis przeszedł dreszcz. MoŜe to było przeczucie? Przeczucie przyszłego bólu... 

background image

ROZDZIAŁ VI 

Lindis  przyglądała  się  ukradkiem  siedzącym  przy  stole,  pochłoniętym  rozmową 

koleŜankom. 

Wśród  nich  najbardziej  małomówna  była  Solveig,  która  dzisiaj  wyglądała  na 

zmartwioną. Niekorzystne wraŜenie pogłębiał dodatkowo jej nieefektowny wygląd; ta drobna, 

niska  dziewczyna  miała  na  sobie  obszerną  puchową  kurtkę,  jakby  zdjętą  ze  starszego  brata. 

Kurtka  była  mocno  wygnieciona,  bo,  jak  oznajmiła  jej  właścicielka,  „dopiero  co  wyszła  z 

prania”.  Rzeczywiście,  na  ramionach  widać  jeszcze  było  ślady  po  spinaczach  do  bielizny. 

Nagle Lindis zrobiło się Ŝal Solveig, która siedziała teraz ze spuszczoną głową i przypominała 

zranione, porzucone przez rodziców pisklę. 

Lindis  nie  miała  dotąd  okazji  wypróbować,  jak  działa  magiczne  urządzenie,  które 

poŜyczył jej Lo. W domu rodzice na pewno nie pochwaliliby takiej zabawy. Teraz sięgnęła do 

kieszeni.  To  dopiero  byłaby  frajda,  gdyby  mogła  poznać  najskrytsze  myśli  i  pragnienia 

koleŜanek! 

Przez  nikogo  nie  zauwaŜona,  Lindis  wymknęła  się  z  pokoju  i  zniknęła  za  drzwiami 

łazienki.  DrŜącymi  rękoma  umocowała  maleńki  aparacik  za  lewym  uchem,  przysłoniła  go 

luźno  opadającymi  na  ramiona  włosami,  po  czym,  jak  gdyby  nigdy  nic,  wróciła  do 

towarzystwa.  Serce  waliło  jej  niczym  kowalski  młot.  śeby  tylko  nikt  nie  zauwaŜył  niczego 

podejrzanego... 

Była  tak  podniecona,  Ŝe  z  początku  nie  mogła  wyłowić  Ŝadnych  głosów.  Czy  zdoła 

poznać  tajemnice  koleŜanek,  skoro  sama  nie  moŜe  poradzić  sobie  z  własnymi  problemami? 

Po  chwili  jednak  coś  zwróciło  jej  uwagę.  Stopniowo  zaczęła  rozróŜniać  zdania,  które  nigdy 

nie zostały wypowiedziane na głos. Były to rozmowy, o których nikt nie miał się dowiedzieć, 

rozmowy,  które  dziewczęta  prowadziły  same  z  sobą.  Początkowo  Lindis  nie  potrafiła 

oddzielić  poszczególnych  wypowiedzi,  myślała  nawet,  Ŝe  powinna  dać  sobie  spokój  z  tą 

wątpliwą zabawą. Wkrótce zrozumiała, co naleŜy robić; po prostu musi skoncentrować się na 

obserwacji tylko jednej z dziewcząt. 

Najpierw zajęła się Marit, atrakcyjną dziewczyną i zarazem najzdolniejszą uczennicą 

w klasie, która zawsze niezwykle jej imponowała. 

Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Lindis objęła głowę dłońmi, by głos z małego 

aparatu był wyraźniejszy. Serce dziewczyny nadal biło jak szalone. Mimo Ŝe Marit od czasu 

background image

do czasu włączała się do oŜywionej dyskusji, Lindis słyszała, o czym rozmyśla jej koleŜanka 

w skrytości ducha. 

„Chyba poczęstuję się ciastkiem, wygląda tak apetycznie. Za to jutro do wieczora nic 

nie wezmę do ust; u Tone muszę wyglądać wystrzałowo. śeby tylko nie skończyło się tak, jak 

w  przypadku  Lindis.  Ona  wyraźnie  przesadziła,  choć  przestrzegano  ją,  Ŝe  nadmierne 

odchudzanie  jest  niebezpieczne  dla  zdrowia.  Jednak  mnie  to  chyba  nie  grozi,  przez  jeden 

dzień nie zdąŜę ani utyć, ani specjalnie stracić na wadze. Ach, wezmę kawałeczek. Dlaczego 

miałabym sobie wszystkiego odmawiać? ZasłuŜyłam na odrobinę słodyczy. Ojej, co za ulga! 

Lindis  znowu  mi  się  podejrzliwie  przygląda.  Ciekawe,  o  czym  teraz  myśli?  Kto  wie,  moŜe 

snuje  marzenia  o  królewiczu  z  bajki,  a  tymczasem  królewicza  ani  śladu?  Dziwna  z  niej 

dziewczyna. Chodzi i szuka jakiegoś geologa. Pewnie poznała kogoś i zaraz się zakochała, a 

jej wybranek zniknął bez śladu. Ostatnio Lindis bardzo wydoroślała. MoŜe właśnie ten geolog 

tak na nią wpłynął, o ile nie jest wytworem jej wyobraźni. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby 

to była prawda. Biedna dziewczyna, w domu kłopoty, poza domem teŜ... Ojej, wcale nie mam 

chęci na to jutrzejsze wyjście, chociaŜ co ja mówię? PrzecieŜ będzie tam Dagfinn. Dobrze, Ŝe 

nikt nie wie, jak bardzo jestem w nim zakochana. I nigdy się nie dowiedzą. Inteligentna Marit 

nie  pozwoli  sobie  na  taką  słabość.  Niech  myślą,  Ŝe  on  mnie  wcale  nie  interesuje.  Kto  wie, 

moŜe  nawet  dziewczyny  by  mnie  wyśmiały?  Na  przykład  taka  Tone?  UwaŜa,  Ŝe  pozjadała 

wszystkie rozumy. Nienawidzę jej. Ciekawe, czemu Lindis ma taką tajemniczą minę...” 

Lindis  przeŜywała  rozterkę.  Z  jednej  strony  nie  miała  ochoty  odkrywać  kolejnych 

tajemnic Marit, krępowało ją to i odczuwała wyrzuty sumienia, z drugiej jednak korciło ją, by 

przyjrzeć się pozostałym dziewczętom. 

Po  chwili  w  maleńkiej  słuchawce  usłyszała  głos  drugiej  koleŜanki,  Anne  Sofie.  Gdy 

do Lindis dotarły myśli dziewczyny, o mało się nie zdradziła. 

„Panie BoŜe,  zachowaj mnie  w  swojej  opiece! To  nie  moŜe  być  prawda!  JuŜ  siedem 

dni  po  terminie!  Skończyłam  przecieŜ  dopiero  siedemnaście  lat!  Co  ja  zrobię,  co  powie 

mama,  przecieŜ  ona  wyrzuci  mnie  z  domu!  Taki  wstyd!  Jak  to  się  mogło  stać,  skoro 

spędziłam  z  Tomem  tylko  ten  jeden  jedyny  wieczór!  Mateńko  Przenajświętsza,  błagam, 

wysłuchaj moich próśb!” 

Lindis przestraszyła się nie na Ŝarty, kiedy zrozumiała, jakie problemy ma koleŜanka. 

Ogarnęły ją wątpliwości. Choć z całego serca pragnęła pomóc Anne Sofie, nie wiedziała, w 

jaki sposób mogłaby to uczynić. 

Rozmyślania przerwał Lindis słodki jak miód głos. To Solveig zwróciła się do niej z 

pytaniem: 

background image

- Lindis, czy odrobiłaś juŜ angielski? 

- Jeszcze nie całkiem - odpowiedziała spokojnie Lindis. Zaraz potem przeniosła swoją 

uwagę na nową „rozmówczynię”. 

„Lindis  wcale  mnie  nie  lubi”,  myślała  wojowniczo  Solveig.  „To  dlatego,  Ŝe  tak 

wyładniała i uwaŜa się za cudo. Właściwie to ona wcale nie jest taka ładna. O mnie nikt się 

nie martwi, w ogóle ich nie obchodzę. Gdybym tylko miała przyjaciółkę! Najlepiej Tone, bo 

jej  wszystkie  nadskakują.  Anne  Sofie  w  głowie  tylko  chłopaki  i  nikogo  poza  nimi  nie 

potrzebuje, za to Marit jest przebiegła i zarozumiała. Kirsten teŜ jest zimna jak lód i nigdy się 

nie  odzywa,  tylko  mierzy  wszystkich  ponurym,  podejrzliwym  wzrokiem.  Z  nią  w  ogóle  nie 

chciałabym  się  przyjaźnić,  na  pewno  nie  jest  szczera.  Lindis  z  kolei  wiecznie  opowiada  te 

swoje niestworzone historie. Ona teŜ nie ma Ŝadnej przyjaciółki. Ciekawe dlaczego? Ostatnio 

bardzo się zmieniła. Wszystkie i tak myślą tylko o sobie. Wcale im na mnie nie zaleŜy. A ja 

przecieŜ  tak  się  staram,  tak  bardzo  chciałabym  być  z  nimi  bliŜej!  A  zresztą,  czy  to  warto? 

Niech sobie idą do diabła!” 

Lindis  poczuła  niesmak.  Nie  mogła  się  nadziwić,  Ŝe  Lo  okazał  się  takim  znawcą 

ludzkich dusz. Jej niechęć do magicznego urządzenia z kaŜdą chwilą rosła, jednak korciło ją, 

by poznać takŜe najskrytsze myśli Kirsten. 

Tym  razem  jednak  nie  wszystko  poszło  tak  gładko.  Lindis  nadstawiła  uszu,  ale 

docierały do niej jedynie bardzo niewyraźne, chaotyczne fragmenty zdań, których nie mogła 

połączyć w sensowną całość. Z trudem odgadywała, o czym w danej chwili myśli Kirsten. 

„Ciekawe, czemu Lindis się tak na mnie gapi? Let me know..., jak to szło dalej? Jutro 

na pewno wygram, ale ani słowa nikomu. O matko, ale ta Marit się opycha! Niedługo będzie 

gruba jak słoń. Przyjechał jakiś samochód. JuŜ późno, muszę iść. Lubię Lisbeth Lund. Ojciec 

Lindis to przystojny facet. Jaka ta Tone głupia...” 

Lindis  ogarniało  coraz  większe  zdumienie.  Nie  sądziła,  Ŝe  Kirsten  jest  taką  prostą 

dziewczyną.  Jej  jedyną  bronią  okazało  się  milczenie.  Stanowiło,  jak  widać,  skuteczniejszą 

metodę niŜ ta, którą stosowała Solveig. Chcąc przypodobać się koleŜankom, robiła wszystko, 

co  jej  kazały.  Niestety  starania  Solveig  przynosiły  odwrotny  efekt:  zamiast  okazywać 

przyjaźń, koleŜanki coraz bardziej były Solveig niechętne. 

Pozostała  jeszcze  Tone.  Tak  naprawdę  Lindis  nie  znała  jej  zbyt  dobrze.  Mimo  Ŝe 

chodziły do jednej klasy, rozmawiały tylko przelotnie, i to zawsze na błahe tematy. To jedyna 

okazja, by poznać ją bliŜej. 

„Co one się tak uczepiły Lindis, ciągle tylko o niej mówią. Ale ja jej jeszcze pokaŜę! 

Niech  no  tylko  spotkam tego  geologa,  o  którego  niedawno  pytała.  JuŜ ja jej  wtedy  dopiekę! 

background image

Powiem  jej,  co  myślę  o  romansie  jej  ojca!  Dojrzały  męŜczyzna,  a  ładny  przykład  daje 

młodym!  Z tym  geologiem to teŜ na pewno bujda. MoŜe powiedzieć dziewczynom? Nie, na 

razie jeszcze  poczekam. Swoją  drogą,  Lindis  wyładniała i  ma  ładny  szalik.  Do  twarzy  jej  w 

błękicie. Muszę koniecznie mieć taki sam. Ciekawe, gdzie go kupiła?” 

Lindis  uśmiechnęła  się  pod  nosem.  Sięgnęła  dyskretnie  za  ucho,  by  wyciszyć  aparat, 

ale  jej  myśli  nadal  błądziły  wokół  Tone,  Anne  Sofie  i  Marit.  Miała  wyrzuty  sumienia,  Ŝe 

odkrywa  najskrytsze  tajemnice  koleŜanek.  Jednocześnie  dowiedziała  się,  Ŝe  wszystkie  te 

dziewczęta  są  w  rzeczywistości  zupełnie  zwyczajnymi  nastolatkami,  ani  lepszymi,  ani  teŜ 

gorszymi  od  niej  samej.  I  Ŝadnej  z  nich  nie  jest  obca  samotność.  Była  teŜ  zawiedziona,  bo 

zdała  sobie  sprawę,  Ŝe  Ŝadna  z  dziewcząt  nie  jest  tak  naprawdę  sobą,  Ŝe  starają  się  udawać 

kogoś innego. 

Lindis przypomniała sobie teraz, jak bezpiecznie czuje się w towarzystwie Lo, jak jej 

przy nim dobrze. To wielkie szczęście, Ŝe moŜe mieć takiego przyjaciela. 

„Dziewczyny  mi  nadskakują,  ale  w  gruncie  rzeczy  to  się  mnie  boją”,  myślała  dalej 

Tone.  „Sądzę,  Ŝe  tak  naprawdę  wcale  mnie  nie  lubią.  Mogłabym  okazywać  im  więcej 

serdeczności,  ale  odczytałyby  to  jako  oznakę  słabości.  Na  myśl  o  tym,  Ŝe  zostanę  sama  jak 

palec, chce mi się po prostu płakać... 

Lindis wyczuła w myślach Tone wyraźny lęk przed samotnością, taki sam zresztą jak i 

u  innych  dziewcząt.  Teraz,  gdy  juŜ  wiedziała,  co  naprawdę  o  niej  sądzą,  kamień  spadł  jej  z 

serca. Nieoczekiwanie uznała, Ŝe moŜe kiedyś będzie im jednak potrzebna. 

- No nie, dziewczyny, lekcje! Jesteśmy spóźnione! - krzyknęła przeraŜona Marit. 

KoleŜanki  poderwały  się  w  mgnieniu  oka  i  wybiegły  z  pokoju.  Lindis  chwyciła  w 

pośpiechu teczkę z ksiąŜkami i popędziła za nimi, zapominając o urządzeniu do odczytywania 

ludzkich myśli, które nadal tkwiło za uchem. 

Na szkolnym korytarzu wpadła prosto na pannę Lund. 

- Witaj, Lindis, jak się masz? - zagadnęła słodko nauczycielka. 

- Dzień dobry pani. Spieszę się na zajęcia, juŜ jestem spóźniona. 

Nagle Lindis zamarła, bo doszły do jej uszu słowa, które w duchu wypowiadała panna 

Lund. 

„śe  teŜ  muszę  się  tak  krygować  przy  tej  smarkuli!  Ale  co  zrobić,  chcę  ją  sobie 

zjednać,  chcę,  Ŝeby  mnie  polubiła.  Teraz,  gdy  juŜ  owinęłam  Ernsta  wokół  palca,  reszta 

powinna pójść gładko. Jego Ŝona wkrótce  spakuje manatki. Skoro Ernst koniecznie chce za-

trzymać  jedną  z  córek,  niech  będzie  nią  Lindis,  bo  ona  przynajmniej  darzy  mnie  sympatią. 

background image

Wprawdzie  przechodzi  trudny  okres  i  moŜe  się  trochę  buntować,  ale  juŜ  ja  ją  sobie 

wychowam, jak naleŜy”. 

Lindis gwałtownie skręciła za róg. Wielkie nieba! Co to wszystko ma znaczyć, co się 

tu dzieje? Ojciec i panna Lisbeth Lund razem? Nie, to niemoŜliwe! Nie wolno na to pozwolić! 

A  jeszcze  nie  tak  dawno  wyobraŜała  sobie,  Ŝe  panna  Lisbeth  Lund  jest  jej  matką! 

Teraz nawet nie chciała dopuścić do siebie takiej myśli. Jak nigdy przedtem poczuła głęboką 

solidarność z macochą i z całego serca zapragnęła jej pomóc. 

Na  korytarzu  po  raz  drugi  zadźwięczał  dzwonek  na  lekcje,  jednak  Lindis  była  tak 

oszołomiona, Ŝe nie mogła zrobić kroku. Przez nikogo nie zauwaŜona, wsunęła się ukradkiem 

do  pustej  o  tej  porze  auli  i  przycupnęła  pod  ścianą.  Dopiero  teraz  pojęła,  dlaczego  rodzice 

wciąŜ  się  ze  sobą  sprzeczają,  dlaczego  sprzeczki  kończą  się  płaczem  matki,  a  koleŜanki 

czynią niedwuznaczne uwagi. 

Lindis nie miała pojęcia, jak powinna zachować się w takiej sytuacji. 

- Lo, Lo, gdzie jesteś, przyjacielu... - chlipnęła cichutko. 

- Co się stało, Lindis? 

Drgnęła. Była pewna, Ŝe słyszy głos Lo, ale nikogo w pobliŜu nie zauwaŜyła. 

- Masz przy sobie aparat, a poza tym wołałaś mnie. Więc jestem. 

- Czy to naprawdę ty? Zostań ze mną przez chwilę, nie odchodź, proszę. Gdzie ty się 

podziewasz? 

-  Jestem  u  siebie,  w  bazie.  To  miejsce  wy,  ludzie,  nazywacie  statkiem  kosmicznym 

albo latającym talerzem. Widzę, Ŝe z twoją formą dziś nie najlepiej? 

Lindis zacisnęła bezradnie pięści. 

- Nie wiem, co powinnam zrobić. Ojciec ma nową przyjaciółkę, pannę Lund... 

- Wiem o tym. Domyśliłem się od razu, gdy mi o nich opowiadałaś. 

- Czy sądzisz, Ŝe mogę jakoś pomóc mamie? 

- Raczej nie. Lepiej nie mieszaj się do tych spraw. Mama musi to rozwiązać sama. 

- Ale przecieŜ... 

