background image

J.G Ballard 

 

Powrót 

 

 

Przylądek  Kennedy’ego  odszedł  w zapomnienie  wraz  ze  swoimi  wieżami  wznoszącymi  się 

teraz  ponad  pustynnymi  wydmami.  Piasek  przedarł  się  przez  koryto  rzeki  Banana  zasypując  jej 

odnogi i obrócił stary kosmiczny kompleks w odludny obszar bagien i spękanego betonu. W lecie 

w rozbitych  wozach  dowodzenia,  łowcy  urządzali  swoje  kryjówki,  lecz  na  początku  listopada, 

kiedy  przybyłem  tu  z Judytą,  cały  ten  teren  był  już  opuszczony.  Poza  Cocoa  Beach,  gdzie 

zatrzymałem  samochód,  zniszczone  motele  tkwiły  na  wpół  ukryte  w dziko  rosnącej  trawie. 

Wieże  wyrzutni  rakietowych  wznosiły  się  na  tle  wieczornego  nieba  niczym  rdzewiejące  cyfry 

jakiejś zapomnianej algebry nieba. 

–  Pół  mili  przed  nami  jest  ogrodzenie  –  powiedziałem.  –  Zaczekamy  tutaj,  aż  się  ściemni. 

Czujesz się już lepiej? 

Judyta  patrzyła  na  ogromną,  wiśniową,  lejkowatą  chmurę,  które  sunąc  leniwie  po  niebie 

zdawała  się  wlec  za  sobą  dzień  poza  horyzont,  zagarniając  resztki  światła  z jej  spłowiałych 

włosów. Poprzedniego popołudnia w hotelu w Tampie zapadła nagle na jakąś bliżej nie określoną 

dolegliwość. 

– Co z pieniędzmi? – zapytała. – Teraz kiedy jesteśmy, tutaj mogą zażądać więcej. 

–  Pięć  tysięcy  dolarów  to  aż  nadto,  Judyto.  Ci  łowcy  relikwii  to  wymierające  plemię. 

Obecnie  już tylko  kilka osób interesuje się Przylądkiem  Kennedy’ego. Przestań przejmować się 

na zapas. 

Niespokojnie przebierając smukłymi palcami marszczyła kołnierz swojej zamszowej kurtki. 

– ja... zdaje się, że powinnam była ubrać się na czarno. 

–  Dlaczego?  Przecież  to  nie  pogrzeb.  Na  miłość  boską,  Judyto,  przecież  on  umarł 

dwadzieścia lat temu. 

Wiem dobrze, czym był dla nas, ale sama chyba rozumiesz... 

Bladymi  oczami  głęboko  osadzonymi  w wychudłej  twarzy  gapiła  się  na  rumowisko  opon 

i porzuconych samochodów. 

– Czy nie rozumiesz, Filipie, że on teraz wraca. 

Ktoś  tutaj  musi  być.  Ta  msza  w radiu  poświęcona  jego  pamięci,  to  była  jakaś  koszmarna 

parodia... Bóg mi świadkiem, że gdyby Robert nagle przemówił, tego cholernego kaznodzieję na 

pewno z miejsca trafiłby szlag. Tu powinien czekać na niego cały komitet, a nie tylko ty i ja, i te 

puste nocne kluby. 

background image

– Judyto – powiedziałem stanowczo – sądzę, że gdybyśmy powiadomili Fundację NASA, to 

z pewnością  przybyłaby  tu  jakaś  grupa  oficjeli.  Nie  wykluczone  nawet,  że  potem  jego  szczątki 

zostałyby  pochowane  w grobowcu  NASA  w Arlington  przy  dźwiękach  orkiestry...  może  nawet 

sam Prezydent zaszczyciłby swoją osobą tę uroczystość. Właściwie jest jeszcze czas. 

Czekałem  na  jej  reakcję,  lecz  była  jakby  nieobecna  patrząc  na  niknące  w ciemniejącym 

niebie wieże wyrzutni. Piętnaście lat temu, kiedy tylko zdążono zapomnieć o zmarłym tragicznie 

astronaucie, który wciąż tkwił w przegrzanej kapsule krążącej  wokół Ziemi, Judyta postanowiła 

utworzyć z własnej osoby komitet powitalny. I być może już za kilka dni, kiedy będzie trzymała 

w rękach szczątki ciała Roberta, Hamiltona, jej obsesja wreszcie dopełni się. 

– Filipie, spójrz tam! Czy to... 

Wysoko  na  niebie  pomiędzy  gwiazdozbiorami  Cefeusze  i Kasjopei,  niczym  zagubiona 

gwiazda  szukająca  swojego  zodiaku,  mknął  z zachodu  ku  nam  punkt  białego  światła.  W ciągu 

kilku  minut  przeleciał  nad  naszymi  głowami  i skrył  się  za  olbrzymią  chmurą  wiszącą  ponad 

morzem. 

–  Spokojnie,  Judyto.  –  Pokazałem  jej  zestawienie  czasów  i trajektorii  zapisane  ołówkiem 

w moim notatniku. 

–  Łowcy  relikwii  lepiej  niż  niejeden  komputer  znają  na  bieżąco  aktualne  orbity 

poszczególnych satelitów. Śledzą je od wielu lat. 

– Kto to był? 

–  Radziecka  kosmonautka  Walentyna  Prokrowna.  Została  wysłana  z kosmodromu 

znajdującego się u podnóża Uralu dwadzieścia pięć lat temu, aby nadzorować pracę przekaźnika 

telewizyjnego. 

