background image

SANDRA STEFFEN 

Żona 

na pokaz 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Amber Colton spojrzała na swoje bose stopy. Z pa­

znokcia na dużym palcu lewej nogi schodził lakier. Wes­

tchnęła. Sprawdziła palce u rąk i ponownie westchnęła. 

W powietrzu unosił się cichy, miarowy szum oceanu. 

Czasem od strony wody niespodziewanie zrywał się zim­

ny wiatr. Na szczęście część ogrodu, w której wypoczy­

wała, była osłonięta od podmuchów. 

Przysłoniwszy ręką oczy, podniosła głowę i zaczęła 

wpatrywać się w duże pierzaste chmury. Dawniej, wraz 

z rodzeństwem, spędzała na obserwacji nieba wiele go­

dzin; odnajdywanie obłoków w kształcie słoni, grzybów, 

parasoli i drzew sprawiało im ogromną frajdę. W owym 

czasie patio za domem tętniło życiem: tabuny dzieciaków 

pływały w basenie, przekrzykiwały się, rozbryzgiwały 

wodę. 

W dzieciństwie Arnber nigdy się nie nudziła. 

Odgarnęła z twarzy kosmyk złocistych włosów 

i dźwignęła się na nogi. Głupio zrobiła, przyjeżdżając 

w tym nastroju do domu. Powinna była przyjąć zapro­

szenie przyjaciół i polecieć z nimi na Kajmany. Z drugiej 

strony każdy, nawet najkrótszy lot przyprawiał ją o mdło­

ści; możliwość podziwiania zachodu słońca na innej pół­

kuli nie była tego warta. 

background image

6 SANDRA STEFFEN 

Czuła się znużona fizycznie i psychicznie, tak znu­

żona, że miała ochotę się rozpłakać. Chociaż nie; Amber 

Colton już nie wylewa łez... 

W wieku dwudziestu sześciu lat jest za młoda, aby 

nuda i poczucie beznadziei mogły stać się trwałym ele­

mentem jej życia. To minie, powtarzała sobie w duchu. 

Po prostu nie należało brać dziś wolnego. Coraz częściej 

jednak - mimo że lubiła swoją pracę w Fundacji Hope-

chest - miała wrażenie, że czegoś jej brakuje. Ponieważ 

stęskniła się za ojcem, postanowiła wykorzystać zaległy 

urlop i wpaść z wizytą na rodzinne ranczo pod Prospe-

rino. Niewiele to pomogło. Dokuczała jej samotność. 

I nuda. Straszliwa nuda. 

Wczoraj wieczorem też się nudziła. Zadzwoniła do 

swojej przyjaciółki Claire Davis. Claire musiała usłyszeć 

nieme błaganie w jej głosie, bo o piątej rano zjawiła się 

na ranczu. Amber zerknęła na kobietę, która smacznie 

spała w cieniu, i westchnęła głośno. Claire jest cudowną 

kumpelką, tyle że prowadzi nocny tryb życia. 

Nieopodal w ogrodzie coś przykuło jej uwagę. Hm, 

odrobina jaskrawego koloru na tle zieleni. Nie mając 

nic do roboty, wolnym krokiem ruszyła w kierunku 

ścieżki. 

W przeszłości matka całymi godzinami potrafiła pie­

lęgnować ogród; sadziła krzewy o fantazyjnych liściach 

i rośliny o barwnych kwiatach. Była miejscową patriotką 

i najbardziej lubiła odmiany typowe dla Kalifornii. Od 

dziesięciu lat ogrodem zajmował się biedny Marco. Starał 

się jak mógł, pielił, przycinał, podlewał, dzięki niemu 

wciąż rosło kilka niezwykle dekoracyjnych i egzotycz-

background image

ZONA NA POKAZ 

nych drzew, ale brakowało zwykłych kwiatków, pięknych 

i bajecznie kolorowych, które matka tak bardzo lubiła. 

Schyliwszy się, Amber ujrzała maleńkie różowe 

kwiatki ukryte pod rozległym krzewem, które jakimś cu­

dem przetrwały lata zaniedbań. Zdumiona, wyciągnęła się 

na ziemi i odgarnęła ręką gałęzie. Pomiędzy chwastami 

zobaczyła jeszcze więcej delikatnych różowych pączków. 

Zafascynowana ich zdumiewającą żywotnością, patrzyła 

na nie z uśmiechem, ignorując słońce, które piekło ją 

w plecy, oraz kamyki, które wpijały się jej w łokcie i ko­

lana. Po chwili ostrożnie, aby nie uszkodzić kwiatków, 

zaczęła wyrywać rosnące wokół zielsko. 

Na ścieżce rozległ się chrzęst kroków. Amber uniosła 

głowę, dopiero gdy usłyszała nad sobą głos Inez Ramirez. 

- Pomyślałam, że ucieszysz się z mrożonej herbaty, 

ale chyba bardziej przydałby ci się krem z filtrem prze­

ciwsłonecznym - odezwała się gospodyni. - Możesz mi 

zdradzić, co tu robisz? Oprócz tego, że usiłujesz się utyt­

łać i spiec sobie plecy na raka. 

Amber otworzyła usta, ale Inez, jak zwykle nie cze­

kając na odpowiedź, ciągnęła swój monolog: 

- Powinnaś wypoczywać. Bądź co bądź po to tu przy­

jechałaś. 

- Nie daję rady. Nosi mnie. 
- Pływanie nie pomogło? 

Amber wzruszyła ramionami. Nie ma nic nudniejsze-

go niż pływanie w pustym basenie. Wskazała ręką od­

legły kąt ogrodu. 

- Pamiętasz, Inez, jak pięknie wyglądał ogród, kiedy 

mama o niego dbała? 

background image

SANDRA STEFFEN 

Miała ochotę powiedzieć: „kiedy dbała o niego i o nas 

wszystkich", ale ugryzła się w język. Sądząc jednak po 

minie gospodyni, nie musiała nic dodawać. Inez nie lubiła 

roztkliwiać się nad sobą i nie pozwalała, by ci, których 

kochała, narzekali na los. Oparłszy ręce na biodrach, któ­

re z wiekiem nieco się zaokrągliły, zmarszczyła groźnie 

brwi. 

- Gdybyś, złotko, wyszła za mąż i urodziła dzieci, 

nie miałabyś czasu się nudzić. 

Amber otrzepała dłonie z ziemi, strąciła z uda źdźbło 

trawy. Najwyraźniej Inez uważa, że mąż i dzieci rozwią­

zują wszystkie problemy, lecz ona nie podzielała jej zda­

nia. 

- Facetom chodzi tylko o dwie rzeczy, Inez - rzekła. 

- O seks i pieniądze. Niekoniecznie w tej kolejności. 

Kobieta przeżegnała się, po czym zaczęła bezgłośnie 

poruszać ustami. Amber nie była pewna, czy Inez modli 

się za nią, czy za swoje dwie córki - Lane, która prze­

żywa ostatnio jakieś trudne chwile, oraz Mayę, która nie­

dawno urodziła śliczne maleństwo. 

- Nie wszyscy mężczyźni są źli - oznajmiła, skoń­

czywszy modlitwę. 

- Tak? - Amber wyrwała następny chwast. - Daj mi 

przykład chociaż jednego porządnego. 

- Mój Marco, twój ojciec i bracia. 
- No dobrze. A teraz proszę o takiego, który nie był­

by żonaty lub ze mną spokrewniony. 

Cisza, jaka zapadła, była dość wymowna. Nagle Am­

ber przypomniała sobie, że parę minut temu słyszała sa­

mochód na podjeździe przed domem. 

background image

ŻONA NA POKAZ 9 

- Inez, kto przyjechał? 

Gdyby patrzyła na gospodynię, dostrzegłaby zmianę 

w jej twarzy: pewne ożywienie, dziwny błysk w oczach. 

Dostrzegłaby i przypuszczalnie z miejsca nabrałaby po­

dejrzeń. 

- Ktoś do twojego ojca - odparła neutralnym tonem 

kobieta. 

Szybko, nim Amber zdołała o cokolwiek więcej zapytać, 

odwróciła się na pięcie i poszła w kierunku szerokich drzwi 

balkonowych prowadzących do salonu. Amber ponownie 

westchnęła i wróciła do wyrywania chwastów. 

Miarowy odgłos butów na lśniącej kamiennej posa­

dzce ucichł, gdy mężczyzna wszedł na miękki, kolorowy 

dywan. Zatrzymawszy się przy ogromnym kamiennym 

kominku, Tripp Calhoun rozejrzał się. Skórzane kanapy 

i przepiękna dziewiętnastowieczna szafa zapewne ko­

sztowały więcej, niż zdołał zarobić w ciągu miesiąca. 

Wszystkie meble były starannie dobrane i idealnie do sie­

bie pasowały; on jeden zakłócał harmonię wnętrza. 

Kiedy mijał żelazną bramę, za którą znajdowała się 

posiadłość Joego i Meredith Coltonów, zalała go fala 

wspomnień. Był zbuntowanym, nienawidzącym świata, 

śmiertelnie przerażonym piętnastolatkiem - choć dobrze 

skrywał swój strach, podobnie jak wszystkie emocje -

kiedy po raz pierwszy trafił na ranczo. 

Meredith natychmiast przejrzała go na wylot. Jak to 

zrobiła, do dziś stanowiło dla niego zagadkę. 

Zaczął się bawić paskiem od zegarka. Po chwili zsunął 

zegarek z ręki i nerwowo obracając go wokół palca, 

background image

10 

SANDRA STEFFEN 

wznowił wędrówkę po pokoju - od ściany do okna i z po­

wrotem. Nie pamiętał, aby dawniej salon też miał tak 

zimny, surowy wystrój. 

Hacienda de Alegria. Dom Radości. Taką nazwę nosiła 

ta wielka wspaniała rezydencja. Tyle że ostatnimi czasy 

panowała w niej coraz bardziej ponura atmosfera. 

Tripp nie zaglądał tu zbyt często. W końcu nie był 

ani rodzonym, ani nawet adoptowanym synem Joego 

i Meredith. Był jednym z ich przybranych dzieci. Nie, 

nie narzekał. Coltonowie wzięli go pod swój dach, uchro­

nili przed pełnym niebezpieczeństw życiem na ulicach 

Los Angeles. To, kim został, zawdzięczał wyłącznie im. 

Utrzymywali go, dopóki nie zdał matury, a potem opła­

cali mu studia. Swoją pracą i postawą starał się zasłużyć 

na ich miłość i szacunek. 

Ze stolika o marmurowym blacie podniósł fotografię. 

Najmłodsi synowie Joego i Meredith mieli na oko osiem 

i dziesięć lat. Tripp widział ich zaledwie kilka razy w ży­

ciu, nic więc dziwnego, że wydawali mu się obcy. Co 

innego go zaskoczyło: to, że ich matka też wydawała 

mu się obca. Owszem, była równie piękna jak kobieta, 

która wiele lat temu przyjęła go pod swój dach, a jednak 

różniła się od niej. Tamta miała w sobie ciepło, serdecz­

ność, zaś od tej na zdjęciu bił chłód i wrogość. 

Podskoczył na dźwięk kroków. Do salonu weszła Inez 

Ramirez, która z uśmiechem poinformowała go, że Joe 

rozmawia przez telefon i niestety będzie zajęty co naj­

mniej kilkanaście minut. Spodziewał się, że gospodyni 

poradzi mu, by wrócił innego dnia, lecz ona podeszła 

bliżej, wyjęła mu zdjęcie z ręki i odstawiła na miejsce. 

background image

ZONA NA POKAZ 

11 

- Coście wszyscy tacy dziś nerwowi? - spytała. -

No, sio! Wyjdź na patio. Wystaw twarz do słońca, po­

oddychaj świeżym powietrzem. 

Postarzała się w ciągu tych siedemnastu lat, odkąd 

Tripp opuścił ranczo. Jej kruczoczarne włosy pokrywał 

teraz szeroki siwy pas idący przez całą głowę; zaczynał 

się nad czołem, a kończył nad karkiem. 

- Wynocha! - Pchnęła go lekko w stronę drzwi na 

patio. - Poczekaj na dworze. Usiądź, odpręż się... 

Nic się nie zmieniła, pomyślał. Tak jak i dawniej, lubi 

rządzić. 

- Boże, Inez, nie jestem sześcioletnim chłopaczkiem. 

Mam trzydzieści dwa lata. 

- To chyba odpowiedni wiek. 

- Odpowiedni? Do czego? 

Na jej twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech. Tripp 

najeżył się, gdyż z doświadczenia wiedział, co taki 

uśmiech oznacza: intrygę. 

- Do tego, żeby cieszyć się życiem - odparła. We­

tknęła mu coś do ręki i odwróciwszy się na pięcie, znikła 

w holu. 

Nie zamierzał się z nią kłócić. Zresztą zależało mu 

na spotkaniu z Joem, a równie dobrze może na niego 

zaczekać nad basenem, jak i w salonie. Usiłował wygła­

dzić pomiętą koszulę, w której zdrzemnął się w szpitalu, 

lecz niewiele to dało. Skierował się na zewnątrz. Na sto­

jącym przy basenie stoliku zobaczył tacę ze szklankami 

oraz wysoki dzban miożonej herbaty, Po chwili kątem 

oka dostrzegł jakiś ruch. No proszę, wcale nie jest jedyną 

osobą na patio. 

background image

12 SANDRA STEFFEN 

Jedna kobieta, ubrana w spodnie i bluzkę, leżała wy­

ciągnięta na leżaku po drugiej stronie basenu i chyba spa­

ła. Druga zaś, w jasnofioletowym kostiumie kąpielo­

wym, przesuwała się na czworakach wokół rozłożystego 

krzewu. Nie widział jej twarzy, za to mógł do woli po­

dziwiać jej długie nogi i kształtne biodra. 

- Coś pani zgubiła? - zawołał. 

Obejrzała się zaskoczona. Przysłoniła ręką oczy i po 

chwili uśmiechnęła się promiennie. 

- Tripp? Nie wiedziałam, że tu jesteś. 

- Amber? Co za niespodzianka. 
- Ciii. - Przyłożyła palec do ust. - Claire śpi. 
Zerknąwszy na pogrążoną we śnie kobietę, która na­

wet nie drgnęła, wolnym krokiem ruszył do Amber. Starał 

się na nią nie gapić, co nie było łatwe. Miała figurę mo­

delki, szczupłą, lecz zaokrągloną tam, gdzie trzeba. 

- Co, pewnie przypominam ci moją mamę? 

Uniósł zdziwiony brwi. O niczym takim nie myślał. 

- Wiesz, chyba nigdy nie widziałem Meredith w fio­

letowym bikini pielącej chwasty. 

Jakby nagle świadoma swojej pozy - na klęczkach, 

z wypiętą pupą - Amber zarumieniła się po uszy, po 

czym otrzepawszy ręce, wstała z ziemi. 

To coś nowego, pomyślał. Nigdy dotąd Amber nie ja­

wiła mu się jako osoba nieśmiała. 

Spojrzała na plastikową butelkę, którą trzymał w dłoni. 

- Mleczko z filtrem? Inez cię z tym przysłała? 

Aha! A więc o to gospodyni chodziło! 
- Bawi się w swatkę - mruknął pod nosem. 

- Ciebie próbuje wyswatać? 

background image

ŻONA NA POKAZ 13 

Skinął głową. Nie, jasnowłosa, urodziwa Amber na 

pewno nie należy do nieśmiałych. Jest na to zbyt piękna. 

Widząc ją na czworakach, zastanawiał się, ile ta długo­

noga istota może mieć wzrostu. Teraz uznał, że mniej 

więcej metr siedemdziesiąt. 

- Najwyraźniej nie wie, że nie jestem mężczyzną, 

którego interesuje małe tete-a-tete z bogatą dziedziczką 

nad basenem w jej luksusowej rezydencji. 

Nawet ślepiec zauważyłby błysk złości w oczach Am­

ber. Tripp nastawił się na ciętą ripostę. Zasłużył na nią; 

bądź co bądź zachował się nieelegancko. Nie musiał prze­

cież nic mówić. Nastała pełna napięcia cisza. Riposta, 

na którą czekał, nie nastąpiła. 

Ignorując jego wyciągniętą rękę, Amber podeszła do 

fotela, na którym leżała cienka biała sukienka. Włoży­

wszy ją, zaczęła wolno zapinać guziki. 

- Źle cię ochrzczono - oznajmiła wreszcie. - Za­

miast Tripp powinieneś mieć na imię Grzyb. 

Przez moment wpatrywali się w siebie bez słowa. 

Raptem Trippowi odżyło w pamięci odległe wspomnie­

nie. Uśmiechnął się. 

- To samo powiedziałaś, kiedy zamieszkałem u was. 

- Próbował skojarzyć, ile mogła mieć wtedy lat. Dzie­

więć? Dziesięć? To by znaczyło, że teraz ma dwadzieścia 

sześć lub siedem. - Dorosłaś, Amber... 

Odwróciła szybko wzrok. Jego uśmiech przyprawiał 

ją o szybsze bicie serca, ale tej informacji nie zamierzała 

mu zdradzać. 

Pamiętała dzień, w którym zobaczyła Trippa po raz 

pierwszy: miał piętnaście lat, był chudy i wojowniczo 

background image

14 

SANDRA STEFFEN 

nastawiony do całego świata. Dziś wciąż był szczupły, 

ale bardziej umięśniony. Czarne włosy miał krótsze niż 

ona, co nie znaczy, że nosił je krótko obcięte. W jego 

twarzy można było się doszukać południowych rysów -

po dziadku Meksykaninie, który jako chłopiec wyemi­

grował z rodzicami do Ameryki. Kiedy po raz pierwszy 

ujrzała Trippa, uznała, że wygląda jak Zorro, legendarny 

bohater, w którego lubili się wcielać jej bracia. Był tak 

przystojny, że śmiało mógłby zostać aktorem i grywać 

w jednym z tych seriali o policjantach lub lekarzach. Za­

miast jednak grać lekarza, był nim. Pediatrą. Nagle jej 

spojrzenie padło na złoty kolczyk w jego uchu. Co jak 

co, ale żaden z pediatrów, do których chodziła jako dziec­

ko, nie miał długich włosów ani kolczyków w uszach. 

Wpajane jej od kołyski zasady dobrego wychowania 

sprawiły, że podeszła do stolika i nalała do szklanek mro­

żonej herbaty. Podając Trippowi szklankę, niechcący otar­

ła palcami o jego dłoń. 

Znów przeszył ją dreszcz. Odruchowo zerknęła w dół. 

Ręce miał duże, palce długie, kościste. Pogładziła je. 

- Widzę, że kości całkiem ładnie ci się zrosły - rzekła. 

Powoli cofnął dłoń, po czym podniósł napój do ust. 

Kostki lodu zabrzęczały w szklance. Kropla potu ściekła 

mu po szyi, a potem spłynęła za kołnierzyk koszuli. 

Czyżby był zdenerwowany? Przeczesując ręką włosy, 

popatrzył na ogród. 

- Byłem pewien, że twoi rodzice odeślą mnie z po­

wrotem do sierocińca, zanim zdążę rozpakować walizkę. 

- Powiedziałeś, że Peter Bradentop pierwszy cię 

uderzył. 

background image

ZONA NA POKAZ 

15 

- Skłamałem. 

- Wiem. 

Zdumiony, utkwił w niej wzrok. 

- Naprawdę? 

-Jeszcze nigdy nie słyszała, aby w jednym słowie kryło 

się tak wielkie zdziwienie. Chociaż uśmiech znikł z jego 

twarzy, serce wciąż biło jej szybciej. 

- Kiedy poznałaś prawdę? 

- Obserwowałam bójkę z okna sypialni - odparła. 

- Rany boskie! Dlaczego nie powiedziałaś ojcu, co 

się stało? 

Podeszła krok bliżej. 

- Wtedy nie spędziłbyś kilku następnych lat na próbie 

naprawienia swojego błędu. Poczucie winy daje świetny 

bodziec do działania. Zresztą ojciec znał prawdę. 

- Przecież powiedziałaś, że nic mu nie... 

- I tak było - wtrąciła - ale tata zawsze wyczuwał, 

kiedy któreś z nas kłamało. Poza tym Peterowi należało 

się porządne lanie. Ciągle wszystkich rozstawiał po ką­

tach. Tobie się to nie spodobało i postanowiłeś dać temu 

wyraz. 

- Już wtedy to sobie wykombinowałaś? Przecież mia­

łaś... Ile? Dziewięć lat? 

Zatrzepotała rzęsami. 

- Po prostu dziewczynki szybciej dojrzewają. 

Patrzyła z zafascynowaniem, jak Tripp mruży oczy. 

Sądził, że jest odporny na jej wdzięki, lecz tak nie 

było. Świadomość tego faktu zaskoczyła go. Ale ją rów-
nież. 

Doskonale pamiętała bójkę pomiędzy Trippem a Pe-

background image

16 

SANDRA STEFFEN 

terem Bradentonem, i zamieszanie, jakie wywołała. 

W domu Coltonów panowało kilka surowych reguł. Naj­

ważniejsza brzmiała: żadnych rękoczynów. Mogli się 

spierać i czasem rzeczywiście wybuchały kłótnie, ale bój­

ki były niedozwolone. Tripp był jedynym z przybranych 

dzieci Joego i Meredith, który złamał tę zasadę. W do­

datku złamał ją w pierwszym tygodniu swego pobytu na 

ranczu. Matka usłyszała krzyki i przybiegła zobaczyć, co 

się dzieje. Bez słowa rozdzieliła walczących. Nie odzy­

wając się, podała Peterowi ręcznik, aby wytarł krwawiący 

nos, a Trippowi woreczek z lodem, by przyłożył do opu­

chniętej ręki. Następnie odesłała Petera do domu, Trip­

powi zaś kazała udać się do stajni i opowiedzieć Joemu 

o całym zajściu. Amber ruszyła za Trippem. Kiedy ojciec 

zarzucił Trippowi kłamstwo, wyłoniła się z cienia i po­

twierdziła wersję nastolatka, mówiąc, że Peter pierwszy 

go uderzył. Trzęsła się jak liść osiki pod bacznym spoj­

rzeniem ojca. W końcu Joe polecił im wrócić do domu 

i poprosić Meredith, by zawiozła Trippa do szpitala. 

Tripp milczał, dopóki nie odalili się od stajni. Amber 

spodziewała się wyrazów wdzięczności. Tripp jednak od­

garnął włosy za uszy i warknął gniewnie: 

- Nie potrzebuję niczyjej pomocy, zwłaszcza bogatej, 

rozpieszczonej dziedziczki. 

Amber zadarła do góry głowę, po czym oznajmiła 

chłodno, że matka pomyliła się, chrzcząc go Tripp, a nie 

Grzyb. Popatrzył na nią z wściekłością. Wytrzymała jego 

spojrzenie, mimo że sięgała mu zaledwie do brzucha. 

W owym czasie nie wiedziała, że jej rodzina należy do 

bogatych, i na pewno nie była rozpieszczona. Ale wie-

background image

ZONA NA POKAZ 

17 

działa, choć miała tylko dziewięć lat, co jest w życiu 

ważne: zaufanie, miłość, lojalność. 

- Pływałaś? 

Wróciła myślami do rzeczywistości. 

- Tak, zrobiłam kilka basenów - odpowiedziała, 

obracając w szklance kostki lodu. - A potem obserwo­

wałam chmury. 

- Obserwujesz chmury? Jak meteorolog? 

- Nie całkiem. - Potrząsnęła głową. - Raczej jak la­

ik. Bawiliśmy się tak w dzieciństwie. 

Tripp powiódł wzrokiem po patio: na prawo ogród, 

na lewo basen, fontanna, drzemiąca na leżaku kobieta. 

Tak, wymarzone miejsce do odpoczynku. Do leniucho­

wania. Niestety, on sam ciągle cierpiał na brak czasu. 

Marzył o tym, by doba składała się z trzydziestu godzin, 

może wtedy zdołałby zrobić wszystko, co sobie zapla­

nował. 

Zerknął na dom; Joe wciąż był zajęty rozmową. 

- Chcesz spróbować? 
Pytanie Amber wyrwało go z zadumy. 
- Czego? 

- Widzisz tamtą chmurę? 
Zadarł głowę. Po niebie sunęło mnóstwo chmur. 

- Którą? 

- Tę w kształcie niedźwiadka. 

Zmrużył oczy. Nic to nie pomogło. 
- Skup się. 

Próbował, psiakrew. 
- Tam. Na prawo od smugi pozostawionej przez od­

rzutowiec. 

background image

18 

SANDRA STEFFEN 

Przechylił głowę pod tym samym kątem co Amber. 

- Chodzi ci o tę podłużną? 

- Tak! - zawołała przejęta. - Widzisz? Prawda, że 

przypomina niedźwiadka? 

Oczy miała zielone, rzęsy długie, usta pełne, lekko 

wydęte. Burza złocistych loków okalała jej twarz i opa­

dała na szyję. Tripp poczuł, jak robi mu się gorąco. Kor­

ciło go, aby ją wziąć w ramiona i pocałować, tu i teraz. 

- Niedźwiadka? - zachrypiał i odchrząknął. Co się 

stało z jego głosem? Najwyższym wysiłkiem woli po­

nownie wbił oczy w chmury. - Nie widzę żadnego 

niedźwiadka. Prędzej Joego DiMaggia odbijającego piłkę 

baseballową. 

Nie zauważył, kiedy przysunęła się bliżej. Całkiem 

niespodziewanie otarł się ramieniem o coś niesamowicie 

miękkiego. Podskoczył jak oparzony. 

Po chwili znów podskoczył, tym razem na dźwięk 

pagera. Przeklinając cicho, wyciągnął zza paska urządze­

nie i przeczytał wiadomość, która pojawiła się na ekra­

niku. 

- Muszę zadzwonić do szpitala w Ukiah. 

Amber wskazała bezprzewodowy telefon leżący na 

stoliku. Tripp wystukał numer. Rozmowa trwała krótko. 

- Muszę jechać - oznajmił, rozłączając się. 

Dochodził do drzwi prowadzących do salonu, kiedy 

zawołała za nim; 

- Czy przekazać coś ojcu? 

Obejrzał się. Żałowała, że jest zbyt daleko, aby mogła 

odczytać wyraz jego oczu. 

- Powiedz, że później się do niego odezwę. 

background image

ŻONA NA POKAZ 19 

- W porządku. Miło było cię widzieć, Tripp. 

- Ciebie też, Amber. 

Uśmiechnęła się. Po chwili oderwał od niej wzrok 

i ponownie ruszył przed siebie. Zamiast jednak przejść 

przez dom, tak jak początkowo zamierzał, skręcił w bok 

w stronę ścieżki prowadzącej do podjazdu. Minutę 

później Amber usłyszała warkot silnika. 

Przez moment stała oszołomiona, jakby nie dowie­

rzając temu, czego przed chwilą była świadkiem, a za­

razem uczestnikiem. Zacisnąwszy powieki, przytknęła do 

czoła szklankę z zimną herbatą. 

Widok Trippa, dźwięk jego głosu, dotyk ręki poruszył 

nią do głębi. Brakowało jej tchu, zupełnie jak po wy­

czerpującym wysiłku fizycznym. W dodatku miała wra­

żenie, że cała płonie. Że gdyby wskoczyła do basenu, 

rozległby się głośny syk. 

Drzwi otworzyły się i z salonu wyłoniła się Inez. 
- Twój ojciec skończył rozmawiać. - Rozejrzała się. 

- A gdzie Tripp? 

- Pojechał do szpitala - odparła Amber z wzrokiem 

wbitym w ścieżkę, którą przed chwilą odszedł. - Nagłe 

wezwanie. 

Inez stała bez słowa. 

- O co chodzi? - spytała Amber, czując na sobie 

przenikliwe spojrzenie gospodyni. 

Inez wyciągnęła rękę. 

- Zostawił zegarek. Mówił, kiedy wróci? 
- Obawiam się, że nie. - Amber sięgnęła po zgubę. 

- Sama mu to podrzucę. 

- Myślę, że to świetny pomysł. - Uśmiechając się od 

background image

20 

SANDRA STEFFEN 

ucha do ucha, gospodyni skierowała się pośpiesznie do 

domu. 

Amber przeszła do ocienionej części patia i pochyli­

wszy się nad leżakiem, potrząsnęła za ramię przyjaciółkę. 

- Claire, obudź się. 

- Nie chcę - odparła właścicielka wielkich niebie­

skich oczu. - Właśnie śnił mi się cudowny facet. Przy­

stojny, seksowny szatyn. 

- To nie był sen, kochanie. - Amber uśmiechnęła się. 

- Daję ci słowo honoru. A teraz wstawaj. Muszę jechać 

do Ukiah. 

Claire leniwie uniosła się na łokciu. 
- Do Ukiah? - Odgarnęła z twarzy proste, ciemno-

blond włosy. - A nie podrzuciłabyś mnie do galerii, co? 
Po drodze mogłabyś mi opowiedzieć, co przespałam. 

Pół godziny później Amber skręciła w małą uliczkę 

na tyłach należącej do Claire galerii sztuki w Prosperino. 

Claire wysiadła, po czym pochyliła się, aby przez otwarte 

okno pożegnać się z przyjaciółki Ponad jej ramieniem 

Amber zobaczyła, jak kilkadziesiąt metrów dalej otwie­

rają się drzwi na pierwszym piętrze. Kobieta, która ru­

szyła w dół po schodach, wyglądała dziwnie znajomo. 

- Amber, co ci jest? - zaniepokoiła się Claire. 

Amber siedziała jak zahipnotyzowana, wpatrując się 

w budynek na końcu uliczki. Kobieta, która wyłoniła się 

z mieszkania na piętrze, miała duże ciemne okulary na 

nosie i chustkę skrywającą włosy. 

- Wydawało mi się, że widziałam moją matkę. 

Claire obejrzała się, ale kobieta zniknęła za rogiem. 

background image

ŻONA NA POKAZ 21 

- Tutaj? - W głosie przyjaciółki brzmiało zdumienie. 

- Wiem. Ta okolica zupełnie do niej nie pasuje. -

Amber westchnęła. Musiało się coś przewidzieć. Matka 

nigdy nie zapuszczała się do dzielnicy zamieszkanej przez 

miejscową cyganerię. - Nie wiesz, co się mieści w tym 

budynku? 

Claire wzdrygnęła się. 

- Całe piętro wynajmuje na biuro taki szemrany typ, 

który ogłasza się jako prywatny detektyw. Już prędzej 

wyobrażam sobie twoją mamę spacerującą po dzielnicy 

rozpusty niż odwiedzającą tego łachudrę. 

- W Prosperino nie ma dzielnicy rozpusty. 
- Czas najwyższy, żeby powstała. - Claire mrugnęła 

do przyjaciółki. - Zdaje się, że było ci spieszno na spot­

kanie z przystojnym szatynem? 

Nie czekając na odpowiedź, skierowała się do jednej 

z dwóch galerii, które otworzyła kilka miesięcy temu. 

Amber przekręciła kluczyk w stacyjce. 

Silnik zamruczał cicho, jak najedzone, zadowolone 

z życia tygrysiątko. Samochód był prezentem urodzino­

wym od matki. Sama kupiłaby sobie inny model, na pew­

no nie sportowy wóz

1

 w kolorze czerwonym. Nie lubiła 

czerwieni. Przed wypadkiem, jakiemu uległa ponad dzie­

sięć lat temu, Meredith Colton doskonale znała gust 

i upodobania córki. 

Czego matka by szukała w jakiejś podrzędnej agencji 

detektywistycznej? Nie, to musiał być ktoś inny. 

Amber zerknęła na niebo. Chmury przerzedziły się; 

ta w kształcie niedźwiadka połączyła się z kilkoma są­

siednimi, tworząc mniej lub bardziej jednolitą masę. 

background image

22 SANDRA STEFFEN 

Joe DiMaggio? Też coś! Dlaczego wszyscy faceci ma­

ją bzika na punkcie baseballa? Oczami wyobraźni ujrzała 

przyjazny, lekko drwiący uśmiech na twarzy Trippa. Tripp 

najwyraźniej był fanem nowojorskich Jankesów. Jej po­

przedni narzeczony kibicował Gigantom. Opisując ich 

związek, lubił posługiwać się sportowymi określeniami. 

Kilka pierwszych spotkań to była próba zdobycia pierw­

szej bazy. W dniu, w którym wręczył jej trzykaratowy 

pierścionek zaręczynowy, liczył, że dotrze do bazy do­

mowej. Pierścionek, owszem, był ładny, ale nie wart tak 

wysokiej ceny. Ofiarodawca zresztą też nie. Amber nie 

przyjęła oświadczyn. Niedawno doszły ją słuchy, że jej 

były narzeczony kręci się wokół jakiejś kolejnej dzie­

dziczki z San Francisco. 

Wróciła myślami do Trippa. Dopóki niechcący nie 

otarł się o jej pierś, sądziła, że tylko ją przenika dreszcz. 

Ale jego reakcja wyraźnie świadczyła o tym, że on też 

coś czuje. Próbował to ukryć, nawet przed sobą samym, 

ale było za późno. Zdradził się. 

Wsunęła rękę do kieszeni i pogładziła leżący tam ze­

garek. Taki urlop całkiem jej odpowiada. Przynajmniej 

coś się dzieje. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Żar buchnął jej w twarz, gdy tylko otworzyła drzwi. 

Biorąc głęboki oddech, położyła rękę na brzuchu, jakby 

chciała uciszyć burczenie, i powoli wysiadła z samocho­

du. Na wybrzeżu było chłodno, a mgła wisiała nisko nad 

ziemią; potem słońce znów zaczęło przygrzewać. Miej­

scowi mają rację. W tej części Kalifornii występują trzy 

pory roku, niekiedy wszystkie w ciągu jednego dnia. 

Poruszyła ramionami, usiłując rozluźnić zesztywniałe 

mięśnie. Miała wrażenie, jakby droga do Ukiah ciągnęła 

się w nieskończoność. Chociaż miasto leżało mniej wię­

cej siedemdziesiąt pięć kilometrów od Prosperino, jazda 

trwała wieki. Jak mawiał Joe: „Z Prosperino blisko jest 

do wielu miejsc, ale trudno się tam dostać". Sam podró­

żował firmowym samolotem. Amber nie mogła. Ledwo 

była w stanie opanować mdłości na trzydziestopię-

ciokilometrowym odcinku, kiedy szosa wiła się wzdłuż 

gór. W powietrzu na pewno by się pochorowała. 

Odetchnąwszy głęboko, wrzuciła do ust miętusa, po 

czym zdjęła żakiet i skierowała się w stronę szpitala. 

A więc to tu Tripp pracuje, pomyślała, stukając obcasami 

o bruk. Wiedziała, że zdziwi się na jej widok. 

W Ukiah stało mnóstwo starych domów w stylu wi­

ktoriańskim. Szpital też był stary, ale wyglądał tak, jakby 

background image

24 

SANDRA STEFFEN 

go niedawno odremontowano. Podwójne drzwi otworzyły 

się z cichym sykiem. 

Przewiesiwszy żakiet przez ramię, Amber rozejrzała 

się po holu, próbując zdecydować, gdzie ma się udać. 

Naprzeciwko wejścia zobaczyła wysoki kontuar, za któ­

rym urzędowała niska, krępa pielęgniarka o fryzurze 

przypominającej kask. 

- Dzień dobry. 

Ściskając w grubych palcach długopis, siwowłosa pie­

lęgniarka popatrzyła na Amber znad okularów, które mia­

ła zsunięte niemal do połowy nosa. 

- Słucham? 
Amber obdarzyła ją najserdeczniejszym uśmiechem, 

na jaki umiała się zdobyć. 

- Chciałam się widzieć z doktorem Calhounem. 

Pielęgniarka zmierzyła ją od stóp do głów. 
- Pan doktor nie przyjmuje dziś wizyt. 

- Nie szkodzi. Nie jestem umówiona - oznajmiła 

Amber. 

Wiedziała, że popełniła błąd, ledwo wypowiedziała te 

słowa. Siostra Proctor - wyczytała nazwisko z przypiętej 

do piersi plakietki - skupiła się ponownie na kartce, którą 

trzymała w dłoni. Nie zamierzała wdawać się w rozmowę. 

Oczywiście siostra Proctor nie orientowała się, że Am­

ber jest osobą upartą, która łatwo się nie poddaje. 

- Nie zajmę mu wiele bzasu. 

Pielęgniarka nawet nie podniosła oczu. 

Amber zmieniła taktykę. 

- Wiem, że jest w szpitalu. Był ze mną, kiedy dostał 

pilne wezwanie. 

background image

ZONA NA POKAZ 

25 

- W takim razie sama pani rozumie, że nie można 

mu przeszkadzać. 

Przecież nie zamierza odciągać go od stołu operacyj­

nego! Zresztą wiadomość ze szpitala nadeszła wiele go­

dzin temu. Jeżeli Tripp wciąż jest zajęty, w porządku. 

Jeżeli nie, co komu szkodzi wpuścić ją na chwilę do 

środka? 

- Ale nadal przebywa na terenie budynku? 
Nie otwierając ust, pielęgniarka burknęła coś pod no­

sem. Była niczym mur, którego nie sposób sforsować. 

Amber odsunęła się. Z niewinną miną, udając, że ogląda 

swoje świeżo pomalowane paznokcie, ruszyła w stronę 

windy. 

Rozległ się charakterystyczny dzwonek i po chwili 

drzwi się rozsunęły. Ze środka wyszedł młody mężczyzna 

ubrany w zieloną szpitalną kurtę i spodnie. 

- Co się z tobą dzieje, Fred? - Siostra Proctor skinęła 

na młodzieńca. - Trzeba to natychmiast zanieść na po­

łożniczy. 

Ze swadą i pewnością siebie człowieka, który świa­

dom jest własnego uroku, Fred wziął od pielęgniarki plik 

kartek i skierował się z powrotem do windy. W tym sa­

mym momencie do szpitala wbiegła kobieta, wołając: 

- Błagam, niech mi ktoś pomoże! Córka złamała nogę! 

Siostra Proctor wybiegła z rejestracji, chwyciła wózek 

i popychając go przed sobą, pognała ku drzwiom. Ko­

rzystając z zamieszania, Amber wślizgnęła się za Fredem 

do windy. 

Wcisnął przycisk. Nie cofając ręki popatrzył na Amber. 

- Które piętro? 

background image

26 

SANDRA STEFFEN 

Nie miała zielonego pojęcia. 

- Chyba trzecie. 

Przyjrzał się jej uważnie. W jego piwnych oczach roz­

błysły wesołe iskierki. 

- To tak jak ja. 

Drzwi zasunęły się i winda ruszyła. Amber przyłożyła 

rękę do brzucha. 

- Co? Cierpi pani na klaustrofobię? 

- Nie. Mam chorobę lokomocyjną. 

Unosząc jasne brwi, uśmiechnął się szelmowsko. 

- Moja siostra twierdzi, że trzeba się mocno uszczy­

pnąć. Zająć myśli czym innym. Na szczęście może pani 

polegać na mojej pomocy... - Ponownie błysnął zębami 

w uśmiechu. - Właśnie kończę pracę. Moglibyśmy wy­

skoczyć gdzieś na kawę albo... - zawiesił głos. 

- Słuchaj, Fred... 

- Na imię mam Frederico. 

- Ale słyszałam, jak siostra Proctor... 
- Staruszka różnie mnie nazywa. Pozwolisz jednak, 

że nie będę jej cytował. 

- Dobrze. Muszę ci jednak powiedzieć, Frederico, że 

mężczyźni, z którymi się umawiam, musząc spełniać pew­

ne kryteria wiekowe. 

Przysunął się bliżej. 

- To znaczy, ile musiałbym mieć lat? 
- Co najmniej dwadzieścia pięć. 

- Szkoda. Nie wiesz, ile tracisz. Bo jeśli to prawda, 

że faceci osiągają szczyt swoich możliwości seksualnych 

w wieku siedemnastu lat, mnie ten szczyt stuknął zale­

dwie dwa latka temu. Może nie spełniam twoich kryte-

background image

ZONA NA POKAZ 

27 

riów wiekowych, za to potrafiłbym spełnić wszystkie 

twoje marzenia i fantazje. 

Winda zatrzymała się na drugim piętrze. 

- Tak sądzisz? 

- Chętnie to udowodnię. 

Amber pokręciła głową. 

- Dziękuję, nie skorzystam. A teraz czy mógłbyś mi 

powiedzieć, gdzie znajdę doktora Calhouna? 

- Powiem, jeśli dasz mi swój numer telefonu. Coś 

za coś. 

Amber roześmiała się: co za upór! Drzwi się otwo­

rzyły i do windy wsiadła kobieta z wielkim, nieporęcz­

nym wózkiem wypełnionym środkami czystości. W trój­

kę dojechali piętro wyżej. Kobieta z wózkiem wysiadła 

pierwsza. 

- Wiem, gdzie jest doktor Calhoun - oznajmił Fre-

derico. 

- Tak? 
- Zaprowadzę cię, ale ani mru-mru siostrzyczce Pro-

ctor. 

Od spotkania z Trippem nad basenem Amber czuła 

się dziwnie beztroska i niefrasobliwa, może dlatego ba­

wiła ją rozmowa z młodym sanitariuszem. 

- Obiecuję. Ani mru-mru. 

- Jest u pacjenta. Chodź... 
Ruszyli prosto przed siebie, przez drzwi z napisem: 

„Nieupoważnionym wstęp wzbroniony". 

Z początku nie umiała rozpoznać dźwięku. Kiedy po 

chwili rozległ się ponowpie, spytała zdumiona: 

- Wolno przyprowadzać psy do szpitala? 

background image

28 SANDRA STEFFEN 

Frederico pokręcił przecząco głową. 

- Nie bardzo. Proctor nie może o niczym się dowie­

dzieć. - Wskazał ręką pokój na końcu korytarza. - Je­

steśmy na miejscu. Widzisz tego dzieciaka, z którym roz­

mawia twój pan doktorek? Ma na imię P.J. 

Amber podeszła na palcach do otwartych drzwi. Tripp 

siedział na brzegu łóżka; w zgięciu łokcia trzymał pu-

chatego beżowego szczeniaka. Naprzeciw niego siedział 

z ponurą miną kilkuletni chłopczyk. Brązowe loki wiły 

się na jego głowie. Jedną rękę miał w gipsie, czoło 

i skroń przysłonięte plastrem. 

- Co się stało? - spytała cicho Amber, zwracając się 

do Frederica. 

- Wypadek. Dzieciak został dość mocno poturbowa­

ny. Jakby tego było mało, jest zły jak czort. Ma cztery 

latka i koniecznie chce, aby przyszła do niego mama. 

- A co z nią? 
- Zginęła w wypadku. 

- Boże... - Amber zasłoniła ręką usta. - No a oj­

ciec? 

- Nikt nie wie, gdzie się podziewa. P.J. jest tu od 

tygodnia. Wszystko mu się ładnie goi, ale czeka go długa 

rehabilitacja, zanim będzie mógł normalnie posługiwać 

się ręką. Niestety, większość czasu siedzi, patrząc się tępo 

przed siebie. Trudno nawiązać z nim kontakt. Wczoraj 

doktor Calhoun zauważył, że mały ogląda jakiś program 

w telewizji o psach. A tak się akurat złożyło, że suka 

mojej dziewczyny niedawno się oszczeniła, więc pomy­

ślałem sobie... 

- Twojej dziewczyny? 

background image

ZONA NA POKAZ 

29 

Frederico skinął głową, po czym uświadomiwszy so­

bie, że właśnie sam się zdradził, wzruszył ramionami. 

Psiak znów zapiszczał. Po chwili wyrwał się z rąk 

Trippa i poruszając się niezdarnie, ruszył w stronę chłop­

ca. P.J.- popatrzył na zwierzę otępiałym wzrokiem. I na­

gle, jakby w zwolnionym tempie, wyciągnął rączkę i po­

gładził miękką sierść. Psiak ucieszył się, jakby tylko na 

to czekał. Merdając ogonkiem, zaczął lizać chłopca po 

twarzy. P.J. zamrugał oczami, po czym się roześmiał. 

- Będzie nam brakowało tego faceta. 

Amber uniosła z zaciekawieniem brwi, ale sanitariusz 

nie zauważył jej pytającego spojrzenia. 

- Psiakość! Jak te papiery nie dotrą wkrótce na po­

łożniczy, Proctor wyśle za mną ekipę poszukiwawczą. 

Może już to zrobiła. 

- No dobra, leć. I dziękuję. 

Ponownie utkwiła wzrok w lekarzu i jego małym pa­

cjencie. Tripp był tak pochłonięty chłopcem, że nie zda­

wał sobie sprawy, iż jest obserwowany. Z włosami za­

czesanymi w kucyk i kolczykiem w uchu wciąż przypo­

minał tego zadziornego, zbuntowanego nastolatka, jakim 

był przed laty. 

Cichym niskim głosem objaśniał chłopcu, jak się ob­

chodzić z młodym bezbronnym zwierzęciem. Amber słu­

chała z zafascynowaniem. Nuda, z którą nie mogła się 

wcześniej uporać, poszła w zapomnienie. 

Ni stąd, ni zowąd Tripp podniósł głowę. Ich spojrzenia 

się spotkały. Chwilę później P.J. coś powiedział i Tripp 

znów skupił na nim uwagę. Przez kilka sekund Amber 

stała bez ruchu, a potem, nie chcąc przeszkadzać lęka-

background image

30 

SANDRA STEFFEN 

rzowi w nawiązaniu kontaktu z chorym dzieckiem, ci­

chutko skierowała się do windy. Sama nie wiedziała, co 

się z nią dzieje. Oddech miała przyśpieszony, w gardle 

jej zaschło... 

Bardzo chciała porozmawiać z Trippem. Zawahała 

się; mogłaby poczekać na dole przy rejestracji, ale na 

myśl o spotkaniu z siostrą Proctor wzdrygnęła się. Hm, 

gdyby tylko było jakieś inne wyjście... 

Rozejrzała się dookoła. Niektórzy nienawidzili szpi­

tali. Ale nie Amber. Odwiedzała je mniej więcej raz 

w tygodniu z ramienia Fundacji Hopechest, którą przed 

wieloma laty założyła Meredith Colton. Fundacja finan­

sowała ośrodki pomocy dla dzieci w całych Stanach, 

w tym przedszkola dla dzieci zarażonych wirusem HIV, 

a także przeznaczała spore sumy na zajęcia pozalekcyjne 

i imprezy sportowe dla młodzieży z dużych miast. 

Amber przypomniała sobie podróż samochodem 

z Prosperino do Ukiah. Po drodze widziała mnóstwo 

dzieciaków pracujących w polu. Ubogie rodziny żyją 

wszędzie, nie tylko w dużych miastach. Energicznym 

krokiem skręciła w stronę pokoju pielęgniarek. Kiedy 

wspomniała, że pracuje w Fundacji Hopechest, dyżuru­

jąca pielęgniarka nadstawiła uszu. 

- Czy mogłaby mi pani wskazać gabinet osoby zaj­

mującej się finansami szpitala? Chciałabym zapropono­

wać różne formy pomocy dla dzieci z biednych lub roz­

bitych rodzin. 

Młoda pielęgniarka uśmiechnęła się z aprobatą. 

- Po co ma pani błądzić? Sama panią zaprowadzę. 

Kiedy po godzinie - rozmowa trwała nadspodziewa-

background image

ZONA NA POKAZ 

31 

nie długo - Amber opuszczała gabinet dyrektora, w po­

wietrzu unosił się zapach jedzenia. Ciekawa była, czy 

Tripp nadal przebywa na terenie szpitala. Wędrowała 

przez labirynt korytarzy, kierując się strzałkami wskazu­

jącymi drogę do wyjścia. Musiała jednak źle skręcić, bo 

nagle wszystko wkoło wydało się jej obce. I faktycznie, 

zamiast do windy doszła do schodów. Przystanęła, pró­

bując się zorientować, gdzie jest, po czym zawróciła 

w stronę, z której przyszła. Zrobiła najwyżej trzy kroki, 

kiedy raptem z pokoju tuż obok dobiegły ją głosy. 

- Wszystkim będzie cię brakowało, Calhoun. 

Stanęła jak wryta. Wszystkim będzie brakowało Trip-

pa? Zdaje się, że Frederico również powiedział coś w tym 

stylu. A dokąd to Tripp się wybiera? 

Podchodząc do drzwi, uniosła rękę, by zastukać. Głosy 

znów wypełniły ciszę. Ręka Amber zawisła w powietrzu. 

- Ale jeśli naprawdę chcesz odejść, to zaklepuję sobie 

twój gabinet. 

Tripp popatrzył na mężczyznę siedzącego przy biurku. 

Poza tym, że obydwaj byli lekarzami i pracowali w tym 

samym szpitalu, różnili się absolutnie wszystkim. Nie 

przeszkadzało im to jednak się przyjaźnić. Gavin Cooper, 

opalony, niebieskooki blondyn, zawsze zrelaksowany 

i uśmiechnięty, bardziej przypominał jednego z tych 

przystojniaków, którzy godzinami pływają na desce sur­

fingowej niż wybitnie uzdolnionego lekarza. Przezywany 

donżuanem z Ukiah, sprawiał wrażenie człowieka szczę­

śliwego i zadowolonego z życia, zupełnie jakby przed 

chwilą opuścił łóżko kochanki. Teraz też siedział wygod-

background image

32 

SANDRA STEFFEN 

nie rozparty w fotelu, z rękami skrzyżowanymi na piersi, 

z nogami na biurku przyjaciela - odprężony, pozbawiony 

trosk i zmartwień. 

Co innego Tripp. Przemierzał nerwowo pokój, pod­

rzucając w kieszeni klucze. 

- Wiesz, Coop, jeszcze nie dostałem tamtej pracy. 

Stanął przy oknie, plecami do kolegi. Z gabinetu roz­

ciągał się wspaniały widok na wznoszące się w oddali 

pasmo gór Mendocino. Ale Tripp nie patrzył na góry; 

patrzył na parking w dole. Pośród różnych kombi, limu­

zyn i terenówek jedno auto rzucało się w oczy. Wcześniej 

widział je przed Hacienda de Alegria. Czerwony porsche 

Amber Colton... 

Kiedy godzinę temu siedział w pokoju P.J., był pe­

wien, że ma omamy. Wydawało mu się, że widzi Amber. 

Stała w progu, cichutko, nieruchomo. Czuł się jak zagu­

biony na pustyni wędrowiec, któremu jawi się przed ocza­

mi dziwna fatamorgana. 

Szczupła, zgrabna, z rozpuszczonymi włosami, ubra­

na w opięte spodnie wyglądała niezwykle ponętnie. Całe 

szczęście, że siedział na brzegu łóżka, bo dreszcz pożą­

dania, jaki go przeszył, pewnie zwaliłby go z nóg. Zro­

biłoby się zamieszanie, zbiegłby się personel... A lekarz 

nie powinien znajdować się w centrum zainteresowania. 

Raz mu się to zdarzyło, kiedy zaczął się spotykać z bo­

gatą, zblazowaną dziedziczką - on, chłopak z dołów spo­

łecznych, który zamiast się wykoleić, wyrósł na ludzi. 