- Dobrze ci radzę. Zresztą spróbuję nad tym pomyśleć. A co poza tym u ciebie? Jak ci 

się podoba mój aparat? 

- To... wcale nie takie przyjemne, jak sądziłam... 

- Naprawdę? 

Lindis wydawało się teraz,  Ŝe słyszy  Lo tak, jakby znajdował się tuŜ obok. A jednak 

nie  zwracał  się  do  niej  słowami,  tylko  przesyłał  jej  swoje  myśli.  Mimo  to  Lindis  nie  mogła 

background image

powstrzymać  się,  by  nie  poprawić  włosów  czy  wygładzić  ręką  zmiętej  bluzki.  Pragnęła 

podobać się Lo. Złudzenie, Ŝe przyjaciel jest w pobliŜu, dodawało jej otuchy. 

-  MoŜe  trochę  przesadziłam.  Wypróbowałam  go  na  moich  koleŜankach  z  klasy.  Nie 

miałam pojęcia, Ŝe kaŜda z nich odczuwa samotność i tak bardzo tęskni za bratnią duszą. Do 

tej  pory  uwaŜałam,  Ŝe  tylko  ja  jestem  biedna,  nieszczęśliwa  i  opuszczona.  Tymczasem  inne 

dziewczyny  są  tak  samo  zagubione  jak  ja.  Czy  to  normalne,  Lo,  czy  wszyscy  ludzie  czują 

podobnie? 

- O, tak, zwłaszcza gdy mają po osiemnaście lat. 

Kontakt myślowy z przyjacielem poprawił samopoczucie Lindis. 

- Wiesz, twój aparat ma jedną wielką zaletę. Mogę rozmawiać z tobą do woli, nawet 

gdy znajdujesz się daleko stąd. Dzięki temu małemu przedmiotowi juŜ nie czuję się samotna. 

Wiem, Ŝe jesteś blisko. Inne koleŜanki nie mają tak wspaniałego przyjaciela. 

Tym razem Lindis nie odebrała kolejnych sygnałów od Lo. 

- Lo, jesteś tu? Wcale cię nie słyszę, Lo! - przestraszyła się nagle dziewczyna. 

Po chwili nadeszła odpowiedź: 

- Jestem, Lindis. 

- O, jak się cieszę. Bałam się, Ŝe kontakt został przerwany. 

Lindis usłyszała delikatny śmiech przyjaciela. 

- Czy wypróbowałaś juŜ mój aparat na rodzicach i siostrze? - spytał nagle Lo. 

- Jeszcze nie... jakoś nie mogę się przemóc. 

- A to szkoda. PrzecieŜ właśnie po to ci go poŜyczyłem. 

- Wiem, ale coś mnie powstrzymuje. MoŜe jednak dam sobie z tym spokój. A jeśli się 

okaŜe,  Ŝe  ich  naprawdę  nic  a  nic  nie  obchodzę?  Jeśli  mój  dom  jest  zimny  i  pozbawiony 

serdeczności?  Nie  przeŜyłabym  tego.  Wolę  Ŝyć  w  przekonaniu,  Ŝe  rodzice  choć  trochę 

troszczą  się  o  mnie.  Wspominałam  ci  o  pannie  Lund,  prawda?  A  pomyśleć,  Ŝe  naprawdę  ją 

lubiłam!  Odnosiłam  wraŜenie,  Ŝe  chociaŜ  ona  mnie  rozumie.  Tymczasem  była  to  jedynie 

bardzo zręczna gra. 

-  No  dobrze,  jak  chcesz.  A  teraz  zajmijmy  się  czymś  przyjemniejszym.  Mieliśmy 

wszyscy nadzieję, Ŝe nas wezwiesz. Brakowało nam ciebie. 

W jednej chwili Lindis poczuła, Ŝe robi jej się ciepło na sercu. Nagle dzień wydał się 

piękniejszy, a słońce jaśniej zaświeciło, oblewając korony drzew złocistym blaskiem. 

- Naprawdę? A ja myślałam, Ŝe Ari mnie nie lubi... 

-  Ari  chce  jedynie  twojego  dobra,  uwierz  mi.  Dlatego  chciałbym  cię  o  coś  poprosić. 

Czy moŜesz się ze mną spotkać po zmroku? 

background image

- Pewnie, Ŝe mogę - rzuciła bez zastanowienia Lindis. 

- Świetnie. Będziesz miała okazję przeŜyć coś niepowtarzalnego. Coś, czego dotąd nie 

doświadczyła Ŝadna ludzka istota. 

- O czym myślisz, Lo? 

-  Trochę  cierpliwości,  dziewczyno.  Niczego  się  nie  bój,  moŜesz  na  nas  polegać.  Nic 

złego ci się nie stanie. 

- W porządku, tylko Ŝe nie mogę zostać długo. 

Lo milczał przez chwilę. 

- Dasz radę wymknąć się z domu nie zauwaŜona? 

- Nie wiem, postaram się. Rodzice na ogół zjawiają się późno i zaraz kładą się spać. 

- Musisz jednak wiedzieć, Ŝe chcę zabrać cię na dalszą wyprawę. Potrwa to pewnie pół 

nocy, a moŜe i dłuŜej - wyjaśnił Lo. 

-  Naprawdę?  Na  szczęście jutro  nie  będę  musiała  zrywać  się  tak  rano  do  szkoły.  Idę 

dopiero na trzecią lekcję. Jakoś sobie poradzę. Ale wolałabym wiedzieć, co mnie czeka? 

-  Chcą  cię  poznać  nasi  naukowcy  pracujący  w  przestrzeni  kosmicznej  -  rzekł  z 

wahaniem Lo. 

- Z przestrzeni kosmicznej? PrzecieŜ mówiłeś... 

- Nasz mały łatający talerz to tylko jeden z bardzo wielu obiektów uczestniczących w 

badaniach  kosmosu.  Poza  ziemską  atmosferą  znajdują  się  niezmierzone  przestrzenie  i  one 

takŜe  interesują  naszych  badaczy.  Nie  wyobraŜasz  sobie  chyba,  Ŝe  zdołalibyśmy  wrócić  na 

naszą odległą o lata świetlne planetę tym maleńkim pojazdem? 

- To nie do wiary! Naprawdę nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Mimo to jestem 

gotowa na to spotkanie - oświadczyła z powagą w głosie Lindis, po czym dodała ciszej: - Lo? 

- Słucham cię, przyjaciółko? 

Dziewczyna, wyraźnie zawstydzona, rzekła: 

-  Wiesz,  dzisiaj  są  moje  osiemnaste  urodziny  i  chciałabym,  Ŝebyś  Ŝyczył  mi 

wszystkiego  najlepszego.  Tylko  nie  mów,  Ŝe  wyglądam  dziecinnie.  Naprawdę,  wiele  się 

ostatnio nauczyłam. 

Lo roześmiał się serdecznie i odparł: 

-  AleŜ,  Lindis,  nic  takiego  nie  miałem  na  myśli.  Jesteś  naprawdę  wspaniałą,  mądrą 

dziewczyną. Mam nadzieję, Ŝe ten nadchodzący rok będzie dla ciebie wyjątkowo szczęśliwy. 

Trzymam kciuki za twoje powodzenie. 

-  W  kaŜdym  razie  zacznę  go  wystrzałowo,  prawda?  Skoro  czeka  mnie  podróŜ  w 

kosmiczne przestworza! - zauwaŜyła rozbawiona. 

background image

Po chwili jednak poczuła na plecach dreszcz strachu. 

-  Widzę,  Ŝe  mimo  wszystko  trochę  się  boisz.  Pamiętaj,  Ŝe  cały  czas  będę  nad  tobą 

czuwał - pocieszał Lo. - Przy mnie nic ci nie grozi. Chyba Ŝe nie masz ochoty na tę wyprawę? 

Nie chciałbym cię zmuszać. 

- AleŜ skąd! Jestem do waszej dyspozycji - odparła nieco zawstydzona Lindis. - Z tobą 

jestem gotowa wybrać się na kraj świata, jeśli zajdzie taka konieczność. 

Te słowa Lindis tak rozbawiły Lo, Ŝe długo nie mógł opanować śmiechu. 

- To ci się udało. Właśnie polecimy aŜ poza kraj świata! 

-  Masz  rację.  No,  ale  teraz  juŜ  czas  na  mnie,  zwłaszcza  Ŝe  ktoś  nadchodzi.  Będę 

czekała pod lasem tuŜ po zmroku. 

-  Świetnie.  I  pamiętaj,  nie  ma  się  czego  bać!  Ubierz  się  ciepło,  weź  sweter  i  długie 

spodnie, Ŝebyś nie zmarzła. 

Do  auli  zajrzała  Tone.  Kiedy  zobaczyła  siedzącą  w  kucki  przy  ścianie  koleŜankę, 

wykrzyknęła: 

- Lindis, tu cię mam! Co ci jest? Panna Lund powiedziała, Ŝe źle się czujesz. 

- Nie, wszystko w porządku. Tone, czyŜ świat nie jest piękny? 

Zaskoczona Tone zmierzyła koleŜankę zimnym spojrzeniem. 

- Czyś ty zwariowała, Lindis? 

- Tone, dzisiaj wieczorem wybieram się w podróŜ, w niesamowitą podróŜ! 

Tone z politowaniem pokiwała głową i wyszła z auli, pozostawiając Lindis z głową w 

chmurach. 

background image

ROZDZIAŁ VII 

Gdy Lindis pojawiła się w domu, Ŝadnego z rodziców nie zastała. Nie było teŜ Karin. 

Korzystając z tego, bez namysłu zabrała się do pracy. Najpierw przystawiła pod swoje okno 

drabinę, następnie naoliwiła wszystkie zamki i dokładnie sprawdziła, które deski w podłodze 

skrzypią. Od czasu do czasu uśmiechała się do siebie, rozmarzona. 

Potem postanowiła chwilę się zdrzemnąć. Sen na pewno jej się przyda. 

Popołudnie spędziła z rodzicami i siostrą przy skromnym urodzinowym poczęstunku. 

W czasie kolacji ostentacyjnie ziewała, udając bardzo zmęczoną. 

Znalazłszy  się  wreszcie  w  swoim  pokoju,  od  razu  zaczęła  przygotowania  do  nocnej 

eskapady.  Wydobyła  z  szafy  gruby,  biały  golf  i  z  niemałym  trudem  wciągnęła  go  przez 

głowę. Potem poprawiła włosy i korzystając z drabiny, cichutko wysunęła się przez okno na 

podwórko.  Gdy  znalazła  się  na  dole,  pofrunęła  jak  na  skrzydłach  w  stronę  lasu  i  po  kilku 

minutach ponownie witała się z Lo. 

Była ogromnie uradowana, Ŝe znowu go widzi. 

-  Zwracam  twój  aparat,  Lo.  Dziękuję  -  powiedziała,  podając  przyjacielowi  magiczne 

urządzenie. 

Lo schował je do kieszeni, po czym podniósł wzrok w niebo i z uśmiechem zapytał: 

- No i jak, boisz się? 

Lindis skinęła lekko głową. 

Lo ujął dziewczynę za rękę i poprowadził drogą w głąb lasu. Choć znała tę okolicę, za 

Ŝ

adne  skarby  nie  wypuściłaby  teraz  dłoni  przyjaciela.  Lo  doskonale  zdawał  sobie  z  tego 

sprawę i nie miał zamiaru zostawiać jej samej w leśnym gąszczu. 

Gdy  uszli  juŜ  spory  odcinek,  Lindis  usłyszała  cichy  warkot.  W  miarę  jak  las  się 

przerzedzał, warkot stawał się coraz głośniejszy. 

Na  koniec  stanęli  na  przestronnej  polanie,  a  oczom  Lindis  ukazał  się  ogromnych 

rozmiarów  pojazd  w  kształcie  talerza.  Mimo  Ŝe  Lindis  była  juŜ  raz  na  pokładzie  tego 

niezwykłego  statku,  dopiero  teraz  ujrzała  go  w  całej  okazałości.  Była  zafascynowana. 

Przytłumione światło masywnych reflektorów, które oblewało całą polanę, nadawało scenerii 

nieprawdopodobny,  tajemniczy  wyraz.  TuŜ  przy  łagodnie  wznoszącym  się  ku  maszynie 

podjeździe oczekiwali Ari i Tan. 

background image

Lindis czuła wyraźnie, Ŝe krew szybciej płynie w jej  Ŝyłach, tak jakby miała za sobą 

wielokilometrowy bieg. Czy ta przygoda na pewno skończy się dla niej szczęśliwie? A moŜe 

powinna się wycofać? 

Rozglądała się niepewnie dookoła, gdy Ari rzekł z serdecznym uśmiechem: 

-  Witaj,  Lindis.  Cieszymy  się,  Ŝe  przyszłaś.  Za  chwilę  wyruszamy.  Właśnie 

zakończyliśmy sprawdzanie instrumentów pokładowych. Zapraszam do środka. 

Pod  Lindis  ugięły  się  nogi.  W  pierwszej  chwili  nie  mogła  zrobić  ani  kroku.  Zaraz 

jednak poczuła na swojej dłoni pewny uścisk Lo, który łagodnie podprowadził ją do wejścia. 

We  wnętrzu  pojazdu  wszystko  wyglądało  zupełnie  inaczej  niŜ  podczas  jej  pierwszej 

wizyty. Lo pokazał teraz Lindis pomieszczenia, których istnienia wcześniej mogła się jedynie 

domyślać.  Większość  z  nich  wypełniona  była  najróŜniejszą  aparaturą  i  wysokimi, 

pozamykanymi regałami. Na pulpitach i pod sufitem zamontowano setki lamp, migoczących i 

rozświetlających wnętrze jaskrawym światłem. 

-  Nie  widziałaś  jeszcze  tylko  naszych  sypialni  oraz  kuchni  -  powiedział  Lo,  kiedy 

zatrzymali  się  w  małym  pomieszczeniu  przypominającym  wyposaŜeniem  gabinet  lekarski. 

Potem Lo poprosił Lindis, by ułoŜyła się wygodnie na obciągniętej ceratą szerokiej kozetce. 

-  Ręce  trzymaj  luźno  wzdłuŜ  tułowia  -  dodał.  -  Złącz  stopy,  o,  tak,  dobrze.  Czy 

wszystko mamy na miejscu? - spytał Ariego. 

Obok  kozetki  znajdowały  się  przeróŜne  aparaty  i  przyrządy.  Na  ich  widok  Lindis 

drgnęła. 

-  Nie  bój  się,  Lindis  -  rzekł  uspokajająco  Lo.  -  Ta  aparatura  najprawdopodobniej  w 

ogóle  nie  będzie  nam  potrzebna.  Zamontowano  ją  tu  wyłącznie  na  wypadek  wystąpienia 

nieprzewidzianych okoliczności. A teraz przygotuję cię do lotu! 

Lindis  starała  się  leŜeć  spokojnie,  podczas  gdy  Lo  wkładał  na  jej  stopy  cięŜkie, 

masywne  buty  jak  do  jazdy  na  nartach.  Mocno  zacisnął  ich  klamry,  a  potem  przypiął 

dziewczynę grubymi pasami na wysokości talii, kostek i przegubów rąk. Dolną część kozetki 

nieco opuścił, zaś część górną lekko uniósł, tak Ŝe Lindis pozostawała w pozycji półleŜącej. 

Ari  oraz  profesor  Tan  przez  chwilę  obserwowali  czynności  kolegi,  lecz  wkrótce 

wyszli.  Lindis  jednak  nadal  nie  traciła  ich  z  oczu,  gdyŜ  najbliŜsze  pomieszczenia  były 

pooddzielane  przezroczystymi  ścianami.  Ari  zasiadł  w  wygodnym  fotelu  przed  pulpitem 

sterowniczym,  na  którym  znajdowały  się  niezliczone  ilości  małych  i  duŜych  przycisków  i 

migających lampek. 

Lindis  przypuszczała,  Ŝe  załoŜą  jej  skafander,  taki  jakiego  uŜywają  kosmonauci,  ale 

tak się nie stało. CóŜ, pozostawało jej zaufać wiedzy przybyszów z dalekiej planety. 

background image

Lo  wstał,  podszedł  zdecydowanym  krokiem  do  masywnych  drzwi,  wykonanych  z 

materiału przypominającego pleksi, i zatrzasnął je. Następnie dał znak kolegom, Ŝe wszystko 

gotowe  do  odlotu,  i  ponownie  przysiadł  obok  Lindis,  która  ani  na  chwilę  nie  spuszczała 

swojego opiekuna z oczu. 

-  Zwykle  pomagam  Ariemu  przy  starcie.  Manewrowanie  w  atmosferze  ziemskiej 

wymaga  sporej  wprawy  -  wyjaśnił.  -  Tym  razem  jednak  postanowiłem  dotrzymać  ci 

towarzystwa.  Jesteś  pierwszą  ludzką  istotą,  która  wyruszy  w  kosmiczną  podróŜ  w 

międzyplanetarnej  maszynie  tego  typu.  Wiemy,  Ŝe  i  wy,  Ziemianie,  dysponujecie 

nowoczesnymi statkami kosmicznymi, ale nasze pojazdy to maszyny duŜo nowszej generacji. 

Dlatego  nie  jesteśmy  pewni,  jak  zniesiesz  ten  lot,  rozwiniemy  bowiem  ogromną  prędkość. 

Zastanawiam się, czy nie zaaplikować  ci zastrzyku znieczulającego. Podczas wznoszenia się 

statku moŜesz odczuwać dotkliwy ból w uszach. 

- Oszalałeś? Nie chcę Ŝadnego znieczulenia! 

- Nie zamierzam cię straszyć, ale zanim nie opuścimy atmosfery i nie znajdziemy się 

poza strefą przyciągania ziemskiego, moŜe być naprawdę nieprzyjemnie. 

- Nie boję się - skłamała Lindis. 

Lo uśmiechnął się pod nosem. 

- Wyjątkowo dzielna z ciebie dziewczyna. 

Profesor  Tan  włączył  silnik  i  ustawił  parametry  lotu.  Lindis  zauwaŜyła,  Ŝe  trójka 

pilotów jest niezwykle skoncentrowana. 