– Telewizyjnego? Mam nadzieję, że podobały się im te programy, które przekazywała. 

–  Ta  nietaktowna  uwaga,  którą  zrobiła  wychodząc  z samochodu,  raz  jeszcze  przypominała 

mi  jej  motywację,  która  przywiodła  nas  tutaj  na  Przylądek  Kennedy’ego.  Jak  zawsze  przejęty 

owym tragicznym a olśniewającym spektaklem w wykonaniu jednego z tych upiornych pątników 

wracających po wielu  latach ze swojej kosmicznej wędrówki, śledziłem  lot sputnika z nieżyjącą 

już  kobietą,  który  jak  oddalająca  się  latarnia  morska  zniknęła  ponad  ciemnym  pasem  wód 

Atlantyku.  Wszystko,  co  wiedziałem  o tej  Rosjance, to  był  jej  pseudonim  wywoławczy:  mewa. 

Byłem poniekąd nawet zadowolony z faktu, że jestem tutaj, kiedy ona wraca, w przeciwieństwie 

do  Judyty,  której  to  wydarzenie  nie  interesowało  w najmniejszym  nawet  stopniu.  W ciągu 

ostatnich  lat  często  przesiadywała  w ogrodzie  w chłodzie  wieczoru,  niejednokrotnie  zbyt 

zmęczona by położyć się do łóżka, bez końca podkreślając swoje zainteresowanie wyłącznie tym 

jednym spośród wszystkich dwunastu martwych astronautów krążących wokół Ziemi. 

Kiedy  czekała  tak  siedząc  zwrócona  tyłem  do  morza  wprowadziłem  samochód  do  garażu 

przy jednym z nocnych klubów oddalonych pięćdziesiąt metrów od drogi. Z bagażnika wyjąłem 

background image

dwie  torby.  Jedna  z nich,  lekka  torba  podróżna  wypełniona  była  naszym  ubraniem,  druga, 

wyłożona w środku folią i wzmocniona paskami oraz drugą rączką, była pusta. 

Skierowaliśmy się  na północ ku ogrodzeniu  jak dwaj  spóźnieni wczasowicze przybywający 

do dawno opuszczonego kurortu. 

Minęło  już  dwadzieścia  lat,  odkąd  –  ostatnia  rakieta  opuściła  swoją  wieże  startową  na 

Przylądku  Kennedy’ego.  Było  to  już  po  przeniesieniu  mnie  i Judyty  przez  NASA  –  pełniłem 

w owym  czasie  funkcję  starszego  specjalisty  do  spraw  programowania  lotów  –  do  nowego 

wielkiego  Centrum  Kosmicznego  w Nowym  Meksyku.  Niedługo  po  przybyciu  tam  poznaliśmy 

Roberta  Hamiltona  –  jednego  z astronautów,  którzy  przygotowywali  się  w owym  ośrodku  do 

lotów. Po dwudziestu latach, jakie minęły od tego momentu, jedynym, co zostało po nim w mojej 

pamięci, było wspomnienie przesadnie grzecznego lecz bystrookiego młodego człowieka o bladej 

skórze  podobnej  w kolorze  do oczu  Judyty  i włosach  barwy  opalu,  będących  efektem  działania 

u nich obojga tego samego genu arktycznej  bieli. Byliśmy  bliskimi przyjaciółmi przez zaledwie 

sześć  tygodni.  Gwałtowna  i niepohamowania  namiętność  Judyty  do  niego  była  jedną  z tych 

kłopotliwych  chuci,  które  wszystkie  młode  kobiety  objawiają  zawsze  w ten  sam  infantylny 

sposób.  Kiedy  przyglądałem  się  im,  jak  pływają  i grają  razem  w tenisa,  bardziej  czułem  się 

zakłopotany tym, w jaki sposób najdłużej zachować ją w tej przeklętej iluzji, niż zazdrosny. 

W  rok  później  Robert  Hamiltona  już  nie  żył.  Wrócił  na  Przylądek  Kennedy’ego  w celu 

odbycia  ostatnich  lotów  wojskowych  tuż  przed  unieruchomieniem  na  zawsze  tamtejszych 

wyrzutni  rakietowych.  W trzy  godziny  po  starcie  w wyniku  przypadkowego  zderzenia 

z meteorytem został uszkodzony układ tlenowy statku. Żył jeszcze przez pięć godzin, oddychając 

skromnym  zapasem  tlenu,  jaki  pozostał  mu  w układzie  zasilania  kombinezonu.  Z początku  był 

opanowany,  jednak  w miarę  jak  jego  czas  dobiegał  końca,  jego  słowa  przemieniały  się  coraz 

bardziej w bezładną paplaninę, której jednak nigdy nie dano nam posłuchać. 

Dwunastu  astronautów  poniosło  śmierć  w wypadkach  na  orbicie.  Ich  statki  pozostały  tam 

świecąc  na  nocnym  niebie  niczym  gwiazdy  nowego  gwiazdozbioru.  Początkowo  Judyta  nie 

interesowała  się  tym  zbytnio,  lecz  potem,  kiedy  poroniła,  osoba  tego  martwego  astronauty 

regularnie  pojawiającego  się  nad  naszymi  głowami  wynurzała  się  z otchłani  jej  pamięci 

i z czasem stała się jej obsesją. Potrafiła godzinami wpatrywać się w zegar stojący w sypialni, jak 

gdyby czekała na coś. 

