background image

Frid Ingulstad

STRAŻ GRANICZNA

Saga część 6.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY.

Kristiania, czerwiec 1905 roku

Przy weselnym stole zaległa całkowita cisza. Wszyscy z przerażeniem 

patrzyli na Agnes, która z wyzywającą miną, chwiejąc się na nogach, stała 
w drzwiach.

Elise najchętniej zapadłaby się pod ziemię i zniknęła. Nie tyle widziała, 

co domyślała się, jaki szok musieli przeżyć państwo Ringstad; wyobrażała 
sobie   niedowierzanie   w   oczach   ciotki   Ulrikke;   czuła   skrępowanie 
żołnierzy Armii Zbawienia. Nie wiedziała, w którą stronę spojrzeć; nie 
miała odwagi się ruszyć, a już tym bardziej podnieść wzrok.

Agnes zaśmiała się chrapliwie. - Ale tu się zrobiło cicho. Myślałam, że 

to radosny dzień, ale coś mi na taki nie wygląda!

- Co to za osoba? - spytała ciotka Ulrikke, a w jej głosie słychać było 

zdziwienie.

Emanuel podniósł się powoli i spokojnie podszedł do drzwi.
- Najlepiej będzie, jeśli pójdziesz ze mną, Agnes. Niestety nie mamy 

więcej miejsc.

Chwycił ją za rękę, próbując wyprowadzić do przedpokoju, ale wyrwała 

mu się.

- Ach tak? Nie macie miejsca? A może nie jestem dla was dość dobra?
Znów zwróciła swoją wykrzywioną grymasem twarz w stronę gości.
- I to ty, moja najlepsza przyjaciółka, Elise! Do diabła z tobą! Emanuel 

ponownie chwycił j ą za rękę i pociągnął za sobą. - Chodź,

Agnes   -   powiedział   spokojnie,   ale   Elise   czuła,   że   walczy,   żeby   się 

opanować.

Agnes opierała się, wymachując ręką w stronę gości. - To nie on zrobił 

tego dzieciaka! Niech wszyscy się o tym dowiedzą!

Z   dużym   trudem   udało   się   Emanuelowi   wyciągnąć   ją   do   kuchni   i 

zamknąć drzwi. W jego głosie, który przenikał przez cienką ścianę pokoju, 
słychać było złość i poruszenie; po chwili dały się słyszeć przekleństwa i 
głośny płacz Agnes.

Elise   wstrzymała   oddech.   Nie   śmiała   na   nikogo   spojrzeć;   siedziała 

sztywna, ze wzrokiem wbitym w stół. Słyszała, jak matka pociąga nosem, 
słyszała dźwięk noża i widelca uderzających o talerz, poza tym było cicho 
jak w grobie.

background image

Nagle Peder przerwał krępujące milczenie. Zawołał radośnie: - Patrzcie, 

co znalazłem! Kawałek mięsa w gulaszu!

Pani Evertsen roześmiała się. Przywykła do ludzi, którzy i przeklinali, i 

pili,   i   najwyraźniej   nie   była   równie   zszokowana   jak   pozostali.   -   Jest 
pyszny, prawda, Peder? Nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam taki smaczny 
obiad.

Jeden   z   żołnierzy   zwrócił   się   do   Anny;   mówił   coś   przytłumionym 

głosem. Elise słyszała, że Anna odpowiada mu monosylabami; zapewne 
była   i   poruszona,   i   zdenerwowana   i  nie   była   w  stanie   natychmiast   się 
przestawić.

- Lepszej dziewczyny niż Elise pan żołnierz nie znajdzie - powiedziała 

zdecydowanym tonem pani Evertsen, do której w końcu też chyba dotarło, 
że nie wszystko przy stole jest tak jak powinno.

Dało się słyszeć głośne pociągnięcie nosem. Pani Thoresen wyciągnęła 

dużą męską chustkę w kratkę i trzymając ją w obu rękach, wydmuchała 
nos. - To Johan powinien tu teraz siedzieć. Zamiast tkwić za kratkami w 
Akershus.   Gdyby   wiedział,   że   ja   teraz...   -   Zamilkła   i   zaciskając   srogo 
wargi, wepchnęła chustkę za pas spódnicy.

-   Przecież   on   i   tak   nie   chciał   Elise   -   odezwał   się   Peder,   chcąc 

najwyraźniej zaradzić sytuacji. Nie lubił, kiedy ktoś płakał.

Elise podniosła się gwałtownie i niemal wybiegła z pokoju. Chciała od 

wszystkich uciec, ale pragnęła również porozmawiać z Agnes.

Znalazła   ją   w   kuchni.   Siedziała   na   skrzyni   z   drewnem.   Emanuel 

rozmawiał z nią spokojnie, a Maren Sorby dała jej talerz gulaszu.

-   Możemy   dostawić   jeszcze   jedno   nakrycie,   Agnes.   Jeśli   chcesz. 

Poprosiłabym   cię   na   druhnę,   ale   byłaś  taka...   -   Nie   zdążyła   dodać   nic 
więcej.

-   Zamknij   się!   Idźcie   sobie   stąd   oboje.   Nie   mogę   znieść   waszego 

widoku. - Agnes patrzyła to na Elise, to na Emanuela, a jej oczy ciskały 
gromy.   -   Jeszcze   zobaczysz,   Emanuelu!   Powiem   Karolinę,   dlaczego 
ożeniłeś się z Elise. Chyba nie myślisz, że zatrzymam to dla siebie?

-   Taka   podła   nie   jesteś,   Agnes.   -   Głos   Emanuela   wciąż   brzmiał 

spokojnie, ale Elise spostrzegła, że drżał, tłumiąc w sobie gniew. - Kiedy 
się zastanowisz, zrozumiesz, że zawsze lubiłem Elise. Nigdy nie dałem ci 
powodu, żebyś myślała co innego. - Wziął Elise za rękę i zaczął iść w 
kierunku drzwi do pokoju. - Elise okazała ci wielkoduszność, zapraszając 
cię mimo twojego zachowania. Jeśli nie chcesz, proponuję, żebyś poszła 

background image

do domu i odespała kaca. - W tej samej chwili otworzył drzwi do pokoju, 
chwycił Elise mocniej za rękę i pociągnął za sobą.

Elise   poszła   za   nim,   usiadła   na   swoim   miejscu,   nie   mając   odwagi 

spojrzeć na gości. Płacz podchodził jej do gardła. Powinna była wiedzieć, 
że przyjęcie się nie uda.

-   Przykro   mi   z   powodu   tego,   co   się   stało   -   powiedział   Emanuel, 

rozglądając się wokół stołu. - Agnes nie czuje się najlepiej. Nie do końca 
rozumie, co zrobiła. Proponuję, żebyśmy o wszystkim zapomnieli.

- Czy to była jedna z robotnic z fabryki? - spytała pani Ring-stad, nie 

kryjąc swojego oburzenia.

- Nie, to służąca Carlsenów.
- Betzy i Oscara Carlsenów? Niemożliwe. Mieliby  aż takiego pecha, 

biedacy?   -   Pani   Ringstad   posłała   nad   stołem   współczujące   spojrzenie 
ciotce Ulrikke. - Sami widzicie, jakie służące są tu, w stolicy. Dziękuję 
Stwórcy za moją wierną Margit.

Elise   zerknęła   ukradkiem   na   ciotkę   Ulrikke,   która   kiwała   głową 

potakująco. - Jest wiele rzeczy, za które powinniśmy być wdzięczni,

Marie   -  powiedziała   i   znaczącym  wzorkiem   powiodła   po   skromnych 

talerzach i szkle. - Chciałabym tylko... - urwała z surową miną i spuściła 
wzrok.

- Co byś chciała? - spytała pani Ringstad, patrząc na nią przez stół.
-   Chciałabym,   żeby   z   czasem   wszystko   dobrze   się   ułożyło   naszemu 

Emanuelowi.

Zabrzmiało to niczym ciężkie westchnienie.
Jej słowa dotarły do Emanuela. - Chyba nie słuchałaś, kiedy w swojej 

mowie   zwróciłem   się   do   panny   młodej,   ciociu.   -   Wyraźnie   starał   się 
brzmieć wesoło, ale nie do końca mu się to udawało. - Powiedziałem, że 
Elise uczyniła mnie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, i to jest 
prawda. Twoje zdrowie, kochana cioteczko. - Podniósł szklankę z sokiem 
jabłkowym i skinął głową w stronę ciotki.

Ciotka Ulrikke odwzajemniła toast, ale jej twarz pozostała surowa.
Peder chwycił swoją szklankę tak gwałtownie, że sok się wylał; wysunął 

głowę do przodu. - Zdrówko, cioteczko. Zawsze chciałem mieć ciotkę, ale 
moje wszystkie leżą już w grobie.

- Ależ Peder... - Matka posłała mu przerażone spojrzenie.

background image

- A co, nieprawda? Teraz są w niebie, razem z tatą, i śmieją się ze mnie i 

Kristiana.  Pewno są zdziwione, jak pięknie  wyglądamy. Prawie równie 
pięknie jak pan Paulsen - roześmiał się. - Prawda, Hildo?

- Milcz! - zasyczała Hilda, a jej oczy ciskały gromy.
Peder przytulił się speszony do Elise. - Powiedziałem coś nie tak?
- Nie, Peder. To prawda, że nasze ciotki nie żyją i że ty i Kristian nigdy 

nie wyglądaliście równie pięknie jak dzisiaj. Jestem pewna, że tata byłby z 
was zadowolony.

Peder uśmiechnął się z ulgą i ponownie zwrócił się do ciotki Ulrikke. - 

Elise mnie rozumie. Jest najmilsza ze wszystkich ludzi, jakich znam.

Pierwszy   raz   na   zaciśniętych   ustach   ciotki   Ulrikke   pojawił   się   lekki 

uśmiech.

- Coś mi się zdaje, że złamiesz niejedno serce, Peder. Spojrzał na nią 

zdziwiony. - Ja? To nie ja złamałem serce Agnes.

- Nie rozmawiajmy już o tym, Peder - odezwał się Emanuel i posłał mu 

karcące spojrzenie.

Ciotka Ulrikke zwróciła się do Hildy. - Pan Paulsen to pani znajomy, 

panno Loylien?

Hilda   zrobiła   się   czerwona   jak   burak.   -   Nie,   on...   jest   majstrem   w-

przędzalni Nedre Voien.

- Kłamiesz - odezwał się Peder, patrząc na nią surowo. - On jest...
Nie   dokończył.   Kristian   zakrył   mu   usta   dłonią.   -   Trzymaj   język   za 

zębami - warknął mu do ucha.

Ciotka Ulrikke udała, że nic nie słyszy. - Przędzalnia leży obok tkalni 

Hjula, prawda?

Hilda przytaknęła. Elise marzyła, żeby znaleźć się gdzieś daleko stąd.
- A przędzalnia V0ien to tak naprawdę przędzalnia Graa-ha - ciągnęła 

niczym niezrażona ciotka Ulrikke. - Podobno daje pracę wielu ludziom. 
Rzeka Aker ma duże znaczenie dla naszego przemysłu. Dobrze, że taka 
rwąca woda przepływa przez nasze miasto. To ważne i dla miasta, i dla 
gospodarki całego kraju.

- Nie mówi się „rwąca woda" - przerwał jej Peder.
Ciotka   Ulrikke   roześmiała   się.   -   Ja   mówię   „rwąca   woda",   młody 

człowieku   -   powiedziała   i   przeniosła   wzrok   na   Hildę.   -   Ktoś   nawet 
powiedział, że ta rzeka jest symbolem podziału klasowego w Norwegii. Z 
tego,   co   wiem,   skończyła   pani   dopiero   siedemnaście   lat,   a   jeszcze   do 

background image

niedawna pracowała pani w fabryce. Czy dlatego, że pani ojca nie stać na 
to, żeby pani dalej się uczyła?

- Nasz ojciec wszystko przepijał - powiedział Peder.
Zrobił to tak szybko, że tym razem Kristian nie zdążył zakryć mu ust 

dłonią.

Matka wstała od stołu. - Chodź ze mną. Musimy pomóc Maren Sorby 

przygotować deser.

Peder   podniósł   się   niechętnie,   r   Znów   powiedziałem   coś   nie   tak? 

Przecież to wszystko prawda. Ja nie kłamię.

- Zwracacie się do służącej imieniem i nazwiskiem? - Ciotka Ulrikke 

patrzyła zdziwiona na Elise.

-   Maren   Sorby   jest   kapitanem   i   samarytanką   w   Armii   Zbawienia. 

Rozdaje jedzenie ubogim.

Mówiąc to, Elise zdała sobie sprawę, że mogło to zostać źle zrozumiane. 

Teraz ciotka Ulrikke może uznać, że Armia Zbawienia podarowała im ten 
weselny obiad, pomyślała przerażona.

Ciotka   znów   przybrała   surowy   wyraz   twarzy,   pewnie   właśnie   tak 

pomyślała.

Pani   Ringstad   dostała   nerwowych   rumieńców   na   twarzy   i   spłoszona 

rozglądała się wokół. Może myślała o tych wszystkich dobrych rzeczach, 
które mieli w spiżarni w domu w Ringstad, i było jej wstyd.

Anna rozmawiała z ożywieniem ze swoimi dwoma kawalerami z Armii 

Zbawienia i nie bardzo wiedziała, co się działo na drugim końcu stołu.

-   Kapitan   Sorby   to   zapaleniec   -   odezwał   się   Emanuel   spokojnym, 

opanowanym   głosem.   -   Poświęca   swoje   życie   na   pomaganie   innym. 
Chodzi   od   jednej   czynszówki   do   drugiej   i   pomaga   chorym,   pociesza 
dzieci.   Wiele   prządek   i   tkaczek   to   niezamężne   matki,   które   idąc   do 
fabryki, muszą zostawić dzieci same w domu. Nie wiem, co by się z nimi 
stało, gdyby kobiety z Armii Zbawienia nie wyciągnęły do nich pomocnej 
dłoni. Założyły nawet żłobek, gdzie przyjmują najmłodsze dzieci na czas, 
kiedy ich matki pracują.

- Stawiasz wszystko na głowie, Emanuelu - odezwała się znów ciotka 

Ulrikke.   -   Problem   tkwi   chyba   w   tym,   że   te   młode   lekkomyślne 
dziewczyny   zachodzą   w   ciążę,   nie   będąc   zamężne.   Słyszałam,   że   ktoś 
mówił, że powinno się je sterylizować. Zgadzam się z tym.

background image

- Ciekawe, czy też byś tak mówiła, gdybyś była jedną z nich, ciociu. Ich 

życie jest ubogie i nieciekawe. Miłość daje im radość, może jedyną, jaką 
dane będzie im zaznać.

- Powiedziałeś „miłość"? Nie sądzę, żeby to było właściwe słowo. W 

ogóle nie rozumiem, jak możesz tak mówić. W moich czasach uczono nas, 
że   istnieje   coś   takiego   jak   samokontrola.   -   Ciotka   przeniosła   wzrok   z 
Emanuela na Elise. - Odmowę uważano za cnotę.

Elise czuła, że zrobiła się pąsowa. Najwyraźniej ciotka Ulrikke wzięła 

sobie   do   serca   to,   co   powiedziała   Agnes.   Co   powiedziałaby,   gdyby 
dowiedziała się, że Elise została wzięta siłą? Czy to by pomogło, czy tylko 
dodatkowo pogorszyło sprawę?

Na   szczęście   rozmowa   została   przerwana,   kiedy   weszła   matka   z 

Pederem; każde z nich niosło miskę z kisielem śliwkowym. Za nimi szła 
pani kapitan z dużym dzbankiem śmietany.

Elise nie mogła się doczekać końca posiłku. Przypuszczała, że rodzina 

Emanuela nie zostanie długo. Na pewno znajdą jakieś wytłumaczenie i 
wrócą do hotelu. Całe wesele było katastrofą. Rodzice Emanuela bardzo 
się starali, możliwe, że ciotka Ulrikke także. Tragedia polegała na tym, że 
tak bardzo się różnili od niej i jej środowiska, że przyjęcie nie mogło się 
udać.

Pani Evertsen aż klasnęła w dłonie z zachwytu, kiedy zobaczyła deser. - 

Jest i deser? Skąd pani wzięła na to wszystko pieniądze, pani Loylien? 
Chyba wygrała pani na loterii, tak tu elegancko.

Nałożyła sobie dużą porcję. Peder nie mógł się powstrzymać: - Niech 

pani zostawi trochę dla nas, pani Evertsen.

Kristian parsknął śmiechem, mimo że podczas całego posiłku był bardzo 

poważny.   Elise   zauważyła,   że   pani   Ringstad   też   zdusiła   uśmiech,   a   w 
drugim   końcu   stołu   Anna   i   jej   kawalerowie   posłali   sobie   rozbawione 
spojrzenie.

Emanuel uścisnął dłoń Elise i uśmiechnął się do niej.
-  Widzisz,   Elise  -  powiedział   cicho  - wszystko  się  ułoży.  Na  widok 

takiego czarusia jak Peder wszystkie serca miękną.

Elise aż zrobiło się gorąco z radości. Emanuel miał wszelkie powody, 

żeby się wstydzić, ale był spokojny i radosny. Za kilka godzin będzie już 
po wszystkim. Jutro jest niedziela, goście odjadą i zostaną sami, tylko z 
matką i chłopcami.

- Dobrze ci idzie w szkole, Peder? - wtrącił przyjaźnie pan Ringstad.

background image

Peder pokręcił głową z powagą. - Nie, Kristian mówi, że nie mam głowy 

do książek i że jak urosnę, to mogę najwyżej zostać wozakiem.

Pan Ringstad roześmiał się. - Lepiej być wozakiem niż w ogóle nie mieć 

pracy.

- Mój tata nie miał żadnej w ostatnich latach. Chodził szukać pracy na 

Lakkegata; czasem schodziło mu tak długo, że nie wracał na noc do domu.

Ringstad przybrał surową minę. - Twojej mamie pewnie nie było lekko.
- Mama mówi, że tam, gdzie teraz jest, jest mu lepiej.
- Wygląda na to, że ma rację - powiedział Ringstad, uśmiechając się do 

pozostałych gości. - Nie sądzę, żebyś ty musiał szukać pracy równie długo, 
Peder - ciągnął dalej, uśmiechając się do niego przyjaźnie.

- Nie, wieczorem jestem już strasznie zmęczony. Zasypiam, ledwo zdążę 

się położyć.

Ringstad śmiał się na cały głos. - Może powinieneś trochę wcześniej 

kłaść się spać, młodzieńcze?

- To niemożliwe. Muszę znaleźć jakąś pracę. Pelle pomaga na pomoście, 

ja mógłbym roznosić towary dla Magdy.

Ringstad przyglądał mu się z podziwem w oczach. - Nieźle. Gdybyś nie 

mieszkał w mieście, mógłbyś pomóc mi w gospodarstwie.

Peder spojrzał na niego rozmarzonym wzrokiem. - Przy zwierzętach?
- Też. W takim dużym gospodarstwie zawsze jest sporo pracy.
- Ja bym chętnie przyjechał, ale nie wiem, czy Elise by mi pozwoliła. 

Mówi, że nie wie, co-by beze mnie zrobiła.

Teraz  i  pani Ringstad   się   uśmiechnęła.  - Rozumiem  ją.  Roztropny  z 

ciebie chłopiec, Peder, i skory do pomocy.

Elise zauważyła, że Kristian skulił się na ławce; nagle jakby zmalał. Do 

niego nikt się nigdy nie odzywał. On sam niewiele mówił, rzadko go też 
chwalono. Powinna się  cieszyć, że w ogóle  siedział z nimi przy  stole. 
Jeszcze   wczoraj   obawiała   się,   że   będzie   chciał   uciec.   Pamiętała,   jak 
zareagował, kiedy dowiedział się, że wychodzi za mąż za Emanuela. Aż 
do aresztowania Johan był dla niego bohaterem.

Powróciła   w   myślach   do   Johana,   który   być   może   zostanie   wkrótce 

zwolniony   z   więzienia,   bo   dobrze   sobie   radził,   pracując   w   zakładzie 
kamieniarskim. Była zadowolona, że nie mieszka już w czynszówce, w 
Andersengarden. Trudno byłoby jej spotykać go na schodach i wymieniać 
grzeczności. Byłoby to i trudne, i bolesne.

background image

Przeniosła wzrok na drugi koniec stołu. Nigdy nie widziała Anny tak 

rozpromienionej. Jej ciemne oczy błyszczały, policzki nabrały rumieńców. 
Siedzący   obok   niej   żołnierze   Armii   Zbawienia   rozmawiali   z   nią   i 
uśmiechali się do niej, a Anna śmiała się i odwzajemniała ich uśmiechy. 
Najwyraźniej świetnie się bawiła. Nareszcie była wśród ludzi. Pomijając 
dzień, kiedy Emanuel wyniósł ją na ławkę koło mostu, od ubiegłego lata 
leżała w łóżku. Co robiła całymi dniami? Jak sobie radziła, że zawsze była 
taka pogodna?

- Nie chcesz jeszcze trochę deseru, Kristian? - Elise uśmiechnęła się 

przyjaźnie do młodszego brata.

Kristian pokręcił głową przecząco. - Mój żołądek już więcej nie zniesie. 

Muszę wyjść - powiedział. Wstał od stołu i ruszył biegiem w kierunku 
drzwi.

Pan Ringstad stuknął w kieliszek  i odchrząknął. - Skoro siedzę  koło 

gospodyni, jest moim obowiązkiem - i przyjemnością - podziękować za 
posiłek. Wiem, pani Loylien, że to wesele kosztowało panią sporo wysiłku 
i zabiegów. Dla nas było to nowe doświadczenie - pożyteczne i dające 
nam   wszystkim   do   myślenia.   Widzę,   że   Emanuel   otoczony   jest 
kochającymi go ludźmi, którzy dobrze mu życzą - to chyba najważniejsze, 
co   chciałem   powiedzieć.   Dziękuję,   że   mogliśmy   tu   dzisiaj   przybyć,   i 
dziękuję za posiłek. Zdrowie wszystkich. - Podniósł szklankę z sokiem 
jabłkowym i opróżnił ją.

Kiedy   zaczął   przemawiać,   Elise   wstrzymała   oddech;   musiała   jednak 

przyznać, że udało mu się w ogóle nie wspomnieć o jedzeniu. A przecież 
przywykł   do   kuchni   w   Ringstad,   gdzie   na   pewno   przy   bardziej 
uroczystych   okazjach   pito   z   kieliszków   wino,   na   pewno   też   uznał,   że 
gulasz i sok jabłkowy to nędzny poczęstunek jak na wesele. Tym bardziej, 
że było to wesele jego jedynego syna.

Wstali od stołu. Goście wyszli na zewnątrz, żeby można było uprzątnąć 

pokój. Na szczęście zrobiła się ładna pogoda. Żołnierze Armii Zbawienia 
wynieśli Annę razem z krzesłem i posadzili na ławce pod ścianą, gdzie 
przyjemnie grzało słońce.

Elise, Hilda i matka pośpiesznie wynosiły talerze, sztućce i szklanki do 

kuchni,   a   Emanuel   wyniósł   z   pokoju   kuchenny   stół   i   stołki.   Wkrótce 
niewielki salonik wyglądał znów tak jak dawniej: zielona pluszowa sofa 
Emanuela królowała pod dłuższą ścianą. Na szczęście nikt nie poplamił 

background image

obrusu, tak że można było nakryć nim stolik do kawy. Ci, dla których nie 
starczyło miejsca wokół stołu, musieli trzymać filiżanki w ręku.

Hilda   stanęła   i   zaczęła   się   rozglądać.   -   Szczęściara   z   ciebie,   Elise. 

Pomyśleć, że to wszystko jest twoje.

- Moje? To rzeczy Emanuela.
- Już nie. Rozumiem,  że Agnes jest zazdrosna, tym bardziej że była 

przekonana, że to ją Emanuel poprowadzi do ołtarza.

- Emanuel nigdy nie dał jej powodu, żeby tak sądziła.
- Żeby tak sądziła... Agnes mówiła, że zabierał ją na wieczorne spacery, 

nauczył ją grać na gitarze i zachęcił do wstąpienia do Armii Zbawienia.

Elise przyglądała się jej bezradnie. - To nieprawda. Agnes sama chciała 

wstąpić   do   Armii   Zbawienia,   chociaż   wcześniej   wcale   jej   to   nie 
interesowało. To ona mu się narzucała.

- To pewno zależy od tego, jak się na to patrzy. Ledwo zaręczyłaś się 2 

Johanem, a zaraz potem wychodzisz za mąż za Emanuela.

Doszedł ją dźwięk, który spowodował, że szybko odwróciła się w stronę 

drzwi. Stała w nich pani Ringstad. - Mogę w czymś pomóc?

Elise   czuła,   jak   zaczynają   piec   ją   policzki.   Co   pani   Ringstad   mogła 

usłyszeć?

-   Nie,   dziękuję,   właśnie   skończyłyśmy.   Zaraz   podamy   kawę.   Pani 

Ringstad zniknęła.

- To było podłe z twojej strony, Hildo! - powiedziała Elise wzburzonym 

głosem. - Rodzice Emanuela nie wiedzą nic o Johanie. I bez tego mają 
dość powodów, żeby mnie krytykować.

-   Nie   moja   wina,   że   zadajesz   się   to   z   jednym,   to   z   drugim   -   od-

powiedziała Hilda i wróciła do reszty towarzystwa.

Jest po prostu zazdrosna, powiedziała Elise sama do siebie. Żałuje, że 

oddała Braciszka, że porzuciła pracę w przędzalni i poszła na służbę do 
pana Paulsena, być może żałuje też, że zerwała z gońcem

Lorangiem. Widzieć, jak własne dziecko odjeżdża w wózku, i nie móc 

nawet na nie spojrzeć... Na pewno trudno było jej to znieść. Żal jej było 
Hildy.

Przesunęła ręką po brzuchu. Nie prosili się o przyjście na świat, ani 

Braciszek, ani dziecko, które nosiła w sobie. Jak w przyszłości ułoży się 
Hildzie czy jej, nie było najważniejsze; ważne, żeby ich dzieciom było 
dobrze.

background image

Wyszła   wolnym   krokiem,   niepokojąc   się,   co   pani   Ringstad   mogła 

usłyszeć.   Była   ciekawa,   czy   Kristian   wykorzystał   okazję   i   uciekł,   i 
denerwowała się tym, że Agnes mogła wciąż być gdzieś w pobliżu.

Emanuel   wyniósł   długą   ławkę.   Całe   towarzystwo   siedziało   teraz, 

napawając się słońcem, słuchając ćwierkania ptaków i szumu rzeki. Pod 
mostem woda skrzyła się tysiącem kropel. Liście dużej brzozy, rosnącej na 
brzegu, zrobiły się ciemnozielone; były wilgotne i pięknie połyskiwały w 
słońcu.

Usiadła na schodkach przed drzwiami i uśmiechnęła się do Anny. Anna 

odpowiedziała jej swoim promiennym uśmiechem.

- Dziękuję, Elise. Nawet nie wiesz, ile mi dałaś...
Emanuel   przyniósł   gitarę   i   wkrótce   on   i   żołnierze   Armii   Zbawienia 

zaczęli śpiewać jedną pieśń po drugiej. Anna znała słowa większości z 
nich i śpiewała razem z nimi, podobnie jak matka.

Elise miała poczucie, że dobry nastrój i śpiew stanowią wynagrodzenie 

za krępujący obiad. Widziała, jak pani Evertsen wystukuje rytm nogą. Pani 
Thoresen   też  nie  sprawiała  już  wrażenia  równie  zawziętej.  Nawet  pani 
Ringstad   nuciła,   bo   najwyraźniej   nie   znała   tekstu.   Gdyby   rzeczywiście 
usłyszała, co powiedziała Hilda, pewno nie bawiłaby się równie dobrze, 
tylko zastanawiała, czy to prawda, pomyślała Elise.

Nikt nie miał ochoty wracać do środka, mimo że przez otwarte drzwi 

docierał do nich zapach kawy. Dopiero kiedy słońce zniknęło za chmurą i 
od wody doszedł ich zimny powiew wiatru, podnieśli się niechętnie, wzięli 
ze sobą stołki i rozsiedli się wokół stołu.

Pani   Ringstad   usiadła   obok   pani   Thoresen.   Elise   drgnęła.   Podczas 

obiadu   posadziła   je   daleko   od   siebie,   nie   chcąc,   żeby   pani   Ringstad 
dowiedziała się czegoś o Johanie.

-   Więc   pani   jest   matką   panny   Anny   -   dobiegł   Elise   miły   głos   pani 

Ringstad.

Pani Thoresen przytaknęła chłodno.
- To ciężki los zostać przykutym do wózka w tak młodym wieku. Pani 

Thoresen odwróciła się tak, żeby ją widzieć. - Nie jest nasz.

Pani Ringstad musiała się chwilę zastanowić, zanim zrozumiała, o co jej 

chodziło,   ale   zaraz   dodała   ostrożnie:   -   Czy   to   Armia   Zbawienia   go 
załatwiła?

Pani Thoresen znów przytaknęła, tym razem nieco bardziej uprzejmie.

background image

Matka chyba domyśliła się, co się działo, bo zdenerwowanym głosem 

wtrąciła:   -   To   Emanuel   był   tak   miły   i   wypożyczył   wózek.   Gdyby   nie 
pomoc Armii Zbawienia, nie byłoby tu dzisiaj z nami Anny. W tym roku 
tylko raz była na dworze. Dawniej Johan wynosił ją na zewnątrz w ciepłe 
letnie dni.

-   Jej   ojciec?   -   Pani   Ringstad   posłała   jej   pytające   spojrzenie.   Elise 

zauważyła zmieszanie matki, ale nie mogła jej pomóc, bo stała daleko od 
niej.

- Nie... Johan to... jej brat. - I szybko dodała: - Pani Thoresen i Anna 

zajmowali   mieszkanie   pod   nami,   kiedy   mieszkaliśmy   w   czynszówce 
Andersengarden.

- Mój mąż pływa na morzu - przyszła jej z pomocą pani Thoresen.
- A pani syn? Mieszka z wami? Zaległa cisza.
Elise pośpieszyła z dzbankiem kawy. - Chce pani cukru i śmietanki do 

kawy, pani Ringstad?

- Tak, poproszę, Elise. Czy ten Johan nie może dalej pomagać swojej 

siostrze? - Pani Ringstad zdawała się nie tyle ciekawa, co zdziwiona.

Pani Thoresen pokręciła głową przecząco, usta miała zaciśnięte.
- Johan siedzi za kratkami w Akershus.
- Tak mi przykro. - Pani Ringstad sprawiała wrażenie poruszonej. Peder 

siedział   i   patrzył   na   nie   swoimi   dużymi,   niewinnymi   oczami.   Matka 
upominała   go,   żeby   nie   wtrącał   się,   kiedy   dorośli   rozmawiają,   ale 
najwyraźniej nie mógł już dłużej wytrzymać.

- Najgorzej miała Elise. Tyle dni przepłakała. Pytałem, czy nie może się 

zakochać   w   jakimś   żołnierzu,   ale   powiedziała,   że   nie.   A   teraz   się 
zakochała - powiedział zadowolony z siebie, śmiejąc się od ucha do ucha. 
- Szybko jej to poszło - dodał i znów się roześmiał.

Pani Ringstad uśmiechnęła się, wyraźnie zażenowana.
-   Proszę   się   nie   przejmować   Pederem   -   powiedziała   matka 

przepraszająco. - Nie wiem, co robić, żeby zamknąć mu buzię.

Zaśmiała się, brzmiała dziwnie i obco.
- Peder to dobry chłopiec - odezwała się zdecydowanym tonem pani 

Thoresen. - Mówi prawdę. Nie wszyscy to robią.

- Może ciasta, pani Ringstad? - spytała Elise. Podała talerz z ciastem w 

nadziei, że rozmowa przejdzie na inny temat. - Mama sama piekła. Jeszcze 
kilka miesięcy temu nikt by nie wierzył, że kiedyś znów będzie mogła 

background image

wypiekać   ciasta.   Dzięki  pobytowi  w  sanatorium  w  Grefsen   wróciła   do 
zdrowia.

-   Słyszałam,   jak   Betzy   Carlsen   mówiła,   że   sanatorium   ma   się   stać 

własnością gminy. Teraz taki pobyt chyba sporo kosztuje?

- Ktoś za nas zapłacił - wtrącił Peder zadowolony.
- Peder! - upomniała go matka, posyłając mu groźne spojrzenie. - Jeśli 

nie zostawisz dorosłych w spokoju, będziesz musiał iść do kuchni!

Peder spojrzał na nią nieszczęśliwy. - Mimo że to wesele i w ogóle?
-   Nie   przejmuj   się,   Peder,   mów   dalej   -   odezwała   się   pani   Ringstad, 

uśmiechając   się   do   niego   zachęcająco.   -   Chciałabym   was   wszystkich 
poznać. A gdzie jest Kristian?

- Uciekł - wyjaśnił jej Peder, patrząc na nią poważnie. - Nie wytrzymał...
Elise   miała   dosyć.  Chwyciła   Pedera   za  rękę   i  pociągnęła   za   sobą  w 

stronę drzwi.

-   Opanuj   się   trochę,   Peder   -   szeptała   zła,   idąc   z   nim   do   kuchni.   - 

Myślisz, że pani Ringstad będzie miło, jeśli usłyszy, że Kristian nie chciał, 
żebym wychodziła za Emanuela? Poza tym chyba zmienił zdanie, skoro 
zgodził się usiąść z nami przy stole.

- Tylko dlatego, że było tyle dobrych rzeczy - powiedział Peder, patrząc 

smutno w podłogę.

Elise   westchnęła   ciężko.   -   Pomyśl,   zanim   coś   powiesz.   Rodzice 

Emanuela nie wiedzą, że byłam zaręczona z Johanem. Jeśli poczują się 
urażeni, być może nigdy nie będziemy mogli ich odwiedzić.

Nagle Peder podniósł głowę, w oczach miał strach. - Nic nie powiem, 

Elise. Słowo honoru. Przysięgam...

- Dobrze. Idź, zjedz kawałek ciasta i słuchaj, jak dorośli rozmawiają. 

Możesz się czegoś nauczysz.

- Czego? - spytał, przyglądając się jej.
- Nauczysz się... - Chwilę się zastanowiła. - Nauczysz się nie mówić 

wszystkiego, co ci ślina na język przyniesie.

Peder przyglądał się jej zamyślony. - Mam kłamać, o to ci chodzi? - 

spytał.

- Nie, masz milczeć. Nie wszyscy muszą o wszystkim wiedzieć.
Kiedy   wrócili   do   pokoju,   Emanuel   siedział   obok   pani   Thoresen   i 

rozmawiał z nią. Pewnie zrozumiał problem.

Peder podszedł po cichu do stołu i usiadł na stołku.
- Jak ci się tu mieszka, Peder? Nie tęsknisz za Andersengarden?

background image

Pani   Evertsen   miała   czerwone   policzki   i   błyszczące   oczy.   Elise 

zauważyła,  że wokół  stołu  krąży  butelka.  Jedni  podawali  ją dalej,  inni 
dolewali  sobie  co nieco  do  kawy.  Najwyraźniej  pani  Evertsen  dała  się 
skusić.

Peder nie odpowiadał.
- Co z tobą, Peder? Czemu nie odpowiadasz? Peder w dalszym ciągu nic 

nie mówił.

- Nie brakuje ci nas? - Pani Evertsen była najwyraźniej oburzona i nie 

poddawała się.

Peder   pokręcił   głową.   -   Brakuje   mi   tylko   Braciszka.   Emanuel 

gwałtownie wstał i sięgnął po gitarę. - Proponuję, żebyśmy pośpiewali. 
Może Z północy wieje zimny wiatń

Kiedy goście w końcu sobie poszli, Elise była tak zmęczona, że gdy ich 

odprowadzała, chwiała się na nogach.

Zaczęło się zmierzchać i niebo zalało morze gwiazd. Tu domy nie stały 

tak blisko siebie i nie odcinały się na niebie niczym ciemne wieże; miała 
wrażenie, że niebo jest jakby bliżej. Noc była łagodna, prawie aksamitna. 
Wiatr   skręcił   i   wiał   nie   z   północy,   jak   w   piosence,   ale   z   południa. 
Południowy wiatr przynosił dobre powietrze. Zwiastował pogodne, dobre 
czasy.

Emanuel stał za nią; nic nie mówił, ale ona wiedziała, że jest przy niej. 

Dawno   oczekiwana   chwila,   noc   poślubna,   której   tak   niecierpliwie 
wyczekiwał, wreszcie nadeszła. Ona natomiast pragnęła jedynie zwinąć się 
w kłębek pod kołdrą i zasnąć.

- Twoja mama i chłopcy poszli już spać - powiedział bardzo delikatnie.
Pokiwała   głową,   nie   odwracając   się.   -   Maren   Sorby   wszystko   po-

zmywała.

- Usiądziemy na ławce? Przyniosę szal, żebyś nie marzła.
- Nie marznę.
Podeszła i usiadła, wzruszona jego troską. Rozumiał ją. Wiedział, przez 

co   przechodziła;   spodziewał  się,   że   to   może   być  dla   niej   trudne.   Tym 
bardziej, że była zmęczona wielogodzinną pracą w fabryce i późniejszymi 
zdarzeniami.   Ciężar,   który   nosiła   w   sobie,   też   się   przyczyniał   do   jej 
zmęczenia.

Usiadł blisko niej i objął ją ramieniem. - Kto by pomyślał, że wieczór 

będzie taki ładny. Całe przedpołudnie padało.

background image

Przytaknęła.   -   Właśnie   przyszło   na   myśl,   że   tu,   gdzie   domy   nie 

przysłaniają widoku, niebo jest jakby bliższe.

Spojrzał   w   górę   i   wskazał   palcem.   -   Patrz,   tam   jest   Wielki   Wóz.   - 

Milczał chwilę. - Gdyby tak wznieść się w powietrze samolotem!

Elise wzdrygnęła się. - Nigdy bym się nie odważyła.
- Słyszałaś o braciach Wright? Udało im się utrzymać w powietrzu przez 

ponad pół godziny.

- Jak to możliwe?
- Powietrze unosi samolot, kiedy jest w ruchu.
Pokręciła głową. - Chyba nie cenią sobie życia, skoro odważyli się na 

coś takiego.

Przyciągnął ją bliżej do siebie. - A pani jest zadowolona z życia, pani 

Ringstad?

Odwróciła   do   niego   twarz   i   uśmiechnęła   się.   Nawet   w   mroku 

wyczuwała,   z   jakim   napięciem   czekał   na   jej   odpowiedź.   -   Tak,   teraz 
jestem zadowolona ze swojego życia, Emanuelu. Dzięki tobie. Tylko to 
dziwne nagle nazywać się inaczej, niż dotąd się nazywałam.

Schylił   głowę,   szukając   jej   warg.   Nie   było   to   jej   niemiłe.   Wręcz 

przeciwnie. Poczuła rześki smak, a jej ciało zalała fala gorąca.

- Mam nadzieję, że będzie ci się podobało być moją żoną. Kocham cię, 

Elise.

Nie chciała odpowiedzieć tymi samymi słowami. Nie chciała kłamać. 

Lubiła go. Ale czy kochała? To wielkie słowo. Zamiast tego powiedziała: - 
Zrobię wszystko, żeby być ci dobrą żoną, Emanuelu. Mam nadzieję, że nie 
będziesz się musiał mnie wstydzić.

Zaśmiał się cicho. - Wstydzić? Nigdy nie byłem tak dumny, jak kiedy 

szłaś   do   mnie   dzisiaj   w   kościele.   Czułem   się   najszczęśliwszym 
człowiekiem na świecie.

- Ale podczas wesela już chyba nie?
Znów się roześmiał. - Wspaniale się bawiłem.  Pomyślałem sobie, że 

nasze wesele było niczym obrazy w kinematografie.

Elise poczuła gulę w gardle. - Jak komedia, to miałeś na myśli?
Objął ją mocno i przytulił do siebie. - Tak, Elise. To było trochę jak 

komedia, z której będziemy  się śmiać i żartować. Razem. Kiedy minie 
trochę czasu i będziesz w stanie spojrzeć na to z większym humorem. 
Peder,   wznoszący   szklankę   i  przepijający   do   wiecznie   obrażonej  ciotki 
Ulrikke, pouczający tę sztywną damę, kiedy powiedziała „rwąca woda". 

background image

Ona nie znosi, kiedy ktoś ją poprawia. Zawsze schodziliśmy jej z drogi. A 
Peder   sobie   z   nią   poradził.   Nawet   udało   mu   się   sprowokować   ją   do 
śmiechu.

Coś  w  niej   puściło.   Coś  złego,   co   sądziła,   że   już   na   zawsze   w  niej 

zostanie. Nagle ona też dojrzała komizm całej sytuacji. - I kiedy Peder 
zwrócił   uwagę   pani   Evertsen,   żeby   zostawiła   trochę   deseru   innym.   - 
Parsknęła.   -   Twoja   matka   krztusiła   się   od   śmiechu,   a   Anna   i   jej 
kawalerowie byli rozbawieni, sama widziałam.

- Nawet Kristian musiał walczyć, żeby się nie uśmiechnąć. Tak, Elise, 

nie masz się czego obawiać. Matka i ojciec szybko zapomną, że coś im się 
nie   podobało.   Minie   trochę   czasu,   a   będą   pamiętali   tylko   „czarusia" 
Pedera. Jestem pewien, że ojca ubawiły jego uwagi. Od lat miał ochotę 
podrażnić się trochę z szacowną ciotunią, tylko nie miał odwagi.

Elise uśmiechnęła się. - A ty uratowałeś Hildę i nas, intonując Z północy 

wieje zimny wiatr.

Emanuel   roześmiał   się.   -   Uważam,   że   było   to   bardzo   odpowiednie. 

Zastanawiałem się, czy wybrać tę pieśń, czy Bądź odważny i prawy.

Uśmiechnęła się i głęboko odetchnęła z ulgą. Oparła się o jego ciepłe, 

bezpieczne ciało i wyszeptała: - Pójdziemy się położyć, Emanuelu?

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

W domu panowała cisza. W kuchni wszystko zostało uprzątnięte.  W 

piecu   już   się   nie   paliło,   lampa   naftowa   była   zgaszona.   Przez   okno   z 
małymi   szybkami   przenikała   jedynie   lekka   poświata   letniego   nieba, 
sprawiając, że widzieli, dokąd idą.

Elise   cieszyła   się,   że   w   sypialnej   izbie   było   tak   ciemno.   Czuła   się 

zawstydzona. Emanuel nie widział jej rozebranej, a myśl, że ona zobaczy 
go   nagiego,   wprawiała   ją   w   zakłopotanie.   Położyła   nocną   koszulę   na 
małżeńskim łożu, tak żeby mogła szybko ją włożyć, kiedy zdejmie suknię 
ślubną.

Emanuel nic nie mówił, rozbierał się po swojej stronie łóżka. Pewnie 

także Czuł skrępowanie. Kiedy w końcu się rozebrała, szybko naciągnęła 
na głowę koszulę i weszła do łóżka. Po chwili Emanuel leżał obok niej. 
Długą chwilę leżeli w milczeniu.

- Dobrze, że Kristian poszedł po rozum do głowy i wrócił do domu - 

powiedział po jakimś czasie.

- Nie sądzę, żeby miał coś przeciwko tobie. Po prostu nie zdążył jeszcze 

zapomnieć Johana.

- A ty? - spytał, a w jego głosie słychać było niepokój.
- Czy zdążyłam zapomnieć? O to ci chodzi? Tak. Już za nim nie tęsknię. 

Jeśli coś czuję, to współczucie. Wobec niego, wobec jego matki i Anny.

- Anna chyba dobrze się dzisiaj bawiła ze swoimi dwoma kawalerami 

przy stole. Uparli się, że odwiozą ją na górę i wniosą do mieszkania.

- Tak, Anna spędziła miło czas. Promieniała jak słońce i kilka razy mi 

dziękowała.

- Biedaczka. Zrobię, co będę mógł,  żeby załatwić jej własny wózek. 

Elise odwróciła się twarzą do niego. - Jesteś taki miły, Emanuelu. Zbliżył 
się   do   niej.   -   Ty   też.   Poza   tym  jesteś   najpiękniejszą   dziewczyną,   jaką 
znam.

Zaśmiała się cicho i pokręciła głową. - Miłość zaślepia, tak słyszałam - 

powiedziała.

Wyciągnął rękę i pogładził ją po policzku.
- Chciałbym, żeby było widno, żebym mógł cię widzieć.
- Jutro rano mnie zobaczysz.
- Pewno będziesz zmęczona i będziesz chciała spać.
- Zawsze budzę się o piątej.

background image

- Chcesz już spać?
Czuła, że chciałby, żeby tak nie było. - Nie.
- Chcesz porozmawiać?
- Tak.
- Niczego więcej nie pragniesz? Nie jest ci zimno? Może chcesz, żebym 

cię okrył?

Zaśmiała się cicho. - Może.
- Za chwilę? Skoro mówisz „może"? Nagle poczuła miłe łaskotanie w 

dołku.

- Tak. Nie, to znaczy nie.
- Nie chcesz? - W jego głosie słychać było zawód.
- Chcę. Chodziło mi o ta, że chcę teraz, a nie za chwilę.
- Teraz, a nie za chwilę?
- Głuptas z ciebie - powiedziała, śmiejąc się. Uniósł kołdrę. - Połóż się 

na mnie, to cię okryję.

Miał na sobie cienką piżamę. Czuła jego ciało, jakby między nimi nic 

nie   było.   Gra   słowna   wpłynęła   także   na   niego,   nie   tylko   jej   ciało   za-
reagowało. Przez chwilę się bała. Złe wspomnienia wróciły. Biegnący za 
nią mężczyzna. Gwałt. Po chwili pozbyła się ich. Jedyne wspomnienie, 
które pragnęła zatrzymać, to wspomnienie letnich wieczorów spędzanych 
z Johanem na polanie. To były dobre wspomnienia.

- Nie musimy, Elise - powiedział ochrypłym głosem.
-   Wiem,   dajesz   mi   to   do   zrozumienia,   od   kiedy   usiedliśmy   na 

schodkach.

- Może nie powinnaś leżeć na mnie tak długo?
- Nie będziemy przecież czekać do jutra. Zapadła cisza.
Nie poruszyła się.
Gładził   jej   włosy.   -   Chciałbym,   żebyś   zawsze   chodziła   z   rozpusz-

czonymi włosami.

Nic nie odpowiedziała. Pomyślała, jak dobrze jest tak leżeć, czując pod 

sobą jego gorące, silne ciało i własne wzbierające pożądanie. Było coraz 
silniejsze, a zmęczenie zniknęło.

- Jesteś mi zbyt droga, żebym cię zmuszał - mówił dalej cichym głosem. 

-   Mogę   czekać   -   powiedział   z   wysiłkiem.   -  Zimę   i  wiosnę.   Tylko   nie 
możesz tak na mnie leżeć.

- Sam to zaproponowałeś.
- Nie miałaś nic przeciwko temu.

background image

- Nie.
- Teraz też nie masz?
- Nie.
Wodził rękami po jej plecach; położył je na jej pośladkach i mocno do 

siebie przycisnął. Zareagowała, przyciskając do niego swoje łono. - Chcę 
tego, Emanuelu - wyszeptała.

Przewrócił ją na plecy i podciągnął koszulę, nachylił się nad nią i zaczął 

całować jej piersi. - Moja Elise! Marzyłem o tym - mówił schrypniętym 
głosem. - Nie sądziłem, że dane mi będzie to przeżyć.

Ściągnął spodnie od piżamy i wszedł w nią delikatnie.
Elise obudziła się w środku snu. Znów śnił się jej Johan. Leżeli na sobie 

na podłodze w kuchni u niego w mieszkaniu, a w drzwiach stała pani 
Thoresen  i wycierała  nos dużą, kraciastą  męską  chustką. Płakała:  - To 
Johan   powinien   tam   leżeć.   -   Ale   przecież   to   Johan   tam   leży   - 
odpowiedziała,   nic   nie   rozumiejąc.   Potem   spuściła   wzrok   i   spostrzegła 
Emanuela, który leżał i patrzył na nią śmiejącymi się oczami.

Patrzyła w ciemność. Dlaczego sny nie dawały jej spokoju?
Emanuel oddychał równo i spokojnie, tuż obok niej. Leżała, trzymając 

głowę na jego ramieniu, czując jego nagie, gorące ciało obok swojego.

Było jej dobrze. O wiele lepiej, niż myślała. Był ostrożny, dał jej tyle 

czasu,  ile  potrzebowała,   pieścił  ją i-całował,  aż  znaleźli wspólny  rytm. 
Potem   wszystko   potoczyło   się   szybko   i   dała   się   ponieść   burzy   uczuć. 
Uczuć, które były mocne i dotąd jej nieznane.

Od tej pory nie będzie już między nimi nic złego czy trudnego. Nic poza 

głupimi snami. Zamknęła oczy i czuła, że znów zapada w sen.

Kiedy obudziła się następnym razem, usłyszała chłopców hałasujących 

na   schodach.   Słyszała,   jak   chichoczą   i   się   śmieją,   a   matka   ich   ucisza. 
Słyszała   też   stukot   żelaznych   fajerek;   matka   rozpaliła   w   piecu,   pewno 
chciała   ją   zaskoczyć   i   nastawiła   już   dzbanek   z   kawą.   Wyjrzała   przez 
maleńkie okienko i uznała, że jest jeszcze wczesny ranek. Żeby tylko nie 
obudzili Emanuela. Na pewno przywykł sypiać dłużej w niedzielę.

Próbowała leżeć cicho, nie poruszając się, ale czuła, jakby swędziało ją 

całe ciało. W końcu musiała zmienić pozycję. W tym momencie poczuła 
jego   ciężką   rękę   na   swoim   biodrze.   Mruczał   przez   sen,   mamrotał   coś 
niezrozumiale, potem głęboko westchnął.

Ciekawe, co mu się śniło? Westchnienie brzmiało, jakby się poddawał, 

jakby z czymś walczył.

background image

Wróciło   do   niej   wspomnienie   wczorajszej   rozmowy   na   schodkach. 

Oczywiście   nie   był   taki   beztroski,   jak   udawał.   Też   musiał   zauważyć 
zaniepokojony wzrok swojej matki, surową minę ciotki Ulrikke i usilne 
próby   ojca,   żeby   ukryć   niezadowolenie.   To   nie   było   przyjemne.   Nic 
dziwnego,   że   matka   dopytywała   się   o   Johana.   Nie   trudno   było   się 
domyślić, że była przeciwna weselu.

Najważniejsze, czy zdołają się przyzwyczaić do tej myśli i z czasem ją 

zaakceptują.

Może   dziecko   uratuje   sytuację?   Przycisnęła   rękę   do  brzucha.   Biedne 

maleństwo poczęte z przestępstwa. Jeśli uda się utrzymać tajemnicę, jeśli 
Peder   nie   wypapla   więcej,   niż   już   to   zrobił,   i   nikt   nie   będzie   słuchał 
gadania Agnes, państwo Ringstad uznają je za dziecko Emanuela, za ich 
własnego wnuka. Wtedy pewno zmiękną, zapomną o przeszłości i będą się 
cieszyć.

- Nie śpisz? - wyszeptał Emanuel.
- Obudziłam się, bo chłopcy hałasowali na schodach. Odwróciła się do 

niego i uśmiechnęła.

-   Mama   chyba   już   nastawiła   kawę.   Pewno   chciałeś   jeszcze   trochę 

pospać...

Przyciągnął ją do siebie i objął.
- Pospać? Żałuję, że się nie obudziłem wcześniej.
Czuła,   jak   napiera   na   jej   udo.   Obudziło   to   jej   pożądanie,   nagłe   i 

gwałtowne.

- Na pewno myślą, że śpimy - wyszeptała mu do ucha.
- Tak sądzisz?
- Mmm.
- Odważymy się? A jeśli Peder nagle otworzy drzwi?
- To się to źle dla niego skończy. Poza tym jesteśmy okryci pierzyną.
Emanuel   śmiał   się   cicho.   -   Jest   pani   cudowna,   pani   Ringstad.   Nie 

potrafię się pani oprzeć. - Położył się na niej, a ona rozłożyła nieco nogi, 
żeby   mu   pomóc.   Znów   wypełnił   ją   swoim   ciepłem,   swoją   siłą   i 
podnieceniem.

Prawie skończyli, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.
- Elise? Śniadanie jest gotowe.
Głos matki brzmiał lekko i pogodnie; była dumna, że poradziła sobie 

sama ze wszystkim, chciała zrobić im niespodziankę.

background image

-   Dziękuję,   mamo.   Zaraz   przyjdziemy.   -   Przylgnęła   do   jego   szyi, 

podczas gdy on powoli z niej wychodził. - Niewiele brakowało. Gdyby 
zapukała   nieco   wcześniej,   nie   byłabym   w   stanie   jej   tak   naturalnie 
odpowiedzieć.