- Ruszamy - „usłyszała” myśli profesora Tana. 

-  Oczekujemy  was  -  rozległ  się  niski  głos,  dobiegający  od  strony  niewielkiego 

monitora. - UwaŜajcie na deszcz meteorów na waszym kursie. Czy jest z wami dziewczyna z 

Ziemi? 

- Owszem. Zdecydowała się na tę podróŜ. 

- Znakomicie. Zwróćcie szczególną uwagę na jej reakcje. Poruszajcie się z minimalną 

prędkością!  Lo  ma  rację,  mówiąc,  Ŝe  ludzie  z  planety  Ziemia  nie  są  tak  odporni  jak  my. 

Wprawdzie ci ludzie uŜywają skafandrów kosmicznych, ale w tym przypadku nawet i one nie 

na wiele by się zdały. Pozostaje nam wierzyć, Ŝe wszystko pójdzie dobrze. 

Głos ucichł, a tymczasem Lo ułoŜył się na drugiej kozetce tuŜ obok Lindis i przypiął 

starannie  pasami.  Ręce  i  nogi  miał  jednak  wolne  na  wypadek,  gdyby  musiał  pomagać 

współtowarzyszce  podróŜy.  Wcześniej  jeszcze  owinął  ramię  dziewczyny  szerokim  pasem. 

Lindis odniosła wraŜenie, Ŝe w ten sposób Lo mierzy jej ciśnienie. 

background image

W pewnej chwili statek zaczął się kołysać, a silnik zawył przejmująco. Z sekundy na 

sekundę  owo  napawające  Lindis  lękiem  kołysanie  wzmagało  się,  a  po  upływie  minuty  lub 

dwóch nagle wszystko się uspokoiło i ucichło. 

- Natychmiast otwórz usta! - zawołał nieoczekiwanie Lo. 

- Dlacze... - chciała zapytać Lindis, lecz nie zdąŜyła. Nagła zmiana ciśnienia wewnątrz 

pojazdu sprawiła, Ŝe z płuc Lindis w ułamku sekundy wydostało się zalegające tam powietrze. 

W pomieszczeniu rozległ się jej rozdzierający krzyk. 

- Jestem przy tobie, spokojnie - starał się uspokajać przyjaciółkę Lo. 

Lindis  tymczasem  nie  mogła  złapać  tchu.  Bębenki  w  uszach  bolały  niemiłosiernie,  a 

nieznana  siła  rozsadzała  jej  płuca  i  wciskała  ciało  w  kozetkę.  Dziewczyna  miała  nieodparte 

wraŜenie,  Ŝe  gałki  oczne  wbijają  się  głęboko  w  jej  mózg.  Skóra  na  twarzy  napięła  się  tak, 

jakby za moment miała pęknąć. Po chwili pod nosem Lindis pojawiły się kropelki krwi. 

Lo obserwował dziewczynę z przeraŜeniem. Na chwilę kompletnie stracił głowę i nie 

był  w  stanie  zareagować.  Opanował  się  jednak,  ostroŜnie  otarł  z  twarzy  Lindis  krew  i  pot, 

jeszcze  bardziej  uniósł  górną  część  kozetki,  po  raz  kolejny  zmierzył  Lindis  ciśnienie  i 

sprawdził pracę serca. W pewnej chwili zrozpaczony krzyknął w stronę pilotów: 

- Zawracajcie! 

Oddychanie przychodziło Lindis z niewyobraŜalnym trudem. Zsiniała i była juŜ bliska 

utraty  przytomności.  Tan  wskazał  dłonią  na  aparat  tlenowy,  wiszący  ponad  głową 

dziewczyny, i Lo błyskawicznie zrobił z niego uŜytek. 

Lindis  poczuła  wyraźną  ulgę  i  wreszcie  udało  jej  się  wciągnąć  większy  haust 

powietrza do płuc. Ostatkiem sił skierowała do Lo przesłanie: 

- Nie zawracajcie. Wytrzymam. 

Wcale jednak nie była tego taka pewna. Czuła, Ŝe opada z sil, ale nic nie mogła na to 

poradzić.  Nie  była  w  stanie  nawet  ruszyć  się  z  miejsca,  gdyŜ  krępowały  ją  pasy 

bezpieczeństwa,  zaś  ciśnienie  wewnątrz  kabiny  nie  pozwoliłoby  na  najmniejsze  uniesienie 

głowy czy ręki. Wydawało jej się, Ŝe cierpieniom nie będzie końca. 

Ari odwrócił się, spojrzał na dziewczynę i z troską w głosie spytał: 

- Lo, jak ona to znosi? 

Lo w milczeniu pokręcił tylko głową. Wyglądał na bezradnego. 

-  Za  chwilę  znajdziemy  się  poza  strefą  przyciągania.  To  juŜ  nie  potrwa  długo  - 

pocieszał Ari. 

Lindis  nigdy  przedtem  nie  przeŜywała  tak  okropnego  bólu.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  jakaś 

niewyobraŜalna  siła  rozrywa  jej  ciało  na  tysiące  kawałeczków,  płuca  pracują  niczym 

background image

kowalskie miechy, zaś z oczu, czoła, a nawet uszu spływają pomieszane z potem łzy. Czuła 

na sobie dłonie Lo, ale nie widziała jego twarzy. Wydawało jej się, Ŝe wszystkie światła po-

gasły.  Wokół  niej  zapanowała  głęboka  ciemność.  Raz  miała  wraŜenie,  Ŝe  marznie,  innym 

razem oblewała ją fala gorąca. 

Profesor  Tan  zaczął mówić  do  mikrofonu,  informując  macierzystą jednostkę  o  stanie 

pasaŜerki. 

- Wygląda na to, Ŝe dziewczyna nie wytrzyma. 

- Spróbujcie zrobić jej zastrzyk z... 

Co  zamierzano  jej  zaaplikować,  tego  Lindis  nie  dosłyszała.  Poczuła  jedynie  lekkie 

ukłucie  w  przedramię  i  juŜ  po  chwili  jej  serce  zaczęło  bić  spokojniej.  Nadal  jednak  nie 

ustępowało  bolesne  napięcie  w  uszach  i  płucach,  a  skronie  wciąŜ  dudniły.  Dziewczyna 

odwróciła wykrzywioną bólem twarz w stronę, gdzie, jak sądziła, siedział jej przyjaciel. 

-  Nie  miałem  pojęcia,  Ŝe  między  mieszkańcami  Ziemi  a  nami  jest  taka  róŜnica. 

Gdybym  przypuszczał,  jakie  sprowadzę  na  ciebie  cierpienia,  nigdy  nie  pozwoliłbym  na  tę 

podróŜ - powiedział załamany Lo. - Za bardzo zaufałem podobieństwom, sądziłem, Ŝe wiele 

nas łączy. Teraz wiem, Ŝe nie moŜecie obyć się bez skafandra. O ile w ogóle na coś by się tu 

zdał. 

- Jesteśmy słabymi istotami - . wyszeptała z trudem Lindis. 

Czuła się tak, jakby za chwilę miała umrzeć, a jednak się nie bała. Być moŜe sprawiła 

to  obecność  Lo,  a  moŜe  fakt,  Ŝe  jej  organizm  znajdował  się  w  stanie  krańcowego 

wyczerpania.  Nie  miała  siły  do  dalszej  walki.  Teraz  było  jej  obojętne,  jak  zakończy  się  ta 

przygoda. 

Naraz wszelkie bóle i uciąŜliwości minęły jak ręką odjął. Lindis poczuła się znacznie 

lepiej.  Napięcie  w  całym  ciele  ustąpiło,  powrócił  wzrok,  lepiej  słyszała.  Zdeformowana, 

ś

ciągnięta skurczami twarz odzyskała normalny wygląd. Lindis z niedowierzaniem popatrzyła 

na Lo; on równieŜ wydawał się zaskoczony. 

-  Udało  się  -  rzekł  z  westchnieniem  ulgi  i  uśmiechnął  się,  patrząc  na  spokojną  juŜ 

dziewczynę.  -  Och,  Lindis,  nareszcie!  Tak  się  o  ciebie  bałem.  Teraz  niebezpieczeństwo 

minęło, jesteśmy juŜ poza zasięgiem przyciągania ziemskiego. 

Przez moment wyglądało na to, Ŝe Lo rzuci się Lindis na szyję i uściska ją z radości. 

Nie uczynił tego, tylko wstał,  uwolnił Lindis z pasów bezpieczeństwa i otarł jej z czoła pot. 

Wyglądał na bardzo zmęczonego, ale i uradowanego. 

Lindis odetchnęła głęboko. 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

Jakiś  czas  leŜała  bez  ruchu  i  odpoczywała  po  dramatycznych  przeŜyciach.  Teraz  nie 

byłaby w stanie poruszyć choćby palcem. Tymczasem profesor Tan przy uŜyciu specjalnego 

wziernika dokładnie obejrzał uszy dziewczyny. 

- No, na szczęście nic powaŜnego się nie stało. Masz wprawdzie uszkodzone bębenki, 

ale z czasem same się wygoją. Na razie moŜesz mieć kłopoty ze słuchem. Nic się jednak nie 

martw. 

- Właściwie uszy nie są mi aŜ tak bardzo potrzebne. PrzecieŜ i tak wiem, co mówi do 

mnie Lo. 

- Ach, więc tylko on cię interesuje? A twoi przyjaciele tam, na Ziemi? 

-  Profesorze,  chwilami  odnoszę  wraŜenie,  Ŝe  mają  niewiele  do  powiedzenia,  dlatego 

nie Ŝałuję, Ŝe ich nie usłyszę. 

Lindis uniosła się na łokciu i ostroŜnie spuściła nogi na podłogę. Dobre samopoczucie 

powoli powracało. Nie mogła uwierzyć w to, co jeszcze kilka minut wcześniej działo się z jej 

ciałem. Była niezmiernie dumna, Ŝe jako jedyna Ziemianka moŜe brać udział w tak dalekiej 

międzyplanetarnej ekspedycji. 

Gdy wstała, Lo ujął ją pod ramię i podprowadził w kierunku okienka. 

- Chodź, coś ci pokaŜę - powiedział. 

Lindis  odniosła  wraŜenie,  Ŝe  prawie  nic  nie  waŜy.  Tylko  dzięki  ogromnym,  cięŜkim 

butom, których Lo nie pozwolił jej zdejmować, mogła normalnie chodzić po podłodze. 

-  Gdybyś  nie  miała  na  sobie  tych  specjalnych  butów,  unosiłabyś  się  pod  sufitem  jak 

balonik. A teraz spójrz tam, w dół. 

Niektóre elementy pokładu wykonano z przezroczystego materiału, przypominającego 

szkło, tak Ŝe moŜna było przez nie wyglądać na zewnątrz. 

-  Wielkie  nieba,  Lo!  -  zawołała  bezmiernie  zdumiona  Lindis.  -  Czy  my  naprawdę 

znajdujemy się tak daleko od Ziemi? 

Nisko  pod  stopami,  w  gęstej  mgle,  dostrzegła  wiszącą  niczym  bombkę  choinkową, 

lśniącą niezwykłym blaskiem planetę. 

- To nie jest Ziemia - powiedział Lo z uśmiechem. 

- A co, KsięŜyc? Nie, to niemoŜliwe. W ciągu kilkunastu minut nie mogliśmy pokonać 

aŜ takiej drogi? 

- Masz przed sobą Wenus w całej okazałości, moja mała. 

background image

- Co takiego? Lo, ja chcę do domu! - wykrzyknęła Lindis juŜ nie na Ŝarty przeraŜona. 

-  Nic  się  nie  bój.  Wszystko  jest  pod  kontrolą.  Chodź,  pokaŜę  ci  twoją  ukochaną 

Ziemię,  ale  musimy  przejść  na  drugą  stronę.  Spójrz,  oto  ona  -  powiedział  i  wskazał  na 

jaśniejącą błękitem kulę. - Ta największa. KsięŜyca w ogóle stąd nie zobaczysz. 

Lindis wcześniej nie zdawała sobie sprawy z tego, Ŝe moŜe znaleźć się tak daleko od 

planety matki. Ogarnięta lękiem ukryła twarz w dłoniach. 

- Boję się - zaszlochała. 

Lo delikatnie otoczył ją ramieniem. Gdy tak przez chwilę stali przytuleni, Lindis nagle 

opuścił niepokój. W ramionach przyjaciela czuła się całkiem bezpieczna. 

-  PodróŜ powrotna  nie  będzie juŜ taka  dramatyczna - zapewnił  łagodnie. -  Najgorsze 

juŜ za tobą, wierz mi. 

Lindis spojrzała z wdzięcznością na Lo, a po chwili rzekła: 

- Strasznie tu u was gorąco. 

- Nic dziwnego, teraz znajdujemy się blisko Słońca. 

Mogłabym  tak  stać  w  jego  ramionach  całą  wieczność,  pomyślała,  ale  powinnam 

zachować wobec niego dystans. 

Tymczasem  Lo  wypuścił  ją  z  objęć  i  oboje  znowu  podeszli  do  okienka,  z  którego 

wcześniej patrzyli na Wenus. 

Jakby to było dobrze móc kontrolować swoje własne myśli, rozmarzyła się Lindis. To 

niesprawiedliwe, Ŝe Lo moŜe o mnie wiedzieć wszystko, podczas gdy sam stanowi dla mnie 

zagadkę! 

-  Wenus,  jak  zapewne  wiesz,  jest  drugą  planetą,  licząc  od  Słońca  -  wyjaśniał  Lo.  - 

Choć spośród wszystkich planet pod względem rozmiarów i gęstości najbardziej przypomina 

Ziemię,  wy,  ludzie,  nie  moglibyście  na  niej  zamieszkać.  Na  Wenus  panuje  bardzo  wysoka 

temperatura, no i prawie nie ma tam tlenu. 

Pojazd  tymczasem  zatoczył  duŜe  półkole  i  wrócił  na  poprzedni  kurs.  Po  upływie 

minuty lub dwóch z kabiny pilotów odezwał się Ari: 

- No, jesteśmy prawie na miejscu. 

Lindis  podbiegła  do  znajdującego  się  najbliŜej  stanowisk  pilotów  okienka  i  wyjrzała 

przez  nie.  Dość  wysoko  ponad  nimi  zawisł  olbrzymich  rozmiarów  statek,  równieŜ  zbliŜony 

kształtem  do  -  jak  określali  to  ludzie  -  latającego  talerza.  Pod  jego  płaskim  spodem 

przelatywały  w  tę  i  z  powrotem  pojazdy  identyczne  jak  ten,  którym  podróŜowała  Lindis. 

Niektóre z nich wlatywały do wnętrza olbrzyma, inne wylatywały z niego niczym pszczoły z 

ula. 

background image

-  No,  Lindis,  masz  przed  sobą  bardzo  waŜne  spotkanie  -  odezwał  się  zza  jej  pleców 

Tan. - Jak czujesz się jako pierwsza istota ludzka, która dotarła tak daleko? 

- CzyŜbyście wy nie byli ludźmi? - spytała zaskoczona dziewczyna. 

-  Owszem,  tylko  w  duŜo  bardziej  zaawansowanym  stadium  rozwoju  niŜ  Ziemianie. 

Wybacz, jeśli cię  uraziłem. Wszystkie  pojazdy,  które  tu  widzisz,  łącznie ze  statkiem  -  bazą, 

zostały  wybudowane  specjalnie  do  celów  badawczych.  Szczególnie  interesuje  nas  Ziemia  i 

wy, jej mieszkańcy. Przykro mi, Ŝe nie pomyśleliśmy o skafandrze dla ciebie, ale właśnie te 

mniejsze  statki  są  dla  nas  tym,  czym  dla  ludzi  z  Ziemi  kosmiczne  skafandry.  Sama  przed 

chwilą boleśnie doświadczyłaś, Ŝe nie są one jednak dostatecznie bezpieczne dla istot takich 

jak ty. Jesteście, jak się okazało, znacznie mniej odporni na wahania ciśnienia. My uŜywamy 

skafandrów tylko wówczas, gdy schodzimy na całkiem odmienne od naszej obce planety. Na 

Ziemi moŜemy się bez nich obejść. 

Lindis z rozdziawionymi z przejęcia ustami obserwowała rozgwieŜdŜone niebo. Naraz 

wybuchła głośnym śmiechem, czym wszystkich wprawiła w zdumienie. 

- Co się stało, co cię tak cieszy? 

- Przypomniałam sobie, Ŝe za kilka godzin mam wieczorek u koleŜanki, która mieszka 

na tamtej małej planecie. 

- Oj, chyba się mylisz, moja droga. Tamta planeta nazywa się Mars - wyjaśnił Lo. 

-  Jak  to,  przecieŜ  dopiero  mi  ją  pokazywałeś  i  mówiłeś,  Ŝe  to  Ziemia!  -  zawołała 

oszołomiona Lindis. 

-  Poruszamy  się  z  zawrotną  prędkością  -  powiedział  spokojnie  Ari.  -  Specjalnie  dla 

ciebie  nadłoŜyliśmy  drogi  i  zatoczyliśmy  półkole,  by  przelecieć  blisko  Wenus.  To  piękna 

planeta i warto na nią popatrzeć. Taka okazja nieprędko się powtórzy. Przede wszystkim jed-

nak  chcieliśmy  uniknąć  niebezpiecznego  spotkania  z  deszczem  meteorów.  Nie  rozumiem, 

dlaczego nie mogę teraz połączyć się z bazą - dodał poirytowany. 

- Czy macie moŜe lusterko? - zapytała nieoczekiwanie Lindis. 

Lo nie mógł opanować wesołości. 

-  Ciekawe,  czy  ktoś  spotkał  kiedyś  kobietę,  która  mogłaby  obyć  się  bez  lusterka?  - 

zapytał. - Chodź, zaprowadzę cię do łazienki. Tam znajdziesz wszystko, co potrzeba. 

Pokładowa łazienka urządzona była naprawdę wspaniale. Zachwycona Lindis spytała, 

czy nie mogłaby się wykąpać. 

- Lindis, obawiam się, Ŝe to na razie niemoŜliwe - rzekł Lo. - Woda rozchlapie się po 

całym pomieszczeniu, nie utrzymasz jej w wannie. 

