background image

Catherine Aird 

 

 

 

Lekka żałoba 

 

tłumaczyła Janina Zawadzka 

 

background image

Dla Margaret Shorthouse (bo gdyby nie ona itd.)     

z serdecznościami 

 

 

background image

Rozdział I 

Panna  Cynthia  Paterson  uważała  się,  w  pewnym  sensie,  za  znawczynię  właściwych 

pogrzebów. 

Wynikało  to  z  wieloletniego  doświadczenia.  Była  jedynym  dzieckiem  wiejskiego 

proboszcza  i  -jak  daleko  sięgała  pamięcią  -  uczestniczenie  w  pogrzebach,  wielkich  i  skromnych, 

stanowiło cząstkę jej losu. 

Teraz  także  była  na  pogrzebie;  siedziała  w  swojej  ławce  w  wielkim,  pustyni  kościele  Św. 

Leonarda,  w  parafii  Constance  Parva,  w  hrabstwie  Calleshire.  Wysoko  nad  nią,  na  wieży 

kościelnej,  żałobny  dzwon  uderzał  w  równych  odstępach.  Był  to  jej  ulubiony  dzwon  tenorowy 

(odlany w 1662 r.). 

Wyryto na nim słowa: “Alfred kazał mnie odlać”, i kiedy była mała, zastanawiała się, kim 

mógł być ów Alfred. Odkąd miała dość sił, żeby poradzić sobie ze sznurem, sama biła w dzwony. 

Jeszcze coś było wyryte na tym dzwonie: coś, czego nigdy nie zapomniała, choć upłynęło już wiele 

lat, odkąd była na samym szczycie dzwonnicy. 

Wzywam Żywych do Kościoła Do grobu los mój też woła. 

W  owych  czasach,  naturalnie,  do  bicia  w  dzwony  przywiązywano  wielką  wagę.  Gdy 

ktokolwiek  w  parafii  umarł,  uderzano  w  podzwonne,  a  równocześnie  “zapowiadacze”  podawali 

wiek i płeć zmarłego. Dobre to były czasy. Teraz dzwonienie to nie to samo, co za jej młodości - 

która  przecież  też  już  dawno  minęła;  Cynthia  pierwsza  przyznałaby  to.  Teraz  bywa,  że  wcale  nie 

dzwoni się w czasie pogrzebu. 

Ten pogrzeb to naturalnie co innego. 

Gregory Fitch przerwał pewnie przed pół godziną swoją pracę w składzie drzewa, poszedł 

do kościoła i zdjął kurtkę ze skupieniem, jakie go we wszystkim cechowało. Wyobrażała go sobie 

tak wyraźnie, jakby stała obok, w dzwonnicy: widziała tego silnego wieśniaka, którego mięśnie tak 

się wyrobiły przy pile i siekierze, że bicie w dzwony przychodziło mu bez żadnego wysiłku. 

Jednym  okiem  spoglądał  pewnie  na  zegar.  Kiedy  Fitch  dzwonił,  dzwonienie  rozlegało  Się 

naprawdę  co  minutę.  I  jeszcze  jedna  rzecz  była  pewna,  a  mianowicie,  że  dzwon  żałobny  będzie 

dzwonił zawsze, gdy chowany będzie ktoś z rodziny Fentów. 

Panna  Paterson  wróciła  myślami  do  kościoła.  Nie  siedziała  tu  sama,  choć  przyszła 

wcześnie. Wczesne przychodzenie do kościoła wynikało również z wieloletniego przyzwyczajenia. 

Była  to  jedna  z  niewielu  rzeczy,  jakich  wymagał  jej  ojciec,  a  trudno  jest  wyzbyć  się  starych 

nawyków.  Był  on  duszpasterzem  w  parafii  Constance  Parva  przez  czterdzieści  lat,  wciąż  czytał 

Biblię i swoje modlitwy - i przychodził wcześnie do kościoła. 

background image

Zręcznym  ruchem  prawej  stopy  wyprostowała  klęcznik.  Gdyby  jej  matka  żyła,  przyjąłby 

może  awans,  kiedy  nadarzyła  mu  się  taka  sposobność  -  ale  matka  nie  żyła  i  ojciec  pozostał  na 

probostwie  w  Constance  Parva;  Cynthia  tymczasem  wyrosła  i  prawie  niepostrzeżenie  osiągnęła 

wiek średni. W tym samym czasie jej ojciec, równie niepostrzeżenie, przeszedł z wieku średniego 

w wiek starczy i chrześcijańska śmierć zakończyła jego chrześcijańskie życie. 

Nie  można  było  tego  powiedzieć  o  człowieku,  którego  dzisiaj  chowano.  Chrześcijańskie 

ż

ycie, może, ale jego śmierć trudno nazwać chrześcijańską. Nie znaczy, że liturgia nie przewidziała 

czegoś  takiego,  bo  przecież  nasza  liturgia  przewiduje  prawie  wszystko,  co  można  wymyślić 

-przeważnie  w  litanii.  Gdyby  zamknęła  teraz  oczy,  mogłaby  wywołać  obraz  swego  starego  ojca, 

intonującego:  “Od  pioruna  i  burzy;  od  plagi,  zarazy  i  głodu;  od  wojny  i  mordu,  i  od  nagłej 

ś

mierci...” 

Nie  żałowała,  że  przyszła  wcześnie.  W  kościele  panował  przyjemny  chłód,  choć  na 

zewnątrz letnie słońce grzało mocno. Witraże z południowej strony jarzyły się ciepłym blaskiem i 

rzucały kolorowe plamy na całe prezbiterium. Był sierpień. Starożytni nazywali sierpień miesiącem 

ś

mierci,  nie  wiadomo  dlaczego.  Będzie  musiała  to  sprawdzić.  Wciąż  jeszcze  miała  wszystkie 

książki swego ojca. 

Jej  własna  książka  -  często  używany  i  mocno  sfatygowany  podręcznik  ogrodnictwa  - 

orzekała,  że  w  sierpniu  ogrodnik  może  spokojnie  wyjechać  na  wakacje  pod  warunkiem,  że 

“trawnik  został  zestrzyżony,  wszystkie  rośliny  starannie  podlane,  a  ktoś  z  przyjaciół  przyjdzie 

zebrać  owoce  i  jarzyny”.  Panna  Paterson  nie  mogła  sobie  pozwolić  na  wakacje,  ale  o  tej  porze 

ograniczała nieco swoje zawodowe zajęcia ogrodnicze, które wykonywała przez okrągły rok. 

Pracodawczynie  Cynthii  chyba  się  tym  nie  przejmowały.  Już  wcześniej  zauważyła,  że  ich 

zainteresowanie własnymi ogrodami słabnie w połowie sierpnia - z wyjątkiem tych, którym leżały 

na  sercu  kwiaty  do  kościoła.  Te  były  zawsze  niespokojne,  ale  inne  nie.  Kwiecień  był  jedynym 

miesiącem  w  roku,  kiedy  wszystkie  właścicielki  ogrodów  były  jednakowo  nieznośne  -  wszystkie, 

co do jednej, spodziewały się cudów ogrodniczych w czerwcu. 

Rozejrzała  się,  żeby  sobie  przypomnieć,  kto  ułożył  kwiaty  w  kościele  w  tym  tygodniu. 

Marjorie  Marchmont,  orzekła  bez  trudności.  Poznałaby  to  nawet,  gdyby  nie  doglądała  ogrodu 

Marjorie  przez  okrągły  rok,  odpierając  jej  zbyt  energiczne  ataki  na  kwiatowe  klomby  lub  też 

nadrabiając  jej  równie  denerwujące  okresy  całkowitego  zaniedbania,  kiedy  coś  lub  ktoś  odwrócił 

jej uwagę od roślin. 

Nigdy  dwie  osoby  nie  układały  kwiatów  w  taki  sam  sposób  -  według  Cynthii  układanie 

kwiatów  było  tak  indywidualne,  jak  odciski  palców  -  połączenie  silnej  czerwieni  z  jasnym 

background image

błękitem,  a  także  sztywne  ustawienie  kwiatów  w  kościelnych  wazonach  wskazywały  na  zręczną 

rękę Marjorie. 

Skrzypnęły  drzwi  kościoła  i  wszedł  jeszcze  jeden  żałobnik.  Herbert  Kelway,  właściciel 

miejscowego  sklepu  spożywczego,  i  w  dodatku  skąpiec.  Kelway-Pół-Rodzynka  nazywano  go  za 

plecami  -  waga  u  niego  nie  opadała  nigdy  zbyt  nisko  po  stronie  klienta  -  i  mówiono  o  nim,  że 

dzielił  rodzynek  na  dwoje.  Przychodził  zawsze  na  pogrzeby  swoich  klientów  -  chciał  uchodzić 

raczej  za  kupca  branży  spożywczej  niż za  sklepikarza.  Cynthia,  która  go  nie  lubiła,  sądziła,  że  za 

kilka  lat  nie  będzie  ani  jednym,  ani  drugim,  tracił  bowiem  stale  klientelę  w  konkurencji  z  dużym 

sklepem samoobsługowym w Berebury i Calleford. 

Tuż za sklepikarzem wszedł Peter Miller. Był farmerem i nie tracił w konkurencji z nikim. 

Posiadłość  Millera,  “Ugór”,  sąsiadująca  z  majątkiem  Fentów,  rozwijała  się  doskonale  pod 

kierownictwem  przedsiębiorczego  farmera.  Wcale  by  się  nie  zdziwiła,  gdyby  zamierzał  on  kupić 

jeden  lub  dwa  akry  ze  Strontfield  Park,  o  ile  tylko  nadarzyłaby  się  okazja.  Miałby  szczęście  - 

pomyślała. Nikt, od wielu pokoleń, nie miał szczęścia wykupić cokolwiek z posiadłości Fentów - i 

nic nie wskazywało, aby miało się to udać właśnie Millerowi. 

Znów  uderzył  dzwon  i  jednocześnie  weszła  stara  Nellie  Roberts.  Żaden  pogrzeb  w 

Constance  Parva  nie  mógł  się  bez  niej  obejść.  Zajmowała  w  kościele  miejsce  strategiczne,  a 

funkcją  jej  było  sygnalizowanie.  Grecy  -  Cynthia  była  tego  pewna  -  mieli  na  to  odpowiednie 

określenie. Z jej ławki doskonale widoczna była brama cmentarna, a także zbliżający się kondukt, 

ona  sama  zaś  znajdowała  się  w  zasięgu  wzroku  duchownego  i  organisty.  Obydwaj  posłuszni  byli 

jej wskazówkom przekazywanym przez pochylenie zniszczonego, słomkowego kapelusza. 

Prawie  w  tym  samym  czasie,  kiedy  Nellie  Roberts  zajmowała  swoje  -  rzec  można  - 

stanowisko obserwacyjne, Cynthia ujrzała Richarda Renville'a wchodzącego z żoną. Przysiedli się 

do Cynthii: Richard obok niej, jego żona -Ursula z drugiej strony męża. 

- Przykra sprawa - syknął Cynthii do ucha. Skinęła głową i odszepnęła: - Biedna Helen... 

- I biedny Bili... - dodał Richard ze smutnym wyrazem twarzy. 

-  I biedny  Bili - przyznała Cynthia sotto voce.  Bili Fent ze Strontfield Park, który  odszedł 

do swoich przodków. 

Prawie  nieświadomie  Cynthia  podniosła  głowę,  tak  że  wzrok  jej  padł  na  płyty  rodziny 

Fentów, na pomocnej ścianie. Tam, na murze kościoła, uwiecznieni zostali przodkowie Billa - jak 

daleko sięgała pamięć ludzka, Fentowie rezydowali w Strontfield Park - a teraz jego imię zostanie 

dopisane  do  imion  ojca,  dziadka  i  wszystkich  Williamów  Fentów,  jacy  żyli  w  przeszłości  w 

Strontfield. Wzrok Cynthii padł na imię dziadka Billa. Zmarł on na zapalenie płuc w czasach, kiedy 

umierało  się  na  zapalenie  płuc.  Cynthia  pamiętała,  jak  jej  ojciec  modlił  się  w  kościele,  aby  stary 

background image

William  Fent  przetrzymał  kryzys  choroby  -ale  nie  przetrzymał.  Podobnie  ojciec  Billa  nie  dożył 

powrotu  z  Dunkierki,  choć  i  za  niego  odprawiano  modły.  Nie  znaczy  to,  aby  nowoczesna 

medycyna - lub pokój -mogły były uratować Billa Fenta. Zmarł, zanim nadjechało pogotowie. 

Drugi  kierowca  żył  jednak.  Pogotowie  popędziło  z  nim  na  łeb,  na  szyję  do  szpitala  w 

Berebury.  To  wyrażenie  pozostało  zapewne  z  epoki  koni  -  zdecydowała  Cynthia  i  myśl  jej 

powędrowała od zmarłego Billa Fenta do człowieka, który leżał nieprzytomny na szpitalnym łóżku. 

I  który  prawdopodobnie  również  umrze,  jak  mówiono,  choć  nie  wiedziała,  na  jakiej 

podstawie. 

Mogła sobie doskonale wyobrazić Oddział Intensywnej Opieki Medycznej w szpitalu, była 

tam bowiem w dniu otwarcia. Została zaproszona, gdyż zbierała na szpital w dawnych czasach, w 

okresie  kiedy  dwa  pensy  tygodniowo  i  doroczny  festyn  pokrywały  wszystkie  bieżące  koszty  -a 

teraz  zbierała  z  ramienia  Przyjaciół  Szpitala  -  dla  zapewnienia  wygód  pacjentom,  nieobjętych 

ś

wiadczeniami Służby Zdrowia. 

To, co najbardziej ją uderzyło przy zwiedzaniu Oddziału Intensywnej Opieki, nie miało nic 

wspólnego  ze  wspaniałym  chromowym  elektronicznym  wyposażeniem,  z  którego  wszyscy  byli 

tacy  dumni.  Zwróciły  jej  uwagę  słowa.  Słowa  te  nie  znajdowały  się  nawet  na  drzwiach,  tylko  na 

planie i to bardzo drobnym drukiem. 

Sala nieuleczalnie chorych. 

Od tego czasu myślała wciąż o tych słowach. Ogrodnictwo ma jedną dobrą stronę: ogrodnik 

ma dużo czasu na rozmyślanie. 

W  sali  dla  nieuleczalnych  wycinano  organy  do  transplantacji  pacjentom,  którzy  nie 

powracali  do  zdrowia.  Medycyna  lubuje  się  w  niedomówieniach.  Kościół  nie.  Kościół  nie  uznaje 

eufemizmów. Przeciwnie. Używa prostych słów. Nie ma nic dwuznacznego w tekście nabożeństwa 

pogrzebowego, który leżał teraz przed nią. 

Z drugiej strony - pomyślała Cynthia sprawiedliwie - to medycyna a nie Kościół waży się 

na takie śmiałe innowacje jak transplantacja - a  Kościół do niedawna był przeciwny postępowi w 

medycynie.  Cynthia  -  jak  prawdziwy  ogrodnik  -  była  zwolenniczką  transplantacji  chirurgicznej. 

Bez zaszczepiony na ligustrze był pierwszym jej osiągnięciem... 

Znów skrzypnęły kościelne drzwi. 

Wszystko  jest  trochę  podobne  do  kompostu.  Bieg  myśli  Cynthii  nieco  się  pogmatwał,  ale 

ona sama wiedziała, o co jej chodzi. Jedną z jej głównych zasad ogrodniczych było, że wszystko, 

co kiedyś żyło - jak papier, bawełna, skóra, wełna - może znów żyć jako kompost. 

background image

Skrzypienie  drzwi  znaczyło,  że  jeszcze  ktoś  wszedł  do  kościoła.  Była  to  kobieta,  która 

usiadła w ławce w tylnej części kościoła; lecz tym razem - o dziwo - panna Paterson, która znała 

wszystkich w miasteczku, nie wiedziała, kto to wszedł. 

Inspektor C.D. Sloan poznał tę kobietę. Nazywała się Mary Exley, a Sloan wiedział, kto to 

jest,  bo  widział  ją  wcześniej  -  ściśle  mówiąc  przedwczoraj.  Podobnie  jak  inspektor  Sloan  obecna 

była  na  przesłuchaniu  w  sprawie  Williama  Fenta.  Tam  także  siedziała  skromnie  w  tyle. 

Uczestniczyła w sprawie, ale nie miała szczególnie ważnej roli. 

Jej obecność na przesłuchaniu i na pogrzebie wynikała z jakiejś dziwnej uprzejmości. Tylko 

tak  można  było  to  tłumaczyć.  Jej  mąż,  Tom  Exley,  leżał  bowiem  u  progu  śmierci  na  Oddziale 

Intensywnej Opieki Szpitala Rejonowego w Berebury. 

Inspektor nie musiał się jej przyglądać, żeby stwierdzić, że biedna kobieta prawie wcale nie 

jadła  i  nie  spała  od  soboty  w  nocy,  kiedy  to  wszystko  się  wydarzyło.  Był  świadkiem  zbyt  wielu 

ś

mierci  i  nieszczęśliwych  wypadków,  aby  nie  rozpoznać  oznak  i  symptomów  -  nawet  gdyby  nie 

wiedział, że przesłuchanie i pogrzeb były jedynymi okolicznościami, dla których odeszła od łóżka 

obandażowanego i obłożonego aparatami człowieka - prawie że manekina - który był jej mężem. 

Inspektor  C.D.  Sloan  (Christopher  Dennis  dla  żony  i  rodziców  -  “Szary”  dla  swoich 

przyjaciół) był szefem niewielkiego Wydziału Śledczego w Berebury i w tym charakterze nieczęsto 

uczestniczył w pogrzebach. 

- Lepiej, żeby pan jednak poszedł na ten pogrzeb, Sloan 

- poradził jego zwierzchnik, nadinspektor Leeyes. - Nigdy nic nie wiadomo... 

- Tak, proszę pana. 

- Trzeba im dać sygnał strzałem przed dziób i tyle. -Kiedyś, dawno temu, nadinspektor dość 

krótko  pływał  na  okręcie  desantowym.  Od  tej  pory  posługiwał  się  gwarą  marynarki  wojennej, 

jakby urodził się na morzu. 

- Tak, proszę pana. 

- I proszę zabrać z sobą konstabla Crosby'ego. Nie wygląda wcale jak policjant i nikt się nie 

domyśli,  że  nim  jest...  -  Leeyes,  zazwyczaj  tak  niebywale  apodyktyczny,  tym  razem  podniósł 

wzrok, oczekując potwierdzenia. -Domyśli się ktoś? 

-  Nie,  proszę  pana.  -  Sloan  był  tego  całkiem  pewny.  -Nigdy.  Wcale  nie  wygląda  jak 

policjant. 

Kłopot  z  konstablem  Crosbym  polegał  na  tym,  że  często  także  nie  zachowywał  się  jak 

policjant, co martwiło jego kolegów. 

background image

-  Może  obecność  na  pogrzebie  pozwoli  panu  trochę  lepiej  poznać  środowisko,  Sloan.  - 

Nadinspektor  zacierał  ręce  jak  przedsiębiorca  pogrzebowy.  -  Nie  ma  to  jak  pogrzeb,  żeby  się 

zorientować, kto z kim ma jakie powiązania. 

- Tak; panie nadinspektorze. 

- Oczywiście, z testamentu można się więcej dowiedzieć. Nie widzieliśmy go jeszcze? 

- Jeszcze nie. 

- Nie ma w aktach żadnej wzmianki o zmarłym? 

-  Tyle  tylko,  że  ma  pozwolenie  na  broń.  Wszystko  w  porządku.  Sprawdziłem.  Miejscowy 

konstabl  twierdzi,  że  był  tam  u  nich  wielce  szanowaną  osobistością.  Poza  tym  to  stara  rodzina  z 

Calleshire... 

Leeyes żachnął się na to z lekka. - To dzisiaj nic nie znaczy. Jeśli tacy są źli, Sloan, to są 

naprawdę bardzo źli. 

Gregor  Mendel,  mnich  z  Briinn,  może  zgodziłby  się  z  nadinspektorem,  Sloan  był  innego 

zdania. 

Potrząsnął głową. - Nasz człowiek w miasteczku, konstabl Bargrave, całkiem dobrze się o 

nim wyrażał. Był również ławnikiem, wie pan... 

Tym razem Leeyes jeszcze bardziej się żachnął. - Dobrze, Sloan, dobrze, niech będzie tak, 

jak pan chce. Albo zmarły prowadził nieskazitelne życie, albo śmierć wszystko zmazała. Ale dokąd 

to nas prowadzi? 

Na  razie  zaprowadziło  to  tylko  inspektora  Sloana  i  konstabla  Crosby'ego  do  tylnej  ławki 

kościoła Św. Leonarda w Constance Parva nieco przed dwunastą, w piątek 27 sierpnia, na pogrzeb 

niejakiego Williama Fenta ze Stront-field Park, w hrabstwie Calleshire. 

Drzwi kościoła skrzypiały raz po raz. Ludzie wchodzili teraz szybciej. Tu i ówdzie mignęła 

Sloanowi  znajoma  twarz  miejscowego  urzędnika  sądowego,  choć  nie  stawał  nigdy  przed  tym 

sądem, w którym William Fent był ławnikiem - to znaczy przed sądem w Lampard. 

Jak  przystało  w  takich  okolicznościach,  wszyscy  ubrani  byli  na  ciemno  i  zachowywali 

powagę. - Są tu przedstawiciele wszystkich stanów społecznych - nawet policji -pomyślał z ironią 

Sloan. 

Oficjalnie policję na pogrzebie reprezentował nadinspektor Bream z Calleford. Jeśli nawet 

rozpoznał on dwóch pracowników Wydziału Śledczego w cywilu, siedzących w tyle kościoła, nie 

zdradził tego nawet mrugnięciem oka. Okazały, w policyjnym odpowiedniku szat liturgicznych - w 

galowym  mundurze  z  rękawiczkami  i  laską  -on  także  przyszedł  złożyć  ostatni  hołd  sędziemu 

pokoju Jej Królewskiej Mości, zmarłemu w sobotę o północy. 

background image

Doktor  Dabbe,  konsultant  patolog  Zarządu  Szpitala  w  Berebury,  odnosił  się  z  dużą 

podejrzliwością  do  wypadków  drogowych  zdarzających  się  po  północy,  a  zwłaszcza,  w  nocy  z 

soboty na niedzielę. 

-  Po  jednym  lub  dwu  kieliszkach  wszyscy  są  do  niczego,  jak  stara  siwa  szkapa  Tam  o' 

Shantera -gderał, przekręcając cytat. - Patrzą wszędzie, tylko nie na drogę. Co się stało tym razem? 

Była  to  -  w  każdym  razie  w  pierwszej  kolejności  -dziedzina  inspektora  Harpe'a.  Kierował 

on Wydziałem Ruchu komisariatu w Berebury. 

-  Trudno  dokładnie  określić,  doktorze  -  powiedział  inspektor  Harpe,  jak  zwykle  z 

melancholią.  Znany  był  w  policji  jako  Szczęśliwy  Harry,  bo  nigdy  się  nie  uśmiechał.  On  ze  swej 

strony utrzymywał, że w Wydziale Ruchu nie było dotychczas nic takiego, do czego można by się 

uśmiechać. - Przypuszczamy, że wziął za szeroko zakręt Tappefs Corner. 

Patolog skinął głową. 

Harpe  przejrzał  jakiś  protokół.  -  Uderzył  w  inny  samochód,  nadjeżdżający  z  przeciwka, 

przewrócił się i wylądował w rowie. Ten drugi gość jest w bardzo złym stanie, ale żyje jeszcze. 

-  Był  sam?  -  patolog  miał  zazwyczaj  do  czynienia  z  wypadkami  o  większej  ilości 

poszkodowanych. Zdziałały to autostrady. 

-  Co?  A,  tak.  Wracał  do  domu,  do  Constance  Parva.  Mieli  wieczorem  jakieś  przyjęcie  w 

Strontfield  Park  i  Fent  odwiózł  właśnie  jednego  z  gości  do  Cleete.  Niejakiego  profesora  Berry. 

Starszy  człowiek.  Emeryt.  Strasznie  przejęty,  że  to  z  jego  powodu  Bili  Fent  znalazł  się  na  szosie 

tak późno w nocy. 

Konsultant patolog skinął głową, zgarnął potrzebne papiery i poszedł do kostnicy. 

Zrobił próbę na zawartość alkoholu we krwi zmarłego i znalazł go trochę, lecz niewiele. 

Zrobił  również  normalną  sekcję  zwłok,  aby  ustalić  właściwą  przyczynę  śmierci,  i  znalazł 

także truciznę. 

background image

Rozdział II 

-  “Nie  chce  tego  jednak  nawet  nazwać  trucizną”  -nadinspektor  Leeyes  poinformował 

Sloana, kiedy otrzymał sprawozdanie doktora Dabbe. 

Było to w poniedziałek. 

- O, nie - ciągnął dalej. - Trucizna to zbyt mocne słowo dla naszego szanownego patologa, 

toteż go nie używa. 

- Cóż więc powiedział? - zapytał ostrożnie Sloan. 

-  “Potencjalnie  szkodliwa  substancja”!  -  ryknął  pogardliwie  Leeyes.  On  sam  wyrażał  się 

zawsze bez ogródek i nie mógł zrozumieć nikogo, kto mówi inaczej. 

- Aha. 

- Powiada - kontynuował Laeyos nieubłaganie - że w trakcie badania stwierdził, że “zmarły 

przyjął... przyjął...”, do diabła, jeszcze jedno głupie słowo... 

- Zjadł lub wypił - dopowiedział Sloan - sam nie wie, w jakiej postaci to połknął. 

Leeyes rzucił mu piorunujące spojrzenie. - Wiem. -Wyprostował leżący przed nim papier. - 

Zaraz,  gdzie  byłem?...  a,  tak...  “przyjął  środek,  który,  jak  sądzę,  mógł  mieć  silne  właściwości 

uśmierzające”. 

- Narkotyk - powiedział Sloan po prostu. Machnął znacząco ręką. - To, co daje się koniom 

lub cierpiącym na neurastenię kobietom. Jeśli się im nie daje środków podniecających - dodał. 

-  W  każdym  razie  tak  czy  owak  -  odpowiedział  Leeyes  cierpko  -  zrobi  swoje  w 

samochodzie. 

- Tak, nadinspektorze. 

-  Doktor  Dabbe  mówi  -  ciągnął  dalej  Leeyes,  wciąż  zaglądając  do  sprawozdania  -  “że 

mogło to zostać zażyte w celu tera... tera.... terapeutycznym”...? 

- Jako lekarstwo. 

- Lub w nadmiernej ilości. 

-  Przedawkowanie  -  wytłumaczył  Sloan,  jak  wszyscy  policjanci  i  lekarze  lepiej  niż  inni 

obznajmiony z przedawkowaniem. 

- “Lub też w leczniczej dawce, lecz działanie zostało spotęgowane - do diabła, dlaczego ten 

człowiek nie umie pisać po ludzku - przez alkohol”. 

-  Bardzo  prawdopodobne.  -  Według  doświadczeń  Sloana  alkohol  potęgował  wszystko, 

zwłaszcza u kierowców. 

- Ale nie da się tego zakwalifikować jako jazdy w stanie nietrzeźwym - Leeyes wymachiwał 

sprawozdaniem przed nosem Sloana - i nigdzie nas to nie zaprowadzi, bo tak nie było. 

- Nie? 

background image

- On twierdzi, że poziom alkoholu we krwi, badany metodą gazowo-chromatograficzną, jest 

o wiele niższy od dopuszczalnej normy. Nawet dużo niższy. I to bez żadnych manipulacji. 

Sloan skinął głową. Rozumiał doskonale, o co chodzi. Bez żadnego dmuchania w baloniki, 

bez probówek zmieniających kolor, bez machinacji na zwłokę, bez wykrętów o potrzebie pobrania 

próbek krwi - i przede wszystkim bez dowodu. 

Zakaszlał. - A może... pod wpływem narkotyków? 

Nadinspektor  cisnął  sprawozdanie  doktora  Dabbe  na  biurko.  -  Tego  także  nie  chce  na 

pewno stwierdzić. 

- Pewnie dopóki nie wykona jeszcze innych analiz... 

- Niech pan słucha, Sloan. Cytuję... “Nie mogę określić precyzyjnie i bez dalszego zbadania 

-  Leeyes  z  pasją  naśladował  fachowy  język  policyjnego  patologa  -    ilościowych  skutków  obcej 

ciału substancji, której chemiczne i farmakologiczne właściwości nie zostały jeszcze ustalone”. 

- A zatem, panie nadinspektorze... 

-  Zaraz,  Sloan,  zaraz.  -  Leeyes  wyglądał,  jakby  kij  połknął.  -  To  jeszcze  nie  wszystko. 

Niech  pan  posłucha  tego  kawałka...  -  Znów  zaczął  czytać:  -  “Ani  skutków  czynnika 

współdziałającego  lub  katalizującego,  o  ile  jeden  z  nich  lub  obydwa  znajdowały  się  w  ciele  w 

momencie śmierci lub bezpośrednio przed nią”. 

Zapanowało milczenie. 

- Albo wie - przerwał je Sloan bezbarwnym głosem -ale nie chce powiedzieć... 

- Albo nic nie wie - Leeyes przeszył go wzrokiem - i nie chce się przyznać. 

- Trzeba będzie jeszcze zrobić różne analizy, prawda? 

-  Zamarynował  różne  kawałki  i  części  -  przytaknął  Leeyes  obrazowo  -  i  włożył  je  do 

słoików.  Tu  jest  wszystko  napisane.  Żołądek,  wątroba,  nerki,  śledziona.  Zresztą  konstabl  King 

powiedział nam to samo. 

Konstabl King występował jako przedstawiciel koronera i z urzędu reprezentował Wydział 

Ś

ledczy przy sekcjach dokonywanych na jego zlecenie. 

- Koroner... - zaczął Sloan. 

- - Przesłuchanie - powiedział w tej samej chwili Leeyes. Obaj policjanci patrzyli na siebie 

przez dłuższą chwilę. Potem... 

- To już pan porozmawia z koronerem - powiedział złośliwie Leeyes. - Ten na pół surowy 

materiał to żaden dowód... 

Panna  Cynthia  Paterson  poznała  na  pierwszy  rzut  oka,  jak  bardzo  zmartwiony  jest  stary 

profesor Berry. lnic dziwnego. 

background image

Wszedł  do  kościoła  na  nabożeństwo  żałobne  chwiejąc  się  na  nogach:  na  jego  drżących 

starczych rękach wystąpiły żyły jak postronki. 

Było  go  jej  żal.  Nie  stało  się  to z  jego  winy.  Bili  Fent  zazwyczaj  odwoził  go  do  domu  po 

przyjęciu  w  Strontfield  Park,  o  ile  nikt  inny  nie  jechał  w  kierunku  Cleete  -podobnie  jak  oboje  z 

Helen zapraszali ją na kolację zawsze wtedy, kiedy i profesor był zaproszony. 

Profesor był teologiem i raczej starym przyjacielem jej zmarłego ojca aniżeli jej samej - ale 

znała  go  dobrze;  w  każdym  razie  sama  dawno  osiągnęła  wiek,  który  w  towarzystwie  nie  ma  już 

znaczenia.  Podobnie  -  jak  równie  dawno  temu  -  osiągnęła  status  towarzysko  neutralny.  Była  po 

prostu  podstarzałą  córką  proboszcza  -  można  rzec  wszystkim  i  niczym.  Bywała  na  kolacjach  w 

Strontfield Park - dla uzupełnienia liczby gości - i chodziła na herbatkę do rejonowej pielęgniarki; 

zapraszała na śniadanie bibliotekarkę z Objazdowej Biblioteki, od czasu do czasu udzielała gościny 

podróżującemu nauczycielowi głuchoniemych - i zarabiała na życie pracując w ogrodach bez mała 

u wszystkich. 

Państwo Washby weszli za profesorem. 

To oni prawdopodobnie  - pomyślała Cynthia - przywieźli go dzisiaj z Cleete. Oni właśnie 

mieli go odwieźć do domu w sobotę wieczór, lecz w ostatniej chwili doktor Washby został gdzieś 

wezwany.  Był  jedynym  lekarzem  w  miasteczku  -  od  czasu,  kiedy  przyszedł  na  miejsce  starego 

doktora Whittakera - a Veronica była jego nowo poślubioną żoną. 

Byli  o  wiele  bliżsi  wiekiem  Billowi  i  Helen  niż  ona  sama  i  profesor.  Pani  Washby  była 

jedną z najpiękniejszych dziewcząt, jakie Cynthia kiedykolwiek widziała. Taka piękna jak fritilaria 

-  zdecydowała  Cynthia.  Kolacja  w  Strontfield  Park  wydana  została  na  jej  cześć.  Witano  w 

miasteczku młodą żonę Paula Washby i wprowadzano ją do Constance Parva. 

Pani  Ursula  Reiwille,  siedząca  nieco  dalej  w  ławce  Cynthii,  pochyliła  się,  aby  wziąć 

modlitewnik. Była to kobieta w średnim wieku - wysoka, pełna wdzięku i nieuchwytnej elegancji. 

Można by ją porównać do wierzby. Nie, wierzba to coś zbyt solidnego. Cynthia pomyślała o innej 

roślinie  ogrodowej.  Ursula  przypominała  raczej...  raczej...  tak...  raczej  dierema  pulcherrimum. 

Zwisające  lilioworóżowe  dzwonki  na  wiotkiej,  półkolistej  szypułce.  Mało  odporna,  oczywiście  - 

ale i to też może odnosić się do pani Renville. I  gdy wyrośnie, nie znosi przesadzania. To dałoby 

się powiedzieć o prawie każdym dobrze zakorzenionym mieszkańcu Constance Parva - pomyślała 

Cynthia. 

Państwo  Washby  usadowili  się  w  ławce  obok  Petera  Millera.  Trudno  by  było  powiedzieć, 

ż

e  to  ich  zwykłe  miejsce,  bo  nie  chodzili  tak  często  do  kościoła,  żeby  mieć  własne  miejsce. 

Dziwnym trafem Cynthia, choć była córką proboszcza, nie martwiła się tym zbytnio. Paul Washby, 

znakomity  internista,  jak  miała  podstawy  sądzić,  przypominał  w  niemałym  stopniu  Lekarza  z 

background image

Chaucera,  a  przecież  jasne  było  dla  wszystkich  czytelników,  że  praktyki  religijne  tej  postaci  są 

czczym pozorem. 

Panna  Paterson  znała  Chaucera  lepiej  niż  większość  ludzi.  Czytywała  czasami  na  głos 

“Opowieści z Canterbu-ry” swemu ojcu, gdy był w podeszłym wieku i oczy zaczęły go zawodzić - 

i to nie we współczesnej angielszczyźnie, lecz w staroangielskim, wymawiając wszystkie głoski. 

Im  więcej  o  tym  myślała,  tym  bardziej  Washby  wydawał  się  jej  podobny  do  postaci 

Medyka,  nakreślonej  przez  Chaucera.  Bardziej  żądny  złota,  niż  chciał  to  okazać,  ten  dobry 

pielgrzym  gotów  był  wejść  w  niecne  przymierze  z  Aptekarzem.  A  jeśli  Plaga  miałaby  przynieść 

więcej pracy, i tym samym więcej pieniędzy, nie przejmowałby się na pewno tą straszną Zarazą tak 

bardzo,  jak  powinien.  Wyobrażając  sobie  rzesze  pielgrzymów  w  dawnej  Anglii,  znów  odbiegła 

myślą od kościoła... 

Sloan także błądził myślami gdzie indziej. 

Przypomniał sobie spotkanie z koronerem z West Cal-leshire. Było to w biurze koronera w 

Berebury, w poniedziałek po południu. 

Ten szacowny prawnik był nadzwyczajnie uprzejmy. 

A przecież miał już kawał życia za sobą. 

-  Zarządzą  przesłuchanie,  inspektorze,  w  środę  o  jedenastej  przed  południem  w  Ratuszu  - 

oznajmił,  skoro  tylko  wysłuchał  Sloana  -  i  jedynym  dowodem,  jaki  zamierzam  przeprowadzić  w 

tym dniu, będzie identyfikacja. 

- Dziękuję panu. 

-  Kto  to  potwierdzi?  Nie  wdowa,  mam  nadzieję...  -Koroner  był  człowiekiem 

współczującym. 

-  Nie,  proszę  pana,  konstabl  Bargrave  widział  ją  naturalnie,  ale  nie  miała  wielkiej  ochoty. 

Powiedział, że wciąż jeszcze znajduje się w stanie szoku. Zdaje mi się, że jakiś kuzyn przebywał 

tam w tym czasie. Niejaki Quentin Fent. 

Koroner  skinął  głową  i  zanotował  to.  -  I  w  pierwszym  rzędzie,  inspektorze,  odroczę 

przesłuchanie na miesiąc. 

- Dziękuję. To nam bardzo pomoże... 

-  W  nadziei  -  ciągnął  koroner  uprzejmie  -  że  druga  poszkodowana  strona  -  jest  tu  jego 

nazwisko, prawda?... Ach, tak. Pan Tom Exley... w nadziei, że ten pan wróci wówczas na tyle do 

zdrowia, że będzie mógł złożyć zeznanie. 

-  Dziękuję  panu  -  powiedział  znów  Sloan,  uśmiechając  się  do  siebie.  Koroner  był 

niewątpliwie przebiegły, jak oni wszyscy - jak przystało człowiekowi z dyplomem prawnika, który 

musiał poświęcać wiele czasu na rozwiązywanie zawiłych problemów wspólnie z lekarzami. 

background image

- Nie miałoby sensu przyspieszanie sprawy, inspektorze. 

- Absolutnie nie. 

-  I  nie  chcemy  wywoływać  wilka  z  lasu,  prawda?  -  Koroner,  przeważnie  przywiązany  do 

biurka, uważał się zawsze za wiejskiego prawnika. 

- Nie, proszę pana - zgodził się biernie Sloan. 

-  Z  drugiej  strony  sprawa  wymaga  zbadania  -  ot,  tak.  Nie  mamy  jeszcze  pełnego 

sprawozdania?  Prawdopodobnie  tylko  działanie  środka  nasennego,  jaki  zwykle  zażywał, 

wzmocnione dużym kieliszkiem alkoholu przed spaniem. -Skrzywił się ze zrozumieniem. -Takim, 

jaki jest potrzebny po wielkim przyjęciu. 

-  Możliwe  -  potwierdził  Sloan.  On  i  jego  żona,  Margaret,  nie  wydawali  przyjęć  na  tak 

wielką skalę. Rodzice jego przychodzili sprawdzać, czy żona dość się o niego troszczy. Teściowie 

odwiedzali  ich,  aby  się  przekonać,  czyjego  żona  -  a  ich  córka  -  jest  otoczona  należytą  czułością. 

Poza  tym,  domy-bliźniaki  w  podmiejskim  Berebury  nie  nadawały  się  na  szykowne  przyjęcia,  a 

Sloan  przed  spaniem  pił  zwykle  tylko  białą  kawę.  -  Wiadomo  nam,  że  nie  miał  już  zamiaru 

wychodzić tego wieczoru, ale doktor Washby został wezwany do chorego i nie mógł zabrać z sobą 

nikogo. Wobec tego Fent musiał odwieźć do domu jednego z gości. 

-  Tak  -  powiedział  koroner  i  znów  coś  zanotował.  -Miesiąc  zatem  wystarczy,  jak  sądzę! 

Jeśli  sekcja  wykaże  coś  nowego,  o  czym  powinienem  wiedzieć,  doktor  Dabbe  i  jego  koledzy 

powiadomią nas o tym. A dla was miesiąc wystarczy? 

- Mam nadzieję. 

-  Zresztą,  inspektorze  -  zadumał  się  -  dawniej  właściwym  przedmiotem  dochodzeń  była 

identyfikacja. Wprowadzono ją po zdobyciu Anglii przez Normanów. 

- Naprawdę? 

- Odbywała się ona tylko w celu upewnienia się, czy zmarły nie był Normanem - wyjaśniał 

wesoło koroner. -Jeśli był Anglikiem, to nie miało znaczenia. 

- Fent z pewnością był Anglikiem. 

Koroner  zignorował  to.  -  Jeśli  zmarły  był  Normanem,  Anglik,  który  spowodował  jego 

ś

mierć, musiał płacić karę. Starano się więc udowodnić, że zwłoki nie były normańskie. Nazywało 

się to stwierdzeniem angielskości... 

Tak  zatem,  kiedy  następna  grupa  żałobników  weszła  do  kościoła,  myśli  inspektora  Sloana 

odbiegły jeszcze dalej w przeszłość niż myśli Cynthii Paterson. 

Daniel  Marchmont  i  jego  żona  znajdowali  się  wśród  tej  grupy;  mimo  zaprzątniętej  czym 

innym  uwagi  ani  Sloan,  ani  Cynthia  nie  przeoczyli  tego.  Rzadko  się  zdarzało,  aby  ktoś  nie 

zauważył  Marjorie  Marchmont.  Jej  męża  można  było  nie  zauważyć.  Z  łatwością.  Ale  nie  pani 

background image

Marchmont.  Była  z  natury  impulsywna,  co  podkreślała  jeszcze  jej  pokaźna  postać  -  nawet 

okoliczności pogrzebu nie przygasiły jej. Jak dziecko pochłonięta była zawsze chwilą obecną. 

Zarówno Sloan, jak i panna Paterson zauważyli,  że zaledwie weszła, spojrzała uważnie na 

kwiaty  w  kościele,  a  potem  wyszła  z  ławki  i  wepchnęła  z  powrotem  na  miejsce  jakąś  niesforną 

gałązkę zieleni. Cynthia sama nieźle umiała układać kwiaty i uważała poprzednie ułożenie za dużo 

lepsze; Marjorie jednak uznała widocznie, że jej dekoracja jeszcze nie jest dość dobra, wepchnęła 

więc kwiaty głębiej do wazonu i wróciła na swoje miejsce. 

Sloan  zauważył  również,  że  -  nie  licząc  rodziny  -  wszyscy  goście  z  nieszczęsnego 

sobotniego  przyjęcia  zebrali  się  teraz  w  kościele.  Policzył  ich  w  myśli:  powinno  być  osiem  osób. 

Profesor - widział go, gdy wchodził z doktorem i jego żoną, to troje; państwo Marchmont, którzy 

właśnie weszli - nie można by jej przeoczyć - waży pewnie co najmniej 95 kilogramów - to pięć; 

państwo Renville'owie - to naprawdę bardzo ładna kobieta - jeszcze nie wiedział, co o nich sądzić - 

siedem; siedzieli obok tej ogrodniczki - panny Paterson - typowa małomiasteczkowa stara panna - 

razem osiem. 

Wszyscy spotkali się w Strontf ield Park w sobotę wieczór tuż przed ósmą. Bili Fent zmarł 

prawie o północy. To były jedyne ustalenia czasu, jakimi dysponował inspektor. Zrobił, co w jego 

mocy, żeby wycisnąć jeszcze jakieś informacje od patologa. Miało to miejsce we wtorek. I nie było 

wcale łatwe. 

- Sloan, nie można żądać ode mnie, żebym stwierdził na pewno - powiedział doktor Dabbe 

ostrożnie - kiedy zmarły zażył to, co zażył, dopóki nie wiemy dokładnie, co to było. 

- Nic więcej, doktorze? 

- Jeszcze nie. Kiedy będziemy wiedzieli dokładnie, co zażył... 

- Lub co mu podano - rzeczowo podkreślił Sloan. 

- Tak. To już naturalnie panów sprawa - odrzekł patolog. - Z mojej strony... 

- Tak, doktorze? 

-  Mogę  co  najwyżej  powiedzieć,  że  moim  zdaniem  zażył  jakiś  narkotyk  i  to 

najprawdopodobniej  późno  wieczór,  bo  gdyby  zażył  to  wcześniej,  skutki  objawiłyby  się,  zanim 

wyruszył odwieźć staruszka do domu. 

Sloan skinął głową. 

-  Jest  jeszcze  jeden  wniosek,  który  możemy  wyciągnąć,  skoro  już  jesteśmy  przy  tym, 

inspektorze. 

- No... 

- Że gdyby substancja “X” miała właściwości emetyczne... 

- Emetyczne? 

background image

- Wywołujące wymioty. - Doktor Dabbe uśmiechnął się. - Gdyby miała... 

- Wówczas - skończył Sloan za niego - zmarły mógł ją zażyć dopiero po kolacji. Zgadzam 

się z tym w pełni. Słyszeliśmy, że kolację zjadł normalnie. 

- Słyszeliście? - zarechotał głośno doktor. - Ja wiem na pewno, Sloan. Widziałem. 

Ten nieco przyziemny aspekt sprawy wprawił w zakłopotanie jeszcze jedną osobę. 

Konstabl  Crosby,  siedzący  obok  Sloana,  poruszył  się.  Butny,  niewyrobiony,  doprowadzał 

stale do rozpaczy swoich kolegów: słusznie powiedział o Crosbym nadinspektor: nikt nie wziąłby 

go  za  policjanta.  Jego  wyobrażeniem  “cywila”  był  staranny  garnitur,  a  krawat,  jaki  wybrał  na 

pogrzeb, Sloan mógł określić jako zdecydowanie nieodpowiedni. 

- Proszę pana - szeptał teraz - co zrobią później z tą resztą? 

- Z czym...? - zapytał ponuro Sloan. 

- Z tym, co wzięto do badania... 

- Jeśli jest tam coś, co nie powinno być, będzie to potrzebne jako dowód i zakonserwowane. 

- Na zawsze? Sloan westchnął. 

- Myślę, że możemy to podarować Muzeum Okropności. 

- A jeśli nie, to czy... 

Sloan nigdy nie usłyszał, co Crosby proponował, a nagłe poruszenie słomianego kapelusza 

Nellie Roberts zaoszczędziło mu konieczności zajęcia oficjalnego stanowiska w tej sprawie. 

Muzyka organowa urwała się nagle i - idąc w ślad za Nellie - zebrani poderwali się na nogi. 

Przez  otwarte  drzwi  od  strony  cmentarza  dochodziło  skrzypienie  nóg  na  żwirze,  a  potem  już  w 

kruchcie  kościoła  silny  głos  obecnego  proboszcza  Św.  Leonarda  w  Constance  Parva,  który 

zaczynał egzekwie. 

background image

Rozdział III 

Pierwsza wstała panna Paterson. Uprzedziła niebieski słomiany kapelusz Nellie Roberts, bo 

podświadomie  wsłuchiwała  się  w  dzwonienie  Fitcha.  Przerwał  je,  kiedy  orszak  wchodził  do 

kościoła - jego zadanie było chwilowo wykonane. 

Bili  Fent  odpowiadał  teraz  na  wezwanie,  wypisane  na  dzwonie:  “Do  grobu  głos  mój  też 

woła”. 

I ona, podobnie jak inspektor Sloan, zauważyła, że wszyscy goście z przyjęcia w Strontfield 

Park byli teraz w kościele. Później jednak myśli jej powędrowały w innym kierunku. 

Stanęła jej przed oczyma postać Koleżeństwa. 

Ś

ciśle mówiąc postacie Koleżeństwa i Radości. 

Koleżeństwo było postacią z innego utworu wczesnej literatury, w które jej ojciec zagłębiał 

się,  kiedy  był  stary  -”Śmierć  wzywa  Każdego”.  Utwór  trafniejszy  niż  większość  kazań,  lecz  zbyt 

surowy  dla  współczesnych  parafian,  jak  często  twierdził  idąc  do  kościoła,  by  wygłosić  starannie 

przygotowany popis erudycji na temat Hitytów. 

Do kościoła przyszli dziś wszyscy - wszyscy goście z sobotniego wieczoru. Nie dziwiło jej 

to.  Spodziewała  się,  że  zobaczy  tu  Renville'ów,  Marchmontów,  Washbych  i  profesora.  W  sztuce 

Koleżeństwo  towarzyszyło  Każdemu,  gdy  miał  się  zameldować  Śmierci.  Oni  -  ci  goście  -  byli 

sobotnim  Koleżeństwem  i  Radością  na  piątkowym  pogrzebie  -  i  także  pójdą  z  nim,  ale  nie  do 

końca. 

Przypomniała  sobie  teraz,  że  Koleżeństwo  było  pierwszym  z  towarzyszy  Każdego,  którzy 

go opuścili w drodze. 

Nawet Wiedza pozostała u jego boku nieco dłużej. Później Wiedza także go opuściła... 

Usłyszała, że grupa żałobników zbliża się do kruchty kościoła. 

Rodzina,  Rozwaga,  Piękno,  Siła  i  Pięć  Zmysłów,  wszyscy  pozostali  przy  alegorycznym 

Każdym  przez  jakiś  czas,  a  potem  poszli  -  zostawiając  go  tylko  z  Dobrymi  Uczynkami,  aby 

wspierały go w chwili oddania się Śmierci. 

Rodzina - myślała nieskładnie - była jeszcze wciąż z Billem Fentem, zostanie z nim jeszcze 

chwilę. Pójdą za trumną. W ten sposób znajdą się tu wszyscy z sobotniego przyjęcia. 

Dwanaścioro. Koleżeństwo. Rodzina i Każdy... 

Zwróciła  wzrok  na  drzwi  i  odnotowała  krewnych  Billa  Fenta  w  kolejności,  w  jakiej 

wchodzili do kościoła. 

Helen  Fent,  wdowa  po  Billu,  kobieta  ciemnowłosa,  zgnębiona,  blada,  lecz  na  zewnątrz 

opanowana. 

background image

Może  zażyła  przed  pogrzebem  jakiś  środek  uspokajający.  Teraz  nigdy  nie  wiadomo  - 

pomyślała Cynthia; ona sama uznawała co najwyżej aspirynę - nic silniejszego. 

Helen podtrzymywał Quentin Fent, kuzyn Billa. 

Za nimi szła Annabel Pollock, także kuzynka; wyglądała, jakby była myślami gdzie indziej. 

Opierała się ciężko na ramieniu jakiegoś starszego mężczyzny. Wujek ze strony matki - pomyślała 

Cynthia. 

Za  nimi,  jak  to  zwykle  bywa,  postępowała  grupka  dalekich  krewnych,  którzy  ściągnęli  na 

pogrzeb  i  przez  chwilę  czuli  się  ważni  z  tego  powodu,  Ogromne  doświadczenie  Cynthii 

podpowiedziało  jej,  że  przyjechali  oni  do  Constance  Parva  tylko  na  pogrzeb  i  że  o, jadą  zaraz  po 

odczytaniu testamentu. 