Reszty można się domyślić. 

- To tylko kwestia czasu. W końcu któż bardziej na­

daje się na to stanowisko? 

background image

ŻONA NA POKAZ 33 

Tripp potarł ręką brodę ocienioną popołudniowym za­

rostem. Nie, nie miał omamów. Czerwony porsche na 

parkingu przed szpitalem na pewno nie jest żadną iluzją 

czy mirażem. Ale, na miłość boską, czego Amber szuka 

w tutejszym szpitalu? 

- Calhoun, czy ty mnie w ogóle słuchasz? 
- Słucham. Właśnie wczoraj otrzymałem list od 

Montgomery'ego Perkinsa z Santa Rosy. Zostało dwóch 

kandydatów. 

- Kto jest twoim konkurentem? Znam go? 

- Niejaki Spencer - odparł Tripp, wciąż spoglądając 

przez okno. - Mówi ci to coś? 

- Spencer? To imię czy nazwisko? 
- Nazwisko. 
- Czyżby Derek Spencer? 

- Zgadłeś. 

Przeklinając pod nosem, Cooper zsunął nogi z biurka. 

- Wciąż nie mogę uwierzyć, że został pediatrą. Bar­

dziej mi do niego pasowała chirurgii plastyczna. Oczy­

wiście żadne tam rozszczepy wargi czy zniekształcenia 

pourazowe, raczej poprawianie nosów i piersi gwiazd­

kom w Hollywood. - Cooper pokręcił zdegustowany 

głową. - Po cholerę mu etat w prywatnym szpitalu 

w Santa Rosie? 

- Nie wiem, ale nie to jest najgorsze. 
- Nie to, że walczysz o stołek ż podłym hipokrytą 

i swoim największym rywalem ze studiów? Więc co? 

- To, że Derek się zaręczył. 

- Kim jest nieszczęsna wybranka? 

Kiedy indziej Tripp doceniłby sarkazm przyjaciela. 

background image

34 SANDRA STEFFEN 

- 01ivia. 

- Twoja 01ivia? - zdumiał się Cooper. 

Tripp przemilczał fakt, że już od jakiegoś czasu nic 

go nie łączy z 01ivią Babcock. 

Ojciec 01ivii był ogromnie wpływowym człowiekiem, 

z którego zdaniem liczyli się wszyscy mający cokolwiek 

wspólnego z medycyną. Szanse Trippa nie przedstawiały 

się najlepiej. Prawdę mówiąc, przedstawiały się tragicznie. 

- To znaczy, że nie mam co robić zakusów na twój 

gabinet? 

- Tak łatwo się nie poddaję. 
- Coś ci powiem, stary. Ludziom nie przeszkadza, je­

śli lekarz pracujący w pogotowiu czy izbie przyjęć ucho­

dzi za podrywacza, ale rodzice lubią, aby pediatra opie­

kujący się ich dziećmi był człowiekiem żonatym, o usta­

bilizowanym życiu rodzinnym. Na twoim miejscu rozej­

rzałbym się szybko za żoną. Najlepiej taką, która ma 

dwójkę własnych dzieci oraz krewnych równie bogatych 

i wpływowych, jak starzy 01ivii. 

Tripp skrzywił się niezadowolony, kiedy nagle usły­

szał za drzwiami jakieś szmery. Dobiegł go zapach dro­

gich, egzotycznych perfum, a chwilę później do pokoju 

wbiegła Amber. Seledynowego kostiumu składającego się 

z bluzki i spodni nie znaczyła ani jedna fałdka czy zmar­

szczka. Nie miał pojęcia, jak bogaci to robią; przecież 

nie stoją cały dzień na baczność. 

Nie zdziwił się, widząc zmianę, jaka zaszła w Coopie. 

Przyjaciel nie potrafił przejść obojętnie obok żadnej ko­

biety. Ale Amber nie zwróciła na niego najmniejszej uwa­

gi. Patrzyła na Trippa. 

background image

ZONA NA POKAZ 

35 

- Dzień dobry - powiedziała niskim, zmysłowym 

głosem, wyciągając z kieszeni zegarek. - Pomyślałam 

sobie, że może ci się przyda... 

Wiedziała, jak to zabrzmiało -jakie ktoś obcy mógłby 

odnieść wrażenie. I o to jej chodziło. Obejrzawszy się 

przez ramię, uśmiechnęła się do Coopa. 

- Czy w miejscu pracy też zostawia swoje rzeczy, 

a potem o nich zapomina? 

Tripp wybałuszył oczy. Amber zdawała się tego nie 

widzieć. Trzepocząc rzęsami, podała Coopowi rękę. 

- Jestem Amber Colton - przedstawiła się. Jej zacho­

wanie cechowała pewność siebie, z którą bogaci chyba 

się rodzą. 

- Bardzo mi miło. - Gavin uścisnął jej dłoń. - Gavin 

Cooper, kierownik izby przyjęć... Czy przypadkiem nie 

jest pani spokrewniona z Josephem Coltonem? 

- Zna pan mojego ojca? 

- Nie osobiście. - Puściwszy dłoń Amber, popatrzył 

Trippowi głęboko w oczy. - Nie doceniłem cię, przyja­

cielu. Moje rady, jak widzę, wcale nie są ci potrzebne. 

Jeśli w ten weekend pojawisz się na kolacji z taką ko­

bietą jak Amber, szala przechyli się na twoją stronę. Two­

je szanse na stanowisko w Santa Rosie od razu wzrosną. 

No dobra, zostawiam was samych. 

Uśmiechając się szeroko, Cooper wyszedł na korytarz 

i zaniknął za sobą drzwi. 

Cisza, jaka zapanowała w pokoju, niemal dzwoniła 

w uszach. Tripp zmrużył oczy. Amber przyglądała mu 

się bez słowa. On oddychał wolno, miarowo, ona oddech 

miała szybki, płytki. Dziesiątki pytań cisnęły się jej na 

background image

36 SANDRA STEFFEN 

usta. Jakie stanowisko? Dlaczego w Santa Rosie? Kim 

jest Spencer? Co za 01ivia? 

Trzy razy zbierała się na odwagę, żeby go o to zapytać, 

ale ponura, zacięta mina Trippa działała na nią depry­

mująco. 

- Co się stało? - spytała w końcu. 

Ocknął się. Wziął głęboki oddech, po czym wypuścił 

wolno powietrze i podszedł do biurka. 

- A co się mogło stać? Coop myśli, że jesteśmy ko­

chankami. To wszystko. A teraz z łaski swojej, wyjaśnij 

mi, co tu robisz? I czy wszystkich facetów masz zwyczaj 

podrywać? 

Jego agresywny ton trochę zbił ją z tropu. Nie rozu­

miała, dlaczego Tripp ją atakuje. 

- Co się stało? - powtórzyła cicho. 

- Nic. 
- Nie kłam. 

Zmarszczył czoło. 
- Często podsłuchujesz pod drzwiami? 
- Były otwarte. 
Obejrzał się przez ramię. Ona też. Teraz były zamknię­

te. Znajdowali się sami w pokoju. Tripp cofnął się dwa 

kroki. 

- Coop oczywiście jest dorosłym facetem, który 

z niejednego pieca chleb jadł. Ale sanitariusz, z którym 

cię wcześniej widziałem, to jeszcze młodzik. To tak jakby 

dorosła rozpieszczona kotka umilała sobie czas, bawiąc 

się z biedną, bezbronną myszką. 

Biedną bezbronną myszką? Przez kilka sekund Amber 

wpatrywała się w Trippa oszołomiona. 

background image

ŻONA NA POKAZ 37 

- Frederico - oznajmiła wreszcie - jest równie bez­

bronny jak rekin. 

- Frederico? 

Spodziewała się rozmaitych pytań, ale nie takiego. 

- To ten chłopak, który pomógł ci wnieść psa do szpi­

tala. Nie wiesz, jak ma na imię? 

- Oczywiście, że wiem. Fred. Wszyscy znają Freda. 

Nagle coś ją tknęło. Siostra Proctor też użyła imienia 

Fred. 

- Rozumiem. 

Tripp właśnie się rozkręcał. 

- To dobrze. Bo wiesz, Don i Mary Smith to prości 

ludzie. Mogli ochrzcić syna Frederick, ale na pewno nie 

Frederico. 

W porządku, basta. Sanitariusz zabawił się jej ko­

sztem. Ale to jeszcze nie powód, aby Tripp się nad nią 

znęcał. Poza tym wciąż nie wiedziała, a bardzo ją to in­

trygowało, o czym rozmawiał z Cooperem. 

Postanowiła zaspokoić swoją ciekawość. 
- O co chodzi z Santa Rosą? Chcesz się tam prze­

nieść? Zmienić pracę? 

Zawahał się, w końcu jednak uznał, że nie ma nic 

do ukrycia. 

- Tak. Właściciele prywatnego szpitala cieszącego się 

doskonałą renomą poszukują kogoś, kto by pokierował 

pediatrią. Otrzymywałbym bez porównania wyższą pen­

sję i byłbym w stanie pomóc znacznie większej liczbie 

dzieci. 

- W takim razie nie widzę problemu. Zgadzam się. 

- Przepraszam, nie bardzo rozumiem. Na co? 

background image

38 SANDRA STEFFEN 

Z trudem powściągnęła irytację. Sprawiał wrażenie 

sporo inteligentniejszego. 

- Jeśli dobrze usłyszałam, wybierasz się na kolację, 

gdzie oprócz ciebie będzie twój główny rywal, który za­

ręczył się z twoją byłą narzeczoną. Jeżeli chcesz, może­

my wybrać się razem i udawać parę. Przynajmniej pod 

tym jednym względem nie będziesz stratny. 

Zatkało go. Przez moment nie odzywał się. Amber 

stała uśmiechnięta, zadowolona z siebie. Znów nasunęło 

mu się skojarzenie z rozpieszczoną kotką. 01ivia też czę­

sto miewała taką zadowoloną z siebie minę. Ta myśl po­

działała na niego jak kubeł zimnej wody. 

- Co tu robisz, Amber? Po co tu przyjechałaś? 

Miała bardzo ekspresyjne oczy. Wyobraził sobie, jak 

lśnią w blasku gwiazd. Ostrożnie, kolego, zganił się 

w duchu. Lepiej nie wybiegaj myślą za daleko. 

Wskazała palcem na zegarek, który kilka minut temu 

wcisnęła mu do ręki. 

- Inez znalazła go w salonie - oznajmiła. - Miałeś 

rację. To znaczy w sprawie Inez. Rzeczywiście usiłuje 

nas wyswatać. Oprócz instrukcji, jak trafić do szpitala, 

dała mi mnóstwo cennych rad, jak cię usidlić. Ale nie 

bój się, nie zamierzam jej słuchać. Nie należę do osób, 

które pozwalają sobą manipulować. 

Faktycznie, jest samodzielna i rzadko kogokolwiek się 

radzi. A już na pewno nie potrzebuje swatki. W ciągu 

ostatnich pięciu lat trzy razy się jej oświadczano. To chyba 

o czymś świadczy, prawda? Tak, Amber Colton wie, jak 

zdobyć mężczyznę. Powoli jednak zaczynała wątpić, czy 

potrafi znaleźć miłość. Wcześniej, nad basenem, pomię-

background image

ZONA NA POKAZ 

39 

dzy nią a Trippem coś wyraźnie zaiskrzyło. Nie miało 

to, rzecz jasna, związku z miłością, ale... 

- W każdym razie tobie zależy na nowej pracy. A ja 

chciałabym ci pomóc. 

- Dlaczego? Na co liczysz? 

- A dlaczego uważasz, że nie mogę działać bezinte­

resownie? 

Prychnął ni to pogardliwie, ni to z niedowierzaniem. 

Z całej jego postawy biła zuchwałość i arogancja. Kiedy 

tak stał, mierząc ją gniewnym wzrokiem, przypomniał 

się jej tamten zbuntowany piętnastolatek, w którego ob­

ronie wystąpiła przed wieloma laty. 

- No dobrze - poddała się. - W dzieciństwie łączyła 

nas przyjaźń. Chciałabym, abyśmy znów byli przyjaciół­

mi. A przyjaciele sobie pomagają. Jeżeli udając twoją na­

rzeczoną, mogę ci pomóc zdobyć upragnione stanowisko, 

chętnie zostanę nią na jeden wieczór. 

- Nie cierpię kłamać. Kłamstwo jest jak pies. Merda 

ogonem, a kiedy odwracasz się, chapie cię za tyłek. 

- Udawanie to nie to samo co kłamanie. Jeżeli po­

trzebujesz... 

Potrząsnął głową. 
- Dziękuję, sam sobie poradzę. Obejdę się bez po­

mocy znudzonej dziedziczki, która szuka jakiegoś zajęcia. 

- Jeszcze nigdy w życiu... - Nie była w stanie dokoń­

czyć, po prostu brakowało jej słów. Odwróciwszy się na pię­

cie, ruszyła do wyjścia. - Jak nabierzesz rozumu, to zadzwoń. 

Trzasnęła drzwiami. Zanim odeszła kilka metrów, 

usłyszała przez głośnik informację, że doktor Tripp Cal-

houn proszony jest na oddział intensywnej terapii. 

background image

40 

SANDRA STEFFEN 

Razem dotarli do windy. I razem wsiedli do środka. 

Amber wcisnęła parter, Tripp pierwsze piętro. 

- Chyba powinienem cię przeprosić - rzekł, kiedy 

drzwi się zasunęły. 

- Mówisz to z wahaniem w głosie. - Nawet na niego 

nie spojrzała. - Nieszczere przeprosiny nie są nic warte. 

Zapanowało niezręczne milczenie. 

- Do widzenia - powiedział, kiedy winda zatrzymała 

się na pierwszym piętrze. 

Amber bez słowa odsunęła się, robiąc mu przejście. 

Tripp postąpił krok naprzód, po czym stanął, jakby chciał 

coś powiedzieć, w końcu jednak wysiadł. 

Odwrócił się do niej twarzą. Amber popatrzyła mu 

w oczy, a po chwili przeniosła spojrzenie w bok. Drzwi 

zasunęły się i winda ponownie ruszyła w dół. 

To miałby być jej przyjaciel? Dobre sobie! - pomy­

ślała, zaciskając rękę na poręczy. O wiele serdeczniej 

żegnała się z facetem, który co miesiąc odczytywał u niej 

licznik energii elektrycznej. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Tripp przyłożył słuchawkę do klatki piersiowej młodej 

pacjentki. Posłuchał, jak bije jej serduszko, po czym prze­

sunął słuchawkę wyżej i przytknął ją do czoła dziewczyn­

ki. Kiedy to robił, większość jego pacjentów zaczynała 

chichotać. 

Ośmioletnią Sierrę Rodrigez stać było jedynie na słaby 

uśmiech. 

- Niezbyt dobrze się czujesz? - spytał po hiszpańsku 

Tripp. 

W odpowiedzi dziewczynka pokręciła głową. Dziś ra­

no przekazał jej rodzicom dobrą wiadomość: badanie 

krwi wykluczyło białaczkę. Niestety, Sierrę wciąż trapiła 

gorączka i bolał brzuch. Chociaż bardzo chciała iść do 

domu, czekały ją dalsze badania. Rodzice dziewczynki, 

pracownicy sezonowi z Meksyku, byli biedni; nie mieli 

ubezpieczenia zdrowotnego, oszczędności ani stałego 

miejsca zamieszkania. Sierra nie zastanawiała się nad 

tym. Dla niej dom kojarzył się z matką, ojcem i rodzeń­

stwem. 

Takich rodzin jak Rodrigezowie były setki w tej czę­

ści kraju, I właśnie z myślą o nich Tripp otworzył nie­

dużą prywatną klinikę na obrzeżach Ukiah. 

Ubodzy emigranci mieli tam zapewnioną opiekę me-

background image

42 

SANDRA STEFFEN 

dyczną, ale potrzeby były znacznie większe od możli­

wości. Prowadzenie takiej placówki kosztowało majątek. 

Tripp potrzebował pieniędzy. By rozszerzyć program po­

mocy dla biednych i otworzyć podobne placówki w in­

nych miastach Kalifornii, musiał znaleźć bogatych spon­

sorów. Praca w szpitalu w Santa Rosie była dla niego 

bardzo ważna. Prestiż, jaki by tam zyskał, pozwoliłby 

mu nawiązać odpowiednie kontakty. 

Psiakość. W głębi duszy wiedział, że powinien przy­

jąć ofertę Amber. Ale tak jak mała Sierra nie potrafiła 

przełknąć lekarstwa, tak on nie bardzo potrafił przełknąć 

swoją dumę. 

Odłożywszy na bok kartę choroby, przez chwilę uważ­

nie obserwował chorą dziewczynkę. Zastanawiał się, ja­

kie w następnej kolejności należy wykonać badania. Wre­

szcie wstał i pogrążony w myślach opuścił pokój. 

Do licha! Gnębiły go wyrzuty sumienia. Nienawidził 

tego. Amber stwierdziła, że poczucie winy daje świetny 

bodziec do działania. Może niektórym dawało, jednakże 

w jego wypadku to nie poczucie winy sprawiło, że uczył 

się i skończył studia medyczne; sprawcą jego sukcesów 

byli Meredith i Joe Coltonowie, których szlachetność, 

wspaniałomyślność i serdeczność pchnęły go na właści­

wą drogę. 

Nie każdy, oferując innym pomoc, musi mieć w tym 

własny egoistyczny cel. Może Amber faktycznie pragnęła 

wystąpić w roli jego narzeczonej wyłącznie z dobroci 

serca? Może kierowały nią szlachetne odruchy, a nie -

jak podejrzewał - litość czy współczucie? Powinien był 

postarać się rozszyfrować jej motywy, a on co? Odtrącił 

background image

ZONA NA POKAZ 43 

ją, a w dodatku obraził. Widział smutek w jej dużych 

zielonych oczach. Przyjechała taki kawał drogi, by zwró­

cić mu zegarek, a on nawet jej nie podziękował. 

Od wczoraj właściwie non stop o niej myślał, o tym, 

co powinien był powiedzieć i jak się zachować. Próbował 

przestać, ale nie potrafił. Nie dość, że Amber nieustannie 

towarzyszyła mu w myślach, to jeszcze odwiedziła go 

w nocy, we śnie. Obudził się rano zlany potem, z mocno 

bijącym sercem. 

Wszedł do pokoju następnego pacjenta. Cisco Ville-

real, któremu parę dni temu usunięto migdałki, powitał 

go promiennym uśmiechem. Chłopiec wracał dziś do do­

mu. Tripp wiedział, że będzie mu brakowało tego sze­

ścioletniego smyka, który wkrótce znów wyruszy z ro­

dzicami do pracy w polu. 

Właśnie dla takich dzieci jak Cisco i Sierra warto się 

męczyć, spędzać w szpitalu długie godziny, pracować na 

dwie zmiany, nie dosypiać. Niektórzy lekarze narzekają 

na przesadnie rozbudowaną biurokrację i zbytnie obcią­

żenie robotą papierkową. Oczywiście mają rację, ale naj­

ważniejszy jest pacjent. 

Dla Trippa tylko on się liczył. Pomagając choremu 

dziecku, pomagał całej rodzinie. Często po strachu 

w oczach rodziców potrafił poznać, jak ciężki jest stan 

dziecka. Przerażeni ojcowie nie przejmowali się biuro­

kracją, brakiem ubezpieczenia czy pieniędzy. Chcieli wy­

łącznie jednego: aby ich ukochane dziecko wyzdrowiało. 

Tego też chciał Tripp. I to było główną siłą, która go 

napędzała. Rzadko się zdarzało, by ktoś, kto w wieku 

czternastu lat rzucił szkołę, a z marzeń i ambicji zrezyg-

background image

44 SANDRA STEFFEN 

nował dużo wcześniej, ktoś, kogo matka nie żyła, a ojciec 

przepadł jak kamień w wodę, mógł zdobyć wykształcenie 

i zawód. Po prostu bezpańskie urwisy wychowywane 

przez ulicę nie zostawały lekarzami. Większość z nich 

umierała, nie dożywając pełnoletności. 

Tripp również zmierzał drogą donikąd. Na nikim i ni­

czym mu nie zależało. Wszystko zmieniło się w dniu, 

w którym trafił do Hopechest. Spotkanie z Joem i Me-

redith Coltonami dopełniło reszty. 

Po raz pierwszy w życiu przekroczył próg szpitala 

tamtego lata, kiedy zamieszkał u Coltonów i Meredith 

zabrała go na pogotowie. Bójka z Peterem Bradentonem 

- a raczej kontakt z jego szczęką - zakończyła się trzema 

złamanymi kośćmi. Na pogotowiu, zafascynowany tym, 

co się wokół dzieje, ruchem, pośpiechem, rozmowami, 

Tripp zapomniał o bólu. Kiedy założono mu gips, miał 

jedno marzenie: aby Coltonowie pozwolili mu zostać. Bał 

się, że zechcą go odesłać. Chociaż nie mówił o tym na 

głos, Meredith wszystkiego się domyśliła. Wtedy, przed 

laty, była inna. Miała w sobie tyle ciepła i dobroci, że 

każdy starał się tak postępować, aby dostarczyć jej po­

wodów do radości i dumy. 

Chciała, by przeprosił Petera. Trudno mu było się 

przemóc, ale zrobił to dla niej. Przeprosił Petera, 

a następnie ostrzegł go, że jeśli jeszcze raz obrazi któ­

regoś z Coltonów, gorzko tego pożałuje. 

I co? Wczoraj sam obraził Amber. 

Rzuciła mu koło ratunkowe, a on uniósł się honorem. 

Duma nie pozwoliła mu przyjąć jej pomocy. Nie tylko od­

trącił wyciągniętą dłoń, ale jeszcze zachował się jak gbur. 

background image

ZONA NA POKAZ 

45 

Nie byl pewien, jak powinien naprawić swój błąd. 

Oczywiście zdawał sobie sprawę, że należą się Amber 

przeprosiny. Trzykrotnie wczoraj sięgał po telefon, by do 

niej zadzwonić, i trzykrotnie odkładał słuchawkę. 

W końcu doszedł do wniosku, że przeprosi ją osobi­

ście, nie wiedział jednak, gdzie Amber mieszka. Posta­

nowił, że zdobędzie adres i po dyżurze złoży jej wizytę. 

Bał się tego spotkania, a zarazem cieszył się, że będzie 

miał okazję ponownie się z nią zobaczyć. Bał się dlatego, 

że zawsze sądził, iż jest odporny na wdzięki pięknych, 

ponętnie zaokrąglonych blondynek. Fakt, że nie jest, bar­

dzo go zaniepokoił. 

- Dzień dobry, doktorze Calhoun. 
Młoda pielęgniarka uśmiechnęła się. Skinął jej na po­

witanie głową. Po korytarzu kręciło się co najmniej kil­

kanaście osób. Natychmiast wyłowił z tłumu tę, wokół 

której od wczoraj krążyły wszystkie jego myśli. 

Stanął jak wryty. Nie zauważył tego idący za nim 

technik ze zdjęciami rentgenowskimi. 

- Przepraszam, panie doktorze. 

- Nie szkodzi. To moja wina - odparł Tripp. 

Ruszył pośpiesznie, by nie stracić Amber z oczu. 

Zgrabnie wymijała personel i pacjentów. Tripp uważał, 

że wiele można wyczytać z czyjegoś sposobu chodzenia. 

Amber Colton chodziła jak kobieta przywykła do mę­

skich spojrzeń, ale traktowała je obojętnie; nie wbijały 

jej w dumę. 

Dziś również miała na sobie komplet składający się 

ze spodni i góry, tym razem biały. Góra była bez ręka­

wów, wcięta w pasie, spodnie luźne u dołu, lecz obcisłe 

background image

46 

SANDRA STEFFEN 

w biodrach. Tripp poczuł, jak krew w nim kipi. Ściągnął 

gniewnie brwi. 

Nie interesują go takie kobiety. Oznaczają kłopoty. 

On nie ma jednak wyjścia. Winien jest jej przeprosiny 

i nie zamierza zrejterować. 

- Amber, poczekaj! - zaskrzeczał. 
Nic dziwnego, że go nie słyszała. Przyśpieszył kroku. 

By nie patrzeć na jej kołyszące się biodra, wbił oczy 

w skórzaną torebkę, którą miała przewieszoną przez ra­

mię. Torebka kołysała się w rytm jej kroków, to zasła­

niając, to odkrywając pluszowego psa. 

Była przy schodach, kiedy Tripp ponownie spróbował: 
- Amber, poczekaj! 

Tym razem go usłyszała. Obejrzawszy się przez ramię, 

przystanęła. Jej twarzy nie zdobił najmniejszy uśmiech. 

- Niełatwo cię dogonić. Dokąd tak pędzisz? 

Spojrzała na miękkiego pluszowego zwierzaka, któ­

rego ściskała pod pachą. 

- Do pokoju P.J. Chcę mu to dać. A jestem już 

spóźniona na spotkanie z dyrektorem. 

Nie dodała: „Więc jeśli masz mi coś do powiedzenia, 

to mów"; nie było takiej potrzeby. Sposób, w jaki prze­

chyliła głowę i uniosła brwi, był dostatecznie wymowny. 

- No? - rionagliła go po chwili. - O czym myślisz? 

Zastanawiał się, czy kobibty wiedzą, jak bardzo 

mężczyźni nie cierpią tego pytania. Dał pierwszą 

odpowiedź, jaka przyszła mu do głowy. 

- Że jesteś osobą wyjątkowo stanowczą i apodyk­

tyczną. 

Zarumieniła się. On zaś skarcił się w duchu. Psiakość, 

background image

ZONA NA POKAZ 47 

znów ją rozgniewał. A może złość nie minęła jej od 

wczoraj? 

- Nie podoba ci się to, jak wyglądam, jak się zacho­

wuję i co mówię. Masz jakiś problem...? 

Uniósł rękę. 

- Stanowczość wcale nie jest wadą. Naprawdę nie 

chciałem cię urazić. 

- Nie? Dobrze, że mnie uprzedzasz. 

Miała tupet i nie dawała się łatwo zbić z tropu. Po­

dziwiał ją za to. Gdyby była kruchą, delikatną istotką, 

która boi się własnego cienia, wtedy przed laty nie sta­

nęłaby w jego obronie. 

- Nie goniłem cię, żeby znów ci sprawić przykrość 

- powiedział. - Chciałem cię przeprosić. Za wczoraj. 

A co do pytania, czy mam problem, to owszem, mam. 

Z tobą. Ale nie jesteś niczemu winna. 

Przyjrzała mu się badawczo. Czarny krawat i koszula, 

cera śniada, nie potrzebująca zabezpieczenia przed słoń­

cem, broda i policzki starannie ogolone. Boże, ależ on 

jest przystojny, przemknęło jej przez myśl. Ogarnęła ją 

złość. Co z tego, że przystojny? Wczoraj ją obraził, sarri 

się do tego przyznał, a teraz wygaduje jakieś bzdury. 

- Nie jestem? Masz ze mną problem, ale nie ja jestem

mu winna? Więc kto? - Głos się jej lekko załamał. 

- Nie wiem. Przepraszam cię za moje wczorajsze za­

chowanie. - Na moment zamilkł. - To, w jakiej rodzinie 

przychodzimy na świat - ciągnął - bogatej czy biednej, 

szczęśliwej bzy patologicznej, nie zależy od nas. Problem. 

w tym, że wy, bogacze, nawet nie zdajecie sobie sprawy 

jak bardzo onieśmielacie resztę z nas... 

background image

48 

SANDRA STEFFEN 

To mają być przeprosiny? 

- Ja... ty... - Dukała, jąkała się, a przecież nigdy dotąd 

nie brakowało jej słów. Odczekała chwilę, by uporządkować 

myśli, po czym ponownie otworzyła usta. - Bogaty nieko­

niecznie znaczy szczęśliwy. Wśród bogatych rodzin, tak sa­

mo jak wśród biednych, zdarzają się patologie. 

Czyżbyśmy kłócili się o to, czyja rodzina jest bardziej 

dysfunkcjonalna? Nisko upadliśmy, pomyślała Amber. 

Wzruszył ramionami. 

- Onieśmielam cię? - spytała cicho. 

Zaczął się bawić zegarkiem. 
- Nieważne - burknął. 
Może nie powinna była naciskać, ale... Wczoraj, kie­

dy wyszedł na patio, poczuła, że coś ich łączy. Nie chciała 

tego stracić. Odkąd matka zmieniła się po wypadku, a oj­

ciec zaczął coraz bardziej zamykać się w sobie, bała się, 

że już nikt jej nigdy nie pokocha. Rodzina rozpadła się, 

każdy żył własnym życiem... 

- Nieważne? Ważne. Powiedz, naprawdę cię onie­

śmielam? Dlaczego? 

Westchnął głośno. 
- Bo jesteś piękna, mądra, inteligentna, bogata. Masz 

dyplom z Radcliffe. 

- Na miłość boską, a ty jesteś lekarzem! 
Na szczęście korytarz był pusty, więc nikt nie słyszał, 

jak Tripp podnosi głos. 

- Jestem klepiącym biedę, zapracowanym Metysem, 

który musiał ciężko harować, aby ukończyć studia. 

- Ojciec mówił, że maturę zdałeś z najlepszym wy­

nikiem w szkole. 

background image

ZONA NA POKAZ 

49 

- Najlepszy wynik w mojej szkole byłby najgorszym 

w twojej. 

- Wątpię. 

Nie odpowiedział. Zmieniła taktykę. 

- No dobrze, onieśmielam cię. To nam przeszkadza 

w nawiązaniu przyjaźni. Zastanówmy się więc, jak mo­

żemy temu zaradzić. 

- Nie sądzę. aby... 

- W szkole podstawowej, kiedy musiałam wystąpić 

przed klasą, wyobrażałam sobie, że wszystkie moje ko­

leżanki i koledzy siedzą w samych majtkach i skarpe­

tach. Może powinieneś zastosować podobną metodę? 

Zmrużył oczy. Nagle Amber złapała się za głowę. 

- Chociaż lepiej nie! - zawołała ze śmiechem. 

Uzmysłowił sobie, że gapi się w nią jak sroka w gnat. 

Ale nie mógł się powstrzymać. Oczarował go jej ciepły, 

przyjazny uśmiech. 

Przeczesał ręką włosy - były długie, uczesane w ku­

cyk. Ten kucyk stanowił formę protestu, pamiątkę po tym, 

kim był i przypomnienie tego, do czego dążył. 

- Coop nawymyślał mi od idiotów, kiedy dowiedział 

się, że odrzuciłem twoją ofertę. Ale... - Nie chciał ulec 

pokusie, dlatego postanowił się bronić. - Może i przy­

dałaby mi się narzeczona, ale nie chcę, żeby ktokolwiek 

się nade mną litował. 

Amber cofnęła się o krok. Uśmiech znikł jej 

z twarzy. 

- Litował? Uważasz, że mi ciebie żal i dlatego... 

- Chryste... - Znów ją obraził! 

Wcisnęła mu do ręki pluszowego psa. 

background image

50 

SANDRA STEFFEN 

- Jestem spóźniona na spotkanie. Z łaski swojej do­

pilnuj, aby to trafiło do PJ. 

Przez kilka długich sekund przyglądała mu się z za­

dumą; stała bez ruchu, nawet nie mrugając powiekami. 

Potem wolno odwróciła się i odeszła; odgłos jej obcasów 

stukających o lśniącą szpitalną posadzkę niósł się po ca­

łym korytarzu. 

Zatrzymała się kilkanaście metrów dalej, przy zamk­

niętych drzwiach. Wzięła głęboki oddech, by uspokoić 

skołatane nerwy, po czym oznajmiła cicho: 

- Nigdy nie wzbudzałeś we mnie litości, Tripp. Aż 

do dziś. 

Po chwili już jej nie było, a on stał na środku kory­

tarza, ściskając w ręku psa. Serce waliło mu młotem. 

Miał ochotę zapaść się pod ziemię. 

Siedziała na macie w swoim domu w Fort Bragg. 

Pierwszy dzwonek do drzwi zignorowała. Pięć sekund 

później rozległ się drugi, a zaraz po nim walenie tak głoś­

ne, że aż ściany się zatrzęsły. Wzdychając z rezygnacją, 

rozprostowała ręce i nogi. dźwignąwszy się z podłogi, 

podeszła na palcach do drzwi i wyjrzała przez judasza. 

Odruchowo wydała cichy okrzyk zdumienia. Psiakość, 

piętnaście minut medytacji na straty! Opadła z powrotem 

na pięty. Energicznie sięgnęła ręką do klamki, po czym na­

gle się zawahała. Jeszcze wciąż nie doszła do siebie po 

ostatniej konfrontacji z upartym doktorem Calhounem. 

- Otwórz, Amber. Nie wygłupiaj się. 

Korciło ją, aby zlekceważyć jego prośbę. W końcu 

jednak zwyciężyła zwykła ludzka ciekawość. 

background image

ŻONA NA POKAZ 51 

- Daj mi chociaż jeden powód, dla którego miałabym 

cię wpuścić. 

Cisza przedłużała się. Amber skrzyżowała ręce na 

piersiach i oparła się o ścianę, gotowa czekać tak długo, 

jak będzie trzeba. 

- Błagam. 

Wystarczyło to jedno słowo, wypowiedziane ciepłym 

głosem. Policzywszy w myślach do pięciu, otworzyła 

drzwi. 

Przyglądała mu się bez słowa Miał na sobie sprane dżin­

sy i czarną koszulkę o nieco wyblakłej barwie. Twarz po­

ciągła, o wystających kościach policzkowych. Zęby białe, 

rzęsy długie, wydatna szczęka. Nos wąski, kiedyś pewnie 

prosty, teraz wyraźnie skrzywiony. Tak, Tripp Calhoun był 

przystojnym mężczyzną; drobne niedoskonałości jedynie 

dodawały mu wdzięku. Oczywiście poza Trippem znała 

wielu przystojnych facetów, ale tylko on potrafił z taką ła­

twością wyprowadzić ją z równowagi. 

- „Błagam" to słaby powód. 

Kąciki ust mu zadrgały. Po chwili uśmiechnął się z za­

wstydzeniem. 

- Obawiam się, że innego nie mam. 

Serce zaczęło jej bić jak oszalałe. 

- Czego chcesz? - spytała. 
- Przyszedłem cię przeprosić. 
- Znów? - Podniosła do oczu rękę, jakby chciała 

obejrzeć paznokcie. - Ostatnim razem jakoś kiepsko ci 

to wyszło. 

Z trudem przełknęła ślinę. Tripp milczał. Miała wra­

żenie, że jemu też w gardle zaschło. 

background image

52 SANDRA STEFFEN 

- Wiem. I za to też chciałbym cię przeprosić. Napra­

wdę mi przykro... 

Wierzyła mu. A to znaczyło, że albo była głupia i ła­

twowierna, albo samotna i rozpaczliwie poszukująca mi­

łości. Wzdrygnęła się. Nie, głupia na pewno nie jest i fa­

ceta też na gwałt nie poszukuje. 

- W porządku - odrzekła. - Przeprosiny przyjęte. 

A teraz wybacz, ale... 

- P.J. był zachwycony twoim zwierzakiem. 

- Ojej, naprawdę? Cieszę się. 

Nie spuszczał z niej oczu. 
- Pomyślałem sobie, że dobrze by było, aby poroz­

mawiał z kimś takim jak ty. 

- Z kimś takim jak ja? - spytała zaciekawiona. 

Była zła na siebie. Czy nie ma za grosz dumy? 

- Tak - odparł. - Z kimś silnym, ambitnym, obda­

rzonym poczuciem humoru i potrafiącym wybaczać. 

Nogi się pod nią ugięły. Czuła się jak nastolatka 

w obecności swojego idola. Zganiła się w duchu. Rany 

boskie, przecież nie jest dziewięcioletnim podlotkiem. 

Nawet nie jest naiwną dziewiętnastolatka. Jest dojrzałą 

kobietą, mądrą, odpowiedzialną, niezależną. 

Po chwili Tripp przeniósł spojrzenie z jej twarzy 

w bok, w głąb mieszkania; zobaczył migoczący płomyk 

świecy oraz malutką fontannę, z której tryskała woda. 

- Czułbym się zaszczycony, gdybyś zaprosiła mnie 

do środka. 

Zaszczycony? Nikt dziś tak nie mówi. Może, wbrew 

temu, co sądziła, rycerskość wcale nie wymarła? Może... 

Przywołała się po porządku. 

background image

ZONA NA POKAZ 

53 

- Po co? - spytała rzeczowo. - Nie lepiej się rozstać, 

zanim znów mnie obrazisz? 

Po jego minie widziała, że nie jest mu łatwo. Nie 

lubił nikogo o nic prosić. Pewnie by się nad nim zlito­

wała, gdyby nie to, że nazwał ją rozpieszczoną kotką. 

I osobą apodyktyczną. 

- Namyśliłem się - oznajmił w końcu. 

- W sprawie? 

- Twojej oferty. 

Jak zwykle o tej porze dnia, nad miastem zawisła gęsta 

mgła. Amber zadrżała - bardziej z emocji niż z zimna. 

- Mojej oferty? 
- Tak. Że mogłabyś wystąpić w roli mojej narzeczo­

nej podczas proszonej kolacji. Więc byłbym ci wdzięcz­

ny, jeżeli oczywiście oferta nadal jest aktualna. - Słysząc 

hałas, obejrzał się przez ramię. Małżeństwo w średnim 

wieku prowadziło na smyczy pięknego doga. - To co, 

mogę wejść? 

Hm, czyli poszedł po rozum do głowy i zmienił zda­

nie. Pomachała przyjaźnie do sąsiadów, po czym ponow­

nie wbiła wzrok w Trippa. Ciekawe, czy o niej też zmie­

nił zdanie. No nic, pewnie wkrótce się przekona. Cofną­

wszy się, otworzyła drzwi na oścież. 

Wszedł do środka i przystanął w ogromnym holu. 

Starał się zachowywać swobodnie, naturalnie, był jednak 

wyraźnie spięty. Wcale nie miał pewności, czy Amber 

przyjmie przeprosiny, a tym bardziej czy zechce wcielić 

się w rolę jego narzeczonej. 

- Usiądźmy - zaproponowała. 

Ruszył za nią do salonu, w którym stała kanapa oraz 

background image

54 

SANDRA STEFFEN 

miękkie fotele. Na ścianach wisiało mnóstwo oprawio­

nych pasteli. Kilkanaście migoczących świeczek stało na 

niskim, drewnianym stoliku. Nieopodal szumiała mała 

fontanna. 

- Przeszkodziłem ci w czymś? 

Wzruszyła ramionami. 

- Medytowałam. 

Przynajmniej to tłumaczy strój i wygląd Amber. 

Z niedbale upiętego na czubku głowy koka wysunęło się 

kilka złocistych kosmyków, które opadły jej na szyję. Sto­

py miała bose. Proste srebrne kółko zdobiło jeden z pal­

ców u nogi. Luźne szorty zwisały nisko, jakby ledwo 

trzymały się na biodrach. Krótka opięta bluzka bez rę­

kawów odsłaniała brzuch. Strój zakrywał znacznie więcej 

niż bikini, w którym wygrzewała się na patio, ale działał 

na zmysły nie mniej podniecająco. 

- Czujesz zapach? - spytała. 

Wciągnął nosem powietrze. 
- To mieszanka lawendy, rumianku i róży - wyjaś­

niła. - Postanowiłam zafundować sobie aromaterapię. 

Podobno ma działanie niesamowicie kojące. 

- I co? Rzeczywiście? 

- Owszem. Powinieneś spróbować. 
Przejrzała go na wylot. Kiepski był z niego aktor. Sta­

rając się zachować powagę, wskazała ręką fotel. 

- Chyba że wolisz stać? 

Wolał. Nie zdziwiła się. 
- Czyli zmieniłeś zdanie? I chciałbyś, abym podczas 

kolacji, na którą cię zaproszono, udawała twoją narze­

czoną? 

background image

ŻONA NA POKAZ 55 

- Tak. 

- Mówiłeś, zdaje się, że kłamstwa są jak psy... 

- Bo są. 

- Więc? 

- Coop twierdzi, że udawanie i kłamanie to dwie róż­

ne rzeczy. 

- Ach tak? Powiedziałeś, że Coop nawymyślał ci od 

idiotów. Czy dlatego zmieniłeś zdanie? To on sprawił, 

że zmądrzałeś? 

- Coop nie ma z tym nic wspólnego. Po prostu prze­

myślałem, co mówiłaś. O litości, współczuciu... 

- Niepotrzebnie na ciebie wsiadłam. Przepraszam. 
- Należało mi się. Ale litości w dalszym ciągu nie 

chcę. 

- A co chcesz? 
Nie zauważył, kiedy podeszła bliżej, ale nagle zoba­

czył przed sobą jej oczy - wielkie, zielone, kuszące. 

Wtem zdał sobie sprawę, że to nie Amber się zbliżyła, 

bo nadal stała na drugim końcu pokoju. To on, nie wia­

domo kiedy, zbliżył się do niej na wyciągnięcie ręki. 

Coś go uwierało w szyję, jakby miał za mocno za­

wiązany krawat. Ale przecież do dżinsów i T-shirta nie 

wkładał krawata. Odchrząknął raz i drugi. Pomogło. 

- Nie chodzi o to, czego chcę. Raczej czego potrze­

buję. 

- A czego potrzebujesz? 
Utkwił wzrok w jej wargach. Z trudem przełknął: ślinę. 

Znów odchrząknął, inaczej nie zdołałby wydobyć głosu. 

- Pracy w Santa Rosie. 
- Dlaczego? 

background image

56 

SANDRA STEFFEN 

- Santa Rosa liczy ponad sto tysięcy mieszkańców. 

To bogate miasto. Szpital znajduje się w prywatnych 

rękach, jest doskonale wyposażony, leczą się w nim oso­

by, które może cierpią na brak zdrowia, lecz nie na brak 

pieniędzy. Do San Francisco można dojechać w cią­

gu trzydziestu pięciu minut. Moje uposażenie wzrosłoby 

trzykrotnie. Prestiż również. Potrzebuję jednego i dru­

giego. 

- Jakoś nie sprawiasz wrażenia człowieka, któremu 

zależy na sławie. 

Poczuł się mile połechtany. 
- To prawda, ale zależy mi na klinice, którą założy­

łem dla biednych. Im większą będę cieszył się sławą, tym 

łatwiej będzie mi zdobyć fundusze na dalsze inwestycje. 

Chciałbym otworzyć więcej takich ośrodków wzdłuż ca­

łego wybrzeża Kalifornii. Do tego potrzebne są pieniądze, 

czyli bogaci i hojni sponsorzy. 

- Dlaczego od razu tak nie powiedziałeś? 
Zadawała inteligentne pytania, a on, człowiek mało­

mówny, który zazwyczaj ograniczał się do dwóch mono­

sylabowych słów: „tak" lub „nie", otworzył się przed nią. 

Opowiedział jej o początkach stworzonej przez siebie kli­

niki, o nękających ją kłopotach finansowych, o swoich 

planach i nadziejach na przyszłość. W trakcie opowieści 

usiadł na wygodnej kanapie, Amber zaś zajęła miejsce 

naprzeciwko, w miękkim fotelu. Podwinęła nogi pod sie­

bie i słuchała go z zafascynowaniem. 

Może jednak aromaterapia była skuteczna, albowiem 

po kilku minutach napięcie minęło i obydwoje poczuli 

się odprężeni. Mgła za oknem zniknęła. Niebo, niedawno 

background image

ŻONA NA POKAZ 57 

jeszcze białe, przybrało odcień stalowoszary, a potem 

czarny. Świece powoli się wypalały. 

Siedzieli w półmroku. Po pewnym czasie rozmowa 

zeszła na inne tematy: na rodzeństwo Amber, prawdziwe 

i przybrane, które Tripp poznał w trakcie swojego kilku­

miesięcznego pobytu na ranczu. Amber z miłością mó­

wiła o ojcu, ani razu jednak nie wspomniała o matce. 

Martwiła się o najstarszego brata Randa, a także o naj­

młodszą adoptowaną siostrę Emily. Słuchając Amber, 

Trippowi przemknęło przez myśl, że prawie wcale jej 

nie zna. Stracił kontakt z większością Coltonów; jedynie 

z Joem starał się regularnie widywać. Po prostu był zbyt 

zajęty, najpierw studiując, potem pracując, aby śledzić 

losy wszystkich członków tej wyjątkowo licznej i roz­

gałęzionej rodziny. Nie wiedział o zniknięciu Emily, 

o tym, że od dłuższego czasu nie dawała znaku życia. 

O tym, że Amber mieszka w Fort Bragg, też wcześniej 

nie wiedział. Adres podała mu lnez, kiedy wczesnym po­

południem wybrał się do Prosperino. Zdziwił się, kiedy 

skręcił w jej ulicę. Sądził, że będzie mieszkała w oka­

załej rezydencji, tak jak jej ojciec, ona jednak wolała ma­

ły i przytulny dom. 

O sobie samej nie bardzo chciała mówić. Kiedy pytał 

o coś, co jej dotyczyło, zręcznie zmieniała temat. Nato­

miast interesowała ją zarówno klinika, którą założył dla 

biednych, jak i stanowisko, które pragnął zdobyć w San­

ta Rosie. 

- Ile razy spotkałeś się z lekarzami prowadzącymi ten 

ekskluzywny szpital? 

- Dwa. 

background image

58 

SANDRA STEFFEN 

- A twój kontrkandydat? 

- Nie wiem. 

Wyciągnęła spod fotela notes i zaczęła zapisywać 

w nim różne rzeczy. Gdzie odbędzie się kolacja? Ile osób 

jest zaproszonych? Była mądra, dowcipna, serdeczna, 

pełna energii. Imponowała mu, zwłaszcza inteligencją. 

Podmuch wiatru uderzył w szybę. Chociaż nie czuli 

przeciągu, płomyki świec zamigotały. 

Trippowi stanęły przed oczami sceny, które śniły mu 

się w nocy. Przebiegł go dreszcz. 

- Co jutro robisz? - spytała. 
- Pracuję - odparł. 
Na szczęście nie spytała, o czym myśli, bo nie wie­

działby, co odpowiedzieć. 

- O której kończysz? 
- O czwartej. Najpóźniej o piątej. 

- Mógłbyś tu przyjechać około piątej? 
- Tu? Do Fort Bragg? 

Skinęła potakująco głową, a gdy on odpowiedział jej 

twierdząco, zapisała coś w notesie, po czym wyrwała kar­

tkę i wcisnęła mu do dłoni. 

- Spotkamy się pod tym adresem. O piątej. Muszę 

cię ubrać. 

Ubrać? Ona jego? Starając się powściągnąć wodze 

wyobraźni, czym prędzej wstał z kanapy. 

Nie udało się. Wyobraźnia pracowała na pełnych ob­

rotach. Zrobiło mu się gorąco. 

Amber również wstała. Zaczęła go okrążać. Milczał 

zdezorientowany. To mu pozwoliło nieco ochłonąć. 

- Co rozumiesz przez „ubrać"? - spytał w końcu. 

background image

ZONA NA POKAZ 59 

- Musisz wywrzeć jak najlepsze wrażenie. Wyglądu 

nie należy lekceważyć. Mamy tu w Fort Bragg doskonały 

sklep z tradycyjną, elegancką odzieżą dla mężczyzn. 

Zerknął na zapisany na kartce adres. 

- Sklep z męską odzieżą? Mam kupić nowy garnitur? 

O to ci chodzi? 

- Tak, chyba że dysponujesz odpowiednim. A my­

ślałeś, że o co mi chodzi? 

Udał, że nie słyszy jej pytania. 

- Doktor Perkins wie, jak wyglądam. 

Zmierzyła go wzrokiem. 

- Wyglądasz świetnie. Żadna kobieta nie miałaby ci 

nic do zarzucenia. Zakładam jednak, że doktor Perkins 

nie jest kobietą? 

Pokręcił przecząco głową. 

- Szkoda. - Westchnęła. - W każdym razie w ten 

weekend zaprezentujemy Perkinsowi i jego kolegom no­

wą, udoskonaloną wersję doktora Trippa Calhouna, naj­

lepszego pediatry w całym stanie Kalifornia. 

Leciutko pchnęła go w stronę drzwi. Nie pamiętał, by 

je otwierał, ale chyba musiał, bo chwilę później był na 

dworze. 

- Tripp? 

Odwrócił się. 

- Cieszę się, że odnowiliśmy przyjaźń. - Zanim zdo­

łał cokolwiek powiedzieć, wspięła się na palce i lekko 

pocałowała go w usta. - Dobranoc. 

Drzwi się zamknęły. Nie pamiętał, by się żegnał, ale 

chyba musiał powiedzieć „do widzenia". Przynajmniej 

miał nadzieję, że nie wyszedł bez słowa pożegnania. 

background image

60 SANDRA STEFFEN 

Oblizał wargi. Poczuł na nich truskawkowy smak 

szminki. Starł ją wierzchem dłoni. 

Przez moment tkwił bez ruchu, wciąż oszołomiony. 

Wreszcie oprzytomniał. W porządku. Docenia dobre chę­

ci Amber i wdzięczny jest za pomoc. Kiedy jutro się spot­

kają, na pewno jej o tym powie. Ale musi jej również 

uświadomić kilka innych rzeczy. Owszem, zależy mu na 

pracy w Santa Rosie, na pieniądzach i prestiżu, i może 

rzeczywiście przydałby mu się nowy garnitur. Ale jeżeli 

Amber sądzi, że wszystko może z nim zrobić - rozjaśnić 

mu włosy, kazać włożyć niebieskie szkła kontaktowe - to 

się grubo myli. O tym, czy zdobędzie upragnione stano­

wisko, powinna decydować wiedza, charakter, podejście 

do pacjentów, a nie atrakcyjny wygląd. 

Mają udawać narzeczonych. Nie lubił kłamać. Może 

udawanie to nie to samo co kłamstwo, ale udawania też 

nie lubił. Niestety, nie miał wyboru. 

Kiedyś się przyjaźnili. Teraz też czują do siebie sym­

patię. Przynajmniej pod tym względem nie muszą grać. 

Wsiadł do samochodu. Nie muszą grać? Akurat! 

W obecności Amber trawiło go pożądanie, które cały 

czas w sobie tłumił. Udawał zrelaksowanego, chociaż był 

spięty, udawał obojętnego, chociaż miał ochotę porwać 

ją w ramiona. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Słowo daję, chyba znaleźliśmy! 

Tripp odruchowo zacisnął zęby. Bał się, że jeśli Andre 

jeszcze odrobinę podniesie głos, trzyskrzydłowe lustro 

rozpryśnie się na tysiące kawałków. 

- Ma styl. Ma klasę, klasę przez duże K. I leży jak 

ulał. Jest po prostu doskonała! - Zachwycony, przejechał 

ręką po swoich krótko ostrzyżonych, jasnych włosach. 

- Prawda, Amber? 

Uśmiechnęła się nieśmiało. 
- Owszem, jest całkiem niezła - przyznała. 