Lindis rozejrzała się uwaŜnie dookoła. 

background image

- Zastanawiam się, gdzie przechowujecie swoje przybory do golenia. Wprost nie mogę 

się nadziwić, kaŜdy z was wygląda zawsze tak świeŜo, jakby wyszedł prosto spod brzytwy! 

-  AleŜ  z  ciebie  dociekliwa  osóbka!  Rzeczywiście,  nie  musimy  się  golić  zbyt  często, 

wystarczy raz na pół roku. 

Lindis  odruchowo  uniosła  dłoń,  by  dotknąć  policzka  przyjaciela,  ale  zaraz, 

zawstydzona, cofnęła ją. 

- Proszę bardzo, moŜesz sprawdzić - rzekł rozbawiony Lo. 

Przez chwilę przyglądała się twarzy przybysza z dalekiej planety, po czym pogłaskała 

czule  jego  policzek,  a  nawet  palcami  leciutko  musnęła  jego  wargi.  Przez  moment  odniosła 

wraŜenie, Ŝe Lo specjalnie przybliŜył twarz, zaraz jednak się cofnął. 

Lindis  poprawiła  rozwichrzone  włosy  i  uznała,  Ŝe  prezentuje  się  całkiem  dobrze. 

Razem z przyjacielem wróciła do pomieszczenia za kabiną pilotów. 

Wreszcie nadszedł najwaŜniejszy moment. 

- Jesteśmy gotowi do połączenia ze statkiem - bazą - rzekł Ari. - Proszę zapiąć pasy. 

Lindis oczekiwała gwałtownego uderzenia, tymczasem wpłynęli gładko przez otwarty 

luk i miękko wylądowali. 

Po  kilku  minutach  mogli  juŜ  opuścić  swój  pojazd.  Gdy  po  podstawionym  szerokim 

trapie  zeszli  na  dół,  Lindis  rozejrzała  się  ciekawie  dookoła.  Oto  znalazła  się  na  głównym 

pokładzie  statku  -  bazy.  Potem  wraz  z  trzema  towarzyszami  przeszła  do  duŜego 

pomieszczenia, w którym czekało juŜ kilku rosłych męŜczyzn o nieprzeniknionych twarzach. 

PrzedłuŜająca  się  pełna  napięcia  cisza  sprawiła,  Ŝe  Lindis  poczuła  się  nieswojo.  Przełknęła 

nerwowo ślinę. śebym tylko dobrze wypadła, pomyślała. 

-  Dasz  sobie  radę,  Lindis  -  rzekł  z  przekonaniem  Lo,  który  wiedział,  co  czuje  teraz 

dziewczyna. - Pamiętaj, Ŝe oni są mili i przyjaźnie do ciebie nastawieni. 

Tymczasem zbliŜył się do nich jedyny w tej grupie krępy i niski męŜczyzna. 

- Witam, słyszałem, Ŝe miała pani wyczerpującą podróŜ. 

Lindis uniosła głowę, dygnęła na przywitanie i odpowiedziała z dumą: 

- Tak, ale wszystko dobrze się skończyło. 

-  To  bardzo  uprzejme  z  pani  strony,  Ŝe  zechciała  nas  pani  odwiedzić.  Proszę  zająć 

miejsce,  zaraz  zaczynamy.  Mamy  niewiele  czasu.  Podobno  wraca  pani  na  swoją  planetę  za 

kilka godzin? 

Lindis uśmiechnęła się pod nosem. Coś takiego! Wszyscy przejmują się tym, Ŝe musi 

niedługo wracać do siebie. CzyŜby nie chcieli się z nią rozstawać? 

background image

Kiedy  Lindis  usiadła,  otoczyli  ją  pozostali  męŜczyźni.  Zadawali jej  tyle pytań,  Ŝe  po 

paru  minutach  poczuła  się  bardziej  wyczerpana  niŜ  po  najdłuŜszej  odpowiedzi  na  ocenę  w 

szkole. Interesowało ich wszystko: problemy społeczne, religia, przyroda, polityka, ekonomia, 

szkolnictwo, Ŝycie rodzinne, związki między kobietą a męŜczyzną i wiele innych zagadnień. 

Im  więcej  padało  pytań,  im  głębiej  drąŜono  temat,  tym  bardziej  bezradna  czuła  się  Lindis. 

Było  jej  wstyd,  Ŝe  ma  takie  luki  w  wykształceniu.  CóŜ,  wiele  przedmiotów  traktowała  po 

macoszemu, nic więc dziwnego, Ŝe teraz nie wszystko potrafiła wyjaśnić. 

Lo nie odstępował Lindis i w ten sposób podtrzymywał ją na duchu. Była wdzięczna, 

Ŝ

e chociaŜ w nim znajduje oparcie. 

Dziewczyna  wciąŜ  nie  mogła  się  nadziwić,  Ŝe  doskonale  słyszy  kaŜde  z  pytań,  choć 

Ŝ

aden z dostojnie wyglądających panów nie zadaje ich na głos. ZdąŜyła się juŜ przyzwyczaić, 

Ŝ

e  w  ten  szczególny  sposób  komunikuje  się  z  Lo,  ale  przecieŜ  niezwykła  komisja 

egzaminacyjna składała się z zupełnie obcych jej osób! 

Po  godzinie  Lindis  poczuła  ogromne  zmęczenie.  Jej  odpowiedzi  nie  były  juŜ  tak 

staranne i przemyślane. Gdy jeden z męŜczyzn zapytał ją, dlaczego jest taka chuda i dlaczego 

czuje się samotna, choć przecieŜ ma wielu znajomych, o mało się nie rozpłakała. 

Na  szczęście  krępy  męŜczyzna,  ten  który  na  początku  powitał  Lindis,  dostrzegł,  jak 

bardzo jest wyczerpana, i stwierdził: 

- Chyba najwyŜszy czas na przerwę, panowie. Nasz gość jest znuŜony. Pozwólmy mu 

odsapnąć. Myślę teŜ, Ŝe powinniśmy coś zjeść. 

Po  chwili  podano  do  stołu.  Patrząc  na  smakowite,  ładnie  podane  potrawy,  Lindis  ku 

swemu zdziwieniu poczuła wyraźny głód. 

- Myślałam, Ŝe odŜywiacie się wyłącznie tabletkami - powiedziała z uśmiechem. 

- Nie gardzimy dobrą kuchnią - odparł Tan. - Jakiś czas temu przeszliśmy na pokarm 

farmakologiczny, ale ludność podniosła bunt. 

Po  skończonym  posiłku  Lindis  znów  odpowiadała  na  pytania  obcych  męŜczyzn. 

Potem  dziewczynie  pobrano  krew,  zmierzono  ciśnienie  krwi,  wykonano  elektrokardiogram, 

tomografię komputerową mózgu i wiele innych badań, których celu nie znała. Badanie, jakie 

na  Ziemi  przeprowadził  Lo,  było  jedynie  wstępem  do  mnóstwa  analiz,  które  planowali 

przybysze z obcej planety. 

Kiedy  Lindis  uznała,  Ŝe  nareszcie  dadzą  jej  spokój,  egzamin  zaczął  się  od  nowa. 

Chciała wypaść jak najlepiej, za nic nie chciała sprawić zawodu Lo. Choć była ledwie Ŝywa i 

nie mogła się skupić, cierpliwie odpowiadała, aŜ wreszcie, kompletnie wyczerpana, po prostu 

umilkła. 

background image

- Za duŜo od niej wymagacie - oburzył się Lo. - Nie moŜecie oczekiwać, Ŝe nastoletnia 

uczennica wyjaśni wszystkie interesujące nas kwestie. 

-  Proszę  nam  wybaczyć,  być  moŜe  trochę  przesadziliśmy  -  usprawiedliwiał  się 

niewysoki męŜczyzna. - Po prostu tak bardzo interesujemy się Ziemią, jej mieszkańcami i ich 

Ŝ

yciem, Ŝe chcieliśmy do maksimum wykorzystać obecność naszego gościa. 

Zaczęli  wymieniać  między  sobą  ciche  uwagi,  a  chwilami  Lindis  odnosiła  nawet 

wraŜenie, Ŝe się o coś spierają. Jeden z męŜczyzn przywołał do siebie Lo i coś mu szepnął do 

ucha.  Lo  wyraźnie  spochmurniał.  Lindis  dałaby  teraz  wiele  za  to,  by  mieć  przy  sobie 

urządzenie, które pozwala odgadywać cudze myśli. 

Wreszcie  Lo  podszedł  do  Lindis.  Stanąwszy  za  plecami  dziewczyny,  oparł  jej  głowę 

wygodnie na oparciu fotela i począł delikatnie masować skronie siedzącej. 

Lindis  spojrzała  na  niego  pytająco,  tym  razem  jednak  nie  przekazał  jej  Ŝadnych 

wyjaśnień.  Powieki  Lindis  stały  się  naraz  cięŜkie  jak  ołów  i  powoli  zaczął  morzyć  ją  sen. 

Wokół zapanowała cisza... 

Po  jakimś  czasie  poczuła,  Ŝe  ktoś  delikatnie  potrząsa  ją  za  ramię.  Poderwała  się  na 

równe nogi. 

- Lindis, wracamy na Ziemię, juŜ czas - poinformował Lo. 

Niewysoki  krępy  męŜczyzna  podziękował  Lindis  serdecznie  za  spotkanie  oraz 

udzielenie  odpowiedzi  na  wiele  waŜnych  pytań.  Informacje,  które  dzięki  niej  zgromadzili, 

zostaną teraz szczegółowo przeanalizowane i wykorzystane do dalszych badań, zapewnił. 

Po  jakimś  czasie,  gdy  Lindis  wraz  z  Lo,  Arim  i  Tanem  znaleźli  się  na  pokładzie 

mniejszego statku, Lindis zagadnęła przyjaciela, który siedział nachmurzony: 

- Co się ze mną działo, Lo? 

- Zadali ci kilka pytań, na które nie chciałaś udzielić odpowiedzi - wyjaśnił, starannie 

unikając  jej  spojrzenia.  -  Musieliśmy  poddać  cię  hipnozie,  poniewaŜ  tym  razem  nasze 

umiejętności czytania w myślach zawiodły. 

Lindis  zaniepokoiła  się  nie  na  Ŝarty.  Nie  miała  pojęcia,  o  jakie  pytania  chodzi. 

Zdarzało się przecieŜ, Ŝe o pewnych sprawach nie miała ochoty rozmawiać z nikim. Czasami 

bała się nawet o nich myśleć. Poczuła się dotknięta do Ŝywego. 

- Nie miałeś prawa zmuszać mnie do niczego! - zawołała. - I to w obecności obcych 

męŜczyzn! 

- Nie miałem wyboru - odparł krótko. 

- I co, dowiedzieli się tego, czego chcieli? - zapytała obraŜona Lindis. 

background image

-  Owszem, ale  nie  były  to  dla  nas sprawy  nowe. Okazało  się,  Ŝe jednak mamy  wiele 

wspólnego. 

Lindis  odwróciła  się  na  pięcie  i  usadowiła  się  w  fotelu  na  drugim  końcu 

pomieszczenia. 

Lądowanie na Ziemi w porównaniu z przeŜyciami, jakie stały się udziałem Lindis przy 

starcie, było niemal przyjemnością. Powoli wstawał ranek, kościelne dzwony właśnie zaczęły 

wzywać na poranne naboŜeństwo. Gdy słońce wychyliło się znad horyzontu, Lindis leŜała juŜ 

w swoim łóŜku i zasypiała. W zaciśniętej dłoni trzymała błękitny szalik. 

background image

ROZDZIAŁ IX 

Odkąd  Lindis  sięgała  pamięcią,  czas  spędzany  w  domu  nie  kojarzył  jej  się  z  niczym 

przyjemnym. Teraz, kiedy dziewczyna poznała prawdziwe zamiary panny Lund, czuła się tu 

jeszcze bardziej obco. Z drugiej jednak strony uznała, Ŝe nie wolno dopuścić do tego, by obca 

kobieta rozbiła jej rodzinę, choćby nawet ta rodzina róŜniła się od normalnych. Rozmyślała o 

tym całe przedpołudnie, aŜ wreszcie zdecydowała, Ŝe musi porozmawiać z ojcem. 

Po  obiedzie  z  duszą  na  ramieniu  stanęła  pod  drzwiami  jego  gabinetu  i  delikatnie 

zapukała. 

Ojciec uniósł wzrok znad biurka. 

- Kogo widzę, Lindis! Co, skończyło się kieszonkowe? 

Dziewczyna potrząsnęła przecząco głową i rzekła: 

- Tym razem nie. Chciałabym z tobą powaŜnie porozmawiać. 

Odetchnął z ulgą i odłoŜył na bok swoje papiery. 

- Zamieniam się w słuch. 

Zimny ton głosu ojca speszył Lindis, ale po chwili dziewczyna wzięła głęboki oddech 

i zaczęła: 

- Dotarły do mnie nieprzyjemne plotki na twój temat, ojcze... 

- Co takiego? - spytał pan Bergstrøm, wyraźnie blednąc. 

- Wygląda na to, Ŝe nasza nauczycielka od angielskiego chwali się wszem i wobec, Ŝe 

wpadłeś  jej  w  oko.  Rozgłasza,  Ŝe  odchodzisz  od  Ŝony.  Słyszałam  nawet,  Ŝe  chcecie  mnie 

zabrać  do  siebie,  a  Karin  zostawić  mamie!  Ja  się  na  to  stanowczo  nie  zgadzam!  Nie 

zamierzam zostać pasierbicą panny Lund! 

Na twarzy ojca wystąpiły czerwone plamy. 

-  Kto  ci  nagadał  takich  głupstw!  -  krzyknął,  uderzając  pięścią  w  stół.  -  To...  to 

nieprawda. 

Szloch ścisnął Lindis za gardło, tak Ŝe z trudem zdołała wykrztusić: 

- Ja... słyszałam to od róŜnych osób... Pan Bergstrøm ciskał z oczu błyskawice. 

-  Tato,  czy  to  prawda?  -  pochlipywała  Lindis.  -  Chcesz  naprawdę  zostawić  mamę? 

Czy dlatego mama jest taka nieszczęśliwa? 

- Lindis, wyjdź stąd natychmiast! Muszę pilnie zadzwonić! - MęŜczyzna złapał się za 

głowę i opadł bez sił na fotel. - To jakaś kompletna bujda! Kto ci naopowiadał takich rzeczy? 

Zamiast słuchać podłych oszczerstw, powinnaś kategorycznie zaprzeczyć! 

background image

Lindis  opuściła  gabinet  ojca.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  pierwszą  rundę  wygrała.  Wiedziała 

jednak, Ŝe na tym jeszcze nie koniec, Ŝe czeka ją kolejne starcie. 

Pomyślała  o  swoim  przyjacielu.  Ani  on,  ani  teŜ  Tan  czy  Ari  nie  wspomnieli  nawet 

słowem o ewentualnym następnym spotkaniu. Tymczasem Lindis juŜ nie mogła się doczekać, 

by  znowu  ujrzeć  Lo.  Odnosiła  wraŜenie,  Ŝe  i  Ari,  i  Tan  nie  pochwalają  jej  nadmiernego 

zainteresowania  osobą  Lo.  Z  pewnością  woleliby,  Ŝeby  teraz  usunęła  się  w  cień.  Lindis  zaś 

targały sprzeczne uczucia: za Ŝadne skarby nie chciała się narzucać, a jednocześnie tęskniła za 

niezwykłym przyjacielem, z którym tak wspaniale się rozumieli. Nie wiedziała nawet, w jaki 

sposób nawiązać z nim kontakt, nie była pewna, czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczy. Mogła 

tylko  cierpliwie  czekać  na  jakiś  znak  od  niego.  Chyba  Lo  nie  opuści  jej  bez  poŜegnania? 

Samotna, spragniona miłości i przyjaźni Lindis cierpiała prawdziwe męki. 

 

Mimo  wielkiego  przygnębienia  postanowiła  jednak  pójść  na  wieczorek  do  Tone. 

Zastanawiała  się,  w  czym  byłoby  jej  najładniej.  A  moŜe  nie  warto  się  stroić,  tylko  włoŜyć 

zwykłą trykotową koszulkę i wytarte dŜinsy? 

Jednak zdecydowała, Ŝe ubierze się starannie, na złość koleŜankom. Poza tym uznała, 

Ŝ

e  gdyby  Lo  jej  towarzyszył,  z  pewnością  ucieszyłby  się,  widząc  ją  elegancką  i  zadbaną. 

Ciekawe, w czym podobałabym mu się najbardziej? pomyślała. 

Umyła  włosy  i  zwinęła  je  wysoko,  upinając  w  zgrabny  kok.  WłoŜyła  obcisłą 

granatową  spódniczkę,  która  odsłaniała  smukłe  nogi  i  podkreślała  szczupłą  talię.  Do  tego 

ś

wietnie  pasowała  jasnoniebieska  bluzka  z  przezroczystymi  szyfonowymi  rękawami.  Gdy 

Lindis  była  juŜ  gotowa,  przejrzała  się  w  lustrze.  Uznała,  Ŝe  wygląda  bardzo  efektownie. 

Szczególnej elegancji dodały jej ciemne pantofelki na wyŜszym niŜ zwykle obcasie. 

Czy mogę się tak pokazać w towarzystwie? A jeśli dziewczęta mnie wyśmieją? 

Tymczasem do pokoju weszła mama Lindis. Na widok córki oniemiała. 

-  AleŜ  Lindis...  jak...  jak...  ty...?  -  wykrztusiła  po  dłuŜszej  chwili.  -  Chciałam 

powiedzieć,  Ŝe  prześlicznie  wyglądasz,  choć  mnie  wydajesz  się  stanowczo  za  szczupła. 

Chyba skończyłaś z tym odchudzaniem? No, no, kto by pomyślał? Taka piękna dziewczyna! 

- Mamo, właśnie przybyłam na wadze dwa kilogramy. Ostatnio jem za dwie, więc nie 

musisz się martwić. Czy mogłabym poŜyczyć twoich perfum? Podobają mi się te o zapachu 

konwalii. 

