background image

ROBIN HOBB

S

ZALONY

 S

TATEK

CZĘŚĆ

 

DRUGA

 

CYKLU

KUPCY I ICH ŻYWOSTATKI

TOM

 II

(P

RZEŁOŻYŁA

 E

WA

 W

OJTCZAK

)

background image

LATO

background image

1. INTERLUDIUM

– To nie jest prawdziwe wężowisko – powiedziała do siebie Shreever.

Prawdziwe   wężowiska   gromadziły   się   świadomie   wokół   przywódcy,   którego 

szanowały.   Tutaj   zaś   wężyca   dostrzegła   kilku   chaotycznie   krążących   osobników, 

przypadkową   zbieraninę.   Ona,   Maulkin   i   Sessurea   spotykali   czasem   takie   stworzenia   w 

pobliżu   płynących   na   północ   dostawców.   Nie   czuły   żadnego   związku   z   kłębowiskiem 

Maulkina; po prostu sunęły za tym samym źródłem pożywienia. Niemniej ich towarzystwo 

dawało   pociechę.   Niektóre   osobniki   czasami   nawet   błyskały   inteligencją.   Inne   milczały, 

otępiałe, bezrozumne. Najgorsze z nich nie były wiele lepsze od głupich zwierząt. Tryskały 

jadem lub rzucały się z obnażonymi kłami na każdego, kto się zbliżył.

Troje pierwotnych przedstawicieli kłębowiska Maulkina mówiło niedużo więcej od 

nowo przybyłych. Problemem było znalezienie tematów, które nie pogłębiałyby ich rozpaczy. 

Zbyt długi post mógł każdemu pomieszać w głowie. Wężyca odgrywała pewne rytuały, aby 

utrzymać się w psychicznym zdrowiu. Codziennie na przykład przypomniała sobie o celu ich 

podróży. Płynęli na północ, ponieważ Maulkin uznał, że nadeszła właściwa pora. Na końcu 

podróży powita ich Ta, Która Pamięta. Dzięki niej odzyskają wszystkie wspomnienia. Ona 

pokaże im dalszą drogę.

– Ale jak to będzie? – mruknęła cicho do siebie.

– Co takiego? – spytał sennie Sessurea.

Byli   blisko   siebie   w   grupce   sześciu   drzemiących   węży.   Jedynie   nocami   obcy 

przypominali sobie o cywilizowanym zachowaniu i łączyli się zwojami niczym prawdziwe 

kłębowisko. Shreever postanowiła rozwinąć swą myśl.

– Kiedy już znajdziemy Tę, Która Pamięta, i wrócą nasze wspomnienia. Co się wtedy 

zdarzy?

Jej rozespany towarzysz westchnął.

– Gdybym znał odpowiedź na to pytanie, może wcale nie potrzebowalibyśmy szukać 

strażniczki wspomnień.

Spoczywający   między   nimi   Maulkin   nawet   się   nie   poruszył.   Z   każdym   dniem 

wyraźnie słabł. Shreever i Sessurea walczyli o jedzenie dla niego. Prorok nie chciał się bić o 

pokarm. Kiedyś, gdy złapał bezwładne ludzkie ciało, które prawie na niego spadło w Krainie 

Obfitości, oddał je jednemu z towarzyszących kłębowisku pozbawionych duszy węży. Wolał 

nie jeść, niż walczyć jak zwierzę. Cętki na jego skórze – niegdyś migotliwie połyskujące – 

background image

teraz zmatowiały. Czasami co prawda przyjmował pożywienie od Shreever, lecz częściej 

odmawiał. Wężyca nie miała odwagi spytać, czy aby nie zamierza zarzucić również pogoni za 

dostawcą.

W   grupce   śpiących   coś   się   poruszyło.   Smukły   jaskrawozielony   wąż   wysunął   się 

spośród wężowiska i tęsknie wzniósł się w Kraj Niedostatku. Shreever i Sessurea wymienili 

znużone,   lecz   zaintrygowane   spojrzenia.   Na   prawdziwą   ciekawość   zabrakło   wężom   sił. 

Zresztą poczynania ich bezdusznych towarzyszy rzadko miały sens. Wężyca zamknęła oczy.

Nagle usłyszała nad sobą niezwykłe, czyste nuty. Ktoś śpiewał. Każda nuta brzmiała 

przejmująco. To nie był świergot czy ryk, jakie potrafią wydawać z siebie wszystkie węże, 

lecz przepiękny radosny śpiew. Wężyca otworzyła oczy.

– Pieśń Prostoty – oznajmił chrapliwie Maulkin. Sessurea pokiwał głową. Wszystkie 

trzy   łagodnie   zafalowały   ku   szczytowi   Krainy   Obfitości   i   podniosły   głowy   w   Kraju 

Niedostatku.

Tu w poświacie księżyca dostrzegły zielonego węża. Śpiewał. Ciężka grzywa na szyi 

zwisała mu luźno, paszczę otworzył szeroko. Wyraźne i słodkie słowa wydobywały się ze 

skrzeli   stworzenia,  które  wcześniej  wszyscy  troje  uznali   za  niemowę.  Wąż   wyśpiewywał 

werset po wersecie starą pieśń o prapoczątkach. W dawnych czasach słuchacze wtórowaliby 

mu w refrenie, wspólnie sławili dni cieplejszej Krainy Obfitości i migrujących ryb. Teraz nikt 

z trójki się nie odezwał. Słuchali błogosławieństwa i bali się je przerwać.

Pochłonięty   pieśnią   wąż   wyglądał   pięknie.   Gdy   śpiewał,   jego   gardziel   to   się 

rozszerzała, to napinała. Z rozdziawionej paszczy wydobywały się głębokie, bogate tony. W 

oczach miał pustkę, a mimo to wyśpiewywał najświętszą z pieśni. Maulkin skłonił głowę. Był 

wzruszony, pod wpływem emocji wzory na jego skórze się rozjarzyły. Jad Maulkina, kiedyś 

tak obfity i toksyczny, ledwie teraz połyskiwał na czułkach. Jedna kropla spadła i lekko 

podrażniła skórę Shreever. Na kilka minut noc wydała się wężycy jasna i ciepła od obietnic.

– Zachowaj swą moc – doradził przywódcy Sessurea smutnym tonem. – Jego muzyka 

jest piękna, lecz pozbawiona serca. Nie zdołamy go rozbudzić. Walcząc o jego duszę, siebie 

osłabiasz.

– Moja moc nie należy do mnie – odparł Maulkin. – Czasami wręcz się boję, że nie 

mam po co jej zachowywać.

Nadal  słuchali zachwycającej  pieśni. Zielony wąż  śpiewał  do księżyca.  Powtórzył 

ostatni refren trzy razy. Kiedy czysto ciągnął końcową nutę, Shreever zauważyła wokół siebie 

inne   węże.   Gapiły   się   bezmyślnie,   jakby   czekały   na   jedzenie.   Na   horyzoncie   widniała 

sylwetka dostawcy. Jutro cała grupa podąży za jego zapachem przez Krainę Obfitości. Łatwo 

background image

go będzie dogonić.

Śpiewak nie zmienił pozy, nadal wpatrywał się w księżyc i ciągnął ostatnią cudowną 

nutę.   Wreszcie   pieśń   się   skończyła   i   zapanowało   całkowite   milczenie.   Żadne   słowa   nie 

pasowały do tej niezwykłej chwili. Nagle Shreever zauważyła, że w grupie panuje jakieś 

zamieszanie. Niektóre węże spoglądały zaintrygowane, jak gdyby coś sobie przypomniały.

Maulkin ruszył do zielonego węża. Pobladła skóra przywódcy na moment błysnęła 

złotem, miedziane ślepia zapłonęły. Prorok owinął się wokół śpiewaka, skropił go odrobiną 

jadu, którą udało mu się wytworzyć, potem mocno uściskał.

Shreever   usłyszała   oburzony   wrzask   zielonego   węża.   Nie   był   to   krzyk   istoty 

inteligentnej, lecz pełen furii ryk przypartej do muru bestii. Przez chwilę dwa węże miotały 

się bezładnie. Shreever wraz z Sessurea skoczyła za nimi w dół, ku błotnistemu dnu. Gdy 

przywódca i śpiewak opadli, zmącony szlam przesłonił Krainę Obfitości.

– Maulkin się udusi! – krzyknęła zaniepokojona wężyca.

– Chyba, że zielony poszatkuje go wcześniej na kawałki – odparł ponuro Sessurea.

Rzucili się na pomoc, a ich grzywy wręcz napuchły od jadu. Shreever czuła, że inne 

węże są zdezorientowane. Niełatwo było przewidzieć ich reakcję. Możliwe, że się zjednoczą i 

zaatakują nas troje, pomyślała chłodno wężyca. Gdyby doszło do walki, wężowisko Maulkina 

nie miało szans na przeżycie.

Shreever szybko opadała obok Sessurei w wypełnioną drobinkami szlamu ciemność. 

Prawie   natychmiast   zaczęła   się   dusić.   Doznanie   było   potwornie   nieprzyjemne   i   każdą 

komórką swego ciała pragnęła uciec na czystsze wody. Nie była wszakże tępym zwierzęciem 

i potrafiła zapanować nad instynktami. Dotarła w pobliże wirującej wody. Owinęła się wokół 

walczących węży. Nozdrza miała zatkane mułem, więc nie potrafiła wyczuć, kogo ma przed 

sobą. Oczy także jej wypełniał piaszczysty szlam. Wypuściła mizerną chmurę jadu. Tylko tyle 

zdołała   wytworzyć.   Żywiła   nadzieję,   że   nie   oszołomi   ani   nie   osłabi   Sessurei.   Zebrała 

wszystkie   siły   i   starała   się   podnieść   węże   na   czystą   wodę,   gdzie   mogłyby   swobodnie 

oddychać. Zorientowała się, że przepływa przez ławicę ryb. Tu i tam migotały kolorowe 

drobinki   i   smugi.   Ktoś   obok   niej   wypuścił   obłok   jadu.   Kropelki   przypaliły   jej   skórę, 

wywołały   wizje.   Pomyślała,   że   chyba   znalazła   się   na   dnie   Krainy   Obfitości.   Pragnęła 

wypuścić dźwigany ciężar i wystrzelić w górę. Dusiła się, jednak uparcie ciągnęła w górę oba 

ciała.

Nagle   wpłynęła   w   czystszą   wodę.   Ostrożnie   uniosła   powieki,   potem   rozdziawiła 

szeroko   paszczę   i   skrzela.   Od   tej   chwili   wzrosła   jej   wrażliwość   na   mieszane   trucizny 

unoszące się w wodzie. Skosztowała omdlałe echo niegdyś potężnego jadu Maulkina i słabsze 

background image

toksyny Sessurei. Zielony wąż również wystrzelił krople jadu. Trucizna była gęsta i silna, 

prawdopodobnie wykorzystywał ją dotąd jedynie do ogłuszania ryb. Kontakt z nią okazał się 

nieprzyjemny,   ale   nie   wprawił   Shreever   w   oszołomienie.   Po   chwili   wężyca   napotkała 

spojrzenie Sessurei, który potrząsnął grzywą. Zielony wąż jeszcze przez chwilę słabo walczył, 

po czym znieruchomiał. Maulkin zdołał podnieść głowę.

– Traktujcie go łagodnie – rzekł. – Podczas starcia odezwał się do mnie. Początkowo 

tylko przeklinał, potem zapytał, jakim prawem na niego napadłem. Sądzę, że uda nam się go 

rozbudzić.

Shreever   nie   miała   siły,   by   odpowiedzieć.   Wraz   z   Sessureą   całkowicie   się 

skoncentrowali na unoszeniu znad zmąconego dna przywódcy i bezwładnego zielonego węża. 

Nagle jej towarzysz dostrzegł kamienny uskok. Trudno było się nań dostać, a jeszcze trudniej 

przenieść tam balast. Maulkin nie był bardziej pomocny niż gęsty splot wodorostów, a zielony 

nadal nie odzyskał przytomności. Wreszcie węże spoczęły na twardym podłożu. We troje 

trzymali ciągle między sobą obcego, który w każdej chwili mógł odzyskać świadomość. Kilka 

innych węży odkryło miejsce ich pobytu. Przypatrywały im się z oddali. Może były głodne. Z 

drżeniem odrazy Shreever zastanowiła się, czy myślą o jedzeniu. Co zrobiłyby, widząc, jak 

kłębowisko Maulkina pożera zielonego? Czy zażądałyby porcji dla siebie? Bała się ich.

Przywódca wyglądał na kompletnie wyczerpanego. Jego zmęczenie zdradzał okropny, 

ciemnobrązowy odcień skóry. A jednak prorok się nie poddawał; wciąż masował zielonego 

węża własnymi zwojami i namaszczał go maleńkimi kropelkami jadu, których wytworzenie 

kosztowało zapewne sporo siły.

–   Kim   jesteś?   –   pytał   bezwładne   stworzenie.   –   Prawdopodobnie   byłeś   kiedyś 

minstrelem, i to doskonałym. Kiedyś pamiętałeś tysiące melodii i słów pieśni. Sięgnij do 

pamięci. Zdradź mi swoje imię. Chcę poznać tylko twoje imię, nic więcej.

Wężyca miała stuprocentową pewność, że wysiłki przywódcy są daremne. Zielony 

wąż chyba nawet nie był przytomny. Jak długo prorok zamierza go cucić? Jeśli wyczerpie 

resztki sił, czy zdołają jutro dogonić dostawcę? Tak, tak, upór Maulkina może całej grupie 

odebrać ostatnią szansę na przetrwanie.

–   Tellur   –   mruknął   w   końcu   zielony.   Jego   skrzela   przez   moment   trzepotały.   – 

Nazywam się Tellur. – Potężny dreszcz przebiegł przez całą długość jego ciała. Nagle wąż się 

przekręcił i przytulił do Maulkina, jakby się obawiał, że zniesie go silny prąd. – Tellur! – 

krzyknął głośno. – Tellur. Tellur! Jestem Tellur. – Zamknął oczy i spuścił głowę. – Tellur – 

wymamrotał cicho. Był straszliwie wyczerpany.

Shreever próbowała rozniecić w sobie poczucie triumfu. A więc Maulkin rozbudził 

background image

jednego węża! No tak, ale na jak długo? Czy zielony pomoże im w poszukiwaniach Tej, 

Która Pamięta? A może nadal będzie myślał tylko o jedzeniu?

Krąg innych węży przysunął się bliżej. Shreever dostrzegła, że Sessurea kręci się z 

pozornym znużeniem. Wiedziała, że w ten sposób czyni przygotowania do bitwy. Podniosła 

głowę   i   usiłowała   potrząsnąć   grzywą.   Maleńkie   drobinki   cennego   jadu   spłynęły   do   jej 

czułków.   Starała   się   powieść   po   nieprzyjaciołach   złowrogim   spojrzeniem.   Żaden   nie 

zareagował. Nagle od grupy oderwał się największy z węży – masywny stwór w kolorze 

kobaltowym.   Był   o   jedną   trzecią   dłuższy   od   Sessurei   i   dwa   razy   od   niego   tęższy.   Z 

podniesionej grzywy strzelały w wodę kropelki toksyn. Nagle odrzucił głowę i igiełki grzywy 

stanęły prawie na sztorc.

–   Kelaro!   –   ryknął   olbrzym.   –   Mam   na   imię   Kelaro!   –   Jego   szczęki   pracowały 

intensywnie.   Połykał   rozpuszczone   toksyny,   skrzelami   wypływała   woda.   –   Pamiętam   – 

obwieścił z dumą. – Jestem Kelaro! – Na jego wrzask niektóre z węży prysnęły na boki 

niczym spłoszone ryby. Inne pozostały obojętne. Kobaltowy odwrócił głowę i przyjrzał się 

uważnie jednemu z grupy, pokrytemu bliznami szkarłatnemu wężowi. – A ty jesteś Sylic. Mój 

przyjaciel Sylic. Kiedyś stanowiliśmy część kłębowiska Xecresa. Xecres... Co się z nim stało? 

Co się stało z Xecresem? Gdzie się podziali inni z naszego wężowiska? – Niemal gniewnie 

podpłynął do szkarłatnego, który gapił się na niego pustymi, szeroko otwartymi ślepiami. – 

Syliku, wiesz, gdzie jest Xecres?

Bezmyślne spojrzenie Sylika wzbudziło w kobaltowym wściekłość. Kelaro owinął się 

wokół towarzysza, ściskając go niczym wieloryba, którego zamierzał utopić i pożreć. Na 

szczęście   cofnął   krawatkę   nabrzmiałą   od   trucizny.   Objętych   przyjaciół   otaczały   chmury 

toksyn.

– Gdzie jest Xecres, Syliku? – powtórzył pytanie olbrzym, a ponieważ szkarłatny 

wyrywał się z jego uścisku, objął go jeszcze mocniej. – Syliku! Powiedz mi swoje imię. 

Powiedz: „Jestem Sylic!”. Powiedz!

– On go zabije – szepnął przerażony Sessurea.

– Zostaw ich – zatrąbił cicho Maulkin. – Niech się stanie, co ma się stać. Jeśli Sylic 

się nie rozbudzi, lepiej żeby umarł. Tak jak my wszyscy.

Mówił   z   taką   rezygnacją,   że   Shreever   przeszedł   dreszcz   strachu.   Nagle   usłyszała 

nieznany głos, piskliwy i zadyszany.

–   Sylic.   Nazywam   się   Sylic.   –   Szkarłatny   słabo   walczył   z   Kelarem,   który   nagle 

rozluźnił uścisk, choć nie wypuścił towarzysza z objęć.

– Co się stało z Xecresem?

background image

–   Nie   wiem.   –   Sylic   z   wyraźnym   trudem   przekształcał   myśli   w   słowa.   –   Chyba 

zapomniał siebie. A później pewnego ranka zbudziliśmy się i odkryliśmy, że odszedł. Opuścił 

kłębowisko. Po jego zniknięciu inne węże również zaczęły zapominać, kim są. – Impulsywnie 

potrząsnął głową i z postrzępionej grzywy wystrzeliły kropelki toksyn. – Jestem Sylic! – 

powtórzył gorzko. – Sylic samotny! Sylic bez wężowiska!

– Nie, nie, to nieprawda. Jesteś Sylic z wężowiska Maulkina. A ty jesteś Kelaro z 

wężowiska Maulkina. Jeśli tylko zechcecie.

Przywódca zdołał przemówić silnym głosem. Nawet jego wzorzysta skóra błysnęły na 

krótką chwilę złotem. Kelaro podpłynął bliżej. Nadal lekko ściskał przyjaciela. Oczy miał 

ogromne, czarne, lecz połyskiwały w nich srebrne iskierki. Uroczyście skłonił grzywiastą 

głowę.

–   Maulkinie.   –   Podpłynął   na   skalny   uskok,   ciągnąc   za   sobą   przyjaciela.   Powoli, 

starając   się   nikogo   nie   urazić,   splótł   się   z   Sessureą,   Shreever   i   prorokiem.   –   Kelaro   z 

wężowiska Maulkina pozdrawia wszystkich.

– I Sylic z wężowiska Maulkina – powtórzył za nim szkarłatny.

Kiedy wreszcie ułożyli się do odpoczynku, Sessurea zauważył:

– Skoro chcemy dopaść dostawcę, nie możemy spać zbyt długo.

– Możemy spać tak długo, aż będziemy gotowi do męczącej drogi – poprawił go 

Maulkin.   –   Zresztą   skończyliśmy   z   dostawcami.   Od   tej   pory   zaczniemy   polować,   jak 

przystało wężom. Silne kłębowiska nie są zależne od niczyjej szczodrości. I poszukamy Tej, 

Która Pamięta. Otrzymaliśmy ostatnią szansę. Nie wolno nam jej zmarnować.

background image

2. WYBÓR SERILLI

Wspaniale wyposażona kabina była zamknięta i duszna od dymu. Serilli kręciło się w 

głowie,   jej   żołądek   nadal   buntował   się   przeciwko   kołysaniu   statku.   Od   bezustannego 

chybotania bolał każdy staw. Nigdy nie była dobrym marynarzem, nawet w młodości. Od 

tamtego czasu spędziła wiele lat w pałacu satrapy i zupełnie odwykła od podróży. Żałowała, 

że nie wybrali lepszego i szybszego statku, lecz satrapa nalegał na korab ogromny, w pełni 

zaopatrzony   we   wszystko,   czego   potrzebował   władca   i   jego   świta.   Wypłynęli   znacznie 

później,   niż   planowali,   ponieważ   mnóstwo   czasu   zajęły   przeróbki   wnętrza,   szczególnie 

powiększanie kwater. Serilla słyszała, że robotnicy portowi straszliwie narzekali. Mówili coś 

o   balaście   i   stabilności.   Nie   rozumiała   wtedy   ich   niepokojów,   teraz   wszakże   obarczała 

właśnie te przeróbki winą za obrzydliwe kołysanie statku. Na pocieszenie przypomniała sobie 

po raz kolejny, że z każdą chwilą jest bliżej Miasta Wolnego Handlu.

Teraz już prawie nie pamiętała, z jaką niecierpliwością oczekiwała na rejs. Całymi 

dniami przepakowywała bagaże. Wybierała stroje, odrzucała je i ponownie wybierała. Nie 

chciała wyglądać ani niemodnie, ani dwuznacznie. Nie chciała wyglądać ani młodo, ani staro. 

Pragnęła zaprezentować się jako kobieta mądra i stateczna, a równocześnie atrakcyjna. W 

końcu zdecydowała się na szaty proste i skromnie skrojone, ale kunsztownie haftowane jej 

własną ręką. Nie miała biżuterii. Zgodnie z tradycją, Towarzyszka Serca posiadała i nosiła 

jedynie klejnoty otrzymane od swego władcy. Stary satrapa dawał jej tylko księgi i zwoje, 

Cosgo natomiast nigdy niczego jej nie ofiarował, chociaż wybrane przez siebie Towarzyszki 

obwieszał   mnóstwem   świecidełek;   niektóre   dziewczyny   przypominały   ciastka   lśniące   od 

okruszków wielobarwnego lukru. Serilla starała się nie przejmować faktem, że stanie przed 

Kupcami   z   Miasta   Wolnego   Handlu   pozbawiona   ozdób.   Nie   zamierzała   czarować   ich 

biżuterią. Płynęła, by nareszcie poznać krainę i ludzi, o których uczyła się prawie całe życie. 

Wcześniej na żadne zdarzenie nie oczekiwała z takim podnieceniem – na pewno nie od dnia, 

w którym stary satrapa zaoferował jej godność Towarzyszki Serca. Modliła się, by wizyta w 

Mieście Wolnego Handlu odmieniła jej los.

Teraz trudno jej było marzyć. Nigdy nie czuła się tak podle. Nie pasowała do tego 

statku. W Jamaillii zawsze potrafiła się odizolować od poniżających praktyk uprawianych na 

dworze   Cosga.   Odkąd   młody   satrapa   zaczął   zmieniać   wszelkie   przyjęcia   w   celebrację 

obżarstwa i  lubieżności, po prostu przestała brać w nich udział. Na pokładzie  statku nie 

sposób   było   jednakże   uciec   przed   ekscesami.   Jeśli   chciała   jeść,   musiała   uczestniczyć   w 

posiłku satrapy. Gdy zdecydowała się opuścić kajutę, wyjść na pokład i zaczerpnąć świeżego 

background image

powietrza, narażała się na ordynarne uwagi marynarzy z chalcedzkiej załogi. Nigdzie nie 

mogła się ukryć.

Satrapa   Cosgo   i   Towarzyszka   Kekki   leżeli   na   ogromnej   otomanie   w   kwaterach 

władcy. Oboje byli prawie nieprzytomni od ziół rozkoszy i dymu. Kekki jęknęła kiedyś, że 

tylko   w   takim   stanie   nie   ma   nudności.   Serilla   była   osobą   taktowną,   więc   nie   zapytała 

młodziutkiej Towarzyszki, czy nie jest przypadkiem w ciąży. Nieraz się zdarzało, że panujący 

satrapa miał potomka z jedną z Towarzyszek Serca, choć nikt tego nie popierał. Dzieci z 

takich związków tuż po urodzeniu oddawano w służbę Sa. Późniejsi kapłani i kapłanki nigdy 

nie poznawali imion rodziców. Tylko z legalną małżonką władca mógł spłodzić dziedzica. 

Cosgo jednakże jeszcze nie wybrał sobie żony i Serilla wątpiła, czy kiedykolwiek ożeni się z 

własnej woli. Ale wielmoża na pewno go do tego zmuszą.

O ile pożyje wystarczająco długo. Popatrzyła na niego. Leżał na nieprzytomnej Kekki 

i chrapał. Inna Towarzyszka Serca, także oszołomiona narkotykami, zajmowała poduszki u 

jego stóp. Głowę odrzuciła w tył, ciemne włosy miała w nieładzie, spod zmrużonych powiek 

błyskały białka oczu. Co jakiś czas kurczowo zaciskała palce. Patrząc na nią, Serilla czuła 

odrazę.

Jak do tej pory cały rejs był jednym długim pasmem biesiad i rozrywek, po których 

następowały okresy zamroczenia. Później Cosgo przywoływał uzdrowicieli, którzy podawali 

mu leki pobudzające; po nich władca znowu był głodny rozkoszy, więc organizował uczty. 

Możni szlachcice towarzyszący w podróży satrapie również nie stronili od przyjemności, z 

wyjątkiem kilku, którzy pod pretekstem choroby morskiej często pozostawali w kajutach.

Wielu chalcedzkich szlachciców płynęło z Cosgiem na północ. Ich łodzie otaczały 

flagowy statek satrapy. Możni chętnie zasiadali z władcą do kolacji. Kobiety, które wieźli ze 

sobą,   przypominały   niebezpieczne   zwierzęta,   rywalizujące   o   względy   ich   zdaniem 

najpotężniejszych   mężczyzn   na   świecie.   Przerażały   Serillę.   A   jakie   polityczne   dyskusje 

toczyły się podczas posiłków! Chalcedzcy szlachcice nakłaniali Cosga, by wykorzystał okazję 

i na przykładzie Miasta Wolnego Handlu pokazał, iż nie będzie tolerować nieposłuszeństwa i 

buntu. Powinien Kupców potraktować ostro. Chalcedczycy wzbudzali w satrapie zarówno 

poczucie   pewności   siebie,   jak   i   –   zdaniem   Serilli   zupełnie   nieuzasadnionego   –   gniewu. 

Przestała   się   w   końcu   odzywać,   każdą   bowiem   jej   wypowiedź   zagłuszały   rechoty   lub 

szyderstwa. Ostatniej nocy władca wprost kazał jej milczeć, „tak jak przystoi Towarzyszce 

Serca”. Na myśl o tej publicznej zniewadze ciągle jeszcze ogarniała ją wściekłość.

Chalcedczyk, który dowodził statkiem satrapy, chętnie przyjął wina ofiarowane przez 

Cosga,   lecz   pogardzał   towarzystwem   młodego   władcy.   Wymawiał   się   odpowiedzialną 

background image

funkcją, choć Serilla dostrzegała w jego oczach skrywane lekceważenie. Im bardziej satrapa 

starał się wywrzeć na nim wrażenie, tym bardziej kapitan go ignorował. Cosgo próbujący 

naśladować   dumny   krok   i   pewność   siebie   Chalcedczyka   był   doprawdy   żałosny.   Serilla 

odczuwała niemal ból, widząc, jak Towarzyszki Serca (najczęściej Kekki) zachęcają go do 

tego   dziecinnego   postępowania.   Ostatnio   władca   obrażał   się,   ilekroć   ktoś   niedokładnie 

wykonał jego rozkazy. Zachowywał się jak rozkapryszony smarkacz. Nic nie sprawiało mu 

przyjemności. Wziął ze sobą na pokład błaznów i muzyków, ale szybko się nimi znudził. 

Najdrobniejszy sprzeciw wobec jego woli wyzwalał steki przekleństw lub napady złości.

Serilla   westchnęła.   Przez   chwilę   chodziła   po   kajucie   władcy,   potem   przystanęła   i 

zaczęła się bawić frędzlami haftowanego obrusa. Zmęczonym ruchem odsunęła lepkie od 

brudu naczynia. Usiadła przy stole i czekała. Czemu satrapa wezwał ją do siebie? Podobno 

potrzebował rady. Nie mogła wyjść, póki jej nie odprawi.

Długo starała się wybić mu z głowy tę podróż, lecz Cosgo się uparł. Podejrzewał, że 

Serilla pragnie sama popłynąć do Miasta Wolnego Handlu. Miał zresztą rację. Wolałaby się 

wybrać   tam   sama,   szczególnie   wyposażona   w   uprawnienia   do   podejmowania   decyzji   w 

sprawie terenów, które znała o wiele lepiej niż on. Niestety, satrapa nie chciał się z nikim 

dzielić władzą. Postanowił, że wtargnie do zbuntowanej osady w całej okazałości swej potęgi 

i   chwały.   Jego   celem   było   zastraszenie   Kupców,   przywołanie   ich   do   posłuszeństwa   i 

przypomnienie,   że   rządzi   nimi   z   łaski   Sa.   Nie   mieli   prawa   podawać   w   wątpliwość   jego 

zwierzchnictwa.

Serilla   do   ostatniej   chwili   była   przekonana,   że   Rada   Szlachetnie   Urodzonych 

wyperswaduje Cosgowi udział w rejsie, i szczerze się zdumiała, gdy możni poparli pomysł 

władcy. Chalcedzcy sojusznicy również zachęcali go do podróży. Satrapa, zanim rozpoczął 

przygotowania do drogi, spędził z nimi wiele nocy na pijaństwie. Słyszała ich przechwałki, 

obietnice   i   zapewnienia   o   poparciu.   Pamiętała   ich   słowa:   „Niech   nasz   satrapa   pokaże 

ważniakom z Miasta Wolnego Handlu, kto rządzi Jamaillią”. Książę Yadfin i jego najemnicy 

przekonywali, że Cosgo nie musi się obawiać „buntowników i wichrzycieli”. Odgrażali się, że 

w   razie   powstania   przeciw   prawowitemu   władcy   przypomną   batem,   dlaczego   te   ziemie 

nazywane   są   Przeklętymi   Brzegami.   Jeszcze   teraz   Serilla   czuła   gniew.   Czyżby   satrapa 

naprawdę nie rozumiał, że Chalcedczycy zrobili z niego przynętę? Prowokując Pierwszych 

Kupców   do   zabicia   władcy,   możni   otrzymają   pretekst,   który   pozwoli   im   splądrować   i 

zniszczyć kupiecką osadę.

Wielkim powolnym statkiem flagowym płynęło – prócz Cosga – grono Towarzyszek 

Serca,   tłum   służących   oraz   sześciu   szlachciców   (którym   satrapa   nakazał   uczestnictwo   w 

background image

rejsie)   wraz   z   niewielkimi   orszakami.   Statkowi   władcy   towarzyszyły   mniejsze   łodzie, 

zapchane   obiecującymi   młodszymi   synami   ze   szlacheckich   domów.   Cosgo   zwabił   ich 

perspektywą  nadania  ziemi   w  Mieście  Wolnego  Handlu.  Na  próżno  Serilla   protestowała, 

argumentując, że jeśli władca przybędzie z ewentualnymi osadnikami, jeszcze bardziej obrazi 

Pierwszych Kupców. Uprzytomniła sobie wówczas, że Cosgo nigdy nie traktował poważnie 

ani jej, ani jej wiedzy.

Sprawę pogarszały wojenne galery załadowane uzbrojonymi po zęby chalcedzkimi 

najemnikami. Okrętów  było siedem. Oficjalnie miały chronić władcę i jego orszak przed 

piratami, od których aż się roiło na wodach Kanału Wewnętrznego. Dopiero podczas rejsu 

Serilla odkryła, że galery mają pomóc Cosgowi w demonstracji siły. Napadały na każdą 

piracką  osadę   i   łupiły  ją  bezlitośnie.   Wszelkie   bogactwa   i   niewolnicy  zdobyci   w   trakcie 

najazdu trafiały na łodzie młodych szlachciców, którzy dzięki nim chcieli sobie wyrównać 

koszty misji dyplomatycznej. Satrapa uważał, że młodsi synowie możnych rodzin poprzez 

udział w tych pacyfikacjach powinni udowodnić swoją przydatność. Chciał sprawdzić, czy są 

godni jego względów.

Był wyjątkowo dumny z tego pomysłu. Serilla w kółko wysłuchiwała, jak wyliczał 

korzyści.

–   Po   pierwsze,   mieszkańcy   Miasta   Wolnego   Handlu   uwierzą,   że   moje   galery 

patrolowe rzeczywiście walczą z piratami. Niewolników weźmiemy jako dowód. Po drugie, 

na buntowniczej osadzie na pewno zrobi wrażenie potęga moich sojuszników i Kupcy dobrze 

się zastanowią, czy warto się sprzeciwiać tak silnemu władcy. Po trzecie, skarbcowi zwróci 

się koszt mojej wyprawy. Po czwarte, przejdę do legendy. Który inny satrapa potrafił wziąć 

sprawy w swoje ręce i poprawić trudną sytuację polityczną? Czy któryś miał tyle śmiałości?

Serilla przewidywała dwie wersje przyszłości i nie umiała zdecydować, która z nich 

jest gorsza i bardziej niebezpieczna. Chalcedczycy mogą zabrać Cosga do swojej krainy, 

zatrzymać go tam jako zakładnika, a później uczynić marionetkowym władcą. Albo – podczas 

nieobecności   młodziutkiego   satrapy   –   arystokracja   Jamaillii   przejmie   władzę   w   stolicy... 

Serilla z goryczą uznała obie perspektywy za równie możliwe i groźne. Czasem, tak jak 

dzisiejszego   wieczoru,   rozważała,   czy   w   ogóle   kiedykolwiek   zobaczy   upragniony   cel 

podróży. Właściwie... najemnicy chalcedzcy dowodzący statkami mieli nad pasażerami pełną 

władzę. Gdyby kapitanowie zechcieli zabrać Cosga prosto do Chalced, satrapa wraz ze swoim 

orszakiem nie zdoła  im  przeszkodzić.  Oby  Chalcedczycy uznali  rejs   do Miasta  Wolnego 

Handlu za korzystny i priorytetowy. Przysięgła sobie, że gdy tam dotrze, postara się zniknąć. 

Niestety, nie wymyśliła jeszcze sposobu ucieczki.

background image

Spośród starych doradców tylko dwóch próbowało wyperswadować satrapie pomysł 

wyprawy. Pozostali z aprobatą kiwali głowami. Przyznawali, że rządzący władcy nigdy nie 

podróżowali, lecz zachęcali Cosga do rejsu. Przypochlebiali się i nazywali go mądrym, a 

jednak żaden nie zaoferował swego towarzystwa. Obrzucili go darami i prawie wepchnęli na 

statek. Popłynęli z nim – i to niechętnie – jedynie ci, którym rozkazał. Na nieszczęście władca 

nie dostrzegał oznak niebezpieczeństwa, choć powinien podejrzewać spisek mający na celu 

usunięcie   go   z   Jamaillii.   Gdy   dwa   dni   temu   Serilla   ośmieliła   się   opowiedzieć   o   swoich 

troskach, satrapa najpierw strasznie z niej szydził, potem zaś się rozgniewał.

– Wykorzystujesz moje lęki, kobieto! Dobrze wiesz, że mam słabe nerwy! Chcesz mi 

zrujnować zdrowie. Zamilcz! Wynoś się do swojej kajuty i pozostań tam, póki cię nie wezwę.

Na   to   wspomnienie   Serilli   policzki   spłonęły   szkarłatem.   Satrapa   zmusił   ją   do 

posłuszeństwa i odesłał z kwatery pod eskortą dwóch chalcedzkich marynarzy. Wprawdzie 

żaden jej nie tknął, ale swobodnie gawędzili o zaletach jej ciała i wykonywali nieprzyzwoite 

gesty. Kiedy dotarta do kajuty, natychmiast zamknęła za sobą lichy zatrzask i podsunęła pod 

drzwi kufer z ubraniami. Na kolejne wezwanie Cosga czekała przez cały dzień. Stanęła przed 

nim,   a   wtedy   spytał,   czy   dostała   wystarczającą   nauczkę.   Wziął   się   pod   boki   i   rechotał, 

czekając na odpowiedź. W stolicy nie odważał się przemawiać do niej takim tonem. Spuściła 

oczy i cicho przytaknęła. Uznała, że najmądrzej będzie okazać pokorę, choć w głębi duszy aż 

kipiała z wściekłości.

Rzeczywiście dostała wówczas nauczkę. Odkryła, że satrapa coraz bardziej się stacza. 

Przedtem po prostu lubił się zabawić, teraz zaś zmieniał się w degenerata. Po raz kolejny 

postanowiła,   że   przy   pierwszej   okazji   ucieknie.   Nie   była   mu   nic   dłużna!   Jej   sumienie 

niepokoiła jedynie lojalność wobec satrapii, ale cóż... Jedna krucha istota (czyli ona) nie zdoła 

powstrzymać świata przed upadkiem.

Od tamtego czasu Cosgo łypał na nią niczym polujący kot i wyraźnie czekał na byle 

prowokację z jej strony. Serilla usilnie starała się nad sobą panować, choć równocześnie nie 

chciała   się   wydać   władcy   zbyt   służalcza.   Zaciskała   szczęki,   po   czym   odpowiadała   z 

szacunkiem i grzecznie... Lecz przede wszystkim próbowała go unikać. Kiedy wezwał ją dziś 

wieczorem, obawiała się kolejnego starcia. Błogosławiła fanatyczną zazdrość Kekki. Gdy 

Serilla   wchodziła   do   kajuty   satrapy,   dziewczyna   z   całych   sił   usiłowała   przyciągnąć   jego 

uwagę. I trzeba przyznać, że dobrze sobie radziła. A Cosgo i tak był teraz nieprzytomny.

Kekki okazała się istotą zupełnie pozbawioną wstydu. Została Towarzyszką Serca 

dzięki znajomości chalcedzkiego języka i zwyczajów. Wyraźnie przyswoiła sobie najgorsze z 

nich. W Chalced kobieta cieszyła się władzą tylko poprzez mężczyznę, którego zdołała urzec. 

background image

Dlatego też Kekki bezwzględnie walczyła o Cosga. Serilla uważała jej postępowanie za gruby 

błąd, sądziła bowiem, że satrapa szybko się znudzi natrętną kochanką. Niebawem zapewne się 

jej pozbędzie. Byle tylko zabawiała swego władcę aż do Miasta Wolnego Handlu.

Nagle młody satrapa otworzył jedno oko. Serilla nie odwróciła wzroku. Wątpiła, czy 

Cosgo jest świadom jej obecności.

Niestety, bardzo się co do niego pomyliła.

– Chodź tutaj – rozkazał.

Ruszyła po grubym dywanie, zręcznie omijając leżące na ziemi ubrania i naczynia. 

Zatrzymała się w odległości ramienia od otomany satrapy.

– Wezwałeś mnie na konsultację, Wielki Panie? – zapytała zgodnie z wymaganiami 

protokołu.

– Chodź tutaj! – powtórzył, palcem wskazując miejsce tuż przy sobie na otomanie.

Nie zamierzała siadać tak blisko niego. Nie pozwalała jej na to duma.

– Po co? – spytała.

–   Ponieważ   jestem   satrapą   i   ci   rozkazuję!   Nie   muszę   ci   podawać   żadnych 

dodatkowych powodów. – Usiadł prosto i odepchnął Kekki. Dziewczyna jęknęła płaczliwie.

–   Nie   jestem   służącą   –   zauważyła   Serilla.   –   Jestem   Towarzyszką   Serca.   – 

Wyprostowała się i wyrecytowała: – „Ażeby pochlebstwami nie przewracały mu w głowie 

próżne kobiety, ażeby jego próżności nie łechtali ludzie szukający jedynie korzyści dla siebie, 

pozwól mu wybrać Towarzyszki Serca, które zasiądą obok niego. Nie będą się one nad niego 

wywyższać, nie będą się też przed nim płaszczyły, lecz niech przemawiają otwarcie, mądrze 

doradzając satrapie w szczegółowych sprawach, na których się znają. Władca nie powinien 

żadnej   z   nich   faworyzować.   Nie   powinien   wybierać   kobiet   z   powodu   ich   urody   czy   też 

przymilności. Towarzyszka nie ma go chwalić, lecz wyrażać szczerze swe opinie, a w razie 

konieczności wprost się z nim nie zgadzać. Nie może się obawiać udzielania mu rad, które 

zawsze niech będą szczere i płyną z serca...”.

– Zamknij się wreszcie! – krzyknął Cosgo.

Serilla umilkła, choć wcale nie z powodu jego rozkazu. Nie ruszyła się z miejsca. 

Przez moment milcząco oceniał ją wzrokiem. Wtem w jego oczach zapaliły się osobliwe 

iskierki rozbawienia.

–   Jesteś   taka   naiwna!   Taka   pewna   siebie!   Wydaje   ci   się,   że   słowa   cię   ochronią? 

Towarzyszka Serca! – Prychnął z pogardą. – Odpowiedni tytuł dla kobiety, która boi się być 

kobietą. – Oparł się na brzuchu Kekki niczym na poduszce. – Mógłbym cię wyleczyć z 

kompleksów. Mógłbym cię oddać majtkom. Pomyślałaś o tym? Kapitan jest Chalcedczykiem. 

background image

Pomyśli, że pozbywam się kochanki, która przestała mnie zadowalać. – Przerwał. – Może 

nawet wychędożyłby cię pierwszy. A później podarował swoim ludziom.

Serilla poczuła suchość w ustach. Uprzytomniła sobie, że młody satrapa może spełnić 

swe pogróżki. Był zdolny do takiego okrucieństwa. Zanim ekspedycja wróci do Jamaillii, 

minie kilka miesięcy. Czy ktoś zapyta, co się z nią stało? Nie, nikt. Nikt z przebywających na 

pokładzie   szlachciców   nie   będzie   się   narażał   na   gniew   władcy.   A   niektórzy   pewnie   by 

stwierdzili, że zasłużyła sobie na taki los.

Nie miała wyjścia. Jeśli raz się ugnie przed Cosgiem, jej poniżenie nigdy się nie 

skończy. Gdy zareaguje lękiem na groźbę, satrapa będzie ją wiecznie dręczył. Zrozumiała, że 

jej jedyną nadzieją jest sprzeciw.

– Zrób to – oświadczyła chłodno. Wyprostowała się z dumą. Czuła, jak serce łomocze 

jej w piersi. Cosgo nie rzucał pogróżek na wiatr. Rzeczywiście mógł ją oddać marynarzom. 

Załogę   statku   stanowili   wielcy,   nieokrzesani   Chalcedczycy.   Kobiety,   które   im   służyły, 

miewały posiniaczone twarze i poruszały się nieco chwiejnie. Serilla podejrzewała, co im się 

przydarzało,   choć   do   jej   uszu   nie   dotarły   żadne   plotki.   Mężczyźni   z   Chalced   traktowali 

kobiety niewiele lepiej niż bydło. Modliła się, żeby satrapa wycofał groźbę.

– Doskonale zatem. – Wstał, zatoczył się, po czym zrobił dwa niepewne kroki ku 

drzwiom.

  Nogi  ugięły się  pod Serillą. Zacisnęła szczęki,  starając  się zapobiec drżeniu  ust. 

Wiedziała, że przegrała. Odważnie wykonała ruch i przegrała. Sa, pomóż mi! – zatkała w 

duszy.   Bała   się,   że   zemdleje.   Zamrugała,   pragnąc   powstrzymać   łzy.   Cosgo   na   pewno 

blefował. Nie zrobi tego! Nie ośmieli się!

Władca przystanął. Stracił równowagę, czy się zawahał? Nie wiedziała.

– Jesteś pewna, że tego chcesz? – Uśmiechnął się z drwiną. – Wolisz puszczać się z 

nimi, niż spróbować zadowolić mnie? Dam ci chwilę na zastanowienie. Podejmij decyzję.

Ofiarował   jej   ostatnią   szansę.   Uznała   to   za   wyjątkowe   okrucieństwo.   Chciała   się 

rzucić na kolana i błagać o łaskę. Nie ruszyła się jednak, bo wiedziała, że satrapa nie zna 

pojęcia łaski. Przełknęła ślinę. Nie potrafiła mu odpowiedzieć. Miała nadzieję, że władca we 

właściwy sposób zrozumie jej milczenie.

– Bardzo dobrze. Pamiętaj, Serillo, że sama dokonałaś wyboru. Mogłaś zostać ze mną.

Otworzył drzwi. Za nimi stał marynarz. Za drzwiami Cosga zawsze czuwał któryś z 

marynarzy. Serilla podejrzewała, że kapitan rozkazał pilnować młodego satrapy. Cosgo oparł 

się o framugę i poklepał marynarza przyjaźnie po ramieniu.

–   Dobry   człowieku,   zanieś   wiadomość   kapitanowi.   Postanowiłem   mu   podarować 

background image

jedną z moich kobiet. Zielonooką. – Odwrócił się chwiejnie i uśmiechnął do Serilli. – Ostrzeż 

go, że pani ta ma dość przykre usposobienie, a mimo to znajdzie w niej słodką klaczkę. – 

Zmierzył ją lubieżnym wzrokiem od góry do dołu i jego wargi wykrzywił okrutny uśmieszek. 

– Niech przyśle po nią kogoś.

 

background image

3. WIEŚCI

Althea   westchnęła   nagle   i   odsunęła   się   od   stolika   tak   gwałtownie,   że   Malta 

mimowolnie zrobiła długą kreskę piórem. Dziewczynka obserwowała ciotkę, która przetarła 

oczy i odeszła od stolika zarzuconego rachunkami.

– Muszę wyjść – oznajmiła.

Ronica właśnie weszła do pokoju z koszem ciętych kwiatów w jednej ręce i dzbanem 

wody w drugiej.

– Doskonale cię rozumiem – przyznała. Nalała wody do wazonu i zaczęła układać w 

nim kwiaty, tworząc bukiecik ze stokrotek, hiacyntów, róż i liści paproci. – Księgowanie 

naszych długów nie jest wesołym zajęciem. Nawet ja muszę co kilka godzin odpoczywać... 

Jeśli masz ochotę popracować na dworze, trzeba zadbać o grządki kwiatowe przy frontowych 

drzwiach.

Althea niecierpliwie potrząsnęła głową.

– Muszę pójść do miasta. Przejdę się, odwiedzę przyjaciół. Wrócę przed kolacją. – 

Widząc, jak matka marszczy brwi, dorzuciła: – Potem zajmę się rabatką. Obiecuję!

Ronica   zacisnęła   wargi   i   nic   już   nie   powiedziała.   Malta   odprowadzała   Altheę 

wzrokiem niemal do samych drzwi. Nagle spytała ciekawie:

– Zamierzasz się znowu spotkać z tą jubilerką?

–   Może   –   odparła   ciotka   spokojnie,   lecz   dziewczynka   usłyszała   w   jej   głosie 

powstrzymywaną irytację.

Babcia mruknęła, jakby zamierzała przemówić. Althea odwróciła się do niej i spytała 

ze znużeniem:

– No co?

Ronica Vestrit lekko wzruszyła ramionami. W rękach nadal trzymała kwiaty.

–   Nic.   Po   prostu   wolałabym,   żebyś   nie   spędzała   z   nią   tak   dużo   czasu.   I   nie   tak 

otwarcie. Wiesz przecież, że twoja przyjaciółka nie pochodzi z naszego miasta. Niektórzy 

mówią, że nie jest lepsza od Nowych Kupców.

– Jak słusznie zauważyłaś, Amber jest moją przyjaciółką – odparła stanowczo Althea.

–   Podobno   nielegalnie   pomieszkuje   na   żywostatku   Ludlucków.   Biedny   „Paragon” 

nigdy nie był przy zdrowych zmysłach, a twoja Amber tak mu pomieszała w głowie, że dostał 

szału i przegonił wysłanych przez rodzinę ludzi, którzy mieli ją wyrzucić. Zagroził, że jeśli 

spróbują   wejść   na   pokład,   powyrywa   im   ręce   ze   stawów.   Wyobrażasz   sobie   chyba,   jak 

paskudnie   się   poczuła   Amis.   Kupcowa   od   lat   stara   się   nie   zbrukać   dobrego   imienia 

background image

Ludlucków skandalami. A z winy twojej przyjaciółki odżyły dawno zapomniane opowieści o 

„Paragonie”, który zwariował i wybił w  pień całą swoją załogę. Amber nie powinna się 

mieszać w sprawy Pierwszych Kupców.

– Matko – mruknęła jej córka, tracąc powoli cierpliwość – historia „Paragona” nie jest 

wcale taka prosta. Jeśli chcesz, opowiem ci ją ze szczegółami, lecz później. Kiedy w pokoju 

zostaną sami dorośli.

Malta natychmiast napadła na ciotkę.

– Jubilerka ma w Mieście Wolnego Handlu zastanawiającą reputację – warknęła. – 

Och, wszyscy przyznają, że jest cudowną artystką, ale cóż... artystów powszechnie uważa się 

za   dziwaków.   Amber   żyje   z   kobietą,   która   przebiera   się   za   mężczyznę   i   tak   samo   się 

zachowuje. Wiedziałaś o tym, ciociu?

– Jek pochodzi z Królestwa Sześciu Księstw albo z jakiegoś innego barbarzyńskiego 

kraju – tłumaczyła Althea. – Nie różni się od tamtejszych kobiet. Dorośnij wreszcie, Malto, i 

przestań słuchać podłych plotek.

– Zwykle tego typu gadki puszczam mimo uszu. Chyba że bohaterem opowieści staje 

się ktoś z naszej rodziny. Wiem, że niezbyt wytwornie jest dyskutować o tak intymnych 

kwestiach, powinnaś jednak wiedzieć, że zdaniem niektórych osób odwiedzasz jubilerkę z 

tego samego powodu. Aby z nią sypiać.

  Zapadło milczenie. Malta osłodziła herbatę miodem i zamieszała. Brzęk łyżeczki o 

kubek wydał się prawie wesoły.

– Jeśli mówisz o pieprzeniu, używaj słowa „pieprzenie” – odburknęła ciotka zimnym z 

wściekłości tonem. – Skoro pragniesz być ordynarna, po co uważać na język?

– Altheo! – Ronica w końcu otrząsnęła się z szoku. – Nie wolno ci mówić takich 

rzeczy w naszym domu!

– Malta zaczęła, nie ja. Ja tylko trafniej wyraziłam jej myśl.

– Nie możesz potępiać ludzi za takie gadanie. W końcu wyjechałaś z naszego miasta 

prawie rok temu, a wróciłaś do domu przebrana za chłopaka. Już kilka lat temu powinnaś była 

wyjść za mąż, jednak w ogóle nie okazujesz zainteresowania mężczyznami. Zamiast tego 

kręcisz się po mieście i zachowujesz jak młody chłopiec. Ludzie mają prawo uważać się za... 

osobę dziwną.

–   Malto,   twoje   stwierdzenia   są   zarówno   nieuprzejme,   jak   i   nie   prawdziwe   – 

oświadczyła twardo Ronica. – Althea wcale nie jest zbyt stara, by się wydać za mąż. Wiesz 

zresztą dobrze, że Grag Tenira mocno się nią ostatnio interesuje.

–   Ach,   ten.   Wszyscy   świetnie   wiedzą,   że   Tenirów   jeszcze   bardziej   interesuje 

background image

dodatkowy głos, który dzięki Vestritom zdobyliby w Radzie Miasta Wolnego Handlu. Odkąd 

zaczęli bezsensowną demonstrację buntu w doku podatkowym satrapy, starają się skaptować 

do swojej sprawy jak najwięcej osób...

– Nie oceniaj czynów, o których nie masz pojęcia – przerwała jej Althea. – Używając 

przymiotnika „bezsensowny”, potwierdzasz, że niczego nie rozumiesz. Zresztą nie oczekuję 

po   tobie   innej   reakcji...   W   grę   wchodzi   przyszłość   naszego   miasta.   Tenirowie   odmówili 

zapłacenia   satrapie   podatku   i   cła,   ponieważ   żądane   taryfy   są   zarówno   bezprawne,   jak   i 

niesprawiedliwe. Wątpię jednak, byś potrafiła pojąć wszelkie niuanse tej sytuacji, a nie mam 

ochoty dłużej słuchać twojej dziecięcej paplaniny. Jesteś dzieckiem i musisz się jeszcze wiele 

nauczyć. Do zobaczenia, matko.

Wyszła z wysoko podniesioną głową.

Malta   słuchała   cichnących   w   korytarzu  kroków,  potem   gestem   pełnym   rezygnacji 

odsunęła leżące przed nią dokumenty.

– Dlaczego to zrobiłaś? – spytała cicho babka. W jej głosie nie było gniewu, tylko 

ciekawość. 

– A co ja takiego zrobiłam? Dlaczego ciotka może nagle oznajmić, że jest zmęczona 

pracą i wyjść do miasta? Gdybym ja spróbowała się tak...

– Althea jest od ciebie starsza i dojrzalsza. Przyzwyczaiła się decydować za siebie. 

Dotrzymuje zawartej z nami umowy. Żyje cicho, nie naraża dobrego imienia rodziny na 

szwank i nie ma...

– Skąd w takim razie biorą się plotki na jej temat?

–   Nie   słyszałam   żadnych   plotek.   –   Babka   podniosła   pusty   koszyk   i   dzbanek. 

Przesunęła wazon ze świeżymi kwiatami na środek stołu. – Jesteś, Malto, męczącą osóbką. 

Pozwolisz,   że   zajmę   się   teraz   własnymi   sprawami.   Do   zobaczenia.   –   Mówiła   bez 

rozdrażnienia, jedynie ze smutkiem. Obrzuciła wnuczkę niechętnym spojrzeniem i wyszła.

Malta odezwała się do siebie głośno, tak by babcia ją usłyszała:

– Nienawidzi mnie. Ta stara kobieta mnie nienawidzi. Och, niech tato szybko wraca! 

Jedynie on może uratować naszą rodzinę.

Ronica Vestrit nie zatrzymała się. Dziewczynka pochyliła się nad biurkiem i odsunęła 

przesłodzoną herbatę. Od wyjazdu Reyna straszliwie się nudziła w domu. Nie umiała nawet 

sprowokować krewnych do kłótni. Nuda doprowadzała ją do szaleństwa. Ostatnio z byle 

powodu denerwowała najbliższych, ponieważ bardzo chciała, by coś się działo. Odwiedziny 

zalotnika pozostawiły cudowne wspomnienia, jednak kwiaty od niego już dawno zwiędły, a 

słodycze zostały zjedzone. Po co mieć kawalera, który mieszka tak daleko?

background image

Z   każdym   dniem   coraz   bardziej   dopadała   ją   pospolitość.   Miała   dużo   pracy   i 

obowiązków. Ronica stale wymyślała jej nowe zadania, a przecież Althea mogła robić, co 

chciała. Dziewczynka podejrzewała, że babka z matką po prostu pragną pilnować każdego jej 

kroku.   Zmieniły   ją   w   małego   szczeniaczka   na   smyczy.   Reyn   również   wymagał   od   niej 

uległości.  Zauważyła  to.  Pociągała   go   nie   tylko   jej   uroda   i   wdzięk,   ale   także   młodość   i 

słabość. Pewnie uważał, że będzie panował nad jej działaniami, a nawet myślami. Cóż, butny 

młodzieniec wkrótce odkryje swoją pomyłkę. Malta pokaże wszystkim, co potrafi!

Wstała znad rachunków i wyjrzała przez okno. Wychodziło na zaniedbany, zdziczały 

ogród.   Althea   i   Ronica   starały   się   o   niego   dbać,   lecz   teren   potrzebował   prawdziwego 

specjalisty z przynajmniej tuzinem pomocników. Jeśli stan rodzinnych finansów wkrótce się 

nie poprawi, pod koniec lata ogród zmieni się w ugór. Ale nie, nie, do tego nie dojdzie! 

Oczywiście, że nie. Niedługo wróci do domu ojciec. Przywiezie pieniądze i wszystko wróci 

do normy. Znowu w rezydencji pojawią się służący, dobre jedzenie i wino. Malta była pewna, 

że Kyle Haven przypłynie do miasta lada dzień.

Zacisnęła zęby, wspominając rozmowę przy wczorajszej kolacji. Matka martwiła się 

głośno, że powrót żywostatku tak strasznie się opóźnia. Ciotka dodała, że w dokach nikt nie 

słyszał o „Vivacii”. Nie widział jej kapitan żadnego ze statków, które przypłynęły ostatnio do 

Miasta Wolnego Handlu. Keffria odparła, że może Kyle zdecydował się ominąć rodzinny port 

i udać z ładunkiem wprost do Chalced.

– Ale na tamtych wodach również nikt jej nie spotkał – zakomunikowała posępnie 

Althea. – Zastanawiam się, czy twój mąż w ogóle zamierza wrócić do naszego miasta. Chyba 

że prosto z Jamaillii pożeglował na południe.

Mówiła   spokojnie.   Udawała,   że   nie   chce   nikogo   obrazić.   Keffria   ripostowała 

gwałtownie, choć bez podnoszenia głosu.

– Kyle nigdy nie zrobiłby czegoś takiego!

Wtedy ciotka zamilkła. Nikt więcej się nie odezwał.

Malta tęskniła za rozrywką. Może otworzy dzisiejszej nocy puszkę snów. Myśl o 

przeżyciu zakazanego snu kusiła ją i podniecała. Podczas poprzedniego wymieniła z Reynem 

pocałunek. Czy kolejny sen zacznie się w tym miejscu? Czy właśnie tego pragnęła? Zalotnik 

kazał jej odczekać dziesięć dni i dopiero po tym czasie użyć pudełka. Wtedy Reyn zdąży 

dotrzeć   do   Deszczowych   Ostępów   i   swego   domu.   Jednak   wyznaczonego   dnia   Malta   nie 

otworzyła   cudownej   skrzyneczki.   W   ramach   buntu.   Jej   kawaler   był   zbyt   pewny,   że 

dziewczynka postąpi zgodnie z jego prośbą. Choć bardzo pragnęła przeżyć sen, powstrzymała 

się. Niech Reyn czeka i zadaje sobie pytanie, co się stało. Niech odkryje, że Malta nie jest 

background image

szczeniaczkiem,   którego   trzyma   na   smyczy.   Cerwin   dostał   już   podobną   nauczkę,   teraz 

przyszła kolej na jego rywala.

Dziewczynka uśmiechnęła się do siebie nieznacznie. W mankiecie nosiła najnowszy 

liścik, w którym młody Treli błagał ją o spotkanie w dowolnym miejscu i o dowolnej porze. 

Obiecywał, że ma najczystsze intencje. Zamierzał przyprowadzić ze sobą swoją siostrę Delo, 

by reputacja Malty nie ucierpiała. Młodzieńca doprowadzała do szaleństwa myśl o wyjeździe 

ukochanej   do   Deszczowych   Ostępów.   Wyraźnie   sądził,   że   Malta   jest   mu   przeznaczona. 

„Proszę, proszę, proszę, jeśli masz dla mnie choć trochę uczucia, musisz się ze mną spotkać”, 

pisał. Razem mieli zdecydować, jak zapobiec tragedii.

Na pamięć znała spisany czarnym atramentem liścik. Pięknie wyglądał na grubym 

kremowym   papierze.   Delo   przyniosła   go   wczoraj.   Woskowa   pieczęć   z   wierzbą   (herbem 

Trellów)   pozostawała   wprawdzie   nietknięta,   lecz   szeroko   otwarte   oczy   przyjaciółki   i   jej 

konspiracyjne zachowanie sugerowały, że dobrze zna treść listu. Kiedy dziewczynki zostały 

same, Delo zwierzyła się, że nigdy jeszcze nie widziała brata tak oszalałego. Odkąd zobaczył 

Maltę   tańczącą   w   ramionach   Reyna,   nie   mógł   spać.   Prawie   nie   jadł,   nie   spotykał   się   z 

kolegami, długie godziny przesiadywał sam przy kominku w gabinecie. Ojca coraz bardziej 

denerwowało   jego   zachowanie,   oskarżał   Cerwina   o   lenistwo,   a   w   pewnym   momencie 

oświadczył,   że   nie   po   to   wydziedziczył   starszego   syna,   by   młodszy   prowadził   równie 

bezczynne życie. Delo nie wiedziała, co począć. Poprosiła przyjaciółkę, by dała jej bratu choć 

maleńki promyk nadziei.

Dziewczynka   ponownie   odtworzyła   scenkę   w   umyśle.   Zapatrzyła   się   w   dal. 

Pojedyncza łza spłynęła jej po policzku. Powiedziała Delo, że niewiele zależy od niej, że 

babka i matka uznały ją za coś w rodzaju ładnej błyskotki, którą zamierzają sprzedać kupcowi 

oferującemu najwyższą cenę. Zapewniła przyjaciółkę, iż stara się odwlec wszelkie decyzje do 

powrotu ojca. Była pewna, że Kyle Haven wolałby zobaczyć córkę w ramionach ukochanego 

i   wybranego   przez   nią   mężczyzny   niż   byle   bogacza.   Potem   przekazała   odpowiedź   dla 

Cerwina.   Nie   odważyła   się   spisać   wiadomości,   wolała   polegać   na   honorze   jego   siostry. 

Wyznaczyła  spotkanie o  północy w  altance obok  porośniętego bluszczem  dębu  w  dolnej 

części ogrodu różanego.

Do schadzki miało dojść właśnie dzisiaj. Dziewczynka nadal nie zdecydowała, czy 

pójdzie w wyznaczone miejsce. Noc będzie ciepła. Ani Delo, ani Cerwinowi nic nie może się 

przydarzyć w ogrodzie. Jeśli Malta nie dotrze, powie po prostu, że nie zdołała się wymknąć 

opiekunkom. A młody Treli zapragnie jej jeszcze bardziej.

background image

* * *

– Najgorsze, że jest sprytna i inteligentna. I bardzo podobna do mnie. Czy gdyby 

ojciec nie zabrał mnie na morze, stałabym się taka sama jak ona? Dusiłabym się w domu, 

zachowywała „stosownie”. Może identycznie bym się wtedy buntowała? Uważam, że moja 

matka i siostra mylą się co do niej. Pozwalają jej się ubierać i zachowywać jak dorosłej, a 

Malta jest przecież jeszcze dzieckiem. Buntuje się i nie rozumie, że rodzina musi działać 

wspólnie.   Tak   bardzo   stara   się   bronić   własnego   idealnego   wyobrażenia   o   ojcu,   że   nie 

dostrzega innych spraw. Selden natomiast stał się prawie zupełnie niewidoczny. Kręci się po 

domu i mówi szeptem albo cicho popłakuje. Matka i babka stale go przeganiają, wymawiając 

się obowiązkami. Dają mu słodycze i wysyłają do zabawy, najchętniej na dwór. Malta miała 

odrabiać z nim lekcje, lecz co chwilę tylko doprowadza go do łez. Nie mam czasu, by mu 

pomóc, nie znam zresztą potrzeb chłopców w jego wieku. – Althea głośno westchnęła.

Podniosła   oczy   znad   herbaty,   którą   długo   mieszała,   i   spojrzała   Gragowi   w   oczy. 

Uśmiechnął się do niej. Siedzieli przy małym stoliku przed piekarnią. Nie chcieli się ukrywać. 

Tak było prościej, nie musieli się bowiem bać plotkarzy, którzy mogliby ich podejrzeć w 

jakimś zaułku. Althea spotkała młodego Tenirę przypadkiem na ulicy. Udawała się akurat do 

sklepiku   Amber,   lecz   Grag   poprosił   ją   o   kilka   chwil   rozmowy.   Spytał,   czym   się   tak 

zdenerwowała, że opuściła dom bez kapelusza, a wtedy wylała z siebie wszystkie żale. Teraz 

czuła się z tego powodu zawstydzona.

– Och, przepraszam. Zaprosiłeś mnie na herbatę, a ja od pięciu minut skarżę się na 

siostrzenicę. Nie wolno się w ten sposób wyrażać o swojej rodzinie. Ale ta Malta, doprawdy! 

Wiem, że ilekroć wyjdę, grzebie w moich rzeczach. Niestety... – Dziewczyna zbyt późno 

ugryzła się w język. – Nie mogę pozwolić, by ta mała flirciara mnie rozdrażniła. I świetnie 

rozumiem, dlaczego jej babka i matka zgodziły się na tak wczesne zaloty. Tylko w ten sposób 

możemy się pozbyć wstrętnej dziewuchy.

–  Altheo!  –  skarcił  ją  Grag  z  uśmiechem.  –  Jestem  przekonany,  że  do  ślubu  nie 

dojdzie.

– Cóż, Ronica i Keffria pragną znaleźć najlepsze wyjście z tej trudnej sytuacji. Chcą 

dobra nas wszystkich. Matka powiedziała mi wprost, że ma nadzieję, iż gdy Reyn lepiej 

pozna Maltę, sam zrezygnuje z zalotów. – Westchnęła. – Gdybym miała na Reyna wpływ, 

przyspieszyłabym jego decyzję. Czas, by się otrząsnął i nabrał rozumu.

 Grag śmiało dotknął ręki dziewczyny.

– Nie wierzę, że jesteś do tego zdolna – zapewnił nie tylko ją, lecz również siebie. – 

background image

Nie ma w tobie podłości.

– Takiś tego pewny?

Szeroko otworzy! oczy, udając strach.

–   Och,   zmieńmy   temat   –   zdenerwowała   się   dziewczyna.   –   Każdy   będzie 

przyjemniejszy. Powiedz mi, co z waszą bitwą. Rada zgodziła się was wysłuchać?

– Rada Miasta Wolnego Handlu bywa jeszcze bardziej opornym przeciwnikiem niż 

urzędnicy satrapy. Ale tak, w końcu Kupcy się zgodzili. Wielkie wydarzenie nastąpi jutro 

wieczorem.

– Przyjdę – obiecała Althea. – Postaram się zdobyć dla was jak największe poparcie. 

Zrobię co w mojej mocy, by towarzyszyły mi matka i siostra.

– Nie wiem, czy coś załatwimy, cieszę się jednak z możliwości zabrania głosu. Nie 

mam też pojęcia, co zdecyduje ojciec. Na razie odrzuca wszelkie propozycje kompromisów. 

Postanowił, że nie zapłaci i już! Nie zamierza też przyrzekać, że zapłaci później. Stoimy w 

doku załadowani towarami, a inne statki czekają na miejsce. Ojciec nie zapłacił i nikt się nie 

wstawił za nami. Smutne, Altheo, ogromnie to smutne! Ogromnie nas boli ten brak poparcia. 

Jeśli nic się nie zmieni, urzędnicy nas złamią. – Przerwał raptownie i potrząsnął głową. – Och, 

nie musisz wysłuchiwać moich zmartwień. Masz dość własnych. Ale wiesz co? Dotarły do 

mnie   też   dobre   wieści.   Twoja   przyjaciółka   Amber   skończyła   remontować   ręce   naszego 

galionu. Rezultaty są zachwycające. „Ofelii” było ciężko. Mówiła, że nie odczuwa bólu, tylko 

niewygodę,   kiedy...   –   Grag   umilkł,   dziewczyna   nie   naciskała.   Wiedziała,   że   poczucie 

bliskości z własnym żywostatkiem jest sprawą bardzo intymną.

Dotąd przygnębiała ją myśl o rozłące z „Vivacią”, teraz poczuła nagły ból. Zacisnęła 

ręce na podołku i starała się zapomnieć o samotności. Tęskniła za swoim statkiem, lecz nic 

nie mogła zrobić, póki Kyle nie wróci do Miasta Wolnego Handlu. O ile wróci! Keffria 

twierdziła, że mąż nigdy nie opuściłby jej ani dzieci, Althea wszakże miała na ten temat inne 

zdanie. Jej szwagier posiadał w tej chwili bezcenny statek, do którego właściwie nie miał 

prawa. Gdyby popłynął na południe, nie musiałby spłacać długów. Stałby się człowiekiem 

bogatym. Bez żadnych zobowiązań.

 – Altheo?

Ocknęła się zmieszana.

– Przepraszam.

Grag uśmiechnął się miło.

– Rozumiem twoje roztargnienie i niepokój. Na twoim miejscu pewnie też byłbym 

zatroskany. Wypytuję o „Vivacię” każdy wpływający do portu statek. Na razie w żaden inny 

background image

sposób nie mogę ci pomóc. Za miesiąc prawdopodobnie ponownie wypłyniemy do Jamaillii. 

Po drodze będę wszędzie szukał wieści o niej.

– Dziękuję – powiedziała ciepło. Widząc czułość w jego oczach, zmieniła temat. – 

Tęsknię   za   „Ofelią”.   Gdybym   nie   obiecała   matce,   że   będę   się   zachowywać   obyczajnie, 

natychmiast poszłabym ją odwiedzić. Raz nawet wybrałam się do doku, lecz zatrzymali mnie 

urzędnicy podatkowi satrapy. Przez wzgląd na dobre imię mojej rodziny nie nalegałam. – 

Westchnęła. – Mówisz zatem, że Amber naprawiła szkody na rękach „Ofelii”.

Grag spojrzał z ukosa w zachodzące słońce.

–   Nie   tylko   naprawiła   dłonie,   lecz   także   lekko   je   wyszczupliła.   Są   teraz   bardzo 

proporcjonalne. „Ofelia” niepokoiła się o usunięte kawałki czarodrzewu. Ich utrata wyraźnie 

ją przerażała. Jednak rzemieślniczka uratowała wszystkie i włożyła do osobnego pudełka. 

Nawet   nie   opuściły   przedniego   pokładu.   Zaskoczyło   mnie,   że   osoba   pochodząca   spoza 

naszego miasta potrafi tak dobrze rozumieć potrzeby żywostatku. Amber posunęła się jeszcze 

dalej.  Po   konsultacji   z  „Ofelią”  uzyskała   zgodę   mojego   ojca  na   wykonanie   z   większych 

kawałków bransoletki dla galionu. Zamierza pociąć fragmenty na paseczki i sztabki, które 

później   połączy.   Żaden   żywostatek   w   porcie   nie   posiada   takiej   biżuterii,   nie   dość   że 

wykonanej   przez   znakomitą   artystkę,   ale   także   z   własnego   czarodrzewu.   „Ofelia”   jest 

wniebowzięta.

Althea uśmiechnęła się i spytała nieco jeszcze niedowierzającym tonem:

– Twój ojciec pozwolił Amber obrabiać czarodrzew? Sądziłam, że nikomu nie wolno 

tego robić.

– Tu nie chodzi o obróbkę – zauważył Grag pospiesznie – lecz o dalszy ciąg remontu. 

Amber   stara   się   uratować   jak   najwięcej   materiału   „Ofelii”.   Dogłębnie   przemyśleliśmy   tę 

kwestię podczas rodzinnej narady i w końcu ojciec pozwolił twojej przyjaciółce dokonać 

zmian. Na naszej decyzji mocno zaważyła uczciwość rzemieślniczki, która nie próbowała 

zachować   dla   siebie   ani   jednego   kawałka   drewna.   Wiesz,   obserwowaliśmy   ją,   ponieważ 

czarodrzew jest materiałem bardzo rzadkim i nawet najmniejsza jego cząstka ma ogromną 

wartość. Amber przez cały  czas  postępowała  w  sposób  honorowy. Co  więcej, pracowała 

wyłącznie na pokładzie. Nawet bransoletkę wyrzeźbi tam, choć mogłaby ją zrobić w swoim 

warsztacie. Pamiętaj, że musiała nosić tam i z powrotem mnóstwo narzędzi, ukrywając je w 

fałdach fartucha niewolnicy.

Dziewczyna uprzytomniła sobie, że Amber nie opowiadała jej szczegółowo o swojej 

pracy. Zresztą ta rezerwa rzemieślniczki nie zaskoczyła dziewczyny, bo przyjaciółka zawsze 

była osobą skrytą i Althea właściwie niewiele o niej wiedziała.

background image

– Ona jest wspaniała! – wykrzyknęła z entuzjazmem.

– Moja matka mówi dokładnie to samo – przyznał Grag. – Ogromnie mnie zresztą 

zdziwiła jej opinia, ponieważ matka i „Ofelia” zawsze były sobie bardzo bliskie. Na pewno o 

tym wiesz. Przyjaźniły się jeszcze przed ślubem rodziców. Matka szalała, kiedy dowiedziała 

się o ataku Chalcedczyków i ranach odniesionych przez galion. Miała wiele zastrzeżeń wobec 

Amber. Nie chciała, by ręce „Ofelii” naprawiała nieznajoma osoba, która w dodatku nie 

pochodzi z naszego miasta. Prawie się obraziła na ojca, że udzielił zgody na remont bez 

uprzedniej konsultacji z nią.

Słuchając, jak Grag z poważną miną umniejsza znaczenie legendarnego gniewu Narii 

Teniry, dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie. Przystojną męską twarz rozjaśnił szeroki 

uśmiech   i   przez   moment   Althea   miała   przed   sobą   raczej   beztroskiego   marynarza   niż 

konserwatywnego przedstawiciela Pierwszych Kupców z Miasta Wolnego Handlu. Odkąd 

bowiem wysiedli w rodzimym porcie, Grag spoważniał. Zachowywał się teraz stosownie, 

stale myślał o reputacji rodziny i wszystko traktował straszliwie serio. Marynarskie ubrania 

ustąpiły ciemnej marynarce i spodniom oraz białej koszuli, przywodząc dziewczynie na myśl 

jej   ojca,   który  w   porcie   nosił   podobny  strój.  Młody   Tenira   w   tym   ubraniu   wydawał   się 

starszy, poważniejszy i bardziej stanowczy. Dlatego teraz na widok jego beztroski serce w 

dziewczynie   się   radowało.   Jako   kupiec   Grag   był   interesującym   mężczyzną,   lecz   jako 

marynarz wydawał jej się atrakcyjniejszy.

– Matka ogromnie pragnęła obserwować naprawy. Amber nie oponowała, choć sądzę, 

że była trochę urażona. Nikt nie lubi, gdy się go o coś podejrzewa. I wiesz, co się stało? 

Zaprzyjaźniły się. Podczas pracy rzemieślniczki dyskutowały całymi godzinami na wszystkie 

możliwe tematy. „Ofelia” oczywiście wiecznie się wtrącała do rozmowy. Dobrze wiesz, że 

nie sposób powiedzieć na pokładzie dziobowym słowa, którego galion nie usłyszy. A rezultat 

tych dyskusji zupełnie nas wszystkich zaskoczył. Matka zmieniła się w zajadłą przeciwniczkę 

niewolnictwa. Parę dni temu zaczepiła na ulicy człowieka, któremu towarzyszyła obładowana 

paczkami mała dziewczynka z wytatuowanym policzkiem. Matka wyjęła z jej rąk paczki i 

nakrzyczała na właściciela. Oświadczyła mu, że to wstyd zabierać z rodzinnego domu takie 

małe dziecko, po czym... sprowadziła dziewczynkę do naszej rezydencji. – Grag wyglądał na 

nieco zmieszanego. – Nie wiem, co zamierza z nią zrobić. Mała jest tak przerażona, że prawie 

nic nie mówi. Podobno nie ma krewnych w naszym mieście. Handlarz zabrał ją rodzicom i 

sprzedał na targu niczym cielę. – W jego głosie Althea dosłyszała nową nutę sugerującą 

tłumione wzruszenie.

– A ten człowiek? Po prostu oddał twojej matce małą niewolnicę?

background image

Gragowi oczy rozbłysły.

– Nie był zbyt szczęśliwy. Tyle że mojej matce towarzyszył wówczas nasz kucharz 

Lennel, człowiek lojalny i silny. Właściciel dziewczynki zatrzymał się na ulicy i wykrzykiwał 

za nimi groźby, lecz nic więcej nie mógł zrobić. Nieliczne osoby, które w ogóle zwróciły na 

niego uwagę, reagowały szyderstwem lub śmiechem. Co ten człowiek zrobi? Pójdzie do rady 

miejskiej   i   poskarży   się,   że   ktoś   porwał   mu   dziecko,   które   wbrew   prawu   traktował   jak 

niewolnika?

– Nie. Bardziej prawdopodobne, że będzie walczył o legalizację niewolnictwa.

–   Matka   oświadczyła   nam   już,   że   kiedy   Rada   Miasta   Wolnego   Handlu   wysłucha 

naszych   skarg   pod   adresem   urzędników   satrapy,   ona   natychmiast   poruszy   temat 

niewolnictwa. Zażąda egzekwowania kar.

– W jaki sposób?

– Nie wiem – odparł Grag cicho. – Jednakże trzeba przynajmniej spróbować. Dotąd 

ignorowaliśmy tę sprawę. Amber twierdzi, że gdyby niewolnicy naprawdę wierzyli w nasze 

poparcie, byliby mniej przerażeni. Może by się zbuntowali. Właściciele im wmówili, że w 

razie buntu zakończą żywot podczas tortur i nikt się za nimi nie wstawi.

Przez plecy dziewczyny przebiegł lodowaty dreszcz. Pomyślała o dziecku, które Naria 

zabrała do rezydencji Tenirów. Czy mała ciągle się boi tortur i śmierci? Czy taki strach 

zmienia osobowość człowieka? Jak można dorastać w stałym lęku?

–  Amber  jest   przekonana,  że  niewolnicy  kiedyś   wywalczą  sobie  wolność.  Daleko 

przewyższają liczebnie swoich panów. Dojdzie do krwawej jatki, która zrujnuje nasze miasto, 

chyba że Rada Kupców wcześniej tych ludzi wyzwoli.

– A zatem musimy im wkrótce pomóc odzyskać wolność, w przeciwnym razie sami 

po nią sięgną, niszcząc przy okazji Miasto Wolnego Handlu?

– Coś w tym rodzaju. – Grag w zamyśleniu pił piwo.

Po długiej chwili dziewczyna westchnęła. Zapatrzyła się w dal.

– Nie bądź taka smutna, Altheo. Zrobimy co w naszej mocy. Jutrzejszego wieczoru 

idziemy do Sali Zgromadzeń. Może uda nam się skłonić Kupców do jakiejś reakcji zarówno 

w kwestii wyznaczonych przez satrapę taryf, jak i w sprawie niewolnictwa panoszącego się w 

naszym mieście. Może ludzie się opamiętają.

– Może – zgodziła się ponuro. Nie przyznała się, o czym myśli. W tym momencie nie 

interesowały   jej   ani   taryfy,   ani   niewolnicy.   Patrzyła   na   siedzącego   naprzeciwko   niej 

przystojnego młodzieńca o dobrym sercu i... czekała. Niestety, na próżno usiłowała wzbudzić 

w   sobie   gorące   uczucie.   Miała   dla   niego   tylko   przyjaźń.   Westchnęła   i   zastanowiła   się, 

background image

dlaczego   przyzwoity   i   porządny   mężczyzna   nie   porusza   jej   serca   i   zmysłów   tak   jak   źle 

wychowany szaławiła Brashen Treli.

* * *

Prawie   dotarł   do   tylnych   drzwi,   gdy   nagle   duma   kazała   mu   zawrócić   do   frontu. 

