background image

Chap 20 

- She wants me to come over -

 

Martyna's POV 

- Nathan! Gdzie jest kurde mój laptop?! – próbuję sobie jak normalny człowiek zarezerwować 
lot do Polski, ale mój kochany szmaciasz zrobił to taki syf, że nic nie mogę znaleźć.  

- Koło łóżka! Sprawdzałem pocztę! – doszło do  mnie z dołu.  

Rzeczywiście, leżał koło łóżka. Pod stosem ubrań! No nie no. Zaraz nie wyrobię. Wściekłam się 
i biorąc komputer z ładowarką pobiegłam zbluzgać Nathana.  

- Sid do jasnej cholery! Coś ty zrobił z naszym pokojem? Tam już nawet podłogi nie widać. 

- Skarbie, bez nerwów. Szukałem... Czegoś... – ostatnie słowo powiedział lekko speszony.  

- Czego? – mój głos już zelżał. Zaintrygował mnie.  

-  Oj  no  niczego.  –  coś  kręcił.  Zaczął  udawać,  że  jest  zaabsorbowany  popijaniem  herbaty  i 
oglądaniem  Niemożliwe  na  MTV  z  Jay'em.  Nie  ujdzie  ci  tak  łatwo,  Sykes.  Nie  ze  mną  te 
numery.  

-  Mów.  Na  ten  tychmiast.  Bo  inaczej  stwierdzę,  że  ukrywasz  jakieś  świerszczyki  i  inne 
świństwa  pod  materacem.  –  moja  tajna  broń.  Podstęp.  Mówiąc  to,  jak  zawsze,  oparłam 
dłonie na biodrach i podniosłam lewą brew. Zadziałało bez zarzutu.  

- Oj no... Okularów szukałem. – wystękał jakby to była jakaś wielka tajemni.  

- Jest zima. Po co ci...? – przewał mi nieśmiało.  

- Nie słoneczne.  

- Nosisz okulary? Nie miałam pojęcia. – zaskoczył mnie.  

-  Powinienem  bynajmniej.  Ostatnio  mi  się  gorzej  patrzy,  więc  chciałem  je  założyć,  ale... 
Wzięły i zniknęły.  

Hahaha. Ale on jest głupi i nieporadny. Jak ja!  

- Umówię cię do okulisty, kochanie. – pogłaskałam go pieszczotliwie po głowie. Mój biedny 
BabyNath.  

Krótko  po tym włączyłam laptopa. Wpisałam w wyszukiwarkę loty Londyn - Poznań, a Nath 

background image

tak jakoś dziwnie na mnie spojrzał. 

- Tak, kochanie? – spytałam, a on zabrał mi komputer, odłożył na bok i pociągnął do kuchni.  

-  Wiesz,  tak  się  nad  czyś  zastanawiałem...  Skoro  wszyscy  wyjadą,  to  z  kim  zostanie  James? 
Przecież go tu nie zostawimy samego... – miał rację. Kompletnie o nim zapomnieliśmy. Bird 
nie wyglądał na kogoś, kto się pali do chociażby zejścia z tej przeklętej kanapy.  

- Nie mam pojęcia. On nie jedzie do rodziny, prawda? – wzruszył tylko ramionami.  

Wróciliśmy  szybko  do  salonu,  by  wybadać  sytuację.  Jak  detektywi  haha!  A  przecież  nie 
mieszkamy wcale na Baker Street. ;p 

- Co tam u ciebie, Jay? - zagadnęłam przysiadając po jego prawej stronie, a Nathan usiadł po 
lewej.  

- A nic ciekawego... Tak tu sobie leżę, cierpię, tęsknię... Nudy. – ja wale, co za człowiek. By się 
chociaż do nas uśmiechnął, a nie.  

- I co, nie wybierasz się do Nottingham?  Mamy wolne... – spróbował z innej beczki Nath.  

- Nie... Powiedziałem mamie, że musiałem gdzieś pilnie pojechać i nie wiem, kiedy wrócę. 

- A po co tak kłamać? – zdziwiłam się.  

-  Bo  ja  wiem.  Nie  mam  siły  tłumaczyć  wszystkim,  że  już  nie  jestem  zaręczony,  jak    do  tego 
doszło i takie tam. – uśmiechnął się blado, a w jego oczach było widać, że najchętniej by sie 
rozpłakał.  

-  Aww...  –  skwitowałam  i  znowu  wybiegliśmy  z  moim  Sid’em  Leniwcem  do  kuchni  –  I  co 
robimy? – spytałam lekko ściszonym głosem.  

- No nie wiem. A może by tak go zabrać ze sobą? Twoja rodzina miała by coś przeciwko? 

- Raczej nie, nie wydaje mi się. Ale czy on chce?  

- Zmusi się go!  

- No dobra. To ustalone. – przytaknęłam i ponownie wróciliśmy do żywej kukły.  

-  Jay!  Przegłosowane.  Jedziesz  z  nami  do  Polski!  –  oznajmił  mu  Nath  i  nie  oczekiwał 
sprzeciwu.  

- Ale...  

- Żadnych ale. Już wszystko ustalone. Jedziesz i koniec.  

background image

W sumie to musiałam jeszcze zadzwonić do rodziców, czy nie mają nic przeciwko, ale zgodzili 
się od razu. Dziadkowie mają wielki dom na wsi pod Poznaniem. Jeden gość w tą lub tamtą 
nie  robi  im  żadnej  różnicy.  W  sumie  to  oni  nawet  nie  wiedzą  o  Nath'ie.  To  ma  być 
niespodzianka. Nana na pewno się ucieszy, że wreszcie mam chłopaka. Kiedyś nawet myślała, 
że chodzę z Jacksonem... Hmm... Zapowiadają się interesujące święta. ;D 

Nath's POV 

Strasznie  jestem  podekscytowany.  Martyna  zabukowała  lot,  przekonaliśmy  Jay'a  by  leciał  z 
nami... Wszystko idzie po naszej myśli. No może prócz jednej tyciej sprawy...  