Pięć  lat  później,  kiedy  zrezygnowałem  z pracy  w NASA,  udaliśmy  się  po  raz  pierwszy  na 

Przylądek  Kennedy’ego.  Kilka  jednostek  wojskowych  nadal  jeszcze  strzegło  opuszczonych 

wyrzutni; wówczas to teren ten był już używany jako cmentarzysko sztucznych satelitów. Tracąc 

prędkość orbitalną bezużyteczne już sputniki kierowano ku tutejszej wieży kontrolnej. Nie tylko 

amerykańskie,  ale  również  francuskie  i radzieckie  sputniki  z połączonych  europejsko  – 

amerykańskich  programów  kosmicznych  spadały  tutaj  i roztrzaskując  się  na  spękanym  betonie, 

background image

rozpryskiwały wokoło swoje rozżarzone szczątki. 

W  owym  czasie  na  Przylądku  Kennedy’ego  byli  już  łowcy  relikwii,  którzy  przeczesywali 

wypaloną  trawę  w poszukiwaniu  części  tablic  instrumentów  pomiarowych,  kombinezonów  i – 

najcenniejszych  –  zmumifikowanych  ciał  martwych  kosmonautów,  Sczerniałe  części 

obojczyków,  żeber,  skóry  oraz  innych  części  ciała  były  jedynymi  w swoim  rodzaju  reliktami 

początku  ery  kosmicznej,  równie  cennymi,  jak  relikwie  z grobów  średniowiecznych  świętych. 

Wkrótce po pierwszym wypadku w przestrzeni opinia publiczna zaczęła domagać się ściągnięcia 

na Ziemię owych krążących trumien. Kiedy jeden ze sputników – księżycowy człon załogowy – 

roztrzaskał  się  na  Pustyni  Kalahari,  ku  rozpaczy  wielu  ludzi,  tubylcy,  którzy  sądzili,  że  to 

przybyli do nich bogowie, wtargnęli do jego wnętrza, obcięli im ręce i zniknęli ze swoim trofeum 

w buszu.  Wytropienie  ich  zajęło  blisko  trzy  lata.  Od  tego  czasu  postanowiono,  że  ściągane  na 

Ziemie sztuczne satelity będą płonęły w atmosferze. 

Wszelkie  pozostałości  po  takim  twardym  lądowaniu  na  tutejszym  cmentarzysku  były 

skrzętnie  zbierane  przez  łowców  relikwii.  Owi  nomadzi  Przylądka  Kennedy’ego  żyli  od  lat 

w zniszczonych  i opuszczonych  samochodach  i motelach  sprzątając  swoje  relikwie  sprzed  nosa 

strażnikom  patrolującym  tę  betonową  pustynie.  Kiedy  na  początku  października  dowiedziałem 

się  od  mojego  przyjaciela,  z którym  pracowałem  kiedyś  w KA5,  że  satelita  Roberta  Hamiltona 

traci dotychczasową stabilność, udałem się bezzwłocznie do Tampy, aby zorientować się w cenie 

jego szczątków. Pięć tysięcy dolarów nie było zbyt wygórowaną sumą za możliwość uwolnienia 

się od jego ducha i złożenia go na wieczny spoczynek w otchłań pamięci Judyty. 

W  odległości  siedmiuset  metrów  od  drogi  przekroczyliśmy  wysokie  na  sześć  metrów 

ogrodzenie, które obecnie w wielu  miejscach  na całej swej długości  leżało powalone, zapadłszy 

się pod naporem wydm. W miejscach, gdzie leżało, było ledwie widoczne pod gęstą trawą, która 

wyrastała spod stalowej siatki. W miejscu, gdzie się zatrzymaliśmy, znajdowała się pod warstwą 

piasku obwodnica, która biegła w kierunku opuszczonej wartowni, gdzie rozwidlała się  na dwie 

wyłożonymi  betonowymi  płytami  drogi.  W czasie  kiedy  czekaliśmy  w umówionym  miejscu, 

czołowe reflektory transporterów straży przeczesywały wieże wyrzutni wznoszące się w pobliżu 

plaży. 

Nie  minęło  pięć  minut,  kiedy  z tylnego  siedzenia  samochodu  przysypanego  piaskiem 

w miejscu  oddalonym  od  nas  nie  więcej  niż  pięćdziesiąt  metrów  wynurzył  się  niepozorny 

mężczyzna o śniadej cerze i podbiegł do nas chyłkiem. 

– Państwo Groves? – spytał wpatrując się uważnie w nasze twarze i po chwili nie wdając się 

zbytnio w szczegóły przedstawił się krótko: 

– Quinton. Sam Quinton. 

Kiedy  uścisnęliśmy  dłonie,  swoimi  szponowatymi  palcami  obmacał  przegub  i przedramię 

mojej  ręki.  Miał  oczy,  nerwowego  ptaka,  którymi  bezustannie  rozglądał  się  wypatrując  czegoś 

background image

pośród  wydm  i trawy,  i spiczasty  nos,  którym  kreślił  w powietrzu  szerokie  łuki.  Ubrany  był 

w czarny  drelich  przepasany  parcianym  pasem  wojskowym.  Gestykulował  wymachując  rękoma 

w powietrzu, jak gdyby dyrygował orkiestrą ukrytą za otaczającymi nas wydmami. Zauważyłem, 

że  jego  dłonie  pokryte  były  gęsto  bliznami;  olbrzymie  pręgi  owych  blizn  połyskiwały 

w ciemności niczym nikłe gwiazdy. 