Inspektora  Sloana  niepokoiło  przypuszczenie,  że  tego  dnia  zostanie  odczytany  testament 

Billa Fenta. 

 

- Nie pojmuję, dlaczego miałby to być powód do niepokoju - powiedział z rozdrażnieniem 

nadinspektor Leeyes. 

- Jeśli ktoś zdecydował się go zabić - zaprotestował Sloan - może skorzystać z jego śmierci, 

zanim go zdołamy powstrzymać. 

- Niech pan nie przesadza, Sloan, niech pan będzie rozsądny - powiedział Leeyes. - Nawet 

gdybyśmy przekazali całą sprawę Crosby'emu, od czego niech nas Bóg broni - dodał pośpiesznie i 

wzniósł  błagalnie  oczy  ku  niebu  -twierdzę,  że  nawet  on  rozwiązałby  ją,  zanim  jakikolwiek  znany 

nam prawnik rozwikłałby sprawę majątku Fenta -lub zresztą kogokolwiek innego. 

- Może, ale... 

-  Przecież  my  też  chcemy  wiedzieć,  co  jest  w  tym  testamencie,  prawda?  Własność  może 

być  obciążona  dużą  hipoteką,  zastawami  i  tym  podobnie.  Że  już  nie  wspomnę  -dodał  Leeyes 

zapalając się do tematu - o różnych bękartach i innych ewentualnościach. 

- Zmarł i nikt nigdy nie nazywał go ojcem? - poddał Sloan z ironią. 

- Ludzie mówią w testamentach to, co naprawdę mają na myśli - oświadczył nadinspektor. - 

Chyba tylko ten jeden jedyny raz. 

- Nawet, jeśli tak by było... 

-  Dyskretne  zasięgnięcie  informacji,  tylko  to  możemy  zrobić,  Sloan,  o  ile  wszystko  jest  w 

porządku  lub  jeśli  wystraszyliśmy  podejrzanych.  Nie  możemy  dopuścić,  aby  wszyscy  się 

zorientowali, jakie mamy wątpliwości. 

- Nie możemy. 

background image

- A jeślibyśmy wstrzymali odczytanie testamentu, doradcy prawni Fenta wszczęliby piekło, 

powołując się na przepisy, na prawo, na lewo i w środku. 

-  Tak,  proszę  pana.  -  W  chwilach  zadumy  inspektor  Sloan  lubił  uważać  się  za  podporę 

prawa, ale teraz nie był odpowiedni moment, żeby to powiedzieć. 

- Jest jeszcze jedna rzecz, Sloan. 

- Tak? 

- Gdyby prasa dowiedziała się o tym zbyt wcześnie... 

Sloan  skinął  głową.  Nie  musiał  nic  mówić. Jeśli była  jakaś  dziedzina  na  świecie,  w  której 

zgadzał się całkowicie z nadinspektorem Leeyesem, była to właśnie prasa. 

- ... to cała sprawa - ciągnął dalej jego zwierzchnik -zostałaby szeroko rozgłoszona. 

- Jeśli jest jakaś sprawa - przypomniał mu Sloan. 

- Jeśli jest jakaś sprawa. A jeśli jej nie ma, to co mamy robić? 

- Wpakowaliśmy się w kłopoty - zgodził się zgryźliwie Sloan. - Po samą szyję. 

Nadinspektor wskazał palcem sprawozdanie na biurku. 

-  “Zmarł  wskutek  pęknięcia  aorty...”,  nie  ma  co  do  tego  żadnej  wątpliwości.  W  tym  cały 

kłopot. 

- Znaleziono szkodliwą substancję - powiedział Sloan. - Tak przynajmniej stwierdził doktor 

Dabbe... - Tu przerwał. - Tak sądzę. 

Leeyes  żachnął  się.  -  Dużo  nam  pomoże  nasz  przyjaciel,  patolog.  Aha,  jeszcze  raz 

pociągnąłem go za język. 

- O? 

- Nie uwierzy pan, Sloan. 

- Naprawdę? 

- Okazuje się, że trucizna jest jak uroda - powiedział nadinspektor ze złością. Sloan czekał. 

- Zależy od patrzącego - warknął Leeyes. 

- Niemożliwe. 

-  Tak  powiedział.  Sposób  działania  trucizny  nie  ma  nic  wspólnego  z  prawem.  Ani  wynik 

zatrucia. Wszystko polega na intencji osoby, która ją podaje. 

- A więc nawet gdyby to, co tam było, nie zaszkodziło mu, lecz gdyby  podający miał taki 

zamiar, wówczas byłoby to podstawą oskarżenia. 

- Tak właśnie jest. 

Sloan zastanawiał się nad tym przez chwilę w milczeniu. 

background image

Nadinspektor  wskazał  na  telefon  na  swoim  biurku.  -Próbowałem  przed  kilkoma  minutami 

raz  jeszcze  do  niego  zadzwonić,  ale  nie  ma  go  w  szpitalu.  Przypuszczam,  że  wyszedł  poszukać 

włosa, który mógłby podzielić na czworo. 

Sloan wciąż jednak myślał o Billu Fencie.  - Wyjaśnijmy to sobie, szefie. Umarł na skutek 

@obrażeń poniesionych w wypadku samochodowym. 

- Słusznie. 

- Obecnie sprawdzamy, czy przedtem ktoś nie próbował go zabić. 

- Świetnie to pan zrozumiał. 

- Co byłoby usiłowaniem morderstwa. 

- Słusznie - zgodził się nadinspektor. - Lub morderstwem i kropka. 

- Jak to? 

- Jeśli wypadek był następstwem trucizny. 

- Prawnikom będzie to odpowiadało, prawda? 

- Mniejsza o prawników - mruknął Leeyes. - Doskonale umieją sobie radzić. Ale co z nami? 

-  Jak  najbardziej  się  z  tym  zgadzam  -powiedział  Sloan  żarliwie.  -  Chciałbym  mieć 

wyłącznie zwykłe przypadki uduszenia. Wtedy wiadomo przynajmniej, na czym się stoi. 

W  toku  prowadzonych  osobiście  dochodzeń  Sloan  przeprowadził  już  rozmowę  z 

profesorem Berry, który nie powiedział mu nic nowego; odwiedził także doktora Washby w domu i 

w gabinecie przyjęć. 

-  On  wciąż  jeszcze  mieszka  nad  gabinetem  -  zauważył  Crosby,  kiedy  ich  wóz  wjechał  do 

miasteczka. -Jak wielu prowincjonalnych lekarzy. 

- Dobrze. - Sloan spojrzał z aprobatą na przyjemny, gregoriański dom w środku High Street 

w Constance Parva. - A zatem prawdopodobne, że go zastaniemy. 

-  Pani  Washby?  -  zwrócił  się  Crosby  do  miłej  młodej  kobiety,  która  otwarła  drzwi.  - 

Chcieliśmy... 

- Jestem sekretarką - rzuciła dziewczyna lakonicznie. -Może zechcą panowie tu zaczekać. 

Kiedy wyszła, Sloan spojrzał w sufit i powiedział w przestrzeń: - Kiedy zacząłem pracę w 

policji, ostrzeżono mnie, abym nigdy nie podawał ręki lokajowi. 

Przystojna osóbka znów się pojawiła. 

-  Doktor  właśnie  kończy  swoje  popołudniowe  przyjęcia.  Zaraz  panów  przyjmie.  Proszę 

tędy. 

- Tylko kilka słów, panie doktorze, jeśli pan pozwoli -zaczął Sloan swobodnie.  Zauważył, 

ż

e  sekretarka  wychodziła  z  pokoju  bez  pośpiechu.  -  Rozmawiałem  już  z  profesorem  Berry, 

background image

ponieważ  nasz  Wydział  Ruchu  prosił  o  sprawdzenie  kilku  szczegółów  w  związku  z  sobotnim 

nieszczęśliwym wypadkiem. 

-  Rozumiem.  -  Doktor  Washby  poruszył  energicznie  głową.  Był  wprawdzie  lekarzem 

prowincjonalnym,  lecz  nie  było  w  nim  nic  z  wiejskiego  lekarza.  Jego  garnitur  pochodził  z 

Londynu, a w jego sposobie bycia nie widać było cech małomiasteczkowych. 

- Czy zmarły był zupełnie zdrowy...? - spytał Sloan. 

-  O  ile  mi  wiadomo,  nic  mu  nie  brakowało  -  wyjaśnił  Washby.  Przysunął  do  siebie 

terminarz. - Czy będę potrzebny na przesłuchaniu? 

- Nie sądzę, doktorze, nie w tym stadium. Ale był pan jego domowym lekarzem? 

- Tak. - Doktor przeciągnął ręką po włosach. - To znaczy, odkąd tu jestem. A przed tym był 

nim doktor Whittaker, mój poprzednik. 

- Wzrok? 

- Nie przypominam sobie, żebym mu kiedykolwiek badał. - Washby zmarszczył brwi. - Ale 

nigdy się na oczy nie skarżył i był znakomitym strzelcem. 

- A może jakieś nagłe zawroty głowy - albo coś w tym rodzaju? 

Doktor  wzruszył  ramionami.  -  O  tym  także  nic  mi  nie  wiadomo.  Tego  rodzaju  objawy 

mogłyby  jednak  wytłumaczyć  wypadek.  Dostaje  się  naturalnie  zawrotu  głowy  także  ze  zwykłej 

niestrawności.  Nie  musi  to  być  nic  poważnego.  -Skrzywił  się,  ściągając  wargi.  -  O  Boże, 

inspektorze, tak bardzo żałuję, że sam nie odwiozłem starego Berry do domu w sobotę wieczorem - 

wówczas to wszystko może by się nie zdarzyło. 

- Niemniej - zauważył Sloan - mogłoby się mimo wszystko zdarzyć. 

-  Co?  Jak?  -  Washby  znów  spojrzał  spod  oka.  -  Zawsze  biorę  zakręt  Tappefs  Corner  w 

ś

limaczym tempie. Byłem już przy zbyt wielu wypadkach w tym miejscu. Paskudny odcinek drogi. 

Należałoby koniecznie coś z tym zrobić. 

- Myślałem o tym drugim kierowcy - wyjaśnił Sloan. 

-  Zapomniałem  o  nim  -  przyznał  natychmiast  doktor.  -Tak.  On  mógłby  mnie  także 

porządnie stuknąć. Właściwie nas. Była ze mną żona. Mogła to być równie dobrze całkowicie jego 

wina. Prawdopodobnie była. Fent był dobrym kierowcą. 

- Zawsze trudno jest ustalić winnego - zauważył sentencjonalnie Sloan. 

- Zwłaszcza gdy jeden kierowca nie żyje... 

-  Zwłaszcza  gdy  nie  wchodzą  w  grę  żadne  skrzyżowania  -  powiedział  spokojnie  Sloan. 

Zaskakujące  było,  jak  wiele  kłopotów  inspektora  Harpe'a  miało  reperkusje  w  innych  działach 

policji. 

Washby skinął głową. - Właśnie. A wyjaśnienie tego nie przywróci życia Fentowi. 

background image

- Nie. - Sloan urwał. -  Zastanawialiśmy się, doktorze, czy nie miał jakiegoś zmartwienia - 

czegoś, co mogłoby 

3  -  Lekka  żałoba  zakłócić  jego  koncentrację.  Na  ogół  stwierdzamy,  że  większość 

kierowców,  którzy  mają  wypadki  drogowe,  ma  jakieś  kłopoty.  -  To  było  także  credo  drogowe 

Szczęśliwego Harry'ego. 

Lekarz wydął wargi. - Nie wydaje mi się. W każdym razie nie wiem o niczym takim. Był 

naturalnie ten projekt rozbudowy, ale... 

- Jaki projekt rozbudowy? 

- To jeszcze nie zostało zrealizowane. Sądzę jednak, że będzie. Zeszłego roku założono w 

mieście  główną  sieć  kanalizacyjną  wbrew  opinii  panny  Paterson  i  innych  starych  mieszkańców, 

którzy nie mogli się z tym pogodzić. Zaraz po tym towarzystwa nieruchomości zaczęły penetrować 

w  okolicy.  -  Uśmiech  przemknął  mu  po  twarzy.  -Szczury  kanałowe,  jak  nazwała  ich  Cynthia 

Paterson i jej przyjaciele. 

- I co? 

- Chcieli wykupić część gruntów Billa Fenta. Są to prawie jedyne grunta w okolicy, na jakie 

ci  z  planowania  daliby  zezwolenie,  bo  położone  są  blisko  centrum  miasta.  W  obrębie 

zainteresowania miasta, jak to ktoś określił -cokolwiek to znaczy. - Washby skrzywił się. - Fent nie 

mógł ich sprzedać z powodu jakiegoś majoratu na majątku czy czegoś podobnego, a przedsiębiorcy 

nieruchomości nie chcieli wziąć w dzierżawę. Nie opłaca się to teraz, jak przypuszczam, a oni nie 

są głupi. 

- Nie bardzo rozumiem, co...? 

- Bili próbował zdobyć pieniądze, aby samemu zrealizować ten plan. Wspominał mi o tym. 

Zdaje  mi  się,  że  martwiło  go  to  trochę.  Był  przecież  obarczony  tą  dużą  posiadłością,  musiał  ją 

utrzymywać, a niewiele mógł z tym zrobić. 

- Czy przepisał mu pan coś na uspokojenie? 

-  Nie  pamiętam.  -  Doktor  spojrzał  na  Sloana  pytająco,  podnosząc  brwi.  -  Mogę  jednak 

sprawdzić. 

- Gdyby pan zechciał. 

Washby  przycisnął  przełącznik  i  pochylił  się  mówiąc  do  swojego  rodzaju  skrzynki 

komunikacyjnej:  -  Jean,  proszę  mi  przynieść  kartę  pana  Fenta.  Oto  jest.  Nie,  nic  tam  nie  ma, 

inspektorze. Nic mu nie zapisałem na uspokojenie. 

- A co z jego żoną? 

Washby zawahał się. - Nie umiem nic powiedzieć. Pani Fent nie jest moją pacjentką. Zdaje 

mi się, że chodzi do jakiejś lekarki w Berebury, ale musiałby ją pan sam o to zapytać. 

background image

Sloan  kiwnął  głową  z  zadowoleniem.  -  To  będzie,  jak  przypuszczam,  nasza  pani  doktor 

Harriet Baird. Dużo pań do niej chodzi. 

Cynthia  Paterson  zajęła  się  znów  najważniejszymi  żałobnikami  -  tymi,  którzy  zostaną, 

kiedy dalsi krewni już odejdą. 

Helen Fent, wdowa, Annabel Pollock, kuzynka, i Quentin Fent, kuzyn. Razem ze zmarłym 

Billem Fentem było w sobotę wieczór dwanaście osób. 

O mały włos nie było o jedną osobę więcej. Cynthia była bardzo punktualna tego wieczoru - 

przyszła nawet jako pierwsza. 

- Wiem, że zjawiłam się za wcześnie - tłumaczyła się przed Billem, gdy otworzył drzwi. - 

Tak to bywa z rowerami. 

-  Są  wciąż  szybsze  od  motoru  spalinowego  -  zgodził  się  Fent  z  powagą.  -  Proszę  wejść. 

Mamy  jeszcze  jednego  gościa.  Pan  Peter  Miller.  Rozmawiałem  z  nim  właśnie  o  granicy  między 

naszymi posiadłościami. 

- Dobry wieczór, panno Paterson - przywitał ją farmer. 

- O, przeszkadzam panom - powiedziała zmieszana. 

-  Właśnie  wychodziłem  -  zapewnił  ją  Miller  wychylająć  resztkę  ze  swej  szklanki.  - 

Nieprawdaż? - zwrócił się do gospodarza. 

- A zatem - reasumował Bili Fent z powagą - uzgodniliśmy, że zaraz w  poniedziałek rano 

wezmę kilka pali od Grega Fitcha i zrobi się coś z tym ogrodzeniem. 

- Dobrze. Moje rasowe krowy na pewno tak samo szkodzą pana krzewom jak pana krzewy 

moim krowom. 

- To prawda - zgodził się Bili. 

- Dobre parkany - to dobrzy sąsiedzi - dodał Miller sentencjonalnie. 

-  Dopóki  nie  chce  się  wytyczać  granic  na  nowo  -  wtrąciła  z  ożywieniem  panna  Paterson, 

gdyż  wyczuła  jakieś  podskórne  napięcie.  Dwaj  mężczyźni  stojący  twarzą  w  twarz  byli  do  siebie 

dziwnie  podobni  w  swym  hamowanym  gniewie.  Jak  dwa  koguty  już  w  pozycji  bojowej,  lecz 

wstrzymujące  się  jeszcze  od  walki.  -  Słyszałam,  że  mały  Tom  Pennyfeather  ma  jeszcze  mnóstwo 

siniaków. 

Mężczyźni roześmieli się i napięcie minęło. 

- Naprawdę nie chce pan zostać na kolacji? - zapytał Bili Fent, gdy dzwonek przy drzwiach 

znów zadzwonił. 

- Naprawdę nie, dziękuję bardzo - Miller odstawił swoją szklankę, w której lód jeszcze nie 

stopniał.  -  Muszę  już  iść.  Nie  miałem  zamiaru  zawracać  panu  głowy  w  sobotni  wieczór  -  dodał 

burkliwie. 

background image

- Myślę, że nawet takie rasowe krowy jak pana nie rozróżniają dni tygodnia - zażartował już 

całkowicie opanowany Fent. 

Miller uśmiechnął się szeroko. - Jeszcze nie. Choć są naprawdę przemiłe. 

-  Dobrze,  że  nie  został  -  powiedział  Bili,  gdy  młody  farmer  odszedł.  -  Byłoby  nas 

trzynaścioro przy stole. Helen byłaby niezadowolona. 

- Zapewne. 

- To przynosi pecha. 

- Z powodu Judasza - powiedziała Cynthia. 

 

- Ja sam nie jestem przesądny.                x 

-  Oczywiście  że  nie  -  przytaknęła  panna  Paterson.  -  Po  prostu  nie  chciałby  pan,  aby  było 

trzynaście osób przy stole. -• 

-  Pani  sobie  ze  mnie  żartuje.  -  Zatrzymał  się  idąc  do  drzwi.  -  Ach,  proszę,  niech  pani  nie 

zapomni powiedzieć Annabel, że podoba się pani jej dekoracja kwiatowa. Bardzo jej zależy na pani 

zdaniu...  spędziła  przy  tych  kwiatach  cały  dzień,  podczas  kiedy  Helen  przygotowywała  jedzenie. 

Milly Pennyfeather przyjdzie zmyć naczynia. 

Ale Cynthia wcale nie lubiła dekoracji kwiatowych Annabel Połlock. Jej niechęć nie miała 

jednak nic wspólnego z samym ułożeniem kwiatów. Annabel miała artystyczną duszę, znała się na 

kolorach i rysunku, a jej dekoracje kwiatowe oglądało się zawsze z przyjemnością. 

Cynthii  nie  odpowiadały  kolory.  Czerwień  i  biel.  Żadna  pielęgniarka  nie  wstawiłaby  ich 

razem do wazonu pacjenta na swojej sali, gdyby to od niej zależało. Razem z innymi kolorami tak, 

ale nie tylko te dwa. Czerwień oznacza krew, biel jest symbolem śmierci. 

Pechowe. Annabel była pielęgniarką, powinna to wiedzieć. 

Trumna Billa Fenta dotarła teraz do stopni prezbiterium. 

-  ,  ,Nie  przynieśliśmy  z  sobą  nic  na  ten  świat  -  zaintonował  według  anglikańskiego 

obrządku proboszcz Constance Parva - i na pewno nic nie zabierzemy”. 

Peter  Miller  mógł  równie  dobrze  zostać  w  Strontfield  Park  w  sobotę  wieczór,  choć  byłby 

trzynasty - pomyślała panna Paterson. Billa Fenta nie mogło spotkać większe nieszczęście, niż go 

spotkało. 

 

background image

Rozdział IV 

Sloan  wiedział,  dlaczego  Crosby  w  czasie  pogrzebu  myślał  wciąż  o  anatomii  zmarłego. 

Zaczęło się to podczas odwiedzin u patologa. W środę po południu. 

-  Niech  pan  wejdzie,  Sloan,  niech  pan  wejdzie!  -  zawołał  wesoło  doktor  Dabbe,  kiedy 

policjanci  zapukali  do  drzwi  szpitalnego  laboratorium.  -  Witam  w  naszym  miejscu  pracy.  To 

konstabl  Crosby  towarzyszy  panu?  Twarz  wydawała  mi  się  znajoma.  Wejdź,  chłopcze.  Będzie  to 

dla  ciebie  bardzo  interesujące  a  zarazem  pouczające  doświadczenie.  -  Machnął  ręką.  -  A  to, 

panowie, doktor Writtle z Wydziału Spraw Wewnętrznych. Jest analitykiem. 

Czwarty mężczyzna w laboratorium skłonił się sztywno policjantom. 

- Powinienem, zdaje się, pamiętać, aby nazywać pana chemikiem-analitykiem, co, Writtle? 

- zapytał Dabbe. 

- Nie jestem przecież specjalistą od analizy rynku papierów wartościowych. 

Patolog uśmiechnął się chytrze. - Ani też psychoanalitykiem. 

- Broń Boże - z przekonaniem zaprzeczył Writtle. -Lubię wiedzieć, co robię. 

-  Wszyscy  tak  mówimy  -  zawtórował  Dabbe.  -  To,  co  teraz  robimy,  jest  bardzo 

interesujące... ale, Sloan, dlaczego taka ponura mina? 

-  Nie  lubię  interesujących  przypadków,  doktorze  -  wyjaśnił  lakonicznie  Sloan.  -  W 

przypadkach, które wy nazywacie interesującymi, zawsze jest bardzo dużo pracy. 

- Słyszysz, Writtle? - wykrzyknął patolog. - Dobrze, że nie potrafię się zbytnio przejmować. 

-  Powinieneś  spróbować,  jak  to  jest  w  urzędach,  Dabbe  -  powiedział  analityk  jowialnie.  - 

Nie można się tam przejmować. Wytyka się tam nam wszystko. A Wydział Spraw Wewnętrznych 

zawsze zbiera to, czego nie można przypisać komuś innemu. 

-  W  każdym  razie,  Sloan  -  odezwał  się  tym  razem  poważniej  doktor  Dabbe  -  mamy  tutaj 

nielichy problem, prawda, Writtle? 

-  Przyjemniutki  -  potwierdził  rozsądnie  Writtle.  -  Zaznaczam,  inspektorze,  że  nie 

mielibyśmy  wcale  problemu,  gdyby  ten  oto  doktor  Dabbe  nie  miał  oczu  szeroko  otwartych. 

Zapewniam  pana,  że  nie  każdy  patolog  okręgowy  wykryłby  to,  co  on  w-sekcji  po  zwykłym 

wypadku drogowym. 

- No, no, Writtle - zaprotestował doktor Dabbe z należytą skromnością - każdy zauważyłby 

te krwinkotoki podosierdziowe. 

- A co wobec tego z ustaniem dopływu powietrza do płuc? - odparł Writtle. - Podobnie jak 

wyniki dotyczące migotania komór. 

- To prawda. 

background image

-  Jestem  przekonany,  że  dziewięciu  patologów  na  dziesięciu  przypisałoby  to  pierwotnemu 

niedokrwieniu mięśnia sercowego. 

- Ależ nie. 

- Zwłaszcza jeśli istniało zwężenie naczyń wieńcowych... 

Sloan zakaszlał. - Panowie... 

- I to - dorzucił z uznaniem Writtle - zanim pan dotarł w pobliże żołądka. 

-  Musi  się  pan  zgodzić  -  zaznaczył  patolog  -  że  był  trochę  za  młody  na  taką  niedomogę 

serca. 

-  Właśnie!  -  przyznał  Writtle.  -  To  mam  na  myśli.  Nie  każdy  pamiętałby,  że  u  młodych 

aorta może być zwężona z minimalnymi zmianami miażdżycowymi. 

Sloan wygładził kartki swojego notesu. 

-  Panowie  -  odezwał  się  ponownie,  tym  razem  głośniej  -  czy  moglibyśmy  zacząć  od 

początku... 

Obydwaj mężczyźni odwrócili się ku niemu. 

- Żołądek - powiedział szybko patolog. 

- Źródło wszystkich zaburzeń - wtrącił Writtle. 

-  Oto  żołądek.  -  Doktor  Dabbe  wyciągnął  duży,  szczelnie  zamknięty  słój  i  pchnął  go  po 

stole laboratoryjnym w kierunku Sloana i Crosby'ego. - Zwany inaczej dowodem rzeczowym A. 

Sloan rzucił szybkie spojrzenie na słój, po czym odwrócił wzrok. 

Crosby  otworzył  szeroko  oczy  i  ślubował  sobie,  że  już  nigdy  nie  będzie  jadł  flaczków. 

Nigdy. 

- Napięcie ścian żołądka wydaje mi się wyraźnie zmniejszone - powiedział Dabbe. - Co pan 

o tym sądzi, Writtle? 

- Wyraźnie. - Analityk wskazał kościstym palcem zawartość słoja. - Nie ma jednak żadnego 

podrażnienia błony śluzowej dwunastnicy. Wszystko na to wskazuje... 

- Właśnie - przerwał patolog. 

- Żołądek... - zaczął Sloan zabierając się do pisania. 

- Och, Sloan, naprawdę to interesująca jest wątroba -powiedział doktor Dabbe. 

Jakby  wywołany  czarodziejską  sztuczką  pojawił  się  drugi  słoik  i  przemknął  po  stole. 

Widniała  na  nim  etykietka  B.  Zatrzymał  się  tuż  przed  Crosbym.  Crosby  przełknął  dość  głośno, 

bąkając coś o wegetarianizmie. 

- Dobrze, a zatem wątroba - westchnął Sloan, notując to z kolei. 

-  Interesujące  w  wątrobie  jest  to  -  zaczął  doktor  Dabbe  tonem  zachęty  -  że...  co  to, 

inspektorze,  pana  pomocnik  jakoś  dziwnie  zzieleniał...  czy  dobrze  się  czujesz,  chłopcze?  Hola, 

background image

Writtle,  proszę  go  podtrzymać,  żeby  nie  upadł.  Posadźcie  go  na  krześle.  Może  lepiej  włożyć  mu 

głowę między kolana? - zapytał z niepokojem. - Wiecie, od 

  trzydziestu  lat  nie  miałem  żadnego  żywego  pacjenta...  nigdy  ich  nie  lubiłem,  bo  czasem 

niegrzecznie  odpowiadali.  Ciekawe,  co  go  przyprawiło  o  mdłości.  -  Patolog  rozejrzał  się  po 

laboratorium szpitalnym, które od podłogi do sufitu wypełnione było makabrycznymi okazami, nie 

zauważył nic szczególnego i spojrzał raz jeszcze na Crosby'e-go. - Co, już lepiej? Dobrze A zatem, 

Sloan, na czym to ja skończyłem? 

-  Doszliśmy  do  tego,  że  wątroba  była  interesująca  -podpowiedział  mu  spokojnie  Sloan. 

Starał  się  nie  patrzeć  na  Crosby'ego.  Tamten  kręcił  się  niespokojnie  na  krześle  z  głową  między 

kolanami,  nie  była  to  pozycja  odpowiednia  dla  policjanta  odkomenderowanego  do  pomocy  w 

ś

ledztwie dotyczącym sprawy poważniejszej niż zagubiona pompka do roweru. Sloan - policjant z 

krwi i kości - odwrócił się od tego niezbyt budującego widoku. 

-  Tak,  wątroba  była  rzeczywiście  interesująca  -  kontynuował  doktor  Dabbe.  -  Bardzo 

interesująca. 

- W jakim sensie, doktorze? 

-  Wątroba  zawierała  więcej...  e...  obcej  substancji,  niż  było  jej  w  krwi  obwodowej  - 

wyjaśnił  patolog  -  przy  czym  równocześnie...  niech  pan  pamięta,  Sloan...  trochę  tej  substancji, 

cokolwiek to było, znajdowało się jeszcze w żołądku. 

- Rozumiem, doktorze - powiedział Sloan - a to znaczy... 

Tym  razem  analityk  z  Wydziału  Spraw  Wewnętrznych  odpowiedział  na  jego  pytanie.  - 

Sytuacja taka oznacza, inspektorze, że śmierć nastąpiła przed całkowitym wchłonięciem substancji 

i niezbyt długo po jej zażyciu. 

- A gdyby śmierć nie nastąpiła wówczas - spytał Sloan - to kiedy powinna była nastąpić - 

jeśliby w ogóle do tego doszło? 

-  Przypuszczaliśmy,  że  będzie  pan  chciał  wiedzieć,  kiedy  -  powiedzieli  dwaj  naukowcy 

unisono. 

- Pracowaliśmy trochę nad tym - dodał doktor Dabbe. 

- Ale jeszcze nie wiemy wszystkiego - wyjaśnił doktor Writtle. 

- Tyle, żeby móc powiedzieć... - zaczął Dabbe. 

- Jedynie w przybliżeniu, zaznaczam - wtrącił ostrożnie doktor Writtle. 

-  Doprawdy?  -  szepnął  cicho  inspektor.  Zrobił  wszystko,  aby  zabrzmiało  to  zachęcająco. 

Jeśli  pójdzie  dalej  w  tym  tempie,  to  spędzą  całą  noc  w  laboratorium,  na  co  miał  równie  mało 

ochoty, co Crosby. 

background image

Patolog obracał ołówek w palcach. - Przyjmując, że nie wezwano by pomocy lekarskiej lub, 

ż

e nie byłaby dostępna... 

- Sądzę, że możemy to przyjąć, doktorze - rzekł Sloan. 

- I że żadne zabiegi lecznicze nie zostałyby podjęte... 

- Tak? 

- Sądzę, że nasz obiekt zmarłby... 

Inspektor podniósł wzrok. Zapomniał, że doktorzy, będąc patologami sądowymi, nie mieli 

pacjentów, tylko obiekty. 

- Sobotniej nocy - ciągnął Dabbe. - Co pan myśli, Writtle? 

Writtle pogładził swą brodę. - Naturalnie, jestem tylko analitykiem, ale powiedzmy, gdzieś 

między trzecią a piątą nad ranem... 

-  A  więc  ma  pan,  Sloan  -  powiedział  wspaniałomyślnie  doktor  Dabbe.  -  W  środku  nocy. 

Czego pan jeszcze chce? 

Proboszcz,  obserwując  najważniejszych  żałobników,  rozpoczął  teraz  -  jak  przystało  - 

krótkie  wyliczenie  zasług  zmarłego.  Panna  Paterson  nie  słuchała  zbyt  uważnie  pożegnalnych 

hołdów  duchownego.  Słyszała  już  to  wszystko  przedtem.  Poza  tym,  myślała  o  czymś  innym.  Nie 

była jednak na tyle zaabsorbowana, aby nie zauważyć, że 

Ursula  Renville  płacze  od  kilku  minut,  a  młoda  żona  doktora  Washby  bliska  jest  już  łez. 

Cynthii - o dziwo -sprawiło to przyjemność - niedobrze jest, jeśli lekarz w małym miasteczku ma 

nieczułą żonę. 

Jak  można  było  przewidzieć,  oczy  pani  Marchmońt  zostały  suche.  Cynthia  wiedziała,  że 

Marjorie nie zapłacze, choć znała Billa Fenta chyba lepiej niż ktokolwiek inny. I nigdy nie będzie 

płakała. Nie była osobą manifestującą swoje wzruszenia. Cynthia również nie miała skłonności do 

łez.  Niezamężne  kobiety  nie  płaczą.  Odkryła  to  już  dawno.  Kiedy  stwierdziła,  że  nie  ma  nikogo, 

kto by pocieszał ją w płaczu... Ponadto jako córka proboszcza, była bardziej oswojona ze śmiercią - 

a  może  jako  ogrodniczka  zdawała  sobie  sprawę,  że  wszystko,  co  żyje,  rośnie  i  kwitnie,  kończy 

ś

miercią. 

Proboszcz  doszedł  teraz do  ostatniej  modlitwy  i  karawaniarze  wysunęli  się  do  przodu...  ta 

zmiana także nastąpiła z czasem - pomyślała Cynthia. - Był okres, kiedy trumnę nieśli ludzie bliscy 

zmarłemu  -  towarzysze  pracy,  pracownicy,  przyjaciele,  krewni  -  tak  zwana  ostatnia  posługa. 

Zwyczaj ten zaginął podobnie jak podzwonne. Ludzie, którzy teraz wystąpili, byli obcy dla niej i na 

pewno  także  dla  rodziny  Fenta.  Podłożyli  ramiona  pod  dębową  trumnę,  obrócili  się  niepewnie  i 

zaczęli kroczyć z powrotem wzdłuż prezbiterium. 

Rodzina postępowała za nimi. 

background image

Kiedy  odwróciła  oczy  od  tej  smutnej  procesji,  zastanowiła  się,  dlaczego  to  robi.  Co  za 

prymitywne  uczucie  nie  pozwala  człowiekowi  patrzeć  na  smutek  i  strach,  choć  bez  zmieszania 

obserwuje  radość  i  gniew.  Myśl  ta  błąkała  się  jej  po  głowie,  podczas  gdy  starała  się  zatrzymać 

wzrok na pulpicie - na rzeźbach ołtarza - na kaplicy Matki Boskiej, byle tylko nie uchwycić wzroku 

Helen  Fent.  Przeciwieństwa  -  rozmyślała  uparcie  -  zawsze  są  intrygujące.  Ojciec  jej  miał  raz 

kazanie o alegorycznych postaciach wyobrażających cnoty i grzechy na fresku Giotta w kaplicy w 

Padwie.  Wyliczała  je  sobie,  kiedy  najpierw  trumna,  potem  żałobnicy  przeszli  obok  jej  ławki. 

Sprawiedliwość  i  Niesprawiedliwość;  Nadzieja  i  Rozpacz;  Wstrzemięźliwość  i  Gniew; 

Roztropność  i  Głupota;  Wiara  i  Bezbożność;  Miłość  i  Nienawiść.  Te  dwa  ostatnie  były  tematem 

doskonałego kazania wielebnego Wilfryda Patersona. 

Ostatni z rodziny zniknęli z oczu i w kościele zrobiło się nieco swobodniej. 

Pani  Washby  udało  się  teraz  zapanować  nad  płaczem.  Ursula  Renville  załkała  po  raz 

ostatni, a Marjorie March-mont znów zmieniła zdanie o kwiatach. Wyszła z ławki i jeszcze raz je 

poprawiła. 

Z  mężczyzn,  profesor  Berry  robił  wrażenie  starego  i  smutnego,  a  Washby  wyglądał  jakby 

lekko  zniecierpliwiony.  Cynthia  pomyślała  z  pobłażliwością,  że  łączy  się  to  z  zawodem  lekarza. 

Daniel  Marchmont  -  zawsze  trudno  było  zauważyć  usuwającego  się  w  cień  Marchmonta  -czekał, 

aby  jego  żona  skończyła  poprawianie  kwiatów.  Richard  Renville,  najbardziej  taktowny  z 

mężczyzn, obrócił się do Cynthii i rozmawiał z nią półgłosem, aby przez ten czas jego żona mogła 

wrócić do równowagi. 

-  Musiał  to  być  właśnie  zakręt  Tappefs  Corner  -  westchnął.  -  Bili  znał  to  miejsce  równie 

dobrze, jak wszyscy tutaj. Może nawet lepiej. 

-  To  nieprzyjemny  odcinek  drogi,  nawet  na  rowerze  -powiedziała  Cynthia.  -  Ja  sama 

niekiedy schodzę tam i idę pieszo. 

- To był zawsze niedobry odcinek drogi - zadumał się Renville. - Mój dziadek wywrócił się 

tam raz ze swoją bryczką, choć muszę przyznać, że wracał wtedy do domu z targu. 

- Bili nie wracał do domu z targu - zauważyła Cynthia. 

-  Wiem  -  Renville  pojął  natychmiast,  o  co  jej  chodzi.  -I  wcale  się  nie  spieszył. 

Rozumiałbym,  gdyby  to  był  jeden  z  młodych  Pennyfeatherów  w  posklecanym  starym  gruchocie. 

Ale nie Bili. Jeden z najlepszych kierowców po tej stronie Calleford. 

- I jeden z najlepszych wozów - dodała wstrzemięźliwie 

Cynthia. 

- Co... ach, tak, naturalnie. Na pewno wszystko było w porządku. 

- Więc może ten drugi kierowca... - rzuciła. 

background image

Renville  potrząsnął  głową.  -  Nie  wygląda  mi  na  to.  Chłop  po  trzydziestce.  Żonaty,  dwoje 

dzieci. Zrównoważony człowiek, jak słyszałem. - Renville był człowiekiem, który zawsze potrafił 

zebrać wszelkie dostępne informacje. Pewnym ludziom zawsze się to udaje. 

-  To  było  combi  -  Cynthia  sama  gdzieś  to  usłyszała.  -Żaden  wóz  sportowy  ani  nic  w  tym 

rodzaju. 

Renville omal nie zachichotał. - Uważa pani, że samochód często świadczy p człowieku? 

- Czyż nie? 

- Może - zgodził się szeptem (jak przystało z tej okazji). - Pora już, żebyśmy wymienili nasz 

wóz, a żadne z nas nie chce. Para zacofańców, ci Renville'owie z Constance Par-va. - Wsunął rękę 

pod ramię żony, kiedy skierowała się w stronę przejścia. - Prawda, najdroższa? 

Ursula Renville skinęła głową. 

Panna Paterson zaczekała chwilę, a potem i ona wyszła z ławki. Stwierdziła, że stoi miedzy 

młodym farmerem, Peterem Millerem, i Herbertem Kelwayem. 

-  To  smutny  dzień  dla  Constance  Parva  -  rzekł  sklepikarz.  -  Nie  ma  zbyt  wielu  takich  jak 

nasz pan Fent. 

- Na pewno nie mógłbym mieć lepszego sąsiada - dodał Miller z emfazą, która, jak sądziła 

Cynthia, była dla niej przeznaczona. 

W  odpowiedzi  przypomniała  sobie  zdanie,  którym  posłużyła  się  już  na  niejednym 

pogrzebie.  Było  przydatne  w  tych  niedogodnych  momentach,  kiedy  wypadało  mówić  jedynie  o 

zmarłych - a powiedziano już o nich wszystko, co się dało powiedzieć. 

- Słońce zaszło dla niego, kiedy był jeszcze dzień -powiedziała półgłosem. 

Wszyscy  w  kościele  stali  teraz  i  Crosby  skorzystał  ze  swej  pozycji  na  samym  końcu 

kościoła  i  ze  swego  wzrostu  (znacznie  przekraczającego  minimalne  wymagania  policyjne),  aby 

przyjrzeć  się  reszcie  żałobników.  Obserwował  z  tyłu  ich  głowy,  każdą  z  osobna,  tak  uważnie,  że 

zirytowany Sloan szepnął mu: - Czyżby miał pan na drugie imię Lombroso, Crosby? 

- Nie - odpowiedział szeptem. - Edward. - Nastąpiła pauza. - Kto to jest Lombroso? 

- Taki Włoch, który uważał, że złych ludzi można rozpoznać po kształcie ich uszu. 

- Aha. - Znowu pauza. Potem: - A można? 

- Nie wiem - westchnął Sloan. - Nie jest to takie proste. 

Ż

ałował,  że  nie  towarzyszy  mu  dziś  sierżant  Gelven  zamiast  Crosby'ego.  Gelven  był 

policjantem  do  szpiku  kości  -  można  by  powiedzieć  po  odciski  palców  -  i  w  dodatku  energiczny, 

odpowiedzialny i zaradny. I oczywiście, było to widoczne. 

-  Po  raz  pierwszy  szukam  przestępców  na  pogrzebie  -Crosby  znów  zaczął  szeptem 

pogawędkę. 

background image

-  Może  ich  tu  wcale  nie  ma  -  odparł  Sloan,  choć  sam  w  to  nie  wierzył.  Wszyscy,  którzy 

mieli  coś  wspólnego  z  przyjęciem  u  Fentów,  byli  obecni  na  pogrzebie,  nawet  właściciel  sklepu 

spożywczego, dostawca do Strontfield Park, i sąsiad-farmer, który przyszedł tam przed przyjęciem. 

-  Na  pewno  są,  inspektorze  -  syknął  z  przekonaniem  Crosby.  -  Zawsze  rodzina  lub 

przyjaciele wykańczają człowieka... 

 

Sloan chrząknął. Tak było rzeczywiście dziewięćdziesiąt razy na sto. 

- ... i na pewno tu są - ciągnął dalej Crosby. - Na samym przodzie. 

-  Dobrze,  dobrze.  Przyrzekam,  że  zaczniemy  od  rodziny,  jak  zwykle.  -  Spojrzenie 

inspektora powędrowało w kierunku ławek najbliższych trumny, a myśli jego nie odbiegały zbytnio 

od myśli panny Paterson. 

-  Okaże  się,  że  to  ktoś  najbliższy  i  najdroższy,  mogę  się  założyć,  inspektorze  -  orzekł 

Crosby z beztroską pewnością siebie, właściwą młodym ludziom. 

- Zapamiętam to sobie - powiedział Sloan uroczyście. -Sto do jednego? 

- Chyba że był to czysty przypadek - zastrzegł się szybko policjant. 

-  Nie  ma  czegoś  takiego,  jak  czysty  przypadek,  Crosby  -szepnął  Sloan  cicho,  lecz 

zdecydowanie - i im wcześniej pan to pojmie, tym lepiej. 

Sloana nauczył tego inspektor Harpe z Wydziału Ruchu. Są tylko dwa rodzaje wypadków, 

twierdził  melancholijny  Harpe,  spędziwszy  połowę  życia  na  badaniach  każdego  nieszczęśliwego 

przypadku i wypadku w hrabstwie Cal-leshire. Szczęśliwy Harry zawsze twierdził, że zdarzają się 

wypadki  wskutek  nieumiejętności  albo  takie,  które  musiały  się  zdarzyć  -  ale  nigdy,  nigdy  nie  ma 

czystych przypadków. 

-  A  zresztą,  Crosby  -  dodał  jeszcze  Sloan  na  poparcie  swego  stwierdzenia  -  jakakolwiek 

była ta szkodliwa substancja, którą zmarły połknął, nie zaszkodziła nikomu innemu, prawda? 

- Nie, inspektorze. W każdym razie nie słyszeliśmy o tym. - Od poniedziałku Crosby miał 

zająć  się  Milly  Pennyfeather,  która  w  sobotę  pomagała  w  kuchni  w  Strontfield  Park,  i  sprawdzić 

dyskretnie, czy u innych gości i rodziny pojawiły się jakieś niepokojące objawy. 

Nie było takich objawów. 

Po  otrzymaniu  sprawozdania  patologa,  również  Sloan  przeprowadził  wiele  dyskretnych 

wywiadów. To, co dotychczas ustalił, absolutnie na nic się nie zdało. 

Mowa  pogrzebowa  proboszcza  także  niczego  nie  wniosła.  Inspektor  Sloan,  podobnie  jak 

Cynthia  Paterson,  przebywał  w  tej  okolicy  zbyt  długo,  aby  takie  oracje  robiły  na  nim  jakieś 

wrażenie.  Natomiast  w  przeciwieństwie  do  Cynthii  pamiętał  zawsze,  że  ten,  kto  je  wygłasza,  nie 

background image

mówi  pod  przysięgą.  A  duchowni  to  też  tylko  ludzie.  To  jeszcze  jedna  prawda,  do  jakiej  się 

dochodziło po przeżyciu roku lub więcej na szerokim świecie. 

Sloan  nie  wiedział,  jakie  wrażenie  wywarły  starannie  dobrane  słowa  proboszcza  na 

siedzących  w  przedzie.  Z  pewnością  wywołały  one  niepokój  u  jednego  przynajmniej  człowieka 

siedzącego z tyłu: tego,  który stał tuż obok. Dobrze się stało, że obaj policjanci znajdowali się na 

samym końcu kościoła, bo chrapliwy szept Crosby'ego nie był dostatecznie cichy. 

.- Jesteśmy jak para moskitów w kolonii nudystów, prawda, inspektorze? - syknął wesoło. - 

Martwimy się, bo nie wiemy, od kogo zacząć. 

background image

Rozdział V 

Tu właśnie nie masz racji, chłopcze - pomyślał Sloan, lecz nie wypowiedział tego na głos. 

Jeśli chodzi o Sloana, to sprawa już się zaczęła. Zaczęła się w laboratorium doktora Dabbe 

w  środę  po  południu.  W  tym  dniu,  kiedy  był  tam  doktor  Writtle  i  kiedy  Crosby'e-mu  zrobiło  się 

słabo: nic dziwnego, że wolał o tym zapomnieć. 

 

- W środku nocy - powiedział patolog. - Czego pan jeszcze chce, Sloan? 

W danym przypadku inspektor Sloan chciał więcej od bezstronnej nauki - dużo więcej niż 

stwierdzenie, kiedy nastąpiłaby śmierć Billa Fenta, gdyby nie było wypadku samochodowego. 

-  Przede  wszystkim  chciałbym  wiedzieć  dokładnie,  co  Fent  zażył  -  nalegał  -  i  w  jakiej 

postaci. - W tym momencie stwierdził z zadowoleniem, że Crosby powoli prostuje się na krześle i 

odzyskuje świadomość. 

- Tu mamy coś, inspektorze. - Doktor Writtle chwycił dwie mniejsze butelki i pchnął je po 

stole laboratoryjnym w kierunku żołądka i wątroby, które przyprawiły o mdłości Crosby'ego. - To 

powinno nam powiedzieć, co spowodowało śmierć. 

Obie  butelki  były  z  ciemnego  szkła.  Sloan  zauważył  z  ulgą,  że  zawierały  tylko  jakiś 

proszek. Nawet Crosby  będzie mógł chyba spojrzeć na nie spokojnie. - Jak je nazwiemy? Doktor 

Dabbe uśmiechnął się. - Jak się panu podoba: 

Gog i Magog? - zaproponował. 

- Antymon i Kleopatra? - rzucił doktor Writtle z przebiegłym uśmiechem. 

- To nie tak - sprostował Sloan - to znaczy nie nazywał się antymon. 

- Niestety nie - powiedział z żalem analityk. - Ale byłby dobry kalambur, gdyby tak było. 

Nie, to, co znaleźliśmy, to jakiś barbituran... 

-  Ferdynand  i  Izabella  -  wtrącił  doktor  Dabbe,  nie  pozwalając  sobie  przerwać.  -  Jestem 

pewien, że byli do siebie podobni. 

- Paweł i Gaweł - zaproponował Crosby. Wróciły mu normalne kolory. 

-  Jeden  z  kwasowych  barbituranów  -  powiedział  doktor  Writtle.  -  To  znaczy  żadna  sól 

sodowa. 

Sloan czekał na wyjaśnienia. 

Analityk wskazał na obie butelki. - Te kryształki zostały wyekstrahowane mieszaniną eteru 

i chloroformu. Jeśli sporządzimy roztwór wodny osadu jednej z nich... 

- Gog - powiedział Dabbe. 

- I następnie - ciągnął dalej Writtle - dodamy jedną kroplę odczynnika Miliona, otrzymamy 

biały galaretowaty osad, co jest dowodem obecności barbituranu. 

background image

-  Pozytywnym  dowodem?  -  zapytał  Sloan.  Słowa  “dowód”  używano  zawsze  bardzo 

dowolnie.   

- Będzie uznany przez sąd - zapewnił doktor Writtle -jeśli to miał pan na myśli. Zwłaszcza 

razem z drugim... 

- Magog - dopomógł doktor Dabbe. 

-  Kiedy  osad  z  tej  drugiej  rozpuścimy  w  chloroformie  -  kontynuował  analityk  -  i  dodamy 

jednoprocentowe-go roztworu octanu kobaltu, otrzymamy ciemnofiołkową barwę. 

-  “Rosa,  co  na  fiołku  gości  -  szepnął  doktor  Dabbe  poetycznie  -  blasku  oczom  twym 

zazdrości”. Sir Walter Scott, zapomniany poeta. 

Crosby  natychmiast  się  ożywił.  -  “Róże  są  czerwone,  niebieskie  są  bzy,  cukier  jest  słodki 

i...” 

Pochwycił spojrzenie Sloana i głos mu zamarł. 

- W jaki sposób barbituran został podany? - odważył się zapytać Sloan. 

Z  Crosbym  może  załatwić  sprawę  później  i  załatwi  to,  ale  cóż  może  zrobić  zwykły 

inspektor z patologiem sądowym o dziwnym poczuciu humoru? 

- W jakiej postaci chemicznej, myśli pan? Prawdopodobnie w roztworze. - Sloan stwierdził 

z  zadowoleniem,  że  przynajmniej  analityk  z  Wydziału  Spraw  Wewnętrznych  nadal  myślał  o 

sprawie.  -  Mogła  to  być  bardzo  łatwo  rozpuszczalna  pastylka  bez  osłony,  ale  nie  sądzimy. 

Najważniejsze, że nie była to kapsułka. 

- Szukaliśmy jej - dopowiedział Dabbe. 

-  Nie  było  żadnego  śladu  kapsułki  -  wyjaśnił  doktor  Writtle.  -  Nigdzie  w  przewodzie 

pokarmowym nie było żelatyny. 

- I nie mogła się zbyt daleko oddalić - dodał wesoło doktor Dabbe. - W tak krótkim czasie. 

- A więc, panowie - powiedział Sloan. - Czas. Kiedy... 

Doktor Writtle przerzucał jakieś papiery. - Nie jest wcale łatwo powiedzieć, zwłaszcza jeśli 

substancja została podana w roztworze... 

-  I może w czymś,  co popijał bardzo powoli - wtrącił doktor Dabbe  - od czasu do czasu  - 

powiedzmy w likierze -w ciągu pół godziny lub dłużej. 

- Lecz gotowi jesteśmy posunąć się do tego, inspektorze , żeby powiedzieć - dodał Writtle - 

ż

e nie zostało to... e... zażyte sporo przed ósmą lub o wiele później niż jedenasta. 

Sloan  zapisał  to  i  zanotował  numery  laboratoryjne  butelek,  a  następnie  odwrócił  kartkę 

notesu. 

- Ten barbituran, czy było go dużo? 

- Właściwe pytanie - stwierdził Dabbe. 

background image

- Dosyć, aby mieć pewność, że nie doczeka rana -odpowiedział doktor Writlle. - Dam panu 

pełną analizę ilościową na piśmie. 

