background image

LASS SMALL

Znowu razem

(To meet again)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wszystkiemu  winna  była  guma  do  żucia.  Gdyby  nie  ona,  wypadki  potoczyłyby  się 

zupełnie  inaczej.  Laura  Fullerton  miała  problemy  z  ciśnieniem  rozsadzającym  jej  uszy  w 
czasie lotu samolotem i nie wyruszała w drogę nie mając gumy pod ręką. Przypomniała sobie 
o  niej  w  ostatniej  chwili,  już  w  Chicago,  na  lotnisku  O’Hare.  Kupując  gumę  natknęła  się 
przypadkiem  na  Tabithę,  koleżankę  ze  studiów  na  Uniwersytecie  Bloomington,  w  stanie 
Indiana. Tak to się zaczęło. 

– Laura! – wykrzyknęła Tabitha z taką radością, jakby były co najmniej przyjaciółkami i 

nie widziały się od lat. 

Dźwięk  głosu  wydał  się  Laurze  znajomy.  Odwróciła  się.  Tabby,  jak  nazywano  ją  na 

studiach, zawsze dbała o swoją smukłą sylwetkę. Ubrana była w złociste, obcisłe spodium, na 
pewno  kupione  w  jakimś  bardzo  drogim  butiku.  Złocisty  kolor  znakomicie  pasował  do  jej 
czarnych włosów i zielonych oczu. Przypominała modelkę z okładki „Vogue”, z czasów gdy 
kobiety prezentujące modę musiały wyglądać jak drapieżne tygrysice. 

Laura  w  porównaniu  z  Tabby  była  bardzo  skormnie  ubrana.  Miała  na  sobie  granatowy 

klasyczny kostium i białą bluzkę, a jasne włosy upięła z tyłu głowy w praktyczny kok. Nosiła 
buty  na  płaskim  obcasie,  oczywiście  ze  względu  na  wygodę.  Bywała  częstym  gościem  na 
lotniskach i zdawała sobie sprawę z przestrzeni, które czasami musiała przemierzyć. 

– Dokąd  lecisz? – spytała  Tabby,  uśmiechając  się.  Jej  zęby  były  proste  i  naturalnie 

zaokrąglone,  aczkolwiek  można  się  było  spodziewać,  sądząc  z  jej  stylu  drapieżnego 
zwierzątka, że powinny okazać się malutkie i spiczaste jak u kotki. 

– Do Columbii w Południowej Karolinie, przez Atlantę. 
– Świetnie.  Daj  mi  swój  bilet,  to  zmienię  ci  rezerwację.  Zdążysz  na  połączenie,  a  do 

Atlanty polecimy razem, zgoda?

Laura, zaskoczona propozycją Tabby, odpowiedziała wymuszonym uśmiechem i lekkim 

skinieniem głowy. 

I  tak  oto  pewnego  kwietniowego  dnia  obie  kobiety,  które  łączyło  na  studiach  jedynie 

wspólne uczęszczanie na wykłady z greki, siedziały na lotnisku O’Hare w Chicago i czekały 
na samolot. 

– Jakie  to  niewiarygodne,  że  cię  spotkałam – zielone  oczy  Tabby  taksowały  Laurę  z 

pobłażliwym zainteresowaniem sytej i pewnej siebie kotki. 

Tabby wiedziała, że Laura ma trzydzieści lat, czyli że jest od niej tylko o... załóżmy, że o 

rok...  starsza,  co  zresztą,  niestety,  nie  było  prawdą.  Tabby  bowiem  unikała  trzydziestki  jak 
ognia.  Wprowadziła  dotychczas  już  trzy  małe  korekty  do  swojej  metryki.  Przyglądając  się 
koleżance zauważyła, że Laura była nadal tak samo szczupła jak w wieku osiemnastu lat. Jej 
włosy  miały  wciąż  ten  sam  niespotykany  płowy  odcień.  Tabby  zastanawiała  się,  czy 
jaśniejsze  pasma  zawdzięczała  słońcu,  czy  też  pracy  fryzjera?  Oczy  Laury  nie  były  chyba 
dawniej  aż  tak  niebieskie?  Niewiarygodne,  jak  wspaniały  efekt  można  osiągnąć  w 

background image

dzisiejszych czasach za pomocą szkieł kontaktowych... 

Rozmowa niezbyt się kleiła. W gruncie rzeczy mało się znały i niewiele miały sobie do 

powiedzenia. Laura dyskretnie przypatrywała się tłumowi, który przelewał się wokół nich w 
wielkim pośpiechu. 

Ach, Tabby, życie jest zadziwiające. Spotykam  ludzi,  których nie widziałam  już  od lat. 

Mam wrażenie, że wszyscy ciągle gdzieś biegną. Czy nie ma już osób, które po prostu idą do 
biura, pracują, a wieczorem spokojnie wracają do domu? Czy świat musi tak gnać i gnać?

– Powinnaś już przyzwyczaić się do tego, tak jak ja – odparła Tabby. – Ale wiesz, sądzę, 

że jedzenie w samolotach dawniej bywało lepsze... 

– Jak długo już tak żyjesz? Ciągle jesteś w podróży? – zapytała Laura. 
– Właściwie  od  czasu,  gdy  skończyłam  studia.  Dyplom  zrobiłam  chyba  zbyt  wcześnie. 

Przeskoczyłam kilka semestrów na samym początku. 

– Zawsze byłaś szybka – skomentowała Laura sucho. 
– Lauro, czy nosisz szkła kontaktowe?
– Nie, dlaczego pytasz?
– W ogóle nie nosisz okularów?
– Skądże! W mojej rodzinie wszyscy mają bardzo dobry wzrok. 
– Niewiarygodne – Tabby nie była przekonana. 
– A wiesz, kogo spotkałam w zeszłym tygodniu? Nigdy nie zgadniesz! Powiem ci: Ann 

Thompson!

– Ann Thompson? – powtórzyła Tabby. 
– Nie przypominasz jej sobie? Wyszła za mąż za George’a Millera. 
– Nie znałam żadnej Ann Thompson. Jak wygląda?
– Ma... 
– Pasażerowie lotu do Miami... – dobiegło z głośników. 
– To my – powiedziała Tabby wstając. 
– Do Atlanty, Jacksonville i Miami... – monotonnie ciągnął głos. 
Wzięły bagaże i skierowały się do wejścia na płytę lotniska. 
– Ann  Thompson...  – Tabby  nadal  powtarzała  to  imię,  usiłując  skojarzyć  je  z  osobą  j

Miała trudności z zapamiętaniem kobiet. 

W  tym  momencie  doszło  do  drugiego  wydarzenia,  które  przesądziło  o  losach  Laury.  Z 

tłumu dobiegł pytający, męski głos. 

– Laura?
– Peter? Jak się masz? – Laurą śmiechem zareagowała na pocałunek w policzek. Poczuła 

się zażenowana. Nie należała do osób, które każde spotkanie przypieczętowują pocałunkami. 

– Dopiero  niedawno  dowiedziałem  się,  że  rozeszłaś  się  z  Tomem  już  kilka  lat  temu –

powiedział Peter zupełnie swobodnie. – Dziwi mnie tylko, że to tak długo trwało... 

Temat nie był wygodny. Laura szybko przerwała Peterowi, zwracając się do Tabby:
– Przypominasz sobie Petera Watkinsa?
Tabby mężczyzn zawsze pamiętała i zareagowała entuzjastycznie. 
– Ależ oczywiście! Cześć, miło cię widzieć! Promienny uśmiech Tabby znikł, gdy Laura 

background image

zapytała:

– A jak się miewa twoja Molly?
– Molly i dwa brzdące – powiedział Peter, wyciągając zdjęcia. 
Dość  łatwo  udało  się  nakłonić  Petera,  by  w  samolocie  siedział  między nimi.  Rozmowa 

toczyła się wartko aż do chwili, gdy Peter zapytał:

– Słyszałyście o Tannerze? Przypominacie go sobie?
– Oczywiście, że go pamiętam – spokojnie odpowiedziała Tabby.
Natomiast Laura zaniemówiła. Ostrożnie, jakby przeczuwała, że coś jej zagraża, zapytała:
– Co się z nim dzieje?
– Miał potworny wypadek. Zupełnie rozbił  swojego porsche’a.  Z samochodu  właściwie 

nic nie zostało. – Peter pokiwał głową. 

– Ale co z Tannerem?
Laura  wstrzymała  oddech.  Znieruchomiała,  a  oczy  wyrażały  przestrach.  Czuła  szum  w 

głowie. 

W  wyobraźni  ujrzała  Tannera  i  to  niezwykle  wyraziście – wysokiego  i  szczupłego 

chłopaka, z ciemnymi, rozwichrzonymi włosami i bardzo niebieskimi oczami. 

Odpowiedź Petera dotarła do niej z oddali. 
– Z Tannerem wszystko w porządku. Siedzi teraz w wiejskim domu rodziców, na północ 

od  Myrtle  Beach.  Jest  tam  już  od  pewnego  czasu  i  pewnie  jeszcze  trochę  zostanie.  Ciągle 
jeszcze ma zwolnienie. Sądzę, że nigdy nie pogodzi się z utratą... 

Laura zakrztusiła się. 
–  ...  tego  porsche’a.  To  był  piękny  wóz.  Był.  W  tym  właśnie  sęk.  Co  za  kraksa! 

Widziałem  zdjęcia.  Cały  Tanner.  Któż  inny  wpadłby  na  pomysł,  by  obfotografować  śmierć 
swojego  mustanga.  Nie  widziałem  nigdy  człowieka  tak  kompletnie  opętanego  przez 
samochód... Z wraku wyciągali  go przez  godzinę. – Peter zaśmiał się ironicznie. – Szczątki 
każe  pewnie  spalić,  a  popioły  rozrzucić  na  dzikich  obszarach  dolnego  Manhattanu.  Tabby 
miała trochę niepewną minę. 

– Ktokolwiek I tam był, wie, że nie ma miejsca bardziej dzikiego na świecie niż Nowy 

Jork.  Rodzina  Tannera  posiada  tam  jakąś  ziemię – zaśmiał  się,  zachwycony  swoim 
dowcipem. – Kawałek wielkomiejskiej dżungli. 

– A co z nim, czy wszystko w porządku? – głos Laury zabrzmiał słabo. 
– Nie  widziałam  go.  Zdjęcia  samochodu  pokazał  mi  Charlie.  Pamiętacie  Charlie’ego? 

Widzimy  się  kilka  razy  do  roku,  to  tu,  to  tam.  Pełni  jakąś  funkcję  w  swojej  parafii. 
Uwierzyłybyście?  I  do  tego  jest  agentem  ubezpieczeniowym.  Ostatni  raz  spotkałem  go  w
Denvef. 

Laura wciąż była pod wrażeniem opowieści Petera i chciała z powrotem naprowadzić go 

na rozmowę o Tannerze. 

– Czym się teraz zajmujesz, Lauro? To podróż dla przyjemności czy w interesach?
– Studiowałam malarstwo, potem trochę malowałam, ale ostatnio postanowiłam zająć się 

dekoracją  wnętrz.  Mam  kontakt  z  pewnym  przedsiębiorstwem,  które  właśnie  zakłada  sieć 
domów  wypoczynkowych.  Dyrektor  widział  moje  prace  i  zgodził  się,  bym  przedstawiła 

background image

projekt wstępny. 

Peter pokiwał głową z roztargnieniem. 
– Czy panie lecą dalej do Miami? – zapytał żartobliwie. 
– Ja tak – Tabby przejechała językiem po wargach, odświeżając usta. Ciągle uśmiechała 

się do Petera. 

– A ja nie – Laura wciąż była myślami gdzie indziej. – Mam przedstawić swój projekt w 

Columbii, w Południowej Karolinie. 

– Słuchaj,  mam  świetny  pomysł! – zawołał  Peter.  – Jeśli  znajdziesz  trochę  czasu, 

powinnaś wpaść na wybrzeże i odwiedzić Tannera. Jest tam samotny jak palec. 

– Nigdy w życiu nie był sam – powiedziała sucho Laura. 
Peter uśmiechnął się rozbrajająco. 
– Ale  teraz  jest.  Zdążył  się  już  wyszumieć.  W  końcu  był  starszy  od  nas,  jak  pewnie 

pamiętasz. Znalazł się z nami na roku, bo wcześniej służył w Wietnamie. Zajrzyj do niego. Na 
pewno się ucieszy. Dom Moranów łatwo znaleźć. Jak będziesz już w Myrtle Beach, kieruj się 
na  północ,  za  Ocean Boulevard.  To  duży,  stary,  drewniany dom.  Nie  sposób  go przeoczyć. 
Pozdrów go ode mnie i kup mu kwiaty. Masz pieniądze. 

Peter wyciągnął portfel z wewnętrznej kieszeni i wręczył jej banknot. 
– Pamiętaj,  te  kwiaty  mają  być  nie  dla  Tannera,  ale  dla  jego  porsche’a.  Będzie 

zachwycony  moim  pomysłem.  Zadzwonię  do  niego  i  powiem,  że  przyjedzie  ktoś  w  moim 
zastępstwie. Zgoda? Masz, tu jest jego adres. Możesz  tam wpaść, kiedy zechcesz, w każdej 
chwili. 

Laura  z  ociąganiem  wzięła  banknot.  Nie  chciała  jednak  zobowiązać  się  do  złożenia 

wizyty.  Zastanawiała  się,  co  powinna  zrobić.  Tabby  i  Peter  dalej  plotkowali  o  wspólnych
znajomych. Laura nie uczestniczyła w rozmowie, wciąż myślała o Tannerze. Jechać do niego 
czy nie?

Pożegnała się z Tabby i Peterem w Atlancie. Zdawała sobie sprawę, że zostawia Petera 

sam na sam z niebezpieczną Tabby. Ale w końcu miał już trzydzieści lat i w dodatku kochał 
żonę i dzieci. Od lat podróżował, chyba był w stanie obronić się przed takimi kobietami, jak 
Tabby. 

Przedstawiła  swój  projekt  ludziom  zasiadającym  w  prezydium  firmy.  Słuchali  z  wielką 

uwagą, ale ona nie mogła się skupić tak jak powinna. Jej myśli wciąż obracały się wokół tego 
samego pytania: jechać czy nie?

Gdy wynajmowała samochód, nie była jeszcze pewna, ale kiedy znalazła  się na drodze, 

zdała sobie sprawę, że decyzję już dawno podjęła. Jedzie. 

Tanner. Już samo imię było dla niej ekscytujące. Przypomniała sobie, jak po raz pierwszy 

dostrzegła  go  w  campusie  Uniwersytetu  Bloomington.  Myślała  wtedy,  że  jest  wykładowcą. 
Wyróżniał się w tłumie studentów. Był starszy, bardziej pewny siebie. W porównaniu z nim 
inni słuchacze wyglądali na sztubaków. 

Minął  ją  raz,  gdy  przeskakiwała  przez  wąski  i  płytki  strumyk,  zwany  przez  studentów 

rzeką  Jordan.  Puścił  wtedy  do  niej  oko  i  kompletnie  ją  tym  zaskoczył.  Obróciła  się 
mechanicznie jak robot i gotowa była za nim iść. Ale on szybko poszedł dalej, wyciągając jak 

background image

bocian swoje długie nogi. Potrzebowała całego dnia, by się uspokoić. 

Samotnego  widziała  go  tylko  jeden  raz.  Ciągle  był  w  towarzystwie.  Roześmiany. 

Przyciągał  ludzi  jak  magnes.  Spokojny,  swobodny,  z  leniwym,  rozbrajającym  uśmiechem. 
Miał rozwichrzone ciemne włosy i niebieskie, rozbawione oczy. 

Tanner zawsze puszczał do niej oko, gdy ją spotykał. Nawet wówczas, kiedy otaczał go 

wianuszek  rozanielonych  dziewczyn.  Nigdy  o  tym  nie  zapominał.  Odczuwała  to  jako  coś 
bardzo  intymnego,  jak  pocałunek,  jak  jakąś  tajemnicę,  która  tylko  im  była  znana.  Zaczęła 
tęsknić.  Nocą,  gdy  w  domu  studenckim  leżała  na  swoim  starym  materacu  i  słuchała 
miarowego oddechu spokojnie śpiącej koleżanki, myślała tylko o nim. 

Ich pierwsze spotkanie było całkiem zwyczajne, bez fanfar. Stała, gdy nagle za plecami 

usłyszała jego głos. 

– Dzień dobry – powiedział po prostu. 
Odwróciła się speszona i zaskoczona. 
Laura  zapamiętała  tylko  wrażenie,  jakie  na  niej  wywarły  jego  niebieskie  oczy  z 

niewiarygodnie długimi rzęsami. Patrzył na nią z góry. Nie mogła przypomnieć sobie, czy się 
z  nim wtedy przywitała?  Prawdopodobnie nie. Była  taka oszołomiona! Nie, coś takiego nie 
powinno się było przytrafić młodej, niedoświadczonej dziewczynie! Tak, stanowczo była za 
głupia,  by  wiedzieć,  co  z  tym  wszystkim  począć,  jak  się  zachować.  Zawaliła  całą  sprawę  i 
straciła okazję. 

Ale to nie tak – pomyślała teraz. Tak naprawdę, to Tanner nigdy nie dał jej prawdziwej 

szansy. 

Wtedy  właśnie  ją  pocałował.  Zburzył  jej  z  trudem  wypracowaną  pozę  pewnej  siebie 

dziewczyny.  Pocałunek  ten  sprawił,  że  przez  długi  czas  stała  się  niedostępna  dla  innych 
mężczyzn. 

Po co teraz do niego jechała? Może po to, by stawić czoło tej dziwnej magii, która trwała 

od  tylu  lat?  A  może  wreszcie  dowie  się,  że  było  to  tylko  urojenie  i  uwolni  się  od  niego? 
Musiała to zrobić dla samej siebie. 

Wówczas gdy go poznała – była bezbronna. Nic nie rozumiała. Zachowała się jak idiotka. 

Po tym pierwszym pocałunku, odchodząc, pogłaskał jej ramię. Prawdopodobnie odczuł, jaki 
wstrząs w niej wywołał i postanowił zniknąć jak najprędzej. Zdał sobie sprawę, że jeśli jej się 
uda  rozluźnić  palce kurczowo  ściskające kilka  książek,  które  miała  ze  sobą,  to  wpije  się  w 
niego i już nigdy nie puści. 

Później zaobserwowała, że kobiety, będąc w jego towarzystwie, stanowczo za dużo sobie 

pozwalały. Ciągle go dotykały, głaskały, ocierały się o niego jak kotki. Jednak wcale mu to 
nie przeszkadzało. Był miły i zezwalał na to. A one widocznie bardzo go pragnęły. Wówczas 
wydawały się jej obrzydliwe. A teraz? Teraz – rozumiała je. Biedny Tanner. 

Pewnego dnia zauważyła, że i do innych też puszczał oko. Zorientowała się, że dla niego 

było to tyle, co pobieżny, nic nie znaczący uśmiech. 

Pierwszy  raz  zaproponował  jej,  by ze  sobą  chodzili  w  chwili,  gdy  właśnie  zgodziła  się 

być  z  Mike’em.  Wróciła  do  akademika  z  płaczem.  Ale  wiedziała,  że  gdyby  z  nim  poszła, 
oddałaby  mu  duszę.  Bała  się  ryzykować.  Czuła,  że  wciągnie  ją  w  jakiś  niebezpieczny  wir. 

background image

Wybrała spokój u boku Mike’a. Potem Tanner skończył studia i przepadł. 

Po  Mike’u  był  Tom,  z  którym  właśnie  się  zaręczyła,  kiedy  znów  pojawił  się  Tanner.  I 

znów straciła drugą szansę. Tanner szybko zniknął. 

Przeżyła wiele gorzkich dni. Tom był dla niej miły i w końcu zdecydowała się za niego 

wyjść.  Tanner  znienacka  przyjechał  do  South  Bend  na  ich  ślub.  Był  bardzo  spokojny, 
małomówny  i  poważny.  Pocałował  ją,  gratulując  zamążpójścia  i  to  prawdopodobnie 
ostatecznie  zrujnowało  ich  podróż  poślubną.  Tom...  no  tak,  to  wszystko  należało  już  do 
przeszłości. 

Ciekawe,  jak  Tanner  żył  przez  te  ostatnie  lata?  Może  się  ożenił?  Może  też  był 

rozwiedziony, tak jak ona? Musiał teraz mieć chyba już ze trzydzieści pięć lat! Myślała o nim 
nieustannie.  O  koszmarze  Wietnamu,  który  przeżył  i  wyszedł  z  tego  taki  nieskażony, 
pogodny. O tym strasznym wypadku, o którym opowiadał Peter. Wyobraziła sobie tę chwilę, 
kiedy znów się zobaczą. 

Czy to spotkanie z Tannerem wyleczy ją, czy wpadnie po uszy? Była przecież teraz o całe 

niebo  mądrzejsza!  Pracowała,  przedstawiała  swoje  projekty,  realizowała  się  w  zawodzie. 
Sądziła, że chyba już potrafi znaleźć się w każdej sytuacji. Umiała się wysłowić i zachować 
zimną krew. Jak teraz zareaguje na jego widok?

A jeśli w ogóle jej nie pozna? Peter przecież nie powiedział mu, kto ma go odwiedzić. A 

może potraktuje ją jako kolejną, nic nie znaczącą przygodę? Co ona właściwie tu robi? Na tej 
pustej szosie w Południowej Karolinie? Po tylu latach? Czyżby starała się dogonić stracony 
czas i przywołać nigdy nie zrealizowany świat dziewczęcych marzeń?

Laura zatrzymała się w Myrtle Beach. W kwiaciarni kupiła bukiet czerwonych goździków 

przybranych paprocią. Zestaw wydał się jej dość anonimowy, nadający się na każdą okazję. 
Nie miała już powodu, by dłużej odwlekać spotkanie. Skierowała się więc na północ, wzdłuż 
Ocean Boulevard, za miasto, do domu Moranów. 

Przyjechała pod wieczór. Dom stał na najwyższym miejscu w okolicy. Okna wychodziły 

na potężny Atlantyk. Palmy szumiały na wietrze. Niebo było zachmurzone, a białe grzywy fal 
rozbijały się o brzeg. Po raz pierwszy w życiu zobaczyła ocean. 

Wysiadając z  samochodu  wyprostowała się,  rozluźniła  mięśnie.  Rozejrzała się  dookoła. 

Szary,  drewniany  dom  stał  dumnie  z  głębokimi  gankami  i  szerokimi  oknami  otwartymi  na 
wiatr.  Koło  domu  rosły  starannie  pielęgnowane  wiosenne  tulipany.  Pod  butami  skrzypiał 
piasek. Schyliła się i wyjęła z samochodu pięknie zawinięty bukiet. 

Wchodząc po schodach i na ganek, naumyślnie głośno stukała obcasami. 
Czy  usłyszał  samochód?  Czy  ją  obserwuje?  Swobodnie  rozglądała  się  na  wszystkie 

strony,  nie  chciała,  by  poznał,  że  jest  speszona.  Usiłowała  ukryć  zdenerwowanie.  Udawała 
nawet przed sobą, że świetnie się bawi. 

Nagle skrzypnęły drzwi. Obróciła się z lekkim uśmiechem. Więc jednak ją obserwował. 
Był ubrany w lekki, sportowy strój i opierał się na kuli. Wyszedł z domu przyglądając się 

jej uważnie, ale bez uśmiechu. Była pewna, że jej nie poznaje. 

– Cześć, Tanner!
Był jeszcze bardziej urzekający niż przed laty. O Boże, w co ja się pakuję? Pomyślała w 

background image

nagłym popłochu. 

– Laura – rzucił lakonicznie. 
– Jednak mnie pamiętasz? – uśmiechnęła się uprzejmie, jednocześnie kurczowo ściskając 

łodygi kwiatów. 

– Bardzo dobrze. 
– Nic się nie zmieniłeś. 
– Trochę jestem pokiereszowany. Ale ty wyglądasz jak... Wierzyć mi się nie chce, że tu 

jesteś – mówił bardzo cicho. 

Twarz miał wciąż poważną. Nie uśmiechnął się ani przez moment. 
– Natknęłam  się  na  Petera  w  samolocie  z  Chicago.  Powiedział,  że  tu  jesteś,  więc 

przyjechałam  z  Columbii.  Peter  przysyła  kwiaty  dla  twojego  porsche’a – zaśmiała  się 
niepewnie, wyciągając bukiet. 

Wziął wiązankę, wciąż patrząc na nią z uwagą. 
– Dziękuję. Stali sztywno. 
Nie wiedziała, co ma teraz zrobić. Nie zaprosił jej do środka. Prawdopodobnie miał tam 

cały harem i nie życzył sobie żadnych wizyt. 

– Wejdź, proszę – nagle przypomniał sobie o roli gospodarza. 
Zawahała  się  trochę.  Nie  powinna  przecież  godzić  się  zbyt  szybko  i  okazywać 

entuzjazmu. 

– Przyjechałaś z Columbii? Co tam robiłaś? – przytrzymał jej drzwi, by weszła. 
Zwróciła uwagę na wystrój wnętrza. Dom był większy, niż wydawał się na pierwszy rzut 

oka.  Widziała  szereg  pokoi  najwyraźniej  nie  zamieszkanych.  Meble  powleczone  były 
pokrowcami chroniącymi przed kurzem, piaskiem i słonym powietrzem. 

– Jak tu wspaniale – powiedziała. 
– Ten dom jest jak stare srebro. Lekkie rysy dodają mu piękna – patrzył na nią uważnie. –

Ludzie, którzy w nim tyle lat przebywali pokryli go patyną miłości. 

Zdziwiło ją to określenie – „patyna miłości”? Mówił dalej głosem głębokim i miękkim. 
– Już  czwarte  pokolenie  żyje  w  tym  domu.  Pradziadkowie  kupili  go  po  to,  by  dzieci  i 

wnuki  mogły  lato  spędzać  razem.  Dom  jest  przesiąknięty  śmiechem  i  radością  tych 
wszystkich pokoleń. Pomyśl tylko, co by opowiedział, gdyby umiał mówić. Uśmiechnął się z 
lekkim zakłopotaniem. 

– Za dużo gadam. Od razu widać, że żyję tu jak pustelnik. 
– Podoba mi się to, co mówisz. 
– Mnie też. – Patrzył na nią z uwagą, w skupieniu. Poruszył się gwałtownie, jakby zdając 

sobie sprawę z tego, że wpatruje się w nią zbyt intensywnie. 

– A co u Toma? – zapytał. 
– Gdy ostatni raz miałam od niego wieści, miewał się dobrze. 
– To znaczy kiedy? – znieruchomiał. 
– Trzy... nie, cztery lata temu. Rozeszliśmy się po kilku latach. 
– Nie wiedziałem o tym. Słyszałem, że pracujesz, ale nikt nigdy nie wspomniał o żadnym 

rozwodzie. Czy wyszłaś po raz drugi za mąż? – przyglądał się jej bacznie. 

background image

– Nie. A ty? Ożeniłeś się?
– Też nie. 
Ruszyli równocześnie, jakby chcieli przerwać napięcie, które pojawiło się między nimi. 
Tanner  zaniósł  kwiaty  od  Petera  do  kuchni.  Laura  automatycznie  poszła  za  nim,  nagle 

uświadamiając sobie, że zawsze chciała to uczynić, od lat – po prostu iść za nim. 

Wstawił kwiaty do pustego wazonu, nalewając wodę. 
– Nie mogę chodzić po schodach, ale mogę cię oprowadzić po parterze. Dom ma ładny 

rozkład. Chodź. Zobacz. 

Pokazał  jej  wszystkie  pokoje.  Drzwi  i  okna  były  pootwierane  na  oścież.  Dom  pachniał 

wiatrem i morzem. Tanner szedł utykając, podpierał się kulą. 

Laura uważnie oglądała obrazy, które wisiały na ścianach. Tłumaczył jej, skąd się wzięły 

i  kto  je  malował. Prawie  wszystkie przedstawiały  morze,  palmy, dom  lub  łódki,  bądź  jakąś 
kombinację  tych  tematów.  Większość  z  nich  została  namalowana  przez  członków  rodziny. 
Wydawały  się  jej  czarujące,  choć  prezentowały  różny  poziom – zależny  od  uzdolnień 
autorów.  Oprócz  tematu  obrazów  zwracał  także  uwagę  na  ich  kolorystykę.  Wiedziała,  że 
kolor w obrazie jest najważniejszy. 

Od niedawna interesowała się też materiałami, więc i na nie zwróciła szczególną uwagę. 

Spodobał  jej  się  bogaty  w  desenie  dywan,  leżący  jak  mieniąca  się  kolorami  mozaika  na 
posadzce w bibliotece. 

Widok z ganku był  wprost oszałamiający. Na horyzoncie kołysała się żaglówka. Pejzaż 

jak na zamówienie!

Zapadła cisza. Poczuła się skrępowana. Chciała ją przerwać, a właściwie zapragnęła znów 

usłyszeć jego głos, więc zapytała:

– Gdzie zazwyczaj mieszkasz?
– Tam gdzie pracuję. 
– Aha. Żeglujesz? – spróbowała innego podejścia. 
– Ostatnio raczej nie. 
– Nie? – w czasie rozmowy miała powód, by na niego patrzeć. 
– Cierpisz na chorobę morską?
– Nigdy jeszcze nie pływałam. Jestem lądowym szczurem, kobieta z prerii. 
– Będziesz więc musiała spróbować. Chyba trochę zostaniesz?
Wahała się. 
– No więc? Uratujesz mnie od śmiertelnej nudy – powiedział to bardzo serio. 
– Nie wierzę, byś kiedykolwiek się nudził. 
– Właśnie odkryłem, że moje życie, jak dotąd, było potwornie nieciekawe. 
Zastanowiła się nad wymową jego słów – co chciał jej powiedzieć?
– Mogę  przytrzymać  ci  drzwi  i  wnieść  twoje  bagaże.  Ale  ze  schodami  wciąż  sobie  nie 

daję rady. Wybacz. 

– Nie martw się. Jestem mocna. Poradzę sobie – uśmiechnęła się. 
– Nie mów, bo się przestraszę... Ja się boję silnych kobiet!
Roześmiała się, odchylając głowę do tyłu i ciesząc się z chwili odprężenia. Dlaczego była

background image

taka spięta? Przecież naprawdę życzył sobie, by została. 

– Prawdopodobnie  chcesz  wziąć  prysznic  i  przebrać  się  w  coś  wygodniejszego.  Mam 

nadzieję, że przywiozłaś jakieś mniej eleganckie stroje. Jeśli nie, to mamy tu całą szafę pełną 
różnych szmat. Nic modnego, ale za to są wygodne. Poszukaj tam, a na pewno coś znajdziesz. 

Jak łatwo udało się mu namówić ją do pozostania. A właściwie dlaczego by nie? Dom był 

obszerny,  przygotowany  na  przyjęcie  niespodziewanych  gości.  Miejsca  było  dość,  nawet 
domowe łaszki można było w nim znaleźć. No i w końcu miał takiego gospodarza, że... 

Nie była jednak pewna, czy w jego towarzystwie chce być tak ubrana, jakby była u siebie 

w domu – w luźne, wygodne ciuszki. Chciała wyglądać ładnie. 

Ale  szafę  sprawdzi.  Może  będzie  tam  jakaś  intrygująca  kreacja,  coś  miękkiego  i 

zmysłowego? Śmiejąc się z samej siebie pomyślała, że babska głupota nie zna granic!

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Tanner wciąż jeszcze nie wierzył, że Laura Fullerton naprawdę z nim była! Laura z krwi i 

kości, w jego domu! Niewiarygodne! Czuł, że nie powinien zbytnio poddawać w wątpliwość 
jej  obecności,  bo  mogłaby po  prostu  rozpłynąć  się  jak  marzenie.  Ojciec  mówił  mu  zawsze: 
„Nie wątp akceptuj”. 

Nigdy nie był w stanie przestać się dziwić, że kobieta może wyglądać tak jak Laura. Była 

tak  delikatna  jak  księżniczka  z  bajki.  Prawdziwa  dama.  Może  mu  się  to  wszystko  śni?  Nie 
bardzo wiedział, jak ma się zachować, będąc z nią sam na sam. W czasie studiów tylko raz 
mu  się  to  udało.  Zawsze  była  otoczona  przez  mężczyzn.  Przez  stado  samców, 
neandertalczyków z rękami do ziemi i śliną cieknącą im z pożądania. 

Uśmiechnął się sam do siebie. Wyobraził sobie, jak postąpi, jeśli Laura tu z nim zostanie. 

Na  razie  nie  odmówiła,  więc  chyba  przyjęła  jego  zaproszenie?  Jeśli...  W  każdym  razie  nie 
wolno mu zapomnieć, na którą nogę utyka. 

Nie pozwoliła mu gnieść walizki. 
– Potrzymaj  tylko  drzwi – poprosiła.  W  przedpokoju  zawahała  się,  nie  wiedząc,  gdzie 

dalej pójść. Postawiła walizkę i niepewnie spojrzała na Tannera. 

– Na dole są sypialnie służby – uśmiechnął się, ciągnąc dalej jakby od niechcenia – ale 

możesz też wybrać pokój na górze, jeden z północnych, naprzeciw schodów lub służbówkę na 
poddaszu. Oprócz ciebie nie ma tu nikogo, masz więc duży wybór. 

Nie  chciał,  żeby  poczuła  się  zagrożona  lub  zmuszona.  Starał  się,  aby  wszystko,  co 

postanowi, pochodziło z jej własnego wyboru, by miała wrażenie, że panuje nad sytuacją. 

Zgodnie z jego oczekiwaniami Laura była niepewna. Nigdy jeszcze nie znajdowała się w 

podobnej sytuacji i nie wiedziała, jak się ma znaleźć. Szybko powiedziała:

– Nigdy w życiu nie byłam na wybrzeżu. 
– Nie bywałaś na Florydzie podczas wiosennych ferii? – zapytał nonszalancko. 
– Zostałam  wychowana  dość  surowo.  W  czasie  przerwy  pomagałam  w  domowych 

wiosennych porządkach. Rodzice mówili, że to wystarczające urozmaicenie. Poza tym, było 
naprawdę sympatycznie. Bawiliśmy się wspaniale. Mam trzy siostry, jesteśmy prawie w tym 
samym wieku, rok, dwa lata różnicy. Są wesołe i pracowite... 

– Poznałem je na twoim weselu. 
– Prawda. Zapomniałam. 
– Ja jestem jedynakiem. 
– To niedobrze. Uśmiechał się lekko. 
– Ale za to mam dużo kuzynów. Przyjeżdżają tu – mówiąc to, wskazał na dom. 
– Ach tak? No cóż, chyba pójdę na górę – ciągle się wahała. 
– Przykro mi, że nie mogę ci pomóc. 
Poczuła znów potrzebę opowiedzenia czegoś o sobie. 
– Dam  sobie  radę.  Nauczyłam  się  podróżować  z  niewielkim  bagażem.  Dżentelmeni, 

którzy pomagają damom nieść walizki, najwyraźniej odeszli w przeszłość. 

background image

Nie  zapomnę  nigdy,  jak  pewien  dobrze  zbudowany  chłopak,  z  małą  torbą  podróżną  na 

ramieniu, przyglądał się na lotnisku w Dayton moim zmaganiom z dwiema walizkami i jedną 
torbą. Od czasu do czasu mile go wspominam. 