- Pomyślałaby, że śpimy.
- Tak sądzisz?
-   Nie   -   powiedział,   całując   ją   w   usta.   -   Pomyślałaby,   że   robimy 

dokładnie to, co robiliśmy, i przestraszyłaby się.

- Przestraszyłaby się? Myślisz, że się tego nie domyśla?
- Ależ tak. Przestraszyłaby się, wiedząc, że przeszkodziła nam w tak 

podniosłej   chwili.   Mówiłaś,   że   była   zakochana   w   twoim   ojcu.   Więc 
pewnie i ona przeżyła wiele podobnych uniesień. - Znów ją pocałował. - 
Chodź, Elise. Kawa czeka.

Peder   i  Kristian   siedzieli   już   przy   stole   kuchennym,   świeżo   umyci  i 

uczesani i z wyraźnym zaciekawieniem w oczach.

-   Witam   wszystkich.   Dobrze   spaliście?   -   spytał   Emanuel   wesołym 

głosem.

- Spałam jak kamień.
Oczy matki błyszczały, kiedy spoglądała to na Emanuela, to na Elise.
- A wy?
- Pomijając fakt, że Elise chrapie i mówi przez sen, to spałem dobrze.
Peder i Kristian zanieśli się śmiechem.
- Zgadza się. Ona nawet chodzi we śnie - powiedział Peder, któremu z 

radości zarumieniły się policzki. ..

-   Naprawdę?   To   może   ona   chodziła   mi   w   nocy   po   brzuchu?   Peder 

spojrzał na niego przestraszony, a pozostali wybuchnęli śmiechem.

- Naprawdę? Chodziła ci po brzuchu?
Emanuel   zmierzwił   mu   włosy.   -   Żartowałem,   Peder.   Co   zamierzacie 

dzisiaj robić? Świeci słońce, jest niedziela i lato.

-   Peder   i   Kristian   idą   ze   mną   do   kościoła   -   powiedziała   matka 

zdecydowanym głosem.

Peder i Kristian nie wyglądali na zadowolonych, ale nie odważyli się 

zaprotestować. Najwyraźniej już wcześniej burzliwie o tym dyskutowano.

-  Jest tyle  rzeczy,  za  które  powinniśmy  podziękować  Bogu  - dodała 

matka z zadowolonym westchnieniem. - Nie wolno zapomnieć, kto nam to 
wszystko dał.

- Emanuel - powiedział szybko Peder.

background image

Mama uśmiechnęła się. - To prawda, Peder. Emanuel był narzędziem 

Pana, umożliwił nam wyjście z biedy i kłopotów.

Peder przyglądał się Emanuelowi z ciekawością. W końcu się roześmiał. 

- Ale ty sam też chciałeś, prawda?

Emanuel przytaknął, uśmiechając się. - Bardzo chciałem, Peder.
Podczas gdy Elise i matka zajęły się zmywaniem, Emanuel wyszedł na 

dwór z chłopcami. Mieli pójść w górę rzeki i spróbować złapać coś na 
wędkę.

- Wesele się udało, prawda? - odezwała się matka niepewnym głosem.
- Tak, udało się, mamo. Bardzo ci dziękuję.
- Myślisz, że państwo Ringstad byli zadowoleni?
- Na pewno. Dlaczego mieliby nie być?
- Z początku trochę się bałam ciotki. Robiła wrażenie takiej srogiej i 

niedostępnej, ale z czasem nieco zmiękła, prawda?

Elise uśmiechnęła się. - To zasługa Pedera - powiedziała.
Matka westchnęła. - Nie wiem, co robić, żeby go dobrze wychować. Jak 

można w ten sposób poprawiać starszą kobietę? Tak mi było wstyd, że 
najchętniej zapadłabym się pod ziemię.

- Emanuel uznał, że to było zabawne. Szczególnie kiedy Peder spytał 

panią Evertsen, czy zostawi trochę deseru dla innych.

Elise roześmiała się. Matce jednak nie było do śmiechu.
- Rodzice Emanuela na pewno uznali, że Peder jest źle wychowany i 

niegrzeczny.

- Mam wrażenie, że ich rozbawił. Wszyscy widzą, że Peder jest bystry, a 

słowa po prostu same cisną mu się na język.

- Musicie mi pomóc - westchnęła matka. - Cieszę się, że trafił ci się 

dobry   i   miły   mąż,   Elise.   Jestem   przekonana,   że   jego   rodzice   będą 
zadowoleni, kiedy dostaną wnuka.

Elise cieszyła się, że stała pochylona nad miską. - Nie wiadomo, czy to 

będzie chłopiec - powiedziała.

-   Mam   takie   przeczucie.   Duży   i   zdrowy   chłopak.   Spadkobierca 

gospodarstwa.

Elise nie miała siły odpowiedzieć.
- Okropna historia z tą Agnes. Najwyraźniej była pijana. Pamiętasz, że 

radziłam ci trzymać się od niej z daleka? Od dawna podejrzewałam, że ma 
takie skłonności. Jak twój ojciec.

- Nie panowała nad sobą - powiedziała Elise niechętnie.

background image

- Jak mogła rzucić tak straszne oskarżenie? Jeśli miała na myśli Johana, 

to przecież on od pół roku jest już w więzieniu. Poza tym jestem pewna, że 
ty i Johan zachowywaliście się przyzwoicie, prawda?

Elise przełykała łzy. - Agnes nie wiedziała, ani co robi, ani co mówi. 

Była pijana.

Jednak  matka  wszystko słyszała. I teraz  o tym rozmyślała.  Czy ktoś 

jeszcze zrozumiał, o czym mówiła Agnes, mimo że była pijana?

- Właśnie. Alkohol to źródło wszelkiego zepsucia. Staraj się mieć z nią 

jak najmniej do czynienia.

- To moja najlepsza przyjaciółka. Nie zachowałaby się tak, gdyby nie 

była zazdrosna.

- Nie jestem tego taka pewna. A Hilda? Miałam wrażenie, że wyglądała 

na zdziwioną.

- Według niej dostałam więcej, niż na to zasłużyłam. Poza tym uważa, 

że odebrałam Agnes Emanuela.

Matka   ostrożnie   wstawiała   filiżanki   do   szafki.   Były   prezentem   od 

Emanuela,   jak   wszystko,   co   miało   jakąkolwiek   wartość.   -  Nie   poznaję 
Hildy.   Dawniej   była   taka   wesoła   i   miła,   ale   po   moim   powrocie   z 
sanatorium zachowuje się niemal jak ktoś obcy. A przecież ma dobrą pracę 
i w ogóle.

- Hilda bardzo cierpi.
- Sama jest sobie winna.
- Być może, ale została oszukana. Pan Paulsen dawał jej do zrozumienia, 

że zajmie się nią i dzieckiem.

- I tak zrobił. Załatwił Braciszkowi dobry dom, a Hildzie dobrą pracę.
Elise odwróciła się do niej zdziwiona. - Ale ona nie o takim rozwiązaniu 

myślała.   Jeszcze   niedawno   sama   ubolewałaś,   że   musi   się   rozstać   z 
Braciszkiem.

Matka unikała jej wzroku. - Tak jest najlepiej. Jak myślisz, co twój mąż 

by powiedział, gdyby Hilda i dziecko mieli tu z nami zamieszkać?

Elise nie odpowiedziała; nie czuła się z tym dobrze. Jak matka mogła 

coś takiego mówić? Odniosła wrażenie, że matka czuła ulgę, że Braciszka 
już tu nie ma. Czyżby duma i radość z mieszkania w domku majstra były 
ważniejsze niż miłość do własnego wnuka?

-   Muszę   się   przygotować   -   ciągnęła   matka,   odkładając   ścierkę   na 

kuchennym stołku. - Chcę trochę wcześniej wyjść, może spotkam kogoś 
znajomego?

background image

Pośpiesznie   zdjęła   chustę   i   kapelusz   z   wieszaka   na   ścianie.   Elise 

zauważyła, że poruszała się bardziej rześko niż zwykle.

- Ale chłopcy jeszcze nie wrócili.
Elise   przejrzała   ją.   Chciała   pospacerować   trochę   przy   moście,   może 

nawet przejść  się   ulicą   Sandakerveien  w  nadziei,   że  spotka  kogoś,   kto 
słyszał o weselu, o mieszkaniu i o przystojnym zięciu, który pochodzi z 
dużego dworu.

Ale czy należało się jej dziwić? Przez wiele lat żyła w cieniu, wstydząc 

się   męża   pijaka,   cierpiąc   biedę   i   niedostatek.   Teraz   może   grzać   się   w 
blasku małżeństwa Elise i rodziny zięcia, i cieszyć domem, do którego się 
wprowadziła.

Elise odwiesiła ścierkę na miejsce, wyniosła na zewnątrz balię i wylała 

wodę.   Stała   na   progu   i   rozglądała   się.   Deszcz   sprawił,   że   trawa   była 
zielona   i   świeża,   pachniało   zielenią   i   wilgotną   ziemią.   Na   zboczu   nad 
rzeką   bawiły   się   jakieś   dzieci,   a   na   ławce   koło   mostu   siedziały   dwie 
starsze kobiety, korzystając z rzadkiej chwili wolnego.

Kochała rzekę, szum wody i bujne zarośla na brzegu. Nie wyobrażała 

sobie, że mogłaby mieszkać gdzieś indziej. Wartko płynąca woda miała w 
sobie coś pociągającego, rzeka zmieniała się wraz z porami roku: kusiła 
chłodem w słoneczne letnie dni, wiosną zamieniała się w spienione, rwące 
piekło.   Nawet   kiedy   była   skuta   mrozem   i   stalowoszary   lód   miejscami 
skrywał wodę, nie  traciła  swojej mocy. Zastanawiała   się,  czy  mogłaby 
zasnąć, nie słysząc szumu rzeki.

- Elise! - To Peder ją wołał. Biegł w jej stronę, potknął się o kamień i 

upadł jak długi. Zaraz jednak się pozbierał i biegł dalej jakby nigdy nic. - 
Złowiłem rybę! - ledwo był w stanie wypowiedzieć słowa, brakowało mu 
tchu. - Szczupaka! Woda okropnie cuchnie, ale w rzece są ryby. Możemy 
usmażyć go na obiad. Starczy i dla nas, i dla Emanuela.

Elise się uśmiechnęła. - Emanuel jest teraz jednym z nas, Peder. Dał jej 

rybę. Była na wpół martwa, zapewne była taka, zanim ją złowił.

- Mama was szuka. Pośpieszcie się, umyjcie ręce i uczeszcie się. Już 

zdążyłeś   pobrudzić   swoje   niedzielne   ubranie,   a   ja   nie   mam   dla   ciebie 
niczego na zmianę.

Stała   na   schodkach,   patrząc,   jak   matka   i   chłopcy   znikają   po   drugiej 

stronie   rzeki.   Matka   miała   rację,   to   był   cud,   że   wyzdrowiała.   Kto   by 
pomyślał kilka miesięcy temu, że pewnego dnia znów będzie mogła sama 
iść do kościoła? W myślach widziała ją w tym strasznym okresie w zimie, 

background image

kiedy   leżała   na   łóżku,   śmiertelnie   blada   z   kroplami   potu   na   czole   i 
matowym   wzrokiem,   a   przez   jej   spierzchnięte   wargi   nie   przechodziło 
żadne słowo

- O czym tak myślisz? - spytał Emanuel, który wyszedł zza rogu domu, 

ciepło się do niej uśmiechając.

- Śledzę wzrokiem matkę i chłopców i myślę o tym, jak źle się czuła 

zimą. To cud, że znów jest zdrowa.

- Dzięki Hildzie. Gdyby majster nie opłacił jej pobytu w sanatorium, nie 

czułaby się tak dobrze.

-   Masz   rację.   Wydaje   mi   się,   że   matka   jakby   o   tym   zapomniała. 

Przypomnę jej, może nie będzie wobec niej taka ostra. Powiedziała, że 
Hilda jest sama sobie winna i że powinniśmy się cieszyć, że Braciszek 
znalazł dobry dom.

Emanuel  posłał  jej zdziwione  spojrzenie.  -  To niepodobne  do twojej 

matki.   Chodź,   Elise,   usiądźmy   od   południowej   strony   i   cieszmy   się 
słońcem.   Muszę   z   tobą   o   czymś   porozmawiać   -   powiedział   poważnie 
Emanuel.

Elise spojrzała na niego przestraszonymi oczami. Czy nagle czegoś się 

dowiedział?

Matka, Peder i Kristian przed chwilą tu byli, więc sprawa chyba nie 

dotyczyła ich. Ani Hildy, bo niby co to mogło być? Emanuel niedawno 
dostał posadę w tkalni płótna żaglowego, więc chyba nie chodziło też o 
pracę.

Ociągała się, chcąc odwlec coś, co - była przekonana - nie było niczym 

przyjemnym.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Usiedli na ławce, a on położył jej rękę na ramionach. - Wiesz, że bardzo 

cię lubię, Elise. Byłem dzisiaj taki szczęśliwy, że miałem wrażenie, że 
mógłbym unieść się w powietrze. Jesteś moją żoną, będziemy razem szli 
przez życie - to niepojęte. Wszystko, czego do tej pory doświadczyłem, 
wydaje się nieistotne. Nawet moja działalność w Armii Zbawienia wydaje 
się   bez   znaczenia,   kiedy   teraz   o   niej   myślę.   Trzeba   samemu   być 
szczęśliwym,   żeby   można   było   dać   coś   innym.   Mnie   ciągle   czegoś 
brakowało.

Trudno mu  zacząć, pomyślała, czując pełzający po plecach niepokój. 

Zwleka, bo przykro mu, że musi mi to powiedzieć.

- Cokolwiek się w przyszłości wydarzy - mówił dalej równie silnym 

głosem   -   nikt   nie   odbierze   nam   tego,   co   przeżyliśmy:   kochaliśmy   się, 
wiedząc,   że   nasza   miłość   jest   odwzajemniona.   Tak   jak   powiedziałem 
wczoraj podczas wesela, zachwyciłem się tobą już pierwszego wieczoru w 
Świątyni. I, jak też ci już wcześniej mówiłem, modliłem się do Boga, żeby 
stał   się   cud   i   żebym   mógł   cię   mieć.   Zapewne   był   to   egoizm,   bo 
wiedziałem, że jesteś zaręczona z innym. Mimo to czuję, jakby wszystkie 
kawałki układanki nareszcie trafiły na swoje miejsce. Byliśmy dla siebie 
przeznaczeni.

Elise słuchała i pełna strachu czekała na to, co musiało nastąpić. Z koron 

drzew   dochodził   śpiew   ptaków,   które   próbowały   zagłuszyć   szum 
wodospadu,   słońce   świeciło   z   jasnego   letniego   nieba,   a   z   brzegu 
dochodziły wesołe dziecięce głosy. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie 
przeczucie, że Emanuel na coś ją przygotowywał.

- Wiem, że nie było ci równie łatwo jak mnie. Kochałaś innego i wiem, 

że powiedziałaś mi „tak" nie bez pewnego wahania. Wykorzystałem fakt, 
że znalazłaś się w krytycznej sytuacji; wiele osób uznałoby pewnie, że to 
podłe z mojej strony. Ale ja tego tak nie widzę. Właśnie beznadziejna 
sytuacja, w której się znalazłaś, umożliwiła mi zdobycie ciebie; jestem 
przekonany, że dla naszego wspólnego dobra.

Dlaczego nie powie tego od razu, pomyślała, próbując przygotować się 

na to, co nastąpi. Musi przedłużać jej cierpienie, krążąc dookoła?

Powiodła   wzrokiem   po   zboczu   wzgórza,   po   świeżych,   zielonych 

koronach drzew, po wzburzonej wodzie rzeki, po ziemi pod jej stopami, 
gdzie   kilka   mleczy   lśniło   niczym   żółte   słońca   pośród   zieleni.   Czy 

background image

szczęście, którego teraz doświadczała, miało być tylko ulotną chwilą? Czy 
nie będzie jej dane zamieszkać na dłużej w tym małym pokoiku nad rzeką 
i razem z Emanuelem cieszyć się ciepłem słonecznych promieni?

-   Zrobię   wszystko,   żeby   było   ci   dobrze   -   mówił   dalej.   -   Z   czasem 

wszystkie złe duchy przeszłości znikną i zostaniemy tylko ty i ja.

- Jesteśmy tylko ty i ja, Emanuelu - odezwała się drżącym głosem. Może 

się pomyliła? Może wcale nie chodziło o coś przykrego. Powiedział tylko, 
że chce z nią o czymś porozmawiać. Może to było właśnie to?

„Cokolwiek się w przyszłości wydarzy, nikt nie odbierze nam tego, co 

przeżyliśmy".   Nie,   na   pewno   się   nie   myliła.   Te   słowa   przepowiadały 
nieszczęście.

- Duchy już zniknęły - wymamrotała. - Nic nas już nie dzieli. Przytulił ją 

mocniej do siebie. Chwilę siedzieli w ciszy.

W   końcu   nie   wytrzymała.   -   Jeśli   masz   mi   coś   przykrego   do   po-

wiedzenia, to zrób to teraz. Chcę mieć to już za sobą.

- Dowiedziałem się, że zostanę zmobilizowany.
Elise   pokiwała   głową.   -   Domyślałam   się   tego   -   powiedziała.   Słowa 

przychodziły jej lekko, ale czuła, jak wewnątrz niej coś zastyga. - Kiedy 
się o tym dowiedziałeś? - spytała drżącym głosem. Myślała o tym wiele 
razy, ale odsuwała to od siebie. Teraz stało się to rzeczywistością.

- Przedwczoraj.
-   To   znaczy,   że   wiedziałeś   o   tym,   kiedy   byliśmy   u   Carlsenów? 

Przytaknął. - Nie mogłem się zdobyć, żeby ci o tym powiedzieć.

Zepsułbym ci cały dzień, a matka by się zdenerwowała.
- Kiedy wyjeżdżasz?
- Poinformują mnie.
- Co to znaczy? Za kilka dni czy może tygodni?
- Nie wiem - powiedział i ciężko westchnął. - Nie martw się tym teraz. 

Zapewne szybko wrócę. Wiele osób uważa, że nie dojdzie do wojny.

- Oscar Carlsen był innego zdania.
- Zawsze był pesymistą.
Elise miała w uszach głos Karolinę: „Jak poradzicie sobie z rodziną w 

domu   majstra,  jeśli  Emanuel   będzie  musiał  wyruszyć  na  wojnę,  panno 
Lovlien? Czy w fabryce zarabia pani wystarczająco, by się utrzymać?"

Oczywiście,   że   sobie   nie   poradzi.   Chyba   że   matka   i   chłopcy   znajdą 

jakieś zajęcie, ale dotąd się im to nie udawało.

background image

- Nie przejmuj się tak, Elise - odezwał się Emanuel, a jego głos brzmiał 

nieszczęśliwie. - To na pewno długo nie potrwa. Zanim lato się skończy, 
będziesz mnie miała z powrotem.

Zanim   lato   się   skończy...   Właśnie   na   to   lato   tak   się   cieszyła.   Móc 

przesiadywać z nim wieczorami na schodkach, słuchać, jak gra dla niej na 
gitarze   i   śpiewa,   czy   po   prostu   siedzieć   obok   siebie   w   niedzielne 
przedpołudnie i cieszyć się słońcem. Poza tym wcale nie było takie pewne, 
że wróci, zanim lato minie. Wcale nie było takie pewne, że w ogóle wróci.

Nie była w stanie nic powiedzieć.
- Będę do ciebie pisał. Na pewno pozwolą nam pisać do domu.
Wciąż nic nie mówiła. Miała wrażenie, że słońce zniknęło, że porzuciło 

ten letni dzień i ją. Tak krótko trwało jej szczęście. Pamiętała słowa pani 
Thoresen: „Dla takich jak my nie ma nadziei". Czy niektórzy byli skazani 
na życie w smutku i biedzie?

- Elise...
Ujął jej twarz w swoje dłonie, patrzył jej w oczy.
- Powiedz coś, Elise. Nie smuć się. Wszystko się ułoży, jestem tego 

pewien.   Nie   martw   się.   Zadbam   o   was.   Jeśli   sam   nie   będę   w   stanie, 
poproszę o pomoc ojca.

Próbowała się uśmiechnąć, ale sama czuła, że nie było to szczere. - Daj 

mi trochę czasu - powiedziała łamiącym się głosem. - To dla mnie wstrząs. 
Tak się cieszyłam na to lato.

- Ja też.
Zdawało  się  jej, że  głos  zaczyna mu  się  łamać,   ale  nie była pewna. 

Zrozumiała, że dla niego był to może nawet większy cios niż dla niej. To 
on wyjeżdżał do miejsca, które było obce i niebezpieczne. Możliwe, że 
ryzykował życie. A przecież marzył, że spędzą razem życie. To życie, 
które   właśnie   się   zaczynało,   tu,   pod   tą   ogrzaną   słońcem   ścianą.   Tym 
większy   musiał   przeżyć   zawód.   Ukryła   swoje   niezadowolenie   i 
uśmiechnęła się do niego. - Na pewno wszystko będzie dobrze. Poradzimy 
sobie.

Objął ją i przyciągnął do siebie. - To jest właściwe podejście, Elise - 

mówił schrypniętym głosem. - Taką cię znam i między innymi dlatego cię 
pokochałem. Wiedziałem, że podejdziesz do tego rozsądnie.

Pokręciła przecząco głową. - Nie myśl o mnie, w końcu to ty będziesz 

cierpiał najbardziej.

- Kochana maleńka Elise.

background image

Nic nie odpowiedziała, przełykała łzy.
- Powiedz mi coś więcej - wydobyła w końcu z siebie. - Na czym polega 

mobilizacja?

- Na razie sam niewiele wiem. Zrobiło się cicho.
- Coś chyba jednak wiesz.
-   Chyba   umieszczą   mnie   gdzieś   na   granicy.   Ponieważ   mieszkam   w 

Kristianii,  zapewne  przyjmą  mnie   do  Norweskiego  Korpusu  Strzelców, 
który dwa lata temu został na nowo utworzony.

- Co to jest Korpus Strzelców?
- To specjalny oddział piechoty, używany do pilnowania granic, gdzie 

każdy   musi   działać   na   własną   rękę.   Musi   umieć   strzelać,   powinien 
wykazać się sprytem i dobrą orientacją. Dlatego żołnierze są rekrutowani 
między innymi spośród leśników.

Elise   czuła,   że   traci   nadzieję.   Emanuel   sprawiał   wrażenie,   jakby   był 

dumny z tego, że będzie w Korpusie Strzelców. - Nie wiedziałam, że tak 
dobrze strzelasz. Tyle czasu byłeś w Armii Zbawienia.

- Umiem poruszać się w lesie, często chodziłem z ojcem na polowania i 

bardzo wcześnie nauczyłem się jeździć konno. Zwrócono na to uwagę, 
kiedy odbywałem służbę wojskową. Korpus Strzelców - czwarty oddział 
piechoty z Akershus - to mały, elitarny oddział strzelców na koniach.

- Jak udaje ci się łączyć wojnę z wiarą? W Biblii jest napisane, że należy 

nadstawić drugi policzek.

-   Trzeba   bronić   tego,   co   najcenniejsze,   co   Bóg   nam   dał.   Broniąc 

ojczyzny, chronię ludzi, którzy są mi drodzy.

Przecież   wojna   to   szaleństwo,   pomyślała.   Ludzie   powinni   być   mą-

drzejsi. Muszą istnieć inne rozwiązania niż wzajemne zabijanie się.

- Na pewno wrócę cały i zdrowy. A prawdę mówiąc, to nie wierzę, że 

dojdzie do wojny. Uchwała z siódmego czerwca wyraźnie pokazała, że 
Norwegowie   nie   chcą   zjednoczenia.   Jeśli   Szwecja   chce   utrzymać   unię, 
musi zrobić to siłą. Szwedzi chyba rozumieją, że taka sytuacja przyniesie 
więcej złego niż dobrego i osłabi ich, a nie wzmocni. Nasz rząd już wydał 
rozkaz   usunięcia   symbolu   unii   na   flagach.   Zarówno   na   okrętach 
wojennych, jak i w twierdzach wymieniono już flagi.

- Słyszałam, jak mówiono, że Szwedzi czują się urażeni i chcą zemsty.
- Kiedy się zastanowią, na pewno inaczej na to spojrzą.

background image

- Próbujesz mnie pocieszyć. Wszyscy mówią o groźbie wojny. Nawet 

robotnice w fabryce rozmawiają o tym podczas przerwy na obiad. Jedna 
słyszała to, druga tamto; wszyscy się boją.

-   Jeszcze   nie   dostałem   nakazu   mobilizacyjnego.   Nie   martwmy   się 

zawczasu. Wczorajszy dzień był bardzo ważny. Dla mnie najważniejszy. 
Dzisiaj jest niedziela, mamy wolne, świeci słońce, jest lato.

Schylił głowę i pocałował ją.
- Cieszmy się tym - szeptał, tuląc się do jej policzka. - Nikt nie wie, co 

przyniesie jutro. Wcale nie musi się wydarzyć to, czego się obawiamy.

Przytaknęła i postanowiła go posłuchać: zapomnieć o tym, co być może 

było   przed   nimi,   i   skoncentrować   się   na   dniu   dzisiejszym,   na   obecnej 
chwili. - Tak bardzo cię kocham, Emanuelu.

Czuła jego gorący oddech na swojej twarzy, znów szukał jej warg.
- Nabożeństwo jeszcze trwa - szeptał z mieszaniną nadziei i tęsknoty w 

głosie.

Nie   od   razu   zrozumiała,   ale   kiedy   jego   ręka   powędrowała   pod   jej 

sukienkę, domyśliła się, czego chciał. Mimo to spytała cicho: - Co masz na 
myśli?

Roześmiał   się   i   powiedział:   -   Dobrze   wiesz.   Do   wieczora   daleko, 

prawda?

- Tak, ale... odważymy się?
Przyjemne uczucie1 rozeszło się po jej ciele, ale mimo to się opierała. 

Przecież ktoś mógł przyjść. A jeśli matka i chłopcy wrócą wcześniej?

- Nikt nie przyjdzie, Elise - odezwał się, jakby czytając w jej myślach. - 

Usłyszymy   bicie   dzwonów,   poza   tym   zamkniemy   drzwi   na   wypadek, 
gdyby ktoś jednak się zjawił.

Rozejrzała się dookoła i wstała, nieco się ociągając. W środku dnia i do 

tego w niedzielę, pomyślała, jednocześnie i chcąc, i nie chcąc.

Zamknął drzwi i ochoczo pociągnął ją za sobą do małej sypialni. Nie 

było tu tak jasno jak na zewnątrz, ale nie było też firanek, które można by 
zaciągnąć. To był pewien problem. Jak ma się rozebrać, żeby on jej nie 
widział?

Położył ręce na jej talii i przyciągnął ją mocno do siebie. - Moja Elise... 

Mówiłem ci już, jaka jesteś piękna? - spytał i zaczął rozplatać jej gruby 
warkocz. Przestraszyła się, że będzie to za długo trwało, i pomogła mu.

- Pomóż mi i zdejmij sukienkę. Nie potrafię takich rzeczy.
- Musimy... to znaczy... Czuła, że się rumieni.

background image

Roześmiał się cicho i pocałował ją w policzek. - Tak - wyszeptał. - Chcę 

zobaczyć cię taką, jak cię Pan Bóg stworzył. - W końcu zrozumiał, co ją 
gnębi. - To jest nasze dziecko, Elise. Ładnie wyglądasz teraz, kiedy się 
trochę zaokrągliłaś.

Odpiął   guziki   jej   niedzielnej   sukni,   podniosła   ręce,   kiedy   ją   z   niej 

zdejmował.   Potem   sama   pośpiesznie   zdjęła   bieliznę   i   stanęła   z   rękami 
skrzyżowanymi na piersi.

Delikatnie odciągnął jej ręce, przyglądał się jej piersiom, które unosiły 

się   i   opadały   nieco   szybciej   niż   zwykle   ze   wstydu   i:.,   z   napięcia 
spowodowanego oczekiwaniem.

- Jesteś taka piękna - powiedział cicho schrypniętym głosem. Chwycił 

jej piersi, pieścił je, nachylił się i zaczął wodzić wargami

po jej ciele, tam gdzie przed chwilą trzymała swoje dłonie.
Czuła, jak narasta w niej pożądanie. Odsunęła od siebie wszelkie myśli 

o matce i chłopcach.

Uklęknął i przycisnął twarz do jej łona. Odczuła to mocno.
- Sprawiłaś, że znów żyję, Elise. Że stałem się mężczyzną - powiedział, 

całując jej biodra i uda. Wargami muskał delikatnie jej ciało; gładził ją 
wszędzie, gdzie sięgały jego dłonie. W końcu powoli wstał i pociągnął ją 
za sobą na łóżko. Położył ją na nim, a sam stał i przyglądał się jej nagiemu 
ciału, szybko się rozbierając. Kiedy w nią wszedł, była gotowa.

Miała wrażenie, że słyszy, jak ktoś puka do drzwi, ale nie była tego 

pewna. Uznają, że nie ma nas w domu, pomyślała leniwie.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Kiedy już było po wszystkim, szybko się ubrali.
- Słyszałeś, że ktoś pukał?
- Nie - odpowiedział, patrząc na nią. - A ty słyszałaś?
- Zdawało mi się, że kogoś słyszę, ale mogłam się pomylić.
- Pomyśleli, że nie ma nas w domu, i sobie poszli.
Wyszła   pośpiesznie   do   kuchni,   a   potem   na   korytarz.   Ociągając   się, 

uchyliła drzwi.

Na progu siedział Evert. Jak tylko ją usłyszał, podskoczył.
- To ty, Evert? Peder i Kristian są w kościele. To ty pukałeś? Pokiwał 

głową, nie patrząc na nią.

- Byłam zajęta, rozumiesz chyba. Nie mogłam od razu otworzyć.
Znów przytaknął, szurając nogą po kamiennej posadzce.
- Dobrze, że nie odszedłeś. Zaraz powinni wrócić.
- Pomyślałem, że was nie ma. Zaglądałem i nikogo nie widziałem. .. - 

umilkł nagle i zagryzł wargi, wyraźnie przestraszony.

Elise zrobiła się czerwona. Czy zaglądał -też do okna sypialni? - Wejdź, 

poczęstuj się ciastem. Zapewne wiesz, że wczoraj mieliśmy wesele.

- Wiem. Pani Evertsen i pani Thoresen stały i rozmawiały o tym na ulicy 

z panią Albertsen. Było dużo eleganckich gości, mówiły. Agnes się upiła i 
żołnierz musiał ją wynieść.

Ludzie już zaczęli gadać, pomyślała Elise bezradnie.
- Agnes nie była pijana, tylko z jakiegoś powodu była smutna.
- Bo odebrałaś jej ukochanego. Pani Evertsen tak powiedziała. Powinnaś 

była zadowolić się Johanem, mówiła. Dużo osób trafia do więzienia, a 
potem wychodzi, a ty obiecałaś być z nim na zawsze.

Elise westchnęła. - Nie słuchaj wszystkiego, co mówią te plotkary. To 

Johan zerwał zaręczyny, możesz im to powtórzyć.

Otworzyła   drzwi   do   kuchni   i   wpuściła   go.   Przy   stole   kuchennym 

siedział Emanuel i czytał piątkowe wydanie „Svaerta".

- Witaj, Evert - odezwał się wesoło Emanuel. - Tak myślałem, że to 

pewnie ty. Nie widzieliśmy cię od paru dni.

- Nie pozwolono mi przychodzić. Pani Berg powiedziała,  żebym nie 

przeszkadzał.

- Coś podobnego. Nigdy nam nie przeszkadzasz. Elise znalazła puszkę z 

ciastem i poczęstowała go.

background image

Evert   patrzył   wielkimi   oczami   na   ciastka.   Brudna   piąstka   chwyciła 

chciwie największe, jakie znalazł. Elise zauważyła, że kilka razy ruszył 
ustami, po czym szybko połknął je niemal w całości.

-   Weź   jeszcze   jedno,   proszę.   Tylko   żeby   Peder   i   Kristian   się   nie 

dowiedzieli.

Następne ciastko zniknęło równie szybko. Elise odstawiła puszkę.
- Idź na dwór i poszukaj ich. Na pewno zaraz tu będą.
Jak tylko wyszedł za próg, posłała zawstydzone spojrzenie Emanuelowi.
- Powiedział, że zajrzał, żeby sprawdzić, czy jesteśmy w domu. Emanuel 

drgnął. - Przez okno do pokoju, tak?

- Nie wiem.
Musiał zauważyć przerażenie na jej twarzy.
- Nie przejmuj się tym. Evert na pewno niejedno widział, większość 

życia spędził przecież na ulicy.

Nagle przypomniała sobie, co Evert powiedział, dowiedziawszy się, że 

Elise została napadnięta w drodze z Akershus. Od razu się domyślił, co się 
stało.

- Taki wstyd. I to w środku dnia, i do tego w niedzielę. Emanuel zaśmiał 

się cicho, wstał i ją objął.

- Myślałem, że powiesz coś innego.
- A co?
- Że jest wspaniale, jest środek dnia i świeci słońce.
Elise czuła, że się rumieni, ale nie mogła powstrzymać śmiechu. W tej 

samej chwili usłyszeli za drzwiami głos matki i szybko odsunęli się od 
siebie.

- Bardzo budujące nabożeństwo - powiedziała matka, wchodząc. Miała 

zarumienione   policzki   i   wesołe   oczy.   -   Pastor   mówił   z   dużym 
zaangażowaniem i zapałem. Nikt dzisiaj nie zasnął podczas kazania. A wy 
co robiliście? Chyba nie przesiedzieliście całego przedpołudnia w domu, w 
taką ładną pogodę?

Elise   nie   śmiała   spojrzeć   na   Emanuela,   bojąc   się,   że   zaraz   się 

roześmieje.

- Nie, siedzieliśmy na ławce i rozmawialiśmy.
- Powinniście pójść się przejść. Nad wodą jest teraz tak ładnie, kwitną 

drzewa, trawa jest zielona, wszędzie pełno polnych kwiatów.

- Dobry pomysł - powiedział Emanuel i raźnie podskoczył. - A kiedy 

wrócimy, chętnie napijemy się kawy. Dopóki są jeszcze jakieś ciastka.

background image

Matka spojrzała na niego przerażona.
- Dałam dwa Evertowi - pośpiesznie wtrąciła Elise.
- Dwa? - spytała matka, patrząc na nią oskarżycielsko.
Elise   poczuła   wyrzuty   sumienia.   -   Nie   mogłam   się   oprzeć   jego 

głodnemu spojrzeniu. Nigdy nie najada się do syta.

- A kto z nas się najada? Elise nie odpowiedziała.
- Odstąpiłem Evertowi moje ciastko - wyjaśnił szybko Emanuel. - Ja 

zjem kanapkę.

Szli   wzdłuż   rzeki.   Więcej   osób   wybrało   się   tu   w   tę   piękną   letnią 

niedzielę. Im dalej szli, tym mniejszy stawał się odór bijący od wody, a 
przy   Myren,   obok   warsztatu,   gdzie   między   innymi   produkowano 
urządzenia   do   młynów,   widzieli   kąpiące   się   dzieci   i   spacerujących   w 
słońcu dorosłych.

Młoda   para   z   dziecięcym   wózkiem   zmierzała   w   ich   stronę.   Elise 

chłonęła widok pięknej kobiety w białej, jedwabnej letniej sukni, z dużym 
jasnym kapeluszem z kwiatami i dekoracją z kwiatów w talii.

Mężczyzna   miał   na   sobie   letni   garnitur   i   słomkowy   kapelusz. 

Rozmawiali   i   śmiali   się,   wydawali   się   szczęśliwi.   Jak   to   będzie   w 
przyszłym   roku   latem?   -   pomyślała.   Czy   będzie   spacerować   razem   z 
Emanuelem,   rozmawiając   i   ciesząc   się,   pchając   przed   sobą   dziecięcy 
wózek,   czy   też   będzie   siedziała   w   mrocznym   pokoiku   z   dzieckiem 
śpiącym w szufladzie komody?

A jeśli naprawdę dojdzie do wojny? Z jakiegoś powodu gazety się o tym 

rozpisywały i niemal wszystkie stowarzyszenia w mieście organizowały 
zebrania agitacyjne. Emanuel opowiadał jej o tym. A premier Christian 
Michelsen dostał większe niż zwykle brawa, kiedy Siedemnastego Maja 
wygłosił   swoją   mowę   na   Festnings-plassen.   W   całym  mieści   czuło   się 
entuzjazm.   Dziewiątego   czerwca   rozlegnie   się   salwa   armatnia   we 
wszystkich twierdzach w kraju i na wszystkich okrętach wojennych, a na 
maszt zostanie wciągnięta nowa, czysta flaga, opowiadała jedna z prządek. 
Emanuel przed chwilą mówił to samo.

Młodzi ludzie z dziecięcym wózkiem zbliżyli się. Stanowili ładną parę. 

W ogóle nie wyglądali na zmartwionych. Zapewne pochodzili z lewej, 
lepszej strony miasta; mężczyzna na pewno był świetnie zorientowany w 
tym,   co   działo   się   w   kraju,   a   mimo   to   nie   sprawiał   wrażenia 
zaniepokojonego.

background image

Emanuel   był   mądry,   znał   się   na   wielu   rzeczach.   Nie   sądził,   żeby 

Szwedzi byli na tyle nierozsądni, żeby wprowadzić swoje groźby w czyn.

Para zbliżyła się. Elise usłyszała, że Emanuel wydaje zdziwiony okrzyk. 

Odwróciła się w jego stronę. - O co chodzi?

- Udawaj, że się nic nie stało. W wózku leży Braciszek...

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Słowa   były   niczym  cios   w   podbrzusze.   -   Braciszek?   -  wyszeptała.   - 

Chcesz powiedzieć, że to są jego nowi rodzice?

Emanuel przytaknął. Para zbliżała się coraz bardziej. Emanuel uniósł 

kapelusz, mężczyzna uczynił to samo.

Emanuel chciał najwyraźniej iść dalej, ale mężczyzna się zatrzymał.
- Słyszałem, że w starym kościele Gamie Aker odbył się wczoraj ślub, 

panie   Ringstad.   -   Uśmiechnął   się   życzliwie,   podczas   gdy   jego   żona 
zlustrowała   Elise  i  raczej  nie  sprawiała   wrażenia  zachwyconej  tym,  co 
zobaczyła.   -   Gratuluję   -   rzucił   wesołym   głosem.   -   To   pańska   żona?   - 
spytał. Wyciągnął do niej rękę, przedstawił się i ukłonił. - Jestem August 
Paulsen, a to moja żona, Josefine.

Elise dygnęła, spuszczając wzrok. Nie wiedziała, gdzie ma patrzeć.
- Mieszkamy na wprost państwa Carlsenów. Zwracał się do niej, musiała 

więc podnieść spojrzenie.

- Zna pani zapewne mojego wuja, jest majstrem w przędzalni.
Przytaknęła, lecz wciąż nie była w stanie nic powiedzieć.
-   Słyszałem,   że   pozwolono   panu   wynająć   stary   dom   majstra   przy 

moście, panie Ringstad - mówił dalej mężczyzna. - Miło mi to słyszeć. 
Byłoby smutne, gdyby musiał pan... - nagle urwał. - Chodzi mi o to, że 
przecież pochodzi pan z dużego dworu, a dla pana Oscara Carlsena był 
pan niczym syn.

-   Nie   przywiązuję   większej   wagi   do   tego,   gdzie   mieszkam,   panie 

Paulsen. Najważniejsze dla mnie jest to, że moją żoną jest kobieta, o której 
zawsze marzyłem - powiedział. Uśmiechnął się do Elise i przyciągnął ją 
do siebie.

Mężczyzna roześmiał się nieco niepewnie. - Tak, to jest najważniejsze - 

powiedział. - Muszę przyznać, że nieco się zdziwiłem. Nie wiedziałem, że 
oficerowie Armii Zbawienia mogą się żenić.

-   Mogą,   ale   z   osobą,   która   też   jest  w  Armii   Zbawienia.   Zresztą   już 

zrezygnowałem. Osiem lat służby biednym wystarczy.

- Słyszałem, że dostał pan pracę w tkalni płótna żaglowego.
- To prawda.
Dziecko   w   wózku   rozpłakało   się.   Pani   Paulsen   zaczęła   kołysać 

wózkiem,   żeby   uspokoić   maleństwo,   ale   płacz   tylko   się   wzmógł.   Ku 
swojemu   przerażeniu   Elise   zobaczyła,  że  pani  Paulsen  nachyla  się  nad 

background image

wózkiem, bierze dziecko i delikatnie je podnosi. Przytuliła je do siebie, 
chcąc je pocieszyć, mruczała jakieś uspokajające słowa.

Elise patrzyła jak w transie. Minęło kilka tygodni, ale rozpoznała go. 

Ten sam profil, wysokie czoło i zadarty nosek. Poczuła smutek tak duży, 
że   z   trudem   oddychała.   To   było   dziecko   Hildy.   „Braciszek"   Pedera, 
pierwszy   wnuk   jej   matki.   Maleństwo,   które   spowodowało,   że   Peder 
zapomniał   o   wszystkich   swoich   troskach   i   znów   potrafił   się   cieszyć. 
Dziecko, którego przyjścia jej matka oczekiwała od momentu powrotu z 
sanatorium, a potem, kiedy już go nie było, robiła wszystko, żeby ukryć 
swój smutek.

Pani   Paulsen   ułożyła   dziecko   wygodnie   na   ręku   i   pokazując   je, 

powiedziała: - To jest nasz syn, Isac.

- Isac Elias - poprawił ojciec. Żona posłała mu gniewne spojrzenie. -
Elise nie była w stanie nic powiedzieć. Patrzyła jak zahipnotyzowana na 

małego. Uspokoił się na ręku matki, uśmiechał się i gaworzył.

- Czyż nie jest piękny? - spytała matka. W głosie słychać było zachwyt, 

jej twarz promieniała.

August   Paulsen   roześmiał   się.   -   Nie   wypada   się   chwalić   własnymi 

dziećmi, Josefine.

„Własnymi   dziećmi"...   Elise   miała   ochotę   wykrzyczeć,   że   to   Hilda 

wydała go na świat. I to ona - i tylko ona <- jest matką Braciszka.

Josefine  Paulsen zwróciła się do Elise, najwyraźniej zapominając, że 

była   tylko   prostą   robotnicą.   -   Sama   się   pani   przekona,   pani   Ringstad. 
Kiedy   urodzi   pani   swoje   pierwsze   dziecko,   zrozumie   pani,   jakie   to 
niewyobrażalnie wspaniałe uczucie.

Elise   przytaknęła   i   dalej   przyglądała   się   Braciszkowi.   Biedna   Hilda. 

Współczucie dla siostry powodowało ból w klatce piersiowej. Pomyśleć, 
że została zmuszona oddać własne dziecko...

Czuła, że łzy napływają jej do oczu. Zamrugała, walczyła z płaczem, nie 

chcąc zdradzić się ze swoją wiedzą. Nie mogli się domyślić, że była ciotką 
Isaca.

Josefine Paulsen spojrzała na nią zdziwiona. - Musi pani bardzo lubić 

dzieci. Widzę, że się pani wzruszyła. - Nagle zrobiła krok i podała jej 
Braciszka. - Proszę wziąć go na ręce, jeśli ma pani ochotę.

Elise spoglądała na dziecko. To był ich Braciszek - zrobił się taki duży. 

Teraz   widziała,   że   ma   kolor   oczu   Hildy   i   jej   nos.   W   tym   właśnie 
momencie   dziecko   się   uśmiechnęło   i   dostrzegła   dołeczki   w   jego 

background image

policzkach. Patrzyło prosto na nią, zastanawiała się, czy to możliwe, żeby 
ją   rozpoznało?   Obawiając   się   własnej   reakcji,   oddała   dziecko   pani 
Paulsen.   -   Ma   pani   całkowitą   rację.   To   piękne   dziecko   -   powiedziała 
drżącym głosem.

- Nie chce go pani jeszcze chwilę potrzymać?
Elise   pokręciła   przecząco   głową.   Jedyne,   o   czym   teraz   marzyła,   to 

odejść stąd, pójść gdzieś, gdzie mogłaby się swobodnie wypłakać.

-   Niestety   musimy   iść   dalej;   jesteśmy   umówieni   z   moimi   braćmi   - 

słyszała wypowiadane przez siebie słowa i przestraszyła się kłamstwa, i to 
w obecności Emanuela.

Pani   Paulsen   uśmiechnęła   się.   -   Miło   mi   było   panią   poznać   -   po-

wiedziała, a niechęć, jaką na początku wyraźnie jej okazywała, minęła. 
Zwróciła się do Emanuela. - Proszę odwiedzić nas kiedyś z żoną. Mam 
coś,   co   już   dawno   chciałam   panu   pokazać.   Zdjęcie   Othilie   Tonning, 
samarytanki   i   generała   Armii   Zbawienia.   Zapewne   pan   nie   wie,   że 
jesteście spokrewnieni.

- Nie, tego nie wiedziałem - odpowiedział Emanuel uprzejmie, ale Elise 

zauważyła, że nie był równie miły  jak zwykle. Pewnie rozumiał,  jakie 
katusze musiała znosić, i chciał ją stąd zabrać.

- Proszę do nas zajrzeć - pośpieszył żonie z pomocą August Paulsen.
-   Dziękuję,   bardzo   chętnie   -   odpowiedział   Emanuel.   Pokiwał   głową, 

uchylił kapelusza i chwycił zdecydowanie Elise za rękę. Zaczęli iść.

Nie odezwali się do siebie słowem, dopóki nie odeszli na tyle daleko, 

żeby Paulsenowie nie mogli ich słyszeć. W głosie Emanuela słychać było 
współczucie.

- Tak mi przykro, Elise, ale nie mogłem po prostu pójść dalej.
- Rozumiem.
Ścisnął jej dłoń. - Byłaś dzielna i sprawiłaś im dużą radość.
- Pomyśleli, że tak bardzo kocham dzieci.
- Trochę mnie  to ubawiło.  Najpierw była sceptyczna, a po chwili w 

ogóle nie chciała nas puścić.

Elise nie odezwała się; czuła, że ma ściśnięte gardło.
- Nie płacz, Elise. Spróbuj się pocieszyć tym, że jest mu dobrze.
- U nas też byłoby mu dobrze.
- To prawda, ale nie mogłaś na to nic poradzić. To był wybór Hildy. 

Dokonała go, nie pytając cię o zdanie.

- Powinnam była wiedzieć, czego naprawdę chce.

background image

-   Nic   by   to   nie   pomogło,   nie   mogłaś   temu   zapobiec.   Hilda   bardziej 

słuchała majstra, a nikt nie mógł przewidzieć, jakie on ma plany.

- Czasami go nienawidzę. Zniszczył życie Hildy.
- Aż tak źle chyba nie jest. Dalej u niego pracuje. Jeśli miałaby do niego 

żal, przeniosłaby się. 

Elise przytaknęła. Poczuła, że ucisk, który czuła w piersiach, nareszcie 

zelżał.

- Masz rację. Może Braciszkowi rzeczywiście będzie lepiej tam, gdzie 

teraz jest. Trudno powiedzieć, jaką matką byłaby Hilda.

- Jest za młoda.
- Nad rzeką mieszka dużo matek, które nie są wiele od niej starsze.
- Większość z nich nie powinna być matkami. Czeka ich trudne życie. 

Myślę o tych wszystkich dzieciach przynoszonych do żłobka przed szóstą 
rano i odbieranych dopiero o szóstej albo ósmej wieczorem. A kiedy nie 
mogą   już   dłużej   być   w   żłobku,   matki   zostawiają   je   same   w   zimnych, 
pełnych przeciągów mieszkaniach, gdzie nikt się nimi nie zajmuje. Ciągle 
zdarzają się jakieś wypadki, dzieci są tylko dziećmi. Bywają nieostrożne. 
W najlepszym razie mogą poprosić sąsiadkę o pomoc, ale nie każdy jest w 
tak dobrej sytuacji.

Elise  przytaknęła. - Wiem.  Widzę, jak martwią  się matki w fabryce. 

Mają   rozgonione   spojrzenia,   ciągle   nasłuchują,   jakby   przez   szum 
wodospadu i hałas maszyn mogły usłyszeć głosy swoich dzieci. Jak tylko 
słyszą stukanie kotłów z jedzeniem na korytarzu, gnają do domu. A kiedy 
wracają, są na ogół jeszcze bardziej zmartwione.

- To nie jest życie, ani dla dzieci, ani dla matek. Cieszę się, że masz 

swoją matkę. Kiedy nasze dziecko się urodzi, powinna zostać w domu. Dla 
niej też tak będzie najlepiej. Widać po niej, że przeszła poważną chorobę, 
nawet jeśli wróciła już do zdrowia.

Elise   poczuła   ciepło   w   sercu.   „Nasze   dziecko".   Czy   był   na   świecie 

lepszy człowiek niż Emanuel?  Pokiwała głową i powiedziała: - O tym 
samym   myślałam.   U   Magdy   nie   zarabia   wiele.   Przy   twoich   i   moich 
zarobkach, i może z niewielką pomocą Kristiana i Pedera, na pewno sobie 
poradzimy.

Kiwała głową, kiedy to mówiła, ale nagle przypomniała sobie o grożącej 

wojnie. Kiedy Emanuel dostanie wezwanie, zostaną im tylko jej zarobki. 
A ona nie wiedziała nawet, ile płacą za wynajęcie domu.

background image

Emanuel   najwyraźniej   pomyślał   o   tym   samym.   -   Mam   nadzieję,   że 

dostanę urlop z fabryki na te parę dni, a jeśli nie, jestem pewien, że ojciec 
wspomoże nas jakąś sumą.

- Mówisz „parę dni". Myślisz, że w parę dni może być po wszystkim?
-   Rozmowy   ze   Szwedami   już   się   toczą.   Podobno   ich   premier   ma 

niesłychany   dar   przekonywania   i   bardzo   się   zaangażował.   Wcześniej 
kierował jedną z najlepszych stoczni w kraju, był działaczem gminnym, 
przewodniczącym   partii,   a   potem   zrobił   karierę   jako   polityk.   Moim 
zdaniem to dobrze wróży pokojowemu rozwiązaniu unii.

- Mam nadzieję, że masz rację.
Doszli do mostu Bentsebrua i nagle wokół nich zrobiło się pusto. Ludzie 

pewnie powracali już do domów na wczesny niedzielny obiad. Emanuel 
przyciągnął do siebie Elise, chwycił ją za brodę i uniósł do góry jej twarz. 
- Na naszym niebie nie będzie chmur, Elise. Świeci słońce i mamy siebie. 
Czego więcej możemy sobie życzyć?

Elise zamknęła oczy i odwzajemniła jego pocałunek, tuląc się do niego. 

Jak mogła wątpić? Emanuel był teraz najważniejszy w jej życiu; był tym 
najlepszym, co ją spotkało.

Kiedy wrócili do domu, od razu poczuli zapach smażonej ryby. Zamiast 

zaparzyć kawę, matka zabrała się do smażenia ryby, którą złapał Peder, 
podgrzała   też   resztki   gulaszu   z   wesela.   Niewiele   tego   było,   ale   zjedli 
jeszcze po kanapce i nikt nie był głodny.

Kończyli   jeść,   kiedy   usłyszeli   kroki   na   zewnątrz.   Weszła   Hilda, 

spocona, zdyszana i w brudnym swetrze.

- Ależ Hildo! - Matka patrzyła na nią przerażona. - Dzisiaj jest niedziela.
-   Dla   niektórych   tak.   Ale   nie   dla   takich   wołów   roboczych   jak   ja   - 

powiedziała   Hilda   stłumionym   głosem.   -   Pracuję   od   szóstej   rano.   Pan 
Paulsen źle się czuje i marudzi bardziej niż dziesiątka dzieciaków naraz. - 
Powiodła głodnym wzrokiem po stole. - Zostało coś dla mnie?

Matka szybko się podniosła, oddając jej swój stołek. - Ja już nie dam 

rady. Możesz zjeść za mnie.

Elise   wiedziała,   że   matka   kłamie,   bo   ledwie   zaczęła   jeść.   Hilda   na 

pewno miała co jeść u Paulsena. Nie powinna przychodzić i zjadać posiłku 
matki.

Hilda usiadła i zaczęła pochłaniać jedzenie, mówiąc między kolejnymi 

kęsami.

background image

- Agnes jest strasznie zdenerwowana. Wymknęła się dzisiaj rano z domu 

i przybiegła do mnie. Wślizgnęłyśmy się do mojej służbówki. Pozwoliłam 
się jej wygadać. Wymówiła Carlsenom, chociaż nie wie, czy będzie mogła 
wrócić do Hjula.