- Niezła? Niezła? - Andre nie mógł wyjść z oburze­

nia. - Moim zdaniem ta marynarka wygląda fantastycz­

nie! Jak pan sądzi, doktorze? 

Trippowi przemknęło przez myśl, że chyba lepiej by 

się bawił na stole operacyjnym, poddając się przeszcze­

powi nerki, niż krążąc od wieszaka do wieszaka. 

- Jest czarna - stwierdził. Wszystkie marynarki, które 

dziś przymierzał, były w tym kolorze. 

Andre popatrzył z błaganiem w oczach na Amber. 
- Czerń, mój drogi, to kolor klasyczny, który nigdy 

nie wychodzi z mody. Czarny garnitur można włożyć na 

ślub i na pogrzeb, do eleganckiej restauracji, na galę, jak 

również na wszelkie skromniejsze okazje. Montgomery 

background image

62 SANDRA STEFFEN 

Perkins jest człowiekiem w czepku urodzonym. Dwa­

dzieścia pięć lat temu przeniósł się z rodziną ze wschod­

niego wybrzeża do Kalifornii. Jego przodkowie przybyli 

do Ameryki na statku „Mayflower". Tacy jak on mają 

szafę pełną czarnych garniturów. Ludzie, z którymi się 

zadają, również. 

Tripp wytrzeszczył oczy. 
- Skąd wiesz? 

- Przeprowadziłam małe śledztwo - odparła. -

Z moich informacji wynika, że doktor Perkins jest nie­

zwykle bogatym człowiekiem o bardzo konserwatyw­

nych poglądach. Osoba starająca się u niego o pracę na 

pewno nie zyskałaby w jego oczach, gdyby pojawiła się 

na przyjęciu z przyczepionym do twarzy nosem klauna 

albo ubrana w tweedowy garnitur. 

Na dźwięk słowa „tweed" Andre zaczął się wachlo­

wać, jakby zrobiło mu się niedobrze. 

- To co? Znaleźliśmy czy mamy dalej szukać? - spytał. 

Tripp przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze. Musiał 

przyznać, że marynarka rzeczywiście leży świetnie. I czuł 

się w niej doskonale. 

- Ile kosztuje? 

Andre wymienił jakąś astronomiczną sumę. Tym ra­

zem Tripp nawet nie próbował ukryć zdumienia. Przy­

mierzył już dziesięć czy piętnaście marynarek, z których 

każda kosztowała więcej niż jego miesięczny czynsz. Na 

wieszakach wisiały dziesiątki, ba, setki innych. Prze­

szczep nerki byłby zapewne bez porównania tańszy 

i przyjemniejszy. 

Ponownie zerknął na swoje odbicie. 

background image

ZONA NA POKAZ 

63 

- W porządku - powiedział płaskim, bezbarwnym 

głosem. - Biorę. 

Andre rozpromienił się. 

- Znakomicie. A teraz spodnie, koszula i krawat. 

Myślę, że najlepsza byłaby koszula w kolorze szarym, 

a krawat... 

W tym momencie zadzwonił telefon. Andre westchnął. 

- To pewnie Jules dzwoni, żeby spytać, dlaczego tak 

długo nie ma mnie w domu. Przepraszam, muszę ode­

brać. Ale za momencik wrócę do pana i dobierzemy re­

sztę. - Odbiegł w podskokach. 

- Nie śpiesz się - mruknął pod nosem Tripp. 
- Wiesz, mógłbyś się wiele od niego nauczyć - po­

wiedziała cicho Amber. 

- Tak? - Tripp spojrzał w stronę kasy, przy której 

Andre rozmawiał przez telefon. - Na przykład czego? 

- Uniżoności. Podlizywania się. 

Wzdrygnął się. 
- Nie zaszkodziłoby również, gdybyś się uśmiechał. 
- Uśmiecham się. 
- Nie zauważyłam. Kiedy? 

Wyszczerzył zęby. Amber pokręciła głową. 
- Takie wymuszone się nie liczą. Kiedy ostatni raz 

uśmiechnąłeś się szczerze? 

Zmarszczył z namysłem czoło. I skrzywił się - szcze­

rze, niewymuszenie. Amber posłała mu triumfujące spoj­

rzenie, jakby chciała powiedzieć: No widzisz? 

- Mam kilka wskazówek, które mogą ci pomóc 

w uzyskaniu upragnionego stanowiska. Ale na razie 

zmieńmy temat. Andre jest wspaniały, nieprawdaż? 

background image

64 

SANDRA STEFFEN 

- Prawdaż. 

- No proszę, co za szalony entuzjazm. - Zmierzyła 

go chłodnym wzrokiem. - O co ci chodzi? 

- Pomijając fakt, że nie mam ani czasu na strojenie 

się, ani cierpliwości, ani pieniędzy na tak drogie stroje, 

to absolutnie o nic mi nie chodzi. 

Zdjął marynarkę, po czym obrócił się, szukając miej­

sca, żeby ją powiesić. 

- Obliczałem, ile dzieci Miguel Rodrigez zdołałby 

wykarmić za sumę, którą wydam na czarny garnitur. 

Wzięła od niego marynarkę i przewiesiła sobie przez 

ramię. 

- Jeżeli ten czarny garnitur pomoże ci zdobyć pracę, 

zyska na tym wiele takich rodzin jak Rodrigezowie. 

Nie wiedział, co odpowiedzieć, bo Amber ma słusz­

ność. Ma też piękne oczy, cudowny uśmiech i zgrabną 

figurę. Skarcił się w duchu, że wciąż się na nią gapi. 

W przeciwieństwie do wielkich domów towarowych, 

sklep, w którym się znajdowali, był ekskluzywny i sto­

sunkowo nieduży; bardziej przypominał sklepy europej­

skie niż amerykańskie. Strategicznie rozmieszczone ża­

rówki osłonięte matowymi kloszami rzucały ciepłe świat­

ło, które nadawało skórze Amber złocisty odcieii. Tripp 

nigdy nie przywiązywał nadmiernej wagi do ubrań. Jego 

zdaniem nie strój świadczył o człowieku. Ale może się 

mylił. Bo na widok Amber ubranej w markowe spodnie, 

jedwabną bluzkę i nie rzucające się w oczy buty z deli­

katnej skóry Andre aż zapiał z zachwytu. 

- Znów się naburmuszyłeś, Calhoun. 

- Zawsze musisz mieć ostatnie słowo? 

background image

ZONA NA POKAZ 

65 

- Tylko wtedy, gdy mam rację. 

- A zdarza ci się nie mieć? 

- Nie przypominam sobie. - Oczy lśniły jej wesoło. 

- Dobrze, że woda sodowa nie uderzyła ci do głowy. 

Błysnęła zębami w uśmiechu. 

- Każdy ma wady i zalety. Ty znasz się na medycy­

nie, ja na ludziach... Całe szczęście, że Andre zgodził 

się zostać po godzinach. 

- Mówiłem ci. Niespodziewana sytuacja zatrzymała 

mnie dłużej w szpitalu. Potem gnałem na złamanie karku, 

żebyś za długo nie czekała. 

- Ta kręta droga i ostre wiraże nie sprzyjają rozwi­

janiu szybkości. 

- Zależy, jak się prowadzi. 
- A ty lubisz szybko, ostro, zdecydowanie? 

Nie umiał odgadnąć, czy go podpuszcza, czy z nim 

flirtuje. W każdym razie podobało mu się, że wychwytuje 

różne drobne niuanse i aluzje. Język miała cięty, umysł 

żywotny. Czuł, że powinien mieć się na baczności. Coś 

się między nimi działo, coś, w czym chętnie uczestni­

czył... Nagle spiął się. Nic się nie działo. Amber wy­

świadcza mu koleżeńską przysługę, to wszystko. 

Wiedział, że się oszukuje. Podczas godzinnej jazdy 

do Fort Bragg cały czas o niej myślał. 

- Dziękuję - rzekł cicho. 

Uniosła pytająco brwi. Na widok zdumienia malują­

cego się na jej twarzy wykonał coś, czym niemal zasko­

czył sam siebie. Uśmiechnął się szeroko. 

Nie mogła oderwać spojrzenia od jego ust. Postanowił 

z niej zażartować. 

background image

66 

SANDRA STEFFEN 

- No co? Kazałaś mi się uśmiechać. 

- Istotnie - przyznała. 

Poczuła na plecach delikatne mrowie. Zaczęło się 

przesuwać, rozprzestrzeniać na wszystkie strony; po 

chwili malutkie igiełki łaskotały ją w dłonie i stopy. Ko­

lana miała jak z waty. Czyżby się zakochała? Tylko tego 

brakowało! 

Przypomniała sobie swój niepokój, kiedy o piątej po 

południu czekała na Trippa, a on się spóźniał. Z każdą 

mijającą minutą jej niepokój narastał. Pięć minut 

spóźnienia jeszcze jakoś zniosła, dziesięć też, piętnaście 

już gorzej. Po upływie godziny była kłębkiem nerwów. 

Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Tripp stanowił dla 

niej zagadkę, wyzwanie, ale nie tylko. Był czymś więcej. 

Naprawdę się jej podobał. Mało tego: chciała, by on 

też ją polubił. Była przerażona sama sobą. Zachowywała 

się jak głupi, niedojrzały podlotek. Nigdy dotąd na nikim 

jej tak nie zależało. Dlaczego akurat Tripp wzbudzał 

w niej takie emocje? Może dlatego, że wydawał się nie­

czuły na jej wdzięki? 

Zazdrościła mu. Też by wolała patrzeć na niego obo­

jętnie. Niestety, za każdym razem, gdy podchodził bliżej, 

serce biło jej szybciej, oddech miała urywany, w głowie 

się jej kręciło, myśli stawały się mętne, rozmyte jak ob­

razy we śnie. Był człowiekiem wymagającym, skompli­

kowanym, trudnym we współżyciu, ale to się nie liczyło. 

Liczyło się to, że miał wielkie serce, że kochał ludzi. 

Wciąż pamiętała jego niski, ciepły głos, kiedy rozmawiał 

z małym P.J. Takim samym ciepłym głosem podziękował 

jej przed chwilą. A właśnie... 

background image

ZONA NA POKAZ 

67 

- Za co? - spytała. 

Popatrzył na nią, nie kojarząc, o co pyta. 

- Słucham? 

- Podziękowałeś mi. Za co? 

- Za to, że nie robiłaś mi wyrzutów, kiedy przyje­

chałem spóźniony o godzinę. Że kiwałaś grzecznie gło­

wą, kiedy Andre przy każdej kolejnej marynarce wykrzy­

kiwał, że jest o niebo lepsza od poprzedniej. Że włożyłaś 

tyle pracy i wysiłku, aby dowiedzieć się jak najwięcej 

o Montgomerym Perkinsie. Jesteś niezwykle uczynna, 

dokładna i sumienna. 

Tak, Tripp ma wielkie serce. Och, czasem bywa na­

burmuszony i nieznośny, ale na te drobne wady można 

przymknąć oczy. Czyżby... aż bała się dopuścić tę myśl 

do swojej świadomości... czyżby wreszcie poznała męż­

czyznę, którego gotowa byłaby zaakceptować? Mężczy-

-

znę, dla którego liczy się nie tylko zewnętrzna powłoka, 

ale również to, co się pod nią kryje? 

Chcąc się upewnić, czy przypadkiem wyobraźnia nie 

płata jej figla, podeszła bliżej. 

- Co robisz? - spytał. 

Uderzyła go w nozdrza woń jej perfum. Egzotyczny 

aromat sprawił, że świat zawirował mu przed oczami. 

A może nie zapach to sprawił, lecz uśmiech Amber, jasny 

i promienny. 

- Kim jesteś? - spytała. - Co zrobiłeś z Trippem? 

Poczuł dreszczyk emocji. Cholera, niedobrze, pomy­

ślał. Pamiętaj, że to tylko przysługa, powtarzał w duchu. 

- Bez przesady. Czytałem gdzieś, że dopiero dwanaście 

plusów równoważy jeden minus. Przede mną długa droga. 

background image

68 SANDRA STEFFEN 

Uśmiech na twarzy Amber jeszcze bardziej pojaś­

niał. 

- Próbujesz być miły, żeby wynagrodzić mi swoje 

wcześniejsze zachowanie? 

- A nie powinienem? 

Zastanawiał się, dlaczego Amber tak go fascynuje. 

Wzajemne przyciąganie było wyraźnie wyczuwalne, po­

wietrze naelektryzowane jak podczas burzy... Tripp po­

stąpił krok do przodu. Amber wpatrywała się w niego 

z nadzieją w oczach. Miał ochotę zgarnąć ją w ramiona 

i pocałować. Tu i teraz. Och, jak bardzo go korciło! Po­

woli schylał głowę... 

- No już - dobiegł ich wysoki głos. - Kazałem Jules 

uzbroić się w cierpliwość. 

Odskoczyli od siebie, po czym z zainteresowaniem za­

częli oglądać coś na wieszakach, on z prawej strony, ona 

z lewej. 

- Człowiek ciągle musi się tłumaczyć, o której wróci 

do domu - ciągnął Andre. - No dobrze, a teraz spodnie. 

Te są idealne. Dla takich spodni mógłbym popełnić mor­

derstwo! I ten krawat. Czyż nie jest boski? 

Tripp odchrząknął, usiłując wrócić do rzeczywistości. 

Myślami wciąż był przy pocałunku, do którego prawie 

doszło. Zerknął na Amber, nagle jednak zdumiony skie­

rował wzrok na Andre, który wyciągnął z kieszeni miarkę 

i opadł przed nim na kolana. 

- Co pan robi? 
- Muszę zmierzyć długość nogawki po wewnętrznej 

stronie. 

Tripp zamarł bez ruchu. 

background image

ŻONA NA POKAZ 69 

- Bardzo ładnie! - ucieszył się Andre. - Niech się 

pan nie rusza. 

Bardzo ładnie? Ja ci dam bardzo ładnie! - pomyślał 

Tripp i cofnął się tak gwałtownie, że biedny Andre omal 

sobie zębów nie wybił. W ostatniej chwili wysunął rękę, 

żeby nie upaść na twarz. 

Dzwonek nad drzwiami zabrzęczał; mimo wiszącej 

w oknie tabliczki z napisem „Zamknięte" do sklepu 

wszedł kolejny klient. Andre popatrzył pytająco na Trip-

pa; nie dostrzegłszy w jego oczach sprzeciwu, tanecznym 

krokiem ruszył do drzwi. 

- Dlaczego to zrobiłeś? - spytała Amber. 

Tripp zazgrzytał zębami. 
- Od lat nie urosłem ani centymetra. Nie życzę sobie, 

aby ktoś mi mierzył długość nogawek. 

Niezadowolona mina Amber nie uszła jego uwadze. 

Nie wiedział, co ją tak zirytowało, ale nie zamierzał do­

ciekać. Miał ważniejsze sprawy na głowie. 

- Zwłaszcza ktoś, kto mówi z afektacją, gestykuluje 

i mieszka z człowiekiem o imieniu Jules, tak? - spytała 

Amber. Zabrała mu miarkę, którą odruchowo musiał wy­

rwać Andre z ręki, i zanim zdążył otworzyć usta, dodała: 

- Dla twojej informacji, Jules to zdrobnienie. 

- Od czego? 

- Od Juliann. 
- Juliann to imię żeńskie. 
- No właśnie. Nie głupio ci? Sam wiesz najlepiej, że 

nie powinno się ludzi oceniać po wyglądzie. 

Nagle zorientował się, że Amber klęka przed nim, tak 

jak przed chwilą uczynił to Andre. 

background image

70 

SANDRA STEFFEN 

- Co ty wyrabiasz? - zdumiał się. 

- Ktoś musi ci zmierzyć długość nogawki. 

Chwycił ją za rękę, gdy znalazła się tuż przy jego 

kroczu. 

- Po pierwsze, nikogo nie oceniam po wyglądzie. 

A po drugie, ty też mi nic nie będziesz mierzyć. 

- Nie? 

Wciąż tkwiła na kolanach. Twarz miała na wysokości 

jego bioder. Musiałaby być ślepa, by nie dostrzec lek­

kiego wybrzuszenia na wprost oczu. Jak przystało na do­

brze wychowaną młodą damę z wyższych sfer, odwróciła 

wzrok. Ale w przeciwieństwie do dobrze wychowanej da­

my z wyższych sfer, która powinna oblać się rumieńcem, 

ona rozciągnęła usta w uśmiechu. Tripp poczuł się jesz­

cze bardziej speszony. 

- Jak nie, to nie. Bez łaski. 

Poderwała się na nogi. Sprawiała wrażenie szczęśli­

wej. Była piękna, radosna, zmysłowa. 

Psiakrew, znał wiele atrakcyjnych, ponętnych kobiet, 

lecz na ich widok nie przestawał przecież logicznie my­

śleć. W obecności Amber zaś krew uderzała mu do głowy 

i nie był w stanie przypomnieć sobie, dlaczego nie po­

winien ulegać jej wdziękortl. Ale przypomni sobie; niech 

no tylko serce przestanie mu tak walić. 

- Odpręż się, Tripp. 

Łatwo jej mówić, pomyślał. 
- Dlaczego uważasz, że nie jestem odprężony? 

Wskazała zegarek, który zdjął z nadgarstka i miętosił 

w dłoni. A przecież równie dobrze mogła wskazać gdzie 

indziej. Doceniał jej takt i delikatność. 

background image

ZONA NA POKAZ 

71 

- Trzymaj. - Podała mu miarkę. - Może tobie się 

uda? 

Cisnął miarkę na stojące obok krzesło. 

- Po prostu bądź tak miła i pomóż mi znaleźć od­

powiednie portki. 

Uśmiechnęła się zalotnie. 

- Jak sobie życzysz, doktorku. Jak sobie życzysz. 

Widział, że trzęsie się ze śmiechu. Rozumiał, co ją 

bawi. Nie rozumiał jednak, dlaczego sam nie odczuwa 

złości. 

Chciał coś powiedzieć, jakoś zareagować, ale nim się 

obejrzał, podeszła do wieszaka na środku sklepu i zaczęła 

oglądać spodnie. 

Cóż miał robić? Ruszył za nią. 

Otworzył drzwi. Już miał zamiar wrzucić zakupy na 

tylne siedzenie w samochodzie, gdy Amber chwyciła go 

za rękę. Delikatnie wyjęła mu z dłoni plastikowy pokro­

wiec, z którego wystawał wieszak; pochyliwszy się, za­

wiesiła garnitur na specjalnym haczyku umocowanym 

nad drzwiami. 

- Co teraz? - spytała, prostując się. 

- Muszę wracać do Ukiah. 

- Tak szybko? 
Zatrzasnęła drzwi, po czym wygładziła ręką niewi­

dzialne zmarszczki na spodniach. Każdy jej ruch, każdy 

gest, był kobiecy i niezwykle zmysłowy. 

Tripp wziął głęboki oddech. 
- Czujesz? - Na moment przymknęła oczy. - Kiedy 

wieje wiatr z południa, w powietrzu unosi się zapach 

background image

72 

SANDRA STEFFEN 

kwiatów i krzewów rosnących w ogrodzie botanicznym 

na obrzeżach miasta. 

Tripp znał sporo miejscowości w północno-centralnej 

części Kalifornii, ale głównie tych położonych w głębi 

lądu. Z miast usytuowanych nad brzegiem oceanu znał 

właściwie dwa: Los Angeles, w którym mieszkał, dopóki 

nie skończył piętnastu lat, oraz San Francisco, gdzie przez 

siedem lat studiował. W Fort Bragg był po raz pierwszy 

w życiu. 

Głos Amber wyrwał go z zadumy. 
- Tripp? 

- Słucham? 
- Więc jak, jesteś głodny? 

Zorientował się, że podczas gdy ona do niego mówiła, 

on myślami był gdzie indziej. Psiakość, nieładnie. Zły 

na siebie, potrząsnął głową; odczytała to jako skinienie. 

- To pójdziemy coś zjeść? 
- Tutaj? 

- Wszystko jedno. 

Ponownie potrząsnął głową. 
- Przepraszam, ale naprawdę muszę wracać. 

- Trudno. 
- Zanim jednak się rozstaniemy, chciałbym coś po­

wiedzieć. O tym, do czego prawie doszło między nami 

w sklepie... 

- A do czego prawie doszło? - spytała z figlarnym 

błyskiem w oku. 

- Niewiele brakowało, a bym cię pocałował. I dobrze 

o tym wiesz. 

- Faktycznie. 

background image

ZONA NA POKAZ 

73 

Nieopodal rozległ się pisk hamulców. Tripp odrucho­

wo chwycił Amber za łokieć i pociągnął na chodnik. 

- Słuchaj, naprawdę doceniam twoją pomoc. Ale... 

nie zrozum mnie źle... po prostu chciałbym, żeby nie 

było między nami niedomówień. 

- Musisz wyrażać się trochę jaśniej. 

- Wiem. Chodzi mi o to, że pochodzimy z różnych 

środowisk. Z dwóch różnych światów. Kiedyś przed laty 

nasze drogi się przypadkowo zeszły. Zeszły, a potem 

znów rozeszły. Nie jestem znawcą kobiet, ale wydaje mi 

się, że znacznie większą wagę przywiązujecie do poca­

łunków czy miłych gestów niż mężczyźni. Ni; chciałbym 

widzieć smutku w twoich oczach, a już \a pewno nie 

chciałbym, żebyś była przeze mnie smutna. 

Wiatr targał kosmykami jego włosów. Korciło ją, by 

wyciągnąć rękę i delikatnie odgarnąć mu je za uszy. Po­

wstrzymała się. Podniosła wzrok i nagle przeszył ją 

dreszcz. 

Tripp patrzył na nią z pożądaniem, którego nie potrafił 

ukryć. Wiedziała, że czeka ją ciężka potyczka. Nie chciała 

jej przegrać, zanim jeszcze stanie do walki. 

- Jestem dużą dziewczynką. Umiem o siebie dbać. 

Ale w porządku, ostrzegłeś mnie i resztą się nie przejmuj. 

Tym bardziej że przed weekendem czeka nas mnóstwo 

pracy. - Obejrzała się za siebie. - Zaparkowałam za ro­

giem. Odprowadź mnie do samochodu, a ja ci po drodze 

opowiem, co musimy zrobić. No, nie stój tak. Proszę cię, 

szkoda czasu. 

Z walącym sercem ruszyła przed siebie. Po chwili ją 

dogonił. 

background image

74 

SANDRA STEFFEN 

- Boże, co za apodyktyczne stworzenie! 

Przygryzła wargę. 

- Przecież powiedziałam „proszę". 

- Tak. Ale to twoje „proszę" oznacza: rób, co mówię, 

bo inaczej... 

Uśmiechnęła się z zadowoleniem. Miała powody do 

radości. Tripp się jej nie wystraszył; w dodatku rozumiał 

ją. I nie tylko czuł do niej pożądanie, ale również sym­

patię. 

- No dobra, przyznaj się - powiedziała, przyglądając 

mu się z ukosa. 

Odnosił wrażenie, że Amber doskonale nad wszystkim 

panuje. W przeciwieństwie do niego, który nawet nie 

miał pojęcia, o czym ona mówi. Psiakość, przecież ani 

na moment nie odpłynął nigdzie myślami, nie pogrążył 

się w marzeniach... 

- Do czego? - spytał w końcu. 
- Dlaczego się tak skrzywiłeś na widok tej biednej 

kobiety, którą przed chwilą minęliśmy. 

- Jakiej kobiety? 

- Tej, z którą o mało się nie zderzyłeś. Biedaczka 

pewnie miała ciężki dzień, musiała zostać po godzinach 

w pracy i teraz śpieszy się do domu, żeby nakarmić głod­

ne dzieci. 

- Żeby nakarmić koty. 
- Skąd wiesz? 

- Niosła wielkie pudło kociego jedzenia. Widzisz tę 

kobietę, która wysiada z samochodu? 

-

 Tę rudą? 

- Tak. Jest na skraju załamania nerwowego. A tę gru-

background image

ZONA NA POKAZ 

75 

bą, która przechodzi przez jezdnię? Bije od niej radość 

z faktu bycia kobietą. 

Idący za Amber młodzieniec o mało na nią nie wpadł, 

kiedy stanęła jak wryta. Tripp przeszedł dalej kilka kro­

ków, po czym obejrzał się za siebie. 

- Czy wszyscy mężczyźni są tacy? - spytała. - Że 

patrzą na kobietę i na podstawie parosekundowej obser­

wacji wyciągają jakieś bzdurne wnioski? 

- Wcale nie bzdurne. - Ściszył głos, bo zaintrygowani 

przechodnie zaczęli im się przyglądać. - A czy wszyscy, 

tego nie wiem. Nie rozmawiamy o takich rzeczach. 

- Ty jednak uważasz, że wiele potrafisz wyczytać ze 

sposobu, w jaki kobieta się porusza? 

Skinął głową, jakby to było coś oczywistego. 

W porządku, nadeszła chwila prawdy. Zaraz się dowie, 

jak Tripp ją widzi. Zadanie pytania wymaga odwagi. Ry­

zyko jest duże: może ucierpieć jej duma, może pęknąć 

jej serce. Wzięła głęboki oddech. 

- A co o mnie możesz powiedzieć? 

Skrzyżował ręce na piersi. 

- Jesteś przyzwyczajona do męskich spojrzeń i zwy­

kle osiągasz to, co sobie postanowisz. 

- Odkryłeś to, patrząc na mnie od przodu czy od tyłu? 

- Zdecydowanie od tyłu. 
- A od przodu? 
- To bardziej skomplikowane. Jesteś piękna i masz 

tego świadomość. Promieniejesz wewnętrznym blaskiem. 

Masz namiętne usta i inteligentne spojrzenie. Twoje 

oczy... raz są wesołe, figlarne, kiedy indziej chmurna 

i zimne. 

background image

76 SANDRA STEFFEN 

Ruszył przed siebie. Chwilę później Amber go dogo­

niła. Kilkanaście metrów dalej zwolniła przy lśniącym 

czerwonym samochodzie. 

- To ten - rzekła, wskazując małe sportowe auto. -

Zadzwonię jutro do ciebie. 

- Poczekaj, jeszcze nie skończyliśmy. 

Obejrzała się przez ramię. 

- Powiedz, Tripp, czy twoja narzeczona odznaczała 

się dużą cierpliwością? 

Zmrużył gniewnie oczy. Na Amber nie zrobiło to naj­

mniejszego wrażenia. Obok przejechał zielony samochód. 

Za kierownicą siedziała kobieta, która przed chwilą szła 

z pudłem kociego jedzenia. Napis na zderzaku głosił: 

„Psy mają właścicieli, koty - służących". 

- Swoją drogą, jak ona się nazywa? 
- 01ivia. I jest byłą narzeczoną. 
Amber sięgnęła do przepastnej torby przewieszonej 

przez ramię i wydobyła notes. 

- A nazwisko? 

- Babcock. 
Podniosła gwałtownie głowę. 
- 01ivia Babcock, córka Jamisona Babcocka, który 

zbił majątek na komputerach i znaczną część tych pie­

niędzy postanowił przeznaczyć na badania nad rakiem? 

- Znasz ich? 
Nie znała, ale wiele o nich słyszała. 01ivia dorastała 

gdzieś pod Los Angeles. Była ze dwa, trzy lata od niej 

starsza i niemal od urodzenia gościła w kronikach towa­

rzyskich pism. Ze zdjęć w gazetach zawsze uśmiechała 

się piękna, świadoma swej wartości, elegancka młoda ko-

background image

ZONA NA POKAZ 

77 

bieta. I to właśnie ona była narzeczoną Trippa? Ciekawe, 

czy ją kochał? Chyba musiał. A może wciąż kocha? 

- Tęsknisz za nią? 

Nie odpowiedział. Czuł się tak, jakby siedział na fotelu 

dentystycznym i poddawał się ekstrakcji zęba. 

- Widujesz ją czasem? 

- Sądziłem, że spotkam ją w ten weekend. Na szczę­

ście się myliłem. Olivia ze swoim nowym narzeczonym 

zostali zaproszeni do Perkinsów na dzisiejszy wieczór. 

W sobotę nie będzie ich na kolacji. Chwała Bogu. - Nie 

krył radości. 

- Mam pytanie. - Amber zmarszczyła czoło. - Czy 

nie wydaje ci się dziwne, że twoja była jest narzeczoną 

Dereka Spencera? Twojego kontrkandydata? 

Skinął głową. Z jego oczu nie była w stanie nic wy­

czytać. 

- Nie wiem, jak ci to powiedzieć, doktorku, ale jeśli 

Spencer ma poparcie samego Babcocka, może się okazać, 

że twoja ogromna wiedza medyczna i nowy garnitur nie 

wystarczą. 

- Twoje nazwisko, Amber, też ma siłę przebicia. 

Wiedziała, że trzeba coś wymyślić. Jej umysł zaczął 

pracować na przyśpieszonych obrotach. 

- Powiedz mi coś o tej kolacji. 

- Spotykamy się o siódmej na drinka. Kolacja jest 

o ósmej. 

- Gdzie? 

- Słyszałaś o Alessandro's? 

Czy słyszała? Każdy, kto miał nazwisko, pieniądze 

lub liczył się w środowisku, musiał choć raz w życiu być 

background image

78 

SANDRA STEFFEN 

w tej luksusowej francuskiej restauracji, która na całym 

świecie cieszyła się ogromną sławą. 

- Kto wybrał lokal? 

- Jeden ze współpracowników Perkinsa ma w niej 

udziały. 

Amber zaczęła zapisywać informacje w notesie. 

- Bądź u mnie w czwartek o ósmej - oznajmiła 

wreszcie. 

- Po co? 
- Zapraszam cię na kolację. Albo nie, lepiej spotkaj­

my się w Hacienda de Alegria. Poproszę Inez o pomoc. 

- W czym? 
- Zobaczysz. Musimy wszystko przećwiczyć. W so­

botę każdy szczegół twojego wyglądu i zachowania bę­

dzie wzięty pod uwagę. Wierz mi, ocenie będzie podlegał 

nie tylko twój strój, ale również nasze maniery przy stole. 

Zacisnął dłonie w pięści. Nasze? Natychmiast stanął 

mu przed oczami szpital i pielęgniarki, które zaglądają 

do pacjentów, pytając: „Jak się dziś czujemy?" Nie „pan", 

,pani" ani nawet „ty", lecz właśnie „my". Mówiąc 

o „ich" manierach, Amber oczywiście miała na myśli je­

go, Trippa, zachowanie przy stole. Czy ona naprawdę są­

dzi, że on nie potrafi jeść zupy bez siorbania? Zresztą 

nawet gdyby siorbał, to co? Jedynym kryterium przyjęcia 

do pracy w szpitalu powinno być doświadczenie i wiedza 

medyczna. 

Był tak oszołomiony urodą Amber, jej uśmiechem 

pogodą ducha, że całkiem zapomniał o tym, z kim ma 

o czynienia: z bogatą, rozpieszczoną dziedziczką. Od 

takich kobiet, jak wiedział z doświadczenia, najlepiej 

background image

ŻONA NA POKAZ 79 

trzymać się daleko. Tyle że potrzebował jej pomocy. To 

go najbardziej złościło. 

- A zatem do czwartku - rzekł, zdumiony, że potrafi 

zachować spokój. - Postaram się być punktualnie. 

Odwrócił się na pięcie i odszedł. 

Patrzyła za nim zaskoczona. Widziała, że jest wście­

kły. Ale nie rozumiała dlaczego. Pewnie coś nieopatrznie 

powiedziała, ale co? 

Czy powodem zdenerwowania była eks-narzeczona, 

kontrkandydat czy może ona sama? Gdyby chwilę dłużej 

został, może zdołałaby odgadnąć prawdę. Ale Tripp nie 

dał jej okazji. 

Dziwny to człowiek. Honorowy i uparty. Szczery, nie­

cierpliwy, skomplikowany. Trochę zakompleksiony, na 

pewno ambitny. Darzy ją sympatią, lecz wolałby czuć 

do niej niechęć. W rozmowie z nią, w przeciwieństwie 

do większości mężczyzn, nie przytakuje potulnie; broni 

własnych racji. Nie bardzo wiedziała, co w nim siedzi 

i co mu daje bodziec do działania. Twardziel o wielkim 

sercu. Ojciec zawsze jej mówił, że tylko ktoś taki może 

ją uszczęśliwić: mężczyzna silny, a jednocześnie wrażli­

wy i wielkoduszny. 

I proszę, właśnie kogoś takiego poznała, a on odszedł, 

zostawiając ją samą na środku ulicy. 

- Ile czasu ty i 01ivia byliście zaręczeni? 

- Niezbyt długo. 

Przyglądała mu się nad migoczącymi płomykami, cze­

kając, aby kontynuował. Tripp jednak zmienił temat. 

- Jeśli w sobotę w tej pięciogwiazdkowej restauracji 

background image

80 

SANDRA STEFFEN 

będzie tak ciemno jak tu, może powinniśmy zabrać kilka 

latarek, żeby poświecić sobie w talerze. 

Gdyby nic o nim nie wiedziała, gdyby poznała go do­

piero dziś, miałaby ochotę wylać mu na głowę szklankę 

zimnej wody. Co za arogant! Co za dureń! Zresztą i tak 

miała ochotę. 

Odłożywszy widelec na talerzyk, podniosła z kolan 

serwetkę, odsunęła od stołu krzesło i wstała. Następnie 

przeszła do ściany i przekręciła gałkę, zwiększając in­

tensywność oświetlenia. 

- Lepiej? 

Zjawił się w domu jej rodziców punktualnie o ósmej. 

Inez, która wszystko starannie przygotowała, przystawki, 

sałatki, dania główne, otworzyła mu drzwi, po czym udała 

się do siebie - mieszkała w oddzielnym domku, paręset 

metrów dalej. Ojciec Amber przebywał służbowo w Wa­

szyngtonie, matka wraz z dwójką najmłodszych dzieci 

oglądała film w sali kinowej. Tripp z Amber mieli całe 

skrzydło do własnej dyspozycji. 

- No i jak ci się podoba? - zapytała Amber z dumą. 

Tripp powiódł wzrokiem po stole. 
- Chryste! Ile sztućców i talerzy może człowiek zu­

żyć podczas zwykłej kolacji? 

Najwyraźniej kilka godzin snu nie poprawiło mu hu­

moru. 

Amber wróciła na miejsce, odsunęła krzesło i usiadła. 

- Jak widzisz, potrafię sama odsunąć i przysunąć so­

bie krzesło, ale lepiej będzie, jeśli w sobotę ty to zrobisz. 

A teraz uzgodnijmy nasze wersję. 

- Nasze wersje? - zdziwił się. 

background image

ŻONA NA POKAZ 81 

- Tak. Gdzie się poznaliśmy, od jak dawna jesteśmy 

razem i tym podobne rzeczy. 

- Żeby nas nikt nie przyłapał na kłamstwie? 

Przyjrzała mu się ponad blaskiem świec. 

- Starajmy się trzymać prawdy - rzekła. - Poznali­

śmy się w dzieciństwie. Niedawno, po latach niewidzenia 

się, spotkaliśmy się na ranczu moich rodziców. Pamiętaj, 

powołujmy się na tatę możliwie najczęściej. Poza tym, 

żeby wypaść przekonująco, od czasu do czasu patrzmy 

sobie czule w oczy. Wiem, że to trudne, ale wykonalne 

- dodała, tłumiąc rozbawienie. - Wystarczy poćwiczyć. 

Aha, jeszcze jedno... 

Zastygł bez ruchu, po czym wolno opuścił widelec 

z powrotem na stół. 

- Co takiego? 

Nie wiedziała, jak to powiedzieć delikatnie, żeby go 

nie urazić. 

- W nowym garniturze będziesz wyglądał wspaniale. Ale 

jeśli chcesz wzbudzić szacunek, powinieneś obciąć włosy. 

Dzisiejszego wieczoru nie związał ich w kucyk; zo­

stawił je rozpuszczone, odgarnięte za uszy. Były lśniące, 

proste i sięgały mu prawie do ramion. Wyglądał jak ktoś 

z innej epoki. Mógłby być piratem, rycerzem, konkwi­

stadorem. 

- Nie. 

Uniosła brwi. 
- Co to znaczy „nie"? 

Oparł dłonie na stole. 

- „Nie" to takie słowo, składające się z trzech liter. 

Stanowi przeciwieństwo... 

background image

82 

SANDRA STEFFEN 

- Wiem, co znaczy słowo „nie". Nie wiem natomiast, 

dlaczego chcesz się ze mną kłócić. To tobie zależy na 

stanowisku w Santa Rosie. Ja tylko próbuję ci pomóc. 

Podrapał się po brodzie. 

- Wbrew temu, co myślisz, mam swoją dumę. 

- Innymi słowy? 

- Nie chcę, żeby oceniano mnie wyłącznie po wy­

glądzie. 

Przyganiał kocioł garnkowi, pomyślała Amber. Od 

dziecka uważała, że owszem, aparycja się liczy, ale waż­

niejszy jest charakter. Nauczyła się tego od mamy, która 

ciągle podkreślała, że istotne jest to, co tkwi w człowie­

ku. Niestety, Meredith od lat nie interesowała się córką, 

nie próbowała jej zrozumieć, zobaczyć, na kogo wyrosła. 

Amber miała nadzieję, że kiedyś spotka mężczyznę, 

który dojrzy, że pod piękną zewnętrzną powłoką kryje 

się mądra, rozsądna kobieta. Wcale nie była naiwną ro-

mantyczką ani bezduszną kokietką. Twardo stąpała po 

ziemi, znała swoje wady i zalety. Po stronie zalet mogła 

wymienić otwartość, uczciwość, inteligencję. Jednakże 

w tym wypadku inteligencja jakoś jej nie pomagała. 

Podjęła jeszcze jedną próbę. 

- Garnitur stanowi swego rodzaju bilet wstępu. Re­

szta zależy od ciebie. 

- Chcesz powiedzieć, że czyny znaczą więcej od 

słów? 

Skinęła głową. Może wreszcie dojdą do porozumie­

nia? 

Tripp sięgnął po miseczkę z wodą do rąk, podniósł 

ją do ust i z głośnym siorbnięciem wypił łyk. 

background image

ZONA NA POKAZ 

83 

W jadalni zapadła grobowa cisza. Kiedy indziej Am-

ber roześmiałaby się, może przyznałaby Trippowi rację. 

Ale dziś nie była w nastroju. Jego uporu i arogancji miała 

po dziurki w nosie. Kawałek bułki, którą trzymała w rę­

ku, uderzył Trippa w czoło i spadł do miseczki z wodą. 

Nie wiadomo, które z nich było bardziej zaskoczone. 

Tripp sprawiał wrażenie, jakby nie dowierzał własnym 

oczom. Oderwała kolejny kawałek bułki. Chyba diabeł 

ją podkusił. 

- Na miłość boską, co ty wyprawiasz? 

- A jak ci się zdaje? - Zamoczyła pieczywo w wo­

dzie i utworzyła z niego kulkę. 

- Że zniżasz się do mojego poziomu. 

Mokra kulka trafiła go w środek brody. 
- Mam po dziurki w nosie twoich ironicznych ko­

mentarzy i bezczelności. 

- Mojej bezczelności? Czy przypadkiem coś ci się nie 

pomyliło? Uczysz mnie manier, żebyś nie musiała się 

mnie wstydzić... 

- Ja... Naprawdę tak to odebrałeś? 
- Wiem, który widelec do czego służy. Już 01ivia się 

o to postarała. 

- Nie przeszło ci do głowy, że zaprosiłam cię, bo 

sama też nie chcę dać plamy? - Miała ochotę potrząsnąć 

nim z całej siły. - I dlatego, że cię lubię? 

Zerknęła na resztę bułki. Nie tracąc czasu na kru­

szenie i formowanie kulek, cisnęła ją w Trippa. Mocno 

i celnie, tak jak ją nauczyli rzucać bracia. Byliby z niej 

dumni. 

Oboje tkwili nieruchomo, mierząc się wzrokiem. Lubi 

background image

84 

SANDRA STEFFEN 

go? No proszę, pomyślał. Kto by się spodziewał? W jej 

zielonych oczach dojrzał ból. 

Strząsnął okruchy z koszuli, po czym zebrał z kolan 

mokre resztki. Odsunąwszy krzesło, niespiesznym gestem 

sięgnął po serwetkę. Położył ją na stole, na prawo od 

talerza i noży, po czym wolno dźwignął się na nogi. 

- Myślałem, że... - zaczął. - Nie powinienem był... 

Po prostu... 

Podniosła rękę, prosząc, by nic nie mówił. Następnie 

z szafki pod ścianą wzięła salaterkę wypełnioną po brzegi 

brzoskwiniowym creme brulee. Tripp uważnie śledził jej 

ruchy. Chyba nie zamierza... Chyba by nie... 

- Oboje wiemy - rzekł, spoglądając na dużą łyżkę, 

którą trzymała w drugiej ręce - że byłoby to niewska­

zane, a także poniżej twojej godności, gdybyś zrobiła to, 

co podejrzewam, że chcesz zrobić. 

Gęsta grudkowata maź wylądowała teraz nieco wyżej 

niż bułka. Tripp pochylił się. Po chwili zadziałało prawo 

ciążenia i brzoskwiniowa breja skapnęła mu na czubek 

buta. 

- W porządku, Amber. Wygrałaś. Nie doceniłem cię. 

Nawet nie wiesz, jak bardzo mi przykro z tego powodu. 

To się na pewno nigdy więcej nie powtórzy. 

Wsunęła palec do salaterki, po czym oblizała go. Trip-

pa przeszył dreszcz. 

- Nie wierzę, że ci przykro - powiedziała głosem 

przepojonym słodyczą. - Może mi więc wyjaśnisz, dla­

czego próbujesz zamydlić mi oczy. 

Nie miał czasu cokolwiek wyjaśniać, bo musiał chro­

nić się przed natarciem. Kolejna lepka kremowa kula mi-

background image

ŻONA NA POKAZ 85 

nęła o centymetr jego ucho i z plaśnięciem uderzyła 

w podłogę. 

Przez kilka długich sekund Tripp wpatrywał się 

groźnie w swoją przeciwniczkę. Nie odrywając od niej 

wzroku, podniósł ze stołu serwetkę i delikatnie przytknął 

do ciemnej plamy na koszuli. Następnie podszedł do za­

stawionej półmiskami szafki pod ścianą i nadział na wi­

delec krewetkę. 

- Co robisz? - spytała Amber. 

Odciągnął go lekko, jakby to była proca. 

- Zauważ, że używam właściwego sztućca. I miej 

świadomość, że to ty zaczęłaś. 

Cieszył się, że Amber włączyła mocniejsze oświetle­

nie. W półmroku nie widziałby jej oczu, które lśniły 

z podniecenia. 

- To samo krzyknął Custer do Indian przed bitwą nad 

Little Big Horn - oznajmiła drwiącym tonem. - I wiesz, 

czym to się skończyło? Czy może mam ci przypomnieć? 

- Przypomnij! 

Krewetka poszybowała w powietrzu. 

Piszcząc głośno, Amber schyliła się. Nie zdążyła. Kre­

wetka przykleiła się jej do włosów. 

- Dobra, Calhoun! Sam tego chciałeś! - Cisnęła łyż­

kę na stół i obiema rękami chwyciła salaterkę z creme 
brulee.

 - Jak wojna, to wojna! 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Zerkając na miski i talerze, rozważał swoje opcje. 

Krewetki i bułka były dobre na początek, ale nie mogły 

się równać z zimną mokrą breją, która przed chwilą wy­

lądowała na jego policzku. Oczywiście najlepszy jest 
creme brulee,

 Amber jednak ma do niego znacznie bliżej. 

Liczył na to, że może podstępem zdoła odciągnąć ją od 

salaterki z brzoskwiniowym przysmakiem, ale niestety... 

Zadziwiała go refleksem i przebiegłością. Mogłaby 

śmiało stanąć do zawodów z chłopakami z jego starej 

dzielnicy i jeszcze im nieźle dokopać. Ale przecież, zre­

flektował się, są na ranczu jej rodziców w Prosperino, 

a nie na ulicach Los Angeles. Postąpił krok naprzód. Tu 

Amber czuje się bezpieczna, tu nic jej nie grozi. 

Rozejrzał się wkoło, sprawdzając, czym może się po­

służyć. Została miska ryżu z owocami morza, kawa oraz 

dzbanuszek ze śmietanką, pęk zielonych liści, które Am­

ber określała mianem sałatki, a on chwastów, oraz mała 

salaterka z roztopionym masłem. Jego wybór padł na mi­

skę z ryżem. Zwinnym ruchem chwycił ją z szafki pod 

ścianą. 

Wolnym krokiem, nie spuszczając z siebie oczu, okrą­

żali stół. Amber zdawała się nie zauważać krewetki, która 

wciąż tkwiła w jej włosach. Nie zwracała też uwagi na 

background image

ŻONA NA POKAZ 87 

czerwone plamy po sosie, które zdobiły jej beżową je­

dwabną bluzkę. 

Stół, krzesła i podłoga były zawalone śmieciami. 

- Pewnie żałujesz, że puściłaś Inez do domu? - spytał 

Tripp, podchodząc metr bliżej. - Czy może bogaci wzy­

wają po przyjęciu specjalną ekipę sprzątaczy? 

Amber pokręciła głową. 

- Oj, Calhoun, daj sobie wreszcie spokój z tymi bo­

gatymi i biednymi. Wyłażą z ciebie kompleksy. 

Powściągnął uśmiech. Ona niczego się nie boi. Jest 

mądra, pyskata i wygadana. I taka śliczna! 

Zanurzył rękę w misce, po czym szybko cisnął w Am­

ber garść ryżowej papki. Trafiła w obojczyk, a po chwili 

zaczęła się wolno zsuwać za dekolt. Tripp wstrzymał od­

dech i puścił wodze fantazji. Wyobraził sobie, jak po­

maga Amber ściągnąć bluzkę. Bluzka ląduje na podłodze, 

a wtedy on wolno odpina biustonosz. Zsuwa jedno ra-

miączko, drugie, potem pochyla się i zaczyna lizać jej 

ciało. Psiakość. Zrobiło mu się gorąco. 

Korzystając z jego nieuwagi, Amber postanowiła zaata­

kować. Chwycił ją za nadgarstek, kiedy jej ręka była do­

słownie kilka centymetrów od jego twarzy. Ich oczy się 

spotkały. Tripp przysunął dłoń Amber do swoich ust. Jęknęła 

cicho; w jej oczach pojawił się marzycielski wyraz. 

Pogładził ją po ramieniu. Skórę miała miękką, jedwa­

bistą. Skierował wzrok na jej usta; w tym samym mo­

mencie pojawił się na nich tajemniczy uśmiech. Odgadł, 

o co jej chodzi, ale nie zdążył umknąć. Sekundę później 

dolną połowę twarzy miał umazaną brzoskwiniowym kre­

mem. 

background image

88 

SANDRA STEFFEN 

Roześmiawszy się wesoło, rzuciła się do ucieczki. Tym 

razem był szybszy: złapał ją za łokieć i przyciągnął do 

siebie. Drugą ręką zgarnął z twarzy część kremowej ma­

sy. Dokładnie wiedział, co chce zrobić. 

Amber też nie miała wątpliwości. Zaczęła się wyry­

wać. Jej śmiech wypełnił pokój. Tripp wolno przysuwał 

do jej twarzy umazaną kremem rękę. Wpatrywali się 

w siebie w milczeniu. Śmiech ustał. Oddechy mieli coraz 

bardziej przyśpieszone. Na moment spuściła powieki. Po­

tem podniosła wzrok i leciutko pocałowała Trippa 

w usta. 

Było to bardziej muśnięcie niż prawdziwy pocałunek. 

Żadne z nich nawet nie zamknęło oczu. Opadłszy z po­

wrotem na pięty, oblizała wargi. 

- Hm, jaki pyszny deserek - zamruczała. 

Korciło go, aby porwać ją w ramiona i... 

- Zapamiętaj, o czym teraz myślisz - szepnęła. - Je­

śli w ten sam sposób będziesz patrzył na mnie w sobotę, 

nikt nie zakwestionuje naszego narzeczeństwa. 

- To znaczy... że to jest część naszych przygotowań? 

Wzruszyła ramionami. 
- A jak sądzisz? 

Strząsnął krem na obrus, po czym objął Amber w pasie. 

- Sądzę, że powinniśmy jeszcze poćwiczyć. 

Tym razem, kiedy ich usta się spotkały, oboje zamknę­

li oczy. Byli brudni, ubrania mieli lepkie i poplamione, 

ale zupełnie się tym nie przejmowali. 

Tripp całował się w życiu z wieloma kobietami, Am­

ber z wieloma mężczyznami - raz nawet z księciem. Ale 

żaden z mężczyzn nie mógł równać się z Tnppem. To 

background image

ZONA NA POKAZ 

89 

przy nim czuła się jak księżniczka. To jego wargi prze­

niosły ją w zaczarowany świat. 

Jak przez mgłę usłyszała dźwięk zbliżających się kro­

ków, a potem głos Inez: 

- Ojej, przepraszam! 

Zignorowałaby służącą, gdyby jej kroki zaczęły się 

oddalać. Stało się jednak wprost przeciwnie. Rozrzucone 

po podłodze jedzenie zachrzęściło pod jej nogami. I nagle 

rozległ się krzyk, ni to przerażenia, ni to oburzenia. 

Amber z Trippem odskoczyli od siebie. 

Wydając nieartykułowane dźwięki, Inez wskazała pal­

cem stół. Nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. 

Tripp stał jak skamieniały. Amber wiedziała, że musi 

coś wymyślić. Obróciwszy się, chwyciła ze stołu dwie 

lniane serwetki. Jedną zatrzymała dla siebie, drugą podała 

jemu. 

- Miałeś rację. - Uśmiechnęła się słodko. - Ćwicze­

nie czyni mistrza. - Wytarła ręce i twarz. - Myślę, że 

mamy wszystko dokładnie opracowane, całą choreogra­

fię, począwszy od ustawienia stóp, a skończywszy na ką­

cie nachylenia głowy. Więcej przed sobotą nie musimy 

już ćwiczyć. Chociaż szkoda - dodała. - Bo ten poca­

łunek całkiem mi się podobał. 

Tripp zmrużył oczy, zasznurował usta; na jego twarzy 

pojawił się znajomy grymas niezadowolenia. Amber prze­

niosła spojrzenie na Inez. Jej minę też łatwo było roz­

szyfrować. Identyczną widywała w dzieciństwie, kiedy 

coś nabroiła. 

- Sądziłam, Inez, że już dawno poszłaś do siebie. 

- Poszłam, ale potem uznałam, że sprawdzę, czy nie 

background image

90 

SANDRA STEFFEN 

rozpętaliście trzeciej wojny światowej. - Z rękami wspar­

tymi na biodrach, groźnym wzrokiem powiodła po uma-

zanej parze. - Wygląda na to, że się trochę spóźniłam. 

- Pokręciwszy głową, poczłapała do kuchni; chwilę 

później wróciła z koszem na śmieci. - No? Co macie 

na swoje usprawiedliwienie? 