– Prawdopodobnie  nie  skojarzył  niepowodzeń,  które  go  prześladują,  z  faktem,  że 

zachował się w stosunku do ciebie niegrzecznie. – Tanner roześmiał się, ale zaraz spoważniał, 
mówiąc: – Zresztą, chyba musiał być nieuprzejmy w stosunku do innych ludzi – głos Tannera 
wyrażał żal, że taka przykrość spotkała Laurę ze strony źle wychowanego chłopaka. 

Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Nie znalazłszy juz żadnego argumentu, który 

pozwoliłby jej odroczyć/ostateczną decyzję wejścia po schodach i wyboru pokoju, podniosła 
śmiało walizkę i zaniosła ją na górę/

Był tokrok, który miał zaważyć na jej dalszym życiu. Już wtedy wydawało jej się, że nie 

ma odwrotu. Zostaje z Tannerem. Nie chciała myśleć, co będzie dalej. Na razie nic innego się 
nie liczyło. 

Tanner obserwował, gdy wchodziła na górę. Zrobiła na nim duże wrażenie. No tak, sam 

był  sobie  winien.  Spodziewał  się,  że  jednak  wybierze  jeden  z  pokoi  na  dole.  Niestety, 
powiedział jej już, że nie może chodzić po schodach. Nie była to jednak prawda, świadomie 
skłamał. Chciał, aby czuła się bezpiecznie... A teraz żałował. 

– Szafa  z  rzeczami  dla  gości  to  ta  środkowa,  przy  pierwszej  łazience!  Znalazłaś? –

zawołał do Laury. 

– To ta? – dobiegł z góry jej głos. – Aha, są ręczniki. Tak, znalazłam!
Na wszelki wypadek, idąc do kuchni, starannie odmierzał kroki i głośno stukał kulą, żeby 

mogła słyszeć. Chwała  Bogu, że  miał  dobrze zaopatrzoną lodówkę. Z góry dochodził  szum 
wody. Oparł się o stół i nagle wyobraził ją sobie nagą pod strumieniem wody, opływającym 
jej ciało. 

Nie mógł wciąż uwierzyć, że była tu z nim. Czyżby naprawdę zdecydowała się zostać? 

Może nawet jest szansa na to, że się będą kochali? Obrócił się i mocno opierając na szeroko 
rozstawionych  rękach  aż  jęknął,  jak  z  bólu.  Musiał  potrząsnąć  głową  i  nabrać  głęboko 
powietrza, by dojść do siebie. 

Zanim usłyszał jej  lekkie  kroki  zbiegające po  schodach,  zdążył  już  przygotować sałatę, 

rozmrozić dwa steki w kuchence mikrofalowej i rozpalić węgiel drzewny w grillu na tarasie 
kuchennym. 

– Przygotuj się! Gotów? Już! – zawołała. Odwrócił się w radosnym napięciu, już z góry 

uśmiechając się na myśl, że za moment ją zobaczy. 

Otworzyła  drzwi.  Zeskakując  z  ostatnich  stopni  rozłożyła  szeroko  ręce  i  z 

wystudiowanym dramatyzmem krzyknęła:

– Tarara!
Miała  na  sobie  męską  koszulę  przepasaną  krawatem.  Przez  chwilę  odniósł  wrażenie, 

jakby  to  było  wszystko,  co  miała  na  sobie.  Zabiło  mu  serce,  gdy  uniosła  rąbek  koszuli,  by 
pokazać  mu...  drugą  część  swego  ubioru.  Były  to  bardzo  obcisłe  szorty  joggingowe. 
Szczęśliwie więc ominął go atak serca. Śmiał się coraz głośniej, głównie z samego siebie. 

Laura uznała, że ten jego śmiech jest po prostu oznaką dobrego humoru. 

background image

– W czym mam pomóc? – od razu zauważyła, że poczynił przygotowania do kolacji. –

Mam nakryć do stołu?

– Nie, będziemy jedli z patelni – udawał zdziwionego. 
– Nieelegancko – odpowiedziała wyniośle i zaczęła szperać po szafkach i szufladach, nie 

pytając go o pozwolenie. 

– Szkoda, że wcześniej nie wiedziałem, że jesteś znów wolna – powiedział nagle. – Może 

wtedy szybciej bym wyzdrowiał?

– Dlaczego? – Laura była zaskoczona. Nie wiedziała, co posiedzieć, więc zażartowała: –

Do tego wszystkiego jeszcze się trułeś, jedząc z brudnych patelni?

– Jestem maniakiem czystości. Zawsze zmywam po sobie. Masz śliczną fryzurę – zmienił 

temat. 

– Nie znalazłam więcej spinek do włosów. 
– Pójdę później na górę i zobaczę, czy uda mi się coś wyszukać. 
– Mówiłeś, że nie możesz chodzić po schodach – popatrzyła na niego uważnie. 
– Niosąc  walizki – wytłumaczył  chytrze  i  uśmiechnął  się  lekko,  jak  gdyby  z  czystej 

grzeczności. 

– Rozumiem – ale  nie  była  w  pełni  przekonana.  Siedzieli  na tarasie,  przy  okrągłym 

metalowym  stole,  na  którym  postawili  kwiaty  od  Petera.  Stół  był  lekko  zniszczony,  lecz 
wygodny. Świetnie mieścił się w kącie tarasu, gdzie znajdowały się też dwie ławy. Tuż obok 
tarasu rosły drzewa, które rzucały przyjemny cień, a pomiędzy grubymi pniami przeświecało 
morze. Widok był piękny. 

Tanner  tylko  lekko  przysmażył  steki,  więc  Laura  zaniosła  swój  z  powrotem,  by 

przyrządzić go tak, jak lubiła – mocno wysmażony. Nie mógł zrozumieć, co odrażającego jest 
we krwi, która tryskała, gdy kroił mięso na talerzu i dlaczego Laura odwracała oczy. 

Sałata bardzo jej smakowała. Chwaliła wyśmienity sos. Gdy zapytała, jak go przyrządził, 

wyliczył  niewiarygodną  wprost  ilość  przypraw  i  ziół.  Nie  wiedziała,  czy  mu  wierzyć,  a  on 
zdziwił się, dlaczego Laura wątpi w jego prawdomówność. 

Gdy opowiadał o sosie, podniósł maleńki listek sałaty i udał, że głęboko zastanawia się 

nad składnikami, a jednocześnie językiem zwilżał wargi. 

Laura obserwowała go skrycie. Nie myślała jednak o sosie i sałacie. W wyobraźni nagle 

ujrzała, jak pieści jej ciało. Była zgorszona swoimi marzeniami. 

Gdy skończyli jeść, odniosła do kuchni naczynia i znalazła w lodówce pół szarlotki. 
– Pieczesz? – zapytała zdziwiona. 
– Nie, mam miłą sąsiadkę, która od czasu do czasu coś mi podrzuca – twarz jego była bez 

wyrazu. 

– My, w South Bend, też mamy takich sąsiadów. – Pilnie zabrała się do krojenia ciasta, 

dodała też lodów śmietankowych. Opierając się na kuli, przytrzymał drzwi, podczas gdy ona 
wnosiła talerzyki z deserem. 

– Twoja  sąsiadka  to  istna  perła – pochwaliła  po  pierwszym  kęsie.  Zamknęła  oczy  i 

westchnęła z rozkoszą: – Pyszne!

– Bardzo mi  pomaga – uśmiechnął się na myśl o Pam, przemiłej sąsiadce, która już  od 

background image

dłuższego czasu próbowała go uwieść i podrzucała mu swoje wypieki. Niestety, nie miała u 
niego żadnych szans. 

– Powinnam zgłębić sekrety kuchni tej twojej sąsiadki. 
– Nie sądzę, by chciała się nimi z tobą podzielić. 
– Był  bardzo  rozbawiony  swoją  odpowiedzią,  choć  zdaniem  Laury  nie  było  w  niej  nic 

śmiesznego. 

A Znam takie osoby. Podadzą ci przepis, ale najważniejszy szczegół ominą, tak że całość 

się nie uda. Niestety, chyba nie mam zdolności kulinarnych. 

– Z tym stekiem obeszłaś się dość brutalnie. Jadasz tylko wysmażone?
– Dobrze powiedziane – skinęła głową. 
– Staram się szybko uczyć, kto i co lubi – zgodził się. 
– Naprawdę?  Pamiętam  tylko,  że  na  studiach  ciągle  otaczała  cię  chmara  dziewczyn.  I 

pamiętam,  jaka  byłam  rozczarowana,  gdy  odkryłam,  że  do  nich  wszystkich  puszczasz  oko. 
Widocznie  sądziłeś,  że  wszystkie  to  lubimy.  A  od  czasu,  gdy  tu  jestem,  jeszcze  tego  nie 
zrobiłeś. 

– Rezerwuję to na specjalną okazję. 
– Ach  tak? – popatrzyła  na  niego  uważnie.  – Czyżbyś  miął  zamiar  całkowicie  mnie 

zaskoczyć?

– Żłobię co w mojej mocy. 
– Będę musiała się przygotować. Zajęła się znów szarlotką. 
– Czy to formalne ostrzeżenie?
– Nie do końca!
– Słuchaj, Tanner... – przerwała. 
– Powiedziałem ci kiedyś, że nikt nie potrafi mojego imienia tak wymówić, jak ty?
– Tanner?
– Kiedy wymówiłaś je po raz pierwszy, o mały włos się nie przewróciłem. 
– Nie przewróciłeś się, jedynie pogłaskałeś mnie po ramieniu... 
– I pocałowałem cię – przypomniał. – Ale ty pocałunku nie oddałaś. 
– Nigdy  przedtem  nie  znałam  osoby  podobnej  do  ciebie – ton  jej  głosu  był  bardzo 

poważny. – Zrobiłeś to znienacka. Nie byłam przygotowana. 

– Ale  teraz  musisz  być  przygotowana.  – Przysunął  się  bliżej  i  zauważył,  że  jej  źrenice 

rozszerzają się. Nie odsunęła się. Pochylił się nad nią i lekko pocałował w usta. 

– Dzień dobry, Lauro – głos miał niski i trochę schrypnięty. 
Przełknęła ślinę, zamykając oczy, a on pocałował ją znów i poczuł, że naraża się na to, że 

za chwilę zamieni się w jakiś dzikie, pożądliwe zwierzę... A tak bardzo chciał być opanowany 
i nie okazać swojego pożądania. 

– Tanner...  – zrobiła  przeczący  ruch  głową,  otworzyła  oczy,  a  wyraz  ich  był  bardzo 

poważny. – Jeszcze mnie nie atakuj, proszę. 

Powiedziała Jeszcze”. Zaczerpnął głęboko powietrza i powiedział:
– Błagam, nie ruszaj się i nie powiedz nic zwykłego. 
– Na przykład?

background image

– No wiesz... „Cześć, jak się masz” albo „Pewnie będzie deszcz”. Nic z tych rzeczy. 
Parsknęła lekko. 
– Kiedy do mnie mówisz, to wyobrażam sobie, że mnie całujesz. 
Powiedział  to  zupełnie  serio.  Gdyby  tylko  flirtował,  nie  byłoby  to  dla  niej  takie 

niepokojące. 

W  zakłopotaniu  szybko  zwilżyła  językiem  wargi  i  zerknęła  na  niego.  Chciała  coś 

powiedzieć, ale Tanner znów ją pocałował. 

– Tanner... – szepnęła. 
– W porządku – stwierdził i odsunął się, by wstać. 
– Nie – zaprotestowała. 
– Już czuję, że oszaleję w twoim towarzystwie. Nawet nie mogę uciec – dodał. – Ach, ta 

noga i ta kula!

– Biedaku!
– Uważaj, współczucie działa na mnie podniecająco. Poklepała go po ramieniu i odrzekła 

z udawanym angielskim akcentem:

– Trzeba trzymać fason, panie kolego. Tanner usiłował stłumić gromki śmiech. 
– Oj, głuptasie – powiedziała z demonstracyjnym politowaniem i Wstała od stołu. 
Z łatwością dawał sobie radę z kulą. Pomógł jej zanieść naczynia do kuchni i wstawić do 

zmywarki. 

– Chwała Bogu, że jesteś. Spojrzała na niego pytająco. 
– Nigdy nie udawało mi się zapełnić tego praktycznego urządzenia. Spodziewałaś się, że 

powiem coś innego?

– Prawdę  mówiąc,  nie  sądziłam,  że  masz  aż  taki  problem  ze  zmywarką...  Gdybym 

wiedziała, przyjechałabym wcześniej. 

– Nie myślałem ani przez chwilę, że się rozwiedziesz. Sądziłem, że wychodzisz za mąż 

na całe życie. 

– Też tak sądziłam – włączyła zmywarkę. – A ty? Nie rozumiem, dlaczego nigdy się nie 

ożeniłeś. 

– Byłem zbyt zajęty. 
– Czym?
– Dość skomplikowanymi sprawami... Siedzę kombinatorów. Oszustów gospodarczych. 
Odpowiedział  na  jej  pytanie  z  grzeczności,  ale  widać  było,  że  nie  chce  o  tym  mówić. 

Informacja  była  skąpa.  Jasne  było,  że  niczego  więcej  nie  doda.  Zapadła  pełna  oczekiwania 
cisza, zanim Laura ostrożnie zapytała:

– Ale jak właściwie zarabiasz na życie?
– Badam dziwne wydarzenia. 
– Na przykład?
– Na przykład, że ktoś ma pieniądze, choć ich mieć nie powinien. Interesują mnie ludzie, 

którzy nagle pojawiają się w nieoczekiwanych miejscach. Tego typu zawiłe sprawy. 

– Czy to niebezpieczna praca?
– Rzadko. 

background image

Spodziewała się, że zaprzeczy. 
– Co to znaczy: rzadko? – zapytała. 
– Na ogół ludzie szanują prawo. Ale są i tacy, którzy chcą je przechytrzyć. Gdy wpadną, 

odbywa się to jak w każdej grze z elementami ryzyka – idą do więzienia albo muszą płacić. 
Nic wielkiego. Spróbowali, ale się nie udało. Ot, zwykli oszuści gospodarczy. Czasami jednak 
zdarza się, że ktoś zareaguje naprawdę jak kryminalista. Takiego faceta ogarnia wściekłość na 
tego, kto go złapał. Bywa to wtedy bardzo nieprzyjemne... 

– Ten wypadek, który miałeś... ?
– Jest bardzo dokładnie badany. 
– Przez kogo?
– Przez moich przełożonych. 
– Wolałbyś, bym się zbytnio nie dopytywała? – odgadła. 
– Nie ma o czym opowiadać. 
– Rozumiem. 
Oparła się o ścianę. Przez chwilę milczeli. 
– Wiesz, ciągle jestem zdziwiona, że tu jestem. Więcej, zdumiona – stwierdziła poważnie. 
– Pamiętam, jak cię zobaczyłem po raz pierwszy. Przechodziłaś przez naszą rzekę Jordan. 

Miałaś na sobie błękitną sukienkę, podczas gdy wszystkie inne dziewczyny były w szortach 
lub  w  dżinsach.  Śniłaś  mi  się  po  nocach.  Jedyny  nasz  wspólny  wykład...  etyka,  na  miłość 
boską... nie pamiętam z niego ani słowa! Siedziałem dwa rzędy za tobą, trochę z boku, bym 
mógł cię podziwiać. Pożerałem cię wzrokiem, a ty nawet o tym nie wiedziałaś. 

– Tanner – ostrzegła. 
– Nie denerwuj Się. Pozwolisz, że pocałuję cię na dobranoc?
– Nie wiem, czy to dobry pomysł. Oczy mu się roziskrzyły. 
– Jestem dorosłym mężczyzną, mogę się opanować. Nie musisz się mnie bać. 
– Więc nie wejdziesz przez pomyłkę do cudzej sypialni w środku nocy w poszukiwaniu 

łazienki?

– Obiecuję, że nie… – uroczyście podniósł prawą dłoń. 
– Dobrze ale dopiero, kiedy przyjdzie czas zgodziła się, czując przyjemny dreszczyk na 

myśl o oczekiwaniu na pocałunek.

– Moglibyśmy już teraz trochę poćwiczyć – zaproponował. 
Przez chwilę była zaskoczona. Potem popatrzyła na niego ubawionym i trochę karcącym 

wzrokiem. 

– A  jeśli  zawalę  sprawę? – argumentował.  – Zepsułoby  to  nam  całą  noc.  Powinniśmy 

stanowczo już teraz popróbować – nie dawał za wygraną. 

– Tanner – potrząsnęła głową, głośno wzdychając – naprawdę przesadzasz. 
– Jasne. 
– No to przestań. Udawał załamanego. 
– Widzę, że próbowałeś zostać aktorem?
– A, jednak chwyt mi się udał? Prawdę mówiąc, tego akurat ćwiczyć nie musiałem. 
Chytry uśmiech Tannera wyraźnie ją ubawił. 

background image

Na  szczęście  nie  zapomniał  wziąć  kuli,  gdy  przechodzili  do  salonu.  Stał  tam  bardzo 

piękny,  rozkładany  stolik  do  kart  z  wiśniowego  drewna.  Leżały  na  nim  częściowo  złożone 
puzzle, którymi Laura się zainteresowała. Spędzili prawie godzinę, usiłując je powoli ułożyć, 
aż do chwili, gdy Laurę opanowała senność. 

– Chyba  pójdę  się  położyć.  Mam  za  sobą  dość  męczący  dzień – powiedziała  z  lekkim 

zakłopotaniem. 

– Świetnie. Teraz już musisz mnie pocałować... na dobranoc!
Uśmiechnęła się do niego z ukosa. 
– Nie  bądź  taki  szybki  Bill!  Pierwszego  wieczoru  pocałuj  mnie  w  rękę,  a  drugiego  w 

policzek... 

– A co mnie czeka za tydzień lub dwa?
– To  tajemnica.  Moja  mama  zawsze  mówiła,  że  co  nagle,  to  po  diable.  Na  wszystko 

trzeba czasu. 

– Doprawdy?
– Chcesz mnie teraz pocałować?
– Tak, jeśli nie zastąpi to pocałunku na dobranoc!
– To będzie właśnie pocałunek na dobranoc. Przyglądał się jej trochę nieufnie. Oczy miał 

przymrużone, ale uśmiechnięte. 

– Słuchaj,  może  ty  współpracujesz  z  jakąś  szajką  szukającą  zemsty,  którą  kiedyś 

przyłapałem na gorącym uczynku?

– Ależ oczywiście – zgodziła się natychmiast. 
– Byłem tego pewien – Tanner wyraźnie się angażował w grę. – Odszukali cię wiedząc, 

że  od  lat  mam  u  ciebie  obiecany  ten  pocałunek.  Czym  cię  przekupili,  byś  zgodziła  się 
przyjechać i tak potwornie mnie męczyć?

– Nie zgadniesz. 
– Drogocennymi klejnotami?
– Włóż to między bajki. Wszystko musieli oddać! I jeszcze uiścić karę... I jeszcze długo 

nie będą mieli pieniędzy, by się wypłacić. 

Tanner nagle spoważniał, jakby ogarnął go lęk. 
Wstał  szybko,  opierając  się  na  kuli.  Dobrze  mu  to  wyszło.  Potem\  wyciągnął  rękę  i 

podniósł z krzesła Laurę. 1

– Muszę się oprzeć o ścianę – stwierdził. – Chcę cię objąć. 
Dała się nabrać. 
Kulę postawił obok, zanim ją przytulił. Tym gestem chciał jej przypomnieć, że niedawno 

miał ciężki wypadek i wywołać jej współczucie. Przyciągnął ją do siebie, czując jej ciało przy 
swoim, rozkoszując się intymnością chwili. Jego silne dłonie głaskały jej biodra i plecy.

Obejmował ją, przedłużając uścisk w nieskończoność i zmuszając do czekania. Chciał, by 

zdała  sobie  sprawę  z  jego  bliskości,  by  z  pełną  świadomością  na  niego  reagowała.  Był 
bezlitosny.  Nie  wiedział,  jak  długo  uda  mu  się  ją  zatrzymać,  musiał  więc  wykorzystać  tę 
okazję do końca. 

Jeśli już ma spędzić bezsenną noc, to niech ona też cierpi. 

background image

Z  premedytacją  musnął  jej  usta  wargami.  Podniosła  twarz,  by  odwzajemnić  jego 

pocałunek, ale cofnął się i powiedział:

– Musiałem się upewnić, że tam właśnie są. Mam prawo tylko do jednego pocałunku, nie 

chcę się więc pomylić i spudłować. 

Laura nie zmieniła swojej pozycji, jej usta też pozostały nieruchome. Tak naprawdę to nie 

słyszała słów. Jej uwagę zwracały drobne, pulsujące dreszcze, przebiegające przez ciało. 

Lekki zarost ukłuł ją w policzek, a gorący oddech, wydobywający mu się z ust, palił ją w 

ucho. 

– Zgubiłem twoje usta. Czy są tu? – wyszeptał nagląco. 
– Tak, tu – udało jej się jakoś wykrztusić. Oddychała nierówno. Teraz całą uwagę skupiła 

na nim. Elektryzował ją. Pragnęła go. 

Całował jej szyję w pogoni za ustami, podczas gdy dłonie czule gładziły plecy. Oparł się 

mocniej o ścianę i przyciągnął ją ku sobie, przywierając do niej całym ciałem. 

Wtedy  dopiero  ją  pocałował.  Skoncentrował  uwagę  Laury  na  tym  pocałunku  do  tego 

stopnia, że ustami wpiła się w jego wargi i trwała tak, pomimo jego prób oswobodzenia się. 
Sprawiło mu to diabelną rozkosz i satysfakcję. 

Zdecydował  się  w  końcu  przerwać  ten  pocałunek.  Pomógł  jej  nawet  odsunąć  się. 

Rozluźnił  jej  ramiona,  które  nadal  trwały  w  uścisku  i  spokojnie  ujął  ręce,  które  ku  niemu 
wyciągała. Podniósł je łagodnie, tłumacząc:

– Dziś  całuję  cię  w  rękę.  Czy  jutro  dostąpię  zaszczytu,  bym  mógł  cię  pocałować  w 

policzek? – i uśmiechnął się po łobuzersku. 

Wymamrotała coś niezrozumiale, z trudnością przełykając ślinę. 
Skierowała się ku schodom i wtedy musnął dłonią jej plecy. Zawahała się i odwróciła, ale 

on powiedział tylko:

– Dobrej nocy, Lauro. 
– Mhm – szepnęła na wpół świadomie. Triumfował. Ani przez chwilę nie miał wyrzutów 

sumienia. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Laura  umyła  zęby,  zaplotła  włosy  w  warkocze  i  przebrała  się  w  swój  nocny  strój –

koszulkę i krótkie majteczki. Nie lubiła piżam. 

Leżąc w łóżku, w ciemnym pokoju, zdała sobie sprawę z tego, jak wielki był ten dom i 

jak bardzo stał na uboczu. 

Skupiła się na wsłuchiwaniu w obce dla niej dźwięki. Najpierw rozpoznała potężny szum 

morza rozbijającego się o brzeg, później – szmer palm powiewających na wietrze, który dął 
prawie nieustannie. Różne dziwne odgłosy przypomniały jej, że dom  był  stary i drewniany. 
Chwilami trzaskał lekko, jak wysłużona łajba płynąca po wzburzonym morzu. 

Jednak  zmęczenie  ukróciło  wyobraźnię.  Za  wszelką  cenne  starała  się  nie  dopuścić  do 

siebie myśli, że w tym domu są duchy. Postawiła sobie natomiast kilka zasadniczych pytań. 
Czy  to  prawda,  że  ona – Laura  Fullerton – może  pozwolić  sobie  na  tak  skandalicznie 
nieodpowiedzialne zachowanie – nocuje w domu mężczyzny, którego nie widziała od siedmiu 
lat! No, właściwie – od sześciu lat, dziewięciu miesięcy i dwunastu dni. Było dość istotne, że 
nie  pamiętała,  kiedy  ostatni  raz  widziała  swojego  byłego  męża,  natomiast  dokładnie 
wiedziała, ile czasu minęło od ostatniego spotkania z Tannerem. Widzieli się po raz ostatni w 
dzień jej ślubu z Tomem, wtedy właśnie, gdy Tanner Moran zrujnował  jej podróż poślubną 
owym nieszczęsnym pocałunkiem. 

Czy jakikolwiek mężczyzna mógł całować tak jak on? Problem wydawał się interesujący, 

ale myśli powoli uciekały i zapadła w drzemkę. Poruszyła się niespokojnie. 

Zmysły tliły się we śnie. Niepokój narastał, w miarę jak rosło pożądanie, ale Tanner z jej 

snów był niedostępny i okrutny. Drażnił ją i męczył. 

Nagle dał się słyszeć głośny dźwięk. Nie mógł to chyba być silnik samochodu, przecież 

drogą  prawie  nikt  nie  jeździł.  Może  strzał?  Prawdopodobnie  jednak  był  to  odgłos 
zatrzaskiwanych  drzwi.  W  każdym  razie  ten  dźwięk  o  mały  włos  nie  przywołał  jej  do 
świadomości,  ale  za  wszelką  cenę  usiłowała  pogrążyć  się  z  powrotem  w  senne  marzenia. 
Wreszcie zapadła w głęboki, spokojny sen. 

Tanner czekał,  aż  Laura  zaśnie.  Łóżko  zaskrzypiało,  gdy się  położyła  i  jego pragnienie 

nagle  buchnęło  jak  płomień.  Odłożył  kulę  i  zaczął  krążyć  po  pokoju.  Stara,  drewniana 
podłoga  zaskrzypiała.  Wziął  więc  kulę  i  przeniósł  się  do  swojego  pokoju.  Położył  ją  koło 
łóżka  i  otworzył  okno.  Przerzucił  nogi  przez  parapet,  ostrożnie  spuszczając  się  na  ziemię. 
Szedł wolno, by nie nadwerężyć powoli gojących się blizn. 

Nie mógł jeszcze biegać. W szpitalu obiecano mu jednak, że wróci do pełnej formy. A to 

ironia  losu,  pomyślał.  Spędził  rok  w  Wietnamie,  bez  jednego  zadraśnięcia,  a  teraz  mógł 
zginąć w głupim wypadku samochodowym! Cudem zresztą z niego wyszedł. Niektóre kości 
nafaszerowane miał metalem, rany pooperacyjne goiły się wolno. Z pewnością jednak zostaną 
mu blizny. 

Na  razie  szramy  były  ohydne.  Gdyby  chciał  kochać  się  z  Laurą,  musiałby  to  robić  w 

background image

ciemności.  Widok  jego  ran  mógłby  ją  przestraszyć.  Jemu  nie  przeszkadzały.  Cieszył  się 
przede  wszystkim  z  tego,  że  ocalał.  Zaraz  po  wypadku  nie  było  pewności,  że  się  z  tego 
wyliże.  Ocknął  się  jednak  z  pełną  świadomością,  z  wyraźnym  poczuciem  rzeczywistości. 
Dźwięki  były  czyste,  kolory  wyraziste.  Świat  widział  w  najdrobniejszych  szczegółach. 
Wiedział, że żyje!

Potem  się  sobie  przypatrzył.  Będzie  musiał  pożegnać  się  ze  swoim  dawnym  sposobem 

bycia.  Był  w  opłakanym  stanie.  Lewa  ręka  sterczała  w  jakiejś  przedziwnej  pozycji,  piersi  i 
żołądek  przeszywał  nieustający,  nieznośny  ból.  Powoli,  krok  po  kroku,  sprawdzał,  czy 
wszystko ma na swoim miejscu. Chwała Bogu! Jednak był szczęściarzem. 

Całe życie będzie błogosławił ludzi, którzy mu wtedy pomogli. Zapamiętał tę delikatną na 

pozór  kobietę,  która  wcisnęła  się  do  samochodu,  przysuwając  się  do  niego  jak  najbliżej  i 
uściskiem  ręki  tamowała  krew.  Dzięki  niej  nie  wykrwawił  się,  zanim  go  nie  wyciągnęli  z 
samochodu. Mówiła do niego spokojnie, tłumaczyła, co się stało i dlaczego. Zapewniła go, że 
będzie żył. 

Zapamiętał  też  dużego  i  silnego,  choć  bardzo  łagodnego  mężczyznę,  który  widząc  go 

płakał  jak  dziecko.  Ile  sprzeczności.  Przecież  to  on  właśnie  powinien  był  wykazać  się 
opanowaniem, a kobieta ronić łzy. 

Dlaczego musimy tak wiele doświadczyć, by zrozumieć, ile współczucia i miłości kryje 

się w ludziach?

Tanner  dowiedział  się  później,  że  odpowiedzialny  za  wypadek  kierowca  drugiego 

samochodu  zginął  na  miejscu.  Na  ogół  tacy  właśnie  przeżywali.  Tym  razem  uratowała  się 
ofiara. 

Szczęście już nieraz mu dopisywało. A jednak nie mógł wciąż uwierzyć, że Laura jest u 

niego. Zawrócił z nocnego spaceru i zmęczony położył się do łóżka. 

Nie  spał  dobrze  tej  nocy.  Nigdy  jeszcze  nie  był  tak  niespokojny.  Leżał  z  otwartymi 

oczyma,  myślał  o  swoim  nastroju  i  zastanawiał  się,  czy  bierze  się  stąd,  iż  zna  już  teraz 
kruchość życia. Nauczył się, że nie wolno go marnować. Być może właśnie teraz będzie miał 
szansę wypełnić darowane mu życie miłością?

Ale czy Laura potrafi go kochać?

Obudził  się  wcześnie.  Wstał  i  szybko  narzucił  na  siebie  bawełnianą  koszulę  z  długimi 

rękawami. Włożył miękkie bawełniane spodnie, które miały ukryć blizny. Pamiętał też o tym, 
by  wziąć  kulę.  Sprawdził  wiadomości  na  automatycznej  sekretarce.  Nigdy  nie  odbierał 
telefonów.  W  kilka  miejsc  oddzwonił,  pozostałe  informacje  skasował.  Potem  pracował  na 
komputerze  i  wypił  kawę  na  tarasie.  Na  myśl  o  Laurze  ogarniał  go  niezwykły,  prawie 
melancholijny nastrój. 

W  kwietniowej ciszy, zwiastującej zbliżające  się lato, przyszła do niego wcześnie rano. 

Rozpuszczone  włosy  spływały  łagodnie  na  lekką,  jasnozieloną  sukienkę  z  granatowym 
wzorkiem,  która  nadawała  jej  oczom  grafitowy  odcień.  Ciepły  wietrzyk  powodował,  że 
sukienka  przylegała  do  ciała.  Podniosła  rękę,  by  odgarnąć  pasmo  miękkich  włosów,  które 

background image

zasłaniały twarz i uśmiechnęła się do niego. Uśmiech ten wywołał szybsze bicie jego serca. 

– Nie wstawaj – powiedziała widząc, jak unosi się z krzesła, aby ją powitać. 
– Nie sądziłem, że obudzisz się tak wcześnie. 
– Jestem  rannym  ptaszkiem.  Kocham  poranki.  Za  to  wieczorami  dość  wcześnie  jestem 

senna. 

– Aż tu było słychać, jak chrapiesz. 
– To  nieładnie,  że  o  tym  wspominasz.  – Udawała  urażoną,  a  jednocześnie  patrzyła  na 

niego iskrzącym, figlarnym wzrokiem – Co jadasz na śniadanie?

– Wszystko, co się da. 
– Widzę, że jesteś kobietą idealną. 
Słowa  te  były  wypowiedziane  żartobliwie,  ale  Tanner  spuścił  wzrok,  by  nie  zobaczyła, 

jak bardzo jej obecność go zachwycała. 

– Robię najlepsze grzanki na świecie – powiedział. 
– A ja smażę jajka na bekonie. 
– No to do roboty!
Weszli do środka. Gdy wyjmowali naczynia ze zmywarki, Laura zapytała:
– Kto tu właściwie sprząta?
– Raz w miesiącu przyjeżdża ekipa, która sprząta cały dom, od góry do dołu. Odkurzają i 

szorują  jak  szaleni.  Wtedy  najlepiej  się  ewakuować.  Mogliby  przez  pomyłkę  wyrzucić 
człowieka razem ze śmieciami lub przykryć pokrowcem. Ale bez paniki! Następnym razem 
zjadą pierwszego maja. 

Oparł  się  o  stół  i  przyglądał  Laurze,  jak  krzątała  się  przy  kuchni.  Śniadanie  jedli  na 

tarasie. 

– Taki olbrzymi dom,  a my nic,  tylko  ciągle  przesiadujemy na tej odrapanej starej

werandzie – zauważyła ze śmiechem. 

– Jutro możesz zabrać się do malowania werandy. Nie mam nic przeciwko temu. 
– Czyli mam tylko jeden dzień wolny! – zawołała. 
– To dlatego, że nie należysz do związków zawodowych. 
– Przypomniałeś  mi,  że  powinnam  zadzwonić  do  biura.  Chciałabym  trochę  tu 

popracować. Oczywiście, jeśli pozwolisz. Będę potrzebowała sporo miejsca. Czy jest tu może 
jakiś duży stół?

– Mam stół kreślarski, którego nie używam – odrzekł. 
– Niewiarygodne. 
– Mogę ci dostarczyć wszystkiego, czego dusza zapragnie. 
Odchylił się i założył ręce na szerokiej klatce piersiowej. Przyglądał się jej uważnie. 
– No więc w takim razie potrzebne mi są próbki jedwabiu we wszystkich kolorach oraz 

komplet  farb.  Pędzle  oczywiście  też.  I  dobra  elektryczna  temperówka  do  ołówków.  Papier 
pakowy. No wiesz, rzeczy, które są potrzebne wszystkim artystom. 

Sama śmiała się ze swych absurdalnie wygórowanych żądań. 
– Nie, mówiąc poważnie, jeśli jest tu stół kreślarski, to mam i przy sobie wszystko, co mi 

potrzebne do pracy przez kilka dni. Gdzie jest telefon?

background image

– Muszę ci pokazać – powiedział, zbierając talerze. 
– Trochę go zmodyfikowałem. Dzięki temu nigdy głośno nie dzwoni. Wystarczy jednak 

kilka drobnych zmian, a zacznie działać zwyczajnie. 

– Masz uczulenie na dźwięk telefonu?
– Nie lubię ludzi, którzy marnują mój czas. Zrozumiała to na swój sposób. Widocznie po 

tym straszliwym wypadku chciał mieć spokój i nie tracić czasu na głupie rozmowy. 

Uporali się z naczyniami i przeszli do gabinetu. Wskazał jej telefon i zaczął tłumaczyć, co 

trzeba zrobić, by cały system znów normalnie funkcjonował. 

– Co  to  właściwie  jest?  Widzę,  że  masz  automatyczną  sekretarkę,  ale  te  wszystkie 

urządzenia... ? Nic z tego nie rozumiem. Powtórz, proszę. 

– To jest filtr, a to zagłuszacz i jeszcze kilka innych drobnostek. 
Popatrzyła na niego uważnie, marszcząc czoło. 
– Zagłuszacz?
– Niektóre informacje są... ściśle tajne. 
– Które?
– Dane finansowe pewnych osób albo zastrzeżone prywatne numery. Nic ważnego. 
– Mogę już zadzwonić? – zapytała. 
Zbliżyła się do urządzenia, które wyglądało jak telefon. 
– Zaraz. Tu są przełączniki. Jak będziesz się posługiwała telefonem, musisz je wyłączyć. 