Zadzwonił. Miał żółtą koszulę z doskonałej jakości jedwabiu i kosztowny szalik. Granatowe 

spodnie i krótka kurtka były nieco pocerowane, lecz Brashen wiedział, że dobrego marynarza 

nie mogą zawstydzić ślady jego własnej igły. Jeśli materiał i krój pasowały raczej do pirata z 

wysp niż do syna Pierwszego Kupca z Miasta Wolnego Handlu, no cóż... Nic nie mógł na to 

poradzić, zwłaszcza że ostatnio rzeczywiście niemal zmienił się w pirata.

W   kąciku   ust   miał   wprawdzie   maleńkie   oparzenie   od   cindinu   (przed   zaśnięciem 

zapomniał wypluć narkotyk), lecz na szczęście przysłaniał je wąs. Brashen uśmiechnął się 

nieznacznie. Jeśli Althea podejdzie wystarczająco blisko, by dostrzec rankę, na pewno będzie 

myślała o czymś zupełnie innym.

Nagle usłyszał za drzwiami ciche kroki służącej. Zdjął kapelusz.

Otworzyła mu ładnie ubrana młodziutka kobieta. Zmierzyła go bacznym wzrokiem, 

reagując   na   jego   osobliwe   ubranie   z   wyraźną   dezaprobatą.   Na   jego   wesoły   uśmiech 

odpowiedziała lekceważeniem.

– Życzysz sobie czegoś? – zapytała wyniośle.

Mrugnął do niej.

–   Mógłbym   sobie   życzyć   grzeczniejszego   powitania,   wątpię   wszakże,   czybym   je 

otrzymał. Przyszedłem się zobaczyć z Altheą lub –jeśli jest zajęta – z Roniką Vestrit. Mam 

nowiny, które muszę przekazać jak najszybciej.

– Doprawdy? No cóż, obawiam się, że musisz poczekać, ponieważ w tej chwili nikogo 

nie ma w domu. Do widzenia.

Z modulacji jej głosu zrozumiał, że służąca najchętniej posłałaby go do diabła. Szybko 

zrobił krok do przodu i chwycił drzwi, zanim zdążyła je zamknąć.

– Czy Althea wróciła z morza? – nalegał, domagając się jasnej odpowiedzi.

– Już kilka tygodni temu. Puszczaj! – warknęła.

Poczuł ulgę. A więc Althea była w domu, bezpieczna. Nadal siłował się ze służącą, 

która chciała zatrzasnąć drzwi. Zdecydował, że pora na uprzejmości minęła.

– Nie odejdę. Naprawdę nie mogę. Przynoszę bardzo ważne nowiny. Nie dam się zbyć 

zgryźliwej dziewce służebnej. Wpuść mnie zaraz, bo inaczej obie twoje panie wielce się na 

background image

ciebie rozgniewają.

Służąca   cofnęła   się   o   krok,   wyraźnie   zaszokowana.   Brashen   skorzystał   z   okazji   i 

przeszedł przez próg. Rozejrzał się, marszcząc brwi. Wejściowy korytarz zawsze stanowił 

dumę jego kapitana. Pomieszczenie ciągle pozostawało czyste i jasne, lecz drewno i mosiądz 

już nie błyszczały jak dawniej. Brakowało też niegdyś stałych zapachów wosku i oliwy. 

Dostrzegł nawet wysoko w rogach kilka pajęczyn. Nie miał czasu na dokładniejsze oględziny, 

bo oburzona dziewczyna tupnęła nóżką i krzyknęła:

– Nie jestem służącą, ty śmieciu! Nazywam się Malta Haven i jestem córką pana tego 

domu. Wynoś się stąd natychmiast!

– Nie, póki nie spotkam się z Altheą. Poczekam na jej powrót, choćby kilka godzin. 

Usiądę sobie spokojnie... i wybacz mi złe maniery. – Uważniej przypatrzył się dziewczynce. – 

Zatem jesteś Malta. Ależ wydoroślałaś, w ogóle cię nie poznałem. Ostatnim razem widziałem 

cię w kusej sukieneczce. – Starał się uprzejmością naprawić wcześniejszą gafę. – Pięknie 

dzisiaj wyglądasz. Czyżbyś wydawała herbatkę dla przyjaciółek?

Niestety, wszelkie próby zdobycia jej życzliwości zawiodły.

–   Kim   jesteś,   marynarzu,   że   ośmielasz   się   przemawiać   tak   poufale   w   rezydencji 

mojego ojca?

–   Nazywam   się   Brashen   Treli.   Byłem   pierwszym   oficerem   kapitana   Vestrita. 

Przepraszam, że wcześniej się nie przedstawiłem. Przynoszę nowiny na temat żywostatku 

„Vivacia”. Muszę się natychmiast zobaczyć z twoją ciotką lub babką. Albo z twoją matką, 

Keffrią. Czy jest w domu?

– Nie. Mama i babcia poszły do miasta nająć robotników do wiosennych siewów. Nie 

wrócą szybko. A Althea bawi się, tak jak lubi. Sa jeden wie, kiedy raczy się zjawić w domu. 

Możesz przekazać swoje nowiny mnie. Dlaczego statek tak długo nie przypływa? Czy wiesz, 

kiedy wreszcie zjawi się w porcie?

Brashen przeklął własną tępotę. Prawdopodobnie perspektywa ujrzenia Althei zaćmiła 

mu umysł. Przynosił niedobre wieści. Jakim sposobem miał tej dziewczynce powiedzieć, że 

jej rodzinny statek przejęli piraci? Nawet nie wiedział, czy ojciec Malty jeszcze żyje. Takich 

nowin nie przekazuje się dziecku, które zostało samo w domu. Ogromnie żałował, że drzwi 

nie   otworzyła   mu   któraś   ze   służących.   W   dodatku   postąpił   jak   głupiec,   gdyż   powinien 

trzymać język za zębami, póki nie zjawi się ktoś dorosły. Zagryzł wargę i skrzywił się z bólu, 

gdy natrafił na rankę od cindinu.

– Najlepiej wyślij chłopaka do miasta, niech sprowadzi twoją babcię. Powinna jako 

pierwsza wysłuchać nowin.

background image

– Dlaczego? Czy coś złego się stało?

Po raz pierwszy dziewczynka odezwała się własnym głosem, nie zaś parodią głosu 

dojrzałej kobiety. Co dziwne, piskliwy głosik wbrew pozorom dodał jej lat. Brashen nie miał 

ochoty okłamywać Malty, lecz nie chciał też jej obciążać smutną prawdą, zwłaszcza że w 

domu nie było nikogo, kto mógłby ją pocieszyć. Obrócił kapelusz w dłoniach.

–   Najlepiej   poczekajmy   na   dorosłych   –   zaproponował   stanowczo.   –   Sądzisz,   że 

możesz wysłać chłopaka po kogoś z rodziny?

Dziewczynka wykrzywiła usta. Już się nie bała; znowu opanował ją gniew. Jej oczy 

wściekle błyskały, gdy odparła:

– Wyślę Rache. Poczekaj tutaj.

Został sam przy drzwiach. Zastanawiał się, dlaczego po prostu nie wezwała służącej i 

nie  poleciła  zanieść  wiadomości.  Ale,  ale... drzwi  również  otworzyła  sama. Zaryzykował 

kilka kroków w głąb znajomego kiedyś korytarza i rozejrzał się bacznie. Natychmiast odkrył 

kolejne   oznaki   zaniedbania.   Przypomniał   sobie,   że   alejkę,   którą   przyszedł,   zaśmiecały 

połamane   gałęzie   i   opadłe   liście.   Schodów   od   dawna   nie   zamiatano.   Czyżby   rodzina 

Vestritów   przechodziła   trudny   okres?   A   może   Kyle   zrobił   się   skąpy?   Brashen   czekał 

niespokojnie. Czy złe nowiny, które przynosił, okażą się znacznie poważniejsze, niż sobie 

wyobrażał? Porwanie rodzinnego statku mogło oznaczać dla Vestritów ruinę. A co się stanie z 

Altheą?

„Skoczek” dzisiaj zacumował w porcie Miasta Wolnego Handlu. Tuż po rzuceniu 

kotwicy Finney wysłał swego oficera na brzeg. Przypuszczał zapewne, że Brashen szuka 

obecnie   kupca,   któremu   zamierza   sprzedać   pirackie   łupy.   Jednak   on   udał   się   prosto   do 

rezydencji przyjaciółki. Portret „Vivacii” pozostał na pokładzie „Skoczka” i stanowił niemy 

dowód jej tragicznego losu. Pewnie Althea zapragnie odzyskać obraz. Nie miał pojęcia, jakie 

teraz żywi wobec niego uczucia, na pewno jednak nie uzna go za kłamcę.

Co Althea o nim myśli? Dlaczego tak dużo znaczy dla niego jej opinia? Nie rozstali 

się w przyjaźni, czego strasznie żałował, lecz wierzył, że podczas ponownego spotkania nie 

będzie dla niego niemiła. Znał ją przecież i wiedział, że nie jest głupią, afektowaną kobietką, 

która by się obraziła za niefortunny dowcip. Oby miał rację. Althea to wspaniała dziewczyna.

Wepchnął ręce w kieszenie i nerwowo chodził po korytarzu.

* * *

Dziewczyna stała w sklepiku Amber i nieuważnie przesuwała palcami po koralach w 

koszyku.   Wyłowiła   jeden.   Jabłko.   Następna   była   gruszka,   potem   kot   owinięty   ogonem. 

background image

Rzemieślniczka żegnała klienta, obiecując, że do jutra o tej porze ukończy zamówiony przez 

niego naszyjnik. Kiedy zamknęła drzwi, wrzuciła garść korali do małego koszyka i zajęła się 

odkładaniem towarów na półki. Althea jej pomagała. Podjęły przerwaną rozmowę.

–   Czyli   tak:   Naria   Tenira   skrytykuje   przed   Radą   Miasta   Wolnego   Handlu 

niewolnictwo? To mi chciałaś powiedzieć? Po to przyszłaś?

– Nie cieszy cię wiadomość, że twoje argumenty ją przekonały?

Amber uśmiechnęła się z zadowoleniem,

– Tak, tak, słyszałam już o tym. Naria mi powiedziała. Oburzyło ją też, że nie mogę 

uczestniczyć w posiedzeniu rady.

– Zebrania są tylko dla Pierwszych Kupców – zaprotestowała Althea.

–   To   samo   mi   powiedziała   Naria   –   przytaknęła   uprzejmie   Amber.   –   Dlatego 

przybiegłaś tu prosto z żywostatku?

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Nie widziałyśmy się od dość dawna, a poza tym nie miałam ochoty wracać do 

rachunków i do mojej siostrzenicy. Któregoś dnia przetrzepię tej smarkuli skórę. Potwornie 

mnie denerwuje.

– Wiesz co? Odkrywam, że jest ogromnie podobna do ciebie. – Na widok obrażonej 

miny przyjaciółki Amber poprawiła się szybko: – Byłabyś taka, gdyby ojciec nie zabrał cię w 

odpowiednim momencie na morze.

– Czasami zastanawiam się, czy dobrze zrobił – zauważyła niechętnie Althea.

– Żałujesz tych lat? – spytała Amber cicho.

–   Nie   wiem.   –   Dziewczyna   nieuważnie   wzburzyła   palcami   włosy.   Przyjaciółka 

obserwowała ją z rozbawieniem.

– Nie grasz już roli chłopca. Popraw fryzurę, bo właśnie się potargałaś.

Althea jęknęła i przygładziła włosy.

– Rzeczywiście, teraz gram rolę poważnej kobiety z Miasta Wolnego Handlu. I taka 

rola wydaje mi się równie fałszywa. Hm... Jak włosy? Dobrze?

Amber sięgnęła przez kontuar i poprawiła jeden kosmyk.

– Tak, teraz lepiej. Fałszywa? Z jakich względów?

Althea przez chwilę zagryzała wargę, potem potrząsnęła głową.

– Wszystko w tej roli wydaje mi się nieautentyczne. Nie jestem sobą. Strój mnie 

więzi,   a   sposób   chodzenia   i   siadania   krępuje.   Wąskie   rękawy   prawie   nie   pozwalają   mi 

podnieść ręki nad głowę. Szpilki we włosach przyprawiają mnie o migrenę. W rozmowach z 

ludźmi muszę używać pewnych słów, a innych unikać. Niektórzy nawet moją wizytę w twoim 

background image

warsztacie i kilka minut serdecznej pogawędki uważają za skandal. Najgorsze jednak, że 

muszę udawać zainteresowanie rzeczami, które są mi obojętne... Czasami staram się do nich 

przekonać –dodała zmieszana. – Gdybym ich naprawdę chciała, byłoby mi łatwiej. Amber nie 

odpowiedziała od razu. Wzięła koszyczek z koralami i obie poszły do wnęki na tyłach sklepu, 

za   grzechoczącą   zasłonę   z   ręcznie   wyrzeźbionych   paciorków.   Teraz   mogły   swobodnie 

pomówić, nie narażając się na spojrzenia ciekawskich.

– Czego nie chcesz? – spytała Amber.

– Tego wszystkiego, czego pragną, hm... prawdziwe kobiety. Uświadomiłaś mi to 

kiedyś, pamiętasz? Nie marzę o dzieciach ani o pięknym domu. Nie potrzebuję osiadłego 

życia w rezydencji, nie interesuje mnie założenie własnej rodziny. Nawet nie jestem pewna, 

czy chcę wychodzić za mąż. Dzisiaj Malta nazwała mnie dziwaczką i ten epitet mnie zabolał. 

Ponieważ miała rację. Nie pociąga mnie życie, jakiego powinna pragnąć kobieta. – Potarła 

skronie. – Powinnam pragnąć Graga, ale... Zrozum, lubię go i cieszy mnie jego towarzystwo. 

Rozgrzewa mnie dotyk jego ręki. Tyle, że kiedy pomyślę o poślubieniu go i o wszystkich 

szczegółach, które wiążą się z tą decyzją... – Potrząsnęła głową. – Nie chcę. Zbyt wiele 

musiałabym poświęcić. Choć może postąpiłabym mądrze...

Amber milczała. Odmierzyła kilka długości połyskującej jedwabnej nitki i zaczęła ją 

skręcać w sznureczek.

– Nie kochasz go – oceniła.

– Myślę, że mogłabym go pokochać, lecz nie dopuszczam do siebie uczuć. Mam 

wrażenie, że pragnę czegoś, na co nie mogę sobie pozwolić. Nie mam powodów nie kochać 

Graga. Jest wspaniały. Ale tak bardzo... związany. Chodzi o jego rodzinę, dziedzictwo, statek, 

pozycję   w   społeczności.   –   Ponownie   westchnęła   i   z   nieszczęśliwą   miną   popatrzyła   na 

przyjaciółkę. – Grag jest naprawdę cudowny, niestety nie potrafię się przemóc. Tylu rzeczy 

musiałabym się dla niego wyrzec.

– Ach, rzeczywiście – mruknęła Amber, nawlekając korale na sznureczek z jedwabiu. 

Za każdym  koralem  wiązała   supeł.  Althea  przeciągała  palcem  po  rzeźbionym   wzorze  na 

poręczy fotela. 

– Grag ma ogromne oczekiwania. Niestety, nie wyobraża sobie mnie jako kapitana 

„Vivacii”.   Miałabym   wieść   osiadłe   życie   i   gospodarować   jego   majątkiem   podczas 

nieobecności męża. Prowadzić mu dom, do którego będzie wracał, wychowywać nasze dzieci 

i w doskonałym stanie utrzymywać gospodarstwo. – Zmarszczyła brwi. – Odciążyłabym go, 

dzięki   czemu   mógłby   wypływać   w   morze,   nie   martwiąc   się   niczym   poza   własnym 

żywostatkiem.   –   W   jej   głosie   pojawiła   się   gorycz.   –   Dzięki   mojej   pomocy   mógłby   żyć 

background image

zgodnie  z  własnymi  pragnieniami.  Gdybym  zdecydowała  się  pokochać  Graga i  wyjść  za 

niego,   musiałabym   zrezygnować   z   własnego   życia.   Ta   miłość   naprawdę   sporo   by   mnie 

kosztowała.

– Nie taki tryb życia chcesz prowadzić?

Cierpki uśmieszek wykrzywił usta dziewczyny.

– No cóż, na pewno nie pragnę być wiatrem w żaglach męża. Nie chcę się dla niego 

poświęcać. Wolałabym, żeby ktoś inny zrobił coś takiego dla mnie. – Nagle ogarnęło ją 

zniechęcenie.   –   Eee...   Nie   umiem   tego   wyjaśnić.   Pewnie   mnie   nie   zrozumiałaś.   Amber 

podniosła oczy znad naszyjnika i uśmiechnęła się do przyjaciółki.

– Przeciwnie, doskonale cię zrozumiałam. Chyba wstydzisz się tego, że potrafisz tak 

jasno wyrazić własne pragnienia. Sprawa jest prosta. Wyszłabyś za mąż za mężczyznę, który 

zechce ci towarzyszyć w spełnianiu twoich marzeń. Dla nikogo nie zamierzasz rezygnować z 

własnych ambicji.

– O to właśnie chodzi – przyznała niechętnie Althea. – Dlaczego moje pragnienia są 

niewłaściwe?

– Nie są niewłaściwe – zapewniła ją Amber, po czym złośliwie dorzuciła: – Jeśli jesteś 

mężczyzną.

Dziewczyna sugerującym upór gestem splotła ramiona na piersi.

– Nic nie mogę poradzić, lecz tego właśnie chcę. Nie próbuj mi wmówić, że miłość to 

absolutna rezygnacja z siebie!

– Pewne osoby dokładnie tak myślą – zauważyła nieubłaganie Amber. Dodała kolejny 

koral   do   naszyjnika.   –   Niektóre   pary   przypominają   konie   w   uprzęży,   które   ciągną   ku 

wspólnemu celowi.

– I tak być powinno – mruknęła Althea, wszakże zmarszczone brwi zdradziły, że nie 

całkiem w to wierzy. – Dlaczego ludzie nie mogą się kochać i pozostawać wolni? – spytała 

nagle.

Amber przerwała pracę, przetarła oczy w zadumie.

 – Niektórzy potrafią tak kochać – przyznała ze smutkiem. – Niestety za tego rodzaju 

miłość trzeba zapłacić może najwyższą cenę. – Dobierała słowa równie starannie jak korale. – 

Kochając kogoś, musisz przyjąć, że jego uczucia są tak samo ważne jak twoje. Co gorsza, 

trzeba się przyznać przed sobą, że nie potrafisz spełnić wszystkich potrzeb ukochanej osoby, a 

w dodatku niektóre zadania was rozdzielą... Ceną jest samotność, tęsknota, zwątpienie i...

– Dlaczego miłość musi tyle kosztować? Dlaczego ludzie nie potrafią żyć jak motyle 

lecące wspólnie ku słońcu? One umieją się rozstawać wtedy, gdy dzień nadal jest jasny.

background image

– Cóż, jesteśmy ludźmi, nie motylami. Możemy oczywiście udawać, że potrafimy żyć 

razem,   kochać   się,   a   później   rozstawać   bez   bólu   czy   konsekwencji,   będzie   to   jednak 

odgrywanie   jeszcze   bardziej   fałszywej   roli   niż   rola   córki   przyzwoitego   Kupca.   –   Amber 

odłożyła   korale,   spojrzała   dziewczynie   w   oczy   i   powiedziała   otwarcie:   –   Proszę,   nie 

przekonuj siebie, że jesteś zdolna sypiać z Gragiem Tenirą, a później odejść od niego, niczego 

nie tracąc. Zaspokajanie własnych potrzeb bez miłości to kradzież. Jeśli chcesz uprawiać 

miłość, zapłać za nią, ale nie sypiaj z tym mężczyzną pod pozorem swobody. Poznałam już 

twojego kawalera. On nie da ci tego, czego szukasz.

Althea znowu splotła ramiona na piersi.

– Wcale o tym nie myślałam.

– Ależ myślałaś. Wszyscy ludzie myślą o seksie. W seksie nie ma nic zdrożnego. – 

Znowu zajęła się naszyjnikiem. – Gdy sypiasz z kimś, angażujecie się oboje. Czasami tylko 

udajecie, że nie ma to dla was znaczenia. – Na moment utkwiła oczy niezwykłej barwy w 

twarzy dziewczyny. – Zdarza się, że tylko ty się angażujesz, a druga osoba ani o tym wie, ani 

się na to zgadza.

Brashen!   Zaniepokojona   Althea   poruszyła   się   w   fotelu.   Dlaczego   wspomnienie 

młodego Trella zawsze spadało na nią w takich niefortunnych momentach? Poczuła złość, 

lecz już nie była pewna, czy gniewa się akurat na Brashena. Odepchnęła od siebie próżne 

myśli.   To   już   należy   do   przeszłości!   To   skończony   etap   jej   życia.   Nie   powinna   go 

rozpamiętywać. Czas zająć się innymi problemami.

– Miłość to nie chęć podporządkowania, lecz pragnienie uszczęśliwienia drugiego 

człowieka – mówiła dalej Amber. – Nie chodzi w niej o pewność, że ktoś coś dla ciebie 

poświęci, choć często dobrowolnie rezygnujemy z wielu rzeczy przez wgląd na ukochaną 

osobę. Zrozum mnie dobrze: każdy z partnerów coś traci, porzuca indywidualne marzenia dla 

wspólnego celu. W niektórych związkach jedno z małżonków zapomina prawie o wszystkim, 

czego niegdyś  pragnęło. Tą  stroną  nie  zawsze  bywa kobieta.  Taka ofiara  nie  jest  czymś 

wstydliwym, bo usprawiedliwia ją miłość. Jeśli sądzisz, że dla jakiegoś mężczyzny warto się 

poświęcić, poświęcasz się i już. Przez kilka minut trwała cisza. Nagle Althea spytała:

– Uważasz, że jeśli poślubię Graga, będzie to z mojej strony poświęcenie?

– No cóż, któreś z was na pewno musi się poświęcić – odparła filozoficznie Amber.

* * *

Brashen zrobił jeszcze parę kroków w stronę kuchni. Gdzie się podziała dziewczynka? 

Czyżby  zamierzała  go  zostawić   w  progu?  Miał  czekać,  aż  służąca  sprowadzi  jej  matkę? 

background image

Nigdy   nie   lubił   czekać.   Uśmiechnął   się   do   siebie,   gdyż   mimo   strasznych   wieści,   które 

przynosił, jego serce radowało się na myśl o ujrzeniu Althei. Żałował, że nie ma przy sobie 

choćby najmniejszego kawałka laski cindinu (z pewnością dodałby mu odwagi), lecz cały 

zapas   używki   z   rozmysłem   pozostawił   na   pokładzie   „Skoczka”.   Pamiętał,   że   Althea   z 

dezaprobatą   oceniała   jego   słabość   do   narkotyku.   Nie   chciał   sprawiać   na   niej   wrażenia 

człowieka uzależnionego. Choć i ona miała wady, które Brashen doskonale znał. Wiedział 

przecież o niej wszystko. Przez wiele lat musiał znosić jej przywary. Tolerował je. Ogromnie 

mu na niej zależało i wcale nie chodziło tylko o tę jedną wspólnie spędzoną noc. Ta noc 

utrwaliła jedynie uczucia, które żywił od lat.

Kiedyś widywał Altheę codziennie. Razem jadali, upijali się w portowych knajpach, 

śmiali   się,   siadywali   obok   siebie   podczas   łatania   żagli.   Nigdy   nie   traktowała   go   jak 

zhańbionego syna Pierwszego Kupca z Miasta Wolnego Handlu, wręcz przeciwnie – zawsze 

szanowała go.za wiedzę i umiejętność kierowania ludźmi. Chociaż była kobietą, mógł z nią 

normalnie porozmawiać, nie musiał komplementować jej sukni czy porównywać oczu do 

gwiazd. Z iloma kobietami dało się pogadać na każdy temat?

Znowu podszedł do okna i wyjrzał na aleję. Usłyszał za sobą lekkie kroki. Zbliżała się 

Malta. Była podobno trochę rozpieszczona, tak przynajmniej wynikało z opowieści Althei. 

Spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się uroczyście. Jej zachowanie w stosunku do niego 

znowu się zmieniło.

– Zgodnie z twoją sugestią wysłałam służącą. Jeśli zechcesz pójść ze mną, chętnie cię 

poczęstuję kawą i porannym pieczywem. – Jej afektowanie modulowany głos przywodził na 

myśl dobrze wychowaną młodą damę, która zaprasza gościa do domu.

Przypomniał sobie o dobrych manierach.

– Dziękuję ci, Malto. Z przyjemnością napiję się kawy.

Wzięła go pod ramię. Była od niego niższa niemal o dwie głowy. Nagle owionął go 

zapach jej włosów – jakiś olejek kwiatowy, może fiołki. Zerknęła na niego spod powiek. 

Przyglądał jej się bacznie. Na tchnienie Sa, jak szybko te dzieci rosną! Czy Malta nie była 

koleżanką   Delo?   Gdy   ostatnim   razem   widział   siostrzyczkę,   akurat   matka   karciła   ją   za 

ubrudzenie kaftanika. Było to tak dawno temu... Przeniknął go głęboki smutek z powodu 

utraconych lat. Zrozumiał, że gdy ojciec się go wyrzekł, stracił coś więcej niż tylko dom i 

majątek.

Dziewczynka   wprowadziła   Brashena   do   pokoju   śniadaniowego.   Serwis   kawowy   i 

talerz z pieczywem czekały już na małym stoliku, obok stały dwa wygodne fotele. Otwarte 

okno wychodziło na ogrodową alejkę.

background image

– Mam nadzieję, że czas nie będzie ci się dłużył. Kawę zaparzyłam sama. Och, żeby 

tylko nie okazała się zbyt mocna.

– Jestem pewien, że jest doskonała. – Czuł się podwójnie zawstydzony. Zrozumiał 

teraz,   dlaczego   dziewczynka   tak   długo   nie   wracała.   Och,   na   Sa,   rodzina   Vestritów 

rzeczywiście przeżywała ciężki okres, skoro córka pana domu musiała parzyć kawę i kroić 

chleb dla gości. Pospiesznie zmienił temat. – Znasz Delo, moją siostrę, prawda?

– Oczywiście, że ją znam. Kochana, słodka Delo jest moją najlepszą przyjaciółką. – 

Malta posłała gościowi kolejny uśmiech, potem wskazała mu miejsce przy stoliku. Nalała 

kawę i podsunęła słodkie pieczywo.

– Nie widziałem jej od wielu lat – przyznał się.

– Naprawdę? To straszne! Jest już prawie dorosła, jak się zapewne domyślasz. – Z 

nieco konspiracyjnym uśmiechem dodała: – Znam też twojego brata.

  Brashen   zmarszczył   brwi,   zastanawiając   się   nad   osobliwym   tonem,   z   jakim 

dziewczynka wypowiedziała to zdanie.

– Cerwina? Mam nadzieję, że dobrze się czuje.

– Tak przypuszczam. Ostatnim razem, gdy go widziałam, miał się świetnie. – Cicho 

westchnęła i zapatrzyła się w dal. – Nie widuję go zbyt często.

Czyżby  zadurzyła   się  w   młodym   Cerwinie?   Brashen  szybko  obliczył  wiek  swego 

brata. Hm... Cerwin był chyba w odpowiednim okresie, by się zalecać do młodych panien. 

Jednakże...   jeśli   Delo   i   Malta   miały   tyle   samo   lat,   młodziutka   panna   Vestrit   była 

zdecydowanie zbyt młoda na amory. Zaczął się czuć trochę nieprzyjemnie. Miał przed sobą 

piękną małą czarodziejkę. Była jeszcze dziewczynką czy już kobietą? Malta mieszała kawę, 

przyciągając uwagę Brashena do swoim zadbanych dłoni. Pochyliła się, by jemu posłodzić 

kawę. Mimowolnie zajrzał jej w dekolt. Szybko odwrócił wzrok.

Odrzuciła z gładkiego czoła zabłąkany kosmyk.

– Znasz chyba moją ciotkę Altheę, prawda?

– Oczywiście. Służyliśmy razem... na „Vivacii”. Przez wiele lat.

– No właśnie.

– Wróciła bezpiecznie do Miasta Wolnego Handlu?

– Och tak, tak, już wiele tygodni temu. Przypłynęła na pokładzie „Ofelii”. Mówię o 

rodzinnym żywostatku Tenirów – dodała znacząco. Odważnie spojrzała Brashenowi w oczy i 

dorzuciła: – Wiesz, że Grag Tenira jest strasznie w niej zakochany? Całe miasto aż kipi od 

plotek. Niewielu zaskoczył fakt, że moja uparta ciotka nagle straciła głowę dla takiego silnego 

młodego   mężczyzny.   Babcia   oczywiście   odczuwa   wielkie   wzruszenie.   Zresztą   wszystkie 

background image

jesteśmy   niezwykle   podekscytowane.   Już   prawie   straciłyśmy   nadzieję,   że   Althea 

kiedykolwiek   trafi   na   dobrą   partię   i   osiądzie   w   naszej   osadzie.   Jestem   pewna,   że   mnie 

rozumiesz.   –   Zaśmiała   się   tajemniczo,   jakby   nikomu   się   dotąd   nie   zwierzała   z   tych 

przemyśleń. Obserwowała Brashena z ogromną uwagą, wyraźnie czekając, czyjej słowa trafią 

go prosto w serce.

– Dobra partia – powtórzył w odrętwieniu. Przez chwilę kiwał głową jak dziecięca 

zabawka. – Tenira. Grag Tenira. Tak, tak, rzeczywiście można go nazwać dobrą partią. A 

poza tym jest świetnym marynarzem. – Ostatnie zdanie mruknął bardziej do siebie niż do 

dziewczynki. Pomyślał, że chyba tylko umiejętności żeglarskie przyciągnęły Altheę do tego 

młodzieńca.   Hm...   No   cóż,   był   również   przystojny.   Podobno.   W   dodatku   ojciec   go   nie 

wydziedziczył. No i Grag nie czuł pociągu do cindinu. Pod wpływem myśli o narkotyku 

zatęsknił za porcją, która zagłuszyłaby w nim to przykre nowe uczucie – zazdrość. Może w 

kieszeni kurtki zawieruszył się jakiś okruch cindinowej laski? Lecz przecież nie mógł tego 

sprawdzić tutaj, przy tym ładnym i delikatnym dziecku.

– ...Jeszcze chleba, Brashenie?

Do   jego   uszu   dotarły   tylko   ostatnie   słowa.   Spojrzał   na   pełen   talerz.   Nie   mógłby 

niczego przełknąć.

– Nie, nie, bardzo ci dziękuję. Chociaż jest doskonały. – Pospiesznie podniósł kromkę. 

W   wyschniętych   ustach   ziarnisty   miąższ   przypominał   mu   trociny.   Brashen   popił   łykiem 

kawy, po czym zdał sobie sprawę, że zachowuje się jak prosty marynarz przy kuchennym 

stole.

Malta lekko musnęła smukłymi paluszkami grzbiet jego ręki.

– Wyglądasz na zupełnie wyczerpanego podróżą. Tak bardzo się zdenerwowałam, 

kiedy zobaczyłam cię w drzwiach... Nawet ci nie podziękowałam, że od razu po powrocie 

przynosisz nowiny o statku mojego ojca. Przybywasz z daleka, prawda?

– Tak, z daleka – przyznał. Odsunął się od dziewczynki. Pocierał dłonie przez chwilę, 

jakby nadal go swędziały od jej dotyku. Malta uśmiechnęła się chytrze, potem odwróciła 

twarz. Na jej policzkach rozkwitł rumieniec. A zatem nie miał do czynienia z przypadkowym 

dotykiem dziecka. Świadomie z nim flirtowała. Poczuł się zapędzony w kozi róg. Powinien 

przemyśleć sytuację. Przesunął językiem po wargach na myśl o nawet najmniejszym kawałku 

cindinu... Na pewno rozjaśniłby mu w głowie.

–   Wiesz,   tak   patrzę   na   ciebie   i   zastanawiam   się,   czy   twój   brat   by   równie   ładnie 

wyglądał z wąsikiem.

Skrępowany Brashen podniósł rękę do twarzy i pogładził wąsy. Słowa dziewczynki z 

background image

pewnością  nie  były  stosowne.  Na  dodatek śledziła wzrokiem  ruch jego  palców   niemal  z 

tęsknotą. Wstał.

– Chyba wyjdę teraz. Wrócę później, jeszcze dziś wieczorem. Przekaż paniom, by 

mnie oczekiwały. Szkoda, że nie zapowiedziałem się z wizytą.

– Ależ nie. – Malta nadal siedziała. Nie wstała z zamiarem odprowadzenia go do 

drzwi. – Już posłałam służącą. Jestem przekonana, że matka i babka wkrótce przyjdą. Zechcą 

natychmiast usłyszeć nowiny o moim ojcu i jego statku.

– Na pewno tak – zgodził się z wysiłkiem. Nie potrafił zrozumieć zachowania tej 

młodziutkiej   kobietki.   Patrzyła   na   niego   tak   prostodusznie.   Może   była   tylko   szczerym 

dzieckiem i nie wiedziała, że zachowuje się prowokacyjnie. A może po prostu zbyt długo 

przebywał   na   morzu.   Usiadł   sztywno.   Kapelusz   trzymał   na   kolanach.   –   W   takim   razie 

zaczekam. Nie chcę ci przeszkadzać. Wróć do swoich spraw, jeśli wolisz. 

Zareagowała na jego zażenowanie wesołym śmiechem.

–   Och,   mój   drogi.   Przeze   mnie   czujesz   się   zakłopotany.   Strasznie   mi   przykro. 

Prawdopodobnie rozmawiałam z tobą zbyt poufale. Wybacz mi. Ale... przez tyle lat byłeś 

pierwszym oficerem mojego drogiego dziadka, więc wydaje mi się, że znam cię niemal tak 

dobrze, jakbyś należał do rodziny. Poza tym przyjaźnię się z Cerwinem i Delo, toteż bardzo 

chciałam ciepło powitać ich brata... – Jej głos opadł dramatycznie. – Moim zdaniem tylko z 

powodu tragicznej pomyłki nie byłeś mile widziany w naszym domu. Nigdy dokładnie nie 

rozumiałam tego, co zaszło między tobą i twoim ojcem... – Zamilkła, jawnie zapraszając go 

do zwierzeń.

Opowieść o kłótni z ojcem była ostatnią rzeczą, na jaką miał w tej chwili ochotę. Nie 

mógł  sobie   przypomnieć,   czy   kiedykolwiek   wcześniej   znalazł   się   w   równie   kłopotliwym 

położeniu. W jednej chwili Malta wydawała się niewinnym dzieckiem, które ze wszystkich sił 

stara się ugościć obcego podczas nieobecności dorosłych, w następnej zabawiała się nim jak 

pozbawiona skrupułów kusicielka. Jego nowiny były naprawdę pilne i bardzo pragnął się 

zobaczyć   z   Altheą,   lecz   im   dłużej   przebywał   w   obecności   jej   siostrzenicy,   tym   bardziej 

nieswojo   się   czuł.   Za   późno   uprzytomnił   sobie,   że   wiele   osób   uznałoby   tę   sytuację   za 

jednoznacznie nieprzyzwoitą. W końcu był sam na sam z młodziutką kobietą z doskonałej 

rodziny.   Wiedział,   że   niektórzy   ojcowie   i   bracia   wyzywali   na   pojedynek   za   mniejsze 

uchybienia. Ponownie wstał.

–   Niestety,   muszę   już   iść.   Mam   inne   obowiązki.   Wrócę   za   kilka   godzin.   Proszę, 

przekaż swojej rodzinie pozdrowienia.

Malta nie zrobiła żadnego ruchu, by wstać. Postanowił nie czekać, aż go odprowadzi.

background image

– Cieszę się, że cię spotkałem.

Skłonił się i odwrócił do wyjścia.

– Twój brat Cerwin wcale nie uważa mnie za dziecko – oświadczyła wyzywającym 

tonem.

Niechętnie zerknął na nią. Nie wstała, ale odrzuciła głowę na oparcie fotela. Zapatrzył 

się w jej białą szyję. Kosmyk włosów opadł jej na policzek. Podniosła rękę i zawinęła go na 

palec. Uśmiechnęła się leniwie.

–   Cerwin   jest   słodki   niczym   mały   kociak.   Ty   bardziej   przypominasz   tygrysa.   – 

Położyła koniuszek palca na ustach i zamyśliła się. – Domowe zwierzaki to czasem takie 

nudne stworzenia – zauważyła.

Brashen odkrył nagle, że serce dobrze wychowanego syna Kupca z Miasta Wolnego 

Handlu szaleńczo bije mu w piersi pod piracką bluzą. Aż wstrząsnął nim dreszcz, gdy sobie to 

uzmysłowił. Wreszcie ją przejrzał. Wnuczka kapitana Vestrita okazała się uwodzicielką, która 

we własnym domu ostrzyła sobie na niego ząbki. Doprawdy oburzające!

– Powinnaś się wstydzić – oznajmił ze szczerym gniewem.

Kątem oka dostrzegł, że zaszokowana Malta łapczywie chwyta powietrze, niemniej 

jednak ruszył korytarzem do głównych drzwi. Otworzył je gwałtownie i stanął oko w oko z 

dwiema zdumionymi kobietami: Roniką Vestrit i Keffrią Haven.

– Och, dzięki Sa, że przyszłyście wreszcie! – zawołał z ulgą.

–   Kim   jesteś   i   co   robisz   w   naszym   domu?   –   spytała   ostro   matka   dziewczynki. 

Rozglądała   się   dziko   wokół   siebie   i   marynarz   odniósł   wrażenie,   że   zamierzała   wezwać 

służących, by go pojmali.

– Nazywam się Brashen Treli – odparł pospiesznie i nisko się skłonił. – Przynoszę 

wiadomości o żywostatku „Vivacia”. Ważne i nieprzyjemne nowiny, które nie mogą czekać. 

– Chciał spytać, kiedy zjawi się Althea, lecz w ostatniej chwili ugryzł się w język.

– Nikt nas nie powiadomił o twoim przybyciu – powiedziała Ronica Vestrit. – Bałam 

się, że wcześniej czy później ktoś zastuka do naszych drzwi i przekaże ponure wieści. – 

Wprowadziła go do gabinetu i energicznie zamknęła drzwi. – Usiądź i mów, co wiesz. Nie 

pływasz już na „Vivacii”, prawda? Wiem, że Kyle wprowadził na twoje stanowisko swojego 

protegowanego. Jak zatem zdobyłeś wiadomości o naszym żywostatku?

Ile   prawdy   był   jej   dłużny?   Gdyby   rozmawiał   przy   piwie   z   Altheą,   wyznałby   jej 

wszystko i pozwolił, by go osądziła zgodnie z własnym sumieniem. Proceder, którym się 

obecnie parał – handel z piratami – był niezgodny z prawem. Postanowił jednak, że nie 

skłamie. Po prostu by nie mógł.

background image

–   „Vivacię”   porwali   piraci   –   obwieścił   brutalnie.   Zanim   obie   kobiety   zdążyły 

dostatecznie   ochłonąć   i   zarzucić   go   pytaniami,   ciągnął   dalej:   –   Wiem   niewiele   więcej. 

Widziano ją w porcie osady pirackiej. Nie mam pojęcia, co się stało z kapitanem i załogą. 

Żywostatek przejął słynny pirat imieniem Kennit. Nie znam powodów, które go skłoniły do 

pościgu za „Vivacią”, lecz ma on reputację człowieka o wielkich ambicjach. Marzy mu się 

zjednoczenie Wysp Pirackich w królestwo, którym pragnie władać. Słyszałem, że ściga statki 

niewolnicze. Według plotek wybija załogę w pień i uwalnia niewolników, którzy ogromnie 

go za to kochają, podobnie jak przeciwni niewolnictwu piraci. – Urwał. Zauważył, że Keffria 

coraz niżej zapada się w fotel, jak gdyby uciekało z niej życie. Nagle podniosła obie ręce do 

ust, powstrzymując szloch.

Natomiast   Ronikę   Vestrit   wieści   o   „Vivacii”   wyraźnie   sparaliżowały.   Stała 

nieruchomo jak posąg. Ręce wbiła w oparcie fotela. Jej palce wyglądały jak ptasie szpony 

wczepione w grzędę.

Po długiej chwili ciężko westchnęła.

– Przynosisz nam ofertę okupu? – spytała bardzo cicho.

Zawstydził się. Musiał przyznać, że staruszka jest bystra. Oszacowała krój jego stroju 

i domyśliła się, w jaki sposób Brashen zarabia na życie. Uznała go za pośrednika Kennita. 

Upokorzyła go tym podejrzeniem, nie mógł wszakże mieć do niej żalu.

– Nie – odparł krótko. – Wiem tylko tyle, ile wam powiedziałem. Reszta to plotki. 

Obawiam się, że nie będzie oferty okupu. Piracki kapitan jest podobno bardzo bogaty i chce 

zatrzymać żywostatek. Nie wiem nic o losie ludzi, którzy płynęli „Vivacią”. Przykro mi.

Zapadło lodowate milczenie. Wiedział, że kilkoma zdaniami zabił w tych kobietach 

nadzieję. Zapewne dotąd sądziły, że statek po prostu się spóźnia, że Kyle Haven lada chwila 

przybędzie do domu z pieniędzmi, rodzina spłaci długi i odbuduje dawną fortunę. Później 

pewnie   zaświtała   im   wiara,   że   zdobędą   fundusze   na   okup   za   statek.   Nie   pozostawił   im 

złudzeń.   Vestritki   z   pewnością   znienawidzą   doręczyciela   takich   wiadomości.   Czekał   na 

wybuch którejś z nich.

Żadna się jednak nie rozpłakała. Nie krzyczały, nie oskarżały go o kłamstwo. Keffria 

ukryła jedynie twarz w dłoniach.

– Wintrow – odezwała się bardzo cicho. – Mój synek.

Ronica nagle się zestarzała, obwisły jej ramiona, zmarszczki na twarzy się pogłębiły. 

Po omacku obeszła fotel, usiadła i zapatrzyła się w dal. Brashen poczuł nagle straszliwy 

ciężar odpowiedzialności. Czego się spodziewał? Przyszedł tu do Althei. Podświadomie żywił 

zapewne nadzieję, że dziewczyna rozgniewa się i poprosi go jako przyjaciela o pomoc w 

background image

uwolnieniu żywostatku. Rzeczywistość okazała się znacznie bardziej okrutna. Dobił swoimi 

informacjami rodzinę, która niegdyś okazała mu tyle życzliwości.

Usłyszał jakiś rumor. Do gabinetu weszła Althea, trzymając przed sobą rozczochraną 

Maltę, która usiłowała wyrwać się z jej uścisku.

–   Keffrio!   Twój   bachor   znowu   podsłuchiwał.   Jestem   już   zmęczona   ciągłym 

szpiegowaniem tej dziewuchy. Po kim odziedziczyła paskudny charakterek? Na pewno nie po 

naszej rodzi... Brashenie, co tu robisz? Co się stało? – Althea puściła Maltę tak gwałtownie, 

że dziewczynka aż usiadła na podłodze. Wstał i w kilku szybkich zdaniach nakreślił sytuację.

– „Vivacia” została przejęta przez piratów. Widziałem ją na redzie w pirackiej fortecy. 

Na jej maszcie powiewała bandera z Krukiem. Statkiem dowodzi teraz Kennit. Z pewnością o 

nim słyszałaś. Podobno wyrzyna całe załogi niewolniczych statków, które doścignie. Nie 

znam losu marynarzy...

Nagle rozległ się głośny lament. Malta podbiegła do Brashena i wściekle rzuciła się na 

niego z pięściami.

–   Nie,   to   nieprawda!   To   kłamstwo,   straszliwe   kłamstwo!   Ojciec   obiecał   wrócić   i 

wszystko naprawić! Gdy przybędzie do domu, znowu będziemy bogaci. Wyrzuci stąd Altheę 

i rozkaże wszystkim, by mnie dobrze traktowali! Kłamiesz, wstrętny wieprzu! To nieprawda, 

nieprawda! Mój ojciec na pewno żyje, musi żyć!

Brashen schwycił dziewczynkę za ręce, ale zdążyła go uderzyć. Oczekiwał, że się 

podda, lecz natychmiast kopnęła go mocno w goleń.

– Malto! Dosyć! – poleciła ostro Ronica.

– Przestańcie, przestańcie! – krzyczała Keffria. – Złość nie rozwiąże naszej sytuacji.

Althea zareagowała znacznie bardziej zdecydowanie. Złapała siostrzenicę za włosy i 

zdecydowanym ruchem szarpnęła. Malta Wrzasnęła z bólu. Brashen bezzwłocznie puścił jej 

ręce. Wtedy przyjaciółka zaszokowała go, biorąc szamoczącą się dziewczynkę w objęcia.

– Przestań – wyszeptała ochryple. – Rozpacz niczego nie naprawi. Nie marnujmy sił 

na   bezsensowną   walkę   między   sobą.   Mamy   teraz   wspólnego   wroga.   Trzeba   przemyśleć 

sytuację i skupić się na uwolnieniu statku i załogi. Malto, wiem, że nowiny cię przeraziły, 

lecz powinnyśmy mądrze działać razem, a nie wpadać w histerię.

Dziewczynka ucichła nagle, potem zdecydowanie odepchnęła ciotkę. Zatoczyła się 

chwiejnie i rzuciła straszliwe oskarżenie:

– Jesteś szczęśliwa, że do tego doszło. Wiem, że jesteś szczęśliwa! Nie obchodzi cię 

mój ojciec, nigdy cię nie obchodził. Dbasz tylko o statek. Masz nadzieję, że ojciec nie żyje, 

wiem, że tak jest! Nienawidzisz mnie. Nie udawaj mojej przyjaciółki!

background image

– Nie jestem twoją przyjaciółką. – Althea odgarnęła z czoła rozczochrane włosy. – 

Zazwyczaj nawet cię nie lubię. Ale jestem twoją ciotką. Los uczynił nas rodziną, a teraz także 

sojusznikami.   Przestań   się   wściekać,   miotać   i   dąsać.   Spróbuj   się   skupić   na   problemie. 

Wszystkie musimy się skoncentrować. Musimy odzyskać nasz rodzinny statek i uratować 

członków załogi, którzy pozostali przy życiu. Tylko ta sprawa jest warta naszej energii.

Malta zmierzyła ją podejrzliwym wzrokiem.

– Próbujesz mnie oszukać. Chcesz tego statku dla siebie.

–   Tak,   rzeczywiście   pragnę   dowodzić   żywostatkiem   –   przyznała   lekko   Althea.   – 

Jednak   mój   spór   z   Kyle'em   musi   poczekać   na   bezpieczny   powrót   „Vivacii”   do   naszego 

miasta. Tylko tego pragniemy. Kobiety z tej rodziny zazwyczaj się kłócą, jednak w chwili 

obecnej konieczna jest zgoda. Przestań się zatem zachowywać jak rozhisteryzowana pannica 

z móżdżkiem kurczaka. Althea spojrzała na matkę, później na siostrę.

– Żadna z nas nie może sobie teraz pozwolić na wybuchy. Mamy tylko jedno wyjście. 

Trzeba zebrać pieniądze na okup, zapewne sporą sumę. Szczerze mówiąc, w tym widzę naszą 

największą szansę na odzyskanie statku i załogi. – Potrząsnęła głową. – Ten sposób jest 

najpraktyczniejszy. Jeśli będziemy miały szczęście, Kennit przyjmie pieniądze i zwróci nam 

statek.   Tyle   że...   Brashen   ma   rację.   Słyszałam   o   tym   pirackim   kapitanie.   Jeśli   przejął 

„Vivacię”, prawdopodobnie zamierza ją zatrzymać. W takim przypadku możemy się tylko 

modlić do Sa, by porywacz okazał się dość mądry i zachował przy życiu członków rodziny 

żywostatku   i   załogę.   W   przeciwnym   razie   „Vivacia”   oszaleje.   Jak   widzisz,   Malto,   mam 

własne powody, dla których pragnę, by twój ojciec i brat byli żywi i cali.

Wypowiedziała to drwiące zdanie z bolesnym uśmiechem i przez zaciśnięte zęby.

– Rada Kupców naszego miasta – kontynuowała ciszej – zbiera się jutro wieczorem. 

Mają   wysłuchać   skargi   rodziny   Tenirów   na   taryfy   satrapy,   rozważyć   kwestię   obecności 

chalcedzkich tak zwanych statków patrolowych i sprzeciw wobec niewolnictwa w Mieście 

Wolnego Handlu. Obiecałam Gragowi, że przyjdę poprzeć mowę jego ojca. Matko, Keffrio, 

powinnyście   również   się   udać   na   posiedzenie.   Pozyskajcie   do   naszej   sprawy   znajomych 

Pierwszych Kupców. Czas, by się przebudzili i zobaczyli, co się wokół nich dzieje. Piraci 

coraz bardziej nam zagrażają, poczynają sobie śmielej... więc satrapa wykorzystał ich napaści 

jako   pretekst   do   zaproszenia   na   nasze   wody   Chalcedczyków.   We   właściwym   momencie 

zebrania opowiemy o porwaniu „Vivacii” i jeśli nie uda nam się poruszyć serc wszystkich 

Kupców,   poprosimy   o   pomoc   przynajmniej   rodziny   z   żywostatkami.   Ten   problem   bez 

wątpienia ich obejdzie. Ryzykując kolejny wybuch Malty dodam, że porwanie bezpośrednio 

się wiąże z kwestią niewolnictwa. Gdyby Kyle nie używał w ten karygodny sposób „Vivacii”, 

background image

zapewne nie przytrafiłoby jej się nic złego. Wiadomo przecież, że Kennit napada na statki 

niewolnicze. Poza tym powtórzę – dodała nieco głośniej, widząc, iż siostrzenica chce jej 

przerwać – że chalcedzkie galery stoją w naszym porcie właśnie z powodu działalności takich 

jak   on.   Gdyby   miasto   samo   odparło   piratów,   satrapa   Cosgo   by   zrozumiał,   że   nie 

potrzebujemy   jego   łodzi   patrolowych   i   nie   zamierzamy   na   nie   płacić.   –   Odwróciła   się   i 

wyjrzała przez okno. – Dzięki udanej akcji mieszkańcy naszej osady by odkryli, że Jamaillia 

czy rządzący w stolicy władcy w ogóle na nic nam się nie przydają. Od tej pory moglibyśmy 

sami o siebie dbać. – Wymówiła te słowa niemal szeptem, lecz w cichym pokoju zabrzmiały 

niezwykle wyraźnie. Głęboko westchnęła i opuściła ramiona.

– Jestem głodna – oświadczyła, raptownie zmieniając temat i nastrój. – Czyż to nie 

głupie? Brashen przyniósł  najgorszą z  możliwych  wiadomość,  a  ja  czuję głód, ponieważ 

zbliża się pora kolacji.

– Niezależnie  od tragicznych  wieści,  twoje  ciało pragnie  żyć  dalej –  oświadczyła 

Ronica   tonem   osoby   doświadczonej,   która   potrafi   znieść   wszystko.   Sztywnym   krokiem 

podeszła do wnuczki i wyciągnęła do niej rękę. – Malto, Althea ma rację. Musimy teraz 

działać wspólnie. Zapomnijmy o kłótniach. – Podniosła oczy i uśmiechnęła się do wszystkich 

ponuro. – Na tchnienie Sa, zobaczcie, jakiego trzeba nieszczęścia, byśmy się zjednoczyły. 

Wstyd mi. – Wyciągnęła rękę do wnuczki. Dopiero po dłuższej chwili Malta ją uścisnęła.

– Czy Malta i babcia nie są już na siebie złe? – odezwał się w drzwiach zdziwiony 

dziecięcy głosik.

Wszyscy spojrzeli na stojącego w progu chłopca.

– Och, Seldenie! – zawołała Keffria z udręką. Chciała objąć synka, lecz się cofnął.

– Mamo, nie jestem już dzieckiem! – krzyknął zakłopotany. Nagle spojrzał na gościa i 

przez chwilę z powagą go oceniał. W końcu zadarł główkę i oznajmił: – Wyglądasz jak pirat 

– zdecydował.

– Tak wyglądam? – spytał Brashen, po czym przykucnął, uśmiechnął się i wyciągnął 

rękę.   –   Ale   nim   nie   jestem.   Jestem   uczciwym   marynarzem   z   Miasta   Wolnego   Handlu, 

któremu ostatnio trochę brakuje szczęścia. – Przez moment wierzył, że powiedział prawdę. 

Prawie zapomniał o kawałeczku cindinowej laski, którą zaledwie przed minutą mimowolnie 

wymacał na dnie kieszeni.

 

background image

4. DECYZJE

Althea   nie   odprowadziła   Brashena   do   drzwi,   lecz   uciekła   do   izby   pokojówki   na 

górnym piętrze. Nie zapaliła świateł w ciemnym pomieszczeniu i nie podchodziła zbyt blisko 

okna,   by   marynarz   jej   nie   dostrzegł,   gdyby   przypadkiem   popatrzył   za   siebie.   Poświata 

księżycowa zmatowiła jaskrawe kolory jego stroju. Szedł powoli i kołysał się tak mocno, 

jakby nadal stąpał po pokładzie, a nie kroczył alejką dla powozów. Nie odwrócił się.

Dziewczyna miała szczęście, że weszła do gabinetu, szamocząc się z Maltą. Dzięki 

temu nikt prawdopodobnie nie zauważył rumieńców na jej policzkach ani przyspieszonego 

oddechu. Chyba nawet Brashen nie dostrzegł nagłej paniki, jaka ogarnęła ją na jego widok. 

Przerażone   spojrzenia   Keffrii   i   matki   sparaliżowały   ją   i   na   jedną   koszmarną   sekundę 

wyobraziła sobie, że odwiedził jej rodzinę, by przyznać się do wszystkiego i prosić o rękę 

kochanki... Że chciał zmazać jej wstyd. Kiedy usłyszała straszliwe wieści, wraz z rozpaczą 

poczuła ulgę, że nie musi się publicznie przyznawać do swoich postępków.

Do swoich postępków! Zaakceptowała to już kilka tygodni temu. Za sprawą Amber 

wiele zrozumiała. Przestała się oszukiwać bzdurnymi wymówkami, dotarło do niej wreszcie, 

że   za   niefortunny   romans   w   równym   stopniu   odpowiedzialni   są   oboje   –   ona   i   on.   Jeśli 

pragnęła szanować samą siebie i traktować jak dorosłą kobietę, musiała to zaakceptować. 

Wcześniej   nie   chciała   ponosić   winy   za   swój   nieprzemyślany   postępek.   Gdyby   Brashen 

naprawdę ją zniewolił czy podstępem wciągnął do swego łoża, łatwiej usprawiedliwiłaby ból, 

który czuła od tamtej pory... Mogłaby się uważać za kobietę skrzywdzoną, uwiedzioną przez 

nieczułego marynarza. Jednakże... oboje nie pasowali do tych ról.

Nie była w stanie spojrzeć mu w oczy dziś wieczorem, ale też nie potrafiła odwrócić 

od niego wzroku. Tęskniła za nim. Wiedziała, że lata wspólnej pracy na pokładzie statku 

bardziej się liczyły od ich przykrego rozstania. Wstrząsające nowiny, które przyniósł, ciągle 

rozdzierały   jej   serce,   lecz   oczy   zdradzały   ją,   gdyż   wodziła   stale   po   jego   twarzy   i 

muskularnych ramionach poruszających się pod jedwabną koszulą. W kąciku ust Brashena 

odkryła   owrzodzenie   od   cindinu.   A   zatem   nadal   używał   narkotyku!   Zatrwożył   ją   jego 

korsarski ubiór. Na myśl, że Brashen został piratem, poczuła rozczarowanie, ale równocześnie 

oceniła, że taki strój pasuje do niego znacznie bardziej niż na przykład skromne ubranie 

Pierwszego Kupca. Nie pochwalała jego wyborów, choć na jego widok serce biło jej szybciej.

– Och, mój kochany – rzuciła desperacko w ciemność. Popatrzyła za oddalającą się 

postacią i potrząsnęła głową. Czuła żal, przede wszystkim żal. Żałowała, że pójściem do łóżka 

zniszczyła ich wspaniałą przyjaźń. Żałowała, że pozwoliła sobie na niestosowne zachowanie 

background image

właśnie z nim... z najmniej odpowiednią osobą. Żałowała, że Brashen porzucił marzenia i 

zawiódł oczekiwania jej ojca. Opłakiwała jego brak rozsądku i słaby charakter. Tylko tyle 

czuła. Żal.

Zastanawiała się, dlaczego wrócił do ich miasta. Nie przepłynął chyba tak ogromnej 

drogi   jedynie   w   celu   zawiadomienia   Vestritów   o   porwaniu   żywostatku?   Myśl   o   tym 

spotęgowała ból w sercu Althei. Odkąd „Vivacię” przejął Kyle, i tak cierpiała z powodu jej 

utraty, a teraz statek znalazł się w rękach bezlitosnego pirata. Jak odbiją się na charakterze 

galionu te straszliwe doświadczenia? Cóż, nic nie mogła na nie poradzić. Uświadomiła sobie, 

że   jeśli   kiedykolwiek   odzyska   „Vivacię”,   nie   będzie   to   już   ten   sam   wesoły   i   śmiały 

żywostatek, który opuścił ponad rok temu rodzinny port.

– Ja również jestem zupełnie kimś innym, niż byłam wtedy – oświadczyła głośno w 

noc. – Podobnie jak Brashen. – Obserwowała marynarza, póki nie skryła go ciemność.

* * *

Północ   minęła,   zanim   dziewczynka   zdołała   się   wymknąć   z  domu.  Rodzina   zjadła 

niezbyt   wystawną   kolację   w   kuchni   (niczym   służący).   Kobietom   i   dziecku   towarzyszył 

Brashen.   Kiedy   Rache   wróciła   do   rezydencji   po   wolnym   dniu   spędzonym   w   mieście, 

Vestritowie wraz z gościem przenieśli się do gabinetu dziadka i tam kontynuowali dyskusję, 

włączając do niej – mimo oburzenia Malty – Seldena, który tylko zadawał głupie pytania. 

Dociekliwość malca nie byłaby taka okropna, gdyby dorośli nie prześcigali się w udzielaniu 

zrozumiałych dla niego odpowiedzi. W dodatku wszyscy stale go zapewniali, że nie powinien 

się niczego bać. Wreszcie chłopiec zasnął przy kominku, a marynarz zaoferował się zanieść 

go do łóżka, na co matka dziewczynki na szczęście zezwoliła i mały robal się nie obudził.

Malta   otuliła   się   szczelniej   płaszczem.   Noc   była   wprawdzie   ciepła,   lecz   ciemne 

okrycie pomagało się dziewczynce wtopić w mrok, a także chroniło przed rosą. Pantofle i 

rąbek nocnej koszuli zdążyła już przemoczyć. Na dworze było o wiele mroczniej, niż się 

spodziewała. Na szczęście wyłożona białym kamieniem alejka prowadząca do altanki odbijała 

księżycową poświatę. Malta spostrzegła, że ścieżka w wielu miejscach poprzerastała trawą, i 

czuła,  jak  mokre   brązowe  liście,  nie   zagrabione   od   jesieni,  przywierają   do   podeszew   jej 

pantofli. Starała się nie myśleć o ślimakach i dżdżownicach, które miażdżyła stopami.

Nagle   usłyszała   szelest   w   krzakach   po   prawej   stronie.   Coś   przebiegło   leśnym 

podszyciem.   Przez   długą   chwilę   stała   jak   skamieniała.   Co   jakiś   czas   w   pobliżu   Miasta 

Wolnego Handlu widywano wielkie górskie koty. Podobno porywały młode bydło, a nawet 

background image

dzieci. Dziewczynka zapragnęła natychmiast wrócić do domu, nakazała sobie jednak odwagę. 

Nie wybierała się na spotkanie z miłości do psikusów, nie testowała także swej silnej woli. 

Szła porozmawiać o pomocy dla ojca.

Uznała   za   fałszywe   błaganie   ciotki   Althei   o   zjednoczenie   rodziny,   dzięki   czemu 

podobno mogły uratować statek i ojca Malty. Nawet babka udawała przyjaźń. Malta znała 

wszakże prawdę – one po prostu nie wierzyły, że może im w czymkolwiek pomóc.

Podczas gdy matka płakała w sypialni i podgrzewała wino na ofiarę dla Sa, a ciotka 

Althea i Ronica Vestrit leżały bezsennie i dumały, skąd wziąć pieniądze, Malta zamierzała 

działać. Jedynie ona potrafiła skłonić obcych do pomocy. Postanowiła, że zrobi wszystko, aby 

bezpiecznie sprowadzić ojca do domu. A później w odpowiedni sposób poinformuje go o 

swoim poświęceniu. Kto powiedział, że kobiety nie mogą postępować odważnie i śmiało, gdy 

w grę wchodzi ukochany mężczyzna? Pokrzepiona tą myślą, ruszyła dalej ścieżką.

Na   widok   niesamowitej   łuny   padającej   przez   obrośnięte   dziką   różą   kraty   altanki 

dziewczynka   poczuła   na   plecach   dreszcz.   Delikatne   żółte   światło   migotało   i   drgało.   Na 

sekundę zamarła, przypominając sobie opowieści o duchach z Deszczowych Ostępów. Na Sa, 

czy   Reyn   przypadkiem   nie   obserwował   jej   dzięki   swej   magii?   Na   pewno   uznałby   to   za 

zdradę.   Już   miała   się   odwrócić   i   uciec,   gdy   lekki   podmuch   wiatru   przyniósł   jej   woń 

roztopionego wosku i jaśminowych perfum, których używała ostatnio Delo. Malta wolno 

podeszła do dębu. W jego cieniu ledwie dostrzegła źródło łuny – żółtawe światełko lśniło w 

starej   altance   i   rozjarzało   liście   bluszczu.   A   zatem   Cerwin   czekał!   Zapalił   świecę,   aby 

ukochana łatwiej do niego trafiła. Serce w piersi Malty biło szaleńczo. Czuła się jak heroina 

romantycznej opowieści minstrela. Piękna młoda kobieta straszliwie skrzywdzona przez los i 

rodzinę. Załamana nowiną o porwaniu ojca, zamierzała się złożyć w ofierze. Cerwin przybył 

na wezwanie, pragnąc ją uratować przed poświęceniem, ponieważ szalał z miłości. Nie mógł 

postąpić   inaczej.   Malta   stała   przez   chwilę   w   księżycowej   poświacie   i   rozkoszowała   się 

dramatyzmem sytuacji. Zerknęła przez obrośnięte liśćmi wejście do altanki. Dostrzegła dwie 

postaci.   Odziana   w   płaszcz   Delo   siedziała   w   kącie,   Cerwin   chodził   tam   i   z   powrotem. 

Dostrzegła   puste   ręce   chłopca   i   zmarszczyła   brwi.   Cóż   za   głupiec!   Reyn   na   pewno 

przyniósłby  co  najmniej  kwiaty. Hm,  może  prezent Cerwina był  malutki. Może  chłopiec 

trzymał go w kieszeni. Porzuciła smutne myśli, nie chcąc rozczarowaniem zepsuć pięknej 

chwili.

Zatrzymała się, odrzuciła kaptur i starannie ułożyła włosy na ramionach. Przygryzła 

wargi, by dodać im czerwieni, po czym dostojnie wkroczyła do altanki. Przystanęła w cieniu, 

zwróciła twarz ku pieszczotliwemu światłu świecy i szeroko otworzyła oczy.

background image

– Malto! – szepnął Cerwin przez zduszone ze wzruszenia gardło. Objął ją, lecz gdy się 

zaczęła do niego tulić, odstąpił i upadł przed nią na kolana. Pochylił głowę, więc widziała 

tylko jego ciemne loki. – Dziękuję, że przyszłaś. Kiedy minęła północ i czekałem, bałem się, 

że...   –   Łapczywie   chwytał   powietrze   i   dziewczynka   wystraszyła   się,   że   chłopiec   zaraz 

wybuchnie szlochem. – Bałem się, że nie mogę nawet mieć nadziei.

–   Och,   Cerwinie!   –   westchnęła   ze   smutkiem.   Kątem   oka   dostrzegła,   że   Delo 

podchodzi do wejścia altanki i zerka na zewnątrz. Na moment poczuła irytację. Towarzystwo 

przyjaciółki niszczyło nastrój. Odpędziła tę myśl i powiedziała sobie, że powinna po prostu 

zignorować obecność siostry Cerwina. Delo się nie liczy. No i na pewno ich nie zdradzi, jeśli 

nie chce się sama wpędzić w kłopoty. Malta położyła białe dłonie na głowie chłopca, który w 

tym momencie wstrzymał oddech. Odwróciła jego twarz ku sobie. – Jak mogłeś sądzić, że nie 

przyjdę?   –   spytała   cicho.   –   Niezależnie   od   ogromnego   smutku,   który   teraz   odczuwam, 

niezależnie od ryzyka... powinieneś był wiedzieć, że przyjdę.

–   Odważyłem   się   mieć   nadzieję   –   przyznał.   Kiedy   podniósł   na   nią   oczy,   była 

zaszokowana. Bardzo przypominał Brashena, a jednak w żaden sposób nie mógł się równać 

ze starszym bratem. Wcześniej Malta uważała go za męskiego i dojrzałego, teraz wydał jej się 

nieopierzonym dzieciakiem. Chłopak chwycił nagle jej dłonie, ośmielił się je ucałować.

– Nie możesz tego robić – wymamrotała. – Wiesz, że przyobiecano mnie innemu.

– Nigdy mu cię nie oddam.

Potrząsnęła głową.

– Niestety już na to za późno. Dziś wieczorem twój brat przyniósł nam nowiny, które 

każą   mi   przyjąć   oświadczyny   Reyna.   Nie   widzę   innego   wyjścia.   –   Odwróciła   wzrok   i 

zapatrzyła   się   szeroko   otwartymi   oczyma   w   nocny   ogród.   –   Muszę   wypełnić   swoje 

przeznaczenie. W moich rękach spoczywa życie ojca.

Cerwin raptownie się zerwał z klęczek.

– Co mówisz?! – krzyknął przejmująco. – Jakie nowiny? Mój brat je przyniósł? Życie 

twojego ojca... Nic nie pojmuję.

Przez chwilę gardło Malty dławiły prawdziwe łzy.

– Piraci przejęli nasz rodzinny żywostatek. Brashen był tak uprzejmy, że nas o tym 

powiadomił. Boimy się, iż mój ojciec i brat zginęli, lecz jeśli żyją, jeśli istnieje jakaś szansa... 

Och, Cerwinie, musimy zdobyć pieniądze na wykup „Vivacii” i członków rodziny. Ale jak? 

Upokarza mnie myśl, że jesteś świadkiem naszych kłopotów. Kiedy rozejdzie się wiadomość 

o porwaniu, wierzyciele opadną nas niczym rekiny. – Podniosła ręce do twarzy. – Nie wiem, 

jak przeżyjemy, a przecież musimy zdobyć dodatkowe fundusze na okup. Mam tylko jedno 

background image

wyjście. Muszę natychmiast wyjść za mąż za Kupca z Deszczowych Ostępów. Sama myśl o 

ślubie sprawia mi potworny ból, ale muszę... Reyn jest człowiekiem bogatym i hojnym. Na 

pewno pomoże nam sprowadzić ojca do domu. Jeśli nam się uda, nie dbam tak bardzo o... 

ślub.   –   Głos   jej   się   załamał   na   ostatnim   słowie   i   naprawdę   zachwiała   się   pod   jarzmem 

okrutnego losu. Młodzieniec przez chwilę trzymał ją w ramionach.

– Moje biedne, dzielne kochanie. Sądzisz, że na to pozwolę? Że pozwolę ci pójść za 

mąż bez miłości, nawet dla dobra ojca?

– Wybór nie należy do nas, Cerwinie – wyszeptała w jego pierś.

–   Sama   się   zaoferuję   Reynowi.   Jest   majętny   i   potężny,   może   mi   pomóc.   Gdy 

nadejdzie czas... Niech będzie, co ma być... Muszę się pogodzić z losem. – Ukryła twarz w 

fałdach jego koszuli, jakby zawstydziły ją własne słowa.

– Nigdy! – wykrzyknął. – Ten czas nigdy nie nadejdzie. Nie jestem tak bogaty jak ów 

mężczyzna z Deszczowych Ostępów, ale oddaję do twojej dyspozycji wszystko, co posiadam, 

i wszelkie przyszłe dobra. – Spojrzał jej w twarz. – Wątpiłaś, że mógłbym postąpić inaczej?

Bezradnie wzruszyła ramionami.

– Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że możesz mi pomóc. Głównym Kupcem waszej 

rodziny nadal pozostaje twój ojciec. Biedny Brashen stanowi dowód na to, że stary Treli 

twardą   ręką   rządzi   swoim   domostwem.   Wiem,   co   ci   podpowiada   serce,   lecz   w 

rzeczywistości... – Potrząsnęła ze smutkiem głową. – Naprawdę niewiele możesz zrobić.

–   Biedny   Brashen!   –   Prychnął   z   pogardą.   –   Mój   brat   sam   na   siebie   ściągnął 

nieszczęście. Nie żałuj go, Malto. Poza tym masz rację, nie zaprzeczam, jeszcze niezbyt dużo 

mogę... Nie mogę na przykład postawić do twojej dyspozycji całej fortuny Trellów, ale...

– A czy ja o to proszę? Och, Cerwinie, jakież ty masz o mnie zdanie? Uważasz, że 

ryzykując dobre imię, przychodzę do ciebie w nocy błagać o pieniądze? – Odwróciła się od 

niego impulsywnie. Poły jej płaszcza rozsunęły się, ukazując białą koszulę nocną, którą miała 

pod   spodem.   Usłyszała   szybkie   sapanie   Delo,   po   czym   przyjaciółka   przebiegła   altankę   i 

stanęła obok niej. 

– Jesteś rozebrana! Malto, jak mogłaś!

Tak. Jeśli Cerwin był zbyt tępy, by zauważyć wcześniej braki w jej ubraniu, teraz 

siostra mu je uświadomiła. Malta uniosła dumnie głowę.

–   Niestety,   nie   miałam   wyboru.   Tylko   w   jeden   sposób   mogłam   się   wymknąć   na 

spotkanie   z   wami.   Nie   żałuję   swojej  decyzji.  Twój   brat   jest   dżentelmenem,  więc  potrafi 

zrozumieć niedostatki w moim stroju. Delo, chodzi o życie mojego ojca! Sytuacja nie jest 

zwyczajna i trudno postępować według typowych zasad. – Błagalnie położyła ręce na sercu.

background image

Kątem  oka  obserwowała reakcję chłopca.  Cerwin  patrzył  na  nią  z  przerażeniem  i 

uwielbieniem. Oczyma błądził po jej ciele, jakby potrafił przejrzeć przez płaszcz.

– Delo – powiedział szorstko – to przecież nie jest ważne. Nie bądź dzieckiem i nie 

rób rabanu z powodu tej bzdury. Proszę, pozwól mi porozmawiać z Maltą na osobności.

– Cerwinie! – zaprotestowała gwałtownie jego siostra.

Nazwał ją dzieckiem, więc rozgniewał. Malta nie chciała, by przyjaciółka się złościła, 

ponieważ wtedy mogłaby za bardzo plotkować. Powoli wyciągnęła do niej rękę.

– Wiem, że tylko próbujesz mnie chronić, Delo, i kocham cię za to. Jestem wszakże 

pewna, że twój brat nigdy by mnie nie skrzywdził. – Spojrzała przyjaciółce w oczy. – Znam 

was dobrze. Jesteście ludźmi honoru. Nie boję się zostać z twoim bratem sama.

– Och, Malto, tak wiele rozumiesz. – Ze lśniącymi od łez oczyma Delo wycofała się z 

altanki.

Malta zerknęła na Cerwina, potem chwyciła fałdy płaszcza i okryła się szczelniej, 

świadoma, że w ten sposób uwydatnia szczupłość swej kibici i krągłość bioder. Uśmiechnęła 

się nieśmiało, głęboko westchnęła.

–   Wstyd   mi,   że   rozmawiam   z   tobą   tak   otwarcie,   jednak   zmuszają   mnie   do   tego 

niezwykłe okoliczności. Nie proszę cię o wszystko, co masz, ani o to, co zdobędziesz, chociaż 

przyjmę z wdzięcznością każdy dyskretny i szczery dar. Ważniejsze jest wsparcie twojej 

rodziny dla mojej. Jutro w nocy odbędzie się zebranie Rady Kupców. Będę na nim obecna. 

Proszę, przyjdź również. Bardzo byś mi pomógł, namawiając swego ojca do uczestnictwa i 

poparcia rodziny Vestritów. Utrata naszego żywostatku i jego kapitana to dla mojej rodziny 

tragedia, lecz sądzę, że napaść piratów obejdzie wszystkich Pierwszych Kupców z naszego 

miasta.   Bezwzględni   bandyci   posunęli   się   do   porwania   żywostatku.   Wiadomo,   do   jakich 

jeszcze czynów są zdolni? Jeśli nie boją się więzić Kupca i jego syna, któż z nas może się 

czuć   bezpieczny?   –   Malta   mówiła   z   coraz   większym   przejęciem.   Nagle   chwyciła   dłonie 

młodzieńca. – Gdyby twoja rodzina zjednoczyła się z moją w tej dramatycznej sytuacji, może 

babcia jeszcze raz by przemyślała zaloty Reyna. Może odkryłaby, że mogę liczyć na... lepszą 

partię.

Serce jej łomotało. Teraz Cerwin weźmie ją w ramiona i pocałuje. Koniec niczym 

puenta piosenki minstrela. Malta czekała na muśnięcie warg chłopca i na dotyk jego rąk, które 

podniosą ją jak liść na wietrze... Przymknęła oczy.

Młodzieniec upadł przed nią na kolana.

– Pójdę jutro na zebranie Rady Kupców. Porozmawiam też z ojcem i przekonam go, 

że   Trellowie   powinni   udzielić   poparcia   Vestritom.   –   Patrzył   na   nią   z   uwielbieniem.   – 

background image

Zobaczysz, udowodnię tobie i twojej rodzinie, że jestem ciebie wart.

Przez długą chwilę zastanawiała się nad właściwą odpowiedzią. Była przecież taka 

pewna, że Cerwin ją pocałuje. Nie zrobił tego. W którym momencie popełniła błąd?

– Nigdy w ciebie nie wątpiłam – rzekła w końcu.

Owładnęło nią straszliwe rozczarowanie.

– Nie zawiodę twojego zaufania. – Młodzieniec powoli wstał.

Liczyła na to, że może jednak obejmie ją nagle i namiętnie pocałuje. Ośmieliła się 

spojrzeć mu prosto w twarz płonącymi z pożądania oczyma. Zwilżyła wargi.

– Do jutra,  Malto  Haven  – oświadczył żarliwie. –  Przekonasz  się, że dotrzymam 

danego ci słowa.

Skłonił się uroczyście, jakby się z nią żegnał na popołudniowej herbatce, po czym 

odwrócił do siostry.

– Chodź, Delo. Czas wracać do domu.

Wielkimi krokami odszedł w noc.

– Do widzenia, Malto – westchnęła Delo, po czym zamachała ręką. – Uproszę mamę, 

żeby i mnie pozwoliła pójść na zebranie Rady Kupców. Może uda nam się usiąść obok siebie. 

A   zatem   do   zobaczenia.   –   Odwróciła   się   i   pospiesznie   pobiegła,   wołając:   –   Cerwinie! 

Poczekaj na mnie!

Dobre   kilka   minut   Malta   stała   w   bezruchu.   Nie   mogła   uwierzyć,   że   nic   się   nie 

zdarzyło.   Co   zrobiła   źle?   Nie   otrzymała   najmniejszego   podarku   potwierdzającego   jego 

przywiązanie, żadnego namiętnego pocałunku. Nawet jej nie odprowadził pod dom... Nagle 

zrozumiała  własną  pomyłkę.  Wina   nie  leżała  po  jej  stronie.  Zawinił   Cerwin.  Potrząsnęła 

głową w zadumie. Po prostu nie był jeszcze mężczyzną, nie dorósł do jej oczekiwań.

Po ciemku ruszyła w powrotną drogę. Przez chwilę marszczyła czoło zamyślona, lecz 

szybko  sobie  zakazała  tej   wstrętnej   miny.  Nie  chciała  przecież   mieć  tylu  zmarszczek  co 

matka.   Wbrew   sobie   zaczęła   wspominać   Brashena.   Początkowo   był   dla   niej   bardzo 

nieuprzejmy,   później   jednak   –   gdy   zaproponowała   mu   kawę   i   trochę   z   nim   flirtowała   – 

wyraźnie reagował na jej wdzięki. Była przekonana, że gdyby to z nim się spotkała dzisiejszej 

nocy, na pewno by ją pocałował. Poczuła dreszcz. Właściwie... marynarz jej się nie podobał. 

Wyglądał zbyt pospolicie w tych pirackich jedwabiach i z długim wąsem. Pamiętała, że gdy 

otworzyła   mu   drzwi,   poczuła   niemiłą   woń   statku,   a   na   jego   rękach   dostrzegła   blizny   i 

zgrubienia. Nie, nie, nie czuła do niego pociągu. Choć musiała przyznać, że zaintrygowały ją 

ukradkowe spojrzenia, jakimi obrzucał ciotkę. Brashen obserwował każdy ruch Althei niczym 

głodny kot polujący na ptaka. Althea ani razu nie spojrzała mu w oczy. Nawet kiedy zwracała 

background image

się   wprost   do   niego,   znajdowała   wymówkę,   aby   patrzeć   przez   okno,   mieszać   herbatę   w 

filiżance albo oglądać sobie paznokcie. W pewnym momencie usiadła na podłodze obok 

Seldena   i   wzięła   malca   za   rękę.   Chciała,   by   siostrzeniec   ochronił   ją   przez   pożądliwymi 

oczyma Brashena?

Matka i babka dziewczynki zapewne niczego nie zauważyły, ale Malta była bardziej 

spostrzegawcza.   I   ogromnie   pragnęła   się   dowiedzieć,   co   łączy   tych   dwoje.   Poza   tym 

ciekawiło ją, co musi uczynić kobieta, by mężczyzna patrzył na nią w ten sposób. Jej ciotka 

znała się na tych sprawach. Jakie słowa musiałaby Malta powiedzieć Cerwinowi, aby patrzył 

na   nią   tak   namiętnie?   Potrząsnęła   głową.   Nie,   nie   Cerwina   pragnęła.   Porównanie   go   ze 

starszym bratem otworzyło jej oczy. Młodszy z Trellów nadal pozostawał chłopcem. Był 

nikim, słabą płotką, o której Malta powinna przestać myśleć. Nawet dotyk Reyna bardziej ją 

poruszał. W dodatku Reyn zawsze przynosił prezenty.

Otworzyła kuchenne drzwi. Postanowiła, że dziś w nocy użyje puszki snów.