Tripp w dalszym ciągu się nie odzywał. Amber rzuciła 

na stół lnianą serwetkę. 

- Po prostu chcieliśmy do końca wyjaśnić parę spraw. 

Ale nie denerwuj się, wszystko posprzątam. - Popatrzyła 

na Trippa. - Tylko najpierw odprowadzę go do drzwi. 

Tripp zerknął na gospodynię. Nie uśmiechała się, ale 

już nie sprawiała wrażenia zagniewanej. 

Dawniej musiałby mieć ostatnie słowo; uważałby, że 

tylko w ten sposób zdoła zachować twarz. Ale życie na­

uczyło go, że czasem lepiej nie zabierać głosu. Posłusznie 

skierował się do wyjścia. Tym bardziej że Amber czekała 

w holu. 

- Pewnie jesteś głodny - powiedziała, przytrzymując 

drzwi. - Nawet nie doszliśmy do głównego dania. 

Potarł ręką brodę. Do głównego dania? Akurat! Gdyby 

Inez im nie przeszkodziła, byliby teraz w trakcie rozko­

szy cielesnych! Swoją drogą, dlaczego pocałunek tylko 

„całkiem" się Amber podobał? To znaczy, że mógł być 

lepszy? 

Czuł, jak ogarnia go złość. 

- Amber... 
- Wiem, wiem. - Skrzywiła się. - W Alessandro's 

nie powinniśmy się tak zachowywać. 

Przyglądał się jej z niedowierzaniem. 

background image

ZONA NA POKAZ 

91 

- Tylko tyle masz mi do powiedzenia? 

Podniosła rękę i strzepnęła mu okruch z włosów. 

- Nie przejmuj się bałaganem, sama posprzątam. 

W końcu byłeś moim gościem. Jeśli zaś chodzi o sobotę, 

umówmy się, że wpadniesz po mnie do domu mojej przy­

jaciółki w Cloverdale. Cierpię na chorobę lokomocyjną, 

więc wolę rozłożyć podróż na raty. Z domu Claire do 

Santa Rosy jedzie się pół godziny. Prześlę ci faksem in­

strukcje. 

Nie spuszczał z niej wzroku. Ona zaś dalej grała rolę 

osoby opanowanej, na której zakończona pocałunkiem bi­

twa przy stole nie zrobiła najmniejszego wrażenia. 

- To co? W porządku? - spytała. 

Skinął głową. 

- W takim razie pójdę pomóc Inez w sprzątaniu. 

Kiedy wyszedł na dwór, zamknęła drzwi i westchnęła 

głęboko. Widziała po minie Trippa, że nie rozumie, co 

się stało. Sama też nie była pewna, miała jednak nadzieję, 

że chodzi o coś więcej niż przyciąganie. 

Zdawała sobie sprawę, że mężczyźni myślą i zacho­

wują się inaczej niż kobiety. Ich ciała i mózgi nie są po­

łączone. Przynajmniej nie w młodości. Ale kiedy nastę­

puje zmiana? W którym wieku przestaje mężczyzn pod­

niecać sam widok ładnej twarzy? Nagle dostrzegła swoje 

odbicie w lustrze: krewetka we włosach, czerwone plamy 

na jedwabnej bluzce, pomarańczowy sos na policzku. 

Serce zabiło jej szybciej. Może Tripp pragnął czegoś 

więcej? Owszem, podobała mu się. Dał to jej wyraźnie 

odczuć, kiedy przytulił ją do siebie. Ale może poza po­

żądaniem czuł coś jeszcze - sympatię, respekt? 

background image

92 SANDRA STEFFEN 

Jest skomplikowanym człowiekiem, lecz to jej odpo­

wiada. Lubiła wyzwania, nie cierpiała zaś nudy. A Tripp 

pobudzał ją do działania i myślenia. Fascynował ją. Tylko 

czy ta fascynacja jest wzajemna? 

Miała nadzieję, że tak. Przecież się stara! 

Skręcił w porośniętą drzewami uliczkę na przedmie­

ściach Cloverdale. Przyjechał przed czasem. I był zdener­

wowany. Jedno i drugie zdarzało mu się niezwykle rzadko. 

Z trafieniem nie miał trudności. Wskazówki, które 

Amber przysłała mu przedwczoraj faksem, były proste 

i czytelne. Miasteczko zaś zbyt małe, aby można się 

w nim zgubić. 

Zachodzące słońce raziło go w oczy. Wyciągnął rękę 

po leżące na fotelu pasażera ciemne okulary. Po chwili 

dojechał do kolejnego skrzyżowania. Według wskazówek 

Amber, od tego miejsca do domu jej przyjaciółki dzieliły 

go dwie przecznice. I faktycznie, kilkanaście metrów da­

lej zobaczył stojący na podjeździe lśniący czerwony sa­

mochód. 

Zwolnił. 

Amber wspomniała, że jej przyjaciółka Claire jest ar­

tystką. Najwyraźniej nie jest biedną, głodującą artystką, 

mieszka bowiem w czymś, co bardziej przypominało pa­

łac niż dom. Tripp wsunął palec za sztywny kołnierzyk 

nowo nabytej koszuli. Cóż, bogaci miewają bogatych 

przyjaciół. Swój ciągnie do swego. 

Czasem jednak przeciwieństwa też się przyciągają. 
Tak jak on i Amber. Są inni, pochodzą z dwóch róż­

nych światów i czują do siebie niesamowity pociąg. 

background image

ŻONA NA POKAZ 93 

Z kilku wiarygodnych źródeł słyszał, że Amber wpad­

ła wczoraj do szpitala w Ukiah. Niestety, nie raczyła zaj­

rzeć do niego do gabinetu. Pomijając faks, który przysłała 

w czwartek po kolacji, nie dała znaku życia. Może gdyby 

wcześniej rozmawiali, nie myślałby ciągle o tym poca­

łunku, który Inez im przerwała. A tak nie potrafił o nim 

zapomnieć. 

Nie potrafił też przejść do porządku dziennego nad 

słowami Coopa, który stwierdził, że wszyscy w szpitalu 

rozmawiają o Amber Colton. 

- Oj, stary, widziałeś kiedyś włosy w tak złocistym 

kolorze albo oczy o tak zielonej barwie? Chciałbym 

uczestniczyć w tej kolacji w Santa Rosie, choćby po to, 

żeby zobaczyć, w czym panna Colton wystąpi. Założę 

się, że wszystkich olśni. 

Trippowi przypomniała się jedyna pożyteczna rada, 

jaką usłyszał od swojego ojca: „Trzymaj się swoich, mały. 

Nie zadawaj się z lepszymi od siebie, bo albo cię opu­

szczą, albo umrą. Tak czy inaczej zostaniesz sam". 

Tripp miał wtedy siedem lat; ledwo potrafił przeczytać 

napis na grobie matki. Grace Anne Bradley zmarła 

w wieku dwudziestu pięciu lat. 

„Posłuchaj, chłopcze. - Rudolph Calhoun, zwany Ru­

dym, popatrzył z powagą na syna kobiety, którą kochał, 

lecz z którą nigdy się nie ożenił. - Nie zalecaj się do dziew­

czyn o jaśniejszej karnacji niż twoja. Są dwa rodzaje białych 

kobiet. Jedne uważają się za lepsze od nas, drugie nie. Te 

drugie są znacznie groźniejsze; wszędzie ci towarzyszą, 

a wtedy same stają się łatwym celem dla różnych kretynów 

i rasistów. Tak jak twoja biedna mama". 

background image

94 

SANDRA STEFFEN 

Może chłopiec posłuchałby ostrzeżeń ojca, gdyby ten 

się od niego nie odwrócił. Ale Rudy nie miał ochoty zaj­

mować się synem. Tripp rzadko go widywał. Przez na­

stępnych dziesięć lat - pomijając rok, który spędził 

w Hopechest - wędrował od jednych krewnych do dru­

gich. Ojca nienawidził za to, że go porzucił. W owym 

czasie do wielu osób odczuwał nienawiść. Wszystko za­

częło się zmieniać, gdy skończył piętnaście lat. 

Po dziadku był w jednej czwartej Latynosem, ale skó­

rę miał tak ciemną, jakby wszyscy jego przodkowie po­

chodzili z Meksyku. Rudowłosa studentka psychologii, 

z którą chodził na studiach, twierdziła, że to z powodu 

białej matki pociągały go dziewczyny o jasnej karnacji. 

I że dlatego tak bardzo pragnął zasłużyć na szacunek Me-

redith Colton, kiedy przez krótki czas mieszkał w Ha-

cienda de Alegria. 

Studentka psychologii odeszła, kiedy minęło pierwsze 

zauroczenie. Nie rozpaczał; przypuszczalnie dlatego, że 

jej nie kochał. Dopóki nie poznał 01ivii Babcock, starał 

się unikać poważnych związków. Związek z 01ivią, który 

też się rozpadł, uświadomił Trippowi, że wciąż podoba­

ją mu się kobiety całkiem dla niego nieodpowiednie. 

Choćby takie jak Amber, które bez względu na to, co 

na siebie włożą, zawsze będą odstawać od reszty jego 

towarzystwa. 

Wysiadłszy z samochodu, przeczesał ręką włosy i za­

piął marynarkę. W szybie ujrzał obicie jakiegoś obcego 

faceta. W tym momencie podjął decyzję: żadnego dal­

szego zwodzenia i wykrętów. Zanim pożegna się dziś 

z Amber, wszystko jej wyjaśni. Żeby przypadkiem nie 

background image

ZONA NA POKAZ 

95 

robiła sobie złudzeń i nie liczyła na coś, co nie ma szansy 

powodzenia. 

Na widok zabójczo przystojnego faceta stojącego na 

werandzie dosłownie zaparło jej dech. 

- Jesteś punktualny, doktorku. 
- Wyjątkowo rzadko mi się to zdarza. 

Przytrzymując ręką klamkę, odsunęła się na bok, by 

mógł wejść do środka. Minął ją bez słowa. 

- Mamy kilka minut. Napijesz się wina? 

Potrząsnął głową. Może, pomyślała, wolałby szkla­

neczkę whisky? Dlaczego nic nie mówi? Mógłby, na 

przykład, powiedzieć jej jakiś komplement. Miała na so­

bie kupioną specjalnie na tę okazję czarną sukienkę. Spo­

ro czasu spędziła przed lustrem. Uczesawszy się w kok, 

wpięła we włosy maleńkie spinki ozdobione bursztynem. 

Następnie wykonała staranny makijaż, koncentrując się 

głównie na oczach: na powieki nałożyła szary przydy­

miony cień, rzęsy pociągnęła pogrubiającym tuszem. Re­

szty dopełniła niemal bezbarwna szminka, bezbarwny pu­

der i odrobina różu na policzkach. Wyglądała skromnie, 

a zarazem elegancko. Miło by było, gdyby to zauważył. 

Przyglądał się jej badawczo. A więc chyba jednak za­

uważył. Natchnęło ją to optymizmem. 

- W takim razie możemy wcześniej ruszyć w drogę. 

Sięgnęła po leżącą na stoliku za jego plecami czarną, 

wyszywaną koralikami torebkę. Tripp wziął głęboki od­

dech. 

- Mały P.J. miał rację - oznajmił wreszcie. - Pach­

niesz wspaniale. 

background image

96 

SANDRA STEFFEN 

- P.J. tak powiedział? 

Popatrzył jej w oczy. 

- Tak. Natomiast Coop się mylił. Twierdził, że ubie­

rzesz się ekstrawagancko, w coś czerwonego i z wielkim 

dekoltem. 

- Czerwień... - skierowała się do wyjścia - byłaby 

całkiem niestosowna. Powinnam wyglądać skromnie 

i elegancko. Bogatym, wpływowym mężczyznom z wyż­

szych sfer społecznych mogą podobać się kelnerki czy 

ekspedientki w kusych czerwonych sukienkach, ale od 

kobiet ze swoich sfer oczekują ubiorów w stonowanych 

kolorach i nie rzucających się w oczy. 

- Czy bogaci uczą się tego na kursach, czy wysysają 

to z mlekiem matki? Wiem, wiem... - Wzruszył ramio­

nami. - Mam sobie dać spokój z biednymi i bogatymi, 

bo wyłażą ze mnie kompleksy. 

Amber uśmiechnęła się pod nosem; lubiła ten jego 

autoironiczny humor. 

- Alessandro's to wytworny lokal. Goście będą szy­

kownie ubrani. Specjalnie wybrałam prostą czarną su­

kienkę, żeby nikogo nie przyćmić. Zwłaszcza żony pana 

Perkinsa, która przypuszczalnie wystąpi w sukni przety­

kanej srebrną lub złotą nitką. I nie, nikt nas tego nie uczy 

na żadnych kursach. Po prostu dorastając w takim a nie 

innym domu, poznajemy różne zasady, które obowiązują 

od pokoleń. 

Na moment zamilkła. Prawą ręką odgarnęła czarny 

kosmyk, który opadał Trippowi na kołnierzyk koszuli. 

- To źle, że niektórzy ludzie tak duży nacisk kładą na 

wygląd - powiedziała cicho. - Kiedy byłeś u fryzjera? 

background image

ZONA NA POKAZ 

97 

- Dziś rano. 
- Bardzo bolało? 
- Trochę ucierpiało moje ego. 
- Jestem z ciebie dumna. 
- Dlatego, że się ostrzygłem? 

Miała ochotę go uściskać. Tak wiele był gotów po­

święcić dla dzieciaków, którym chciał pomóc. Serce za­

biło jej szybciej. Chyba się w nim zakochała... 

- Może to dla ciebie słaba pociecha, ale moim zda­

niem wyglądasz fantastycznie. Włosy masz na tyle krót­
kie, że twoja fryzura nie powinna nikogo razić, a na tyle 
długie, że wciąż będziesz odstawał od tych nudnych, za­
możnych bubków, na których chcesz wywrzeć jak naj­
lepsze wrażenie. 

Mówiąc to, leciutkimi muśnięciami palców przygła­

dzała mu kosmyki nad uszami. Tripp stał bez ruchu, 
wstrzymując oddech. Po krzyżu przebiegały mu drobne 
igiełki. W długiej czarnej sukni bez rękawów, która wię­
cej skrywała niż odsłaniała, Amber faktycznie stanowiła 
uosobienie skromności i elegancji. A raczej, pomyślał, 
mierząc ją wzrokiem, stanowiłaby, gdyby nie kończące 

się na udzie rozcięcie, przez które widać było szczupłą 
nogę. 

- Gotowy? 
- Tak - odparł. - Amber... dziękuję. 
- Nie ma za co. 
- Właśnie, że jest. Jeżeli dostanę tę pracę, będę ci 

dozgonnie wdzięczny. 

- Jeżeli? 

Uśmiechnęła się zadziornie, tak jak tamtego wieczoru 

background image

98 

SANDRA STEFFEN 

w Hacienda de Alegria, zanim cisnęła w niego pierwszą 

garścią kremu. 

- Czy ją dostanę, czy nie, to dopiero się okaże -

rzekł. - Ale jedno wiem na pewno. Odtąd ilekroć będę 

jadł krewetki lub krem brzoskwiniowy, zawsze będę 

myślał o tobie. 

Nie widział, jak uśmiech powoli znika jej z twarzy. 

Włączyła lampkę na werandzie, po czym ruszyła za Trip-

pem do samochodu. Człowiek nie mówi: „Zawsze będę 

o tobie myślał" do kogoś, z kim zamierza się wkrótce 

znów zobaczyć. 

Psiakość, przed chwilą uświadomiła sobie, że chyba 

się w nim zakochała. Nie chce być wspomnieniem! 

Przez całą drogę do Santa Rosy nie zamykały się jej 

usta: opowiadała o swojej pracy w Fundacji Hopechest. 

Na dźwięk nazwy ośrodka, w którym spędził kilka mie­

sięcy życia, Tripp nadstawił uszu. Wiele się tam zmieniło 

w ostatnich latach. Na terenie ośrodka przebywało naraz 

około czterdzieściorga dzieci. Oprócz budynku, w któ­

rym mieszkały maluchy czekające na adopcje lub umie­

szczenie w rodzinie zastępczej, zbudowano drugi budy­

nek przeznaczony dla młodocianych przestępców. Było 

to dla nich miejsce ostatniej szansy; za złamanie regu­

laminu czy niewłaściwe zachowanie mogli trafić do za­

kładu poprawczego. 

Tripp zadawał dziesiątki pytań, choćby o nowo po­

wstały „Dom Emily" dla niezamężnych, nastoletnich ma­

tek. Był pod wrażeniem olbrzymiego zaangażowania Am-

ber w działalność zarówno ośrodka, jak i Fundacji. 

Opowiadając o swoich zajęciach, Amber czuła coraz 

background image

ZONA NA POKAZ 

99 

większą frustrację. Hopechest odgrywało bardzo ważną 

rolę w jej życiu. Owszem, czasem narzekała na nudę, 

ale w sumie wiedziała, że jest potrzebna; że to, co robi, 

ma sens. Mieszkała w Fort Bragg, do pracy dojeżdżała 

do Prosperino. Jeżeli Tripp otrzyma wymarzoną posadę, 

będzie mieszkał i pracował po drugiej stronie gór. Wiele 

godzin drogi od niej. Równie dobrze mógłby się przenieść 

na drugi koniec świata. 

Aby dostać stanowisko w Santa Rosie, potrzebował 

jej pomocy. A ona chciała mu pomóc, tyle że wspierając 

Trippa swoim nazwiskiem, przekreślała szansę na własne 

szczęście. Bo jeśli Tripp zamieszka w Santa Rosie, ich 

kontakty siłą rzeczy staną się dość sporadyczne. 

Zadumała się. A zatem najwyżej może liczyć na ro­

mans. Krótki, namiętny romans. Nic więcej. 

Nie chciała, by wszystko się skończyło, zanim się nawet 

zacznie. Chciała, by Tripp ją objął, przytulił, żeby ona mogła 

położyć głowę na jego ramieniu. Chciała, by mogli z sobą 

rozmawiać zarówno o głupstwach, jak i o ważnych rze­

czach: polityce, postępach w medycynie, skutkach ocieple­

nia. Chciała, aby ich znajomość przerodziła się w przyjaźń, 

a przyjaźń w coś jeszcze głębszego. 

Czyżby jej marzenia nie miały się ziścić? 

Jeżeli Tripp przypadnie do gustu Perkinsowi, na pew­

no się nie ziszczą. Co można zrobić? Jakie jest wyjście 

z sytuacji? Może podczas dzisiejszej uroczystej kolacji 

powinna, tak jak w czwartek, zacząć rzucać we wszy­

stkich jedzeniem? Może powinna siorbać głośno zupę al­

bo popijać wodę przeznaczoną do mycia rąk? Może po­

winna była ubrać się w wyzywającą czerwień? Nie, to 

background image

100 

SANDRA STEFFEN 

nie wchodzi w grę. Od tego, czy Tripp zdobędzie pracę 

u Perkinsa, zależy zdrowie wielu dzieci. 

Może więc romans na odległość? Ale nie bardzo to 

sobie wyobrażała. Kto by do kogo przyjeżdżał w odwie­

dziny? Tripp jako nowo przyjęty do pracy lekarz nie miał­

by czasu na podróże tam i z powrotem. Ona zaś choro­

wała za każdym razem, gdy jechała drogą wijącą się 

wśród gór. 

Wszystko wskazuje na to, że Tripp miał rację. Że 

kłamstwa faktycznie są jak psy. Z początku wyglądają 

niegroźnie, niewinnie, usypiają czujność. Potem, kiedy 

człowiek pragnie się zbliżyć, atakują z furią. 

Czy jest jakieś wyjście? Kiedy samochód zatrzymał 

się przed restauracją, wciąż się nad tym zastanawiała. 

Tripp okrążył samochód, otworzył drzwi. Przyklei-

wszy uśmiech do ust, Amber wzięła go pod rękę, po czym 

ruszyła przez wysokie łukowe drzwi do najdroższej i naj­

bardziej eleganckiej restauracji w mieście. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Tripp nie zdawał sobie sprawy ze spojrzeń kierowanych 

w jego stronę, gdy wracał do stolika. Gdyby rozglądał się 

po pogrążonej w półmroku sali, przypuszczalnie zauważył­

by ciemnowłosą kobietę, która uważnie śledziła każdy jego 

ruch. On jednak szedł zadumany, odtwarzając w myślach 

pytania, jakie padały, i odpowiedzi, jakich udzielał. W su­

mie wieczór należał do udanych, i w znacznej mierze było 

to zasługą Amber. 

Kiedy przepraszając zebranych, wstał od stolika, Am­

ber zajęta była rozmową z Perkinsem i jego żoną. W ele­

ganckim świecie czuła się jak ryba w wodzie. On czuł 

się swobodnie w szpitalu, kiedy doglądał pacjentów, kie­

dy przekomarzał się z Coopem albo kiedy usiłował zejść 

z drogi siostrze Proctor. Nie potrafił się podlizywać ani 

prawić nieszczerych komplementów. Często język, jakim 

posługiwali się bogacze, brzmiał dla niego równie obco, 

jak nazwy dań w szykownym lokalu. 

Amber miała rację: ta restauracja rzeczywiście pora­

żała przepychem. Wystrój utrzymany był w kolorze bia­

łym i srebrzystoniebieskim - śnieżnobiałe pokrowce 

z adamaszku na krzesłach, srebrne kandelabry, w których 

migotały niebieskie płomyki, kelnerzy w białych ręka-

background image

102 SANDRA STEFFEN 

wiczkach i czarnych frakach serwujący wszystko na 

lśniących srebrnych tacach. 

Tripp stracił rachubę, ile było dań. W domu przygo­

towanie posiłku zajmowało mu kwadrans, spożycie go 

drugi kwadrans. Tu zaś proces jedzenia trwał i trwał... 

Różnic było znacznie więcej. Po raz pierwszy w życiu 

jadł tak niewiele w ciągu tak długiego czasu, używając 

tak wielu rozmaitych sztućców. Poza tym w miejscach, 

do których zazwyczaj wpadał na lunch czy kolację, nie 

spotykał w toalecie wystrojonych w smokingi mężczyzn 

podających gościom ręczniki. Gdyby nie zobaczył, że 

szpakowaty jegomość wychodzący przed nim rzuca na 

srebrny talerz banknot dziesięciodolarowy, do głowy by 

mu nie przyszło, że facetowi w smokingu należy zosta­

wić napiwek. 

Bogaci, pomyślał, naprawdę nie wiedzą, na co wyda­

wać pieniądze. Z drugiej strony, jeżeli ci ludzie bez mrug­

nięcia okiem płacą za podanie ręcznika, może będą skłon­

ni wspomóc szpitale dla ubogich. 

Kolacja przebiegała w miłej sympatycznej atmosfe­

rze. Montgomery Perkins i jeigo żona Cornelia odnosili 

się do Trippa niezwykle przyjaźnie. Trochę trudniej było 

rozgryźć jego wspólników, doktorów Harrisa i Gen-

try'ego. Zarówno oni, jak i ich żony zachowywali się 

uprzejmie, lecz z rezerwą. Ciekaw był, co Amber miałaby 

do powiedzenia na ich temat. 

Od stolika dzieliło go dosłownie kilka kroków, kiedy 

Amber, która rozmawiała z Perkinsem, roześmiała się 

perliście. Po chwili, wyczuwając obecność narzeczonego, 

podniosła głowę. Usta wciąż miała rozciągnięte w uśmie-

background image

ZONA NA POKAZ 

103 

chu, ale obejmował on wyłącznie wargi, nie docierał do 

oczu. 

- Dobrze się bawisz? - spytał cicho Tripp. 

Widział, że jest zmęczona. Zanim zdążyła odpowie­

dzieć, głos zabrała Cornelia: 

- Myślę, że Tripp i jego śliczna narzeczona chętnie 

zostaliby już sami. 

- Ależ Cornelio! - oburzył się siedzący naprzeciwko 

Winston Harris. - Są młodzi. Całe życie mają przed sobą. 

Amber zauważyła, że Tripp nie odezwał się słowem. 

Chociaż wcześniej zarzucała mu, że za mało się uśmiecha, 

dzisiejszego wieczoru jej też coraz trudniej było przy­

wołać uśmiech na twarz. 

Wbrew temu, co sądził Winston Harris, wcale nie mie­

li przed sobą całego życia. Najwyżej kilka godzin. 

Bynajmniej jej to nie cieszyło. Podczas kolacji nie 

jadła, głośno zupy, nie stłukła kieliszka, nie upuściła wi­

delca na podłogę. Wiedziała, że ten wieczór jest ważny 

dla Trippa, a także dla dzieci, które potrzebują takiego 

lekarza jak on. 

Starała się wywrzeć jak najlepsze wrażenie na leka­

rzach i ich żonach. Tripp zachowywał się bez zarzutu. 

Była z niego dumna. Nie wyobrażała sobie, dlaczego Per-

kins miałby zaproponować pracę komu innemu. Jedno­

cześnie odczuwała smutek, że jej rola jako narzeczonej 

wkrótce dobiegnie końca. Tripp położył rękę na jej ra­

mieniu. 

- Na drugim końcu sali gra orkiestra, a parkiet jest 

pusty. Może byśmy zatańczyli? 

Popatrzył na nią pytająco, a ją aż przeszył dreszcz. 

background image

104 

SANDRA STEFFEN 

Tak! Marzyła o tym, aby choć na moment znaleźć się 

w jego ramionach. Podawszy mu rękę, zamierzała wstać 

od stołu, kiedy tuż za jej plecami rozległ się niski, zmy­

słowy głos: 

- Doktorze Perkins, pani Cornelio, Tripp... dobry 

wieczór. 

- 01ivio, kochanie! - ucieszyła się żona Perkinsa. -

Jak miło cię widzieć. 

Oczom Amber ukazała się jedna z najpiękniejszych 

kobiet w Kalifornii. Zdjęcia 01ivii Babcock często 

pojawiały się w rubrykach towarzyskich różnych ga­

zet. W rzeczywistości wyglądała jeszcze atrakcyjniej: 

była drobna, szczupła, miała krótkie, doskonale przycięte 

włosy w kolorze kawy, delikatne rysy, wielkie fiołkowe 

oczy. 

- Jesteś sama czy z Derekiem? - spytał Winston 

Harris. 

Zatrzepotawszy rzęsami, 01ivta obdzieliła wszystkich 

promiennym uśmiechem. 

- Derek ma dziś dyżur. Przyszłam z mamą i Willa-

dine Witherspoon. Pamiętają państwo jej zmarłego męża 

Abrahama? Kierował najlepszym zespołem do badań nad 

nowotworami w instytucie tatusia. 

Kilka razy w ciągu wieczoru Amber też powołała się 

na nazwisko swojego ojca lub któregoś z jego wpływo­

wych przyjaciół, mimo to była pełna podziwu dla Olivii. 

- Może przysiądziesz się do nas? - zaproponowała 

Cornelia. 

Amber nie podobał się błysk radości w oczach Mary 

Margaret Harris i Loretty Gentry. Również zachowanie 

background image

ZONA NA POKAZ 

105 

ich mężów, którzy zaczęli chrząkać i wiercić się nerwo­

wo, nie uszło jej uwadze. 

- Dziękuję. - 01ivia ponownie odsłoniła w uśmiechu 

rząd ślicznych zębów. - Ale Derek i ja spędziliśmy 

z państwem uroczy wieczór w zeszłym tygodniu, uwa­

żam więc, że dzisiejszy należy do Trippa i jego przyja­

ciółki. - Przeniosła spojrzenie na Amber. - My się chyba 

nie znamy, prawda? 

- Amber Colton, 01ivia Babcock - powiedział Tripp, 

dokonując prezentacji. 

- Colton... Hm, skądś to znam. 

- Ojcem Amber jest Joe Colton - wyjaśnił Winston 

Harris tonem nieco uszczypliwym, przynajmniej Amber 

tak się wydawało. 

Montgomery i Cornelia Perkinsowie, w przeciwień­

stwie do Harrisów i Gentrych, nie wpatrywali się w Oli-

vię jak w obrazek. 

- Joseph Colton? - upewniła się 01ivia. - Oczywi­

ście to znana postać. Jest też i Sophie Colton... 

- Zna pani moją siostrę? 

- Sophie to pani siostra? Słyszałam, że miała jakiś 

wypadek... 

Amber skinęła głową. Oliwia sprawiała przyjemne 

wrażenie. Kto wie, gdyby nie była dawną narzeczoną 

Trippa, może mogłyby się zaprzyjaźnić? 

- Jak się biedaczka czuje? 

Arnber korciło, aby zerknąć na Trippa, zobaczyć, jaki 

ma wyraz twarzy. Był zdenerwowany; coraz mocniej za­

ciskał rękę na jej ramieniu. Chcąc dodać mu otuchy, za­

kryła jego dłoń swoją ręką. 

background image

106 SANDRA STEFFEN 

- Sophie? Świetnie. Wyszła za mąż, jest szczęśliwą 

żoną i matką prześlicznej córeczki. 

- Proszę ją ode mnie pozdrowić. 

01ivia zamieniła parę słów z resztą towarzystwa, po 

czym życząc wszystkim miłego wieczoru, oddaliła się. 

Przy stoliku zapadła pełna napięcia cisza. Amber posta­

nowiła udać się do toalety; potrzebowała chwili samo­

tności. 

Siedziała przy stoliku przed lustrem, kiedy do pokoju 

weszła 01ivia. Zbieg okoliczności? Jakoś wydało się to 

mało prawdopodobne. 

- Jaka ładna sukienka. Uwielbiam ten styl. 

Amber uśmiechnęła się. 
- W czarnym kobieta zawsze wygląda elegancko, 

a zarazem skromnie - kontynuowała 01ivia. - Poza 

wszystkim innym czerń to taki bezpieczny kolor... 

Uśmiech na twarzy Amber nieco przygasł. 
- ...który skrywa nasze grzechy. 
Amber zamarła na moment. Po chwili, otrząsnąwszy 

się, przysunęła rękę do ust i pociągnęła je szminką. 

- Powiedz, kochanie, czy doktor Perkins już wam 

zakomunikował swoją decyzję? 

„Kochanie? Czy Perkins zakomunikował decyzję?" 

Amber poczuła, jak ogarnia ją złość. 

- Ojej! - zawołała 01ivia, udając spsszoną. - Powin­

nam się była ugryźć w język! - Odczekała kilka sekund, 

aby sens jej słów dotarł do Amber, po czym dodała: -

Puść to w niepamięć, dobrze, kochanie? Lepiej będzie, 

jeśli Montgomery sam o wszystkim powiadomi Trippa. 

Amber wrzuciła szminkę do małej, wyszywanej ko-

background image

ZONA NA POKAZ 

107 

ralikami torebki. Widziała swoje odbicie w lustrze. Była 

dumna z opanowania, jakie wykazywała. 

- Oczywiście - rzekła. - Niech to pozostanie naszą 

tajemnicą. 

Zamknęła torebkę, poprawiła włosy i wstała. Prze­

wyższała 01ivię o dobre pół głowy. Zadowolona, że może 

na nią patrzeć z góry, opuściła toaletę. W środku dygo­

tała z wściekłości. Co za bezczelna, arogancka baba! Nic 

dziwnego, że Tripp nie przepada za bogaczami. 

Starając się ukryć emocje, wróciła do stolika. Na 

szczęście wszyscy poza Trippem pogrążeni byli w roz­

mowie na temat jakiegoś wspólnego znajomego. Korzy­

stając z okazji, uniosła oczy do nieba, a Tripp, zbliży­

wszy do niej twarz, spytał szeptem: 

- Wszystko w porządku? Bo widziałem, jak 01ivia 

podąża w stronę toalety. 

Amber rozejrzała się, sprawdzając, czy nikt jej nie 

słyszy. 

- To żmija. 
- Zaraz pewnie mi powiesz, że woda jest mokra, 

a ogień parzy? 

Im dłużej przebywała z Trippem, tym bardziej prag­

nęła go poznać. Nie chciała, żeby przeniósł się do Santa 

Rosy i zniknął z jej życia. Z drugiej strony wolałaby, że­

by stanowisko w Santa Rosie nie przypadło byle komu. 

- Amber? Masz taką minę, jakby coś się stało. 

Ponownie rozejrzała się wkoło. 

- 01ivia uważa, że decyzja już zapadła. 
- Powiedziała ci to wprost? 

Amber wzruszyła ramionami. 

background image

108 

SANDRA STEFFEN 

- Tak. Z nieskrywaną radością. 

- Cholera. 

No właśnie, pomyślała. Cholera. 

- Więc cały ten wieczór jest na nic? - ciągnął Tripp. 

- Akt drugi w jednoaktowym przedstawieniu? Równie 

dobrze możemy pożegnać się i wyjść. 

Przypomniała sobie pobłażliwy ton 01ivii, jej iro­

niczne spojrzenie, i znów ogarnęła ją złość. Co za nie­

sprawiedliwość! Nagle jednak coś jej przyszło do głowy. 

W miłości i na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone, 

a więc... Ścisnęła go za rękę. 

- Jeszcze nie wszystko stracone - szepnęła. - Roze­

grajmy to po mojemu. - Podnosząc głos, kontynuowała: 
- Wyobrażam sobie, że doktor Cooper będzie niepocie­

szony, kiedy odejdziesz. No i siostra Proctor. 

Na moment zamilkła, po czym zaczęła szczegółowo 

opisywać ludzi, z którymi Tripp pracuje w Ukiah i tych, 

których leczy. Wkrótce reszta towarzystwa włączyła się 

do rozmowy; Perkins, jego wspólnicy i ich żony zasy­

pywali Trippa pytaniami. Amber przysłuchiwała się 

uważnie, ale ilekroć wyczuwała, że zainteresowanie opa­

da, podrzucała jakiś nowy wątek. 

- Stosujesz dość niekonwencjonalne metody - za­

uważył Harris. 

Miała ochotę pokazać staremu zrzędzie język. Z tru­

dem się powstrzymała. 

- To nie całkiem tak - oznajmił Tripp. - Metody le­

czenia są konwencjonalne, czasem jednak dotarcie do 

sedna wymaga nieco innego podejścia. Na przykład ty­

dzień temu zgłosiła się do mnie kobieta z chorą córeczką. 

background image

ŻONA NA POKAZ 109 

Dziewczynka miała niepokojące objawy: ospałość, bóle 

głowy, bóle mięśni, brak łaknienia, chudnięcie, bóle 

brzucha. 

- Gorączka? - spytał Montgomery Perkins. 

- Jednego dnia tak, drugiego nie. Wykluczyłem naj­

bardziej oczywiste sprawy, jak angina czy zapalenie wy­

rostka robaczkowego... 

- I co się okazało? Białaczka? 

Tripp pokręcił przecząco głową. 

- Badania dały wynik ujemny. 

- Jakiś wirus? - Steven Gentry pochylił się do przodu. 

- Też się nad tym zastanawiałem, ale w końcu uz­

nałem, że nie. Aha, zapomniałem dodać. Dziecko miało 

anemię i było rozdrażnione. 

- Zatrzymałeś ją w szpitalu? - Winston Harris oparł 

łokcie na stole i również pochylił się do przodu. 

Amber odprężyła się. 
- Oczywiście - odparł Tripp. - Któregoś dnia przy­

glądałem się jej z ukrycia. Mimo że była półprzytomna, 

usiłowała zdrapać farbę z łóżka. 

Montgomery Perkins pierwszy pokiwał głową. 
- Sprawdziłeś poziom ołowiu we krwi? 

Pozostali dwaj lekarze wyraźnie się ożywili. 

- Tak. A potem złożyłem wizytę u niej w domu. Na 

framudze okiennej łuszczyła się farba. 

- Zatrucie ołowiem - stwierdził Winston Harris. -

Też się z tym kiedyś zetknąłem. 

Padały takie słowa jak poziom toksyczności, proto-

porfiria erytropoetyczna, terapia chelatująca. Żony wy­

mieniły między sobą porozumiewawcze spojrzenia. 

background image

110 

SANDRA STEFFEN 

- Cóż, to nieuniknione. - Cornelia Perkins westchnę­

ła głośno. - Prędzej czy później rozmowa zawsze schodzi 

na tematy zawodowe. 

- To jeden z minusów bycia żoną lekarza - dodała 

Loretta Gentry. 

- Przekonasz się, Amber. 

Amber zmusiła wargi do uśmiechu. Wiedziała, że się 

nie przekona. Bez względu na to, jakie zapadną dziś de­

cyzje, jej okres narzeczeństwa miał się ku końcowi. 

- Czy ustaliliście już z Trippem datę ślubu? - spytała 

Cornelia. 

Należało wykazać się refleksem i przytomnością umy­

słu. Amber postanowiła skorzystać z rady, jakiej przed 

paroma dniami udzieliła Trippowi: trzymać się jak naj­

bliżej prawdy. 

- Zawsze marzyłam o tym, żeby wziąć ślub jesienią. 
- Dla zakochanych pora roku nie gra roli. Nasz drugi 

syn żeni się za tydzień. A w lipcu w Missisipi upał jest 

wprost nie do wytrzymania. 

Słysząc wzmiankę o ślubie syna, Montgomery Perkins 

przerwał wywód. 

- Muszę wam się do czegoś przyznać - rzekł ze skru­

chą w głosie. - Decyzję, komu oferować pracę w na­

szym szpitalu, właściwie podjęliśmy już wcześniej. Za­

czynam jednak żałować, że nie mieliśmy więcej czasu 

do namysłu i dlatego... Cornelio, może byśmy zaprosili 

obu kandydatów na ślub naszego syna? 

- No nie wiem, czy... 

- To znaczy - ciągnął Perkins, przenosząc wzrok 

z Amber na Trippa - jeżeli najbliższy weekend macie 

background image

ZONA NA POKAZ 

111 

wolny. Zaproszę również Dereka i 01ivię. - Zatarł ręce. 

- Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? Przecież to 

genialny pomysł! Będziemy mieli okazję lepiej się po­

znać. A decyzja, którą w końcu podejmiemy, będzie 

przemyślana. 

Winston Harris otworzył usta, żeby coś powiedzieć, 

ale po chwili rozmyślił się. Biedna Cornelia wciąż nie 

mogła ochłonąć z wrażenia. 

- Muszę zadzwonić do matki Jennifer i upewnić się, 

czy to im niczego nie komplikuje - rzekła, starając się 

opanować drżenie głosu. - Jeśli rodzina panny młodej 

nie wyrazi zastrzeżeń, to oczywiście miło nam będzie, 

jeśli przyjedziecie. 

- Wspomniała pani, że ślub odbędzie się w Missisipi? 

- spytała Amber. 

- Tak. W posiadłości rodziców Jennifer, mniej więcej 

w połowie drogi między Vicksburgiem a Jackson. Mają 

przepiękną rezydencję zbudowaną jeszcze przed wojną 

secesyjną. 

- Czy to stanowi jakiś problem? - zapytał Montgo­

mery. - Że w Missisipi? 

- Ależ nie - odparła Amber, której zrobiło się słabo 

na myśl o podróży samolotem. 

- Będę musiał poprosić jednego z kolegów, żeby 

mnie zastąpił w szpitalu - oznajmił Tripp. - Ale 

z tym nie powinno być kłopotów. 

- Czyli załatwione - ucieszył się Montgomery Per-

kins. - Gdy tylko Cornelia porozumie się z rodzicami 

Jennifer, natychmiast damy wam znać. Zadzwonię też do 

Dereka. 

background image

112 

SANDRA STEFFEN 

Wkrótce potem wieczór dobiegł końca. Niemal przez 

całą drogę do Cloverdale Amber milczała. Była szczę­

śliwa, a jednocześnie śmiertelnie przerażona. Zakochała 

się w przystojnym, inteligentnym mężczyźnie o wielkim 

sercu. Miała go dla siebie przez jeszcze jeden tydzień. 

Czy to wystarczy, aby i on się w niej zakochał? A jeżeli 

się zakocha, co wtedy? 

Wiedziała, że tydzień to niewiele, ale lepsze to niż 

nic. Postanowiła mądrze wykorzystać ten czas. 

Zastukała do drzwi gabinetu ojca; nie czekając na 

odpowiedź, nacisnęła klamkę i wsunęła głowę do środka. 

- Cześć, tatku. To ja. 

Nagle zaniemówiła, albowiem przy wielkim mahonio­

wym biurku ujrzała matkę. Uśmiech na twarzy Amber 

wyraźnie zbladł. 

- Dzień dobry, mamo. Gdzie się wszyscy podziewają? 

- Skąd mam wiedzieć? - warknęła Patsy Colton. -

Nikt w tym domu nie słucha, co mówię. Na każdym kro­

ku człowiek się o coś potyka. Jak można żyć w takim 

chlewie? 

Amber powiodła wzrokiem po regałach, szafkach, 

biurku; wszystko lśniło czystością. 

- Gdzie tata? - spytała, nie wdając się w dyskusję 

na temat schludności i porządku. 

- Tu go nie ma. 

Tyle to i sama widziała, przemilczała jednak ten fakt, 

uznając, że nie ma sensu jeszcze bardziej drażnić matki. 

- A ty, mamo, co tu robisz? 

'

i

 I 

- Jak to co? Przecież to mój dom. 

background image

ZONA NA POKAZ 

113 

- Tak, oczywiście. Nie chciałam... To znaczy... -

Urwała. Wystarczyło dosłownie kilka chwil w towarzy­

stwie matki, aby dostała gęsiej skórki. - Po prostu wy­

dawało mi się, że wyszłaś. Jak się czujesz, mamo? 

- Dobrze. Natomiast ty, jak widzę, dawno nie odwie­

dzałaś kosmetyczki. Naprawdę nie powinnaś się tak za­

niedbywać. 

Żal ścisnął Amber za serce. Co się stało? Nie mogła 

tego zrozumieć ani przeboleć. Kiedyś były sobie tak bli­

skie, a teraz... 

Teraz miała wrażenie, że rozmawia z obcą kobietą. 
- Nie wiesz, dokąd tata poszedł? 
- Wyjechał w interesach. Nie będzie go przez kilka 

dni. 

Patsy nie dodała „Dzięki Bogu", choć z jej tonu 

wyraźnie pobrzmiewała radość z nieobecności męża 

w domu. 

- Aha... No to ja... W takim razie... 

- Przestań się jąkać. I nie garb się. 

Amber westchnęła z rezygnacją i nie chcąc się z mat­

ką kłócić, wyprostowała plecy. 

- Chciałam się

1

 z tatą pożegnać. 

- Wyjeżdżasz? 
Mogłaby przynajmniej tak jawnie nie okazywać za­

dowolenia, pomyślała Amber. 

- Tak. Na weekend do Missisipi. 

- Do Missisipi? Dlaczego akurat tam? 

Zdziwiło Amber nagłe ożywienie, może nawet niepo­

kój, jaki pojawił się w oczach matki. Co go mogło spo­

wodować? 

background image

114 

SANDRA STEFFEN 

- Tripp i ja zostaliśmy zaproszeni na ślub. 

Napięcie znikło. Patsy wyraźnie się odprężyła. 

- Nie zapomnij wziąć żelu do włosów. Bo przy tak 

dużej wilgotności powietrza nie poradzisz sobie z fry­

zurą. 

Do tego sprowadzały się ich relacje. Weź żel, idź do 

kosmetyczki, nie garb się. 

Matka nie spytała o Trippa, nie zainteresowała się, 

jak córka zniesie podróż samolotem. Amber żałowała, że 

przed jutrzejszym wyjazdem nie zdoła porozmawiać z oj­

cem. On zawsze się o nią martwił, troszczył o jej samo­

poczucie, wypytywał o plany. 

- Powiesz tatusiowi, że tu byłam? Że chciałam się 

z nim pożegnać? 

- Oczywiście. 

Twoje niedoczekanie, pomyślała Patsy, odprowadza­

jąc wzrokiem wredną rhałą lizuskę. Nienawidziła, kiedy 

dzieci Meredith mówiły do niej „mamo". Jeszcze bardziej 

nie znosiła, kiedy zwracano się do niej per „Meredith". 

Kiedyś wróci do swojego prawdziwego imienia. Na razie 

jednak musi kontynuować tę farsę. 

Psiakrew, kiedy on wreszcie zadzwoni? Czekała na 

telefon od Silasa Pike'a zwanego Grzechotnikiem. 

Wzdrygnęła się. Z tym swoim nędznym kucykiem, 

długimi wąsami i kozią bródką facet wygląda na pata­

łacha. I chyba nim był; w tym wypadku pozory riie my­

liły. Dziesiątki razy obiecywał coś zrobić i dziesiątki razy 

nawalał. Z drugiej strony był jedynym człowiekiem, któ­

ry zgodził się dokończyć to, co Patsy rozpoczęła dziesięć 

background image

ŻONA NA POKAZ 115 

lat temu, kiedy zepchnęła do rowu samochód swojej sio­

stry. 

Obróciwszy się na fotelu, patrzyła przez okno, jak Am­

ber wsiada do swojego małego sportowego autka i od­

jeżdża. Znów jest sama w domu. Całe szczęście. Nie 

chciała, aby ktokolwiek podsłuchał jej rozmowę z Grze-

chotnikiem. 

Umówił się, że zadzwoni o konkretnej godzinie. Jak 

zwykle, spóźnia się. A ona siedzi jak na szpilkach. Nagłe 

pojawienie się Amber zbiło ją z tropu. Wszyscy mówili, 

że Amber to wykapana matka. Sophie też, ale głównie 

Amber. W dodatku nie tylko z wyglądu przypominała 

Meredith, ale również z charakteru. 

Niemal od urodzenia Patsy odczuwała wrogość do 

swojej siostry. Okazywanie sympatii Amber, która zacho­

wywała się identycznie jak Meredith, było prawie ponad 

jej siły. 

Życie jej nie rozpieszczało. Od początku wszystko 

układało się nie po jej myśli. Zawsze była tą gorszą 

bliźniaczką, tą, do której wszyscy mieli pretensje, Me­

redith zaś hołubiono i wychwalano pod niebiosa. To, że 

były do siebie podobne jak dwie krople wody, nie miało 

dla ich matki żadnego znaczenia. Właśnie dlatego Patsy 

nienawidziła matki: że jedną z córek stawiała na piede­

stale, a drugą stale krytykowała. Nienawidziła matki, nie­

nawidziła siostry. Nienawidziła Amber za jej podobień­

stwo do Meredith. A także Sophie. Cholera jasna, dla­

czego dzieci Joego i Meredith nie mogą po prostu wy­

jechać gdzieś daleko, zniknąć z jej życia? 

A one wciąż wracały, jak nie jedno, to drugie. Mówiły 

background image

116 SANDRA STEFFEN 

do niej „mamo", zmuszały ją, aby grała rolę ich matki 

- kobiety, którą pragnęła wykreślić ze swej pamięci. 

Dziesięć lat! Już tyle czasu się męczy. Jaka szkoda, 

że Meredith nie zginęła wtedy w tym wypadku. Gdyby 

tak się stało, ona, Patsy, mogłaby przejąć jej tożsamość 

i nie bać się, że kiedyś prawda wyjdzie na jaw. Nie mu­

siałaby ciągle oglądać się za siebie i zadręczać myślą, 

że może kiedyś Meredith pojawi się na ranczu. Nie mu­

siałaby żyć w strachu, że któregoś dnia ta ruda, adopto­

wana smarkula przekona kogoś, że w dniu wypadku fa­

ktycznie widziała „dwie mamusie". 

Na razie wszyscy sądzili, że na skutek wstrząśnienia 

mózgu dziewczynie poprzestawiało się w głowie, ale co 

będzie, jeżeli w końcu ktoś jej uwierzy? Patsy nie mogła 

ryzykować. Wynajęła Grzechotnika, aby pozbył się smar­

kuli. W tym samym czasie ona zamierzała pozbyć się 

Joego. Nie udało się. Dlaczego prześladuje ją taki pech? 

Gdyby Joe nie żył, a Meredith i Emily leżały w gro­

bie, odziedziczyłaby cały majątek Coltonów. Przeznaczy­

łaby go na wychowanie swoich ukochanych synów, Joego 

Juniora i Teddy'ego, oraz na odszukanie swojej ślicznej 

córeczki, którą skradziono jej przed wieloma laty. 

Zaczęła masować sobie skronie. Cierpliwości, powta­

rzała w myślach. Już niedługo spełnią się jej marzenia. 

Grzechotnik twierdzi, że jest bliski odnalezienia Emi­

ly. Z kolei detektyw, którego zatrudniła, by odszukał Me­

redith, przypuszczalnie ma rację, mówiąc, że jej siostra 

nie żyje. Pewnie błąkała się po świecie, mieszkała w róż­

nych przytułkach i w końcu zmarła, nie odzyskawszy pa­

mięci. Na samą tę myśl Patsy uśmiechnęła się błogo. 

background image

ZONA NA POKAZ 

117 

Oparła się wygodnie w fotelu. Telefon wciąż milczał. 

Spoglądając przez okno, dojrzała na podjeździe nowego 

ogrodnika. Poprzedni, Marco Ramirez, mąż Inez, zdecy­

dowanie odmówił, gdy kazała mu powyrywać rośliny, 

które Meredith zasadziła przed laty. Nowy nie będzie się 

sprzeciwiał; już ona dopilnuje, by posłusznie wykonywał 

wszystkie polecenia. 

Stopniowo, krok po kroku, pozbywała się ze swojego 

życia różnych rzeczy, które miały związek z Meredith. 

Teraz nadszedł czas na kwiatki i kwitnące krzewy, za któ­

rymi Meredith tak przepadała. Z radości Patsy aż zatarła 

ręce. 

Wtem zaterkotał telefon. Na dźwięk głosu Silasa Pi­

ke'a uśmiech znikł z jej twarzy. Grzechotnik z miejsca 

zaczął narzekać, biadolić. Patsy nienawidziła biadolenia. 

Zatrudniła tego durnia, żeby raz na zawsze uwolnił ją 

od Emily Blair Colton. Facet okazał się partaczem. Nie 

cierpiała partactwa. Tak niewiele brakowało, by zgładził 

smarkulę, zanim ta oskarży ją o mistyfikację. Niewiele 

brakowało, a jednak Pike zdołał spartaczyć robotę. 

- Nie chcę słyszeć kolejnych wymówek - oznajmiła 

groźnie. Po chwili westchnęła zniecierpliwiona, albo­

wiem Pike zarzucił ją dziesiątkami nowych powodów, 

dla których do tej pory nie wywiązał się z zadania. -

Posłuchaj - przerwała mu. - Moim zdaniem powinieneś 

uważnie obserwować Wyatta Russella i jego nową żonę 

Annie. A także szeryfa Toby'ego Atkinsa. Myślę, że ta 

trójka doskonale się orientuje, dokąd Emily się wyniosła. 

Grzechotnik bąknął coś o pieniądzach; że chciałby 

otrzymać następną ratę. 

background image

118 SANDRA STEFFEN 

- W tym miesiącu nie dostaniesz ani centa więcej. 

Przestań chlać i znajdź wreszcie Emily. Kiedy będziesz 

wiedział, gdzie się ukrywa, zadzwoń po instrukcje. 