Zarówno Elise, jak i Emanuel patrzeli na nią przerażeni. - Wymówiła? - 

spytała  Elise  poruszona.  -  Jak  mogła  to  zrobić?  Dziewczęta  czekają w 
kolejce, żeby dostać pracę czy to w przędzalni, czy w tkalni.

Hilda   wzruszyła   ramionami   i   jadła   dalej,   nie   podnosząc   głowy.   - 

Powiedziała, że nie ma to dla niej żadnego znaczenia. Jeśli nie dostanie 
pracy, zawsze może iść w ślady Oline.

- Chyba nie mówiła tego poważnie - odezwała się Elise wstrząśnięta.
- Owszem, mam wrażenie, że tak. I nie wydaje mi się, żeby miała coś 

przeciwko   temu.   Zarobi   więcej   niż   gosposia.   To   naprawdę   spore 
pieniądze.

- Co robi Oline?  - spytała  matka,  która stała  przy  piecu i dokładnie 

wyskrobywała resztki gulaszu z garnka.

Elise posłała siostrze nieznoszące sprzeciwu spojrzenie. Hilda musiała 

szybko znaleźć jakieś wytłumaczenie.

- Pracuje w mieście. Chyba gdzieś w sklepie, czy coś takiego.
- W sklepie nie zarabia się dużo.
- Zależy w jakim.
- Ma czwórkę małych dzieci. Co z nimi robi?
- Jedno dziecko nie żyje, a najstarsze pilnuje młodszych. Odwiedziłam 

ją kiedyś zimą.

Elise   poczuła   się   niepewnie.   Nigdy   nie   zazna   spokoju,   jeśli   Ag-nes 

pójdzie na ulicę. Może Agnes naprawdę kochała Emanuela i teraz życie 
straciło dla niej sens? Powinna była znacznie wcześniej powiedzieć jej o 
Emanuelu, o tym, jak bardzo się zaangażowała.

Peder   i   Kristian   skończyli   jeść   i   spytali,   czy   mogą   iść   się   bawić   z 

Evertem, który czekał na nich na zewnątrz.

Matka odstawiła garnek i nalała do niego wody. - Nie sądzę, żeby Oline 

miała się lepiej niż wy. Agnes grymasi i w tym cały problem.

Hilda podniosła się z wysiłkiem. - Agnes nie grymasi. Powinno się jej 

współczuć. A jeśli coś sobie zrobi?

Emanuel kiwał bezradnie głową. - Rozumiem, że uważasz, że to moja 

wina, ale mogę ci przysiąc, że nigdy nie dawałem jej żadnej nadziei. Być 
może   byłem   ślepy   i   głupi.   Na   początku   myślałem,   że   naprawdę   jest 

background image

zainteresowana Armią Zbawienia. Potem zrozumiałem, że co innego ją do 
nas ciągnęło. Tak samo myślałem, kiedy zapragnęła nauczyć się grać na 
gitarze. Dopiero dużo później zrozumiałem, że chodziło jej o mnie...

Matka podeszła do stołu. - Agnes to latawica. Jest taka, odkąd skończyła 

czternaście lat. Z jakiegoś powodu, którego nie rozumiem, ma powodzenie 
u chłopców, dostaje każdego, którego sobie upatrzy. Pewnie pierwszy raz 
nie dostała tego, którego chciała, i nie może się z tym pogodzić.

Hilda   wstała   od   stołu,   jadła   pośpiesznie   i   już   skończyła.   -   Wszyscy 

jesteście   podli.   Ty   też,   mamo.   Zawsze   mówiłaś,   że   należy   ludziom 
współczuć i okazywać litość. To wina Elise, że Agnes jest nieszczęśliwa. 
Zabrała   jej   Emanuela,   bo   potrzebowała   kogoś,   kto   o   nią   zadba   - 
powiedziała Hilda i wybiegła z kuchni.

Matka posłała Emanuelowi zażenowane spojrzenie. - Ona nie wie, co 

mówi.   Znam   Hildę.   Kiedy   coś   jest   nie   po   jej   myśli,   nie   potrafi   się 
pohamować. Za chwilę będzie tego żałowała i wróci przepraszać.

Emanuel uśmiechał się uspokajająco. - Nie biorę tego do siebie, pani 

Lovlien. Hilda ma swoje zmartwienia. Oddała swoje dziecko, a jego ojciec 
mieszka po drugiej stronie ulicy. To musi być trudne do wytrzymania.

Matka przytaknęła zamyślona. - Może też będzie mogła dostać równie 

dobrze płatną posadę jak Oline?

Elise zmroziło. - Nie, mamo, nie sądzę. Jest... za młoda.
- Za młoda? Ma skończone siedemnaście lat.
- Porozmawiam z Oline i dowiem się, o co tu naprawdę chodzi. Może 

wcale nie zarabia tak dobrze, jak Agnes myśli.

Elise posłała Emanuelowi przelotne spojrzenie, zastanawiając się, czy 

wiedział, czym zajmuje się Oline.

- Może pójdziemy się przejść, kiedy skończę zmywać. „Svasrta" leży na 

stole. Poczytaj sobie.

Tym razem ruszyli w dół rzeki. Elise rzadko tędy chodziła, a wschodnim 

brzegiem   nie   szła   od   czasu   tego   przykrego   zdarzenia,   kiedy   to   dwóch 
mężczyzn zaczęło za nią biec. Ale teraz musiała. Emanuel chciał pokazać 
jej okno swojego biura w fabryce.

- Wiesz, że budynek tkalni płótna żaglowego jest drugi co do wielkości 

w kraju? Ludzie pielgrzymują tu, żeby obejrzeć taki wielki zakład.

Elise pokiwała głową. Wiedziała wszystko o fabryce, przecież Johan też 

w niej pracował, nie chciała jednak przypominać o tym Emanuelowi.

background image

-   Produkujemy   płótno   na   żagle,   pakuły   i   nici   na   sieci   do   łodzi   i 

zatrudniamy ponad tysiąc robotników. Słyszałaś, że w dole potoku można 
łowić łososie? - dodał nagle. - Przypływają tu z fiordu i zostają. Nie płyną 
w górę, tylko tu składają ikrę. Ale woda tam nie jest wiele lepsza. Cuchnie 
niemal w każdym miejscu.

Elise nie słuchała go uważnie, myślała o Agnes.
-   Muszę   ci   coś   powiedzieć,   Emanuelu.   Mówiłam   ci   kiedyś,   czym 

naprawdę zajmuje się Oline?

- Nie - odpowiedział, odwracając się w jej stronę.
- Jest na ulicy.
Patrzył na nią, nic nie rozumiejąc. - A ta posada w sklepie?
- Powiedzieliśmy tak ze względu na mamę i chłopców.
- Więc Agnes zastanawia się, czy nie pójść na ulicę? W jego głosie 

słychać było niedowierzanie.

- Myślę, że Hilda tylko tak mówi. Jest zazdrosna i bierze stronę Agnes. 

Być może powiedziała coś takiego w chwili poruszenia, ale nie wierzę, 
żeby na serio o tym myślała.

- To byłoby czyste szaleństwo. Nie jest jej źle u Carlsenów. Codziennie 

je do syta, ma własny pokój, pracuje z miłymi ludźmi. Poza tym sama tę 
posadę wybrała.

- Nie dlatego, że chciała być służącą, tylko żeby być blisko ciebie.
- Mam mieć wyrzuty sumienia? - spytał, a w jego głosie dał się słyszeć 

pewien sarkazm.

Uśmiechnęła się. - Nie, myślę, że ani ty, ani ja nie jesteśmy winni temu, 

że   Agnes   czuje   się   nieszczęśliwa.   Zastanawiam   się   tylko,   czy   nie 
bylibyśmy w stanie jej pomóc? Wytłumaczyć jej pewne rzeczy.

- Pójdę do Carlsenów i porozmawiam z nią. I tak wybierałem się do nich 

podziękować   za   prezent   ślubny.   Mimo   że   niezbyt   udany   -   dodał   i 
uśmiechnął się do niej z błyskiem w oku.

Elise mogła tylko też się uśmiechnąć. Carlsenowie podarowali im małą 

lampę z alabastru, elektryczną...

- Może kiedyś się nam przyda - powiedziała, chcąc go pocieszyć, bo 

sama   w   to   też   nie   wierzyła.   Tylko   bogatych   stać   było   na   elektryczne 
oświetlenie.

- To nie ma znaczenia, Elise. Podobasz mi się w świetle lamy naftowej 

albo   w   blasku   świec.   Światło   jest   wtedy   takie   łagodne,   nastraja   do 
rozmyślań i refleksji, co wzmacnia poczucie wspólnoty.

background image

Nigdy tego tak nie postrzegała. Kiedy ciemność zaczynała się skradać, 

trudniej było cerować skarpety, łatać spodnie czy przyszywać guziki. Nic 
jednak nie powiedziała.

-   Nie   powiesz   chyba   Hildzie,   kogo   spotkaliśmy   dzisiaj   przed 

południem? - spytała czujnie.

- Nie, raczej nie. Chociaż kusi mnie opowiedzieć jej, jak dziecku jest 

dobrze i jaka dumna i szczęśliwa jest pani Josefine Paulsen. Ale Hilda nie 
jest chyba na tyle dojrzała, żeby spojrzeć na to w ten sposób. Tylko się 
zdenerwuje i będzie zła.

-   Miałabyś   ochotę   się   do   nich   kiedyś   wybrać?   Nalegali,   żeby   ich 

odwiedzić.

Posłała mu przerażone spojrzenie.
- Naprawdę chciałbyś? Mielibyśmy odwiedzić Braciszka i jego nowych 

rodziców? To byłaby zdrada wobec Hildy.

-   Może   tak,   a   może   nie.   W   perspektywie   dałoby   to   nam  możliwość 

śledzenia   jego   życia.   Mielibyśmy   pewność,   że   jest   mu   dobrze,   i 
moglibyśmy interweniować, gdyby coś było nie tak.

- Nie proś mnie o to. W każdym razie nie teraz.
Ścisnął jej dłoń. - Pójdziemy  tam tylko, jeśli będziesz tego chciała - 

powiedział.

Kawałek dalej stała grupka chłopców. Coś w sposobie, w jaki stali i 

rozmawiali ze sobą, w jaki na nich patrzyli, sprawiło, że Elise zwolniła 
kroku.

- Powinniśmy chyba wracać. Mama pewno się zastanawia, co się z nami 

stało.

Emanuel   spojrzał   na   nią,   po   czym   skierował   wzrok   w   stronę   grupy 

chłopców. Bez słowa zawrócił na pięcie i zaczął iść z powrotem.

Milczeli przez resztę drogi. Na czole Emanuela  pojawiła się głęboka 

zmarszczka.

Elise   wzdrygnęła   się.   Czy   Emanuel   byłby   w   stanie   rozpoznać   na-

pastnika, jeśli spotkałby go na ulicy? Zapamiętał jego rude, kręcone włosy, 
które wyraźnie się wyróżniały. Kiedy zrozumiał, że minęli ich na moście, 
wpadł w złość; potrząsał nią, zaciskając pięści. Dopiero kiedy powiedziała, 
że nie odważyła się odezwać, bojąc się jego reakcji, wziął się w garść. 
„Masz   rację,   Elise.   Lepiej,   że   tego   nie   wiedziałem.   Dołożyłbym   całej 
trójce".

background image

Gdyby Emanuel trafił na drania, kiedy ten był sam, trudno powiedzieć, 

jak by to spotkanie mogło się skończyć. Przeszedł ją dreszcz. Na co dzień 
Emanuel był najmilszym i najspokojniejszym mężczyzną na świecie, ale 
pod powierzchnią, krył się Spory temperament.

Nie śmiała się odwrócić. Nie chciała, żeby Emanuel odgadł, o czym 

myślała.

Banda   chłopaków   stała   w   pobliżu   fabryki.   Czy   to   możliwe,   że   tam 

pracowali? W tym samym miejscu, gdzie Emanuel?

 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Letnie   upały   nadal   się   utrzymywały.   Wieczorami   zdarzały   się   silne 

deszcze, a nawet burze, ale następnego dnia słońce znów jasno świeciło.

W małym domku majstra życie toczyło się jak co dzień. Każdego ranka, 

tuż   przed   szóstą,   Elise   wyruszała   do   przędzalni,   a   godzinę   później 
Emanuel  wychodził do fabryki, gdzie  zasiadał w swoim biurze. Matka 
gotowała   i   naprawiała   ubrania   chłopców,   ale   z   cięższymi   pracami 
domowymi sobie nie radziła. Peder towarzyszył Evertowi do szkoły, gdzie 
ten  czyścił  rynny  z liści  i  rąbał drzewo. Peder wolał mu  pomagać   niż 
siedzieć i się nudzić. Kristian natomiast spotykał się z kolegami, nie chciał 
jednak powiedzieć, co robią.

Elise   czuła,   jak   z   każdym   dniem   rośnie   jej   miłość   i   szacunek   do 

Emanuela. Nie mógł się jej trafić lepszy mąż; był miły, troskliwy i prawie 
zawsze w dobrym humorze. Wnosił do domu śmiech i radość. Peder go 
ubóstwiał, nawet Kristian jakby odtajał i stał się bardziej dostępny. Matka 
była   radosna.   Elise   prawie   już   jej   takiej   nie   pamiętała.   Wzdychała 
zadowolona:   -   Dziękuję   Bogu,   że   Emanuel   wkroczył  w   nasze   życie.   - 
Albo: - Opatrzność tobą kierowała, kiedy tego dnia poszłaś do Świątyni po 
buty   dla   Pedera.   -   Wobec   chłopców   była   ostra:   -   Nie   róbcie   takiego 
bałaganu,   to   nie   jest   nasz   dom!   Macie   być   posłuszni   i   grzeczni,   bo 
Emanuel będzie miał nas dosyć.

Ale Emanuel tylko się śmiał i mówił: - Na Boga, pozwólcie im być 

dziećmi. To jest też ich dom; chcę, żeby się tu czuli swobodnie, niech się 
bawią i śmieją, jak to dzieci.

Kiedy   nad   rzeką   zapadła   letnia   noc   i   robotnicy   udali   się   już   na 

spoczynek, Elise i Emanuel mieli chwilę dla siebie w swoim pokoiku.

Przez   okno   wpadało   wieczorne   słońce,   rozświetlając   małe   pokoje  od 

wschodu. W pomieszczeniach czuło się ciepło lata, słychać też było szum 
wodospadu w oddali, a oni napawali się sobą i swoją miłością.

Emanuel nigdy nie miał dosyć. Elise cieszyła się, że mogła dać mu to, 

czego chciał, ale zdarzało się, że wracała zmęczona po długim dniu pracy 
w przędzalni i musiała się mobilizować, żeby nie poczuł się zawiedziony. 
Albo żeby nie zasnąć. Szczególnie kiedy upał w fabryce stawał się nie do 
wytrzymania, a im kazano pracować po godzinach.

- Tak nie może być - mówił Emanuel, denerwując się w jej imieniu. - 

Nie   mogą   żądać,   żebyś   wstawała   o   piątej   i   pracowała   dwanaście-

background image

czternaście godzin za tak marne pieniądze! Jeśli któraś z was się trochę 
spóźni, zaraz potrącają jej z pensji, a jeśli nie przyjdzie dzień czy dwa, 
traci pracę. To niewolnictwo!

- Nie mam ani lepiej, ani gorzej niż inni - protestowała Elise. - Nawet 

mam bliżej do pracy niż większość. Jedna z prządek mieszka w komórce 
na strychu, gdzie szczury mają swoje nory. Papierami utyka największe 
dziury,   żeby   ochronić   się   przed   najgorszym   mrozem   i   wiatrem.   Nie 
mówiąc już o pannach służących, które pracują jeszcze dłużej i nawet nie 
mają wolnej każdej niedzieli.

- Ale przynajmniej lepiej mieszkają. Nie chcę dociekać, kto ma lepiej, 

czy   gorzej;  złości   mnie,   jak   się   traktuje   robotników   w  tym  kraju.   Coś 
trzeba   zrobić.   Nie   możecie   na   to   pozwalać.   Fabrykanci   zgarniają 
pieniądze, stawiają piękne domy, kupują samochody, a tym, dzięki którym 
tryby się kręcą, ledwie starcza na jedzenie. To wstyd.

Elise nic nie mówiła. Wiedziała, że Emanuel ma rację, ale była zbyt 

zmęczona, żeby podjąć dyskusję.

Dwa tygodnie po weselu stało się to, czego się obawiała. Emanuel dostał 

kartę mobilizacyjną. Miał się stawić dwudziestego piątego lipca.

Elise paraliżował strach, ale starała się go nie okazywać. W najgorszych 

momentach, kiedy wracając z pracy, szła wieczorem przez most, ciągnąc 
nogę   za   nogą,   tak   zmęczona,   że   miała   wrażenie,   że   gdyby   teraz   się 
potknęła, toby upadła, czuła, jakby Emanuel dostał wyrok śmierci. Nie 
miała pojęcia, jak sobie poradzi, kiedy zostaną jej tylko jej własne zarobki, 
nędzne  siedem koron   tygodniowo.  Kiedy   mieszkali   w Andersengarden, 
pieniądze te szły na czynsz, na jedzenie i opał. Z pensji Hildy kupowali 
ubrania, buty, mydło i czasem jakąś gazetę. Bez gazety mogli się obyć, ale 
chłopcy rośli i ubrania szybko stawały się za małe, a na kolanach i na tyłku 
nie było już miejsca na nowe łaty. Czynsz w domu majstra był na pewno 
dużo wyższy niż w Andersengarden. Może będą się musieli przeprowadzić 
do   mieszkania,   gdzie   będą   dzielić   kuchnię   z   drugą   rodziną?   Szczury   i 
dziury w ścianach poutykane papierem... Wzdrygnęła się.

Emanuel mówił, że porozmawia z ojcem, ale to na pewno nie było takie 

proste. Tego właśnie spodziewali się jego rodzice i ich przyjaciele. Byli 
zbyt dobrze wychowani, żeby to okazać, ale w głębi duszy by się cieszyli. 
Powtarzaliby: „A nie mówiłem?", i kiwali głowami. Według nich nagły 
ślub Emanuela był nieszczęściem. Karolinę nawet się założyła z ojcem, że 
zanim minie, rok Emanuel wróci.

background image

A minęły dopiero dwa tygodnie...
Kiedy   jednak   wieczorem   leżała   w   jego   objęciach   w   brązowym 

mahoniowym łóżku i czuła jego ciepło, jego miłość i optymizm, wszystkie 
czarne myśli znikały. Nie musiała mu nawet mówić o swoich obawach. 
Rozumiał, co ją dręczy, i uspokajał ją.

- Będę płacił czynsz. Mam odłożone trochę koron, no i mogę też coś 

sprzedać. Wolałbym nie prosić o nic ojca, jeśli będę mógł tego uniknąć. 
Zawsze   krytykował   moje   wybory   i   był   bardzo   przeciwny   mojemu 
wstąpieniu   do   Armii   Zbawienia.   Nie   chciałbym  teraz   usłyszeć:  „A  nie 
mówiłem?" Tyle dumy jeszcze mam. Wiem, że tylko czeka, aż wrócę z 
podkulonym ogonem, ale to się nie stanie.

Elise   dobrze   go   rozumiała.   Dla   niej   też   byłoby   poniżające   musieć 

przyjmować jałmużnę od jego ojca. Ale jeśli nie miało się gdzie mieszkać 
i było się głodnym, trzeba było zapomnieć o honorze. Tyle wiedziała. - 
Jakoś to będzie, Emanuelu - pocieszała go. - Skoro Evert znalazł pracę, 
Peder na pewno też coś znajdzie. Gdyby Kristian bardziej się starał, też 
mógłby pracować. Jest od nich wyższy i silniejszy, potrafi być bystry i 
wygadany, jeśli tylko chce.

- Mam nadzieję, że to nie potrwa długo. Tym musimy się pocieszać.
Elise   nie   odpowiedziała.   Nikt   nie   wiedział,   jak   długo   trzeba   będzie 

pilnować granicy. Może kilka miesięcy, może rok. Jeśli i Norwegowie, i 
Szwedzi  będą  się   upierać   przy   swoim  i  nikt   nie   będzie   chciał  ustąpić, 
napięta sytuacja mogła się jeszcze długo utrzymywać, mogło nawet dojść 
do walk. Starała się odgonić od siebie tę myśl.

- Widziałaś się ostatnio z Hildą? - spytał Emanuel, najwyraźniej żeby 

odwrócić jej myśli.

Przytuliła się do niego. - Nie, nie widziałyśmy się od tamtej niedzieli po 

naszym weselu.

- Nie dziwi cię to?
-   Mama   się   martwi,   ale   mnie   się   wydaje,   że   Hilda   jest   po   prostu 

zazdrosna   i   nie   chce   patrzeć,   jaka   jestem  szczęśliwa.   Wiem,   że   już   to 
mówiłam, ale taka jest prawda.

Położył się na niej i zaczął ją całować. - Rozumiem ją - wyszeptał. - 

Każdy by nam zazdrościł, gdyby wiedział, jak jest nam dobrze. - Znów ją 
pocałował,   a   ona   czuła,   jak   jego   członek   twardnieje   i   robi   się   coraz 
większy.   -   Nigdy   nie   będę   miał   cię   dosyć   -   powiedział   cichym, 
schrypniętym głosem. - Tęsknię za tobą, kiedy siedzę w biurze, a godziny 

background image

mijają powoli. Mógłbym tak leżeć i kochać się z tobą dzień i noc. Jutro 
jest niedziela. Czy twoja matka nie planowała wybrać się w odwiedziny do 
pani Thoresen sprawdzić, co u niej?

Elise roześmiała się cicho. - Owszem, a chłopcy jadą nad jezioro kapać 

się.

Chichotał, wtulając się w jej szyję. - To już wiem, co ja chciałbym robić.
Uśmiechnęła się i pocałowała go w czoło. Nie śmiała powiedzieć, że 

wolałaby pogrzać się w ciepłym letnim słońcu. Lato tak szybko mijało, a 
zima była taka długa. To słońce dawało im siłę przetrwać długie zimowe 
mrozy.

Starała   się   jednak,   żeby   nie   zauważył,   że   dla   niej   było   to   za   dużo: 

każdego wieczoru, każdej nocy, każdego ranka, zanim wstała o piątej rano. 
Czuła, jak bardzo jest zmęczona, jeszcze zanim zdążyła przejść przez most 
w drodze do przędzalni.

Ale za dwa tygodnie miał wyjechać. Potem będzie wspominała te dni z 

tęsknotą.   Nocami   będzie   brakowało   jej   jego   gorącego   ciała   i   będzie 
żałowała, że w ogóle mogła tak myśleć.

Następnego dnia całe przedpołudnie spędzili w domu, mimo że słońce 

prażyło z bezchmurnego nieba. Nie było wiatru, była piękna pogoda. Z 
małych drewnianych domków na zboczu dochodziły  pojedyncze krzyki 
dzieci i śmiech. Wzdłuż rzeki chodzili chłopcy z wędkami na ramieniu, 
szukając czystszej wody.

Elise widziała ich z okna dziennego pokoju, wychodzącego na rzekę i 

przędzalnię, i dziwiła się, że lato i zima mogły aż tak się różnić. Drzwi 
były otwarte, miała widok na zieleń. Docierał do nich szum wody, a jeśli 
wiatr   wiał   z   właściwego   kierunku,   można   było   nawet   poczuć   zapach 
kwiatów i wilgotnej trawy.

Chciałaby wyjść na zewnątrz.
Emanuel zaszedł ją od tyłu, stanął obok niej, objął ją i pocałował w 

szyję. Czuła jego twarde przyrodzenie i wiedziała, czego chciał.

- Idziesz, Elise? - szeptał schrypniętym głosem.
Siłą oderwała wzrok od lata na zewnątrz i poszła za nim do sypialni. 

Jeśli tylko nie myślała o niczym innym i koncentrowała się na nim, zwykle 
szybko udawało mu się porwać ją ze sobą. Jego pożądanie podniecało ją, a 
on zawsze dbał, żeby i jej było dobrze. Bardzo dobrze!

background image

Emanuel   westchnął.   -   Mam   nadzieję,   że   matka   szybko   nie   wróci.   - 

Położył się na plecach, chciał, żeby na nim usiadła. - Jeśli mi pomożesz, 
zrobimy to jeszcze raz. Usiądź na mnie.

Zrobiła, jak chciał, ale nie podobało się jej to. W pokoju było jasno, 

krępowało   ją,   że   leżał   i   patrzył   na   jej   piersi,   które   podskakiwały   przy 
każdym ruchu. Zawsze też bała się, że ktoś mógłby zajrzeć przez okno. 
Nie   podobało   się   jej   też,   że   widział,   jak   jej   brzuch   zaczyna   się   coraz 
bardziej   zaokrąglać.   Nagle   pomyślała   o   dziecku,   które   w   sobie   nosiła. 
Może to mu nie służyło? Po raz pierwszy pomyślała o dobru dziecka, a nie 
o Emanuelu i o niej samej.

Ledwo zdążyli się ubrać, kiedy usłyszeli kroki matki na zewnątrz. Elise 

odwróciła głowę zawstydzona, kiedy matka weszła do kuchni.

- Wciąż tu jesteście? Nie powinnaś wyjść trochę na świeże powietrze? 

Cały tydzień spędzasz w tym okropnym fabrycznym kurzu.

Elise zauważyła, że Emanuelowi brakowało tchu, kiedy odpowiedział 

zamiast niej:

- Już wychodzimy. Obiecałem, że zniosę Annę ze schodów.
- Czeka na was od śniadania.
W głosie matki słychać było karcący ton.
-   Co   u   pani   Thoresen?   -   spytała   Elise,   kiedy   w   końcu   się   do   niej 

odwróciła.

- Nie najlepiej. Ciężko znosi upał w fabryce. Poza tym jak zwykle tęskni 

do Toten.

- Do Toten? - spytał Emanuel i spojrzał na nią zdziwiony.
-   Pochodzi   z   małej   osady   w   Toten   i   tęskni   za   domem,   odkąd   tylko 

przyjechała do Kristianii. Każdego lata mówi, że musi pojechać do domu, 
ale nigdy nic z tego nie wychodzi.

- Dlaczego?
- Po pierwsze nie ma pieniędzy na pociąg, po drugie nie ma do kogo 

wracać.   Rodzice   już   dawno   umarli,   a   rodzeństwo   wyemigrowało   do 
Ameryki. Został tylko jeden brat, który jest marynarzem.

- Zaraz do nich pójdziemy - powiedziała Elise. - Emanuel zniesie Annę 

ze   schodów,   a   ja   zawiozę   ją   na   mostek.   Nareszcie   ma   własny   wózek. 
Uwielbia patrzeć na rzekę.

-   Ona   tam   na   ciebie   czeka   -   odezwała   się   matka,   patrząc   na   nią   z 

wyrzutem w oczach.

background image

Jak   tylko   wyszli   na   drogę   i   oddalili   się   nieco   od   domu,   Emanuel 

podszedł do niej bliżej.

- Twoja mama nie jest ostatnio w najlepszym nastroju.
- To prawda. Jest taka blada. W nocy słyszałam, jak kaszle. Może się 

boi, że choroba powróci?

-   Powinna   jak   najwięcej   przebywać   na   słońcu.   Podobno   słońce   jest 

najlepszym lekarstwem na suchoty.

-   Mówiłam   jej   to,   ale   ona   nigdy   nie   ma   czasu.   Zawsze   jest   coś 

ważniejszego: a to musi iść do sklepu, a to sprawić rybę, ugotować zupę 
na   kości,   którą   kupiła   tanio   u   rzeźnika,   czy   wyczyścić   lampy.   Mam 
wrażenie, że wstydziłaby się, gdyby po prostu usiadła w słońcu. Co by 
było, gdyby ktoś to zauważył? Z okien przędzalni widać schodki naszego 
domku, a jeśli rano usiadłaby przy wschodniej ścianie czy po południu 
przy   południowej,   widać   byłoby   ją   z   okien   drewnianych   domków   na 
zboczu, tak twierdzi.

- Przed południem nikogo nie ma w domu.
- Też jej to mówiłam, ale wszystko na nic. Szli chwilę, nie odzywając 

się do siebie.

- Rozmawiałem z Agnes - odezwał się Emanuel lekkim tonem, ale Elise 

wiedziała, że bał się jej o tym mówić.

Patrzyła na niego w napięciu. - Wciąż jest taka zła? - spytała.
Przytaknął.   -   Złożyła   wymówienie   u   Carlsenów.   Chce   zamieszkać   z 

jedną   z   tych   prządek,   które   wiosną   zostały   zwolnione.   Teraz   chyba 
mieszka z rodzicami, tak mi się wydaje, ale nie wiem.

Elise poczuła, jak przeszywa ją chłód i wnika głęboko w jej duszę. To 

moja wina, pomyślała znów.

- Co zamierza robić? - tylko tyle odważyła się powiedzieć.
- Na razie może mieszkać za darmo. Te parę koron, które udało się jej 

zaoszczędzić, wydała na ubrania. Miała na sobie nowy kapelusz i nowe, 
białe rękawiczki.

- Powiedziała ci, gdzie będzie mieszkać?
- Chyba w Vaterlandzie.
- Nie udało ci się dowiedzieć, co zamierza robić?
Pokręcił głową. - Nie, ale to chyba jasne? Nie wyglądała na specjalnie 

przejętą.   Wręcz   przeciwnie,   odniosłem   wrażenie,   że   cieszy   się,   iż 
rozpocznie nowe życie.

- To niemożliwe! - powiedziała Elise wzburzona.

background image

Pamiętała   dzień,   w   którym   udała   się   na   Lakkegata   w   poszukiwaniu 

dziewcząt,   które   były   z   jej   ojcem.   Miała   przed   oczyma   obraz   małego 
ciemnego   pokoiku,   cuchnącego   uryną   i   gorzałką,   gdzie   Othilie   leżała 
zwinięta w kłębek na wąskim polowym łóżku, jak przerażone dziecko, z 
włosami   w   strąkach,   w   brudnym   ubraniu   i   w   dziurawych,   czarnych 
pończochach. Słyszała jej głos, kiedy biegła za nią po ulicy.

„Te pieniądze są mi potrzebne na jedzenie. Dwa dni nic nie jadłam". 

Potem   nastąpił   wstrząsający   opis   choroby.   „Cała   skóra   boli.   Kiedy 
zaczęłam odkrywać kolejne wrzody, zaczęły mi drżeć kolana".

Musi opowiedzieć Agnes o swoim przeżyciu, o paraliżującym strachu 

Othilie przed zachorowaniem, przed biedą i okropnym otoczeniem. Może 
powinna z nią tam pójść, żeby sama to zobaczyła?

-  Muszę  z  nią  porozmawiać.  Ona  nie  ma   pojęcia,  jakie  to   groźnie   - 

powiedziała.

- Nie sądzę, żeby to coś dało, Elise. Nie sądzę też, żeby chciała z tobą 

rozmawiać. Pewno uważa, że ją zawiodłaś.

- Trudno. Była moją najlepszą przyjaciółką, muszę spróbować. Jestem 

jej to winna.

Emanuel uściskał ją gorąco.
Dziwnie się czuła, będąc znów w Andersengarden. Fetor ze śmietników 

zdawał się być gorszy niż dawniej, ale może to z powodu letniego upału. 
Smród   na   klatce   był   niemal   nie   do   wytrzymania.   Nie   potrafiła   sobie 
wyobrazić, że mogłaby tu wrócić, do mieszkania podobnego do tego, w 
jakim kiedyś mieszkali. Poza tym byłoby to kosztowne. Torgny „Zrzęda" 
nie   pozwoliłby   im   zamieszkać   od   podwórza,   a   w   skrzydle   obok   było 
jeszcze gorzej. Słyszała, że w niektórych czynszówkach mieszkało nawet 
do   dwóch   tysięcy   ludzi,   czyli   średnio   piętnaście   osób   w   jednym 
pomieszczeniu. To było chyba nie do wytrzymania.

Kiedy stanęli pod drzwiami do mieszkania pani Thoresen, Elise miała 

wrażenie, że z kuchni dochodzą jakieś głosy. Może była tu pani Evertsen 
albo pani Albertsen. Zawsze trzymały się razem, w trójkę.

Emanuel zapukał, a pani Thoresen od razu zawołała: „Proszę!"
Ku swojemu przerażeniu Elise zobaczyła, że był tam jeden z kolegów 

Lorta-Andersa.   Spotkała   go   już   kiedyś   przed   sklepem   Magdy;   wtedy 
właśnie przyznał, że to on powiedział Johancwi o niej i o Emanuelu. Stał 
na   środku   kuchni   w   szerokim   rozkroku,   śmiejąc   się   tak,   że   wszyscy 
widzieli czarną dziurę po brakującym z przodu zębie. Tutaj, w tej małej 

background image

kuchni, wydawał się jeszcze bardziej groźny niż poprzednim razem. Nie 
był co prawda wysoki, ale był barczysty i mocno zbudowany.

- No proszę, czyż to nie dziewczyna Johana wybrała się na spacer?
- To Johan zerwał zaręczyny - powiedziała, patrząc mu twardo w oczy. 

Już go się nie bała.

- Elise i pan żołnierz się pobrali - przyszła jej z pomocą pani Thoresen. - 

Mieszkają w domu majstra. Byłam ńa weselu, przyszło dużo eleganckich 
gości. - Zorientowała się, że powiedziała za dużo, i przerażona zagryzła 
wargę.

- Ach tak - roześmiał się mężczyzna. - Więc jednak tak bardzo się nie 

pomyliłem, mówiąc Johanowi o tobie i o twoim przyjacielu.

Patrzył na Elise, nie zerkając nawet na Emanuela.
- Chcesz, żebym go pozdrowił? Na pewno się ucieszy z wiadomości od 

swojej dziewczyny.

Elise czuła, że Emanuel sztywnieje i z coraz większym trudem stara się 

nad sobą zapanować.

- Możemy wejść do Anny, pani Thoresen? Emanuel obiecał, że wyniesie 

ją na dwór.

- Tak, już dwa tygodnie czeka, żeby móc wyjść.
- Przykro mi, ale na pewno słyszała pani, jak często ostatnio pracujemy 

po godzinach.

Zapukała   i   nie   czekając   na   odpowiedź,   weszła   do   sypialni.   Anna 

siedziała   wyprostowana   na   łóżku,   rozpuściła   włosy,   a   policzki   miała 
zaróżowione z radości.

- Usłyszałam wasze głosy. Tak się cieszę. Już dawno jestem gotowa. 

Wiedziałam, że przyjdziecie. Jest niedziela.

Elise   poczuła   lekki   wyrzut   sumienia.   Gdyby   matka   nie   wróciła 

wcześniej,   zapewne   dzisiaj   też   by   nie   przyszli.   Gdyby   zależało   to   od 
Emanuela, spędziliby całą niedzielę w łóżku.

Emanuel podniósł Annę, jakby była piórkiem.
Przyjaciel Lorta-Andersa na szczęście już wyszedł.
-   Ładnie   z   waszej   strony,   że   nas  odwiedziliście   -  odezwała   się   pani 

Thoresen jakby przepraszająco.

Elise miała ochotę spytać, czy ma jakieś wiadomości od Johana, ale ze 

względu na Emanuela nie zrobiła tego.

Wózek stał na końcu korytarza. Posadzili ją w nim i ruszyli razem nad 

rzekę, w stronę mostku.

background image

- Jesteś równie silny jak twoi przyjaciele, Emanuelu - powiedziała Anna 

i uśmiechnęła się do niego. Oczy jej błyszczały. - Przyszli mnie odwiedzić. 
Mama nie była zadowolona, ale ona zawsze jest pesymistką. Wszystkim 
się martwi. Teraz wymyśliła sobie, że zakochałam się w jednym z nich, i 
nie chce, żeby spotkał mnie zawód - powiedziała i od razu się zawstydziła. 
Patrzyła na nich, żałując swoich słów.

- Nic nie szkodzi, Anno. - Emanuel uśmiechał się do niej. - Obaj cię 

polubili.   Spotkałem   ich   kilka   dni   po   weselu,   nie   mogli   się   ciebie 
nachwalić. Jeśli jeden z nich przypadł ci do gustu, to ty spodobałaś się im 
obu.

Anna śmiała się, oczy jej błyszczały. - Powiedzcie, co u was? Dobrze się 

wam mieszka? Szczególnie latem musi być tam pięknie, tak blisko rzeki, 
wokół trawa i kwiaty, a w dole te cudowne jabłonie.

Elise kiwała głową i uśmiechała się. - To mały raj. Cieszę się każdą 

sekundą.   W   przyszłym   roku   zasadzimy   ziemniaki   i   warzywa.   Jeśli 
będziemy tam jeszcze mieszkać...

- A dlaczego nie mielibyście tam mieszkać?
- Emanuel został zmobilizowany.
Anna patrzyła przerażona to na nią, to na Emanuela.
-   Myślałam,   że   nie   dostaniesz   wezwania,   skoro   jesteś   w   Armii 

Zbawienia.

- Przez moment też tak sądziłem, ale mobilizacja obejmuje wszystkich, 

którzy odbyli obowiązkową służbę wojskową. Poza tym nie jestem już w 
Armii Zbawienia.

Anna przeniosła wzrok na Elise. W jej spojrzeniu było współczucie.
- Zapewne przeżyłaś szok. Elise przytaknęła.
-   Co   sobotę   pożyczam   egzemplarz   „Sygnału"   od   pani   Berg.   Lubię 

poczytać, co marynarze sądzą o tym, co dzieje się w kraju.

- Panią Berg stać na gazetę?
- Kosztuje ją koronę na kwartał. W kioskach czy na stacji kolejowej 

można   kupić   egzemplarz   za   dziesięć   ore,   pani   Berg   najpewniej   tam 
właśnie   ją   kupuje.   W   ostatnim   numerze   przeczytałam   artykuł 
zatytułowany Siła miłości. Zrobił na mnie duże wrażenie, tym bardziej że 
wszyscy przecież czujemy zagrożenie ze strony Szwedów. Pisano w nim o 
górach   lodowych,   które   zimą   pokrywają   zimne   morza.   Całe   góry   lodu 
wystają   z   wody,   niekończące   się   lodowe   szczyty,   które   opierają   się 
wszelkim siłom natury i wobec których człowiek jest bezradny. A potem 

background image

przychodzi wiosna i słońce i te potężne masy lodu muszą się poddać. W 
życiu jest podobnie. To, czego przemoc i siła, proch i dynamit nie są w 
stanie   zmóc,   temu   może   podołać   ukryta,   tajemna   moc   miłości, 
wszechwładna, bo boska.

Emanuel przytaknął uroczyście. - Zgadzam się - powiedział. Elise także 

przytaknęła i spytała: - Evert przynosi ci gazetę?

- Tak. To miły chłopak. Był u was dzień po weselu, tak mówił, ale ani 

pani Lovlien, ani Pedera czy Kristiana nie było w domu. Kiedy spytałam, 
czy was też nie było, zmieszał się i powiedział: „Byli, ale jakby ich tam 
nie było". Nie rozumiem, o co mu chodziło, czasem mówi takie dziwne 
rzeczy - powiedziała Anna, śmiejąc się.

Elise   poczuła,   że   się   rumieni,   i   uśmiechnęła   się   zawstydzona.   W 

myślach widziała, jak Evert zagląda do okna ich sypialni i widzi Emanuela 
i ją w trakcie czegoś, o czym zapewne słyszał, ale czego dotąd raczej nie 
był świadkiem.

- Dostał pracę  w szkole,  będzie  pracował  w  czasie  wakacji,  a  kiedy 

zacznie się szkoła - po lekcjach. Czyści rynny z sosnowych igieł i śmieci. 
Nie   wiem,   czy   powinni   pozwolić,   żeby   taki   mały   chłopiec   chodził   po 
dachu?

Anna roześmiała się. - Nie chodzi po dachu tego wysokiego budynku, 

tylko tego mniejszego i po dachu stajni. Gorzej, że każą mu  też rąbać 
drewno.

- Peder chodzi z nim i mu pomaga. Nie znalazł sobie jeszcze zajęcia.
Słońce schowało się za chmurę i Annę przeszył dreszcz.
-   Chyba   powinniście   odwieźć   mnie   już   do   domu.   Mama   boi   się,   że 

dostanę zapalenia płuc. Trzy młode dziewczyny z Sandakerveien umarły 
wiosną na zapalenie płuc.

Wieczorem   znów   się   rozpogodziło.   Elise   i   Emanuel   usiedli   na 

schodkach. Wieczorne słońce świeciło między przędzalnią a tkalnią Hjula. 
Cały   domek   był   skąpany   w   ciepłych   czerwonych   promieniach 
słonecznych. Kamienne schodki, na których siedzieli, były rozgrzane, a z 
kuchni docierał zapach kawy.

Emanuel grał na gitarze i śpiewał Bardziej bezpieczny nikt nie może 

być.

Elise chłonęła każdą minutę; chłonęła melodię, tekst piosenki i nastrój. 

Kiedy skończył, poprosiła, żeby zagrał i zaśpiewał ją jeszcze raz.

background image

- Zaśpiewam ci inną piosenkę. Liny Sandell. Cieszmy się każdą chwilą, 

każdym dniem.

Elise słuchała. Nie rozumiała wszystkich szwedzkich słów piosenki ani 

też dlaczego Emanuel wybierał szwedzkie piosenki właśnie teraz, kiedy 
wszyscy   nienawidzili   „Szwedziuchów".   Bała   się,   że   ktoś   mógłby   go 
usłyszeć, zerkała nerwowo w stronę mostku.

- Rozumiałaś słowa? - spytał, kiedy skończył śpiewać.
- Nie wszystkie.
- Ta piosenka mówi o tym, że trzeba się cieszyć każdym dniem. Nie 

należy się martwić tym, co może przynieść jutro, czy płakać nad tym, co 
minęło. Życie to chwila obecna. Bardzo lubię piosenki Liny Sandell.

- Zaśpiewaj mi coś jeszcze - poprosiła Elise, rozmyślając nad tym, co 

powiedział: „Trzeba się cieszyć każdym dniem"...

Nie powinna myśleć o wezwaniu. A już na pewno nie o ewentualnej 

wojnie. Nie należało się martwić na zapas. Było już późno, kiedy wyszła 
do nich matka.

- Wstajesz o piątej, Elise. Jak dasz radę pracować, jeśli się nie wyśpisz?
Podniosła   się   niechętnie.   Emanuel   zniknął   od   razu   w   sypialni,   Elise 

pomogła matce sprzątać. Chłopcy dawno już leżeli w łóżkach.

- Możesz nazbierać trochę szczawiu, zanim się położysz? - poprosiła 

matka. - Potrzebuję jutro na obiad, ale zapomniałam go nazbierać w ciągu 
dnia.

Elise wyszła pośpiesznie. Emanuel na pewno nie był zachwycony, że 

matka prosiła ją o to akurat teraz. Na pewno leżał już i czekał - jak zwykle.

Zaraz za progiem rosło dużo szczawiu. Szybko spełniła prośbę matki.
Kiedy   miała   wchodzić,   jej   wzrok   powędrował   w   kierunku   mostu. 

Niemal na wprost niej stał mężczyzna z twarzą zwróconą w jej stronę. 
Postać miała w sobie coś znajomego, ale to chyba nie było możliwe. Pani 
Thoresen   nie   wspomniała   ani  słowem,   że   Johan   został   zwolniony.   Nie 
odważyła się jednak drugi raz spojrzeć w tamtą stronę, szybko weszła do 
domu i dokładnie zamknęła za sobą drzwi.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Emanuel leżał pod kołdrą i tak jak myślała, czekał na nią.
- Długo ci zeszło - powiedział.
- Musiałam nazbierać szczawiu dla matki.
- Nie mogła poprosić cię o to wcześniej? Skoro tak się martwiła, że się 

nie wyśpisz?

- Zapomniała.
Elise zdjęła ubranie i wślizgnęła się do niego pod kołdrę.
- Poproszę cię, żebyś jeszcze kiedyś zaśpiewał dla mnie tę piosenkę. 

Nigdy nie słyszałam ładniejszej.

Wiedziała,   że  powiedziała  to,   żeby   odsunąć  w  czasie  coś,   na  co  nie 

miała ochoty. Była zmęczona i chciała spać.

- Którą z nich?
- Tę o tym, że trzeba cieszyć się każdym dniem, żyć teraźniejszością.
Przyciągnął ją do siebie i powiedział: - Kobieta, która ją napisała, Lina 

Sandell,   przeżyła   tragedię.   Była   bardzo   związana   ze   swoim   ojcem. 
Pewnego dnia wypłynęli na jezioro. Ojciec wypadł z łódki i utonął. Była 
jak sparaliżowana z bólu. A potem napisała tę piosenkę. - Zaczą" pieścić 
jej   ciało.   -   Od   rana   czekałem   na   tę   chwilę   -  powiedział   łamiącym   się 
głosem.

Elise nie odpowiedziała. Za kilka godzin będzie musiała wstać i iść do 

pracy   w   przędzalni.   Czeka   ją   kolejny   skwarny   dzień   w   fabryce.   Nie 
wiedziała, czy da radę.

Poza   tym  tkwiło   w   niej   coś  niedobrego.   A  jeśli   to   rzeczywiście   był 

Johan... Nie żeby za nim tęskniła czy żałowała wyboru, którego dokonała, 
nie zamieniłaby Emanuela na żadnego innego. Nie, to było coś innego. 
Poczucie, że zawiodła, że kiedy on siedział w więzieniu, ona skupiała się 
tylko na sobie. Była przekonana, że zrobił to dla Anny, z powodu drogich 
lekarstw,  jakie dostawała. Była pewna, że bardzo tego żałował. To, że 
dobrze pracował w zakładzie kamieniarskim, znaczyło, że nie tylko miał 
dryg w rękach, ale i że zależało mu, żeby znów stanąć na nogi, pokazać, że 
jest kimś.

Zerwał zaręczyny, ale nikt nie powiedział jej dlaczego. Jeśli z powodu 

plotek,  to pewno zrobił to w złości.  Jeśli to był on, to dlaczego stał i 
przyglądał się ich domowi? Ze smutku czy z nienawiści? Czy stał tam, 
kiedy ona i Emanuel siedzieli razem na schodkach w wieczornym słońcu i 

background image

kiedy Emanuel dla niej grał? Czy widział, jak tuliła się do Emanuela, a on 
ją całował? Nie chciałaby, żeby pomyślał, że tak szybko o nim zapomniała 
i znalazła sobie innego.

- O czym myślisz?
Głos Emanuela był czuły, ale wyczuwała w nim cień zawodu.
-   O   niczym   szczególnym,   jestem   po   prostu   zmęczona.   Całował   ją, 

pieścił   jej   ciało,   robił   wszystko,   żeby   obudzić   w   niej   pożądanie.   Nie 
należał do mężczyzn, którzy brali to, co uważali, że im się należy, nie 
myśląc,   czy   dziewczyna   tego   chce,   czy   nie.   Słyszała,   jak   kobiety   w 
fabryce rozmawiały o takich przypadkach.

Odsunęła od siebie wszystkie złe myśli, próbując za nim nadążyć. Po 

chwili czuła, że jej ciało reaguje; była podniecona.

- Jesteś cudowna - wyszeptał schrypniętym głosem do jej ucha, kiedy 

poczuł, że szczytuje.

Kiedy   następnego   ranka   weszła   do   hali   fabrycznej,   dziewczęta   jak 

zwykle przyglądały się jej z ciekawością. Jak co dzień, od dnia ślubu. To, 
że   jednej  z   nich   udało  się   złapać   żołnierza   Armii   Zbawienia,   nie   było 
czymś zwyczajnym. Także to, że wystąpił z Armii, budziło zdziwienie. Co 
ona   miała   takiego,   czego   inne   nie   miały?   Elise   czuła,   że   czyta   w   ich 
myślach.

Valborg jak zawsze podeszła do niej pierwsza.
- Opowiedz nam coś, Elise. Jak się wam układa? Miałam na myśli w 

łóżku,   oczywiście.   Miał   już   kogoś   czy   ty   byłaś   pierwsza?   Skoro   tak 
szybko się pobraliście, musiał być wyposzczony.

- Spójrzcie na nią - powiedziała, chichocząc, inna. - Wygląda na to, że 

nie czekali na błogosławieństwo pastora.

Spojrzenia   wszystkich   skupiły   się   na   jej   ciele:   na   bluzce   opiętej   na 

piersiach  i na krągłości, która zaczynała być już widoczna pod długim 
fartuchem.

- Kiedy się spodziewasz? Rzucił się na ciebie zaraz, jak tylko wsadzili 

Johana za kratki?

W tym momencie wszedł nadzorca i w hali zapanowała cisza. Wszyscy 

udawali, że coś robią.

Elise   próbowała   się   tym   nie   przejmować.   Nie   była   zadowolona,   że 

kobiety były takie wścibskie, chociaż pewno powinna się cieszyć. Były tak 
zajęte Emanuelem, że nawet nie przyszło im do głowy, że ktoś inny mógł 
wchodzić w grę. To, że idąc do ołtarza, była w ciąży, świadczyło tylko o 

background image

tym, że Emanuel był jak każdy inny mężczyzna. Niech sobie myślą, że 
zapomniała o Johanie, jak tylko poznała Emanuela.

Upał był duszący. Kurz unosił się niczym wełniana mgła w całej hali. 

Osiadał w gardle, szczypał w oczy. Wiele kasłało, wiele ocierało pot z 
czoła, zanim krople dotknęły gotowego już materiału. Ubrania kleiły się 
do ciała.

Elise cieszyła się, że może iść do domu w przerwie obiadowej. Emanuel 

miał dużo zajęć przed wyjazdem i nie znajdował czasu, aby wpaść do 
domu na obiad, ale ona miała teraz blisko, musiała tylko przejść przez 
most, nie miało więc sensu, żeby zostawała w fabryce. Matka obiecała, że 
ugotuje zalewajkę, żeby nic musiała wydawać na zupę. Poza tym nie miała 
ochoty siedzieć z dziewczynami i odpowiadać na ich osobiste pytania.

Dobrze   było   wyjść,   mimo   prażącego   słońca.   Przynajmniej   nie   było 

wirującego w powietrzu kurzu.

Idąc przez most, rozglądała się. Gdyby Johan wyszedł, Anna by jej o 

tym powiedziała, nawet jeśli pani Thoresen postanowiłaby zatrzymać tę 
wiadomość  dla siebie  jak najdłużej. Pani Thoresen nie wybaczyła jej i 
pewno nigdy tego nie zrobi.

Matka nuciła w kuchni. Kiedy ostatnio słyszała, jak nuci? Chyba przed 

chorobą, może nawet jeszcze dawniej? Elise opadła na krzesło.

- Wyglądasz na zmęczoną. - Matka posłała jej zatroskane spojrzenie, 

stojąc przy otwartych drzwiczkach pieca.

- W hali było dzisiaj niemiłosiernie gorąco.
- Musisz uważać. To nie jest dobre dla dziecka.
Elise miała na języku zgryźliwą odpowiedź, ale się nie odezwała. Czy 

matka sądziła, że ona ma jakiś wybór? Gdyby nie ona, pomarliby z głodu.

-   Zaszła   tu   pani   Albertsen.   Prosiła   przekazać   pozdrowienia   i 

pogratulować.

- Pewnie była ciekawa, jak się urządziliśmy, i chciała dowiedzieć się 

czegoś o weselu - powiedziała Elise i sama słyszała, że łamał się jej głos.

Matka   jednak   niczego   nie   zauważyła.   -   Musiała   obejrzeć   i   dotknąć 

każdą rzecz, którą przywiózł tu Emanuel. Nawet te, które postawiłaś na 
komodzie w sypialni.

- Tam też ją wpuściłaś? - odezwała się Elise, posyłając jej zagniewane 

spojrzenie.

background image

- Otworzyła drzwi, zanim zdążyłam ją zatrzymać. Była bardzo ciekawa, 

nie   mogła   się   powstrzymać,   wypytywała   o   wszystko.   -   Matka   kiwała 
głową, czując się winna. - I tak za chwilę wszyscy się dowiedzą.

- Co jej powiedziałaś?
- Że spodziewasz się na Nowy Rok.
Elise nie wierzyła własnym uszom. - Powiedziałaś jej, że spodziewam 

się dziecka?

- Domyśliła się. Miałam kłamać? Poza tym najpewniej dowiedziała się 

od pani Thoresen. Kto słyszał, co mówiła Agnes, ten sam się domyślił.