- Nie, źle. 

Witam państwa, państwo Andrzejewscy. Nazywam się Nathan.

 – poprawiła mnie 

chyba po raz setny M.  

-  A  nie  możemy  spróbować  czegoś  łatwiejszego?  –  ten  język  jest  cholernie  trudny,  nie  ma 
mowy bym się go nauczył. 

- Wiesz co? Poddaję się! Jesteś tak leniwy, że niczego cię nie można nauczyć.  

- Hey! – no to już był pojazd po mojej męskiej dumie. Złapałem ją w pasie i pociągnąłem na 
łóżko  tak,  że  teraz  leżała  między  moimi  nogami  –  Myślałem,  że  nie  narzekasz  na  moje 
umiejętności. – wyszeptałem i zacząłem ją całować, wkładając jej rękę pod sweter. 

- I dla tego ja zawsze zamykam drzwi na klucz.  

- Parker! Puka się! – Emmy się spłoszyła, ale i tak nie pozwoliłem jej wstać. Ta pozycja jakoś 
dziwnie mi odpowiada.  

- No ja myślę, że pukać to tu zaraz będzie kto inny, co nie Nath. – puścił do mnie oko, a ja jak 
ten ostatni dupek przybiłem z nim piąteczkę. 

- Jesteście nienormalni! – skwitowała moja dziewczyna i wyplątała się z moich objęć – I co się 
tak gapicie? Przydałoby się zacząć pakowanie, nie sądzicie? 

Miała  racje.  Do  naszego  samolotu  został  mniej  niż  dzień,  a  ja  nawet  nie  wiem  czy  mam 
wszystko co potrzebne. Choć nie, ja często wyjeżdżam, czyli mam wszystko heh.  

Pewnie  zastanawiacie  się,  czy  się  choć  trochę  przejmuję.  Szczerze?  Trzęsę  sie  ze  strachu! 
Podobnie było przed poznaniem rodziców Martyny, ale wtedy tak bardzo za nią tęskniłem, że 
mi to dosłownie zwisało.  

- Nath! Gdzie są twoje czarne bokserki z napisem 'Call me Keith'? – zawołała do mnie Emmy, 
gdy ja podejmowałem życiową decyzję... Którą ma wziąć kurna czapkę?!  

- Chyba w praniu... A czemu? – dziwne pytanie, nie sądzicie?  

background image

- No masz je zabrać ze sobą. – odpowiedziała wchodząc do sypialni ze swoją listą potrzebnych 
rzeczy i naręczem kosmetyków.  

- Ok, nie wnikam. Może od razu, zabierz tylko zawartość moich spodenek, po co ci ja? 

- Nie udawaj, że ci się to nie podoba.  

Pewnie myślicie, że to romantyczne czy coś... Ale nie. Oberwałem kremem do depilacji. 

Jay's POV 

Często latam samolotami, to nic specjalnego. Jednak dziś jest inaczej. Czuję, że pierwszy raz 
od tygodni nie czułem się tak żywy jak teraz. To niesamowite. Mam takie dziwne przeczucie, 
że wydarzy się coś, co odmieni moje życie. Nie mam tylko pojęcia co.  

Wyjąłem  jakiś  notes  z  plecaka  i  zacząłem  bazgrać.  Na  początku  myślałem  o  jaszczurce,  ale 
wyszła  mi  dżdżownica  z  łapami.  Coś  mi  dzisiaj  nie  szło  rysowanie.  Wziąłem  się  więc  za 
pisanie...  

Pewnego dnia  Nie, źle! Peter lubił sobie spacerować w deszczu  Teraz dużo lepiej! , więc gdy  
nad  Manchester'em  rozciągały  się  czarne  chmury,  ten  wybiegł  szybko  z  domu  i  czekał  na 
burze  stulecia.  Lało  jak  z  cebra,  Peter  był  mokry  jak  woda  w  Tamizie.  Spacerował  właśnie, 
kiedy  walnął  w  niego  piorun.  Peter  stracił  przytomność.  Jak  się  już  obudził  to  zauważył  coś 
dziwnego. Był w fabryce Williego Wonki. Ale Peter miał uczulenie na czekoladę! 
 

- A ty co, horror piszesz? – nabijał się ze mnie Nathan.  

- Emmy też czytasz przez ramie?! – wkurzyłem się trochę przyciskając notes do piersi.  

-  Yyy...  Ale  ty  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  że  mówiłeś  to  wszystko  na  głos,  co  nie  Jay?  – 
spytała  Martyna  podnosząc  głowę  znad  swojej  książki.  'Anioł'  Dorotei  De  Spirito.  Pierwsze 
słyszę o tej książce. Mniejsza. 

- Aww... – to był mój jedyny komentarz.  

W sumie miał rację. To co napisałem  nie miało za bardzo sensu. Bynajmniej dla nich. Tylko 
takie  mózgi  jak  ja  zrozumieją  geniusz  tego  tekstu.  Ale  odkąd  otacza  mnie  sam  plebs  i  to  ja 
jestem jedynym przedstawicielem szlachty... Ich strata. 

Nath's POV 

Orzeszku  ziemny!  Wylądowaliśmy  już.  Aż  mi  tak  głupio  iść  do  obcych  ludzi,  jako  taka 
niespodziewajka  razem  z  Jay'em  na  doczepkę  z  tymi  wielkimi  walizami.  No  okay,  przyznaję 
się, wziąłem dość dużo rzeczy. Ale walizki Martyny ważą tonę! Tak, walizki! Bo ona oczywiście 

background image

musiała  NIE  zmieścić  się  w  jedną  gigantyczną.  Co  my,  wyprowadzamy  się  na  Alaskę,  czy 
jedziemy na święta? Kobiety!  

