background image

Roger śelazny 

 
 
 

Most Popiołów 

 

Bridge of Ashes, 

PrzełoŜył Filip Grzegorzewski 

background image

C

ZĘŚĆ PIERWSZA

 

 
Ja… 
Było to dnia… 
To… 
…Zobaczyłem męŜczyznę, jest… 
…MęŜczyzna  idzie  przez  las.  Z  nim  grupa  innych,  wszyscy  myśliwi.  Odziani  są  w  skóry 

zwierzęce.  Niosą  zaostrzone,  hartowane  w  ogniu  włócznie.  Moja  zakończona  jest  kamieniem  i 
ozdobiona  ornamentem  linii  wyrytych  czubkiem  krzemiennego  noŜa,  który  zwisa  teraz  na 
skórzanym pasku przy mojej — jego talii. MęŜczyzna ma liście we włosach, błyszczący przedmiot 
wisi mu na szyi, zawieszony na rzemieniu. Przedmiot ten jest źródłem mocy. Przyniósł go ze sobą 
z krainy duchów podmorskich. Prowadzi swych ludzi na polowanie. Człowiek o kruczoczarnych 
włosach  —  ojciec  ojców  ich  wszystkich.  Jego  ciemne  oczy  podąŜają  za  tropem  zwierzęcia. 
Pozostali  z  rozszerzonymi  nozdrzami  postępują  w  ciszy  jego  śladem.  W  powietrzu  unosi  się 
delikatna  woń  soli  i  wodorostów,  niezbyt  odległego  wybrzeŜa  wielkiej  wody  —  matki  nas 
wszystkich. MęŜczyzna unosi rękę i wszyscy stają. 

Wykonuje kolejny gest i pochyleni podbiegają do niego z obu stron, ustawiając się w półkolu. 

Znowu się zatrzymują. 

Posuwa  się  do  przodu.  Poprawia  chwyt  na  rękojeści  broni.  I  nagle  jego  ręce  są  puste.  Z 

rozciągającej  się  przed  nim  polany  dobiega  ryk  bólu.  Wtedy  pozostali  ruszają  do  przodu  z 
przygotowanymi włóczniami. MęŜczyzna wyciąga nóŜ i postępuje za nimi. 

Podchodzi  do  zranionego  zwierzęcia,  które  leŜy  teraz  na  ziemi,  cięŜko  dysząc;  w  jego  boku 

tkwią trzy drzewca. Rozlega się ryk, gdy męŜczyzna podcina mu gardło szybkim tnącym ruchem. 
Inni wyciągają broń z martwego ciała. Cisza polowania ustępuje miejsca rozmowom i śmiechowi. 
MęŜczyzna oprawia zdobycz. Odkłada większą część mięsa do zabrania, a resztę przeznacza na 
zwycięską ucztę, która wkrótce nastąpi. 

Zapalacz ognia szuka hubki, inny znosi mu suche gałęzie na ognisko. Ktoś rozpoczyna pieśń 

bez melodii — rytmiczną recytację. Słońce przesuwa się na niebie w kierunku  czubków drzew. 
Małe  kwiatki  rozchylają  się  pomiędzy  korzeniami,  skałami  i  zwalonymi  pniami.  Nadchodzi 
kolejny powiew od morza. 

MęŜczyzna odkrawa kolejne kawałki mięsa i podaje je zapalaczowi ognia. Nagle zamiera na 

chwilę  w  bezruchu  i  dotyka  czubkami  palców  błyszczącego  przedmiotu,  który  ma  na  szyi. 
Wyczuwa  nieznaczne  ciepło.  Chwila  niepokoju  przemija.  Myśliwy  wzrusza  ramionami.  Podaje 
mięso towarzyszowi. Wraca, Ŝeby odkroić więcej. 

Nadchodzi  dźwięk  —  głębokie,  przeciągłe  wycie  przechodzące  w  długi  wznoszący  się  ton, 

który następnie przeradza się w gwizd, coraz wyŜszy, aŜ do granic słyszalności. Wzbudza wibrację 
wskazującą, Ŝe gdzieś nadal trwa. 

Po  pewnym  czasie  wycie  rozlega  się  powtórnie  —  głośniej,  bliŜej.  Towarzyszą  mu  odległe 

trzaski i łamanie gałęzi jak w czasie przedzierania się cięŜkiego cielska przez zarośla i drzewa. 

MęŜczyzna kładzie dłonie na ziemi i wyczuwa drŜenie. Zrywa się na nogi. 
—  Biegnijcie!  —  krzyczy  do  pozostałych  i  chwyta  włócznię.  —  Natychmiast!  Zostawcie 

jedzenie! Szybciej! 

Są mu posłuszni; pozostawiają zdobycz, ognisko. MęŜczyzna zostaje sam. 
Po ich odejściu zaczyna wycofywać się z lasu. Znowu słyszy wycie, które odbija się echem po 

lesie. 

background image

Kiedy ryk rozlega się po raz kolejny, jest tak głośny, Ŝe równie wyraźnie czuje się go, jak słyszy. 

MęŜczyzna  pędzi  w  kierunku  łąki,  przez  którą  wcześniej  przechodziła  jego  grupa.  Pamięta,  Ŝe 
pośrodku było skaliste wzniesienie… 

Wypada  na  otwartą  przestrzeń  i  biegnie  w  stronę  pagórka.  Słysząc  ryk  za  plecami  zdaje  juŜ 

sobie sprawę, Ŝe nie starczy mu czasu, by stoczyć głazy na ścigające go zwierzę. 

Zmierza w kierunku kamienistej rozpadliny, wślizguje się do niej i odwraca się schylony. 
Odbite światło słoneczne oślepia mu oczy, lśniąc i tańcząc na niezliczonych łuskach długiego, 

smukłego  ciała,  płaskiego  ogona,  powyginanych  nóg  i  zakończonego  rogiem  łba.  Przebierając 
koślawymi  nogami,  trąc  brzuchem  o  ziemię  bestia  pędzi  ze  straszliwą  mocą  w  jego  stronę, 
zostawiając na łące głębokie bruzdy. Ani młode drzewka, ani głazy nie są w stanie jej zahamować. 
Drzewo rozsypuje się w drzazgi i znika pod nią zmiaŜdŜone. Potwór kręci łbem z jednej strony na 
drugą, gdy róg natrafia na skałę. Głaz zaczyna się ruszać, najpierw niezauwaŜalnie; kołysze się i 
widać coraz więcej jego mokrej, spodniej strony. Spada w końcu, staczając się na lewo, uderzony 
potęŜną  szyją,  pokrytą  błyszczącą  łuską  mokrą  od  morskiej  wody.  Rozlega  się  kolejny  ryk 
potwora,  który  przestępując  z  nogi  na  nogę  wzbija  Ŝwir  i  piasek,  zagłębiając  się  w  ziemi  przy 
kaŜdym ruchu. 

MęŜczyzna przyciska koniec włóczni do skały. Szuka w błyszczącym kamieniu jakiejś skazy, 

niedoskonałości, słabego punktu. Podejmuje decyzję i podnosi broń. MruŜy oczy przed unoszącym 
się pyłem. Uszy go bolą od ostrego zawodzenia. Czeka. 

Chwilę później jego włócznia zostaje strzaskana, a otaczające go skały drŜą od siły uderzenia. 

Gdy  róg  zbliŜa  się  w  jego  kierunku,  męŜczyzna  przywiera  do  najdalszej  części  szczeliny.  Róg 
zatrzymuje się kilka centymetrów od jego brzucha. 

Potwór  przerzuca  teraz  cięŜar  ciała  z  jednej  strony  na  drugą,  przebiera  ogromnymi  łapami, 

jakby  płynął.  Za  kaŜdym  razem  gdy  jego  ogromne  ciało  uderza  o  skałę,  rozlega  się  huk 
przypominający bicie dzwonu. MęŜczyzna wyczuwa w swojej kryjówce zapach morskiej wody. 
Kolejne wycie prawie  go ogłusza. Próbuje dźgnąć kręcący się  łeb potwora, ale  krzemienny nóŜ 
łamie mu się w rękach. Czuje, Ŝe skały znowu drŜą. Zaciska dłoń na amulecie, który teraz pali go w 
piersi. 

Przy kolejnym pchnięciu róg bestii wbija się w bok męŜczyzny i wrzeszczymy, gdy nas przebija 

i unosi… rzuca o ziemię… 

Rozdzierający  ból.  Mrok  i  ból.  Mrok.  Światło.  Czy  słońce  podniosło  się  wyŜej?  LeŜymy 

skąpani we własnej krwi. Potwór zniknął. Idziemy. Samotnie, pośród traw… Otaczają nas owady, 
chodzą  po  nas  i  spijają  naszą  krew.  Poszarpana  góra  kości  wyrosła  z  kontynentu  mojego  ciała, 
przykryta czapą śniegu… Ja… 

Ciemność. 
MęŜczyznę budzi zawodzenie. Wrócili do niego. Jego dzieci. Przyprowadzili ją ze sobą, a ona 

kołysze jego głowę wspartą na łonie, płacząc. Obsypała go ziołami i kwiatami, a potem owinęła 
jasną tkaniną. Uśmiecha się do niej, a ona dotyka jego brwi. Amulet stał się zimny. Świadomość 
męŜczyzny zaczyna powoli gasnąć. Zamyka oczy, a ona rozpoczyna nad nim długi śpiew Ŝałobny. 
Wtedy pozostali odwracają się i odchodzą, zostawiając ich samych. Oto miłość. My… 

Ja… 
Niebieski błysk, krąg bieli… 
Bestia wróciła tam, gdzie jej miejsce. 
 
I własne… 
…starości. Czy to był… 
…Człowiek nad brzegiem morza. Zobacz… 

background image

…Człowiek  rysuje  na  mokrym  piasku.  Potęga.  Jego  oko  powiązanie  kątów.  Jego  ja… 

Oczywiście przeciwstawne i przyległe. Tam gdzie przecina je prosta, która jest granicą. TuŜ obok 
zielone  morze  zostawia  ślady  na  płaszczyźnie  piasku,  zbliŜa  się  i  cofa  miękko  pod  ciepłym 
błękitnym niebem; miękko i niezauwaŜalnie, gdy on rysuje okrąg. Od siedemdziesięciu kilku lat 
zna morze niedaleko Syrakuz, tu na Sycylii. Nigdy nie oddalał się od tego morza, nawet podczas 
studiów w Aleksandrii. Nie dziwi więc to, Ŝe moŜe nie zwracać on uwagi na obmywanie, pluskanie 
i  opryskiwanie  fal,  grę  światła  i  kolorów.  Czyste  morze,  morze  dające  Ŝycie,  własna  głuchota  i 
ogromna  koncentracja.  Morze  jest  tak  rozległe  i  niewyobraŜalne  jak  niepoliczalny  jest  piasek 
potrzebny do wypełnienia wszechświata, stosownie do prawa, które określił w sprawie czystości 
królewskiej  korony  tego  dnia,  gdy  wyskoczył  nago  z  kąpieli,  krzycząc,  Ŝe  to  odkrył…  Morze  i 
tchnienie  morza,  nad  morzem.  Teraz  bardzo  mało  rzeczy  ma  znaczenie  oprócz  zaleŜności 
pomiędzy kształtami. WielokrąŜki, pompy i dźwignie były niegdyś całkiem sprytne i przydatne. 
Ale Syrakuzy zostały zdobyte. Zbyt wielu było Rzymian, nawet na sztuczkę z lustrem. Ale czy to 
naprawdę ma jakieś znaczenie? Pomysły przeŜyją swe wcielenia. Wymyślne urządzenia były tylko 
zabawkami; tak naprawdę to tylko ulatujące cienie praw, które usidlił siecią myśli. Teraz, teraz… 
ta  sprawa…  Gdyby  zaleŜność  pomiędzy  rzeczami,  pomiędzy  wydarzeniami  dała  się  wyrazić 
wielką liczbą kroków? Iloma? Wieloma…? Kilkoma…? KaŜdą dowolną liczbą. A gdyby istniała 
jakaś  granica…  Tak.  Jakieś  ograniczenie.  Tak.  Wtedy  aŜ  do  tego  punktu,  dowolna  liczba 
kroków… Tak jak zrobiliśmy z n i z wielokątami. Tyle Ŝe teraz trzeba posunąć się o krok dalej… 

Nie  widzi  cienia  męŜczyzny  stojącego  za  nim  na  piasku.  Skupienie,  głuchota,  obietnica 

rzymskiego  dowódcy  Marcellusa,  Ŝe  nic  mu  się  nie  stanie…  Nic  nie  widzi,  nie  słyszy  pytań. 
Znowu.  Spójrz  w  górę,  starcze!  Musimy  odpowiedzieć!  Ostrze  wynurza  się  z  pochwy  i  znowu 
słowa. Odpowiedz! Odpowiedz! Rysuje następne koło, powoli, myśląc o krokach zmian wewnątrz 
granic, zastanawiając się nad nowymi słowami, które będą potrzebne do wyraŜenia tego… 

Cios! 
Zostaliśmy przebici. Padamy do przodu… Dlaczego? Chcę… 
Mój wzrok zatrzymuje się na ostatnim kole. Wokół rozpościera się łagodny błękit. Nie nieba, 

nie morza. To… 

 
Zaraz, zaraz, zaraz… Ból, szkoda tego wszystkiego… 
Ja,  Flavius  Claudius  Iulianus,  rozmyśla,  pacyfikator  Galii,  cesarz  Rzymu,  ostatni  obrońca 

dawnych bóstw odchodzę teraz, jak one odeszły. Szkoda, władco piorunów, i ty, który wstrząsasz 
ś

wiatem i poskramiasz konie, i ty, o pani pokrytych zboŜem pól, i ty, ty… Wy wszyscy pozostali 

panowie i panie wysokiego Olimpu… szkoda, szkoda, szkoda, Ŝe nie mogłem słuŜyć wam lepiej, 
o, kochankowie i władcy świata, jego drzew, traw i wszystkich świętych miejsc. Wszystkich istot 
rączych i pełzających, latających i ryjących w ziemi, wszystkiego co się rusza, co oddycha, czego 
moŜna  dotknąć,  co  śpiewa  i  płacze.  Lepiej  bym  wam  usłuŜył,  gdybym  tylko  został  w  mieście 
Ktezyfon, oblegał ten wielki gród zamiast przeprawiać się przez Tygrys i szukać króla Sapora na 
tym pustkowiu. Tutaj bowiem umieram od śmiertelnych ran, otoczony całą perską armią. Gorący, 
suchy, wyludniony kraj… Dobrze się do tego nadaje. Być moŜe w takim właśnie miejscu kuszony 
był  Galilejczyk…  Czy  ta  ironia  jest  naprawdę  potrzebna,  nowy  Panie?  Wyrwałeś  świat  jego 
odwiecznym  opiekunom,  Ŝeby  nim  wstrząsnąć.  Twierdzisz,  Ŝe  prowadzisz  ludzi  do  innego 
ś

wiata… Wcale nie obchodzi cię bardziej zieleń, brąz, złoto, polany, dolinki niŜ to suche, gorące 

miejsce, gdzie tylko skały i piasek… I śmierć. Czym dla ciebie jest śmierć? Bramą… Dla mnie jest 
więcej niŜ tylko końcem, gdyŜ przegrałem… Zabijasz mnie, jak dzieci Konstantyna wzięły moich 
krewnych… Dla ciebie  moŜe  jest to brama; dla mnie —  koniec…  Widzę,  gdzie wypływa  moja 
krew… Daję ją Ziemi — Gai — starej matce… Walczyłem i skończyłem… Stare bóstwa, naleŜę 

background image

do was… 

Czerwona kałuŜa krwi zaczyna znikać. Ponad nią na moment pojawia się błękit. Ryk zdaje się 

zaczynać. On. On. On… Ja… 

 
Powiedz mi, czy cokolwiek kiedykolwiek zrobiono… A więc ja… 
Wygląda przez okno, obserwując ptaki. Wiosna zawitała do Rzymu. Słońce jednak jest coraz 

niŜej i cienie się wydłuŜają. MęŜczyzna obserwuje kolory, cienie, strukturę. Gdybym ja budował to 
miasto, zrobiłbym zupełnie inaczej… Spogląda na chmury. Ale wtedy moŜe nigdy nie zostałoby 
ukończone… Opiera głowę o ścianę i gładzi brodę, pociąga palcami za dolną wargę. Było tak wiele 
spraw…  Polecieć,  wznieść  się  ponad  morza,  wybudować  pałace  i  skonstruować  cudowne 
urządzenia, połączyć rzeki kanałami, zgłębić wszystkie prawa natury, być jednocześnie uczonym i 
estetą nieustannie zwalczającymi się wewnątrz mnie przeciwnościami, przeszkadzającymi sobie… 
Wiele  jednak  zrobiłem  dla  Ludovico,  tyle  Ŝe  wszystko  to  było  mało  istotne…  Wielki  Koń… 
Pewnie  chciałby  zobaczyć  go  ukończonego.  Przykro,  Ŝe  okazje  zawsze  nadarzają  się  w 
nieodpowiednim momencie, a niekiedy, gdy się juŜ wydaje, Ŝe wszystko idzie dobrze, zawsze coś 
się pojawia, Ŝeby je zmarnować. Tak wiele rzeczy mogło stać się uŜytecznymi. Tak jakby świat się 
sprzeciwiał…  A  teraz…  Wspaniały  Giuliano  de  Medici  umarł  w  marcu…  Nic  mnie  tu  juŜ  nie 
trzyma,  a  nowy  król  francuski  mówił  o  majątku  dworskim  w  Cloux,  niedaleko  Amboise. 
Przyjemne  miejsce  —  i  Ŝadnych  obowiązków…  Być  moŜe  i  wszystko  inne  okazałoby  się 
korzystne; mógłbym myśleć spokojnie, kontynuować studia. MoŜe nawet trochę bym malował… 

Odwraca się od okna i cofa w głąb pokoju. Białe koło na niebieskim tle, pomimo Ŝe księŜyc 

jeszcze nie wzeszedł. On mógłby… Ja… 

Powiedz mi, czy cokolwiek kiedykolwiek zrobiono… 
 
…I śpiewa pieśń Ŝałobną, gdy on krwawi. 
Bestia  powróciła  do  morza.  Kobieta  odgania  owady.  Kołysze  jego  głowę  na  swym  łonie. 

MęŜczyzna nie porusza się. Chyba nie oddycha. 

Ale mimo wszystko jego ciało jest jeszcze ciepłe… 
Kobieta znajduje więcej słów… Drzewa i góry, strumienie i równiny, jak to się mogło stać? On, 

którego synowie i synowie ich synów polowali między wami, jeszcze zanim powstały wzgórza… 
On,  który  rozmawiał  z  potęgami  podmorskimi…  Jak  moŜe  odchodzić  tak,  jak  inni  odeszli  do 
krainy snów? Rozerwijcie się, ukryjcie się, rozlejcie się po ziemi, płaczcie… skoro syn tej krainy 
nie moŜe jej więcej przemierzać. 

Jej głos rozlega się ponad łąką i ginie między drzewami… Ból, ból, ból… Ja… 
 
Znowu pijany. A kogo to obchodzi? MoŜe i jestem bezwartościowym, jak mówią, parszywym, 

szwajcarskim szaleńcem… Zobaczyłem i powiedziałem. To oni są szaleni, bo nie słuchają… A 
jednak… Nic z tego, co powiedziałem, nie przyjęli tak, jak trzeba. No i zawsze tak ma być? No i 
zawsze… Cholerny Wolter! Wiedział, o co mi chodziło. Wiedział, Ŝe nigdy nie chciałem, abyśmy 
Ŝ

yli w buszu! Chciał się popisać inteligencją za cenę pomysłu… Zgodnie z naturą, we wspólnocie 

— oto, co im mówiłem raz po raz. Tylko w społeczeństwie człowiek moŜe wiedzieć, jak odróŜnić 
dobro od zła. Zgodnie z naturą jest po prostu niewinny. On to wiedział! Przysiągłbym, Ŝe wiedział! 
Przeklęty kpiarz! I przeklęci wszyscy popularyzatorzy ludzkiej pracy! Przekorność wystrojonych 
fircyków  grających  na  prostym…  Therese,  tęsknię  za  tobą…  Gdzie  jest  ta  butelka?  O,  tam… 
Szukaj dobroci i Boga w naturze i w sercu… i w butelce, trzeba było dodać. Pokój nieźle dzisiaj 
pływa. Czasami — przeklęte to chwile — wszystko wydaje się bezwartościowe, wszystko, czego 
dokonałem,  i  wszystko  inne  na  tym  zwariowanym  świecie.  Ale  kogo  to  obchodzi?  Niekiedy 

background image

wydaje mi się, Ŝe tak jasno widzę… Ale… Wiara wikarego sabaudzkiego nie naleŜy dziś do mnie. 
Przychodzą chwile, gdy zdaje mi się, Ŝe jestem naprawdę szalony, innym razem wątpię w te czy 
inne myśli… Teraz boję się, Ŝe nie ma znaczenia, czy jestem szalony, czy nie, czy mam rację, czy 
teŜ  nie.  Zresztą  to  i  tak  nie  ma  znaczenia.  Moje  słowa  zostały  rzucone  na  wiatr,  bezowocne, 
stracone… Świat istnieje, tak jak istniał. śycie toczy się dalej, dokładnie tak samo, jakby mnie w 
ogóle nie było… Bacche, benevenies gratus et optatus, per quem noster animus fit letificatus… Nie 
ma  znaczenia,  Ŝe  zobaczyłem  i  powiedziałem.  Nie  ma  znaczenia,  Ŝe  ci,  którzy  mną  pogardzali, 
mogą mieć rację. Nie ma znaczenia… 

Wsparłszy  głowę  na  ramieniu,  ogląda  dno  butelki.  Widzimy,  jak  staje  się  ono  białe  w 

migoczącym świetle, a wokół niebieskie… Wirujemy. My… 

Ja… 
 
Aaa!  krzyczy  kobieta  trzęsąc  się,  lament  skończony,  krew  wysycha,  ciało  spoczywa 

nieruchomo,  blade.  I  znowu  rzuca  się  na  nie  i  przywiera  do  niegdyś  ciepłego  ciała.  Powietrze 
wydobywa się z moich płuc z dźwiękiem przypominającym szloch. Ból! 

Ból… 
 
Ale  nic  nie  zostało.  Moje  nadzieje  —  marzenia  wariata…  Ucieszyłem  się,  kiedy  nadeszło. 

Przeminął stary porządek, w którym ja, Marie Jean Antoine Nicholas Caritat, urodziłem się jako 
markiz de Condorcet. Na długo wcześniej przewidziałem to i przywitałem Rewolucję. Ale trzy lata 
temu  byłem  w  Zgromadzeniu  Ustawodawczym.  A  terror…  Ale  rok  temu,  jako  Ŝe  wyróŜniałem 
ś

yrondę, popadłem w niełaskę i uciekałem przed jakobinami… Śmiechu warte. Teraz siedzę tutaj 

— ich więzień. Wiem, co musi nadejść później, ale oni nie doczekają się tego ode mnie. Śmiechu 
warte — gdyŜ nadal, mimo wszystko wierzę… Wszystko, co zawarłem w Szkicu… Ŝe człowiek 
moŜe  kiedyś  być  wolny  od  zawiści  i  wojny,  Ŝe  rozwój  nauki  i  odkrycie  praw  społecznego 
zachowania  moŜe  udoskonalić  człowieka…  Śmiechu  warte  —  wierzyć  w  to  wszystko  i  jeszcze 
spiskować,  jak  oszukać  gilotynę…  A  jednak  umiar  nie  jest  domeną  rewolucji,  lecz  my  — 
humaniści,  którzy się w  to angaŜujemy  —  zwykle dowiadujemy się o tym zbyt późno… Nadal 
wydaje mi się, Ŝe to wszystko jest jeszcze bardzo odległe, nawet bardziej, niŜ wydawało mi się 
dawniej…  Miejmy  nadzieję,  Ŝe  to  juŜ  wszystko,  co  ma  związek  z  tą  sprawą.  Jestem  znuŜony. 
Całkiem nudna sprawa… Wyczuwam, Ŝe nie jestem tu juŜ potrzebny… Czas napisać zakończenie 
i zamknąć ksiąŜkę… 

Dokonujemy ostatnich przygotowań. W chwili bólu ja — on… Widzimy przez błękitną mgłę 

blade koło wysoko na murze… 

 
Teraz, teraz znowu, zawsze i kiedykolwiek… Ból i chore ciało, które ona ściska, wdmuchując 

powietrze  do  moich  ust,  uderzając  mnie  w  pierś,  pocierając  jego  ręce  i  szyję…  Próbuje  w  ten 
sposób przywołać go z powrotem, wkładając jakby część swej duszy w tchnienie… 

Ziemia  jest  chropowata  pod  naszymi  ramionami.  Kiedy  wydobywa  się  świszczący  oddech, 

boli…  Jeśli  się  poruszę,  znowu  popłynie  krew.  Musi  leŜeć  nieruchomo…  Promienie  słoneczne 
kłują nas w powieki… 

 
…Gilbert  Van  Duyn  po  raz  ostatni  przejrzał  swoje  przemówienie.  To  tylko  ściągawka, 

pomyślał. Wiem juŜ, co zamierzam powiedzieć, wiem dokładnie, gdzie mogę odejść od tekstu i jak 
bardzo…  Nie  jest  to  zresztą  tak  istotne.  JuŜ  rozdano  tekst.  Muszę  tylko  wstać  i  to  powiedzieć. 
Spokojnie…  Ale  zwracanie  się  do  Zgromadzenia  Ogólnego  Narodów  Zjednoczonych  to  nie  to 
samo  co  prowadzenie  wykładu  w  klasie  pełnej  studentów.  Mniej  byłem  zdenerwowany  w 

background image

Sztokholmie, tamtego dnia, osiem lat temu… Dziwne, Ŝe Nagroda znaczy tak wiele… Gdyby nie 
ona,  ktoś  inny  czytałby  to  samo  lub  przynajmniej  coś  bardzo  podobnego…  I  pewnie  nie 
spowodowałoby to tak wielkiej róŜnicy… NajwaŜniejsze, by to powiedzieć… Poprawia palcami 
to, co pozostało mu z włosów. Ciekawe, jak wypadnie  głosowanie?  Wszyscy  mówią, Ŝe będzie 
zacięte… Mam tylko nadzieję, Ŝe ci, do których się teraz zwracamy, zastanowią się dokładniej, 
zechcą  przyjrzeć  się  powierzchownym  niesprawiedliwościom…  BoŜe!  Naprawdę  mam  taką 
nadzieję… 

Mówca  zbliŜał  się  do  końca  wstępu.  Łagodny  pomruk  rozmów  pół  setki  delegatów  nadal 

rozlegał się w sali, cichnąc pomału. JuŜ wkrótce, juŜ niedługo… Spojrzał na mówcę, na zegar na 
ś

cianie, na własne ręce… 

Mówca zakończył, odwrócił się i wskazał ręką. Gilbert Van Duyn podniósł się i podszedł do 

mikrofonu. Uśmiechnął się układając przed sobą kartki. Krótka przerwa… Zaczął mówić… 

Martwa cisza. 
Nie tylko szepty, ale kaŜdy, nawet najmniejszy dźwięk na sali ucichł. Nikt nie kaszlał. Nie było 

słychać Ŝadnego skrzypienia krzeseł, trzasku otwieranej teczki czy dźwięku, jaki wydaje pocierana 
zapałka.  śadnego  szelestu  papierów,  stuknięcia  szklanki  o  blat,  zamknięcia  drzwi  czy  odgłosu 
kroków. Nic. 

Gilbert Van Duyn przerwał i spojrzał przed siebie. 
Nie było równieŜ Ŝadnego ruchu. 
Całkowity  bezruch,  jak  stop–klatka…  Nikt  się  nie  poruszał.  Nawet  dym  z  papierosa  wisiał 

nieruchomo w powietrzu. 

Odwrócił  głowę  w  poszukiwaniu  najmniejszego  ruchu  —  czegokolwiek  —  wewnątrz  sali 

obrad. 

Jego wzrok kilkakrotnie prześlizgnął się po jednej z sylwetek tego nieruchomego obrazu, zanim 

jej postawa i przedmiot zaciśnięty w wyciągniętych do przodu dłoniach przykuły jego uwagę. 

Wtedy zamarł. 
Człowiek, który reprezentował jedno z mniejszych, cieplejszych państw, zerwał się oczywiście 

gwałtownie — ale chwilę wcześniej. Jego krzesło wisiało nadal przechylone do tyłu; przewrócony 
skoroszyt leŜał przed nim w nienaturalnej pozycji, a z niego wypadały papiery. 

MęŜczyzna trzymał pistolet, skierowany dokładnie w niego, a cienka nieruchoma smuga dymu 

wiła się z lewej strony wylotu lufy. 

Gilbert Van Duyn powoli się poruszył. OdłoŜył notatki, odsunął się od mikrofonu, zszedł na 

dół,  skierował  się  do  miejsca,  gdzie  stał  człowiek  o  zwęŜonych  oczach,  zaciśniętych  zębach  i 
ś

ciągniętych brwiach, ściskający w dłoni pistolet. 

Kiedy znalazł się obok niego, stał przez chwilę, następnie wyciągnął ostroŜnie rękę i dotknął 

ramienia męŜczyzny. 

…Sztywne i twarde jak posąg. Miał wraŜenie, Ŝe dotyka palcem nie ciała, ale jakiejś gęstszej 

materii,  bardziej  sztywnej.  ZauwaŜył,  Ŝe  nawet  materiał,  z  którego  zrobiony  był  rękaw,  jest 
twardszy, niŜ być powinien. 

Odwracając  się  dotknął  następnej,  najbliŜej  stojącej  osoby.  WraŜenie  było  dokładnie  takie 

samo.  Nawet  koszula  sprawiała  wraŜenie,  jakby  była  wykonana  z  szorstkiego,  mocno 
nakrochmalonego materiału. 

Gilbert  Van  Duyn  spojrzał  na  kartki,  które  nadal  trwały  nienaturalnie  zawieszone  przed 

męŜczyzną  z  pistoletem.  Dotknął  jednej  z  nich.  Ta  sama  twardość…  Szarpnął  za  nią.  Pękła 
bezdźwięcznie. 

Wyciągnął z kieszeni delegata automatyczny ołówek, uniósł przed sobą i puścił. Ołówek zawisł 

nieruchomo w powietrzu. 

background image

Spojrzał na zegarek. Wskazówki nie poruszały się. Potrząsnął nim i przyłoŜył do ucha. Nic. 
Wróciwszy  do  uzbrojonego  człowieka  zerknął  wzdłuŜ  lufy  pistoletu.  Nie  miał  wątpliwości. 

Skierowana była dokładnie w miejsce, które on przed chwilą opuścił. 

…A to, tam, w przedzie? 
Wyprostował  się  i  posunął  się  do  przodu,  wpatrując  się  w  przedmiot  oddalony  około  dwóch 

metrów od wylotu lufy. Był to pocisk. Wisiał prawie nieruchomo w powietrzu, pełznąc do przodu z 
ledwie dostrzegalną prędkością. 

Potrząsnął głową i cofnął się o krok. 
Nagle zapragnął poznać skalę tego zjawiska. Odwrócił się i skierował do drzwi, przyśpieszając 

za kaŜdym krokiem. Przekroczył próg, podszedł do najbliŜszego okna i zapatrzył się na świat po 
drugiej stronie szyby. 

Samochody  stały  cicho  i  nieruchomo,  ptaki  wisiały  w  powietrzu  zatrzymane  w  locie,  Nie 

łopotała Ŝadna flaga. Chmury nie poruszały się… 

— Upiorne, prawda? — Zdawało mu się, Ŝe usłyszał coś przypominającego głos. — Było to 

jednak konieczne. Zdałem sobie sprawę dopiero w… moŜna powiedzieć, Ŝe dopiero w ostatniej 
chwili… Ŝe muszę z panem porozmawiać. 

Van Duyn odwrócił się. 
Człowiek  odziany  w  zielone  spodnie  i  jasną  sportową  koszulkę  opierał  się  o  mur,  trzymając 

lewą nogę na duŜym czarnym worku. Mocno zbudowany męŜczyzna o szerokim czole, ciemnych 
oczach, grubych brwiach i szerokich nozdrzach… Był nieokreślonej narodowości oraz rasy, miał 
jednak śniadą cerę. 

— Tak — odparł Van Duyn. — To upiorne. Ale pan chyba wie, co się stało? 
Tamten skinął głową. 
— Jak juŜ powiedziałem, chciałem z panem porozmawiać. 
— Więc zatrzymał pan czas? 
Coś jak śmiech. Odpowiedział: — Wręcz przeciwnie. To pana przyśpieszyłem. MoŜe pan stać 

się nadzwyczaj głodny w ciągu czasu, który wyda się panu kilkoma minutami. Wtedy po prostu 
proszę mi o tym powiedzieć. Mam przy sobie jedzenie. — Uniósł worek. — Proszę za mną. 

— Tak naprawdę pan wcale nie mówi — zauwaŜył Van Duyn. — Właśnie zdałem sobie z tego 

sprawę. Pana słowa trafiają bezpośrednio do mojego umysłu. 

MęŜczyzna po raz drugi skinął głową. 
— Porozumiewam się w ten sposób albo za pomocą napisów. Proszę posłuchać… Nie usłyszy 

pan nawet własnych kroków. Dźwięk jest teraz śmiesznie wolny; albo raczej to my jesteśmy zbyt 
szybcy dla niego. Chodźmy. Czas to cenny towar. 

Odwrócił się i Van Duyn wyszedł za  nim  na zewnątrz  budynku.  Otwarcie drzwi zabrało mu 

nienaturalnie duŜo czasu. 

Potem  chwycił  Van  Duyna  za  rękę  i  manipulował  przez  chwilę  przy  worku.  Unieśli  się  w 

powietrze. 

Kilka sekund później stali na dachu budynku. MęŜczyzna odwrócił się i wskazał na East River, 

wyglądającą jak zabłocone szkło, oraz na mgliste i zachmurzone niebo, na którym smugi dymu 
wyglądały jak wydęte Ŝagle na plaŜy. 

— Proszę tam spojrzeć — powiedział. — I tutaj… — wziął go pod ramię i zaprowadził na drugi 

koniec dachu — …miasto. 

Van Duyn  zaczął się  wpatrywać w pogrąŜone w  ciszy  miasto,  gdzie nieruchome samochody 

leŜały  na  dnie  morza  własnych  spalin.  Ogarnął  wzrokiem  przechodniów,  witryny  sklepowe, 
maszty flag, hydranty, kępy krzewów, ławki, znaki drogowe, plątaninę drutów, latarnie, trawniki, 
kilka drzew i bezdomnego kota, który dopełniał tego obrazu. Spojrzał w górę na ciemne chmury, w 

background image

dół na grę światła i cienia na obskurnych powierzchniach. 

— Co chciał mi pan pokazać? — zapytał. 
— SkaŜenie — odparł. 
— Jestem tego świadom, szczególnie dzisiaj. 
— …i potęgę, i piękno. 
— Nie mogę temu zaprzeczyć. 
— Rezolucja, do której pan namawia… Jakie według pana są szanse, Ŝeby została przyjęta? 
— Wszyscy czują, Ŝe głosowanie będzie zacięte. 
MęŜczyzna skinął głową. 
—  Czym ona właściwie  jest? — zapytał. — Czymś, co wywrze nacisk na niektóre kraje, by 

podpisały kilka istniejących juŜ traktatów regulujących sprawę zanieczyszczenia mórz i atmosfery. 
KaŜdy  w  zasadzie się zgadza, Ŝe świat powinien  być czysty. Jest jednak spory  sprzeciw wobec 
proponowanych środków. 

— Ale zrozumiały — odrzekł Van Duyn. — Bogate, potęŜne kraje, które zawdzięczają swoją 

potęgę,  bogactwo  i  stopę  Ŝyciową  obywateli  swoistemu  wyzyskowi  innych  państw  —  są  teraz 
wzywane  do  zaprzestania  tego  —  a  wezwanie  to  przychodzi  w  momencie,  gdy  ci  pozostali 
dochodzą  do  sytuacji,  kiedy  będą  mogli  pozwolić  sobie  na  podejmowanie  tych  samych 
przedsięwzięć  i  czerpanie  tych  samych  korzyści.  To  dla  nich  czysto  ludzkie  —  czuć  się 
oszukanym, postrzegać to jako spisek neokolonialny i przeciwstawiać się temu. 

— Czysto ludzkie — powiedział nieznajomy. — Niestety, w tym właśnie tkwi problem, i to 

duŜo  większy,  niŜ  moŜe  pan  sobie  wyobrazić.  Ogromnie  pana  szanuję  i  właśnie  dlatego 
zdecydowałem  się  nie  śpieszyć  tak  bardzo  i  dokładnie  panu  wyjaśnić,  co  to  słowo  oznacza. 
„Ludzkie”.  Czy  myśli  pan,  Ŝe  Leakey  i  inni  mieli  rację,  twierdząc,  Ŝe  wschodnia  Afryka  jest 
kolebką ludzkości i Ŝe właśnie tam pojawiły się pierwsze hominidy? 

— To całkiem moŜliwe. Nigdy nie moŜemy być pewni, ale istnieją dowody… 
— Oszczędzę panu kłopotu. Odpowiedź brzmi: tak. Tam właśnie to się stało. Nie były jednak 

tak do końca samodzielne. Wtedy i w wielu innych momentach duŜo wcześniej w czasie. 

— Nie rozumiem… 
—  Oczywiście,  Ŝe  nie.  Pańska  edukacja  została  oparta  na  godnych  podziwu  załoŜeniach 

regularności i nieuniknionym odrzuceniu teleologii. Jest pan ofiarą własnego zdrowego rozsądku. 
Nie moŜe pan dojść do właściwych wniosków, chyba Ŝe  ktoś inny przekazałby je panu. Rodzaj 
ludzki został zaprojektowany do słuŜenia szczególnemu końcowi, a koniec ten jest juŜ w zasięgu 
wzroku. 

— Szaleństwo! Śmieszne! — przerwał Van Duyn. 
MęŜczyzna wskazał miasto. 
— Czy moŜe pan spowodować, Ŝe wszystko znowu będzie się poruszać? — zapytał. 
Van Duyn opuścił głowę. 
— W takim razie proszę mnie wysłuchać. Niech pan zaczeka z sądami, aŜ skończę opowieść. 

Czy jest pan głodny? 

— Tak. 
Nieznajomy sięgnął do teczki. 
— Kanapki, wino, lemoniada, czekolada, kawa… — Rozwinął obrus i rozłoŜył na nim jedzenie. 

— Proszę jeść i słuchać. 

Wiele wieków temu — rozpoczął — szczególna istota została wybrana na dominującą formę 

Ŝ

ycia na tej planecie. Czasem pomagano jej, a czasem przeszkadzano. Wszystkie z tych upadków 

czy wzlotów zaznaczyły się niezatartymi cechami w czasie przeobraŜeń prowadzących do coraz 
większej  świadomości.  Przebieg  rozwoju  został  niedawno  ustalony  przez  archeologów  i 

background image

antropologów;  droga  ta  miała  doprowadzić  do  hominidów  i  dalej,  do  dominacji  na  tej  planecie 
stadnych  małp  człekokształtnych.  Konieczne  było  stworzenie  takich  istot,  które  Ŝyłyby  w 
gromadach  i  nauczyły  się  manipulować  swoim  otoczeniem  w  taki  sposób,  aby  umoŜliwić 
ostateczne pojawienie się miejskiego stylu Ŝycia i jednocześnie spowodować intensywny rozwój 
przemysłu. 

Van  Duyn  potrząsnął  głową,  ale  miał  pełne  usta  i  chcąc  nie  chcąc  musiał  słuchać,  jak 

męŜczyzna mówił dalej. 

— Było to bardzo poŜądane z powodu fizycznych zmian świata, który powstałby jako produkt 

uboczny normalnego funkcjonowania takiej cywilizacji. Ci, którzy wpływali na rozwój ludzkości, 
chcieli,  Ŝeby  ewolucja  środowiska  tak  się  potoczyła,  by  charakteryzowało  się  ono  obecnością 
takich  składników  jak  dwutlenek  siarki,  tlenek  azotu,  metyl,  rtęć,  związki  fluoru  z  węglem, 
czterochloroetylen,  dwutlenek  węgla,  tlenek  węgla,  polichlorki  i  wiele  innych  związków 
stanowiących wydzieliny nowoczesnego świata. Krótko mówiąc, w ten sposób wymyślili rodzaj 
ludzki,  aby  ziścił  ich  plany;  zaprojektowali  go  i  zaprogramowali  tak  doskonale,  Ŝe  nie  tylko 
wykonałby  dla  nich  tę  pracę,  ale  równieŜ  dokonał  samozniszczenia,  gdy  proces  ten  zostanie 
ukończony. 

— Ale dlaczego? — zapytał Van Duyn. — Czemu miałoby to słuŜyć? 
— Rodzaj ludzki — odparł tamten — został tak zaprojektowany przez istoty z innego świata. 

Nie wiem, co ostatecznie dokonało zniszczenia ich planety, mogę się jednak tego domyślać. Kilku 
z  nich  udało  się  uciec  i  dotrzeć  tutaj.  Ziemia  wydała  im  się  odpowiednia,  pod  warunkiem,  Ŝe 
dokona się pewnych zmian. Byli zbyt nieliczni, Ŝeby zabrać się do skomplikowanej i długotrwałej 
pracy. Zainicjowali więc rozwój gatunku ludzkiego, aby wykonał to za nich. Śpią do tej pory w 
komorach hibernacyjnych na pokładach swoich statków. Okresowo jeden z nich zostaje obudzony, 
by  śledzić  postępy  rodzaju  ludzkiego  i  dokonywać  wszelkich  niezbędnych  poprawek,  aby 
wszystko toczyło się właściwą drogą. 

— W kierunku naszego zniszczenia? 
—  Tak. Całkiem nieźle  wszystko obliczyli —  a  moŜe juŜ wcześniej  znaleźli się  w podobnej 

sytuacji  —  planeta  ta  stanie  się  więc  dla  nich  odpowiednia  mniej  więcej  wtedy,  gdy  przestanie 
nadawać  się  do  zamieszkania  przez  ludzi.  Waszym  zadaniem  jest  załatwienie  tego  za  nich  i 
zniknięcie po osiągnięciu tego celu. 