Elise   przytaknęła   zamyślona.   Więc   Johan   też   wkrótce   się   dowie, 

nieważne, czy za kratkami, czy już na wolności. Na pewno pamiętał, jak w 
zeszłym roku nalegała, żeby jeszcze zaczekali.

Co to miało za znaczenie? Johan nie miał nic wspólnego z jej życiem. 

Już nic.

Zjadła   jedynie   pół   porcji   zalewajki,   którą   matka   jej   nałożyła.   Nagle 

wróciły jej mdłości, których nie miała już od kilku tygodni. Oczywiście, że 
Johan nie miał nic wspólnego z jej życiem, ale nie chciała, żeby pomyślał 
o niej coś, co nie było prawdą.

Podniosła   się   ciężko,   musiała   wracać   do   fabryki.   Nagle   poczuła   się 

staro. Bolało ją cale ciało, kręgosłup dokuczał jej tak, że musiała na chwilę 
się zatrzymać, żeby się wyprostować. Myśl, że ma stać przy maszynach 
jeszcze pięć, może nawet siedem godzin, przerażała ją.

- Musisz tak ciężko pracować, Elise? Teraz kiedy wyszłaś za mąż i masz 

męża urzędnika?

- Mamo... Dobrze wiesz, że nie utrzymamy się z jego pensji. Nie tylko 

Emanuel i ja... - Zamilkła.

- No tak, musicie też utrzymać twoich braci i twoją matkę. Może lepiej 

byłoby, gdybyście nie wysyłali mnie do sanatorium. Byłaby jedna gęba 
mniej do wykarmienia. Niewiele dostaję u Magdy za te kilka godzin, które 
tam jestem. Ledwie starcza na kaszę.

Elise westchnęła. Szybko przypomniała sobie jednak, że dawniej matka 

lubiła od czasu do czasu przybierać pozę męczennicy. Prawie już o tym 
zapomniała. W czasie choroby była zadziwiająco dzielna.

Nie zdradzając się ze swoimi myślami, objęła ją i powiedziała: - Dobrze 

wiesz, że chcemy, żebyście z nami mieszkali. Nie widzisz, jaki Peder jest 
radosny? Ma buzię rozpromienioną jak słoneczko.

- To zasługa Emanuela.

background image

- Nie tylko. Pamiętam,  jaki był nieszczęśliwy, kiedy wysłano cię do 

Grefsen, i jaki były wystraszony, kiedy leżałaś tu i kasłałaś. Kto dzisiaj 
przygotowałby   mi   obiad,   gdyby   cię   tu   nie   było?   Czy   załatał   spodnie 
Pederowi i Kristianowi? I kto lepiej od ciebie zaopiekuje się maleństwem, 
które urodzi się zimą, kiedy ja wrócę do fabryki?

Matka rozchmurzyła się, twarz jej się zmieniła, znów była pełna zapału. 
- Może powinnam już zacząć szyć dziecięce ubranka? Hilda sprzedała 

wszystko, co miała, i kupiła sobie za to piękny kapelusz na lato.

Elise patrzyła na nią z rezygnacją. - Nie powinna dołożyć nam parę 

koron? - spytała. - Obiecywała, że będzie się dokładać.

- Nie sądź jej tak surowo, Elise. Nie zapomnij, przez co przeszła.
Trzy prządki i jedna tkaczka z Hjula szły przed nią na moście. Nagle 

tkaczka zatrzymała się i zaczęła jej towarzyszyć. Elise nie znała jej.

- Jesteś przyjaciółką Agnes Zakariassen? Elise przytaknęła. - Zgadza się 

- powiedziała.

- Mieszkam w domu obok jej rodziców na Maridalsveien. Widziałam, że 

wczoraj ich odwiedziła.

Elise czekała, co powie dalej. Miały czas, przerwa obiadowa jeszcze się 

nie skończyła. Czuła, że tamta ma coś na sercu.

- Poszłam, żeby z nią porozmawiać - ciągnęła dalej tkaczka. Była o kilka 

lat   starsza   od   Elise   i   od   Agnes,   samotna,   mieszkała   ze   starą   babcią   i 
niezamężną ciotką. Elise przypomniała sobie, że Agnes kiedyś jej o niej 
wspominała.   -   Okropnie   się   przeraziłam.   Agnes   powiedziała,   że 
wypowiedziała   swoją   posadę,   a   przecież   taka   była   dumna,   że   będzie 
służyła w eleganckim domu na wzgórzu Aker.

Elise   przytaknęła.   -   Też   to   słyszałam,   ale   dawno   już   z   nią   nie   roz-

mawiałam.

Tkaczka   przyglądała   się   jej   z   wahaniem,   jakby   nie   była   pewna,   czy 

powinna powiedzieć coś więcej. - Mówiła, że to twoja wina - powiedziała 
ostrożnie, nieco skrępowana.

Elise czuła, że się rumieni.
- Kochała się w Emanuelu Ringstadzie, w moim mężu. Słowa więzły jej 

w gardle. W „moim mężu". Brzmiało to jakoś obco i nienaturalnie.

- Właśnie, w twoim mężu. Zabrałaś go jej, tak mówiła. Mimo że byli już 

po słowie.

- To nieprawda.

background image

- Szczerze mówiąc,  też w to nie uwierzyłam.  Powtarzam ci to tylko 

dlatego,   że   boję   się,   że   może   zrobić   coś   głupiego.   Podobno   chce   się 
przenieść   do   przyjaciółki   na   Lakkegata,   tak   mówiła.   Będzie   spała   w 
kuchni na połówce, razem z jeszcze jedną dziewczyną. Będą robić dywany 
ze skrawków materiałów i druciane wieszaki na ubrania, kupiły już nawet 
zwój drutu. Nie bardzo chce mi się w to wierzyć, na tym nie można wiele 
zarobić. Ona jednak twierdziła, że świetnie im za to płacą. Pomyślałam, że 
ktoś   powinien   spróbować   przemówić   jej   do   rozumu,   a   skoro   jesteś  jej 
najlepszą przyjaciółką, to pomyślałam, że może...

-   Rozumiem   cię.   Obiecuję   spróbować,   ale   to   nie   będzie   łatwe.   Jeśli 

Agnes coś postanowi, to łatwo nie zmienia zdania.

Tkaczka przytaknęła. - Wiem. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za 

złe.

Potem, kiedy Elise znów stała przy maszynie, próbując skupić się na 

pracy - w letnim skwarze było szczególnie łatwo o błąd - jej myśli krążyły 
wokół Agnes i tego, co usłyszała od dziewczyny z tkalni. Zapewne nie 
było to mądre, ale jednak czuła się winna.

W tym momencie rozległ się przeraźliwy krzyk. Ręka jednej z prządek 

dostała   się   w   tryby   maszyny.   Wszyscy   wokół   zaczęli   krzyczeć.   - 
Zatrzymać maszynę! Na Boga! Niech to szlag!

Nadzorca   wybiegł   z   hali,   Elise   mignęła   jego   przerażona   twarz.   Jak 

szybko zdoła wcisnąć guzik, który zatrzyma maszynę?

Elise była wśród tych, którzy stali najbliżej, i razem z innymi podbiegła 

do dziewczyny. Sekundy wydawały się wiecznością. Elise widziała swój 
strach   odbity   w   twarzach   innych,   podczas   gdy   nieszczęsna   prządka 
krzyczała, śmiertelnie przerażona, a dookoła tryskała krew.

Maszyna   zatrzymała   się.   Twarz   prządki   była   biała   jak   kreda,   ledwo 

zdążyli ją chwycić, kiedy upadła nieprzytomna. Koło zębate wciągnęło 
całą rękę. Musiałby stać się cud, żeby przeżyła, na pewno nie było szans 
na uratowanie ręki.

Prządki   i   pomocnice   stały   jak   sparaliżowane.   Przez   pierwsze   parę 

sekund nikt nie wiedział, co robić; wzrok wszystkich przykuwał straszny 
obraz.   Ktoś   zaczął   łkać,   przybiegł   nadzorca,   a   zadnim   majster.   Klął, 
zdenerwowany   i   wstrząśnięty.   Po   chwili   nadbiegł   sam   dyrektor.   - 
Wezwano   już   lekarza   -   powiedział   -   ale   będzie   dopiero   za   chwilę.   - 
Wzdychał, nie wiedział, co robić, nerwowo wykręcał ręce, rzucał urwane 
zdania  o nieodpowiedzialnych robotnicach,  które  zamiast  skupić się  na 

background image

tym, co robią, stoją i myślą o czymś innym, które wałęsają się całymi 
wieczorami, zamiast dobrze się wyspać przed kolejnym dniem pracy.

Elise czuła, jak narasta w niej wzburzenie. Miała wrażenie, że zaraz nie 

wytrzyma.   Niechby   sam   tam   stanął,   pomyślała.   Niechby   postał   przy 
maszynie dwanaście albo czternaście godzin w upale nie do wytrzymania, 
w   ogłuszającym   hałasie,   wdychając   powietrze,   w   którym   wirowały 
drobinki kurzu! Wtedy by się okazało, czy potrafiłby się skoncentrować i 
cały czas zachować czujność.

Przyszedł   lekarz   i   prządkę   przeniesiono   do   wozu,   który   czekał   na 

zewnątrz. Pracownice stały, były śmiertelnie poważne. Śledziły dokładnie 
całe   zdarzenie,   patrzyły   gniewnym   wzrokiem.   Ledwie   trzymały   się   na 
nogach z upału i wycieńczenia, ale mimo wszystko wzbierała w nich wola 
walki. To była rażąca niesprawiedliwość! To była podłość, zła wola, to 
było   oburzające!   Dyrektor   mówił   o   braku   odpowiedzialności,   ale   to 
właśnie   on   w   najwyższym   stopniu   wykazał   się   brakiem 
odpowiedzialności! To była jego wina. To on kazał im pracować tak długo 
w duszącym skwarze, nie zadbawszy, żeby mniej się kurzyło, nie pozwalał 
na   dłuższe   przerwy,  żeby   mogły   trochę   odpocząć,   a   przede   wszystkim 
płacił im nędzne pensje, a sam zarabiał na ich pracy tyle, że mógł jadać do 
syta,   jeździć   własnym   samochodem,   zatrudniać   kucharza,   kierowcę   i 
ogrodnika!

Ledwie wywieziono nieszczęsną dziewczynę z fabryki, a zaraz znów 

uruchomiono maszyny. Elise słyszała, jak ktoś opowiadał, że mąż prządki 
był   pijaczyną,   który   spędzał   czas   w   Vaterlandzie,   i   że   mieli   piątkę 
dzieciaków.   Bez   prawej   ręki   kobieta   nie   będzie   mogła   pracować,   nie 
będzie   w   stanie   prowadzić   domu,   gotować   i   zajmować   się   dziećmi.   Z 
czego   będą   żyli?   Dostaną   coś   z   gminy,   ale   nie   dość,   żeby   wyżywić 
siódemkę. Pewno będą musieli przeprowadzić się do tańszego mieszkania 
ze wspólną kuchnią.

Jeśli kobieta w ogóle przeżyje... Może skończy jak Oline, o ile w ogóle 

ktoś będzie chciał kobietę bez jednej ręki...

Słowa   tkaczki   z   Hjula   wróciły   do   niej:   „Skoro   jesteś   jej   najlepszą 

przyjaciółką, to pomyślałam..."

Jeszcze dziś wieczorem wybierze się na Maridalsveien. Emanuel będzie 

na pewno protestował, twierdząc, że Agnes jest sama sobie winna. Poza 
tym   nie   lubił,   kiedy   Elise   traciła   cenny   czas   przed   jego   wyjazdem   na 
innych niż on.

background image

Mimo to pójdę, mamrotała sama do siebie. Nie wezmę tego na swoje 

sumienie.

Tego dnia nie musiały zostawać dłużej. Majster miał pewnie wyrzuty 

sumienia.

Kiedy   Elise   wróciła,   Peder   i   Kristian   siedzieli   razem   z   Evertem   na 

schodkach i czytali stare pisemko dla dzieci, które dostali od pani Berg. 
Evert czytał na głos. Tak byli tym pochłonięci, że niemal nie zauważyli, że 
weszła.

Emanuela jeszcze nie było. Wpadł na chwilę, żeby cos zjeść, ale musiał 

wrócić do fabryki, żeby coś dokończyć.

- Biedak, tak się zapracowuje - martwiła się matka. - Pewnie nie wie, jak 

długo go nie będzie, i boi się, że po powrocie nie dostanie swojej posady.

Elise przytaknęła. - Przejdę się na Maridalsveien, zobaczę, czy Agnes 

jest w domu.

-   Agnes?   Po   co,   na   litość   boską?   Po   tym,   jak   się   wobec   ciebie 

zachowała?

-   Jedna   z   tkaczek   z   Hjula   poprosiła   mnie   o   to.   Agnes   potrzebuje 

pomocy, tak powiedziała.

Matka parsknęła. - Nie przypuszczam, żeby potrzebna jej była pomoc. 

Innym jest gorzej.

Elise pokiwała głową. - Coś się dzisiaj wydarzyło w fabryce. - Bała się 

mówić   o   tym   matce,   która   zawsze   bardzo   się   denerwowała,   wiedziała 
jednak, że wcześniej czy później matka i tak się dowie. - Ręka jednej z 
kobiet wkręciła się w tryby maszyny.

Matka zakryła usta dłonią i patrzyła na nią przerażona.
- Jezu! - westchnęła. - Jak to się stało?
- Nie wiem. Zabrali ją do szpitala.
- To ktoś stąd? Znam ją?
Elise pokręciła głową przecząco. - Zdaje mi się, że mieszka koło tkalni 

płótna żaglowego czy gdzieś w tamtej okolicy. Ma męża pijaka i piątkę 
dzieci.

- To straszne. Co się stanie z tymi biedakami? Zostaną bez matki, z 

ojcem pijakiem.

- Może przeżyje. To się zdarzało.
Matka pokręciła przecząco głową. - Nie sądzę. Sama widzisz, powinnaś 

odejść z fabryki.

Elise spojrzała na nią zrezygnowana. - A z czego będziemy żyli?

background image

Matka zagryzła wargi. - Twój mąż będzie musiał cię utrzymywać, ma 

przecież zamożnych rodziców.

Ach, o to chodzi, pomyślała Elise. Mama jest wzburzona, bo rodzice 

Emanuela nam nie pomagają. Nie rozumie, że Emanuel jest zbyt dumny, 
żeby prosić o pomoc, tym bardziej że nie posłuchał się ich i nie został na 
wsi. Co prawda obiecał, że poprosi ojca o pomoc, jeśli jego nieobecność 
się przeciągnie, ale wiedziała, że zrobi to bardzo niechętnie.

Szybko zjadła dwie kanapki z twarogiem, popijając jasną kawą, po czym 

wstała od stołu. - Powiedz Emanuelowi, że niedługo wracam - poprosiła.

Matka przytaknęła, ale najwyraźniej nie pochwalała decyzji Elise.
Na   Maridalsveien   stała   grupka   robotnic,   miały   ponure   twarze, 

rozmawiały wzburzone. Wieść o wypadku dotarła już do Sagene. Tragedia 
doprowadziła   nastroje   do   stanu   wrzenia,   budząc   nienawiść   do   tych   na 
górze.

Jedna   z   kobiet   spostrzegła   ją,   powiedziała   coś   pozostałym   i   teraz 

wszyscy odwrócili się i patrzyli na nią. Zorientowała się, że były to tkaczki 
z Hjula, kilka z nich znała.

- Byłaś tam, Elise? Elise przytaknęła.
- Jak to się stało?
Elise podeszła do nich. - Chyba była roztargniona. W hali było gorąco, 

w powietrzu unosiło się tyle kurzu, że z trudem mogłyśmy oddychać.

Kiwały głowami.
- Mój mąż mówi, że powinnyśmy zastrajkować. Odmówić jutro pójścia 

do pracy; wszystkie.

- Wtedy nas zwolnią - powiedziała ponuro inna. - Wiecie, ile osób czeka 

w kolejce na pracę.

- Jak wyglądała? - spytała jedna z kobiet. Patrzyła na Elise i cala drżała.
- Straciła przytomność, była biała jak kreda, krwawiła.
- Znasz ją?
Elise zaprzeczyła i ruszyła dalej.
- Wiem tylko, że mieszka w pobliżu tkalni płótna żaglowego i ma piątkę 

dzieci.

Słyszała,   jak   dalej   rozmawiają,   wzburzone.   Dotarła   do   małego 

drewnianego domku, w którym mieszkali rodzice Agnes.

Już miała zapukać, kiedy otworzyły się drzwi i ukazała się w nich głowa 

matki Agnes. - To ty, Elise? Wejdź, musisz nam wszystko opowiedzieć. 

background image

Właśnie dowiedzieliśmy się, co się wydarzyło w fabryce. Co się stało? 
Straciła całą rękę?

Elise opowiedziała krótko, co się wydarzyło, matka Agnes słuchała jej 

przerażona. Kiedy mówiła, miała wrażenie, że na strychu słychać czyjeś 
głosy.

- Jest ktoś u Agnes? - spytała, kiedy skończyła swoją opowieść.
- Tak, ale nie przejmuj się. Agnes na pewno się ucieszy, że przyszłaś.
Na pewno wie, że Agnes się na mnie gniewa.
Może któraś z tkaczek z Hjula przyszła porozmawiać o tym, co się stało, 

pomyślała   i   zaczęła   wspinać   się   po   stromych   schodach.   Zapukała   i 
ostrożnie uchyliła drzwi, wiedząc, że Agnes może się zdenerwować, kiedy 
ją zobaczy. Nagle poczuła przerażenie. Na brzegu łóżka siedział Johan.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Elise chciała się odwrócić i zejść po cichu po schodach, ale zatrzymał ją 

głos Johana: - Elise? Nie masz odwagi wejść? Zamierzałaś uciec? - Głos 
był twardy i zgorzkniały. - Siedzimy tu i rozmawiamy o tobie.

- Johan chciałby z tobą porozmawiać.
W głosie Agnes nie było ironii, tylko złośliwa radość.
Elise zawahała się. Najchętniej wyszłaby jak najszybciej, ale drwiące 

spojrzenie Agnes oraz pogarda i zgorzknienie, widoczne w oczach Johana, 
sprawiły, że zmieniła zdanie. Oboje byli kiedyś jej przyjaciółmi. Dlaczego 
teraz jej nienawidzili? Przecież Agnes wiedziała, jak sprawy się miały.

-   Johan   chciałby   usłyszeć   coś   o   ślubie   -   powiedziała   Agnes,   której 

najwyraźniej   sprawiało   przyjemność   widzieć   ja   taką   bezbronną.   - 
Powiedziałam,   że   okazałam   się   nie   dość   dobra   dla   twoich   gości. 
Opowiedziałam   mu   też   o   pluszowej   kanapie,   mahoniowym   łóżku   i 
porcelanowych filiżankach.

Johan obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem. - A mnie się zdawało, że 

nie jesteś snobką. Jak to człowiek może się pomylić.

- Tak, musiałeś być ślepy. Elise zagięła parol na Emanuela Ring-stada, 

jak tylko dowiedziała się, że mieszka w jednym z domów na wzgórzu 
Aker. - Nagle Agnes odwróciła się do Elise. - Teraz będziesz żałować. 
Johan wyszedł z więzienia, bo najlepiej ze wszystkich w Akershus ciosa 
kamienie.  Dyrektor więzienia  powiedział,   że robi ładniejsze  rzeźby  niż 
lwy   przed   budynkiem   Stortingu.   Otrzymał   pracę   w   zakładzie 
kamieniarskim,   który   dostaje   najbardziej   atrakcyjne   zamówienia   w 
mieście.   Zarobi   tam   dużo   więcej   niż   urzędnik   w   tkalni,   tyle   mogę   ci 
powiedzieć.   Ale   dobrze   ci   tak,   skoro   się   od   niego   odwróciłaś.   Nie 
spodziewał się tego po tobie, tak mi powiedział. Sądził, że wiesz, że zrobił 
to, żeby ratować Annę.

Elise   stała   bez   ruchu,   pozwalając   padać   szyderczym  słowom.   Mogła 

protestować, tylko co by to dało? Johan był pełen nienawiści, bo myślał, 
że   go   zdradziła,   a   Agnes   wmówiła   sobie,   że   Elise   zagięła   parol   na 
Emanuela, żeby mieć kogoś, kto będzie ją utrzymywał. Nie uwierzyliby 
jej, nawet gdyby bardzo się starała.

-   Pewnie   jesteś   zadowolona   -  odezwał  się   Johan   cierpkim   głosem.   - 

Masz własny dom i męża urzędnika, który nie ma brudnych rąk, kiedy 
wraca do domu.

background image

- Powiedziałam Johanowi, że będziesz miała dzieciaka. - Agnes patrzyła 

na nią triumfująco. - Zaraz po Bożym Narodzeniu.

Elise czuła, że robi się blada. Jak Agnes mogła być taka podła? Przecież 

obiecała,   że   nikomu   nic   nie   powie.   Serce   zaczęło   jej   walić,   w   końcu 
otworzyła usta.

- Opowiedziałaś mu o wszystkim? O tym, że dałaś mi adres pewnej 

kobiety   na   Lakkegata,   która   miała   pomóc   mi   pozbyć   się   podrzutka?   - 
Drżała ze wzburzenia, ale starała się mówić spokojnie, nie krzycząc i nie 
płacząc. - Możesz mówić o mnie, co chcesz, Agnes, ale w głębi duszy 
wiesz, jaka jest prawda. Jeśli sumienie pozwala ci kłamać Johanowi prosto 
w   twarz,   tym   gorzej   dla   ciebie.   A   jeśli   chodzi   o   ciebie,   Johan   - 
powiedziała, odwróciwszy się w jego stronę - to dziwnie łatwo przychodzi 
ci uwierzyć we wszystko najgorsze, co o mnie mówią. Gdybyś inaczej o 
mnie   myślał,   może   byś   przynajmniej   spróbował   sprawdzić,   czy   to 
wszystko prawda.

Johan   roześmiał   się   z   pogardą.   -   Więc   to   nieprawda?   Ale   jesteś   z 

brzuchem?

Elise odwróciła się do nich plecami i szybko zbiegła ze schodów. Serce 

jej waliło, szumiało jej w uszach. A jeszcze przed chwilą współczuła i 
Agnes, i Johanowi. Nigdy więcej nie chciała mieć do czynienia z żadnym 
z nich.

Była już przy Hjula, kiedy usłyszała za sobą szybkie kroki.
- Elise! Zaczekaj! Odwróciła się. To był Johan.
- Nie mam z tobą o czym rozmawiać.
Słyszała gorycz w swoim głosie. Bvli niesprawiedliwi, zrzucając całą 

winę na nią.

- Ale ja chcę porozmawiać z tobą.
Powinna była przyśpieszyć, nie zgodzić się, ale nie była w stanie.
- Usiądziemy tam, na ławce?
Wskazał na ławkę na zboczu nad rzeką. Przytaknęła. I chciała, i nie 

chciała.

- Co miałaś na myśli, mówiąc o tej kobiecie na Lakkegata i podrzutku?
Elise   żałowała   własnych   słów.   Jak   mogła   nazwać   swoje   i  Emanuela 

dziecko podrzutkiem? W życiu by tego nie powiedziała, gdyby nie została 
sprowokowana.   Jednocześnie   wiedziała,   że   jest   to   być   może   ostatnia 
okazja, żeby powiedzieć Johanowi prawdę. Nie czuła się dobrze, mając 
świadomość, że widzi w niej zdrajczynię.

background image

- Dziecko, które noszę, nie jest dzieckiem Emanuela.
Czuła, że zrobił się sztywny, ale nie miała odwagi na niego spojrzeć.
-   Zostałam   napadnięta,   kiedy   wracałam   do   domu   z   miasta,   tego 

wieczoru, kiedy poszłam do Akershus, żeby przekazać ci list.

Johan wzdrygnął się. - To prawda? - spytał. Zwróciła ku niemu twarz, 

patrzyła w jego niebieskie oczy, które kiedyś tak kochała.

- Tak, to prawda. Tylko Agnes i Hilda o tym wiedzą, no i oczywiście 

Emanuel. Nigdy bym ci tego nie powiedziała, gdybym nie miała pewności, 
że mogę ci zaufać.

- Ale jak... to znaczy... - urwał w pół zdania Zrozumiała, że jej wierzy i 

że czuje się wzburzony i niepewny.

- Emanuel domyślił się, co się stało. Zauważył, że źle się czuję, a kiedyś, 

kiedy poszłam do Agnes na wzgórze Aker, zemdlałam. Nie wiedziałam, co 
robić. Hilda przyjęła pracę w domu u majstra i oddała swoje dziecko, a 
matka   wróciła   z   sanatorium.   Musieliśmy   się   utrzymać   z   tego,   co 
zarobiłam. Zalegałam z czynszem i Torgny dał mi dobę na załatwienie 
pieniędzy,   w   przeciwnym   razie   nas   wyrzuci.   Chciałam   umrzeć.   Nie 
mogłam   myśleć   o   tym,   co   we   mnie   rosło,   wiedząc   jednocześnie,   że 
zarówno   matka,   jak   i   chłopcy   są   ode   mnie   zależni.   Peder   rozpaczał   z 
powodu nagłego zniknięcia Braciszka, matka od dawna chorowała i nie 
była   do   niczego   zdolna.   Wszystko   było   chaosem.   Gdybym   poszła   do 
kobiety na Lakkegata, ryzykowałabym, że wykrwawię się na śmierć, a do 
wszystkich problemów mojej rodziny doszedłby jeszcze wstyd. Życie było 
ciężkie.   Wtedy   zjawił   się   Emanuel.   Był   gotów   zdjąć   ze   mnie   piętno 
wstydu i pomóc mi w biedzie, biorąc jednocześnie odpowiedzialność za 
dziecko.   Zgodziłam   się,   ale   kiedy   tego   wieczoru   położyłam   się   spać, 
zaczęły dręczyć mnie różne myśli.

Zrobiło się cicho. Słyszała, jak Johan ciężko oddycha. Zrozumiała, jaki 

to dla niego musiał być szok. Domyślała się, że w głębi duszy musiał 
bardzo cierpieć.

W końcu odchrząknął, żeby móc coś powiedzieć, głos jednak nadal miał 

schrypnięty:

-   Więc   zgodził   się   zostać   ojcem   dziecka   poczętego   z   gwałtu?   Elise 

przytaknęła.

- Tego bym nie potrafił - powiedział prosto z serca.
-   Niewielu   by   potrafiło.   Rozumiesz   teraz,   że   bardzo   się   ucieszyłam. 

Wszystkich nas uratował. Dał mojej matce i braciom dobry dom, dzięki 

background image

niemu mieszkamy w miejscu, gdzie matka może siedzieć na zewnątrz w 
letnim słońcu, zbierając siły na kolejną zimę. Załatwił nawet Annie wózek 
i znosi ją na dwór.

Między nimi zapadła cisza. Długa cisza.
Znów   odchrząknął.   -   To   prawda,   że   między   wami   nic   nie   było?   To 

znaczy wcześniej... ?

Elise przytaknęła. - On był we mnie zakochany. Mnie na nim specjalnie 

nie zależało. Wiedziałam, że jest dobrym człowiekiem, pomógł mamie, 
przysłał jej samarytankę do pomocy, załatwił ubrania dla Pedera i Hildy 
oraz ciepłe buty i lekarstwa dla Anny. Lubiłam go, ale nawet przez myśl 
mi nie przeszło, że mogłabym cię zdradzić.

Znów zapadła cisza.
Tym razem to Elise ostrożnie zadała pytanie: - Dlaczego to zrobiłeś, 

Johan? Mam na myśli tę historię z broszką.

Johan   westchnął   głęboko.   -   Byłem   winien   Lortowi-Andersowi 

przysługę.   Kiedyś   pływaliśmy   razem   na   morzu.   Pewnego   razu   zacho-
rowałem   -   miałem   wysoką   gorączkę   -   wziął   za   mnie   nocną   wachtę. 
Obiecałem, że kiedyś mu się odwdzięczę. Nie zapomniał mi tego. Poza 
tym martwiłem się o Annę. Gdybym wiedział, że Armia Zbawienia jej 
pomoże, na pewno bym tego nie zrobił.

Elise zastanowiła się. - Pewnie nie byliśmy sobie pisani. Przykro mi z 

powodu tego wszystkiego. Głównie ze względu na ciebie.

-   To   ja   byłem   głupi.   Posłuchałem   Lorta-Andersa,   powinienem   być 

mądrzejszy.

- Oni nie są tego warci, ci z tej bandy. Spojrzał na nią. - Widywałaś ich?
- Robili podłe uwagi. Twierdzili, że było coś między Emanuelem a mną, 

tylko dlatego, że poczęstowałam go gorącą owsianką po tym, jak pół nocy 
pomagał nam szukać Pedera, kiedy ten zniknął.

Znów zrobiło się cicho. - Wiesz, kto...
Zrozumiała,   o   co   mu   chodzi,   i   pokiwała   głową   twierdząco.   -   Ja   go 

znam?

Znów przytaknęła. - Sądzę, że tak.
Odwrócił się do niej, patrzył na nią ponurym wzrokiem.
- Postanowiłaś puścić mu to płazem?
-   A   co   chciałbyś,   żebym   zrobiła?   Wrzuciła   go   do   potoku?   Nic   nie 

powiedział.

background image

Westchnęła   głęboko.   -   Byłabym   zdolna   to   zrobić.   I   Hilda,   i   ja 

przeklinałyśmy go i przysięgłyśmy się zemścić.

- Nie wiem, czy się odważę spytać, kto to był.
- A ja nie wiem, czy się odważę ci to powiedzieć. To Lort-Anders i jego 

przyjaciele są winni, że wszystko tak się potoczyło.

- Powiedz mi!
- To ten z burzą rudych włosów.
- Tyka?
- Nie wiem, jak się nazywa.
Zauważyła, że zaciska pięści, aż zrobiły się białe. Nie powinnam była 

mu tego mówić, pomyślała przestraszona. Johan nie spocznie, dopóki się 
nie   zemści.   -   Nie   zrób   jakiegoś   głupstwa.   I   twoja   matka,   i   Anna   cię 
potrzebują.   Dokonałeś   wielkiej   rzeczy,   darowano   ci   część   kary,   nie 
ryzykuj, że znów trafisz do więzienia. Nie jesteś przestępcą, nigdy w to nie 
wierzyłam. To bieda sprawiła, że znalazłeś się w takiej sytuacji. Jestem 
pewna, że przysiągłeś sobie, że nigdy już czegoś takiego nie zrobisz.

Nie odpowiadał. Długą chwilę siedzieli w milczeniu.
- Obserwowałem was wczoraj z mostu - odezwał się ostrożnie i dodał: - 

Miałem wrażenie, że...

- Polubiłam go. To dobry człowiek. Znów zapadła cisza.
- Teraz rozumiem więcej. - Zaczerpnął powietrza. - Dostałem przydział 

mobilizacyjny.

Posłała mu zdziwione spojrzenie. - Ty też?
- Wszyscy, którzy odbyli służbę wojskową, zostają zmobilizowani.
- Dokąd cię posyłają?
- Nie wiem. Mam się stawić w Akershus dwudziestego czwartego lipca. 

Wszyscy   zbierają   się   w   Akershus,   a   potem   zostaniemy   rozwiezieni 
różnymi pociągami.

- Szkoda, teraz kiedy masz pracę.
Johan uśmiechnął się. - Agnes przesadza. Darowano mi resztę kary za 

dobre sprawowanie i dlatego, że ułożyłem kawałek szosy, z której byli 
zadowoleni, ale byłem tylko jednym z dwustu, którzy układają kamienie 
wzdłuż drogi do Trondhjem. Siedząc w Akershus, też tam pracowałem. 
Część z nas dostarcza kamienie pod budowę nowego kościoła w Grorud. 
Pracujemy do późna, żeby zarobić na życie, niekiedy nawet do północy 
albo i dłużej. Kiedy zapada zmrok, zapala się lampę naftową. Kamienie są 

background image

przewożone dużymi taczkami, a ci, którzy je pchają, są traktowani jak 
królowie szos. - Znów się roześmiał.

- Kiedy cię wypuścili?
- Wczoraj. 
-   Przed   południem   byliśmy   u   twojej   matki   i   u   Anny,   nic   nam   nie 

powiedziały.

- Wtedy jeszcze nie wróciłem.
Elise uśmiechnęła się. - Mogę sobie wyobrazić minę Anny, kiedy cię 

zobaczyła.

Odwzajemnił jej uśmiech, ale zaraz znów spoważniał.
-   Jak   mogłem   być   taki   głupi?   -   powiedział   zduszonym   głosem. 

Wiedziała, co ma na myśli. - To nie była twoja wina, Johan. Dałeś się 
wciągnąć. Nie rozumiem tylko dlaczego.

- Powiedzieli, że to moja wina, że Lort-Anders został złapany.
- Chciałeś powiedzieć: moja.
- Na jedno wychodzi.
- Nie dostałeś moich listów?
Pokiwał głową, był wzburzony i zły. - Ktoś musiał coś w nich zmieniać. 

Były duże odstępy między słowami. Dziwiłem się, że zmarnowałaś tyle 
papieru, ty, która zawsze jesteś taka oszczędna.

Podniosła się. - Powinnam wracać do domu - powiedziała. - Zbyt długo 

już mnie nie ma.

- Dlaczego przyszłaś do Agnes, skoro wiedziałaś, że ma do ciebie żal?
- Bo poprosiła mnie o to jedna z tkaczek z Hjula. Bała się, że Agnes 

może zrobić jakieś głupstwo. - Popatrzyła na niego. - Nie uwierzyła, że 
Agnes   i   jej   koleżanka   będą   się   utrzymywać   z   robienia   szmacianych 
dywanów i drucianych wieszaków. Na tym się tyle nie zarabia.

- Myślisz, że Agnes zamierza... - przerwał przestraszony. Przytaknęła. - 

Nie rozumiem, jak mogła wpaść na taki pomysł.

Może przecież nawet zachorować. Byłam na tyle głupia, że pomyślałam, 

że może uda mi się jej to wyperswadować. Powinnam była wiedzieć, że 
nie będzie chciała mnie słuchać.

Teraz on także wstał. - Porozmawiam z nią, Elise. Ucieszyła się, że 

przyszedłem.   -   Spojrzał   na   nią,   nagle   poczuł   się   skrępowany.   - 
Przyszedłem, bo chciałem wypytać ją o ciebie po tym, jak zobaczyłem 
ciebie - i jego - z mostu wczoraj wieczorem.

background image

Spuściła   wzrok.   -   Cieszę   się,   że   się   spotkaliśmy,   Johan.   Byłoby   mi 

przykro, gdybyś uwierzył, że cię zdradziłam.

- Ja też się cieszę, że się spotkaliśmy. Chociaż to gorzko wiedzieć, że w 

dużej mierze sam jestem winien temu nieszczęściu.

-   Tak   czy   inaczej   możemy   pozostać   przyjaciółmi.   Przytaknął.   - 

Możemy. Pozdrów matkę i chłopców. Brakowało

mi Pedera i jego opowieści. Przypominały mi się, kiedy siedziałem w 

celi, i wtedy zdarzało mi się nawet uśmiechnąć.

- Szkoda, że nie słyszałeś go podczas... - zamilkła, przestraszona.
- Podczas waszego wesela? Możesz o tym mówić, Elise. Stało się i już.
Czuła kłujący niepokój, kiedy zbliżała się do domu. Było późno, zeszło 

jej dłużej, niż planowała. Czy odważy się mu powiedzieć, że spotkała się z 
Johanem? Czy Emanuel może mieć jej za złe, że rozmawiała z Johanem?

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Kiedy weszła, mama siedziała sama w kuchni. Łatała spodnie.
- Gdzie są chłopcy?
- Położyli się. Nie wiesz, jak już późno?
- Emanuel jeszcze nie wrócił?
-  Wrócił   i  się   położył.  Miał   bardzo  ciężki   dzień   w  biurze.   Było   tak 

gorąco, że niemal nie do wytrzymania, mówił.

Na   pewno   nie   gorzej   niż   w   fabryce,   gdzie   cały   dzień   stała   przy 

maszynie, pomyślała Elise, ale nic nie powiedziała. - Dawno się położył?

-   Przed   chwilą.   Nie   chciałam   iść   na   górę,   zanim   nie   wrócisz.   Tyle 

dziwnych rzeczy dzieje się ostatnio dookoła. Jak było u Agnes?

- Wciąż się gniewa.
- Chyba nie ma sensu próbować jej pomagać. Zresztą jak ty mogłabyś 

jej pomóc?

- Chciałam zobaczyć, jak się czuje. Miałam nadzieję, że może wrócimy 

do naszej dawnej przyjaźni.

Matka przyglądała się jej. - Uważam, że powinnaś trzymać się od niej z 

daleka. Nie jest warta, żeby zabiegać o jej względy.

- Pójdę się położyć. Dobranoc, mamo.
Wyglądało, że Emanuel spał. Zdjęła po cichu ubranie, włożyła nocną 

koszulę i weszła do łóżka. Na zewnątrz było jeszcze widno, zmrok zapadał 
dopiero koło jedenastej. Przyglądała mu się. Leżał z zamkniętymi oczami, 
ale oddech nie był tak równy i ciężki jak zwykle. Ledwo miała odwagę się 
poruszyć. Nie miała siły opowiadać mu o Johanie i być może wysłuchiwać 
jego uwag. Nie miała siły na nic. Pragnęła tylko spać.

Chciała się odwrócić na bok, ale lepiej było spokojnie leżeć.
- Gdzie byłaś?
Nie   spodziewała   się   pytania.   Głos   był   nieco   śpiący,   ale   brzmiał   jak 

zwykle, jakby Emanuel nie spał od chwili jej wejścia.

- U Agnes. Jedna z tkaczek z Hjula poprosiła, żebym jej pomogła. Nie 

odpowiedział. Dlaczego nic nie mówił? 

W ciszy było coś oskarżycielskiego, niedopowiedzianego. Może widział 

ją i Johana, jak siedzieli na ławce i rozmawiali?

- Był tam Johan. - Równie dobrze mogła mieć to już za sobą. - Wyszedł 

wczoraj   z   więzienia   i   pracuje   jako   kamieniarz   przy   budowie   drogi   do 
Trondhjem. Oboje gniewają się na mnie.

background image

Dalej nic nie mówił.
Niespodziewanie poczuła złość. Nie zrobiła nic złego, więc dlaczego 

milczał?

- Wyszedł za mną, zaczęliśmy rozmawiać. Dobrze, że tak się stało.
-   Co   to   znaczy   „zaczęliśmy   rozmawiać"?   -   spytał.   Jego   głos   był 

spokojny, ale coś było nie tak.

-   Powiedziałam   mu,   że   się   w   tobie   zakochałam   i   że   jesteś   dobrym 

człowiekiem. Że zgodziłeś się być ojcem dla dziecka, którego oczekuję.

- To było konieczne?
Wiedziała, że walczy, żeby zachować spokój.
- Musiałaś powiedzieć mu, że to nie moje dziecko?
- Gdybym tego nie zrobiła, skłamałabym.
-   Będziesz   musiała   kłamać,   jeśli   chcesz,   żeby   wszyscy   uwierzyli,   że 

jestem ojcem.

- Agnes o tym wie. Prędzej czy później na pewno by mu powiedziała.
- Póki co nie zrobiła tego.
- Nie, ale dała mu do zrozumienia, że zdradziłam go z tobą zaraz po 

tym, kiedy się poznaliśmy. A to nieprawda.

Zapadła cisza.
- Kocham cię, Emanuelu. Nie żałuję swojego „tak". Niech to nie stanie 

między nami. Nie chciałam, żeby Johan miał mnie za latawicę. Teraz zna 
prawdę i nie muszę czuć się skrępowana, kiedy spotykam go na ulicy. 
Rozstaliśmy się jak przyjaciele. Zaimponowałeś mu, że wziąłeś na siebie 
obowiązki ojca. Przyznał, że on „nie byłby w stanie". Jedyne, czego żałuję, 
to że dałam mu do zrozumienia, kto jest ojcem. Byłoby straszne dla pani 
Thoresen i Anny, gdyby teraz zrobił coś, za co znów mógłby trafić do 
więzienia.

Emanuel podłożył swoją rękę pod jej głowę i powoli przyciągnął ją do 

siebie.

- Wybacz mi, Ehse. Poczułem się zazdrosny. Chyba to rozumiesz.
- Nie masz do tego żadnego powodu. Cieszę się, że ci to powiedziałam. 

Nie ma nic gorszego niż podejrzliwość.

Podciągnął jej koszulę, pieścił ją gwałtownie, szybko.
Elise   próbowała   za   nim   nadążyć,   ale   zmęczenie   pracą,   wypadek   i 

wszystko, co się potem wydarzyło, utrudniało jej to.

Zawiedziony, że nie udało się mu doprowadzić jej tam, gdzie chciał, 

odwrócił się do niej plecami. Kiedy skończył, wymamrotał „dobranoc".

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Był wczesny ranek, wtorek 25 lipca. Ku wielkiemu zdziwieniu Elise 

dyrektor dał wszystkim robotnicom, które miały mężów czy narzeczonych, 
którzy dostali powołanie, kilka godzin wolnego, żeby mogły odprowadzić 
ich na stację i pożegnać się z nimi. Dyrektor był żarliwym orędownikiem 
rozwiązania   unii   i   dzień   przed   wyjazdem   oddziału   wygłosił   bardzo 
emocjonalne przemówienie do zatrudnionych w fabryce pracowników.

- Norwegia zasługuje na szacunek i własne miejsce w międzynarodowej 

społeczności - zaczął dobitnym, wzruszonym głosem. - Ponad dziesięć lat 
temu zażądano od parlamentu  utworzenia sieci norweskich konsulatów, 
ale   opór   szwedzkich   polityków   był   ogromny.   Norweska   żegluga 
potrzebowała   własnych   konsulatów,   jednak   za   każdym   razem,   kiedy 
przedstawiano tę propozycję Szwedom, natychmiast odzywał się szczęk 
szabelek. Nastroje w szwedzkiej prasie były nienawistne, a groźba wojny - 
realna.   Byliśmy   zmuszeni   wycofać   nasz   wniosek.   Szkoda.   Ponieśliśmy 
porażkę. Do wojny nie doszło, ale unia odniosła ranę, która nie mogła się 
zagoić. - Zrobił przerwę, po czym uderzył pięścią w stół i mówił dalej: - 
Teraz weźmiemy rewanż! Jeśli Szwedzi i tym razem nie ustąpią, będziemy 
zmuszeni   sięgnąć   po   broń.   Bądźmy   dumni   z   mężczyzn,   którzy   jutro 
wyjeżdżają   bronić   naszej   ojczyzny,   najcenniejszego   daru,   jaki 
otrzymaliśmy od Boga, który mamy prawo i obowiązek bronić.

Prządki i pomocnice  stały  poważne, słuchając dyrektora. Poczuły się 

jakoś   nieprzyjemnie.   Wojna...   Już   samo   słowo   kojarzyło   się   z 
niebezpieczeństwem, z czymś gwałtownym i brutalnym. No i jak sobie 
poradzą   bez   zarobków   mężczyzn?   Niewielkie   sumy,   jakie   wypłacano 
żołnierzom   pełniącym   służbę   graniczną,   nie   starczały,   by   wyżywić 
rodzinę. Ale jeśli nie wrócą? Wtedy czeka ich bieda i głód.

Myśli kłębiły się w głowie Elise. Nie stać ich będzie na wynajmowanie 

domku, jeśli Emanuela nie będzie przez dłuższy czas. Trudno było znaleźć 
małe   mieszkanie,   wielu   wynajmowało   jedynie   kąt   w   cudzym   pokoju. 
Skoro większa część jej zarobków pójdzie na czynsz, niewiele zostanie na 
jedzenie. O ubraniu w ogóle nie myślała.

Przez chwilę starała sobie wyobrazić, jak będzie żyła bez Emanuela. 

Odsunęła od siebie tę myśl, ale płacz ścisnął jej gardło. Przez te kilka 
tygodni było im tak dobrze. Po tym feralnym wieczorze, kiedy spotkała 
Johana, stali się sobie szczególnie bliscy. Najwyraźniej przestraszył się, że 

background image

być może żałowała swojej decyzji i że może ją stracić, a ona zrozumiała, 
co   on   czuł,   i   chciała   mu   udowodnić,   że   nie   miał   powodu   do   obaw. 
Wieczory spędzali razem, napawając się sobą, a ona zapominała o swoim 
zmęczeniu i bolących plecach. Było im lepiej, niż kiedykolwiek sobie to 
wyobrażał.

Elise   rozejrzała   się.   Wokół   niej   i   wzdłuż   ulicy,   którą   mieli   przema-

szerować żołnierze, od Akershus do Ostbanestasjonen, stało dużo ludzi. 
Twarze były poważne. Możliwość odzyskania niezależności nie budziła 
entuzjazmu. Nie było śladu radości, którą ludzie czuli siódmego czerwca, 
kiedy   pełni   optymizmu   podawali   sobie   ręce   i   w   całym   mieście 
rozbrzmiewały  słowa hymnu. Dzisiaj dawało się  wyczuć zmartwienie  i 
smutek rozstania. Czy ci młodzi żołnierze, którzy wkrótce mieli ukazać się 
na ulicy Karla Johana, wrócą?

- Idą! - zawołała głośno mała dziewczynka. - Idzie wojna!
Dorośli   uśmiechnęli   się,   ludzie   zaczęli  wyciągać   szyje  i  wypatrywać 

żołnierzy, którzy maszerując, zbliżali się do nich.

Batalion   obrony   kraju   miał   się   stawić   na   ćwiczenia   w   pobliżu 

Fredrikshald, powiedział jej Emanuel, podczas gdy batalion liniowy miał 
jechać do Kongsvinger. Jego głos brzmiał dumnie, kiedy jej o tym mówił. 
Najwyraźniej był zadowolony, że jest w Norweskim Korpusie Strzelców.

Zbliżali się, szli wyprostowani, z dumą w oczach, w zwartym szeregu 

maszerowali do dźwięku Marsza strzelców.  Plecaki im ciążyły, ale nie 
wydawało   się   im   to   przeszkadzać.   Poranne   słońce   odbijało   się   w 
karabinach, w wojskowych kotłach i w szablach, kroki niosły się echem po 
wzgórzach.

Przyglądający   się   im   ludzie   wiwatowali,   machali   żołnierzom, 

powiewały chusteczki, niektóre kobiety otwarcie płakały.

Elise stała w pierwszym rzędzie i widziała Emanuela z bliska. W domu, 

zanim   wyruszył,   pożegnali   się   gorąco   i   kiedy   teraz   ich   spojrzenia   na 
chwilę się spotkały, zalała ją fala dumy. Z trudem przełknęła ślinę. Czuła 
w sobie miłość do niego. Chciała zawołać: Wróć do mnie, Emanuelu! I 
chociaż żaden dźwięk nie pojawił się na jej ustach, wiedziała, że on o tym 
wic. Kochała go, teraz to zrozumiała.

Trudno było wracać z powrotem do fabryki. Szły grupkami, wszystkie 

razem: robotnice z Graaha i z Hjula, i z fabryk płożonych dalej nad rzeką. 
Część była nawet z fabryki tekstyliów w Nydalen. Wyglądało na to, że 
wszyscy dostali dzisiaj wolne.

background image

- Elise?
Odwróciła się pośpiesznie. Za nią szła Agnes.
- Ty tutaj?
Poczuła się nieprzyjemnie, zastanawiała się, czy Agnes przyszła po to, 

żeby zobaczyć Emanuela, zanim wyjedzie. Agnes uśmiechnęła się.

Elise patrzyła na nią zdziwiona. Nie sprawiała wrażenie zagniewanej, 

raczej łagodnej i zadowolonej. Ładnie wyglądała, miała nowy kapelusz i 
nową bluzkę. Czyżby nowe zajęcie już pozwoliło jej tyle zarobić?

-   Nie   patrz   na   mnie   tak   podejrzliwie.   Przyszłam   pożegnać   się   z 

Johanem.

- To miło z twojej strony.
Elise czuła się zakłopotana. Czyżby Agnes zrobiło się żal Johana, bo nie 

miał go kto odprowadzić? Gdyby nie te straszna zdarzenia, które miały 
miejsce zimą, ona by go teraz odprowadzała.

Agnes roześmiała się.
- Nie zrobiłam tego z grzeczności. Johan i ja jesteśmy ze sobą.
- Tak? - powiedziała Elise i spojrzała na nią zdziwiona.
-   Czy   to   nie   wspaniale?   Obie   uważałyśmy,   że   Johan   jest   naj-

przystojniejszy ze wszystkich z Sagene, z całego osiedla. Pamiętasz?

- Oczywiście, że pamiętam. Miło mi to słyszeć, Agnes.
W głębi duszy nie była jednak tym tak zachwycona. Biedny Johan, dość 

miał nieszczęść. Jego miłość do Agnes, na której nie można było polegać, 
mogła przynieść mu jedynie rozczarowanie.

- Już się na ciebie nie gniewam, Elise.
- Cieszę się, że to mówisz. Było mi przykro, Agnes. Agnes pokiwała 

głową.

-   Tamtego   wieczora   nie   zachowałam   się   tak   jak   powinnam.   - 

Uśmiechnęła   się.   -   Byłam   zła.   Teraz   jednak   cieszę   się,   że   wtedy   się 
wygadałam. Inaczej pewno bym go nie dostała.

Nie marnowali czasu, pomyślała Elise. Minęły zaledwie dwa tygodnie 

od jej wizyty na Maridalsveien, kiedy to widziała wściekłość w jej oczach.

-   Na   pewno   dostaną   przepustkę.   Jak   przyjedzie,   przygotuję   mu   coś 

dobrego - powiedziała i znów się uśmiechnęła.

- Gdzie Johan będzie stacjonował?
- W Kongsvinger. Tam gdzie Emanuel. Chciałabym to zobaczyć! Będą 

krzywo na siebie patrzeć. Chociaż Johanowi już przeszło. Zakochał się we 
mnie.

background image

- Cieszę się - powiedziała Elise, a jej słowa rozbrzmiewały niczym echo. 

Powinna uściskać Agnes, życzyć jej powodzenia i cieszyć się jej i Johana 
szczęściem,   ale   słowa   ugrzęzły   jej  w  gardle,   nie  była  w  stanie   okazać 
zadowolenia, czego Agnes zapewne oczekiwała. - Znalazłaś pracę?

Agnes   przytaknęła.   -   Wracam   do   Hjula.   Elise   spojrzała   na   nią 

zdziwiona. - To dobrze.

-   Dobrze?   -   odpowiedziała   Agnes,   posyłając   jej   ponure   spojrzenie.   - 

Dobrze, że wracam do niewolnictwa?

- Wolałaś być służącą?
- Czasem tak, ale nie zawsze. Chwilę szły w milczeniu.
-  Słyszałam,  że  chciałaś  zamieszkać  na  Lakkegata  i  robić  szmaciane 

dywany.

Agnes spojrzała na nią podejrzliwie. - Kto ci tak powiedział? - spytała.
- Jedna z tkaczek z Hjula. Agnes zdawała się zawstydzona.
- Nie mówiłam tego poważnie. Byłam zła i chciałam wyjechać. Nagle 

wyraz jej twarzy się zmienił, uśmiechnęła się.

- Johan zjawił się w samą porę. Uratował mnie.
- Naprawdę byłaś gotowa to zrobić?
- Tak.
- Chyba wiesz, jaki los czeka te dziewczęta. Wiele z nich kończy na 

czwartym oddziale szpitala w Ulleval z okropną chorobą.

- Skąd to wiesz?
Elise zauważyła, że Agnes nie zaprzeczyła.
-   Spotkałam   jedną   z   nich,   kiedy   szukałam   dziewczyn,   które   były   z 

ojcem. Opowiedziała mi o wszystkim. Okropnie wyglądała. Miała rany na 
całym ciele. Kiedy pojawiły się pierwsze krosty, potwornie się przeraziła.

Agnes nie odzywała się. Elise zrozumiała, że dała jej do myślenia.
Zbliżały się do mostu Beierbrua.
- Wracasz do pracy w Hjula? Agnes przytaknęła.
- Wczoraj zaczęłam już pracę. Dyrektor dał wolne wszystkim, których 

mężowie   czy   narzeczeni   wyjeżdżają,   żebyśmy   mogły   się   pożegnać.   - 
Zachichotała. - Pożyczyłam pierścionek od matki i powiedziałam, że ja i 
Johan   Thoresen   jesteśmy   zaręczeni.   Co   właściwie   jest   prawdą.   My...   - 
zamilkła, jakby nagle się zawstydziła, co nie było do niej podobne.

- Chyba nie chcesz powiedzieć, że... Agnes przytaknęła.
Elise   przypomniała   sobie   ubiegłoroczne   letnie   wieczory   i   zimowe 

godziny w kuchni pani Thoresen. Wtedy do niczego nie doszło.

background image

Przeszły przez most. Agnes ruszyła w stronę dużego szarego budynku 

po prawej stronie.