Rozłączyła się. Spoglądając przez okno, usiłowała się 

pocieszyć, że wkrótce jej kłopoty się skończą i cały ma­

jątek Coltonów przejdzie w jej ręce. 

- Louise? 

Krzątająca się po ogrodzie atrakcyjna kobieta w śred­

nim wieku popatrzyła na zbliżającą się lekarkę. 

- Wciąż czujesz się nieswojo, kiedy ktoś tak się do 

ciebie zwraca, prawda? - spytała z południowym akcen­

tem doktor Martha Wilkes. 

Wzruszywszy ramionami, Louise Smith uśmiechnęła 

się bezradnie. Od dziesięciu lat tak się przedstawiała. 

Oczywiście jej uśmiech nie zmylił lekarki. 

- Nadal chcesz się spotkać z Emily i Randem, którzy 

twierdzą, że jesteś ich zaginioną matką? 

Tak. Nie. tak. Bała się. Z różnych dokumentów wy­

nikało, że nazywa się Patsy Portman i ma nieciekawą 

przeszłość. Z imieniem Patsy, podobrtie jak z imieniem 

Louise, jakoś trudno jej było się utożsamić. Nazwisko 

Portman brzrriiało bardziej swojsko. 

Kiedyś we śnie słyszała, jak ktoś ją woła. Po obu­

dzeniu pamiętała sen, ale nie pamiętała imienia. Wiedzia­

ła jedynie, że zaczynało się na literę M. Może Mary, może 

Marianne, może Mary Beth. A może po prostu ktoś wo­

łał: „Mamo!". Przez moment masowała skronie, chcąc 

złagodzić ból głowy, który zawsze się pojawiał, gdy usi­

łowała zagłębić się w przeszłość. 

background image

ZONA NA POKAZ 

119 

Korciło ją, by odwołać spotkanie. Mogłaby sobie dalej 

żyć w Jackson w stanie Missisipi, nie wiedząc, kim jest. 

Sny niewiele jej wyjaśniały. Czasem miewała tak silne 
deja vu,

 że wstępowała w nią nadzieja. Czuła, że w jej 

życiu była wielka miłość, dzieci, śmiech, łzy i radość. 

Lekarze i terapeuci, którzy zajmowali się nią wcześniej, 

zlekceważyli jej odczucia; twierdzili, że biorą się one 

z podświadomej tęsknoty za dzieckiem, które oddała do 

adopcji. 

Przez długi czas Louise im wierzyła, ale to nie tłu­

maczyło, dlaczego w jej snach ciągle pojawiał się wy­

soki, ciemnowłosy mężczyzna. Ostatniej nocy widziała 

go w pięknym ogrodzie, otoczonego dziećmi w różnym 

wieku; wszyscy stali z rozwartymi ramionami, jakby cze­

kali na jej powrót do domu. Ogród ze snu był podobny 

do tego w Jackson; w obu rosły takie same kwiaty, 

w obu szemrała fontanna. Ale ten wyśniony był znacznie 

większy, fontanna też była bardziej okazała. Wędrując 

nim, dochodziło się do basenu i słyszało szum oceanu. 

Ale gdzież on się znajduje, ten ogród z jej snu? Skąd 

się w nim wziął ciemnowłosy mężczyzna? I kim była ta 

gromadka dzieci, które ją wołały, lecz których głosy do 

niej nie docierały? 

W górze? nad głową, ujrzała samolot. Och, jak prag­

nęła, żeby leciał nim mężczyzna z jej snów. 2^eby leciał 

po nią. By zabrać ją do domu. 

Była przerażona. Bała się różnych rzeczy. Tego, że 

ta dziewczyna, Emily, popatrzy na nią i uzna, że zaszła 

pomyłka. Tego, że Emily rozpozna w niej swoją matkę. 

Tego, że odzyska pamięć i nagle okaże się, iż jej sny 

background image

120 

SANDRA STEFFEN 

nie mają żadnego potwierdzenia w rzeczywistości. Że 

ciemnowłosy mężczyzna jest wytworem jej fantazji. Że 

nie kocha jej, bo zwyczajnie w świecie nie istnieje. 

Tak, to ją najbardziej przerażało: że odzyska pamięć 

i przekona się, że jest sama jak palec. 

- Louise? - Martha Wilkes wzięła za rękę swą przy­

jaciółkę, a zarazem pacjentkę. - Jeśli wolisz, możemy 

przesunąć spotkanie na inną godzinę... 

Louise spojrzała lekarce w oczy, po czym skierowała 

wzrok w niebo: samolot znikł, a chmura, która jeszcze 

niedawno przypominała kształtem żółwia, połączyła się 

z inną, tworząc jedną wielką bezkształtną masę. 

To dziwne, pomyślała Louise, jak wszystko może się 

zmienić w ciągu ułamka sekundy. 

Lepiej niż ktokolwiek inny wiedziała, że rzadko do­

staje się od losu drugą szansę. I że bez względu na strach, 

swojej nie może zmarnować. 

- Przyprowadź ich do mnie. Emily i Randa. Tu, do 

ogrodu. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

W Jackson w stanie Missisipi panował straszliwy 

upał. Z początku Tripp usiłował pomóc bagażowemu za­

ładować do taksówki jedną swoją torbę i cztery walizki 

Amber, ale okazało się, że tylko mu przeszkadza. Kiedy 

to sobie uświadomił, odsunął się na bok, pozwalając, by 

młody człowiek sam wykonał pracę. Na koniec wręczył 

mu napiwek i usiadłszy obok Amber, mruknął niezado­

wolony pod nosem: 

- Za to, ile wydałem dotąd na tę podróż, mógłbym 

zaopatrzyć klinikę w miesięczny zapas leków. 

- Doktor Perkins mówił, żeby zapisywać wydatki. 

I tobie, i Derekowi zamierza zwrócić poniesione koszty. 

- Wolę podróżować za własne pieniądze. 

Amber pochyliła się do przodu i przez otwór w szybie 

oddzielającej kierowcę od pasażerów podała kierowcy adres 

pensjonatu, w którym mieli zarezerwowane pokoje. Ta­

ksówka ruszyła. Po chwili lotnisko zostało daleko w tyle. 

- Perkinsa i jego wspólników stać na taki gest. 
- Psiakrew, nie o to chodzi. 
Taksówkarz skręcił trochę zbyt gwałtownie. Amber 

odruchowo chwyciła się za brzuch. 

- Wciąż kręci mi się w głowie po tych proszkach, 

które brałam przed lotem. To o co się sprzeczaliśmy? 

background image

122 

SANDRA STEFFEN 

Zaczął się intensywnie zastanawiać nad odpowiedzią. 

O co mu tak naprawdę chodziło? 

O nic. Po prostu nie umiał sobie poradzić z emocjami, 

jakie Amber w nim wzbudzała. W samolocie zasnęła 

z głową wspartą na jego ramieniu. Pamiętał dotyk jej 

włosów na policzku i zapach jej perfum; chłonął go 

wszystkimi zmysłami. Potem obudziła się, a on w zdrę­

twiałych członkach odzyskał czucie... 

Wcale nie chciał się z nią sprzeczać, bał się jednak, 

że inaczej ulegnie jej czarowi. 

Powtarzał sobie, że to gra, że tylko udają narzeczo­

nych. Był inteligentny, potrafił odróżnić prawdę od fałszu, 

fakty od iluzji. Więc dlaczego pożądanie, z którym wal­

czył, wydawało mu się tak autentyczne? 

Dlatego, że naprawdę pożądał Amber. Czyli gra nie 

do końca jest grą. A to czyni ją bardzo niebezpieczną. 

Pierwsza rzecz, jaką zamierzał zrobić po zameldowa­

niu się w hotelu, to wziąć zimny prysznic. Może z dala 

od Amber zdoła wreszcie skupić się na swoim rywalu, 

Dereku Spencerze, i obmyślić plan działania. 

Nagle zorientował się, że Amber nerwowo szuka cze­

goś w dużej skórzanej torbie. Po chwili z samego dna 

wyciągnęła paczkę dropsów miętowych. 

- Masz ochotę? - spytała, podtykając mu kolorowe 

drażetki. - Pomagają złagodzić sensacje żołądkowe. 

Uświadomił sobie, ile jej zawdzięcza. Tak bardzo 

chciała mu pomóc, że mimo choroby lokomocyjnej zde­

cydowała się towarzyszyć mu do Missisipi. W dodatku 

poświęciła na podróż kilka dni ze swojego urlopu. 

- Jesteś niezwykle dzielna, wiesz? 

background image

ŻONA NA POKAZ 123 

- Zapomniałeś jeszcze dodać: jak na rozpieszczoną 

dziedziczkę. 

- Wcale nie jesteś tak rozpieszczona, jakby się mogło 

wydawać. Masz za to ogromny hart ducha, o jaki nigdy 

bym cię wcześniej nie podejrzewał. 

Nie wiedziała, czego się spodziewać, ale na pewno nie 

oczekiwała komplementów ani nieporadnego uśmiechu, 

który osiadł na twarzy Trippa. Tym bardziej nie spodziewała 

się niewinnego pocałunku, który złożył na jej policzku. Na 

moment zamknęła oczy. To było coś niesamowitego: muś­

nięcie warg lekkie jak tchnienie wiatru. 

Siedziała bez ruchu, szczęśliwa, podniecona, czekając, 

co będzie dalej. Ucieszyłaby się, gdyby wziął ją w ra­

miona, przywarł ustami do jej ust, ale kiedy odsunął się 

i wyjrzał przez okno, nie wpadła w rozpacz. Wiedziała, 

że na pocałunki będą mieli mnóstwo czasu później, po 

dotarciu do hotelu. Puściła wodze fantazji. 

Czuła się dziwnie, jakby odnalazła swoją bratnią du­

szę. Przypuszczalnie miało to związek z mężczyzną, któ­

ry siedział obok niej, ale również ze snem, który przyśnił 

się jej w samolocie. 

Śniła się jej matka. Nie ta dzisiejsza, ale ta sprzed 

wielu lat, która w ogrodzie nad basenem uczyła córki, 

Sophie, Amber i Emily, wyplatania wianków ż kwiatów. 

Dziewczynki włożyły je potem na głowę i podskakując 

wesoło, udawały leśne nimfy. Obserwując je, mama 

stwierdziła, że wyglądają jak ptaszki. Tego dnia cztero­

letnia Emily o potarganych rudych włosach i sterczących 

kolanach została Wróbelkiem, dziesięcioletnia Amber 

o włosach barwy miodu - Ziębą, a piękna, dwunastolet-

background image

124 SANDRA STEFFEN 

nia Sophie - Skowronkiem. Starsze dziewczynki szybko 

wyrosły ze swoich ptasich przydomków, lecz Emily 

wciąż jeszcze nazywano Wróbelkiem. 

Emily, Wróbelku, gdzie jesteś? 

Taksówka zwolniła, dojeżdżając do czerwonych świa­

teł. Nagle Amber zauważyła stojącą na rogu dziewczynę. 

Nie widziała jej twarzy, lecz tę rudą czuprynę rozpozna­

łaby wszędzie! Serce zaczęło jej łomotać. Dziewczyna 

była sporo chudsza od Emily, ale wzrost się zgadzał, no 

i kolor włosów... 

Dziewczyna odwróciła się. W tym samym momencie 

zerwał się wiatr: rude kosmyki całkowicie zasłoniły 

twarz. Amber odruchowo chwyciła za klamkę. 

- Emily?! - krzyknęła przez otwarte okno. 

Warkot silników i trąbienie klaksonów zagłuszyły jej 

głos. Po chwili światło zmieniło się na zielone i samo­

chody znów ruszyły. Odwróciła głowę, gdy przejeżdżali 

przez skrzyżowanie. Jeszcze miała nadzieję, że zdoła coś 

dojrzeć. Niestety, rudowłosą dziewczynę otoczyła grupa 

turystów. 

- Amber, co ci jest? 

Usłyszała głos Trippa, nie była jednak w stanie ode­

rwać oczu od ludzi na chodniku. 

- Widzisz tę dziewczynę? Tę rudą? - spytała. 

Oboje patrzyli przez tylną szybę. 

- Widzę kilka dziewczyn. W tym dwie rude. 
Nie odezwała się. Odwróciła się dopiero wtedy, gdy 

grupa na skrzyżowaniu zniknęła jej z pola widzenia. 

- Wydawało mi się, że tam stoi moja siostra Emily. 

- Emily? A co ona by robiła w Jackson? 

background image

ZONA NA POKAZ 

125 

Leki, jakie brała przed podróżą, zawsze ją trochę otę­

piały. Potrząsnęła głową. 

- Masz rację. Co by Emily tu robiła? 

Parę minut później taksówka skręciła w dojazd do au­

tostrady. Z instrukcji, jakie przekazała im asystentka do­

ktora Perkinsa, wynikało, że od pensjonatu dzieli ich naj­

wyżej pół godziny drogi. 

- To była dla ciebie męcząca podróż - powiedział 

cicho Tripp. - Ale wkrótce dotrzemy na miejsce. - Zerk­

nął na zegarek. - Na szczęście nie musimy się spieszyć. 

Zdążysz położyć się i odpocząć, a ja w tym czasie przej­

rzę pisma medyczne, które wziąłem do poczytania. 

Patrzył prosto przed siebie, więc nie zauważył uśmie­

chu, jaki osiadł na wargach Amber. I nie usłyszał wy­

powiedzianych szeptem słów: „w miłości i na wojnie 

wszystkie chwyty są dozwolone". 

To nie fair! - pomyślała Emily Blair Colton, wędrując 

po uliczkach jednej ze starszych dzielnic Jackson. 

Ogarnęła ją tęsknota za rodziną i domem. Chciała rzucić 

się w pogoń za taksówką, krzyczeć na całe gardło: Ambel

-

wróć! Nie zostawiaj mnie samej! Proszę cię, wróć! 

Ale nie mogła. Amber nie zna jej miejsca pobytu. Tyl­

ko Rand je zna. Przynajmniej taką ma nadzieję. Im mniej 

osób wie, gdzie akurat przebywa, tym lepiej. 

Co rusz oglądała się przez ramię, obserwowała pie­

szych, kierowców. I trzęsła się ze strachu. Tak strasznie 

się bała. Marzyła o tym, by znów być w domu, wśród 

najbliższych. Łzy napłynęły jej do oczu. Otarła je dłonią, 

modląc się w duchu, by to piekło wreszcie się skończyło. 

background image

126 

SANDRA STEFFEN 

Miała ważny powód, aby przyjechać do Jackson, ale 

Amber? Co ona tu robi? Przecież cierpi na chorobę lo-

komocyjną. Pokonanie nawet niezbyt dużej odległości sa­

mochodem, nie mówiąc już o samolocie, jest dla niej pra­

wdziwą udręką. 

Emily zwilżyła wargi. Męczyło ją ukrywanie się, życie 

w ciągłym napięciu. Na miłość boską, jest za młoda, aby 

stale się wszystkiego bać! 

Ostatni rok był prawdziwym koszmarem. W rzeczy­

wistości jednak koszmar zaczął się dziesięć lat wcześniej, 

po wypadku, w którym uczestniczyła ze swoją mamą. 

Od tamtej pory nic nie było takie jak dawniej. 

Całymi latami próbowała uporządkować w głowie 

mętne wspomnienia, jakie wciąż ją nawiedzały, i zrozu­

mieć, jakim sposobem dobrą mamę zastąpiła zła mama. 

Może teraz jej się uda - wszystko dzięki Randowi, któ­

rego poprosiła o pomoc. Parę dni temu brat zadzwonił 

do niej do Montany, gdzie ukrywała się przed swoim nie­

doszłym zabójcą. Okazało się, że prywatny detektyw, któ­

rego Rand wynajął, znalazł dowody wskazujące na to, 

że dwie matki na miejscu wypadku wcale nie były oma­

mem czy halucynacją. Matka Emily, Meredith Colton, 

miała siostrę Patsy Portman. Patsy i Meredith były 

bliźniaczkami jednojajowymi. Żadne z dzieci Meredith 

nie wiedziało o istnieniu ciotki; matka nigdy o niej nie 

mówiła. Przypuszczalnie miała ku temu ważny powód, 

który może wkrótce pozna również reszta rodziny. 

To Patsy spowodowała tamten wypadek przed laty, 

a potem przybrała tożsamość siostry. Co do tego Emily 

nie miała wątpliwości. Nie mieściło się jej w głowie, jak 

background image

ZONA NA POKAZ 

127 

Patsy mogła postąpić tak okrutnie, ale pocieszała się, że 

już niedługo cała sprawa się wyjaśni. Od czasu wypadku 

Emily podświadomie czuła, że kobieta podająca się za 

jej matkę nie może nią być. I to się potwierdziło. Rand 

odkrył miejsce zamieszkania prawdziwej Meredith, która 

teraz nazywa się Louise Smith. Biedaczka od lat cierpi 

na amnezję. 

Wcześniej Rand złożył wizytę jej lekarce: chciał od 

razu jechać do matki. Emily uśmiechnęła się w duchu. 

To takie typowe, pomyślała; wszyscy mężczyźni z rodu 

Coltonów są w gorącej wodzie kąpani. 

Doktor Wilkes prosiła Randa o cierpliwość, spokój 

i wyrozumiałość. Z jej słów wynikało, że Meredith od 

lat nękają koszmary, które powodują rozsadzający cza­

szkę ból głowy, a czasem niweczą efekty wielomiesię­

cznej terapii. Zdarzają się jednak i przyjemniejsze sny; 

w jednym pojawia się mężczyzna o zamazanej twarzy 

otoczony gromadką dzieci. 

Lekarka święcie wierzyła, że kluczem, który mógłby 

uruchomić pamięć Meredith, jest powracająca w snach 

postać małej rudowłosej dziewczynki. Dowiedziawszy się 

o tym, Emily z trudem powstrzymała łzy. Mama jej nie 

zapomniała! Może nie kojarzy, kim jest ta dziewczynka, 

ale nosi jej obraz w swoim sercu. 

Chociaż sama nie przyszła na świat w rodzinie Col­

tonów, ubóstwiała swoich adopcyjnych rodziców. Bardzo 

za nimi tęskniła i właśnie ta tęsknota, zwłaszcza za mat­

ką, której nie widziała dziesięć lat, sprawiła, że w środku 

nocy Emily wymknęła się z domu i przejechała autosto­

pem sześć stanów, aby w końcu dotrzeć do Missisipi. 

background image

128 SANDRA STEFFEN 

Autostop może nie należy do najbezpieczniejszych metod 

podróżowania, ale przynajmniej człowiek nie zostawia 

za sobą śladów. Po śladach zaś Patsy mogłaby ją wytro­

pić. 

Podeszła do krawężnika i wyciągnęła rękę w chara­

kterystycznym geście. Po chwili ją cofnęła. Kierowca sa­

mochodu, który zwolnił, nie wzbudzał zaufania: miał tłu­

ste włosy, nastroszoną brodę i poplamioną smarem ko­

szulę. Mimo zmęczenia wolała nie ryzykować. 

Brudna, wyczerpana podróżą, głodna i spragniona, 

wydobyła z kieszeni dżinsów mapę Jackson. Była mniej 

więcej trzy, cztery kilometry od miejsca, w którym umó­

wiła się z Randem. Westchnąwszy głośno, schowała ma­

pę z powrotem do kieszeni, zarzuciła torbę przez ramię 

i ruszyła pieszo. 

- Martha wspomniała mi, że jesteś żonaty... 
- Tak, to prawda - odparł Rand. Podobnie jak Emily, 

nie mógł oderwać oczu od pięknej kobiety, która siedziała 

naprzeciwko nich. 

Przez pierwszych kilka minut wszyscy czuli się nie­

zręcznie. Emily była o krok ód łez. Całymi latami marzyła 

o tym spotkaniu, wyobrażała sobie, jak to będzie: matka 

ją rozpozna, przytuli... Do głowy jej nie przyszło, że będzie 

patrzyła na nią ze zdziwieniem i zakłopotaniem. 

Rand, który rzadko okazywał emocje, ze trzy razy od­

chrząknął i tyle samo razy wsunął palec za kołnierzyk koszuli, 

jakby się dusił. 

W oczach jch matki nie zakręciły się łzy. Dla niej byli 

parą obcych ludzi. 

background image

ŻONA NA POKAZ 129 

Nie, mamo! - zawołała w myślach Emily. Jesteśmy 

twoimi dziećmi. I to wcale nie jedynymi! 

Doktor Martha Wilkes zmierzyła rodzeństwo groźnym 

wzrokiem i ledwo dostrzegalnym ruchem pokręciła gło­

wą. Uprzedzała ich, że powinni uzbroić się w cierpli­

wość: kobieta, którą ona od lat zna jako Louise, pewnie 

nie od razu odzyska pamięć. 

- Żona ma na imię Lucy - dodał Rand, wiercąc się 

na wiklinowym fotelu. 

Rand, pierworodny syn Joego i Meredith Coltonów, 

był człowiekiem czynu. Nigdy nie siedział z założonymi 

rękami. Jako prawnik przyzwyczajony był do działania 

i odnoszenia sukcesów. Emily wyobraziła sobie, jak bar­

dzo musi go męczyć obecna sytuacja, kiedy nic nie może 

zrobić, aby pomóc własnej matce. 

Meredith - Emily nie potrafiła myśleć o niej jak 

o Louise - uśmiechnęła się. 

- Ładnie - oznajmiła. 
- Jest cudowną osobą - kontynuował Rand. -

Chciałbym, żebyś ją poznała. To znaczy kiedyś... - Ko­

szula znów go zaczęła uwierać w szyję. - Jak będziesz 

gotowa... Kiedy wszystko wróci do poprzedniego stanu. 

„Kiedy", a nie , jeśli". Emily miała ochotę wycałować 

za to brata. 

Meredith przyjrzała się uważnie swoim gościom. Ża­

den błysk rozpoznania nie rozjaśnił jej spojrzenia. Z du­

żych piwnych oczu wyzierał smutek i strach. 

- Lucy ma pięcioletniego syna. - Rand nie poddawał 

się. - Maks to wspaniały dzieciak. Zobaczysz. 

Emily nie spuszczała z matki wzroku. Siedząca na-

background image

130 SANDRA STBFFEN 

przeciwko niej kobieta miała więcej siwych włosów 

niż dawniej i troszkę więcej zmarszczek, ale ciągle by­

ła niezwykle piękna. I wciąż była tą samą osobą, która 

od pierwszego wejrzenia pokochała potarganą rudo­

włosą dziewczynkę ze strupami na chudych kolanach 

ubraną w brudną, postrzępioną sukienkę. 

Musi być jakiś sposób, żeby do niej dotrzeć! Żeby 

jej pomóc! 

- Wiesz, mamusiu, Rand zamierza adoptować Maksa. 

Tak jak ty i tatuś adoptowaliście mnie. 

Meredith przeniosła wzrok na Emily i przez chwilę 

intensywnie się w nią wpatrywała, szukając czegoś, ja­

kichś znaków rozpoznawczych. W małym, pełnym bujnej 

roślinności ogródku śpiewały ptaki. Przy rosnących 

wzdłuż ogrodzenia liliach bzyczały pszczoły. Nie odry­

wając oczu od twarzy matki, Emily ciągnęła: 

- Nie mogę się nadziwić, że twój tutejszy ogród tak 

bardzo przypomina ten sprzed dziesięciu lat na ranczu. 

- To by tłumaczyło, dlaczego przepadasz za roślina­

mi, które uprawia się w Kalifornii - wtrąciła lekarka. 

Meredith skinęła głową. 

- Często mi się śni duży ogród pełen kwiatów i ludzi. 

Nie widzę ich twarzy, słyszę za to głosy i śmiech. A w tle 

zawsze słyszę miarowy szum, chyba oceanu. - Przyło­

żyła rękę do czoła, jakby chciała powstrzymać ból głowy. 

Martha Wilkes poklepała ją delikatnie po dłoni. 

- Louise, do niczego się nie zmuszaj. To samo przyj­

dzie. Jak będziesz gotowa, pamięć wróci. Albo cała naraz, 

albo powoli, po kawałku, ale na pewno wróci. 

Meredith uśmiechnęła się do lekarki, a Emily pomy-

background image

ZONA NA POKAZ 

131 

ślała sobie, że do końca życia będzie wdzięczna tej sym­
patycznej, czarnoskórej kobiecie za opiekę, jaką otoczyła 

jej matkę. 

- Tyle lat... - rzekła Meredith tak cicho, że dwójka 

jej dzieci pochyliła się do przodu, aby nie uronić słowa. 

- Czasem bałam się, że nigdy nie odzyskam pamięci, 

ale równie często bałam się, że ją odzyskam. Przerażała 

mnie myśl, że kogoś zamordowałam. Ale nie jestem mor­

derczynią. 

Nagle przeszył ją tak ostry ból, że aż zmrużyła oczy. 

- Może chciałabyś się położyć? - zaproponowała le­

karka. 

- Nie, Martho. Chciałabym zaparzyć herbatę. - Nie­

co stropiona, popatrzyła na swoich gości. - Napijecie się? 

Rand pijał wyłącznie kawę, mocną, czarną, bez cukru, 

Emily wolała napoje gazowane. Oboje uśmiechnęli się 

szeroko. 

- Bardzo chętnie - odparli chórem. 

Ich matka nic a nic się nie zmieniła. Wciąż była ciepła 

i serdeczna. I wciąż, jak dawniej, o tej samej porze pijała 

herbatę. 

Spoglądali na nią z tęsknotą, dopóki nie zniknęła 

w domu. Ledwo jednak znalazła się poza zasięgiem słu­

chu, Rand zaczął bombardować pytaniami lekarkę. 

- Czy coś jej jeszcze dolega? Poza amnezją? 
- Wydaje się strasznie krucha - wtrąciła Emily, zanim 

lekarka zdążyła cokolwiek powiedzieć. 

- Miewa bóle głowy, czasami bardzo dotkliwe. A je­

śli chodzi o kruchość, to tylko pozory. Wielokrotnie by­

łam świadkiem jej wręcz niewiarygodnej siły. 

background image

132 SANDRA STEFFEN 

- Ktoś słaby dawno by się załamał - stwierdził Rand. 

- Zawsze wiedziałam, że jeśli mama żyje, to za 

wszelką cenę będzie starała się do nas wrócić - dodała 

Emily. 

Martha Wilkes skinęła głową. 

- Potrafię zrozumieć, w jaki sposób Patsy spowodo­

wała wypadek i zajęła miejsce mamy - rzekł Rand. -

Ale nie potrafię zrozumieć, skąd się mama tu wzięła. 

- Według raportu prywatnego detektywa, którego pan 

wynajął, wynika, że Louise... to znaczy Meredith... po­

jawiła się w klinice w Monterey. Cierpiała na amnezję, 

ale miała przy sobie prawo jazdy na nazwisko Patricia 

Portman. Patsy Portman już kiedyś się tam leczyła. 

W każdym razie wasza matka spędziła w Monterey pół 

roku. Podejrzewam, że wiadomość o własnej chorobie 

psychicznej i pobycie w więzieniu musiała być dla niej 

straszliwym ciosem. Przez cały ten czas wszyscy lekarze, 

w tym również i ja, uważali, że Louise... Meredith cierpi 

na wieloraką osobowość. Wasza Patsy okazała się nad 

wyraz sprytna. 

Rand poderwał się z fotela i podszedł do altanki obroś­

niętej różami. Patsy Portman jest jego ciotką, ale nienawiść, 

jaką do niej czuł, była tak wielka, że aż go przerażała. 

- Kiedy... - Musiał odchrząknąć, inaczej nie był 

w stanie dobyć głosu. - Kiedy pomyślę, że przez tyle 

lat nasza biedna mama wierzyła w te koszmarne kłam­

stwa i mieszkała na drugim końcu kontynentu, sama, 

z dala od tych, których kocha i którzy ją kochają, robi 

mi się niedobrze. 

- Widzę. ' 

background image

ŻONA NA POKAZ 133 

Rozejrzawszy się wkoło, przeczesał ręką włosy. 

- To się w głowie nie mieści, jak bardzo ten ogród 

przypomina tamten, który kiedyś uprawiała. Z drugiej 

strony to ma sens. Można stracić pamięć, ale w środku 

pozostaje się tym samym człowiekiem, którym się było. 

- Na moment zamilkł. - Cholera, musi być jakiś sposób, 

aby pobudzić pamięć mamy. 

Emily siedziała pogrążona w myślach. Nie odzywała 

się. Nagle poderwała się i skierowała do domu. 

- Dokąd idziesz? 

Stanęła. Spoglądając przez ramię na atrakcyjną cie­

mnoskórą kobietę o krótko obciętych włosach, oznajmiła: 

- Zawsze w domu pomagałam mamie parzyć herbatę. 

Lekarka wolno pokręciła głową. 
- Nie powiem nic, co by ją mogło zdenerwować. 

Przysięgam. 

Popatrzyła błagalnie na Randa. 
- Wszystko masz wypisane na twarzy, kochanie -

rzekła Martha Wilkes, zanim Rand zdążył otworzyć usta. 
- Chcesz, aby twój brat zajął mnie rozmową, a wtedy 

ty ukradkiem wśliźniesz się do środka, prawda? No do­

brze, idź i pomóż mamie. Ale pamiętaj, co obiecałaś. 

Emily obróciła się pośpiesznie; sukienka, którą wło­

żyła w pokoju hotelowym Randa, zawirowała jej wokół 

kolan. 

- Kiedy to się skończy, musi nas pani odwiedzić 

w Kalifornii. 

- Tak dawno nigdzie nie podróżowałam, że wszystkie 

moje walizki pokrywa gęsta pajęczyna. 

- Czas najwyższy je odkurzyć. Bo jak tylko mama 

background image

134 SANDRA STEFFEN 

wróci do domu, ojciec na pewno wyda huczne przyjęcie. 

I będzie nalegał, aby pani wraz z mężem zechcieli je 

zaszczycić. 

Martha Wilkes postanowiła nie tłumaczyć młodemu 

prawnikowi, że nigdy nie miała czasu na takie głupstwa 

jak małżeństwo czy podróże. Nawet na randki od lat się 

nie umawiała. Niedawno skończyła czterdzieści pięć lat; 

jej biologiczny zegar przestał tykać. 

Zerknęła na dom. Drzwi były zamknięte, ale przez 

okno widziała krzątającą się po kuchni Louise... nie, Me-

redith. Dzieci chcą zabrać ją z powrotem do Kalifornii. 

Prędzej czy później wyjedzie, a ona, Martha, zajmie się 

leczeniem kolejnych pacjentów. 

Takie jest jej życie. Sama tak nim pokierowata. I wca­

le nie żałowała podjętej przed laty decyzji. 

- Dokąd pani idzie? - spytał Rand. 

Stanęła dokładnie w tym samym miejscu co Emily. 
- Sprawdzić, jak sobie radzą pańska matka i siostra 

- odparła, uśmiechając się przyjaźnie. 

- Mamusiu? 
Louise, a raczej Meredith - już sama nie wiedziała, 

jak ma o sobie myśleć - podniosła wzrok znad słoika, 

w którym trzymała sypką herbatę. Widok stojącej w pro­

gu ślicznej rudowłosej dziewczyny dosłownie zaparł jej 

dech. A może nie tyle widok dziewczyny, co fakt, że 

nazwała ją „mamusią"? 

- Słucham? 
Emily nieśmiało podeszła krok bliżej. 

- Widzę, że wciąż lubisz kolor zielony. 

background image

ZONA NA POKAZ 

135 

Meredith popatrzyła na zielone zasłonki w oknie i na 

jasnozielone ściany w kuchni. Tak, lubi zieleń. 

- Czy to również twój ulubiony kolor? - spytała, 

wskazując ręką na ciemnozieloną sukienkę, którą dziew­

czyna miała na sobie. 

Emily pokręciła z żalem głową. 

- Nie, ja najbardziej lubię błękit. Amber kocha kolor 

żółty, a Sophie czerwień. - Podeszła jeszcze bliżej. - Po­

myślałam sobie, że może potrzebujesz pomocy. Gdzie 

trzymasz tacę? 

- W dolnej szufladzie - odparła matka, pochylając 

się. 

Emily jednak była szybsza. Meredith wyprostowała 

się; wtem doznała uczucia deja vu. Serce łomotało jej 

jak szalone. Powoli wyciągnęła rękę i delikatnie pogła­

dziła rude loki. Emily uniosła twarz. Oczy matki lśniły 

od łez. 

- Och, mamusiu, w ogóle mnie nie pamiętasz? 

Starszą kobietą wstrząsnęła fala emocji. Miała wra­

żenie, jakby iskra elektryczna przeskoczyła między jej 

mózgiem a pamięcią i zaczęła pobudzać pamięć do ży­

cia. 

Spoglądając na Emily, zobaczyła rudowłosą dziew­

czynkę ze snów, której obecność zawsze dodawała jej 

otuchy i nie pozwalała się załamać. Nawet nie próbując 

osuszyć łez, przyciągnęła ją do siebie. 

- Pamiętam... Wróbelku. 

Po raz pierwszy od dziesięciu lat Emily rzuciła się 

w ramiona matki. 

- Boże, mamusiu, jak strasznie za tobą tęskniłam! 

background image

136 SANDRA STEFFEN 

Kątem oka Meredith dostrzegła jakiś ruch w drzwiach. 

Zmrużywszy oczy, przez moment z niedowierzaniem 

wpatrywała się w młodego, ciemnowłosego mężczyznę. 

- Joe? 

Zachwiała się. Rand z Marthą skoczyli do przodu, by 

ją podtrzymać. W tym samym momencie zagwizdał czaj­

nik. Meredith zatkała uszy i zacisnęła powieki. Oszoło­

miona poczuła, jak ktoś sadza ją na krześle. Kiedy nabrała 

pewności, że nie zwali się nieprzytomna na podłogę, 

otworzyła oczy i powoli wyciągnęła rękę w stronę swo­

jego najstarszego syna. 

- Oczywiście, że ty nie możesz być Joem. Jesteś Ran­

dem, prawda? 

Wszystkich w kuchni ogarnęło wzruszenie. Emily 

głośno chlipała. Rand miał szkliste spojrzenie, Martha 

Wilkes pociągała nosem, choć starała się to ukryć; ener­

gicznym krokiem podeszła do kuchenki i zdjęła czajnik 

z ognia. Świdrujący gwizd ustał. Nastała cisza jak ma­

kiem zasiał. 

Meredith ponownie zakręciło się w głowie. 

- Muszę się położyć... 
Z miejsca wysunęły się trzy pary rąk. Każdy chciał 

pomóc, ale nawzajem sobie przeszkadzali. Wreszcie Rand 

wziął matkę w ramiona. 

- Emily, otwórz drzwi. Martho, gdzie jest sypialnia? 
- Rand, proszę mnie postawić. Słyszysz? 

Wszyscy zamarli bez ruchu. Meredith uśmiechnęła się 

przez łzy. 

- Natychmiast, młody człowieku. 

Rand posłusznie spełnił polecenie. 

background image

ZONA NA POKAZ 

137 

- Martho... - Słabym głosem Meredith zwróciła się 

do lekarki. - Czy mogłabyś mnie odprowadzić do sy­

pialni? Odpocznę minutkę. Emily, zaparz herbatę... -

Nagle zawahała się. - Ojej, przecież nigdy nie lubiłaś 

herbaty. Ty, Rand, też nie. 

- Połóż się, mamusiu. W tym czasie Rand i ja zapa­

łamy miłością do tego napoju. 

Doszedłszy do wyjścia, Meredith obejrzała się za sie­

bie. To są dwie z kilkunastu postaci, które nawiedzały 

ją w snach. Nareszcie widzi ich twarze! 

Wiedziała, że musi się położyć, choćby na chwilkę, 

ledwo bowiem trzymała się na nogach, z drugiej strony 

bała się... 

- Nie odejdziecie? - spytała. - Będziecie tu, jak wrócę? 

Emily przygryzła wargę, po czym uśmiechając się, 

skinęła głową, a wtedy Meredith poczuła, jak spływa na 

nią wprost niewyobrażalne szczęście. 

- Chodź, kochanie - powiedziała Martha, ujmując 

przyjaciółkę za łokieć. 

Głos Randa dobiegł Meredith, zanim zniknęła w wą­

skim korytarzyku prowadzącym do sypialni: 

- Nie myśl, że tak łatwo się nas pozbędziesz! 

Słońce chyliło się ku zachodowi, a drzewa rzucały 

półkilometrowe cienie, kiedy Emily z Randem wreszcie 

opuścili dom matki. 

- O Boże, tak bardzo nie chcę jej teraz zostawiać -

szepnęła w samochodzie Emily. Zalewając się łzami, po­

machała do dwóch kobiet, które stały w drzwiach. 

- Musimy, Em. - Rand również wysunął rękę przez 

background image

138 

SANDRA STEFFEN 

okno i pomachał. - Doktor Wilkes ma rację. Z każdą mi­

nutą wszystko się coraz bardziej plątało mamie w głowie. 

- Jedź wolno. Chcę jak najdłużej ją widzieć. 

Zanim samochód skręcił na skrzyżowaniu, Meredith 

przyłożyła rękę do ust i posłała dzieciom całusa. 

Jechali w milczeniu, odtwarzając w myślach przebieg 

spotkania. Matka spała bite trzy godziny; obudziła się 

z koszmarnym bólem głowy. Na szczęście nie zapomnia­

ła, kim są Rand i Emily. Ale niestety niczego więcej nie 

zdołała sobie przypomnieć. Trudno powiedzieć, kto był 

tym faktem bardziej zawiedziony: ona czy oni. 

Doktor Wilkes próbowała pocieszyć Randa i Emily: 

ważne, że matka ich pamięta. Nalegała też, aby zostawili 

Meredith pod jej opieką. Rand nie był do końca przekonany, 

ale po namyśle doszedł do wniosku, że chyba tak będzie 

lepiej. Matka mieszkała w Jackson od prawie dziesięciu lat. 

Lekarka uważała, że nagła zmiana otoczenia może wpłynąć 

na pogorszenie jej stanu. Meredith stwierdziła, że jest go­

towa rozpocząć bardziej intensywrią kurację; zgadza się na­

wet na ponowną hipnozę, byleby jak najszybciej odzyskać 

pamięć i wrócić do rodziny. 

- Wyobrażasz sobie, jacy wszyscy będą szczęśliwi? 

- powiedziała Emily. 

- Nie całkiem wszyscy. 
- To prawda. Ciotunia będzie niepocieszona. 
- Boże, Em, to się w głowie nie mieści, że można 

tak skrzywdzić własną siostrę. 

- Wiem. 
- Chciałbym, żebyś mogła pojechać ze mną do Wa­

szyngtonu. 

background image

ŻONA NA POKAZ 139 

Oboje jednak uznali, że mądrzej będzie, jeżeli Emily 

wróci do Red River w Montanie. 

- Szkoda mi opuszczać Missisipi, wiesz, braciszku? 

Po pierwsze, rozmawiałam z mamą. Po drugie, spotkałam 

ciebie. Po trzecie... mówiłam ci, że widziałam Amber? 

- Gdzie? Tu, w Missisipi? Jesteś pewna? 

Dlaczego starsi bracia nigdy nie dowierzają młodszym 

siostrom? Emily posłała mu drwiące spojrzenie. 

- No co? - oburzył się. - Mogło ci się przewidzieć. 

Co ona by tu robiła? 

- Nie wiem. Myślałam, że może ty wiesz. Pewnie 

ma jakiś ważny powód, a coś mi mówi, że chodzi o tego 

przystojnego szatyna, który jej towarzyszył. 

- Amber jest w Missisipi z przystojnym szatynem? 

Boże, trudno za wami nadążyć! Jak mam was strzec, kie­

dy każda robi, co jej się żywnie podoba? 

- Nie przejmuj się, braciszku. Jesteśmy Coltonówna-

mi. Natura obdarzyła nas siłą, rozumem, intuicją, spry­

tem. Podejrzewam, że Amber umie świetnie wykorzystać 

te swoje liczne dary. 

Biedaczysko, pomyślał Rand o nieznajomym szaty­

nie. Wiedział bowiem z doświadczenia, że kiedy jego sio­

stry się uprą, zawsze osiągają cel. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Tripp pchnął drzwi łokciem. Otworzyły się. Amber 

musiała zostawić je uchylone. Zauważył, że jego „narze­

czona" prowadzi ożywioną dyskusję z kobietą w recep­

cji. Najwyraźniej był jakiś problem. 

Pensjonat, zbudowany w południowym stylu, z wy­

sokimi kolumnami i ogromną werandą ciągnącą się 

wzdłuż całego frontu, wyglądał tak, jakby był żywcem 

przeniesiony ze stron luksusowego pisma poświęconego 

architekturze. Trippowi do szczęścia wystarczyłby mały 

skromny motel z czystymi pokojami i bieżącą wodą. 

Rozejrzał się dookoła. Akurat ten budynek do małych 

i skromnych nie należał. 

Zapłaciwszy taksówkarzowi, objuczony jak wielbłąd, 

ruszył za Amber szerokim, wyłożonym kostką chodni­

kiem. Był zlany potem, ubranie miał wygniecione, ko­

szula lepiła mu się do pleców. Zbliżając się do drzwi, 

marzył o zimnym prysznicu i cichym, klimatyzowanym 

pokoju. 

- Mam potwierdzenie rezerwacji. - Amber postawiła 

walizkę na podłodze i zaczęła grzebać w torebce. 

Tripp stanął parę kroków dalej. Nie wiedział, w czym 

tkwi problem, ale Amber już się nim zajęła. 

background image

ŻONA NA POKAZ 

141 

- Według faksu sprzed dwóch dni, pokoje dziesięć 

i dwanaście są zarezerwowane na nazwiska Colton i Cal-

houn. 
Właścicielka pensjonatu wzięła od Amber kartkę, po 

czym zerknęła do swoich dokumentów i zasępiła się. 

- Coś nie tak? - spytał Tripp, podchodząc bliżej. 

Miała na oko pięćdziesiąt lat, włosy starannie ucze­

sane, na palcu pierścionek z trzy- lub czterokaratowym 

brylantem; mówiła z południowym akcentem. 

- Nie wiem, jak to się mogło stać, ale dosłownie parę 

minut temu pokoje dziesięć i dwanaście przydzielono 

dwóm dentystom z Iowy i ich żonom. Oni również mieli 

potwierdzone rezerwacje. 

Paski od toreb uwierały Trippa w ramię. 

- Innymi słowy, nie znajdzie się tu dla nas miejsce? 
- Ależ nie. Znajdzie się. 

- Doskonale. Proszę więc nam podać numery pokoi. 

Kobieta rzuciła Amber ukradkowe spojrzenie. Nic 

z tego nie rozumiał. Dopiero po chwili Amber wyjaśniła 

mu, na czym polega kłopot. 

- Nie pokoi, tylko pokoju, Tripp. Mają dla nas zare­

zerwowany jeden pokój. 

- Ale za to najładniejszy - dodała szybko właściciel­

ka, próbując jakoś wynagrodzić nieporozumienie. 

Tripp popatrzył na Amber. Włosy ma w nieładzie, 

szminkę startą. Znajduje się w podróży od wielu godzin, 

cierpi na chorobę lokomocyjną, lecz mimo to wygląda 

niezwykle ponętnie. Jak ona to robi? 

- Nasze pokoje nie muszą z sobą sąsiadować. - A na­

wet lepiej, żeby nie sąsiadowały, pomyślał. - Mogą być 

background image

142 

SANDRA STEFFEN 

na różnych piętrach. Proszę w tym najpiękniejszym umie­

ścić pannę Colton, a mnie dać jakikolwiek. 

- Obawiam się, że wszystkie inne są zajęte. 

Na twarzy Trippa odmalowała się złość. Amber nie wie­

działa, jak ma się zachować. Całą podróż dokładnie zapla­

nowała. W ciągu najbliższych czterdziestu ośmiu godzin za­

mierzała uwieść Trippa, a przynajmniej zrobić coś, aby się 

w niej zakochał. W końcu wcale nie musi mieszkać w Fort 

Bragg. Jej praca w Fundacji Hopechest polega na pozyski­

waniu funduszy. Równie dobrze mogłaby je pozyskiwać 

w Santa Rosie czy gdziekolwiek indziej. 

Praca jest ważna - ale miłość była ważniejsza. 
Niektórzy ludzie uważają, że są kowalami swego losu. 

Że mogą na niego wpływać i dowolnie go kształtować. 

Amber wierzyła, że można dopomóc losowi, ale tylko 

do pewnego stopnia. Była realistką. Nie żyła w świecie 

złudzeń. 

Nie planowała zakochać się w Trippie Calhounie, ale 

ponieważ tak się stało, chciała, by odwzajemnił jej uczu­

cie. Ucieszyła się, słysząc, że pokoje dziesięć i dwanaście 

są połączone drzwiami, i że oba są wolne, gdyż poprze­

dnia rezerwacja została odwołana. Godzinami chodziła 

po sklepach, szukając idealnej sukienki i butów. Zapa­

kowała na drogę świeczki zapachowe, najpiękniejszą ko­

szulę nocną oraz ulubioną płytę z romantyczną muzyką. 

Przygotowała wszystko w najdrobniejszych detalach, ale 

nigdy w życiu nie posunęłaby się tak daleko, by zare­

zerwować tylko jeden pokój. 

Cóż, najwyraźniej los jej sprzyja. Uśmiechnęła się 

w duchu. 

background image

ŻONA NA POKAZ 143 

- Zróbmy tak - powiedział Tripp. - Ty zostaniesz tu­

taj, a ja poszukam czegoś w pobliżu. 

Tego nie przewidziała. 

- Jeszcze raz bardzo przepraszam za nieporozumienie 

- rzekła właścicielka pensjonatu. - Jeżeli pan sobie ży­

czy, podzwonię po hotelach w okolicy, ale nie sądzę, aby 

w którymś znalazło się wolne miejsce. 

Amber nie odezwała się słowem, natomiast z każdą 

sekundą coraz większą sympatią darzyła miłą, elegancką 

kobietę za ladą recepcji. 

- Akurat jest szczyt sezonu turystycznego. W dodat­

ku w tej części miasta odbywa się kilka różnych zjazdów. 

W hotelach mają komplety gości, a w pensjonatach też 

zaczyna brakować miejsc. Może państwo obejrzą pokój, 

a ja w tym czasie spróbuję coś wykombinować... 

Tripp wzruszył z rezygnacją ramionami. 
- Robi się coraz później - zauważyła cicho Amber. 

Próba przed jutrzejszą uroczystością zaczyna się 

o siódmej. Potrzebuję czasu, żeby się odświeżyć, ubrać... 

Skinął głową na znak zgody. Wolałaby, by okazał tro­

chę więcej entuzjazmu, ale trudno. Krok po kroczku... 

- RayAnn, można cię prosić na chwilę? - właściciel­

ka pensjonatu zwróciła się do dziewczyny, która wyglą­

dała jak młodsza wersja jej samej. 

- Tak, mamo? 
- Pomóż państwu z bagażami. I zaprowadź do trzy­

dziestki. 

RayAnn, silna, solidnie zbudowana pannica w wieku 

szesnastu lub siedemnastu lat, wzięła od Trippa dwie wa­

lizki. 

background image

144 

SANDRA STEFFEN 

- Proszę za mną. 

Najpierw przeszli przez duży salon, w którym szpako­

waty mężczyzna rozmawiał z ekscentrycznie odzianą ko­

bietą - spoglądając na nią, Amber pomyślała, że albo 

w Missisipi wylądowały kosmitki, albo niewiasta brała 

udział w jakimś przedstawieniu o Marsjankach - następnie 

RayAnn poprowadziła ich krętymi schodami na górę. 

- Trzydziestka jest fantastyczna. Będą państwo za­

chwyceni. 

Schody na poddasze były wąskie i strome. Zarówno 

Tripp, jak i córka właścicielki dotarli na miejsce zziajani. 

Amber, która niosła tylko torebkę, nawet się nie zasapała. 

- To jedyny pokój na tym piętrze - oznajmiła Ray­

Ann. 

Tak, pomyślała Amber; los jej zdecydowanie sprzyja. 

- Jak się państwu podoba? 

Rozejrzeli się dookoła. 
Pokój rzeczywiście robił wrażenie: ukośne płaszczy­

zny, miękki puszysty dywan w kolorze dojrzałych śliwek, 

antyczne biureczko, osiemnastowieczna komoda, po obu 

jej stronach wielkie, skórzane fotele; głównym elemen­

tem było jednak ogromne małżeńskie łoże, na którym 

leżała wspaniała wełniana kapa oraz kilkanaście ozdob­

nych poduszek. 

Amber nie mogła oderwać od niego oczu. Tu rozegra 

się cała akcja. Jeżeli nie stchórzę, dodała w rriyślach. 

Prawie każdy mężczyzna, z którym się spotykała, go­

tów był ją zaciągnąć do łóżka już na drugiej randce. Ale 

co innego uwodzić, a co innego być uwodzoną. Psiakrew, 

powinna była robić notatki. 

background image

ZONA NA POKAZ 

145 

- A na widok łazienki - ciągnęła nastolatka - ludzie 

po prostu dębieją. 

Tripp, który właśnie szedł w tym kierunku, zamarł 

w pół kroku, po czym zawrócił, jakby uznał, że ma już 

dość wrażeń. 

- Niech no zgadnę... Przyjechali państwo na zjazd 

tancerzy? 

Tripp uniósł pytająco brwi. 

- Na zjazd tancerzy? 

- No tak. Bo jakoś państwo nie wyglądają ani na den­

tystów, ani fanów science fiction. 

Na twarzy Trippa wciąż malowało się zdumienie. Am-

ber uśmiechnęła się; teraz już wie, co robiła na dole w sa­

lonie kobieta przebrana za kosmitkę. 

- Przyjechaliśmy na ślub znajomych - wyjaśniła 

krótko. 

- Pani przyjaciel na pewno nie jest tancerzem? - spy­

tała szeptem dziewczyna, kiedy Tripp rozsunął drzwi, za 

którymi stał telewizor. 

- Jest lekarzem. Pediatrą. 

RayAnn wytrzeszczyła szeroko oczy. 
- O rany! Mój pediatra był staruszkiem. Miał 

z osiemdziesiąt lat. 

- Mój też. 

- To jak? - Dziewczyna ponownie podniosła głos. -

Decydują się państwo na ten pokój? 

- Możesz nas na chwilę zostawić samych? - popro­

siła Amber. 

Uśmiechając się przyjaźnie, dziewczę wyszło, zamy­

kając za sobą drzwi. 

background image

146 

SANDRA STEFFEN 

- Chyba nie mamy zbyt wielkiego wyboru - powie­

działa Amber, kiedy zostali we dwoje. 

Tripp zacisnął zęby. 

- Chcesz dzielić ze mną pokój? 

Przez chwilę przyglądała mu się bez słowa. Włosy 

miał potargane, koszulę pogniecioną. Przyszło jej do gło­

wy, że on również odczuwa trudy podróży. Mimo to starał 

się zachować spokój, nie okazywać złości ani irytacji. 

Między innymi dlatego go kochała. Ale oczywiście nie 

może mu tego powiedzieć, przynajmniej na razie. 