Tak  więc  pcham  ostatkiem  sił  wózek  z  naszym  bagażem  jak  jakiś  wół  pociągowy,  albo  inny 
osioł,  a  Emmy  wesoło  trajkocze  sobie  z  moją  teściową.  Na  całe  moje  szczęście  nie  tylko  ja 
robie  za  tragarza.  Mike  i  Jay  też  nim  byli.  Z  czym  ten  drugi  miał  tylko  jedną  jedyną  torbę. 
Nieważne! Któż by się nade mną chciał użalać?!  

- Jacy są pana teście? – spytałem w końcu Mike'a. M. opowiadała mi o nich nie raz, ale facet i 
tak lepiej żeby pytał takich rzeczy drugiego faceta. Tym bardziej, że on przecież też musiał ich 
do siebie wcześniej przekonać. 

-  Po  pierwsze  Nath,  kiedy  ty  w  końcu  zrozumiesz,  że  ani  ja,  ani  moja  żona  nie  lubimy  tego 
sztywnego zwracania się do nas. Zapamiętaj to, proszę. Po drugie... – oj no głupio mi do niego 
jechać po imieniu. Ale chwila, czy on się właśnie zastanawia nad tym co powiedzieć?! Chyba 
nie  jest  aż  tak  źle,  prawda?  –  Oni  są  w  porządku,  trochę  staroświeccy.  To  po  prostu 
tradycjonaliści.  A  tak  między  nami  to  myślę,  że  mają  mi  za  złe,  że  to  niby  przeze  mnie  ich 
córka wyjechała z kraju. Dlatego teraz nie bardzo za mną przepadają. Idzie to wyczuć, gdy ich 
odwiedzamy.  

No  to  ładnie.  Już  po  mnie!  To  znaczy,  skoro  są  tacy  staroświeccy,  to  pewnie  się  wkurzą,  że 
Emmy i ja mieszkamy razem  bez ślubu. Pewnie chcieli by dla niej męża Polaka! Czy ja właśnie 
pomyślałem o byciu mężem Martyny? Chyba tak. I podoba mi się ta myśl!  

- A czy oni...? – zacząłem, ale mi przerwał. 

- Chyba wiem o co chcesz spytać. Obawiam się, że nie. Ty i Jay musicie znaleźć inny sposób na 
porozumiewanie  się  z  nimi.  Założę  się,  że  oboje  nie  znają  ani  jednego  słowa  po  angielsku. 
Więc  szczerze  ci  współczuję,  synu.  –  zatrzymał  się  i  położył  dłoń  na  moim  ramieniu  dla 
podniesieniu na duchu. Ten gest i to jak mnie nazwał... Poczułem jakbym znowu był w domu. 
Mike był w tamtym momencie jak mój drugi ojciec.  

Uśmiechnąłem się blado i kiedy już chciałem powrócić do pchania wózka, ujrzałem jak Emmy 
patrzy na nas z rozczulonym uśmiechem na twarzy.  

Gdy  już  nareszcie  wydostaliśmy  się  na  zewnątrz,  rozejrzałem  się  dookoła.  Macie  tak,  że 
wystarczy  jedno  spojrzenie  na  okolicę  i  już  wiesz,  że  jesteś  w  innym  kraju?  Ja  tak  mam. 
Niektóre nawet rozpoznaję bez niczego. Najbardziej oczywiście moją rodzinną Anglię i Stany 
Zjednoczone. Z daleka widać, że jesteś właśnie tam. A Polska? Starałem się chłonąć wszystko i 
zakodować w swojej podświadomości. Myślę, że mi się tu spodoba.  

Rodzice  M.  poszli  gdzieś  wynająć  samochód,    więc  czekaliśmy  na  nich  w  trójkę  przed 
lotniskiem pilnując bagaży. Jedno trzeba przyznać. Jest cholernie zimno. :/ 

background image

- Chodź tutaj! – powiedziałem i rozpostarłem ramiona. Emmy wtuliła się we mnie i od razu 
poczułem ciepło między nami. Mmm... Moje niebo.  

- Lizzy też się tak do mnie przytulała. – o nie. Jay musi z tym skończyć. 

- Proszę, przestań. James, posłuchaj mnie, jest niesamowitym facetem i zasługujesz na kogoś 
o  wiele  lepszego  od  niej.  Kogoś  choć  w  połowie  tak  zakręconego  jak  ty.  –  M.  próbowała 
przemówić  mu  do  rozsądku.  To  nie  było  pocieszanie,  on  nie  potrzebuje  cackania  się  z  nim. 
Jedyne co mu potrzeba to porządny kopniak w dupę na rozpęd.  

- Dokładnie! Gdzie się podział mój JayBird? Koleś, który rozruszałby nawet truposza i piwo pił 
chyba częściej niż wodę? Mój facet. Gdzie on jest? – dodałem. 

- Nie wiem. – ten tylko spuścił głowę i zamilkną.  

Już i tak jest  lepiej niż w pierwszym tygodniu. Hmm... Mam jakieś dziwne przeczucie, że te 
wyjazd mu pomoże. Nie wiem jeszcze jak, ale tak czuję. 

Nareszcie! Podjechały koło nas dwa Lange Rover'y pokaźnych rozmiarów. Czarne oczywiście. 
Zdziwiłem  się  z  lekka.  Przecież  rodzice  M.  nie  są  jakoś  specjalnie  zamożni,  a  tu  wynajmują 
takie auta.  

-  Nie  wiedziałem,  że  was  stać  na  coś  TAKIEGO.  –  wyszeptałem  zaskoczony  do  swojej 
dziewczyny.  

- Rodzice mają dobrze prosperującą firmę rachunkowo-doradczą, a poza tym to jest Polska. 
Tutejsza  waluta,  złotówki,  nie  stoi  zbyt  wysoko.  Czasami  1£  to  5,50zł.  –  odszeptała 
rozbawiona, kiedy Mike z Jay'em już ładowali walizki do bagażników.  

-  Serio?  Nie  miałem  pojęcia.  –  no  to  wyszedłem  na  głupka.  Ale  to  mi  przypomniało  czego 
zapomniałem, dałem sobie plaskacza w czoło i pobiegłem do środka szukać kantoru.  