- Do widzenia, Agnes. Na pewno się jeszcze zobaczymy.
-   Mam   nadzieję.   Cieszę   się,   że   znów   jesteśmy   przyjaciółkami. 

Niedobrze się na siebie gniewać, prawda?

Elise   pokręciła   głową.   Uważała,   że   Agnes   mogła   przynajmniej 

przeprosić za swoje zachowanie podczas wesela i za to, że powiedziała 
Johanowi coś, co nie było prawdą. Ale nie powinna chyba oczekiwać zbyt 
wiele. Agnes była Agnes.

Kiedy Elise tego wieczora wróciła z fabryki do domu, zobaczyła Pe-dera 

siedzącego na schodkach z brodą opartą o dłonie, patrzącego smutno na 
wodę płynącą pod mostem.

- Co z tobą, Peder?
- Jeszcze pytasz?
Nawet na nią nie spojrzał. Sprawiał wrażenie, jakby na swoich młodych 

barkach dźwigał wszystkie nieszczęścia świata, i to właśnie on, zwykle 
taki wesoły i radosny.

- Uderzyłeś się czy coś zgubiłeś?
- To nie to - powiedział i pokręcił głową.
- Chodź; ci o to, że Emanuel wyjechał?
- O to też - przytaknął, nie patrząc na nią.
- A o co jeszcze?
Usiadła obok niego i objęła go ramieniem.
-   Zawsze   kiedy   z   kimś   się   zaprzyjaźnię   albo   kiedy   urodzi   mi   się 

braciszek, to zaraz znika. Najpierw był Johan, potem Braciszek, i w końcu 
Emanuel. Teraz Johan wrócił i zaraz wyjechał. A na dodatek zakochał się 
w Agnes. Głupek jeden!

Elise westchnęła.
- Życie dorosłych czasem trudno jest zrozumieć.  Johan zerwał nasze 

zaręczyny,   bo   ktoś   go   okłamał   i   powiedział,   że   jestem   z   Emanuelem. 
Długo płakałam, ale potem polubiłam Emanuela i kiedy mi się oświadczył, 
zgodziłam się. Johan pewnie też trochę płakał, kiedy usłyszał te wszystkie 
kłamstwa. Ale kiedy wyszedł z więzienia, spotkał Agnes i teraz obie pary 
są szczęśliwe i nikt już nie płacze. Ty też nie powinieneś się smucić.

- Nie lubię jej - ciągnął dalej. Najwyraźniej w ogóle jej nie słuchał. - 

Mama mówi o niej, że to latawica. Podlotka.

- Podlotek - poprawiła go Elise.

background image

Opuścił ręce i oparł się o nią. - Co to znaczy?
- To znaczy po prostu młoda dziewczyna.
- Pani Evertsen mówi, że to flirciara, a według mnie to ulicznica, do 

diabła!

-   Peder,   przeklinasz!   Poza   tym   nie   wiesz,   co   to   znaczy   „ulicznica". 

Nagle oczy Pedera zaszły łzami. - Czy to ładnie, że zabrała mi mojego 
przyjaciela?

- Sądziłam, że polubiłeś Emanuela? - powiedziała Elise i objęła go.
- Polubiłem - pociągnął nosem Peder. - Ale można chyba lubić dwie 

osoby naraz?

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Mijały kolejne dni. W mieście panował nastrój smutku i przygnębienia. 

Ludzie przystawali na ulicy czy w mleczarni i rozmawiali, rzucali się na 
gazety i pilnie śledzili wszystko, co mówiono. Większość miała kogoś, kto 
został   zmobilizowany:   męża,   syna.   sąsiada   czy   kuzyna,   i   wszystkim 
cisnęło się na usta pytanie: Czy będzie wojna?

Wchodząc do sklepu Magdy na rogu, od razu wyczuwało się ten nastrój. 

Nie chodziło tylko o prowadzone tam rozmowy, ale też o to, co kupowano. 
Jeśli dawniej ludzie od czasu do czasu dawali się skusić na jakiś smakołyk, 
nawet jeśli nie bardzo było ich na to stać, to teraz rozpusta się skończyła. 
Kupowano tylko to, co najpotrzebniejsze: chleb, solone śledzie, kaszę i 
ziemniaki.   Wkładano  rzeczy   do   torby   i  wracano  do   domu.   Czasem  od 
biedy brano też jeszcze baniak mleka.

Ludzie wierzący mówili o gniewie Pana. Zaczęło się od trzęsienia ziemi 

w   ubiegłym   roku,   potem   spłonął   Alesund,   a   następnie   ogień   strawił 
Porsgrunn.  Pani Evertsen  składała  ręce.  Mrucząc   pod  nosem:  „W imię 
Jezusa", odprawiała własne, małe nabożeństwo.

Pewnego dnia jedna z pomocnic przyniosła ze sobą do fabryki dodatek 

do „Fainiliejournalen" i pokazała go pozostałym w przerwie obiadowej. 
Można tam było zobaczyć całą norweską marynarkę. Pod zdjęciem było 
napisane,   że   Norwegia   ma   cztery   nowoczesne   pancerniki,   szereg 
mniejszych okrętów transportujących miny, kilka torped i torpedowców i 
jeszcze   inne   okręty.   Poza   tym   marynarka   miała   też   rodzaj   pływającej 
wieży armatniej z wystającymi z wody armatami.

Dziewczęta wzdrygnęły się.
- Dobrze, że mamy Christiana Michelsena - powiedziała jedna z nich.
- Niech no tylko Szwedziuchy spróbują.
Jedna z prządek miała rodzinę w Fredrikstad. Odwiedziła ich pewnej 

niedzieli,   kiedy   kolejne   bataliony   jeden   za   drugim   przeciągały   przez 
miasto. Szli żołnierze z armatami i kuchniami polowymi, ulicami Starego 
Miasta ciągnęła kawaleria. Ludzie stali w tłumie na chodnikach, patrząc, 
jak mijają ich niekończące się szeregi żołnierzy.

Spływał   z   nich   pot.   Na   nogach   mieli   wielkie,   ciężkie   buty;   byli   w 

pełnym   rynsztunku.   Nastrój   w   niczym   nie   przypominał   tego   z 
Siedemnastego Maja, nawet dźwięki Marsza strzelców nie nastrajały do 
wiwatowania.

background image

Inna   miała   ze   sobą   egzemplarz   „Tyrihans"   i   jeszcze   inne   pisemko. 

Dziewczęta pochyliły się nad nimi, przeglądając je, podczas gdy jedna z 
nich   czytała   na   głos.   Pisano   tam   między   innymi   o   „Grana-
tenbombenstierna",   który   zawinął   z   dziesięcioma   tysiącami   pijanych 
Szwedów,   przybywających   tu,   by   dać   nauczkę   Oli   Nordmannowi   i 
pokazać, kto naprawdę rządzi w kraju.

- Mój mąż sądzi, że Anglicy nam pomogą. Może nawet i cesarz Wilhelm 

- dodała z nadzieją jedna ze starszych kobiet. - Wystarczy, że Michelsen 
wyśle telegram cesarzowi, a ten od razu się tu zjawi.

Strach nieco ustąpił, ale niepokój pozostał. Kiedy spotykało się kilka 

osób,   zaraz   zaczynano   rozmawiać   o   Szwecji,   o   królu   Oskarze,   o 
Michelsenie, o Nansenie i o wojnie. Peder chętnie dzielił się wszystkim, co 
usłyszał.

-   Ktoś   opowiadał,   że   szwedzkie   oddziały   są   już   prawie   na   granicy. 

Wielkie pociągi, pełne szwedzkich żołnierzy, stoją i czekają. Żołnierze są 
pijani jak zające. Pytanie, czy w ogóle będą w stanie trafić do celu, kiedy 
przyjdzie co do czego.

Pewnej nocy zbudził ich hałas. FJise wyskoczyła z łóżka i wbiegła do 

kuchni. Na zewnątrz świecił księżyc, dając niebieskawe, nieco tajemnicze 
światło. W tej samej chwili wpadli z hałasem Peder i Kristian, a za nimi 
matka ze świeczką w ręku.

-   Słyszałaś,   Elise?   -   spytał   Peder,   a   w   jego   głosie   pobrzmiewał 

niekłamany zachwyt.

Nie rozumie, co to znaczy wojna, pomyślała. Dla niego to jak zabawa w 

żołnierzyki, jaki bójka między chłopcami.

- Owszem, słyszałam - odpowiedziała Elise, drżąc cała. Czyżby zaczęła 

się wojna?

-   Nie   sądziłam,   że   zacznie   się   tu,   w   mieście   -   odezwała   się   matka 

cienkim głosem. - Przecież wszyscy żołnierze zostali wysłani na granicę.

Tylko Kristian  nic nie  mówił.  Stał sztywny, z zaciśniętymi  dłońmi i 

wyglądał przez okno.

Następnego  huku  nie było. Na zewnątrz  widać  było  małe   drewniane 

domki,  pogrążone w ciemności,  tylko gdzieniegdzie  migotały  świeczki, 
szybko   je   jednak   zagaszono.   Nigdzie   nie   było   nikogo   widać,   a   kiedy 
podeszli do okna w korytarzu i spojrzeli na fabryki, zobaczyli, że budynki 
stoją pogrążone w ciemności i nocnej ciszy, jak zwykle zresztą. Nikt nie 

background image

śpieszył   przez   most,   żadne   koło   u   wozu   nie   hałasowało   na   wyboistej 
drodze.

- Chciałabym, żeby Emanuel tu był - powiedziała matka zlęknionym 

głosem.

- Przecież on ma nas bronić - rzucił odważnie Peder. Elise odwróciła się 

w stronę drzwi do sypialni.

- Chodźmy spać. Skoro wszyscy uznali, że nie ma potrzeby wstawać, to 

my też nie musimy.

- Skąd to wiesz? - spytał Peder, idąc za nią.
- W oknach paliłyby się świeczki.
- Może oszczędzają i siedzą po ciemku.
-   To   nie   jest   wojna,   Peder.   Jeszcze   nie.   Gdyby   coś   się   działo, 

wiedzielibyśmy już wieczorem.

Wcale nie była tego pewna, ale musiała go jakoś uspokoić.
- Mogę dzisiaj spać w twoim łóżku? - spytał niepewnym głosem.
Chyba jednak rozumiał powagę sytuacji. Zrobiło się jej go żal. Jej też 

brakowało poczucia bezpieczeństwa, które dawał jej Emanuel.

- Jasne, Peder. Przynajmniej nie będę spała sama.
Matka  i Kristian  wdrapywali się  na górę, podczas gdy Elise  i Peder 

zniknęli w sypialni.

Położył się blisko niej, jak to często robił. Czuła, jak chude chłopięce 

ciało drży, i przyciągnęła go do siebie.

- Im nie zależy na nas, Peder. My dla nich nic nie znaczymy.
-   A   jeśli   jakaś   kula   armatnia   wpadnie   przez   komin,   Elise?   Wtedy 

wylecimy w powietrze, i ty, i ja.

- Nic podobnego. Spróbuj teraz zasnąć. Jutro dowiemy się, co to był za 

huk.

-   Myślę,   że   to   był   wystrzał   z   armaty.   To   sprawka   tych   szwedzkich 

diabłów. Jeśli któregoś z nich spotkam, powiem mu, że to jest nasz kraj! 
Powiedział to dawno temu ten król, który miał takie piękne włosy! Co 
najmniej dwadzieścia lat temu.

Elise uśmiechnęła się w ciemności i pogładziła go po czuprynie.
- Miałeś na myśli Haralda Pięknowłosego, ale to było ponad tysiąc lat 

temu.

- Musisz im to powiedzieć, Elise. Może prędzej posłuchają podlotki.
Następnego dnia okazało się, że był to wystrzał z armatki straży po-

żarnej przy Sankt Hanshaugen. Budynek straży pożarnej powstał zaledwie 

background image

trzy   lata   temu;   strażacy   dyżurowali   w   nocy,   żeby   móc   ostrzec   przed 
pożarem. Ogień szybko ugaszono.

Tego   samego   wieczoru   przyszła   do   nich   w   odwiedziny   Hilda.   Elise 

spojrzała na jej twarz i od razu się domyśliła, że coś się stało.

Matka   też   musiała   to   zauważyć,   bo   jej   prawe   oko   zaczęło   drgać 

nerwowo. Szybko nastawiła wodę na kawę.

Hilda usiadła przy stole w kuchni, uie odzywała się.
- Co z tobą, Hilda? - spytała matka, przyglądając się jej z niepokojem.
Hilda wzruszyła ramionami.
- Zapracowujesz się? Nie byłoby lepiej, gdybyś dalej pracowała jako 

pomocnica?

Upał się utrzymywał. Drzwi do kuchni były otwarte, wpadało ciepłe 

powietrze, pełne słońca, zapachu kwiatów i rzeki.

- Fuj, ale tu  cuchnie - powiedziała  Hilda,  marszcząc  nos. - Zamknij 

drzwi, Peder!

Elise usiadła naprzeciwko niej.
- Powiedz, o co chodzi, zamiast siedzieć i się dąsać. Hilda spojrzała na 

nią ponuro.

- Słyszałam, że rozmawiałaś z panem Paulsenem i jego żoną.
-   Masz   na   myśli   siostrzeńca   pana   Paulsena?   Spotkaliśmy   ich   kiedyś 

podczas spaceru. Emanuel musiał się z nimi przywitać, w końcu byli jego 
sąsiadami.

- Nie miałaś zamiaru opowiedzieć mi, jak się przed nimi płaszczyłaś?
- Nie płaszczyłam się, a nic ci nie mówiłam, bo nie chciałam cię ranić. 

Najchętniej wcale bym się nie zatrzymywała, ale musiałam.

Hilda prychnęła.
- Stałaś tam i się krygowałaś, tak? To też musiałaś? Musiałaś zajrzeć do 

wózka i wziąć dziecko na rękę, tak?

-   Nic   takiego   nie   zrobiłam   -   powiedziała   Elise,   czując,   że   robi   się 

czerwona ze złości. - Matka wyjęła je z wózka i podniosła. To ona chciała, 
żebym wzięła je na ręce. Możesz sobie chyba wyobrazić, jak się czułam.

- Jak ty się czułaś? ... - Oczy Hildy miotały pioruny. - Podobno nawet 

zaprosili was do siebie, ciebie i Emanuela. Jeśli pójdziesz, nigdy ci tego 
nie wybaczę.

- Nie miałam zamiaru do nich iść. Matka podeszła do stołu.
- O co się kłócicie? Spotkałaś rodziców Braciszka, Elise?

background image

Jej też nic nie powiedziała. Wiedziała, jak bolało ją samo wspomnienie 

Braciszka.

Hilda podniosła się tak gwałtownie, że krzesło się przewróciło.
- Rodzice Braciszka! I to mówi jego babcia! - Rzuciła się do drzwi, 

szarpnęła je i wybiegła.

-   Biegnij   za   nią,   Elise   -   zawołała   matka,   mrugając   oczami.   -   Jest 

zrozpaczona.

Elise posłuchała, nie biegła jednak, tylko szła. Dogoniła ją na wzgórzu 

Aker.

Hilda zatrzymała się. Płakała. - Przepraszam, Elise, ale nienawidzę tych 

ludzi! - powiedziała i łkając, zakryła twarz rękami. - Zatrzymali mnie na 
środku ulicy, żeby pokazać mi dziecko. Domyślili się, że jestem twoją 
siostrą,   bo   jesteśmy   tak   „niewiarygodnie"   do   siebie   podobne!   -   Hilda 
zmieniła   głos,   przedrzeźniając   ich:   -   „Pan   Ringstad   to   taki   uprzejmy   i 
dobry człowiek, jego żona też jest bardzo miła, chociaż wychowywała się 
w   bardzo   skromnych   warunkach".   Miałam   ochotę   plunąć   im   w   twarz! 
Musiałam tam stać, zaglądać do wózka i zachowywać się jakby nigdy nic. 
Patrzyłam my prosto w oczy! - Głos się jej załamał. - To były moje oczy - 
dodała, łkając.

Elise objęła ją i przytuliła. Były same, nikt ich nie widział.
- Rozumiem cię, Hildo. Tak było mi cię żal, kiedy ich zobaczyłam, że 

nie mogłam powstrzymać łez. Dlatego uznali, że bardzo lubię dzieci. Jakże 
ja nienawidzę majstra!

Hilda szybko wyswobodziła się z jej objęć.
- Dlaczego? To nie jego wina.
Elise patrzyła na nią, nic nie rozumiejąc.
Hilda   wytarła   oczy   rękawem   i  wyprostowała   się.   -  Cieszę   się,   że   je 

mam. I proszę, nie mów o nim źle. Możesz spokojnie wracać do domu, 
Elise. Musiałam to z siebie wyrzucić, ale już jest w porządku.

Elise kiwała głową, zdziwiona. - Przyjdź kiedyś, napijemy się kawy. 

Matka tęskni za tobą. Chłopcy i ja też.

Hilda zatrzymała się, jakby nagle o czymś sobie przypomniała. - Pewnie 

ci przykro, że wyjechał...

Elise pokiwała głową. - Dostałyśmy wolne, żeby odprowadzić ich na 

stację.

- Słyszałaś o Agnes i o Johanie?...

background image

- Tak. Muszę powiedzieć, że szybko się pocieszyła. A podobno chciała 

odebrać sobie życie z tego smutku.

Hilda uśmiechnęła się.
- Znasz Agnes.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Następnego dnia, kiedy Elise wróciła do domu z przędzalni, czekał na 

nią list.

Podniecona rozerwała kopertę:
Kochana Elise!
No więc jesteśmy już na miejscu. Dotarliśmy do Kongsvinger o 12.40 

we wtorek, tego samego dnia, kiedy wyjechaliśmy i cale miasto wyszło 
nas   oglądać.   Przyjemnie   było   tak   maszerować   ulicami   w   takt   Marsza 
strzelców, podchodząc pod strome zbocze, prowadzące do twierdzy. Tam 
na górze kolejne kompanie defilowały przed pułkownikiem, oddając mu 
honory.   Trzy   kompanie   zostały   zakwaterowane   w   czteroosobowych 
namiotach pod murami twierdzy, podczas gdy czwarta została skierowana 
do   budynku   w   samej   twierdzy.   Ja   trafiłem   do   jednego   z   namiotów, 
dostałem łóżko z siennikiem, a moją poduszką jest plecak. Powiedziano 
nam, że mamy się urządzić tak dobrze i praktycznie, jak potrafimy, mając 
na uwadze, że nasz pobyt tutaj może nieco potrwać. Ale chłopcy są w 
dobrych   nastrojach.   Któregoś   wieczora   lał   deszcz.   Jakiś   porucznik 
zobaczył, że jeden ze strzelców moknie przed namiotem, i kazał mu wejść 
do środka. „Pełnię wartę", odpowiedział strzelec. „Muszę pilnować, żeby 
słoma się nie zmoczyła, i zwołać żołnierzy, jeśli doszłoby do zalania".

Tęsknię za tobą, Elise. Bardziej, niż sobie wyobrażasz. Kiedy inni leżą i 

rozmawiają o tańcach, zabawach i dziewczynach, mając nadzieję przeżyć 
jakąś przygodę w Kongsringer, ja marzę o tobie. Było nam tak dobrze 
przed moim wyjazdem z domu. Martwię się, że może minąć trochę czasu, 
zanim się znów zobaczymy. Słyszę, że ktoś biegnie, coś się dzieje. Muszę 
kończyć.

Jest   wieczór   następnego   dnia.   Posłaniec   przybył   z   telegramem   ze 

Szwecji. Kapitan twierdzi, że nigdy nie byliśmy bliżej wojny. Modlę się za 
ciebie, Elise. Za nas oboje.

Twój Emanuel
Elise złożyła list i schowała go do kieszeni.
- Co pisze? - spytała matka, patrząc na nią wystraszonym wzrokiem.
- Pisze, że nigdy nie byliśmy bliżej wojny. Matka nerwowo załamywała 

ręce.

background image

- Musimy się rozejrzeć za mieszkaniem, Elise. Wiedziałam, że jest nam 

za   dobrze,   żeby   to   mogło   tak   trwać   -   dodała,   mamrocząc   i   omiatając 
wzrokiem pomieszczenie.

-   Musisz   martwić   się   na   zapas?   -   Elise   sama   słyszała,   jak   ostro   to 

zabrzmiało.

-   Trzeba   myśleć   realistycznie.   Nie   możemy   tu   mieszkać,   nie   mając 

pensji Emanuela. Te nędzne parę groszy żołdu nie starcza nawet na ich 
własne potrzeby. Na mieszkanie w Andersengarden nie będzie nas stać, 
musimy znaleźć coś tańszego.

- Nie zamierzam niczego szukać, nic jeszcze nie wiemy - powiedziała 

Elise stanowczo. - Szwedzi mogą nagle zmienić zdanie i zgodzić się na 
rozwiązanie pokojowe.

Matka patrzyła na nią, uśmiechając się z wyższością.
- Dobrze jest być optymistką, ale naiwność bywa niebezpieczna. Nie 

zauważyły, że Peder wszedł z przedpokoju i teraz stał i przysłuchiwał się 
rozmowie.

-   Dostałem   pracę   -   powiedział   bez   cienia   radości   w   głosie.   Matka 

klasnęła w dłonie. - Dostałeś pracę, Peder? Teraz, na wakacje?

Peder   pokiwał   głową   z   powagą.   -   Nie   tylko   na   wakacje.   Będę   po-

mocnikiem woźnicy. U Karlsena.

- To dobrze, Peder - powiedziała Elise i uśmiechnęła się do niego. - Nie 

cieszysz się? Przecież tego właśnie chciałeś.

Peder   pokręcił   głową.   -   Nie   jeśli   będziemy   musieli   mieszkać   na 

Lakkegata   w  pokoju   razem  z   dwudziestoma   innymi.   I  nie   teraz,   kiedy 
zaraz będzie wojna. Jeśli Szwedziuchy zaczną strzelać z armat, to Johan i 
Emanuel trafią do nieba, do taty. Nie wiem, co to komu da.

Elise   poczuła,   że   cała   sztywnieje.   Słowa   matki   musiały   przestraszyć 

Pedera.

- Nie wierzę, że będzie wojna. Wierzę natomiast, że i Emanuel, i Johan 

wrócą do domu i że dalej będziemy mogli mieszkać w domku majstra, 
przynajmniej do następnego lata.

Tym   razem   jednak   Peder   wydawał   się   niepocieszony.   Wyszedł   ze 

spuszczoną głową. Elise śledziła go wzrokiem, a jej serce krwawiło.

Tego samego wieczora, akurat kiedy chłopcy mieli iść spać, rozległo się 

pukanie do drzwi. Weszła Agnes.

- Dostałam list od Johana! - wyśpiewała radosnym głosem, bez żadnego 

skrępowania, mimo że nie widziała się z matką Elise od czasu tamtego 

background image

przykrego   zdarzenia   podczas   wesela.   Usiadła   na   jednym  ze   stołków.   - 
Macie może trochę kawy?

Twarz matki była ściągnięta. Pośpiesznie sięgnęła po dzbanek z kawą, 

wciąż jeszcze ciepły po kolacji. - Coś chyba jeszcze zostało, ale kawa jest 
słaba.

-   Nie   szkodzi   -   powiedziała   Agnes   i   uśmiechała   się.   Nie   było 

wątpliwości, że znów była dawną Agnes. - Pisze takie rzeczy, że aż się 
rumienię. Za tydzień dostanie przepustkę i wtedy pójdziemy po tańczyć do 
wesołego miasteczka.

Elise patrzyła na nią, nic nie rozumiejąc.
- Jak może dostać przepustkę, skoro lada chwila dojdzie do wojny?
Agnes   wzruszyła   ramionami.   -   Nie   wierzę   w   to.   Wszyscy   dostaną 

przepustki.   W   każdym   razie   ci,   którzy   o   nie   poproszą.   Wystarczy,   że 
powiedzą, że mają w domu chorą matkę, albo coś takiego.

Matka wzięła wiadro na wodę i ruszyła w stronę drzwi, najwyraźniej nie 

miała siły dłużej tego słuchać. Peder i Kristian nadstawiali uszu, ale kiedy 
po chwili Elise kazała im iść na górę spać, posłuchali.

- Nie dostałaś listu, Elise?
- Dostałam. Dzisiaj.
- Też pisze ci takie rzeczy... chodzi mi o to, czy... - Agnes zachichotała. 

- Też się rumienisz?

W głosie nie słychać było zazdrości, najwyraźniej Emanuel został już 

zupełnie zapomniany.

- Pisze, jak im się żyje i że tęskni do domu.
- Nie powinnaś była zostawiać Johana. Ja się z tego oczywiście cieszę, 

ale żal mi ciebie. Wciąż jest najprzystojniejszym mężczyzną w Sagene. 
Emanuel jest taki poważny. To żołnierz Armii Zbawienia i w ogóle. Jest 
inni niż reszta.

Elise kręciła głową bezradnie. - Dziwne, jak wiatr zmienił kierunek.
Agnes śmiała się. Spuściła wzrok, zawahała się. - Myślisz, że mi się 

uda? Usidlić go? Tak naprawdę?

- To zależy od ciebie. Jeśli będziesz mu wierna i będziesz się porządnie 

prowadziła, to myślę, że tak. Ale jeśli zacznie cię nosić i zrobisz jakieś 
głupstwo, to cię zostawi. Widziałaś, co się stało, kiedy usłyszał plotki o 
mnie i Emanuelu.

Agnes pokiwała głową.

background image

- Będę się pilnować. Tym razem to coś poważnego. - Podniosła wzrok. - 

Słyszałaś,   że   jeden   z   przyjaciół   Johana   i   Lorta-Andersa   też   został 
zmobilizowany?

Elise przeszedł chłód. - Wiesz kto? Agnes pokręciła przecząco głową.
Kiedy Elise tego wieczoru położyła się spać, jej myśli krążyły wokół 

tego, co powiedziała Agnes. A jeśli to był ten rudy... Może trafił nawet do 
tej samej kompanii co Johan... Widziała przed sobą twarz Johana, kiedy 
powiedziała mu, kto to był. Zacisnął wtedy pięści tak mocno, że aż mu 
zbielały.

Odsunęła   od   siebie   dręczące   ją   myśli.   Johan   miał   teraz   Agnes, 

przeszłość nie miała już dla niego znaczenia.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

- Jeszcze nie byłaś u lekarza, Elise?
Matka   patrzyła   na   nią   pytająco   przez   kuchenny   stół,   przy   którym 

siedziały   i   obierały   ziemniaki   na   niedzielny   obiad.   Elise   pokręciła 
przecząco głową.

- Jaki to ma sens? Może mi tylko powiedzieć to, o czym i tak już wiem. 

I jeszcze zażąda dwóch koron.

-   Uważam,   że   mimo   wszystko   powinnaś   pójść.   Przez   tydzień 

zaoszczędzimy   na   maśle   i   mleku,   będziemy   częściej   jeść   kaszę.   Jesteś 
blada i zmęczona. Musisz zebrać siły przed długą zimą.

Elise nic nie powiedziała. Jak mogła zebrać siły przed zimą, skoro w 

fabryce nie było ani słońca, ani lata? Dzisiaj była niedziela i padał deszcz.

- Słyszałaś coś nowego? - spytała w zamian. - Kiedy byłaś w mleczarni 

albo u Magdy na rogu?

Matka pokręciła głową.
-   Ludzie   różnie   mówią.   Niektórzy   twierdzą,   że   Szwedzi   są   tuż--tuż, 

uzbrojeni po zęby, inni, że siedzą sobie w Szwecji i polerują guziki przy 
mundurach. Mam nadzieję, że niedługo znów dostaniesz list od Emanuela.

Peder,   Kristian   i   Evert   siedzieli   na   stryszku   i   bawili   się   w   wojnę 

miedziakami   i   guzikami   od   spodni.   Strasznie   hałasowali,   najwyraźniej 
Norwegowie i Szwedzi starli się ze sobą w krwawej walce.

- Że też nie mogą się bawić w coś innego, tylko w wojnę - westchnęła 

matka.

- Skoro dorośli nie rozmawiają o niczym innym, to dzieci też to słyszą. 

Poza tym chłopcy chyba już tacy byli.

Na zewnątrz dały się słyszeć ciężkie kroki.
-  Ktoś  idzie   -  powiedziała   matka   i  zatrwożona  spojrzała   na  drzwi.   - 

Chyba jakiś mężczyzna.

Elise poczuła, że serce zaczęło jej szybciej bić. Czyżby Emanuel dostał 

przepustkę?

Podbiegła do drzwi i otworzyła je. Na zewnątrz stał Johan. W mundurze. 

Było mu w nim do twarzy, mimo że był mokry od deszczu.

- Johan?! - wykrzyknęła, nie wiedząc, czy się cieszyć, czy nie. Wolałaby 

zobaczyć Emanuela. Co Johan tu robił? - Wejdziesz? - zaprosiła go do 
środka.

- Pomyślałem, że zajrzę i pożegnam się z wami przed wyjazdem.

background image

Uśmiechnął   się   do   niej   swoim   starym,   tak   dobrze   jej   znanym 

uśmiechem.

Peder, Kristian i Evert zbiegli pośpiesznie ze stryszku.
-   Johan?!   -   zawołał   Peder   i   rozpromienił   się.   -   Wróciłeś?   Johan   się 

roześmiał. - Byłem w domu na przepustce, już wracam.

-   Byłeś   na   wojnie?   -   Peder   patrzył   na   niego   okrągłymi   oczami.   - 

Strzelaliście z armaty?

Johan znów się roześmiał i zaczął targać mu grzywkę.
- Nie ma wojny, jeszcze nie. Musimy tylko pilnować granicy, żeby nikt 

się nie przemknął.

Elise   poczuła,   że  matka   sztywnieje.   Było   jej  przykro   ze  względu   na 

Johana. Kiedyś była nim zachwycona, ale nie mogła darować mu tego, co 
wydarzyło się zimą. Poza tym pewnie nie podobało się jej, że Johan ją 
odwiedzał, kiedy Emanuela nie było w domu.

-   Proszę,   wejdź   -   powiedziała.   Na   tyle   się   jednak   zdobyła.   To   był 

przecież jej dom.

Johan   przywitał   się   uprzejmie   z   matką,   która   pozdrowiła   go   po-

wściągliwie.

- Dostałeś przepustkę, więc sytuacja nie jest chyba aż tak krytyczna. - 

Elise   szukała   tematu   do   rozmowy,   który   nie   byłby   niebezpieczny. 
Wskazała mu jedno z krzeseł i usunęła blaszaną miskę z nie do końca 
obranymi ziemniakami. - Co u Anny i twojej matki? - mówiła dalej, nie 
czekając   na   odpowiedź.   Wiedziała,   że   mówi   za   szybko   i   jest 
zdenerwowana.

-   Nie   najgorzej.   Matka   jak   zwykle   narzeka,   ale   Anna   wydaje   się 

zadowolona.

Chłopcy   usiedli   na   podłodze   przy   drzwiach,   najwyraźniej   nie   chcieli 

uronić nic z rozmowy.

- Emanuel pisał, że nigdy nie było tak blisko wojny. Podobno przyszedł 

jakiś telegram ze Szwecji.

Johan przytaknął.
- Zdenerwowaliśmy się. Pułkownik powiedział, że mamy dać z siebie 

wszystko i spełnić swój obowiązek. Natomiast kapitan nie wierzy, że w 
ogóle dojdzie do wojny. Uważa, że przewaga Szwedów jest tak niewielka, 
że dobrze się zastanowią, zanim odważą się uderzyć. Ich przewaga nigdy 
nie   była   mniejsza,   a   my   nigdy   nie   byliśmy   tak   dobrze   uzbrojeni   i 
przygotowani.

background image

- Nie dziwne, że dostałeś przepustkę, skoro sytuacja jest taka krytyczna?
-   Dostałem   ją   ze   względu   na   Annę.   Skończyły   się   jej   lekarstwa, 

musiałem wyskrobać parę koron.

Elise przypomniały się słowa Agnes, że najlepiej wymyślić chorą matkę. 

Johan by czegoś takiego nie zrobił, była o tym przekonana.

-   Agnes   mówiła,   że   wybieracie   się   do   wesołego   miasteczka.   Johan 

spojrzał na nią zdziwiony.

- Do wesołego miasteczka? Kiedy Szwedzi stoją pod drzwiami?
Elise poczuła, że się rumieni.
- Przyjechałem rano i zaraz wyjeżdżam.
- Jak tam jest? - Peder nie potrafił się powstrzymać. - Jak jest na wojnie? 

Cały czas się bijecie?

Johan się uśmiechnął.
- Chcesz wiedzieć, jak tam jest? O piątej rozlega się pobudka, a potem 

mamy ćwiczenia do dziesiątej wieczorem. Czasem organizują nam nocne 
manewry, podczas których ćwiczymy atak i obronę nowych umocnień. 
Zapewniam cię, że w lesie jest bardzo ciemno, a my musimy się poruszać 
bardzo cicho. Ci, którzy idą pierwsi, mają za zadanie nasłuchiwać. Czasem 
bywa   strasznie.   Minuty   dłużą   się   jak   godziny.   Kiedyś   jeden   z   nich 
usłyszał, że coś się rusza. Coś zaszeleściło w listowiu; było coraz bliżej 
niego. Nic nie widział, było ciemno choć oko wykol. W końcu był już taki 
przerażony,   że   wrzasnął:   -  Kto   tam   jest?   Jeśli   nie   odpowiesz,   to   będę 
strzelał! W tej sekundzie ruszył na niego przerażany cielak.

Elise, matka i chłopcy roześmieli się. Śmiech sprawił, że napięcie, które 

dawało się wyczuć w pokoju od chwili, kiedy wszedł Johan, nieco opadło.

Chłopcy odważyli się podejść do stołu.
-   Opowiedz   coś   jeszcze!   -   poprosił   Kristian,   przypatrując   się   z 

ciekawością swojemu bohaterowi.

I   Johan   opowiadał:   o   pozorowanych   walkach,   pełnych   napięcia, 

hałaśliwych,   z   efektami   świetlnymi,   niespodziewanymi   zdarzeniami   i 
zamieszaniem.   O   „krwawej   łaźni"   przy   pasie   wygrodzonym   drutem 
kolczastym, o iskrzących racach ognia i o tym, jak żołnierze - senni i 
śmiertelnie znużeni - wracali do obozu, wchodzili do namiotów i zasypiali, 
kiedy poranne słońce pokazywało się na horyzoncie na wschodzie.

Peder, Kristian i Evert siedzieli cicho jak myszki i słuchali z oczami 

wielkimi   jak   talerze.   Dla   nich   jest   to   zabawa,   pomyślała   Elise.   Pełna 

background image

napięcia zabawa, w której też chętnie wzięliby udział. Miała nadzieję, że 
nigdy nie doświadczą sytuacji, gdy „zabawa" staje się rzeczywistością.

Podczas   gdy   Johan   opowiadał,   matka   nastawiła   kawę,   mimo   że 

właściwie powinni szykować obiad. Chłopcy też dostali kawę.

Johan   zaczął   się   niepokoić.   Musiał   zdążyć   na   pociąg   powrotny   do 

Kongsvinger.

Elise natomiast chciała porozmawiać z nim o tym, co ją dręczyło. Nie 

mogła go odprowadzić, matka by zaprotestowała.

Podeszła do okna.
- Przestało padać. Idźcie na dwór, chłopcy. Johan niedługo wyjeżdża, a 

ja i mama musimy przygotować obiad.

Spojrzeli na. nią zawiedzeni. To podłość wysyłać ich na dwór przed 

wyjściem Johana - ich spojrzenia mówiły to wyraźnie.

- Agnes mówiła mi, że znasz więcej osób, które stacjonują razem z tobą 

- zaczęła Elise ostrożnie.

Johan przytaknął. Patrzył na nią, domyślając się, że coś leży jej na sercu.
- Mam nadzieję, że to chłopcy, z którymi dobrze ci się układa?
- W zasadzie tak.
Jego twarz zastygła, wstał.
- Muszę już iść. Dziękuję za kawę, pani Lovłien.
Elise odprowadziła go do drzwi. Musiała mu to powiedzieć, tylko jak?
- Jeśli masz coś komuś za złe, nie przejmuj się tym.
- Spokojnie, Elise - powiedział, unikając jej wzroku.
-   Żegnaj,   Johan.   Powodzenia   i   bądź   ostrożny.   Posłał   jej   przelotny 

uśmiech, zanim zniknął za rogiem.

Elise nie ruszyła się z miejsca. Miała przeczucie, że na Johana czyhały 

niebezpieczeństwa nie tylko ze strony Szwedów.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Elise nie czuła się dobrze. Mdłości wróciły, poza tym wciąż kręciło się 

jej w głowie i miała wrażenie, że zaraz zemdleje.

Była burza, może to dlatego. Za wysokimi oknami fabryki padał deszcz, 

czarne chmury sunęły po niebie, w oddali słychać było grzmoty. Stawały 
się   coraz   głośniejsze,   zagłuszały   hałas   maszyn.   Całą   halę   rozświetlały 
błyskawice. Dziewczęta zerkały przestraszone w stronę okien, ale szybko 
przeniosły wzrok z powrotem na maszyny, nie mając odwagi spuścić z 
oczu na dłużej niebezpiecznych trybów. Wciąż miały w pamięci wypadek 
i strach. Prządka przeżyła, przynajmniej jeszcze żyła, tyle wiedziały, ale 
jakie życie ją czekało, o tym nikt nie chciał myśleć.

Elise nie miała siły iść do domu w przerwie obiadowej. Nie miała też 

ochoty na zupę z fabrycznego kotła.

- Co z tobą? - spytała Valborg, przyglądając się jej uważnie.
- Źle się czuję. To chyba przez tę burzę.
- Przez burzę? - roześmiała się Valborg. - Dobrze wiemy, co to takiego. 

Nie ty pierwsza tak się czujesz, chodząc z brzuchem.

W   tej   samej   chwili   Elise   zauważyła,   że   obok   przechodził   Ropucha. 

Miała wrażenie, że obrzucił ją badawczym spojrzeniem. Łudziła się, że nie 
słyszał rozmowy.

Martwiła się do końca przerwy. Nogi były ciężkie jak ołów, plecy bolały 

ją bardziej niż kiedykolwiek, a mdłości nie polepszały sytuacji.

Nie wiedziała, ile czasu upłynęło od przerwy, miała wrażenie, że cały 

dzień.   Znów   poczuła   zawrót   głowy.   Tym   razem   silniejszy.   Nie   miała 
odwagi stać dłużej przy maszynie, musiała powiedzieć

Ropusze, że źle się dzisiaj czuje, i zaproponować, że jutro zostanie w 

pracy dłużej.

Znalazła go w biurze. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, spojrzał na 

nią przez okulary i spytał: - Będzie pani miała dziecko, pani Ringstad?

Zaskoczona, pokiwała głową zażenowana.
- Tak, ale jeszcze nieprędko. Poza tym jestem zdrowa. Źle się poczułam 

z powodu burzy, a może zjadłam coś nieświeżego.

Ku jej przerażeniu pokręcił współczująco głową. - Musi pani przestać 

pracować,  pani  Ringstad.  Kiedy  dziecko  się  urodzi,   będzie  pani mogła 
znów starać o pracę u nas.

Patrzyła na niego, nic nie rozumiejąc. - Ale...

background image

-   Żadnego   „ale".   Kiedy   robotnica   zachodzi   w   ciążę,   przestaje   być 

przydatna. Po tym, co się tu ostatnio zdarzyło, sama pani chyba rozumie, 
że to niebezpieczne. Poza tym obowiązuje mnie Ustawa Fabryczna z 1892 
roku.

Elise nie ustępowała.
- Ale... skoro Hilda mogła...
Ropucha wyglądał na rozdrażnionego. - To było wbrew regulaminowi. 

Mogłem stracić pracę, ale majster Paulsen... - przerwał i zamilkł.

Elise czuła, jak narasta w niej bunt.
- Mój mąż pełni wartę na granicy. Dyrektor mówił, że powinnyśmy być 

dumne z naszych mężów, którzy bronią naszego kraju.

Ropucha patrzył na nią poirytowany.
- Tak, i co z tego? Uważa pani, że wszystkie kobiety, których mężowie 

są w straży granicznej, powinny dostać urlop, tak, pani Ringstad? Mam 
dużo pracy, proszę już iść.

Elise miała wrażenie, jakby ktoś ją uderzył. Wyszła, chwiejąc się. Była 

bezrobotna...   Nie   potrafiła   tego   pojąć.   Wcześniej   zastanawiała   się,   jak 
wyżyją tylko z tego, co zarobi, a teraz? Co teraz zrobią?

Deszcz wciąż padał, gwałtowny i gęsty. Mdłości minęły, zmęczenie też. 

Jedynie   rozpacz   trwała   dalej.   Jak   mogła   być   tak   głupia,   żeby   prosić 
Ropuchę o pozwolenie na pójście do domu? Mogła wytrzymać jeszcze 
kilka tygodni, ukrywać swój stan. Powinna przynajmniej spróbować. Nie 
przyszło jej na myśl, że może zostać zwolniona. Skoro Hildzie pozwolono 
pracować, uznała, że w jej przypadku też tak będzie.

Musiał   usłyszeć,   co   powiedziała   Valborg.   Inaczej   skąd   by   wiedział? 

Jeszcze nic nie było widać. Przynajmniej jeśli się o tym nie wiedziało. 
Większość   kobiet   była   wychudzona,   więc   zwykle   mijało   sporo   czasu, 
zanim ktokolwiek się zorientował, że któraś z dziewcząt spodziewa się 
dziecka. Wielkie fartuchy mogły dużo ukryć.

To była wina Valborg. Przeklęta plotkara! Łzy napłynęły Elise do oczu. 

Nie powie nic matce. Ani Pederowi czy Kristianowi. Nikomu. Nie czuła 
się na siłach napisać o tym nawet Emanuelowi. Taki wstyd! Ożenić się z 
prostą robotnicą, która była w ciąży z innym i która na dodatek straciła 
pracę!   Mężczyźni   w   kompanii   będą   mu   współczuli.   I   coś   takiego 
przytrafiło się jemu, który miał dziedziczyć wielki dwór. Że też zadał się z 
taką dziewczyną, będą sobie myśleć. Jak mógł być tak głupi?

background image

Zaczęły jej lecieć łzy, ale było jej wszystko jedno. Nikt jej nie widział, 

poza tym padał deszcz. Musiała coś wymyślić, znaleźć jakąś inną pracę, 
zanim powie o wszystkim rodzinie. Mogła wychodzić z domu o tej porze, 
o   której   zwykle   wychodziła,   przejść   przez   most,   udając,   że   idzie   do 
przędzalni. Potem skręci w Maridalsveien i pójdzie do miasta.

Mogłaby zacząć tkać. Nauczyła się tego od starej pani Svendsen, która 

od   wielu   lat   już   nie   żyła.   Wiedziała,   że   jej   krosna   stoją   na   strychu   w 
Andersengarden.   Torgny   uznał,   że   będą   tam   stały,   aż   zjawią   się 
spadkobiercy,   skoro   jednak   do   tej   pory   nikt   się   nie   pojawił,   należało 
wątpić, że kiedykolwiek to nastąpi.

Pani  Svendsen   tłumaczyła   jej,  że   trzeba   sobie   radzić.   Sama   przeżyła 

trudny okres. W połowie dziewiętnastego wieku do mąki, do owsa i do 
żyta, dodawano zmielonej kory drzew. Ona sama paliła fajkę, a w uszach 
nosiła małe złote kolczyki, co podobno miało poprawiać wzrok. Po szkole 
zwykle   szła   na   boisko   sprawdzić,   czy   któreś   z   bogatszych   dzieci   nie 
wyrzuciło do kosza śniadania', na które nie miało ochoty. Zdarzało się, że 
wśród   nadgryzionych   kanapek   znajdowała   szczury,   tak   jej   opowiadała. 
Elise wzdrygnęła się.

Dotarła do domku, powiesiła mokry szal w małym przedpokoju. Zebrała 

się w sobie i weszła do kuchni.

Matka spojrzała znad pieca. - Już jesteś? - spytała.
- Tak, pozwolono mi wcześniej wyjść, bo zepsuła się moja maszyna.
Czuła gorycz kłamstwa.
- To ci się udało. Spójrz, co Peder dzisiaj przyniósł! Całe dwa bochenki! 

Jego pierwsza „zapłata". Był dumny jak paw.

Elise usiłowała zdobyć się na uśmiech. Peder, zaledwie dziewięcioletni 

chłopiec,   musiał   pracować,   żeby   zarobić   na   chleb,   podczas   gdy   ona, 
dorosła kobieta, zdrowa i silna, do niczego się nie nadawała.

-   Jestem   zmęczona,   pójdę   się   położyć.   Była   burza   i   rozbolała   mnie 

głowa.

Zauważyła,   że   matka   dziwnie   na   nią   spojrzała,   ale   nie   miała   siły 

wymyślić   innego   wytłumaczenia.   Nigdy   jeszcze   nie   zdarzyło   się,   żeby 
poszła spać zaraz po pracy.

Ledwo zdążyła wejść pod kołdrę, kiedy usłyszała delikatne pukanie i 

Peder wsadził głowę przez drzwi. - Mogę wejść, Elise?

- Oczywiście, Peder.
Wdrapał się na łóżko i położył obok niej.

background image

- Moglibyśmy tak leżeć codziennie. W twoim łóżku jest tak miła Mama 

ci powiedziała, że dostałem całe dwa bochenki chleba od woźnicy?

- Tak, to świetnie. Doskonale sobie radzisz, Peder. Zamrugał oczami, 

zadowolony.

- Nie widziałaś jeszcze mojej czapki. Dostałem taką, jaką nosi każdy 

prawdziwy pomocnik woźnicy, taką z dużym daszkiem i w ogóle. Teraz 
będę mógł salutować, kiedy kogoś spotkam.

- O której jutro wstajesz?
- O szóstej. O tej, o której ty zaczynasz pracę w fabryce. Przeszył ją ból.
-   Najpierw   muszę   wyprowadzić   konia,   potem   założyć   mu   uprząż,   a 

następnie dostarczyć towary.

Nie mogę mu nic powiedzieć. Zawsze był ze mnie taki dumny, wierzył, 

że wszystko potrafię załatwić. Nie mogę pozwolić, żeby teraz się zawiódł.

Może będzie mogła zostać sprzątaczką w szkole? Albo opiekunką do 

dziecka,  tak jak pomocnica,  która  zajmowała  się  Braciszkiem.  Chociaż 
nie, na to była już za stara. Poza tym była mężatką. Nie mogła też zostać 
gosposią, musiała przecież mieszkać w domu, z rodziną. Nie można było 
przewidzieć, czy choroba matki nie wróci. Matka wymagała opieki, tak 
powiedział lekarz. Może znajdzie posadę w biurze? Biura szukały kobiet, 
które miały ładny charakter pisma, a wszyscy mówili jej, że ładnie pisze.

- Dlaczego mnie nie słuchasz? - powiedział Peder urażony.
- Przepraszam. Jestem bardzo zmęczona, chyba zaraz zasnę.
- Miałaś otwarte oczy. Evertowi kazano narąbać drzewa i załadować 

nim dwadzieścia cztery duże skrzynie, żeby wszystko było gotowe, kiedy 
znów się zrobi zimno. Wtedy wyciągnie się skrzynie z piwnicy i umieści 
w każdej klasie. Poza tym musi też napełnić tyle samo skrzyń węglem i 
wlać naftę do sześćdziesięciu lamp. To już chyba lepiej być pomocnikiem 
woźnicy, jak myślisz? Mogę też pracować, kiedy znów zacznie się szkoła.

- To dobrze, Peder.
- Czujesz ten zapach?! - Peder wyskoczył z łóżka. - Mama upiekła gofry 

ze   starej   bułki   pszennej,   którą   przyniosłem.   Chodź,   Elise!   Nie   możesz 
spać, kiedy dostałem pierwszą wypłatę!

Już następnego dnia Elise ruszyła szukać pracy. Matka i chłopcy byli 

przekonani, że jest w przędzalni. Nie miała odwagi wrócić do domu na 
obiad, bojąc się, że mogłaby się zdradzić. Wiedziała, że musi wytrzymać 
bez jedzenia aż do wieczora.

background image

Wszędzie, gdzie była, słyszała, że setki innych kobiet było tu przed nią, 

pytając o jakąkolwiek pracę. Niech się zgłosi do gminy. Tórgny Zrzęda nie 
zgodził się nawet wypożyczyć jej starego krosna zmarłej pani Svendsen. 
Mogło się zepsuć, powiedział jej, a on za nie odpowiada.

Zniechęcona ruszyła w stronę domu, kiedy nadeszła pora końca pracy.
Tak minęło jej kilka dni. Uznała, że nie ma innego wyjścia, tylko musi 

poszukać   pracy   jako   sprzątaczka.   Taką   pracę   zwykle   nie   było   trudno 
znaleźć.

Zaczęła po drugiej stronie rzeki, w okolicach Nordre Ringgate, gdzie 

mieszkali ludzie nieco bogatsi niż zwykli robotnicy. Może będzie ich stać 
na sprzątaczkę? Została przyjęta, miała zacząć od jutra. Na początek miała 
tylko myć klatkę schodową, chcieli zobaczyć, jak „sobie poradzi".

Była to czteropiętrowa kamienica ze sklepem i kilkoma biurami. Pompa 

była kawałek od domu. Dostanie drąg do noszenia wiader, które miały 
specjalny  brzeg, tak żeby woda się nie wychlapywała. Musiała  jeszcze 
dodać salmiaku i już mogła brać się do szorowania.

Nierzadko łzy kapały na szczotkę i na jej czerwone od wody dłonie, 

kiedy szorowała podłogę, klęcząc w obcej klatce schodowej, i nie tylko 
dlatego, że jej oczy były podrażnione duszącym zapachem salmiaku. Czy 
tak   miało   wyglądać   całe   jej   życie?   Czy   już   zawsze   będzie   szorować 
schody   na   klatkach?   Czuć   dochodzący   zza   drzwi   zapach   świeżo 
usmażonych kotletów, podczas gdy głód skręca jej kiszki? A co będzie, 
jeśli zacznie jej rosnąć brzuch i coraz trudniej będzie jej dźwigać kubły z 
wodą i szorować podłogi? 

Kiedyś będę musiała im powiedzieć, pomyślała, wracając do domu. Nie 

mogła już dłużej kłamać, poza tym musiała jeść coś w ciągu dnia, żeby nie 
opaść z sił. Będzie brała ze sobą kawałek chleba i kawę w butelce, to 
pomoże jej przetrwać.

Kiedy   zbliżała   się   do   domku,   czuła,   jak   jej   niepokój   rośnie.   Matka 

zostawiła otwarte drzwi, często tak robiła, kiedy tak jak dzisiaj na dworze 
świeciło   słonce.   Gdy   przeszła   przez   most   i   skręciła   w   stronę   domu, 
spostrzegła,   że   okno   od   izby   sypialnej   też   jest   otwarte.   Matka   chciała 
pewno   przewietrzyć   dom,   dopóki   pogoda   dopisywała.   Ze   środka 
dochodziły głośne głosy chłopców.

W tej samej chwili pomyślała, że słychać też jakiś męski głos. Poczuła, 

jak serce podchodzi jej do gardła. Czyżby zjawił się właściciel, żeby ich 
wyrzucić? Może usłyszał, że straciła pracę?

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Czuła strach w piersi. Skręciła za rogiem i podeszła do drzwi. W tym 

momencie wybiegł Peder.

-   Elise!   Emanuel   przyjechał!   Cały,   ma   obie   ręce,   nogi   i   jeszcze   nie 

strzelał...

Elise   czuła,   że   serce   zaczyna   jej   bić   radośnie.   Całe   jej   zmęczenie 

zniknęło, kiedy szybkim krokiem weszła do kuchni.

Emanuel   wstał   od   stołu,   potężny   i  władczy   w   swoim   mundurze,   i   z 

wyciągniętymi rękami wyszedł jej na spotkanie. Nie przejmując się ani 
matką, ani chłopcami, rzuciła się w jego objęcia z radością i z ulgą.

Dopiero kiedy zwolnili swój uścisk, Elise zauważyła, że coś jest nie tak. 

Matka była poważna, przyglądała się jej, a Emanuel miał dziwny wyraz 
twarzy.

- Gdzie byłaś, Elise? - spytała matka, lustrując ją wzrokiem. Elise czuła 

się   tak   jak   wtedy,   gdy   będąc   małą   dziewczynką,   wróciła   do   domu   z 
dziurawymi skarpetami po zabawie na pogorzelisku, dokąd nie wolno było 
jej chodzić. Spuściła wzrok.