* * *

Brashen wstał  od  stołu.  Zamówione  piwo  stało  nietknięte. Wychodząc  z  tawerny, 

kątem oka dostrzegł, że ktoś już przysunął sobie jego kufel. Uśmiechnął się gorzko. Nie ma 

co! Przyjemny lokal wybrał sobie na nocne picie – wręcz idealnie pasował do kogoś, kto nie 

spodziewał się już od losu niczego dobrego.

Tawerna   tonęła   w   mroku.   Marynarz   znajdował   się   w   najgorszej   dzielnicy   Miasta 

Wolnego   Handlu.   Trafił   do   jednej   z   nadbrzeżnych   spelunek,   które   dzieliły   ulicę   z 

magazynami,   burdelami   i   domami   noclegowymi.   Wiedział,   że   powinien   wrócić   na 

„Skoczka”. Finney z  pewnością  go oczekuje. Nie  miał  jednak  swemu kapitanowi  nic  do 

powiedzenia i nagle zdecydował, że prawdopodobnie w ogóle do niego nie wróci. Nigdy! 

Pora jednoznacznie odciąć się od piractwa. Oczywiście, decyzja ta oznaczała koniec dostaw 

cindinu.   Spoczywająca   w   kieszeni   Brashena   resztka   laski   mogła   się   okazać   ostatnią. 

Przystanął i poszukał jej palcami. Znalazł, lecz okazała się krótsza, niż zapamiętał. Czyżby 

odłamał już kawałeczek? Cóż, być może. Bez żalu wsunął sobie pozostałość do ust i ruszył 

dalej mroczną ulicą. Ponad rok temu kroczył tym samym szlakiem z Altheą. Nie, nie, musi o 

niej zapomnieć. Tamta sytuacja już się nie powtórzy. Dziewczyna spacerowała teraz chętniej 

z Gragiem Tenirą.

A zatem, jeśli nie wróci na pokład „Skoczka”, dokąd się uda? Rozejrzał się. Nogi 

same go niosły. Opuścił skąpo oświetlone miasto i podążył pustą plażą do miejsca, gdzie na 

background image

piasku stał porzucony „Paragon”. Brashen uśmiechnął się szyderczo. Pewne sprawy nigdy się 

nie zmienią! Znowu był w rodzinnym mieście, niemal bez grosza przy duszy, i jednego miał 

tylko przyjaciela – nieszczęsny żywostatek.

Pod   rozświetlonym   gwiazdami   niebem   fale   uderzały   o   brzeg.   Noc   była   piękna. 

Gdybyż tylko nie miał na głowie tylu problemów!

Cindin dodał mu wprawdzie energii, ale niestety nie poprawił humoru. Właściwie 

tylko   przyprawiał   o   męczącą   bezsenność   i   niemądre   myśli.   Na   przykład...   Malta.   Jaką 

prowadziła z nim gierkę, na brodę Sa?! Kpiła sobie z niego, a może chciała go do czegoś 

skłonić? Czy jej zainteresowanie powinno mu pochlebiać? Ciągle nie wiedział, jak traktować 

dziewczynkę. Była jeszcze dzieckiem czy już kobietą? Kiedy wróciła matka, natychmiast 

przeobraziła   się   w   poważną   młodą   pannę   i   tylko   czasem   rzucała   jakieś   zjadliwe   uwagi; 

wygłaszała   je   wszakże   tak   niewinnym   głosikiem,   że   wydawały   się   przypadkowe.   I   choć 

zachowywała   się   bardzo   przyzwoicie,   co   rusz   czuł   na   sobie   jej   spojrzenie.   Na   pewno 

zauważyła, że stale zerkał na jej ciotkę. Była ewidentnie o nią zazdrosna.

Wmawiał sobie, że Althea unikała jego wzroku wyłącznie ze względu na obecność 

wścibskiej   dziewczynki.   Bez   wątpienia   nie   chciała,   by  siostrzenica   domyśliła   się,   że   coś 

między nimi dwojgiem zaszło. Zaraz jednak przyznał się przed sobą ponuro, że Althea w 

żaden sposób nie okazała mu zainteresowania. Była w stosunku do niego uprzejma, tak jak 

Keffria, nic więcej. Jak przystało córkom Ephrona Vestrita, potraktowały gościa grzecznie, 

mimo iż przyniósł złe wieści. Raz tylko Althea porzuciła kurtuazyjną pozę: kiedy Ronica 

zaproponowała mu nocleg. Keffria też go namawiała, jej siostra jednakże pozostała milcząca. 

Zrozumiał i wyszedł.

Ach, ależ pięknie Althea wyglądała! Jej siostra także była atrakcyjna, a dziewczynka – 

wprost czarująca. Tyle że Keffria i Malta umiały podkreślać własną urodę. Nieco koloru na 

powiekach, muśnięcie pudru, staranna fryzura i doskonale dobrany strój... Althea natomiast 

weszła do gabinetu prosto z ulicy. Sandały miała zakurzone, zaróżowione słońcem policzki, 

lśniące   oczy.   Nosiła   niewyszukany   strój,   zapewniający   swobodę   ruchów.   Nawet   gdy 

szamotała się z Maltą, wyglądała ślicznie. Na Brashenie największe wrażenie wywarła jej 

żywiołowość. Althea nie była już przebranym za chłopca majtkiem ze „Żniwiarza” ani też 

kapitańską córką, z którą przyjaźnił się na „Vivacii”. Teraz wyglądała jak córka Pierwszego 

Kupca.

I z tego właśnie względu była dla niego nieosiągalna.

Gdyby pozostał dziedzicem fortuny Trellów i miał pozycję Kupca... Gdyby posłuchał 

kapitana Vestrita i oszczędził trochę pieniędzy... Gdyby Althea odziedziczyła żywostatek i 

background image

zatrzymała go na pokładzie jako pierwszego oficera... Cóż, mógł sobie gdybać, lecz prawda 

była okrutna: nie miał szans ani na zdobycie dziewczyny, ani na powrót do ojcowskich łask. 

Musiał zrezygnować z marzeń o Althei.

Ruszył dalej w noc.

Wypluł włókniste resztki cindinowej laski. Ciemny kadłub „Paragona” zamajaczył 

przed   nim   na   tle   rozgwieżdżonego   nieba.   Brashen   wyczuł   aromat   palonego   drewna. 

Podchodząc   do   żywostatku,   zaczął   głośno   gwizdać.   Wiedział,   że   „Paragon”   nie   lubi 

niespodzianek. Podszedł pod sam dziób i zawołał jowialnie:

– „Paragonie”! Nikt cię jeszcze nie spalił?

– Kto idzie? – zatrzymał go zimny głos kogoś niewidocznego.

– „Paragon”? – zmieszał się marynarz.

– Nie, to ja jestem „Paragon” – zażartował statek, po czym dorzucił: – Jeśli się nie 

mylę, jesteś Brashen. – Galion dodał do kogoś stojącego z boku: – Znam tego marynarza, 

Amber. Odłóż kij.

Brashen wpatrzył się w mrok. Po chwili dostrzegł między sobą i żywostatkiem smukłą 

sylwetkę. Usłyszał łoskot twardego drewna upadającego na kamień. Domyślił się, że Amber 

rzuciła kij na skały.

– Witaj – zagaił.

– Witaj.

– Brashenie, chciałbym ci przedstawić moją przyjaciółkę Amber. – Chłopięcy głos 

wydawał się bardzo podekscytowany. „Paragon” wyraźnie się cieszył ze spotkania. Był w 

świetnym humorze.

– Amber, to jest Brashen Treli. Znasz go trochę, bo musiałaś po nim posprzątać, 

zanim się wprowadziłaś.

– Wprowadziła się? – spytał Brashen ze zdziwieniem.

– Tak, Amber mieszka tu teraz. Pewnie chcesz przenocować? Cóż, mam wiele kajut. 

Amber zajęła jedynie kwaterę kapitańską, a twoje rzeczy złożyła w ładowni. Amber, nie masz 

nic przeciwko towarzystwu Brashena, prawda? Zawsze przychodzi tu spać, kiedy mu brakuje 

pieniędzy.

Milczała nieco dłużej, niż wypadało, po czym niespokojnie odparła:

– Jesteś wolną istotą, „Paragonie”. Nie mogę decydować za ciebie. Sam wiesz, kogo 

przyjmujesz na pokład.

– Rzeczywiście! No cóż, skoro jestem wolną istotą, dlaczego tak strasznie pragniesz 

mnie kupić? – Teraz drażnił się z kobietą niczym nieco złośliwy młodzian, którego bawią 

background image

własne dowcipy. Brashena nie śmieszyły. Co łączyło tę kobietę z galionem?

– Nikt nie może kupić żywostatku, „Paragonie” – oświadczył łagodnie. – Żywostatek 

należy do rodziny Pierwszego Kupca. Nie potrafiłbyś pływać bez krewnego na pokładzie. – 

Dodał ciszej: – Niedobrze, że tak dużo przebywasz sam.

– Nie jestem już sam. Już nie! – zaprotestował żywo galion. – Amber przychodzi 

prawie co noc i śpi na moim pokładzie. A co dziesięć dni robi sobie wolne popołudnie i 

spędza ze mną wiele godzin. Jeśli mnie kupi, nie będziemy żeglować. Po prostu ustawi mnie 

prosto, stworzy na moim pokładzie klifowy ogród i...

– „Paragonie”! – upomniał go surowo Brashen. – Należysz do Ludlucków. Nie mogą 

cię sprzedać, Amber zaś nie może cię kupić. Nie jesteś też wielką donicą i nikt nie będzie cię 

dekorował pnączami. Tylko ktoś okrutny może ci wmawiać takie rzeczy.

W   tym   momencie   Amber   wstała   i   podeszła   do   marynarza   wyprostowana   niczym 

prowokujący do walki mężczyzna.

– Jeśli masz rację, Ludluckowie są okrutni. Zostawili tutaj „Paragona” na tyle lat, by 

dumał i gnił. Poza tym... Nie wiesz, że czasy się zmieniły? Być może, niedługo Nowi Kupcy 

wykupią   całe   Miasto   Wolnego   Handlu,   więc   rodzina   naszego   żywostatku   naprawdę   się 

zastanawia nad przyjęciem ich oferty. A wiesz, co ci ludzie chcą zrobić z „Paragonem”? Z 

pewnością nie zmienią go w „wielką donicę”, o nie! Porąbią go na kawałki i sprzedadzą w 

postaci kolekcji osobliwych ozdóbek.

Brashen osłupiał.

– To niemożliwe! Wszyscy Kupcy zbuntują się przeciwko Ludluckom.

– Zbyt długo przebywałeś z dala od rodzinnego miasta, Brashenie Treli. – Amber 

kopnęła piasek czubkiem buta. Znad gasnących węgli ogniska wzleciały iskry. Schyliła się i 

po chwili ponownie rozkwitły maleńkie płomienie. Marynarz obserwował w milczeniu, jak 

Amber dokłada do ognia gałązki, a potem większe drwa. – Usiądź. Źle zaczęliśmy. Szczerze 

mówiąc, spodziewałam się twojego powrotu do miasta. Miałam nawet nadzieję, że ty i Althea 

mi pomożecie. Na razie dziewczyna z niechęcią potwierdziła, że mój wykup „Paragona” 

byłby dla niego najlepszym wyjściem. Gdybyś i ty mnie poparł, moglibyśmy pójść we troje 

do Ludlucków i próbować ich przekonać. – Podniosła oczy. – Chcesz filiżankę herbaty?

Przysiadł na wyrzuconej przez wodę kłodzie.

– Trudno mi uwierzyć, że Althea mogłaby poprzeć sprzedaż żywostatku.

–  Wyjaśniłam   jej  wszystkie   fakty,  a  ona   przyznała  mi   rację.  –  Amber  popatrzyła 

znacząco   na   „Paragona”.   Nie   chciała   omawiać   szczegółów   przy   galionie.   Brashen   nie 

naciskał. Żywostatek był w wesołym nastroju, a ponieważ bywał kłótliwy, rzeczywiście lepiej 

background image

go nie prowokować. – Widzę – podjęła Amber – że „Paragon” cieszy się z twojej wizyty i 

pragnie poznać twoje przygody. Kiedy wróciłeś do miasta?

– Zakotwiczyliśmy dzisiaj – odparł. Po jego słowach zapadło milczenie. Marynarza 

uderzyła   niezwykłość   sytuacji.   Amber   zachowywała   się   jak   matrona   z   Miasta   Wolnego 

Handlu, która zabawia gościa podczas wydanej przez siebie herbatki.

– A długo zostaniesz?

– Nie wiem. Wróciłem, by opowiedzieć Althei o „Vivacii”. Widziałem żywostatek w 

pewnym porcie. Porwali go piraci. Nie wiem, czy Kyle Haven i Wintrow żyją. Nie wiem, czy 

przeżył   ktokolwiek   z   załogi...   –   Wyrzucił   z   siebie   całą   opowieść,   zanim   zdążył   się 

zastanowić.

– Althea wie o tym? – spytała Amber ze szczerą troską w głosie. – I jak zareagowała?

– Oczywiście się przeraziła. Jutro idzie na posiedzenie Rady Miasta Wolnego Handlu 

szukać pomocy u Kupców. Pragnie odzyskać statek. Najgorzej, że piracki kapitan Kennit 

może odmówić okupu, ponieważ chyba chce zatrzymać żywostatek dla siebie. Jeśli Wintrow i 

Kyle nadal żyją, zapewne będzie musiał zostawić ich na pokładzie, by „Vivacia” nie popadła 

w szaleństwo...

–   Piraci!   –   przerwał   mu   „Paragon”   z   paniką   w   głosie.   –   Dużo   wiem   o   piratach. 

Zabijają   wszystkich   na   pokładzie.   Krew   mordowanych   wsącza   się   wtedy   w   deski,   a 

czarodrzew nabrzmiewa ich cierpieniem. Potem rąbią twoją twarz, otwierają zawór denny i 

idziesz pod wodę. Tyle że żywostatki nie toną, więc żyjesz dalej! Niestety! – Galion zadrżał i 

umilkł. Brashen i Amber wstali i wyciągnęli ręce ku statkowi. – Nie dotykajcie mnie! – 

krzyknął. – Odejdźcie ode mnie! Jesteście jak łażące po gnoju szczury! Nie macie dusz! 

Żadne   stworzenie   z   duszą   nie   jest   zdolne   zadawać   okrucieństw,   które   musiałem   od   was 

znieść! – Kiwał głową z boku na bok, wielkie dłonie zacisnął w pięści i machał nimi na ślepo, 

jakby się przed kimś bronił. – Zabierzcie ode mnie wasze wspomnienia, nie chcę ich. Nie 

chcę waszych żywotów. Zatapiacie mnie! Próbujecie zmusić mnie do zapomnienia. Mam 

zapomnieć, kim jestem... kim byłem. Nigdy tego nie zapomnę! – Nagle zaczął się śmiać jak 

szalony. Potem wyrzucił z siebie stek szyderczych przekleństw.

– On nie mówi do nas – oświadczyła cicho Amber. Wzięła Brashena pod ramię i 

odprowadziła od statku. Szli ciemną plażą, towarzyszyły im plugawe przekleństwa i wściekłe 

pomstowanie „Paragona”. Kiedy światło ognia przestało rozjaśniać ich twarze, rzemieślniczka 

zatrzymała się, obróciła do marynarza i powiedziała cicho: – Galion ma wyjątkowo dobry 

słuch. – Zerknęła za siebie. – Podczas takich wybuchów najlepiej zostawić go samego. Im 

usilniej starasz się przemówić mu do rozsądku, tym bardziej jego gniew rośnie. – Bezradnie 

background image

wzruszyła ramionami. – Sam się uspokoi.

– Wiem o tym.

–   Sądzę,   że   dobrze   go   rozumiesz.   „Paragon”   nie   może   nawet   uciec   przed 

rzeczywistością w sen. Ostatnio prawie codziennie nachodzą go ataki wściekłości. Próbuję go 

niczym   nie   denerwować,   ale   nie   jest   głupi.   Zdaje   sobie   sprawę   z   zagrożenia,   a   w   razie 

niebezpieczeństwa nie będzie się w stanie obronić. Musisz nam pomóc.

– Nic nie mogę zrobić. Jeśli galion albo Althea Vestrit powiedzieli ci, że mam na 

cokolwiek wpływ, nie wierz w to. Prawda jest zupełnie inna. Przyzwoici mieszkańcy Miasta 

Wolnego Handlu zareagują słusznym gniewem na każde moje stwierdzenie i przeciwstawią 

się każdej mojej prośbie. Sprawa, którą poprę, skazana będzie na klęskę. Jestem takim samym 

wyrzutkiem jak „Paragon”. Lepiej załatwiaj swoje interesy beze mnie. – Potrząsnął głową. – 

Zresztą i tak nie wróżę ci sukcesu.

– Czyli powinnam się teraz poddać? – spytała spokojnie. – Pozwolić popaść statkowi 

w szaleństwo. Niech czeka, aż Nowi Kupcy zabiorą go gdzieś daleko i porąbią na kawałki. 

Gdy zginie, czy będziemy potrafili sobie spojrzeć w oczy? Co sobie wówczas powiemy? Że 

nic   nie   mogliśmy   zrobić?   Że   nie   wierzyliśmy,   iż   do   tego   dojdzie?   Czy   poczujemy   się 

niewinni?

– Nie zrobiłem nic złego, nawet niczego złego nie zamyślałem. Nie ponoszę za nic 

winy!

– Wiele okropności zdarza się na tym świecie na oczach przyzwoitych ludzi, którzy 

stoją bezczynnie i nie robią nic złego. Nie wystarczy się odżegnywać od złych intencji, Treli. 

Ludzie powinni starać się postępować właściwie, nawet gdy ich działania mogą nie przynieść 

powodzenia. 

– Nawet gdy sama próba jest głupotą? – spytał z brutalnym sarkazmem.

– Szczególnie wtedy – odparła stanowczo. – Tak już jest, Treli. Całe życie walczymy 

z   bezdusznością   świata.   Rzucamy   się   w   walkę   o   dobro   i   nie   pytamy   o   koszta.   Takie 

postępowanie jest miarą człowieczeństwa.

– Jakie postępowanie? – zapytał, wyraźnie rozzłoszczony. – Dać się zabić? Tylko po 

to, by zostać bohaterem?

– Może i tak. Ważne są metody. Sposób, w jaki zostajesz bohaterem. – Zadarła głowę 

i przez chwilę patrzyła mu w twarz. – Nie mów mi, że nigdy nie chciałeś nim zostać.

– Nigdy nie chciałem – oświadczył z pełnym przekonaniem.

Rozsierdzony „Paragon” ciągle przeklinał. Mówił coś chaotycznie jak pijak. Brashen 

odwrócił głowę i spojrzał na galion. Na porąbanym obliczu tańczyła żółta łuna od ogniska. 

background image

Czego   Amber   oczekiwała?   Nie   mógł   pomóc   ani   statkowi,   ani   komukolwiek   innemu.   – 

Zawsze pragnąłem jedynie żyć po swojemu. I, cholera, udało mi się!

Roześmiała się cicho.

– Bo stale się ze wszystkiego wycofujesz, od wszystkiego odwracasz i wszystkiego 

unikasz. Całe życie uciekasz. Och, Treli, Treli. Przejrzyj wreszcie na oczy. Jaki sens ma twoje 

durne życie? Popatrz, co ze sobą zrobiłeś? Bierne czekanie na cud nie ma najmniejszego 

sensu. Weź los w swoje ręce. Po prostu żyj! – Zadumała się. – Za odważnego uważa się 

człowieka,   który   śmiało   stawia   czoło   śmierci.   Łatwo   jest   umrzeć.   Wystarczy   wstrzymać 

oddech na tyle długo, by się udusić. Dla mnie oznaką prawdziwego męstwa jest umiejętność 

życia. Nie cofać się przed życiem i dzielnie się zmagać z przeciwnościami. Nie mam na myśli 

sytuacji, kiedy podążasz właściwą, choć trudną ścieżką, wiedząc, że na jej końcu czeka cię 

sława i chwała. Mówię o codziennym znoszeniu nudy i bylejakości... – Podniosła oczy i 

twardo popatrzyła na mężczyznę. – Myślę, że potrafisz tak żyć, Treli.

– Przestań mnie tak nazywać! – syknął.

Amber gwałtownie złapała go za rękę.

– Dobrze, ale ty przestań się uważać jedynie za wydziedziczonego potomka swego 

ojca. Nie wyrosłeś na syna, jakiego pragnął. No i co z tego? Czy to ma ci zrujnować całe 

życie? Nie jesteś ideałem, to prawda, ale nikt nim nie jest. Nie wykorzystuj każdego błędu 

jako wymówki, by odmawiać innym pomocy. 

Wyrwał rękę z jej uścisku.

– Jakim prawem czynisz mi wyrzuty? Skąd w ogóle to wszystko wiesz?

A zatem Althea rozmawiała o nim z Amber. Jak dużo powiedziała? Spojrzał jej w 

twarz   i   zrozumiał,   że   zwierzyła   się   z   najdrobniejszych   szczegółów.   Odszedł   szybkim 

krokiem.

– Brashenie! – przywoływała go cicho, lecz natarczywie. Nie zatrzymał się.

– Dokąd pójdziesz, Treli? – krzyknęła ochryple w mrok. – Dokąd zmierza człowiek, 

który pragnie uciec przed samym sobą?

Nie potrafił jej odpowiedzieć. Nie miał pojęcia.

* * *

Pantofle były zupełnie zniszczone od rosy. Malta cisnęła je w kąt szafy i włożyła 

gruby   szlafrok.   Po   nocnej   schadzce   trzęsło   ją   z   zimna.   Zdjęła   z   półki   puszkę   snów. 

Torebeczkę   z   szarym   proszkiem   ukryła   wewnątrz   wielkiej   torby   z   ziołami 

przeciwmigrenowymi.   Wyłowiła   paczuszkę   i   strzepnęła   z   niej   okruszki   ziół.   Gdy 

rozwiązywała rzemyki, jej ciałem wstrząsnął dreszcz podniecenia. Przechyliła torebkę nad 

background image

puszką snów i wsypała do niej proszek. W powietrze uniosły się błyszczące drobinki sennego 

pyłu. Kichnęła i pospiesznie zamknęła pokrywkę. W gardle czuła dziwne odrętwienie i ciepło.

– Trzeba dobrze potrząsnąć puszką i poczekać chwilę, a później otworzyć ją przy 

łóżku – powtórzyła siebie na glos instrukcję.

Ruszyła ku posłaniu, potrząsając puszką. Odrzuciła pościel, otwartą puszkę postawiła 

na nocnej szafce. Zdmuchnęła świecę i położyła głowę na poduszce. Zamknęła oczy.

Czekała i czekała.

Była podenerwowana, nie mogła zasnąć. Starała się nie otwierać oczu i skupić myśli 

na Reynie. Uznała, że jest znacznie atrakcyjniejszy od Cerwina. Młody Treli straszliwie ją 

rozczarował.   Gdy   wziął   ją   w   ramiona   –   podczas   jednego   potajemnego   uścisku   –   w 

porównaniu z mocno zbudowanym Reynem wydał jej się wątły. Przemyślała jeszcze raz 

szczegóły schadzki. Reyn na pewno nie przegapiłby szansy skradzenia jej całusa. Na tę myśl 

serce dziewczynki zabiło szybciej.

Zalotnik z Deszczowych Ostępów wywoływał w niej burzę sprzecznych emocji. Czuła 

się   ważna   dzięki   jego   podarkom.   Pociągało   ją   również   bogactwo   Reyna,   szczególnie   po 

ostatnim   roku   nędzy.   Czasami   zapominała   o   jego   przesłoniętej   twarzy   i   skrytych   w 

rękawiczkach   dłoniach.   Te   szczegóły   czyniły   zalotnika   jedynie   tajemniczym.   Patrząc   na 

niego, mogła sobie wyobrażać niezwykle przystojnego młodzieńca. Podczas tańca (a tańczył z 

ogromnym wdziękiem i świetnie znał kroki) wyczuwała zarówno jego siłę, jak i zwinność. 

Wolała nie myśleć, że pod welonem skrywa się pokryte brodawkami, zniekształcone oblicze.

Im   dłużej   się   wszakże   nie   widzieli,   tym   częściej   Maltę   dopadały   wątpliwości. 

Zauważyła, że przyjaciółki jej współczują. Wszystkie co do jednej sugerowały, że Reyn jest 

potworem. Podejrzewała, że po prostu zazdroszczą jej podarków i troski, jaką jej okazywał. 

Może   z   czystej   zawiści   wręcz   życzyły   jej,   by   okazał   się   brzydki.   Och,   naprawdę   nie 

wiedziała, w co wierzy...

Nadal nie spała. Zmarnowała senny proszek. Nic już się nie zdarzy! Rzucała się na 

łóżku. Ogromnie chciała, by wrócił ojciec. Wtedy na pewno wszystko byłoby jak dawniej.

* * *

– Chcę wyjść. Dlaczego mi nie pomożesz?

– Nie mogę. Proszę, zrozum, naprawdę nie mogę i przestań mnie o to błagać.

Uwięziona smoczyca traktowała go z pogardą.

– Nie chcesz. Mógłbyś, ale nie chcesz. Potrzebuję jedynie światła. Otwórz okiennice i 

wpuść trochę słońca, a poradzę sobie sama.

– Tłumaczyłem ci już, że leżysz w podziemnej komnacie. Kiedyś pewnie były tu 

background image

wielkie   okna   z   okiennicami,   lecz   teraz   budowlę   zasypała   ziemia.   Nad   tobą   wznosi   się 

zalesione wzgórze.

– Gdybyś był prawdziwym przyjacielem, za jakiego się podajesz, wykopałbyś mnie i 

uwolnił. Musisz mnie uwolnić. Dla mojego dobra i dla dobra całego mojego gatunku.

Reyn   obrócił   się   na   łóżku,   zrzucając   pościel.   Czuł,   że   nie   śpi,   lecz   nie   był   też 

całkowicie   przytomny.   Męczarnie   spowodowane   smoczą   wizją   towarzyszyły   mu   ostatnio 

prawie   każdej   nocy.   Smoczyca   patrzyła   na   niego,   w   niego   i   przez   niego   ogromnymi 

miedzianymi   oczyma   rozmiaru   kół   u   wozu.   W   wielkich,   nieco   eliptycznych   źrenicach 

wirowały   wszystkie   kolory   tęczy.   Nie   mógł   odwrócić   od   nich   wzroku,   nie   mógł   też   się 

obudzić. Smoczyca była uwięziona w czarodrzewowym kokonie, Reyn – uwięziony w niej.

 – Nie rozumiesz – jęknął we śnie. – Okiennice są całkowicie zagrzebane, podobnie 

jak sufit. Słońce nigdy już nie oświetli tej komnaty.

– W takim razie otwórz wielkie drzwi i wyciągnij mnie stąd. Jeśli trzeba, użyj rolek i 

zaprzęgów konnych. Zabierz mnie na powietrze, nieważne jak! Po prostu wyprowadź mnie na 

słońce!

Niczego nie rozumiała.

– Nie potrafię tego zrobić. Sam nie podołam, bo jesteś gigantyczna i ciężka, a nikt nie 

zechce mi pomóc. Zresztą nawet gdybym zebrał wielu robotników i zdobył zaprzęgi konne, 

też by mi się nie udało. Tych drzwi nie można otworzyć. Nikt nawet nie wie, w jaki sposób je 

kiedyś   otwierano.   Powtarzam   ci,   znajdujesz   się   głęboko   pod   ziemią.   Mnóstwo   ludzi 

musiałoby miesiącami odgarniać tony błota, zanim dotarlibyśmy do drzwi. A pamiętaj, że nie 

potrafimy ich otworzyć. Ściany konstrukcji są popękane i ledwo stoją. Jeśli ruszymy drzwi, 

budowla się zawali.

–   Nie   dbam   o   to!   Wykorzystaj   szansę,   spróbuj   otworzyć   drzwi.   Może   gdy   się 

zastanowię, przypomnę  sobie sposób ich otwarcia.  – Zaczęła  go kusić: –  Opowiem  ci  o 

wszystkich sekretach pogrzebanego miasta. Musisz jedynie otworzyć drzwi.

– Nie. Utopiłabyś mnie we wspomnieniach, a to nie byłoby dobre ani dla ciebie, ani 

dla mnie. Oszalałbym, jak wielu przede mną.

– Otwórz drzwi siłą. Na pewno ustąpią pod toporami i młotkami. W najgorszym razie 

niech runą na mnie. Jeśli zginę, w pewnym sensie też będę wolna. Dlaczego nie chcesz mnie 

uwolnić, Reynie? Gdybyś naprawdę był moim przyjacielem, uwolniłbyś mnie.

Te słowa go raniły.

– Jestem twoim przyjacielem. Wierz mi, pragnę cię uwolnić, ale nie mogę tego zrobić 

sam.   Najpierw   muszę   pozyskać   innych   do   twojej   sprawy.   Wspólnie   znajdziemy   sposób. 

background image

Błagam, bądź cierpliwa.

– Głód nie zna cierpliwości. Szaleństwo również. Są nieubłagane. Reynie, Reynie, 

dlaczego jesteś okrutny? Zabijasz cały mój gatunek. Wypuść mnie, wypuść!

– Nie mogę! – ryknął. Otworzył oczy i usiadł na łóżku. Oddychał ciężko jak zapaśnik 

po walce. Przepocona pościel lepiła się do niego, wiążąc niczym całun. Wyplątał się z niej i 

wstał   nagi.   Przesunął   palcami   przez   spocone   włosy,   stawiając   je   na   sztorc,   by   szybciej 

wyschły. Podszedł do okna. 

Domy   osady   Trehaug   w   Deszczowych   Ostępach   wisiały   na   drzewach   rosnących 

wzdłuż brzegów Rzeki Deszczowej. Po jednej stronie domu Reyna pędziła rzeka, po drugiej, 

za   lasem   ciągnęło   się   stare   miasto.   W   ruinach   nadal   paliło   się   kilka   świateł.   Roboty 

wykopaliskowe nigdy nie ustawały. Ludzie pracujący w najgłębszych komnatach i tak nie 

wiedzieli, czy jest dzień, czy noc. Pod wzgórzem panowała wieczna ciemność. Taka sama jak 

wewnątrz czarodrzewowej trumny w Komnacie Koronowanego Koguta.

Reyn ponownie rozważył, czy nie opowiedzieć matce o koszmarach, i po raz kolejny 

zrezygnował.   Potrafił   przewidzieć   jej   reakcję.   Natychmiast   rozkazałaby   pociąć   ostatnią 

czarodrzewową kłodę. Robotnicy wyrzuciliby na zimną podłogę miękkie ciało spoczywające 

wewnątrz kłody, a z reszty zrobiliby deski i zbudowali statek. Czarodrzew okazał się jedynym 

materiałem   odpornym   na   wodę   ich   rzeki.   Nawet   drzewa   i   krzewy   rosnące   na   brzegach 

umierały krótko po zalaniu ich przez trujący kwas. Rzeka Deszczowa niszczyła każdą roślinę. 

Srebrne ptaki, które żywiły się na płyciznach, miały na nogach owrzodzenia. Mieszkańcy 

Deszczowych Ostępów już dawno temu odkryli, że jedyną ochronę przed mleczną wodą rzeki 

stanowi czarodrzew. A rodzina Khuphrusów posiadała ostatnią i największą kłodę!

Gdyby tylko Reyn znalazł sposób wydobycia jej na światło słoneczne! Ciekawe, co 

wynurzyłoby   się   ze   środka.   Prawdopodobnie   kłoda   była   mocno   uszkodzona...   Jeden   z 

nadgniłych   starych   gobelinów   prezentował   proces   wykluwania   się   nieporadnego   białego 

stworzenia,   które   podnosiło   głowę   z   rozmokłych   szczątków   czarodrzewu.   Maleńki   smok 

trzymał w paszczy kawałki drewna, jakby pożerał resztki swego więzienia. Oczy miał dzikie, 

lecz w   dziwny sposób przypominały ludzkie;  Reyn  dostrzegał w   nich  strach  lub  głęboki 

szacunek. Czasami gobelin uświadamiał mu, jak szalone ma pragnienia. Po co ryzykować i 

uwalniać tak przerażającą istotę?

Jednakże   smoczyca   była   ostatnią   przedstawicielką   swego   gatunku.   Była   ostatnim 

prawdziwym smokiem!

Wrócił do łóżka. Położył się, chcąc odpocząć, lecz nie zasnąć. Odczuwał znużenie, 

wiedział jednak, że jeśli uśnie, sen o smoku znów nim zawładnie. Zaczął myśleć o Malcie. 

background image

Była cudowna, energiczna i świeża, a jej upór świadczył o nieuświadamianej sile ducha. Reyn 

wiedział, że rodzina miała o Malcie nie najlepsze zdanie. Nie bez powodu. Dziewczynka była 

kapryśna, samolubna i bardzo rozpieszczona. Wyrośnie na dzielną kobietę. Takie jak ona w 

razie niebezpieczeństwa potrafią się zawzięcie bronić, całkowicie skupiają się na jednym celu 

i zwykle zdobywają wszystko, czego zapragną. Gdyby tylko umiał zdobyć jej lojalność, Malta 

stałaby się ideałem. Byłaby taka jak jego matka i nawet po śmierci Reyna chroniłaby ich 

dzieci, zapewniała im życie w dostatku i zdrowiu. Ludzie mawialiby, że – gdy chodzi o 

rodzinę   –   jego   żona   potrafi   być   bezlitosna   i   amoralna,   lecz   wypowiadaliby   te   słowa   z 

zazdrością.

Gdybyż   tylko   potrafił   zdobyć   Maltę!   Niestety,   istniały   przeszkody,   i   to   poważne. 

Kiedy opuszczał Miasto Wolnego Handlu, był pewny swego. A jednak dziewczynka nie użyła 

puszki snów, by się z nim skontaktować. Od ostatniego spotkania otrzymał jeden krótki liścik 

i tyle. Zamknął oczy. Natychmiast zapadł w nieprzyjemny sen.

– Reynie, Reynie, musisz mi pomóc.

– Nie mogę – jęknął.

Ciemność   się  rozstąpiła  i   przyszła  Malta.  Była  eterycznie   piękna.  Jej   biała  nocna 

koszula powiewała na wietrze nie z tego świata; ciemne włosy płynęły wraz z nocą, oczy 

przepełniała tajemnica. Szła otoczona całkowitą czernią. Reyn wiedział, skąd ta wizja – Malta 

go szukała. Nie wykreowała żadnej scenerii ani fantastycznego krajobrazu. Położyła się, by o 

nim śnić. Myślała tylko o nim.

– Reynie! – zawołała znowu. – Gdzie jesteś? Potrzebuję cię.

Uspokoił się i zapadł głębiej w sen.

– Jestem tutaj – odparł cicho, nie chcąc dziewczynki przestraszyć.

Odwróciła się do niego.

– Ostatnim razem nie miałeś welonu – zaprotestowała.

Uśmiechnął się w duchu. Wybrał swój realistyczny obraz. Był skromnie ubrany, nosił 

welon   i   rękawiczki.   Podejrzewał,   że   Malta   rzeczywiście   tej   nocy   miała   na   sobie   nocną 

koszulę,   w   której   ją   widział.   Przypomniał   sobie   o   jej   młodym   wieku.   Zresztą   i   tak   nie 

potrafiłby jej wykorzystać. Dziewczynka chyba nie rozumiała potęgi puszki snów.

–   Ostatnim   razem   wniosłaś   do   naszego   snu   wiele   pomysłów.   Ja   również. 

Zmieszaliśmy je i czekaliśmy na dalszy bieg zdarzeń. Dziś wieczorem przynosimy tylko 

samych siebie. Możemy robić wszystko, co zechcemy. 

Podniósł ramię i przesunął nim przez ciemność. Krajobraz natychmiast się zmienił. 

Otoczył ich teraz widok z jego ulubionego gobelinu. Bezlistne gałęzie drzew oferowały krągłe 

background image

żółte owoce. Między drzewami  wiła  się  srebrna  ścieżka  prowadząca  do  odległej  fortecy. 

Ziemię pokrywała gruba warstwa mchu. Spośród jeżyn wypatrywał lis z zającem w pysku. Na 

pierwszym planie obejmowało się dwoje młodych. Byli zbyt wysocy jak na zwykłych ludzi, 

on miedzianowłosy, ona złotowłosa. Młodzian opierał się plecami o pień jednego z drzew. 

Reyn uważał dotąd, że para zastygła w czasie, lecz nagle kobieta westchnęła i przekrzywiła 

głowę w oczekiwaniu na pocałunek kochanka. Reyn uśmiechnął się do siebie. Ach, ta Malta, 

jakże szybko wcieliła się w rolę!

Ale czy w ogóle wiedziała, że narzuciła kobiecie z gobelinu ten ruch? Tak czy owak, 

oderwała oczy od kochanków, podeszła o krok bliżej do niego i obniżyła głos, jakby bała się 

spłoszyć zjawy.

– Reynie, potrzebuję twojej pomocy.

Dotąd sądził, że błaganie pochodziło od smoczycy.

– Co się stało?

Zerknęła na ożywioną parę. Mężczyzna powoli podnosił dłoń ku szyi kobiety. Malta 

ponownie spojrzała na Reyna.

– Wszystko co najgorsze. Piraci porwali nasz rodzinny żywostatek. Podobno kapitan 

Kennit morduje wszystkich członków załogi przejmowanych statków. Jeśli mój ojciec nadal 

żyje, chcielibyśmy go wykupić, ale brak nam funduszy. A gdy nasi wierzyciele odkryją, że 

straciliśmy „Vivacię”, nie pożyczą nam więcej pieniędzy. Prawdopodobnie zażądają szybszej 

spłaty dotychczasowych długów.

Powiodła spojrzeniem ku mężczyźnie i kobiecie. Ich miłosna gra stawała się coraz 

intymniejsza. Wyraźnie rozpraszała i podniecała dziewczynkę.

Gratulując sobie opanowania, Reyn ujął Maltę za rękę. Nie opierała się. Wybrał inną 

drogę przez las. Szli powoli przed siebie, coraz dalej od zakochanych.

– Czego ode mnie oczekujesz?

– Pocałuj mnie.

To nie były słowa Malty, po prostu natknęli się na inną parę, pod innym drzewem. 

Młody   mężczyzna   władczo   chwycił   kobietę   za   ramiona   i   popatrzył   w   jej   dumną   twarz. 

Kobieta   posłała   mu   lodowate,   pogardliwe   spojrzenie,   niemniej   ją   pocałował.   Reynowi 

zawrzała krew w żyłach, choć starał się nad sobą zapanować. Kobieta walczyła krótko, w 

końcu   otoczyła   ramionami   szyję   mężczyzny   i   przyciągnęła   go   do   siebie.   Reyn   umknął 

spojrzeniem w bok. Poszedł z Maltą dalej.

– A co mógłbyś zrobić? – spytała dziewczynka.

Zamyślił się. Nigdy nie słyszał, by we wspólnych snach dyskutowano na takie tematy.

background image

– Twoja matka powinna napisać do mojej matki. One powinny omówić tę sprawę, nie 

my.

Zastanowił   się   nad   reakcją   matki.   Przychodząc   do   niego   po   pomoc,   Malta 

najwyraźniej   zapomniała,   że   weksle   na   „Vivacię”   przejęli   Khuprusowie.   Nie   tylko   byli 

wierzycielami,   których   dziewczynka   się   obawiała,   ale   –   w   dodatku   –   jedynym 

zabezpieczeniem   ogromnego   długu  wobec   nich  stanowił   schwytany   przez   piratów   statek. 

Sytuacja   się   skomplikowała.   Magii   żywostatków   zazdrośnie   strzeżono,   toteż   podczas 

pierwszej transakcji nabywca musiał zagwarantować, że czarodrzewowy żaglowiec nigdy nie 

wpadnie   w   ręce   osoby   postronnej.   Kiedy   Reyn   przekonywał   matkę   do   wykupu   weksli 

Vestritów,   postanowiła,   że   dług   na   żywostatek   zostanie   umorzony   w   ramach   ślubnego 

prezentu.   W   końcu   odziedziczyłyby   go   jej   wnuki.   Utrata   statku   byłaby   ogromnym 

finansowych ciosem dla wszystkich. Matka na pewno przedsięweźmie jakieś działanie, lecz 

Reyn nie był pewny jakie. Nigdy dotąd nie wnikał w interesy rodziny. Wszystkim zarządzała 

matka, najstarszy brat i ojczym. Reyn był uczonym i oddawał się badaniom. Dokonywał w 

zasypanym mieście odkryć, które rodzina w umiejętny sposób zamieniała w gotówkę. Nie 

obchodziło   go,   co   dalej   się   dzieje   z   pieniędzmi,   i   teraz   się   zastanawiał,   czy   ma   coś   do 

powiedzenia w sprawie ich wydawania.

– Reynie, mówimy o moim ojcu! – oburzyła się Malta. – Nie mogę czekać, aż nasze 

matki się porozumieją. Jeśli mamy go uratować, musimy zacząć działać od razu.

Poczuł się bezsilny.

– Malto, nie mam dość władzy, by ci otwarcie pomóc. Jestem tylko młodszym synem, 

mam troje rodzeństwa.

Gniewnie tupnęła nóżką.

–   Nie   wierzę   ci.   Pomożesz   mi,   jeśli   choć   trochę   cię   obchodzę.   Mówi   niemal 

identycznie jak smoczyca, pomyślał z nagłym przerażeniem. 

Poniewczasie uprzytomnił sobie, że nie powinien umieszczać takiej myśli w puszce 

snów. Nagle ziemia zatrzęsła się pod ich stopami. Drugie, mocniejsze drżenie nastąpiło zaraz 

po pierwszym. Malta chwyciła się kurczowo drzewa.

– Co to było? – spytała.

–   Trzęsienie   ziemi   –   odrzekł   spokojnie.   W   Trehaugu   ziemia   drżała   często. 

Zawieszonemu na drzewach miastu nie mogło to wyrządzić wiele złego. Czyniło wszakże 

szkody w wykopach. Reyn zastanawiał się, czy do jego snu wtargnęło prawdziwe trzęsienie 

ziemi, czy może tylko je sobie wyobraził.

– Wiem, co to jest – odparła dziewczynka. – Całe Przeklęte Brzegi padają ich ofiarą. 

background image

Przestraszył mnie ten dźwięk.

– Jaki dźwięk?

– Skrobanie i drapanie. Nie słyszysz?

Reyn słyszał to przez cały czas. Na jawie i we śnie towarzyszył mu odgłos pazurów 

smoczycy, która usiłowała się wydobyć z grobowca.

–   Również   słyszysz   ten   dźwięk?   –   Był   zdumiony.   Nauczył   się   ignorować 

nieprzyjemne odgłosy. Zresztą wszyscy zgodnie twierdzili, że to tylko jego urojenia.

Zanim   zdołał   odpowiedzieć,   jego   otoczenie   zaczęło   się   zmieniać.   Kolory   lasu 

przybrały nagle nowe odcienie i nabrały jaskrawości. W ciepłym wietrze unosił się silny 

zapach   dojrzewających   owoców.   Mchy   pod   stopami   stały   się   bardziej   szorstkie,   ścieżka 

zaiskrzyła się w słońcu. Błękit nieba się pogłębił. Uniknęło wspomnienie gobelinu. Do wizji z 

puszki snów ktoś inny dodawał szczegóły. I chyba nie była to Malta.

Upewnił   się   w   swoich   podejrzeniach,   kiedy   na   horyzoncie   poczęły   się   zbierać 

burzowe chmury. Ze strachem popatrzył w górę. Potężny wiatr zrzucał z drzew dojrzałe 

owoce. Jeden rozpadł się u stóp dziewczynki, kupki nasion rozsypały się na wszystkie strony. 

Powietrze wypełnił mdły aromat rozlanego nektaru.

– Malto, powinniśmy się teraz rozstać. Poproś swoją matkę o...

Nad ich głowami błyskawica przecięła niebo. W tej samej chwili rozległ się grzmot. 

Reyn poczuł, że włosy stają mu dęba. Wiatr przynosił osobliwy zapach. Dziewczynka skuliła 

się, wicher szaleńczo smagał jej włosami i przyciskał koszulę nocną do ciała. 

Smoczyca krążyła  nad  drzewami. Potężne  uderzenia jej  skrzydeł  wzmagały wiatr. 

Nawet   przyćmione   chmurami   słońce   nie   mogło   się   równać   z   jej   blaskiem.   Mieniła   się 

wszystkimi barwami tęczy. Oczy miała miedziane.

– Ja  mam  odpowiednią władzę – zagrzmiała tubalnym  głosem. Gałąź pobliskiego 

drzewa   złamała   się   i   ciężko   spadła   na   ziemię.   –   Uwolnij   mnie,   a   wówczas   ci   pomogę. 

Obiecuję. – Poruszyła skrzydłami i wzniosła się w niebo. Jej długi ogon falował niczym 

papierowa serpentyna na wietrze.

Pierwsze   krople   ulewy   zrosiły   im   głowy.   Malta   schroniła   się   w   połach   płaszcza 

Reyna. Otoczył ją ramieniem. Nawet w cieniu krążącej smoczycy był świadom ciepła jej 

skóry pod wilgotną koszulą nocną. Dziewczynka zerkała na bestię spod jego płaszcza.

– Kim jesteś?! – krzyknęła. – Czego od nas chcesz?

Smoczyca odrzuciła głowę i ryknęła śmiechem. Potem zrobiła pętlę, przesunęła się 

obok nich i wzbiła wyżej.

– Kim jestem? Czy wyglądam tak dziwacznie, że trudno mnie rozpoznać? Na pewno 

background image

znasz moje imię. A czego chcę? Cóż... pragnę zawrzeć układ. Moja wolność w zamian za 

żywostatek, o którym wspomniałaś i – jeśli twój ojciec nadal przebywa na pokładzie – jego 

życie. Co na to powiesz? Prosta wymiana. Życie za życie.

Malta spojrzała na Reyna.

– Czy to stworzenie jest realne? I czy może nam pomóc?

Ciężko   uderzając   skrzydłami,   smoczyca   wznosiła   się   w   targane   burzą   niebo. 

Wydawała się coraz mniejsza. W końcu zalśniła jak gwiazda na ciemnoszarym nieboskłonie.

– Jest realna, ale nie może nam pomóc.

–   Dlaczego?   Jest   ogromna!   I   potrafi   latać!   Poleci   do   miejsca,   gdzie   piraci 

przetrzymują „Vivacię” i...

– No właśnie. I co? Zniszczy statek i pozabija piratów? Uważasz takie rozwiązanie za 

mądre? Zresztą... nie jest wolna i nie lata. Niestety. Jedynie we śnie ukazuje nam się w takiej 

postaci. Tak sobie wyobraża.

– Jak wygląda naprawdę?

Reyn uprzytomnił sobie, że ociera się o niebezpieczny temat.

– Tkwi uwięziona głęboko pod ziemią, skąd nikt nie może jej uwolnić. – Wziął Maltę 

pod ramię i pośpiesznie zszedł ścieżką, gdzie wyobraził sobie małą chatkę. Otworzył drzwi i 

dziewczynka wbiegła do środka. Niewielki kominek oświetlał izbę. Malta zebrała włosy w 

garść i wycisnęła z nich wodę. Krople deszczu połyskiwały na jej twarzy, w oczach tańczyło 

światło ognia.

– Jak to, jest uwięziona? – spytała. – Co trzeba zrobić, by ją uwolnić?

Postanowił odpowiedzieć szczerze.

– Dawno temu coś się stało. Nie jesteśmy pewni co... Całe miasto przysypała gruba 

warstwa ziemi. Od tego zdarzenia musiały minąć setki lat, ponieważ wzgórze nad miastem 

porastają   potężne   drzewa.   Smoczyca   przebywa   w   podziemnej   komnacie.   Nie   można   jej 

uwolnić.   –   Malta   ciągle   nie   wyglądała   na   przekonaną.   Potrząsnął   głową.   –   Nie   taki   sen 

chciałem z tobą dzielić.

– Nie można jej odkopać? Jak może żyć tak głęboko zagrzebana? – Dziewczynka 

patrzyła na niego zmrużonymi oczyma. – Skąd w ogóle wiesz, Reynie, że tam przebywa? Nie 

mówisz mi wszystkiego. Wyprostował plecy i podniósł głowę. Nie zamierzał ulec.

– Malto, jest wiele rzeczy, o których nie mogę ci opowiedzieć. I wiesz co? Ja bym cię 

nie prosił o zdradzanie sekretów Pierwszych Kupców z Miasta Wolnego Handlu. Musisz mi 

zaufać. Powiedziałem ci wszystko, na co pozwala mi honor. – Splótł ramiona na piersi.

Patrzyła   na   niego   długo,   potem   opuściła   oczy.   Wreszcie   odezwała   się   ściszonym 

background image

głosem:

–   Proszę,   nie   myśl   o   mnie   źle.   Nie   zdawałam   sobie   sprawy,   o   co   cię   proszę. 

Niecierpliwie czekam na czas, kiedy nie będzie między nami żadnych sekretów.

Podmuch wiatru wstrząsnął ścianami chaty.

– Uwolnij mnie! – Dziki krzyk bestii długo niósł się echem. – Uwolnij mnie!

Na dźwięk smoczego głosu. Malta otworzyła szeroko oczy. Druga fala wiatru uderzyła 

w   cnątę,   szarpiąc   okiennicami.   Nagle   dziewczynka   znalazła   się   w   ramionach   Reyna. 

Wyczuwał   jej   drżenie.   Gładził   jej   wilgotne   włosy.   Kiedy   odwróciła   twarz   ku   niemu, 

całkowicie zatonął w jej przepastnych oczach.

– To tylko sen – uspokajał. – Nikt ani nic nie może cię tutaj skrzywdzić, bo nic nie jest 

do końca realne.

– Ona wydaje mi się bardzo rzeczywista – wyszeptała. Na twarzy czuł jej ciepły 

oddech. 

Ostrożnie dotknął wargami jej ust. Nie broniła się przed pocałunkiem. Cienka warstwa 

szorstkiego   welonu   między   ich   ustami   była   prawie   przyjemna.   Malta   otoczyła   Reyna 

ramionami i przytuliła niezdarnie.

Słodycz pocałunku pozostała, choć potęga puszki snów już zbladła i Reyn zapadł w 

zwyczajny sen.

– Przyjdź do mnie. – Dotarły do niego jej nieśmiałe słowa. – Przyjdź do mnie podczas 

pełni księżyca.

– Nie mogę! – krzyknął. – Nie mogę, Malto, nie mogę! Obudził się, powtarzając to 

zdanie w poduszkę. Czy Malta go usłyszała? Zamknął oczy i spróbował wrócić do dzielonego 

z nią snu.

– Malto? Nie mogę do ciebie przyjść. Naprawdę nie mogę.

–   Mówisz   to   wszystkim   kobietom?   –   Smoczyca   zaśmiała   się   w   niegodziwym 

rozbawieniu. Słyszał, jak szpony walczą słabo z twardym niczym stal czarodrzewem. – Nie 

gryź się, Reynie. Ty nie możesz do niej pójść, aleja mogę. I pójdę.

5. UWIĘZIENIE

Jasny księżyc stal na niebie, a fala była wysoka, gdy Kennit zdecydował, że nadeszła 

pora dotrzymać danej chłopcu obietnicy. Sprawa wymagała kilku ostrożnych manewrów, lecz 

wszystko   było   przygotowane.   Opuścił   nogę   z   koi   i   usiadł,   krzywiąc   się   na   widok   Etty 

podnoszącej głowę z poduszek.

– Śpij dalej – rozkazał. – Jeśli będę czegoś od ciebie chciał, powiem.

background image

Nie obraziła się, wręcz przeciwnie – posłała mu czuły i senny uśmiech, po czym 

znowu zamknęła oczy. Pirata nieco zdziwił spokój, z jakim przyjmowała jego samodzielność.

Wreszcie zauważyła, że nie potrzebuje jej pomocy we wszystkim. Był już zmęczony 

wiecznym   usługiwaniem   podczas   tygodni   rekonwalescencji.   Wiele   razy   musiał   ją   skląć, 

zanim wreszcie się odczepiła i pozwoliła, by sam o siebie zadbał.

Sięgnął po drewnianą protezę. Pas skóry, który unieruchamiał kikut, ciągle obcierał 

mu ciało, lecz pirat powoli się do tego przyzwyczajał. Wciągnięcie spodni sprawiało mu 

jeszcze   sporą   trudność.   Zmarszczył   brwi.   Etta   będzie   musiała   zszyć   nogawkę   w   kilku 

miejscach.   Powie   jej   o   tym   później.   Z   paska   zwisała   pochwa   na   długi   sztylet.   Miecz 

stanowiłby   dowód   bezużytecznej   próżności   dla   mężczyzny,   który   musi   utrzymywać 

równowagę   na  jednej  nodze.  Kennit  wciągnął  wysoki  but,  potem  wziął  kulę.  Chwiał  się 

niepewnie, gdy zapinał koszulę. Przywdział kaftan, w końcu narzucił piękny czarny płaszcz z 

przedniej jakości sukna. Do kieszeni włożył czystą chusteczkę i parę innych rzeczy. Postawił 

kołnierz i sprawdził, czy mankiety są równe. W końcu mocno wetknął kulę pod pachę i 

wyszedł z kabiny.

Na zakotwiczonym żywostatku panował absolutny spokój. Odkąd Kennit zredukował 

załogę w Łupogrodzie, pokład wyglądał znacznie schludniej. Każdy marynarz znał swoje 

zadania. Większość ocalonych niewolników chętnie opuściła zatłoczoną łajbę. Wśród tych, 

którzy pragnęli zostać, kapitan dokonał ostrej selekcji. Odpadli kiepscy marynarze i ludzie 

zbyt opryskliwi. Niektórzy, mimo wielu tatuaży na twarzach, pozostali butni i bezczelni. Inni 

– zarówno mężczyźni, jak i kobiety – okazali się zbyt głupi i nie nauczyli się pracować. Pirat 

nie chciał mieć z nimi do czynienia. Ugiął się pod presją tuzina dawnych niewolników, ofiar 

wpływu Adara Sa i łaskawie zezwolił im pozostać na pokładzie. Było to jedyne ustępstwo 

Kennita   wobec   ich   pretensji   do   posiadania   własnego   statku.   Bez   wątpienia   ciągle   mieli 

nadzieję na więcej. Trzy osoby zatrzymał na pokładzie z osobistych powodów. Przydadzą mu 

się dzisiejszej nocy.

Znalazł Kostkę opartą o balustradę. Niedaleko od niej leżał Wintrow pogrążony w 

głębokim   śnie.   Chłopiec   wyglądał   na   wyczerpanego.   Pirat   pozwolił   sobie   na   nieznaczny 

uśmieszek.  Brig  dosłownie  potraktował  kapitańską  prośbę  i   przez  kilka  dni   Wintrow  był 

bardzo zajęty. Kostka odwróciła się z trwogą na odgłos drewnianej protezy stukającej o deski 

pokładu. Na szczęście nie bała się go już tak jak na początku. W parę dni po przejęciu statku 

przez pirata Etta zakazała uwolnionym mężczyznom wykorzystywać dziewczynę seksualnie. 

Kennit uważał, że wszystko jest w porządku, skoro Kostka wcale się im nie przeciwstawia, 

lecz jego kobieta upierała się, że dziewczyna nawet nie wie, jak odpierać męskie awanse. 

background image

Później   Wintrow   opowiedział   mu   historię   Kostki.   Pewnego   dnia   w   ładowni   dziewczyna 

dostała szału i pokaleczyła się, szarpiąc kajdany. Chłopiec twierdził, że gdy wchodziła na 

pokład „Vivacii”, była przy zdrowych zmysłach. Na całym statku nikt o niej nic nie wiedział, 

nikt  nawet   nie   znał   jej   imienia.   Od   chwili   ataku   szaleństwa   dziewczyna   kuśtykała.   Była 

bezużyteczna, ponieważ nie pracowała, a jadła jak wszyscy i zajmowała miejsce w kajucie, 

którą można by przydzielić silnemu mężczyźnie. Kennit chciał ją wysadzić w Łupogrodzie, 

lecz za dziewczyną  wstawili się Etta  i Wintrow. Kiedy jeszcze „Vivacia”  przemówiła w 

imieniu   Kostki,   kapitan   zaczął   się   wahać.   Teraz   jednak   nadszedł   czas   na   pozbycie   się 

próżniaczki.   Lepiej   jej   będzie   na   wyspie.   Piracki   statek   nie   jest   szkółką   dla   zbłąkanych 

duszyczek.

Kennit   machnięciem   ręki   kazał   dziewczynie   pójść   za   sobą.   Kostka   zrobiła   kilka 

niepewnych kroków.

– Co z nią zrobisz? – spytała cicho „Vivacia”.

– Nie zamierzam jej skrzywdzić. Znasz mnie już dość dobrze, więc nie masz chyba 

podejrzeń. – Zerknął ku Wintrowowi. – Nie obudźmy chłopaka – dodał dobrotliwym tonem.

Galion milczał przez długi czas.

– Wyczuwam, że wiesz, co robisz. I w  swoim mniemaniu postępujesz właściwie. 

Wolałabym jednak poznać szczegóły. – Gdy nie odpowiedział, dodała: – Ukrywasz przede 

mną swoje myśli i uczucia. Nie potrafię wejść do twojego serca. Masz przede mną sekrety.

– Tak. Ty przede mną również. W tej sprawie jednak musisz mi zaufać.

Galion znowu zamilkł. Kennit ruszył ku niemu. Gdy mijał Kostkę, lekko się skuliła.

– Witam, słodka pani mórz – pozdrowił „Vivacię”, jak gdyby odzywał się do niej po 

raz pierwszy tego dnia. Wyciągnął rękę, a „Vivacia” ogromnymi palcami dotknęła jego dłoni. 

– Odpowiedz mi na pewne pytanie. Co sądzisz o moich wyspach? Widziałaś ich już sporo.

– Są wyjątkowo piękne. Ciepła woda, zmienne mgły... Nawet ptaki, które gromadzą 

się tu tłumnie, wydają się inne niż większość morskiego ptactwa. Są bardziej kolorowe, a ich 

trele melodyjniejsze. Nie widziałam takiego upierzenia, odkąd wraz z kapitanem Vestritem 

zwiedzałam dalekie południowe kraje... – Zamilkła.

– Ciągle za nim tęsknisz, prawda? Jestem pewny, że był dobrym dowódcą i pokazał ci 

wiele   zdumiewających   miejsc.   Jeśli   jednak   mi   zaufasz,   pani,   zobaczymy   krainy   jeszcze 

bardziej egzotyczne i przeżyjemy jeszcze bardziej podniecające przygody. – Następne pytanie 

zadał z nutą zazdrości w głosie: – Tak dobrze go pamiętasz? Sądziłem, że za jego dowództwa 

nie byłaś jeszcze ożywiona.

– Pamiętam go, tak jak rankiem pamięta się przyjemny sen. Wspomnienia nie są ostre, 

background image

lecz przywodzi je na myśl zapach wody, obraz horyzontu lub smak morza. Są wyraźniejsze, 

gdy stoi przy mnie Wintrow. Jemu potrafię bez słów przekazać szczegóły.

– Rozumiem. – Kennit zmienił temat. – Po tych wodach nigdy nie pływałaś, prawda?

–   Nie.   Mój   kapitan   unikał   Wysp   Pirackich.   Mijaliśmy   je,   starając   się   utrzymać 

wschodni kurs. Ephron Vestrit stale powtarzał, że prościej jest unikać kłopotów, niż sobie z 

nimi później radzić.

–Hm...   –   Kennit   przyjrzał   się   „Marietcie”,   która   kołysała   się   na   kotwicy   obok 

„Vivacii”. Czasami tęsknił za Sorcorem. Dobrze byłoby go zabrać na nocne zadanie, które 

sobie wyznaczył. A jednak sekretu najlepiej dotrzymuje jeden człowiek. Przypomniał sobie 

nagle, po co przyszedł na pokład. – Nie sposób się z nim nie zgodzić. A zatem, pani, wiedz, 

że   zamierzam   dziś   wieczorem   zapobiec   pewnym   kłopotom.   Myśl   o   mnie   aż   do   mojego 

powrotu.

Wyczuł, że jest zaintrygowana, na szczęście nie pytała o nic. Odszedł. Kula i proteza 

stukały o pokład. Ruchem ręki nakazał Kostce pójść za sobą. Ruszyła powoli, kuśtykając. 

Dotarli do kapitańskiego gigu.

– Poczekaj tutaj, zabiorę cię na przejażdżkę – rozkazał dziewczynie. Popatrzyła na 

niego z niepokojem, lecz posłusznie usiadła na pokładzie.

Zostawił ją w ciemnościach i ruszył z powrotem. Mijając marynarza na kotwicznej 

wachcie, kiwnął mu głową. Majtek bez słowa odwzajemnił się ukłonem. Kapitan Kennit 

słynął z tego, że na swoim statku zawsze robił, co chciał. Często na przykład dokonywał 

obchodu – niezależnie od pory dnia czy nocy. Członkowie załogi wydawali się zadowoleni, 

że wznowił dawny zwyczaj. Wiedzieli, że wyzdrowiał, i ta świadomość ich uspokajała.

Nauczył się już poruszać niemal tak szybko jak dawniej. Przemierzał pokład dużymi 

krokami.   Zapominał   o   niewygodach.   Wintrow   twierdził,   że   po   pewnym   czasie   skóra   na 

kikucie stwardnieje. Kennit bardzo na to liczył, ponieważ czasami skórzany pasek ocierał się 

boleśnie o ciało, a pod koniec dnia posiniaczone ramię bolało od kuli.

Więcej wysiłku wymagało ciche przemieszczanie się po drewnianym pokładzie, lecz i 

tę sztukę Kennit opanował po kilku dniach. W końcu ustalił, gdzie każdej nocy sypia Adar Sa, 

i teraz ruszył w tamtym kierunku. Nawet w kapryśnym świetle z rzadka rozmieszczonych 

latarni trafił bez trudu. Podszedł do siedzącego kapłana. Przez chwilę tylko stał i patrzył na 

niego. Adar Sa nie spał.

– Jeśli chcesz zobaczyć, jak wymierzam sprawiedliwość Kyle'owi Havenowi – rzucił 

Kennit prawie szeptem – wstań i chodź ze mną. Tylko cicho.

Pewny swego, odwrócił się i odszedł. Miał dobry słuch, więc usłyszał, że kapłan wstał 

background image

i   podążył   za   nim.   Dobrze   go   zatem   ocenił.   Dzięki   narzuconej   przez   pirata   atmosferze 

tajemnicy   i   dyskrecji   Adar   Sa   zdecydował   się   pójść   sam,   bez   towarzyszy.   Kennit   minął 

śpiących na pokładzie ludzi, aż dotarł do dwóch innych osób, które wcześniej wybrał. Dedge 

spał, opiekuńczo otaczając ramieniem zwiniętą w kłębek Saylah. Pirat dwukrotnie trącił go 

kulą. Wskazał dziewczynę i kazał obojgu podążyć za sobą. Dedge – posłuszny niczym wierny 

pies – obudził Saylah szturchnięciem. Oboje milcząco wstali i ruszyli za kapitanem.

Grupka lawirowała wśród śpiących marynarzy. Ci, którzy otworzyli oczy, mieli dość 

rozumu, by o nic nie pytać. Kennit poprowadził całą czwórkę na rufę. Zatrzymał się przy 

kajucie zajmowanej przez Kyle'a Havena i kiwnął głową ku mapnikom. W mig go zrozumieli. 

Dedge   bezceremonialnie   otworzył   drzwi   i   weszli.   Poprzedni   kapitan   „Vivacii”   wstał   z 

nieporządnej koi. Włosy zwisały mu niechlujnie na ramiona, w powietrzu unosił się smród 

niemytego ciała i moczu, kojarzący się z ładownią pełną niewolników. Kennit z niesmakiem 

zmarszczył nos i rzekł łagodnie:

– Chodź z nami, kapitanie Haven.

Więzień spostrzegł, że Adar Sa uśmiecha się z mściwym okrucieństwem.

– Zamierzasz mnie zabić? – spytał Kennita chrapliwie.

– Nie. – Pirat odwrócił się do mapników. – Dopilnujcie, żeby za nami poszedł. I ma 

być cisza. – Odszedł, nie patrząc za siebie.

– Nie zamierzasz obudzić innych? – spytał Adar Sa. – Wszyscy pragnęliby oglądać 

takie widowisko!

– Powiedziałem chyba, że ma być cisza – mruknął Kennit.

–Ale...

Pirat błyskawicznie przeniósł ciężar na zdrową nogę, oparł się ręką o ścianę i mocno 

smagnął kulą. Celował w uda. Adar Sa aż się zatoczył pod ciosem, z bólu otworzył usta, lecz 

bał się krzyknąć. Kennit poszedł dalej. Gdyby zejściówka była szersza, uderzenie zapewne 

dałoby większy efekt. Przemierzał pokład, nadal się nad tym zastanawiając. Tak, tak, musi 

poćwiczyć zamach.

Zatrzymał się przy kapitańskim gigu. Z stwierdził, że Haven zachowuje milczenie, 

mimo iż nikt nie zakneblował mu ust ani nie zdzielił go pałką. Najwyraźniej uwierzył we 

władzę Kennita. A może po prostu uznał, że krzyk nic mu nie pomoże.

Kostka wstała na widok zbliżających się mężczyzn. Pirat spojrzał na mapników.

– Przynieście kufer. Wiecie który. I spuśćcie łódź na wodę. Wypełniali rozkazy w 

milczeniu. Nie zadawali pytań, nie byli aż tak głupi.

Kapitan   płynął   na   dziobie   łodzi,   Kostka   siedziała   na   rufie,   blisko   kufra,   mapnicy 

background image

chwycili jeden zestaw wioseł, kapłan i Haven – drugi. Pirat wskazywał drogę. Od czasu do 

czasu nakazywał zmianę kursu. Kierował gig między dwie małe wysepki, od zawietrznej 

minął trzecią. Gdy tylko stali się niewidoczni z obu statków, wskazał czwartą wyspę. Właśnie 

ta była ich celem.

Nazywała   się   Dziurka   Od   Klucza.   Kennit   nie   pozwolił   mapnikom   wylądować   na 

plaży,   lecz   kazał   powiosłować   dalej,   do   wlotu   zatoki.   Świetnie   znał   to   miejsce.   Wyspa 

składała   się   z   szeregu   porośniętych   lasem   klifów,   które   tworzyły   kształt   podkowy.   W 

wewnętrznej zatoce znajdowały się kolejne dwie wysepki – duża i mniejsza. Niebo zaczynało 

szarzeć, kiedy pirat bez słowa skierował wioślarzy ku wybrzeżu większej z wysp.

Z   pozoru   wyglądała   zwyczajnie.   Była   porośnięta   karłowatymi   drzewami.   Kennit 

wiedział,   że   po   jej   drugiej   stronie   czeka   dobre   i   głębokie   kotwicowisko,   jednak   dzisiaj 

zupełnie mu wystarczała skalista plaża. Dał znak mapnikom, by odłożyli wiosła. Rozsiadł się 

w łodzi niczym król, gdy pozostali weszli do wody i wyciągnęli gig na brzeg. Zgodnie z 

przewidywaniami Haven skorzystał z okazji i rzucił się do ucieczki.

– Zatrzymać go – rozkazał pirat.

Ojciec Wintrowa  upadł,  trafiony kamieniem  w  głowę.  Zanim zdołał  się  podnieść, 

dopadł go Adar Sa, chwycił za gardło i rąbnął jego głową o skały. Pirat się zdenerwował.

– Zwiążcie kapitanowi ręce za plecami i przyprowadźcie go do mnie. Niech kapłan nie 

zrobi   mu   krzywdy!   –   rozkazał   mapnikom,   do   Kostki   zaś   powiedział:   –   Będziesz   mi 

towarzyszyć. Pomożesz mi jednak dopiero wtedy, gdy cię o to poproszę.

Podczas gdy mapnicy odciągali kapłana na bok i krępowali byłego kapitana „Vivacii”, 

Kennit   wygramolił   się   z   gigu.   Kamienista   plaża   była   dużo   bardziej   zdradliwa   dla   jego 

drewnianej protezy i kuli niż gładki pokład „Vivacii”. Przejście całej drogi mogło się okazać 

trudniejsze, niż przypuszczał. Zacisnął zęby i ruszył niezdarnym, żółwim krokiem.

– No co jest? Za mną! – warknął na pozostałych. – Weźcie kufer.

Bez trudu odnalazł starą dróżkę, choć już dość gęsto zarosła. Prawdopodobnie służyła 

teraz jedynie świniom i kozom. Niewielu ludzi kiedykolwiek wylądowało na tej plaży, a od 

ostatniej wizyty Kennita minęło wiele lat. Kostka szła tuż za nim, potem kapłan, który wraz z 

Saylah   niósł   kufer.   Za   nimi   Dedge   prowadził   Havena.   Więzień   głośno   protestował,   lecz 

Kennita  już  nie obchodziły  jego krzyki. Teraz  niewolnicy mogli  do woli  znęcać  się  nad 

Havenem, byle tylko nie wyrządzili mu poważnej krzywdy. Był pewny, że jego ludzie to 

rozumieją.

Przez   krótki   odcinek   szlak   prowadził   łagodnie   w   górę,   potem   zaczął   opadać   do 

wnętrza wyspy. Pirat zatrzymał się na skraju lasu. Zobaczył kozę pasącą się na łące. Niewiele 

background image

się tutaj zmieniło. Na zachodzie dostrzegł wąskie pasemko dymu wznoszącego się do nieba. 

No cóż... Może w ogóle nic się nie zmieniło. Ruszył w kierunku dymu.

Przeklęta kula! Trzeba będzie ją obić dodatkową warstwą miękkiego materiału, bo 

pod pachą  paliło go  żywym  ogniem.  Rzemień  protezy powinien też  lepiej  amortyzować. 

Kennit zacisnął zęby. Po plecach ściekały mu strużki potu. Wreszcie pokonał szerokość łąki i 

mógł przystanąć.

Zdumiony Dedge zaklął, jego kobieta zaczęła mamrotać modlitwę.

Przed   nimi   rozciągał   się   zadbany   ogród.   Równe   grządki   świadczyły   o   starannej 

uprawie. W zagrodzie kurczęta gdakały i grzebały w ziemi. Skądś dobiegał ryk krowy. Za 

ogrodem stało sześć krytych strzechą chat, niegdyś identycznych niczym groszki w strąku. 

Teraz pięć było w rozsypce. Tylko jedna się zachowała i dym wznosił się z jej komina. Za 

chatami widać było górne piętro i pokryty gontami dach większego domu. Kiedyś całość 

wyglądała   na   małą,   lecz   kwitnącą   posiadłość.   Zaprojektował   ją   troskliwie,   z   precyzją   i 

miłością   ojciec   Kennita.   Dla   żony   i   syna.   Pirat   wychował   się   tu,   w   tym   schludnym, 

uporządkowanym światku. Później jednak odkrył je Igrot Straszliwy i wszystko się zmieniło.

Pirat   przyglądał   się   osadzie   bez   słowa.   Poczuł   w   sobie   dreszcz   wzruszenia,   lecz 

stłumił je, nim zauważyli to inni. Odetchnął głęboko.

– Matko! – zawołał. – Matko, przybyłem do domu!

Przez dłuższy czas nic się nie działo. Wreszcie uchyliły się drzwi i wyjrzała z nich 

siwowłosa kobieta. Zmrużyła oczy przed wschodzącym słońcem i rozejrzała się po podwórku. 

W   końcu   dostrzegła   przybyszy   po   drugiej   stronie   ogrodu,   podniosła   rękę,   złapała   się 

kurczowo za szyję i w milczeniu patrzyła szeroko otwartymi oczyma. Wreszcie wykonała 

dłonią znak, który miał zapewne na celu odgonić złe duchy. Kennit ruszył ku niej przez 

ogród. Kula i proteza nieprzyjemnie wbijały się w skiby miękkiej ziemi.

– To ja, matko. Kennit, twój syn.

Jak zawsze, tak i teraz jej ostrożność go drażniła. Przeszedł już pół drogi przez ogród, 

zanim w ogóle ruszyła się z progu. Zauważył z niechęcią, że była boso. W bawełnianej tunice 

i szerokich spodniach wyglądała jak chłopka. Jej spięte włosy miały barwę spalonego na 

popiół drewna. Nigdy nie była smukła, lecz przez ostatnie lata sporo przytyła. Gdy w końcu 

rozpoznała syna, pospieszyła ku niemu truchtem. Musiał ścierpieć jej upokarzający gąbczasty 

uścisk. Płakała rzewnymi łzami. Stale wskazywała kikut, wydając smutne, pytające pomruki.

– Tak, tak, wszystko w porządku. Jestem już zdrowy. – Chwycił matkę za ręce i 

odsunął od siebie. – Wyzdrowiałem!

Obcięto   jej   język   wiele   lat   temu.   Kennit   w   żaden   sposób   nie   był   temu   winien   i 

background image

szczerze matce współczuł, lecz teraz nawet rad był, że matka nie może jak dawniej paplać bez 

końca.

– Nie mogę zostać długo, ale przywiozłem ci sporo prezentów. Pierwsze dary są w 

kufrze. Nasiona kwiatów, które powinny ci się spodobać, przyprawy kuchenne, nieco tkanin i 

gobelinów. Trochę tego, trochę owego.

Weszli do chatki. Wnętrze było nieskazitelnie czyste. Na stole leżały wygładzone 

deszczułki z białej sosny, obok nich pędzle i farby. Więc matka nadal malowała. Wczorajsze 

dzieło   ciągle   spoczywało   na   stole,   realistycznie   namalowane   polne   kwiaty.   Na   palenisku 

wrzał   imbryk   z   wodą.   Za   drzwiami   prowadzącymi   do   pokoju   Kennit   dostrzegł   starannie 

posłane łóżko. Zawsze lubiła prostotę. A ojciec kochał bogactwo i różnorodność. Doskonale 

się uzupełniali.

Teraz matka była zupełnie sama. Myśl ta nagle poruszyła pirata. Ujął Kostkę pod 

ramię i pchnął lekko do przodu.

– Często o tobie myślałem, matko. Ona nazywa się Kostka. Będzie twoją służącą. Nie 

jest   zbyt   bystra,   lecz   wygląda   mi   na   schludną   i   chętną   do   pracy.   Jeśli   nie   będzie   ci 

odpowiadać, wrócę i ją zabiję.

– W oczach matki zauważył przerażenie. Kaleka dziewczyna skuliła się i  zaczęła 

błagać o litość. – Służ jej dobrze, a wszyscy będziemy zadowoleni – dodał niemal łagodnym 

tonem. Zapragnął się znaleźć z powrotem na pokładzie swego statku. Tam jego zadania były 

znacznie łatwiejsze. Dał znak więźniowi. – A to jest kapitan Haven. Przywitaj się z nim, 

matko, i od razu pożegnaj na dobre. Zostanie na wyspie, ale nie będzie ci wchodził w drogę. 

Zamknę go w starej piwniczce winnej pod dużym domem. Kostko, niech mu nie będzie za 

dobrze. Zapominaj go czasem nakarmić i napoić, rozumiesz? Przypomnij sobie, jak często 

głodowałaś,   gdy   byłaś   niewolnicą   na   jego   statku.   Taka   pokuta   wydaje   mi   się   całkiem 

uczciwa. – Czekał na reakcję, lecz nikt się nie odezwał. Matka miętosiła materiał bluzki. 

Wyglądała na strapioną. Sądził, że rozumie jej dylemat. – Obiecałem komuś, iż ten człowiek 

będzie   tu   bezpieczny.   Przykuję   go   łańcuchami   do   ściany,   a   ty   po   prostu   co   jakiś   czas 

przypomnij dziewczynie o jedzeniu dla niego, dobrze?

Matka bełkotała coś nieskładnie. Pokiwał głową na zgodę.

– Wiedziałem, że się ze mną zgodzisz. Hm... Chyba o czymś zapomniałem...

Zerknął na towarzyszy.

– Ach tak, popatrz tylko, matko. Przywiozłem ci także kapłana! Wiem, jak ich lubisz. 

– Wbił wzrok w Adara Sa. – Moja matka jest bardzo pobożna. Pomódl się za nią. Albo ją 

pobłogosław.

background image

Kapłan z zaskoczenia szeroko otworzył oczy.

– Straciłeś rozum, kapitanie!

–   Być   może.   Chociaż...   dlaczego   ludzie   nazywają   szaleńcem   kogoś,   kto   pragnie 

zadbać o ich przyszłość? – Machnął ręką Adarowi Sa przed nosem. – Ta para natomiast 

zamieszka obok ciebie, matko. Kobieta jest podobno w ciąży. Na pewno cię ucieszą zabawy z 

dzieckiem. Oboje potrafią ciężko pracować. Mam nadzieję, że podczas moich następnych 

odwiedzin osada będzie się prezentowała lepiej. Może znowu zamieszkasz w dużym domu?

 Stara kobieta potrząsnęła głową tak gwałtownie, że siwe włosy wymknęły się z koka. 

W jej oczy wrócił strach, rozdziawiła usta. Kennit odwrócił wzrok.

– No cóż, chatka też wygląda na całkiem wygodną – zauważył szybko. – Pewnie ci w 

niej lepiej. Nie powinnaś jednak pozwolić dużemu domowi popaść w ruinę. – Popatrzył na 

parę   mapników.   –   Możecie   sobie   wybrać   którąś   z   chat.   Tak   samo   kapłan.   Pod   żadnym 

pozorem nie dopuszczajcie go do kapitana. Obiecałem Wintrowowi, że ojciec pozostanie 

bezpieczny i żywy.

Kyle Haven odezwał się po raz pierwszy od opuszczenia łodzi:

–   To   sprawka   Wintrowa?!   Mój   syn   mi   to   zrobił?!   –   Dławiła   go   wściekłość.   W 

błękitnych oczach pojawił się ból i nienawiść. – Wiedziałem! Od początku go podejrzewałem. 

Cóż za perfidna żmija! Cóż za kundel!

Pirat jednym szybkim ruchem uderzył go na odlew w twarz. Haven zatoczył się i 

zrobił chwiejny krok w tył.

–   Denerwujesz   moją   matkę   –   zauważył   kapitan   chłodno.   –   Pora   cię   zamknąć. 

Chodźmy zatem. Wy dwoje – zwrócił się do mapników – wyprowadźcie go. A ty, Kostko, 

przygotuj trochę jedzenia. Matko, pokaż jej, gdzie są zapasy. Adarze Sa, zostań tutaj. Pomódl 

się albo... zresztą rób, co każe ci moja matka.

Mapnicy wypchnęli Havena na dwór. Kiedy Kennit wychodził, kapłan odzyskał głos:

– Nie masz prawa mi rozkazywać. Nie zrobisz ze mnie niewolnika. Kennit zerknął na 

niego przez ramię i posłał mu nieznaczny uśmieszek.