Gdy już wróciłem z  pełnym portfelem i jeszcze pełniejszym kontem bankowym, wszyscy już 
czekali  zniecierpliwieni  w  samochodach.  Jay  jechał  z  nami,  z  tyłu,  a  ja  prowadziłem.  Nie 
znałem drogi i mimo GPS'u, postanowiłem trzymać się po prostu za moimi JESZCZE NIE, ALE 
TAK ICH NAZYWAM I MAM NADZIEJĘ, ŻE KIEDYŚ teściami. Na początek przebijaliśmy się przez 
zatłoczone miasto. Nic nowego. Ale potem wyjechaliśmy poza Poznań. Jazda przez wsie i lasy 
jest o wiele bardziej krajobrazowa. To wtedy dopiero zacząłem poznawać prawdziwą Polskę. 
Jest naprawdę ładna.  

Nareszcie! Zjechaliśmy z asfaltu na drogę gruntową. Na jej końcu ujrzałem wielką posiadłość, 
pola  uprawne  i  sad.  Wszystko  to  było  pokryte  śniegiem.  Wyglądało  to  pięknie,  a  latem  i 
jesienią  musi  tu  być  wręcz  magicznie.  Aż  zapragnąłem  zamieszkać  w  takim  miejscu.  Brama 
była otwarta. Zaparkowaliśmy na szerokim podjeździe, a zaraz obok na ścieżce prowadzącej 

background image

do drzwi wejściowych czekała grupka ludzi, w tym jak zgaduję państwo Andrzejewscy. Emmy 
wyskoczyła pierwsza i pobiegła prosto do starszej kobiety w sile wieku.  

BABCIA!!!

 

Martyna,  dziecko!  Jak  ty  wydoroślałaś.  Ledwo  cię  poznałam. 

–  powiedziała  coś  ściskając 

mocno  swoją  wnuczkę.  Emmy  uściskała  jeszcze  dziadka  i  rzuciła  się  na  szyję  wysokiej 
blondynce.  

- Alex! Co ty tu robisz?! Myślałam, że jesteś w Kanadzie.  

- Bo byłam. Przyjechałam, bo babcia mówiła, że będziesz. – Alex... Już wiem kim ona jest. To 
kuzynka M. Mieszka w Kanadzie i jest skłócona z rodzicami. Chyba poszło o jej chłopaka. Jak 
można  odwrócić  się  od  córki  tylko  dlatego,  że  chodzi  z  czarnoskórym  Kanadyjczykiem.  Bez 
sensu.  

Dziewczynki,  proszę,  jesteście  Polkami,  rozmawiajcie  po  polsku.  Potem  sąsiedzi  chodzą  i 

plotkują, że mi cała rodzina do jakiejś Ameryki wyjechała i wypina się na ojczyznę. 

– odezwał 

się dziadek dziewczyn. Niby nie znam tego języka, ale potrafię kojarzyć słowa. Nie podobał mi 
się ten ton.  

Tato! Daj im spokój. Przecież dobrze wiesz, że Emmy ledwo mówi po polsku, a ty ją zmuszasz 

żeby  go  używała  jak  swój  język  ojczysty. 

–  od  razu  słychać,  że  Stephane  jest  stąd.  I  chyba 

zaczęła bronić M., ale nie jestem pewien.  

To  jest  jej  język  ojczysty!  I  przestań  ją  tak  dziwnie  nazywać.  Ma  na  imię  Martyna.  Jak 

prawdziwa Polka. 

– tym razem wtrąciła się babcia Emmy, Sabina. To mi wygląda na początek 

kłótni.  

Hey! Mogę mówić za siebie. Lubię jak nazywają mnie Emmy. Moim językiem jest angielski i 

to UK jest moim domem. To tam się urodziłam, wychowałam, mieszkam i nie zamierzam tego 
zmienić. Zrozumcie to, proszę! Ja nie chcę tu przyjeżdżać i słuchać  waszych kłótni. 

– M. się 

wkurzyła i choć miała trudności to wiem, że powiedziała dokładnie to co chciała i zrobiła to z 
dość dobrą wymową. Nie wytrzymałem i podszedłem do mojej dziewczyny.  

Martyna's POV 

Sytuacja zaczęła mnie przerastać. Pociłam sobie mózg, żeby zrozumieć co oni wszyscy mówią 
między  sobą.  Co  oni  odwalają?!  Kłótnia  na  dzień  dobry?  Dwa  lata  się  nie  widzieli  i  tak  się 
witają?  Nie  wytrzymałam  po  prostu  i  im  wygarnęłam.  Widziałam  ból  w  oczach  moich 
dziadków,  gdy  mówiłam,  że  Anglia  jest  moim  domem,  ale  taka  jest  prawda.  I  oni  muszą  to 
wreszcie przełknąć. Nath chyba zrozumiał co nieco, bo podszedł do mnie i spytał czy wszystko 
w porządku, tym swoim słodkim głosem.  

background image

- Chyba nie bardzo, ale nie martw się tym, kochanie. – odparłam pocierając jego dłonie.  

- A to co za przystojniaki? Cześć, jestem Alex, kuzynka M. – wyciągnęła do Nath'a i do Jay'a 
dłonie. Reszta, czyli moi dziadkowie, małżeństwo po czterdziestce i jakaś brunetka, również 
byli zaskoczeni patrząc na nas. Nie dziwie się. I tak, nie kojarzę własnej rodziny. Dont judge. 

- Emm... 

To jest Nathan, mój chłopak i jego przyjaciel Jay. Zaprosiłam ich tutaj. 

Mam nadzieję, 

że  to  nie  jest  żaden  problem.  –  trochę  się  speszyłam  i  poplątałam  języki,  ale  nikt  tego  nie 
skomentował.  

Chłopak? To już nie jesteś z tym Jackson'em? 

– babcia jak zawsze wypaliła coś bezmyślnie. 

- Czemu ona pyta o niego? – zdziwił się Nath, a w jego oczach widziałam złość wymieszaną z 
zazdrością.  