-  Dziękuję  panu,  doktorze  -  Sloan  spoglądał  to  na  jednego,  to  na  drugiego.  -  Sądzę,  że 

powiedzieli mi, panowie, wszystko, co muszę wiedzieć na początek, z wyjątkiem jednej rzeczy... 

- Co takiego? 

- Czy zażył to sam, czy też mu podano? 

- Drugie właściwe pytanie - zauważył doktor Dabbe. Writtle pogładził się po brodzie. - To 

już trudniej powiedzieć, inspektorze. 

- W każdym razie, to pana dziedzina, Sloan - rzucił doktor Dabbe złośliwie. - Nie nasza. My 

jesteśmy  tylko  skromnymi  wyrobnikami  prawa,  nieprawda,  Writtle,  od  wykonywania  cięższych 

prac w śledztwie i procesie. 

-  I  -  kontynuował  lakonicznie  Sloan,  nie  dając  się  odwieść  od  tematu  -  czy  jeśli  zażył  to 

sani, zrobił to celowo czy przez pomyłkę. 

- Ach - westchnął doktor Writtle w zamyśleniu. 

- Albo raczej, gdy już jesteśmy przy tym, panowie, czy ktoś podał mu to przez pomyłkę. 

- Tego również nie wiemy, prawda, doktorze - powiedział doktor Writtle. 

Patolog spojrzał na inspektora wzrokiem pełnym słodkiej niewinności. - My w ogóle bardzo 

mało wiemy. 

-  Słyszałem  o  przypadkach  -  powiedział  stanowczo  Sloan  -  kiedy  osoba,  która  wzięła 

proszek  nasenny,  jest  po  nim  nieco  zamroczona  i  nie  pamięta,  czy  wzięła  ten  proszek,  czy  nie, 

wobec czego bierze następny. 

- Automatyzm - orzekł Writtle. - Tak się to nazywa. 

-  I  po  tym  zażywa  jeszcze  jeden  proszek  -  zgodził  się  doktor  Dabbe  -  aby  być  zupełnie 

pewna, że wzięła swoją dawkę. To się zdarza. 

- Nie jest to typowe, ale zdarza się, gdy pacjent leży już w łóżku lub ma się zaraz położyć - 

zaznaczył doktor Writtle. - W każdym razie nie tuż przed jazdą samochodem. 

- Nie wiedział, że będzie musiał wyjechać - poinformował go Sloan zamyślony. - Czy mam 

teraz zabrać z sobą te butelki, doktorze? 

-  Te  tutaj?  O,  nie,  inspektorze.  To  tylko  połowa  tego,  co  zrobiliśmy.  Resztę  na  razie 

zatrzymujemy. 

- Dla obrońcy - dorzucił Writtle. 

Doktor  Dabbe  skinął  ręką  w  stronę  kolekcji  słoi  z  próbkami  na  laboratoryjnym  stole. 

Powiedział teraz z całą powagą: - Ale ten barbituran, Sloan... 

- Tak? 

background image

-  Powiedziałbym,  że  mógłby  stanowić  “zabójczą  rzecz”,  jak  to  określa  ustawa.  -  Doktor 

spojrzał na niego.   

Dla zupełnej pewności potrzeba panu teraz tej części o “premedytacji”. 

W pół godziny po wyjściu z kościoła najważniejsi żałobnicy powrócili do Strontfield Park. 

W  ciągu  tego  czasu  trumna  została  spuszczona  do  grobu,  proboszcz  odmówił  egzekwie  i 

samochody z pogrzebu przejechały z powrotem przez miasto. Kiedy przejeżdżały, Herbert Kelway 

podniósł żaluzje w swoim sklepie i wrócił do pracy. 

Obowiązki wdowy nie skończyły się po powrocie do domu. 

Pani Fent zapewne najbardziej pragnęła zamknąć się w swoim pokoju, ale nie powiedziała 

tego  nikomu.  Krążyła  powoli  wśród  obecnych  odpowiadając  grzecznie  na  życzliwe  kondolencje. 

Twarz  jej,  zawsze  blada,  teraz  była  prawie  bezbarwna.  Miała  na  sobie  luźną  płócienną  suknię 

koloru  ciemnoszarego,  harmonizującą  z  jej  kruczymi  włosami,  lecz  bardzo  podkreślającą  bladość 

twarzy.  Mimo  niezbyt  wysokiego  wzrostu  jej  postać  wysuwała  się  na  pierwszy  plan,  bo  wszyscy 

cofali się nieco, kiedy przechodziła. 

Jak  królowa  na  scenie  -  pomyślała  mimo  woli  Annabel  Pollock,  wycofując  się  do  jadalni. 

Milly  Pennyfeather  przygotowała  tam  zimną  przekąskę  dla  tych,  którzy  by  mieli  na  to  ochotę. 

Annabel,  chcąc  znaleźć  sobie  jakieś  zajęcie,  to  poprawiła  ułożenie  jakiejś  serwetki,  to  przesunęła 

widelec i gorączkowo liczyła talerze, choć właściwie nie było tu już nic do zrobienia. 

Po  chwili  jednak  wróciła  do  salonu  kierowana  poczuciem  obowiązku.  Trzeba  tam  było 

zająć  się  krewnymi  i  pocieszyć  Nanny  Vickers.  Nie  lubiła  ona,  kiedy  wychowankowie  wymykali 

jej się z rąk nawet jako dorośli ludzie. 

- Już raz myślałam, że go stracę, kiedy miał krup -pochlipywała - ale wyciągnęłam go jakoś. 

Potem przechodził świnkę i koklusz. Pani też była, zawsze chorowita. 

Chyba dlatego, że pani się urodziła i wychowała w Indiach. 

- Wiem - usprawiedliwiała się Annabel. - Tyle lat w takim upale. 

-  Kiedy  odchodziłam,  był  wspaniałym  chłopcem.  -W  pojęciu  Nanny  Vickers 

niebezpieczeństwa  życiowe  mijały  na  ogół  z  ukończeniem  dwunastu  lat.  -  Nigdy  nie 

przypuszczałam, że go zobaczę w takim stanie. 

- Nikt z nas nie przypuszczał - potwierdziła Annabel. 

-  Samochody!  -  sarknęła  Nanny  Vickers.  --  Lepiej  by  było,  gdyby  ich  nigdy  nie 

wynaleziono. 

- Amen - powiedziała Annabel i poszła porozmawiać z ciotecznym dziadkiem George'em. 

Ten  żwawy  osiemdziesięciolatek  opuścił  pensjonat,  gdzie  mieszkał  sobie  spokojnie  i  wygodnie, 

aby być na pogrzebie w Constance Parva. Matki Annabel i Billa były jego siostrzenicami. 

background image

- Moja droga, dlaczego musiał to być właśnie Bili? Taki młody jeszcze i życie stało przed 

nim otworem. Annabel pokiwała smutno głową. 

-  A  ja  -  ciągnął  dalej  dziadek  George  -  bezczynny,  niepotrzebny  nikomu,  żadnemu 

człowiekowi ani zwierzęciu, przy moich osiemdziesięciu latach - czy wyglądam na to? - zdrów jak 

ryba.  Mój  lekarz  mówi  -  dodał  z  wyraźną  satysfakcją  -  że  będą  musieli  w  końcu  dobić  mnie 

siekierą. Panna Pollock uśmiechnęła się blado i poklepała go po ramieniu. Zauważyła już dawniej, 

ż

e bardzo starzy ludzie przyjmują śmierć lepiej, niż można by przypuszczać -w każdym razie lepiej 

niż młodzi - cudzą śmierć naturalnie, nie perspektywę swojej własnej. 

Podeszła  z  uprzejmości  do  kuzynki  Hettie,  dalszej  krewnej,  która  przyjechała  na  pogrzeb 

autobusem  i  taksówką  z  jakiegoś  śmiesznie  odległego  kąta  -  Almstone  lub  czegoś  podobnego  -  i 

która  teraz  będzie  musiała  pojechać  tam  z  powrotem.  Annabel  wiedziała,  że  na  długo  przed  jej  i 

Billa urodzeniem została ona uwiedziona, po czym wycofała się w głąb lasów i poświęciła opiece 

nad zwierzętami. 

 

Nie odtrącały one nigdy ręki człowieka - zwłaszcza jeśli ta ręka je karmiła. Niestety, miała 

skłonności do sentymentalizmu. 

- Taki mity chłopiec - ubolewała. - Myślałam, że przeżyje z Helen wiele szczęśliwych lat, a 

ty? Annabel przytaknęła smutno. 

- Pamiętam dobrze ich ślub. Wydawali się doskonale dobraną parą - a teraz to. I w dodatku 

bezdzietni. Jaka szkoda! 

- Tak - powiedziała Annabel ze stoicyzmem. Może jeśli ona będzie wysłuchiwała kuzynki 

Hettie, zaoszczędzi tej przykrości Helen. 

- Ty byłaś druhną, kochanie, prawda? Pięknie wyglądałaś w niebieskiej sukni. Nigdy tego 

nie  zapomnę.  Helen,  jak  widzę,  jest  dziś  ubrana  na  szaro.  Wiem,  że  jestem  staromodna,  ale 

chciałabym widzieć wdowę przynajmniej w czerni. Nie jest już tak, jak było, wiesz, kochanie. Za 

moich młodych lat wdowa musiała... 

Annabel  w  zdecydowany  sposób  skierowała  rozmowę  na  zwierzyniec  kuzynki  Hettie. 

Widziała  kącikiem  oka,  że  Helen  rozmawia  z  panem  Puckle'em,  doradcą  prawnym  rodziny,  a  na 

Quentina przyszła kolej rozmowy z dziadkiem George'em. 

-  Wakacje  -  Quentin  mówił  tak  donośnie  do  dziadka,  że  słychać  było  jego  głos  w  całym 

pokoju. Dziadek był może zdrowy jak ryba, ale niewątpliwie równie głuchy. 

- Co takiego? 

-  Przyjechałem  na  wakacje  -  powtórzył  Quentin,  dodając  półgłosem:  -  a  tu  taki  straszny 

wypadek. 

background image

Annabel  Pollock  usłyszała,  co  mówi,  choć  dziadek  George  zapewne  nie.  Quentin,  jak 

zwykle, mądrzył się cudzym kosztem. 

- -Co takiego, mój chłopcze? - zapytał znów osiemdziesięciolatek. 

- Zawsze przyjeżdżam w sierpniu, dziadku. W sierpniu nikt nie kupuje obrazów. - Quentin 

Fent pracował w firmie handlującej dziełami sztuki, w dzielnicy West End. Był o kilka lat młodszy 

od Billa i nieco afektowany. 

-  Myślałem,  że  w  twoim  wieku  wolisz  mieszkać  na  kontynencie  -  powiedział  dziadek 

George. 

- Nie mogę sobie na to  pozwolić - odrzekł Quentin z ujmującym uśmiechem, który nieraz 

już pomógł mu sprzedać obraz wahającemu się klientowi. 

- Jesteś jeszcze nieżonaty? - zapytał staruszek z bezpośredniością właściwą jego wiekowi. 

- Jeszcze nie. Ojciec damy... ech - nie chce mnie. 

- Myślałem, że teraz nikt go już o to nie pyta - mruknął starszy pan. 

-  On  -  to  Spółka  Battersby's  Bearings  -  mruknął  Quentin,  jakby  to  wyjaśniało  wszystko.  - 

Jacąueline jest jego jedyną córką. 

Dziadek George słyszał  o tym. - Ach, on pewnie myśli, że  Botticelli to rodzaj sera i że ty 

nie znasz się na niczym. 

- Aha, właśnie - przytaknął Quentin ponuro. - Jest jeszcze coś. On sam zaczynał bez grosza. 

Teraz wydaje mu się, że każdy, komu trzeba więcej niż pens, żeby zacząć karierę, jest do niczego. 

Staruszek mruknął bez współczucia: - Za moich młodych lat miałbyś... 

- Miałbym więcej możliwości - ciągnął dalej Quentin -gdybym nie próbował zmienić koła, 

kiedy złapałem gumę jadąc z Jacąueline w zeszłym miesiącu... 

- Zepsułeś wszystko, prawda? - wtrącił bez zdziwienia. 

-  Lewarek  się  wyśliznął  -  Quentin  opuścił  kąciki  ust  w  płaczliwym  grymasie.  -  Musiałem 

wzywać  pomoc  drogową.  To  mnie  też  trochę  kosztowało.  Ale  najgorsze,  że  pożyczyliśmy  wóz 

starego bez jego wiedzy. 

Dziadek George burknął: - A więc skończyło się na Strontfield Park? Zamiast Florencji... 

-  Chcę  zachować  kontakt  z  rodziną  -  powiedział  Quentin,  jakby  się  trochę 

usprawiedliwiając  -  i,  proszę  mi  wierzyć,  wolałem  to  zrobić  w  lecie.  -  Rozejrzał  się  po  dużym, 

chłodnym salonie. - Nie dla mnie Boże Narodzenie na wsi. Nie uwierzyłbyś, jaki chłodny robi się 

ten pokój w zimie. 

-  O,  tak,  wiem  -  warknął  cierpko  starszy  pan.  -  Nie  zapominaj,  że  znałem  ten  pokój  dużo 

wcześniej niż ty. Przyjechałem tu po raz pierwszy, kiedy moja siostrzenica, Mary, wyszła za ojca 

Billa. Przed wojną. A w dodatku wtedy paliło się tylko węglem. 

background image

Quentin  usiłował  to  załagodzić.  -  Przepraszam.  Z  pewnością  tak.  Wtedy  musiało  być 

jeszcze gorzej. - Szybko skierował rozmowę na inny temat. - To okropne, że coś takiego zdarzyło 

się podczas wakacji - to znaczy, że Bili zginął. Strasznie miły był chłop. 

- Solidny jak skała - powiedział dziadek George drżącym starczym głosem. 

- Szczery jak złoto - uzupełnił Quentin, dodając sotto voce - i umarł. - Odszedł od staruszka 

i zbliżył się do pani Fent. 

- Helen, chwileczkę! Chciałbym cię o coś zapytać. O coś ważnego. 

- Co takiego? - Helen skończyła swoją wędrówkę wokół salonu. Stała teraz przed zegarem 

kafelkowym,  dumą  i  radością  zmarłego  męża,  i  wciąż  rozmawiała  z  panem  Puckle'em.  Mimo 

upalnego dnia sprawiała wrażenie chłodnej i myślami nieobecnej. Zwilżyła językiem suche wargi i 

odezwała się bez zainteresowania, jak do dziecka; -Chciałeś czegoś, Quentin? 

- Tak. Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego policja była na pogrzebie? 

- Policja na pogrzebie? - powtórzyła Helen siadając nagle na kanapie. - Naprawdę? 

W salonie w Strontfield Park wszyscy przerwali rozmowy. 

- Dwaj policjanci - powiedział Quentin. 

- Pamiętaj, że Bili był ławnikiem - wtrąciła szybko panna Pollock. - Pewnie dobrze go znali. 

Twarz pani Fent się rozjaśniła. - Ach, to był z pewnością inspektor Bream z Calleford. 

-  To  nie  on.  -  Quentin  potrząsnął  głową.  -  Miałem  na  myśli  policjantów  w  cywilu  z 

Berebury. Siedzieli w tyle kościoła. , Milczenie w pokoju stało się teraz bardziej zauważalne. 

- Skąd wiesz? - zapytała Helen spieczonymi ustami. 

- Byli na przesłuchaniu. Ci sami. Tam także siedzieli z tyłu. Spytałem wtedy pana Puckle'a, 

kto to jest. 

- Więc kto to był? - spytała Annabel z zapartym tchem, wśród ogólnej ciszy. 

Pan Puckie odchrząknął. - Inspektor Sloan i jakiś młody konstabl, panno Pollock. Nie znam 

jego  nazwiska.  Zajęcia  w  sądzie  zostawiam  teraz  przeważnie  moim  młodszym  wspornikom. 

Wskutek tego nie mam teraz... hm... kontaktów z policją. 

- A więc wcale nie z Calleford? 

- O, nie - powiedział radca. - Inspektor Sloan jest szefem Wydziału Śledczego w Berebury. 

Nie jest to, co prawda, duży wydział. Wszystko  o większej... ech... wadze kryminalnej kierowane 

jest do Okręgowej Komendy Policji w Calleford. - Odwrócił się, kiedy usłyszał jakiś cichy odgłos, 

który wydała Helen Fent. - Ale nie sądzę, aby... 

Helen nie słyszała już, co mówi. 

Zemdlała. 

 

background image
background image

Rozdział VI 

Po pogrzebie Renville'owie namówili Cynthię Paterson, aby poszła do nich na śniadanie. 

-  Będzie  bardzo  lekkie  -  Ursula  Renville  wykonała  swymi  długimi  delikatnymi  palcami 

nieokreślony  gest  w  powietrzu.  -  Tylko  zupa  i  zimne  mięso.  Przygotowałam  wszystko  przed 

wyjściem. Sądziłam, że nie będziemy głodni po tym wszystkim... 

- Wiec... 

-  Ale  jest  dużo  wszystkiego,  Cynthio.  Chodź,  proszę,  -Zadrżała  lekko  mimo  upału.  - 

Richard musi potem wrócić do biura. Chodź i zostań ze mną trochę. 

- A co z profesorem Berty? Czy nie powinnam zobaczyć, czy... 

-  Zajmują  się  nim  Washby'owie.  -  Pani  Renville  rozejrzała  się  nieuważnie  w  koło.  - 

Veronica mi powiedziała. I zabierają go potem z powrotem do Cleete. 

- Dobrze - zdecydowała się Cynthia. - Bardzo się cieszę. Wyprowadzę tylko psa na chwilę i 

przyjdę.  Aha,  Ursula,  czy  to  wezwanie  Paula  Washby  w  sobotę  wieczór  to  było  coś  poważnego? 

Nie słyszałam, aby ktoś był naprawdę chory. 

Ursula  uśmiechnęła  się  pobłażliwie  do  swojej  przyjaciółki.  -  Cynthio,  kiedy  przestaniesz 

być  córką  proboszcza.  Cokolwiek  to  było,  nie  ma  już  potrzeby,  abyś  pędziła  tam  i  zanosiła 

galaretkę z nóżek cielęcych. 

- Sądziłam tylko, że ty wiesz - powiedziała łagodnie Cynthia. - To wszystko. 

-  Prawdę  powiedziawszy,  wiem.  -  Pani  Remrille,  podobnie  jak  każda  inna  kobieta,  nie 

mogła  się  oprzeć  wyzwaniu,  że  mogłaby  o  czymś  nie  .wiedzieć.  -  Wspomniała  o  tym  Veronica 

Washby, bo to wszystko było takie dziwne. 

Zastanawiam się - dodała bez związku - dlaczego galaretka z nóżek cielęcych ma być taka 

dobra dla chorych? 

- Co było dziwnego w tym wezwaniu? i 

- Wszystko. - Ursula nie dawała się odwieść od tematu - Może mają dużo witamin. 

- Co ma dużo witamin? 

- Nóżki cielęce.   

Cynthia chciała się dowiedzieć szczegółów o rozmowie telefonicznej Paula Washby.   

- A więc, przede wszystkim, wiesz, nie było to właściwie wezwanie. 

Cynthia powiedziała, że nie wie. 

Nie było to żadne wezwanie ani ustne, ani pisemne -wyjaśniała Ursula. - Teorie    dotyczące 

nowych sposobów porozumiewania się innych niż słowne - nie dotarły jeszcze do Constance Parva, 

co wcale nie przeszkadzało, że wiadomości rozchodziły się po miasteczku z szybkością światła. 

- A więc co? - nalegała cierpliwie Cynthia. 

background image

- Tylko coś w tej zabawnej automatycznej sekretarce, jaką teraz zainstalował u siebie doktor 

Washby.  Wiesz,  od  kiedy  Marjorie  odeszła,  to  już  zupełnie  nie  to  samo.  -  Przed  pojawieniem  się 

Marchmonta, cztery lata temu, Marjorie była sekretarką i aptekarką u starego drą Whittakera. 

- Ach - Cynthia sama nie próbowała wyrobić sobie zdania na temat automatu w gabinecie 

lekarskim, ale słyszała o tym od wielu osób. - Nie można już teraz zastać przy telefonie w sobotę 

po południu tej dziewczyny, Jean Jak -jej -tam, która tam urzęduje. 

-  A  więc  -  powiedziała  Ursula  -  zanim  wyjechali  ze  Strontfield,  Veronica  zadzwoniła  do 

domu, aby zapytać automat, czy były jakieś zlecenia.-.. 

-  I  automat  powiedział  “tak”.  -  Cynthia  skończyła  za  nią  zdanie.  -  Byłam  tam  także,  moja 

droga. 

-  Oczywiście  -  powiedziała  Ursula  z  niewzruszonym  spokojem.  -  Zapomniałam.  Na  czym 

stanęłam? 

- Mówiłaś mi o wezwaniu dla Paula. 

-  Ach,  tak.  Automat  powiedział,  że  zasłabł  ktoś  przy  Copway  Street  w  Cullingoak  -  tylko 

było to trochę niewyraźne - i żeby doktor poszedł tam, gdy wróci. 

- Nie mogło to być zatem bardzo pilne. 

-  O,  nie.  Paul  podaje  do  automatu  numer  telefonu,  pod  jakim  będzie,  aby  pacjent  mógł 

zadzwonić bezpośrednio, gdy jest coś pilnego. Wiem o tym, bo Veronica tego nie lubi. Oznacza to, 

ż

e każdy mieszkaniec miasta może zadzwonić i dowiedzieć się, gdzie spędzają wieczór. 

- Biedna dziewczyna - powiedziała oschle panna Pa-terson. - Wyobraża sobie wciąż, że bez 

tego by nie wiedzieli? 

- Pochodzi z Londynu. Zdaje mi się, że jeszcze niezbyt wiele wie o życiu na prowincji. To 

były  błyskawiczne  konkury,  nie  zapominaj.  W  każdym  razie,  kiedy  doktorostwo  dojechali  do 

Cullingoak - nie jest to zresztą dalej od Cleete... 

- Akurat przeciwny kierunek. 

- Paul - jak mówiła Veronica - nie mógł znaleźć tego miejsca. Zastukał do pani MacArthur 

na poczcie, ale ona nie słyszała, aby ktokolwiek był chory. 

-  Ona  zwykle  wie  -  przytaknęła  Cynthia  z  uznaniem  dla  wiarygodnego  zazwyczaj  źródła 

informacji. 

-  Ale  tym  razem  nie  wiedziała.  Paul  szukał  przez  chwilę,  ale  wszędzie  było  cicho  i 

spokojnie. Żadnych specjalnie oświetlonych domów ani nic podobnego. Nie jest to właściwie teren 

jego praktyki, ale ma dwu pacjentów przy Copway Street. Obydwojgu nic nie było, więc wrócił z 

ż

oną do domu. 

background image

- Czy Paul nie przesłuchał jeszcze raz tego automatu, kiedy wrócili do domu? - dopytywała 

się inteligentnie Cynthia. 

-  Próbował  -  powiedziała  Ursula  -    ale  zdaje  się  biedna  Veronica  nie  nastawiła 

odpowiednio przełączników. 

- Musi się jeszcze wiele nauczyć, prawda? -wycedziła z ironią Cynthia. 

- Kiedy chciał posłuchać drugi raz, informacja zniknęła. Musiała ją skasować po pierwszym 

wysłuchaniu] w Strontfield. Podobno można. 

Wszystko  to  nie  daje  pewności.  Gdyby  doktor  był  mi  potrzebny,  chciałabym  móc    mu  to 

powiedzieć sama. 

Pani  Renville  popatrzyła  niemal  czule  na  chudą  postać  przyjaciółki.  -  Kiedy  ty  zechcesz 

wezwać  doktora,  kochanie,  będziemy  musieli  się  przygotować  na  następny  pogrzeb.  Należysz  do 

tych wytrzymałych. 

-  Nie  -  poprawiła  ją  Cynthia.  -  Jestem  po  prostu  staroświecka.  Ale  zapewniam  cię,  nie 

przekażę nigdy zleceń żadnemu automatowi. 

-  Są  tam  zawsze  rejestrowane  różne  dziwne  rzeczy  -powiedziała  tajemniczo  Ursula.  - 

Niekiedy bardzo; dziwne. 

- Założę się, że tak. 

- Mówią, że to chłopcy tak się bawią. 

- Na pewno - zgodziła się rzeczowo Cynthia. - Nie mają co robić wieczorami. 

- Chłopcy i głupi Matthew. Podobno bardzo mu się to podoba. Myśli, że doktor przez cały 

czas go słucha. Właściwie, skoro chłopcy się tym bawią, a Matthew jest zadowolony. .. Ach, to jest 

coś, czego nie należy robić, nieprawdaż? 

- Mianowicie? 

- Wyposażać martwy przedmiot w ludzkie cechy. 

- Muszę stwierdzić, że ten automat Paula nie wydaje mi się wcale martwy. 

- Nie, ale... 

Cynthia uśmiechnęła się. - Masz rację. Naprawdę, nie powinno się tak robić. 

-  Pamiętam  to  ze  szkoły.  Dziwne,  że  jedno  się  pamięta,  drugie  nie.  Ty  chyba  nic  nie 

zapomniałaś, Cynthio? 

- Nonsens. 

- Grecy mieli na to jakieś określenie, prawda? - upierała się Ursula. 

-  Antropomorficzny  -  uzupełniła  Cynthia  ze  znajomością  rzeczy  -  ale  nie  powinnaś  sobie 

zaprzątać tym głowy. 

background image

W  Strontfield  Park,  kiedy  Helen  Fent  zemdlała,  wezwano  do  niej  pospiesznie  z  Berebury 

doktor Harriet Baird. Annabel, pielęgniarka i kuzynka  Hettie, miłośniczka zwierząt, zajęły się nią 

do chwili przyjazdu pani doktor i w końcu udało się im nakłonić Helen, aby położyła się do łóżka. 

- Testament - zaprotestowała Helen słabym szeptem. -Pan Puckie miał go właśnie odczytać. 

-  Mężczyźni!  -  oznajmiła  energicznie  doktor  Baird.  -To  podobne  do  nich,  aby  chcieli 

odczytywać  testament  na  pogrzebie.  Moim  zdaniem  to  barbarzyński  zwyczaj.  Będą  musieli  po 

prostu zrobić to sami. Pani zostanie w łóżku. 

W  salonie  pan  Puckie  wygładził  leżący  przed  nim  gruby  dokument,  nie  żałując  wcale,  że 

wdowa była nieobecna. 

- Panie i panowie, postanowienia testamentu są zupełnie jasne - zaczął. - Sporządziłem go 

na zlecenie pana Fenta w związku z jego ślubem... to jest... zaraz, zaraz... 

- Osiem lat temu-powiedziała Annabel. -Ich małżeństwo trwało osiem lat. Byłam jeszcze w 

szkole. 

- E... właśnie. - Uwaga pana Puckle'a skoncentrowała się znów na testamencie. - Osiem lat. 

Działając  wówczas  za  moją  radą...  -  zatrzymał  się  na  chwilę  i  spoglądał  na  zebranych  sponad 

okularów: z pewnością osobna otchłań była zarezerwowana w piekle bezprawia dla tych, którzy nie 

słuchali  rad  pana  Puckle'a...  -  Pan  Fent  zgodził  się  na  wstawienie  zwyczajowej  “klauzuli 

commorientes”. 

- Com... co? - wtrącił Quentin. 

-  Commorientes  -  odpowiedział  z  naganą  pan  Puckie  -  to  forma  obecnie  powszechnie 

stosowana ze względu na wysoki podatek spadkowy. Jest to zastrzeżenie, że aby móc dziedziczyć, 

spadkobiercy muszą przeżyć testatora o trzydzieści dni. 

- Rodzina, która razem podróżuje, razem umiera -szepnął żartobliwie Quentin. 

Cała  postać  starego  prawnika  wyrażała  surową  dezaprobatę  dla  tej  uwagi.  Zaczął  czytać 

szeleszcząc papierem. - “Jest to moja ostatnia wola i testament mój, Williama Anstruthera Fenta ze 

Strontfield Park, Constance Parva, w hrabstwie Calleshire, Sędziego Pokoju...” 

Ktoś  w  salonie  westchnął  przeciągle.  Wydawało  się,  że  prawnik  zbliża  się  teraz  do  sedna 

sprawy. 

-  Jak  już  powiedziałem  -  ciągnął  dalej  pan  Puckie  -postanowienia  testamentu  są  zupełnie 

jasne.  Pewna  część  nieobciążonego  majątku  ma  być  oddana  w  powiernictwo  dla  zapewnienia 

dożywotniego dochodu... e... wdowie. 

- Biedna Helen - westchnęła kuzynka Hettie. 

background image

Pan Puckie, który nie lubił ani bezceremonialności, ani sentymentów, chrząknął rozmyślnie 

i  ciągnął  dalej:  -  Panna  Annabel  Pollock  otrzyma  połowę  majątku  zmarłego,  jaki  odziedziczył  po 

ś

więtej pamięci matce. 

- Moja siostrzenica, Mary - powiedział dziadek George grubym głosem. - Miła dziewczyna. 

Annabel spuściła głowę. - To bardzo ładnie z jego strony. 

-  Majątek  stanowiący  majorat  -  kontynuował  nieco  ceremonialnie  pan  Puckie  -  to  znaczy 

posiadana  nieruchomość,  dom  z  przyległościami  zwany  Strontfield  Park  i  reszta  dziedzictwa 

wymieniona  w  wykazie  wzmiankowanym  w  testamencie  świętej  pamięci  kapitana  Fenta,  który 

miał prawo do tej posiadłości za swego życia... 

-  Co  takiego?  -  dziadek  George  podniósł  zwiniętą  dłoń  do  ucha.  Słyszał  i  rozumiał  tylko 

pojedyncze słowa. - Co takiego? Mów wyraźniej, człowieku. 

-  Wydzielony  majątek  -  powiedział  prawnik  trochę  głośniej  -  przechodzi  -  zgodnie  z 

pierwotnym  aktem  ustanowienia  majoratu  na  tej  nieruchomości  -na  najstarszego,  żyjącego  syna 

Williama Fenta... 

- Ale oni nie mieli dzieci! - wykrzyknęła Annabel. 

- W braku żyjącego męskiego potomstwa - kontynuował surowo pan Puckie - przechodzi na 

najbliższego męskiego dziedzica prawnego testatora. 

Dziadek  George  wskazał  kościstym  palcem  na  Quenti-na.  -  Sądzę,  że  będzie  to  ten 

młodzieniec. 

-  Ja  też  tak  sądzę  -  potwierdził  prawnik  sucho  -  lecz  musi  to  zostać  formalnie  ustalone, 

zanim otrzyma posiadłość. 

-  Mój  ojciec  -  powiedział  Quentin  nie  zwracając  się  do  nikogo  bezpośrednio  -  był 

młodszym bratem ojca Billa. 

- Tak jest - powiedział pan Puckie wracając do testamentu. - Muszę wyraźnie podkreślić, że 

własność  przechodzi  na  podstawie  pierwotnego  aktu  -  to  znaczy,  że  nie  może  być  sprzedana  ani 

przekazana  w  inny  sposób  bez  obopólnej  zgody  właściciela  i  jego  prawnego  spadkobiercy,  który 

musi  być  pełnoletni,  chyba  że  -  zdawało  się,  że  jego  prawniczy  umysł  machinalnie  wysuwa 

zastrzeżenie  -  chyba  że  mają  zastosowanie  postanowienia  Ustawy  Powierniczej  z  1921  roku  - 

odetchnął  i  podawał  dalsze  zastrzeżenia  -  lub,  powiedzmy,  jeśli  można  przyjąć,  że  dadzą  się  one 

zastosować. 

-  A  co  by  się  stało  -  chciał  się  dowiedzieć  Quentin  -gdybym...  no,  wie  pan...  gdybym 

wykitował w przeciągu trzydziestu dni? 

background image

- Ach - prawnik odchrząknął - gdyby pan został uznany spadkobiercą, a potem... hm... miał 

nieszczęść: e umrzeć w przeciągu trzydziestu dni od ostatniej soboty, byłby pan... hm - pan Puckie 

szukał odpowiedniego wyrażenia i widocznie je znalazł - uznano by, że pan nie odziedziczył. 

- Co by się wtedy stało? - zapytał z ciekawością Quen-tin. - Nie znaczy to, że w tej chwili 

coś mi dolega, jestem w doskonałej formie. 

-  Majorat  przeszedłby  wtedy  bezpośrednio  na  najbliższego  prawnego  męskiego 

spadkobiercę, ktokolwiek by to był. 

- Hector Fent - podsunęła szybko Annabel Pollock. -Najmłodszy brat ojca Billa. 

- Jeśli jeszcze żyje - powiedział Quentin. 

-  Dlaczegóż  miałby  nie  żyć?  -  zapytał  radca.  -  Jeśli  był  najmłodszy  z  trzech  braci  tamtej 

generacji, nie byłby taki stary, nawet teraz. 

-  Bo  już  przed  wielu  laty  zeszedł  na  złą  drogę  -  zaskrzypiał  dziadek  George.  -  Nie  nasza 

gałąź rodziny - dodał z pewną dozą satysfakcji. 

-  Nigdy  go  nie  widziałem  -  powiedział  Quentin.  -  Po  wojnie  wyjechał  do  Australii. 

Hodowla owiec lub coś podobnego - mówił mój ojciec. Queensland, zdaje mi się. W każdym razie 

drugi koniec świata. 

-  Mimo  tego  -  mówił  dalej  radca  -  jeśli  jeszcze  żyje,  dziedziczyłby,  gdyby...  hm...  coś 

zdarzyło się obecnemu spadkobiercy. 

- A jeśli nie żyje? - zapytał z napięciem Quentin. 

-  Dziedziczyliby  jego  synowie,  o  ile  ich  ma.  -  Pan  Puckie  odchrząknął.  -  Nie  byłby  to... 

hm...  pierwszy  przypadek,  że  jakiś  młody  człowiek  na  farmie  owczej  w  Australii  staje  się 

właścicielem nieruchomości w Anglii. 

- A co by się stało,  gdyby  Hector umarł i nie pozostawił żadnych synów? - dociekał dalej 

Quentin. - Kiedy wyjeżdżał z Anglii, nie był żonaty. W każdym razie rodzinie nic o tym nie było 

wiadomo. 

-  Wówczas  -  powiedział  pan  Puckie  bynajmniej  nie  zbity  z  tropu  -  musielibyśmy  szukać 

synów  i  wnuków  braci  dziadka  pana  Fenta.  -  Spojrzał  na  Quentina  sponad  swoich  okularów.  - 

Zdaje pan sobie sprawę, panie Fent, że w każdym razie musimy zacząć ich poszukiwać. 

- O...? - Quentin zmarszczył brwi. - Dlaczego? 

- Jak to już wyjaśniałem, aby mógł pan sprzedać cokolwiek z tego majątku, konieczna jest 

zgoda następnego spadkobiercy. 

- Boże święty! - Quentinowi zabawnie zrzedła mina. -Nie pomyślałem o tym. 

W  Komisariacie  Policji  w  Berebury  inspektor  Sloan  zdawał  sprawozdanie  z  pogrzebu 

nadinspektorowi Leeye-sowi. 

background image

- Nie zauważyłem nic nadzwyczajnego. Byli tam wszyscy goście z przyjęcia i chyba prawie 

całe miasto. Wszyscy zgromadzeni zachowywali się poprawnie. 

-  Co  do  tego,  nie  mamy  złudzeń  -  warknął  zirytowany  Leeyes.  -  Ale  niech  pan  tylko 

pomyśli, co by się stało, gdyby zmarły nie miał tego wypadku samochodowego lub gdyby doktor 

Dabbe nie wykrył narkotyku. 

- Umarłby później - mruknął Sloan pod nosem. 

- Moglibyśmy nigdy się o tym nie dowiedzieć - oto, co by się stało - nadinspektor ciągnął 

dalej,  nie  zwracając  uwagi.  Były  dni,  kiedy  nie  czekał  na  odpowiedź  i  nie  słuchał,  gdy  mu  jej 

udzielano. - Co byłoby z nami wtedy? Powiedz mi, Sloan, powiedz, co by było? 

Sloan otworzył usta, żeby coś powiedzieć. 

- Narobilibyśmy sobie ładnego bigosu - powiedział Leeyes za niego. 

- A propos bigosu - Sloan skorzystał, jak mógł najszybciej, z maleńkiej przerwy. 

- Bigosu? - powtórzył Leeyes z rozdrażnieniem. - Kto mówił coś o bigosie? » 

- Pan mówił. 

- Co? Ach, tak, mówiłem. Więc co z tym bigosem? 

- Bigosu wprawdzie na  przyjęciu nie było, ale dowiedzieliśmy się czegoś interesującego o 

zupie. 

- Ach! 

-  Z  naszego  punktu  widzenia  -  pozwolił  sobie  wyjątkowo  na  ton  żartobliwy  -  zupa  tego 

wieczoru... hm.... była wspaniała. 

- Czy pan kpi ze mnie, Sloan? - Nadinspektor Leeyes podniósł wzrok pełen podejrzliwości. 

- Co było wspaniałego w tej zupie? 

-  Wszyscy  goście  na  przyjęciu  w  Strontfield  Park  w  sobotę  wieczór  -  dwanaście  osób  -  ją 

jedli. Nie mogło być nic złego w tej zupie. 

background image

Rozdział VII 

- Było jednak coś dziwnego z tą zupą - ciągnął dalej Sloan. 

- No, niech pan mówi wreszcie! Co takiego? 

- Była zimna. 

Leeyes skrzywił się. - To się zdarza także w naszej stołówce, Sloan. Wszyscy mają swoje 

złe dni. 

- Nie, nie to miałem na myśli. 

- Goście pewnie zbyt długo pili swoje sherry - powiedział z wyrozumiałością Leeyes - lub 

chcieli wypić jeszcze jedną szklaneczkę i gospodyni nie mogła ich na czas ściągnąć do jadalni. 

- Nie, proszę pana. Ta zupa nigdy nie była gorąca. 

- Nigdy nie była gorąca? Dlaczego? 

- To miała być zimna zupa - powiedział Sloan. 

- Zabawny pomysł. 

- Tak, proszę pana. Ja też nie mogę powiedzieć, żeby mi się to podobało. 

Leeyes zrobił srogą minę. - Co to była za zupa? 

- E, ogórkowa - wyjaśnił Sloan, dodając szybko -potem była pieczona korona z jagnięcia i 

coś, co się nazywa cremet. 

- A jak to jest po naszemu, Sloan? Ryba, mięso, drób czy smaczny wędzony śledź? 

- Budyń, proszę pana. 

- Wie pan coś o tym? 

- Nic, poza tym, że podano do tego maliny. 

- Dobrze, ale szkoda czasu na pytanie o to kucharki w naszej stołówce - poradził Leeyes. - 

Jeśli  nie  da  się  tego  wygotować  jak  podeszwę,  nie  będzie  wiedziała.  Zupa,  jagnię  pieczone  i 

cremets, to wszystko? 

- Były jeszcze sery dla tych, którzy mieli na nie ochotę. 

-  Myślę,  że  wszyscy  mieli  ochotę  po  takim  posiłku  -zauważył  nadinspektor,  który  bardzo 

dbał o swój przewód pokarmowy. - A pili? 

- Tak. 

Leeyes powiedział z przesadną cierpliwością: - Nie pytam, czy pili, ale co pili? 

Sloan  otworzył  swój  notes  i  przeczytał  uważnie:  -  Wino  zwane  Dienheimer  Falkenberg 

Spatlese 1964 Rhein-Hes-sen, jak przypuszczamy. 

- Jak pan się tego dowiedział? 

- Nie ja. - Sloan się zawahał. - Crosby. 

- Crosby? Jakim sposobem? 

background image

- Zdaje mi się - wyjaśnił skwapliwie Sloan - że było to we wtorek wieczór. 

- Co to ma wspólnego z... 

Zanim opróżniono pojemniki na śmieci. Leeyes wydał przeciągły pomruk. - Nie zabrał ich 

chyba. Nie żeby... 

- Pięć zielonych butelek - powiedział Sloan. - Wszystkie puste. 

- Bez nakazu sądowego? Sloan przytaknął. 

-  Kradzież  podczas  ciemności  -  wycedził  ponuro  Leeyes.  -  Czy  jego  matka  wie,  że 

wychodził? 

- Myślał, że to się może przydać. 

-  Tylko  tego  mi  brakuje  -  jęknął  nadinspektor.  -  Mój  policjant  przed  sędzią  za  kradzież 

podczas ciemności. 

- Nikt go nie widział - podsunął Sloan słabą pociechę. 

Leeyes  nie  przestał  lamentować.  -  Gdyby  się  o  tym  dowiedział  mój  dawny  sierżant, 

przewróciłby się w swojej urnie. _ 

- Powiedział, że przypadkiem wracał późno i pomyślał, że zobaczy, co się da zobaczyć. 

- Spodziewam się, że nie dał mu pan pozwolenia. 

- Nie, panie nadinspektorze. 

- Ten chłopiec ma wciąż jeszcze mleko pod wąsem. 

Sloan spojrzał w sufit i zauważył w zamyśleniu: - To jednak łatwiejsze, niż przeszukiwanie 

na kolanach całego miejskiego śmietnika przez połowę policji. 

Leeyes mruknął coś. 

-  Żeby  w  końcu  nic  nie  znaleźć  -  dodał  Sloan.  Nadinspektor  milczał  chwilę,  po  czym 

powiedział: -Sloan, co do tych pięciu zielonych butelek... 

- Tak? 

- Było w nich coś? 

- Tylko osad. 

- A w tym osadzie nic, co by mogło nam pomóc? 

- Nic. 

- Może coś na butelkach? 

- Myśli pan odciski palców? 

- Tak. 

- Zmarłego i inne, jeszcze nie zidentyfikowane. 

-  Będzie  pan  więc  musiał  wyznaczyć  Crosby'ego  dój  zbierania  dowodów  w  tej  sprawie, 

Sloan.  Zdaje  pan  sobie  sprawę  z  tego,  prawda?  Tylko  on  może  zeznawać,  skąd  pochodzą  te 

background image

butelki... Może nam się uda tym sposobem... w przeciwnym razie będą musiały zaginąć. Rozumie 

pan, Sloan? 

- Doskonale rozumiem. 

- A co z resztą posiłku - mruknął - jakim sposobem dowiedział się pan o tym? 

-  Pewna  młoda  osoba  była  zatrudniona  tego  wieczoru  w  Strontfield  Park  do  pomocy  przy 

zmywaniu. Nazywa się Millicent Pennyfeather. Crosby... e... zagadywał ją w tym tygodniu. 

-  Dobrze,  że  chociaż  się  nie  włamał  i  nie  wszedł,  żeby  zajrzeć  do  spiżarni  -  powiedział 

Leeyes. - To już coś. 

-  Jeśli  będzie  się  z  nią  częściej  spotykał  -  rzekł  Sloan  -to  jej  matka  zechce  jeszcze  się 

dowiedzieć, czy ma uczciwe zamiary. 

- Hej, hej, Ursula, gdzie jesteś? To ja, Marjorie. 

Pies dalmatyńczyk u stóp Ursuli poruszył się, podniósł pytająco swój rasowy łeb, po czym z 

powrotem zapadł w odrętwienie. 

-  Siedzimy  w  ogrodzie  -  odpowiedziała  Ursula.  -Chodź  tędy.  -  Ursula  i  Cynthia  Paterson 

piły jeszcze kawę w starej loggii w cieniu wistarii. - Takie jesteśmy rozleniwione. Nie ruszyłyśmy 

się krokiem od śniadania. 

-  Idę,  idę.  Ach,  tu  jesteście.  -  Marjorie  Marchmont,  tęga  i  bardzo  zgrzana,  obeszła  dom 

wokół. - Przypuszczałam że przy tym upale zastanę cię tutaj. 

- Chodź tu i usiądź. Pogrzeby są bardzo wyczerpujące -oświadczyła Ursula. - Kawy? 

-  Dziękuję.  Cześć,  Cynthio.  Nie  wiedziałam,  że  cię  tu  zastanę.  -  Marjorie  rzuciła  się  na 

jedno  z  trzcinowych  krzesełek  ogrodowych.  Ta  bez  mała  geodezyjna  konstrukcja  wykazywała 

większą  wytrzymałość  niż  niejedno  salonowe  krzesło.  Mimo  tego  skrzypiąc  ugięła  się  pod 

dodatkowym  ciężarem,  nim  się  do  niego  przystosowała.  -  Muszę  powiedzieć,  że  przyjemnie  jest 

znowu usiąść. Moje biedne kolana bolą mnie cały dzień. 

- Wcale się nie dziwię. Popatrz, ile one muszą dźwigać -powiedziała Cynthia ze szczerością 

przyjaciela. 

-  Daniel  nie  chciałby,  żebym  zeszczuplała  -  odrzekła  schylając  się  i  pocierając  bolące 

miejsce, - Teraz lepiej. Zdaje mi się, że będę musiała wziąć więcej tego twojego sławnego balsamu. 

- Proszę bardzo. - Uśmiechnęła się Cynthia. - Choć to ty przecież miałaś być farmaceutką. 

- Już nie jestem. Zapomniałam wszystko, co wiedziałam. Zresztą i tak nie wiem, z czego to 

robisz... 

- To sekret zawodowy. 

- W każdym razie - przyznała bez zapału Marjorie - ten balsam pomógł mi ostatnim razem. 

background image

-  Och,  te  twoje  wywary,  Cynthio  -  strofowała  Ursula  Renville.  -  Kilkaset  lat  temu 

zostałabyś spalona jako czarownica. 

-  Kilkaset  lat  temu  -  dodała  Marjorie  -  można  by  się  było  zastanawiać,  czy  nie  rzuciłaś 

klątwy na rodzinę Fentów. 

Cynthia podniosła wzrok. - W jaki sposób? 

- Oni mają wciąż ten sam kłopot w Strontfield Park. Kłopot, jaki mieli zawsze. 

- A co to takiego? - zapytała ostrożnie Ursula. Skojarzenia myślowe Marjorie były pozornie 

proste, ale trzeba było uważnie je śledzić. 

- Jak znieść majorat. Wrócili znowu do punktu wyjścia. Teraz, kiedy Bili umarł. 

- Zdaje mi się, że tak. - Cynthia Paterson w zamyśleniu popijała kawę. - Mogliby w każdym 

razie odnaleźć synów Hectora Fenta, o ile ich miał. 

-  Z  pewnością  miał  jakichś  synów  -  oświadczyła  Marjorie  z  przekonaniem  -  ale  czy 

kiedykolwiek poślubił ich matki, to już inna sprawa. 

- Miał jakiś interesujący błysk w oczach - stwierdziła nieoczekiwanie Ursula. - Uważałam 

go zawsze za najprzystojniejszego mężczyznę wśród moich znajomych. 

-  Może  żyje  jeszcze  -  powiedziała  Cynthja.  -  Nic  nie  wiadomo,  żeby  umarł.  Wiesz,  nie 

byłby jeszcze taki stary, nawet teraz. Mniej więcej w twoim wieku. A starszy od ciebie, Marjorie. 

- Ach - westchnęła pani Renville - ale żył prawdziwym życiem. 

- Doprawdy...? - Cynthia patrzyła ze zdumieniem na swoją przyjaciółkę. 

-  Przecież  Constance  Parva  to  nie  jest  życie.  -  Postawiła  filiżankę  z  kawą  na  prostym, 

drewnianym  stole.  -  Nie  znaczy  to,  że  jestem  niezadowolona,  nic  podobnego,  i  bardzo  jestem 

przywiązana do Richarda, ale to nie jest życie przez duże “Ż”, prawda? 

Marjorie  wybuchnęła  śmiechem.  -Okazuje  się,  że  cię  nie  znamy.  Oto,  jak  się  zdradziłaś, 

marzysz  o  wysokim,  smagłym,  przystojnym  mężczyźnie,  hen,  daleko  w  Australii,  a  myśmy 

myśleli, że żadna siła nie wywlokłaby cię z tego miasta i od Richarda. 

- Cicha woda brzegi rwie - odpowiedziała z powagą Ursula. - Czy ktoś chce jeszcze kawy? 

- Naturalnie - powiedziała Cynthia, której myśli zaprzątała wciąż sprawa majoratu Fentów - 

gdyby Quentin i Hector - lub synowie Hectora, jeśli ich miał, a sam nie żyje 

- gdyby oni się porozumieli, rezultat byłby taki sam jak w przypadku Billa i Quentina. 

- Ale, jak słyszałam - powiedziała z naciskiem Marjorie 

- nic z tego nie wyszło. 

 

Po  rozmowie  telefonicznej  z  panem  Puckle'em  -  inspektor  Sloan  starał  się  wyjaśnić  całą 

sytuację nadinspektorowi Leeyesowi. Trwało to nieco dłużej. 

background image

- Chciałbym wiedzieć, Sloan - zapytywał ten szacowny pan - kto teraz dostanie posiadłość 

Strontfield Park? Ta nieruchomość musi mieć jakąś wartość. 

- Quentin Fent, kuzyn zmarłego. 

- A następnie? 

-  Synowie  Quentina,  jeśli  ich  będzie  miał.  Później  Hec-tor  Fent,  stryj  zmarłego.  Według 

ostatnich  o  nim  wiadomości  znajduje  się  gdzieś  w  lasach  Queensland.  Wyjechał  tam  po  wojnie. 

Prowadził  podobno  awanturnicze  życie  do  tysiąc  dziewięćset  czterdziestego  piątego  roku,  potem 

nie mógł się ustatkować. Wygląda na to, że jest czarną owcą. 

- Ha - wtrącił żywo Leeyes. - Pewnie został tam wysłany i był na utrzymaniu rodziny. 

- Nie jestem pewien. Istnieją wątpliwości, czy jeszcze żyje. 

-  Na  pewno  żyje,  Sloan.  Tylko  szlachetni  umierają  młodo.  A  niech  mi  pan  wierzy,  taki 

człowiek na cudzym utrzymaniu żyje dłużej niż inni. 

- Naprawdę? 

- Żadnych trosk - zauważył z cynizmem Leeyes. 

- Fen to wie mieli troski - powiedział Sloan. - Tyle zdołałem się dotychczas dowiedzieć. Jak 

mówi  radca  prawny  rodziny,  na  tym  majątku  od  bardzo  dawna  istnieje  jakiś  majorat.  Od  lat 

próbowali to znieść. 