– Może i nie. Ale mogę cię zabić. Wolałbyś? – Wyszedł, nie patrząc więcej na Adara 

Sa.

Przed chatą stał Haven podtrzymywany przez dwoje muskularnych mapników. Na 

jego twarzy niedowierzanie walczyło z rozpaczą.

– Nie możesz mi tego zrobić! Nie możesz mnie tu zostawić!

Kennit bez słowa potrząsnął głową. Był już zmęczony ludźmi, którzy usiłowali go 

przekonać, że nie potrafi decydować o ich życiu... Dostrzegł, że pokryta kamykami ścieżka 

background image

mocno zarosła, na klombach krzewiły się wysokie chwasty. Wskazał je mapnikom.

– Czeka was tutaj sporo roboty. Pewnie się nie znacie na ogrodnictwie, więc poproście 

moją matkę o wskazówki. – Nie rozglądał się, gdy podchodzili do frontowych drzwi domu. 

Nie   było   sensu   rozpamiętywać   przeszłości.   Pnącza   już   dawno   temu   przysłoniły   spalone 

altanki. I niech tak zostanie!

Podczas napaści przed laty ucierpiał także sam dom. Na drewnianych ścianach Kennit 

dostrzegł   wyraźne   oznaki   płomieni.   Doskonale   pamiętał   tamtą   noc   ognia   i   krzyków. 

Napastnikami byli ludzie, których uważał za przyjaciół. Igrot folgował sobie, urządzając tutaj 

orgię   okrucieństwa.   Wspomnienia   tej   nocy   zawsze   już   będą   się   Kennitowi   kojarzyć   z 

zapachem spalenizny i krwi.

Wspiął się na schody. Frontowe drzwi nie były zamknięte. Nigdy nie używano tu 

kluczy. Pchnął drzwi i wszedł. Na chwilę przypomniał sobie, jak to pomieszczenie wyglądało 

dawniej.   W   dzieciństwie   uważał   ten   miszmasz   gobelinów,   dywaników   i   rzeźb   za   szczyt 

luksusu   i   bogactwa.   Wraz   z   ojcem   stale   podziwiali   zbiory,   które   teraz   wydały   mu   się 

zbieraniną śmieci i błyskotek.

„Będziesz żył jak król, chłopcze – mówił mu ojciec. – Nie, nie, nawet lepiej: będziesz 

królem. Królem Kennitem! Zobacz, jaki piękny pierścień! Królewski pierścień! Jesteś królem 

Kennitem!”. Podnosił chłopca wysoko w górę, brykał pijackim krokiem po pokoju. Też coś, 

król Kennit!

Pirat zmrużył  oczy. Dostrzegł  brudne ściany i  gołą podłogę. Budowla, którą  jego 

ojciec nazywał arystokratyczną rezydencją, była zwykłym domem na plantacji. Kennit wiele 

razy zastanawiał się, czy go odnowić. W pokojach na górze leżało mnóstwo wspaniałych 

dzieł   sztuki   i   mebli,   toteż   z   łatwością   zmieniłby   dawny   krzykliwy   i   pozbawiony   gustu 

wielkopański   styl   domu.   Długo   i   pieczołowicie   gromadził   tę   kolekcję,   zwożąc   tu   swoje 

skarby małymi partiami i w wielkiej tajemnicy. Nie ich jednak pragnął najbardziej. Jakiś 

dziwny   imperatyw   nakazywał   mu   odzyskanie   wszystkich   łupów   Igrota.   Te   malowidła, 

gobeliny, dywany, fotele i świeczniki... Któregoś dnia, gdy nadejdzie właściwa pora, odszuka 

je, sprowadzi z powrotem, odbuduje dom, po czym umebluje go jak dawniej. Już nawet nie 

pamiętał, ileż razy to sobie obiecywał, teraz jednak zbliżał się czas, w którym będzie mógł 

dotrzymać złożonego sobie przyrzeczenia. Dzięki „Vivacii” popłynie na zakazane dotychczas 

wody i odszuka skarb – setki cennych przedmiotów, które Igrot skradł różnym ludziom...

Wykrzywił   usta   w   bezlitosnym   uśmieszku.   Rzeczywiście!   Będzie   królem,   królem 

Kennitem. 

Matka nie pragnęła dla siebie żadnych dóbr. Kiedy był małym dzieckiem, wspinał jej 

background image

się często na kolana, obejmował mocno za szyję i szeptał w ucho plany zemsty. Uciszała go 

rozpaczliwie i ze strachem. Nawet nie ważyła się marzyć o zemście. Teraz już nie chciała 

luksusów i bogactw, wierzyła bowiem, że proste życie zapewni jej bezpieczeństwo, ochroni 

przed złem. Piracki kapitan wiedział, że się myliła. Żaden człowiek nigdy nie posiada tak 

niewiele, żeby ktoś drugi mu czegoś nie zazdrościł. Ubóstwo i prostota nie broniły przed 

chciwością innych. Jeśli nie posiadasz niczego, co można by ukraść, niegodziwcy skradną 

ciebie, zmienią cię w niewolnika.

Mimo głębokiej zadumy pirat nie zatrzymał się ani nie zawahał. W kuchni otworzył 

ciężkie drzwi i zszedł do piwnicy. Nie miała okien, a jednak nie zdecydował się zapalić 

pochodni. Nie zamierzał przebywać na dole długo. Niezależnie od pory roku pomieszczenie 

było tak samo chłodne, stanowiąc idealną piwniczkę na wino. Kilka zardzewiałych łańcuchów 

pozostało z czasów, gdy Igrot używał tego pomieszczenia jako lochu i sali tortur.

–   Przykuć   go   łańcuchami   –   rozkazał   pirat   mapnikom.   –   W   tylnej   ścianie   zostały 

jeszcze   metalowe   obręcze.   Przytwierdźcie   łańcuchy   do   jednej   z   nich.   Inaczej   nasz   drogi 

kapitan Haven mógłby wystraszyć Kostkę, gdy dziewczyna przyjdzie z jedzeniem i wodą. O 

ile Kostka o nim nie zapomni...

– Na razie to ty starasz się mnie przerazić. – Haven ledwo nad sobą panował. – Czego 

chcesz   ode   mnie?   Może   zwyczajnie   mi   powiesz   i   zakończymy   tę   bzdurną   zabawę.   Bez 

względu na to, co ci o mnie naopowiadał mój syn, wiedz, że jestem człowiekiem rozsądnym. 

Gotowym   na   pertraktacje.   Nawet   gdybyś   zdecydował   się   zatrzymać   statek   i   chłopaka, 

mógłbyś dostać za mnie niezły okup. Myślałeś o tym? Żywy jestem dla ciebie wart dużo 

więcej niż martwy. Zastanów się. Nie sposób chyba nazwać mnie skąpcem. Szczególnie w tej 

sytuacji.

Kennit uśmiechnął się szyderczo.

– Mój drogi kapitanie, nie całe nasze życie obraca się wokół zysku. Czasami chcemy 

sobie po prostu zapewnić wygodę. Twój pobyt na tej wyspie jest dla mnie po prostu wygodny.

Kyle walczył dziko w czasie zakładania kajdanów, ale bardzo osłabł podczas niewoli 

w kajucie. Mapnicy radzili sobie z nim jak z krnąbrnym pięciolatkiem. Zamek kajdan był 

stary, niemniej wiszące na kółku przy kuchennych drzwiach klucze zdołały go zamknąć.

Kennit   trafnie   przewidział   moment   załamania   więźnia.   Podejrzewał,   że   Havena 

przerazi dopiero cichy odgłos przekręcanego zamka w kajdanach. I rzeczywiście. W chwilę 

później   więzień   zaczął   przeklinać,   przysięgać   zemstę   i   gniew   tuzina   bogów.   Drzwi   do 

piwnicy były ciężkie i dobrze dopasowane. Gdy się zamknęły, prawie całkowicie stłumiły 

dochodzące ze środka wrzaski.

background image

Kennit odwiesił klucze na miejsce.

–   Koniecznie   pokażcie   Kostce   drogę   tutaj.   Chcę   zachować   Havena   przy   życiu. 

Rozumiecie?

Saylah i Dedge skinęli głowami. Pirat uśmiechnął się, bardzo z siebie zadowolony. 

Wiedział, że tym dwojgu będzie tu dobrze. Na Wyspie Kluczowej będą mieli własną chatkę, 

sporo jedzenia, spokój i doskonałe warunki do wychowania dziecka. Pomyślał, że w pewnym 

sensie sobie ich kupił. Dziwne, że ludzie tak gwałtownie się buntują przeciwko niewolnictwu, 

po czym sprzedają się za szansę na proste życie.

Odezwał się do nich przez ramię:

– Moja matka oprowadzi was po całej wyspie. Żyje tu sporo świń, są także kozy. 

Korzystajcie ze wszystkiego, co jest wam potrzebne. W zamian proszę tylko o dwie rzeczy: 

spełniajcie każde polecenie mojej matki i nie dopuście do ucieczki kapłana. Niech rozwesela 

moją matkę. W razie oporu zamknijcie go w piwniczce razem z kapitanem. – Dotarli już pod 

drzwi chatki. Tu Kennit zatrzymał się i odwrócił do mapników. – Czy o czymś zapomniałem? 

– spytał ich. – A może czegoś nie zrozumieliście? – Wszystko jest jasne – odrzekła szybko 

Saylah. – Dotrzymamy umowy, kapitanie, i nie popełnimy żadnych błędów. – Położyła rękę 

na brzuchu, jak gdyby zobowiązywała się raczej przed swoim dzieckiem niż przed piratem.

Kennit pokiwał głową zadowolony. Jednym posunięciem pozbył się ze statku Adara 

Sa  i  Kyle'a  Havena.  Wybrał  rozwiązanie  najlepsze  z   możliwych.  Mógł   oczywiście  zabić 

Adara   Sa,   jednak   zamordowanie   kapłana   przynosi   pecha.   A   za   Kyle'a   Havena   może 

zdecyduje się kiedyś wziąć okup...

Wszedł   do   chaty.   Matka   nad   otwartym   kufrem   co   chwila   wydawała   bełkotliwe 

okrzyki zachwytu lub osobliwe pomruki. Już zawiesiła na uszach turkusowe kolczyki od 

syna. Kapłan stał w rogu; dłonie złożył na piersiach, choć wcale nie wyglądał na pogrążonego 

w modlitwie. Kostka niosła tacę ze świeżym płaskim chlebem. Na stole stała już misa dżemu 

jagodowego i osełka żółtego masła. Z pękniętej pokrywki dzbanka parowała ziołowa herbata. 

Filiżanki były nie od kompletu, niektóre wyszczerbione. Przez moment pirat czuł irytację. 

Choć wiedział, że przywiezieni przez niego ludzie nigdy nie opuszczą wyspy, zmartwiło go, 

że są świadkami nędznych warunków, w jakich żyje jego matka. Kiedy zostanie królem, 

plotki mogą mu zaszkodzić.

– Następnym razem przywiozę ci prawdziwy serwis do herbaty, matko – oznajmił. – 

Wiem, że lubisz te stare skorupy, ale doprawdy...

Zawiesił głos i wziął kawałek jeszcze ciepłego chleba. Matka wymamrotała coś, po 

czym nalała mu filiżankę herbaty i podsunęła jedyne krzesło. Usiadł z wdzięcznością, gdyż 

background image

główka kuli coraz boleśniej wbijała mu się pod ramię. Posmarował chleb masłem i nałożył 

sobie łyżeczkę dżemu. Pierwszy kęs przywołał falę czułych wspomnień. Skromny posiłek, jak 

zwykle   bardzo   smaczny,   był   niczym   upiór,   należał   bowiem   do   świata   małego   chłopca, 

któremu   pobłażano,   którego   rozpieszczano   i   stale   zapewniano   o   bezpieczeństwie.   Prawie 

trzydzieści pięć lat temu zapewnienia okazały się fałszem. Dziwne, że słodycz jagodowego 

dżemu nagle się zmieniła w najpaskudniejszą gorycz. Kennit dokończył kromkę, potem zjadł 

jeszcze trzy, odczuwając równocześnie przyjemność i smutek.

Pozostali również jedli – posłuszni gestom matki Kennita, stanęli wokół stołu. Tylko 

kapłan odmówił wyniośle. Pirat zupełnie go zlekceważył. Uważał, że głód szybko uleczy 

Adara   Sa   z   humorów.   Rozejrzał   się   po   izbie.   Miła,   domowa   atmosfera.   Matka   nadal 

mamrotała,   osobliwie   modulując   głos.   Mapnik   reagował   na   jej   gesty   i   chrząknięcia 

uśmiechami,   rzadziej   słowami.   Niemota   kobiety   była   wyraźnie   zaraźliwa.   Kostka,   nie 

czekając na polecenie, ochoczo chwyciła szczotkę i zmiotła popiół do paleniska. Sińce pod jej 

oczyma powoli znikały. Kennit miał nadzieję, że dziewczyna będzie uległą służącą dla matki.

Skończył herbatę i wstał.

– No dobrze, muszę wracać. Matko, nie zaczynaj znowu. Wiesz, że nie mogę zostać. 

Chwyciła go za rękaw. Błagalne spojrzenie w jej oczach było bardzo wymowne, lecz 

Kennit udał, że go nie rozumie.

– Nie zapomnę o filiżankach, obiecuję ci. Przywiozę je następnym razem. Tak, tak, 

pamiętam,   będą   przyozdobione   ładnymi   malunkami.   Wiem,   co   lubisz.   Pamiętaj,   Kostko, 

sprawuj   się   dobrze.   Dedge,   życzę   wam   zdrowego,   tłuściutkiego   dziecka.   Gdy   przyjadę, 

pewnie już drugie będzie w drodze, co? – Mówiąc to, poczuł się jak patriarcha. Przyszło mu 

do   głowy,   że   za   jakiś   czas   może   przywieźć   na   wyspę   więcej   osadników.   Niech   tu 

zamieszkają. Wyspa Kluczowa stanie się jego sekretnym królestwem.

Matka   ukryła   twarz   w   dłoniach   i   zaczęła   płakać.   Zawsze   płakała.   Ileż   już   razy 

przekonała się, że łzy nie rozwiązują żadnych problemów? Poklepał ją delikatnie po plecach i 

skierował się do drzwi.

– Nie zostanę tutaj – oznajmił kapłan.

– Czyżby? – spytał Kennit wesoło.

– Nie, wracam na statek z tobą, kapitanie.

Pirat udał, że się zastanawia.

– Jaka szkoda. Jestem pewny, że matka bardzo by się cieszyła z twojego pobytu. Może 

jeszcze przemyślisz swoją decyzję?

Adar   Sa   był   wyraźnie   poruszony   uprzejmością   kapitana.   Rozejrzał   się   dokoła. 

background image

Staruszka nadal płakała. Kostka podeszła i ostrożnie pogłaskała ją po dłoni. Dedge i Saylah 

patrzyli   na   pirata   gotowi   do   spełniania   rozkazów   niczym   dobrze   wytresowane   psy 

myśliwskie. Kapitan uspokajająco machnął ręką.

– Nie, nie zostanę – rzekł kapłan. – To nie miejsce dla mnie.

Pirat lekko westchnął.

– Żywiłem nadzieję, że się zgodzisz. No cóż, jeśli nie zostajesz, przynajmniej zrób coś 

dla mojej matki przed odjazdem. Pobłogosław dom i krowę.

Adar Sa spojrzał na niego zaskoczony.

– Dobrze, zrobię to – odparł z wahaniem.

– Nie spiesz się. Ostatnio nie chodzę zbyt szybko. Poczekam na ciebie na plaży. – 

Kennit wzruszył ramionami. – Będziesz wiosłował.

Kapłan   rozważał   swoje   szansę.   Doskonale   wiedział,   że   pirat   nie   jest   w   stanie   go 

prześcignąć. Zapewne nie popłynie gigiem sam. W końcu niechętnie skinął głową.

– Dogonię cię, kapitanie, natychmiast gdy pobłogosławię dom i ogród.

– Cóż za łaskawość z twojej strony. Poczekam na ciebie na plaży – powtórzył Kennit. 

– Żegnaj, matko. Nie zapomnę o filiżankach.

– Kapitanie? – Saylah odważyła się spytać cicho. – Potrzebujesz naszej pomocy w 

zepchnięciu łodzi? – Posłała piratowi spojrzenie z ukosa. Jej propozycja była zupełnie jasna.

– Nie, nie, dziękuję ci. Jestem pewien, że we dwóch z kapłanem sobie poradzimy. 

Zostańcie tutaj. Zacznijcie zwiedzać swój nowy dom. Do zobaczenia.

Wetknął kulę mocniej pod ramię i zaczął chwiejną wędrówkę z powrotem do łodzi.

Ziemia w ogrodzie była miękka i kula się zapadała. Dalej ścieżka wiodła w górę. 

Kennit   był   bardzo   zmęczony,   mimo   to   szedł   nieprzerwanie.   Dopiero   kiedy   stał   się 

niewidoczny z chatki, przystanął na odpoczynek. Starł pot z twarzy i rozważył swoją sytuację. 

Uznał, że nie musi się obawiać zdrady ze strony kapłana. Nie teraz. Adar Sa potrzebował go, 

ponieważ nie mógł wrócić na statek sam. Załoga by go zlinczowała.

Ruszył spokojniejszym krokiem. Słyszał chrząkanie świni w zaroślach. Oczekiwał, że 

kapłan zrówna się z nim jeszcze przed plażą, stało się wszakże inaczej. Może wypowiadał 

bardzo długie błogosławieństwo dla domu. Na pewno spodoba się matce.

Piasek plaży był luźny i suchy. Proteza się zapadała. Kennita ogarniało coraz większe 

znużenie. W końcu mógł usiąść w gigu. Nadchodził przypływ. Wkrótce łódź znajdzie się w 

wodzie,   choć   najtrudniejsze   będzie   wiosłowanie.   Czekał   go   spory   wysiłek.   Czy   aby   nie 

przecenił swoich sił? Miał ochotę na drzemkę. Pomasował obolałą pachę w miejscu, w które 

wbijała się kula. Czy powodem spóźnienia kapłana nie są przypadkiem odwiedziny u kapitana 

background image

Havena? Nie, chyba nie. Dedge by mu na to nie pozwolił. Chyba że byli w zmowie od 

samego początku. Jeśli tak, wkrótce przyjdą zabić i jego. Matka zapewne już nie żyje. Później 

znajdą jego skarby, pieczołowicie ukryte w dużym domu. Przyjdą go zabić, ponieważ był 

naiwny.   Co   zrobią   potem?   Nie   mogą   wrócić   bez   niego   na   statek.   A   może   jednak?   Czy 

pieniędzy   i   cennych   przedmiotów   wystarczy  na   przekupienie  Sorcora   i   Etty,  Wintrowa   i 

Briga? Być może. Na myśl o własnej głupocie w Kennicie zamarło serce. Nagle uśmiechnął 

się szyderczo. Skarby mogą wystarczyć na przekupienie ludzi, lecz nie „Vivacii”. Żywostatek 

już się w nim zakochał. Nie można kupić ani skraść serca statku. Igrot udowodnił tę prawdę 

wiele lat temu.

Kennit czekał cierpliwie.

W   końcu   przydreptał   Adar   Sa.   Wyglądał   na   rozzłoszczonego.   Zapewne   próbował 

przekonać do swojej sprawy Dedge'a, lecz mu się nie powiodło. Marszczył brwi. Potężnych 

rumieńców nie tłumaczył szybki spacer. Kiedy się zbliżył, Kennit usadowił się przy wiosłach 

gigu.

–   Zepchnij   łódkę   na   wodę   –   rzucił   oschle.   Adar   Sa   obrzucił   go   piorunującym 

spojrzeniem.

– Łatwiej się pcha pusty gig.

– Masz rację – rzekł przyjaznym tonem Kennit, jednak się nie poruszył.

Kapłan okazał się silnym mężczyzną, lecz niezbyt wprawnym marynarzem. Pchnął 

gig. Bez skutku.

– Poczekaj na falę – zaproponował Kennit.

Adar Sa ze złością zacisnął zęby, lecz posłuchał sugestii. Dno łódki zazgrzytało na 

piasku, potem nagle podskoczyło i przesunęło się.

– Pchaj dalej, bo osiądziemy na mieliźnie – ostrzegł kapłana pirat.

Wkrótce   Adar   Sa   pojawił   się   obok   burty.   Usiłował   wskoczyć   do   gigu.   Kennit 

pociągnął mocno wiosłami. Minęło trochę czasu, odkąd ostatni raz wiosłował, okazało się 

jednak, że radzi sobie nieźle.

– Poczekaj! – jęknął Adar Sa, wdrapując się do łodzi.

Kennit wiosłował nadal. Gdy następna fala podniosła gig, kapłan zwisał jeszcze z 

burty. W końcu niezdarnie wgramolił się do środka. Zmęczony, łapczywie chwytał powietrze 

i dygotał z zimna, gdyż rześki morski wiatr szarpał jego przemoczonym ubraniem. Pirat 

złożył wiosła.

– Spodziewasz się, że będę wiosłował? – zapytał Adar Sa szyderczo.

– To cię rozgrzeje.

background image

Kennit usiadł na dziobie i obserwował wytężającego siły kapłana. Wiosłowanie, nawet 

w spokojny dzień, było dość męczące, a co dopiero przy przeciwnym wietrze, który wiał 

coraz   mocniej.   Kapłan   wiosłował   nierówno.   Czasami   wiosła   obsuwały   się   i   z   pluskiem 

uderzały w wodę. Łódź płynęła bardzo powoli. Kennitowi nie zależało na szybkości. Widział, 

że Adar Sa pragnie jak najprędzej znaleźć się z powrotem na pokładzie statku, dlatego szarpie 

wiosłami gwałtownie i energicznie.

Rozpoczął pogawędkę.

– Jesteś zadowolony, że wymierzyliśmy sprawiedliwość kapitanowi Havenowi?

Adar Sa ciężko dyszał z wysiłku, temat był wszakże kuszący i nie potrafił mu się 

oprzeć.

– Chciałem go odwiedzić przed odjazdem. Splunąłbym mu w twarz, a potem życzył 

przyjemnego   pobytu   w   ciemnicy   i   łańcuchach.   Dedge   nie   pozwolił   mi   jednak   zajść   do 

więźnia.   On   i   Saylah   niemal   się   na   mnie   rzucili.   A   przecież   gdyby   nie   ja,   byliby   teraz 

niewolnikami   w   Chalced.   Na   pewno   zostaliby   rozdzieleni,   a   dziecko   Saylah   wkrótce   po 

narodzinach by wytatuowano.

– Wiosłuj uważniej! Widzisz na tej wyspie dwa drzewa oddalone od reszty lasu? Płyń 

ku nim.

Adar Sa rzucił mu gniewne spojrzenie.

– Jeden człowiek nie może wiosłować łodzią! Usiądź obok i pomóż mi. W tamtą 

stronę wiosłowały cztery osoby.

–   Ale   też   gig   był   wówczas   znacznie   bardziej   obciążony.   Pozatym   jestem   bardzo 

zmęczony. Pamiętaj, że jeszcze nie odzyskałem pełni sił po operacji. Gdy trochę odpocznę, 

może zmienię cię przywiosłach. – Kennit odwrócił twarz do wiatru i zmrużył oczy. Jaskrawe 

słońce tańczyło na falach. Mimo znużenia czuł się doskonale. Postawił przed sobą zadanie i 

wykonał je sam, bez niczyjej pomocy. Sprawdził się przed sobą. I ciągle jeszcze miał posłuch 

u ludzi. Wystarczyło kilka słów lub gest. Został kaleką, lecz nie stracił ambicji. Wierzył, że 

czeka   go   triumf.   Będzie   królem,   królem   Kennitem.   Kennit,   król   Wysp   Pirackich!   Czy 

któregoś   dnia  postawi sobie  pałac  na Wyspie Kluczowej?  Może  po śmierci  matki  nawet 

osiedli się na wysepce. Jego ojciec twierdził, że wewnętrzną zatokę Dziurki Od Klucza łatwo 

obwarować. Kennit mógłby tu postawić twierdzę. Budował w myślach wieże, gdy Adar Sa 

odezwał się ponownie.

– Czy nie powinniśmy zaraz zobaczyć statków?

Pirat skinął głową.

– Gdybyś machał wiosłami jak mężczyzna, zamiast klepać nimi po wodzie, dawno 

background image

dotarlibyśmy już do wyznaczonego przeze mnie punktu. Stamtąd widać statki, choć czeka cię 

jeszcze długie wiosłowanie. Pracuj dalej. 

– W tamtą stronę podróż wydawała mi się o wiele krótsza.

–   Czas   płynie   szybciej,   gdy   obserwujesz   innych   przy   pracy.   Podobnie   jest   z 

dowodzeniem statkiem. Kiedy patrzysz na kapitana, praca wydaje się niezwykle prosta.

–   Szydzisz   ze   mnie?   –   Trudno   przemawiać   z   pogardą,   gdy   człowiekowi   brakuje 

oddechu, a jednak Adarowi Sa się udało.

Kapitan potrząsnął ze smutkiem głową.

– Źle mnie zrozumiałeś. Nazywasz szyderstwem zwyczajne pouczenie? Powinieneś 

sam odkryć tę prawdę już dawno temu.

– Ten statek... zgodnie z prawem... jest mój. Przejęliśmy... wzięliśmy go... zanim 

przybyłeś. – Kapłan sapał coraz głośniej.

– Nadal niczego nie pojmujesz. Gdybym nie wkroczył do akcji i nie obsadził swoją 

załogą „Vivacii”, teraz leżałaby na dnie. Nawet żywostatek nie potrafi sam żeglować.

– Zdołalibyśmy... – Adar Sa obcesowo rzucił wiosła. Jedno zaczęło się zsuwać z dulki 

do wody. Kapłan w ostatniej chwili je złapał.

– Niech cię cholera, zmień mnie! – wykrztusił resztką sił. – Nie jestem od ciebie 

gorszy. Nikt mnie nie będzie traktował jak niewolnika.

– Jak niewolnika? Prosiłem cię o wykonanie zwyczajnego marynarskiego zadania.

– Nie jestem twoim majtkiem. Nigdy nie pozwolę, żebyś mi rozkazywał! Ani nie 

zrezygnuję   z   moich   praw   do   statku.   Gdziekolwiek   pójdę,   rozpowiem,   że   jesteś 

niesprawiedliwy   i   zachłanny.   Taka   opinia   na   pewno   nie   doda   ci   sławy!   Jesteś   złym 

człowiekiem.   Twoja   biedna   matka   żyje   samotnie   i   bez   wygód   od   Sa   wie   ilu   lat,   a   ty 

przypływasz   do   niej   zaledwie   na   pól   dnia,   przywożąc   jej   kufer   pełen   błyskotek   i 

niedorozwiniętą służącą. Jak możesz ją traktować w ten sposób? Czyż naszych matek nie 

powinniśmy czcić jako symbolu żeńskiego aspektu Sa? Ty zaś pomiatasz swoją, tak samo jak 

wszystkimi innymi ludźmi. Próbowała się do mnie odezwać, biedna istota. Nie potrafiłem 

zrozumieć, co ją trapi, lecz na pewno nie chodziło o filiżanki!

Kennit   nie   potrafił   powstrzymać   głośnego   wybuchu   śmiechu.   Jego   reakcja 

rozwścieczyła Adara Sa.

– Łajdaku! – warknął kapłan. – Draniu bez serca!

Pirat   rozejrzał   się.   Wskazana   przez   niego   wyspa   była   już   bardzo   blisko. 

Prawdopodobnie da radę dowiosłować do brzegu sam. Gdy się tam znajdzie, a będzie zbyt 

zmęczony,   by   dopłynąć   do   statku,   przywiąże   płaszcz   do   wiosła   i   pomacha   nim.   Wtedy 

background image

przypłyną po niego marynarze z „Marietty” albo „Vivacii”. Bez wątpienia już go wypatrują.

– Takie słowa z ust kapłana! Zapominasz się, mój drogi. Dobrze. Powiosłuję trochę, 

odpocznij.

Zaskoczony Adar Sa umilkł. Podniósł się z wioślarskiej ławki, ale zaraz ciężko na nią 

usiadł, gdyż mała łódka mocno się zakołysała. Krzyknął i kurczowo chwycił się krawędzi 

nadburcia. Kennit skrzywił się zażenowany.

– Zupełnie zesztywniałem. Dzisiejszy spacer osłabił mnie bardziej, niż myślałem. – 

Westchnął.   Zmrużył   oczy   na   widok   pogardliwego   spojrzenia   Adara   Sa.   –   Obiecałem   ci 

jednak, że powiosłuję, i dotrzymam słowa. – Chwycił kulę i wycelował jej koniec w kapłana. 

– Na dany przeze mnie znak pociągniesz za kulę i pomożesz mi wstać. Gdy stoję, jest mi 

łatwiej.

Adar Sa złapał koniec kuli.

– Nuże! – zawołał Kennit, usiłując się podnieść. Niestety, ponownie opadł na ławkę. 

Zacisnął zęby. – Jeszcze raz! Tylko bardziej się postaraj.

Kapłan chwycił kulę w obie ręce.

– Teraz! – krzyknął Kennit i silnie pchnął do przodu. Kapłan poleciał w tył. Upadł w 

poprzek nadburcia. Pirat skoczył niczym tygrys, złapał go za nogę i wyrzucił z łodzi. Potem 

wgramolił się na ławkę wioślarską i zaczął wiosłować.

Dostrzegł jego głowę w kilwaterze.

– Niech cię Sa przeklnie! – krzyczał kapłan.

Kennit nie spodziewał się, że Adar Sa ruszy ku łodzi wprawnym kraułem. A zatem 

umiał pływać. Szczerze mówiąc, pirat nie wziął tego pod uwagę. Szkoda, że znajdowali się na 

tak ciepłych wodach, zimno nie zabije pływaka. Kapitan będzie musiał dokonać morderstwa 

własnoręcznie.

Starał  się  wiosłować  rytmicznie. Nie  okłamał  kapłana  – rzeczywiście  mięśnie  mu 

zesztywniały, na szczęście zdołał je rozruszać. Adar Sa płynął jak szaleniec. Doganiał już 

lekką łódkę, gdyż jego ciało stawiało wodzie mniejszy opór. Kiedy znalazł się w odległości 

kilku metrów, Kennit starannie ułożył wiosła na dnie gigu. Zza paska wyciągnął sztylet, 

poszedł na rufę i czekał. Nie zamierzał się wychylać do zabójczego ciosu, bo mógłby wypaść 

do wody. Zdecydował się na inną metodę. Za każdym razem, gdy pływak sięgał ku łodzi, 

uderzał ostrzem w jego rękę. Milczał przy tym jak sama śmierć, kapłan zaś przeklinał go, 

krzyczał,   a   później   prosił.   Kiedy   Adarowi   Sa   udało   się   chwycić   burtę   i   mocno   do   niej 

przylgnąć, Kennit raptownie ciął w twarz. Kapłan nie puścił burty, trzymał się jej kurczowo, 

modlił się i błagał o życie. Jego zachowanie rozwścieczyło kapitana.

background image

– Mogłeś żyć! – ryknął. – Zaproponowałem ci całkiem dobry los. Odmówiłeś, więc 

zdychaj!

Wbił   sztylet   w   gardło  kapłana.   Ręce   zalała   mu   krew   gęstsza  i   bardziej   słona   niż 

morze.   Przez   chwilę   ciało   unosiło   się   na   wodzie   twarzą   w   dół,   potem   zniknęło   pod 

powierzchnią.

Kennit siedział przez jakiś czas bez ruchu. Wreszcie wytarł dłonie o przód płaszcza i 

powoli   przeszedł   na   ławkę.   Ujął   wiosła   w   dłonie,   na   których   pojawiły   się   pęcherze. 

Przyzwyczaił się już do bólu. Ważne, że pokonał kapłana i przeżył. Nadal nie opuszczało go 

szczęście.

Podniósł wzrok i spojrzał na horyzont. Niedługo dostrzegą go majtkowie ze statków. 

Uśmiechnął się do siebie.

– Założę się, że „Vivacia” zauważy mnie pierwsza. Na pewno wie, że do niej wracam. 

Wypatruj mnie, moja pani!

– Może powinienem jej to i owo opowiedzieć – usłyszał cichy głosik w pobliżu.

Z wrażenia prawie puścił wiosła. Zerknął na milczący od długiego czasu talizman 

przywiązany   do   nadgarstka.   Natychmiast   dostrzegł,   że   miniaturka   jego   własnych   rysów 

unurzana jest teraz we krwi. Amulet mrugnął do niego. Małe usta otworzyły się, wysunął się z 

nich języczek, który polizał wargi, jakby były spierzchnięte.

– Co pomyślałaby o męstwie swego kapitana, gdyby wiedziała o nim tyle co ja?

Pirat uśmiechnął się.

– Uznałaby cię za kłamcę. Rozumie mnie i zna moje serce. Ona i chłopak potrafią 

czytać w moich myślach. A jednak oboje mnie kochają.

– Może tak im się zdaje. Pamiętaj jednak, że tylko jedna istota widziała dno twego 

mrocznego, brudnego serca i pozostała ci wierna.

– Mówisz zapewne o sobie – mruknął Kennit. – Cóż, chyba nie masz dużego wyboru, 

mój drogi. Jesteś do mnie mocno przywiązany.

– Tak mocno jak ty do mnie – odparł amulet. 

Pirat wzruszył ramionami.

–   Jesteśmy   zatem   ze   sobą   ściśle   połączeni.   I   mech   tak   zostanie.   Wykonuj   swoje 

obowiązki jak najlepiej. Może w ten sposób dłużej obaj pożyjemy.

– Nie żadnych obowiązków wobec ciebie – burknął talizman – Poza tym moje życie 

wcale nie zależy od twojego Jednak w imię przyjaźni postaram się ze wszystkich sił cię 

ochronić. Przynajmniej przez jakiś czas.

Kapitan nic nie odpowiadał. Pęcherze na prawej dłoni pękły i poczuł piekący ból. 

background image

Dziwny uśmiech rozświetlił ponure oblicze Kennita Ten ból zupełnie się nie liczył. Ważne, ze 

szczęście go nie opuściło. Gdy człowiek ma szczęście, może bardzo wiele osiągnąć.

background image

6. SPEŁNIONE ŻYCZENIA

– Co zrobiłeś z moim ojcem?

Pirat podniósł wzrok znad tacy z jedzeniem. Umył się już i przebrał. Wyprawa była 

męcząca   i  teraz  pragnął  tylko  coś  zjeść.  Wystarczająco  go  już  zdenerwowała  Etta,  która 

trajkotała i jęczała, jak bardzo się o niego martwiła. Przegonił ją z kajuty. Nic go bardziej nie 

irytowało niż nachalna troskliwość. Nie zniósłby marudzenia kobiety podczas kolacji. Pytanie 

Wintrowa puścił mimo uszu. Zamieszał zupę. Kawałki marchwi i ryby wypłynęły na wierzch.

– Błagam, kapitanie. Muszę wiedzieć. Powiedz, co zrobiłeś z moim ojcem!

Kennit miał ochotę ostro osadzić go w miejscu, lecz się powstrzymał, gdyż twarz 

chłopca   była   pod   opalenizną   bardzo   blada.   Wintrow   stał   sztywno   wyprostowany   i 

nieruchomy. Z pozoru wyglądał na spokojnego, lecz zaciskał zęby. W jego ciemnych oczach 

czaił się strach. Pirat rozumiał, że chłopak jest przerażony, ale cóż... każdy powinien ponosić 

odpowiedzialność za swoje decyzje.

– Zrobiłem jedynie to, o co mnie poprosiłeś. Twój ojciec przebywa wystarczająco 

daleko   od   ciebie.   Nie   musisz   się   o   niego   martwić.   Nie   będziesz   miał   z   nim   więcej   do 

czynienia, nawet nie będziesz go widywał. Jest bezpieczny. Kiedy dotrzymuję obietnicy, nie 

czynię tego połowicznie.

Chłopiec zachwiał się jak człowiek uderzony w brzuch.

– Wcale tego nie chciałem – odparł ochrypłym szeptem. – Nie w ten sposób... Nie 

pragnąłem, by zniknął nagle... podczas mojego snu. Proszę, panie, sprowadź go z powrotem. 

Zajmę się nim i nie będę się skarżył.

– To niemożliwe. Następnym razem lepiej przemyśl swoją prośbę. Naraziłem się na 

mnóstwo kłopotów, by załatwić tę sprawę dla ciebie. – Chciał zjeść w spokoju. Czas położyć 

kres impertynencji chłopaka. – Oczekiwałem twojej wdzięczności, nie skruchy. Poprosiłeś 

mnie, a ja spełniłem twoją prośbę. I tyle. Nie mam nic więcej do powiedzenia na ten temat. 

Nalej mi wina.

Wintrow poruszył się na sztywnych nogach, lecz posłuchał. Potem odsunął się o krok 

od stołu i stał jak posąg. No i dobrze! Pirat zaczął jeść. Był głodny jak wilk. Mięśnie go 

bolały   i   po   jedzeniu   zamierzał   odpocząć,   lecz   poza   tym   czuł   się   świetnie.   Wróciła   mu 

pewność siebie. Powinien częściej chodzić, niech tylko Etta obije większą ilością miękkiego 

materiału górną część kuli oraz rzemień protezy. Zastanowił się, czy proteza pozwoli mu się 

ponownie wspinać na maszt. Lubił to. Wysoko w górze wiatr wydawał się zawsze czystszy, a 

życiowe perspektywy równie szerokie jak horyzont.

background image

– Wszędzie na twoim płaszczu znalazłem krew – przerwał jego rozmyślania Wintrow. 

–I na burcie gigu także.

Kennit westchnął i odłożył łyżkę.

– To nie była krew twego ojca, lecz Adara Sa. – Po chwili dodał z sarkazmem: – 

Tylko nie mów mi, że zmieniłeś opinię także na jego temat.

– Zabiłeś Adara Sa, ponieważ go nienawidziłem? – W głosie chłopaka pirat usłyszał 

panikę i niedowierzanie.

– Nie. Zabiłem go, bo inaczej on zabiłby mnie. Naprawdę nie zostawił mi wyboru. 

Jego śmierć nie powinna cię martwić. Kapłan odczuwał do ciebie i twojego ojca jedynie 

pogardę. – Podniósł szklaneczkę z winem, wysączył do dna i ponownie podsunął chłopakowi. 

Wintrow ruszał się sztywno niczym manekin, lecz napełnił szklankę.

– A Kostka? – odważył się zapytać z lękiem. Kapitan postawił głośno szklankę na 

stół. Wino wylało się i poplamiło biały obrus.

– Kostka ma się dobrze. Wszyscy mają się dobrze. Zabiłem jedynie Adara Sa, i to 

tylko dlatego że musiałem. Zaoszczędziłem ci kłopotu, bo kiedyś musiałbyś go zabić sam. 

Czy wyglądam na głupca, który marnuje czas na zbyteczne działania? Nie siedzę tu po to, by 

chłopak pokładowy wiercił mi dziurę w brzuchu! Posprzątaj ten bałagan, potem nalej mi wina 

i   wyjdź.   –   Spojrzenie,   które   Kennit   posłał   Wintrowowi,   potrafiło   przerazić   niejednego 

dorosłego mężczyznę.

Ku swemu zaskoczeniu pirat dostrzegł nagle iskierkę zrozumienia w oczach chłopca. 

Wyczuł, że doprowadził go do jakiejś granicy. Interesujące! Chłopiec zdjął ze stołu talerze i 

brudny obrus, potem ustawił znowu talerze i szklaneczkę. Wszystko to robił w milczeniu. 

Dopiero kiedy nalał wina, zaczął mówić.

– Nigdy nie zrzucaj na mnie odpowiedzialności za swoje czyny. Ja nie zabijam ludzi, 

którzy   przysparzają   mi   kłopotów.   Sa   daje   życie.   Każdy   człowiek   jest   ważny   i   ma   do 

wypełnienia   zadanie.   Żaden   nie   posiada   wiedzy   wystarczającej   do   pełnego   zrozumienia 

intencji boga. Staram się nauczyć tolerować innych ludzi, ponieważ żyją po to, by wypełniać 

cel Sa.

Kennit odchylił się na krześle, założył ręce na piersi i prychnął głośno z pogardą.

– Cóż, widać, że nie jest ci przeznaczone zostać królem. Pomedytuj nad tym, młody 

kapłanie. Może jestem jedną z osób, których zachowanie musisz się nauczyć tolerować, aż 

zdołam   wypełnić   cel   Sa.   –   Dostrzegłszy,   że   twarz   Wintrowa   tylko   jeszcze   bardziej   po 

ciemniała   po   tym   żarcie,   pirat   roześmiał   się   serdecznie.   –   Traktujesz   wszystko   nazbyt 

poważnie. No, biegnij już. Idź pogadać ze statkiem. Prędzej czy później odkryjesz, że życie 

background image

„Vivacii” jest obecnie sprzęgnięte z moim, nie z twoim losem. Mówię serio. Biegnij. Po 

drodze przyślij mi Ettę.

Wintrow   wyszedł,   nieco   zbyt   głośno  zamykając   za   sobą  drzwi.  Kennit   potrząsnął 

głową. Za bardzo polubił chłopaka i pozwalał mu na zbyt wiele. Gdyby Opal odezwał się do 

niego takim tonem, pasy by darł z niego. Wzruszył ramionami. Łagodność zawsze należała do 

jego wad.

* * *

– Dlaczego mnie nie obudziłaś? – zapytał Wintrow. Ciągle był bardzo wzburzony.

– Mówiłam ci już – powtórzyła „Vivacia” po raz kolejny. – Nie znałam zamiarów 

kapitana, lecz nie sądziłam, że robi źle. Zresztą i tak byś go nie powstrzymał. Uznałam, że nie 

warto cię budzić.

– Wiem, że przyszedł tu po Kostkę. Kiedy zasypiałem, była obok mnie. Zabronił ci 

mnie budzić? 

– A jeśli tak? – Galion był obrażony. – Cóż za różnica? Ostateczną decyzję podjęłam 

sama.

Wintrow spuścił głowę. Zaskoczyła go głębia własnego cierpienia.

– Kiedyś byłaś wobec mnie bardziej lojalna. Obudziłabyś mnie bez zastanowienia. Na 

pewno wiedziałaś, że tego chciałem.

„Vivacia” odwróciła głowę i spojrzała w wodę.

– Nie rozumiem, o co ci chodzi.

– Już nawet mówisz tak jak on – oświadczył ze smutkiem Wintrow. Nieszczęśliwy ton 

chłopca poruszył ją bardziej niż jego gniew.

– Co mam ci powiedzieć? Że mi przykro, ponieważ nie ma już z nami Kyle'a Havena? 

Cóż, nie jest mi przykro. Od dnia gdy zaczął mną dowodzić, nie zaznałam chwili spokoju. 

Cieszę się, że zniknął. Ty również powinieneś się z tego cieszyć.

Prawdę powiedziawszy... cieszył się. Ojciec działał mu na nerwy. Kiedyś „Vivacia” 

doskonale znała jego uczucia i myśli, jednakże teraz obchodził ją tylko Kennit.

– Potrzebujesz mnie jeszcze? – spytał nagle.

– Co? – Teraz ona wyglądała na wstrząśniętą. – Dlaczego mnie o coś takiego pytasz? 

Oczywiście, że cię potrzebuję...

– Pomyślałem sobie, że jeśli czujesz się szczęśliwa w towarzystwie Kennita, mógłbym 

go poprosić o zwolnienie ze służby. Wysadźcie mnie na brzeg gdzieś na stałym lądzie. Wrócę 

background image

do klasztoru, do dawnego życia. Zostawię za sobą wszystkie sprawy, na które tak czy owak 

nie mam wpływu. – Zakończył dobitnie: – Pozbędziesz się mnie tak samo jak mojego ojca.

– Mówisz jak zazdrosne dziecko – odpaliła.

– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

Umilkła, lecz otworzyła dla niego serce i umysł. Odkrył, że jego srogie słowa sprawiły 

jej ból.

Westchnął cicho. Spojrzeniem podążył za jej wzrokiem. „Marietta” kołysała się na 

kotwicy tak blisko, że chłopiec dokładnie widział twarz marynarza pełniącego wachtę. Sorcor 

nie był zadowolony, gdy niespokojny Brig zapytał go przez posłańca o nowiny od kapitana. 

Nowa, bliższa pozycja drugiego statku ponownie wzbudziła jego czujność.

„Vivacia” podjęła temat:

– Dlaczego jesteś zazdrosny o moje przywiązanie do Kennita? Gdybyś mógł, chętnie 

odrzuciłbyś   więź   łączącą   ciebie   i   mnie,   a   on   wręcz   przeciwnie,   pragnie   maksymalnej 

bliskości.   Zwraca   się   do   mnie   słowami,   których   nikt   przed   nim   mi   nie   mówił.   Gdy 

wykonujesz swoje obowiązki, przychodzi tutaj często i opowiada mi rozmaite historie. Nie 

tylko snuje przede mną opowieści ze swego życia, lecz także przekazuje ludowe baśnie i 

historie, które słyszał od innych ludzi. Ilekroć się odezwę, słucha mnie z wielką uwagą. Prosi 

o radę i opinie. Przedstawia swoje plany, opowiada o królestwie i ludziach, którymi będzie 

rządził. Czasem podsuwam mu jakąś propozycję, a wtedy wydaje się bardzo zadowolony. 

Masz pojęcie, ile satysfakcji daje mi taka rozmowa? Każdy lubi sobie pogawędzić i być 

bacznie wysłuchany.

– Tak. – Wintrow po raz kolejny przypomniał sobie życie w klasztorze, lecz nic nie 

powiedział. Zresztą nie musiał.

– Nie wiem, dlaczego nie dasz mu szansy – wybuchnął nagle galion. – Nawet nie 

marzę, że poznam go tak dobrze jak ciebie. Przyznasz jednak, że Kennit okazuje ci więcej 

uczucia i dobrej woli niż ojciec. Dużo myśli o innych. Poproś go kiedyś, żeby ci pokazał 

szkice   planów   dla   Łupogrodu.   Sporo   się   zastanawiał,   aż   zaprojektował   wieżę   dla 

wartowników, by ostrzegali miasto przed niebezpieczeństwem. Myśli o wykopaniu studni, 

które   zapewnią   wszystkim   czystszą   wodę.   Ma   plany   również   wobec   osady   Krzywe. 

Naszkicował jej mapę, zamierza zbudować falochron. Gdyby ludzie chcieli go słuchać, byliby 

znacznie   szczęśliwsi.   Kennit   pragnie   ulepszeń.   Poza   tym...   pragnie   twej   przyjaźni.   Może 

okrutnie postąpił z Kyle'em Havenem, lecz sam go o to prosiłeś. Zauważ, że mógł oddać go 

niewolnikom, dzięki czemu zyskałby sobie ich przychylność. Ci nieszczęśnicy bez wątpienia 

zamęczyliby go na śmierć. Kapitan zyskałby wielką sławę. Mógł też zażądać ogromnego 

background image

okupu od twojej matki. Napełniłby swoje kufry złotem, doprowadzając rodzinę Vestritów do 

całkowitej nędzy. Sądzę, że Kennit wybrał wyjście najlepsze z możliwych: po prostu odsunął 

od nas wszystkich niemiłego człowieka i umieścił go w miejscu, w którym nie zdoła zranić 

ani ciebie, ani nikogo innego.

Zaczerpnęła powietrza, lecz nie rozwinęła tej myśli. Wintrow odniósł wrażenie, że 

zabrakło jej słów. Tak czy owak, wystarczająco go zawstydziła. Nawet nie podejrzewał pirata 

o takie marzenia. „Vivacia” go przekonała, choć tak żarliwie broniła obcego mężczyzny... 

– Po to właśnie został piratem? By czynić dobro?

Galion wyglądał na obrażonego.

– Nie twierdzę, że Kennit jest bezinteresowny. Nie mówię, że jego metody są zupełnie 

czyste.   Tak,   nasz   kapitan   pragnie   władzy.   Potrafi   ją   wszakże   wykorzystać   we   właściwy 

sposób. Uwalnia niewolników... Wolałbyś, by pozostawał bierny i opowiadał banały na temat 

braterstwa wszystkich ludzi? Pomyśl o sobie. Może wcale nie chcesz wrócić do klasztoru, ale 

po prostu odsunąć się od wszelkie go zła, jakie panuje na świecie?

Wintrow patrzy! na „Vivacię” w niemym zdumieniu.

– Poprosił mnie – wyznała mu śmiało w chwilę później – żebym wiodła wraz z nim 

pirackie życie. Wiedziałeś o tym?

Chłopiec starał się zachować spokój.

– Nie, ale spodziewałem się takiej propozycji. – Nie potrafił ukryć goryczy w głosie.

– No i...? Cóż w tym złego? Widzisz, że to dobry człowiek. Wiem, że jego metody 

bywają   brutalne,   sam   mi   się   do   tego   przyznał.   Spytał,   czy   jestem   w   stanie   to   znieść. 

Opowiedziałam   szczerze   o   moich   odczuciach   podczas   strasznej   nocy   niewolniczego 

powstania. I wiesz, co mi odrzekł?

– Co?  –  Wintrow   usiłował  nie  poddać  się  emocjom.  Była  taka  łatwowierna,  taka 

naiwna. Czyżby nie zdawała sobie sprawy, że pirat ją oszukuje?

– Mój opis skojarzył mu się z amputacją. Przez długi czas bardzo cierpiał, wolał 

wszakże nie ruszać nogi. Lecz ty mu uprzytomniłeś, że jeśli chce wyzdrowieć, musi znieść 

potworny   ból.   Uwierzył   ci.   I   się   udało.   Niewolnicy   podobnie   –   żyją   w   straszliwych 

męczarniach, a zanim zdobędą wolność, muszą przeżyć chwile prawdziwej grozy. Natomiast 

swoją   działalność   Kennit   nazywa   nie   piractwem,   lecz   operacją   konieczną   dla   poprawy 

sytuacji.

– Zatem twój kapitan nadal planuje ataki na statki niewolnicze i tylko na nie?

– Na niewolnicze i na te, które odnoszą korzyści z niewolnictwa.

Nie zdołamy przejąć każdego, który kursuje między Jamaillią i Chalced. Jeśli jednak 

background image

słuszny   gniew   Kennita   dostrzegą   wszyscy   handlarze   niewolników,   nie   tylko   kapitanowie 

przewożących ich statków, wówczas przemyślą swoje postępowanie. Uczciwi i dobrzy kupcy 

na pewno szybko się zwrócą przeciw handlowi żywym towarem.

– Nie sądzisz, że satrapa natychmiast zareaguje? To jego teren i jego niewolnicy, więc 

postanowi się Kennita pozbyć. Z pewnością przyśle tu swoje łodzie patrolowe. Będą niszczyć 

wszystkie pirackie osady.

–   Możliwe,   jednak   moim   zdaniem   niewiele   w   ten   sposób   osiągnie.   Pamiętaj, 

Wintrowie,   że   Kennit   broni   świętej   sprawy.   Właśnie   ty   powinieneś   go   zrozumieć.   Nie 

możemy się odwracać od bólu innych ani od ryzyka. Jeśli sami nie pomożemy tym biedakom, 

nie znajdą innych obrońców. Musimy wytrwać.

– Czyli zgodziłaś się dla niego zostać statkiem pirackim? Pomożesz mu łupić inne 

statki? – Wintrow nie wierzył własnym uszom.

– Jeszcze mu nie odpowiedziałam – odparła cicho „Vivacia”. – Ale jutro zamierzam 

wyrazić zgodę.

* * *

Kupiecka szata pachniała kamforą i cedrem, odstraszającymi mole od wełny. Althea 

podzielała opinię żarłocznych owadów na temat tych zapachów. Cedr byłby możliwy do 

wytrzymania,   lecz   w   mniejszej   dawce,   kamfora   natomiast   przyprawiała   o   mdłości. 

Najbardziej zaskoczyło dziewczynę odkrycie, że strój nadal na nią pasuje. Upłynęło wiele lat, 

odkąd miała go na sobie po raz ostatni.

Usiadła przed lustrem. Ze zwierciadła spojrzała na nią młoda kobieta. „Chłopięcy” 

okres   życia   na   pokładzie   „Żniwiarza”   wydawał   się   Althei   snem.   Od   powrotu   do   domu 

przybrała na wadze. Gragowi podobała się jej zaokrąglona figura. Kiedy uczesała lśniące 

czarne włosy, a potem upięła je w stateczny kok, odkryła, że również jest zadowolona z tej 

zmiany. W prosto skrojonej kupieckiej szacie nie było jej wszakże szczególnie do twarzy. No 

i dobrze, powiedziała sobie w myślach, odwracając się powoli od lustra. Nie chciała dziś 

wieczorem   wyglądać   na   zalotnicę,   lecz   na   poważną   i   zaradną   córkę   Pierwszego   Kupca. 

Pragnęła,   aby   wszyscy   z   uwagą   potraktowali   jej   słowa.   Niemniej   po   chwili   wahania 

uperfumowała się i pomalowała usta. Z uszu zwisały jej zdobione granatem kolczyki – ostatni 

prezent od Graga. Pasowały do karmazynowej szaty.

Dzień spędziła pracowicie. Udała się osobiście do Rady Miasta Wolnego Handlu. 

Błagała o pomoc. Pierwsi Kupcy oświadczyli, że rozważą jej prośbę. Oczywiście, nie musieli 

background image

jej słuchać, przecież głównym Kupcem rodziny Vestrit była Keffria, a nie Althea. Mimo to 

dziewczyna postanowiła, że jeśli nadarzy się okazja, również przemówi dziś wieczorem na 

zebraniu. Wcześniej napisała liścik do Graga z niemiłą nowiną o przejęciu „Vivacii” i posłała 

go przez Rache. Później udała się sama do Davada Restarta. Powiadomiła go o porwaniu i 

spytała,   czy   podwiezie   je   na   zebranie   Rady   Kupców.   Davad   zareagował   szczerym 

przerażeniem   i   wyraźnie   nie   miał   ochoty   uwierzyć   w   informacje   „tego   łobuza   Trella”, 

zapewnił wszakże, że jeśli historia okaże się prawdziwa, pomoże Vestritkom w kłopotach. 

Uwagi dziewczyny nie umknęło jednak, że nie zaproponował finansowego wsparcia. Nic 

dziwnego. Przecież dobrze Davada znała. Jego uczucia i pieniądze nie miały ze sobą nic 

wspólnego.

Po   powrocie   od   Restarta   pomogła   Rache   upiec   chleb   na   cały   tydzień,   podparła 

palikami pnący groszek w kuchennym ogrodzie, wreszcie przebrała zielone jeszcze owoce na 

śliwie i jabłoni. Po tej ciężkiej pracy długo się myła i ubierała na zebranie.

Niestety, mimo tylu zajęć nie potrafiła się uwolnić od pytań związanych z Brashenem 

Trellem. Czyż jej życie nie  było i bez niego wystarczająco skomplikowane? Czy musiał 

wracać do miasta? Dlaczego właściwie o nim myślała? Przecież wcale jej nie interesował. 

Powinna całkowicie skoncentrować się na „Vivacii” i spotkaniu Rady Kupców. I na Gragu. A 

jednak Brashen pojawiał się na obrzeżach każdej myśli. Nie potrafiła nawet na chwilę o nim 

zapomnieć,   jego   obraz   stale   ją   dręczył.   Denerwowała   się.   Odpychała   go,   lecz   wizerunki 

natrętnie powracały. Brashen przy kuchennym stole; pije kawę i przytakuje słowom jej matki. 

Brashen pochylony nad małym Seldenem; bierze chłopca na ręce i zanosi do łóżka. Stoi 

sztywno   wyprostowany   przed   oknem   gabinetu   jej   ojca   i   wypatruje   w   noc.   Albo   – 

przypomniała   sobie   z   goryczą   –   z   pożądliwością   szuka   w   kieszeni   kurtki   cindinu.   Ten 

człowiek podjął w życiu mnóstwo niewłaściwych decyzji i stał się ich ofiarą. Niech znika z 

jej życia!

Pospiesznie   ruszyła   do   wyjścia.   Nie   chciała   się   spóźnić   na   zebranie.   Będą   dziś 

omawiać mnóstwo trudnych spraw. Ku jej zaskoczeniu Malta już gotowa czekała w progu. 

Althea   zmierzyła   krytycznym   spojrzeniem   siostrzenicę   i   zdziwiła   się.   Oczekiwała   po 

dziewczynce tęczowego makijażu, intensywnego zapachu perfum i błyszczącej biżuterii, lecz 

Malta prezentowała się prawie równie statecznie jak ona sama. Pozwoliła sobie tylko na jedną 

ozdobę: kwiaty we włosach. Nosiła zwyczajną kupiecką szatę i... wyglądała w niej naprawdę 

pięknie. Tak, tak, nie można winić młodych mężczyzn, że ją adorowali. Malta dorastała. 

Przez ostatnie dwa dni wykazała się nadspodziewaną dojrzałością. Wstyd, że trzeba było aż 

rodzinnego kryzysu, by się tak zmieniła.

background image

Althea próbowała zapomnieć o własnym zdenerwowaniu, więc zagadnęła siostrzenicę:

– Bardzo ładnie wyglądasz.

–   Dziękuję   –   odparła   Malta   z   roztargnieniem   i   zmarszczyła   brwi.   –   Żałuję,   że 

jedziemy na zebranie z Davadem Restartem. Inni kupcy nie odbiorą tego dobrze.

– Zgadzam się z tobą. – Althea była zaskoczona, że Malta w ogóle zastanawia się nad 

takimi sprawami. Osobiście lubiła Davada, tak jak się lubi nieco ekscentrycznego, czasem 

gburowatego   wuja,   więc   starała   się   nie   zważać   na   jego   ostatnie   niewłaściwe   wybory 

polityczne. Zgadzała się w tej sprawie z matką: Davad od tak wielu lat był przyjacielem 

rodziny, że tego typu nieporozumienia nie powinny ich poróżnić. Miała jedynie nadzieję, że 

kontakty   z   Restartem   nie   zaszkodzą   jej   wystąpieniu   przed   Radą   Kupców.   Ach,   jej 

wystąpienie... Wiedziała, że  swoje  poparcie  dla  rodziny Tenirów  powinna  przedstawić  w 

sposób   wyważony   i   uczciwy.   Kupcy   nie   mogą   jej   postrzegać   jak   głupiej   kobietki,   która 

zadurzyła się w mężczyźnie i dlatego staje po jego stronie. Pragnęła, by wysłuchali Althei 

Vestrit, nie panienki zakochanej w Gragu Tenirze.

– Czy powóz i zaprzęg naprawdę aż tyle kosztują? Przed nami okres letnich balów, 

herbatek i przyjęć. Nie możemy stale pozostawać zależne od Davada. Pomyśl, co o nas myślą 

inne kupieckie rodziny – ciągnęła tęsknym tonem Malta.

Jej ciotka zmarszczyła brwi.

– Mamy stary powóz. Z twoją pomocą mogłabym go umyć i naoliwić. Jest wysłużony, 

ale zdatny do użytku. Wynajmiemy woźnicę z zaprzęgiem. –Wyjrzała przez okno, potem 

odwróciła się do Malty i złośliwie uśmiechnęła. – Albo, jeśli wolisz, będę powozić sama. Gdy 

byłam w twoim wieku, nasz ówczesny woźnica Hakes czasem oddawał mi lejce. Ojciec nie 

był przeciwny, choć matka nigdy tego nie pochwalała.

Siostrzenica posłała jej zimne spojrzenie.

– Uważam, że w takim przypadku czułabym się jeszcze bardziej poniżona, niż jadąc 

gruchotem Restarta. 

Althea wzruszyła ramionami. Ilekroć miała wrażenie, że zdołała nawiązać z Maltą 

porozumienie, dziewczynka natychmiast ją odtrącała.

Do pokoju weszły Ronica Vestrit i Keffria. W tym samym momencie na podjazd 

zajechał powóz Davada.

– Chodźmy czym prędzej – rzekła niecierpliwie Althea. Dopadła drzwi wyjściowych, 

by Davad nie zdążył wysiąść z powozu. – Jeśli wejdzie do domu, poprosi o wino i biszkopty. 

Obawiam   się,   że   nie   mamy   już   czasu   na   ugoszczenie   go   –   dodała   na   widok   pełnego 

dezaprobaty spojrzenia siostry.

background image

– Nie wolno nam się spóźnić – poparła młodszą córkę Ronica. 

We   cztery   ruszyły   do   powozu.   Nim   woźnica   zdołał   zeskoczyć   na   ziemię,   Althea 

otworzyła   drzwi   przed   kobietami   ze   swej   rodziny.   Davad   wcisnął   się   w   kąt,   robiąc   im 

miejsce. Jego piżmowe pachnidło było prawie tak samo odurzające jak woń kamfory, którym 

przesiąkła suknia Althei. Na szczęście nie czekała ich długa podróż. Davad dał znak woźnicy, 

powóz   zatrząsł   się   i   ruszył   naprzód.   Rytmiczne   skrzypienie   świadczyło   o   zaniedbaniu, 

podobnie jak zgrzyty dochodzące z obitych materiałem siedzeń. Althea zmarszczyła brwi, 

lecz komentarze pozostawiła dla siebie. Davad nigdy nie potrafił dopilnować służących.

– Tylko popatrzcie, co dla was kupiłem – oznajmił radośnie. Otworzył małe pudełko 

ozdobione   wstążką   i   pokazał   swoim   towarzyszkom   zawartość:   kilkanaście   lukrowanych 

ciastek z galaretką, za którymi Althea świata nie widziała, gdy miała sześć lat. – Wiem, że to 

wasze ulubione – zwierzył się kobietom. Poczęstował się pierwszy, po czym podsunął im 

pudełko. Althea wzięła jedno ciastko i wsunęła do ust. Podając pudełko siostrze, wymieniła z 

nią   krótkie,   pełne   czułości   spojrzenie.   Keffria   wybrała   czerwoną   galaretkę.   Davad 

rozpromienił się z zadowolenia.

– Ojej! Ależ pięknie wyglądacie! Wszystkie! Każdy uczestnik zebrania Kupców spali 

się z zazdrości na widok ślicznotek, które przywożę. Wezmę chyba pałkę, by odganiać od 

drzwiczek młodych mężczyzn!

Althea i Keffria uśmiechnęły się na ten przesadny komplement. Podobnie reagowały 

na wszystkie jego komplementy od dzieciństwa. Malta wyglądała na obrażoną, natomiast 

Ronica skomentowała: 

–   Davadzie,   wiecznie   nas   zasypujesz   pochlebstwami.   Nie   sądzisz   chyba,   że   ci 

uwierzymy   po   tych   wszystkich   latach?   –   Zmarszczyła   brwi   i   dodała:   –   Altheo,   możesz 

poprawić Davadowi szalik? Węzeł przesunął mu się prawie na ucho.

Dziewczyna   natychmiast   odkryła,   co   naprawdę   matkę   zmartwiło.   Na   środku 

jaskrawożółtego   materiału   widniała   wyraźna   plama   od   sosu   lub   innej   kleistej   substancji. 

Szalik zupełnie zresztą nie pasował do kupieckiej szaty, lecz Althea wiedziała, że nie uda jej 

się   Davada   przekonać,   by   go   zdjął.   Rozwiązała   więc   tylko   węzeł,   po   czym   ponownie 

związała, niemal całkowicie ukrywając plamę.

– Dziękuję ci, moja droga – bąknął czule i z wdzięcznością poklepał dziewczynę po 

ręce.

Althea zerknęła na Maltę, która gapiła się na nich z jawnym wstrętem. Uniosła brwi, 

prosząc   siostrzenicę   o   pobłażliwość.   Rozumiała   jej   ogromną   niechęć   do   Davada.   Kiedy 

zastanawiała   się   nad   jego   ostatnimi   poczynaniami,   czuła   rozgoryczenie.   Zniżał   się   do 

background image

obrzydliwych   praktyk   Nowych   Kupców,   mało   tego   –   postępował   nawet   gorzej   niż   oni, 

ponieważ wspierając ich, przeciwstawiał się własnej klasie. Ignorując potępiające spojrzenia i 

opinie Pierwszych Kupców, na spotkaniach Rady zawsze przemawiał w imieniu obcych. Grał 

rolę   pośrednika   między   przedstawicielami   licznych   zdesperowanych   rodzin   od   pokoleń 

zamieszkujących Miasto Wolnego Handlu a przybyszami, którzy pragnęli wykupić rodowe 

posiadłości biedaków. Plotka głosiła, że targował się energicznie i załatwiał Nowym Kupcom 

jak najlepsze warunki. Althea nie potrafiła uwierzyć nawet w połowę dotyczących Davada 

pogłosek. A jednak była zmuszona zaakceptować fakt, że nie tylko trzymał niewolników w 

swojej posiadłości, lecz także nimi handlował. Największą przykrość sprawiła jej informacja, 

zgodnie z którą wplątał się w sprawę sprzedaży „Paragona”, pośrednicząc między rodziną 

Ludlucków i nowo przybyłymi.

Teraz obserwowała siedzącego obok dobrodusznego mężczyznę i zastanawiała się nad 

sobą. W której chwili jej lojalność zostanie wystawiona na szwank? Czy ten moment nastąpi 

dziś wieczorem?

Pragnąc przegonić smętne myśli, zagadnęła Davada:

– Zawsze znasz najzabawniejsze plotki krążące po mieście. O czym nam opowiesz 

dzisiaj? – Nie spodziewała się niczego skandalicznego. Davad był na swój sposób bardzo 

purytański. 

Uśmiechnął się na jej komplement i poklepał się z zadowoleniem po brzuchu.

– Najpikantniejsza plotka, jaka dziś do mnie dotarła, nie dotyczy naszego miasta, moja 

droga, chociaż jeśli okaże się prawdziwa, skutki dotkną nas wszystkich. – Popatrzył wokół, 

upewniając   się,   czy   słuchaczki   są   zaciekawione.   –   Usłyszałem   ją   od   jednego   z   Nowych 

Kupców. Wieść przyniósł z Jamaillia City jego ptak pocztowy. – Przerwał. Prawdopodobnie 

rozważał, czy powinien się podzielić z Vestritkami nowinami. A może lubił być proszony.

Althea postanowiła mu pobłażać.

– Mów dalej, proszę. Zawsze nas interesują nowiny o tym, co się wyprawia w stolicy.

– Hm... Jestem pewny, że wszystkie wiecie o nieszczęsnym zamieszaniu, do którego 

doszło   ubiegłej   zimy.   Przedstawiciele   rodziny   Khuprus   przybyli   do   naszego   miasta   i 

przemawiali   w   imieniu   wszystkich   Kupców   z   Deszczowych   Ostępów.   Podburzali   nas 

wówczas przeciwko satrapie. Próbowałem przemówić im do rozsądku i pamiętacie, że mnie 

zakrzyczeli. No cóż, po długich debatach delegacja Kupców wyruszyła do Jamaillia City. 

Wzięli   ze   sobą   nasz   oryginalny   statut   i   zamierzali   żądać   od   władcy   przestrzegania 

postanowień. Nie rozumiem, jak mogli wierzyć, że takie przestarzałe uzgodnienia powinno 

się przenieść do naszych nowoczesnych czasów. Niemniej jednak wyruszyli. Przyjęto ich 

background image

grzecznie i zapewniono, że satrapa rozważy ich skargę. I tyle.

Davad zwiesił głowę nad sporym brzuchem i wysunął ją do przodu, jakby się bał, że 

woźnica podsłucha.

– Wszystkie słyszałyście, że lada dzień do naszego miasta ma przybyć wysłannik 

władcy. Według plotki... nie ma żadnego wysłannika. Satrapa jako młodzieniec odważny i 

żądny przygód zdecydował się przybyć do nas osobiście. Podobno podróżuje w przebraniu, 

jedynie   z   kilkoma   wybranymi   Towarzyszkami   Serca   i   pod   sporą   eskortą   chalcedzkich 

gwardzistów. Według pogłosek Cosgo pragnie oświadczyć Miastu Wolnego Handlu, iż nadal 

uważa je za równie blisko związane ze stolicą i jego władzą jak każda z osad położonych w 

samej Jamaillii. Kiedy ludzie uświadomią sobie niewygody, które znosi w tej podróży, i jego 

niepokój dotyczący przyszłości naszego miasta... a powtarzam, że pragnie, by pozostało mu 

lojalne... Gdy ludzie uprzytomnią sobie te dwie sprawy, z pewnością zaczną postępować 

rozsądnie.   Ileż   lat   minęło   od   ostatniej   wizyty   panującego   satrapy   w   Mieście   Wolnego 

Handlu? Za naszego życia chyba nie doszło do takich odwiedzin, co, Roniko? Niektórzy 

przedstawiciele Nowych Kupców  planują już bale i przyjęcia, jakich nigdy przedtem nie 

widziano.   Och,   zbliża   się   wspaniały   okres   dla   ślicznych,   niezamężnych   młodych   kobiet, 

prawda,  Malto?  Nie  przyjmuj  zbyt  pospiesznie   zalotów  Kupca   z  Deszczowych  Ostępów. 

Może dzięki swoim koneksjom załatwię ci zaproszenie na bal, na którym przyciągniesz oko 

samego satrapy!

Jego   słowa   wywarły   skutek,   którego   oczekiwał.   Vestritki   patrzyły   na   niego 

zasłuchane, Malta – szeroko otwartymi oczyma.

– Satrapa? Tutaj? – zapytała jej matka tonem pełnym niedowierzania.

–   Chyba   kompletnie   oszalał!   –   Althea   nie   zdawała   sobie   sprawy   z   tego,   że 

wypowiedziała   te   słowa   głośno,   póki   Davad   nie   spojrzał   na   nią   ze   zdziwieniem.   –   To 

znaczy... Niewiarygodne, że tak nagle zdecydował się na bardzo przecież ryzykowną podróż!

–   No   cóż,   w   każdym   razie   jest   w   drodze.   Zgodnie   z   nowiną   przyniesioną   przez 

pocztowego ptaka. Ale, ale, na razie nikomu ani słowa, rozumiecie? – Wnosząc z jego tonu, 

wcale nie liczył na dyskrecję. Zawsze tym stwierdzeniem kończył wszystkie plotki, który mi 

się z nimi dzielił.

Althea ciągle jeszcze rozmyślała nad opowieścią Davada, kiedy woźnica zatrzymał 

konie. Powóz stanął.

– Pozwól, że ci otworzę. – Starzec pochylił się nad Althea ku klamce. Kiedy woźnica 

szarpnął drzwi z zewnątrz, Davad przyłożył do nich pulchne ramię i pchnął od wewnątrz. 

Drzwiczki   otworzyły   się   i   dziewczyna   –   by   nie   wypaść   –   chwyciła   się   kupieckiej   szaty 

background image

towarzysza. Woźnica niechętnie podsunął rękę pracodawcy. Kupiec wytoczył się z powozu, 

potem z dumą podawał dłoń i pomagał wysiąść każdej z Vestritek.

Grag Tenira kręcił się na szczycie schodów przed Salą Zgromadzeń. Przepasał szarfą 

granatową szatę kupiecką w starym żeglarskim stylu. Spod stroju wystawały jego mocno 

umięśnione łydki i obute w sandały stopy. Wyglądał równocześnie na śmiałego żeglarza i 

poważnego Kupca. Althea musiała przyznać, że jest bardzo przystojny. Dostrzegła, że czujnie 

wypatrywał jej przybycia. O świcie posłała mu wiadomość o przejęciu „Vivacii” i zgodnie z 

jej przewidywaniami odpowiedział bezzwłocznie, ciepło zapewniając o swoim wsparciu.

Uśmiechnął   się   na   jej   widok,   ale   zaraz   spoważniał,   gdy   dostrzegł   towarzysza 

dziewczyny. Althea cicho wytłumaczyła się rodzinie i wbiegła po schodach. Grag uścisnął jej 

dłoń, kłaniając się uroczyście.

– Powinienem był wam przysłać powóz – mruknął. – Następnym razem na pewno tak 

zrobię.

– Ależ Gragu, to Davad, stary przyjaciel rodziny. Bardzo bym go uraziła, gdybym nie 

zechciała przyjechać jego powozem.

– Skoro Vestritowie mają takich przyjaciół, nic dziwnego, że tracą majątek – odparł 

zgryźliwie.

Poczuła lodowate ukłucie w sercu. Nie powinien był wypowiadać tych słów! Jednak 

jego następne stwierdzenie przypomniało Althei o poważnej sytuacji Tenirów i wybaczyła ten 

niemiły przytyk.

– „Ofelia” o ciebie pytała. Sama zarządziła zagotowanie wina na ofiarę Sa w intencji 

twojego żywostatku. Prosiła, żebym ci o tym powiedział. – Uśmiechnął się czule. – Strasznie 

się nudzi w doku podatkowym. Odkąd Amber skończyła pracę nad jej rękoma, pragnie znowu 

pożeglować. Jednak ilekroć jej obiecuję szybki powrót na morze, błaga, byś ty popłynęła z 

nami. A ja znam tylko jeden sposób na spełnienie jej prośby.

– Jakiż to? – spytała zaciekawiona. Czyżby chciał ją zatrudnić na pokładzie „Ofelii”? 

Na tę myśl serce zabiło jej szybciej. Bardzo kochała stary statek.

Grag poczerwieniał i spojrzał w bok, choć uśmieszek nadal igrał na jego ustach.

– Szybki ślub i podróż poślubna. Och, to oczywiście żart. Cóż to byłby za skandal, 

wyobrażasz sobie? Sądziłem, że „Ofelia” zbeszta mnie otwarcie, a ona uznała pomysł za 

cudowny. – Zerknął na dziewczynę z ukosa. – Nawiasem mówiąc, podobnie powiedział mój 

ojciec. Ale ona mu doniosła, nie ja.

Zamilkł. Wyraźnie czekał na odpowiedź, choć właściwie nie zadał żadnego pytania. 

Althea nie mogła przyjąć oświadczyn, nawet gdyby była w nim bez pamięci zakochana. 

background image

Przecież jej rodzinny żywostatek był w straszliwym niebezpieczeństwie! Czyżby nie zdawał 

sobie z tego sprawy? Nie potrafiła ukryć konfuzji. W chwilę później jej strapienie pogłębiło 

się   jeszcze   bardziej,   bo   kątem   oka   ujrzała   Brashena   Trella.   Stał   na   dole   schodów 

prowadzących do Sali Zgromadzeń. Ich oczy się spotkały i przez chwilę dziewczyna nie 

mogła odwrócić wzroku od jego twarzy.

Grag zinterpretował jej zmieszanie po swojemu.

– Właściwie nie oczekiwałem, że rozważysz moją propozycję – rzucił pospiesznie. 

Starał się nie pokazać po sobie smutku. – W każdym razie nie tutaj i nie teraz. Oboje mamy 

na   głowie   zbyt   wiele   innych   trosk.   Może   dzisiejszego   wieczoru   zdołamy   rozwiązać 

przynajmniej niektóre problemy. Mam taką nadzieję.

– Ja również – odparła, niestety niezbyt ciepło, gdyż za Gragiem wiele się działo. 

Brashen patrzył na nią wzrokiem człowieka ugodzonego w samo serce. Nie przebrał się; w 

luźnej żółtej koszuli i ciemnych spodniach wyglądał wśród odzianych w długie szaty Kupców 

jak cudzoziemiec.

Młody Tenira odwrócił się i podążył za spojrzeniem Althei.

– A ten co tu robi? – zapytał, sugerując, że powinna wiedzieć. Wziął ją pod ramię.

–  Właśnie  on  przyniósł  nam  informację  o  „Vivacii”.  –  Podniosła  oczy  na   Graga, 

odpowiadając mu niemal szeptem. Wolała, by Brashen nie wiedział, że dyskutują o nim.

– Prosiłaś go o przyjście?

– Nie.

– Towarzyszy mu Amber, widzisz? Czego chce? Dlaczego przyszli razem?

Althea zerknęła na dziwną parę.

– Nie wiem – mruknęła.

Amber miała prostą, złotobrązową szatę, prawie w tym samym odcieniu co warkocze, 

które opadały jej na ramiona. Mówiła coś do Brashena cicho. Minę miała niewesołą. Jawnie 

przeszywała   Davada   Restarta   przepełnionymi   wściekłością,   żółtymi   jak   u   kota   oczyma. 

Najwyraźniej złośliwy los sprawił, że dziś wieczorem splotły się najrozmaitsze wątki życia 

Althei.

Restart   pospiesznie   ruszył   ku   Gragowi   Tenirze.   Już   wbiegał   po   stopniach,   ciężko 

dysząc, na szczęście Ronica dotarła na górę pierwsza. Keffria i Malta pędziły zaledwie o krok 

za nią. Staruszka przywitała się z Gragiem i popatrzyła mu prosto w oczy.

–   Moja   córka   może   usiąść   obok   ciebie,   jeśli   chcesz.   Wiem,   że   macie   do 

przedyskutowania ważne sprawy. 

Młodzieniec skłonił się sztywno.

background image

– Roniko Vestrit, Tenirowie są zaszczyceni twoim zaufaniem. W imieniu rodziny 

przyrzekam, że go nie zawiedziemy.

– Dziękuję za pozwolenie – dodała oficjalnie Althea. Podziwiała w matce refleks i 

przezorność. Dzięki niej mogła wziąć Graga pod ramię i skierować się do Sali Zgromadzeń, 

zanim dogoni ich Davad. Przynajmniej tej jednej konfrontacji udało się uniknąć. Usiłując 

ukryć zdenerwowanie, Althea ruszyła z Gragiem ku drzwiom. Starała się nie myśleć, jakie 

wrażenie wywrze na Brashenie jej nagłe odejście.

W wielkim holu ścigały ją spojrzenia wielu osób. Siadając przy stoliku Tenirów na 

czas zebrania, Althea powiadamiała wszystkich wokół o poważnych zamiarach młodzieńca 

wobec niej. Miała ochotę odepchnąć go i wrócić do swojej rodziny. Gdyby jednak teraz 

odeszła, ludzie podejrzewaliby kłótnię. Pozwoliła Gragowi usadzić się między jego matką i 

siostrą.   Kupcowa   była   siwowłosa,   wyglądała   nobliwie   i   surowo.   Młodsza   siostra   posłała 

Althei uśmiech współkonspiratorki. Sala zaczęła się zapełniać ludźmi i gwarem rozmów. 

Matka Graga i siostra wyraziły cicho żal z powodu przejęcia „Vivacii”, lecz dziewczyna 

potrafiła jedynie skinąć głową w odpowiedzi. Zdenerwowanie odebrało jej głos. Modliła się, 

żeby   pozwolono   jej   przemówić.   Wielokrotnie   przepowiadała   sobie   przygotowaną   mowę 

słowo po słowie. Wiedziała, że musi przekonać Kupców do swoich racji. Powinni zrozumieć, 

że wybawienie jej żywostatku leży w dobrze pojętym interesie całej społeczności i nie jest 

jedynie sprawą rodziny Vestritów.