Przez chwilę wyglądał na rozczarowanego nami; był zobojętniały do tego stopnia, że można 

było  odnieść  wrażenie,  że  się  już  więcej  nie  poruszy.  Szybko  jednak  odzyskał  swą  żwawość 

i niemal pędem ruszył w kierunku wydm,  spomiędzy których wyszedł, zostawiając  nas samych, 

zdezorientowanych i bezradnych. 

Niewiele  namyślając  się  ruszyliśmy  jego  śladem  z trudem  nadążając  za  nim,  gubiąc  go  co 

chwilę z oczu. 

Kiedy  pół  godziny  później  dotarliśmy  z Judytą  do  niecki  znajdującej  się  obok  poletek 

osadowych,  byliśmy  już  całkiem  wykończeni  wleczeniem  ze  sobą  walizek  przez  to  rumowisko 

zużytych opon i drutu kolczastego. 

Znaczny część niecki wypełniały domki plażowe, które przetransportowano tutaj i ustawiono 

każdy  z osobna  na  pochyłym  zboczu  z piasku  dekorując  ich  zewnętrzne  ściany  papierem 

w kwiaty i elementami używanymi do zdobienia obrzeży kominków. 

Pozostałą  część  niecki  wypełniały  różne  ocalałe  przedmioty  będące  bezpośrednio  związane 

z eksploatacją  przestrzeni  wokółziemskiej:  części  sputników,  fragmenty  osłon  termicznych, 

anteny  i pojemniki  spadochronów,  W pobliżu  pogniecionego  satelity  meteorologicznego 

siedziało  w fotelach  samochodowych  dwóch  mężczyzn  odzianych  w baranie  skóry;  ich  twarze 

nosiły niezdrowy żółtawy odcień. Jeden z nich, starszy, miał na głowie mocno znoszoną czapkę 

Sił  Powietrznych,  której  opuszczony  daszek  zasłaniał  jego  oczy.  Pokrytymi  bliznami  rękoma 

pucował  stalowy  daszek  hełmu  skafandra  kosmicznego.  Drugi,  znacznie  młodszy,  z rzadkim 

zarostem  zakrywającym  usta,  przyglądał  się  nam  obojętnym  wzrokiem  grabarza,  kiedy 

zbliżaliśmy się do nich. 

Weszliśmy  do  największego  domku  składającego  się  z dwóch  pomieszczeń,  które tworzyły 

ongiś  tył  jakiegoś  większego  domku  na  plaży.  Quinton  zapalił  lampę  i powiódł  ręką  wokoło 

zapraszającym gestem. 

– Mam  nadzieję, że będzie państwu tu wygodnie  – powiedział chłodno. Kiedy dostrzegł  na 

twarzy Judyty wyraz obrzydzania, dorzucił zgryźliwie: 

– Niestety, nie odwiedza nas tu zbyt wielu gości. 

Postawiłem  torby  na  metalowym  łóżku.  Judyta  weszła  do  kuchni,  zaś  Quinton  zajrzał  do 

pustej torby. 

– Czy to jest tutaj? 

Wyjąłem z kieszeni kurtki dwa pliki studolarówek. 

background image

– Ta walizka jest na te... szczątki – powiedziałem wręczając mu pieniądze I zaraz dodałem: 

– Wystarczy? Nie jest za mała? 

Spojrzał  na  mnie  badawczym  wzrokiem  grzęznącym  w rudym  półmroku,  jaki  wypełniał  tę 

norę,  wysiadał  na  zakłopotanego  naszą  obecnością,  jak  gdyby  wciąż  nie  mógł  uwierzyć,  że 

jednak jesteśmy tu. 

– Niepotrzebnie pan to wlókł tutaj, panie Groves. 

Ci  biedacy  tkwią  tam  na  górze  już  szmat  czasu.  Po  upadku  zupełnie  nieoczekiwanie  rzucił 

przelotnie,  lubieżne  spojrzenie  w kierunku  Judyty  –  zwykle  nie  zostaje  z nich  więcej,  niż  może 

zmieścić się w garści. 

Kiedy wyszedł, wszedłem do kuchni. Judyta stała przy piecyku wsparta rękoma na pudełku 

wypełnionym  jedzeniem  w puszkach.  Patrzyła  na  owo  złomowisko  kosmicznych  śmieci,  które 

wkrótce  powiększy  się  o jeszcze  jedną  zardzewiałą  wirówkę  wypełnioną  ciałem  Roberta 

Hamiltona. Przez chwilę doznałem dziwnego uczucia, że cała Ziemia pokryta jest szczątkami i że 

tutaj na Przylądku Kennedy’ego znaleźliśmy się u ich źródła. 

Delikatnie ująłem ją za ramię. 

– Czy naprawdę koniecznie musimy być tutaj, Judyto? 

Moglibyśmy  przecież  wrócić  do  Tampy,  a za  jakieś  dziesięć  dni,  jak  już  będzie  po 

wszystkim, wrócimy tu i... 

Strząsnęła moją rękę, skręciwszy lekko tułów. 

– Chcę tu być, Filipie – powiedziała pocierając niespokojnie kołnierz niezmiennie w ten sani 

sposób i w tym miejscu – bez względu na niezgody. Czy ty tego nie rozumiesz? 