- Próbowali, doprawdy? - Leeyes wyprostował się na krześle, zainteresowany. - Niech pan 

mówi dalej. 

- Jak się zdaje - Sloan zajrzał do swego notesu -potrzeba dwóch osób, aby znieść majorat. 

-  Do  kłótni  także  trzeba  dwóch  -  powiedział  Leeyes  podrażniony.  -  Wiem  o  tym.  Proszę 

mówić dalej. 

- Dziadek nieboszczyka zmarł, kiedy jego syn był jeszcze małoletni - to był ojciec kapitana 

Fenta -  a sam kapitan  Fent zginął na wojnie, kiedy  jego syn - to jest William Fent - nosił jeszcze 

krótkie spodenki... 

-  A  nieboszczyk,  nasz  William  Fent,  nie  miał  syna  w  ogóle,  tym  bardziej  pełnoletniego  - 

dokończył za niego nadinspektor. 

- Właśnie. A ten majorat może być zniesiony tylko za zgodą dwóch pełnoletnich. 

-  Niech  mi  pan  nie  mówi  o  zgodzie  pełnoletnich,  Sloan  -warknął  Leeyes.  -  To  mnie 

denerwuje. Pan wie o tym. 

-  Nie  wiem,  przepraszam  pana.  -  Odetchnął  głęboko  i  ciągnął  dalej:  -  Od  dłuższego  czasu 

Fentom potrzebny był dziedzic pełnoletni. 

Leeyes podskoczył. - A ten kuzyn... Quentin Fent... to on jest dziedzicem, prawda? 

background image

-  Myślę,  że  dziedzicem  z  mocy  prawa.  -  Sloan  zmarszczył  czoło.  -  Był  domniemanym 

dziedzicem, jak długo Bili Fent nie miał dzieci. Albo dziedzicem prawowitym. Nie jestem pewien, 

jakim. 

- Domniemany czy prawowity - powiedział stanowczo Leeyes - czyż nie jest pełnoletni? 

- Właśnie. 

- A więc... 

-  Otóż  to  nie  jest  interesujące...  e...  nie  chciał  się  zgodzić  na  zniesienie  majoratu. 

Nadinspektor spojrzał groźnie z drugiej strony stołu. 

- Wyjaśnijmy to dokładnie, Sloan. Coś uśmierca dziadka... 

- Zapalenie płuc. 

- I ojca. 

- Niemcy. 

- I naszego Williama Fenta. 

- Samochód. 

Leeyes nie zwrócił na to uwagi. Powiedział: - Zdarza się to wkrótce po tym, kiedy dziedzic 

domniemany lub tamto drugie... 

 

- Prawowity. 

- Prawowity... wkrótce potem, kiedy osiągnął pełnoletność. 

- Tak, panie nadinspektorze. 

- Jak długo potem? 

-  W  kilka  miesięcy.  Nie  pełnoletność,  ściśle  rzecz  biorąc.  Akt  ustanowienia  majoratu 

wyraźnie to określa, dwadzieścia jeden lat. 

-  Zupełnie  słusznie.  -  Nadinspektorowi  nigdy  nie  podobała  się  nowa  Ustawa,  że 

pełnoletność uzyskuje się już po skończeniu osiemnastu lat. - Co było dość dobre dla Normanów, 

jest dobre i dla mnie. 

- Dla Normanów? 

-  Nie  wiedział  pan  o  tym,  Sloan?  To  oni  podwyższyli  wiek  osiągnięcia  pełnoletności  na 

dwadzieścia  jeden  lat.  Z  piętnastu.  Rok  tysiąc  sześćdziesiąty  szósty  i  tak  dalej.  -Nadinspektor 

uczęszczał  na  kursy  wieczorowe  i  naszpikowany  był  wiadomościami  z  różnych  dziedzin.  - 

Normańskie  zbroje  i  normańskie  konie  były  zbyt  duże,  aby  mogli  się  nimi  posługiwać 

piętnastoletni  młodzieńcy  saksońscy,  i  dlatego  podniesiono  granicę  pełnoletności  do  dwudziestu 

jeden lat. 

background image

-  Naprawdę?  -  Sloan  wrócił  znów  do  swego  notesu.  Nadinspektor  i  koroner  mogą  sobie 

rozmawiać o podboju Normanów, ale wiele zdarzyło się od tego czasu, a on miał sporo pracy. 

- Zatem - zastanawiał się Leeyes - młody Quentin nie chciał zrzec się swoich praw. 

- Prosił o czas do namysłu, jak twierdzi pan Puckie. 

-  I  namyślił  się  przed  tym  nieszczęśliwym  wypadkiem?  -  dopytywał  się  z  sarkazmem 

nadinspektor. 

- Nie wiem, nie jestem pewien. 

- A więc niech się pan dowie, Sloan, niech się pan dowie. 

- Czy czujesz się teraz lepiej? - pytała serdecznie Anna-bel Pollock. - Przyniosłam ci trochę 

ś

wieżo zaparzonej herbaty. Uważałam, że będzie lepsza niż kawa. 

- Dziękuję ci. - Helen Fent wsparta na poduszkach odzyskiwała stopniowo kolory. - Czyż to 

nie idiotyczne z mojej strony? 

- Pewnie że nie - zapewniła życzliwie Annabel. 

- Nie mam pojęcia, co mi się stało. 

- To się mogło każdemu zdarzyć. Jest bardzo gorąco. Poza tym miałaś okropny tydzień. 

Helen  wypiła  łyk  herbaty.  -  Nie  mogę  uwierzyć,  że  to  dopiero  tydzień.  Wydaje  mi  się,  że 

wieki minęły od ostatniej soboty. 

-  Naprawdę?  -  Spojrzenie  Annabel  padło  na  puste  miejsce  w  małżeńskim  łóżku.  Zmieniła 

lemat.  -  Miła  ta  twoja  pani  doktor,  Helen.  Aha,  powiedziała,  że  powinnaś  zostać  w  łóżku  do  jej 

następnej wizyty. 

- Ale co z... 

- Zalecenia doktora - powiedziała Annabel. - Pielęgniarki nie mogą się im przeciwstawiać. 

- Ale pacjenci mogą - odparła krótko Helen. 

-  Jeszcze  jedną  filiżankę?  -  zapytała  pielęgniarka,  nie  zwracając  na  to  uwagi.  -  A  potem 

pomogę ci włożyć nocną koszulę i będziesz mogła naprawdę iść do łóżka. 

-  Nie  -  Helen  broniła  się  podciągając  pierzynę  pod  brodę.  -  Dziękuję  ci,  Annabel. 

Doskonale  sobie  sama  poradzę.  I  nie  chcę  widzieć  nikogo...  rozumiesz...  w  ogóle  nikogo.  Czy  są 

jeszcze tutaj? Ten tłum na dole... 

-  Wszyscy  wyjechali  z  wyjątkiem  Quentina.  Pan  Puckie  chce  się  z  nim  zobaczyć  w 

poniedziałek u siebie w biurze, dlatego ma cię zapytać, czy może jeszcze zostać, zamiast wracać do 

Londynu. 

-  Naturalnie.  -  Twarz  Helen  nabrała  dziwnego  wyrazu.  -  Musimy  porozmawiać  o  bardzo 

wielu rzeczach. - Quen-tin i ja. 

- Powiem mu. 

background image

- Ale nie chcę widzieć nikogo innego, rozumiesz? -dodała stanowczo. Chwyciła Annabel za 

ramię.  -  Naprawdę  nikogo.  Ktokolwiek  by  to  był...  Nie  wpuszczaj  nikogo  do  mnie  na  górę,  bez 

względu na to, co powie. 

background image

Rozdział VIII 

Herbata,  którą  pili  po  południu  inspektor  Sloan  i  konstabl  Crosby,  nie  miała  wiele 

wspólnego z tą, jaką podano pani Fent w Strontfield Park. Ciemny, silny napar indyjski z policyjnej 

stołówki  wcale  nie  przypominał  jasnobrązowej  herbaty  Lapsang  Souchong  o  lekko  smolistym 

zapachu,  jaką  przyniosła  do  sypialni  Annabel  Pollock.  I  bułeczki,  podane  policjantom  wraz  z 

herbatą, odznaczały się wielkością raczej niż smakiem. 

Sloan, żując, zastanawiał się nad jakimś sprawozdaniem. 

Crosby kończył rozmowę telefoniczną. - To był zakład pogrzebowy. 

- Co, Crosby? 

- Przepraszam, szpital. Oddział Intensywnej Opieki Medycznej, ściśle mówiąc. Tym razem 

połączyłem się z siostrą oddziałową. Żadnej zmiany. Exley jest nadal nieprzytomny. Żona jest już 

znów  u  niego.  Jej  siostra  opiekuje  się  dziećmi.  -  Wziął  bułeczkę,  spojrzał  na  nią  krytycznie,  a 

potem  ugryzł.  -  Zdaje  mi  się  -  powiedział,  kiedy  przełknął  jeden  kęs  -  że  kupują  te  bułeczki 

okazyjnie, od kolei. 

Na  biurku  Sloana  leżało  sprawozdanie  konstabla  Bar-grave'a,  który  był  stacjonowany-w 

Constance Magna, lecz podlegał mu duży rejon wiejski obejmujący również miasteczko Constance 

Parva. Konstabl Bargrave przeniósł starannie na papier wszystko, co wiedział o dwunastu gościach 

na przyjęciu. Nie była to pokrzepiająca lektura dla inspektora. 

-  Czy  zdaje  pan  sobie  sprawę,  Crosby,  że  połowa  uczestników  tego  przyjęcia  bez  trudu 

mogła mieć dostęp do barbituranów. 

- Począwszy od doktora Washby i jego żony - zgodził się Crosby. 

-  I  Annabel  Pollock,  która  jest  pielęgniarką  w  szpitalu  Świętego  Niniana.  -  Sloan  machał 

trzymanym  w  ręku  sprawozdaniem.  -  I  pani  Marjorie  Marchmont,  która  była  swego  czasu 

farmaceutką,  a  więc  także  przypuszczalnie  jej  mąż,  żeby  już  nie  wspomnieć  o  tej  ogrodniczce, 

pannie Paterson? 

- Panna Paterson? Jakim sposobem, szefie? 

- Zainteresuje pana pewnie wiadomość - powiedział poważnie Sloan - że panna Paterson ma 

w  mieście  wyrobioną  opinię,  jako  osoba  dobrze  się  znająca  na  lekach  zielarskich.  Sporządza  je 

sama, jak twierdzi Bargrave. 

Crosby zaczął liczyć na palcach. - Pozostaje profesor... 

- Który z pewnością mógł posiadać środki nasenne, przepisane przez swojego lekarza... 

- I Renville'owie - wyliczał Crosby. - Następnie młody Quentin Fent... 

- I wdowa - przypomniał mu Sloan. - Nie wolno o niej zapominać. 

- Ona jednak nic nie zyskuje, prawda? Wygląda raczej, że nawet straci teraz dom. 

background image

- Strzeżcie się wdów - powiedział odruchowo inspektor. - Ponadto, jak mówi pańska Milly 

Pennyfeather, zemdlała podobno, kiedy usłyszała, że policja była na pogrzebie. 

-  Upał?  -  poddał  Crosby,  który  dowiedział  się  o  omdleniu,  kiedy  krążył  wokół  Constance 

Parva tamtej nocy, aby wypytać Milly. 

- Upał był przez cały tydzień. 

- Pogrzeb? 

- Pogrzeb już się skończył. 

- Testament? 

-  Testament  był  sporządzony  już  osiem  lat  temu.  A  wdowa  musiała  wiedzieć  wszystko  o 

majoracie,  skoro  prawie  każdy  mieszkaniec  Constance  Parva  również  o  tym  wiedział.  W  każdym 

razie  pan  Puckie  przypomniał  jej  wcześniej  o  klauzulach  aktu  ustanowienia  majoratu.  Powiedział 

nam o tym. Okazało się, że już wcześniej je znała. 

-  Ja  bym  też  zemdlał  -  powiedział  Crosby  -  gdybym  sobie  uświadomił,  że  ten  długowłosy 

facet w wymyślnym krawacie handlujący obrazami... 

- Fular - powiedział Sloan z niesmakiem - lub żabot, w każdym razie coś w tym rodzaju. - 

Sam inspektor wychodził bez kołnierzyka i krawata jedynie w niedzielę rano do ogrodu, aby zająć 

się różami... i od kiedy się ożenił, wkładał do zajęć ogrodniczych przyzwoitą sportową koszulę. 

- Gdybym sobie uświadomił, że to on zbierze całą śmietankę - powiedział Crosby  - wcale 

by mi się to nie podobało. 

Sloan mruknął w zamyśleniu: - Musi być, mimo wszystko, bardzo zadowolony, że odrzucił 

propozycje  zmarłego  w  sprawie  zniesienia  majoratu.  W  przeciwnym  razie  mógł  był  wszystko 

stracić. 

-  W  obecnej  sytuacji  -  potwierdził  Crosby,  snując  tę  myśl  dalej  -  dostał  całą  forsę,  a  nie 

tylko to, co zmarły zechciałby mu dać. 

- Z wyjątkiem tego - przypomniał Crosby'emu inspektor, podobnie jak przedtem pan Puckie 

przypomniał  Quentinowi  -  że  jest  teraz  związany  dokładnie  tymi  samymi  warunkami,  jakie  w 

swoim czasie krępowały Williama Fenta. 

- Nie pomyślałem o tym. 

- Podejrzewam, że nasz Quentin także nie pomyślał -powiedział oschle Sloan. 

- A co z tym australijskim wujkiem? 

- Dowie się pan wszystkiego o nim, Crosby - rzucił szorstko Sloan. - Proszę wysłać prośbę 

o informacje do komisarza policji w Queensland. Gdzieś tam na końcu świata jest może następny 

męski spadkobierca po Quenti-nie Fencie. 

- Tak, proszę pana. 

background image

- I niech pan znajdzie kogoś, kto mógłby ze mną porozmawiać o tym planie rozbudowy, na 

który Fent nie mógł sobie pozwolić. Kogoś rozsądnego, kto będzie wiedział, o czym mówi. 

- Jeszcze coś? 

-  Tak,  jeszcze  mnóstwo.  Niech  pan  stara  się  złapać  tego  faceta  z  Wydziału  Spraw 

Wewnętrznych  i  dowie  się,  czy  ten  barbituran,  który  połknął  Fent,  mógł  być  sporządzony 

domowym sposobem - wie pan... “żabie oko, łapki jeża, psi pysk i puch nietoperza”.* 

- Co proszę? 

- Nic ważnego. Niech pan się tylko spyta. 

- Tak jest. 

- I Crosby... 

- Proszę? 

-  Co  jeszcze  w  tej  sprawie  wymaga  zbadania?  Twarz  Crosby'ego  wykrzywiła  się  w 

grymasie. 

-  No  dalej!  Jeszcze  coś,  co  pan  wyciągnął  od  swojej  przyjaciółki  Milly  Pennyfeather.  Nie 

pamięta pan? Coś o sobocie wieczór. 

Z twarzy Crosby'ego zniknął grymas, zastąpił go wyraz triumfu. - Rozmowa telefoniczna! 

-  Właśnie.  Musimy  się  dowiedzieć,  czy  ta  rozmowa  telefoniczna  była  zaaranżowana,  aby 

wyciągnąć Fenta 

W. Szekspir, “Makbet”, akt IV, scena 1, przekład Józefa Paszkowskiego.    w nocy w drogę, 

czy też była to rozmowa prawdziwa, a Bili Fent miał umrzeć o świcie w domu, w swoim łóżku. 

-  Ktoś  musiałby  zadzwonić  pod  numer  doktora  po  jego  wyjeździe  do  Strontfield  Park  - 

powiedział Crosby. 

- To dałoby się pewnie z łatwością zaaranżować. 

-  Tak.  Dałoby  się,  ale  -  Crosby  podrapał  się  w  głowę  -może  nie  był  to  jedyny  telefon  do 

doktora  na  taśmie.  Ktokolwiek  by  dzwonił,  ryzykowałby,  że  będą  tam  i  inne  rozmowy,  które 

pomogą nam dokładnie ustalić czas. 

- To prawda. Mimo wszystko mógłby pan dziś wieczór spytać Milly, czy widziała, że ktoś z 

gości lub rodziny wymykał się, aby skorzystać z telefonu w Strontfield Park. 

Crosby potrząsnął głową. - Pytałem o to. Widziała tylko jedną osobę, która wyszła z salonu, 

prócz Fentów, a mianowicie doktora Washby. Wszedł do kuchni i dał jej pastylki dla dziadka. Na 

serce. 

- Przed czy po kolacji? 

background image

- Przed kolacją. Ona wtedy  właśnie starała się ułożyć tę koronę z pieczonego jagnięcia na 

półmisku.  Miała  obydwie  ręce  zajęte.  Doktor  położył  więc  pastylki  na  kredensie  i  wrócił  do 

towarzystwa. 

-  Rozumiem.  -  Sloan  zapisał  coś  w  swoim  notesie.  -  Nie  posunęliśmy  się  wiele  naprzód, 

prawda? Nie wiemy, czy to Bili Fent miał być ofiarą. 

- Nie, nie wiemy. 

- Nie wiemy, czy telefon do doktora został zaaranżowany, żeby wyciągnąć Fenta z domu. 

- Nie wiemy. 

- Nie wiemy nawet, skąd pochodzą te barbiturany. 

-  I nie wiemy  - Crosby  uzupełnił tę listę kłopotów -w jaki sposób ten, kto to zrobił, podał 

mu truciznę. 

Sloan skrócił to w swoim notesie do jednego słowa “sposobność”. 

- Ani dlaczego. Tego też nie wiemy. 

- Był ławnikiem. Trzeba by sprawdzić, czy ktoś, na kogo wydał wyrok, nie zawziął się na 

niego. 

- Tak, szefie. 

-  I  dowiedzieć  się,  czy  ktoś  z  obecnych  na  tym  przyjęciu  nie  zażywa  stale  proszków 

nasennych. - Sloan próbował zanotować coś w swoim zeszycie, ale długopis nie pisał. Rzucił go na 

biurko.  -  Nie  wiem,  co  z  bułkami,  ale  pióra  dla  nas  kupują  pewnie  okazyjnie  od  urzędu 

pocztowego. 

Herbata, jaką podała Ursula Renville w willi King's Tree, była chińska i z pewnością lepsza 

niż ta, jaką nalewano z czajnika w policyjnej stołówce. Była to herbata Earl Grey. 

-  Naprawdę  bardzo  dobra  -  powiedziała  Mar  jorie  Mar-chmont,  która  zawsze  doceniała 

dobre jedzenie i picie. 

- Powinnyśmy już były dawno pójść - zauważyła Cynthia. 

- Nie, nie chodźcie jeszcze - prosiła Ursula. - Zostańcie obydwie. Czas nie będzie mi się tak 

dłużył do powrotu Richarda. 

-  Muszę  przyznać,  że  bardzo  przyjemnie  tutaj  w  cieniu.  -  Marjorie  oparła  się  o  krzesło  i 

sączyła powoli herbatę. -Daniel już wyszedł. Z powrotem do pracy, a potem na zebranie. 

-  Ciekawam,  co  będzie  teraz  z  tym  planem  rozbudowy  -zagadnęła  pani  Renville.  Nie 

groziło  jej  teraz,  że  opuszczą  ją  goście.  Obydwie  kobiety  usadowiły  się  na  dobre  w  loggii. 

Dalmatyńczyk poszedł spać. 

-  Zdaje  się,  Cynthio,  że  w  końcu  wygrałaś  swoją  batalię  przeciw  rozbudowie  naszego 

miasteczka - powiedziała Marjorie. 

background image

Cynthia  Paterson  potrząsnęła  przecząco  głową.  -  Teraz  chyba  zupełnie  przegrałam.  Młody 

Quentin nie wygląda mi na przywiązanego do tradycji. 

- Może uda mu się znaleźć Hectora Fenta - wyraziła przypuszczenie Ursula - i skłonić go do 

zrzeczenia się majoratu. 

- To pięknie, naprawdę - żachnęła się Marjorie. - Skoro sam nie chciał tego zrobić dla Billa, 

dlaczego miałby się spodziewać, że ktoś inny zrobi to dla niego? 

- Ponieważ Hector Fent - wyjaśniła rozsądnie Cynthia 

- o ile żyje - nie może się spodziewać, że sam zostanie spadkobiercą. 

- A Quentin zawsze miał jakaś szansę, czy tak? 

-  Tak,  przy  normalnym  biegu  wypadków.  -  Cynthia  zbyt  długo  znała  Marjorie,  aby  jej 

gadanie zbiło ją z tropu. 

- Wiesz przecież, że jest znacznie młodszy od Billa. 

-  Hola,  hola!  -  zawołała  energicznie  Marjorie.  -  Bili  był  dokładnie  w  moim  wieku. 

Bawiliśmy się razem. 

-  Pamiętam  -  uśmiechnęła  się  Cynthia.  -  Doskonale  przypominam  sobie  ciebie  z  tych 

czasów. Miałaś wtedy długie włosy. Warkocze sięgały ci do pasa. 

-  Teraz  mam  jeszcze  dłuższe,  tylko  tego  nie  widać  -powiedziała  z  satysfakcją  Marjorie.  - 

Nigdy ich nie ścinałam. Upinam je. 

-  Rozumiem  teraz,  że  Quentin  miał  powód,  aby  sprzeciwiać  się  zniesieniu  majoratu.  - 

Ursula myślała wciąż o Fentach. - Ale nie Hector. Gdyby jednak Hector miał synów? 

- Ach - powiedziała Cynthia - to byłaby zupełnie inna historia, chyba że... dopóki... 

-  Dopóki  Quentin  nie  będzie  miał  dwóch  synów  w  swym  kołczanie  -  odparła  za  nią 

Marjorie chichocząc z lekka. - To miałaś na myśli, Cynthio, prawda? 

- To by znów zupełnie zmieniło sytuację - potwierdziła z godnością Cynthia. 

- Dowiedziałam się tego na niedzielnej nauce religii -oznajmiła nieoczekiwanie Marjorie. - 

Tego, że pełen kołczan znaczy dużo dzieci. 

- Biblia o wszystkim mówi bez ogródek - skonstatowała Cynthia. 

-  Zastanawiam  się,  co  Helen  teraz  zrobi  -  przerwała  Ursula.  Kiedy  Cynthia  i  Marjorie 

zaczynały dyskusję, mogło to trwać godzinami. 

-  Jeśli ma  trochę  rozumu  -  oświadczyła  Marjorie  -wyniesie  się.  Nie  byłoby  jej  przyjemnie 

patrzeć, jak Quentin panoszy się w Strontfield. 

- Szkoda, że nie ma osobnego domu dla wdowy na dożywocie - zauważyła Ursula. 

-  Jest  jeszcze  domek  dozorcy  -  powiedziała  Cynthia.  -Stoi  pusty,  odkąd  zabrali  starego 

Fitcha. 

background image

Marjorie prychnęła pogardliwie: - Jest nieduży. 

- Jest dość duży dla jednej osoby - odezwała się Cynthia. - Jedna osoba nie potrzebuje dużo 

miejsca... Marjorie wybuchnęła śmiechem. - Nie w naszym domu, o nie. 

-  Powinnaś  jak  najprędzej  zrobić  coś  z  twoją  tuszą  -powiedziała  Cynthia,  patrząc  na  nią 

chłodno. - Krańcowości w przyrodzie są zawsze niekorzystne. Powinnaś o tym wiedzieć. 

- Ten plan rozbudowy - przerwała znów Ursula. - Jak myślicie, co się teraz stanie. Richard 

będzie oczywiście zainteresowany. 

- Nic - powiedziała szybko Marjorie. - Quentin nie będzie mógł sprzedać, a spółka nie chce 

dzierżawy. Sytuacja bez wyjścia. 

- Zapomniałaś o trzeciej możliwości - powiedziała 

Cynthia. 

Marjorie spojrzała wyzywająco. - Mianowicie? 

- Sam Quentin jako właściciel może coś zrobić. 

- Za co? - zapytała Marjorie. - Bez środków? 

-  W  tym  cały  kłopot,  Cynthio  -  wyjaśniła  Ursula.  -Wiesz,  Fentowie  nie  mają  dużo 

pieniędzy.  Nigdy  nie  mieli.  W  każdym  razie  nie  takie  pieniądze.  Utrzymanie  takiego  domu  jak 

Strontfield Park musiało pochłaniać każdy pens, jakim Bili dysponował. 

- Wiem - przyznała spokojnie Cynthia. - Nie myślałam o pieniądzach Fentów. 

- Chyba nie hipoteka - powiedziała Marjorie. - Wiem, że Bili próbował tego, sam mi mówił, 

ale ci wierzyciele hipoteczni, czy jak tam się nazywają... 

- Ja ich nazywam lichwiarzami - rzekła Cynthia - ale ja jestem przecież staroświecka. 

-  Więc  oni  -  powiedziała  Marjorie  nie  dając  się  zbić  z  tropu  -  nie  chcieli  tknąć  tego, 

ponieważ nieruchomość jest praktycznie niezbywalna. 

- Nie myślałam o hipotece - powiedziała Cynthia. 

- A o czym? - dopytywała się Marjorie. - Nie denerwuj nas. 

Cynthia oglądała koniuszki swoich palców. - Myślałam o Jacąueline. 

- A kto to jest Jacąueline? 

- Jacąueline, moja droga, jest dziewczyną Quentina Fenta, czy jak to się dziś nazywa. 

- I co z nią? 

- Jest jedyną córką ,,Battersby's Bearings”. 

- To co z tego? 

-  Jej  ojciec  mógłby  sfinansować  każdy  plan  rozbudowy,  o  jakim  by  się  wspomniało  - 

wyjaśniła  Cynthia  Paterson  -a  z  tego,  co  słyszałam  o  nim,  nie  sądzę,  aby  i  on  był  bardzo 

konserwatywny. 

background image

- Suszone śliwki? - powtórzył konstabl Crosby niedowierzająco. Zabrał Milly Pennyfeather 

do  kina  w  Berebu-ry,  a  teraz  fundował  jej  coś  do  wypicia  w  barze  pod  Koroną  i  Kotwicą  przy 

Tollgate Street. - Karawaniarze - właśnie tak określa ich moja gospodyni. 

-  Śliwki  suszone  -  przerwała  mu  Milly.  -  O  to  mi  chodziło.  Ale  pan  się  interesuje  sobotą 

wieczór! 

-  Chcę  wiedzieć,  jak  żyją  ludzie  z  wyższych  sfer  -  to  wszystko  -  powiedział  Crosby 

obejmując  dłonią  swoją  szklankę.  Chciałby,  żeby  Milly  piła  choć  w  połowie  tak  długo.  -  Śliwki 

suszone z mięsem, to mi jakoś dziwnie brzmi. 

Milly skrzywiła się. - Rozumiem. U nas w domu je się je tylko na śniadanie i to nie zawsze, 

ale ludzie z tamtych sfer są dziwni. Były dodane do mielonego mięsa. 

- O, Jezu - westchnął konstabl. - Niemożliwe. 

- Jako nadzienie - powiedziała z przekonaniem Milly. -Nawet wcale dobre. 

- Kosztowała pani? 

- Tylko, żeby spróbować, jaki to ma smak. Chyba nic w tym złego? 

- A jak inni? Czy im to smakowało?, - Nie wiem - odparła obojętnie. - Nie podawałam do 

stołu, więc nie widziałam, czy zjedli wszystko jak  grzeczne dzieci. - Westchnęła. - Czy Sampson 

Ghent nie był naprawdę wspaniały na tym dużym zdjęciu? Ten muskularny tors... 

- A czy spróbowała pani tej zimnej zupy? - dopytywał się Crosby. 

Milly ściągnęła usta z niesmakiem. - Nie mogłam się na to zdobyć. 

- No myślę - zgodził się Crosby z przekonaniem. - Dlaczego nie była gorąca? 

-  Nie  mam  pojęcia  -  powiedziała  Milly.  -  Kiedy  mowa  o  gorącym,  co  pan  sądzi  o 

Sampsonie Ghencie w tych scenach w basenie kąpielowym? 

- Ach - wyjaśnił Crosby z mądrą miną. - To nie on był w basenie. To jego sobowtór. 

- Niemożliwe! 

-  Naprawdę  -  przekonywał  konstabl,  który  od  pierwszego  wejrzenia  poczuł  gwałtowną 

niechęć do wielkiego Sampsona Ghenta i do wszystkich jego wydatnych mięśni. 

- On sam nawet nie zbliża się do wody. To by mu popsuło makijaż. 

- Jest pan po prostu zazdrosny. - Oszacowała go wzrokiem. - Choć, muszę przyznać, że ma 

pan też niezłe mięśnie pod tą koszulą. Jak pan powiedział, czym się pan zajmuje? 

- Jestem dozorcą - wyjaśnił konstabl zapinając marynarkę. 

Potrząsnęła głową. -Tak myślałam. Mówiłam mamie, że pan nie pracuje w budownictwie. 

- Potrafię unieść tyle cegieł, co... 

- Nie o to chodzi. O pieniądze. Oni ich mają zawsze pełno pod koniec tygodnia. 

Crosby zrezygnował i dopił swoją szklankę. - Jeszcze raz to samo? 

background image

- Nie mam nic przeciwko. 

-  Mieli  wtedy  jeszcze  jakiś  wymyślny  budyń,  prawda?  -podsunął  Crosby,  gdy  wrócił  ze 

szklankami. - Zdrowie! 

- Rzeczywiście. Zdrowie. 

- Dlaczego? 

- Nie wiem - powiedziała Milly. - Pani Fent sama układała menu. Nie pytała mnie o radę. 

- Nie mogę zrozumieć, dlaczego - skłamał Crosby. -Dostała pani ten budyń? 

Milly  z  żalem  potrząsnęła  głową.  -  Było  ich  tylko  dwanaście.  Po  jednym  dla  każdego. 

Specjalnie przygotowane dzień przedtem. 

- Aha. 

-  Pani  Fent  ma  sześć  takich  miseczek  z  dziurkami,  które  przywiozła  z  Francji  ubiegłego 

lata. Nazywają się cremets czy jakoś podobnie. Napełnia się je śmietaną i pianą i wkłada w gazę. 

- W gazę - zdumiał się szczerze Crosby. - Jest pani pewna? 

- Naturalnie, że jestem. - Spojrzała na niego podejrzliwie. - A co? Po co to panu? 

- E, tak tylko się pytam. - Pochylił się ku niej. - Chcę, żeby pani nie myślała o Sampsonie. 

- Niech pan da spokój - zachichotała Milly. - Ale numer z pana. 

- No więc dalej, skoncentrujmy się na budyniu. Napełnia się te miseczki kremem i gazą... 

- Wykłada się taką miseczkę gazą, wylewa to i zostawia w chłodnym miejscu, aby ściekło. 

Potem wyrzuca się na talerz, posypuje cukrem, polewa śmietaną i podaje z malinami. 

-  No  proszę  -  powiedział  triumfalnie.  -  Teraz  zapomniała  pani  zupełnie  o  Sampsonie 

Ghencie. 

- Nie, nie zapomniałam. 

- Pani Fent zrobiła je dwa razy? 

- Tak. Miała sześć miseczek. Razem było dwanaście. Po jednej porcji dla każdego. Ale dała 

mi  trochę  malin,  żebym  zabrała  do  domu  dla  mamy,  ponieważ  zabrakło  dla  mnie  tego  budyniu. 

Potem były sery i porto. 

- Jakiego koloru są jego oczy? 

-  Brązowe  -  powiedziała  prędko  Milly.  -  Powiem  panu,  czego  spróbowałam.  Wina.  Pani 

Fent nie tknęła swojego. Zostawiła w kieliszku. Wypiłam więc to wino, kiedy zbierałam ze stołu. 

Było też bardzo dobre. 

- Ghent miał niebieskie oczy - powiedział konstabl. 

Milly poklepała go czule po piersi. - Brązowe. Czegoś takiego nigdy bym nie zapomniała. 

Widziałam wszystkie jego filmy. - Postawiła szklankę i spojrzała mu w oczy. -Czy pamięta pan tę 

scenę przy końcu, kiedy pogodził się ze swą ukochaną z dzieciństwa. To nie był żaden sobowtór. 

background image

- Już najwyższy czas, żeby pani poszła do domu, malutka Milly - zdecydował Crosby. 

 

background image

Rozdział IX 

Również inspektor Sloan spędził wieczór zajmując się tą sprawą. 

U siebie w domu. 

- Margaret - zapytał żony - jak zaplanowałabyś przyjęcie na dwanaście osób? 

-  Nie  zrobiłabym  tego  -  powiedziała  Margaret  Sloan.  -A  co?  Nie  zaprosiłeś  chyba  całej 

drużyny? 

- Nie, ale to jest myśl. -Uśmiechnął się.-Żeby dowieść, jak nie miałaś racji. 

- Co do czego? 

- Kawalerstwa. 

- Nie próbuj. Zresztą nie mamy dwunastu nakryć. 

- Nie. Ale gdybyś miała urządzić takie przyjęcie - jej mąż nie dawał za wygraną - to co byś 

dała do jedzenia? 

-  A  więc  -  oparła  się  o  fotel  zastanawiając  się  -  kiedy  wszystko  już  jest  zrobione  i 

uporządkowane, nie ma jak pieczeń dla wielu gości. 

- Jak się zapatrujesz na koronę z jagnięcia? 

- Dobry pomysł. To byłoby smaczne i tanie. 

- Tanie? - To było coś, co Sloanowi w ogóle nie przyszło na myśl. 

-  Potrzebne  są  tylko  dwa  udźce  z  najlepszej  części  jagnięcia,  a  to  nie  kosztuje  drogo. 

Byłoby z tego wystarczające danie dla dwunastu osób i chyba najtańsze z wyjątkiem gulaszu. 

- Rzeczywiście. Wiedziałem, że ożeniłem się z dobrą gospodynią. 

- Nie wiem, czy twoja matka byłaby tego samego zdania! 

- Ach... to co innego. 

-  Tak  -  spojrzała  na  niego,  jakby  chciała  jeszcze  coś  dodać.  -  W  każdym  razie  korona  z 

jagnięcia to danie, które bardzo ładnie wygląda -  powiedziała. - Robi okazalsze wrażenie, niż jest 

naprawdę. Prosi się rzeźnika, żeby usunął kości, a potem zszywa się obydwa końce grzbietami. 

Sloan kiwał głową na znak zrozumienia. - Potem się to gotuje. 

-  Potem  -  wyjaśniała  cierpliwie  -  wypełnia  się  koło  w  środku  dużą  ilością  nadzienia.  I 

naturalnie, jeśli się chce, żeby szczególnie ładnie wyglądało... 

- Tak? - W tym stadium wszystko mogło naprowadzić na trop. Wszystko. 

- Potem nakłada się tak zwane papiloty na końce kości. 

- Papi... O, wiem już. To takie coś z papieru, co wygląda, jak czepiec kucharski dla lalek. - 

Miał błogą nadzieję, że nie będzie musiał tłumaczyć tego nadinspektorowi Leeye-sowi. 

Margaret  Sloan  uśmiechnęła  się,  a  jego  ogarnęło  uczucie  ciepła  i  zadowolenia.  -  Nie 

najgorzej jest być żoną policjanta, prawda? - powiedział. 

background image

- Wcale nieźle - zapewniła tonem nieco oschłym, jakim mówiła w chwilach, kiedy kto inny 

stawałby się sentymentalny. 

- Poczekaj, dopóki będę spędzał noce poza domem, przez miesiąc pod rząd. 

- Pójdę do domu, do mamy... 

-  Albo  kiedy  będę  musiał  uganiać  za  jakimś  szalonym  rewolwerowcem.  -  Przysunął  się.  - 

Lepiej pocałuj mnie teraz, bo a nużbym wtedy nie wrócił. 

- Idiota. A teraz co do papilotów... 

- Nieważne papiloty. Wystarczy zwyczajny pocałunek. 

-  Z  papilotami  na  koniuszkach  kości  -  powiedziała  zdecydowanie  -  to  koło  wygląda 

naprawdę jak korona. 

- Nieraz się zastanawiałem, po co się je daje? 

- Dla ozdoby. - Zmarszczyła brwi. - Chyba że ma się to brać w rękę, żeby lepiej ogryźć. 

 

-  Najlepszy  kawałek  mięsa  może  przepaść,  gdy  używa  się  tylko  noża  i  widelca  -  orzekł 

sentencjonalnie Sloan. -Nie ma jak palce. 

- W każdym razie dzięki papilotom wygląda to szczególnie wykwintnie. - Podeszła do szafy 

z  książkami.  -Może  znajdę  dla  ciebie  jakąś  ilustrację.  W  książkach  kucharskich  jest  zazwyczaj 

fotografia  tej  potrawy.  -  Przeciągnęła  palcem  po  półce.  -  Dostaliśmy  ich  dużo  w  prezencie 

ś

lubnym. - Nie wiem, czyżby wszyscy myśleli, że cię zagłodzę, czy co? Zawsze można jeszcze coś 

dodać, jeżeli kucharka ma zmysł artystyczny - a czy ta ma? 

- Nie wiem - powiedział Sloan. - Nie znam jej na tyle, aby wiedzieć. Na razie. Wszystko, co 

wiemy o niej dotąd, to to, że jest drobną brunetką i bardzo urodziwą. 

- Ale nie zwróciłeś na nią szczególnej uwagi? 

- Nie - zapewnił, patrząc jej w oczy - tylko z policyjnego punktu widzenia. 

-  Wiem.  -  Pokiwała  głową.  -  Ściśle  w  granicach  obowiązku.  Nie  jest  tak  źle  być 

policjantem, prawda? 

-  Uczy  się  człowiek  zauważać  pewne  rzeczy  -  powiedział  mąż  Margaret.  -  Wzrost  ponad 

pięć stóp. Czarne włosy... 

- Więc rozpoznałbyś ją w tłumie? 

- W pracy trzeba mieć oczy otwarte. 

- Naturalnie. 

- Dobre nogi, jeszcze lepsze kostki. 

-  O  jakim  daniu  teraz  mówimy?  Sloan  uśmiechnął  się.  -  O  koronie  z  jagnięcia.  Dlaczego 

chciałaś wiedzieć, czy pani Fent ma zmysł artystyczny? 

background image

-  Gdyby  miała,  ułożyłaby  pewnie  puree  z  ziemniaków  naokoło,  po  zewnętrznej  stronie 

jagnięcia. 

- I Wtedy wygląda to jak gronostaje. 

- Idiota - powiedziała po raz drugi. 

- Zwłaszcza z kulkami groszku, ułożonymi strategicznie na ziemniakach. 

- Lepiej nastawię kawę. 

Później powrócił do tematu przyjęcia w Strontfield Park. 

- Może mogłabyś powiedzieć mi coś jeszcze, Margaret? 

- Tak, inspektorze. 

- Dlaczego pani Fent podała zimną zupę? 

- Mniej kłopotu niż z grapefruitem - wyjaśniła bez wahania pani Sloan. -1 tańsze niż melon. 

A pate - to, co twoja i moja matka robiły same i nazywały konserwowanym mięsem - odpada, bo 

nie można zrobić gorących grzanek dla dwunastu osób, kiedy się ma pieczeń na głowie. 

- Ale dlaczego zupa była podana na zimno? 

-  Bo  to  znaczy,  że  można  rozlać  ją  wcześniej.  Nalanie  dwunastu  talerzy  gorącej  zupy  z 

wazy to wyczyn, a nawet jeśli naleje się ją gorącą, będzie zimna, nim dwanaście osób usadowi się 

przy stole. Zresztą zimna zupa jest całkiem dobra. 

-  O,  nie.  -  Wziął  swoją  kawę  z  tacki.  -  A  ty  nie  pijesz?  Potrząsnęła  przecząco  głową.  - 

Zaszkodziła mi na żołądek wczoraj wieczór. 

- Czy zdajesz sobie sprawę, Margaret, że my nie wiemy nawet, jak ci ludzie siedzieli przy 

stole, a głowę daję, że to jeden z nich otruł Billa Fenta. 

-  Wiesz  -  wyjaśniła  szybko  -  możesz  być  pewien,  że  w  tym  środowisku  najważniejsza 

wśród  gości  kobieta  siedziała  po  prawej  stronie  gospodarza,  a  najważniejszy  mężczyzna  ditto  po 

prawej stronie gospodyni, następna co do ważności para odpowiednio po lewej stronie gospodarza i 

gospodyni. To masz już sześcioro. 

- A zatem Fent miałby po prawej stronie panią Washby - całe to przedstawienie było na jej 

cześć, a... -wymieniał w myśli nazwiska gości - a chyba pannę Paterson po lewej? Była najstarsza... 

- Ale niezamężna - uzupełniła pani Sloan. - Według mnie siedziałaby tam najstarsza po niej 

zamężna kobieta. 

- Pani Renville. Muszę przyznać, że raczej mi się podobała. 

-  A  więc  -  powiedziała-  ironicznie  Margaret  -  możesz  być  pewny,  że  siedziała  obok 

gospodarza. 

-  Wobec  tego  doktor  Washby  siedziałby  z  jednej  strony  pani  Fent,  a  Richard  Renville  z 

drugiej. 

background image

- Twoja panna Paterson obok doktora Washby, a drugi ważny mężczyzna... 

- Na pewno profesor. 

- Obok pani Washby. 

Sloan otworzył notes. - Pozostają więc tylko March-montowie. 

- Następni z każdej strony. 

- I kuzynowie, Annabel Pollock i Quentin Fent. 

- Rodzina - orzekła Margaret. - Można ich posadzić gdziekolwiek. 

- Tak więc - kontynuował Sloan - zimna zupa stała już na stole i przy odrobinie szczęścia 

ktoś znający się na tym, kto wszedł wcześniej do pokoju, mógł się prawie na pewno domyślić, jakie 

kto zajmie miejsce. 

Pani Sloan zadrżała nagle. - Nie myślałam o tym od tej strony. 

-  Zwłaszcza  gospodarz  i  gospodyni,  jeśli  wiadomo  było,  gdzie  jest  szczyt  i  dół  stołu.  - 

Zajrzał  znów  do  swego  notesu.  -  Po  zupie  korona  z  jagnięcia  z  nadzieniem,  wymyślnymi 

ziemniakami i czym jeszcze? 

Zamyśliła się nad tym. - O tej porze roku myślę, że fasolka i groszek, młode ziemniaki... no 

i galaretka z czerwonych porzeczek. 

- To przecież ledwo było widać pieczyste spod tego garnituru - zaoponował Sloan. 

-  Właśnie  o  to  chodzi  -  powiedziała  rozsądna  gospodyni.  -  Dzięki  temu  jest  okazalsze  i 

podzielniejsze. 

Sloan  spojrzał  na  zegar  i  zamknął  notes.  -  Rano  muszę  dowiedzieć  się  więcej  o  tym 

budyniu. 

- Ona wiedziała, co robi, ta wasza pani Fent - zauważyła jego żona. - Sprytnie wymyślony 

był ten posiłek dla dwunastu osób. 

-  Sprytnie?  -  To  było  jeszcze  coś,  o  czym  nie  pomyślał  dotychczas.  Zanotował  sobie 

sumiennie, że pani Helen Fent jest kobietą sprytną. 

- A więc niezbyt kosztownie - poprawiła się Margaret. - Nie wyobrażam sobie, żeby można 

było  wiele  zrobić  mniejszym  kosztem.  -  Zabrała  pustą  filiżankę  męża.  -Kolacja  w  większości 

przygotowana poprzedniego dnia, wygodna do podawania, wygląda ładnie, a niezbyt wystawnie. 

- Wykwintna, ale niezbytkowna - zgodził się Sloan, oglądając się na kota, aby go wypuścić. 

- Helen, Helen! Co tu robisz na dole, na miłość Boską! I to tak późno w nocy... 

Helen Fent drgnęła. - Ach, to ty, Annabel. Przestraszyłaś mnie. 

-  Ty  też  mnie  przestraszyłaś  -  zareagowała  z  miejsca  młoda  pielęgniarka.  -  Myślałam,  że 

leżysz spokojnie w łóżku. 

- Leżałam. 

background image

- A tu naraz znajduję cię na dole w nocnej koszuli. I to na dodatek w białej. 

Helen zaśmiała się niepewnie. -Wyglądam chyba trochę jak duch. 

- W tych ciemnościach - dodała Annabel z wyrzutem. -Mogłaś choć zapalić światło. 

- Przepraszam - powiedziała skruszona. - Nie pomyślałam. 

- Szłam właśnie na górę, żeby się położyć - mówiła 

Annabel. - Byłabym zajrzała do ciebie, spytać, czy nie potrzebujesz czegoś na noc. Chcesz 

może napić się jeszcze czegoś gorącego? 

- Tak... nie. Nie - Helen odetchnęła głęboko - dziękuję ci. 

- A może proszek nasenny? Mam jakieś przy sobie. 

- Nie, dziękuję. - Helen potrząsnęła głową. - Nie o to chodzi. Chciałam się tylko upewnić, 

czy drzwi wejściowe są zamknięte. 

-  Tej  nocy  tak  -  powiedziała  Annabel.  -  Muszę  przyznać,  że  ubiegłej  nocy  nie  były 

zamknięte.  W  każdym  razie  furtka  od  ogrodu  była  otwarta,  kiedy  przechodziłam  tamtędy  ostatni 

raz. Zamknęłam ją sama. Miałam ci o tym powiedzieć dziś rano, ale nie było czasu. 

- Tak - potwierdziła Helen z powagą. - Co to był za dzień! 

- Pewnie Quentin zapomniał zamknąć. 

Pani  Fent  przesunęła  ręką  po  oczach.  -  To  była  jedna  z  rzeczy,  których  Bili  zawsze 

pilnował.  Quentin  nie  jest  winien...  ma  dosyć  zaprzątniętą  głowę...  to  moja  wina.  Muszę  się 

przyzwyczaić robić takie rzeczy, kiedy nie ma Billa. 

-  Tej  nocy  -  powiedziała  życzliwie  Annabel  -  jedyną  rzeczą,  do  jakiej  się  musisz 

przyzwyczaić, jest pozostanie w łóżku. 

- Przepraszam, siostro. - Helen uśmiechnęła się słabo w ciemnościach. - Ale nie jest to takie 

łatwe, jak myślisz, - Nie - przyznała Annabel ze współczuciem - ale lepiej idź teraz z powrotem do 

łóżka, mimo wszystko. Zawołaj mnie, jeśli będziesz czegoś chciała, i staraj się zasnąć. 

- Gdzie jest Quentin? 

-  W  gabinecie.  Rozmawia  z  Jacąueline.  Zatelefonowała  już  bardzo  dawno  i  wciąż  jeszcze 

mówią. 

Wierna miłość Quentina do Jacąueline wciąż napotykała na jakieś przeszkody, toteż kiedy 

usiłował wytłumaczyć jej teraz, że został właścicielem Strontfield Park, trudności były takie same 

jak zwykle. 

- Chyba że coś mi się przytrafi w ciągu najbliższych trzech tygodni - dodał na koniec. 

-  Czy  to  znaczy,  że  tatuś  pozwoli  nam  teraz  wziąć  ślub?  -  zapytywała  z  kobiecą 

bezpośredniością. Nie bez powodu ojciec jej zrobił pieniądze nazywając rzeczy po imieniu. 

- Mam nadzieję, ale... - Quentin był ostrożny - to taka stodoła. 

background image

-  Strontfield  Park.  -  Zastanawiała  się  chwilę  nad  tą  nazwą.  -  To  należało  do  Fentów  od 

wielu pokoleń, prawda? 

-  Tak  -  powiedział  Quentin  lakonicznie  -  a  oni  wydali  w  tym  czasie  wszystkie  pieniądze, 

jakie mieli. 

- Tatuś mówi, że majątek ziemski jest lepszy niż pieniądze. 

-  Na  pewno  jest  -  zapewnił  jej  narzeczony  z  zapałem  -jeśli  ma  się  jedno  i  drugie.  Ale 

majątek bez pieniędzy jest w pewnym sensie kulą u nogi. 

-  Niemniej  tatuś  będzie  zadowolony,  kiedy  się  dowie  -orzekła  rozsądna  córka  pana 

Battersby. 

- Z pewnością zmieni zdanie, kiedy go zobaczy - wyraził swój pesymizm Quentin. 

- Dlaczego? Co tam jest złego? 

- Nic. W tym cały kłopot. Nie wyobrażaj sobie, że nie jest to ładne miejsce. Jest ładne. Zbyt 

ładne.  Obwarowane  Bóg  wie  jakimi  nakazami,  zastrzeżeniami  i  majoratami  i  -Quentin  zapomniał 

na  chwilę  o  swej  przynależności  do  świata  sztuki  -  nie  można  zmienić  nawet  głupiego  okna  bez 

pytania całego świata o pozwolenie. 

-  Czy  nie  wspominałeś  nam  kiedyś  o  jakimś  planie  rozbudowy  czy  czymś  takim?  - Panna 

Battersby była kropka w kropkę córką swego ojca - a nawet go przewyższała. 

- Wspominałem - odpowiedział niechętnie Quentin. 

V - Lekka żałoba 

Uważał,  że  już  najwyższy  czas,  aby  rozmowa  przybrała  bardziej  romantyczny  ton.  -  Będę 

musiał zbadać to wszystko teraz za pomocą mistrzów prawa, ale tymczasem, najdroższa... 

- Tatuś będzie chciał wiedzieć - upierała się praktyczna Jacąueline. 

-  Słuchaj  -  wybuchnął  gwałtownie  Quentin  -  czy  mam  się  żenić  z  tobą,  czy  prosić  o 

zezwolenie na budowę? 

- Myślę, że jedno i drugie - powiedziała słodko jego przyszła. - Równocześnie. Kiedy? 

- Wyznacz dzień - warknął Quentin. Panna Battersby wciągnęła powietrze. - Powiedzmy od 

jutra za miesiąc? 

- Chcesz się upewnić? - zapytał z goryczą. 

-  Jeśli  masz  zrobić  ze  mnie  uczciwą  kobietę  w  kościele  -powiedziała  Jacąueline  -  istnieje 

coś takiego, co się nazywa zapowiedzi, i trwa trzy tygodnie. 

- Dobrze, dobrze - zgodził się Quentin. - Miesiąc - jeśli dożyję do tego czasu. 