O,  tak!  Powiesz  mi,  jak  skończysz  rozmawiać.  Sprawdzę,  czy  są  włączone  z  powrotem  i 
działają. W porządku?

– Muszę się tylko zgłosić w moim biurze. Nie podam twojego numeru. 
– Możesz dzwonić dokąd chcesz i kiedy chcesz. 
Nie ruszył się z miejsca. Oparł się o ścianę i zamierzał całkiem otwarcie przysłuchiwać 

się jej rozmowie. 

Ubawiło ją to i włączyła głośnik, by słyszał wszystko. Czy wyświadczyłby jej podobną 

grzeczność? Chyba nie!

Wystukała numer. Telefon natychmiast odebrała jej sekretarka, Jeanine. 
– Laura? – zapytała. – Jak poszło?
– Jeszcze do końca nie wiadomo, ale wygląda na to, że dobrze. Będzie to ciekawe zajęcie. 

Jestem  u  przyjaciół  nad  morzem  i  wstępne  rysunki  chcę  wykonać  tutaj.  Będę  dzwoniła 
codziennie w południe, zgoda? Wszystko w porządku?

– W najlepszym. Długo cię nie będzie?
– Sama nie wiem. Dam ci znać. 
Odłożyła słuchawkę i przyglądała się, jak Tanner włącza wszystkie przełączniki. 
– Nie zapytałem, czym się zajmujesz – stwierdził. 
– Studiowałam malarstwo. Zaczęłam od portretów, bo to moja największa pasja. Ostatnio 

zajmuję  się  dekoracją,  dobieraniem  kolorów  i  materiałów  do  specjalnych  wnętrz.  Jest  to 
fascynujące  zajęcie,  ale  tak  do  końca  nie  wiem,  czy  chcę  się  w  to  bawić.  Pierwszymi 
zleceniem,  które  otrzymałam,  było  przygotowani  wystroju wnętrza  domu  wypoczynkowego 
pewnej  firmy.  Wiesz,  taki  dom  dla  gości  oraz  zasłużonych  pracowników.  Nad  jeziorem 

background image

Michigan. Dom dość duży, ale nie taki jak twój. Powiedziano mi, że mam Wolną rękę. Więc 
urządziłam  go  z  myślą  o  wakacjach  rodzinnych.  Słoneczniki  w  jadalni,  misie  i  baloniki  w 
(mniejszych  pokoikach,  tapety  w  polne  kwiatki  w  głównej  sypialni.  Bardzo  to  było  miłe  i 
świeże. Skończyłam i zgłosiłam się do właściciela. 

Przyszedł do mojej pracowni w South Bend. Z jego twarzy nie dało się wyczytać niczego. 

Poczekał, aż zostaliśmy sami i powiedział:

– Sądzę,  że  zaszło  jakieś  nieporozumienie.  Gdy  mówiłem,  że  ma  to  być  dom 

weekendowy, nie miałem na myśli rodziny. Czy teraz pani rozumie? Ma to być miejsce, do 
którego mężczyźni mogą przyjeżdżać, no powiedzmy, z przyjaciółkami. 

– Niewiniątko – uśmiechnął się Tanner. – I co ty na to?
– Początkowo czerwieniłam się i jąkałam. W końcu udało mi się wykrztusić, że się tym 

zajmę. 

– No i... ?
– Najpierw wyrzuciłam misie, potem baloniki i słoneczniki. Cały ten projekt wydawał mi 

się niesmaczny, ale czułam się w obowiązku naprawić swój błąd. Zmieniłam kolory, dodałam 
lustra i trochę złośliwie palmy. Pianino. Nie posunęłam się do czerwonych obić na drzwiach. 

– To  szlachetne  z  twojej  strony.  Czy  usiłował  cię  namówić,  byś  uczestniczyła  w 

inauguracji?

– Skąd wiesz?
– Wiem ponadto, że się nie zgodziłaś. Pewnie się jeszcze za tobą ugania?
– Tak. 
Przyglądała mu się przez chwilę, potem zapytała z ciekawością:
– Jak mogłeś o tym wiedzieć? Czy to typowo męskie zachowanie? Ma żonę i dorastające 

dzieci.  Jego  żona  to  bardzo  miła  kobieta.  Kocha  go.  Sądzę,  że  on  też  ją  kocha.  Dlaczego 
ugania się za innymi kobietami? I dlaczego właśnie za mną? Nie nadaję się na kochankę. W 
najlepszym  wypadku  byłabym  bardzo  nieudolna.  Cały  czas  w  stosunku  do  niego 
zachowywałam się  bardzo  formalnie  i  urzędowo.  Nigdy się  do  niego  nie  przymilałam  i  nie 
dawałam mu do zrozumienia, że jestem w jakikolwiek sposób nim zainteresowana. 

Od  tamtego  czasu  zawsze  sprawdzam,  co  będę  dekorować.  Dwie  inne  „rozrywkowe”

oferty odrzuciłam. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. I chociaż przyjmuję od niego zlecenia 
i korzystam z kontaktów, nie czuję się w obowiązku iść z nim do łóżka. 

Rzęsy Tannera kryły jego oczy, gdy rzekł łagodnie:
– Prawdopodobnie zaskoczyło go, że spotkał kobietę, która jeszcze potrafi się rumienić i 

to go zaintrygowało. Jak również fakt, że nie usiłowałaś go czarować. 

Żachnęła się. 
– Ależ  to  absurdalne!  Chcesz  powiedzieć,  że  aby  się  od  niego  uwolnić,  powinnam 

spróbować go uwieść i... 

– Nie!
– Przecież właśnie powiedziałeś... 
– Zachowujesz  się  w  sposób  profesjonalny,  właśnie  tak,  jak  trzeba.  Nie  bądź  zbyt 

przyjazna, ale bądź grzeczna i rzeczowa, gdy się z nim spotykasz. 

background image

– Jesteś mężczyzną. Powiedz, wytłumacz mi, dlaczego tamten tak się zachowuje?
– Nie będę obiektywny. 
Miał na myśli jej urodę i sposób, w jaki na niego działała. 
– Sądzisz więc, że wszystko, co robią mężczyźni jest w porządku?
– Tego nie powiedziałem – zaprzeczył. 
– Stwierdziłeś, że nie jesteś obiektywny. Czy ty też uganiasz się za każdą kobietą, która ci 

się spodoba? Łazisz za nią i usiłujesz dopaść?

– Zawsze byłem wybredny. 
– Ale... 
– Muszę jednak powiedzieć, że podziwiam jego gust, jeśli chodzi o kobiety. 
Uśmiechnęła się leciutko. 
– Podobam ci się?
Pytanie  to  wymknęło  jej  się  z  ust,  zanim  zdołała  pomyśleć,  co  mówi.  Sama  była  nim 

zaskoczona. 

– Niewiarygodnie!
– To miło z twojej strony. 
– Nie wiem, czy „miło”, to dobre określenie. 
– A może chcesz, bym pomogła ci urządzić wnętrze tego domu na inaugurację nowego 

sezonu letniego?

Zwilżył językiem wargi, a potem rzekł poważnie:
– Pomyśl o tych wszystkich kuzynach, którzy byli tutaj z rodzicami. Sądzę, że nigdy nie 

kochali naprawdę, co najwyżej uprawiali seks. 

Potrząsnął głową ze smutkiem. 
– Prawdopodobnie  dom  z  tego  powodu  tak  trzeszczy  i  stęka.  Jest  sfrustrowany –

westchnął zabawnie, udając współczucie. 

Zaśmiała się, filuternie przekrzywiając głowę. 
– Ach – wykrztusiła, zakrywając twarz. – Gdyby on był taki dowcipny jak ty, to pewnie 

nie oparłabym mu się. Masz zabawne pomysły!

– Potrafię mieć pomysły urzekające – pozwolił sobie na lekki uśmiech. 
Ochłonęła trochę i spojrzała na niego. Była wciąż uśmiechnięta, ale oczy pozostały trochę 

nieufne. Po śniadaniu pokazał jej stół kreślarski. 

– Skąd masz taki stół? Kto przy nim pracował?
– Potrzebowaliśmy  wysokiego  stołu,  by  małe  dzieci  nie  mogły  go  dosięgnąć.  U  nas  w 

rodzinie  prawie  każdy  ma  jakieś  hobby,  często  związane  z  małymi,  ostrymi,  lub  wręcz 
niebezpiecznymi przedmiotami. 

– Co masz na myśli?
– No wiesz, strzelby, szable, noże – powiedział tajemniczo. 
– Strzelby? – zapytała zdziwiona. 
– Jesteśmy tu na wybrzeżu od dawna. Miejsce jest dość odosobnione. Być może dlatego 

jeden  z  moich  wujków  zaczął  interesować  się  bronią.  Potem  przerodziło  się  to  w  hobby. 
Powstała  wcale  pokaźna  kolekcja  broni  palnej.  Niektóre  egzemplarze  są  bardzo  piękne.  W 

background image

przyszłości mam zamiar przekazać cały zbiór do muzeum. 

– Boję się broni. 
– Strzelby są jak żmije. Trzeba się z nimi obchodzić ostrożnie. 
– Boję się, ale strzelać potrafię – pochwaliła się Laura. 
– Wcale nie chcę cię namawiać, byś mi pokazała, jak strzelasz. 
– Mój ojciec zawsze mówił, że każdy powinien umieć strzelać. W końcu nie wiadomo, co 

może człowieka wryciu spotkać. 

– Miał rację – skinął głową z aprobatą. 
– Mam nadzieję jednak, że nigdy nie będę musiała tego robić. Umarłabym ze strachu. 
– Nie będzie takiej potrzeby. Obronię cię! Przysunął się do niej ostrożnie. Kula trochę mu 

przeszkadzała,  ale  objął  Laurę  i  przyciągnął  do  siebie.  Nie  stawiała  oporu.  Oczy  ich  się 
spotkały. Tanner powoli schylił głowę i pocałował ją. 

Jego bliskość niej uspokajała, wręcz przeciwnie. Odczuwała ciągle ten) sam wewnętrzny 

chaos,  ten  sam  wir  uczuć.  Była  nim  wciąż  oszołomiona.  Nie  mogła  mu  się  oprzeć  i 
odwzajemniła pocałunek. 

Z  nieznanych  powodów  puścił  ją  nagle.  Usiłowała  uporządkować  myśli  i  zrozumieć, 

dlaczego się tak głupio zachował. Wtedy Tanner zaproponował, że odwiezie jej samochód do 
firmy, z której go wypożyczyła w Myrtle Beach. Była wciąż zdezorientowana, ale opanowała 
się na tyle, by dość rzeczowo zapytać:

– Możesz prowadzić samochód? Czy nie zaszkodzi to twojej nodze?
– Nie ma sprawy. Boli mnie tylko lewa noga. Prawa jest całkiem w porządku. 
– Jesteś w stanie pojechać za mną do miasta i odwieźć mnie z powrotem?
– Jak najbardziej. Sprawi mi to dużą przyjemność. Tanner bardzo chciał jak najszybciej

pozbyć się wynajętego samochodu, jedynej dla Laury możliwości ucieczki. 

Ku radości Laury wracali drogą wzdłuż morza. 
– Wydaje mi się, że w jakimś poprzednim wcieleniu byłam piratem – powiedziała. 
– W poprzednim czy w równoległym? – spytał. 
– W  równoległym?  Nigdy  takiej  możliwości  nie  brałam  pod  uwagę.  Nie,  myślałam  o 

czasie przeszłym. 

Ogarnął ją pełnym zachwytu wzrokiem, gdy zwróciła twarz ku morzu i zapatrzyła się w 

fale. Wiatr targał jej włosy. Pod cienkim materiałem sukienki wyraźnie rysowały się smukłe 
kształty. 

– Z pewnością są sytuacje, w których dobrze jest być piratem – stwierdził. 
– A co byś robił, gdybyś nim był? – zapytała. – Może zdobywałbyś różne skarby?
– Wyłącznie ciebie. 
Zaśmiała się sądząc, że to miły żart. Ale on nie żartował. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Laura  przez  cały  dzień  pracowała  w  ciszy.  Nie  było  słychać  ani  samochodów,  ani 

dzwonów kościelnych. Dom Moranów był naprawdę uroczym azylem. 

Przywiozła  z  Columbii  plany domków  wypoczynkowych.  Chodziło  o to, by posługując 

się  różnymi  farbami  i  materiałami  nadać  każdemu  z  identycznych  domków  indywidualny 
charakter. Kilku innych dekoratorów również miało przedstawić swoje projekty. Zamierzała 
wykorzystać  kilka  stylów – wiktoriański,  orientalny,  nowoczesny.  Potem  zaprojektowała 
różne  zestawy  kolorów,  ołówkiem  szkicowała  możliwe  rozwiązania.  Straciła  zupełnie 
poczucie czasu. 

Dopiero  głód  przywołał  ją  do  rzeczywistości.  Oderwała  się  od  pracy,  gdy  z  kuchni 

zaczęły  dolatywać  bardzo  smakowite  zapachy.  Rozpoznała  aromat  chili.  Odłożyła  ołówek  i 
podążając  za  zapachem  poszła  do  kuchni,  gdzie  Tanner  pilnie  mieszał  coś  w  olbrzymim 
garnku. 

– Tak właśnie myślałem. Tylko kuszące chili jest w stanie oderwać cię od pracy. Trzeba 

przyznać, że potrafisz się skoncentrować. Czy zauważyłaś chociaż, że przeniosłem cię wraz 
ze stołem do drugiego pokoju?

Myślami wciąż jeszcze była przy projektach i nie od razu zorientowała się, że żartuje. 
– Nie  opowiadaj – odpowiedziała  niepewnie,  choć  trwało  chwilę,  zanim  sobie 

przypomniała, że wyszła z tego samego pokoju, do którego weszła rano. 

– A to co?
– Grzanki z topionym serem. 
Po  zjedzeniu  pachnących  grzanek  zabrali  się  do  sprzątania  kuchni.  W  pewnej  chwili 

Tanner pochylił się po płyn do mycia naczyń. Koszula wysunęła mu się ze spodni, ukazując 
okropne, jeszcze świeże blizny na lewym boku. Położyła na nich rękę, mówiąc cicho:

– Powinieneś chodzić w szortach i bez koszuli, by dopuścić słońce i świeże powietrze. Na 

opalanie może jeszcze za wcześnie, skóra jest zbyt delikatna. 

Czując dotyk jej dłoni, znieruchomiał. Obawiał się, że zareaguje przerażeniem. Dopiero 

naturalność jej zachowania uspokoiła go. 

– Nie  zaszkodziłoby  mi  pewnie  chwilę  poleżeć  na  tarasie  w  cieniu – zgodził  się.  –

Pójdziesz ze mną?

– Dobrze.  Ale  czuję,  że  do  rozmowy  się  nie  nadaję.  Pewnie  zaraz  zasnę.  Nie  jestem 

przyzwyczajona do morskiego klimatu, wczoraj spałam jak zabita. 

– Cieszy mnie, że na widok mych ran nie robi ci się niedobrze – powiedział cicho. 
– Kiedy  chodziłam  do  szkoły,  pracowałam  społecznie  w  szpitalu,  na  oddziale 

chirurgicznym. Było to jeszcze w czasach, gdy chciałam zostać lekarzem. Przyzwyczaiłam się 
wtedy do widoku blizn. Nauczyłam się je traktować jako znak udanej operacji i nie myśleć o 
bólu, który się z nimi wiąże. 

Jednak  trochę  denerwował  się  na  myśl  o  zdjęciu  przy  niej  koszuli.  Wyszli  na  taras. 

Poruszał  się  sztywno,  zakłopotany  jej  obecnością.  Szybko  zdjął  koszulę  i  rozłożył  ją  na 

background image

dwuosobowym leżaku. Usiadł i ruchem ręki wskazał miejsce obok siebie, zapraszając, by się 
I do niego przyłączyła. 

Nie  mogła mu  odmówić.  Blizny czyniły  go  dziwnie  bezbronnym.  Usiadła  obok  niego i 

przeciągnęła się ziewając. 

– Powinieneś jednak ubrać się w szorty – przypomniała. 
– Niedługo to zrobię – obiecał. 
Jego  udo  wyglądało  okropnie.  Postanowił,  że  zanim  je  odsłoni,  da  jej  jeszcze  trochę 

czasu, by przyzwyczaiła się do mniejszych blizn na piersi, plecach i na lewym ramieniu. 

– Ale  twój  chirurg  to  prawdziwy  artysta – przejechała  lekko  palcem  po  szwie,  dzięki 

któremu udało się uratować jego ramię. – Wierz mi, potrafię docenić jego kunszt. Gdy blizna 
zblednie, sam będziesz to podziwiał. 

Pomyślał, że z takim podejściem być może zniesie nawet widok jego uda. 
Z równym zainteresowaniem obejrzała bliznę na jego piersiach. Rana była głębsza, gdyż 

w czasie wypadku kierownica wbiła mu się w klatkę piersiową w brzuch.

– Przypatrzyłeś  się  temu? – zapytała.  – Chyba jednak  tak,  w  końcu  jest  to  twoje  ciało. 

Zobacz,  jak  tu  założono  szwy!  Bardzo  zgrabnie!  Miałeś  szczęście,  trafiłeś  na  geniusza  w 
swoim fachu. Znałeś tego chirurga?

– Nie, czysty przypadek. Akurat miał dyżur w dzień mojego wypadku. 
– Anioł stróż nad tobą czuwał. 
– Sam zaczynam w to wierzyć. 
Laura pochyliła się i czule pocałowała bliznę na jego ramieniu. 
– Jestem szczęśliwa, że wszystko się dobrze skończyło. 
– Ja też. 
Odsunęła się, by położyć się obok niego. Tanner obrócił się na lewy bok, twarzą do niej, 

kryjąc blizny. 

– Wciąż nie wierzę, że tu jesteś. Tak często marzyłem, że się obrócę i że będziesz obok... 

nie mogę wprost uwierzyć, że to prawda. 

– Tanner... 
– Bardzo cię pragnę. 
– Trochę się tego boję. 
– Mnie bać się nie musisz. 
– Obawiam  się  nie  ciebie,  ale  raczej  samej  siebie.  Nie  wiem,  czy to,  co  odczuwam,  to 

miłość,  czy  tylko  szalone  pożądanie.  Nie  jestem  w  stanie  się  opanować,  gdy  jestem  blisko 
ciebie.  Nie  wiem,  czy  chcę,  żebyś  dzielił  ze  mną  życie.  Przecież  dopiero  od  niedawna 
nauczyłam  się  być  niezależna.  To  coś  wspaniałego  mieć  własny  zawód,  o  wszystkim 
decydować  i  być  za  wiele  rzeczy  odpowiedzialną.  No  i  odnosić  sukcesy.  Przedtem  zawsze 
byłam pod czyjąś opieką – to ojca, to uniwersytetu, to męża. Dopiero teraz zorientowałam się, 
że moje możliwości są duże. Jestem dobra w tym, co robię. Nie... nie bardzo wiem, czy chcę, 
by coś innego zaprzątało moją uwagę. 

– Chcesz powiedzieć, że mogłoby mi się to udać? – głos Tannera był trochę zachrypnięty. 

Podniósł zdrową prawą rękę, by odgarnąć kosmyk włosów z jej czoła. 

background image

– Nie wiem dlaczego, ale wciąż mi się wydaje, że usiłujesz uśpić moją czujność, by mnie 

uwieść. 

– Nigdy – uśmiechnął  się  ciepło  i  dodał: – Chcę  ci  tylko  pokazać,  że  jestem  tobą 

zainteresowany. 

– A może sądzisz, że to ja ciebie uwiodę?
– Na pewno bym się nie bronił – uśmiech Tannera pogłębił się. – Zresztą, przypomniałem 

sobie, że nie podziękowałem ci za pomoc w sprzątnięciu kuchni. 

Pochylił się nad nią i pocałował ją. Gdy podniósł znów głowę, dostrzegła w jego oczach 

pragnienie i niepewność. Spuścił wzrok. 

Pocałował ją jeszcze raz. Gładziła jego gęste włosy, jej ciało napięło się w oczekiwaniu. 

Piersiami przylgnęła do niego z całej siły. Jego ręka wślizgnęła się pod sukienkę, dłonią objął 
jej  krągłe,  naprężone  piersi.  Mruknęła  z  rozkoszy.  Czuła  przyspieszony,  naglący  oddech 
Tannera,  jego  wzrastające  pożądanie.  Nie  była  jednak  jeszcze  przygotowana  na  miłość. 
Obawiała sile jej. Gdy się od niego odsuwała, usiłował ją przytrzymać, wyraźnie protestował. 
Właściwie mogła mu ulec, leżeć tu z nim, czując lekki wiatr od morza i kochać się. Przecież 
też  bardzo  go  pragnęła.  Mogła  go  Śmieć.  Zależało  to  tylko  od  niej.  Wstała  jednak  i 
powiedziała:

Będzie chyba lepiej, jeśli pójdę trochę pobiegać brzegiem morza. Szkoda, że nie możesz 

mi towarzyszyć. Ale niedługo będziesz silniejszy i wtedy będziesz mógł mnie już gonić. 

Tanner  przewrócił  się  na  plecy.  Jedną  nogę  zgiął  w  kolanie,  ręce  założył  pod  głowę. 

Obserwował ją uważnie. Wreszcie rzucił pytanie, które przeszyło ją na wskroś:

– Jak już będę zdrów, to stale będę cię gonił. Chyba pozwolisz?
– Może?
– Będzie to jak doping. Szybciej wyzdrowieję. Wymówił te słowa jak groźbę i obietnicę 

zarazem. 

Podziałało to na nią jak mieszanka wybuchowa. Wolała uciec do siebie na górę. 
Włożyła fioletowe szorty. Pomimo długich poszukiwań nie udało jej się znaleźć w szafie 

dla gości odpowiednich butów. Postanowiła więc, że pobiegnie boso brzegiem morza, gdzie 
piasek jest zbity i twardy. 

Gdy  zeszła,  zastała  go  opartego  niedbale  o  kulę.  Czekał  przy  schodach.  Ponownie 

uderzyła ją jego uroda. Uśmiechnęła się lekko, a on odpowiedział uśmiechem, który wydał się 
jej  dość  podejrzany.  Oczy  miał  jak  myśliwy.  Pomyślała,  że  mógł  być  w  tej  chwili  bardzo 
niebezpieczny. Ogarnęło ją nagłe podniecenie. Chciała, by gonił ją i złapał. 

– Musisz  mnie  pocałować  na  pożegnanie – zażądał,  jak  gdyby  była  to  najbardziej 

naturalna rzecz na świecie. 

– Przecież uzgodniliśmy, że całujemy się tylko na dobranoc?
– I na pożegnanie – odparł, zmieniając bez porozumienia z nią reguły gry. 
Uniosła  lekko  brwi,  wyrażając  zdziwienie.  Nie  uniknęła  jednak  przy  tym  ledwo 

zauważalnego uśmiechu. 

Mówił dalej tonem bardzo poważnym:
– Od dziś będziemy się całować nie tylko na pożegnanie, ale i na powitanie. 

background image

– Nie wiedziałam o tym. Kiedy podjęto decyzję?
– Już dawno. Najlepiej będzie, jak się do niej zastosujemy natychmiast – przysunął się o 

krok. 

– W takim razie nie mam innego wyjścia. Laura odetchnęła głęboko i też uczyniła krok w 

jego kierunku. Zamknęła oczy i podała mu usta. 

Ale  nic  się  nie  stało.  Otworzyła  ostrożnie  jedno  oko  i  zobaczyła,  że  Tanner  bardzo 

uważnie  jej  się  przygląda.  Otworzyła  więc  szeroko  drugie  i  popatrzyła  na  niego  wprost. 
Wtedy i ona spoważniała. Objęła jego głowę i poszukała warg. 

Był  to  pocałunek  oszałamiający.  Ramiona  Tannera  oplotły  jej  plecy  i  przyciągnęły  ją 

gwałtownie. Całował głęboko i intensywnie, reagował z coraz większym pożądaniem na myśl 
o  jej  bliskości  i  uczuciach,  które  w  nim  rozpaliła.  Myślał  o  jej  rękach,  pieszczotliwie 
gładzących  jego  włosy,  o  miękkim,  kobiecym  ciele  i  słodkich  ustach,  które  odwzajemniały 
pocałunek. W końcu podniósł głowę i nabierając głęboko powietrza powiedział:

– Zmykaj, bo za chwilę będzie za późno!
Posłuchała go. Akceptowała fakt, że nią kieruje. Chwiejnym krokiem podeszła do drzwi i 

uporawszy się z zamkiem, o mały włos by się nie przewróciła. 

Tanner przyglądał jej się z wypiekami na twarzy. Z jego oczu biło zadowolenie. 
Stała  na  ganku  i  oddychała  głęboko.  Kilka  razy  nerwowo  odgarnęła  włosy,  aczkolwiek 

wiatr przekornie ją w tym wyręczał. Rozglądała się, jak gdyby usiłowała sobie przypomnieć, 
dlaczego się tu znajduje. Jogging był ostatnią rzeczą, na którą miała teraz i ochotę. Pragnęła 
wrócić do  Tannera,  do  jego pocałunków.  Po  co  to  bieganie?  Skierowała  się  jednak  w  dół  i 
weszła  na  drogę.  Gdy  przechodziła  przez  szosę,  zupełnie  automatycznie  sprawdziła,  czy  z 
lewej strony nie nadjeżdża samochód, choć przecież wiedziała, że nie ma tu ruchu. Wykonała 
kilka ruchów gimnastycznych, zanim powoli oddaliła się wzdłuż plaży. 

Nie  była  przyzwyczajona  do  monotonii  morskiego  wybrzeża.  Zgubiła  się  i  pobiegła  za 

daleko. Powrót trwał bardzo długo. Tanner, wiedziony niepokojem, wyjechał samochodem na 
poszukiwanie. Odnalazł ją biegnącą resztką sił. Z widoczną ulgą osunęła się na miękki fotel 
porsche’a. 

– Musisz zostawiać po sobie jakieś ślady – powiedział Tanner, nie wspominając o tym, że 

martwił  się  jej  długą nieobecnością.  – W  ten  sposób  będziesz  w  stanie  ocenić,  jaki  dystans 
przebiegłaś. 

– Szkoda,  że  mówisz  mi  to  dopiero  teraz – Laura  popijała  sok  pomarańczowy,  który 

Tanner przezornie dla niej przywiózł. Była wykończona. 

Milczeli.  Laura  odpoczywała  po  wysiłku,  Tanner  zaś  usiłował  ochłonąć  ze 

zdenerwowania. W końcu przerwała ciszę:

– Słuchaj, mam prośbę, poszukajmy tego biednego psa... 
Tanner przyhamował i, mocno zdziwiony, zapytał:
– Jakiego psa?
– Widziałam  dużego,  czarnego  i  niezbyt  przyjaźnie  nastawionego  psa.  Boję  się  psów, 

więc nie usiłowałam się nawet do niego zbliżyć. Albo go ktoś porzucił, albo się zgubił. Ale tu 
w okolicy przecież nie ma domów. Poza tym nie wyglądało na to, że się wypuścił na spacer, 

background image

po prostu czekał przy drodze. 

– W  porządku.  Poszukamy  go,  jeśli  chcesz.  Dalej  już  nie  rozmawiali,  tylko  uważnie 

rozglądali  się  wokół.  Tanner  jechał  bardzo  powoli.  Byli  już  przy  wjeździe  do  domu,  a  psa 
ciągle nie było widać. 

– Może znalazł drogę do domu? – zasugerował niepewnie. 
Laura zaprzeczyła ruchem głowy. 
– Zatem wracamy – Tanner momentalnie skręcił kierownicę. 
– Och, Tanner... – uśmiechnęła się rozbrajająco. Pochylił się, by ją pocałować. 
– Czy to już na dobranoc? – zapytała. 
– Nie. To ma oznaczać, że jestem przy tobie. 
– A mnie się wydawało, że to pocałunek na dobranoc, bo taka jestem zmęczona... 
– O nie! Ten dopiero będzie – odpowiedział. 
– Ale...  przecież  umawialiśmy  się,  że...  – nie  dokończyła.  Głos  Laury  wyrażał 

powątpiewanie, ale oczy wciąż były ufne. 

Raz jeszcze odbyli tę samą drogę. 
Pies leżał w rowie, w miejscu, z którego dobrze było widać szosę. 
Nie było łatwo namówić go, by wszedł do samochodu. W końcu raz jeszcze obejrzał się 

na szosę, zanim wskoczył na tylne siedzenie. Oczy miał inteligentne, choć trochę zamglone. 

– Sądzisz, że jest chory? – zapytała Laura. 
– Chyba  po  prostu  głodny.  Pojedziemy  zaraz  do  weterynarza,  niech  go  zbada.  Biedne 

psisko. 

Weterynarz  Henry  mieszkał  na  dużej  farmie.  Trzymał  tam  kilka  psów,  jedną  kozę  i 

mnóstwo  kotów.  Nie  opodal  pasły  się  dwa  konie,  które  na  ich  widok  podniosły  łby  i 
przyglądały się z wielkim zainteresowaniem. 

Henry  rozpoczął  oględziny  od  długiej  rozmowy  z  psem,  który  był  najwyraźniej 

zdenerwowany i czegoś szukał. Do miski nalał wody, którą pies łapczywie wychłeptał. Potem 
dał mu trochę jedzenia. Widać było, że jest bardzo głodny. 

– Nie  jest  ranny – powiedział  Henry wreszcie.  – Nie  widzę  też  tabliczki  rejestracyjnej. 

Natomiast ma nową obrożę przeciwko pchłom. Chwała Bogu zresztą, ponoć w tym roku ma 
być istna plaga tego tałatajstwa. Ma miłą sierść i zdrowe zęby. To młody, bardzo ładny pies. 
Niestety, ludzie na ogół sądzą, że pozostawione zwierzę jakoś tam przeżyje. A to nieprawda. 
Może się zgubił, ale nie słyszałem, aby ktoś w okolicy poszukiwał takiego psa. Tak czy owak, 
spróbuję  się  dowiedzieć.  Dziękuję  państwu  za  przywiezienie  go.  Na  pewno  ktoś  go 
przygarnie. 

Tanner i Laura wyszli. Gdy wsiadali do samochodu, pies nagle wydał gardłowy dźwięk. 

Zabrzmiał jak pytanie. Odwrócili się równocześnie. 

– Zrobię  mu  zastrzyk  i  będziecie  go  mogli  państwo  zaraz  wziąć – powiedział  Henry 

rzeczowo. Uśmiechał się przy tym od ucha do ucha. 

Tanner zwrócił się do Laury.
– To co? Już mamy psa?

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Wrócili do domu Moranów. Było jeszcze jasno i ciepło. Postanowili więc zaraz wykąpać 

psa. Stał posłusznie. Wyglądało na to, że raczej lubi wodę. Tanner zdjął koszulę, zupełnie już 
nie pamiętając o swoich bliznach i zaczął go namydlać. Laura trzymała wąż, ale ciągle była 
niepewna i zachowywała wobec psa dystans. 

– Jest  bardzo miły – stwierdziła. – Muszę  przyznać, że  nigdy  nie spodziewałam  się, że 

kiedykolwiek powiem o psie, że jest miły... 

– Chyba się jednak zgubił. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie wyrzuciłby go. 
– Ciągle tak stoi, jakby chciał obserwować szosę – zauważyła. 
– Też na to zwróciłem uwagę. 
– Tanner... Nie  wiem,  czy  to  dobrze,  że  zabraliśmy go.  Może  się  do  nas  przywiązać,  a 

potem trzeba będzie go oddać. Jest bardzo wierny. Najwyraźniej czeka na swoich właścicieli, 
którzy go tu przywieźli i zostawili. 

Usiłował ją uspokoić. 
– Za miesiąc kończy się szkoła. Wtedy zjedzie się tu cała hałastra moich kuzynów. Pies 

będzie mógł sobie wybrać nowego pana. Podoba mi się. Chciałbym, by został w rodzinie –
Tanner wycierał psa starym ręcznikiem. 

– A jak go nazwiemy?
– Chyba  nie  powinniśmy  tego  robić.  Co  będzie,  jeśli  przyszły  właściciel  zechce  go 

nazwać inaczej? Nie można od psa oczekiwać, by zapamiętywał coraz to nowe imiona. 

– Moglibyśmy nazywać go po prostu Dog. Zgoda?
– Zgoda. Niech będzie Dog. 
Laura uśmiechnęła się na widok Tannera głaszczącego psa. 
– Masz dobre serce. 
– Pies  jest  głodny  i  wyczerpany.  Łapy  ma  pokaleczone.  Henry  dał  mi  specjalną  maść, 

którą trzeba będzie je smarować. Za kilka dni wyzdrowieje. 

To  dziwne – pomyślała – że  mężczyzna  potrafi  być  delikatny,  w  dodatku  mężczyzna 

prowadzący tak nieustabilizowane i chyba dość niebezpieczne życie jak on. Musi być jednak 
bardzo uczuciowy, przecież tak cierpliwie szukał psa i tak starannie się nim zaopiekował. 

– Dlaczego wybrałeś to, czym się zajmujesz? – zapytała ku własnemu zaskoczeniu. 
– Jestem człowiekiem cywilizowanym. Zaśmiała się. 
– Łapanie złodziei jest zajęciem cywilizowanym?
– Jak  najbardziej.  Wierzę  w  moc  prawa  i  w  prawo  obywateli  do  sprawiedliwego 

traktowania. 

Myślała,  że  powie  coś  więcej,  ale  zamilkł.  Potem  zastanowiła  się  nad  jego  słowami  i 

zrozumiała, że jest w nich zawarta zupełnie niezła definicja cywilizacji. 

– Wiesz, chyba cię kocham – powiedziała impulsywnie. 
– Wiem o tym – uśmiechnął się wciąż patrząc na Doga. 
– Skąd możesz wiedzieć? Jestem tu przecież dopiero od dwóch dni i w dodatku spałam na 

background image

górze. 

– Miłość to nie tylko seks – odpowiedział spokojnie. 
– Przyjechałaś do mnie i zostałaś. Nie wiesz jeszcze, czy masz się w pełni zaangażować, 

ale myślisz o tym. Czuję, że się obawiasz. 

Uśmiechnął się do niej, choć dalej był zajęty czesaniem Doga. 
– Nikt mnie jeszcze z takim oddaniem nie całował. Wzbudzasz we mnie reakcje, których 

nie jestem w stanie opisać. 

– Myślę, że jesteś po prostu chyba zbyt wrażliwy – próbowała trochę pokpić sobie z niego 

i z siebie. 

– Jeśli chodzi o ciebie, to na pewno – nie zauważył kpiny i powiedział to bardzo serio. 
– Czy ty też odczuwasz te niesamowite fluidy, które krążą między nami? Nigdy przedtem 

tego nie przeżywałam. Twoja obecność tuż obok mnie... po prostu mnie przeraża. 

– Nie bój się mnie, Lauro. Potrzebny mi ktoś, kto mój ogień podtrzyma i podsyci. 
Na dźwięk tych słów Laurę ogarnęła nagła fala uczucia. 
– Czytałeś  o  tym,  że  nie  składamy  się  z  materii,  tylko z atomów,  które łączy siła

magnetyczna?