Zebranie   Kupców   poprzedził   długi   okres   wrzawy   i   szurania   nogami.   Kilka   osób 

podeszło   do   ławki   Tenirów   z   powitaniem.   Althea   starała   się   wszystkich   obdarzać 

uśmiechami. Ludzie wyraźnie sądzili, że ona i Grag przyszli tu flirtować, nie zaś omawiać 

aktualną sytuację. Jej irytacja osłabła wszakże, gdy matka Graga oświadczyła szeptem:

– Bardzo dobrze, że siedzisz z nami. Jeśli zrozumieją, że współpracujemy, potraktują 

nas znacznie poważniej.

Siostra Graga lekko uścisnęła dłoń Althei. Dziewczynę rozczulił ich szacunek, choć 

równocześnie  poczuła  się trochę  nieswojo. Nie  była  pewna,  czy  zasłużyła  na tak  szybką 

aprobatę tej rodziny.

Rozmowy   nagle   ucichły,   gdy   na   podest   wkroczyli   członkowie   Rady   Kupców. 

Wszyscy nosili białe szaty, które wskazywały, że radni na czas zebrania porzucają lojalność 

wobec własnych rodzin w imię wspólnych interesów Miasta Wolnego Handlu. Dwa szeregi 

czarno odzianych porządkowych zajęły miejsca wzdłuż ścian. Kupieckie spotkania czasami 

zmieniały się w ożywione kłótnie, niekiedy nawet trzeba było tego czy owego uciszyć siłą.

Althea   obserwowała   członków   Rady,  którzy   wymienili   pozdrowienia   i   zasiedli   za 

background image

długim stołem. Zawstydziła się nagle, że zna nazwiska nielicznych spośród nich. Jej ojciec by 

wiedział,   którzy   są   sprzymierzeńcami,   a   którzy   przeciwnikami   Vestritów,   jej   natomiast 

brakowało   zarówno   wiedzy   na   ich   temat,   jak   i   umiejętności   oceny.   Zadzwoniły   kuranty 

zwiastujące   początek   zebrania.   Zapadła   cisza.   Dziewczyna   zmówiła   w   myślach   krótką 

modlitwę do Sa, prosząc o pomoc we właściwym doborze słów.

Mogła się modlić znacznie dłużej, ponieważ mowa wstępna okazała się rozwlekła, a 

przy tym niezbyt bogata w treści. W końcu przewodniczący Rady wspomniał ogólnikowo, że 

mają  do  omówienia  sporo  tematów,  i  zaproponował,  by  zacząć   od  najprostszych.  Althea 

spojrzała na Graga, unosząc pytająco brew. Sądziła, że spotkanie zorganizowano specjalnie 

na   prośbę   rodziny   Tenirów   w   celu   wysłuchania   ich   skarg.   Młodzieniec   w   odpowiedzi 

zmarszczył tylko czoło i nieznacznie wzruszył ramionami.

Najpierw musieli być świadkami gorącego sporu dwóch rodzin na temat prawa do 

strumienia przepływającego przez obie posiadłości. Jeden Kupiec chciał poić bydło, drugi zaś 

skierować całą wodę na swoje pola. Dyskusja trwała długo, zakończyła się oczywistą decyzją 

Rady: obie rodziny mogły korzystać z wody jedynie na równych prawach. Następnie radni 

wyznaczyli trzyosobową komisję rozjemczą, która miała dopracować szczegóły. Gdy tylko 

kłótliwa para ukłoniła się sobie i wróciła na miejsca, dziewczyna wyprostowała się na krześle 

i czekała na właściwy punkt obrad.

Niestety, po raz kolejny się rozczarowała. Następny sąsiedzki spór okazał się niełatwy 

do   rozstrzygnięcia.   Wspaniały   byk   jednego   z   Kupców   zapłodnił   krowy   drugiego.   Obaj 

uważali   się   za   pokrzywdzonych.   Pierwszy   żądał   sporej   opłaty   za   reprodukcję,   drugi 

odparował, że pragnął w tym roku użyć innego rozpłodnika i jest niezadowolony z cieląt. 

Jeden   twierdził,   że   służący   drugiego   nie   umocnił   odpowiednio   płotu,   drugi   zarzucał 

pierwszemu niedopilnowanie zwierzęcia. I tak bez końca. Radni mieli nie lada dylemat, więc 

wycofali się do pokoju narad, gdzie mogli swobodniej debatować. Podczas przerwy pozostali 

uczestnicy   kręcili   się   niecierpliwie   lub   gawędzili   z   sąsiadami.   Kiedy   Rada   wróciła, 

przewodniczący oznajmił, że Kupcy powinni sprzedać cielaki natychmiast po odstawieniu od 

matek i podzielić się zyskiem. Właściciel byka miał wzmocnić ogrodzenie. Jego oponent 

zareagował niezadowoleniem, lecz decyzja Rady była wiążąca. Rodziny obu Kupców wstały i 

oddaliły się w gniewie. Ku przerażeniu Althei podążyło za nimi wiele innych rodzin. Chciała 

przemówić   nie   tylko   do   Rady,   ale   i   do   samych   Kupców.   Przewodniczący   zajrzał   do 

harmonogramu spotkania.

– Rodzina Tenirów poprosiła o możliwość zwrócenia się do Rady w sprawie taryf 

satrapy nałożonych na żywostatek „Ofelia”. Ponieważ Kupiec Tenira odmówił zapłaty, jego 

background image

statek został zatrzymany w doku podatkowym.

Przewodniczący Rady nie skończył jeszcze mówić, gdy nagle ktoś wstał i zabrał głos. 

Althea rozpoznała Kupca Dawa, który prędko wypowiadał przygotowaną wcześniej formułę:

– Moim zdaniem Rada Kupców nie powinna omawiać tego typu kwestii. Tenira ma 

pretensje   do   biura   taryfowego,   nie   zaś   do   innych   Kupców.   Niech   zatem   spiera   się   z 

urzędnikami satrapy i pozwoli, by Rada poświęciła swój cenny czas na omówienie spraw 

dotyczących nas wszystkich.

Althei zamarło serce w piersi, bo zauważyła, że siedzący obok Dawa Davad Restart 

kiwa głową z aprobatą.

Teraz podniósł się Tomie Tenira. Starał się opanować gniew. Mięśnie jego potężnych 

ramion nabrzmiały pod rękawami kupieckiej szaty.

– Od kiedy to Rada Kupców stała się jedynie niańkami rozwiązującymi spory między 

dziećmi? Czym jest Rada, jeśli nie głosem naszego miasta? Moja skarga nie dotyczy kłótni z 

urzędnikiem   taryfowym.   Chodzi   o   niesprawiedliwe   podatki   nakładane   na   wszystkich 

właścicieli   statków.  Zgodnie  z  oryginalnym  statutem  mieliśmy  płacić  satrapie  podatek  w 

wysokości połowy naszych zysków. Oburzający procent, lecz nasi przodkowie zgodzili się 

nań i uważam, że powinniśmy przestrzegać ich uzgodnień. Nigdzie jednak w statucie nie 

mówi się o dodatkowych taryfach celnych. Co więcej, w żadnym dokumencie nie ma słowa o 

innych naszych obowiązkach, takich jak tolerowanie w naszych portach obecności złodziei i 

morderców, czyli najemników z Chalced. – Tomiemu Tenirze głos zaczął drżeć z wściekłości.

W tym momencie wstał Davad Restart. Althea zadrżała z lęku i oburzenia.

– Członkowie Rady, wszyscy jamaillscy kupcy płacą taryfy celne satrapie. Dlaczego 

mielibyśmy się wyłamywać? Czy Cosgo nie jest naszym dobrym i sprawiedliwym władcą? 

Pieniądze z cła przeznacza się na remontowanie doków i niektórych budynków użyteczności 

publicznej w Jamailłia City, opłaca się z nich także okręty patrolujące Kanał Wewnętrzny w 

celu   ochrony   przez   piratami.   Cechy,   które   Kupiec   Tenira   dyskredytuje,   czynią 

Chalcedczyków doskonałymi obrońcami. Jeśli Tomie Tenira nie ceni ich usług, może w takim 

razie powinien...

–   Chalcedzkie   „okręty   patrolowe”   same   oddają   się   piractwu!   Zatrzymują   statki   i 

wymuszają opłaty. To zdziercy i bandyci. Wszyscy wiedzą, że mój żywostatek „Ofelia” został 

poważnie uszkodzony, gdy odmówiliśmy zgody na abordaż. Statki z naszego miasta nigdy nie 

pozwalały   obcym   wchodzić   na   swoje   pokłady.   Sugerujesz,   że   powinniśmy   teraz 

zaakceptować takie żądania? Taryfy celne były na początku rozsądnymi opłatami, teraz zaś 

stały się tak skomplikowane, że potrzebujemy specjalistów obliczających kwoty, które mamy 

background image

zapłacić. Taryfy mają tylko jeden cel: sprawić, żeby handel z innymi miastami poza stolicą 

stał się nieopłacalny. Jamailłia City kradnie nasze zyski, chcąc jeszcze bardziej nas od siebie 

uzależnić. Każdy, kto cumował ostatnio w stolicy, poświadczy, że z naszych podatków z 

pewnością nie odnowiono doków, które wręcz krzyczą o konserwację. Wątpię, czy w ciągu 

ubiegłych  trzech  lat  wydano  na  remont  choćby  miedziaka.  Wybuchł  powszechny  aplauz, 

któremu towarzyszył śmiech.

– Mój chłopak pokładowy o mało nie spadł do wody z rozpadającego się doku! – 

zawołał ktoś z tyłu.

Gdy nieco się uciszyło, przemówił Daw:

– Członkowie Rady, proponuję odroczyć sprawę i najpierw zdecydować, czy w ogóle 

powinniście wysłuchać tej skargi. – Rozejrzał się wokół. – Zapada noc. Może powinniśmy 

przełożyć skargę Teniry na następne spotkanie.

– Sądzę, że trzeba jej wysłuchać – oświadczył przewodniczący Rady, niestety dwóch 

pozostałych członków natychmiast potrząsnęło głowami. Cała trójka ponownie udała się do 

pokoju narad. 

Tym razem widownia okazała się mniej cierpliwa. Wybuchła kłótnia. Wszędzie wokół 

ludzie wstawali i chodzili po sali. Kupiec Larfa z żywostatku „Urocza” podszedł do kapitana 

Teniry i głośno oznajmił:

– Możesz na mnie liczyć, Tomie. Niezależnie od tego, jak sprawy potoczą się tutaj. 

Masz na to moje słowo. Daj tylko znak, a wraz z synami od razu pójdę do tego cholernego 

doku podatkowego i uwolnimy twój statek. – Stojący za nim dwaj wysocy młodzi mężczyźni 

poważnie przytaknęli.

–   Nie   będziecie   sami   –   zaoferował   się   drugi   mężczyzna,   które   go   Althea   nie 

rozpoznała. Podobnie jak Kupcowi Larfie, towarzyszyli mu synowie.

– Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie – odparł Tomie cicho. – Chciałbym skłonić 

mieszkańców Miasta Wolnego Handlu do wspólnego działania. Niech to nie będzie jedynie 

akcja Tenirów.

W tym momencie wybuchły jakieś krzyki. Althea podniosła się z miejsca i wyciągnęła 

szyję. Niewiele widziała, ponieważ wszyscy przed nią również wstali, lecz oceniła, że spór 

odbywa się w samym środku sali, najprawdopodobniej przy stoliku Kupców Dawa i Restarta.

–   Kłamco!   –   ktoś   krzyknął   oskarżycielsko.   –   Wiem,   że   to   zrobiłeś.   Bez   ciebie 

przeklęci Nowi Kupcy nigdy by tak głęboko nie wrośli w tę ziemię!

Ktoś inny cicho zaprzeczał. Kilku porządkowych już ruszało, by zapobiec awanturze. 

Althea   wbiła   paznokcie   w   dłonie.   Kupcy   byli   o   krok   od   wybuchu,   niedługo   zwrócą   się 

background image

przeciwko sobie.

– Kłótnie nikomu nie służą! – zawołała z goryczą. Przypadkowo trafiła na moment 

milczenia   i  wszyscy  odwrócili   się   ku  niej.   Nawet   Grag   i  Tomie   Tenira   byli   zaskoczeni. 

Nabrała   tchu.   Wiedziała,   że   Rada   może   odroczyć   zebranie   na   inny   termin   i   cenny   czas 

zostanie stracony. Prawdopodobnie otrzymała jedyną i zupełnie niepowtarzalną okazję, by 

przemówić. – Popatrzcie po sobie! Sprzeczamy się jak dzieci, Kupiec występuje przeciw 

Kupcowi. A kto wygra tę bitwę? Napewno nikt z nas. Musimy dojść do porozumienia. Trzeba 

rozmawiać   o   ważnych   sprawach,   które   dotyczą   całej   społeczności.   Czym   się   stało   nasze 

miasto? Czy zamierzamy ulec nowym edyktom satrapy, zaakceptować jego taryfy celne i 

ograniczenia?   Zaczynają   nam   przecież   poważnie   utrudniać   życie.   Mamy   tolerować 

najemników władcy cumujących w naszym porcie? Czy powinniśmy ich karmić i opłacać ich 

ekwipunek,   a   oni   nadal   będą   zatrzymywać   nasze   statki   przed   macierzystym   portem   i 

oskubywać je do cna? Z jakiej racji?

Poczuła   na   sobie   wzrok   wszystkich.   Niektórzy   ludzie   wstali   z   miejsc,   by   lepiej 

słyszeć. Zerknęła na siedzącego obok Graga. Zachęcająco skinął głową. Poczuła, jak jego 

matka chwyta ją za rękę. Nabrała wiary w siebie.

– Ojciec już dwa lata temu przewidział tę sytuację. Nie jestem Kupcem, tak jak on, ale 

nie waham się powtórzyć jego mądrych słów. „Przyjdzie pora, gdy Miasto Wolnego Handlu 

będzie się  musiało  zjednoczyć  i zadecydować  o  własnej  przyszłości”. To  słowa Ephrona 

Vestrita. Sądzę, że ten czas nadszedł właśnie teraz.

Rozejrzała się po sali. Keffria patrzyła na nią w przerażeniu, zakrywając ręką usta. 

Davad miał twarz czerwoną niczym korale indora. Niektóre kobiety wyglądały na zgorszone, 

że przedstawicielka ich płci przemówiła publicznie. Jednak wielu Kupców kiwało potakująco 

głowami lub rozmyślało nad jej oświadczeniem. Mówiła dalej:

–   Niektórych   zmian   naprawdę   nie   możemy   dłużej   tolerować.   Ci   tak   zwani   Nowi 

Kupcy uzurpują sobie prawo do naszych ziem. Nic nie wiedzą o ofiarach, które ponieśliśmy, i 

nie   mają   pojęcia   o   naszych   relacjach   z   mieszkańcami   Deszczowych   Ostępów.   Szydzą   z 

naszych praw i używają wytatuowanych niewolników. Satrapa przestał się zadowalać połową 

naszych zysków. Weźmie wszystko, co zarabiamy, choć za zdobyte dobra płacimy własną 

krwią,   a   pieniądze   rozda   swoim   nowym   przyjaciołom:   czy   to   Nowym   Kupcom,   czy   też 

chalcedzkim statkom korsarskim!

– Ona mówi o buncie! – z niedowierzaniem krzyknął ktoś z tyłu sali.

Dziewczyna wzięła się na odwagę. Zrób kroczek do przodu i przyznaj się, doradziła 

sobie.

background image

– Tak, rzeczywiście mówię o buncie – powiedziała z całkowitym spokojem.

Nie była przygotowana na wrzawę, która nastąpiła po tych słowach. Kącikiem oka 

zauważyła zbliżających się porządkowych, lecz wiedziała, że trudno im będzie dotrzeć do niej 

przez tłum, zwłaszcza że ludzie podkładali im nogi lub przegradzali drogę ławkami. W końcu 

jednak porządkowi wyrzucają z sali. Zostało jej zaledwie kilka minut.

– Statek mojego ojca! – Jej głos zadźwięczał ponad harmidrem. W sali nieco ucichło. 

– „Vivacia”, żywostatek wykonany w Deszczowych Ostępach, został porwany przez piratów. 

Wiem, że niektórzy z was słyszeli już plotki. Przyszłam tu, by powiedzieć wam prawdę. Stało 

się   coś   wręcz   niewiarygodnego.   Piraci   przejęli   żywostatek   z   Miasta   Wolnego   Handlu! 

Sądzicie,   że   chalcedzcy   najemnicy   satrapy   pomogą   mi   go   odzyskać?   Jeśli   przypadkowo 

wpadnie w ich łapy, sądzicie, że uszanują nasze słuszne żądania co do niego? O nie, odstawią 

„Vivacię” do Jamaillia City i będą ją tam trzymać niczym wojenny łup. Pomyślcie na moment 

o Rzece Deszczowej, a odkryjecie, że problem jest przełomowy! Chalcedczycy bez oporów 

popłyną do  Deszczowych  Ostępów.  Potrzebuję  waszej   pomocy,  pomocy  was   wszystkich. 

Proszę, błagam, stańcie po mojej stronie. Potrzebuję pieniędzy i statku. Chcę odzyskać swoje 

dziedzictwo.

Ostatnie   zdanie   wypowiedziała   wbrew   sobie.   Matka   posłała   jej   przerażone, 

niedowierzające   spojrzenie.   Wyraźnie   ją   potępiała.   Althea   publiczne   zażądała   praw   do 

rodzinnego statku. Miała przemówić w imieniu swojej rodziny, niestety, serce wybrało za nią 

słowa.

–   Vestritowie   sami   sprowadzili   na   siebie   nieszczęście!   –   krzyknął   ktoś.   –   Ich 

rodzinnym statkiem dowodzi obcy. Wstyd! W dodatku dziewczyna twierdzi, że potrzebuje 

sojuszników. A z kim tu przyjechała? Z Davadem Restartem, panowie! Znacie go wszyscy i 

wiecie,   czym   się   ostatnio   zajmuje.   Wściekła   mowa   tej   panny   łączy   się   zapewne   z 

zorganizowaną przez Nowych Kupców pułapką. Jeśli przeciwstawimy się satrapie, na pewno 

nie   postąpi   z   nami   łagodnie.   Musimy   przekonać   władcę   do   swoich   racji,   a   nie   stawać 

przeciwko niemu.

Kilka osób pokiwało głowami i wymamrotało słowa poparcia.

– Dlaczego chalcedzkie łodzie patrolowe nie popłyną na ratunek „Vivacii”? Czy nie 

na  tego   typu   pomoc   miały   iść   wszystkie   nasze   opłaty?   Czy   Chalcedczycy   nie   mieli   nas 

chronić przed piratami? Dlaczego nie odszukają żywostatku i nie pokażą nam, za co płacimy?

– Althea przemawia przeciw Chalcedczykom, a przecież jej siostra wyszła za jednego 

z nich! – ktoś zawołał szyderczo. – Kyle Haven nie może nic poradzić na swoje pochodzenie. 

To dobry kapitan! – inny Kupiec stanął w obronie męża Keffrii. – Ephron Vestrit zostawił 

background image

statek w rękach tego obcego – dodał kolejny. – Stracił go. To kłopot Vestritów, nie zaś kryzys 

Miasta Wolnego Handlu. Jeśli chcą odzyskać statek, niech zapłacą za niego okup.

Althea stanęła na palcach, wypatrując, kto to powiedział.

– Kupiec Froe – syknął jej do ucha Grag. – Nigdy w życiu nie stanął w obronie 

niczego. Tak często przelicza swe pieniądze, że starł już z monet nominały i symbol satrapy.

Froe dalej przekonywał:

– Nie dałbym za nią nawet miedziaka. Vestritowie zawstydzili swój statek i Sa im go 

odebrał. Słyszałem, że używali go również do przewożenia niewolników... Każdy szanujący 

się żywostatek wolał by już służyć piratom!

– Nie mówisz chyba poważnie! – Althea poczuła się jawnie obrażona. – Nie można 

tak łatwo poświęcić „Vivacii”. Zresztą na jej pokładzie pływa mój siostrzeniec. Nawet jeśli 

nie   poważasz   jego   ojca,   musisz   pamiętać,   że   w   żyłach   młodego   Wintrowa   płynie   krew 

Pierwszych Kupców. Sam żywostatek zaś jest z naszego miasta...

Grag   rzucił   się   naprzód,   próbując   zablokować   drogę   jednemu   z   porządkowych, 

niestety drugi minął go i chwycił Altheę za ramię.

– Wyjdź! – oświadczył jej stanowczo. – Członkowie Rady konferują i w tym czasie 

nikomu nie wolno przemawiać. Nikt ci nawet nie udzielił prawa głosu. I nie jesteś głównym 

Kupcem   rodziny   Vestritów!   –   dodał   głośniej,   bo   podniosły   się   protesty   przeciwko 

obcesowemu traktowaniu dziewczyny. – W interesie porządku, ona musi wyjść!

To   stwierdzenie   stało   się   iskrą   zapalną   prawdziwej   awantury.   Któraś   ławka 

przewróciła się z łomotem.

– Nie! – krzyknęła przerażona Althea i, o dziwo, porządkowi jej posłuchali. – Nie – 

powtórzyła, nagle całkowicie opanowana. Położyła rękę na ramieniu Graga. – Nie przyszłam 

tu wywoływać burdy. Chciałam prosić o pomoc. I poprosiłam o nią. Pragnę też opowiedzieć 

się   po   stronie   rodziny   Tenirów.   Jestem   przeciwna   przetrzymywaniu   „Ofelii”   w   doku 

podatkowym. Urzędnicy satrapy nie powinni sobie rościć praw do jej ładunku. – Bardzo cicho 

dodała: – Jeśli któryś z panów Kupców zechce pomóc rodzinie Vestritów, przyjdźcie do nas. 

Wiecie, gdzie stoi nasz dom. Każdego przyjmiemy z otwartymi ramionami, każdy chętny 

usłyszy całą naszą opowieść.

Teraz wyjdę. Sama i w spokoju. Nikt nie będzie mnie obarczał winą za podburzanie 

do rozruchów w Kupieckiej Sali Zgromadzeń. – Odwróciła się do Graga i rzuciła szeptem: – 

Nie   idź   za   mną.   Zostań,   na   wypadek   gdyby   Rada   ponownie   się   zebrała.   Poczekam   na 

zewnątrz.

Z dumą uniosła głowę i bez eskorty przeszła przez tłum. Wiedziała, że dziś wieczorem 

background image

nie zyska tu nic więcej. Kupcy, którzy przyprowadzili na spotkanie małe dzieci, wyganiali je 

teraz   na   dwór,   najwyraźniej   obawiając   się   o   ich   bezpieczeństwo.   Panowało   wielkie 

zamieszanie. Ludzie stali w małych grupkach, niektórzy rozmawiali cicho, inni spierali się 

podniesionymi   głosami,   gestykulując   gwałtownie.   Gdy   Althea   przechodziła   między   nimi, 

kątem   oka   dostrzegła   przedstawicielki   własnej   rodziny.   Vestritki   zostawały   na   zebraniu. 

Ucieszyła się. Może  będą  miały jeszcze  okazję  oficjalnie przemówić  w  sprawie  ocalenia 

„Vivacii”.

Wyszła w spokojną letnią noc. Cykały świerszcze, gwiazdy jasno świeciły na niebie. 

Za jej plecami w Kupieckiej Sali Zgromadzeń brzęczało niczym w ulu. Wychodziło sporo 

osób. Wbrew sobie dziewczyna poszukała wzrokiem Brashena, ale nie dostrzegła nigdzie ani 

jego, ani Amber. Niechętnie ruszyła ku powozowi Davada. Postanowiła w nim poczekać na 

formalną przerwę w obradach.

Stał   prawie   na   końcu   długiej   linii   powozów.   Gdy   dotarła   do   niego,   przystanęła 

przestraszona. Woźnica zniknął, konie – stare i zazwyczaj bardzo zrównoważone – parskały i 

narowiście   darły   ziemię   kopytami.   Po   drzwiczkach   powozu   spływała   gęsta   i   czarna   w 

ciemnościach krew, z okna zwisała nieżywa świnia z poderżniętym gardłem, a na herbie 

Restarta widniał krwawy napis: „Szpicel”. Z odrazy Althei aż zakręciło się w głowie.

Zebranie   najwyraźniej   się   kończyło.   Kupcy   gromadnie   opuszczali   salę.   Niektórzy 

dyskutowali głośno, z gniewem. Inni szeptali cicho, rozglądając się trwożliwie, czy aby nikt 

ich nie podsłuchuje. Ronica Vestrit jako pierwsza stanęła u boku dziewczyny.

– Rada zebrała się ponownie. Podczas zamkniętego spotkania ustalą, czy powinni 

wysłuchać... – Przerwała na widok świni. – Natchnienie Sa! – sapnęła. – Biedny Davad. Jak 

mogli mu coś takiego zrobić? – Popatrzyła wokół, szukając wzrokiem sprawców.

Nagle zjawił się Grag. Obrzucił powóz jednym przerażonym spojrzeniem, po czym 

wziął Altheę pod ramię.

– Chodź stąd. Postaram się, abyś wróciła z rodziną bezpiecznie do domu. Nie wtrącaj 

się w tę sprawę.

– Nie wtrącam się – odparła zawzięcie. – Wcale się nie wtrącam. Kupiec Restart 

również nie, mogę się założyć. Nie opuszczę go jednak w potrzebie, Gragu. Nie mogę.

–   Altheo,   zastanów   się!   Ten   czyn   nie   wygląda   na   spontaniczną   złośliwość.   Ktoś 

musiał go wcześniej zaplanować. Przynieśli świnię w konkretnym celu i podrzucili w czasie 

przemówień. To poważna groźba. – Pociągnął dziewczynę za ramię.

Odwróciła się i spojrzała mu w twarz.

–   I   właśnie   dlatego   nie   dopuszczę,   by   Davad   samotnie   stawiał   czoło 

background image

niebezpieczeństwu. Zrozum, Gragu, jest stary i nie ma rodziny. Jeśli przyjaciele opuszczą go 

w potrzebie, zostanie zupełnie sam.

– Może sobie na to zasłużył! – Grag wciąż popatrywał po grupkach gapiów, które 

tworzyły się wokół powozu. – Jak możesz akceptować jego postawę, Altheo? Jak możesz 

wciągać w jego brudne sprawki swoją rodzinę?

– Nie akceptuję sposobu działania Davada, lecz przyjmuję go takiego, jaki jest. To 

uparty   stary   głupiec,   ale   odkąd   pamiętam,   był   dla   mnie   dobry   niczym   rodzony   wuj. 

Niezależnie od swoich ostatnich postępków, nie zasłużył sobie na samotność.

Zauważyła   Restarta.   Szedł   pod   ramię   z   Kupcem   Dawem.   Daw   zobaczył   świnię 

pierwszy, otworzył szeroko usta, a w chwilę później puścił Davada i bez słowa uciekł. Althea 

żywiła w duszy nadzieję, że na niego również czeka w powozie zarżnięta świnia.

– Co to jest? Nie rozumiem. Dlaczego? I kto to zrobił? Gdzie mój woźnica? Czyżby 

ten tchórz zbiegł? Popatrzcie na skórę, zupełnie zniszczona! – Restart zamachał ramionami 

niczym spłoszony kurczak. Zrobił krok ku powozowi, przyjrzał się świni, cofnął się. Obrzucił 

skonsternowanym spojrzeniem tłum. Z tyłu ktoś roześmiał się głośno. Nikt się nie oburzał ani 

mu nie współczuł. Ludzie tylko czekali, jak zareaguje.

Althea popatrzyła po twarzach. Zebrani wydali jej się nagle nieznajomi, byli bardziej 

obcy   niż   jamaillscy   Nowi   Kupcy.   Uprzytomniła   sobie,   że   nie   zna   już   Miasta   Wolnego 

Handlu.

– Proszę, Grag – wyszeptała. – Zostanę z nim i zawiozę go do domu. Mógłbyś zabrać 

moją rodzinę? Malta chyba nie powinna mieć jakichkolwiek związków z tą sprawą.

– Nikt nie powinien mieć z nią związków – odparował kwaśno młodzieniec, jednak 

dobre wychowanie nie pozwoliło mu odmówić. 

Ronica i Keffria odeszły bardzo spokojnie. Malta wyraźnie się ucieszyła propozycją 

odjazdu ładniejszym powozem niż ten, którym przyjechała.

Althea wzięła Davada pod ramię.

– Uspokój się – szepnęła mu. – Niech nie zobaczą, że ten incydent wytrącił cię z 

równowagi. – Nie dbając o krew, otworzyła drzwi jednym ostrym szarpnięciem. Niestety, 

oporne ścierwo nie spadło z okna. Świniak był cherlawy, przecież nikt nie poświęciłby na taki 

cel dobrego inwentarza. Po śmierci wnętrzności zwierzęcia opróżniły się, toteż w powietrzu 

wisiał smród świńskiego łajna. Althea przypomniała sobie, że krew nie jest jej obca, widziała 

jej wiele podczas rzezi na Wyspach Jałowych. Nie zamierzała dać się zastraszyć przez jedno 

zarżnięte prosię. Śmiało chwyciła zwierzę za tylne nogi i pociągnęła mocno. Świnia osunęła 

się na ulicę. Althea zauważyła, że poplamiła sobie kupiecką szatę krwią i gnojem.

background image

– Potrafisz się wspiąć się na kozioł? – spytała Davada.

Osłupiały, potrząsnął głową.

– W takim razie pojedziesz w środku. Drugie siedzenie jest prawie czyste. Weź moją 

chusteczkę. Jej zapach ci pomoże.

Davad nie odezwał się ani słowem. Przyjął chustkę i wspiął się ciężko do powozu. 

Althea zatrzasnęła za nim drzwi. Nie patrząc na gapiów, obeszła zaprzęg, uspokoiła konie, po 

czym   wspięła  się  na   kozioł   i  chwyciła  lejce.  Nie   powoziła  od  wielu  lat,  a  kilkukonnym 

zaprzęgiem – chyba nigdy. Kopnięciem zwolniła hamulec i optymistycznie trzasnęła lejcami. 

Konie ruszyły naprzód niepewnym stępem.

– Cóż za kobieta! Od żeglarki do woźnicy. Oto narzeczona dla Graga! Pomyślcie, ile 

pieniędzy oszczędzą, bo nie będą musieli wynajmować służby! – krzyknął ktoś z tłumu. Ktoś 

inny gwizdnął głośno z podziwem. Althea z dumą zadarła podbródek. Trzasnęła lejcami i 

konie przeszły w  kłus. Miała  nadzieję, że znajdą drogę do domu, nawet w  zapadającym 

zmroku. Sama pewnie by nie trafiła.

 

background image

7. SKUTKI

– Jesteś w domu, Davadzie. Wysiądź.

Davad nawet nie próbował otworzyć drzwiczek. Skulił się w narożniku, oczy miał 

zamknięte. W mroku Althea dostrzegała jedynie blady zarys jego twarzy. Szarpnęła drzwi. 

Odskoczyły, ona  zaś  niemal  upadła  na  plecy. Na  szczęście nie podarła  sukni, choć strój 

cuchnął świńską krwią, gnojem i jej własnym potem. Jazda do rezydencji prawie wykończyła 

ją nerwowo. Przez cały czas dziewczyna bała się, że powóz zjedzie na pobocze lub napadną 

nań wrogowie Davada. Gdy podjechała pod frontowe drzwi domu starca, na podwórze nie 

wyszedł żaden służący ani chłopiec stajenny. Okna były ciemne. Domostwo wyglądało, jakby 

nikt tu nie mieszkał. Przy framudze drzwi wejściowych filowała jedna lampa.

– Jak ma na imię twój stajenny? – zapytała rozdrażniona Althea.

Davad patrzył na nią bezrozumnie.

– Nie... nie wiem. Nie rozmawiam z nim.

– No, świetnie. – Odrzuciła głowę i ryknęła głosem godnym pierwszego oficera: – 

Chłopak stajenny! Zajmij się końmi! Służba, do mnie! Wasz pan wrócił do domu!

Ktoś uniósł róg firanki i wyjrzał przez okno. Dziewczyna usłyszała kroki wewnątrz 

domu, po czym dostrzegła przelotny ruch na ciemnym dziedzińcu.

– Przyjdź tu i zabierz konie – poleciła.

Cień przystanął z wahaniem.

– Prędzej! – warknęła na niego.

Chłopak, który wynurzył się z mroku, liczył sobie nie więcej niż dziesięć lat. Podszedł 

bliżej do koni i znowu przystanął niepewnie. Althea prychnęła ze złością.

– Och, Davadzie, skoro nie potrafisz sobie radzić ze służącymi, powinieneś zatrudnić 

rządcę, który zajmie się tym za ciebie. – Zupełnie zapomniała o takcie.

– Masz rację – zgodził się pokornie Davad i wysiadł z powozu. Podczas jazdy z Sali 

Zgromadzeń postarzał się o wiele lat. Twarz mu obwisła i zatraciła charakterystyczny dla 

niego wyraz pychy. Szatę miał usmarowaną świńskim łajnem i krwią. Ręce trzymał z dala od 

ciała,   całym   sobą   wyrażał   obrzydzenie.   Wyglądał   na   skruszonego   i   zranionego.   Powoli 

potrząsnął głową. – Nie rozumiem. Kto mógł by mi coś takiego zrobić? I dlaczego?

Była za bardzo zmęczona, by mu odpowiadać na tak poważne pytania.

– Idź do domu, Davadzie. Weź kąpiel i połóż się do łóżka. Po ranek blisko, wówczas 

sobie wszystko przemyślisz. – Intuicyjnie wyczuła, że starego trzeba potraktować jak dziecko. 

Wydał jej się nagle ogromnie wrażliwy i delikatny.

background image

– Dziękuję ci – powiedział cicho. – Odziedziczyłaś sporo cech swego ojca. Czasem się 

nie zgadzaliśmy, lecz zawsze go podziwiałem. Nigdy nie marnował czasu na obwinianie 

innych.  Tak  jak  ty,  dostrzegał  problem  i  po  prostu  go  rozwiązywał...  Ktoś   powinien  cię 

odwieźć. Zamówię konie i woźnicę. – Słysząc jego ton, dziewczyna nie była pewna, czy 

Davad potrafi to zrobić. W drzwiach domu stanęła kobieta. Światło z korytarza oświetliło 

część podwórza.

– Zawołaj lokaja, niech pomoże twemu panu wejść – rozkazała Althea. – Przyszykuj 

dla   niego   kąpiel   i   wyłóż   czyste   ubranie.   Przygotujcie   prosty   posiłek.   Nic   mocno 

przyprawionego ani tłustego. Rusz się!

Kobieta   pospiesznie   wróciła   do   domu,   pozostawiwszy   uchylone   drzwi.   Althea 

usłyszała jej przenikliwy głos.

– A teraz przemawiasz podobnie jak swoja matka – rzekł Davad. – Dużo dla mnie 

zrobiłaś. Nie tylko dziś wieczorem, ale w ostatnich kilku latach. Pomagacie mi, ty i twoja 

rodzina. Czy zdołam się wam kiedykolwiek odpłacić?

Moment   nie   był   odpowiedni   na   takie   rozważania.   Podszedł   chłopiec   stajenny. 

Postrzępioną tunikę miał niewiele dłuższą od koszuli. Pod spojrzeniem czarnych oczu Althei 

aż przypadł do ziemi. Lampa ujawniła pajęczynowaty tatuaż na boku jego nosa.

– Davadzie, powiedz mu, że nie jest już niewolnikiem – oświadczyła dziewczyna 

stanowczo.

–   Powiedzieć...   Co   takiego?   –   Starzec   potrząsnął   głową,   jakby   nie   zrozumiał 

polecenia.

–   Powiedz   chłopcu,   że   jest   wolny.   Daj   mu   wolność.   Tak   właśnie   możesz   mi   się 

odpłacić.

– Ale ja... Nie mówisz chyba poważnie. Wiesz, ile można do stać za takiego ładnego, 

zdrowego   chłopca?   Błękitne   oczy   i   jasne   włosy   u   domowych   służących   są   wyjątkowo 

poszukiwane w Chalced. Jeśli zatrzymam go przez rok i trochę wyszkolę, masz pojęcie, ile 

będzie wart?

– Znacznie więcej niż za niego zapłaciłeś, tak? Jednak dla kogoś może być znacznie 

więcej wart niż pieniądze, za które możesz go sprzedać. – Ze świadomym okrucieństwem 

dorzuciła: – Ile był dla ciebie wart twój syn? Słyszałam, że również miał jasne włosy.

Starzec   zbladł   i   chwiejnie   zrobił   krok   w   tył.   Złapał   za   drzwiczki   powozu,   lecz 

natychmiast oderwał rękę, gdyż były lepkie od krwi.

– Dlaczego to powiedziałaś? – zawodził rozpaczliwie. – Dlaczego wszyscy zwracają 

się przeciwko mnie?

background image

– Davadzie... – Potrząsnęła głową. – To ty zwracasz się przeciwko nam, mój drogi. 

Otwórz oczy. Zastanów się nad sobą. Zysk i strata nie zawsze są najważniejsze, czasem trzeba 

umieć także rozgraniczyć dobro od zła. Nie wolno zła zamieniać na pieniądze. Teraz możesz 

sporo zarobić na konflikcie Pierwszych Kupców z Nowymi, lecz ten konflikt nie będzie trwał 

wiecznie. Kim będziesz po jego zakończeniu? Jedni potraktują cię jak obcego, drudzy nazwą 

zdrajcą. Czy będziesz miał wówczas przyjaciół?

Davad stał jak zmrożony i niemo się w nią wpatrywał. Zastanowiła się, po co traci na 

niego   czas.   On   zapewne   nie   poświęciłby   jej   tyle   uwagi.   Był   starym   człowiekiem   i 

prawdopodobnie nie potrafił się już zmienić.

Z rezydencji wyszedł lokaj. Żuł coś, jego podbródek lśnił od tłuszczu. Podszedł, chcąc 

chwycić swego pana pod ramię, lecz odsunął się gwałtownie.

– Jesteś brudny! – wykrzyknął ze wstrętem. 

– Ty natomiast leniwy! – odcięła się Althea. – Pomóż panu wejść do domu i zadbaj o 

jego potrzeby, zamiast napychać brzuch podczas jego nieobecności. No już, ruszaj się!

Lokaj natychmiast zareagował na jej rozkazujący ton. Ostrożnie wyciągnął rękę do 

Davada. Starzec powoli ją przyjął, zrobił kilka kroków, potem się zatrzymał i nie odwracając 

głowy powiedział:

– Weź konia z mojej stajni. Przydzielić ci człowieka do pomocy?

– Nie, dziękuję ci. Poradzę sobie sama. – Niczego już od niego nie chciała.

Mamrotał coś cicho.

– Co mówisz?

Odchrząknął.

– Weź zatem chłopca. Stajennego. Jedź z panią, chłopcze. Jesteś wolny.

Wszedł do domu.

* * *

Keffria   ubłagała   kiedyś   męża,   tuż   po   ślubie,   by   pozował   malarzowi.   Nazwał   jej 

pomysł głupim, nie  potrafił wszakże młodej  żonie odmówić. Łaskawie  przesiedział  kilka 

godzin.   Pappas   był   uczciwym   artystą,   więc   na   portreciku   odmalował   Kyle'a   Havena   ze 

wszystkimi   szczegółami:   nie   pominął   ani   niecierpliwych   oczu,   ani   wyrazistej   zmarszczki 

irytacji między brwiami. Ilekroć Keffria spoglądała na miniaturę, przypominała sobie wieczne 

rozdrażnienie męża.

Spróbowała zapomnieć o żalu i odnaleźć w sobie miłość do Kyle'a. Był jej mężem, 

background image

ojcem jej dzieci, jedynym mężczyzną w jej życiu. A jednak nie mogła z pełną uczciwością 

powiedzieć, że go kocha. Dziwne! Przecież pragnęła jego powrotu. Nie tylko dlatego że wraz 

z nim miał wrócić rodzinny statek i jej syn Wintrow. Nie, nie, tęskniła za Kyle'em. Uznała, że 

od miłości cenniejsza jest czyjaś siła. Chciała móc na kimś się weprzeć. Poza tym musiała z 

nim porozmawiać. Przez miesiące rozstania dostrzegła problemy, które powinna omówić z 

mężem.   Zdecydowała,   że   skłoni   go   do   szacunku   wobec   siebie.   Ostatnio   matka   i   siostra 

nauczyły się ją szanować, podobnie musi być z Kyle'em.

Zamknęła   puzderko   z   portretem   i   odłożyła   je   na   półkę.   Była   bardzo   senna, 

postanowiła jednak czekać na powrót Althei. Do siostry żywiła podobnie mieszane uczucia 

jak do męża. Ilekroć sądziła, że zbliżają się do siebie, Althea okazywała się egoistką. Na 

przykład   dziś   wieczorem   na   zebraniu   jawnie   oświadczyła,   że   liczy   się   dla   niej   jedynie 

„Vivacia”.   Nie   obchodził   ją   los   Kyle'a   czy   Wintrowa.   Jasne   było,   że   gdy   żywostatek 

przypłynie do Miasta Wolnego Handlu, dziewczyna natychmiast zacznie walczyć z siostrą o 

prawo do niego. I tyle.

Keffria   niczym   zjawa   ruszyła   przez   dom.   Zajrzała   do   Seldena.   Spał   głęboko,   nie 

przejmując się dręczącymi rodzinę problemami. Lekko zastukała w zamknięte drzwi pokoju 

Malty. Nikt nie odpowiedział, więc zajrzała do środka. Córka również spała z beztroską, z 

jaką   potrafią   wypoczywać   jedynie   dzieci.   Keffria   musiała   przyznać,   że   dziewczynka 

doskonale   się   zachowywała   na   zebraniu.   Podczas   jazdy   do   domu   ani   razu   nie   spytała   o 

zdarzenia w Sali Zgromadzeń i przed nią, bawiła natomiast Graga Tenirę miłą konwersacją. 

Bez dwóch zdań, Malta dorastała.

Matka z pewnością w gabinecie ojca czeka na powrót Althei. Skoro żadna z nich się 

nie kładła, równie dobrze mogły poczekać razem. Idąc korytarzem, Keffria usłyszała lekkie 

kroki na frontowym ganku. Sądziła, że to siostra. Zmarszczyła brwi, poirytowana. Dlaczego 

Althea nie weszła przez drzwi kuchenne, nigdy nie zamykane na klucz?

– Otworzę! – zawołała do matki i poszła do wielkich drzwi frontowych.

Na ganku stał Brashen Treli i wytwórczyni korali. Keffrię opanował gniew. To po 

prostu nieprzyzwoite! Brashen nie powinien przychodzić o takiej porze z niezapowiedzianą 

wizytą, a cóż dopiero przyprowadzać ze sobą nieznajomą!

– Tak? – odezwała się niezbyt miłym tonem. Bynajmniej ich nie zakłopotała.

– Muszę porozmawiać z wami wszystkimi – oznajmił Brashen bez wstępów.

– O czym?

– O ocaleniu waszego statku i twojego męża. Amber i ja przy gotowaliśmy niezły 

plan.

background image

Keffria dostrzegła, że jego twarz lśni od potu. A przecież noc wcale nie była upalna. 

Czemu był tak rozgorączkowany?

– Keffrio?! Czy Althea wróciła?! – zawołała Ronica z głębi domu. 

–Nie, mamo. To Brashen Treli i hm... Amber, wytwórczyni korali.

Jej matka natychmiast pojawiła się w drzwiach gabinetu. Podobnie jak Keffria, miała 

na sobie nocną koszulę i podomkę. Rozpuściła już włosy. Długie siwe pasma nadawały jej 

wygląd   wymizerowanej   staruszki.   Brashen   zareagował   lekkim   skrępowaniem.   Dobrze,   że 

miał choć tyle poczucia przyzwoitości.

– Wiem, że jest późno – tłumaczył się pospiesznie. – Ale... Amber i ja mamy plan, na 

którym   moglibyśmy   skorzystać   wszyscy.   Wiele   skorzystać.   –   Wpił   się   w   twarz   Keffrii 

ciemnymi   oczyma.   –   Uważam,   że   tylko   w   ten   sposób   twój   mąż,   syn   i   statek   wrócą 

bezpiecznie do domu.

– Nie przypominam sobie, byś kiedykolwiek okazał Kyle'owi szczególną sympatię lub 

szacunek – zauważyła zimno Keffria. Gdyby Brashen przyszedł sam, może potraktowałaby 

go   życzliwiej,   lecz   Amber   ogromnie   ją   denerwowała.   Słyszała   na   jej   temat   zbyt   wiele 

dziwnych pogłosek. Nie wiedziała, czego ci dwoje szukają, lecz sądziła, że nie interesowało 

ich nic poza własnymi korzyściami.

– Sympatię – nie. Szacunek – tak. Kyle Haven jest doświadczonym kapitanem. Po 

prostu nie jest... Ephronem Vestritem. – Brashen wytrzymał lodowate spojrzenie Keffrii. – 

Dziś wieczorem na zebraniu Althea prosiła o wsparcie. Przyszliśmy jej zaoferować pomoc. 

Czy przyszła już do domu?

Jego bezpośredniość wydała się Keffrii zatrważająca.

– Może odwiedzicie nas w bardziej odpowiedniej porze... – zaczęła, lecz przerwała jej 

matka.

– Wpuść ich, córko, i zaprowadź do gabinetu. Nie będziemy grymasić, gdy chodzi o 

naszych sojuszników. Pragnę wysłuchać planu, który mógłby ponownie scalić naszą rodzinę. 

Nie obchodzi mnie późna pora.

– Jak sobie życzysz, matko – odparła oficjalnie Keffria. Odsunęła się i przepuściła 

gości. Amber posłała jej współczujące spojrzenie. Nawet pachniała osobliwie. No i ta jej 

niesamowita karnacja!

Keffria   nie   miała   nic   przeciwko   większości   przybyszów.   Było   wśród   nich   wielu 

dobrze wychowanych i fascynujących ludzi. Niestety, rzemieślniczka ją niepokoiła. Może 

dlatego że nigdy nie czuła się od nikogo gorsza i w każdym towarzystwie zachowywała się 

równie pewnie. Kiedy Keffria szła za gośćmi do gabinetu, usiłowała zapomnieć wszystkie 

background image

plotki, które słyszała o Amber i Althei.

Ronica wyraźnie nie podzielała obaw córki. Nawet zadzwoniła po Rache i poprosiła o 

przyniesienie herbaty.

– Althea jeszcze nie wróciła do domu – powiedziała. – Czekam na nią.

Brashen wyraźnie się zmartwił.

– Okropnego psikusa zrobili Kupcowi Restartowi – oświadczył. – Zastanawiałem się, 

czy przypadkiem jeszcze gorsza niespodzianka nie czeka na niego w domu. – Nagle wstał. – 

Zapewne   nie   wiecie,   że   mieszkańcy   naszego   miasta   są   dzisiejszego   wieczoru   bardzo 

wzburzeni. Pójdę poszukać Althei. Mogę pożyczyć konia?

– Jest tylko mój stary... – zaczęła Ronica, lecz w tym samym momencie przy drzwiach 

rozległ   się   jakiś   hałas.   Brashen   wyszedł   do   korytarza,   zaraz   zajrzał   do   gabinetu   bardzo 

zatroskany.

– Pojawiła się Althea z jakimś chłopcem – oznajmił i ruszył na spotkanie dziewczyny 

niczym gospodarz tego domu.

Keffria wymieniła spojrzenie z matką. Ronica wydawała się jedynie zaintrygowana, 

ale jej starsza córka czuła się mocno urażona dziwnym zachowaniem nieproszonego gościa.

* * *

Althea spróbowała chwycić chłopca za rękę, ale dziecko cofnęło się przed nią. Biedny 

malec. Jak strasznie musieli go dotąd traktować, że wzdragał się nawet przed zwyczajnym 

dotykiem dłoni. Dziewczyna otworzyła drzwi i gestem zaprosiła chłopca do środka.

– Nic się nie bój. Nikt cię tu nie skrzywdzi. Wejdź. – Mówiła powoli, uspokajającym 

tonem. Nie była pewna, czy w ogóle ją rozumiał. Nie odezwał się ani słowem, odkąd opuścili 

dom Davada. Powrót w ciemnościach był długi i nużący, w umyśle Althei szalały ponure 

myśli. Doznała dziś wieczorem straszliwego niepowodzenia. Odezwała się nieproszona na 

zebraniu i możliwe, że przyspieszyła zakończenie obrad. Kupcy nawet nie wyrazili formalnej 

zgody   na   wysłuchanie   jej   skargi.   Później   zaś   została   zmuszona   do   udzielenia   pomocy 

nieszczęsnemu   Davadowi   Restartowi.   Zrozumiała,   jak   bardzo   się   zmienił;   stał   się   kimś 

obcym. Obawiała się, że wielu innych Kupców pójdzie w jego ślady. A w dodatku przez swój 

niewyparzony język zobowiązała się do opieki nad chłopcem, na którego utrzymanie nie 

posiadała środków. Była teraz odpowiedzialna za jego los. Nie marzyła o niczym poza kąpielą 

i  snem, lecz najpierw będzie musiała  zadbać  o potrzeby dziecka. Pocieszała się, że tego 

wieczoru nic złego już się prawdopodobnie nie zdarzy. Chyba że... Tak, niestety, czekała ją 

background image

jeszcze rozmowa z matką i siostrą na temat jej wypowiedzi na zebraniu Rady Kupców. Na 

pewno nie będą zadowolone. Pod wpływem tej myśli zły nastrój Althei stał się wręcz ponury. 

Chłopiec wszedł po schodach, ale bał się przekroczyć próg.

– Chodź, niczego się nie obawiaj – namawiała dziecko.

– Dzięki Sa, że jesteś cała i zdrowa!

Aż podskoczyła, słysząc z głębi korytarza niski męski głos. Brashen Treli! Nagle 

zaczął krzyczeć na nią niczym na nieudolnego majtka.

–   Masz   cholerne   szczęście,   że   nie   wpadłaś   w   zasadzkę!   Nie   mogłem   uwierzyć 

własnym uszom, gdy usłyszałem, że odjechałaś powozem Restarta. Po co się przejmujesz 

takim durniem, zupełnie pozbawionym uczuć... och! Co tak śmierdzi? – Zatrzymał się o krok 

od niej, podniósł rękę do nosa.

–   Na   pewno   nie   ja!   –   Chłopiec   obok   Althei   zapiszczał   z   oburzeniem.   Mówił   z 

akcentem   Królestwa   Sześciu   Księstw.   –   To   ona.   Cała   śmierdzi.   –   Na   widok   urażonego 

spojrzenia dziewczyny zrobił przepraszającą minę. – Ależ tak. Powinnaś się umyć – dodał 

cicho.

To był ostateczny cios. Althea nie miała już siły znosić kolejnych prztyczków od losu. 

Zmarszczyła czoło i naskoczyła na Brashena.

– Skąd się tu wziąłeś?!

– Martwiłem się o ciebie. Jak zwykle zadziałałaś pod wpływem impulsu. Ale, ale... 

Odłóżmy   tę   sprawę,   muszę   z   tobą   przedyskutować   pewien   pomysł.   Dotyczy   odszukania 

„Vivacii”. Amber i ja przygotowaliśmy coś na kształt planu. Może wyda ci się głupi i pewnie 

ci się nie spodoba, ale sądzę, że mógłby się powieść. – Mówił prędko, jakby bał się, że 

dziewczyna mu przerwie. – Jeśli tylko wysłuchasz, co mam do powiedzenia, i przemyślisz 

sobie mój koncept, dojdziesz do wniosku, że jedynie w ten sposób możemy ją ocalić. – 

Spojrzał jej w oczy. – Rozmowa jednakże może poczekać. Chłopak ma rację, powinnaś się 

najpierw umyć. – Uśmiechnął się złośliwie.

Althei   przyszło   do   głowy,   że   podobnie   potraktował   ją   podczas   ich   rozstania   w 

Świecogrodzie. Czyżby szydził z niej także teraz? Jak śmiał przemawiać do niej tak poufale w 

jej własnym domu? Nachmurzyła się i rzuciła mu groźne spojrzenie. Otworzył usta, by coś 

powiedzieć, lecz przerwał mu chłopiec.

– Nic nie śmierdzi gorzej od świńskiego łajna – oświadczył wesoło. – Nie daj jej się 

dotknąć – ostrzegł Brashena.

– Nie ma na to szans – odparła chłodno. – Ten pan może w każdej chwili stąd wyjść.

Chłopcu mogła wybaczyć brak taktu: był przecież tylko dzieckiem, które znajdowało 

background image

się   w   obcym   miejscu   i   trudnej   sytuacji.   Paskudnych   manier   Trella   natomiast   nic   nie 

tłumaczyło.   Miała   za   sobą   zbyt   długi   i   męczący   dzień   i   nie   zamierzała   wysłuchiwać 

impertynencji. Była wyczerpana, obrzydliwie brudna i – niech jej Sa pomoże! – straszliwie 

głodna. Z gabinetu ojca słyszała kobiece głosy. Musiała jeszcze stawić czoło matce i Keffrii.

Opanowała   wzburzenie.   Weszła   do   gabinetu   świadoma,   że   poprzedza   ją   zapach 

świńskich wnętrzności.

–   Wróciłam   cała   i   zdrowa.   Przyprowadziłam   ze   sobą   chłopca.   Davad   kazał   mu 

pracować w stajni... Wiem, matko, że sytuacja nie pozwala nam na przyjmowanie służby, ale 

dziecko ma niewolniczy tatuaż na twarzy i po prostu nie mogłam go tam zostawić.

Keffria   patrzyła   na   nią   z   przerażeniem.   Althea   zamilkła   na   widok   Amber.   Co 

przyjaciółka tu robi? Po co przyszła?

Mały niewolnik stanął w progu. Nic nie mówił. Kiedy dziewczyna spróbowała go 

wziąć za rękę, umknął w bok. Roześmiała się sztucznie.

– Zapewne chodzi mu o krew i gnój. Nie chciał wsiąść ze mną na konia, dlatego droga 

powrotna zabrała mi tak dużo czasu. Ponieważ odmówił jazdy ze mną, zostawiliśmy konia i 

przyszliśmy do domu na piechotę.

Popatrzyła   wokół,   czując   lekką   panikę.   Keffria   spoglądała   zdumiona   na   chłopca. 

Althea zerknęła przez ramię. Brashen Treli stał za nią, ramiona splótł na piersi. Posłał jej 

twarde spojrzenie.

– Wejdź, chłopcze – odezwała się Ronica. – Nikt cię tu nie skrzywdzi. Jak masz na 

imię?   –   W   jej   głosie   pobrzmiewało   zmęczenie,   ale   i   dobroć.   Dziecko   nie   ruszyło   się   z 

miejsca.

Althea postanowiła zostawić chłopaka matce i zająć się sobą.

– Wezmę kąpiel i zmienię ubranie. To nie potrwa długo.

– Wysłuchanie mojego pomysłu również nie zajmie ci wiele czasu – rzekł stanowczo 

Brashen. 

Przez moment mierzyli się wzrokiem. Za kogo on się uważał?! Wszak sam cuchnął 

papierosami i cindinem! Nie da się tak traktować w domu własnego ojca.

– Obawiam się, że jestem w tej chwili za bardzo zmęczona na rozmowę. Poza tym – 

dodała zimno – pora jest o wiele zbyt późna na jakiekolwiek dyskusje.

Brashenowi opadły kąciki ust. Dotknęła go do żywego, odtrącając pomoc.

Wejście służącej przerwało spór. Rache niosła tacę z wielkim dzbankiem herbaty, 

filiżankami   oraz   najmniejszym   z   możliwych   talerzykiem   pikantnych   ciasteczek.   Chłopiec 

podniósł nos i węszył za tacą niczym pies.

background image

– Altheo! – W tonie matki dziewczyna dosłyszała raczej przypomnienie niż przyganę. 

–   Mnie   w   każdym   razie   interesuje   propozycja   Brashena.   Moim   zdaniem   powinniśmy 

rozważyć   wszystkie   możliwe   rozwiązania   naszej   sytuacji.   Zmęczenie   oczywiście   cię 

usprawiedliwia, wolałabym jednak, abyś nam towarzyszyła w rozmowie. – Ronica zwróciła 

się   do   służącej.   –   Rache,   proszę,   przynieś   nam   więcej   filiżanek.   A   dla   chłopca   bardziej 

konkretny   posiłek.   –   Była   tak   spokojna   i   opanowana,   jakby   co   noc   miewała 

niespodziewanych gości.

Kurtuazja   matki   obudziła   sumienie   w   Althei.   Dziewczyna   uprzytomniła   sobie,   że 

przebywa w rodzicielskim domu, a nie we własnym.

– Oczywiście, matko, jeśli sobie tego życzysz. Wybaczcie, niedługo wrócę.

* * *

Keffria nalała niezwykłym gościom herbaty. Spróbowała zagaić uprzejmą rozmowę, 

ale matka bez słowa zapatrzyła się w zimne palenisko, Brashen zaś nerwowo chodził po 

pokoju. Amber usiadła po turecku na podłodze i – jakby bawiła się ze szczeniakiem – wabiła 

ciastkiem małego niewolnika, aż w końcu wyrwał jej z ręki przysmak. Najwidoczniej wcale 

nie uważała swego zachowania za osobliwe czy skandaliczne. Uśmiechnęła się z dumą.

– Widzisz – odezwała się do niego szeptem. – Tutaj ludzie są ci życzliwi. Jesteś teraz 

bezpieczny, Althea dotrzymała słowa. Wróciła jeszcze wcześniej niż Rache, która przyniosła 

dodatkowy dzbanek herbaty, filiżanki i talerz ciepłego jedzenia dla malca. Keffria uznała, że 

tak prędki powrót siostra musiała okupić myciem w chłodnej wodzie. Althea przebrała się w 

prostą   domową   szatę,   mokre   włosy   splotła   w   warkocz   i   ciasno   upięła.   Policzki   miała 

zaróżowione – zapewne od zimnej wody. Dziwne, ale wyglądała równocześnie na zmęczoną i 

odświeżoną. Bez słowa wzięła sobie herbatę i ciastka, usiadła obok Amber na podłodze. 

Chłopiec siedział po drugiej stronie rzemieślniczki, całkowicie pochłonięty jedzeniem. Althea 

pierwsze swoje słowa skierowała właśnie do niej.

– Brashen twierdzi, że macie plan uratowania „Vivacii”. Podobno wasz pomysł mi się 

nie spodoba, lecz szybko pojmę, iż nie ma innego sposobu. O co chodzi?

Amber posłała Brashenowi karcące spojrzenie.

– Dzięki, że tak świetnie wprowadziłeś w temat naszą przyjaciółkę – zauważyła z 

sarkazmem. Westchnęła. – Jest późno. Chyba powinnam przedstawić krótko sprawę i odejść, 

żebyście   mogły   ją   sobie   przemyśleć.   –   Wstała   z   wdziękiem,   jak   pociągnięta   za   sznurki 

marionetka  i  wyszła  na środek  pokoju,  przyciągając  uwagę  wszystkich  zebranych. Kiedy 

background image

lekko się skłoniła i zaczęła mówić, Keffrii skojarzyła się z aktorką na scenie.

–   Oto   moja   propozycja.   Aby   odbić   żywostatek,   trzeba   użyć   innego   żywostatku... 

Mówiąc   dokładniej,   „Paragona”.   Kupimy   go,   wydzierżawimy   albo   ukradniemy, 

skompletujemy załogę i pod dowództwem Brashena popłyniemy na poszukiwanie „Vivacii”. 

Pewnie  podejrzewacie  mnie o  osobiste  pobudki, pamiętajcie  jednak, że  staram się  ocalić 

„Paragona” przed pocięciem. Wasz przyjaciel Davad Restart mógłby nam pomóc skłonić 

Ludlucków   do   sprzedaży   statku   za   rozsądną   cenę.   Wiem,   że   wspierał   obraźliwe   oferty 

Nowych Kupców. Powinien skorzystać ze sposobności, bo dzięki niej by się zrehabilitował, a 

to mu się przyda zwłaszcza po zdarzeniach dzisiejszego wieczoru. Chcę wnieść cały mój 

majątek jako częściową odpłatność za żywostatek. Co powiecie?

– Nie – odparła stanowczo Althea.

– Dlaczego nie? – zapytała Malta, która właśnie weszła do gabinetu. Na białą nocną 

koszulę narzuciła szlafrok z grubej niebieskiej wełny. Policzki jeszcze miała zarumienione od 

snu. – Śnił mi się koszmar, a gdy się zbudziłam, usłyszałam wasze głosy. Mówiliście o statku, 

który można by wysłać na poszukiwanie taty. Mamo, babciu, dlaczego ciotka zakazuje nam 

odsieczy? Mnie się ten plan wydaje bardzo mądry. Uratujmy papę sami!

Althea zaczęła wyliczać na palcach swoje obiekcje.

– Po pierwsze, „Paragon” jest szalony. Zabił już kilka załóg. Może ponownie dostać 

ataku furii. Poza tym żywostatkiem powinna żeglować jego rodzina. Zresztą nikt nim nie 

pływał od lat. „Paragon” nawet nie stoi na wodzie. Po czwarte czy piąte, prawdopodobnie nie 

mamy   dość   pieniędzy   na   jego   wykup   i   remont.   Co   więcej,   jeśli   nam   się   uda,   dlaczego 

kapitanem ma zostać Brashen? Dlaczego nie ja?

Marynarz parsknął śmiechem, po czym głos mu się dziwnie załamał.

– I w tym sęk! Dowództwo statku to dla ciebie sprawa najważniejsza! – Otarł pot z 

czoła.

Nikt   się   nie   roześmiał.   Brashen   był   dziwnie   rozgorączkowany.   Nawet   Althea   to 

zauważyła.

Keffria zdecydowała, że nadeszła jej kolej na wyrażenie opinii.

–   Wybaczcie   mi   sceptycyzm,   ale   nie   rozumiem,   dlaczego   oboje   chcecie   dać   się 

wciągnąć w naszą sprawę. Amber, jesteś obca w naszym mieście. Po co chcesz zamienić cały 

majątek na szalony żywostatek? A ty, Brashenie? Jaki odniesiesz zysk, ryzykując życie dla 

człowieka, który źle oceniał twoje umiejętności żeglarskie? Jeśli poświęcimy na wasz projekt 

resztki finansów rodziny Vestritów, a wy nie wrócicie z wyprawy, stracimy wszystko.

Brashenowi oczy zabłysły.

background image

– Może mnie wydziedziczono, nie jestem jednak człowiekiem pozbawionym honoru. 

– Pokiwał głową. – Zgadzam się wszakże, że dziś w nocy powinniśmy rozmawiać wprost. 

Keffrio Vestrit, boisz się, że wezmę „Paragona” i zostanę piratem. Rzeczywiście, mógłbym 

tak postąpić, nie zaprzeczam... Jednak tego nie zrobię. Niezależnie od naszych kłótni, Althea 

na pewno poręczy za moją prawość. Wiem, że wasz ojciec poręczyłby za mnie.

– Co do mnie – dodała spokojnie Amber – już mówiłam, że nie chcę dopuścić do 

zniszczenia „Paragona”. Jesteśmy przyjaciółmi. Keffrio, przyjaźnię się także z twoją siostrą 

Althea. W dodatku czuję się powołana do tego czynu... Nie potrafię tego lepiej wyjaśnić. 

Obawiam się, że musicie mi uwierzyć na słowo. Nie umiem w inny sposób udowodnić swojej 

lojalności. 

Zapadła,   cisza.   Brashen   powoli   złożył   ramiona   na   piersi.   Patrzył   na   Altheę 

wyzywająco.   Dziewczynie   wydało   się   to   okropnie   nieuprzejme,   toteż   odwróciła   oczy   i 

zerknęła na matkę.

– Wrócę jutro wieczorem – oświadczył Brashen znienacka. – Przemyślcie sobie nasze 

słowa. Widziałem, w jakich humorach Kupcy wychodzili dzisiaj z Sali Zgromadzeń. Wątpię, 

czy w ogóle dostaniecie jakieś oferty pomocy, a o lepszej pewnie nie ma nawet co marzyć. – 

Przerwał, po czym dorzucił łagodniejszym tonem: – Altheo, jeśli zechcesz ze mną wcześniej 

porozmawiać, zostaw wiadomość w sklepie Amber. Ona wie, gdzie mnie znaleźć.

– Mieszkasz na pokładzie „Paragona”? – spytała ochryple dziewczyna.

– Nocuję tam... czasami – odpowiedział wymijająco.

– Ile cindinu dzisiaj wziąłeś? – zapytała nagle z jawnym okrucieństwem w głosie.

– Zupełnie nic. – Pozwolił sobie na gorzki uśmiech. – I to jest właśnie mój problem. – 

Spojrzał na Amber. – Sądzę, że powinienem już wyjść.

– Ja chyba muszę zostać trochę dłużej – odparła niemal przepraszająco.

– Sama wiesz najlepiej. No cóż... życzę wszystkim dobrej nocy.

– Ukłonił się i ruszył do drzwi.

–  Poczekaj!   –  odezwała   się   Malta   ostrym   tonem.  –   To   znaczy...  proszę...   proszę, 

zaczekaj. – Keffrii przemknęło przez myśl, że nigdy nie słyszała w głosie córki takiej trwogi. 

– Mogę ci zadać kilka pytań? O „Paragona”.

– Oczywiście, jeśli panie się zgadzają.

Malta spojrzała błagalnie na matkę i babcię.

– Skoro Brashen zamierza odejść i dać nam czas na przemyślenie wszystkiego, to... 

Zawsze mi powtarzasz, babciu, że nie sposób się spierać z liczbami. A bez nich nie można 

podejmować   decyzji.   Uważam   zatem,   że   aby   rozważyć   szczegółowo   propozycję, 

background image

powinnyśmy poznać liczby.

Ronica Vestrit wyglądała jednocześnie na zdziwioną i zadowoloną.

– Masz rację.

–   No   więc   tak...   Moja   ciotka   Althea   najwyraźniej   sądzi,   że   „Paragon”   przed 

wypłynięciem będzie potrzebował wielu napraw, ja zaś od najwcześniejszego dzieciństwa 

słyszę, że czarodrzew nie gnije. Sądzisz, Brashenie, że naprawdę trzeba go odremontować? 

Marynarz pokiwał głową.

– Tak, chociaż nie wymaga tylu napraw co zwykły drewniany statek. „Paragon” jest 

bardzo stary, do jego budowy wykorzystano znacznie więcej czarodrzewu niż w późniejszych 

żywostatkach.   Partie   wykonane   z   czarodrzewu   są   absolutnie   zdrowe,   a   części   z   innego 

budulca   w   zaskakująco  dobrym   stanie.  Prawdopodobnie   obecność   czarodrzewu  przegania 

szkodniki, tak jak cedr odstrasza mole. Zanim jednak „Paragon” wypłynie, trzeba weń włożyć 

wiele   pracy   i   dokupić   masę   rzeczy.   Nowe   maszty,   żagle,   liny.   Kotwice,   łańcuch,   gig, 

wyposażenie kuchni, narzędzia ciesielskie, apteczkę... Statek na morzu jest małym odrębnym 

światem i dlatego musi nieść na swoim pokładzie ogromny bagaż. Należy też uszczelnić 

wiele otworów i wymienić sporo desek. Amber już odnawia wewnętrzną stolarkę, jednak 

ciągle jeszcze pozostaje mnóstwo do zrobienia.

Czekają   nas   też   dalsze   koszty.   Musimy   kupić   zapasy   żywności   na   cały   rejs. 

Potrzebujemy tajnego schowka na pieniądze i towary, które można by przekazać jako okup za 

„Vivacię” i ludzi. Należałoby również mieć broń – na wypadek gdyby kapitan Kennit nie 

chciał   negocjować   –   oraz   armatki   pokładowe.   Trochę   grosza   będzie   nas   kosztowało 

wynajęcie niezbędnej grupy marynarzy.

Althea wreszcie odzyskała głos.

– Wierzysz, że jakiś przyzwoity marynarz zechce się zaokrętować na „Paragonie”? 

Czyżbyś zapomniał, że to zabójca? Załodze trzeba będzie zapłacić bardzo wysokie stawki.

Keffria odkryła, że jej siostra bardzo się stara mówić opanowanym tonem, lecz głos 

zdradzał jej podniecenie. Projekt ją mimo wszystko zainteresował.

– To będzie problem – łatwo przyznał Brashen. Ponownie wyjął chusteczkę i przetarł 

twarz. Gdy troskliwie składał materiał, lekko zadrżały mu ręce. – Liczę na marynarzy, którzy 

przystaną do nas dla samej przygody. Zawsze znajdą się śmiałkowie o większej odwadze niż 

rozumie. Zacznę nabór od członków starej załogi „Vivacii”. Kyle zwolnił wielu ludzi twojego 

ojca. Niektórzy z nich na pewno mi nie odmówią, choćby przez wzgląd na żywostatek lub 

pamięć  Ephrona  Vestrita. Co  do reszty... –  Wzruszył  ramionami. –  Mogą  nam  się  trafić 

zwyczajne męty i wichrzyciele. Sporo będzie zależało od pierwszego oficera. Dobry oficer, 

background image

jeśli dać mu wolną rękę, potrafi skłonić do pracy najgorszą nawet załogę.

– A czy powstrzyma marynarzy przed buntem, kiedy...

– Liczby! – przerwała jej z irytacją Malta. – Nie ma sensu martwić się o przyszłość, 

póki nie wiemy, czy w ogóle stać nas na to przedsięwzięcie. – Podeszła do starego biurka 

swego dziadka. – Jeśli dam ci papier i atrament, zdołasz nam spisać wszystkie koszty?

– Nie jestem ekspertem... – zaczął Brashen. – Dokładnej wyceny potrafi dokonać 

jedynie specjalista, a...

– Zakładając, że znajdziesz cieślów chętnych pracować na „Paragonie” – mruknęła 

sarkastycznie   Althea.   –   Powtarzam,   że   statek   na   paskudną   opinię...   Pamiętajmy   też   o 

konieczności uzyskania pozwolenia od Ludlucków...

Malta   zacisnęła   pięści.   Keffria   pomyślała,   że   dziewczynka   za   chwilę   wybuchnie 

złością, podrze kartkę i rzuci ją na ziemię. Na szczęście, jej córka zapanowała nad sobą – 

zamknęła na moment oczy i odetchnęła głęboko.

– Zakładając, że to wszystko się uda... Ile w takim razie potrzeba pieniędzy? I czy 

możemy je zdobyć? Zanim przejdziemy do szczegółów, musimy sobie odpowiedzieć na te 

podstawowe pytania!

–   Nie   bierzesz   pod   uwagę,   że   te...   jak   je   nazwałaś   „szczegóły”   mogą   udaremnić 

wyprawę tak samo jak brak pieniędzy! – żachnęła się Althea.

– Mówię tylko – odrzekła Malta sztucznie opanowanym głosem – że powinniśmy 

rozważyć   najważniejsze   czynniki   w   odpowiedniej   kolejności.   Jeśli   nie   będziemy   mieli 

funduszy na płace dla marynarzy, wtedy jałowe stanie się pytanie o jakość tych, których 

moglibyśmy zatrudnić.

Althea   popatrzyła   na   siostrzenicę   z   wielką   uwagą.   Keffria   zacisnęła   szczęki. 

Wiedziała, że jej siostra ma ostry języczek. Jeśli zakpi z Malty teraz, kiedy dziewczynka tak 

dojrzale wysuwa logiczne argumenty, Keffria chyba nie wytrzyma i wtrąci się do sporu.

– Masz rację – powiedziała na szczęście Althea, po czym spojrzała na Ronikę. – 

Zostały nam w ogóle jakieś rezerwy? Jest coś, co możemy sprzedać?

– Mamy trochę tego i owego – odparła jej matka i niedbale przekręciła pierścionek na 

palcu. – Musimy jednak pamiętać, że chociaż chwilowo „Vivacia” nie znajduje się w naszym 

posiadaniu, i tak wkrótce trzeba będzie zapłacić za nią ratę. Rodzina Khuprusów spodziewa 

się...

– Nie myśl o tym – oświadczyła cicho Malta. – Przyjmę zaloty Reyna. Ustalę datę 

ślubu na dzień powrotu mojego ojca. Khuprusowie powinni nam wtedy umorzyć dług i może 

udzielą finansowej pomocy na wyposażenie „Paragona”.

background image

Nastało   milczenie.   Keffria   miała   osobliwe   skojarzenie   –   wydało   jej   się,   że   pokój 

wypełnił się ciszą aż po brzegi niczym kubełek czystą wodą. Była wstrząśnięta. Popatrzyła na 

córkę   i   nagle   zobaczyła   kogoś   obcego.   Niegdyś   zepsuta   i   uparta   dziewczyna,   która   nie 

powstrzymałaby   się   przed   niczym,   byle   tylko   uzyskać   wolność   i   inne   przywileje   młodej 

kobiety, teraz poświęcała coś... nawet siebie, by wybawić ojca z opresji. Keffria z trudem 

powstrzymała się przed powiedzeniem córce, że Kyle nie jest wart jej poświęcenia. Nigdy by 

tego  nie  docenił.  Pomyślała, że  nikt  nie może  wymagać  od drugiego człowieka życia  w 

poddaństwie. Popatrzyła na małego niewolnika, który bez słowa obserwował zebranych, po 

czym zastanowiła się nad własnym małżeństwem i gorzki uśmieszek wykrzywił jej usta. Tak, 

tak, jedna kobieta już się poświęciła dla Kyle'a Havena.

– Proszę cię, Malto, nie podejmuj w tych okolicznościach tak pochopnej decyzji. – 

Zaskoczyła ją władczość, którą usłyszała w swoim głosie. – Doceniam twoją dojrzałość i 

mądrość. Po prostu potraktuj to jak wyjście ostateczne. Wcześniej wypróbujmy wszystkie 

inne możliwości.

– Jakie inne możliwości? – spytała bezradnie Malta. – Od dawna mamy kłopoty i nikt 

nie zaproponował się nam pomocy. Myślisz, że teraz ktoś nas wesprze?

–   Może   rodzina   Tenirów   –   podsunęła   cicho   Althea.   –   Kilku   innych   posiadaczy 

żywostatków zapewne też się zdecyduje...

–   Przez   jakiś   czas   będą   zbyt   zajęci   własnymi   problemami.–   wtrącił   Brashen.   – 

Przepraszam, trudno mi się dziś skupić. Ale, ale... prawdopodobnie w ogóle nie wiecie, co się 

stało. W doku podatkowym doszło wieczorem do rozruchów. Kapitan Tenira i kilku innych 

Kupców weszło do doku i przesunęło „Ofelię” na środek Portu, a cała flota małych łodzi 

popłynęła ją rozładować. Ładunek został porozrzucany po całym Mieście Wolnego Handlu. 

Tomie Tenira wolał wszystko rozdać, niż zapłacić nakazane taryfy. Niestety, interweniowali 

Chalcedczycy...

– Słodki Sa, miej nad nami litość! – wykrzyknęła Ronica. – Czy ktoś został ranny?

– Kapitan portu bardzo się zaniepokoił, ponieważ zatopiono dwie galery. Utknęły w 

pobliżu doków podatkowych, zdaje mi się, że żadne duże statki przez jakiś czas tam nie 

wpłyną. Sa jeden wie, kiedy Chalcedczykom uda się je wydobyć...

– Zwłaszcza że tonąc płonęły – dodała Amber ze smutkiem, ale i z satysfakcją. – Wraz 

z częścią doku podatkowego – dorzuciła od niechcenia. – Kiedy odchodziliśmy, magazyny 

satrapy nadal się paliły.

Brashen wyzywającym tonem rzekł do Althei:

–   Przyznasz,   że   podczas   takiej   nocy   miałem   prawo   denerwować   się   o   twoje 

background image

bezpieczeństwo.

– Byliście tam? – dziewczyna patrzyła to na marynarza, to na rzemieślniczkę. – Ten 

pożar... nie wygląda na przypadkowy. Podpalenie zaplanowano znacznie wcześniej, prawda? 

Dlaczego nic o tym nie wiedziałam?

– „Ofelia” i ja bardzo się zaprzyjaźniłyśmy ostatnio – odparła wymijająco Amber.

– Czemu nikt mnie nie powiadomił?

–  Może  uznano,  że  miejsce  nie  jest   odpowiednie  dla  kupieckiej   córki.  –  Brashen 

wzruszył ramionami, po czym dodał cierpko: – A może Grag za bardzo cię lubi i nie chciał, 

by ciebie także aresztowano.

– Grag został aresztowany?

– Na krótki czas. Gdy w końcu odnaleźli się chalcedzcy strażnicy, którzy mieli go 

pilnować... okazało się, że młody Tenira zniknął. – Pozwolił sobie na nieznaczny uśmieszek. 

– Wiem wszakże, że ma się dobrze. Na pewno dostaniesz od niego nowiny za dzień czy dwa. 

Nie zostawi swojej damy w niepewności.

– A skąd ty wiesz tak dużo? Jakim sposobem w ogóle znalazłeś się w dokach? – 

Policzki   dziewczyny  oblały  się   szkarłatem.  Keffria  nie  potrafiła  pojąć   przyczyny  gniewu 

siostry.   Czyżby   Althea   żałowała,   że   odwożąc   Davada   do   domu,   pozbawiła   się   okazji 

uczestnictwa w rozruchach?

– Kiedy zobaczyłem grupę rozsierdzonych Kupców, którzy gromadnie wyszli z sali 

przed końcem zebrania, ruszyłem z nimi – Tak jak wielu innych po drodze. – Westchnął. – 

Później z rozmów ludzi dowiedziałem się o świni i powozie Davada Restarta. Czy wiesz, że 

niektórzy życzyli mu jeszcze gorzej? Gdybym został pod Salą Zgromadzeń, zabroniłbym ci 

powozić. Nie mam pojęcia, co ten Tenira sobie myślał...

– Mówiłam już, że nie potrzebuję twojej opieki! Nie chcę niczyjej pomocy.

Brashen złożył ramiona na piersi.

–   Och,   tak,   doskonale   to   widzę.   Dziwię   się   tylko,   dlaczego   wstałaś   na   zebraniu 

Kupców i prosiłaś o pomoc.

– Nie potrzebuję jej od ciebie!

– Ja natomiast potrzebuję – odezwała się Keffria. Spokojnie wytrzymała piorunujące 

spojrzenie Althei. – Chyba zapomniałaś, moja droga, że głównym Kupcem tej rodziny jestem 

ja, a nie ty. Nie jestem zbyt dumna, by przyjąć jedyną pomocną dłoń, jaką ktoś wyciąga do 

nas. – Przeniosła wzrok na marynarza. – Czego ci trzeba na początek? Skąd zaczniemy?

Brashen już się opanował.

– Twoja córka słusznie zauważyła, że na początek konieczne są pieniądze. – Skinął 

background image

głową w stronę Roniki. – Pani kapitanowa powinna porozmawiać z Davadem Restartem. 

Niech w korzystny sposób przedstawi tę ofertę Ludluckom. Inni posiadacze żywostatków 

mogliby się też za nami wstawić. Altheo, spróbuj skłonić ukochanego do wyrażenia poparcia. 