-  Może  dożyjesz,  jeśli  się  będziesz  trzymał  z  dala  od  tatusia.  Wciąż  jeszcze  nie  odebrał 

swego wozu z naprawy. 

background image

Quentin się skrzywił. Zazwyczaj bezpośredniość Jacąueline stanowiła dla niego przyjemny 

kontrast po pełnych niedomówień rozmowach w londyńskich sferach artystycznych, w których się 

obracał.  Dzisiaj  uderzała  go  jak  obosieczny  miecz.  Powiedział:  -  Dobrze.  A  więc  od  jutra  za 

miesiąc. 

- Umowa stoi. - Głos jej brzmiał nieco drwiąco. 

-  I  nie  zapominaj,  że  powiedziałaś,  ,tak''  -  dodał  gniewnie  -  nawet  jeśli  twój  szanowny 

ojciec nie zmieni zdania. 

- Zmieni, nie martw się o to - zapewniła. - A teraz słuchaj, kochanie... 

Potem, gdy sprawy materialne zostały omówione, rozmowa między narzeczonymi przeszła 

na tematy zasadnicze i minęło dobre dwadzieścia minut, nim Quentin odłożył słuchawkę i poszedł 

do  łóżka.  Strontfield  Park  pogrążyło  się  w  ciemności:  słychać  było  jedynie  monotonne  tykanie 

kafelkowego zegara w salonie. 

Ten  pokój  nigdy  nie  był  zupełnie  ciemny  ani  zupełnie  cichy.  Kiedy  wygaszono  na  noc 

wszystkie  światła,  jedno  zawsze  się  świeciło.  Było  to  światło  obok  rzędu  małych,  migających 

ekranów,  wyglądających  jak  wystawa  sklepu  z  telewizorami,  gdzie  ten  sam  program  widzi  się  na 

pięciu  różnych  aparatach.  Tylko  ekspert  wiedział,  że  każdy  z  tych  pięciu  ruchomych  zielonych  i 

czarnych wykresów przedstawiał inny program. 

A ekspert ten siedział przed ekranami i patrzył uważnie. 

Była  nim  pielęgniarka  Joan  Brown,  a  miejscem  tym  był  Oddział  Intensywnej  Opieki 

Medycznej w Szpitalu w Be-rebury. 

Każda  z  tych  pięciu  zielonych  linii  przedstawiała  bicie  innego  serca,  każda  z  zielonych 

plamek ruszających się na dole ekranów była obrazem znacznych nieregularności tętna. 

Szmer,  który  nigdy  zupełnie  nie  cichł,  pochodził  z  wentylatora.  Był  to  jeden  z 

mechanicznych środków, którymi lekarze starali się utrzymać Toma Exleya przy życiu. Jego żona, 

która wciąż siedziała przy łóżku pacjenta, nie wiedziała, czy kocha, czy nienawidzi ten monotonny 

dźwięk ,,suf-suf”, który stał się częścią jej życia od ostatniej sobotniej nocy. Przekonała się teraz o 

jednym, a mianowicie, że lekki rumieniec na policzkach jej męża był wyłącznie dziełem maszyny i 

nie miał nic wspólnego ze zdrowym procesem naturalnego życia. 

Było tuż po drugiej nad ranem, kiedy nowy dźwięk wywołał niepokój w małej sali. 

Pielęgniarka podniosła wzrok. 

Monitor  przedstawiający  tętno  Exleya  wydał  ostrzegawczy  pisk.  Pielęgniarka  sięgnęła  po 

telefon. Właśnie wtedy zielona plamka na ekranie monitora opadła rozpaczliwie w dół i zniknęła. 

Skończyło się czuwanie pani Exley. 

Pielęgniarka wyprowadziła ją z pokoju. 

background image
background image

Rozdział X 

Sloan  rozpoczął  dzień  -  sobotę  -  wyjazdem  w  kierunku  Calleford,  ściśle  mówiąc  do 

Lampard. 

Urzędnik  sądu  w  Lampard  nazywał  się  Phillipps.  Był  zachwycony,  że  może  być  w  czymś 

pomocny inspektorowi. 

- Jedno ramię sprawiedliwości dla drugiego - jak to trafnie wyraził. 

-  Ech,  rzeczywiście  -  powiedział  szybko  Sloan,  zanim  tamten  zaczął  mówić,  że  są  jak 

bracia. Nie uważał się za brata tego urzędnika w prążkowanych spodniach i w czarnym żakiecie. - 

Chodzi tylko o kilka informacji o waszych ławnikach... 

- Są bardzo dobrzy - zapewnił pan Phillipps niczym skromny aranżer w cyrku. - Naturalnie 

-  zwierzał  się  jak  zawodowiec  swemu  koledze  -  jako  laicy  są  czasem  trochę  nieobliczalni.  Jeden 

zwłaszcza zbyt łatwo się unosi... 

- Pewnie jakaś pani... - powiedział Sloan, który miał różnorakie doświadczenia z kobietami 

sędziami, jeszcze zanim został sierżantem, a co dopiero inspektorem. 

- Można sobie naturalnie z nią poradzić - aranżer zmienił się teraz w pogromcę lwów. 

-  I  w dodatku należy pewnie do tych dobroczynnych? -Wciąż nie był pewien, czy właśnie 

takie nie wyrządzają największej szkody. 

Urzędnik potwierdził. - Patrzy na drzewa, a nie widzi lasu i nigdy nie zobaczy. Ale na ogół 

sprawiedliwość zwycięża. 

- To mnie cieszy - oświadczył Sloan i cieszył się rzeczywiście. 

- Naturalnie - urzędnik mówił teraz tonem ojcowskim - żaden z nich nie może spać w nocy, 

kiedy po raz pierwszy skazuje człowieka na więzienie. 

- Rozumiem. 

To  pewnie  tak  -  myślał  Sloan  -  jak  aresztuje  się  kogoś  po  raz  pierwszy.  A  na  głos 

powiedział: - Pan William Fent... 

-  Niepowetowana  strata  -  wyrecytował  natychmiast  Phillipps.  -  Rzec  można,  gwiazda 

zespołu. Dobry człowiek i zarazem dobry sędzia. Był przewodniczącym już od kilku lat. Jak jego 

dziadek. 

- Czy wydawał surowe wyroki? - dopytywał się Sloan. 

- Nie, przeciwnie - odrzekł urzędnik. - Dzięki panu Wilkins, jak sądzę. 

- Panu Wilkins? 

- Jest opiekunem sądowym. 

- Ach - Sloan zrozumiał natychmiast i odruchowo wyraził pogląd policji na tę sprawę. - My 

ich łapiemy a on wyciąga. 

background image

Pan Phillipps poprawił krawat. - Jest... e ... bardzo przekonywający, inspektorze. Zagina ich, 

ż

eby pomóc. 

Pogromca lwów, ale dobry pogromca. 

Sloan  należał  do  tej  szkoły  myślenia,  dla  której  ważniejsze  było  prostowanie,  spytał  więc 

tylko: - Dużo tu u was przestępstw? 

- Właściwie to nie są przestępstwa - powiedział z wylewnością urzędnik - ale jesteśmy tutaj 

jak tylne wejście do przodującej stajni, skąd właśnie najlepiej widać wszystkie błędy hodowcy. 

-  Nieprzystosowani  -  potwierdził  Sloan,  zastanawiając  się,  jak  bardzo  trzeba  być 

nieprzystosowanym, żeby podać komuś truciznę i czekać, aż umrze. Przede wszystkim musi to być 

ktoś samolubny, żeby chciał to zrobić; zarozumiały, żeby sądzić, że to zrobi i nie zostanie złapany; 

sprytny, żeby zrobić i dojść tak daleko jak on; okrutny, żeby nie troszczyć się o to, jak i kiedy ktoś 

umrze; wyrachowany, żeby spokojnie rozważyć wszystkie za i przeciw, bo jeśli coś w tej sprawie 

rzucało  się  w  oczy,  to  to,  że  decyzji  zabójstwa  nie  powzięto  w  ostatniej  chwili.  Mimo  że  ta 

starannie  dobrana  dawka  rozpuszczalnego  barbituranu  podana  została  w  dużym  towarzystwie, 

nigdzie nie było widać żadnych oznak paniki lub nagłego strachu... 

- Przepraszam - Sloan drgnął i oprzytomniał. - Niezupełnie to zrozumiałem. 

-  Przeważnie  sprawy  samochodowe  i  matrymonialne  -powtórzył  urzędnik  z  żalem.  - 

Czasem jakiś pijak. Nic interesującego. 

-  Wino,  kobiety  i  samochody  -powiedział  Sloan,  zastanawiając  się,  jak  pełen  swady  pan 

Wilkins  określiłby  człowieka,  który  usiłował  zamordować  Williama  Fenta,  sędziego  pokoju. 

Trudno było naturalnie coś powiedzieć -może matka zostawiła go gdzieś w torbie podróżnej, może 

widział  kiedyś  jakieś  okropności  w  drewutni  -  może  urodził  się  kaleką  -  psychicznym  kaleką  lub 

może  tylko  ojciec  nie  wpoił  mu  chłostą  różnicy  między  dobrem  i  złem,  kiedy  po  raz  pierwszy 

przekroczył tę niewidzialną granicę... 

- Trochę kłusownictwa, oczywiście - ciągnął dalej urzędnik. - Zawsze zdarza się trochę tego 

na wsi. 

- Od czasów Szekspira i jeszcze wcześniej - potwierdził Sloan. - Czy pan Fent traktował to 

surowo? 

- Niespecjalnie. - Urzędnik potrząsnął głową. - Wie pan, trudno sobie poradzić z Cyganami. 

- Nawet pan Wilkins? 

Pan  Phillipps  potwierdził  z  uśmiechem.  -  Nawet  pan  Wilkins.  Płacą  kary  i  odchodzą,  a 

potem robią znów to samo. Można by rzec, zamiast płacić raty i podatki. 

- Maluczcy wychowują się bez prawa i tak dalej mruknął Sloan z roztargnieniem. Myślami 

był  gdzie  indziej.  Jeśli  się  nad  tym  zastanowić,  prawo  jest  przywilejem,  bez  względu  na  to,  co 

background image

mówi  skazany.  -  Nie  jest  to  przecież  wokanda  na  Newgate,.  prawda?  -  Zmarszczył  czoło.  -  Czy 

było coś, czego by się czepiał ten wasz pan Fent? 

-  Rewolwery  -  odparł  bez  wahania  pan  Phillipps.  -Zezwolenia  na  posiadanie  broni  i  tym 

podobne. Wszyscy dziś są pełni niepokoju, jeśli chodzi o broń. 

Sloan  ucieszył  się  z  tego.  On  sam  był  zawsze  pełen  niepokoju,  jeśli  chodziło  o  broń. 

Zwłaszcza na służbie. Można by rzec na linii ognia. 

- Czy był ktoś - kontynuował cierpliwie swe pytania Sloan - z kim miałby na pieńku z tego 

powodu? 

- Pan Fent? O, nie, inspektorze. On nie był taki. Nie wykorzystywał nigdy swojej pozycji w 

ten sposób... i nie pozwoliłby nikomu innemu z ławników... i ja także nie. 

- Mężczyźnie ani kobiecie? - poddał chytrze Sloan. 

- Mężczyźnie ani kobiecie - powtórzył pan Phillipps z emfazą. 

- A może - upierał się Sloan - był ktoś, kto na niego nastawał? 

Pan Phillipps robił wrażenie zakłopotanego. - Myśli pan o kimś, kogo Fent zasądził? 

-  Ludzie żywią urazy  - powiedział Sloan - a zwłaszcza ludzie skazani, wobec tych, którzy 

wydali na nich wyrok. 

Twarz pana Phillippsa rozjaśniła się. - Nie przypominam sobie nikogo takiego, inspektorze. 

- A jak tam z chłopcami o nazwisku Pennyfeather? 

-  Oni  na  pewno  nie  -  powiedział  z  przekonaniem  urzędnik.  -  Zawsze  bardzo  uprzejmi, 

nawet zabawni. 

- Śmiech na sali sądowej? - spytał Sloan. 

- Często. Zawsze mają dużo do powiedzenia na swoją obronę. Prasa to kocha. Kiedy bracia 

Pennyfeather stają przed sądem, to dla prasy najlepszy dzień. Oni nie wchodzą w rachubę. Weseli 

chłopcy. Żadnej wrogości z ich strony. 

-  Zastanawiam  się  -  mówił  w  zamyśleniu  Sloan  -  od  której  części  zaczynali  jeść  swoje 

czekoladowe figurki. 

Pan Phillipps zdziwił się niepomiernie. - Przepraszam, inspektorze? 

- Mieliśmy swego czasu w Berebury psychiatrę, który zawsze chciał to wiedzieć. 

Pan Phillipps uspokoił się. - W każdym razie bracia Pennyfeather są zupełnie normalni. Jest 

ich czterech - jak szereg malowanych garnuszków. Poprawią się, kiedy dorosną. Oczywiście, jeden 

pociąga drugiego i mają wielu naśladowców wśród młodszych dzieci. Przez to są jeszcze gorsi, wie 

pan,  Sloan  wiedział.  Pierwszą  rzeczą,  jakiej  uczono  młodych  policjantów,  było  to,  że  najwięcej 

przestępstw  popełniają  chłopcy  działający  w  grupach.  Niepotrzebnie  o  tym  mówili,  bo  każdy 

policjant sam to stwierdzał pierwszego dnia służby. 

background image

- Nigdy też nie proszą o odroczenie grzywny - dokończył pan Phillipps. 

Sloan  przestał  myśleć  o  braciach  Pennyfeather  i  o  tej  sprawie.  Przyjmowanie  surowej 

sprawiedliwości  na  wesoło  nie  kojarzyło  się  jakoś  z  morderstwem.  Spróbował  zaatakować 

urzędnika sądowego z innej strony. - A jak było w przeszłości? 

- Trochę dawniej, myśli pan? - Phillipps spojrzał z ciekawością na Sloana. 

- Myślę - powiedział - o kimś, kogo zamknięto jakiś czas temu i kto niedawno wyszedł, ale 

z dużą zadrą. 

-  Rozumiem  teraz,  o  co  panu  chodzi,  inspektorze.  -Urzędnik  naraz  spoważniał.  -  Nie 

przypominam sobie nikogo takiego, ale sprawdzę zaraz w moich protokołach. 

Konstabl  William  Edward  Crosby,  Anglik  w  każdym  calu,  aż  po  swój  anglosaski  sposób 

bycia,  wkroczył  do  urzędu  pocztowego  miasteczka  Cullingoak  w  Calleshire,  podszedł  do  lady, 

wyciągnął legitymację i powiedział kącikiem ust w najdoskonalszym urzędowym stylu tylko jedno 

słowo: “Policja”. 

Zawsze  przedstawiał  się  w  ten  sposób,  kiedy  był  sam  na  służbie.  Jak  to  już  odkryli 

mądrzejsi ludzie, w każdym z nas tkwi jakiś mityczny bohater. Jeśli jednak zabije się fantazję, ginie 

w  człowieku  coś  więcej.  Crosby  nie  odkrył  jeszcze  jednej  z  drobnych  ironii  losu  polegającej  na 

tym,  że  kiedy  fantazja  się  urzeczywistnia,  to  przypomina  do  tego  stopnia  coś,  co  zdarzyło  się 

komuś innemu, że staje się mało prawdopodobna. 

W  tym  przypadku  reakcja  kierowniczki  poczty,  pani  MacArthur,  gwałtownie  sprowadziła 

Crosby'ego na ziemię. 

-  Najwyższy  czas  -  warknęła,  uderzając  w  jakąś  paczkę  datownikiem.  -  Masz  tu,  Jim  - 

odwróciła się i rzuciła paczkę przez drzwi komuś z tyłu. Kiedy w ten sposób dała do zrozumienia, 

ż

e - według jej kryteriów - policjanci są małymi płotkami w porównaniu z pocztowcami, odwróciła 

się  z  powrotem  do  Crosby'ego  i  zapytała:  -  Kiedy  wreszcie  zrobią  coś  z  moim  kioskiem, 

chciałabym to wiedzieć. Powtarzam im to, aż sobie płuca wygadałam. 

Crosby złapał oddech. 

Pani  MacArthur  nie  przerywała:  -  A  oni  mówią,  że  ledwie  zdążą  zainstalować  telefony, 

wandale  je  wyrywają,  a  czy  wy  złapaliście  ich  kiedykolwiek?  Nigdy!  Zapamiętaj  sobie,  młody 

człowieku... 

Nic  nie  drażniło  Crosby'ego  bardziej  niż  nazwanie  go  młodym  człowiekiem,  bo  był  nim 

faktycznie i widać to było na pierwszy rzut oka. 

- ...pewnego dnia ktoś będzie was nagle potrzebował -nawet w przypływie elokwencji udało 

się pani MacArthur sprawić wrażenie, że uważała to za mało prawdopodobne i co się-wtedy stanie. 

Nie zjawicie się, a my wszyscy zostaniemy zamordowani we własnym łóżku, tak będzie. 

background image

Crosby  prywatnie  był  zdania,  że  ten,  kto  zamorduje  panią  MacArthur,  odda  przysługę 

ludzkości  -  jeśli  nie  poczcie  Jej  Królewskiej  Mości  -  ale  powiedział  tylko:  -  Ja  jedynie  zbieram 

informacje, proszę pani, to wszystko. 

Pani  MacArthur  szybko  i  gniewnie  uderzyła  stemplem  w  inną  paczkę.  -  Jeśli  chodzi  o 

zaświadczenie  rejestracji  na  tego  psa,  który  ugryzł  pastora,  to  oni  je  mają.  W  dodatku  są  to 

Adwentyści Siódmego Dnia, ale dosyć szybko załatwili sobie sprawę u weterynarza. 

-    Chodzi  o  ostatnią  sobotnią  noc  -  powiedział  z  godnością  konstabl  Crosby,  omijając 

ostrożnie sprawę dogmatów religijnych. 

-    W  sobotę  w  nocy  zawsze  są  kłopoty.  -  Pani  MacArthur  wyjrzała  przez  okno  urzędu 

pocztowego.  Miasteczko  Cullingoak    przedstawiało      idylliczny    widok,    z    kościołem  w  głębi, 

obowiązkowym  zielonym  skwerkiem,  sadzawką  dla  kaczek  i  kaczkami,  ale  pani  MacArthur  nie 

dawała  się  zwieść  tym  widokiem.  -  Jeśli  nie  gospoda,  to  remiza.  Moim  zdaniem  ludzie  grają  w 

krykieta tylko dla piwa... _ 

-    Nie chodzi nam o tego rodzaju sprawy. 

-    Były tańce w Klubie Młodzieżowym - zarechotała wesoło. - Z tym także macie kłopot. 

-    Ktoś zachorował - powiedział Crosby. 

-    Ach. 

-    Doktor pukał do pani? 

-    No i co z tego? 

-    Dlaczego? 

-    Powiedział,  że  szuka  jakiegoś  chorego  przy  Copway  Street  i  nie  może  znaleźć.  - 

Przekrzywiła głowę na bok i powiedziała przebiegle: - A więc doktor jest w kłopocie? 

Crosby potrząsnął głową. - Po prostu zwykłe zasięganie informacji. 

-    Znam  wasze  zasięganie  informacji  -  syknęła.  -  Jak  hiszpańska  Inkwizycja.  W  końcu 

zawsze ktoś znajdzie się w kłopocie. 

-    Która to była godzina? 

-    Około  wpół  do  dwunastej.  Zachorował  ktoś  o  nazwisku  Waters,  jak  mówił  doktor,  ale 

nie wiedział, gdzie to jest. I nie mógł ich znaleźć. W każdym razie na Copway Street. 

-    A pani? 

-    Nie mogłam sobie przypomnieć.- przyznała. - Wtedy nie mogłam. Obecnie nie sortujemy 

listów. Inaczej wiedziałabym. Centrala telefoniczna także została zautomatyzowana. 

Crosby  zadrżał  na  myśl,  że  pani  MacArthur  mogłaby  kontrolować  jedno  czy  drugie,  a  co 

dopiero jedno i drugie. - A więc w ogóle nie zorientowała się pani... 

background image

-    W  tym  momencie  nie  -  powtórzyła.  -  Później  przypomniałam  sobie  ludzi  w  Rosę 

Cottage. Nazywają się Waters. 

-    Waters, Rosę Cottage, Copway Street. - Zanotował. 

-    Artyści  -  powiedziała  dosadnie.  -  Spędzają  tu  tylko  weekendy.  Dlatego  doktor  nie  znał 

nazwiska.  Zdaje  się,  że  mąż  miał  atak  astmy  wczesnym  popołudniem,  potem  mu  się  nagle 

pogorszyło, więc gdy doktor nie przychodził, żona wpakowała go do samochodu i zawiozła prosto 

do szpitala w Berebury. 

-    A więc, gdy doktor przyszedł, dom był zamknięty i pusty - skończył za nią Crosby. 

-    Zgadza  się.  Mówił,  że  szukał  w  Rosę  Cottage,  ale  nikogo  tam  nie  zastał.  -  Pani 

MacArthur spojrzała na niego z ukosa. -Jakaś kobieta siedziała z doktorem w jego wozie. 

-    Jego żona - wyjaśnił konstabl. 

Pani MacArthur pociągnęła nosem i dodała już innym tonem: - To dobrze, to mnie cieszy. 

Doktor powinien być żonaty, prawda? 

-    Wszystkim nam potrzebne są kobiety - powiedział 

Crosby, zastanawiając się, czy dotyczy to również pani MacArthur. 

Spojrzała  na  niego  przebiegle.  -  Nie  to  miałam  na  myśli,  wiesz  o  tym  dobrze,  młody 

człowieku. 

Konstabl na pewno nie miał nic wspólnego z hiszpańską Inkwizycją. Torąuemada nigdy by 

się nie zaczerwienił. 

Kiedy  Sloan  przybył  do  Berebury,  inspektor  Harpe  poinformował  go  o  śmierci  Toma 

Esfleya.  Sloanowi  wydawało  się,  że  jego  pogląd  na  sprawę  jest  bardzo  jednostronny.  Nawet  w 

policji można było dojść do nadmiernej specjalizacji. 

-    Musisz przyznać, Sloan, że to delikatny problem. 

-    Co takiego? - zdziwił się Sloan, który nie widział w tym nic delikatnego. 

-    Czy ty go zaliczysz, czy ja. 

Sloan był zakłopotany. - Przestań, Harry. 

-    Chodzi mi o to - nalegał drogowiec - czy on jest mój, czy twój? 

-    Nie  żyje  -  odpowiedział  energicznie  Sloan.  -  To  wszystko,  co  mi  o  nim  dotychczas 

powiedziano. 

-    Chodzi  mi  o  to,  czy  statystycznie  należy  do  mnie,  czy  do  ciebie  -  wyjaśnił  Harpe.  - 

Chciałbym to wiedzieć? 

-    Ach,  rozumiem...  -  Sloan  otworzył  usta  i  znów  je  zamknął.  Może  zaoszczędzić  sobie 

mówienia. Nie miało sensu wyjaśnianie Szczęśliwemu Harry'emu, że statystyka nie miała żadnego 

wpływu  na  to,  z  czym  się  dotychczas  stykał.  Dobra  statystyka  zawsze  mówiła  tylko  to,  co  i  tak 

background image

powinno  się  wiedzieć:  stwierdzała  rzeczy  oczywiste,  udowadniając  je  cyframi.  Jeśli  chodzi  o  złą 

statystykę... 

-    Czy ten Exley zginął w wypadku drogowym - tłumaczył dalej Szczęśliwy Harry - czy... 

-    Ach,  tak,  rozumiem.  -  Sloan  powinien  był  pamiętać  że  Harry  od  urodzenia  miał 

skłonności do dzielenia włosa na dwoje. 

-    Czy też jest ofiarą morderstwa - kończył Szczęśliwy Harry. 

-    Zmarł  na  skutek  obrażeń  poniesionych  w  wyniku  użytkowania  pojazdu  mechanicznego 

na  drodze  publicznej  -  powiedział  uroczyście  Sloan.  Tę  grę  można  było  uprawiać  we  dwóch.  -  Z 

drugiej strony... 

-    Tak? 

-    Tak samo było i z tym drugim. 

-    Nie,  nie  -  powiedział  natychmiast  Harpe.  -  Możesz  sobie  wziąć  Fenta.  On  jest  twój. 

Wyłącznie twój. 

-    Dziękuję. 

-    Nie  ma  za  co  -  powiedział  Harpe;  ironia  skierowana  do  niego  w  jakiejkolwiek  formie 

była czystym marnotrawstwem. - Ktoś starał się zamordować Fenta, no i udało mu się. Ale Exley 

to co innego. 

-    A to dlaczego? 

-    Ubezpieczenie  -  wyjaśnił  Harpe.  -  O  ile  nam  wiadomo,  nikt  mu  nie  podał  żadnej 

trucizny, ale towarzystwa ubezpieczeń na pewno będą się o to spierać. 

-    Uważaj,  żeby  nie  wywinęli  się  z  obydwu  -  powiedział  brutalnie  Sloan  -  i  nie  rób  nic, 

ż

eby im to ułatwić. 

-    Klauzule pisane drobnym drukiem - zaczął ponuro Harpe. - Spodziewałem się tego. 

Sloan  westchnął.  I  on  nie  znał  się  na  tych  klauzulach.  I,  gdy  przyszło  co  do  czego,  nie 

interesował się rzeczami, które były legalne, ale nieuczciwe. Jego matka - a takich rzeczy uczy się 

człowiek  na  kolanach  matki  -  wychowała  go  w  zasadach  znacznie  surowszych  niż  jedynie 

zgodność z prawem. 

-    Exley  -  oświadczył  kategorycznie  -  jest  najbardziej  bezspornym  przypadkiem,  jaki 

kiedykolwiek widziałem, bez względu na to, co kto powie. 

-    Nie  jest  to  już  teraz  werdykt.  -  Harpe  zajmował  zawsze  ostrożne  stanowisko.  -  Jeśli 

państwo może temu zapobiec. 

-    A więc powinien być - powiedział Sloan. -1 Harry... 

-    Tak? 

background image

-    Pamiętaj  koniecznie,  że  według  statystyki  mordercy  rodzaju  męskiego  to  najczęściej 

wdowcy. 

-    Ba! -powiedział drogowiec. 

Crosby  spotkał  Sloana  w  korytarzu  przy  drzwiach  pokoju  Wydziału  Ruchu;  miał  w  ręce 

jakieś pismo. 

-    Wiadomości, Crosby? 

-    Z Australii. Obrót sprawy, jak w powieści, tak mi się zdaje - powiedział konstabl podając 

pismo. -1 jak szybko. 

-    Oni  to  załatwiają  bumerangiem.  -  Sloan  wziął  pismo  i  zaczął  czytać.  Policyjny  system 

teleksowy opasał ziemię .wkoło szybciej niż Ariel i wrócił z najcenniejszym policyjnym .towarem - 

z  informacją.  Gdzieś  tam,  w  kraju  na  antypodach  -  ściśle  mówiąc  w  Cunningham  Gap, 

Queeng-land - kolega policjant potrudził się zbierając informacje dla drugiego policjanta, którego 

nigdy nie widział i nawet nie dowie się nigdy jego nazwiska. 

Stojąc  w  korytarzu  komisariatu  w  Berebury,  Calleshire,  Anglia  -  ach,  najrdzenniejsza 

Anglia  -  Sloan  próbował  wyobrazić  sobie  tego  człowieka  wędrującego  przez  suche  i  zakurzone 

miasto:  choć  z  tego,  co  wiedział,  Cunningham  Gąb  mogło  równie  dobrze  znajdować  się  w 

tropikalnym wilgotnym lesie, a jego kolegą, gliną, mogła być kobieta. 

Hector Fent, Anglik, wymieniony w prośbie o informację, zmarł przed pięciu laty śmiercią 

naturalną w miejscu zamieszkania, w Cunningham Gap. 

Było to coś nowego dla Sloana, co jednak nie miało znaczenia. Miało natomiast znaczenie, 

czy była to nowość dla mordercy. Czy też on może wiedział? 

“Podobno był wdowcem” - podawał ostrożnie teleks. 

Mogło  to  znaczyć  wiele  lub  nic.  “Miał  jednego  syna”  -  czytał  dalej  Sloan.  Co  mogło 

znaczyć wiele. 

“O  nazwisku  Peter  Miller  Fent”  -  wydrukowano  to  dużymi  literami.  To  znaczyło  wiele. 

Bardzo wiele. 

background image

Rozdział XI 

Wszystkie dochodzenia puszczone w ruch - zwłaszcza przez urzędy - dają zwykle wyniki. Z 

czasem. 

Niestety  Sloan  nie  był  obecny  w  komisariacie,  kiedy  zadzwonił  dr  Writtle;  analityk 

uważając,  że  stopień  służbowy  równa  się  wiadomościom,  zamiast  z  nim,  porozmawiał  z 

nadinspektorem Leeyesem. 

-    Chodzi  o  to  pana  pytanie,  Sloan,  skierowane  do  Wydziału  Spraw  Wewnętrznych  - 

powiedział  Leeyes,  kiedy  Sloan  zjawił  się  w  swoim  biurze  -  dotyczące  sporządzania 

rozpuszczalnych barbituranów. 

-    Słucham pana? 

-    Barbiturany  -  informował  go  Leeyes,  uzyskuje  się  z  kwasu  barbiturowego,  czyli  z 

malonylomocznika. 

Sloan wyciągnął swój notes. 

-    A  malonylomocznik  -  nadinspektor  mówił  tak,  jakby  chemia  organiczna  nie  miała  dla 

niego żadnych tajemnic -sporządza się z di... di... “dietylu”. - Pewność siebie znik-nęła po trzeciej 

próbie. - Jest to... malonian dwuetylu. 

-    Naprawdę? Dziękuję panu. 

-    Barbiturany      syntetyzuje      się      przez      podstawienie  związku      wyjściowego     

różnymi    rodnikami    -    mruczał Leeyes. - Próbują nas olśnić wiedzą, Sloan. 

-    Tak, panie nadinspektorze. 

-    Ta  cała  technika  -  mówił  dalej  Leeyes,  ściągając  przy  tym  z  piedestału  jednego  z 

najlepszych  w  kraju  chemików  analityków  -  to  bardzo  dobre  na  swój  sposób,  ale  nie  pomaga  w 

rozwiązywaniu sprawy, prawda? 

-    Jeszcze za wcześnie, żeby to stwierdzić. Czy wspominał coś o smaku? 

Leeyes przesunął jakieś papiery. - Mam to gdzieś tutaj. Smak... ach, tak. Nieprzyjemny. 

-    W jakim stopniu zauważalny? 

-    Trzeba  by  go  trochę  zamaskować.  Tak  jakoś  się  wyraził.  -  Nadinspektor  z  zasady  nie 

uznawał opinii ekspertów. 

-    A... e... naturalne źródła tego barbituranu? 

-    Malonylomocznika?  -  rzucił  niedbale  Leeyes.  -  Doktor  Writtle  rozwodził  się  nad  tym 

trochę. - Kwas jabłkowy - od tego się zaczyna - występuje w trzech enacjomorfi-cznych formach. 

-    Doprawdy? - zdziwił się kwaśno Sloan. - Czy któraś z nich jest uprawiana u nas? 

-    Tak. 

Sloan spojrzał z uwagą. 

background image

-    Jabłka - wyliczał Leeyes - winogrona, buraki - och i rabarbar. 

-    Rabarbar? 

-    Tak powiedział. Sądzę, że wie. 

-    A jak z możliwością sporządzenia tego domowym sposobem? 

-    Nie chciał powiedzieć: “tak” i nie chciał powiedzieć: “nie”. 

Sloan zaklął siarczyście. 

-    Powiedział, że trzeba by było znać sposób i mieć urządzenia - rzekł Leeyes - a także coś, 

co się nazywa chlorek etylenu. On napisze to wszystko dla pana. 

Tym razem Sloan uważał, że to nic nie da. - Sądzę, że będziemy musieli wrócić do wzoru 

numer jeden, nadinspektorze - westchnął - i sprawdzić, kto zyskuje. 

-    Lub przynajmniej kto nie traci - powiedział pesymistycznie Leeyes. 

-    Przede  wszystkim  stracił  Exley  -  zaczął  Sloan  i  poinformował  go  o  drugim  kierowcy.  - 

Biedny chłop. 

Leeyes bębnił palcami po biurku. - A my nie posunęliśmy się o krok dalej, Sloan. 

-    Wiemy, że ktoś podał Fentowi truciznę. 

-    To wiedzieliśmy już w poniedziałek - uciął Leeyes. 

-    I jaką truciznę - dorzucił Sloan stukając w swój notes. 

-    Akademicka      informacja      -      ciągnął      nieubłagany Leeyes. 

-    I kto miał sposobność. 

-    Za  wiele  osób.  -  Nadinspektor  odpowiedział  szybko  i  posępnie.  -  Grubo  za  wiele.  Co 

najmniej jedenaście. 

Sloan odchrząknął. - Właściwie trzynaście... 

-    Nieszczęśliwa  liczba  dla  niektórych.  -  Reakcja  nadinspektora  na  liczbę  trzynaście 

wywodziła się z gry w Bingo. 

-    ...  jeśli  włączymy  Petera  Millera  z  farmy  sąsiadującej  ze  Strontfield  Park  -  Sloan 

powiedział  mu  dlaczego  -  i  tę  dziewczynę,  Milly  Pennyfeather,  która  męczyła  się  w  kuchni  nad 

rozgrzanym piecem. 

-    Dobrze - przytaknął Leeyes chłodno. - Im więcej, tym lepiej. 

-    Tak jak ja to widzę - Sloan nie zwracał uwagi i mówił dalej - każdy z nich mógł wpaść 

do jadalni i wykonać swój zamiar. 

-    Nie ma potrzeby robić z tego melodramatu - irytował się nadinspektor. 

-    No, nie ma - Sloan wciągnął powietrze, pomyślał 

background image

0  emeryturze,  i  znów  je  wypuścił.  -  Chodziło  mi  o  to,  że  Milly  pokazała  im  tylko  pokój, 

gdzie mogli złożyć płaszcze, 1 wróciła z powrotem do kuchni. Zostawiła ich, żeby sami poszli do 

salonu. 

8 - Lekka żałoba 

-    I myśli pan, że jeden z nich poszedł via jadalnia? 

-    Mogło tak być. Wszyscy znali dobrze ten dom. Z wyjątkiem pani Washby. 

Leeyes znów zaczął bębnić palcami po biurku. - Co nam jeszcze wiadomo? Oprócz tego, że 

ten gość obok też macza w tym palce. 

Sloan zakaszlał. - Słyszałem, że wdowa trochę dziwnie się zachowuje. 

-    Jak zazwyczaj wdowy - stwierdził Leeyes z głębokim przekonaniem. 

-    Nie sprawiło jej przyjemności, że byliśmy na pogrzebie. A teraz zamknęła się w swoim 

pokoju i nie chce widzieć nikogo - tym bardziej nas. 

Leeyes  westchnął.  -  Sloan,  jest  już  pan  w  policji  dość  długo,  żeby  wiedzieć,  że  nikt  nas 

nigdzie nie chce. Chyba tylko wtedy, kiedy się kogoś obawia. Wtedy to co innego. 

-    Tak, nadinspektorze. - Najlepiej było mu przytakiwać. Zawsze. 

-    Jeszcze coś? 

-    Wiemy, kto coś zyskuje - ostrożnie zaczął Sloan. -W każdym razie, o niektórych. 

-    Kto? 

-    Po pierwsze, Quentin Fent. Dużo. A pośrednio jego narzeczona Jacąueline Battersby. 

-    Nie... 

-    Tak. Ta właśnie. Córka starego Battersby. Z Luston. 

-    Nie  ma  lepszych  łożysk  niż  z  firmy  Battersby  -  powiedział  Leeyes,  udowadniając  tym 

samym,  że  przynajmniej  jeden  specjalista  od  reklamy  zarobił  na  swój  chleb  codzienny.  -  Jej  nie 

zabraknie grosza. Jeszcze ktoś? 

-    Annabel Pollock. To druga kuzynka. Zyskuje niewiele. Prawdopodobnie nie tyle, aby się 

to liczyło... wyjąwszy Elizę Doolittle. 

-    Wyjąwszy kogo, Sloan? 

-    “My  Fair  Lady”,  nadinspektorze.  -  To  się  naprawdę  podobało  jego  żonie.  -  “Ci,  z 

którymi mieszka - zacytował - zarżnęliby ją za szpilkę do kapelusza, a co dopiero za kapelusz”. 

-    A kto jeszcze zyskuje? - burknął Leeyes, wyraźnie to ignorując. 

-    Wdowa dostaje dożywotni procent od niezbyt wielkiej sumy - odpowiedział Sloan. 

Leeyes prychnął. 

-    I Peter Miller Fent - informował dalej Sloan - to znaczy rodzina ze strony Hectora Fenta, 

przybliżył się teraz nieco do spadku. Jest on następny w kolejności po naszym Quentinie. 

background image

-    W lewo, krok, szybko marrrrrsz - wycedził ironicznie Leeyes. - Czy to już wszyscy? 

-    Nie  wiemy  nic  o  tych,  którzy  mieli  coś  do  stracenia  -Sloan  podchodził  do  rzeczy 

metodycznie - ale wydaje mi się, że jest gdzieś ktoś, kto chciałby zrobić wielki interes na podstawie 

zezwolenia na rozbudowę. 

Nadinspektor raz jeszcze znacząco westchnął. - Nie można nawet powiedzieć, że nie mamy 

nic innego do roboty. - Skinął ręką w kierunku wiszącej za nim na ścianie mapy. - Tylko pointylista 

mógłby się podjąć graficznego przedstawienia przestępczości w Calleshire. - Był znowu napad na 

kamieniołom w Hollandbury. 

-    Znowu? To już trzeci tego roku. 

-    Tak - potwierdził Leeyes. - Trzymiesięczne zaopatrzenie dla wszystkich włamywaczy od 

sejfów w okręgu, a potem z czymś wyskoczą. Według moich obliczeń ich ostatnia zdobycz jest już 

na ukończeniu. 

-    Chyba  także  Bertie  znowu  się  ruszył  -  Sloan  podjął  nowy  temat.  -  To  oznaczałoby 

jeszcze jedną szpilkę na mapie. Może dwie. 

Leeyes mruknął: - Myślałem, że on przyrzekał poprawę. 

-    Ten  człowiek  -  rzekł  Sloan  -  gotów  jest  mówić  wszystko  z  wyjątkiem  modlitwy.  Będą 

musieli przytwierdzić go do grobu, gdy nadejdzie czas. 

-    Nigdy  nie  będzie  to  dla  mnie  za  wcześnie,  ale  teraz  są  gorsze  kłopoty  niż  Bertie.  - 

Nadinspektor wskazał zagęszczenie szpilek na przedmieściach Berebury. - Na nowym osiedlu ktoś 

zaczepia dzieci. 

Sloan się skrzywił. 

-    Wiem, wiem - powiedział Leeyes. - To chodzi o ich ubrania, wie pan. 

-    Pardon. Proszę? 

-    Dzieci.  Tak  ładnie  ubrane  w  obecnych  czasach,  że  to  jest  po  prostu  wodzenie  na 

pokuszenie. Dawniej nie mieliśmy nigdy tych kłopotów. Kto by chciał zwabić parszywego urwisa,   

któremu kapie z nosa,    w brudnym ubraniu i z pchłami... 

Tylko  nadinspektor  Leeyes  potrafił  wywołać  obraz  di-ckensowskiej  nędzy  i  przedstawić 

jako coś pozytywnego. 

-    Nikt  -  zakończył  Leeyes,  przekreślając  w  ten  sposób,  jakby  to  było  coś  złego,  wysiłki 

wielu generacji reformatorów społecznych. 

-    Niech pan to powie socjologom - syknął Sloan, ale pod nosem. 

Dr Harriet Baird weszła po schodach na górę, do sypialni Helen Fent w Strontfield Park. 

-    Dzień dobry, moja droga - powiedziała. - Jaką miała pani noc? 

-    Niezłą - skłamała Helen. 

background image

Lekarka zbadała jej tętno. - No, już trochę lepiej. 

-    Chcę wstać - oświadczyła Helen. 

-    Wierzę  -  przyznała  spokojnie  dr  Baird,  widząc  oczy  pacjentki  podkrążone  wskutek 

bezsenności  -  ale  pani  nie  wstanie.  Nie  dziś.  Może  jutro,  jeśli  pani  będzie  rozsądna.  Zobaczymy. 

Wczoraj na dole wszystko samo się ułożyło? 

-    Tak sądzę. 

-    To wymaga czasu - powiedziała doświadczona lekarka. - Trzeba, żeby pani na jakiś czas 

zostawiła wszystko swojemu biegowi. Nie ma potrzeby spieszyć się z niczym, prawda? 

-    Chyba nie, nie sądzę - przyznała Helen bezbarwnym głosem. - Nie teraz. Już nie teraz. 

Lekarka nie wdała się w dyskusję na ten temat. Powiedziała natomiast: - Annabel na pewno 

się panią opiekuje. - Quentin i Annabel - odpowiedziała Helen z niespodziewaną gwałtownością - 

sami wszystko doskonale załatwiają, dziękuję. 

Drobny, ciemnowłosy mężczyzna czekał na Sloana w jego biurze. Konstabl Crosby dokonał 

prezentacji. 

-    To  jest  pan  Hickory,  ekspert  w  dziedzinie  planowania  miejskiego  i  wiejskiego,  którego 

chciał pan widzieć. 

-    Z Okręgowego Wydziału Architektury  w Callef ord -dodał ostrożnie pan Hickory. - Co 

możemy dla pana zrobić, inspektorze? 

-    Może  zechciałby  mi  pan  wyjaśnić  sprawy  zezwolenia  projektowego  i  rozbudowy  - 

powiedział Sloan. 

Pan Hickory wciągnął powietrze. 

Sloan zastrzegł się szybko. - Tak, żebym mógł to zrozunet. 

-    Oczywiście. A więc, zezwolenie projektowe to dziwna rzecz... 

Sloan podniósł brwi. 

-    Nie,  nie,  inspektorze.  Niech  mnie  pan  źle  nie  zrozumie.  Nie  w  policyjnym  znaczeniu 

dziwne, choć czasem i tak bywa. - Hickory uśmiechnął się blado. - Obecnie chyba wszystkim się 

zdarza, że są o coś zapytywani. 

Sloan zachował w tej sprawie powściągliwe milczenie. 

Nie były to sprawy, o jakich policjanci rozmawiają z obcymi. 

-    Nie,  nie  dziwne  -  wyjaśniał  planista.  -  Nierealne  to  byłoby  lepsze  słowo.  Nie  w  teorii, 

oczywiście. O, nie. W teorii geometrzy zalecają, a komitet decyduje. 

-    Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi-mruknął Crosby pod, nosem. 

-    I w teorii - mówił Hickory - komitet podejmuje wszelkie decyzje w interesie miasta jako 

całości. 

background image

-    Czyż  wszyscy  tak  nie  postępujemy  -  wtrącił  grzecznie  Sloan.  Crosby  tylko  przewrócił 

oczami. 

-    Tak, prawda... - ciągnął dalej Hickory. - Komitety to też coś dziwnego. 

Sloan,  który  zrobił  to  odkrycie  jeszcze  jako  zwykły  policjant,  skierował  pana  Hickory  z 

ogólnych problemów na konkretne. 

-    Co do tego planu rozbudowy w Strontfield Park... 

-    Ach,  tak.  -  Przedstawiciel  władz  miejscowych  rozwinął  mapę  East  Calleshire  i  wskazał 

miejsce. - Tu jest Constance Parva. Widzi pan tę część oznaczoną żółtym kolorem... 

Crosby  wyciągnął  szyję  ponad  ramieniem  pana  Hickory,  podczas  gdy  Sloan  szukał  na 

mapie żółtych znaków. 

-    To  jest  tak  zwany  rejon  zainteresowania  miasta.  Od  czasu  ustawy  o  Planowaniu 

Miejskim i Wiejskim z 1947 roku zezwala się na rozbudowę w obrębie tego rejonu -z wyjątkami, 

które nazywamy budownictwem mieszkaniowym na uboczu. Poza tym... 

-    Ta biała część? 

-    Tak,  inspektorze.  Zezwolenie  na  rozbudowę  w  tej  białej  części  to  trochę  inna  sprawa. 

Nie tak... 

-    Automatyczne? 

-    Powiedzmy,  bardziej  dyskusyjne-powiedział  półgłosem  Hickory.  -  Właściwie 

dyskrecjonalne. 

-    A ta kanalizacja, o której wszyscy mówią? 

-    Kanalizacja - zaczął ostrożnie Hickory -... e... otwiera drogę dla dalszej rozbudowy. 

Crosby otworzył usta, żeby coś powiedzieć. 

-    Tak, rozumiem - wtrącił szybko Sloan. 

-    Lubią także kościoły - nadmienił Hickory. 

- Naprawdę lubią! - wykrzyknął Sloan, powstrzymując się od różnych wypowiedzi, między 

innymi od przypomnienia Świątyni Midasa 

- . 

-    Stwarzają punkt ośrodkowy - Hickory kontynuował, niezmieszany. 

-    ... I kłaniają się Mamonie. (Matka Sloana z zapałem czytała Biblię). 

Hickory machnął ręką. - Myślę z punktu widzenia Planowania Miejskiego i Wiejskiego. 

-    ... Nie mówiąc o modlitwach przed ołtarzem Molocha. 

-    A zatem - wtrącił Sloan z ironią - kiedy jest kanalizacja i kościół... 

-    W tym porządku - bąknął Crosby sotto voce. 

-    ... w obrębie oznaczonego żółtym kolorem otoku miasteczka następuje rozbudowa? 

background image

-    Wolelibyśmy  -  wtrącił zastrzeżenie Hickory -  aby  nie były to  grunty rolnicze pierwszej 

klasy. 

-    Nie są. Nie w Strontfield - powiedział Sloan. Crosby spojrzał ze zdziwieniem. 

-    Gdyby  nadawały  się  pod  uprawę  -  wyjaśniał  cierpliwie  Sloan  -  Fent  dobrze  by  je 

uprawiał i sąsiednia farma nie nazywałaby się “Ugór”. 

-    Słusznie.  -  Pan  Hickory  zmrużył  oczy  i  zajrzał  jeszcze  do  jakichś  papierów.  -  Tak 

twierdzą  petenci.  Nie  jest  to  ziemia  urodzajna.  Uważają,  że  zastrzyk  świeżej  krwi  ożywiłby 

ś

rodowisko wiejskie. 

-    To bardzo społeczne nastawienie z ich strony -mruknął Sloan. 

-    Dzięki nowym domom rozwinęłyby się sklepy i usługi 

- tłumaczył Hickory - zostałaby powstrzymana ucieczka ze wsi i tak dalej. 

-    Rozumiem, że starali się o to dla ich dobra - powiedział Sloan. 

Pan Hickory pozwolił sobie na słaby uśmiech. - Niezupełnie. 

-    Raczej dla napchania kieszeni - podsunął Crosby. 

-    Nie  złożono  nawet  apelacji  -  powiedział  Hickory.  -  Po  pierwszym  podaniu  dostali 

aprobatę założeń, musieli więc być w dobrej sytuacji. 

-    Aprobatę założeń? 

Hickory  poruszył  się  na  krześle.  -  Mierzenie  temperatury  wody,  tak  by  to  można  określić. 

W zasadzie akceptowane, lecz trzeba jeszcze uzyskać zatwierdzenie szczegółów. A jeśli się nie ma 

zatwierdzonych założeń... 

-    Tak? - zapytał z ciekawością Sloan. 

-    Wtedy  nie  ma  potrzeby  ponoszenia  wydatku  na  zaprojektowanie  rozbudowy,  jaką  się 

miało na myśli, aż po najdrobniejszy szczegół. 

-    Ale dla Strontfield otrzymali aprobatę? Hickory przytaknął. - Bez trudu. 

-    Kiedy? 

-    W lipcu ubiegłego roku. 

-    I co potem? 

-    Potem nic. Żadne szczegółowe plany nie zostały nigdy przedłożone przez petentów. 

-    A kto to był? 

-    Spółka “Calleford Enterprises  Limited”. - Hickory spojrzał na odwrotną stronę jakiegoś 

dokumentu.  -  Kilku  przedsiębiorców  budowlanych,  kilku  miejscowych  handlowców,  kuzyn 

księcia... 

-    I lord w zarządzie. 

background image

-    Właśnie  on.  -  Pan  Hickory  przerwał  na  chwilę.  -Mówią  o  nim,  że  można  się  z  nim 

dogadać, kiedy jest trzeźwy. 

-    Znamy go - nadmienił chłodno Sloan. - Nasi ludzie z Wydziału Ruchu... 

-    Właśnie - powiedział pan Hickory. 

-    Zawsze usiłują pobrać mu krew - Crosby gotów był wdać się w pogawędkę. - Kłopot w 

tym, że jego organizm jest przyzwyczajony do alkoholu. 

Sloan usiłował skierować rozmowę z powrotem na temat gruntów. - Ta aprobata założeń... 

-    Złapią  go  kiedyś  -  powiedział  Crosby.  -  Inspektor  Harpe  mówi,  że  jeśli  to  będzie 

ostatni... 

Sloan  nie  dał  Crosby'emu  skończyć:  -  To  podanie  o  aprobatę  założeń  złożone  było  zatem 

bez udziału Fenta? 

Hickory  potrząsnął  przecząco  głową.  -  Bez  żadnego  udziału.  Zgoda  właściciela  nie  jest 

konieczna, lecz jest on informowany zarówno o złożeniu podania, jak również o wyniku. 

-    To chyba słuszne - zauważył inspektor. 

-    Dawniej  było  inaczej  -  wyjaśnił  planista.  -  W  okresie  kiedy  jeszcze  nie  zawiadamiano 

właściciela,  sprzedawał  swoją  ziemię  przedsiębiorcom,  zanim  się  spostrzegł,  ile  byłaby  warta  po 

uzyskaniu zezwolenia. Zdziwiłby się pan. 

Sloan  już  dawno  przestał  się  dziwić  bezgranicznej  ludzkiej  głupocie  i  chciwości. 

Powiedział:  -  A  zatem  to,  co  tutaj  mamy,  to  niezbyt  dobra  ziemia  uprawna  z  aprobatą  założeń 

rozbudowy mieszkaniowej. 

-    Z małym centrum handlowym. 

-    Której nie podjęli się przedsiębiorcy ani nikt inny -ciągnął Sloan zastanawiając się, jaka 

jest w tej sprawie rola Petera Fenta i jego farmy. 

