background image

TRACY BAER 

PUŁAPKA ZWANA MIŁOŚCIĄ 

Przełożyła Renata Kochan 

background image

ROZDZIAŁ 1 

Tej  zimowej  nocy  było  bardzo  zimno.  Dobywająca  się  z  nozdrzy  końskich  para 

momentalnie  zmieniała  się  w  biały  obłoczek,  kopyta  wystukiwały  twarde  stakkato  na 

zamarzniętym  śniegu,  a  mimo  to  Abby  Mills  czuła  nieodpartą  potrzebę,  by  pędzić  przed 

siebie, wciąż dalej i dalej, wydającą się nie mieć końca, rozległą równiną. Wiedziała, że albo 

znajdzie odpowiedź na dręczące ją pytanie, której tak długo szuka, albo wyczerpana do reszty 

osunie się z siodła. 

Miała  uczucie,  że  stanowi  jedność  z  koniem  i  wszechświatem.  Tu,  na  tej  pokrytej 

śniegiem  równinie  nie  było  autobusów  i  samochodów,  przypominających  boleśnie,  że  już 

wkrótce upomni się o nią dzień powszedni ze wszystkimi swymi problemami. 

Drobniutkie  lodowate  płatki  śniegu  kłuły  niby  cienkimi  igiełkami  jej  twarz.  Była 

wdzięczna za ten niewielki ból, pozwalał jej nie tracić kontaktu z rzeczywistością. Przechyliła 

się ponad szyją klaczy. 

-   Właśnie  tego  potrzebuję,  Malinko  -  szepnęła  do  zwierzęcia  -  szalonego  pędu  i 

wiatru we włosach. Uleć ze mną daleko, daleko stąd, zawieź mnie do oazy spokoju. 

Oaza spokoju to było miejsce ze snów, do którego często uciekała w myślach, będąc 

jeszcze  małym,  często  smutnym  dzieckiem.  Co  prawda  miała  rodziców,  lecz  mimo  iż  ją 

kochali  i  robili  wszystko,  aby  ją  uszczęśliwić,  nie  umieli  nawiązać  z  nią  bliższego 

uczuciowego  kontaktu.  Ów  chłód  emocjonalny,  kładący  się  cieniem  na  jej  dzieciństwie, 

sprawił, że w Abby nigdy nie zrodziło się pragnienie, aby wyjść za mąż i samej mieć dzieci. 

Było wręcz przeciwnie. 

Jako mała dziewczynka nigdy nie bawiła się z koleżankami w rodzinę, za to zawsze 

sobie wyobrażała, że lalki są jej braćmi i siostrami, których nie miała. W szkole uchodziła za 

doskonałą, a przy tym pewną siebie uczennicę, była ładna i powszechnie lubiana, nie miała 

zatem  powodu  się  skarżyć.  Wszakże  jej  dzieciństwo  i  wczesna  młodość  nie  należały  do 

najszczęśliwszych, a i teraz, przy swoich dwudziestu czterech latach czuła, że to, co naprawdę 

liczy się w życiu, po prostu przeszło niepostrzeżenie obok niej... 

Na  czternaste  urodziny  otrzymała  od  rodziców  w  prezencie  lekcje  jazdy  konnej.  Od 

tego  czasu  regularnie  odwiedzała  stadninę.  Malinka  była  jeszcze  źrebięciem,  kiedy  Abby 

znalazła  się  tam  po  raz  pierwszy,  za  małym,  aby  pokonać  nawet  najmniejszą  przeszkodę. 

Przez długi czas musiała więc jeździć na innym koniu, lecz jej serce nieodwołalnie należało 

do Malinki. 

background image

To na Malince pokłusowała któregoś dnia do wytęsknionej oazy spokoju, siedząc na 

jej  grzbiecie  oddawała  się  marzeniom  i  snuła  plany  na  przyszłość.  Podczas  jednej  z  takich 

wypraw  zdecydowała  się  studiować  rolnictwo,  na  długo  przedtem,  zanim  jej  szkolne 

koleżanki podjęły jakąkolwiek decyzję w tym względzie. Absolutnie przekonana o słuszności 

swego wyboru, ukończyła z odznaczeniem college, a w niedługi czas potem uzyskała jeszcze 

dyplom z zakresu hodowli bydła. 

Życie  w  Deerfield,  z  jego  ruchem  ulicznym,  zatłoczonymi  chodnikami  i  sklepami, 

biurowcami  i  lokalami  tanecznymi  nie  dawało  jej  wszakże  zadowolenia,  choć  znalazła 

ciekawą pracę w działającym dla potrzeb rolnictwa instytucie badawczym. Nie, nie mogła tu 

znaleźć  swojej  oazy  spokoju,  musiała  jej  szukać  poza  Deerfield.  Zanim  to  sobie  jednak 

ostatecznie uświadomiła, spędziła wiele bezsennych nocy. 

Każdego dnia zaraz po pracy jeździła do stadniny, aby odbyć przejażdżkę na Malince. 

Od  razu  z  pierwszej  pensji  wpłaciła  za  nią  zaliczkę,  a  potem  co  miesiąc  wpłacała  pewną 

sumę.  Młodszy  koń  z  pewnością  byłby  lepszym  interesem,  lecz  Abby  od  samego  początku 

chciała zostać właścicielką wyłącznie Malinki. Pragnęła mieć ją zawsze obok siebie, niestety 

w Deerfield nie miała jej gdzie trzymać. 

To Paul, kolega, z którym od czasu do czasu wychodziła tu i tam, pomógł jej podjąć 

decyzję. Już podczas nauki w High Scool i potem, gdy był w college’u, każdego lata pracował 

na farmie, więc zaproponował Abby to samo. 

Kiedy  Paul  mówił  o  przyrodzie,  czynił  to  niemal  tak,  jak  gdyby  był  poetą.  Nieraz 

nachodziła ją myśl, aby zabrać go ze sobą do stadniny i wyruszyć wraz z nim konno do krainy 

marzeń.  Nie  mogła  się  jednak  przemóc.  Nie  chciała  nikogo  ze  sobą  zabierać  do  własnego, 

intymnego świata, a już z pewnością żadnego mężczyzny. 

Abby  była  pewna,  że  zdarzy  się  coś,  co  całkowicie  odmieni  jej  życie.  Nie  miała 

konkretnego wyobrażenia, co to miałoby być, wolała na razie o tym nie rozmyślać. 

Przy tym wszystkim bardzo lubiła Paula i ceniła sobie jego rady, przyjaźń i szczerość. 

Praca w instytucie badawczym trzymała ją przez całe lato w mieście. Gdyby mogła ten czas 

spędzać na wsi, z pewnością by lepiej rozumiała, o czym Paul mówił przez cały czas. Może 

udałoby jej się coś znaleźć dla siebie i dla Malinki, jakąś stodołę czy starą farmę, którą dałoby 

się doprowadzić do porządku. 

W dwa tygodnie później Abby znalazła dokładnie to, czego szukała. Był to stary młyn 

usytuowany  na  niewielkim  wzniesieniu.  W  pobliżu  przepływał  najczystszy  potok,  jaki 

kiedykolwiek  widziała.  Nieco  z  tyłu  stała  mała  stodoła.  Naokoło  rozciągały  się  sady, 

warzywniki i pełne kwiatów ogrody. 

background image

Ku  swemu  zaskoczeniu,  a  przy  tym  wielkiej  radości  stwierdziła,  że  młyn  po 

dokonaniu  drobnych  napraw  i  przeprowadzeniu  gruntownych  porządków  da  się  znowu 

uruchomić.  Znajdowało  się  tam  parę  antycznych  mebli,  oczywiście  dość  zniszczonych,  ale 

Abby  wiedziała,  jak  je  odnowić,  a  brakujące  sztuki  umeblowania  postanowiła  kupić  na 

aukcjach i wyprzedażach, oczywiście zwracając uwagę na to, aby pasowały do reszty i razem 

tworzyły stylową całość. 

Młyn  był  oddalony  dobry  kawałek  drogi  od  stadniny.  Abby  przywiozła  Malinkę 

specjalnym samochodem do przewozu zwierząt, aby się przekonać, czy klacz będzie się tam 

dobrze  czuć.  Kiedy  stwierdziła,  że  jej  ulubienicy  podoba  się  nowe  schronienie,  od  razu 

postanowiła  kupić  młyn  i  stodołę.  Na  szczęście  okazało  się,  że  może  zrobić  to  w  formie 

miesięcznych rat. 

Z początku trudno jej się było dogadać z właścicielem, lecz gdy ten zobaczył, że jej 

zamiary są naprawdę poważne i jak umiejętnie obchodzi się z koniem, odniósł wrażenie, że 

oddaje swoją posiadłość w dobre ręce. 

-  Ten młyn ma sto pięćdziesiąt lat - poinformował. - Zbudował go mój dziadek. 

Abby  wiedziała,  że  kupno  takiego  gospodarstwa  wiąże  się  ze  sporą 

odpowiedzialnością.  Owo  historyczne  miejsce  należało  za  wszelką  cenę  utrzymać  w 

charakterystycznym dla niego stylu. 

Natychmiast podzieliła się tą wielką nowiną z rodzicami, a nieco później podpisała akt 

kupna i rozpoczęła przygotowania do przeprowadzki. Zamiast, jak dotychczas, spędzać tylko 

lato na wsi, miała tu pozostać do końca życia. 

Samochodem  jechało  się  tu  z  Deerfield  niecałą  godzinę,  lecz  młyn  znajdował  się 

dostatecznie  daleko  od  zgiełku  wielkiego  miasta,  zatem  Abby  musiał  gruntownie  zmienić 

swój dotychczasowy styl życia. 

Paul bardzo się cieszył z jej decyzji i podarował jej z tej okazji zestaw przyrządów do 

badania gleby. 

Abby nazwała swój nowy dom „Oazą Spokoju”. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

Z grubej deski znalezionej w stodole Abby sporządziła szyld. Wycięła w drewnie za 

pomocą specjalnych narzędzi stylowane litery nowej nazwy posiadłości, zabejcowała deskę i 

polakierowała, po czym z nieopisaną dumą przytwierdziła ją nad drzwiami wejściowymi. 

Od  pierwszej  chwili  miała  wrażenie,  że  pod  tym  dachem  ciągle  jeszcze  żyją  duchy 

przeszłości. Dowodem na to wydawały się być stare lalki z gałganków znalezione w jednym z 

pokoi, a także wycięta z kolby kukurydzy oryginalna fajka. 

Poprzedni właściciel nie powiedział jej za wiele o swych > przodkach, którzy tutaj żyli 

i  gospodarowali,  ale  już  po  kilku  dniach,  kiedy  szukając  zapomnianych  skarbów  przejrzała 

zawartość  wybudowanych  szaf  i  strychu,  traktowała  wszystkie  przedmioty  naokoło  jak 

starych przyjaciół. 

Był  początek  maja,  gdy  z  radosnym  sercem  przystąpiła  do  prac  renowacyjnych. 

Wykorzystując światło dzienne starannie pociągnęła ramy okienne i żaluzje ciepłą w tonacji, 

żółtą  farbą.  Nad  oknami  w  części  mieszkalnej  młyna  i  pod  okapem  stodoły  wymalowała 

ornamenty  kwietne  i  symbole,  mające  jej  zapewnić  ciche  szczęście  i  dobre  zbiory. 

Wieczorami, po mozolnym przekopywaniu ogrodu i pracach zmierzających do przywrócenia 

meblom  ich  pierwotnego  wyglądu,  wertowała  zakupione  przez  siebie,  poświęcone 

ogrodnictwu książki, aby jak najszybciej przystąpić do uprawy warzyw. 

O  tej  porze  roku  sady  stanowiły  prawdziwą  rozkosz  dla  oczu.  Drzewa  owocowe, 

okryte wręcz rozrzutną ilością kwiecia, zapowiadały bogate zbiory. Upajająca woń wpadała 

przez szeroko otwarte okna docierając do najdalszych zakątków domu. 

Pod  koniec  pierwszego  tygodnia  spędzonego  w  „Oazie  Spokoju”  Abby  zajęła  się 

warzywnikiem.  Pieczołowicie  przygotowała  grządki  i  wytyczyła  ścieżki,  wydając 

jednocześnie bezlitosną  walkę  chwastom. Ogródka kwiatowego nie chciała jednak zakładać 

według z góry ustalonego planu. Cieszył ją urzekający barwami gąszcz rozkwitłych kwiatów i 

ziół rosnących gdzie popadnie, zważała tylko, aby nic nie wybujało zbyt wysoko, bo wtedy 

zasłoniłoby słońce innym roślinom. 

Tuż  pod  oknami  kuchennymi  znajdowały  się  jeszcze  resztki  dawnych  grządek  z 

ziołami. Abby posiała obok roślin wieloletnich także inne: bazylię, pietruszkę, szczypiorek i 

majeranek. Jesienią zamierzała te wszystkie zioła ususzyć. 

Miała nawet ochotę sprawić sobie parę kur, bo to oznaczało codziennie świeże jajka, 

lecz  ostatecznie  odłożyła  tę  sprawę  do  następnego  roku.  Najpierw  musiała  zająć  się  czym 

background image

innym. Przede wszystkim należało doprowadzić dom do połysku, gdyż na następny weekend 

zapowiedzieli swą wizytę rodzice, nie wolno jej było też zapominać o Malince, która musiała 

regularnie zażywać ruchu. Gdyby nie klacz, Abby od rana do nocy kręciłaby się po domu i 

ogrodzie, a tak każdego dnia wyjeżdżała w innym kierunku, poznając w ten sposób okolicę. 

Na dwa dni przed przyjazdem rodziców wyfroterowała wszystkie podłogi, a w oknach 

zawiesiła  nowe  firanki.  Na  razie  mieli  się  zadowolić  rozkładanymi  leżankami,  gdyż  zakup 

czegoś wygodniejszego Abby pozostawiła do letniej aukcji. 

Właściwie powinnam zaprosić też Paula, myślała. Pierwszy na to zasłużył, poddając 

jej pomysły i zachęcając do ich realizacji. 

Tego  popołudnia  wybrała  się  do  właścicieli  tych  farm  w  sąsiedztwie,  gdzie  przy 

wejściu widniał napis, że można tam kupić owoce i jarzyny. Do tej pory zaopatrywała się we 

wszystko  w  supermarkecie  w  pobliskim  miasteczku,  na  ten  weekend  chciała  się  jednak 

zaopatrzyć w produkty pochodzące bezpośrednio ze wsi, ażeby podkreśliły sielską atmosferę 

„Oazy Spokoju”. 

Jako pierwszą odwiedziła panią Wilkins,  której  farma leżała najbliżej  młyna. Starsza 

pani już nieraz widziała młodą sąsiadkę jeżdżącą konno i była rada, że wreszcie znalazła się 

okazja do pogawędki. 

Abby powiedziała, że z pewnością w niedługim czasie zjawi się u niej z wizytą, ale że 

w  tej  chwili  jest  bardzo  zajęta,  bo  oczekuje  rodziców,  którzy  mają  przyjechać  w  pierwsze 

odwiedziny. Potem spytała panią Wilkins, czy ta nie mogłaby jej sprzedać trochę chrupiącej 

sałaty prosto z grządki. 

-   Ależ  oczywiście  -  zapewniła  ucieszona  sąsiadka.  -  A  może  chciałaby  pani 

spróbować moich marynat? 

-  Boskie! - zachwycała się Abby, spróbowawszy różnych marynowanych specjałów, 

konfitur i zawekowanych kompotów. - Wezmę po jednym słoiku z każdego rodzaju. Pewnie 

nie zdradzi mi pani swoich smakowitych przepisów? 

-   Zwykle  tego  nie  robię  -  roześmiała  się  pani  Wilkins  -  ale  w  pani  wypadku  zrobię 

wyjątek. 

-  Dzięki - ucieszyła się Abby. 

-   Wie  pani  co?  -  rzuciła  skwapliwie  farmerka.  -  Po  prostu  zadzwonię  do  pani,  gdy 

następnym razem będę coś takiego przygotowywała. Będzie pani mogła zobaczyć na własne 

oczy, jak to się robi. 

-  Jest pani aniołem, pani Wilkins! Dokładnie tego sobie życzyłam, lecz nie śmiałam o 

to poprosić. 

background image

-   Jednego  się  pani  musi  nauczyć  zaraz  na  początku,  Abby,  bo  przecież  chyba  mogę 

tak do pani mówić, prawda? My tu na wsi nie bawimy się w formalności. Po prostu nie mamy 

na to czasu. 

-  Dobrze, będę o tym pamiętać. Potrwa jeszcze trochę, zanim będę mogła coś zebrać 

w  mym  ogrodzie,  więc  na  pewno  będę  zachodzić  do  pani.  A  przy  okazji,  studiowałam 

rolnictwo. Gdyby pani zechciała kiedyś zasięgnąć książkowej porady, jestem do dyspozycji. 

Żegnając się za panią Wilkins Abby wiedziała już, że z tą sąsiadką jej stosunki ułożą 

się najlepiej, jak tylko można sobie życzyć. 

W  poniedziałek  rano  Abby  wróciła  z  powrotem  do  pracy  w  instytucie.  Był  piękny 

słoneczny  dzień  i  Paul  pootwierał  w  laboratorium  wszystkie  okna.  Choć  w  powietrzu  czuć 

było przede wszystkim spaliny, pachniało jednak także trochę wiosną. Kiedy tak siedziała nad 

probówkami, tęsknota za „Oazą Spokoju” rosła w niej z przemożną siłą. 

-  To śmieszne, wcześniej w ogóle nie zwracałam uwagi na złe powietrze tu w mieście 

- powiedziała do Paula. 

-   Wygląda  na  to,  że  wiejskie  powietrze  lepiej  ci  służy  -  stwierdził.  -  Sprawiasz 

wrażenie zdrowszej i szczęśliwszej. 

-  Masz ochotę obejrzeć z końcem tygodnia mój nowy dom?  - spytała. -  Moi rodzice 

też  przyjadą,  lecz  chcę  mieć  w  tobie  honorowego  gościa.  Przecież  tyle  ci  zawdzięczam! 

Gdyby nie twe sugestie, sama z siebie prawdopodobnie nigdy bym się na to nie zdobyła. 

-   To  brzmi  naprawdę  zachęcająco,  niestety  nie  będę  mógł  przyjechać  do  ciebie  w 

piątek po pracy. Muszę załatwić sprawy związane z moim letnim zajęciem. Jeśli dopisze mi 

szczęście, będę pracować nie tak daleko od twego młyna. Co o tym myślisz? 

-   Cudownie,  Paul!  Odmieniłeś  całe  moje  życie  i  naprawdę  nie  wiem,  jak  ci  za  to 

dziękować. 

-   Odstąp  mi  trochę  marynat  i  konfitur,  gdyż  z  pewnością  będziesz  je  w  jesieni 

przygotowywać. To wszystko, czego sobie życzę. 

Kiedy Abby w piątek po pracy wróciła da domu, jej rodzice czekali już pod drzwiami. 

Nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Widocznie byli tak ciekawi jej nowego mieszkania, 

że przyjechali dwie godziny wcześniej, niż się spodziewała. 

Oczekiwała tej wizyty także z pewną obawą, spodziewając się, że matka skrytykuje w 

jej nowym domu absolutnie wszystko. W mniemaniu pani Mills nawet najpiękniejszy zamek 

nie mógł konkurować z zaciszem jej własnego domowego ogniska. Ku jej zdumieniu matka 

wydawała się całkowicie zadowolona z jej wyboru. 

-  Ale mimo wszystko powinnaś zawiesić nie takie przezroczyste firanki, moje dziecko 

background image

- nie mogła się powstrzymać od uwagi.  -  Jeśli chodzi  o mnie, to  nie mogłabym  mieszkać w 

domu gdzie sąsiedzi zaglądają do okien i widzą, co się robi. 

Abby o mały włos nie wybuchnęła głośnym śmiechem. Młyn stał na wzniesieniu, więc 

gdyby ktoś chciał zajrzeć w okna, musiałby wpierw przytaszczyć ze sobą drabinę. 

Pani  Mills wysunęła jeszcze parę propozycji, które nie były dalekie od  krytyki,  lecz 

wreszcie, trochę stropiona swym niefortunnym wystąpieniem w sprawie firanek, poddała się i 

tylko kiwała potakująco głową. 

Ojciec Abby za to mówił niewiele, ale było widać, jaki jest dumny z córki. 

Kiedy Abby przygotowywała świąteczny obiad w kuchni, układając sobie w głowie, 

jak to postawi na stole zapalone świece, mające przydać staremu młynowi właściwego efektu, 

doszła  ją  z  pokoju  rozmowa  rodziców.  Nieokreślone  uczucie  kazało  jej  naraz  podejść  pod 

drzwi i nadstawić uszu. 

-   Przecież  chyba  jej  nie  pozwolisz  mieszkać  tu  na  tym  pustkowiu?  -  usłyszała  głos 

matki. 

-  Al»ż uspokój się, moja droga. Abby jest dorosła i ma prawo układać sobie życie, tak 

jak chce. 

-   Ale  przecież  jesteśmy  ostatecznie  jej  rodzicami,  mamy  zatem  prawo  zabrać  w  tej 

sprawie głos! 

-  Oczywiście. Ale nie mamy już prawa niczego jej narzucać. 

-   Na  szczęście  pozostaje  dla  nas  jeszcze  jedna  nadzieja.  Zaprosiła  też  tego  miłego 

chłopca, Paula. Już nam więcej nie wmówi, że nie zależy jej na nim. Ze wszystkimi innymi 

zrywała od razu. 

-  Co chcesz przez to powiedzieć, Joan? - spytał pan Mills zdziwiony. 

-  Że ten Paul jest być może naszą ostatnią szansą. Może wreszcie dożyjemy chwili, że 

się opamięta i zrobi coś rozsądnego z własnym życiem. 

-  Przypuszczam, że mówisz o małżeństwie i wnukach. 

-  Tak, właśnie tak. 

Abby dosłownie trzęsła się ż oburzenia. Czyż matka nie rozumie, że ona nie jest już 

małym dzieckiem? Na szczęście w tym momencie nadjechał Paul, zrobiwszy wszystko, aby 

jednak  móc  skorzystać  z  zaproszenia,  bo  inaczej  jak  nic  wpadłaby  do  pokoju  i  urządziła 

rodzicom  scenę.  Ponieważ  już  go  znali,  mogła  spokojnie  zostać  w  kuchni  i  skończyć 

przygotowywanie obiadu, a przy okazji nieco się uspokoić. 

Prawdopodobnie  matka  będzie  natychmiast  próbowała  przeciągnąć  Paula  na  swoją 

stronę,  myślała  gniewnie,  wiedziała  jednak,  że  może  polegać  na  przyjacielu.  Doskonale 

background image

orientował się w planach pani Mills, nie marzącej o niczym innym, tylko o wydaniu córki za 

mąż, była więc pewna, że tego rodzaju  rozmowę, a niechybnie należało się jej spodziewać, 

przerwie taktownie pod byle pretekstem, lub zręcznie skieruje na inne tory. Najkomiczniejsze 

jednak w tym wszystkim było to, że to właśnie z Paulem miałaby się związać na poważnie, 

choć  prawdę  mówiąc  i  jej  samej  nieraz  to  przychodziło  do  głowy.  Rozumieli  się  przecież 

doskonale,  mieli  podobne  zainteresowania,  a  Paul  niejednokrotnie  dawał  wyraz  temu,  że 

życzy sobie, aby jego przyszła żona miała własne zdanie. 

Zgadzali się też co do tego, że praca jest najważniejsza w ich życiu, postanowili też, że 

nigdy  nie  staną  się  ofiarami  jakichkolwiek  konwencji,  Abby  wszakże  zaskoczył  sposób,  w 

jaki Paul odnosił się do jej matki. Czynił to bowiem z taką atencją, że wszystko wskazywało 

na to,  iż nie miałby nic  przeciwko poślubieniu jej  córki.  Kiedy wniosła  jedzenie, gawędzili 

ciągle  jeszcze  o  tym,  jak  dobrze  byłoby  osiedlić  się  na  stałe  w  takim  uroczym  zakątku  i 

wychowywać w czystym powietrzu zdrowe dzieci. 

Tą ostatnią uwagą Paul raz na zawsze przekreślił się w oczach Abby. Miała wrażenie, 

iż  ją  zdradził  przechodząc  w  tak  oczywisty  sposób  do  obozu  rodziców.  Naraz  poczuła  się 

bardzo  samotna,  ale  nie  zamierzała  zejść  z  raz  obranej  drogi.  Oznaczałoby  to  przecież 

rezygnację z marzeń i pogrzebanie ambitnych planów na przyszłość. 

background image

ROZDZIAŁ 3 

Przez  resztę  weekendu  Abby  bacznie  zważała  na  to,  aby  rozmowa  dotyczyła 

wyłącznie  spraw  związanych  z  zagospodarowaniem  ogrodu  i  ponownego  uruchomienia 

młyna. 

Kiedy  wczesnym  rankiem  wyruszyła  z  Paulem  na  konną  przejażdżkę  w  pola, 

próbowała mu wyjaśnić, co ją tak bardzo przygnębiło poprzedniego wieczoru, że nawet tu na 

zewnątrz nie umie się pozbyć uczucia przymusu. 

Paul  co  prawda  powiedział,  że  ją  doskonale  rozumie.  Abby  jednak  podświadomie 

czuła, że wypowiedzi jej matki w kwestii małżeństwa i dzieci zrobiły swoje. Kiedy bowiem 

przejeżdżali obok farmy bawiło się z pół tuzina dzieci, Paul zauważył, że to taki miły widok i 

że sam chętnie widziałby się w roli ojca. Mógł oczywiście rzucić tę uwagę ot, tak sobie, nie 

podkładając pod nią żadnych głębszych treści, lecz Abby w mgnieniu oka dosłownie cała się 

najeżyła i świadomie ociągała się z powrotem do domu. 

W niedzielę wieczorem, tuż przed wyjazdem rodziców, musiała przyrzec matce, że w 

środku tygodnia wpadnie do nich na obiad, lecz wcale nie zamierzała dotrzymać obietnicy. 

Jeśli  chodzi  o  Paula, to  do  letniej  przerwy  zostały  zaledwie  dwa  tygodnie,  a  przez  ten  czas 

mieli  jeszcze<  tyle  do  zrobienia,  że  spokojnie  mogła  ograniczyć  rozmowy  z  nim  do 

minimum. 

Potem  chciała  się  całkowicie  skoncentrować  na  „Oazie  Spokoju”.  W  wielkim  domu 

towarowym  Stamptona  poczyniła  zakupy  za  ponad  dwieście  dolarów.  Była  w  tym  przede 

wszystkim  sekretarka  automatyczna.  Co  prawda  mogła  te  pieniądze  włożyć  w  urządzenie 

domu, lecz uznawszy, że przede wszystkim liczy się spokój, wolała je zużyć na ten cel niż na 

nowy dywan, który uznała za mniej ważny. 

Ostatniego  piątku  Paul  wyszedł  gdzieś  na  jakiś  czas,  postanowiła  zatem  co  prędzej 

jechać do domu, aby oszczędzić sobie pożegnania z nim, czuła jednak, że musi mu zostawić 

choć parę słów, bo inaczej przez całe lato miałaby wyrzuty sumienia. 

Był to dla niej najtrudniejszy list, jaki kiedykolwiek pisała. Ostatecznie Paul przez tyle 

lat był jej przyjacielem. Gdyby nie dał do zrozumienia, że myśli o niej poważnie, z pewnością 

zapraszałaby go częściej do „Oazy Spokoju”. 

Zawsze  będziesz  moim  najlepszym  przyjacielem  -  zaczęła  -  /  wiele  Ci  zawdzięczam. 

Wiem, że chcesz dla mnie jak najlepiej, dlatego Cię proszę, abyś nie przyjeżdżał do , , Oazy 

Spokoju”, dopóki nie dam Ci znać. Nie myśl, że nie chcę już Twej przyjaźni, ale tylko w ten 

background image

sposób będę się mogła sama odnaleźć. Uwierz, to dla mnie niesłychanie ważne. Nie kłopocz 

się o mnie, nie jestem sama. Mam przecież Malinkę i własny kąt. 

Abby 

List to  rodziców wysłała pocztą. Wiedziała, że unikać w ten sposób  kłótni  to  czyste 

tchórzostwo, lecz nie umiała inaczej. 

Było  wspaniałe słoneczne popołudnie, kiedy samochód Abby, wypełniony  po brzegi 

artykułami  żywnościowymi  i  wszelkim  innymi  potrzebnymi  w  gospodarstwie  rzeczami, 

opuszczał miasto. Nie zamierzała wrócić przed początkiem września do Deerfield. 

W pierwszy wakacyjny weekend zamierzała ostatecznie skończyć renowację mebli do 

jadalni i wyplewić grządki. Na poniedziałek była już umówiona z panią Wilkins, która miała 

ją nauczyć, jak się robi wino z wiśni i marmoladę z truskawek. 

Miała przy sobie wszystkie instrumenty do badania gleby, uzupełniwszy otrzymany od 

Paula zestaw dodatkowymi przyrządami, zabrała też na wieś mikroskop. Chciała sprawdzić, 

jakie  ma  szanse  na  dobre  zbiory,  nie  używając,  w  przeciwieństwie  do  sąsiadów,  nawozów 

sztucznych i nie stosując chemicznych oprysków. 

Abby  doskonale  wiedziała,  dlaczego  w  swych  projektach  zagospodarowania  farmy 

kieruje  się  chłodną  naukową  rzeczowością,  choć  sama  przed  sobą  nie  chciała  się  do  tego 

przyznać. „Oaza Spokoju” ze względu na swe przepiękne położenie w malowniczej okolicy 

miała w sobie coś niepokojąco romantycznego, a romantyczność była tym, czego Abby lękała 

się jak ognia. 

Liczyła  się  dla  niej  tylko  nauka.  Mogła  się  tutaj  bez  reszty  poświęcić  swym 

zainteresowaniom,  wykluczyć,  przynajmniej  na  razie,  wszelkie  życie  uczuciowe.  Praca 

naukowa wymagała jej zdaniem absolutnej koncentracji. 

Kiedy  wszakże  jechała  tak  wśród  szmaragdowych  pól  i  kwitnących  łąk,  zobaczyła 

naraz  wszystko  w  innym.  świetle,  a  gdy  skręcała  w  wąską  drogę  polną  wiodącą  do  „Oazy 

Spokoju”, na jej wargach igrał lekki uśmiech. Trzeźwe spojrzenie na czekające ją obowiązki 

zagubiło się widać gdzieś na drodze między przedmieściami Deerfield a tonącymi w zieleni 

farmami. 

Mniej  więcej  pół  mili  przed  „Oazą  Spokoju”  zatrzymała  samochód  na  poboczu  i 

wysiadła, po czym wspięła się na niewielki pagórek, z którego miała doskonały widok na swą 

nową siedzibę. Z radosną dumą stwierdziła, jak pięknie wyglądają kwiaty posadzone wokół 

przerobionej  na  stajnię  stodoły,  gdzie  pomieściła  Malinkę,  i  jak  dobrze  prezentują  się 

pomalowane na żółto futryny okienne. 

-  Ładny  widok, prawda?  - wyrwał  ją nagle z zamyślenia jakiś przyjemnie brzmiący, 

background image

sympatyczny  męski  głos.  Nieco  przestraszona  rozejrzała  się  wokoło.  Widocznie  była  tak 

zatopiona  w  myślach,  że  nie  słyszała  nadjeżdżającego  starego  wozu  terenowego  ani  nie 

zauważyła stojącego teraz tuż za nią mężczyzny. 

-   Przepraszam,  że  panią  wystraszyłem  -  ciągnął.  -  Jestem  tu  już  od  paru  minut,  ale 

była pani tak zajęta kontemplacją krajobrazu i najwyraźniej tak szczęśliwa, że nie chciałem 

przeszkadzać. Jeśli się nie mylę, panna Mills, prawda? To pani kupiła stary młyn. 

-  Tak. Ale kim... 

-  Nazywam się Grant - pospieszył z wyjaśnieniem. - Ted Grant. Moja farma przytyka 

z  tyłu  do  farmy  Wilkinsów.  Widziałem  już  panią  kilka  razy  przejeżdżającą  na  koniu,  ale 

wyglądało na to, że nie ma pani czasu nawet na krótkie rozmowy. Zachodziłem już parę razy 

do pani, aby się przestawić, a przy okazji przynieść parę świeżych jajek, ale nigdy nie miałem 

szczęścia pani zastać. 

-  Do dziś pracowałam w Deerfield -  wyjaśniła Abby.  - Spędzę tutaj lato. Cieszę się, 

że  pana  poznałam.  -  Obrzuciła  go  przy  tym  taksującym  spojrzeniem.  -  Wolno  mi  o  coś 

zapytać? 

-  Ależ oczywiście. My tu nie mamy żadnych tajemnic, a rodziny znają się od pokoleń. 

^  -  Wiem.  Pani  Wilkins  już  mi  o  tym  mówiła.  Nie  jest  pan  aby  za  młody,  aby 

gospodarować na takiej rozległej farmie? 

Ted Grant spojrzał na nią rozbawiony. 

-  Droga panno Mills, zdążyłem się poinformować, że jest pani w tym samym wieku 

co ja. Pani też przecież kupiła młyn. 

-  Poddaję się. Proszę wybaczyć - roześmiała się Abby. 

-  Nie ma sprawy. Moja matka umarła, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, a ojciec 

dosłownie w parę lat później, wcześnie więc mi przyszło uczyć się samodzielności. Zresztą 

nie  podobało  mi  się,  co  pod  koniec  swego  życia  zrobił  z  farmą  mój  ojciec.  Prawdę 

powiedziawszy,  nie  przynosiła  żadnego  dochodu.  Mój  dziadek  był  jednym  z  pierwszych 

osadników tutaj, czułem się zatem w obowiązku za wszelką cenę utrzymać farmę i przestawić 

ją na nowoczesne zarządzanie. 

-  Bardzo słusznie - przytaknęła Abby. - Studiowałam rolnictwo i wiem, że jest jeszcze 

tyle do zrobienia w tej dziedzinie. 