Była  już  północ,  kiedy  skończyłem  przyrządzać  posiłek.  Stała  na  skraju  betonowej  ściany 

osadnika  niczym  posąg.  Wszyscy  trzej  łowcy  siedzieli  nieruchomo  w swoich  fotelach 

samochodowych i patrzyli w milczeniu na nią. 

O trzeciej nad ranem, kiedy leżeliśmy na tym za wąskim jak na dwie osoby łóżku nie mogąc 

zasnąć,  rozpoczął  się  ostatni  etap  lotu  Walentyny  Prokrownej  –  twarde  lądowanie.  Tkwiła 

w swojej  kapsule  niczym  klejnot  na  płonących  trzystumetrowych  aluminiowych  marach.  Było 

jeszcze  ciemno,  kiedy  wyszedłem  na  zewnątrz.  Łowców  już  nie  było.  Kiedy  znalazłem  się  na 

krawędzi  osadnika,  wypatrzyłem  ich  wśród  wydm,  gdzie  jak  zające  przebiegali  niemal, 

niepostrzeżenie pomiędzy starymi oponami i drutem kolczastym. 

–  Właśnie  schodzi  do  lądowania,  Judyto  –  zagadnąłem  ją,  kiedy  wróciłem  do  naszej 

„rezydencji”. – Nie idziesz zobaczyć? 

Leżała  na  łóżku  z głową  owiniętą  białym  ręcznikiem  i nieruchomo  patrzyła  na  wykonany 

z dyli  gipsowych  popękany  sufit.  Krótko  po  czwartej,  kiedy  siedziałem  u jej  boku,  naszą  norę 

wypełniła  poświata.  Niedługo  potem  powietrze  rozdarł  huk  wybuchu,  który  dotarł  do  nas 

przytłumiony  nieco  przez  wydmy.  Natychmiast  zapłoniły  światła  reflektorów,  a w ślad  za  nimi 

background image

rozległ się ryk syren i odgłos uruchamianych silników. 

Kiedy  zaczęło  się  rozjaśniać,  łowcy  wracali  właśnie  ze  swoim  łupem  ciągnąc  go  za  sobą 

niestarannie owiniętymi w bandaże rękoma. 

Po tym dłuższym ataku melancholii, Judyta zupełnie nieoczekiwanie ożywiła się. Jak gdyby 

spodziewając  się  jakiegoś  gościa,  zawiesiła  nowe  zasłony  i z godną  uwagi  pieczołowitością 

sprzątnęła  oba  pomieszczenia,  zdobyła  się  nawet  na  poproszenie  Quintona  o butelkę  płynu  do 

czyszczenia.  Całymi  godzinami  wysiadywała  przed  toaletką  i czesała  swoje  włosy  próbując 

różnych fryzur. Patrzyłem, jak masuje swoje wychudłe policzki, jak gdyby chciała przywrócić im 

dawny  kształt,  który  straciły  dwadzieścia  lat  temu,  Kiedy  mówiła  o Robercie  Hamiltonie, 

odniosłem wrażenie, że boi się, iż może wyglądać zbyt staro w jego oczach. Innymi zaś razy z jej 

wspomnień wynikało, że myśli o nim jak o dziecku, jak o upragnionym synu, który się nigdy nie 

narodził,  ponieważ  od  czasu  poronienia  nie  mogła  już  zajść  w ciąże.  Te  dwa  zupełnie  różne 

wyobrażenia  o nim  przenikały  się  w jej  wspomnieniach  jak  w psychodramie.  Prawdę  mówiąc, 

zupełnie  nie  –  świadomie  wykorzystywaliśmy  z Judytą  Roberta  Hamiltona  do  własnych  celów. 

Czekałem tutaj z nią na niego, wiedząc dobrze, że nie będzie miała później do kogo wrócić prócz 

mnie, przeto nie mówiłem nic, co mogłoby ją zranić. 

Kiedy  przeszedłem  do  łowców,  krzątali  się  właśnie  przy  szczątkach  kapsuły  Walentyny 

Prokrownej:  odłamkach  osłony  termicznej,  obudowie  urządzeń  radiotelemetrycznych  i kasetach 

filmowych,  na  których  zapisany  był  przebieg  jej  śmierci.  Owe  filmy  przedstawiające 

przerażający,  niemal  deliryczny  obraz  tragedii,  o ile  nadawały  się  jeszcze  do  wykorzystania, 

osiągały  najwyższe  ceny  i były  wyświetlane  w różnych  nielegalnych  kinach  Los  Angeles, 

Londynu  i Moskwy  Wyszedłem  do  drugiego  pomieszczenia,  gdzie  na  fotelach  samochodowych 

leżał  rozpostarty,  mocno  postrzępiony  kombinezon.  Suinton  wraz  ze  swoimi  kumplami  klęcząc 

obok  niego  grzebiąc  w jego  nogawkach  i rękawach.  Spojrzał  na  mnie  milcząco  pełnymi 

zachwytu  oraz  skupienia  oczyma  jubilera  i po  chwili  wrócił  do  swojego  zajścia.  Na  godziną 

przed  świtem  obudził  mnie  odgłos  silników  dochodzący  od  brzegu.  W ciemności  dostrzegłem 

oświetlone  nikłym  światłem  oddalonych  reflektorów  wynędzniałe  twarze  łowców,  którzy 

siedzieli  skuleni  obok osadnika.  Długi  konwój  ciężarówek  i transporterów  gąsienicowych  sunął 

w kierunku  opuszczonych  wyrzutni.  Żołnierze  wyskakiwali  z wozów  i wyładowywali  namioty 

i żywność. 

