background image

Nikt nie prześladuje Polaków. Oni to robią sami sobie

Liczba rasistowskich ataków na Polaków w Szkocji wzrosła trzykrotnie. Z trzech do 
dziewięciu przypadków w ciągu roku. O tylu dowiedział się przynajmniej nasz Konsulat w 
Edynburgu. 

"Polskie p...dy, won ze Szkocji!" - oni boją się o życie - czytaj więcej

 

Konsul Generalny Tomasz Trafas, w rozmowie z portalem polonia.wp.pl przestrzega przed 
zbyt powierzchowną interpretacją statystyk, szczególnie gdy żongluje się procentami. - W 
2009 roku otrzymaliśmy od naszych rodaków trzy zgłoszenia o dyskryminacji lub ataku na 
tle rasistowskim, w roku 2010 było ich dziewięć. Można zatem mówić o wzroście 200%, co 
brzmi bardzo niepokojąco. Gdy jednak powiemy, że odnotowaliśmy o sześć przypadków 
więcej, a zestawimy to z liczbą ponad 70. tysięcy Polaków mieszkających w Szkocji, to 
mamy całkiem inny obraz sprawy - tłumaczy konsul. 

Naciągane "sensacje" 

Jak twierdzi, takie dowolne zestawienie danych liczbowych oraz niefortunne użycie 
sformułowań w stylu "fala nienawiści" w głośnym artykule z "Sunday Herald" narobiło 
niemało zamieszania, choć zaprezentowany wizerunek stosunku Szkotów do Polaków nie 
całkiem przystawał do rzeczywistości. Mówiąc zaś bez dyplomatycznych niuansów, był to 
obraz mocno naciągany. 

Konsul Trafas podkreśla jednocześnie, iż z pewnością nie wszystkie incydenty zgłaszane są 
do Konsulatu, ani na policję. Tymczasem powinny być, a zachęcają do tego same szkockie 
władze, traktujące niezmiernie poważnie wszelkie sprawy związane z dyskryminacją oraz 
rasizmem. 

Zdaniem konsula, który dawnej pełnił tę funkcję również w Londynie, w Szkocji współpraca 
z lokalnymi samorządami oraz policją układa się nawet lepiej niż w stolicy. O uwadze jaką 
przywiązuje się tam do naszych rodaków świadczy m.in. powołanie w szkockim 
parlamencie międzypartyjnej grupy do spraw polskich. Jako najliczniejsza mniejszość 
narodowa jesteśmy postrzegani najczęściej pozytywnie. 

To nie rasizm, to chuligaństwo 

Zdaniem polskiego dyplomaty, nie wszystkie zdarzenia - po dokładnym zbadaniu - można 
też zakwalifikować jako ataki o podłożu rasistowskim. - W jednej z głośniejszych spraw 
okazało się, że u podłoża incydentów leżały konflikty biznesowe. Akcenty rasistowskie 
wyszły jako swego rodzaju skutki uboczne - mówi Tomasz Trafas. 

Zwraca też uwagę na inny aspekt - w większych aglomeracjach, np. w Glasgow, są tzw. 
trudne dzielnice. Tam nie brakuje typów spod ciemnej gwiazdy, którzy szukają "zadymy" i 
jest im najzupełniej obojętne jakiej narodowości i rasy będzie ofiara. Zaczepią przechodnia, 
albo wybiją w domu szyby z pobudek chuligańskich, a nie narodowościowych. - Zjawiska o 
charakterze rasistowskim i dyskryminacyjnym, jeśli mają miejsce, trzeba bezwzględnie 
zwalczać. Zawsze udzielimy w tych sprawach pomocy. Nie należy jednak tworzyć 
atmosfery strachu i zagrożenia, gdy nie ma po temu powodów - podsumowuje konsul 

1

background image

Trafas. 

A jak widzą problem Polacy mieszkający w Szkocji? Ciekawą opinią podzieliła się z nami 
pani Marzena Jakubczak z Glasgow. - Spotkałam się kiedyś z czymś w rodzaju 
dyskryminacji, ale to zdarzenie dało mi też sporo do zastanowienia. Gdy szukałam pracy z 
pubie, menedżer powiedział do mnie: "Chcesz u nas zarabiać, a tymczasem twoi rodacy tutaj 
nie przychodzą. Kupują piwo w sklepie i piją w domach albo w parku". To uświadomiło mi, 
że nie jesteśmy traktowani jako część tej społeczności, w jakimś sensie na własne życzenie - 
zauważa pani Marzena. 

Jak mówi, nie ten jeden przykład utwierdził ją w takim przekonaniu. Nasi rodacy, nie tylko 
zresztą w Szkocji, miewają problemy z integracją z lokalnym środowiskiem. Wciąż zbyt 
mało Polaków korzysta np. publicznych bibliotek albo oferty centrów komunalnych. 
Niezbyt chętnie włączamy się w działalność brytyjskich lokalnych organizacji społecznych. 
Nie wszystko można usprawiedliwić trudnościami językowymi. 

Nienawidzą bo zazdroszczą 

Jednak na forach internetowych przyczyn niechęci do Polaków upatrujemy częściej w 
zazdrości innych nacji, że szybko się urządzamy i radzimy sobie niezgorzej. Podobnego 
zdania jest pan Marek z Edynburga. - Na początku przypięto nam etykietkę taniej siły 
roboczej, albo przypinaliśmy ją sobie sami. Spodziewali się, że będziemy pracować za 
marne pieniądze i klepać biedę. Jak widzą, że ktoś kupił lepszy samochód albo nawet dom, 
to im "gul"skacze - uważa. 

Według naszego rozmówcy, emigranci stanowią także alibi dla etatowych nierobów. Ci 
tłumaczą się, że przez przybyszów nie mogą znaleźć pracy, aż w końcu sami siebie o tym 
przekonają i wtedy krzyczą lub wypisują sprayem: "Polish get out of Scotland". 

Z Londynu dla polonia.wp.pl 
Robert Małolepszy
 

(wp.pl)

2011-01-05 (16:52)

2