—  Jak  mógł  powstać  taki  rodzaj  istot?  Nie  mogę  wyobrazić  sobie  naturalnej  drogi  rozwoju 

jednostek przystosowanych do Ŝycia na planecie wyniszczonej w tak wyrafinowany sposób. Chyba 
Ŝ

e… 

Nieznajomy wzruszył ramionami. 
—  Chyba  Ŝe  są  jakimś  wtórnym  gatunkiem  powstałym  w  juŜ  zniszczonym  świecie?  Albo 

jeszcze  tym  pierwotnym,  dotkniętym  przez  przypadkowe  mutacje?  A  moŜe  byli  juŜ  na  takim 
poziomie rozwoju nauki, Ŝe sami zdołali się uratować po tym, jak zrujnowali własny świat? Nie 
wiem. Wiem tylko, Ŝe szukają środowiska po katastrofie ekologicznej i Ŝe są na dobrej drodze, aby 
znaleźć je tutaj. 

— Powiedział pan, Ŝe trzymają nas pod nadzorem i dokonują… poprawek? 
— Tak. 
—  To  oznaczałoby,  Ŝe  program  prowadzący  do  zaplanowanego  przez  nich  końca  nie  jest 

doskonały 

— To prawda. Przez ostatnie kilka tysięcy lat znacznie uwaŜniej przyglądali się społeczności 

ludzkiej. Zawsze wystrzegali się osób niezwykle uzdolnionych, proroków i wszelkich moŜliwych 
mutacji,  które  mogłyby  skierować  bieg  wydarzeń  w  niepoŜądanym  kierunku.  Ich  wpływ  byłby 
teraz znacznie silniejszy niŜ, powiedzmy, tysiąc lat temu. Wzrosła równieŜ statystyczna moŜliwość 

background image

ich wystąpienia. Co za tym idzie, musieli mieć się bardziej na baczności przez ten czas, Ŝeby tłumić 
wczesny postęp techniczny, który mógłby spowolnić lub udaremnić realizację ich programu, oraz 
Ŝ

eby nie dopuszczać do rozwoju poglądów filozoficznych, które mogłyby mieć ten sam skutek. Z 

drugiej  strony  starali  się  zachęcać  ludzi  do  wszystkiego,  co  przeciwne.  Dostrzegli  na  przykład 
zaletę  popierania  ogólnoświatowych  aspektów  chrześcijaństwa,  buddyzmu  i  islamu,  gdyŜ 
zmniejszają znaczenie Ziemi jako planety. Poradzili sobie z setkami filozofów, naukowców… 

— Poradzili sobie? 
— Zabijając lub rujnując, albo teŜ wspierając ich i pomagając im — gdyŜ tak teŜ bywało. 
— Roztacza pan straszną wizję świata — powiedział Van Duyn. — Dlaczego opowiedział mi 

pan to wszystko? 

Człowiek z mroków spojrzał w dal ponad miastem dotykając palcem medalionu na szyi. 
— Walczyłem z nimi — powiedział w końcu — przez wieki. W najlepszym wypadku udawało 

mi się odrobinę wszystko opóźniać. Teraz jednak nasze zmagania dobiegają końca — końca, który 
wyznaczyli oni tak dawno temu. Nie jestem pewien, czy mamy jeszcze jakieś szansę. Niezbędne 
jest chyba dokonanie pewnych zmian w naturze człowieka po to, Ŝeby ich pokonać. Jakich i jak 
tego dokonać — nie wiem. Usiłuję teraz zdobyć trochę czasu, opóźnić wszystko tak bardzo, jak 
tylko  jest  to  moŜliwe,  podczas  gdy  będę  szukał  na  to  odpowiedzi.  Uchwalenie  rezolucji  przez 
Zgromadzenie  Ogólne  pomogłoby  mi  w  znacznym  stopniu.  Zdawałem  sobie  sprawę,  Ŝe 
głosowanie będzie zacięte. Dlatego właśnie zaaranŜowałem pokaz — pańskie zabójstwo. Czułem, 
Ŝ

e  szansę  rezolucji  popartej  męczeńską  śmiercią  znacznie  wzrosłyby.  W  ostatnim  jednak 

momencie zrozumiałem, Ŝe mój szacunek, moja sympatia do pana nie pozwolą mi zrobić tego z 
zimną  krwią.  Czułem,  Ŝe  jestem  panu  winien  to  długie  wyjaśnienie.  Wtedy  jednak  było  juŜ  za 
późno, Ŝeby powstrzymać zabójcę. Było to teŜ niepotrzebne. Podczas gdy nigdy nikomu nie udało 
się  kontrolować  czasu,  a  kaŜdy  człowiek  umierając  pozostawia  za  sobą  ów  most  popiołów,  ja 
posiadam zdolność manipulowania fizjologią ludzką do tego stopnia, Ŝe efekty są takie same jak 
przy zatrzymaniu czasu. Zrobiłem więc to, Ŝeby usłyszał pan wyjaśnienie, Ŝeby pozostawić panu 
wybór. 

— Wybór? 
Skinął głową. 
— Jestem w stanie posłuŜyć się prawie kaŜdym. Prawie… 
— Rozumiem — odparł Van Duyn. — Rozumiem takŜe, Ŝe moja śmierć byłaby tak istotna… 

Tak czy owak, kim pan jest? 

Człowiek z mroków potrząsnął głową. 
— Po prostu nie ma czasu, Ŝebym opowiedział panu moje dzieje, dłuŜsze są bowiem niŜ cała 

historia.  JeŜeli  chodzi  o  imiona…  Straciłem  juŜ  rachubę.  MoŜna  powiedzieć,  Ŝe  jestem  ich 
wczesnym eksperymentem, który się nie powiódł. Udało mi się teŜ ukraść im kilka przedmiotów, 
zanim dotarli do mnie. Co jakiś czas próbują zniszczyć mnie i moją kobietę, nigdy jednak nie udało 
im się pozbawić nas całkowicie Ŝycia. Zostali upośledzeni w wielu względach przez niesprzyjające 
im  środowisko,  a  nam  przez  wieki  udało  się  zdobyć  wiele  środków  obrony.  Jestem…  ich 
przeciwnikiem. To wszystko. To wystarczy. 

—  W  porządku  —  powiedział  Van  Duyn  prostując  się.  Jeszcze  raz  rzucił  okiem  na  miasto, 

potem przeszedł na drugą stronę dachu i spojrzał na ciemną rzekę. — W porządku. 

Po jakimś czasie odwrócił się i zerknął na człowieka z mroków. 
—  Niech  mnie  pan  zabierze  z  powrotem  na  dół.  Jego  towarzysz  sięgnął  do  worka.  Chwilę 

później złapał go za rękę. Opuścili dach. 

Kiedy znaleźli się na dole, weszli do budynku. Van Duyn skierował się do sali obrad. Obejrzał 

się w pewnym momencie, Ŝeby powiedzieć coś człowiekowi z mroków, ale odkrył, Ŝe nie ma go 

background image

juŜ przy nim. 

Szedł  dalej.  Wkroczył  na  salę,  wracając  tą  samą  drogą,  którą  wyszedł.  Zatrzymał  się  obok 

męŜczyzny z pistoletem, przyglądając się wykrzywionej z emocji twarzy. Sprawdził pozycję kuli, 
która znacznie się przesunęła podczas jego nieobecności. Następnie wspiął się na podium i stanął 
przed pulpitem. 

Sięgnął  po  notatki,  wziął  je  w  ręce.  Spojrzał  przed  siebie  na  flagę  Narodów  Zjednoczonych, 

niebieską, z białym kołem świata pośrodku. Wydało mu się, Ŝe kątem oka dostrzegł ruch. Potem 
coś uderzyło i my… On… Ja… 

Gwałtownie upadł na pulpit, on… Wpatrujemy się w białe koło na niebieskim tle, podczas gdy 

wszystko wokół ciemnieje i… 

On… Ja… 
Ja… Ja jestem… Ja. 
Ja! 
Ja j e s t e m ! Ja j e s t e m ! Ja jestem! 
 
…LeŜy  tam,  oddychając  spokojnie.  Krwawienie  ustało.  Jest  noc,  a  ona  rozpaliła  ognisko  i 

przykryła  go  skórami  zwierząt.  Było  mu  bardzo  zimno.  Przyniosła  mu  wody  w  duŜej  muszli. 
Zaczynam rozumieć. 

background image

C

ZĘŚĆ DRUGA

 

 
Richard Guise szedł wzgórzem, ścinając kwiaty laską. Północny Nowy Meksyk to wspaniałe 

miejsce  na  Ziemi,  a  latem  osiąga  swą  łagodną  doskonałość.  Richard  Guise  nie  zwracał  jednak 
uwagi na piękne widoki; skupił się na wnętrzu własnej osoby. 

Zszedł  do  wąwozu  i  dotarł  do  najbliŜszego  rozwidlenia.  Zatrzymał  się  niezdecydowany.  W 

końcu westchnął, usiadł na kamieniu w cieniu przeciwległej ściany i zaczął rysować kijkiem po 
piasku. 

— Cholera! — mruknął. Po jakimś czasie powtórzył: — cholera! 
Richard  Guise  w  pewnym  sensie  pasował  do  krajobrazu  wiejskiego,  pomimo  Ŝe  przed 

czterdziestu kilku laty urodził się w mieście, w New Jersey. Był otyły, opalony i siwowłosy. Miał 
ciemniejszy zarost na wielkich dłoniach, którymi prowadził laskę po piasku. Całości dopełniały 
ciemne oczy, szeroko rozstawione nad złamanym kiedyś nosem. 

Nie  przepadał  za  górami,  skałami,  kaktusami  i  topolami.  Był  prezesem  Międzynarodowego 

Związku Telepatów i pomimo ogromnej skuteczności środków porozumiewania się dwudziestego 
pierwszego  wieku,  których  stanowił  istotny  element,  czuł  —  by  się  znacznie  lepiej  w  duŜym 
mieście, szczególnie gdzieś na wschodzie. Utrzymywał co prawda biura równieŜ i tam, lecz miał 
niestety ten sam problem co wszyscy telepaci z małymi dziećmi — musiał zamieszkać z dala od 
miasta. Tylko Ŝe z Dennisem coś poszło nie tak… 

Sięgnął specjalnym zmysłem do podświadomości robaka próbującego przedostać się pomiędzy 

kamieniami. 

…Świat o szorstkiej fakturze i masywnych formach, o intensywnych woniach i specyficznych 

doznaniach kinestetycznych… 

Poruszył  laską.  Dziwne  wraŜenie  zniknęło.  Wcale  nie  jest  prawdą,  Ŝe  empatia  rodzi 

współczucie.  Czasem  największą  zaletą  umiejętności  wkroczenia  w  czyjeś  doznania  jest 
moŜliwość przerwania. 

W ciągu ostatnich kilku tygodni częściej odbywał takie spacery, gdyŜ coraz bardziej nabierał 

przekonania,  Ŝe  coś  złego  dzieje  się  z  ich  synem.  Był  zmęczony  całą  tą  sytuacją;  nie  chciał 
emitować swych uczuć w pobliŜu dziecka, lecz w szczególności nie lubił skrywać umysłu wobec 
Vicki. Musiał się gdzieś oddalić, Ŝeby się nad tym wszystkim zastanowić. 

— Niech to szlag! 
Wepchnął rozgniecionego Ŝuczka w piach i wygładził powierzchnię. Spojrzał na zegarek. Być 

moŜe tym razem doktor będzie miał jakieś dobre wiadomości. 

 
Victoria  Guise  dbała  o  swoje  rośliny.  Podlewała  je,  zraszała,  uprawiała,  usuwała  zeschnięte 

liście, nawoziła, przestawiała doniczki z podwórza do patio, z parapetu na ławkę, ze słońca w cień 
i na odwrót. Pieściła je myślami. 

Niebieskie szorty, biała bluzka z dekoltem, czerwona opaska, skórzane sandały pasowały do jej 

szczupłej,  wysokiej  sylwetki,  piegowatej  twarzy  i  popielatych  włosów.  Kiedy  tylko  coś  ją 
dręczyło, poświęcała roślinom o wiele więcej uwagi. Oglądała je dokładnie, mruŜąc zielone oczy. 
Radziła  sobie  z  więdnięciem,  obumieraniem,  wysychaniem  i  atakami  insektów.  Zdawała  sobie 
sprawę, Ŝe w ten sposób oszukuje samą siebie. Mimo wszystko metoda ta zwykle odnosiła skutek. 

Na razie nie musiała ukrywać swoich myśli ani uczuć. Z wyjątkiem… To trwało duŜo dłuŜej, 

niŜ  się  spodziewała.  Doktor  przebywał  cały  czas  z  Dennisem,  a  Dick  wróci  prawdopodobnie 
dopiero za jakiś czas. śeby tylko… Zdecydowała, Ŝe niecierpkom przydałoby się więcej światła, a 

background image

petunie nadal potrzebowały wody. Wróciła do kranu. 

Kiedy  zajmowała  się  paprotką,  dotarła  do  niej  słaba,  niespokojna  myśl:  —  Wszystko  w 

porządku? — Wyczuła obecność Dicka. Zobaczyła suchą, skalistą okolicę, którą przemierzał, oraz 
dom daleko na wzgórzu. Dick szedł na północ przez wąski wąwóz. 

— Nie wiem — odpowiedziała. — Jest cały czas z nim. 
— Rozumiem. 
Wyczuła, Ŝe zwalnia kroku, uchwyciła szept jego uczuć. 
— Na pewno juz niedługo skończą — dodała. 
— Nie sądzą. 
Kilka minut później usłyszała odgłos drzwi zamykanych wewnątrz domu. 
— Pośpiesz się — ponagliła. 
— Co się stało? 
— Myślą, Ŝe… skończyli. 
— W porządku. — Wyczuła, Ŝe zbliŜa się do domu. 
Przeszła  przez  bramę,  zamykając  ją  za  sobą.  OkrąŜyła  południowy  mur,  gdzie  rosły  tylko 

nagietki. One nigdy nie wymagały specjalnego traktowania. Zaczęła je oglądać. 

— Pani Guise? — usłyszała cichy głos doktora Winchella, dochodzący z głębi domu. 
Zamarła, obserwując kwiaty. Jeszcze chwilę… 
— Pani Guise! 
Z podwórza dobiegały głosy. Toczyła się rozmowa. Dick wrócił. Westchnęła i poszła w tamtą 

stronę. 

Wchodząc spojrzała na męŜa i na doktora, którzy właśnie usiedli na krzesłach obok pelargonii. 

Doktor  Winchell  był  młodym  męŜczyzną,  wysokim  i  otyłym,  o  rumianej  twarzy.  Podczas 
rozmowy kilka razy przeciągnął dłonią po swych rzadkich juŜ włosach, barwą przypominających 
słomę. 

— Pani Guise — powiedział skłaniając głowę i wykonał ruch jakby chciał wstać. 
Usiadła na ławce naprzeciwko, a doktor z powrotem rozsiadł się wygodnie. 
— Właśnie mówiłem męŜowi, Ŝe jest po prostu za wcześnie, Ŝeby wydać diagnozę, ale… 
— Niech nam pan od razu powie całą prawdą, nawet najgorszą — przerwał Dick. 
Winchell  skinął  głową,  spojrzał  na  Vicki.  Pochyliła  lekko  głowę,  nie  odrywając  od  niego 

wzroku. 

— Zgoda — odpowiedział. Nie skorzystał z okazji do odejścia od czysto werbalnej rozmowy. 

— Nie jest to zanadto optymistyczna sytuacja, lecz musicie pamiętać, Ŝe on jest jeszcze dzieckiem, 
istotą łatwo się przystosowującą, a fakt, Ŝe przeprowadzili się państwo do miejsca tak odległego… 

— Czy ma jakieś trwałe uszkodzenie? — zapytał Richard. 
— Ja… Na razie nie moŜna odpowiedzieć na to pytanie. Jesteście tu od niedawna, a… 
— Kiedy będzie pan pewien? 
— Powtarzam, nie umiem odpowiedzieć… 
— Czy jest coś, co moŜe mi pan powiedzieć? 
— Richard — przerwała Vicki. — Proszę… 
—  Nic  nie  szkodzi  —  rzekł  Winchell.  —  Rzeczywiście,  więcej  mogę  powiedzieć  o 

przyczynach. 

— Proszę mówić. 
—  Kiedy  pierwszy  raz  zobaczyłem  Dennisa,  mieszkaliście  trzydzieści  kilometrów  od 

najbliŜszego  miasta.  Dystans  ten  został  uznany  za  bezpieczny,  przynajmniej  według  przyjętych 
kryteriów dla zjawisk telepatycznych. W takiej odległości dziecko powinno być odseparowane od 
myślowego  natłoku  wielkiego  miasta.  Dennis  jednak  przejawiał  wszelkie  objawy  wczesnych 

background image

zdolności odbioru myśli i zapadł w katatonię. śadne z was nie miało pojęcia, co mogło wywołać 
chorobę. Wtedy zasugerowano wam, Ŝe pewne fizyczne anomalie okolicy mogły polepszać odbiór 
lub  Ŝe  w  pobliŜu  mógł  mieszkać  nadawca  wyjątkowo  negatywnie  działający  na  dziecko. 
Zaleciliśmy więc zmianę miejsca zamieszkania na jeszcze bardziej odległe, Ŝeby się przekonać, 
czy problem nie zniknie samoistnie po zmianie warunków. 

Richard  Guise  skinął  głową.  —  JuŜ  sześć  razy  przeprowadzaliśmy  się  z  dobrze  znanych 

powodów.  Chłopak  ma  trzynaście  lat.  Nie  mówi.  Nie  chodzi.  Pielęgniarka  stale  zmienia  mu 
pieluchy i myje go. 

Wszyscy mówią, Ŝe zakład byłby najgorszym rozwiązaniem i nadal jestem skłonny się z nimi 

zgodzić. Ale przeprowadziliśmy się po raz kolejny i nic się nie zmieniło. 

—  Tak  —  powiedział  Winchell  —  jego  stan  rzeczywiście  się  nie  poprawił.  Nadal  cierpi  z 

powodu pierwotnego urazu. 

— Więc nie było Ŝadnego poŜytku z przeprowadzki — podsumował Richard. 
— Tego nie powiedziałem. Samo przemieszczenie się nie moŜe zmienić tego, co juŜ się stało. 

Celem przeprowadzki było uniknięcie dalszego wystawiania go na negatywne bodźce oraz danie 
naturalnym siłom Ŝywotnym dziecka moŜliwości powrotu do stanu równowagi. Najwidoczniej jest 
jeszcze zbyt wcześnie, Ŝeby dostrzec efekty… 

— Albo za późno… — dodał Richard. 
— …Lecz przeprowadzka na pewno nie była błędem — ciągnął Winchell. — Tylko dlatego Ŝe 

nasze  badania  nad  kilkoma  tysiącami  znanych  telepatów  dostarczyły  pewnych  wzorców,  nie 
powinniśmy traktować ich jak świętości — nie, jeŜeli mamy do czynienia z całkiem nową mutacją 
człowieka. Jeszcze za wcześnie. Jeszcze zbyt wiele musimy się dowiedzieć. 

— Czy chce pan powiedzieć, Ŝe od samego początku był nienormalny — nawet jak na telepatę? 
—  Tak  —  potwierdził  Winchell.  —  Przeprowadziłem  kilka  nowych  testów,  między  innymi 

eksperyment, w którym brało udział dwóch innych telepatów. Dostałem się do umysłu Dennisa i 
uŜyłem jego zdolności, aby się z nimi porozumieć. Jeden z nich znajdował się czterdzieści pięć 
kilometrów stąd, drugi sześćdziesiąt. 

— Dennis odbierał myśli z miejsca oddalonego o sześćdziesiąt kilometrów? 
— Tak. To wyjaśnia jego wczesną reakcję na sygnały. Nigdy więc nie byli państwo oddaleni od 

ź

ródeł  problemów  w  miejscach,  gdzie  poprzednio  mieszkaliście.  Tutaj  jednak…  tutaj,  nawet  w 

promieniu sześćdziesięciu kilometrów jest wystarczająco duŜo przestrzeni. On zaledwie egzystuje, 
ale  miałem  do  czynienia  z  wieloma  przypadkami  dającymi  podstawy  do  otuchy,  jeszcze  zanim 
mutacja została rozpoznana. 

— Racja — odpowiedział Richard. — Więc co pan teraz radzi? 
—  Myślę, Ŝe jeden z nowych terapeutów — telepatów powinien  codziennie pracować z nim 

przez jakiś czas, Ŝeby mu pomóc. 

— Czytałam trochę o tych wczesnych przypadkach — powiedziała Vicki. — Czasami uraz był 

tak silny, Ŝe nigdy nie udało się im rozwinąć własnej osobowości. Po prostu byli schizofrenicznym 
zbiorem większych i mniejszych fragmentów odczuć, które utkwiły im w pamięci. Inni wycofali 
się ze wszystkiego i nigdy… 

—  Nie  ma  powodu,  Ŝeby  rozwodzić  się  nad  najgorszym  —  powiedział  doktor  Winchell.  — 

Wielu równieŜ wróciło do zdrowia, wie pani o tym. Dobrze pani zrobiła, sprowadzając go tutaj. 
Powinna pani  równieŜ pamiętać,  Ŝe  współcześni  terapeuci wiedzą duŜo więcej  o tym stanie niŜ 
poprzednie pokolenie. Więcej niŜ dziesięć lat temu. Czy nawet pięć. Dajmy im szansę. Niech pani 
pomyśli o pozytywnych aspektach. Proszę pamiętać, jak łatwo mogą być przez niego odbierane 
pani uczucia, wraŜenia. 

Vicki skinęła głową. 

background image

— Czy moŜe nam pan polecić jakiegoś dobrego terapeutę? 
—  Właściwie  mam  kilku  na  myśli.  Będę  musiał  sprawdzić,  czy  są  do  dyspozycyji. 

Najskuteczniej zaopiekowałby się nim terapeuta, który mieszkałby tu i pracował z nim kaŜdego 
dnia, przynajmniej przez jakiś czas. Zaraz po powrocie dowiem się i jutro dam państwu znać. 

— Dobrze — powiedział Richard. — Niech pan im powie, Ŝe mamy wygodny pokój gościnny. 
Winchell zbierał się do odejścia. 
— A moŜe zostałby pan na obiedzie? Winchell znowu się rozsiadł. 
— Dziękuję. 
Richard uśmiechnął się po raz pierwszy tego dnia i wstał. 
— Czego się pan napije? 
— Szkockiej z wodą. 
Skinął głową i odszedł w stronę domu. 
— Sześćdziesiąt kilometrów… — mruknął. 
 
Do domu państwa Guise przyjechała Lydia Dimanche. Była to mała, pełna wdzięku kobieta o 

dźwięcznym głosie, czarnych włosach i prawie równie ciemnych oczach. Państwo Guise odnieśli 
wraŜenie, Ŝe jest Polinezyjką. 

Lydia codziennie widywała się z Dennisem. Karmiła go, porozumiewała się z nim telepatycznie 

oraz bezpośrednio. Organizowała z nim róŜne zajęcia. 

Kiedy  nie  przebywała  z  Dennisem,  spędzała  czas  w  swoim  pokoju,  jechała  do  miasta  lub 

chodziła po górach. 

Posiłki jadła razem z państwem Guise, ale nigdy nie chciała zdradzić czegokolwiek na temat 

swego  pacjenta.  Pytana  wprost,  mówiła,  Ŝe  jest  jeszcze  za  wcześnie,  aby  powiedzieć  coś 
konkretnego. 

Kilka miesięcy później, kiedy Richard Guise wyjechał w długą podróŜ słuŜbową, stan Dennisa 

pozornie się nie zmienił. Codziennie odbywały się zajęcia. Vicki spędzała coraz więcej czasu ze 
swoimi roślinami. Kilka minut rano i wieczorem wydłuŜyło się do godzin. Popołudniami czytała 
ksiąŜki o ogrodnictwie. Sadziła nowe rośliny, wybudowała nawet małą szklarnię. 

Wychodząc pewnego ranka z pokoju Dennisa Lydia zobaczyła ją opartą o ścianę. 
— Victorio — powiedziała. Uśmiech na twarzy Lydii ustąpił miejsca grymasowi. 
— Chcę się z nim porozumieć, Lydio. Przez cały ten czas… Muszę zobaczyć, jaki on teraz jest. 
— Odradzam. Kontroluję go dość surowo i wszelkie niepoŜądane myśli lub uczucia mogłyby 

zachwiać równowagę, którą próbuję… 

— Nie będę nadawała swoich myśli. Chcę tylko spojrzeć. 
— Na razie nie ma za bardzo na co patrzeć. Wygląda dokładnie tak jak zawsze… 
— Ale ja muszę się przekonać. Nalegam. 
— Nie pozostawiasz mi wyboru — powiedziała Lydia odsuwając się. — Ale zastanów się przez 

chwilę, zanim wejdziesz. 

— JuŜ się zastanowiłam. 
Vicki  weszła  do  pokoju,  zbliŜyła  się  do  łóŜka.  Dennis  leŜał  na  boku  patrząc  ponad  nią  na 

przeciwległą ścianę. Jego spojrzenie pozostało nieruchome, nawet kiedy przeszła tuŜ przed nim. 
Otworzyła swój umysł i ruszyła bardzo ostroŜnie w jego  kierunku. Gdy wróciła do siebie, oczy 
miała  suche.  Minęła  Lydię  i  przez  frontowy  pokój  wyszła  na  dziedziniec.  Usiadła  na  ławce  i 
zaczęła wpatrywać się w pelargonie. Nie poruszyła się, kiedy podeszła Lydia i usiadła obok niej. 
Przez dłuŜszą chwilę obie milczały. 

W końcu Vicki powiedziała: — To jak ubieranie zmarłego do grobu. 
Lydia potrząsnęła głową. 

background image

— Tylko tak wygląda — odparła. — To Ŝe nie ma Ŝadnych widocznych na pierwszy rzut oka 

zmian, nie jest istotne. W pewnym momencie w ciągu nadchodzących miesięcy ćwiczenia, które 
rozpoczęliśmy,  mogą nagle dokonać przełomu i  zmienić dysfunkcję w stabilizację  wewnętrzną. 
Oto  kolejny  powód,  dlaczego  nie  chciałam,  Ŝebyś  sprawdzała  jego  stan.  Twoja  równowaga 
psychiczna jest waŜną częścią jego otoczenia. 

— Musiałam go zobaczyć — powiedziała Vicki. 
— Rozumiem, ale proszę, nie rób tego więcej. 
— Nie zrobię. Nie chcę. 
— Nic nie wiem o wpływie mojej równowagi psychicznej na jego stan — zaznaczyła po pewnym 

czasie Vicki. — Ale nie mam pojęcia, jak sobie z tym poradzić. Nie wiem, jak zmieniać odpowiedzi 
i reakcje tutaj, we mnie. Od tak dawna się tego obawiałam… Kiedy byłam dzieckiem, moja siostra 
Eileen… Nie była telepatką, mogłam czytać jej myśli o mnie. Później nauczyciele… A w końcu cały 
ś

wiat zszedł na psy. Potem mój pierwszy mąŜ, Paul. śycie było paskudne, aŜ do momentu kiedy 

spotkałam Dicka. Potrzebowałam kogoś takiego jak on. Starszego, silniejszego męŜczyzny, który 
wiedziałby, jak radzić sobie z tym, czemu ja nie mogłam podołać. Jak utrzymywać wszystko razem, 
bezpiecznie. I tak tez postępował. Zanim go spotkałam, zawsze miałam wraŜenie, Ŝe świat się zaraz 
zawali.  Spowodował,  Ŝw  to  odczucie  odeszło,  a  raczej  pozostawało  w  bezpiecznej  odległości. 
Wydaje mi się, Ŝe ciągle jest tak samo. Czułam wtedy, Ŝe nie było dla niego rzeczy niemoŜliwych, Ŝe 
przy nim wszystko zawsze dobrze się ułoŜy. Ze świat będzie dalej trwał, tak jak powinien. Ze nic mi 
się nie stanie. A potem ta sprawa z Dennisem… Teraz znowu się boję. Z wiadomości pamiętam 
tylko  wypadki,  klęski,  nieszczęścia  i  skaŜenia.  Czytam,  i  jedynie  złe  strony  Ŝycia  robią  na  mnie 
wraŜenie… Czy taki jest świat, czy to ja taka jestem? A moŜe i jedno i drugie? Teraz Dick znowu 
wyjechał, a stan Dennisa nie poprawia się… Nie wiem. Po prostu nie wiem… 

Lydia objęła ją. 
— Poszłaś sprawdzić, zobaczyłaś go i teraz się obawiasz — powiedziała. — Strach często jest 

dobry.  Rozpacz  nigdy.  Strach  moŜe  powiększyć  twoją  świadomość.  Umocnić  twoją  wolę  walki. 
Rozpacz zaś powoduje, Ŝe chcesz się poddać…
 

— Ale z czym mam walczyć? I jak mam z tym walczyć? 
— Jest nadzieja, Ŝe Dennis wyzdrowieje. Nie trwałabym przy moich wysiłkach, jeŜelibym w to 

nie  wierzyła.  Mogłabym  równie  dobrze  zająć  się  innymi  przypadkami,  gdzie  rezultaty  byłyby 
łatwiej  zauwaŜalne.  Poza  tym  podczas  leczenia  kaŜdy  terapeuta  rozwija  w  sobie  jakieś 
wyobraŜenie dotyczące pacjenta, jego szans na powrót do zdrowia. Ja tez mam takie odczucia. Nie 
wierzę,  Ŝe  będzie  to  łatwe,  ani  tez,  Ŝe  nastąpi  szybko.  MoŜe  to  trwać  nawet  lata  i  być  bardzo 
skomplikowane. Ale pamiętaj, znam go lepiej niŜ ktokolwiek, nawet niŜ ty, i czuję, Ŝe są powody, 
abyś nie traciła nadziei. Rzuciłaś tylko okiem na to, co jest wewnątrz niego. Ja widziałam więcej. 
JeŜeli chodzi o twoje  pozostałe  obawy, być moŜe istnieje jakaś zgodność. Być moŜe na  pewnym 
poziomie  wewnątrz  ciebie  fragmentacja  jego  rozwijającej  się  osobowości  jest  analogiczna  do 
wszystkiego  tego,  co  miało  na  ciebie  tak  ogromny  wpływ,  zanim  poznałaś  Dicka.  MoŜe  Dennis 
wydaje  się  schizofrenicznym  obrazem  świata.  Fakt,  Ŝe  Richard  nic  nie  moŜe  zrobić,  Ŝeby  mu 
pomóc, mógł rozjątrzyć te inne sprawy i rozbudzić niepokój. Łatwo jest dostrzec, Ŝe stan Dennisa 
moŜe symbolizować dla ciebie ducha czasu. Twój syn nie jest odrębną jednostką, ale fragmentami 
wielu,  z  jakimi  się  zetknął.  A  te  fragmenty  nie  pasują  do  siebie.  Kolidują  ze  sobą.  JednakŜe  on 
gdzieś tam jest, tak jak człowieczeństwo. Z czym masz walczyć i jak masz z tym walczyć? Nie trać 
nadziei, która nie jest przecieŜ bezpodstawna. Nie pozwól obawie przerodzić się w rozpacz. Nie 
poddawaj  się.  Podsycaj  swoją  nadzieję  strachem.  Wykorzystaj  go.  Zmień  go  w  cierpliwe 
oczekiwanie. 

— Doradzasz mi trudną drogę. 

background image

— Wiem. Wiem teŜ, Ŝe ci się uda. 
— Spróbuję… 
Zimny wiatr z gór zaszeleścił w pelargoniach. Vicki odchyliła się i poczuła go na twarzy; jej 

oczy spoglądały ponad  ceglanym  murem w miejsce,  gdzie  okryte cieniem wzgórze  zdawało się 
pochylać nad nimi. 

—  On  jest  dzieckiem  szczególnego  czasu  —  powiedziała  po  chwili.  — Nauczę  się  na  niego 

czekać. 

Lydia obserwowała jej profil, w końcu wstała. 
— Chciałabym pójść do niego jeszcze na chwilę — powiedziała. 
— Dobrze, idź. 
Vicki  siedziała  na  ławce,  aŜ  nadeszła  gwiaździsta  noc.  W  końcu  zdała  sobie  sprawę,  Ŝe  jest 

zimno i wróciła do domu. 

 
Jesień, zima, wiosna… 
Lato. 
 
Poprzedniego  wieczoru  poszedłem  napić  się  do  baru  przy  starym  hotelu  La  Fonda  na  końcu 

Szlaku  Santa  Fe.  Teraz  obserwowałem  fasadę  budynku  i  czekałem.  Tu,  na  dachu  jednego  z 
budynków było strasznie  gorąco.  Wychyliłem się poza barierkę i spojrzałem w prawo na ulicę. 
Wszystkie  budynki  były  niskie.  Nic  w  tym  mieście  ciekawego  poza  trzema  sklepami.  Hotel  La 
Fonda  to  wyjątek.  Zbudowany  z  cegły,  ozdobiony  sztukaterią.  RóŜne  odcienie  brązu  cegieł  i 
dachówki współgrały ze sobą. 

Nie było Ŝadnego problemu z dostaniem się tutaj po dachach, jeszcze przed brzaskiem, tak jak ja 

to  zrobiłem.  Ale  teraz  słońce…  BoŜe!  Buchało  Ŝarem  na  rynek  i  na  moje  plecy.  Trzeba  było 
załoŜyć koszulę z długim rękawem, wtedy bym się tylko gotował, a tak wkrótce zostaną ze mnie 
spalone zwłoki albo będę spieczony jak rak. W zaleŜności od tego, jak się dalej sprawy potoczą… 
ś

ycie  jest  bardziej  skutkiem  tego,  co  przydarza  się  ludziom,  kiedy  na  coś  czekają,  niŜ  zbiorem 

samych oczekiwanych rzeczy. 

Broń  spoczywająca  na  moich  stopach  przykryta  była  czarną  kurtką,  którą  miałem  na  sobie 

wczoraj wieczorem. Spędziłem z tym karabinem cały dzień na wzgórzach. Nawet spałem z nim 
przez kilka nocy z rzędu. Wczoraj rozebrałem go na części, wyczyściłem i nasmarowałem. Teraz 
był naładowany, gotowy. Nie ma potrzeby, Ŝeby go dotykać aŜ do czasu, kiedy trzeba będzie go 
uŜyć. Ktoś inny podniósłby go, zacząłby się nim bawić, przeniósł na inne miejsce, wrócił. Skoro 
większość Ŝycia to czekanie, zawsze byłem zdania, Ŝe trzeba nauczyć się robić to dobrze. Świat 
odbierany jest zmysłami. Nie ma Ŝadnego sposobu, Ŝeby całkowicie temu zapobiec, z wyjątkiem 
ś

mierci.  Nie  pragnę  tego  jednak.  Wyciska  to  piętno  na  naturze  człowieka.  Więc  chcąc  czy  nie 

chcąc,  tkwi  we  mnie.  Jego  wola  jest  zatem  silniejsza  od  mojej  własnej  i  jestem  częścią 
rzeczywistości,  w  której  istnieję.  Istotnie,  najintensywniejszą  formą  aktywności,  jaką  mogę 
przejawić, jest rozmyślanie nad tym. Lecz komu moŜe być dobrze z ostatecznościami? Kiedy tak 
czekałem,  nabrałem  ochoty  na  papierosa:  coś,  do  czego  przywykłem,  nim  zobaczyłem,  jak  to 
wszystko funkcjonuje. Inne Dzieci Ziemi powiedziałyby, Ŝe jest to szkodliwe dla zdrowia, a poza 
tym zanieczyszcza powietrze. Dla mnie powietrze jest wystarczająco zanieczyszczone. Właściwie 
nawet  za  bardzo.  Pomimo  tego,  Ŝe  świat  jest  potęŜniejszy  ode  mnie,  wiem,  Ŝe  moŜna  mu 
zaszkodzić. Staram się od tego powstrzymywać, gdzie tylko mogę. Nawet jeŜeli wyniki były mało 
znaczące, widziałem, jak wstępują do obrazu świata, który noszę w sobie, ze świadomością, Ŝe ja 
sam jestem ich przedstawicielem. Niepokoiło mnie to, kiedy czekałem i rozmyślałem, to znaczy 
przez większość czasu. JeŜeli chodzi o moje zdrowie, wcale się o nie nie martwiłem. Nie obchodzi 

background image

mnie zbytnio to, co się ze mną stanie. Człowiek rodzi się, Ŝyje i umiera. Wobec nieskończoności 
będę równie długo martwy jak kaŜdy inny człowiek. Chyba, Ŝe istnieje reinkarnacja, jak mówią 
niektórzy. W kaŜdym razie to i tak nie ma znaczenia… Istotne jest tylko stworzenie pe — wnego 
obrazu  świata  i  umiejętność  cieszenia  się  nim,  chronienia  przed  zachwianiem  jego  równowagi, 
powstrzymywanie się od wyrządzania szkód… Lub teŜ, tak jak to zamierzam zrobić teraz, dokonać 
czegoś  poŜytecznego,  aby  poprawić  go  lub  o  —  chronić.  Jest  to  jedyna  rzecz  warta  wysiłku, 
jedyna, na której mi zaleŜy… JeŜeli umrę, zabierając ze sobą lepszy obraz świata, niŜ istniałby bez 
moich  wysiłków,  wtedy  uznam,  Ŝe  odszedłem  wypełniwszy  swój  obowiązek,  oddawszy  Matce 
Ziemi naleŜność za mój pobyt, dowód wdzięczności za czas mojego trwania. Jeśli chodzi o to, co 
stanie się ze mną w tym procesie — niech o mnie napiszą: Roderick Leishman. Jego zbytnio nie 
obchodziło, co z nim będzie. 

Nadjechały  dwa  samochody  policji  stanowej  i  zatrzymały  się  przed  wejściem  do  La  Fondy. 

Wychyliłem  się,  gdy  policjant  wyszedł  z  budynku  i  podszedł  porozmawiać  z  kierowcami.  JuŜ 
niedługo… W zeszłym roku pomogłem wysadzić w powietrze dwie tamy oraz dwie elektrownie 
atomowe. To razem sześć dla Dzieci Ziemi. Nieźle się napracowaliśmy. Dzisiaj jednak moŜemy 
dokonać  duŜo  więcej.  Zapobiec  szkodom,  zamiast  je  naprawiać.  Wheeler  i  McCormack, 
gubernatorzy  stanów  Wyoming  i  Kolorado,  mieli  się  tutaj  spotkać  z  gubernatorem  Nowego 
Meksyku,  aby  omówić  projekty  energetyczne  na  duŜą  skalę,  zakładających  wydobycie, 
zanieczyszczenie środowiska, zniszczenia. Nie czuję jednak do nich Ŝadnej osobistej urazy. Nie 
powinienem czytać tyle o nich. Jako jednostki nie są tacy straszni. Ale Ziemia jest waŜniejsza. Ich 
ś

mierć będzie znaczyła więcej niŜ i c h śmierć. Obserwowałem policjanta, który cofnął się do La 

Fondy.  Powoli,  nie  było  powodu  do  pośpiechu,  pochyliłem  się  i  wyjąłem  broń  spod  kurtki. 
Podniosłem ją i połoŜyłem na kolanach. JuŜ wcześniej narysowałem na murze obok znak Dzieci 
Ziemi. 

JuŜ niedługo, powiedziałbym… 
Dwaj  policjanci,  jeden  z  nich  był  tym,  który  poprzednio  rozmawiał  z  kierowcami,  trzymali 

drzwi. Nawet się nie rozejrzeli. Przesunąłem karabin, oparłem kolbę o ramię i połoŜyłem palec na 
spuście. 

Czterech  ludzi  pogrąŜonych  w  rozmowie  wyszło  na  zewnątrz  budynku.  Z  tej  odległości  nie 

miałem  problemu  z  identyfikacją.  Pierwszy  strzał,  czysty  i  łatwy,  dosięgną!  Wheelera. 
Przesunąłem lufę na bok i wystrzeliłem dwa razy do McCormacka, gdyŜ nie byłem pewien, gdzie 
trafiła go pierwsza kula. Następnie cofnąłem się, wytarłem broń szybko, ale dokładnie, właśnie tak 
jak zaplanowałem, i oparłem ją o mur. Odwróciłem się schylony i rozpocząłem wycofywanie się 
wzdłuŜ dachów. Usłyszałem z tyłu strzały, ale nic nie trafiło blisko mnie. 

Oby  tylko  mój  kierowca  był  na  miejscu.  Mógłbym  wówczas  rozpocząć  cykl  zmiany 

samochodów, w wyniku którego udałoby mi się uciec… Pomimo Ŝe nie obchodzi mnie, jaki będzie 
mój  los,  chciałbym,  aby  oczekiwanie  nań  trwało  jak  najdłuŜej,  Matko  Ziemio,  Ŝebym  mógł  Ci 
słuŜyć tak, jak na to zasługujesz. Ja… 

 
Lato. 
Vicki upuściła rydel usłyszawszy krzyk wewnątrz umysłu. — Lydia? — zaczęła, lecz chwilę 

później domyśliła się, co było przyczyną. 

Wyszła  ze  szklarni,  przebiegła  przez  podwórko  i  wpadła  do  domu.  W  połowie  drogi, 

przechodząc  przez  salon,  odczuła  uspokajające,  zadziwiająco  kontrolowane  myśli  Lydii:  — 
Wszystko w porządku. Nic ci się nie stało. Nie powinieneś się emocjonować. 

Potem dotarł do niej głos, jakiego nigdy do tej pory nie słyszała: — Moje ramię! Chyba jest 

złamane. Muszę zejść na dół. 

background image

Wbiegła do pokoju, potrącając  Lydię. Dennis wstał z łóŜka i  stał obok opierając się na nim. 

Ś

ciskał kurczowo prawe ramię lewą ręką i błądził dzikim wzrokiem po pokoju. 

— Tam! — krzyknął. Rzucił się do przodu i upadł. 
Vicki podbiegła do niego. 
— Victorio, wyjdź stąd! — zawołała Lydia. 
Podniosła go w ramionach. 
— Ale jemu się coś stało — odparła Vicki. 
— Nic mu się nie stało. Dzieci ciągle się przewracają. Proszę cię, wyjdź. 
— Ale on nigdy przedtem nie wstał. Muszę… 
— Wyjdź! Proszę! Zostaw go mnie i wyjdź. Wiem, co robię! 
Vicki pocałowała drŜącego chłopca i odsunęła się od niego. 
—  …I  trzymaj  się  teŜ  z  dala  od  jego  umysłu.  To  bardzo  waŜne.  Nie  mogę  brać  na  siebie 

odpowiedzialności, jeŜeli wtrącasz się w krytycznych momentach. 

— Dobrze, pójdę. Tylko przyjdź jak najszybciej i powiedz mi, co się stało. 
Podniosła się i wyszła. 
Kiedy  przechodziła  przez  salon,  Dennis  znowu  zaczął  krzyczeć.  Spojrzała  na  krzesła  i 

pomyślała, Ŝe tak naprawdę wcale nie chce usiąść. Poszła do kuchni i nastawiła wodę. 