- Oh nieważne. 

Nie i nigdy nie byłam, babciu. To przyjaciel. 

 

Zrobiło się ciutkę niezręcznie. Nathan postanowił nieco uratować sytuację, ale gdy usłyszałam 
jak łamie sobie język na zdaniu, którego go wcześniej uczyłam uderzyłam się jedynie w czoło i 
zaczęłam śmiać z całą resztą.  

Doceniamy twoje starania, ale możesz użyć Martyny jako tłumacza. 

 

- Babcia powiedziała, że docenia twoje starania, ale lepiej będzie jeśli będę cię tłumaczyć. A 
twój polski jest okropny, tak tylko mówię. – wyśmiałam mojego chłopaka.  

-  Oh  serio?  Nie  zauważyłem,  wiesz?  Poza  tym  słuchając  wszystkich  stwierdzam,  że  ledwo 
wymawiasz  swoje  imię  poprawnie.  –  to  był  cios  poniżej  pasa!  Walnęłam  go  w  ramię.  Nie 
będzie mi tu nic wytykał, łoś jeden.  

- Kochanie, pewnie nie pamiętasz, to są ciocia 

Magda

, wuja 

Karol

, rodzice Alex i jej młodsza 

siostra Hanna. – przedstawiła nam całą rodzinę mama.  

Wszyscy się witali, uprzejmie przedstawiali chłopakom i wreszcie mogliśmy wejść do środka. 
Wnętrze  prawie  wcale  się  nie  zmieniło  odkąd  byłam  tu  ostatnim  razem.  Dużo  drewna, 
rodzinnych  fotografii  i  innych  pamiątek.  Dom  utrzymany  był  w  czymś  pomiędzy  klasyką  a 
nowoczesnością w stylu beżowe skórzane kanapy i wielka plazma w salonie. Widać, że biedy 
to nikt tu raczej nie klepie.  

Mężczyźni  tachali  bagaże  do  sypialni,  a  kobiety  zasiadły  przy  kuchennym  stole  przy  kawie  i 
zaczęły się ploty.  

Więc Martyna, opowiedz nam, jak ci się żyje w tak wielkim mieście? Nie tęsknisz za wsią? 

– 

zaczęła przesłuchanie babcia Sabina.  

background image

- Emm... – trochę nie wiedziałam co mam powiedzieć – 

Nigdy nie mieszkałam na wsi, babciu. 

Rodzice mają dom na przedmieściach, ale tam nie ma pól. A London jest piękny. Powinniście 
nas kiedyś odwiedzić.

 

-

 Nie sądzę byśmy z dziadkiem tam pasowali. Ale czy ja dobrze rozumiem,  nie mieszkasz ze 

swoimi rodzicami w jednym domu? 

– wszyscy wyglądali na zaciekawionych. Już miałam się 

odezwać i odpowiedzieć, ale Stephane mi weszła w słowo.  

Razem  z  rodzicami  jej  przyjaciółek  wynajmujemy  im  dom  w  centrum.  Mają  tam  bliżej  do 

szkoły i uczą się samodzielności. 

– to nie była cała prawda. Czyżby specjalnie ukryła fakt, że 

od  jakiegoś  czasu  mieszkam  z  chłopakami,  z  Nathanem  w  jednej  sypialni?  Cóż  tak  chyba 
będzie lepiej.  

I nie martwisz się o nią? Przecież to takie wielkie miasto, może jej się coś stać. 

– wtrąciła się 

do rozmowy ciocia.  

Mieszkam tam ponad rok, odkąd zaczęłam studia i nic mi nie jest jak widać. 

 

A  co  studiujesz?  Babcia  mówiła  zawsze,  że  ty  na  pewno  będziesz  nauczycielką  albo 

dziennikarką. 

– spytała Hanna. Wydaje się miła.  

- Ja? Nigdy! 

Jestem na drugim roku aktorstwa. 

– wyznałam z dumą, a babcia Sabina przestała 

oddychać.  

A jak ty chcesz z tego wyżyć, dziecko?! To już lepsza architektura, co to Hannia sobie marzy, 

albo medycyna, Ola ją studiuje. 

 

-  Kim  jest 

Ola

?  –  spytałam  Steph.  Wolałam  olać  to  uniesienie  babci.  Jednak  ja  i  rodzice 

BARDZO różnimy się od tej rodziny. Dziadkowie ze strony Mike'a są bardziej wyrozumiali.  

- Alex.  

- Aww... Te polskie imiona hahaha. 

Babciu, uwierz lub nie, ale ja mam talent do tego i właśnie 

to chcę robić w życiu. 

 

I tym oto akcentem zakończyłyśmy rozmowę. Unikałam takich tematów przy nich. Myślę, że 
babcia z dziadkiem nigdy nie przyzwyczają się do tej sytuacji. Mam na myśli, minęło ponad 21 
lat, a oni wciąż boczą się na rodziców za przeprowadzkę do UK. To dziecinne.  

Sam  pobyt  w  Polsce  nie  był  zły.  Razem  z  Nathem  spacerowaliśmy  łąkami  i  lasami  niemal 
każdej  nocy.  Jednego  dnia  wyszliśmy  całą  paczką  (ja,  chłopcy  i  moje  kuzynki)  na  wieś  i 
skończyło się to zaciętą śnieżną wojną i kilkoma  nurkowaniami w zaspach. Jay chyba wrócił 
już do siebie.  

Hanna's POV 

background image

Nigdy tak naprawdę nie znałam Martyny i jej rodziców. Oni byli TĄ rodziną. Do tej pory o nich 
plotkują. A dziadkowie nie potrafią przełknąć, że ich córka jest daleko, a wnuczki prawie nie 
znają. Teraz okazuje się, że mają dobrze zarabiającą firmę, dom w pięknej okolicy w Londynie 

-

  pokazywali  zdjęcia

  -

  a  Martyna

  -

  choć  chyba  powinnam  mówić

  M. 

albo

  Emmy  -

  studiuje 

aktorstwo w jednej z najlepszych szkół i chodzi z międzynarodową gwiazdą! 