Znam kilka żywostatków i sam z nimi pomówię. Niektóre potrafią wywrzeć presję na swoje 

rodziny. – Potarł skronie. – Althea ma rację. Zdobycie załogi wygląda na prawdziwy problem. 

Zacznę kaptować ludzi natychmiast, rozpowiem po tawernach, że szukam energicznych i 

śmiałych mężczyzn. Zainteresowani mogą pomyśleć, że chodzi o piractwo. Pewnie zwrócą 

uwagę na imię „Paragona”, ale...

– Ja popłynę. Ja z tobą popłynę.

Mały niewolnik zaczerwienił się trochę, ponieważ wszyscy na niego spojrzeli.

– To bardzo ciekawa propozycja, chłopcze, jednak jesteś jeszcze nieco za młody. – 

Brashen nie do końca potrafił ukryć rozbawienie.

Dzieciak wyglądał na oburzonego.

– Pływałem z tatą, zanim napadli na nas handlarze niewolników. Wiem, co trzeba 

robić na pokładzie. Wolę pływać, niż sprzątać końskie łajno. Konie śmierdzą. 

– Jesteś teraz wolnym człowiekiem. Możesz pójść, dokąd chcesz. Nie wolisz wrócić 

do domu, do rodziny? – spytała łagodnie Keffria.

Chłopiec oniemiał, twarz mu się zmieniła. Odpowiedział twardszym, o wiele mniej 

dziecinnym głosem:

–   Na   północy   zostały   tylko   popioły   i   kości.   Wolałbym   wrócić   na   morze.   Mogę 

decydować, prawda? To moje życie! Jestem wolny, no nie?

– Tak, jesteś wolny – zapewniła go Althea.

– W takim razie popłynę z nim.

– Mam inny pomysł – wtrąciła się Malta. – Kupmy załogę. Widziałam na mieście 

marynarzy z wytatuowanymi twarzami. Dlaczego nie mieliśmy kilku kupić?

– Dlatego że niewolnictwo jest niewłaściwe – rzekła Amber. – Ale znam niewolników 

skłonnych zaryzykować ucieczkę. Niezależnie od grożących im cięgów, na pewno zapragną 

się przyłączyć do załogi i popłynąć na morze. Handlarze porwali ich z domów położonych na 

Wyspach Pirackich. Gdyby tym ludziom obiecać możliwość powrotu do rodziny, wzięliby 

udział w tak niepewnym przedsięwzięciu. A wielu z nich doskonale zna tamtejsze wody.

– Czy można zaufać niewolnikom? – spytała Keffria z wahaniem.

– Na statku nie byliby już niewolnikami – zauważył Brashen. – Mając do wyboru 

chorowitego pijaka i zdrowego zbiega, wybiorę tego drugiego. A człowiek, który otrzymuje 

szansę na znośne życie, potrafi być wdzięczny. – Gdy to mówił, na jego twarzy pojawiła się 

background image

zaduma.

– Dlaczego ty masz się zająć wyborem marynarzy? – zaprotestowała Althea. – Jeśli 

zdecydujemy się zrealizować wasz projekt, sama podejmę ostateczne decyzje co do załogi.

– Moja droga, nawet nie myśl o popłynięciu z nimi – obruszyła się Keffria.

– Jak mogłabym nie popłynąć?! Jeśli mamy szukać „Vivacii”, muszę być na pokładzie 

„Paragona”! – Popatrzyła na siostrę jak na wariatkę.

–   Wywołasz   skandal!   –   Keffria   zareagowała   szczerym   przerażeniem.   –   Szalony 

żywostatek obsadzony zbieraniną marynarzy płynący na niebezpieczne wody... W dodatku 

grozi wam bitwa. Nie możesz uczestniczyć w tej wyprawie. Co ludzie pomyślą o Vestritach, 

jeśli pozwolimy ci wziąć w niej udział? Siostra popatrzyła na nią bezlitośnie.

–   Martwię   się   raczej,   co   ludzie   pomyślą   sobie   o   nas,   jeśli   będziemy   siedziały   w 

domu...  i pozwolimy  obcym  narażać  się na  nie bezpieczeństwo związane  z  odzyskaniem 

naszego rodzinnego statku. Jak możemy prosić o pomoc przyjaciół, twierdząc, że sprawa jest 

dla nas ważna, skoro same obawiamy się podjąć ryzyko?

– Althea ma rację. – Tym oświadczeniem Brashen wprawił wszystkich w zdumienie. 

Spojrzał pytająco na Keffrię, sugerując, że ostateczna decyzja należy do niej. – Jeśli nie dacie 

wszystkim   wokół   otwarcie   do   zrozumienia,   że   całe   przedsięwzięcie   organizuje   rodzina 

Vestritów,   żaden   Kupiec   go   nie   poprze.   Uznają,   że   „Paragona”   chcą   zdobyć   dla   siebie 

wydziedziczony   kupiecki   syn   i   cudzoziemka.   Zresztą   jeżeli,   w   co   głęboko   wierzę, 

przejmiemy „Vivacię”, statek bardzo będzie potrzebował Althei. Bardzo! – Mówił z wielką 

powagą. – Nie sądzę jednak, że powinna zostać kapitanem, pierwszym oficerem czy choćby 

członkiem   załogi.   Musimy   wybrać   twardych   marynarzy,   krzepkich   i   walecznych,   takich, 

którzy okazują respekt tylko silniejszym od siebie. Nie poradzisz sobie, Altheo. Nie będą cię 

szanować, co chwila zechcą sprawdzać twoje umiejętności. Prędzej czy później wyrządzą ci 

jakąś krzywdę.

Dziewczyna zmrużyła oczy.

–   Nie   potrzebuję   twojej   opieki.   Pamiętasz?   Udowodniłam   już   swoje   umiejętności 

żeglarskie. Są ważniejsze zalety niż siła fizyczna. Mój ojciec zawsze mawiał, że marny to 

kapitan, który trzyma załogę w szachu kijami.

– Może dlatego że kij dzierżył w ręku pierwszy oficer, a nie on – odpalił Brashen, po 

czym dodał łagodniejszym tonem: – Altheo, twój ojciec był doskonałym kapitanem i miał pod 

sobą   cudowny   statek.   Nawet   gdyby   płacił   najniższe   stawki,   wielu   świetnych   marynarzy 

chciałoby dla niego pracować. Nasza sytuacja jest zupełnie inna. – Ziewnął. Własna słabość 

wyraźnie go żenowała. – Muszę się trochę przespać, zanim podejmę dalsze kroki. Dobrze, że 

background image

chociaż znamy czekające nas trudności.

–   Pozostał   jeszcze   jeden   problem   –   wtrąciła   Amber.   –   Nie   mamy   pewności,   czy 

„Paragon” się zgodzi popłynąć. Często reaguje na moje propozycje nerwowością i lękiem. W 

pewnym   sensie   jest   przestraszonym   chłopcem,   choć   niestety   bywa   również   gniewnym 

mężczyzną. Jego chęć współpracy wydaje mi się niezmiernie ważna. Jeśli spróbujemy go siłą 

zmusić do wypłynięcia, nie wróżę naszemu przedsięwzięciu sukcesu.

– Czy trudno go będzie przekonać? – spytała Ronica.

– Nie wiem. „Paragon” bywa kompletnie nieprzewidywalny. Nawet jeżeli wstępnie 

się na coś zgadza, dzień później może zmienić zdanie. Musimy brać pod uwagę jego zmienne 

nastroje.

– Później się nim zajmiemy. Najpierw musimy namówić Davada Restarta na rozmowę 

z Ludluckami. Ich zgoda na nasz jest plan jest niezbędna.

– Myślę, że uda mi go nakłonić – oświadczyła Ronica nieugiętym, lodowatym tonem. 

Keffria przez moment czuła litość dla Davada. – Sądzę, że jutro przed południem udzielę 

wam odpowiedzi. Nie ma sensu odsuwać tej rozmowy.

Brashen westchnął ciężko.

– A zatem jesteśmy zgodni. Wrócę jutro po południu. Dobranoc.

Amber także się pożegnała. Gdy Althea odprowadzała gości do drzwi, podniósł się też 

z miejsca mały niewolnik.

–   Nie   zapomnij,   że   trzeba   chłopcu   znaleźć   miejsce   do   spania   –   poleciła   siostrze 

Keffria.

Dziecko potrząsnęło głową.

– Nie zostaję. Idę z nim.

– Nie. – Brashen wypowiedział tylko jedno słowo.

–   Jestem   wolny,   prawda?   –   zaprotestował   mały   uparcie.   –   Nie   możesz   mnie 

powstrzymać.

– Założysz się? – rzekł Brashen ze złością, ale zaraz łagodniej zaczął tłumaczyć: – 

Zrozum, chłopcze, nie zdołam się tobą opiekować. Nie mam domu. Jestem sam.

– Ja też.

– Niech pójdzie z tobą, Brashenie – powiedziała Amber. Była dziwnie zadumana. Z 

lekką drwiną dorzuciła: – Nie wyzywaj szczęścia, odrzucając swojego pierwszego chętnego 

członka załogi.

–   No   właśnie   –   stwierdził   chłopiec   ze   sporą   dozą   próżności.   –   Nikt   nie   szanuje 

tchórzy. Ja jestem odważny. Zaufaj mi, a nie pożałujesz.

background image

Brashen zamknął oczy i potrząsnął głową, kiedy jednak chłopiec wyszedł za nim z 

pokoju, nie odpędził go.

 – Jak sądzicie, czy zdołamy sprowadzić papę do domu? – spytała Malta cicho, gdy 

goście   wraz   z   Altheą   opuścili   gabinet.   Zanim   Keffria   zdążyła   znaleźć   odpowiedź,   do 

dziewczynki odezwała się Ronica:

– Znalazłyśmy się o krok od bankructwa, moja droga, a to przedsięwzięcie jest bardzo 

karkołomne. Możemy uratować rodzinną fortunę, ale możemy też całkowicie się pogrążyć. I 

tyle.

Keffria pomyślała, że okrucieństwem jest mówić takie słowa dziecku, lecz Malta – ku 

jej zaskoczeniu – spokojnie pokiwała głową.

– Dokładnie tak samo sobie pomyślałam – zauważyła.

Chyba   po   raz   pierwszy   w   tym   roku   odezwała   się   do   babki   naprawdę   grzecznym 

tonem.

background image

8. PIRACTWO

Gdy   w   zasięgu   wzroku   pojawiła   się   zdobycz,   wszystkie   wątpliwości   „Vivacii” 

zniknęły niczym poranne mgły w słoneczny dzień. Wieczne poszukiwanie kontaktu z duszą 

Wintrowa, wszystkie moralne niepokoje chłopca odpadły od niej jak farba łuszcząca się na 

ożywionym czarodrzewie. Usłyszała krzyk obserwatora, który z bocianiego gniazda dostrzegł 

na horyzoncie żagiel, i zawładnęła nią jakaś od dawna nie odczuwana emocja: podniecenie 

spodziewanym polowaniem. Kiedy piraci na pokładzie komentowali dziki wrzask majtka, 

galion wydał z siebie piskliwy okrzyk – jak atakujący jastrząb. W polu widzenia pojawił się 

najpierw żagiel, potem cały uciekający szaleńczo przed „Mariettą” statek. „Vivacia” wypadła 

zza cypla i dołączyła do pogoni.

Z pomocą swej załogi płynęła szybko jak nigdy, na wszystkich jej masztach żagle 

chwytały wiatr. Podniosła ręce i – zakrzywiwszy palce w szpony – sięgnęła ku uciekającemu 

statkowi.   Dziki   łomot   wypełnił   jej   pozbawione   serca   i   krwi   ciało,   szaleńczo   ją   ożywił. 

Pochyliła   się   do   przodu   tak   mocno,   że   załoga   aż   krzyknęła   z   podniecenia.   Cięła   fale, 

rozrzucając na boki białą pianę.

– Widzisz?! – krzyknął triumfalnie Kennit. – Masz piractwo we krwi, moja pani! 

Wiedziałem o tym! Właśnie do takich czynów zostałaś stworzona, nie zaś do powolnego 

przenoszenia byle ładunku... nie jesteś wieśniaczką z wiadrem wody. Dalej, za nimi! Och, już 

cię dostrzegli, popatrz, jak się boją! Już nie zdołają przed nami uciec!

Stojący   obok   kapitana   Wintrow   wbił   paznokcie   w   balustradę.   Pod   wpływem 

szorstkich pocałunków słonego wiatru z kącików oczu spłynęły mu łzy. Szczęki miał mocno 

zaciśnięte, serce biło mu szaleńczo z emocji. I w jego żyłach krew śpiewała pieśń myśliwego. 

Drżał radośnie i oczekująco. Wyraźnie cieszył się z pościgu. Sam przed sobą nie przyznawał 

się do odczuwanego entuzjazmu, ale nie mógł go ukryć przed galionem.

Kennit i Sorcor nie wybrali ofiary przypadkowo. Plotka o „Złośnicy” dotarła do uszu 

mata już parę tygodni temu i niedawno mat podzielił się nowiną z powracającym do zdrowia 

Kennitem. Kapitan Avery ze „Złośnicy” chwalił się (nie tylko w Jamaillia City, ale i w wielu 

mniejszych   portach),   że   żaden   pirat   nie   odwiedzie   go   od   handlowania   żywym   towarem. 

Kennit nazwał to stwierdzenie wobec „Vivacii” głupią przechwałką. Statek Avery'ego od 

dawna miał ugruntowaną  reputację:  przewoził  jedynie najlepszy ładunek, wykształconych 

niewolników odpowiednich na nauczycieli, domowych służących i zarządców posiadłości. 

Transportował również do Chalced najprzedniejsze jamaillskie towary – doskonałe alkohole i 

kadzidła, perfumy, wyroby ze srebra.

background image

Pirackiemu kapitanowi nie chodziło wszakże tylko o bogactwo. Po co miałby rzucać 

wyzwanie szybkiemu i świetnie uzbrojonemu statkowi, obsadzonemu przez pierwszorzędnie 

wyszkolonych   marynarzy?   Przecież   wokół   istniało   mnóstwo   łatwiejszej   do   pochwycenia 

zdobyczy. Jednakże Avery zbyt często się przechwalał swą siłą i brawurą. Pirat uznał, że nie 

może dłużej tolerować takiej zuchwałości. Musiał przecież także dbać o własną reputację. 

Avery to głupiec, skoro tak go prowokuje.

Kennit kilka razy przeszedł na pokład „Marietty”, gdzie wraz z Sorcorem omawiali 

plan przejęcia „Złośnicy”. „Vivacia” wiedziała, że dyskutowali najdogodniejsze miejsca do 

zasadzki,   niestety   nie   znała   szczegółów.   Na   pytania   otrzymywała   jedynie   wymijające 

odpowiedzi.

Kiedy dwa statki pędziły ku ofierze, galion rozważał słowa Wintrowa z ostatniej nocy. 

Chłopiec otwarcie potępił pirackiego kapitana.

–   Poluje   na   ten   statek   tylko   dla   sławy   –   mówił   oskarżycielsko.   –   Inne   statki 

niewolnicze   przewożą   pod   pokładami   znacznie   więcej   więźniów,   którzy   daleko   bardziej 

cierpią z powodu złego traktowania. Słyszałem, że Avery nawet nie zakuwa niewolników w 

łańcuchy, ale pozwala im chodzić swobodnie w ładowniach. Hojnie wydziela jedzenie i wodę, 

toteż jego „towar” przybywa w dobrym stanie i przynosi dobrą cenę. Kennit nie wybrał jego 

statku z nienawiści do niewolnictwa, ale dla bogactw i sławy.

„Vivacia” długo się nad tym zastanawiała.

– Mylisz się, nasz kapitan myśli inaczej – odparła z przekonaniem, lecz wcale nie była 

pewna odczuć Kennita. Potrafił ukrywać przed nią swoje najgłębsze myśli. Wobec Wintrowa 

spróbowała nowej taktyki. – Nie sądzę, by niewolnicy pod pokładami „Złośnicy” byli mniej 

wdzięczni   za   zwrócenie   im   wolności   niż   ci   trzymani   w   nędzy   i   biedzie.   Uważasz,   że 

powinniśmy się pogodzić z niewolnictwem, jeśli ktoś traktuje więźnia jak cennego konia lub 

psa?

–   Oczywiście   nie!   –   odpalił,   dzięki   czemu   „Vivacia”   mogła   pokierować   dalszą 

rozmową po swojemu.

Dopiero   dziś   właściwie   zinterpretowała   myśli   Kennita   mówiącego   o   „Złośnicy”. 

Kapitanem zawładnęła po prostu żądza polowania. Uciekający mały statek wydawał mu się 

zapewne zdobyczą piękną i kuszącą. Był niczym trzepoczący motyl tuż przed nosem kota. 

Choć pirat był pragmatykiem i nie powinien wybierać tak trudnej do schwytania ofiary, nie 

potrafił się jednak oprzeć pokusie. Dlaczego? Ponieważ nie znosił, gdy ktoś z niego szydzi! 

Ot co!

background image

* * *

Im   bardziej   się   zmniejszał   dystans   do   małego   dwumasztowca,   tym   prędzej 

Wintrowowi   biło   serce.   Czuł   w   sobie   osobliwą   radość   i   niecierpliwość.   Wielokrotnie 

ostrzegał Kennita, że na pokładzie żywostatku nie wolno przelewać krwi, bo „Vivacia” na 

zawsze poniesie w sobie wspomnienie rzezi – straszny balast. Bał się, że pirat nie będzie 

zważał na jego słowa i dopuści do przeniesienia walk na jej pokład lub, co gorsza, postanowi 

zgładzić na nim więźniów.

„Vivacia”   nie   zniesie   już   więcej   nieszczęść.   Kiedy   chłopiec   ją   błagał,   by   nie 

podejmowała się działalności pirackiej, stojący obok Kennit słuchał ze znudzoną miną, a 

następnie oschle spytał, po co (zdaniem Wintrowa) schwytał żywostatek? Chłopiec wzruszył 

tylko   ramionami.  Wiedział,   że   dalsze   prośby  mogą  jedynie   zdenerwować   kapitana,   który 

zechce udowodnić, jak wielką posiada władzę zarówno nad nim, jak i nad żywostatkiem.

Mnóstwo   marynarzy   „Złośnicy”   wisiało   wysoko   na   takielunku.   Desperacko 

poprawiali żagle. Gdyby ścigała ich sama „Marietta”, zapewne zdołaliby umknąć. „Vivacia” 

jednakże była nie tylko szybsza od dwumasztowca, lecz miała również lepszą pozycję i lada 

chwila powinna zablokować „Złośnicy” drogę przez kanał. Przez chwilę Wintrow obawiał 

się, że kapitanowi Avery'emu uda się przemknąć obok i uciec na otwarte wody. Wówczas 

jednak usłyszał gniewny rozkaz i zobaczył, jak statek niewolniczy brasuje żagiel do kursu na 

wiatr   w   szaleńczym   wysiłku,   by   uniknąć   utknięcia   na   mieliźnie.   W   kilka   minut   później 

„Marietta” i „Vivacia” dopadły „Złośnicy”. Piraci „Marietty” rzucili bosaki na pokład ofiary.

Załoga porzuciła myśl o ucieczce i przeformowała się do obrony. Ludzie byli dobrze 

przygotowani. Mieli lekkie skórzane zbroje, w dłoniach miecze. Na maszty szybko wspięli się 

łucznicy. Ciskali w „Mariettę” rondle z rozpaloną smołą; wszędzie rozszalały się płomienie. 

Piraci z „Marietty” podzielili się na kilka grup. Jedni dusili ogień mokrymi żaglami, inni 

obsługiwali katapulty – w chwilę później na „Złośnicę” spadł grad kamieni. Dzięki bosakom 

nieszczęsny   statek   zbliżał   się   coraz   bardziej   do   „Marietty”.   Przy   jej   balustradach 

niecierpliwiła   się   krwiożercza   grupa   abordażowa.   Wojownicy   znacznie   przewyższali 

liczebnie załogę ofiary.

Marynarze   stojący   przy   burcie   „Vivacii”   zazdrościli   towarzyszom   z   „Marietty”. 

Gwizdali   i   wykrzykiwali   rady.   Na   linach   żywostatku   również   pojawili   się   łucznicy, 

obrzucając załogę i pokład „Złośnicy” lawiną strzał. Choć znajdowali się daleko, siali spore 

spustoszenie, a ich udział w walce był niezwykle cenny – obrońcy statku musieli pamiętać, że 

za nimi czai się drugi przeciwnik. Ci, którzy o tym zapomnieli, ginęli przeszyci strzałami. 

background image

Kennit   trzymał   „Vivacię”   w   najdalszej   możliwej   odległości,   lecz   obrócił   ją   dziobem   ku 

bitwie. Sam stał na przednim pokładzie. Nie podnosił głosu, choć wyraźnie instruował galion. 

Co jakiś czas do uszu Wintrowa trafiały ciche słowa kapitana, przeznaczone z całą pewnością 

tylko dla „Vivacii”.

– No, popatrz na nich. Ten w czerwonej chustce to Sudge, wspaniały łobuz, zawsze 

wszędzie musi być pierwszy. Za nim... aaa, to Rog. Ten chłopak naprawdę ubóstwia Sudge'a, 

który pewnie go któregoś dnia wykończy...

„Vivacia” kiwała głową i zafascynowana obserwowała potyczkę. Pięści przycisnęła 

do policzków, usta otworzyła z podniecenia. Kiedy Wintrow połączył się z nią mentalnie, 

odkrył u niej zakłopotanie i entuzjazm. Emocje marynarzy – mieszanina żądzy, zazdrości i 

podniecenia – uderzały w nią niczym burzliwe fale. Wyczuwała też wielką dumę Kennita z 

jego   ludzi.   Niczym   rzędy   mrówek,   jaskrawo   ubrani   piraci   przedostali   się   na   pokład 

„Złośnicy”, rozpoczęła się prawdziwa bitwa. Wiatr i otwarta woda między statkami tłumiły 

przekleństwa i krzyki. Jeśli „Vivacia” zdawała sobie sprawę z faktu, że strzały lecące z jej 

omasztowania   przebijają   ludzkie   ciała,   nie   dała   tego   po   sobie   poznać.   Walka   stanowiła 

jedynie   barwne   widowisko.   W   pewnym   momencie   jakiś   marynarz   spadł   z   takielunku 

„Złośnicy”. Uderzył w drzewce, zaplątał się na moment wśród lin, po czym roztrzaskał się na 

deskach pokładu. Wintrow skrzywił się na ten widok, lecz galion nawet nie mrugnął powieką. 

Na   przednim   pokładzie   kapitan   statku   niewolniczego   walczył   z   Sorcorem.   Ostry   miecz 

Avery'ego błysnął jak srebrna igła, gdy kapitan natarł na bardziej krzepkiego pirata. Walczył 

dwoma krótkimi mieczami. Dwaj kapitanowie toczyli pojedynek na śmierć i życie. „Vivacia” 

wodziła za nimi błyszczącymi oczyma.

Wintrow   posłał   Kennitowi   kosę   spojrzenie.   Galion   obserwował   bitwę   i   odbierał 

podniecenie jej uczestników, a równocześnie był odizolowany od rzeczywistych okropności. 

Krew nie bryzgała na pokład, wiatr tłumił zapach dymu oraz krzyki umierających i rannych. 

Jak   plama   rozprzestrzeniająca   się   na   jasnym   materiale,   piraci   z   wolna   zalali   pokład 

pojmanego   statku.   „Vivacia”   przypatrywała   się   obojętnie.   Czyżby   Kennit   usiłował   ją 

stopniowo przyzwyczajać do przemocy?

– Tam umierają ludzie – zauważył Wintrow. – Dokonują żywota w bólu i przerażeniu.

Galion   szybko   na   niego   zerknął   i   odwrócił   się   ponownie   ku   bitwie.   Chłopcu 

odpowiedział Kennit:

– Sami ściągnęli na siebie nieszczęście. Wybrali taki los, choć doskonale wiedzieli, że 

grozi im śmierć. Nie mówię tylko oczywiście o moich własnych śmiałych piratach, którzy 

zawsze chętnie skaczą do bitwy. Marynarze z pokładu „Złośnicy” powinni się spodziewać 

background image

napaści   z   każdej   strony.   Sami   się   o   nią   prosili   swymi   przechwałkami.   Widzisz,   jak   są 

wyśmienicie   wyposażeni   w   skórzane   kaftany,   miecze   i   łuki.   Czy   mieliby   taki   sprzęt   na 

pokładzie, gdyby nie oczekiwali potyczki? – Kennit roześmiał się tubalnie. – Obserwujesz nie 

rzeź,   lecz   coś   w   rodzaju   konkursu,   zawodów   woli.   Można   powiedzieć,   że   jest   to   tylko 

manifestacja odwiecznego konfliktu między prawością a niesprawiedliwością.

– Ależ tam umierają ludzie – powtórzył uparcie Wintrow. Starał się mówić z wielką 

pewnością   siebie,   poczuł   wszakże,   że   pirat   powoli   go   przekonuje   swym   logicznym 

wywodem.

–   Ludzie   zawsze   umierają   –   odparł   Kennit.   –   Nawet   my,   ty   i   ja,   stojąc   na   tym 

pokładzie, marniejemy z każdą chwilą. Dla „Vivacii” nie żyjemy dłużej niż letnie kwiaty. 

Ona po wielokroć przeżyje nas wszystkich, Wintrowie. Śmierć nie jest okrutna. Ile śmierci 

wchłonął   w  siebie  galion,  zanim  mógł  ożyć?   Pomyśl   w  tych  kategoriach,  chłopcze.  Czy 

każdego mijającego dnia „Vivacia” jest świadkiem naszego życia, czy może raczej naszej 

powolnej  śmierci?  Tak,  istnieje  ból  i  przemoc. Są  nieodłącznymi elementami  egzystencji 

wszystkich stworzeń i – rozumiane w ten sposób – nie są złe. Powódź przemocą wyrywa z 

brzegu rzeki drzewo, lecz równocześnie woda nawadnia glebę uprawną, równoważąc tym 

samym bilans zysków i strat. Moja pani i ja jesteśmy wojownikami, walczymy w imieniu 

prawa. Jeśli musimy zlikwidować zło, lepiej dokonać tego szybko, nawet gdy trzeba zadać 

ból.

Mówił   cicho,   a   jednak   jego   głos   huczał   niczym   odległy   grzmot   i   był   równie 

poruszający. Wintrow wiedział, że w  tej racjonalnej z pozoru tyradzie na pewno istnieją 

szczeliny i mielizny, nie potrafił wszakże ich wskazać. Gdyby znalazł choć jedną, mógłby 

podważyć cały wywód pirata. Starał się zastosować taktykę, o której czytał kiedyś w pewnej 

książce.

– Wiesz, jaka jest podstawowa różnica miedzy dobrem i złem? Dobro może znieść 

długotrwały napór zła, a i tak wygra ostateczną bitwę, zło zaś w ostatecznym rozrachunku nie 

może zwyciężyć.

Kennit uśmiechnął się przyjaźnie i potrząsnął głową.

–   Och,   Wintrowie,   Wintrowie.   Przemyśl   sobie   moje   słowa.   Cóż   to   za   mroczna 

odmiana dobra, która toleruje zło i poddaje mu się przez długi czas? Dobro, które boi się 

walki   i   nie   chce   pokonać   zła,   przeobraża   się   z   wolna   w   zaślepione   samozadowolenie. 

Wyobraźmy sobie, że odwrócimy się od nieszczęścia panującego w ładowni tamtego statku i 

powiemy: „No cóż, każdy człowiek jest wolny i sam sobie wybiera swój los. Niech tamci 

sami o siebie zadbają, my odpływamy!”. Czy postąpimy dobrze? Czy pochwaliliby nas twoi 

background image

nauczyciele z klasztoru?

– Nie to miałem na myśli! – wykrzyknął oburzony chłopiec. – Dobro potrafi ścierpieć 

zło, tak jak kamień znosi deszcz. Nie toleruje go, lecz...

– Chyba już po bitwie – przerwał mu spokojnie piracki kapitan. Za burtę „Złośnicy” 

wyrzucano kolejne ciała. Na razie węże morskie się nie pojawiły. Ponieważ niewolniczy 

statek był szybki i czysty, zapewne nie przyciągał tych żarłocznych bestii. Piraci zdarli już z 

jego   masztu   banderę   i   zastąpili   ją   czerwono–czarną   flagą   z   emblematem   Kruka.   Kennit 

spojrzał   przez   ramię.   –   Etto,   każ   przygotować   gig.   Chcę   osobiście   ocenić   nasz   łup.   – 

Ponownie od wrócił głowę do Wintrowa. – Wejdziesz ze mną na pokład, chłopcze? Widok 

ogromnej wdzięczności ocalonych niewolników mógłby cię skłonić do przemyśleń. Może 

zmieniłbyś zdanie na temat mojej i „Vivacii” działalności.

Wintrow powoli potrząsnął głową.

Pirat roześmiał się, po czym dodał nie znoszącym sprzeciwu głosem:

– Idziesz ze mną, chcesz czy nie. Nie ociągaj się. Muszę ci uświadomić pewne fakty 

nawet wbrew tobie samemu.

Chłopiec miał niejasne podejrzenia, że prawdziwa motywacja kapitana jest inna – 

prawdopodobnie   chciał   zapobiec   jego   sekretnej   rozmowie   z   „Vivacią”.   Po   omówieniu 

zdarzeń,   których   oboje   byli   świadkami,   galion   mógłby   dojść   do   niemiłych   dla   Kennita 

wniosków.   A   pirat   z   pewnością   wolał,   by   do   niego   należała   ostateczna   opinia   na   temat 

przejęcia   „Złośnicy”.   Wintrow   zacisnął   zęby,   lecz   posłuchał   rozkazu   i   ruszył   ku   łodzi. 

Wiedział, że potrafi znieść wszystko. Bardzo się zdziwił, gdy Kennit otoczył go ramieniem i 

wsparł się na nim, oczekując pomocy.

– Naucz się przegrywać z wdziękiem  – oświadczył  pirat wesoło. – Zwłaszcza  że 

właściwie nie przegrałeś. Muszę cię co do tego i owego uświadomić. – Błysnął krzywym 

uśmieszkiem i dodał: – Oj, wielu rzeczy cię muszę nauczyć.

Później, gdy siedzieli w gigu i płynęli ku „Złośnicy”, Kennit szepnął chłopcu do ucha:

– Wszystko jest kwestią czasu, mój drogi. W końcu nawet kamień ulegnie działaniu 

deszczu. Żaden w tym wstyd dla kamienia.

– Poklepał go przyjaźnie po ramieniu. Patrząc ponad mieniącą się wodą na swoją 

zdobycz, promieniał.

 

* * *

Porywisty wiatr przyniósł Althei ciche dźwięki piszczałki. Dziewczyna pospiesznie 

background image

przemknęła przez ciągnący się za jej domem las, potem zbiegła po klifie. Obiecała się spotkać 

w południe z Brashenem i Amber przy „Paragonie”. We troje mieli przekazać mu nowinę. Na 

myśl o jego reakcji odczuwała niepokój. Wysokie nuty, które słyszała, nie układały się w 

melodię; brzmiały dość przypadkowo. Pewnie jakieś dziecko grało na plaży.

Głębia i głośność muzyki powinny przygotować ją na to, co zobaczyła – ślepy galion 

dmuchał w ogromną pastuszą piszczałkę. Był skupiony. Czoło mu się wygładziło, ramiona 

wyprostowały. Zniknęło gdzieś wieczne poczucie winy i niepewność. „Paragon” wyglądał na 

zupełnie   inną   istotę.   Nie   był   już   tym   przerażonym   i   podejrzliwym   statkiem,   z   którym 

zaprzyjaźniła się wiele lat temu. Przez moment poczuła zazdrość, że Amber w krótkim czasie 

potrafiła dokonać takich zmian.

Wielka piszczałka na pewno również stanowiła dzieło rąk rzemieślniczki. Dziewczyna 

potrząsnęła   głową,   gdyż   nagle   uświadomiła   sobie   ze   smutkiem   i   wstydem,   że   przez   te 

wszystkie   lata   znajomości   nawet   nie   przemknął   jej   przez   głowę   pomysł   ofiarowania 

„Paragonowi” prezentu. A Amber dawała mu podarki – zabawki i ozdóbki, którymi mógł 

zająć ręce i myśli. Althea zawsze uważała go jedynie za uszkodzony żywostatek. Lubiła go, a 

jednak zawsze pamiętała, że zawiódł zaufanie, jest statkiem niebezpiecznym, który nigdy już 

nie pożegluje  na  morze.  Rzemieślniczka  wyzwoliła  w   nim   pełne  życia  dziecko,  któremu 

pozwoliła się rozwijać. Takie traktowanie zupełnie odmieniło charakter „Paragona”.

Dziewczyna przez chwilę wahała się, czy podejść. Całkowicie skupiony na grze galion 

był   nieświadom   jej   obecności.   Pierwotnie   wyrzeźbiono   go   jako   brodatego   wojownika   o 

wyrazistym obliczu. Przed laty ktoś wyrąbał mu toporem oczy i odtąd, mimo kudłatej brody i 

zmierzwionych   loków,   rysy   „Paragona”   prezentowały   się   osobliwie   chłopięco.   Althea 

zamierzała wraz z Brashenem i Amber przekonać go do ponownego wykonania zadania, 

podczas   którego   już   kilka   razy   straszliwie   zawiódł.   Czy   mogli   popsuć   mu   humor   w   ten 

słoneczny dzień? Był wyraźnie szczęśliwy, grając na piszczałce, a oni mieli namówić go do 

tego, czego się najbardziej obawiał. Jak zareaguje? Po raz pierwszy zadała sobie pytanie o 

uczucia „Paragona”. Potem pomyślała o „Vivacii” i utwierdziła się w swej decyzji. „Paragon” 

był przecież żywostatkiem. Stworzono go do żeglowania. Jeśli zdoła go namówić, by wrócił 

na morze, odda mu większą przysługę niż Amber swoimi błyskotkami.

Wolała nie myśleć, co się zdarzy, jeżeli statek ponownie zawiedzie.

Pachniało   smażonym   na   ogniu   jedzeniem.   Latem   rzemieślniczka   przygotowywała 

większość posiłków na plaży. Wiele zmieniła we wnętrzu „Paragona”. Niektóre innowacje 

Althea   zaaprobowała,   inne   ją   przeraziły.   W   kapitańskich   kwaterach   błyszczała   teraz 

wypolerowana   i   naoliwiona   stolarka.   Wyroby   mosiężne   połyskiwały   pięknie.   Zniszczone 

background image

meble   i   poodrywane   zawiasy   zostały   naprawione.   W   kajucie   czuć   było   olejem   lnianym, 

terpentyną   i   woskiem   do   podłóg.   Wieczorami,   gdy   Amber   zapalała   latarnię,   całe 

pomieszczenie miało barwę miodu i złota.

Konsternująca   była   natomiast   klapa   wycięta   w   podłodze.   Brashen   i   Althea 

protestowali.   Rzemieślniczka   próbowała   im   wytłumaczyć,   że   potrzebowała   szybszego 

dostępu do ładowni, w której przechowywała zapasy, jednak ani marynarz, ani dziewczyna 

nie zaakceptowali wyjaśnienia. Oznajmili stanowczo, że na żadnym statku w podłodze kajuty 

kapitańskiej nie ma klapy. Nawet bezpiecznie zaryglowana i przykryta barwnym dywanem 

gorszyła Altheę.

Amber odnowiła także inne partie statku. Wyczyściła i wypolerowała kuchenny piec. 

Chociaż najchętniej gotowała na plaży, trzymała w nim patelnie i zapasy. Mówiła, że remont 

wyraźnie poprawiał „Paragonowi” samopoczucie, więc starała się, jak mogła. Zmiatała łachy 

piachu, usuwała przyniesione przez wiatr i przyrośnięte kawałki mchu oraz wodorosty. Pod 

pokładem paliła w popielnicach oczyszczające zioła, dzięki czemu zdołała wypędzić wilgoć i 

insekty. Umocniła drzwi, okna i pokrywy włazów. Althea była ciekawa, jak przyjaciółka 

radzi sobie z pochyłością pokładu.

– „Paragonie”! –zawołała.

Żywostatek odjął piszczałkę od ust i uśmiechnął się do dziewczyny.

– Przyszłaś z wizytą?

– Tak. Czy Brashen i Amber są także?

– A gdzież indziej mieliby być? – spytał jowialnie. – Siedzą w środku. Nie wiem, 

czemu Brashen chciał obejrzeć mój ster. Amber mu towarzyszy. Zaraz powinni wyjść.

 – Masz piękną piszczałkę. Nowa?

Wyglądał na speszonego.

–   Mam   ją   dzień   czy   dwa,   ale   ciągle   jeszcze   nie   potrafię   niczego   zagrać.   Amber 

twierdzi, że nie muszę wygrywać żadnych melodii. Podobno najważniejsze jest zadowolenie z 

własnej gry. Ja jednak bardzo chciałbym zagrać coś ładnego.

– Amber ma rację. Granie melodii przyjdzie z czasem, najpierw naucz się używać 

instrumentu.

Nagle   uwagę   dziewczyny   przyciągnął   wrzask   zaniepokojonych   mew.   Odwróciła 

głowę. Daleko w dole plaży ku statkowi zmierzały dwie kobiety, za nimi podążał korpulentny 

mężczyzna.   Althea   zmarszczyła   brwi.   Przybyli   zbyt   wcześnie.   Nie   zdążyła   „Paragona” 

uprzedzić i wkrótce galion odkryje, że ludzie podjęli decyzję bez niego. Zanim zjawią się 

goście, musiała porozmawiać z Brashenem i Amber.

background image

– Co zaniepokoiło mewy? – zapytał „Paragon”.

– Grupka spacerowiczów na plaży. Chciałabym, eee, filiżankę herbaty. Mogę wejść na 

pokład i poprosić Amber o skorzystanie z jej imbryka?

– Wejdź, na pewno nie będzie miała nic przeciwko temu. Witam cię u siebie.

Althea poczuła się jak zdrajczyni, gdy „Paragon” z obojętną miną wrócił do gry. 

Niedługo całe jego życie się zmieni! Wspięła się po drabince linowej wykonanej niedawno 

przez Brashena i przeszła do włazu na rufie. Usłyszała na dole głosy.

– Moim zdaniem jest w dobrym stanie – mówił Brashen. – Trudno mieć pewność, 

skoro płetwa sterowa tkwi zagrzebana w piasku. Dopiero kiedy statek znajdzie się w wodzie, 

sprawdzimy, jak się porusza. Mechanizmowi nie zaszkodzi jednak smarowanie. Zlećmy to 

Clefowi.

Althea uśmiechnęła się mimo zdenerwowania i rozterek. Mały niewolnik stanowił 

(oczywiście według Brashena) okropne utrapienie, niemniej jakimś sposobem zdołał już się 

wcielić w rolę chłopca pokładowego. Marynarz przydzielał mu lekkie i nieskomplikowane 

zadania,   których   nikt   inny   nie   miał   czasu   wykonać.   Malec   nie   kłamał,   gdy   chwalił   się 

umiejętnościami.   Dobrze   sobie   radził   na   pokładzie   opuszczonego   statku.   „Paragon” 

zaakceptował go chyba szybko, natomiast chłopiec wciąż obawiał się zwrócić bezpośrednio 

do żywego galionu. Althea cieszyła się z nieśmiałości Clefa, dzięki której przez cały ostatni 

tydzień chłopiec nie zdradził sekretu.

Davada Restarta nie było łatwo przekonać. Początkowo nie chciał się przyznać, że w 

ogóle słyszał o transakcjach dotyczących „Paragona”. Ronica jednak naciskała bezlitośnie, by 

opowiedział o ofertach i kontrofertach. Co więcej, oznajmiła wprost, że tylko on może dla 

niej negocjować ten kontrakt. Kiedy koniec końców przyznał, że słyszał o planach sprzedaży 

żywostatku,   Althea   z   oburzeniem   opuściła   pokój.   Davad   należał   przecież   do   Pierwszych 

Kupców z Miasta Wolnego Handlu. Wzrastał w tej samej tradycji co ona. Jak mógł choćby 

rozważać sprzedaż czyjegoś rodzinnego statku? Jak mógł się poniżyć do kuszenia Ludlucków 

zyskami?   Jak   mógł   ich   nęcić   do   takiego   haniebnego   czynu?   Jego   postępowanie   było 

zdradzieckie, okrutne i złe. Dla pieniędzy i z chęci zdobycia wpływu na Nowych Kupców 

sprzeniewierzył się swemu dziedzictwu. Oprócz odrazy Althea odczuwała rozgoryczenie i 

szczery ból. Davad Restart, który w dzieciństwie przynosił jej słodycze i woził ją na barana, 

Davad, który przysłał jej na szesnaste urodziny kwiaty... okazał się zdrajcą! Ronica i Keffria 

uważały rozmowę ze starcem za zło konieczne i krok niezbędny do odzyskania żywostatku, 

lecz Althea nie chciała brać w niej udziału. Unikała Davada, ponieważ obawiała się, że nie 

potrafi rozmawiać z nim uprzejmie, a nie chciała i nie powinna go obrazić.

background image

Zeszła pod pokład i oznajmiła:

– Nadchodzą. Już są blisko. Matce towarzyszy Kupiec Restart. Pragnęłabym wierzyć, 

że ma dość rozsądku, by trzymać język za zębami, jednak szczerze mówiąc, wątpię w to. 

Rozmawialiście już z „Paragonem”? – Patrzyła tylko na Amber. Tak było łatwiej. Nie czuła 

do Brashena wrogości, ale nie uważała go za przyjaciela.

– Nie jeszcze! – rzemieślniczka bezsprzecznie się przeraziła. – Chciałam poczekać na 

ciebie. Nie spodziewałam się ich tak wcześnie.

– Przyszli za szybko. Może wyślemy Clefa. Niech każe im poczekać na jakiś znak.

–   Nie,   nie   będziemy   odwlekać   tej   rozmowy.   Im   prędzej   ją   przeprowadzimy,   tym 

lepiej.   Boję   się,   że   „Paragon”   będzie   zrzędził,   lecz   podejrzewam,   że   w   duszy   także   się 

ucieszy. – Westchnęła cicho. – Chodźmy. 

Althea   wspięła   się   za   Amber   po   drabince,   Brashen   szedł   tuż   za   nią.   Na   plaży 

dostrzegli Clefa. Siedział na skale przed „Paragonem”. Miał szkarłatne wypieki na twarzy i z 

trudem łapał oddech. Galion dął w piszczałkę, wydając ostre dźwięki przywodzące na myśl 

puszczanie bąków i obaj co chwilę wybuchali śmiechem. Brashen przyłączył się do kolejnej 

salwy śmiechu. „Paragon” odwrócił ku niemu ślepą twarz.

– A więc wróciliście.

–   Tak   –   powiedziała   Amber.   –   Wszyscy   wróciliśmy.   –   Zbliżyła   się   do   galionu, 

dotknęła jego przedramienia. – Słuchaj, „Paragonie”. Przyszliśmy do ciebie wszyscy, gdyż 

chcemy o czymś porozmawiać. O czymś bardzo istotnym.

Śmiech zamarł i na twarzy statku pojawiła się niepewność.

– O czymś złym?

– O czymś dobrym – zapewniła go kojącym tonem. – Tak przynajmniej sądzimy. – 

Popatrzyła na swoich towarzyszy, potem zerknęła w dół plaży. Ronica Vestrit i Amis Ludluck 

zbliżały się szybko.

– Zaistniała szansa na pewien dobry uczynek. Potrzebujemy twojej pomocy. Ściśle 

rzecz biorąc, nie możemy zrobić tego bez ciebie.

–   Nie   jestem   dzieckiem,   więc   mówcie   otwarcie   –   obruszył   się   „Paragon”.   –   Co 

moglibyśmy zdziałać razem? I co w tym dobrego?

Amber nerwowo potarła twarz.

– Wiem, że nie jesteś dzieckiem. Nie przemawiam wprost z obawy, że nie zechcesz 

nam pomóc. Dobrze, „Paragonie”, powiem jasno. Wiesz o sytuacji „Vivacii”, rodzinnego 

żywostatku   Vestritów.   Porwali   ją   piraci.   Znasz   wszystkie   szczegóły.   Słyszałeś,   gdy 

rozmawialiśmy   o   tej   sprawie   i   zastanawialiśmy   się,   co   zrobić.   Widzisz,   Althea   chce 

background image

zorganizować   ekspedycję   ratunkową.   Brashen   i   ja   pragniemy   z   nią   popłynąć.   –   Wzięła 

głęboki oddech. – Mógłbyś nas zawieźć. Co na ten temat sądzisz?

– Piraci! – wysapał zdyszany. Podrapał się w brodę wolną ręką.

– Nie wiem, nie wiem! Bardzo was wszystkich lubię. Żadnego statku nie powinno się 

zostawiać na pastwę piratom. To potwory.

Althea odetchnęła na myśl, że wszystko się uda.

– Czy Ludluckowie zgodzili się mnie zabrać na tę wyprawę?

Brashen zakaszlał gwałtownie. Amber rozejrzała się, prosząc przyjaciół o wsparcie, 

lecz marynarz i dziewczyna nie powiedzieli nic.

– Ludluckowie zgodzili się, żebyśmy my cię tam zabrali.

 – Ale kto... Nie chcesz chyba powiedzieć, że na moim pokładzie nie będzie żadnego 

Ludlucka? – Galion wyraźnie jej nie dowierzał. – Żaden żywostatek nie pływa bez członka 

swojej rodziny na pokładzie.

Brashen odchrząknął.

– Ja z tobą popłynę, „Paragonie”. Znamy się od tylu lat, że jesteśmy sobie bliżsi niż 

rodzina. Źle mówię?

– Nie. Nie, Brashenie. – Zdenerwowany statek podniósł głos. – Lubię cię, naprawdę 

lubię, ale nie należysz do Ludlucków. Przyjaźnimy się, lecz nie jesteśmy rodziną. Nie mogę 

żeglować bez członka rodziny na pokładzie. Ludluckowie nie pozwolą mi na to. Czułbym się 

strasznie, bałbym się, że się mnie na zawsze pozbyli... Nie. – Ręce mu się trzęsły. – Nie.

Ronica Vestrit i Amis Ludluck przystanęły. Amis patrzyła na „Paragona” bez słowa. 

W   jej   twarzy   Althea   dostrzegła   niechęć   i   determinację.   Davad   sapał,   starając   się   jak 

najszybciej dogonić dwie kobiety.

– „Paragonie” – odezwała się dziewczyna uspokajająco. – Wysłuchaj mnie, proszę. 

Upłynęły lata, odkąd któryś z Ludlucków przebywał na twoim pokładzie. Jesteś sam, masz 

tylko   nas.   Przeżyłeś   tyle   lat   z   dala   od   rodziny.   Sądzę,   że   różnisz   się   od   większości 

żywostatków. Jesteś nadzwyczajny... samodzielny, niezależny od swojej rodziny. Myślę, że 

nauczyłeś się... niezależności.

–   Przeżyłem   tylko   dlatego,   że   nie   mogę   umrzeć!   –   ryknął   znienacka.   Podniósł 

piszczałkę w jednej ręce, jakby chciał nią cisnąć. Po chwili zapanował nad sobą i położył 

cenny instrument na swym ukośnym pokładzie. Odwrócił się od Althei plecami. – Straszliwie 

cierpię. Żyję na krawędzi szaleństwa! Sądzisz, że nie widzę swojej inności? Mówisz, że się 

nauczyłem... Czego się właściwie nauczyłem? Niczego. Wiem tylko, że muszę nadal trwać, 

więc trwam. Pustka zżera mnie od wewnątrz i nigdy nie czuję się nasycony. Pustka trawi 

background image

moje dni, pożera mnie i codziennie jest mnie mniej, nigdy jednak nie zniknę zupełnie. – 

Zarechotał nagłym, dzikim śmiechem. – Twierdzisz, że potrafię egzystować bez rodziny? Że 

jestem samodzielny? Jestem tak nieszczęśliwy i wściekły, że najchętniej porozdzierałbym 

świat na strzępy, gdybym tylko dzięki temu przestał żyć! – Raptownym ruchem rozłożył 

szeroko ramiona i wrzasnął nieludzko. Dziewczyna zakryła dłońmi uszy.

Kącikiem oka dostrzegła, że Amis Ludluck chce uciec. Ronica Vestrit ruszyła za nią i 

chwyciła  za  ramię.  Amis   zatrzymała  się   i   odwróciła.  Althea   –  choć   nie   słyszała  słów   – 

wiedziała, że Kupcowa Ludluck gwałtownie przeciwko czemuś protestuje. Davad podszedł 

do nich. Niecierpliwił się i ocierał spoconą twarz jedwabną chusteczką. Althea domyśliła się, 

o co chodzi. Amis Ludluck najprawdopodobniej zmieniła zamiar. Przepadła jedyna szansa na 

uratowanie   „Vivacii”!   Nawet   gdyby   „Paragon”   zechciał   im   pomóc...   Ludluckowie   nie 

sprzedadzą żywostatku ani na nim nie pożeglują. Zostanie tutaj, na brzegach Miasta Wolnego 

Handlu,   coraz   starszy   i   coraz   bardziej   szalony   z   każdym   mijającym   rokiem.   Althea 

zastanawiała się, czy z nią będzie tak samo.

Amber  stała  niebezpiecznie   blisko  galionu.  Cicho  do  niego  przemawiała,  lecz  nie 

zwracał na nią uwagi. Opuścił kudłatą głowę w dłonie i szlochał jak dziecko. Clef przygryzł 

wargi, piąstki miał zaciśnięte.

–   „Paragonie”!   –   zawołała   znienacka   Amis   Ludluck.   Galion   gwałtownie   podniósł 

pokryte bliznami oblicze i rozejrzał się ślepo wokół siebie.

– Kto tu jest? – zapytał strasznym głosem. Potarł policzki, jakby chciał zetrzeć łzy, 

choć   z   powodu   braku   oczu   nie   potrafił   płakać.   Wstydził   się   obcej   osoby,   która   była 

świadkiem jego słabości.

– Amis Ludluck – przedstawiła się kobieta nieśmiało. Siwiejące kosmyki wymknęły 

jej się spod letniego czepka, szal trzepotał na wietrze. Nie powiedziała nic więcej, czekając na 

reakcję statku. Galion wyglądał na prawdziwie oszołomionego. Dwa razy otworzył i zamknął 

usta, zanim odnalazł właściwe słowa.

–   Po   co   tu   przyszłaś?   –   spytał   zaskakująco   powściągliwym   tonem, 

charakterystycznym  raczej  dla  mężczyzny  niż  dla   chłopca.  –  Dlaczego  przyszłaś  ze   mną 

porozmawiać po tylu latach?

Althea   pomyślała,   że   spokojem   poruszył   serce   Amis   bardziej,   niż   zrobiłby   to 

krzykiem. Teraz Kupcowa przez chwilę szukała właściwej odpowiedzi.

– Powiedzieli ci, prawda? – rzuciła w końcu rozpaczliwie.

– O czym? – spytał ją bezlitośnie.

– Sprzedaję cię.

background image

– Nie możesz mnie sprzedać. Jestem członkiem twojej rodziny.

Mogłabyś sprzedać swoją córkę albo syna? Amis Ludluck potrząsnęła głową.

– Nie – szepnęła. – Nie mogłabym. Ponieważ kocham ich, a oni kochają mnie. – 

Podniosła wzrok na oszpecone oblicze galionu. – Z tobą sprawa ma się niestety inaczej. – Jej 

głos przeszedł nagle w pisk. – Odkąd pamiętam, byłeś zmorą mojej rodziny. Ostatni raz 

wypływałeś jeszcze przed moim urodzeniem, lecz dorastałam otoczona bólem mojej matki i 

babci,   które   przez   ciebie   straciły   mężów.   Zniknąłeś,   a   wraz   z   tobą   zaginął   słuch   o 

mężczyznach z naszej rodziny. Nigdy nie wrócili. Dlaczego? Co im zrobiłeś? Za co tak nas 

ukarałeś?   Przecież   stanowiliśmy   twoją   rodzinę.   Gdybyś   nie   przypłynął   z   powrotem, 

pozostałyby   nam   złudzenia.   Moglibyśmy   wierzyć,   że   wydarzyła   się   jakaś   tragedia   i 

zatonęliście wszyscy albo że mieszkacie gdzieś daleko i po prostu nie możecie do nas wrócić. 

A ty... przypłynąłeś sam, pokazując Ludluckom i miastu, że ponownie zabiłeś. Jeszcze raz 

uśmierciłeś   mężczyzn   z   rodziny,   która   powołała   cię   do   życia.   Kolejne   pokolenia   kobiet 

pogrążyły się przez ciebie w żałobie.

Tkwisz na tym brzegu od trzydziestu lat! Jesteś symbolem hańby dla mojej rodziny, 

symbolem naszego wstydu i naszej winy. Widzi cię tu każdy statek, który wpływa do portu 

albo   z   niego   wypływa.   Obywatele   Miasta   Wolnego   Handlu   wiedzą,   dlaczego   zawiodłeś. 

Obarczają winą nas, Ludlucków. Nazywają nas zachłannymi i nierozważnymi egoistami o 

lodowatych sercach. Wielu twierdzi wprost, że zasłużyliśmy sobie na los, który nas spotkał z 

twoich rąk. Póki stoisz tutaj, nie zapomnimy o naszej tragedii i nie wybaczymy sobie i tobie. 

Wolimy, żebyś stąd zniknął. Ci ludzie pragną cię od nas wziąć, a my chętnie się ciebie 

pozbędziemy!

Althea oniemiała, wyobrażając sobie desperację „Paragona”. W oczach Amis błyskało 

szaleństwo. Dziewczyna odkryła, że Ludluckowie i galion są ogromnie do siebie podobni.

–   Zanim   się   pojawiłeś,   byliśmy   potężną   rodziną!   Miałeś   się   stać   naszą   chlubą, 

symbolem   naszego  sukcesu.  Przez  ciebie  straciliśmy  fortunę,  zyskując   w   zamian   jedynie 

cierpienie i rozpacz. Może zaprzeczysz? Mów, cudowny żywostatku! Wytłumacz się! Po tylu 

latach   może   wreszcie   mi   wyjaśnisz   przyczyny   swojego   gniewu?   Dlaczego   zwróciłeś   się 

przeciwko nam, dlaczego zabiłeś nasze marzenia, nasze nadzieje, naszych mężczyzn?!

Wreszcie umilkła. Dyszała z emocji. Towarzysząca jej Ronica Vestrit wyraźnie była 

zgorszona. Davad Restart wyglądał na zaniepokojonego, choć równocześnie mądrze kiwał 

głową.

–   To   wina   Rzeki   Deszczowej   –   oświadczył   z   przekonaniem.   –   Z   Deszczowych 

Ostępów  nigdy  nie  wyszło nic dobrego. Tylko trująca  magia  i  zdradzieckie choroby. To 

background image

wszystko, co kiedykolwiek...

–  Przestańcie!  –   syknęła   Amber.  –   Odejdźcie   stąd.  Natychmiast.  On   wie.  Proszę, 

weźcie to. Daję wam wszystko, co mam. Wszystko, co mam, w zamian za niego. Tak jak 

obiecałam. – Zdjęła z szyi klucz na skórzanym pasku i cisnęła go Davadowi pod nogi. Klucz 

uderzył w skalistą plażę i zadźwięczał, odskakując od kamienia na piasek. Restart pochylił się 

ciężko i go podniósł. Althea rozpoznała klucz do sklepu przy ulicy Deszczowych Ostępów.

Galion splótł ramiona na piersi. Dumnie podniósł głowę; gdyby miał oczy, zapewne 

patrzyłby w morze. Napięte mięśnie drgały mu na twarzy. Był absolutnie nieruchomy niczym 

wyrzeźbiony ze zwykłego drewna.

Kupiec Restart wziął Amis Ludluck pod ramię i pociągnął ku sobie.

– Chodź, odprowadzę cię do domu. Potem pójdę zabezpieczyć sklep, który od tej 

chwili należy do ciebie. Moim zdaniem zawarłaś najlepszą z możliwych umów. Wszyscy 

dokonaliśmy właściwego wyboru. Do zobaczenia, Roniko i Altheo. Pamiętajcie, że nie ja 

rozpocząłem tę transakcję.

– Będziemy pamiętać – zapewniła go dziewczyna. Podniosła oczy na nieruchomy, 

milczący statek. Gryzło ją poczucie winy. Jak mogła pomyśleć, że Amis zdoła przekonać 

„Paragona”,   by   z   własnej   woli   wypłynął   na   morze?   Ludluckowie   słynęli   ze   złośliwości. 

Powinna była się  spodziewać, że obarczą  statek odpowiedzialnością  za  swe  zmarnowane 

życie. Nagle cały pomysł wydał się dziewczynie niemal samobójczy. Mieliby postawić żagle 

na   masztach   tego   szalonego   statku   i   wyruszyć   w   rejs   z   bladą   nadzieją   na   odszukanie   i 

odzyskanie „Vivacii”? Tylko głupiec mógł wierzyć w powodzenie takiego przedsięwzięcia, 

tylko głupiec!

– „Paragonie”? – odezwała się cicho Amber. – „Paragonie”, już odeszła. Wszystko 

będzie dobrze, zobaczysz. Twoja sytuacja odmieni się na lepsze. Popłyniesz z ludźmi, którzy 

bardzo o ciebie dbają. Gdy znajdziesz się na morzu, przypomnisz sobie, że tam właśnie jest 

twoje   miejsce.   Następnym   razem   wrócisz   do   rodzinnego   portu   jako   bohater.   Wówczas 

wszyscy będą cię podziwiać, nawet Ludluckowie. „Paragonie”?

Zza Brashena wyszedł Clef, wspiął się na statek i nieśmiało przyłożył rękę do jego 

desek. Podniósł wzrok na nieruchomy galion.

– Czasami sam musisz być dla siebie rodziną – oświadczył z wielką powagą. – Kiedy 

inni cię opuszczą.

Statek nie odpowiedział.

* * *

background image

„Złośnica”   stanowiła   wspaniały   łup.   Kennita   ogarnęło   nagłe   podniecenie.   Na 

pokładzie zdobycznego dwumasztowca czekała już na niego Etta z kulami. Radował się ze 

zwycięstwa. Nie tylko było pierwsze od czasu wyzdrowienia, lecz w dodatku przyglądał mu 

się Wintrow. Kennit niemal fizycznie wyczuwał podziw u depczącego mu po piętach chłopca. 

No cóż, niech się rozejrzy po zadbanym i wypucowanym stateczku i ponownie przemyśli 

własną ocenę postępków pirackiego kapitana. Dotąd zapewne uważał go za jednonogiego 

łobuza, którego wyłącznym celem są napaści na śmierdzące statki przewożące niewolników. 

Po   tej   akcji   powinien   go   uznać   za   jednego   z   najlepszych   korsarzy,   jacy   kiedykolwiek 

grasowali po Kanale Wewnętrznym.

Pirat był tak zadowolony, że unurzanego we krwi Sorcora serdecznie klepnął w ramię.

– Świetna robota! Wspaniały abordaż! Wziąłeś zakładników? Mat uśmiechnął się od 

ucha do ucha, uszczęśliwiony publiczną pochwałą dowódcy.

–   Tylko   oficerów,   kapitanie.   Tak   jak   przewidziałeś,   załoga   była   doskonale 

przygotowana do bitwy. Żaden marynarz nie chciał się poddać. Dwa razy dawałem im szansę. 

Mówiłem: „Oddajcie broń, a zawrzemy ugodę”. Nie chcieli. To nie tylko marynarze, ale i 

prawdziwi wojownicy. No cóż, kapitanie, nie miałem wyboru. Jedyni żołnierze, jacy pozostali 

na pokładzie, to moi ludzie. – Sorcor zaśmiał się z własnego dowcipu.

– A gdzie są ci oficerowie?

– Wpakowałem ich pod pokład. Pierwszy dostał parę razy przez łeb, zanim się poddał, 

ale nic mu nie będzie. Zgarnęliśmy sporo łupów. Niewolnicy są zdrowi. Niektórych trochę 

wytrąciła z równowagi nagła zmiana losu, lecz szybko przyjdą do siebie.

– Duże straty? – zapytał Kennit znienacka.

Uśmiech Sorcora zgasł.

  –   Większe   niż   oczekiwaliśmy.   Pamiętaj,   panie,   że   walczyliśmy   przeciwko 

prawdziwym wojownikom uzbrojonym w miecze. Zginęli Clift, Marl i Burry. Kemper stracił 

oko, kilku innych odniosło mniejsze obrażenia. Opal jest ranny w twarz. Szalał z bólu, więc 

wysłałem go już z powrotem na „Mariettę”. Wykrzykiwał straszne rzeczy.

– Opal. – Kennit zastanawiał się przez chwilę. – Przyślij go na „Vivacię”. Wintrow 

mu pomoże. Chłopak ma talent do leczenia. Widzę, że o sobie nie wspomniałeś, Sorcorze.

Mat uśmiechnął się i wskazał zakrwawiony lewy rękaw.

–   Miałem   dwa   miecze   przeciwko   jego   jednemu,   a   jednak   zdołał   mnie   ciachnąć. 

Wstydzę się za siebie!

– Tak czy owak, trzeba to zabandażować. Etta! Opatrz Sorcorowi ramię. Wintrowie, 

background image

pójdziesz ze mną. Rzućmy okiem na dzisiejsze zdobycze.

Obchód  nie  był   ani  krótki,  ani  szybki.  Kennit  poprowadził  chłopca  przez  kolejne 

ładownie. Zademonstrował mu gobeliny i dywaniki starannie zwinięte i opakowane na czas 

podróży żaglowym płótnem, pokazał beczułki z ziarnami kawy i skrzynie z herbatą, grube 

sznury ziół nasennych wciśnięte w zakorkowane gliniane dzbany oraz błyszczące szpule z 

nićmi w kolorze złota, czerwieni i purpury. Wyjaśnił Wintrowowi, że wszystkie te dobra są 

owocem niewolnictwa; choć były ładne, okupiono je krwią. Spytał chłopca, czy pozwoliłby 

łajdakom takim jak Avery i jemu podobni zatrzymać nieuczciwie osiągnięte zyski.

–   Dopóki   niewolnictwo   będzie   interesem   dochodowym,   ludzie   będą   handlować 

innymi ludźmi. Twój ojciec okazał się człowiekiem zachłannym i dał się wciągnąć w tę 

krwawą   grę.   Własna   chciwość   doprowadziła   go   do   upadku.   W   ten   sam   sposób   pragnę 

pokonać wszystkich, którzy handlują niewolnikami.

Wintrow pokiwał głową. Kennit nie był pewny, czy całkowicie przekonał go o swojej 

szczerości. A może to nieważne. Póki potrafił wymienić słuszne powody dla piractwa i bitew, 

chłopiec zgodzi się z jego racjami. Ważne, by miał po swojej stronie „Vivacię”. Otoczył 

Wintrowa ramieniem i zaproponował:

–   Wróćmy   teraz   na   żywostatek.   Chciałem   ci   pokazać   „Złośnicę”.   Dobrze   też,   że 

usłyszałeś relację z ust samego Sorcora, wiesz zatem, iż zaoferowaliśmy tym nędznikom 

szansę przeżycia. Co więcej mogliśmy dla nich zrobić?

Idealne podsumowanie! Kennit powinien był przewiedzieć, że taka dobra passa nie 

może trwać wiecznie. Gdy wraz z Wintrowem wyszli z powrotem na pokład, pospieszyły ku 

nim trzy niewolnice. Zanim zdołały podejść, drogę zagrodziła im Etta z mieczem. Kobiety 

przypadły do ziemi pod jej surowym wzrokiem, a dziwka przemówiła do pirata:

– Mamy problem. Te trzy twierdzą, że nie chcą wolności. Pragną zostać wymienione 

za okup. Wraz z kapitanem i pierwszym oficerem.

– A dlaczegóż to? – spytał Kennit zimnym, choć grzecznym tonem. Kobiety były 

nadobne i gładkolice, niewolnicze tatuaże miały maleńkie i blade, ledwie widoczne w świetle 

słońca.

– Głupie suki! Wolą być dalej niewolnicami niż wolnymi ludźmi w Łupogrodzie. 

Przywykły być pieszczoszkami bogatych mężczyzn. Idiotki!

– Jestem poetką, nie dziwką – obruszyła się jedna z kobiet. – Kapitan Avery przybył 

po   mnie   do   Jamaillia   City   ze   specjalnym   zamówieniem   od   Sępa   Kordora.   To   majętny 

szlachcic,   pan   dobrze   znany   ze   swej   szczodrobliwości.   Jeśli   pójdę   do   niego   na   służbę, 

zapewni mi godziwe życie i pozwoli rozwijać poetycki talent. Jeśli popłynę z wami, kto wie, 

background image

w jaki sposób będę musiała zarabiać na życie? Mogę dalej komponować wiersze, ale dla 

kogo?   Kto   będzie   moją   publicznością?   Złodzieje   i   rzezimieszki   z   zaściankowego   miasta 

zaludnionego przez szumowiny?

– Może wolisz zaśpiewać dla węży? – zaproponowała słodko Etta. Wyciągnęła miecz 

i lekko dotknęła koniuszkiem brzucha kobiety tuż ponad pępkiem. Poetka nie cofnęła się 

przed ostrzem, potrząsnęła tylko głową i popatrzyła na Kennita.

– A wy dwie... również jesteście poetkami? – spytał pirat leniwie.

Potrząsnęły głowami.

– Ja tkam gobeliny – odparła jedna chrapliwie.

–   Ja   zaś   jestem   masażystką   –   dodała   druga.   –   Znam   się   też   na   pomniejszych 

schorzeniach i potrafię je leczyć.

–I...   niech   zgadnę...   wszystkie   płynęłyście   do   jakiegoś   Sępa,   bardzo   bogatego 

człowieka,   właściciela   wielu   służących?   –   Kennit   zaśmiał   się   jowialnie.   –   No   tak,   sam 

widzisz, Wintrowie. – Odprawił kobiety machnięciem ręki. – Sam widzisz, co niewolnictwo 

robi z ludźmi. Bogaty człowiek kupuje talenty innych istot dla własnej sławy. Kupuje je za 

pieniądze, a one się obrażają, gdy nazwać je dziwkami. Żadna nie ma dość dumy, by walczyć 

o swoją wolność. Wolą na zawsze pozostać zależne od swego pana.

– Co mam z nimi zrobić? – zawołała za nim Etta, kiedy pokuśtykał ku burcie.

Westchnął cicho.

– Chcą być niewolnicami. Zamknij je z innymi, których postanowiliśmy oddać za 

okup. Sep Kordor kupił je raz, może je kupi i drugi. – Nagły pomysł przyszedł kapitanowi do 

głowy.  –  Okup  podzielimy  pomiędzy  osoby,  które   wybrały  wolność.  Będą  coś  miały  na 

początek. – Etta w zadumie pokiwała głową i popędziła kobiety do włazu. Pirat odwrócił się 

do chłopca. – Widzisz, nie narzucam ludziom swojego sposobu myślenia. Do niczego nie 

zmuszam   też   ani   ciebie,   ani   „Vivacii”.   Z   czasem   okryjesz,   że   nie   jestem   niegodziwym 

piratem, za jakiego mnie uważałeś.

Dotarli do krzesełka linowego, które miało ułatwić Kennitowi wejście do gigu.

– Wyobrażałeś sobie kiedyś siebie jako kapitana własnego statku? – spytał pirat. – 

Ślicznego małego statku, na przykład takiego jak ten?

–   To   rzeczywiście   piękny   statek   –   odrzekł   Wintrow.   –   Ale   nie,   nie   mam   takich 

pragnień. Jeśli odzyskam wolność, natychmiast wracam do klasztoru.

– Wolność? Przecież tatuaż na twojej twarzy nic dla mnie nie znaczy! Ciągle się 

uważasz za niewolnika? – Kennit udawał zdumionego.

– Nie, tatuaż nie czyni mnie niewolnikiem – zgodził się chłopiec. – Z „Vivacią” wiąże 

background image

mnie moja krew, prawie tak mocno jak łańcuchy. Więź między nami z każdym dniem staje 

się coraz silniejsza. Może mimo niej potrafiłbym opuścić żywostatek i znaleźć szczęście w 

życiu   poświęconym   Sa,   wiem   wszakże,   że   postąpiłbym   wówczas   egoistycznie,   ponieważ 

„Vivacia” by cierpiała. Gdybym ją zostawił, zapewne nigdy nie odnalazłbym spokoju duszy. 

Pirat podniósł głowę.

–  I   nie   sądzisz,   by  kiedykolwiek   zaakceptowała   mnie   zamiast   ciebie?   Przecież   ja 

pragnę tylko tego, co nas oboje uszczęśliwi. Gdybym zajął twoje miejsce, mógłbyś śmiało 

wrócić do klasztoru, nie sprawiając jej bólu. 

– Nie, nie, tutaj może mnie zastąpić tylko ktoś związany ze mną krwią. Ktoś, kto 

dzieli   z   żywostatkiem   rodzinną   więź.   Tylko   takie   towarzystwo   może   ją   uchronić   przed 

szaleństwem.

– Rozumiem – mruknął Kennit w zamyśleniu. – No cóż, jesteśmy w trudnej sytuacji, 

prawda? Postaram się wymyślić rozwiązanie, które uszczęśliwi nas wszystkich.

* * *

Fale szumiały miło. „Vivacia” była znowu w drodze, płynęła między „Złośnicą” i 

„Mariettą”. Kennit wszystkimi trzema statkami chciał jak najbardziej się oddalić od miejsca 

bitwy. Powiedział Etcie, że ludzie chętniej płacą okup, jeśli spędzą w niepewności pełne 

grozy   dni.   Niech   zatem   „Złośnica”   po   prostu   zniknie   na   jakiś   czas.   Zamierzał   najpierw 

odstawić ją do Łupogrodu, gdzie pochwali się zdobyczą i jeńcami. Za miesiąc czy dwa wyśle 

do Chalced wiadomość z propozycją wykupu statku i pozostałych przy życiu pasażerów. 

Ładunek postanowił sprzedać sam. Niektóre rzeczy wzięła już sobie Etta.

Wygładziła właśnie po raz kolejny leżący na jej kolanach materiał i ponownie się nim 

zachwyciła, po czym nawlokła igłę.

Wokół statków zapanowała już mroczna noc. Kennit sam stanął za sterem. Etta starała 

się nie martwić samotnością. Po długich godzinach, które spędził dziś na rozmowach ze 

statkiem, należał mu się odpoczynek. Dzień był męczący dla wszystkich. Piratka zeszyła 

rozległą   ranę   ciętą   na   ramieniu   Sorcora.   Krzepki   mat   przesiedział   zabieg   zupełnie 

nieruchomo, zaciskając zęby w wymuszonym uśmiechu. Etta niezbyt lubiła tę robotę, ale 

przynajmniej mat nie krzyczał tak jak nieszczęsny Opal.

Tego ostatniego przynieśli na „Vivacię” ciężko rannego. Gdy marynarze układali go 

na przednim pokładzie, wrzeszczał niczym na torturach. Miecz przeciął mu głęboko policzek 

i nos aż do kości. Ranę trzeba było natychmiast zeszyć, jeśli chłopak miał jeszcze kiedyś 

background image

normalnie jeść. Ponieważ zapadał wieczór, ktoś musiał przytrzymać nad Opalem lampę; jej 

światło otoczyło młodzieńca kręgiem. Jeden z przewożonych „Złośnicą” niewolników okazał 

się chirurgiem. Na żarliwą prośbę Wintrowa Kennit posłał także po niego. Niestety Opal nie 

pozwalał   nikomu   dotknąć   rany.   Kiedy   Wintrow   spróbował   go   przytrzymać,   by   ułatwić 

medykowi szycie, ranny krzyczał i szarpał głową na wszystkie strony tak dziko, że ustąpili – 

Chirurg   upuścił   Opalowi   krwi,   by   go   nieco   osłabić.   Młody   marynarz   zemdlał.   Etta 

obserwowała go przez jakiś czas, podczas gdy Kennit wyjaśniał „Vivacii” kolejne działania i 

tłumaczył,   że   odczuwany   przez   młodzieńca   ból   jest   konieczny   –   bez   niego   kuracja   nie 

mogłaby się udać. Kennit ponownie porównał ten ból rannego do zabójstw, których musiał 

dokonywać, gdy starał się uwolnić okoliczne wody od statków niewolniczych. Wintrow zrobił 

wówczas nachmurzoną minę, lecz się nie wtrącił, zbyt był bowiem zajęty ścieraniem krwi, 

która ściekała na rozłożone pod rannym grube płótno żaglowe. Starał się nie dopuścić nawet 

kropli do desek żywostatku. W końcu ochrypłe krzyki cierpiącego Opala ścichły i chirurg 

zakończył szycie rany. Prawdopodobnie młodzieniec nigdy już nie będzie tak ładny jak przed 

bitwą, lecz nie powinien mieć trudności zjedzeniem. Po raz pierwszy Opal brał udział w ataku 

grupy abordażowej. Miał po prostu pecha i tyle.

Etta skończyła obrębiać brzeg, po czym odgryzła nitkę i wstała. Zdjęła starą koszulę, 

mocno   poplamioną   krwią,   rzuciła   ją   na   pokład,   pod   stopy   i   włożyła   nową,   dopiero   co 

ukończoną. Nie znała nazwy materiału. Był gęsto utkany i zachwycający w dotyku. Miał 

barwę   cedrowej   zieleni,   ale   migotał   w   świetle   lampy,   tworząc   subtelne   wielokolorowe 

zmarszczki. Kennitowi na pewno się spodoba. Potrafił doceniać takie drobiazgi. Szkoda, że 

ostatnio rzadko się nią interesował...

Zajrzała przez szybkę do kabiny i potrząsnęła głową. Ależ z niej niewdzięcznica! 

Upłynęło przecież tak niewiele czasu, odkąd kapitan leżał na plecach bezwładny niczym 

kłoda   i   rozpalony   od   gorączki.   Powinna   się   cieszyć,   że   w   ogóle   odzyskał   męski   wigor. 

Słyszała, że niektórzy mężczyźni po okaleczeniu na zawsze tracili zainteresowanie kobietami. 

Uczesała   się.   Od   dłuższego   czasu   nie   obcinała   włosów,   sięgały   jej   prawie   do   ramion. 

Pomyślała o jego dłoniach w jej włosach, na jej nagiej skórze... Natychmiast poczuła, że krew 

żywiej   krąży   w   żyłach.   Gdy   była   dziwką,   nigdy   nawet   przez   myśl   jej   nie   przeszło,   że 

kiedykolwiek zapragnie pieszczoty mężczyzny. Wówczas chciała, by klienci jak najszybciej 

zrobili   swoje   i   odeszli.   Jednakże   w   tamtych   czasach   nie   sądziła   również,   że   można   być 

zazdrosną o statek.

Głupota!   Uperfumowała   szyję.   Zapach   był   nowy,   także   znaleziony   na   pokładzie 

„Złośnicy”.   Pikantny   i   słodki.   Sprawi   Kennitowi   przyjemność.   Etta   uznała   też,   że   musi 

background image

bardziej   mu   wierzyć.   Czy   kapitan   nie   miał   dość   problemów   na   głowie   bez   jej   głupiej 

zazdrości? I o co jest zazdrosna? Przecież chodziło o statek, nie o kobietę.

Zaczęła sprzątać kabinę. Kennit stale coś szkicował albo pisał. Czasami – jeśli jej 

pozwolił – obserwowała go zafascynowana. Bardzo szybko poruszał piórem i stawiał tak 

precyzyjne   znaki.   Obejrzała   jeden   ze   zwojów,   zanim   go   zrolowała   i   przełożyła   na   stół 

nawigacyjny.   Czyżby   Kennit   pamiętał   znaczenie   tych   wszystkie   małych   symboli? 

Przypuszczała, że tylko mężczyźni posiadają odpowiedni ku temu rozum.

Z   pokładu   usłyszała   rozkazy   Briga,   a   krótko   później   dźwięk   opadającej   kotwicy. 

Zatrzymali się na noc. To dobrze.

Ruszyła   na   poszukiwanie   kapitana.   Dotarła   na   pokład   dziobowy   i   dostrzegła 

Wintrowa. Siedział po turecku na deskach i czuwał przy Opalu. Popatrzyła na rannego. Szwy 

dobrze trzymały krawędzie przecięcia. Chyba nieźle wykonali swoją pracę. Przykucnęła i 

dotknęła czoła młodzieńca, słysząc przyjemny szelest spódnicy.

– Chyba nie ma już gorączki – oceniła.

Wintrow spojrzał na nią. Był jeszcze bledszy od Opala.

–   Wiem.   –   Poprawił   pacjentowi   koc.   –   Wydaje   się   jednak   bardzo   słaby.   Jestem 

pewien, że chirurg wybrał najlepsze wyjście. Szkoda, że noc jest taka zimna.

– Dlaczego nie zabierzesz go pod pokład, z dala od nocnego chłodu?

– Szybciej wyzdrowieje na deskach „Vivacii” aniżeli w środku.

Podniosła ku niemu głowę.

– Wierzysz, że twój statek potrafi uzdrawiać?

– Nie ciało. Lecz może przesłać nieco ze swej siły jego duchowi, a to pomaga w 

leczeniu.

Etta wyprostowała się powoli.

– Myślałam, że tym się zajmuje twój Sa – mruknęła.

– Ależ tak – zgodził się Wintrow.

Przyszło jej do głowy szydercze pytanie, po co chłopcu bóg, skoro ma swój statek. 

Ugryzła się jednak w język i zasugerowała:

– Prześpij się trochę. Wyglądasz na wyczerpanego.

–  Jestem   wyczerpany.  Muszę   jednak  posiedzieć   z   chłopcem   dzisiejszej   nocy.   Nie 

mógłbym zostawić go samego.

– Dokąd poszedł chirurg?

– Na „Mariettę”. Tam również jest wielu rannych. Tu zrobił tyle, ile mógł. Teraz 

wszystko zależy od Opala.

background image

– I od twojego statku – odburknęła, nie mogąc się powstrzymać przed złośliwością. 

Rozejrzała się po przednim pokładzie. – Widziałeś może Kennita?

Wintrow   bez   słowa   skinął   głową   ku   galionowi.   Etta   dopiero   po   dłuższej   chwili 

wypatrzyła sylwetkę pirata w cieniu.

Zazwyczaj   mu   nie   przeszkadzała,   gdy   rozmawiał   ze   statkiem.   Teraz   jednak,   gdy 

spytała o niego tak głośno, nie mogła po prostu odejść. Niedbale podeszła do dziobowej 

balustrady i stanęła obok Kennita. Przez jakiś czas milczała. Kotwiczyli w małej zatoczce 

jednej z pomniejszych wysepek. „Złośnica” i „Marietta” kołysały się w pobliżu. Odbicia 

nielicznych świateł drżały w zygzakach na niewielkich falach. Lekka bryza cicho śpiewała w 

linach.   Statki   stały   bardzo   blisko   lądu,   toteż   oprócz   zapachu   słonej   wody   Etta   wyczuła 

również bardzo silny aromat roślin.