Pani  Bergstrøm  pozwoliła  Lindis  skorzystać  nie  tylko  z  perfum,  ale  teŜ  z  pomadki  i 

kredki  do  oczu.  Doradziła  takŜe  córce,  by  pociągnęła  rzęsy  czarnym  tuszem.  Dzięki  tym 

zabiegom twarz Lindis stała się duŜo bardziej wyrazista. 

background image

JuŜ stojąc w drzwiach, przed samym wyjściem, Lindis nieoczekiwanie powiedziała: 

-  Mamo,  tak  mi  przykro,  Ŝe  ostatnio  byłam  wobec  ciebie  oschła  Poprawię  się, 

obiecuję.  I  wcale  nie  tęsknię  za  moimi  biologicznymi  rodzicami.  Myślę,  Ŝe  z  tobą  jest  mi 

najlepiej. 

Zanim do zaskoczonej pani Bergstrøm dotarł sens słów, Lindis zniknęła. 

U Tone było juŜ gwarno. Na widok wchodzącej Lindis dziewczęta zamarły, po czym 

otoczyły  ją  i  zaczęły  prześcigać  się  w  komplementach,  zachwycone  jej  nowym  stylem.  Ku 

swojemu zdumieniu Lindis stwierdziła, Ŝe podziw koleŜanek jest szczery. 

- Tylko pasek trochę ci się przekrzywił - rzuciła Tone, co najwyraźniej oznaczało, Ŝe 

cała reszta jest w najlepszym porządku. 

Wśród gości Lindis dostrzegła Dagfinna, ku któremu tęskne spojrzenia słała Marit. On 

jednak  pochłonięty  był  rozmową  z  inną.  Anne  Sofie  sprawiała  wraŜenie  rozbawionej  i 

wyjątkowo szczęśliwej. Lindis domyśliła się, Ŝe obawy koleŜanki okazały się przedwczesne. 

To dobrze, dziewczyna nie będzie musiała przerywać szkoły w połowie roku. 

W  drodze  na  wieczorek  Lindis  natknęła  się  na  pannę  Lisbeth  Lund.  Ukłoniła  jej  się 

grzecznie, jak zwykle. Nauczycielka tymczasem zmierzyła ją niechętnym wzrokiem, po czym 

szybko się oddaliła. Lindis wiedziała, Ŝe tego wieczoru ojciec postanowił zostać w domu ku 

wielkiej radości matki. Lindis była z tego powodu niezwykle dumna. W końcu to jej zasługa. 

W pewnym momencie do Lindis podeszła Marit. 

-  Nawet  jak  mnie  poprosi,  nie  mam  zamiaru  z  nim  tańczyć  -  powiedziała  trochę  bez 

związku i znów posłała czułe spojrzenie Dagfinnowi. - Spójrz, jak ci chłopcy uganiają się za 

głupimi gąskami. Mnie nadmiar powodzenia nie grozi, prawda, Lindis? Oni wszyscy boją się 

mądrych dziewcząt! 

- Ze mną teŜ Ŝaden nie chce tańczyć. Nawet nie mam tej pociechy co ty - z goryczą w 

głosie odrzekła Lindis. 

-  No  wiesz!  Ty  w  ogóle  nie  okazujesz  im  zainteresowania,  dlatego  omijają  cię  z 

daleka.  Mrozisz  ich  swoim  lodowatym  spojrzeniem.  Chodzisz  z  głową  w  chmurach  albo 

zaczynasz  rozmowę  na  zbyt  skomplikowane  tematy.  Oni  tego  nie  lubią.  Wolą  w  kółko 

chwalić  się  swymi  wątpliwymi  sukcesami,  przytulać  się,  uszczypnąć  tu  i  tam.  To  wszystko, 

na co ich stać. Po co nadmiernie wysilać mózg? 

-  Marit,  jesteś  niesprawiedliwa  -  zauwaŜyła  ze  śmiechem  Lindis.  -  Ale  co  do  mnie 

masz  rację.  Jakoś  Ŝaden  z  nich  mnie  nie  interesuje.  Gdyby  mieli  same  zalety,  gdyby  stanął 

przede mną sam Tom Cruise, to i tak nie dorastałby nawet do pięt... 

background image

-  Ach,  tak,  więc  nadal  marzysz  o  tym  geologu  -  powiedziała  z  przekąsem  Marit.  - 

Niech ci będzie. 

Lindis  przypomniała  sobie  słowa  Ariego.  Mówił,  Ŝe  powinna  jak  najwięcej  czasu 

spędzać ze swoimi najbliŜszymi i z rówieśnikami. CóŜ, kiedy nudziła się w ich towarzystwie. 

Nie było jej łatwo. 

ś

yję  w  dwóch  róŜnych  światach,  pomyślała.  Pierwszy  to  mój  zwyczajny,  powszedni 

dzień, ten drugi, niezwykły, to świat Lo. Największym problemem jest to, Ŝe wciąŜ tęsknię za 

tym drugim. 

Nagle  Lindis  zamarła.  Mimo  gwaru,  jaki  panował  w  pomieszczeniu,  usłyszała 

znajomy głos. Głos, który rozpoznałaby nawet wówczas, gdyby dochodził z końca świata. To 

Lo wzywał ją do siebie. 

- Lindis, wyjdź na dwór. Czekam w ogrodzie! 

Na  moment  wstrzymała  oddech.  Była  tak  uszczęśliwiona,  Ŝe  w  pierwszej  chwili  nie 

mogła zrobić kroku. Zaraz jednak opanowała się i przeprosiła Marit. 

- Wybacz mi, Marit, zaraz wracam.... - rzuciła tonem usprawiedliwienia i wybiegła na 

zewnątrz. 

Obeszła  dom  w  koło  i  znalazła  się  na  jego  tyłach,  koło  werandy,  której  schodki 

prowadziły  w  dół,  w  stronę  plaŜy.  W  ciemności  dostrzegła  połyskujący  kombinezon 

przyjaciela. W okamgnieniu znalazła się tuŜ przy Lo. 

-  Cześć,  jak  to  dobrze,  Ŝe  przyszedłeś!  -  rzuciła  zdyszana.  -  Czy  będę  wam  znowu 

potrzebna? Nie wybieracie się czasem w kolejną podróŜ? 

Lo spojrzał na Lindis, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w Ŝyciu. 

- Nie, na razie nigdzie się nie wybieramy. Myślałem tylko... Lindis, nie mogę wyjść ze 

zdumienia. Wyglądasz tak... tak elegancko... 

Elegancko?  Lindis  spodziewała  się  innego  komplementu.  Sądziła,  Ŝe  Lo  przywita  ją 

bardziej serdecznie. Nie mógł nie zauwaŜyć, jak bardzo się zmieniła, miał wszak znakomity 

wzrok, nie przeszkadzała mu najgłębsza nawet ciemność. 

Lo dostrzegł zawiedzioną minę Lindis. 

- MoŜe źle się wyraziłem. Wyglądasz pięknie - poprawił się z uśmiechem. 

Zanim Lindis zdąŜyła zareagować, mówił dalej: 

- Wiesz, ciekawi mnie, jak się bawicie. 

- No to chodź ze mną do środka - zaproponowała uradowana. 

- Lepiej nie. Podejdę tylko do okna i trochę pozaglądam. Chyba mnie nie zauwaŜą. 

background image

- MoŜe masz rację - rzekła, z trudem opanowując rozczarowanie. - WyobraŜam sobie, 

jakie wywołałbyś poruszenie. 

- Zwłaszcza w tym kombinezonie - dorzucił. 

- Myślę, Ŝe nie tylko ten strój spowodowałby zamieszanie. 

ś

e teŜ tak się wygłupiła! Co jej przyszło do głowy, Ŝeby zapraszać go na wieczorek? 

Obserwowała  ukradkiem,  jak  Lo  przygląda  się  rozbawionej  młodzieŜy,  i  tym  bardziej 

Ŝ

ałowała swoich słów. Lo tak ogromnie róŜnił się od jej kolegów i koleŜanek! Choć dla niej 

był  po  prostu  wspaniałym  męŜczyzną,  jego  niezwykłe  oczy  mogły  wywołać  szok  u  innych 

dziewcząt.  A  moŜe  przeciwnie,  zachwyciłyby  się  nim,  a  potem  nie  mógłby  się  opędzić  od 

rozhisteryzowanych  wielbicielek,  które  starałyby  mu  się  przypodobać.  Nie,  nade  wszystko 

Lindis nie  miała zamiaru dzielić się Lo, pokazywać go innym. NaleŜał tylko  do niej, był jej 

wiernym przyjacielem i ta świadomość podnosiła ją na duchu. 

Nagle  zdała  sobie  sprawę,  Ŝe  Lo  śledzi  jej  myśli,  gdyŜ  wyraźnie  posmutniał.  Lindis 

szybko zaczęła mówić na zupełnie inny temat, ale Lo zdawał się jej nie słuchać. 

-  Interesujące  -  wycedził  przez  zęby  i  w  zamyśleniu  obserwował  sączących  drinki 

chłopców.  -  Nie  mogłem  sobie  odmówić,  Ŝeby  tu  do  was  nie  zajrzeć.  Tyle  ciekawych 

postaci... 

- Ach, tak, więc tylko po to tu przyszedłeś? 

Odwrócił się do Lindis i spojrzał jej głęboko w oczy. 

- Tak, tylko po to. 

- A co powiedzą na tę wizytę Ari i Tan? 

- Nie wiedzą, Ŝe tu jestem. 

-  Naprawdę?  -  zawołała  Lindis.  -  Wychodzisz  bez  powiadomienia  swoich 

przełoŜonych? 

- No, a co ty zrobiłaś wczoraj w nocy? 

-  Wczoraj  wpatrywałam  się  w  planetę  Wenus  w  towarzystwie  ukocha...  Oj, 

przepraszam. Miałam zupełnie co innego na myśli - dodała zawstydzona. 

- Ja nic nie słyszałem, Lindis. 

ś

adne  z  nich  juŜ  się  nie  odezwało.  W  milczeniu  przyglądali  się  gromadzie 

rozbawionych  młodych  ludzi.  Lindis  czuła  się  nieswojo,  podglądając  znajomych,  ale  wcale 

nie miała ochoty ruszyć się z miejsca. 

- Powiedziałbym, Ŝe nie widzę w nich nic nadzwyczajnego - powiedział w końcu Lo. - 

UwaŜam, Ŝe nie dorastają ci do pięt. 

background image

Lindis  dopiero  po  chwili  się  zorientowała,  Ŝe  Lo  do  niej  mówi.  Po  raz  pierwszy 

usłyszała  jego  prawdziwy  głos.  Tym  razem  Lo  nie  przekazywał  swoich  myśli,  tylko  je 

naprawdę wypowiadał. Głos miał niski, ciepły, dźwięczny. Lindis była nim zachwycona. 

- Zobacz, jakie piękne włosy ma ta dziewczyna - rzucił w pewnym momencie. - Takie 

jasne jak łan Ŝyta! 

To była Kirsten. Jej długie złotoblond włosy spływały pięknymi lokami na ramiona. 

Lindis  posmutniała.  Niewiele  brakowało,  a  rozpłakałaby  się.  Wiele  dałaby  za  takie 

właśnie włosy... 

- Lindis - zaczął Lo. - Dlaczego tak dziwnie reagujesz? Czy od razu zakochujesz się w 

chłopcu tylko dlatego, Ŝe ma bujną czuprynę? 

- Oczywiście, Ŝe nie. 

- Dlaczego więc sądzisz, Ŝe ze mną jest inaczej? 

- Przepraszam, nie chciałam zrobić ci przykrości. Powiedz, czy jesteś Ŝonaty? 

- Nie, od dziesięciu lat zajmuję się wyłącznie badaniem przestrzeni kosmicznej. Jakoś 

nie myślałem o ułoŜeniu sobie Ŝycia. Wcześnie opuściłem rodzinny dom. 

- Nigdy nie tęsknisz za kimś bliskim? 

- MoŜe czasami - powiedział ostroŜnie. 

- Za kimś konkretnym? 

- Lindis, daj spokój - uciął krótko. 

Dziewczyna umilkła, zgaszona, a po chwili zmieniła temat. 

- Umiesz hipnotyzować? - spytała. 

Lo  spojrzał  na  Lindis  w  zamyśleniu.  Jego  zmruŜone  jak  u  kota,  lśniące  jasnym 

blaskiem oczy kontrastowały ze smagłą, jakby opaloną twarzą. 

-  Hm,  moŜe  to  nie  jest  najlepsze  określenie.  Nie  wiem zresztą,  o  co tak  naprawdę  ci 

chodzi. 

Lindis zerknęła na Lo i poprosiła: 

-  Czy  mógłbyś  sprawić,  Ŝeby  Dagfinn  zatańczył  z  Marit?  Ona  jest  w  nim  taka 

zakochana, a Dagfinn zupełnie nie zwraca na nią uwagi. Niech poprosi ją do tańca! 

-  Widzę,  Ŝe  pragniesz  wszystkich  uszczęśliwiać  -  uśmiechnął  się  Lo.  -  A  który  to 

Dagfinn? 

Lindis wskazała na jednego z rozbawionych chłopców. 

-  No  wiesz?  Czemu  miałoby  to  słuŜyć?  -  zdziwił  się  Lo.  -  On  nie  zasługuje  na  jej 

zainteresowanie. Wolałbym skojarzyć ją z tym drugim, który stoi nieco w tyle. Zobacz tylko, 

jak często posyła w jej kierunku czułe spojrzenia. 

background image

- Niech więc Marit zmieni swój obiekt westchnień! 

-  Lindis,  kochanie,  przecieŜ  nie  jestem  swatem!  Uczuć  nie  moŜna  poddawać 

eksperymentom. 

-  A  gdybyś  znał  dziewczynę,  która  ulokowała  swoje  uczucia  nie  w  tej  osobie,  co 

naleŜy,  nie  chciałbyś  jej  pomóc?  Zwłaszcza  gdyby  nie  chodziło  o  miłość,  ale  o  zwykłą... 

przyjaźń? 

Lindis zdawała sobie sprawę z tego, Ŝe jej głos zaczyna drŜeć. 

- Jeśli chodzi o przelotne zauroczenie, być moŜe uda mi się coś na nie poradzić, ale nie 

mam najmniejszego zamiaru mieszać się do prawdziwej miłości. Nie leŜy to zresztą w mojej 

mocy. 

- Więc nie pomoŜesz Marit? 

- Owszem, jej mogę pomóc, jeśli rzeczywiście tak bardzo ci na tym zaleŜy. 

ZaleŜy? Tylko tego brakowało! Co ja narobiłam? Wtrącam się  w nieswoje sprawy, a 

do  tego  ryzykuję  utratą  przyjaźni  Lo.  Ale  co  zrobić,  platoniczna  przyjaźń  dziewczyny  i 

chłopca  nie  moŜe  chyba  trwać  wiecznie.  Prędzej czy  później musi  przerodzić  się  w  głęboką 

zaŜyłość. Dotyczy to takŜe mnie, zwłaszcza Ŝe chodzi o kogoś tak przystojnego i zmysłowego 

jak Lo. 

Tymczasem  Lo  skoncentrował  uwagę  na  dwojgu  młodych.  W  pewnej  chwili  Lindis 

zauwaŜyła, Ŝe Marit podeszła do chłopca, który od dawna tęsknie spoglądał w jej stronę. 

A jednak udało się! Lo jest naprawdę wspaniały, pomyślała z wdzięcznością Lindis. 

Nie minęło wiele czasu i Marit z chłopakiem, czule objęci, wyszli na werandę. Stali w 

milczeniu, zapatrzeni w sierp księŜyca na niebie. Lindis z Lo odeszli po cichutku trochę dalej, 

by para ich nie zauwaŜyła. 

- Jak oni mogą tak się obejmować! - zawołał w pewnej chwili oburzony Lo. - PrzecieŜ 

prawie się nie znają! A ta twoja Marit nawet go nie kocha! Nie pojmuję waszych zwyczajów. 

Dla nas miłość jest rzeczą wielką, bez niej nie ma mowy o bliskości i fizycznym kontakcie. 

Czy wy nie macie Ŝadnych zasad? Większość tych dziewcząt... Ich myśli wprawiają mnie w 

prawdziwe zakłopotanie. Muszę przyznać, Ŝe jestem zaszokowany. 

Zawstydzona Lindis przypomniała sobie, Ŝe jeszcze niedawno sama chciała pocałować 

Lo. 

-  Ty  jesteś  zupełnie  inna,  przyjaciółko  -  powiedział  Lo,  jak  zwykłe  odczytując  jej 

myśli. - Z pewnością podobałabyś się mieszkańcom naszej planety, jesteś bowiem wraŜliwą, 

myślącą  dziewczyną.  To  nie  tylko  moje  zdanie, ja  to  po  prostu  wiem.  Otwartość,  szczerość, 

background image

serdeczny  stosunek  do  drugiego  człowieka  to  zalety,  które  przyciągają  do  ciebie  innych, 

Lindis. 

Lindis  zadowolona  chłonęła  słowa  Lo  tak,  jak  gdyby  juŜ  nigdy  więcej  nie  miała  ich 

usłyszeć. Była niezwykle wdzięczna i dumna, Ŝe Lo ma o niej tak dobre mniemanie. 

Zerwał się wiatr. Lindis drgnęła. 

- Zmarzłaś? Chodź do mnie, ogrzeję cię. 

Lo otulił dziewczynę połą swojej kurtki i przytulił do siebie. Lindis z wraŜenia niemal 

zamarła.  Po  chwili  ostroŜnie  przyłoŜyła  ucho  do  szerokiej  piersi  przyjaciela,  a  usłyszawszy, 

jak rytmicznie bije jego serce, wykrzyknęła zaskoczona: 

- Lo, do tej pory sądziłam, Ŝe ty nie masz serca! 

- Chyba Ŝartujesz, Lindis. CzyŜbyś uwaŜała mnie za robota? 

- No... raczej nie. Jak mocno bije! Czy zawsze tak je słychać? 