-   Stop!  -  przerwał  jej  ze  śmiechem.  -  Zanim  wygłosi  pani  wykład  na  temat 

nowoczesnych  sposobów  gospodarowania,  sam  chciałbym  jeszcze  wtrącić  słówko.  Nie 

powinno się tak całkiem odchodzić od starych chłopskich mądrości. Niektóre rzeczy są godne 

uwagi nawet w naszych nowoczesnych czasach i nie należy z nich rezygnować. Założę się, że 

background image

mógłbym  tu  przytoczyć  całe  mnóstwo  interesujących  spraw,  na  przykład  jak  trzymać 

szkodniki  z  dala  od  grządek  z  jarzynami  sadząc  naokoło  aksamitki.  Takie  współzależności 

istnieją także między innymi kwiatami i roślinami uprawnymi. 

Abby  słuchała  przyglądając  mu  się  ukradkiem.  Młody  mężczyzna  wydał  jej  się  nad 

wyraz sympatyczny, poza tym sprawiał wrażenie, iż jego wykształcenie nie skończyło się na 

zwykłej szkole średniej. Nie miał w sobie nic z arogancji, choć był bardzo bezpośredni. Nosił 

takie same farmerki jak wszyscy naokoło, lecz wypłowiałe od słońca jasne włosy miał nieco 

dłuższe, niż było w zwyczaju, a wokół jego szyi widniał kolorowy łańcuszek. 

Naraz zapragnęła go bliżej poznać. Jego szaroniebieskie oczy świadczyły o szczerości 

i  otwartym  sposobie  bycia,  a  chociaż  odznaczał  się  wyjątkowo  szczupłą  sylwetką,  z  jego 

postaci emanowała jakaś wyjątkowa siła, głos zaś był miękki i godny zaufania... 

W mgnieniu oka wszystko w Abby zawołało na alarm. Znajomość z tym człowiekiem 

mogła  się  okazać  niebezpieczna!  Ted  uosabiał  dokładnie  typ  mężczyzny  mogącego  z 

powodzeniem  uśpić  jej  czujność!  Z  początku  będą  rozmawiać  o  gospodarstwie  i  tym 

podobnych  rzeczach,  potem  poznają  się  lepiej  i  wreszcie  ani  się  obejrzy,  a  znajdzie  się  w 

pułapce zwanej miłością... To byłoby straszne! 

Ale  z  drugiej  strony  był  jej  sąsiadem,  musiała  więc  okazywać  mu  przynajmniej 

uprzejmość. Poza tym mogła się przecież nauczyć od niego tylu rzeczy... 

-  Ależ pani mnie nie słucha... 

Abby uśmiechnęła się przepraszająco. 

-  Przypatrywałam się mojej „Oazie Spokoju”... 

-   „Oaza  Spokoju?”  -  powtórzył.  -  Nazwa  pasująca  do  urody  tego  miejsca.  Ojciec 

nazwał naszą farmę po prostu „Farma Granta”, i tak nazywałaby się do dziś, gdybym jej nie 

przemianował na „Drugą Nadzieję”. 

-   Po  tym  wszystkim,  co  mi  pan  tu  opowiedział,  uważam,  że  jest  to  odpowiednia 

nazwa  -  pochwaliła  Abby.  -  A  teraz  proszę  wybaczyć,  muszę  wreszcie  dojechać  do  domu  i 

zająć się Malinką, zanim zrobi się ciemno. Jeśli pańska oferta dotycząca jajek jest aktualna, 

jutro rano chętnie bym wzięła kilka. 

-   Pewnie,  że  aktualna,  pod  warunkiem,  że  zaprosi  mnie  pani  na  filiżankę  •  kawy. 

Kiedyś  często  bywałem  w  młynie.  Gdy  byłem  dzieckiem,  bardzo  lubiłem  tu  przychodzić  i 

zawsze wyobrażałem sobie, że mieszkają tu dobre duchy. 

-  Naprawdę? To dziwne, ja też miałam takie wrażenie, gdy się wprowadzałam. Wcale 

się  ich  jednak  nie  boję,  gdyż  wydaje  się,  że  to  przyjaźnie  usposobione  istoty,  i  dobrze  się 

czuję w ich towarzystwie. 

background image

-  Tak jak ja w towarzystwie pani - rzekł z uśmiechem Ted. - Czy myślała już pani o 

tym, aby uruchomić młyn? Nieco się na tym znam, mógłbym więc pani powiedzieć, co trzeba 

naprawić.  Nie  wiem,  czy  interesuje  panią  szybkie  dorobienie  się,  ale  jestem  pewien,  że 

mogłaby pani zrobić na tym niezły interes. Okoliczne gospodynie same pieką chleb, a gdyby 

jeszcze mogły do niego używać mąki z własnego ziarna, smakowałby im podwójnie. 

-  Myślałam już o tym, choć nie jako o źródle dochodu. Miałam ochotę sama z niego 

korzystać, bo chcę się nauczyć wypiekać chleb. Zakupiłam już wszelkie możliwe książki: o 

pieczeniu  chleba,  sporządzaniu  marynat  i  kompotów,  smażeniu  konfitur,  uprawie  warzyw, 

stolarstwie, odświeżaniu mebli, zakładaniu ogrodu i... 

-   Proszę  skończyć!  -  zaniósł  się  serdecznym  śmiechem  Ted.  -  Mogę  to  sobie 

doskonale wyobrazić. Zamierza pani otworzyć w swym domu wiejski oddział wypożyczalni 

miejskiej. 

-  Niechże pan sobie ze mnie nie żartuje! - obruszyła się Abby. - Robię wszystko, aby 

się nauczyć czegoś z książek, a pan... 

-  Panno Mills... 

-  Proszę mówić do mnie Abby. 

-   Dobrze,  Abby.  Nie  mogę  nie  wyrazić  mego  zdania.  Nie  powinnaś  trzymać  swego 

ślicznego  noska  wiecznie  w  książkach,  lecz  spróbować  zastosować  te  wiadomości 

praktycznie. Dopiero w ten sposób zdobędziesz właściwie podejście do pracy. 

Mówi jak Paul, pomyślała Abby. Musiała jednak przyznać, że to, co mówi, i sposób, 

w jaki to robi, bardzo jej się podoba. Nic nie mogła na to poradzić, że jej serce dosłownie rwie 

się  do  niego,  kiedy  z  takim  zaangażowaniem  mówi  o  życiu  na  farmie.  Czuła, że  Ted  i  ona 

bardzo szybko zbliżą się do siebie, choćby nawet czyniła wszystko, aby tego uniknąć. 

Odprowadził ją do samochodu. 

-   Moja  farma  nie  wygląda  stąd  tak  pięknie  jak  twoja,  ale  mogę  cię  zapewnić,  że  w 

całej okolicy nie dostaniesz tak dobrej szarlotki jak u mnie. 

-  Z pewnością wkrótce skorzystam z zaproszenia, a jutro rano ty przyjdziesz do mnie 

na kawę. Może być o siódmej? Przypuszczam, że wstajesz tak wcześnie jak ja. 

-   Dokładnie  o  tej  porze  zamierzałem  do  ciebie  wpaść.  Wiesz,  bardzo  podoba  mi  się 

twoja klacz. To taki piękny rasowy koń. Nie myślałaś, żeby wykorzystać ją do hodowli? 

-  Malinka nie jest dla mnie tylko zwierzęciem, jest dla mnie czymś więcej. Mając ją 

przy sobie mogę stawić czoło reszcie świata. Ze strachem myślę o chwili, w której może mi 

jej zabraknąć. Nie jest już taka młoda... 

-  Czyżby więc w twym życiu nie było miejsca na dobrego przyjaciela? 

background image

-  Ależ jest, Ted. 

Dopóki  pozostanie  to  w  granicach  przyjaźni,  dodała  w  duchu.  Ted  był  rzeczywiście 

mężczyzną, który łatwo mógł zagrozić jej wolności. 

Odjeżdżając przyglądała mu się w lusterku wstecznym. Znajomość z Tedem oznaczała 

przyjemne  wzbogacenie  jej  nowego  życia,  zresztą  po  zerwaniu  z  Paulem  potrzebowała 

przyjaciela. 

Paul zrozumiałby, gdyby opowiedziała mu o Tedzie. On sam, raczej przecież teoretyk, 

nie  mógł  konkurować  z  gospodarzem,  korzystającym  z  doświadczeń  trzech  generacji  w 

zakresie uprawy roli i hodowli bydła. Napisze mu o  nim, bo postanowiła ostatecznie raz na 

tydzień przesyłać mu parę słów. 

i  -  Widzimy  się  jutro  rano!  -  zawołał  jeszcze  za  nią  Ted.  -  Najchętniej  pijam  kawę 

mocną i czarną. 

Abby  poczuła  się  naraz  szczęśliwa  i  zadowolona.  W  takim  nastroju  zajechała  przed 

dom, nie weszła jednak do środka, lecz zajrzała najpierw do Malinki. 

-   Ach,  Malinko...  -  szepnęła  klaczy  do  ucha.  -  Naprawdę  wystartowałyśmy.  Nowy 

dom, nowe życie, znalazłyśmy nawet nowego przyjaciela. 

Wyczyściwszy zgrzebłem konia nasypała mu obroku i nalała świeżej wody, po czym 

zabrała  się  do  wyładowywania  samochodu.  Pierwszą  rzeczą,  jaką  wniosła  do  domu,  była 

automatyczna  sekretarka.  Dopiero  kiedy  ją  zainstalowała  i  stwierdziła,  że  działa,  przy  jej 

cichutkim brzęczeniu zajęła się pozostałymi rzeczami. 

Abby wiedziała, że nie ma dla niej odwrotu, spaliła przecież za sobą wszystkie mosty. 

Bez jej zgody nikt z przeszłości nie miał przekroczyć progu „Oazy Spokoju”. 

Uporawszy  się  z  przywiezionymi  rzeczami,  włożyła  najstarsze  dżinsy,  narzuciła 

ubrudzony  farbą  kitel  i  zaczęła  kłaść  ostatnią  warstwę  lakieru  na  odnawiane  przez  siebie 

meble. Była bardzo dumna z siebie, bo rzeczywiście wyjątkowo jej poszło. 

Potem zasiadła na wyściełanej  ławie i  przez firanki  z żółtego tiulu  rozkoszowała się 

zachodzącym  stopniowo  ponad  łąkami  słońcem.  Miała  przy  tym  uczucie,  że  mieszka  tu  od 

dawna, choć przecież jej życie w „Oazie Spokoju” dopiero się zaczęło. Nie wiedziała jeszcze, 

jakie miejsce zajmie w jej nowym życiu Ted, miała wszakże świadomość, że musi się bardzo 

strzec, gdyż inaczej jej zamysły spełzną na niczym. 

Na razie w  gruncie rzeczy nie było  powodu do  niepokoju. Zresztą w ten urzekający 

pięknem, romantyczny wieczór nie chciała sobie łamać nad tym głowy, wolała przyglądać się 

fascynującej  grze  barw,  rozkoszować  się  napływającymi  zza  otwartego  okna  zapachami, 

upajać wieczorną ciszą. Zadumana i wyciszona wewnętrznie puściła wodze wyobraźni... 

background image

ROZDZIAŁ 4 

Ted  też  podziwiał  zachód  słońca  z  okien  swego  pokoju,  lecz  w  przeciwieństwie  do 

Abby zajmował się bardziej jej osobą niż ona jego. 

Wrócił  do  domu  z  postanowieniem,  że  powinien  tak  szybko,  jak  to  możliwe, 

zapomnieć o Abby, która zdążyła się już zakraść do jego serca. Często bywał w interesach w 

Deerfield i przy okazji, gdzie tylko się dało, zawierał znajomości z dziewczętami. Niektóre z 

nich  były  bardzo  ładne,  inne  interesujące  i  inteligentne,  żadna  jednak  nie  zawładnęła  jego 

sercem. 

Z Abby rzecz się miała inaczej. Była ładniejsza niż wszystkie inne, wydawała mu się 

też dużo mądrzejsza od nich, a przy tym wszystkim wywierała jakiś dziwny magiczny wpływ. 

Dlaczego  ciągle  brzmiał  w  jego  uszach  jej  głos?  Dlaczego  ciągle  czuł  zapach  jej 

perfum?  Przecież  ich  rozmowa  trwała  krótko,  a  on  miał  uczucie,  jak  gdyby  spędzili  na 

pogawędce wiele godzin. Prawie jej nie znał, a wydawało mu się, że ich znajomość ciągnie 

się już całe wieki. Nie był marzycielem, o nie, wręcz przeciwnie. Zawsze był dumny z tego, 

że  w  każdej  sytuacji  potrafi  zachować  zimną  krew.  Owszem,  lubił  się  zabawić,  lecz  w 

pierwszym  rzędzie  chodziło  mu  o  to,  aby  podźwignąć  „Drugą  Nadzieję”,  zatem  całe  jego 

działanie było podporządkowane temu celowi. 

W  takim  razie  dlaczego  naszła  go  raptem  ochota,  aby  wyciągnąć  gitarę?  Właściwie 

powinien  się  przecież  zająć  księgą  gospodarską,  obliczyć  dochód  ze  sprzedaży  mleka, 

podsumować ostatnie wydatki. 

Próbował skoncentrować się na tym zajęciu, lecz na próżno. Cyfry skakały mu przed 

oczami,  rozpływały  się,  a  na  ich  miejscu  pojawiała  się  urocza,  a  zarazem  nieco  smutna  i 

zamyślona twarz Abby. 

Zapytywał siebie, jakie zmartwienie może mieć dziewczyna taka jak Abby, że nie daje 

jej spokoju. Chciał stanąć u jej boku, służyć pomocą, najlepiej jak potrafi - gdyby tylko na to 

pozwoliła. Co prawda sprawiała wrażenie, że doskonale obchodzi się bez towarzystwa, lecz 

mimo to obudziła w nim instynkty opiekuńcze. 

Podchodził  parę  razy  do  telefonu,  aby  ją  spytać,  czy  nie  miałaby  ochoty  na  mały 

spacer,  lecz  ostatecznie  zaniechał  tego.  Jeszcze  gotowa  pomyśleć,  że  się  narzuca.  Z 

pewnością  jest  teraz  w  ferworze  pracy,  naokoło  niej  leżą  porozrzucane  narzędzia,  które 

widział w samochodzie. 

Dziewczyna, która z takim zajęciem mówi o politurowaniu mebli, a teraz zakasawszy 

background image

rękawy robi generalne porządki, prawdopodobnie nie tęskni za towarzystwem, a już na pewno 

nie za nim, znajomym zaledwie od paru godzin. 

Kiedy  weszła  Kay,  Ted  ciągle  jeszcze  stał  w  ciemnym  pokoju,  zapatrzony  w 

rozgwieżdżone niebo. Nie mógł się doczekać siódmej rano. 

-  Kay, to ty? - spytał przez ramię. 

-  Tak, Ted - odparła nieco zdziwiona gospodyni. - Stało się coś? 

-  Skądże, wszystko w porządku. Mamy jeszcze szarlotkę? 

-  Zostało prawie pół, ale jeśli chcesz jutro zanieść coś takiego tej nowej  sąsiadce, to 

mogę jeszcze dziś wieczór upiec świeżą. 

Ted nie po raz pierwszy się zdumiał, jak Kay umie czytać w jego myślach. Ale nie to 

było  ważne,  nieważna  była  buchalteria.  Ważna  była  tylko  Abby.  Jeśli  chce  coś  u  niej 

wskórać,  nie  wolno  mu  się  narzucać.  Musi  uzbroić  się  w  cierpliwość,  choć  zawsze 

przychodziło mu to z trudem. 

Co  się  ze  mną  dzieje?  Czyżby  to  tylko  wiosna?  Mam  nadzieję,  że  do  jutra  rana  się 

opamiętam,  pomyślał.  Nawet  jeśli  ucieszy  się  jajkami  i  szarlotką,  nie  będę  natarczywy, 

najwyżej zaproponuję swą pomoc, jak to jest w zwyczaju między sąsiadami. 

Znowu próbował skoncentrować się na pracy, lecz i tym razem mu się nie udało. Za to 

wyobrażał sobie, co Abby w tej chwili robi, i czy o nim myśli. 

Znowu  naszła  go  ochota,  aby  do  niej  zatelefonować,  przemyśliwał  już  nawet  nad 

stosownym rozpoczęciem pogawędki, choć żaden sensowny pretekst nie przychodził mu do 

głowy.  Wreszcie  zrezygnował  z  tego,  zły  sam  na  siebie.  Ostatecznie  przecież  miał  własną 

dumę. 

Gdyby  wiedział,  że  Abby  rzeczywiście  o  nim  w  tej  chwili  myśli,  dręczona  tymi 

samymi pytaniami i wątpliwościami, z pewnością spałby lepiej tej nocy... 

Także Abby próbowała się tego wieczoru uporać z różnymi zaplanowanymi pracami, 

lecz  poza  wyczesaniem  Malinki,  zadaniem  jej  obroku  i  pociągnięciu  politurą  mebli  nie 

zdobyła się na nic więcej. Zamiast tego usiadła przy oknie i zatonęła w marzeniach. 

To była urzekająca, romantyczna noc, z wszechogarniającą ciszą, jaka bywa tylko na 

wsi. W Deerfield nocne niebo wyglądało inaczej, nie było takie czarnogranatowe, a gwiazdy 

nie lśniły jak diamenty. 

Dokładnie  tak  jak  Ted,  i  Abby  nie  mogła  myśleć  o  niczym  innym,  tylko  o  nim. 

Żałowała teraz, że zachowała się wobec niego z taką rezerwą. Czy coś by się stało, gdyby go 

natychmiast zaprosiła do siebie i pokazała, co zrobiła ze starego młyna? 

Otrząsnęła  się  z  rozmarzenia  i  zasiadła  za  maszyną  do  szycia,  aby  skończyć  szycie 

background image

poduszek  na  krzesła  w  jadalni,  ale  ponieważ  przez  nieuwagę  przeszyła  sobie  palec,  a  ścieg 

wypadł wyjątkowo krzywo, zaniechała z westchnieniem tego zajęcia i położyła się spać. 

Niestety nie mogła zasnąć i przewracała się z boku na bok w swoim wielkim łożu z 

baldachimem.  Zdrowy  rozsądek  ją  tym  razem  całkiem  zawiódł,  a  do  głosu  doszły 

romantyczne odczucia, przybierając z każdą minutą na sile. 

Z determinacją powtarzała sobie raz po raz, że w jej życiu nie ma miejsca na miłość. 

Gdyby miała zakochać się w jakimś mężczyźnie, to byłoby lepiej, gdyby została w Deerfield i 

wyszła za mąż za Paula. 

Może nie powinnam jutro rano otwierać drzwi Tedowi, przemknęło jej przez głowę. 

Później  mogłaby  tak  urządzić,  że  gdyby  przyszedł  ponownie,  pracowałaby  na  pełnych 

obrotach, miałaby więc wymówkę, że nie może go przyjąć. 

Ostatecznie i ta myśl wydała jej się dziecinna. Powinna przecież umieć przyjaźnić się 

z mężczyzną, nie padając mu przy tym z uniżeniem do nóg. Przecież zawsze byłam dumna z 

własnej samodyscypliny, powtarzała samej sobie. 

W  takim  mężczyźnie  jak  Ted  na  pewno  nie  mogła  się  poważne  zakochać.  Nie 

dorównywał jej wykształceniem, zresztą na jej gust był za młody. Gdyby rzeczywiście miała 

kiedyś wyjść za mąż, musiałby to być dużo starszy mężczyzna, który dał coś już z siebie w 

swym zawodzie. 

Ted  nie  spełniał  tych  wymagań.  Chociaż  zdawało  się,  że  potrafi  być  poważny,  w 

sumie brał życie lekko. Świadczyły o tym jego swawolne oczy i sposób, w jaki się ubierał i 

zachowywał.  Gdyby  straciła  dla  niego  serce,  doszłoby  do  tego,  że  zamiast  zajmować  się 

domem i gospodarstwem, spędziłaby lato chodząc nad rzekę popływać, łowić ryby, a resztę 

czasu poświęciłaby na zabawy w wiejskim klubie. 

Jeszcze  bardziej  nęciła  ją  stara  gitara,  którą  widziała  u  Teda  w  samochodzie.  Nade 

wszystko  lubiła  pieśni  ludowe,  lecz  nie  miała  czasu  na  słuchanie  muzyki.  Mimo  to 

postanowiła nauczyć się grać na gitarze, oczywiście dopiero wtedy, gdy pokończy wszystkie 

inne prace. 

A jeśli Ted będzie koniecznie chciał się do niej zbliżyć? Szybko jednak odsunęła od 

siebie  tę  myśl.  Nie  chciała  się  angażować,  bo  oznaczałoby  to  pogrzebanie  jej  planów 

dotyczących  „Oazy  Spokoju”.  Nie  powinna  zresztą  zanadto  wybiegać  naprzód.  Będą  mieli 

dość czasu, aby pogłębić swą znajomość, a później się zobaczy. Wszystko musi się odbywać 

zgodnie z planem. 

Naraz zaczęła się śmiać z samej siebie. To był czysty bezsens, że chciała wieść życie 

uczuciowe  zgodnie  z  planem.  Przecież  miłość  i  pokrewne  jej  porywy  serca  nie  kierują  się 

background image

rozsądkiem. 

Na  razie  w  jej  życiu  nie  było  miejsca  na  miłość.  Po  prostu  nie  była  na  to  jeszcze 

gotowa.  Mimo  wszelkich  zastrzeżeń  musiała  jednak  przyznać  się  sama  przed  sobą,  że 

nietrudno jej przyszłoby obdarzenie Teda głębszym uczuciem. 

Aż  za  dobrze  wiedziała,  że  mogłaby  stracić  dla  niego  głowę.  Niewykluczone,  że 

uświadomiła sobie to już w momencie, gdy stanął obok niej. Przeskoczyło między nimi coś w 

rodzaju iskry elektrycznej, choć przecież ich rozmowa była powierzchowna, rozmawiali tylko 

o  gospodarstwie,  a  Ted  jej  nawet  nie  dotknął.  Mimo  to  czuła  się  teraz  tak  szczęśliwa,  jak 

gdyby dopiero co wysunęła się z jego objęć. Jeszcze nigdy nie owładnęło nią takie uczucie do 

mężczyzny, nie był jego obiektem ani Paul, ani nikt inny. 

A czy Ted czuł podobnie? Naturalnie nie mogła tego wiedzieć, lecz miała uczucie, że i 

jemu zależy na bliższej znajomości. Wydawało jej się, że dało się to wyczytać z jego oczu. 

Jak  łatwo  przyszło  jej  wyobrazić  siebie  i  Teda,  ciasno  objętych  i  spoglądających  z 

dumą  na  swoje  plony.  Był  to  przepiękny  obraz,  który  zapierał  jej  dech  w  piersiach.  Musi 

poskromić  swą  fantazję!  Zbyt  wielką  przypisuje  wagę  temu,  co  prawdopodobnie  jest  tylko 

tworem jej imaginacji. 

Może  Ted  już  wcale  o  niej  nie  myślał.  Z  pewnością  nie  była  jedyną  dziewczyną, 

wobec której był szarmancki i której prawił komplementy. 

W gruncie rzeczy tak nawet byłoby lepiej. Czuła się teraz śmiertelnie zmęczona i choć 

nie  do  końca  jeszcze  uporała  się  ze  swymi  skomplikowanymi  uczuciami  wobec  Teda, 

przyszło odprężenie i miała nadzieję, że wreszcie zaśnie. 

Kiedy  otwarła  oczy,  słońce  stało  już  wysoko.  Spojrzała  sennie  na  budzik  i  usiadła 

przerażona na łóżku. Była za kwadrans siódma! Za parę minut Ted stanie pod jej drzwiami, a 

ona nawet  jeszcze nie była ubrana! Pędem  pobiegła do łazienki, umyła  się zimną wodą, po 

czym  wskoczyła  w  dżinsy,  związała  włosy  w  koński  ogon  i  pociągnęła  tuszem  rzęsy,  ale 

bardzo lekko, ostatecznie przecież była na wsi. 

Właśnie  zagotowała  się  woda  na  kawę,  kiedy  zadźwięczał  dzwonek  u  drzwi.  Punkt 

siódma, stwierdziła z zadowoleniem. Ceniła punktualnych mężczyzn. 

Ted  był  podobnie  ubrany  jak  ona.  Uśmiechnęła  się  mimo  woli.  Ponieważ  obydwoje 

mieli jasne włosy, w pierwszej chwili można ich było wziąć za brata i siostrę. 

-  Mam nadzieję, że poczekałaś na mnie ze śniadaniem - rzekł z uśmiechem wręczając 

jej koszyk okryty kraciastą serwetą. 

-   Mmm,  szarlotka  pachnie  bosko  -  oświadczyła  wciągając  smakowity  zapach.  -  A 

jakie wielkie jajka! 

background image

Jakże miałabym jeść śniadanie nie mając takich wspaniałości? 

-   Czuję,  że  zdążyłaś  już  zaparzyć  kawę.  To  będzie  już  druga  od  świtu  -  powiedział 

sięgając po napełnioną przez nią filiżankę. 

-   Zawsze dotrzymuję słowa, Ted. Masz chwilę  czasu? Chciałam  się ciebie poradzić, 

jak zasadzić aksamitki. 

Gdy wypili kawę i skosztowali szarlotki, wyszli na dwór. Abby zapytywała siebie w 

duchu,  czy  Ted  zauważył,  że  ona  przy  śniadaniu  mówiła  cokolwiek  za  szybko,  wręcz 

nerwowo, a gdy wychodząc otarł się o nią, umknęła od razu na bok. 

Przedstawiła  mu  swoje  problemy  związane  z  zagospodarowaniem  ogrodu.  Ted 

wyjaśnił jej, że wydzielające mocny zapach rośliny, takie jak papryka, aksamitki i nasturcja, 

chronią  sadzonki  także  od  szkodników,  zatem  sadząc  je  może  zrezygnować  z  chemicznych 

oprysków,  ona  natomiast  wytłumaczyła,  dlaczego  z  każdego  rodzaju  warzyw  wysadziła  aż 

tyle gatunków. Chciała mianowicie stwierdzić, który z nich nadaje się najlepiej do uprawy w 

tej okolicy, a potem podzielić się wynikami z sąsiedztwem. 

Abby  sprawiała  wrażenie  nieco  oficjalnej,  ograniczając  tematy  rozmowy  do  spraw 

gospodarskich,  Ted  był  szarmancki  i  gotów  w  każdej  chwili  służyć  pomocą,  a  przy  tym 

obydwoje starali się zachować dystans i ta świadomość przysparzała im bólu. Abby czuła, że 

Ted ją obserwuje z niepokojem, lecz nie zdobyła się na cieplejszy gest, pozostała uprzejma i 

nieprzystępna,  próbując  za  wszelką  cenę  ukryć  własne  uczucia.  Unikała  jego  wzroku,  gdyż 

cokolwiek  wytrącał  ją  z  równowagi,  choć  zdawała  sobie  sprawę,  że  w  przypadku  innego 

mężczyzny byłoby jeszcze gorzej. 

Ted  okazał  się  prawdziwą  encyklopedią  wiedzy  o  gospodarstwie.  Swoje  rady 

wygłaszał sucho, choć z humorem, ilustrując je wesołymi zdarzeniami z życia własnej farmy. 

Kiedy  opowiadał,  jak  to  szczeniaki  rozgrzebały  mu  kiedyś  całą  grządkę  cebuli,  albo 

jak kotka okociła się na zagonku kapusty przeznaczonej na wystawę, miała ochotę wybuchnąć 

serdecznym  śmiechem,  ale  ograniczyła  się  jedynie  do  uprzejmego  uśmiechu,  nie  mogąc 

pozbyć się uczucia skrępowania. 

Tedowi widać nigdzie się tego ranka nie spieszyło, co było po myśli Abby, która nie 

życzyła sobie niczego innego, jak tego, aby został jak najdłużej. Wszakże jeszcze nigdy nie 

znajdowała się w takiej sytuacji. Czuła się niemal jak zakochana nastolatka. Kiedyś nie miała 

takich problemów. Gdy  któryś z mężczyzn się nią zainteresował,  czuła się pochlebiona, ale 

nie  traciła  głowy.  Tym  razem  nie  było  to  takie  proste.  Kosztowało  ją  wiele  trudu,  aby 

zwalczyć w sobie rosnący pociąg do Teda. Ale właściwie dlaczego tak się przed nim broniła? 

-  To prawdziwa radość, gdy się widzi, co zrobiłaś z tego starego opuszczonego młyna 

background image

-  ciągnął  Ted,  nie  będąc  wszakże  pewnym,  czy  do  Abby  dotarły  jego  wcześniejsze  słowa.  - 

Byłoby grzechem pozwolić leżeć takiej urodzajnej ziemi odłogiem. 

-   Masz  zupełną  rację  -  odparła  wracając  do  rzeczywistości.  -  Praca  w  ogrodzie 

pomaga mi się pogodzić z resztą świata. 

-   W  końcu  następnego  tygodnia  -  wtrącił  niby  mimochodem  -  w  starej  stodole 

odbędzie się zabawa. My tutaj bardzo lubimy takie imprezy. 

-  Czy będzie między innymi taniec w kwadracie? 

-  Na pewno. Tańczyłaś to już kiedyś? 

-  Nie. W Deerfield nie znają czegoś takiego. W zwykłych lokalach i nocnych klubach 

tego się nie tańczy. 

-  U nas nie ma za wielu miejsc, gdzie można się zabawić. 

-  Muszę się przyznać, że lubiłam od czasu do czasu gdzieś wyjść. 

-  Nie będzie ci brakowało życia miejskiego? 

-   Nie  -  oświadczyła  z  przekonaniem.  -  Wszystko,  czego  potrzebuję,  to  świeże 

powietrze. 

-   Czy  mogę  cię  w  takim  razie  zaprosić  na  tańce?  -  Ted  zdjął  z  głowy  sfatygowany 

kowbojski  kapelusz  i  skłonił  się  z  przesadną  galanterią  przed  Abby.  Wyglądało  to  tak 

komicznie,  że  zapomniała,  iż  przyrzekła  sobie  zachowywać  się  z  rezerwą,  i  wybuchnęła 

głośnym śmiechem. 

-  Twój śmiech, mam nadzieję, oznacza „tak”  - upewniał się, udając, że się nie może 

wyprostować jak dotknięty ischiasem farmer. 

Abby nie przestawała się śmiać. 

-  Oczywiście, Ted. Nie mogłabym odrzucić twego zaproszenia, skoro kosztowało cię 

ono tyle wysiłku. Chodź, pomogę ci wsiąść do samochodu, mój ty biedny staruszku. 

Wsunęła mu rękę pod ramię rozweselona żartem, choć od razu przemknęło jej przez 

głowę,  czy  jednak  nie  przesadziła,  dotknąwszy  bowiem  jego  ciała  odniosła  wrażenie,  że 

wpadła na parkan pod napięciem elektrycznym. 

Ted wyprostował się gwałtownie i spojrzał na nią, lecz uśmiech znikł z jego twarzy, a 

w oczach czaiło się nieme pytanie, na które nie ważyła się odpowiedzieć. 

Przez moment stali bez ruchu. Abby nie wiedziała, czy nie byłoby lepiej puścić jego 

ramię, Ted też wyglądał na speszonego. 

Abby  opanowała  się  pierwsza.  Na  szczęście  przypomniała  sobie  w  porę,  że  woli 

trzymać się z daleka od tego mężczyzny. 

-   Jest  już  późno,  sir  -  rzuciła  siląc  się  na  beztroskę  i  puściła  jego  ramię.  -  Jak  pan 

background image

myśli, dojdzie pan o własnych siłach do samochodu? 

-   Oczywiście.  Serdeczne  dzięki,  Lady  Abby.  Proszę  się  za  bardzo  nie  przejmować 

mym stanem. W tym schorowanym ciele mimo wszystko tkwi trochę siły. 

Aby  to  udowodnić,  jednym  susem  skoczył  na  przyczepę  swego  samochodu.  Tam 

stanął  na  szeroko  rozstawionych  nogach  i  wydał  okrzyk,  który  mógłby  zrobić  konkurencję 

Tarzanowi. 

Po  zachowawczości  Abby  nie  zostało  śladu.  Śmiejąc  się  do  łez  postąpiła  w  jego 

stronę,  choć  właściwie  dopiero  co  zamierzała  się  z  nim  jak  najszybciej  pożegnać.  W  tym 

momencie jednak myślała tylko  o tym,  jak dobrze jej robi jego obecność i  że Ted wygląda 

naprawdę atrakcyjnie. 

Kiedy  tak  stanęła  naprzeciw  niego  z  rozpromienioną  twarzą,  zeskoczył  nagle  z 

przyczepy, okręcił ją wokół siebie i uniósł wysoko na rękach, a potem, przeskoczywszy bloki 

skalne i parkan, popędził z nią w kierunku domu wydając przy tym indiańskie okrzyki. 

Bezbronna leżała na jego piersi, a śmiała się tak, że z jej oczu puściły się łzy. Ted je 

natychmiast  scałował,  musiało  mu  jednak  w  tym  momencie  przyjść  do  głowy,  że  trochę 

przesadził, bo przybrał zbolałą minę i posadził ją ostrożnie w bujaku stojącym na werandzie. 

Żartobliwy nastrój ulotnił się jak sen. 

-  Wybacz, nie miałem prawa tak się zachowywać, Abby - zaczął się usprawiedliwiać. 

-  Tak  mi  przykro...  Jeżeli  w  tej  sytuacji  nie  zechcesz  przyjąć  mego  zaproszenia  na  tańce, 

zrozumiem to. 

•  -  No  cóż,  ja...  -  zaczęła  zmieszana,  lecz  zaraz  uświadomiła  sobie,  że  byłoby 

dziecinadą z jej strony, gdyby chciała go ukarać za swawolne zachowanie - ... nie ma powodu 

robić całej historii z niewinnego żartu. Oczywiście, że pójdę z tobą na tańce, ale tylko wtedy, 

gdy przyrzekniesz, że nie będziesz mnie wlókł za sobą po całej okolicy. 