- Czemu o to pytasz?
- Spotkałem jedną z prządek z Graaha - odpowiedział zamiast matki 

Emanuel.

Spojrzała mu w oczy, wiedząc, że prędzej czy później musiał się tego 

dowiedzieć, a teraz przynajmniej miała już inną pracę.

- Dostałam wypowiedzenie, bo jestem w ciąży, więc poszukałam innej 

pracy - starała się mówić lekkim tonem.

- Co to za praca? - spytał. Stał tam potężny, zatroskany, patrzył na nią 

surowym  wzrokiem,   jak   nauczyciel.   Postanowiła   stawić   mu   opór.   Czy 
mycie podłóg to coś złego? To było uczciwe zajęcie.

- Myję schody w kilku kamienicach na Nordre Ringgate. Zrobiło się 

cicho.

- Dlaczego nic nie powiedziałaś? - odezwała się matka z wyrzutem w 

głosie, ale oprócz wyrzutu była w nim też cicha rozpacz.

Elise odwróciła się do niej.
-   Bo   nie   chciałam   cię   martwić.   Wypowiedzenie   było   dla   mnie 

wstrząsem. Ponieważ Hildzie pozwolono pracować, myślałam, że ja też 
będę mogła, ale regulamin fabryki tego zabrania. To zbyt ryzykowne. Nie 
chcą brać za nas odpowiedzialności.

background image

- Mogłaś nam powiedzieć. Głos matki brzmiał surowo.
Elise   zerkała   na   chłopców,   którzy   stali   cicho   i   słuchali,   co   mówią 

dorośli. Uśmiechnęła się pocieszająco do Pedera.

-   Jak   mogłam   powiedzieć,   że   jestem   bezrobotna,   skoro   nawet 

najmłodszy członek naszej rodziny ma pracę, prawda, Peder?

Schował ręce za plecami i przyglądał się jej dorosłym wzrokiem.
- Nie martw się, Elise. Będę codziennie przynosił chleb, żebyś nie miała 

takich czerwonych rąk od tego szorowania podłóg.

Emanuel westchnął głęboko.
- Musimy o tym porozmawiać. Matka podała kolację, usiedli do stołu.
- Pomyśleć, że dostałeś przepustkę.
Elise czuła, jak na jego widok zalewa ją fala gorąca.
- Jak długo zostaniesz? - spytała.
- Do jutra.
-   Brawo!   -   wykrzyknął   Peder   rozpromieniony.   -   Johanowi   pozwolili 

zostać tylko jeden dzień!

Emanuel spojrzał zdezorientowany na Elise.
- Johan tu był?
Ku swojemu niezadowoleniu Elise poczuła, że się rumieni.
- Nie tutaj, tylko u siebie w domu, u swojej matki i u Anny. I oczywiście 

u Agnes, która uważa go za swojego narzeczonego. Dostała nawet kilka 
godzin wolnego z Hjula, żeby mogła się z nim pożegnać na stacji.

Słyszała, że się denerwuje i mówi za szybko. Nie zrobiła nic złego. To 

nie jej wina, że Johan wpadł się przywitać. Ona go o to nie prosiła.

- Czego on tu szukał? - powiedział Emanuel, patrząc na nią ponurym 

wzrokiem. ,

Wzruszyła ramionami.
-   Zapewne   wstąpił   do   nas   z   racji   dawnej   przyjaźni.   Zawsze 

mieszkaliśmy po sąsiedzku.

- Miał tylko jeden dzień. Musiał odwiedzić i swoją narzeczoną, i matkę i 

siostrę, a jednak znalazł czas, żeby tu wpaść?

-   Opowiadał   nam   o   wojnie   -   wtrącił   Peder   podniecony.   -   O   tym 

żołnierzu, co to chodził zupełnie sam po ciemnym lesie i nagle usłyszał, 
jak kwiczy jakiś cielak.

- Cielaki nie kwiczą, ty barania głowo - zaśmiewał się Kristian. - Poza 

tym nie wiedział, że to był cielak. Myślał, że to jakiś Szwedziuch.

background image

Emanuel   nic   nie   mówił.   Elise   i  matka   też   nie.   Przez   chwilę   jedli  w 

milczeniu.

Elise czuła, że Emanuel toczy ze sobą walkę. Było mu przykro. Elise 

współczuła mu. Wiedziała jednak, że wszystko minie, kiedy zrozumie, że 
nie musi się obawiać, że ją straci.

Kiedy tylko skończyli jeść, matka zaproponowała, żeby poszli na spacer, 

a ona pozmywa. Chłopcy robili stateczki i „płynęli do Ameryki".

Szli wzdłuż rzeki, jak zwykle. Trzymali się za ręce.
- Tęskniłam za tobą, Emanuelu. Życie zrobiło się szare i smutne po tym, 

jak wyjechałeś. Cieszę się, że dostałeś przepustkę. Doba to zawsze więcej 
niż nic.

- Naprawdę? - powiedział, ściskając jej dłoń.
Zrobiło się jej przykro. - Nie widzisz, jak bardzo się cieszę?
- Widzę - przytaknął.
- Nie przejmuj się tym, że chłopcy mówią o Johanie. On był dla nich jak 

starszy brat. I nie martw się tym, że tu czasem wpada. To nic nie znaczy. 
To tak jakby ktoś z rodziny wpadł z wizytą.

Emanuel nie odzywał się. Jakiś czas szli w milczeniu.
- Nie chcę, żebyś szorowała podłogi, Elise - odezwał się po chwili.
- Muszę. Nie znalazłam żadnej innej pracy. A naprawdę szukałam.
- Dam ci moje oszczędności i napiszę do ojca.
Elise nie była zachwycona, ale nic nie powiedziała. I tak nie było im 

łatwo.

- Opowiedz, jak to jest tam, na granicy.
-   Ciekawie,   oczywiście.   Ale   w   dalszym   ciągu   nie   wiemy,   jak   wiatr 

powieje. Czasem dostajemy wiadomość, że pociągiem ze Szwecji jedzie 
jakiś ubrany po cywilnemu oficer, prawdopodobnie szpieg. Wiemy o nim 
wszystko:   jak   wygląda,   do   której   stacji   kupił   bilet,   czy   ktoś   mu 
towarzyszy. Informujemy o tym policję, która śledzi go podczas całego 
pobytu w kraju.

Ełise   słuchała.   Dziwiła   się,   że   żołnierz   Armii   Zbawienia,   którego 

poznała, teraz pełni straż na granicy.

- Ale nie tylko pracujemy. Zdarza się, że wieczorem, po służbie, któryś 

ze   strzelców   zabawia   cale   towarzystwo.   Raz   przyszło   do   nas   „całe 
Kongsvinger". Śpiewak operowy śpiewał Chcemy kraju, który jest wolny, 
który jest nasz. To było duże przeżycie. Potem wojskowa orkiestra grała 
do tańca, mimo że było mało dziewcząt.

background image

- Tańczyłeś?
-   Nie   -   powiedział,   uśmiechając   się   do   niej.   -   Myślisz,   że   miałem 

ochotę?

- Nie wiem.
Przyciągnął ją do siebie i znów się uśmiechnął.
- Żartownisia z ciebie. Naprawdę myślisz, że miałbym ochotę tańczyć z 

kimś innym niż z tobą?

Chwilę szli przytuleni do siebie.
-   Wiesz,   że   zapadła   już   decyzja   i   w   niedzielę   trzynastego   sierpnia 

odbędzie się referendum?

- Tak, słyszałam, ale my, kobiety, nie będziemy mogły głosować. To 

niesprawiedliwe.

Wzruszył ramionami, nie komentując tego.
- Ciekawe, jak zareagują Szwedzi. Rokowania w sprawie rozwiązania 

unii odbędą się prawdopodobnie w Karlstad jeszcze w tym miesiącu.

- A jeśli nie dojdą do porozumienia?
- Szwedzi domagają się zburzenia norweskich umocnień granicznych. 

My, Norwegowie, nie możemy się na to zgodzić.

- Więc nie będzie porozumienia.
- Musi do niego dojść, inaczej będzie wojna. Ale nie myśl teraz o tym, 

Elise   -   powiedział,   tuląc   ją   do   siebie.   -   Dzisiaj   cieszmy   się   tym,   że 
możemy   być   razem.   Na   naszym   niebie   nie   może   dzisiaj   być   żadnej 
chmury.

Kiedy wrócili ze spaceru, chłopcy zostali już zapędzeni do łóżek, matka 

zamykała dom na noc. Kiedy zostali sami w pokoiku, Emanuel objął Elise 
ramieniem.

- Cieszyłem się na tę chwilę od momentu wyjazdu - wyszeptał jej do 

ucha. - Nie wiem, jak wytrzymałem tyle czasu. To jest jak gorączka, nie 
mogę się uspokoić, nie potrafię odpocząć, spać. Tęsknota za tobą trawi 
moje ciało i nigdy nie ustaje.

Uniósł jej spódnicę i chciał zdjąć podwiązki, lecz w pośpiechu robił to 

niezdarnie.

- Pomóż mi - jęknął.
Pomogła   mu   i   wkrótce   jej   majtki   wylądowały   na   podłodze.   Rozpiął 

kalesony, przyparł  ją  do ściany  i wszedł w nią,  zanim zdążyła poczuć 
dobrze znane jej mrowienie w podbrzuszu. Był twardy, duży, gwałtowny, 

background image

czuła ból, ale nie okazała tego, tak bardzo pragnęła dać mu to, za czym tak 
tęsknił. Zamknęła oczy i próbowała za nim nadążyć, ale on już skończył.

Pocałował ją.
- Jesteś cudowna, Elise. Marzy mi się dwutygodniowy urlop, bylibyśmy 

zupełnie sami i kochalibyśmy się cały dzień i całą noc.

Uśmiechnęła się z zamkniętymi oczami i odwzajemniła jego pocałunek. 

Czuła radość i ulgę, bo on był zadowolony.

Zaprowadził ją do łóżka i położył na nim. i
- Pomóż mi zdjąć z ciebie ubranie - odezwał się schrypniętym głosem, 

znów czuł pożądanie.

Nie lubiła  pokazywać mu  się nago, tym bardziej że na dworze było 

jeszcze widno. Takie rzeczy robiło się chyba w ubraniu, zastanawiała się. 
Pamiętała, że matka pod nocną koszulą nigdy nie nosiła majtek. Pamiętała 
też ojca, kiedy wracał pijany do domu i domagał się od niej spełnienia 
małżeńskiego  obowiązku, jak to określał, podczas gdy Elise leżała, nie 
śpiąc, i siłą rzeczy uczestniczyła w tym, co się działo. Domyślała się, że 
matka   po   prostu   podciągała   koszulę.   Nigdy   nie   widziała,   żeby   ją 
zdejmowała.

Rozbierał się szybkimi, gorączkowymi ruchami. Nie wstydził się, że ona 

go widzi nagiego. Szybko odwróciła  wzrok  w inną  stronę, ale zdążyła 
zobaczyć coś, co ją poraziło. Jak to możliwe, że było w niej miejsce na coś 
tak dużego? Poza tym nosiła przecież w sobie też dziecko. Nic dziwnego, 
że czuła ból.

Ta ciągle powracająca myśl zdziwiła ją tak samo jak poprzednim razem. 

Myślała   o   dziecku.   O   dziecku,   które   zostało   jej   narzucone   przez 
mężczyznę,   którego   nienawidziła.   Jak   to   będzie?   Czy   będzie   w   stanie 
pokochać   takie   dziecko,   czy   też   będzie   jej   ono   ciągle   przypominało   o 
wstydzie, którego doznała?

- O czym myślisz? - odezwał się schrypniętym głosem. Leżał na niej, 

pożądanie znów wróciło.

- O tobie i o mnie. Tak się cieszę, że znów jesteś ze mną. Pocałował 

dołeczek w jej szyi i wodził językiem po jej piersiach.

- Chciałbym zawsze móc tak leżeć.
Znów w nią wszedł, tym razem delikatniej, dając jej czas, żeby mogła 

go   przyjąć.   Była   obolała   i  śmiertelnie   zmęczona   po  całym  dniu   mycia 
schodów, ale czuła, jak dobrze może im być razem, kiedy się starał, żeby 
ona też miała z tego radość...

background image

Kiedy   siedzieli   przy   stole,   jedząc   śniadanie   w   niedzielny   poranek, 

zauważyła,   że   Emanuel   był   zamyślony.   Oby   tylko   nie   gnębiły   go 
wspomnienia Johana, pomyślała: Chyba wiedział, że ona go kocha i że 
Johan nie jest dla niego żadnym zagrożeniem.

Słońce   świeciło,   ale   w   powietrzu   dawało   się   wyczuć   pewien   chłód. 

Może letnie upały już minęły, pomyślała i wzdrygnęła się na samą myśl. 
Nie, często w sierpniu było jeszcze lato w pełni, pocieszała się.

-   Na   kopule   Wieży   Świętego   Jana   widać   trójkąt,   tak   mówiła   pani 

Evertsen   -   odezwała   się   matka   lekkim   tonem,   patrząc   ciepło   to   na 
Emanuela, to na Elise. - To podobno oznacza ładną pogodę. Karlsen jej to 
powiedział.

Elise wyjrzała przez okno.
- Wczoraj widać było i trójkąt, i kwadrat, tak mówił mleczarz ze Storę 

Ringgate. Takie przepowiednie nie zawsze się sprawdzają.

Matka nalała kawy Emanuelowi.
- Co ty na to, że Elise pracuje jako sprzątaczka? - spytała ostrożnie.
-   Właśnie   o   tym   myślę.   Uważam,   że   nie   powinna   tego   robić.   W 

przędzalni było jej trudno, ale to jest gorsze.

- Jeszcze przez jakiś czas sobie poradzę - odezwała się Elise. Nie była 

zachwycona tym, że o niej rozmawiali. - Nie ja jedna myję podłogi, będąc 
w ciąży.

- Pomyślałem, że jest jeszcze jedna możliwość - zaczął Emanuel powoli. 

- Dopóki jestem w straży  - a to, zdaje się, może  trochę potrwać - nie 
potrzebujecie chyba całego domu?

Patrzył to na matkę, to na Elise. Było widać, że nie przychodziło mu to 

łatwo.

- Może wynajmiemy stryszek? Dawniej mieszkały tu dwie rodziny.
Matka przytaknęła.
- O tym samym myślałam. Elise może spać tu, w kuchni, a ja i chłopcy 

w pokoiku. Schody prowadzą prosto z przedsionka, więc jest oddzielne 
wejście dla lokatora. My możemy używać drzwi kuchennych.

- Elise nie mogłaby spać w pokoju? - spytał Emanuel, patrząc na nią 

prosząco.

Elise   domyśliła   się,   o   czym   myślał.   Co   będzie,   kiedy   przyjedzie   na 

przepustkę? Będą to robić tu, w kuchni? Matka posłała mu przerażone 
spojrzenie.

background image

- Miałaby spać w pokoju? - spytała drżącym głosem. - A co z kanapą i z 

fotelami? Mamy przerobić salon na sypialnię? To w ogóle nie wchodzi w 
grę!

Elise  pamiętała   opowieści  matki   z  Ulefoss,  skąd   pochodziła.   Ludzie, 

którzy stali nieco wyżej niż robotnicy na drabinie społecznej, zawsze mieli 
tak   zwany   pokój   paradny,   używany   tylko   przy   szczególnych   okazjach, 
kiedy przychodzili ważni goście i na Boże Narodzenie. Teraz matka też 
miała taki pokój. Nie odda go z własnej woli.

Chłopcy siedzieli cicho i słuchali, ale Peder dłużej już nie wytrzymał.
-   Mamy   wyprowadzić   się   ze   stryszku?   A   co   zrobię   z   moimi 

żołnierzykami?

- Rzeczywiście, guziki zajmują dużo miejsca. Nie zapomnij też o swoim 

pluszowym   miśku,   Peder   -   powiedział   Kristian,   nie   szczędząc   mu 
złośliwości.

- To tylko na czas, kiedy mnie nie ma - tłumaczył cierpliwie Emanuel. - 

Kiedy wrócę do fabryki, nie będziemy potrzebować pieniędzy z wynajmu.

- I tak będziemy mieli więcej miejsca, niż mieliśmy w Andersen-garden. 

- Elise patrzyła na Pedera surowym wzrokiem.

-  Nieprawda  -  powiedział  Kristian,   robiąc  poważną  minę.   - Jeśli  nie 

będziemy   mogli   korzystać   z   pokoju   dziennego,   zostanie   nam   tylko 
kuchnia. W pokoiku nie zmieszczą się trzy łóżka.

- Wstydziłbyś się! - Matka popatrzyła na niego gniewnie. - Pomyśl o 

tych, którzy mieszkają w dziesięć czy dwanaście osób w jednym pokoju z 
kuchnią,   albo   o   tych,   którzy   mają   wspólną   kuchnię   z   inną   rodziną   i 
dochodzą ich zapachy rosołu, podczas gdy oni sami muszą zadowolić się 
polewką. Kiedy byłam dzieckiem,  znałam dwunastoletnią  dziewczynkę, 
która   tylko   trzy   tygodnie   chodziła   do  szkoły   Ojciec   zaprowadził  ją  do 
najbliższego  miasteczka  i znalazł jej pracę.  Szli boso  całe cztery  mile, 
żeby oszczędzić buty. Potem ojciec wrócił boso do domu. Nie wiem, czy 
jeszcze kiedykolwiek się spotkali.

Kristian patrzył w stół. Jeszcze bardziej ściągnął usta.
-   Daj   spokój,   jest   niedziela!   Chodźmy   do   kościoła,   zobaczymy,   jak 

zbiera się lepsze towarzystwo. - Peder wstał od stołu,  ciągnął brata za 
rękaw.

- Idźcie - odezwała się matka, która zwykle upierała się, żeby zostali 

przy stole, aż wszyscy skończą jeść, ale teraz najwyraźniej chciała się ich 
już pozbyć.

background image

Emanuel spojrzał na nią zdziwiony.
- Czy w kościele odbywa się dzisiaj jakaś szczególna uroczystość?
Matka pokręciła przecząco głową.
- Bawi ich patrzenie na piękne powozy, na woźniców w kapeluszach 

siedzących   na   koźle,   na   kobiety   w   strusich   boa   i   panów   z   laskami. 
Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem, zachowywaliśmy się dokładnie tak 
samo - dodała z uśmiechem. - Właściciele ziemscy mieszkali w dworkach, 
gdzie   był   salon,   jadalnia   i   pokój   dzienny,   łazienka,   kuchnia   i   hol.   Na 
własne oczy żadne z nas tego nie widziało, ale słyszeliśmy o tym. Mieli 
też   duże   ogrody   z   kwiatami.   Podobno   na   drzwiach   były   polerowane 
miedziane tabliczki z nazwiskiem, niektóre drzwi miały też dzwonki. Po 
śniadaniu   udawano   się   na   konną   przejażdżkę.   Lśniące   konie   kroczyły 
dumnie, a my, dzieciaki, biegliśmy za nimi, żeby posłuchać, jak skrzypi 
skórzana uprząż.

Elise poczuła się nieprzyjemnie. W Ringstad był nie jeden, ale wiele 

salonów.   Było   też   dużo   koni.   I   duży   ogród,   pełen   kwiatów.   Matka 
najwyraźniej nie pomyślała, że Emanuel wychowywał się w takim właśnie 
domu.

Emanuel wstał od stołu.
-   Do   wyjazdu   zostało   mi   już   niedużo   czasu.   Pomogę   wam   napisać 

ogłoszenie   o   tym,   że   szukamy   solidnego   lokatora.   Powieście   je   koło 
fabryki albo przy sklepie spożywczym.

- Sami to załatwimy - powiedziała Elise, uśmiechając się do niego.
-   Lepiej   będzie,   jeśli   ja   to   zrobię   -   odparł   stanowczo.   -   Wiem,   co 

powinno się napisać w takim ogłoszeniu.

Matka sięgnęła po miskę i zaczęła zmywać, Elise wycierała. Emanuel 

siedział w pokoju i pisał.

-   To   chyba   najlepsze   rozwiązanie,   Elise.   Zażądamy   takiego   samego 

czynszu, jaki płaciliście w Andersengarden. Trzy korony i pięćdziesiąt ore.

To zaledwie połowa tego, co zarabiałam w fabryce, pomyślała Elise. 

Skąd wezmą pieniądze na jedzenie? Mycie podłóg było kiepsko płatne, ale 
jeśli Emanuel uzna, że ma rzucić pracę, będą mieli duży kłopot. Poza tym 
nie wspomniał ani o swoich oszczędnościach, ani o rozmowie z ojcem. 
Nie chciała mu o tym przypominać. I tak dużo już dla nich zrobił.

- Na górze nie ma kuchni. Nie wiem, czy możemy tyle zażądać.
-   Mogą   gotować   u   nas,   w   naszej   kuchni.   Ustalimy   stałe   pory.   Elise 

przytaknęła.

background image

-   Gdybyśmy   miały   krosno,   mogłybyśmy   robić   dywany   ze   skrawków 

materiału...

Matka odwróciła się do niej.
- To dobry pomysł. Spytam panią Albertsen. Wiem, że kiedyś miała 

krosno. Podobno można dostać dziesięć ore za metr. Jeśli się przyłożymy, 
damy   radę   utkać   nawet   kilka   metrów   dziennie.   Jedna   zaczynałaby   z 
samego rana, druga zmieniałaby ją w południe. Poza tym zawsze można 
też   znaleźć   pracę   przy   podnoszeniu   oczek   w   dzianinie,   gdyby   tkanie 
dywanów nie przynosiło wystarczającego dochodu.

Elise uśmiechnęła się. Wyglądało na to, że praca w domu to prawdziwy 

luksus.   Unikało   się   fabrycznego   kurzu   i   hałasu,   nie   mówiąc   już   o 
szorowaniu   podłóg   na   czworakach   i   wdychaniu   zapachu   salmiaku, 
drażniącego nos i oczy.

Emanuel wszedł do kuchni z napisanym ręcznie ogłoszeniem.
- Teraz pozostaje tylko mieć nadzieję, że trafią się nam mili lokatorzy. 

Musicie uważać, kogo przyjmiecie, ludzie bywają bardzo dziwni.

Zarówno  matka,   jak   i  Elise   przytaknęły.  Obie   wiedziały,  jacy   ludzie 

mieszkali wzdłuż rzeki.

Odchrząknął, nagle jakby zażenowany.
-   Elise,   muszę   z   tobą   o   czymś   pilnie   porozmawiać   -   powiedział, 

spoglądając wymownie na matkę.

Zrozumiała   go.   -   Zajrzę   do   pani   Albertsen   i   spytam   o   to   krosno   - 

powiedziała, zdejmując fartuch.

-   Coś   nie   tak?   -   Elise   spojrzała   na   niego   zmartwiona,   kiedy   matka 

wyszła.

Uśmiechnął się, podszedł do niej i wziął ją w ramiona.
- Tego bym nie powiedział. Raczej wręcz przeciwnie. - Gładził dłońmi 

jej plecy, przyciągnął ją mocno do siebie.

Nie   teraz,   pomyślała   przerażona.   Chłopcy   mogą   wrócić,   a   pani 

Albertsen może nie być w domu. Stała sztywna. Puścił ją, zawiedziony.

- Nie chcesz? - spytał, a w jego głosie było słychać zdziwienie.
- Chcę, ale boję się, że ktoś może wejść. Jest niedziela, środek dnia...
Zaśmiał się. Potem ją pocałował.
- Pomyśl sobie o mnie, kiedy leżę na słomie z plecakiem pod głową. 

Wtedy dobrze jest mieć co wspominać.

Nie wychodziło mu. Próbował raz za razem. Cały się spocił.

background image

Elise   leżała   i   coraz   bardziej   się   denerwowała,   że   ktoś   mógłby   się 

pojawić.

-   Nie   możemy   po   prostu   przytulić   się   do   siebie   i   tak   poleżeć?   - 

wyszeptała.

Pokręcił   głową,   nie   odpowiadając   jej,   najwyraźniej   nie   chciał   jej 

słuchać. Próbował wziąć ją od tyłu, potem chciał, żeby na nim usiadła. W 
końcu poprosił, żeby pomogła mu ręką. Czas mijał, wkrótce będzie musiał 
iść.

Była   bliska   płaczu,   tak   bardzo   chciała,   żeby   zabrał   ze   sobą   dobre 

wspomnienia, a nie pamięć porażki.

Na zewnątrz dały się słyszeć podniecone głosy chłopców.
- Idą - powiedziała, a w jej głosie słychać było zdenerwowanie.
Wstał i zaczął się ubierać.
- Nie podchodź do tego w ten sposób. Przecież się kochamy. Nic nie 

odpowiedział. Stał odwrócony do niej plecami.

Ledwo zdążyli się ubrać, kiedy drzwi się uchyliły i Peder zajrzał do 

środka, zdziwiony.

- Dlaczego tu jesteście?
-   Nikt   cię   nie   nauczył,   że   należy   pukać,   zanim   się   wchodzi?   Głos 

Emanuela był ostry.

- Przepraszam - bąknął Peder. Patrzył na niego cały nieszczęśliwy. - 

Myślałem...

-   Nieważne,   co   myślałeś,   masz   pukać   i  czekać   na   pozwolenie,   żeby 

wejść, zrozumiałeś?

Peder się wycofał, serce Elise krwawiło.
- Musisz być dla niego surowsza - powiedział Emanuel z wyrzutem. - 

Jest niewychowany. Moi rodzice też tak uważają.

Elise patrzyła na niego zlękniona.
- Tak powiedzieli?
Emanuel przytaknął, ale nic więcej już nie powiedział.
Odprowadziła go na stację. Długą chwilę szli w milczeniu. Coś między 

nimi zaszło. Coś niedobrego.

- Kocham cię.
-   Wiem,   Elise   -   powiedział   i   ścisnął   jej   dłoń.   -   Kiedy   te   piekielne 

manewry   się   skończą,   wszystko   się   zmieni.   Pewno   jestem   za   bardzo 
zmęczony. No i te wszystkie kłopoty. Pieniądze...

- Było nam dobrze razem. Nie odpowiedział.

background image

-   Uważaj   na   siebie.   Nie   ryzykuj   niepotrzebnie.   Będę   się   za   ciebie 

modliła.

- Na pewno wszystko się ułoży.
Miała wrażenie, że myślami był gdzieś daleko.
- O jedno chcę cię prosić - odezwał się w końcu. Wahał się, jakby nie 

bardzo chciał to powiedzieć. - Nie chcę, żebyś przyjmowała gości.

Nie od razu go zrozumiała. Co miał na myśli?
- Nie wypada, żeby odwiedzali cię mężczyźni, kiedy twojego męża nie 

ma w domu.

W końcu dotarło do niej.
- Następnym razem nie zaproszę go do środka.
- Następnym razem? – powtórzył. Patrzył na nią, a jego oczy iskrzyły. – 

Spodziewasz się, że znów przyjdzie cię odwiedzić?

Czuła, że robi się czerwona.
- Nie, nie to miałam na myśli. Tylko gdyby tak się zdarzyło.
- Nie zgadzam się, żeby tu przychodził. Rozumiesz?
Przytaknęła.   Nie   podobał   jej   się   jego   ton,   ale   nie   chciała   psuć   po-

żegnania. Kiedyś jednak do tego wróci. Rodzina Thoresenów to ich starzy, 
dobrzy znajomi. Sam powiedział, że trzeba zaprosić na wesele zarówno 
panią   Thoresen,   jak   i   Annę.   Musi   zrozumieć,   że   nie   może   wykluczyć 
Johana. Musi zapomnieć, że ona i Johan byli kiedyś zaręczeni. Poza tym 
Johan miał teraz Agnes.

Na pewno byłoby lepiej, gdyby się pobrali. Wcześniej niechętnie o tym 

myślała, ale ślub na pewno wiele by ułatwił.

- Mam nadzieję, że będziesz miał okazję do mnie napisać.
- A ja, że ty będziesz chciała pisać do mnie – powiedział i uśmiechnął 

się do niej, znów był zadowolony.

Zgodziła się, żeby Johan więcej jej nie odwiedzał, nie miał się już czego 

obawiać.   Była   jego.   Aż   śmierć   ich   rozdzieli.   Miała   nadzieję,   że   on   to 
rozumie.

Elise zamyśliła się. Czy tak wyglądało małżeństwo? Nie można było 

mieć przyjaciół ani przyjmować gości?

-   Racja,   byłbym   zapomniał.   Wczoraj   w   drodze   ze   stacji   spotkałem 

młodego   Paulsena.   Przypomniał   mi,   że   mieliśmy   ich   odwiedzić. 
Powiedział,   że   ma   nadzieję,   że   wpadniemy,   kiedy   następnym   razem 
przyjadę na przepustkę.

- Hilda będzie wściekła.

background image

Spojrzał na nią zdziwiony. - A jej co do tego? - spytał.
- Przecież wiesz!
-   Oczywiście,   że   wiem.   Adoptowali   synka   Hildy,   ale   ona   sama   go 

oddała,   z   własnej   woli.   Nie   możemy   odrzucić   ich   zaproszenia   z   tego 
powodu.

Elise zmarszczyła czoło, nic nie rozumiała. Co się działo z Emanuelem? 

Zawsze był taki wyrozumiały. Pewnie wisząca w powietrzu wojna tak na 
niego   działała.   Może   człowiek   staje   się   taki,   kiedy   żyje   w   stałym 
zagrożeniu?

Na peronie było wiele par, które namiętnie się żegnały.
- Uważaj na siebie, Emanuelu!
Pokiwał głową, włożył jej do ręki pieniądze, nic więcej nie mówiąc. 

Szybko   schowała   je   do   kieszeni.   Musiała   odkaszlnąć.   -   Bardzo   cię 
kocham.

Uśmiechnął się, szybko pocałował ją w usta i odwrócił się.
- Muszę znaleźć sobie miejsce, pociąg zaraz odjeżdża.
Patrzyła za nim, aż zniknął w którymś z przedziałów. Dym z parowej 

lokomotywy,   ciężki   i   ciemny,   zawisł   nad   stacją,   kiedy   pociąg   ruszył. 
Wkrótce zobaczyła, jak ostatni wagon znika w oddali.

W drodze do domu cały czas myślała o tym, co wydarzyło się w ich 

pokoiku. W końcu odsunęła od siebie ponure myśli, tłumacząc je tak jak 
wcześniej: To na pewno wynika z sytuacji, w jakiej się znalazł. Na pewno 
się   denerwował.   W   kieszeni   pobrzękiwało   całe   dziesięć   koron.   Dadzą 
sobie radę.

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Jeszcze tego samego  wieczoru napisała do niego list. Chciałaby  móc 

robić to codziennie, ale za dużo to kosztowało. Za znaczek trzeba było 
zapłacić dziesięć ore, dokładnie tyle, ile mogła dostać za metr dywanu. 
Najważniejsze jednak, żeby jak najszybciej dostał list, pomyślała, żeby był 
jej pewien i napomniał o złych myślach. Tyle mu zawdzięczała. Nawet nie 
miała odwagi myśleć, jak mogło potoczyć się jej życie, gdyby Emanuel 
nie zaproponował jej małżeństwa. Pełna wdzięczności, pozostając dobrej 
myśli, pisała:

Kochany Emanuelu!
fest wieczór po twoim wyjeździe, a ja już za tobą tęsknię. Życie jest 

dziwne.   Kto   by   pomyślał,   kiedy   zrozpaczona   poszłam   do   Świątyni, 
prosząc o pomoc dla matki i o buty dla Pedera, że ty i ja zostaniemy 
małżeństwem?   Wierzę,   że   wszystko   ma   jakiś   sens.   Byliśmy   sobie 
przeznaczeni, tylko najpierw zostaliśmy poddani próbie. Teraz wszystko 
jest  tak,   jak   być  powinno.   Części   układanki  są   już   na  swoim  miejscu. 
Wiem, że nie mogłabym marzyć o lepszym mężu niż ty. Masz wszystkie te 
cechy, które cenię u ludzi, a poza tym sprawiasz, że moje serce szybciej 
bije.   Głęboko   wierzę,   że   ci,   którzy   decydują   o   losach   naszego   kraju, 
wkrótce się pogodzą i będziesz mógł wrócić do mnie, do domu.

Kocham Cię Twoja Elise
Elise rzuciła pracę sprzątaczki. Pani Albertsen zgodziła się pożyczyć im 

swoje   stare   krosno,   problem   polegał   jednak   na   tym,   jak   je   przewieźć. 
Może poproszą Karlsena? Matka pokręciła przecząco głową.

- Na pewno tyle sobie za to policzy, że nie będzie nas stać.
- Wiem! - Ku zdziwieniu Elise odezwał się Kristian, który raczej rzadko 

włączał się do rozmowy i którego życie toczyło się głównie poza domem. 
- Jeden z żołnierzy Armii Zbawienia prawie codziennie odwiedza Annę. 
Cała ulica o tym mówi. Nikt nie rozumie, że chce mieć ukochaną, która 
jest sparaliżowana. Moglibyśmy poprosić go o pomoc.

Elise posłała mu zdziwione spojrzenie.
- Masz na myśli jednego z przyjaciół Emanuela, którzy byli na weselu?
Kristian przytaknął. Elise spojrzała na matkę.
-   Może   moglibyśmy?   Armia   Zbawienia   miała   wóz   i   ludzi,   którzy 

potrafią powozić.

- Spytać zawsze można.

background image

Poszli wszyscy, także Peder i Kristian. Peder skończył już swoją pracę i 

był zmęczony, było to po nim widać, ale bardzo chciał iść. Kristian też 
niedawno dostał pracę, jako goniec. Miał zacząć już jutro, a kiedy skończą 
się wakacje, miał pracować po szkole. Elise odnosiła wrażenie, że coś się 
w   nim   zmieniło   po   tym,   jak   udało   mu   się   załatwić   sobie   pracę. 
Zrozumiała,  że zapewne uznał to za porażkę, że młodszy  brat załatwił 
sobie pracę wcześniej od niego.

Peder   był   bardziej   otwarty,   łatwiej   nawiązywał   kontakt   z   ludźmi, 

podczas gdy Kristian pozostawał bardziej zamknięty. Może to się teraz 
zmieni. Codziennie będzie musiał dzwonić do wielu drzwi, dostarczając 
ludziom zamówione towary. Będzie musiał rozmawiać z ludźmi, nawet 
jeśli   to   będzie   tylko   panna   służąca.   Elise   cieszyła   się,   że   ma   roznosić 
towary dla rzeźnika i masarza, a nie na przykład wozić meble. Widziała 
kiedyś, jak chłopak ze stolarni ciągnie ciężki wóz, pełen dużych i ciężkich 
mebli. Czasem aż kładł się na hamulcach. Chłopak od rzeźnika chodził z 
niecką na ramieniu. Kristian był silny, na pewno sobie poradzi.

Była spięta, kiedy wchodzili po schodach na drugie piętro czynszówki 

Andersengarden. Tak samo jak poprzednim razem towarzyszył im fetor z 
wychodka i ze śmietników.

Może   pani   Thoresen   nie   była   już   taka   zła,   skoro   Johan   wyszedł   z 

więzienia. Miała taką nadzieję, głównie ze względu na Annę. Anna ich 
lubiła. Zdradziła im kiedyś, że jej ich brakuje.

Usłyszeli głosy  z wewnątrz,  kiedy zapukali do drzwi. Pani Thoresen 

zawołała: - Proszę! - Tak pogodnego głosu Elise dawno nie słyszała.

Przy stole w kuchni siedział jeden z żołnierzy Armii Zbawienia i pił 

kawę. To był ten ciemny, przystojny, który podczas wesela siedział po 
prawej stronie Anny. Elise nie pamiętała, jak się nazywa.

Szybko wstał i podał jej rękę.
-   Dziękuję   za   zaproszenie   na   wesele.   To   było   dla   mnie   dużym 

przeżyciem móc uczestniczyć w weselu Emanuela. Znamy się od czasu 
jego przyjazdu do Kristianii.

- Johan był w domu! - Pani Thoresen obdarzyła ją jednym ze swoich 

rzadkich uśmiechów.

- Wiem. Wpadł do nas, zanim wyjechał do Kongsvinger.
Pani Thoresen była chyba zaskoczona, ale najwyraźniej też zbyt zajęta, 

żeby zacząć snuć jakieś podejrzenia, pomyślała Elise.

background image

- Bardzo  się cieszę,  ze względu  na niego, na Annę i na panią,  pani 

Thoresen - ciągnęła dalej. - Zawsze wiedziałam, że Johan jest porządnym, 
prawym   człowiekiem.   Nie   każdy   może   liczyć   na   darowanie   kary.   To 
świadczy o tym, że dobrze się sprawował w więzieniu.

Pani   Thoresen   przytaknęła.   Słowa   zdawały   się   ją   cieszyć,   na   pewno 

jednak nie była zadowolona, że wracano do tych smutnych spraw.

Elise zwróciła się do żołnierza.
- Przyszłam, bo pomyślałam, że mogłabym poprosić pana o pomoc.
- Oczywiście. Powiedziała, o co chodzi.
- Załatwimy to, pani Ringstad. - Żołnierz uśmiechnął się. - Zapewne 

chce pani pójść odwiedzić Annę? Rozmawialiśmy  o jej losie w Armii, 
właśnie mówiłem o tym jej matce. Pewien lekarz, którego znam, twierdzi, 
że należy z nią ćwiczyć, żeby mogła dłużej siedzieć. Obiecano nam też, że 
będzie   mogła   zatrzymać   wózek,   który   dla   niej   wypożyczyliśmy,   a   ja 
obiecałem, że będę przychodził i ćwiczył z nią po pracy.

Więc   to   tak   powstały   plotki   o   ukochanym   Anny,   pomyślała   Elise. 

Typowe. Tutaj plotkary miały co robić.

- To fantastyczne wiadomości. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, jak ona 

wytrzymuje takie całodzienne leżenie w łóżku. - Elise ruszyła w stronę 
drzwi. - Zajrzę do niej. Zaczekajcie tu, chłopcy.

Kristian   i   Peder   zostali   przy   drzwiach   z   czapkami   w   rękach.   Pani 

Thoresen   poprosiła   jednak,   żeby   usiedli,   i   postawiła   przed   nimi   dwa 
blaszane kubki.

Anna siedziała w łóżku i czytała. Jak tylko spostrzegła Elise, odłożyła 

książkę.

-   Usłyszałam   cię   i   miałam   nadzieję,   że   wpadniesz.   -   Jej   ładne   oczy 

błyszczały,   policzki   nabrały   trochę   koloru.   -   Słyszałaś,   że   Torkild 
Abrahamsen obiecał pomóc mi wyzdrowieć? I mogę póki co zatrzymać 
wózek. Torkild będzie ze mną ćwiczył, muszę wzmocnić ręce, tak żebym 
sama mogła jeździć na wózku. Może nawet będę w stanie sama zejść ze 
schodów i usiąść na wózku. Twierdzi, że to możliwe.

Elise uśmiechnęła się radośnie. - To świetnie - powiedziała.
- A wszystko dzięki tobie, Elise. To ty zaprosiłaś mnie na wesele.
-   Tego   by   tylko   brakowało.   Jesteś   jedną   z   moich   najlepszych 

przyjaciółek.

- Druga to Agnes, prawda? Elise przytaknęła.

background image

- Jakiś czas byłyśmy skłócone, ale teraz znów się przyjaźnimy. Anna 

zmarszczyła czoło, jakby była z czegoś niezadowolona.

- Wiesz, że ona i Johan są razem?
- Tak, powiedziała mi o tym. Anna nagle spoważniała.
- Mam nadzieję, że Johan się na niej nie zawiedzie.
- Taka głupia nie jest. Twierdzi, że jest najprzystojniejszym mężczyzną 

w całym Sagene i już uznała, że są zaręczeni. Dzięki niemu wróciła do 
pracy w Hjula. To chyba najlepsze, co mogło się im obojgu przydarzyć.

Anna nie wyglądała na przekonaną.
- Jest taka niestała. Matka nazywa ją latawicą.
- To było dawniej. Żadnego z mężczyzn, z którymi była, nie traktowała 

poważnie. Jeśli Johan podejdzie do sprawy serio, to Agnes zrobi wszystko, 
żeby go przy sobie zatrzymać.

Anna spojrzała jej poważnie w oczy.
- Myślę, że Johan wciąż się kocha w tobie. Historia z Agnes to tylko 

marne   pocieszenie.   Wybacz,   że   to   mówię,   może   nie   powinnam,   skoro 
jesteś żoną innego, ale martwię się. Po tym wszystkim, przez co przeszedł, 
Johan zasłużył na coś dobrego.

Elise przytaknęła.
- Zgadzam się z tobą. Też nie byłam szczególnie zachwycona, kiedy się 

o   tym   dowiedziałam,   jednak   po   bliższym   zastanowieniu   uznałam,   że 
wszystko może się dobrze ułożyć. Agnes potrafi, jeśli tylko chce. Chciała 
wstąpić do Armii Zbawienia ze względu na Emanuela. Chciała nauczyć się 
grać na gitarze i była nawet gotowa się zmienić. Jej rodzice to porządni 
ludzie, ojciec angażuje się politycznie, jest zapalonym socjalistą, a matka 
jest bardzo miła.

Anna kiwała głową. Uśmiechnęła się. - Wybacz mi, Elise. Nie chciałam 

jej obgadywać. Bardzo kocham Johana i życzę mu jak najlepiej. Uważam, 
że ty byłabyś dla niego najlepsza.

- Los chciał inaczej. Rozmawiałam z Johanem i chyba wszystko sobie 

wyjaśniliśmy. Jest jeszcze kilka rzeczy, których nie rozumiem, ale Johan 
wie, że to złośliwe plotki zniszczyły nasz związek. Wie, że byłam mu 
wierna i że chciałam być tylko z nim. Gdyby nie zerwał 'zaręczyn, nie 
wyszłabym za Emanuela.

Anna spojrzała jej w oczy.
- Jest coś, co mnie gnębi, ale nie wiem, czy odważę się ci to powiedzieć.
- Ja nie gryzę.

background image

- Właściwie to który to miesiąc?
Elise czuła, że robi się jej gorąco i zimno zarazem. Inni pewno też będą 

zadawać jej to pytanie, myśląc, że oddała się Emanuelowi, kiedy jeszcze 
była zaręczona z Johanem, ale bolało ją, że Anna też ją o to podejrzewa. 
Nie mogła wydobyć z siebie słowa.

- Kiedy Johan był na przepustce, słyszałam, jak rozmawiali ze sobą w 

kuchni   -   mówiła   dalej   Anna,   nie   spuszczając   z   niej   wzroku.   -   Nie 
słyszałam wszystkiego, co mówili, ale wystarczająco dużo, żeby zacząć się 
zastanawiać. Jeśli rzeczywiście jest tak, jak się domyślam, to zaczynam 
lepiej rozumieć, dlaczego tak szybko się zgodziłaś, i rozumiem też, że nie 
powinno   się   to   roznieść.   Mogłoby   to   zaszkodzić   dziecku,   którego 
oczekujesz...

Elise czuła, że ma ściśnięte gardło. Objęła Annę i wybuchnęła płaczem.
Anna gładziła ją po plecach.
- Nie musisz nic mówić. Właściwie już mi odpowiedziałaś. Wiesz, że 

możesz na mnie polegać. Nic nie przejdzie przez moje usta. Ale poproś 
Agnes, żeby była bardziej ostrożna. Nikt nie zyska na tym, że sprawa się 
wyda. Twoja matka i jego rodzice znają prawdę?

Elise pokręciła głową.
- Nikt inny nie wie?
- Hilda.
Anna westchnęła ciężko.
- Agnes, Hilda i Johan. Johanowi możesz zaufać, ale z Agnes i z Hildą 

musisz porozmawiać.

Zapadła cisza.
- Jeśli będzie ci ciężko, wiesz, że zawsze możesz do mnie przyjść.
- Wtedy nie śmiałam... - Załkała. - To było straszne, ale uznałam, że 

masz dosyć własnych kłopotów.

-   Miło,   że   tak   pomyślałaś,   ale   to   nie   jest   tak.   Pomagając   komuś, 

pomagamy także sobie. Poza tym poczułabym się potrzebna, jeśli wiesz, 
co mam na myśli.

Już   dwa   dni   później   Elise   ruszyła   z   tkaniem.   Zdobycie   zamówień 

okazało   się   nie   takie   trudne,   a   skrawki   materiałów   dostała   od   Armii 
Zbawienia za pośrednictwem Torkilda Abrahamsena. Zaczynała o szóstej 
rano, do czego była przyzwyczajona, pracując w fabryce, i pracowała do 
drugiej. Matka zmywała po śniadaniu, robiła pranie i rozwieszała je, szła 
na zakupy, obierała ziemniaki i patroszyła ryby na obiad.

background image

Krosno ustawiono przy drzwiach w dużym pokoju, mimo gwałtownych 

protestów matki, która jednak po jakimś czasie przyznała, że to jedyna 
możliwość. W kuchni nie było miejsca, a w pokoiku stało łóżko matki i 
składane łóżko chłopców. Stały tak blisko siebie, że trudno było przejść, 
kiedy łóżko chłopców było rozłożone.

Dzień po tym, jak powiesiły ogłoszenie, zgłosiło się kilka osób, żeby 

obejrzeć stryszek. Matka i Elise zdecydowały się w końcu wynająć go 
pewnemu wdowcowi z czteroletnią córeczką. Był nawet skłonny płacić 
dwie korony tygodniowo więcej za przypilnowanie córeczki, podczas gdy 
on będzie w pracy. Chciał też płacić za jedzenie. Był urzędnikiem w dużej 
firmie na Nordre Ringgate i, jak się domyślały, dobrze zarabiał.

Elise i matka patrzyły na siebie zaskoczone. Dwie korony dodatkowo na 

tydzień i jeszcze opłata za jedzenie! Wyglądało na to, że szczęście znów 
się do nich uśmiechnęło.

Peder i Kristian zaprotestowali głośno, kiedy się dowiedzieli, że będzie z 

nimi mieszkała mała dziewczynka, ale kiedy Elise wytłumaczyła im, jakie 
to   szczęście,   że   trafił   się   im   lokator,   który   nie   będzie   gotował   w   ich 
kuchni, tylko płacił i jadł razem z nimi, zrozumieli to i zamilkli. Peder bał 
się, że będzie musiał znosić zapachy kodetów i rosołu z kury, podczas gdy 
sam musi jeść kaszę na wodzie.

Mężczyzna miał czterdzieści parę lat i nazywał się Asbjorn Hvalstad. 

Był wysoki i szczupły, miał miły uśmiech i wydawał się sympatyczny. 
Miał   szaroniebieskie   oczy,   dorastał   w   Bekkelaget,   gdzie   mieszkał   do 
momentu   ślubu   pięć   lat   temu.   Jego   żona   pochodziła   z   Kristianii   i   nie 
wyobrażała sobie mieszkania tak daleko od miasta. Wynajęli mieszkanie 
na ulicy Antona Schjotha, ale kiedy umarła wiosną na zapalenie płuc, nie 
chciał tam zostać.

- Anne Sofìe to spokojna i dobrze wychowana dziewczynka - tłumaczył, 

gładząc ciemne loki córeczki. - Jest przyzwyczajona radzić sobie sama. 
Żona chorowała wiele miesięcy i nie mogła się nią zajmować. Anne Sofie 
musiała często sama się bawić.

Elise   ukucnęła   przed   milczącą   dziewczynką,   która   przeżyła   taką 

tragedię: chorobę i śmierć matki.

- Cieszę się, że będziesz u nas mieszkać, Anne Sofie. Chłopcy na pewno 

się z tobą zaprzyjaźnią, tylko muszą cię najpierw poznać. Peder zawsze 
chciał mieć młodszą siostrzyczkę.

background image

Usłyszała,   że   Peder   zamierzał   zaprotestować,   ale   Kristian   go   po-

wstrzymał.

-   Kiedy   jest   ładnie   i   ciepło,   możesz   się   bawić   przed   domem,   tylko 

pamiętaj,   że   nie   wolno   ci   chodzić   nad   rzekę.   A   kiedy   pada,   możesz 
siedzieć z moją mamą i ze mną i pomagać nam tkać. Może po jakimś 
czasie nauczysz się przycinać skrawki.

Anne Sofie stała i patrzyła w podłogę, nie miała odwagi spojrzeć na nią.
Nagle   Peder   odwrócił   się   i   pobiegł   do   pokoiku.   Elise   pomyślała,   że 

zdenerwował się na myśl o obcym dziecku w domu, i chciała pójść za nim. 
Ku   jej   zdziwieniu   wyszedł   po   chwili   z   tajemniczą   miną   i   rękami 
schowanymi za plecami. Podszedł do Anne Sofie i uroczyście wręczył jej 
pluszowego misia, którego wygrał kiedyś w wesołym miasteczku.

- Proszę. Możesz go wziąć.
Elise   nie   wiedziała,   czy   ma   protestować.   To   była   jedyna   porządna 

zabawka,   jaką   Peder   kiedykolwiek   miał,   i   pamiętała   jeszcze,   jaki   był 
dumny,   kiedy   wygrał   go,   po   tym   jak   w   wesołym   miasteczku   znalazł 
dziesięć ore, za które kupił los.

-   Naprawdę,   możesz   go   wziąć   -  powtórzył  Peder,   kiedy  Anne   Sofìe 

nawet po niego nie sięgnęła. - Kristian drażni się ze mną, mówi, że jestem 
dzieciakiem,   który   bawi   się   pluszowym   misiem.   Zresztą   teraz,   kiedy 
dostałem pracę, nie mam już czasu na takie zabawy. - Wyprostował się i 
przybrał minę dorosłego mężczyzny. - Jestem pomocnikiem woźnicy, więc 
sama rozumiesz.

Asbjorn Hvalstad posłał Elise niepewne spojrzenie.
- Nie wiem, co pani na to, pani Ringstad. To cenna zabawka.
- Uważam, że Peder powinien sam decydować. A ty co o tym sądzisz, 

Kristian?

Przyszło jej na myśl, że może Kristian żałował swoich drwin i teraz było 

mu żal brata, który pozbywał się najcenniejszej rzeczy, jaką miał.

Kristian wiercił się, najpewniej walczył ze sobą.
.   -   Uważam,   że   dziewczynka   powinna   go   wziąć   -   wydusił   w   końcu 

niepewnie.  - Peder jest za duży, żeby bawić się  misiami,  jest przecież 
pomocnikiem woźnicy. Dam mu łódkę, którą zrobiłem.

Zarówno   Elise,   jak   i   matka   oraz   Peder   patrzyli   na   niego   zdumieni. 

Kristian   spędził   wiele   dni,   pracując   nad   żaglówką,   która   była   tak 
wspaniała, że wielu chłopców przychodziło tu ją podziwiać.

- Naprawdę? - spytał Peder, najwyraźniej nie wierząc własnym uszom.

background image

Kristian przytaknął.
- I tak chciałem ją komuś dać.
Ruszył w stronę drzwi, mówiąc, że ma coś do załatwienia dla masarza, 

zapomniał   czegoś   i   teraz   musi   po   to   iść.   Asbjorn   Hvalstad   śledził   go 
wzrokiem.

- Ależ ma pani wspaniałych chłopców! - wykrzyknął. - Przyjmij misia, 

Anne Sofie.

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Dzień później, w niedzielę trzynastego sierpnia, odbyło się referendum. 

Elise i matka wzięły chłopców i razem poszli do miasta popatrzeć na tłum.

- To ważny dzień w naszym życiu - tłumaczyła im uroczyście matka. - 

Ważny nie tylko dla nas, którzy żyjemy w tych czasach, ale też i dla tych, 
którzy   przyjdą  po  nas.  Siódmego   czerwca  ani  ja,  ani  wy  nie   mieliście 
okazji być świadkami radości w mieście, tym razem tego nie przepuścimy. 

- Dlaczego to takie ważne? - spytał Peder, ale w jego głosie nie było 

słychać szczególnej radości. Wolałby wypróbować żaglówkę nad stawem.

- Najpierw, przez ponad czterysta lat, podlegaliśmy Danii. Przez ostatnie 

sto byliśmy w unii ze Szwecją. Nie sądzisz, że już pora, abyśmy stali się 
niezależnym państwem i sami o sobie decydowali?

- Tak, tylko dlaczego trzeba to robić w niedzielę?
Mieli na sobie niedzielne ubrania, a kiedy dotarli do Maridals-veien, 

zobaczyli tłum uroczyście ubranych ludzi idących do miasta. Niektórzy 
trzymali   w   ręku   małe   norweskie   flagi,   bez   znaczka   unijnego.   Peder   i 
Kristian patrzeli na nich z zazdrością.

Elise myślała o Emanuelu.
- Mamo,  myślisz,  że  Szwedzi ustąpią,  jeśli większość  opowie  się  za 

rozwiązaniem unii?