Lo zmarszczył czoło i rzekł niemal z gniewem: 

-  Słuchaj,  dziewczyno,  jeśli  nie  przestaniesz  mnie  prowokować,  juŜ  nigdy  się  nie 

spotkamy. Nie rozumiesz, Ŝe mnie po prostu dręczysz? 

Zmieszana Lindis nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć. 

- Przepraszam, ale ja naprawdę nie chciałam sprawić ci przykrości - wyjąkała. - A tym 

bardziej nie miałam zamiaru cię prowokować. Nic nie poradzę, Ŝe tak cię lubię - dokończyła 

ledwie słyszalnie. 

Lo uśmiechnął się smutno. 

-  No  dobrze,  juŜ  się  nie  gniewam.  Wiem,  Ŝe  jest  ci  cięŜko.  I  tak  jeszcze  niemało  się 

nacierpisz. 

W  tej  samej  chwili  otworzyły  się  drzwi  na  werandę.  Kiedy  Lo  podniósł  wzrok  na 

stojącą w nich dziewczynę, ta wrzasnęła przeraŜona i jak burza wpadła do salonu. 

Lo  zareagował  błyskawicznie.  Jednym  susem  pokonał  ogrodzenie  i  stojąc  juŜ  po 

drugiej stronie, zawołał: 

-  Lindis,  skacz!  Złapię  cię.  Potem  biegnij  szybko  do  wejścia,  zabierz  swój  płaszcz  i 

zmykaj. Czekam na ciebie za najbliŜszym rogiem. 

Lindis  bez  namysłu  rzuciła  się  do  przodu  i  wylądowała  w  ramionach  Lo.  Zza  ściany 

wciąŜ dochodził histeryczny krzyk dziewczyny. 

- Co jej się stało? Dlaczego tak krzyczy? 

- Prawdopodobnie w moich oczach odbiło się światło. MoŜesz sobie wyobrazić, jak to 

wyglądało! 

- Wielkie nieba! JuŜ pędzę. Tylko mnie tu nie zostawiaj! 

background image

Gdy  Lindis  znalazła  się  w  przedpokoju,  zdjęła  z  wieszaka  swój  płaszcz  i  bez  słowa 

wyjaśnienia czym prędzej opuściła dom Tone. Za najbliŜszym rogiem obejrzała się za siebie. 

Werandę wypełniał juŜ tłumek gości. 

- Myślę, Ŝe moi znajomi mają się teraz z pyszna - zauwaŜyła z przekąsem Lindis. 

Lo  nie  zareagował.  Minęli  w  milczeniu kilka  przecznic,  aŜ  wreszcie  dotarli  do  domu 

Lindis. 

- Tu właśnie mieszkam. 

Zatrzymali się przy schodkach. 

- Nie będę wchodził. Znowu narobiłbym zamieszania. Powiedz, czy jesteś zadowolona 

z dzisiejszego wieczoru? 

-  Było  wspaniale!  -  powiedziała,  a  w  duchu  poprosiła:  Pocałuj  mnie  na  poŜegnanie, 

Lo. 

Bliskość  przyjaciela  przyprawiała  dziewczynę  o  zawrót  głowy.  Po  raz  kolejny 

uświadomiła sobie, Ŝe właśnie on jest tym człowiekiem, który mógłby wyrwać ją z zaklętego 

kręgu samotności. 

Nic się jednak nie stało. Lo nagle spowaŜniał i pozostał głuchy na jej prośbę. 

-  Teraz  nieprędko  się  zobaczymy  -  zakomunikował  sucho.  -  Obiecałem  to  moim 

przełoŜonym. Jesteśmy bardzo zapracowani. Odezwę się do ciebie, jak tylko będę miał chwilę 

czasu. Zresztą będziemy cię jeszcze potrzebować. 

Teraz  wszystko  stało  się  jasne.  Stanowi  dla  Lo  jedynie  obiekt  badań.  Chciał  poznać 

zachowanie i zwyczaje mieszkańców Ziemi i postanowił ją wykorzystać do tego celu. 

- Dobranoc, Lo - wyszeptała zawiedziona. 

- Dobranoc. 

Z krwawiącym sercem nacisnęła klamkę i weszła do mieszkania. 

Kim ja tak naprawdę jestem? myślała rozŜalona. Nie wiadomo, czy juŜ dorosłam, czy 

jeszcze jestem małą dziewczynką. Osiemnaście lat, a taka niedojrzała, jak mawia Lo. 

Nieodwzajemniona  miłość  bardzo  boli.  Czy  zdołam  sobie  poradzić  z  tym 

wszechogarniającym uczuciem, które nigdy nie doczeka się odpowiedzi? 

Dlaczego nikt mnie nie kocha? Czy robię coś nie tak, czy to jakiś Ŝart okrutnego losu? 

Dla mamy i taty tak naprawdę istnieje tylko Karin, a mnie pozostawiają samej sobie. Lisbeth 

Lund,  jak się  okazało, jest  po  prostu  wyrachowana  i  nieszczera.  Dla  Lo  stanowię  wyłącznie 

obiekt  badań  naukowych.  Dobrze  wie,  Ŝe  jestem  w  nim  zakochana,  ale  poza  współczuciem 

nie jest w stanie nic mi ofiarować. 

background image

Czym  się  to  wszystko  skończy?  Czy  moŜe  mnie  spotkać  coś  gorszego  niŜ 

nieodwzajemniona miłość? Chyba pęknie mi serce... 

background image

ROZDZIAŁ X 

Przez  całą  sobotę  i  niedzielę  trwały  nie  kończące  się  dyskusje  na  temat  potwora, 

którego  Anette  ujrzała  w  ogrodzie  Tone.  Wszyscy  byli  pod  wraŜeniem,  jakiś  Ŝartowniś 

twierdził  nawet,  Ŝe  w  ogrodzie  pojawił  się  wilkołak.  Ów  potwór,  jak  oświadczyła  Anette, 

ciskał  z  oczu  błyskawice,  a  w  dodatku  miał  wyjątkowo  nieforemne  ciało.  Lindis  doskonale 

wiedziała, co było tego powodem. Stała przecieŜ wtulona w ramiona Lo i okryta jego kurtką. 

Jej  samej  nie  było  widać,  ale  sylwetka  Lo  z  pewnością  mogła  wydać  się  zniekształcona. 

Anette  mówiła  takŜe,  iŜ  owa  groźna  istota  szykowała  się  do  ataku  na  nią.  Wszyscy  w 

miasteczku  byli  poruszeni,  kilku  męŜczyzn  wydobyło  nawet  broń  myśliwską  na  wypadek, 

gdyby potwór miał się jeszcze pojawić. 

Lindis słuchała tylko, co mówią inni, sama milczała jak zaklęta. 

 

W poniedziałek na pierwszej lekcji był norweski. 

KoleŜanki  i  koledzy  Lindis  nie  przestawali  mówić  o  tym,  co  stało  się  w  piątek 

wieczorem.  Ktoś  spytał  Lindis,  o  której  opuściła  imprezę,  ktoś  inny  z  przejęciem 

zrelacjonował jej sensacyjne wydarzenie. Lindis łgała jak z nut: na wieczorku u Tone źle się 

poczuła i wcześnie opuściła towarzystwo. 

O  ósmej  do  klasy  wszedł  nauczyciel  norweskiego  w  towarzystwie  fizyka  oraz 

starszego, nieznajomego męŜczyzny o Ŝywym spojrzeniu. 

Nauczyciel norweskiego przedstawił zaskoczonym uczniom gościa. 

- To jest pan profesor Andersen z laboratorium astronomicznego. 

Wszyscy  trzej  panowie  usiedli,  a  potem  nauczyciel  norweskiego  wyjął  z  teczki  stos 

wypracowań. 

- Przejrzałem wasze prace - powiedział. - Muszę przyznać, Ŝe mam mieszane uczucia. 

Powoli  obchodził  klasę  i  zwracał  kolejno  wypracowania.  Z  kaŜdym  uczniem 

zamieniał przy okazji kilka słów. 

-  Olav,  zupełnie  nie  zrozumiałeś  tematu  -  rzekł.  -  Praca  w  zasadzie  nawet  nie 

najgorsza,  ale  za  to  błędy!  Jens!  U  ciebie  takŜe  błąd  na  błędzie.  Ocena  obniŜona  o  dwa 

stopnie.  Przykro  mi.  Kirsten,  zupełnie  się  nie  przygotowałaś.  Marit,  jak  zawsze  bez 

zastrzeŜeń. 

Lindis siedziała jak na szpilkach. Wolała, by pan nie wypowiadał się głośno na temat 

jej pracy. Kiedy nauczyciel rozdał wszystkie wypracowania, pomijając tylko ją, przeraziła się 

background image

nie na Ŝarty. On tymczasem podszedł do swojego stolika, przystanął przy nim i odetchnąwszy 

głęboko, rzekł: 

-  Kiedy  wziąłem  do  ręki  wypracowanie  Lindis  Bergstrøm,  od  razu  uznałem,  Ŝe  jest 

naprawdę  wyjątkowe.  PoniewaŜ  sam  nie  znam  się  na  tych  sprawach,  poprosiłem  o  pomoc 

kolegę  fizyka.  Jak  się  okazało,  on  równieŜ  musiał  się  poddać.  Zasięgnęliśmy  więc  opinii 

eksperta, pana Andersena. Pan profesor dokładnie przeczytał pracę Lindis. Chciałby zadać jej 

kilka pytań. Dlatego jest tu dzisiaj z nami. 

Nauczyciel usunął się na bok i ustąpił profesorowi miejsca przy swoim stoliku. Serce 

podskoczyło Lindis do gardła, nerwowo wycierała spocone dłonie o spodnie. 

Profesor odwrócił się w stronę uczniów i rzekł surowym tonem: 

- Czy Lindis Bergstrøm moŜe do mnie podejść? 

Lindis z  wielkim trudem starała się zapanować nad drŜeniem kolan. Reszta klasy nie 

spuszczała z niej wzroku. Co ona znowu nabroiła, myśleli zapewne. 

-  Hm,  tak...  -  odchrząknął  z  przejęciem  profesor.  -  Właściwie  nie  bardzo  wiem,  od 

czego  zacząć.  Słyszałem,  Ŝe  Lindis  Bergstrøm  nie  jest  szczególnie  wyróŜniającą  się 

uczennicą. Podobno nawet opuściła się trochę w ostatnim półroczu. Tym bardziej trudno jest 

mi  pojąć,  Ŝe  ta  młoda  osoba  jest  autorką  tak  dojrzałej  pracy,  powiedziałbym,  rozprawy 

naukowej.  Byłbym  nie  mniej  zdumiony,  nawet  gdyby  napisał  ją  mój  najlepszy  student.  Ja... 

po prostu jestem pełen uznania! 

Lindis  stała  naprzeciw  profesora  ze  spuszczoną  głową,  z  wypiekami  na  policzkach. 

Ładne rzeczy, tego tylko brakowało! 

- Twoje wypracowanie, Lindis, zawiera specjalistyczne sformułowania, a takŜe szereg 

tez,  których  nie  powstydziłby  się  najlepszy  ekspert.  Piszesz  o  faktach,  które  znane  są 

wyłącznie badaczom. - Profesor z impetem złoŜył ksiąŜkę, którą trzymał w dłoni. - Z wielkim 

zaskoczeniem muszę takŜe przyznać, Ŝe znalazłem tu wyjaśnienie pewnej teorii, nad którą od 

dawna  pracowaliśmy.  Lindis  zaprezentowała  nam  alternatywne  rozwiązania  kilku 

skomplikowanych  problemów.  Co  zupełnie  zaskakujące,  sprawdziliśmy  te  rozwiązania,  i 

okazuje  się,  Ŝe  są  tym,  czego  od  dawna  szukaliśmy!  Lindis,  twoja  praca  juŜ  teraz  stała  się 

sensacją w środowisku naukowym! Ciekawi mnie, skąd zaczerpnęłaś swoją wiedzę? Wydaje 

nam  się  niemoŜliwe,  abyś  doszła  do  tego  na  własną  rękę.  Wprawdzie  wykazujesz  talent  w 

dziedzinie  astronomii,  ale  nie  miałaś,  zdaje  się,  dotąd  dostępu  do  obserwatorium.  Zresztą  w 

tej części kraju obserwatoriów nie ma. 

- Nie - przyznała skruszona Lindis. 

background image

-  A  zatem?  Gdzie  się  tego  wszystkiego  nauczyłaś?  Wasz  profesor  twierdzi,  Ŝe  to 

wypracowanie jest dla niego ogromnym zaskoczeniem, dotąd twoje prace były przeciętne. 

-  Trochę  czytałam  -  odparła  dziewczyna.  -  Od  dawna  interesuję  się  gwiazdami.  Ale 

najwięcej dowiedziałam się od... od... znajomych. 

Profesor nachylił się, by nie uronić ani słowa z relacji uczennicy. 

- A jak oni się nazywają? 

Wielkie nieba, Lo, wybaw mnie z tej opresji! Co ja im teraz powiem? 

Na  moment  przymknęła  powieki  w  nadziei  na  lepszą  koncentrację.  Z  całego  serca 

wierzyła,  Ŝe  uda  jej  się  nawiązać  kontakt  z  Lo.  Tymczasem  dzieląca  ich  odległość,  a  moŜe 

zbyt  małe  telepatyczne  zdolności  Lindis  sprawiły,  Ŝe  jej  usiłowania  nie  przyniosły 

oczekiwanego rezultatu. Była załamana. 

Jednak po chwili poczuła w sobie nieznaną dotąd odwagę. Wprawdzie nie sądziła, Ŝe 

kontaktuje się bezpośrednio ze swoim przyjacielem, była jednak pewna, Ŝe to on wspiera ją z 

daleka. 

-  Człowiek,  który  zainteresował  mnie  tą  tematyką,  nazywa  się  Lo -  usłyszała  własny 

zdecydowany głos, tak jakby to nie ona sama przemawiała. - Jest z wykształcenia geologiem, 

ale posiada wybitną wiedzę w dziedzinie astronomii. 

Po klasie przeszedł szmer podziwu. Geolog, o którym wspominała Lindis! A więc on 

naprawdę istnieje, skoro wypracowanie Lindis wywołało taką sensację! 

Tymczasem profesor Andersen wyprostował się i rzekł: 

-  Hm,  w  środowisku  naszym  nie  znamy  osoby  o  takim  nazwisku.  Czy  on  mieszka 

gdzieś niedaleko? 

- W tej chwili jest nieobecny - odparła Lindis. - Ale wkrótce znowu się pojawi. 

-  W  takim  razie  koniecznie  chcemy  go  poznać.  Bądź  tak  miła  i  przekaŜ  mu  to.  A 

propos, czy on jest Norwegiem? 

- Nie. 

Profesor  z  pewnością  chciał  uzyskać  więcej  informacji  na  temat  tajemniczego 

geologa,  ale  porzucił  ten  zamiar,  co  Lindis  uznała  za  ewidentną  zasługę  Lo;  z  pewnością 

udało mu się skierować myśli astronoma na inne tory. Profesor Andersen zaś dodał: 

- Muszę przyznać, Lindis, Ŝe masz bujną wyobraźnię. W twojej pracy wysuwasz tezę, 

Ŝ

e istnieją planety, które zamieszkują Ŝywe istoty. Na to nauka nie zdobyła jeszcze dowodów. 

ZauwaŜyłem  teŜ,  Ŝe  szczególnie  interesuje  cię  odległy  od  nas  setki  lat  świetlnych  Procjon. 

Dlaczego właśnie ta gwiazda? 

Czy rzeczywiście coś podobnego napisałam? Co mi strzeliło do głowy? 

background image

Tymczasem profesor drąŜył nieubłaganie: 

- Trochę puściłaś wodze fantazji, prawda? 

- Tak - przyznała ze skruchą dziewczyna. 

- No właśnie. Mimo to jestem zdania, Ŝe wypracowanie Lindis Bergstrøm zasługuje na 

najwyŜszą  ocenę,  ba,  na  celujący.  Nauczyciel  zaproponował  bardzo  ogólny  temat: 

„Gwiaździste  niebo  jesienią”,  tymczasem  Lindis  potraktowała  go  wyjątkowo  konkretnie. 

Brawo!  Choć  elementy  fizyki  kwantowej  lub  kwazary  nie  są  specjalnością  norwegisty, 

zrobiły jednak na nim wielkie wraŜenie. Ale to, jak sądzę, jest juŜ zasługą twoich przyjaciół. 

Lindis miała wielką ochotę przyznać, Ŝe kwazary zna od dawna, ale uznała, Ŝe lepiej 

więcej się nie odzywać. 

-  Pan  nauczyciel  przymknął  oko  na  fakt,  Ŝe  wyszłaś  poza  ramy  zwykłego 

wypracowania.  Ja  natomiast  mogę  dodać,  Ŝe  twoja  praca  posłuŜy  za  znakomity  materiał  do 

rozprawy  doktorskiej.  Jeszcze  raz  proszę,  abyś  skontaktowała  się  ze  swoim  przyjacielem  i 

umówiła  nas  na  spotkanie.  Myślę  takŜe,  Ŝe  wkrótce  będziemy  mogli  zaprosić  was  oboje  na 

konferencję  w  stolicy  poświęconą  nowym  trendom  w  fizyce  i  astronomii.  Obiecaj  mi  to, 

Lindis. 

- Naturalnie - przytaknęła bez namysłu dziewczyna. 

Na  tym  lekcja  się  skończyła.  Lindis  czuła  się  tak  wyczerpana,  Ŝe  ledwie  stała  na 

nogach. Swoje pierwsze kroki skierowała do toalety, nie miała  bowiem ochoty z kimkolwiek 

rozmawiać. 

Gdy nieco juŜ ochłonęła, wysłała telepatyczne podziękowanie do Lo. 

Jestem ci dozgonnie wdzięczna, pomyślała. 

Wydawało się jej, Ŝe Lo odpowiedział: 

- Nie ma za co, przyjaciółko. Dałaś sobie radę... 

Ktoś trzasnął drzwiami, a Lindis zdąŜyła jeszcze dorzucić: 

- Na razie mi się udało. Nie wiem za to, jak sobie dalej poradzę, jak to się skończy? 