-  Przyrzekam - odetchnął z ulgą i uśmiechnął się szeroko. - Będę się z tobą obchodził 

jak z prawdziwą damą, bo nią jesteś. 

-  Znakomicie, sir. Czy istnieją tu jakieś przepisy dotyczące stroju? 

-  Właściwie nie. Ale czy nie mówiłaś, że w najbliższych dniach masz odwiedzić panią 

Wilkins? 

-  Tak. W następny poniedziałek ma mnie uczyć smażyć konfitury. 

-   A  więc  zapytaj  ją  o  odpowiednią  sukienkę.  Panie  tutaj  szyją  sobie  własnoręcznie 

kostiumy na takie okazje. 

-  Mnie też to sprawi przyjemność. Chciałabym brać pełny udział w tutejszym życiu. 

-   To  mnie  cieszy.  Zatem  jeżeli  nie  jesteś  na  mnie  zła,  wpadnę  tu  w  następnym 

background image

tygodniu  i  przyniosę  ci  trochę  sadzonek  aksamitek  i  nasturcji  z  mojej  szklarni.  Gdybyś 

dopiero teraz wysiała nasiona, twoje jarzyny nie miałyby z tego wielkiego pożytku. 

-   To  byłoby  miło  z  twej  strony,  Ted.  Mam  nadzieję,  że  do  tego  czasu  uda  mi  się 

przygotować parę słoików z domowymi specjałami, aby ci się zrewanżować. 

-   To brzmi kusząco, Abby. Mam  wrażenie, że wszystko,  czego się tkniesz, musi się 

udać. 

Spłonęła lekkim rumieńcem pod jego spojrzeniem. 

-   A  teraz  już  idź,  Ted.  My  farmerzy  nie  możemy  spędzać  całego  dnia  na 

pogaduszkach, bo nasze pola uduszą się w natłoku chwastów. 

Ted uśmiechnął się. Doskonale wiedział, co Abby chciała przez to powiedzieć. Tylko 

dotąd, a dalej już nie, drogi przyjacielu, a w każdym razie nie w tym momencie. 

Pożegnał się i skierował do swej ciężarówki. Abby patrzyła za nim, dopóki nie wsiadł 

i nie pomachał jej, mając nadzieję, że jej twarz jest beznamiętna i nie zdradza żadnych uczuć. 

Ted  natomiast  nie  zadawał  sobie  trudu,  aby  z  czymkolwiek  się  kryć.  Kiedy  ich 

spojrzenia się spotkały, wiedziała już, że pierwsze wrażenie jej nie myliło. Ted najwidoczniej 

widział  w  niej  więcej  niż  tylko  nową  sąsiadkę,  która  potrzebuje  pomocy.  Nie  za  bardzo 

wiedziała, co zrobić, aby temu przeciwdziałać, lecz ciągle jeszcze wierzyła, że może odnosić 

się do niego przyjacielsko, a przecież z dystansem. Z pewnością będą ze sobą omawiać różne 

sprawy  związane  z  gospodarstwem,  ale  mogą  to  robić  czysto  po  kupiecku,  bez  żadnych 

zobowiązań. Tyle że rozsądek i uczucia to dwie różne rzeczy i najczęściej nie idą w parze... 

Z tą zabawą też był problem. Na pewno pozna wielu ludzi i nowe kroki taneczne, ale 

Ted,  jej  partner  na  ten  wieczór,  raczej  nie  będzie  zachwycony,  gdy  ona  zacznie  mówić  o 

gospodarstwie. W końcu przy takiej okazji każdy chce się zabawić. Ale nawet jeżeli uda jej 

się przetrwać ten wieczór i nie pozwolić na to, aby się do siebie zbliżyli, to i tak będzie się 

musiała mieć na baczności. Znajdzie się przecież tyle powodów do zacieśnienia znajomości... 

background image

ROZDZIAŁ 5 

Abby na powrót rzuciła się w wir pracy, lecz dopiero po południu udało jej się na jakiś 

czas przepędzić Teda ze swych myśli. 

Najpierw  zabrała  się  do  czyszczenia  stajni  Malinki,  koniem  też  zresztą  należało  się 

zająć, a odwiedziny Teda zburzyły cały rozkład dnia. Nie mogło zdarzać się to zbyt często, bo 

inaczej nie zdążyłaby z pracą. 

Koło  południa  zabłąkało  się  do  niej  paru  turystów,  pytając,  czy  ma  jarzyny  na 

sprzedaż.  Chociaż  Abby  nie  mogła  im  nic  zaoferować,  ogarnęło  ją  przyjemne  uczucie,  że 

„Oaza  Spokoju”  jest  już  regularną  farmą.  Do  wieczora  czas  zajęły  jej  eksperymenty  z 

hodowlą  różnych  rodzajów  bakterii,  udało  jej  się  nawet  dojść,  co  trzeba  zrobić,  aby 

uruchomić młyn. W końcu śmiertelnie zmęczona runęła na łóżko i rozkoszowała się ciszą i 

spokojem panującym wokoło. Nawet w najmniejszym stopniu nie odczuwała samotności, jak 

obawiała się jej matka. 

W niedzielę rano obudziło ją bicie dzwonów. Wcześniej tylko z rzadka zachodziła do 

kościoła,  lecz  teraz,  przystosowując  się  do  życia  na  wsi,  uznała,  że  to  jest  ze  wszech  miar 

wskazane, jakkolwiek nie wiedziała, jakiego wyznania są tutejsi ludzie. 

Jedyną  przeszkodą  w  jej  teraźniejszym  życiu  był  Ted.  Poprzedniego  dnia  pracowała 

do upadłego, aby nie musieć o nim myśleć, ale w przyszłości postanowiła postawić sprawę 

jasno. Miała za dużo pracy, aby jeszcze zaprzątać sobie głowę jakimiś głupstwami. 

Odbyła na Malince długą przejażdżkę i wróciła zmęczona, lecz szczęśliwa do młyna. 

Zwykle  po  takiej  wyprawie  kładła  się  na  chwilę,  tym  razem  jednak  nie  dane  jej  było 

odpocząć.  Nie  mogła  uleżeć  spokojnie,  musiała  coś  robić,  bo  ta  nerwowa  krzątanina 

pozwalała jej nie myśleć o Tedzie. 

Były właściciel dał jej adres rzemieślnika, który mógł jej pomóc przy rozruchu młyna. 

Abby  uznała,  że  nadszedł  czas,  aby  zająć  się  i  tą  sprawą.  Tak  naprawdę  to  chciała  zrobić 

wszystko sama, zasięgnąwszy wcześniej u tego człowieka rady. Oczywiście nie zapomniała, 

że  Ted  jej  oferował  pomoc  w  tym  względzie,  nie  chciała  jednak  z  niej  skorzystać.  Czy 

powodem tej decyzji było, iż koniecznie chce to zrobić po swojemu, czy też podyktowana ona 

została obawą przed jego bliskością, tego nie była w pełni .. świadoma. 

Odszukała zatem pana Gurneya, wysłuchała jego rad, a wróciwszy do „Oazy Spokoju” 

przygotowała  wszystko,  co  było  konieczne  do  rozpoczęcia  naprawy.  Towarzyszyła  jej 

radosna świadomość, że już tego lata jej młyn będzie mełł ziarno na mąkę. Czekająca ją praca 

background image

nie  wyglądała  na  zbyt  ciężką  i  niekoniecznie  wymagała  doświadczenia.  Oczywiście  za 

niewielką opłatą mogłaby nająć kogoś do pomocy, ale wolała zrobić to sama. 

Zaczęła od wyczyszczenia kamieni młyńskich, a potem sprawdziła koła zębate, jak jej 

radził  pan  Gurney.  Mogło  się  przecież  zdarzyć,  że  coś  się  jednak  w  tej  całej  maszynerii 

wypaczyło, a efektem tego byłaby nie najlepsza mąka. 

Trwało trochę, zanim uporała się z wieloletnim brudem i wszystko naoliwiła. Dopiero 

teraz mogła zacząć rozglądać się za gatunkami zboża, z których miałaby w przyszłości piec 

chleb. Musiała się też rozejrzeć za jakimś elektrykiem, gdyż nie dało się wieczorem pracować 

tylko przy lampie naftowej. 

Kiedy  dzień  chylił  się  ku  zachodowi,  wzięła  gorącą  kąpiel  i  przygotowała  sobie 

kolację, na którą składała się zupa z puszki i kilka kanapek, a potem usadowiła się pod oknem 

z  jedną  ze  swych  książek  poświęconych  przetworom  domowym.  Następnego  dnia  z  rana 

miała przecież iść do pani Wilkins. 

W  Abby  wzrastało  przekonanie,  że  tylko  wtedy  odnajdzie  się  w  swoim  nowym,  tak 

przecież odmiennym od jej dotychczasowych doświadczeń życiu, jeśli będzie podchodzić do 

niego trzeźwo i od ściśle naukowej strony. Tylko przy takim nastawieniu  można było liczyć 

na sukces. Ted ze swoją beztroską nie zaszedłby daleko będąc w jej sytuacji. 

Zrobiła  wszystko,  aby  ten  weekend  minął  szybko,  kładła  się  spać  wyczerpana  i 

zasypiała kamiennym snem, lecz nie umiała sobie odpowiedzieć na pytanie, co ją tak gna z 

miejsca na miejsce, od jednego zajęcia do drugiego... 

Poniedziałkowy  ranek  był  tak  piękny,  że  do  pani  Wilkins  postanowiła  udać  się  na 

Malince.  Jej  sportowy  samochód  nie  pasował  zresztą  do  okolicy  i  stylu  życia,  jakie  teraz 

prowadziła. 

Pani  Wilkins  już na nią czekała.  Z miejsca zaprowadziła ją do przestronnej,  lśniącej 

czystością  kuchni,  a  tam  pożyczyła  jej  fartuszek  i  zaprezentowała  różne  naczynia  i 

urządzenia, potrzebne przy smażeniu konfitur. Abby zdążyła się już czegoś dowiedzieć na ten 

temat z książek, miała więc jakie takie rozeznanie, co ją tego popołudnia czeka, a w tej chwili 

rozkoszowała się nadzieją, że już niedługo sama będzie umiała sporządzać takie rzeczy. 

Pani  Wilkins  nie  miała  jednak  zamiaru  smażyć  konfitur  według  przepisu  z  książki 

kucharskiej, robiła to po swojemu tłumacząc Abby ze śmiechem, że ludzie na wsi mają swoje 

własne metody, sprawdzone przez wiele pokoleń. 

Obierając  truskawki  z  szypułek  i  przygotowując  syrop,  opowiedziała  Abby  stare  i 

nowe historie z okolicy, przeplatając je instrukcjami, z jakich owoców najlepiej sporządzać 

konfitury,  a  jakie  nadają  się  bardziej  na  galaretki,  wyjaśniła  jej  też,  gdzie  i  w  jakich 

background image

warunkach najlepiej przetwory przechowywać. 

Abby  w  gruncie  rzeczy  mogła  zapomnieć  wszystko,  czego  się  nauczyła  z  książek, 

przyznając teraz w duchu, że praktyka wygląda całkiem inaczej niż teoria. Mogła co prawda 

wygłosić  wykład  na  temat  nawożenia  gleby,  ale  nie  miała  pojęcia,  w  jakich  miesiącach 

dojrzewają poszczególne rodzaje jerzyn. 

Pani Wilkins odnosiła się do niej serdecznie, lecz Abby wracała do domu z uczuciem, 

że jest na powrót  głupiutką, nic nie wiedzącą uczennicą. Mimo  całych lat,  które poświęciła 

rolnictwu jako przedmiotowi studiów, miała wrażenie, że o prawdziwej praktyce rolniczej nie 

wie nic. 

Tego, jak pani Wilkins smażyła konfitury, nie wyczytałaby w żadnej książce. Miała na 

to  przepis  podyktowany  doświadczeniem  całych  generacji.  Czyżby  właśnie  o  to  chodziło 

Tedowi, gdy mówił, że samą teorią nie osiągnie się rekordowych wyników? 

Abby  straciła  pewność  siebie  i  to  ją  niezmiernie  martwiło,  lecz  z  samozaparciem 

pracowała dalej próbując uruchomić młyn. Kiedy skaleczyła się o jedno z kół zębatych, z jej 

ust wyrwało się przekleństwo. Niestety co dzień zdarzały jej się takie małe wypadki. Mimo to 

zacisnęła zęby i pracowała niezmordowanie dalej. 

W  czwartek  wieczorem  przypomniała  sobie,  że  w  sobotę  ma  się  odbyć  zabawa 

wiejska, a ona zapomniała spytać panią Wilkins, jak się powinna ubrać na taką okazję. 

Ale właściwie po co? Gdyby Ted poważnie myślał o zaproszeniu jej, na pewno by już 

dawno zadzwonił z pytaniem, kiedy ma po nią przyjechać. 

Przyłapała  się  na  tym,  że  krąży  wściekła  jak  osa  no  domu,  wmawiając  sobie  raz  po 

raz,  że  nie  ma  czasu  na  jakieś  głupie  zabawy  w  stodole.  Mimo  to  spoglądała  ciągle  w 

kierunku telefonu pytając siebie, dlaczego jest taki uparty i nie dzwoni. 

W  piątek  rano  podjęła  decyzję.  Zrezygnowała  z  zajęć  na  farmie  i  pojechała  do 

pobliskiego miasteczka, gdzie wyszukała sklep tekstylny, który prowadził również sprzedaż 

gotowych wykrojów. 

Właścicielka  zadowolona,  że  ma  nową  klientkę,  pokazała  Abby  cały  szereg 

drukowanych materiałów, a także łatwe do uszycia wykroje strojów, wkładanych specjalnie z 

okazji tańca w kwadracie. Abby była pewna, że do soboty z pewnością uszyje jedną z tych 

ładnych  sukienek.  Prawdopodobnie  będzie  to  strata  czasu,  gdyż  zdawało  się,  że  Ted  o  niej 

zapomniał, ale czuła, że uszycie tego kostiumu tak czy tak sprawi jej przyjemność. 

Wybrała  różowy  kreton,  z  którego  zamierzała  uszyć  bluzkę  z  krótkimi  bufiastymi 

rękawami, prawdziwie ludową w stylu, a do obszycia ciemnozieloną taśmę. Spódnica miała 

być z wełny, z szeroką falbaną u dołu, a lamówka o nieco jaśniejszym odcieniu zieleni. Do 

background image

tego Abby zamierzała uszyć z ciemnoróżowego materiału szeroki pasek. 

W  sobotę  rano  sukienka  była  praktycznie  gotowa,  Abby  brakowało  tylko  czarnych 

pantofli, jakie widziała na wystawie jednego ze sklepów obuwniczych, gdzie reklamowano je 

jako obuwie przeznaczone do tańca ludowego. 

Dlaczego nie miałabym sobie ich kupić?, pytała samą siebie wyjeżdżając ponownie do 

miasteczka. Przynajmniej będę miała skompletowany cały strój, nawet jeślibym miała nosić te 

rzeczy tylko w domu. Planowała zresztą urządzić grillparty dla przyjaciół z miasta, a wtedy 

jako gospodyni byłaby stylowo ubrana. 

Kupiwszy pantofle i załatwiwszy jeszcze trochę innych sprawunków, zjadła lunch w 

przyjemnie  urządzonej  restauracji  na  obrzeżu  miasta,  którą  ostatnio  odkryła.  W  domu 

podbiegła  najpierw  do  sekretarki  automatycznej,  aby  przesłuchać  taśmę.  Ostatecznie  nigdy 

nic nie wiadomo. Ktoś przecież mógł zostawić ważną wiadomość. 

Były dokładnie cztery, a wszystkie pochodziły od Teda. Zawiadamiał, że ma kłopoty z 

chorym  cielakiem,  lecz  że  zwierzę  prawdopodobnie  wyzdrowieje  do  sobotniego  wieczoru. 

Druga i trzecia były prośbami o jak najszybszy telefon. W czwartej przekazał wiadomość, że 

zabierze  ją  następnego  dnia  o  siódmej,  aby  mogli  jeszcze  zjeść  obiad  w  małej  stylowej 

restauracyjce, usytuowanej przy wylocie drogi z miasta. 

Abby  wybuchnęła  śmiechem.  Ted  z  pewnością  myślał  o  lokalu,  z  którego  właśnie 

wróciła. Zdjęła strój z wieszaka i przyłożyła do siebie, po czym nucąc melodię zakręciła się 

kilka  razy  po  pokoju.  Naraz  wpadło  jej  do  głowy,  że  jeszcze  nie  zastanowiła  się  nad 

odpowiednią  na  jutrzejszy  wieczór  fryzurą,  a  co  gorsze,  nie  zadzwoniła  do  Teda  z 

potwierdzeniem, że siódma godzina jutro wieczór całkiem jej odpowiada. 

Abby  nie  należała  do  dziewcząt,  które  celowo  trzymają  mężczyzn  w  niepewności, 

mimo to sprawiała jej przyjemność myśl, że Ted może chodzi nerwowo tam i z powrotem po 

pokoju wyczekując jej telefonu. Ona sama prawie cały dzień czekała na telefon od niego, nie 

czuła  więc  teraz  wyrzutów  sumienia.  Zaraz  jednak  wyśmiała  samą  siebie.  Ostatecznie  nie 

miała  powodu,  aby  w  ten  sposób  go  karać,  podeszła  więc  zdecydowanym  krokiem  do 

telefonu. 

-   Czy  pan  Grant  jest  w  domu?  -  spytała  kobiety  która  podniosła  słuchawkę.  Abby 

przypuszczała,  że  to  gospodyni  Teda,  wypiekająca  takie  pyszne  szarlotki,  ale  mimo  to 

owładnął nią niejasny gniew na nią, choć nie umiała sobie wytłumaczyć dlaczego. 

-   Czy  to  panna  Mills?  -  spytała  serdecznie  Kay  i  niechęć  Abby  znikała  w  jednej 

chwili. Gospodyni najwyraźniej oczekiwała jej telefonu. 

-  Tak - odparła już całkiem przyjaźnie. 

background image

-  Pan Grant czekał na telefon od pani, lecz właśnie wyszedł do obory, aby zajrzeć do 

chorego cielęcia. Zaraz go zawołam. 

Teraz  Abby  zrozumiała,  dlaczego  Ted  tak  ciepło  wyraża  się  o  Kay.  Jego  dobro 

musiało jej najwyraźniej leżeć na sercu, skoro się tak ucieszyła, że znalazła się dziewczyna, 

która choć odrobinę się nim zajmie. 

-  Halo, Abby? - Głos Teda wydał jej się zaspany i pełen oczekiwania. Raptem zrobiło 

jej  się  przykro,  że  nie  zadzwoniła  od  razu.  Takie  zagrywki  z  mężczyzną  tak  otwartym  i 

szczerym były nie fair. 

-  Tak, to ja. 

-  Przykro mi, że to nie ja zadzwoniłem pierwszy. 

-   Nie  masz  powodu  się  usprawiedliwiać.  Jak  tam  z  cielakiem?  Przeżyje?  Mogę  coś 

dla ciebie zrobić? 

-   Miło,  że  o  to  pytasz.  Wygląda  na  to,  że  wszystko  będzie  w  porządku.  Ten  mały 

dzikus  przyplątał  się  do  większych  cieląt  i  został  przez  nie  stratowany.  W  pierwszym 

momencie myślałem, że będzie z nim źle, ale dziś jest już lepiej. Na razie trochę się jeszcze 

chwieje na nogach, ale to wszystko. 

-   Cieszę  się  -  odetchnęła  Abby.  -  Wiesz,  ja  też  studiowałam  hodowlę  bydła,  wiem 

chyba  wszystko  o  wadach  dziedzicznych  i  innych  chorobach,  ale  obawiam  się,  że  w  takim 

wypadku byłabym bezradna. Im dłużej tu jestem, tym bardziej sobie uświadamiam, jak uboga 

jest moja wiedza. 

Jeśli  chodzi  o  młode  sztuki,  zwykle  nie  jest  tak  źle,  jak  na  to  wygląda.  Troskliwą 

opieką można zdziałać cuda. Ale takiej rady nie wyczytasz w swoich książkach. Tę cudowną 

formułę  można  zastosować  do  wszystkich  istot  żywych  i  często  tylko  ona  pozostaje,  kiedy 

inne środki zawodzą. Sam już doświadczyłem tego wiele razy. Cieszyłbym się, gdybym także 

i  w  innych  dziedzinach  mógł  ci  pokazać,  że  uczone  księgi  nie  zawierają  całej  wiedzy. 

Praktyka na farmie pozwala zaobserwować także inne rzeczy. 

-  Wierzą ci, Ted - przyznała Abby - i mam nadzieję wiele się od ciebie nauczyć. 

-   Jestem  na  twoje  usługi.  Ale  jutro  wieczór  chciałbym  pokazać  ci  coś  innego; 

„Tańczącą Królową” i jej znakomitą pieczeń z kluskami. 

Abby  już  już  miała  mu  powiedzieć,  że  sama  odkryła  ten  klejnot  pomiędzy 

restauracjami,  ale  w  porę  ugryzła  się  w  język  nie  chcąc  psuć  Tedowi  radości.  Jeszcze 

niedawno  taka  myśl  nie  przyszłaby  jej  do  głowy.  Ze  zdziwieniem  stwierdziła,  że  coraz 

częściej wstawia się w jego położenie. 

-  Cudownie! - powiedziała zamiast tego. - Czekam na ciebie punktualnie o siódmej. 

background image

-  Tak się na to cieszę, Abby - rzekł ciepło i odwiesił słuchawkę. 

Abby  natomiast  odwiesiła  swoją  dopiero  wtedy,  gdy  usłyszała  dalekie  szczęknięcie. 

Chciała być przez to dłużej blisko Teda. 

Następnego  dnia  już  za  dwadzieścia  siódma  była  gotowa  i  czekała  na  niego  z 

niecierpliwością. Pani Wilkins poradziła jej jeszcze przez telefon, aby pod sukienkę włożyła 

sutą halkę, więc teraz wyglądała ona szczególnie strojnie. 

Kiedy o siódmej usłyszała samochód Teda, wybiegła mu na spotkanie, zanim jeszcze 

zdążył  zadzwonić.  Był  zachwycony  jej  widokiem.  W  stylowym  wieśniaczym  stroju,  z 

jasnymi lokami opadającymi na ramiona wyglądała jak najprawdziwsza wiejska piękność. Z 

zadowoleniem  stwierdził  też,  że  jej  makijaż  jest  delikatniejszy  niż  zwykle.  W  ogóle 

zapytywał siebie w duchu, dlaczego ona tu na wsi używa wszystkich tych szminek. Abby ze 

swą świeżą, dziewczęcą urodą podobała mu się bardziej bez makijażu. 

Zauważył też od razu, że tego dnia zachowuje się inaczej. Nie była taka zachowawcza 

wobec niego, uśmiechała się promiennie i wydawała się zadowolona z jego towarzystwa. A 

więc chyba się nie mylił mając wrażenie, że jej chłodny sposób bycia i narzucony przez nią 

dystans  służy  tylko  skrywaniu  prawdziwych  uczuć.  Teraz  stała  przed  nim  czarująca,  nie 

mogąca doczekać się zabawy roześmiana dziewczyna. 

Ted już od dawna kochał  się w  Abby, ale nie był  tego jeszcze do końca  świadomy. 

Dopiero teraz uzmysłowił to sobie z absolutną jasnością. Skłonił się przed nią dwornie i podał 

jej  ramię,  aby  powieść  dziewczynę  do  samochodu,  a  dopiero  kiedy  upewnił  się,  że  siedzi 

wygodnie, sam zajął miejsce za kierownicą. 

Podczas  jazdy  raz  po  raz  nachodziła  go  ochota,  aby  uścisnąć  jej  rękę.  Byłby  to 

ostatecznie niewinny gest, lecz mimo to nie odważył się na to. Tak się cieszył, że wreszcie 

odtajała w jego obecności, i za żadne skarby nie chciał tego zniszczyć. Mogłaby się przecież 

na nowo od niego odwrócić. 

Przy obiedzie też nie pozwolił sobie na żadne czulsze słówko czy  gest,  zadowalając 

się  opowiadaniem  Abby  wesołych  zdarzeń  ze  swego  dzieciństwa,  a  ona  zaśmiewała  się  do 

łez. 

Kiedy  sączyli  po  obiedzie  brandy,  Ted  wiedział  już  z  całą  pewnością,  że  nie 

wytrzyma, jeżeli tego wieczoru nie weźmie jej przynajmniej raz w ramiona. Jeśliby się taka 

okazja nie miała nadarzyć, to powinien chociaż dać wyraz swoim uczuciom dla niej. 

-   Nie  weźmiesz  mi  za  złe,  jeśli  ci  powiem,  że  wyglądasz  fantastycznie?  -  spytał 

ostrożnie. 

-  Za złe?  - posłała mu zadowolone spojrzenie.  - Od samego początku  czekam  na to, 

background image

kiedy  wreszcie  wyjedziesz  z  jakimś  komplementem.  Ale  mimo  wszystko  obawiam  się,  że 

reszta towarzystwa już na pierwszy rzut oka odkryje we mnie przebraną turystkę z wielkiego 

miasta. Kto wie, czy nie zostanę przepędzona belami siana. 

Ted roześmiał się. 

-   Z pewnością ściągniesz na siebie spojrzenia wszystkich,  ale nie musisz się  bać, że 

nie zostaniesz zaakceptowana. Przeciwnie, będę musiał staczać boje z innymi mężczyznami, 

aby móc choć raz z tobą zatańczyć. 

-   Ach  Ted  -  uśmiechnęła  się  szczęśliwa  jak  nigdy  -  jeśli  naprawdę  chcesz,  mogę 

zarezerwować dla ciebie wszystkie tańce. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

Kiedy  znaleźli  się  wreszcie  w  stodole,  zabawa  trwała  już  w  najlepsze.  Abby  była 

zadowolona,  że  przystanęli  na  chwilę  w  drzwiach  spoglądając  na  tańczących.  Miała  niemal 

tremę, więc uczepiła się ramienia Teda i przez moment nie chciała wejść do środka. 

-  Co się stało, Abby? - spytał. 

-   Sama  nie  wiem,  co  się  ze  mną  dzieje  -  odparła  żałośnie.  -  Byłam  już  na  tylu 

zabawach  i  potańcówkach,  a  teraz  nagle  strasznie  boję  się  wejść.  Co  będzie,  jeśli  ci  ludzie 

mnie odrzucą? 

-   Odrzucą?!  Oni  będą  oczarowani!  -  oświadczył  z  przekonaniem.  -  Chodź,  właśnie 

ustawiają się do tańca w kwadracie. Wystarczy, że będziesz słuchała poleceń wodzireja i dasz 

się prowadzić. Zaczynają zwykle od najprostszych figur, a potem początkujący wycofują się i 

poprzestają na przyglądaniu się. 

Spojrzała na niego niepewnie. 

-  Ale musisz mi przyrzec, że nie zostawisz mnie na środku samej. 

-  Parę razy zmienimy partnerów, ale tylko na krótko. Nie martw się, zawsze znajdzie 

się  ktoś,  kto  będzie  z  tobą  dalej  tańczył.  Pomyśl  tylko,  my  tutaj  jesteśmy  jedną  wielką 

rodziną. 

-  Zatem dobrze, Ted. Jeśli uważasz, że... 

Z ociąganiem weszła za nim do środka, a resztę ułatwili jej inni. Jak powiedział Ted, 

wszyscy  byli  bardzo  mili  i  wyglądali  na  szczerze  zadowolonych  z  jej  przyjścia.  Nie  miała 

zresztą czasu się nad tym zastanawiać, bo właśnie rozbrzmiały dźwięki muzyki, więc musiała 

uważać, żeby się nie potknąć i nie wypaść z rytmu. 

Szło  jej  wszakże  lepiej,  niż  przewidywała.  Poszczególne  kroki  okazały  się  nie  takie 

trudne,  stopniowo  też  pozbywała  się  swego  skrępowania,  a  nawet  rozluźniła  się  na  tyle,  że 

mogła w tańcu myśleć o czym innym, a nie tylko o tym, aby nie zgubić kroku. 

Komiczne, nigdy nie miałam oporów przekraczając próg przepełnionej sali balowej, a 

tutaj  przyszło  mi  to  z  takim  trudem,  pomyślała.  Dlaczego  tym  razem  było  inaczej? 

Oczywiście, że to wiązało się z Tedem. Zależało jej na tym, co on o niej myśli, tym bardziej, 

że to on ją tu wprowadził, a więc w jakiś sposób za nią ręczył. Chciała, bardzo chciała, także 

ze względu na niego, aby ją polubiono. 

Owo  przeświadczenie  powinno  właściwie  być  powodem  ostrożniejszego 

postępowania z nim, lecz tego wieczoru nie pragnęła niczego więcej, jak się zabawić. 

background image

Muzyka  rozbrzmiała  na  nowo.  Ted  szeptał  jej  wskazówki  do  ucha  i  prawił 

komplementy, że tak dobrze jej idzie. Abby  cieszyło  to  bardzo. Ten wieczór wart był  tego, 

aby  choć  na  chwilę  zapomnieć  o  mocnych  postanowieniach,  według  których  zamierzała 

ułożyć sobie tu życie. 

Taniec  sprawiał  jej  przyjemność,  ale  czuła  też  narastające  zmęczenie.  W  którymś 

momencie nawet zatoczyła się z wyczerpania, poprosiła więc Teda, aby na moment wyszli na 

dwór. 

Ted przyjął to z wyraźną ulgą. 

-  Tak się cieszę, że to ty zaproponowałaś. 

-  Dlaczego? - spojrzała na niego zdziwiona. 

-  Nie chciałem się przyznać, że już mam dość, przynajmniej na razie. Jesteś z miasta, 

a tańczysz jak najlepsi stąd. A ty się bałaś, że się zblamujesz! 

-  To już jest poza mną. Ted, popatrz na ten księżyc! To rozgwieżdżone niebo wygląda 

wprost bajecznie! 

-  Tym bardziej, że ty pod nim stoisz - rzucił pieszczotliwie. 

Coś  w  Abby  szepnęło  o  ostrożności,  lecz  nie  chciała  niszczyć  uroku  tego  wieczoru 

niechętnym gestem czy zimnym słowem. Od miesięcy nie czuła się tak lekko. Byłaby szkoda, 

gdyby sobie teraz zepsuła te piękne godziny. 

Ku  swemu  zaskoczeniu  uznała  uwagę  Teda  za  absolutnie  w  porządku,  nie  miała 

jednak uczucia, że musi coś odpowiedzieć. 

Także Ted milczał przez chwilę, a potem naraz ujął jej dłoń. 

-   Przed  czym  tak  się  bronisz,  Abby?  -  szepnął  tkliwie.  -  Najwyraźniej  czegoś  się 

boisz. 

Podniosła głowę i zajrzała w jego pełne czułości oczy. Ted miał rację. Rzeczywiście 

było coś, czego się bała. Właściwie nie chodziło jej o to, że mógłby zranić jej uczucia, lękała 

się, że może stracić kontrolę nad sobą i w ten sposób postradać niezależność, którą z takim 

trudem sobie wywalczyła. 

Może  zresztą  chodziło  o  jedno  i  drugie.  Może  tym  swoim  powściągliwym 

zachowaniem  chciała  się  ustrzec  przed  nieszczęśliwą  miłością,  a  Ted  zdołał  ją  przejrzeć? 

Tego nie wiedziała, wiedziała tylko, że od momentu poznania Teda jej życie uległo zmianie. 

Gdy  była  w  jego  towarzystwie,  świat  wydawał  jej  się  piękniejszy,  poza  tym  mogła  się  od 

niego wiele nauczyć. Miała tylko pewne wątpliwości, czy zdoła uporać się z tą sytuacją. 

Dlaczego  ten  wieczór  musiał  być  aż  taki  piękny,  a  ona  tak  podatna  na  romantyczne 

nastroje? 

background image

Jak  gdyby  odgadując  jej  myśli,  Ted  mocniej  ścisnął  jej  dłoń.  Kto  wie,  czy  nie 

odczuwał  lekkiego  dreszczu,  jaki  przebiegł  przy  tym  jej  ciało...  Jeśli  tak,  to  znał  już 

odpowiedź, której ona rozpaczliwie szukała. 

Ted  delikatnie  pociągnął  Abby  za  sobą  na  wąską  ścieżkę,  a  ta  zaprowadziła  ich  nad 

staw. Tam zdjął marynarkę, rozłożył ją na brzegu i usiadł, zapraszając ją, aby zrobiła to samo. 

Abby jednak nie chciała na razie siadać. Miejsce było wyjątkowo piękne, miała więc 

ochotę okrążyć staw i rozejrzeć się po okolicy, choć było już ciemno. Żałowała, że nie może 

widzieć kwiatów porastających jego brzegi, za to czuła przynajmniej ich upojny zapach. 

Ted postępował za nią w milczeniu. 

-   Przypuszczam,  że  to  jest  główny  powód,  dla  którego  sprowadziłaś  się  na  wieś  - 

powiedział w którymś momencie, jak gdyby wiedząc doskonale, co się z nią dzieje. 

-  Tak - potwierdziła. - Kocham naturę, świeże powietrze i wszystko, co zielone. 

-  Wiem. Ale nie to miałem na myśli. Ty szukasz tutaj spokoju, prawda? 

-  Masz rację. Nie przyznaję się zbyt chętnie do tego, ale moje życie w Deerfield było 

bardzo stresujące. Musiałam się stamtąd wynieść, aby odnaleźć siebie samą. 

-  Pozwolisz, abym ci w tym pomógł? - spytał poważnie. 

W  pierwszym  odruchu  chciała  się  nie  zgodzić.  Instynktownie  broniła  się  przed  nim, 

aby  nie  dowiedział  się  o  niej  całej  prawdy.  Ale  naraz  puściły  się  jej  łzy  z  oczu  i  sama  nie 

wiedząc jak znalazła się w jego ramionach i przywarła twarzą do jego piersi. 