Później  —  nie  wiedziała  dokładnie  kiedy  —  zauwaŜyła,  Ŝe  siedzi  przy  stole  kuchennym, 

wpatrując  się  w  filiŜankę  herbaty.  Weszła  Lydia  i  podniosła  filiŜankę.  Vicki  czekała,  aŜ  się 
odezwie. 

Lydia potrząsnęła głową i usiadła obok niej. 
—  Nie wiem dokładnie,  co  się stało — powiedziała. — To było coś więcej niŜ halucynacja. 

Miał kontakt z prawdziwą strukturą osobowości dorosłego człowieka. Skoro brakuje mu własnej, 
Ŝ

eby nad tym zapanować, przejęła ona całkowicie kontrolę nad nim. Udało mi się pobudzić jego 

ośrodki snu i teraz odpoczywa. Kiedy się obudzi, moŜliwe, Ŝe to juŜ zniknie. 

— Czy myślisz, Ŝe powinnam zawiadomić doktora Winchella? 
— Nie, wszystko zgadza się z wcześniej postawioną diagnozą. Po prostu daje się to bardziej 

zauwaŜyć niŜ wcześniejsze wyniki terapii. Krótko mówiąc, Dennis nie ma własnej osobowości. Na 
skutek  urazu  jest  zbiorem  fragmentów  innych  ludzi,  na  których  umysły  natrafił,  zanim 
przeprowadziliście się tutaj. W jakiś sposób zetknął się z kolejnym z nich i na nowo wystąpiły te 
same  objawy,  tyle  Ŝe  w  większym  nasileniu.  Jednostka  ta  miała  pewne  trudne  przejścia,  a 
poniewaŜ Dennis ostatnio znacznie się rozwinął neurologicznie, uchwycił jakiś większy fragment 
psychiki tej osoby. Nie wiem, kto nadawał ani skąd. Nie chciałam dokładnie sprawdzać, ale jeŜeli 
sytuacja się powtórzy, będę do tego zmuszona. Na razie moŜe to nawet działać na korzyść Dennisa. 
Prawdopodobnie będę mogła uŜyć niektórych nowych fragmentów do formowania jego własnej 
osobowości. Jest jeszcze za wcześnie, Ŝeby o tym mówić, ale istnieje taka moŜliwość. 

— Więc nic mu się nie stało? 
— Nie. Osoba, z którą był w kontakcie, została zraniona. On tylko na to zareagował. 
— Powinnam zadzwonić do Dicka i zawiadomić go o wszystkim. 
— To by go tylko niepotrzebnie zaniepokoiło. Myślę, Ŝe lepiej zaczekać do jutra i zobaczyć, jak 

sprawy się potoczą. Będziesz mu wtedy mogła powiedzieć znacznie więcej. 

— Rzeczywiście. Strasznie długo go nie ma, Lydio. Myślisz, Ŝe on stara się uciec od… tego? 
—  MoŜliwe,  Ŝe  w  pewnym  stopniu  tak.  Ale  specyfika  jego  pracy…  Nowe  negocjacje 

związkowe…  Wiesz,  Ŝe  jest  to  faktyczna  podróŜ  w  interesach.  WraŜenie,  Ŝe  ucieka  od  czegoś, 
moŜe być odbiciem twoich własnych pragnień. JuŜ dawno nigdzie nie jeździłaś, zgadza się? 

— BoŜe, to prawda! 
— Być moŜe kiedy ten niewielki kryzys minie, pomyślisz o wakacjach. Świetnie poradziłabym 

background image

sobie tutaj podczas twojej nieobecności. 

— Chyba masz rację. Pomyślę o tym, Lydio. Dziękuję. 
 
Vicki  wstała  późno  następnego  ranka.  Lydia  była  juŜ  w  pokoju  Dennisa.  Dzień  był  ciepły  i 

słoneczny, pracowała więc w szklarni aŜ do obiadu. Kiedy Lydia nie przyłączyła się do niej jak 
zazwyczaj,  Vicki  zbliŜyła  się  do  zamkniętych  drzwi  i  stała  tam  przez  dłuŜszą  chwilę,  zanim 
wróciła do kuchni. Zaledwie wyczuwała duŜą aktywność umysłową wewnątrz pokoju. Uruchomiła 
zespół informujący, wyłączyła ekran i nastawiła kopiarkę. Kartki jedna po drugiej ześlizgiwały się 
na tackę. Zatrzymała urządzenie, gdy zebrało się ich kilkanaście, zebrała kartki i usiadła przy stole. 
Później  wyszła  na  dziedziniec,  usiadła  i  po  pewnym  czasie  zasnęła.  Przez  dłuŜszy  czas  nie 
wiedziała czy to sen, czy jawa… 

LeŜała tam,  mruŜąc oczy  przed światłem. Cienie wydłuŜyły  się. Gdzieś daleko odzywała się 

sójka. 

Potem dotarło do niej: — Victorio, gdzie jesteś? 
Podniosła się. 
— O co chodzi? 
—  Wiadomości…  Ta  historia  z  Dennisem…  Tu  jest  artykuł:  Gubernator  Wheeler  zabity,  a 

McCormack cięŜko ranny… Morderca uciekł… Prawdopodobnie zraniony. Dennis był w umyśle 
tego  człowieka.  Dzisiaj  teŜ  cały  dzień  utrzymuje  to  połączenie.  Nie  mogłam  tego  przerwać.  W 
końcu uśpiłam go powtórnie. Wydawało mi się, Ŝe ma kontakt z kimś o bujnej wyobraźni, być moŜe 
psychotycznej — ale się myliłam. To się naprawdę wydarzyło w Santa Fe. 

— Santa Fe jest ponad sto pięćdziesiąt kilometrów stąd! 
— Wiem! Widocznie zdolności Dennisa wzrosły lub teŜ wyniki testów doktora Winchella były 

błędne. 

— Powinnam do niego zadzwonić. I do Dicka. 
— Trzeba teŜ zawiadomić władze. Znam nazwisko tego męŜczyzny — Roderick Leishman. Jest 

członkiem  radykalnej  grupy  ekologicznej  —  Dzieci  Ziemi.  Miałam  wraŜenie,  Ŝe  kieruje  się  na 
północ. 

— Zaraz przyjdę. Zadzwonisz wszędzie? Ale do Dicka nie, dobrze? 
— Oczywiście. 
 
Tamtego popołudnia pojechaliśmy na farmę Dzieci Ziemi w Colorado. LeŜałem rozciągnięty na 

tyle samochodu — czwartego z kolei, jeŜeli chodzi o ścisłość, prawie cały czas ściskając ramię. 
Drugi kierowca miał jakąś gazę i bandaŜ, więc zrobił mi opatrunek. Dał mi teŜ aspirynę i flaszkę 
burbona. Pomogło trochę. 

Farma Jerry’ego i Betty jest pewnego rodzaju gospodarstwem wspólnoty. Wszyscy tu naleŜą do 

Dzieci Ziemi, ale tylko ich dwoje oraz facet o przezwisku Szybki Smith wiedzieli, co zrobiłem i Ŝe 
mogę pojawić się potrzebując pomocy. Im mniej osób wiedziało o tym, tym lepiej. Jak zawsze, 
zresztą. Zabrali mnie od razu do sypialni, gdzie Jerry wyciągnął mi kulę kalibru .38, która utkwiła 
głęboko,  oczyścił  ranę  i  zaszył  ją,  złoŜył  jakieś  kości,  nasmarował  mnie  czymś,  nafaszerował 
antybiotykami i połoŜył mi rękę na temblaku. Był weterynarzem. Nie mieliśmy w okolicy lekarza z 
prawdziwego zdarzenia. 

— Hę wziąłeś tych cholernych aspiryn? 
— Kilkanaście. MoŜe więcej. 
Jerry  był  wysokim,  chudym  męŜczyzną  w  nieokreślonym  wieku.  Mógł  mieć  równie  dobrze 

trzydzieści lat, co pięćdziesiąt. Wypocił z siebie wszystko oprócz kości i ścięgien i pozostały mu 
tylko zmarszczki na twarzy. Nosił okulary w stalowych oprawkach. Jego usta zwęŜały się zawsze, 

background image

gdy się denerwował. 

— Nie wiesz, co robią z krzepnięciem krwi? 
— Nie. 
— Zmniejszają je. Krwawisz więcej. Straciłeś duŜo krwi. Przydałaby ci się transfuzja. 
— PrzeŜyję — odparłem. — Do tej pory jakoś przeŜyłem, nic mi nie będzie. 
Skinął głową, światło odbiło się w szkłach jego okularów. 
—  Gdybyś  dał  mi  konia,  wiedziałbym,  co  zrobić  —  powiedział.  —  Upić  i  dać  aspirynę.  A 

potem nic do jedzenia przez cały dzień. 

Chciałem wzruszyć ramionami, ale szybko o — przytomniałem. 
—  Wybrałbym  lepsze  menu  w  innych  okolicznościach;  a  poza  tym  gdybym  był  koniem, 

mógłbyś mnie zastrzelić. 

Zachichotał. Po chwili się jednak opamiętał. 
— Mimo wszystko dokonałeś tego. Nie byłem tylko pewien, czy uda ci się potem uciec. 
— Całkiem nieźle to obliczyliśmy. 
Przytaknął. 
— Co o tym sądzisz? 
— Trzeba było to zrobić. 
— Tak mi się wydaje. 
—  A  widzisz  jakieś  inne  moŜliwości?  Musimy  spróbować  ich  powstrzymać.  Daliśmy  im 

odczuć, Ŝe istniejemy. Od tej pory będą się poruszać ostroŜniej. 

—  Rozumiem — odparł. —  Po prostu chciałbym, Ŝeby  był jakiś inny sposób.  WciąŜ jestem 

jakby świeckim kaznodzieją. Ale nie tylko o to mi chodzi. Przede wszystkim wolałbym nie widzieć 
zabijania  czy  ranienia.  Choćby  dlatego,  Ŝe  jestem  weterynarzem.  Po  prostu  moje  odczucia,  nie 
moje przemyślenia, powodują, Ŝe jestem temu przeciwny. 

— Wiem — odpowiedziałem. — Myślisz, Ŝe sam się nad tym nie zastanawiałem? Nawet moŜe 

za duŜo. 

— Tak mi się wydaje. Raczej nie powinieneś jechać dalej. MoŜesz zatrzymać się tutaj na noc. 

Potrzebujesz odpoczynku. 

Potrząsnąłem głową. 
— Wiem, ale nie mogę zostać. Muszę jechać dalej. Jestem jeszcze zbyt blisko miejsca, gdzie to 

się stało, Ŝebym mógł spokojnie odpoczywać. Poza tym mój nowy samochód to furgonetka. Z tyłu 
jest  materac,  będę  mógł  się  wyciągnąć.  W  kaŜdym  razie  będzie  lepiej  dla  ciebie,  jeśli  wyruszę 
najszybciej, jak to moŜliwe. 

— Gdybym obawiał się o własną skórę, nigdy nie dałbym się w to wciągnąć. Nie, nie o to mi 

chodzi. Raczej wynika to z tego, Ŝe nie lubię rozlewu krwi. 

— Mam większe szansę, Ŝeby tego uniknąć, jeŜeli będę zacierał za sobą ślady, a przynajmniej 

będę się starał. 

Podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. 
— MoŜe to nadjeŜdŜa twój transport. Jaki to miał być kolor? 
— Czerwony. 
— Tak. To chyba to. Słuchaj, nie chcę, Ŝebyś brał więcej aspiryny. 
— W porządku. Poprzestanę na alkoholu. 
— Zatruwając swój organizm. 
— Lepsze to niŜ zatruwanie Ziemi — odrzekłem. — Chyba będziemy musieli chwilę zaczekać. 

Chcesz się do mnie przyłączyć? 

Zachichotał krótko i uśmiechnął się wisielcze 
— Jednego na drogę? CóŜ, czemu nie? 

background image

Kiedy wyciągałem butelkę, wyjął z kredensu dwie szklanki. Poczekałem, aŜ naleje. 
— Szczęśliwej podróŜy — powiedział. 
— Dzięki. Powodzenia. 
Usłyszałem  zatrzymującą  się  furgonetkę.  ZbliŜyłem  się  do  okna  i  wyjrzałem.  Szybki  Smith, 

smukły i przedwcześnie osiwiały, który byłby na moim miejscu, gdyby nie rzut monety, podszedł 
do  samochodu,  Ŝeby  wszystko  sprawdzić.  Rozpoznałem  kierowcę.  Wypiłem  więc  drinka  bez 
pośpiechu, postawiłem szklankę na stole i schowałem butelkę. 

Uścisnąłem Jerry’emu dłoń. 
— Tylko nie przesadzaj z tym lekarstwem, dobrze? 
Mruknąłem coś niewyraźnie, a zaraz potem Smith wszedł oznajmić, Ŝe samochód przyjechał. 
— No to na razie. 
Wyszedłem za nim na zewnątrz i wsiadłem z tyłu. Kierowca — muskularny chłopak o imieniu 

Fred — podszedł sprawdzić, jak się czuję, i pokazać mi, gdzie co leŜy. Było tam jedzenie, woda, 
butelka wina, rewolwer kaliber .38 i pudełko naboi. Nie wiem, do czego te ostatnie mogły okazać 
się  potrzebne.  Gdyby  ktoś  nas  złapał,  poddałbym  się  z  ochotą.  W  kaŜdym  razie  na  pewno  nie 
byłem  w  stanie  szybko  naładować.  Spostrzegłszy  to  Fred  zrobił  to  za  mnie  i  schował  broń  pod 
materacem. 

— Jesteś gotowy? — zapytał. 
Skinąłem głową, a on zatrzasnął drzwi. PołoŜyłem się i zamknąłem oczy. 
 
Doktor  Winchell  nie  był  w  stanie  przekonać  porucznika  Martineza,  ale  podczas 

dziesięciominutowej  rozmowy  udało  mu  się  to  przynajmniej  z  Richardem  Guise.  Dick 
potrzebował tylko pięciu minut rozmowy z kimś z Waszyngtonu, aby wzbudzić zainteresowanie 
władz  federalnych  do  tego  stopnia,  Ŝe  agent  specjalny  Robertson  znalazł  się  w  domu  państwa 
Guise  jeszcze  tego  samego  wieczoru.  Robertson  —  trzydziestoletni  schludny,  krótkowłosy, 
niebieskooki, ubrany na szaro męŜczyzna siedział w salonie naprzeciwko Vicki i Lydii bez cienia 
uśmiechu. 

— Nie mamy w naszych kartotekach Rodericka Leishmana — powiedział. 
— Nic na to nie poradzę — odparła Lydia. — Tak się nazywa. 
Vicki  spojrzała  na  nią,  zdziwiona  tonem  jej  głosu.  Podbródek  Lydii  był  uniesiony,  a  usta 

zaciśnięte. 

—  Przepraszam  —  powiedział  Robertson.  —  Bez  obrazy.  WciąŜ  jeszcze  sprawdzają.  Mógł 

uŜywać innego nazwiska w przeszłości. Miała pani rację mówiąc o powiązaniu z Dziećmi Ziemi. 
Pozostawił ich znak. 

Skinęła głową. 
— Niech mi pan powie — zaczęła — co się z nim stanie? 
Robertson szybko stłumił pojawiający się na jego twarzy uśmiech. 
— To co zazwyczaj. Rozprawa sądowa, oskarŜenie, wyrok, oczywiście jeŜeli pani informacje są 

prawdziwe. Jeśli chodzi o szczegóły, wszystko zaleŜy od adwokata, sądu przysięgłych, sędziego, 
rozumie pani. 

— Nie tego chciałam się dowiedzieć — powiedziała. 
Przechylił głowę. 
— Obawiam się, Ŝe nie rozumiem. 
—  Myślałam  o  moim  pacjencie  —  odrzekła.  —  Jego  telepatyczny  związek  ze  zbiegiem 

oznacza, Ŝe chłopiec jest tym całkowicie pochłonięty. Chcę pewnego rodzaju gwarancji, Ŝe jeŜeli 
panu  pomoŜemy,  człowiek  ten  zostanie  ujęty  Ŝywcem.  Zupełnie  nie  wiem,  jak  jego  śmierć 
mogłaby się odbić na Dennisie. I nie chciałabym się tego dowiedzieć. 

background image

— Nie mogę pani nic obiecać… 
— Więc chyba nie będę w stanie wam pomóc. 
— Ukrywanie informacji to powaŜne wykroczenie. Szczególnie w obecnej sytuacji. 
— Dla mnie najwaŜniejszy jest mój pacjent; aczkolwiek w tej sprawie nie jestem nawet pewna, 

czy moŜna by to nazwać ukrywaniem danych. Sądzę, Ŝe jeszcze nigdy nie było podobnej sprawy. 
Robertson westchnął. 

—  Nie  spierajmy  się  o  formalności  —  odpowiedział.  —  Ten  męŜczyzna  strzelał  do  dwóch 

gubernatorów. Jeden nie Ŝyje, a drugi moŜe nie doŜyć do rana. Jest członkiem radykalnej grupy 
ekologicznej. Przemoc naleŜy do ich programu. Próbuje teraz uciec, a pani przyznaje, Ŝe Dennis 
moŜe  śledzić  jego  ruchy.  JeŜeli  odmówi  nam  pani  współpracy,  moŜemy  wprowadzić  naszego 
własnego telepatę, Ŝeby kontrolował Dennisa. Nie jest pani wcale aŜ tak potrzebna… 

— Panie Robertson, prawo jest w tym wypadku jednoznaczne. Naruszyłby pan jego prywatność 

w najszerszym tego słowa znaczeniu. 

—  On  jest  niepełnoletni.  Potrzebujemy  wyłącznie  zgody  rodziców,  a  pani  nie  jest  jednym  z 

nich. 

Spojrzał na Vicki, która zacisnęła mocno ręce i zwróciła się w stronę Lydii. 
— Czy coś by się stało Dennisowi, jeŜeli skrzywdziliby tego człowieka? — zapytała. 
— Tak sądzę. 
— Więc nie wyraŜam zgody — powiedziała. — Bardzo mi przykro, panie Robertson. 
— Skoro pani mąŜ rozpoczął to wszystko, moŜliwe, Ŝe on nam to umoŜliwi. 
Vicki nagle rozluźniła ręce. 
— JeŜeli tak zrobi — powiedziała — nigdy więcej nie odezwę się do niego. Wyjadę i zabiorę 

Dennisa ze sobą. 

Robertson pochylił głowę. 
— Nie chcę być nierozsądny — zaczął. — Czy moŜe mi pani powiedzieć, w jaki sposób mam 

pani zagwarantować to, o co mnie pani prosi? Chcemy mieć go Ŝywego. Chcemy go przesłuchać. 
Chcemy  dowiedzieć się  jak najwięcej o jego  grupie. Oczywiście spróbujemy wziąć  go Ŝywego. 
Ale ludzie mogą strzelać w obronie własnej. Nawet wtedy będą starali się  go nie zabić. Ale nie 
moŜna  tego  wykluczyć.  MoŜe  zginąć.  Niech  pani  postara  się  być  rozsądna.  Jeśli  otrzymamy 
dokładne  informacje  o  tym  męŜczyźnie,  nasze  szansę  ujęcia  go  znacznie  wzrosną.  Co  jeszcze 
mogę pani zaproponować? 

—  Świetnie  —  odparła  Lydia.  —  To  brzmi  rozsądnie.  MoŜe  się  pan  jeszcze  porozumieć  z 

agentami terenowymi, którzy będą brali udział w pościgu. 

— W porządku — odrzekł. — Osobiście porozmawiam z nimi, niezaleŜnie od tego, które z biur 

zostanie w to wciągnięte. Jest pani zadowolona? 

— Zgódź się — ponagliła Vicki. 
— Dobrze — zaczęła mówić Lydia. — Jest w Kolorado… 
 
Było jeszcze ciemno, gdy się obudziłem. Bardzo chciało mi się pić, a ramię cały czas pulsowało. 

Dopiero po kilku chwilach przypomniałem sobie, co się stało. Pochyliłem się i znalazłem butelkę z 
wodą. Przetarłem oczy, przeczesałem rękoma włosy i pociągnąłem jeszcze łyk. 

Odsunąłem zasłonkę i wyjrzałem na zewnątrz. Skały, płoty, piaszczysta gleba… 
Spojrzałem na zegarek: 4.35. 
— Mógłbyś się gdzieś zatrzymać? — zawołałem. — Pęcherz mi pęka. 
Zatrzymał samochód i pomógł mi wyjść. Zszedłem do rowu. 
— Daleko jeszcze do następnej przesiadki? — zapytałem. 
— Pół godziny jazdy. MoŜe mniej. Mieliśmy spotkać się około piątej. 

background image

Chrząknąłem. 
— Jak się czujesz? — zapytał. 
— Nic mi nie będzie. Były jakieś kłopoty podczas jazdy? 
— Nie, Ŝadnych. Nic teŜ nowego w wiadomościach. 
Wspiąłem się z powrotem do środka. Było mi chłodno, więc owinąłem się kocem. Wypiłem łyk 

burbona.  Wydawało  się,  Ŝe  jak  do  tej  pory  nikt  nas  nie  ścigał.  Potarłem  ręką  podbródek. 
Zdecydowałem, Ŝe przestanę się golić. Zapuszczę brodę, poczekam, aŜ mi urosną dłuŜsze włosy. 
Kiedy  wy  —  dobrzeje  mi  ramię,  znajdę  jakąś  łatwą  robotę.  Popracuję  jakieś  trzy,  cztery 
miesiące… Przeniosę się na zachód, do Seattle, Portland… 

Poczułem wybrzuszenie pod materacem. Czy chciałem zabrać ze sobą pistolet? Będą kłopoty, 

jeŜeli  ktoś  go  przy  mnie  znajdzie,  ale  jednak  dobrze  go  mieć.  RozwaŜałem  ukrycie  go  pod 
temblakiem. Całkiem dobre miejsce. Powinienem go chyba zatrzymać do czasu, aŜ wyzdrowieję i 
dopiero wtedy się go pozbyć. Szkoda jednak, Ŝe nie mieli nic mniejszego. 

Wyciągnąłem broń i usiłowałem ją wepchnąć pod opatrunek. Najmniej było ją widać, gdy była 

skierowana ku tyłowi. Całkiem wygodnie, łatwo po nią sięgnąć. Szkoda byłoby przepuścić taką 
okazję starannego ukrycia. 

Wyciągnąłem ją i odłoŜyłem z powrotem pod materac. Jest w kaŜdym razie o czym pomyśleć… 
WciąŜ było chłodno. Wypiłem jeszcze jeden duŜy łyk z butelki. Poczułem się lepiej. To lepsze 

niŜ aspiryna. Właściwie dlaczego nie miałbym być trochę na gazie? 

Po pewnym czasie zwolniliśmy, zjechaliśmy z głównej drogi na skalistą nawierzchnię. Kilka 

chwil później zatrzymaliśmy się. Mój kierowca obszedł samochód i otworzył drzwi. 

— W porządku. Nareszcie jesteśmy na miejscu. 
— To znaczy gdzie? 
— W McKinley, stan Wyoming. 
Gwizdnąłem. 
— Zrobiliśmy ładny szmat drogi. 
Podał  mi  rękę  i  pomógł  zejść  na  dół.  Potem  sam  wszedł  do  środka.  Zabrał  koc,  poduszkę, 

butelkę po wodzie, burbona, ustawiając to wszystko w zasięgu ręki na podłodze za sobą. Pomacał 
pod materacem i wyciągnął pistolet. Rzucił okiem na mnie, na pistolet i znowu na mnie. 

— To teŜ zabierasz? — zapytał. 
— Czemu nie? — odpowiedziałem. Wziąłem broń i zatknąłem ją za temblakiem. 
Zobaczyłem światło gwiazd odbijających się w wodzie, nisko, po prawej stronie… 
— Co to za jezioro? 
— Głendo Reservoir. 
Wysiadł z samochodu, odwrócił się i wziął wszystkie rzeczy. 
Obszedł  furgonetkę.  Ruszyłem  za  nim  i  zobaczyłem  samochód  zaparkowany  pod  drzewami, 

moŜe trzydzieści metrów dalej. Powietrze było duszne i wilgotne. Nic oprócz naszych kroków nie 
zakłócało  ciszy  nocy.  Kierowca  siedział  paląc  papierosa  i  obserwował,  jak  się  zbliŜaliśmy. 
Przywitałem się z nim. Nie rozpoznałem go. Nie przedstawialiśmy się sobie. 

Mój  kierowca  skinął  głową  w  jego  kierunku  i  załadował  moje  rzeczy  na  tył  samochodu. 

Poklepał mnie po zdrowym ramieniu. 

— Powodzenia — powiedział. 
— Dzięki. 
Wsiadłem i usadowiłem się wygodnie. 
— Jak się czujesz? — zapytał kierowca. 
— Całkiem nieźle, biorąc wszystko pod uwagę. Silnik zakasłał i zaszemrał. Mignął mi przed 

oczami  świetlisty  łuk,  kiedy  kierowca  wyrzucał  papierosa  przez  okno.  Włączył  światła  i 

background image

ruszyliśmy. 

Chwilę  później  odezwał  się:  —  Mówią  o  tym  we  wszystkich  wiadomościach.  Jak  to  jest 

naprawdę? 

— To w większości oczekiwanie — odparłem. — Zrobienie tego zabiera kilka sekund. Czysto 

mechaniczne działanie. Potem myśli się o tym, Ŝeby jak najszybciej uciec. 

Te  kilka  sekund  znów  mi  teraz  przemknęło  przez  umysł.  Zobaczyłem,  jak  upadają.  JuŜ 

wcześniej  narysowałem  znak.  Wytarłem  broń  i  oparłem  ją…  Potem  biegłem  pochylony. 
Usłyszałem za sobą w dole hałas. Strzał… Moje ramię… Krwawiłem. JuŜ pewnie poddali krew 
analizie. 

— Nic wielkiego — powiedziałem. — Teraz jest juŜ po wszystkim. 
— Słyszałem ostatnio, Ŝe McCormack jeszcze się trzyma. 
— To nie ma znaczenia. Sam gest wystarczy. Mam nadzieję, Ŝe to przetrzyma. 
— On? 
— Wielu ludzi nauczyło się czegoś. To wystarczy. Chcę teraz przestać o tym myśleć. 
— Myślisz, Ŝe to naprawdę przyda się na coś? 
— Skąd mam wiedzieć? Mam nadzieję. Próbowałem. 
— MoŜliwe, Ŝe trzeba będzie jeszcze kilku takich incydentów, Ŝeby naprawdę coś wywalczyć. 
— Incydentów, do diabła! To było zabójstwo. Jeśli zajdzie potrzeba, ktoś inny będzie musiał to 

zrobić następnym razem. Ja odchodzę. 

— Potrzebujesz odpoczynku. 
Ramię znowu zaczęło pulsować. Otworzyłem butelkę. 
— Chcesz się napić? 
— Tak, dzięki. 
Wziął butelkę, pociągnął łyk i oddał mi ją. 
Przypomniałem sobie oczekiwanie, obraz Ziemi w moim umyśle, jak chciałem go zmienić… 

Wyjrzałem przez okno i obserwowałem cienie skał i drzew, równiny i wzgórza. Chciałem, Ŝeby 
zaczęło padać, Ŝeby deszcz spłukał, a wiatr rozwiał to wszystko. Ale ziemia pozostawała nierówna, 
nieruchoma.  Niech  tak  będzie.  Mogło  mi  się  to  nie  podobać,  ale  mimo  wszystko  sprawiało  mi 
przyjemność, Ŝe trawy są suche, Ŝe zwierzęta są w swoich norach. Przyjemność i duma z tego, Ŝe 
się jest człowiekiem, są największe w zestawieniu z obojętnością drzemiącej potęgi Ziemi. Nawet 
jeŜeli ona coś niszczy, zawsze dodaje coś nowego. Zapominanie o tym pomniejsza zarówno nasze 
osiągnięcia, jak i niepowodzenia. Musimy czuć siły przyrody, z którymi Ŝyjemy… 

Otworzyłem okno i odetchnąłem głęboko. 
Tak.  Świat  ciągle  wpompowywał  Ŝycie  w  moje  płuca,  a  ja  byłem  wdzięczny,  Ŝe  mogę  je 

oddawać. 

 
— Naprawdę nie podoba mi się, Ŝe juŜ tak długo nie dajemy mu zasnąć — powiedziała Lydia, 

spoglądając na pustą filiŜankę po kawie. 

Robertson zacisnął szczęki, po chwili je rozluźnił. 
— To nie potrwa długo — odparł. — Biuro w Casper zostało juŜ uprzedzone. MoŜe się jednak 

wydostać z Wyoming, zanim do niego dotrą. Operacją kierują ludzie z Rapid City. Pilot powinien 
go dostrzec, zanim oddali się zbytnio w kierunku Południowej Dakoty. Zielony samochód jadący 
na wschód, o tej godzinie… Nie będzie zbyt trudno go zauwaŜyć. MoŜe jeszcze z pół godziny. 

Lydia spojrzała na Vicki, która spała na kanapie. 
— Chce pan jeszcze kawy? — zapytała Robertsona. 
— Poproszę. 
Kiedy  nalewała,  zapytał  ją:  —  Stan  Dennisa…  Nie  jest  to  raczej  niezwykłe,  nawet  jak  na 

background image

telepatę, Ŝe potrafi działać na taką odległość? Leishman jest przecieŜ ponad dwieście pięćdziesiąt 
kilometrów stąd. 

— Tak, rzeczywiście. 
— Jak on to robi? Uśmiechnęła się. 
— Nie jesteśmy nawet pewni, jak to się udaje na jakąkolwiek odległość — powiedziała. — Ale 

ma pan rację, jeŜeli chodzi o zasięg. To pierwszy taki wypadek, Ŝe utrzymują kontakt przez tak 
długo i na taką odległość. 

Robertson wypił wszystko z filiŜanki. 
— Więc Dennis nigdy jeszcze tak daleko nie sięgał myślami, nawet na krótki czas? 
— Nie. Szczerze mówiąc myślałam, Ŝe damy wam tylko wskazówkę i Ŝe Dennis bardzo szybko 

straci kontakt. 

— To musi być cięŜkie dla tego chłopca. Naprawdę mi przykro. 
— Właściwie nie czuję w nim Ŝadnych oznak nadmiernego napięcia poza tym, Ŝe jest późno, a 

on jeszcze nie śpi. Wie pan, Ŝe nie jest moim największym zmartwieniem… 

— Wiem, wiem. TeŜ nie chcę zniszczyć umysłu dziecka. Niech pani posłucha. Zastanawiałem 

się… Skoro Dennis jest w tak dobrym kontakcie z Leishmanem, czy nie mógłby równie dobrze 
nadawać, jak odbierać? Spróbować przekonać go, Ŝeby się poddał. 

— Nie. Dennis nie wiedziałby, jak się do tego zabrać. 
—  A  w  takim  razie  pani…  Czy  mogłaby  pani,  wykorzystując  umysł  Dennisa,  przesłać 

wiadomość do Leishmana? Powiedzieć mu, Ŝeby się zatrzymał i zaczekał? śeby oddał broń? 

— Nie wiem — odparła. — Nigdy nie próbowałam zrobić czegoś takiego. 
— A mogłaby pani spróbować? 
Przełknęła kawę, oparła się wygodnie i zamknęła oczy. 
— Powiem panu za chwilę, czy to moŜliwe. 
 
PołoŜyłem  pustą  butelkę  na  podłodze  i  po  raz  setny  poprawiłem  koc.  Za  oknem  krajobraz 

falował łagodnie. MoŜe się teraz zdrzemnę… 

Mgliste, szare i natrętne wraŜenie o nieokreślonym trwaniu… 
— Rodenck Leishman. 
Wzdrygnąłem się, przetarłem oczy i rozejrzałem się dookoła. Nic się nie zmieniło. 
— Roderick Leishman. 
— Co? 
— Nic nie mówiłem — odpowiedział kierowca. 
— Myślałem, Ŝe ktoś coś mówił. 
— Spałeś. Musiało ci się przyśnić. 
— No tak. 
Westchnąłem i na nowo usadowiłem się wygodnie. 
— Nie, to ci się wcale nie śniło, Roderick. Zwracałam się do ciebie. 
…Matka Ziemia stoi na uboczu, obojętnie. Nie rozmawia z ludźmi. Poczułem butelkę stojącą 

obok stopy i zaśmiałem się. Nigdy dotąd nie słyszałem głosów. Nie czułem się aŜ tak pijany, ale z 
drugiej strony pijący rzadko jest dobrym sędzią. Kiedy się obudzę, będzie się to wydawało snem. 
Zamknąłem oczy. 

— …Ani nie jesteś pijany, ani nie śpisz, Roderick. Jestem teraz z tobą, 
— Kim jesteś? — wyszeptałem. 
— Nazwałeś mnie. 
— To co dzisiaj zrobiłem, nie moŜe być aŜ tak waŜne. 
— Są inne względy. 

background image

— Czego chcesz? 
— Twojego Ŝycia. 
— Weź je. Jest twoje. 
— Chcą je ochronić, a nie wziąć. 
— Co przez to rozumiesz? 
— W tej chwili agenci federalni są na twoim tropie. Wiedzą, gdzie się znajdujesz. Dostaną cię 

juŜ niedługo. 

Przycisnąłem chorą rękę do klatki piersiowej. Wyczułem kształt pistoletu na Ŝebrach. 
— Nie. Musisz się poddać, a nie walczyć. 
— Mogę się bardziej przydać jako męczennik. 
— Rozprawa byłaby duŜo lepsza. Twoje motywy zostałyby dokładnie nagłośnione. 
— To co mam zrobić? 
— Zatrzymaj samochód i czekaj. Poddaj się. Nie daj ścigającym cię agentom powodu do tego, 

aby cię zabili lub zranili. 

— Rozumiem. Czy zostaniesz przy mnie przez cały ten czas? 
— Zawsze jestem z tobą. 
Zrzuciłem z siebie koc i pochyliłem się do przodu. 
— Zatrzymaj się na chwilę, dobrze? 
— Jasne. 
Zahamował i zjechał na pobocze. Kiedy się zatrzymaliśmy, zapytałem: — Czy masz pistolet? 
— Tak. W skrytce na rękawiczki. 
— Wyjmij go. 
— O co chodzi? 
— Zrób to, do cholery! 
— Dobra, dobra! 
Nachylił się, otworzył skrytkę i sięgnął do środka. 
Kiedy chciał mi go podać, byłem gotowy. Wycelowałem w niego. 
— Nie w ten sposób. PołóŜ go na siedzeniu. 
— Co to znaczy? 
— Zrób to! 
Wahał się trochę za długo. 
— Zabiłem juŜ dzisiaj dwóch ludzi — powiedziałem. 
OdłoŜył pistolet. 
— Teraz wyciągnij lewą rękę i chwyć go za lufę. 
Tak zrobił. 
— Podaj go. Rzuć tu z tyłu, na podłogę. 
— Co się dzieje? 
— Staram się, Ŝeby nas nie zabili. Masz coś przeciwko? 
— Jestem za — odpowiedział. — Myślę, Ŝe to świetny pomysł. Ale nie rozumiem, co ma do 

tego rozbrojenie mnie. 

— Chcę uniknąć strzelaniny. JuŜ niedługo nas aresztują. 
Zaśmiał się. Otworzył drzwi od swojej strony. 
— Nie wysiadaj! 
— Nie mam zamiaru. — Wskazał na zewnątrz. — Spójrz. Jesteśmy sami. Nikt się nie zbliŜa z 

Ŝ

adnej  strony.  Posłuchaj,  wiem,  Ŝe  jesteś  bardzo  zmęczony,  duŜo  wypiłeś  i  muszą  wysiadać  ci 

nerwy po tym wszystkim, co się stało. Rozumiem to, ale z całym naleŜnym szacunkiem, wydaje mi 
się, Ŝe zaczynasz wariować. Dlaczego nie… 

background image

— Nie ruszaj się! Obie ręce na kierownicy! 
— Słuchaj, moŜemy wyglądać podejrzanie, jeŜeli ktoś będzie przejeŜdŜał i zobaczy nas tak. 
— Lepsze to niŜ to drugie rozwiązanie. 
— Ucieczka? 
— Śmierć. Nie moŜemy uciec. 
— A moŜe byś ujawnił, dlaczego tak myślisz? 
— Nie musisz wiedzieć — odparłem. 
Siedział przez chwilę cicho.  W  końcu powiedział: — Czy to jakiś układ? Jakaś część planu, 

której nie znam? Czy to tylko twój własny pomysł? 

— To nie jest tylko mój pomysł. 
Westchnął. 
— Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej? Lepiej przyjąłbym to mając świadomość, Ŝe wiesz, 

co robisz. 

— Lepiej, Ŝebyś nie wiedział. 
— MoŜesz odłoŜyć broń. Ja… 
— Mam dość gadania. Po prostu siedź tutaj. 
 
Richard Guise zbliŜył się do syna odpoczywającego na ławce na dziedzińcu. 
— Dzień dobry. 
— Cześć. 
— Nazywam się Dick Guise. 
Dennis wstał i podał mu lewą rękę. Prawą trzymał w poprzek klatki piersiowej. Jego ciemne 

oczy spotkały się z oczami ojca. 

— Rod Leishman — powiedział, gdy Dick uścisnął mu dłoń. 
— Mogę usiąść? 
— Siadaj — odparł Dennis sadowiąc się obok. 
— Jak się… czujesz? 
— Ciągle dokucza mi ramię. — Potarł je lewą ręką. — Jesteś adwokatem? 
— „Przyjaciel sądu” — wyjaśnił Dick siadając. — Dobrze cię traktują? 
— Nie narzekam. Słuchaj, nie wiem, czy mogę rozmawiać z tobą bez pana Palmera — mojego 

stałego adwokata. Po prostu nie znam przepisów. Nic osobistego. Rozumiesz? 

— Oczywiście. Mogę cię zapytać o coś nie związanego z procesem? 
Znowu uwaŜne spojrzenie zielonych oczu, takich jak u Vicki… 
— Jasne. 
— Co Dzieci Ziemi naprawdę chcą osiągnąć stosując przemoc? 
— Naszym jedynym celem jest ochrona Ziemi i zachowanie jej jako odpowiedniego miejsca do 

Ŝ

ycia dla ludzi. 

— Zabijając ich? Wysadzając elektrownie i tamy? 
— Według nas jest to jedyny sposób, aby przekonać tych u władzy, Ŝe traktujemy to serio. 
— MoŜe przedstawię to w ten sposób: gdyby naprawdę udało się wam usunąć wielkie źródła 

energii,  zaprzepaścilibyście  swój  cel  —  zachowanie  Ziemi  jako  środowiska  odpowiedniego  dla 
ludzi.  Poczekaj!  Daj  mi  dokończyć.  Nie  wiem  czy  czytałeś  ksiąŜkę  Przyszłość  jako  historia 
Roberta Heilbronera napisaną w połowie ubiegłego wieku. Udowadnia ona tezę, Ŝe główne zarysy 
przyszłości są juŜ historią, Ŝe przyszłość nieuchronnie wynika z sił, które juŜ działają. Siły te są tak 
potęŜne,  Ŝe prawie nie  moŜemy  wpłynąć na ogólny bieg  wypadków,  który jest nam  narzucony. 
Technika  na  przykład  musiała  się  rozwinąć.  To  z  kolei  doprowadziło  do  wzrostu  biurokracji. 
Obfita  produkcja  spowodowała,  Ŝe  koszty  utrzymania  stały  się  stosunkowo  niskie,  toteŜ  sam 

background image

nacisk  ekonomiczny  nie  wystarczył,  Ŝeby  utrzymać  ludzi  w  najmniej  atrakcyjnych  miejscach 
pracy.  Heilbroner  miał  świętą  rację  w  tych  sprawach,  podobnie  jak  w  przypadku  krajów  mniej 
rozwiniętych,  które  raz  za  razem  zmieniały  ustrój  polityczny  w  zaleŜności  od  tego,  który 
obiecywał szybkie uprzemysłowienie. Z tego momentu ich przyszłość podąŜała tą samą drogą co 
nasza… 

—  Heilbroner  był  bystry  —  przerwał  Dennis  —  ale  przyszłości  nie  da  się  ekstrapolować  w 

nieskończoność. Cały system załamuje się, zanim… 

— Postęp techniczny udowodnił, Ŝe jest w stanie rozwiązać problemy, jakie stworzył. 
—  Lecz nie wszystkie i zbyt wolno. Świat rozwija się, komplikuje, produkuje się zbyt  wiele 

niepotrzebnych rzeczy. Stopa Ŝyciowa jest zbyt wysoka, jeśli ludzie istnieją dla przemysłu, a nie na 
odwrót. Thoreau… 

— Thoreau, Rousseau i cała reszta chcieliby nas znowu widzieć w buszu. 
— Rousseau był powszechnie nie zrozumiany, a Thoreau nigdy niczego takiego nie powiedział. 

Według mnie zmierzali oni do stworzenia jakiejś optymalnej nauki, zrozumienia, jak wielkie, jak 
złoŜone, jak zmechanizowane i jak liczne powinno być społeczeństwo, aby zapewnić obywatelom 
najlepsze warunki rozwoju. Nauki, która stworzyłaby takie kryteria, oraz woli podporządkowania 
się im. Nie chcieli oni powrotu do buszu, ale znalezienia czegoś pośredniego  między sprawami 
podstawowymi a złoŜonymi. Oto, czego naprawdę chcą Dzieci Ziemi. 

Dick milczał przez chwilę. Potem powiedział: 
—  Brzmi  to  bardzo  szlachetnie  i  wydaje  mi  się,  Ŝe  mówisz  szczerze.  Z  całą  pewnością  nie 

jestem przeciwnikiem idealizmu. Potrzebujemy ideałów. Ale uwaŜam, Ŝe Heilbroner miał rację. 
Zapisujemy  historię  przyszłości  z  duŜym  wyprzedzeniem.  Mam  nadzieję  i  wierzę,  Ŝe  pewnego 
dnia  sprawy  potoczą  się  tak,  jak  to  sobie  wyobraŜasz.  Ale  musimy  najpierw  spowolnić  pęd 
cywilizacji, rozwiązać problem źródeł energii. Na to potrzeba pokoleń. Nie da się niczego zmienić 
w ciągu jednego dnia, a juŜ na pewno nie oderwanymi aktami przemocy przeciwko temu, co juŜ 
zostało stworzone. 

— Nie mamy aŜ tyle czasu — powiedział Dennis. 
— Mnie się z kolei wydaje, Ŝe Heilbroner mógł się mylić co do tego, jak zapisujemy historię 

przyszłości,  zwłaszcza  jeśli  jesteśmy  wystarczająco  zdecydowani,  Ŝeby  uczyć  się  na  błędach 
przeszłości. 

— A nawet jeŜeli nie, to nadal nie spodziewam się chaosu czyhającego na nas tuŜ za zakrętem 

Ŝ

ycia. 