– zapytała impulsywnie. 
– Skąd ci to przyszło do głowy? – Tanner zaśmiał się lekko. 
– Czuję, jak moje atomy wibrują. 
– To poważna sprawa. Mam nadzieję, że nie będę obecny w chwili wybuchu. 
Spojrzał na nią. Ujrzała iskierki w jego oczach. Wstał. Wiedziała, że podejdzie do niej i 

weźmie ją w ramiona. Czekała na niego, czując każdą rozedrganą cząstkę ciała. 

Popatrzył na zegarek. 
– Zrobiło się późno. Może pojedziemy do miasta na kolację? Znam restaurację, gdzie dają 

świetne frutti di marę. 

Kolacja? Coś podobnego! Akurat w takiej chwili myślał o jedzeniu? Z ledwie hamowaną 

złością powiedziała:

– Świetnie! Nareszcie będę mogła wystąpić w swoich własnych ciuchach. 
Zerwała się i ruszyła w stronę domu. Zatrzymała się po kilku krokach. 
– A co będzie z Dogiem?
– Jest  tu  bezpieczny.  Zostanie  na  ganku.  Dam  mu  wodę  i  coś  do  jedzenia.  Jakiś  stary 

dywanik też się znajdzie. Będzie mógł spokojnie obserwować szosę. 

Jeszcze  przed  chwilą  złościła  się  na  niego!  Rozczulona  patrzyła  jak  zwija  wąż.  Kula 

leżała na ziemi!

– Tanner! Chodzisz bez kuli!
– Już się mnie nie boisz, więc mogę się jej pozbyć – uśmiechnął się. 
– Chcesz powiedzieć... Nabrałeś mnie!
– Obawiam się, że tak. Nie chciałem, abyś czuła się zagrożona. Pomyślałem, że poczujesz 

się pewniej na tym dzikim wybrzeżu Południowej Karoliny, jeśli uwierzysz, że nie mogę cię 
gonić. 

– I ty uważasz się za cywilizowanego człowieka! Ty kłamco! Ty oszuście! – język aż się 

background image

jej plątał z oburzenia. 

– Nic z tych rzeczy – był w świetnym humorze. 
– To prawda, że jestem wyrachowany. Zresztą pomysł był doskonały i z czasem miałem 

zamiar się nim pochwalić. Peter zadzwonił i powiedział, że przyjeżdżasz... 

– Mnie mówił, że wspomni ci tylko o kimś, kto odwiedzi cię w jego zastępstwie... 
– Bujał. – Zapowiedział, że właśnie ty przyjedziesz. Miałem więc tylko kilka godzin, by 

wymyślić sposób na zatrzymanie cię. Gdybyś nie zgodziła się zostać, udawałbym inwalidę. 

– Inwalidę?
– No tak. Miałem  zamiar  zachorować lub  upaść...  nie na  serio,  rozumie  się, ale na  tyle 

boleśnie, by poruszyć twoje sumienie... 

– Popatrz,  popatrz.  Wielka  szkoda,  że  tak  łatwo  zgodziłam  się  na  twoją  pierwszą 

propozycję.  Teraz  już  nigdy  się  nie  dowiem,  jaką  sztuczkę  wymyśliłbyś.  Ominęło  mnie 
świetne przedstawienie. 

Tanner nie wydawał się pewien swoich talentów. 
– Tak naprawdę, to nie jestem dobrym aktorem. Zresztą przedtem nie musiałem udawać... 
– A jakże! Pewnie wystarczyło, że klaśniesz w ręce?
– Nie. Ale nigdy nie zależało mi na innej kobiecie, tak jak na tobie. 
– Wciąż się boję. 
– Ja też czuję się trochę niepewnie. 
– Więc to tak. 
Położyła rękę na piersiach i odetchnęła głęboko. 
– Potrafisz chodzić bez kuli. 
– Biegać nie potrafię. Naprawdę. Mam trudności  z  wchodzeniem na schody, nawet  bez 

walizek, ale po plaży spaceruję. Wczoraj w nocy poszedłem prawie tak daleko jak ty. 

– I nie zauważyłeś Doga?
– Nie.  Ale  nie  zwracałem  szczególnej  uwagi  na  otoczenie.  Chciałem  się  uspokoić  po 

twoim zniewalającym pocałunku na dobranoc. Dog prawdopodobnie mnie obserwował, gdy 
rwałem włosy z głowy i zgrzytałem zębami w desperacji. Żartuje, pomyślała. 

Pojechali  do  Myrtle  Beach.  Miasteczko  wciąż  było  pełne  turystów  z  Kanady  i 

przygotowywało  się  do  najazdu  studentów,  który,  jak  zwykle  na  wiosnę,  miał  nastąpić  w 
czasie ferii. 

Zjedli  kolację  w  najlepszej  restauracji.  Spędzili  w  niej  prawie  trzy  godziny – przy 

ostrygach,  marynowanym  łososiu  i  rekinie  z  rusztu.  Pod  wpływem  wyśmienitego 
kalifornijskiego  szampana  rozwiązały  się  im  języki.  Śmiejąc  się  wspominali  dawne  czasy, 
opowiadali sobie zabawne historyjki sprzed lat. Podsuwali sobie najlepsze kęsy. 

Wrócili do domu późno. Dog czekał na ganku. Na widok samochodu zerwał się i wybiegł 

im  naprzeciw.  Przyglądał  się  przyjaźnie  i  machał  ogonem  na  powitanie,  gdy  wysiadali. 
Zagadali do niego. Tanner pogłaskał go, ale Laura wciąż trzymała się na dystans. 

Zostawiając  Doga  na  posterunku,  weszli  do  domu.  Tanner  momentalnie  poszedł  do 

kuchni i umył starannie ręce. Gdy zauważył jej zdziwienie, wytłumaczył:

background image

– Jak będę cię całował na dobranoc, chcę czuć twój zapach. 
– Ale po kąpieli Dog pachnie przecież jak bukiet róż. 
– Nie całkiem. Nie pachnie  najgorzej,  ale wciąż  czuć go psem. W  końcu  jest dorosłym 

samcem – popatrzył na nią przez ramię i uśmiechnął się z ukosa. – Ja zresztą też. 

– Nie strasz. 
– Nie mam takiego zamiaru. 
– Przygotowujesz grunt pod słynny pocałunek na dobranoc?
– Nie mam innego wyjścia. 
Słowa  te  wywołały  natychmiastową  reakcję.  Zaczęła  oddychać  niespokojnie  w 

oczekiwaniu na pocałunek Tannera. 

Pocałował  ją  tak  samo  jak  wczorajszego  wieczoru.  Najpierw  w  rękę.  Potem  objął  i 

przycisnął mocno. Obawiała się, że zemdleje. Wtedy dopiero pocałował ją naprawdę. To było 
wspaniałe!  Miała  wrażenie,  że  w  żyłach  pulsuje  jej  żywy  ogień.  Z  trudem  łapała  oddech. 
Ogień ogarnął ją całą. 

Ale on odsunął ją od siebie i ze słodkim uśmiechem życzył dobrej nocy. I znów pogładził 

ją lekko po ramieniu, gdy zaczęła wchodzić po schodach na górę. Jak mógł ją w ten sposób 
zostawić?  Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  nie  zrzucić  ubrania  i  nie  zejść  do  niego.  Stał 
wciąż na dole i patrzył za nią. Jak by zareagował?

Może  dałby  się  uwieść?  A  może  podałby  jej  szlafrok  i  wysłał  na  górę?  Wydawał  się 

nieobliczalny. Najlepszym tego dowodem był pomysł z kulą. 

Pragnęła  go.  Chciała  znaleźć  się  w  jego  ramionach  i  kochać  się  z  nim.  Byłoby  to... 

cudowne! On myślał o przyszłości, podczas gdy ona żyła tylko chwilą. Na ogół przecież było 
na  odwrót.  Czy  przypadkiem  nie  była  to  właśnie  ta  zamiana  ról,  o  której  wiele  ostatnio 
mówiono i pisano?

Uczono ją, że ma się odpowiednio zachowywać, szczególnie wtedy, kiedy mężczyzna się 

jej  podoba.  Pamiętała  zasadę:  „Kobieta  jest  wstydliwa  tak  długo,  dopóki  kogoś  nie  kocha. 
Gdy pokocha,  jest  jak  kocica na  wiosnę.  Mężczyzna  zaś  skorzysta  z  każdej  okazji, gdy nie 
kocha. Zakochany, wstydzi się jak dziewica”. 

Może na tym polegał cały problem? Nie na tym, że role się zmieniły, tylko na starym jak 

świat  konflikcie  między  kobietą  a  mężczyzną.  Kochali  się  przecież  i  reagowali  całkiem 
typowo. Nic nowego pod słońcem. Błąd tkwił gdzie indziej. Sądziła, że coś się zmieniło. 

Tanner czekał, aż się zadeklaruje. Chciał, aby go bliżej poznała. Czuła, że ją kocha, ale 

czy  potrafi  mu  się  odwzajemnić  miłością?  Pragnęła  go.  Co  do  tego  nie  miała  żadnych 
wątpliwości. Pociągał ją swym pięknem i wyjątkowością. 

Zatopiona w myślach przygotowywała  się do snu. Słyszała wiatr buszujący w palmach, 

jakieś trzaski  w domu, także przejeżdżający samochód... Samochód?  To chyba pierwszy od 
czasu, gdy tu przyjechała. Niesamowite! Czyżby na świecie były jeszcze samochody?

Nagle  ujrzała  się  w  lustrze.  Widok  nie  był  zbyt  budujący.  Warkocze,  stara  koszulka  i 

opadające majtki. Szczyt kobiecości!

A co by się stało, gdyby teraz przyszedł do niej? Gdyby postanowił ją przekonać o swoich 

męskich talentach? Jej wygląd odebrałby mu wszelką ochotę. 

background image

Szybko  zdjęła  z  siebie  koszulkę  i  majtki  i  włożyła  granatową,  koronkową  halkę. 

Rozplotła warkocze i uczesała włosy. Lekko umalowała oczy i nałożyła trochę pudru na nos. 

Uśmiechnęła się do swego odbicia i złożyła usta do wyimaginowanego pocałunku. Może 

być! Z wystudiowaną elegancją wsunęła się do łóżka. Była gotowa. 

Usnęła nasłuchując jego kroków na schodach. 
Obudziła się o świcie. Spała niespokojnie. Wskazywały na to skotłowane prześcieradło i 

zmięty koc. Halka cisnęła ją, widocznie niewygodnie było w niej spać. Nie powinna się była 
przebierać, pomyślała, złoszcząc się na Tannera. 

W końcu nie była to przecież jego wina, przekonywała samą siebie. Może obawiał się, że 

nie jest nim zainteresowana i da mu kosza?

Byli  tu  sami,  na  odludziu.  Co  mogłaby  zrobić,  gdyby  usiłował  ją  zgwałcić?  Dlaczego 

więc  w  ogóle  z  nim  została,  jeśli  się  go  boi?  Czy  jednocześnie  nie  pragnęła  go?  Istniały 
przecież w takiej sytuacji pewne reguły gry, do których należało się dostosować. 

Gdy zgodziła się pozostać, sama była tym zdziwiona. Jedynym mężczyzną, z którym się 

dotąd kochała, był Tom. Miłość z Tomem nie bardzo ją przekonywała, a eksperymentować z 
byle kim  nie chciała. Dopiero  Tanner ją rozbudził. Zachowywał  się jednak  jak idiota.  Musi 
mu dać do zrozumienia, że ma wolną rękę. 

Uśmiechnęła się do siebie. Co potrzebne jest kobiecie, by uwieść mężczyznę? Wykwintna 

kolacja, przyćmione światła, odpowiednia sukienka?

Szybko podjęła decyzję. Wstała z łóżka i zdjęła halkę. Zaczęła przeglądać swoje ubranie. 

Pakując się nie myślała o podobnych okazjach. 

Otworzyła  gościnną  szafę.  Znalazła  w  niej  spory  wybór  egzotycznych  strojów  oraz 

pudełko  po  cygarach  ze  sztuczną  biżuterią.  Nie  było  tam  nic,  co  spowodowałoby  burzę 
zmysłów, oprócz może trochę sfatygowanego bikini, ale w kwietniu Atlantyk był jeszcze dość 
zimny, a po domu przecież nie będzie w nim paradować. 

Pod dom podjechała ciężarówka. Wczoraj w nocy samochód, a dziś – ciężarówka. Czas 

się przenieść dalej na Zachód, pomyślała ubawiona. Cywilizacja ich dogoniła. Przypomniała 
sobie, że dawno temu jeden  z jej przodków opuścił  Indianę i wyruszył dalej na  Zachód, bo 
ktoś  odważył  się  osiedlić  w  odległości  dwunastu  kilometrów  od  jego  farmy.  Było  mu  za 
ciasno. 

Ubrała się w sukienkę, włożyła sandały i zeszła na dół. Dwóch mężczyzn właśnie wnosiło 

skrzynię  do  pokoju,  w  którym  pracowała.  Zdziwiło  ją,  że  Tanner  kazał  wnieść  przesyłkę 
akurat tu, mając cały dom do dyspozycji. 

W  kuchni  przygotowania  do  śniadania  były  już  prawie  ukończone. Jeśli  dalej  będą  tak 

dużo jeść, pomyślała, będzie musiała sobie sprawić kilka nowych sukienek. 

Nakryła do stołu i zabrała się do smażenia jajecznicy. Słyszała niski głos Tannera, który 

coś mówił do mężczyzn ustawiających skrzynię. 

W  tym  starym  domu  nad  brzegiem  oceanu  czuła  się  teraz  trochę  jak  kobieta-pirat. 

Zanuciła  starą  marynarską  pieśń,  w  której  rum  lał  się  strumieniami.  Rum!  Oto  brakujący 
element w jej kampanii uwodzicielskiej. Wino, kobieta i śpiew. Jak mogła o tym zapomnieć?

Tanner odprawił ciężarówkę i wrócił do kuchni. Zastał Laurę stojącą na wysokim krześle 

background image

kuchennym. Szukała czegoś na górnych półkach szafy. 

– Co tam robisz? – zapytał. 
– Szukam rumu. 
– Do śniadania? – był lekko zaskoczony. 
– Nie piłeś nigdy herbaty z rumem na śniadanie?
– Chyba nie. 
– No to spróbujesz. Raz się żyje!
– Mam dla ciebie niespodziankę. 
– Ja dla ciebie też – zrobiła obiecującą minę. 
– Czy chcesz ją zobaczyć teraz, czy po śniadaniu? – zapytał. 
– Potem. Wszystko gotowe, więc zjedzmy. 
Jak już znajdą się w łóżku, pomyślała, nie będą myśleć o jedzeniu. Przypatrywała mu się 

skrycie.  Wydawał  się  lekko...  podniecony.  Może  domyślał  się  jej  planów?  Widać  było,  że 
chce skończyć jak najszybciej śniadanie, nie był zbyt rozmowny. Herbatę z rumem pochwalił 
grzecznie, lecz bez większego entuzjazmu. Uśmiechała się do niego spod opuszczonych rzęs, 
naśladując hollywoodzkie gwiazdy. 

Tanner też ją obserwował. Zachowywała się tak, jakby była lekko pijana. Zresztą nie ma 

się  czemu  dziwić – to  ta  herbata.  Zwariowany  pomysł – rum  na  śniadanie!  Jadł  szybko  i 
trochę ją ponaglał. Był ciekawy, jak zareaguje na niespodziankę. 

Laura  chciała  najpierw  sprzątnąć  kuchnię.  Nie  lubiła  widoku  stołu  zastawionego 

brudnymi naczyniami. Krzątała się sprawnie. 

– Dog jest nakarmiony?
– Już dawno, śpiochu. 
– Nie uciekł?
– Nie, jest na ganku. Pilnuje szosy. 
– Myślałam, że może ten wczorajszy samochód... 
– Samochód? Kiedy słyszałaś samochód?
– Gdy szykowałam się do snu. 
– Osobowy czy ciężarówka? – wyglądał na zaniepokojonego. 
– Nie widziałam go, tylko słyszałam. Sądziłam, że to może właściciel Doga przyjechał po 

niego. 

– Nie. 
Myślał najwyraźniej o czymś innym. Podeszła do niego i obejmując go podniosła usta do 

pocałunku:

– Dzień dobry. 
– Jesteś pojętna. Bardzo mnie to cieszy – śmiał się z jej oburzenia. – Chodź – wziął ją za 

rękę. 

Zaprowadził ją do pokoju i zaczął rozpakowywać skrzynię. Najpierw wyciągnął olbrzymi 

rulon papieru pakowego. Było go tyle, że wystarczyłby jej na rok. Potem rozpakował pędzle. 
Piękne,  z  prawdziwego  włosia,  różnych  rozmiarów,  od  cieniutkiego  pędzelka  poprzez 
japoński  pędzel  kaligraficzny  aż  po  olbrzymi  pędzel  do  malowania  liter  na  plakatach.  Z 

background image

kuchni przyniósł słoiki z wodą. Była oszołomiona jego szczodrością. Nie była nawet w stanie 
mu podziękować. 

A ile farb! I atramentów! Z takim zapasem mogła otworzyć szkołę! Z kolejnych kartonów 

zaczął wyciągać próbki materiałów, od najzgrzebniejszych aż po najdroższe, piękne jedwabie. 
Laura śmiała się zachwycona. 

– Jesteś zadowolona?
– Ach, Tanner... – łzy stanęły jej w oczach. 
– Mogłabyś mi w takim razie podziękować, zamiast się mazgaić. 
Rzuciła mu się w objęcia i pocałowała go bardzo słodko. 

Letnia pogoda trwała kilka dni. Po wspólnym śniadaniu rozchodzili się do swoich zajęć. 

Po lunchu szli na długi spacer nad morzem. Pies siedział na ganku albo biegał dookoła domu. 
Zawsze towarzyszył im w popołudniowym spacerze, ale ciągle bacznie obserwował szosę. 

Tanner codziennie wymyślał nowe okazje do pocałunków. Ona zaś zgadzała się chętnie, a 

nawet  z  entuzjazmem,  który  go  wręcz  oszałamiał.  Uśmiechnął  się  do  siebie  myśląc,  że  już 
niedługo będzie ją miał. 

Laura  nie  pozostała  mu  dłużna.  Była  bardzo  przebiegła  w  swych  tajnych  miłosnych 

zakusach. Bardzo byli zajęci wzajemnym uwodzeniem się. 

Laura była nieodrodną córką swojej matki, dobrej gospodyni, i potrafiła szyć. Na strychu 

znalazła  starą  maszynę  do  szycia  i  z  bogatych  zasobów  podarowanych  jej  przez  Tannera 
wybrała  piękny,  jasnofioletowy  materiał.  Uszyła  sobie  sukienkę.  Miała  to  być  specjalna 
sukienka, ale wypadła niezbyt interesująco. Nie była wcale „sexy”. Niezadowolona, odrzuciła 
ją na bok. Potrzebowała czegoś zupełnie niezwykłego. 

Jeszcze  raz  przejrzała  materiały  i  znalazła  kawałek  cieniutkiego  jedwabiu.  Był 

jaskrawoczerwony.  Mężczyźni  lubią  czerwony  kolor,  pomyślała,  i  zabrała  się  ponownie  do 
roboty. Napracowała się solidnie. Śliski, cienki materiał nie był łatwy w szyciu. Ale efekt był 
wspaniały.  Wyglądała  wprawdzie  trochę  ekstrawagancko,  ale  za  to  nie  mogło  być  żadnych 
wątpliwości, co do jej stanu ducha. Była gotowa na wszystko. 

Malutkie,  perłowe  kolczyki,  które  na  ogół  nosiła,  niezbyt  nadawały  się  do  czerwonej 

sukni.  Przypomniała  sobie  o  pudełku  po  cygarach,  w  którym  znalazła  sporo  korali,  kilka 
bransoletek i dużo  różnych kolczyków. Wybrała  dwa – jeden z długim sznurem sztucznych 
brylantów,  który  niemal  dotykał  ramienia  i  drugi,  trochę  krótszy,  z  jakichś  mieniących  się 
różowo-fioletowych kamieni. Obydwa pasowały do koloru sukienki. Były dość wyzywające. 

Zastanawiała się, do kogo należały? Może były kiedyś własnością kobiety, której śmiech 

usłyszała pierwszej nocy?

Miała  więc  idealną  suknię  i  kolczyki.  Wszystko  było  gotowe.  Ale  po  dwóch  dniach 

ciągłego szycia była zmęczona i zła. Na domiar wszystkiego rozbolała ją głowa. Pogoda się 
zepsuła. Nie był to więc odpowiedni moment na „występ”. Jeszcze ze zdenerwowania gotowa 
na niego nakrzyczeć, a potem rozpłakać się ze skruchy. 

Z  bolącą  głową  zeszła  do  kuchni  sprawdzić  zawartość  lodówki.  Chyba  z  powodu 

bliskości morza znalazła w niej duże ilości raków, krewetek i innych morskich przysmaków.

background image

Były również gotowe dania oraz różne ciasta i pieczywa – ku jej radości, bo nie bardzo lubiła 
gotować ani zbytnio nie celowała w tym zajęciu. Głód im w każdym razie nie groził. 

Na  kolację  postanowiła  rozmrozić  dużą  porcję  gulaszu  i  chleb  wiedeński.  Po  namyśle 

dodała jeszcze placek ze śliwkami. 

Tanner zdziwił się, znajdując kolację gotową. 
– To miło z twojej strony. 
– Sądzisz, że tylko ty potrafisz rozmrażać różne pyszności?
– Jesteś moim gościem. To ja powinienem się tobą opiekować. Poza tym ciągle ślęczysz 

nad  swoimi  projektami.  Pracujesz  za  dużo.  Nie  powinienem  był  tych  wszystkich  rzeczy 
sprowadzać od razu, tylko po trochu. Co tydzień coś innego, i tak – przez całe lato. 

– Nie mogę zostać tak długo – w jej głosie przebijała nutka żalu. 
– Zobaczymy. 
Najwyraźniej uważał, że ta kwestia jest jeszcze otwarta. 
– Za miesiąc zjawi się tu cała twoja rodzina. 
– Nie  tak  od  razu.  Przyjeżdżają  kolejno.  Dopiero  na  święto  czwartego  lipca  jest  pełny 

skład. Urządzamy wtedy wielki bal ze sztucznymi ogniami i smażeniem kiełbasek na plaży. 
Jest  zawsze  bardzo  wesoło.  Z  pewnością  będziesz  się  dobrze  bawiła.  No  i  poznasz  moją 
rodzinę, której na pewno się spodobasz – mówiąc to, obserwował ją bacznie. 

– My, w South Bend, też obchodzimy czwartego lipca. Bardzo podobnie zresztą, choć bez 

plaży. 

– Czy ty się dobrze czujesz? – miał trochę zaniepokojoną minę. 
– Świetnie – skłamała. 
– Zobaczę, czy masz gorączkę – powiedział, kładąc swoją dużą, ciepłą dłoń na jej czole. 
Laura spąsowiała. 
– Naprawdę czuję się dobrze. Jestem trochę zmęczona, to wszystko. 
– Chyba  jednak  masz  gorączkę.  Oczy  ci  się  strasznie  świecą  i  masz  rumieńce  jak  po 

pięciokilometrowym biegu. Poszukam termometru. 

Bolała ją głowa, to fakt. Ale nic jej nie dolegało oprócz narastającej namiętności. Czyżby 

sądził, że to rodzaj choroby?

– Mógłbyś mnie zawieźć do weterynarza – miało to zabrzmieć dowcipnie. 
– Nie pozwoliłbym Henry’emu cię badać – powiedział to dość gwałtownie. 
– A to dlaczego?
– Ja sam zmieniam się, jak jestem obok ciebie. 
Ręce mi się wydłużają, zęby robią się spiczaste, staję się podobny do neandertalczyka... 
– Naprawdę? Nigdy tego nie zauważyłam. Skąd te zmiany?
– Nie widziałaś, jak Henry gapił się na ciebie, gdyśmy zawieźli Doga?
– Zachowywał się zupełnie normalnie. Był przyjazny. 
– No widzisz.. 
– A co, miał być niegrzeczny?
– Nie,  miał  robić  to,  co  do  niego  należy – Tanner  strzepnął  termometr  energicznie  i 

wsunął jej do ust. 

background image

– Ale ty... – usiłowała oponować. 
– Bądź cicho. 
Poddała  się.  Z  termometrem  w  ustach  czuła  się  jeszcze  gorzej.  Może  miała  katar? 

Oznaczałoby  to  kolejne  kilkudniowe  odroczenie  jej  miłosnych  planów.  Była  stanowczo 
poirytowana. 

On natomiast wydawał się bardzo zadowolony. 
– A może ty udajesz chorą, by móc zostać jeszcze  kilka dni? – zapytał z uśmiechem. –

Nie jest to pomysł zbyt oryginalny. Jeśli będziesz grzeczna, pozwolę ci zostać i bez tego. 

– Nie wierzę – termometr niebezpiecznie wysunął jej się z ust. 
– Cicho bądź. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Gorączki  nie  miała,  ale  Tanner  nadal  był  zaniepokojony  jej  błyszczącymi  oczami  i 

rumieńcami. Wpadła na pomysł, by go uspokoić. 

– Naprawdę  nic  mi  nie  jest.  Wezmę  tylko  witaminę  C  i  aspirynę.  Nie  jestem 

przyzwyczajona  do  morskiego  powietrza.  Pochodzę  w  końcu  z  prerii,  jestem  genetycznie 
nieprzystosowana do oceanicznego klimatu. Potrzeba mi trochę czasu. 

– Pójdziesz  wcześnie  spać.  Nie  sprowadzałbym  tego  wszystkiego  dla  ciebie,  gdybym 

wiedział, że tak się zmęczysz pracą. 

– Ale to było wspaniałe! Jak pięciu Mikołajów! Tyle pięknych rzeczy! Ale, musiałeś na 

to wydać strasznie dużo pieniędzy. Ciągle o tym myślę... Pozwolisz, że co najmniej połowę ci 
zwrócę. 

– To  są  prezenty.  Żadna  prawdziwa  kurtyzana  nie  odwzajemnia  się...  pieniędzmi –

uśmiechnął się. 

– Aha,  więc  są  to  prezenty  kompromitujące.  Jestem  zgorszona! – Laura  była  znów  w 

lepszym humorze. 

– Masz takie niewinne, niebieskie oczy. Ale chwilami, teraz na przykład lub wtedy, po tej 

herbacie  z  rumem,  wydają  się...  niezbadane.  Moja  matka  nigdy  nie  wspominała  mi  o 
kobietach takich jak ty. Mówiła tylko, że mam być dla kobiet dobry. 

– A co mówił ojciec?
Tanner zmrużył oczy i zacytował:
– „Nie  odrzucaj  niczego,  zanim  nie  spróbujesz”.  Sądzisz,  że  miał  na  myśli  kobiety? 

Zawsze  uważałem,  że  mówił  o  akcjach.  Grał  na  giełdzie.  Coś  mi  się  wydaje,  że  ze  mnie 
zakpił. 

– Oj, ty głuptasku!
– Rzeczywiście,  zachowywałem  się  jak  idiota – popatrzył  na  nią  z  ukosa.  – To  co, 

wyleczymy twój ból głowy?

– Niestety.  Jeśli  mój  puls  choć  odrobinę  wzrośnie,  to  czuję,  że  głowa  mi  pęknie.  Nie 

wiem, czy byłby to ładny widok. 

– Masz rację. Mógłbym się głupio poczuć – kiwał głową w udanej zadumie. 
W tym momencie szosą  przejechał samochód. Tanner nagle znikł, jakby się zapadł pod 

ziemię. Po prostu rozpłynął się bez śladu. Laura wstała, rozglądając się uważnie. Sprawdziła, 
czy  nie  ma  go  w  korytarzu  i  gabinecie.  Ani  żywego  ducha.  Zaczęło  jej  się  robić  trochę 
nieswojo.  Wyobraźnia  poszła  w  ruch.  Co  by  było,  pomyślała  pół  żartem,  gdyby  w  domu 
naprawdę straszyło. Gdyby historia z rodziną była zmyślona, a Tanner okazał się jedynym jej 
żyjącym członkiem, który podstępem ściągnął tutaj... 

Nagle  wyrósł  przed  nią,  jakby spod  ziemi.  Laura  krzyknęła,  zdając  sobie  równocześnie 

sprawę z absurdalności swojego zachowania. Tym razem on się przestraszył. 

– Lauro? Co ci jest?
– Czy to ty, Tanner?

background image

– A kto? Co się z tobą dzieje? Widziałaś coś, co cię zaniepokoiło?
Więc było coś niepokojącego, sam się do tego przyznał. 
– Jak to zrobiłeś?
– Ale co?
– No, po prostu zniknąłeś. 
– Pobiegłem do frontowych drzwi, by zobaczyć, co to za samochód przejeżdżał. 
– Ale zrobiłeś to tak nagle i bezszelestnie! Potrafisz fruwać?
Rozbawiony trafił w sedno jej obaw:
– Sądzisz, że w tym domu straszy, a ja jestem duchem?
– Tak  naprawdę,  to  nie  przeżyłeś  wypadku – podchwyciła  momentalnie.  – Ale  nie 

chciałeś opuścić tego świata, tego domostwa... 

– Więc jestem wampirem. 
– To chyba niemożliwe. W końcu wychodzisz na słońce, czyli to odpada. Ale poważnie 

mówiąc, jak ci się udało zniknąć tak nieoczekiwanie?

Odsunął ją lekko i przebiegł obok niej. Po chwili wypadł i pobiegł do drzwi frontowych. 

Cały ten manewr wykonał po cichu. Poszła za nim. 

Stali tuż obok siebie, czując ciepło własnych ciał. 
– Sądziłam, że nie możesz biegać. 
– Wcale nie biegłem, tylko się trochę spieszyłem. 
– Czy ty naprawdę istniejesz? – zapytała. 
– Do bólu. Obserwował ją uważnie. 
– Słyszałeś  kiedyś  o  tym  Angliku,  który  dwieście  lub  trzysta  lat  temu  założył  się,  że 

przebiegnie  z  jednego  miasta  do  drugiego?  Ludzie  robili  zakłady,  czy  mu  się  uda. 
Towarzyszyły  mu  bryczki  naładowane  gapiami,  którzy  pilnowali,  żeby  nie  było  żadnego 
oszustwa. 

W pewnym momencie potknął się na równej drodze i przepadł zupełnie jak ty. Nigdy go 

nie odnaleźli. 

– Myślałaś, że mnie już nie ma?
– Przestraszyłam się. 
– Gdybym miał zniknąć, wziąłbym cię ze sobą – oplótł jej ramiona w silnym uścisku. –

Twoja pora nadeszła, Lauro Fullerton. Bądź mężna. 

Głos miał bardzo niski. 
– Tanner... 
Pocałował ją, mocno, namiętnie. Potem złapał ją w pasie zdrowym, prawym ramieniem i 

przerzucił ją sobie przez biodro. Niósł ją tak, ale już po kilku krokach zaczął kuleć. 

– Puść mnie. Nie dasz rady. Jestem za ciężka – Laura krztusiła się ze śmiechu. 
– Dam radę. 
Szło mu nie najlepiej. 
– Nie bądź uparty. 
– Jestem sentymentalny. Chcę, byś zawsze pamiętała nasz pierwszy raz jako wyjątkowo 

romantyczny. 

background image

– Czy będziesz usiłował wdrapać się po schodach?
– zapytała z obawą. 
– Jeśli naprawdę wolisz na górze... – zawahał się. 
– Nie, nie, nie! Czy w ogóle musimy gdziekolwiek iść? W salonie jest piękny, puszysty 

dywan. 

– Nie  chciałbym,  by  nasze  wnuki  plotkowały  o  tym,  że  byliśmy  tak  spragnieni,  że  nie 

dotarliśmy nawet do łóżka, jak Pan Bóg przykazał. 

– Wnuki?
– Mam zamiar się z tobą ożenić, Scarlett, kochanie. Nie mogę liczyć na to, że cię złapię 

między jednym mężem a drugim. Jeden z nich mógłby przeżyć. 

– Jestem rozwódką – zaoponowała Laura przytomnie. – I dlaczego Scarlett? Nie powiesz 

mi chyba, że czytałeś „Przeminęło z wiatrem”?

Zatrzymał się, niby to rozmyślając, a naprawdę, by złapać powietrze. 
– „Przeminęło z wiatrem”? Ależ oczywiście, że czytałem! Wszystkie kobiety wariują na 

punkcie  Retta,  więc  postanowiłem  przeczytać  te  tysiące  stron,  aby  zrozumieć,  czym  je  tak 
zniewala.  Wywnioskowałem  jedynie,  że  usiłuje  bez  przerwy  zaciągnąć  Scarlett  do  łóżka. 
Sądzę, że mnie by to lepiej poszło. 

– Masz rację. Zawsze chciałam się z tobą kochać – powiedziała to niezbyt wyraźnie, bo 

ciągle znajdowała się w bardzo niewygodnej pozycji, przewieszona przez jego biodro. 

– Mogłaś szepnąć choć słówko. 
– Zdałam sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy mnie pocałowałeś... na moim weselu. 
– Trochę późno. 
– Myślałam o tobie często. 
– Ja też. 
– Powinieneś  mnie  puścić – nalegała.  – Nie  jesteś  jeszcze  w  pełni  zdrów.  To  za  duży 

wysiłek dla ciebie. 

– To nie wysiłek, tylko bliskość  twojego ciała  i  świadomość, że  niedługo będziemy się 

kochali powoduje u mnie lekką sapkę. Poza tym, zdaje się, że trochę przytyłaś... 

– Absolutnie nie! – była oburzona. 
Oparł się ramieniem o ścianę, ale wciąż ją trzymał. 
– Masz najpiękniejsze biodra na świecie. 
– Nawet nie spojrzałeś na moje biodra. Obserwowałam cię. 
– Przestudiowałem  cię  od  stóp  do  głowy.  Twoje  biodra  znam  jak  własną  kieszeń,  jeśli 

pozwolisz, że posłużę się tym banalnym porównaniem. 

– Tanner, puść mnie!
– Uraziłem cię? Większość kobiet nie miałaby nic... 
– Nie mogę dłużej czekać. 
– Tu, na podłodze? Oj, Scarlett, Scarlett. Co nasze wnuki powiedzą?
Puścił ją wreszcie. Drżał cały i gdy ją całował, łapał z trudnością powietrze. 
– Widzisz? Jesteś wycieńczony! Nie będziesz nawet miał na tyle siły, by... 
– Nic się nie martw. 

background image

– Nie chcę, byś nadwerężał zdrowie tylko po to, by mi zrobić przyjemność. 
Roześmiał się z dziecięcą radością. 
– Nie bój się, słoneczko, czuję się świetnie. No, prawie świetnie. Za chwilę poczuję się 

wspaniale. Pocałuj mnie. 

Była jednak poważnie zaniepokojona. 
– Trzęsiesz się jak w febrze. 
– To  nie  ze  zmęczenia.  To  dlatego,  że  ciebie  pragnę – głos  miał  trochę  ochrypły,  ale 

mówił z lekkim rozbawieniem. 