-    Jak do tej pory - uzupełnił Hickory. 

-    Wszystko  to  -  powiedział  Sloan  do  Crosby'ego  po  wyjściu  przedstawiciela  władz 

miejscowych - może mieć albo bardzo dużo wspólnego ze śmiercią Williama Fenta, albo zupełnie 

nic. 

-    A jednak może mieć, szefie. - Crosby wziął w rękę papiery, jakie im zostawił Hickory. - 

Proszę popatrzeć na to. 

Podał  Sloanowi  kartkę  firmowego  papieru  z  nagłówkiem  “Calleford  Enterprises  Limited”. 

Wśród wymienionych nazwisk dyrektorów było nazwisko R. Renville'a. 

background image

Rozdział XII 

-    A więc - zapytał Crosby - czy mamy rzucać monetę, czy możemy już zaczynać? 

-    Zaczynamy - powiedział Sloan wstając. 

-    Od Petera Millera Fenta? 

-    Nie. Jeszcze zaczeka trochę. 

-    Renville'owie? 

-    Nie  -  powiedział  Sloan  z  namysłem.  -  Zaczniemy  chyba  od  tej  ogrodniczki.  Założę  się, 

ż

e z nich wszystkich ona jest najlepszym rozmówcą. 

Domek panny Cynthii Paterson w Constance Parva znajdował się przy końcu High Street, w 

pobliżu kościoła. Był bardzo mały z długim, spadzistym dachem z tyłu i niewielkim ogródkiem od 

frontu. Znaleźli boczne wejście. Zaprowadził ich tam napis umieszczony na frontowej ścianie, nad 

strzałką. 

Czy ktoś biedny, czy bogaty, Przez jedne drzwi wchodzi do chaty. 

Sloan zapukał. Zaszczekał pies, ale nie słychać było żadnej odpowiedzi. 

-    Widzę jakąś staruchę w szklarni - zauważył Crosby rozglądając się wkoło. 

Policjanci przeszli przez ogród do szklarni, gdzie jakaś siwa głowa migała wśród zieleni. 

-    To  potrwa  tylko  chwilkę!  -  zawołała  przez  drzwi.  -Proszę  wejść.  Próbuję  złapać 

pszczołę. O, jest! 

Konstabl Crosby schylił szybko głowę, kiedy coś zabrzęczało mu koło lewego ucha. 

-    Nie wiem, jak się tu dostała - powiedziała Cynthia. Paterson. - Staram się nie dopuszczać 

ich do kwiatów. 

Pszczoła przeleciała z powrotem obok Crosby'ego. Bzyczała rozzłoszczona. 

-    Do  licha  z  nią!  -  wykrzyknęła  panna  Paterson.  -  O,  tu  jest!  Niech  pan  ją  złapie, 

młodzieńcze! One są szkodliwe dla kwiatów. Szybko poruszające się owady są niebezpieczne dla 

ogrodu. Niektóre z wolno się poruszających też nie są pożyteczne. 

Crosby chwycił pustą doniczkę i ruszył w kierunku pszczoły. Pszczoła siadła tam, gdzie nie 

mógł jej dosięgnąć. 

-    Kwiaty szybko więdną, kiedy są zapylone - wyjaśniała ogrodniczka. - O, jest tutaj... teraz 

ją pan złapie. 

Ni  stąd,  ni  zowąd  Sloanowi  przypomniało  się  coś  ze  szkolnych  czasów:  chłopięcy  Ariel 

pomaga grubszemu Prospero włożyć płaszcz i śpiewa: “Pójdę z pszczołą kwiaty ssać” *. Pamiętał, 

ż

e wtedy bał się, jak sobie poradzi jako Ariel z załamującym się głosem. 

-    Zastanawiałam  się  często,  jak  radzą  sobie  buddyjscy  ogrodnicy  -  zauważyła  panna 

Paterson tonem towarzyskiej rozmowy. 

background image

-    Buddyjscy? - zdziwił się Sloan. 

-    Nie wolno im niczego zabijać, nawet muchy. Pszczoła także wyglądała, jakby nie chciała 

dać się zabić, i podfrunęła w górę, gdzie Crosby nie mógł jej dosięgnąć. 

-    Tu jest krzesło - zaproponowała panna Paterson. Crosby spojrzał na rozklekotany sprzęt 

z  giętkich  listewek,  zniszczony  przez  długą  służbę  w  kuchni,  i  powiedział:  -  Myślę,  że  ją  złapię, 

kiedy następnym razem sfrunie niżej. 

-    Tak, jest pan dostatecznie wysoki. - Obróciła się i spojrzała bystro na Sloana. - Pan jest 

także wysoki. Policjanci? 

-    Tak, proszę pani - powiedział Sloan i przedstawił siebie i Crosby'ego. 

Panna Paterson skinęła w kierunku Crosby'ego i powiedziała: - Powinien więc umieć złapać 

pszczołę, no nie? 

-    Powinien  -  potwierdził  ostrożnie  Sloan,  choć  chwilami  miał  wątpliwości,  czy  Crosby 

potrafi cokolwiek złapać. 

W szklarni było gorąco i młody konstabl spocił się teraz z lekka. Pszczoła poleciała szybko 

w górę. 

-    Już  was  obydwu  kiedyś  widziałam,  prawda?  -  panna  Paterson  poprawiła  okulary  i 

spojrzała uważnie na przedstawicieli policji. - Wczoraj. Byliście na pogrzebie Billa Fenta. W tyle 

kościoła. 

-    Tak.  -  Sloan  wahał  się  przez  chwilę,  a  potem  powiedział,  że  Tom  Exley  także  zmarł.  - 

Chcieliśmy z panią porozmawiać o przyjęciu w Strontfield Park. Czy była tam mowa o czymś, co 

mogło pana Fenta wytrącić z równowagi? 

Panna Paterson spojrzała na niego przenikliwie. - Nie było żadnych sporów, jeśli pan to ma 

na myśli, a także nie wypił zbyt dużo. 

-    A rozmowa? 

-    Raczej ogólna. W każdym razie przy moim końcu stołu. 

-    A pani siedziała między...? 

-    Doktorem  Washby  i  młodym  Quentinem.  Skrzywiła  się  z  lekka.  -  Myślałby  kto,  że 

przyjęcie na wsi to święto urodzaju - ile trudu zadała sobie Helen, żeby stół dobrze wyglądał, jak to 

sama określiła. - Odgarnęła niesforny kosmyk siwych włosów i powiedziała: - Wszyscy byli bardzo 

mili dla tej nowej dziewczyny Veronici, żony doktora Washby. Nie znała właściwie nikogo z nas, 

nie  mówiło  się  więc  wiele  o  sprawach  miejscowych  -  w  każdym  razie  nie  na  początku.  Później 

naturalnie nie da się uniknąć pogawędek na tematy miejscowe - jeśli się tutaj żyje. Wie pan, jak to 

jest. 

-    Jakiś szczególnie interesujący temat? - zapytał Sloan od niechcenia. 

background image

Wiedział dobrze, jak to jest. Tak właśnie wyglądało w pracy. Skoro było się czymś zajętym, 

trudno  było  mówić  o  czymś  innym.  W  każdym  razie  nie  wtedy,  kiedy  było  się  w  komisariacie,  a 

także często po wyjściu. 

-    Ach, po prostu, taki jak zazwyczaj. Konstabl wciąż jeszcze nie złapał pszczoły. 

Panna Paterson machnęła ręką. - Uwagi o miejscowej uroczystości - o tym można zawsze 

trochę podyskutować. Rząd - na ten temat też zawsze jest coś do powiedzenia. 

-    Właśnie - przytaknął Sloan z całkowitą bezstronnością, jakiej się wymaga od Najlepszej 

Policji Świata. 

-    I  bracia  Pennyfeather  -  przypomniała  sobie  panna  Paterson.  -  Ci  chłopcy  to  nasze 

wieczne  zmartwienie.  Zwykle  ktoś  ma  jakąś  historyjkę  o  nich  do  powiedzenia.  Zawsze  szukają 

kłopotów i znajdują je. Ledwo na kogoś spojrzą, a ten już leży. 

-    Słyszy pan, Crosby? - zapytał Sloan. - Będzie pan musiał się pilnować. 

-    Tak,    szefie    -  ponuro    zabrzmiał  głos    Crosby'ego.  Pszczoła  -  wciąż  jeszcze  na 

wolności - brzęczała z oburzeniem. 

Panna Paterson mówiła dalej: - Jeszcze jedno dziecko przybyło w domku na farmie “Ugór” 

- będą musieli wkrótce spać na waleta - ach,, i ojciec Gregory Fitcha. 

-    Co on takiego zrobił? 

-    Nic.  Tylko  udało  się  im  wreszcie  umieścić  go  w  domu  starców  i  Bili  nam  o  tym 

opowiadał. Fitch był przez całe życie ogrodnikiem Fentów - mieszkał w domku dozorcy za starym 

pawilonem,  ale  ostatnio  trochę  zdziecinniał.  Sloan,  którego  hobby  była  hodowla  róż,  pokiwał 

głową. 

-    Zupełnie  stracił  rozum  -  powiedziała  energicznie  Cynthia  Paterson.  -  Zaczął  opowiadać 

jakieś  głupstwa  o  tym,  co  się  dzieje  w  pawilonie  i  tym  podobne.  Natura  znów  zwyciężyła,  tak  to 

jest. Cywilizacja w istocie nie sięga głęboko, prawda? 

-    Jest cienka jak farba - zauważył inspektor z przekonaniem. - Może pani spytać każdego 

w policji. 

-    W  każdym  razie,  Paul  Washby  musiał  postarać  się,  żeby  go  zabrali.  Zrobili  mu  tak 

staranną  toaletę  w  tym  szpitalu,  że  kiedy  Greg  poszedł  w  niedzielę  go  odwiedzić,  nie  poznał  go, 

choć przeszedł tuż obok łóżka. Nigdy przedtem nie widział go ze sztuczną szczęką. 

-    Ach  -  westchnął  Sloan;  był  już  w  wieku,  kiedy  zęby  zaczynają  wzbudzać  współczucie. 

Podczas gdy mówiła, wypatrywał przez szyby szklarni śladów uprawy rabarbaru. 

-    Nawiasem  mówiąc  -  panna  Paterson  z  przykładną  wytrwałością  trzymała  się 

początkowego  tematu  -  ponieważ  jestem  tylko  kobietą,  nie  wiem,  o  czym  mówili  panowie, 

kiedyśmy ich zostawiły. 

background image

-    Zostawiłyście ich? 

-    Zupełnie samych - powiedziała równie uroczystym tonem. 

-    Wszystkich? - To nadawało nowy wymiar jego śledztwu w sprawie otrucia. - Dlaczego? 

-    Nie dziwiłoby mnie, gdyby to było z powodu świętego Pawła - wyjaśniła nieoczekiwanie 

córka starego proboszcza. - Musiało to wyjść od kogoś, kto nie lubił kobiet, prawda? A on nie lubił 

kobiet, to znaczy święty Paweł. 

-    Co musiało wyjść? - zapytał ostro Sloan. 

-    Ten  zwyczaj.  Jak  o  to  chodzi,  jesteśmy  bardzo  zacofani  i  wciąż  zostawiamy  ich  przy 

tym. 

-    Kogo  przy  czym  zostawiacie,  panno  Paterson?  -  Herbatka  u  Obłąkanego  Kapelusznika 

była chyba bardziej normalna niż to, co słyszał. 

-    Panów  przy  piciu  porto  -  powiedziała  kropiąc  wodą  jakiś  cętkowany  kwiat.  -  To  ładny 

kolor, prawda? 

-    Ach,  porto.  -  Sloan  usiłował  sobie  prędko  przypomnieć,  co  wiedział  o  porto.  Nie  było 

tego  wiele.  Miało  to  coś  wspólnego  z  lewą  stroną  -  tak  rzeczywiście.  Port  -  to  lewa  burta  statku. 

Przeciwieństwo do prawej, sterburty. Jeszcze coś słyszał o porcie. 

-    Koloru brązowego? - zapytał niepewnie. 

-    Dobre wino - wyraziła swoją opinię panna Paterson. -I tyle. 

-    Właśnie - potwierdził Sloan. Przyszła mu na myśl Kitty. Kitty żyjąca w zupełnie innym 

ś

wiecie niż Stront-field Park. Była to stara pijaczka w Berebury o złej reputacji, o której wiadomo 

było, że nie tyka niczego, tylko porto z cytryną. Przychodziła zawsze, kiedy się ją wzywało, Kitty, 

Kitty... Oto ktoś, kto na pewno wie o tym winie wszystko, co można wiedzieć. 

-    Ale jeśli chodzi o temat rozmowy w czasie picia, to nie mogłabym nic powiedzieć. 

-    Widzę  z  tego  -  orzekł  z  powagą  Sloan  -  że  Ruch  Wyzwolenia  Kobiet  nie  ma  zbyt 

wielkich osiągnięć w Con-stance Parva. 

Panna  Paterson  uśmiechnęła  się  blado.  -  To  prawda.  Mam  jednak  nadzieję,  że  dla  pani 

Washby nie będzie to zbyt przykra zmiana po Londynie. Nie każdy lubuje się w życiu na wsi. 

-    Miasteczko rozrośnie się może... - zaryzykował Sloan. 

Zauważył,  że  wpatrują  się  w  niego  niebezpiecznie  inteligentne  oczy.  -  Ach,  słyszał  pan  o 

tym  projekcie  rozbudowy?  Otóż,  inspektorze,  to  jedyny  temat,  o  którym  nie  mówiliśmy  -  bo, 

można powiedzieć, obydwie strony były reprezentowane. 

-    Bardzo rozsądnie, proszę pani. 

-    A teraz ten problem nie obchodzi już Billa. 

-    Nie. - Sloan odchrząknął. - Czy była pani w Stront-field Park od e... od... 

background image

-    Nie - mruknęła. - Nie mam tam nic do powiedzenia. Ani do zrobienia. Doktor pewnie dał 

jej coś - ja sama nie mam czasu dla doktorów. Nie mam zaufania do tego wszystkiego, co obecnie 

dają.  Poza  tym,  tylko  rówieśnicy  potrafią  człowieka  pocieszyć.  Czy  pan  tego  jeszcze  nie  odkrył, 

inspektorze? Młodzi nie mogą pojąć, jak się człowiek czuje. Starzy - jak ja - przeszli przez to już 

dawno.  Grupy  równolatków,  jak  to  teraz  nazywają.  -  Panna  Paterson  pochyliła  się  nagle  nad 

sadzonką ogórka i wyskubała coś ze środka. - Trzeba zawsze usuwać męskie kwiaty -powiedziała - 

jeśli chce się mieć dobra ogórki. 

-    Ale  przez  to  wcale  nie  stają  się  mniej  gorzkie  -w  inspektorze  odezwała  się  dusza 

ogrodnika-filozofa. Wzrok jego przesunął się z ogórków na pszczołę. - Musi pan teraz pogawędzić 

z jakimś ptakiem, Crosby - powiedział żartobliwie - i wtedy pan się dowie. 

-    Tak, szefie, ja...-konstabl nie skończył zdania. Nagle dał się słyszeć jakiś ruch w pobliżu 

drzwi szklarni i Crosby wybiegł na zewnątrz, ścigany zawzięcie przez rozgniewaną pszczołę. 

-    To,  zdaje  się,  zrobiło  swoje  -  zauważyła  oschle  panna  Paterson.  -  Dziękuję  panu, 

inspektorze. 

-    Umarł?  Pan  Exley?!  -  wykrzyknęła  Ursula  Remdlle.  -Och,  jak  mi  przykro.  Żal  mi  jego 

ż

ony. Miał w dodatku dwoje dzieci, prawda, Richard? 

-    Tak słyszałem - powiedział Richard Remdlle, szukając ręką swojej fajki. - To pech. 

-    Sprawdzamy  po  prostu,  czy  nie  zdarzyło  się  nic  w  czasie  przyjęcia,  co  mogło 

zdenerwować pana Fenta - Sloan wypowiedział płynnie swoją kwestią. Pojechali z Crosbym przez 

High  Street  w  Constance  Parva  od  domku  panny  Paterson  do  willi  King's  Tree,  gdzie  mieszkali 

państwo Renyille. Nie zdziwiłby się, gdyby pszczoła przyleciała za nimi. 

-    O,  nie,  to  był  przyjemny  wieczór.  -  Pani  Renville  poprosiła  obydwu  policjantów,  aby 

usiedli. - Stół wyglądał uroczo i jedzenie było takie dobre. Nie wiem dlaczego, posiłek, którego się 

nie gotowało samemu, smakuje o wiele lepiej, ale tak jest. 

-    Co  podano?  -  zapytał  zachęcająco  Sloan.  Powiedziała  mu  i  pokrywało  się  to  z  jego 

informacją. 

-    Jakiś niezwykły budyń - zauważył Sloan. 

-    Prawda?  -  potwierdziła  z  zadowoleniem.  -  Francuski.  Specjalność  z  okolic  Grenoble. 

Tam  właśnie  Bili  z  Helen  byli  na  urlopie.  Podano  im  tam  te  cremets  i  Helen  chciała  sama 

spróbować. Była tak przejęta, że Bili kupił jej komplet miseczek. Raz mi je pokazała. 

-    Specjalne z dziurkami - powiedział Crosby. 

-    Tak.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego  i  skinęła  głową.  -W  kształcie  serca.  -  Nie  wiadomo 

kiedy zrobiła świetną kawę i postawiła ją bez pytania przed policjantami. -Zdaje się, że robi się coś 

w rodzaju twarożku... 

background image

-    I odsącza przez gazę - uzupełnił konstabl. 

-    Ależ pan mądry. - Spojrzała rozpromieniona na konstabla. 

-    Czy  udał  się...  -  mruknął  Sloan.  Słuchając  Crosby'ego  można  by  pomyśleć,  że  był 

kucharzem  wyróżnionym  Cor-don  Bleu,  a  tymczasem  Sloan  wiedział  doskonale,  że  nie  umie  on 

nawet zagotować wody, a co dopiero jajka. 

-    Z wyjątkiem jednego - powiedziała pani Renville. -Stały na kredensie, kiedy weszliśmy 

do jadalni i zauważyłam, że jeden jest trochę przygnieciony. 

-    Kto  go  zjadł?  -  spytał  półgłosem  Sloan.  On  sam  uważał,  że  szarlotka  jego  żony  lepsza 

jest  od  wszystkich  budyniów  -  nie  potrzebowała  ona  wcale  tych  książek  kucharskich,  które 

otrzymała w prezencie ślubnym - ale są różne gusta: a wszystko - dosłownie wszystko - co zostało 

spożyte tego wieczora w Strontfield Park mogło mieć znaczenie. 

Richard  Renville  stuknął  fajką  w  popielniczkę  i  powiedział  ponurym  głosem:  -  Jeśli  jest 

jeszcze gdzieś dom podobny do naszego, inspektorze, to mogę panu od razu powiedzieć, przed kim 

postawiono to, co się nie udało. Przed gospodarzem. 

-    Głupstwa  mówisz,  kochanie  -  powiedziała  dosadnie  jego  żona.  -  To  gospodyni  zawsze 

zjada to«co się nie udało. - Uśmiechnęła się do policjantów. - Mężczyźni robią tyle szumu, kiedy 

im się daje coś, co nie jest najlepsze, prawda? Mogę się założyć, że biedna Helen to zjadła. 

Renville  potrząsnął  przecząco  głową.  -  Nie  tym  razem.  Mogę  pana  zapewnić,  inspektorze, 

ż

e to Bili zjadł ten przygnieciony creinet. Pamiętam, bo widziałem go na jego tacce, nie na Helen. 

-    Czy były dwie tacki? - zachęcał do mówienia Sloan. 

-    Tak. - Renville skinął głową. - Z sześcioma porcjami cremet na każdej. Bili podawał po 

swojej stronie stołu, a Helen po swojej. Z każdego końca stała salaterka z malinami i śmietaną, jeśli 

ktoś miał ochotę. Wszystko było doskonale przygotowane. Żadnego rozgardiaszu. 

Teraz z kolei Sloan skinął potwierdzająco głową. 

Nie było żadnego rozgardiaszu. 

I wszystko było doskonale przygotowane. 

.Ktoś  dopilnował,  aby  Bili  połknął  potencjalnie  śmiertelną  dawkę  rozpuszczalnego 

barbituranu, w obecności jedenastu innych osób, z których jedna była prawdopodobnie mordercą, 

choć  i  tego  nie  mogli  być  jeszcze  pewni:  Peter  Miller  Fent  znajdował  się  też  w  pobliżu.  Bardzo 

blisko, zwłaszcza w ostatni sobotni wieczór. 

-    Napoje - podsunął Sloan wykorzystując odpowiedni moment. 

Renville zmarszczył czoło. - Bili nie wypił za dużo, nic podobnego. 

-    Panowie pili porto, o ile się nie mylę. 

background image

-    Piliśmy  rzeczywiście.  -  Zmarszczka  zniknęła  i  twarz  mu  się  rozjaśniła.  -  Wie  pan, 

inspektorze, kiedy usłyszałem o biednym Billu, ucieszyło mnie, że ostatnią rzeczą, jaką pił, było to 

porto. 

-    Było takie dobre? 

-    Znakomite  -  zapewnił  Renville  z  uznaniem.  -  Ojciec  Billa  odłożył  beczułkę  tego  wina, 

kiedy Bili się urodził. Ładny stary angielski zwyczaj. 

-    Jak moczenie głowy niemowlęcia - wtrącił inteligentnie konstabl. 

Renville  mrugnął  do  niego.  -  W  pewnym  sensie,  tak  myślę.  Nie  pomaga,  oczywiście,  gdy 

dziecko się rodzi w złym roku. 

-    Naturalnie - z powagą przytaknął Sloan. - Możemy więc przyjąć, że pan Fent urodził się 

w dobrym roku? 

-    Profesor  twierdzi,  że  był  to  ostatni  dobry  rok  -  Renvil-le  uśmiechnął  się  -  ale  profesor 

jest już taki. Posunął się, wie pan, i ostatnio jest pesymistycznie usposobiony. 

Sloan wiedział z doświadczenia, że te dwie rzeczy często idą w parze. - Który to był rok? 

-    Trzydziesty  piąty  -  wyjaśnił  Renville.  -  W  rzeczywistości  czterdziesty  piąty  był  także 

dobrym  rokiem,  ale  profesor  nie  chciał  o  tym  słyszeć.  Twierdził,  że  trzydziesty  pierwszy  był 

jeszcze lepszy. Stare dobre czasy i tak dalej. 

-    Tak pan uważa? - Jedynym rokiem - jedynym dniem, jakim się przejmowała Kitty, Kitty 

w gospodzie Pod Psem i Kuropatwą, był rok i dzień bieżący. 

Bill powiedział, że to wino już wkrótce nie będzie się nadawało do picia   

- Renville trzymał fajkę w zębach - ale muszę powiedzieć, że było bardzo dobre. 

Tak  samo  dobre  było,  Sloan  nie  miał  wątpliwości  Pod  Psem  i  Kuropatwą  przy  Railway 

Road. Co wieczór. 

Tęgi przedsiębiorca westchnął. - Naprawdę wyjątkowa okazja. 

-    O czym panowie mówili? 

Roześmiał  się.  -  Może  mi  pan  wierzyć  lub  nie,  ale  mówiliśmy  o  dawcach  krwi.  Doktor 

Washby  chciał  nas  wszystkich  wpisać  na  listę  -  z  wyjątkiem  Marchmonta.  On  już  przedtem 

oddawał krew. Jakaś ekipa przyjeżdża w tym celu do naszego okręgu w przyszłym miesiącu... 

-    Też coś! - wykrzyknęła jego żona. - Myślałyśmy, że mówicie o nas. 

-    No, a wy - rzucił wyzwanie Renville - o czym mówiłyście? 

-    O dżemie. 

-    A więc... 

Sloan wtrącił: - To porto... przypuszczam, że wszyscy panowie je pili? 

background image

-    No myślę! - żachnął się Renville. - Na miłość boską, inspektorze, gdyby ktoś nie pił wina 

w Strontfield, byłby chyba szalony. 

-    Przepraszam - powiedział pokornie Sloan. Kitty, Kit-ty nigdy by o to nie zapytała. 

Chciał  im  zadać  jeszcze  jedno  pytanie.  Czy  ktoś  z  nich  dwojga  był  w  Strontfield  u  Helen 

Fent po śmierci Billa. .      Obydwoje zaprzeczyli ruchem głowy. 

-    Ale,  ale,  chwileczkę.  -  Ursula  wyciągnęła  rękę.  -Wiem,  kto  miał  tam  pójść.  Marjorie 

Marchmont.  Wczoraj  wieczorem.  Wspomniała,  że  chce  iść  do  Strontfield  odwiedzić  Helen. 

Pamiętam,  .bo  powiedziała,  że,  jej  zdaniem,  ludzie  czują  się  po  pogrzebie  tacy  otępiali  jak  po 

weselu... -Przerwała na chwilę. - Nie wiem, czy to dobrze zrozumiałam? 

-    Tak,  proszę  pani.  -  Wszyscy  w  komisariacie  pamiętali  wieczorowe  wykłady  socjologii 

nadinspektora Wintera. I pogrzeb, i wesele to obrządki związane z przechodzeniem z jednego stanu 

w drugi. 

-    Naprawdę? - Ursula znów błądziła wzrokiem gdzieś daleko. 

W kilka minut później Crosby wyprowadził wóz policyjny z podjazdu willi King's Tree na 

High  Street.  W  tym  momencie  mały  zielony  samochód  zwolnił  bieg  pokazując  strzałką,  że  ma 

zamiar skręcić z High Street do domu 

Renville'ów. 

-    No i czegośmy się dowiedzieli? - wycedził flegmatycznie konstabl. - Młody pan Quentin 

Fent,  właściciel  ziemski,  udaje  się  z  wizytą  do  pana  Renwile'a,  dyrektora  spółki  do  handlu 

nieruchomościami. 

-    I hodują buraki na grządce kapusty - skomentował 

Sloan. 

background image

Rozdział XIII 

Wizyta  inspektora  Sloana  w  domu  doktora  miała  bardziej  oficjalny  charakter.  Nie  było  tu 

pszczół ani kawy. Cała akcja - jak by to określił Crosby - odbywała się przy domu: przed garażem. 

Była  to  sobota  rano  i  doktor,  w  swym  najstarszym  ubraniu,  czyścił  samochód.  Wyprostował  się, 

kiedy zobaczył obu policjantów, i wrzucił irchową myjkę do kubła z wodą. 

Sloan  powiedział  mu  o  śmierci  Exleya.  -  Może  będzie  pan  nam  potrzebny,  doktorze,  przy 

ponownym przesłuchaniu w sprawie pana Fenta. 

Doktor  Washby  szybko  skinął  głową.  -  Dobrze.  -  Potrzebne  będzie  pana  oświadczenie,  w 

jakim był stanie, zanim wyjechał z domu i tak dalej - kontynuował swobodnie Sloan. - Wie pan, o 

co chodzi. 

-    Wiem. - Doktor wykręcił myjkę i wycierał nią maskę wozu. - Przepraszam, ale nie mogę 

tego przerwać. Musiałbym wszystko jeszcze raz zlać wodą, gdyby wyschło. 

-    Niech pan sobie nie przeszkadza - powiedział wielkodusznie Sloan. 

-    Zawiadomicie mnie więc o przesłuchaniu? 

-    Zawiadomimy,  doktorze.  Naturalnie  jest  jeszcze  profesor,  który  ostatni  widział  pana 

Fenta  przed  śmiercią,  ale  on  nie  jest  już  młody  i  wydaje  mi  się,  że  pana  spostrzeżenia  będą 

cenniejsze. 

-    Naturalnie  zrobię  wszystko,  co  będę  mógł...  -  Paul  Washby  przeciągnął  irchą  starannie 

wzdłuż  maski  ku  chłodnicy.  -  Chciałbym  móc  zrobić  coś  bardziej  pożytecznego,  niż  tylko  wstać 

podczas przesłuchania, aby powiedzieć, że Bili wydawał mi się zupełnie normalny. 

-    Czy siedział pan obok niego? - zapytał jakby od niechcenia Sloan. 

-    Ja?  Nie,  siedziałem  na  drugim  końcu  stołu.  Między  Helen  Fent  i  panną  Paterson. 

Veronica siedziała obok Billa. Niech pan zaczeka, zawołani ją. 

-    Chodzi  o  Billa?  -  spytała  Veronica  Washby  wynurzając  się  z  drzwi  kuchennych  w 

ś

licznym  fartuszku.  Przywitała  się  z  nimi.  -  Tak,  siedziałam  po  jego  lewej  stronie.  Według  mnie 

wyglądał  całkiem  normalnie  -  nie  znałam  go  dobrze.  Taki  miły  człowiek.  Jakie  to  wszystko 

smutne, prawda? 

-    Tak,  proszę  pani  -  zgodził  się  inspektor.  Smutne,  szalone,  złe...  może  nie  miało 

znaczenia, jakiego słowa się użyło. 

-    Droczył  się  z  profesorem,  ale  w  bardzo  miły  sposób.  Widać  było,  że  mu  to  sprawia 

przyjemność. 

-    Profesor także siedział blisko pani? 

-    Tak, z drugiej strony. To taki miły człowiek! 

-    A naprzeciwko pani...? 

background image

-    Pani Renville. 

-    Ach,  tak.  -  Sloan  wyraził  w  myślach  pełne  uznanie  swojej  żonie.  -  A  z  drugiej  strony 

siedział może pan Marchmont? - zaryzykował pytanie. 

-    Tak. -  Zawahała się. - On jednak nie mówił wiele. Jej mąż zaśmiał się rubasznie. - Nie 

martw się. Po naszej stronie stołu Marjorie mówiła za dwoje. Warto było słyszeć jej śmiech, kiedy 

zaczęliśmy mówić o rozbudowie, a ja opowiedziałem ten kawał z brodą o zapachach w miasteczku. 

Słyszał go pan, inspektorze? 

-    Nie - zaprzeczył stanowczo Sloan. 

-    No to panu powiem. Starsza pani do wieśniaka: Czy to może kanalizacja? Wieśniak do 

starszej pani: To nie może być kanalizacja, bo tu nie ma żadnej kanalizacji. 

Crosby nie mógł pohamować śmiechu. 

-    Cieszę się, że się panu podoba. - Washby uśmiechnął się. - Nie podobał się naszej pannie 

Paterson.  Zachowała  się  jak  królowa  Wiktoria.  Wcale  jej  to  nie  rozbawiło.  Pan  wie  -  ona  się 

stanowczo sprzeciwiała kanalizacji ze względu na rozbudowę. 

-    Postęp  niesie  z  sobą  problemy.  -  Sloan  dał  wyraz  całkowitej  bezstronności.  -  A  jak  się 

pani podobał pan Marchmont? 

-    Zdaje  mi  się,  że  jest  trochę  nieśmiały  -  odparła  pani  Washby  -  chociaż  powiedział 

Annabel Pollock, siedziała naprzeciw niego, że pięknie ułożyła kwiaty. 

Doktor  Washby  powiedział  z  ironią  do  Sloana:  -  Układanie  kwiatów  to  przedmiot 

współzawodnictwa w Cons-tance Parva, inspektorze. A znów w Constance Magna lubują się raczej 

w polowaniu. 

-    I w krykiecie - przypomniała mu żona. 

-    I  w  krykiecie  -  potwierdził  doktor.  -  Dziś  odbywa  się  ważny  mecz,  inspektorze. 

Doroczna rozgrywka między jedną i drugą Constance. Constance Parva versus Constance Magna. - 

Przetarł irchą błotnik samochodu po swojej stronie i wskazał na bezchmurne niebo. - Jeśli pogoda 

się  zmieni,  powiedzą,  że  to  ja  sprowadziłem  deszcz,  bo  czyszczę  samochód.  A  jeśli  będę  jeździł 

brudnym wozem, powiedzą, że nędzny ze mnie doktor. Tak czy inaczej, nigdy nie jest dobrze. 

- Nieczęsto, doktorze - przyznał Sloan i pożegnał się. 

Peter  Miller  stał  na  progu  frontowego  wejścia  w  Stront-field  Park  trzymając  niepewnie 

kapelusz w ręce. Drzwi otwarła mu Annabel Pollock. 

-    Chciałbym się usprawiedliwić - wymamrotał, przedstawiając się. - Przeprosić i tak dalej. 

-    Za  co?  -  Annabel  szybko  się  zreflektowała  i  powiedziała:  -  Proszę,  niech  pan  wejdzie  i 

powie mi, za co pan przeprasza. 

background image

-    Moje  krowy  rasy  Jersey...  chyba  znów  wszystkie  weszły  do  parku.  Dzisiejszej  nocy. 

Musieliśmy je wyprowadzać na poranny udój. 

-    Och - wyraz ulgi pojawił się na jej twarzy. - To wszystko? 

-    Ale to już nie pierwszy raz - tłumaczył farmer. - Bili mówił, że weźmie kilka żerdzi od 

Grega Fitcha i zrobi coś z tym płotem, ale naturalnie... 

-    Naturalnie - powtórzyła Annabel. 

-    Powinienem  był  właściwie  sam  coś  zrobić  -  dodał  szybko  -  bo  przecież...  w  tych 

okolicznościach. 

-    Nie sądzę, żeby wyrządziły jakąś szkodę. - Brał w niej górę instynkt pielęgniarki gotowej 

pocieszać. 

-    Właśnie o to chodzi... - powiedział krzywiąc usta z zażenowaniem. - Zrobiły szkodę. 

-    W parku? Nie wyobrażam sobie, co by mogły... Zawahał się. - Podeszły do pawilonu. 

-    Nie zburzyły go chyba? 

-    Nie.  Nie  zburzyły.  -  Odchrząknął  i  znów  zaczął.  -  Na  końcu  alejki  jest  taki  posąg,  wie 

pani? 

-    Wiem.  -  Wargi  Annabel  zadrgały  lekko.  -  Kiedy  byliśmy  mali,  mówiliśmy  na  niego 

Nieznośny Nigel. 

-    Przypuszczam, że to jakiś faun. - Miller także się uśmiechnął. - Lub może Eros. 

Bożek Miłości? - Kiwnęła głową. - Możliwe. Nie podobał się staremu Fitchowi.   

Ilekroć pracował z tamtej strony, zarzucał na niego swoją kurtkę. - Annabel zachichotała. - 

Wyglądał wtedy o wiele gorzej. Co mu zrobiły? 

-    Zdaje się, że jedna zrzuciła go z piedestału. 

-    Krowie kopyta nie zrobiły mu pewnie nic złego. 

-    A jednak - obstawał przy swoim Miller. 

-    Fitch będzie zadowolony. 

-    Ale pani Fent może nie być. 

-    Niech  pan  się  nie  martwi  -  pocieszała  go  Annabel.  -Nie  sądzę,  że  się  tym  teraz  bardzo 

przejmie. 

-    Oczywiście - mruknął Miller, naraz pełen skruchy. -Ma inne kłopoty. 

Pielęgniarka skinęła głową. 

-    Czy może powinienem zobaczyć się z nią i wytłumaczyć? 

-    Nie  -  Annabel  zaprzeczyła  zdecydowanym  ruchem  głowy.  -  Nie  chce  widzieć  nikogo. 

Jest wciąż bardzo zdenerwowana. 

background image

-    Rozumiem  doskonale  -  powiedział  natychmiast  Miller.  -  Nic  dziwnego...  -  przerwał  na 

chwilę. - Czy zostanie tutaj? 

-    Nie przypuszczam, żeby już zrobiła jakieś plany - powiedziała dziewczyna. 

-    Pewnie, to jeszcze za wcześnie - zgodził się farmer. -Trudno i w ogóle... 

Przerwał im zgrzyt opon na podjeździe; usłyszeli, że ktoś podchodzi do frontowych drzwi. 

Miller  drgnął.  -  Lepiej  pójdę  sobie.  Ma  pani  gości.  Tak  się  składa,  że  zjawiam  się  zawsze  wtedy, 

kiedy ktoś inny przychodzi. 

Annabel  zaprzeczyła  grzecznościowo  odprowadzając  go  do  drzwi.  Wyglądała  jednak  na 

zamyśloną. - Tak właśnie pan robi, panie Miller - powiedziała do siebie, gdy wyszedł 

- tak pan robi. 

'  Nowo  przybyłym  okazał  się  profesor  Berry,  a  jego  środkiem  lokomocji  staroświecka 

taksówka  z  Larking.  Poklepał  się  po  piersi  i  wysapał:  -  Czas  nam  już  obydwojgu  zęby  zjadł,  ale 

jakoś  dotarliśmy  tutaj.  -  Stanął  w  drzwiach  i  zawołał  do  kierowcy:  -  Nie  będę  tu  długo,  Wilson. 

Niech  pan  sobie  odpocznie.  -  Po  czym  zwrócił  się  do  Annabel:  -Chciałem  tylko  złożyć  moje 

uszanowanie Helen. Jak się czuje? 

-    Lepiej niż wczoraj. 

-    To dobrze. 

-    Niech pan wejdzie i usiądzie. - Podprowadziła go do krzesła. 

-    A jak pani sobie radzi? - zapytał, kiedy odzyskał oddech. 

-    Na razie dobrze, ale muszę wracać w poniedziałek do szpitala. Skończył mi się urlop. 

-    Niestety nie był to dla pani prawdziwy wypoczynek, Annabel. 

Wzruszyła  ramionami.  -  Cóż  można  poradzić.  Gorsze  to  jest  dla  Helen.  Wie  pan,  w 

pewnym sensie jestem zadowolona, że byłam tu z Billem w ostatnim tygodniu jego życia. Zawsze 

sprawiały mi przyjemność wakacje w Strontfield i jako mała dziewczynka - kiedy mieszkaliśmy w 

Indiach -przyjeżdżając tutaj czułam, że jestem w Anglii. Teraz -westchnęła - pewnie nikt mnie już 

tu nie zaprosi - a poza tym wszystko będzie zupełnie inne. 

-    Ale na pewno... 

-    Quentin nie jest moim krewnym - wyjaśniła chłodno. 

- To Bili był moim kuzynem i to nie ze strony Fentów. Ja nie jestem z tej rodziny. 

-    Oczywiście. - Wycofał się. - Zapomniałem. 

- Nie jestem nawet dalszą krewną - powiedziała zdecydowanie. 

-    Przypuszczam - wysapał staruszek - że pozostanie pani jednak w kontakcie z Helen. 

-    Tak sądzę - rzuciła niedbale. - Na razie jednak Helen nie chce mnie widzieć i rozmawiać 

ze  mną  ani  też  z  nikim  innym.  Zamknęła  drzwi.  Nie  chce  nawet  odpowiadać  na  telefony.  “Nie 

background image

przełączajcie  nikogo  do  sypialni  -  prosiła  wczoraj.  -  Bez  względu  na  to,  kto  dzwoni”.  -  Co  mam 

robić? 

-    To, o co prosi - poradził łagodnie profesor. - To zawsze najłatwiejsze. - Spojrzał na nią 

ponad swoimi okularami. - Zwłaszcza gdy chodzi o kobiety. - On sam był kawalerem. 

-    Ale jaki może mieć powód? 

-    Prawdopodobnie  żaden  -  powiedział  starszy  pan.  -Nie  musi  mieć  żadnego  powodu.  - 

Uśmiechnął  się  do  niej  dobrodusznie.  -  Rasa  ludzka  nie  kieruje  się  rozsądkiem  i  w  swoich 

postępkach nie opiera się na tym, co zwykliśmy nazywać przyczyną. Może motywem, ale i to nie 

zawsze. 

-    Cokolwiek to jest - odpowiedziała z odrobiną goryczy 

-  czuję,  że  nie  mogę  odjechać  do  szpitala  Świętego  Niniana  jutro,  zostawiając  Helen 

zamkniętą w jej pokoju. 

-    A co z Quentinem? 

-    On  ma  jeszcze  tydzień  urlopu  i  Helen  prosiła,  żeby  nie  wyjeżdżał.  -  Ruchem  ręki 

wskazała  na  dom  i  park.  -  Są  tu  jeszcze  różne  rzeczy  do  załatwienia  i  pan  Puckie,  radca  prawny, 

chce, żeby przyszedł do j ego biura w poniedziałek przed południem. 

-    A więc zostaje? 

-    Tak,  zostaje  -  ale  nie  jest  ani  kucharzem,  ani  pielęgniarką.  Myślę  jednak  -  dodała  z 

przenikliwością Annabel 

- że będzie chciał, aby jego najdroższa Jacąueline zobaczyła Strontfield Park. jaja 

- Spodziewam się, że nie bez zaproszenia - wyraził obawę profesor. - Tego byłoby już zbyt 

wiele. 

-  O,  nie.  Nawet  Quentin  nie  zrobiłby  tego.  Poza  tym  -mówiła  dalej  bezstronnie  Annabel  - 

trzeba  jej  oddać  sprawiedliwość,  nie  sądzę,  żeby  Jacąueline  przyjechała  nie  zaproszona  przez 

Helen.  Delikatność  uczuć  nie  jest  może  silną  stroną  rodziny  Battersby,  ale  nie  jest  aż  tak  mało 

wrażliwa. 

-  To  dobrze  -  ucieszył  się  Berry.  -  Zwłaszcza  że,  jak  się  dowiaduję  od  Quentina,  mają  się 

pobrać dzięki odziedziczeniu Strontfield Park. 

- W każdym razie data ślubu została już wyznaczona -oświadczyła Annabel z taką sztuczną 

obojętnością, że profesor spojrzał na nią ze zdziwieniem. 

Inspektor  Sloan  trzymał  notes  na  kolanach,  gdy  Crosby  zawrócił  policyjnym  wozem  z   

powrotem do Berebury. 

- Posuwamy się naprzód, Crosby - zauważył. - Wiemy teraz, co wszyscy jedli i... 

background image

- Powiedział pan: “jedli”, szefie. Świetna myśl. Moja gospodyni nie wie, jakie powinno być 

ś

niadanie. 

- I - ciągnął dalej Sloan, niewzruszony - wiemy też, gdzie każdy siedział przy stole. 

- Nie wiemy natomiast - stwierdził Crosby, nie przyczyniając się do rozwiązania problemu - 

które danie zawierało truciznę. 

- Zastanawiam się - powiedział Sloan. 

- Nad czym? 

- Niech pan myśli, Crosby. - Koledzy mówili mu, ucz go, a nauczy się. Sloan nie był tego 

taki pewny. 

Konstabl  wyprowadził  samochód  z  miasteczka  w  kierunku  szosy.  -  Przede  wszystkim  nie 

było to nic do picia. Te butelki...” 

- Nie wolno o tym zapominać. Nie było to nic do picia. 

Chyba tylko kawa. Wino i porto nalewane było wszystkim z tych samych butelek. 

- Moglibyśmy sprawdzić porto. 

-  Nie  moglibyśmy  -  sprzeciwił  się  stanowczo  Sloan.  -Nie  moglibyśmy  bez  nakazu.  No, 

dalej. 

Crosby  słusznie  zrozumiał,  że  to  ostatnie  odnosi  się  raczej  do  jego  detektywistycznych 

rozważań niż do jazdy. Samochód w każdym razie jechał wystarczająco szybko. Powiedział: - Nie 

mogło to by ć mięso i jarzyny. Ani też ser. 

- Zgoda - potaknął szybko Sloan. - Nie wydaje mi się możliwe, aby udało się zatruć tylko 

jedną porcję pieczeni l jarzyn lub sera. 

- Pozostaje więc zupa i budyń. - Spojrzał w lusterko wozu. - Czy już cieplej? 

- Tak. - Sloan westchnął. Nigdy się nie nauczy. Nie on. Nie nauczy się, jeśli teraz nie wie, 

ż

e to nie zabawa w “ciepło-zimno”, tylko morderstwo. 

- A więc zupa i budyń. 

- A dlaczego właśnie te potrawy są najbardziej prawdopodobne? 

Na czole Crosby'ego pojawiła się głęboka zmarszczka. -Nie wiem, szefie. 

-  Były  to  jedyne  dania  podane  w  oddzielnych  naczyniach  -  wyjaśniał  cierpliwie  Sloan  -  i 

wystawione w jadalni, zanim przyjęcie się zaczęło. 

-  Ach,  rozumiem.  -  Zmarszczka  zniknęła.  -  Porcji  było  dwanaście,  OK.  Jedna  zaprawiona 

tym czymś. 

- Rozpuszczalnym barbituranem. - Niekiedy zastanawiał się, dlaczego się tym przejmuje. 

-  Zupa  albo  deser...  -  Crosby  przejechał  ostatni  odcinek  High  Street  w  Constance  Parva  i 

zaczął naprawdę nabierać szybkości. 

background image

- Istnieje możliwość - kontynuował ostrożnie Sloan -że moglibyśmy pójść jeszcze dalej. 

Crosby zmienił bieg jadąc pod górę. - Tak? 

- Ogórki nie odznaczają się silnym aromatem. 

-  Moim  zdaniem,  nie  nadają  się  do  jedzenia  -  powiedział  naiwnie  konstabl.  -  Żadnego 

smaku. W ogóle nic. 

- Właśnie - powiedział Sloan. - A więc? 

-  A  więc  -  powtórzył  Crosby  po  dłuższym  namyśle  -biorąc  pod  uwagę,  że  jak  powiedział 

analityk, to coś... 

- Rozpuszczalny barbituran - wycedził Sloan przez zaciśnięte zęby. 

- ...miało niedobry smak, dochodzimy do budyniu. 

- Dochodzimy do budyniu - potwierdził Sloan. Koniec zabawy. Budyń. Poszukiwana rzecz 

została znaleziona. 

- Musiał mieć bardzo nieprzyjemny smak, nawet bez żadnego rozpuszczalnego barbituranu. 

- Skrzywił się. -Twarożek z kwaśnej śmietany! Fu! 

- Powiedzmy - mruknął inspektor - że zapach był, jak się to mówi, wyraźny. 

- Wystarczyłaby mi jedna łyżeczka, zapewniam pana, szefie. 

- Zapomina pan, Crosby, że tym ludziom tego wieczoru to prawdopodobnie smakowało, a 

gdyby im nawet nie smakowało, i tak by zjedli. 

- O Boże! 

- I że była jedna osoba, która by to zjadła, nawet jeśli miałoby ją to zabić - wyjaśniał Sloan - 

bez względu na smak. 

- Kto taki? 

- Mąż kobiety, która to przyrządziła - powiedział Sloan, mężczyzna światowy i żonaty. 

- Naprawdę? 

- Jest pan kawalerem, Crosby, prawda? 

- Tak. Ale gdyby pani Pennyfeather... 

- Zatrucie - przerwał szybko Sloan. - W jaki więc sposób to zrobiono? 

Crosby prawie że stanął na baczność przy kierownicy. -Dodano coś do tego cremet? 

- Prawdopodobnie. Do którego? 

- Do tego przygniecionego - domyślił się natychmiast konstabl. 

- Dlaczego do tego? 

- Bo nie można było dodać trucizny bez naruszenia go? 

-  Nie  -  powiedział  Sloan.  -  Trucizna  pewnie  spłynęła  po  wierzchu.  Niech  pan  pamięta,  że 

była rozpuszczalna. Przypuszczam, że został przygnieciony z innego powodu. 

background image

Crosby zwolnił, wjechał na główną drogę i natychmiast dodał gazu. 

- No, dalej, Crosby. Niech pan się sam domyśli. 

-  Czy  może  -  zaczął  z  wahaniem  -  został  przygnieciony,  aby  się  upewnić,  że  właściwa 

osoba dostanie ten przyprawiony? 

- Tak sądzę. Chociaż - Sloan był skrupulatny - wiąże się z tym dla nas jedna duża trudność. 

- Kto był tą właściwą osobą? - spróbował Crosby. 

-  Właśnie.  W  danej  sytuacji  ten,  kto  naruszył  jeden  budyń,  mógł,  moim  zdaniem,  być 

pewien, że weźmie go albo gospodarz, albo gospodyni. Przyjmując, że jeden z nich miał... jest to, 

delikatnie mówiąc, trochę niebezpieczne. 

- Chyba że było wszystko jedno, które z nich to zje Crosby brał wszystko dosłownie. 

- To prawda  - przytaknął łagodnie Sloan. - Dla prokuratora będziemy musieli mieć więcej 

danych. No, i jest jeszcze coś, co będziemy musieli ustalić... 

-  Czy  ta  dwunasta  porcja  cremet  została  naruszona  przed  czy  po  postawieniu  jej  na 

kredensie? - skończył za niego Crosby. 

- Bardzo dobrze - pochwalił Sloan, kiedy pochwała była zasłużona. -  Wyjrzał przez szybę 

samochodu. - A moim zdaniem, jest tylko jedna droga, żeby się tego dowiedzieć. 

Crosby jęknął. - Chyba nie znowu Milly? Wszystko, tylko nie to. 

- Obowiązek wzywa, Crosby. - Uśmiechnął się. - Zresztą, jest pan młodszy. Ma pan przed 

sobą dłuższe życie. 

-  Wcale  nie  jestem  tego  taki  pewny  -  zaprotestował  konstabl.  -  Jeśli  jej  bracia  wstąpią  na 

wojenną ścieżkę. A poza tym jest jeszcze jej mama. 

-  Odwagi  -  usiłował  go  pocieszyć  Sloan.  -  Niech  pan  pamięta,  że  istnieje  Fundusz  dla 

Wdów i Sierot po Policjantach na wypadek, gdyby się panu coś stało... 

- Ale nie jestem żonaty - jęknął Crosby. - Mówiłem już. 

Było  już  późno,  kiedy  Sloan  i  Crosby  wrócili  do  komisariatu  w  Berebury.  Nadinspektor 

Leeyes siedział w swoim pokoju i bębnił palcami po biurku. 

- Coś nowego się wydarzyło - warknął. Sloan czekał. 

- Jedna osoba z pańskiego przyjęcia... - zaczął Leeyes. 

- Co się z nią stało? - przerwał Sloan. 

- Zaginęła. 

background image

Rozdział XIV 

- Kto, nadinspektorze? 

Nadinspektor  Leeyes  zerknął  na  notatkę.  -  Osoba  o  nazwisku  Marchmont.  Marjorie 

Marchmont. 

-  To  ta  gruba  -  wyjaśnił  Sloan.  -  Jest  na  naszej  liście,  ale  przed  południem  nie  doszliśmy 

jeszcze do jej domu. 