— Zatem bardzo bym chciał, Ŝeby to twój zakręt był właściwy; wątpię jednak, czy tak się stanie. 
Dick wstał. 
— Muszę juŜ iść. Odwiedzę cię jeszcze. 
Dennis kiwnął głową. 
— Do zobaczenia. 
Odszedł pośpiesznie, nie oglądając się na małą postać na ławce. Wszedł do domu, bez słowa 

minął  Vicki  i  Lydię  siedzące  na  kanapie.  W  kuchni  zrobił  sobie  mocnego  drinka,  wypił  go, 
przygotował następnego, po czym odwrócił się i wszedł do salonu. 

—  Nadal nie mogę w  to  uwierzyć — powiedział siadając w fotelu.  — Jeszcze  kilka tygodni 

temu była to wegetacja. A teraz… Lydio, powiedziałaś mi, Ŝe jest w kontakcie z tym człowiekiem, 
a nie Ŝe przejął w całości jego osobowość. 

—  To  zupełnie  nowa  sytuacja  —  wyjaśniła  Lydia.  —  Wynikła  po  rozmowie  z  tobą,  zanim 

wróciłeś. 

— On nie tylko przejął świadomość trudnego połoŜenia tego człowieka, lecz takŜe reaguje na 

wszelkie bodźce, tak jakby był Leishmanem. 

background image

— To prawda. 
— Jak długo to potrwa? 
— Nie ma Ŝadnego sposobu, Ŝeby to określić. 
— Czy to dobry, czy zły znak? 
—  Powiedziałabym,  Ŝe  dobry.  Obojętne,  co  się  stanie  teraz,  po  zakończeniu  tego  kontaktu 

synaptycznego Dennisowi coś z tego pozostanie. 

— Ale czy on będzie dorastał wierząc, Ŝe j e s t  Leishmanem? 
— Nie, jeŜeli się wtrącimy, a będziemy musieli, jeśli to potrwa zbyt długo. Najistotniejsze jest 

teraz, Ŝe w jego umyśle występuje jakaś aktywność. Jego mózg potrzebuje ćwiczeń, które teraz 
wykonuje. Zbyt długo pozostawał bezczynny. 

— Ale to nie myśli dzieciaka przechodzą przezeń, tylko myśli osoby dorosłej. Czy nie istnieje 

ryzyko, Ŝe zbyt wczesny wpływ moŜe na zawsze wypaczyć jego psychikę? 

Vicki zachichotała. Dick odniósł wraŜenie, Ŝe widzi to po raz pierwszy. 
—  Chyba  zapominasz,  Ŝe  problemy  spowodował  przede  wszystkim  natłok  myśli  osób 

dorosłych.  Teraz  przynajmniej  Dennis  nauczył  sieje  rozdzielać  i  skupiać  się  tylko  na  jednym 
umyśle na raz. CóŜ więc, jeŜeli robi to wyłącznie z Leishmanem? Rozmawiałam z nim wiele razy 
od  chwili,  gdy  to  się  zdarzyło.  Ten  Leishman  nie  jest  wcale  takim  złym  facetem.  Właściwie  to 
nawet go lubię. Jest idealistą i… 

— I mordercą — dokończył Dick. — Taak, nasz syn wybrał sobie niezłego kumpla. Lydio, czy 

to wyrządzi mu jakąś krzywdę w przyszłości? 

—  A  tobie  wyrządziło?  —  zapytała.  —  Albo  tobie,  Victorio?  Oboje  juŜ  w  dzieciństwie 

zostaliście  poddani  wpływowi  myśli  ludzi  dorosłych.  Czy  któreś  z  was  doznało  z  tego  powodu 
trwałej szkody? 

— „Poddani wpływowi”, a nie całkowicie pochłonięci — odparł Dick. — To duŜa róŜnica. 
Lydia skinęła głową. 
—  Zgadzam  się  —  powiedziała.  —  Oczywiście,  istnieje  moŜliwość  długotrwałego  wpływu. 

Jestem jednak przekonana, Ŝe jeŜeli tak będzie, terapia potrafi temu zaradzić. Wolałabym jednak 
zaczekać do czasu, gdy będzie więcej danych, nim podejmę problem toŜsamości. 

—  W  jakim  stopniu  Dennis  jest  uzaleŜniony  od  Leishmana?  To  znaczy,  załóŜmy,  Ŝe  ten 

męŜczyzna  nagle  by  umarł.  Co  wówczas  stałoby  się  z  Dennisem?  Czy  ciągle  myślałby,  Ŝe  jest 
Leishmanem, czy teŜ znowu straciłby kontakt z otoczeniem? 

— To jedno z pytań, na które nie moŜna odpowiedzieć na podstawie tego, co na razie wiemy. 

Połączenie  ciągle  trwa.  Wygląda,  Ŝe  Dennis  jest  świadom  wszystkiego,  co  dzieje  się  z  tym 
człowiekiem. Zachowuje się jednak równieŜ niezaleŜnie od toŜsamości tamtego. Nie wiem, gdzie 
przebiega granica. 

— Chyba powinniśmy się dowiedzieć. Będziesz tego potrzebowała, gdy nadejdzie czas, Ŝeby 

go uniezaleŜnić. 

— Zajmę się tym problemem, kiedy zaistnieje. 
—  Właśnie  sobie  pomyślałem…  —  zaczął  Dick.  —  Jaki  właściwie  jest  zasięg  Dennisa? 

Utrzymuje on kontakt z Leishmanem na odległość ponad stu pięćdziesięciu kilometrów od czasu, 
kiedy  ten  męŜczyzna  wrócił,  lecz  uprzednio  podąŜał  za  nim  przez  ponad  osiemset  kilometrów. 
Jaka moŜe być górna granica? 

Lydia potrząsnęła głową. 
— Znowu za mało danych. 
—  Oczywiście  —  powiedział  Dick.  —  Chciałbym  się  jednak  tego  dowiedzieć.  Kiedy  jego 

umysł zostanie unormowany i osiągnie dojrzałość, Dennis moŜe być najpotęŜniejszym telepatą na 
Ziemi. 

background image

— Zapewne juŜ jest — odparła Vicki. — To właśnie spowodowało cały problem. 
— Powiedzmy, Ŝe w przyszłym miesiącu wezmę go ze sobą do Europy? Miałby wystarczająco 

duŜo czasu, Ŝeby potrenować swe nowe połączenia synaptyczne. Wyprowadzimy go poza zasięg 
Leishmana  i  zobaczymy,  czy  nadal  będzie  od  niego  zaleŜny,  czy  teŜ  wchłonął  juŜ  dosyć,  Ŝeby 
funkcjonować samodzielnie. 

— Odradzałabym to — powiedziała Lydia. — Co będzie, jeśli po prostu zapadnie w katatonię? 
— Wtedy przywieziemy go z powrotem i pozwolimy mu na pewien czas być Leishmanem. 
— Ale nie wiadomo, czy ponownie nawiązałby z nim kontakt. Mógłby po prostu pozostać w 

katatonii. 

—  Wtedy okaŜe się, Ŝe twoja teoria była błędna, a im wcześniej się o tym przekonamy, tym 

lepiej. 

— Widzę, Ŝe juŜ podjąłeś decyzję. 
—  Tak.  Nawet  zakładając  najgorsze,  wrócimy  do  sytuacji,  która  według  twoich  zapewnień 

rokuje nadzieję. W czym tkwi róŜnica? 

Lydia pochyliła głowę. 
— Tak naprawdę nie umiem powiedzieć. 
Dick dopił drinka. 
— A więc — podsumował — zrobimy, jak mówiłem. 
— Bardzo dobrze. Ale albo z nim pojadę, zakładając, Ŝe zabiorę go natychmiast do domu, jeŜeli 

wynikną jakieś problemy, albo wycofuję się z tego wszystkiego. 

— Lydio, nie moŜesz! — wykrzyknęła Vicki. 
— To jedyne rozwiązanie. 
— W porządku — odparł Dick. — Zgadzam się. Muszę się wszak tego jakoś dowiedzieć. 
—  Lydio  —  zapytała  Vicki  —  czy  to  naprawdę  mogłoby  zmniejszyć  szansę  wyzdrowienia 

Dennisa? 

— Tak mi się wydaje. 
— W takim razie nie zgadzam się. Dick, nie zniszczysz tego, co zostało z mojego syna, tylko po 

to, Ŝeby określić jego zasięg telepatyczny. JeŜeli pozostaniesz przy swoim, wyjadę. Zdobędę nawet 
nakaz  sądowy,  jeŜeli  to  będzie  konieczne,  Ŝeby  ci  przeszkodzić  zabrać  go  stąd.  Dick 
poczerwieniał. 

— Vicki, ja… 
— Słyszałeś, co powiedziałam. Co postanawiasz? 
— Myślę, Ŝe zachowujesz się głupio. 
— Naprawdę nie obchodzi mnie, co myślisz. Co zamierzasz zrobić? 
—  Nie pozostawiasz  mi  wyboru. Nie  zabiorę  go.  Myślałem, Ŝe to dobry  pomysł.  I nadal tak 

myślę. Lydio, a co powiesz o przyszłej wiośnie? Wtedy znowu tam jadę. Czy byłoby to bardziej 
korzystne? 

—  MoŜliwe;  nawet  prawdopodobne.  Będzie  miał  więcej  czasu,  Ŝeby  przystosować  się  do 

normalnego funkcjonowania. 

— Dobrze. Wtedy wrócimy do tego. Przepraszam, Vicki. Nie zdawałem sobie sprawy… 
— Wiem. Ale teraz juŜ chyba zrozumiałeś. 
— Teraz tak. 
Dick zaniósł szklankę do kuchni i umył ją. 
— Chyba się przebiorę i pójdę na spacer — zawołał. 
Vicki wstała i wyszła na dziedziniec. 
Lydia zbliŜyła się do okna i wyjrzała na zewnątrz, obracając w palcach wisiorek. Obserwowała 

chmury wiszące nisko nad górami. 

background image

 
Dick był na wschodzie tej jesieni, kiedy sprawa Rodericka Leishmana ujrzała światło dzienne. 

Co  tydzień  dowiadywał  się  telefonicznie  od  doktora  Winchella  o  tym,  Ŝe  Dennis  przeŜywa 
wahania  emocjonalne  związane  z  rozprawą.  Środki  masowego  przekazu  nie  zostały 
poinformowane  o  powiązaniu  chłopca  z  procesem  i  tylko  dwóch  konsultantów  medycznych 
wiedziało o jego stanie. 

Dick spoglądał na twarz Winchella na ekranie. 
— Nadal sam się myje i ubiera? — zapytał. 
— Tak. 
— Sam je i odpowiada inteligentnie, gdy ktoś próbuje z nim rozmawiać? 
— Jako osobowość Leishmana — tak. 
— I ciągle wydaje się świadom wszystkiego, co Leishman robi lub mówi? 
— Sprawdzamy to okresowo i wygląda na to, Ŝe istotnie tak jest. 
— Trudno mi zrozumieć, jak udaje mu się reagować na dwa oddzielne otoczenia i nie dziwić się 

temu, nie zauwaŜać jawnych sprzeczności. 

—  Jest  to  zachowanie  podobne  do  typowej  reakcji  paranoicznej,  kiedy  pacjent  funkcjonuje 

względnie  dobrze  w  normalnym  otoczeniu,  lecz  cały  czas  wierzy,  Ŝe  jest  inną  osobą,  Ŝyjącą  w 
innym miejscu. 

— Chyba rozumiem. Jak długo według pana to jeszcze potrwa? 
—  Nie  moŜna  na  to  odpowiedzieć,  juŜ  panu  mówiłem.  Ale  zgadzam  się  z  Lydią,  Ŝe  warto 

wykorzystać tę sytuację. Niech się ustabilizuje. Później będzie moŜna zająć się łataniem dziur w 
jego osobowości. 

— A co z podróŜą, o której wspominałem? 
— Wydaje mi się, Ŝe jeŜeli Dennis miałby czerpać jakieś korzyści z tego kontaktu, wchłonie juŜ 

dosyć  do  wiosny.  Sądzę,  Ŝe  wówczas  moŜna  będzie  zerwać  łączącą  ich  nić  i  rozpocząć 
przystosowywanie chłopca do samodzielnego Ŝycia. 

— Dobrze — powiedział Dick. — Co do Lydii… 
— Tak? 
— Właśnie się zastanawiałem. W związku z tymi ostatnimi wydarzeniami, czy jest ona nadal 

najlepszą terapeutką dla Dennisa? 

— Czy coś w niej nie podoba się panu? 
— Nie, nie o to chodzi Chciałem tylko być pewien, Ŝe Dennis ma najlepszą opiekę. 
—  Na  pewno  tak.  Lydia  zna  Dennisa  lepiej  niŜ  ktokolwiek.  Inny  terapeuta  potrzebowałby 

miesięcy, Ŝeby osiągnąć to co ona. Poza tym waŜny jest równieŜ ich kontakt. Odsunięcie jej od 
sprawy i wprowadzenie kogoś nowego na tym etapie leczenia mogłoby się okazać katastrofalne. 

— Rozumiem. Chciałem się tylko upewnić. 
— Czy coś w niej pana niepokoi? 
—  Nie,  ani  trochę.  Jak  według  pana  wpłynie  na  Leishmana  ogłoszenie  wyroku?  Na  pewno 

zostanie skazany. 

— Najprawdopodobniej jakaś depresja. JednakŜe Leishman jest w znacznym stopniu stoikiem, 

zgodnie  z  wynikami  badań  przeprowadzonych  przez  psychiatrów  Dennis  po  prostu  przyjmie  to 
dokładnie tak jak on. 

— Długo to juŜ nie potrwa. 
— Nie Myślę, Ŝe w tym tygodniu zapadnie wyrok. 
— Niech mnie pan o wszystkim informuje. 
— Dobrze. 
Dick postanowił zabrać sekretarkę na obiad i zająć się innymi sprawami. Nie był zdziwiony, 

background image

gdy jakiś czas później Leishmana uznano winnym. Niepokoił go tylko wyrok. 

—  Nie  spodziewałem  się,  Ŝe  potraktują  tak  powaŜnie  aspekt  psychiatryczny  —  powiedział 

Winchellowi od razu, gdy się o tym dowiedział. 

— Ja natomiast tak. Zawsze istniała taka moŜliwość. Głównie to zasługa jego adwokata. Nie 

przejmowałbym się tym wszystkim aŜ tak bardzo. 

— Trzymają go w szpitalu stanowym w Las Vegas, jest więc nadal zbyt blisko Dennisa. Teraz 

kiedy rozpoczną terapię… Co będzie, jeśli zaczną podawać mu leki lub grzebać w jego umyśle? 
Nie podoba mi się to. 

Winchell milczał przez jakiś czas. Po chwili powiedział: — Rozumiem, co ma pan na myśli. Nie 

chciałem  mieszać  ani  Dennisa,  ani  nas  w  to  wszystko.  Teraz  jednak  powinniśmy  znaleźć  jakiś 
sposób, Ŝeby się dowiedzieć, jaki rodzaj leczenia planują dla Leishmana. Być moŜe nadal uda nam 
się pozostawać w cieniu. Spróbuję  zdziałać  coś  w szpitalu. JeŜeli nie, będziemy  musieli podjąć 
starania przez sąd. 

— W kaŜdym razie coś powinniśmy zrobić, i to szybko. Chłopiec i tak juŜ sporo przeszedł. 
— Słusznie. Zadzwonię do nich i dam panu znać, czego się dowiedziałem. 
—  Nadal  myślę,  Ŝe  powinniśmy  wyrwać  go  z  zasięgu  oddziaływania  Leishmana  i  na  tym 

poprzestać. 

Winchell zacisnął usta. 
— Niech to będzie ostatecznością — odparł. 
 
Wydawało mi się, Ŝe juŜ go wcześniej widziałem tego dnia, ale nie byłem pewien aŜ do późnego 

popołudnia, kiedy przechodził obok czytelni, gdzie siedziałem przewracając strony jakiejś ksiąŜki. 
Zastawił  przejście  wózkiem,  który  popychał;  wszedł  do  środka,  gwizdnął  cicho  i  mrugnął 
porozumiewawczo, gdy spojrzałem na niego. 

— Smith! — zawołałem. — Co…? 
PrzyłoŜył palec do ust, a następnie odwrócił się i z dolnej półki wózka wyciągnął pudło, które 

tak postawił obok krzesła, na którym siedziałem, Ŝe nie było widoczne z korytarza. 

— Nie ma sprawy — szepnął. — Pracowałem kiedyś w takich miejscach. Moje akta są czyste. 

Dostałem się tutaj prawie dwa tygodnie temu. Jak cię traktują? 

— Obserwacja i testy przez cały miesiąc — odparłem. — Co chcesz zrobić? 
Potarł czubek nosa i uśmiechnął się pokazując Ŝółte zęby. 
—  Wyciągniemy cię stąd. Wszystko przygotowane. Mam cały plan w głowie. Samochód juŜ 

czeka. 

— Jest jeszcze widno. MoŜe lepiej by było… 
—  Nie,  zaufaj  mi.  Wiem,  gdzie  są  wszyscy.  Spojrzałem  uwaŜnie  na  jego  drobną  sylwetkę, 

ciemne rozbiegane oczy, jasne włosy i zwinne palce. 

— Jesteś wystarczająco cwany — odrzekłem. — Dobra, co mam zrobić? 
— ZałóŜ na siebie ubrania z tego tobołka. Ja wyjdę na zewnątrz i stanę obok wózka. Gdyby ktoś 

nadchodził,  zagwiŜdŜę  i  znowu  je  szybko  zdejmiesz.  Wrócę  tu  z  pudłem  i  wrzucisz  do  niego 
wszystko, rozumiesz? 

Skinąłem głową i zacząłem rozpinać guziki koszuli. 
— Nie — przerwał mi. — WłóŜ je na swoje ubranie. To tylko zwykły uniform. 
Cofnął się do drzwi. 
— Jak tam ramię? 
— JuŜ lepiej. Co z Jerrym i Betty? 
— W porządku. Nikt ich z tobą nie skojarzył. 
Blokował drzwi majsterkując przy wózku. 

background image

— Hej! Tu w środku jest pistolet! 
— Cicho! Zatknij go za paskiem, pod fartuchem. Nigdy nic nie wiadomo. 
Sprawdziłem go; był naładowany. Schowałem go i ubrałem się. 
— Dobra — powiedziałem. 
— W takim razie wychodź. PomóŜ mi pchać ten wózek. 
Wyszedłem na korytarz i ukryłem się za wózkiem, blisko ściany. Zaczęliśmy pchać. 
— Dokąd? — zapytałem. 
— Do windy słuŜbowej, przez te drzwi na końcu korytarza. Mam klucz. 
Doszliśmy  do  drzwi;  otworzył  je.  Nikogo  w  polu  widzenia.  Otworzył  drzwi  windy  i 

wciągnęliśmy wózek. Nacisnął przycisk parteru. 

— Pójdę przodem — oznajmił. — Jeśli będzie się ktoś zbliŜał, szybko schowaj się za wózkiem. 
— Dobrze. 
Słuchałem szumu i skrzypienia, jakie towarzyszyły ruchowi windy. Z lewej strony dotarła do 

nas  fala  chłodnego  powietrza.  Byłem  nieco  oszołomiony.  Trudno  było  uwierzyć,  Ŝe  wszystko 
dzieje  się  szybko,  bez  Ŝadnego  uprzedzenia.  Chyba  tak  najlepiej.  Gdybym  miał  czas,  Ŝeby 
wszystko  przemyśleć,  pewnie  nie  poruszałbym  się  tak  naturalnie.  Chyba  nie  zmruŜyłbym  oka 
poprzedniej nocy. 

Winda zatrzymała się. Szybkim ruchem otworzył drzwi, wyjrzał na zewnątrz, skinął na mnie i 

szarpnął wózek. Szedłem za nim popychając. Znaleźliśmy się w słabo oświetlonym korytarzu, ale 
zza rogu z lewej strony dochodził blask. Tam zmierzaliśmy. Dał mi znak, Ŝebym zamienił się z nim 
miejscami. Minąłem go z lewej strony, nim znowu skręciliśmy w lewo. Znajdowała się tam rampa 
wychodząca  na  otwartą  przestrzeń  —  halę  załadunkową,  gdzie  dwóch  robotników  siedziało  na 
skrzyniach,  pijąc  kawę  i  paląc  papierosy.  Siedzący  bliŜej  nas  rzucił  okiem  w  naszą  stronę,  gdy 
pchaliśmy turkocząc wózek pod górę. Szybki Smith prawie całkowicie mnie zasłonił. 

— Cholera! — mruknął. — Zwykle idą gdzieś indziej podczas przerwy. 
Biała  furgonetka  z  czerwonym  napisem  „Simpson’s  Food”  na  boku  stała  zaparkowana  obok 

hali; tylna część była uchylona, a drzwi od strony kierowcy otwarte. Siedzący bokiem męŜczyzna 
w zielonym uniformie przeglądał jakieś papiery. Przy nim na desce rozdzielczej stał kubek, znad 
którego unosiła się para. Smith pomachał do niego, a tamten odpowiedział mu tym samym. Chwilę 
później obrócił się do przodu i zatrzasnął drzwi. Zaraz potem wylał kawę przez okno. 

Smith zwolnił. 
— Chciałem cię po prostu zamknąć z tyłu i pozwolić mu odjechać z tobą — wyszeptał. — Teraz 

nic z tego. Ci goście zorientowaliby się, Ŝe coś się dzieje. — Kiwnął głową w stronę robotników. 
— Będę musiał wymyślić coś innego. 

— Chyba nie mamy za wiele wyboru. 
Potrząsnął głową. 
—  Zatrzymamy  wózek,  kiedy  się  z  nimi  zrównamy  —  powiedział  spoglądając  w  dół,  na 

cięŜarówkę stojącą obok rampy. — Potem podejdziemy do nich. Wyjmij wtedy pistolet i kaŜ im 
wsiąść do cięŜarówki. 

— Dobra. 
Zatrzymaliśmy  wózek,  kiedy  byliśmy  blisko,  odwróciliśmy  się  i  ruszyliśmy  w  ich  stronę. 

Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu i oparłem rękę na kolbie pistoletu. 

— Cześć — powiedział Smith. — Właśnie się zastanawiałem… 
MęŜczyzna siedzący bliŜej zaczął się we mnie wpatrywać. Wyciągnąłem broń i wycelowałem. 
— …Zastanawiałem się, czy będziecie odgrywać bohaterów, czy po prostu chcecie Ŝyć. 
— To Leishman — powiedział jeden. 
— O BoŜe! — przeraził się drugi. 

background image

— No więc jak będzie? — zapytał Smith. 
— Co tylko chcecie — odparł szybko tamten. 
— W takim razie wsiadajcie do cięŜarówki, obaj. 
Wstali. Jeden z nich podniósł ręce do góry. 
— Opuść ręce — powiedziałem. — Nie rób więcej czegoś, co się tak rzuca w oczy. 
— Przepraszam. 
Opuścił ramiona. Skierowali się do cięŜarówki i wsiedli. Smith zeskoczył z rampy i podszedł do 

kierowcy, który bez przerwy się oglądał, z nieszczęśliwym wyrazem twarzy. 

Wsiadłem do samochodu za robotnikami. 
— Cofnijcie się do samego końca — powiedziałem. — I siadajcie na podłodze. 
Sam  usiadłem  na  wprost  nich.  Kilka  sekund  później  kierowca  uruchomił  silnik.  Usłyszałem 

jakiś hałas na zewnątrz, zza rogu wyszedł Smith i wspiął się do środka. 

—  Zaraz  przyjdzie  zamknąć  drzwi  —  powiedział  sadowiąc  się  z  mojej  prawej  strony  i 

wyciągając wygodnie nogi. 

Nad naszymi głowami zapaliło się światło. 
— Co z nami zrobicie? — odezwał się siedzący z lewej strony naprzeciwko mnie, młody niski 

facet o ciemnych włosach. 

—  Nic  —  odpowiedziałem  —  jeŜeli  nie  narobicie  nam  kłopotów.  Moglibyście  donieść,  Ŝe 

widzieliście kogoś, kto wyjeŜdŜał stąd cięŜarówką. Nie moŜemy do tego dopuścić. Zachowujcie 
się  odpowiednio,  nie  naróbcie  hałasu,  gdy  będziemy  wyjeŜdŜać,  a  zostawimy  was  gdzieś  na 
odludziu, gdy tylko się stąd wydostaniemy. Okay? 

— Cokolwiek kaŜecie — odparł. — Mam rodzinę. 
— Ja teŜ — dodał starszy, siedzący przy nim. — Zrobię wszystko, co chcecie. 
— W takim razie oprzyj się wygodnie i korzystaj z wycieczki — poradziłem. 
Nadszedł  kierowca.  Smith  przesunął  się  do  tyłu  i  szeptem  zamienił  z  nim  kilka  słów,  zanim 

tamten zamknął nas w środku. Chwilę później usłyszałem trzaśniecie drzwi i silnik ruszył. 

Smith pochylił się nade mną i szepnął: — Pozbędziemy się ich, zanim zmienimy samochody. 

Im mniej będą wiedzieli, tym lepiej. 

— Dobry pomysł. De to potrwa? 
—  Według  moich  obliczeń  około  dwudziestu  minut.  Zostawimy  ich  na  poboczu  po  jakiś 

piętnastu. 

— To wystarczy. 
Podświadomość  w  końcu  wzięła  górę  i  poczułem  nieodparte  pragnienie  chodzenia.  Dłonie 

zaczęły  mi  się  pocić,  więc  wytarłem  je  o  spodnie.  Śmieszne.  Nie  miałem  Ŝadnych  podobnych 
reakcji po tym, jak strzelałem w Santa Fe. Prawdopodobnie dlatego, Ŝe przygotowałem się z góry i 
dobrze się wcześniej zastanowiłem.  Teraz  jednak, bez przygotowania, byłem łatwym celem dla 
ogarniających mnie niepewności. 

Zatrzymaliśmy  się.  Brama  wjazdowa.  Usłyszałem  głosy,  ale  nie  mogłem  rozróŜnić  słów. 

Niebawem znowu jechaliśmy. 

— Mogę zapalić? — zapytał siedzący naprzeciwko męŜczyzna. 
— Proszę bardzo — odparłem. 
Patrzyłem, jak przypala. 
— Mógłbyś mnie poczęstować? 
— Jasne. — Podsunął paczkę. 
Wstałem z miejsca, podszedłem i wziąłem papierosa. 
— Masz ogień? 
Podał mi zapałki. 

background image

— Dzięki — odparłem zwracając mu je. 
Wróciłem na miejsce i usiadłem. 
— To było głupie — powiedział Smith. — Mogłeś wziąć ode mnie. 
— Nie wiedziałem, Ŝe palisz. 
— Nie miałeś okazji, Ŝeby się o tym dowiedzieć — odrzekł wyciągając jednego i zapalając. — 

Nie wiedziałem, Ŝe ty teŜ palisz. 

— Od lat nie palę. Teraz jednak zaryzykowałem szkodę ekologiczną dla dobra psychiki. Mam 

większe szansę, gdy jestem rozluźniony. Wszystko, co mogę teraz zrobić, Ŝeby się odpręŜyć, jest 
na wagę złota. Jeśli uda mi się uciec, będę mógł zrobić więcej dla Dzieci Ziemi… Ach! Jak dobrze! 

— Jesteś niesamowity — powiedział Smith. — Czasem odnoszę wraŜenie, Ŝe cały nasz ruch 

jest dla ciebie bardziej religią niŜ czymkolwiek innym. 

— Masz rację — odparłem. — Chyba tak jest istotnie. 
— Nie sądzisz, Ŝe to tylko marzenia? 
— Wystarczy satysfakcja. Ziemia jest jednocześnie moją nagrodą i troską. 
— Na rozprawie powiedzieli, Ŝe kiedyś byłeś leśniczym Nie wiedziałem o tym. 
Przytaknąłem. 
—  To co powiedział adwokat, jest  prawdą. Powodem  wszystkiego jest fakt, Ŝe postrzega się 

Ziemię i to co na niej występuje jako sprawy drugorzędne w interesach. 

Rozmawiałem o tym wielokrotnie z Dziećmi Ziemi w ostatnich latach. W końcu pewnego dnia 

powiedziałem sobie: Psiakrew! JeŜeli będziemy dla nich tak samo brutalni, jak oni są dla Ziemi, to 
moŜe  niektórzy  z  tych  wyzyskiwaczy  coś  zrozumieją,  zastanowią  się  dwa  razy…  Nie  wiem. 
Musiałem zrobić coś więcej oprócz pisania petycji. Mam czasem pewnego rodzaju… mistyczne 
odczucia, kiedy jestem na łonie przyrody. Czuję, Ŝe istnieje coś… jakaś siła, której słuŜę. Nie ma 
znaczenia, co to jest. NiewaŜne nawet, czy to w ogóle istnieje. Czasami dodaje mi otuchy wraŜenie, 
Ŝ

e jest ona przy mnie i sprzyja mi. To wystarczy. 

— Chyba długo mieszkałeś z dala od cywilizacji? 
— Tak, to prawda. 
Smith spojrzał na ludzi siedzących na wprost nas i zniŜył głos. 
— Dałbyś więc sobie radę z dala od miasta? 
— Tak. 
— MoŜe to nie byłby  taki zły  pomysł, do  czasu, aŜ się trochę uspokoi. Jest wiele miejsc, na 

przykład w Kanadzie, gdzie nigdy by cię nie znaleźli. 

— Myślałem o tym. A ty? Dlaczego jesteś w organizacji? 
—  Nie  mam  tak  wymyślnych  powodów  jak  ty.  Zazdroszczę  ci  ich,  ale  mnie  nic  dotąd  nie 

próbowało  dać  znaku  z  wysoka.  Nie,  chyba  jestem  po  prostu  zawodowym  malkontentem. 
Nienawidzę tego systemu z wielu powodów… Niektóre z nich są waŜne, inne pewnie mniej. Nie 
ma sensu ich wyliczać. Gdybym nie był z Dziećmi Ziemi, podkładałbym bomby dla kogoś innego. 
Nasza sprawa to chyba tylko nieco lepszy powód. Myślę, Ŝe masz pewnie więcej rozumu niŜ ja, 
nawet  jeśli  jest  w  tym  trochę  panteizmu…  Pracowałem  w  wielu  takich  miejscach  jak  to,  które 
właśnie  opuściliśmy,  więc  stykając  się  z  tyloma  chorobami  poduczyłem  się  trochę  Ŝargonu, 
sposobu myślenia. Czasami wydaje mi się, Ŝe wiele z tego pasuje do mnie. — Zaśmiał się. — Co 
drugi dzień natomiast jestem przekonany — kontynuował — Ŝe to świat jest obłąkany, a terapia 
równieŜ i mnie doprowadzi tylko do szaleństwa. 

Stłumiłem śmiech. Zgasiliśmy papierosy. Nasłuchiwałem przez chwilę odgłosów z zewnątrz, 

Ŝ

eby  się  zorientować,  gdzie  jesteśmy.  Nie  słyszałem  jednak  nic  poza  dźwiękami  silnika,  a  juŜ 

znacznie wcześniej przestałem liczyć zakręty. 

— Nigdy się nie dowiemy, jak im się udało znaleźć nas tak szybko — powiedział Smith. — 

background image

Podejrzewasz coś? 

— Nie. 
— Ale tym razem jesteśmy jeszcze bardziej ostroŜni. JeŜeli nie dostaną nas w ciągu pierwszej 

godziny, powinno się udać. 

Wróciłem myślami do tamtego dnia, do głosu, który chyba słyszałem. — Jesteś tam teraz? Czy 

taka jest twoja wola? — zastanawiałem się. Nie było jednak odpowiedzi. 

Po jakimś czasie zwolniliśmy i samochodem zdrowo zatrzęsło. Domyśliłem się, Ŝe zjechaliśmy 

z głównej drogi. Jechaliśmy tak przez kilka minut, w końcu się zatrzymaliśmy. 

Usłyszałem,  Ŝe  kierowca  wysiadł.  Po  chwili  pod  —  szedł  do  tylnych  drzwi  i  otworzył  je. 

Zobaczyłem, Ŝe jesteśmy na piaszczystej drodze, która kończy się u wylotu wąwozu. 

— No dobra, wy dwaj — wskazałem pistoletem — czas się poŜegnać. 
Robotnicy podnieśli się i przeszli na tył samochodu. Obserwowałem, jak schodzą na dół. 
Starszy  męŜczyzna  obejrzał  się.  Przez  chwilę  myślałem,  Ŝe  coś  powie,  ale  odwrócił  się  i 

pośpieszył za swoim towarzyszem. 

Kierowca uśmiechnął się szeroko, patrząc za nimi. 
— Ale para wystraszonych ludzików — powiedział. 
— Ile jeszcze do zmiany samochodu? Spojrzał na zegarek. 
— Pięć minut — odparł zatrzaskując drzwi. 
Myślę,  Ŝe  mniej  więcej  właśnie  tyle  czasu  upłynęło,  gdy  znowu  zahamowaliśmy. 

Wyskoczyliśmy z cięŜarówki i wsiedliśmy do samochodu osobowego zaparkowanego na poboczu: 
Smith i ja z tyłu, a facet z cięŜarówki obok naszego nowego kierowcy. 

Znaleźliśmy się z powrotem na drodze w przeciągu kilku sekund; w pobliŜu nie zauwaŜyliśmy 

Ŝ

adnego innego samochodu. Wokół nas rozciągała się otwarta przestrzeń i nie bardzo wiedziałem, 

gdzie jesteśmy, ale nie miało to dla mnie znaczenia. Jechaliśmy szybko. 

Kiedy minęliśmy Cornudo Hills i skręciliśmy na północny zachód, poczułem się bezpieczniej. 

Obliczyłem,  Ŝe  minęła  godzina,  odkąd  wyjechaliśmy  ze  szpitala.  Poczułem,  jak  napięcie  znika, 
mimo  Ŝe  zastanawiałem  się  jeszcze,  czy  moja  ucieczka  została  juŜ  zauwaŜona.  Nawet  jeśli  tak, 
ś

lady powoli juŜ ulegały zatarciu. Coraz więcej przejechanych kilometrów za nami, coraz więcej 

minęło czasu… 

Upłynęło kolejne pół godziny i uwierzyłem juŜ, Ŝe moŜe nam się udać. Wtedy właśnie kierowca 

dostrzegł policję. 

— Gliny za nami — oznajmił. — Nie jadą szybko ani nie włączyli syreny. MoŜe to po prostu 

patrol. 

— A moŜe i nie — odparł Smith, wychylając się i patrząc w górę. — Na niebie pusto — dodał. 

— Jednak to niczego nie dowodzi, skoro teren jest tak nieregularny. Pilot moŜe krąŜyć gdzieś w 
pobliŜu czekając na sygnał z samochodu. JeŜeli odkryli ucieczkę, patrole w całej okolicy są juŜ w 
gotowości, a śmigłowce będą regularnie przelatywać nad drogami. 

— Przyśpieszył trochę — powiedział kierowca. — Doganiają nas. Pryskamy? 
— Nie — odparłem. — Zwróciłoby tylko uwagę. MoŜe to zwykły patrol. 
Opuściłem szybę. 
— JeŜeli nas zatrzymają i znajdą pistolet — zauwaŜył Smith — zainteresują się nami bardziej i 

na pewno cię rozpoznają. 

— Wiem — odrzekłem. 
— ZbliŜają się — powiedział kierowca. 
— Widać jakąś broń? — zapytałem. 
— Nie. Ale to niczego nie dowodzi. Pod moim siedzeniem teŜ jest pistolet. Ktoś go chce? 
— Podaj go tutaj — poprosił Smith. — Między siedzeniami, nie górą, mogliby zobaczyć. 

background image

Kierowca pochylił się i po chwili wyprostował. Smith wziął broń z jego ręki. 
— Zjechali na bok, Ŝeby nas wyprzedzić. MoŜe po prostu pojadą dalej. 
Kilka sekund później usłyszałem syrenę. 
Odwróciłem się. Byli tuŜ obok nas. Teraz nie ma juŜ nic do stracenia. Wystrzeliłem dwa razy w 

prawą przednią oponę i trafiłem. 

— Jazda! — krzyknąłem. Przyśpieszyliśmy. Za nami padły strzały i kula stłukła tylną szybę, 

Smith i ja zdąŜyliśmy się pochylić. Nikt nie został ranny. 

Kiedy  zaraz  potem  obejrzałem  się,  radiowóz  stał  na  poboczu.  Wzgórze,  zakręt  i  policjanci 

zniknęli nam z oczu. 

— Łączą się juŜ przez radio — powiedział mój poprzedni kierowca. 
— Na pewno — odparł obecny. — JuŜ niedługo wyśledzą nas z powietrza. Jakieś propozycje? 
— Nie wiemy, jak daleko jest najbliŜszy śmigłowiec — powiedział Smith. — MoŜe być kilka 

minut lotu stąd. 

— To co robimy? Czy złapią nas teraz, czy za kilka minut, co za róŜnica? 
—  No  to  jedziemy  dalej.  Nie  ma  sensu  próbować  się  ukryć,  skoro  wiedzą,  Ŝe  tu  jesteśmy. 

Zablokują  po prostu drogi, sprowadzą wielu ludzi i rozpoczną przeszukiwanie. Jedź, dopóki  go 
rzeczywiście nie zobaczymy. 

— Wtedy będzie za późno. 
—  MoŜe  nie.  Jest  nas  tu  czterech.  Nie  zorientują  się  z  powietrza,  kto  jest  kim.  Kiedy  go 

zobaczymy, zjedziesz na pobocze. Jeden z nas wyskoczy i zacznie uciekać. Reszta pojedzie dalej. 
Co zrobią? 

— Nie wiem. MoŜe zaczną ścigać uciekającego i wezwą następny śmigłowiec. 
—  Świetnie.  Nie  mogą  mieć  drugiego  w  pobliŜu.  Zyskamy  na  czasie.  ZbliŜą  się  znowu,  to 

wyrzucimy następnego. To powinno wystarczyć, Ŝeby tobie i Roderickowi się udało. JeŜeli nie, 
wypuścisz go i dalej pojedziesz sam. Mogą przypuszczać, Ŝe to on prowadzi. Rod, wygląda na to, 
Ŝ

e juŜ niedługo będziesz miał szansę Ŝyć na łonie natury. 

— MoŜliwe — odparłem. 
— Kto skacze pierwszy? — zapytał drugi kierowca. 
— Co mi tam — powiedział Smith. — Jest do tego więcej amunicji? 
— Tak, prawie pełne pudełko. 
— Podaj do tyłu. Wziął pudełko. 
— Poczekaj chwilę — powiedział nasz pierwszy kierowca. — Ja pójdę pierwszy. JeŜeli masz 

zamiar  wystrzelać  w  nich  to  wszystko,  nie  chcę  być  drugi  —  uzbrojony  czy  nie.  Nie  miałbym 
Ŝ

adnych  szans.  Wypuść  mnie  pierwszego,  a  dam  im  pobiegać.  Potem,  kiedy  przyjdzie  kolej  na 

ciebie, rób co chcesz. 

— Dobra, zgadzam się. 
— Kaliber .38? — zapytałem. 
— Owszem. 
— Daj mi z dziesięć — powiedziałem. 
— Jasne. 
Wyciągnął garść i podał mi. Wsypałem je do kieszeni. 
Smith znowu spojrzał w niebo. 
— Jeszcze nic nie widać — powiedział. — Ciekawe, jak nas znaleźli tak szybko? Myślisz, Ŝe 

zwinęli tych dwóch roboli? A moŜe po prostu mieli szczęście? 

Wzruszyłem ramionami. 
— Teraz to juŜ nie ma większego znaczenia — stwierdziłem. 
— Racja. 

background image

Przejechaliśmy  kilkanaście  kilometrów  i  znowu  prawie  zacząłem  wierzyć,  Ŝe  nam  się  uda, 

kiedy Smith dostrzegł śmigłowiec krąŜący nad czubkami drzew, schodzący niŜej, zbliŜający się. 

— No dobra. Oto i on — powiedział. — Zjedź na bok. 
Zatrzymaliśmy się i drugi kierowca wygramolił się na zewnątrz. 
— Powodzenia — rzuciłem. 
— Dzięki. 
Skoczył w bok, poślizgnął się i zjechał w dół zboczem przy drodze. 
— Jak on się w ogóle nazywał? — zapytałem, kiedy znowu ruszyliśmy. 
— Bob — odparł Smith. — To wszystko, co o nim wiem. 
Pilot śmigłowca chyba początkowo nie mógł się zdecydować. Podniósł maszynę wyŜej, i zaczął 

krąŜyć. Na nowej wysokości mógł zapewne widzieć Boba i nas jednocześnie. 

— Obserwuje nas, póki nie dostanie innych rozkazów — powiedział Smith. — ZałoŜę się, Ŝe 

kaŜą mu ścigać Boba. 

— Nasza najbliŜsza przesiadka nie jest chyba zbyt blisko? — zapytałem. 
— Przykro mi — powiedział kierowca. — TeŜ bym chciał, Ŝeby jednak była. Słuchaj, wiedzą 

teraz,  gdzie jesteśmy. Jeśli będziemy tak się wlec, na pewno nas zapuszkują. A  moŜe skręcę w 
jakąś boczną drogę? Co prawda nie znam ich za dobrze. A moŜe któryś z was lepiej się orientuje? 

— Nie. 
— Ja teŜ nie. 
— No to jak? 
— Niech będzie — powiedziałem. — Tylko wybierz jakąś dobrą. 
Nie  było  jednak  Ŝadnych  odpowiednich  bocznych  dróg  przez  następne  osiem  czy  dziesięć 

kilometrów.  Śmigłowiec,  tak  jak  przewidział  Smith,  zszedł  niŜej  i  zniknął  nam  z  oczu. 
Pomyślałem, Ŝe samochody z Taos jadą juŜ pewnie z przeciwnej strony. 

— Najlepiej skręć w pierwszą lepszą. Skinął głową. 
— Chyba juŜ ją widzę. 
Zwolnił, kiedy się zbliŜyliśmy. Prowadziła w dół w prawo. Miała utwardzoną nawierzchnię, ale 

czas odcisnął juŜ na niej swe piętno. 

Musieliśmy zwolnić, ale po przejechaniu pierwszego kilometra odetchnąłem z ulgą. Droga ani 

się nie skończyła, ani nie pogorszyła. Nie było nikogo w zasięgu wzroku. 

Słońce  miało  jeszcze  długą  drogę  na  niebie  do  przebycia.  Na  piechotę,  po  zapadnięciu 

ciemności, moje szansę na uratowanie byłyby większe. 