– Co jest grane? – zapytał Quintona. 

– Czyżby szukali mnie? 

Przysłonił oczy rękoma i powiedział niepewnie: 

– To wojsko. Chyba jakieś manewry. Nigdy się ich tutaj tylu nie kręciło. 

– A co z Hamiltonen? – Chwyciłem go za rękę. – jest pan pewny? 

Odepchnął mnie ze złością. 

background image

– Będziemy mieli go pierwsi. Może być pan spokojny, będzie tu wcześniej, niż oni myślą. 

 

Dwa dni później w nocy, tak jak powiedział Quinton, Robert Hamilton rozpoczął ostatni etap 

swojej  wędrówki  po  niebie.  Siedząc  wśród  wydm  w pobliżu  osadnika,  obserwowaliśmy  go,  jak 

wynurza  się  spomiędzy  gwiazd,  aby  wkrótce  spaść  tu.  Odbity  w szybach  zasypanego  obok 

samochodu  obraz  płonącej  w górnych  warstwach  atmosfery  kapsuły  migotał  tysiącem  błysków 

na  powierzchni  otaczające  nas  trawy.  Tuż  za  satelitą  ciągnął  się  niczym  jakaś  zjawa  obłok 

srebrzystej poświaty. 

W  obozie  wojskowym  u podnóży  wyrzutni  dało  się  zauważyć  poruszenie.  Snopy  światła 

reflektorów  co  chwilę  przeczesywały  betonowe  pasy.  Niemal  od  samego  początku,  kiedy  tylko 

zjawiło  się wojsko, było dla  mnie  jasne,  może  nawet  i Quintonowi, że  ich obecność tutaj  miała 

niewiele  wspólnego  z manewrami,  i że  najprawdopodobniej  przygotowywali  się  na  przyjęcie 

satelity Roberta Hamiltona. Kilka transporterów gąsienicowych krążyło wśród wydm wzniecając 

tumany  kurzu,  paliło  opuszczone  domki  plażowe  i rozjeżdżało,  miażdżąc  swoim  ciężarem, 

karoserie  starych,  porzuconych  samochodów  znajdujących  się  na  ich  trasie.  Kilka  plutonów 

żołnierzy  naprawiało  ogrodzenie  i metalową  drogą  rozmontowaną  w wielu  miejscach  przez 

łowców relikwii. 

Krótko po północy na wysokości czterdziestu dwóch stopni w kierunku północno-zachodnia 

pomiędzy gwiazdo zbiorami Lutni i Herkulesa Robert Hamilton ukazał się po raz ostatni. Judyta 

wstała  nagle  i krzyknęła  w kierunku  nieba,  i natychmiast  w odpowiedzi  powietrze  przeszył 

potężny snop światła skierowany na nas Rozszerzający się jaskrawy krąg mknął ku nam jak jakiś 

gigantyczny sygnał świetlny. 

Oświetlając wyraźnie każdy detal otaczającego nas krajobrazu. 

–  Pani  Groves!  –  wrzasnął  Quinton  i skoczył  ku  niej.  Chwycił  ją,  kiedy  usiłowała  biec 

w kierunku zbliżającego się satelity i wciągnął ją w trawę. W odległości blisko trzystu metrów na 

samotnej  wydmie  zamajaczyła  sylwetka  transportera  gąsienicowego,  którego  nikłe  światła 

reflektorów tonęły w oślepiającej smudze szukającego nas wśród wydm. 

Wydając  głuchy  metaliczny  odgłos,  jakby  westchnienia,  płonąca  kapsuła  z ciałem  Roberta 

Hamiltona wznosiła się trzystopniowo nad głowami, ciągnąc za sobą poświatę i mgłę wywołaną 

przez  parujące  cząsteczki  metalowej  powłoki.  Zasłoniłem  oczy  niemal  jednocześnie  usłyszałem 

niedaleko  za  sobą  wybuch  oraz  poczułem  lekki  podmuch  fali  uderzeniowej,  która  w miejscu 

upadku wyrzuciła w powietrze ogromne ilości piasku i pyłu, które zawisły jak jakaś zasłona, jak 

potężny  upiór  zrodzony  z rozpylanych  kości.  Odgłos  wybuchu  wolno  przewalił  się  aż  po 

horyzont. W pobliżu wyrzutni, tam gdzie spadły cząstki kapsuły, zapłonęły ogniki, a w powietrzu 

zawisł obłok migoczącego iskierkami, fosforyzującego gazu. 

Judyta pobiegła za łowcami przemykającymi przez sieć  skrzyżowanych świateł reflektorów. 

background image

Kiedy dogoniłem ich, ostatnie ognie wzniecone wokół miejsca upadku dopalały się już. Kapsuła 

spadała  w rejonie  wyrzutni  rakiet  serii  Atlas  tworząc  płytki  krater  pięćdziesięciometrowej 

średnicy.  Jego  zbocze  pokryte  było  żarzącymi  się  odłamkami,  które  iskrzyły  się  jak  gasnące 

oczy. Judyta jak oszalałe zwierzę biegała z miejsca na miejsce szukając tlących się odłamków. 