- To oni zażądali referendum.
W   mieście   panował   dziwny   nastrój,   prawie   taki   jak   Siedemnastego 

Maja. Ludzie rozmawiali, śmiali się, witali, także z obcymi. Szli lekkim 
krokiem, zadowoleni.

Nagle Peder i Kristian zauważyli po drugiej ulicy jakieś dziewczęta.
Kristian szturchnął Pedera i powiedział. - Widzisz, kto tam jest?
Peder zaczerwienił się.
- Widzę, a bo co?
- Myślałem, że zakochałeś się w Martę. Peder prychnął.
- W tej małej? To smarkula. Gówniara.
Kristian chichotał, ale ku zdziwieniu Elise nie rzucił żadnej złośliwej 

uwagi.

Patrzyła na niego zdziwiona.
W mieście wszędzie wisiały flagi, a przed uniwersytetem był taki tłum, 

że   prawie   nie   można   było   przejść.   Oczy   Elise   zrobiły   się   okrągłe   ze 
zdziwienia. Patrzyła to na jedną elegancką damę, to na drugą, chłonęła 

background image

widok ogromnych kapeluszy ze strusimi piórami i kwiatami, koronkowych 
bluzek, kolorowych parasolek, błyszczących złotych szpilek i peleryn z 
jedwabiu   i   aksamitu.   Zobaczyła   starszą   kobietę   w   czarnym   płaszczu 
wyszywanym mieniącymi się cekinami, a obok niej młodą dziewczynę z 
tak   ciasno   zasznurowanym   gorsetem,   że   miało   się   wrażenie,   że 
dziewczyna zaraz się złamie. Chłopcy mieli na sobie marynarskie ubranka, 
a młode kobiety cienkie suknie z trenami, ciągnącymi się za nimi po ziemi. 
Wszędzie   stali   wąsaci   policjanci,   na   głowach   mieli   pikielhauby,   mieli 
wypucowane   do   czysta   buty   i   mundury   z   podwójnym   rzędem 
błyszczących   mosiężnych   guzików.   Przekupki   i   robotnice,   chłopi   i 
urzędnicy, wszyscy wyszli, żeby oddać swój głos bądź po prostu znaleźć 
się wśród ludzi. Od strony namiotu z orkiestrą słychać było patriotyczne 
pieśni, ludzie mieli łzy w oczach, niektórym drżał głos ze wzruszenia.

Wyniki ogłoszono dopiero po sześciu tygodniach obliczeń. Zwycięstwo 

wolnej  Norwegii  było  oczywiste: 368  208  głosów   było  za  i  tylko  184 
przeciw.

Ale już tego dnia ludzie byli przekonani, że większość zdecydowanie 

opowie   się   za   rozwiązaniem   unii.   Cieszyli   się,   wiwatowali,   machali 
flagami i obejmowali się. Nadchodziły nowe czasy.

Elise   miała   gulę   w   gardle.   Uśmiechnęła   się   do   Pedera   i   spytała:   - 

Cieszysz się, że przyszedłeś?

Peder stał z rękami na plecach i wyglądał na zafrasowanego.
- Ty nie wiesz, jak to jest być chłopakiem, Elise. Sama przecież jesteś 

dziewczyną. Poza tym nie wiesz też, jak to jest, kiedy jest się niższym niż 
wszyscy dookoła i widzi się tylko nogawki i laski. A staw mamy tylko dla 
siebie.

W drodze do domu spotkali Asbjorna Hvalstada i Anne Sofie, którzy 

mieli się do nich wprowadzić już za trzy dni.

- Też wybraliście się do miasta na uroczystości? - spytał ich przyszły 

lokator.   Podszedł   do   nich   i   uroczyście   podał   rękę   matce.   -   Najlepsze 
życzenia z okazji tego wielkiego dnia, pani Lovlien.

Matka uśmiechnęła się, policzki miała czerwone.
-   To   szalenie   podniecające,   prawdą?   Jeśli   wynik   będzie   na   „tak", 

ciekawa jestem, co zrobią Szwedzi i czy będziemy mieli własnego króla?

- Zapewne.  Christian   Michelsen   opowiada  się  za  monarchią.  Fridtjof 

Nansen zresztą też, a on ma duży wpływ. Słyszałem, że nawet Bjornstjerne 
Bjornson   zmienił   zdanie   i   teraz   uważa,   że   inne   państwa,   a   zwłaszcza 

background image

Anglicy, wolałyby, żebyśmy postąpili tak jak one. Słyszałem, że już mają 
kandydata. - Zmarszczył czoło. - Jednak jeśli chodzi o Szwedów, to mam 
więcej wątpliwości. Oni tak łatwo nie ustąpią.

- Mamo, możemy iść do innych chłopców? - spytał Kristian, patrząc na 

nią proszącym wzrokiem.

Matka zgodziła się, sprawiała jednak wrażenie, że nie bardzo wie, na co 

się godzi.

- Sądzi pan, że może dojść do wojny?
- Tego się obawiam. Ale dzisiaj nie myślmy o tym. Zobaczymy, co się 

wydarzy   -   powiedział,   uśmiechając   się   do   niej.   Matka   odwzajemniła 
uśmiech.

Serce Elise biło mocno. Co się wtedy stanie z Emanuelem?
Tej samej niedzieli, trzynastego sierpnia, kolejne kompanie wkraczały, 

maszerując,   na   rynek   Kongsvinger.   Utworzyły   na   placu   czworokąt. 
Pułkownik przejął dowodzenie, zmustrował szeregi i razem z adiutantem 
zajął miejsce przed żołnierzami. Zjawił się ksiądz i zaczęto śpiewać Bóg 
jest naszą opoką. Muzyka odbijała się echem w całym rynku. Następnie 
ksiądz   wygłosił   mocną   i   wzruszającą   mowę   o   wolności,   o   tym,   jakie 
znaczenie wolność ma dla kraju i dla pojedynczego człowieka.

- Jeśli naród nie czuje nieodpartej potrzeby wolności, nie jest godzien 

nazywać siebie   narodem -  oznajmił  mocnym,  dobitnym głosem.   Zrobił 
krótką przerwę, żeby słowa dotarły do wszystkich, i ciągnął dalej: - Ten 
najwyższy cel może zostać osiągnięty wtedy, kiedy wszyscy uwolnimy się 
z   jarzma   naszych   grzechów.   Dopiero   kiedy   to   nastąpi,   staniemy   się 
szczęśliwym i wolnym narodem.

Johan   stał,   uważnie   słuchając.   Słowa   trafiały   prosto   do   serca. 

„Uwolnimy się z jarzma naszych grzechów", powtarzał.

Powiódł wzrokiem po innych kompaniach. I nagle serce przestało mu 

bić.   Patrzył  prosto   w   oczy   jednego   z   przyjaciół   Lorta-Andersa.   Był  to 
wysoki chłopak z rudą czupryną.

Szybko odwrócił wzrok, ale nie mógł pozbyć się swoich myśli. Słyszał, 

że któryś z nich trafił do Kongsvinger, ale nie wiedział dokładnie kto. 
Czuł, jakby ktoś uderzył go w pierś. W uszach brzmiały mu słowa Elise: 
„Jeśli będzie tam ktoś,  kogo nie lubisz,  nie zajmuj się tym". Nie miał 
wątpliwości, co miała na myśli.

Miał pozwolić, żeby draniowi wszystko uszło płazem? Żyć, jakby nic 

się nie stało? Chwycił mocniej za karabin, mimo że przecież siedział już w 

background image

więzieniu; za to, że ukrył rzeczy Lorta-Andersa, dostał całe cztery lata. 
Wiedział, że kradzież jest złem, ale czy zniszczenie życia dziewczynie to 
coś lepszego? Zresztą nie tylko jej życia. Ten łobuz zniszczył też jego 
życie. A co z dzieckiem, którego życie wtedy wzięło swój początek?

Szesnastego sierpnia żołnierze dostali rozkaz wyjścia na czterodniowe 

manewry.   Były   to   ciężkie   dni,   pełnili   służbę   wartowniczą,   chodzili   na 
zwiad,   pokonywali   duże   odległości,   a   trzeciego   dnia   stoczyli 
rozstrzygającą walkę.

„Walka"   była   ostra,   wszyscy   bardzo   się   angażowali,   to   właśnie 

nadawało sens całemu pobytowi. Napięcie rosło: kiedy i gdzie pojawi się 
„wróg", gdy padną pierwsze strzały?

Kiedy się rozległy, ruszyli do walki z zapałem. Johan miał wrażenie, że 

przedzierając się przez gęsty las w poszukiwaniu wroga, do którego mieli 
strzelać, wielu zapomniało, że to tylko ćwiczenia.

Gdy w końcu rozległ się sygnał kończący walkę, potrzeba było trochę 

czasu, żeby wrócili do rzeczywistości. Był zmęczony, czuł to, należał do 
tych,   którzy   się   zapuścili   najdalej   w   las.   Poza   tym   zrobiły   mu   się   na 
nogach pęcherze. Miał za małe buty.

Przechodząc przez kamienie, usłyszał nagle jakiś dźwięk. Zatrzymał się 

i zaczął nasłuchiwać. Dźwięk się  powtórzył: jakby ktoś jęczał. Szybko 
ruszył w jego kierunku i przeszedłszy zaledwie kawałek, zorientował się, 
co się stało. Jeden z żołnierzy leżał ranny na kamieniach, prawdopodobnie 
spadł ze stromego zbocza, które widać było nad jego głową.

Johan rozejrzał się ponownie, wypatrywał pomocy, ale nikogo nie było 

widać. Był lekko przerażony, jednak podszedł bliżej.

Nagle   stanął   jak   porażony.   Czapka   rannego   żołnierza   spadła   mu   z 

głowy, widać było jego rude włosy. Żołnierz wydawał się bliski śmierci i 
Johanowi przyszła do głowy dziwna myśl. Życzył draniowi śmierci i los 
załatwił to za niego.

Wzdrygnął się. Ranny się poruszył, jęczał, próbował ruszyć nogą, która 

leżała w dziwnej pozycji.

Johan   zaczął   czołgać   się   w   jego   stronę.   Ranny   leżał   z   zamkniętymi 

oczami, rana na głowie krwawiła, prawdopodobnie był nieprzytomny. Jeśli 
szybko nie otrzyma pomocy, może nie przeżyć. Johan wiedział, że sam nie 
da rady go zanieść, bo do obozu było daleko. Mógł się po cichu wycofać, 
udawać, że go nie widział... Albo wracając, mógł się potknąć, wtedy nie 
dałby rady sprowadzić pomocy i mógł mieć nadzieję, że gwałciciel umrze.

background image

Stał, tocząc ze sobą walkę. W końcu szybko zdjął kurtkę od munduru, 

podłożył pod głowę rannego, podarł koszulę, usiłując - na tyle, na ile był w 
stanie - zatamować krwawienie prowizorycznym bandażem. Potem ruszył 
biegiem do obozu po pomoc.

background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Elise od dawna myślała, żeby wybrać się do lekarza. A jeśli spyta, kto 

jest ojcem? Będzie potrafiła skłamać mu prosto w twarz? Na pewno się 
zaczerwieni, zacznie się jąkać, chrząkać, a on od razu się domyśli, że coś 
jest nie w porządku. Przełożyła gotowe dywaniki z jednej ręki do drugiej, 
idąc na wzgórze Telthusbakken, gdzie miała je oddać.

Ale   przecież   była   mężatką.   Lekarz   nie   będzie   chyba   pytał   zamężnej 

kobiety, kto jest ojcem jej dziecka? O ile nie spyta o datę ślubu. Tak czy 
inaczej sytuacja była zła. Mogło się też zdarzyć, że w poczekalni natknie 
się   na   którąś   z   robotnic   z   Graaha   czy   z   Hjula,   która   zacznie   z   nią 
rozmawiać. Istniało ryzyko, że ta zacznie się dopytywać, w którym jest 
miesiącu i ile jej jeszcze zostało. Nie będzie jej łatwo kłamać na oczach 
innych.   Kiedy   zdjęła   szal   i   usiadła   na   krześle,   było   wyraźnie   widać 
zaokrąglający się już brzuch. Nie mogła powiedzieć, że spodziewa się na 
wiosnę.

Stało   się   tak,   jak   się   tego   obawiała.   Tkaczka,   która   prosiła,   żeby 

porozmawiała z Agnes, siedziała na ławce w poczekalni, obok niej było 
wolne miejsce. Nie mogła usiąść gdzie indziej.

-   Porozmawiałaś   z   Agnes?   -   szeptała   jej   do   ucha   tkaczka,   mając 

nadzieję, że nikt ich nie słyszy.

Elise przytaknęła i spojrzała na nią zdziwiona. - Nie wiesz, że znów 

pracuje w Hjula?

Tkaczka   pokręciła   przecząco   głową.   -   Zostałam   zwolniona.   Elise 

patrzyła na nią ze współczuciem.

- Spóźniłam się. Dwa dni z rzędu. Moja babcia... - tkaczka zamilkła, 

rozejrzała   się   dookoła.   Dwie   starsze   kobiety   przyglądały   się   im, 
najwyraźniej uważnie się im przysłuchując.

Elise zastanawiała się, co tamta chciała jej powiedzieć. Czy jej babcia 

była   umierająca,   tak   jak   synek   Oline?   Że   też   Ropucha   mógł   być   tak 
okrutny i nieustępliwy.

W poczekalni panował upał nie dó wytrzymania. Długo miała nadzieję, 

że będzie mogła siedzieć owinięta chustą, ukrywając swoje ciało przed 
zbyt wścibskimi spojrzeniami, ale w końcu nie wytrzymała. Po uwadze 
rzuconej przez Valborg dziewczęta w fabryce dawno już wiedziały, jak się 
sprawy mają.

- Powieś tam na haczyku, tak jak ja - poradziła uprzejmie tkaczka.

background image

Elise wstała i zrobiła tak, jak jej radziła.
Kiedy się odwróciła, żeby wrócić na swoje miejsce, otworzyły się drzwi 

do gabinetu lekarza i wyszedł pacjent, młody chłopak o kulach z głową 
owiniętą bandażem. Poruszał się z trudem, kulał, a kiedy chciał otworzyć 
drzwi, jedna kula wypadła mu z ręki i upadła na podłogę. Elise pośpieszyła 
mu z pomocą. Podając mu kulę, uśmiechnęła się do niego pocieszająco.

-   Coś   musiało   się   panu   przydarzyć.   Pomóc   panu   zejść?   Mężczyzna 

patrzył   na   nią,   jakby   zobaczył   ducha.   Chwilę   potem   jego   wzrok 
powędrował w dół, po czym szybko odwrócił twarz i wyszedł, utykając, 
nawet nie podziękował jej za pomoc.

-   Mógł   przynajmniej   powiedzieć   „dziękuję"   -   powiedziała   Elise   i 

uśmiechnęła się do tkaczki. - Ludzie nie są zbyt uprzejmi.

Dziewczyna   odwzajemniła   uśmiech.   -   To   prawda.   Chociaż   miałam 

wrażenie, że się zawstydził. Może krępował się przyjąć pomoc od kobiety?

Rozmawiały dalej, czekając na swoją kolejkę. Dziewczyna nie zadała 

pytania, którego Elise tak się obawiała. Rozmawiając z nią, przestała się 
denerwować,   a   kiedy   w   końcu   przyszła   jej   kolejka,   nie   była   już   tak 
przestraszona jak na początku. Wszystko odbyło się bezboleśnie, lekarz 
nie spytał ani o akt ślubu, ani kto jest ojcem, stwierdził jedynie, że dziecko 
przyjdzie na świat najprawdopodobniej pod koniec stycznia.

Dobrze było mieć to już za sobą. Już nie miała się co łudzić. To, co było 

w niej, nie było „czymś", tylko dzieckiem, które z każdym dniem stawało 
się coraz większe i domagało się prawa do życia. Musiała zapomnieć o 
reakcji Johana i własnej niechęci i zmusić się, żeby uznać to maleństwo za 
dziecko Emanuela.

Wracając do domu, spotkała Kristiana, który właśnie skończył pracę.
Sprawiał wrażenie zdziwionego, kiedy ją zauważył. - Gdzie byłaś?  - 

spytał.

- Zaniosłam dywany na Telthusbakken. - Nie miała ochoty rozmawiać z 

nim o tym, co w niej rosło. Jeszcze nie. Nie miała pojęcia, ile Peder i 
Kristian   zrozumieli   z   pijackich   krzyków   Agnes   podczas   wesela.   Nie 
wiedziała,   czy   domyślają  się,   że   spodziewa   się   dziecka.   Może  tak,   ale 
pewno się wstydzili. W końcu to jeszcze chłopcy - i to mali chłopcy.

- Trzeba było mnie poprosić.
Spojrzała na niego, nie rozumiejąc, o co mu chodzi.
- Gdybyś mnie poprosiła, zaniósłbym je.
- Przecież pracujesz, Kristian. Wzruszył ramionami.

background image

- Znalazłbym chwilę.
-   To   miło   z   twojej   strony.   Następnym  razem   cię   poproszę.   Jeśli   nie 

będziesz zbyt zmęczony.

Uśmiechnął   się,   a   ona   znów   się   zdziwiła.   Nieczęsto   można   było 

zobaczyć taki radosny uśmiech na ustach Kristiana.

Nie   jest   łatwo   zrozumieć   ludzi,   pomyślała.   Nie   sądziła,   że   Emanuel 

potrafi   być   taki   zazdrosny   czy   też   zezłościć   się   tak   na   Pedera   o   taki 
drobiazg.   Nie   sądziła   też,   że   Kristian   może   się   zmienić,   złagodnieć. 
Czyżby myliła się co do nich obu?

- Co sądzisz o naszym lokatorze?
- Lubię go. Mam wrażenie, że matka też - dodał. - Uśmiecha się i stroi 

miny, kiedy wpada, żeby porozmawiać.

Elise roześmiała się.
- To dobrze. Zasłużyła sobie na trochę radości po tym wszystkim, co 

przeszła.

Kristian kopnął kamień. - Jest na to trochę za stara - powiedział.
Elise znów się roześmiała.
- Ależ Kristian, oni po prostu się lubią. Poza tym wcale nie jest taka 

stara. Może w twoich oczach, ale nie ma jeszcze czterdziestki.

Zbliżali się do fabryki.
- To ładnie z twojej strony, że dałeś Pederowi swoją piękną żaglówkę. 

Widziałam, ile pracy w nią włożyłeś. Ja bym chyba się na to nie zdobyła.

Kristian się zaczerwienił. Nieczęsto bywał chwalony. Postanowiła, że 

będzie poświęcać mu więcej uwagi. Peder sam się do niej garnął. Bał się, 
że straci matkę, bał się większych chłopców, ale teraz był już silniejszy. 
Często   tak   było,   pomyślała,   że   to   z   rodzeństwa,   które   domaga   się 
najwięcej, też najwięcej dostaje. Łatwo było pominąć tego, który milczał i 
chadzał   własnymi   drogami,   chociaż   może   to   właśnie   on   najbardziej 
potrzebował porozmawiać  o różnych bolesnych sprawach. Uśmiechnęła 
się do swoich myśli. Traktowała je jak własne dzieci, także teraz, kiedy 
matka znów była zdrowa.

Kiedy Asbjorn Hvalstad i Anne Sofie się wprowadzali, lało jak z cebra. 

Woźnica, który przywiózł ich rzeczy, nakrył je płótnem i podjechał wozem 
pod sam próg, a i tak wiele rzeczy się zmoczyło, zanim zdążyli wnieść je 
stromymi   schodami   na   stryszek.   Peder,   Kristian   i   Elise   im   pomagali. 
Woźnica i Asbjorn Hvalstad wnosili najcięższe rzeczy, pozostali dźwigali 
pościel, walizki, pudełka, krzesła i dwa małe stoliki.

background image

Asbjorn Hvalstad uśmiechał się zażenowany, jakby wstydził się swojego 

skromnego dobytku.

- Musiałem się pozbyć części rzeczy, ale nie potrzebujemy zbyt wiele.
W głębi duszy Elise pomyślała, że to dobrze, iż nie widział, co oni tu ze 

sobą przywieźli, zanim Emanuel zwiózł swoje rzeczy.

Matka zajęła się Anne Sofie, słyszeli ich głosy dochodzące z kuchni. 

Elise   zdziwiła   się.   Wyglądało   na   to,   że   matce   udało   się   sprawić,   że 
milcząca   dotąd   Anne   Sofie   otworzyła   się,   cały   czas   słychać   było   jej 
wysoki głos, nawet się śmiała.

Hvalstad uśmiechnął się do niej, pewnie też się temu dziwił.
- Nie jestem w stanie wyrazić, jak bardzo się cieszę, że możemy  tu 

mieszkać.   Wychowywałem   się   w   domku   z   ogrodem   i   brakowało   mi 
zielonej trawy pod stopami.

Szli   po   resztę   rzeczy.  Elise   odwzajemniła   jego   uśmiech,   sięgając   po 

kolejną skrzynię.

-  To  podobnie   jak  mama.   Wychowała  się   w Ulefoss,   w  Telemark,  i 

bardzo nie lubiła mieszkania w przyfabrycznej czynszówce. Tak jak wielu 
robotników wzdłuż rzeki. Większość z nich pochodzi ze wsi. Przyjechali 
do stolicy, mając nadzieję, że znajdą tu lepsze warunki. Łatwo rozpoznać 
ich po gwarze, dziwnej mieszance oficjalnego języka, różnych dialektów i 
słów zasłyszanych od mieszkańców miasta.

Hvalstad przytaknął.
- Ale pani i pani matka tak nie mówicie.
- Mama postanowiła nauczyć się „ładnie mówić", jak tylko przyjechała 

do miasta. Uznała, że to zwiększy jej możliwości. Potem nauczyła tego 
moją siostrę,  Hildę i mnie, natomiast chłopcy mówią tak jak dzieci na 
ulicy. To chyba naturalne.

Uśmiechnął się.
- Tak, to naturalne. - Razem z woźnicą chwycił łóżko i przez chwilę nie 

odzywali się do siebie.

Kiedy   w   końcu   skończyli   i   woźnica   odjechał,   matka   zaprosiła 

wszystkich na kawę. Nakryła do stołu w pokoju dziennym. Elise i Kristian 
wymienili spojrzenia.

Stół był nakryty białym obrusem, który matka  przywiozła jeszcze ze 

swojego   domu   rodzinnego   i   którego   używano   tylko   przy   bardzo 
wyjątkowych   okazjach.   Przygotowała   kanapki   z   twarogiem,   z   żółtym 

background image

serem, z melasą i z dżemem, przykładając się bardziej niż kiedykolwiek. 
Nawet dla Emanuela się tak nie starała.

Anne   Sofie   siedziała   i   tuliła   do   siebie   pluszowego   miśka.   Patrzyła 

poważnie   na   Elise   i   na   chłopców   i  znów   milczała.   Natomiast   Asbjorn 
Hvalstad i matka byli nad wyraz rozmowni: on opowiadał o domu swojego 
dzieciństwa i Bekkelaget, ona o pomalowanym na czerwono robotniczym 
domku   w   Ulefoss   i   ogródku   warzywnym.   Byli   tym   tak   zajęci,   że   nie 
zwracali uwagi na nikogo innego. Jakby zapomnieli, że nie byli tu sami. 
Elise nigdy nie widziała matki tak podnieconej: policzki jej pałały, oczy 
błyszczały.

Nagle Elise poczuła, że ktoś dotyka jej nogi. Spojrzała na Kristiana. 

Mrugnął do niej okiem. Nagle miała ochotę się roześmiać; aż kipiała od 
śmiechu, musiała bardzo się starać, żeby się z tym nie zdradzić. Wstała 
energicznie od stołu, mamrocząc coś, że przyniesie kawę, mimo że matka 
przed chwilą dolała po raz drugi.

Kristian wyszedł za nią do kuchni.
Spojrzała na niego przestraszona. ^
- Nie wolno ci odchodzić od stołu!
- Mama i tak niczego nie zauważy. Teraz widzisz, Elise? Miałem rację.
Patrzył na nią triumfująco.
Pokręciła głową, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu.
- To nie jest tak, jak myślisz. Jest im miło razem, ale to nie jest to samo 

co... - Zamilkła i ugryzła się w język.

- Co bycie zakochanym? To chciałaś powiedzieć?
- Przestań, Kristian. Mama się nie zakochała. W jej wieku nie robi się 

takich rzeczy. A już na pewno nie jeśli miało się męża i urodziło trójkę 
dzieci.

Ale   kiedy   chwilę   później   nachylała   się   nad   miską,   różne   myśli 

dotyczące matki i ich nowego lokatora zaczęły chodzić jej po głowie. Jeśli 
matka   rzeczywiście   nie   była   zakochana,   to   najwyraźniej   bardzo   go 
polubiła.

A jeśli Kristian ma rację?
A jeśli nawet, to co? Byłoby cudownie, gdyby matka mogła przeżyć 

drugą młodość. Cały rok leżała przykuta do łóżka, kiedy ojciec szwendał 
się po Vaterlandzie, a zanim zachorowała, ojciec pił i urządzał awantury. 
Na pewno nie było lepszego lekarstwa niż miłość, a matce przydałoby się 
przeżyć coś miłego przed nadejściem kolejnej zimy.

background image

Jednak nieważne, jak bardzo starała się siebie przekonać, w głębi duszy 

czuła jakiś opór. Od śmierci ojca minęło zaledwie pół roku i nawet jeśli 
ostatnimi latami trudno było z nim wytrzymać, nie zapomniała, jaki był, 
zanim alkohol przejął nad nim władzę. Matka sama mówiła, że był jednym 
z najprzystojniejszych mężczyzn, jakich znała: wysoki, trzymał się prosto, 
miał ciemne kręcone włosy i piwne oczy po ojcu, który był Cyganem. 
Matka nie kryła, że kiedy się pobierali, była w nim szaleńczo zakochana. 
Nic dziwnego, że nie wytrzymał monotonnej pracy w fabryce, skoro w 
jego żyłach płynęła cygańska krew, tłumaczyła go matka.

Peder na pewno zareaguje jeszcze mocniej. On jeden z nich wszystkich 

wciąż   jeszcze   wspominał   ojca,   z   mieszaniną   tęsknoty   i   dziwnym 
wyobrażeniem o życiu tam w górze, w niebie.

Kristian znów ją zadziwił. Zachował się bardzo dorośle, żartując sobie z 

zachowania matki, zamiast się złościć czy czuć się urażonym w imieniu 
ojca.

Deszcz ustał i czerwone wieczorne słońce oświetlało przestrzeń między 

ponurymi   fabrycznymi   budynkami.   Matka   i   Asbjorn   Hvalstad   wciąż 
siedzieli   w  pokoju,   natomiast   Peder  usiłował  zaciągnąć   Anne  Sofie   do 
kuchni, żeby pokazać jej żołnierzyki z guzików. Ustawił wszystkich w 
szeregu,   szykując   ich   do   walki.   Anne   Sofie   nie   wydawała   się   tym 
szczególnie zainteresowana, tuliła do siebie pluszowego misia.

Elise podeszła do niej i ukucnęła, trzymając w ręku pokrywkę i cynową 

łyżkę.

-   Popatrz,   możesz   grać   na   bębnie,   kiedy   żołnierze   Pedera   będą 

maszerować.

Anne Sofie stała cicho i przyglądała się jej, nie chciała puścić z rąk 

misia.

- Świetnie! - krzyknął Peder, podbiegł do nich i wyrwał Elise z ręki 

pokrywkę i łyżkę. Zaczął wybijać nią rytm.  - Przesuń żołnierzy, Anne 
Sofie. Wojna się zaczęła.

Anne Sofie nie ruszyła się.
- Wolisz walić w bęben? '
Ku zdziwieniu Elise dziewczynka przytaknęła, ostrożnie odłożyła misia 

na   skrzynię   z   drewnem   i   chwyciła   pokrywkę   i   łyżkę.   Ostrożnymi,   ale 
rytmicznymi   uderzeniami   wybijała   takt,   podczas   gdy   żołnierze   Pedera 
ruszyli do walki.

background image

Elise   czuła   zalewające   ją   ciepło.   Wszystko   się   ułoży.   Peder   zyskał 

młodszą siostrę, a matka przyjaciela. Czy mogło być lepiej?

Zdjęła fartuch, odwiesiła go i wyszła na schodki. Na dworze było ładnie. 

Wieczorne   słońce   oświetlało   źdźbła   trawy   i   liście   brzóz,   które   mokre 
zwisały z gałązek. W dole płynęła rzeka, bardziej wartka i pełniejsza niż 
wcześniej, wpadała  z impetem  do huczącego  wodospadu.  Fabryki  były 
zamknięte, wznosiły się wysokie i czarnookie i przyglądały się jej, jakby 
chciały wessać każdego człowieka, którego zobaczyły.

Ale nie była tu sama. Na moście stał ktoś, na wpół ukryty za gałęziami 

brzozy.   Zadrżała   lekko,   wspominając   wieczór,   kiedy   Johan   stał   tam, 
przypatrując się domkowi.

Sylwetka poruszyła się lekko. To był mężczyzna, poruszał się o kulach i 

miał głowę owiniętą białym bandażem.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

Elise   wzdrygnęła   się.   To   był   chyba   ten   młody   mężczyzna,   któremu 

pomogła w poczekalni u lekarza. Dziwne, że tu był. Stał na moście, sam, a 
przecież poruszał się z wielkim trudem.

Chyba nie miał zamiaru... Wstrzymała oddech. Nie on pierwszy stał na 

tym  moście,   wpatrując   się   w   wartki   nurt   rzeki.   Ciemne   spienione   fale 
kryły głębię, która w jednej chwili mogła położyć kres wszystkiemu.

Stała i patrzyła na niego. Miała nadzieję, że ją widzi i rozumie, że ktoś 

śledzi   jego   poczynania.   Jeśli   zobaczy,   że   zaczyna   wdrapywać   się   na 
balustradę, podniesie krzyk. Targnięcie się na własne życie to grzech, tak 
jest napisane w Piśmie.

Stał   nieruchomo.   Ona  też.   Postanowiła,   że  się   nie   ruszy,  nawet  jeśli 

słońce zniknie za Hjula i mrok skryje rzekę. Chciała, żeby się opamiętał, 
żeby   raz   jeszcze   wszystko   przemyślał.   Kimkolwiek   był,   jego   życie   na 
pewno nie było gorsze niż wielu innych. Nie był sam; stał tam, a czyjś 
wzrok  podążał  za  nim,  śledząc  jego  najmniejszy  ruch.   Był  ktoś gotów 
przyjść mu z pomocą w razie potrzeby.

Słyszała,   jak   Peder   i   Anne   Sofie   rozmawiają   i   się   śmieją.   Pederowi 

udało się wciągnąć dziewczynkę do zabawy. Z pokoju dochodził jasny 
śmiech matki, a w dole, za sadem, Kristian i jego koledzy coś kopali.

Wszystko   inne   było   gdzieś   daleko,   w   pewnym   sensie   stało   się 

nierzeczywiste.   Myślała   tylko   o   mężczyźnie   stojącym   tam,   na   moście. 
Wciąż   na   niego   patrzyła,   podczas   gdy   słońce   powoli^achodzi-ło,   a 
powietrze robiło się coraz chłodniejsze.

Nie   ruszyła   się.   Zrobiło   się   zimno,   przydałaby   się   jej   chusta   i 

pończochy. Czuła, że marzną jej stopy. Za nic na świecie nie we-szlaby 
jednak teraz do domu, żeby przynieść sobie coś cieplejszego do ubrania. 
Gdyby   teraz   odwróciła   się   do   niego   plecami,   mógłby   wspiąć   się   na 
balustradę, skoczyć i zniknąć jej z oczu.

Potem   czułaby   się   winna.   Miała   szansę   uratować   komuś   życie,   ale 

zmarnowała ją, bo bardziej ceniła sobie własną wygodę.

Nadal  nie   próbował  wejść  na   balustradę.   Czyżby   dlatego,   że   mu   się 

przygląda? Nie miała wątpliwości, że ją widział. Wiedział, że stoi tu i 
śledzi go wzrokiem. Na pewno też doskonale zdawał sobie sprawę z tego, 
że mógłby spokojnie wejść na balustradę i skoczyć do wody, a ona nie 
byłaby w stanie nic zrobić. Może powstrzymywała go sama świadomość 

background image

tego, że stałaby się świadkiem jego niecnego czynu. A może jednak miał 
wątpliwości? Może był świadom tego, że nie wolno odbierać sobie życia?

Dziwnie   się   zachowywał   już   wtedy,   w   poczekalni.   Może   był   tak 

poważnie ranny, że nigdy już nie wróci do zdrowia? A może coś się stało z 
jego głową i już nigdy nie będzie w stanie trzeźwo myśleć? Jak dotąd nie 
widziała,   żeby   ktoś  miał   aż   tak  obandażowaną   głowę.  Musiało   mu   się 
przytrafić   jakieś   wielkie   nieszczęście.   Może   w   fabryce.   Jeszcze   jedna 
ofiara...

Właściwie   było   jej   go   żal.   Współczuła   wszystkim,   którzy   chcieli 

odebrać sobie życie. Raz sama też chciała to zrobić, tego wieczoru, kiedy 
szła wzdłuż rzeki, nie mając pieniędzy na czynsz. Ranny mężczyzna w 
poczekalni u lekarza dziwnie na nią patrzył. Jakby już sam jej widok go 
przerażał, sam fakt, że stanął twarzą w twarz z drugim człowiekiem. To 
musiało być okropne uczucie. Bać się innych ludzi.

Słyszała, że Peder ją woła, ale nie mogła się ruszyć, zanim mężczyzna 

nie zmieni zdania i nie odejdzie. Peder wyszedł do niej.

- Czemu tu tak stoisz, Elise? Nie ruszyłaś się od czasu, kiedy Szwedzi 

uciekli do lasu. Anne Sofie nie chce się już bawić, jest zmęczona, cały 
czas ziewa.

Elise zawahała się. Pod wpływem impulsu podniosła rękę i pomachała 

mężczyźnie  na  moście.  Nie  wiedział,  kim  ona  jest,   z  tej  odiegłości   na 
pewno jej nie rozpoznał, ale może to ich spotkanie sprawi, że weźmie się 
w garść.

Ku jej zdziwieniu odwrócił szybko twarz, jakby coś mu przeszkodziło, 

schylił się po kule i utykając, ruszył przez most.

Stała i patrzyła za nim, aż całkiem zniknął. Dopiero wtedy odwróciła się 

i weszła do domu.

Nikomu nie powiedziała, co się wydarzyło, nie chcąc zakłócać dobrego 

nastroju. Pederowi przypomniałaby się śmierć ojca, matce zrobiłoby się 
przykro,   a   Anne   Sofie   była   za   mała,   żeby   zmagać   się   z   twardą 
rzeczywistością.   Usprawiedliwiła   się   więc   pięknym   zachodem   słońca   i 
zaczęła szykować łóżka na noc.

Musieli przesunąć stół w kuchni, żeby zrobić miejsce na jej materac. 

Kiedy Emanuel przyjedzie na przepustkę, będą spali w pokoju dziennym, 
matka w końcu się na to zgodziła.

background image

Okno kuchenne było od wschodu, wpadało przez nie światło księżyca, a 

szum wodospadu był silniejszy niż w ich dawnym pokoiku. Jednak nie to 
było powodem, że nie mogła zasnąć.

Myślała o tym nieszczęśliwym mężczyźnie na moście. Czego takiego 

doświadczył, że nie chciał już dłużej żyć? Bo jaki mógł być inny powód, 
że   stał   jak   przyspawany   do   balustrady   mostu   o   tej   późnej   wieczornej 
godzinie? Na pewno zamierzał wskoczyć do rzeki.

Może wrócił na most, jak tylko zniknęła za drzwiami?
Elise poczuła się zmęczona. W domu było dobrze i ciepło, nie mogła 

spędzić pół nocy, zastanawiając się, co obcy jej człowiek zamierzał zrobić.

A   jednak   nie   mogła   się   uspokoić.   Wciąż   widziała   go   przed   sobą, 

widziała,   jak   z   trudem   wdrapywał   się   na   balustradę,   być   może   głośno 
jęcząc z bólu. Chwilę stał nieruchomo, jakby zbierając w sobie siły, i zaraz 
potem   rzucił   się   głową   w   dół   w   wartki   nurt   rzeki,   który   natychmiast 
porwał go, unosząc w stronę wodospadu.

Spociła się, zsunęła z siebie kołdrę. Niepokój nie dawał jej spać. Wstała 

z materaca, narzuciła na siebie szal i cicho wyszła przez drzwi.

Na   moście   nikogo   nie   było.   Noc   była   spokojna   i   cicha.   Z   daleka 

dochodziło ją ciche szczekanie psa, w jednym z drewnianych domków w 
dole słychać było odgłosy kłótni, gdzieś płakało dziecko. Księżyc odbijał 
się w rzece, a potężne fabryczne mury przędzalni Graaha i Hjula nigdy nie 
wydawały   się   jej  równie   ponure   i   ciemne   jak   w  tej   chwili.   Przebiegła 
wzrokiem kolejne piętra budynku, zatrzymała się na szóstym piętrze. Ileż 
to   ciężkiej   pracy   widziała   ta   fabryczna   hala.   Była   świadkiem   wielu 
smutnych zdarzeń. Widziała łzy zmęczenia, łzy smutku i biedy; postaci 
wychudzonych kobiet, które z pochylonymi głowami i bolącymi plecami 
spędzały nad maszynami kolejne lata swojego życia. Były stare, zanim 
skończyły czterdzieści lat.

Jej wzrok powędrował znów na most, ale nie było tam nikogo. Musiał 

zrezygnować. W każdym razie dzisiaj.

Cicho wślizgnęła się do domu i położyła na materacu. Może uratowała 

dzisiaj komuś życie...?

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

Dwa  dni  później  nareszcie   dostała   list  od  Emanuela.   Dziwiła  się,   że 

dotąd nie miała od niego wiadomości, nie odpowiedział nawet na jej list. 
Tak samo podniecona jak poprzednim razem otworzyła kopertę:

Kochana Elise!
Dziękuję za list. Miło było znów dostać od ciebie wiadomość. Wszyscy 

mieliśmy nadzieję, że osiemnastego sierpnia, kiedy przypadał ostatni dzień 
ćwiczeń naszego batalionu, zostaniemy odesłani do domu, ale zawiedliśmy 
się.   Szczególnie   boleśnie   odczuli   to   robotnicy,   którzy   nie   mają   tu 
możliwości,   żeby   zarobić   na   utrzymanie   swoich   rodzin.   Trudno   im 
pogodzić się z tym, że ich służba może trwać nie wiadomo jak długo, a 
część   może   w   ogóle   nie   wróci   do   domu,   jeśli   dojdzie   do   wojny. 
Podziwiam tych biednych robotników; rzadko zdarza się, żeby któryś z 
nich się skarżył. Żebyśmy nie czuli się tak bardzo zawiedzeni, przedłużono 
nam   ćwiczenia   i   zorganizowano   czterodniowe   manewry.   Potem 
wróciliśmy   do   Kongsvinger.   Kiedy   maszerowaliśmy   do   twierdzy, 
zobaczyliśmy, jak jeden ze strzelców jedzie powozem z lensmanem, który 
miał go odstawić do kompanii. Strzełec, zwany przez nas Bystrzakiem, na 
własną odpowiedzialność oddalił się na krótki urlop w mieście, po którym 
z jego munduru została mu tylko czapka. Dostał osiem dni aresztu.

13   sierpnia,   na   dzień   przed   referendum,   gdy   świętowano   w   każdym 

mieście,   w   każdej   wsi   w   Norwegii,   wysłuchaliśmy   poruszającej   mowy 
wygłoszonej   przez   księdza.   Potem   orkiestra   wojskowa   dała   koncert   na 
murach twierdzy, grali rano i w czasie trwania referendum między godzinę 
pierwsze a trzecią. Po południu odbył się koncert na świeżym powietrzu, 
na   rynku,   a   wieczorem   ludzie   przybyli   tłumnie   na   koncert   galowy   w 
twierdzy. Wieczór był wyjątkowo piękny, wieczorne słońce odbijało się 
wodach   potężnej   rzeki   Glomma   i   w   wielkim,   spokojnym   jeziorze 
Yingersjo.

W   dzienniku   „Times"   zamieszczono   następujący   komentarz   do 

referendum: „Zadziwiająco jednolity wynik. Widząc, jak dużo osób wzięło 
udział w referendum, lepiej rozumie się, jak istotne znaczenie sprawa ta 
ma dla Norwegii".

Mam nadzieję, że u ciebie i twojej rodziny wszystko w porządku.
Twój Emanuel

background image

Elise   przeczytała   list   jeszcze   raz,   szukając   czegoś,   próbując   znaleźć 

jakieś drobne słowo, które być może przeoczyła, coś, co by wskazywało, 
że za nią tęskni. Pewnie nie było łatwo pisać listy miłosne, kiedy dookoła 
pełno było innych żołnierzy. Prawdopodobnie leżał na brzuchu na sienniku 
w swoim namiocie i pisał, mając plecak za stolik i wścibskie oczy wokół. 
Poza tym najwyraźniej dużo się tam działo, jego myśli były więc zajęte 
innymi sprawami. Pierwszy list był inny, chyba dlatego, że pisał go tuż po 
przyjeździe, kiedy czuł się samotny i nikogo jeszcze nie znał.

Odłożyła list, przełknęła zawód. Najważniejsze, że jest cały i zdrowy i 

że wciąż jeszcze nie doszło do wojny, no i że najwyraźniej dobrze się 
czuje w obozie.

Zdjęła z półki w kuchni blaszane pudełko z oszczędnościami i policzyła 

ostatnie   monety   po   dziesięć   ore.   Doktorowa,   której   ostatnio   zaniosła 
dywaniki, obiecała zapłacić jej następnym razem. Elise zaniepokoiła się, 
kiedy jej od razu nie zapłaciła, ale doktorowa tłumaczyła, że w ubiegłym 
tygodniu   mieli   dużo  wydatków  i  że   pieniądze  po   prostu   przeciekły   jej 
przez palce.

„Podziwiam tych biednych robotników" - słowa Emanuela brzmiały jej 

w uszach. „Rzadko zdarza się, żeby któryś z nich się skarżył, mimo że nie 
mają tu możliwości, żeby zarobić na utrzymanie swoich rodzin". Zapewne 
zapomniał, że nie dał jej reszty tej sumy, którą jej obiecał. Obiecał też, że 
napisze do ojca, ale nie wspominął o tym. Musieli radzić sobie z tym, co 
dostawali za dywaniki. Do tego dochodziły pieniądze z wynajmu. Lokator 
płacił im łącznie siedem koran tygodniowo, tyle ile zarabiała w przędzalni. 
Prawie starczało na czynsz i na jedzenie, ale mężczyzna jadł więcej niż ko-
bieta   czy   dziecko,   poza   tym   zaraz   zacznie   pewnie   narzekać   na   nader 
skromne posiłki. Póki co nic jeszcze nie mówił. Był szczęśliwy, że znalazł 
przyjemny dom z trawą na zewnątrz i opiekę dla Anne Sofie.

Peder i Kristian też się dokładali, przynosząc od czasu do czasu a to 

kawał   chleba,   a   to   kawałek   mięsa.   Uśmiechali   się   wtedy   promiennie, 
radosne oczy błyszczały w ich dziecięcych buziach. Czasem ze swoich 
głębokich kieszeni wygrzebali jakieś dziesięć  ore.  Zawsze się przydało. 
Ale i tak nie starczało im pieniędzy. Kilka popołudni tygodniowo matka 
pracowała w sklepie u Magdy, ale czynsz był większy niż w czynszówce, 
no i zbliżała się zima, kiedy trzeba było palić w piecu.

Nie   powinna   martwić   się   na   zapas.   Następnym   razem   doktorowa 

zapłaci,   poza   tym   i   ona,   i   matka   mogły   tkać   jeszcze   więcej.   Matka 

background image

narzekała co prawda, że bolą ją plecy, ale ból powinien przejść, kiedy 
przyzwyczai się do siedzenia przy krośnie.

Anne Sofie była spokojnym dzieckiem. Siedziała sama w kącie i bawiła 

się   pluszowym   misiem   i   żołnierzykami   z   guzików,   pożyczonymi   od 
Pedera, które ona, ku jego zgrozie, zamieniała w eleganckie panie, panny 
służące i sprzątaczki. Kiedy Elise siadała przy krośnie, matka brała ze sobą 
Anne Sofie i szła z nią do sklepiku Magdy na rogu albo do rzeźnika, gdzie 
wypraszała tanie kości na zupę. Zdarzało się też, że szły na spacer wzdłuż 
rzeki.   Dobrze   się   dogadywały,  Anne  Sofie   bardzo   się   przywiązała   do 
matki   właściwie   już   od   pierwszego   dnia.  Elise  widziała,   z   jaką 
przyjemnością matka trzymała w swojej dłoni maleńką rączkę dziecka.

Kiedy   Asbjorn  Hvalstad  wracał   do   domu   z   biura,   matka   dostawała 

rumieńców, nagle miała mnóstwo rzeczy do zrobienia i złościła się, jeśli 
Peder   i   Kristian   kłócili   się   albo   bałaganili   w  kùchni.   Elise  śledziła   ją 
wzrokiem i czuła, że się uśmiecha. Nie było wątpliwości, że matka bardzo 
polubiła ich nowego lokatora.

Zauważyła, że Kristian się jej przyglądał. Nie był już dzieckiem, może 

nigdy nim nie był. Zło, które ojciec wnosił do domu, uczyniło go twardym 
i   zamkniętym   w   sobie.   Elise   bała   się,   że   do   końca   życia   pozostanie 
zgorzkniały. Teraz jednak miała nadzieję, że coś jednak może się zmienić.

Kristian   spotkał   kiedyś   Hildę,   gdy   odnosił   sprawunki   komuś 

mieszkającemu  na wzgórzu Aker. Powiedział jej, że mają lokatora,  ale 
mijały dni, a Hilda się nie pokazywała.

- Wiesz, co się dzieje z Hildą? - spytała matka, wyglądając z niepokojem 

przez okno.

- Pewnie nie jest jej łatwo dostać wolny dzień.
- Ma wolną co drugą niedzielę.
- Być może chce ją wykorzystać inaczej, niekoniecznie na odwiedziny w 

domu.

- A niby jak? - spytała matka, odwróciła się do niej, chyba poczuła się 

dotknięta.

- Ależ mamo! Hilda ma swoje przyjaciółki, i wśród pomocnic u Graaha, 

i wśród  dziewcząt  w  Hjula.  Na  pewno  przyjdzie. Ciesz  się,   że się  nie 
pokazuje,   zwykle   jest   to   znak,   że   wszystko   jest   w   porządku.   Na   ogół 
wpada tu, kiedy jest zła albo smutna i musi się na kimś odegrać.

- Jak możesz, Elise, nieładnie tak mówić.
- Taka jest prawda.

background image

- Nie lubisz swojej siostry?
Elise westchnęła. - Jasne, że ją lubię - powiedziała - ale to nie znaczy, że 

nie wiem, jaka jest.

- Całkowicie źle ją' oceniasz. Popełniła błąd i drogo za niego zapłaciła. 

Kiedy pomyślę, przez co musiała przejść, zaraz wszystko zaczyna mnie 
boleć. Była taka młoda, nie rozumiała, co się dzieje. - Matka zaczerwieniła 
się i odwróciła głowę. - Myślała, że jest to wyraz troski i czułości... to, co 
majster... - urwała w pół zdania.

Elise nie odezwała się. Hilda zapewne nie była aż tak niewinna, jak 

matka sobie wyobrażała. Pamiętała jednak, że matka w tym czasie była 
zbyt chora, żeby cokolwiek zauważyć. Prawda była taka, że Hilda dawała 
się kupić za nową apaszkę, nowy kapelusz czy kilka koron w gotówce. W 
sumie pewnie raczej kilkaset. Co się z nimi stało? Poszły na świecidełka i 
na bzdury. Tego jednak nie mogła powiedzieć. Wstała od krosna.

- Teraz twoja kolej, mamo. Muszę pójść po wodę i rozpalić w piecu.
Anne Sofie stała i ciągnęła matkę za spódnicę.
- Co się stało, skarbie? - spytała matka, uśmiechając się do niej.
- Chcę do kotka.
Wczoraj   odkryły,   że   w   drewutni   jest   dziki   kotek.  Anne  Sofie   była 

przekonana, że kotek zostanie tam już na zawsze.

Matka   posłała  Elise  przepraszające   spojrzenie.   -   Popracujesz   jeszcze 

chwilę?

Elise  skinęła głową. Zaraz się przekonają, że kotka dawno już tam nie 

ma. Pomyślała o Emanuelu, zastanawiała się, jak to będzie, kiedy wróci do 
domu. Czy zażąda, żeby Asbjorn Hvalstad i Anne Sofie się wyprowadzili? 
Biedna   mała,   właśnie   zaczynała   odzyskiwać   spokój.   Czasem   potrafiła 
godzinami siedzieć i bawić się sama, nie tęskniąc za swoją matką. Nagle 
jednak   nieruchomiała,   patrzyła   wtedy   prosto   przed   siebie,   jakby   w 
powietrze.   Kiedy   raz  Elise  pytała,   o   czym   myśli,   odpowiedziała   jej: 
„Zastanawiam się, kiedy mama wróci do domu".

Asbjorn  Hvalstad  uznał,   że   najlepiej   będzie,   jeśli   uwierzy,   że   matka 

wybrała się w długą podróż i może wróci za rok albo za dwa.

- Do tego czasu wspomnienie matki zacznie stopniowo blednąc i nie 

będzie   tak   cierpiała,   kiedy   w   końcu   pozna   prawdę   -   tłumaczył   im   jej 
ojciec.

Elise nie zgadzała się z nim. Prędzej czy później zdarzy się, że ktoś się 

zapomni   i   powie   coś,   co   wzbudzi   w   niej   lęk.   Ktoś   obcy   może   zadać 

background image

pytanie, na które trudno będzie odpowiedzieć. Poza tym dziecko zapewne 
dziwi się, dlaczego matka wyjechała bez niej, dlaczego nie przyśle jej listu 
czy paczki, takiej, jaką dostawały dzieci z sąsiedztwa w ich poprzednim 
miejscu zamieszkania' od swoich krewnych w Ameryce.

Wszystko ją bolało i w końcu musiała odejść od krosna, mimo że nie 

zrobiła  tyle, ile  miała  nadzieję zrobić. Praca pochłaniała dużo czasu, a 
zarobek był marny, pomyślała i westchnęła. Jeśli klienci nie będą płacić, 
będzie musiała się rozejrzeć za innym zajęciem.

Zmęczona   siedzącą   pracą   -   zwykle   przecież   cały   dzień   stała   -   po-

stanowiła pójść do studni po wodę. Słyszała głosy matki i  Anne  Sofie 
dobiegające   z   drewutni;   śmiały   się,   rozmawiały.   Może   jednak   znalazły 
kotka? Może to nie był dziki kot, ale taki, który dawał się głaskać? Matka 
najwyraźniej   zapomniała   o   krośnie,   a   Elise   nie   miała   serca   jej   o   tym 
przypominać. Może podnoszenie oczek było lżejszą pracą?

Kiecjy wyciągnęła pełne wiadro i już miała wracać, spojrzała na most. 

Jakby przeszedł ją prąd. Ranny mężczyzna znów tam stał. Tym razem 
jednak nie wpatrywał się w toń rzeki, ale patrzył na domek majstra. Chyba 
jeszcze jej nie zauważył.

Jej pierwszą reakcją było poczucie ulgi. Więc jednak nie wrócił w nocy i 

nie rzucił się do rzeki. Może miała rację, może rzeczywiście uratowała 
ludzkie życie, po prostu stojąc tam i śledząc go wzrokiem.

Teraz jednak miała wrażenie, że to on patrzy prosto na nią. Chwycił ją 

lęk. Dlaczego stał tam i przyglądał się jej w ten sposób? Jeśli chciał się 
utopić, to wpatrywałby się w wodę, a nie interesował się tym, co dzieje się 
wokół niego.

Może ją rozpoznał? Pomogła mu przecież w poczekalni u lekarza. Może 

był   samotnym,   nieszczęśliwym   człowiekiem,   który   nie   miał   z   kim 
porozmawiać? Może dlatego pomoc, której mu udzieliła, zrobiła na nim 
takie wrażenie?

Odwróciła wzrok od mężczyzny na moście i starała się poruszać tak 

naturalnie, jak to możliwe, kierując się w stronę schodków. Wiadro do-
tknęło progu i dużo wody się wylało, ale nie przejęła się tym, tylko szła 
dalej. Postawiła wiadro na blacie i stała tak nieruchomo, nie wiedząc, co 
ma robić. To, że obcy mężczyzna wodził za nią wzrokiem w ten sposób, 
było nieprzyjemne, ale jednocześnie współczuła mu.

background image

Usłyszała   głosy   matki   i  Anne   Sofìe  za   drzwiami,   nachyliła   się   nad 

piecem i zaczęła rozpalać ogień. Kiedy po dobrej chwili wyjrzała na dwór, 
na moście było pusto.