Trwali tak przez chwilę. Ted głaskał ją uspokajająco po głowie, a ona była wdzięczna, 

że nie posuwa się do innych czułości. Nie rzekł słowa, dając jej czas, aż się uspokoi. 

-   Nie  wiem,  co  się  ze  mną  stało  -  wyznała  zakłopotana.  -  To  było  bardzo  głupio  z 

mojej strony. I w dodatku ubrudziłam ci koszulę tuszem do rzęs. 

-   To  drobiazg.  Cóż  znaczy  kilka  plam  wobec  tego  że  mogłem  cię  trzymać  w 

ramionach, że okazałaś mi tyle zaufania i wypłakałaś się na mej piersi. Już ci lepiej? 

-  Tak, o wiele lepiej. Jestem ci wdzięczna, że nie stawiasz żadnych pytań. Nie byłoby 

mi łatwo na nie w tej chwili odpowiedzieć. 

-   Wiem  -  szepnął  poważnie.  -  W  przyszłości  też  nie  musisz  tego  robić,  jeśli  nie 

chcesz. Będę zawsze przy tobie, gdy będziesz potrzebowała mej pomocy, ale nigdy o nic nie 

zapytam. 

Dzięki za zrozumienie, Ted. Twoja przyjaźń znaczy dla mnie bardzo wiele. Czy wolno 

mi wyrazić jakieś życzenie? 

-  Już jest spełnione. 

-  Możesz mnie po przyjacielsku pocałować w policzek? 

background image

Rzuciła to tak po prostu, bez zastanowienia. Wiedział to od razu, ponieważ cały czas 

uważnie studiował jej twarz. 

-   Dziękuję,  Ted  -  westchnęła  z  zadowoleniem,  gdy  spełnił  jej  prośbę.  -  Jeśli  o  mnie 

chodzi, to możemy teraz z powrotem wmieszać się w tłum, ale najpierw muszę doprowadzić 

się  do  porządku.  Oni  tam  pewnie  tańczą  już  trudniejsze  tańce.  Wytłumaczysz  mi  zasady? 

Niestety będę musiała przy tym siedzieć, bo mam całkiem obrzmiałe stopy. 

-   Naturalnie.  W  ogóle  już  dziś  nie  musisz  tańczyć,  jeśli  nie  chcesz.  Teraz  tańczą 

„Łańcuch filiżanek”, a potem przyjdzie kolej na „Bąka”, „Stokrotkę Południa” i „Fruwające 

koło”.  Te  nazwy  są  dość  skomplikowane,  a  i  kroków  nie  nauczysz  się  tak  od  razu.  Ale 

popatrzeć  na  innych  też  jest  przyjemnie.  Nie  miałabyś  nic  przeciwko  temu,  gdybyśmy  się 

wspięli po drabinie na stryszek z sianem? Stamtąd będzie wszystko jeszcze lepiej widać... 

background image

ROZDZIAŁ 7 

Wracała  wesoła  i  zrelaksowana.  Ted  pomógł  jej  się  wspiąć  na  drabinę  i  stamtąd 

obserwowali radosny, rozbawiony tłum. Abby klaskała tak jak inni w takt muzyki, wypytując 

Teda o reguły poszczególnych tańców. O swoim niedawnym wybuchu zdążyła już zapomnieć 

i rozkoszowała się teraz wieczorem jeszcze bardziej niż poprzednio. Nie czuła w sobie tego 

nerwowego  napięcia,  gdy  Ted  obejmował  ją  ramieniem  lub  od  czasu  do  czasu  całował  w 

policzek, i była naprawdę rozczarowana, kiedy zabawa się skończyła. 

A  przecież  ta  noc  zdawała  się  nie  mieć  końca.  Abby  nie  mogła  się  oprzeć  i  mimo 

pęcherzy  na  stopach  nie  zrezygnowała  z  ostatnich  tańców.  Miała  wrażenie,  że  nie  zrobi 

jednego  kroku,  a  i  tak  było  jej  przykro,  gdy  wszyscy  zaczęli  się  rozchodzić.  Oznaczało  to 

przecież także koniec mile spędzonego czasu z Tedem. 

Pragnęła zbliżyć się do niego, może nawet go pokochać, lecz w kontekście jej planów 

na przyszłość nie miało to sensu. Ted stanowił poważne zagrożenie dla jej zamierzeń, , choć 

zmaganie się z uczuciami do niego przychodziło jej coraz ciężej. 

Ów  rozdźwięk  między  uczuciem  a  rozsądkiem  sprawił,  że  w  drodze  do  domu  była 

bardzo  milcząca.  Dlatego  też,  gdy  Ted  chciał  ją  otoczyć  ramieniem,  zareagowała  całkiem 

inaczej, po prostu odtrąciła go i wbiła się w kąt samochodu, jak najdalej od niego. 

Ted  nie  nalegał,  lecz  gdy  zajechali  przed  młyn,  najwyraźniej  nie  spieszył  się  z 

otwarciem drzwi samochodu, aby mogła wysiąść. 

-   Wiem,  że  jesteś  bardzo  zmęczona,  ja  zresztą też  -  zaczął  -  ale  mimo  to  chciałbym 

wiedzieć,  czy  coś  z  tego,  co  dziś  wieczór  było  między  nami,  sprawiło  ci  przykrość.  Jeśli  o 

mnie chodzi, to zapewniam, że nie żałuję niczego. 

-  Ja też nie - odparła cicho nie patrząc na niego. 

-  A więc o co chodzi? 

-   O  nic.  Jestem  tylko  śmiertelnie  zmęczona,  Ted.  Nie  pogniewasz  się,  jeśli  teraz  się 

pożegnam?  Miałam  zamiar  zaprosić  cię  jeszcze  na  kawę,  ale  po  prostu  jestem  do  niczego. 

Moje nogi całkiem odmówiły posłuszeństwa. Chyba to rozumiesz. 

Ted nie rozumiał, lecz mimo to rzekł: 

-  Oczywiście Abby. Odprowadzę cię tylko do drzwi. 

Wysiadł i pomógł wysiąść także i jej, Abby wszakże nie chciała, aby jej towarzyszył. 

-  Nie, tych parę kroków przejdę sama. Ostatecznie nie jesteśmy w Deerfield, gdzie za 

każdym drzewem czai się napastnik. 

background image

-  To prawda, ale tak czy tak będę czekał w samochodzie, dopóki nie znajdziesz się w 

domu. A może i to ci przeszkadza? 

Przełknęła głośno ślinę. 

-  Ach, Ted... - wykrztusiła. Na więcej nie umiała się zdobyć. 

-  Co ci jest? 

-  Nic. Jestem po prostu skonana i to wszystko. To był cudowny wieczór, dziękuję ci. 

Zadzwonisz do mnie? 

-  Tak - odrzekł krótko. 

Spuściwszy  głowę  ruszyła  wykładaną  płytami  dróżką  prowadzącą  do  werandy.  W 

drzwiach  miała  jeszcze  ochotę  się  obejrzeć,  lecz  nie  zdobyła  się  na  odwagę.  Bała  się,  że 

wybuchnie  łzami  albo  nawet  pobiegnie  do  niego  i  rzuci  mu  się  w  ramiona.  Naprawdę 

wstydziła się swej słabości. 

Ted  nie  odjechał  od  razu.  Patrzył  za  nią,  jak  manipuluje  przy  drzwiach,  a  później 

wchodzi. To. że porusza się powoli, z widocznym trudem, podpowiedziało mu, że znowu coś 

ją  dręczy.  Najchętniej  pobiegłby  za  nią,  przytulił  i  pocieszył,  ale  nie  ruszył  się  z  miejsca. 

Nawet  kiedy  zatrzasnęły  się  za  nią  drzwi,  nie  był  zdolny  obrócić  kluczyka  w  stacyjce  i 

odjechać. Czekał, aż zapalą się światła w domu. 

Wyglądało na to, że Abby poszła najpierw do kuchni, pewnie aby się czegoś napić, a 

potem zabłysło światło w jej sypialni. 

Robiło  mu  się  coraz  ciężej  na  duszy.  Właściwie  dlaczego  nie  odjeżdża?  Co  Abby 

sobie o nim pomyśli? Naraz zapragnął znaleźć się możliwie jak najdalej, zapalił więc silnik 

starając się robić jak najmniej hałasu. 

Ale ona i tak usłyszała warkot motoru. Już się zaczynała dziwić, dlaczego nie słyszała, 

jak odjeżdża, lecz nie przyszło jej do głowy, że ciągle jeszcze stoi pod domem. Podeszła do 

okna i przez szczelinę w zasłonie widziała, jak Ted ostrożnie nawraca samochód. Nie obejrzał 

się przy tym ani razu, jak gdyby czuł, że ona go obserwuje. Był wściekły na samego siebie. 

Jak ma wytłumaczyć Abby swoje dziwne zachowanie? 

Abby  nie  była  ani  rozgniewana,  ani  wytrącona  z  równowagi,  tylko  wyczerpana  do 

reszty, czuła jednak przy tym  coś jakby satysfakcję, że Ted najwyraźniej też nie ma więcej 

odwagi  niż  ona.  W  gruncie  rzeczy  to,  że  dwoje  dorosłych  ludzi  nie  umie  przezwyciężyć 

własnej dumy, wydało jej się śmieszne. 

Za żadne skarby wszakże nie chciała dopuścić, aby ich kontakty przybrały inną formę, 

niż wymaga tego zwykła znajomość. Gdyby stało się inaczej, z pewnością odwiodłoby to ją 

od  pracy,  a  takie  coś  oznaczało  zaniedbanie,  a  może  nawet  i  przekreślenie  zamysłów 

background image

związanych z „Oazą Spokoju”. 

Nie przyszło jej trudno wynalezienie z tysiąca powodów, dla których powinna zerwać 

z Tedem, a im więcej ich wynajdywała, tym łatwiej mogła ukryć przed samą sobą prawdę. 

Skoncentruj  się  na  „Oazie  Spokoju”  i  trzymaj  swe  serce  na  wodzy,  powiedziała 

zdecydowanie do swego odbicia w lustrze, kiedy siedziała przed toaletką przygotowując się 

do pójścia spać. 

Długo  nie  dane  jej  było  zaznać  spokoju,  dopiero  po  dwóch  godzinach  udało  jej  się 

nabrać niejakiego dystansu do Teda i zasnąć męczącym, pełnym koszmarów snem. 

Zerwała się z samego rana, a jej pierwsza myśl dotyczyła Malinki. Długa przejażdżka 

powinna im obu dobrze zrobić, pomyślała. 

Osiodławszy konia wyjechała na wąską ścieżkę, po czym puściła się kłusem. Schyliła 

się  przy  tym  nad  głową  klaczy,  opowiadając  jej  o  wszystkim,  co  przeżyła  poprzedniego 

wieczoru. Malinka była dla niej jak przyjaciółka albo matka, której można ze wszystkiego się 

zwierzyć, a już na pewno była cierpliwą słuchaczką. 

-  Będę się musiała nauczyć z tym żyć - zwierzyła się koniowi - zagrzebię się po uszy 

w pracy i tym razem już nikt ani nic mnie od tego nie odciągnie. 

Ponieważ  było  jeszcze  za  wcześnie  na  składanie  wizyt,  ściągnęła  lejce  i  skierowała 

Malinkę  z  powrotem  na  drogę  do  młyna,  choć  miała  szaloną  ochotę  zamienić  z  kimś  parę 

słów, nie mówiąc o tym, że marzyła jej się dłuższa pogawędka z miłą panią Wilkins. 

Właściwie dlaczego nie zrobić tego później? zapytała samą siebie. To była wspaniała 

myśl. Weźmie jedną ze swych książek kucharskich i wyczaruje coś, co mogłaby jej zanieść 

jako podziękowanie za naukę kiszenia kapusty. W końcu zdecydowała się, że upiecze chleb, i 

wyszukała w miarę łatwy  przepis,  przy którym  nie było  możliwości  popełnienia zbyt  wielu 

omyłek. 

Wszystko  skończyło  się  wielkim  bałaganem  w  kuchni:  zasypanymi  mąką  i  lepkimi 

kawałkami ciasta stołem i podłogą. Ona sama miała na twarzy i ubraniu mąkę, ale czuła się 

przy  tym  wspaniale.  Kiedy  miała  konkretne  zajęcie,  łatwiej  jej  było  rozeznać  się  w 

charakterze uczuć, jakie nią owładnęły, i uporać się z ich natłokiem. 

Zostawiła  ciasto  do  wyrośnięcia,  a  sama  na  cały  głos  nastawiła  płytę  z  muzyką 

rockową  i  zabrała  się  do  sprzątania.  Prace  domowe  skutecznie  przepędzały  jej  wewnętrzną 

nerwowość, pozwalając wreszcie się odprężyć. 

Mimo  to  nie opuszczało  jej pragnienie,  aby podejść do telefonu. Aparat był dla niej 

wyzwaniem,  ale  pozostała  nieugięta.  Rzucając  raz  po  raz  okiem  na  ciasto  pracowała 

zawzięcie,  aż  wreszcie  nadeszła  pora  wsadzania  chleba  do  pieca.  Zrobiwszy  to  od  razu 

background image

zadzwoniła do pani Wilkins, zapowiadając swe odwiedziny. 

Abby coraz bardziej uświadamiała sobie, jak bardzo tęskni za towarzystwem. Jeszcze 

do niedawna uważała to za niemożliwe, teraz jednak samotność działała jej na nerwy. 

Pani Wilkins sprawiała wrażenie zadowolonej, że Abby do niej zadzwoniła. 

-   Właśnie  o  tobie  myślałam.  Na  mojej  kuchni  skwierczy  olbrzymia  pieczeń,  którą 

mogłabym  nakarmić  całą  armię.  Byłaby  szkoda,  gdybyś  zjadła  samotnie  niedzielny  obiad, 

proszę zatem do mnie. 

Abby z radością przyjęła zaproszenie. Jak to dobrze, że upiekła chleb. W ten sposób 

mogła wnieść własną część do świątecznego posiłku. 

Przypuszczała,  że  będzie  to  coś  w  rodzaju  spotkania  rodzinnego,  wyszukała  więc  w 

szafie  skromną  w  kroju,  ale  twarzową  sukienkę,  odpowiednią  jej  zdaniem  na  wiejskie 

niedzielne  spotkanie.  Co  prawda  wóz  sportowy  nie  pasował  do  wiejskiej  scenerii,  uznała 

jednak,  że  na  proszony  obiad  nie  wypada  przyjeżdżać  konno,  zresztą  i  tak  było  na  to  za 

późno.  Pani  Wilkins  zaprosiła  ją  na  czwartą,  zostało  jej  więc  dosłownie  tyle  czasu,  aby  się 

przebrać, owinąć bochenek chleba celofanem i przewiązać wstążką. Po drodze do samochodu 

ścięła  jeszcze  szybko  parę  dopiero  co  rozkwitłych  kwiatów.  W  Deerfield  Abby  nigdy  nie 

zdecydowałaby  się  wziąć  udziału  w  obiedzie  rodzinnym,  ale  na  wizytę  u  pani  Wilkins 

cieszyła  się,  i  to  nie  tylko  dlatego,  że  tęskniła  do  towarzystwa.  Była  to  dla  niej  doskonała 

okazja, aby choć na chwilę zapomnieć o Tedzie. Przy nim znowu owładnęłaby nią słabość, a 

doskonale wiedziała, że coraz mniej może liczyć na własną samodyscyplinę. 

Otwarte drzwi domu pani Wilkins zapraszały już z daleka. Kiedy Abby wchodziła po 

kilku  stopniach  na  werandę  niosąc  swój  mały  podarek,  z  wnętrza  doszedł  ją  śmiech 

mężczyzny, a także obcy damski głos. 

Najwidoczniej pani Wilkins miała większą rodzinę, niż Abby przypuszczała. Czy aby 

jej obecność nie będzie komuś przeszkadzać? 

Ładna  młoda  dziewczyna  krążyła  z  zastawionymi  tacami  między  kuchnią  i  jadalnią. 

Miała na sobie dżinsy i podkoszulek w paski, a kasztanowate długie włosy związała w koński 

ogon. 

W jadalni siedziało dwóch młodych mężczyzn mniej więcej w tym samym wieku co 

Abby, a także jakiś starszy pan w okularach i z brodą. Prowadzili właśnie ożywioną rozmowę 

z... O mój Boże, nie, tylko nie to! 

Na widok Teda w sztruksowych spodniach i w swetrze z golfem, siedzącego na sofie i 

roztaczającego cały swój wdzięk, jej ręce zaczęły nerwowo drżeć. 

Gdy  obca  dziewczyna  wróciła  z  kuchni,  Abby  od  razu  zauważyła  spojrzenia,  jakimi 

background image

obrzucała  Teda.  Nie  było  wątpliwości,  ta  mała  musiała  się  w  nim  zadurzyć.  Kto  wie,  jak 

długo się znają, przemknęło Abby przez głowę. 

Nie mogła się zdobyć, aby wejść, ale właśnie nadeszła pani Wilkins z olbrzymią misą 

sałatki. Na widok Abby uśmiechnęła się i wyciągnęła do niej wolną rękę. 

-  Tak się cieszę, że przyszłaś, Abby -  rzekła serdecznie. - Panowie wprost nie mogą 

się  doczekać,  tak  chcą  cię  poznać.  Teda  już  znasz,  a  Karen  to  moja  siostrzenica.  Spędza  u 

mnie  weekendy.  W  przyszłości  będziecie  się  tu  u  mnie  spotykały,  ale  tamci  panowie  nie 

pozostaną zbyt długo. 

Pani Wilkins nie zdradziła, co to za goście, a Abby też nie chciała o to pytać, czekając, 

aż pani domu ją przedstawi. 

Wchodząc  skinęła  przelotnie  głową  Tedowi  i  przywitała  się  z  pozostałymi  trzema 

mężczyznami.  Okazało  się,  że  są  to  naukowcy  z  zagranicy,  którzy  zajmują  się  problemami 

rolnictwa i odbywają podróż naukową po Stanach - Mieli mieszkać przez parę tygodni u pani 

Wilkins, bo tylko ona w całej okolicy dysponowała odpowiednią liczbą wolnych pokoi. 

-   To  profesor  Gunyar  ze  Szwecji  -  zaczęła  prezentację  pani  Wilkins  -  a  to  jego 

asystenci  Lars  i  Alex.  Moi  panowie,  to  Abby  Mills,  o  której  już  opowiadałam.  Ona  też 

skończyła rolnictwo, z pewnością więc znajdziecie państwo wspólne tematy. 

-  Nie zapominaj o mnie, Martho - wmieszał się Ted. - Tam gdzie spotykają się bardzo 

wykształceni ludzie, łatwo przeoczą się fakt, że matka natura rządzi się własnymi prawami i 

że istnieją metody, sprawdzone już od stuleci. Obojętne, jak szybki jest postęp techniki i jakie 

eksperymenty przeprowadza się na tym polu, bez samej natury się nie obejdzie. 

-  Och, Ted - zaszczebiotała Karen siadając obok niego na sofie - wyglądasz naprawdę 

bojowo, gdy rozprawiasz o takich rzeczach. 

-   On  jest  prawdziwie  wojowniczą  naturą  -  wyrwało  się  Abby.  Zabrzmiało  to 

sarkastycznie, choć nie było to jej zamierzeniem. 

-   Miło  cię  widzieć,  Abby  -  rzucił  chłodno  Ted,  ona  zresztą  też  poprzestała  na 

skinięciu głową. Nie mogła się przemóc, aby przywitać się z nim mniej oficjalnie. 

Czyżby  gniewał  się  na  nią,  że  wczoraj  tak  pospiesznie  się  pożegnała?  Może  stracił 

zainteresowanie dla jej osoby? Pewnie ta ładna dziewczyna koło niego, nie spuszczająca ani 

na moment  z niego wzroku, jest jego najnowszym  podbojem, w każdym razie wydawał  się 

nią zajęty, a na nią, Abby, nie zwracał uwagi. 

Przez parę sekund stała zbita z tropu i jakby zagubiona, ale na szczęście pani Wilkins 

tak serdecznie się nią zajęła, że Abby mimo wszystko poczuła się dobrze w jej domu. 

-   Jakie  piękne  kwiaty,  Abby  -  zawołała  uradowana.  -  A  co  to  tak  pachnie  w  tym 

background image

wytwornym opakowaniu? 

-   To  chleb  z  mąki  owsianej  i  melasy.  Mam  nadzieję,  że  przyda  się  jako  dodatek  do 

obiadu, którym chce pani podjąć gości. 

-   Własnoręcznie  upieczony  chleb  doskonale  pasuje  do  mojej  wiejskiej  duszonej 

pieczeni  - zapewniła pani  Wilkins.  - Poza tym  spokojnie możesz mówić mi po imieniu.  -  A 

teraz chodź ze mną do kuchni i spróbuj sosu. Wydaje mi się, że czegoś mu jeszcze brakuje. 

Objęła  Abby  ramieniem  i  zaprowadziła  ją  do  kuchni.  Karen  wyglądała  na  nieco 

znużoną poważną rozmową prowadzoną w salonie, bo też weszła za nimi. 

Abby spróbowała sosu, a jego smak wydał jej się znakomity, kolor zresztą też. 

-  Mieszkasz w mieście? - zwróciła się do Karen. 

Postanowiła być uprzejma dla tej dziewczyny, gdyż była to siostrzenica pani Wilkins, 

ale w jej głosie pobrzmiewała nutka zazdrości. Miała nadzieję, że Karen tego nie zauważyła, 

choć Abby sama czuła, jakie to żałosne. Karen i Ted znali się prawdopodobnie od lat, a ona 

nie miała w końcu do niego prawa, zatem zazdrość była tu nie na miejscu. 

-   Tak  -  odparła  dziewczyna  -  ale  urodziłam  się  tutaj,  gdyż  moi  rodzice  po  ślubie 

mieszkali przez pewien czas u cioci Marthy. Co prawda już od wielu lat mieszkam w mieście, 

ale na wsi bardziej mi się podoba, dlatego też odwiedzam ciocię, jak tylko mogę. 

-  A więc znasz też ludzi, którzy tu mieszkają. 

-   Oczywiście  -  przytaknęła  Karen.  -  Przede  wszystkim  Teda.  Już  jako  mała 

dziewczynka podkochiwałam się w nim, lecz dopiero teraz jestem na tyle dorosła, aby móc 

stwierdzić, jaki jest cudowny. To prawdziwy skarb, prawda? 

-  Tak, prawdziwy skarb - mruknęła do siebie Abby, po czym się odwróciła i podeszła 

do  Marthy  stojącej  przy  kuchni.  Czuła,  że  jest  bliska  utraty  panowania  nad  sobą,  co 

niechybnie  skończyłoby  się  powiedzeniem  czegoś  niemiłego  dziewczynie,  scena  zazdrości 

jednak była ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzyła. Nigdy by sobie nie pozwoliła na coś takiego. 

-  To zupa tak pachnie, Martho? - spytała odrobinę za głośno starszej pani. 

.  Wyrzucała  z  siebie  słowa  nieledwie  w  pośpiechu,  czując  jednocześnie  na  sobie 

wzrok Karen. Tak nagle wykluczona z rozmowy, myślała pewnie teraz,  że Abby nie jest  za 

dobrze wychowana. Ostatecznie jednak to było lepsze, niż gdyby miała uchodzić w jej oczach 

za zżeraną zazdrością kobietę, w dodatku zazdrością bezpodstawną. 

We trzy nałożyły potrawy na półmiski i wniosły do jadalni. Abby uspokoiła się przy 

tym  nieco. Jej  pierwsze podejrzenie, że Martha celowo zaprosiła Teda, aby nieco wyręczyć 

los, z pewnością nie było uzasadnione, tak samo jak i przypuszczenie, że Ted sam się wprosił, 

gdy usłyszał, że na obiedzie będzie także Abby. Pani Wilkins zaprosiła go na pewno tylko z 

background image

powodu zagranicznych gości, zastanawiała się stawiając na stole koszyk z kromkami chleba i 

bułkami.  Zatem  nie  było  to  spotkanie  rodzinne,  jeśli  przy  stole  mieli  zasiąść  fachowcy  od 

rolnictwa z różnych stron. 

Z zainteresowaniem przysłuchiwała się potem profesorowi Gunyarowi, gdy ten mówił 

o płodozmianie i przygotowaniu zboża do siewu. Niewątpliwie znał się na rzeczy. 

U  jego  młodych  asystentów  podobała  jej  się  gorliwość,  z  jaką  stawiali  wszelkie 

możliwe pytania, poza tym obaj byli bardzo przystojni. Dopóki będą mieszkać, wypadałoby 

dotrzymać im towarzystwa i choć trochę oprowadzić po okolicy. 

Oczywiście nie zamierzała na oślep szukać nowej przygody miłosnej, przeciwnie, była 

najdalsza od tego. Nie miała jednak nic przeciwko temu, aby poświęcić tym młodym ludziom 

trochę  czasu.  Byłoby  to  zresztą  z  pożytkiem,  mogliby  się  od  siebie  z  pewnością  czegoś 

nauczyć. Naturalnie oznaczało to dodatkowe zajęcie, ale właśnie czegoś takiego chciała, aby 

mieć czas wypełniony po brzegi, Po raz pierwszy od momentu, kiedy weszła do domu pani 

Wilkins,  na  jej  twarzy  zagościł  uśmiech.  Teraz  już  była  pewna,  że  przetrwa  wieczór  nie 

wywołując sceny zazdrości, nie wyglądało też na to, że miałaby obrażona wrócić wcześniej 

do domu. 

Wnosząc  następny  półmisek  posłała  nawet  uśmiech  Tedowi  i  z  zadowoleniem 

stwierdziła, że napięcie między nimi jakby opadło. 

Ted wszakże ciągle jeszcze był skoncentrowany, jakkolwiek silił się na wesołość. Nie 

umiał dojść, co spowodowało, że ubiegłego wieczoru rozstali się niemal skłóceni. Abby nadal 

stanowiła dla niego zagadkę. Najchętniej wziąłby ją na bok i nie owijając w bawełnę spytał, 

co się stało, niestety w tym momencie musiał zadowolić się patrzeniem na nią poprzez stół. 

Ich  spojrzenia  raz  po  raz  się  spotykały,  lecz  zarówno  jemu,  jak  i  jej,  trudno  było  z  nich 

cokolwiek wyczytać. 

Przy stole panowała ożywiona atmosfera. Goście ze Szwecji wydawali się doskonale 

czuć w towarzystwie gościnnej pani domu i ładnych dziewcząt, wiedli błyskotliwie rozmowę 

i rozkoszowali się wspaniałym jedzeniem. 

Ted  nie  sprawiał  wrażenia  zazdrosnego  o  to,  że  Alex  zajmuje  się  przede  wszystkim 

Abby. Zakres studiów, jakie miała za sobą, był nieledwie taki sam jak i młodego Szweda, nic 

więc dziwnego, że mieli sobie wiele do powiedzenia. 

-  Wydaje mi się, jakbyśmy znali się od wielu lat - zauważył w pewnym momencie. - 

Jaka szkoda, że politycy nie umieją tak się dogadać jak my, szarzy ludzie. 

-  Całkowicie się z panem zgadzam - przytaknął Alex - ale gdyby politycy znaleźli się 

w tak uroczym towarzystwie, z pewnością nie myśleliby o pracy. 

background image

Przy  tych  słowach  spojrzał  znacząco  na  Abby,  a  potem  już  nie  odrywał  od  niej 

wzroku.  Siedział  naprzeciwko  niej  i  robił  wszystko,  aby  ich  ręce  niby  przypadkiem  się 

dotykały, gdy sięgała po sztućce czy przyprawy. 

Nie uszło to uwagi Teda, choć inni wydawali się tego nie zauważać. Za to on sam ją 

nieustannie obserwował. 

Alex rzeczywiście spodobał się Abby. Był czarujący, a choć nie budził w niej żadnych 

romantycznych  uczuć,  nie  miała  powodu,  aby  nie  odpowiedzieć  mu  odrobiną 

zainteresowania. 

Kątem oka zauważyła, że Karen stara się ściągnąć na siebie uwagę Teda, zarzucając 

go pytaniami i wciągając w rozmowę. 

Przy deserze Alex i Lars zamienili się miejscami. Alex koniecznie chciał usiąść koło 

Abby, aby móc z nią swobodniej rozmawiać. Jego wyraźne zainteresowanie pochlebiało jej, 

pozwalało  przy  tym  choć  na  chwilę  zapomnieć  o  zimnej  wojnie,  jaką  wiodła  z  Tedem. 

Najgorsze  jednak  było  to,  że  to  ona  sama  tę  wojnę  wywołała.  Wymagała  od  niego,  aby  ją 

rozumiał tam, gdzie ona sama nie umiała siebie zrozumieć. Tego była absolutnie świadoma. 

Chciała,  aby  trzymał  się  z  daleka,  bo  obawiała  się,  że  zakocha  się  w  nim  po  uszy  i 

straci w ten sposób wolność, a gdy rzeczywiście zachowywał dystans, trzęsła się ze złości i 

gotowa  była  utopić  w  łyżce  wody  dziewczynę,  którą  z  grzeczności  się  zajmował.  Po  prostu 

żądała od niego dwóch absolutnie różnych rzeczy w tym samym czasie, co oczywiście było 

niemożliwe do wykonania. 

Nie  było  łatwo  siedzieć  w  towarzystwie  przy  świątecznie  nakrytym  stole  i  bić  się  z 

tymi  wszystkimi  myślami.  Na  szczęście  Alex  starał  się  zaprzątać  całą  jej  uwagę.  Miała 

nadzieję,  że  Ted  widzi  owe  starania  młodego  Szweda  i  że  to  choć  trochę  wywołuje  w  nim 

zazdrość. 

Abby  wiedziała,  że  zachowuje  się  jak  nieprzytomnie  zakochana  nastolatka,  ale  nie 

umiała tu nic zmienić. Kiedy po obiedzie przeszli do salonu na kawę, usiadła obok Alexa, a 

podczas rozmowy przysunęła się tak blisko do niego, jak  gdyby w obawie, aby nikt im nie 

przeszkodził. 

Karen tymczasem nie odstępowała Teda i usiadła mu niemal na kolanach, zalewając 

go potokiem  słów. Najwidoczniej jednak nie było to  zbyt  interesujące, bo Ted rozmawiał z 

nią  mało,  co  ku  swemu  zadowoleniu  stwierdziła  Abby.  Właściwie  to  Ted  powinien  jej  być 

obojętny,  a  przecież  świadomość,  że  nie  jest  uszczęśliwiony  bliskością  Karen,  wyraźnie  ją 

cieszyła. 

Raz  Ted  przyłapał  Abby  na  tym,  że  go  obserwuje,  i  wytrzymał  jej  spojrzenie,  a 

background image

bolesny, pytający wyraz jego oczu sprawił, że serce w niej stopniało. 

Panie w którymś momencie opuściły pokój, aby zająć się zmywaniem, a gdy wróciły 

uporządkowawszy kuchnię, panowie dyskutowali zajadle na temat cen zboża. 

Abby  od  razu  wyczuła  napięcie  wiszące  w  powietrzu.  Rozmawiali  przed  wszystkim 

Alex  i  Ted.  Ich  głosy,  choć  uprzejme,  a  przede  wszystkim  spojrzenia  powiedziały  jej  całą 

prawdę. Mierzyli się wzrokiem jak dwaj bokserzy, którzy właśnie stanęli naprzeciwko siebie 

w ringu. 

Karen oczywiście od razu przysiadła się do Teda, a Abby zapragnęła naraz zaczerpnąć 

świeżego  powietrza.  Chłodny  wieczorny  wiatr  z  pewnością  ochłodzi  jej  rozpaloną  twarz  i 

przyniesie ulgę skołatanej duszy. Z tą myślą wyszła do ogrodu. 

W chwilę potem usłyszała na werandzie kroki. Wyjrzała ostrożnie zza drzewa, sama 

nie będąc widziana. Gdy zobaczyła, że to Alex, czym prędzej skryła się w cieniu, chodź nie 

bardzo wiedziała, dlaczego się przed nim chowa. 

Raptem  ktoś  ujął  ją  za  ramię  i  odwrócił  do  siebie.  Przerażona  chciała  krzyknąć,  ale 

napastnik zamknął jej dłonią usta, zanim wydała pierwszy dźwięk. Jej oczy rozszerzyły się z 

przerażenia. Na szczęście zorientowała się, że to tylko Ted. Strach przemienił się natychmiast 

we wściekłość. 

-  Co ci przyszło do głowy, aby mnie napadać po nocy i straszyć? - syknęła. 

-  Dlaczego miałbym cię straszyć. Czekałaś na kogoś? Może na Alexa? 

-  Nonsens. A nawet gdybym na niego czekała, ciebie nie powinno to obchodzić. 

-  A jednak mnie obchodzi, Abby. Nie igraj z mymi uczuciami, bo nie ręczę za siebie. 

Wyraził tymi słowami więcej, niż chciała. Były tak znaczące i pełne treści, że bardziej 

ją przeraziły niż jego nagłe pojawienie się przed nią w ciemności. Miała rozpaczliwą ochotę 

uciec i skryć się w najciemniejszym kącie. 

Odwróciła się, chcąc wrócić do domu, gdzie czuła się w miarę bezpieczna, lecz Ted 

nie pozwolił jej odejść. 

-  Puść mnie, Ted - prosiła - jest mi zimno. 

-   Przykro mi, że zachowałem się wobec  ciebie  tak gwałtownie, lecz będziesz mogła 

stąd  odejść  dopiero  wtedy,  gdy  mi  wytłumaczysz,  dlaczego  nagle  zaczęłaś  się  do  mnie  tak 

dziwnie odnosić. 

background image

ROZDZIAŁ 8 

-  Nie wiem, co miałabym wyjaśniać - obruszyła się Abby, lecz sama nie wierzyła, że 

Ted da się tak łatwo odprawić. Czuła, że nie zabrzmiało to przekonywująco, nie odważyła się 

więc podnieść na niego oczu. 

Ted za to nie odrywał od niej wzroku i nie uszła jego uwadze jej niepewność. 