Ktoś  trącił  mnie  w ramię.  To  Quinton  i jego  ludzie  przebiegali  obok  niczym  jacyś 

pomyleńcy;  pełne  blizn  ręce  mieli  pokryte  piekącym  pyłem,  oczy  dzikie  i czujne.  Kiedy 

minęliśmy  światła  reflektorów,  obejrzałem  się  za  siebie  w kierunku  plaży,  gdzie  wśród  wież 

unosiła  się  nisko  nad  „ziemią  srebrzysta  poświata,  która  wolno  jak  zjawa  przesuwała  się  ku 

morzu.  O świcie,  kiedy  kończyliśmy  zbierać  ostatnie  szczątki  Roberta  Hamiltona,  dobiegł  nas 

oddali  ryk  silników.  Guinton  wszedł  razem  z nami  do  naszego  domku.  Kiedy  wręczał  mi 

tekturowe pudełko do butów, Judyta wycierała ręce w kuchni patrząc na nas w milczeniu. 

–  Czy  to  wszystko?  –  spytałem  z niedowierzaniem  lekko  zaskoczony,  biorąc  to  pudełko  do 

rąk. 

–  To  wszystko,  co tam  było.  Może  pan  sprawdzić,  jeżeli  pan  nie  wierzy.  Proszę  zajrzeć  do 

środka. 

– W porządku. Wyjeżdżamy za pół godziny. 

–  Nie  teraz.  –  Zaprzeczył  ruchem  głowy.  –  Są  wszędzie.  Jeśli  tylko  wychyli  pan  nos  z tej 

budy, złapią nas od razu. 

Poczekał,  aż  Judyta  otworzyła  pudełko,  potem  skrzywił  się  z niesmakiem  na  twarzy 

i wyszedł. 

Pozostaliśmy jeszcze przez cztery dni, podczas gdy patrole przeszukiwały dokładnie wydmy. 

Dzień  i noc  transportery  sunęły  bardzo  wolno  między  zniszczonymi  samochodami  i budami. 

Pewnego razu kiedy razem z Quintonem obserwowaliśmy okolicę ze zburzonej – wieży ciśnień, 

jeden transporter i jepy zbliżały się na odległość czterystu metrów od naszej kryjówki; posuwały 

się wolno, trzymając się tej odległości, która chroniła ich przed odorem dochodzących z poletek 

osadowych, a nas przed ich wizytą, dodatkową przeszkoda na ich trasie stanowiła mocno spękana 

droga. 

Cały  ten  czas  Judyta  przesiedziała  w naszym  domku,  trzymając  na  kolanach  pudełko  ze 

szczątkami Roberta Hamiltona. Nie odezwała się do mnie ani razu; wyglądała, jak gdyby straciła 

zupełnie  zainteresowanie  moją  osobą  i tą  zapełniona  szczątkami  ery  kosmicznej  na  Przylądku 

Kennedy’ego. 

Kiedy wróciłem następnego dnia po zasypaniu wraz z Quintonem doków na wysokość okien, 

stała  właśnie  przy  stole  pudełko  ze  szczątkami  było,  otwarte.  Na  środku  stołu  znajdował  się 

maleńki  stos  zwęglonych  Żerdzi.  Początkowo  pomyślałem,  że  rozpaliła  ogień,  żeby  się  nieco 

ogrzać, lecz rychło zorientowałem się, co się stało, kiedy zaczęła przebierać palcami  w popiele, 

odsłaniając szczątki stawów łączących żebra oraz prawą rękę z ramieniem, które przy dotknięciu 

background image

odpadły od siebie. 

Spojrzała na mnie zdziwiona. 

– Popatrz, są czarne – powiedziała dosyć pretensjonalnie. 

Trzymając  ją  mocno  w objęciach  leżałem  z nią  w łóżku.  Z oddali  dochodziły  nas  strzępy 

rozkazów wydawanych przez megafon, które chwilami wprawiały w lekkie drżenie szyby. 

Kiedy ucichły, Judyta przemówiła do mnie: 

– Chyba już możemy wracać. 

– Lepiej jeszcze trochę zaczekać, aż się zupełnie uspokoi. Co z tym zrobimy? 

– Zakopiemy. Obojętnie gdzie, to już teraz nie ma znaczenia. 

Odniosłem wrażenie, że spokój zaczął na dobre wracać w jej duszę, kiedy uśmiechnęła się do 

mnie,  jak  gdyby  chciała  mi  w ten  sposób  powiedzieć,  że  ma  już  poza  sobą  ów  koszmar,  który 

dotąd ją nękał. 

Omyliłem się jednak, bowiem kiedy zgarnąłem ze stołu łyżeczką nie dopalone kości i prochy 

Roberta Hamiltona do pudełka, zabrała je ze sobą do kuchni, gdzie poszła zrobić coś do jedzenia. 

Trzeciego dnia czuliśmy się niezbyt dobrze. 

Po trwającej całą wieczność niespokojnej nocy znalazł Judytę siedzącą przed lustrem; czesała 

właśnie włosy, które wychodziły jej całymi kosmykami. Usta miała otwarte; oglądały, jak gdyby 

były  spieczone  jakimś  kwasem.  Kiedy  strzepnęła  na  ziemię  włosy  pokrywające  jej  kolana, 

dostrzegłem, że jej twarz była biała jak papier. 

Wstałem z łóżka z dużym trudem i powlokłem się do kuchni, gdzie znalazłem rondel z zimną 

kawą. 

Ogarnęło mnie nie dające się wytłumaczyć uczucie nagłego osłabiania, jak gdyby wszystkie 

kości  wewnątrz  mojego  ciała  utraciły  swoją  sztywność.  Pokrywające  gęsto  klapy  mojej  kurtki 

włosy, które zaczęły wychodzić również mnie, spłynęły bezszelestnie na podłogę. 