– Naprawdę? Tom nigdy... Nie wiedziałam. Myślałam, że... Och, Tanner. 
– Bardzo lubię takie sukienki. Chodź do mnie, kochanie. 
Sukienka  była  zapinana  od  góry  do  dołu.  Rozpinając  ją  Tanner  wciągnął  gwałtownie 

powietrze. Ogarnął jej nagie ciało palącym spojrzeniem. Suknia zsunęła się z ramion i opadła 
na ziemię. 

– Niech i ja ci pomogę – Laura wyciągnęła ręce. Odsunął się. Pamiętał o tym, że jeszcze 

wciąż nie widziała blizn na nogach. 

– Chodźmy tu,  gdzie ciemniej – powiedział  szybko. – Uważaj na  moje lewe  udo.  Poza 

tym wszystko będzie w porządku. 

– Kocham cię. 
– Wyjdź za mnie. 
– Porozmawiamy później. 
– Lauro, ja... 
– Pocałuj mnie... 
– Musimy... 
Zamknęła mu usta pocałunkiem. Pomogła mu rozpiąć pasek spodni, zaskakując jego nie 

mniej  niż  siebie.  Uklękła,  by  pomóc  mu  je  zdjąć  i  nagle  zobaczyła  głębokie  blizny,  które 
wyglądały jak najczarniejsze cienie na tle białej skóry. Prawie ich nie dotykając przejechała 
ręką po jego nodze, coraz wyżej. 

– Jaki jesteś piękny. 
Serce  Tannera  zabiło  gwałtownie,  gdy  ujrzał  ją  klęczącą  przed  nim,  milimetr  po 

milimetrze odkrywającą sekrety jego ciała. 

– Lauro – wyszeptał. 
Przedtem  nie  myślał  o  tym,  że  nawet  najbardziej  miękki  dywan  może  mu  sprawić  ból. 

Biorąc  go  za  rękę  zaprowadziła  do  łóżka,  kładąc  się  tak,  by  mógł  się  obrócić  na  zdrowy, 
prawy bok. 

Było to jak wspaniała podróż. Odkrywali nie znane im dotąd krainy wspaniałych przeżyć. 

Całowali  się  tak,  jak  gdyby  chcieli  się  pochłonąć  nawzajem.  Palił  się  w  nich  wewnętrzny 
płomień. Twarz Laury była mokra od łez. Nareszcie leżał w jej ramionach. 

Zamierzał być ostrożny i łagodny, ale nagła fala namiętności uniosła go wciągając i ją i 

odebrała  im  resztki  kontroli.  Jak  na  szalejącym  morzu  poddali  się  całkowicie  żywiołowi, 
trzymając się  siebie  kurczowo,  czekali,  aż  wyrzuci ich  na  jakiś  nowy ląd  jeszcze  nigdy nie 
doznanych uczuć i nie zaznanej rozkoszy. 

background image

Po jakimś czasie zaspokojeni leżeli obok siebie w ciemności. Nie ruszali się, ale powoli 

zwrócili do siebie z uśmiechem. I znów minęło trochę czasu, zanim byli w stanie wziąć się za 
ręce. Przez długi czas nic nie mówili. 

– Nie śniło mi się, że tak może być – szepnął Tanner. 
– Myślałam,  że  jestem  pod  wpływem  niebezpiecznego  narkotyku,  od  którego  człowiek 

się uzależnia. 

– Nie  wiem  dokładnie  co  to  jest,  ale  z  tym  uzależnieniem  to  pewne.  Pragnę,  ciągle 

pragnę. 

– Żartujesz – zaprotestowała. – Już teraz?
– No, nie w tej chwili!
– Poczekajmy. Mamy czas. 
– Jesteś moją drugą połową – stwierdził. 
– Też miałam takie wrażenie. 
– Nie. Mam na myśli, że powinniśmy być razem. 
– Jesteś  nadzwyczajny – mówiła  szeptem.  – Było  to  przeżycie trochę  niesamowite.  Jak 

przejście do innego wymiaru. 

– A ty jesteś tak słodka i ciepła, i bardzo kobieca. Nie spodziewałem się, że będziesz przy 

tym tak... namiętna. Jestem zaskoczony. Chciałbym mieć tyle energii, by zaraz sprawdzić, czy 
to wszystko jawa czy sen. 

– Poczekaj chwilę. 
Leniwie  podniósł  się  na  łokciu,  aby  się  jej  lepiej  przyjrzeć.  Uśmiechnął  się  patrząc  jej 

głęboko w oczy i pocałował nabrzmiałe usta. 

– Mam wrażenie, że sprawiłaś dużą radość jakiemuś wyjątkowo niewyżytemu facetowi. 
– To dziwne. 
Oczy jej błyszczały gorączkowo, ale powieki opadały ze zmęczenia. 
– Można wiedzieć, kim jest ten szczęściarz?
– To taki przystojny nieznajomy, który ma to do siebie, że znika i pojawia się znienacka. 
– Co z bólem głowy? – odgarnął jej włosy z czoła. 
– Nie  mam  pojęcia.  Rozpływam  się  w  jakimś  niesamowitym  świecie  kształtów  i  barw. 

Coś ty ze mną zrobił?

– To była mała dawka słynnego specyfiku Tannera Morana przeciwko bólom głowy. Jeśli 

jest pani zadowolona, muszę zażądać zapłaty. 

– Jakiej zapłaty?
Ocierała się głową o jego pierś i dotyk jej jedwabistych włosów nawet teraz go podniecał. 
– Już ja coś wymyślę. 
– Ale nie teraz. 
Zaśmiał się cicho i położył z powrotem na wznak, wciąż trzymając ją za rękę. 
– Spociłaś się. Prześcieradła są aż mokre. 
– Nie pocę się nigdy. 
– Ja też nie. Zawsze jestem chłodny i panuję nad każdą sytuacją. 
– Doprawdy?

background image

– No, może dzisiaj wyjątkowo byłem trochę podniecony. 
– Tylko trochę?
– Jesteś cudowna. 
– Ty też. 
– Ale nie tak jak ty. 
Przekomarzali się przez chwilę o to, kto jest wspanialszy, piękniejszy i bardziej kochany. 

Chcąc  uzgodnić,  które  z  nich  jest  bardziej  namiętne,  musieli  w  końcu  składać  dowody 
miłości. Kochali się raz jeszcze, dużo spokojniej, ale równie gorąco. Zasnęli uśmiechając się 
do siebie. 

Żadne  z  nich  nie  słyszało  samochodu,  który  w  nocy  przejechał  koło  domu.  Ale  Dog 

czuwał. 

Laurę  obudził  śpiew  ptaków.  Tanner  już  nie  spał.  Oparty  na  łokciu,  przyglądał  się  jej. 

Nogi ich  były splecione,  jego  ręka delikatnie  gładziła  jej  brzuch.  Uśmiechnął  się  do  niej,  a 
Laura odpowiedziała mu radośnie. 

– Sądzisz, że  budzenie  się w  moim  łóżku  jest  sprawą  zabawną?  Jak  ci  opowiem,  co  tu 

wczoraj ze mną wyprawiałaś, to dopiero będziesz się śmiała. 

Ale ją ogarniała coraz większa wesołość. W końcu poinformowała go:
– Na górze w mojej szafie jest sukienka z czerwonego, bardzo lekkiego jedwabiu, który 

opływa ciało jak druga skóra. Uszyłam tę sukienkę po to, by cię dzisiaj wieczorem uwieść. A 
w zamrażalniku są różne smakołyki, którymi chciałam cię wprawić w dobry humor, żebyś był 
skłonny poddać się moim żądzom. 

– Zdaje się, że wyprzedziłem bieg wypadków. 
– Niestety. 
– A więc wymażę wczorajszy wieczór ze  swojej świadomości – śmiał  się, zdając sobie 

sprawę z  niewykonalności  tej  obietnicy.  – Będę  udawał,  że  wykreśliłem  go z  pamięci,  a  ty 
będziesz mnie uwodzić według swojego planu. Zgoda?

– No nie, tak nie można – zaoponowała. – A gdzie element zaskoczenia? Chyba po prostu 

o całym moim przebiegłym planie zapomnę. 

– Nie!  Nie  rób  tego!  Chcę,  żebyś  mnie  dziś  wieczorem  zaskoczyła  prawdziwym, 

wyrachowanym uwodzeniem. Będę potulny jak baranek. 

– Ale przecież chodzi o to właśnie, byś nie był potulny – pouczyła go, udając pierwszą 

naiwną. 

– Aaa... nie wiedziałem o tym. 
– Z  pewnością  jedną  z  najtrudniejszych  ról  w  życiu  kobiety  jest  uczenie  miłości 

mężczyzny, któremu brak doświadczenia – westchnęła. 

– To znaczy, że muszę jeszcze pobierać nauki? – zapytał ze sztuczną troską. Wiedział, że 

był dobry. 

– Masz jeszcze braki, ale są to subtelne niuanse. Z czasem dzięki mojej cierpliwości na 

pewno dojdziesz do całkiem zadowalającego poziomu. 

Obrzuciła go dość wyzywającym spojrzeniem. 
Pocałował  ją  w  sposób  bardzo  wyrachowany.  Powoli  stawał  się  coraz  bardziej 

background image

natarczywy, język wsunął między jej wargi i poszukał języka. Dłonie gorączkowo gładziły jej 
brzuch. Pochylił głowę i całował jej nabrzmiałe piersi. Oddsch Laury stawał się coraz bardziej 
urywany. 

Jego  oddech  też  już  nie  był  spokojny,  mięśnie  mu  stwardniały,  ręce  stały  się  bardziej 

natarczywe, podczas gdy wargi pieszczotliwymi ukąszeniami znaczyły jej szyję. 

Z ust Laury zaczęły wydobywać się gardłowe pomruki, a ciało wiło się w oczekiwaniu. 
– Jak sobie daję radę?
– Całkiem  dobrze.  Ale  zapominasz  o...  moich  udach.  Po  dłuższej  chwili  zapytał 

niewyraźnym głosem:

– Czy jest jeszcze coś, o czym zapomniałem?
– Nie sprawdziłeś jeszcze, czy wszystkie części do siebie pasują. 
– Ach tak – zmienił pozycję ich ciał. 
– O taak!
Później, ubierając się, oznajmiła, że  jeśli  znajdzie chwilę  czasu tego wieczoru, to  może 

jednak poprzedni plan da się przeprowadzić. 

Tanner okazał zainteresowanie. 
– W końcu każdemu coś może się udać, ale tylko raz lub dwa. Musimy się upewnić, czy 

osiągnąłeś  wystarczający  poziom  w  każdych  warunkach.  Bez  tego  nie  przysługuje  ci 
świadectwo dojrzałości. 

– Oczywiście. 
– Proponuję, byś się trochę przespał po południu oraz posilił ostrygami, oliwkami i... 
– Oczywiście!
– Więcej nic nie masz do powiedzenia?
– Oniemiałem.  Jestem  kompletnie  wytrącony  z  równowagi.  W  końcu  dla  takiego 

niewinnego chłopca ze wsi, jak ja, zetknięcie z chłodną, wyrachowaną, światową kobietą jest 
twardym orzechem do zgryzienia. Muszę ochłonąć. 

– Bądź dzielny. 
– Łatwo ci mówić – pocałował ją bardzo łagodnie. – Chwała Bogu, nie czekają mnie dziś 

żadne wyczerpujące zajęcia, jak zakupy czy podlewanie kwiatków w ogrodzie. 

Zaśmiała się. 

W południe Laura zadzwoniła do biura. Telefon odebrała Jeanine. 
– Słuchaj, Perry dzwonił z Columbii. Bardzo mi przykro, ale wygląda na to, że żona jego 

współpracownika chce się sama zająć urządzaniem tych domków. Powiedziała, że „będzie to 
dobra zabawa”. Pełny profesjonalizm. Nie ma rady. Czy chcesz, bym ci przysłała pocztę?

– Dziękuję. Przyślij ją na poste restante, Myrtle Beach, Południowa Karolina. 
– Poza tym powinnaś zatelefonować do matki. Wczoraj zostawiła dla ciebie wiadomość. 
– Bądź tak miła i zadzwoń w moim imieniu. Powiedz, że kontrakt w Columbii przepadł i 

że niedługo dam o sobie znać. Dzięki, Jeanine, zadzwonię jutro. Cześć. 

Gdy Laura odłożyła słuchawkę, Tanner zapytał. 
– Dlaczego poste restante?

background image

– Łatwo zapamiętać. Poza tym zauważyłam, że nie dostajesz tu poczty, więc myślałam, 

że masz ku temu swoje powody. 

– Poczta tu nie przychodzi, bo nigdy w jednym miejscu długo nie przebywam – tłumaczył 

Tanner. – Do pracy potrzebny jest mi tylko komputer i instalacja telefoniczna Jak kończę w 
jednym miejscu, ładuję wszystko do samochodu, jadę gdzie indziej i podaję nowy numer do 
ewentualnych kontaktów. 

– Cygański żywot. 
– Taka praca. 
– Cieszysz się chwilą – uśmiechnęła się. 
– I nadzieją na dzisiejszy wieczór. 
– Chyba też powinnam się trochę przespać – Laurę ogarniała coraz większa senność. 
– Jesteś  zmęczona,  królewno? – otoczył  ją  ramieniem.  – Chodź,  wyjdźmy  trochę  na 

ganek. Będziesz lepiej spała. 

Na ganku wciąż siedział Dog i obserwował szosę. 
Obrócił się tylko na chwilę, gdy podeszli. Zmienili mu wodę i dołożyli trochę jedzenia do 

miski.  Laura  wytrzepała  i  złożyła jego  koc.  Pochyliła  się  nawet,  by do  niego zagadać.  Pies 
przypatrywał jej się uważnie. 

Wyprostowała  się,  biorąc  Tannera  za  rękę.  Stali  tak  razem,  patrząc  na  drogę,  plażę  i 

niespokojny  Atlantyk.  Niebo  było  pochmurne  i  nisko  zawieszone,  wiał  wilgotny, 
nieprzyjemny  wiatr.  Zapowiadało  to  falę  zimnych  deszczów,  które  miały  opóźnić  przyjście 
lata. 

Usiedli razem na bujanym ogrodowym fotelu, na ganku. Przyciągnął ją do siebie. Plecami 

oparła się o niego. Milczeli. 

– Może  to  i  dobrze,  że  ten  projekt  Perry’ego  nie  wypalił – powiedziała  Laura.  – Od 

dwóch dni nic nie zrobiłam... 

– Przecież  kochaliśmy się  dopiero  wczorajszej  nocy!  Dzisiaj  jest  pierwszy  dzień,  który 

marnujemy... 

– Zmarnowany  dzień? – zaśmiała  się  gardłowo.  A  ja  spędziłam  dwa  dni  na  szyciu 

sukienek jak opętana i na planowaniu upojnego wieczoru. 

– To czas pożytecznie spędzony. 
– Ale oczy mi się kleją. 
– No to chodźmy do łóżka – zaproponował perfidnie. 
– Nie ma mowy!
– Nie  bój  się,  nie  mam  zamiaru  zniweczyć  twoich  planów.  Idź  na  górę,  żmijo,  i  czyń 

dalsze przygotowania do sławetnego wieczoru. 

Ociągając się poszła na górę. 
Przeszukała szafę i znalazła kilka marynarskich bluzek z długimi rękawami i parę spodni 

na  elastycznej  gumce.  W  szafie  z  bielizną  pościelową  odkryła  drugą  kołdrę.  Stara,  ręcznie 
robiona, mozolnie zszyta z różnych skrawków materiału. Była piękna. Właściwie, pomyślała, 
powinna  wisieć  na  ścianie,  jak  dzieło  sztuki.  Zaniosła  ją  jednak  do  swojego  pokoju  i 
rozebrawszy się do naga, nakryła się nią i zwinęła w kłębek. 

background image

Myśli  Laury  momentalnie  wróciły  do  Tannera.  Czym  różnił  się  od  innych  mężczyzn? 

Pamiętała czasy swojego małżeństwa z Tomem i pytanie, które ją wtedy stale prześladowało: 
„Czy to wszystko, co życie ma mi do zaofiarowania?” Miała wówczas wciąż wrażenie, że to, 
co ważne, umyka jej, że czegoś jej brakuje. 

Z Tomem nigdy nie żartowała tak jak z Tannerem. I nie było między nimi tej zapierającej 

dech w piersiach namiętności. Ale dlaczego z Tannerem było tak całkiem inaczej? Dlaczego 
akurat Tanner potrafił ją tak rozbudzić?

Pragnął się z nią związać, ale na jak długo? Wspominał o wnukach. 
Leżąc w zaciemnionym pokoju, zastanawiała się, czego sama pragnie i czy to dobrze, że 

jest  z  Tannerem  całkowicie  szczera.  Zauważyła,  że  znajdował  się  na  jakimś  rozdrożu  w 
swoim życiu. Czy naprawdę chciał, by z nim została?

Musieli o tym wszystkim porozmawiać. 
Gdy w samolocie Peter wymówił jego imię i gdy dowiedziała się o wypadku, opuścił ją 

zdrowy  rozsądek.  Przyjazd  do  Myrtle  Beach,  do  mężczyzny,  którego  przecież  wcale  nie 
znała,  nie  był  absolutnie  w  jej  stylu.  Zresztą  nie  tylko  przyjazd,  ale  i  decyzja  pozostania. 
Nawet się nie zawahała. Może kierował nią instynkt? A może zwykły seks?  I skąd te nagłe 
wątpliwości, w chwili gdy już wiedziała, jak cudowna mogła być miłość z Tannerem?

Czy chce ponownie wyjść za mąż, zakosztowawszy w ciągu ostatnich lat niezależności?
Podjęcie decyzji o rozwodzie z Tomem przyszło jej ciężko. Dziwiła się swojej odwadze. 

Ale nie mogła z nim dalej żyć. Tom był urażony rozwodem, rozgoryczony. Zemścił się, jak 
potrafił. 

Nie żałowała pieniędzy i poniosła wszystkie koszty. Wolność na pewno była tego warta. 

Pomimo wielu starań nigdy nie czuła się z Tomem swobodnie. Nie zżyli się ze sobą, nie stali 
przyjaciółmi. Najwyżej znajomymi. Tom nigdy jej nie zadowolił. Nie przeżyła dotąd czegoś 
tak wstrząsającego, jak wczorajszej nocy. 

Czy jej zachowanie wynikało z tego, że teraz jest bardziej dojrzała? A może to wiek? W 

końcu przekroczyła już trzydziestkę. Jeśli chciała mieć dzieci, musiała i o tym pomyśleć. 

Kochała  go,  tego  jednego  była  pewna.  Chciała,  żeby  był  szczęśliwy.  Ale  czy  miała 

ryzykować kolejne małżeństwo? Może lepiej było po prostu żyć z Tannerem, zachować swoją 
niezależność i poczekać, aż minie ten pierwszy okres wzajemnej fascynacji?

Na te pytania nie była w stanie sobie odpowiedzieć. Stanowczo musieli się rozmówić. 
Ale  to  nie  perspektywa  rozmowy  wywołała  słodki  uśmiech,  gdy zasypiała,  lecz  myśl  o 

Tannerze, jej wielkiej miłości. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Rano, po obudzeniu się, Laura wzięła kąpiel. Nagie ciało natarła lekko perfumami Chanel

Nr  5,  paznokcie  u  rąk  i  nóg  pomalowała  na  jaskrawy,  czerwony  kolor.  Włożyła  malutkie 
koronkowe  majteczki  i  cudownie  prowokującą,  czerwoną,  jedwabną  sukienkę.  Podkreśliła 
dość  mocno  oczy  i  pomalowała  usta  czerwoną  szminką.  Błyszczące  włosy  opadały  jej  na 
ramiona,  w  uszach  mieniły się  długie,  trochę  tandetne,  ale  bardzo  efektowne  kolczyki.  Nie 
miała odpowiednich butów. Postanowiła więc pójść boso. Była gotowa. 

Stare schody skrzypiały pod jej stopami, zapowiadając jej przyjście i  Tanner już  na nią 

czekał. 

I  on  się  wystroił.  Był  w  garniturze  i...  w  muszce.  Zwichrzone  włosy  niezbyt  dały  się 

ułożyć,  ale  jego  wysiłki  w  tym  kierunku  były  widoczne  Więc  tak  wyglądała  próba 
wystylizowania się na niewinnego chłopaka ze wsi? Laura roześmiała się głośno. 

Nie zareagował. Stał poważny i nie odrywał od niej oczu ani na chwilę. Rozkoszując się 

jego zdumionym wzrokiem, Laura schodziła po schodach bardzo powoli, podkreślając każdy 
ruch. 

– Niech mnie bogi mają w opiece! Roześmiała się zachwycona jego reakcją. 
– Czy to właśnie jest to cudo, które szyłaś dla mnie przez dwa dni?
– Tak. 
– Poddaję się. 
Popatrzyła na niego, groźnie marszcząc brwi. 
– To naprawdę irytujące. Udowodnij, że jesteś mężczyzną. 
Sięgnął do muszki, wciąż w nią wpatrzony, i nagle zaczął się rozbierać. 
– Przestań! Miałam na myśli, że powinieneś okazać trochę więcej charakteru!
– Wszystko z powodu tej sukienki. Bose nogi też  swoje robią. Kombinacja tych dwóch 

rzeczy  ma  takie  erotyczne  działanie,  jakiego  w  życiu  nie  doświadczyłem!  Wyglądasz  na 
rozpustnicę!

W  jego  niebieskich  oczach  zapaliły  się  iskierki.  Gdy  znalazła  się  na  ostatnim  stopniu, 

podbiegł i wyciągnął do niej ramiona. Ich usta były prawie na równym poziomie. 

– Całą szminkę mi zmażesz! – usiłowała się uwolnić. Ale szminka nie przeszkodziła mu, 

zmazał ją gruntownie. Wydawał przy tym niskie, gardłowe dźwięki. Gdy w końcu ją puścił, 
obejrzał raz jeszcze od stóp do głowy. 

Laura ruszyła w stronę kuchni. Zauważyła, że spogląda na nią, więc przystanęła i rzuciła 

mu  zalotne  spojrzenie przez ramię. Tanner oparł  się o ścianę, przesadnym  gestem złapał  za 
głowę, rozśmieszając ją znowu. 

Przypomniał  się  jej  kobiecy  śmiech,  który  usłyszała  pierwszej  nocy.  Miała  dziwne 

wrażenie, że teraz zaśmiała się podobnie. Gdy przyszedł za nią do kuchni, zapytała:

– Czy w pierwszą noc mojego tutaj pobytu była w domu jakaś kobieta?
– Dlaczego pytasz?
Zastanowiło ją, że nie zaprzeczył. 

background image

– Wydawało mi się, że słyszałam śmiech. 
– Taki przyjemny, trochę rozpustny. Obróciła się zdziwiona. 
– To znaczy, że błąka się tu jakiś kobiecy duch?
– Nie  wiem  dokładnie,  kto  to  jest,  albo  raczej  był.  Inaczej  niż  śmiechem  nie  objawia 

swojej  obecności.  U  mężczyzn  ten  śmiech  wywołuje  podniecenie,  u  kobiet  raczej  irytację. 
Wczoraj śmiałaś się bardzo podobnie. 

– Nie przypominam sobie, bym miała dużo czasu na śmiech. 
– Teraz zresztą, schodząc po schodach, też tak się śmiałaś. Zrozumiałem, że każdy opór z 

mojej strony jest bezsensowny. Taki śmiech każdego mężczyznę może pozbawić opanowania. 
Nie wiem, czy zdążymy zjeść kolację. 

– Wiesz przecież, że to ma nie być kolacja, tylko eleganckie śniadanie. 
Otworzyła lodówkę. Stały tam też miseczki, obłożone lodem, z różowymi krewetkami, w 

głębi zauważyła zrobiony specjalnie do nich sos. 

– Przygotowałeś przystawkę!
– Nie mogłem usiedzieć w miejscu – zwilżył usta językiem. 
Spojrzała na niego spod na wpół przymkniętych powiek i parodiując namiętny gardłowy 

głos wyszeptała:

– Coś takiego pozbawia mnie resztek rozumu. Podszedł do niej bliżej. Widać było, że jest 

napięty jak sprinter przed startem. 

– Za bardzo się wiercisz – powiedział ostrzegawczym tonem. 
– To wina sukienki. 
Zachwyconym wzrokiem obejmował jej postać, odczuwał przemożną chęć dotknięcia jej. 

Objął ją i przyciągnął blisko do siebie. 

Niewinnie podniosła na niego oczy:
– Kto tu właściwie kogo uwodzi, hmm?
– Wcale cię nie uwodzę! Staram się być czuły i przyjacielski!
– Nawet  za  bardzo.  Masz  się  zachowywać  grzecznie,  ale  z  dystansem.  Możesz  mi 

pomagać  przy  nakrywaniu  do  stołu,  a  przede  wszystkim  nie  powinieneś  niczego  się 
spodziewać. Przyznasz, że nie jesteś dla mnie godnym przeciwnikiem. 

– Żartujesz sobie ze mnie! To tylko dzięki żelaznej woli nie rzuciłem się na ciebie już na 

schodach!

Demonstrując  swoje  oburzenie,  nabrał  głęboko  powietrza,  podczas  gdy  ona  podała  mu 

półmisek. 

– Postaw to, proszę, na stole. 
– Hmm? – nie bardzo kojarzył. 
– Mówię przecież – westchnęła. – Nie jesteś żadnym przeciwnikiem. 
– Aha,  więc  przeciwnika  ci  się  zachciało?  No  to,  droga  moja  pani,  i  nie  mówię  tego 

bynajmniej ironicznie, będę usiłował cię usatysfakcjonować. 

Wyniósł półmisek do pokoju i więcej nie wrócił. 
Czekała  jeszcze  chwilę,  ale  nie  pojawił  się.  Zaniosła  więc  talerzyki  z  przystawką  do 

jadalni. Tanner siedział na swoim miejscu, z rękami grzecznie złożonymi przed sobą. Na jej 

background image

widok wstał i podsunął jej krzesło, po czym ponownie usiadł. Rozłożył serwetkę na kolanach 
mówiąc:

– Świnie  w  tym  roku  bardzo  udane.  Pełno  małych  prosiaczków  i  tucznych,  zdrowych 

świniaków. Będzie dobry rok. 

Laura zrozumiała, że zaczęła się gra i powinna uzbroić się w cierpliwość. 
– Pole jednak bardzo zachwaszczone. Huk roboty przede mną. Gdy się czegoś na czas nie 

zrobi, to później trzeba cierpieć. 

Postanowiła się zrewanżować:
– Słyszałam, że istnieje nowa, bardziej nowoczesna metoda uprawy ziemi. Nie orze się, a 

tylko sieje. Robi się po prostu dziury w zarośniętym polu i sypie ziarno. 

– Ale  te  baby  dziś  rezolutne!  Co  jedna,  to  mądrzejsza.  Lepiej  było  za  czasów,  gdy nie 

umiały czytać i pisać. 

Oczy Laury mimo woli błysnęły. 
– A jak tam, gospodarzu, u was z koszeniem i młóceniem?
– Nie najgorzej. A wy, gospodyni, potraficie studnię wyczyścić? I strzechę naprawić?
Laura nie wytrzymała:
– Słuchaj!  Nie  chodziło  mi  o  rywalizację  na  tym  polu.  Nie  o  siłę  mych  mięśni,  lecz  o 

moją kobiecość. 

– Aha. 
Tanner zasępił się. Potem napił się łyk wina, odetchnął głęboko i zapytał:
– To co, stary, jak sądzisz, czy w tym roku szczęście będzie dopisywało Chicagowskim 

Niedźwiedziom?

– Kibicuję Czerwonym Skarpetom z Bostonu. To u nas rodzinne. 
Zaskoczyło go to. 
– Na miłość boską, dlaczego? Nie potrafią rzucić piłki, a złapać ją udaje im się tylko za 

pomocą kosza na śmieci i na domiar złego biegają jak kaczki. Kompletne dno. 

Odłożyła widelec. 
– Z kibiców Czerwonych Skarpet się nie żartuje – poinformowała go surowo. 
– To coś nowego. A piwo lubisz?
– Nie znoszę nawet zapachu. Skinął głową ze zrozumieniem. 
– Zresztą – ciągnęła Laura – jest to smak, do którego trzeba się przyzwyczaić. 
– Zupełnie tak, jak do smaku ostryg i oliwek – podchwycił. – A na nartach jeździsz?
– Tak,  zdarza  mi  się,  ale  nie  można  powiedzieć,  że  jestem  wielką  narciarką.  Brak  mi 

wprawy.  Dlatego  też  nigdy  nie  lubiłam  sportów  zespołowych.  Bałam  się,  że  przeszkadzam 
innym. 

– Znam dziedzinę, w której okazałaś się bardzo dobrą partnerką. 
– Sza!
Wyraźnie traciła cierpliwość. 
– Grę należy prowadzić powoli, stopniowo i dyskretnie. 
– Rozumiem. 
– Powiedz,  czym  ty  się  właściwie  zajmujesz?  Dlaczego  odgłos  przejeżdżającego 

background image

samochodu powoduje, że znikasz i pojawiasz się w sposób bardzo tajemniczy?

Spoważniał. 
– W życiu trzeba być czujnym. Trochę mnie zaalarmowało to, że słyszałaś najpierw jeden 

samochód, a potem  drugi.  Zadzwoniłem do mojego szefa, aby  dowiedzieć  się, czy któryś z 
naszych  „klientów”  nie  knuje  przypadkiem  zemsty.  Sprawdzają.  Dog  nie  reaguje  na 
samochód,  więc  nie  może  to  być  jego  właściciel.  Na  wszelki  wypadek  prosiłem  Milo, 
tutejszego szeryfa, żeby miał oczy otwarte. 

– Istnieje więc  niebezpieczeństwo?  Ktoś  czegoś  od  ciebie  chce? – Laura wyprostowała 

się, gotowa stanąć w jego obronie. 

Reakcja ta zachwyciła Tannera. 
– Niebezpieczeństwa na razie nie ma. Ale trzeba uważać. Prawdopodobnie ktoś po prostu 

zwiedza okolice. Niedługo się wszystkiego dowiemy. 

– Mówiąc to  masz na myśli  tych, którzy zostali przyłapani na  gorącym  uczynku i  teraz 

chcą się zemścić? – zapytała ostrożnie. 

– Nie można tego wykluczyć. 
– Ale  na  czym  dokładnie  polega  twoja  praca?  Mówiłeś,  że  masz  coś  wspólnego  ze 

ściganiem przestępstw gospodarczych. 

– To  dość  skomplikowane.  Coraz  rzadziej  angażuję  się  fizycznie,  a  już  szczególnie  od 

chwili  wypadku.  Brak  mi  tej  sprawności  co  dawniej.  Moja  praca  polega  teraz  głównie  na 
kontrolowaniu baz wszystkich danych wielkich sieci komputerowych. Zajmuję się ściganiem 
tak  zwanych  włamywaczy  komputerowych.  Poszukuję  więc  tych,  którzy  posługują  się 
komputerami do celów nielegalnych. Usiłuję znaleźć ślady ich działalności... – zawahał się, 
jakby  szukał  odpowiednich  słów – w  plikach  różnych  baz  danych...  Muszę  posługiwać  się 
terminami fachowymi, bo inaczej nie umiem ci wyjaśnić tego, co robię. 

Jest wiele powodów, dla których niepowołani ludzie chcą mieć wgląd w tak zwane pliki 

komputerowe. Mogą się w ten sposób dowiedzieć, gdzie i kto inwestuje, w jakiej dziedzinie, 
kto  sprzedaje,  a  kto  kupuje  akcje,  i  jakie  akcje.  Mogą  się  dostać  nawet  do  plików  bardzo 
osobistych danych. Sprawdzamy to wszystko skrupulatnie. Kontrolujemy też sieci bankowe, 
aby nie dopuścić do prania brudnych pieniędzy. 

Jak widzisz, moja praca jest cząstką szeroko zakrojonego programu do walki z tego typu 

przestępstwami.  W  tym  wszystkim  ja  sam  jestem  raczej  mało  ważny.  To, co  robię,  jest 
podobno  żmudne  i  wymaga  cierpliwości.  Mnie  jednak  to  fascynuje,  jest  jak  gra  w  szachy. 
Przestępca,  którego  szukam,  jest  inteligentny,  a  ja  muszę  być  jeszcze  inteligentniejszy  od 
niego. 

Pracujemy  w  zespole.  Porównujemy  i  konsultujemy  wyniki.  W  tej  chwili  usiłujemy 

opracować  taki  system,  żeby  ściśle  tajne  pliki  komputerowe  były  naprawdę  niedostępne. 
Staramy się  zlikwidować  możliwość  włamań  do komputera.  Przestępcy  tego  typu są  takimi 
samymi  kryminalistami  jak  wszyscy  inni.  Każdy,  kto  drugich  oszukuje,  ma  w  sobie  jakąś 
poważną skazę, która mogłaby spowodować, oczywiście w odpowiednich warunkach, że taki 
ktoś staje się zagrożeniem dla całego kraju. A to najgorszy rodzaj przestępstwa. 

Poruszył się na krześle i uśmiechnął trochę zakłopotany. 

background image

– Wybacz. Chyba dałem się ponieść mojej pasji... 
– Cenię twoje szlachetne motywacje – powiedziała bardzo poważnie. 
– Nie  znoszę  oszustów.  I  to  nie  tylko  tych  z  wypchanymi  portfelami.  Nienawidzę 

facetów,  którzy  sądzą,  że  prawo  obowiązuje  wszystkich,  tylko  nie  ich,  że  wolno  im  na 
przykład jeździć z niedozwoloną prędkością albo w jakiś inny sposób narażać drugich. Tacy 
najczęściej mają pretensję do policji za wlepione im mandaty albo dziwią się, gdy ich własne 
dzieci oszukują w szkole. 

– Jak się w ogóle w to zaangażowałeś?
Rozłożył dłonie w geście bezradności. 
– Wróciłem z Wietnamu mocno zdezorientowany tym, co się dzieje na świecie. Była to 

głupia  i  krwawa  wojna.  Ameryka  nie  miała  tam  czego  szukać.  Wszystko  było  absolutnie 
bezsensowne, nie było wiadomo, przeciwko komu walczymy. Wojsko nie było wojskiem, nie 
było  mundurów  ani  frontów.  Tylko  chaos.  Dziwna  sytuacja,  w  której  ludzie  szybko  się 
starzeli, o ile udało im się przeżyć. 

Myślałem wtedy, że aby uporać się z problemami, które zagrażają ludzkości, trzeba świat 

zorganizować  na  nowo,  na  zasadach  łatwiejszych  do  ustalenia.  Sądziłem  też,  że  pewne 
sprawy  trzeba  lepiej  zdefiniować.  A  potem  pojawiły  się  komputery  PC,  dostępne  każdemu. 
Otworzyły  one  drogę  do  prawie  błyskawicznej  komunikacji.  Potencjał  komunikacji 
komputerowej  i  możliwości  zbierania  oraz  przechowywania  informacji  są  prawie 
nieograniczone.  To  trochę  jak  z  mózgiem.  Ciągle  jeszcze  za  mało  wiemy,  jak  nasz  mózg 
funkcjonuje  i  jak  się  posługiwać  jego  nie  wykorzystanym  potencjałem.  Z komputerami  jest 
podobnie. 