— Nie masz w samochodzie butelki z wodą? Kierowca zachichotał. 
— Niestety, nie — odrzekł. — Myślałem, Ŝe będę tylko robił za taksówkę. 
— Zatrzymaj się przy tych drzewach naprzeciwko i wysadź mnie — powiedziałem. 
— Dobra. 
— Tego nie było w planie — przerwał Smith. 
— Nie, ale tak będzie lepiej — odparłem. — JeŜeli nie złapią mnie do wieczora, zajdę daleko w 

ciągu nocy. 

Dojechaliśmy do drzew i zatrzymaliśmy się. 
— Do zobaczenia — rzuciłem. 
Wysiadłem  i  zacząłem  się  oddalać.  Kierowca  zawołał  coś  za  mną.  Zabrzmiało  to  jak 

„Powodzenia”. 

Po kilku minutach, kiedy odszedłem na pewną odległość, usłyszałem śmigłowiec. Zamarłem na 

chwilę pod drzewem, na ziemi, w bezruchu. Nawet nie spojrzałem w górę. Czekałem tylko, Ŝeby 
przeleciał. 

Ale nie zrobił tego. 

background image

Hałas silników narastał, zamiast się oddalać. W końcu spojrzałem w górę. Śmigłowiec krąŜył 

nade mną. 

Cholera!  Dlaczego?  Nie  było  go  widać,  kiedy  wysiadałem.  Powinien  szukać  samochodu. 

Chyba,  Ŝe…  Wyplułem  ziemię,  która  dostała  mi  się  do  ust.  Chyba  Ŝe  mają  jakiś  detektor  istot 
Ŝ

ywych  —  wykrywacz  podczerwieni  czy  czujniki  reagujące  na  ciepło  —  i  trafili  na  mnie 

przeszukując teren. 

Tak, właśnie tak musiało być. Śmigłowiec obniŜył lot. 
Schodził do lądowania paręset metrów dalej z prawej strony. Kiedy tylko zniknął za drzewami, 

juŜ byłem na nogach i biegłem w przeciwnym kierunku. Nie był to duŜy las, ale kiedy wybiegłem 
na  otwartą  przestrzeń,  zobaczyłem  następny  po  drugiej  stronie  zbocza  pokrytego  kamieniami, 
między  którymi  rósł  oset.  Pobiegłem  tam.  Zabrakło  mi  tchu  szybciej,  niŜ  się  spodziewałem. 
Pomimo codziennej gimnastyki miesiące spędzone w niewoli osłabiły mnie. 

Zmusiłem się jednak do wysiłku. CięŜko oddychając biegłem dalej i nie oglądałem się. Zanim 

dobiegłem do drzew, usłyszałem ostrzeŜenie wykrzyknięte przez megafon: — Zatrzymaj się! Tu 
policja! 

Nie zwolniłem. 
— Jesteś otoczony! Będziemy strzelać! Stój! 
Najpierw  powinien  paść  strzał  ostrzegawczy,  pomyślałem,  a  następny  nie  moŜe  być  dość 

dokładny. Byłem oszołomiony i zaczynały boleć mnie uda, wcale jednak nie miałem zamiaru się 
zatrzymać. 

Usłyszałem pierwszy strzał. 
— To było ostrzeŜenie! Stój! 
Po nim nastąpiły kolejne i odbiły się rykoszetem od drzew tuŜ obok mnie. Zdałem sobie sprawę, 

Ŝ

e  nie  uda  mi  się  dobiec  do  lasku.  Potknąłem  się,  prawie  tracąc  przytomność  z  wyczerpania. 

Niedaleko były jednak skały… 

Coraz więcej strzałów… 
Zanurkowałem między kamienie i upadłem na ziemię, z trudem chwytając powietrze. 
Czekałem na następne wezwanie, ale nic się nie zdarzyło. Strzelanina trwała, kule jednak nie 

trafiały blisko mnie. Wyjrzałem z drugiej strony głazu. 

LeŜało tam czterech policjantów; trzech z nich skierowanych twarzą w dół ostrzeliwało lasek, z 

którego właśnie uciekłem. Czwarty spoczywał w nienaturalnej pozycji rozciągnięty na plecach. 

Oddychałem cięŜko, dopóki nie zebrałem myśli. Zacząłem analizować sytuację. Bardzo szybko 

zorientowałem się, Ŝe ktoś odpowiada policjantom ogniem. Kto…? 

Oczywiście — Smith. To musiał być on. Zaczekał, aŜ zniknę mu z oczu i pośpieszył za mną, 

głupi osioł. Teraz próbował odciągnąć ich ode mnie, Ŝeby dać mi trochę czasu. Tylko Ŝe pewnie da 
się zabić przez swoją cholerną głupotę. Moja ucieczka nie była warta jego Ŝycia. Mogłem równie 
dobrze wrócić teraz i odsiedzieć trochę czasu zamiast patrzeć, jak go zabijają. Byłbym przecieŜ 
Ŝ

ywy. Mógłbym wyjść pewnego dnia… 

Słuchając  oddalających  się  i  zbliŜających  strzałów  domyśliłem  się,  Ŝe  krąŜy  po  lesie.  Kiedy 

obserwowałem  skraj  lasu,  próbując  się  zorientować,  gdzie  jest,  kolejny  policjant  szarpnął  się  i 
zamarł w bezruchu. 

Zostało jeszcze dwóch… Nigdy im się nie uda wziąć go Ŝywcem. Walka będzie się toczyć do 

końca, a koniec mógł być tylko jeden. I to juŜ niedługo. Chyba nie zostało mu wiele amunicji. 

Pistolet sam znalazł się w mojej dłoni. śaden z policjantów nie patrzył w moją stronę. Musieli 

przyjąć, Ŝe dalej uciekałem, kiedy Smith się włączył. Podniosłem się nisko pochylony i pobiegłem 
w ich kierunku, gotów rzucić się na ziemię, gdyby któryś z nich nagle się odwrócił. Bez przerwy 
sobie powtarzałem, Ŝe to właściwie Ŝadne ryzyko. Blisko miejsca, gdzie leŜeli, było więcej skał. 

background image

Gdyby udało mi się dotrzeć aŜ tam, wzięlibyśmy ich w ogień krzyŜowy i nie potrzebowalibyśmy 
duŜo  czasu,  Ŝeby  skończyć  sprawę.  Kiedy  się  zbliŜyłem,  ogień  dochodzący  z  lasu  ustał.  Smith 
musiał  mnie  zobaczyć  i  nie  chciał  ryzykować  trafienia  mnie  zabłąkaną  kulą.  Bardzo  dobrze. 
Przebiegłem juŜ połowę drogi… 

Chyba  początkowo  myśleli,  Ŝe  go  trafili.  Mnie  teŜ  przyszło  to  do  głowy.  Mimo  wszystko 

okoliczności,  w  jakich  się  zbliŜałem,  pozwalały  sądzić,  Ŝe  tamta  pierwsza  myśl  była  bardziej 
prawdopodobna. Policjanci pozostali na swoich pozycjach i wstrzymali ogień, być moŜe oczekując 
jakiegoś  podstępu,  który miałby ich odsłonić. Nadal biegłem. JuŜ prawie  ich miałem w zasięgu 
strzału. 

Zgubiła  mnie  chyba  cisza  panująca  wokoło.  MęŜczyzna  z  prawej  strony  musiał  wychwycić 

jakiś szmer, kiedy się zbliŜałem. Odwrócił głowę i spojrzał do tyłu. 

Instynktownie rzuciłem się do przodu, zablokowałem ręce w łokciach, podparłem prawą dłoń 

lewą i wystrzeliłem. 

ZdąŜył się w tym czasie odwrócić i pochylić strzelbę. Jeśli go szybko nie trafię… 
Po trzecim strzale zwalił się na ziemię, puszczając jeszcze ostatnią kulę w powietrze. 
I nagle poczułem rozdzierający ból w piersi, i upadłem do przodu, oddając ostatni, ślepy strzał 

w  kierunku  drugiego  policjanta,  tuŜ  zanim  moja  głowa  uderzyła  o  ziemię.  W  ustach  poczułem 
smak ziemi i krwi. 

Potem  nastąpiło  więcej  strzałów.  Dźwięki  dochodziły  do  mnie  jak  z  oddali.  Wszystko 

wydawało  się  tak  odległe.  Z  trudem  uniosłem  głowę  i  oparłem  ją  na  pięściach.  Jak  poprzez 
zwęŜający się tunel zobaczyłem, Ŝe jakiś człowiek wypadł z lasu strzelając. Był to Smith. Ostatni 
policjant  podniósł  się  na  jedno  kolano,  odwrócił  się  w  stronę  lasu  i  odpowiedział  ogniem. 
Widziałem, jak się przewraca, a Smith nadal się zbliŜa. 

Znowu upadłem i ogarnęła mnie ciemność. Czy o to chodziło? Kilka dodatkowych miesięcy, 

które zyskałem… Czemu słuŜyły? Mogło się to równie dobrze stać tamtego ranka w Santa Fe… 
Ale  proces,  rozgłos…  Tak.  Głos,  który  kiedyś  usłyszałem…  Kiedy  byłem  na  wpół  pijany,  tak 
późno… Czy rzeczywiście? To chyba nie ma znaczenia, Stara Matko… W Twoje… Przepraszam 
za tego ostatniego papierosa. Ja… Jesteś tam? Czy to naprawdę…? 

— Nigdy cię nie opuściłam. To dobrze… 
— Chodź do mnie. 
Ja… 
 
Dennis  Guise  znowu  zapadł  w  katatonię.  LeŜał  na  łóŜku  i  wpatrywał  się  w  przestrzeń. 

Zanieczyszczał  się  i  trzeba  go  było  przebierać  jak  dziecko.  Kiedy  Lydia  wkładała  mu  do  ust 
jedzenie, przeŜuwał je i połykał machinalnie, nie dając Ŝadnego znaku, Ŝe jest świadomy tego, co 
robi. Przestał mówić, czasem tylko mamrotał coś do siebie w nocy, podczas snu. Nie wstawał teŜ z 
łóŜka. 

Mimo wszystko Lydia twierdziła, Ŝe nastąpiła poprawa, Ŝe duŜo skorzystał z kontaktu z zabitym 

zamachowcem  Roderickiem  Leishmanem,  Ŝe  chłopiec  posiadał  zamknięte  w  podświadomości 
wszystkie niezbędne elementy osobowości, którą będzie mógł pewnego dnia rozwinąć. Impulsem 
bowiem miała stać się śmierć, której był świadkiem. 

Minął miesiąc. A potem jeszcze tydzień. 
Pewnego chłodnego wtorkowego ranka Vicki wstała z łóŜka i poszła do kuchni. Zobac2yła, Ŝe 

kawa  jest  juŜ  gotowa.  Stała  na  stole  kuchennym  po  prawej  stronie  jej  syna,  który  całkowicie 
ubrany, siedział paląc papierosa i czytając gazetę. 

— Cholerni niszczyciele — mamrotał. — Znowu to samo! 
Spojrzał w górę na nią. Trzepnął gazetą o stół, podniósł ją i zamachał przed oczami Vicki. 

background image

—  Zobacz,  do  czego  ta  cholerna  hałastra  z  południa  jest  zdolna  —  powiedział.  — 

Zanieczyszczać ocean! MoŜna by pomyśleć, Ŝe chcą, aby ich własne rybołówstwo… 

Vicki wydała z siebie urywany krzyk, odwróciła się i uciekła. 
Chwilę później Lydia w zielono–pomarańczowej podomce weszła do kuchni i teŜ przygotowała 

sobie  kawę.  Wieczorem,  po  skierowaniu  uspokajających  impulsów  do  ośrodków  snu  Dennisa 
zostawiła go chrapiącego w swoim pokoju i wyszła spojrzeć na gwiazdy. 

Myśli Vicki pośpieszyły za nią, ale przez kilka minut nie udało się nawiązać kontaktu. W końcu 

Lydia wróciła do domu. 

— Właśnie miałam przygotować sobie drinka — powiedziała Vicki. — Zrobić ci teŜ? 
— Poproszę. Trochę szkockiej z lodem. 
—  Oczywiście  znowu  to  zrobił  —  zaczęła.  —  Znalazł  nową  osobowość,  która  go  całkiem 

pochłonęła.  Tym  razem  jest  to  człowiek  znany  jako  Smith,  Szybki  Smith,  współpracownik 
Leishmana. Był z nim chyba aŜ do końca… 

— Powinniśmy znowu powiadomić władze? 
—  Nie.  To  by  niczego  nie  dało.  Sprawa  jest  zamknięta.  Znaleziono  Leishmana  i  czterech 

policjantów, zabitych w wyniku strzelaniny. Było, minęło. To prawda, ten człowiek znał go. Ale co 
z tego? To nie przestępstwo. Dajmy spokój. Poza tym i tak nie wiem, gdzie on jest. Trudniej jest 
dostać  się  do  jego  umysłu  niŜ  do  umysłu  Leishmana.  Mamy  do  czynienia  z  aspektem 
psychotycznym,  ale  to  nie  ma  aŜ  takiego  znaczenia.  Wiem  tylko,  Ŝe  jest  daleko  stąd  i  nie  ma 
Ŝ

adnych złych zamiarów. Dennis musiał na niego trafić w trakcie poprzedniego kontaktu, tuŜ przed 

końcem, i dopiero teraz na tyle wydobrzał, Ŝeby podjąć to połączenie. 

— Do czego to doprowadzi? 
—  Obawiam się,  Ŝe  do  niczego. Jestem pewna,  Ŝe zebrało się dość  materiału wewnątrz jego 

mózgu,  abym  mogła  dalej  budować  strukturę,  o  której  mówiłam.  Jednak  obecne  połączenie  to 
uniemoŜliwia. Dopóki przeszkadza nowa osobowość, nie mogę się do tego zabrać. Nie chciałabym 
teŜ próbować na nowo, skoro występuje jeszcze jej wpływ. 

— Co więc powinniśmy zrobić? 
Lydia podniosła szklankę, napiła się i odstawiła ją. 
— Spędziłam cały dzień szukając klucza — powiedziała. — I kiedy nareszcie znalazłam, nie 

miałam dość siły, aby go przekręcić. Wierzę, Ŝe mogę przerwać to nowe połączenie. 

— Jak? 
—  Przede  wszystkim  blokując  go  na  chwilę.  Sądzę,  Ŝe  jeśli  go  teraz  zatrzymam,  znowu  się 

wycofa. 

— Nie stanie mu się nic złego? 
—  Nie.  Wróci  po  prostu  do  poprzedniego  stanu  i  będę  mogła  dalej  z  nim  pracować.  Nie 

zrobiłam tego dzisiaj tylko dlatego, Ŝe wymagało to więcej sił witalnych, niŜ mogłam zgromadzić 
do czasu, kiedy dowiedziałam się, jak to zrobić. Nigdy dotąd nie miałam do czynienia z telepatą o 
takiej mocy. 

— Czy nie jest jednak moŜliwe, Ŝe po tym, jak przestaniesz na niego oddziaływać, wróci dawne 

połączenie? 

— Nie sądzę. W kaŜdym razie nie natychmiast. Zwróć uwagę, jak długo po śmierci Leishmana 

nie nawiązał Ŝadnego kontaktu. 

— Racja. Kiedy chcesz spróbować? 
— Jutro, jeŜeli będę na siłach. A czuję, Ŝe tak. 
— MoŜe chcesz najpierw porozmawiać z doktorem Winchellem? 
—  Raczej  nie.  To  moja  specjalizacja,  nie  jego.  I  tak  pozostawiłby  mi  decyzję,  a  skoro  juŜ 

postanowiłam, konsultacja byłaby zbyteczna. 

background image

— Zgoda. Chyba powinniśmy zawiadomić Dicka? 
—  Jeszcze  nie.  Nie  jest  to  właściwie  moment  przełomowy,  choć  tak  się  wydaje.  To  tylko 

powtórzenie  wcześniejszych  działań.  Po  co  go  niepokoić,  skoro  nie  mamy  mu  nic  istotnego  do 
przekazania? 

Vicki skinęła głową. Wypiły do końca i zaczęły rozmawiać o innych sprawach. 
Następnego  dnia,  pomimo  pewnych  trudności,  Lydii  udało  się  przerwać  kontakt  Dennisa  z 

człowiekiem o nazwisku Smith. Tak jak przewidywała, Dennis po raz kolejny zapadł w katatonię. 
Teraz jednak więcej mruczał przez sen i czasami odbywał spacery lunatyczne. Vicki zobaczyła go 
raz, jak przechodził obok drzwi jej pokoju. Poszła za nim, a on usiadł na ławce i zaczął wpatrywać 
się w księŜyc. Gdy odprowadzała go do łóŜka, nie obudził się, a jej wydawało się, Ŝe kiedy szli, 
szepnął „Mamo”. 

Po dwóch tygodniach był kierowcą cięŜarówki, nazywał się Ingalls i jechał w kierunku El Paso. 

Lydia  natychmiast  przerwała  kontakt  i  kontynuowała  terapię.  Mruczał  teraz  czasami  oderwane 
zdania. Prawie co noc chodził we śnie, nigdy jednak nie wyszedł poza dziedziniec. 

Tydzień później był pilotem na trasie do Los Angeles. Lydia przerwała połączenie i usiłowała 

skierować jego uwagę na sprawy dotyczące jego samego. 

Po czterech dniach był inŜynierem górniczym w Montanie. Lydia przerwała kontakt i zaczęła 

zabierać  go  na  spacery,  gdyŜ  mogła  juŜ  teraz  stymulować  ośrodki  ruchu  w  jego  mózgu,  które 
najwyraźniej rozwinęły się podczas róŜnych kontaktów. Nadal jednak przypominało to lunatyzm, 
gdyŜ chłopiec nie potrafił się na niczym skupić przez cały czas trwania spaceru. 

Trzy dni później był członkiem załogi na statku towarowym gdzieś na południe od Hawajów. 

Lydia przerwała kontakt i zaczęła puszczać mu muzykę. 

Po  dwóch  dniach  był  studentem  pierwszego  roku,  słuchającym  wykładu  na  duŜym 

uniwersytecie na wschodzie. Lydia przerwała połączenie i uśpiła go. 

Następnego dnia był austriackim alpinistą gdzieś w Alpach. Lydia przerwała kontakt i zabrała 

go na spacer. Kiedy szli wzgórzem na wschód, zaczął do niej mówić po rosyjsku. Odpowiedziała 
mu w tym języku, przerwała połączenie i zabrała go do domu. 

Później, tego samego wieczora, był synem farmera w północnych Indiach. Wszedł do kuchni i 

zaczął jeść. Lydia rozmawiała z nim łagodnie przez jakiś czas, mową pełną spółgłosek wargowych, 
następnie delikatnie przerwała połączenie. Zaprowadziła go do pokoju i spowodowała, Ŝe zasnął. 

Nalała  sobie  szkockiej  Dicka  i  usiadła  na  podłodze  przed  kominkiem,  bez  butów,  z 

rozpuszczonymi włosami, wpatrując się melancholijnie w płomienie. 

— O co chodzi? — zapytała Vicki, podchodząc z tyłu, dotykając jej. 
— Dopiero zaczyna czuć, do czego jest zdolny — powiedziała Lydia. — Na przykład sięgnąć 

myślami  dokądkolwiek  na  świecie,  przejąć  czyjeś  myśli  z  całkowitym  pochłonięciem…  To  dla 
niego  przyjemność  zastępcza,  a  jednocześnie  jest  to  łatwiejsze  niŜ  rozwinięcie  własnej 
osobowości. Dopóki jest przy tym… wykorzystywaniu… terapia pozostaje w martwym punkcie. 

— Co zamierzasz zrobić? 
Lydia przełknęła drinka, odwróciła się i zaczęła się wpatrywać w płomienie. W końcu odezwała 

się: — Nie wiem. Rozumiesz, za kaŜdym razem jest mi coraz trudniej, teraz gdy zaczyna być coraz 
bardziej świadomy swej mocy. Udawało mi się za kaŜdym razem zablokować go dzięki technice, a 
nie sile. Ale dzisiaj po raz pierwszy stawiał lekki opór. Nie wiem, jak długo to potrwa, zanim stanie 
się aktywny. Jeśli do tego dojdzie, nie będę w stanie dłuŜej go blokować. 

— I co wtedy? 
— MoŜe wcale się tak nie stanie. MoŜe poskutkuje sugestia. JeŜeli nie… Wtedy chyba będę mu 

—  siała  spróbować  innej  techniki.  Powiedzmy,  uczynić  go  nieświadomym  i  zablokować 
natychmiast, gdy zacznie wracać do siebie. To moŜe okazać się skuteczne… 

background image

— A jeŜeli nie…? 
— Chyba juŜ niedługo się przekonamy — odparła Lydia. 
Tej  nocy  Denni  s  poszedł  na  dziedziniec  i  zaczął  śpiewać  po  włosku.  Lydia  przemówiła  do 

niego w tym języku, odprowadziła go do pokoju, uśpiła i ponowiła sugestię, którą wszczepiła juŜ 
wcześniej. Rano, kiedy jeszcze było chłodno, wzięła go na spacer. Pokazała mu wschód słońca i 
rozmawiała z nim. Wrócili do domu, gdzie go nakarmiła i znowu puszczała mu muzykę. 

Po południu Dennis przyjął osobowość japońskiego policjanta. Gawędziła z nim śpiewnie przez 

około  dwadzieścia  minut,  po  czym  nałoŜyła  blok,  który  miał  przerwać  połączenie.  Tym  razem 
Dennis stawiał znacznie silniejszy opór. Udało się jej przerwać połączenie i spróbowała wzmocnić 
sugestię. Wyszła i zawołała Vicki na herbatę. 

— To nic nie daje — powiedziała. — A jego opór na blokowanie wzrósł. JuŜ niedługo nie będę 

w stanie nad nim zapanować. Chyba nie poddaje się sugestii. Następnym razem spróbuję podczas 
snu. Czuję jednak, Ŝe nauczy się takŜe i temu przeciwstawiać. 

— Czy pomogłoby, gdyby doktor Winchell przepisał jakieś leki? MoŜe środki uspokajające? 

Coś, aby go przyhamować, spowodować, Ŝe byłoby łatwiej go kontrolować? 

Lydia potrząsnęła głową. 
— Oszołomienie go mogłoby wpłynąć negatywnie na terapię. 
— Ale co innego moŜemy zrobić? 
— Nie wiem. Nie przewidziałam takiego rozwoju sytuacji. 
— A gdybyśmy znowu się przeprowadzili, gdzieś poza zasięg…? 
— Potrafi teraz sięgnąć do kaŜdego punktu na Ziemi. W ten sposób nie da rady uciec. 
— Spróbuję się skontaktowć z Dickiem… A potem z doktorem Winchellem. 
Lydia przytaknęła. 
— Masz rację. 
 
Tak się złoŜyło, Ŝe obecna kochanka Dicka była rzecznikiem prasowym Bazy KsięŜycowej II. 

Tego popołudnia, kiedy Dick siedział w jej apartamencie popijając drinka i spoglądając na rzekę 
Potomac, przekazał jej najświeŜsze nowiny o stanie zdrowia swojego syna. 

— Czy stwierdzono jakąś prawidłowość? — zapytała. — Jakąś cechę wspólną dla wszystkich 

umysłów, które zajmował? 

— Tak — odparł. — Pomyślałem, Ŝeby zapytać o to Lydię, i wyjaśniła mi, Ŝe wszyscy mieli w 

pewnym  sensie  fioła  na  punkcie  ekologii.  Niekoniecznie  Dzieci  Ziemi,  ale  w  ogóle  osoby 
zajmujące się środowiskiem, reformatorzy, czynni lub bierni. 

— Interesujące — zauwaŜyła. — A gdyby nie mógł znaleźć Ŝadnego, co by zrobił? 
Dick wzruszył ramionami. 
— Kto to moŜe wiedzieć, Sue? MoŜe zapadłby w katatonię po raz kolejny albo skupił się na 

kimś innym? Nie da rady przewidzieć. 

Podeszła do niego i zaczęła mu masować ramiona. 
—  W  takim  razie  musisz  go  wyprowadzić  spoza  jego  zasięgu  —  powiedziała  —  do  takiego 

miejsca, gdzie jest bardzo mało ludzi i gdzie mają oni zbyt mało czasu, Ŝeby zajmować się tymi 
problemami z równym zaangaŜowaniem. 

Dick zaśmiał się. 
— Nic nie rozumiesz — powiedział. — On moŜe sięgnąć dokądkolwiek na świecie. Oto on: 

największy Ŝyjący telepata, i to właśnie jego zdolności go załatwiają. A oto ja: ojciec największego 
Ŝ

yjącego telepaty. Mogę zapewnić mu wszystko — wszystko oprócz pstryczka, który odetnie go 

od świata na wystarczająco długo, Ŝeby doprowadzić go do porządku. 

— KsięŜyc — przerwała — jest około czterystu tysięcy kilometrów stąd. 

background image

Odwrócił się i spojrzał jej w oczy. Zaczął się uśmiechać, ale wkrótce potrząsnął głową. 
— To by nic nie dało — powiedział. — Nie ma sposobu… 
—  Są  tam  dwa  szpitale  —  przerwała  mu.  —  Znam  wszystkich  ludzi,  którzy  mają  tu  coś  do 

powiedzenia. Jesteś osobą znaczącą. Powiem ci, za które sznurki trzeba pociągnąć. 

— Skąd mamy wiedzieć, czy to coś da? 
— A jakie jest inne wyjście? Twoja terapeutka przyznaje, Ŝe nie moŜe go dłuŜej kontrolować. 

Wyślij  go  na  KsięŜyc.  Wpływ  będzie  tam  bardzo  mały.  Niech  zespół  psychiatryczny  tamtego 
szpitala spróbuje coś zdziałać. 

Dick wziął głęboki łyk i zamknął oczy. 
— Zastanowię się — powiedział. 
Przeszła na drugą stronę i usiadła w fotelu na wprost niego. Pochylił się do przodu i chwycił ją 

za ręce. 

— Czytasz moje myśli? — zapytała w końcu. 
— Nie, a powinienem? 
— Chyba nie musisz. 
Uśmiechnął się i wstał. Ona teŜ się podniosła. 
— Masz pełno dobrych pomysłów — powiedział. — Chyba wypróbuję oba. 

background image

C

ZĘSC TRZECIA

 

 
Szpital  znajdował  się  w  małym  kraterze  na  południowej  półkuli  KsięŜyca.  Krater  ten  — 

wyczyszczony,  zabudowany,  otoczony  kopułą,  klimatyzowany,  zasilany  energią  atomową, 
zaopatrzony  w  fontanny,  stawy  i  drzewa,  pomalowany,  umeblowany  i  wypełniony  drobnymi 
hałasami Ŝycia — stanowił dom dla wielu bogatych ludzi cierpiących na choroby geriatryczne. Ich 
stan  wykluczał  moŜliwość  powrotu  kiedykolwiek  na  zielononiebieską  kulę  zawieszoną  na 
czarnym niebie, nie mówiąc juŜ o zamieszkaniu na niej. Nie pełnił roli szpitala psychiatrycznego, 
jeśli nie liczyć przypadków uwiądu starczego czy arteriosklerotycznej choroby mózgu. 

Nowy  pacjent  —  kilkunastoletni  chłopiec  —  siedział  na  ławce  obok  fontanny,  jak  to  czynił 

codziennie  o  tej  porze.  Terapeuta  Alec  Stern  usiadł  przy  nim  czytając  ksiąŜkę,  jak  to  czynił 
codziennie  o  tej  porze.  Gdyby  Alec  poruszył  ramieniem  chłopca  i  ustawił  je  w  nowej  pozycji, 
pozostałoby  tam.  Gdyby  mu  zadał  jakieś  pytanie,  prawie  na  pewno  odpowiedziałoby  mu 
milczenie. Czasami jednak w odpowiedzi usłyszałby niewyraźne mamrotanie. Tak jak dzisiaj: 

— Prawda, jak ładnie tańczą kolory na wodzie? — zapytał Alec, odkładając na chwilę ksiąŜkę. 
Głowa chłopca zwrócona była akurat w tym kierunku. Odezwał się: — Kwiaty… 
— Przypomina ci to kolory kwiatów? Tak, to prawda. Jakiś szczególny rodzaj? 
Milczenie. 
Alec wyciągnął z kieszeni notatnik i coś zapisał. 
— Chciałbyś przejść się ze mną i przyjrzeć się niektórym kwiatom? 
Milczenie. 
— No to chodź. 
PołoŜył  ksiąŜkę  na  ławce  i  wziął  chłopca  pod  ramię.  Nie  natrafił  na  Ŝaden  opór,  kiedy  go 

podnosił. A skoro juŜ wprawił go w ruch, chłopiec automatycznie sam poszedł dalej. Terapeuta 
przeprowadził go wokół fontanny, i dalej ścieŜką, do miejsca oświetlonego sztucznym blaskiem, 
gdzie znajdowały się klomby. 

— Spójrz, tulipany — wskazał — i Ŝonkile. Czerwone, Ŝółte, pomarańczowe. Podobają ci się? 
Nic. 
— Chcesz ich dotknąć? 
Wziął rękę chłopca i przesunął ją do przodu, dotykając czubkami palców czerwonych płatków 

olbrzymiego tulipana. 

— Delikatne, prawda? — powiedział. — Podoba ci się? 
Chłopak trwał w tej samej pozycji, pochylony nad klombem. Alec pomógł mu się wyprostować. 
— Chodź. Wracamy. 
Znowu chwycił go pod ramię i poprowadził wzdłuŜ alejki. 
Później, kiedy chłopca nakarmiono i zostawiono w pokoju, Ŝeby odpoczywał, Alec przyszedł 

porozmawiać z doktorem Chalmersem. 

— W sprawie tego chłopca… — zaczął doktor Chalmers. — Co z Dennisem? 
— Bez zmian. Porusza się tylko przy pomocy kogoś innego. Co jakiś czas powie pojedyncze 

słowo. 

—  Ale  wewnątrz  niego?  Co  się  dzieje  z  jego  umysłem?  Jakie  są  jego  reakcje  na  nowe 

otoczenie? 

—  Nic  szczególnego.  Ledwo  zdaje  sobie  sprawę  ze  zmiany.  Jest  zbiorem  fragmentów, 

najczęściej  pogrąŜonych  głęboko  w  jego  umyśle,  wynurzających  się  w  całkiem  przypadkowy 
sposób,  znowu  tonących  —  co  jakiś  czas  przebłyskując  tu  i  tam,  czasem  oddziałując  na  siebie. 

background image

Większość z nich wynika z autoobsesji. 

— Czy nie sądzisz, Ŝe powinniśmy spróbować stymulacji mózgu? 
Alec potrząsnął głową. 
—  Nie.  Chciałbym  kontynuować  procedurę  zaleconą  przez  jego  poprzednią  terapeutkę. 

Otrzymywała wyniki prowadzące do całkowitego wyleczenia. Wszystko rozwinęło się jednak zbyt 
szybko,  by  mogła  to  kontrolować  w  tak  nasyconym  środowisku,  tam  na  dole.  —  Wykonał 
nieokreślony  gest  nad  głową.  —  Przewidziała  okres  letargu,  który  chłopak  teraz  przechodzi. 
Przeczuwała teŜ, Ŝe doświadczenia, jakie wyniósł z pobytu na Ziemi, spowodują, Ŝe wyjdzie z tego 
i po pewnym czasie będzie szukał nowych bodźców. 

— No cóŜ… Minął juŜ prawie miesiąc. 
— Według niej miało to potrwać mniej więcej miesiąc, do sześciu tygodni. 
— I ty to kupiłeś? 
— Ona była dobra. Zawsze gdy jestem z nim, dostrzegam wyniki jej pracy. Nie do końca ro — 

zumiem wszystko, co zrobiła. Ale są pewnego rodzaju efekty, prawie cyklicznie powtarzające się 
przejawy wyrytych w jego pamięci osobowości. Myślę, Ŝe najbezpieczniej jest trzymać się na razie 
jej programu. Nadal nie wiem tyle o chłopcu, co ona wiedziała. Szkoda, Ŝe nie mogła dalej sama się 
tym zajmować. 

— Ma to jakiś związek z rozwodem i tym, Ŝe nie chciała opowiadać się po Ŝadnej ze stron. Była 

jednak za tym, Ŝeby przysłać tu chłopca. 

—  No  tak.  Coś  z  całej  tej  sytuacji  pozostało  w  umyśle  Dennisa.  Jednak  jest  bardzo  trudno 

uchwytne. A ja zawsze podziwiałem jego starego, jestem więc uprzedzony. W kaŜdym razie nie to 
jest najwaŜniejsze w sprawie Dennisa. 

— W tym tygodniu muszę wysłać panu Guise sprawozdanie. Chciałbym, Ŝebyś wpadł do mnie 

do biura i pomógł mi w tym. Chce je dostawać co miesiąc. 

—  W  porządku.  Następnym  razem  moŜe  będziemy  mieli  coś  bardziej  optymistycznego  do 

przekazania. 

Prawie  dwa  tygodnie  później  Alec  poszedł  rano  po  Dennisa  i  zobaczył,  Ŝe  ten  siedzi 

przykucnięty na podłodze i palcem zwilŜonym śliną rysuje róŜne figury geometryczne. Wydawało 
się, Ŝe nie zauwaŜył, jak Alec wszedł do celi, więc terapeuta został przy drzwiach, przyglądając się. 
Po pewnym czasie rozszerzył swą świadomość, powoli, bardzo ostroŜnie. Nie udało mu się jednak 
przedostać  przez  najbardziej  intensywną  koncentrację,  z  jaką  spotkał  się  po  raz  pierwszy, 
koncentrację skupioną całkowicie na własnościach trójkątów. 

Przez  dłuŜszą  część  godziny  stał  zafascynowany  tym,  co  działo  się  w  pokoju,  wielką 

koncentracją, mając nadzieję, Ŝe zostanie zauwaŜony. W końcu przesunął się do przodu. 

Kiedy stanął tuŜ za Dennisem, wyciągnął rękę i dotknął ramienia chłopca. 
Dennis odwrócił się gwałtownie i spojrzał na niego. Po raz pierwszy Alec widział, Ŝe te oczy są 

skupione,  po  raz  pierwszy  dostrzegł  przebłysk  inteligencji  w  tym,  jak  się  poruszały,  w  wyrazie 
twarzy towarzyszącym spojrzeniu. 

Nagle  Dennis  wykrzyknął  jedno  lub  dwa  zdania.  Potem  upadł  do  przodu  na  mokre  jeszcze 

rysunki. 

Alec  podniósł  go  i  połoŜył  na  łóŜku.  Sprawdził  bicie  serca  i  puls.  Były  bardzo  szybkie. 

Przysunął krzesło do łóŜka i usiadł obok Dennisa. 

Kiedy czekał, aŜ Dennis na nowo odzyska świadomość, dźwięk tego krzyku nadal odbijał się 

echem  w  jego  umyśle.  Chłopiec  zawołał  w  obcym  języku,  był  tego  pewien.  Dźwięki  były  zbyt 
regularne, za dobrze zorganizowane jak na bezsensowne mamrotanie. Alec nie rozpoznał języka, 
był  jednak  pewien,  Ŝe  to  rzeczowa  wypowiedź.  Zachowanie  Dennisa,  jego  koncentracja,  wyraz 
twarzy były zbyt inteligentne, zbyt celowe, aby zaniknąć w momencie wypowiedzenia paru zdań. 

background image

Kiedy Dennis się obudzi, chyba nie będzie zbyt trudno określić, do którego umysłu na KsięŜycu 
wtargnął… 

Długo jednak musiał czekać, Ŝeby Dennis się obudził, a kiedy w końcu to się stało, jego oczy nie 

były  skupione  na  niczym  szczególnym,  a  umysł  był  mniej  więcej  w  takim  samym  stanie,  co 
poprzedniego  dnia.  Pozostał  tylko  ledwo  wyczuwalny  ślad  niedawnego  kontaktu,  jakiś 
nieokreślony odcień nastroju, którego wcześniej nie było. Nic poza rym. Nic, co wystarczyłoby, 
Ŝ

eby zidentyfikować osobę, do której umysłu dostał się Dennis. 

Alec wyprowadził go na spacer, starając się wywrzeć neurologiczny nacisk na róŜne ośrodki 

czuciowe, ale osiągnął tylko zwykłe efekty. W końcu zaprowadził go do ławki obok fontanny. Tam 
właśnie  zdecydował  się  przeprowadzić  ćwiczenie  oparte  na  zjawisku,  którego  był  ostatnio 
ś

wiadkiem. 

Otworzył notatnik na czystej stronie. Narysował trójkąt, okrąg i kwadrat. Potem podsunął notes 

przed oczy Dennisa i trzymał go tam. 

Po  jakimś  czasie  chłopiec  pochylił  głowę.  Oczy  skupiły  się,  poruszyły.  Wyciągnął  rękę  i 

chwycił notes. PołoŜył go na kolanach i pochylił się nad nim. Zaczął wodzić palcem po konturach 
figur. 

— Co to jest? — zapytał Alec. — Czy moŜesz mi powiedzieć, co to jest? 
Usta Dennisa poruszyły się. — Koło, kwadrat, trójkąt… — wyszeptał. 
— Świetnie! Trzymaj. — Alec wepchnął mu do ręki ołówek. — MoŜesz narysować więcej? 
Dennis spojrzał na ołówek, po czym oddał go Alecowi. Potrząsnął głową. Znowu się pochylił i 

jeszcze raz przejechał palcem po konturach figur. Potem odwrócił wzrok. Notes ześlizgnął się z 
jego kolan i upadł na ziemię. Wydawało się, Ŝe nie zwrócił na to uwagi. 

— Co to jest? — odezwał się znowu Alec. — Czy moŜesz mi jeszcze raz powiedzieć? 
Dennis jednak nie zareagował. Jego myśli znowu zaczęły krąŜyć bezładnie. 
Alec podniósł notatnik i zaczął coś pisać. 
Stan Dennisa nie zmienił się przez prawie cały następny tydzień. Próbowano go zainteresować 

róŜnymi zajęciami rekreacyjnymi i rehabilitacyjnymi. Mimo Ŝe zaczął zwracać uwagę na muzykę, 
nie miał wyraźnej ochoty  nauczyć się  grać na Ŝadnym instrumencie.  Na  zajęciach plastycznych 
ograniczał się do rysowania kół, trójkątów i kwadratów. Jego umiejętność rysowania tych trzech 
figur osiągnęła niemal automatyczną perfekcję. Zdolność porozumiewania się ograniczała się do 
słowa lub dwóch — maksymalnie trzech — w odpowiedzi na liczne i łatwo sformułowane pytania. 
On sam nigdy nie zaczynał rozmowy. 

To wszystko jednak moŜna było traktować jako wyraźną poprawę, i tym właśnie było. Kolejne 

sprawozdanie wysłane do rodziców wskazywało na postęp w rozwijaniu zdolności manualnych, 
werbalnych i pojęciowych. Nie zawierało jednak ani słowa na temat epizodu francuskiego ani tego, 
co nastąpiło potem. 

Kiedy Alec rano przyszedł po niego, zobaczył, Ŝe Dennis chodzi tam i z powrotem po pokoju, 

mrucząc  coś  po  francusku.  Kiedy  chciał  z  nim  porozmawiać,  otrzymywał  odpowiedzi  tylko  po 
francusku.  Sondując  go  telepatycznie,  odkrył  nową  strukturę  osobowości.  Zostawił  Dennisa 
samego i poszedł poszukać młodego francuskiego lekarza, który niedawno przybył do placówki. 

Marcel spędził z Dennisem całe popołudnie. W końcu wyszedł ze stertą notatek. 
— Wierzy, Ŝe jest markizem de Condorcet — oznajmił rozkładając notatki na swoim biurku i 

spoglądając na Aleca. — Właściwie to prawie mnie o tym przekonał. 

— Co masz na myśli? — zapytał Alec. 
— Ma niesamowicie dokładne informacje o Ŝyciu markiza i w ogóle tamtych czasów. 
— To moŜe być po prostu „efekt oświeconego idioty” — zasugerował Alec. — Chłopak musiał 

o nim słyszeć, wchłonąć dawno temu z jakiegoś umysłu, z którym się zetknął, a teraz to się tylko 

background image

uaktywniło. 

— Ale to co on mówi, jest całkiem logiczne, Alec. A poza tym on nie tylko powtarza fakty. 

Wdał  się  w  inteligentną  —  bardzo  inteligentną  —  rozmowę.  Rozmawialiśmy  o  jego,  a  raczej 
markiza  dziele,  Szkicu  obrazu  postępu  ducha  ludzkiego.  On  nie  tylko  wymienił  najwaŜniejsze 
punkty. Odpowiadał na pytania i rozwijał niektóre poglądy występujące w tej pracy. Rozumiesz, to 
coś  więcej  niŜ  tylko  fantastyczna  utopia.  Mówił  o  doskonaleniu  człowieka  jako  konsekwencji 
upowszechniania  wiedzy,  oraz  o  nauce  jako  drodze  umysłu,  która  podniesie  ogólny  poziom 
inteligencji ludzkości oraz poziom umysłowy jednostek; powiedział mi teŜ o… 

— Zaraz, zaraz — przerwał Alec podnosząc rękę. — Ustaliliśmy juŜ, Ŝe nie jest uzaleŜniony od 

osoby  ani  czasów.  W  takim  razie  co  z  miejscem?  Jak  uzasadnia  to,  Ŝe  jest  jednocześnie  na 
KsięŜycu i w osiemnastowiecznej Francji? 

Marcel uśmiechnął się. 
— Cela to cela — powiedział. — Markiz spędził ostatnie dni w więzieniu. Chłopak myśli, Ŝe 

jest właśnie tam. 

— On chyba był ofiarą Rewolucji Francuskiej, nie? 
— Tak. Do tej pory jednak nie wiadomo, czy wykonano na nim wyrok, czy teŜ sam odebrał 

sobie Ŝycie, Ŝeby nie… 

Alec zamarł. 
— O co…? — zaczął Marcel. 
— Nie wiem, ale niepokoi mnie to. Z jakiegokolwiek źródła pochodzą jego informacje, to moŜe 

o to chodzić. 

— Chyba nie sądzisz, Ŝe…? 
Alec wstał. 
— Pójdę sprawdzić. Zaintrygowało mnie to. 
— Idę z tobą. 
Przeszli na drugą stronę kompleksu. 
— Nigdy nie przejawiał Ŝadnych… skłonności w tym kierunku, prawda? 
— Nie, od kiedy jest tutaj — odparł Alec. — W jego kartotece teŜ nic na ten temat nie ma. Ale 

z drugiej strony jego osobowość podlega teraz takim zmianom… Trudno powiedzieć, co moŜe się 
stać za chwilę. O BoŜe! 

— Co się stało? 
— Odbieram jego myśli! 
Alec rzucił się pędem. 
Kiedy  dotarli  do  pokoju  Dennisa,  zobaczyli  chłopca  leŜącego  na  podłodze.  Próbował  się 

powiesić  na  pasku  od  spodni  uczepiwszy  go  do  haka  od  lampy.  Hak  jednak  nie  wytrzymał. 
Chłopak leŜał teraz nieprzytomny na podłodze, obok krzesła, na którym wszystko przygotowywał. 