 

RETROSPEKCJA 

Nie wiem dla czego, ale ten Nathan i Jay wydają mi się dziwnie znajomi. Jakbym już ich gdzieś 
kiedyś widziała. Hmm... Dziwne.  

- Hanna! Chcesz pooglądać z nami telewizję? – 

zawołał 

James

, kierując się do salonu z wielką 

miską popcornu. Uwielbiałam sposób w jaki wymawiał moje imię. No wiecie, jakby było tam 
tylko jedno n. I do tego ten akcent. Mmm... Niby 

Nath

 i 

M.

 też taki mają, ale 

Jay

, on... On jest 

niesamowity.  

Yyy... Jasne! To znaczy

 sure. – 

ciągle zapominam, że oni nie znają polskiego. Mój angielski 

nie jest jakiś wybitny, ale się staram.  

Dołączyłam  do  nich  na  kanapie.  Siedziałam  między 

Jay'em

  a  Olą...  To  znaczy 

Alex

.  Moja 

starsza  siostra  od  zawsze  przyjaźniła  się  z 

Emmy

.  Imponowało  jej  to,  że  żyje  w  wielkim 

świecie. Nie to co my, wychowywałyśmy się tutaj, u dziadków na wsi. Więc kiedy pokłóciła się 
z  rodzicami  o  jakąś  błahostkę,  uciekła  z  domu  i  wyjechała  do  Kanady.  Chciała  być 
samodzielna. Ale to już nie ważne. 

No więc

 Nath 

skakał po kanałach i zatrzymał się na 

MTV Live

.  

- Wreszcie coś co rozumiemy, nie stary? - 

przybił piątkę z

 Jay'em. 

Właśnie kończył się jakiś koncert 

Beyonce.

 Nie był zły. Ogólnie nie jestem na czasie z tą całą 

muzyką pop i nowinkami. Po koncercie puścili 

Psy - Gentelmen

, strasznie dziwny teledysk, ale 

piosenka wkręcała się w mózg. Następną piosenką miało być 

The WANTED - I Found You

. Nie 

znam,  ale  angielska  część  tego  towarzystwa  już  zdecydowanie  tak.  Martyna  zapiszczała  i 
zaczęła  skakać  na  kanapie  z  podniety, 

Nathan

  zaczął  się  śmiać,  a 

Jay

  zaczął  nucić  początek 

piosenki z bananem na twarzy. I wtedy to zobaczyłam...  

To  byli  oni!  Na  ekranie  szło  pięciu  facetów  z  psem,  w  tym 

Jay

,  a 

Nath

  śpiewał.  A  głos  miał 

naprawdę niezły. Cała trójka śpiewała piosenkę razem z teledyskiem, a ja nie wiedziałam na 
czym  się  skupić.  Na  nagraniu,  czy  na  oryginale.  Byli  niesamowicie!  A  potem 

Nathan

  miał 

swoją solówkę. Złapał pilot, wyskoczył na środek i 

woow

! Był o niebo lepszy na żywo. 

Emmy

 

była  w  niebo  wzięta.  Oczywiście  trochę  powarczała,  gdy  w  telewizji  widniał  jej  chłopak 
całujący  jakąś  blondynkę,  ale  chwilę  później  nabijała  się  z  niej,  że  jest  głupią  suką,  bo  ten 
pocałunek to była zmyłka by zabrać jej klucz do skrzynki z diamentami. Trochę nie ogarnęłam 
tego teledysku, ale postanowiłam, że muszę się dowiedzieć o nich czegoś z internetu.

 

background image

KONIEC RETROSPEKCJI 

Okazało  się,  że  są  MEGA  sławni  na  całym  świecie.  Aż  mi  wstyd,  że  o  nich  nie  słyszałam.  A 
muzyka, którą robią bardzo przypadła mi  do gustu. Stałam się fanką. I chwaliłam się tym w 
sieci, ale to chyba nie był najlepszy pomysł...  

Martyna's POV 

Minął już ponad tydzień. Najwyższy czas na świąteczne zakupy. Postanowiliśmy pojechać do 
Poznania. Dziewczyny usiadły z tyłu z Jay'em, Nath za kółkiem, a ja na dachu. NIE! :P Ah ja i to 
moje  poczucie  humoru.  Oczywiście,  że  siedziałam  na  miejscu  kierowcy.  Podczas  jazdy 
wygłupialiśmy  się  przy  radiu.  Z  tyłu  urządzała  się  niezła  imprezka,  a  tu  z  przodu  jakby 
wszystko  ucichło.  Nathan  puścił  drążek  zmiany  biegów  i  sięgnął  po  moją  dłoń.  Splótł  nasze 
palce  razem  i  na  chwilę  spojrzał  i  głęboko  w  oczy.  Mmm...  Ten  moment  mógłby  trwać 
wiecznie. Ale gdyby tak było to zginęlibyśmy w wypadku samochodowym haha.  

Pojechaliśmy  do  największego  centrum  handlowego  jakie  znałam  w  Poznaniu,  do 

Starego 

Browaru

. Sklepów tam co niemiara, a obejście tego wszystkiego zajęło nam godziny. Na nasze 

szczęście  wyjechaliśmy  zaraz  po  śniadaniu,  więc  mieliśmy  czas.  Niestety,  gdy  wszyscy 
siedzieliśmy w przebieralniach 30 już chyba sklepu z kolei, pojawiły się hieny.  

- Jak oni was tu znaleźli?! – spytałam zdenerwowana swojego chłopaka, kryjąc się za stertą 
ubrań w moich dłoniach. Trochę prywatności, do cholery!  

-  Nas,  kochanie,  nas.  Ty  też  jesteś  ich  celem,  pamiętasz?  –  przypomniał  mi  kompletnie  ich 
ignorując.  