Byłem  jednym  z  pierwszych,  którzy  zajmowali  się  poszukiwaniem  intruzów  i 

włamywaczy  komputerowych.  Było  to  akurat  wtedy,  kiedy  stworzono  tak  zwane  modemy. 
Modem – nie  wiem,  czy  wiesz – umożliwia  komunikację  między  jednym  komputerem  a 
drugim  za  pomocą  telefonu.  Wielu  ludzi  się  tym  interesowało.  Bardzo  szybko  pojęli,  jak 
wielka jest siła modemu, ale posługiwanie się nim  wymagało czasu i  wysiłku. Uczyłem  się 
też od chłopców piętnasto lub szesnastoletnich, którzy mieli dużo wolnego czasu i niebywały 
talent komputerowy. W  niedługim czasie ci chłopcy dorośli. Wielu z nich zajmuje się teraz 
innymi sprawami, ale została grupka, która wciąż interesuje się wykrywaniem intruzów... 

Tanner mówił długo. Byli już przy drugiej butelce wina. Gdy zamilkł, uśmiechnęli się do 

siebie. 

– A ty czym się kierujesz w życiu? – zapytał. 
– Tobą. 
– Niezły początek – odparł cicho. 
– Jestem szczęśliwa, że znam ciebie. 
– I ja odczuwam coś podobnego. 
– Wiatr jest coraz silniejszy i robi się coraz zimniej. Nie sądzisz, że Doga trzeba zabrać 

do środka?

– Nie  wierzę!  Czyżbyś  przełamała,  Lauro  Fullerton,  swój  sceptycyzm  wobec 

czworonogów i zdecydowała się go przygarnąć? Przekażę mu zaproszenie. 

background image

Dog wahał się. Zszedł po schedach i długo patrzył na drogę. Potem wrócił do Tannera i 

łasił się do niego, jednak nie chciał wejść. Dawał do zrozumienia, że zaproszenie przyjmuje, 
ale musi dalej trwać na posterunku. 

Tanner poszedł do piwnicy i przyniósł solidne pudło tekturowe, w którym przywieziono 

próbki materiałów dla Laury. Wyniósł pudło na ganek i ciepło wymościł. 

Laura z rozczuleniem obserwowała po raz kolejny jego troskę o psa. 
– Jest  naprawdę  zimno – stwierdził.  – Przejdę  się  po  domu  i  zamknę  okna.  Proponuję, 

byśmy przenieśli się do biblioteki, tam można rozpalić w kominku. 

Laura sprzątnęła ze stołu. Gdy weszła do biblioteki, na kominku trzaskał już ogień, przed 

którym  Tanner  skonstruował  prawdziwe  gniazdo,  składające  się  z  materaców,  pluszowej 
narzuty i poduszek pozbieranych z całego domu. 

Zdjął  marynarkę  i  muszkę,  rozpiął  górne  guziki  u  koszuli,  na  końcu  zsunął  buty  i 

wyciągnął się z pomrukiem zadowolenia. 

– Gdzie mój harem? – zapytał, nalewając wino do kieliszków. 
– Musimy mieć muzykę. 
– Będę nucił – zaproponował. 
– Romantyczną, cichą muzykę. Nie masz radia?
– Jesteś bardzo wymagająca. 
Ale  wyszedł  do  samochodu  i  po  chwili  wrócił  z  magnetofonem  kasetowym  i  kilkoma 

taśmami. Włosy i koszula były trochę mokre od deszczu, który już mżył. 

Usiadł obok Laury i pocałował ją. 
– Potrzebujesz czegoś jeszcze? Lepiej powiedz teraz. 
– Nie, zdaje mi się, że wszystko mamy pod ręką – uśmiechnęła się. 
– Na serio?
– Hmm – pocałowała go. 
– Aaaa. Nareszcie. 
Laura zebrała kilka poduszek i położyła się na boku, Tanner wyciągnął się obok i położył 

głowę na jej udach. 

– Kto był twoją pierwszą miłością? – zapytała. – Ty. 
– Czy to odpowiedź grzecznościowa?
– Nie  wiedziałem,  co  to  miłość,  zanim  ciebie  nie  poznałem.  To  ty  właśnie  moje 

studenckie  noce  zamieniłaś  w  jakiś  nie  kończący  się  obłęd.  Było  gorzej  niż  na  wojnie.  W 
Wietnamie po prostu się bałem. A myśląc o tobie – traciłem wszelką nadzieję. 

– Dlaczego nigdy nie zaproponowałeś mi spotkania?
– Chodziłaś z Mike’em. A gdy dowiedziałem się, że rozstaliście się, byłaś już zaręczona z 

Tomem. Poza tym nawet mnie nie zauważałaś. 

– Oj, to nieprawda. 
– Pocałuj mnie. 
– Teraz ja tu rozkazuję. Powiem ci, jak przyjdzie na to czas – skarciła go. 
– Teraz ty?
– Tak. 

background image

– Doprowadzasz mnie do szaleństwa. 
– Nie wiem dokładnie, jak nazwać to, co ty ze mną wyprawiasz, ale boję się tego. Chwała 

Bogu, jesteś wolny. A może jest jakaś kobieta w twoim życiu?

– Jest. Ty. 
– Och, Tanner. 
Obróciła się i oparła o jego pierś, zanim go pocałowała. Podniosła głowę, by nabrać tchu, 

lecz on objął ją i nie chciał już puścić. 

– Twoja rana... Nie robię ci krzywdy? – spytała niewyraźnie. 
– Zabijasz mnie. 
Ciągle nie chciał jej oswobodzić. 
– Paraliżujesz mnie – powiedział i gestem sprecyzował, co miał na myśli. 
Udała zawstydzoną. 
– Jesteśmy tacy różni. Jestem miękka jak woda, a ty twardy jak skała. 
Gładził z rozkoszą jej ciało, opięte cieniutkim czerwonym jedwabiem. 
– Naprawdę dla mnie uszyłaś tę sukienkę?
– Chciałam cię zdobyć. 
– Jest wspaniała. 
– Cieszy  mnie,  że  ci  się  podoba.  Jedwab  ciężko  się  szyje,  przelewa  się  przez  palce  i 

wymyka z rąk. 

– Zupełnie tak samo jak ty. Zdejmij mi koszulę. Chcę, byś była bliżej. 
Oczy mu błyszczały, a jego ręce paliły jak ogień. 
– Dotknij mnie – rozkazał. 
Odgarnęła zmierzwione włosy z jego czoła, ale w nim narastała niecierpliwość. Pochyliła 

się nad nim i pocałowała go miękko, lecz on całował ją jak człowiek umierający z pragnienia, 
któremu nareszcie podano wodę. Uwolniła się na chwilę od jego ust. 

– Nie tak szybko – szepnęła. 
Leżała na wznak, a on nachylił się nad nią i pocałował ją raz jeszcze na swój sposób, aż 

Laura się roześmiała. 

– Co w tym śmiesznego?
– Widzę, że nie jesteś tak niewinny, jak udawałeś. 
– No tak. Posłużyłem  się  starym,  wypróbowanym trickiem.  Zdejmij  mi  koszulę, proszę 

po raz drugi. 

– Czy wyglądam na kamerdynera?
– Na kamerdynera przyjąłbym cię od razu. 
– Trzeba zacząć od rozpięcia guzików? Czy można ją ściągnąć przez głowę?
– Rozpocznij od guzików – zaproponował. 
– Są zapięte na odwrót. Co za głupi pomysł. 
– Przyzwyczaiłem się. Ale radzisz sobie całkiem dobrze. Przyjmuję cię na kamerdynera. 
– Pasek również zapina się na odwrót. Trzeba z tym będzie zrobić porządek. 
– Mógłbym chodzić nago. 
– Świetny pomysł. Ale wtedy kamerdyner będzie ci niepotrzebny. 

background image

– Jest tu tyle innych zajęć dla ciebie. 
– Przepraszam,  ale  okien  nie  myję...  – zamknął  jej  usta  pocałunkiem.  Szeroka  pierś 

przylgnęła do jej ciała. Ocierał się o nią mrucząc z rozkoszy. Gorący oddech palił jej twarz, a 
jego ręce gwałtownie ściskały biodra. 

Laura  zgubiła  już  jeden”  kolczyk,  a  jej  długie  włosy  rozrzucone  były  w  czarującym 

nieładzie.  Oczy  miała  na  wpół  przymknięte,  usta  nabrzmiałe  w  oczekiwaniu  na  następny 
pocałunek.  Jej  ruchy  stawały  się  coraz  bardziej  leniwe,  jego  zaś  były  coraz  szybsze, 
gwałtowniejsze. Gdy poruszał jej ciałem, czuła się tak, jakby była z gumy. 

Zaczęła się powoli poruszać wraz z nim, a on drżał coraz mocniej. Zsunął sukienkę z jej 

ramion i piersi, by móc lepiej ją widzieć w świetle ognia. 

– Jesteś piękna... 
– Ach, Tanner... 
Mówili coraz bardziej urywanymi zdaniami,  chcąc usłyszeć siebie, choć nie mieli w tej 

chwili już nic do powiedzenia. Trwając tak, nagle znaleźli się niebezpiecznie blisko momentu 
spełnienia, a ich usta wyrzucały coraz bardziej nieopanowane słowa rozkoszy, splecione uda 
trwały w rytmicznym tańcu, palce gorączkowo czegoś szukały. Przylgnęli twarzą do twarzy... 

Sukienka, już dawno porzucona, mieniła się czerwienią prawie tak jaskrawą jak ogień w 

kominku.  Leżeli  nadzy,  a  ich  ciała  zwarły  się  w  coraz  gwałtowniejszej  potrzebie.  Ruchy 
stawały się coraz bardziej naglące, dłonie napięte. 

Tanner doprowadził w końcu ich miłość do paroksyzmu, wynosząc ją na szczyt rozkoszy 

i zapamiętania. 

Wciąż  oszołomieni miłością leżeli  blisko  siebie,  zupełnie  wycieńczeni. Poruszył  się, by 

objąć  ją  ramieniem,  boleśnie opierając się na  jeszcze nie  wygojonych  ranach.  Przytulił  ją  i 
przylgnął do niej na chwilę. Potem odsunął się i nie bacząc na jej nieśmiałe pomruki protestu 
położył się na wznak, drżąc z upływu sił. 

Po  chwili  odpoczynku  lekko  podniósł  się  i  oparł  na  łokciu,  aby  móc  na  nią  patrzeć. 

Pocałował ją, wciąż oddychając nierówno. Krople potu spływały mu po twarzy, trzęsącą się 
ręką odgarnął jej włosy. 

– Byłeś wspaniały – uśmiechnęła się sennie. 
– Ty też. Byłaś piękna. 
– Zróbmy to jeszcze raz – powiedziała tonem rozkapryszorej dziewczynki. 
– Dobrze. W każdej chwili. Ale w przyszłym tygodniu. 
– Dopiero w przyszłym tygodniu?
– Może do tego czasu wrócę do siebie. 
– Właściwie nie dałeś mi żadnej szansy – zaśmiała się. 
– To prawda. Ale o jakiej szansie myślisz?
– C moich wielkich planach uwiedzenia ciebie! Tyle się napracowałam szyjąc sukienkę i 

przygotowując miłosny poczęstunek, a ty nie dałeś mi możliwości sprawdzenia, czy miałam 
rację. 

– Dam ci ją następnym razem. W ogóle nie zareaguję. Będziesz panowała nad sytuacją w 

stu procentach. Będę nucił coś pod nosem i wyglądał przez okno. 

background image

Całował  delikatnie  jej  oczy,  policzki,  szyję,  choć  nie  chciał  jej  ust,  gdy  w  oczekiwaniu 

zwróciła do niego twarz. 

– Będę mogła użyć wszystkich podstępnych, kobiecych sztuczek?
– Obiecuję ci to. 
Podniosła  się  i  pchnęła  go lekko,  tak  że  leżał  znów  na  wznak.  Uśmiechnął  się,  a  w  jej 

oczach zapaliły się niebezpieczne światełka. 

– Lauro – zaoponował Tanner. 
– Bądź cicho. 
– Kochanie,  są  chwile,  w  których  mężczyzna  musi  odpocząć.  Połóż  się  spokojnie  koło 

mnie... 

Zupełnie nie słuchała tego, co mówi. 
– Uważaj, to boli – syknął lekko. 
– Ale  przecież  kilka  chwil  temu  sam  położyłeś  tam  moją  rękę.  Dlaczego  wtedy  było 

dobrze, a teraz nie jest?

– Co by było, gdybyśmy się trochę przespali? – Tanner był nieubłagany. 
– Twoje  zainteresowanie  dość  łatwo  się  wyczerpuje.  Poruszyła  głową tak,  by jej  włosy 

łaskotały go w pierś. 

– O  zainteresowaniu  pogadamy  za  tydzień  lub  może  dopiero  za  dwa.  Ale  tygrysica  z 

ciebie.  W  wojsku  ostrzegali  mnie  przed  takimi,  jak  ty.  Mówili,  że  są  kobiety,  które  rujnują 
młodych, niewinnych chłopców dla własnej przyjemności. 

– Pocałuj mnie. 
– Najwyżej mogę ci podać rękę. 
Zaśmiała się, kładąc obok niego na wznak. Leżąc trzymali się za ręce. 
– W  najśmielszych  marzeniach nie  sądziłem,  że  kiedyś będą  na  tyle  szczęśliwy, by  cię 

odnaleźć i kochać. Może ja śnię?

– Może śnimy oboje?
– Czy było ci dobrze? Jesteś zadowolona?
– Jesteś fantastyczny. Nie wiedziałam, że miłość może tak właśnie wyglądać. Byłam dwa 

lata mężatką, ale tak jak z tobą nie było nigdy. Jesteś cudowny. 

I znów nie mogli się pogodzić, które z nich jest lepsze w miłości. Wciąż nadzy leżeli w 

cieple kominka, dotykając się, głaszcząc, przekomarzając. 

Długo potem  kochali  się  jeszcze  raz, łagodniej i  spokojniej.  W  końcu  zasnęli.  Ogień w 

kominku przygasł. 

Dźwięk alarmu zerwał Tannera na równe nogi. W okamgnieniu był już w gabinecie. 
Laura pogrążona w półśnie, wyczuła jego napięcie i obudziła się. Trwała w oczekiwaniu. 

Wreszcie  usłyszała  dziwny  szum  i  dwa  charakterystyczne  piski  komputerowe.  Po  nich 
nastąpiła cisza. 

Wstała, narzuciła szybko sukienkę i wyszła d^ ciemnego przedpokoju. Z gabinetu sączyło 

się słabe światło. 

– Co się stało?

background image

Tanner wyjmował jakieś części ze swojego komputera i wrzucał je do koszyka, w którym 

już był filtr i zagłuszacz. Nie patrząc na nią powiedział sucho:

– Wyjeżdżamy.  Weź  ubranie  na  zmianę  i  wszystkie  ważne  papiery.  Prawdopodobnie 

będziemy dość odcięci od świata. Zabierz wszystko, co ci jest niezbędne. Resztę zostaw. 

– Co ty robisz?
– To są karty z rozszerzoną pamięcią, które muszę wziąć. Pospiesz się!
– Tanner... 
– Wszystko wytłumaczę później. Szybko! Nie ma chwili do stracenia!

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Wciąż wiał silny, dość chłodny wiatr i padał deszcz. Laura zastanowiła się, idąc na górę, 

która mogła być godzina. Musiało być grubo po północy. W swoim pokoju zdjęła czerwoną 
sukienkę  i  włożyła  wytarty  bawełniany  dres,  znaleziony  w  szafie  dla  gości.  Rozglądała  się 
myśląc, co jej będzie potrzebne. Bieliznę i szczotkę do zębów od razu pospiesznie wrzuciła 
do torebki. 

Co jeszcze? Sandały, parę butów na płaskim obcasie, dwie bluzy marynarskie i spodnie 

na elastycznej gumce, które sobie przygotowała na wypadek chłodniejszej pogody. Związała 
to wszystko w dużej chuście, która miała zastąpić walizkę. 

Wybiegając  z  pokoju  chwyciła  jeszcze  płaszcz  i  torebkę.  W  szafie  zostawiła  dwie 

garsonki, kilka bluzek i buty na wysokim obcasie. 

Znalazłszy  się  w  pokoju,  o  którym  już  przyzwyczaiła  się  myśleć  jako  o  „swojej 

pracowni”,  zaczerpnęła  głęboko  powietrza.  Serce  jej  się  krajało  na  myśl,  że  musi  zostawić 
wszystkie  te  skarby  ofiarowane  jej  przez  Tannera.  Wzięła  tylko  notatnik,  kilka  ołówków, 
kredki i szkicownik. Papier pakowy pozostał w kącie. Zanim zamknęła drzwi, przyjrzała się 
raz  jeszcze  swemu  straconemu  królestwu  przepysznych  materiałów  i  barw.  Pobiegła  do 
gabinetu. 

Tannera  nie  było. Zastała  go  w  kuchni,  gdzie  pakował  owoce  do  torby.  Był  ubrany 

podobnie jak ona. Kosz z częściami komputerowymi stał obok na podłodze. Włożył do niego 
torbę  z  owocami,  z  nerwowym  uśmiechem  wziął  od  niej  tobołek  z  ubraniem  i  niedbale 
położył go na wierzch. Wyglądało na to, że w koszu mieści się tylko brudna bielizna. 

– Dlaczego to wszystko robimy? – zapytała. 
– Samochody, które słyszałaś, wzbudziły nie tylko moje podejrzenia. Ponieważ wciąż nie 

wiadomo, czy mój wypadek nie był przez kogoś zaplanowany, trzeba być ostrożnym. 

– Czy to znaczy, że... ktoś cię ściga

7

– Chodzi tylko o to, by być ostrożnym – powtórzył. 
– A co będzie z Dogiem? – zapytała z nagłą troską. 
– Zadzwonię  do  Henry’ego  jutro  rano  i  poproszę,  by  wziął  Doga  do  siebie.  Na  razie 

wystarczy mu żarcia i wody, a w pudle nie będzie mu zimno. 

Pies już stał przy samochodzie. Wskoczył jako pierwszy, gdy Tanner otworzył drzwi. 
– Wie, że wyjeżdżamy – Laura spojrzała na psa. Był całkiem spokojny. 
– Psy są mądre – zgodził się Tanner. – Jedźmy. 
– Dokąd?
– Jest kilka planów alternatywnych. Mamy się kierować planem. 
– Czy  to  wszystko  jest  naprawdę  potrzebne? – zapytała,  nie  mogąc  zrozumieć 

konieczności tak nagłego wyjazdu. 

– Prawdopodobnie nie. 
– Dlaczego więc musimy uciekać w środku nocy? – popatrzyła na zegarek. – O godzinie 

trzeciej nad ranem jechać Bóg wie gdzie!

background image

– Muszę  nawiązać  kilka  kontaktów  przy  pomocy  radia  CB.  Dostanę  zakodowane 

informacje  i  nie  wolno  mi  niczego  przegapić.  Przepraszam,  ale  nie  mogę  teraz  z  tobą 
rozmawiać. Wszystko opowiem ci później. 

Tanner  w  kilka  minut  później  otrzymał  przez  radio  jakieś  informacje,  zanotował  kilka 

cyfr i numerów. Po przejechaniu około 20 mil zjechał na bok i błysnął światłami. Po chwili 
od tyłu podjechał do nich chevrolet. 

– Poczekaj  tu,  aż  sprawdzę,  czy  wszystko  jest  w  porządku – Dowiedział  do  Laury 

rozkazująco. 

Wysiadł  ostrożnie  i  stanął  przy  drzwiach  samochodu.  To  samo  uczynił  człowiek  z 

chevroleta. Podeszli do siebie i zamienili jakieś cyfry i numery. Gdy Tanner wrócił, nachylił 
się do Laury i powiedział:

– Wszystko w porządku. Idziemy. 
Laurę  uderzyła  nierealność  całej  sytuacji.  Musiała  mocno  wziąć  się  w  garść,  by  nie 

wybuchnąć  histerycznym  chichotem.  Wysiadła  z  samochodu  na  deszcz,  Dog  wyskoczył  za 
nią.  Mężczyzna  z  chevroleta  przytrzymał  jej  przednie  drzwi,  a  pies,  znów  nie  proszony, 
wskoczył na tylne siedzenie. 

– Zaopiekuj się moim nowym porsche’em – nakazał Tanner nieznajomemu. 
– Z przyjemnością – odparł. – Uważajcie na siebie – dodał. 
Tanner  podniósł  rękę  na  pożegnanie,  wsiadł  do  chevroleta  i  cofnął  go  gwałtownie. 

Odjechali. 

Wyglądając  przez  zalane  deszczem  tylne  okno  zobaczyła  światła  porsche’a 

zawracającego  ku  Myrtle  Beach.  Obróciła  się,  by  móc  obserwować  szosę,  która  błyszczała 
przed nimi. Wycieraczki pracowały monotonnie. 

Objęła  wzrokiem  psa  zwiniętego na  tylnym siedzeniu.  Nie  wydawał się  zaniepokojony. 

Otuliła się ściślej płaszczem i milczała, zatopiona w swoich myślach. 

Profil Tannera rysował się wyraźnie na tle nocy. Nawet w nikłym świetle widać było, że 

jest poważny, aczkolwiek spokojny. Można było na nim polegać i to nie tylko w sytuacjach 
tak  wyjątkowych  jak  ta.  Ale  co  się  właściwie  działo?  Czyżby  był  to  jeden  z  „klientów”
Tannera, szukający zemsty?

Znajdował  się  w  niebezpieczeństwie.  To  było  jasne.  A  więc  i  nad  nią  wisiała  groźba. 

Pomimo tego nie czuła strachu. Miała raczej ochotę podjąć razem z nim walkę. 

Jak  mężczyzna...  Jednak  raczej  jak  kobieta.  Amazonka.  Zdziwiło  ją  to.  Nigdy  nie 

grzeszyła szczególną odwagą. Skąd wiec ta gotowość do obrony Tannera? No tak. Po prostu 
kochała go. 

Wspominała  ich  krótki  tydzień.  Łagodność,  z  jaką  się  do  niej  odnosił,  troskę  o  Doga. 

Przypomniała  sobie  rozmowy,  które  prowadzili  i  zrozumiała,  że  nie  tylko  wydawał  się 
wyjątkowy jej, ale i przełożonym. Był człowiekiem czynu, pomyślała z dumą. 

Zdała sobie sprawę, że Tanner może na nią liczyć w każdej sytuacji. Postanowiła być jego 

partnerem, cokolwiek by się wydarzyło. Nie pozwoli na to, by stało mu się coś złego. Mimo 
woli  zaczęła  sobie  wyobrażać  różne  sytuacje,  w  których  go  ochrania  i  o  mały  włos  nie 
parsknęła śmiechem. 

background image

Ale tak naprawdę śmiać się nie było z czego. Jeśli człowiek taki jak on uciekał w środku 

nocy, to sprawa musiała być poważna. Przebiegł ją dreszcz. Będzie musiała być czujna. On i 
ludzie, z którymi współpracował, najwyraźniej dobrze wiedzieli, co robią. 

Jeśli ona zareaguje źle, może zniweczyć ich plany. Musi więc bardzo uważać. Po chwili z 

radia ponownie dobiegły jakieś informacje, na które Tanner odpowiadał równie tajemniczym 
szyfrem. 

Laura słuchała w milczeniu, nie stawiając żadnego z rozlicznych pytań, które cisnęły się 

jej  na  usta.  Po  co  te  szyfry?  Czy  się  zmieniały?  I  jak  on  to  robił,  że  je  wszystkie 
zapamiętywał? Kto je wymyślał?

Szyfry  pewnie  były  generowane  komputerowo.  Świat  szpiegów  stawał  się  coraz  mniej 

romantyczny. Nie była to już walka człowieka z człowiekiem, ale komputera z komputerem. 
Oczywiście ktoś musiał komputerem sterować. Ktoś, kto ogarniał całokształt sytuacji. 

Komputery odzierały ludzkie poczynania z tajemniczości. Otwierały jednak tak niepojęte 

możliwości!  To  nie  było  tak  jak  z  fizyką,  która  odkrywała  tajemnice,  tłumacząc  wszystko 
czynnikami naturalnymi i zrozumiałymi dla ludzi. Pamięć komputerów była nieograniczona. 
Wystarczyło  popatrzeć  na  komputerowe  schematy  kolorystyczne.  Posługując  się 
komputerem, grafik mógł zaprogramować tysiąc sześćset kombinacji kolorów w ciągu kilku 
sekund. 

Ale mimo wszystko za pomocą komputerów nie można było zgłębić wszystkich tajemnic 

życia.  Laura  popadała  w  coraz  większą  zadumę,  snuła  metafizyczne  refleksje,  czasami 
drzemała. Przed świtem dojechali na miejsce. 

Nie  byli  już  na  wybrzeżu.  Pogoda  się  nieco  poprawiła.  Pędzone  wiatrem  chmury 

przesuwały się po niebie. Od czasu do czasu wyglądał zza nich blady księżyc. W jego świetle 
ujrzeli mały domek. Stał z boku gęsto otoczony drzewami. Nawet bystre oko nie dostrzegłoby 
go bez dokładnych wskazówek. Na pewno nie znaleźliby go. 

Chevrolet powoli posuwał się wąską dróżką między drzewami. Dom nie był otynkowany. 

Szare  mury  były  prawie  niewidoczne.  Drzwi  do  garażu  stały  otworem.  Tanner  wjechał  i 
wyłączył silnik. 

Ciszę przerwała Laura. 
– Dojechaliśmy. 
– Cieszy mnie, że jesteś ze mną. Choć wolałbym, żeby w tych okolicznościach raczej cię 

tu nie było – dotknął jej ramienia. 

Wysiedli z samochodu, prostując się i przeciągając. Dog również wyskoczył, rozglądając 

się i obwąchując wszystko z ciekawością. 

Tanner wyjął  koszyk  z  bagażnika.  Gdy cicho  zamykał  garaż,  otworzyły  się  tylne drzwi 

domu. Na progu stanął wysoki mężczyzna. 

– Ta? – zapytał. 
Padła zaszyfrowana odpowiedź. 
– Witajcie. 
Mężczyzna przypominał posturą Tannera. Ręce trzymał w kieszeniach. 

background image

– Więc w końcu wziąłeś ją ze sobą? – spojrzał na Laurę niezbyt przyjaźnie. 
Rzuciła Tannerowi szybkie spojrzenie. 
– Nie mogłem jej zostawić. Ona jest w porządku. 
– Nikt nie jest pewny. 
– Jeśli ja jestem, to i ona też. 
– Aha – nie wydawał się przekonany. – Nazywam się Bród wiek. 
Tanner wyciągnął do niego dłoń. 
– Słyszałem o tobie. To jest Laura Fullerton. Brodwick skinął jej głową. 
– Ja  też  o  tobie  słyszałem.  W  salonie  jest  ustawiony  komputer.  Możesz  się  nim 

posługiwać.  Słyszałem,  że  jesteś  geniuszem.  Kazano  nam  się  bardzo  dobrze  tobą 
zaopiekować.  Podobno  jesteś  na  wagę  złota,  choć  rajdowcem  chyba  nie  zostaniesz –
uśmiechnął się krzywo. 

Tanner momentalnie zareagował na żart. 
– Nie miałem wyboru. Był tam taki rów, a za rowem drzewa. Duże, imponujące drzewa z 

solidnymi korzeniami. 

– Siła wyższa. Ale teraz już jesteś na chodzie. 
– Coraz bardziej. 
– Pozwolisz, że ci pomogę. 
Trzymając koszyk Tannera, skierował się do domu. 
– Przywiozłeś zagłuszacz i karty?
– Oczywiście. 
– Świetnie, chętnie je zobaczę. Słyszałem, że skonstruowałeś różne bajery. 
– Z przyjemnością ci je pokażę. Masz tu może jakieś inne karty?
– Ani  jednej – Brodwick  przecząco  potrząsnął  głową.  – Musieliśmy  ci  szybko  znaleźć 

miejsce. Tu było najbliżej. 

Przypomniał sobie o roli gospodarza. 
– No to co, dzieciaki, jesteście głodni? Nie był dużo starszy od nich. 
– Masz  coś  dla  psa? – zapytał  Tanner.  – Znaleźliśmy  go  i  od  kilku  dni  karmimy 

regularnie. Chyba przyzwyczaił się do normalnych posiłków. 

– Ładny  pies.  Jak  go  zobaczyłem,  to  od  razu  zrozumiałem,  dlaczego  nie  chciałeś  go 

zostawić. Czy to obroża przeciwko pchłom?

– Tak. 
– Jest wytresowany?
– Nie miałem nigdy do czynienia z tresowanym psem. Jest posłuszny, ale nie wiem, czy 

jest naprawdę wyćwiczony. Na pewno jest lojalny. To on chciał z nami zostać. 

– Sprawdzę  go  potem.  Jeśli  na  rozkaz  weźmie  ode  mnie  żarcie,  już  będziemy  coś 

wiedzieć. Chodźcie. Pokażę wam naszą twierdzę. 

Przeszli przez kuchnię i zeszli na dół do piwnicy. Brodwick odsunął jakieś przepierzenie, 

zapalił światło i nacisnął ukryty pod kontaktem przycisk. Część murowanej ściany bezgłośnie 
odsunęła się na bok. 

Weszli do środka. Laura wciąż nie dowierzała własnym oczom. Brodwick pokazał im, jak 

background image

uruchomić  cały  mechanizm.  Na  półkach  leżały  latarki.  Przed  nimi  ciągnął  się  długi, 
oświetlony tunel. 

Brodwick  tłumaczył  zupełnie  normalnym  głosem,  jakby  w  tym,  co  mówił  nie  było  nic 

nadzwyczajnego. Mówił głośno, żeby i Laura usłyszała:

– Jeśli  coś się stanie, jeśli  ktoś  niepowołany tu  się  zjawi  lub  wybuchnie  pożar, musicie 

ukryć się w tunelu. Prowadzi on na zewnątrz. Ale trzeba być bardzo ostrożnym i przeczekać 
dwa  dni,  zanim  wyjdzie  się  na  powierzchnię.  Jeśli  przez  dwa  dni  nikt  z  nas  się  w  punkcie 
kontrolnym nie zgłosi, ktoś przyjedzie sprawdzić, co się dzieje. 

Do  tej  pory  tunel  nigdy  nie  był  używany – ciągnął  dalej,  podczas  gdy  Tanner  ćwiczył 

otwieranie zamaskowanych drzwi. – Ale nigdy nic nie wiadomo. Nie wiemy, czy jesteście w 
opałach.  Wszyscy  byliśmy  skautami  i  hasło  „bądź  w  pogotowiu”  traktujemy  poważnie. 
Odnosi się to również do was. 

– Teraz ty, Lauro, spróbuj zamknąć drzwi. – Zwrócił się do niej. 
Z oczami rozszerzonymi lękiem wykonała konieczne czynności, obserwując, jak kontakt 

w ścianie, jakby przesunięty niewidzialną ręką, wrócił na miejsce. 

Poszli z powrotem na górę. 
– Będziecie  spali  w  drugiej  sypialni – oznajmił  Brodwick.  – Łazienka  działa  sprawnie, 

jedzenia w lodówce jest  pod dostatkiem.  Czujcie się jak w domu. Będę często  znikał. Poza 
mną przydzielono tu jeszcze dwie osoby. Zjawią się koło południa. Wkrótce powinniśmy się 
dowiedzieć,  co  się  dzieje,  o  ile  coś  się  dzieje,  oczywiście.  Sprawdzamy  facetów,  którymi 
zajmowałeś  się  ostatnio,  ale,  jak  wiesz,  to  wszystko  trwa.  Twój  dom  na  wybrzeżu  jest 
obstawiony. To tyle. Życzę przyjemnego pobytu. 

– W porządku? – Tanner spojrzał na Laurę z niepokojem. 
– To wszystko jest bardzo dziwne. 
– No tak. 
– Czy kiedyś przytrafiło ci się już coś podobnego?
– Nie. Dlatego właśnie musiało się to stać teraz. Ja potrafię sobie dać radę, ty natomiast 

nie.  Nie  chciałem ryzykować.  W  normalnych warunkach  nie  zareagowałbym  w  ten  sposób. 
Ale bałem się o ciebie i wolałem uciec. 

– Mój kochany! – podeszła do niego, a on przytulił ją czule. 
Przez chwilę tak trwali, wreszcie objął ją gwałtownie. Zdała sobie sprawę, że jej własne 

zagrożenie było mniej ważne niż niebezpieczeństwo, które wisiało nad nim. Dłońmi gładziła 
jego głowę i ramiona, jak gdyby upewniając się, że jest przy niej, cały i zdrowy. 

Pocałował ją w czoło i odsunął się. 
– Jesteś pewnie głodna. Zjedzmy coś. 
– Nie,  głodna  nie  jestem.  Ale  chętnie  bym  się  na  chwilkę  położyła – mimowolnie 

znacząco potarła policzek. 

– Chodź,  najpierw  zobaczymy,  co  jest  w  kuchni.  Dom  urządzony  był  bardzo  prosto. 

Meble  były  bardzo  zwyczajne.  W  oknach  wisiały  zasłony.  Łóżka  wyglądały  jak  w 
przydrożnym motelu – czysta pościel i koc. 

Kuchnia  była  zaopatrzona  bardzo  dobrze.  Odnaleźli  w  szafkach  jedzenie,  papierowe 

background image

talerze i plastykowe sztućce. Wszędzie panowała czystość. Usiłowali się nawzajem namówić 
do przełknięcia czegoś. 

W  końcu  zjedli  po  starym,  trochę  wyschniętym  pączku  i  wypili  po  szklance  mleka  z 

tekturowego kubka. 

Sprzątnęli  szybko po  sobie  i  poszli  do  sypialni,  którą  Brodwick  im  wskazał.  Tanner ze 

skupioną miną pomagał Laurze się rozbierać, patrząc na nią przez cały czas. Potem podniósł 
prześcieradło, by mogła wsunąć się do łóżka i przykrył ją kocem. 

Patrzył na nią, powoli się rozbierając. Śledziła jego ruchy i natychmiast przytuliła się do 

niego, gdy położył się na wąskim łóżku. Nie mówił nic. Ona też milczała. Jakiś czas trwali 
tak w ciszy podyktowanej nową sytuacją, w której się znaleźli. Kochali się. Nie były to już 
radosne uniesienia sprzed kilku godzin. Odkrywali inny rodzaj miłości. 

Ogarniało  ją  coraz  większe  pożądanie.  Paznokcie  wbiła  w  jego  ramiona,  biodrami 

ponaglała go coraz gwałtowniej. 

Kochali się z rozpaczliwą namiętnością. Wziął ją bardziej z chęci udowodnienia sobie, że 

naprawdę  ją  posiada  niż  z  potrzeby.  Trzymał  ją  w  kurczowym  uścisku.  Gdy  w  końcu 
osiągnęli paroksyzm, Laura przytuliła go gwałtownie. 

Zapadł w głęboki sen. Ona też była zachłanna. Był jej. 
Mężczyźni z obstawy jedli lunch osobno. Zachowywali się jak dzikie zwierzęta, strzegące 

swego terytorium. Wyglądało na to, że poważnie traktują grożące niebezpieczeństwo. 