- Szkoda - powiedział nadinspektor. - Nie widziano jej od wczorajszego wieczoru. 

- A jej mąż? 

- Jej mąż nie wrócił wczoraj na noc. 

Sloan nastawił uszu. - Przynajmniej tak mówi - dodał znacząco Leeyes. - Mówi, że wrócił 

dziś rano do pustego domu, nie zastał żony i żadnego śladu, że spędziła w domu noc. 

- Po czym poznał? 

-  Butelki  na  mleko  nie  wystawione  -  recytował  Leeyes  -łóżko  nieruszone,  kot 

nienakarmiony. 

Sloan  wybiegł  myślą  poza  ściany  biura  nadinspektora.  Jak  to  William  Szekspir  określił 

obowiązki żony? “Jestem-że ja połową twoją pod pewnym tylko, marnym względem; na to jedynie, 

aby  z  tobą  dzielić  twój  stół  i  twoje  łoże  rozweselać,  i  lada  kiedy  przemówić  do  ciebie?”*  Ktoś 

-zdaje się teść, to podobne do niego - zacytował to na weselu Sloana i panie, jak sobie przypominał, 

były zgorszone. 

-  A  gazety  i  ranna  poczta  nie  zabrane  do  mieszkania  -kontynuował  prozaicznie  Leeyes.  - 

Wszystko to razem oznacza nieobecność żony, Sloan... Sloan, czy pan mnie słucha? 

-  Tak,  panie  nadinspektorze.  Naturalnie.  Myślałem  tylko  o  mężu.  Chudy,  cherlawy 

chłopina. 

- Crippen też był taki - zauważył ponuro Leeyes. 

- Gdzie był ostatniej nocy? 

-  E...  -  wyjaśniał  dalej  Leeyes.  -  Był  na  pułkowym  zebraniu  i  kolacji  w  Calleford.  East 

Calleshire. Zawsze chodzi na te zebrania. 

- I został na noc? 

- Tak twierdzi. Mam wrażenie - dodał z zadowoleniem - że to raczej sprawa Szczęśliwego 

Harry'ego. 

-  Ma  bzika  z  tym  dmuchaniem  w  balonik.  -  Był  to  nieszkodliwy  bziczek.  Wprost 

przeciwnie. 

- Nie chciałem ryzykować sprawdzania  - powiedział Leeyes.  - Zebrania i kolacje pułkowe 

to nie to samo, co Liga Bezalkoholowa, wie pan, Sloan. 

background image

* W. Szekspir, ..Juliusz Cezar”, akt II, scena l, przekład Józefa Paszkowskiego. 10 - Lekka 

ż

ałoba   

Sloan wiedział. Cały Komisariat Policji w Berebury musiał uważać przez kilka dni każdego 

roku, kiedy nadinspektor od nowa opowiadał mocno gestykulując, jak się doczłapał do brzegu pod 

Walcheren. 

Otworzył swój notes. - Czy Marchmont powiedział, gdzie nocował? 

- W Tabard przy Bear Street. 

-  Konstabl  Bargrave  nie  był  jeszcze  u  nich  w  doiriu  -wyjaśnił  Sloan  Crosby'emu,  kiedy 

wracali  z  powrotem  do Constance  Parva,  najszybciej  jak  się  dało.  -  Pamiętał,  że  pani  Marchmont 

była jedną z dwunastu osób na przyjęciu, więc posłał po nas. 

- ,, Jeden poszedł do nieba i zostało jedenastu'' - zanucił zjadliwie Crosby. 

Sloan  coś  mruknął.  Wiedział,  że  dziecinne  wierszyki  i  dziecinne  gry  to  był  mniej  więcej 

poziom Crosby'ego. 

- A teraz jest już tylko dziesięcioro. - Constabl włączył trzeci bieg i nacisnął pedał. 

- Może to fałszywy alarm - podsunął Sloan. Nie sądził jednak, żeby tak było. 

Po rozmowie z Danielem Marchmontem jeszcze bardziej się zaniepokoił. 

- To naprawdę niepodobne do mojej żony, inspektorze - powtarzał Marchmont raz po raz. - 

Gdyby  się  coś  zdarzyło,  zostawiłaby  na  pewno  kartkę.  Zawsze  zostawia  mi  kartki.  Przeważnie 

zabawne, z rysunkami. - Wyglądał na zakłopotanego. - Zachowałem większość z nich, choć ona o 

tym nie wie. 

-  A  więc  -  oświadczył  Sloan  urzędowym  tonem  -  zdaniem  pana  możemy  przyjąć,  że 

gdziekolwiek poszła, spodziewała się, że wróci do domu przed panem. 

- O, tak - potwierdził Marchmont. - Z całą pewnością. 

- Nie było jej przykro, gdy zostawała w domu sama? 

- Nie, skądże. - Wyprężył pierś w imieniu swojej żony. -Marjorie nie była taka, inspektorze. 

Nie bała się niczego. Niczego ani nikogo. 

Sloan słuchał tego niechętnie. Odpowiednia doza strachu pozwalała wielu ludziom uniknąć 

kłopotów. - Kiedy widział ją pan po raz ostatni? 

-  Wczoraj  w  czasie  śniadania.  -  Uśmiechnął  się  niepewnie.  -  Byliśmy  naturalnie  na 

pogrzebie, a potem poszliśmy coś zjeść do Washbych. Poprosili także profesora Berry. Jest trochę 

słaby, wie pan. 

- A potem? 

-  Poszedłem  z  powrotem  do  biura  w  Berebury  -  jestem  księgowym.  Do  domu  wróciłem 

dopiero dziś rano - rozejrzał się bezradnie wkoło - i nie było jej tutaj. 

background image

-  Rozumiem.  A  dom  wyglądał...  e...  jak  zwykle?  -  Artystyczny  nieład  panował  we 

wszystkich pokojach, które Sloan już widział. 

-  O,  tak.  -  Księgowy  skinął  głową.  -  To  nie  jest  taki  dom,  w  którym  by  nie  wolno  było 

nawet położyć gazety. 

-  Oczywiście.  -  Z  tego  miejsca,  gdzie  stał  Sloan,  widać  było  taki  nieporządek,  że  gdyby 

odłożyło się gazetę, trudno byłoby ją znaleźć w ogólnym rozgardiaszu. - A po wyjściu z biura? 

-  Pojechałem  prosto  do  Calleford  na  naszą  pułkową  kolację.  Nie  miało  wielkiego  sensu 

wracać do Constance Parva i potem jechać boczną drogą do Calleford, kiedy mogłem to zrobić dwa 

razy szybciej i wygodniej autostradą. 

- Oczywiście. - Odcinek londyńskiej autostrady w Calleshire był dumą i radością inspektora 

Harpe'a. - Przy okazji, czy - w normalnym toku wypadków świętej pamięci nieboszczyk poszedłby 

także na tę kolację? 

-  Bili?  O,  nie,  inspektorze.  Bili  był  za  młody  na  wojnę,  a  później,  kiedy  powstała  Służba 

Krajowa, był zbyt zajęty organizowaniem farmy w Strontfield. Sądzę, że był zwolniony. 

- Rozumiem. Dziękuję panu. - Sloan zamknął swój notes. -1 nie ma pan pojęcia, gdzie może 

być pani March-mont? 

- Najmniejszego - powiedział z przygnębieniem niepozorny mężczyzna. - A o trzeciej miała 

układać kwiaty w kościele. 

Crosby  po  raz  pierwszy  nie  zapytał  o  rozkazy,  kiedy  usiadł  za  kierownicą  policyjnego 

wozu. Bez słowa wyjechał z uliczki, przy której mieszkali Marchmontowie, przejechał przez High 

Street,  obok  domu  doktora,  obok  willi  King's  Tree,  gdzie  mieszkali  Renville'owie,  obok  domku 

panny  Paterson,  wokół  kościoła  i  w  końcu  spokojnie  wprowadził  wóz  przez  bramę  do  Strontfield 

Park. 

Sloan nie próbował go zatrzymać. 

Tak więc, kiedy wreszcie inspektor Sloan i konstabl Crosby zjawili się w Strontfield Park, 

celem ich wizyty było dowiedzenie się czegoś o zaginionej kobiecie. Zauważyli i - jako policjanci - 

zapamiętali, że mały zielony wóz, w którym Quentin Fent przyjechał z wizytą do Renvil-le'ów, już 

wrócił i był zaparkowany przed domem. 

Przyjął ich sam Quentin  i jak przystało  gospodarzowi domu, wskazał fotele w salonie. Od 

wczoraj nastąpiła w nim wyraźna zmiana. Nie był już uległym żałobnikiem ani enf ant terrible. Nie 

było  też  już  widać  wyrafinowanego  znawcy  sztuki  z  West  Endu.  Zniknął  beż  śladu  ubogi  młody 

człowiek spędzający wakacje u rodziny. 

-  Powiedzcie  mi,  panowie,  co  mogę  dla  was  zrobić  -zagaił  rozmowę.  Sloan  odniósł 

wrażenie,  że  już  to  kiedyś  widział.  Nie  odpowiedział  Quentinowi,  lecz  zamyślił  się,  szukając  w 

background image

pamięci,  starając  się  sobie  coś  przypomnieć.  Gdzieś  kiedyś  widział  już młodego  człowieka,  który 

tak  się  zmienił  w  ciągu  jednej  doby.  Przypomniał  sobie.  Konstabl  Middleton,  kiedy  został 

sierżantem w Easterbrook. 

Różdżka  dobrej  wróżki  nie  wywołałaby  z  dnia  na  dzień  aż  takiej  zmiany.  Przybył  mu  co 

najmniej jeden cal wzrostu za każdą belkę, nie mówiąc już o dużo większym obwodzie piersi. Od 

tego czasu każda wypowiedź była o wiele ważniejsza. 

-  Zrobić  dla  nas?  Ach,  tak  -  Sloan  opanował  się  i  opowiedział  o  Marjorie  Marchmont.  - 

Dowiedzieliśmy się od pana Renville, że pani Marchmont miała zamiar przyjść tu wczoraj wieczór 

i odwiedzić panią Fent. 

- Ale nie dotarła tutaj - odpowiedział bez namysłu Quentin. - Lub jeśli tu była, to ja jej nie 

widziałem. -Uśmiechnął się. - Trudno jej nie zauważyć, jeśli jest w pobliżu. Przy jej tuszy. 

- Oczywiście. 

- A gdyby przyszła - kontynuował z przekonaniem Quentin - na pewno nie widziałaby się z 

Helen. 

- Doprawdy? 

- Siedzi zamknięta w swojej sypialni cały czas od pogrzebu Billa. - Wzruszył ramionami. - 

Annabel nie ma na nią sposobu. Nie chce nikogo widzieć. Nie chce nawet rozmawiać z nikim przez 

telefon, a więc można by się założyć o ostatniego pensa, że tym bardziej nie chciałaby się widzieć z 

Marjorie Marchmont. 

- Tym bardziej? - Sloan czekał na dalszy ciąg. 

-  Tak  -  poruszył  się  nerwowo.  -  Przede  wszystkim  nie  jest  ona  kojącym  towarzystwem. 

Choćby przez ten jej śmiech. A jeśli chodzi o delikatność, to przewyższa ją nawet słoń w składzie 

porcelany. 

-  Mówi,  co  myśli,  prawda?  ,  -  Dobrze  czy  źle  -  dopowiedział  Quentin.  -  Zna  pan  takich 

ludzi. 

Sloan  skinął  głową.  -  Kłopoty  z  ludźmi,  którzy  mówią,  co  myślą,  polegają  na  tym,  że 

przeważnie niewiele myślą. Czy...? 

Ale Quentin zaczął znów gderać na wdowę po swym kuzynie. 

- Annabel nie może skłonić Helen do zjedzenia niczego oprócz brzoskwiń z puszki - ach, i 

herbaty.  Zdaje  mi  się  -ciągnął  płaczliwie  dalej  -  że  co  kilka  minut  zanosi  się  jej  na  górę  świeży 

czajnik. 

Sloan,  który  obserwował  w  swoim  życiu  wiele  domowych  tragedii,  zauważył:  -  Herbata 

bardzo pomaga. -Chrząknął dyskretnie i dodał: - Lepiej niż alkohol. 

background image

-  Co?  Ach,  tak,  naturalnie.  O  to  nie  ma  obawy.  Właściwie  skoro  pan  już  wspomniał,  to 

zdaje mi się, że Helen w ogóle nic nie piła, odkąd tu jestem. Nie, chodzi o to, że nie chce nikogo 

widzieć. 

- Nikogo. 

-  Absolutnie  nikogo.  Nawet  mnie  -  powiedział  nieco  infantylnie  Quentin  -  a  co  dopiero 

Marjorie Marchmont. 

Sloan pominął ten przejaw egotyzmu, pytając: - Tylko pannę Pollock? 

-  Ona  to  co  innego.  Jest  pielęgniarką.  -  Quentin  traktował  Annabel  Pollock,  jakby  miała 

uniwersalną  przepustkę  z  tytułu  swojego  zawodu.  -  Ale  wie  pan,  od  czasu  pogrzebu  -  to  jest,  od 

kiedy się tak zdenerwowała - jedynie raz widziałem Helen. 

- Doprawdy? 

-  I  wtedy  powiedziała  tylko,  żebym  się  porozumiewał  we  wszystkich  sprawach  z  panem 

Puckle'em. 

- On jest... 

- Nie chcę się okazać nieczułym - ciągnął dalej Quentin. 

- Ale do licha, za niecałe trzy tygodnie wszystko to będzie moje. 

- Może dla pani Fent to właśnie jest trudne do zniesienia - szepnął Sloan. 

-  Może  -  mówił  teraz  z  godnością  -  ale  jest  wiele  rzeczy  do  zrobienia  w  tak  dużej 

posiadłości, a niektóre z nich powinny być zrobione zaraz. 

- Jak na przykład rozbudowa? 

Quentin się zaczerwienił. - Nie mogę sobie pozwolić na czekanie, aż mi trawa wyrośnie pod 

nogami,  inspektorze  -powiedział  dosadnie.  -  Nie  mogę  pozwolić,  aby  tu  wyrosła  trawa.  Na  tej 

ziemi  muszą  rosnąć  cegły,  jeśli  Strontfield  ma  być  wypłacalne.  Nie  można  było  nic  zarzucić 

projektowi, który opracował Renville. Nawet Bili mówił to samo. 

- Chce go pan więc realizować, czy tak? 

- Jeszcze jest za wcześnie, żeby coś powiedzieć - młody Fent zakończył ten temat rozmowy. 

- A co się mogło stać z Marjorie Marchmont, że nie można jej znaleźć? 

Kiedy  zwrócili  się  do  Annabel  Pollock,  okazała  się  bardziej  pomocna.  -  Naprawdę  nie 

widziałam  pani  Marchmont  wczoraj  wieczór,  inspektorze,  i  jestem  pewna,  że  Helen  jej  nie 

widziała, bo siedziała przez cały czas w swoim pokoju... Nie, pomyliłam się. Nie przez cały czas. 

Okazało się, że było to coś nowego, nie tylko dla Sloana, ale i dla Quentina. 

- Zeszła na dół tuż przed pójściem spać - mówiła Annabel - w każdym razie wtedy wpadłam 

na nią. 

- Gdzie? - zapytał Sloan. 

background image

- Przy drzwiach od ogrodu. Niepokoiła się, czy są zamknięte na noc. 

- I były? 

-- Tak powiedziała. Nie sprawdzałam. Potem poszła z powrotem do łóżka. 

Sloan zapytał: - Kiedy to było? 

- Zdaje się, tuż przed dziesiątą. To było wtedy, kiedy Quentin rozmawiał przez telefon. 

- Z moją narzeczoną - wyjaśnił Quentin tonem posiadacza. 

- Oczywiście - ciągnęła dalej Annabel - pani March-mont mogła przyjść wcześniej pod dom 

i nikt jej nie otworzył... - Zawahała się. - Ja się wyniknęłam na kilka minut około ósmej. Helen w 

swojej sypialni na pewno nie słyszałaby dzwonka. 

- I nie zareagowałaby, gdyby usłyszała - dodał z rozdrażnieniem Quentin. 

- Ale pan Fent byłby jednak słyszał - zaznaczył Sloan. 

Annabel potrząsnęła głową. - Mogła przyjść wtedy, kiedy wyszedł. 

- A więc pan także wychodził? - spytał Sloan jak najsłodziej. 

 

Quentin był wyraźnie nadąsany. - Jeśli pan nazywa wyjściem spacer po włas... po parku. 

- Czy widział pan kogoś podczas tego spaceru? 

- Co to ma... 

- Ta sama osoba - mówił grzecznie dalej Sloan - mogła widzieć panią Marchmont. 

-  Rzeczywiście,  widziałem  Petera  Millera  -  powiedział  z  irytacją.  -  Spotkaliśmy  się 

przypadkiem przy bramie. To nasz sąsiad, farmer. 

- Ach, i on też był w parku - Sloan zauważył kątem oka, że Crosby to notuje. 

-  Wpadł  tylko  na  pogawędkę,  inspektorze.  -  Quentin  Fent  był  już  znów  spokojny.  -  Zdaje 

się, że to sensowny chłop. Chciał się naturalnie dowiedzieć, jakie mam zamiary. On ma też ziemię 

nadającą się na rozbudowę. Uważa, że jeślibym ja coś postawił w pobliżu miasteczka, to on się też 

postara o zezwolenie na część swoich gruntów, które znajdują się obok. Nie są lepsze pod uprawę 

niż Strontfield. 

- I żaden z was nie widział nikogo innego w parku? 

Quentin  zaprzeczył  ruchem  głowy,  ale  Annabel  powiedziała:  -  Ja  widziałam.  Tylko  z 

daleka, ale myślę, że poznałam jego psa. 

- Kogo? 

- Richarda Renville. Wyprowadzał Spota na spacer. To ten dalmatyńczyk. 

- Czy to jest dozwolone? To uganianie psów po parku? 

- Nie mogę tego zabronić - wtrącił szybko Quentin. 

- Istnieje takie stare prawo przejścia - wyjaśniła Annabel. 

background image

- Istnieje od niepamiętnych czasów - przyznał Quentin. - Nie możemy zamknąć przejścia. 

Sloan zauważył ten pluralis maiestatis i zapytał niewinnie: - A co będzie, jeśli się zrealizuje 

ta rozbudowa? 

-  Możemy  wystąpić  o  zniesienie  tego  prawa.  Zdaje  mi  się  jednak,  że  plan  Renville'a 

przewiduje drogę między domami. 

- Rozumiem. - Jedno było pewne. Quentin nie tracił chwili czasu od śmierci swego kuzyna, 

Billa. Sloan wstał. -Gdybyśmy mogli teraz zamienić kilka słów z panią Fent... 

- Przykro mi, inspektorze. - Annabel potrząsnęła smutno głową. - Nie będzie chciała o tym 

słyszeć. 

Nie był nigdy zwolennikiem bezpośrednich starć, nawet jako młody policjant. Teraz, kiedy 

został  inspektorem,  szukał  zawsze  okrężnej  drogi.  Była  szybsza.  -  A  zatem  dziękuję  państwu  za 

rozmowę. Teraz musimy dalej szukać pani Marchmont. 

W drodze rozmawiał z Crosbym w dalszym ciągu na ten temat. - Przydałaby się nam jakaś 

pomoc. Przeszukiwanie tego miejsca i terenu zajęłoby nam cały dzień, a musimy jeszcze zobaczyć 

się z Peterem Millerem Fentem. 

 

Konstabl  wyjrzał  przez  okno  samochodu.  -1  nie  wiemy,  czy  rzeczywiście  doszła  tutaj, 

prawda, szefie? 

- Tylko tyle, że jak twierdzi pan Renville, mówiła, że pójdzie - powiedział zwięźle Sloan. - 

To wszystko, co wiemy. I że musimy ją znaleźć. I to szybko. 

Okazało się, że wyprzedził ich w tym mały terier zwany Rags. 

Było to późnym popołudniem i Sloan po powrocie na komisariat planował poszukiwania na 

dużą skalę. 

Sobota po południu, z natury rzeczy,, nie była najodpowiedniejszą do tego porą. Prawda, że 

można  było  znaleźć  ochotników  do  pracy  -  z  wyjątkiem  tych,  którzy  grali  w  piłkę  na  boisku 

krykietowym - ale zawodowcy byli zajęci regulowaniem ruchu w centrum handlowym Bere-bury, 

pilnowaniem  boiska  krykietowego  w  Calleford  i  umożliwianiem  chętnym  pójścia  na  wystawę 

rolniczą  hrabstwa.  Była  to  duża,  doroczna  impreza,  odbywająca  się  na  terenach  Ornum  House. 

Poszedł  tam  Peter  Miller.  Tak  przynajmniej  poinformowano  Sloana  na  farmie  “Ugór”.  Polecono 

więc  policjantom,  którzy  dyżurowali  na  wystawie,  aby  mieli  na  niego  oko.  Nie  należało  to  do 

łatwych  zadań.  Sobota  była  trzecim  i  ostatnim  dniem,  kiedy  wystawę  otwarto  dla  publiczności, 

która przyszła en masse. 

background image

Najważniejsza  sprawa,  ocena,  odbyła  się  w  czwartek,  a  kłótnie  z  powodu  decyzji  sędziów 

zakończyły się po większej części w piątek. W sobotę namiętności i gniewy nieco przygasły - aż do 

następnej wystawy - nawet w pawilonie świń. 

Landrance  Sąuire  Larking  Trzeci,  knur,  zwycięzca  w  swojej  klasie,  obserwował  świat 

oczyma  w  różowych  obwódkach,  syt  chwały,  i  nigdy  się  nie  dowiedział,  jak  niewiele  brakowało, 

aby został drugim po Landrance Martmie II z Rooden, w sąsiedniej przegrodzie. Ktoś z pewnością 

nie  właściciel  Landrance  Martina  II  z  Rooden  -  nabazgrał  na  dyplomie  pierwszej  nagrody  dla 

Landrance Sąuire Larking Trzeciego: 

Psy patrzą na ludzi w górę, Koty patrzą na nich z góry, Świnie są im równe. 

Ragsowi trudno było spojrzeć w górę na swoją panią. 

Zaszczekał. 

Cynthia Paterson zawołała go. 

Nie przychodził. 

Zawołała jeszcze raz. 

Znów zaszczekał. 

To  nie  króliki  -  zdecydowała,  idąc  w  kierunku  jego  szczekania.  Słychać  je  było  gdzieś  w 

pobliżu  pawilonu.  Wyszła  spoza  otaczających  go  drzew  i  najpierw  ujrzała  przewrócony  posążek. 

Lepiej  poinformowana  niż  Annabel  Pollock  i  Peter  Miller,  dobrze  obznajmiona  z  mitologią 

klasyczną, o wiele starszą od chrześcijańskiej, wiedziała, że to Eros we własnej osobie. 

Przystanąwszy,  aby zastanowić się nad łacińskim zwrotem o upadku Boga Miłości - także 

w ogrodzie - ruszyła w kierunku szczekania. 

Rags jest na pewno w pawilonie - pomyślała. 

Znów zawołała. Ponieważ nie przychodził, podeszła do pawilonu i zajrzała do środka. 

I bardzo tego pożałowała. 

 

background image

Rozdział XV 

- Koniaku - poleciła Annabel Pollock, kiedy zobaczyła wzburzoną twarz Cynthii Paterson. 

Wyglądała o dziesięć lat starzej. 

-  Policja  -  powiedział  Quentin,  który  wyglądał  młodziej  i  na  bardziej  przestraszonego.  - 

Zaraz ich sprowadzę. I doktora. Hej, mały, chodź tu... 

Terier posłusznie poszedł za swoją panią przez Stront -field Park. Nie było przecież żadnej 

reakcji  ze  strony  tej  dużej  postaci  na  podłodze  pawilonu.  Pozostała  bez  ruchu  mimo  jego 

szczekania.  Rags  szybko  stracił  zainteresowanie  i  ruszył  zadowolony  za  Cynthią  Paterson,  która 

potykając się szła ku domowi. 

-  To  Marjorie  -  wyszeptała  Cynthią  bladymi  wyschłymi  ustami.  -  Jestem  pewna,  że  to 

Marjorie. To jej włosy. 

- Naturalnie - przytaknęła uspokajająco Annabel. -Można by ją wszędzie poznać. 

- Nie o to chodzi - Cynthią zadrżała. - Chodzi o to, co zrobiono z jej włosami. Jak Porfiria. 

- Niech pani wejdzie i usiądzie - poprosiła Annabel. -Quentin poszedł zadzwonić na policję. 

- Zupełnie jak Porfiria - powtórzyła panna Paterson mocniejszym głosem. 

- Tak właśnie - wyszeptała z roztargnieniem Annabel. 

- Piękne włosy Marjorie naokoło jej szyi. 

-  Proszę  wypić  trochę  -  rozkazała  Annabel.  Starsza  kobieta  posłusznie  łykała  koniak.  - 

Browning -odezwała się obojętnym tonem chwilę później. 

- Browning? 

- Robert, naturalnie - wyjaśniła Cynthią - nie Eliza-beth. 

- Niech się pani napije jeszcze trochę koniaku - powiedziała spokojnie pielęgniarka. 

-  Czy  nie  zna  pani  “Kochanka  Porfirii”?  -  zapytała  panna  Paterson.  -  Jeden  z  najlepszych 

jego poematów. Dziewczyna zaprzeczyła ruchem głowy. 

- Udusił ją - powiedziała Cynthią Paterson drżącym głosem - jej własnymi włosami. 

Tak  się  złożyło,  że  miejscowy  doktor  przyszedł  na  miejsce  nieco  wcześniej  niż  policja. 

Podjechał swoim wozem po wysokiej trawie trochę dalej, niż chciał Crosby. 

- Nie żyje - powiedział ochrypłym głosem, kiedy podszedł do niego Sloan. - Niewątpliwie. I 

to już od jakiegoś czasu, jak mi się zdaje, choć nie jestem ekspertem. -Obrócił się i podniósł głos: - 

Nie radziłbym podchodzić bliżej, Quentin. To nie jest przyjemny widok. 

Quentin  Fent  kiwnął  głową  z  podziękowaniem  i  pozostał  przy  wozie.  Wyglądał,  jakby  się 

skurczył pod wpływem takiego obrotu sprawy. 

- Uduszona - powiedział doktor - swoimi własnymi Włosami. Chce pan, żebym...? 

background image

-  Nie,  dziękuję  -  odparł  Sloan.  -  Gdyby  pan  zechciał  tylko...  e...  potwierdzić  śmierć,  my 

zrobimy resztę. 

-  Oczywiście  mogę  to  zrobić  -  powiedział  Washby  nie  okazując  żadnego  wzruszenia.  - 

Mogę także zidentyfikować ciało, jeśli to się na coś przyda. Pani Marjorie March-mont. 

- Tak mi powiedziano - potwierdził Sloan. - Panna Paterson także ją rozpoznała. 

Washby wytarł ręce i poszedł z powrotem do samochodu. Quentin wciąż tam stał trzymając 

jedną rękę na klamce drzwi, jakby to była tratwa na wzburzonym morzu. 

- Jej mąż - dodał doktor. - Czy chce pan, żebym mu powiedział? 

- Nie - odrzekł Sloan. Mordercy rodzaju męskiego to przeważnie wdowcy: nie znaczyło to, 

ż

e mężowie zamordowanych kobiet są zawsze mordercami, ale znaczyło, że trzeba ich sprawdzić. 

Najpierw. Szybko. - Sami to zrobimy. 

Washby  odparł  z  wymuszonym  uśmiechem:  -  Przepraszam.  Wobec  tego  wrócę  do  domu  i 

zbadam pannę Pater-son. Jej serce nie jest w tak dobrym stanie, jak ona to sobie wyobraża. - Skinął 

ręką w kierunku pawilonu. - Odnalezienie pani Marchmont nie pomogło jej. 

- Ona także chce się z panem widzieć - wtrącił Quentin. - Sama mi o tym wspominała. Czy 

jestem tu jeszcze potrzebny? 

-  Nie  w  tej  chwili,  dziękuję  -  powiedział  Sloan.  -Przyjdziemy  później  porozmawiać  z 

panem. 

- No, no, no - wycedził dr Dabbe, kiedy on z kolei, po jakichś dziesięciu minutach, stanął 

przed pawilonem. 

- Te trzy dziury w ziemi... - mruknął do siebie Crosby. 

Patolog  go  nie  słyszał.  Patrzył  na  leżący  na  ziemi  posążek.  -  Coś  z  miłością  nie  w 

porządku? - nadmienił żartobliwie. 

-  Krowy  -  wyjaśnił  rzeczowo  Sloan.  -  Tak  mi  przynajmniej  powiedziano.  Weszły  tu  z 

sąsiedniej  farmy.  To  jeszcze  jedna  rzecz,  którą  trzeba  będzie  sprawdzić  możliwie  jak  najszybciej. 

Ich  najście  mogło  oznaczać,  że  Peter  Miller  był  także  w  parku  tej  nocy.  Jeśliby  się  znalazło  w 

pobliżu pawilonu jakieś ślady jego obecności, krowy doskonale by to tłumaczyły. 

Doktor  Dabbe  nie  miał  ochoty  przejść  obok  rzeźby  leżącej  w  trawie.  -  “Diabeł  to  upadły 

anioł”, Sloan. 

-  Tak  myślę,  doktorze.  -  Sloan  także  nie  spieszył  się  z  ponownym  wejściem  do  pawilonu. 

Od  odjazdu  doktora  Washby  nie  podszedł  dalej  niż  do  drzwi  i  pilnował,  żeby  nikt  inny  nie 

wchodził. Crosby szukał teraz śladów stóp na podłodze. - Jest tak sucho, że może być tylko kurz - 

dodał 

background image

Sloan - choć nigdy  nie  wiadomo. - Rzeczywiście, nigdy  nie wiadomo.  Zwłaszcza w takiej 

sprawie, jak ta. Może się okazać dosłownie wszystko. 

Patolog wskazał gestem na skurczoną postać na podłodze. - Czy wiemy... e... kto to? 

-  Niestety  wiemy  -  powiedział  poważnie  Sloan.  -  Pani  Marjorie  Marchmont.  Jedna  z 

dwunastu osób na przyjęciu. 

- Ach. 

-  I  biorąc  pod  uwagę  to,  co  się  zdarzyło  -  Sloan  powoli  rozwijał  swoją  myśl.  -  Byłaby  na 

pewno ważnym świadkiem oskarżenia... Jeśli oczywiście będzie oskarżenie. -Poczuł się nagle stary 

i znużony. - Nie powinniśmy byli do tego dopuścić. 

Ponieważ  patolodzy,  z  natury  rzeczy,  nie  interesują  się  tym,  co  mogło  było  się  zdarzyć, 

doktor Dabbe przypatrywał się tylko ciału. - Czy coś z miłością nie w porządku? 

Sloan  potrząsnął  przecząco  głową  słysząc  ten  eufemizm.  W  komisariacie  mieli  na  to  inne 

określenie, ale w końcu wszystko wychodziło na to samo. - Bardzo bym się temu dziwił. 

Crosby  posuwał  się  od  środka  podłogi  ku  krańcowi  ja-V  fala  na  powierzchni  wody. 

Udawało  mu  się  jakoś  robić  to  bez  patrzenia  na  centralny  obiekt  dramatu.  Sloan  zaobserwował 

podobne zachowanie u swego kota, kiedy ptak był zbyt duży, aby mógł sobie z nim poradzić. 

Małe  ptaki,  owszem.  Wtedy  spuszczał  ogon,  nieruchomiał  i  skakał.  Ale  nie  przy  takich 

dużych  ptakach  jak  mewy.  Nawet  jak  była  tuż  obok  niego,  kot  udawał,  że  jej  nie  widzi.  Nie 

zachowywał się jak przy polowaniu. - Ja jestem taki sam - pomyślał ze złością. - Myślę o kotach 

zamiast o mordercy. 

Patolog zmienił pozycję, żeby lepiej widzieć. - Nigdy nie widziałem dotychczas, żeby ktoś 

zrobił to w ten sposób. 

-  Ani  ja  -  stwierdził  stanowczo  Sloan.  -1  nie  chciałbym  widzieć  tego  jeszcze  raz  -  dodał 

tłumiąc reakcję uczuciową i starając się zauważyć wszystko, co policjant zauważyć powinien. 

-  A  jednak  interesujące  -  powiedział  patolog  tonem  prawdziwego  entuzjasty,  dodającego 

jakiś rzadki okaz do swojej kolekcji. 

Sloan nie uważał tego za interesujące. Zmarła była świadectwem jego klęski, bez względu 

na to, jaką miarę by się stosowało. 

-  Wszystko  zrobione!  -  zawołał  Crosby.  Zakończył  czołganie  się  po  podłodze  i  stał  teraz 

odwrócony  plecami  do  wewnętrznej  ściany  pawilonu.  Wciąż  unikał  wzrokiem  ciała  leżącego  na 

podłodze. Sloan nie brał mu tego za złe. Nie był to piękny widok. Uduszenie ładnie nie wygląda. 

- Dziękuję - powiedział Sloan. Przynajmniej Crosby nie był nawróconym wampirem. To już 

coś,  za  co  należało  być  wdzięcznym.  Inspektor  Hawkins  w  Kinnisport  miał  u  siebie  takiego.  Ten 

facet  wyłowił  tak  wiele  trupów  z  tamtejszej  przystani,  że  w  końcu  polubił  to  zajęcie  -  stał  się 

background image

swojego rodzaju specjalistą. Mechanizm obronny, jak przypuszczał Sloan, ale koledzy nie lubili go 

z tego powodu. 

-  Dlaczego  -  sarkał  dr  Dabbe  -  tego  rodzaju  rzeczy  zdarzają  się  zawsze  w  sobotę  po 

południu? 

- Trudno mi powiedzieć - odrzekł Sloan. I rzeczywiście trudno mu było powiedzieć. 

- Nie mogłem nigdzie złapać Burnsa. - Burns był to ponury pomocnik doktora Dabbe. 

Dyson,  fotograf  policyjny,  i  jego  pomocnik,  Williams,  zostali  jednak  wezwani  i  teraz,  na 

dany  przez  Sloana  znak,  przystąpili  do  robienia  zdjęć.  Za  nimi  nadjechała  przez  park  karetka. 

Patolog wciąż zerkał na ciało. 

- Zdaje mi się, że nie żyje już od dłuższego czasu, Sloan. 

- Po raz ostatni widziano ją żywą wczoraj późnym popołudniem, doktorze. To jeszcze coś, 

co trzeba będzie sprawdzić: i to szybko. 

- Mogło to być dziś w nocy. - Dr Dabbe skinął ręką w kierunku brzydko zsiniałej twarzy. - I 

tym razem nie otrucie. 

- Nie otrucie - potwierdził rzeczowo Sloan. 

- Zastanawiam    się,    dlaczego    nife otrucie - dumał patolog. 

-  Zdaje  mi  się,  że  wiem,  dlaczego  nie  otrucie  -  powiedział  Sloan.  Nie  był  pewien,  co 

naprawdę wie, ale tego był pewien. Nie było na tyle czasu, żeby czekać, aż trucizna podziała. 

- Ach. - Doktor Dabbe podniósł brwi. - Istotna była sprawa czasu, tak? 

- Szła w kierunku domu wczoraj wieczór - powiedział Sloan - odwiedzić panią Fent. Tak mi 

przynajmniej powiedziano. 

- A ktoś nie chciał, żeby poszła? 

-  Zdaje  mi  się,  że  tak  mniej  więcej  było  -  potwierdził  Sloan.  -  Chociaż,  zaznaczam,  pani 

Fent mogła nie chcieć jej przyjąć. Nie dopuszcza do siebie nikogo. 

-  Ale  -  doktor  Dabbe  wskazał  palcem  na  ciało  -  ktokolwiek  to  zrobił,  mógł  o  tym  nie 

wiedzieć. 

- Może nie mógł na to liczyć - skorygował Sloan. -Zmarła była, ech, silną osobowością. Nie 

przewrażliwiona, jak wszyscy mówią. 

- Ach, rozumiem. “Głupcy wdzierają się tam, gdzie aniołowie boją się wchodzić”.* 

Reflektor rzucił nagle jaskrawe światło na pogrążony w cieniu pawilon. - Teraz z tej strony! 

- zawołał Dyson do Williamsa. - Potem ja zrobię jedno z poziomu podłogi. Przykucnął i skierował 

kamerę  na  głowę  i  kark  Marjorie.  -Chyba  nigdy  dotychczas  nie  widziałem  nikogo  uduszonego 

własnymi włosami. 

- Ani ja - przyznał Sloan zgrzytając zębami. - Gdyby mi to ktoś powiedział, nie... 

background image

-  Zrobiłem  też  kilka  zdjęć  z  zewnątrz,  kiedy  czekaliśmy  -  powiedział  uprzejmie  Dyson.  - 

Czy  mam  sfotografować  coś  jeszcze,  póki  tu  jestem?  -  Wskazał  na  powalony  posążek.  Mógłbym 

zrobić ładne zdjęcie z nogą na tym starym błaźnie. Nazwałbym go “Biada zdrajcom” i dostałbym w 

komendzie kilka groszy. 

-  Nie  dzisiaj,  dziękuję  -  powiedział  Sloan.  Patolog,  który  wreszcie  mógł  rozpocząć  swoją 

pracę, przybliżył się do ciała. Stał przez dłuższą chwilę, zastanawiając się: specjalista od śmierci i 

całego tysiąca nieszczęść, jakich doświadcza ciało ludzkie. 

-  Odeszła  spokojnie  -  oświadczył  w  końcu.  Sloan  był  zdumiony  i  wcale  tego  nie  krył. 

Wydawało się to nieprawdopodobne w odniesieniu do pani Marchmont. 

- Nie wiem, kto ją uderzył  - mruczał dr  Dabbe. - Myślę, że została zaskoczona z tyłu, nie 

zdając  sobie  sprawy.  Warkocze  skrzyżowane  z  przodu  i  mocno  ściągnięte.  To  wszystko. 

Najbardziej  wrażliwe  miejsce  w  całym  ciele.  Nie  potrzeba  silnego  ucisku.  -  Doktor  pochylił  się  i 

spojrzał na ręce zmarłej. - Żadnych śladów walki. Nawet złamanego paznokcia. Można sądzić, że 

to  ktoś,  kogo  znała.  -  Znów  się  wyprostował.  -  Dobrze,  Sloan.  Może  pan  ją  zabrać.  Ja  na  razie 

skończyłem. 

Doktor Dabbe mógł na razie skończyć. Inspektor Sloan dopiero co zaczął. 

Po  raz  czwarty  wykręcił  w  Strontfield  Park  numer  Golfowego  Klubu  w  Berebury.  Tym 

razem miał szczęście. Lub pecha. Nadinspektor Leeyes skończył teraz swoją rundę i był w lokalu 

klubowym. Kierownik poprosił go do telefonu. 

Czy człowiek nie może zagrać w spokoju chociaż jednej rundy golfa? 

Sloan powiedział mu o Marjorie Marchmont, podczas 

  gdy Leeyes wciąż jeszcze zrzędził, że mu się przeszkadza. 

- Co! - zawołał podniecony. 

Sloan powtórzył wszystko jeszcze raz. 

- Nie żyje? - ryczał. - Ta grubaska. Jest pan pewny, Sloan? 

Sloan potwierdził, że jest pewny. Nie żyje. Właśnie ta grubaska. 

- I była jednym z gości na tym pana przyjęciu, tak? 

- Tak, była - przyznał Sloan. - Najpierw Bili Fent, teraz 

Marjorie. 

- Jeden, dwa, cała gra - rzekł złowróżbnie Leeyes. 

-  Tak  -  przyznał  Sloan.  Nadinspektor  był  doprawdy  taki  sam  jak  Crosby  ze  swoimi 

dziecinnymi wierszykami. 

-  Ktoś  rzeczywiście  traktuje  sprawę  poważnie  -  powiedział  Leeyes.  -  To  wszystko  plus 

trucizna. 

background image

- Sprawdzamy, co każdy robił wczoraj wieczór. 

-  Co  robili  według  własnego  oświadczenia  -  wtrącił  cierpko  Leeyes.  -  Żaden  z  nich  nie 

powie panu, co robił z panią Marchmont. 

- Mąż - kontynuował uparcie Sloan - jest zdaje się czysty. 

Leeyes przyjął to chrząknięciem. 

- W Tabard przy Bear Street w Calleford twierdzą, że Daniel Marchmont był tam od szóstej 

trzydzieści wczoraj wieczorem, kiedy wpisał się do książki gości, aż do dziś rana, po śniadaniu. 

- Skąd wiedzą, że był tam całą noc - odparował Leeyes. 

Sloan zakaszlał. - Zdaje się, że jeśli chodzi o hotel... e... była to bardzo krótka noc. 

Leeyes  chrząknął.  -  To  nie  wystarczy  dla  sądu.  Jeśli  w  ogóle  postawimy  to  przed  sądem  i 

muszę powiedzieć... 

- Mieszkańcy East Calleshire walczyli na wzgórzu Mal-lamby. 

- Co z tego? 

- Było to sławne zwycięstwo. 

-  Wiem  o  tym  -  warknął  gniewnie  Leeyes.  -  W  czterdziestym  czwartym,  prawda? 

Zdobywali wzgórze w obliczu nieprzyjaciela. 

Pod Walcheren była równina. 

-  Nie  wiem,  kiedy  dokonali  tego  po  raz  pierwszy.  Podobno...  e...  odgrywali  to  dzisiejszej 

nocy jeszcze raz. 

- W hotelu? 

-  W  końcowej  fazie  uroczystości  -  Sloan  cytował  słowa  kierownika  hotelu  o  głęboko 

osadzonych oczach - wywiązała się dyskusja między ich dawnym dowódcą kompanii a majorem z 

brygady  co  do  tego,  gdzie  na  wzgórzu  nastąpiło  spotkanie  z  nieprzyjacielem.  Major  postanowił 

udowodnić swoją rację wspinając się na klatkę schodową. 

- Powinien był zadowolić się rysunkiem na obrusie. 

- Nie tylko major, ale cała kompania - mówił spokojnie Sloan - postanowiła udawać, że trzy 

kondygnacje są wzgórzem. 

- Boże święty! 

-  To  jeszcze  nie  wszystko.  Kiedy  już  weszli  na  górę,  jakiś  wariat  przypomniał  sobie,  że 

walka toczyła się w ciemności, i zgasił światło. 

-  Gdzie  był  kierownik?  -  zapytał  wojowniczo  Leeyes.  Sloan  odchrząknął.  -  Niestety, 

nadinspektorze, o ile się nie mylę, w tej zabawie potrzebny był - nieprzyjaciel. 

- Nie... 

- Cały personel hotelu. 

background image

- Kelner, portier, pokojówka, co, Sloan? 

- Portier poszedł po posiłki, kelner schował się w spiżami... 

- A pokojówka? 

- Powiedziano mi, że dowódca kompanii próbował wziąć ją jako zakładnika, ale nie chciała 

się zgodzić na takie głupstwa. Zrzuciła go z jednej kondygnacji schodów. 

- I co? 

-  Mimo  tego  dotarł  pierwszy  na  wierzchołek.  Dostał  medal  w  bitwie  pod  Mallamby  - 

powiedział Sloan - ale był wtedy młodszy. 

- A nasz bohater? 

- Marchmont? Wahał się podobno chwilę, zanim zaczął, ale potem włączył się także.  I on 

również doszedł do szczytu. Oczywiście nie przytył tak bardzo, jak niektórzy z nich. Major w ogóle 

się nie ruszył. Był urzędasem przez całe trzydzieści lat. 

- A kiedy skończyła się ta zabawa w wojnę? 

- Nocny portier i kierownik położyli ich wszystkich do łóżek. 

- Co wcale nie oznacza, że... 

- Gotowi -są stwierdzić, że byłoby fizyczną niemożliwością, żeby Marchmont pojechał sam 

gdziekolwiek. 

-  Naprawdę  tak  twierdzą?  -  zdziwił  się  Leeyes.  -  Czy  nie  słyszeli  o  ludziach  udających 

pijanych? 

-  Ci,  którzy  rzeczywiście  doszli  na  najwyższą  kondygnację  -  ciągnął  Sloan,  zmieniając 

taktownie  dosadniejsze  epitety  kierownika  -  oblewali  zwycięstwo  szampanem.  Wtedy  personel 

zabrał im wszystkim buty. Wszystkie. Także zapasowe. 

- Ale... 

-  Postarano  się  także,  żeby  żadne  wozy  nie  wydostały  się  z  dziedzińca  hotelu.  To  stary 

zajazd,  więc  łatwo  było  zamknąć  dziedziniec,  a  dla  pewności  kierownik  postawił  swój  wóz  w 

poprzek bramy wjazdowej. 

- Miewał już zatem pewnie podobne problemy. 

-  Tak.  -  Faktycznie  cały  hotel  robił  wrażenie  pogrążonego  w  gigantycznym  kacu,  a 

kierownik miał tego dosyć. 

-  A  zatem  może  to  być  każdy,  z  wyjątkiem  Marchmon-ta,  prawda,  Sloan?  Sloan 

potwierdził. 

- To dużo - powiedział z wyczuciem Leeyes - ale nie ma z tego wielkiej pociechy. 

Sloan  czekał  przy  pawilonie,  dopóki  karetka  nie  zabrała  ciała  Marjorie  Marchmont  do 

kostnicy doktora Dabbe. Karetka z migającym niebieskim światłem, pędząca przy dźwięku syreny, 

background image

robi  przykre  wrażenie,  lecz  czymś  znacznie  bardziej  ponurym  jest  cicha  karetka  bez  migającego 

niebieskiego światła, jadąca niewiele szybciej niż karawan. 

Patrzył, jak pojazd wydostawał się po wybojach z powrotem ku szosie, i starał się otrząsnąć 

z przygnębienia. Było jeszcze wiele pracy. 

Teraz odstawił telefon i zwrócił się do swego pomocnika. 

- Crosby, myślę, że teraz poprosimy panią Fent o rozmowę. 

Tym razem Annabel Pollock zgodziła się bez sprzeciwu. 

-  Zaprowadzę  panów  na  górę.  Tędy,  inspektorze.  Powiedziałam  jej  o  pani  Marchmont. 

Jestem pewna, że przyjmie panów. - Dziewczyna zatrzymała się przed jakimiś drzwiami na górze. 

Zapukała. - Helen, przyprowadziłam pana inspektora. 

Z pokoju nie dochodziła żadna odpowiedź. 

Annabel znów zapukała. 

- Obawiam się, że będzie musiała nas przyjąć, czy chce, czy nie chce - oświadczył Sloan. 

Annabel położyła dłoń na klamce śmiejąc się z zakłopotaniem. - To już coś. Drzwi są tylko 

przymknięte. Do tej pory zamykała je na klucz. Helen, możemy wejść? 

-  Ja  wejdę  pierwszy  -  powiedział  Sloan.  Cofnęła  się,  żeby  puścić  inspektora  do  pokoju  i 

twarz jej zszarzała. 

Nie było tam nikogo. 

 

background image

Rozdział XVI 

Sloan  wrócił  do  biura.  Sam  nie  wiedział  dlaczego.  Powinien  się  teraz  znajdować  w 

Strontfield Park, gdzie w jadalni rozłożył się główną kwaterą. 

Była to subtelna ironia. 

W jadalni w Strontfield Park, gdzie zostało popełnione pierwsze morderstwo. Było to dobre 

słowo.  Takie  dobre.  jak  “przyjął”,  takie  dobre,  jak  “szkodliwa  substancja”.  Słowa,  które  znaczyły 

tak dużo i tak niewiele. 

Chciał  w  każdym  razie  dokładnie  obejrzeć  tę  jadalnię,  choć  żałował,  że  Marjorie 

Marchmont  musiała  umrzeć,  zanim  to  zrobił.  To  Quentin  zaproponował,  aby  wykorzystali  ten 

pokój  na  swoją  główną  kwaterę.  Sloan  nie  wiedział,  czy  miało  to  jakiekolwiek  znaczenie,  ale 

potrzebne im było jakieś miejsce, a młody człowiek zaproponował właśnie jadalnię. 

W  każdym  razie  Sloan  poszedł  tam  zaraz  i  polecił  konstablowi  Bargraye,  żeby  się  tam 

zainstalował. Sam obejrzał przede wszystkim stół i krzesła. Stół był owalny - • długi i dosyć wąski 

- z miejscem na jedno tylko krzesło na każdym końcu. 

- Ach, w tym sęk - mruknął, kiedy obejrzał krzesła. Nie można było po nich wcale zgadnąć, 

gdzie był początek a gdzie koniec stołu. 

Bargrave,  mężczyzna  starszy  i  cichy,  podniósł  wzrok,  ale  nic  nie  powiedział.  Jeśli  wyżsi 

rangą  oficerowie  policji  mieli  ochotę  mówić  do  siebie,  to  ich  sprawa.  Doszedł  tu,  gdzie  teraz 

pracował - do jednego z najspokojniejszych rejonów okręgu - dzięki temu, że nie zwracał uwagi na 

dziwactwa ludzi stojących na wyższym szczeblu drabiny. 

Sloan  stanął  przy  końcu  długiego  stołu  i  oparł  dłoń  na  krześle.  -  Zastanawiam  się,  kto  - 

gospodarz czy gospodyni? 

“tym razem konstabl Bargraye nie podniósł głowy. 

Sloan  podszedł  do  kredensu  i  próbował  wyobrazić  sobie  stojące  tam  dwie  tacki,  każda  z 

sześcioma porcjami cre-met. Musiało na pewno być coś, co wskazywało, czy Bili Fent, czy Helen 

Fent  -  gospodarz  lub  gospodyni  -  weźmie  tackę  i  tym  samym  -  w  przestrzegającym  hierarchii  i 

dobrze  wychowanym  towarzystwie,  w  którym  przywiązywano  dużą  wagę  do  takich  rzeczy  - 

postawi przed sobą śmiercionośną porcję? 

Noże do krajania mięsa. Właśnie. 

Ale obecnie nie wszyscy mężczyźni krają mięso. Czy morderca był tak pewny, że mógł na 

to  liczyć?  Czy  też  może  nie  robiło  różnicy,  które  z  nich  umrze?  I  czy  trucizna  była  naprawdę  w 

jednej z porcji cremet? Wszystko wydawało się teraz bardzo skomplikowane. 