– Świetna była ta dzisiejsza akcja – zauważyła cicho po chwili.

– Wiem – rzekł z nieznacznym sarkazmem.

– Popłyniemy teraz kanałem?

– Być może. – Jego krótka odpowiedź ucięła rozmowę.

Żywostatek na szczęście milczał, jednak Etta ciągle czuła jego obecność. Zapragnęła, 

by przenieśli się na pokład „Marietty”. Tam zapewne udałoby jej się zbliżyć do Kennita. 

Tutaj wszystkim jej poczynaniom towarzyszyła „Vivacia”. Etta nie czuła się sama nawet w 

swej prywatnej kabinie. Wygładziła nową spódnicę. Odgłos wydawany przez materiał był taki 

rozkoszny.

– Zanim nam przerwano – odezwał się nagle galion – dyskutowaliśmy plany na jutro.

Pirat podjął temat.

– O pierwszym brzasku pożeglujemy do Łupogrodu. Poszukamy dobrej kryjówki dla 

„Złośnicy”.   Poczeka   tam   na   okup.   Chcę   też   jak   najszybciej   wysadzić   oswobodzonych 

niewolników na ląd. A zatem popłyniemy do Łupogrodu.

Wyraźnie ją ignorowali. Etta nie zamierzała po sobie pokazać zazdrości.

– A jeśli spotkamy inne statki? – ciągnęła cicho „Vivacia”.

– Wtedy nadejdzie twoja kolej na atak – odparł kapitan szeptem.

 

– Nie wiem, czy jestem już gotowa. Nadal tego nie wiem... Krew i cierpienie... Ludzie 

odczuwają tak straszliwy ból.

Kennit westchnął.

– Chyba nie powinienem sprowadzać Opala na twój pokład. Martwiłem się o chłopaka 

i chciałem mieć go blisko siebie. Nie sądziłem, że masz coś przeciwko temu.

background image

– Naprawdę nie mam nic przeciwko temu – odparła pospiesznie „Vivacia”.

Kennit ciągnął dalej, jakby tego nie słyszał:

– Ja również nie lubię obserwować ludzkiego bólu. Ale mężczyzna nie może się od 

tego odwracać. Czy mogę się odwrócić od kogoś, kto walczył dla mnie i został ranny? Przez 

cztery lata ten młodzieniec znał tylko jeden dom: mój statek. Bardzo chciał wziąć dziś udział 

w abordażu... Jaka szkoda, że Sorcor go nie powstrzymał! Wiem, że Opal walczył dzielnie, 

ponieważ   chciał   wywrzeć   na   mnie   wrażenie.   –   Piratowi   głos   drżał   z   emocji.   –   Biedny 

chłopak. Taki młody, a już skłonny zaryzykować życie dla sprawy, w którą uwierzył. – Słowa 

niemal uwięzły mu w gardle, uspokoił się jednak i dodał ciszej: – Boję się, że kiedyś dla mnie 

umrze. Gdybym nie rozpoczął tej krucjaty...

Etta przestała nad sobą panować. Nigdy nie słyszała takich słów z ust kapitana. Nigdy 

nawet nie wyobrażała sobie, że nosi on w sobie taką głębię bólu. Wzięła go za rękę.

– Och, Kennicie – szepnęła łagodnie. – Mój drogi, nie możesz wszystkiego traktować 

tak poważnie. Nie możesz.

Zesztywniał.   Obawiała   się,   że   go   obraziła.   Galion   obrzucił   kobietę   piorunującym 

spojrzeniem. Jednak pirat odwrócił się do Etty i – aż ją zatchnęło ze zdumienia – położył jej 

głowę na ramieniu.

– Czyż mogę pozostać obojętny? – spytał ze znużeniem. – Och, Etto, jeśli nie będę 

dbał o swoich ludzi, kto o nich zadba? I czy będą dla mnie walczyli?

Jej serce wypełniła czułość dla tego silnego mężczyzny, który nagle szukał, u niej 

wsparcia. Głaskała jego jedwabiste włosy.

– Będzie dobrze. Zobaczysz. Jeśli okazujesz ludziom miłość, oni odwzajemniają się 

tym samym. Nie musisz wszakże brać wszystkiego na swoje barki.

– Co zrobiłbym bez moich ludzi? Byłbym nikim. – Na krótko zadrżały mu plecy, 

jakby tłumił łkanie. Zakaszlał.

– Kapitanie – odezwała się przerażona „Vivacia” – nie chciałam powiedzieć, że nie 

podzielam twoich ideałów. Mówiłam tylko, że nie wiem, czy jestem absolutnie gotowa do...

– Dobrze, już dobrze. Nic się stało. Znasz mnie od niedawna. Chyba się pospieszyłem. 

Nie  powinienem  był   cię  tak  szybko  prosić,  żebyś  związała  swój   los   z  moim.  Dobranoc, 

„Vivacio”. – Westchnął ciężko. – Etto, moja słodka. Boję się, że dziś wieczorem będzie mnie 

bolała noga. Pomożesz mi się położyć?

– Oczywiście. Powinieneś iść do łóżka. Przyniosłam z pokładu „Złośnicy” pachnące 

olejki. Wiem, że od chodzenia o kuli bolą cię plecy i ramiona. Jeśli mi pozwolisz, podgrzeję 

nieco olejku i cię nim natrę.

background image

Razem odeszli od balustrady.

– Twoja wiara we mnie ogromnie dodaje mi siły, Etto – powiedział szczerze. Nagle 

się zatrzymał, więc i ona przystanęła zdziwiona. Czule wziął ją pod brodę i pocałował w usta. 

Ettę   ogarnęło   wzruszenie,   nie   tylko   pod   wpływem   jego   ciepłych   warg   i   uścisku   silnych 

ramion, lecz również z powodu tak otwartego okazania uczuć. Kennit przytulił ją do siebie. 

Koszula   zaszeleściła   pięknie   pod   jego   palcami.   Etta   poczuła   się   wspaniale.   Drżała   jak 

dziewica.

–   Wintrowie   –   odezwał   się   cicho   Kennit.   Etta   odwróciła   głowę   i   dostrzegła,   że 

chłopiec wpatruje się w nich szeroko otwartymi oczyma. – Jeśli dziś w nocy stan Opala cię 

zaniepokoi, proszę, natychmiast mnie zawiadom. Zgoda?

– Tak, panie – odparł Wintrow. Jego błądzące gdzieś ponad przytuloną parą oczy 

promieniały głębokim szacunkiem dla kapitana.

– Chodźmy do naszego łóżka, Etto. Potrzebuję twojej bliskości. Jesteś osłodą mojego 

życia. Pragnę poczuć twoją wiarę we mnie.

Wypowiedziane na głos takie słowa zupełnie Ettę oszołomiły.

– Zawsze jestem przy tobie – zapewniła gorąco. Wzięła kulę od kapitana i pomogła 

mu zejść na główny pokład.

– Kennicie! – zawołała za nim „Vivacia”. – Ja także w ciebie wierzę. Zapewniam cię, 

że będę gotowa na czas.

– Dobrej nocy, statku – rzekł kurtuazyjnie.

Minęło mnóstwo czasu, zanim przeszli pokład i dotarli do swojej kajuty. Wreszcie 

Etta zamknęła drzwi. Chciała podgrzać olejek nad lampą, lecz Kennit wyjął jej z rąk miseczkę 

i odstawił. Popatrzyła na niego pytająco. Wsunął kulę pod ramię i przygryzając wargę, starał 

się wielkimi palcami rozwiązać tasiemkę przy jej koszuli. Etta chciała mu pomóc, lecz on z 

zadziwiającą łagodnością odsunął jej dłonie.

– Proszę, zrobię to sam – szepnął.

Drżała, gdy metodycznie rozplątywał tasiemki, a później rozpinał guziki jej spódnicy. 

Nigdy przedtem tak nie postępował. W końcu stała przed nim naga. Podniósł miseczkę z 

olejkiem i zanurzył w nim palce.

– Tak się robi? – spytał niepewnie.

Przesunął dłonią po jej piersiach i brzuchu. Jego palce pozostawiły lśniące ślady. Etta 

spazmatycznie   chwytała   powietrze.   Namaszczał   jej   ciało   subtelnymi   muśnięciami.   Nagle 

pocałował kochankę w szyję i pociągnął łagodnie ku łóżku.

Podczas pieszczot cały czas obserwował jej twarz, badając reakcję. Wyszeptał jej w 

background image

ucho:

– Powiedz, jak mam cię zadowolić.

Była wstrząśnięta. Nigdy dotąd nie starał się sprawić jej rozkoszy. Jego chłopięca 

niewiedza wydała jej się ogromnie podniecająca. Nie opierał się, gdy wzięła jego dłonie i 

położyła na swoim ciele.

Nie okazał się zdolnym uczniem. Jego dotyk był niepewny, ale słodki jak nektar z 

kapryfolium. Nie potrafiła długo patrzeć w jego pełne powagi i skupienia oczy, bo mogłaby 

się rozpłakać, a Kennit zapewne nie zrozumiałby jej szlochu. Po prostu się poddała. Uczył się 

sprawiać   jej   przyjemność;   kierował   się   jej   coraz   szybszym   oddechem   i   cichymi   jękami. 

Odkryła, że zyskuje nad nim swego rodzaju władzę. Im więcej rozumiał, tym odważniej ją 

pieścił, choć ani na moment nie stawał się brutalny. Kiedy wreszcie ich ciała się połączyły, 

natychmiast doznała rozkoszy. Później popłynęły łzy, których nie potrafiła opanować. Pirat 

scałował je i wrócił do pieszczot.

Etta straciła poczucie czasu. Nie wiedziała, jak długo to trwało, ale w końcu zadowolił 

ją bez reszty. Kiedy delikatne muskanie sprawiało jej niemal ból, odezwała się szeptem:

– Proszę, już wystarczy.

Rozjaśnił się w uśmiechu. Odsunął się i nagle prztyknął palcami maleńką czaszkę – 

talizman   na   jej   pępku.   Mały   pierścionek   z   czarodrzewu,   który   chronił   ją   zarówno   przed 

chorobami, jak i przed ciążą.

– Mógłby spaść? – spytał ją szorstko.

– Mógłby – przyznała. – Ale jestem ostrożna. Nigdy go...

– A wtedy mogłabyś zajść w ciążę?

Straciła oddech.

– Mogłabym – przyznała powściągliwie.

– To świetnie. – Położył się obok niej, wzdychając z zadowoleniem. – Może zechcę, 

byś urodziła dziecko. Gdybym chciał od ciebie dziecka, urodziłabyś je dla mnie, prawda?

Gardło miała tak ściśnięte, że ledwie mogła się odezwać.

– Tak – wyszeptała. – Tak, Kennicie, tak.

* * *

Panowała głęboka noc, kiedy Kennit obudził się na odgłos drapania do drzwi.

– O co chodzi? – zawołał chrapliwie. Kobieta obok niego spała głęboko.

– To ja, Wintrow. Kapitanie... Opal umarł.

background image

Pirat uniósł się na łóżku. Wierzył, że Opal trochę pocierpi, ale przeżyje. Miał stanowić 

coś w rodzaju obiektywnej lekcji dla „Vivacii”. Co teraz? Czy można z tej tragedii wyciągnąć 

jakiś zysk?

– Kapitanie? – odezwał się znowu Wintrow.

Pirat mocno zniżył głos.

– Nie zastanawiaj się nad tym. Zaakceptuj śmierć. Nic więcej nie możemy zrobić. 

Jesteśmy   tylko   ludźmi.   –   Westchnął   głośno,   poczym   dodał   z   troską:   –   Idź   odpocząć, 

młodzieńcze.   Niedługo   nadejdzie   ranek,   wtedy   oddamy   się   smutkowi.   Wiem,   że   jesteś 

zmęczony. Nie myśl, że mnie zawiodłeś.

– Tak, panie.

Kennit   usłyszał   ciche   kroki   bosych   stóp   odchodzącego   chłopca.   Położył   się   z 

powrotem. A zatem... Co powie jutro statkowi? Wspomni o koniecznej ofierze, wyjaśni, że 

śmierć Opala jest symbolem poświęcenia i oddania... Na pewno znajdzie właściwe słowa, 

musi tylko wypocząć i zaufać swemu szczęściu. Podniósł ręce ponad głowę i odchylił się na 

poduszkach. Plecy straszliwie go bolały. Nie miał pojęcia, że kobiety są tak wytrzymałe w 

miłosnych zapasach.

 – „Vivacia” szaleje z zazdrości. Ale o to ci chodziło, prawda?

Podniósł rękę i odwrócił lekko nadgarstek z talizmanem.

– Skoro tak wiele wiesz, po co zadajesz tyle pytań?

– Lubię słuchać, jak się przyznajesz do swoich łajdactw. Czujesz coś w ogóle do Etty? 

Nie wstyd ci, że tak ją traktujesz?

Kennit był obrażony.

–   Wstyd?   Nie   sądzisz   chyba,   że   cierpiała   podczas   moich   pieszczot.   Przeciwnie, 

podarowałem jej niezapomnianą noc. – Przeciągał się, próbując rozluźnić obolałe mięśnie. – I 

to jak małym kosztem – dodał.

– Cóż za wyczyn! – mruknęła sarkastycznie mała czarodrzewowa twarz. – Bałeś się, 

że   galion   nie   dowie   się   o   niczym,   jeśli   twoja   kobieta   nie   będzie   krzyczała   z   rozkoszy? 

Zapewniam cię, że „Vivacia” zawsze wie, co robisz. Chciałeś ją zranić, a nie zadowolić Ettę.

Pirat obrócił się na bok i odezwał ciszej:

– A ty? Jesteś jakoś połączony z galionem?

–   Broni   się   przede   mną   –   przyznał   niechętnie   talizman.   –   Jednak   sporo   wiem. 

„Vivacia” jest ogromna i otacza mnie ze wszystkich stron. Nie może przede mną całkowicie 

ukryć swej świadomości.

– A co z Wintrowem? Wyczuwasz go poprzez nią? Jak się czuje dzisiejszej nocy?

background image

– Jak się czuje?! Musisz o to pytać? Nie słyszałeś rozpaczy w jego głosie? Śmierć 

Opala ogromnie go zasmuciła.

–   Nie   mówię   o   zgonie   Opala   –   odparł   niecierpliwie   Kennit.   –   Widziałem,   jak 

obserwował   mnie,   kiedy   całowałem   Ettę   przy   galionie.   Czyżby   żywił   jakieś   uczucia   dla 

dziwki?

– Nie nazywaj jej tak! Bo nic ci już nie powiem.

– Czyżby chłopak się w niej kochał? – nalegał uparcie pirat.

– Jest naiwny. Podziwia ją. Wątpię, czy się w niej zadurzył. Twoja ostentacja skłoniła 

go do myślenia. Później jednak zapomniał o twoim pocałunku, ponieważ umarł Opal.

– Cóż za nieszczęśliwy zbieg okoliczności – mruknął kapitan. Przez chwilę rozważał, 

jak zbliżyć Wintrowa do Etty. Może powinien kazać dziwce nosić więcej biżuterii. Młodych 

chłopców zawsze pociągają błyskotki. Musi zaprezentować kobietę Wintrowowi jako ponętną 

zdobycz.

– Dlaczego spytałeś ją dziś w nocy o dziecko? – spytał obcesowo talizman.

– Przeszła mi przez głowę pewna myśl. Dziecko mogłoby się przydać. Dużo zależy od 

stopnia zainteresowania chłopaka.

Talizman był zdumiony.

– Nie rozumiem, co zamierzasz. Podejrzewam, że coś wstrętnego.

– Nie sądzę – odparł beztrosko Kennit i ułożył się ponownie do snu.

– Do czego przydałoby ci się dziecko? – zapytał talizman w kilka minut później. – Nie 

zamilknę, póki mi nie powiesz – dorzucił po długiej chwili.

Pirat westchnął ze zmęczeniem.

– Dziecko zaspokoiłoby potrzeby statku. Gdyby Wintrow stał się za bardzo natrętny, 

gdyby zaczął się mieszać w sprawy moje i „Vivacii”, na przykład gdyby namawiał ją do 

nieposłuszeństwa... no cóż, wówczas mógłbym go zastąpić.

– Dzieckiem twoim i Etty? – spytał z niedowierzaniem talizman.

Kapitan zachichotał sennie.

– Nie, oczywiście, że nie. Takie pytanie cię ośmiesza. Sądziłem, żeś jest bystrzejszy... 

– Przeciągnął się ponownie, odwrócił plecami do Etty i zamknął oczy. – Dziecko musiałby 

spłodzić Wintrow. Jego dziecko byłoby połączone ze statkiem więzami krwi. – Głośno sapnął 

z zadowoleniem i zaraz się nachmurzył. – Dziecko na pokładzie to straszliwe utrapienie. 

Prościej byłoby, gdyby Wintrow nauczył się z pokorą przyjmować swój los. Chłopak potrafi 

myśleć. Muszę go  po prostu  tak wyszkolić, by  myślał  po mojemu. Może  zabiorę go  do 

wyroczni Innego Ludu. Inni powinni mu powiedzieć, jakie jest jego przeznaczenie.

background image

–  Pozwól,  że  ja  z  nim   porozmawiam  –  zaoferował  się  talizman.  –  Umiałbym   go 

przekonać do tego, żeby cię zabił. Kennit zachichotał wesoło i zapadł w sen.

background image

9. OCALENIE

Gdyby nie wiatr od morza, praca byłaby zupełnie nieznośna. Z bezchmurnego nieba 

prażyło letnie słońce. Kiedy Brashen popatrzył na fale, oślepiło go odbite w wodzie światło. 

Jasność słonecznych promieni powodowała kłujący ból głowy w okolicach czoła. Marynarza 

bardziej złościli jedynie robotnicy, którzy przydzielone im zadania wypełniali bez energii i 

entuzjazmu.

Stał   spięty   na   pochyłym   pokładzie   „Paragona”.   Spróbował   na   świeżo   przemyśleć 

szczegóły czekającej ich pracy. Statek tkwił na plaży od ponad dziesięciu lat. Opuszczony i 

zaniedbany,   targany   przez   żywioły...   Gdyby   nie   czarodrzewowa   konstrukcja,   byłby   teraz 

szkieletem.   Burze   i   fale   zepchnęły   go   do   granic   linii   przypływu.   Z   upływem   lat   wokół 

kadłuba powstał stos piasku. Teraz żywostatek leżał przechylony na piaszczystej plaży z 

kilem w wodzie. Muskały go jedynie najwyższe fale przypływu.

Rozwiązanie problemu wydawało się zwodniczo łatwe. Po prostu odgarną piasek i 

wsuną pod kadłub drewniane płozy. Później umieszczą coś ciężkiego jako przeciwwagę na 

wierzchołku potrzaskanego głównego masztu i położą statek całkowicie na boku. Podczas 

najwyższej fali pod koniec miesiąca zakotwiczą przy brzegu barkę i połączą ją z „Paragonem” 

za pomocą liny nawiniętej na kołowrót na jej rufie. Ludzie na lądzie zepchną „Paragona” po 

płozach, ci z barki zaś uruchomią kołowrót i statek przesunie się ku wodzie. Przeciwwaga na 

kadłubie utrzyma go w przechyle na płytszej wodzie. Kiedy znajdzie się na głębszej, postawią 

go. 

Zobaczymy, co się zdarzy potem, pomyślał Brashen i westchnął. Praca zajmie im 

tydzień albo i dłużej.

Wszędzie wokół „Paragona” trudzili się ludzie z szuflami i taczkami. Ciężkie drewno 

spławiono w trakcie wczorajszego przypływu; solidnie związane, czekało na plaży. Obok 

drewna leżały stosy krągłych kłód. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, żywostatek będzie można 

niedługo zwodować... Jeśli wszystko pójdzie dobrze... Czasami nadzieja na ukończenie pracy 

wydawała się próżna.

Nowa   grupa   robotników   poruszała   się   ociężale   w   gorącym   słońcu.   Dźwięczały 

uderzenia   młotków.   Pod   piaskiem   znajdowano   mnóstwo   kamieni,   które   robotnicy 

wykopywali przed wsunięciem płóz pod statek. Inni starali się wsunąć lewary pod kadłub. 

Sporo ludzkiego wysiłku będzie to kosztowało, a kto wie, jakie jeszcze odkryją uszkodzenia.

Po tylu latach deski na pewno się porozsuwały, choć na oko kadłub nie był zbytnio 

zniszczony.   Jednak   absolutną   pewność   będzie   można   mieć   dopiero   po   podniesieniu 

background image

„Paragona”. Dopiero kiedy żywostatek zostanie w pełni wyprostowany (marynarz modlił się, 

by   potrafił   swobodnie   pływać),   zacznie   się   prawdziwa   praca.   Cały   kadłub   trzeba   będzie 

dokładnie sprawdzić, uszczelnić ewentualne dziury, a później postawić nowy maszt...

Nagle Brashen przerwał ten ciąg przypuszczeń. Nie powinien sięgać myślą tak daleko 

do przodu, w przeciwnym razie kompletnie się zniechęci. Wystarczy skupić się na jednym 

dniu i jednym zadaniu. Reszta niech pozostanie na razie tajemnicą.

Bezwiednie przesunął językiem po wnętrzu dolnej wargi, szukając kawałka cindinu, 

którego tam nie było. Nawet najgłębsze owrzodzenia po uzależniającym narkotyku zaczynały 

się już goić. Ciało najwyraźniej zapominało o cindinie znacznie szybciej niż umysł. Brashen 

tęsknił za używką jak człowiek spragniony za wodą. Dwa dni temu wymienił kolczyk za laskę 

cindinu i bardzo tego żałował. Nie dość, że opóźnił sobie w ten sposób możliwość odtrucia 

organizmu, w dodatku cindin okazał się kiepskiej jakości i raczej go rozdrażnił, niż przyniósł 

ulgę.   A   jednak,   gdyby   miał   choć   miedziaka,   nie   byłby   się   w   stanie   oprzeć   impulsowi. 

Dysponował   pieniędzmi,   które   powierzyła   mu   Ronica   Vestrit.   Była   ich   cała   sakiewka. 

Ostatniej nocy obudził się zlany zimnym potem. Aż do świtu rozcierał sobie ręce i stopy, by 

zapobiec  skurczom.  Wpatrywał  się  w  sakiewkę  pożądliwie.  Czy  nie  mógłby  wziąć  kilku 

monet? Jedynie by uspokoić drżenie ciała. Cindin pomógłby mu zachować hart ducha i dodał 

energii. Tuż przed świtem Brashen otworzył sakwę i przeliczył monety. Potem schował je z 

powrotem   i   wszedł   do   pokładowej   kuchni.   Zaparzył   jeszcze   jeden   rondelek   herbaty 

rumiankowej i wypił.

Amber, która tam siedziała i coś strugała, mądrze nie powiedziała nic. Dziwił się, że 

tak łatwo się przyzwyczaiła do jego obecności. Ciągle zajmowała kapitańską kabinę. Hm... 

Chyba powoli powinna się z niej zacząć wyprowadzać. Kiedy „Paragon” wyruszy w rejs, 

zajmie ją kapitan, czyli Brashen. Na razie rozwieszał hamak pomiędzy dwoma pokładami. 

Tak   było   najprościej,   gdy   się   mieszkało   na   pochyłym   statku.   Zwłaszcza   że   ostatnio   kąt 

nachylenia stał się jeszcze ostrzejszy.

– „Paragonie”, nie!

Głos   Amber,   podniesiony   w   niedowierzaniu,   zbiegł   się   z   potężnym   dźwiękiem 

pękającego drewna. Rozległy się zatrwożone krzyki. Brashen niezdarnie ruszył do przodu. 

Gdy dotarł na pokład dziobowy, usłyszał uderzenie drewna o kamienie. Wszędzie wokół 

„Paragona” biegali robotnicy. Uciekali, ostrzegając się głośno i wskazywali ciężką kłodę, 

która upadła przed chwilą, tworząc na plaży głęboki rów. Galion milczał z beznamiętnym 

obliczem. Mocne ramiona skrzyżował na umięśnionej piersi i wpatrywał się ślepo w wodę.

Brashen zaklął z furią.

background image

– Który pozwolił mu trzymać tę belkę?

Odpowiedział mu starszy mężczyzna o bladej twarzy.

– Akurat układaliśmy kłodę, gdy galion ją nam wyrwał... Skąd, na Sa, wiedział, że tam 

jest? – spytał z zabobonnym lękiem.

Brashen zacisnął pięści. Gdyby miał do czynienia z pierwszą manifestacją humorów 

statku,   może   byłby   zaskoczony.   Jednak   „Paragon”   codziennie   broił,   na   różne   sposoby 

opóźniając pracę. Jego kapryśność i popisy siły utrudniały Brashenowi utrzymanie w ryzach 

robotników. W dodatku statek był dla nowego kapitana bardzo nieuprzejmy.

Marynarz pochylił się nad balustradą. Kątem oka dostrzegł, że Althea zmierza w ich 

stronę. Jak co dzień przyszła do pracy. Przystanęła zakłopotana.

– Wracać do roboty! – krzyknął do ludzi, którzy szeptali między sobą. Machnął ręką 

w stronę porzuconego drewna. – Podnieście belkę i połóżcie ją z powrotem na miejsce.

– Beze mnie! – oznajmił jeden z robotników. Starł pot z twarzy, po czym rzucił 

młotek. – O włos. By mnie zabił. Nie widzi, gdzie rzuca różne ciężary, nawet gdyby go to 

obchodziło... Zabił już wcześniej, wszyscy o tym wiedzą. Własne życie jest dla mnie więcej 

warte niż dniówka. Odchodzę. Zapłać mi.

– Ja też odchodzę.

– I ja.

Brashen przesadził balustradę i lekko skoczył na plażę. Nie pokazał po sobie, jak 

bardzo  boli  go głowa. Podszedł  do robotników  z  groźną  miną. Stanął  twarzą  w  twarz z 

pierwszym.

– Chcesz zapłaty, to wykonaj dzisiejsze zadania. Jeśli teraz odejdziesz, nie dostaniesz 

ani miedziaka. – Miał nadzieję, że jego blef się uda. Gdyby odeszli, nie wiedziałby, gdzie 

szukać innych. Tych mętów znalazł w tawernach. Znał takich jak oni. Pracowali niewiele i 

odchodzili, gdy zdobyli pieniądze na nocną popijawę. Aby ich zwabić do pechowego statku, 

musiał zaofiarować lepsze warunki niż gdzieś indziej. Teraz, gdy szemrali niezadowoleni, 

warknął: – Bierzcie belkę albo wynocha. Nie zatrudniłem was na pół dnia pracy i nie płacę za 

połowę. No już, do roboty!

– Mogę pracować – oświadczył jeden z robotników – lecz nie tutaj, gdzie ten potwór 

może mnie dosięgnąć albo rozgnieść na miazgę byle kłodą. Więcej nie będę ryzykował.

Brashen splunął ze wstrętem.

– Pracuj zatem przy rufowym kilu, mój ty śmiałku. Amber i ja obejmiemy dziób, jeśli 

nikt z was nie ma odwagi stanąć oko w oko ze ślepym statkiem.

Złośliwy uśmieszek zaigrał leniwie na ustach „Paragona”.

background image

– Jedni wolą szybką śmierć, inni powolną. Niektórzy nie przywiązują wagi, czy ich 

synowie urodzą się bez nóg i ślepi jak ten przeklęty statek. Bierzcie młotki i pracujcie dalej. 

Po co się przejmujecie jutrem? Skąd wiara, że pożyjecie tak długo?

Brashen obrócił się i stanął przed galionem.

– Mówisz do mnie? – zapytał. – Tyle dni milczałeś, a teraz przemawiasz do mnie 

takimi słowami?

  Na   chwilę   twarz  „Paragona”  się  zmieniła.  Marynarz  nie  potrafił   odgadnąć,  jakie 

wyrażała emocje, jej widok wszakże zmroził mu krew w żyłach i ścisnął serce. W chwilę 

później statek wziął potężny wdech i znieruchomiał z arogancką miną.

Ta demonstracja dumy jeszcze bardziej popsuła Brashenowi humor. Odnosił wrażenie, 

że słońce wypala mu w czaszce dziury. Złapał jeden z kubłów wody pitnej, które robotnicy 

zostawili przy dziobie, zebrał resztki sił i chlusnął „Paragonowi” w twarz.

Cały żywostatek zadrżał, a galion ryknął wściekle. Woda ściekła mu po brodzie i 

spłynęła po piersi. Brashen odrzucił pusty już kubeł.

– Nie udawaj, że mnie nie słyszysz! Do cholery, jestem twoim kapitanem i nie będę 

tolerował niesubordynacji! A już zwłaszcza twojej. Wbij to sobie w swój drewniany łeb, 

„Paragonie”. Popłyniesz i już. Niezależnie od twoich humorów znajdziesz się na wodzie i pod 

żaglami. Masz jeszcze wybór, lecz decyduj się szybko, bo powoli tracę do ciebie cierpliwość. 

Możesz   stąd   wypłynąć   w   przechyle.   Wszystkie   łajby   w   porcie   będą   cię   oglądać   tak 

poniżonego. Albo możesz podnieść butnie głowę i zachowywać się jak doskonały żywostatek, 

który nie dba o niczyje opinie. Masz szansę się zrehabilitować, udowodnić wszystkim, że się 

co do ciebie pomylili. Możesz im pomówienia wepchnąć z powrotem do gardeł. Wypłyń stąd 

jako dumny przedstawiciel żywostatków z Miasta Wolnego Handlu, a damy ostro popalić 

paru piratom. Możesz też zrobić ze mnie głupca, a wtedy twoim wrogom w to graj. Masz 

wybór. Ale nie zastanawiaj się nad tym, czy w ogóle wypłynąć, ponieważ jestem twoim 

kapitanem   i   już   zdecydowałem   za   ciebie.   Jesteś   statkiem,   nie   wielką   donicą   na   kwiatki. 

Żaglowiec ma żeglować. Jesteśmy co do tego zgodni?

Galion zacisnął szczęki i założył ręce na piersi. Brashen obrócił się nieco i złapał drugi 

kubeł. Stękając z wysiłku, znowu chlusnął wodą „Paragonowi” w twarz. Statek wzdrygnął się 

i parsknął.

– Czy to, co mówię, jest dla ciebie jasne?! – zawołał marynarz. – Odpowiedz mi, do 

cholery!

Robotnicy przyglądali się z respektem. Chyba czekali na jego śmierć.

Althea chwyciła Amber za ramię, by nie wtargnęła między Brashena i żywostatek. 

background image

Gestem nakazała jej zachować milczenie.

– Jasne – odrzekł w końcu „Paragon”, lecz sądząc po minie, galion nie odczuwał 

skruchy. Niemniej odpowiedział, a Brashen uznał to za swój triumf.

–   No   dobrze   –   odparł   zaskakująco   spokojnym   głosem.   –   Zostawiam   cię   teraz. 

Przemyśl to sobie. Chciałbym być z ciebie dumny. Muszę wracać do pracy. Zapewniam cię, 

że kiedy wypłyniesz, będziesz wyglądał godnie jak podczas dziewiczego rejsu. – Przerwał. – 

Może wetkniemy im do gardeł wszystkie obrzydliwe bzdury, jakie wygadywali także na mój 

temat.

Uśmiechnął się do Amber i Althei. Żadna nie zareagowała. Z rezygnacją potrząsnął 

głową i cicho odezwał się tylko do nich:

– Robię, co mogę, traktuję go tak, jak umiem. Nie znam innego sposobu. Ale na 

pewno nim pożegluję. Tak czy owak, ten statek znajdzie się na wodzie. – Ponieważ milczały 

z dezaprobatą, znowu ogarnął go gniew. – Musicie się zastanowić, jak bardzo pragniecie 

doprowadzić   do   tego   rejsu.   Nie   zapominajcie   jednak,   że   stanowimy   roboczą   ekipę   przy 

dziobie. Może wieczorem zdołam zatrudnić nowych pracowników, którzy nie będą się go 

bali,   teraz   wszakże   nie   mogę   stracić   dziennego   światła.   –   Wskazał   porzuconą   kłodę.   – 

Ułóżmy ją z powrotem. – Jeszcze ciszej dodał: – Jeśli żywostatek zauważy, że się go boicie... 

jeśli dojdzie do wniosku, że takie zachowanie jak dzisiejsze odnosi skutek, będziemy wszyscy 

zgubieni. Łącznie z nim.

Tak wyglądał początek długiego dnia pracy. Kłody na płozy były solidne. Jakby z 

czystej przekory, Brashen nie traktował ulgowo żadnej z kobiet ani siebie samego. Pracował 

w słońcu, aż poczuł, że mózg mu wrze. We troje kopali piasek i przenosili na bok. Kamienie, 

które  napotykali,   leżały   zwykle   w   grupach.   Niemal   każdy   mogła   dźwignąć   jedna   osoba. 

Brashen trudził się, nieubłaganie karząc swoje ciało za głód cindinu. Gdyby kobiety poprosiły 

go o  przerwę,  zgodziłby się. Jednak  Althea  była  równie  uparta jak on,  Amber  zaś  –  co 

zadziwiające – wcale im nie ustępowała. Pracowały w narzuconym przez niego tempie. Co 

więcej, usiłowały włączyć galion do rozmowy, nie zważając na jego konsekwentne milczenie.

Ich zachowanie w widoczny sposób zawstydzało robotników. Z wolna wzięli się do 

pracy. Przyjaciółka Amber, Jek, która przyszła z miasta popatrzeć, dołączyła do ekipy przy 

dziobie. Pojawił się też Clef. Czasem się przydawał, lecz zazwyczaj po prostu kręcił się pod 

nogami. Brashen burczał na chłopca tak samo często, jak go chwalił, jednak malec, dawny 

niewolnik, miał twardą skórę. Pracował zawzięcie i wytrwale, czasem trudności sprawiał mu 

niski wzrost, nigdy jednak brak zręczności. Miał wszelkie zadatki na dobrego marynarza. 

Brashen (wbrew sobie) powoli skłaniał się do myśli, żeby go zabrać ze sobą w podróż. Może 

background image

postępował niezbyt właściwie, lecz naprawdę chłopiec by mu się przydał.

Najemni robotnicy przyglądali się potajemnie. Być może, zawstydzał ich widok kobiet 

trudzących się w miejscu, którego oni się wystraszyli, tak czy owak przyspieszyli tempo 

pracy. Brashen nie spodziewał się, że w żałosnych przedstawicielach dokowych szumowin 

pozostało tyle godności. Skorzystał z okazji i nakłonił ich do jeszcze większego wysiłku.

* * *

W   pokoju   śniadaniowym   po   południu   panował   prawdziwy   skwar.   Otwarte   okna 

niewiele   pomagały,   bo   nie   było   wiatru.   Malta   szarpała   kołnierzyk   sukienki,   odsuwając 

wilgotny materiał od skóry.

– Pamiętam, że kiedyś pijałam tu mrożoną herbatę. A twój kucharz przygotowywał 

doskonałe   maleńkie   ciasteczka  cytrynowe.  –   Widocznie   Delo   bardziej   niż   Maltę   smuciło 

pogorszenie   się   finansowego   statusu   rodziny   Vestritów.   Dziewczynkę   raczej   irytowały 

wieczne przytyki przyjaciółek.

– Czasy się zmieniają – odparła znużonym tonem. Wychyliła się za okno i spojrzała 

na zaniedbany ogród różany. Krzewy kwitły bujnie i niesfornie. – Lód jest kosztowny – 

zauważyła.

– Mój papa kupił wczoraj dwa bloki – rzuciła od niechcenia Delo. Wachlowała się 

przez chwilę. – Kucharka zrobi lody na dzisiejszy wieczór.

– Ach, to miło – stwierdziła Malta głosem bez wyrazu. Jak dużo zdaniem przyjaciółki 

miała   znieść?   Po   pierwsze,   Delo   przyszła   w   nowej   sukience   z   doskonale   dobranymi 

wachlarzem   i   kapeluszem.   Wachlarz   był   wykonany   z   perfumowanego   papieru   i   podczas 

ruchu rozsiewał przyjemny zapach. Tego typu dodatki były ostatnio bardzo modne w Mieście 

Wolnego Handlu. Po drugie, nawet nie spytała o „Vivacię” ani o notę okupową. – Wyjdźmy 

w cień – zasugerowała dziewczynka.

– Nie, jeszcze nie. – Delo rozejrzała się po pokoju, jakby obawiała się szpiegujących 

służących. Malta westchnęła. Nie mieli już służby, która mogłaby podsłuchiwać. Przyjaciółka 

ukradkiem wyjęła z wnętrza paska małą portmonetkę. – Od Cerwina. Niech ci pomoże w tych 

trudnych czasach.

Przez chwilę Malta cieszyła się wraz z Delo dramatyzmem sytuacji. Szybko jednak się 

opanowała.   Kiedy   dowiedziała   się   o   porwaniu   ojca,   czuła   swego   rodzaju   podniecenie. 

Pierwszy   raz   miała   do   czynienia   z   prawdziwą   tragedią   i   starała   się   ją   wykorzystać   do 

rozwijania zdolności aktorskich. Teraz okoliczności się zmieniły, mimo upływu wielu dni do 

background image

rezydencji Vestritów nie dotarły żadne dobre nowiny, a Miasto Wolnego Handlu nie stanęło 

po ich stronie. Ludzie, i owszem, wyrażali współczucie, lecz tylko z czystej kurtuazji. Kilka 

osób przysłało  kwiaty  wraz  z  zapewniającymi   o  sympatii  liścikami.  I  tyle.  Dziewczynka 

poczuła się, jakby na zawsze straciła ojca. Jakby już nie żył. A mimo błagalnych listów do 

Reyna, kawaler nie przyjechał. Nikt nie spieszył z pomocą.

Kolejne dni upływały jej na ciężkiej pracy. Do Malty powoli docierało, że rodzinę 

naprawdę spotkało nieszczęście, a sytuacja może się jeszcze bardziej pogorszyć. Nie mogła 

spać, ponieważ stale myślała o biedzie, a gdy zasypiała, dręczyły ją sny. Coś wiecznie ją 

śledziło   i   chciało   nagiąć   do   swej   woli.   Sny,   które   zapamiętywała,   przypominały   niemiłe 

przesyłki   od   kogoś   zdecydowanego   zniszczyć   jej   nadzieje.   Wczoraj   rano   zbudziła   się   z 

krzykiem   z   koszmaru,   w   którym   fale   wyrzuciły   na   plażę   zmasakrowane   ciało   jej   ojca. 

Uprzytomniła   sobie   wówczas,   że   Kyle   Haven   może   już   nie   żyć.   A   wtedy...   wszystkie 

rodzinne wysiłki okażą się daremne. W tamtej chwili straciła wiarę i do tej pory się nie 

otrząsnęła z koszmaru.

Wzięła z ręki Delo małą portmonetkę i usiadła. Z zawiedzionej miny przyjaciółki 

wywnioskowała, że Delo oczekiwała bardziej namiętnej reakcji. Malta udawała, że ogląda 

portmonetkę. Była uszyta z materiału i przyozdobiona mnóstwem haftów; jej zamknięcie 

stanowiły   złocone   sznureczki.   Cerwin   kupił   ją   prawdopodobnie   specjalnie   na   tę   okazję. 

Dziewczynka starała się z tego cieszyć, lecz myśl o młodym Trellu nie wzbudzała już w niej 

tej ekscytacji co kiedyś. Przecież nawet jej nie pocałował.

Ciągle   jeszcze   czuła   rozczarowanie.   Co   gorsza,   straciła   zaufanie   do   mężczyzn. 

Wcześniej wierzyła, że są silni. A teraz, gdy po raz pierwszy poprosiła o pomoc, jeden z nich 

ją zawiódł. Cerwin Treli obiecał wsparcie i co zrobił? Na zebraniu Kupców patrzył na nią 

absolutnie   niestosownie.   Wszyscy   uczestnicy   zgromadzenia   musieli   zauważyć   jego 

spojrzenie. A czy wstał i przemówił, gdy Althea błagała o ratunek? Czy szturchnął swego 

ojca, aby ten się odezwał? Nie. Potrafił tylko gapić się na nią jak cielę. Nikt jej nie pomógł. I 

nikt nie pomoże.

„Uwolnij mnie, a ja ci pomogę. Obiecuję”. Nagle wspomniała słowa smoka ze snu, 

który dzieliła z Reynem. Poczuła ból w skroniach, jakby ktoś znienacka przebił je szpilką. 

Miała ochotę się położyć choćby na kilka minut. Delo odchrząknęła, ponaglając przyjaciółkę 

do obejrzenia podarku od jej brata.

Malta otworzyła portmonetkę i wysypała sobie na uda zawartość. Parę monet i kilka 

pierścionków.

– Cerwin znajdzie się w sporych kłopotach, jeśli papa się dowie, że dał ci tę biżuterię 

background image

– powiedziała Delo. – Ten mały srebrny pierścień mama podarowała mu w nagrodę za dobrą 

naukę.

– Nie dowie się – odparła Malta zimno.

Zrozumiała, że Delo jest jeszcze dzieckiem. Pierścionki nie miały wielkiej wartości i 

trudno byłoby je sprzedać. Choć siostra Cerwina uważała prezent za coś niezwykle cennego, 

Malta   potrafiła   go   ocenić   surowszym   okiem.   Spędziła   cały   poranek   nad   księgami 

poświęconymi gospodarstwu domowemu i wiedziała, że drobiazgi z tego mieszka wystarczą 

zaledwie na wynajem dwóch dobrych robotników na tydzień. Zastanawiała się, czy Cerwin 

posiada   równie   niewielką   wiedzę   na   temat   finansów   co   Delo.   Nienawidziła   pracy   przy 

księgach rachunkowych, dzięki nim jednakże daleko lepiej rozumiała, co znaczą pieniądze. 

Przypomniała sobie własny wstyd, gdy odkryła, jak głupio wydała pieniądze otrzymane od 

ojca. Tamta kwota powinna była wystarczyć nie na jedną, lecz na tuzin sukien. Małe kawałki 

złota były warte znacznie więcej niż wszystko, co znalazła w tej portmonetce. Szkoda, że już 

je wydała, bo teraz mogłyby się przyczynić do wodowania „Paragona”. A Cerwin po prostu 

nie  pojmował   rozmiaru   jej   problemów.   Ta   myśl   była   tak   samo   rozczarowująca   jak   brak 

pocałunku.

– Dlaczego nie odezwał się na zebraniu? – rozważała na głos. – Zna naszą sytuację. 

Wie, co przeżywam. A jednak nic nie zrobił.

Delo zareagowała wzburzeniem.

– Ależ zrobił! Zrobił wszystko, co mógł. W domu przed zebraniem rozmawiał z papą, 

który powiedział, że sytuacja jest bardzo skomplikowana i nie możemy dać się w nią wplątać.

  – Co jest skomplikowane? Mój ojciec został porwany i musimy popłynąć mu na 

ratunek. Potrzebujemy pomocy!

Przyjaciółka założyła ręce na piersi.

– To sprawa Vestritów. Rodzina Trellów nie może rozwiązywać waszych kłopotów. 

Mamy własne interesy. Jeśli zainwestujemy pieniądze w poszukiwanie twojego ojca, jaki 

dochód będziemy z tego mieli?

– Delo! – Malta była szczerze zaszokowana. – Mówimy o życiu mojego ojca... jedynej 

osoby, którą naprawdę obchodzi mój los! W tej sprawie nie chodzi o pieniądze i zysk!

– Wszystko się w końcu sprowadza do zysku – oznajmiła Delo szorstko. Nagle wyraz 

jej twarzy złagodniał. – Cóż, tak właśnie ojciec odpowiedział Cerwinowi. Kłócili się, Malto, 

strasznie   się   kłócili.   Przeraziłam   się.   Ostatnim   razem   dwaj   mężczyźni   w   naszej   rodzinie 

krzyczeli tak na siebie, gdy w domu mieszkał jeszcze Brashen. Mój starszy brat stale się 

spierał z ojcem... A w każdym razie wysłuchiwał ojcowskich wrzasków. Niedużo pamiętam, 

background image

byłam mała. Zresztą zawsze odsyłali mnie do mojego pokoju. Potem, pewnego dnia, ojciec 

powiedział mi, że Cerwin będzie od tej pory moim jedynym bratem, a Brashen nigdy już nie 

wróci do domu. – Głos jej się załamał. – Kłótnie ustały. Nasza rodzina nie jest taka jak twoja, 

Malto. Wy stale się kłócicie i mówicie sobie straszne rzeczy, ale w potrzebie trzymacie się 

razem. Nikt nikogo nie wyrzuca z domu na zawsze. Nawet twoja ciotka Althea wróciła. Moja 

rodzina jest zupełnie inna. Ojciec nigdy nie pozwoli Brashenowi wrócić. – Potrząsnęła głową. 

– Gdyby Cerwin dłużej się spierał, obawiam się, że w tej chwili nie miałabym już ani jednego 

brata. – Popatrzyła na Maltę z wyraźnym błaganiem w oczach. – Proszę, nie proś więcej 

mojego brata o pomoc. Proszę.

Te słowa kompletnie wytrąciły Maltę z równowagi.

– Ja... przepraszam – odparła niezręcznie. Nigdy nie pomyślała, że jej eksperymenty z 

Cerwinem   mogą   mieć   wpływ   na   kogokolwiek   poza   nimi   dwojgiem.   Tak   wiele   ostatnio 

zmieniło się w jej życiu. Każde działanie pociągało za sobą szereg innych. Kiedy usłyszała o 

porwaniu ojca, nie do końca uwierzyła. Udawała przed sobą osóbkę, której przydarzyła się 

straszliwa tragedia, w duszy jednak była przekonana, że pewnego pięknego dnia jej ojciec po 

prostu Wejdzie do domu. Przecież piraci nie mogli schwytać odważnego, przystojnego Kyle'a 

Havena! Dopiero po pewnym czasie zaczęła wierzyć w swoje nieszczęście. Początkowo bała 

się, że gdy ojciec wróci, nie polepszy jej losu. Teraz zdała sobie sprawę z faktu, że może w 

ogóle nie wrócić.

Włożyła monety i pierścionki z powrotem do mieszka.

– Powinnaś go oddać Cerwinowi. Nie chcę, żeby miał przeze mnie kłopoty. – Nie 

wspomniała o tym, że podarek chłopca i tak jej się nie przyda.

Przyjaciółka wyglądała na przerażoną.

– Nie mogę. Domyśliłby się, że coś ci nagadałam, i byłby na mnie wściekły. Proszę, 

Malto, musisz to zatrzymać. Wtedy będę mogła powiedzieć bratu, że oddałam ci jego dar. 

Prosił cię też o jakiś liścik albo inny znak.

Malta popatrzyła na nią bez słowa. Czuła, że ostatnio bardzo się zmieniła. Kiedyś w 

takiej   sytuacji   wstałaby   i   zaczęła   chodzić   po   pokoju.   Po   dramatycznej   chwili   milczenia 

oświadczyłaby przyjaciółce coś w rodzaju: „Zostało tak niewiele rzeczy, które mogę nazwać 

swoimi... większość sprzedałam, żeby zdobyć fundusze na ocalenie ojca”. Kiedyś ta sytuacja 

wydawała jej się piękna i romantyczna. Pierwszego dnia, gdy opróżniała kasetkę z biżuterią, 

czuła się jak bohaterka romansu. Wyjęła wówczas bransoletki, pierścionki i naszyjniki, a 

później posortowała je w stosy, tak jak babcia, matka i ciotka Althea. Uznała to za swego 

rodzaju kobiecy rytuał. Krótkie szeptane komentarze kojarzyły się z modlitwami. „To złoto, 

background image

to srebro, to jest staroświeckie, ale kamienie są niezłe”. Podczas pracy opowiadały sobie na 

pamięć znane historyjki. Malta mówiła: „Pamiętam, kiedy tata mi go dał. To był pierwszy 

pierścionek, jaki kiedykolwiek otrzymałam. Popatrzcie, już nawet nie wchodzi mi na palec”. 

Babcia powiedziała nagle: „Ach, te klejnoty nadal tak pięknie pachną”, a Althea dodała: 

„Pamiętam  dzień,  kiedy  papa  wybrał  je   dla  ciebie.  Spytałam  go  wtedy,  dlaczego  kupuje 

perfumowane kamienie, skoro nie lubi towarów z Deszczowych Ostępów, a on odparł, że tak 

bardzo ich pragniesz, iż nie dba o własne uprzedzenia”. Dzieliły się opowieściami, sortowały 

złoto i klejnoty... Jedne i drugie były wspomnieniami lepszych czasów. Żadna ani razu się nie 

wzdrygnęła, żadna nie zatrzymała niczego, żadna się nie rozpłakała. Malta chciała nawet 

oddać prezenty od Reyna, lecz jej zabroniły. Gdyby odrzuciła zaloty, musiałaby je zwrócić. 

Ten ranek był ponury, lecz jarzył się w jej pamięci dziwnym blaskiem. Jakież to osobliwe! 

Owego dnia naprawdę poczuła się dorosłą kobietą.

Niestety,   później   pozostał   jej   tylko   smutek.   Zachowała   bezwartościowe   ozdoby   – 

dziecinne bransoletki, emaliowane spinki i korale z muszli – oraz klejnoty otrzymane od 

swojego  kawalera,  których  jakoś   nie  miała   ochoty  nosić,  gdy  inne  kobiety  z  jej  rodziny 

chodziły bez biżuterii.

Wstała  i  podeszła  do  małego  pulpitu.  Znalazła  pióro,  atrament  i   kartkę  cienkiego 

papieru. Napisała szybko: „Drogi przyjacielu, dziękuję ci bardzo za okazaną troskę w tych 

trudnych dla mnie czasach. Wielce ci jestem za wszystko wdzięczna”. Liścik nie różnił się od 

wielu   poprzednich;   dziewczynka   pomagała   je   pisać   do   osób,   którzy   przysłały   Vestritom 

kwiaty. Podpisała się inicjałami, potem złożyła kartkę i zalakowała kroplą wosku. Kiedy 

podawała Delo list, ponownie zastanowiła się nad zmianą, która się w niej dokonała. Jeszcze 

tydzień   temu   komponowałaby   liścik   do   Cerwina   powoli   i   bardzo   starannie,   rozważałaby 

aluzje i wieloznaczne słówka...

Przywołała na twarz smutny uśmiech.

– Bilecik jest zaledwie uprzejmy. Czuję o wiele więcej, niż ośmielam się powierzyć 

papierowi.

Tak! Dzięki temu stwierdzeniu młodzianowi zostanie trochę nadziei. Na nic więcej nie 

miała siły tego upalnego dnia. Delo wsunęła liścik w mankiet.

– Powinnam już wrócić do domu.

– Nie jestem dziś najlepszym kompanem – przyznała Malta. – Odprowadzę cię.

Przy drzwiach czekała dwukółka z kucykiem i woźnicą. Powóz również był nowy. 

Rodzina Trellów wyraźnie przygotowywała się do prezentacji Delo na balu, który miał się 

odbyć pod koniec lata. Dla Malty również będzie to pierwszy bal. Wraz z matką wykorzystały 

background image

materiał z kilku starych sukni, tworząc odpowiednią na tę okazję kreację. Pantofle otrzyma 

nowe, podobnie czepek i wachlarz. Taką przynajmniej miała nadzieję, obecnie bowiem nic 

nie było już pewne. Wyobraziła sobie, że pojedzie na bal starym powozem Davada Restarta. 

Kolejne poniżenie.

Przy drzwiach Delo uściskała ją i pocałowała w policzek. Zachowywała się w sposób 

sztuczny i jakby wyuczony. Malta pomyślała z goryczą, że pewnie odgadła trafnie. Wiele 

młodych   dziewcząt   z   lepszych   rodzin   pobierało   przed   prezentacją   lekcje   etykiety.   Ona 

niestety nie mogła liczyć na taki luksus. Następna rzecz, której nie będzie miała! Zatrzasnęła 

drzwi,   choć   przyjaciółka   nadal   machała   jej   na   pożegnanie   nowym   wachlarzem.   Tą 

symboliczną zemstą trochę poprawiła sobie humor.

Zaniosła portmonetkę z pieniędzmi i pierścionkami do swego pokoju i wysypała jej 

zawartość na łóżko. Na pierwszy rzut oka było widać, że biżuteria nie należy do człowieka 

dorosłego. Zastanowiła się, w jaki sposób dodać te drobiazgi do „żywostatkowego funduszu” 

bez wyjaśniania ich pochodzenia. Zmarszczyła brwi. Czyżby miały jej się w ogóle do niczego 

nie przydać?  Włożyła  monety  i  błyskotki   do  mieszka,  wetknęła  go  do  kufra  z  kocami   i 

położyła się na chwilę, by pomyśleć.

Dzień  był  naprawdę  gorący,  a czekało ją  jeszcze  tak wiele obowiązków. Musiała 

odchwaścić kuchenny ogródek, zebrać i powiesić do suszenia zioła. Na wykończenie czekała 

sukienka na Letni Bal. Malta nie miała serca do pracy nad nią, szczególnie po obejrzeniu 

nowego stroju Delo. Na pewno wszyscy odkryją, że jej suknia została uszyta ze starych 

łaszków.   Przypomniała   sobie   dziecinne   marzenia   o   pierwszym   Letnim   Balu.   Wyobrażała 

sobie siebie w bogatej, pięknej sukni. Wchodzi wsparta na ramieniu ojca... Uśmiechnęła się 

gorzko i zamknęła oczy. Czyżby ktoś rzucił na nią klątwę?! Nigdy nie spełni się żadne z jej 

słodkich, cudownych, romantycznych marzeń.

Nie będzie ładnej sukienki ani powozu. Na bal nie będzie jej eskortował dziarski 

kapitan. Cerwin ją zawiódł; nawet nie wiedział, w  którym  momencie  należy dziewczynę 

pocałować. Reyn nie przyjechał. W tym momencie była absolutnie nieszczęśliwa. Wszystkie 

problemy ją przerastały. W dodatku dzień był tak upalny. Dusiła się. Było straszliwie parno...

Spróbowała się przewrócić na drugi bok, lecz trafiła na ścianę. Zdumiona, starała się 

usiąść prosto i grzmotnęła głową o jakąś barierę. Podnosząc ręce, napotkała jedynie wilgotne, 

nieheblowane   drewno.   Uświadomiła   sobie,   że   wilgoć   pochodzi   z   jej   własnego   oddechu. 

Otworzyła oczy. Nieprzenikniona ciemność. Była więźniem.

– Pomóżcie mi! Wyciągnijcie mnie stąd! Niech mi ktoś pomoże!

Z   całych   sił   pchała   drewno   rękoma,   łokciami,   kolanami   i   stopami.   Bariera   nie 

background image

ustępowała,   więzienie   wydawało   się   dziewczynce   coraz   mniejsze.   Oddychała   zużytym 

powietrzem, ciepłym już i wilgotnym od jej oddechu. Próbowała krzyknąć, lecz brakowało jej 

tchu.

To sen, powiedziała sobie stanowczo. Tylko sen. Leżę bezpiecznie we własnym łóżku. 

Muszę się jedynie obudzić. Obudzić się! Chciała otworzyć oczy i nie mogła. Nie miała dość 

miejsca, by podnieść ręce do twarzy. Zaczęła jęczeć ze strachu.

– Rozumiesz teraz, dlaczego twój mężczyzna musi mnie uwolnić? Pomóż mi. Każ mu 

mnie wypuścić, a obiecuję, że zrobię dla ciebie wszystko. Sprowadzę z powrotem twego ojca 

i statek. Powiedz mu tylko, żeby mnie uwolnił.

Znała ten głos. Huczał jej w głowie od czasu snu, który dzieliła z Reynem.

– Wypuść mnie – poprosiła smoczycę. – Chcę się zbudzić.

– Rozkażesz, by mi pomógł?

– Podobno nie może. Myślę, że zrobiłby to, gdyby mógł.

– Niech znajdzie sposób. Każ mu.

– Nie potrafię. – Warstwa ciemności osobliwie gęstniała. Malta pomyślała, że zaraz 

zemdleje. Dusiła się w tym śnie. Czy można zemdleć we śnie? Czy można we śnie umrzeć? – 

Wypuść mnie! – krzyknęła słabym głosem. – Błagam. Nie mam władzy nad Reynem! Nie 

mogę mu niczego kazać.

Smoczyca zachichotała tubalnym, głębokim śmiechem.

– Nie bądź głupia. To przecież tylko mężczyzna. Obie jesteśmy królowymi, które 

potrafią  rządzić  naszymi   samcami.   Takie   jest   nasze   przeznaczenie.  Dzięki  naszej   władzy 

istnieje na świecie równowaga. Pomyśl o tym, a na pewno odkryjesz, jak otrzymać wszystko, 

czego pragniesz. Zrób to. Uwolnij mnie.

Dziewczynka poczuła, że frunie w ciemność. Granice wokół niej zniknęły. Chciała się 

czegoś   chwycić,   lecz   wyciągnięte   ręce   niczego   nie   znalazły.   Runęła   z   powrotem   w   dół, 

pędząc przez mrok. Obok niej ryczał wiatr. Nagle ciężko opadła na miękkie podłoże.

Otworzyła oczy. Była w swojej sypialni, panował gorący, letni dzień, przez otwarte 

okno wdzierały się jaskrawe promienie słońca.

– Pamiętaj.

Ktoś wypowiedział to słowo tuż przy jej uchu. Wyraźnie je usłyszała. A przecież obok 

nie było nikogo.

* * *

background image

Wieczorem Brashen ocenił, że zrobili dziś znacznie więcej niż zwykle w dwa dni. A 

jednak zastanawiał się, ilu z dzisiejszych robotników wróci jutro. Nie mógł ich obwiniać. Sam 

nie wiedział, po co ciągnie tę robotę. Nie jego statek był przecież w niebezpieczeństwie i nie 

jego siostrzeniec. Kiedy zadawał sobie pytanie, dlaczego nadal tak haruje, odpowiadał, że i 

tak nie ma nic lepszego do roboty. „Skoczek” wypłynął z portu w noc po jego zniknięciu. Bez 

wątpienia Finney stchórzył i wybrał ucieczkę, nawet za cenę utraty zysków. Brashen nie mógł 

już wrócić do tamtego życia.

Rzadko przyznawał się przed sobą, że tylko odnawiając „Paragona” może przebywać 

blisko Althei; nie pozwalała mu na to duma. Zresztą dziewczyna okazywała mu mniej uwagi 

niż Clefowi. Do chłopca przynajmniej się uśmiechała. Brashen zerknął na nią ukradkiem. 

Miała   na   sobie   luźne   białe   spodnie   i   szeroką   tunikę   z   takiego   samego   materiału.   Była 

spocona, piasek przylgnął do jej ubrania i skóry. Marynarz patrzył, jak podeszła do kubełków 

z   wodą.   Napiła   się,   potem   ochlapała   sobie   twarz   i   szyję.   Brashen   cierpiał   w   milczeniu. 

Przypomniał sobie, że dziewczyna została przyobiecana Gragowi Tenirze. Tenira nie był złą 

partią,   zapewne   kiedyś   będzie   bogaty.   Marynarz   próbował   się   cieszyć   szczęściem 

przyjaciółki. Mogła przecież trafić znacznie gorzej. Na przykład na wydziedziczonego syna 

Kupca Trella. Powinna być zadowolona. Potrząsnął głową i rzucił młotek na piasek.

– Starczy na dziś! – zawołał głośno. I tak słońce niemal już zaszło.

Althea  i  Amber  wycofały  się do  pokładowej  kuchni, Brashen tymczasem  zapłacił 

robotnikom. Po odejściu ostatniego zasiedział się nad rachunkową księgą. Podsumował liczby 

i potrząsnął głową. Ronica Vestrit dała mu wolną rękę w zarządzaniu funduszami na odnowę 

„Paragona”.   Pamiętał,   że   Altheę   wyraźnie   zaskoczyło   jego   obeznanie   z   budową   statku; 

wiedział znacznie więcej, niż można by oczekiwać po pierwszym oficerze. Był dumny ze 

swych wiadomości, jednak w żaden sposób nie ułatwiały mu zadania. Z braku pieniędzy stale 

musiał wybierać między doskonałym budulcem a fachowymi wykonawcami. Często zresztą i 

tak nie mógł zdobyć robotników, których wybierał. „Paragon” był powszechnie znany, a jego 

ostatnie   wybryki   tylko   potwierdzały   paskudną   reputację.   Dobrzy   cieśle   odmawiali 

Brashenowi. Twierdzili, że sami nie są przesądni, lecz inni klienci odwróciliby się od nich, 

gdyby się podjęli pracy przy takim statku. Wymówki nie były zresztą ważne. Największe 

znaczenie miał dla marynarza czas. Wraz z każdym upływającym dniem „Vivacia” zapewne 

coraz bardziej się oddalała. Coraz trudniej będzie ją wyśledzić. Poza tym większość prac 

należało ukończyć do dnia najwyższego przypływu, czyli do końca miesiąca. Brashen miał 

nadzieję tego dnia wodować żywostatek. Najbardziej frustrował go fakt, że do większości 

prac koniecznie potrzebował pomocników.

background image

Kobiet nie było już w kuchni. Udał się w kierunku, skąd dobiegały ciche głosy. Amber 

i Althea siedziały obok siebie na pochyłej rufie statku. Machały nogami za burtą. Wyglądały 

jak dwaj chłopcy pokładowi na ukradkowej pogawędce w wolnej chwili. Amber związała 

miodowej barwy włosy w koński ogon. Fryzura nie była twarzowa, podkreślała ostre rysy. 

Althea natomiast wyglądała pięknie – nawet ze smolistą smugą na policzku. Na widok profilu 

dziewczyny Brashen poczuł ukłucie w sercu. Nie była delikatną kobietką, lecz prawdziwą 

kocicą. Miała w sobie coś... coś równocześnie groźnego i kuszącego. I zupełnie nie zdawała 

sobie z tego sprawy. Zapragnął cofnąć czas. Żałował, że doszło między nimi do zbliżenia. 

Wcale nie uważał, że zniszczył łączącą ich więź, choć dziewczyna nie spoglądała już na niego 

tak jak kiedyś. Najgorzej, że nie mógł na nią patrzeć bez rozpamiętywania smaku jej skóry i 

szczodrości jej ciała.

Amber i Althea przerwały rozmowę. Trzymały w rękach filiżanki z parującą jeszcze 

herbatą. Przy nich stał gruby ceramiczny dzbanek oraz dodatkowa filiżanka dla Brashena. 

Nalał sobie gorącego płynu. W pierwszej chwili chciał usiąść obok kobiet, jednak po namyśle 

zrezygnował.   Rzemieślniczka   wypatrywała   w   morze,   jej   towarzyszka   przesuwała 

koniuszkiem   palca   po   obrzeżu   filiżanki   i   obserwowała   uderzające   w   statek   fale.   Amber 

wyczuła jego skrępowanie i podniosła wzrok.

– Jutro wcześnie zaczynamy?

– Nie. – Wypił łyk herbaty. – Obawiam się, że nie. Podejrzewam, że cały ranek zajmie 

mi polowanie na nowych robotników.

– Znowu? – jęknęła Althea. – Czyżbym coś przegapiła?

Brashen nabrał powietrza, jakby zamierzał coś powiedzieć, lecz tylko .zacisnął szczęki 

i potrząsnął głową. 

Dziewczyna potarła skronie.

– Odezwał się przynajmniej do ciebie jeszcze raz? – spytała z nadzieją w głosie, 

kierując pytanie do Amber.

–   Nie   do   nas   –   odparła   przygnębiona   rzemieślniczka.   –   Miał   jednak   sporo   do 

powiedzenia robotnikom. Obrzucał ich przekleństwami, a potem zaczął straszyć, że jeśli będą 

pracować dla... „przeklętego żywostatku”, urodzą im się dzieci bez nóg i ślepe. Przemawiał 

bardzo obrazowo – dodała z mimowolnym podziwem.

– Świetnie, rozwija się. Przynajmniej nie rzuca już kłodami.

– Może kilku ludzi wróci jutro – zauważył Brashen bez przekonania.

Zapadło pełne zniechęcenia milczenie. Wreszcie Amber spytała smutno:

– Poddajemy się?

background image

–   Jeszcze   nie   całkiem.   Pozwól,   że   dopiję   herbatę,   dumając   nad   beznadziejnością 

naszego zadania – odparł. Marszcząc brwi, odwrócił się do Althei. – Tak przy okazji, gdzie 

spędziłaś ranek?

Odpowiedziała, nie patrząc na niego, tonem lodowatym:

– Nie masz prawa pytać, ale ci odpowiem. Poszłam się zobaczyć z Gragiem.

– Sądziłem, że nadal się ukrywa. Chyba wyznaczyli cenę za jego głowę – odrzekł z 

pozoru niedbale.

– Rzeczywiście, ukrywa się, znalazł wszakże sposób, by mi przesłać wiadomość. No i 

spotkałam się z nim.

Brashen wzruszył ramionami.

–   Nieźle,   nieźle.   Gdy   skończą   się   nam   fundusze,   zawsze   możemy   go   wydać 

urzędnikom   satrapy.   Za   pieniądze   z   nagrody   wynajmiemy   kolejnych   robotników. 

Rozwiążemy przynajmniej jeden problem. – Pokazał zęby w uśmiechu.

Althea zignorowała jego cierpki dowcip i odezwała się do przyjaciółki:

– Grag bardzo chciałby nam pomóc, lecz w obecnej sytuacji nie jest to łatwe. Jego 

rodzina   nie   zarobiła   prawie   nic   na   ostatnim   ładunku   „Ofelii”.   Póki   satrapa   nie   odwoła 

nieuczciwych   taryf,   postanowili   nie   handlować   ani   w   Mieście   Wolnego   Handlu,   ani   w 

Jamaillii.

– Czy „Ofelia” nie wypłynęła przed kilkoma dniami? – spytał Brashen. 

Dziewczyna skinęła głową.

–   Tak.   Tomie   pomyślał,   że   najlepiej   zabrać   ją   z   naszego   portu,   zanim   przybędą 

następne galery. Urzędnicy podatkowi grozili jej zajęciem. Teraz twierdzą, że satrapa może 

decydować   o   miejscach   handlu   żywostatków.   Podobno   towary   z   Deszczowych   Ostępów 

będzie można sprzedawać jedynie w Mieście Wolnego Handlu albo w Jamaillia City. Wątpię, 

czy   potrafią   nam   narzucić   swoje   zasady,   ale   Tomie   nie   zamierzał   czekać   na   kłopoty. 

Tenirowie nadal przeciwstawiają się niesprawiedliwym taryfom, lecz nie widzą powodu, by 

mieszać w sprawę „Ofelię”.

–   Na   ich   miejscu   –   stwierdził   Brashen   w   zadumie   –   zabrałbym   ją   na   Rzekę 

Deszczową. Mogą ją tam ścigać jedynie inne żywostatki. – Podniósł głowę. – Dobry plan, 

prawda? Graga można przeszmuglować w górę rzeki. Tam przesiądzie się na „Ofelię”. Mam 

rację?

Althea posłała mu spojrzenie z ukosa.

– Nie ufasz mi? – Marynarz wyglądał na urażonego.

– Obiecałam nikomu nie mówić. – Popatrzyła na wodę.

background image

– Sądzisz, że wygadam? – Był oburzony. Za kogo go uważała? Czyżby naprawdę 

myślała, że z zazdrości doniesie na Graga?

Wyraźnie traciła cierpliwość.

– Nie chodzi o moje zaufanie czy jego brak. Po prostu dałam słowo, że będę milczeć. I 

zamierzam go dotrzymać.

– Rozumiem. – Przynajmniej w końcu mówiła bezpośrednio do niego. Jedno pytanie 

cisnęło mu się na usta. Przeklął się za nie w myślach, lecz ciekawość okazała się zbyt silna. – 

Prosił, żebyś z nim pojechała?

Althea zawahała się.

–  Wie,  że  zostanę  tutaj.  Rozumie,  iż  muszę  popłynąć  na  „Paragonie”.  –  Roztarła 

czarną smugę na policzku. – Szkoda, że Keffria mnie nie rozumie. Ciągle narzeka przed 

matką,   że   postępuję   niewłaściwie.   Nie   pochwala   nawet   mojej   pomocy   tutaj.   Nienawidzi 

moich roboczych strojów. Nie mam pojęcia, czego ode mnie chce. Mam siedzieć w domu i 

załamywać ręce z rozpaczy?

Brashen   wiedział,   że   dziewczyna   próbuje   zmienić   temat.   Nie   zamierzał   jej   na   to 

pozwolić.

– Jasne, Grag wie, że musimy popłynąć na poszukiwanie „Vivacii”. Ale i tak cię 

prosił, żebyś z nim popłynęła, prawda? Powinnaś się zgodzić. Postaw na zwycięzcę. Żaden z 

Kupców nie wierzy w nasz sukces. Właśnie dlatego żaden nie zaoferuje nam pomocy. To dla 

nich   strata   czasu   i   pieniędzy.   Założę   się,   że   Grag   przedstawił   ci   mnóstwo   racjonalnych 

powodów, dla których powinnaś nas porzucić i odpłynąć z nim. Na pewno powiedział, że 

nigdy nie zdołamy ruszyć tego wraku. – Brashen zastukał piętami w pokład. Poczuł nagły, 

irracjonalny napływ gniewu.

– Nie nazywaj go wrakiem! – warknęła Amber.

– I przestań narzekać – dorzuciła Althea złośliwie.

Brashen poczuł się znieważony. Zaczął krzyczeć:

– Wrak! Zwykły szmelc! Słuchasz mnie, „Paragonie”? O tobie mówię!

Jego słowa odbiły się echem od morskich klifów za plażą. Galion nie odpowiedział. 

Amber obrzuciła Brashena pełnym wściekłości spojrzeniem.

– Wrzaski nic nam nie pomogą.

– Zamiast wszczynać ze wszystkimi kłótnie, może pójdziesz sobie wyżebrać trochę 

cindinu? – spytała złośliwie Althea. – Wszyscy wiemy, że twój prawdziwy problem to nałóg.

– Doprawdy? – Odstawił filiżankę. – Ja zaś znam twój.

– Znasz, tak? – odparła cicho, ale jadowicie. – Może się zatem z nami podzielisz tą 

background image

rewelacyjną informacją?

Pochylił się nad nią.

– Twój prawdziwy problem polega na tym, że ostatniego lata dowiedziałaś  się w 

końcu, kim jesteś, i od tego czasu starasz się zaprzeczać tej prawdzie. Przeraziłaś się tak 

bardzo, że wróciłaś do domu i chcesz o tym zapomnieć.

Najwidoczniej   spodziewała   się   zupełnie   innych   słów,   bo   kompletnie   osłupiała. 

Brashen niemal się uśmiechnął na widok jej zdumienia.

– Dobrze mnie zrozum – dodał łagodniej. – Nie mówię o czymś, co zdarzyło się 

między tobą i mną. Mówię o zmianie, która zaszła w tobie samej.

– Brashenie Treli, nie mam pojęcia, o co ci chodzi! – oświadczyła szybko Althea.

– Rzeczywiście? No cóż, Amber na pewno wie. To jasne jak fakt, że Sa ma i jaja, i 

cycki. Odkąd wróciłem do miasta, wiem, że jej o wszystkim opowiedziałaś. Odkryłem to, gdy 

spojrzała na mnie po raz pierwszy. Zabawne, że z nią na takie intymne tematy rozmawiasz, a 

ze mną nie chcesz. Powtarzam, że nie nawiązuję do naszej znajomości. Chodzi mi o coś 

innego. Wyjechałaś i dowiedziałaś się, że nie jesteś typową kupiecką córką. Och tak, jesteś 

córką Ephrona Vestrita, bez wątpienia. Nie jesteś wszakże – tak jak twój ojciec – związana z 

tym przeklętym miastem wraz z jego cholernymi tradycjami. Jemu nie podobały się koszty, 

które trzeba ponosić, handlując na Rzece Deszczowej, więc, na Sa, po prostu przestał tam 

handlować   i   popłynął   w   innym   kierunku.   Tam   nawiązał   własne   kontakty   i   znalazł   inne 

towary.   Jesteś   do   niego   podobna,   masz   identyczny   charakter.   Nikomu   się   już   nie   uda 

wyplenić z ciebie buntu. Za późno. Ty sama również nie zdołasz tego w sobie zmienić. 

Przestań udawać. Nie potrafisz osiąść w rezydencji i zostać połowicą Graga Teniry. Jeśli 

spróbujesz,   złamiesz   serce   sobie   i   jemu.   Nigdy   nie   chciałaś   utknąć   w   domu   i   rodzić 

mężczyźnie   dzieci,   podczas   gdy   on   wypływa   na   morze.   Mówisz   dużo   o   rodzinie, 

obowiązkach i tradycji, lecz płyniesz z nami, ponieważ chcesz odzyskać swój cholerny statek. 

Potem obejmiesz dowództwo i odpłyniesz. Jeśli oczywiście znajdziesz w sobie dość odwagi, 

by ponownie opuścić rodzinny port.

Althea   patrzyła   na   niego   bez   słowa.   Ogromnie   zapragnął   wziąć   ją   w   ramiona   i 

pocałować. Tyle że wtedy prawdopodobnie złamałaby mu szczękę.

W końcu odzyskała głos.

– Nie mógłbyś się bardziej mylić – oznajmiła, lecz jakoś bez przekonania.

Amber skryła uśmieszek w filiżance z herbatą. Brashen poczuł się nagle skrępowany. 

Pogardziwszy sznurową drabinką, wspiął się na balustradę i zeskoczył na piasek. Nic więcej 

nie powiedział ani się nie odwrócił; po prostu godnie odszedł ku dziobowi statku.

background image

Clef   siedział   przy   ogniu.   Przygotowanie   wieczornego   posiłku   należało   do   jego 

licznych   zadań,   które   zajmowały   mu   cały   dzień.   Gdy   Brashen   chlusnął   dzienną   racją   w 

„Paragona”, poszedł na przykład po wodę pitną dla robotników. Ostrzył też narzędzia, biegał 

po sprawunki, a wieczorami przynosił zapasy z domu Vestritów i szykował jedzenie dla 

wszystkich. Ronica Vestrit zaprosiła ich wprawdzie do swego stołu, jednak Amber grzecznie 

odmówiła, twierdząc, że nie chce zostawić żywostatku samego. Brashen cieszył się z tej 

wymówki; przy rodzinnym stole nie potrafiłby ukryć swego niepokoju i rozdrażnienia. Na Sa, 

gdybyż został mu choć jeden maleńki kawałeczek cindinowej laski! Zaledwie tyle, by skóra 

przestała go swędzieć z tęsknoty.

– Co mamy na kolację? – spytał chłopca.

Clef posłał mu spojrzenie spode łba i nic nie odpowiedział.

– Nie zaczynaj ze mną, mały! – ostrzegł go Brashen, ponownie rozgniewany.

–   Zupa   rybna,   panie.   –   Chłopiec   nachmurzył   się   i   stukając   drewnianą   łyżką   w 

rondelek, mruknął wyzywająco: – Ten statek to szmelc.

Ach, więc tu bolało malca.

– Nie, „Paragon” nie jest szmelcem – odparł łagodniejszym tonem. – Ale nie powinien 

się zachowywać jak ostatnia szuja. – Odwrócił się i spojrzał poprzez ciemność na galion. 

Adresował   swoje   słowa   bardziej   do   niego   niż   do   chłopca.   –   To   diabelnie   dobry   statek 

żaglowy.   Wkrótce   sobie   o   tym   przypomni.   A   wraz   z   nim   mieszkańcy   Miasta   Wolnego 

Handlu.

Clef ponownie zamieszał w garnku.

– Przynosi pecha?

– Nie, raczej miał pecha. Od samego początku. Kiedy masz pecha, popełniasz kolejne 

pomyłki i coraz częściej wydaje ci się, że twoja zła passa nigdy się nie skończy. – Roześmiał 

się niewesoło.

– A co z tobą?

Brashen zmarszczył brwi.

– Mów wyraźniej, chłopcze. Jeśli zamierzasz ze mną pożeglować, muszę rozumieć 

twoje pytania.

Clef prychnął.

– Chciałem wiedzieć, czy miałeś pecha.

Marynarz wzruszył ramionami.

– Mniejszego niż niektórzy, ale większego niż większość.

– Zmień koszulę. Mój tata twierdził, że zmiana koszuli odwraca pecha.

background image

Brashen uśmiechnął się wbrew sobie.

– Niestety, mam tylko tę jedną, mały. Zastanawiam się, jak fakt ten świadczy o moim 

szczęściu.

* * *

Althea wstała nagle i wylała resztki herbaty na plażę.

– Idę do domu – oznajmiła.

– Do zobaczenia – odparła obojętnie Amber.

Dziewczyna położyła rękę na balustradzie.

– Przewidywałam, że któregoś dnia rzuci mi te słowa w twarz. I cały czas się tego 

obawiałam.

– Jakie słowa rzucił ci w twarz? – spytała zaintrygowana rzemieślniczka.

Mimo iż były same na odizolowanym od świata statku, Althea zniżyła głos.

– Wygarnie mi, że z nim spałam. Wie, że ma na mnie haka. Może mnie zniszczyć. 

Wystarczy, że pochwali się właściwej osobie. Albo niewłaściwej.

Oczy Amber zapłonęły.

– Słyszałam, że przerażeni lub zranieni ludzie opowiadają głupoty, ale twoim żadna 

by chyba nie dorównała. Altheo, nie wierzę w twoje podejrzenia. Ten mężczyzna na pewno 

nie zamierza cię zniszczyć. Moim zdaniem nie ma też charakteru chwalipięty. Na pewno 

nigdy z premedytacją nie zechce cię zranić.

Przez chwilę trwało przykre milczenie.

– Wiem, że masz rację – przyznała w końcu dziewczyna. – Czasami myślę, że tylko 

rozmyślnie szukam powodów, by się na niego gniewać. Po co jednak opowiada takie głupoty? 

Dlaczego zadaje mi takie pytania?

– A czemu jego pytania tak bardzo cię denerwują?

Althea potrząsnęła głową.

–   Widzisz,   Amber,   za   każdym   razem,   gdy   zaczynam   go   lubić   za   jego   czyny...   a 

mieliśmy przecież dziś taki dobry dzień... Niech go szlag! Pracował ciężko, a my wraz z nim. 

Przypomniałam sobie stare dobre czasy. Znam metody jego pracy i sposób jego myślenia. 

Praca obok niego jest jak taniec z doskonałym partnerem. I nagle, gdy zdaje mi się, że znowu 

będziemy się czuć ze sobą tak dobrze, jak dawniej, on robi coś...

– Co robi?

– Zadaje te swoje pytania. Albo coś powie.

background image

– Powie coś więcej niż: „Podnieś tę belkę!” albo „Podaj mi młotek”? – spytała słodko 

Amber.

Althea uśmiechnęła się krzywo.