Oprócz  Brodwicka  byli  jeszcze  Daniels  i  Reed.  Podobnie  jak  Brodwick – wysocy, 

wysportowani i małomówni. Rzadko żartowali i nigdy nie okazywali zbytniego rozbawienia. 

– Zainstalowaliśmy  w  twoim  domu  dwóch  agentów.  Podjechali  porsche’em,  jak  gdyby 

wracali do siebie, do domu. W samochodzie znaleźli mikrofon. Chwała Bogu, że zmieniliście 
po drodze samochody – relacjonował Reed. 

Tanner podniósł głowę raptownie. 
– A sądziłem, że jestem ostrożny. Nowy mikrofon?
– Trudno powiedzieć. Mogli go zamontować wszędzie i w każdej chwili – Reed wzruszył 

ramionami. 

– Nie udało nam się tak szybko znaleźć agentki z pani kolorem włosów. Męczy się więc 

w peruce. 

– Czy grozi im niebezpieczeństwo?
– Nie ma obawy. To prawdziwi profesjonaliści – Reed uśmiechnął się z zadowoleniem. 

Potem zwrócił się do Tannera:

– Ponieważ  posługiwałeś  się  kulą,  gdy  pani  przyjechała,  agent  chodzi  teraz  o  lasce –

wymówił tę kwestię z prawie niedostrzegalną ironią, przeciągając słowa. 

Dopiero  wtedy  Laura  zdała  sobie  sprawę,  że  byli  obserwowani  przez  cały  czas.  Skąd 

mogliby  wiedzieć  o  jej  przyjeździe  lub  o  fortelu  Tannera  z  kulą?  A  więc  śledzili  dom 
Mornów? Poczuła się nieswojo na myśl, że mogła być podglądana i nic o tym nie wiedzieć. 
Nagle wezbrała w niej złość. 

– Dog jest genialny – zmienił temat Reed. – Masz go od dawna?
– Zgubił się lub ktoś go porzucił – wyjaśnił Tanner. – Gdy znaleźliśmy go, musiał już od 

background image

kilku dni być na plaży. Ale wciąż pilnował dropi – Nie jest psem policyjnym, ale jest bardzo 
inteligentny. Potrafi już szczekać, gdy odchrząkujemy. Teraz uczymy go reagowania na gesty. 
Jest skory do nauki. Może się nudzi i jest zadowolony, że ma zajęcie? Często ogląda się na 
drogę, którą przyjechaliście. Szkoda, że nie może niczego powiedzieć. 

– Starałem  się  być  bardzo  ostrożny – stwierdził  Tanner.  – Szczególnie  ze  względu  na 

Laurę. 

– Tak,  wiemy.  Miałeś  ku  temu  powody.  Nic  się  nie  martw.  Jesteśmy  na  posterunku.  I 

podobnie jak Dog, nie lubimy się lenić. 

Wyglądało na to, że Daniels jest główną osobą w trójce. To on pozwolił im na wyjście z 

domu. 

– Nie wolno wam stracić z oczu budynku. Nie oddalajcie się. Tu trochę niżej jest uroczy 

strumyk,  w  którym  można  łowić  ryby – uśmiechnął  się.  – Jeśli  potraficie,  możecie  nawet 
puszczać kaczki. Chodźcie w dresach i czapkach. Lepiej nie rzucać się w oczy. 

Dresy przypominały wojskowe ubrania. Gdy Laura je zobaczyła, chyba po raz pierwszy 

tak naprawdę uzmysłowiła sobie, w jakiej są sytuacji. Musieli się ukrywać. 

Postanowiła,  że  kiedy  już  wróci  do  South  Bend,  zacznie  ćwiczyć  judo  i  karate.  Może 

nawet nauczy się porządnie strzelać? Życie jednak nie było tak bezpieczne, jak jej się zawsze 
wydawało. 

Tanner położył swoją silną dłoń na jej ręce. 
– Nic ci się nie stanie – powiedział uspokajająco, jakby czytał w jej myślach, choć i on 

był spięty. 

Zdenerwowanie  Tannera  udzieliło  się  wszystkim.  Brodwick  Daniels  i  Reed  robili,  co 

mogli, by tej zgoła niecodziennej sytuacji nadać pozory normalności. Nawet gdy sprawdzali 
broń i szykowali się do warty, rozmawiali o zwykłych, błahych sprawach. 

– Pogoda  jest  piękna,  jak  na  tę  porę  roku – rozpoczął  rozmowę  Reed.  – W  moich 

rodzinnych stronach nie jest tak ładnie. 

– A skąd pan pochodzi? – raczej z grzeczności niż z zainteresowania zapytała Laura. 
– Z północy – uśmiechnął się, jakby przepraszając za wymijającą odpowiedź. 
Brodwick wpadł na dobry pomysł. 
– Zobaczymy, któremu z nas uda się złapać największą rybę w strumyku na dole. Robimy 

zakłady! Proponuję wysokie stawki! Czuję, że wygram!

– Umiesz gotować? – Daniels zapytał Tannera. 
– A co to, czyżby nie było tu żadnej kobiety? – zapytała urażona. 
– Nie ma mowy! Pani jest przecież gościem. 
– A mnie się zdaje, że to wybieg, abym zgłosiła się na ochotnika. 
Powiedziała to żartobliwie, ale Daniels był najwyraźniej urażony. Głośno się roześmiała. 
Rozmowy,  jakie  ci  mężczyźni  prowadzili  z  Tannerem,  były  dla  niej  całkiem 

niezrozumiałe. Mówili o komputerach, kartach, modemach. Laurze wydawało się często, że 
używają jakiegoś obcego jeżyka. 

Gdy zbliżał się kolejny wieczór, wkładali, jak zwykle swoje dresy i czapki, i wychodzili 

background image

na dwór. Dog zawsze im towarzyszył. 

Nigdy  nie  szli  daleko.  Pewnego  wieczoru,  gdy  byli  na  spacerze,  nagle  nadleciał 

helikopter. Daniels, jak anioł stróż, wyrósł spod ziemi i gwałtownym gestem kazał im skryć 
się pod kępą krzewów. 

– Co to... 
– Cicho – kucnął razem z nimi. 
Helikopter przeleciał prosto, nie zbaczając ani nie zataczając żadnych kręgów. 
Z niewinnie wyglądającej bransoletki na ręce Danielsa odezwał się głos:
– Nasz?
Daniels podniósł rękę i odpowiedział:
– Iks. 

– To wszystko jest całkiem nierealne – odezwała się Laura nocą, gdy już leżeli w łóżku. 
Tanner nie odpowiedział, przylgnął do niej tylko, jakby chciał się upewnić, że ma ją przy 

sobie. 

I w miłości był znów zaborczy i niezaspokojony. Nie pozwolił, by coś na siebie włożyła. 
– Ogrzeję cię – powiedział. I jego ręce, zachłanne i gorączkowe, zaczęły obejmować ją 

tysiącem uścisków. 

I  znów  była  rozpalona  namiętnością.  Usiłowała  stłumić  gardłowe  dźwięki,  które 

wydobywały  się  z  jej  ust,  wstydziła  się  gwałtownego skrzypienia  łóżka.  Paliła  się,  drżąc  w 
gorączce,  którą  ją  zaraził.  Nie  mogła  już  tego  dłużej  znieść,  lecz  on  zwlekał,  jakby  chciał 
doprowadzić ją do krzyku. 

Kochali się miłością Drawie dziką. Czy usiłowali udowodnić w ten sposób, że żyją? Że są 

cali, zdrowi i wciąż razem? Było to przeżycie tak  samo niezwykłe, jak cała ich przygoda. I 
równie nieoczekiwane. 

Nie rozumiejąc, Laura poddawała mu się jednak, chcąc tego, czego i on, pragnąc spełnić 

wszystko,  czego  od  niej  zażądał.  A  on  ciągle  utrzymywał  ją  na  granicy  rozkoszy,  w 
oszałamiającym pragnieniu spełnienia. W końcu odkrył przed nią siódme niebo. 

Wyczerpani, zasnęli. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

– Na wybrzeżu nic się nie dzieje – poinformował ich Daniels na drugi dzień rano. – Pusto 

i  cicho.  Nie  zauważyliśmy żadnych tajemniczych  samochodów  ani  nikogo, kto  wzbudzałby 
podejrzenie. 

– A więc fałszywy alarm – powiedział Tanner. 
– Ciągle sprawdzamy. 
– Dziękuję wam, że tak serio to traktujecie. 
– W samochodzie miałeś mikrofon. Nie wiemy, kiedy ci go zainstalowano. Zostawiliśmy 

go z czystej ciekawości. Wasi „zmiennicy” jeżdżą porsche’em po okolicy w nadziei, że coś 
odkryją. Dzięki temu mają przynajmniej jakieś zajęcie. 

Dni  mijały  w  miarę  spokojnie.  Laura  zadzwoniła  do  biura  i  zajęła  się  projektami. 

Trocheja to odprężyło. 

Pewnego  wieczoru  zaproponowała,  że  zrobi  kolację.  Upiekła  pieczeń  rzymską  z 

mielonego mięsa i specjalny placek nadziewany budyniem. Chwalili grzecznie, ale na drugi 
dzień wrócili do swoich hamburgerów i lodów na deser. 

Bez  przerwy  rysowała  Tannera.  Tanner  przy  komputerze,  podczas  rozmowy  z  innymi, 

zamyślony.  Ich  również  szkicowała  i  kilka  udanych  portretów  podarowała  im,  lecz  oni  po 
kryjomu i z przykrością spalili rysunki ze względu na swoje bezpieczeństwo. Agenci nie lubią 
być fotografowani i portretowani. Rysowała też Doga i przy tej okazji zaprzyjaźniła się z nim. 
Był, jak stwierdziła, bardzo mądry, uczył się wciąż czegoś nowego. Lubili go wszyscy. 

W towarzystwie Doga często szli na przechadzkę po okolicy. Dotarli do jodłowego lasu z 

niskimi, młodymi drzewkami i pachnącym igliwiem. W miejscach bardziej nasłonecznionych 
znajdowali malutkie kwiatki, z których Laura plotła misterne wianki. Mogło być pięknie, ale 
Tanner ani na chwilę nie zapominał o niebezpieczeństwie. 

Nieopodal, nad stawem, rosły drzewa, których konary strzelały wysoko w niebo, a młode 

liście  rzucały  cień  na  powierzchnię  zielonkawej  wody.  Tu  również  łowili  ryby,  ale  bez 
większego  powodzenia,  bo  one  wolały  posilić  się  jakąś  muszką  złapaną  w  locie  na 
powierzchni wody, niż połknąć ich haczyk. 

Nie  oddalali  się  nigdy  zbyt  daleko  od  drzew  lub  krzaków,  które  w  razie  potrzeby 

udzieliłyby im schronienia. 

Pewnego  dnia  spędzili  kilka pełnych napięcia  godzin  w  tunelu,  ponieważ w  lesie  nagle 

pojawiła  się  grupa  wycieczkowiczów.  Nie  podeszli  jednak  do  domu,  chyba  nawet  nie  byli 
świadomi jego istnienia. Z pewnością nie zdawali sobie sprawy, że przez cały czas byli pod 
ścisłą obserwacją. 

Oczywiście  sprawdzono  numer  rejestracyjny  samochodu  turystów.  Okazało  się,  że 

samochód  należał  do  nauczyciela  fizyki.  Przyjechał  wraz  z  żoną,  która  pracowała  jako 
kasjerka w sklepie. Towarzyszyli im drugi nauczyciel i jego przyjaciółka. Nie mieli żadnego 
związku z kimkolwiek, kogo Tanner kiedyś znał lub śledził. Alarm okazał się fałszywy. 

Miały miejsce też i inne wydarzenia. Pewnego dnia pojawił się samolot, który przeleciał 

background image

bardzo nisko i zatoczył kilka kół nad ich domem. Okazało się, że poszukiwał zbiegłego konia. 
W samochodzie, który krążył długo po lesie, a potem nie mniej długo parkował, znajdowała 
się para kochanków, która chciała skryć się przed zazdrosnym mężem. 

Najbardziej  jednak  dokuczył  im  jednodniowy  biwak  harcerski,  który  rozłożył  się 

niedaleko. Młodzi chłopcy, jak wiadomo, bywają bardzo ciekawi i lubią wszędzie wejść. Poza 
tym chwalą się swoimi odkryciami, na przykład wyjściem z tunelu, znalezionym w krzakach 
nad rzeczką. Ale i to niebezpieczeństwo szczęśliwie ich ominęło. 

Tanner  zajęty  był  pracą  na  komputerze.  Usiłował  odtworzyć  sprawy,  które  kiedyś 

prowadził.  Miał  nadzieję,  że  pozwoli  mu  to  wyjaśnić  przyczyny  ich  perypetii.  Pracował 
bardzo ciężko. 

Laura wyraźnie zaniedbywała się. Powinna skończyć kilka projektów. Ponadto wiedziała, 

że musi szukać nowych zamówień i nadgonić zaległe spotkania. Trzeba było coś postanowić. 

Kwiecień  miał  się  już  ku  końcowi  i  decyzji  nie  można  było  dłużej  odwlekać.  Już 

niebawem  cała  rodzina  Tannerów  zjedzie  na  wakacje  i  ze  względów  zrozumiałych  będzie 
chciała  dowiedzieć  się,  co  w  ich  domu  robią  obcy  ludzie.  Musieli  wyjechać.  Pozostawał 
jednak ciągle problem samochodu Tannera. 

– Możemy was przenieść do mieszkania w St. Louis – powiedział Daniels. – Jesteśmy też 

w  stanie  zmienić  tożsamość  Tannera,  i  wszystko,  co  się  z  tym  wiąże.  Istnieje  możliwość 
pozostania na zawsze tutaj, ale to chyba byłoby trochę nudne. Jesteśmy czarującymi facetami, 
ale  nie  jest  wykluczone,  że  od  czasu  do  czasu  chcielibyście  popatrzeć  na  jakieś  inne  gęby, 
pójść do kina lub inaczej się zabawić. Pomyślcie o tym. 

Gdy wrócili do pokoju, Laura powiedziała do Tannera:
– Zrobię, co postanowisz. 
– Kocham cię – odpowiedzią!. – „Nigdy o tym nie zapomnij. Ale nie możemy być razem. 

Musisz się ode mnie uwolnić. Nie mamy pojęcia, kto się za tym kryje ani co się właściwie 
dzieje.  Nie  mogę  znieść  myśli,  że  coś  ci  zagraża.  Zrozumiałem,  że  nie  mogę  być  z  tobą  i 
postanowiłem, że musimy się rozstać. 

Usiadł na łóżku nie patrząc na nią. Wyciągnęła do niego rękę, ale on dziwnie szorstkim 

głosem powiedział:

– Na miłość boską, nie dotykaj mnie!
Była zdumiona. Nigdy przedtem nie odzywał się do niej w ten sposób. 
– Nic nie mów. Tak musi być. Gdyby ci się coś stało, nigdy bym sobie tego nie darował. 
– Przecież  możemy  gdzieś  daleko  wyjechać.  Znajdziemy  jakieś  miejsce  do  życia.  Nie 

potrzebuję nikogo oprócz ciebie. 

– Jeżeli  ktoś  mnie  naprawdę  poszukuje,  to  prędzej  czy  później  mnie  znajdzie. 

Gdziekolwiek będziemy, nie będę miał ani chwili spokoju. Nie mogę w ten sposób żyć. 

– Wiele  rzeczy  w  życiu  jest  niebezpieczne,  Tanner.  Każda  decyzja  jest  ryzykowna.  Ja 

potrafię i mogę tak żyć. 

– Nie – potrząsnął głową. – Nie zniosę świadomości, że coś ci zagraża. 
Objął  ją  mocno  i  w  kilka  chwil  później  kochał  z  tą  rozpaczą,  którą  już  nieraz  w  nim 

background image

dostrzegła. Jakby miał to być ich ostatni raz. 

Gdy leżeli potem wyczerpani, Laura powiedziała bardzo cicho i poważnie:
– Życie bez ciebie byłoby innym rodzajem śmierci. Nie mogę się z tym pogodzić. 
– Och, Lauro. 
Próbował się opanować, ale nie udało mu się stłumić urywanego szlochu. 

Laura  wiedziała,  co  dręczy  Tannera.  Ale  czy  mogła  temu  zaradzić?  Usiłowała 

zachowywać  się  normalnie.  Wymyślała  różne  zabawne  rzeczy,  w  czym  pomagała  jej  ich 
obstawa.  Rozmawiała  z  Tannerem  tak,  jak  gdyby  sytuacja  nie  była  aż  tak  niemożliwie 
pogmatwana. 

Nadaremnie.  Udawał  spokój,  ale  żył  w  stałym  napięciu.  W  każdej  chwili  był 

przygotowany  na  konfrontację  z  niebezpieczeństwem.  Spalał  się  i  wyglądał  jak  cień 
człowieka. 

Mimo  pięknej,  wiosennej  pogody,  kolorowych  kwiatów,  słońca,  romantycznego 

położenia domku niełatwo było żyć w uzależnieniu od nieznanego niebezpieczeństwa. 

Wreszcie  pewnego  wyjątkowo  uroczego  dnia  dosięgło  ich  przeznaczenie.  Wracali  do 

domu  z  kilkoma  rybami,  które  złowili  w  strumyku,  gdy zza  drzewa  wyłonił  się  człowiek  z 
karabinem. Pojawił się bez najmniejszego hałasu. Stanęli jak wryci. Tylko Dog zawarczał. 

Laura zerknęła na Doga zdziwiona. Nigdy nie warczał. Dlaczego teraz?
– Bierz tylko mnie. 
Głos  Tannera  był  bardzo  cichy  i  stanowczy.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  przerażający, 

prawie wilczy uśmiech. Szybko rozpoznał nieprzyjaciela. 

– Jej w to nie mieszaj. 
Zdawał  się  od  niej  oddalać,  choć  nie  było  widać,  by  wykonywał  jakieś  ruchy.  Dog 

przesunął się w stronę Laury. 

– Taak – powiedział mężczyzna. 
– Jesteś Rockwell. Czy twój wuj wie, że tu jesteś? Powiedz prawdę. 
– Jestem sam. I jak widzisz, mam zamiar cię załatwić. Przez ciebie musiałem siedzieć tyle 

lat w więzieniu. 

– Nie  jesteś  zbyt  pojętny.  W  więzieniu  siedziałeś  za  to,  że  sprzeniewierzyłeś  te 

certyfikaty. Ja cię tylko złapałem. 

Tanner oddalał się coraz bardziej. 
– Gdyby nie ty, to by mi się udało – głos Rockwella też był cichy. – Nikt inny by na to 

nie wpadł. 

– Jak mnie znalazłeś? – zapytał zwyczajnie, jak w towarzyskiej rozmowie. 
– Zaangażowałem prywatnych detektywów. Obrócił głowę i spojrzał na Laurę. Jego oczy 

zwęziły się. 

W  ułamku  sekundy  Tanner  zaatakował.  Stało  się  to  tak  szybko,  że  było  widać  tylko 

zamazany kształt dresu na tle drzew. W tej samej chwili, charcząc złowrogo, skoczył Dog. 

Skok psa spowodował, że pierwszy strzał Rockwella chybił celu. Gdy Tanner uderzył go 

background image

obalając  na  ziemię,  padł  drugi  strzał.  Kula  wryła  się  w  ziemię.  A  potem  zaczęła  się 
gwałtowna, na śmierć i życie, bójka ludzi i psa. Zza drzew nadbiegli Daniels i Reed. 

Daniels odwołał psa i rozdzielił dwóch mężczyzn. Oczy Tannera momentalnie poszukały 

Laury, która stała nieruchomo, obezwładniona przez strach. Podszedł do niej i chwytając ją w 
ramiona, potrząsnął lekko, jakby chciał sprawdzić, czy żyje. Gdy ją przytulił i ścisnął, z jego 
ust wydobyło się westchnienie ulgi. 

Przez  chwilę  nikt  nie  zwrócił  uwagi  na  Rockwella,  który  wciąż  leżał  na  ziemi.  Nie 

wstawał. Miał przetrącony kark. 

Daniels  pospiesznie  zaprowadził  Tannera  i  Laurę  do  domu.  Nakazał  im  skryć  się  w 

tunelu. Nie było pewności, czy Rockwell był sam. Potem wraz z Reedem wyruszyli do lasu, 
by odnaleźć Brodwicka. Towarzyszył im Dog. 

Brodwick leżał nieprzytomny. Zauważył, że ktoś zbliża się do domu. Chciał zaalarmować 

kolegów i wtedy znienacka otrzymał cios kamieniem w głowę. 

Gruntowna kontrola  okolicy  nie  dała  żadnych  niepokojących  wyników.  Tanner z  Laurą 

odwieźli Brodwicka do szpitala. Stwierdzono wstrząs mózgu. Musiał zostać w szpitalu. 

Daniels  i  Reed  dokładnie  przeszukali  samochód  Rockwella.  Znaleźli  w  nim  odbiornik. 

Tknięci nagłym przeczuciem, popatrzyli na siebie i na Doga. Nadajnik był w jego obroży. 

W  drodze  powrotnej  ze  szpitala  Laura  nareszcie  mogła  dowiedzieć  się  bliższych 

szczegółów. 

– Któż to był?
– George Rockwell – odpowiedział Tanner. – Jego wuj był oszustem, a on mu pomagał. 

Wuj musiał zapłacić słoną karę, ale do więzienia nie poszedł. Natomiast Rockwella wsadzili. 

Gdy  znaleźli  się  w  domku,  Daniels  pokazał  im  obrożę  Doga  i  ukryty  w  niej  nadajnik. 

Doszli  do  przekonania,  że  Dog  był  własnością  osoby,  która  naumyślnie  porzuciła  go  w 
okolicy domu Moranów. Nie był to z pewnością Rockwell, ponieważ Dog go nie rozpoznał. 
W sprawę musiał być więc wmieszany ktoś trzeci. 

– Skąd mogli wiedzieć, że przygarniemy Doga?
– zapytała Laura. 
– Dom Moranów  jest jedyny  w okolicy.  Nawet  gdybyście  go wcześniej  nie znaleźli, to 

Dog  złagodniałby  i  z  pewnością  sam  by  do  was  przyszedł.  Ktokolwiek  go  tam  zostawił, 
pracował dla Rockwella. Pies miał was znaleźć i pilnować, aż do chwili przyjazdu Rockwella. 

– A dlaczego zainstalowali mikrofon w samochodzie? Przecież nie mogli się spodziewać, 

że wyjedziemy?

– Woleli  nie  ryzykować.  W  normalnych  warunkach  po  prostu  by  was  pilnowali.  Ale 

zorientowali  się,  że  jesteś  profesjonalistą  i  chcieli  się  zabezpieczyć.  Zmiana  samochodu 
wyeliminowała pierwszy nadajnik, ale wciąż był w zapasie drugi, w obroży psa. 

Nadajnik ma ograniczony zasięg – ciągnął Daniels. 
– Gdy wyjechaliście,  musieli  się przybliżyć, by  móc złapać sygnał. Rockwell jeździł  w 

coraz bardziej powiększającym się kręgu od Myrtle Beach. I w końcu mu się udało. Odebrał 
sygnał  i  zlokalizował  was.  Szanse  miał  nikłe.  Dlatego  trwało  to  tak  długo.  Gdybyśmy 
wywieźli cię dalej, nie udałoby mu się... Tym razem. Ale kiedyś i tak by cię dopadł. 

background image

Tannerowi nie wytoczono sprawy. Działał w obronie własnej. Byli wolni. Mogli opuścić 

dotychczasową kryjówkę. 

Pożegnanie z obstawą wypadło dość dziwnie. Łączyły ich bowiem szczególne więzy po 

wspólnym  przeżyciu  tych  niebezpiecznych  dni.  Byli  pod  jednym  dachem  w  tak 
niecodziennych okolicznościach, poznali się bardzo dobrze. 

Odwiedzili Brodwicka w szpitalu. 
– Nie obiecujcie, że będziemy w kontakcie i nie przysyłajcie życzeń świątecznych. Fajne 

z was dzieciaki. Trzymajcie się. 

Gdy Laura i Tanner przygotowywali się do wyjazdu, Daniels powiedział im coś bardzo 

podobnego:

– Cieszy mnie, że dla was już to wszystko się skończyło. Zapomnijcie o tym, co tu było i 

zajmijcie się swoim życiem. Gdybyście nas znów potrzebowali, będziemy na miejscu. 

Była to niezwykła historia. 
I nieprawdą było, że już jest po wszystkim. 
Jak kobieta może przekonać mężczyznę, że kocha go nad wszystko? Teraz zamienili się 

rolami. Zastanawiała się, jak mu wytłumaczyć, że również zwykłe życie niesie ze sobą różne 
niespodzianki i bywa niebezpieczne?

Usiłowała to zrobić na różne sposoby. 
– Zdarzają  się  wypadki  samochodowe – tłumaczyła.  – Są  pioruny,  schody  i  nabite 

strzelby. Poza tym można przecież umrzeć w łóżku. 

Przekonywała Tannera przez  całą drogę. Jechali  pożyczonym samochodem do domu na 

spotkanie z ich „zmiennikami”, od których mieli odebrać porsche’a. 

Kobieta okazała się dość do niej podobna, natomiast „sobowtór” Tannera w ogóle go nie 

przypominał. Nic dziwnego, że Rockwell ich po prostu zlekceważył. 

Zwierzyła się z tej myśli Tannerowi. Nie miał nic do powiedzenia. 
Gdy dojechali do domu, miała wrażenie, że od chwili jej ostatniego pobytu minęły lata. 

Wszystko  wydawało  jej  się  stare  i  znajome,  witała  się  z  domem,  jakby  znała  go  od 
dzieciństwa. 

Tanner  był  małomówny. Natychmiast  zajął  się  swoim  komputerem  i  podłączeniem 

systemu telefonicznego. 

Dog chodził i sprawdzał, czy nikt nie wtargnął na jego terytorium. Nie obserwował już 

drogi. 

– Tanner. 
– Hmm. 
– Ożenisz się ze mną?
– Nie. 
– Ale  moja  matka  będzie  bardzo  niezadowolona,  kiedy  dowie  się,  że  żyję  z  kimś  bez 

ślubu. Poza tym muszę dawać dobry przykład młodszym siostrom i kuzynkom. Zawsze mnie 
podziwiały. Zdemoralizujesz całe młode pokolenie Fullertonow. A z drugiej strony rodziny... 

– Słuchaj, nic z tego. Rozejdziemy się i każde pójdzie swoją drogą. Po raz drugi czegoś 

takiego nie przeżyję. 

background image

– Ja już nie mam nic na ten temat do powiedzenia? – zapytała zadziornie. – Moje uczucia 

cię nie interesują? Co by było, gdybym zażądała, byś nie jeździł samochodem, bo jakiś idiota 
może na ciebie najechać?

– Wiesz dokładnie, że zupełnie co innego mam na myśli. 
– Wezmę kluczyki i każę odebrać ci prawo jazdy. Oczy Tannera błysnęły. 
– Ciekawe, jak to zrobisz. 
– Już ja znajdę jakiś sposób – patrzyła na niego uporczywie. 
– Lauro, musisz mnie zrozumieć. 
– Nie potrafię. Wiem tylko, że nie kochasz mnie na tyle, żeby choć trochę zaryzykować. 

Ja  jestem  przygotowana  na  wszystko.  Przecież  groziło  mi  w  tym  czasie  tyle  innych 
niebezpieczeństw.  Meteoryt  mógł  mi  spaść  na  głowę,  mogłam  umrzeć  od  ukąszenia 
szerszenia albo przewrócić się na prostej drodze i skręcić kark. Jeśli mnie nie kochasz na tyle, 
by wziąć na siebie ryzyko i się ze mną ożenić, to nie kochasz mnie wcale. Nieźle się ostatnio 
zabawiałeś. Trzeba przyznać, że chytrze to wszystko urządziłeś. Myślałam, że coś dla ciebie 
znaczę. Pomyliłam się. Ja naprawdę nie jestem pierwsza lepsza. Następny mężczyzna będzie 
się musiał napracować, by przełamać... 

– Jaki mężczyzna?
– Ten, który będzie na tyle odważny, by mnie pokochać i nie będzie się bał wspólnego 

życia. 

– A czy ja nie jestem dość odważny?
– Jesteś.  Właśnie  dlatego  nie  ma  odwrotu.  Kochasz  mnie.  Sam  nie  wiesz,  jak  bardzo. 

Potrzebuję ciebie. Chcę z tobą żyć. Bardzo cię kocham. 

– Lauro,  nie  namawiaj  mnie,  żebym  cię  narażał.  Nie  byłbym  nigdy  pewien,  że  jesteś 

bezpieczna. 

Wziął ją w ramiona i mocno przytulił. 
– Wiem, kochanie. Jesteśmy oboje wytrąceni z równowagi. 
Odsunęła się od niego i bardzo powoli zaczęła się rozbierać. W miłości wszelkie chwyty 

są dozwolone, pomyślała. Kontynuowała głosem spokojnym i wyrozumiałym:

– Potrzebujesz  trochę  normalnych  przeżyć,  które  zrekompensowałyby  ci  cały  ubiegły 

tydzień. Nie  mogę  cię zapewnić,  że  twoje życie  ze  mną nie  będzie nudne, ale  zrobię,  co w 
mojej mocy, by cię trochę rozerwać. 

Zdjęła majteczki i odwróciła do niego całkiem naga. Tuląc się, objęła go i powoli gładziła 

po głowie. 

– Naprawdę cię kocham. – Był poważny. Mówił bardzo łagodnie. 
– Wiem o tym – uśmiechnęła się. Oczy miała trochę wilgotne, jakby zbierało się jej na 

płacz. 

– Jednak musimy się rozejść. 
– A  ja  sądzę,  że  powinniśmy  przyczynić  się  do  powiększenia  hordy  dzieciaków,  które 

będą  miały  szczęście  przyjeżdżać  do  tej  przeuroczej,  starej  rudery.  Ich  nóżki  co  roku  będą 
jeszcze bardziej wycierać stopnie schodów, a ich rączki... 

– Stopnie są wytarte? W którym miejscu?

background image

– Nawet bardzo... i których śmiech... 
– Nie ułatwiasz mi... 
– I których paluszki... 
– Ile dzieci? – zapytał, nie tyle z ciekawości, co raczej z obawy. 
– O ile dobrze pamiętam, jesteś jedynakiem. Na ogół jedynacy chcą mieć dużo dzieci –

zamilkła na chwilę, namyślając się, a potem ciągnęła dalej. – Myślę, że można planować od 
czworga  do  sześciorga.  Będę  na  ten  temat  mogła  coś  więcej  powiedzieć,  gdy  zobaczę,  czy 
pierwsza dwójka będzie równie trudna jak ty. 

– Ja jestem trudny?
– Jesteś  uparty,  zarozumiały  i  nie  chcesz  zrozumieć,  co  się  do  ciebie  mówi.  Muszę  to 

wziąć pod uwagę, zanim się na cokolwiek zgodzę. 

– Wytłumacz,  co  miałaś  na  myśli  mówiąc  o  „następnym  mężczyźnie”.  Przed  chwilą  o 

nim wspominałaś – był wyraźnie zaniepokojony. – Czy chodzi o kogoś konkretnego?

– Pozwól, że ja ci też postawię pytanie. Dlaczego zwracasz na mnie uwagę, gdy jestem 

naga i stoję, o tak, blisko, a gdy stoję dalej i jestem ubrana, to nie chcesz się nawet ze mną 
ożenić?

Głęboki głos Tannera zabrzmiał bardzo zdecydowanie:
– Gdybyś  była  nawet  w  pasie  cnoty,  a  moja  obecność  nie  groziłaby  ci 

niebezpieczeństwem, chciałbym być zawsze z tobą. 

– To dobry początek. 
– Ale  ponieważ  jestem  dla  ciebie  ciągłym  zagrożeniem...  Nie,  nie  mogę  się  z  tym 

pogodzić!

Patrzyła na niego uważnie. „Nie mogę się z tym pogodzić” – zabrzmiało jak ostateczna 

decyzja, od której nie ma odwołania. 

– Tanner. Kocham cię nad życie. 
– Ja  ciebie  też.  Dlatego  nie  będę  cię  narażał.  Oparła  głowę  o  jego  pierś.  Była 

zrozpaczona. Potem podniosła twarz i odpowiedziała:

– Jeśli tak, to trudno. Kochaj się ze mną jeszcze jeden, ostatni raz. 
Wciągnął ostro powietrze. 
– Wyjeżdżasz?
– Tak. Dalszy mój pobyt tutaj już nie ma sensu. 
– Nie... nie mogę cię tak od razu puścić... 
– Co to znaczy, że nie możesz mnie puścić? Zdecyduj się. Nie będę czekać bez końca, aż 

łaskawie coś postanowisz!

– Czy... czy jest jakiś inny mężczyzna?
– Nie! – ogarnęła ją złość. – Nie zachowywałabym się w stosunku do ciebie w ten sposób, 

gdyby był! Jesteś śmieszny!

Gładził jej gładkie jak aksamit plecy, delikatne wgłębienie w talii. 
– Lauro!  To  byłby  obłęd!  Nie  mogę.  Nie  wolno  mi.  Nie  mogę  cię  narażać – w  jego 

oczach nie odbijała się już rozpacz, tylko cierpienie. 

– Jesteś nudny!

background image

– Co?
– Stale powtarzasz to samo. Nie chcę tego więcej słuchać!
Odsunęła  się  od  niego  i  zaczęła  zbierać  swoje  ubranie.  Poruszała  się  przy  tym  bardzo 

powoli, od czasu do czasu oglądając się przez ramię. 

– Lauro!
– Uświadomiłam sobie,  że  jedyna rzecz, której tak  naprawdę  ode  mnie chcesz, to  seks. 

Nie  widzieliśmy  się  od  lat,  a  ty  usiłowałeś  od  razu  wciągnąć  mnie  do  łóżka!  I  muszę 
przyznać, że nie sprzeciwiałam się. Nieprzyjemnie się do tego przyznać... – mimo woli była 
trochę poirytowana. 

– Teraz... 
– Teraz  zabawa  się  skończyła  i  rzeczywistość  domaga  się  swoich  praw.  Nagle  jestem 

„zagrożona”,  a  ty  nie  chcesz  mnie  „narażać”.  To  ty  jesteś  dla  mnie  największym 
niebezpieczeństwem! Przyjechałam tu... – coraz bardziej ją ponosiło. 

– Wszystko rozumiesz na opak!
– Ożenisz się ze mną czy nie?
– Lauro, proszę. 
– Tak czy nie?
– Nie! – podniósł głos. Siląc się na cierpliwość dodał:
– Musisz zrozumieć, że... 
– Rozumiem. I nie będę cię błagać, prześladować ani nachodzić. Cześć. Było fajnie. 
Odwrócona do niego nagimi plecami, zaczęła się ubierać. Teraz jego ogarnął lęk. 
– Jak masz zamiar stąd wyjechać? Nie masz samochodu, a ja cię nie odwiozę. 
– Zadzwonię po taksówkę – przez ramię rzuciła mu długie, wyzywające spojrzenie. 
– Telefon jeszcze nie działa. 
– No to pojadę stopem. Razem z Dogiem. 
– Szosa jest zupełnie pusta. 
– To pójdziemy na piechotę. 
Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, co powiedziała. 
– Bierzesz Doga ze sobą?
– Tak. Nie możesz go zatrzymać. W końcu mógłbyś mu zagrażać. Mógłbyś sprowadzić 

na niego nieszczęście – patrzyła na niego złowrogo. 