Tym  razem  odpowiedziała  jej  niczym  niezmącona  cisza.  Lindis  nie  odebrała  juŜ 

Ŝ

adnych wiadomości i odtąd sama musiała radzić sobie z dalszymi problemami. 

background image

ROZDZIAŁ XI 

Rozstanie nadeszło gwałtownie. 

W czasie obiadu zadzwonił telefon. Odebrał ojciec. Lindis słyszała całą rozmowę. 

-  Alarm  obrony  cywilnej?  Dziś  wieczór?  Dlaczego?...  Co  mówisz?  Harcerz?  Co 

widział?...  UFO?!  No,  tylko  bez  takich  bzdur...  Nieznany  obiekt  o  charakterze  militarnym? 

NiemoŜliwe!...  Aha...  Coś  takiego!...  Jak  to  było?...  Wpełzł  pod  skalny  blok  i  zobaczył... 

Podwozie?...  Nie  domyślił  się,  jakiego  pojazdu?...  Nie,  ja  teŜ  nie  wiem...  Aha?...  O!... 

Naprawdę?... W świerkowym lesie za wrzosowiskiem, juŜ notuję... Tak, wiem, gdzie to jest... 

A  co  on  tam  robił?...  Szukał  gniazd  gilów...  Ci  harcerze...  Zadbaliście,  Ŝeby  tam  nikt  nie 

chodził?...  On  nikomu  nie  powiedział,  to  dobrze...  A  więc  czekamy  na  wojsko...  Pełne 

uzbrojenie, no tak, to powaŜna sprawa... ZagroŜenie dla kraju... Słyszał, jak ktoś się poruszał 

we  wnętrzu?...  Nie  do  uwierzenia...  Nie,  nie  będę  mógł  pójść,  złapało  mnie  lumbago,  ale 

zawiadomię moich... A więc przy szkole o dziesiątej. Będę! 

Lindis zbladła jak kreda. Teraz była szósta. Zostały cztery godziny... 

Jeszcze  nigdy  nie  biegła  tak  szybko.  Gdy  dotarła  do  lasu,  upadła  na  ziemię. 

Wymęczone  płuca  nie  dawały  rady,  widać  jeszcze  nie  odzyskała  pełni  sił  po  intensywnym 

odchudzaniu. LeŜała na mchu, z trudem łapiąc powietrze i przeklinając swoją słabą formę. A 

cenne minuty upływały... 

Zmobilizowała siły i ruszyła dalej. 

Pierwszy  raz  szła  tą  drogą  sama.  Gdyby  nie  niepokoiła  się  tak  losem  swoich 

przyjaciół,  z  pewnością  przestraszyłaby  się  ciemności.  Zmrok  juŜ  zapadł,  a  las  był  gęsty. 

Starała się trzymać drogi. Najgorzej było na skalnym rumowisku. Kamienie wydawały się tak 

do  siebie  podobne...  Kilka  razy  potknęła  się  i  potłukła  boleśnie.  W  lesie  szła  od  drzewa  do 

drzewa. Przez chwilę miała wraŜenie, Ŝe się zgubiła, gdyŜ droga wydała jej się zbyt długa. W 

końcu jednak znalazła się na polance. Przyspieszyła i wreszcie dopadła do skalnego bloku. 

Załomotała pięściami. 

- Otwórzcie! Otwórzcie! Tu Lindis. Szybko! Pospieszcie się! 

Słyszała,  jak  histerycznie  brzmiało  to  wołanie,  ale  nic  się  nie  liczyło.  Byle  tylko 

otworzyli! 

Drzwi  się  uchyliły  i  Lo  pomógł  jej  wejść.  Była  tak  zmęczona,  Ŝe  osunęła  się  na 

kanapę. 

background image

- Jakiś harcerz odkrył wasz pojazd - wykrztusiła z trudem. - Przyjdą tu dziś wieczorem 

o dziesiątej. Będą uzbrojeni Ŝołnierze! 

Rozmawiali  między  sobą,  wyraźnie  zdenerwowani.  Spytali  Lindis  o  czas,  nie  za 

bardzo wiedzieli, jak długo trwa ziemskie półtorej godziny. 

-  Ruszamy  zaraz  -  powiedział  Ari  do  dziewczyny.  -  Dziękujemy  za  ostrzeŜenie!  Nie 

po raz pierwszy wyświadczasz nam przysługę. A teraz pędź do domu! 

- Kiedy tu wrócicie? - rzuciła niecierpliwie. 

Zatrzymali się z powaŜnymi minami. 

- Nigdy nie wrócimy, Lindis - odparł Ari. 

- Jak to... nigdy?... - spytała, patrząc na nich przestraszona. - Jedziecie w inne miejsce? 

Mogę... 

-  W  zasadzie  skończyliśmy  badanie  tego  systemu  słonecznego.  Teraz  statek  -  baza 

wraca do domu. Byliśmy w przestrzeni kosmicznej juŜ dziesięć lat. DłuŜej w tych warunkach 

nie  moŜe  przebywać  Ŝaden  badacz.  Kiedy  wyruszymy  w  kolejną  ekspedycję,  naszym  celem 

będzie inny system słoneczny, odległy moŜe o kilkaset lat świetlnych stąd. 

Patrzyła na nich osłupiała. Lo wbił wzrok w podłogę i przygryzł wargę. 

- Ale... poczekacie chyba, póki nie zabiorę z domu kilku rzeczy? - spytała niepewnie. 

Profesor Tan pokręcił głową. 

- Nie moŜesz z nami lecieć, Lindis. 

Zapadła cisza. Patrzyła na nich nic nierozumiejącym wzrokiem. 

- Nadszedł ten moment, o którym ci mówiłem, Lindis - powiedział Ari współczującym 

tonem. - Ostrzegałem cię przed nim. To koniec. 

Skuliła się, zgnębiona. 

Profesor Tan podszedł do niej i objął ją. 

- Zegnaj, mała Lindis. Nigdy cię nie zapomnę. 

- To nie moŜe być prawdą - wyszeptała. 

Teraz objął ją Ari. 

- Gdyby tak wszyscy byli tacy jak ty... 

Odszedł. 

Lo patrzył na nią, stojąc bez ruchu. Do Lindis zaczęło docierać, co się naprawdę zaraz 

stanie. 

- Lo! - zawołała, jakby prosząc go o pomoc, i umilkła. 

Objął ją mocno. 

- No, juŜ, juŜ... - powiedział pocieszająco. - Wkrótce zapomnisz. 

background image

- Nie odjeŜdŜaj, Lo! Nie odjeŜdŜaj! 

-  Muszę  -  odparł  łagodnie.  -  Sama  widziałaś,  Ŝe  do  was  nie  pasuję.  Ari  ma  rację: 

gdyby wszyscy na Ziemi byli tacy jak ty, moŜe mógłbym zostać. Ale przecieŜ na własne uszy 

słyszałaś: wojsko i inni chętni do strzelania zawsze się znajdą. Najpierw strzelają, a dopiero 

potem patrzą, do kogo. 

- No to weź mnie ze sobą! 

- Jesteś jeszcze dzieckiem, Lindis. Nie mamy prawa tego zrobić. Pomyśl o rodzicach! 

Poza tym, nie dasz rady. Pamiętasz, co się działo podczas startu pojazdu? 

-  Wolę  umrzeć  z  tobą,  niŜ  Ŝyć  tu  bez  ciebie  -  mruknęła, choć  wiedziała,  Ŝe  to  brzmi 

patetycznie. 

Nadszedł Ari. 

-  Nie  męcz  go  juŜ,  Lindis  -  rzekł  ze  smutkiem.  -  To  się  na  nic  nie  zda.  Musimy 

przygotować się do startu. 

- Odprowadzę ją kawałek - zdecydował Lo. - Mamy jeszcze trochę czasu. 

Najgorsze,  Ŝe  jej  miłość  była  nieodwzajemniona.  Wiedziała,  Ŝe  narzuca  się  Lo  ze 

swym uczuciem mimo jego obojętności. Zawstydzało ją to niewypowiedzianie, ale nie mogła 

powstrzymać łez. Miała wraŜenie, Ŝe jest rozdzierana na strzępy. Jedyna osoba na całej Ziemi, 

którą kiedykolwiek kochała... Czuła dojmujący ból, mając świadomość, Ŝe ta osoba... Nic nie 

pozostanie. 

Znów  szli  przez  las.  Ostatni  raz  prowadził  ją  przez  rumowisko.  Lindis  starała  się 

powstrzymać płacz, ale łzy płynęły jej po twarzy nieprzerwanym strumieniem. 

- Lindis - zaczął Lo cicho. - Nie wolno ci zrobić tego, o czym teraz myślisz. 

- Ale ja nie mam po co Ŝyć! 

- Tak nie moŜna. 

- Łatwo ci mówić. Nie rozpacza się po obiekcie badań... 

- Nie mów tak, Lindis! 

Nie  zauwaŜyła,  kiedy  doszli  nad  skały  nad  morzem.  Właśnie  tam,  gdzie  się  wtedy 

zsunęła. Nie chciała spojrzeć w dół, w miejsce, gdzie stała, zanim on ją uratował. 

-  Tu  cię  znalazłem  -  powiedział.  -  I  tu  musimy  się  rozstać.  Nie  płacz  juŜ,  Lindis! 

Wierz mi, wkrótce zapomnisz. 

- Wiesz, Ŝe nie zapomnę, Lo. 

-  Tak,  Lindis,  wiem  -  odparł  cicho.  -  Ale  kiedyś  musisz  nauczyć  się  rezygnować.  I 

akceptować. 

- Nie ma Ŝadnej nadziei? - Dziewczyna była niepocieszona. 

background image

Potrząsnął głową. 

- Napiszesz... No nie, głupia jestem. A nie moŜesz mi dać tego aparatu? Moglibyśmy 

wtedy ze sobą rozmawiać... 

- Na odległość bilionów kilometrów? 

- AleŜ Lo, to będzie tak, jakbyś umarł. Tylko jeszcze gorzej. 

- Tak, Lindis. A ty jakbyś umarła dla mnie. 

Myślała, Ŝe się przesłyszała. 

- CzyŜbym coś dla ciebie znaczyła? 

Nie odpowiedział. Stał tylko, obejmując ją mocno i kołysząc powoli. 

Fale  połyskiwały  szaro  gdzieś  pod  nimi.  Wiatr  szarpał  ich  ubrania,  ale  Lindis  nie 

zwracała na to uwagi. Była otępiała z rozpaczy. Przesunęła dłoń ku policzkowi przyjaciela i 

odwróciła jego twarz w swoją stronę. 

-  Lo  -  spytała  zdziwiona.  -  Myślałam,  Ŝe  tylko  ja...  Lo!  Naprawdę?  MoŜe  to  tylko 

litość? 

Znów ogarnęła ją ta niezwykła mgła. Poczuła miłość i smutek tak głęboki jak fizyczny 

ból. 

- Kochałem cię od pierwszej chwili. Nie wolno mi było jednak tego okazać, bo jesteś 

taka  młoda  i  wiedziałem,  jak  to  się  musi  skończyć.  Ale  teraz...  Kochana,  kochana 

dziewczynko z innego świata! 

Wreszcie  Lindis  dowiedziała  się,  jaki  jest  pocałunek  Lo.  Czegoś  takiego  na  pewno 

nigdy  juŜ  nie  będzie  jej  dane  doświadczyć.  Człowiek  z  gatunku  Lo  wkłada  w  pieszczoty  o 

wiele  więcej  miłości,  oddaje  swą  duszę,  serce  i  całego  siebie.  Lindis  odwzajemniła  jego 

pocałunek  z  Ŝarem,  wiedząc,  Ŝe  Lo  zna  jej  uczucia  lepiej  niŜ  ktokolwiek  na  Ziemi.  Wtuliła 

twarz w jego szyję, szepcząc wciąŜ jego imię w dzikiej, nieopanowanej rozpaczy. 

Nie zauwaŜyła, jak zaczął delikatnie gładzić jej skronie. Osunęła się na trawę, zdawało 

jej się, Ŝe słyszy słowa: „Zegnaj, moja kochana Lindis”, a potem cichnące kroki Lo. 

Zapadła w cięŜki sen. 

Ocknęła  się  i  usiadła  gwałtownie.  Była  noc,  morze  huczało,  wiatr  wył  gdzieś  w 

skałach. 

Gdzie była? Dlaczego tu leŜała? Ale zimno! Tak pusto i samotnie. 

Było jej niezwykle smutno. Co się właściwie stało? Nagle przypomniała sobie, Ŝe szła 

tędy  po  szkole,  samotna  i  pełna  goryczy.  Nikomu  na  niej  nie  zaleŜało.  Tęskniła  za 

prawdziwym  przyjacielem,  powiernikiem,  ale  nie  miała  nikogo.  Jej  matka  właśnie 

background image

powiedziała jej, Ŝe nie jest jej biologiczną matką, a ojciec - prawdziwym ojcem. Zajęli się nią 

z obowiązku, ale ich własna córka zawsze była dla nich najwaŜniejsza. 

A potem? Idąc po skałach, nie patrzyła pod nogi, poślizgnęła się... 

Ale co było potem? 

Pamięć zaczęła się jej rozjaśniać. To było coś wspaniałego, sen o gwiazdach i statku 

kosmicznym, astronomach i... 

Lo! 

Wspomnienie  przeszyło  ją  niczym  nóŜ.  Wszystko  juŜ  pamiętała.  To  było  takie 

rzeczywiste. 

Czuła, Ŝe płakała. No tak, moŜna płakać przez sen, zdarzało się jej to. Pewnie uderzyła 

się w głowę przy upadku i straciła przytomność, tego przecieŜ nie mogła pamiętać. 

Sen? To wszystko było tylko snem? 

Raczej  tak.  Nic  tak  dziwnego  nie  dzieje  się  naprawdę.  To  jedno  z  jej  szalonych 

marzeń, moŜe bardziej szalone niŜ zwykle. Pewnie pod wpływem upadku... 

Zebrała  wszystko  razem:  wyidealizowany  obraz  przyjaciela...  PrzecieŜ  ona  zawsze 

marzyła o kimś niezwyczajnym. No i był przystojny, mądry, miły... I miłość. Budząca się w 

niej  kobieta  tęskniła  za  miłością.  Lindis  zawsze  marzyła,  aby  zjawić  się  na  imprezie  z 

najwspanialszym  facetem.  Zrezygnowała  z  tego,  moŜe  z  powodu  kompleksu  niŜszości?  Z 

obawy, Ŝe spodoba mu się jakaś klasowa piękność? 

A marzenie o sławie? Chwalono ją przed całą klasą, a przecieŜ człowiek zwykle chce 

się popisać przed przyjaciółmi. Wypracowanie uznano za sensację, i to z dziedziny, w której 

pozornie była słaba. To było beznadziejne, typowo dziecinne marzenie. 

Problemy  domowe?  Czy  podświadomie  nie  czuła,  Ŝe  coś  jest  nie  tak?  Czy  nie 

podejrzewała, Ŝe ojciec i Lisbeth Lund byli kimś więcej niŜ przyjaciółmi? I oto nadeszła ona, 

bohaterka z naostrzonym rewolwerem, i zaprowadziła porządek. 

Naostrzony rewolwer? Chyba coś jej się pomieszało. Lindis aŜ zachichotała. 

No i ten aparat do odczytywania myśli. PrzecieŜ o czymś takim teŜ marzyła. Chciała 

wiedzieć, jakie myśli kłębią się w głowach innych. 

A tęsknota do idealnego świata... Do Utopii... Wszystko tam było! 

Wreszcie  podróŜ  w  przestrzeń  kosmiczną.  Lindis  zaśmiała  się  gorzko.  Statek 

kosmiczny,  z  którego  mogła  oglądać  Wenus!  I  ci  wszyscy  mieszkańcy  jej  planety  zadający 

tyle pytań, i ona, która na nie odpowiadała! Marzenie, Ŝe jest się kimś WaŜnym. 

Ten ból przy starcie? PrzecieŜ teŜ moŜna wytłumaczyć to upadkiem, poobijaniem się o 

skały. Z pewnością to właśnie odczuwała podczas tego dziwnego snu. 

background image

Czemu jednak  musiała  śnić  o  Lo?  Myśl  o  nim  nadal  przysparzała jej  cierpienia.  Czy 

nie mogła śnić o kimś mniej miłym i łatwym do zapomnienia? 

ZadrŜała z zimna. Jak długo tu leŜała? Niedobrze! Wstała i zaczęła iść w stronę domu. 

Dla rozgrzewki przebiegła kawałek. 

Nie  miała  juŜ  przecieŜ  tego  wspaniałego  szalika  Lo.  Dziewczyna  uśmiechnęła  się 

gorzko. To znów sztuczka jej wyobraźni. Czy coś okręconego wokół szyi mogło ogrzać cale 

ciało? Przypuszczalnie pociła się, stąd sen o ogrzaniu się czymś naleŜącym do Lo. Ech, cóŜ za 

fantazje! 

Zima  jeszcze  nie  minęła,  w  powietrzu  panował  nieprzyjemny  chłód.  Na  jej  planecie 

marzeń nie istniała zima... 

Przygniatała ją pustka. Ten długi sen zdawał się być tak prawdziwy... Tak wspaniały i 

tak  bolesny.  Przyjaźń  z  Lo  była  niewypowiedzianie  piękna.  Taka  przyjaźń  nie  zdarza  się 

naprawdę... 

Czy doprawdy moŜna śnić tak realnie? 

O, tak, jeśli to jest coś, za czym się bardzo tęskni. 

A  gdyby  to  nie  był  sen...?  Gdyby  jednak...  Nie, Lo  nie  istnieje  naprawdę  i  nigdy  nie 

przeŜyła  tych  wspaniałych  dni.  MoŜe  tak  jest  lepiej.  Bo  przecieŜ  jeśli  to  nie  sen,  Lo 

znajdowałby się teraz w przestrzeni kosmicznej. Nigdy nie spotkałaby juŜ kogoś takiego jak 

on.  Lo  i  ona  pasowali  do  siebie  jak  dwie  połówki  jabłka.  Dzieliłaby  ich  teraz  odległość 

bilionów mil. Na zawsze. 