– Właśnie. Słowa, które przypomną mi, że rozmawialiśmy w ten sposób, gdy byliśmy 

przyjaciółmi. Tęsknię za jego przyjaźnią. Żałuję, że nie możemy do niej wrócić. 

– Dlaczego nie możecie?

– Cóż, gdybym na to pozwoliła, zachowałabym się niewłaściwie. – Skrzywiła się. – 

Teraz w moim życiu jest Grag i...

–I co?

– Moglibyśmy się posunąć za daleko. Zresztą tak czy owak Grag nie pochwalałby 

tego układu.

– Młody Tenira nie pochwalałby faktu, że masz przyjaciół?

Althea spojrzała na nią wilkiem.

– Doskonale wiesz, co mam na myśli. Gragowi nie podobałaby się moja przyjaźń z 

Brashenem.   Nie   mówię   o   dobrze   wychowanych   przyjaciołach.   To   znaczy...   ja   i   Brashen 

kiedyś byliśmy przyjaciółmi. Dobrze się razem czuliśmy. Wiesz, piwo, nogi na stole!

Amber roześmiała się cicho.

–   Ależ   Altheo,   niedługo   wszyscy   wypłyniemy   jednym   statkiem.   Oczekujesz 

wykwintnych manier przy stole od kogoś, z kim pracujesz na co dzień?

– Gdy wypłyniemy, Brashen nie będzie zwyczajnym przyjacielem, lecz kapitanem. 

Już mi to kilka razy wypomniał. Nikt się nie kumpluje z kapitanem.

Rzemieślniczka podniosła głowę i przyjrzała się dziewczynie w ciemnościach.

– W takim razie o co się martwisz? Czas uleczy rany.

– Może nie chcę, aby uleczył – odparła jej Althea szeptem. – Może nie w ten sposób. 

Może bardziej niż aprobaty Graga potrzebuję przyjaźni Brashena.

Amber wzruszyła ramionami.

– W takim razie chyba powinnaś zacząć znowu z nim rozmawiać. I mówić coś więcej 

niż: „Proszę, oto młotek”.

background image

10. ZAWODY MIŁOSNE

W   „Vivacii”   aż   się   gotowało.   Wintrow   odnosił   wrażenie,   że   ma   do   czynienia   z 

parzącym wszystkich rondelkiem, który stale się znajduje na granicy wrzenia. Najgorsze, że 

galion nie pozwalał mu się uspokoić, a w dodatku co rusz go prowokował.

Taka   sytuacja   trwała   już   prawie   miesiąc.   Chłopiec   wyczuwał   w   statku   mściwość 

dziecka, któremu ktoś czegoś zabronił, tłumacząc, że jest za małe. „Vivacia” z całych sił 

usiłowała   udowodnić   swoją   wartość   przed   Kennitem   i   nie   tylko   przed   nim.   W   swój 

wyzywający   entuzjazm   usiłowała   włączać   Wintrowa.   Od   zgonu   Opala   stała   się   bardziej 

stanowcza. Wyraźnie postanowiła zostać piratem. Za każdym razem, gdy chłopiec próbował 

jej wyperswadować ten pomysł, jej upór rósł. Niestety, z każdym dniem coraz bardziej się od 

Wintrowa oddalała. Tak silnie skupiała się na kapitanie, że całkowicie opuściła chłopca.

Pirat wyczuwał jej podniecenie. Świetnie zdawał sobie sprawę ze wszystkich emocji 

szalejących   w   jej   czarodrzewowym   ciele.   Nie   ignorował   galionu.   Przemawiał   do   niego 

łagodnie i traktował uprzejmie, ale przestał się zalecać. Zwrócił teraz uwagę na Ettę i pod 

jego spojrzeniem kobieta rozkwitała niczym przepiękny kwiat. Rozpalał ją jak iskra rzucona 

na   hubkę.   Etta   przechadzała   się   po   pokładach   krokiem   gotowej   do   polowania   tygrysicy, 

wszystkie głowy się za nią odwracały. Na pokładzie było również kilka innych kobiet, bo 

Kennit zezwolił na pozostanie paru byłym niewolnicom, lecz przy tak bardzo kobiecej Etcie 

wszystkie przypominały zmokłe kurczaki. Zaintrygowany Wintrow nawet nie potrafił określić 

rodzaju zmiany, która w niej zaszła. Etta ubierała się właściwie tak samo jak przedtem. Mimo 

stosów biżuterii, którą handlował pirat, zwykle zakładała jedynie maleńki rubinowy kolczyk. 

Jednak otaczała ją osobliwa poświata, sugerująca, że płonie w niej prawdziwy ogień. Nie 

przestała pracować na pokładzie. Ciągle wspinała się po linach z szybkością pantery. Szyjąc, 

nadal rozmawiała i śmiała się z mężczyznami, podczas gdy jej igła błyskała w słońcu. Język 

miała ostry jak zawsze, dowcip – tak samo cięty. A jednak, kiedy spoglądała na kapitana, 

nawet przez całą długość pokładu, promieniała życiem i energią. Kennit natomiast jawnie się 

rozkoszował jej podziwem. Nigdy nie mijał jej przynajmniej bez nieznacznego muśnięcia 

ramieniem. Nawet rubaszny Sorcor rumienił się lekko, widząc zakochaną parę na pokładzie. 

Wintrow   obserwował   oboje   w   zdumieniu   i   zazdrości.   Ku   jego   żalowi,   piracki   kapitan   – 

ilekroć dostrzegł jego wzrok – podnosił brew. Albo puszczał oko.

Po załodze chłopiec spodziewał się zawiści wobec kapitana afiszującego się swoim 

uczuciem   do   damy,   natomiast   piraci   najwidoczniej   darzyli   go   podziwem,   jakby   dzięki 

pożądaniu i władzy nad dziwką zyskał w ich oczach jako mężczyzna. Kochali go. Wintrow 

background image

nigdy   nie   widział   u   marynarzy   takiego   oddania.   Nowych   członków   załogi   trudno   było 

odróżnić od starych. Wcześniejsze niezadowolenie oswobodzonych niewolników znikło bez 

śladu. Po co mieć statek na własność, skoro można pływać na łajbie Kennita?

Od dnia śmierci Opala galion przypatrywał się trzem kolejnym pirackim akcjom. Za 

każdym   razem   kapitan   atakował   małe   statki   towarowe,   nie   zaś   niewolnicze.   Wintrow 

doskonale już poznał strategię napaści. Kanał, który wybierali Kennit i Sorcor, był wręcz 

stworzony do zasadzek. „Marietta” czaiła się na południe od „Vivacii”. Kapitan wybierał 

ofiarę i rozpoczynał się pościg. Żywostatek czekał przy wylocie kanału. Jego zadaniem było 

zepchnąć  ściganą  ofiarę   na  skały.  Kiedy  przyszła  zdobycz  stawała   na  mieliźnie,  piraci  z 

„Marietty” dokonywali abordażu. Bitwy były niemal zupełnie bezkrwawe. Marynarze małych 

towarowych stateczków nie radzili sobie sprawnie z ich obsługą, a cóż dopiero mówić o 

obronie. Na korzyść Kennita trzeba dodać, że nie lubował się w zabijaniu ludzi. Do rozlewu 

krwi dochodziło niezwykle rzadko – w momencie gdy napadnięta łajba osiadała na mieliźnie, 

wśród jej załogi słabł wszelki opór. Pirat nawet nie zatrzymywał jeńców dla okupu. Po prostu 

wybierał sobie najcenniejszy ładunek i puszczał statek wolno, każąc przekazać wszystkim 

wokół, że kapitan Kennit z Wysp Pirackich nie zamierza tolerować statków niewolniczych 

przepływających przez jego wody. Nie nazywał siebie królem. Jeszcze nie! Wszystkie trzy 

zaatakowane   jednostki   już   dawno   zniknęły   na   horyzoncie.   Wiadomość   powinna   się 

rozprzestrzenić lotem błyskawicy.

„Vivacia” równocześnie dąsała się i złościła na pirata za to, że nie pozwala jej brać 

udziału   w   bitwach.   Czuła   się   niczym   dziecko   odprawione   podczas   rozmowy   dorosłych, 

ponieważ Kennit nie dyskutował z nią już ani o piractwie, ani o polityce. Wieczory spędzał na 

pokładzie   „Marietty”   z   Sorcorem   i   Ettą.   Tam   planowali   następne   akcje   i   świętowali 

zwycięstwa. Kiedy pirat  i jego pani wracali późno w  nocy, Etta  zawsze uginała się pod 

stosami   najnowszych   podarków   od   Kennita.   Rozweseleni   winem,   natychmiast   znikali   w 

kajucie. Chociaż Wintrow podejrzewał, że Kennit z rozmysłem usiłuje wyzwolić w „Vivacii” 

zazdrość, nie rozmawiał z nią o tym. Sądził, że i tak by nie wysłuchała jego rad.

Między poszczególnymi akcjami  życie piratów toczyło się niemal leniwie. Kennit 

narzucał załodze sporo pracy, lecz karmił ją dobrze zapasami z plądrowanych statków i dawał 

dużo wolnego czasu, który mogli poświęcić na hazard czy muzykę. Sam również lubił się 

bawić i włączał Wintrowa w swe rozrywki, często wzywając go do swojej kabiny. Nie grali 

jednakże w karty ani w kości, lecz w gry strategiczne. Chłopcu towarzyszyło nieprzyjemne 

wrażenie, że pirat stale go ocenia. Nierzadko gra leżała między nimi od dawna zapomniana, a 

pirat przepytywał Wintrowa z filozofii Sa. Drugi z napadniętych przez nich statków wiózł na 

background image

pokładzie   spory   zapas   książek.   Kennit   okazał   się   nienasyconym   czytelnikiem   i 

przemyśleniami dzielił się z chłopcem. Wintrow nie mógł zaprzeczyć, że lubi te spotkania. 

Czasami Etta uczestniczyła zarówno w grach, jak i w dyskusjach. Chłopiec zaczął szanować 

jej żywy intelekt. Okazała się co najmniej równie bystra jak piracki kapitan, choć nie miała 

żadnego wykształcenia. Łatwo nadążała za tokiem rozmowy, póki mężczyźni podejmowali 

tematy ogólne, kiedy zaś roztrząsali punkty widzenia poszczególnych filozofów, początkowo 

cichła, potem wycofywała się z kabiny. Pewnego popołudnia Wintrow starał się ją włączyć do 

pogawędki, a wówczas odkrył, na czym polega jej słabość. Chciał wręczyć Etcie książkę, o 

której rozmawiali. Pokręciła przecząco głową. 

– Nie wysilaj się, bo i tak nie potrafię jej przeczytać – obwieściła gniewnie. Podczas 

dyskusji siedziała na ławce za Kennitem i delikatnie masowała mu ramiona. Teraz wstała i 

ruszyła do drzwi. Gdy położyła rękę na klamce, pirat ją zatrzymał.

– Wracaj do nas, Etto.

Odwróciła   się   i   śmiało   spojrzała   mu   w   oczy.   Po   raz   pierwszy   odkąd   ją   poznał, 

Wintrow dostrzegł w jej wzroku błysk buntu wobec Kennita.

– Po co? – rzuciła wyzywająco. – Żebym lepiej sobie uświadomiła własną ciemnotę?

– Powinnaś tę książkę przeczytać.

– Nie umiem.

– Chcę, żebyś ją przeczytała.

– Nie wiem jak! Nigdy nie miałam nauczycieli. Chyba że liczysz mężczyzn, którzy 

uczyli mnie mojego fachu, jeszcze zanim dorosłam! Nie jestem do ciebie podobna, Kennicie, 

ja...

– Cisza! – warknął na nią, po czym znowu wyciągnął książkę w jej stronę. – Weź ją. – 

To był rozkaz.

Etta   wyszarpnęła   mu   z   ręki   książkę   i   znieruchomiała.   Pirat   nieznacznie   się 

uśmiechnął.

– Wintrow nauczy cię czytać. Przeczytacie ją razem. Nie będzie miał innych zadań na 

statku. Nie spieszcie się.

– Załoga będzie się ze mnie śmiała – zaprotestowała Etta.

Kennit zmrużył oczy.

– Niedługo. Trudno się śmiać z odciętym językiem. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

– Jeśli wolisz, możesz zachować te lekcje w sekrecie. Korzystaj z tej kajuty. Nikt nie będzie 

wam przeszkadzał w nauce. – Wskazał inne zdobyczne księgi rozrzucone po kwaterze.

– Czeka cię sporo czytania, moja droga. Poezja, historia, filozofia.

background image

– Chwycił Ettę za rękę, przyciągnął do siebie, odgarnął jej włosy z twarzy. – Nie 

upieraj   się.   Czerp   z   tej   nauki   przyjemność.   –   Posłał   Wintrowowi   osobliwe   spojrzenie. 

Wyraźnie chciał mieć pewność, że chłopiec ich obserwuje. – Mam nadzieję, że spędzicie 

rozkoszne chwile i wiele się od siebie nauczycie. – Musnął wargami jej policzek, jednak 

patrzył   na   Wintrowa.   Chłopiec   poczuł   się   bardzo   nieswojo.   Wydało   mu   się,   że   w   jakiś 

nienaturalny sposób został włączony w ich pieszczoty.

– Wybacz mi, panie – wymamrotał i wstał znad planszy.

– Nie masz nic przeciwko uczeniu Etty, prawda, Wintrowie?

Odchrząknął.

– Zupełnie nic.

– To dobrze. Zacznijcie szybko. Najlepiej już dziś.

Kiedy chłopiec rozpaczliwie szukał odpowiedzi, usłyszał znajomy już krzyk.

– Żagiel na horyzoncie!

Poczuł wielką ulgę. Łomot biegnących stóp rozbrzmiał po całym statku.

–  Na   pokład!   –  wrzasnął   Kennit   i   Wintrow   wypadł   za   drzwi,   zanim  pirat   zdążył 

sięgnąć po kule.

– Tam! Tam jest! – zawołała „Vivacia”, gdy chłopiec dotarł na pokład dziobowy.

Wiatr przywiał z daleka smród statku niewolniczego. Po chwili pojawiła się sama 

łajba.  Była   najbrudniejszą  i   najbardziej   zniszczoną  jednostką   wodną   ze  wszystkich,  jakie 

chłopiec widział w swoim życiu. Jej kadłub szpeciły błyszczące smugi – w tych miejscach 

zapewne   wylewano   nieczystości.   Statek   płynął   głęboko   zanurzony,   najwidoczniej 

przeładowany.   Niedbale   zesztukowany   kliwer   marszczył   się   na   bryzie.   Sporadycznie 

tryskająca   na   boki   woda   sugerowała,   że   pompy   denne   obsługują   niewolnicy.   Wintrow 

zastanowił się, ileż potrzeba ludzkiego wysiłku, by tak mocno obciążony statek utrzymać na 

powierzchni. W kilwaterze ciągnęły się dwa rzędy węży uszeregowane w kształt litery V. 

Obmierzłe   stwory   chyba   wyczuwały   panującą   na   pokładzie   panikę   wywołaną   bliskością 

piratów, bo co chwila podnosiły wielkie grzywiaste głowy i odwracały się do „Marietty”. 

Było ich z tuzin; łuskowate ciała połyskiwały w słońcu.

„Vivacia” wychyliła się do przodu. Jej zapał był tak wielki, że niemal ciągnęła za sobą 

resztę żywostatku.

– Patrz na nich! Patrz, jak zwiewają!

Kiedy marynarze skoczyli do żagli, dmuchnął mocniejszy wiatr.

– To statek niewolniczy. Kennit wybije całą załogę – ostrzegł ją cicho Wintrow. – 

Jeśli pomożesz mu go schwytać, zginą wszyscy marynarze.

background image

Odwróciła się jedynie na moment.

– A jeśli tego nie zrobię, ilu niewolników umrze do końca podróży? Nie wszyscy 

ludzie zasłużyli sobie na życie, chłopcze. Jeśli ten statek pożegluje dalej tak przeciążony, jego 

pasażerowie przeżyją tylko cudem.

Wintrow ledwie ją słyszał. Obserwował z niedowierzaniem, jak statek niewolniczy 

oddala   się   od   „Marietty”.   Dystans   między   nimi   stale   się   zwiększał.   Zbieg   potrafił 

wykorzystać szansę ucieczki, lecz dostrzegł również nową groźbę w postaci „Vivacii”. Płynął 

ku środkowi kanału. „Marietta” znajdowała się już zbyt daleko za nim. A wymyślona przez 

pirackiego   kapitana   strategia   pościgu   miała   sens   jedynie   przy   współpracy   obu   statków. 

Niewiarygodne, lecz niewolniczy kolos prawdopodobnie im umknie.

Kennit postawił kule na przednim pokładzie i wciągnął się po drabince. Etty nigdzie 

nie było widać. Pirat powoli pokonał drogę do balustrady i rozczarowany potrząsnął głową.

– Biedacy. Ich statek odpływa. Obawiam się, że są skazani.

Wintrow poczuł moment ulgi, że tego dnia nikt nie zginie. Nagle „Vivacia” wrzasnęła 

jak dzikie zwierzę żądne krwi. Nabrała prędkości i chwilę później pędziła niczym wiatr. 

Załoga wiwatowała. Chłopiec pod wpływem galionu poczuł się jak motyl złapany w sieć 

pająka.

– Moja pani! – zawołał Kennit ze szczerym podziwem w głosie.

„Vivacia” uznała jego słowa za aprobatę i aż poczerwieniała z zadowolenia. Kapitan 

wykrzykiwał rozkazy. Chłopiec słyszał szczęk oręża i dowcipy piratów szykujących się do 

bitwy,   do   zabijania.   Marynarze   z   grupy   abordażowej   zakładali   się   i   prowokowali   do 

współzawodnictwa.   Na   pokładzie   pojawiły   się   bosaki   i   liny,   a   obładowani   kołczanami 

łucznicy pospiesznie zajmowali pozycje na takielunku.

Galion ignorował wszystkich. To był jego pościg i jego zdobycz. Nie zważał na ruchy 

załogi  na   pokładzie.  Chłopiec   był   niemal   nieprzytomny.   „Vivacia”   swą   ogromną   energią 

zdusiła   jego   małą   ludzką   jaźń.   Niczym   we   śnie,   patrzył   na   rosnący   przed   nim   statek 

niewolniczy. Marynarze biegający po pokładzie mieli twarze naznaczone strachem. Piraci 

rzucali  bosaki i  zaczęli  strzelać.  Wrzaski  ofiar,  których  dosięgły strzały, i  stłumiony  ryk 

przerażonych niewolników pod pokładem zlewały się w jedno, przywodząc na myśl krzyki 

dalekich   ptaków   wodnych.   Wintrow   dostrzegł,   że   „Marietta”   zbliża   się   do   nich   szybko. 

Gdyby ukradła żywostatkowi łup, galion na pewno nie puściłby tego płazem.

„Vivacia” znienacka przechyliła się i machnęła ku drugiemu statkowi. Liny czepne się 

napięły. Zakrzywione palce galionu niczego nie złapały, lecz wyraz chciwości na jego twarzy 

przeraził załogę statku niewolniczego.

background image

– Na nich! Na nich! – krzyczała „Vivacia”, nie zważając na rozkazy Kennita. Jej 

żądza   krwi   okazała   się   zaraźliwa.   Natychmiast   gdy   odległość   między   statkami   stała   się 

możliwa do przeskoczenia, wyznaczona grupa rozpoczęła abordaż.

– Udało ci się, moja piękna! Ach, „Vivacio”, nigdy nie podejrzewałem, że możesz 

osiągać   taką   prędkość   i   masz   taki   talent   do   tej   roboty!   –   Pirat   chwalił   ją   ze   szczerym 

uwielbieniem. Fala miłości do kapitana przepłynęła ze świadomości galionu na Wintrowa. 

„Vivacia” i Kenit patrzyli na siebie z podziwem, niczym dwoje doskonałych drapieżników.

Chłopiec   czuł   się   zagubiony.   Zauważył,   że   ich   więź   jest   głębsza   i   ściślejsza   niż 

kiedykolwiek przedtem. Nie wiedział do końca, co ich w sobie zachwyciło, nie rozumiał ich 

wzajemnej fascynacji. Poczuł się odrzucony. Niedaleko od niego ludzie walczyli na śmierć i 

życie. Na tamtym pokładzie strumieniami lała się krew, a tu – między żywostatkiem i piratem 

– działo się coś jeszcze bardziej przerażającego. Nagle usłyszał krzyk Kennita: – Wintrow, za 

mną chłopcze!

Ruszył za kapitanem. Opuścił „Vivacię” i znalazł się na pokładzie obcego statku, 

wśród walczących. Obok nich pojawiła się Etta, zawzięcie wymachując mieczem. Z kocią 

zwinnością unikała ciosów i zadawała pchnięcia. Jej czarne włosy lśniły pięknie w słońcu. 

Chłopcu nie przydzielono żadnej broni. Okrągłymi z przerażenia oczyma rozglądał się po tym 

dziwnym świecie. Odkąd oddalił się od galionu, na powrót stał się sobą, ale jednocześnie 

wpadł w chaos równie odrętwiający jak myśli „Vivacii”. U jego stóp leżał ranny w kałuży 

własnej krwi. Trafiła go strzała i spadł z takielunku. Twarz wykrzywił szkaradnie w bolesnym 

uśmiechu, oczy miał zmrużone. Z ucha w gęstą, niechlujną brodę spływała mu krew. Kennit 

bez strachu przemierzał pokład. Etta tuż obok. Torowali sobie drogę po brudnych deskach.

Podbiegł Sorcor z obnażonym mieczem w dłoni. A zatem i „Marietta” dotarła do 

ofiary. Podpłynęła od przeciwległej strony, więc bosaki piratów wczepiły się w drugą burtę. 

Uwięziona załoga statku niewolniczego nie miała najmniejszej szansy na zwycięstwo.

– Już prawie z nimi skończyliśmy, kapitanie! – krzyknął mat. – Zostało zaledwie kilku 

żywych na rufie. Nie spotkałem tu ani jednego prawdziwego żołnierza. – Wściekły wrzask 

przerwał jego raport, później dał się słyszeć łomot padającego na pokład ciała. – O jednego 

mniej   –   zauważył   wesoło   Sorcor.   –   Wyznaczyłem   kilku   ludzi   do   otwarcia   włazów.   W 

ładowniach   brud   i   smród.   Pewnie   od   dawna   nie   usuwali   zwłok.   Żywych   musimy   jak 

najszybciej ewakuować, bo statek zanurza się coraz głębiej. Pompy nie nadążają usuwać 

wody.

– Znajdziemy miejsce dla wszystkich ocalonych, Sorcorze?

Krępy pirat zmarszczył czoło.

background image

–   Prawdopodobnie   tak.   Na   naszych   dwóch   statkach   nie   pomieścilibyśmy   się   na 

dłuższą metę, lecz kiedy dołączymy do „Złośnicy”, możemy wielu przenieść na jej pokład. 

Do tej pory będzie panował tłok.

– Doskonale. – Kennit skinął głową w roztargnieniu. – Popłyniemy po „Złośnicę” i 

wraz z nią ruszymy do Łupogrodu. Czas poinformować świat, jak świetnie sobie radzimy.

Podszedł do nich umazany krwią pirat.

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale mamy kłopot z kucharzem. Chce się poddać. 

Zaszył się w kuchni.

– Zabij go – rzucił poirytowany Kennit.

– Błagam o wybaczenie, panie, lecz ów człowiek twierdzi, że ma pewne informacje 

warte naszej uwagi. Chce je wymienić na swoje życie. Mówi, że wie, gdzie jest ukryty skarb.

– Skoro zna miejsce ukrycia skarbu, czemu pływa na tej brudnej łajbie, zamiast go 

szukać? – zapytała Etta z sarkazmem.

– Nie wiem, pani. To starzec bez ręki i oka. Podobno kiedyś żeglował z Igrotem 

Śmiałym.   Jego   słowa   dały   nam   do   myślenia.   Wszyscy   wszak   wiedzą,   że   Igrot   sprzątnął 

satrapie sprzed nosa barkę z skarbem, której nikt później nie widział. Może ten człowiek 

naprawdę wie...

– Zajmę się nim, kapitanie – rzekł Sorcor. – Gdzie jest? – spytał pirata.

– Poczekaj chwilę, Sorcorze. Może najpierw sam z nim porozmawiam. – W głosie 

Kennita pobrzmiewała równocześnie ciekawość i podejrzliwość.

Młody marynarz przestępował z nogi na nogę.

– Ukrył się w kuchni, panie. Wyłamaliśmy już drzwi, ale się zabarykadował. Ma noże 

i tasaki. Nieźle nimi rzuca, szczególnie jak na jednookiego.

  Wintrow   dostrzegł   zmianę   na   twarzy   kapitana.   –   Porozmawiam   z   nim.   Sam! 

Zajmijcie się ewakuacją niewolników. Statek zaczyna się przechylać.

Sorcor   był   przyzwyczajony   do   takich   rozkazów.   Nie   zawahał   się   ani   chwili, 

natychmiast odszedł, wykrzykując rozkazy. Chłopiec dostrzegł niewolników. Stali apatycznie 

na pokładzie w grupkach i mrużyli oczy w świetle słońca. Pokryci brudem, drżeli na wietrze. 

Wyglądali na zdezorientowanych. Wintrow przypomniał sobie noc powstania niewolniczego 

na pokładzie „Vivacii” i zalała go fala współczucia. Niektórzy z nich byli tak osłabieni, że nie 

mogli ustać na nogach. Pojął niewysłowioną prawość poczynań Kennita. Dobrze, że ktoś 

walczył z ludzkim nieszczęściem. Tylko metody pirackiego kapitana... – Wintrowie, idziesz? 

– ponagliła go Etta. Chłopiec patrzył za odchodzącym Kennitem, który przemierzał pokład 

szybkim,   zdecydowanym   krokiem.   Przechył   statku   stawał   się   z   każdą   minutą   coraz 

background image

wyraźniejszy. Nie mieli czasu do stracenia. Chłopiec ruszył za kapitanem i jego kobietą.

Nagle usłyszał ryki węży i plusk. Piraci rzucali bestiom ciała niewolników. Stwory 

walczyły między sobą o żer, marynarze zaś dopingowali je pełnymi uznania okrzykami.

–   Dajcie   spokój!   –   zawołał   Sorcor   z   włazu.   –   Skupcie   się   raczej   na   żywych,   bo 

niedługo wszyscy będziemy martwi. Wyciągnijcie niewolników z ładowni i przemieśćcie na 

inne statki. Nuże, szybko! Chcę jak najprędzej odciąć liny.

Przed   wejściem   do   kuchni   stało   kilku   piratów   z   obnażonymi   mieczami.   Byli   tak 

zaabsorbowani, że nie zauważyli zbliżającego się Kennita. Gdy jeden z marynarzy zaczął 

kopać zabarykadowane drzwi, ze środka odpowiedział stek przekleństw. Po chwili w małej 

szczelinie ukazał się nóż.

– Zarżnę pierwszego, który spróbuje tu wejść. Sprowadźcie kapitana. Przekażę moje 

informacje jemu i tylko jemu.

Piraci podeszli do drzwi, szydząc z kucharza. Przypominali Wintrowowi stado psów 

wpatrzonych w ukrytego na drzewie kota.

– Jestem kapitanem – oznajmił głośno Kennit. Piraci odsunęli się od drzwi, robiąc 

przejście. – Wracać do roboty! – polecił im obcesowo. – Sam sobie z nim poradzę.

Rozproszyli się szybko, choć niezbyt chętnie. Wszyscy słyszeli plotkę o legendarnym 

skarbie Igrota. Wyraźnie mieli ochotę zostać i posłuchać opowieści, którą kucharz chciał 

wymienić za własne życie.

Kennit podniósł kulę i grzmotnął nią w drzwi.

– Wychodź – rozkazał.

– Jesteś kapitanem?

– Tak. Pokaż się.

Kucharz zerknął przez szczelinę w drzwiach, potem znowu się ukrył.

– Chcę zawrzeć z tobą układ. Daruj mi życie, a powiem ci, gdzie Igrot Śmiały ukrył 

swój   wielki   skarb.   Stosy   wspaniałych   towarów.   Nie   tylko   pieniądze   z   barki   skarbowej 

satrapy, ale wszystkie swoje łupy.

– Nikt nie wie, gdzie Igrot ukrył skarb. Jego statek wraz z całą załogą poszedł na dno. 

Gdyby ktoś przeżył, już dawno temu dobra Igrota pojawiłyby się w handlu. – Z zadziwiającą 

prędkością Kennit rzucił się naprzód i stanął tuż przy drzwiach.

– No cóż, ja się uratowałem. Przez wiele lat starałem się wrócić

w tamto miejsce i wydobyć skarb. Niestety, nigdy nie znalazłem się na właściwym 

statku. Każdy, komu się zwierzyłem, miał ochotę mnie wykorzystać. Zresztą nie może tam 

popłynąć byle kto. Potrzeba szczególnego statku. Żywostatku. Miał go Igrot i masz go ty, 

background image

kapitanie... Wiadomo, że po niektórych wodach mogą pływać tylko żywostatki, żaden inny 

nie wytrzyma takiego rejsu. No... Powiedziałem ci już chyba dość. Daruj mi życie, a zawiodę 

cię do skarbu. Ale muszę żyć!

Kennit nie odpowiedział. Zapanowała cisza. Kapitan stał bez ruchu przed kuchnią. 

Wintrow spojrzał na Ettę, która też milczała. Czekali.

–   Hej,   hej,   kapitanie!   Słyszysz,   co   mówię?   Znasz   lepszy   interes?   Ten   skarb   jest 

większy,  niż   potrafisz  sobie   wyobrazić.  Stosy  monet,  mnóstwo  magicznych  przedmiotów 

odebranych   Kupcom   z   Miasta   Wolnego   Handlu.   Będziesz   najbogatszym   człowiekiem   na 

świecie.   Musisz   tylko   darować   mi   życie.   –   Kucharz   przemawiał   triumfalnym   tonem.   – 

Proponuję uczciwą wymianę, prawda?

Statek   przechylał   się   coraz   prędzej.   Wintrow   usłyszał,   jak   Sorcor   i   jego   ludzie 

popędzają niewolników. Dobiegł go podniesiony męski głos.

– Zrozum, kobieto, on nie żyje. Nic nie możemy na to poradzić. Zostaw go!

Wiatr   przyniósł   nagły,   przepełniony   boleścią   kobiecy   lament.   Przy   drzwiach   do 

kuchni nadal panowało milczenie. Kennit wciąż nie odpowiadał kucharzowi.

– Hej, hej, kapitanie! Jesteś tam jeszcze?

Kennit   zmrużył   oczy,   jakby   w   zadumie.   Wintrow   poczuł   nagły   dreszcz 

zdenerwowania. Nadszedł czas zakończenia rozmowy i opuszczenia statku. Łajba nabierała 

wody. Im cięższy jest statek, tym większą władzę ma nad nim morze. Chłopiec już miał coś 

powiedzieć, lecz w tym momencie Etta ostro go szturchnęła. Następne zdarzenia rozegrały się 

jednocześnie. Wintrow gapił się przed siebie, usiłując zrozumieć, co się dzieje. Czy Kennit 

najpierw zamachnął się nożem, czy też wcześniej dostrzegł twarz kucharza w szczelinie? 

Trudno   powiedzieć.   W   każdym   razie   ostrze   zatonęło   w   zdrowym   oku   mężczyzny.   Po 

sekundzie kapitan cofnął nóż i ciało upadło.

– Z załogi Igrota nikt  nie ocalał  – oświadczył z  przekonaniem Kennit. Kiedy się 

odwrócił, mrugał oczyma niczym ktoś dopiero co zbudzony ze snu. – Przestań się ociągać, 

chłopcze. Statek tonie! – krzyknął poirytowany.

Ruszył ku burcie z zakrwawionym nożem w ręku. Etta szła tuż przy nim. Obojętnie 

przyjęła czyn kapitana. Odrętwiały Wintrow wlókł się za nimi powoli. Jak to możliwe, że 

śmierć  przychodzi  tak szybko? Życie  trwa tyle lat, a śmierć gasi je  w ułamku sekundy! 

Przeżył prawdziwy wstrząs. By zabić, wystarczył jeden ruch ręki pirata. A w dodatku zabójca 

niczego nie odczuwał. Wintrow nie potrafił tego pojąć. Znienacka zatęsknił za „Vivacią”. 

Pomogłaby mu się otrząsnąć z tej niemocy, powiedziałaby, że nie istnieje uzasadnienie dla 

jego poczucia winy.

background image

But pirata jeszcze nie stanął na pokładzie żywostatku, gdy dało się słyszeć wołanie 

galionu:

– Kennicie! Kapitanie!

W tym głosie chłopiec dosłyszał nieznaną wcześniej nutę. Kapitan uśmiechnął się z 

wielką satysfakcją.

– Rozmieśćcie niewolników i odetnijcie wrak! – rozkazał szorstko swoim ludziom, po 

czym   zerknął   na   Wintrowa   i   Ettę.   –   Wy   dwoje   dopilnujcie,   by   ich   dokładnie   wymyto. 

Zaprowadźcie ich na rufę.

– Pospiesznie odszedł ku galionowi.

– Chce zostać z nią sam na sam – oznajmiła Etta otwarcie. W jej oczach zapłonęła 

zazdrość. 

Chłopiec spuścił wzrok na pokład, ponieważ bał się, że kobieta dostrzeże tę samą 

emocję na jego twarzy.

* * *

– Jak na ukrywającego się, żyjesz sobie całkiem elegancko – zauważyła Althea z 

uśmiechem.

Grag bardzo z siebie zadowolony odchylił się mocno w tył na krześle. Sięgnął nad 

głowę i uderzył lekko w cynową lampę, która zwisała z gałęzi.

– Jakie byłoby życie bez elegancji? – spytał retorycznie. Oboje wesoło się roześmiali.

Huśtająca się lampa oszałamiająco rozpraszała światło wokół nich. Grag miał rozpiętą 

przy szyi czarną koszulę i luźne białe spodnie. Kiedy poruszył głową, ciepłe światło odbijało 

się od jego złotego kolczyka. Był opalony – przecież całe dnie pracował na słońcu. Kiedy 

błysnął   białymi   zębami   w   uśmiechu,   skojarzył   się   Althei   z   młodymi,   niefrasobliwymi 

marynarzami z Rinstinu.

Nagle rozejrzał się po polanie i westchnął.

– Nie byłem tu od lat. W dzieciństwie, jeszcze zanim zacząłem żeglować z ojcem, 

matka przywoziła nas tutaj w czasie największych letnich upałów.

Althea   rozejrzała   się   po   małym   ogrodzie.   Dom   był   zaledwie   chatką,   las   niemal 

wdzierał się do środka.

– Latem jest tutaj chłodniej?

–   Trochę...   Nie   bardzo.   Ale   wiesz,   jak   Miasto   Wolnego   Handlu   śmierdzi   latem. 

Podczas pierwszego ataku Krwawej Zarazy również tutaj spędziliśmy lato. Wiesz, że żadne z 

background image

nas później nie zachorowało? Matka święcie wierzyła, że zachowaliśmy zdrowie, ponieważ 

uniknęliśmy   paskudnych   wyziewów   miasta   latem   owego   roku.   Od   tego   czasu   co   roku 

przywoziła nas tutaj.

Oboje   milczeli   przez   jakiś   czas.   Dziewczyna   wyobraziła   sobie   tę   chatę   i   ogród 

przepełnione   gwarem.   Kobieta   i   dzieci...   Nie   po   raz   pierwszy   zastanowiła   się,   jak 

wyglądałoby jej życie, gdyby bracia przeżyli Krwawą Zarazę. Czy ojciec wziąłby ją wówczas 

na statek? Może teraz byłaby mężatką i miała własne dzieci?

– O czym myślisz? – spytał cicho Grag. Oparł łokcie na stole, złożył podbródek w 

dłoniach i przyjrzał się dziewczynie z czułością. Na stole stała butelka wina, dwie szklanki i 

resztki zimnej kolacji. 

Dziewczyna przywiozła jedzenie ze sobą. List, który przyszedł do domu, pochodził 

właściwie   od   matki   Graga   i   przeznaczony   był   dla   jej   matki.   Kupcowa   Tenira   uprzejmie 

zapytywała, czy Althea mogłaby wykonać dla niej pewne zlecenie. Keffria uniosła brwi, lecz 

Ronica prawdopodobnie uznała, że jej młodsza córka i tak ma zszarganą reputację, więc się 

zgodziła.

Koń  czekał  na  dziewczynę w  miejskich stajniach. Althea  wyruszyła w   drogę, nie 

wiedząc, dokąd jedzie. Kiedy mijała małą tawernę na przedmieściu, jakiś włóczykij wcisnął 

jej w rękę liścik. Zgodnie ze wskazówkami dotarła do gospody, gdzie spodziewała się Graga. 

Niestety, gdy przybyła na miejsce, dostała jedynie następny list, świeżego konia i męski 

płaszcz z kapturem. Wierzchowiec obładowany był paczkami.

Wyprawa pachniała tajemnicą i przygodą, lecz Althea starała się ani na chwilę nie 

zapomnieć,   że   sprawa   jest   poważna.   Odkąd   Tomie   Tenira   przeciwstawił   się   poborcy 

podatkowemu   satrapy,   Miasto   Wolnego   Handlu   podzieliło   się   na   jego   zwolenników   i 

przeciwników.   Szybkie   zabranie   „Ofelii”   z   portu   było   mądrą   decyzją,   ponieważ   wkrótce 

wpłynęły   do   niego   kolejne   trzy   chalcedzkie   łodzie   patrolowe.   Ich   widok   wzbudził   w 

mieszkańcach podejrzenia, że poborca podatkowy może posiadać bliższe kontakty z Chalced, 

niż ktokolwiek (łącznie z mieszkańcami Jamaillii) przypuszczał. Później ktoś się włamał do 

kwater poborcy i z rozmysłem powybijał hodowane przez niego gołębie pocztowe. Podpalono 

też   magazyny,   które   przetrwały   pożar   w   noc   Rady   Kupców.   Od   tej   pory   chalcedzcy 

najemnicy   nie   tylko   patrolowali   port   i   przyległe   wody,   lecz   również   strzegli   mieszkania 

poborcy. Wielu niegdyś konserwatywnych Pierwszych Kupców obecnie sympatyzowało z 

osobami, które cicho wspominały o niezależności od stolicy.

Poborca zrobił z Graga Teniry kozła ofiarnego i przelał na niego wszystkie swoje 

pretensje wobec miasta. Wyznaczył bardzo wysoką cenę za jego głowę. Sugestia Brashena, że 

background image

Althea nieźle by zarobiła na „sprzedaniu” Graga, była żartem, ale nie przesadą. Nagroda 

wystarczyłaby   prawdopodobnie   na   ponowne   wodowanie   „Paragona”.   Jeśli   uciekinier   nie 

zniknie w najbliższym czasie, nawet wiernych wobec niego ludzi może skusić zawyżona 

suma.

Teraz więc, gdy patrzyła na młodego Tenirę, miała złe przeczucia. Grag musiał podjąć 

jakąś decyzję, i to jak najszybciej. Już rozmawiali o tej sprawie jakiś czas temu. Postanowiła 

wrócić do tego tematu.

– Ciągle nie rozumiem, dlaczego się kręcisz w pobliżu naszego miasta. Na pewno 

mógłbyś się stąd wymknąć na pokładzie jednego z żywostatków. Dziwne, że agenci satrapy 

jeszcze cię tu nie wyśledzili. Powszechnie wiadomo, że twoja rodzina posiada chatę w lesie 

Sanger.

– Tak, wszyscy wiedzą... Byli tu już dwukrotnie i przeszukali ją. Znowu mogą przyjść. 

Ale jeśli przyjdą, znajdą ją pustą i niezamieszkaną, tak jak poprzednio.

– Jak to możliwe? – spytała zaintrygowana Althea.

Grag roześmiał się niewesoło.

– Ojciec mojego wuja nie był najbardziej cnotliwym z mężczyzn. Rodzinna plotka 

głosi,   że   spotykał   się   w   tej   chacie   z   licznymi   kobietami.   Dlatego   za   fałszywą   ścianą   w 

najniższej piwnicy znajduje się nie tylko piwniczka z winem, lecz także maleńka komnatka. 

Mamy   też   bardzo   kosztowną   parę   połączonych   ze   sobą   dzwonków.   Drugi   został 

zainstalowany na moście, po którym tu przejechałaś.

– Nie słyszałam żadnego dzwonka, kiedy przejeżdżałam przez most – zaprotestowała 

Althea.

–   To   zrozumiałe,   ponieważ   jest   maleńki,   ale   bardzo   czuły.   Gdy   przejechałaś, 

zadzwoniły oba – tamten na moście i ten tutaj. Dziękuję Sa za tę magię z Deszczowych 

Ostępów.

Podniósł   szklankę   w   geście   sugerującym   toast   za   krewniaków   znad   Rzeki 

Deszczowej. Dziewczyna wypiła z nim, po czym odstawiła szklankę i wróciła do tematu.

– Zatem pozostaniesz tutaj?

Potrząsnął głową.

– Nie. Złapią mnie, to tylko kwestia czasu. Trzeba tu przecież dostarczać zapasy, a 

okoliczna ludność zna miejsce mojego pobytu. Wielu z nich to przedstawiciele Imigrantów z 

Trzech Statków. Dobrzy ludzie, lecz niebogaci. Któryś w końcu ulegnie pokusie. Nie, nie, 

ucieknę. Dlatego właśnie ubłagałem matkę o zorganizowanie naszego spotkania. Balem się, 

że twoja rodzina będzie mu przeciwna. Nie powinienem spotykać się z tobą sam na sam, 

background image

szczególnie w tych okolicznościach. Rozpaczliwe czasy rodzą jednakże rozpaczliwe środki. – 

W jego oczach dostrzegła przeprosiny. Cicho parsknęła, rozbawiona. 

–   Matka   nie   zastanawiała   się   długo   nad   tą   sprawą.   Obawiam   się,   że   na   dobre 

przylgnęła do mnie dziecięca reputacja zbuntowanej łobuzicy. To, co w zachowaniu mojej 

siostry byłoby skandaliczne, dla mnie jest dopuszczalne.

Chwycił jej dłoń, uścisnął gorąco i nie puszczał.

–   Czy   zachowam   się   bardzo   niewłaściwie,   jeśli   powiem,   że   ogromnie   się   z   tego 

cieszę? W przeciwnym razie nie poznałbym cię dostatecznie dobrze, by cię pokochać.

Oniemiała.  Chciała   go  również  zapewnić   o  swojej   miłości,   niestety   kłamstwo   nie 

przeszło jej przez gardło. Dziwne! Nie wiedziała, że nie ma w niej tego uczucia, póki nie 

spróbowała   go   wyrazić   słowami.   Zaczerpnęła   oddechu,   by   powiedzieć   Gragowi   coś 

prawdziwego: że przyjechała się nim opiekować albo że jest zaszczycona jego wyznaniem, 

ale nie dopuścił jej do głosu. Potrząsnął głową.

– Nic nie mów. Nie musisz. Wiem, że mnie nie kochasz, jeszcze nie. Twoje serce jest 

nawet   ostrożniejsze   niż   moje.   Wiedziałem   o   tym   od   początku.   A   gdybym   nie   wiedział, 

uświadomiłaby   mnie   „Ofelia”,   która   mi   radziła,   w   jaki   sposób   się   do   ciebie   zalecać.   – 

Roześmiał się z lekką dezaprobatą. – Nie żebym szukał jej rady... W pewnym sensie wszakże 

zawsze była mi drugą matką. Nawet nie czeka, aż poproszę ją o radę.

Dziewczyna uśmiechnęła się z wdzięcznością. – Nie znajduję w tobie żadnych wad, 

Gragu. Nigdy nie zrobiłeś  nic niegodnego i wiem, że powinnam cię kochać. Moje życie 

jednak tak się ostatnio zmieniło, że nie mam już czasu na rojenie nadziei lub osobistych 

marzeń.   Problemy   mojej   rodziny   bardzo   mi   ciążą.   Ponieważ   nie   ma   w   domu   żadnego 

dorosłego mężczyzny, wiele męskich obowiązków spadło na mnie. Nikt poza mną nie może 

popłynąć za „Vivacią”.

– Porzuciłem już nadzieję, że popłyniesz teraz ze mną. Przypuszczam, że nawet w 

obecnych  czasach  zbyt  pospieszny  ślub  nie  byłby  odpowiedni.  –  Grag  obrócił   jej  dłoń  i 

przesunął po niej kciukiem. Po ramieniu Althei przebiegł dreszcz. – A później? Gdy nadejdą 

lepsze czasy... Albo może gorsze... Chciałbym wiedzieć, czy kiedyś będziesz towarzyszką 

mojego życia? Wyjdziesz za mnie?

Zamknęła   oczy.   Miała   przed   sobą   dobrego   człowieka,   uczciwego   i   prawego, 

przystojnego, godnego pożądania, nawet majętnego... – Nie wiem – odparła cicho. – Staram 

się zobaczyć przyszłość i wyobrazić sobie czasy, gdy moje życie będzie należało tylko do 

mnie, gdy będę mogła o sobie decydować i postępować zgodnie z własnymi pragnieniami... 

Niestety,   nie   potrafię.   Jeśli   wszystko   potoczy   się   po   mojej   myśli   i   odzyskamy   rodzinny 

background image

żywostatek, ciągle jeszcze czeka mnie walka o niego z Kyle'em. Gdybym zdobyła „Vivacię” 

dla   siebie,   chciałabym   na   niej   pływać.   –   Spojrzała   mu   prosto   w   oczy.   –   Już   o   tym 

rozmawialiśmy. Ty nie możesz opuścić „Ofelii”, ja zaś pragnę odebrać szwagrowi „Vivacię”. 

Co zrobimy, jeśli obojgu się to uda?

Grag westchnął.

–   Stawiasz   mnie   w   trudnej   sytuacji.   Nie   potrafię   ci   życzyć   sukcesu,   bo   jeśli 

zdobędziesz to, czego pragniesz, stracę cię. – Widząc, jak Althea marszczy brwi, zaśmiał się 

głośno. – Ale trzymam za ciebie kciuki. Niemniej jeśli ci się nie uda... no cóż, będę na ciebie 

czekał. Wraz z „Ofelią”.

Odwróciła   wzrok   i   pokiwała   głową,   lecz   serce   w   niej   zamarło.   Jaka   czeka   ją 

przyszłość? Życie bez własnego statku. Brak „Vivacii”. Będzie pływać na pokładzie statku 

Graga jako pasażerka i jego żona. Później zajdzie w ciążę i zostanie na brzegu. Patrzyłaby, 

jak   jej   synowie   dorastają   i   kolejno   odpływają   z   ojcem.   Siedziałaby   w   domu,   kierowała 

gospodarstwem i wydawała córki za mąż. Nagle przyszłość wydała jej się siecią, która w 

miarę upływu czasu będzie ją otaczać coraz ściślej, więżąc w środku. Próbowała przekonać 

samą   siebie,   że   jej   przyszłe   życie   nie   będzie   wcale   takie   złe.   Grag   znał   ją   tak   dobrze. 

Wiedział, że serce zostawiła na morzu. Tylko że... Akceptował jej powinności wobec rodziny, 

póki była panną. Gdy się pobiorą, będzie miała obowiązki wobec niego. Po co marynarze się 

żenią? Czy nie po to, by ktoś dbał o ich domy i wychowywał ich dzieci?

– Nie mogę zostać twoją żoną. – Wręcz nie wierzyła, że wypowiedziała to zdanie na 

głos. Zmusiła się do spojrzenia Gragowi w oczy. – Wiesz, co naprawdę powstrzymuje mnie 

przed pokochaniem ciebie? Świadomość ceny, którą musiałabym zapłacić za tę miłość. Łatwo 

mogłabym cię pokochać, ale nie potrafiłabym żyć w twoim cieniu.

– W moim cieniu? Altheo, nie rozumiem. Byłabyś moją żoną, osobą szanowaną przez 

moją rodzinę, matką rodu Tenirów. – Rozpaczliwie szukał przekonujących słów. – Niczego 

więcej nie mogę ci zaproponować – dodał ze smutkiem. – Tylko tyle mogę zaofiarować 

kobiecie,   którą   poślubię.   Tylko   to   i   samego   siebie.   –   Zniżył   głos   do   szeptu.   –   Miałem 

nadzieję, że moja oferta jest wystarczająca, że cię zdobędę... – Puścił jej dłoń.

– Gragu, żaden mężczyzna nie mógłby mi zaoferować więcej. Żaden nie jest od ciebie 

lepszy...

– Nawet Brashen Treli? – spytał szorstko.

Jej serce zmieniło się nagle w sopel lodu. A zatem wiedział! Wiedział, że spała z 

Trellem. Gdyby w tej chwili stała, na pewno by upadła. Na Sa, za chwilę zemdleje! Śmieszne!

Grag wstał nagle, odszedł kilka kroków i zapatrzył się w mroczny las.

background image

– Kochasz go?

Pytanie zabrzmiało jak oskarżenie.

– Nie wiem – wydukała ochryple, bo zaschło jej w gardle. – I nie potrafię zrozumieć, 

jak to się stało. Oboje byliśmy pijani, do piwa dodano narkotyk, a...

– Znam tę sprawę. – Przerwał jej obcesowo. Nadal na nią nie patrzył. – Wiem o 

wszystkim od „Ofelii”. Ostrzegała mnie przed tobą, a ja głupi nie chciałem wierzyć.

Althea ukryła twarz w dłoniach. Ostrzegała go?! Poczuła w sobie nagłą pustkę, jej 

duszę wypełniła świadomość ogromnej, nieodwracalnej straty. Nagle zwątpiła, że „Ofelia” 

kiedykolwiek ją lubiła.

– Od jak dawna wiesz? – wyszeptała.

Westchnął ciężko.

– Pamiętasz tę noc, gdy mnie nakłaniała do pocałunku? Pocałowałem cię, a ona... 

powiedziała mi później. Przypuszczam, że czuła się wobec mnie... och, nie wiem... winna. 

Pewnie nagle zaczęła się obawiać, że możesz mnie zranić. Uznała, że jeśli za bardzo się w 

tobie zakocham, a potem się dowiem, że jesteś... inna, niż oczekiwałem...

– Dlaczego mi nie powiedziałeś wcześniej?

Niezdarnie wzruszył ramionami.

–   Sądziłem,   że   ten   jeden   błąd   nie   będzie   miał   dla   mnie   żadnego   znaczenia. 

Oczywiście, było mi przykro. I chciałem zabić drania! Miałem ochotę zrobić mu krzywdę... 

Tyle że potem „Ofelia” zasugerowała mi, że może żywisz do Trella jakieś uczucia, może 

nawet jesteś w nim trochę zakochana. 

Czy zadawał jej pytanie?

– Nie sądzę – odrzekła szeptem. Zaskoczyła ją niepewność we własnym głosie.

– To ciekawe – mruknął Grag z goryczą. – Wiesz, że mnie nie kochasz, ale uczuć do 

Brashena nie jesteś pewna.

– Znam go od bardzo dawna. – Pragnęła dodać, że na pewno go nie kocha, ale jakoś 

nie potrafiła. Jeśli znasz kogoś długo i blisko się z nim przyjaźnisz... czy nie czujesz do niego 

jakiegoś rodzaju miłości? Przyszedł jej na myśl Davad Restart. Pogardzała jego czynami, a 

równocześnie nie mogła zapomnieć o dobrotliwym wujaszku z jej dzieciństwa. – Przez wiele 

lat Brashen był moim najlepszym kumplem i towarzyszem ze statku. To, do czego między 

nami doszło, nie jest w stanie zniszczyć wieloletniej przyjaźni. Zrozum, że...

– Niczego nie rozumiem. – Grag pod pozornym spokojem skrywał szczery gniew. – 

Ten mężczyzna cię zhańbił, Altheo. Gdy się o tym dowiedziałem, byłem wściekły. Chciałem 

go wyzwać na pojedynek. Powinnaś go nienawidzić. Uważałem, że zasłużył sobie na śmierć, 

background image

że po tym czynie nigdy nie ośmieli się wrócić do Miasta Wolnego Handlu. Gdy się pojawił w 

okolicy, pragnąłem go zabić. Powstrzymało mnie tylko to, że wyzywając go, musiałbym 

ujawnić powód, a nie chciałem cię kompromitować. Później usłyszałem, że odwiedził cię w 

domu. Pomyślałem, że może zamierza rozwiązać tę sprawę w sposób honorowy. Sądziłem, że 

mu odmówiłaś... Czy ci się oświadczył? Czy masz wobec niego jakieś zobowiązania i dlatego 

odsuwasz mnie?

Pojmowała jego desperację. Tak bardzo się starał zrozumieć jej postępowanie.

Podeszła   do   niego   i   również   zapatrzyła   się   w   las.   Cienie   gałęzi,   konarów   i   pni 

tworzyły mroczny gąszcz.

– Nie zgwałcił mnie – wyjaśniła. – Muszę ci to wyznać. To, co się zdarzyło między 

nami, nie było mądre, lecz Brashen do niczego mnie nie przymuszał. Nie możesz go obarczać 

całą winą.

–   Jest   mężczyzną.   –   Grag   wypowiedział   te   słowa   bezwzględnym   tonem.   Splótł 

ramiona na piersi. – Z tego właśnie względu ponosi całkowitą odpowiedzialność. Powinien 

był cię chronić, a nie wykorzystywać twoją słabość. Mężczyzna musi panować nad swoją 

żądzą. Musi być silniejszy. 

Zaniemówiła. Czyżby naprawdę tak ją postrzegał? Była dla niego słabym, bezradnym 

stworzeniem,   które   trzeba   było   chronić   i   którego   życiem   powinien   kierować   najbliższy 

mężczyzna? Rzeczywiście uczciwie wierzył, że Althea nie zdołałaby powstrzymać Brashena, 

gdyby   zechciała?   Nagle   zaczął   w   niej   narastać   gniew.   Miała   ochotę   powiedzieć   coś 

strasznego, zranić Graga, a jednocześnie w jakiś sposób udowodnić mu, że sama decyduje o 

sobie. Gniew szybko wyparował i Althea pojęła beznadziejność swego pragnienia. Do tej 

pory uważała swój krótki romans z Brashenem za ich osobistą sprawę, która nikogo poza nimi 

nie powinna obchodzić. Niestety, młody Tenira myślał inaczej – sądził, że Treli wyrządził jej 

nieodwracalną krzywdę. Jego zdaniem ten wypadek zmienił ją na zawsze. Grag nie rozumiał, 

że dziewczyna mogła chcieć tego, co się stało.

Althea myślała inaczej. Jej wstyd nie wypływał z poczucia krzywdy, lecz ze strachu. 

Gdy prawda wyjdzie na jaw, jak to wpłynie na jej rodzinę? Jej punkt widzenia i opinia Graga 

różniły się tak radykalnie, że – dziewczyna uprzytomniła sobie z nagłą pewnością – nic nigdy 

nie zdoła pogodzić tych różnic. Nie ma dla nich wspólnej przyszłości. Nawet gdyby potrafiła 

porzucić   marzenie   o   własnym   statku,   nawet   gdyby   znienacka   zdecydowała,   że   pragnie 

posiadać   dom   i   wychowywać   dzieci...   jak   miałaby   pokonać   barierę   w   umyśle   jej   męża? 

Wizerunek słabej i bezbronnej kobietki zawsze będzie ją upokarzać.

– Muszę już wracać – rzekła stanowczo.

background image

– Zrobiło się późno – zaprotestował. – Nie możesz wyjechać o tej porze!

– Gospoda nie jest daleko, tuż za mostem. Będę jechała powoli. Ten koń wygląda na 

bardzo wytrzymałego.

Wreszcie się odwrócił. Na jego twarzy malowało się cierpienie.

– Zostań, proszę – błagał ją. – Zostań i porozmawiajmy. Przeanalizujmy wszystkie 

szczegóły.

– Nie, to nie ma sensu. – Jeszcze godzinę temu dotknęłaby jego ręki i pragnęłaby go 

pocałować... przynajmniej na pożegnanie. Teraz czuła, że stanął między nimi niemożliwy do 

przekroczenia mur.

– Jesteś dobrym człowiekiem. Znajdziesz godną ciebie kobietę. Życzę ci wszystkiego 

najlepszego. A przy najbliższej sposobności pozdrów ode mnie „Ofelię”.

Wszedł za nią w krąg tańczącego światła padającego z cynowej lampy. Dziewczyna 

podniosła kieliszek i dopiła wino. Kiedy rozejrzała się wokół, zrozumiała, że nie ma tu już nic 

do roboty. Była gotowa do odejścia.

– Altheo!

Odwróciła się, słysząc jego wołanie. Nagle wydał jej się bardzo chłopięcy i młody. 

Odważnie popatrzył jej w oczy. Nie próbował ukryć swego bólu.

– Moja oferta jest nadal aktualna. Będę czekał na twój powrót. Zostań moją żoną. Nie 

obchodzi mnie twoja przeszłość. Kocham cię.

Szukała słów, którymi mogłaby mu przekazać swoje uczucia.

– Masz dobre serce – oświadczyła w końcu. – Żegnaj.

 

background image

11. KONSEKWENCJE

Odkąd   Serillę   zaciągnięto   siłą   do   kapitańskiej   kabiny,   ani   razu   jej   nie   opuściła. 

Przeczesała palcami rozczochrane włosy i zastanowiła się, jak długo tu przebywa. Przejrzała 

w   pamięci   przeszłe   zdarzenia,   ale   nie   potrafiła   ich   ułożyć   we   właściwym   porządku 

chronologicznym.   Wspomnienia   migotały,   wyławiała   jedynie   ich   fragmenty.   Momenty 

przerażające i bolesne przeplatały się i nawarstwiały. Nie chciała o nich myśleć.

Niczym lwica walczyła z marynarzem, który ją przyprowadził do kwater kapitana. 

Chciała się zachowywać z godnością, lecz szybko odkryła, że jej się nie uda. Opierała się z 

całych   sił,   lecz   był   znacznie   silniejszy.   Gdy   go   uderzyła,   jednym   ruchem   chwycił   ją   i 

przerzucił sobie przez ramię. Śmierdział. Próbowała go bić i kopać, czym jedynie rozbawiła 

zarówno jego, jak i resztę załogi – świadków jej poniżenia. Wszyscy zgodnie lekceważyli 

krzyki o pomoc. Żaden ze spotkanych po drodze członków orszaku satrapy nie zareagował. 

Patrzyli   na   nią   obojętnie,   odwracali   się   bądź   znikali   za   drzwiami   swoich   kajut.   Serilla 

wiedziała, że nigdy nie zapomni min Cosga  i Kekki, gdy marynarz zabierał ją  z kabiny 

władcy.   Twarz   młodego   satrapy   rozświetlił   zadowolony   z   siebie,   triumfalny   uśmieszek, 

natomiast  jego  nałożnica   –  która  dopiero  co  ocknęła  się  z   narkotycznego  zamroczenia  – 

patrzyła w zafascynowanym podnieceniu.

Porywacz   zaniósł   Serillę   do   nieznanej   jej   części   statku,   wepchnął   do   mrocznej 

kapitańskiej   kajuty   i   zaryglował   drzwi.   Nie   wiedziała,   ile   czasu   spędziła   w   nerwowym 

oczekiwaniu. Sądziła, że upłynęło kilka godzin, lecz nie mogła mieć pewności. Jej emocje 

zmieniały się jak w kalejdoskopie – od wściekłości poprzez rozpacz aż po paniczny strach. 

Później   czuła   już   tylko   przerażenie.   Gdy   wszedł   kapitan,   była   kompletnie   wyczerpana 

krzykiem i płaczem, ręce bolały ją od długiego łomotania w drzwi. Po pierwszym uderzeniu 

załamała się i omal nie zemdlała. Była wykształcona i doskonale wychowana, nic jednak nie 

przygotowało   ją   na   męską   agresję.   Kapitan   bez   trudu   pokonał   jej   opór.   Nie   zdołała   go 

odepchnąć, była niczym parskające kocię w jego ręku. Zgwałcił ją – nie brutalnie, raczej na 

zimno, metodycznie. Gdy odkrył jej dziewictwo, wrzasnął zaskoczony, po czym zaklął we 

własnym języku. Później dalej sprawiał jej ból, a sobie przyjemność. Ile dni temu zaczęła się 

jej gehenna? Nie miała pojęcia. Ani razu nie wyszła z kabiny. Czas dzieliła na okresy, gdy 

kapitana nie było z nią i gdy wracał. Niekiedy ją wykorzystywał, innymi razy ignorował. Był 

bezosobowy w swym okrucieństwie. Właściwie jej nie zauważał. Nie zrobił najmniejszej 

próby,   by   zdobyć   jej   sympatię.   Okazywał   jej   tyleż   samo   grzeczności   co   nocnikowi   lub 

spluwaczce. Nigdy się do niej nie odzywał. Była tu dla niego, mógł jej używać, ilekroć poczuł 

background image

potrzebę. Jeśli mu to utrudniała – gdy się opierała albo błagała o litość – bił ją. Jeden niedbały 

cios   otwartą   dłonią   wystarczał   i   natychmiast   przestawała   się   buntować.   Wiedziała,   że 

następnym   razem   kapitan   uderzy   ze   znacznie   większą   siłą.   Po   jednym   z   wymierzonych 

policzków   zaczęły   jej   się   ruszać   dwa   zęby   i   przez   kilka   godzin   dzwoniło   w   uchu. 

Beznamiętność,   z   jaką   ją   bił,   przerażała   daleko   bardziej   niż   ewentualna   złośliwość. 

Sprawianie bólu przychodziło mu tak łatwo.

Na początku swej niewoli planowała zemstę. Przetrząsnęła kajutę, szukając czegoś, co 

mogłoby jej posłużyć za broń. Kapitan jednak okazał się nieufny. Kufry pozamykał i Serilli 

nie udało się podważyć żadnego wieka. Na biurku znalazła dokumenty, które utwierdziły ją 

we   wcześniejszych   podejrzeniach.   Rozpoznała   mapy   portu   Miasta   Wolnego   Handlu   oraz 

rejonu przy ujściu Rzeki Deszczowej. Podobnie jak na wszystkich widzianych wcześniej, 

także na tych mapach były wielkie białe plamy. Ziemie nieznane. W kajucie znalazła sporo 

listów,   lecz   nie   znała   chalcedzkiego.   Dokumenty   zawierały   wzmianki   o   pieniądzach   i 

nazwiska dwóch znanych jamaillskich szlachciców. Mogły to być informacje o łapówkach 

lub... rachunki za załadunek. Serilla starała się każdy papier odkładać starannie na miejsce. 

Niestety,   pewnie   coś   pomyliła,   a   może   kapitan   pobił   ją   tej   nocy   za   inne   wykroczenie. 

Rankiem zaniechała wszelkich myśli o oporze czy zemście. Nawet nie pragnęła przetrwać. 

Stała się bezmyślnym zwierzęciem.

Po pewnym czasie nauczyła się zjadać resztki jego posiłków. Kapitan rzadko jadał w 

kabinie, a swojej niewolnicy nie przynosił nic. Prawie cały czas siedziała skulona w rogu 

łóżka. Szatę miała w strzępach. Przestała myśleć. Cała zmieniła się w strach. Dziś mógł ją 

zbić, jutro – oddać załodze. Mógł też zatrzymać ją na zawsze, do końca życia, w tej kabinie. 

Najbardziej przerażała ją myśl, że mógłby ją oddać satrapie niczym zepsutą zabawkę, która 

przestała go bawić. A jeśli uczyni ją ciężarną? Co wtedy?

Czasami   wyglądała   przez   okno.   Niewiele   widziała.   Wodę.   Wyspy.   Ptaki.   Oznaki 

stoczonej bitwy, przypalone drewno, poszarpane żagle, ludzie skuci łańcuchami. Załoga tego 

statku atakowała małe, zamieszkane przez banitów osady na Kanale Wewnętrznym. Brała 

łupy i jeńców, których zmieniała w niewolników. Chyba radziła sobie całkiem dobrze.

Któregoś   dnia   przypłyną   do   Miasta   Wolnego   Handlu.   Co   wówczas?   Serilli 

przypomnienie celu podróży wydawało się maleńką szczeliną, przez którą wpadło światło. 

Jeśli zdoła się jakimś sposobem wymknąć w mieście Pierwszych Kupców, jeśli zdoła się 

dostać na brzeg, będzie mogła gdzieś się ukryć. Nikt się nie dowie, co przeszła. Nie mogła już 

żyć jak dotychczas. Nie była już taka sama jak niegdyś. Tą dawną Serillą, łagodną, słabą i 

rozpieszczoną, uczoną, dobrze wychowaną, dbałą o każde słowo, gardziła teraz. Tamta Serilla 

background image

była   bezsilna   i   nie   potrafiła   odeprzeć   gwałciciela,   a   wcześniej   uniosła   się   głupią   dumą, 

odrzuciła łoże satrapy i znalazła się w koi okrutnego Chalcedczyka. Była też tchórzem – nie 

potrafiła zabić ani kapitana, ani nawet siebie.

Jej gehenna skończyła się równie nagle, jak się zaczęła. Któregoś dnia w drzwiach 

stanął obcy marynarz i gestem nakazał jej pójść za sobą.

Naciągnęła   na   siebie   koc   i   kuląc   się   przed   spodziewanym   uderzeniem,   drżącym 

głosem spytała:

– Dokąd mnie zabierasz?

– Do satrapy. – Dwa słowa stanowiły całą jego odpowiedź. Albo nie znał jej języka, 

albo uważał, że nie musi mówić nic więcej. Wykonał nagły ruch głową w stronę drzwi.

 Wiedziała, że musi go posłuchać. Wstała. Gdy ściśle otulała się kocem, marynarz nie 

próbował jej go odebrać. Poczuła dla niego taką wdzięczność, że aż w oczach zakręciły jej się 

łzy. Ostrożnie wyszła za nim. Odnosiła wrażenie, że wkracza w nowy, nieznany sobie świat. 

Szła ze spuszczonymi oczyma do kwater satrapy.

Oczekiwała, że będzie miała choć trochę czasu na umycie się, zmianę ubrania. Stało 

się inaczej. Marynarz otworzył drzwi szarpnięciem i niecierpliwym gestem kazał jej wejść.

Zrobiła krok do przodu i natychmiast poczuła smród. Od dawna panowały upały i cały 

statek cuchnął, Serilla jednakże poczuła też odór wymiotów i potu. Odsunęła się ze wstrętem, 

lecz marynarz był bezlitosny; chwycił ją za ramię i wepchnął do środka. – Do satrapy – 

powtórzył.

Odważyła się wejść w głąb dusznej kabiny. Wokół panowała cisza. Ktoś tu sprzątał, 

lecz   dość   niedbale.   Większość   ubrań   wisiała   na   oparciach   krzeseł,   kilka   walało   się   na 

podłodze.   Kadzielnice,   w   których   satrapa   palił   zioła,   zostały   opróżnione,   ale   nie 

wyczyszczone. W kabinie czuć było stęchłym dymem. Ze stołu zabrano talerze i szklanki, 

pozostały   jednak   na   nim   lepkie   kręgi   od   denek   butelek.   Zza   ciężkich   zasłon   w   oknie 

dobiegało brzęczenie muchy.

Kajuta wydawała się dziwnie swojska. Serilla zamrugała z niedowierzaniem. Czyżby 

budziła się ze złego snu? Jakim sposobem po tym wszystkim, co przeszła, ten pokój mógł 

trwać   niezmieniony   wraz   ze   swoim   domowym   nieładem?   Rozejrzała   się   wokół   siebie, 

oszołomienie z wolna ją opuszczało. Podczas gdy kapitan więził ją i wielokrotnie gwałcił, 

raptem o kilkadziesiąt metrów dalej życie satrapy i jego orszaku toczyło się dawnym trybem. 

Nieobecność Serilli niczego nie zmieniła. Ludzie nadal pili, jedli, słuchali muzyki i grali w 

karty.   Śmieci   i   bałagan   związane   z   ich   bezpieczną,   zwyczajną   egzystencją   nagle   ją 

rozwścieczyły. Poczuła w sobie straszliwą siłę. Miała ochotę roztrzaskać krzesła o stół, potłuc 

background image

ciężkie witraże, powrzucać do morza malowidła, wazony i statuetki.

Jednakże nie zrobiła nic. Stała bez ruchu, aż na powrót poczuła się sobą. Wówczas 

uznała, że nie warto tracić energii na furię.

Nie   wierzyła,   że   pokój   jest   pusty.   Nagle   usłyszała   jęk.   Dochodził   ze   skłębionej 

pościeli. Podeszła do łóżka.

Leżał na nim satrapa. Twarz miał bladą, spocone włosy przylepione do czoła. Wokół 

niego unosił się silny zapach choroby. Koc zrzucony na podłogę obok koi cuchnął wymiotami 

i żółcią. Serilla patrzyła na Cosga tak długo, aż wreszcie otworzył oczy. Zamrugał słabo, 

usiłując skupić na niej spojrzenie.

– Wróciłaś – wyszeptał. – Dzięki Sa! Boję się, że umieram.

– Mam nadzieję, że to prawda.

Skulił się pod jej spojrzeniem. Oczy miał zapadnięte i przekrwione. Ręce mu drżały. 

O ironio! Przeżyć w strachu tyle dni, a później odkryć, że człowiek, który skazał ją na taki 

los,   leży   teraz   chory   i   słaby   jak   niemowlę!   Wymizerowana   twarz   satrapy   wreszcie 

przypominała szlachetne rysy jego ojca. Podobieństwo to zabolało Serillę, a równocześnie ją 

wzmocniło. Nie, nie, młodemu władcy nie udało się jej poniżyć. Była na to zbyt silna.

Nagle odrzuciła koc, naga podeszła do szafy. Poczuła na sobie jego wzrok. Już się nie 

wstydziła. Zaczęła wyrzucać na podłogę jego ubrania, szukając czegoś czystego do włożenia. 

Większość ubrań śmierdziała narkotycznymi ziołami albo perfumami. Znalazła parę luźnych 

białych   spodni   oraz   czerwoną   jedwabną   koszulę.   Spodnie   były   na   nią   o   wiele   za   duże. 

Przewiązała je pięknie utkaną czarną szarfą. Haftowany kaftan przykrył jej piersi. Wzięła 

jedną   z   licznych   szczotek  do   włosów,   oczyściła  ją,   po  czym  zaczęła   się  czesać.   Satrapa 

obserwował ją zamglonymi oczyma.

– Wezwałem cię, ponieważ Kekki zachorowała – rzekł cicho. – Nie ma nikogo, kto 

mógłby  się   mną  opiekować.  Tak  dobrze  się  bawiliśmy,  gdy  nagle  dosięgła  nas   choroba. 

Wszyscy zachorowali, jeden po drugim. Lord Durden zmarł pewnej nocy przy kartach. Potem 

zaczęli chorować inni. Podejrzewam truciznę. Nikt z załogi nawet nie zasłabł. Tylko ja i 

ludzie wobec mnie lojalni. W dodatku kapitan w ogóle się nami nie przejmował. Służący, 

którzy  mieli  mnie doglądać,  także  chorują.  Wypróbowałem wszystkie  moje  leki,  niestety 

żaden nie przyniósł ulgi. Proszę, Serillo, nie opuszczaj mnie! Bez ciebie umrę. Nie chcę, by 

mnie wyrzucili za burtę jak lorda Durdena.

Splotła włosy w warkocz. Przyjrzała się sobie w lustrze, odwracając twarz z boku na 

bok. Cerę miała ziemistą. Sińce po jednej stronie twarzy już bladły. W nozdrzu odkryła 

skrzep krwi. Podniosła z podłogi jakąś koszulę władcy i wytarła w nią nos. Znowu spojrzała 

background image

na  swoje  odbicie.  Nie  rozpoznała   się.  W  zwierciadle  czaiło  się  przerażone,  rozdrażnione 

zwierzę. Stała się niebezpieczna. Tak, na tym właśnie polegała różnica. Zerknęła na satrapę.

– Dlaczego miałabym się tobą opiekować? Oddałeś mnie Chalcedczykowi niczym 

ogryzioną kość rzuconą psu. Oczekujesz troski w zamian za ten okrutny czyn? – Popatrzyła 

mu śmiało w oczy. – Mam nadzieję, że umrzesz.

– Nie możesz tak mówić! –jęknął. – Jestem satrapą. Jeśli umrę bezpotomnie, w całej 

Jamaillii zapanuje chaos. Perłowy Tron nie był pusty od siedemnastu pokoleń.

– Teraz jest pusty – zauważyła słodko. – Szlachcice jakoś radzą sobie teraz bez twojej 

pomocy i tam samo będą sobie radzili po twojej śmierci. Może nawet jej nie zauważą.

Przemierzyła pokój i podeszła do kasetek z biżuterią. Najdroższe cacka znajdowały się 

w   osobnych,   dobrze   zamkniętych   puzderkach.   Niedbałym   ruchem   podniosła   nad   głowę 

ozdobnie rzeźbione pudełko i cisnęła je na podłogę. Gruby dywan złagodził upadek. Serilla 

nie zamierzała się poniżyć do kolejnej próby. Postanowiła się zadowolić prostym srebrem i 

złotem. Otworzyła przegródki pierwszej z brzegu prostej kasetki. Wybrała sobie kolczyki i 

naszyjniki. Nie potrafiła zapomnieć, że satrapa oddał ją komuś niczym swoją dziwkę. Teraz 

ona każe mu zapłacić za swoją krzywdę na wiele sposobów. Te błyskotki mogą się stać jej 

jedynym źródłem utrzymania w Mieście Wolnego Handlu. Wsunęła pierścienie na palce i 

zapięła na kostce ciężki złoty łańcuch. Nigdy nie nosiła biżuterii, więc poczuła się prawie jak 

w zbroi. Dotąd uważała, że własną wartość nosi wewnątrz, w sercu, w  duszy. Teraz się 

zmieniła.

– Czego ode mnie chcesz? – zapytał satrapa wielkopańskim tonem. Spróbował usiąść, 

lecz opadł z powrotem na poduszki. Przez chwilę jęczał. – Dlaczego jesteś dla mnie taka 

niedobra? – pisnął jak dziecko.

– Oddałeś mnie mężczyźnie, który mnie wielokrotnie zgwałcił. Bił mnie. W dodatku 

zrobiłeś   to   z   rozmysłem.   Wiedziałeś,   że   cierpię,   i   mi   nie   pomogłeś.   Póki   mnie   nie 

potrzebowałeś, nie dbałeś o mój los. Bawił cię mój ból!

– Nie widzę u ciebie żadnych ran – oznajmił rozbrajająco. – Normalnie chodzisz, 

mówisz i jesteś dla mnie tak samo okrutna jak zawsze. Wy, kobiety, robicie tyle zamieszania 

wokół seksu, a przecież jest taki naturalny. Zostałyście stworzone do miłości, którą wam dają 

mężczyźni. A mnie tego odmówiłaś! – Skrzywił się, jakby miał zaraz wybuchnąć płaczem. – 

Wymyśliłyście słowo „gwałt”, dzięki któremu możecie udawać, że mężczyźni potrafią skraść 

wam coś, czego i tak macie w nadmiarze. Nie poniosłaś żadnej trwałej szkody, prawda? 

Przyznaję,   że   zrobiłem   ci   głupiego   psikusa,   nie   do   końca   przemyślałem   swój   żart...   Ale 

przecież nie zasługuję, by z tego powodu umrzeć. – Odwrócił głowę. – Nie wątpię, że po 

background image

mojej śmierci doświadczysz więcej rozkoszy – zauważył z dziecinną satysfakcją.

Miała   ochotę   go   zabić,   lecz   te   ostatnie   słowa   ją   powstrzymały.   Miał   rację,   ale 

zasługiwał na bezgraniczną pogardę. Najwyraźniej nie miał pojęcia, jakie zło jej wyrządził. 

Co gorsza, chyba nie umiał jej w ogóle zrozumieć. Niepojęte! Był przecież synem mądrego i 

szlachetnego władcy, który przyjął ją do grona swoich Towarzyszek Serca. Zastanowiła się, 

co powinna zrobić, by przetrwać. Cosgo nieumyślnie podsunął jej odpowiedź.

– Przypuszczam, że się mną zaopiekujesz, jeśli ci dam jakieś prezenty, zaszczyty i 

łapówki. – Siąknął nosem.

– Tak, panie – odparła lodowato.

Jeśli musi, będzie kosztowną dziwką. Podeszła do biurka solidnie przymocowanego 

do grodzi, zdjęła zeń porzucone ubrania i zapomniany talerz ze spleśniałymi słodyczami. 

Znalazła pergamin, pióro i atrament. Ułożyła je starannie, potem przysunęła sobie krzesło. 

Chciała usiąść, lecz nagle ponownie odkryła, że jest cała obolała. Zmieniła zamiar, ruszyła do 

wyjścia.   Gwałtownie   otworzyła   drzwi.   Na   straży   stał   marynarz,   który   popatrzył   na   nią 

pytająco.

– Satrapa potrzebuje kąpieli – oświadczyła władczym tonem. – Przynieście mu wannę, 

czyste ręczniki i parę kubłów wody. I to szybko!

Wróciła do biurka.

– Nie, nie chcę gorącej kąpieli. Jestem za bardzo znużony. Nie możesz mnie umyć tu, 

w łóżku?

Uznała, że pozwoli mu skorzystać z wody, kiedy sama się wykąpie.

– Cicho bądź, próbuję myśleć – odparła mu. Wzięła pióro, zamknęła na moment oczy 

i skoncentrowała się.

– Co robisz? – spytał.

– Szkicuję dokument, który podpiszesz. Nie przeszkadzaj! – Zastanawiała się nad 

warunkami.   Wymyśliła   sobie   nowe   stanowisko   –   stałej   wysłanniczki   satrapy   do   Miasta 

Wolnego Handlu. Potrzebowała pensji oraz pieniędzy na odpowiednie kwatery i służących. 

Wpisała hojną, chociaż nie horrendalną kwotę. Stawiając piórem równe znaki na pergaminie, 

zadumała się nad zakresem władzy, którą powinna sobie przyznać.

– Chce mi się pić – wyszeptał chrapliwie.

– Dam ci wody, kiedy skończę układać dokument, a ty mi go podpiszesz.

Wcale nie wydawał jej się ciężko chory. Podejrzewała, że cierpi z powodu kombinacji 

jakiejś prawdziwej dolegliwości, choroby morskiej oraz nadużywania wina i ziół rozkoszy. A 

ponieważ brakowało mu służby i rozrywek, sądził, że umiera. Zatrzymała pióro w pół słowa. 

background image

W apteczce satrapy znajdowały się środki wymiotne i przeczyszczające. Może – w ramach 

„opieki” – powinna dopilnować, by władca nie odzyskał za szybko zdrowia. Potrzebowała go, 

póki nie dopłyną do Miasta Wolnego Handlu.

Odłożyła pióro.

– Chyba trzeba ci najpierw podać lekarstwo – oznajmiła wspaniałomyślnie.


Document Outline