- Kiedyś całe lato mieszkaliśmy pod jednym dachem. 

Ufam ci. 

Była blada, zmęczona, lecz taka piękna. I mu ufa. Po­

czuł dziwne kłucie w sercu. Chyba jeszcze żadna kobieta 

nie patrzyła na niego z taką wiarą w oczach. Wiedział, 

że nie może jej zawieść. I musi czym prędzej wziąć zim­

ny prysznic. Zdecydowanym krokiem podszedł do drzwi 

i otworzywszy je, wręczył czekającej na korytarzu dziew­

czynie ostatni banknot, jaki miał w kieszeni. 

- Dobrze, bierzemy. 
- Ta mała ma rację - rzekła Amber. 

Odwrócił się. Psiakość, to ona bierze leki przeciw 

chorobie lokomocyjnej, które powodują senność i otę­

pienie, lecz to on zachowuje się jak oferma, który nic 

nie kojarzy. 

- Rację? 

- Mówiąc o tobie. - Amber usiadła w fotelu. - Że 

masz lekkość, płynność i ruchy tancerza. 

- Moja matka była tancerką, zanim mnie urodziła. 
- Tańczyła w balecie? 

background image

ZONA NA POKAZ 

147 

- Jasne! - Ironiczny uśmiech wykrzywił jego wargi. 

- W klubie w Los Angeles. Tam poznała mojego starego. 

Zadumał się. Matka zmarła, kiedy miał siedem lat. 

Słabo ją pamiętał poza tym, że była blondynką, paliła 

jak smok, często wybuchała śmiechem i że w jej obec­

ności zawsze czuł się bezpiecznie. 

- Jeśli chcesz, możesz pierwszy skorzystać z łazien­

ki. Ja w tym czasie rozpakuję swoje rzeczy. 

Amber pochyliła się nad łóżkiem i otworzyła walizkę. 

Oczom Trippa ukazał się rąbek beżowego stanika. 

Przez moment walczył z sobą. Wreszcie, zapanowa­

wszy nad pożądaniem, chwycił torbę podróżną i ruszył 

pod prysznic. 

Skrzyżował nogi w kostkach i przysunął bliżej kwar­

talnik poświęcony medycynie. Była to pasjonująca lektu­

ra. Zawsze miał kilka zaległych numerów do przeczyta­

nia, bo cierpiał na chroniczny brak czasu. 

Od dziesięciu minut tępym wzrokiem wpatrywał się 

w jedną i tę sarrią stronę. 

Umyty i ogolony, zerknął na zegarek i wrócił do po­

czątku artykułu ó nowych lekach przeciwko AIDS, nad 

którymi pracowała grupa naukowców na południu Fran­

cji. Przeczytał pierwsze zdanie, drugie... Tak, to jest fa­

scynująca lektura. 

Siedział na wygodnym krześle ustawionym blisko 

urządzenia chłodzącego. Nogi miał oparte na obitej iden­

tyczną tkaniną otomanie. Zaopatrzony w pisma fachowe, 

zamiast pogrążyć się w lekturze, wpatrywał się w lśniący 

czubek swojego buta. 

background image

148 

SANDRA STEFFEN 

Miękki dywan pochłaniał wszystkie dźwięki. W po­

koju było tak cicho, że szelest przewracanej strony za­

brzmiał niemal jak grzmot. Z oddali docierał ledwo sły­

szalny szum wody. Amber bierze prysznic. 

Potrząsnął głową, jakby chciał się pozbyć grzesznych 

myśli, ponownie zerknął na zegarek i jeszcze raz prze­

czytał drugi akapit. Słowa wirowały mu przed oczami. 

Zamiast opisanej w artykule procedury medycznej, ujrzał 

Amber omywaną ciepłym strumieniem wody. 

Niecałe pół godziny temu stał w tym samym miejscu, 

tyle że strumień, który go omywał, był zimny. 

Po chwili szum ucichł. Otworzyły się drzwi kabiny 

prysznicowej i ze środka wyłoniła się Amber: włosy ma 

mokre, skórę lśniącą... 

Zły na siebie, Tripp czym prędzej chwycił pilota 

i skierował go w telewizor. Właśnie tego potrzebuje. 

Dźwięków, które zagłuszyłyby odgłosy docierające z ła­

zienki. Powinien był wcześniej o tym pomyśleć. 

Po raz trzeci przeczytał drugi akapit. Wciąż nie wie­

dział, o co w nim chodzi. Przeklinając pod nosem, pode­

rwał się na nogi i zastukał do łazienki. 

- Amber, wychodzę na... 

Drzwi otworzyły się. Stała ubrana w jedwabny beżo­

wy szlafrok; włosy miała upięte na czubku głowy, twarz 

pozbawioną makijażu. 

- Co takiego? 

Po szyi spływała jej kropelka wody. 

- Wychodzę na spacer - mruknął Tripp. 

- Na dwór? 

Skrzywił się. Przecież nie po korytarzu. 

background image

ZONA NA POKAZ 

149 

- Ale jest potwornie gorąco - zaprotestowała. - Ze 

trzydzieści stopni. 

Powiódł wzrokiem po jej ciele. Miał wrażenie, że tu 

w pokoju jest niewiele mniej. Cofając się od drzwi ła­

zienki, ściągnął krawat i marynarkę. 

- Kiedy będziesz gotowa? - spytał. 

- Mniej więcej za czterdzieści pięć minut. 

- W porządku. Mniej więcej za czterdzieści pięć mi­

nut będę z powrotem - oznajmił i znikł. Nawet się za 

siebie nie obejrzał. 

Zostawszy sama, Amber zajrzała do pokoju; zobaczyła 

włączony telewizor i leżące w nogach łóżka pismo me­

dyczne. Biedaczek, pomyślała. Najwyraźniej nie mógł się 

skoncentrować. Zimny prysznic widocznie nie pomógł. 

Wyłączyła telewizor, powiesiła marynarkę na oparciu 

krzesła, po czym sięgnęła po kuferek z kosmetykami. 

Tripp obiecał wrócić za czterdzieści pięć minut. Za­

mierza być gotowa - piękna i pachnąca. 

Biedaczek dopiero się zdziwi! 

Kiedy wrócił, stała przed lustrem i wyglądała bardziej 

oszałamiająco niż w jego najśmielszych marzeniach. Nie 

mógł oderwać od niej oczu. Napotkała w lustrze jego 

wzrok. Powietrze w pokoju stało się naelektryzowane, 

jakby tuż pod sufitem przebiegały niewidoczne linie wy­

sokiego napięcia. Nigdy dotąd nie spotkał kobiety, której 

byłoby tak świetnie w tym kolorze. Nawet nie umiał go 

określić. Brąz? Nie. Ciemny beż? Też nie. Może orzech 

włoski? 

A może wcale nie chodzi o kolor. Może raczej o styl, 

background image

150 

SANDRA STEFFEN 

o krój, o fason, o to, że na pierwszy rzut oka Amber wy­

gląda tak, jakby nie miała na sobie nic. 

- Jak się udał spacer? 

Wzruszył ramionami. 

- Dotarłem do salonu obok recepcji - odparł. 

Tam, w salonie, wdał się w dyskusję na temat systemu 

opieki zdrowotnej w Kanadzie. I z dala od Amber, co 

nieco ochłonął. A teraz... 

Psiakość, jest jego przyjacielem. Służy mu bezintere­

sowną pomocą. Nie wiedział, czy kiedykolwiek zdoła się 

jej odwdzięczyć. Cooper też jest jego przyjacielem, sio­

stra Proctor również. A jednak za Coopem i oddziałową 

nie wodzi wzrokiem. No ale oni nie wyglądają tak jak 

Amber. Nie ubierają się w przylegające do ciała suknie 

bez rękawów, lekko przezroczyste... 

Czuł, że znów zaczyna tracić samokontrolę. 
- Nie wierzyłem, że będziesz gotowa. 
- Daj mi jeszcze pół minuty. 

Zauważył, że trzyma w ręku szminkę. Po chwili zbliżyła 

twarz do lustra. Patrzył zahipnotyzowany, jak obrysowuje 

kredką kontur ust, potem wypełnia środek kolorem. 

Weź się w garść, stary! Karcąc się w duchu, chwycił 

krawat i zawiązał go pod szyją. Następnie włożył mary­

narkę. To nie jest wina Amber, że on w myślach wciąż 

grzeszy. Nie kusiła go, nie flirtowała z nim, nawet na 

niego nie patrzyła. Po prostu malowała się przed wyj­

ściem, bo chciała ładnie wyglądać jako jego narzeczona. 

- Właściwie to już - oznajmiła. Wygładziła ręką ma­

teriał sukienki. - Chociaż przydałaby mi się pomoc z su­

wakiem... 

background image

ZONA NA POKAZ 

151 

Uniosła rękę, odgarniając z szyi parę luźnych kosmy­

ków. Tripp ostrożnie pociągnął zamek błyskawiczny do 

góry. 

Amber jakby się lekko zachwiała. Przyglądając się jej 

w lustrze, miał wrażenie, że zatrzepotała rzęsami. Boże 

kochany, co się dzieje? Cofnął się dwa kroki. 

- Dziękuję - powiedziała ochrypłym głosem. 

Po plecach przeszło mu mrowie. 

- Amber, co robisz? - spytał cicho. 

Obejrzała się przez ramię. 
- Jak to co? Szykuję się do wyjścia. Jeszcze tylko 

buty... - Włożyła jeden. - Zobaczysz, doktorku, olśnimy 

Montgomery'ego Perkinsa i jego wspólników. 

Jej głos brzmiał już normalnie, stracił zmysłową 

chrypkę. A może chrypka mu się przyśniła? 

- No? - Włożyła drugi but i wyprostowała się. - Jak 

wyglądam? 

Wyglądała rewelacyjnie. 

- Wysoko - odparł. 

Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. 
- To przez te buty. Kosztowały prawie tyle co su­

kienka. Ale dobrze, że je kupiłam, prawda? Co ja poradzę, 

jeśli ta zarozumiała karlica Olivia będzie rni sięgać do 

łokcia? 

Tripp na moment zaniemówił, po czym ryknął śmie­

chem. 

Napięcie go opuściło. Amber po prostu jest sobą, cu­

downą, lekko złośliwą, wspaniałą sobą. Serdeczną, nie­

ustraszoną kumpelką. Nie musi się jej obawiać; wcale 

niczego nie knuje. Jest taka sama jak przed laty, kiedy 

background image

152 SANDRA STEFFEN 

stanęła w jego obronie, a potem - zła, że jej nie podzię­

kował - nazwała go Grzybem. 

- Coś mi się zdaje, że zawrócisz dziś wszystkim 

w głowie. 

Chwyciwszy torebkę, wzięła Trippa pod ramię. I po­

czuła dreszcz podniecenia, który wolno rozszedł się po 

całym jej ciele. Obyś miał rację, pomyślała. 

Głównie to jemu chciała zawrócić w głowie. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Restauracja Duncan's w centrum Jackson nie była tak 

wytworna jak Alessandro's w Santa Rosie, ale - jak po­

wiedział Tripp, wysiadając z taksówki - tu też pewnie 

nie wypada siorbać. Amber roześmiała się wesoło. 

Tym razem to ona nie zwracała wcale uwagi na spoj­

rzenia kierowane w jej stronę. Szła pod rękę z Trippem, 

uśmiechnięta i szczęśliwa. Cieszyła się, że spędzą razem 

cały weekend. 

Perkinsowie okazali się niezwykle mili i serdeczni. 

Amber była również zachwycona młodą parą, matką pan­

ny młodej oraz dziesięcioma druhnami; wszyscy zacho­

wywali się przyjaźnie. Tego samego nie mogła powie­

dzieć o 01ivii Babcock i Dereku Spencerze. 

Na szczęście z Derekiem prawie nie miała kontaktu 

- poza kolacją, kiedy posadzono ich naprzeciw siebie. 

Z jego narzeczoną jej drogi niestety czasem się krzyżo­

wały. 

01ivia, ubrana w jedwabną suknię jednego ze znanych 

projektantów mody, podeszła do niej, kiedy rozmawiała 

z trzema druhnami, i kładąc rękę na jej ramieniu, spytała 

słodko: 

- Te fikuśne spineczki w twoich włosach nie są 

z prawdziwego złota, prawda, kochanie? 

background image

154 SANDRA STEFFEN 

Po czym, zanim Amber zdołała cokolwiek powiedzieć, 

uśmiechnęła się do stojących wkoło młodych kobiet. 

- Kiedy byłam w szkole średniej, uwielbiałam takie 

tandetne błyskotki. 

Amber miała wrażenie, że słyszy chóralny jęk zgor­

szenia. Ona sama udała, że nic się nie stało. Chociaż 

marzyła o tym, by się odciąć, stała z uśmiechem przy­

klejonym do twarzy, mocno gryząc się w język. 

Po paru minutach zostawiła druhny w towarzystwie 

01ivii, a sama podeszła do matki panny młodej, która 

rozmawiała z córką oraz matką pana młodego. Jennifer 

trzęsła się ze zdenerwowania: podczas próby do jutrzej­

szych uroczystości ślubnych najmłodsza, kilkuletnia dru-

henka oznajmiła, że nie będzie nikogo obrzucać płatkami 

róż. Matka i Cornelia usiłowały pocieszyć przyszłą mę­

żatkę. 

Śluby, wesela... Tyle jest przy nich zamieszania. 
Amber o swoim fantazjowała od lat. Dawno temu, jako 

dziewczynka, marzyła o trwającej cały dzień wspaniałej 

uroczystości. Takiej, na jaką zanosi się jutro. Potem, z wie­

kiem, zmieniła zdanie. Huczne, piękne wesela wyprawiają 

swoim dzieciom normalni ludzie, ona zaś nie wyobrażała 

sobie, by ta obca kobieta, którą tytułowała matką, mogła 

komukolwiek przygotować wymarzone wesele. 

Wypiła łyk szampana. Przysłuchując się rozmowie, za­

częła rozglądać się po pokoju. Po chwili w tłumie gości 

odnalazła wzrokiem Trippa. Stali wszyscy razem, on, De­

rek Spencer, doktorzy Gentry, Harris i Perkins oraz star­

szy syn Perkinsa, który pracował jako prawnik w Bos­

tonie. 

background image

ŻONA NA POKAZ 155 

Przepełniała ją dziś duma. Tripp źle się czuje na takich 

wielkich spędach, w towarzystwie obcych osób, w do­

datku z innych sfer niż te, w których sam się obraca, 

ale niczego po sobie nie okazuje. Na pierwszy rzut oka, 

ubrany w drogi czarny garnitur i włoski krawat, idealnie 

wtapia się w otoczenie. Niewątpliwie pomogła wizyta 

u fryzjera. Ale przyglądając mu się chwilę dłużej, widać 

było, że odstaje od reszty gości. Zachowywał się natu­

ralnie, nie szczerzył zębów, żeby wywrzeć na kimś dobre 

wrażenie. Uśmiechał się wtedy, gdy miał na to ochotę. 

Jego kontrkandydat wprost przeciwnie: uśmiechał się 

bez przerwy. Włosy miał ciut za złociste, twarz ciut za­

nadto opaloną. Amber liczyła na to, że inni też zdołają 

przejrzeć go na wylot. Nie wyobrażała sobie, aby Perkins 

mógł przyjąć do pracy takiego hipokrytę. 

Tripp zerknął w jej stronę. Z tej odległości nie wi­

działa barwy jego oczu, ale czuła emanujące z nich ciepło 

i sympatię. Przeszył ją dreszcz emocji. Przypomniała so­

bie niespodziankę, jaką czeka Trippa po powrocie do pen­

sjonatu. 

- Jennifer, znów się spotykamy... 
Znajomy głos wyrwał Amber w zadumy. Przeniosła 

spojrzenie na grupkę kobiet, z którą stała. Gdy zobaczyła 

drobną brunetkę, która dołączyła do grupy, było już ża 

późno; nie mogła odwrócić się i po prostu odejść. 

- Miałam nadzieję, że uda mi zamienić z tobą słowo 

przed twoim jutrzejszymi świętem - powiedziała 01ivia. 

- Musisz być taka podniecona! 

- Podniecona byłam rok temu. Nawet tydzień temu. 

Dziś jestem po prostu kłębkiem nerwów. 

background image

156 

SANDRA STEFFEN 

- Nie martw się, wszystko będzie dobrze. - Cornelia 

próbowała uspokoić przyszłą synową. 

- Oby tylko nie padało! - wtrąciła matka Jennifer. 

- Z tym zawsze jest problem, kiedy urządza się we­

sele pod gołym niebem. - 01ivia pokiwała ze zrozumie­

niem głową. - Ale oglądałam prognozę pogody. Mówili, 

że jutro ma być słonecznie i równie ciepło jak dziś. Nie 

powinna spaść ani jedna kropla deszczu. 

Jennifer Blakely położyła dłoń na ramieniu 01ivii 

i odetchnęła z ulgą. 

- Och, dzięki Bogu! Strasznie się bałam, że pogoda 

popsuje nam szyki. 

- Wybaczcie, dziewczyny, ale muszę porozmawiać 

z Cornelią.. - rzekła pani Blakely, odciągając na bok 

żonę doktora Perkinsa. 

Amber miała ochotę krzyknąć: „Weźcie mnie ze so­

bą!", ale nie bardzo wypadało. Została więc na miejscu, 

czując, że zaraz coś się wydarzy. 

01ivia podniosła do oczu rękę przyszłej panny młodej. 
- Och, jaki wspaniały pierścionek! - zachwyciła się. 

- Cztery karaty? 

Jennifer pokręciła nieśmiało głową. 

- Pięć - odparła. - David naprawdę nie powinien był 

się tak wykośztowywać... 

- Ale w głębi duszy rozpiera cię radość? 

Roześmiały się, jakby były najlepszymi przyjaciół­

kami. 

- Ty i Tripp jeszcze nie ustaliliście daty, prawda, Am­

ber? - spytała 01ivia. 

- Nie, nie ustaliliśmy. 

background image

ŻONA NA POKAZ 157 

- Zaręczyliście się dość niespodziewanie... 

- Ojej! - zawołała Jennifer. - Szalona miłość od 

pierwszego wejrzenia? Jakie to romantyczne! 

Amber miała ochotę ją ucałować. 

- Widzę, że nie nosisz pierścionka zaręczynowego -

kontynuowała 01ivia. - Szkoda. Powinnaś skarcić Trippa. 

Bez pierścionka symbolizującego miłość zaręczyny wy­

dają się takie... hm, nie do końca prawdziwe. Jakby za­

aranżowane. 

Amber z całej siły zacisnęła rękę na kieliszku; aż 

dziw, że go nie zgniotła. Kiedy tak stała, dygocząc 

z wściekłości, nie zauważyła grupy lekarzy, którzy po­

woli zbliżali się w ich stronę. 

Jennifer również ich nie zauważyła. 

- Zaaranżowane? - spytała, patrząc na 01ivię. - Co 

to znaczy? 

- 01ivia po prostu nie jest na bieżąco - wyjaśniła lek­

ko kąśliwym tonem Amber. - Aranżowane małżeństwa 

wyszły z mody wieki temu. Jeśli zaś chodzi o pierścio­

nek... - Spojrzała z uśmiechem na swoje gołe palce. -

Nie zrozum mnie źle, Jennifer. Pierścionek z brylantem 

to piękna rzecz. - Dla emfazy na moment zamilkła. - Ale 

widzisz, mój ojciec ma udziały w kopalni diamentów. 

Może dlatego brylanty nie robią na mnie wrażenia. Poza 

tym Tripp posiada coś znacznie bardziej intrygującego 

od karatów. Wiesz, co mam na myśli, prawda, 01ivio? 

Tripp niemal udławił się szampanem. 01ivia zmru­

żyła powieki i ściągnęła gniewnie usta, jakby dopiero 

w tej chwili pojęła swój błąd: nie doceniła przeciw­

niczki. 

background image

158 

SANDRA STEFFEN 

Chcąc zapobiec nieprzyjemnej scenie, Tripp czym prę­

dzej odstawił kieliszek i wsunął się pomiędzy kobiety. 

- Zatańczymy? 

Amber nie odpowiedziała. Tripp zabrał jej kieliszek, 

postawił na tacy obok swojego, po czym poprowadził ją 

w kąt sali, gdzie grał trzyosobowy zespół muzyczny. 

- Przyjemnie się z 01ivią zabawiacie? - spytał szep­

tem. 

- Tripp, to podła, wredna jędza. Co ty w niej wi­

działeś? 

- Dobre pytanie. - Objął Amber w pasie. 
- Nie, serio. Dziwi mnie, jak mogłeś zaręczyć się 

z kimś takim. A jeszcze bardziej dziwi mnie, jak mogła 

rzucić ciebie dla kogoś takiego jak Spencer. 

- A więc po pierwsze - rzeki, krążąc wolno po par­

kiecie - nasze narzeczeństwo trwało tak krótko, że się 

w ogóle nie liczy. A po drugie, to ja ją rzuciłem. 

- Naprawdę? Cieszę się. 

Oparł dłoń na jej plecach i przytulił ją mocniej. 

- Wiesz, twoja była narzeczona chyba za mną nie 

przepada. Ciekawe dlaczego? 

Uśmiechnął się pod nosem. Po chwili zerknął na drugi 

koniec sali, gdzie 01ivia z Derekiem naradzali się szep-. 

tern. 

- Bo ją usadziłaś. A 01ivia Babcock lubi błyszczeć. 
- Każdy lubi. 
- Ona bardziej od innych. Zdajesz sobie sprawę, że 

nie puści ci tego płazem? 

- Mniejsza o mnie. Jedynie mam nadzieję, że swoim 

zachowaniem nie zaszkodziłam tobie. 

background image

ŻONA NA POKAZ 159 

- Chyba nie. Perkins właśnie mi mówił, że jest pod 

wrażeniem moich osiągnięć zawodowych. 

Wyraźnie się odprężyła. 

- Mądry facet. 

Tripp zdążył przywyknąć do mrowienia, które czuł 

na widok Amber. Jednak komplementy pod swoim ad­

resem wciąż wprawiały go w zdumienie. 

Nie przypuszczał, że wieczór będzie należał do uda­

nych. Wolałby zdjąć marynarkę, rozluźnić pod szyją kra­

wat, podwinąć rękawy. Ale w sumie był zadowolony. 

Niewątpliwie humor poprawiła mu rozmowa, jaką odbył 

z Montgomerym Perkinsem i jego synami. Okazało się, 

że nie wszyscy bogaci ludzie są płytcy i powierzchowni. 

Pod pewnymi względami trzej Perkinsowie byli typowy­

mi przedstawicielami swojej klasy: powoływali się na na­

zwiska wpływowych ludzi, których znali, wymieniali 

szkoły i uniwersytety, jakie kończyli. To akurat nie robiło 

na Trippie wrażenia. Był natomiast pozytywnie zasko­

czony czym innym: ich poważnym podejściem do pracy, 

troską o ludzi, stosunkiem do rodziny. 

Wieczór podobał mu się nie tylko ze względu na inte­

resujące rozmowy, ale również ze względu na Amber. 

Nie potrafił tego pojąć. Rozum mówił mu, że nic się mię­

dzy nimi nie zmieniło, ciało jednak reagowało inaczej, 

jakby wszystko uległo zrryanie. 

Mają dzielić pokój. Pokój? Dobre sobie! Tam jest tyl­

ko jedno łóżko. Na myśl o wielkim, szerokim materacu 

poczuł, jak serce wali mu młotem. Gdy zespól rozpoczął 

kolejny utwór, Tripp z Amber jedynie zwolnili rytm. Ich 

ruchy cechowała doskonała harmonia, jakby całe życie 

background image

160 

SANDRA STEFFEN 

ze sobą tańczyli. Ni stąd, ni zowąd Tripp przechylił part­

nerkę. Amber krzyknęła przerażona, po czym wybuchnęła 

śmiechem. 

- Chyba Perkinsom podoba się zainteresowanie, jakie 

jeden z ich kandydatów okazuje swojej narzeczonej -

szepnęła, kiedy znów stała prosto. 

- Fałszywej narzeczonej - poprawił ją Tripp. 

Objęła go delikatnie za szyję. 

- Wiesz, co myślę? 

Popatrzył na nią wyczekująco. 
- Myślę, że nie wszystko jest udawaniem. I myślę, 

że ty również to wiesz. 

Chciał się oburzyć, sprzeciwić, ale nie zdołał. Jej ciało 

przylegało do jego ciała. Każdy mężczyzna na jego miej­

scu odczuwałby podniecenie. Ale on czuł coś więcej. Od 

rana powtarzał sobie, że nic go z Amber nie łączy. Są 

przyjaciółmi. Dwojgiem ludzi, z których jedno potrze­

bowało drobnej koleżeńskiej przysługi, a drugie gotowe 

było ją ofiarować. Ale w głębi duszy wiedział, że to nie­

prawda; przyjaciół nie trawi żądza. 

Może wypił za dużo szampana? A może jest jakiś inny 

powód, że nie może oderwać od Amber oczu? 

- Uważaj, kotku, co mówisz - ostrzegł ją. 

Spojrzenie, jakie mu posłała, było uwodzicielskie. 

Przyjaciele tak na siebie nie patrzą, pomyślał. 

- Wiem, co mówię. Tripp. I wiem, co robię - oznaj­

miła krótko. 

Muzyka ucichła, a raczej jej dźwięki odpłynęły gdzieś 

w dal. Tripp stał w miejscu, jakby przyrośnięty do ziemi-

Wkoło tańczyły inne pary. On zaś tkwił na środku par-

background image

ZONA NA POKAZ 

161 

kietu, starając się nie ulec wdziękom Amber, a jedno­

cześnie przyciągając ją do siebie. 

Przyglądała mu się uważnie, jakby dokładnie wiedzia­

ła, co się dzieje. Jakby w niej również od rana narastało 

pożądanie. 

- Jennifer i David szykują się do wyjścia - powie­

działa cicho. - Czyli my też możemy się zbierać. - Os­

wobodziła się z jego objęć. - To co, idziemy? 

Pożegnali się z Perkinsami, z parą młodą i kilkoma 

innymi osobami, które dziś poznali. Kierując się w stronę 

wyjścia, Amber wzięła Trippa pod rękę. 

- Uśmiech na twarz - szepnęła. 

Przeszli pod łukiem obwieszonym białymi światełka­

mi i znaleźli się na zewnątrz. Ruszyli schodami na dół. 

Tripp, jakby potrzebując wsparcia, trzymał się żelaznej 

poręczy. 

Byli już w połowie drogi, kiedy nagle ktoś go zawołał. 

Obejrzał się za siebie, jednocześnie uderzył kłykciem 

w ostrą, wystającą krawędź poręczy. Skrzywił się - nie 

tyle na myśl o sińcu, którego z pewnością sobie nabił, 

ile na widok swojego obłudnie uśmiechającego się kon­

kurenta. 

- Czego chcesz, Spencer? 

Spencer najpierw wolno powiódł wzrokiem po Amber, 

po czym ponownie skierował spojrzenie na rywala. 

- Oby wygrał lepszy - powiedział i roześmiawszy się 

sztucznie, obrócił się i znikł z powrotem w sali. 

- Co mu się stało? - spytała Amber. 

Diabli wiedzą. - Tripp podmuchał na rękę, jakby 

chciał odpędzić ból. 

background image

162 

SANDRA STEFFEN 

Amber delikatnie ujęła ją i leciutko pocałowała za­

czerwieniony kłykieć. 

- Kiedy byłam dzieckiem, mama zawsze całowała 

wszystkie moje skaleczenia. Twierdziła, że dzięki temu 

mniej boli. - Pocałowała kolejny palec i jeszcze nastę­

pny. - Lepiej? 

Poczuł, jak przepełnia go żar. Podejrzewał, że Amber 

wie, co robi i w jaki sposób to na niego działa. Nie jest 

dzieckiem ani niewinną nastolatką. Jest dorosłą kobietą, 

świadomą swojego uroku. Kobietą, która dobrze wie, 

gdzie jest granica między przyjaźnią a seksem i która do 

tej granicy powoli się zbliża. 

Próbował przypomnieć sobie, dlaczego powinien trzy­

mać się od niej z daleka, kiedy przy krawężniku zatrzy­

mała się taksówka. Amber podeszła do niej, wdzięcznie 

kołysząc biodrami, i otworzyła drzwi. Stała z ręką na 

klamce, czekając. Wydawała się bardzo pewna siebie. 

Oj, niełatwo będzie jej się oprzeć. 

- To będzie wspaniały ślub. Oczywiście Jennifer jest 

kłębkiem nerwów. Najbardziej boi się, czy najmłodsza 

druhenka, która ma rozrzucać kwiaty, poradzi sobie z za­

daniem. Dziewczynka ma trzy lata, a w tym wieku dzieci 

są nieprzewidywalne. 

Wreszcie umilkła. Odkąd wyszli z restauracji, usta jej 

się nie zamykały. Tripp oderwał oczy od jej twarzy i skie­

rował wzrok tam, gdzie ona patrzyła. Dojechali na 

miejsce. 

Cisza nie trwała długo. 

- Z początku Jennifer sądziła, że mała Breanna jest 

background image

ZONA NA POKAZ 163 

zbyt nieśmiała, aby iść środkiem nawy, i dlatego marudzi. 

- Amber otworzyła drzwi i wysiadła z taksówki. - Po­

wód okazał się całkiem inny. Po prostu dziewczynka nie 

chce wyrzucać z koszyczka płatków róży. Chce je za­

chować dla siebie. Wyobrażasz sobie? Mówiłam ci, że 

wszystkie druhny mają suknie w kolorze lawendy? Po­

dobno to najmodniejszy obecnie kolor na ślubach. Cho­

ciaż czerń też jest modna. 

Tripp wsunął rękę do kieszeni, by zapłacić za kurs. 

- Dzięki, kolego - powiedział kierowca, chowając 

pieniądze. - Pańska kobita zawsze tyle gada? 

Tripp miał ochotę wyjaśnić, że Amber wcale nie jest 

jego kobietą i na ogół tak nie trajkocze, ale jedynie wzru­

szył ramionami. 

Zanim się obejrzał, Amber pomaszerowała przed sie­

bie. Miał wrażenie, że bardzo się spieszy. Był jeszcze 

na schodach, kiedy ona wyciągnęła z torebki klucz do 

pokoju i otworzyła drzwi. 

- Muszę zdjąć buty - oznajmiła. - Nie przepadam za 

takimi obcasami, ale czasem nie ma się wyboru... 

Zdjęła prawy. 

- Dość tego. 
Pochylona nad drugim, podniosła zdziwiona głowę. 

- Nie zamkniesz drzwi? - spytała. 

Zamknął, po czym oparł się o nie ramieniem. 

- Co robisz? 

- Nie rozumiem... 
Udawała niewiniątko, a przecież widział, że gra. 

~ Przez całą drogę buzia ci się nie zamykała. To nie 

w twoim stylu. Czyli jesteś zdenerwowana. Dlaczego? 

background image

164 

SANDRA STEFFEN 

- Istnieje delikatna granica między zdenerwowaniem 

a podnieceniem. A jeśli chodzi o twoje pierwsze pytanie: 

skoro musisz pytać, co robię, najwyraźniej robię to nie­

zbyt umiejętnie. 

Poczuł się speszony, ale i zaintrygowany. Zmrużył 

oczy. Na miłość boską, mars na jego czole powinien był 

ją zniechęcić, a przynajmniej wystraszyć. 

- Jesteś zła? 
- A żebyś wiedział. 

Stała na drugim końcu pokoju, całkiem odprężona. 

Po wcześniejszym zdenerwowaniu nie było śladu. Po 

chwili uniosła ręce do głowy i zaczęła wyjmować z wło­

sów ozdobne spinki. Jedna po drugiej spadały bezgłośnie 

na miękki, puszysty dywan. 

- Powinnaś się bać. A przynajmniej czuć nieswojo... 

Wpatrując mu się w oczy, bez słowa wyciągnęła naj­

większą klamerkę, która przytrzymywała kok. 

- Ale nie. Amber Colton niczego się boi... 

Potrząsnęła głową, by włosy opadły jej na ramiona. 
- Niektórych rzeczy się boję. 

- Akurat. 

- Naprawdę. - Wykonała krok w jego kierunku. 
- Wymień choć jedną. 

- Boję się pająków. - Podeszła kolejnych kilka kro­

ków. - Boję się latania. Nie lubię wind. Ani kuchenek 

gazowych. - Mówiła głosem niewiele donośniejszym od 

szeptu. - Boję się bezpańskich psów i terrorystów. Jado­

witych węży, pijanych kierowców i... i w głębi duszy 

boję się ciebie. 

- Mnie? 

background image

ŻONA NA POKAZ 165 

Skinęła głową, znów przysuwając się o krok. 

- Tak. Że nie dasz mi tego, czego chcę. 

Oddech miał przyśpieszony. 

- Jeszcze masz czas, Amber. 

Dzieliły ich już tylko centymetry. 

- Czas? Na co? 

- Żeby się opamiętać. 

Uśmiechnęła się zalotnie. Zrozumiał, że czas się koń­

czy, że jeszcze chwila, a będzie za późno. 

- Żeby wyrzucić mnie za drzwi... 
- Za drzwi? Ależ ja się cieszę, że mamy przed sobą 

całą noc. 

- Ja... - Podjął ostatni rozpaczliwy wysiłek, aby 

ogarnąć myślą sytuację. - Ja... Nie mam zabezpieczenia. 

- Ja mam... 

Zamknął oczy. Kiedy je otworzył, Amber wciąż stała 

tuż obok, na wyciągnięcie ręki. 

- Wszystko zaplanowałaś? 

- Mam również świece. Oraz nastrojową muzykę. -

Wpatrywał się w jej usta. - Ale chyba niepotrzebne nam 

świece i muzyka, prawda? 

Zachwiała się. Wyciągnął ręce, by ją przytrzymać. Na­

gle, nie kontrolując się, zgarnął ją w ramiona i przytulił 

mocno do siebie. Odchyliła w tył głowę. Z początku po­

całunek był lekki, ale już po chwili zamienił się w na­

miętny taniec warg i języków. Amber miała rację; nie 

potrzebowali świec ani muzyki - potrzebowali wyłącznie 

siebie. W pewnym momencie cofnęła się krok. Czyżby 

wreszcie się opamiętała? 

Tak by było najlepiej. Nie zdawał sobie sprawy, że 

background image

166 SANDRA STEFFEN 

wstrzymuje oddech. Wypuścił powietrze dopiero wtedy, 

gdy zgasiła górną lampę i ponownie trafiła w jego ob­

jęcia. 

Bez słowa odgarnęła na bok włosy i odwróciła się. 

Delikatnie pocałował ją w kark. Zadrżała. Powoli zaczął 

ciągnąć w dół suwak. Wiedział, czego Amber pragnie. 

Czy może jej tego odmówić? 

Uśmiechając się, rozwiązała i zdjęła mu krawat, roz­

pięła guziki u koszuli, następnie zbliżyła palce do paska 

u spodni. 

- Uważaj, bo nie będzie odwrotu - szepnął ochryple. 

Nie miała zamiaru uważać. 
Po chwili suknia opadła na podłogę, tworząc kałużę 

u jej stóp. Odsunęła ją na bok. Na kupno bielizny po­

święciła równie wiele czasu, jak na znalezienie odpowied­

niej sukni i butów. Teraz, stojąc w przezroczystym sta­

niku, jedwabnych figach i zakończonych elastyczną ko­

ronką pończochach, wiedziała, że dokonała trafnego wy­

boru. Tripp nie mógł oderwać od niej oczu. 

Nie pozwolił jej jednak długo pozostać w bieliźnie. 

Wkrótce materac uginał się pod ciężarem ich ciał, a pokój 

wypełniały ciche jęki i pomruki rozkoszy. 

- Nie, nie przerywaj - szepnęła, kiedy Tripp na mo­

ment cofnął rękę. Potarła nogą o jego udo. - Chcę... 

Sięgnął po zabezpieczenie. Całował ją delikatnie po 

ustach, brodzie, szyi, po brzuchu, biodrach, wszędzie. 

- Och, tak. Jeszcze... Już... 

Kiedy się z nią połączył, poczuł coś dziwnego, ale 

nawet nie miał czasu o tym myśleć. Była taka piękna 

i zmysłowa, pełna namiętności i tak wspaniale reagująca 

background image

ŻONA NA POKAZ 167 

na każdy jego ruch. Próbował odrobinę zwolnić, prze­

dłużyć przyjemność, ale zaprotestowała, więc poddał się 

zmysłom. Reszta świata przestała istnieć. 

Potem wolno dochodził do siebie. Dopiero po paru 

minutach, kiedy serce odnalazło właściwy rytm, poskła­

dał sobie wszystko razem. Wiedział, że było dobrze, ale 

mogło być lepiej. Miłość nie znosi pośpiechu. Żeby 

wznieść się na wyżyny, potrzeba fantazji, finezji i czasu, 

on zaś czasu nie miał. Ani na to, by rozkoszować się 

dotykiem, ani na to, by cokolwiek analizować. 

Dlatego umknęła mu rzecz oczywista. Nic dziwnego, 

że przez całą drogę Amber trajkotała. Zresztą sama przy­

znała, że między zdenerwowaniem a podnieceniem ist­

nieje cienka granica. A ona była zdenerwowana - i nie 

bez powodu! 

Podparłszy się na łokciu, przyglądał się jej, czekając, 

aż otworzy oczy. 

- Amber, dlaczego? 
- Co dlaczego? 
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że jesteś dziewicą? 

- Bo... - Napotkała jego wzrok. - Bo nie byłam 

pewna. 

- Bo nie byłaś pewna? 
Pomyślała sobie, że chyba nie powinna się dziwić iro­

nii w jego g|łosie. ' 

- Tak. To znaczy raz... może dwa razy wydawało 

mi się, że... - Odwróciła twarz. - Ale chyba nie. 

- Chyba nie? 

Powściągnęła uśmiech. Był taki słodki, kiedy się zło-

ścił. A ją rozpierała radość. 

background image

168 

SANDRA STEFFEN 

- Chyba nie? - powtórzył. 

- Teraz wiem, że na sto procent nie. 

Pokręcił z niedowierzaniem głową. 

- Jesteś piękną kobietą, na brak powodzenia nie mo­

żesz narzekać, a jednak... A jednak nigdy dotąd nie ko­

chałaś się. Dopiero dziś... 

Ze wzruszenia łzy napłynęły jej do oczu. Miała ochotę 

śmiać się i płakać, smucić i cieszyć. Potrzebowała chwili, 

aby wziąć się w garść i opanować emocje. 

- Czekałam na wyjątkowego mężczyznę. 

Otworzył usta, żeby zaprotestować, ale przyłożyła mu 

do nich palec. 

- Chciałam, żeby to było przeżycie, które na zawsze 

zostanie mi w pamięci. Dlatego ten pierwszy raz nie mógł 

być z kimś, kto poluje na pieniądze mojej rodziny. -

Przetoczyła się na skraj łóżka, po czym postawiła nogi 

na podłodze. - Nie odchodź. Zaraz wrócę. 

Zanim zamknęła za sobą drzwi łazienki, obejrzała się 

przez ramię. Leżał na łóżku, silny, nagi, męski; na jego 
twarzy wyraz błogości mieszał się z wyrazem złości. 
Uśmiechnęła się. Nie potrafił się jej oprzeć - i również 
rozciągnął usta w uśmiechu. 

- W porządku? - spytał, kiedy dziesięć minut później 

wyłoniła się ubrana w jedwabny szlafrok. 

Skinęła głową. Właściwie niepotrzebnie, bo dosłownie 

promieniała radością. Usiadłszy na skraju łóżka, popat-

trzyła na Trippa, po czym nieśmiało odwróciła wzrok. 

- Raczej ja ciebie powinnam o to spytać. 

Przestał bawić się zegarkiem i wbił w nią oczy. 

background image

ŻONA NA POKAZ 169 

- Powiedz, Amber, czy naprawdę nastąpiła jakaś po­

myłka przy rezerwacji pokoi, czy może to twoja sprawka? 

Uniosła koc i wsunęła się do łóżka. Zrobiła to tak 

naturalnie, jakby tam, przy boku Trippa, było jej miejsce. 

- Pragnęłam tego. - Wykonała nieokreślony ruch dło­

nią. - Ale przysięgam, że zarezerwowałam dla nas dwa 

pokoje. Dziesiątkę i dwunastkę, bo były połączone 

drzwiami. To, że przypadł nam ten cudowny pokój na 

poddaszu - rozejrzała się dookoła - to po prostu zrzą­

dzenie opatrzności. - Odczekała moment, aby przetrawił 

informacje, po czym spytała: - Wierzysz mi? 

Długo się w nią wpatrywał, a kiedy w końcu skinął 

głową, poczuła, jak rozpiera ją szczęście. Chciała usły­

szeć słowa o miłości, ale fakt, iż jej ufał, miał dla niej 

nie mniejsze znaczenie. 

Pogasił światła, kiedy była w łazience; zostawił jedy­

nie niedużą lampkę nocną po jej stronie łóżka. 

- A teraz - powiedział tonem, jakiego mężczyźni 

używają, kiedy domagają się natychmiastowej odpowie­

dzi - może byś mi wytłumaczyła, jak to możliwe, aby 

tak piękna i mądra kobieta, która odrzuciła trzy oferty 

małżeństwa, tyle lat żyła w cnocie? 

Leżał wsparty na poduszkach, zakryty do pasa. Amber 

przewróciła się na bok. Mimo że spodziewała się tego 

Pytania, nie bardzo potrafiła na nie odpowiedzieć. 

- Sama nie wiem. pewnie wszystko potoczyłoby się 

inaczej, gdyby... gdyby panowie składający te oferty ko-

chali mnie czy chociaż pożądali, a nie wyłącznie pienią-

dze mojej rodziny. 

- Kochałaś ich? 

background image

170 

SANDRA STEFFEN 

- Lubiłam. Zwłaszcza jednego. Ale okazało się, że 

on też liczył głównie na pozycję i majątek mojego ojca. 

Na zyski w postaci samochodów, jachtów, luksusowych 

prezentów, wakacji. 

- Załatwienia pracy w prywatnym szpitalu... 

Potrząsnęła energicznie głową. 

- To zupełnie co innego, Tripp. Ty nie chcesz tego 

stanowiska dla siebie. Chcesz je po to, żeby pomagać 

biednym. A jedynym człowiekiem, któremu chciał po­

móc mój ostatni narzeczony, był on sam. Marzył o po­

dróży do Paryża, ale moja obecność nie była mu do ni­

czego potrzebna... Wierz mi, jesteś pierwszym facetem, 

który większą sympatią darzy mnie niż pieniądze mojego 

tatusia. 

- Biedna bogata dziewczynka. 

- Tylko nie lituj się nade mną. 
- Nie mam zamiaru. Można litować się nad pokraką, 

a nie nad piękną, mądrą kobietą. 

Uśmiechnęła się zadowolona. Wiele osób mówiło jej 

komplementy, niektórzy pewnie szczerze. Ale dopiero po­

chwała z ust Trippa sprawiła jej przyjemność. 

Boże, jak bardzo go kochała. Jaka była szczęśliwa! 
- Tripp... : 
- Słucham? 

- Wiesz, nie chce mi się rozmawiać. 

Zmrużywszy oczy, podziwiała jego szerokie ramiona, 

muskularny tors, pociągłą twarz, potarganą czuprynę, bro­

dę pokrytą wieczornym zarostem. Gdy wyciągnął rękę. 

zamierzając zgasić lampkę, powstrzymała go. 

- Spać też mi się nie chce. 

background image

ŻONA NA POKAZ 171 

Opuścił rękę. 

- Nie? 

Pokręciła przecząco głową. 

- Do dziś nie wiedziałam, co to znaczy prawdziwa 

rozkosz. Jaki ma smak, zapach, dotyk. - Zawahała się. 

- Przywiozłam więcej... no, tych... prezerwatyw. 

- Ile? 

- Całe pudło. 

Powiódł wzrokiem po jej twarzy, szyi, ramionach. 

- Nie wiem, czy podołam... 

Wsparła się na łokciu. 
- Chcesz spróbować? 

Wturlał się na nią. 
- A jak myślisz? 
- Myślę... myślę... hm... 

Łóżko zaskrzypiało. 

- Tym razem - powiedział Tripp, odrywając usta od 

warg Amber - zrobimy to po mojemu. Powolutku, nie 

śpiesząc się. 

Nie zamierzała się sprzeciwiać. Przesunął rękę wzdłuż 

jej żeber, wokół pępka i z powrotem do góry. Wydała 

cichy pomruk zadowolenia. 

- Dobrze, doktorku. Nie śpieszmy się. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

- Drodzy przyjaciele, zebraliśmy się tu, żeby uczest­

niczyć w ceremonii zaślubin Jennifer i Davida... 

Amber z Trippem odetchnęli z ulgą. Zdążyli! Zajęli 

miejsca koło dwóch niewiast w ogromnych kapeluszach 

dosłownie kilka sekund przed pojawieniem się pierwszej 

z druhen. Ożywczy wiaterek szeleścił liśćmi drzew po­

rastających wspaniały ogród, targał stronami starego 

modlitewnika, trzepotał dolami atłasowych sukien, deli­

katnie nadymał dziesiątki metrów koronki składających 

się na zapierający dech w piersi tren panny młodej. 

Amber westchnęła z zachwytu. Wymarzony ślub 

w bajkowej scenerii. 

Ogromny, starannie utrzymany ogród, a w nim dum­

nie prężące się stuletnie dęby o długich, porosłych 

mchem gałęziach oniz kołyszące się na wietrze magnolie, 

wistarie, żółte i czerwone róże, derenie, azalie. Naturalne 

piękno świata przyrody podkreślało radosny charakter 

uroczystości ślubnej. Nad głowami gości błękitu nieba 

nie zanieczyszczała ani jedna chmurka. Kilka szarych by­

ło widać w oddali, ale one zdawały się tkwić w miejscu, 

jakby nie chciały przeszkadzać. 

- Czy ty, Davidzie Jamesie Perkinsie, bierzesz tę 

bietę za żonę... 

background image

ŻONA NA POKAZ 173 

Na gałęziach ćwierkały ptaki, w tle słychać było de­

likatne dźwięki harfy. 

- ...i przyrzekasz kochać ją aż do śmierci? 

Amber przeszły ciarki. Uwielbiała śluby. O własnym 

marzyła od dzieciństwa. Ale dopiero od niedawna wie­

działa, że istnieje na świecie tylko jeden mężczyzna, któ­

rego pragnie poślubić. Chciała... Nie, lepiej nie zapeszać. 

Zresztą za wcześnie, by o tym myśleć. 

Kochała go. Sama też nie była mu obojętna. Wpraw­

dzie Tripp nie wyznał jej uczucia, ale zawsze uważała, 

że czyny mówią głośniej od słów. A czyny, lub raczej 

wyczyny Trippa były pełne fantazji, a zarazem ciepła 

i tkliwości. 

Wiatr przybrał na sile. Targał fryzury, szarpał deko­

racje, podwiewał spódnice. Amber odgarnęła za uszy kil­

ka luźnych kosmyków, po czym założyła nogę na nogę. 

Nagle poczuła lekki ból w podbrzuszu; natychmiast sta­

nęły jej przed oczami cudowne harce, jakie wyprawiała 

z Trippem w łóżku. 

Rano, spoglądając do lustra, Ambew zastanawiała się, 

czy w jej wyglądzie widać jakąkolwiek różnicę. Zielony 

kostium zasłaniał otarcie, jakie broda Trippa pozostawiła 

na

 jej ramieniu. Podejrzewała jednak, że ani makijaż, ani 

ciemne okulary nie zdołają ukryć jej rozmarzonego spoj­

rzenia. 

Zerknęła w bok, ciekawa, czy po wstaniu z łóżka 

mężczyźni natychmiast zapominają o wszystkim, co tam 

robili, czy też przez wiele godzin rozpamiętują szczegóły. 
Opbciągając spódnicę spostrzegła, że oczy Trippa powę-

drowały za jej ręką. Na jego szyi zauważyła mocno pul-

background image

SANDRASIES^-

sującą tetnicę. Uśmiechnęła się w duchu. Tripp chyba na-

leży do tych rozpamiętujących. 

Poprawiła fryzurę. Wcześniej zamiezała upiąć włosy. 

Stała przed lustrem z klamerką w zębach, kiedy do ła-

zienki wszedł Tripp. Nie pozwolił się jej uczesać; miał 

inny pomysł, jak miło spędzić czas. Wprawdzie nie miała 

skali porównawczej, jednakże jego witalność wprawiła 

ją w zdumienie. Właśnie dlatego, z powodu niewyczer-

panej energii Trippa, omal nie spóźnili się na ślub. 

Z zadumy wyrwała ją muzyka organowa. Uroczystość 

zaślubin dobiegła końca: pan młody całował swoją nowo 

poślubioną żonę. 

Niewiasty w dużych kapeluszach wciagnęły Amber 

i Trippa w rozmowę na temt architektury Południa. Am-

ber akurat coś ówiła, nie zwróciła więc uwagi na Olivię 

Babcock, która przechadzała się samotnie. 

Kilka minut później Tripp zauważył Stevena Gen-

try'ego i Winstona Harrisa, którzy stali a uboczu, pro-

wadząc ożywioną dyskusję z Derekiem Spencerem; wy-

glądali jak spiskowcy. Widok Spencera zawsze pryzpra-

wiał go o gęsia skórę. facet nie miał za grosz skupułów. 

Złożywszy młodym najlepsze życenia, Tripp z Am-

ber przeszli pod pryzstojonym różami łukiem dzielącym 

ogród na dwie części: w jendje odbyła się uroczystość 

ślubna, w drugiej miało się odbyć przyjęc ie weselne. Na-

wet nie zdązyi się wmieszać w tłum, kiedy nagle, jak 

spod ziemi, wyrósł przed nimi Gentry z Harrisem. 

- Doktorze Calhoun... 

Tripp uniósł zdizwiony brwi. Dotkorze? W Santa Ro-

sie mówili do niego po imieniu. 

background image

ZONA NA POKAZ 

175 

- Tak? 

- A więc uważamy... - zaczął Steven Gentry - za­

równo ja z Winstonem, jak i Montgomery z Cornelią 

oraz Jennifer z Davidem, że... że... 

Tripp odruchowo wyprostował ramiona. Gdzieś w gło­

wie zapaliło mu się światełko ostrzegawcze. Amber musiała 

wyczuć jego napięcie, bo również zastygła nieruchomo. 

- Tak? - powtórzył. 

Gentry'emu przyszedł z pomocą Winston Harris. 

- Zważywszy na to, co się stało, lepiej, aby opuścił 

pan przyjęcie. 

- A co się stało? 

Nieopodal Tripp dostrzegł jakiś ruch. Odwrócił się. 

Po raz pierwszy od przybycia na ślub zobaczył z bliska 

Dereka Spencera. Jego rywal był, jak zwykle, nienagan­

nie ubrany. Do wytwornego stroju nie pasowało jednak 

podbite oko. 

- Jak słusznie powiedział doktor Harris, byłoby le­

piej, aby opuścił pan przyjęcie. 