-  Nie interesują mnie miłosne historie - wybuchnęła wreszcie - a wczoraj wieczorem 

podczas tańca miałam wrażenie, że dokładnie o to ci chodzi. Ale nie chciałam zranić twoich 

uczuć. Nie mam ci nic do zarzucenia, naprawdę... 

-  To nie jest przyjemne, gdy nagle zostaje się tak po prostu odsuniętym - burknął. 

-   Czy  aby  nie  przesadzasz,  Ted?  Nabrałeś  o  mnie  fałszywego  wyobrażenia,  a  tak 

naprawdę to między nami przecież nic nie było. A teraz chodź, bo jest mi zimno. 

-  Tak łatwo nie uda ci się z tego wywikłać, Abby, nawet nie próbuj. Nie jestem głupi. 

Wczoraj wieczorem zauważyłem, że się mną interesujesz, a w każdym razie do owej chłodnej 

sceny  pożegnania  przed  twoim  domem.  Prawdopodobnie  to  były  jedynie  gierki 

rozpieszczonej  dziewczyny  z  miasta.  Szukasz  tylko  przyjemności,  a  gdy  ten  ktoś  ci  się 

znudzi, po prostu go odtrącasz i wypatrujesz następnej ofiary! 

-  Nie potrzebuję słuchać takich grubiańskich oskarżeń! - krzyknęła tracąc panowanie 

nad sobą. 

-  A jednak wysłuchasz, co ci mam do powiedzenia, moja droga. I nie wmawiaj mi, że 

nie  wiesz,  o  czym  mówię.  Dziś  wieczór  dosłownie  wieszałaś  się  na  Alexie.  Czy  on  będzie 

tym następnym? 

Najchętniej  by  powiedziała  Tedowi,  że  przywiązuje  zbyt  wielką  wagę  do  tego,  co 

jakoby  zaobserwował.  Miała  ochotę  go  zapewnić,  że  myli  się  wytaczając  wobec  niej  takie 

oskarżenia, ale nie zrobiła tego. 

Bała się, że jeżeli zacznie cokolwiek wyjaśniać, nie zapanuje nad swymi uczuciami i 

ze łzami w oczach po prostu rzuci się Tedowi w ramiona. Ów lęk nie pozwolił jej powiedzieć 

nic rozsądnego. 

-  Cóż, jeśli koniecznie tego chcesz, to ci powiem - rzuciła niewiele myśląc. W głowie 

miała  tylko  zarzuty,  jakie  zrobił  jej  Ted.  -  Owszem,  flirtowałam  dziś  wieczór  z  Alexem. 

Miałam  nadzieję,  że  tym  razem  nie  okażesz  się  tak  uparty  jak  wczoraj  w  nocy,  kiedy  to 

najwyraźniej  nie  mogłeś  zdobyć  się,  aby  odjechać  spod  mego  domu.  Przypuszczam,  że 

sądziłeś,  iż  między  nami  może  być  coś  więcej  niż  tylko  przyjaźń,  -  Proszę  sobie  tym  nie 

background image

zawracać głowy, panno Mills - odparł lodowato Ted. - Wiem już wszystko. Nie ma obawy, 

nie będzie mnie już pani więcej oglądać pod swym domem. 

-  Ted, proszę... Naprawdę nie to miałam na myśli... 

-  Zrozumiałem, panno Mills. Teraz już nie ma żadnych niejasności. 

-  Wieczór jest taki piękny. Dlaczego mamy go psuć kłótnią? 

-  Jestem najdalszy od tego, aby cokolwiek pani psuć. Dlatego powiem teraz dobranoc. 

Z tymi słowami przyciągnął ją raptownie do siebie. Ani się obejrzała, a już leżała w 

jego ramionach. Objął ją rękami i z całej mocy przycisnął do siebie. Podniosła głowę, chcąc 

coś powiedzieć, ale nie było jej to dane, gdyż w tym momencie uczuła jego wargi na swych 

ustach. 

Pocałunek  Teda  był,  twardy  i  żądający,  nieomal  brutalny,  lecz  zaraz  potem  stał  się 

miękki i czuły, a jego dłonie zaczęły pieszczotliwie głaskać jej ciało. 

Równie  nagle,  jak  ją  przyciągnął  do  siebie,  wypuścił  ją  z  objęć  i  nie  oglądając  się 

ruszył w kierunku domu. Abby została na miejscu oszołomiona jak nigdy. 

-  Sama znajdziesz drogę! - rzucił jeszcze przez ramię. - Przychodzi ci to z łatwością, 

obojętne,  jaki  wybierzesz  kierunek.  Pozostaje  mi  tylko  życzyć  Alexowi  szczęścia  z  tobą. 

Będzie mu potrzebne. 

Wszystko poszło nie tak. Ted opacznie zrozumiał to, co próbowała mu wytłumaczyć. 

Chciała  tylko  sprowadzić  ich  kontakty  do  ram  zwykłej  przyjaźni.  Uparcie  wierzyła,  że 

mężczyzna i kobieta mogą być dobrymi przyjaciółmi nie oczekując od siebie niczego więcej. 

A teraz on był  na nią wściekły, mało  tego, wyglądało  na to,  że już nie odezwie się do niej 

słowem. 

Patrzyła za nim ze łzami w oczach. 

-  O Ted - szepnęła - naprawdę nie chciałam cię zranić. Ale tak będzie dla nas lepiej. 

Gdyby to wszystko nie było takie skomplikowane... 

Płakała  rozpaczliwie,  nie  mogąc  się  uspokoić.  Wiedziała,  że  nie  wróci  do  gości, 

dopóki nie odzyska panowania nad sobą. Zresztą jeszcze bardziej niż przedtem potrzebowała 

świeżego powietrza i czasu do przemyślenia całej sytuacji. Miała tylko nadzieję, że jej długa 

nieobecność nie rzuci się nikomu w oczy. 

Praca była treścią jej życia, dopóki nie poznała Teda. Teraz zapytywała samą siebie, 

czy to wszystko warte było tych cierpień, jakie przyszło im obydwojgu znosić. Przecież tylko 

uczucie się liczy, ale zrozumiała to dopiero teraz, gdy wszystko wydawało się stracone. 

-  Abby? Gdzie jesteś? 

To wołał Alex. Ruszyła powoli w kierunku domu. Może istotnie będzie lepiej, jak z 

background image

kimś  porozmawia.  Nie  było  sensu  dręczyć  się  rzeczami,  których  nie  mogła  ani  nawet  nie 

chciała zmienić. 

-  Jestem tutaj, Alex - zawołała. - Już idę. 

Alex czekał na nią na werandzie, a gdy tylko podeszła do schodów, zbiegł i wyciągnął 

rękę, aby jej pomóc. 

Jego opiekuńczość i nieco staroświecka rycerskość działały na nią kojąco, ale w duchu 

czuła, że szorstki sposób bycia Teda daleko bardziej ją fascynuje. 

Podobało jej się, że potrafi powiedzieć bez ogródek, co myśli, a także i to, że nie kryje 

się ze swymi uczuciami. Tyle że to ostatnie nie czyniło jej życia prostszym... 

Do  tej  pory  zawsze  starała  się  być  wobec  niego  zimna  i  powściągliwa.  Uważała,  że 

jeśli chce się odnieść sukces w życiu, należy trzymać uczucia na wodzy i w miarę możności 

ich nie okazywać. To była jej dewiza. 

Alex  przeciwnie,  nie  stanowił  dla  niej  niebezpieczeństwa,  w  dodatku  pojawił  się  w 

odpowiednim czasie. Posłała mu uśmiech, tym razem szczery. 

Alex był  szarmanckim  młodym  mężczyzną.  Z pewnością spędzi  z nim wiele miłych 

godzin, bez względu na to, co ją łączy z Tedem. 

-  Wszystko w porządku? - spytał zatroskany prowadząc ją do salonu. 

-   Tak,  w  najlepszym,  dzięki.  Chciałam  tylko  odetchnąć  świeżym  powietrzem.  Na 

czym  to  przerwaliśmy?  Aha,  miałaś  mi  opowiedzieć,  jak  wygląda  u  was  w  Szwecji  system 

kształcenia. Czy to prawda, że wasze uniwersytety różnią się od naszych? 

Próbowała  słuchać  Alexa,  lecz  jednocześnie  rozglądała  się  naokoło.  Od  razu 

zauważyła, że Teda już nie ma. 

Karen też gdzieś znikła. Pani Wilkins podawała właśnie profesorowi kawę. 

Ona  też  była  spostrzegawcza,  zaraz  więc  właściwie  odebrała  nerwowe  spojrzenia 

Abby. 

-   Ted  mnie  prosił,  abym  usprawiedliwiła  jego  nieobecność  -  rzekła  życzliwie,  jakby 

dorozumiewając się, co Abby dręczy. - Chciał pokazać Karen cielątko, a potem iść z nią na 

spacer. Zapewne wrócą późno, więc kto wie, czy jeszcze ciebie tu zastaną. 

-  Dziękuję - wykrztusiła Abby, po czym prędko się odwróciła, zanim Martha zdążyła 

wyczytać  z  jej  twarzy  rozczarowanie.  Dobrze,  że  Alex  był  obok,  bo  inaczej  czułaby  się 

strasznie. 

-   Słyszałem,  że  kupiłaś  i  wyremontowałaś  stary  młyn.  -  Wydawał  się  tym  bardzo 

zainteresowany. 

-   Tak,  to  prawda.  Młyna  co  prawda  jeszcze  nie  uruchomiłam,  ale  jest  już  prawie 

background image

gotowy. Wszystkie prace wykonałam sama. 

-  Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałbym go kiedyś zobaczyć. Interesują mnie 

stare wiejskie budowle. 

-  Ja... tak, oczywiście, chętnie ci wszystko pokażę. Nie miałbyś ochoty wyjść teraz na 

mały spacer? Jest tak pięknie na dworze... 

Twarz Alexa rozpromieniła się. 

-  To doskonały pomysł. 

Alex wiedział, jak wykorzystać niezbyt przestronne wnętrze sportowego wozu Abby, i 

usiadł  tak  blisko,  że  ich  ramiona  się  dotykały.  Abby  mówiła  o  życiu  w  Deerfield,  on  zaś 

rozwodził  się  nad  samotnością  człowieka  przebywającego  w  obcym  kraju.  Gdy  rozmowa 

zeszła  na  Malinkę,  zdążył  już  objąć  ją  ramieniem,  a  ona  nie  miała  możliwości  mu  się 

wywinąć.  To  prawda,  był  czarujący  i  szarmancki,  lecz  jego  zamiary  nie  ulegały  już  teraz 

najmniejszej wątpliwości. Miała uczucie, że wpadła z deszczu pod rynnę. 

Najgorsze  jednak,  że  dręczyły  ją  wyrzuty  sumienia,  iż  tak  bezlitośnie  obeszła  się  z 

Tedem, a przy tym była na niego wściekła. Jeśli rzeczywiście tak za nią szalał, to dlaczego tak 

szybko  pocieszył  się  szukając  towarzystwa  Karen?  Gdyby  z  nią  nie  pojechał  pod  byle 

pretekstem,  i  jej,  Abby,  nie  przyszłoby  do  głowy,  żeby  zakręcić  się  koło  Alexa.  Choć  w 

gruncie  rzeczy  nie  była  to  taka  zła  myśl,  bo  przynajmniej  na  chwilę  mogła  zapomnieć  o 

Tedzie.  Oczywiście  nie  posunie  się  tak  daleko,  jak  przypuszczała,  że  zrobi  to  Ted.  Z 

pewnością skręcił z Karen na jakąś boczną drogę i tam zaparkował samochód... 

Owo  wyobrażenie  sprawiło,  że  naraz  odechciało  jej  się  wszystkiego.  Zapragnęła 

natychmiast  wrócić do domu...  bez Alexa. Kiedy zaczęła nawracać samochód, aby odwieźć 

go do Marthy, nie krył swego zaskoczenia. 

-  Nie jedziemy zatem do młyna? - spytał jakby nieco rozzłoszczony. 

-  Jest już późno, więc pomyślałam, że lepiej będzie, jak odwiozę cię z powrotem. Na 

pewno masz wypełnione jutrzejsze przedpołudnie, więc musisz się dobrze wyspać. 

Twarz Alexa wyraźnie zdradzała, że jego umysł pracuje gorączkowo. 

-  Czyżbyś uznała, że jestem zbyt natrętny? 

Zabrzmiało  to  co  prawda  w  miarę  uprzejmie,  lecz  w  tonie  jego  głosu  było  coś,  co 

świadczyło,  jak  bardzo  jest  rozczarowany.  To  coś  przypominało  nie  znoszące  sprzeciwu 

żądanie. Spróbował przyciągnąć ją do siebie. 

-  Jesteś czarującą dziewczyną, Abby - rzucił szorstko - ale nie wiem, dlaczego tak się 

bronisz. Przecież jeden mały całus dla samotnego cudzoziemca to chyba niezbyt wygórowane 

żądanie, prawda? Ostatecznie po to wyjechaliśmy na ten spacer. 

background image

Abby  dosłownie  zesztywniała.  Czy  naprawdę  taki  był  cel  ich  przejażdżki? 

Oszołomiona  do  reszty,  nie  umiała  sobie  odpowiedzieć  na  to  proste  pytanie.  Ale 

prawdopodobnie jej wcześniejsze zachowanie dało Alexowi prawo mieć nadzieję... 

-  Alex, naprawdę nie wiem, co ci na to odpowiedzieć - szepnęła żałośnie. 

Puścił ją wzdychając przy tym z rezygnacją. 

-   Wcale  nie  musisz  tego  robić,  Abby.  Teraz  już  wiem,  o  co  chodzi.  To,  że  się  tak 

wzbraniasz,  wszystko  mi  powiedziało.  Jest  dla  mnie  absolutnie  jasne,  że  szukałaś  mej 

bliskości tylko dlatego, by wzbudzić zazdrość w tym Tedzie. Nie mylę się, prawda? 

-   To po prostu  śmieszne  -  wybuchnęła nerwowo.  -  Jak możesz... Jak możesz mi coś 

takiego przypisywać? 

-   To  jest  prawda  -  odparł  spokojnie  Alex.  -  Wiem,  że  chcesz  mnie  teraz  jak 

najszybciej odstawić do pani Wilkins, ale pozwól dać sobie dobrą radę. 

-  O co... o co ci chodzi? - Abby była kompletnie zbita z tropu. 

-  Nie wykorzystuj nigdy żadnego mężczyzny, tak jak mnie na przykład, aby wzbudzić 

uczucia w kim innym, bo z pewnością go wtedy stracisz. 

-  A więc myślisz, że nie będzie zazdrosny? - spytała niepewnie. 

-   Naturalnie,  że  z  początku  będzie  zazdrosny.  Każdy  mężczyzna  byłby  szczęśliwy, 

gdyby  zainteresowała  się  nim  taka  dziewczyna  jak  ty.  I  każdego  dotknęłoby  do  żywego, 

gdyby  nagle  zwróciła  się  ku  innemu.  W  pierwszym  rzędzie  byłby  jednak  wściekły,  że  nie 

waha się igrać z jego uczuciami. A Ted wydaje się bardzo dumny. 

Uśmiechnęła się do niego. 

-  Jestem ci wdzięczna, że mi to wytłumaczyłeś. Masz rację, ten spacer wymyśliłam w 

określonym celu. Tak mi przykro... Wybacz, proszę... 

-   Tu  nie  ma  nic  do  wybaczenia.  Tak  czy  tak  jest  to  dla  mnie  czymś  w  rodzaju 

wyróżnienia, że to właśnie mnie wybrałaś do rozegrania tej małej gierki. 

Abby zatrzymała samochód przed domem Marthy, po czym impulsywnie pocałowała 

Alexa w policzek. 

-  A czymże to sobie na to zasłużyłem? - spytał zdziwiony. 

-  Tym, że zachowałeś się wobec mnie tak uczciwie i po przyjacielsku, gdy tymczasem 

ja... 

-  Przecież to  zrozumiałe. Ty po prostu budzisz w mężczyźnie potrzebę  opiekowania 

się  tobą,  chęć  niesienia  ci  pomocy.  Nie  wiedziałaś  o  tym?  Tedowi  można  naprawdę 

pogratulować. Musi być w nim coś szczególnego, skoro taka dziewczyna jak ty cierpi z jego 

powodu. Powinien się uważać za szczęściarza. 

background image

Zanim wszedł do domu, jeszcze raz jej pomachał. Abby właśnie nawracała samochód, 

gdy jeszcze raz podbiegł do niej, dając znaki, by zaczekała. 

-   Dobrze, że jeszcze nie pojechałaś. Chciałem  ci  tylko  szybko powiedzieć, że Karen 

musiała dawno wrócić, skoro zdążyła już nakręcić włosy na wałki. 

-  Alex, jesteś prawdziwym skarbem! - uśmiechnęła się z ulgą. - Jeździsz może konno? 

Nie,  nie  obawiaj  się,  nie  mam  żadnych  ukrytych  myśli.  Gdybyś  miał  ochotę,  mógłbyś 

pożyczyć  konia  od  pani  Wilkins  i  jutro  o  siódmej  rano  wyruszyć  ze  mną  na  przejażdżkę. 

Naprawdę cieszyłabym się, gdybyś zechciał mi towarzyszyć. 

-  Jeśli tak, to chętnie z tobą pojadę - zapewnił Alex promieniejąc radością. 

Po drodze do „Oazy Spokoju” czuła się już zdecydowanie lepiej. Miała uczucie, że w 

Alexie  znalazła  prawdziwego  przyjaciela.  Na  tę  poranną  przejażdżkę  zaprosiła  go  całkiem 

szczerze  i  już  się  na  nią  cieszyła.  Przynajmniej  na  chwilę  będzie  mogła  zapomnieć  o 

dręczącym  ją  chaosie  uczuć,  poczuje  się  wesoła  i  uwolniona  od  nich.  Chciała  pokazać 

Alexowi tyle rzeczy, okolicę i pobliskie farmy. Przede wszystkim powinna go zainteresować 

farma, gdzie tytułem próby prowadzono uprawę tarasową. Abby już od dawna zamierzała ją 

odwiedzić, ale jak do tej pory nie znalazła na to czasu. 

Właśnie  w  ten  sposób  chciała  ułożyć  sobie  życie.  Praca,  odrobina  rozrywki  i  dobry 

przyjaciel, z którym łączą jedynie zainteresowania, nic więcej. 

W ostatnim czasie zapędziła się w ślepą uliczkę, ale ostatecznie nie było przecież za 

późno, aby wszystko zacząć od nowa, dokładnie tak, jak to sobie wcześniej zaplanowała. Od 

tej pory nie pozwoli już na to, aby ktokolwiek pokrzyżował jej plany i zachwiał uczuciową 

równowagą. 

Kiedy siedziała z Alexem w samochodzie, czuła się zgnębiona i rozbita, teraz wszakże 

patrzyła już na świat innymi oczyma. 

Po powrocie udało jej się prędko przygotować do snu i paść na łóżko, nie poświęcając 

nawet  jednej  jedynej  myśli  Tedowi.  Wcześniej  nastawiła  budzik  na  szóstą.  W  ten  sposób 

będzie  miała  czas  wziąć  prysznic,  zjeść  śniadanie,  nakarmić  Malinkę  i  przygotować  ją  do 

drogi. 

Tej  nocy  spała  nadspodziewanie  dobrze  i  czuła  się  bardziej  pewna  siebie  niż 

poprzedniego dnia. 

Alex  już  na  nią  czekał.  Tuż  obok,  uwiązany  do  parkanu,  skubał  trawę  koń.  W 

zielonych, gabardynowych spodniach, sztruksowej bluzie i chustce zawiązanej pod szyją Alex 

wyglądał jak wytworny ziemianin, nie mogła więc nie uśmiechnąć się na jego widok. Miał w 

sobie coś, co decydowało o nienagannym, poprawnym wyglądzie, a przecież nie było w nim 

background image

sztywności  właściwej  jego  koledze  czy  profesorowi.  Gdyby  w  miejsce  Alexa  czekał  na  nią 

Ted,  z  pewnością  siedziałby  teraz  w  znoszonych  dżinsach  i  kraciastej  koszuli  na  poręczy 

werandy wymachując nogami, Alex zaś stał w nienagannej postawie, chłodny i z rezerwą, i 

tylko  sposób,  w  jaki  uderzał  się  po  łydce  trzymanymi  w  ręku  okularami  słonecznymi, 

zdradzał, jak niecierpliwie na nią czeka. 

Doszła  do  wniosku,  że  pod  tym  względem  jest  do  niej  podobny.  Za  tym  chłodnym 

opanowaniem  kryły  się  z  pewnością  te  same  uczucia,  które  Ted  wyrażał  całkiem  otwarcie. 

Alex lepiej potrafił się kontrolować. To czyniło go w jej oczach jeszcze sympatyczniejszym. 

Naprawdę była zadowolona, że spędzi z nim ten poranek. 

Na  widok  Abby  twarz  Alexa  rozjaśniła  się,  nie  zarzucił  jednak  przy  tym 

powściągliwego  sposobu  bycia.  Z  tym  swoim  nieco  staroświeckim  zachowaniem  był 

dżentelmenem w każdym calu. Tak bardzo różnił się od Teda, że tym łatwiej przyszło jej na 

chwilę zapomnieć o tamtym. 

-  Przejażdżka z tak ładną amazonką to prawdziwa przyjemność - zauważył wsiadając 

na konia. - Prawdziwy szczęściarz ze mnie. 

-   Alex,  byłeś  wczoraj  wieczór  taki  miły  dla  mnie  -  zaczęła  rozpromieniona.  -  Poza 

tym, jak widzę, umiesz obchodzić się z końmi, a to budzi we mnie jeszcze większą sympatię 

dla ciebie. Myślę, że my dwoje będziemy się doskonale rozumieć. 

Odwzajemnił jej uśmiech. 

-   Twoja  Malinka  to  naprawdę  ideał  konia  -  rzekł  z  uznaniem.  -  I  tak  dobrze 

utrzymana. Od razu widać, że pielęgnujesz ją z prawdziwym oddaniem. To naprawdę smutne, 

jak  niektórzy  traktują  te  szlachetne  zwierzęta,  widząc  w  nich  tylko  lokatę  kapitału.  Z 

pewnością lepiej by się chowały, gdyby odnoszono się do nich z odrobiną uczucia. 

-   Zaskakujesz  mnie  -  zauważyła  uradowana.  -  Sądziłam,  że  sprawy  hodowli 

rozpatrujesz zwykle tylko od strony naukowej. Wiesz już, co mam na myśli. 

Spojrzał na nią pytająco. 

-  Nie, obawiam się, nie. 

-  Chciałam przez to powiedzieć, że warunki, w jakich trzymane są konie, i specjalnie 

dobrany pokarm uważasz za istotniejsze niż odnoszenie się do nich z miłością. 

-  Nie jesteś daleka od prawdy - przyznał się Alex - bo kiedyś naprawdę tak myślałem. 

Wzruszałem  ramionami,  gdy  starsi  mówili,  że  odpowiednim  podejściem  i  cierpliwością 

można  osiągnąć  więcej.  Ale  gdy  wczoraj  rozmawiałem  o  tym  z  Tedem,  trafiło  mi  do 

przekonania  jego  zdanie  w  tej  kwestii,  więcej,  uznałem  je  za  naprawdę  rozsądne.  Prawdę 

mówiąc, nie widziałem jeszcze jego zwierząt. Czy nie mówiłaś, że będziemy przejeżdżać koło 

background image

jego farmy? 

-  Tak. 

Wysunęła  się  naprzód  i  dojechawszy  do  rozwidlenia  dróg  wybrała  ścieżkę,  która 

wiodła  obok  farmy  Teda  do  miejsca  na  wzniesieniu,  skąd  rozciągał  się  widok  na  plantację 

tarasową, będącą tego dnia ich celem. 

Właściwie  zamierzała  przejechać  obok  farmy  Teda  tak  szybko,  jak  to  możliwe,  nie 

rozwodząc  się  zbytnio  nad  „Drugą  Nadzieją”.  Ostatecznie  jednak  doszła  do  wniosku,  że 

wyglądałoby to śmiesznie, gdyby nie zatrzymali się tam bodaj na krótko. 

-  Jeśli chcesz, możemy zobaczyć, czy Ted jest w domu, i złożyć mu krótką wizytę  - 

zaproponowała wiedząc, że nie da się tego uniknąć. 

Po  drodze  pokazywała  mu  różne  farmy,  wyjaśniając,  w  czym  każda  z  nich  się 

specjalizuje oraz jakie stosuje metody. 

Wszystko  przebiegało  tak,  jak  Abby  sobie  życzyła,  ale  gdy  za  zakrętem  ukazała  się 

„Druga Nadzieja”, zdjął ją nerwowy niepokój. Nie mogła skoncentrować się na tym, co Alex 

do niej mówi, i dawała nie mające związku z rozmową odpowiedzi. 

-   Jeżeli  nie  zatrzymamy  się  zbyt  długo  na  farmie  Teda,  to  znaczy...  hm,  myślę,  że 

powinniśmy  się  raczej  pospieszyć,  aby  starczyło  nam  czasu  na  obejrzenie  farmy  tarasowej, 

skoro mamy wrócić na lunch. Możemy przywiązać konie i wbiec na górę do Framptonow, to 

właściciele. Właściwie powinniśmy byli wcześniej zadzwonić... trochę głupio, ale pójdziemy 

tam... I... tak, powinniśmy też... 

-   Abby,  co  się  z  tobą  dzieje?  -  potrząsnął  głową  Alex.  -  Tak  ściągnęłaś  wodze,  że 

mało  brakowało,  a  Malinka  wpadłaby  w  wykrot.  Na  szczęście  stąpa  pewnie,  bo  inaczej 

leżałabyś teraz w trawie. Poza tym jesteś blada jak ściana. Źle się czujesz? 

Abby  rzeczywiście  nie  dojrzała  wykrotu  na  drodze,  bo  jak  zahipnotyzowana 

wpatrywała się w farmę Teda, gdzie o bielejący z daleka drewniany parkan opierały się obok 

siebie dwie postacie. Mniejsza z nich, z włosami uczesanymi w kucyki, w opiętych dżinsach, 

to była Karen. Powyginany kapelusz kowbojski Teda można było poznać nawet z odległości 

mili. 

Dałaby teraz wszystko, aby po prostu zawrócić Malinkę i umknąć z tego miejsca, ale 

jej duma na to nie pozwoliła, choć Alex prawdopodobnie by to zrozumiał. 

Jego  wzrok  powędrował  od  jej  nagle  pobladłej  twarzy  do  przekomarzającej  się  przy 

płocie pary. 

-   Wiem,  co  się  z  tobą  dzieje,  Abby  -  szepnął  współczująco,  pojąwszy,  co  ją  tak 

wyprowadziło z równowagi - ale choćby dla pozoru musimy zamienić z nimi parę słów. Już 

background image

nas przecież zobaczyli. 

-  No i co z tego? - żachnęła się podenerwowana, ale zaraz odzyskała panowanie nad 

sobą. - Wybacz, Alex. Masz zupełną rację. Chodź, przywitamy się z nimi. 

Alex pomógł jej zsiąść z konia, a kiedy szli w górę dróżką do miejsca, gdzie stali Ted i 

Karen, Abby ujęła bezwiednie Alexa za rękę. Był to niewinny przyjacielski gest, któremu nie 

towarzyszyły żadne ukryte myśli. 

Ted miał najwyraźniej inne zdanie na ten temat, mówiły to jego oczy, lecz Abby tego 

nie zauważyła.  Nie odrywała oczu od Karen, która przyglądała jej  się z dziwnym  wyrazem 

twarzy. Wyglądało to tak, jakby dziewczyna wiedziała, że Ted interesuje się Abby, i oceniała 

swoje szanse u niego. 

Ted  podniósł  głowę  znad  prospektu,  który  właśnie  pokazywał  Karen,  i  pozdrowił 

nadchodzących.  Abby  uśmiechnęła  się  do  niego  uprzejmie,  jak  gdyby  między  nimi  nic  nie 

było,  nie  doszło  do  żadnej  sprzeczki,  ot,  po  prostu  sąsiedzi,  spotykający  się  na  krótką 

pogawędkę. 

-  Halo Abby, jak miło cię widzieć - zawołała udając radość Karen. - Nie wiedziałam, 

że dziewczęta z wielkich miast wstają tak wcześnie. 

-   Nie  masz  pojęcia,  do  czego  my,  wielkomiejskie  dziewczyny,  jeszcze  jesteśmy 

zdolne,  moja  kochana  -  odparowała  Abby,  po  czym  odwróciła  się  do  niej  plecami.  -  Co  z 

cielęciem,  Ted?  Alex  i  ja  chętnie  byśmy  je  zobaczyli,  jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu. 

Interesują mnie również nowe odmiany zboża, z którymi eksperymentujesz. 

-   A  czego  niby  miałbym  mieć  coś  przeciwko  temu?  Alex,  chyba  ci  opowiadałem 

wczoraj o eksperymencie w szklarni. 

-  Tak, wspomniałeś o tym, a Abby wyjaśniła mi, na czym rzecz polega. Można w ten 

sposób  oszczędzić  czas  i  pieniądze.  Ja  sam  mam  ochotę  podjąć  podobne  próby,  ale  jak 

mówiła  Abby,  potrzebne  są  do  tego  specjalne  lampy,  niestety  nie  do  dostania  u  nas  w 

Szwecji. 

-  Żaden problem, przecież możemy ci je posłać, prawda. Ted? - rzuciła spontanicznie. 

W mgnieniu oka zagłębili się w fachowej rozmowie. Na Karen nikt nie zwracał uwagi. 

Dziewczyna stała niezdecydowana, co ma robić, i ze zdenerwowania wykręcała sobie palce u 

rąk.  Chrząknęła  nawet  kilkakrotnie,  w  nadziei,  że  ktoś  sobie  o  niej  przypomni,  ale  to  nie 

odniosło skutku. 

Po  chwili  poddała  się.  Nie  mogła  konkurować  z  tymi  zapaleńcami,  wzruszyła  więc 

tylko ramionami i wskoczyła na rower. 

-  Ciocia Martha z pewnością już się o mnie niepokoi - krzyknęła głośno, jak gdyby to 

background image

było konieczne. - Spała jeszcze, kiedy wyjeżdżałam, więc będzie lepiej, gdy jak najszybciej 

wrócę. 

Ted  musnął  ją  w  policzek  na  pożegnanie,  Alex  skinął  jej  tylko  przelotnie  głową,  a 

Abby udawała, że jej nie dostrzega. Przez cały czas miała nadzieję, że dziewczyna w końcu 

zrezygnuje i odejdzie, i dopiero teraz, kiedy to się naprawdę stało, nieco się rozluźniła. 

Ted  spoglądał  w  milczeniu  na  Abby,  a  udręczony  wyraz  jego  oczu,  którego  nie 

potrafił  dłużej  skrywać,  peszył  ją  i  zbijał  z  tropu.  Choć  nie  powiedział  słowa,  wydawał  się 

prosić  o  wyjaśnienie.  Musiała  się  odwrócić  do  Alexa  i  zagadnąć  go  o  coś,  bo  inaczej  z 

pewnością wybuchnęłaby łzami. 

Szczerze mówiąc, Alex też czuł się nieswojo, w przeciwieństwie jednak do Karen nie 

mógł tak po prostu zniknąć. Musiał więc spróbować jakoś wyjść z sytuacji. 

-  Właśnie jedziemy obejrzeć farmę tarasową - powiedział dlatego do Teda. 

-  Ach tak - mruknął od niechcenia Ted wpatrując się w plecy Abby. 

-   Pojedziesz  z  nami?  -  zaproponował  Alex.  -  Potem  moglibyśmy  zjeść  lunch  w 

tutejszym klubie, a może nawet i trochę popływać. 

Ted rzucił szybkie spojrzenie na Abby,  aby się przekonać, czy i  ona  go zaprasza na 

wspólną  przejażdżkę,  ale  że  nie  powiedziała  słowa,  uśmiechając  się  tylko  beznamiętnie 

odmówił. 

-  Szkoda, że ta propozycja nie miała miejsca parę minut wcześniej - dodał chłodno. - 

Karen z pewnością by chętnie z wami pojechała. 

Abby drgnęła, co nie uszło uwagi Alexa. 

-  Myślę, że Martha nie byłaby zachwycona, gdybyśmy zabrali jej siostrzenicę na cały 

dzień - rzekła sztywno. 

-   To  prawda.  Zresztą  Karen  tak  czy  tak  mnie  prosiła,  abym  towarzyszył  jej  dziś 

wieczorem,  ponieważ  chce  odwiedzić  przyjaciół,  których  poznała  ubiegłego  lata  -  oznajmił 

spokojnie Ted. - Dlatego przynajmniej w ciągu dnia powinna być z ciotką. 

-  Wygląda na to, że masz przed sobą ekscytującą noc - rzuciła drwiąco Abby - zatem 

lepiej  będzie,  jeśli  teraz  trochę  wypoczniesz.  Takie  wyrośnięte  dzieci  potrafią  umęczyć 

człowieka. 

-   A  szczególnie  takie  ładne  stworzenie  jak  Karen.  Ma  szalony  temperament  i 

dosłownie tryska szalonymi pomysłami. Już się cieszę na ten wieczór. 

-   Ja  natomiast  nie  miałbym  na  coś  takiego  ochoty  -  wmieszał  się  co  prędzej  Alex 

próbując  ratować  sytuację.  Doskonale  wiedział,  jak  bardzo  te  słowa  zraniły  Abby.  -  Wolę 

rozejrzeć się po okolicy, potem przekąsić coś siedząc pod drzewem na trawie. W takim razie 

background image

nie jedziesz z nami, Ted? 

Było to raczej stwierdzenie niż pytanie. Alex specjalnie tak je sformułował, aby Ted 

nie miał wyboru. Czuł, że nie byłoby dobrze, gdyby Ted wybrał się z nimi. 

-   Nie,  dziękuję  -  brzmiała  zwięzła  odpowiedź.  -  Co  prawda  nie  będę  wypoczywał, 

mam jeszcze wiele do zrobienia przed wieczorem. Poza tym trójka to niewygodna liczba. 