– Filipie... – odezwała się Judyta i pochyliła w moim kierunku. – Czujesz to samo? Boże, co 

się dzieje? 

–  To  pewnie  ta  woda.  –  Wylałem  kawę  z rondla  do  zlewu  i rozmasowałem  szyję.  –  Chyba 

jest zatruta. 

Wyjedźmy  stąd,  zaraz.  Chyba  już  możemy  –  przyłożyłem  rękę  do  czoła  i przeczesałem  nią 

włosy, zgarniając ich całą garść. 

– Boże, Filipie... Popatrz moje włosy wypadają! Na miłość boską co z nimi?! 

Straciliśmy  również  apetyt.  Z trudem  przemogłem  się  i zjadłem  kilka  plasterków  zimnego 

mięsa, musiałem jednak zaraz wyjść na zewnątrz, gdzie zwymiotowałem je. 

Quinton  siedział  ze  swoimi  ludźmi  skulony  przy  osadniku.  Kiedy  zbliżyłem  się  do  nich 

i oparłem  o kadłub  satelity  meteorologicznego,  zszedł  do  mnie.  Powiedziałem  mu,  że  woda, 

której  używaliśmy,  jest  czymś  zakażona.  Spojrzał  na  mnie  swoimi  ptasimi  oczyma  zupełnie 

background image

zaskoczony. 

Pół godziny później już ich nie było. 

Nazajutrz  –  ostatniego  dnia  –  czuliśmy  się  jeszcze  gorzej.  Judyta  leżała  na  łóżku  ubrana 

w kurtkę  i trzęsła  się  cała;  w jedną  ręce  trzymała  pudełko.  Przez  kilka  godzin  szukałem  po 

wszystkich domkach wody, która nadawałaby się do picia. Wróciłem z pustymi rękoma zupełnie 

wyczerpany przedzieraniem się przez zaspy piachu wypełniającego całą nieckę Patrole wojskowe 

były  już  coraz  bliżej.  Wyraźnie  słyszeliśmy  zmiany  biegów  transporterów.  Głos  z megafonów 

kołatał w mojej głowie niemal ją rozsadzając. 

Później,  kiedy  znalazłem  się  u drzwi  wejściowych,  spojrzałem  na  Judytę  i wówczas  kilka 

słów wdarło się do mojej świadomości. 

Podszedłem do niej i wyrwałem jej z rąk pudełko. 

– Filipie... – Spojrzała na mnie błagalnie przygaszonym wzrokiem. – Oddaj... proszę. 

Twarz miała opuchniętą. Ma przegubach dłoni pojawiły się już białe plamki. Wyciągnęła do 

mnie lewą rękę podobną do ręki kościotrupa. 

Potrząsnąłem  pudełkiem  z trudem  tłumiąc  przeszywającą  mnie  wściekłość.  Kości 

zagrzechotały w środku. 

– Jezu Chryste, to właśnie to! Czy ty nic nie rozumiesz, dlaczego jesteśmy chorzy? 

– Filipie...(gdzie są pozostali? Quinton. Poproś Ich może ci pomogą: 

– Już ich tu nie ma. Odeszli wczoraj, mówiłem ci już. 

Spuściłem pudełko na stół. Pokrywka odskoczyła i ze środka wysypały się złączone ze sobą 

jak pęk chrustu kości. 

–  Quinton  chyba  wyczuł,  o co  chodzi...  co  tu  robi  wojsko.  Zorientowałem  się,  że  chcą  nas 

ostrzec. 

Nie rozumiem. Co masz na myśli? – Podniosła się na łóżku, wytężając z całej siły wzrok. 

Nie pozwól im zabrać Roberta. Pochowaj go tutaj, teraz. Wrócimy po niego później. 

– Ależ, Judyto! – Pochyliłem się nad nią i wykrzyczałem z całej siły chrapliwym głosem. 

–  Czy  ty  naprawdę  nic  nie  rozumiesz!  Czy  nic  do  ciebie  nie  dociera!  Na  tym  statku  była 

bomba!  Robert  Hamilton  był  tam  razem  z bombą  atomową!  –  Odsłoniłem  okna.  –  Boże  co  za 

ironia losu. Przez dwadzieścia lat godziłem się z myślą o nim, nie mając pewności... 

– Filipie... 

Już dobrze. 

Cały ten czas myślałem o nim, ponieważ wiedziałem dobrze, że jest jedyną rzeczą, która nas 

łączy, A on czyhał tam na nas i teraz odpłacił się nam za to, co zrobiliśmy dla niego. 

Z zewnątrz dobiegał nas odgłos silnika. Na skraju zatrzymał się transporter z wymalowanymi 

po  obu  bokach  czerwonymi  krzyżami.  Z zewnątrz  wyskoczyło  dwóch  ludzi  ubranych 

w plastikowe kombinezony z licznikiem w rękach. 

background image

– Zanim odejdziemy stąd, powiedz mi, Judyto... Nigdy wcześniej nie pytałem cię o to... 

– Siedziała zamyślona dotykając włosów na poduszce. 

Znaczna część jej głowy była już łysa. Patrzyła na swoje białe wychudłe ręce Na jej twarzy 

dostrzegłem  wyraz,  którego  nigdy  wcześniej  u niej  nie  widziałem  –  wyraz  gniewu  i zdrady. 

Kiedy tak patrzyła na mnie i na porozrzucane na stole kości, wiedziałem już.