- Dlaczego byłoby lepiej? - spytała Amber. 

Gentry z Harrisem wymienili spojrzenie. Po chwili 

dołączył do nich Derek. 

- Zaskoczył mnie twój sierpowy, Calhoun - oświad-

czył. - Myślałem, że po studiach skończyłeś z bokseni. 

O czym ty gadasz, Spencer? - Tripp z całej siły 

starał się nie stracić nad sobą kontroli. 
Derek potrząsnął głową, jakby nie dowierzając włas-

nym uszom. 

- Powiedziałeś im, że Tripp cię uderzył? - Głos Am-

ber podniósł się o oktawę. 

background image

176 

SANDRA STEFFEN 

Derek bez słowa pogładził się po spuchniętym łuku 

brwiowym. 

- Ty mały, podły sukin.... 
- No, no! - przerwał Trippowi Gentry. - Nie jeste­

śmy w jakimś podrzędnym barze. 

- Niektóre cechy wysysa się z mlekiem matki - oz­

najmił ironicznie Derek. - Żadne uniwersytety nie nauczą 

prostaka ogłady. 

Tripp postąpił krok w. stronę Spencera. Ten szybko 

odskoczył w tył. Odegrał to bardzo przekonująco, jakby 

naprawdę bał się kolejnego ciosu. 

Amber wbiła błagalne spojrzenie w Harrisa i Gen­

try'ego. 

- Byłam z Trippem cały wieczór. Słowo honoru, to 

nie on podbił Derekowi oko. 

Wszyscy trzej skierowali wzrok na obtarte kłykcie 

Trippa. Tripp poszedł za ich przykładem; też popatrzy! 

na rękę, którą trzymał zwiniętą w pięść, a następnie na 

człowieka, którego darzył coraz większą nienawiścią. 

- Powiedziałeś Perkinsowi, że cię uderzyłem? 

W oczach jego rywala pojawił się błysk złośliwej satys­

fakcji. 

- Nie. Powiedziałem, że wpadłem po ciemku na 

drzwi. Dziś jego syn bierze ślub.Nie chciałem mu psuć 
nastroju. 

Akurat, pomyślał Tripp. Podły sukinsyn świetnie sobie 

wszystko obmyślił. Widział, kiedy on, schodząc wczoraj 

po schodkach przed restauracją, skaleczył się o poręcz. 
I postanowił wykorzystać okazję, wiedząc, że druga mo-

że się nie nadarzyć. 

background image

ZONA NA POKAZ 

177 

- Rozumiem. Więc żeby nie psuć Perkinsowi humoru, 

opowiedziałeś swoją bajeczkę jego dwóm wspólnikom. 

- Owszem, opowiedział nam, co się stało - oznajmił 

z irytacją Gentry. 

- Derek nie chce wnosić przeciwko panu oskarżenia 

- wtrącił Winston Harris. - Namawialiśmy go, ale on 

twierdzi, że ze względu na długoletnią znajomość woli 

puścić zajście w niepamięć. Powiemy Montgomery'emu, 

że zrezygnował pan z ubiegania się o pracę. A pan może 

mu przesłać oficjalny list z podziękowaniem i przepro­

sinami. 

Nastała pełna napięcia cisza. Tripp zmierzył wzrokiem 

swego rywala. 

- Dobrze wiesz, że cię nie tknąłem. 

- Nawet ci się nie dziwię, Tripp. W tej sytuacji co 

innego możesz powiedzieć? 

Amber kipiała z wściekłości. 

- Panowie ... - zwróciła się do dwóch starszych le­

karzy. - Znacie dwie wersje. Skąd wiecie, która jest pra­

wdziwa? Wierzycie Derekowi na słowo... 

Gentry pokręcił głową. 

~ Nie, na wiarę czy piękne oczy nie podejmowaliśmy 

decyzji. 

~ Nie rozumiem. 

- Derek ma świadka  wyjaśnił Harris. 

Kogo? - spytała ochryple Amber. 

W tym momencie znalazła się koło nich 01ivia Bab-

cock. 

- Mogę zamienić z tobą słowo, Tripp? Na osobności?, 

Tripp wyczuł niechęć Amber, po chwili jednak odsu-

background image

178 

SANDRA STEFFEN 

nęła się na bok, aby mógł swobodnie przejść. Biorąc Trip-

pa za rękę, Ołivia zaprowadziła go pod krzew magnolii. 

- Przecież wiesz, że nie biłem się z twoim narzeczo­

nym, 01ivio. 

- Oczywiście, że wiem. 

- Więc powiesz... 
Przytknęła mu palec do ust, żeby go uciszyć. Drugą 

rękę zacisnęła na jego ramieniu. 

- To zależy od ciebie, kochanie. 
W głowie Trippa rozległ się sygnał ostrzegawczy. Cze­

kał w milczeniu, patrząc na idealnie gładką cerę 01ivii, 

na jej idealnie równe zęby i idealnie zgrabny nos. 

- Masz świetną fryzurę - powiedziała szeptem. -

Podobałeś mi się z długimi włosami, ale tak jest ci jeszcze 

lepiej. 

Kiedyś jej uśmiech i zalotne spojrzenie powodowały, 

że serce biło mu szybciej. Dziś nie robiły na nim wra­

żenia. 

- Masz okazję postąpić uczciwie, 01ivio - rzekł. -

Powiedz Gentry'emu i Harrisowi prawdę. 

- Dobrze. 

Odetchnął z ulgą. 
- Ale pod jednym warunkiem. 

- Jakim? - warknął. 

Wydęła wargi. 
- Dlaczego jesteś taki zły? 

- Pod jakim warunkiem, Ołivio? 

- Powiem im, co się naprawdę zdarzyło..- -

usta. - Ale chcę coś w zamian. 

- Co? - spytał zniesmaczony. 

background image

ZONA NA POKAZ 

179 

- Żebyś dał mi jeszcze jedną szansę. 

- Jaką szansę? 

- Nie udawaj, że nie wiesz. Z głupotą ci nie do twa­

rzy-

- Chcesz, żebyśmy znów byli razem? 

Uśmiechnęła się triumfalnie. 

- Tak. 

- Nie. 

Na twarzy 01ivii odmalowało się zaskoczenie. 

Uśmiech znikł, spojrzenie stało się lodowate. Rumieniec, 

który zabarwił jej dekolt, szyję i policzki, gryzł się z bar­

wą jej sukni. 

- Co to znaczy: „nie"? 

- Jeśli nie wiesz, zajrzyj do słownika. 

- Popełniasz błąd - syknęła przez zęby. 

- Nie sądzę. Gdybyś mnie znała, wiedziałabyś, że 

brzydzę się kłamstwem. 

Po drugiej stronie krzaku Amber przytknęła rękę do 

ust, by nie zdradzić swojej obecności. Zaraz po tym, jak 

01ivia odciągnęła Trippa na bok, do reszty grupy pod­

szedł dziadek pana młodego, który chciał przedstawić 

Spencera i dwóch wspólników Perkinsa komuś w innej 

części ogrodu. Amber skorzystała z okazji i skryła się 

za magnolią. Żałowała, że nie może pomóc Trippowi, 

tak, jak w dzieciństwie. 

Olivia wciąż usiłowała przekonać Trippa do swoich 

racji. Na szczęście dzielnie się opierał. 

- Chyba nie myślisz, że uwierzę w twoje zaręczyny 

z tą blond lalunią? 

- Licz się ze słowami, Olivio. 

background image

180 

SANDRA STEFFEN 

- Czyżbym trafiła w czuły punkt? Nie sądziłam, że 

jesteś typem faceta, który traci głowę dla pary nadmu­

chanych cycków. 

Dobrze, że Amber trzymała rękę przyciśniętą do ust, 

bo inaczej krzyknęłaby z oburzenia. I dobrze, że nie stała 

po tej samej stronie magnolii co 01ivia, bo chyba by ją 

spoliczkowała. 

- Masz słuszność, 01ivio. Jestem typem faceta, któ­

rego bardziej pociąga prawość i honor. Sens tych słów 

również znajdziesz w słowniku. 

Ołivia odeszła, ledwo hamując wściekłość. Amber 

otarła łzy, po czym zanim ktoś spyta, czego szuka w krza­

kach magnolii, strzepnęła parę liści, które przyczepiły się 

jej do spódnicy, i wolnym krokiem ruszyła w kierunku 

Trippa. 

- Znów podsłuchiwałaś? - spytał, wskazując wzro­

kiem listek na jej ramieniu oraz gałązkę we włosach. 

Gdyby miała czas, wyjaśniłaby, że od lat nikogo nie 

podsłuchiwała. Że dopiero ostatnio jej się to zdarzyło i to 

tylko dlatego, że rozmowa dotyczyła jego, Trippa. 

Ale czasu nie miała, więc skinieniem głowy przyznała 

się do winy. 

- No i co teraz? 

Popatrzył w prawo, w głąb ogrodu, gdzie powoli roz­

kręcało się przyjęcie, następnie w lewo, gdzie szero 

brukowana ścieżka prowadziła wokół domu do bramy 

- Chyba pora wezwać taksówkę - oznajmił 

- Jeśli wyjdziemy, to będzie znaczyło, że oni wygrali 
- Bo wygrali. 

- Ale... 

background image

ZONA NA POKAZ 

181 

- Gentry z Harrisem podjęli decyzję kilka tygodni te­

mu. Derek dostarczył im pretekstu, na który czekali. Teraz 

z czystym sumieniem mogą odrzucić moją kandydaturę. 

- Ale... 

- Jeżeli zostaniemy, dojdzie do nieprzyjemnej sceny. 

A nie chcę być odpowiedzialny za zepsucie wesela mło­

dego Perkinsa. 

Ruszył w lewo, w stronę pięknego starego domu, 

przed którym stały zaparkowane drogie, luksusowe sa­

mochody. 

- Musi być jakieś rozwiązanie. - Amber nie mogła 

pogodzić się z tak jawną niesprawiedliwością. 

Tripp obejrzał się przez ramię. 

- Chcesz, żebym zniżył się do ich poziomu? 

Pokręciła głową. Żadne stanowisko nie jest tego warte. 

Poza tym Tripp ma rację: nie wypada psuć wesela Da-

vidowi i Jennifer. 

W milczeniu dotarli do podjazdu. Nagle ciszę przerwał 

trzask piorunu. 

- 0 Boże! - zawołała Amber, biegnąc do czekającej 

taksówki. - Tylko tego brakowało. 

Kolejna błyskawica rozcięła niebo i po chwili lunął 

deszcz. 

Słońce już zaszło, a w powietrzu wisiała mgła, kiedy 

wjechali do Fort Bragg. Ale przynajmniej nie padało. 

Ponieważ pasy statowe na lotnisku w Fort Bragg były 

za krótkie dla odrzutowców, wylądowali tam, skąd przed 

paroma dniami wylecieli - w Mendocino. Stamtąd do do-

mu Amber było niecałe dwadzieścia kilometrów 

background image

182 

Od wyjazdu z Missisipi Tripp niewiele się odzywał; 

dumał nad tym, co się wydarzyło. Amber nie mogła mu 

pomóc ani go pocieszyć. Po zażyciu leków przeciw cho­

robie lokomocyjnej zrobiła się śpiąca. Chociaż starała się 

mieć oczy otwarte, co rusz zapadała w sen. 

Obudziła się, kiedy zajechali pod jej dom. W głębi 

duszy czuła niepokój. Wszystko wskazywało na to, że 

Tripp nie otrzyma pracy w Santa Rosie. Czy w takiej 

sytuacji uzna, że ich dalszy związek nie ma sensu? 

Wysiadł z samochodu, otworzył bagażnik i do poło­

wy go opróżnił, zanim oprzytomniała na tyle, aby ruszyć 

się z miejsca. Po chwili dołączyła do Trippa i wzięła od 

niego dwie torby. 

- Całą drogę rozmyślałeś o zwycięstwie Spencera? 

Prawdę mówiąc, rozmyślał o kłopotach finansowych 

kliniki, o rachunkach i wysokich kosztach leczenia. 

A także o Amber. 

Niczego nie upuszczając, wydobyła z torebki klucz. 

Tripp postawił bagaże w holu. Popatrzyli na siebie. Oboje 

czuli się dziwnie, jakoś niezręcznie. 

- Czas na mnie. 
Przeszła do salonu. Rzuciła torby na podłogę. 

- Na pewno nie chcesz zostać? Chociaż na chwilę? 

- Kiepskie miałabyś ze mnie towarzystwo. Nie jestem 

w nastroju do rozmowy. 

- To, o czym myślę, można robić bez uprawiania 

sztuki konwersacji. 

Jego myśli zwolniły bieg, serce przyśpieszyło rytm-
- Znam dwa sposoby na to, by zapomnieć o kłop 

tach - rzekła, zapalając światło w salonie. 

background image

ŻONA NA POKAZ 183 

- Dwa? - spytał ochryple. 
- Tak. Jeden to medytacja. - Wcisnęła jakiś przycisk. 

Pokój wypełniła cicha, nastrojowa muzyka. - A drugi to 
to, o czym myślisz. - Uśmiechnęła się zalotnie. - Ja też 

wolę ten drugi. 

Nie zdawał sobie sprawy, kiedy opuścił hol. Ale po­

nieważ Amber stała koło lampy, którą włączyła, wniosek 

nasuwał się sam: to on musiał do niej podejść, a nie ona 

do niego. Wiedział, że powinien się oprzeć. Ale bardzo 

nie chciał. Kiedy wspięła się na palce, by go pocałować, 

nie potrafił się opanować. Wziął ją w ramiona i zaczął 

obsypywać pocałunkami. Wczoraj poznał każdy skrawek 

jej ciała, każde wgłębienie, każdą wypukłość. Dziś za­

pragnął poznać wszystko od nowa. 

Przeszkadzało mu jej ubranie; stanowiło barierę, którą 

czym prędzej należało pokonać. Jęki, sapanie, pomruki 

przeplatały się z dźwiękami fortepianu i instrumentów 

smyczkowych. Muzyka miała działać relaksujące Trippa 

jednak nie relaksowała, przeciwnie, wzmagała jego po­

żądanie. Pragnął bliskości Amber, jej dotyku, pocałun­

ków, wszystkiego, co mogła ofiarować. 

Przyparł ją plecami do ściany. Nawet szpilki nie da­

łoby się wsunąć pomiędzy ich ciała, lecz on wciąż czuł 

niedosyt. Amber wciąż była za daleko. 

To ona przerwała pocałunek. To ona rozpięła mu ko-

szulę, po czym ściągnęła z siebie bluzkę. Byli nadzy, nic 

ich nie dzieliło, żadne ubranie, żadna bielizna. Mimo to 

chciał być jeszcze bliżej, czuć ją jeszcze bardziej. Zlać 

się w jedno. 

~ Możemy to zrobić tu, na stojąco - szepnął jej do 

background image

184 

SANDRA STEFFEN 

ucha. - Albo możesz mnie zaprosić do swojego łóżka. 

Wybór należy do ciebie. 

Oswobodziła się z jego objęć i ruszyła ciemnym ko-

rytarzem. Tripp wszedł za nią do sypialni i przystanął 

w drzwiach. Amber odwinęła brzeg kołdry. 

- Zapraszam. 
Wyciągał do niej rękę, kiedy pokojem wstrząsnął huk. 

Niewiele się namyślając, Tripp skoczył między Amber 

a okno, by osłonić ją własnym ciałem. Dopiero po chwili 

uzmysłowił sobie, że huk pochodzi z rury wydechowej 

widocznego za oknem samochodu. Fort Bragg było spo­

kojnym miasteczkiem; to w Los Angeles czasem padały 

strzały na ulicy. 

Wtem ciszę przerwał dzwonek. Tripp znów podsko­

czył. Dzwonek zabrzmiał ponownie. Tripp obejrzał się 

w jego kierunku i zaklął po nosem. 

Amber wpatrywała się z niechęcią w aparat telefoni­

czny. 

- Nie muszę odbierać - szepnęła, przytulając się do 

Trippa. - Zaraz włączy się sekretarka. 

- Amber, mówi Rand. Muszę z tobą porozmawiać. 

Jeśli jesteś w domu, podnieś słuchawkę. 

Znieruchomiała. Nie wiedziała, co robić. 

- Rand prawie nigdy do mnie nie dzwoni. Musiało 

się coś stać. 

Ponieważ znajdował się bliżej szafki nocnej, Tripp wy-

ciągnął rękę i podał Amber słuchawkę. Odwdzięczyła mu 

się czarującym uśmiechem. 

- Jak się masz, Rand? - spytała, przyłożywszy słu-

chawkę do ucha. 

background image

ZONA NA POKAZ 

185 

Tripp przeczesał ręką włosy, po czym podszedł do 

regału na drugim końcu pokoju. 

- Tak, byłam w Missisipi. Ale skąd... - Przez mo­

ment milczała. - W Jackson, tak... Ale skąd... 

Tripp poczuł na sobie jej wzrok. 
- Zgadza się... Pamiętasz Trippa Calhouna? - Znów 

zapadła cisza. - Skąd wiedziałeś? Rand, co się dzieje? Ni­

gdy do mnie nie dzwonisz... A ty, co robiłeś w Jackson? 

Zerknęła na Trippa, który zapinał koszulę. 
- Rand, możesz chwilę poczekać? 

Odłożyła słuchawkę na łóżko. 
- Tripp? Dlaczego się ubierasz? - spytała konspira­

cyjnym szeptem. 

Wsunął koszulę do spodni. 
- Bo chyba masz ważny telefon - odparł, wodząc 

wzrokiem po jej nagim ciele. 

- Owszem. - Mówiła cicho, żeby brat nie słyszał. -

Rand nigdy nie dzwoni bez ważnego powodu. Ale to nie 

znaczy, że musisz iść. 

- To był długi weekend. 

- To był cudowny weekend - poprawiła go. - Co te­

raz zrobisz? Chodzi mi o twoją klinikę. 

- Nie wiem. Coś wymyślę. 

- Chętnie bym ją obejrzała. 

- Serio? - Pocałował Amber w czubek nosa. -

Wpadnij jutro po pracy do szpitala. Oprowadzę cię po 

moim skromnym królestwie. 

~ Dobrze. 

Był człowiekiem uczciwym, kierował się w życiu za­

­­­­­­ ­­­­­­­­­­ ­­­ ­­ ­­­­­ ­­­­­ ­ ­­­­ ­­­­­ ­­­­

background image

186 

SANDRA STEFFEN 

szał głos, który ostrzegał go przed samym sobą. Nie sły­

szał, co głos mówi, ale wiedział, że nie należy go igno­

rować. Skinąwszy Amber na pożegnanie, czym prędzej 

opuścił pokój. 

Amber wstrzymała oddech. Wypuściła powietrze do­

piero wtedy, gdy rozległ się trzask zamykanych przez 

Trippa drzwi. 

- Już jestem, Rand - powiedziała do słuchawki. 

Słuchała brata, ale jednocześnie cały czas myślała 

o Trippie. Pragnął jej, lecz poza pociągiem fizycznym czuł 

do niej coś więcej; była o tym przekonana. Dlaczego nagle 

postanowił wyjść? Żałowała, że nie został na noc. 

Ale zobaczą się jutro po pracy. Może wtedy dowie 

się czegoś więcej. Podobno zdobycie informacji o prze­

ciwniku to połowa wygranej bitwy. Niestety, druga po­

łowa czasem bywa znacznie trudniejsza. Zwłaszcza gdy 

ma się do czynienia z człowiekiem o tak skomplikowanej 

naturze jak Tripp. 

- Co? Oczywiście, że słucham... Tak, doskonale się 

miewam... Rand? Czy od początku dobrze wam się z Lu­

cy układało? 

Odpowiedział, że nie, były problemy, większość z je­

go winy, po czym zaczął dopytywać się o Sophie, Rtoera 

i małą Meggie. 

- U nich wszystko w porządku - odparła zgodnie 

z prawdą. - Są zdrowi i szczęśliwi. A wracając do wa­
szych problemów... Co zrobiłeś, żeby... Co? Drake, 
dawno z nim nie rozmawiałam, ale sądzę, że świetnie. 
Liza i Jackson również. Jedynie nie mamy żadnych wie-
ści od Emily. Martwię się o nią. 

background image

ZONA NA POKAZ 

187 

Zadał kolejne pytanie. Amber usiadła na łóżku. 

- Tata często bywa poza domem, sporo jeździ w in­

teresach. A mama jak mama, sam wiesz... 

Dochodząca z salonu muzyka zmieniła nieco tempo. 

Cóż, pomyślała Amber; z dwóch sposobów na odprężenie 

się został jej teraz tylko jeden: medytacja. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

- To ja dziś narażałem swoje zdrowie i życie, więc 

nie pojmuję, dlaczego akurat ty krążysz nerwowo po po­

koju. 

Tripp westchnął głośno i odwrócił się plecami do ok­

na. Coop jak zwykle siedział z nogami na biurku. Oczy­

wiście przyjaciel ma rację. W porównaniu z nim Tripp 

spędził dzień na normalnej pracy. To znaczyło, że nie­

pokój, jaki towarzyszy mu od rana, nie ma nic wspólnego 

ze sprawami zawodowymi. Ale Tripp doskonale o tym 

wiedział. 

Od paru godzin cały szpital huczał o tym, jak do izby 

przyjęć wpadła, zataczając się, poturbowana przez męża 

kobieta, która po chwili zwaliła się u stóp doktora Gavina 

Coopera. Zazwyczaj Coop był dość odporny na ludzkie 

nieszczęścia, ale tym razem stan tej pacjentki poruszył 

go do głębi. 

- Jak się czujesz? - spytał Tripp. 

Cooper uśmiechnął się blado. 

- Powinienem być przyzwyczajony, że kobiety mdle­

ją na mój widok. 

- Słyszałem, że zgłosiła pobicie na policji. Tym razem 

uznała, że mąż posunął się za daleko. 

- Złamał jej dwa żebra, zwichnął staw barkowy, 

background image

ŻONA NA POKAZ 189 

kwasił nos i podbił oko. To na początek, kiedy jeszcze 

nie stracił nad sobą kontroli. 

Tripp milczał, pozwalając przyjacielowi wyładować 

gniew. 

- Powiedziała mi, że powinna była wszystko prze­

widzieć. Głupia baba próbowała siebie obwiniać! Wyszła 

za mąż za faceta, który jest typowym tyranem. Trafiają 
się tacy zarówno wśród bogaczy, jak i biedoty. Mąż kazał 

jej rzucić robotę, kiedy na świat zaczęły przychodzić dzie­
ci. Oni lubią, żeby kobieta była od nich całkowicie za­
leżna. Kiedy spotyka ich w pracy jakieś niepowodzenie, 

wtedy mogą wyżyć się na żonie, która wszystko musi 
cierpliwie znosić. 

- Już nie musi, Coop. Teraz ma wybór. 

Gavin Cooper przeczesał ręką włosy. 
- Chyba masz rację. Zamieszkała z dzieciakami 

w specjalnym domu opieki. Przynajmniej na razie nic jej 
nie grozi. A jak drań wyląduje za kratkami, będzie mogła 

wrócić do domu i rozpocząć normalne życie. 

- Dobrze, że się nią zaopiekowałeś. 

Cooper wolno zdjął nogi z biurka i postawił na pod­

łodze. 

- Wiem, ale zobacz, ile to mnie kosztuje: czoło zmar­

szczone, gęba wykrzywiona, zęby zaciśnięte, spojrzenie 
ponure. Przed chwilą Fred spytał, czy pobieram u ciebie 

lekcje mimiki. 

- Gorzej by było, gdyby spytał, czy u naszej kocha­

nej siostry Proctor. 

Udał mu się żart. Na moment Cooper się rozchmu-

background image

190 SANDRA STEFFEN 

- Powinienem być w klinice za dziesięć minut. Pora 

ruszać. 

- Mogę wziąć twój dzisiejszy dyżur - zaoferował 

Tripp. 

- Dzięki, nie trzeba. Wolę być zajęty. A po pracy... 

- zadumał się - zaproszę do siebie jakąś długonogą blon­

dynkę, rudą lub brunetkę. Zabawa we dwoje to najlepszy 

sposób na pozbycie się stresu. 

Ciche pukanie do drzwi przerwało rozmowę. Obej­

rzawszy się, mężczyźni zobaczyli stojącą w progu Am-

ber, złocistobeżową zjawę o pięknych oczach i niepew­

nym uśmiechu. 

- O, właśnie tego mi trzeba - powiedział rozmarzo­

nym tonem Cooper. 

Zerkała to na jednego, to na drugiego. 
- Mogę wejść? 

- Na własną odpowiedzialność - odparł Tripp. 

Wciągnął w nozdrza egzotyczną, lekko kwiatową woń 

perfum, tych samych, którymi pachniała w sobotę wie­

czorem. Niech Coop zatrzyma sobie wszystkie długono­

gie blondynki i brunetki. On, Tripp, marzył tylko o jed­

nej - tej, z którą spędził noc w Missisipi. Jednakże po­

dobnie jak wczoraj, dziś również odczuwał dziwny nie­

pokój. Nie potrafił go wyjaśnić, bo ilekroć usiłował się 

skupić, przed oczami stawał mu obraz nagiej Amber. 

Teraz też zaczął rozbierać ją wzrokiem. Nie! Stop-

- skarcił się; nie czas na takie rzeczy. Wziął się w garsć-

Coop dźwignął się na nogi. 

- Elegancki stroik - powiedziała Amber, patrząc na 

jego zielonkawy fartuch. 

background image

ŻONA NA POKAZ 191 

- Jeśli poprosisz, zdejmę go. A jeśli ładnie poprosisz, 

zdejmę wszystko. 

- Trudno oprzeć się pokusie. - Nagle jej uśmiech 

prśzygasł. - Co masz na bucie? Krew? 

Zerknął w dół. 

- Nie martw się. To nie moja. 

Popatrzyła mu w oczy. Znała takich mężczyzn jak Ga-

vin Cooper: przystojnych podrywaczy o leniwym, zmy­

słowym uśmiechu, którzy łamią serca kobiet. 

Na szczęście jej serce należało do innego, była więc 

nieczuła na wdzięki Coopa. 

- Wiesz co, kwiatuszku? Może byś rzuciła tego smęt­

nego szeryfa i uciekła ze mną? 

Amber roześmiała się wesoło. 
- Tak go nazywacie? Szeryfem? Pierwszy raz to sły­

szę. Natomiast obiło mi się o uszy, że ciebie, Coop, na­

zywają tu donżuanem. I chyba słusznie, bo małżeństwa 

mi nie proponujesz, prawda? 

- Ale mogę, kwiatuszku. Nic nie stoi na przeszkodzie. 

Pokręciła głową. 
- Zawsze podrywasz kobiety, z którymi umawia się 

twój przyjaciel? 

Na twarzy Coopera odmalowało się zdziwienie. 
- Ojej, przepraszam. Nie wiedziałem, że wy... My­

ślałem, że ten wyjazd to... - Potarł ręką czoło. - Miałem 

ciężki dzień i słabo kojarzę. Wiele się tu ostatnio działo. 

Amber przeniosła spojrzenie na Trippa. Wyglądał ża-

łośnie: oczy podkrążone, spojrzenie ponure, spodnie po-

gniecione, koszula pomięta. Przemknęło jej przez myśl, 

Pewnie od wczoraj nie spał ani nie jadł. Wydawał się 

background image

192 SANDRA STEFFEN 

jakiś odległy, jakby usiłował zwiększyć pomiędzy nimi 

dystans. Dlaczego? 

- To co? Pokażesz mi klinikę? - spytała, starając się 

zignorować złe przeczucia. 

Skinął głową, niczego po sobie nie okazując. 

- Ja też się tam wybieram - oświadczył Coop. 

Szli w trójkę, Amber po środku, oni po bokach. Coo­

per zasypywał ją pytaniami na temat ślubu. Kiedy czekali 

na windę, Amber - korzystając z chwili ciszy - zwróciła 

się do Trippa: 

- Montgomery się nie odezwał? 
- Owszem, zadzwonił dziś rano. 
- I co? 

Dlaczego wszystko trzeba z niego wyciągać siłą? 

Winda ruszyła w dół; Amber odruchowo przytknęła 

rękę do szyi. 

- Powiedział, że nie widział mnie na przyjęciu we­

selnym, ale niespodziewana ulewa wywołała istny cha­

os. Wspomniał, że rozmawiał z Gentrym i Harrisem, 

którzy przekazali mu moją decyzję o pozostaniu 

w Ukiah. Podziękował mi za przybycie na ślub i ży­

czył sukcesów. Facet w ogtfle się nie orientuje, że nim 

manipulują. 

- A ty mu nie powiesz? 

- Nie umiałbym. Zresztą nawet gdybym wiedział, jak 

to zrobić, pewnie by mi nie uwierzył. 

- To jak zdobędziesz pieniądze? 

Odpowiedzi udzielił jej Coop, kiedy wyszli z windy. 

- Zorganizujemy bal. Oczywiście suma, jaką zbierze­

my, starczy na dokonanie paru amputacji, i tyle. 

background image

ŻONA NA POKAZ 193 

- Amputacji? - zdziwił się Tripp. - Nie mogłeś cze­

goś innego wymyślić? 

- Dobra, niech ci będzie. Sztucznych zapłodnień. 

Śmiech Amber wypełnił powietrze. 

Gdyby skręcili w prawo zamiast w lewo, zobaczyliby, 

jak ktoś kuca między dwiema zaparkowanymi na placu 

furgonetkami. Gdyby znajdowali się bliżej, może poczu­

liby zapach smaru, potu i taniej whisky. 

Tripp był wyraźnie spięty. Pilnował się, aby przypad­

kiem nie dotknąć Amber. Unikał jej spojrzenia. 

Zajęła miejsce w jego samochodzie, Coop wsiadł do 

swojego auta. Nikt nie zwrócił uwagi na pordzewiałą fur­

gonetkę ze stłuczonym tylnym światłem, która wyjechała 

z parkingu i skręciła na zachód. 

Amber siedziała zamyślona. Dziesiątki pytań cisnęły 

się jej na usta, ale żadnego nie zadała. W milczeniu spo­

glądała na mijane po drodze domy. 

Klinika Mili Creek znajdowała się sześć lub siedem 

przecznic od szpitala. Tripp za symbolicznego dolara ku­

pił od władz miasta zdewastowany budynek o pozabija­

nych deskami oknach, w którym na przełomie wieków 

mieszkali robotnicy pracujący przy wycinaniu lasu, a któ­

ry od lat stał pusty - jedynymi jego mieszkańckmi były 

nietoperze oraz skunksy. Większość informacji Amber 

uzyskała od pielęgniarek i sanitariuszy. Chyba Fred po­

wiedział jej, że wszyscy w klinice pracują społecznie, bez 
wynagrodzenia. Z kolei od siostry Proctor usłyszała, że 

Tripp 

wszystkie swoje oszczędności przeznaczył na ku-

P°o sprzętu. 

Wjechali na parking przed budynkiem. Prawdę mó-

background image

194 SANDRA STEFFEN 

wiąc, Amber nie wiedziała, czego się spodziewać, ale na 

pewno nie spodziewała się tak wspaniałego domu na 

wzgórzu. 

- Boże, jaki piękny! 

Tripp zmrużył oczy, usiłując spojrzeć na budynek ocza­

mi Amber. Przeprowadzono gruntowny remont: zreperowa-

no dach, wstawiono szyby, naprawiono werandę, wycykli-

nowano podłogę, pomalowano ściany w środku i na zew­

nątrz. Budynek wciąż różnił się od starannie odrestaurowa­

nych domów stojących wzdłuż wielu ulic Ukiah, ale idealnie 

nadawał się na klinikę. I to było ważne. 

- Jestem pełna podziwu. Nie każdy, patrząc na starą 

zniszczoną chałupę, potrafi dojrzeć jej potencjał. Na par­

terze jest pewnie z dziesięć pokoi... 

- Jedenaście. 

Pokiwała z aprobatą głową. Ze zdumieniem odkrył, 

że zależy mu na jej pochwałach. A skoro zależy na po­

chwałach, to znaczy, że zależy również na niej. 

Był zdenerwowany jak nastolatek, który idzie do no­

wej szkoły. Ale jako nastolatek Tripp Calhoun nigdy się 

nie denerwował. Buntował się, sprawiał mnóstwo kłopo­

tów, bywał samolubny, arogancki, uparty jak osioł. Ale 

nigdy się nie denerwował. 

Chciał... Chciał, żeby Amber... 

Spokojnie, nakazał sobie. Przywiózł ją tu, żeby po­

kazać jej klinikę. 

Na żwirowym placyku stało kilka samochodów, mię­

dzy innymi pordzewiała furgonetka ze stłuczonym tylnym 

światłem, która zajmowała dwa miejsca parkingowe. 

Tripp zaparkował parę metrów dalej. Akurat gasił silnik-

background image

ZONA NA POKAZ 

195 

kiedy drzwi furgonetki otworzyły się i ze środka wyłonił 

się mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widział na 
oczy. 

Coś w jego postawie sprawiło, że w głowie Trippa 

włączył się sygnał alarmowy. 

- Amber, zostań w samochodzie. 

- Co? Dlaczego? 

- Zrób, co mówię. I zamknij drzwi. 

Wysiadł. Po drugiej stronie placyku zobaczył Coopa. 

Przyjaciel podszedł do kierowcy furgonetki i stanął. Za­

czął coś tamtemu tłumaczyć. Tripp nie słyszał, o czym 

rozmawiają, ale ich podniesione głosy nie wskazywały 

na to, żeby była to przyjacielska pogawędka. Twarz ob­

cego zrobiła się czerwona ze złości. Po chwili mężczyzna 

przytknął rękę do wybrzuszenia przy pasie; prawdopo­

dobnie miał tam broń. Zauważywszy to, Cooper spojrzał 

na Trippa, nakazując mu wzrokiem, by nie podchodził 

bliżej. 

- Czy można panu jakoś pomóc? - spytał Tripp, lek­

ceważąc polecenie przyjaciela. 

Obcy wykonał krok w jego stronę. 
- Inaczej bym tu chyba nie przyjeżdżał, no nie? 

- Coś panu dolega? - Było to dość wątpliwe, po pro­

stu Tripp grał r a zwłokę. 

- A owszem, dolega. Wstręt do lekarzy, którzy wty­

kają nosa w nic swoje sprawy. 

Facet, wielki, ogorzały, o długich włosach koloru po-

myj i potężnych, czarnych od smaru łapach, z których 

jedna była podrapana i pokryta zaschniętą krwią, cuchnął 

potem, whisky i papierosami. 

background image

196 

SANDRA STEFFEN 

- Może wejdziemy tylnymi drzwiami? - zapropono­

wał Tripp. - W pokoiku na zapleczu trzymam butelkę 

whisky. 

Miał nadzieję, że facet ruszy przodem, a wtedy on 

z Coopem wspólnymi siłami zdołają go jakoś unieszkod­

liwić. 

Plan się nie powiódł. Facet nawet nie drgnął. 

- Gdzie ona jest? - spytał. 

Tripp podjął kolejną próbę. 
- Jeśli nie chce pan się napić, może chociaż opatrzył­

bym pańską rękę... 

Sukces. Obcy cofnął rękę z ukrytej pod paskiem broni, 

obejrzał ją, po czym wbił wzrok w Trippa. 

- Nie potrzebuję żadnych opatrunków. No, zmiataj, 

doktorku. Ta sprawa jest pomiędzy mną a Casanovą. 

Wydawało mu się, że powiedział coś dowcipnego, bo 

ryknął śmiechem. Jednakże w jego śmiechu nie było cie­

nia wesołości, jedynie wściekłość. W budynku zaskrzy­

piało zamykane okno. Obcy odwrócił na moment głowę. 

Coop z Trippem wymienili spojrzenie 

- Niech pan idzie do chorych, doktorze Calhoun -

rzekł Cooper. - Ray ma rację; to pomiędzy mną a nim... 

Ray, może przejdziemy za budynek? Tutaj chodzą ludzie; 

po co mają nam przeszkadzać? 

Wolno, aby jeszcze bardziej nie rozdrażnić obcego, 

Tripp skierował się w stronę werandy. Po wejściu do bu-

dynku zamierzał od razu wezwać policję. 
Wykonał zaledwie kilka kroków, gdy nagle stanął jak 

wryty. 

- Kochanie! Chcesz mnie tu zostawić? 

background image

ZONA NA POKAZ 

197 

Obejrzał się przez ramię. Amber szła, wymachując to­

rebką i szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. 

- Miałaś poczekać w samochodzie. 

Tupnęła gniewnie nogą i wydęła wargi. Tripp z tru­

dem przełknął ślinę. Na miłość boską, co ona wyprawia? 

- Proszę cię, Amber. Wróć do samochodu. 
- Nie rozkazuj mi. - Zwróciła się do Coopa: - On 

mi ciągle rozkazuje. 

- Radzę ci, paniusiu, wrócić do samochodu. - Ray 

zmierzył ją groźnym wzrokiem. 

Amber ponownie tupnęła nogą. 

- Nie chcę! I nie jestem dzieckiem, żeby mi wszyscy 

rozkazywali. 

- Amber... 

Popatrzyła na Trippa tak, jakby usiłowała mu coś prze­

kazać. Ale co? O co jej, do diabła, chodzi? Po chwili 

przeniosła spojrzenie na obcego. 

- Mogę robić, co mi się żywnie podoba! 
- Psiakrew, rienawidzę przemądrzałych bab. - Ray 

splunął na ziemie. - A bogatych, rozpieszczonych paniuś 

nienawidzę prawie tak samo jak tej leniwej, kłamliwej 

dziwki, która zabrała mi dzieciaki i chce mnie wpakować 

za kratki. Więc na twoim miejscu, paniusiu, zamknąłbym 

gębę i grzecznie wrócił do samochodu. Jasne? 

Obok przejechały dwa wozy, najpierw jeden, a kilka 

sekund później drugi. 

- Ale ja chcę obejrzeć klinikę. - Amber nie dawała 

za wygraną. - Obiecałeś

 mi ją pokazać, Tripp. Ty też, 

toCoop. Stanęła pomiędzy Rayem a ulicą, zasłaniając au-

to, które skręcało na parking. 

background image

198 

SANDRA STEFFEN 

- Amber, nie bądź uparta. - Tym razem Cooper usi­

łował przemówić jej do rozsądku. - Wróć do samochodu. 

Rozejrzała się wkoło. 

- Oj, no dobrze - powiedziała niemal płaczliwym to­

nem. - Daj mi chociaż kluczyki, żebym mogła posłuchać 

radia. 

Tripp zostawił klucze w stacyjce. Amber dobrze 

o tym wiedziała, więc dlaczego... 

Nagle rozległ się odgłos kroków. Ze wszystkich stron 

otoczyli ich policjanci - sześciu rosłych facetów z wy­

celowaną bronią. 

Tripp odepchnął Amber i Coopa za siebie. 
Ray podniósł rękę do ukrytego za paskiem pistoletu. 

- Nawet nie próbuj! - ostrzegł go najbliżej stojący 

policjant. 

- Ręce do góry! - krzyknął drugi. 

Nim się zorientował, co się dzieje, Ray leżał na ziemi, 

skuty kajdankami. Policjanci odczytali mu jego prawa, 

po czym zapakowali go do radiowozu i powieźli do are­

sztu. Dwóch policjantów zostało, aby spisać zeznania. 

Podczas gdy Cooper wyjaśniał im przebieg zdarzeń, Tripp 

popatrzył gniewnie na Amber. 

- Dlaczego wysiadłaś z samochodu? 

- Bałam się, że będziesz chciał wejść do kliniki -

odparła spokojnym głosem. - A tam wszystkie okna 

i drzwi były zamknięte. 

- Zamknięte? A kto je zamknął? I skąd ty o tym 

wiesz? 

- Bo to ja kazałam je pozamykać. Najpierw zadzwo­

niłam po policję, a potem połączyłam się z kliniką. Nu-

background image

ZONA NA POKAZ 

199 

mer, jeśli cię interesuje, dostałam z informacji telefo­

nicznej. 

Oficer policji potwierdził jej słowa. 

- Pana znajoma dokładnie sprecyzowała, czego od 

nas oczekuje. Zabroniła nam jechać na sygnale. 

Gavin Cooper uśmiechnął się szeroko. 
- Kochanie, moja wdzięczność nie ma granic. 

Tripp nie potrafił zdobyć się na uśmiech. Bardzo prze­

konująco odegrała rolę bogatej, rozpieszczonej „paniusi". 

Ale niepotrzebnie się narażała. Facet mógł ją zabić. Nagle 

uświadomił sobie, co go męczy od paru dni. Kwestia bez­

pieczeństwa. Nie potrafiłby uchronić Amber przed cza­

jącym się wokół złem. 

Ona z niebezpieczeństwem i światem przestępczym 

stykała się wyłącznie w telewizji. Po dzisiejszym incy­

dencie pewnie nabrała przekonania, że zawsze i wszędzie 

sobie poradzi. Ale on, Tripp. wiele lat spędził na ulicach 

Los Angeles. Znał ludzi, którym nie dane było dożyć 

wieku średniego. Owszem, Ukiah to nie Los Angeles, 

ale tu też zdarzają się niebezpieczne sytuacje. W świecie, 

w którym się obracał, Amber zawsze by odstawała -

piękna, mądra dziedziczka o sercu ze złota stanowiłaby 

łatwy cel dla różnych łobuzów. Taki sam, jaki stanowiła 

jego matka. 

Pomijając lalo, które spędził na ranczii u Coltonów, 

oraz kilka krótkich związków, jak choćby ten z Olivią, 

przez resztę czasu wiódł bardzo samotne życie. Amber 

zaś usiłowała zburzyć istniejący porządek. 

Dziś przekonał się, jak bardzo różnią się ich światy. 

ona do jego świata zupełnie nie pasuje. I nie chodzi 

background image

200 

SANDRA STEFFEN 

tu o żadne jego uprzedzenia czy kompleksy; chodzi 

o sprawy życia i śmierci. Wolałby, aby pozostała wśród 

żywych. 

Zanotowawszy ich nazwiska i adresy, policjanci od­

jechali. Coop wszedł do środka, aby zająć się pacjentami. 

Tripp zaś zgodnie z obietnicą oprowadził Amber po kli­

nice. Na jej pytania odpowiadał monosylabami. 

Zrobiło się jej przykro. Przecież pomogła mu dzisiaj. 

Powinni się cieszyć, radować. Tripp natomiast... nie, nie 

przypisywał sobie chwały, przeciwnie, w ogóle nie mówił 

o tym, co zaszło. Coraz bardziej zamykał się w sobie. 

Patrząc na niewidoczny mur, który wyrastał między nimi, 

czuła, jak ogarnia ją strach. 

Kiedy obeszli cały budynek, wrócili na parking, 

wsiedli do samochodu i ruszyli do szpitala, gdzie zosta­

wiła swoje auto. 

Nie miała ochoty odbywać drogi w milczeniu. 
- No dobra, Calhoun, o co chodzi? 
- O nic. 

Ugryzła się w język, żeby nie nazwać go kłamcą. Nie 

chciała wszczynać awantury; chciała porozmawiać, do­

wiedzieć się, co Trippa gryzie

1

- Skoro ja zwiedziłam twoją klnikę, to może teraz 

ty byś przyjechał do Hopechest, co? Pokazałabym ci, ile 

tam w ostatnim czasie zaszło zmian. 

Nawet na nią nie spojrzał. 
- Może kiedyś wpadnę. 

Powoli kończyła się jej cierpliwość. 
- Może? Kiedyś? To znaczy za rok? Za dziesięć lat? 

Nigdy? 

background image

ŻONA NA POKAZ 201 

Popatrzył na nią tak, jakby pragnął wziąć ją w ra­

miona. Serce zabiło jej mocniej. 

Po chwili jednak w jego oczach znów pojawił się 

chłód. 

- Wszystko jest dostatecznie skomplikowane. Zro­

zum, Amber, dalsze komplikacje niczego nie rozwiążą. 

- Znów utkwił wzrok w przedniej szybie. - Nie chcę, 

żebyś przeze mnie cierpiała. 

Ha! Wszyscy tak mówili, kiedy zrywali z partnerem 

lub partnerką. Jej też zdarzyło się użyć dokładnie tych 

samych słów. A zatem to koniec. Tripp postanowił z nią 

zerwać. 

Duma kazała jej milczeć. Nie dając nic po sobie po­

znać, Amber wysiadła z samochodu, otworzyła drzwi po­

rsche i zajęła miejsce za kierownicą. Wsunąwszy kluczyk 

do stacyjki, zerknęła szybko do lusterka. Nie powinna 

była, ale nie umiała się powstrzymać. 

Tripp nie drgnął, nie wykonał najmniejszego ruchu. 

Po prostu pozwolił jej odjechać. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Łzy w oczach utrudniały czytanie. Amber odsunęła 

na bok papiery i oparłszy brodę na dłoni, wyjrzała przez 

okno. Jej gabinet mieścił się w budynku Fundacji Ho-

pechest na terenie należącego do ośrodka rancza, jakieś 

trzydzieści pięć kilometrów od Prospenno. Na zewnątrz 

dwóch kilkunastoletnich chłopców pomknęło na koniach; 

pomagali zapędzić bydło na pastwisko. Zazdrościła im; 

chętnie też dosiadłaby konia i pogalopowała przed siebie. 

Ostatnio często oddawała się marzeniom. W tej chwi­

li, na przykład, marzyła o tym, aby być gdziekolwiek, 

byle nie przy biurku. A przecież kochała swoją pracę. 

Lubiła prowadzić Fundację, którą przed wieloma laty za­

łożyła jej matka. Westchnęła głośno. Musi się skoncen­

trować i... 

Psiakość! Minął tydzień, odkąd widziała się z Trip-

pem. Siedem długich, przepełnionych smutkiem dni. 

Trzeciego dnia od rozstania zadzwoniła do szpitala. Trip-

pa nie było w gabinecie. Oddzwonił, ale już po chwili 

przerwano im rozmowę - pilnie wezwanie do pacjenta. 

Więcej się nie odezwał. 

Ponownie westchnęła. Tak strasznie za nim tęskniła. 

Próbowała być zła. Wolałaby trząść się z gniewu, niż sie­

dzieć pogrążona w rozpaczy. Nawet nie mogła winić 

background image

ZONA NA POKAZ 

203 

Trippa o to, że ją uwiódł i porzucił. To ona go uwiodła. 

Ona go kochała. 

- Kiedy tak robisz, cały budynek wznosi się i opada. 

Przez dobre pięć sekund patrzyła na mężczyznę sto­

jącego w drzwiach, zanim uświadomiła sobie, że chodzi 

mu o jej głośne westchnienia. 

- Cześć, Jackson. 

- Znam go? 

Usiłowała przywołać uśmiech na usta. Wszyscy się 

o nią martwią. Wszyscy, to znaczy rodzina. Sophie pierw­

sza zauważyła, że coś ją gnębi i powiadomiła o tym re­

sztę. 

Po tym, jak Tripp wygłosił swoje słynne: „Nie chcę, 

żebyś przeze mnie cierpiała", przez dwie noce nie zmru­

żyła oka. Sądziła, że jeśli się dostatecznie mocno skupi, 

to na pewno odkryje, w czym tkwi problem. Raz po raz 

odtwarzała wszystko w myślach, każde słowo, każdy naj­

drobniejszy gest; nie znalazła żadnej wskazówki. Trzeciej 

nocy padła nieprzytomna ze zmęczenia. 

Śpiąc, też nic nie wymyśliła, ale przynajmniej czwar­

tego dnia była wypoczęta. Nadal jednak miała mętlik 

w głowie. Zanim Tripp pojawił się w jej życiu, doskwie­

rała jej nuda. Lecz czy nie lepsza była nuda niż ten smu­

tek, poczucie pustki, beznadziei? 

Znów westchnęła. Tęskniła za Trippem. 
- Chcesz pogadać? 
- Co? - Zapomniała, że nie jest sama. - Dzięki, Ja­

ckson, ale naprawdę nie ma o czym. 

Mruknął coś pod nosem. Jak wszyscy Coltonowie był 

wysoki. Jego kruczoczarne włosy i szare oczy przypra-

background image

204 

SANDRA STEFFEN 

wiały o bicie serca wszystkie panie w wieku od osiem­

nastu do osiemdziesięciu lat, które zasiadały na ławie 

przysięgłych. Niedawno zrezygnował z pracy w biurze 

prawnym Colton Enterprises i przyjął posadę w Fundacji 

Hopechest. Nowa praca wyraźnie mu służyła, ale uśmiech 

na twarzy i błysk radości w oczach zawdzięczał nie tyle 

pracy, co niedawno poślubionej Cheyenne. 

Amber przełknęła łzy. 

- Wiesz co? - powiedział, siadając w fotelu naprze­

ciwko jej biurka. - Jednego nauczyłem się od Cheyenne. 

Kiedy kobieta mówi, że nie ma o czym mówić, to znaczy, 

że coś ją gryzie. Zgadza się? 

Prawie zdołała się uśmiechnąć. 

- No, taka mina zdecydowanie bardziej mi się po­

doba. 

- Doceniam twoje dobre chęci, Jackson, ale naprawdę 

nie wiem, co chcesz usłyszeć. 

- Jesteś chora? 

- Fizycznie? Nie. 
- Masz kłopoty z Meredith? 
- Takie jak zwykle. 
- Czyli chodzi o faceta. 

Westchnęła. 

- Znam go? - powtórzył. 
- Pamiętasz Trippa Calhouna? 

Jackson wyciągnął przed siebie nogi i skrzyżował ręce 

na piersi; gotów był siedzieć i słuchać tak długo, jak trzeba. 

- Zawsze miałem go za porządnego gościa - rzekł-

- Czyżbym się mylił? 

- Nie. 

background image

ZONA NA POKAZ 

205 

- Widujecie się? 

- Widywaliśmy. 

- Aha; czas przeszły. A ty go kochasz; czas teraź­

niejszy. 

Łzy znów napłynęły jej do oczu. Coraz bardziej ją 

to irytowało. 

- Za to on mnie nie. 

- Trudno w to uwierzyć. 

Roześmiała się cicho. 
- Miły jesteś. Ale to prawda. 
- Skąd wiesz? 
- Oj, wiem. 

Opuściła wzrok. Przypadkowo zerknęła na leżące na 

biurku podanie; chodziło o wsparcie finansowe dla 

przedszkola w Nowym Jorku przeznaczonego dla dzieci 

zarażonych wirusern HIV. Tak wiele osób nie ma wy­

starczających środków do życia! Tak wiele cierpi! Żało­

wała, że Fundacja nie może pomóc wszystkim, i tymi, 

którzy zwracają się o pomoc, i tym, którzy są zbyt dumni 

lub uparci, aby prosić o cokolwiek. 

- Nie tylko mnie nie kocha, ale również mi nie ufa. 

Założył klinikę dla biednych rodzin z okolic Ukiah. Wpa­

kował w nią wszystkie swoje oszczędności; oczywiście 

wciąż brakuje mu pieniędzy na leki i sprzęt. Chętnie bym 

mu pomogła. Ale czy on wystąpił albo ma zamiar wy­

kpić o jakąkolwiek dotację? Nie. A dlaczego? Bo duma 

mu nie pozwala! 