-   Gdyby  Karen  została,  nie  namyślając  się  pojechałbyś  z  nami  -  zauważyła  cierpko 

Abby. 

Nie czekając na odpowiedź wspięła się na płot i wskoczyła na grzbiet Malinki. Ted i 

Alex popatrzyli na siebie bez słowa, dziwiąc się w duchu, co jej się nagle stało. 

Abby  zdążyła  jeszcze  usłyszeć,  jak  Alex  mamrocze  jakieś  słowa  przypominające 

przeprosiny. Gdyby co prędzej nie podbiegł do niej, puściłaby się galopem ze wzgórza. 

Ściągnęła wodze, lecz w tym momencie poczuła jego rękę na swej nodze. 

-   Tylko  żadnych  łez,  Abby,  bo  inaczej  i  ja  się  rozpłaczę  -  zażartował.  -  I  jak  bym 

wtedy wyglądał przed Tedem? 

Zagryzła  wargi,  aby  się  nie  rozszlochać.  Łzy  napłynęły  jej  do  oczu  i  spłynęły  po 

policzkach, nie odważyła się wszakże ich otrzeć, gdyż Ted mógłby to zauważyć. 

-  Nie ma obawy, nie zrobię sceny - rzuciła zdławionym głosem. 

-   Mam nadzieję. W końcu mamy określone plany  na dzisiejszy dzień, nie mówiąc o 

tym, że chciałbym go przyjemnie spędzić. W Ameryce będę krótko i mam zamiar spędzić ten 

czas z tobą, jeśli na to pozwolisz, ale proszę, nie psuj mi go. Szwedzkie Ministerstwo Spraw 

Zagranicznych, które dało mi stypendium, nigdy by się na to nie zgodziło. 

Abby udało się uśmiechnąć. 

-   Skoro  tak,  to  naturalnie  nie  mogę  z  powodu  takiej  drobnostki  narażać  na  szwank 

stosunków zagranicznych. 

Jej głos zdradzał jeszcze udrękę, ale przynajmniej odzyskała panowanie nad sobą. 

-   Jedźmy  -  powiedziała  do  Alexa.  -  Musimy  się  teraz  pospieszyć,  jeśli  mamy 

zrealizować wszystko, co sobie na dziś zaplanowaliśmy. 

Odjechali  roześmiani.  Zmiana  nastroju  Abby,  od  wściekłości  i  łez  aż  do  nie 

najgorszego  humoru  w  końcu,  była  tak  szybka  i  niespodziewana,  że  Ted,  stojący  ciągle 

jeszcze  przy  płocie,  w  ogóle  nie  pojął,  co  naprawdę  się  stało.  Słyszał  tylko  śmiech  Abby, 

odniósł więc wrażenie, że są z Alexem szczęśliwi. 

W rzeczywistości Abby czuła się podle. Ted nie miał bladego pojęcia, jak bardzo się 

dręczy i że jej myśli i czucia są przy nim. 

Do diabła z tym człowiekiem, zaklęła w skrytości ducha. Ale i to jej nie pomogło. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

Zaskakujące,  że  mimo  wszystko  był  to  miły  dzień.  Abby  mężnie  zwalczyła  uczucie 

gniewu i całą swą energię wykorzystała na to, aby się rozerwać najlepiej jak można. 

Zgodnie  z  oczekiwaniami  Alex  okazał  się  wyjątkowo  miłym  kompanem.  Bardzo  go 

zainteresował nietypowy sposób uprawy na farmie tarasowej i stawiał całe mnóstwo pytań. 

Gdyby Abby była w lepszym nastroju, pewnie by to wszystko bardziej ją obeszło, w 

tej sytuacji wszakże chodziło jej tylko o to, aby spędzić wolny od trosk dzień. 

Alex niezbyt znał się na nurkowaniu, za to okazał się doskonałym pływakiem i założył 

się z Abby o to, kto prędzej przepłynie aż cztery długości basenu przy wiejskim klubie. 

Próbowała wyładować swoją nadmierną energię na trampolinie, a jej skoki do wody i 

nurkowanie  były  więcej  niż  odważne.  W  normalnych  okolicznościach  nie  zachowałaby  się 

tak lekkomyślnie. 

Lunch zjedli nad brzegiem basenu, a potem opowiadali sobie historie z dzieciństwa, aż 

wreszcie  nadszedł  czas  powrotu.  Mieli  się  przebrać,  po  czym  jechać  do  miasta,  gdzie  po 

obejrzeniu  ciekawszych  miejsc  wybierali  się  na  tańce.  To  była  propozycja  Abby,  a  Alex 

przystał na to z ochotą. 

Wrócili  o drugiej nad ranem.  Oczywiście plan zajęć Abby na następny  dzień musiał 

zostać  skorygowany,  najważniejsze  dla  niej  jednak  było  to,  że  jej  życie  jakby  wróciło  do 

normy. 

Musiała się przyznać sama przed sobą, że w towarzystwie Alexa czuje się doskonale. 

Dlaczego  więc  nie  miałaby  mu  poświęcić  trochę  czasu,  nawet  gdyby  część  pracy  musiała 

przez to poczekać? 

Przemknęło jej przez głowę, że Ted i Karen też pewnie miło spędzili wieczór, ale co 

prędzej przegnała tę myśl. Ona i Alex wiele zaplanowali na najbliższe tygodnie, zdążyli się 

też umówić na spotkania ze znajomymi. Musiała się zatem szybciej niż zwykle uporać z pracą 

i  nie  w  głowie  jej  były  smutne  rozmyślania.  Ostatecznie  przecież  miała  Malinkę,  ogród,  a 

także program badawczy, który przywiozła ze sobą z Deerfield i nad którym chciała pracować 

przez lato. 

Była więc tak zajęta, że nie miała czasu myśleć o Tedzie i tylko wtedy, gdy zobaczyła 

z  daleka  powyginany  kowbojski  kapelusz  albo  ktoś  wymówił  w  jej  obecności  jego  imię, 

czuła,  że  coś  ją  ściska  w  gardle.  Był  to  jedyny  odruch  celowo  usuwanego  w  niepamięć 

uczucia,  na  jaki  sobie  pozwalała.  Tak  przynajmniej  to  sobie  tłumaczyła,  choć  w  gruncie 

background image

rzeczy nie miała nań żadnego wpływu. 

Dni lata mijały, a Abby coraz bardziej dochodziła do przekonania, że owa narzucona 

sobie  samej  dyscyplina  funkcjonuje  doskonale  i  że  tym  samym  raz  na  zawsze  zostało 

zażegnane niebezpieczeństwo, iż jej uczucia dla Teda mogłyby wybuchnąć na nowo. 

Po  lipcu  pozostało  tylko  wspomnienie,  nadszedł  sierpień,  lecz  Abby  nie  zdołała 

jeszcze  uruchomić  młyna.  Zresztą  nadszedł  czas  zbiorów,  a  z  nim  pora  sporządzania 

kompotów  i  marynat,  a  także  smażenia  konfitur.  Od  czasu  do  czasu  jeździła  z  Alexem  do 

Deerfield i innych okolicznych miasteczek, aby się nieco zabawić i w ten sposób odpocząć od 

szarzyzny codziennego dnia. 

Niekiedy  spotykała  Teda,  ale  najczęściej  byli  obydwoje  w  towarzystwie.  Wyglądało 

na to, że nie najlepiej układa mu się z Karen, gdy tymczasem między nią i Alexem panowała 

absolutna  harmonia.  W  każdym  razie  Ted  nie  dawał  nic  poznać  po  sobie,  choć  kilka  razy 

Abby udało się pochwycić jego dziwnie udręczone spojrzenie. 

Kiedy  pani  Wilkins  chciała  znowu  wszystkich  zaprosić  na  obiad,  Abby  uprzejmie 

odmówiła, zasłaniając się jakąś nie cierpiącą zwłoki sprawą. Później dowiedziała się, że i Ted 

wykręcił się od zaproszenia. 

Mimo to, kiedy usłyszał, że Abby chce wreszcie naprawić napęd i uruchomić młyn, z 

czym  nosiła  się  od  dawna,  od  razu  zaoferował  swą  pomoc,  a  że  z  niej  nie  skorzystała, 

ograniczył się do udzielenia Alexowi paru rad w tym względzie, po czym dowiadywał się od 

niego lub od pani Wilkins, jak postępują prace. 

Abby  i  Alexa  łączyła  wspólna  praca  i  te  same  zainteresowania.  Każdego  ranka 

wyjeżdżali konno, przy okazji odwiedzali kogoś z sąsiedztwa, a potem zabierali się do pracy. 

Zwykle w pierwszym rzędzie szli do małej szklarni, którą wznieśli z tego, co mieli pod ręką, 

na  lekkim  południowym  skłonie  za  stajnią,  i  tam  przeprowadzali  różne  eksperymenty. 

Późnym popołudniem zabierali się do pracy nad uruchomieniem młyna. 

Spędzany wspólnie czas sprzyjał lepszemu poznaniu się, lecz nie rozwinęło się z tego 

nic  więcej  poza  autentyczną  przyjaźnią.  Nie  mogło  być  o  tym  mowy,  bo  cień  Teda 

prześladował  ją  wszędzie.  Gdy  nie  rozmawiali  z  Alexem  o  pracy  czy  swych 

zainteresowaniach, rozmowa od razu schodziła na niego. 

Któregoś dnia czyścili olbrzymie młyńskie koło. 

-  Naprawdę mnie dziwi, że dziewczyna twojego pokroju zakochała się bez pamięci w 

takim mężczyźnie jak Ted - wybuchnął raptem, nie zastanawiając się, co mówi. 

~\ 

Abby z miejsca zajęła pozycję obronną, sama nie wiedząc dlaczego. 

background image

-  Co chcesz przez to powiedzieć? - spytała ostrożnie podnosząc głowę. 

-   W  każdym  razie  nic  złego.  Jest  inteligentny,  ujmujący,  przy  tym  traktuje  swoje 

zajęcie poważnie. Ale on nie jest taki chłodny i opanowany jak ty. Ty na pierwszym miejscu 

stawiasz  pracę,  co  nieraz  mogłem  stwierdzić,  od  kiedy  jesteśmy  razem.  Zresztą  takie 

nastawienie  mi  się  podoba,  sam  taki  jestem,  choć  i  ja  od  czasu  do  czasu  pragnę  jakiejś 

rozrywki,  a  gdy  się  nadarza  okazja,  nie  Stronię  od  niej.  Uważam,  że  ty  i  Ted  bardzo  się 

różnicie  pod  względem  emocjonalnym.  Nigdy  bym  nie  uwierzył,  że  uczucia  potrafią 

wyprowadzić  cię  z  równowagi,  a  w  każdym  razie  pokrzyżować  twe  plany.  Niekiedy  wręcz 

odnoszę wrażenie, że takie rzeczy cię nie wzruszają. 

Abby nie umiała na to odpowiedzieć. Kiedyś myślała równie trzeźwo i rozsądnie jak 

Alex. Teraz jednak niczego bardziej nie pragnęła, jak pozbyć się owych narzuconych przez 

samą  siebie  ograniczeń  i  kochać  Teda,  tak  jak  na  to  zasługuje,  ale  nawet  przed  samą  sobą 

wzdragała się do tego przyznać. 

Alex uważnie studiował jej twarz, usiłując rozeznać, jaki wpływ wywarły na nią jego 

słowa. Kiedy zauważył, że najwyraźniej rozważa je w myślach, zadał następne pchnięcie. 

-   Zastanawiasz  się  nad  tym,  jak  to  się  stało,  że  ty,  taka,  rozsądna,  uwikłałaś  się  na 

dobre? 

-   Nie,  to  nie  jest  tak,  jak  myślisz.  Stanęło  mi  tylko  przed  oczami  nasze  pierwsze 

spotkanie.  Na  początku  wszystko  było  takie  cudownie  nieskomplikowane.  Ted  mi  pomagał 

zaaklimatyzować  się  w  nowym  środowisku,  a  przy  tym  nieco  zmienić  moje  trzeźwe 

nastawienie do życia. Zrozumieliśmy się od razu. Obawiam się, że to bardziej moja wina niż 

jego,  że  to  wszystko  tak  wyszło.  Ted  przez  cały  czas  prowadził  uczciwą  grę  i  zawsze  był 

wobec mnie szczery. 

-  W tym być może leży problem - wyraził swe przypuszczenie Alex. - Po tym, jak był 

dla ciebie miły i otwarcie zabiegał o twe względy, doszłaś do wniosku, że jesteś mu winna 

miłość. Założę się, że tak właśnie było. 

Odetchnęła  ciężko,  próbując  stłumić  łkanie.  Zanosiło  się  na  to,  że  Alex  za  wszelką 

cenę  będzie  próbował  wydrzeć  jej  prawdę.  Czuła,  że  będzie  to  dla  niej  bolesne,  wiedziała 

jednak, że jest winna przyjacielowi szczerość. Najważniejsze jednak, że nie mogła dopuścić, 

aby  Alex  widział  Teda  w  fałszywym  świetle  i  sądził,  że  Ted  nie  jest  godzien  jej  miłości. 

Nawet jeśli Ted nigdy się nie dowie, z jakim przekonaniem ona go broniła, zrobi to. Nikomu 

nie wolno myśleć, że nie jest dla niej wystarczająco dobry. 

-  Nic nie rozumiesz, Alex - oświadczyła z naciskiem. - Gdybym kiedyś zdecydowała 

się założyć rodzinę, tylko Ted wchodziłby w grę. Cudownie się uzupełniamy, a ja staram się 

background image

respektować  jego  stanowisko  w  kwestiach,  w  których  się  różnimy.  Problem  w  tym,  że  ja 

jeszcze nie jestem na tym etapie, aby dzielić życie z mężczyzną, nie mówiąc o dzieciach. Ted 

natomiast  wydaje  się  myśleć  odwrotnie.  To  wszystko  sprawa  nieodpowiedniego  momentu, 

nic innego. Za parę lat ta cała historia mogłaby wyglądać inaczej. 

Alex obrzucił ją pełnym zwątpienia spojrzeniem. 

-   Jeśli  taka  wersja  ci  odpowiada,  to  przy  niej  pozostań.  Pozwól  jednak  sobie 

powiedzieć, jak ja to widzę: niezależność i kariera to wszystko, co się dla ciebie liczy. 

-   Owszem,  nie  wypieram  się,  że  to  dla  mnie  ważne,  ale  stopniowo  zaczynam 

pojmować,  że  jest  jeszcze  coś  więcej.  Teda  nastawienie  do  życia  jest  równie  słuszne  jak  i 

moje. Każdą rzecz należy rozpatrywać z dwóch stron. 

Alex przyglądał jej się nieufnie, a jego twarz sposępniała. 

-   Gdybym  nie  znał  sytuacji,  powiedziałbym,  że  jesteś  w  nim  beznadziejnie 

zakochana. 

Przekładała  z  ręki  do  ręki  trzymany  przez  siebie  przedmiot  szukając  gorączkowo 

odpowiednich  słów.  Alex  jednak  już  jej  nie  słuchał,  lecz  wrócił  do  pracy  i  czyścił  teraz 

kamień młyński z jeszcze większym zapamiętaniem niż przedtem. 

Abby  zdołała  po  chwili  również  wziąć  się  w  garść.  Pracowali  w  milczeniu  obok 

siebie, a każde było zajęte przy tym własnymi myślami, lecz nie dzieliło się nimi, w obawie, 

żeby tego drugiego nie zranić. 

Abby  pierwsza  przerwała  milczenie,  wybuchając  naraz  śmiechem  i  dając  Alexowi 

przyjacielskiego kuksańca w bok. 

-   Kiedy  się  ciebie  słucha,  można  dojść  do  wniosku,  że  cierpię  na  nieuleczalną 

chorobę.  Uważaj,  Alex, bo  mogę  ciebie  zarazić.  Ostatecznie  jest  tu  jeszcze  w  pobliżu  mała 

Karen. Siedzi u Marthy i tylko czeka na to, aby któryś z was się nią zajął. 

Alex chętnie podjął jej lekki ton. 

-  Szkoda tylko, że ona wydaje się interesować wyłącznie Tedem. To naprawdę ładna 

dziewczyna i myślę, że za jej roztrzepaniem kryje się poważnie myślący człowiek. W każdym 

razie uważam, że jest czarująca, nie wiem tylko, jak ją poderwać. 

-   Czyż  nie  przepowiedziałam  ci  tego?  -  uśmiechnęła  się  Abby.  -  Zdradzasz  już 

pierwsze objawy. 

-   Moja  kochana,  mam  coś  lepszego  do  roboty  -  oświadczył  żartobliwie.  -  Obawiam 

się,  że  nie  wywierasz  na  mnie  korzystnego  wpływu.  Jeśli  będę  się  z  tobą  dłużej  zadawał, 

wkrótce całkowicie mnie odmienisz. 

-  To będzie tylko z korzyścią dla siebie - przekomarzała się z nim. 

background image

-   Jeżeli już jesteśmy przy  temacie, powiedz, czy  nie moglibyśmy choć przez minutę 

zachować powagi? 

-  A musimy? - naraz poczuła się nieswojo. 

-   Boję  się,  że  tak.  Może  nie  jesteś  tego  świadoma,  ale  ten  żartobliwy  nastrój,  jaki 

narzuciłaś, zdradza więcej w kwestii twych uczuć dla Teda, niżbyś chciała. Odpowiedz, tylko 

poważnie, na moje poważne pytanie: jak się teraz zachowasz? 

Abby wpatrywała się w niego nie rozumiejąc. Raptem zaczęło narastać w niej coś, co 

przypominało strach. Zadała sobie tyle trudu, aby ukryć swe prawdziwe uczucia dla Teda, a 

tymczasem... 

-   Nie  wiem,  Alex,  naprawdę  nie  wiem,  co  mam  robić,  lecz  przynajmniej  jestem  już 

świadoma, że ta historia miłosna jest dla mnie ważna, ważniejsza niż praca. 

-   To  naprawdę  dziwne,  że  uczucie  do  mężczyzny  potrafiły  ciebie,  świadomą  celu  i 

odnoszącą  sukcesy  kobietę  postawić  przed  takim  dylematem.  W  takim  razie  musisz 

rzeczywiście  coś  przedsięwziąć  i  zrobić  w  swym  życiu  miejsce  miłości,  jeżeli  nie  umiesz 

wygnać jej z serca. A może uważasz się za superkobietę, która i coś takiego potrafi, jeśli da 

się jej trochę czasu? 

-   Alex! Proszę, nie żartuj  ze mnie! Wiem, że chcesz mi pomóc to  znieść i  jestem  ci 

niezmiernie wdzięczna. Otworzyłeś mi oczy i już wiem, że sytuacja jest niewesoła. Muszę się 

zdobyć na decyzję, lecz nie mam pojęcia, jak ona powinna wyglądać. Mam  uczucie, że tak 

czy tak będzie zła, bez względu na co się zdecyduję. Będę musiała się przyznać do błędu, iść 

na ustępstwa, a to z pewnością nie przyjdzie mi łatwo. Jeśli wybiorę przyszłość u boku Teda, 

będę musiała zrezygnować z pewnych rzeczy, które do tej pory uważałam za cel swego życia, 

a to naprawdę nie jest śmieszne. 

-   Wiem,  że  to  nie  jest  łatwe,  Abby  -  szepnął  miękko  Alex  -  mimo  to  powinnaś 

wszystko jeszcze raz przemyśleć. Życzysz sobie przyszłości z Tedem? Mam wrażenie, że tak. 

Co więc zamierzasz zrobić, aby na powrót między wami się ułożyło? W dodatku jest jeszcze 

ten flirt z Karen czy co tam jest między nimi. 

-  Ach, to - machnęła ręką. 

-  Tak, to - powtórzył z naciskiem Alex. - Co prawda wydaje się, że nie łączy ich nic 

poważnego, i najprawdopodobniej tak jest, lecz w końcu nieraz się zdarzało, że z niewinnej 

zabawy wyrastała wielka miłość. A tak przy okazji, założę się o wszystko, że Ted dokładnie 

to samo myśli o nas. 

-  Jeśli Ted naprawdę mnie kocha, te nasze chwilowe sprzeczki nie powinny odgrywać 

roli. A co się tyczy Karen, ta z pewnością nie ma szans. 

background image

-  Mówisz jak małe dziecko - potrząsnął głową Alex. - Każdy przecież w końcu wie, 

że  miłość  chadza  najdziwniejszymi  ścieżkami.  Nawet  jeśli  dwoje  ludzi  jeszcze  się  kocha, 

tragiczne okoliczności mogą spowodować, że ich drogi ostatecznie się rozejdą. Gdy będziesz 

za  długo  zwlekać  z  podjęciem  decyzji,  Karen  tymczasem  może  cię  prześcignąć  i  pierwsza 

dopaść celu. 

Abby rzuciła mu udręczone spojrzenie. 

-  Proszę, nie zmuszaj mnie do niczego. Nie jestem w tym momencie zdolna uczynić 

takiego decydującego kroku, zresztą nie wiem, czy w ogóle jest jeszcze coś do uratowania. 

-  Czekaj sobie tak, czekaj, aż będzie za późno. Utracisz Teda - na rzecz Karen. 

Alex  wymówił  imię  tamtej  dziewczyny  ze  szczególnym  naciskiem.  Abby  słysząc  to 

wzdrygnęła się mimo woli, co nie uszło jego uwagi. 

-  Widzę, że moje słowa zaczynają odnosić skutek - stwierdził zadowolony. 

Abby spojrzała na niego żałośnie. 

-  Chyba rzeczywiście można tak powiedzieć. Ostrzegłeś mnie nie tylko przed tym, że 

mogę stracić Teda uzmysłowiłeś mi naocznie, jak bardzo ucierpi moja duma, jeśli przegram 

właśnie z taką Karen. 

-  W końcu taka jest rola przyjaciela. 

-  A jeśli chodzi o moją dumę, która ewentualnie może zostać zraniona, to jak myślisz, 

co powinnam zrobić? Wiesz chyba, że nie wskoczę po prostu na grzbiet Malinki i nie popędzę 

do Teda. Skoro swym  zachowaniem  wprowadziłam  go w błąd, nie przyjdzie mi teraz łatwo 

zapewnić go o dozgonnej miłości. 

-  Masz absolutną rację. Musimy coś wymyślić. 

-  Jesteś naprawdę wspaniałym przyjacielem - rzekła poruszona. - Nie rozumiem tylko, 

dlaczego  to  wszystko  dla  mnie  robisz,  tym  bardziej  że  mam  wrażenie,  iż  coś  dla  ciebie 

znaczę. 

Spojrzał na nią z powagą. 

-  Tak, Abby, znaczysz, i to bardzo wiele. Nie ma powodu, abyś o tym nie wiedziała. 

W moim życiu w tym momencie też właściwie nie ma miejsca na miłość, a skoro nie mogę 

ciebie  mieć  -  i  to  z  różnych  przyczyn  -  chciałbym  przynajmniej,  abyś  była  szczęśliwa  z 

innym. Bez względu na to, co o nim mówiłem, szanuję, a nawet podziwiam Teda, obawiam 

się tylko, że będę musiał nakłonić go siłą do szczęścia, jakie się przed nim otwiera. 

Abby  roześmiała  się  i  ucałowała  Alexa  w  policzek,  on  natomiast  zrewanżował  się 

braterskim uściskiem. 

-  Komiczne, że choć skonfrontowałeś mnie z całym mnóstwem problemów, o jakich 

background image

nie miałam pojęcia, czuję się szczęśliwa i to twoja zasługa - powiedziała szczerze. 

-   A  ja  się  cieszę,  że  mogę  ci  pomóc.  To  zresztą  dopiero  początek.  Dopiero  gdy 

przezwyciężysz  wszystkie  trudności,  będziesz  mogła  powiedzieć,  że  jesteś  naprawdę 

szczęśliwa. Chciałbym, aby na twej twarzy zawsze gościł taki promienny uśmiech jak w tej 

chwili. 

-  Naprawdę aż tyle dla ciebie znaczę? 

-  Tak, Abby, lecz nie pytaj mnie, ile, bo i tak ci nie powiem. Do jednego tylko muszę 

się przyznać: ostatnio stwierdziłem, że i mnie można zranić, choć do wszystkiego staram się 

podchodzić z dystansem. 

Poderwał się raptownie i wyszedł. Przez okno dojrzała, że podszedł do starej studni i 

wyciągnął  wiadro  wody,  lecz  miała  wrażenie,  że  nie  chodziło  mu  tylko  o  ugaszenie 

pragnienia. Nie chcąc okazać uczuć, jakie żywi  do niej, próbował  odzyskać panowanie nad 

sobą, była więcej niż pewna. 

Rozumiała  go  aż  za  dobrze.  Przecież  i  ona  długi  czas  narzucała  sobie  takie  właśnie 

postępowanie,  uważając  powściągliwość  i  chłód  emocjonalny  za  dwie  największe  cnoty. 

Teraz  wszakże,  kiedy  się  przekonała,  do  czego  to  prowadzi,  była  pewna,  że  już  więcej  nie 

wkroczy na tę drogę. Jej teorie rozpadły się jak domek z kart w konfrontacji z prawdziwym 

życiem. Po prostu nie miały z nim nic wspólnego. 

Zraniła  Teda,  a  więc  to  ona  powinna  uczynić  pierwszy  krok  zmierzający  do 

pojednania. Musiała jednak znaleźć sposób, w jaki to zrobić, aby nie ucierpiała przy tym jej 

duma. Doskonale zdawała sobie sprawę, że nie będzie to proste, lecz Ted wart był tego, aby 

się o niego starać. 

Dobry  Boże,  daj,  aby  nie  było  za  późno,  szepnęła,  po  czym  wyszła  na  dwór,  chcąc 

zaoferować Alexowi szklankę lemoniady. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

Tego samego popołudnia Karen przymierzała w swym pokoju nową sukienkę. Aby ją 

sobie sprawić, zażądała od rodziców przysłania pieniędzy pocztą. W sobotę wieczór miała się 

znowu  odbyć  zabawa  i  Karen  była  zdecydowana  zaćmić  wszystkie  inne  dziewczęta  swoim 

strojem, a przede wszystkim Abby. Z zadowoleniem stwierdziła, że ta nie zadaje sobie nawet 

najmniejszego  trudu,  aby  walczyć  o  Teda,  a  i  Ted  nie  wydawał  się  wcale  nią  tak 

zainteresowany, jak utrzymywała ciotka Martha, bo w przeciwnym razie już dawno znalazłby 

drogę do młyna. 

Karen  nikomu  nie  życzyła  nic  złego,  ta  sytuacja  jednakże  wyjątkowo  ją  cieszyła. 

Zresztą  Ted  był  wolny,  od  kiedy  Abby  odwróciła  się  do  niego  plecami,  wybierając  Alexa, 

poza  tym  ona,  Karen,  miała  większe  prawa  do  Teda.  Znali  się  przecież  od  dzieciństwa,  a 

Abby po prostu wtargnęła w ich życie sprawiając swoją osobą zamieszanie. 

Mimo to Karen nie była aż tak naiwna, aby wierzyć, że Ted bezspornie należy tylko 

do niej i nikt nie ma prawa tego kwestionować. Będzie kosztowało ją jeszcze wiele zachodu, 

zanim  powie,  że  jest  już  pewna  swego,  nosząc  na  palcu  jego  pierścionek.  W  każdym  razie 

postawiła sobie za cel zdobycie jego miłości i wszystko inne się nie liczyło. 

Ciotka Martha dokładnie opisała jej strój, jaki Abby uszyła sobie na ostatnią zabawę, 

lecz Karen nie zadowoliła się samodzielnym uszyciem sukni i tak długo szukała, aż wreszcie 

znalazła coś odpowiedniego w ekskluzywnym sklepie w Deerfield. Ta sukienka spodobała się 

jej  od  razu,  a  teraz,  kiedy  przeglądała  się  w  lustrze  u  siebie  w  pokoju,  utwierdziła  się  w 

przekonaniu, że dokonała znakomitego wyboru i że wygląda w niej porywająco. 

Wyszczotkowała swoje długie włosy, aż zalśniły, po czym związała kilka pasem z tyłu 

głowy  jasnoniebieską  wstążką,  harmonizującą  z  kolorem  bluzki  w  liliowe  i  granatowe. 

motyle. Do niebieskiej spódnicy włożyła krótki gorsecik z białym sznurowaniem z przodu. W 

podobny sposób były też wykończone małe bufiaste rękawki. 

Okręciła się przed lustrem konstatując z przyjemnością swoją wąską talię i opadającą 

miękko spódnicę, a także sięgające kolan, obszyte falbanką majteczki, jakie dawniej noszono 

do  ludowego  stroju.  Tak  ubrana,  z  pewnością  ściągnie  na  siebie  wszystkie  spojrzenia  i  nie 

pozwoli, aby Ted podniósł oczy na inną. 

Miała  co  prawda  czarne  pantofle,  ale  na  tę  okazję  wydała  ostatnie  pieniądze,  aby 

sprawić sobie jasnoniebieskie, pasujące do sukni. Na taki luksus w zwykłych okolicznościach 

by sobie nie pozwoliła, lecz jeśli miała odnieść sukces, musiała w to zainwestować. 

background image

Puściła  się  w  tany  po  pokoju,  rozkoszując  się  pięknie  rozkładającą  się  przy  tym 

spódnicą,  po  czym  zadowolona  z  efektu  ściągnęła  strój  i  ukryła  za  szafą.  Ciotka  miała  go 

zobaczyć dopiero w ostatniej chwili. W każdym razie Karen była święcie przekonana, że ma 

wszelkie atuty w ręku, aby zdobyć Teda. 

Natychmiast się zgodził, gdy go poprosiła, aby towarzyszył jej na zabawie. Na wszelki 

wypadek  poinformowała  o  niej  także  gości  ciotki,  posunęła  się  nawet  do  tego,  że 

zaproponowała  Alexowi,  by  zabrał  ze  sobą  Abby.  Ten  uznał  to  za  doskonały  pomysł  i 

zadzwonił do Abby, pragnąc się umówić. 

Wszystko  przebiegało  zgodnie  z  planem,  ku  wielkiemu  zadowoleniu  Karen.  Ciotka 

Martha okazała się wielkoduszna, że wystąpiła z propozycją, aby młodzi zebrali się u niej i 

pojechali na tańce jej samochodem kombi Tak więc wieczorem w salonie pani Wilkins zebrali 

się  goście  ze  Szwecji,  Ted  i  Abby,  i  to  dokładnie  w  momencie  aby  przeżyć  wielki  występ 

Karen.  Z  gracją,  powabna  jak  narzeczona,  schodziła  powoli  po  schodach,  pewna  wrażenia, 

jakie  robi  na  obecnych.  Z  zadowoleniem  stwierdziła,  że  na  jej  widok  wszystkie  rozmowy 

umilkły i każdemu jej krokowi towarzyszą zachwycone spojrzenia. 

Alex  podszedł  do  niej  podając  jej  z  dwornym  ukłonem  ramię,  lecz  Karen  miała  dla 

niego tylko lodowate spojrzenie i wyminąwszy go ruszyła w kierunku Teda i Abby stojących 

z boku. 

Alex nie dał się jednak tak łatwo spławić. 

-  Twój trud się opłacił, Karen. Wyglądasz olśniewająco. 

Abby  oczywiście  od  razu  zauważyła,  o  co  toczy  się  gra,  lecz  pozostała  damą  w 

każdym calu. Uśmiechnęła się promiennie do Karen. 

-   Twoja sukienka jest  naprawdę fantastyczna. Okręć się, proszę. O, tak!  Będziesz w 

niej gwiazdą wieczoru. Skąd wytrzasnęłaś coś tak wystrzałowego? 

-  Kupiłam w „Bon Soir” w Deerfield. Rzeczywiście ci się podoba? 

-   Komu  by  się  nie  podobała!  -  wmieszał  się  Alex,  zanim  Abby  zdążyła  coś 

odpowiedzieć, lecz Karen zignorowała jego uwagę, traktując  go jak powietrze. Nie zdążyła 

się jednak odwrócić, bo on ujął ją władczym gestem pod ramię i pociągnął do drzwi. 

-  Myślę, że nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, jeśli zostaniesz mą partnerką na 

dzisiejszy wieczór. Nie będę tu przecież długo, może jeszcze tydzień, nie więcej. Wiem, że 

jesteś  mistrzynią  w  tańcu  ludowym,  gdy  tymczasem  Abby  i  ja  jesteśmy  zaledwie 

początkujący  i  prawdopodobnie  deptalibyśmy  sobie  tylko  po  stopach.  Bądź  więc  tak  miła  i 

pomóż mi choć z początku. 

-  Ale przecież obydwoje mamy już partnerów na dzisiejszy  wieczór!  - zaoponowała 

background image

Karen i odwróciła się szukając wzrokiem pomocy u Teda. 

-  Wśród przyjaciół jest przyjęte, że mogą się wymieniać partnerami, prawda? - spytał 

Teda Alex. 

-  Oczywiście, że tak - potwierdził żywo Ted, sprawiając wrażenie ucieszonego. 

Karen była bliska łez. Wpatrzyła się błagalnie w Alexa, jak gdyby zaklinając go, aby 

nie  niweczył  jej  planów  związanych  z  Tedem,  lecz  napotkała  tylko  jego  zimny,  obojętny 

wzrok. Od niego nie mogła spodziewać się pomocy. Próbowała uwolnić rękę, ale trzymał ją 

mocno  i  w  bezlitosnym  pośpiechu  prowadził  do  wyjścia,  że  ledwie  zdążyła  zarzucić  na 

ramiona chustę. Profesor i Lars podążyli za nimi. Abby i Ted zostali sami. 

Ted otulił Ramiona Abby narzutką. 

-  Jeśli jesteś gotowa, możemy iść - powiedział. 

Towarzyszyła temu nieprzenikniona mina i może Abby nawet by i uwierzyła, że jest 

mu już obojętna, gdyby nie jego dziwnie ściszony głos i dłonie... tak, jego dłonie spoczywały 

na jej ramionach, jakby zapomniane przez właściciela... 