– Lauro... 
– Do widzenia, Tanner. 
Naciągnęła bluzkę i wypadła z pokoju, akurat w chwili gdy rozległo się pukanie do drzwi. 

Z  wściekłością  szarpnęła  drzwi  jedną  ręką,  podczas  gdy drugą  poprawiła  bluzkę.  Na  progu 
stał Henry, z miną cokolwiek zdziwioną. 

Twarz miała zaczerwienioną i złą. 
– Henry, czy możesz mnie podrzucić do Myrtle Beach na lotnisko? – wypaliła. – Muszę 

zdążyć na samolot, a Tanner nie chce mnie odwieźć. 

Henry ostrożnie zerknął na Tannera, który wyglądał jak chmura gradowa. 
Zareagował niezdecydowanie, nie wiedział, co powiedzieć. 

background image

– Zapłacę ci za drogę. 
Była  już  całkowicie  rozwścieczona  i  niegrzeczna  nawet  w  stosunku  do  biednego 

Henry’ego. 

– Wyłączył również telefon – skarżyła dalej. 
– Słuchajcie, muszę uciekać – Henry usiłował się wycofać. – Posłuchaj Tannera. On na 

pewno znajdzie rozwiązanie. 

– Henry! Jeśli nie zawieziesz mnie do Myrtle Beach, będę zmuszona pojechać stopem. 
Każdy weterynarz ma miękkie serce. Henry poddał się. 
– Słuchaj, Tanner – powiedział – zawiozę ją. Chyba że rozwiążecie ten problem inaczej. 
Tanner nie odpowiedział. Ani na chwilę nie odrywał oczu od Laury, ale nie protestował. 
Poszła na górę do swojego pokoju. Jej „zmienniczka” zostawiła wszystko w nienagannym 

porządku.  Walcząc  ze  łzami,  Laura  ściągnęła  bluzkę  i  spodnie.  Włożyła  jedną  ze  swoich 
podróżnych  garsonek,  pończochy  i  buty  na  obcasie.  Zabrała resztę  rzeczy z  szafy,  wrzuciła 
wszystko  do  walizki.  Ubrania,  które  nosiła  dotychczas,  złożyła  w  kostkę.  Zawahała  się  na 
widok czerwonej sukienki. Będzie jej przypominać Tannera. Zostawiła ją. 

Henry wyszedł po nią na schody i pomógł jej zanieść walizkę do samochodu. Wróciła do 

pokoju, ściągnęła brudną pościel i zaniosła ją do pralki. Gdy nastawiała program, zjawił się 
Tanner:

– Nie jadłaś lunchu. 
Popatrzyła na niego beznamiętnie. Bała się, że się rozpłacze. 
– Nie jestem głodna. 
– Nie odchodź w ten sposób. 
– A jak? Mam odlecieć balonem?
– Nie gniewaj się. 
– Wcale się nie gniewam. Po prostu nie znoszę ludzi, którzy zachowują się jak... 
– Lauro, ja tego nie przeżyję – głos mu się łamał. Czuła, że i jej serce pęka z bólu. 
– Brudna bielizna pościelowa jest już w pralce. Przykro mi, że nie zdążę jej wysuszyć i 

wyprasować. 

– Lauro... 
Wyszła  do  holu,  gdzie  czekał  już  Henry.  Spojrzała  w  kierunku  „swojej  pracowni”,  w 

której zostawiała tyle wspaniałości. Pomyślała, że mogłaby z niej korzystać do końca życia. 
Nie zdecydowała się jednak wejść. 

Miała  swoje  własne  przybory  do  rysowania.  Zabrała  też  ze  sobą  szkice,  na  których 

uwieczniła Tannera w domku, w którym się ukrywali. Nic jej już nie trzymało. Ciągle jednak 
nie mogła uwierzyć w to, co się stało. 

– Nie zabieraj Doga – ostrzegł ją Henry łagodnie. – Przyzwyczaił się już do miejsca. Tu 

ma przestrzeń. Byłoby okrucieństwem ładować go teraz do klatki i fundować mu drugą taką 
w miejskim mieszkaniu. 

– Chyba  masz  rację – powiedziała  Laura,  w  chwili  gdy  Tanner  na  moment  wszedł  do 

kuchni. 

background image

Spojrzała na psa, który przyglądał im się czujnie, z ciekawością przechylając łeb. Pewnie 

wyczuwał napięcie, ale nie rozumiał dokładnie, o co chodzi. 

– Dziękuję ci za wszystko, Tanner – odezwała się Laura oficjalnym głosem. – Dziękuję 

za bardzo interesujący i... pouczający pobyt. 

Ignorując  Henry’ego,  który  nie  wiedząc,  jak  im  pomóc,  bezsilnie  przyglądał  się  ich 

udręce, Tanner zwrócił się do Laury:

– Pocałuj mnie na pożegnanie. Nie widziała go przez łzy. 
– Nie mogę. 
Nie  udało  się  jej  zapanować  nad  drżeniem  głosu.  Jeśli  go  pocałuje,  to  rozsypie  się 

doszczętnie. Pewnie na to liczył. 

– Chodźmy – powiedział Henry miękko. Przytrzymał jej drzwi, gdy wychodziła na ganek. 
– Wystarczy ci pieniędzy? – zapytał Tanner. 
– Tak. 
Nie  odwróciła  się.  Schodząc,  musiała  trzymać  się  poręczy,  bo  ze  zdenerwowania  nie 

widziała schodów. 

Dog  również  zbiegł  z  ganku  i  kręcił  się  wokół  samochodu.  Nie  podchodził  blisko,  ale 

obserwował ich przygotowania do odjazdu. Patrząc na Laurę pytająco, wydał dźwięk, który 
nie był ani szczekaniem, ani skomleniem. 

Zanim wsiadła do samochodu, pochyliła się i objęła go. Henry uruchomił silnik i powoli 

zawrócił samochód. Wyjechali na szosę. 

Płakała przez  całą drogę  na lotnisko. Henry nie  powiedział  ani słowa.  Zawsze było  mu 

łatwiej  porozumiewać  się  ze  zwierzętami.  Zwierzęta  można  pogłaskać  i  pocieszyć,  nie 
troszcząc się o dobór słów. Z ludźmi było inaczej. 

Samolot do South Bend przez Dayton miał odlecieć późnym popołudniem. Pożegnała się 

z Henrym. Nie chciała, by został. Tłumaczyła, że na pewno nie będzie towarzyszem skorym 
do rozmów. Zgodził się z nią. Stał jeszcze przez chwilę roztargniony, nie wiedząc, co robić. 
Wreszcie przełamał się i powiedział powoli:

– Nie sądziłem, że tak łatwo dajesz za wygraną. Zostawił ją w poczekalni oburzoną. 
Henry wrócił do Tannera. Siedzieli w milczeniu. Dog leżał u ich stóp. Przerywając ciszę, 

Henry zdobył się na śmiałość:

– Jeśli kogoś naprawdę kochasz, musisz o niego walczyć. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Do odlotu było jeszcze kilka godzin i Laura miała dużo czasu, by rozmyślać nad słowami 

Henry’ego.  Więc  łatwo  dawała  za  wygraną?  Nikt  i  nigdy  nie  zarzucił  jej  jeszcze  czegoś 
podobnego. A może była to prawda?

Przypomniała  sobie  zdanie,  które  gdzieś  kiedyś  wyczytała:  „Jeśli  chcesz  być  pewny 

swego związku z drugą osobą, musisz odpowiedzieć sobie na pytanie: czy jest ci lepiej z nią, 
czy bez niej?”

Oczyma duszy widziała Tannera bardzo wyraźnie – w zamyśleniu, w radości, w chwilach 

gdy  cieszył  się  jej  obecnością.  Przypomniała  sobie  iskierki  szczęścia  w  jego  oczach. 
Wspominała namiętność, z jaką na nią patrzył. 

Siedząc w poczekalni myślała tylko o nim. Dlaczego prosił, by z nim została, skoro nie 

pragnął zatrzymać jej na zawsze? Przecież należała tylko do niego. Był jej jedyną miłością. 
Podbił  ją  przecież  wtedy,  gdy  po  raz  pierwszy  pocałował  ją  nad  rzeką  Jordan.  Już  wtedy 
poszłaby za nim do piekła. Ale on odszedł, jakby nie zauważył, co się z nią dzieje. 

Ale  teraz  Tanner  przecież  jej  pragnął.  Nie  potrzebowała  czerwonych  sukienek,  by  go 

uwieść.  Uśmiechnęła  się  na  wspomnienie  ich  przekomarzań.  Miał  niezwykłe  poczucie 
humoru. Wspominała też chwile, gdy jej pożądał i gdy nie mógł powstrzymać się, aby jej nie 
dotknąć,  gdy  obejmował  ją  wzrokiem  rozpalonym  namiętnością  i  gdy  usta  wykrzywiał  mu 
grymas rozkoszy. Czy zachowywałby się tak, gdyby jej nie kochał?

Nie,  to  niemożliwe!  Nie  może  bez  niego  żyć!  Zawsze  za  nim  tęskniła.  To  nie  on 

sprowadził ją podstępnie do swojego domu. Przyszła  do niego sama. Czy teraz ma więc po 
prostu odejść? Wszyscy jej przodkowie, pionierzy Dzikiego Zachodu, wstydziliby się widząc, 
jak łatwo daje  za  wygraną. Chciała z  nim  być.  Zdała sobie sprawę, że  bezgłośnie powtarza 
jego imię. Przez tyle lat go nie zapomniała. Nie może więc teraz wymazać go z pamięci. 

Wyciągnęła  szkice,  które  w  ostatnich  tygodniach  zrobiła.  To  wszystko,  co  jej  po  nim 

zostało. Porównywała wesołego, beztroskiego Tannera na rysunkach z napiętym, chmurnym 
człowiekiem, jakim stał się w ostatnich dniach. 

Gotowa była stawić czoło każdemu niebezpieczeństwu, byle tylko mieć  go obok siebie. 

Ale  czy  miała  prawo  od  niego  żądać,  by  żył  w  ciągłej  trosce  o  nią?  Czy  nie  kierowała  się 
czystym egoizmem? Zastanawiała się nad tym, siląc się na obiektywizm. 

W końcu postanowiła, że jeśli mają być razem, jak im los przeznaczył, to musi się to stać 

za jego wolą. Sam musi do tego dojść. Ale powinna być blisko niego, gdy będzie podejmował 
decyzję – w końcu chodzi tylko o to, by mu przypomnieć o jej istnieniu. 

Powołanie  się  na  los  i  przeznaczenie  spodobało  się  jej.  To  był  dobry  pomysł.  Pewniej 

stanęła na nogach, narastało w niej poczucie doznanej krzywdy i zbawienna złość. Tanner nie 
doceniał jej. Była silną, dorosłą kobietą, która potrafi pokonać przeciwności... 

Ale  jak  teraz  wrócić?  Opuściła  go  przecież  w  tak  demonstracyjny  sposób!  Mogła 

oczywiście zapukać, mówiąc:

– Przepraszam,  akurat  przejeżdżałam  obok  i...  Ale mogła też zachować się zupełnie

background image

szczerze i powiedzieć:

– Zostanę tak długo, jak pozwolisz. Tak długo, aż mnie poprosisz, bym sobie poszła. 
Postanowiła, że właśnie tak zrobi. 
Te wspomnienia, wahania i rozmyślania zabrały jej sporo czasu. Zbliżała się pora odlotu. 

Szybko oddała bilet, odebrała bagaże i złapała taksówkę. 

W  drodze  do  Myrtle  Beach  minęła  porsche’a.  Czyżby  Tanner?  Nie  zauważyła,  kto 

prowadził  samochód,  gdy  przemknął  obok  z  dużą  prędkością.  Przecież  nie  mogła  go  gonić 
taksówką. Może postanowił wyjechać? Co zrobi, gdy go nie zastanie w domu? Bez telefonu, 
bez samochodu?

Gdy  wysiadła  z  taksówki,  na  ganku  siedział  Dog.  Ucieszył  się  na  jej  widok.  To  dobry 

znak,  ale  istniała  też  możliwość,  że  Tanner  nie  wziął  go  ze  sobą,  zostawiając  pod  opieką 
Henry’ego. Przecież już raz miał taki pomysł. Niezdecydowana, zwróciła się do taksówkarza:

– Może pan chwilę poczekać? Wyłączył silnik. 
Drzwi  wejściowe  nie  były  zamknięte.  W  gabinecie  Tannera  stał  komputer,  wszystkie 

części  były  na  miejscu.  Miał  więc  zamiar  wrócić.  Wyszła  i  po  chwili  wahania  powiedziała 
taksówkarzowi,  że  już  go  nie  potrzebuje.  Zapłaciła  za  kurs.  Patrzyła  za  odjeżdżającą 
taksówką. Uświadomiła sobie, że mogła to być jej ostatnia szansa powrotu... ucieczki... 

\
Wyprostowała  się  i  nabrała  głęboko  powietrza.  Wchodząc  po  schodkach  na  ganek, 

stukała głośno obcasami. Przypomniała sobie jak wchodziła tu po raz pierwszy, niosąc bukiet 
od Petera. W środku wszystko było znajome i miłe. A jednak ogarnął ją strach. Czy aby nie 
popełniła błędu?

Postawiła  w  holu  walizkę  i  przez  chwilę  stała  z  twarzą  ukrytą  w  dłoniach,  oddychając 

głęboko.  Z  nagłą  determinacją  złapała  bagaż,  wbiegła  po  schodach  do  swojego  pokoju  i 
zaczęła się rozpakowywać. 

Przypomniała  sobie  o  praniu,  które  nastawiła.  Postanowiła  się  nim  zająć.  Przechodząc 

przez  kuchnię  znalazła  wszystkie  swoje  domowe  ubrania,  czyste  i  wysuszone,  złożone  w 
kostkę na stole. Co myślał, gdy je składał?

Idąc  na  górę  zastanawiała  się,  w  co  się  ubrać.  Na  pewno  nie  w  czerwoną  sukienkę. 

Powinna  wyglądać  jak  poważna,  stateczna  kobieta.  Szalona  dziewczyna  w  czerwonej 
sukience  nie  była  dobrym  materiałem  na  towarzyszkę  życia.  Poza  tym,  nigdzie  nie  mogła 
znaleźć  tej  sukienki.  Uśmiechnęła  się.  Na  wszystko  jest  miejsce  i  czas.  A  to  nie  był 
odpowiedni moment na figlarne fatałaszki. Strata sukienki trochę ją jednak zasmuciła. 

W  końcu  włożyła  niebieskozieloną  sukienkę  i  sandały.  Rozpuściła  włosy,  uważnie 

przypatrując  się  swojemu  odbiciu  w  lustrze.  Umalowała  się  bardzo  starannie,  po  chwili 
wahania odłożyła kolczyki. 

Zeszła do kuchni. Długo przebierała w lodówce, zanim wybrała coś na kolację. 
Wychodząc na ganek zagadała do Doga. Postanowiła nie dać poznać po sobie, że czeka z 

wielką nadzieją i miłością. Będzie chłodna i opanowana. 

Zauważył po drodze taksówkę, jadąc jak szaleniec na lotnisko. Dostrzegł też kobietę na 

background image

tylnym siedzeniu. Nie rozpoznał jej, choć przez moment pomyślał o Laurze. 

Gdy  przyjechał,  dowiedział  się,  że  w  ostatniej  chwili  oddała  bilet.  Wracał  do  domu  w 

gorączkowym  pośpiechu.  Nic  nie  wskazywało  na  to,  że  wróciła.  Zostawił  samochód  w 
garażu,  wbiegł  po  tylnych  schodach  na  ganek  kuchenny  i  raptownie  otworzył  drzwi.  Serce 
waliło mu jak młot. 

Była.  Stał  jak  przygwożdżony,  patrząc  na  nią.  Obdarowała  go  dość  chłodnym 

spojrzeniem i krzątała się dalej, przygotowując kolację. Chciał się na nią rzucić, ale ominęła 
go zwinnie. Milczała. 

Chciała  być, jak  postanowiła,  opanowana  i  rzeczowa.  Lecz  widząc  go  na  progu,  nagle 

zdenerwowała się. Wezbrała w niej złość, choć jednocześnie walczyła ze sobą, żeby się nie 
rozpłakać. I to też ją jeszcze bardziej rozwścieczyło. 

Upojony  własną  radością,  nie  mógł  zrozumieć  jej  reakcji.  Patrzył  na  nią  czułym 

wzrokiem, podczas gdy ona, zaaferowana, obchodziła go dookoła, dając mu do zrozumienia, 
że jej przeszkadza. Cichym głosem stwierdził:

– Wróciłaś. 
Nie panowała już nad sobą. Ku własnemu zaskoczeniu wypaliła:
– Przepraszam, ale kim pan właściwie jest? Był zbity z tropu i poirytowany. 
– Lauro... – powiedział ostrzegawczo. 
– Skoro  zna  pan  moje  imię,  to  i  ja  powinnam  pana  znać.  Ale  jakoś  sobie  nie 

przypominam. 

– Rzeczywiście? Przecież kilka godzin temu prosiłaś mnie, bym się z tobą ożenił. 
Odwróciła się nie odpowiadając, i szykowała dalej kolację. 
Był zagubiony. Nie miał pojęcia, dlaczego się na niego gniewa. Ale wróciła, to już coś. 

Stał  na  środku  pokoju,  usiłując  nawiązać  rozmowę.  W  pewnej  chwili  odezwała  się  ostrym
tonem:

– Posuń się. 
Oparł  się  o  drzwi  i  obserwował  ją.  Była  naprawdę  zła.  Dlaczego?  Wyglądała  pięknie  i 

podniecająco z  tymi wypiekami na twarzy. Rozbierał  ją wzrokiem. Nie wiedział, co zrobić, 
aby ją rozbroić. 

Usiedli  do  stołu  w  milczeniu.  Laura  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  zachowuje  się 

idiotycznie. Zarumieniła  się. Wstydziła się, że  nie potrafi stłumić  gniewu. A przecież miała 
zachowywać się jak dorosła, poważna kobieta. Bardzo chciała zapanować nad sytuacją. 

Pierwszy przemówił Tanner:
– Lauro, jestem tu. Odezwij się. 
– Nie rozmawiam z tobą. 
– Ależ dlaczego? Rozsądne pytanie – pomyślała. 
– Jestem zła, że tak łatwo ci przyszło pożegnać się ze mną. I w ogóle nie dopuściłeś mnie 

do głosu... 

– Kochanie... 
– Czy myślałeś, że mam, ot tak, po prostu, zgodzić się na twoje dziwactwa?
Wyprostował się. 

background image

– Moje  dziwactwa...  ?  Troskę  o  ciebie  nie  sposób  chyba  nazwać  dziwactwem.  Lauro, 

musisz zrozumieć, że... 

– Jeszcze  nie  skończyłam.  Uważam,  że  powinniśmy  spędzić  jakiś  czas  ze  sobą  jako 

przyjaciele. 

A gdy zaczął się śmiać, powiedziała surowo:
– Przestań!  Nie  ma  się  z  czego  śmiać!  Nie  chcę  z  tobą  rozmawiać,  ale  muszę 

wytłumaczyć, dlaczego wróciłam. 

– Ale dla mnie jest obojętne, dlaczego wróciłaś. Ważne, że jesteś. 
Ciągnęła dalej ignorując go:
– Przeżyliśmy  tydzień  namiętności  i  tydzień  zagrożenia.  Nie  wiem,  czy  możemy  ufać 

naszym uczuciom. Doszłam więc do wniosku, że powinniśmy przez pewien czas obcować ze 
sobą jak przyjaciele. Żadnego seksu. Rozmowy, spacery. Musimy się poznać. 

To przemówienie nie wyszło całkiem tak, jak chciała. Tanner deprymował ją. Wprawdzie 

w  skupieniu  słuchał  tego,  co  miała  do  powiedzenia,  ale  też  nie  ukrywał  swego  szczerego 
ubawienia. Zauważyła błysk diabelskich ogników w jego oczach. Czuła, że nie akceptuje jej 
punktu widzenia. 

Ciągnęła dalej z coraz większym zacietrzewieniem:
– Jestem w tobie zakochana. Nie stój jak kołek! Chcę, żebyś mnie wysłuchał. Nie wiem, 

czy  kocham  cię  naprawdę,  czy  jestem  po  prostu  pod  twoim  urokiem.  Prawdę  mówiąc, 
przyjechałam tu po to, by cię raz na zawsze wygnać z mych myśli. I jeśli mnie teraz spokojnie 
nie wysłuchasz, to znów wyjadę i nigdy już nie wrócę. Moglibyśmy teraz pójść do łóżka, ale 
wtedy nigdy nie przekonam się, czy cię naprawdę kocham, czy po prostu tylko cię pragnę. 

Odchylił się na krześle.
– To żaden problem. Ze mną jest podobnie – uśmiechnął się. 
– Pochodzę z rodziny pionierów. Kobiety w mojej rodzinie musiały stawiać czoło wielu 

niebezpieczeństwom  i  niewygodom – chorobom,  samotności,  ciężkiej  pracy.  Nie  jestem 
księżniczką. Dam sobie radę. I muszę wiedzieć, czy to, co do ciebie czuję, jest prawdziwe. 

– Kocham cię. 
– Nie powtarzaj się. Sprawa jest poważna. Niedługo pojawi się tu twoja rodzina. Co jej 

wtedy powiesz? Moja obecność tutaj nie może być dwuznaczna. Inaczej spalę się ze wstydu.

– Nie masz do mnie zaufania?
– Rząd  Stanów  Zjednoczonych  może  ci  ufa,  ale  ja  nie  powinnam.  Kocham  cię,  choć 

akurat w tej chwili nie wiem, czy cię lubię. Nie rozumiem, dlaczego chciałeś mnie zmusić do 
wyjazdu. 

– Ale wróciłaś – uśmiechnął się swoim rozbrajającym uśmiechem. 
Laura szybko odwróciła oczy. Po chwili stwierdziła rzeczowo:
– Nigdy nie zabrałeś mnie na łódkę. 
– Na łódkę? – zapytał zdziwiony. 
– Kiedy  przyjechałam,  pytałeś,  czy  już  pływałam  i  mówiłeś,  że  muszę  spróbować. 

Zajmijmy  się  przez  chwilę  czymś  innym.  Czy  potrafisz  być  choć  przez  tydzień  miły,  po 

background image

prostu jak przyjaciel?

– A co by było, gdybyśmy byli bardzo bliskimi przyjaciółmi?
– Nic z tego nie będzie, Tanner. Musimy mieć czas na poznanie się. 
– Ale ja już wiem o tobie wszystko. A ty niczego się o mnie nie dowiedziałaś?
– Wiem, że jesteś bardziej skomplikowany, niż  myślałam.  I że masz  cechy, których się 

nawet  nie  domyślałam.  Widziałam,  jak  zaatakowałeś  tego  mężczyznę.  Nie  zdawałam  sobie 
sprawy, że jesteś do tego zdolny. 

– Musiałem cię obronić za wszelką cenę. 
– Niczego ode mnie nie chciał. Ścigał ciebie. 
– Wtedy zdziwiło mnie, że nie strzelał z ukrycia. Tego zawsze obawiałem się najbardziej. 

Myślałem ciągle, że coś ci się może stać. 

– Opowiem ci pewną historyjkę. W Fort Wayne jest ogród zoologiczny dla dzieci. W tym 

ogrodzie  jest  wyspa,  na  której  żyją  małpy.  Otoczona  jest  rowem  z  wodą,  w  której  pływa 
krokodyl.  Wsadzili  go  tam  po  to,  by  małpy  miały  się  czym  zająć.  Życie  bez  stresów  jest 
nudne. Zawsze trzeba mieć trochę problemów  dla zdrowia. Ale cieszę się, że  to  ty dostałeś 
Rockwella, a nie on ciebie. 

– Wiesz,  nie  wiem,  czy  jego  śmierć  była  przypadkowa.  Gdy  dostrzegłem  go 

wychodzącego zza drzewa z karabinem, chciałem go tylko unieszkodliwić. Być może to skok 
Doga spowodował, że zadałem mu śmiertelny cios. Ale jak o tym myślę, to wydaje mi się, że 
chciałem go zabić. A teraz muszę żyć z tą niepewnością. Wierz mi, nie jest to łatwe. Później 
dowiedzieliśmy  się,  że  Rockwell  miał  dużo  problemów.  Nie  był  człowiekiem  w  pełni 
zrównoważonym. Gdyby nim był, na pewno nie usiłowałby się zemścić. 

– A ja ci wtedy wcale nie pomogłam. 
– Chwała  Bogu.  Dzięki  temu  nie  odwróciłaś  jego  uwagi,  a  to  bardzo  ważne.  Był 

całkowicie skupiony na mnie. 

– Byłam przerażona. 
– My też jesteśmy przerażeni, gdy zagraża nam prawdziwe niebezpieczeństwo. Nauczono 

nas  jednak  samoobrony.  Tak  samo  zachowują  się  bokserzy  przed  walką  lub  aktorzy  przed 
występem. Tylko głupcy się nie boją. Zamyślił się przez chwilę. 

– W  tej  całej  historii  została  tylko  jedna  rzecz  nie  wyjaśniona.  Kto  pomagał 

Rockwellowi?  No  i  okazało  się,  że  byli  to  po  prostu  prywatni  detektywi.  Myśleli,  że 
znalezienie  mnie  jest  prostą  sprawą,  że  służą  prawu.  Na  przyszłość  będą  dokładniej 
sprawdzać, dla kogo mają pracować. 

Popatrzył na nią wnikliwie. 
– Lauro, muszę wyznać, że już nigdy nie pozwolę ci odejść. 
– Wcale  nie  chciałam się  od  ciebie  uwolnić.  To  ty  chciałeś  się  mnie  pozbyć.  Dlaczego 

zmieniłeś zdanie?

– O mały włos, a nie zdążyłbym na samolot, którym miałaś odlecieć. Czekałem na wyniki 

poszukiwań w centralnej bazie danych. Chciałem być pewien, czy nie zagraża mi jakiś inny 
Rockwell.  Ale  nie  ma  nikogo.  Odtąd  moje  życie  będzie  rutynowym  wypełnianiem 
obowiązków. Musisz mnie ocalić. Dlatego po ciebie pojechałem. 

background image

– Ocalić? Od czego?
– Od nudy. Od życia bez miłości. Od samotności. Kocham cię. Wyjdź za mnie, Lauro. 
Oczy jej powoli się rozszerzyły. 
– Przecież wiesz, że nie musisz się mnie bać. 
– Doprawdy? Ile razy odstawiłeś już ten sam numer? Uwodzisz biedne kobiety, a potem 

porzucasz je, mówiąc, że to dla ich dobra? Jesteś oszustem. 

Uśmiechnął się leniwie i trochę wyzywająco. 
– Ja? Oszustem? Ledwie się poruszałem, a ty przyjechałaś i podstępnie mnie uwiodłaś. 
– To nieprawda. Jeszcze jak chodziłeś!
– Jeśli dobrze pamiętam, to nawet uszyłaś czerwoną sukienkę. 
– To ty mnie uwiodłeś. Pastwiłeś się nad moim biednym ciałem. Jeszcze teraz czuję moje 

obolałe piersi. 

– Naprawdę? – wstał od stołu. – Niech sprawdzę. Wstała  i  cofnęła się do  przedpokoju. 

Wyciągnęła ostrzegawczo rękę:

– Nie zbliżaj się do mnie. 
Tego  było  za  wiele.  W  dwu  krokach  Tanner  przemierzył  dzielącą  ich  przestrzeń. 

Przycisnął ją do siebie z całej siły, aż do bólu. I pocałował. 

Ogarnęło  ją  znajome  już  uczucie.  Musiała  się  czegoś  przytrzymać,  by  nie  stracić 

równowagi. 

Powinna mu się przeciwstawić. Myślała gorączkowo. Przecież planowała, że ten tydzień 

spędzą jak dwoje zaprzyjaźnionych ludzi. A on brutalnie narzuca jej swoje warunki. Znowu ją 
uwiedzie. Powinna się bronić. Tak łatwo  się nie  da. Całował ją  również,  z  tym diabelskim, 
perfidnym  talentem. Powinna...  Jego  usta  były  wspaniałe.  Jak  mógł  być  równocześnie  tak 
łagodny, silny i namiętny?

Odprężyła  się,  rozkoszując  jego  bliskością.  Była  znów  w  jego  twardych  ramionach, 

słyszała nierówny oddech i czuła serce, które waliło jak młot. 

Jego  ręce  pieściły  jej  ciało,  docierając  do  najbardziej  wrażliwych  miejsc.  Miał  takie 

mocne, miłe ręce... Powinna... Co powinna... ?

I ponieważ nie wiedziała, co ma zrobić, nagle pocałowała go spontanicznie i namiętnie. 
Jej palce wpiły się w jego gęstą czuprynę, ciało drżało z pragnienia. Brakowało jej tchu. 

Nogi ugięły się w kolanach, biodra przylgnęły do jego ciała. 

Gdy  przerwał  pocałunek,  a  właściwie,  gdy  zaczął  całować  jej  szyję  i  ramiona, 

przypomniała sobie o czerwonej sukience. 

– Gdzie jest moja czerwona kreacja? – zapytała, zaskakując samą siebie. 
Roześmiał się, trochę cynicznie. 
– Sukienka jest moja. Przecież uszyłaś ją dla mnie. 
– Twoja? Co z nią będziesz robił? Chyba nie będziesz jej nosił?
– Ale tobie pozwolę się w nią ubrać. 
Nie o to przecież chodziło. W każdym razie nie w tej chwili. 
– Nie mogłam jej znaleźć – odezwała się. – Jeśli ktoś ją zobaczy, na przykład w szafie dla 

gości, to może być zgorszony. 

background image

Oparła  się  o  niego,  wciąż  gładząc  jego  włosy.  Serce  w  niej  zamarło  i  przez  chwilę  nie 

bardzo pamiętała, o czym mówili. Tak bardzo go kochała, a o mały włos go nie straciła!

– Jest w wewnętrznej kieszeni mojej marynarki. Ale należy do mnie. 
Sukienka! Prawda, mówił o sukience!
– Nie zmieściłaby się w kieszeni. Pokaż. 
– Pod warunkiem, że ją włożysz. 
– Nie – powiedziała bardzo powoli i spuściła powieki. 
– Chciałbym  się  z  tobą  kochać – poprosił  cicho.  Potrząsnęła  głową  przecząco,  ale  tak 

lekko, że prawie niedostrzegalnie. Puścił ją i zrobił krok do tyłu, a jej ręce zawisły bezradnie 
w powietrzu. Chciała zaprotestować, ale on stał i przyglądał się jej intensywnie. 

Nagle uśmiechnął się i wsuwając rękę do kieszeni, wyciągnął z niej – zupełnie jak magik

z cyrku – czerwoną szmatkę, która zawirowała w powietrzu i dopiero opadając zmieniła się w 
sukienkę.  Rzucił  ją  na  krzesło,  zdjął  marynarkę  i  zaczął  rozpinać  guziki  u  koszulki,  wciąż 
wpatrując się w Laurę. 

– Nie rób tego – ostrzegła. 
Błyskawicznie ściągnął  koszulę, buty i  skarpetki.  Potem,  świadomy,  że  patrzy na  niego 

jak  zaczarowana,  rozpiął  spodnie  i  odrzucił  je  na  bok  jednym  kopnięciem.  Wreszcie 
zgrabnym ruchem zdjął slipki. 

Obejmowała go wzrokiem całego. Był piękny, godny pożądania i bardzo męski. 
Podszedł  do  niej,  a  ona  nie  odwróciła  się  ani  nie  uciekła.  Otworzyła  szeroko  ramiona. 

Pomógł jej zdjąć niebieskozieloną sukienkę. Nie protestowała, gdy zsuwał majteczki. Patrzył 
na nią spod na wpół przymkniętych powiek i powoli zaczął ją pieścić. 

– Tanner... 
– No,  coś  takiego!  Jednak  pamiętasz  moje  imię?  Wziął  z  krzesła  czerwoną  sukienkę  i 

naciągnął jej przez głowę, potem rozczochrał jej włosy. 

– Czy to naprawdę ty? – zapytał. 
Dotknął ją przez delikatny jedwab i przyciągnął do siebie. 
– Tu! Połóż tu swoje ręce. 
– Tanner, co ty robisz?
– Będę  cię  kochał  przez  resztę  naszego  życia.  Musisz  wyjść  za  mnie,  by  nie  zgorszyć 

kuzynów i bratanków. 

– Wyjść  za  ciebie? – zachowywała  się  tak,  jakby  nigdy  przedtem  nie  wspominali  o 

małżeństwie. 

– Tak. 
Spojrzał na nią ze śmiertelną powagą. 
– No... 
– Ja też – powiedział, jak gdyby była to odpowiedź, na którą czekał. – Muszę wiedzieć, 

ile dzieci mi urodzisz, bym mógł zbudować wystarczająco duży dom. 

Ściskał  ją  bardzo  mocno.  Czerwona  suknia  dodawała  mu  siły,  a  oczy  pałały  żądzą  i 

śmiały się z radości. Podniósł ją i zaniósł do łóżka. 

Łóżko  było  miękkie  i  gościnne.  Powoli  zdejmował  z  niej  czerwony  jedwab,  który  tak 

background image

ponętnie krył jej ciało. A potem zaczął ją kochać. 

Laura była mu uległa we wszystkim. 
Kąsał  jej  delikatną  skórę,  a  ona  jak  w  transie  pozwalała,  by  doprowadził  ją  do  granicy 

bólu. Ich wilgotne ciała to uciekały od siebie, to splatały się w jedno. Zachłanne i nienasycone 
usta wciąż pragnęły więcej, a bijące serca znajdowały się na pograniczu życia i śmierci. 

Krzyczała  w  oczekiwaniu  spełnienia.  W  końcu  wszedł  w  nią  ostrożnie.  A  potem 

wyruszyli w długą drogę oczekiwania na cud, aż wreszcie pochłonęła ich ekstaza. 

Drżał jeszcze, gdy ona leżała już nieruchoma. Całował ją wciąż, ale już łagodniejszymi 

pocałunkami, pieścił dłońmi już uspokojonymi. 

Westchnął i z czułością powiedział:
– Kocham cię. Jesteś moim marzeniem. Wszystkim. Całym moim życiem. 
Jak z oddali usłyszała swój głos:
– Jesteś tu ze mną?  Czy to naprawdę ty?  Mój kochany. Ja też cię kocham. Ożeń się ze 

mną. 

Spojrzał na nią pytająco. 
– Już jutro! Tak tego pragnę!
Leżał obok podparty na łokciach. Co chwilę całował ją, bawił się jej włosami, głaskał i 

tulił. 

Laura śmiała się i przeciągała jak kotka. Kusiła go, ciągle nienasycona. 
A gdy wreszcie kochali się po raz drugi i ich ciala połączyły się w jedno, poczuła, że to 

samo stało się z ich życiem, tak cudownie związanym tajemniczym przeznaczeniem.