Marcel zbadał go szybko. 
—  Chyba  nie  skręcił  karku  —  powiedział  —  ale  sprawdzę  go  jeszcze  rentgenem.  Zawołaj 

kogoś, Ŝeby pomógł go przenieść. Ja zostanę tutaj. 

— Dobra. 
Dokładne badanie wykazało, Ŝe Dennis nie odniósł Ŝadnych większych obraŜeń. Nie wiadomo 

dlaczego  trwał  w  letargu  przez  następne  dwa  dni.  Przez  ten  czas  pozostawał  w  klinice,  gdzie 
karmiono go kroplówką i monitorowano siłami ludzkimi i maszynowymi. 

Kiedy  obudził  się  trzeciego  dnia,  schwycił  się  za  bok  i  zaczął  jęczeć.  Pielęgniarka,  która 

zauwaŜyła  jego  dziwne  zachowanie,  natychmiast  posłała  po  lekarza.  Badania  nie  wykazały 
Ŝ

adnych  obraŜeń,  postanowiono  więc  przeprowadzić  dokładniejsze  testy.  Podczas  gdy  zespół 

lekarzy rozwaŜał wyniki testów, Marcel i Alec, którzy przyszli odwiedzić Dennisa, zorientowali 

background image

się, Ŝe nie jest on juŜ markizem de Condorcet. Z badań telepatycznych dowiedzieli się, Ŝe chłopiec 
sądzi,  iŜ  leŜy  na  łące  niedaleko  występu  skalnego,  krwawiąc  z  rany  zadanej  rogiem  przez 
legendarnego potwora morskiego.  Wydawało  mu się równieŜ, Ŝe jest przy  nim jego poprzednia 
terapeutka, Lydia Dimanche, i często zwracał się do pielęgniarki tym imieniem. 

— Wyniki wszystkich testów są ujemne — powiedział lekarz w podeszłym wieku, który wszedł 

do pokoju, gdy Alec sondował umysł Dennisa. 

—  To  jego  kolejne…  złudzenie  —  wyjaśnił  Alec.  —  W  aktach  znajdują  się  instrukcje,  jak 

przerwać podobny stan. Wydaje mi się, Ŝe dobrze byłoby mu podać środek nasenny. 

— No nie wiem — odparł doktor. — Przez dłuŜszy czas był nieprzytomny. Jest słaby… A moŜe 

tylko coś na uspokojenie? 

— Dobrze. Spróbujmy. 
Doktor  posłał  po  odpowiednie  lekarstwo  i  zaczął  przygotowywać  wszystko  do  zastrzyku. 

Pielęgniarka przytrzymała rękę Dennisa. Po pewnym czasie wydawało się, Ŝe napięcie częściowo 
go  opuszcza.  Jęki  słabły,  aŜ  w  końcu  zupełnie  umilkły.  Wtedy  wkroczył  Alec,  delikatnie,  ale 
stanowczo,  Ŝeby  przerwać  połączenie.  Obserwowany  przez  niego  umysł  nagle  się  rozluźnił  i 
odpłynął. Dennis zamknął oczy i zaczął oddychać regularnie. Doktor podszedł bliŜej, aby zbadać 
puls. 

—  Powiedziałbym,  Ŝe  to  normalny  sen  —  oznajmił  pół  minuty  później.  —  Czy  znalazł  pan 

sposób, Ŝeby go odizolować od źródła niepokoju? 

—  MoŜna  to  równieŜ  w  ten  sposób  określić.  Rzeczywiście.  JeŜeli  nie  rozpocznie  czegoś 

nowego, powinien obudzić się w takim stanie, w jakim był dawniej. Oczywiście, jeŜeli pozostanie 
przy schemacie, którego trzymał się do tej pory. 

—  W takim razie, najlepsze, co moŜemy teraz zrobić, to pozwolić mu spać. No i oczywiście 

kontynuować  obserwację.  —  Spojrzał  na  ekran  monitora.  —  Aktywność  wszystkich  funkcji 
organizmu wyraźnie wzrosła w porównaniu z poprzednim okresem letargu. 

Alec skinął głową. 
— Wydaje się w lepszej formie. Proszę mnie natychmiast zawiadomić, gdyby nastąpiły jakieś 

zmiany w jego stanie. 

— Oczywiście — odparł doktor. 
Wyszli z pokoju zostawiając go śpiącego. 
Kiedy  Dennis  się  obudził,  wydawało  się,  Ŝe  powrócił  do  poprzedniego  stanu  obojętności  na 

otoczenie.  Spacerował  z  Alekiem  po  szpitalu.  Prawie  nie  zwracał  uwagi  na  to,  co  tamten  mu 
pokazywał.  Patrzył  obojętnie  na  kwiaty  w  ogrodzie  i  na  gwiazdy,  na  Ziemię  wysoko,  ponad 
kopułą.  Podczas  kolejnych  tygodni  jego  zdolności  porozumiewawcze  pomału  wzrastały,  nadal 
jednak sam nie zaczynał rozmowy ani nie zadawał Ŝadnych pytań. 

Dennis  na  nowo  zaczął  zajęcia  plastyczne.  Nadal  rysował  figury  geometryczne,  teraz  jednak 

ozdabiał  je,  otaczając  misternymi  zakrętasami.  Twarde,  proste  linie,  które  początkowo  rysował, 
zostały teraz wygładzone i widać było, Ŝe ręka jest coraz swobodniejsza. 

Nadszedł w końcu czas, kiedy Alec zdecydował się go zapytać: — Jak się nazywasz? 
Dennis  nie  odpowiedział.  Wpatrywał  się  dalej  w  budynek  zespołu  regulacji  atmosfery, 

znajdujący się po drugiej stronie zakładu. 

Alec połoŜył mu rękę na ramieniu. 
— Twoje imię — powiedział cicho. — MoŜesz mi powiedzieć, jak się nazywasz? 
— Imię… — wyszeptał Dennis. — Imię… 
— Twoje imię. Jak ono brzmi? 
Oczy Dennisa zwęziły się, ściągnął brwi. Zaczął szybko oddychać. 
Alec ścisnął jego ramię. 

background image

—  JuŜ  dobrze.  JuŜ  dobrze  —  powiedział.  —  Sam  ci  powiem.  Nazywasz  się  Dennis.  Dennis 

Guise. 

Oznaki napięcia zniknęły. Dennis odetchnął głęboko. 
— MoŜesz to powtórzyć? Czy moŜesz powiedzieć: Dennis Guise? 
— Dennis — wymówił Dennis. — Dennis Guise. 
— Dobrze! Bardzo dobrze — ucieszył się Alec. — Jeśli to zapamiętasz, będzie coraz lepiej. 
Poszli dalej. 
Mniej  więcej  po  piętnastu  minutach  Alec  odezwał  się:  —  A  teraz  powiedz  mi:  Jak  się 

nazywasz? 

Twarz Dennisa przybrała wyraz cierpienia. Jego oddech znowu stał się szybszy. 
— Rozmawialiśmy o tym przed chwilą — powiedział Alec. — Spróbuj sobie przypomnieć. 
Dennis zaczął płakać. 
— JuŜ dobrze, spokojnie — powiedział Alec biorąc go pod ramię. — To Dennis Guise. Dennis 

Guise. To wszystko. 

Dennis z trudem chwytał powietrze; po chwili westchnął. Nic nie powiedział. 
Następnego  dnia  chłopiec  znowu  nie  pamiętał  swego  imienia  i  Alec  zdecydował  odłoŜyć  na 

później  uregulowanie  problemu  toŜsamości.  Dennis  nie  przejawiał  Ŝadnych  śladów  tego 
niewielkiego wstrząsu. 

Minęło  kilka  dni.  Pewnego  razu  instruktorka  zajęć  plastycznych  zauwaŜyła  całkowicie  nie 

pasujący do stylu Dennisa rysunek, który chłopiec właśnie kończył. Jego ołówek szybko rysował 
ostatnie kreski świetnej karykatury jednego z pozostałych u — czniów. 

— To bardzo dobre — pochwaliła go. — Nie wiedziałam, Ŝe rysujesz teŜ twarze. 
Dennis spojrzał na nią i uśmiechnął się. Po raz pierwszy widziała, jak się uśmiecha. 
— Kiedy zacząłeś uŜywać lewej ręki? Podniósł nad głowę obie dłonie i wzruszył ramionami. 
Instruktorka pokazała później Alecowi kilka nowych rysunków. Alec gwizdnął:. 
— Czy jego kolejne prace wskazywały na taki rozwój? — zapytał. 
— Nie; to nastąpiło zupełnie nagle, równocześnie ze zmianą ręki, którą pracuje. 
— Jest teraz mańkutem? 
—  Tak.  Sądziłam,  Ŝe  to  cię  zainteresuje,  być  moŜe  jako  wskazówka  jakiegoś  zjawiska 

neurologicznego — przesunięcie kontroli z jednej półkuli mózgowej do drugiej… 

— Tak, dzięki — odparł. — Pogadam z Jeffersonem z neuropsychiatrii, niech go znowu zbada. 

Czy wystąpiły teŜ jakieś zmiany w zachowaniu? 

Skinęła głową. 
—  Trudno  to  jednak  sprecyzować  —  odparła.  —  On  po  prostu  jest  teraz  jakoś  bardziej… 

bardziej oŜywiony, spogląda czujnie, inaczej porusza oczami; tego nie było przedtem. 

— Pójdę teraz do niego — powiedział Alec. — Jeszcze raz dzięki. 
Poszedł do pokoju Dennisa, zapukał i sięgnął do klamki. 
— Tak? — zapytał głos ze środka. 
— To ja, Alec. — powiedział. — MoŜna? 
— MoŜna — powiedział głos bez Ŝadnej modulacji. 
Dennis  siedział  przy  oknie,  trzymając  na  kolanach  otwarty  szkicownik.  Spojrzał  w  górę  i 

uśmiechnął się, gdy zobaczył wchodzącego Aleca. 

Alec  zbliŜył  się,  rzucił  okiem  na  notes.  Wypełniony  był  rysunkami  stojących  blisko  siebie 

budynków. 

— Bardzo dobre — powiedział. — Cieszę się, Ŝe zaczynasz się interesować innymi sprawami. 
Dennis znowu się uśmiechnął. 
—  Chyba  jesteś  dzisiaj  w  świetnym  humorze.  Z  tego  teŜ  się  cieszę.  Masz  jakieś  specjalne 

background image

powody? 

Dennis wzruszył ramionami. 
— Słuchaj — zaczął Alec jak gdyby nigdy nic — wcale nie chciałem cię wtedy zdenerwować 

pytaniami o twoje imię. 

— Nie… szkodzi — odparł powoli Dennis. 
— Pamiętasz je jednak do tej pory? 
— Powiedz… je… znowu. 
— Dennis. Dennis Guise. 
— Tak. Dennis Guise. Tak. 
— A co powiesz na niewielkie ćwiczenia? 
— Ćwi… czenia? 
— Chciałbyś pójść teraz na spacer? 
— O! Tak. Tak. Spacer. Ćwiczenia… 
Dennis zamknął szkicownik. Wstał i podszedł do drzwi. Przytrzymał je, gdy Alec wychodził. 
Alec poprowadził go tą samą drogą co zazwyczaj, aŜ doszli do fontanny. 
— Czy chciałbyś porozmawiać o czymś szczególnym? — zapytał. 
— Tak — natychmiast odparł Dennis. — Rozmawiać o rozmawiać. 
— Ja… Chyba nie do końca rozumiem. 
— Rozmo… wa. Części. 
— Słowa? 
— Tak. Słowa. 
— Ach, rozumiem, chcesz powtórzyć swoje słownictwo. W porządku. Jasne. 
Alec  zaczął  nazywać  wszystko,  co  mijali.  Tłumiąc  oŜywienie  wymienił  części  ciała,  zaimki, 

podstawowe czasowniki. Podczas spaceru Dennis stawał się coraz bardziej rozmowny. 

Później, stojąc obok fontanny, zapytał: — Jak to działa, fontanna? 
— Po prostu zwykła pompa — odparł Alec. 
— Jaka pompa? Chciałbym zobaczyć. 
— Nie jestem pewien, jaka to dokładnie pompa. Porozmawiam z kimś z administracji i pewnie 

pozwolą ci się jej przyjrzeć. MoŜe jutro. 

— Dobrze. Jasne. Alec? 
— Słucham? 
— Ja… Gdzie my jesteśmy? 
— To Zakład Medyczny Luna II. 
— Luna! 
— Tak, KsięŜyc. Dopiero zaczynasz sobie zdawać z tego sprawę? 
Nagle Dennis przechylił się do tyłu. Spojrzał w górę. 
— W tym sektorze nic nie widać — powiedział Alec. — Jeśli chcesz, mogę cię zabrać na pokład 

obserwacyjny. 

Dennis energicznie skinął głową. 
— Proszę. 
Alec wziął go pod ramię. 
— Chyba moŜe to być dla ciebie szokiem, jeśli do tej pory nie zdawałeś sobie z tego sprawy i 

wcale o tym nie myślałeś. Powinienem cię przeprosić. Zbyt wiele rzeczy traktuję jako oczywiste, z 
powodu tego, Ŝe nagle zacząłeś się porozumiewać, odkąd… Odkąd… 

— Stałem się mniej szalony? — skończył Dennis, odzyskując spokój i uśmiechając się. 
— Nie, nie. To niewłaściwe słowo. Posłuchaj: czy masz jakiekolwiek pojęcie o tym, co się z 

tobą działo, jak odbierałeś świat do tej pory? 

background image

Dennis potrząsnął głową. 
— Raczej nie — odparł. — Chciałbym, Ŝeby tak było. 
Alec  szybko  spróbował  wysondować  jego  umysł,  ale  podobnie  jak  dwukrotnie  podczas  tego 

spaceru, nie udało mu się przedostać poza granicę myśli powierzchniowych, które skupiały się na 
otaczającym  ich  środowisku  z  taką  siłą  koncentracji,  jakby  chciały  uniemoŜliwić  dostęp  do 
czegokolwiek głębiej. 

—  Nie  wiem,  dlaczego  nie  miałbym  ci  o  tym  powiedzieć  —  zaczął  Alec.  —  Przez  większą 

część Ŝycia byłeś chory, a stan ów wynikał z twoich zdolności telepatycznych. Zbyt wcześnie, to 
znaczy od urodzenia byłeś naraŜony na natłok myśli ludzi dorosłych. AŜ do dzisiaj wpływały one 
na twoje myślenie. Przyjazd na KsięŜyc w znacznym stopniu wyrwał cię spod tego wpływu.  W 
końcu pozwoliło ci to osiągnąć pewną równowagę wewnętrzną, uporządkować wszystkie sprawy, 
które do tej pory były dla ciebie problemem. Zacząłeś myśleć samodzielnie, zdawać sobie sprawę z 
tego, kim naprawdę jesteś. Rozumiesz to wszystko? Dopiero zaczynasz powracać do siebie jako 
istoty racjonalnej. 

— Ja… Chyba rozumiem. Przeszłość jest taka mroczna… 
— Oczywiście. Do windy idzie się tędy. 
— Co to są zdolności telepatyczne? 
— To znaczy… Zdolność bezpośredniego poznania, co myślą inni ludzie. 
— Aha. 
— To było zbyt trudne dla dziecka. 
— Tak. 
— Domyślasz się moŜe, co wyprowadziło cię z tego stanu? Pamiętasz, kiedy po raz pierwszy 

zdałeś sobie sprawę z własnej świadomości? 

Dennis uśmiechnął się szeroko. 
— Nie. To jak przebudzenie — odrzekł. — Nigdy nie moŜna być pewnym, kiedy to się zacznie, 

ale nadchodzi czas, kiedy po prostu następuje. Myślę, Ŝe nadal trwa. 

— To dobrze. 
Alec otworzył drzwi, wprowadził Dennisa do środka i nacisnął przycisk. 
—  Brakuje…  mi…  informacji  —  powiedział  Dennis.  —  Nie  traktuj  tego  jako…  nawrót 

choroby, jeśli zapytam cię o oczywiste rzeczy… albo zabraknie mi… słownictwa. 

— BoŜe, oczywiście, Ŝe nie! Czynisz postępy na moich oczach. Właściwie trudno mi uwierzyć, 

Ŝ

e to się rzeczywiście dzieje. 

Winda nadjechała z szumem. Dennis oparł się rękami o ścianę i zaśmiał się. 
— Mnie teŜ, mnie teŜ. Powiedz, czy ty teŜ masz te… zdolności telepatyczne? 
— Tak. 
— Wielu ludzi je ma? 
— Nie, stanowimy wyraźną mniejszość. 
— Rozumiem. UŜywasz ich na mnie? 
— Nie. Wydaje mi się; Ŝe duŜo lepiej nam się rozmawia w ten sposób. Ćwiczenie dobrze ci robi. 

A chciałbyś spróbować tego drugiego sposobu? 

— Nie teraz. Nie. 
— Dobrze. Do tego zmierzałem. Lepiej, Ŝebyś przez jakiś czas nie próbował tego. Nie ma sensu 

naraŜać się na ponowne otwarcie starych, wraŜliwych kanałów do czasu, aŜ trochę zahartujesz swą 
psychikę. 

— To brzmi rozsądnie. 
Drzwi się otworzyły. Alec wyprowadził go na pokład obserwacyjny. Była to duŜe półokrągłe 

pomieszczenie,  w  którym  poustawiano  ławki  i  krzesła.  Oświetlała  je  tylko  wielka  kula  Ziemi  i 

background image

gwiazdy, które znajdowały się po drugiej stronie przezroczystej kopuły. 

Dennis nie mógł złapać tchu. Oparł się o ścianę. 
— Spokojnie — powiedział Alec. — Tu jest bezpiecznie. Nie ma się czego bać. 
— Daj mi szansę — odparł Dennis. — Poczekaj, niech się przyjrzę. Nic nie mów. BoŜe! To jest 

wspaniałe! Tam, w górze. Świat… Muszę to namalować. Skąd mogę wziąć kolory… tutaj? 

— Pani Brant zaraz przyniesie ci farby — odrzekł Alec. 
— Ale światło… 
—  Tam  dalej  znajdują  się  nisze,  które  moŜna  oświetlić.  —  Wykonał  nieokreślony  gest.  — 

Nigdy nie zdawałeś sobie sprawy… Ŝe to wszystko właśnie tak wygląda, Ŝe właśnie tutaj jesteś — 
na KsięŜycu? 

— Nie. Ja… Chcę usiąść na jednym z tych krzeseł. 
— Oczywiście. Chodź. 
Alec poprowadził go do dwóch stojących obok siebie krzeseł, odchylił oparcia, wskazał jedno 

Dennisowi,  a  sam  usiadł  na  drugim.  Mniej  więcej  przez  godzinę  spoglądali  na  niebo.  Alec 
dwukrotnie  próbował  wysondować  umysł  Dennisa,  za  kaŜdym  razem  jednak  natrafiał  na  silną 
koncentrację, która uniemoŜliwiała mu dalsze badanie. 

W końcu Dennis wstał. 
— To dla mnie prawie za wiele — odezwał się. 
— Wracajmy. 
Alec skinął głową. 
— Chciałbyś teraz zjeść coś na stołówce? A moŜe to byłoby za duŜo wraŜeń jak na jeden dzień? 
— Spróbujmy i przekonajmy się. 
Kiedy jechali windą w dół, Alec zauwaŜył: 
— Chyba nigdy nie dowiemy się, co spowodowało poprawę twojego stanu. 
— Chyba nie. 
— Jest teŜ wiele aspektów, których nie rozumiem. 
Dennis uśmiechnął się. 
— …Ale jeden z nich nie daje mi spokoju. Gdzie mogłeś podchwycić włoski akcent? 
— Jeśli się kiedyś dowiesz, powiedz mi — odparł Dennis uśmiechając się. 
 
Doktor Timura nie wykrył Ŝadnych objawów neurologicznej dysfunkcji. Najbardziej dziwił się, 

Ŝ

e  Dennis  zainteresował  się  urządzeniami  testującymi,  oraz  Ŝe  zadawał  pytania  dotyczące 

umiejscowienia  poszczególnych  funkcji  w  mózgu.  Spędził  z  Dennisem  pół  godziny  więcej,  niŜ 
przewidywał, rozmawiając o neurologicznej mapie organizmu ludzkiego. 

—  Cokolwiek  to  spowodowało  —  powiedział  później  Alecowi  —  było  to  związane  z 

naturalnymi  funkcjami  organizmu  i  rozmawiasz  o  tym  z  niewłaściwą  osobą.  To  bardziej  twój 
obszar niŜ mój. 

—  Domyślałem  się,  Ŝe  właśnie  tak  będzie  —  odparł  Alec.  —  Właściwie  wiemy  tak  mało  o 

telepatach… 

— Jakkolwiek było, decyzja przysłania go tutaj w końcu przyniosła efekt. Wyrwało go to spod 

wpływu  niekorzystnych  bodźców,  pozwoliło  spokojnie  odetchnąć.  Skorzystał  z  tego  i  teraz 
zaczyna wracać do siebie. Trzeba było po prostu trochę poczekać na efekty. 

—  Tak.  Masz  rację.  Ale  przeskok  z  całkowitego  braku  wraŜliwości  do  obecnego  stanu  jest 

rzeczy — wicie… godny uwagi. Dostał teraz farby, płótno, zaczął malować. Słucha kaset. Zadaje 
pytania o wszystko… 

— A moŜe to długo tłumiona ciekawość, która w końcu dała o sobie znać? Nawiasem mówiąc, 

nie ma sposobu, Ŝeby się dowiedzieć, jaki naprawdę jest jego poziom inteligencji. Wydaje mi się, 

background image

Ŝ

e dość wysoki. 

— Jasne, jasne. No a co z czasami, kiedy wydawało mu się, Ŝe jest markizem de Condorcet? 
— Musiał to jakoś podchwycić dzięki swym zdolnościom telepatycznym. Wątpię, Ŝebyśmy się 

dowiedzieli skąd dokładnie. 

— Chyba masz rację, ale jest coś dziwnego i w jego obecnym stanie świadomości. 
— Co masz na myśli? 
— Nie mogę go czytać. Sam jestem całkiem niezłym telepatą, inaczej nigdy nie zabrałbym się 

do  terapii  telepatycznej.  Jednak  za  kaŜdym  razem,  gdy  próbuję  go  wysondować,  nie  mogę 
przedostać się nawet o milimetr poza myśli skupiające się na obiekcie, który bezpośrednio zaprząta 
jego uwagę. 

Ma zdolność koncentracji jak dobry szachista — w dodatku tak jest przez cały czas. To nie jest 

normalne. 

—  Są  jednak  tacy  ludzie.  Na  przykład  artyści,  kiedy  pochłania  ich  praca  nad  dziełem.  A  on 

przecieŜ interesuje się sztuką. 

— To prawda. Nawiasem mówiąc, jest potęŜnym telepatą i być moŜe załoŜył jakiś nieświadomy 

blok. Sądzisz, Ŝe moŜe w zbyt szybkim tempie zmierzać do jakiejś reakcji? 

Doktor Timura wzruszył ramionami. 
—  Prawdopodobnie  rzeczywiście  wystąpi  jakaś  reakcja.  MoŜe  depresja…  Na  pewno 

zmęczenie, jeŜeli sprawy będą dalej toczyły się podobnie jak teraz. Z drugiej strony gorzej byłoby 
próbować  jakoś  na  niego  wpływać,  dopóki  chce  jak  najwięcej  się  nauczyć.  Kiedy  juŜ  będzie 
usatysfakcjonowany swą zdobyczą, przyjdzie czas, Ŝeby ją przetrawić. Wtedy naprawdę zacznie 
się twoje zadanie. Oczywiście to tylko moja opinia. 

— Dzięki. Wdzięczny jestem za wszelkie porady co do tego przypadku. 
— Monitorujesz jego pokój, prawda? 
—  Jasne, od czasu,  gdy  tu przybył. Nawet jeszcze dokładniej od czasu tego wypadku, kiedy 

wydawało mu się, Ŝe jest markizem. 

— To dobrze. Bardzo dobrze. Daj mu teraz trochę więcej czasu dla siebie — i tak jest przecieŜ 

obserwowany — i przekonaj się, jak z niego skorzysta. 

— To znaczy wstrzymać terapię i pozostawić mu wolną rękę? 
—  Nie  do  końca.  Ale  zamierzasz  przecieŜ  obserwować  go  przez  jakiś  czas,  zanim  się 

zdecydujesz, jaki przebieg terapii wybierzesz. Chyba nie zamierzasz trzymać się wszystkiego tak 
surowo jak wtedy, gdy ledwo mógł się sam poruszać? 

—  Nie.  To  prawda.  Poczekam  jeszcze  trochę  i  na  razie  niech  maszyny  dalej  go  monitorują. 

Wpadnę  do  niego  jeszcze  dzisiaj,  Ŝeby  zobaczyć,  jak  mu  idzie  malowanie…  i  samemu  go 
obserwować. Odezwę się do ciebie. 

— Na razie. 
 
Alec zapukał do drzwi, zaczekał. 
— Tak? 
— To ja, Alec. 
— Wejdź. 
Wszedł do pokoju i zastał Dennisa siedzącego na łóŜku; obok niego leŜał przenośny rzutnik. Po 

drugiej stronie pokoju stały sztalugi, na których ustawiony był ukończony juŜ obraz. Przedstawiał 
widok nieba oraz Ziemi z pokładu obserwacyjnego. Alec podszedł do obrazu. 

—  Namalowałeś  to  wszystko  tak  szybko?  —  zapytał.  —  To  wspaniałe!  I  na  dodatek  twój 

pierwszy obraz. To robi wraŜenie. 

— Akryle są naprawdę świetne. Nie trzeba ich długo przygotowywać i szybko wysychają. Są 

background image

duŜo lepsze niŜ olejne, szczególnie jeśli się śpieszysz. 

— Kiedy uŜywałeś farb olejnych? 
—  To  znaczy…  Miałem  na  myśli,  Ŝe  tak  właśnie  mi  się  wydaje.  Widziałem,  jak  inni  ich 

uŜywali, jeszcze w czasie zajęć. 

— Rozumiem. Cały czas mnie zadziwiasz. Co teraz robisz? 
— Uczę się wszystkiego. Muszę bardzo wiele nadrobić. 
— MoŜe przynajmniej z początku powinieneś podejść do tego trochę spokojniej. 
— Nie ma potrzeby. Nie jestem jeszcze zmęczony. 
— MoŜe poszlibyśmy się przejść? 
— Prawdę mówiąc wolałbym zostać i jeszcze trochę popracować. 
— Miałem cię zapytać o czytanie… 
— Wydaje mi się, Ŝe musiałem się kiedyś nauczyć podstaw. Staram się teraz rozwijać. 
— No cóŜ, to wspaniale. Co z obiadem? Musisz przecieŜ jeść. Stołówka jest otwarta. 
— To prawda. Zgoda. 
Wyłączył ekran, wstał i przeciągnął się. 
— Po drodze moŜesz mi powiedzieć, jak wygląda Ŝycie na Ziemi — powiedział. — I opowiedz 

mi o telepatach. 

Dennis otworzył drzwi i przepuścił Aleca, słuchając. 
 
Po południu Alec sporządził pełny raport doktorowi Chalmersowi. 
— …I dotarłem do niego podczas obiadu — powiedział. — Zgadza się, Ŝe jest Dennisem Guise, 

ale tak naprawdę sam w to nie wierzy. Mówi tak, bo właśnie tego od niego oczekujemy. Osobiście 
uwaŜa, Ŝe jest Leonardem da Vinci. 

Doktor Chalmers parsknął. 
— Mówisz powaŜnie? 
— Oczywiście. 
Chalmers na nowo zapalił fajkę. 
—  Nie  widzę  w  tym  nic  złego  —  powiedział  w  końcu.  —  Natomiast  wiele  złego  widzę  w 

próbach uwolnienia go od tego złudzenia, na tym etapie terapii, kiedy umoŜliwia mu to robić takie 
postępy. 

—  Zgadzam  się,  Ŝe  aspekt  Leonarda  da  Vinci  trzeba  na  razie  zostawić.  Martwię  się  czym 

innym. Nie jestem wcale pewien, czy to złudzenie. 

— Co masz na myśli? 
—  Dotarłem  do  niego  podczas  obiadu.  Był  rozluźniony,  nie  myślał  o  niczym  konkretnym. 

Spróbowałem sondy i udało mi się. Wierzy, Ŝe jest da Vinci, nie chce, Ŝebyśmy o tym wiedzieli, 
robi wszystko, aby nas przekonać, Ŝe jest wracającym do zdrowia Dennisem Guise. Jednocześnie 
stara się jak najwięcej dowiedzieć o świecie, w którym się znalazł. 

—  To  nadal  pozostaje  tylko  sytuacją  paranoidalną,  którą  my  na  szczęście  potrafimy 

wykorzystać. 

Alec uniósł rękę. 
—  Wydaje  się  jednak,  Ŝe  to  coś  więcej  niŜ  tylko  przeświadczenie.  Kiedy  był  markizem  de 

Condorcet, przejął nie tylko myślenie tego człowieka, ale równieŜ język francuski. Teraz, jako da 
Vinci,  posiada  zdolności  artystyczne,  posługuje  się  teŜ  teraz  lewą  ręką  —  a  da  Vinci  był 
leworęczny, właśnie to sprawdziłem — wykazuje teŜ niemal patologiczną ciekawość w stosunku 
do wszystkiego… 

— Dlaczego w takim razie nie mówi po włosku? 
— PoniewaŜ tym razem przejął strukturę myślową od jednego z największych umysłów, jakie 

background image

kiedykolwiek  istniały.  Zdecydował  się  oszukiwać  nas  przez  jakiś  czas,  Ŝeby  dostosować  się  do 
sytuacji, w jakiej się znalazł. Z tego powodu uczy się przez cały dzień współczesnego angielskiego 
w niesamowitym tempie. Jeśli się jednak dobrze przysłuchać, moŜna usłyszeć, Ŝe mówi z włoskim 
akcentem, który właśnie próbuje ukryć. Usiłuje się przystosować. 

— To całe przypuszczenie jest niedorzeczne. Mimo wszystko nawet zakładając, Ŝe jest słuszne, 

w jaki sposób doszło do tego połączenia? 

— Dobre pytanie. Długo się nad tym zastana — wiałem. Jak funkcjonuje telepatia’? Nadal nie 

mamy pewności. Nasze metody badań były dotąd przewaŜnie praktyczne. Wszyscy obdarzeni tymi 
zdolnościami  agenci  słuŜb  bezpieczeństwa,  spece  od  łączności,  psychoterapeuci,  semantycy, 
tłumacze  wypracowali  róŜne  metody  korzystania  z  tych  zdolności,  tak  naprawdę  niezbyt 
rozumiejąc ich mechanizm. Jasne, jest wielu teoretyków, nic mają oni jednak za bardzo na czym 
oprzeć swych przypuszczeń. 

— A ty z kolei chcesz dodać kolejne przypuszczenia do tej listy? 
— Tak. Właśnie o to chodzi. To nic innego jak przypuszczenie albo moŜe przeczucie. Dennisa 

przysłano tu ze względu na jego fenomenalny zasięg. Jest najpotęŜniejszym znanym telepatą. W 
wyniku oddalenia został tutaj skutecznie odizolowany od umysłów, których chyba poszukiwał. Po 
prostu  nie  był  w  stanie  sięgnąć  wystarczająco  daleko,  Ŝeby  dotrzeć  do  umysłów,  jakie  by  go 
interesowały. Co w takim razie mu pozostało? 

—  Musiał  się  cofnąć  do  własnych  zasobów  pamięci.  Zrobił  to  w  końcu,  zgodnie  z 

przewidywaniami, a teraz w końcu rozpoczął się jego powrót do zdrowia, którego oczekiwaliśmy. 

— Chyba, Ŝe moje załoŜenie o kontynuacji osobowości jest słuszne. 
— Alec! Condorcet, da Vinci i wszyscy inni, których moŜe odgrywać — juŜ dawno nie Ŝyją. 

Chyba nie sugerujesz czegoś takiego jak spirytualizm? 

— O, nie. Wiemy jeszcze mniej o naturze czasu niŜ o telepatii. Zastanawiam się tylko, czy po 

tym,  jak  nie  zdołał  sięgnąć  poprzez  przestrzeń,  moŜe  cofnął  się  umysłem  w  czasie  i  naprawdę 
dotarł do tych osób, z którymi się utoŜsamiał. 

Doktor Chalmers westchnął. 
— Tak jak w paranoi — powiedział — i tak jak w owych próbach cofania się w czasie do innych 

istnień, o których hipnotyzerzy amatorzy czasem piszą ksiąŜki, ciekawe, Ŝe kaŜdy chce być waŜny. 
Nikt nie utoŜsamia się z włóczęgą bez dachu nad głową, niewolnikiem czy zwykłym robotnikiem. 
Zawsze jest królem,  królową, generałem, wielkim uczonym, filozofem albo prorokiem. Czy nie 
wydaje ci się to dziwne? 

— Raczej nie. Myślę po prostu, Ŝe to nie ma Ŝadnego związku ze sprawą Dennisa. Zakładając, 

Ŝ

e w ogóle ma jakieś zdolności przenikania czasu, Dennis wybrał te umysły, które wydały mu się 

najbardziej  pociągające.  Byli  to  z  pewnością  najciekawsi  ludzie.  Gdybym  sam  mógł  sięgnąć 
umysłem w przeszłość, właśnie ich bym wybrał. 

— No dobrze. To nas do niczego nie prowadzi. Mówisz, Ŝe udało ci się do niego dotrzeć i jest 

istotnie przekonany, Ŝe jest Leonardem da Vinci. 

— Tak. 
— Jakiekolwiek jest źródło tej nowej toŜsamości, motywuje go do robienia tego, czego nigdy 

nie  robił.  Dlatego  właśnie  jest  to  dla  niego  korzystne.  Pozwólmy  mu  pozostać  przy  złudzeniu. 
Musimy je jak najbardziej wykorzystać. 

— Nawet, jeśli tak naprawdę nie jest Dennisem Guise? 
— Zrozum, reaguje na imię Dennisa Guise i zachowuje się tak, jak jego zdaniem powinien się 

zachowywać Dennis Guise. Wykazuje nagle ogromną inteligencję oraz wybitne zdolności. Jeśli w 
głębi  duszy  woli  wierzyć,  Ŝe  jest  Leonardem  da  Vinci  oszukującym  cały  świat  dwudziestego 
pierwszego  wieku,  co  za  róŜnica,  skoro  będzie  się  odpowiednio  zachowywał  w  kaŜdej  z 

background image

pozostałych dziedzin Ŝycia? 

Wszyscy mamy jakieś marzenia, zabawne złudzenia. Czasami terapia przestaje być leczeniem, 

a  tworzy  tylko  zamieszanie.  Daj  mu  przeŜywać  ten  sen  na  jawie.  Naucz  go  odpowiedniego 
zachowania w społeczeństwie. 

— Ale to coś więcej niŜ marzenia! 
— Alec! Zostaw go w spokoju! 
— On jest moim pacjentem. 
— A ja jestem twoim szefem, postawionym tu po to, Ŝebyś pracował właściwie. Nie uwaŜam za 

właściwe prowadzenie terapii w sposób podyktowany tak nieistotną sprawą jak ta cała telepatia 
poprzez  czas.  Musimy  działać  opierając  się  na  wiedzy,  a  nie  na  zgadywaniu.  Wiemy  duŜo  o 
paranoi i to od dłuŜszego czasu. Niektóre jej formy są całkiem nieszkodliwe. Zostaw w spokoju ten 
aspekt  i  pracuj  z  nim  nad  resztą.  Prawdopodobnie  juŜ  niedługo  zauwaŜysz,  Ŝe  zdobywa  coraz 
więcej doświadczenia, staje się bardziej pewny siebie, Ŝe tamten aspekt po prostu sama zniknie. 

— Nie pozostawiasz mi wielkiego wyboru. 
— Nie. 
— Dobrze. Zrobię tak, jak mówisz. 
— …I informuj mnie na bieŜąco, zarówno prywatnie, jak i słuŜbowo. 
Alec skinął głową i odwrócił się w kierunku drzwi. 
— Jeszcze jedna sprawa… — mruknął doktor Chalmers. 
— Tak? 
—  Byłbym  wdzięczny,  gdybyś  zatrzymał  dla  siebie  to  przypuszczenie  co  do  czasu. 

Przynajmniej na razie. 

— Dlaczego? 
— ZałóŜmy, Ŝe coś w tym jest? Oczywiście, to tylko załoŜenie. NaleŜy je dobrze uzasadnić, 

przeprowadzić badania. Przedwczesny rozgłos mógłby tylko zaszkodzić. 

— Jasne. Rozumiem. 
— To dobrze. 
Alec wyszedł i wrócił do swojego pokoju. Wyciągnął się na łóŜku, Ŝeby wszystko przemyśleć. 

Po jakimś czasie zasnął. 

 
Następnego  dnia  Alec  zdecydował,  Ŝe  pozwoli  Dennisowi  dalej  się  uczyć  i  malować,  a  on 

będzie wpadał do niego tylko podczas posiłków. Dennis nie był zbyt rozmowny przy śniadaniu i 
przy obiedzie. Przy kolacji jednak stał się bardziej oŜywiony, pochylał się co chwilę i wpatrywał 
uwaŜnie w Aleca. 

— Te… zdolności telepatyczne — zaczął — to coś dziwnego i zdumiewającego. 
— Mówiłeś chyba, Ŝe na razie nie zamierzasz się nimi zajmować. 
— To było wczoraj. Powiedziałem, Ŝe nie będę z tym eksperymentował przez jakiś czas. Bardzo 

dobrze. Ten czas upłynął. Zaczęło mnie to ciekawić. 

Alec cmoknął z powątpiewaniem i potrząsnął głową. 
— MoŜesz popełnić powaŜny błąd… — zaczął mówić. 
—  Jak  się  okazało,  wcale  nie.  Mogę  to  kontrolować.  To  zadziwiające.  Bardzo  szybko 

nauczyłem się wielu rzeczy docierając do nich przez umysły innych ludzi. 

— Czyje umysły? — zaciekawił się Alec. 
Dennis uśmiechnął się nieśmiało. 
— Nie wiem, czy powinienem to mówić. Na przykład z twojego dowiedziałem się, Ŝe istnieje 

pewne niepisane prawo, które zakazuje czczego grzebania w cudzych myślach. 

— O, widzę, Ŝe bardzo się tym przejąłeś. 

background image

Dennis wzruszył ramionami. 
—  To  działa  w  obie  strony.  Jeśli  to  prawo  nie  dotyczy  mnie,  dlaczego  sam  mam  go 

przestrzegać? 

— Znasz przecieŜ odpowiedź na to pytanie. Ty jesteś tutaj pacjentem, a ja twoim terapeutą. To 

wyjątkowa sytuacja. 

—  W  takim  razie  nie  rozumiem,  dlaczego  mam  być  za  swoje  czyny  potępiany  przez  ludzi, 

którzy nie uwaŜają mnie za w pełni odpowiedzialnego. 

Alec zaśmiał się. 
—  Bardzo  dobrze  —  powiedział.  —  Szybko  się  uczysz.  Oczywiście.  To  o  czym  mówisz, 

niedługo  się  zmieni.  Tymczasem  mogę  ci  tylko  powiedzieć,  Ŝe  takie  zachowanie  nie  jest 
eleganckie. 

Denni s skinął głową. 
—  Tu  się  zgadzam.  Mam  lepsze  sposoby  spędzania  czasu  niŜ  podglądactwo.  Chciałem 

porozmawiać o dwóch sprawach, którymi się obecnie interesuję. Moim własnym przypadkiem i 
funkcjonowaniem telepatii generalnie. 

— Jeśli naprawdę zachowywałeś się tak, jak powiedziałeś, to prawdopodobnie wiesz na oba te 

tematy tyle samo co my. 

—  Wcale  nie  —  odparł.  —  Nie  mogę  zbadać  głębin  twego  umysłu  i  dotrzeć  do  wszystkich 

twoich doświadczeń i umiejętności. 

— Naprawdę? Od kiedy to? Wydawało się, Ŝe wcześniej byłeś w stanie to robić. 
— Kiedy? 
— Najpierw chciałbym cię o coś zapytać. Czy pamiętasz cokolwiek z innych okresów, gdy wy 

— chodziłeś z mroku nieświadomości, gdy jakby byłeś kimś innym? 

— Ja… nie sądzę. Coś… jak sny… czasem przychodzą, a potem odchodzą. Oderwane myśli, 

przypadkowe fragmenty jakby wspomnień. Ale tak naprawdę nic mi się z nimi nie kojarzy. Chcesz 
powiedzieć, Ŝe byłem innymi ludźmi? śe wszystko, co teraz czuję i myślę, jest pewnego rodzaju… 
nakładką? To znaczy, Ŝe tak naprawdę ktoś inny jest we mnie pogrzebany i Ŝe osoba, którą wydaje 
mi się, Ŝe jestem, moŜe zostać w kaŜdej chwili zapomniana? 

— Nie, tego nie powiedziałem. 
— A co w takim razie? 
—  Nie  mam pojęcia,  Dennis. Znasz samego siebie znacznie lepiej ode  mnie.  Wydaje się,  Ŝe 

uczysz się wszystkiego w niesamowitym tempie. 

— Tak naprawdę nie wierzysz, Ŝe jestem Dennisem Guise — powiedział. 
— A jesteś? 
— To głupie pytanie. 
— Ty je postawiłeś. 
— Nadal myślisz, Ŝe jestem pewnego rodzaju nakładką i Ŝe prawdziwy Dennis Guise wciąŜ jest 

pogrzebany we mnie? 

—  Dennis,  nie  wiem.  Jesteś  moim  pacjentem.  Ja  chcę  tylko,  Ŝebyś  wrócił  do  zdrowia  i 

normalnie  funkcjonował  w  społeczeństwie.  Nigdy  nie  miałem  zamiaru  wywoływać  w  tobie 
wątpliwości. KaŜdy terapeuta w naturalny sposób ma skłonności do dociekań, do zastanawiania się 
nad kaŜdą ewentualnością, nawet skrajnie nieprawdopodobną. Zwykle się o tym nie mówi. W tej 
sytuacji jednak, to, Ŝe jesteś tak dobrym telepatą i Ŝe właśnie teraz zdecydowałeś się ćwiczyć swe 
zdolności, jest raczej niefortunne. 

— Zatem chcesz teraz mi powiedzieć, Ŝe nie miałeś racji, tak? 
—  Chcę  tylko  powiedzieć,  Ŝe  było  to  jedno  z  przypuszczeń,  które  czasami  wysuwa  się 

praktycznie bez Ŝadnych podstaw. Takie przypuszczenia wielokrotnie rodzą się i upadają w czasie 

background image

terapii. Raczej nie powinieneś się tym przejmować. 