Tak, chyba lepiej, Ŝe był to sen. Nawet bolesny. 

Zegar  kościelny  pokazywał  dziesięć  po  dziewiątej.  Nie  później?  Zdawało  się  jej,  Ŝe 

jest grubo po północy. 

Nadjechała Karin na rowerze. Zatrzymała się i zeskoczyła. 

- Tu jesteś! Zwariowałaś, Lindis, dlaczego nie wracasz do domu? Tata i mama czekają 

od kilku godzin! 

- Jaki dzisiaj dzień? 

- Poniedziałek, oczywiście! 

No tak, to by się zgadzało. Właśnie w poniedziałek poszła na skały nad morzem. Była 

zrozpaczona:  matka  ujawniła  jej  przeszłość,  bolała  ją  niesprawiedliwość  losu,  była  zła  na 

własne ciało, które chciała zmusić do schudnięcia aŜ do granic anoreksji... Czy to dziwne, Ŝe 

była  tak  niemiła  przez  ostatni  rok?  Bunt  okresu  dojrzewania,  udręczone  ciało  wołające  o 

jedzenie...  I  to  uczucie,  Ŝe  jest  niechciana.  Zajmowali  się  nią  całe  Ŝycie,  dawali  wszystko, 

background image

czego  potrzebowała,  a  ona  odwzajemniła  się  okropnym  zachowaniem  i  słowami  pełnymi 

złości. 

Poprawi się teraz! Czas buntu i egoizmu juŜ minął. 

Pomyśleć, Ŝe leŜała tam na skałach i śniła o jakichś cudach! Lindis zadrŜała. 

Była w stanie wyśmiać wszystko, o czym śniła, wszystko z wyjątkiem Lo. To bolało. 

Lo,  dlaczego  muszę  o  tobie  marzyć?  Jak  zdołam  zakochać  się  w  innym  chłopaku?  Zawsze 

będę tęskniła za postacią ze snu... 

Podniesione głosy rodziców dotarły do Lindis z ich sypialni. Raczej jej nie usłyszeli i 

nadal się kłócili. 

- Nie zauwaŜyłeś tego w szkole? - krzyczała matka. - Musiałeś coś zauwaŜyć. Twoja 

własna córka paląca marihuanę! Chyba umrę ze wstydu. 

- Gdzie ona jest? Słyszałem, jak trzasnęły drzwi na dole. Wyszła? Wyszła po więcej? 

- Skąd mam wiedzieć? - krzyknęła matka histerycznie. - Co to w ogóle za córki? Jedna 

ma anoreksję, druga pali trawkę. Na pewno Lindis ją tego nauczyła. 

No  nie...  pomyślała  Lindis  i  aŜ  przystanęła.  Nigdy  w  Ŝyciu  nie  próbowałam  Ŝadnych 

narkotyków! 

Najgorsze  było,  Ŝe  ojciec  teŜ  ją  obwiniał.  Na  pewno  Lindis  skusiła  do  tego  słodką 

małą Karin. Okropna Lindis! 

- Nic, tylko problemy z tym twoim dzieciakiem. 

-  To  przecieŜ  nie  moje  dziecko  -  zaprotestowała  matka.  -  Nie  moŜesz  winić  mojej 

rodziny za to, Ŝe ta dziewucha jest tak beznadziejna! 

Gdyby  sen  był  prawdą,  musieliby  wspomnieć  jej  wspaniałe  wypracowanie  o 

gwiazdach! Ale nie zrobili tego... To ostatecznie zaprzeczało istnieniu Lo. 

O BoŜe, jakie to wszystko trudne! 

- Jak długo jeszcze ona ma tu mieszkać? - spytał ojciec ponuro. 

-  Niedługo  skończy  szkołę.  Wtedy  musi  iść  do  pracy.  Będę  potrzebowała  jej  pokoju 

dla Karin, do odrabiania lekcji. 

- Tak jej słabo idzie, Ŝe mogę ją juŜ teraz wyrzucić ze szkoły. Zaraz, powiedziałaś, Ŝe 

będziesz potrzebowała tego pokoju? Co masz na myśli? 

-  Chyba  nie  wyobraŜasz  sobie,  Ŝe  będziesz  tu  mieszkał  po  skandalu  z  tą  małą 

podlizuchą  ze  szkoły?  Idź  do  niej,  do  swojej  kochanki!  Nie  chcę  cię  tutaj,  brzydzę  się  tobą. 

Wszyscy juŜ wiedzą o tej ohydnej historii. Ale Karin nigdy nie dostaniesz. 

- Będę ją miał! Jest moim jedynym dzieckiem! Samotna kobieta nie uchroni jej przed 

złym wpływem kolegów! 

background image

- Ona jest teŜ moim jedynym dzieckiem, nie zapominaj o tym! MoŜesz wziąć Lindis. 

- Chcę Karin. Dlaczego sama nie weźmiesz Lindis? To ty ją wprowadziłaś do rodziny. 

- Jestem matką Karin. Ja mam do niej prawo, ty swoje straciłeś. 

-  Nigdy  jej  nie  dostaniesz!  Poza  tym  mówiłem  ci  juŜ  tysiące  razy,  Ŝe  skończyłem  z 

Lisbeth Lund. Jest tylko małą intrygantką. 

- Nie myśl, Ŝe ci przebaczę tylko dlatego, Ŝe teraz tak mówisz! Jutro pakujesz rzeczy i 

do widzenia! 

- Nie wyjadę bez Karin. Jest moja. 

- Straciłeś do niej prawo! 

Kłótnia trwała dalej. Lindis uciekła do swego pokoju i oparła się plecami o drzwi. 

Płakała cicho i bezradnie. Czy moŜna być bardziej samotnym? 

I nagle zobaczyła to. 

Na nocnej szafce leŜał niebieski jak lawenda szalik. 

background image

ROZDZIAŁ XII 

To jednak nie był sen! 

Oczywiście, Ŝe nie! PrzecieŜ ojciec nic nie wiedział o tym, jaką intrygę szykuje panna 

Lund!  Kiedy  Lindis  po  słownej  utarczce  z  ojcem  roztrzęsiona  wybiegła  z  domu,  nic  nie 

wskazywało  na  to,  by  pan  Bergstrøm  chciał  porzucić  pannę  Lund!  Teraz  była  juŜ  całkiem 

pewna, nie mogła się mylić: przygoda z Lo nie była wytworem jej wyobraźni. 

Zaraz, która to godzina? Za kwadrans dziesiąta? 

Lindis  zerwała  się  na  równe  nogi  i  złapała  swój  mały  plecak.  W  okamgnieniu 

chwyciła  kilka  najpotrzebniejszych  drobiazgów:  błękitny  szalik,  ulubione  ksiąŜki,  bieliznę  i 

dwa golfy na zmianę, po czym wybiegła z domu. Szansa, by zdąŜyła przed odlotem pojazdu, 

była minimalna, lecz Lindis nie darowałaby sobie, gdyby nie spróbowała. Dobrze wiedziała, 

Ŝ

e moŜe jest juŜ za późno, Ŝe polana będzie zupełnie pusta. Nie przestawała jednak modlić się 

w duchu. 

Gdyby jednak zechcieli zabrać ją ze sobą? MoŜe jakoś zdoła ich przekonać? 

Właśnie przebiegała koło osiedla domków jednorodzinnych, kiedy zauwaŜyła oparty o 

parkan samotnie stojący rower. Podobno cel uświęca środki, pomyślała usprawiedliwiająco, i 

wskoczyła  na  siodełko.  Z  całych  sił  naciskała  na  pedały  i  tak  samo  intensywnie  starała  się 

skoncentrować swoją uwagę na Lo; moŜe odbierze jej sygnały i poczeka? 

Nie  zostawiaj  mnie,  proszę,  nie  odjeŜdŜaj  beze  mnie,  błagała  w  duchu.  Jaka  czeka 

mnie  tu  przyszłość?  Wszystko  skończone!  Rodzice  niedługo  się  rozejdą  i  oboje  się  mnie 

wyrzekną.  Wkrótce  nie  zechcą  mnie  w  domu  i  bez  wahania  rozkaŜą,  bym  szukała  sobie 

innego miejsca. Lo, tak bardzo pragnę być z tobą, moje miejsce jest przy tobie! 

Gdy  Lindis  mijała  budynek  szkolny,  zauwaŜyła  kolumnę  wojska  w  równym  szyku, 

gotową do wymarszu. Na samym przedzie stały dwa opancerzone wozy... 

Co za szaleńcy, co oni robią? myślała przeraŜona Lindis. 

Dotarła do skraju lasu, zeskoczyła z roweru i porzuciła go. Pędem puściła się w stronę 

polany. 

JuŜ za późno, juŜ na pewno za późno, myślała załamana. Tak długo z pewnością nie 

czekali! A jeśli jeszcze są, nie będą chcieli zabrać mnie ze sobą! 

Nie zostawiajcie mnie tutaj, nic mnie juŜ tu nie trzyma! PrzecieŜ dobrze o tym wiecie. 

Błagam, nie zostawiajcie mnie! 

A moŜe juŜ dawno zniknęli w przestrzeni międzyplanetarnej ? 

background image

Serce Lindis ściskało się z Ŝalu na tę myśl. 

Mimo  Ŝe  nadzieja  na  spotkanie  była  niemal  Ŝadna,  Lindis  nie  zwalniała.  Pędziła  na 

złamanie karku. Z tyłu, za plecami, słyszała warkot  silników,  znak,  Ŝe wojskowa kawalkada 

ruszyła w tym samym co ona kierunku. 

W lesie panowała niemal całkowita ciemność. Lindis co kilka kroków potykała się o 

niewidoczne w mroku, wystające z ziemi korzenie i gałęzie, które boleśnie raniły jej stopy. Z 

minuty  na  minutę  plecak  ciąŜył  jej  coraz  bardziej.  Jakby  tego  było  mało,  często  traciła 

orientację, myliła ścieŜki, zawracała, zmieniała kierunek i znowu zaczynała biec. 

Odmówią,  na  pewno  odmówią,  dlaczego  mieliby  zmienić  zdanie?  Ari  nigdy  nie 

zgodzi się na to, by mnie zabrać! Nie ma juŜ dla mnie Ŝadnej nadziei! szlochała. 

Naraz w ciemności zauwaŜyła czyjąś sylwetkę. Ktoś się do niej zbliŜał. W pierwszej 

chwili przykucnęła, by się ukryć, sądziła bowiem, iŜ to jeden z Ŝołnierzy. Po chwili usłyszała 

głos Ariego. 

- Lindis, przyjaciółko, jak to dobrze, Ŝe o nas myślałaś. JuŜ nawet włączyliśmy silniki 

i sekundy dzieliły nas od startu. Chodź, podaj mi rękę, bo czas nagli. A cóŜ to masz ze sobą? 

- To mój plecak. Zapakowałam do niego kilka waŜnych drobiazgów. 

- Pomogę ci, widzę, Ŝe jesteś wykończona, ledwie trzymasz się na nogach. Nie masz 

pojęcia,  jak  bardzo  uszczęśliwisz  pewnego  człowieka,  Lindis!  Właśnie  zajmuje  się 

przygotowaniem  specjalnej  kabiny  dla  ciebie,  Ŝeby  tym  razem  jak  najbardziej  ograniczyć 

niebezpieczeństwo. 

Lindis  uroniła  kilka  łez,  a  wzruszenie  odebrało  jej  mowę.  Więc  jednak  moje  prośby 

zostały wysłuchane, pomyślała z radością. 

-  Nie  ciesz  się  za  wcześnie,  moja  droga.  Stoisz  przed  naprawdę  cięŜką  próbą.  Mam 

nadzieję, Ŝe Lo zrobi wszystko, co w jego mocy, byś nie cierpiała. Ale musimy się spieszyć, 

juŜ jesteśmy spóźnieni, a to wszystko przez niego. Uparł się, Ŝe zostanie, ale nie wyraziłem na 

to  zgody.  Poza  tobą  nie  znaliśmy  tu  nikogo,  a  ty,  jak  na  złość,  bardzo  przypominasz 

mieszkańców  naszej  planety.  Tymczasem  Lo  w  tajemnicy  przed  nami  wymknął  się  na 

spotkanie  z  tobą  i  przy  okazji  przyjrzał  się  innym  młodym  ludziom.  Jak  nam  później 

opowiadał,  był  kompletnie  zaszokowany.  Dostrzegł  wiele  fałszu,  zawiści,  nieŜyczliwości.  A 

my  nie  moŜemy  pozwolić  sobie  na  przyjmowanie  takiej  ilości  negatywnych  sygnałów.  To 

mogłoby nas unicestwić. 

Ta  informacja  ogromnie  przeraziła  dziewczynę.  Ją  teŜ  nieprzyjemnie  zaskoczyły 

reakcje i postawy najbliŜszych koleŜanek. 

Tymczasem Ari kontynuował: 

background image

-  Chłopak  nie  miałby  tu  wielkich  szans,  pękłoby  mu  serce.  Właśnie  dlatego  nie 

mogłem pozwolić, by został na Ziemi. Tymczasem jednak zorientowałem się, Ŝe Lo kocha cię 

nad Ŝycie. A my moŜemy kochać tylko raz, i to tylko wtedy, gdy miłość jest odwzajemniona. 

Ty  i  Lo  zostaliście  dla  siebie  stworzeni,  on  zaś  był  na  najlepszej  drodze,  by  cię  utracić.  To 

takŜe oznaczałoby dla niego koniec. Nie mogłem do tego dopuścić. 

- Och, Ari! 

-  Na  jego  szczęście  okazało  się,  Ŝe  zapadłaś  w  dość  lekki  sen.  Gdy  zaczęłaś  nas 

wzywać,  gdy  opowiedziałaś  o  tym,  co  cię  czeka,  nie  zwlekaliśmy  ani  chwili  dłuŜej. 

Zdecydowaliśmy, Ŝe pojedziesz z nami. W przeciwnym wypadku unieszczęśliwili - byśmy i 

Lo, i ciebie. Ani ja, ani Tan nie zdawaliśmy sobie przedtem sprawy z tego, Ŝe wasze uczucie 

jest tak silne. UwaŜaliśmy, Ŝe jesteś zbyt młoda i nie wiesz, czym jest prawdziwa miłość. Lo 

zadba  o  to,  byś  mogła  mu  w  przyszłości  towarzyszyć  w  jego  podróŜach  badawczych.  Czy 

chcesz tego, Lindis? 

- AleŜ tak, z całego serca! Przysięgam, Ŝe nigdy go nie opuszczę! 

- To dobrze - Ari uśmiechnął się ciepło. - No, a teraz pospieszmy się, bo słyszę warkot 

samochodów. 

Właśnie  znaleźli  się  na  polanie,  tuŜ  przed  gotowym  do  startu  pojazdem.  Lo  chwycił 

Lindis  w  ramiona  i  wciągnął  do  wnętrza  kabiny,  po  czym  błyskawicznie  zatrzasnął  za  sobą 

drzwi.  Ari  zajął  miejsce  w  swoim  fotelu,  podczas  gdy  Lo  zakładał  Lindis  uniform,  który 

trochę przypominał kamizelkę ratunkową. 

Lo najwyraźniej odblokował swoje myśli, bo Lindis ze zdumieniem zauwaŜyła, Ŝe wie 

o  wszystkim,  co  dotąd  ukrywał.  Tym  razem  nie  sprawiał  wraŜenia  osoby  powściągliwej, 

tysiące  najróŜniejszych  myśli  w  nieładzie  przelatywały  mu  przez  głowę.  Nade  wszystko 

Lindis  odczuwała  radość  i  wielką  ulgę.  Odtąd  jego  myśli  staną  się  moimi  myślami,  i 

odwrotnie. Odtąd Lo nie będzie miał przede mną Ŝadnych tajemnic. 

Lo  umieścił  Lindis  w  specjalnym  siedzisku,  załoŜył  jej  na  usta  aparat  tlenowy,  po 

czym zamknął nad nią duŜą przezroczystą kopułę. Silniki nabrały mocy. 

Nadszedł  moment  startu.  Dla  Lindis  było  to  kolejne  trudne  przeŜycie.  Oddychała 

cięŜko,  choć  kamizelka  zdecydowanie  regulowała  nierówny  oddech.  Po  kilku  minutach  Lo 

uniósł  kopułę  i,  podobnie  jak  za  pierwszym  razem,  zrobił  Lindis  zastrzyk.  Dziewczyna, 

widząc strach w oczach ukochanego, powiedziała: 

- Zniosę wszystkie trudy. To lepsze niŜ Ŝycie bez ciebie na Ziemi. 

background image

I  nagle  wszystko  się  odmieniło.  Lindis  znowu  mogła  swobodnie  oddychać,  zaś  Lo 

wyłączył aparaturę i objął dziewczynę. Lindis pogładziła go po głowie i poczuła się, jak nigdy 

dotąd, zupełnie dorosła. 

Po chwili zwróciła się do profesora Tana: 

-  Chciałabym  wysłać  na  Ziemię  wiadomość,  Ŝe  ze  mną  wszystko  w  porządku.  Nie 

chcę, Ŝeby się martwili ani by mnie szukali. 

-  MoŜemy  to  zrobić,  Lindis.  Musisz  podejść  do  mnie,  a  ja  przekaŜę  tę  wiadomość 

twoim rodzicom. 

Lindis  zastanawiała  się  przez  chwilę,  co  powinna  powiedzieć,  po  czym  Tan  przesłał 

jej komunikat: 

- Nazywam się Lindis Bergstrøm i mieszkam w północnej Norwegii. Obecnie znajduję 

się na pokładzie obiektu latającego. Udaję się w kierunku czwartej planety Procjona, skąd nie 

zamierzam powrócić. Dokonałam wyboru. Pozdrawiam moich rodziców i proszę, Ŝeby mnie 

nie szukali. 

Lo podniósł wzrok i spojrzał z miłością na Lindis. 

- Zobaczysz, najmilsza, będzie nam razem jak w niebie!