Najchętniej by mu szepnęła, że wszystko jest już znowu w porządku, że od tamtego 

niefortunnego rozstania po zabawie wiele się zmieniło, ale słowa uwięzły jej w gardle, a do 

oczu cisnęły się łzy. Nie wolno mi się rozpłakać, nie wolno... tylko nie to... powtarzała sobie 

rozpaczliwie w duchu zmuszając się do uśmiechu. Może gdyby powiedział coś więcej, jedno 

jedyne słowo, byłaby zdolna wyznać mu miłość, ale tak... 

-  Dobrze, chodźmy - odparła drżącym głosem siląc się na oficjalny ton. Zaraz jednak, 

nie  mogąc  oprzeć  się  wewnętrznemu  impulsowi,  będącemu  jawnym  świadectwem  jej  stanu 

ducha, dodała pospiesznie: - Przykro mi, że Alex wtargnął pomiędzy ciebie i Karen. To się da 

zmienić i wtedy będziecie mogli być razem... 

Jest mi obojętne, czy będę z nią tańczył czy nie - odparł szorstko. - W ogóle nie mam 

ochoty iść na tę zabawę. 

Abby  przysłuchiwała  się  uważnie  każdemu  jego  słowu.  W  swej  odpowiedzi  Ted 

zawarł więcej, niż prawdopodobnie sobie uświadamiał. Sam o tym nie wiedząc zdradził, że na 

Karen  mu  nie  zależy,  mało  tego,  odniosła  wrażenie,  że  jest  na  nią  wściekły.  Widocznie 

musiało coś między nimi zajść, co było powodem takiej reakcji. 

Kiedy Ted otworzył przed nią drzwi, Abby położyła delikatnie rękę na jego ramieniu, 

przy  tym  jednak  odwróciła  twarz,  aby  nie  mógł  wyczytać  z  jej  oczu,  co  do  niego  czuje. 

Chciała być dla niego w tym momencie tylko dobrym przyjacielem, nikim więcej. 

-  Ted, co się stało? - spytała miękko nie kryjąc swej troski o niego. 

Ted wpatrywał się posępnie w podłogę. 

background image

-  Co ci przyszło do głowy? - rzucił wreszcie siląc się na obojętność, lecz najwyraźniej 

przyszło mu to z trudem. 

W lot pojęła, że Ted nie chce w tej chwili o tym rozmawiać. Zresztą mógł mieć też 

inne  kłopoty,  ona  jednak  myślała  tylko  o  rozdźwięku,  jaki  powstał  między  nimi.  Nie 

zdoławszy się powstrzymać wybuchnęła: 

-  Ted, co się z nami stało? Wiem, że to przynajmniej częściowo moja wina, ale ty nie 

pozwoliłeś  sobie  wytłumaczyć,  dlaczego  zachowywałam  się  tak  chłodno  wobec  ciebie.  A 

teraz stanęła między nami Karen. 

-   Nie  sprawiłoby  różnicy,  gdyby  jej  w  ogóle  nie  było.  Zresztą  to  nie  ja  zacząłem  tę 

historię, jeśli cię to interesuje. 

Alex jest co najmniej tak samo wielką przeszkodą jak Karen. To wszystko wyszło od 

ciebie, ty ponosisz tu winę. 

Abby miała mu tyle do wyjaśnienia, tyle odpowiedzi cisnęło jej się na usta. Mogliby 

się  rozmówić  i  pogodzić,  tego  była  pewna,  lecz  w  tym  momencie  nie  było  czasu  na  takie 

wynurzenia.  Lars  trąbił  niecierpliwie,  a  w  pobliżu  kręciła  się  Martha.  Abby  rozpaczliwie 

pragnęła zamienić z Tedem na osobności parę słów i ta chwila nadeszła, lecz w wyjątkowo 

niesprzyjającym momencie. 

Nie wiedziała, czy to sprawa napięcia panującego od dłuższego czasu między nimi, a 

może powodem tego była reakcja na jego zadawanie się z Karen, w każdym razie nie mogła 

się przemóc i nie zdobyła się na cieplejsze słowo, pogarszając tym samym jeszcze sytuację. 

-  Nie wmawiaj, że jesteś o mnie zazdrosny, Ted. A może powinnam mówić do ciebie 

pieszczotliwie „Teddy”, jak Karen? 

Ted roześmiał się, lecz w tym śmiechu zabrzmiał ponury ton. 

-  Dlaczego miałbym być zazdrosny? - żachnął się i nie oglądając się na nią ruszył ku 

wyjściu.  -  W  końcu  dałaś  mi  wyraźnie  do  zrozumienia,  że  w  twoim  życiu  liczy  się  tylko 

wiedza, praca i tym podobne sprawy - rzucił jeszcze przez ramię. - Czyż mężczyzna może być 

zazdrosny  o  przyrządy  do  testowania  i  tym  podobne?  A  jeśli  Alex  jest  na  tyle  głupi,  że 

wierzy,  iż  potrafi  w  końcu  odciągnąć  się  od  książek,  to  mogę  mu  jedynie  współczuć. 

Mężczyźni są dla ciebie tylko zabawką pozwalającą przyjemnie spędzić czas i to mi w tobie 

przeszkadza. 

Rzuciła mu rozzłoszczone spojrzenie. 

-  Nie wmawiaj mi, że co innego robisz z Karen! 

Jej  głos  zabrzmiał  wyjątkowo  ostro.  W  bezsilnej  wściekłości  zacisnęła  pięści.  Tak 

bardzo tęskniła za pocałunkami Teda, a skończyło się na tym, że znów zaczęli się kłócić. 

background image

-  Co prawda nic cię to nie obchodzi - wybuchnął - ale znam Karen od dziecka. Nigdy 

nie było między nami nic oprócz przyjaźni, i teraz też nie ma. 

-   To  tylko  tobie  tak  się  wydaje.  Karen  na  pewno  myśli  inaczej.  Zgrywa  się  na 

niewinną, ale w rzeczywistości to wyrafinowane stworzenie, które doskonale wie, do  czego 

zmierza. 

-  Jest mi obojętne, co o tym myślisz. Dałaś mi do zrozumienia, że nie interesujesz się 

moją osobą, zatem nie mieszaj się do moich spraw. Sam sobie dam radę z Karen. 

Z tymi słowami zbiegł po schodach. Abby pospiesznie otarła łzy. Teraz już na pewno 

wiedziała,  że  nigdy  nie  odnajdą  się  z  Tedem,  nawet  nie  powinna  była  próbować.  Te  jej 

żałosne usiłowania pogorszyły jeszcze sytuację. 

Ted wcisnął się na środkowe siedzenie między  profesora i  Alexa. Na przodzie obok 

Larsa  siedziała  Karen  z  olbrzymim  półmiskiem  sałatki  jarzynowej  i  dwiema  szarlotkami, 

stanowiącymi wkład ciotki Marthy do zabawowego bufetu. 

Abby była pewna, że to Alex zaaranżował rozmieszczenie wszystkich w samochodzie, 

nie  przyszło  mu  jednak  do  głowy,  że  ona  zostanie  całkiem  sama  na  tylnym  siedzeniu, 

ponieważ w środku zabrakło miejsca. 

Po  drodze  nie  rzekła  ani  słowa,  gdyż  nic  sensownego  nie  przyszło  jej  do  głowy, 

wpatrywała się tylko niemo w plecy Teda. Ted też się nie odzywał. Za to inni okazali się nad 

wyraz  rozmowni,  więc  nikt  nie  zwrócił  na  to  uwagi.  Lars  i  profesor  zastanawiali  się,  jak 

wyszukać  miłe  partnerki  do  tańca,  a  Karen  opisała  im  dziewczęta,  które  są  bardzo 

sympatyczne i z pewnością ucieszą się, że nadarza im się takie interesujące towarzystwo. 

Kiedy przybyli na miejsce, zabawa już była w toku. Karen i Abby zaniosły do bufetu 

sałatkę i szarlotki, po czym Karen zaznajomiła ich z dziewczętami, które miały dołączyć do 

ich grupy. 

Orkiestra grała tak głośno, a w stodole było tłoczno, zatem Abby i Ted nie mogliby 

spokojnie porozmawiać, nawet gdyby chcieli. 

Dopóki  byli  w  grupie,  niewiele  mogło  się  zdarzyć.  W  którymś  momencie  Karen 

zaproponowała  spacer  przy  świetle  księżyca,  lecz  Ted  nie  chciał  jej  towarzyszyć.  Abby 

przyjęła to z prawdziwą ulgą. Czyżby jeszcze nie wszystko było stracone? 

Sama  robiła  wszystko,  aby  podtrzymać  dobry  nastrój.  Odnosiła  się  do  innych 

uprzejmie i dla każdego znalazła przyjazne słowo, nawet dla Karen. Czuła przy tym, że Ted 

śledzi każdy jej ruch, zważała więc bacznie na to, aby nie poświęcać Alexowi więcej uwagi 

niż innym mężczyznom. 

Choć wieczór zaczął się dla niej deprymująco, przebiegał teraz zaskakująco radośnie i 

background image

harmonijnie.  Ted  okazał  się  prawdziwym  dyplomatą  i  przyniósł  poncz  nie  tylko  Karen,  ale 

także i jej. Karen co prawda ciągle od nowa próbowała go zabawiać rozmową, ale Ted nie dał 

się odciągnąć na bok konwersując równocześnie przynajmniej z jeszcze jedną osobą. 

Zimna  wojna  między  Abby  i  Tedem  nie  została  co  prawda  zakończona,  lecz 

zapanowało  między  nimi  coś w rodzaju  milczącego zawieszenia broni.  Kiedy  Lars odwoził 

ich  po  zabawie  z  powrotem  do  domu,  kazała  się  wysadzić  najwcześniej.  Ted  życzył  jej 

uprzejmie, lecz przy tym oficjalnie dobrej nocy, co utwierdziło ją w przekonaniu, że już na 

zawsze wyrósł między nimi mur nie do sforsowania. Choć z drugiej strony bąknął coś o tym, 

że wkrótce się zobaczą. Nie było to wiele, ale zawsze coś. 

Mimo zmęczenia i obolałych stóp nie zaznała tej nocy spokoju. Nie miała ochoty się 

położyć, więc w szlafroku zeszła na werandę i zasiadłszy w bujanym fotelu wpatrzyła się w 

usiane gwiazdami niebo. 

Nie  jest  tak  całkiem  obojętna  Tedowi,  pocieszała  się  w  duchu.  Przypuszczalnie  ją 

nawet kochał. Przecież tyle razy i na różne sposoby okazywał jej swe uczucia, że nie miała 

powodu, aby w nie wątpić. To czyniło ją niewypowiedzianie szczęśliwą. 

Mimo  to  czuła  się  nieswojo.  To  przecież  chyba  ona  musi  zrobić  następny  krok  i 

otwarcie mu powiedzieć, co do niego czuje. Było jednak coś, co przeszkadzało jej to zrobić. 

To  tylko  ta  moja  duma,  przyznała  się  sama  przed  sobą.  Ta  nierozsądna,  wręcz 

śmiesznie  dziecinna  duma  była  przypuszczalnie  powodem,  dla  którego  nie  potrafili  się 

odnaleźć  i  nie  mogli  być  szczęśliwi.  W  każdym  razie  postanowiła  przyznać  się  do  winy  i 

pierwsza wyciągnąć rękę do zgody. 

Ale właściwie dlaczego ona? spytała na głos i od razu odpowiedziała sobie: ponieważ 

w  tej  kwestii  mam  staroświeckie  poglądy.  A  przecież  zawsze  starała  się  być  nowoczesna  i 

otwarta w kontaktach z innymi... 

Jeśli  ma  odzyskać  miłość  Teda,  musi  przezwyciężyć  własną  dumę  i  grać  z  nim  w 

otwarte karty. Naraz wydało jej się to najnaturalniejszą rzeczą pod słońcem. 

background image

ROZDZIAŁ 11 

Ta  decyzja  nie  przyszła  Abby  łatwo,  lecz  jej  wykonanie  okazało  się  jeszcze 

trudniejsze.  Każdego  dnia  obiecywała  sobie,  że  pojedzie  do  Teda  i  poprosi  go  o  rozmowę, 

lecz  nic  z  tego  nie  wychodziło.  Przez  cały  ten  czas  ciągle  jeszcze  była  zajęta  pracami 

związanymi  z  uruchomieniem  młyna,  a  w  następnym  tygodniu  musiała  wrócić  do 

laboratorium  badawczego  w  Deerfield.  W  dodatku  akurat  w  tych  ostatnich  dniach  sierpnia 

nastąpiło  oberwanie  chmury,  jakiego  nie  pamiętali  najstarsi  ludzie,  które  wyrządziło  wiele 

szkód i  sprawiło,  że drogi  były praktycznie nieprzejezdne. Farmerzy zatem, a w tym i  ona, 

mieli pełne ręce roboty usuwając skutki niebywałej ulewy i doprowadzając do porządku pola i 

ogrody. 

Zanim jeszcze udało jej się przynajmniej częściowo uporządkować po burzy swe małe 

gospodarstwo, niespodziewanie przyjechali do niej  rodzice z zamiarem  spędzenia w młynie 

paru  dni.  Abby  nie  odważyła  się  zaprosić  Teda.  On  i  jej  matka  pod  jednym  dachem  -  to 

byłoby nie do zniesienia... 

Alex, profesor i Lars mieli odjechać w nadchodzący piątek, Karen zresztą też. Martha 

wydała  na  ich  cześć  pożegnalne  party,  na  które  zaproszeni  zostali  oczywiście  także  Abby  i 

Ted.  Była  wtedy  okazja,  aby  wyciągnąć  Teda  na  krótki  spacer  po  ogrodzie  i  powiedzieć  o 

wszystkim,  co  jej  leży  na  sercu.  Niestety  nie  potrafiła  się  zdobyć  na  ten  decydujący  krok, 

choć  spojrzeniami,  uśmiechami  i  drobnymi  gestami  nie  zawahała  się  okazywać  mu  swych 

uczuć nawet w obecności innych. 

Następnego dnia dowiedziała się, że Ted wyjechał na parę tygodni do Kansas, gdzie 

można było kupić najlepsze bydło. Nawet nie zadzwonił, aby się pożegnać... 

A potem nadszedł poniedziałkowy ranek i Abby musiała wrócić do Deerfield. Paul od 

razu stwierdził, że się zmieniła. Właściwie nie sprawiała wrażenia nieszczęśliwej czy choćby 

tylko smutnej, ale wyglądało na to, że w jej życiu uczuciowym musiało się wiele wydarzyć. 

Żyjąc  w  ustawicznej  rozterce  miała  spore  trudności  z  ponownym  wejściem  w  problemy 

zawodowe. Nie chciała jednak z nikim o tym mówić, z Paulem także nie. Próbował kilka razy 

nakłonić  ją  do  zwierzeń,  lecz  tylko  potrząsała  głową  obstając  przy  tym,  że  sama  musi  się 

uporać z własnymi problemami. 

Nie  zadowolił  się  tą  odpowiedzią  i  wciąż  zachodził  w  głowę,  jak  jej  pomóc,  nie 

przyszło mu jednakże na myśl, że powodem udręki jest nieszczęśliwa miłość. Znał przecież 

jej nastawienie do życia i uparcie głoszoną opinię, że miłość jest słabością, dlatego też zresztą 

background image

sam  nigdy  nie  wyznał  jej  uczuć.  Tyle  razy  rozmawiali  o  tym,  że  praca  jest  ważniejsza  niż 

wszystko inne i że takie romantyczne nastroje są tylko dla nastolatków. Jakże więc miałby jej 

się przyznać, że i jego coś takiego dopadło? 

Miał przy tym wrażenie, że Abby znalazła się na rozdrożu i że owa sytuacja odbija się 

niekorzystnie na pracy. Stłumił swe uczucia do niej, ale nie mógł przyglądać się bezczynnie, 

jak  się  dręczy,  gotowa  zaprzepaścić  własne  umiejętności  i  przekreślić  w  ten  sposób 

dotychczasowe  sukcesy,  nie  mógł  mówić  już  o  tym,  że  zagrożona  była  jej  zawodowa 

przyszłość. 

Minęło  parę  tygodni.  Abby  dosłownie  chudła  w  oczach  i  była  coraz  bledsza,  co  z 

niepokojem obserwował Paul, a pojawiający się z rzadka na jej twarzy tajemniczy, a zarazem 

smutny uśmiech Mony Lizy zdradzał mu, jak bardzo cierpi. 

Pewnego  dnia,  kiedy  po  prostu  nie  mógł  już  dłużej  na  to  patrzeć,  wyjął  jej 

zdecydowanym gestem probówkę z ręki i obrócił ją do siebie na taborecie, aby nie mogła mu 

się wywinąć. 

-   Nie  pozwolę,  żebyś  marniała  na  moich  oczach  -  zaczął  nie  znoszącym  sprzeciwu 

tonem. - Teraz wreszcie mi powiesz, co cię tak odmieniło. 

Odwróciła głowę starając się uniknąć jego wzroku. 

-  Po pierwsze, robisz wiele hałasu o nic, a po drugie, to nie twoja sprawa. 

-  O nie, Abby, jestem twoim przyjacielem, więc to także i moja sprawa. Odwiedziłaś 

ostatnio rodziców? Jeśli tak, to chyba powiedziałaś matce, że wypróbowujesz na sobie nową 

dietę. 

-   Już  dobrze,  dobrze,  rzeczywiście  schudłam  parę  funtów,  ale  to  tylko  dlatego,  że 

przez całe lato ciężko pracowałam. 

-   A  te  cienie  pod  oczami?  Nie  wmówisz  mi,  że  pracowałaś  przez  całe  noce  przy 

płomyku świecy. 

-  Paul, niepotrzebnie zaprzątasz sobie tym głowę. Nie mam żadnych problemów, nie 

jestem  też  chora.  Miło  z  twej  strony,  że  tak  się  o  mnie  troszczysz,  ale  to  jest  absolutnie 

zbędne. I przestań mnie wypytywać. Tu nie ma nic do wyjaśnienia. 

Odwróciła  się  z  zamiarem  zabrania  się  na  powrót  do  pracy,  lecz  Paul  nie  dał  za 

wygraną. Wiedział, że Abby nie będzie do niego należeć, mimo to nadal bardzo ją kochał i 

nie mógł patrzeć, jak cierpi. Jej nastrój przygnębienia udzielał się także i jemu. Ujął zatem jej 

ręce i przyciągnął ją do siebie. 

-   Abby,  jesteśmy  przyjaciółmi  od  lat  -  rzekł  z  naciskiem  -  więc  dlaczego  naraz 

zaczęłaś  się  ze mną  bawić  w  chowanego? Wiesz  przecież,  że  nie  wypytuję  ciebie  z  czystej 

background image

ciekawości.  Bez  względu  na  to,  o  co  chodzi  i  jak  skomplikowana  jest  ta  sprawa,  pragnę  ci 

tylko pomóc. Tym razem utrafił we właściwy ton. Raptem poczuła się niezdolna do dalszego 

ukrywania  swej  tajemnicy  i  dziwnie  bezbronna.  Paul  miał  rację  i  rzeczywiście  mógł  jej 

pomóc,  chociażby  radą.  Westchnąwszy  ciężko  zdobyła  się  wreszcie  na  to,  aby  wyznać 

przyjacielowi całą prawdę. 

-  Nie pytaj mnie, jak to się stało, bo ja sama sobie nie umiem tego wytłumaczyć, po 

prostu przyjmij to jako niezaprzeczalny fakt. Zakochałam się, i to na poważnie. 

-   Co  takiego?!  Chyba  nie  mówisz  poważnie!  Ze  wszystkim  się  liczyłem,  ale  z  tym 

nie. 

Wyznanie  Abby  dotknęło  go  do  żywego.  Jego  twarz  nagle  pobladła  i  sprawiał  teraz 

wrażenie zdruzgotanego, a z jego oczu wyczytała rozpacz. Od razu jej się przypomniało, jak 

chętnie  rozprawiał  z  jej  matką  o  małżeństwie.  Nie  chciała  mu  za  żadne  skarby  przyczynić 

bólu, ale nie było wyjścia, jeżeli miała mu powiedzieć o swych kłopotach. 

-   Tak  mi  przykro,  Paul.  Naprawdę  tego  nie  chciałam  i  nigdy  mi  nie  przyszło  do 

głowy, że coś takiego spotka właśnie mnie. Teraz chyba rozumiesz, dlaczego nie chciałam o 

tym mówić. Widocznie mym udziałem musiało się stać i to doświadczenie, że to nie fraszka, 

gdy się kogoś naprawdę pokocha. 

-  Sprawił ci ból? - spytał ponuro Paul. - Jeżeli tak było, to ja... 

-  Daj spokój, Paul - przerwała mu - denerwujesz się bez powodu. Ted, bo tak ma na 

imię,  nie  jest  niczemu  winien,  a  jeśli  już  ktoś  komuś  sprawił  ból,  to  tym  kimś  byłam  ja. 

Zadałam ból najpierw jemu, a teraz widzę, że także i tobie. 

-   Mnie?  Skąd  ci  to  przyszło  do  głowy?  Przecież  widzisz,  że  nic  mi  się  nie  dzieje. 

Opowiedz mi teraz o Tedzie. 

-   Jeśli  już  udało  ci  się  wyciągnąć  ze  mnie  prawdę  i  mamy  być  ze  sobą  szczerzy, 

muszę  ci  się  też  przyznać,  że  wiedziałam  o  twym  uczuciu  do  mnie.  Jesteś  cudownym 

człowiekiem, Paul, i dziewczyna, która dostanie ciebie za męża, będzie się mogła naprawdę 

uważać  za  szczęśliwą.  Sama  sobie  to  często  powtarzałam,  trwałam  jednak  uparcie  w 

przekonaniu,  że  najważniejsza  jest  praca  zawodowa,  i  stawiałam  ją  ponad  wszystkim. 

Myślałam zresztą, że i ty masz podobną hierarchię wartości. 

-   Owszem,  miałem  -  odparł  poważnie  Paul.  -  Moja  miłość  do  ciebie  nie  była  w 

żadnym wypadku zaplanowana, dokładnie tak jak twoja do Teda. Widocznie tam, gdzie w grę 

wchodzą uczucia, człowiek jest z góry na przegranej pozycji. Tutaj nie ma mocnego. 

-  Przekonałam się o tym podczas tego lata. Zapewniam cię, broniłam się, walczyłam 

jak  umiałam.  Moja  duma  i  upór  sprawiły,  że  nie  chciałam  słyszeć  o  niczym,  co  nie 

background image

odpowiadało  dokładnie  moim  własnym  wyobrażeniom  o  życiu  i  nie  przystawało  do  zasad, 

jakie sobie narzuciłam. Ted ma inne poglądy, a ja nie chciałam o nich słyszeć i dlatego tak 

dotkliwie go zraniłam, że trzyma się teraz ode mnie z daleka. To prawda, miałam okazję, aby 

to naprawić, lecz nie umiałam jej wykorzystać. 

-   W  niczym  już  nie  przypominasz  tej  trzeźwo  myślącej  Abby  -  stwierdził  w 

zamyśleniu Paul. 

-  Wiem. I nie zachowałam się najmądrzej, prawda? 

-  Rzeczywiście nic takiego nie da się powiedzieć - roześmiał się Paul. 

Abby  też  się  roześmiała.  Rozmowa  z  Paulem  dobrze  jej  zrobiła,  uwalniając  od 

wewnętrznego  napięcia,  z  którym  tak  się  skrzętnie  ukrywała.  Gdyby  nie  udało  jej  się  teraz 

roześmiać, pewnie wybuchnęłaby łzami. Tak dobrze było zrzucić ciężar z serca i przyznać się 

szczerze do popełnionych błędów. Dopiero teraz uzmysłowiła sobie, jakie głupie było  to  jej 

wieczne wahanie, opory przed wyciągnięciem ręki do zgody. Jeśli nie pójdzie jak najszybciej 

do  Teda  i  nie  wyzna  mu  otwarcie,  co  się  z  nią  dzieje  i  jak  bardzo  zmieniły  się  jej 

zapatrywania na życie, owa pełna udręki, a zarazem cudowna miłość skończy się niechybną 

tragedią.  Im  dłużej  będzie  z  tym  zwlekała,  tym  trudniejsze  okaże  się  wyjaśnienie 

nieporozumień, jakie ich rozdzieliły. 

-  Powinnaś od razu do niego zadzwonić - radził jej Paul. - Jeśli ten Ted rzeczywiście 

aż tyle dla ciebie znaczy, liczy się każda minuta. 

-  Którego dziś mamy? 

-  Siedemnastego. 

-  Zatem Ted powinien był wrócić wczoraj wieczorem. Dziękuję ci za wszystko, Paul. 

-  Nie ma za co dziękować. Po prostu cię wysłuchałem. 

-  Nic więcej nie możesz dla mnie zrobić. Zawrzemy pakt? 

-  Masz na myśli braterstwo krwi? 

-  Skądże. Chciałabym tylko, abyśmy na zawsze zostali takimi dobrymi przyjaciółmi, 

jakimi  jesteśmy  teraz,  nawet  jeżeli  ja  odzyskam  Teda,  a  ty  któregoś  dnia  znajdziesz 

dziewczynę, z którą się ożenisz, czego ci z całego serca życzę. 

-  Oczywiście, że zostaniemy przyjaciółmi, możesz na mnie pod tym względem liczyć 

- przyrzekł uroczyście Paul. - Życzę ci szczęścia z Tedem, i robię to szczerze. Ale masz przy 

okazji mu coś ode mnie przekazać. 

-  Co takiego? 

-  Powiedz, że będzie miał ze mną do czynienia, jeśli cię kiedykolwiek skrzywdzi lub 

choćby trochę unieszczęśliwi. 

background image

-   Paul,  jesteś  po  prostu  cudowny!  -  krzyknęła  i  spontanicznie  ucałowała  go  w 

policzek. 

Abby nie mogła się doczekać chwili, kiedy znajdzie się w „Oazie Spokoju”. Stamtąd 

chciała  zadzwonić  do  Teda,  a  że  tego  dnia  skończyli  pracę  wcześniej  niż  zwykle,  od  razu 

wyjechała  z  miasta.  Postanowiła  wytłumaczyć  mu  wszystko  przez  telefon  i  zaprosić  go  do 

siebie. Gdyby nie jej duma, już od dawna przecież mogli być razem... Cały czas miała ochotę 

to zrobić, ale dopiero rozmowa z Paulem dodała jej odwagi, aby obrócić zamiar w czyn. 

Kiedy dotarła do młyna, nie poszła, jak to zwykle czyniła, od razu do Malinki, tylko 

usiadła przy telefonie i wybrała numer Teda. 

-  Halo, Kay. Mogę rozmawiać z Tedem? 

-  Och, to panna Abby, jakże się cieszę. Tak naturalnie, tyle że potrwa to parę minut. 

Jest  właśnie  w  szklarni  z  panną  Reynolds.  Pewnie  już  pani  o  niej  słyszała.  To  reporterka 

pracująca  dla  „Nowoczesnego  Farmera”.  Pisze  właśnie  całą  serię  artykułów  o  pomysłach 

młodych ludzi gospodarujących na roli. 

Och...  tak,  tak...  naturalnie...  -  wykrztusiła  Abby,  mając  przed  oczyma  duszy  zdjęcie 

Janice Reynolds zamieszczone w ostatnim wydaniu poczytnego magazynu. 

Janice była młoda i atrakcyjna, a przy tym inteligentna i dość swobodna w sposobie 

bycia.  Niebezpieczna  kombinacja,  przemknęło  przez  głowę  Abby,  szczególnie  w  sytuacji, 

kiedy  ona  sama  tak  źle  obeszła  się  z  Tedem.  W  swej  zranionej  dumie  z  pewnością  był 

wrażliwy na wdzięki innych kobiet. Kto wie, czy jej decyzja nie przyszła za późno... 

Panno Abby - usłyszała na nowo głos Kay - panna Reynolds ma zostać na kolacji. Nie 

chciałaby  pani  przyjść? Panna  Reynolds  robi  właśnie  zdjęcia,  wolałabym  więc  im  teraz  nie 

przeszkadzać.  Proszę  zadzwonić  później,  zresztą  Ted  może  zadzwonić  do  pani  jutro  rano, 

kiedy już odwiezie pannę Reynolds do miasta. 

W  Abby  narastało  poczucie  totalnej  klęski.  Ta  cała  panna  Reynolds  nie  tylko  że 

zostanie na kolacji, ale spędzi cały wieczór z Tedem i przenocuje na farmie. A jutro rano mają 

jeszcze dla siebie długą drogę do Deerfield! 

Ale ostatecznie przecież wystarczyło tylko przyjąć zaproszenie Kay, aby przeszkodzić 

Janice Reynolds w wypróbowaniu swego słynnego uwodzicielskiego kunsztu na Tedzie. Jej 

nazwisko  często  pojawiało  się  w  plotkarskich  rubrykach  magazynów  ilustrowanych  i  Abby 

doskonale  wiedziała,  że  preferuje  mężczyzn  w  typie  Teda.  Zawsze  widywano  ją  w  takim 

towarzystwie,  zatem  było  więcej  niż  pewne,  że  i  Tedowi  nie  przepuści,  choć  nie  nosi 

liczącego się nazwiska. Ted zaś, rozzłoszczony na Abby, na pewno ulegnie jej czarowi, tym 

bardziej że Janice jest o całe niebo przystępniejsza. 

background image

Najchętniej  by  tak  zrobiła,  ale  niezręcznie  jej  było  teraz  wtargnąć  do  domu  Teda  i 

wydać otwartą walkę tamtej obcej kobiecie, a wszystko z jego powodu. Nie pozwalała jej na 

to duma. 

-  Abby? Halo... Abby? Jest pani tam jeszcze? - wołała do słuchawki Kay. 

-   Co  takiego?  Ach,  tak,  najmocniej  przepraszam,  zamyśliłam  się.  Właśnie  sobie 

przypomniałam, że jeszcze dziś muszę załatwić coś ważnego. Dopiero co przyjechałam, nie 

miałam jeszcze nawet czasu zajrzeć do Malinki. 

-  A więc nie przyjdzie pani na kolację? 

-  Bardzo dziękuję za zaproszenie, ale naprawdę nie mogę. I proszę nie przeszkadzać 

teraz Tedowi, zadzwonię jutro albo pojutrze. 

-  Dobrze, panno Abby. Przekażę Tedowi, że pani dzwoniła. 

-  Będę wdzięczna. 

Powoli  odłożyła  słuchawkę  i  sztywnym  krokiem  wyszła  zająć  się  Malinką,  a  potem 

wróciła do domu, przyrządziła sobie zupę i przygotowała kanapkę. 

Przez  cały  wieczór  pozostała  zimna  i  opanowana,  nawet  szyła  trochę  na  maszynie  i 

oglądała telewizję. Dopiero kiedy tuż przed pójściem spać szczotkowała włosy i dojrzała w 

lustrze własną zaciętą twarz, wszystko się w niej załamało. 

-  Ty oszustko! - syknęła do swego odbicia. - Skończy się na tym, że zmarnujesz sobie 

życie, i dobrze wiesz, dlaczego. 

Łkając z bezsilnej  złości rzuciła się na łóżko. Znowu pozwoliła, aby ta jej  przeklęta 

duma  stanęła  między  nią  a  Tedem!  Co  jej  z  tego  przyjdzie?  Prawdopodobnie  teraz  Ted 

spaceruje przy świetle księżyca ze swym czarującym gościem. Taka piękna noc jak dzisiejsza 

była wymarzonym tłem dla romantycznych historii, jakby stworzona po to, aby się kochać... 

Oczyma duszy widziała tych dwoje w czułym uścisku pod wygwieżdżonym niebem. 

Samo  wyobrażenie  takiej  sceny  sprawiło,  że  rozszlochała  się  na  dobre  i  za  nic  nie 

mogła się uspokoić. O śnie w takiej sytuacji nie było mowy, a że nie mogła się uwolnić od 

prześladującego  ją  obrazu  Teda  i  Janice  w  objęciach,  zmusiła  się  do  czytania,  lecz  już  po 

trzech stronach odłożyła książkę. To nie miało sensu, nie potrafiła się skoncentrować. 

Gdyby  miała  mniej  dumy,  a  więcej  zdecydowania,  zadzwoniłaby  teraz  do  Teda, 

chociaż  była  już  prawie  pierwsza  w  nocy.  Tamta  historia  z  Karen  skończyła  się  w  miarę 

bezboleśnie,  tym  razem  zaś  Abby  z  powodu  swego  uporu  i  braku  odwagi  przybyła  o  parę 

godzin za późno, Ted zwrócił się już do innej. Nietrudno jej było to sobie wyobrazić. Nawet 

jeżeli  nie  wiąże  go  nic  poważnego  z  Janice  Reynolds,  to  z  pewnością  pochlebia  mu  jej 

zainteresowanie  i  czarujące  towarzystwo.  Zresztą  nie  musi  to  być  Janice,  może  być  każda 

background image

inna kobieta. Z taką ujmującą powierzchownością łatwo nawiązuje się kontakty. 

Najchętniej  by  sama  siebie  spoliczkowała.  Mogła  mieć  Teda,  zanim  jeszcze  na 

horyzoncie pojawiła się Karen, lecz nigdy nie zdobyła się na to, aby okazać mu choć odrobinę 

uczucia, wręcz przeciwnie, pozowała na chłodną i nieprzystępną i w ogóle zachowywała się 

odpychająco.  A  teraz  lato  minęło,  a  wraz  z  nim  prawdopodobnie  ostatnia  szansa  zdobycia 

Teda. 