Nie  wiedziałam  czemu  był  taki  spokojny,  ale  potem  zrozumiałam.  Ochrona  wyrzucała  ich  z 
galerii  sprawniej  niż  na  koncertach  anty  fanów.  Menadżer  tego  obiektu  przybiegł  nas 
przepraszać i obiecał  pomóc nam się stąd wydostać, gdy już skończymy zakupy. Ucieszyłam 
się, bo ostatnie co nam potrzebne to ogon do samego domu dziadków.  

Po okupieniu się tak jak nigdy, wypiciu czegoś pysznego w Starbucks i zjedzeniu niemożliwe 
wielkiej ilości żarcia z KFC, postanowiliśmy iść na łyżwy. GPS twierdził, że lodowisko otworzyli 
na 

Malcie

, tuż przy tutejszych termach. Dobrze, że trafiliśmy na wyprzedaże letnich kolekcji i 

każdy z nas miał strój kąpielowy. Wystarczyło wejść do pobliskiego sklepu po jakieś ręczniki i 
klapki i mogliśmy później pójść popływać.  

Jay's POV 

Łyżwy nie są najlepszym pomysłem dla takiego łamagi jak ja. No ale przecież się zgodziłem. 
Kilka gleb w tą czy w tamtą. Kto by to liczył? Jeździłem więc w kółko kręcąc wszystko swoim 
IPhone'em  nikomu  nie  wchodząc  w  paradę.  Zapatrzyłem  się  na  Emmy  i  LilNath'a.  Są  taką 

background image

uroczą  parą.  Jeździli  trzymając  się  za  ręce  i  raz  po  raz  zatrzymywali  się,  by  obdarować  się 
kolejnym pocałunkiem. Tak romantycznie. Dobrze, że znowu są razem. Nie to co ja.  

Moje  rozmyślania  przerwało  zderzenie,  a  co  za  tym  idzie  upadek.  Na  chwilę  przed  nim 
zacząłem ściskać moją ofiarę, a ona mnie. Jakby to nas miało uratować.  

- OMG Jay, przepraszam! Nie jestem w tym najlepsza. Alex kazała mi trzymać się barierki, ale 
chciałam spróbować sama i... – to była Hanna.  

To  bardzo  ładna,  młoda  dziewczyna.  Ma  18  lat  z  tego  co  pamiętam.  Jest  też  bardzo  miła. 
Polubiłem ją. Chyba nawet bardziej niż jej mega pozytywną i żywiołową siostrę. 

-  Przestań  się  tak  tłumaczyć,  dziewczyno.  To  ja  nie  patrzyłem  dokąd  jadę. –  i  dopiero  teraz 
zauważyłem,  że  wciąż  leżymy  na  tym  nieszczęsnym  lodzie.  Pomogłem  jej  wstać,  a  ona 
spojrzała mi w oczy. Te duże brązowe oczy. One...  

- Hey, łamagi! Czas się skończył, musimy zejść z lodu! – wyrwała nas z hipnozy Alex.  

Nath's POV 

Po  jakże  miłej  przejażdżce  czekał  nas  jeszcze  milej  spędzony  czas  na  basenie.  Bawiliśmy  się 
wszyscy razem w basenie z  falami, strzelaliśmy z  armatek wodnych, zjeżdżaliśmy świetnymi 
tunelami. Szkoda, że te zewnętrzne są otwarte tylko latem. Ale za to basen termalny był do 
naszej dyspozycji.  

Niebo  było  już  czarne,  gwiazdy  roiły  się  na  nim  jak  fanki  na  koncercie  pod  sceną.  Według 
monitora  temperatura  sięgała  -20  stopni  Celsjusza,  ale  to  nie  cofnęło  Emmy  przed 
wypłynięciem na dwór. Postanowiłem więc do niej dołączyć. Kiedy tylko przebiłem się przez 
silikonowe żaluzje, niewiarygodne zimno uderzyło we mnie od pasa w górę. Zanurzyłem się 
więc i zmierzyłem na głębszą część basenu. Woda była tak przyjemnie gorąca, że parowała, a 
kontrast jej ciepła i temperatury powietrza sprawiał mi dziwną przyjemność. Tu, na zewnątrz 
budynku, byłem tylko ja, cisza i moja bogini pływająca wśród pary niczym wodna nimfa.  

Oświetlenie było naprawdę małe, więc nie widziałem wyrazu jej twarz, gdy spostrzegła, iż nie 
jest  już  dłużej  sama.  Postanowiłem  podpłynąć  bliżej,  była  prawie  przy  najdalszym  brzegu 
basenu. Gdy już zatrzymałem się przy niej, objąłem ją w pasie ramionami.  

- Czyż tu nie jest cudownie nocą? – niemalże wyszeptała spoglądając na widoki przed nami. 
Basen  kończył  się  na  szczycie  stromej  góry,  a  pod  nami  rozciągała  się  srebrzysta  rzeka  i 
sporadyczne drzewa. 

-  Tak,  tu  jest  magicznie.  Ale  nie  nazwał  bym  tego  pięknym.  –  odparłem  wpatrzony  w  jej 
prześliczną mokrą i niewinną twarz.  

background image

- Ale dlaczego? – zdziwiła się.  

-  Bo  jedyne  piękno  jakie  uznaję  i  całym  swym  sercem  czcze  jest  właśnie  tu  przede  mną,  w 
moich ramionach.  

I zacząłem ją całować tak namiętnie jak tylko potrafiłem. Przyciągnąłem jej ciało jeszcze bliżej 
swojego.  Jej  plecy  uderzyły  w  kafelki  na  ścianie  basenu,  a  uda  ciasno  objęły  moje  biodra. 
Nasze dłonie błądziły po ciałach, szukając dotyku i sposobu na jeszcze większą bliskość, a usta 
i języki pochłaniały się wzajemnie. Byliśmy poza jakąkolwiek kontrolą. Oboje mogliśmy czuć 
bardzo dokładnie, jak rozpaczliwie siebie potrzebujemy.  