Bargrave  nadal  metodycznie  badał  pokój  przestrzegając  normalnej  procedury,  która  jest 

nieuniknionym  następstwem  zarówno  morderstwa,  jak  i  pospolitego  przekraczania  prawa. 

background image

Spokojne  psy  ciągną  zazwyczaj  do  spokojnego  stada  -  odnosi  się  to  do  policjantów,  a  także  do 

innych  ludzi-  ale  tym  razem  w  stadzie  była  czarna  owca,  trochę  za  duża,  aby  potrafił  sobie  z  nią 

poradzić taki spokojny pies. 

Sloan zostawił go przy tym zajęciu i wrócił do Berebury. 

W swoim biurze usłyszał przez radio komunikat, który na jego życzenie przekazany został 

do wszystkich wozów policyjnych i posterunków w Calleshire. 

-  Uwaga  wszystkie  wozy  -  mówiła  obojętnie  radioope-ratorka.  W  radiu  głos  jej  nabierał 

nosowego brzmienia, jakiego nie miał w stołówce. 

-  Uwaga,  wszystkie  wozy.  Poszukiwany  zielony  wóz  Austin  Mini,  numer  rejestracyjny 

Ygrek Julia Gustaw dwa jeden. Przypuszczalnie wyjechał ze Strontfield Park, Con-stance Parva w 

ciągu ostatniej pół godziny. Kierunek nieznany. 

-  Rzeczywiście  -  powiedział  Crosby.  -  Czy  widział  pan,  jak  wyglądał  Quentin,  kiedy 

stwierdził, że nie ma wozu? 

- To jest wóz pani Fent - wyjaśnił Sloan. - Wóz Billa Fenta nie nadawał się już do jazdy. 

- Ona także nie traciła czasu. Odjechała, gdy tylko usłyszała o pani Marchmont. 

-  Ucieka  -  stwierdził  Sloan.  -  Jest  bardzo  przestraszona.  Bała  się  już  przedtem,  kiedy  się 

dowiedziała,  że  byliśmy  na  pogrzebie.  Teraz,  po  śmierci  pani  Marchmont,  jest  jeszcze  bardziej 

przestraszona. 

- Boi się nas? 

Sloan spojrzał nie bez sympatii na Crosby'ego. - Prawdopodobnie nie. 

- Więc kogo...? 

- Gdybyśmy to wiedzieli, wiedzielibyśmy, kto wykończył jej męża i Marjorie Marchmont. 

Przerwało  im  radio.  -  Dalszy  ciąg  komunikatu.  Kierowcą  jest  przypuszczalnie  pani  Helen 

Fent,  wzrost  pięć  stóp  i  pięć  cali,  szczupła,  włosy  ciemne.  Jeśli  zostanie  zauważona,  proszę 

zatrzymać i wypytać... 

-  Proszę  to  zmienić!  -  zawołał  nagle  Sloan.  -  Proszę  to  zmienić,  na,  “jeśli  zostanie 

zauważona, proszę jechać za nią i śledzić”. 

Crosby  pochylił  się  i  nacisnął  przełącznik  na  biurku.  Przekazał  komunikat  do  centrali 

radiowej w Komendzie Głównej. 

- Uwaga, wszystkie wozy. - W minutę później dał się słyszeć dziwnie nosowy  głos: - Jest 

zmiana ostatniego komunikatu “do wszystkich wozów”... 

- Jeśli nie boi się nas - nalegał Crosby - to dlaczego do nas nie przyjdzie? 

- Słuszne pytanie. - Może się jednak czegoś nauczy. -Prawdopodobnie dlatego, że nie chce 

nam wszystkiego powiedzieć. Dlatego właśnie omijają nas niektórzy ludzie, kiedy mają kłopoty. 

background image

 

Było jeszcze coś, co Sloan musiał teraz zrobić i wcale nie miał na to ochoty. 

Wskazał na telefon i westchnął. - Proszę mnie połączyć z Klubem Golfowym, Crosby. 

Tym razem nadinspektor uznał, że musi kogoś zganić. 

Ale nie byle kogo. 

Właśnie Sloana. 

- Pozwolił jej pan się wymknąć? - ryknął. 

Sloanowi przyszła na myśl niejedna soczysta replika. Powstrzymał się od nich. Cierpliwość 

może jest cnotą. Rozwaga jest nią na pewno. 

Powiedział tylko: - Szukamy jej teraz. 

- Gdzie? 

- Wszędzie, gdzie mogła dotrzeć w tym czasie. Na pewno niedawno wyjechała. 

- Czy dość dawno, by się już znaleźć poza Calleshire? -chciał się dowiedzieć nadinspektor. 

Sloan  spojrzał  na  zegarek  i  zastanowił  się.  -  Jeśli  wydostała  się  na  autostradę  i  dała  gazu, 

mogłaby, jak sądzę, znajdować się teraz poza naszym dystryktem. 

-  Mam  nadzieję,  że  tak  nie  jest  -  powiedział  złowróżbnie  Leeyes.  -To  wszystko.  Zastępca 

Komisarza Okręgowego zwracał się do mnie w tej sprawie. 

- W jakiej sprawie? 

- Przekraczania rejonu - wyjaśnił pompatycznie Leeyes. - Lub jeśli pan woli, wychodzenia 

poza granice. 

- Proszę? 

- Wychodzenia z własnego podwórka - gderał Leeyes -i wchodzenia na cudze. 

-  Jestem  przekonany  -  powiedział  oschle  Sloan  -  że  sąsiednie  jednostki  nie  odmówiłyby 

nam wszelkiej możliwej pomocy. 

-  Nie  jestem  taki  pewny  -  sprostował  nadinspektor.  -  Trzeba  pamiętać,  jak  było  ostatnim 

razem. Sprawa Ender-by. Przypomina pan sobie? 

- O, tak, rzeczywiście... ale to było co innego. - Teraz Sloan zrozumiał. W sprawie Enderby 

nadinspektor  Leeyes  nakazał  wyprawę  poza  granicę  dystryktu  przypominającą  najazd  zbójników 

szkockich. Słychać było nieomal wołania: “Percy”. 

Ponieważ  oczywiście  “Tego  nie  wolno  robić”,  Zastępcy  Komisarza  Okręgowego  zlecono 

udzielenie  nagany  nadinspektorowi.  Ten  pełen  wdzięku  dżentelmen  wywodził  się  -jak  lady 

Bracknell - z szeregów arystokracji i używał wyrażeń z dziedziny myślistwa. 

-  Mam  nadzieję,  że  teraz  zdaje  pan  sobie  sprawę,  Sloan  -  mówił  dalej  nadinspektor  -  jak 

daleko może pan ścigać panią Fent, jeśli wyjedzie z Calleshire. 

background image

- Tak, wiem. 

-  Jeśli  lis  wejdzie  na  sąsiedni  teren  polowania  -  powiedział  Leeyes  ponuro  -  wolno  go 

ś

cigać. 

- Tak, proszę pana. 

- Ale nie wolno przerwać tam pościgu. 

- Nie wolno. 

- Ani ryć ziemi. 

- Nie wolno. 

- Wolno jednak zabić - dodał chłodno. - Czy to jasne? 

- Całkowicie. 

-  A  więc  zna  się  pan  na  tym  lepiej  niż  ja,  Gunga  Din  -przyznał  szczerze  Leeyes.  -  A  ja 

myślałem; że jest stuknięty. 

- Pani Fent... - przypomniał z rozpaczą Sloan. 

- Jeśli nie zabiła swego męża... 

- Tego jeszcze nie wiemy. - Świadomość, że tak mało wiedzą, zaczynała ciążyć Sloanowi. - 

Jednak  ucieka.  Ona  wiedziałaby  przynajmniej  dokładnie,  gdzie  siedział  Bili  Fent  i  która  porcja 

cremet była jego. 

- A jeśli nie zabiła tej grubaski - ciągnął dalej Leeyes. 

- Doktor Dabbe sądzi, że zrobił to mężczyzna. 

Leeyes nie dał sobie przerwać. - To nie ucieka przed nami. 

- Nie, nadinspektorze. 

- To znaczy, że ucieka przed kimś innym. 

- Tak. 

- I znaczy to, że wie coś, czego my nie wiemy - rozumował Leeyes. 

- Tak. 

- Pewnie wie, kto zabił jej męża, jeśli ona tego nie zrobiła. 

- Pewnie wie, że jej mąż został zabity przez kogoś innego - powiedział Sloan i coś zaczęło 

mu świtać w głowie. - Widzi pan, była w zupełnie dobrej formie, dopóki jej nie poinformowano, że 

byliśmy na pogrzebie. 

- Mówiłem, że to był dobry pomysł, żeby tam pójść -oświadczył z zadowoleniem Leeyes. 

- Dopiero od tamtej pory zaczęła się dziwnie zachowywać i zamknęła się w pokoju. 

-  To  znaczy  -  powiedział  nadinspektor  -  że  wie,  kto.  Powinien  ją  pan  znaleźć,  Sloan.  I  to 

szybko. 

Przez chwilę Sloan nie mógł sobie nawet przypomnieć, kto to jest pan Phillipps. 

background image

-  Powiedział,  że  pan  czeka  na  telefon  od  niego  -  poinformował  go  policjant  z  centrali 

telefonicznej. 

- Proszę go przełączyć - polecił Sloan. 

Uświadomił sobie, skąd zna tego człowieka,  gdy  tylko usłyszał jego cienki, piskliwy  głos. 

To był jego kolega, prawnik, w prążkowanych spodniach: urzędnik sądowy w Lampard- Pytał pan 

dziś rano, inspektorze, czy pan Fent wydał kiedykolwiek wyrok na kogoś, kto mógłby wciąż żywić 

do niego urazę. 

- Tak, pytałem. - Sloan zmrużył oczy. Niemożliwe, żeby było to dopiero dziś rano. 

- Przejrzeliśmy wszystkie akta... 

- Tak? 

- Nic nie znaleźliśmy. 

-  Nikogo,  kto  by  przysięgał,  że  go  dopadnie  za  wszelką  cenę?  -  Teraz  Sloan,  od  kiedy 

zobaczył Marjorie March-mont martwą na podłodze pawilonu, sam w to nie wierzył: musiał jednak 

zapytać. 

- Nie. 

- Wszyscy zadowoleni? 

- Przeważnie dziękują nam - mówił urzędnik. 

-  Tak  powinno  być  -  powiedział  energicznie  Sloan.  Jak  większość  policjantów,  wierzył  w 

karzącą rękę sprawiedliwości. Po występku powinna następować kara. Ludzie tego oczekują. I kara 

następowała po występku we wszystkich znanych mu społeczeństwach, w których panował ład. W 

każdym  razie  w  społeczeństwach  silnych.  Prawdopodobnie  wszystkie  inne  ginęły  bez  śladu.  - 

Zresztą -dodał, zwracając się do Phillippsa - tego właśnie chcą. 

- Tak sądzę  - zgodził się Phillipps. - Cały  problem polega na tym, żeby  kara odpowiadała 

przestępstwu. 

- Ach - żachnął się Sloan - trzecie ramię prawa. My jesteśmy tylko drugim. 

- Drugim? 

- Parlament w swej mądrości ustanawia prawa - powiedział Sloan. - Zgadza się? 

- Zgadza się. Niektóre są bardzo głupie. 

- ^My - policja - za nasze grzechy -łapiemy tych, którzy się do nich nie stosują. 

- Niekiedy - wtrącił jowialnie pan Phillipps. - Przeważnie, jak mi się zdaje, to takie zapasy 

w stylu wolnym. 

- Wy  wszyscy - kontynuował Sloan, nie zwracając na to uwagi  - decydujecie,  czy myśmy 

zrobili dobrze, a oni źle i w jakim stopniu. 

- Ale... 

background image

- A pracownicy więzienia - niech ich Bóg ma w swojej opiece - trzymają ich w ukryciu i w 

zapomnieniu tak długo, jak długo im każecie. 

- Zdaje mi się - powiedział pan Phillipps - że każdy z nas stara się zapomnieć o pozostałych 

trzech. 

-  Nie  zawsze.  -  W  policji  w  Berebury  był  w  każdym  razie  jeden  funkcjonariusz,  który 

przypiął na ścianie następującą sentencję: ,,Z dala od sądu, z dala od opieki”. Podobno znalazł to w 

jakimś  podręczniku  historii,  ale  uznał,  że  ma  zastosowanie  i  obecnie.  A  zatem  dziękuję  panu 

bardzo, panie Phillipps. W ten sposób jedna luka została wypełniona. 

Phillippsowi nie spieszno było kończyć rozmowę. 

- Wspominał pan dziś rano o figurkach z czekolady -zaczął z zakłopotaniem. 

- O figurkach z czekolady? Ach tak. 

- Zaczynałem zawsze od nóg. Czy to ma jakieś znaczenie? 

- Myślę, że tak - powiedział wesoło Sloan - ale nie wiem, jakie. 

Odłożył  słuchawkę.  Ta  rozmowa  była  jakimś  oderwaniem  od  sprawy.  Przyjemnym,  ale 

jednak oderwaniem. 

Poza  tym  przyszło  mu  na  myśl,  że  była  jakaś  niezgodność  w  czymś,  co  ktoś  -  musiały  to 

być dwie osoby -powiedział. Mała rzecz - ale istotna. 

Jedna osoba powiedziała jedno. Druga powiedziała coś zupełnie innego. 

Crosby też coś powiedział... 

Konstabl  wetknął  głowę  przez  drzwi  pokoju  Sloana  i  oznajmił:  -  Znaleźli  Petera  Millera 

Fenta na Wystawie w Ornum. Przywiozą go tutaj do Berebury możliwie jak najszybciej. 

-  Dobrze  -  odparł  z  roztargnieniem.  Ten  człowiek  był  jakąś  cząstką  tej  zagadki-układanki, 

ale trzeba było czegoś    więcej do tego obrazka poza nim - chyba że zamierzał zabić także Quentina 

Fenta  i  sam  zostać  spadkobiercą.  Trudność  przy  tego  rodzaju  układance  polegała  na  tym,  że  nie 

było  wiadomo,  co  jest  jej  częścią,  a  co  nie.  Nie  wszystkie  części  miały  dopasowane  do  siebie 

brzegi;  nie  wszystkie  miały  jeden  bok  prosty,  mogący  stanowić  ramę  obrazka,  w  obrębie  której 

cierpliwy  zgadywacz  -  bo  przecież  zgaduje  się  układankę  jak  krzyżówkę  -  mógłby  się  trudzić. 

Prawdziwe  układanki  odznaczały  się  jeszcze  jedną  właściwością.  Wszystkie  części  miały  swoje 

określone miejsca. 

'- Schodzę do stołówki - oznajmił stanowczo Crosby. -Żołądek aż mi się skręca. Przynieść 

herbatę i bułeczkę? - Proszę. 

Nie  wiedział  nawet,  czy  ma  wszystkie  części,  a  tym  bardziej,  co  było  częścią  tego 

konkretnego obrazka, a co było bez znaczenia. Omdlenie pani Fent - to była część całości, a także 

background image

jej  zamknięcie  się  i  obecna  ucieczka.  Ale  dlaczego  nie  piła  wina  i  dlaczego  smakowały  jej  tylko 

brzoskwinie z puszki? 

I  rozbudowa.  Ten  problem  zawsze  się  pojawiał.  Sloan  zawahał  się.  Ta  sprawa  wciąż 

występowała.  Teraz,  kiedy  się  nad  tym  zastanowił,  wydawało  mu  się,  że  temat  ten  poruszała  w 

rozmowie zawsze jedna osoba. Sięgnął po swój notes, żeby sprawdzić. To mogłaby być część jego 

układanki - ale mogła też nie być. 

Były  jeszcze  inne  rzeczy,  które  mogły  pasować  do  Wielkiego  Planu.  To  Napoleon  miał 

Wielki  Plan,  nieprawdaż?  Morderca  Billa  Fenta  także  miał  taki  plan,  ale  inspektor  gotów  był  się 

założyć,  że  morderstwo  Marjorie  Marchmont  nie  było  w  nim  przewidziane.  Nie  był  również 

przewidziany wyjazd  Fenta późnym wieczorem  do Cleete z profesorem  Berry Nie, Bili  Fent miał 

iść do łóżka i umrzeć podczas snu. 

Sloan  snuł  dalej  leniwie  ten  tok  myśli.  Co  by  się  wówczas  stało?  Znaleziono  by  go 

nieżywego w łóżku, ale mimo tego odbyłaby się sekcja, chyba że... chyba że... 

Otwarły się drzwi. Crosby przyniósł dwa kubki herbaty. 

Było  też  jeszcze  coś,  co  ogrodniczka,  Cynthia  Paterson,  powiedziała  o  przyjęciu  -  o 

przyjęciu na cześć nowo poślubionej pani Washby. Coś o obrządku płodności. I było jeszcze coś, 

co  mu  powiedział  Richard  Renville.  Że  po  przyjęciu,  kiedy  popijali  porto,  była  mowa  o  dawcach 

krwi. W umyśle jego zaczął się rysować pewien obraz. Obraz inny od tego, jaki wszyscy widzieli. 

To  było  to.  Posługując  się  prawdziwymi  częściami  próbowali  rozwiązać  nieprawdziwą 

zagadkę. Ach, części te były w ich rękach - wszystkie - mieli je przez cały czas, ale inaczej złożone 

dawały zupełnie odmienny obraz. 

- Herbata, szefie - powiedział Crosby stawiając głośno kubek. 

Sloan nawet tego nie zauważył. W myślach widział znów rozbity posążek Bożka Miłości i 

słyszał doktora Dabbe, wypowiadającego ironicznym i obojętnym głosem: “Diabeł to upadły anioł, 

Sloan”. 

Po tym rozjaśniło mu się w głowie. 

Istniała  tylko  jedna  sytuacja,  w  której  nie  miało  dla  mordercy  znaczenia,  czy  umrze  Bili, 

czy też Helen Fent. 

I wtedy zgadł, dlaczego Marjorie Marchmont musiała także umrzeć. 

Sięgnął  po  telefon  i  wykręcił  numer  pani  Renville.  Musiał  jej  postawić  koniecznie  jedno 

pytanie. 

- Kto krajał mięso w ostatnią sobotę, inspektorze? Ależ Bili, oczywiście.  Robił to zawsze. 

Chwalił się swoją zręcznością. Helen nie umiała krajać mięsa. Wiedzieliśmy o tym wszyscy. 

background image

Morderca zdążał cichymi ulicami Constance Parva. Szedł w kierunku kościoła, ale nie tam 

chciał naprawdę 

V  dotrzeć.  Spoza  kościoła,  gdzie  znajdowały  się  miejskie  błonia,  dochodził  go 

charakterystyczny dźwięk tak drogi sercu sprawozdawców krykieta - dźwięk kijka do krykieta, a od 

czasu do czasu wybuch braw, gdy jeden z asów miejscowej drużyny trafił w słupek. 

Słyszał  te  odgłosy,  ale  nie  wzbudzało  to  jego  zainteresowania.  Jego  ulubioną  grą  było 

rugby. Nie krykiet. Stanowczo nie krykiet. 

Mógł  słyszeć  to  wszystko,  gdyż  szedł  piechotą.  Wóz  nie  był  mu  teraz  potrzebny:  zresztą 

ludzie mogliby rozpoznać wóz. W okolicy nie było teraz nikogo, kto by mógł go rozpoznać. Późne 

popołudnie  przechodziło  we  wczesny  wieczór  i  z  wyjątkiem  grających  w  krykieta  wszyscy  w 

miasteczku  byli  pewnie  w  domu,  przy  herbacie.  Nie  miałoby  zresztą  wielkiego  znaczenia,  gdyby 

nawet  ktoś  go  zobaczył.  Nie  niósł  ze  sobą  niczego,  co  mogłoby  postronnemu  obserwatorowi 

nasunąć  myśl,  że  ma  złe  zamiary.  Właściwie  miał  wszystko,  co  mu  było  potrzebne,  w  kieszeni 

marynarki,  ale  nikt  nie  mógł  o  tym  wiedzieć.  I  miał  uzasadniony  powód  swojej  wizyty,  gdyby, 

powiedzmy, ofiara jego nie była sama. Była jednak sama. 

Doszedł  dość  szybko  do  swego  celu  -  małego  domku  panny  Cynthii  Paterson  z  długim, 

spadzistym  dachem,  opadającym  z  tyłu,  nad  kuchnią.  Pchnął  furtkę.  Jej  pies,  Rags,  zaszczekał 

gdzieś. Zamknął za sobą starannie furtkę i poszedł ścieżką naokoło domu. 

Panna Paterson siedziała na ogrodowym krześle, z kubkiem herbaty przed sobą. Spojrzała w 

górę, gdy jego cień padł jej na twarz. 

- Halo, doktorze - przywitała go. 

Sloan  nadszedł  od  strony  ogrodu  w  chwili,  gdy  igła  przygotowanej  strzykawki  miała 

dotknąć ciała panny Paterson. 

  Nie zatrzymał się na ten widok, nie przyspieszył nawet kroku, tylko rzucił się całym swym 

ciężarem na doktora Washby. Nie był to z pewnością chwyt podręcznikowy, ale zrobił swoje. 

Igła  nie  ukłuła  panny  Paterson.  Natomiast  strzykawka  upadła  na  trawę,  kiedy  doktor 

zatoczył się pod ciężarem inspektora. W pierwszej chwili pozbawiło to Washby'ego równowagi, ale 

zaraz wyprostował się i skoczył za krzesło Cynthii. Crosby szybko znalazł się z tyłu i zablokował 

jedną stronę, a Sloan zmienił kierunek i nacierał ponownie z drugiej strony. 

Tak to przynajmniej wyglądało 

Po  tym  dwa  inne  czynniki  wpłynęły  na  zmianę  sytuacji.  Pierwszy,  to  mały  terier,  który 

wyczuł,  że  nie  jest  to  uroczysta  herbatka,  ale  raczej  jakaś  większa  gra,  włączył  się  w  bijatykę  z 

podniecającym  szczekaniem  i  szarpał  każdą  męską  kostkę,  która  -  można  powiedzieć  -  była  pod 

ręką. Drugim czynnikiem była niezrozumiała niezręczność Sloana w momencie, kiedy Crosby miał 

background image

już chwycić doktora. Odwróciło to wzrok i uwagę konstabla na tyle, że Washby mógł się wymknąć 

i popędzić w stronę furtki. 

Nie dorównujący szybkością szczupłemu mężczyźnie, spocony konstabl podążył za nim. 

Sloan  nie  próbował  ich  gonić  mimo  tego.  ze  wątpił  niekiedy,  czy  Crosby  potrafi  złapać 

cokolwiek, z wyjątkiem kataru. 

background image

Rozdział XVII 

Sloan usiadł na krześle obok panny Paterson. 

- Dziękuję - rzekła. - Nadszedł pan w samą porę. 

- Powinniśmy byli przyjść tu wcześniej. Powiedział mi nawet, że panią odwiedzi. Z powodu 

pani słabego serca. 

- Ależ - oburzyła się - nigdy mego serca nie osłuchiwał. 

- Wiem. Wtedy właśnie wszystko mi się rozjaśniło. 

-  STTI  tkał  mnie  pewnie  przez  całe  popołudnie.  -  Zadrżała  z  lekka  i  wskazała  ręką 

normańską  wieżę  kościoła  Św.  Leonarda.  -  Wracając  do  domu  wstąpiłam  do  kościoła.  Chciałam 

zebrać myśli po odnalezieniu Marjorie. 

- Sądzę - powiedział rzeczowo - że może właśnie to uratowało pani życie. 

- Tajemnicze są drogi Pana... 

- Doktor Washby musiał sobie zdawać sprawę, że pani coś wie. 

-  Odgadłam  w  każdym  razie  rolę  Billa.  -  Pochyliła  głowę.  -  Powiedzmy,  że  potem 

zastanowiłam się nad resztą i doszłam do pewnych wniosków. 

- Szybciej niż ja - zauważył Sloan. 

- Wiedziałam coś, czego pan nie wiedział. 

- O...? 

- Jestem staroświecka - wyjaśniła. - Wciąż korzystam z lekcjonarza. Zawsze to robiłam. 

Sloan czekał. Nie przeszkadzało mu, kiedy ludzie mówili o rzeczach, których nie rozumiał, 

dopóki nie musiał ich tłumaczyć nadinspektorowi Leeyesowi. 

- To znaczy - mówiła dalej - że zawsze przed porannym nabożeństwem sama czytam Lekcje 

wyznaczone na dany dzień. Wie pan, co roku ogłasza się ich listę. 

- Doprawdy? - wtrącił zachęcająco. Może nie umieści tego  wcale w swoim sprawozdaniu. 

To byłoby łatwiejsze, niż starać się, aby zrozumiał to Leeyes. 

-  Bili  często  czytał  w  kościele  Lekcję  w  niedzielę  przed  południem  -  mówiła  dalej  panna 

Paterson. - Zazwyczaj pierwszą. 

- Zadanie dziedzica - wtrącił Sloan z krzywym uśmiechem. 

-  Chyba  jedyne,  jakie  mu  pozostało  -  potwierdziła.  -A  więc  w  niedzielę  -  musiało  to  być 

mniej więcej przed rokiem - była to piętnasta niedziela po Świętej Trójcy -pamiętam, że... 

Nic z tego wszystkiego nie nadawało się dla nadinspektora Leeyesa. Życie było za krótkie. - 

Tak, proszę pani? 

- Powinien był przeczytać Przypowieść 17, wiersz 6. 

background image

- I nie przeczytał? - Dziwnymi drogami dochodzi się do odkrycia zbrodni. Trudno określić, 

co może okazać się kluczem. 

-  Przeczytał  coś  całkiem  innego.  Byłam  ciekawa,  więc  kiedy  wróciłam  do  domu, 

odszukałam to, co powinien był przeczytać. 

- Zdaje mi się, że domyślam się, o czym to było. 

-  Myślę,  że  nie  mógł  się  zdobyć  na  odczytanie  tego  na  głos,  zwłaszcza  że  Helen  siedziała 

naprzeciw niego. 

- Nie mógł. 

- Jeśli dobrze pamiętam  - powiedziała córka proboszcza - był to ustęp mówiący o tym, że 

dzieci naszych dzieci są ukoronowaniem starości - zmodyfikowana wersja, oczywiście... 

- Oczywiście - mruknął Sloan. 

- ...i o dobrym człowieku, który zostawia dziedzictwo dzieciom swoich dzieci... - Przerwała 

z poczucia delikatności. - Kiedy zdałam sobie sprawę, że nie mógł się zdobyć na przeczytanie tego, 

zdawało mi się, że zrozumiałam, dlaczego nie ma dzieci w Strontfield Park. 

-  Miała  pani  rację  -  powiedział  Sloan.  Musiała  mieć  rację.  To  było  jedyne  rozsądne 

wytłumaczenie. Zakaszlała. - Szekspir znalazł na to określenie. 

- Pewnie. 

- W “Antoniuszu i Kleopatrze”. Sloan się nie zdziwił. 

- Nazwał to “być beznasiennym” - wyjaśniła Cynthia Paterson. 

-  Dobrze,  Sloan,  dobrze!  -  ryczał  Leeyes.  -  Przyjmuję  do  wiadomości.  Nie  trzeba  mi  tego 

kłaść  do  głowy.  -Nadinspektorowi  nigdy  nie  udawało  się  trafić  w  dziewiętnasty  dołek,  ale  w 

każdym  razie  nie  spieszył  się  i  próbował  jeszcze,  kiedy  Sloan  zatelefonował.  -  Uciekł  panu 

Washby, a Bili Fent miał świnkę jako chłopiec w nieodpowiednim czasie i dlatego nie mógł mieć 

dzieci. 

-  Tak  przypuszczamy  -  ostrożnie  podsumował  Sloan.  Było  jeszcze  bardzo  wiele  do 

sprawdzenia. 

- Nie znaczy to, że ktoś musiał go zaraz zabijać  -zrzędził Leeyes. - Mogłoby się każdemu 

zdarzyć - dodał po namyśle. 

-  To  by  nie  miało  żadnego  znaczenia  -  powiedział  Sloan  -  gdyby  jego  żona  nie  zaszła  w 

ciążę. 

- Co? 

- Tak przypuszczamy - powtórzył Sloan. - Przypuszczamy jedynie, zaznaczam. Pogawędka 

z  doktor  Harriet  Baird  nie  dała  nic,  poza  jej  oświadczeniem,  że  może  omawiać  stan  swojej 

background image

pacjentki  tylko  za  jej  zgodą  lub  na  specjalne  polecenie  sędziego  w  procesie  sądowym  i  pod  jego 

ochroną na wypadek ewentualnych dochodzeń. W przeciwnym razie nic z tego. Do widzenia. 

Wobec tego zadzwonił do doktora Dabbe i zadał mu inne pytanie. Otrzymał odpowiedź. 

Leeyes pomrukiwał. 

- Wszystko razem wskazuje na ciążę - skonstatował 

Sloan. 

-  Zawsze  mi  się  zdawało  -  grzmiał  Leeyes  -  że  w  takich  przypadkach  jak  u  Billa  Fenta 

istniały...  hm...  środki  i  sposoby,  aby  żona  miała  dziecko  legalnie,  nawet  jeśli  nie  było  ono  jej 

męża. 

- Nauka zrobiła wielkie postępy - przyznał szybko Sloan. Bogu jednemu wiadomo, ile osób 

mogło to słyszeć w Klubie Golfowym. - Ale nie sądzę, aby w tym przypadku... 

- Wszystko zgodnie z tradycją, co, Sloan? 

- Jak najbardziej - powiedział zwięźle Sloan. Doktor Dabbe był bliższy prawdy, pytając, czy 

z miłością coś nie w porządku. Tak było w istocie. 

- I ktoś wiedział, że Bili Fent będzie się prawdopodobnie temu przeciwstawiał. 

-  Wiedział.  A  poza  tym  gdyby  to  wyszło  na  jaw,  ten  ktoś  straciłby  więcej  niż  ktokolwiek 

inny,  bo  był  lekarzem.  Powinienem  był  podejrzewać  coś  już  wcześniej  -  ciągnął  Sloan  -  kiedy 

doktor  Washby  wyjaśnił  mi,  że  Helen  Fent  nie  jest  jego  pacjentką.  Prawdopodobnie  na  samym 

początku  ich  romansu  namówił  ją  -  z  ostrożności  -  na  zmianę,  doktora,  aby  nie  mógł  zostać 

oskarżony o cudzołóstwo z pacjentką. 

Leeyes burknął: - Będzie nam potrzeba więcej dowodów. 

-  Spotykali  się  zazwyczaj  w  pawilonie  -  mówił  Sloan.  -Powinniśmy  byli  i  na  to  zwrócić 

uwagę. Stary Fitch, który mieszkał w domku dozorcy, zaczął napomykać na temat tego, co dzieje 

się  w  pawilonie.  Nikt  go  naturalnie  nie  słuchał.  Wszyscy  uważali,  że  to  starcze  przywidzenia,  a 

Washby umieścił go w przytułku. Nie jest to trudne, kiedy się zna sposoby. 

- Wciąż nie rozumiem, dlaczego zabicie Billa Fenta miałoby takie znaczenie. 

- Jeśliby nie żył - powiedział Sloan - nikt nie wiedziałby, że nie on jest ojcem. 

- Pani Fent... 

-  Helen  Fent  na  pewno  nie  powie,  prawda?  A  jeśli  powie,  jak  może  dowieść,  że  to  jest 

dziecko Washby'ego, a nie jej męża lub kogokolwiek innego? 

- Grupa krwi - podsunął Leeyes. - Zapomniał pan o tym. 

- Nie, nie zapomniałem - sprostował Sloan. 

- Jest dowodem ojcostwa. 

background image

-  Może  być  dowodem,  że  ktoś  nie  jest  ojcem  - wyjaśnił  Sloan.  -  To  wszystko.  W  każdym 

razie grupa krwi Billa Fenta nie była nigdzie zarejestrowana. Nie był nigdy w wojsku i nie oddawał 

krwi jako dawca - pogawędka przy piciu porto miała na celu upewnienie się co do tego. 

- Można byłoby to sprawdzić przy sekcji. 

-  Nie  byłoby  żadnej  sekcji  -  kontynuował  Sloan.  -Sprawa  oskarżenia  doktora  Washby 

rysowała się coraz wyraźniej. - Miał umrzeć w swoim łóżku. Świadectwo zgonu wystawiłby Paul 

Washby i nikt oprócz niego nie wiedziałby, że śmierć nie nastąpiła z przyczyn naturalnych. 

- Nawet pani Fent? - spytał ostro Leeyes. 

-  Jestem  gotów  założyć  się,  że  zaczęła  się  nad  tym  zastanawiać  dopiero  wtedy,  kiedy 

usłyszała, że policja była na pogrzebie. Dopiero potem była taka przestraszona. 

-  Bała  się  jego  -  domyślił  się  Leeyes.  -Nie  nas.  Cóż  więc  zawiodło  w  jego  mistrzowskim 

planie? 

- Późne wezwanie doktora do Cullingoak popsuło intrygę Washby'ego. Jego żona nakręciła 

numer i przekazała mu przy wszystkich informację z magnetofonu, że ma jechać do Cullingoak, nie 

mógł się więc od tego wykręcić. Musiał jechać, nawet jeśli to miało spowodować, że Fent odwiezie 

profesora Berry do domu. Żona to był zresztą jeszcze jeden trop. 

- Veronica Washby? 

-  Małżeństwo.  Trzeba  pamiętać,  że  konkury  trwały  niezwykle  krótko.  Wszyscy  to 

potwierdzają.  Sądzę,  że  skoro  tylko  Helen  powiedziała  mu.  że  jest  w  ciąży,  Washby  starał  się 

ratować  swoją  pozycję.  Miał  dużo  do  stracenia,  gdyby  to  wyszło  na  jaw.  Zwłaszcza  jako  lekarz. 

Zorganizował  wszystko  rzeczywiście  bardzo  dobrze  -  powiedział  Sloan  z  namysłem  -  tylko 

zapomniał,  że  Marjorie  March-mont  była  sekretarką  świętej  pamięci  doktora  Whittakera.  Pewnie 

mu to ktoś przypomniał. 

- Co z tego? 

- Wiedziała pewnie o bezpłodności Billa z jego kartoteki lekarskiej. 

- Musiała więc zginąć? 

-  Tego  popołudnia,  kiedy  została  znaleziona,  Washby  podjechał  swoim  wozem  pod  sam 

pawilon.  O  wiele  bliżej,  niż  to  było  potrzebne.  Dopiero  później  przyszło  mi  to  na  myśl.  W  ten 

sposób  ślady  wozu  z  poprzedniej  nocy  można  by  przypisać  tej  bytności.  A  ślady,  jakie  zostawił 

wewnątrz wozu, zmywał rano na moich oczach. I starał się mi wmówić - dodał Sloan krzywiąc usta 

-  że  czyści  wóz,  ponieważ  był  brudny.  I  ciągle  naprowadzał  mnie  na  sprawę  rozbudowy.  A  nie 

miała z tym nic wspólnego. 

background image

Nadinspektor  w  charakterystyczny  dla  siebie  sposób  zmienił  temat.  -  Afrykanie  uznają 

społeczeństwo  matrylinearne,  Sloan...  to  znaczy  dziedziczenie  przez  kobietę  -dodał  -  na  tej 

zasadzie, że wiadomo zawsze, kto jest matką. 

- Jest w tym jakiś sens - przyznał Sloan. 

-  Została  tym  polana  porcja  cremet  -  tą  trucizną  -powiedział  Crosby,  wracając  po  raz 

dwudziesty  do  zeznania  doktora  Washby'ego  -  i  zabił  zarówno  Marjorie  March-mont,  jak  i  Billa 

Fenta, ale nie mówi dlaczego. 

- Nie spodziewałem się, że powie - stwierdził Sloan. 

- A teraz nie możemy go zapytać? 

-  Nie.  -  Dawka,  którą  zażył  doktor  Washby,  kiedy  wymknął  się  Crosby'emu,  była 

olbrzymia. Wdowa po nim, zszokowana, pojechała do domu, do swojej matki. 

- A pani Fent, jak się zdaje, nie może nam pomóc -powiedział konstabl. 

- Nie. - Helen Fent odnaleziono u kuzynki Hettie w Almstone, gdzie się schroniła. W raju u 

kuzynki Hettie nie było mężczyzn. 

- Mówi, że musiał być szalony. 

Sloan  skinął  głową.  To  była  wersja  Helen  Fent,  i  wyglądało  na  to,  że  jej  nie  zmieni.  - 

Oczywiście,  że  mogła  zjeść  tę  porcję  cremet  zamiast  swego  męża.  Powiedzmy,  gdyby  ona 

zdecydowała się dzielić mięso lub gdyby Washby nie zgadł, gdzie Bili Fent będzie siedział. 

Crosby zapytał: -.Co by było wtedy? 

-  Byłaby  sekcja  i  przesłuchanie  -  powiedział  Sloan  pamiętając  o  sumiennej  pani  doktor 

Baird - ale, moim zdaniem, zakończyłoby się stwierdzeniem, że sprawca jest nieznany. 

-  Ten  młody  Miller  też  nam  nie  może  pomóc  -  mówił  dalej  Crosby.  Stawał  się  już  tak 

ponury  jak  nadinspektor.  -Ojciec  mu  powiedział,  że  może  kiedyś  będzie  coś  dla  niego  w 

Strontfield, nic więcej nie wie. 

- Nie wie, dlaczego? 

Crosby potrząsnął głową. - Powiedział mu, żeby tu przyjechał, siedział spokojnie i miał na 

wszystko oczy otwarte. Ach, a rozmowa z tym starym Fitchem też nic nie dała. 

- Ze starym Fitchem? 

-  Często  z  samego  rana  zabierał  drabinę  sprzed  okna  sypialni  dla  panicza  Hectora,  zanim 

zjawił się jego ojciec. 

- A więc Hector Fent wiedział o Billu - domyślił się Sloan - ale i on nie żyje. - Odsunął na 

bok akta sprawy i rzekł przewidująco: - Do niczego tu nie dojdziemy, Crosby. 

- A więc - konstabl był uparty - co to właściwie jest? 

background image

-  Zdaje  pan  sobie  sprawę,  inspektorze  -  oświadczył  surowo  pan  Puckie  -  że  to,  co  mi  pan 

właśnie powiedział, to jedynie przypuszczenie. 

Sloan,  usadowiony  wygodnie  w  jednym  z  najlepszych  skórzanych  foteli  firmy  Puckie, 

Puckie i Nunnery, skinął głową. 

- Naturalnie - wyjaśnił prawnik - dziecko... hm... w chwili śmierci ojca może dziedziczyć. 

- Zastanawialiśmy się. 

- Faktycznie, gdyby, hm, okoliczności, które według pana założeń miały być sposobem, w 

jaki doktor usiłował rozwiązać swój dylemat, były naprawdę takie... z czym oczywiście  ani przez 

chwilę się nie zgadzam... 

- Naturalnie. Ale gdyby... 

- I gdyby, oczywiście, dziecko było chłopcem... 

- Tak? 

- To zapobiec dziedziczeniu przez niego majątku Strontfield mogłaby tylko... 

- Tak? 

- Skarga, że pochodzi z nieślubnego związku, wniesiona przez Quentina  Fenta.  Naturalnie 

pozytywnie rozstrzygnięta. 

- Naturalnie - mruknął Sloan. 

- A żeby ta skarga została pozytywnie rozstrzygnięta -ciągnął pan Puckie rzucając Sloanowi 

przenikliwe spojrzenie - sąd będzie wymagał niezbitych dowodów. 

- Właśnie - szepnął Sloan. 

- Wydaje się - kontynuował Puckie - że mogłoby to przedstawiać trudności. 

- Mogłoby. - Było to z pewnością nie dość mocne określenie. 

- Gdzie na przykład można by było szukać dowodów... hm... bezpłodności Billa Fenta? 

-  Nigdzie  -  stwierdził  Sloan  bez  ogródek.  -  Teraz  nigdzie.  Wszystkie  kartoteki  lekarskie  u 

doktora  Washby  zostały  na  pewno  już  dawno  zmienione.  -  Wyjaśnił  prawnikowi  też  sprawę  grup 

krwi. 

- A właśnie. A skoro pani Marchmont nie żyje... 

- A pani Fent? - spróbował Sloan. - Jeśliby w ogóle zeznawała - powiedział sucho prawnik - 

to na pewno nie na rzecz powoda. 

Sloan skinął głową. Doktor Washby był jeszcze jedną osobą, która liczyła na to, że Helen 

Fent będzie miała prawo milczeć. 

-  A  ponieważ  kobieta  zamężna  z  natury  rzeczy  nie  może  mieć  nieślubnego  dziecka...  To 

było jeszcze coś> na co liczył dr Washby. 

background image

-  ....hm,  ciężar  przeprowadzenia  dowodu  spadłby  całkowicie  na  Quentina  Fenta.  -  Pan 

Puckie pogładził się po brodzie. - I to zupełnie niezależnie od faktu, że według angielskiego prawa, 

nie można żądać od nikogo, aby świadczył przeciw sobie. 

Sloan nie zdziwiłby się wcale, gdyby się dowiedział, że Paul Washby liczył na to, także w 

odniesieniu do siebie... 

-  I  tak  na  pierwszy  rzut  oka  -  powiedział  prawnik  -  ta  pana  teoria  wydaje  się  czysto 

hipotetyczna... 

- Jest to przypuszczenie, które zgadza się z faktami. 

- ... lecz brak mu... hm... tego, co można nazwać poszlakami. 

- Dwa morderstwa - powiedział zwięźle Sloan. 

- Nie mniej - kontynuował pan Puckie ostrożnie -gdyby Quentin Fent został powiadomiony 

o  tych...  hm...  pana  przypuszczeniach  i  gdyby  mnie  zapytał  o  opinię,  czy  skarga  o  nieślubne 

pochodzenie  ma  szansę,  odradziłbym  mu  wnoszenie  skargi  opartej  na  dowodach  o  tak  - 

teoretycznym charakterze, z zastrzeżeniem zasięgnięcia opinii adwokata. 

- Rozumiem - powiedział Sloan dostosowując się do obiektywnego tonu prawnika. 

- Teoria to jedno. Dowód... hm... to koń zupełnie innej maści. 

- I my wszyscy tak mówimy - mamrotał Sloan pod nosem. -1 my wszyscy tak mówimy. 

- Ale jeśliby Quentin Fent miał zająć stanowisko w tej sprawie - pan Puckie przestał gładzić 

brodę i zabrał się do przecierania okularów - to może on - biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności 

- zdecydować, że lepiej nie wywoływać wilka z lasu. 

Było wciąż bardzo gorąco. 

-  Mam  nadzieję,  że  jeszcze  jutro  będą  mieli  ładną  pogodę  -  powiedziała  leniwie  Ursula 

Remdlle. - Zdaje mi się, że nie padało już od miesiąca. 

- Wiem, że nie padało -  odparła Cynthia Paterson. Urlop, który sama sobie wzięła, dawno 

się skończył. Były to ostatnie dni września i w ogrodach Constance Parva pozostało jeszcze wiele 

do zrobienia. - Wszystko jest bardzo suche. 

- Jak nie jedno, to drugie - zauważyła Ursula sięgając po czajnik z herbatą. - Jedno oznacza, 

ż

e możemy jeszcze siedzieć na powietrzu. 

-  Już  niezbyt  długo  -  powiedziała  Cynthia,  której  doświadczone  oko  odkrywało  oznaki 

jesieni. 

- No, ale bywają rzeczy gorsze od tego. Cynthia Paterson    skinęła głową    w    milczeniu.    - 

W Strontfield Park wciąż mają kłopoty. 

- Może to będzie dziewczynka. 

- Nie będzie - wyraziła przekonanie Cynthia. 

background image

-  No,  wiesz,  nie  jesteś  czarownicą  -  przypomniała  jej  Ursula  -  choć  Marjorie  zawsze  tak 

mówiła. 

- Biedna Marjorie. - Cynthia wciąż jeszcze nie mogła myśleć o Marjorie spokojnie. 

- Zdaje się, że nikt nie wie, dlaczego Paul Washby zabił Marjorie i Billa. 

- Nikt nie wie. 

- Właściwie nie znał ich nawet dobrze - powiedziała Ursula wyrażając na głos to, co myśleli 

wszyscy w Constance Parva. 

-  I  dlaczego  właśnie  Bili  i  Marjorie.  -  Ursula  nie  zmieniała  tematu.  -  Dlaczego  nie  Bili  i 

Helen Fent albo Daniel i Marjorie Marchmont? 

- Nie mów tak! - poprosiła Cynthia. - To nie była zabawa w szczęśliwe rodziny. 

-  To  było  morderstwo  -  podsumowała  Ursula  -  tylko  zdaje  się,  że  nikt  nie  wie,  dlaczego. 

Albo jeśli wiedzą -dodała znacząco - nie chcą powiedzieć. 

- Tak. 

- A wobec tego, że Paul popełnił samobójstwo, nie będzie nawet sprawy sądowej i nigdy się 

nie dowiemy. 

- Nie. 

Ursula  spojrzała  z  ciekawością  na  Cynthię  i  zmieniła  nieco  temat.  -  Czy  zdajesz  sobie 

sprawę,  że  jeśli  to  dziecko  Helen  okaże  się  chłopcem,  będzie  musiała  wychowywać  go  w 

Strontfield Park bez pieniędzy? 

- To będzie prawdziwa pokuta. 

Ursula podniosła oczy. - Wiesz, Cynthio, powiedziałaś to tak, jakbyś naprawdę tak myślała. 

- Tak myślę. 

- Zabrzmiało    to podobnie,    jak wydawanie wyroku przez twojego ojca. 

- Naprawdę? 

Ursula  zaśmiała  się  z  zażenowaniem.  -  Zasądzona  na  dwadzieścia  jeden  lat  ciężkiej  pracy 

nad wychowaniem następnego dziedzica, prawie zupełnie bez środków. 

- Nie będzie to bardzo wesołe - potwierdziła Cynthia. 

- A jeśli urodzi się dziewczynka? 

-  Zdaje  mi  się  -  powiedziała  ostrożnie  Cynthia  -  że  zdaniem  pana  Puckie,  Helen  mogłaby 

opuścić Strontfield Park, zabrać swój wdowi grosz i starać się za te pieniądze wychować dziecko. 

Można powiedzieć, że ma się to tak, jak sześć do dwa razy trzy... 

- Sześć do  dwa r... och,  Cynthio - Ursula sprawiała wrażenie  rozdrażnionej - dlaczego nie 

możesz powiedzieć na jedno sześć, na drugie pół tuzina, jak wszyscy. 

- Będzie tam zresztą trochę więcej niż prawie nic -ciągnęła dalej Cynthia. 

background image

- O...? 

-  Słyszałam,  że  Peter  Miller  -  chyba  możemy  go  nazywać  Peter  Fent  -  ma  zająć  się 

gospodarowaniem w Stront-field podobnie jak na “Ugorze”. 

- Żeby zachować to w rodzinie? - spytała oschle Ursula. 

- Pan Puckie twierdzi, że może da się to załatwić, a czynsz się przyda. 

- Wydaje mi się - powiedziała Ursula ze znajomością rzeczy - że wkrótce usłyszymy także 

tam ślubne dzwony. Annabel Pollock spędza tutaj cały swój urlop, a on jedzie do szpitala Świętego 

Niniana na bal pielęgniarek. 

- Żeby zachować to w rodzinie? - powtórzyła potulnie Cynthia. 

- Kiedy już mówimy o ślubnych dzwonach... 

- To co? 

- Przypuszczam, że jutrzejszy ślub jest wciąż aktualny? 

Cynthia zachichotała. -  O, tak. Ani Quentin, ani Jacąue-line nie chcieli się wycofać, kiedy 

usłyszeli,  że  nie  dostaną  Strontfield  Park,  jeśli  dziecko  będzie  chłopcem.  Widzisz,  zapowiedzi 

zostały już ogłoszone. 

- A więc, co się stanie z...? 

Cynthia roześmiała się szczerze po raz pierwszy od miesiąca. - Od przyszłego poniedziałku 

Quentin zaczyna pracę w Battersby's Bearings o ósmej rano. W kombinezonie. 

-  Nasza  Jacąueline  wykazuje  więcej  energii,  niż  myśleliśmy  -  zauważyła  Ursula.  -  Może 

jeszcze coś zrobi z tego młodzieńca. 

- W każdym razie nie będzie żadnej rozbudowy - powiedziała Cynthia - chyba że urodzi się 

dziewczynka  i  Quentin  zostanie  spadkobiercą.  A  może  i  wtedy  nie.  -Okazało  się,  że  syn  Hectora 

Fenta zdecydowany jest zachować wszystko bez zmian. - Czy Richard będzie niezadowolony? 

-  Nie  sądzę  -  powiedziała  z  pogodą  jego  żona.  -  I  tak  pracuje  za  dużo.  Poza  tym  stara  się 

zainteresować Daniela golfem. Jeszcze herbaty? 

Cynthia potrząsnęła głową. - Muszę już iść. 

- A ja - powiedziała Ursula - muszę pójść do kościoła i ułożyć kwiaty. Może ostróżki i kilka 

jesiennych róż... 

Wciąż  jeszcze  było  gorąco  wczesnym  popołudniem,  kiedy  Sloan  wrócił  do  domu.  Był  na 

odroczonym  przesłuchaniu  w  sprawie  Williama  Fenta  i  Marjorie  Marchmont  i  nie  przestał  o  nich 

myśleć po powrocie do domu. Żona jego siedziała przy otwartych, oszklonych drzwiach i robiła na 

drutach coś małego i białego. 

-  Jak  mogłem  się  domyślić,  że  Helen  Fent  jest  w  ciąży,  na  tyle  wcześnie,  aby  uratować 

Marjorie Marchmont? - zapytał retorycznie. 

background image

- Nie mogłeś - powiedziała łagodnie jego żona. 

- Do diabła, nie siedziała i nie robiła na drutach małych ubranek... nie byłbym nigdy zgadł, 

gdyby nie zabił Marjorie Marchmont. 

- Nie, nie zgadłbyś - zgodziła się jego żona. - A więc lepiej powiem ci zaraz. 

Odsunęła trochę swoją robótkę. - Doktor mówi, że będziemy mieli małego konstabla. 

- Co? Co? - Zerwał się z krzesła. - Jesteś pewna? 

- Ja nie - powiedziała spokojnie - ale doktor jest pewny. 

-  Co  tam  konstabl!  -  ryknął  z  twarzą  zaczerwienioną  z  radości.  -  Zostanie  komisarzem 

pewnego dnia albo będą mieli ze mną do czynienia. 

Koniec