No  cóż,  nic  się  tu  już  nie  da  zmienić,  myślała  zrezygnowana.  Tak,  popełniła  wiele 

błędów, w dodatku nie umiała się tak szybko przestawić, gdy pojęła, o co toczy się gra, jak 

prawdopodobnie  uczyniłaby  na  jej  miejscu  inna  kobieta.  W  każdym  razie  potrafiła  teraz 

spojrzeć na całą sytuację innymi oczami i zrewidować własne poglądy. Nawet jeżeli wróciła 

za  późno  i  definitywnie  utraciła  Teda,  zdobyła  nową  samoświadomość  i  to  napawało  ją 

niejaką dumą. Ta historia pozwoliła jej dowiedzieć się czegoś o życiu i przede wszystkim o 

sobie  samej.  Właściwie  była  zadowolona,  że  stała  się  bogatsza  o  to  doświadczenie.  Nie 

żałowała  tej  miłości,  dopiero  dzięki  niej  poczuła  się  pełnowartościową  kobietą.  A  że 

pozostanie  ona  nie  odwzajemniona?  Cóż,  nie  pozostaje  jej  nic  innego,  jak  zachować  ją  na 

zawsze w sercu i strzec niby bezcennego skarbu. 

Niezauważenie jej myśli powędrowały do innych spraw. Nadszedł  wreszcie moment 

uruchomienia  młyna.  Następnego  ranka  chciała  się  zaopatrzyć  w  różne  rodzaje  zboża. 

Znalazła  obiecujące  przepisy  na  chleb,  które  zamierzała  wypróbować,  trzeba  też  było 

natychmiast  przystąpić  do  przygotowania  zapasów  na  zimę.  W  dalszym  planie,  już  po 

zebraniu  warzyw,  miała  przekopać  ogród,  a  przedtem  jeszcze  zebrać  nasiona  przekwitłych 

kwiatów. 

W „Oazie Spokoju” było całe mnóstwo roboty, przede wszystkim jednak zbliżały się 

dożynki. Zastanawiała się, czy nie zaprosić rodziców i Paula i doszła do wniosku, że to niezła 

myśl. Może powinna też zaprosić panią Wilkins. Martha o tej porze roku była zwykle sama, 

jak raz napomknęła, a Abby darzyła ją szczerą sympatią. W takiej  sytuacji już w tej chwili 

musiała  przystąpić  do  wyszukania  najlepszych  przepisów  na  domowe  przetwory,  a  przede 

wszystkim  słynny sos  brzoskwiniowy, którymi chciała zadziwić i  Marthę, i  własną, zwykle 

sceptycznie usposobioną matkę. 

Właśnie  zasypiała,  gdy  przypomniał  jej  się  Ted.  Co  będzie,  jeśli  zadzwoni?  Kay 

przecież przyrzekła powiedzieć mu o jej telefonie. To nawet nie byłoby złe, uspokajała siebie 

samą,  porozmawiają  uprzejmie  o  mało  istotnych  sprawach,  bo  tak  ostatnio  wyglądały  ich 

kontakty. 

I  z  tą  sytuacją  się  uporam,  zawsze  tak  było,  zdążyła  jeszcze  pomyśleć,  a  potem 

background image

zapadła w głęboki sen. 

< 

background image

ROZDZIAŁ 12 

Szybko mijały jesienne dni. Skończył się wrzesień, nastał październik, a wraz z nim 

pora  smażenia  konfitur,  gotowania  kompotów  i  sporządzania  marynat.  Mimo  iż  czas  miała 

wypełniony  intensywną  pracą,  każdego  ranka  znajdowała  czas  na  przejażdżkę  konną. 

Odważyła się nawet wybierać ścieżki wiodące obok farmy Teda. Teraz, kiedy już zwieziono 

ostatnie plony i pola stały puste, było mało prawdopodobne, że się spotkają twarzą w twarz. 

Zawsze  bardzo  lubiła  jesień,  z  jej  chłodnym,  przejrzystym  powietrzem  i  stale 

zmieniającymi  się,  przepysznymi  barwami  krajobrazu.  Jesień  napełniała  ją  spokojem, 

pozwalała wyciszyć się wewnętrznie. Tym razem też tak się stało: odzyskała równowagę po 

burzliwych przeżyciach lata i nie czuła się już taka nieszczęśliwa. 

Praca  sprawiała  jej  radość,  dawała  ukojenie,  dlatego  też  w  pewnym  momencie  ze 

zdwojoną  energią  podjęła  zaniedbane  przez  siebie  badania  w  laboratorium,  zaskakując  tym 

Paula, który do tej pory nie widział u niej aż takiej aktywności, ale nie zadawał więcej pytań. 

Oczywiście  nie  miało  to  nic  wspólnego  z  poczuciem  pełni  szczęścia,  lecz  o  tym  wiedziała 

tylko ona sama. A przecież mogło być inaczej... 

Wbrew pozorom nie sypiała najlepiej, apetyt też jej nie dopisywał. Co prawda ból w 

sercu nieco przycichł, skutecznie tłumiony narzuconym sobie tempem pracy, ale on tam był i 

raz po raz dawał znać o sobie. 

Nic nie mogło zastąpić utraconej miłości, nawet sukcesy w pracy zawodowej, którymi 

się  naturalnie  cieszyła,  zapełnić  dręczącej  po  nocach,  dojmującej  pustki.  Ted  mieszkał  tak 

blisko, na Malince mogła dojechać tam w parę  minut.  Poza tym  istniał telefon... a przecież 

Abby miała uczucie, że mieszkają na dwóch krańcach świata. 

Parę  razy  zostawała  na  wieczór  w  Deerfield,  szła  do  restauracji  z  Paulem  lub 

odwiedzała  rodziców,  ale  gdy  tylko  z  powrotem  znalazła  się  w  domu,  od  razu  z  nerwową 

niecierpliwością  przesłuchiwała  taśmę  sekretarki  automatycznej.  Wreszcie  jednak  z  tego 

zrezygnowała, nie oczekując już żadnych wiadomości. 

Często  myślała  o  swej  krótkiej  rozmowie  z  Kay,  ale  za  nic  nie  mogła  sobie 

przypomnieć, kto  miał  pierwszy zadzwonić:  Ted czy ona. Może  Kay zapomniała przekazać 

mu wiadomość albo, co jeszcze gorsze, Tedowi było to obojętne. 

A  jednak  Ted  otrzymał  wiadomość  i  wcale  nie  była  mu  ona  obojętna,  wręcz 

przeciwnie,  oznaczała  coś  bardzo  ważnego,  tyle  że  zrozumiał  ją  tak,  iż  to  Abby  ponownie 

zadzwoni. Korciło go, aby samemu sięgnąć po telefon i wybrać jej numer, ale nie pozwoliła 

background image

mu  na  to  własna  duma.  Nie  chciał  być  tym,  kto  robi  następny  krok,  choć  czuł,  że  ten 

idiotyczny - sam go tak określił - opór wewnętrzny jest tu nie na miejscu. W końcu Abby i on 

mogli być przynajmniej przyjaciółmi. Mieli przecież tyle wspólnych zainteresowań, o których 

mogli godzinami rozmawiać. Od jej chłodnego zachowania względem niego z początku lata i 

od tej historii z Alexem minęło sporo czasu i można to było puścić w niepamięć. Alex dawno 

wyjechał,  a  na  ostatnim  wieczorku  tanecznym  Abby  odnosiła  się  do  niego  zadziwiająco 

serdecznie. Biorąc to pod uwagę, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby teraz zadzwonił. 

Niestety,  nie  dowierzał  swej  umiejętności  panowania  nad  sobą.  Łatwo  dawał  się 

ponosić  emocjom,  wątpił  więc,  że  potrafi  się  zachować  z  przyjazną  powściągliwością. 

Niczego  tak  nie  pragnął,  jak  móc  powiedzieć  Abby,  jak  bardzo  ją  kocha,  jak  dotkliwie  go 

zraniła  i  że  nie  pojmuje,  jak  mogło  dojść  do  zerwania.  Chciał  znać  powód  takiego 

nieoczekiwanego obrotu rzeczy. 

Abby jednak nie dawała znaku życia, zatem z wolna doszedł do wniosku, że dzwoniła 

z czystej uprzejmości, jak przypadkowa znajoma, i tylko on przypisał telefonowi od niej zbyt 

wielkie  znaczenie.  Wiele  razy  miał  ochotę  zadzwonić  do  niej  pod  byle  pretekstem,  ale  nie 

zdobył się na to, a po upływie paru dni doszedł do wniosku, że byłoby to niestosowne. 

W  poczuciu  klęski  chodził  jak  struty,  a  potem  ten  jego  nastrój  przygnębienia 

przemienił się w złość. Abby najwyraźniej kpiła sobie z niego. Gdyby było inaczej, przecież 

by się wreszcie odezwała. Wprawdzie zdawał sobie jasno sprawę, że obydwoje zachowują się 

jak uparte dzieci, a mimo to powtarzał sobie w duchu, że to Abby powinna uczynić pierwszy 

krok.  Miłość  do  niej  uświadomiła  mu,  że  nie  może  i  nie  chce  żyć  samotnie,  a  że  ona 

wydawała się nieosiągalna w swej nieprzystępności, postanowił rozejrzeć się za kimś innym. 

Po  prostu  potrzebował  kogoś  obok  siebie,  nawet  gdyby  chodziło  tylko  o  miłe  spędzenie 

czasu.  Z  tego  powodu  nie  musiał  tłumić  swych  uczuć  do  Abby,  i  nawet  nie  próbował  tego 

robić. 

Ale tak jak nie usiłował wyrzucić Abby ze swego serca, tak i nie szukał kontaktu z nią. 

Wierzył,  że  czas  leczy  wszystkie  rany,  i  w  przekonaniu,  że  miłość  do  Abby  pozostanie  nie 

spełniona,  poddał  się  nie  próbując  walczyć.  Oznaczało  to  jednocześnie,  że  w  przyszłości 

postara  się  nie  wiązać  z  żadną  kobietą.  Lepiej,  aby  to  były  powierzchowne  znajomości, 

przelotne flirty tu czy tam, nic nie znaczące spotkania dla zabicia czasu. Wydawało mu się to 

tysiąc razy lepsze niż samotność. W domu niekiedy miał wrażenie, że lada chwila sufit zwali 

mu  się  na  głowę.  Obawiał  się,  że  dłużej  tego  nie  zniesie  i  że  w  którymś  momencie  nie 

oglądając się na nic pobiegnie do Abby szukać u niej ratunku. 

Nie było mu łatwo podjąć decyzję, co będzie dla niego boleśniejsze: przezwyciężenie 

background image

własnej dumy i uczynienie pierwszego kroku do pojednania czy zadręczanie się miłością do 

Abby z daleka. 

Za  najskuteczniejsze  lekarstwo  uważał  ciężką  pracę  od  świtu  do  późnej  nocy.  Poza 

tym umawiał się z dziewczętami z innych miejscowości, a po długiej, wyczerpującej jeździe 

powrotnej rzucał się na łóżko i momentalnie zasypiał. Żadna mu się specjalnie nie podobała. 

Zresztą nawet piękność Janice i jej przymilny sposób zwracania na siebie uwagi nie potrafiły 

przegnać z jego serca tęsknoty za Abby. Chętnie pokazywał się z tak znaną osobą, dawał się 

zabierać na eleganckie przyjęcia, lecz w  głębi duszy pozostał samotny. Szybko zorientował 

się, że te wszystkie wysiłki niczemu nie służą. Każdej nocy, we śnie brał Abby w ramiona, a 

gdy  się  budził,  był  znowu  sam  i  czuł  się  jeszcze  bardziej  rozbity  niż  przed  pójściem  na 

spoczynek. 

Doszło do tego, że zaczął zaniedbywać swe obowiązki, co powodowało, że złościł się 

sam na siebie. 

Zbliżały  się  dożynki.  Miał  ochotę  spędzić  je  tylko  z  nią.  Jaki  to  byłby  dla  niego 

zaszczyt, gdyby przedstawiła go swym rodzicom! Niestety, nie było na to widoków... 

Spodziewał  się, że nie takie już dalekie  Boże Narodzenie i  Nowy Rok też przyjdzie 

mu spędzić samotnie. Nie miał krewnych, a Kay zamierzała wyjechać do rodziny. Jak bardzo 

by się cieszył, gdyby mógł spędzić święta w towarzystwie Abby! O tej porze zwykle już leży 

śnieg, mógłby zatem jeździć do niej saniami, tak jak kiedyś jeździł w konkury jego dziadek. 

Mogliby tak mile spędzić świąteczne dni i ostatnie godziny starego roku, zaplanować na ten 

czas tyle ciekawych rzeczy... 

Ale to były tylko marzenia, i miały nimi pozostać, jeżeli nie zdecyduje się wyciągnąć 

ręki do zgody. Co z tego? Choć bardzo chciał to zrobić, licząc, że odzyska wreszcie spokój 

ducha, nie potrafił się przemóc. Brakowało mu odwagi i pogardzał sobą za to. 

Któregoś ranka wszedł na moment do domu, aby odszukać rękawice robocze, i akurat 

wtedy rozległ się tętent kopyt końskich. Jego serce zaczęło dziko bić, a myśli zdominowało 

jedno  pragnienie:  wybiec  na  dwór,  zanim  Abby  przejedzie.  Nogi  wszakże  odmówiły  mu 

posłuszeństwa. Stał jak wryty  w miejscu nadsłuchując i  dopiero  gdy odgłos  uderzających o 

bruk końskich kopyt ścichł, odważył się podejść do okna. 

Przeczucie  go  nie  myliło:  to  Abby  znikała  w  oddali,  nieledwie  poczuł  przez  otwarte 

okno delikatny zapach jej perfum. Z przemożną siłą powróciły wspomnienia minionej wiosny 

i letnich dni, tego pięknego okresu, kiedy nieśmiało, z wolna rodziła się ich miłość. Tęsknił za 

Abby tak bardzo, że czuł niemal fizyczny ból. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo ją 

kocha. Jak w ogóle mogło dojść do oziębienia stosunków między nimi? Dlaczego od razu nie 

background image

rozwiązali  zaistniałych  między  nimi  problemów,  kiedy  tylko  się  pojawiły?  Jak  by  to  było 

pięknie, gdyby wspólnie mogli przeżywać rozkwit własnej miłości... 

Abby go kochała. Nie mogło być inaczej. Już przy pierwszym spotkaniu przeskoczyła 

między nimi iskra i za każdym razem, kiedy się spotykali, czuli na sobie działanie dziwnego 

fluidu, który popychał ich ku sobie. 

Wszystkie te rzeczy nie miały nic wspólnego z rozsądkiem, a on, aby się w tym nie 

pogubić, musiał podchodzić do całej sprawy z chłodną rezerwą. 

Pozostały  mu  tylko  marzenia,  lecz  nikogo  nie  obchodziło,  o  czym  on  śni  na  jawie. 

Gdyby zadzwonił do Abby, zdradziłby się tylko ze swą słabością i ośmieszył... 

Któregoś  dnia  towarzyszył  w  Deerfield  Janice  Reynolds  na  uroczystym  bankiecie, 

który zgromadził całą śmietankę towarzyską. Jakiś nadgorliwy fotograf zrobił im przy okazji 

zdjęcie, zamieszczone później naturalnie w miejscowym magazynie. Janice siedziała na nim 

bardzo blisko Teda, może zresztą właśnie dlatego tak spodobało się ono Kay, że wycięła je i 

wkleiła do rodzinnego albumu. Zbierała wszystko, co dotyczyło „Drugiej Nadziei”. 

Sam Ted najchętniej wykupiłby cały nakład pisma i od razu go spalił. Był pewien, że 

Abby miała je w rękach, a jeśli jeszcze w tym momencie tliła się w niej iskierka skłonności 

do niego, to taki niedwuznaczny dowód jego zażyłych stosunków z Janice prawdopodobnie 

zgasił ją raz na zawsze... 

Jak to miała w planie, Abby zaprosiła na doroczne święto dożynek rodziców i Paula. 

Nie zapomniała też oczywiście o pani Wilkins, zadała też sobie wiele trudu, aby przygotować 

własnoręcznie wyszukane menu. 

Ku  jej  zaskoczeniu  w  „Oazie  Spokoju”  pojawił  się  jeszcze  inny  gość.  Paul  miał 

dziewczynę! Była asystentką na uniwersytecie, gdzie kończył studia podyplomowe, nazywała 

się Fran i z miejsca zdobyła jej sympatię. 

Abby  naprawdę  bardzo  się  ucieszyła.  Paul  nie  mógł  lepiej  wybrać.  Rzucająca  się  w 

oczy  harmonia  panująca  między  nim  a  Fran  nadała  szczególnie  uroczysty  charakter  całemu 

spotkaniu, a sama Abby była tego wieczoru tak wesoła, jaką nie zdarzyło jej się być od całych 

miesięcy. 

Za  to  pani  Mills  z  początku  miała  minę.  jak  gdyby  spotkało  ją  największe  z 

nieszczęść. Rozchmurzyła się jednak prędko dzięki pani Wilkins, z którą od razu przypadły 

sobie  do  serca.  Rozmawiały  długo  i  serdecznie  na  temat  prowadzenia  gospodarstwa 

domowego, dzieląc się radami i wymieniając przepisy. 

Rodzice  Abby  nie  zabawili  długo,  zdecydowani  wcześnie  wrócić  do  Deerfield,  to 

samo zrobili Paul i Fran, natomiast Martha została dłużej. Coś jej podpowiedziało, że Abby 

background image

mimo całej swej zewnętrznej wesołości ukrywa przed nią jakieś zmartwienie. 

-  Chodzi o Teda, prawda? - spytała domyślnie, kiedy siedziały przy drugiej filiżance 

kawy. 

-  Tak... - przyznała się niechętnie Abby po chwili milczenia. - Między nami wszystko 

skończone, po prostu muszę się jeszcze tylko z tym uporać, a to niestety wymaga czasu... 

-  Nie sądzę, aby wszystko było stracone - zaoponowała żywo Martha. 

Abby westchnęła ciężko. 

-   Gdybym  tylko  wiedziała,  jak  dać  do  zrozumienia  Tedowi,  co  do  niego  czuję,  nie 

upokarzając się przy tym, od razu bym to zrobiła. Nie mogę bez niego żyć, ale widocznie tak 

mi sądzone i nie widzę wyjścia z tej sytuacji. 

-   Nonsens.  Znam  Teda  już  bardzo  długo  i  jestem  pewna,  że  ma  dokładnie  te  same 

trudności  z  przezwyciężeniem  własnej  dumy  co  ty,  Abby.  To  ona  mu  nie  pozwala  uczynić 

pierwszego kroku. Jedno z was musi się przemóc, a ręczę, że później już wszystko się ułoży. 

-   Nigdy  się  na  to  nie  zdobędę!  -  zawołała  z  rozpaczą  Abby.  -  Wolałabym  sto  razy 

umrzeć niż iść do Teda - i wyznać mu miłość! 

Martha spojrzała na nią z powagą. 

-   W  takim  razie  zapytaj  samej  siebie,  drogie  dziecko,  co  ma  dla  ciebie  większą 

wartość: twoja duma czy Ted. 

Abby  poczuła  się  niezręcznie  i  utkwiła  wzrok  w  podłodze,  ale  dociekliwe  pytanie 

Marthy odniosło skutek. 

Zawstydzona  jak  nigdy,  raptem  ujrzała  całą  sprawę  od  innej  strony.  Czyż  naprawdę 

jest aż tak uparta i małoduszna, że nie poświęci odrobiny swej dumy, choć wie, że to może 

uszczęśliwić Teda i ją? 

Wprawdzie była jeszcze inna przeszkoda: Abby po prostu się bała. Bała się spojrzeć w 

oczy Tedowi i przyznać do winy, bała się, że Ted nie przyjmie do wiadomości jej tłumaczeń, 

dlaczego tak się wobec niego zachowała. 

Ale macierzyńsko usposobiona pani Wilkins, której Abby była serdecznie wdzięczna 

za okazywaną na każdym kroku przyjaźń, znała już chyba odpowiedź na owo trwożne pytanie 

o ewentualną reakcję Teda. 

-  Martho, załóżmy, że pójdę do Teda i wyjawię, że bardzo go kocham... jak myślisz, 

co mi odpowie? - Wyraz jej oczu zdradzał dręczący ją niepokój. - Przecież on może nawet nie 

zechce mnie wysłuchać... 

-  Ależ odpowie ci, że tak samo bardzo cię kocha. 

-  Naprawdę w to wierzysz, Martho? 

background image

-  W końcu sam mi to powiedział, i to niejeden raz. 

-  Ale z pewnością nie ostatnio. Teraz jest przecież z tą Janice Reynolds. 

-   Zachowałabym  się  nie  fair  wobec  ciebie,  gdybym  przemilczała,  że  Ted  zna  całe 

mnóstwo dziewcząt, ale jestem święcie przekonana, że one niewiele dla niego znaczą. 

-  Gdybym tylko mogła w to uwierzyć - westchnęła Abby. 

-  Jest tylko jedna droga, aby się ostatecznie upewnić. 

Abby skinęła w zamyśleniu głową. Martha miała rację. 

Nie  było  powodu  dłużej  unikać  Teda,  należało  przełamać  opory  i  odrzucić  strach 

przed kontaktem z nim. 

Żeby  tylko  to  się  jej  udało!  Jeszcze  nigdy  w  życiu  tak  się  nie  bała,  choć  przecież 

trudności były po to. aby je pokonywać. Ale właściwie czego tak się lękała? Przecież chyba 

nie Teda i nie rozmowy z nim. Rozprawiła się także z jeszcze niedawnym przekonaniem, że 

miłość pokrzyżuje jej plany i postawi pod znakiem zapytania zawodową przyszłość. To był 

jedynie  wykręt,  aby  nie  spojrzeć  prawdzie  w  oczy.  Na  własną  dumę  też  już  nie  mogła  się 

powołać, gdyż Martha skutecznie skruszyła i tę ostatnią flankę. Pozostała tylko naga prawda, 

przed którą nie sposób było się ukryć: Abby po prostu bała się samej miłości. 

Bez względu na to jednak poprzysięgła sobie, że już nie będzie uciekać przed Tedem i 

swoim uczuciem do niego. Z pomocą Marthy z pewnością uda jej się zrobić decydujący krok 

i wyznać mu, co się z nią dzieje. 

Pożegnawszy  serdecznym  uściskiem  panią  Wilkins  stała  jeszcze  długo  w  drzwiach 

domu i spoglądała z dumą na swe małe królestwo. 

Jutro  pojadę  na  Malince  do  Teda,  przyrzekła  sobie  solennie,  lecz  nic  nie  mogła 

poradzić na to, że już na samą myśl o tym jej serce zaczęło bić jak szalone. 

background image

ROZDZIAŁ 13 

To była najdłuższa noc w moim życiu, pomyślała Abby, gdy do jej sypialni wkradły 

się  poprzez  firanki  pierwsze  promienie  słońca.  Dopiero  wybiła  szósta,  lecz  na  szczęście  na 

wsi  wstawało  się  wcześnie.  O  tej  porze  już  właściwie  każdy  był  na  nogach,  a  niektórzy 

zrywali się nawet przed wschodem słońca. 

Jeśli  się  pospieszy,  może  uda  jej  się  przyjechać  w  momencie,  kiedy  Ted  będzie 

otwierał drzwi. 

W najwyższym pośpiechu wskoczyła na konia, aby przybyć na czas, lecz kilkadziesiąt 

metrów  od  farmy  Teda  puściła  wodze  i  dalej  jechała  stępa.  Na  próżno  próbowała 

doprowadzić  do  porządku  rozrzucone  przez  wiatr  włosy,  a  przy  tym  dręczył  ją  śmieszny 

problem, czy nie powinna była włożyć czerwonego swetra zamiast niebieskiego, jaki miała na 

sobie. 

W ten sposób dawało o sobie znać zdenerwowanie. W ostatniej chwili odwaga znów 

ją  opuściła  i  niechybnie  popędziłaby  cwałem,  byłe  dalej  od  domu  Teda,  gdyby  właśnie  nie 

wyjechał  z  bramy  na  swym  Jasperze.  Wyraz  jego  twarzy  świadczył  o  ponurym  nastroju  i 

wyglądało na to, że poprzez szaleńczą jazdę Ted pragnie dać upust miotającej nim złości. 

Pokusa była wielka: oto teraz podjedzie do niego znienacka i rzuci mu się w ramiona, 

lecz jego widok wywołał w niej prawdziwy uczuciowy zamęt i dosłownie ją sparaliżował. 

Choć była bardzo blisko, nie zauważył jej, a ona nie zdobyła się na to, aby do niego 

podjechać.  W  końcu  postanowiła,  że  pozwoli  sobie  na  mały  żart.  Jechała  więc  za  nim, 

trzymając się w pewnym oddaleniu, lecz starając się nie stracić go z oczu. Przebyli tak może z 

pół  mili,  gdy  Ted  nagle  zeskoczył  z  siodła  i  przywiązawszy  wodze  do  pnia  drzewa,  ruszył 

przed  siebie  kopiąc  z  wściekłością  leżące  na  polnej  drodze  kamienie.  Nie  potrzebowała 

słyszeć słów, aby wiedzieć, że klnie. Domyśliła się tego też ze sposobu, w jaki przywiązywał 

konia do drzewa, lecz nie wiedziała, co jest przyczyną aż takiej frustracji. 

Uśmiechnęła się sama do siebie, licząc na to, że uda się jej go zaskoczyć. Ostrożnie 

skierowała Malinkę do miejsca, gdzie stał przywiązany Jasper. Obydwa konie od razu zaczęły 

się pocierać głowami, jak gdyby i je łączyła jakaś miłosna przygoda. 

Ted opierał się o pień drzewa, wpatrzony w ciągnące się aż po horyzont  pola. Abby 

podkradła się do niego i stanąwszy z tyłu zasłoniła mu szybko oczy dłońmi. 

-  Nareszcie cię dopadłam - szepnęła mu do ucha. Towarzyszył temu przypominający 

muśnięcie wiatru pocałunek. 

background image

-   Abby,  mój  Boże,  Abby!  Mam  wrażenie,  że  śnię!  -  wykrzyknął  oszołomiony 

odrywając jej dłonie od swych oczu i odwracając się. - Nie wierzę własnym oczom! 

Roześmiała się uszczęśliwiona. 

-   Ponieważ  nasze  konie  są  zajęte  sobą  -  rzekła  wskazując  na  Malinkę  i  Jaspera, 

najwyraźniej czulących  się do siebie  -  żadne z nas  nie ucieknie przed decydującą rozmową, 

którą trzeba było już dawno odbyć. 

Ted również się roześmiał, lecz zaraz spoważniał. 

-  Mam nadzieję, że się nie pobijemy. Nie zniósłbym tego, Abby. 

-  Ja też nie. Ja naprawdę nie chciałam, aby stało się to, co się stało. I ty z pewnością 

też nie. 

-   Oczywiście,  że  nie.  Moje  zachowanie  było  tylko  odpowiedzią  na  to,  co  mi 

wyrządziłaś. Pokochałem cię od pierwszego wejrzenia, proszę, uwierz mi. 

-   Ze  mną  było  nie  inaczej  -  zapewniła  pospiesznie  -  tylko  za  żadne  skarby  nie 

chciałam  się  do  tego  przyznać,  nawet  sama  przed  sobą.  Przez  cały  ten  czas  pragnęłam  ci 

wytłumaczyć, z jakiego powodu nie chciałam przyjąć tego do wiadomości, lecz brakowało mi 

odwagi. 

-   A  ja  tak  długo  czekałem  na  jakieś  wyjaśnienie,  Abby.  Jakimś  dziwnym  sposobem 

nie opuszczała mnie pewność, że ty czujesz do mnie to samo co ja do ciebie, nawet wtedy, 

gdy  odwracałaś  się  do  mnie  plecami.  To  mnie  frustrowało  coraz  bardziej,  aż  wreszcie 

skończyło się tym, że byłem wściekły na ciebie. 

-  Czy to może było powodem, dla którego tak zajmowałeś się Karen i z coraz to inną 

kobietą u boku rozpaczliwie szukałeś rozrywki w nocnych lokalach, jak słyszałam? 

-   Częściowo  tak  -  potwierdził.  -  A  poza  tym  był  tutaj  jeszcze  Alex.  Jeśli  naprawdę 

byłaś we mnie zakochana, jak mówisz, to czemu tak cię ciągnęło do niego? I dlaczego zawsze 

mi się wymykałaś? Swoim sposobem bycia tak mnie speszyłaś i wytrąciłaś z równowagi, że 

nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. 

-   Och,  Ted,  nie  jest  mi  łatwo  to  wytłumaczyć.  Wmówiłam  sobie,  że  nie  da  się 

pogodzić życia uczuciowego z planami zawodowymi. Byłam nawet przekonana, że sukces w 

pracy badawczej jest jedyną rzeczą, jakiej mi trzeba do szczęścia. 

Wpatrywał się w nią z czułością. 

-  A teraz już tak nie jest? 

-  Nie. Moja filozofia załamała się tego dnia, kiedy się spotkaliśmy po raz pierwszy. 

Bałam  się,  że  ulegnę  twemu  urokowi,  dlatego  trzymałam  cię  na  dystans.  W  ten  sposób 

chciałam  się  bronić,  teraz  już  wiem.  Alex  nie  był  dla  mnie  nikim  więcej,  tylko  dobrym 

background image

przyjacielem.  Pomógł  mi  zresztą  zrozumieć  pewne  rzeczy,  gdy  się  zorientował,  że  między 

nami  nigdy  nie  będzie  nic  poza  przyjaźnią.  Myślałam,  że  mając  go  obok  siebie  łatwiej  mi 

przyjdzie zapomnieć o tobie, ale mi się to nie udało. Przeciwnie, z każdym dniem kochałam 

cię bardziej i czułam się bezbronna wobec tego uczucia. Dlatego wpadłam w panikę i tak źle 

się  z  tobą  obeszłam.  Potrafisz  mi  to  wybaczyć.  Ted?  Byłam  taka  głupia.  -  Jej  glos  drżał 

zdradliwie. 

-  Nie ma tu nic do wybaczenia, Abby. Ja także popełniłem błędy. I ja miałem swoje 

wyobrażenia  o  życiu.  Zanim  cię  poznałem,  uganiałem  się  za  każdą  spódniczką.  Żadnej  nie 

przepuściłem.  Miałem  rozliczne  znajomości  i  zmieniałem  dziewczyny  jak  rękawiczki.  W 

ciągu  dnia  pracowałem  na  farmie,  ale  noce  były  według  mnie  po  to,  aby  się  wyszumieć. 

Wydawało  mi  się,  że  to  najlepszy  sposób  na  życie.  Tak  było  do  chwili,  kiedy  poznałem 

ciebie. 

-  A teraz? - spytała cicho. 

-   Teraz  jesteś  ty.  Od  tamtej  chwili  myślałem  tylko  o  tobie.  Pragnąłem  cię  tak 

rozpaczliwie,  że  prawdopodobnie  dlatego  wszystko  robiłem  źle.  Z  tobą  musiałem  się 

obchodzić ostrożniej niż z innymi dziewczętami, a z dawnych poglądów nie zostało nic. 

Abby musiała się oprzeć o pień drzewa, gdyż nogi miała jak z waty. Wyjawienie całej 

prawdy kosztowało ją więcej, niż myślała, ale słuchając wyznania Teda powoli przychodziła 

do siebie. Nawet  w najśmielszych marzeniach nie spodziewała się usłyszeć od niego takich 

słów... 

Szczęście  zalało  ją  gorącą  falą.  Osunęła  się  na  kolana  w  słodkiej  niemocy.  Świat, 

który  przed  chwilą  zdawał  jej  się  pozbawiony  wszelkiej  nadziei,  wydał  się  naraz 

nieskończenie piękny, tak piękny, że się rozpłakała. Od kiedy znała Teda, zdarzało jej się to 

często, tym razem jednak płakała ze szczęścia. 

Kiedy  podniosła  na  niego  mokre  od  łez  oczy,  wyczytał  z  nich  całą  miłość,  jaką  dla 

niego miała, miłość skrywaną tak długo, wszystkie tęsknoty, obawy i udręki, jakich przyszło 

jej zaznać, zanim zrozumiała, co tak naprawdę liczy się w życiu.  Był w nich żal, że stracili 

tyle cennego czasu, który przecież mogli spędzić na wzajemnym poznawaniu się i budowaniu 

prawdziwego uczucia... 

Ted ukląkł obok Abby i wziął ją delikatnie w ramiona. 

-  Nie płacz, kochanie - szepnął gorąco - to już przeszłość. Nareszcie jesteśmy razem i 

to jest najważniejsze. 

-  Ach, Ted, obejmij mnie mocno i powiedz, że nie śnię, że to rzeczywistość... 

Przycisnął ją czule do piersi. 

background image

-   To  naprawdę  rzeczywistość  -  zapewnił  -  i  zawsze  będę  cię  tulił,  jeśli  mi  na  to 

pozwolisz.  Właściwie  wszystko  zaczęło  się  dopiero  dziś,  bo  przedtem  nie  byliśmy  wobec 

siebie szczerzy. Ale to się nigdy nie powtórzy. 

Ujął jej twarz w dłonie i zaczął scałowywać łzy. Z nieba padały białe płatki, pierwszy 

śnieg w tym roku, lecz oni, ciasno objęci w miłosnym uniesieniu nie czuli zimna. 

Malinka podeszła do Abby i skubnęła ją w ramię. Grzywę klaczy zdążył już całkiem 

przyprószyć śnieg, zwierzęciu więc najwyraźniej było pilno wrócić do stajni. 

-  Malinka ma rację - odezwał się Ted. - Lepiej wracajmy, bo inaczej zamarzniemy i 

będziemy zmuszeni czekać do wiosny, aby odtajać. 

-  Nawet nie zauważyłam, że zrobiło się bardzo zimno - szepnęła zdziwiona. 

Wracali  szybko  na  farmę,  a  w  powietrzu  wirowało  coraz  więcej  płatków  śniegu,  że 

chwilami  nic  nie  było  widać.  Zima  zaczęła  się  na  dobre,  lecz  oni  przeżywali  wiosnę  swej 

miłości.  Zsiedli  z  koni  prowadząc  je  za  uzdy  i  trzymając  się  za  ręce  podeszli  do  bramy 

prowadzącej  na  farmę  Teda.  Niewiele  przy  tym  mówili.  Przecież  najważniejsze  zostało  już 

powiedziane.  Ich  miłość  nie  potrzebowała  słów.  Wreszcie  się  odnaleźli  i  to  napełniało  ich 

szczęściem.