Denni s napił się soku. 
—  Ale  się  przejmuję,  wiesz  o  tym  —  powiedział  po  pewnym  czasie.  Nie  bardzo  cieszę  się 

myślą, Ŝe nie pozwalam normalnie istnieć prawowitemu mieszkańcowi tego ciała, tego mózgu. 

— Nawet jeśli nigdy nie byłby on tak sprawny jak ty? 
— Nawet. 
—  Poza  tym,  Ŝe  to  tylko  czcza  spekulacja,  nie  bardzo  wiem,  co  mógłbyś  zrobić  z  tym 

tymczasowym zamieszkiwaniem tego ciała. 

— Chyba masz rację. To jednak ciekawa sytuacja hipotetyczna, a skoro się wyszło z mroku, tak 

jak ja to ostatnio zrobiłem, kwestie natury egzystencjalnej są z pewnością fascynujące. 

— Masz rację. Czuję jednak, Ŝe nie jest to najlepszy  moment do ich rozwaŜania… skoro się 

wyszło z mroku, jak to ująłeś. 

—  Rozumiem,  dlaczego  terapeuta  miewa  takie  odczucia…  Moja  psychika  moŜe  być  jednak 

bardziej ustabilizowana, niŜ ci się wydaje. 

— Dlaczego więc wyraŜasz te wszystkie wątpliwości co do twojej osoby? Nie. Chcę ci teraz 

pomóc,  a  nie  robić  przekrój  twojego  wnętrza.  Najlepiej  zapomnij  o  tym  wszystkim,  dobrze? 
Skoncentruj się na doskonaleniu swych umiejętności. Kiedy u — płynie trochę czasu, problemy te 
przestaną ci się wydawać tak istotne jak teraz. 

— Mam wraŜenie, Ŝe przedstawiasz raczej zdanie doktora Chalmersa niŜ swoje. 
— W takim razie zastanów się nad treścią, a nie nad źródłem, z którego pochodzi. Byłeś chory, 

a teraz czujesz się coraz lepiej. To wiemy, na tym musimy się teraz skupić. Do diabła z teorią. Do 
diabła  z  tymi  wszystkimi  dociekaniami.  Na  razie  postaraj  się  ograniczyć  swe  skłonności  do 
introspekcji i skup się na tym, co jest teraz dla ciebie najwaŜniejsze. 

— Łatwo powiedzieć. Ale dobrze, dajmy temu spokój. 
—  Słusznie.  Zdajesz  sobie  sprawę,  Ŝe  to  cudowne,  iŜ  moŜemy  rozmawiać  o  tym  na  takim 

poziomic,  tak  wcześnie?  Zadziwiasz  mnie.  Jeśli  jest  to  jakaś  wskazówka,  kim  zostaniesz  w 
przyszłości, powinniśmy obaj to podziwiać. 

— Tak. Chyba masz rację. Powinienem być wdzięczny za ten przebłysk istnienia, który został 

mi dany. A teraz, aby zakończyć proces mojej edukacji, powiedz mi o tej całej telepatii w czasie, na 
temat której udało mi się tu i tam złapać jakieś oderwane myśli. Czy napisano o tym jakieś prace? 

— Nie. Sprawdziłem ostatnio. Nic nie ma. 
— A sam próbowałeś tego kiedyś? 
— Nie. 
— Nie masz pomysłu, jak się to moŜe odbywać? 
— Nie, Ŝadnego. 
—  Szkoda,  prawda…?  Tyle  moŜna  by  nauczyć  się  z  przeszłości,  jeśli  powaŜnie  by  to 

potraktowano. 

— MoŜe kiedyś… Kto wie? 
— Racja — powiedział wstając od stołu. 
Alce równieŜ się podniósł. 
— Odprowadzić cię? — zapytał. 
— Dziękuję, ale wolałbym być sam. Chciałbym sobie przemyśleć wiele spraw. 
—  W porządku, jasne.  Wiesz,  gdzie  mieszkam.  Wpadnij,  gdybyś  chciał  o czymś  pogadać, o 

kaŜdej porze. 

— Tak. Jeszcze raz dzięki. 
Alec popatrzył, jak się oddala, usiadł i dokończył kawę. 
 

background image

Następnego dnia Dennis nie  zjadł śniadania  z Alekiem ani nie zaprosił  go do  swego pokoju. 

Przez półprzymknięte drzwi powiedział mu, Ŝe jest bardzo zajęty i Ŝe nie przyjdzie na posiłek. Nie 
wyjaśnił, nad czym pracuje. Po śniadaniu Alec sprawdził taśmę z urządzenia monitorującego pokój 
Dennisa. Dowiedział się, Ŝe światło paliło się przez całą noc i Ŝe Dennis spędzał długie okresy na 
przemian przy sztalugach i siedząc w bezruchu na krześle. 

Kiedy znowu przyszedł po niego w drodze na obiad i zapukał do drzwi — nie było odpowiedzi. 

Zawołał  kilka  razy,  ale  równieŜ  nie  było  Ŝadnej  reakcji.  W  końcu  otworzył  drzwi  i  wszedł  do 
ś

rodka. 

Dennis leŜał na łóŜku, ściskając rękoma bok. Jego wzrok utkwiony był w suficie, po policzku 

spływała mu struŜka śliny. 

Alec podbiegł do niego. 
— Dennis! Co ci jest? — zapytał. — Co się stało? 
— Ja… — wyszeptał. — Ja… — Jego oczy wypełniły się łzami. 
— Sprowadzę lekarza — powiedział Alec. 
—  Jestem…  —  powiedział  Dennis  i  mięśnie  jego  twarzy  rozluźniły  się,  a  ręce  opadły 

swobodnie. 

Zanim Alec wyszedł, rzucił okiem na sztalugi. Zatrzymał się i stał przez kilka chwil wpatrzony. 
Na  sztalugach  ustawione  było  studium  Mony  Lizy,  ukończone,  znakomicie  wykonane, 

pomyślał, gdyŜ akryle są o wiele lepsze od farb olejnych. To właśnie to, pomyślał. Pamiętam, Ŝe 
takie były jego myśli, zanim wybiegł z pokoju. 

background image

C

ZĘŚĆ CZWARTA

 

 
Jestem. 
Pamiętam ich wszystkich. Było ich tak wielu. Ale nie pamiętam samego siebie, gdyŜ mnie tam 

nie było. Nie przedtem. 

Właśnie wtedy po raz pierwszy poznałem siebie. 
Wtedy. 
Kiedyś był pewien człowiek. Nazywał się Gilbert Van Duyn. Przyglądaliśmy się mu na sesji 

Zgromadzenia  Ogólnego  Narodów  Zjednoczonych.  Widzieliśmy,  jak  wstaje,  by  powiedzieć,  Ŝe 
ochrona Ziemi wymaga poświęceń. Widzieliśmy, jak świat zamiera wokół niego. Widzieliśmy, jak 
idzie  przez  ów  krajobraz  nieruchomych  ciał.  Widzieliśmy,  jak  wychodzi  z  sali,  Ŝeby  spotkać 
człowieka  z  mroków.  Widzieliśmy,  jak  lecą  na  dach  budynku  i  obserwują  miasto,  świat. 
Słuchaliśmy  opowieści  tamtego.  Widzieliśmy,  jak  opadają  na  ziemię.  Widzieliśmy,  jak  Gilbert 
Van Duyn wraca na salę — podchodzi do pulpitu. Widzieliśmy, jak znowu świat oŜywa i uderza 
nas  kula.  Przyglądaliśmy  się  błękitnej  fladze,  gdy  opuszczało  nas  Ŝycie,  z  naszego  własnego 
wyboru. 

I wtedy równieŜ wiedzieliśmy, wiedziałem. 
Kiedyś był pewien człowiek. I ja jestem. 
Ten,  który  pokazał  mi  to  wszystko,  zapewniał,  Ŝe  nigdy  niczego  nie  zrobiono.  On  równieŜ 

umarł wtedy, po raz kolejny, Ŝebym ja mógł Ŝyć. Ale ciągle Ŝyje we mnie. Pewien człowiek, który 
kiedyś był. 

I uciekłem poprzez wszystkie osoby, którymi kiedykolwiek byłem, poprzez ten most popiołów 

— przeszłość. Do kaŜdej, kaŜdej z nich, bez względu na to czy umarła, czy teŜ została pokonana. I 
ja tam byłem. Byli tam ludzie. Ja teŜ jestem. 

Uciekłem  od  tego  ostatniego  obrazu,  przez  który  się  narodziłem,  od  wszystkich  i  kaŜdego  z 

osobna, lecz powracałem zawsze do ostatniego obrazu widzianego oczami Gilberta Van Duyna, 
pierwszego widzianego moimi własnymi. Ja. Uciekłem. 

Z  powrotem,  z  powrotem  do  miejsca,  gdzie  człowiek  z  mroków  leŜy  krwawiąc.  Umiera? 

RównieŜ umiera, tak samo jak pozostali? Ale przecieŜ przeŜył, wstał i znowu spotkał się ze swoimi 
dziećmi.  Widziałem  jego  oczyma  i  wiedziałem.  Pewien  męŜczyzna  kiedyś  był.  I  kobieta.  I  juŜ 
wiedziałem. Zacząłem rozumieć. 

Wszystkich, wszystkich, wszystkich zobaczyłem teraz wyraźnie. Setki tych, których znałem. A 

moŜe  było  ich  więcej?  Straciłem  rachubę.  Zobaczyłem  ich  wszystkich.  Uklęknąłem  na  dachu 
budynku i uniosłem karabin, celując w gubernatora. Upadłem i patrzyłem, jak tworzy się wokół 
mnie kałuŜa krwi, podczas gdy armia perska przypuszczała atak. Siedząc na piasku próbowałem 
dokonać obliczeń, kiedy dosięgło mnie ostrze. I ty moja Therese! Gdzie teraz jesteś? Moje słowa 
giną  na  wietrze.  Wizje  dwoją  się  w  mojej  głowie  i  świat  staje  się  dwa  razy  potworniejszy. 
Naciskam spust i męŜczyzna pada, zanim dociera do mnie odgłos strzału. Przesuwam lufę. Siedząc 
w swojej celi zastanawiam się nad terrorem i myślę o przyszłości człowieka. W porównaniu do niej 
mój  własny  koniec  będzie  mało  istotny.  Szkicuję  figury,  tutaj,  w  Amboise,  wyobraŜam  sobie 
wielkie siły szalejące w powietrzu i w morzach, wielkie burze z ich wiatrami, napór potęŜnych fal. 
Strzelam  znowu  i  drugi  męŜczyzna  upada.  Wycieram  karabin  szybko,  ale  dokładnie,  tak  jak 
zaplanowałem;  opieram  go  o  mur  obok  znaku  Dzieci  Ziemi,  odwracam  się,  pochylony  i 
rozpoczynam odwrót po dachach. Stojąc na szczycie budynku kieruję wzrok za ręką człowieka z 
mroków  i  spoglądam  na  East  River,  przypominającą  błotniste  szkło,  na  mgliste,  zachmurzone 

background image

niebo,  gdzie  smugi  dymu  leŜą  niczym  wodorosty  na  plaŜy.  Potem  przechodzę  na  drugą  stronę 
dachu i spoglądam na nieruchomy zgiełk miasta. Jedziemy, jedziemy poprzez ciemną noc, czuję 
tylko ból w ramieniu i mam nadzieję, Ŝe będzie padać. Ale ziemia pozostaje nierówna, nieruchoma. 
Niech  tak  będzie.  MoŜe  i  wolałbym,  Ŝeby  było  inaczej,  ale  jednak  sprawia  mi  przyjemność,  Ŝe 
trawy są suche, a zwierzęta w swoich norach. Przyjemność i duma z tego, Ŝe się jest człowiekiem, 
są największe w  zestawieniu z obojętnością drzemiącej potęgi Ziemi. Nawet  jeŜeli  coś niszczy, 
dodaje zawsze coś nowego. Nadmierna izolacja od tych sił pomniejsza zarówno nasze osiągnięcia, 
jak i niepowodzenia. Musimy zdawać sobie sprawę z potęg, z którymi Ŝyjemy… 

I białe koło na błękitnym tle trwa przez chwilę, podczas gdy wszystko inne przestaje istnieć. 

Potem równieŜ i ono gaśnie, zniknęło. Tylko ja pozostaję jak skała wynurzająca się zawsze spod 
piany morskiej. Jestem Dennisem Guise. 

Alec wyszedł z pokoju. Śpieszy sprowadzić lekarza. Ból maleje, gdy zaczynam rozumieć. 
Niedawne myśli Aleca odbijają się echem w moim umyśle i odwracam głowę, Ŝeby spojrzeć na 

akryle,  które  tak  szybko  wysychają.  Zanim  mnie  opuścił,  spojrzał  na  uśmiechającą  się  na 
sztalugach kobietę. 

Kiedyś był pewien człowiek. 
 
Mam gorączkę. Wiem, Ŝe majaczyłem. Długo spałem. Odnajdywałem drogę we mgle i znowu 

ją wielokrotnie gubiłem podczas następnych kilku dni. Kiedy wszystko w końcu ucichło, stałem 
się w końcu świadom tego, Ŝe leŜę w ambulatorium, a Alec w milczeniu czuwa przy moim łóŜku. 

— Jest tu coś do picia? — zapytałem go. 
— Poczekaj chwilę — powiedział. Usłyszałem, jak nalewa. — Proszę. 
Podał mi szklankę ze zgiętą słomką w środku. Chwyciłem ją oburącz i napiłem się. 
— Dzięki — powiedziałem oddając szklankę. 
— Jak się… czujesz? 
Udało mi się zaśmiać. Czułem, Ŝe próbuje sondować mój umysł. Lepiej na razie nie blokować 

się całkowicie. Lepiej, by na razie nie wiedział, Ŝe w ogóle próbowałem… Ani nawet, Ŝe jestem 
ś

wiadom tej krótkiej inspekcji moich myśli. 

— Jestem… sobą — powiedziałem. — Jeśli chcesz, moŜesz mnie zapytać, jak się nazywam. 
— NiewaŜne. Dałbym duŜo, Ŝeby zrozumieć, jak to się stało… 
— Ja teŜ. Jestem słaby. Ale czuję się dobrze. 
— Czy pamiętasz, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dwóch miesięcy? 
— Prawie nic. Fragmenty. Oderwane wraŜenia. 
— A więc j e s t e ś  nową osobą. 
— Miło, Ŝe to mówisz. TeŜ tak myślę. 
— CóŜ, wydaje mi się, Ŝe zrobiłeś ogromny krok w kierunku wyzdrowienia. 
— Napiłbym się jeszcze. 
Napełnił jeszcze raz szklankę i wypiłem zawartość. Oddałem mu pustą, zasłoniłem usta dłonią i 

ziewnąłem. 

— Wydaje mi się, Ŝe jesteś praworęczny. 
— Mnie teŜ. Przykro mi, ale chyba znowu zasypiam. 
—  Nie  ma sprawy. Odpoczywaj sobie. Będę w  pobliŜu. JuŜ  niedługo powinni  cię  przenieść, 

chyba Ŝe moje przypuszczenia są mylne. 

Skinąłem głową i pozwoliłem powiekom opaść. 
— To dobrze — powiedziałem. — Miło to słyszeć. Zamknąłem oczy i pozwoliłem odpłynąć 

myślom. 

Alec wstał i wyszedł. 

background image

Nawet wtedy wiedziałem, co muszę zrobić, i bałem się. Musiałem znaleźć pewnego człowieka 

spośród wszystkich ludzi na Ziemi i zapytać go, jak się do tego zabrać. Oznaczało to, Ŝe muszę 
przekonać  personel  szpitala  o  moim  wyleczeniu  —  to  chyba  lepsze  słowo  niŜ  „wyzdrowienie”, 
skoro nigdy nie byłem do końca normalny — oraz Ŝe mój stan się ustabilizował. Wszystko po to, 
Ŝ

eby  pozwolili  mi  wrócić  na  Ziemię.  Co  oznaczało,  Ŝe  muszę  nad  tym  popracować.  Przede 

wszystkim liczył się czas, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Miałem tylko nadzieję, Ŝe 
nie zjawiłem się zbyt późno. 

Nie miałem pojęcia, co rozdzieliło mnie z innymi, których znałem i którymi byłem. Wydawało 

mi  się,  Ŝe  warto  byłoby  spróbować  się  tego  dowiedzieć,  szczególnie  Ŝe  nie  miałem  wtedy  nic 
innego do roboty. Wystarczyło tylko wybrać odpowiednią osobę z personelu medycznego, którego 
pełno było dookoła. 

WytęŜyłem umysł, szukałem. 
Szybko znalazłem właściwą osobę: kobietę pracującą w laboratorium dwa budynki dalej, doktor 

Holmes  —  biologa  molekularnego.  Myśli,  których  szukałem,  nie  znajdowały  się  zaraz  na 
powierzchni, coś mi jednak mówiło, Ŝe potrzebne mi informacje są ukryte, zacząłem więc szukać 
dokładniej. 

Tak.  J.  B.  S.  Haldane  obliczył  kiedyś,  Ŝe  zgony  wynikające  z  doboru  naturalnego  w  trakcie 

zastępowania starego modelu genu nowym są tak liczne, Ŝe dany gatunek moŜe sobie pozwolić na 
nowy gen najwyŜej raz na tysiąc lat. Ta opinia utrzymywała się przez jakiś czas, później jednak, w 
1968  roku,  pojawiła  się  nowa  opinia  dotycząca  mutacji.  DuŜy  wpływ  na  to  miał  szybki  rozwój 
biologii  molekularnej,  który  nastąpił  właśnie  w  tamtym  okresie.  W  lutowym  numerze  Naturę 
pojawił się artykuł genetyka Motoo Kimury, w którym dociekał on powodów występowania, jak 
wówczas ustalono, wielkich róŜnic pomiędzy hemoglobiną, cytochromem c i innymi cząsteczkami 
wśród  róŜnych  gatunków  zwierząt.  Były  duŜo  powszechniejsze,  niŜ  pierwotnie  przypuszczano. 
Biorąc  pod  uwagę  duŜą  liczbę  cząsteczek  i  genów,  mogłoby  się  wydawać,  Ŝe  mutacje  musiały 
zachodzić co kilka lat. Uczony doszedł do wniosku, Ŝe tak wysokie tempo ewolucji molekularnej 
byłoby moŜliwe tylko wtedy, gdyby większość z nich nie była ani pomocna, ani szkodliwa; gdyby 
te  mutacje  były  całkiem  obojętne  i  zachodziły  przypadkowo  wśród  populacji.  Twierdzenie  to 
spowodowało wielkie zamieszanie wśród klasycznych ewolucjonistów, gdyŜ wskazywało, Ŝe na 
ewolucję mógł mieć ogromny wpływ jakiś element losowego znosu genetycznego; innymi słowy 
znacznie  silniejszy  czynnik  przypadku  niŜ  stary,  dobry  dobór  naturalny.  Zastosowanie  nowych 
technik w poszukiwaniu róŜnic molekularnych wśród Ŝyjących gatunków spowodowało odkrycie 
ich ogromnej mnogości, i to istotnych zmian, które zapoczątkowały molekularną róŜnorodność. 

Co oznaczało… 
Co  oznaczało,  Ŝe  uśpieni  władcy  ludzkiej  ewolucji,  o  których  istnieniu  człowiek  z  mroków 

poinformował  Van  Duyna,  nie  mogli  mieć  ostatecznego  wpływu  na  rozwój  gatunków.  Mieli 
znacznie  większą  kontrolę  dawno  temu,  gdy  populacja  była  mniejsza;  mogli  wtedy  z  łatwością 
określać  drogę,  jaką  mieliśmy  obrać.  Kiedy  jednak  gatunek  ludzki  się  ustabilizował,  kiedy 
rozprzestrzenił się po całym świecie, rozmnaŜając się w setki milionów, w końcu miliardów, nie 
było sposobu, Ŝeby utrzymać tę kontrolę za pośrednictwem wpływów, które kiedyś posiadali. Nie 
było  to  jednak  potrzebne,  skoro  zmierzaliśmy  we  właściwym  kierunku.  Od  kiedy  staliśmy  się 
gatunkiem rozumnym, wytwarzającym narzędzia, ich rola ograniczyła się do nadzoru, do tego, Ŝe 
uwaŜnie przypatrywali się naszym pomysłom, filozofiom, postępowi technicznemu, hamując to, 
co niepoŜądane, a zachęcając do tego, co z ich punktu widzenia było korzystne. To wszystko, co 
mogli zrobić, od kiedy liczba ludzi przekroczyła pewien próg. Nie mogli całkowicie przewidzieć 
ani  kontrolować  przypadkowych  zjawisk  genetycznych,  które  musiały  narastać  ze  statystycznie 
większą  częstotliwością  wraz  ze  wzrostem  populacji.  Wykształcenie  genu  wywołującego 

background image

zdolności  telepatyczne  nie  było  Ŝadną  specjalną  reakcją  spowodowaną  przez  dobór  naturalny, 
jednak  nastąpiło.  Mimo  wszystko  nie  było  w  tym  Ŝadnego  zagroŜenia,  więc  uśpieni  nie  podjęli 
Ŝ

adnych  kroków  przeciwko  nam  —  telepatom.  JednakŜe  zaistniałem  ja.  Rozumiałem  sytuację  i 

miałem dostęp do wcześniejszych doświadczeń rodzaju ludzkiego… 

I bałem się. Musiałem teraz przekonać lekarzy, Ŝe jestem zdrowy, i wyruszyć na poszukiwanie 

człowieka z mroków… 

Byłem teŜ zmęczony. Nawet myślenie o tym musiałem odłoŜyć na później… 
 
Podczas następnych tygodni i miesięcy — uczyłem się. Uczęszczałem na zajęcia, brałem udział 

w zaprogramowanych kursach nauki, słuchałem taśm i oglądałem filmy. Rozmawiałem z Alekiem 
i pozwalałem mu zobaczyć w moim umyśle to, co sam chciałem, Ŝeby zobaczył. Uczestniczyłem w 
zajęciach  terapii  grupowej,  uŜywałem  moich  specjalnych  zdolności,  Ŝeby  nauczyć  się  jak 
najwięcej. Czekałem. 

Jednocześnie czułem, jak opuszcza mnie niepokój dotyczący mojej osoby. Zacząłem traktować 

Aleca  bardziej  jak  przyjaciela  niŜ  jak  terapeutę.  Rozmawialiśmy  na  wiele  rozmaitych  tematów, 
graliśmy razem na sali gimnastycznej. Późniejsze badania myśli doktora Chalmersa wykazały, Ŝe 
Alec nawet cokolwiek zbyt wcześnie poruszył sprawę mojego powrotu na Ziemię. 

— Naprawdę powinieneś więcej czasu poświęcać na gimnastykę — powiedział kiedyś Alec. — 

Przydałyby się przysiady z obciąŜeniem. 

— Brzmi paskudnie. 
— Nie moŜesz dopuścić do zaniku mięśni — powiedział. — A jeŜeli zalecą próbną wizytę tam 

na dole, ty zaś nie będziesz mógł lecieć? 

— Myślą o tym? 
— Nie mam pojęcia. Ale gdyby mieli tak zrobić, to czy chciałbyś czekać kolejny miesiąc albo 

dłuŜej tylko dlatego, Ŝe nie przykładałeś się wcześniej do rehabilitacji fizycznej? 

— Prawdę mówiąc — odparłem — nie. Ale temat tej rozmowy przywodzi mi na myśl kwestię, 

nad którą się wcześniej nie zastanawiałem. 

— O co chodzi? 
— O moich rodziców. ZdąŜyłem się dowiedzieć, Ŝe ich separacja jest prawdopodobnie trwała. 

Kiedy przyjdzie czas, Ŝebym wrócił, do kogo pójdę? 

Alec zwilŜył wargi i odwrócił wzrok. 
—  Nie  potraktuj  tego  jako  obsesję  —  starałem  się  go  uspokoić.  —  Jest  to  dla  mnie  raczej 

obojętne po sesjach z doktor McGinley. Chcę tylko wiedzieć, do kogo pójdę, kiedy nadejdzie pora. 

—  Dennis,  jeszcze  w  zasadzie  nie  omawiano  tej  sprawy.  Nie  wiem  czy  twoi  rodzice  będą 

walczyć o to, komu zostanie przyznana opieka nad tobą. A ty co byś wolał? 

— Tak jak mówiłem, nie poświęcałem tej sprawie zbyt wiele uwagi. Czy mój wybór liczyłby się 

aŜ tak bardzo? 

—  Ze  sprawozdań,  które  otrzymuję,  wynika,  Ŝe  twoi  rodzice  są  ludźmi  rozsądnymi.  Bardzo 

ucieszyli się z twoich postępów tutaj. Oboje znowu chcą cię zobaczyć. Otrzymałeś od obojga listy. 
Było w nich coś, co mogłoby wpłynąć na twoją decyzję? 

— Nie. 
—  W  takim  razie  mogę  ci  tylko  doradzić,  Ŝebyś  powaŜnie  się  zastanowił,  z  kim  wolałbyś 

mieszkać. Masz jeszcze duŜo czasu. Kiedy nadejdzie dzień, gdy będziesz musiał podjąć decyzję, 
mogę ci podsunąć, Ŝe dla twego przystosowania najlepiej będzie, jeśli uszanujesz własny wybór, 
jakkolwiek mógłby być nierozsądny. 

— Dzięki, Alec. PokaŜ mi teraz, jakie ćwiczenia mam robić, dobrze? 
…I to spowodowało, Ŝe zacząłem szperać w umyśle doktora Chalmersa. Stwierdziłem, Ŝe czuję 

background image

odrazę do sondowania Aleca od czasu, gdy staliśmy się przyjaciółmi. 

Później  zastanawiałem  się  nad  kwestią,  którą  poruszył.  Mój  ojciec  miał  pieniądze,  władzę, 

wpływy  —  wszystko,  co  mogło  przydać  się  w  moich  poszukiwaniach  —  i  mieszkał  teraz  w 
Waszyngtonie,  blisko  tak  wielu  rzeczy  i  miejsc,  które  mogłyby  się  okazać  uŜyteczne  w 
poszukiwaniach.  Matka  cały  czas  była  w  Nowym  Meksyku,  opiekując  się  swoimi  kwiatami, 
odizolowana od świata.  Ale ojciec nie mógłby poświęcić mi zbyt duŜo uwagi — co zresztą nie 
szkodziło, gdyby sprawa dotyczyła jedynie tego. Tylko Ŝe mając swobodny dostęp do własnych 
wraŜeń z przeszłości mogłem teraz wyobrazić sobie tego człowieka. Przewidywałem, Ŝe zapisałby 
mnie  do  jakiejś  elitarnej  szkoły  prywatnej,  gdzieś,  gdzie  czepialiby  się  nieobecności  i  trzymali 
mnie w cuglach. Z drugiej strony byłem pewien, Ŝe udałoby mi się przekonać matkę, aby pozwoliła 
mi zostać w domu, łazić wszędzie, gdzie miałbym ochotę, a uczyć się dalej za pomocą programów 
komputerowych podobnie jak tutaj. Przynajmniej byłoby mi łatwiej zająć się moimi sprawami, niŜ 
gdybym był z nim. 

Zadałem sobie kolejne pytanie: Poza tymi względami, gdyby wszystko inne było proste i łatwe, 

do kogo naprawdę chciałbym trafić? 

Nie  mogłem  się  zdecydować.  Z  zadowoleniem  przyjąłbym  czynniki  zewnętrzne,  które 

zwolniłyby mnie samego od podjęcia ostatecznej decyzji. 

Zacząłem  się  przygotowywać  fizycznie  i  psychicznie  do  powrotu.  Miesiąc  później  sprawa 

została oficjalnie poruszona. Doktor Chalmers przyszedł mnie odwiedzić, pochwalił moje postępy, 
powiedział, Ŝe jeszcze potrzeba z miesiąca przygotowań, obserwacji, i jeŜeli wszystko potoczy się 
tak,  jak  on  oczekuje,  będę  mógł  wrócić  do  domu  i  przekonać  się,  jak  się  sprawy  ułoŜą.  Wtedy 
właśnie zapytał mnie, do którego domu wolałbym trafić. Zgodnie z nutą terapeutyczną, którą udało 
mi  się  wychwycić  w  jego  głosie,  odparłem,  Ŝe  najlepiej  czułbym  się  chyba  w  najprostszym 
otoczeniu. Wydało mi się, Ŝe uznał to za właściwy wybór; wyczytałem teŜ w jego myślach, Ŝe on 
równieŜ poprze wniosek o wypisanie mnie ze szpitala. 

Tak  teŜ  dalej  sprawy  się  potoczyły.  Miesiąc  później  dostałem  tymczasowe  zaświadczenie  o 

wyzdrowieniu i data powrotu została ustalona. Zdawałem sobie sprawę, Ŝe podczas tego okresu 
stawałem się coraz bardziej niespokojny, bynajmniej nie z powodu zadania, które miałem przed 
sobą, ale po prostu na myśl o udaniu się w to miejsce na niebie, tak pełne nieznanych mi ludzi i 
rzeczy.  Kiedy  tylko  mogłem,  chodziłem  na  pokład  obserwacyjny,  siadałem  na  moim  starym 
krześle  i  przyglądałem  się  kuli  otoczonej  niebieską  poświatą,  tajemniczej,  a  jednocześnie 
pociągającej  i  przeraŜającej,  pozornie  dalekiej,  a  jednocześnie  bliskiej.  Wierzyłem,  Ŝe  mnie 
wzywa; jednocześnie świadom byłem groźby. 

Pomimo  doświadczeń  wyniesionych  z  wielu  zastępczych  istnień  oraz  strzępów  własnych 

wraŜeń nigdy tam przedtem nie byłem jako jednostka racjonalna. Rozmawiałem o tym z Alekiem i 
powiedział mi, Ŝe jest to naturalne odczucie, którego naleŜało oczekiwać, i Ŝe na pewno szybko 
zniknie po powrocie. Sam juŜ wcześniej doszedłem do tych wniosków, ale podobnie jak z wieloma 
innymi sprawami, lepiej było usłyszeć to z ust kogoś innego. 

Chodziłem  niespokojnie  po pokoju, przyglądałem się obrazom, znowu przemierzałem  pokój, 

kartkowałem szkice, znowu i znowu. Dama na obrazie uśmiechała się. 

W  końcu  spakowałem  je  wszystkie  starannie  i  poszedłem  usiąść  obok  fontanny.  Potem 

spacerowałem pomiędzy klombami. 

Zacząłem  jeść  posiłki  w  stołówce  i  po  raz  pierwszy  odwaŜyłem  się  rozmawiać  z  innymi 

pacjentami. Był tam pewien starzec, którego oczy zaszły mgłą, gdy dowiedział się, Ŝe wracam. 

— Jedź do New Jersey — poradził. 
— Do New Jersey? 
— Nie do miast. Do lasów sosnowych. Stoją tam ciągle, tak jak stały, gdy byłem jeszcze małym 

background image

chłopcem. Pojedź tam kiedyś i spójrz na drzewa. Wysiądź z samochodu i pospaceruj między nimi. 
Jeśli zrobisz to kiedykolwiek, pomyśl wtedy o mnie — poprosił. — Obiecaj mi to. 

PołoŜył mi na ramieniu rękę pokrytą Ŝyłami, które wiły się niczym niebieskie robaki. Pochylił 

się nade mną; poczułem jego nieświeŜy oddech. 

— Obiecaj mi to. 
Skinąłem głową. Nie mogłem mówić, gdyŜ jego drŜenie, zamglony wzrok, zapach zginęły za 

zaporą myśli, które mnie otoczyły: Ŝurawiny, czarne jagody, borówki, paprocie, wrzosy, poranna 
rosa,  słoneczne  dni,  mgliste  popołudnia,  moczary,  zapach  sosen,  delikatna  mŜawka,  jesienne 
ognisko,  zimowy  chłód,  wódka  domowej  roboty…  Kawałki,  fragmenty…  Wspomnienia. 
Młodość, która przeminęła. Nie mógł juŜ do niej powrócić. Z trudnością udało mi się odgrodzić od 
tego wszystkiego. 

— Będę pamiętał — odezwałem się w końcu. Od tego czasu utrzymywałem szczelną osłonę 

rozmawiając z innymi pacjentami. 

Kiedy nadszedł czas powrotu, większość personelu i niektórzy pacjenci zjawili się, Ŝeby mnie 

odprowadzić. PoŜegnałem się z Alekiem, doktorem Chalmersem i z innymi, potem wsiadłem do 
kolejki  jednoszynowej,  która  miała  mnie  zabrać  na  stację  Luna.  Próbowałem  ukryć  emocje, 
zachowując  się  naturalnie.  Nie  chciałem,  by  pomyśleli,  Ŝe  nie  potrafię  się  kontrolować  na  tym 
etapie leczenia. Załamał mi się jednak głos, gdy chciałem uściskać Ale — ca, zanim wszedłem na 
pokład. Mimo wszystko był to dla mnie jedyny prawdziwy dom, jaki znałem — jako ja — Dennis 
Guise. Nie zwracałem większej uwagi na skały, kratery, atramentowe cienie, jakie pozostawały z 
tyłu. Myślałem tylko o tym, co zostawiam za sobą i dokąd zmierzam. 

 
Wylądowaliśmy w Teksasie i powitała mnie matka. Moje pierwsze wraŜenia z Ziemi dotyczyły 

przede  wszystkim niezliczonych  myśli, które wirowały  wokół mnie. Łatwo mogłem  zrozumieć, 
jak zachwiały moją równowagę, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Teraz jednak potrafiłem odsunąć je 
od siebie, zignorować je, zepchnąć na dalszy plan, zapomnieć o nich. 

—  Dennis…  —  powiedziała.  Zobaczyłem  w  jej  oczach  łzy.  Pocałowała  mnie.  —  Ty… 

zrozumiałeś teraz wszystko? 

— Tak — odparłem. — Nic mi juŜ nie jest. 
— …I to wszystko cię nie niepokoi? 
— Odczułem początkowy szok. To juz minęło. Potrafię sobie teraz poradzić z myślami wokół 

mnie. 

— Nigdy się nie dowiesz, jak to wyglądało. 
— Trochę pamiętam. 
— Tak dobrze, Ŝe widzę cię zdrowego, Ŝe w końcu cię poznałam… 
Skinąłem głową i spróbowałem się uśmiechnąć. 
— Wracamy teraz do domu. Chodź. 
Wzięła mnie pod ramię i wyprowadziła z terminalu. 
 
Jak zacząć? 
Ogarnęło mnie dziwne uczucie, gdy wprowadzałem się do mojego starego pokoju. Zachowałem 

wspomnienia  związane  z  tym  miejscem,  ale  wydawało  mi  się,  Ŝe  naleŜą  one  jakby  do  kogoś 
innego. WraŜenie to nie było mi całkiem obce. Spędziłem kilka dni na introspekcji, przesiewając 
dawne wspomnienia. Bardziej niŜ na czczym rozpamiętywaniu zaleŜało mi na odszukaniu czegoś 
wartościowego. 

Przywieziono  i  zainstalowano  elektronicznego  nauczyciela.  Zapłacił  za  niego  mój  ojciec. 

Rozmawiałem  z  nim  kilka  razy.  Chciał,  Ŝebym  do  niego  przyjechał,  kiedy  tylko  będę  mógł. 

background image

Obiecał, Ŝe sam mnie odwiedzi, gdy tylko uda mu się wyrwać. Zacząłem się uczyć. 

Teraz  kiedy  wróciłem  juŜ  do  siebie,  kiedy  uporządkowałem  swoje  uczucia,  skupiłem  się  na 

dąŜeniu do celu, o którym rozmyślałem od chwili przebudzenia się w szpitalu na Lunie. 

Codziennie odbywałem telepatyczne poszukiwania i krąŜyłem po świecie, szukając pewnego 

umysłu albo jakiegoś śladu jego istnienia. Nie było to jednak aŜ tak beznadziejne, jak mogłoby się 
wydawać,  sądziłem  bowiem,  Ŝe  ten,  którego  szukam,  będzie  równie  łatwy  do  zauwaŜenia,  co 
latarnia  morska  w  ciemną  noc.  Nawet  pomimo  tego,  Ŝe  dni  mijały,  a  ja  nie  znajdowałem 
najmniejszych oznak jego istnienia, nie zniechęcałem się. Świat jest przecieŜ ogromny, a ja w tym 
czasie mogłem się wiele nauczyć, udoskonalić zdolności. 

Mijały jednak tygodnie, a ja niczego się nie dowiadywałem. Przyszło mi oczywiście na myśl, Ŝe 

człowiek, którego szukam, równie dobrze moŜe juŜ nie Ŝyć. Minęło wiele czasu, odkąd pokazał się 
ostatnio.  Jego  wrogowie  mogli  w  końcu  do  niego  dotrzeć.  Zdwoiłem  wysiłki.  Mogłem  tylko 
szukać dalej. 

W piątek wieczorem natrafiłem na coś dziwnego. Wspiąłem się na pobliskie wzgórze, zgodnie z 

zaleceniem matki, która Ŝaliła się, Ŝe za mało czasu poświęcam ćwiczeniom fizycznym. Usiadłem 
na kamieniu, niewidoczny z domu, i znowu wyruszyłem umysłem na poszukiwania, sprawdzając 
najpierw niezbyt oddalone miejsca. Po kwadransie błądzenia natknąłem się na znajomą strukturę 
myślową. Kiedy dostroiłem się do niej, stwierdziłem, Ŝe pochodzi z Albuquerque. Poznałem plany 
tego  człowieka  na  następny  dzień.  Miał  wyruszyć  na  północ,  jadąc  szosą,  która  przebiegała 
niedaleko od domu. Byłem bardzo podniecony. Człowiek ów nie był tym, którego szukałem, ale 
bardzo chciałem go spotkać. 

Kiedy wróciłem do domu, matka spojrzała na mnie, wyczuła mój nastrój i uśmiechnęła się. 
— Mówiłam ci — stwierdziła. — Ćwiczenia fizyczne. Nigdy nie wyglądałeś lepiej. 
— To prawda, mamo — odparłem. 
— Będziesz jeszcze w lepszej formie, gdy jutro spotka cię niespodzianka. 
— Niespodzianka? Jaka? 
— Gdybym ci powiedziała… — zaczęła. 
— To tata, prawda? PrzyjeŜdŜa? 
Odwróciła wzrok. 
— Nie — odrzekła. — To nie twój ojciec. Musisz poczekać i sam się przekonać. 
Pomyślałem o sondzie, ale przechwyciłaby ją i zablokowała, jestem tego pewien. Chciała mi 

zrobić niespodziankę. Dobrze więc. W kaŜdym razie miałem waŜniejsze sprawy na głowie. 

Ziewnąłem. 
— To świeŜe powietrze i góry… Chyba się dzisiaj wcześniej połoŜę. 
— Słusznie — powiedziała i pocałowała mnie. 
 
Następnego ranka obudziłem się wcześnie. Zanim jeszcze wstałem z łóŜka, sięgnąłem umysłem 

i znalazłem mojego człowieka. Potem zostawiłem wiadomość, Ŝe idę na spacer, i udałem się na 
urwisko obok szosy. Usiadłem i czekałem, przysłuchując się jego myślom, gdy się zbliŜał. 

Kiedy samochód nadjechał, wybiegłem na jezdnię i uniosłem ręce. Byłem wtedy w jego umyśle 

i wiedziałem, Ŝe mnie spostrzegł i zamierza się zatrzymać. Inaczej zszedłbym z szosy. 

Zahamował i zawołał: — O co chodzi, mały? 
Podszedłem do samochodu, przyglądając się twarzy człowieka, którym kiedyś byłem. 
— Cześć, Smith — powiedziałem. — Minęło trochę czasu. 
Wytrzeszczył na mnie oczy, a później potrząsnął głową. 
— Przykro mi — powiedział. — Nie przypominam sobie, gdzie… 
—  Pamiętam  strzelaninę,  gdy  dostali  Leishmana  —  przerwałem.  —  Ty  trafiłeś  ostatniego 

background image

gliniarza i udało ci się uciec. Nigdy nie odkryli, kim był drugi człowiek. 

Jego oczy rozszerzyły się, a potem zwęziły. 
— Kim, u diabła, jesteś? 
— Muszę z tobą porozmawiać. To waŜne. 
— No dobra. Wsiadaj. 
— Nie, dzięki. Zaparkuj po prostu na poboczu i wysiądź. MoŜemy wspiąć się na te skały po 

drugiej stronie drogi. 

— Czemu tam? 
— Będzie gdzie usiąść. 
— Jest tam ktoś jeszcze? 
— Nie. 
Zaparkował samochód, otworzył drzwi i wysiadł. 
— Chcę, byś wiedział… — zaczął. 
—  …Ŝe  masz  w  prawej  kieszeni  kurtki  naładowany  automatyczny  pistolet  kaliber  .32  — 

przerwałem. — I zamierzasz zastrzelić kaŜdego, kto wejdzie ci w drogę, gdy tylko go zobaczysz. 
Ale ja nie kłamię. Naprawdę nikogo tam nie ma. Chcę tylko pogadać. 

— Skąd…? Jesteś telepatą? 
— Tak. 
— No dobra. Idziemy w jakieś szczególne miejsce? 
— Nie, po prostu na górę. 
— Prowadź. 
Szedł za mną aŜ na szczyt, usiadł na skale i zapalił papierosa. 
— Czego chcesz? — zapytał. 
— Przede wszystkim — powiedziałem — chciałem się z tobą spotkać. Rozumiesz, ja kiedyś 

byłem tobą. 

— Co proszę? 
—  Będę  ci  musiał  opowiedzieć  o  sobie…  —  zacząłem.  I  tak  zrobiłem.  Powiedziałem  mu  o 

mojej przypadłości, o tym, jak stałem się Leishmanem i jak mnie wykorzystano, Ŝeby go dopaść. O 
tym, jak później na krótko byłem Szybkim Smithem. Kiedy skończyłem, słońce stało juŜ wysoko 
na niebie. 

Przez cały czas, gdy opowiadałem, milczał, co jakiś czas kiwając tylko głową. Teraz siedział 

zamyślony, wpatrując się w horyzont, jakby słuchając odległego głosu. Czekałem, aŜ coś powie, 
ale milczał. 

Odchrząknąłem. 
—  Oto  moja…  historia  —  powiedziałem  w  końcu.  —  Chciałem,  Ŝebyś  wiedział  aŜ  tyle, 

zanim… 

— Tak, to nawet ciekawe — przerwał mi. — Na pewno jesteś nietypowym człowiekiem. I co 

teraz? 