Następnego dnia nareszcie zjawiła się Hilda. Przyszła w środku dnia. 

Elise i matka patrzyły na nią przestraszone.

- Przychodzisz o tej porze? - spytała matka. Nie była w stanie wykrzesać 

z   siebie   nawet   trochę   radości,   bała   się,   że   coś   się   stało.   -   Dostałaś 
wypowiedzenie?

-   Wypowiedzenie?   -   spytała   Hilda   oburzona.   -   A   niby   dlaczego? 

Myślisz, że nie radzę sobie z pracą?

- Nie, tylko pomyślałam... że skoro przychodzisz o takiej porze...
Hilda usiadła przy stole.
- Macie dla mnie filiżankę kawy?
Matka pośpieszyła nastawić dzbanek z kawą.
- U was wszystko w porządku? - spytała drwiąco Hilda. - Chodzicie 

sobie   tu,   nie   musząc   nic   robić,   tylko   ugotować   coś   do   jedzenia   i 
pozmywać.

- Tkamy dywaniki z resztek materiałów. Poza tym kilka razy w tygodniu 

pracuję   w   sklepie   u   Magdy   -   powiedziała   matka,   stawiając   przed   nią 
filiżankę. - Pewnie słyszałaś, że Elise musiała odejść z fabryki, bo jest w 
odmiennym  stanie.   Najęła   się   jako   sprzątaczka,   ale   było   jej  za   ciężko. 
Emanuel też uznał, że nie powinna tak ciężko pracować.

Hilda posłała Elise drwiący uśmiech.
-   Było   ci   za   ciężko?   Powinnaś   raz   pójść   popracować   za   mnie, 

zobaczyłabyś, co to znaczy ciężka praca.

Elise nie odezwała się.
- Biedaczka - westchnęła matka i przyglądała się jej zmartwiona. - Za 

ciężko pracujesz. Może powinnaś wrócić do Hjula?

Hilda   pokręciła   głową   i   zacisnęła   mocno   usta.   Coś   jest   nie   tak, 

pomyślała Elise. Inaczej Hilda nie przyszłaby tu w środku dnia.

- Nie możesz powiedzieć panu Paulsenowi, że masz za dużo pracy? - nie 

poddawała się matka. - A może znajdziesz sobie jakieś inne miejsce? U 
kogoś, kto będzie się bardziej o ciebie troszczył.

Hilda spojrzała na nią zła.
- Myślisz, że znajdzie się ktoś lepszy od niego?

background image

- Nie powiedziałam nic złego o panu Paulsenie, to ty powiedziałaś, że 

jesteś wykończona. Jesteś młoda i masz całe życie przed sobą. Powinnaś 
poszukać pracy, która uczni je łatwiejszym.

Hilda roześmiała się drwiąco.
- Uczyni moje życie łatwiejszym! Mówisz, jakbyśmy były z tych, co 

mieszkają po drugiej stronie rzeki.

Matka nie odpowiedziała, poczuła się dotknięta.   . Otworzyły się drzwi, 

stanęła w nich Anne Sofie. Bawiła się z tyłu za domem.

- A to jest nasza maleńka! - Matka rozpromieniła się. - Chodź,  Anne 

Sofie! - zawołała. - Przywitaj się ze swoją nową ciocią.

Hilda odwróciła nieco głowę, przyglądała się jej bez zainteresowania.
- Ciocią? - powtórzyła poirytowanym głosem.
- Podejdź tu, Anne Sofie - powiedziała matka i wyciągnęła do niej ręce, 

a dziecko podbiegło i rzuciło się jej w objęcia.

- Mogłabyś ją poprosić, żeby na chwilę wyszła? Muszę z wami o czymś 

porozmawiać.

- Anne Sofie nie będzie nam przeszkadzać. Ona i tak nic nie zrozumie.
Elise   widziała   po   twarzy   Hildy,   że   siostra   jest   czymś   bardzo   zde-

nerwowana. Do tej pory Elise milczała, ale zrozumiała, że powinna teraz 
zadziałać.

-   Wezmę  Anne  Sofie   na   dwór,   to   będziecie   mogły   porozmawiać   w 

spokoju.

Nie   czekając   na   odpowiedź,   zdecydowanym   ruchem   zabrała 

dziewczynkę z objęć matki i wyszła z małą na zewnątrz.

W słońcu było ciepło. Kiedy była ładna pogoda, prawie zapominała, że 

szło już ku jesieni. Bała się zimy, wiedziała, że w domku majstra będzie co 
najmniej   tak   samo   zimno   jak   w   mieszkaniu   w   czynszówce.   Drzwi   do 
kuchni były wypaczone, wzdłuż framugi ciągnęły się duże szpary, zimą 
będzie przez nie wiał wiatr. Nie będzie ich stać, żeby porządnie rozpalić w 
piecu,   no   i   kto   naprawi   drzwi,   skoro   nie   było   Emanuela?   Odpowiedź 
nasuwała się sama. Nikt.

Idąc z  Anne  Sofie, minęły  mały  sad, gdzie rosły jabłonie. Schodziły 

stromym   zboczem   porośniętym   trawą.   U   podnóża   wzgórza   leżał   mały 
domek   kowala.   Tam   na   stryszku   mieszkała   pomocnica   masarza,   która 
pomagała   mu   napełniać   flaki   mięsną   masą.   Była   niska   i   okrągła   i 
brakowało jej z przodu jednego zęba. Wszyscy, którzy ją znali, mówili do 

background image

niej Kiełbaska. Nigdy nie wyszła za mąż, ale przygarnęła troje sierot, które 
ją ubóstwiały.

W domu obok, który był nawet jeszcze mniejszy, niewiele większy od 

domków dla lalek, które stały w ogrodach okalających piękne wille po 
drugiej   stronie   rzeki,   mieszkał   kontroler   wagonów.   Chodził   od   jednej 
stacji   kolejowej   do   drugiej,   przechodził   wzdłuż   stojących   na   stacji 
wagonów i uderzał w koła młotkiem na długim trzonku. Jeśli coś było nie 
w porządku, twierdził, że słyszy to po dźwięku, jaki wydawały. Elise nie 
bardzo   rozumiała,   jak   to   możliwe,   ale   Peder,   Kristian   i   Evert   chcieli 
wszyscy   trzej   zostać   kontrolerami   wagonów,   kiedy   dorosną,   tak 
przynajmniej twierdzili.

Elise była u niego raz, razem z ojcem. Domek składał się z maciupeńkiej 

kuchni i jednej izby, w której co prawda mieściło się tylko jego łóżko i 
komoda,   ale   on   zdawał   się   być   zadowolony   i   nazywał   pokój   „swoim 
małym królestwem". Był kiedyś żonaty, z okropnie pyskatą złośnicą. Nie 
mieli dzieci, a po jej śmierci cieszył się spokojem, jaki panował w jego 
małym domku.

Elise szła do Kiełbaski, wiedziała, że ją zastanie, bo o tej porze wracała 

do domu na obiad. Martwiła się, jak najmłodsze dziecko poradzi sobie 
samo w domu teraz, kiedy dwójka starszych wychodziła rano do szkoły, a 
ona do pracy.

Kowal Anders, Skóra, jak nazywały go dzieciaki, najwyraźniej gdzieś 

wyszedł, więc Elise otworzyła drzwi wejściowe i zawołała. Usłyszała, jak 
Kiełbaska krzyczy: „Wejdź!" Wzięła Anne Sofie i zaczęła wchodzić po 
schodach.

Kiełbaska i dziecko siedziały i jadły, pachniało smażoną kiełbasą. Elise 

czuła, jak już od samego zapachu skręca ją w żołądku. Gdyby nie zjawiła 
się Hilda, jadłyby teraz obiad.

- To ty, Elise? - spytała Kiełbaska zdziwionym głosem.
Elise poczuła wyrzuty sumienia, powinna była odwiedzić ją już dawno 

temu.   Kobieta   pomagała   im,   podrzucając   od   czasu   do   czasu   kawałek 
kiełbasy,   szczególnie   kiedy   widziała,   jak   ojciec   pijany   wałęsa   się   po 
Lakkegata. Rozumiała, w jakiej znaleźli się sytuacji.

-   To   chyba   nie   twój   dzieciak,   ten,   którego   trzymasz   za   rękę?   Elise 

pokręciła głową, śmiejąc się.

- Nie, mamy lokatora.

background image

- Słyszałam, że wyszłaś za mąż i wprowadziłaś się do domku. Gratuluję. 

Podobno wżeniłaś się w dobrą rodzinę, tak słyszałam.

- Mąż jest w straży granicznej w Kongsvinger. - Nie mogła się odnaleźć, 

to było trudniejsze, niż się spodziewała. Jeśli Kiełbaska słyszała, że Elise 
wyszła   dobrze   za   mąż,   nie   zrozumie   sytuacji,   w   jakiej   się   znalazły.   - 
Przyszłam,   bo   chcę   cię   o   coś   spytać   -   zaczęła   Elise,   przyglądając   się 
siedzącemu przy stole dziecku, które było mniej więcej w wieku  Anne 
Sofie.   -   Nie   masz   nikogo,   kto   zająłby   się   Larsine   teraz,   kiedy   dwójka 
najstarszych poszła do szkoły.

Kiełbaska pokręciła  głową. - Właśnie, z tym jest kłopot.  Musi sobie 

sama radzić, biedactwo.

-   Dostałam   wymówienie   z   fabryki   i   teraz   zajmuję   się   robieniem 

dywanów   na   zamówienie.   Pomyślałam,   że   mogłabym   się   zaopiekować 
Larsine, skoro i tak pilnuję Anne Sofie.

Kobieta patrzyła na nią, jakby nie wierzyła własnym uszom.
- Znalazłabyś na to czas? - spytała i zaraz dodała: - Wiesz, że nie jestem 

milionerką.

Elise pośpieszyła wyjaśniać. - Nic za to nie wezmę, ale gdybyś od czasu 

do czasu przyniosła kawałek kiełbasy, kiedy przyjdziesz ją odebrać. To 
będzie wystarczająca zapłata.

Kobieta patrzyła na nią, nic nie mówiąc. Chyba zrozumiała.
- Nie wszystko złoto, co się świeci, jak mawiał mój ojciec - powiedziała 

po chwili namysłu. - Niech tak będzie. Ty zaopiekujesz się Larsine, a ja 
przyniosę ci kawałek kiełbasy, jeśli uda mi się coś wynieść.

Skierowała wzrok na Anne Sofie.
- Mama na pewno jest zadowolona, że masz taką opiekunkę jak Elise.
Elise ścisnęła mocniej dłoń Anne Sofie.
- Mama  jest  w  niebie,  ale  niedługo  wróci -  stwierdziła  dziewczynka 

zadziwiająco stanowczo.

Elise   aż   drgnęła.  Anne   Sofìe  musiała   jednak   zrozumieć   więcej,   niż 

sądził   jej   ojciec.   Zauważyła   też,   że   dwie   najstarsze   dziewczynki 
wymieniły spojrzenia i zdusiły śmiech.

- Co ty powiesz - odezwała się poważnie Kiełbaska. - W takim razie 

dobrze, że możesz do tego czasu mieszkać u Elise i jej mamy.

Elise odwróciła się, musiała już iść.
- Nie mieszkamy daleko. Larsine na pewno da radę przyjść sama.

background image

- Na początku będę ją odprowadzała. Pozdrów matkę, Elise. Elise szła 

zamyślona,   podchodząc   pod   wzgórze.   Myślała   o   tym,   co   powiedziała 
Anne   Sofìe.  Bez   sensu,   że   Asbjorn  Hvalstad  powiedział   jej,   że   matka 
wybrała   się   w   daleką   podróż,   skoro  Anne   Sofìe  wiedziała,   że   matka 
umarła. Wierzyła co prawda, że wróci, ale to wcale nie było takie dziwne. 
Nawet dorosłemu trudno było zrozumieć, czym jest śmierć.

- Biedny człowiek.
Anne   Sofìe  dotąd   szła   w   milczeniu;   odezwała   się   nagle   i 

nieoczekiwanie.

Elise spojrzała na nią zdziwiona.
- Jaki człowiek?
- Ten z kulami.
Elise odwróciła się gwałtownie. Nie widziała nikogo.
- O kim ty mówisz? - spytała, czując dziwny niepokój.
- O tym panu, którego boli głowa. Elise znów się odwróciła.
- Widziałaś go? Anne Sofie przytaknęła.
- Gdzie? - spytała Elise.
- Nie mógł iść, bolały go nogi.
- Gdzie go widziałaś, pytam? - powtórzyła Elise, zdając sobie sprawę z 

ostrego tonu w swoim głosie. Ten człowiek zaczynał ją denerwować. - 
Chodzi ci o to, że stał i się nie ruszał?

Anne Sofìe przytaknęła.
- Patrzył na nas?
Anne Sofìe ponownie przytaknęła. Elise chwyciła ją za rękę. Nagle się 

przestraszyła.

- Pośpiesz się, Anne Sofìe, musimy wracać do domu i zrobić obiad.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

Kiedy Elise weszła do kuchni, zobaczyła, że matka szybko wstaje od 

stołu, wycierając oczy rogiem fartucha. Miała zapłakaną twarz.

- Hilda już poszła? - spytała. Matka przytaknęła, nie patrząc na nią.
Ziemniaki były nieobrane, w ogóle nic nie było zrobione.
- Dlaczego płaczesz?
Matka pokręciła tylko głową. Nalała wody z blaszanej miski i zabrała 

się do obierania ziemniaków.

-   Idź   się   pobaw,   Anne   Sofie.   Pobiegnij   do   drewutni   i   sprawdź,   czy 

dzisiaj też jest tam kotek.

Elise   spodziewała   się,   że  Anne   Sofie   nie   zechce  pójść  sama;   z  ulgą 

stwierdziła, że jednak poszła.

- Teraz możesz mi powiedzieć.
- Hilda spodziewa się dziecka.
- Co ty mówisz?  - Elise wpatrywała się w nią z niedowierzaniem.  - 

Znów? - spytała. Opadła na kuchenny stołek i westchnęła. - To nie może 
być prawda!

- Powiedziała, że powinnam się z tym liczyć, skoro z nim żyje. A kiedy 

na   to   zareagowałam,   stwierdziła,   że   nie   powinnam   była   pozwolić   jej 
wprowadzić się do niego. - Matka wytarła nos. - Chyba zapomniała, że 
byłam wtedy w sanatorium - dodała.

- Ale... Nic nie rozumiem... Przecież cierpi, nie mogąc mieć przy sobie 

Braciszka. Jest nieszczęśliwa, że go oddała.    '

W tym momencie przyszła jej do głowy pewna myśl. Zagryzła mocno 

wargi.

-   To   oni   za   tym   stoją?   Chcą   mieć   braciszka   albo   siostrzyczkę   dla 

małego, tak?

Matka patrzyła na nią, stała jak sparaliżowana.
- Jak możesz coś takiego mówić? Twierdzisz, że wykorzystaliby Hildę 

jak jakieś zwierzę rozpłodowe?

-   Ostatnim   razem   tak   zrobili.   Nie   powiesz   chyba,   że   to   nie   było 

zaplanowane. Pan Paulsen chciał pomóc swojemu siostrzeńcowi i załatwić 
mu   dziedzica,   więc   pozwolił   Hildzie   wierzyć,   że   zaopiekuje   się   nią   i 
dzieckiem.   W  pewnym  sensie  to   zrobił,   ale  nie   tak  jak  Hilda  to  sobie 
wyobrażała!

Matka kręciła głową. - Tak podły chyba nie jest - powiedziała.

background image

- Owszem, mamo; oni potrafią być bardzo wyrachowani. My się nie 

liczymy,   my,   którzy   mieszkamy   po   tej   stronie   rzeki.   Mogą   nas 
wykorzystać, jak tylko chcą. Rujnujemy sobie zdrowie, harując w fabryce, 
albo wykorzystują nas w inny sposób, jak Hildę.

-   Myślę,   że   się   mylisz,   Elise.   Hilda   wcale   się   tym   tak   bardzo   nie 

przejęła. Była zdenerwowana, ale głównie dlatego, że nie wiedziała, jak ja 
to przyjmę. Powiedziała, że tym razem zatrzyma dziecko.

Elise   uśmiechnęła   się   z   wyższością.   -   Ciekawe,   jak   ona   sobie   to 

wyobraża? - powiedziała.

Tego wieczoru Elise postanowiła, że powie chłopcom, że będzie miała 

dziecko. Lepiej dawkować im te wiadomości. Poza tym może już dawno 
się domyślili? Tak czy inaczej powinna z nimi o tym porozmawiać.

Pan   Hvalstad  był   uprzejmy   i   miły   jak   zwykle.   Jadł   solone   śledzie   i 

ziemniaki, jakby to były kotlety z duszoną kapustą. Rozmawiał radośnie z 
matką, opowiadając o różnych zdarzeniach w pracy. Po wprowadzeniu się 
lokatora   zmienili   pory   posiłków,   jedli   teraz   nieco   później   niż   dawniej. 
Przychodził z biura koło drugiej, ale wracał i pracował całe popołudnie, 
podobnie jak wielu innych urzędników.

Jej myśli wciąż krążyły wokół Hildy. Elise trudno było uwierzyć, że 

cieszyło ją to nowe życie, które w niej rosło. Gdyby była zakochana w 
jakimś   przystojnym  młodzieńcu,   to   jeszcze   by   ją   rozumiała.   Jak   sobie 
poradzi, jeśli zachowa dziecko? Zamierzała się tu do nich wprowadzić? 
Zmusić   ich   do   wymówienia   lokatorowi   i   zamieszkać   na   stryszku?   Co 
powie Emanuel, jeśli będzie miał dwójkę płaczących dzieciaków w domu? 
I z czego Hilda zamierzała żyć? Wróci do fabryki, zostawiając dziecko 
pod opieką matki?

Sama nie miałaby nic przeciwko temu, ale nie była pewna Emanuela. 

Nie wiedziała też, czy matka da radę. Na pewno chętnie by pomogła, ale 
nie miała wiele siły.

Szkoła znów się zaczęła, zarówno Peder, jak i Kristian pracowali po 

lekcjach.   Ich   dzień   trwał   długo,   a   kiedy   wracali   do   domu,   byli   wy-
kończeni. Kiedy Elise usiadła i uroczyście zaczęła przemawiać do nich 
poważnym tonem, podczas gdy oni przełykali kolację, Kristian odezwał 
się oschle: - Przestań, Elise. Myślisz, że już dawno się nie domyśliliśmy?

- Sądzę, że to będzie dziewczynka - powiedział Peder, nie podnosząc 

nawet wzroku znad jedzenia. - Pingelen twierdzi, że to będzie chłopak. 
Mówi, że jeśli ludzie są w sobie zakochani, to rodzą się im chłopcy - 

background image

zaśmiał się. - Mama i tata byli chyba dwa razy w sobie zakochani - dodał i 
zaraz spytał: - A gdzie mały będzie spał?

Patrzy! na Elise zasępiony.
- Chyba nie położysz go w szufladzie komody ani u nas w pokoju?
- Nie wybiegałam myślami tak daleko. Mamy jeszcze dużo czasu.
Dwa dni później, kiedy chłopcy kładli się spać, rozległo się pukanie do 

drzwi. Elise poszła otworzyć. Na zewnątrz stał Johan.

Powitała   go   z   mieszaniną   radości   i   lęku.   Obiecała   Emanuelowi,   że 

więcej go już nie zaprosi do domu.

- Johan? Przyjechałeś do domu na przepustkę? Przytaknął, uśmiechając 

się.

- Przyjechałem dzisiaj przed południem i zostanę do rana.
- Kto przyszedł? - zawołał Peder, stając w drzwiach. - To Johan? - spytał 

radosnym głosem, kiedy zrozumiał, kim był gość. Odwrócił się do matki, 
która stała przy piecu, - Chyba nie każesz nam iść spać, kiedy przyszedł 
Johan?

Ku   zdziwieniu   Elise   matka   odwróciła   się,   mówiąc:   -   Proszę,   wejdź, 

Johan.   Opowiedz   nam,   co   się   dzieje   na   granicy.   Będzie   wojna,   jak 
myślisz?

Johan wszedł do środka.
Elise   nie   zdążyła   nawet   zaprotestować.   Nie   mogła   powiedzieć,   że 

Emanuel zakazał mu tu wstępu. Poza tym to matka zaprosiła go do środka, 
nie ona.

- Tego nikt nie wie, droga pani Lovlien. Wciąż słyszy się plotki o tym, 

że jakimś podejrzanym osobom udało się przedostać do miasta, ale policja 
zaraz je wyłapuje i po cichu odstawia na granicę. Zdarzyło się, że jakaś 
młoda para próbowała wejść do twierdzy w grupie innych ludzi. Nawet nie 
mówili   po   norwesku.   Strażnik   wyczuł   pismo   nosem   i   nie   pozwolił   im 
wejść. Kiedy później próbowaliśmy ich odnaleźć, okazało się, że przepadli 
bez śladu.

Peder i Kristian weszli do kuchni, mieli na sobie pocerowane, za małe 

piżamy. Stali tam i patrzyli na niego wielkimi oczami.

- A jak morale wśród żołnierzy? - spytała matka z zainteresowaniem.
- Dobrze, mimo że nie jest im łatwo. Wielu martwi się o żony i dzieci, 

którym nie starcza pieniędzy ani na jedzenie, ani na czynsz. Zdarza się, że 
jakiś   Szwed   z   miasta   od   czasu   do   czasu   proponuje   nam   pieniądze   za 
wpuszczenie   go   do   twierdzy,   ale   nie   dajemy   się   przekupić.   Jeden   z 

background image

naszych chłopców tak się zezłościł, że przysunął pięść do twarzy Szweda, 
mówiąc:   „Myślisz,   że   zaprzedam   duszę   dla   pieniędzy,   ty   przeklęty 
Szwedziuchu?!" Potem żałował, że mu nie dołożył.

Elise zauważyła, że Johan urósł w oczach matki. Może obawiała się, że 

da się skusić, skoro raz już tak się stało.

Johan usiadł przy stole i wziął filiżankę, którą podała mu matka.
Chłopcy ostrożnie zrobili jeszcze kilka kroków do przodu, najwyraźniej 

bojąc się, że zaraz zostaną odesłani do łóżka.

- Jeden z poruczników przebrał się w cywilne ubranie i udał się na most 

kolejowy,   którego   mamy   pilnować   -   ciągnął   dalej   Johan.   -   Żeby 
sprawdzić,   czy   strażnicy   dobrze   wypełniają   swoje   zadanie.   Doszedł   do 
mostu i zaczął się ostrożnie skradać, ale nie zdążył podejść bliżej, bo ktoś 
chwycił go mocno za kark, rzucił go na ziemię i siedząc mu okrakiem na 
plecach, wysyczał: „Coś ty, do cholery, za jeden?!"

Johan śmiał się, Peder i Kristian wtórowali mu głośno.
- Dobrze mu tak, skoro był taki głupi - powiedział Peder zachwycony.
Elise czekała na jakiś szyderczy komentarz ze strony Kristiana, ale nic 

takiego nie nastąpiło. Odwrócił się tylko do Pedera i powiedział spokojnie: 
- Porucznik był Norwegiem. Chyba rozumiesz, że chciał tylko sprawdzić, 
czy strzelcy dobrze nas bronią.

- Jasne - odpowiedział Peder speszony.
Johan posłał Elise wesołe spojrzenie, ale zaraz znów spoważniał.
- Teraz jest ciekawiej niż kiedykolwiek. Szwedzi postanowili wznowić z 

nami rokowania. W środę negocjatorzy wyjechali do Karlstad.

Matka zmarszczyła czoło. Wyglądała na zmartwioną.
- To się nie uda.
Johan uśmiechnął się uspokajająco.
- Na pewno wszystko się dobrze ułoży. Ani Norwegowie, ani Szwedzi 

nie chcą wojny.

- Tylko nikt nie chce ustąpić. To się skończy jakąś awanturą. Tak to 

bywa, kiedy mężczyźni się kłócą.

- Szkoda, że nie było was na dworcu w Kongsvinger, gdzie zatrzymał 

się pociąg z negocjatorami. Ludzie wyszli, żeby wiwatować na ich cześć; 
była w nich i powaga, i zapał. Pokazało to, jakim zaufaniem ludzie ich 
darzą.   Od   momentu,   kiedy   pociąg   wjechał   na   peron,   do   chwili,   kiedy 
zniknął nam z oczu, można było wyczuć ten szczególny nastrój, którego 

background image

Norwegowie   dotąd   być   może   nigdy   nie   doświadczyli:   dumę   z   bycia 
niezależnym krajem.

- Taki niezależny to jeszcze nie jest - odezwała się matka sceptycznie.
- To prawda, ale niewiele już brakuje, jestem tego pewien. Mieliśmy 

wrażenie,   że   uczestniczymy   w   czymś   wielkim.   Wystarczył   sam   widok 
tych dostojnych panów. Mają nie tylko wolę i władzę, ale czują też miłość 
do ojczyzny i chcą walczyć o nasz kraj.

Przy kuchennym stole zrobiło się cicho.
- Opowiedz coś jeszcze - poprosił Peder. Był tak podniecony, że nie 

mógł usiedzieć w spokoju. - Zastrzeliłeś jakiegoś Szwedziucha czy też się 
ukrywają?

- Jeszcze nie ma wojny, Peder.
Głos   Kristiana   był   spokojny,   brzmiał   dorośle,   jakby   pouczał   kogoś 

młodszego od siebie. Peder był zawiedziony.

- Nie rozumiesz, co to znaczy wojna - odezwała się matka, patrząc na 

niego poważnie. - Żołnierze to nie guziki, które spadają ze stołu, tylko 
ludzie, którzy mogą zostać trafieni w głowę, w brzuch czy w nogę, którzy 
krzyczą z bólu, krwawią i przeżywają katusze. Uważam, że powinieneś 
przestać się bawić w wojnę.

Johan patrzył na nią.
- Zgadzam się, że wojna jest straszna, ale musimy bronić swojego kraju. 

Żołnierze   na   granicy   są   dumni   ze   swojej   służby,   czują,   że   robią   coś 
istotnego. Wczoraj jedna z kompanii dostała nagle rozkaz przemieszczenia 
się na stację w Mysen. Nie wiem, czy to właściwa decyzja, właśnie teraz, 
kiedy mają się rozpocząć rokowania w Karlstad. Według nas lepiej by 
było,   gdyby   cały   batalion   pozostał   zgromadzony   na   granicy   w 
Kongsvinger, gdzie może się pojawić wróg. Po co przenosić jego część w 
miejsce, które w wypadku wojny nie będzie odgrywało równie ważnej roli. 
Czuliśmy się zawiedzeni, kiedy odjeżdżali.

Elise   zastanawiała   się,   czy   Emanuel   był   wśród   tych,   którzy   zostali 

przeniesieni, ale nie chciała pytać. Dowie się w swoim czasie.

- No, chłopcy, idźcie spać - powiedziała matka, wskazując palcem na 

sypialnię. - Jutro musicie wcześnie wstać do szkoły, a po lekcjach macie 
przed sobą jeszcze długi dzień pracy.

Peder i Kristian posłuchali, aczkolwiek niechętnie. Matka poszła za nimi 

sprawdzić, czy się położyli.

background image

Nagle Elise poczuła, że źle się czuje, zostawszy sam na sam z Johanem. 

Miała uczucie, że robi coś złego, chociaż sytuacja była niewinna.

Kochała   Emanuela.   Czas,   kiedy   była   z   Johanem,   wydawał   się 

nieskończenie odległy. Tyle się wydarzyło w ciągu tych siedmiu miesięcy. 
Kiedy   Johan   zerwał   zaręczyny,   zmusiła   się,   żeby   o   nim   zapomnieć. 
Należał do przeszłości.

- Co u ciebie, Elise? Jesteś zdrowa? - spytał, patrząc na nią swoimi 

zielonymi oczami, które były takie piękne. Kiedy padało na nie światło, 
widziała w nich odcienie różnych kolorów.

-   Tak,   dziękuję   -   przytaknęła.   -   Czuję   się   dobrze.   Dostałam 

wypowiedzenie z przędzalni, ale zaczęłam tkać dywany ze szmatek.

Spojrzał na nią z przestrachem. - Dostałaś wypowiedzenie? - spytał. - 

Przecież zwykle pozwalano pracować robotnicom, nawet jeśli spodziewały 
się dziecka.

- To prawda. Między innymi Hildzie. Ale teraz najwyraźniej zaostrzono 

zasady.   Może   z   powodu   tego   strasznego   wypadku.   Nie   wiem.   Jednej 
robotnicy ręka wkręciła się w tryby maszyny.

Przeszedł ją dreszcz.
- Nadzorca powoływał się na Ustawę Fabryczną z 1892 roku.
- Ale chyba sobie radzisz. Masz przecież męża. Pokiwała głową, nie 

patrząc na niego.

- Byłem razem z nim na manewrach. Otworzyła szeroko oczy.
- Razem z Emanuelem?
Johan przytaknął. Miał wzrok wbity w stół. - Miły z niego chłopak - 

powiedział. Elise przytaknęła.

- Jest bystry.
Odnosiła   wrażenie,   że   Johan   się   waha.   Jakby   chciał   powiedzieć   coś 

więcej,   ale   milczał.   W   końcu   się   przełamał:   -   Podziwiam   go.   Dużo 
myślałem o tym, co mi powiedziałaś.

Czuła niepokój, żałowała, że z nim o tym rozmawiała.
- Jak powiedziałam: jest bystry. Zapadła cisza.
-   Próbowałem   z   nim   rozmawiać.   Pomyślałem,   że   moglibyśmy   się 

zaprzyjaźnić. - Wzruszył ramionami i się uśmiechnął. - Ty i twoja matka 
spotykacie się z moją matką i z Anną. Kiedy wrócę do domu, będziemy się 
czasem spotykać.

- Dobrze by było, gdybyśmy mogli się przyjaźnić.
- Ale on nie chciał. „Nie mam ci nic do powiedzenia" - tak mi oznajmił.

background image

- Jest zazdrosny.
- Nie ma do tego powodu.
- Też mu to powiedziałam. Nie chce, żebyś tu przychodził. Nareszcie to 

z siebie wyrzuciła. Nie miała teraz odwagi na niego spojrzeć.

Johan się roześmiał dziwnym, sztucznym śmiechem.
-   Rozumiem,   przecież   siedziałem   w   więzieniu   i...   Słowa   zawisły   w 

powietrzu.

- Nigdy cię za to nie potępiałam. To nie zmieniło moich uczuć do ciebie. 

Chodzi o to, co potem się wydarzyło.

Zamilkła i zagryzła wargi.
- Ktoś chyba chciał coś między nami popsuć. Wydaje mi się, że ktoś 

nawet majstrował przy naszych listach. Lort-Anders powiedział kiedyś...

Drzwi od izby sypialnej się otworzyły, matka weszła do kuchni.
-   Najlepiej   zrobisz,   jeśli   niedługo   też   się   położysz.   W   twoim   stanie 

potrzebujesz dużo snu.

Elise zrozumiała, o co jej chodziło. Matce nie podobało się, że Elise i 

Johan siedzieli tu sami i rozmawiali. Johan natychmiast wstał, Elise poszła 
za nim do drzwi.

Kiedy stali na schodkach, zbliżył się do niej i powiedział cicho: - Muszę 

ci coś powiedzieć, ale nikt nie powinien tego usłyszeć. Jeśli nadarzy się 
okazja,   wpadnę   tu   jeszcze   przed   jutrzejszym   wyjazdem.   Nawet   jeśli 
Emanuel sobie tego nie życzy - dodał, patrząc na nią z przekorą.

Przyglądała mu się, zastanawiając się, co to mogło być. Poza tym chyba 

nie będą mieli okazji porozmawiać na osobności. Jutro matka będzie cały 
dzień w domu.

Nękały   ją   wyrzuty   sumienia,   kiedy   kładła   się   do   łóżka.   Nawet   jeśli 

poprosi chłopców, żeby nie mówili o wizycie Johana, to Peder prędzej czy 
później na pewno się zdradzi. Nie mogła prosić ich, żeby kłamali. To już 
lepiej, żeby sama powiedziała o tym Emanuelowi i miała to już za sobą. 
Musiał przecież zrozumieć, że nie mogła być niegrzeczna. Powie mu, że 
mama zaprosiła go do środka, bo chciała usłyszeć, co u nich nowego; na 
pewno to zrozumie. Poza tym przecież powiedziała Johanowi, żeby więcej 
nie przychodził. Jutro znów napisze list do Emanuela. Nawet jeśli będzie 
musiała zaoszczędzić i zjeść mniej na obiad.

 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

Ledwo udało się  Elise  wyprawić chłopców do szkoły, kiedy zobaczyła 

Kiełbaskę, która szła zboczem, trzymając za rękę Larsine.

- Popatrz,  Anne  Sofie, idzie Larsine, będziecie się bawić.  Anne  Sofie 

schowała się za jej spódnicą, zerkała zza niej ostrożnie.

-   Nie   chcę   się   z   nikim   bawić,   tylko   ci   pomagać.  Elise  głaskała   ją 

uspokajająco po włosach.

- Co ty mówisz? Będzie wam miło razem. Weselej jest bawić się z kimś 

niż  siedzieć   samej  w kącie.  Będziecie  się   mogły   bawić  tymi  pięknymi 
szyszkami,   których   Peder   dla   ciebie   nazbierał.   Zróbcie   im   nogi   z 
patyczków i bawcie się, że to krowy. Możecie też zrobić dla nich zagrodę, 
w drewutni na pewno coś znajdziecie. 

Larsine   była   zawstydzona   i   niechętna,   podobnie   jak  Anne  Sofie,   ale 

Kiełbaska   powiedziała   stanowczo:   -   Żadnego   marudzenia.   Masz   się 
grzecznie   zachowywać   i   słuchać   się  Elise.  -   Odwróciła   się   plecami   i 
zaczęła schodzić ze wzgórza.

Ranek był chłodny, czuło się wyraźnie zbliżającą się jesień.
- Chodźcie, dziewczynki. Możecie iść ze mną do kuchni i pobawić się 

guzikami Pedera.

Matka myła schody prowadzące na stryszek, a Elise usiadła do krosna. 

Najlepiej   było   zostawić   dzieci   same   sobie,   wtedy   zwykle   się   jakoś 
dogadywały.

Nie minęło dużo czasu, kiedy doszły ją z kuchni odgłosy ożywionej 

rozmowy. Dziewczynki bawiły się w najlepsze, jakby znały się od zawsze. 
Elise przysłuchiwała się ich radosnym głosom. Gdyby

tak   dorośli   potrafili   zachowywać   się   równie   nieskomplikowanie,   po-

myślała i westchnęła.

Myślała   o   Johanie.   Zastanawiała   się,   czy   po   wizycie   u   nich   poszedł 

prosto do Agnes. Może nawet u niej nocował. Rodzice Agnes nie zważali 
tak bardzo na takie rzeczy, poza tym nie pierwszy raz Agnes przemycała 
mężczyznę do siebie na górę bez wiedzy rodziców. Johan mógł robić, co 
chciał, nie miała do niego żadnych praw. Poza tym to było najlepsze, co 
mogło się wydarzyć, i ze względu na zazdrość Emanuela, i rozgoryczenie 
Agnes.

Szybko   się   pocieszyli.   Oboje.   Może   Johan   miał   oko   na   Agnes   już 

wcześniej?   Próbowała   sięgnąć   pamięcią   wstecz,   ale   nie   była   w   stanie 

background image

przypomnieć   sobie   czegoś,   co   mogłoby   na   to   wskazywać.   Pamiętała 
natomiast, że Agnes była zazdrosna o nią i dziwiła się, jak udało się jej 
złapać najprzystojniejszego kawalera w całej okolicy.

Ku jej wielkiej radości przyszedł listonosz z listem. Czuła, że serce bije 

jej szybciej. Może Emanuelowi zrobiło się przykro, że jego poprzedni list 
był   taki   oficjalny   i   że   pisał   w   nim   jedynie   o   życiu   w   wojsku   i   o 
referendum.

Matka   stała   i  czekała   w  napięciu,   aż   otworzy   kopertę.   Anne   Sofie   i 

Larsine dawno już wyszły do drewutni, żeby poszukać czegoś, co mogłoby 
posłużyć za zagrodę dla ich krów.

- Chciałabym przeczytać go na osobności.
Widziała zawiedzioną twarz matki, ale nie przejęła się tym. Jeśli był to 

namiętny list miłosny, chciała przeczytać go, będąc sama.

Wyszła na dwór i usiadła na ławce od południowej strony, otworzyła 

kopertę.

Najukochańsza Elise!
Wygląda na to, że jednak będzie wojna. Wczoraj, pierwszego września, 

powołanie   do   wojska   dostali   wszyscy   zdolni   do   walki   szeregowcy   z 
ostatnich   dwóch   roczników   (lata   ¡901-1902).   Mają   wzmocnić   Korpus 
Strzelców,   żeby   był   w   pełni   siły   bojowej.   Żeby   nie   wzbudzać   uwagi, 
wezwania zostały rozesłane do wszystkich rekrutów pocztą. Nie zostało to 
nigdzie publicznie ogłoszone w obawie przed paniką i chaosem. Dla nas 
jest   to   równoznaczne   z   wojną.   W   obozie   panuje   nerwowa   atmosfera, 
chociaż wielu z nas poczuło także ulgę, że nareszcie coś się zaczyna dziać. 
Najgorsza   jest   niepewność.   Twierdza   jest   stale   umacniana   i   ulepszana. 
Wieść niesie, że szwedzkie oddziały zbliżyły się już do granicy, ogień z 
ich   strażnic   jest   widoczny   w   wielu   miejscach   w   głębi   naszego   kraju. 
Podobno także duże oddziały szwedzkiej kawalerii są gotowe, by ruszyć 
na naszą stolicę i zalać nasz kraj. To nas martwi. Boimy się, że nasze 
kompanie są za daleko i nie będą w stanie W porę powstrzymać natarcia. 
Chcielibyśmy podejść bliżej, dojść do samej granicy.

Modlę się za was, Elise. Mam nadzieję, że znajdziesz pocieszenie w 

tych słowach:

„Oddaj  brata  swego, oddaj chłopca  swego, swego  przyjaciela,  Męża, 

narzeczonego.

Oddaj   to,   co   masz   najlepszego,   tego,   kogo   kochasz   najbardziej,   By 

poszedł walczyć za ojczyznę".

background image

Twój Emanuel
Elise pozwoliła, by list upadł jej na kolana. Siedziała i patrzyła przed 

siebie. Była jak sparaliżowana.

Wojna... Już samo słowo przerażało. W myślach widziała pole bitwy, 

usłane   rannymi   i   ciałami   martwych   żołnierzy.   „Oddaj   chłopca   swego, 
męża, narzeczonego"...

Jak to możliwe, że ci chłopcy czuli ulgę na wieść o tym, że „coś" się 

zbliża? To „coś" znaczyło, że mogą trafić na linię ognia, że będą strzelać 
do wroga, ryzykując, że sami zostaną trafieni. Bronić swojego kraju, to 
oczywiście   rozumiała.   Miłość   do   ojczyzny.   Czuła   ją,   było   to   dla   niej 
ważne. Miała jednak wrażenie, że żołnierze niemal chcieli, żeby doszło do 
wojny.

Pokręciła głową.
Powoli złożyła list i schowała go do koperty. Czy mimo wszystko nie 

mógł dopisać czegoś bardziej osobistego? Dać jej do zrozumienia, że za 
nią tęskni?

Wstała   ze   stołka,   musiała   wracać   do   pracy.   Pomyślała,   że   Johan   na 

pewno o tym wszystkim nie wiedział. Jak to jednak możliwe, że dostał 
przepustkę, skoro sytuacja znów się zaostrzyła?

Rozkaz   wzmocnienia   oddziałów   i   powołania   nowych   rekrutów 

przyszedł   pewnie   nagle.   Zapewne   nic   nie   wiedział   o   zbliżających   się 
potężnych   szwedzkich   oddziałach.   Kapitan,   który   udzielił   mu 
jednodniowej przepustki, prawdopodobnie też nie był tego świadomy.

Przeszył   ją   chłód.   Emanuel   i   Johan...   I   wszyscy   inni:   mężowie, 

narzeczeni, synowie, ojcowie. Czy pozostaną na polu walki, wijąc się z 
bólu, odchodząc w męczarniach, poddając się śmierci? Tylko dlatego, że 
Norwegia i Szwecja pokłóciły się o graniczne twierdze?

A może chodziło o coś więcej? O coś, czego ona nie rozumiała? Miłość 

do ojczyzny... Owszem, kochała swój kraj. Ale czy coś się rzeczywiście 
zmieni tylko dlatego, że z flagi zniknie znaczek unii? Albo dlatego, że 
będzie inny król? Znów pokręciła głową. Prawie wszyscy mężczyźni w 
kraju, ci, którzy mieli prawo głosu, opowiedzieli się za rozwiązaniem unii. 
Nie warto, żeby zdradzała się ze swoimi herezjami. Ale jeśli miała być 
szczera,   to   nie   bardzo   wierzyła,   że   większość   robotnic   w   przędzalni 
Graaha   czy   w   Hjula   byłaby   chętna   ,oddać   chłopca   swego,   męża, 
narzeczonego  dla ratowania  ojczyzny". Na pewno nie, jeśli to  miałoby 
znaczyć, że ich dzieci będą chodziły głodne.

background image

Matka stała w drzwiach i czekała na nią.
- Jakieś wieści?
- Nic nowego - odpowiedziała Elise i spuściła wzrok, żeby ukryć swój 

niepokój. - Mają dostać wsparcie, ale poza tym nic się chyba nie zmieniło. 
Nie martwi się zbytnio.

Matka patrzyła na nią, nic nie mówiąc. Może miała nadzieję, że Elise 

przeczyta jej list?

- Pamiętasz, mamo, co Johan wczoraj mówił? Nie wierzy, że dojdzie do 

wojny.

- Bardziej ufam Emanuelowi niż Johanowi. Pamiętaj, że Emanuel ma 

maturę.

Co to ma do rzeczy, pomyślała Elise. Mówi tak, jakby Emanuel posiadał 

co najmniej taką wiedzę jak premier.

- Co pisze? Widzę, że zbytnio się nie ucieszyłaś.
- Jest mi smutno, że nie napisał, że tęskni za domem.
- Kochanie, nie oczekuj, że będzie pisał namiętne listy miłosne, kiedy w 

każdej chwili może dojść do wojny.

Elise wróciła do krosna, puściła je w ruch. Dzisiaj nie zarobiła więcej 

niż dziesięć ore.

Matka ugotowała na obiad duży garnek kaszy. Wliczając Larsine, było 

ich siedmioro przy stole; dzieciaki musiały usiąść obok siebie na ławce 
pod ścianą.

Asbjorn   Hvalstad   był  równie   uprzejmy   i   miły   jak   zwykle,   ale   kiedy 

matka zaczęła nakładać kaszę, na jego twarzy pojawił się grymas. - Widzę, 
że często gotujecie kaszę.

Matka zaczerwieniła się.
- Przykro mi, ale klienci nie zapłacili nam jeszcze za dywaniki.
- Ale dostała pani ode mnie zadatek na czynsz, pani Lovlien. Matka 

zrobiła się jeszcze bardziej czerwona.

- Przykro mi, ale wszystko poszło na czynsz za dom. Hvalstad zwrócił 

się do Elise, wyraźnie zdziwiony: - Pani mąż nie opłaca czynszu, pani 
Ringstad?

- Będąc na służbie, nie dostaje pensji - powiedziała. Czuła, że mówi do 

niego   ostrym   tonem,   ale   zawód,   spowodowany   listem   od   Emanuela,   i 
troska o przyszłość tkwiły w niej głęboko.

- Ale zapewne pomagają pani rodzice męża? O ile wiem, mają duże 

gospodarstwo?

background image

-  To  prawda,  ale   mąż   opuścił  je,  kiedy   wyjechał do  Kristianii,  żeby 

wstąpić do Armii Zbawienia.

Więcej nie zamierzała mu mówić.
Hvalstad   odwrócił   się   do   matki.   -   Rozumiem,   że   to   drażliwy   temat. 

Przepraszam - powiedział.

Matka   spojrzała   na   Elise   ze   złością,   najwyraźniej   uważała,   że   Elise 

mogła starać się być dla niego nieco milsza.

Sytuację uratował Peder.
- W tym roku ja i Evert siedzimy w szkole w jednej ławce. Przed nami 

siedzi Pingelen i Wróbel. Wróbel ma na głowie pełno wesz. Widzimy, jak 
chodzą mu po karku, a czasem nawet po naszym pulpicie. Evert raz tak się 
im przyglądał, że w ogóle przestał uważać. Musiał podejść do nauczyciela 
„odebrać"   karę.   Uderzył   go   trzy   razy   linijką   po   paluchach.   Aż   mnie 
rozbolał brzuch.

- Mówi się „po palcach" - poprawił go Hvalstad. - Nie „po paluchach", 

Peder. - Zwrócił się do matki: - Jak to się dzieje, że pani córka wyraża się 
tak poprawnie, a synowie nie, pani Lovlien?

Elise nie mogła się pohamować.
- Mówią tak, jak mówi większość ludzi, którzy mieszkają tu, nad rzeką, 

panie Hvalstad. Nie wiem, czy jest to poprawnie, czy nie.

Matce   aż   zabrakło   tchu.   Zrobiła   się   purpurowa   na   twarzy   i   ostrym 

wzrokiem spojrzała na Elise. Elise wstała od stołu.

- Przepraszam, ale muszę wracać do pracy. Nie zarobiłam dzisiaj nawet 

na ten talerz kaszy.

Kiedy usiadła przy krośnie, pożałowała swoich słów. Asbjorn Hvalstad 

był   miły   i   uprzejmy,   nie   miał   nic   złego   na   myśli.   Nie   mogli   sobie 
wymarzyć lepszego lokatora  ani takiego, który by więcej zapłacił,  tym 
bardziej że zgodził się jadać to samo co oni i płacił im jeszcze dodatkowo 
dwie   korony   tygodniowo   za   opiekę   nad  Anne   Sofìe.  Poza   tym   matka 
dawno nie była tak wesoła jak teraz. To też było ważne.

To z nią było coś nie w porządku. Dlaczego tak zareagowała?
Chłopcy już dawno ruszyli do pracy, a Asbj0rn  Hvalstad  podziękował 

uprzejmie za posiłek i wrócił do swojego biura na Store Ringgate. Wtedy 
to Elise usłyszała za drzwiami kroki. Drzwi były otwarte, żeby wpuścić do 
domu   trochę   ciepłego   popołudniowego   słońca.  Anne   Sofìe  i   Larsine 
bawiły się na dworze. Elise bała się, że zejdą nad wartko płynącą rzekę, i 
surowo nakazała im trzymać się blisko domu.

background image

Usłyszała męski głos, przestała tkać i zaczęła nasłuchiwać. Czyżby to 

był Johan? Zapowiadał, że wpadnie, jeśli znajdzie czas.

Tak, to był Johan, poznała jego głos. Słyszała, jak rozmawia z  Anne 

Sofie   i   z   Larsine,   jak   się   śmieją.   To   do   niego   podobne,   żeby   chwilę 
porozmawiać   z   dziećmi.   Nawet   Larsine   stała   się   bardziej   rozmowna, 
chociaż w towarzystwie matki, ale także i przy niej zwykle milczała.

Zaraz potem zobaczyła go w drzwiach.
- Tutaj sobie siedzisz? - odezwał się wesoło. Elise uśmiechnęła się i 

zaraz głęboko westchnęła.

- Tyle czasu mi to zabiera! Nie wiem, czy mnie to tak wolno idzie, czy 

to   po   prostu   musi   tyle   trwać?   Zarabiamy   dziesięć   ore   za   metr,   dzisiaj 
zarobiłam niecałe dwadzieścia ore. Chyba wrócę do przędzalni, jak tylko... 
- zamilkła, speszona.

- Jak tylko dziecko się urodzi, chciałaś powiedzieć? Przytaknęła.
- Czyje to dziecko tam, na zewnątrz?
- To najmłodsza wychowanka Kiełbaski. Zaproponowałam, że się nią 

zajmę,   bo   jej   starsze   poszły   już   do   szkoły.   Nie   zrobiłam   tego   tylko   z 
dobrego   serca,   też   będę   miała   z   tego   jakiś   pożytek   -   powiedziała   i 
uśmiechnęła się.

Odwzajemnił jej uśmiech.
- Kawałek kiełbasy od czasu do czasu. Przytaknęła.
- To też. Poza tym Anne Sofie ma się z kim bawić, a to ulga i dla matki, 

i dla mnie. Co prawda mała przywykła siedzieć w kącie i sama się bawić, 
ale...

-   Nie   musisz   się   tłumaczyć.   Widzę,   jak   sytuacja   u   was   wygląda. 

Emanuel Ringstad nie ma możliwości przysyłać ci pieniędzy, kiedy jest na 
służbie, a z tego, co zrozumiałem, jego rodzice nie są zachwyceni tym, 
jaką   żonę   sobie   wybrał.   Tak   to   wygląda.   Ci,   którzy   mieszkają   na 
wschodnim brzegu rzeki, nie są zbyt atrakcyjnym towarem na małżeńskim 
rynku.

- Ty to mówisz?
Miała to być drwina, ale jej uwaga zabrzmiała bardziej poważnie, niż 

chciała.

- Aż tak dużo doświadczenia znów nie mam.
- Agnes mieszka na zachód od rzeki.
-   Nie   aż   tak   bardzo   -  powiedział,   uśmiechając   się.   -  Ona   chyba   nie 

uważa, że jakoś się od nas różni - dodał.

background image

- A jej rodzice?
Elise nic o nich nie wiedziała, ale nie mogła się powstrzymać.
- Jej ojciec był bardzo miły, kiedy spotkaliśmy się wczoraj wieczorem. 

Ktoś w pracy opowiedział mu, że dobrze układam bruk. Poklepał mnie po 
ramieniu. Powiedział, żebym zapomniał o tym, co się wydarzyło zimą, i że 
wszyscy,   którzy   mnie   znają,   rozumieją,   dlaczego   to   zrobiłem.   „Sam 
postąpiłbym dokładnie tak samo" - tak powiedział.

Elise kiwała głową. A więc wczorajszy wieczór spędził u Agnes.
- A co u niej? - spytała.
Zauważyła, że stropił się i odwrócił wzrok.
- Jest w dobrej formie. Miła, zadowolona. Chyba dobrze, że wróciła do 

przędzalni.

- Dzięki tobie odzyskała dobry humor.
Spojrzał jej w oczy i spytał: - Nie cieszysz się z tego?
-   Oczywiście,   że   tak   -   odpowiedziała,   ale   sama   słyszała,   że   nie 

zabrzmiało   to   przekonująco.   Żeby   odwrócić   jego   uwagę,   spytała:   -  Co 
chciałeś mi powiedzieć?

Johan natychmiast spoważniał.
- Coś wydarzyło się w obozie.
Wahał się, najwyraźniej szukał właściwych słów.
- Kiedy ostatnio byłem w domu na przepustce, prosiłaś, żebym się nie 

przejmował tym, że spotkam tam kogoś, kogo być może nie lubię. Teraz 
rozumiem, kogo miałaś na myśli.

Elise   poczuła   się   nieprzyjemnie,   bo   przypomniała   sobie   rudego 

mężczyznę.

- Pewnego razu, kiedy mieliśmy ćwiczenia w lesie, usłyszałem jakieś 

jęki. Okazało się, że jeden z żołnierzy spadł ze stromego zbocza prosto na 
kupkę kamieni. Był bardzo poobijany, krwawił, był nieprzytomny. Chyba 
się domyślasz, kto to był.

Johan zamilkł. Patrzył przez okno.
- Najpierw pomyślałem, że los mi dopomógł. - Odchrząknął i mówił 

dalej:   -  Chciałem,   żeby   umarł.   Ale   potem   przypomniałem   sobie   słowa 
księdza   o   tym,   że   trzeba   się   uwolnić   od   brzemienia   grzechów. 
Pomyślałem, że dość już nagrzeszyłem. Opatrzyłem mu rany i pobiegłem 
do obozu po pomoc.

Elise poczuła, że robi się jej gorąco.

background image

- Dobrze zrobiłeś. Ale rozumiem twoje uczucia, bo ja też życzyłam mu 

śmierci. Co się z nim potem stało?

- Przeżył, ale został zwolniony z wojska. Kuleje, chodzi o kulach i ma 

całą głowę w bandażach.