Gdy po wietrzności zabrakło nam powietrza, przesunąłem się niżej na szyję i dekolt. Jej plecy 
wygięły  się  w  łuk,  jeszcze  bardziej  zbliżając  mnie  do  niej,  a  drobne  piąstki  zaciskały  się  w 
moich włosach, raz po raz za nie szarpiąc.  

I wtedy właśnie wyszedł ratownik, by sprawdzić co tu się dzieję.  

Hey!  Co  wy  robicie?!  Tutaj  mogą  wyjść  dzieci  i  jeszcze  was  zobaczyć!

  –  zaczął  coś  do  nas 

krzyczeć.  Oderwaliśmy  się  od  siebie,  a  M.  spaliła  buraka.  Było  to  widać,  a  nawet  czuć  to 
ciepło od niej bijące, nawet w noc taką jak ta.  

- Sorki, stary! Już stąd spadamy. – wiedziałem, że mnie zrozumiał, bo kiwną głową i wycofał 
się z powrotem do pomieszczenia.  

Hahaha. Zaczęliśmy oboje się śmiać z zaistniałej sytuacji i wróciliśmy do reszty. Zauważyłem, 
że Jay trzymał się cały czas blisko Hanny. Szczerze mówiąc, to zachowywali się jak para.  

Krótko po naszym powrocie poszliśmy do szatni się ogarnąć i wróciliśmy do domu. Po drodze 
jeszcze zatrzymaliśmy się po jakąś chińszczyznę na wynos. Umieram z głodu!  

Hanna's POV 

Gdy tylko wróciliśmy padłam na łóżko wyczerpana. Nazajutrz obudziła mnie babcia.  

Kochanie, chodź proszę na śniadanie. 

– 

wyglądała jakoś dziwnie.  

Wygramoliłam się z pościeli, założyłam puszysty szlafrok i  ciepłe papucie i zbiegłam  na dół. 
Wszyscy siedzieli już przy stole w jadalni. Tata marszczył brwi, mama miała zatroskany wyraz 
twarzy, ciocia z wujkiem uśmiechali się zachęcająco, a Martyna, 

Nath

James

 i 

Alex

 nie mogli 

wysiedzieć z podniecenia.  

-

 Co się tu dzieję? 

– 

spytałam podejrzliwie.  

Rozmawialiśmy  z  twoimi  rodzicami  o  tym  co  powiedziałaś  M.  o  twoich  marzeniach  o 

fotografii zamiast architektury...  

background image

-  Jedziesz  z  nami  do  UK!  – 

przerwała  swojej  mamie

  Emmy, 

a  moja  szczęka  przebiła  się  już 

chyba do piwnicy.  

Że co? 

– 

byłam w głębokim szoku. Rodzice nigdy by się na to nie zgodzili

.  

- Mówiłaś, że chciałabyś nas odwiedzić i że takie studia fotograficzne w Londynie to by było 
coś.  

- No tak, ale...  

- Nie mów ale. Byłem w tej samej sytuacji, kiedy oznajmili mi, że jadę tu z nimi. Zjechali mnie 
za 'ale'. –

 przerwał mi

 Jay 

przyjaznym tonem

.  

Zgódź się! Wiem, że to pokochasz. 

– 

teraz to Ola/

Alex

 zaczęła mnie przekonywać.  

- A co ze szkołą? Dopiero co zaczęłam klasę maturalną. – 

tego nie da się przeoczyć.  

Wykonałam  kilka  telefonów.  Jedno  z  lepszych  liceów  w  centrum  Londynu  jest  gotowe  na 

wykonanie  transferu.  Skończysz  szkołę  i  napiszesz  maturę  już  na  miejscu. 

  wyjaśniła  mi 

ciocia

 Steph.  

I  nie  martw  się  językiem,  załatwimy  ci  świetnego  korepetytora.  Tego  samego,  który  uczył 

Emmy polskiego. 

 dodał wujek 

Mike

To brzmiało tak niesamowicie. Myślałam, że wciąż śnię i zaraz się obudzę. Ale to nie był sen. 
Gdy spytałam rodziców, czy na pewno nie mają nic przeciwko, powiedzieli, że to moje życie. 
Że nie chcą drugi raz popełnić tego samego błędu i jeśli to mnie uszczęśliwi to mam otwartą 
drogę. Wtedy sobie przypomniałam, 

Alex

 przed swoją ucieczką chciała pojechać do wujostwa 

na wakacje. Jak widać Londyn przyciąga dużą część tej rodziny.  

Chyba jestem gotowa. Gotowa na przygodę. Świecie, nadchodzę! 

Martyna's POV 

Po  naradzie  wojennej  pobiegliśmy  zacząć  pakowanie  i  przygotowania  do  przeprowadzki 
Hanny.  Z  tego  co  się  nasłuchałam  jej  życie  było  dość  nudne.  Teraz  stanie  się  ekscytujące  i 
żywiołowe. Jak moje po poznaniu chłopców. Trzeba brać byka za rogi!  

Kolacja  wigilijna  przebiegła  spokojnie,  według  polskich  zwyczajów.  Nie  chce  mi  się  tego 
wszystkiego  opowiadać.  Najważniejsze  jest  to,  że  dałam  Nathowi  duży  notes  na  piosenki, 
zarówno tekst jak i nuty, a on mi kupił 3 sezony Pretty Little Lairs na DVD i szpilki od Jimmy 
Cho.  Są  boskie!  A  Jay  kupił  nam  takie  same  bluzy  z  napisem  'Im  with  idiot'.  No  naprawdę, 
bardzo subtelne. Hahaha.  

Następnego dnia wjechaliśmy pożegnać moich drugich dziadków, których odwiedziliśmy parę 

background image

razy  pod  czas  pobytu  tutaj  i  stawiliśmy  się  na  odprawie  samolotu.  Hanna  rzewnie  żegnała 
rodzinę, ale widziałam w jej oczach ekscytację. Będzie mi dziękować za tą przygodę jej życia. 
;)  

No to opuszczamy zaśnieżoną Polskę. Kurs powrotny - Anglia!  

...