Na moment zamilkła. Zrezygnowana, pokręciła głową. 

Zachowuje się jak wariatka. Lecz Jackson nic sobie z te-

go nie robił; traktował ją normalnie. 

background image

206 

SANDRA STEFFEN 

- Przepraszam. Denerwuję się, kiedy o tym wszyst 

kim myślę. 

- Czy dotacja przekazana przez Fundację rozwiąza­

łaby kłopoty finansowe kliniki? 

- Większość. 

- Mimo to Tripp nie wystąpił o pomoc? 

Ponownie pokręciła głową. 

- Czy twoim zdaniem Tripp Calhoun to inteligentny 

facet? W sprawach zawodowych? 

Tym razem skinęła twierdząco. 
- A jednak nie zwrócił się do Fundacji o pomoc? 

Westchnęła. 
- Może ma jakiś powód, żeby nie prosić cię o pie­

niądze? - kontynuował Jackson. 

Zmarszczyła czoło. Jaki Tripp mógł mieć powód? 

I nagle doznała olśnienia. Dwa razy wspomniała mu 

o tym, że mężczyzn, z którymi spotykała się w przeszło­

ści, najbardziej interesował majątek jej rodziny! W do­

datku za drugim razem powiedziała mu to, kiedy leżeli 

w łóżku. 

Nic dziwnego, że nie zwrócił się o pomoc. I że nie 

zadzwonił. I że nie chce się z nią widywać. Zależy mu 

na niej! Zdawała sobie sprawę, że to wszystko brzmi mało 

logicznie, ale Tripp jest pogmatwanym facetem. 

- Boże, Jackson, czy wszyscy mają tyle kłopotów 

z miłością? 

- Nie wiem, czy wszyscy, ale Coltonowie na pewno 

tak. Coś ci jednak zdradzę: te kłopoty i cierpienia są tego 

warte. 

Po tych słowach Jackson dźwignął się z fotela i zo-

background image

ZONA NA POKAZ 

207 

stawiając Amber, by dalej dumała nad zawiłościami losu, 

ruszył do swojego gabinetu na drugim końcu korytarza. 

Poderwała się od biurka i zaczęła przemierzać pokój: 

od okna do drzwi i z powrotem. Mgła, która kłębiła się 

w jej głowie, nareszcie się rozproszyła. Obraz stał się jaś­

niejszy, nabrał konturów. Nie mogła uwierzyć, że była 

gotowa ustąpić, bez walki zaakceptować decyzję Trippa. 

Przecież nigdy się nie poddaje! W sprawach zawodowych 

i osobistych potrafi twardo bronić swoich racji, ale 

w sprawach sercowych jest nowicjuszką. 

Chociaż nie wyznali sobie miłości, Tripp był wspa­

niałym i czułym kochankiem. Zarówno w Missisipi, jak 

i w Fort Bragg, kiedy odwiózł ją do domu. 

Potem nagle wszystko się zmieniło. 

Popatrzyła na telefon, następnie powiodła wzrokiem 

po zawalonym papierami biurku. Nie zanosiło się na to, 

że Tripp zadzwoni. Ona zaś nie potrafi skoncentrować 

się na pracy. Może więc powinna złożyć mu wizytę i za­

żądać wyjaśnień. 

- Wychodzisz? - spytał Jackson, kiedy z plikiem 

kartek w dłoni minęła jego gabinet. 

- Tak. Najwyższy czas, żeby ktoś przemówił pewne­

mu upartemu lekarzowi do rozumu. 

- A, seńorita! Dzięki Bogu, że już pani jest! - zawołała 

z silnym hiszpańskim akcentem tęga niewiasta za ladą. 

Arnber rozejrzała się dookoła. W poczekalni siedziało 

kilku pacjentów. 

~ No, śmiało, niech pani wejdzie! Zaraz wszystko pa-

ni wytłumaczę. 

background image

208 

SANDRA STEFFEN 

Amber zamknęła za sobą drzwi i podeszła bliżej. 

W szpitalu nie zastała Trippa. Sanitariusz Fred powie­

dział jej, żeby pan doktor na pewno jest w klinice Mili 

Creek. I faktycznie, na parkingu stał jego samochód 

Potraktowała to jako dobry znak. Jedynie nie wiedziała, 

jak ma się zachować wobec Meksykanki, której usta 

się nie zamykały, a która wyraźnie wzięła ją za kogoś 

innego. 

- Całe szczęście, że przyszła pani trochę wcześniej. 

Moja wnusia się rozchorowała, więc muszę pędzić do 

domu. Niech pani podejdzie; wyjaśnię, co trzeba robić. 

Ale proszę się nie martwić. To naprawdę proste. 

Kobieta wyjaśniła, jak się przełącza telefon, następnie 

pokazała, gdzie są karty pacjentów. 

- Ma pani jakieś pytania? 
Amber zerknęła w stronę korytarza, z którego odcho­

dziły drzwi do zamkniętych pokoi. 

- Kto dziś ma dyżur? Doktor Calhoun? 
- Si. To anioł. 
- Choć uparty jak diabeł - mruknęła Amber. 

- Słucham? 

- Nie, nic. Niech pani idzie do wnuczki. Mam na­

dzieję, że mała szybko wyzdrowieje. 

Kobieta sięgnęła po torebkę i po chwili zniknęła. Gdy 

tylko drzwi się za nią zamknęły, zadzwonił telefon. 

Dziewczyna, która wyglądała za młodo, żeby być matką, 

popatrzyła na Amber nad ciemną główką swojego dzie­

cka. Pulchne bliźniaki siedzące na kolanach ojca zaczęły 

płakać; dwójka innych dzieci walczyła w rogu o zabaw 

kę. Stojący w kącie staruszek zmierzył Amber takim 

background image

ZONA NA POKAZ 

209 

wzrokiem, jakby dzwoniący telefon i hałasujące dzieci 
były jej winą. 

Na płacz i krzyki niewiele była w stanie poradzić, ale 

telefon mogła uciszyć. Chwyciła słuchawkę. 

- Klinika Mill Creek. 

Zajrzawszy do rejestru, zapisała osobę, która dzwo­

niła, na wizytę do lekarza. Potem na zmianę odbierała 
telefony, kołysała dzieci, szukała zagubionych zabawek, 
rozmawiała z naburmuszonym staruszkiem. Marzyła 

o tym, by móc się rozdwoić. 

Kilka kosmyków opadało jej na twarz, róg bluzki wy­

stawał ze spódnicy, a ramię miała mokre od śliny 
bliźniaka, którego ciągle nosiła na rękach. Wreszcie ostat­
nią pacjentkę zaprosiła do pokoju lekarskiego. Telefon 
przestał dzwonić, budynek powoli pustoszał. Korzystając 

z ciszy, uporządkowała biurko, ustawiła krzesła i zaczęła 

się zastanawiać, co ma powiedzieć Trippowi. 

Akurat czytała wiszącą na ścianie ulotkę na temat 

organizowanego za dwa tygodnie balu na cele charyta­
tywne, kiedy usłyszała jakiś szmer. Odwróciła się. Tripp 

stał na drugim końcu pomieszczenia. 

- Co tu robisz? 
Pomyślała sobie, że sprzedawcy w sklepach bywają 

milsi. Wskazała ręką pisma, które ułożyła w kilku rów­
nych stosach. 

- Pracuję. 
- Tu? Wątpię. 
~ A jednak. Widocznie znalazłam się w odpowiednim 

miejscu w odpowiednim czasie... 

background image

210 

SANDRA STEFFEN 

- Gdzie Rosa? 

A więc tak ma na imię tęga niewiasta z hiszpańskim 

akcentem. 

- Pojechała do domu. Jej wnuczka zachorowała. 

Ostatnia pacjentka wyszła z gabinetu do poczekalni, 

trzymając w ramionach śpiące niemowlę. 

- Dziękuję bardzo, doktorze Calhoun. - Anna Garcia 

uśmiechnęła się blado. 

Słysząc głos matki, niemowlę otworzyło oczy i za­

częło ssać kciuk. Po chwili znów zamknęło powieki. Mat­

ka i dziecko sprawiali wrażenie zmęczonych. 

Dziewczyna wsunęła rękę do kieszeni. Wydobywszy 

kilka monet, położyła je na ladzie i ruszyła do drzwi. 

Amber chciała coś powiedzieć, ale Tripp uciszył ją spoj­

rzeniem. 

Drzwi się zamknęły. Są sami. Nareszcie! 

Stał z grymasem niezadowolenia na twarzy. Najwy­

raźniej nie podzielał jej radości, lecz mogłaby przysiąc, 

że chwilę wcześniej pożerał ją wzrokiem. 

- To był długi dzień. Czeka mnie jeszcze obchód. 

Amber podeszła do lady. Ze stojącego na niej tale­

rzyka wysypała garść drobnych. Przeliczyła pieniądze; 

wszystkiego razem było trzy dolary i osiemdziesiąt trzy 

centy. Wrzuciła całodzienny utarg do szuflady biurka. 

- Za mało, żeby zaopatrzyć klinikę w bandaże, ale 

starczyłoby dla Anny na bochenek chleba albo karton 

mleka. 

Wcześniej, kiedy czteroletni Jose Martinez bąknął cos 

o złotowłosym aniołku kręcącym się po poczekalni, Tnpp 

puścił to mimo uszu. Do głowy mu nie przyszło, że chło 

background image

ZONA NA POKAZ 

211 

piec mówi o Amber. Zorientował się, że to ona, dopiero 

godzinę później, gdy stary Samuel DeWitt opisał nową 

wolontariuszkę. Od tamtej pory oddech miał nierówny, 

tętno przyśpieszone. 

Popatrzył na opadające jej na twarz kosmyki i roz­

mazany pod oczami tusz. 

- Anna jest osobą niezwykle dumną - rzekł. - Za­

wsze płaci. Tyle, ile akurat może. Wtedy ma poczucie, 

że nie korzysta z niczyjej łaski. 

- Czyli to sprawa dumy? 

Rozejrzał się po poczekalni. Domyślał się, o co Amber 

pyta i nie bardzo wiedział, jak zareagować. Naprawdę 

nie chciał jej zranić, ale dlaczego nie potrafiła zrozumieć, 

że dalsze widywanie się nie ma sensu? 

- Doceniam wszystko, co dla mnie zrobiłaś. 

Dostrzegł w jej oczach błysk nadziei. Po chwili na­

dzieja zgasła. Amber podniosła z podłogi torbę i zaczęła 

w niej czegoś szukać. 

- Ale lepiej, żebym tu nie przychodziła? 

Zaklął w duchu. Tak bardzo jej pragnął! Ale słusznie 

postąpił, wycofując się, zanim sprawy wymkną się spod 

kontroli. Wskazała głową na wycinek z gazety przypięty 

do stosu kartek. 

- Pewnie nie czytasz rubryki towarzyskiej. Wygląda 

na to, że 01ivia Babcock i Derek Spencer ustalili datę 

ślubu. 

Ostrożnie, aby przypadkiem nie dotknąć ręki Amber, 

wziął od niej kartki. 

- Co to? - spytali. 

~ Formularz, który trzeba wypełnić, żeby otrzymać 

background image

212 

SANDRA STEFFEN 

dotację z Fundacji Hopechest. Przeczytaj dokładnie in­

strukcję. Należy opisać, na co pieniądze zostaną prze­

znaczone, a także przedstawić informacje na temat finan­

sów kliniki, czyli podać wysokość pensji, wpływy, wy­

datki i tak dalej. Wszystkie podania rozpatruje rada Fun­

dacji i oczywiście nie ma żadnych gwarancji, że cokol­

wiek dostaniesz, ale myślę, że warto spróbować. 

Stał bez ruchu. 
- Nie musisz tego robić, Amber. Ja naprawdę nie po­

trzebuję twojej pomocy... 

- Może ty nie, ale Jose, Anna i Manuel tak. 
Nie wiedział, jak zareagować. Usiłował dać jej do zro­

zumienia, że to, co między nimi było, należy do prze­

szłości, a ona mimo to wciska mu pieniądze. 

- Jesteś niesamowita - oświadczył. 
Przeczesał ręką włosy. Były teraz krótkie. To jedna 

ze zmian, jakie w ciągu ostatniego miesiąca zaszły w je­

go życiu. Chociaż nie; on też się zmienił. Świat jednak 

pozostał taki sam - niebezpieczny. Zdał sobie z tego 

sprawę tamtego dnia na parkingu, kiedy mąż pobitej pa­

cjentki gotów był na użycie broni. 

- Któregoś dnia wyjdziesz za mąż i uszczęśliwisz ja­

kiegoś faceta... 

Jakiegoś faceta? Poczuła, jak wstępuje w nią złość. 

- Tak? A jakiego? Może mi powiesz, za kim powin­

nam się rozglądać? 

Sądziła, że Tripp się zirytuje, lecz on nic sobie nie 

robił z sarkazmu w jej głosie. Miała ochotę usiąść i się 

rozpłakać. 

- Za kimś takim jak ty - odrzekł spokojnie. - Za 

background image

ŻONA NA POKAZ 213 

człowiekiem dobrym, mądrym, z poczuciem humoru. 

Bogatym, kulturalnym i cierpliwym. - Na moment za­

milkł. Kiedy ponownie się odezwał, głos miał niski, 

ochrypły. - Za kimś, kto ma własne zdanie i potrafi go 

bronić. Bo kimś, kto ci przytakuje, szybko byś się znu­

dziła. 

- A ty? - spytała. - Jaka kobieta byłaby najlepszą 

partnerką dla ciebie? 

- Coop trafnie nazwał mnie samotnikiem. Ale jeśli 

kiedykolwiek się ożenię, wybiorę kogoś z moich sfer. Ko­

goś, kto będzie pasował do mojego świata. 

- Świat jest jeden, Tripp. I wszyscy w nim żyjemy. 
- Tak sądzisz? Może. W każdym razie byłbym rad, 

gdybyś w przyszłości unikała miejsc, w których czai się 

niebezpieczeństwo. 

Nagle coś ją tknęło. Przypomniała sobie, jak po po­

wrocie z Missisipi byli u niej w domu i już mieli wsko­

czyć do łóżka, kiedy za oknem rozległ się huk. To ten 

huk, który brzmiał jak strzał z broni palnej, a nie telefon 

od Randa, który zadzwonił chwilę później, przeszkodził 

im w miłosnych igraszkach. 

Obserwując, jak Tripp gasi światła., zamyka okna 

i drzwi, powoli zaczęła kojarzyć. 

- Dzięki za pomoc, Amber. Pozdrów ode mnie ojca. 

Usiłuje się jej pozbyć, zniechęcić do siebie. A przecież 

czuła, że mu na niej zależy. Co może zrobić? W jaki 

sposób przemówić mu do rozumu? Zrezygnowana, ru­

szyła do wyjścia. 

- Amber... 

- Tak? 

background image

214 SANDRA STEFFEN 

- Obiecaj, że więcej nie będziesz tu przyjeżdżać. 

Przez chwilę stała bez ruchu, nie oddychając, nawet 

nie mrugając powiekami. Potem odwróciła się i zamiast 

cokolwiek obiecywać, z całej siły trzasnęła drzwiami. 

W Keyhole w stanie Wyoming Grzechotnik Pike skrę­

cił w ulicę Główną. Drżącą ręką poklepał się po kieszeni, 

w której zwykle nosił piersiówkę. Odkąd ta wredna suka 

Meredith Colton przestała przesyłać mu forsę, nie miał 

za co kupić alkoholu. 

Przeszedł przez ulicę, kierując się w stronę niedużego 

sklepu z antykami. Nienawidził takich miasteczek. Szlag 

by je trafił! W żadnym barze nie chcieli sprzedać mu 

nic na kredyt. Jego zszargane nerwy mogłaby od biedy 

ukoić jakaś dziwka, ale nawet na to nie było go stać! 

Może jednak niedługo szczęście się do niego 

uśmiechnie. Od pewnego czasu śledził młodego szeryfa 

Toby'ego Atkinsa. Kiedy okazało się, że ten prowadzi 

życie zakonnika, postanowił skupić się na Wyatcie i An­

nie Russellach. 

Od któregoś z kumpli w barze dowiedział się, że Rus-

sellowie przyjaźnią się z dziewczyną o kasztanowych 

włosach. Tak się akurat składa, że Emily Blair Colton 

również ma kasztanowe włosy. Gotów był się założyć, 

że pomogli jej zniknąć ż miasteczka. I że znają jej obec­

ne miejsce pobytu. 

Postanowił to z nich wydobyć. Od trzech dni obser-

wował budynek, w którym mieścił się ich sklep oraz mie­

szkanie. Doszedł do wniosku, że najłatwiej będzie po­

ciągnąć za język dwóch rudowłosych chłopców, którzy 

background image

ŻONA NA POKAZ 215 

codziennie po powrocie ze żłobka czy przedszkola -

diabli wiedzą, gdzie spędzają poranki - wyprowadzają 

na spacer wielkiego czarnego potwora. 

Właśnie nadchodzili. 

- Cześć, chłopaki. - Popatrzył na nich znad oprawek 

dwuogniskowych okularów, które ukradł wczoraj śpiące­

mu na ławce staruszkowi. - Ładny dzionek, prawda? 

A raczej popołudnie. 

Chłopcy byli podobni do siebie jak dwie krople wody. 

Nie tylko wyglądali identycznie, ale w identyczny sposób 

zmarszczyli brwi. Towarzyszące im wielkie czarne psisko 

obnażyło kły. 

- Ale duży pies. Jak ma na imię? 
Obaj w tej samej chwili położyli rękę na psim karku. 

- Poker - odparł chłopiec po prawej. - Jest pan ob­

cy? Bo nam nie wolno rozmawiać z obcymi. 

Pikę wsunął kciuki za pasek poliestrowych spodni, które 

znalazł w śmietniku za sklepem z używaną odzieżą. 

- Hm, jestem dziadkiem. Czy dziadek to ktoś obcy? 

Chłopcy naradzili się szeptem. 
- Chyba nie - oznajmił ten bardziej wygadany. 

Grzechotnik Pike pogratulował sobie w duchu. Sta­

rannie przygotował się do roli - zgolił wąsy i brodę, 

a włosy i brwi wysmarował białą pastą do butów. Trud 

się opłacił. Wąsy wkrótce odrosną, pasta się spłucze. Pies 

wciąż szczerzy kły, ale on się nie libzy. Pike'owi chodziło 

o rozmowę z dzieciakami, zaufanie psa nie jest mu do 

niczego potrzebne. 

- Noah i ja nie mamy dziadka. Mamy za to nowego 

background image

216 

SANDRA STEFFEN 

Pike wiedział, o kim mówią. Wyatt Russell, wielki 

prawnik z Waszyngtonu, porządnie zalazł mu za skórę. 

Wsunąwszy rękę do kieszeni, wyciągnął pomięte 

zdjęcie. Chciał podejść bliżej chłopców, ale powstrzy­

mało go groźne warczenie dobywające się z psiego 

gardła. 

- Świetny pies obronny... Spójrzcie, to jest moja 

wnuczka. Penny. 

- Ojej, wygląda zupełnie jak Emily - oznajmił chło­

piec, który dotąd milczał. 

- Jak kto? - spytał niewinnym tonem Pike, który spe­

cjalnie wybrał stare zdjęcie Emily Blair. 

- Jak Emily. Nasza przyjaciółka. 
- Penny ma piętnaście lat. Jest najlepszą wnuczką na 

świecie. Niedawno przeprowadziła się ze swoją mamą do 

Teksasu. 

- Emily też się niedawno przeprowadziła. 
- Co ty powiesz? Również do Teksasu? 
- Nie. Do Montany. 
- Serio? - Pike'owi kręciło się w głowie od patrzenia 

przez okulary. - Byłem kiedyś w Montanie. - Schował 

zdjęcie do kieszeni. Ręka mu się trzęsła. Musi się napić. 

- A gdzie w Montanie teraz mieszka? 

- W Red... 
- Noah! Aleks! 

Na dźwięk głosu matki chłopcy odwrócili się. Grze-

chotnik Pike czym prędzej skrył się w sklepie sporto­

wym, po czym wymknął się tylnymi drzwiami. Czapkę 

z daszkiem i okulary wrzucił do pierwszego śmietnika, 

jaki zobaczył po drodze. Zadowolony, pogratulował sobie 

background image

ZONA NA POKAZ 

217 

w duchu. Potrafi gadać z bachorami! Gdyby nie ich mat­

ka, wszystko by mu powiedzieli. 

Wrócił do pokoju hotelowego. Musi się spakować. 

Emily zaszyła się w Montanie, w miasteczku Red coś 

tam. 

Dobra, mała. Wkrótce się spotkamy! 

Patsy wypadła na zewnątrz, drzwi zamknęły się za 

nią z hukiem. 

- Teddy! Joey! 

Osłaniając oczy przed słońcem, rozejrzała się po ogro­

dzie. Szukała swoich ukochanych synów. Chłopców nie 

znalazła, ale zobaczyła siedzącą przy basenie Amber, któ­

ra rozmawiała z Joem. 

- Joe! - zawołała do mężczyzny, którego żonę uda­

wała od dziesięciu lat. - Nie wiesz, gdzie są chłopcy? 

Chyba nie sprzątają znów w stajni... 

Po chwili obaj wybiegli z domu. Patsy z promiennym 

uśmiechem patrzyła, jak wskakują do wody. Jej dwa naj­

większe skarby! Gdyby tylko zdołała odszukać dziecko, 

które skradziono jej przed laty, byłaby najszczęśliwszą 

kobietą na świecie. A gdyby jeszcze udało się jej pozbyć 

Joego i tej małej wstręciuchy Emily... 

Dwa dni temu otrzymała wiadomość od detektywa, 

że przy nielegalnej adopcji dziewczynki odpowiadającej 

rysopisowi jej córeczki pośredniczył jakiś nieuczciwy le­

karz ze Stockton. Z dokumentów wynika, że dziewczyn­

ka trafiła do pary mieszkającej w Ohio. Patsy poprosiła 

detektywa, aby kontynuował poszukiwania. 

Jej mała córeczka jest teraz dorosłą kobietą! Patsy 

background image

218 

SANDRA STEFFEN 

zmrużyła z namysłem oczy. Miała nadzieję, że Jewel 

w niczym nie przypomina dorosłych córek Meredith, któ­

rych szlachetność i dobre serce przyprawiały ją o mdło­

ści. 

- Joe, muszę z tobą porozmawiać. 

Pochyliwszy się nad córką, Joe szepnął jej coś do ucha 

i ruszył w stronę żony. Z każdym krokiem jego spojrze­

nie stawało się coraz bardziej lodowate. Patsy była pewna, 

że na córkę patrzył czule. Och, ile upokorzeń musiała 

znosić w tym domu! 

- Co ona tu robi? 

Joe Colton zmierzył wzrokiem tę obcą kobietę, w któ­

rą przeistoczyła się jego piękna Meredith. Gdyby nie Joe 

Junior i Teddy, dawno porzuciłby swój ukochany dom. 

Hacienda de Alegria - Dom Radości. Radość dawno 

w nim nie gościła. 

- Amber jest naszą córką, a to jest również jej dom. 
- Musi chodzić taka skrzywiona? 

- Ma problemy. Cierpi. 

Patsy przyjęła wyjaśnienie ze wzruszeniem ramion. 
- Mogłabyś okazać jej nieco współczucia. 

- Och, bez przesady! Ma dwadzieścia sześć lat. Niech 

się dąsa i pochlipuje we własnych czterech ścianach. 

Strasznie je rozpieściłeś, Joe. I Amber, i Sophie są takie 

same jak M... 

- Jak kto? Ty? 

- Nie bądź śmieszny. Ja nie rozczulam się nad sobą 

i nie pociągam stale nosem. 

Joe westchnął w duchu. Kiedyś kochał tę kobietę. Dziś 

kochał wyłącznie pamięć o tym, jaka była przed laty. 

background image

ZONA NA POKAZ 

219 

- Wołałaś mnie, Meredith. Co chcesz? 

Odwróciła się niemal ze wstrętem. 

- Nic. 

Joe bez słowa skierował się z powrotem do stolika 

nad basenem. 

- Przyniosę ci coś do picia, ptaszyno. 

Ptaszyno? Patsy zacisnęła gniewnie zęby. Jakim pra­

wem zwraca się tak ciepło do tej rozpieszczonej małpy, 

skoro na nią, Patsy, reaguje z takim obrzydzeniem? Przy­

puszczalnie na Meredith spoglądał z miłością. Ale to się 

skończyło! Jego ukochana Meredith pewnie trafiła do ja­

kiegoś przytułku dla bezdomnych i zmarła, nie odzyska­

wszy pamięci. 

W przyszłości musi jednak bardziej uważać. Nie może 

mówić, że Sophie i Amber zachowują się jak Meredith, 

bo przecież wszyscy ją, Patsy, uważają za Meredith. 

Jest zmęczona. I spięta. Lada moment spodziewa się 

kolejnej wiadomości od Pike'a. Zadzwonił parę dni temu 

z informacją, że Emily wyjechała ze stanu Wyoming. Jak 

tylko odkryje, dokąd się udała, przystąpi do działania. 

Patsy przeszedł dreszcz podniecenia. Nic dziwnego, że 

coraz trudniej było jej grać rolę kochającej żony 

i matki. 

Dźwięk komórki wyrwał ją z zadumy. Wydobywszy 

telefon z kieszeni eleganckiej marynarki, przyłożyła go 

do ucha. 

- Słucham? 
- Chyba wiem, gdzie ona jest. 

Uśmiech zagościł na jej ustach. Czym prędzej obej­

rzała się za siebie. Joe z Amber patrzyli w jej kierunku. 

background image

220 SANDRA STEFFEN 

- Dzień dobry, Sharon - rzekła głośno do słuchawki. 

- Znalazłaś wymarzoną torebkę? Jesteś pewna, że to ta? 

Na drugim końcu linii Grzechotnik kontynuował nie 

zrażony: 

- Tak. Z dwóch bardzo wiarygodnych źródeł wiem, 

że nasza mała Emily przeniosła się do Montany. Właśnie 

zawężam obszar poszukiwań. 

- Ależ to wspaniale. - Zerknęła na basen, w którym 

baraszkowali jej ukochani synowie. - Bardzo się cieszę. 

- Zadzwonię, jak będę coś wiedział. 
- Dobrze. Wiem, jak trudno znaleźć pasujące dodatki. 

- Zniżyła głos. - Tylko tym razem niczego nie schrzań... 

Doskonale, Sharon! A zatem czekam z niecierpliwością. 

Wyłączyła komórkę i ponownie przybrała neutralny 

wyraz twarzy. Wreszcie wszystko zaczyna się układać. 

Ma swoich synów, niedługo odnajdzie córkę, a Grzechot­

nik uwolni ją od Emily. 

- Zaprosiłem Amber na kolację! - zawołał Joe. 

Rzuciła mu zirytowane spojrzenie. 
- Powiadom o tym Inez, a nie mnie. I uważaj na 

chłopców. 

Amber w milczeniu odprowadziła matkę wzrokiem. 

- Przykro mi, ptaszyno - rzekł jej ojciec. - Ostatnio 

mama jest jakoś bardziej humorzasta niż zwykle. 

Widząc smutek w oczach Joego, Amber z trudem po­

wstrzymała łzy. Zrozumiała, jak bardzo ojciec jest samotny. 

- Nie przejmuj się, tato. To nie twoja wina. 

Joe wstał od stolika. 
- Tak myślisz? Sam nie wiem. Może powinienem 

był... 

background image

ZONA NA POKAZ 

221 

- Hej, tato! - zawołał Joe Junior, który stał na brzegu 

basenu, gotów do skoku. - Spójrz na mnie! 

Przez moment oboje obserwowali harce chłopców, 

którzy z piskiem ganiali się w wodzie. Nawet ptaki uci­

chły, jakby chciały przyjrzeć się wesołej zabawie. Przy­

najmniej oni są szczęśliwi. Amber podejrzewała, że gdy­

by nie Joe Junior i Teddy, ojciec dawno rozwiódłby się 

z matką. Ale ci dwaj go potrzebują. 

Wzdychając głośno, również wstała z fotela. 

- Cześć, chłopaki! - zawołała do braci. 
- Cześć, Amber! 

- Idziesz? - zdziwił się Joe. 

Skinęła głową. 
- Tak będzie lepiej, tatusiu. 

- Martwię się o ciebie, kochanie. 

Pocałowała ojca w policzek. Nie mówiła mu, żeby 

się nie martwił, bo wiedziała, że i tak jej nie posłucha. 

Opuszczała ranczo z ciężkim sercem. Widok matki 

z ojcem zawsze napawał ją smutkiem. Kiedyś byli tacy 

szczęśliwi, tacy zakochani. Co się stało? Dlaczego matka 

tak bardzo się zmieniła? 

Na siedzeniu pasażera leżała ulotka z informacją 

o organizowanym przez szpital balu. Amber zamyśliła 

się. Tripp nie tylko jej nie zaprosił, ale zażądał, aby więcej 

nie pokazywała się w klinice. Pragnął jej, lecz nie chciał 

się z nią widywać. Uważał, że w jego świecie czai się 

zbyt wiele niebezpieczeństw. 

Hm. Był wściekły, kiedy wysiadła z samochodu i za-

częła rozmawiać z facetem, który pobił żonę. Zdenerwo-

wał się, kiedy po powrocie z Missisipi na ulicy przed 

background image

222 

SANDRA STEFFEN 

jej domem rozległ się wystrzał z rury wydechowej. Pró­

bował ją osłonić, jakby bał się, że coś złego się jej stanie. 

Cholera jasna! Całe życie starała się zasłużyć na mi­

łość tych, których kochała. Studiowała na Radcliffe, by 

sprawić przyjemność matce. Pracowała w Fundacji, bo 

ojcu na tym zależało. Wreszcie znalazła kogoś, kto kochał 

ją bezwarunkowo. Ale on za wszelką cenę chciał ją chro­

nić przed złem... 

Kierowca za nią nacisnął klakson. Wróciła myślami 

do rzeczywistości. 

Tripp kocha ją. To nie ulega wątpliwości. Ma dziwny 

sposób okazywania uczuć, ale na pewno ją kocha. 

W przeciwnym razie dlaczego tak bardzo drżałby o jej 

bezpieczeństwo? Dlaczego w imię bezpieczeństwa gotów 

był rezygnować z miłości? 

Wydawało mu się, że ją zna. Że wie, jakiego męża 

powinna sobie poszukać. Przystanąwszy na czerwonym 

świetle, podniosła do oczu ulotkę. Bal ma się odbyć w po­

łowie sierpnia, za dwa tygodnie. 

Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Zanim 

dojechała do Fort Bragg, wiedziała, co zrobi. Zostały jej 

dwa tygodnie na dopracowanie szczegółów. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

- Wyluzuj, Calhoun. I uśmiechnij się. To bal, a nie 

pogrzeb. 

- I kto to mówi? - Wsunąwszy palce za kołnierzyk 

wykrochmalonej koszuli, Tripp popatrzył znacząco na 

przyjaciela. 

I faktycznie, od kilku dni Gavin Cooper chodził rów­

nie spięty jak on. Kłopoty obu mężczyzn miały związek 

z przedstawicielkami płci przeciwnej. Przedstawicielką 

płci przeciwriej wywołującą niepokój Gavina była dzien­

nikarka z lokalnej gazety. 

Tripp zacisnął zęby. Bal miał być stosunkowo skro­

mną, lokalną imprezą, dopóki w przygotowania nie włą­

czyła się Arnber. Nagle, jak za dotknięciem czarodziej­

skiej różdżki, wokół wszystkiego zrobił się szum, sprawa 

trafiła na łamy gazet w San Francisco. 

Dziennikarze rozmawiali z kilkoma pacjentami klini­

ki. Największe zainteresowanie i sympatię wzbudził czte­

roletni P.J. Pattison, kędzierzawy chłopczyk ranny w wy­

padku samochodowym, w którym zginęła jego matka. 

Zdjęcie chłopca trzymającego w ramionach szczeniaka 

najpierw pojawiło się w prasie, a potem na plakatach 

w każdym mieście północnej Kalifornii. Reklama i roz-

background image

224 

SANDRA STEFFEN 

głos sprawiły, że mnóstwo par zgłosiło chęć zaadopto­

wania dziecka. 

Akurat z tego Tripp się cieszył. Nie cieszył się z roz­

głosu, jaki on sam zyskał. 

Oczywiście nie mógł zrzucić winy na Amber. Sprawcą 

całego zamieszania była wścibska dziennikarka, która do­

wiedziała się o incydencie na parkingu. Media oszalały. 

Tripp i Cooper zostali okrzyknięci bohaterami. Z całego 

stanu zaczęły napływać datki na klinikę Mill Creek. Tripp 

otrzymał cztery propozycje małżeństwa od kobiet, któ­

rych nigdy w życiu na oczy nie widział, Coop - pięć. 

Jednakże dziennikarka, która o nich pierwsza napisała 

i za którą Coop się uganiał, nie chciała mieć z nim do 

czynienia. 

Gavin Cooper potrząsnął głową, śledząc wzrokiem ni­

ską atrakcyjną szatynkę. 

- Jenna Maria Tribiano. Ktoś, kto się tak nazywa, mu­

si mieć skomplikowaną naturę, nie sądzisz? - spytał ci­

cho. - No dobra, wiemy, co mnie dręczy. A ciebie? 

Tripp wziął głęboki oddech. I nagle poczuł znajomy 

zapach. Serce zabiło mu szybciej. Ponieważ nigdzie 

w pobliżu nie było złotowłosej dziedziczki, przytknął do 

nosa rękaw marynarki. Miał wrażenie, że jej perfumy 

przenikają wszystko wkoło. 

Towarzyszyły mu wszędzie: na szpitalnym korytarzu, 

w windzie, w poczekalni kliniki. Zabronił Amber przy­

jeżdżać do Mill Creek, ale ona nie słuchała żadnych po­

leceń. Oczywiście starała się nie pokazywać mu na oczy: 

pomagała w klinice, kiedy on pracował w szpitalu, i na 

odwrót. Od dwóch tygodni ani razu jej nie widział, cza-

background image

ZONA NA POKAZ 

225 

sem tylko wjeżdżając na parking, kątem oka dostrzegał 

wyjeżdżające sportowe auto. 

- O rany! - Coop aż zagwizdał pod nosem. - Co za 

kiecka! 

Podniósł się szmer. Pewnie każdy facet pomiędzy 

osiemnastym a osiemdziesiątym rokiem życia jęknął 

z zachwytu na widok Amber, która stała pod ukwieco­

nym łukiem na końcu przejścia. Kaskada złotych loków 

opadała jej na ramiona. Największe wrażenie robiła jed­

nak jej suknia, czerwona, obcisła, z wielkim dekoltem, 

od której nie sposób było oderwać oczu. 

- Ciekawe, kim jest ten gość, z którym przyszła -

ciągnął Coop. - Zresztą nieważne. Ale ta kiecka, stary! 

Ta kiecka! Nie wiadomo, czy więcej zasłania, czy od­

słania. 

- Myślałem, że pałasz miłością do swojej dzienni­

karki - zauważył Tripp. 

Gavin Cooper, nie bez powodu przezywany donżu-

anem, posłał przyjacielowi zdumione spojrzenie. 

- A od kiedy to zakochanemu facetowi nie wolno po­

dziwiać innych kobiet? 

Przypuszczalnie był to jeden z powodów, dla którego 

dziennikarka nie chciała mieć z nim do czynienia. 

Dzięki przychylności władz miejskich bal odbywał się 

na terenie parku. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi; 

im ciemniejszą barwę przybierało niebo, tym jaśniej nad 

głowami tańczących par migotały sznury świateł rozwie­

szonych na drzewach. 

Amber drżała na całym ciele. Wzięła głęboki oddech, 

by się uspokoić. Rozglądając się dookoła, nagle napotkała 

background image

226 

SANDRA STEFFEN 

spojrzenie Trippa. Nic dziwnego, że była zdenerwowana. 

Nie spuszczał z niej wzroku. 

Bal zaczął się o siódmej; zanosiło się na to, że bę­

dzie wielkim sukcesem. Cieszyło to Amber, która mnó­

stwo wysiłku włożyła w przygotowania. Zależało jej 

jednak również na tym, aby samej odnieść sukces 

i zdobyć Trippa. Mężczyznę, z którym przyszła na bal, 

przedstawiła dyrektorowi szpitala, po czym ruszyła 

z nim na parkiet. 

Kiedy skończyła się melodia, ktoś inny poprosił ją do 

tańca. Zauważyła, że Tripp cały czas bacznie się jej przy­

gląda. Po pewnym czasie jedna z pielęgniarek niemal siłą 

zaciągnęła go do walca. Potem pielęgniarka znikła, a oni 

znaleźli się koło siebie. 

- Wydawało mi się, że damy nie noszą czerwieni. 
Przerabiała w myślach różne scenariusze; zastanawia­

ła się, co powie, jeśli Tripp powita ją chłodno, co jeśli 

obojętnie, a co jeśli przyjaźnie. Natomiast zaskoczył ją 

gniew w jego głosie. 

- Nie mówiłam, że nie noszą. Stwierdziłam jedynie, 

że narzeczona człowieka, który stara się o posadę w pry­

watnym szpitalu, powinna prezentować się elegancko, 

lecz skromnie, by nie przyćmiewać żony jego przyszłego 

szefa. 

Nie odpowiedział. Wpatrywał się w nią jak zahipno­

tyzowany, jednocześnie próbował zapomnieć, co czuł, 

kiedy trzymał ją w ramionach, a ona jęczała z rozkoszy. 

- Zatańczysz, Amber? 

Uśmiechając się przyjaźnie, wzięła pod rękę młodego 

sanitariusza. Tripp został na miejscu, kipiąc z wściekło-

background image

ŻONA NA POKAZ 227 

ści. Kiedy melodia ucichła, Fred odprowadził Amber do 

Trippa i ruszył na kolejny podbój. 

- Nie za młody dla ciebie? 

Bez słowa odwróciła się i odeszła. Zależało jej na 

Trippie, ale nie zamierzała znosić jego humorów i znie­

wag. 

Nalała sobie szklankę ponczu. 
- Wygląda na to, że dzięki balowi twoja klinika stanie 

na nogi. 

Jakim cudem wyczuła jego obecność? Uznał, że nie 

ma sensu o to pytać. 

- Dobrze, że wciąż ją uważasz za moją - rzekł. 

Zareagowała lekkim uniesieniem brwi, jakby zdziwił 

ją jego sarkazm. Ale, do jasnej cholery, przecież to on, 

Tripp Calhoun, założył klinikę. I on powinien przyjmo­

wać do pracy wolontariuszy. Ona zaś wpadała bez pyta­

nia, po prostu kiedy miała czas i ochotę. Tak samo nie­

proszona zjawiała się w jego snach. 

- Sprawiasz wrażenie zmęczonego, Tripp. 

Oczywiście, że jest zmęczony. Nie wysypia się, bo 

ciągle o niej myśli. 

- Wzięłam do serca twoją radę. - Widząc jego py­

tające spojrzenie, wyjaśniła: - A propos mężczyzny, któ­

ry nadawałby się dla mnie na męża. 

-

 No i co? 

- No i w ciągu ostatnich dwóch tygodni umówiłam 

się z kilkoma na kolację. 

- To znaczy z iłoma? 

Starała się zachować kamienny wyraz twarzy. 

- Z trzema. Pierwszy to chirurg plastyczny z Bosto-

background image

228 

SANDRA STEFFEN 

nu. Jest niesamowicie bogaty, a jego rodzina pochodzi 

z najwyższych sfer. Studiował w Anglii, uwielbia operę 

i Szekspira. 

- Wyznaczyliście już datę ślubu? 

Skrzywiła się. 

- Nie. Śmiertelnie mnie wynudził. Ale jednego się 

o sobie dowiedziałam. 

Wolnym krokiem oddalali się od tańczących; muzyka 

stawała się coraz cichsza. 

- Czego? - spytał Tripp, siląc się na obojętność. 

- Że nie chcę spędzić życia z facetem, który zarabia 

majątek, poprawiając bogatym klientkom piersi i nosy. 

Drugi mężczyzna, którego zaproszenie przyjęłam, to 

przyjaciel Freda. Wiem, wiem... - dodała szybko, zanim 

zdążył cokolwiek powiedzieć. - Też wolałabym mieć za 

męża kogoś, komu wolno głosować. Oczywiście, gdybym 

była szaleńczo zakochana, sprawa wieku nie grałaby roli. 

- A trzeci? 

- To motocyklista o włosach znacznie dłuższych niż 

twoje, zanim je ściąłeś, i wielkim tatuażu kobry na ple­

cach. 

- Czyś ty zwariowała? Wiesz, jaki to może być 

groźny typ? 

Kopnęła go w kostkę; zupełnie się tego nie spodzie­

wał. 

- Mylisz się. Tom jest miłym facetem, który akurat 

lubi długie włosy i nie boi się igły. Pracuje w schronisku 

dla zwierząt i wzrusza się do łez, kiedy słyszy hymn na­

rodowy. 

Nie wiedział, do czego Amber zmierza, powoli jednak 

background image

ZONA NA POKAZ 

229 

zaczynał tracić nad sobą kontrolę. Bał się, że jeszcze 

chwila, a porwie ją w ramiona... 

- I pewnie bardzo kocha mamusię - oznajmił, usiłu­

jąc wziąć się w garść. - Wiesz, ilu facetów skazanych 

na śmierć twierdzi, że kocha mamusię, Amber? A ten 

gość, z którym przyszłaś dziś na bal? 

Z całej siły dźgnęła go palcem w klatkę piersiową. 

- Tak się składa, że Philip jest już zaręczony. Z moją 

przyjaciółką Claire. 

- To dlaczego przyprowadziłaś go? 
- Dla towarzystwa. Posłuchaj, Tripp. Nikt mi nie mo­

że dać gwarancji bezpieczeństwa. Ani ty, ani żaden inny 

facet. Prawie dwadzieścia lat temu mój brat zginął, jeż­

dżąc na rowerze w najbardziej bezpiecznej okolicy 

w kraju. Nieszczęście może przydarzyć się wszędzie 

i każdemu. 

- Nie rozumiesz, Amber... 

- Rozumiem bardzo wiele, mimo że swoim dziwnym 

zachowaniem wprowadzasz mi zamęt w głowie. 

- Ale... 

- Nie przerywaj. Możesz ze mną nie współpracować. 

Możesz się zje mną nie widywać. Ale nie możesz ani 

mnie, ani nikomu zapewnić bezpieczeństwa, bo tego nie 

da się zrobić. I jeszcze jedno ci powiem. Nie będę dłużej 

próbowała zasłużyć na czyjąś miłość lub akceptację. Od­

tąd zamierzam słuchać się wyłącznie siebie. Praca wo-

lontariuszki w klinice sprawiła mi więcej satysfakcji niż 

cokolwiek innego. - Na moment zawahała się. - No, pra­

wie... 

Chwycił ją za rękę, zanim znów go dźgnęła. 

background image

230 SANDRA STEFFEN 

- Jak na rozpieszczoną dziedziczkę masz spory tupet. 

- Idź do diabła, Tripp. - Wyrwała mu się. 

- Amber, poczekaj! 

Zrównał z nią kroki. Nie pozwoliła się dotknąć, ale 

przynajmniej stanęła. 

- Właściwie to powinnam ci podziękować - rzekła. 

Ale nie podziękowała. 

- Za co? - spytał. 

- Tego lata odkryłam, co to jest prawdziwa miłość. 

Jak to nigdy nie wiadomo, co się komu spodoba, prawda? 

Zasłużyłem na to, pomyślał. 
- Ja też ci powinienem podziękować. 
- Ty mnie? 

- Za to wszystko. - Wskazał ręką dookoła. - I za 

dotację. Wystąpiłem również o wsparcie do innych or­

ganizacji i instytucji. Poza tym dzwonił do mnie Mont­

gomery Perkins. Okazuje się, że jeden z kelnerów w Mis­

sisipi widział, jak opuszczaliśmy restaurację. Powiedział 

Cornelii, co się stało: że nawet nie tknąłem Dereka. Per­

kins wezwał Dereka na dywanik. A mnie zaproponował 

stanowisko głównego lekarza pediatry w szpitalu w San­

ta Rosie. 

Amber wytrzeszczyła oczy. 

- No i co? Co powiedziałeś-? 
- Odmówiłem. 
- Ale... 

- Nie chcę przenosić się do Santa Rosy. 
- Dlaczego? 

- Dwie minuty temu jeszcze nie wiedziałem. Ale teraz 

już wiem. Bo ciebie tam nie ma. 

background image

ZONA NA POKAZ 

231 

Odwróciła wzrok. 

- Nie lubię swojej pracy... To znaczy lubię, ale wy­

konuję ją tylko dlatego, że chciałam zyskać aprobatę mat­

ki. Ojca też. Ale więcej nie zamierzam siedzieć za biur­

kiem i grzebać w papierach. 

Oszołomiony odkryciem, jakiego przed chwilą dokonał, 

starał się zrozumieć, co Amber usiłuje mu powiedzieć. 

- A co chcesz robić? - spytał. 
- Może wrócę na studia. Chętnie zostałabym dyplo­

mowaną pielęgniarką, może lekarzem. I chętnie praco­

wałabym w szpitalu w Ukiah. - Zerknęła na Trippa, po 

czym szybko spuściła oczy. - To co? Nie próbujesz wy­

bić mi tego pomysłu z głowy? 

- Chyba nie dałbym rady. 

Popatrzyła na niego zdziwiona. 

- Jest tylko jedno wyjście - kontynuował. - Skoro 

uparłaś się, żeby grać mi na nerwach, równie dobrze mo­

żesz za mnie wyjść. 

Zamurowało ją. 
- Co? 

- Powiedziałem, że cię kocham. 
- Wcale nie. 

- Ale powinienem był, i to kilka tygodni temu. 
- Serio? Nie żartujesz? Kochasz mnie? 

- Tak. Od pierwszego dnia. Nie tamtego sprzed laty, 

ale tego teraz, kiedy zobaczyłem cię nad basenem. Boję 

się miłości, lecz jeszcze bardziej boję się, że znikniesz 

z mojego życia. Więc jak? Wyjdziesz za mnie? - Urwał. 

- Jeśli się wahasz, to wiedz, że ja też dowiedziałem się 

kilku rzeczy o sobie. 

background image

232 

SANDRA STEFFEN 

- Jakich, Tripp? 

- Że potrafię się uprzeć i dążyć do celu. - Przytknął 

czoło do jej czoła. - Miałem świetną nauczycielkę... No? 

Wyjdziesz za mnie? 

Przez chwilę milczała. Trzy razy się jej w życiu 

oświadczano. Tripp jest czwarty. Jego oświadczyny nie 

należą do najbardziej romantycznych, ale na pewno są 

najbardziej szczere. 

- Naprawdę mnie kochasz? - spytała. 

- Tak. - Ujmując jej dłoń, uklęknął. - Jesteś kobietą, 

o jakiej marzyłem. Kiedy ja sztywno trzymam się reguł, 

ty wykazujesz inwencję; kiedy ja milczę, ty mówisz; kie­

dy jestem poważny, ty tryskasz życiem i energią. Kocham 

cię. Czy chcesz zostać moją żoną? Żyć ze mną, dzielić 

się pracą i łożem? Kochać mnie i nasze dzieci? 

Łzy podeszły jej do gardła. Skinęła głową. 

- Czy to oznacza: tak? 
- Tak - szepnęła. - Tak. Chcę tego wszystkiego. Ko­

cham cię, Tripp. 

Wstał. Po raz pierwszy od dwóch tygodni ich usta 

się zetknęły. Ponieważ drzewo, za którym stali, nie bardzo 

ich osłaniało, musieli pohamować pożądanie i ograniczyć 

się do pocałunków. 

- Kiedy? - spytał, odrywając wreszcie wargi od jej 

ust. 

Nie miała pojęcia, o czym mówi. 

- Co kiedy? 
- Kiedy mnie poślubisz? 

Uśmiechnęła się szczęśliwa. Modliła się, aby Tripp 

odwzajemnił jej uczucie i jej modły zostały wysłuchane. 

background image

ZONA NA POKAZ 

233 

Spojrzała do góry; na niebie świecił księżyc, migotały 

setki gwiazd. 

- Może dzisiaj? 

Obrócił ją twarzą do siebie. 

- Naprawdę? - Ucieszył się, po chwili jednak pokrę­

cił głową. - Nie. Zasługujesz na prawdziwe wesele. 

Całe życie marzyła o wyszywanej koralikami białej 

sukni z trzymetrowym trenem. Wyobrażała sobie, jak oj­

ciec prowadzi ją do ołtarza, a potem rodzina składa jej 

życzenia - Emily, rodzice, którzy wciąż bardzo się ko­

chają... 

Popatrzyła na Trippa. Rzeczywistość jest ważniejsza 

od marzeń. 

- Dzisiaj, kochany. Jedźmy do Vegas. 

Przycisnął jej rękę do swojego serca, a jego twarz roz­

jaśnił uśmiech. 

- Jakże mógłbym ci odmówić? 

Dwie i pół godziny później delikatnie przytrzymał 

Amber, której po podróży samolotem i lekach wciąż krę­

ciło się w głowie. 

- Jak cię pani czuje, pani Calhoun? 
- Cudownie - odparła, spoglądając na tandetną ob­

rączkę kupioną w sklepiku na rogu. 

- Jutro kupię ci prawdziwy pierścionek - obiecał 

Tripp głosem ochrypłym ze wzruszenia. - Z brylantem, 

perełką. Razem wybierzemy... 

- Mam wszystko, czego mi trzeba do szczęścia. 

Objęci, ruszyli po schodach, opuszczając jaskraworó-

żową kaplicę, w której złożyli przysięgę małżeńską. 

background image

234 

SANDRA STEFFEN 

W wolnej ręce Amber trzymała akt ślubu, a Tripp wy­

konane polaroidem zdjęcie przedstawiające młodą parę: 

jego w drogim czarnym garniturze, ją w wyzywającej 

czerwonej sukni z ogromnym dekoltem i rozcięciem do 

połowy uda. 

- Jesteś piękna. 

- Dziękuję. 

Nagle rozległ się przeciągły gwizd. 

- Ale laska! - zawołał przejeżdżający kabrioletem 

mężczyzna. 

- Ta laska to moja żona! - poinformował go Tripp. 

Rozpierała go duma. Laskę mógł mieć każdy, on zaś 

miał najwspanialszą kobietę na świecie, nie tylko piękną, 

ale silną, upartą, mądrą i niezależną. 

Amber nigdy nie czuła się tak szczęśliwa. Owszem, 

jest parę nie rozwiązanych spraw, które mąciły jej radość, 

choćby zniknięcie Emily czy zachowanie matki. Ale mia­

ła nadzieję, że z czasem wszystko się dobrze ułoży. 

Najważniejsza jest miłość. A wiedziała, że tej jej ni­

gdy nie zabraknie.