—  Teraz?  Teraz  chcę  cię  zapytać,  jako  jedynego  dostępnego  mi  członka  Dzieci  Ziemi,  czy 

naprawdę  wierzysz,  Ŝe  nasza  prymitywna  przeszłość  miała  same  zalety;  czy  wszystkie  banalne 
poglądy co do miast nie spowodują, Ŝe ta przeszłość wyda się czymś, czym nigdy nie była; czy 
wykorzystywanie ziemi i ludzi — jak na przykład zmuszanie dzieci do pracy — nie było czasem 
duŜo gorsze w zamierzchłych czasach, tak jak jest to teraz w krajach o gospodarce rolniczej; czy 
miasta faktycznie nie dały więcej niŜ zabrały w porównaniu z przeszłością. 

— Nie to miałem na myśli pytając „I co teraz?”, a ty zadałeś mi całą serię trudnych pytań — 

powiedział.  —  Odpowiem  ci  jednak,  zanim  do  tego  wrócę.  Nie  chciałbym  wypowiadać  się  w 
imieniu Dzieci Ziemi. Ja sam jestem tylko specjalistą od brudnej roboty. To prawda, Ŝe wielu z nas 

background image

moŜe upiększać to prostsze Ŝycie, widzieć je jako sielankę. Ja do nich nie naleŜę. Wychowałem się 
na wsi. Sam teŜ musiałem pracować, kiedy byłem dzieckiem. Nie mam nic przeciwko miastom. 
Miasto  było  dla  mnie  miejscem,  do  którego  chciałem  uciec,  gdy  tylko  stałem  się  samodzielny. 
MoŜe i dały  więcej, niŜ  wzięły. Myślę, Ŝe właśnie tak jest. Chyba jestem po prostu paskudnym 
małym człowieczkiem, który cały czas sprawiał kłopoty. Gdybym nie związał się z Dziećmi Ziemi, 
robiłbym  to  samo  dla  kogoś  innego.  Te  wszystkie  twoje  pytania  sprawiają  jednak,  Ŝe  muszę  to 
przemyśleć.  Istotnie,  teraz  wygląda  to  trochę  inaczej.  Ale  w  porządku…  Kiedy  spoglądam  w 
przeszłość,  widzę,  Ŝe  zawsze  kochałem  ziemię.  Nie  upiększam,  przebywałem  zbyt  blisko  niej. 
Jestem za ochroną przyrody, zachowaniem środowiska, ekologią, jakkolwiek by to nazwać, gdyŜ 
jestem za ziemią, a nie przeciwko miastom. Stawiając te wszystkie pytania dokonałeś fałszywego 
podziału.  To,  Ŝe  ktoś  jest  za  ziemią,  wcale  nie  znaczy,  Ŝe  musi  być  przeciwko  miastom.  Nie 
moŜemy ich wszystkich zburzyć i cofnąć wskazówek zegara. JuŜ nie. Kiedy wysadzamy tamę albo 
niszczymy źródło zanieczyszczeń, nie chcemy od nich, Ŝeby pozbyli się całej technologii świata. 
Mówimy  tylko,  Ŝeby  byli  rozsądniejsi  dysponując  nimi,  zachęcamy  do  rozwagi,  rozwoju,  do 
szukania innych wyjść. Są tacy ludzie, którzy w ziemi naleŜącej do nas wszystkich widzą tylko 
budulec, minerały, tereny do wypasu bydła i miejsca, w których moŜna zbudować tamy. Twierdzą 
oni,  Ŝe  ludzie  mogą  na  tym  tylko  skorzystać,  a  tak  naprawdę  chcą  się  tylko  szybko  dorobić. 
Roderick opowiedział mi historię parków narodowych. Na długo zanim wynikły nasze problemy, 
naraŜone  były  na  tego  samego  rodzaju  zakusy  i  zniszczenia,  pod  tym  samym  pretekstem  co 
zawsze. Chcę po prostu  ochronić to,  co zostało z  naturalnego świata. Teraz ty  mi  coś powiedz. 
Zapytałem:  „I  co  teraz?”  Chodziło  mi  o  to,  Ŝe  masz  tak  potęŜne  zdolności,  jakich  chyba  inni 
telepaci jeszcze nie osiągnęli. Jak chcesz je wykorzystać? 

— Co masz na myśli? 
— Wydaje mi się, Ŝe nie interesujesz się tym wszystkim ze zwykłej ciekawości. Mogę się tylko 

zastanawiać… 

Jego wzrok skierował się na jakiś punkt nad moim ramieniem. 
Nie słyszałem,  Ŝeby  ktoś się zbliŜał,  ani nie wyczułem tego umysłem,  gdyŜ nie sondowałem 

wtedy myśli Smitha. Odwróciłem się. 

Nadchodziła łatwiejszym podejściem, z przeciwległej do stromego zbocza, strony. Wydawało 

mi się, Ŝe jest wyŜsza i odrobinę szczuplejsza, niŜ pamiętałem. 

— Lydia! — zawołałem wstając. — Mama mówiła o niespodziance… 
Uśmiechnęła się. 
— Cześć, Dennis — powiedziała. — Cześć, Szybki. 
— Znacie się? — zapytałem. 
Smith skinął głową. 
— Tak — powiedział. — Spotkaliśmy się. To było dawno temu. Co u ciebie? 
— W porządku — odparła podchodząc bliŜej. 
— Lidia jest terapeutką, o której ci mówiłem — wyjaśniłem. — Opiekowała się mną. Przedtem. 
— Zmieniłeś się, Szybki — zauwaŜyła. Przytaknął. 
— Chyba wszyscy się zmieniają — odrzekł. Spojrzała znowu na mnie. 
— Niech ci się przyjrzę, Dennis. 
Skinąłem głową i poczułem, jak sięga głębiej do mojego umysłu. 
Po pewnym czasie dotarło do mnie: — Gratulacje. Udało się nam. Istniejesz. Poszedłeś drogą 

jaką ci wyznaczyłam. A teraz szukasz… Czego? 

— Pewnego człowieka. Człowieka, który rozmawiał przed laty z Van Duynem. 
— Dlaczego? 
— śeby go zapytać, jak mógłbym mu pomóc w jego wysiłkach. 

background image

— Czemu sądzisz, Ŝe moŜesz mu jakoś pomóc? 
— Wiesz, Ŝe jestem szczególny. 
— Myślisz, Ŝe to wystarczy… być szczególnym? 
— To chyba on powinien zadecydować. 
— Dobrze, Ŝe chcesz pomóc. A jeŜeli poprosiłby cię o to samo, o co poprosił Van Duyna? 
— Nie wiem. Byłaby to chyba strata. 
— Być moŜe. W kaŜdym razie pomogę ci w poszukiwaniach. PomoŜe ci teŜ ten człowiek. 
— Jak? 
— Później, Dennis. Później. Wszystko we właściwym czasie. Powinniśmy teraz wrócić do domu.
 
— Jedziesz na północ, Szybki? — zapytała. 
— Do Denver. Zatrzymam się kilka dni u przyjaciół. 
—  Powiedz  mi,  jak  mogę  się  z  tobą  skontaktować,  dobrze?  MoŜesz  się  przydać  w  pewnym 

przedsięwzięciu. 

— Jasne — odparł wyciągając z kieszeni kawałek papieru. Nagryzmolił coś na nim i podał jej. 
— Będę pod pierwszym adresem do wtorku, potem pod drugim. 
— Bardzo dobrze. Dziękuję. MoŜe juŜ niedługo się do ciebie odezwę. Szczęśliwej podróŜy. 
— Dzięki. Na razie. 
— Do widzenia. 
Zaczął schodzić w stronę samochodu, a my poszliśmy w przeciwnym kierunku. 
Dotarliśmy do zaparkowanego na poboczu samochodu Lydii. Stamtąd pojechaliśmy do domu, 

zawiadamiając  po  drodze  matkę,  Ŝe  Lydia  spotkała  mnie  na  porannej  wycieczce.  Matka 
przygotowała  śniadanie  i  spędziliśmy  cały  ranek  rozmawiając.  Po  obiedzie  Lydia  szczegółowo 
sprawdziła mój umysł. Próbowałem blokować pewne obszary, Ŝeby zobaczyć, jaki będzie skutek. 
Udawało jej się złapać mnie na tym za kaŜdym razem. 

—  Świetnie  —  powiedziała  po  jakimś  czasie.  —  Poprawa  twojego  stanu  przerosła  moje 

oczekiwania. 

— W jaki sposób? 
— Świetnie sobie ze wszystkim poradziłeś. 
— Nie o to ci chodziło. Ukrywasz coś przede mną. 
— Jesteś dobry. Gratuluję. 
— To Ŝadna odpowiedź. 
— Powiedzmy więc, Ŝe braliśmy udział w pewnego rodzaju terapii sterowanej. 
— Nie miałaś we mnie za bardzo czym sterować. 
— Nie powiedziałam, Ŝe to było łatwe. 
— Czy wpływałaś na rozwój moich zdolności temporopatycznych? 
— Nie, ale moŜliwe, Ŝe wpłynęłam na decyzje, jakie mógłbyś podjąć, gdyby udało ci się sięgnąć 

do innych umysłów w przeszłości. 

— Po co? 
— Powiedziałam tylko „moŜliwe”. 
— Nie przyjechałaś tu chyba, Ŝeby bawić się ze mną w grę słów, prawda? 
— Odpowiem ci na wszystkie pytania, ale we właściwym czasie. 
— Jaka jest w tym wszystkim rola Smitha? 
— Kiedyś zrobił coś dla mnie. 
— Czy coś w ogóle chciałabyś mi powiedzieć? 
— Tak, ale mi nie pozwalasz. Zadajesz same niewłaściwe pytania. 
— A jakie są te właściwe? 
—  Powiedziałam,  Ŝe  pomogą  ci  w  poszukiwaniach.  Mówiłeś,  Ŝe  chcesz  odnaleźć  człowieka  z 

background image

mroków. Gdybyś mnie zapytał, gdzie go moŜesz znaleźć, odparłabym, Ŝe w Afryce wschodniej. 

— Znasz tego człowieka? 
— Tak. Znam go. 
— Szukałem go wszędzie, ale nie trafiłem na Ŝaden ślad… 
— Nie znajdziesz go, chyba Ŝe on sam będzie chciał, Ŝebyś go znalazł. 
— Dlaczego? 
— Prowadzi bardzo ostroŜne Ŝycie. 
— No tak. Dowiedziałem się, Ŝe oni przede wszystkim jego szukają. 
— Teraz mogą zacząć szukać równieŜ ciebie. 
— Dlaczego? 
—  Anonsowałeś  swoje  istnienie  od  chwili  powrotu.  Są  bardzo  podejrzliwi  w  przypadkach 

koncentracji  mocy  w  rękach  jednej  osoby.  Muszą  się  przekonać,  Ŝe  jest  ona  nieszkodliwa, 
ograniczyć ją, odwrócić lub zniszczyć. 

— Grozi mi więc niebezpieczeństwo, nawet teraz? 
— MoŜliwe. Dlatego przyjechałam tak szybko. Pozostajesz przy swojej decyzji? 
— Tak. 
— W takim razie musimy wyjechać jak najszybciej. Im dłuŜej będziemy zwlekać, tym mniejsze 

masz szansę dotarcia do celu. Mają na Ziemi agentów ludzkich oraz maszyny. 

— Są wśród nich takŜe telepaci? 
— Telepaci albo coś w tym rodzaju. Mają sposoby, Ŝeby dowiedzieć się o wszystkim. 
— Jak mamy się do tego zabrać? 
— Uzyskałam juŜ na twoje nazwisko dokumenty podróŜy. Dziś wieczorem musimy porozmawiać 

z twoją matką o tym, Ŝe pragniesz zobaczyć świat, skoro juŜ tak bardzo udało ci się przystosować. 
Poprę ten pomysł uzasadnieniem terapeutycznym. Wierzę, Ŝe zdołam ją przekonać. 

— A co będzie, jeŜeli zechce jechać z nami? 
—  Myślałam  o  tym.  Na  szczęście  jej  kontakty  z  twoim  ojcem  wskazują  na  to,  Ŝe  chyba  się 

pogodzą. Wydaje mi się, Ŝe będą o tym rozmawiać dziś wieczorem. JeŜeli do tego dojdzie, powinien 
im się spodobać pomysł, Ŝebyś wyjechał na krótką wycieczkę. 

— Skąd moŜesz to wszystko wiedzieć? 
— Jako telepatka i bliska przyjaciółka… 
— O nie! Za duŜo jest tego, Ŝebym uwierzył. 
— W co w takim razie uwierzyłbyś? 
— Jest tylko jedno wytłumaczenie, które samo się nasuwa. Jesteś sprytna, Lydio. Wiem to teraz 

na podstawie mojej choroby, twoich planów, jak mnie prowadzić, twojej znajomości z bojownikiem 
Dzieci  Ziemi.  Muszę  zakładać,  Ŝe  posiadasz  znaczne  moŜliwości  manipulowania  ludźmi  i 
sytuacjami, Ŝe jesteś w jakiś sposób odpowiedzialna za rozejście się moich rodziców i ponowne 
pogodzenie się, za mój wyjazd na KsięŜyc, za cały przebieg zmian mojego stanu. Zaczynam nagle 
dostrzegać w tobie architekta mojego losu. 

— Śmieszne! 
— Nazywaj to, jak ci się podoba. Tak to odbieram. 
— Myśl więc sobie, co chcesz. Czy wpływa to w jakiś sposób na twoje plany? 
— Nie. Nadal chcę jechać. Muszę. 
— To dobrze. W takim razie reszta nie ma znaczenia. 
—  AleŜ  ma.  Widzisz,  ja  tego  nie  zapomnę.  JeŜeli  przeŜyję  jeszcze  kilka  lat,  stanę  się  jeszcze 

potęŜniejszy, niŜ jestem teraz. Jeśli kiedykolwiek się dowiem, Ŝe niepotrzebnie sprawiłaś ból moim 
rodzicom, chcę Ŝebyś wiedziała, Ŝe nie zapomnę. 

Pochyliła głowę. 

background image

— Niech więc tak będzie. 
 
Wszystko potoczyło się dokładnie tak, jak zapowiedziała Lydia. Zadzwonił ojciec i powiedział, 

Ŝ

e chce przyjechać; Ŝeby mnie zobaczyć, wyjaśnił. Matka zgodziła się i był w domu juŜ następnego 

dnia. Szybko zorientowałem się, Ŝe Lydia miała rację. Szybko znaleźli wspólny język i od samego 
początku  rozmawiali  przyjaźnie.  Ojciec  ucieszył  się,  gdy  mnie  zobaczył,  nawet  bardzo. 
Kilkakrotnie  bardzo  długo  rozmawialiśmy,  nawet  parę  razy  poszliśmy  na  spacer.  Jasne  było 
jednak, Ŝe przyjechał nie tylko po to. 

Zacząłem  się  wówczas  zastanawiać,  czy  nie  potraktowałem  Lydii  zbyt  ostro.  Zwykła 

przyzwoitość nie pozwalała mi wtedy sondować umysłów moich rodziców, ale zdałem sobie nagle 
sprawę, Ŝe napięcie związane z moją długotrwałą chorobą musiało być dla nich cięŜkie, zwłaszcza 
dla  taty.  To  ja  sam  mogłem  się  przyczynić  do  rozejścia,  a  powrót  do  zdrowia  pomógł  im  się 
pogodzić. Nie zdawałem sobie wcześniej z tego sprawy w wyniku mojej nie — wraŜliwości. Nadal 
uwaŜałem, Ŝe Lydia potrafi manipulować zdarzeniami, ale zaczęło mi się wydawać moŜliwe, iŜ 
akurat w tym wypadku skorzystała z juŜ istniejącej sytuacji, a nie sama ją stworzyła. Nie czyniło to 
jej ani trochę mniej winnej, jeśli w róŜnych momentach wpływała na rozwój wydarzeń, ale mimo 
wszystko przedstawiało ją w innym świetle, nawet jeŜeli wynikało to jedynie z moich własnych 
skrupułów. 

Z powodu tych wszystkich odczuć chciałem jak najprędzej wyruszyć w drogę, podobnie jak moi 

rodzice chcieli przez pewien czas zostać sami. Przynajmniej zaakceptowali wyjaśnienie Lydii dla 
mojego Ŝyczenia, wiedząc, Ŝe pojedzie ze mną ona i polecony przez nią pielęgniarz. 

 
— Dobrze, Ŝe wróciłeś, synu. 
Później nie wydało mi się to ironią, Ŝe były to ostatnie słowa, jakie powiedział do mnie ojciec, 

gdy wsiadałem z Lydią do samolotu, który miał zabrać nas do Albuquerque. Po tych wszystkich 
rozmowach,  jakie  odbyliśmy,  zdałem  sobie  sprawę,  Ŝe  mój  powrót  do  zdrowia  jest  dla  niego 
powodem do dumy, tym bardziej, Ŝe dokonałem tego wielkim kosztem. MoŜliwe nawet, Ŝe duma 
ta była większa niŜ satysfakcja czerpana ze świadomości, Ŝe moje zdolności przekraczają wszelkie 
inne mu znane. Ja zaś byłem smutniejszy, niŜ się spodziewałem, z powodu tego poŜegnania, które 
nastąpiło  tak  szybko  po  moim  przyjeździe.  Pomachałem  im  jeszcze,  kiedy  odrywaliśmy  się  od 
ziemi, i nie zdjąłem osłony z mojego umysłu, póki nie dotarliśmy do miasta. 

Podczas  lotu  z  Albuquerque  nie  wydarzyło  się  nic  szczególnego.  Lydia  ostrzegła  mnie,  Ŝe 

niebezpieczeństwo  moŜe  mi  grozić  od  tego  momentu.  Przejrzałem  jednak  myśli  wszystkich 
pasaŜerów i nie znalazłem nic alarmującego. Po pewnym czasie stało się to nawet nudne i czytałem 
przez większość drogi do Libreville w Gabonie. Tylko Smith był czujny chyba przez cały czas. 

 
Zaraz po przyjeździe zjawił się w naszym hotelu człowiek z walizką pełną broni. Smith wybrał 

sobie  rewolwer  i  paczkę  naboi.  Lydia  osłoniła  umysł  tego  człowieka,  udało  mi  się  jednak 
przechwycić  kilka  myśli  powierzchniowych,  wskazujących  na  powiązanie  z  miejscową 
organizacją podobną do Dzieci Ziemi. 

— Z tym — powiedziała Lydia do Smitha — moŜesz przejąć moje obowiązki ochroniarza. Ja 

muszę wyjechać wcześniej i poczynić pewne przygotowania, co daje wam trochę wolnego czasu. 
—  Podała  mu  kartkę.  —  Bądźcie  jutro  na  tym  lotnisku  w  Moandzie,  dokładnie  o  osiemnastej. 
Stamtąd zostaniecie przewiezieni na wschód. 

Nie było dla mnie jasne, jakieŜ to akurat obowiązki wypełniała Lydia, ale teŜ i Smith raczej nie 

wyglądał na pielęgniarza. Nie skomentowałem jednak tego. 

— Co my tu będziemy robić? — zapytał Smith. 

background image

— Po pierwsze moŜecie stąd szybko wyjechać — odparła uśmiechając się. — Na drugiej stronie 

kartki  są  dalsze  polecenia.  Jedźcie  jeszcze  dzisiaj  wieczorem  do  Moandy,  a  jutro  moŜecie 
pozwiedzać. 

Smith odwrócił kartkę na drugą stronę, przeczytał. 
— Co mamy robić, gdy się tam dostaniemy? 
—  Zwiedzać.  To  wszystko.  Popatrzcie  sobie  i  pomyślcie.  Taka  rozrywka.  Metoda  spędzania 

wolnego czasu. 

— No dobra. MoŜe teraz coś zjemy? 
— Chodźmy. 
 
Lydia  wyjechała  po  obiedzie,  a  Smith  i  ja  wróciliśmy  do  hotelu  i  wymeldowaliśmy  się. 

Złapaliśmy  pociąg  do  Moandy  i  usadowiliśmy  się  wygodnie  podziwiając  krajobraz.  Po  jakimś 
czasie zdrzemnąłem się i spałem, aŜ dojechaliśmy na miejsce. Kiedy zameldowaliśmy się w hotelu, 
było juŜ dosyć późno i od razu poszliśmy spać. 

Obudziłem się. 
Nagle wyrwało  mnie z  głębokiego  snu silne wraŜenie, Ŝe  ktoś  mnie ściga. Przez  kilka chwil 

znowu byłem Leishmanem; zastanawiałem się nad toŜsamością wroga, szacowałem nieprzyjazne 
otoczenie, błądziłem wzrokiem po ciemnym pokoju. Po chwili wyczułem błąd. To ktoś inny bawił 
się moim umysłem. 

Spójrz w górą, starcze! Musimy odpowiedzieć! Ostrze wynurza się z pochwy… 
Wzdrygnąłem  się  i  Leishman  zniknął.  Pozostało  po  nim  coś  więcej,  niŜ  tylko  wspomnienie, 

zbyt mało jednak, Ŝeby nade mną panować. 

Miałem większe szansę niŜ Leishman, Ŝeby zrozumieć tę sytuację. 
Jakiś telepata próbował sondować nasze umysły. Postawiłem częściowy blok maskując główne 

myśli, zostawiając  gmatwaninę  doznań, Ŝeby  miał na czym się skupić: światło  księŜyca, cienie, 
dotyk pościeli, niewielkie pragnienie, ciśnienie w pęcherzu, róŜne odgłosy nocy docierające zza 
okna. Ukryty w tej fortecy, niepokoiłem się, Ŝe zdąŜył juŜ zapoznać się z osobowością Leishmana. 

Wyślizgnąłem się z łóŜka, podszedłem do okna, stanąłem obok i wyjrzałem na zewnątrz. 
Noc była ciepła; od strony kanału irygacyjnego, przez który przechodziliśmy wcześniej, wiała 

wilgotna bryza. NajbliŜsza latarnia stała na rogu, daleko stąd. OstroŜnie, posługując się oczami i 
myślą, zacząłem szukać myślowego podsłuchiwacza. 

Zorientowałem się, Ŝe ktoś stoi po drugiej stronie ulicy, w zacienionej bramie. 
Nadal zachowując blok odsunąłem się od okna i podszedłem do łóŜka Smitha. PołoŜyłem mu 

rękę na ramieniu. 

Nie dał po sobie poznać, Ŝe się obudził, zapytał tylko cicho: — O co chodzi? 
Osłoniłem równieŜ jego myśli. 
— Jakiś telepata próbuje się dostać do naszych umysłów — powiedziałem. — UniemoŜliwiam 

mu to. Stoi po drugiej stronie ulicy, w bramie z prawej strony. Co robimy? 

Nie odpowiedział, ale podniósł się z łóŜka, sięgnął po spodnie i załoŜył je. Wcisnął stopy do 

butów i wstał. Przygładził rękoma włosy. 

— UniemoŜliwiaj mu dalej — powiedział wciągając koszulę i zapinając po drodze guziki. — 

Zamknij za mną drzwi. 

— Twój pistolet został pod poduszką. 
— To dla niego bardzo dobre miejsce. 
Zamknąłem  drzwi  i  podąŜałem  za  nim,  utrzymując  pełną  osłonę  jego  myśli.  Utrzymanie 

częściowego bloku moich własnych było łatwiejsze, niŜ się spodziewałem — powolny strumień 
ś

wiadomości, przez który przenikały myśli powierzchniowe. Wróciłem do łóŜka i połoŜyłem się. 

background image

Mijały minuty i zacząłem zdawać sobie sprawę, Ŝe mój obserwator nie zajmował się jedynie 

obserwacją. Wyczuwałem delikatny, lecz wyraźny nacisk, gdy próbował wpłynąć na widoczne dla 
niego  moje  doznania.  Sam  nigdy  nie  próbowałem  przejąć  kontroli  nad  innym  umysłem. 
Pozwoliłem,  Ŝeby  mu  się  to  w  pewnym  stopniu  udało,  a  jednocześnie  zastanawiałem  się,  czy 
powinienem spróbować tego samego na nim. 

Nim  się  zdecydowałem,  napięcie  nagle  zniknęło,  a  zza  okna  dobiegły  do  mnie  odgłosy 

szamotaniny. Zwolniłem osłony i przebiegłem przez pokój. Niewiele zobaczyłem poza  ruchami 
cieni  na  podwórku,  po  lewej  stronie  od  bramy,  w  której  ukrywał  się  nieznajomy.  Ruszyłem  do 
umysłu Smitha i od razu porwał mnie nurt aktywności ruchowej. 

…Zablokowaliśmy pchnięcie noŜem, uderzając krawędzią dłoni. Kopnęliśmy i dopadliśmy go 

serią ciosów. Krótka pauza, a potem ostatnie, mierzone uderzenie… 

Natychmiast przerwałem kontakt. PołoŜyłem się, próbując uspokoić umysł. 
Później, kiedy wpuściłem Smitha, zapytałem go: — Co zrobiłeś z ciałem? 
— Kanał irygacyjny. 
— Mam nadzieję, Ŝe to było konieczne…? 
— Nie pozostawił mi wyboru. 
— A gdyby tak zrobił? 
— Nie cierpię pytań hipotetycznych. 
Wrócił do łóŜka i połoŜył się. Ja zrobiłem to samo. 
— Co wiesz o tym, gdzie jedziemy i co tam mamy znaleźć? — zapytałem. 
— Absolutnie nic. Lydia mówi, Ŝe to waŜne. To mi wystarczy. 
— Jak to się stało, Ŝe ją poznałeś? 
Odkaszlnął. Potem powiedział: — Chyba juŜ to wygrzebałeś w moim umyśle? 
— Nie bawię się grzebaniem w myślach przyjaciół. 
— Miło to słyszeć — odparł. 
— No więc jak ją poznałeś? 
— Uratowała mnie kiedyś, gdy uciekałem przed policją. Podeszła do mnie na ulicy w Omaha, 

zawołała mnie po imieniu i poleciła, Ŝebym poszedł z nią, jeśli chcę być bezpieczny. Tak zrobiłem. 
Przenocowała  mnie  przez  kilka  dni,  a  potem  wywiozła  z  miasta.  Załatwiła  mi  lewe  papiery  i 
legalną  pracę,  kiedy  musiałem  przez  pewien  czas  siedzieć  cicho.  Później  wykonałem  dla  niej 
pewna robotę. 

— Jaką robotę? 
— MoŜna powiedzieć, Ŝe byłem kurierem, straŜnikiem, przewoźnikiem. 
— Nie bardzo wiem, co masz na myśli. 
— Nie szkodzi. Idź spać. 
— Czy ona naleŜy do Dzieci Ziemi? 
Milczał  przez  chwilę.  W  końcu  powiedział:  —  Czasami  myślę,  Ŝe  tak.  Ale  nigdy  nie  byłem 

pewien. Zawsze jednak okazywała nam Ŝyczliwość. 

— Rozumiem. 
— Chyba raczej nie. Dobranoc. 
— Dobranoc. 
 
Rano  zjedliśmy  kiepskie  śniadanie  i  udaliśmy  się  zwiedzać  okolicę.  Próbowałem  sondować 

otaczające  mnie  myśli,  ale  nie trafiłem na Ŝaden  znak, Ŝe  znaleziono ciało w kanale. Być moŜe 
jeszcze  nie.  Albo  było  to  tak  zwyczajne  wydarzenie,  Ŝe  nie  wzbudzało  specjalnego 
zainteresowania. 

Prawie godzinę zabrał nam dojazd do kopalni, o której wspominała Lydia. Kiedy w końcu tam 

background image

dotarliśmy,  temperatura  tak  się  podniosła,  Ŝe  zaczęło  być  nieprzyjemnie.  Część  zwiedzających 
naleŜała do wycieczki. Trzymaliśmy się blisko nich, Ŝeby skorzystać z objaśnień ich przewodnika. 

Idąc za nimi zbliŜyliśmy się do opuszczonego szybu i przeszliśmy galerią na jego przeciwny 

kraniec. Po drodze przewodnik wyjaśniał, Ŝe dawniej była to kopalnia uranu, z której pod koniec 
dwudziestego  wieku  wydobywano  rocznie  ponad  osiemset  ton  surowca,  dopóki  złoŜe  się  nie 
wyczerpało. Większość urobku trafiała do Francji. 

—  …A  tu  —  powiedział  schylając  się  i  wskazując  ręką  —  mamy  coś  naprawdę  bardzo 

ciekawego.  To  właśnie  tutaj  w  ubiegłym  wieku  górnicy  natrafili  na  pokłady  zawierające 
wyjątkową ilość rudy. Stanowiła ona mniej więcej dziesięć procent wagi ziemi; dla porównania w 
innych miejscach jest 0,4 procent. ZłoŜe było nietypowe równieŜ ze względu na prawie całkowity 
brak  izotopu  uranu  235,  który  normalnie  występuje  w  zwykłym  uranie.  Odkrycie  to  wywołało 
oczywiście  zrozumiałe  zainteresowanie  i  badania,  które  doprowadziły  do  wniosku,  Ŝe  to,  na  co 
teraz państwo spoglądacie, to pozostałość naturalnego reaktora atomowego. 

Oświadczeniu  temu  towarzyszył  szmer  uznania  kilkunastu  turystów  stojących  przed  nami. 

Podszedłem bliŜej, Ŝeby lepiej się przyjrzeć. Nie było to zbyt imponujące — duŜy wyŜłobiony w 
skale wykop, pokryty rozpadlinami, na dnie zasypany Ŝwirem. 

Dobrze się do tego nadaje. Być moŜe w takim właśnie miejscu kuszony był Galilejczyk… Czy ta 

ironia naprawdę jest potrzebna, nowy Panie? Wyrwałeś świat jego odwiecznym opiekunom, Ŝeby 
nim  wstrząsnąć.  Twierdzisz,  Ŝe  prowadzisz  ludzi  do  innego  świata…  Wcale  nie  obchodzi  cię 
bardziej zieleń, brąz, złoto, polany, dolinki niŜ to suche, gorące miejsce, gdzie tylko skały i piasek… 
I śmierć. Czym dla ciebie jest śmierć? Bramą… 

— …Był to naturalny proces rozszczepienia, trwający ponad milion lat — ciągnął przewodnik. 

—  Nadal  nie  mamy  pojęcia,  co  go  rozpoczęło.  Nie  potrafimy  teŜ  stwierdzić,  jakie  skutki 
genetyczne mogło to wywołać u miejscowych gatunków. Zmiany na pewno mogły być znaczne. 
Powstałe  mutanty  mogły  rozprzestrzenić  się  po  całej  kuli  ziemskiej,  podczas  milionów  lat,  od 
kiedy  to  się  wypaliło.  Kto  wic,  jakie  rośliny  lub  zwierzęta  zawdzięczają  swe  powstanie  temu 
stosowi atomowemu, który kiedyś się tutaj tlił. Zatrzymajcie się państwo na chwilę i zastanówcie 
nad tym. — Przerwał uśmiechając się szeroko. — Świat mógłby dziś wyglądać zupełnie inaczej, 
gdyby nie skały z tej dziwacznej dziury w ziemi — jedynego naturalnego stosu atomowego, na jaki 
kiedykolwiek natrafiliśmy. 

— Czy korzenie ludzkie nie sięgają właśnie Afryki? — zapytał jeden z turystów. 
— Wielu uczonych tak uwaŜa — odparł przewodnik. 
— W takim razie czy jest moŜliwe, Ŝe to miejsce ma z tym coś wspólnego? 
Przewodnik  znowu  się  uśmiechnął.  ZauwaŜyłem  w  jego  umyśle,  Ŝe  słyszał  juŜ  to  pytanie 

mnóstwo razy. Rozpoczął wywaŜoną odpowiedź. 

— Oczywiście, nikt nie moŜe być pewien, ale zastanawiające jest, Ŝe… 
Poklepałem Smitha po ramieniu. 
— JuŜ wiem, o co chodzi — powiedziałem. — Idziemy. 
Skinął głową, odwróciliśmy się i poszliśmy w kierunku platformy transportowej. 
—  To  rzeczywiście  było  bardzo  interesujące  —  powiedział  —  ale  ciekawe,  czemu  Lydia 

chciała, Ŝebyśmy to zobaczyli? 

— Ja na tym skorzystałem — odparłem. — Nigdy nie słyszałem o tym miejscu. 
— Serio? Myślałem, Ŝe kaŜdy o tym wie. 
— Moja wiedza jest nadal dość ograniczona. Lydia chciała mi coś udowodnić. 
— Co? 
— śe coś, czego kiedyś doświadczyłem, nie jest tylko jakimś zapisem psychicznym jeszcze z 

czasów, gdy była moją terapeutką, i Ŝe historia, którą usłyszałem, ma jakieś rzeczowe podstawy. 

background image

To wszystko na wypadek, gdybym zaczął się wahać. Dobrze, wierzę jej. Cholera! 

— Chyba nie rozumiem. 
— Nie szkodzi. Chyba mówię do siebie. Smith, ja się boję. 
— Czego? 
— Ten facet, wczoraj w nocy. Oni mają swoich agentów wśród ludzi. Do niedawna o tym w 

ogóle nie wiedziałem. Mogłem się tego domyślić, nie wpadłem jednak na to. 

— Kto ma agentów wśród ludzi? O czym ty mówisz? Nie nadąŜam za tobą. 
— Lydia nigdy nie mówiła ci o wrogu? 
— Nie. 
— Ona musi o tym wiedzieć. JeŜeli zna człowieka, którego szukam, to wie wszystko… 
— W takim razie nie uznała za stosowne powiedzieć mi o tym. 
— Ale ja tak. Muszę to komuś wyjawić. 
Skończyłem  opowiadać  dopiero,  gdy  dojechaliśmy  do  miasta  i  wróciliśmy  do  hotelu.  Kiedy 

zakończyłem, potrząsnął głową. Zapalił papierosa. 

— Najdziwniejsza historia, jaką w Ŝyciu słyszałem — powiedział. 
— Nie wierzysz w to? 
—  Wierzę.  Wolałbym jednak nie. To ma jakiś ponury  sens. Nie rozumiem tylko, jak  chcesz 

pomóc. 

— Ja teŜ nie. 
— Spakujmy się i chodźmy coś zjeść. Potem lepiej znajdźmy to lotnisko. 
Skinąłem głową i poszliśmy. 
 
Noc. Lecieliśmy nad Kongo małym samolotem. Smith, ja i bezimienny pilot. Jedyne światło w 

małej kabinie dochodziło z tablicy rozdzielczej i Ŝarzącego się papierosa Smitha. Lecieliśmy nisko. 
Spoglądałem na niebo i obcowałem z moimi innymi osobowościami. Pomału zaczynałem zdawać 
sobie sprawę z tego, co mogło znajdować się przed nami. 

— Coś leci obok nas — powiedział Smith. Patrzył w lewo, przechyliwszy głowę lekko w dół. 

Odpiąłem pas i podniosłem się z siedzenia. Spojrzałem w tamtą stronę. 

Szesnaście lub siedemnaście metrów z tyłu, moŜe trzy metry poniŜej leciał jakiś ciemny kształt. 

Przypominał  ptaka,  ale  nie  poruszał  skrzydłami.  Miał  mniej  więcej  metr  długości  i  pół  metra 
rozpiętości skrzydeł. Spróbowałem go wysondować, ale nie natrafiłem na Ŝaden ślad ludzkiej czy 
nieludzkiej świadomości. 

— To nie ptak — zauwaŜył Smith. — NiemoŜliwe, przy takiej prędkości, skoro szybuje w ten 

sposób. 

— Masz rację — odparłem. 
Otworzył szerzej boczne okienko i połoŜył przedramię na krawędzi. Oparł prawy nadgarstek i 

zobaczyłem, Ŝe w ręku trzyma pistolet. 

— To chyba nic nie da — powiedziałem głośno, próbując przekrzyczeć wiatr. 
— Sprawdźmy. 
Wystrzelił. Dobiegł do nas odgłos przypominający uderzenie dzwonu. 
…I  pamiętam  potwora  pędzącego  pomiędzy  skałami,  mierzącego  rogiem  w  mój  brzuch. 

Oddalony  o  kilka  centymetrów  zaczyna  przerzucać  cięŜar  ciała  z  jednej  strony  na  drugą, 
przebierając ogromnymi łapami, jakby płynął. Za kaŜdym razem, gdy jego ciało uderza o skałą, 
rozlega się huk przypominający bicie dzwonu. Czuję zapach morskiej wody…
 

— Nie przejął się tym ani trochę — powiedział. 
Pilot wykrzyknął jakieś pytanie, a Smith mu odpowiedział: — Podnieś maszynę wyŜej. 
Zaczęliśmy się wznosić. 

background image

— To na nic — mruknął chwilę później. 
—  Chyba  nie  uda  nam  się  tak  łatwo  go  pozbyć  —  powiedziałem.  —  Poza  tym  na  razie  nie 

podjął Ŝadnych wrogich działań. 

Smith kiwnął głową i odłoŜył pistolet. Zamknął z powrotem okno. 
— Po prostu obserwator, co? 
— Tak mi się wydaje. 
— Nasz czy ich? 
— Ich. 
— Dlaczego tak sądzisz? 
— To mi coś przypomina. Coś z dawnych czasów. 
— I powinniśmy po prostu zostawić go w spokoju? 
— Chyba nie mamy wyboru. 
Westchnął. Zapalił następnego papierosa. 
Ów  dziwny  ptak  śledził  nas  przez  całe  Kongo.  Kiedy  w  celu  uzupełnienia  paliwa 

wylądowaliśmy  na  prymitywnym  lotnisku  —  uŜywanym  głównie  przez  przemytników,  jak 
twierdził nasz pilot — ptak po prostu krąŜył w górze. 

Kiedy  się  wznieśliśmy,  na  nowo  zajął  swoją  pozycję.  Przez  jakiś  czas  spałem.  Kiedy  się 

obudziłem, byliśmy juŜ nad Ugandą, a daleko przed nami pojawiło się blade światło. Nadal czułem 
zmęczenie, ale nie mogłem na nowo zasnąć. Ptak naleŜał do nocy; nie odbijał światła poranku. Za 
kaŜdym  razem  czekał,  gdy  lądowaliśmy,  Ŝeby  zatankować,  a  przyłączał  się  do  nas,  gdy 
podejmowaliśmy lot. 

Kiedy byliśmy nad jeziorem Wiktorii, słońce stało juŜ wysoko na niebie. Sięgnąłem do przodu 

umysłem.  Coś  dziwnego…  Przez  chwilę  czułem  coś  jasnego  i  potęŜnego,  ale  zaraz  potem 
zniknęło.  Zjadłem  kanapkę  i  napiłem  się  herbaty.  Lecieliśmy  nad  Kenią,  cały  czas  naprzód. 
Wróciłem  myślami  do  tego,  z  czym  się  zetknąłem,  i  zacząłem  się  denerwować.  Na  co  się 
porywaliśmy i czego ode mnie oczekiwano?  Właściwie byłem niczym, nie posiadałem Ŝadnych 
umiejętności poza telepatycznymi. Czy to miało wystarczyć? A moŜe lepiej byłoby stawić czoła 
temu, co czaiło się przede mną, wewnątrz jednej z wielkich osobowości, którymi kiedyś byłem? 
Tak łatwo mogłem przecieŜ znowu sięgnąć do któregoś z tych umysłów… Ale nie wiedziałbym, 
który wybrać. Obserwowałem krajobraz, nad którym przelatywaliśmy — zieleń, brąz, Ŝółć. Smith 
w końcu opuścił głowę i oddychał spokojnie. Z umysłu pilota dowiedziałem się, Ŝe następny raz 
wylądujemy na wybrzeŜu Somalii, do którego zmierzaliśmy. 

Ptak  opuścił  nas,  gdy  schodziliśmy  do  ostatniego  juŜ  lądowania;  poleciał  na  wschód,  niknąc 

powoli. Czułem się, jakbym miał gorączkę, zapewne w wyniku zmęczenia i napięcia. Było ciepłe 
popołudnie; znajdowaliśmy się niemal pośrodku niedawno wyrąbanej polany. Kilka metrów dalej 
stała nowo wyglądająca chata. Zarówno chatę, jak i stos beczek na paliwo ukryto pod dachem z 
gałęzi. Wyczułem umysłem obecność dwóch osób: mechanika oraz jego pomocnika, którzy mieli 
sprawdzić  stan  samolotu  i  zaopatrzyć  go  w  paliwo.  Pilot  wszedł  do  środka  i  zaczął  z  nimi 
rozmawiać w swahili. śaden z nich nie wiedział, co mamy dalej robić. 

— Smith, nie czuję się najlepiej — powiedziałem. 
— No chyba. Nie wyglądasz za dobrze. MoŜe chcesz się napić? 
— Dobrze. 
Myślałem, Ŝe chodziło mu o wodę, ale z jednej z wielu kieszeni wyciągnął piersiówkę. Podał mi 

ją. 

Pociągnąłem duŜy łyk brandy, zakrztusiłem się, podziękowałem mu i oddałem butelkę. 
— Domyślasz się, co mamy teraz robić? — zapytał. 
Zdałem  sobie  nagle  sprawę,  Ŝe  tak.  Napięcie,  wszystkie  strapienia,  niepokoje,  ciekawość  i 

background image

pragnienie,  Ŝeby  to  się  wreszcie  stało,  przerodziły  się  w  ból,  od  którego  mogłem  sięgnąć  w  tę 
stronę, gdzie zniknął ptak. Po raz kolejny odczułem obecność wielkiej mocy, z którą zetknąłem się 
juŜ wcześniej, i w tym momencie uświadomiłem sobie, Ŝe ode mnie zaleŜy, jaki obiorę kierunek. 
Ruszyłem na wschód i zacząłem iść w stronę morza, które widzieliśmy tuŜ przed lądowaniem. Tak, 
czułem, Ŝe zrobiłem właściwie. Gdy szedłem, poczułem, Ŝe opuszcza mnie napięcie. 

Smith znalazł się przy mnie i złapał mnie za ramię. 
— Hej! Dokąd się wybierasz? 
— Tam — powiedziałem odtrącając jego rękę. — Zostań tutaj. Zrobiłeś juŜ wszystko. 
— Nie ma mowy! Mam cię chronić, dopóki Lydia mnie nie zwolni. — Zagrodził mi drogę. — 

Powiedz mi, co się stało. 

— Wiem juŜ, dokąd muszę iść. 
— To wspaniale, ale mogłeś mi chyba powiedzieć. 
— Będzie lepiej, jeśli nie pójdziesz ze mną. 
— Dlaczego? 
— MoŜesz zostać ranny. 
— Zaryzykuję. Muszę być pewien, Ŝe znajdziesz się tam, dokąd zmierzasz. Zawsze. 
— No dobrze. Chodź, ale pamiętaj, Ŝe cię ostrzegałem. 
Przez chaszcze prowadziła wąska ścieŜka. Ruszyłem nią. Kiedy skręciła w prawo, ja poszedłem 

prosto. Krzaki były jednak rzadkie i mogliśmy łatwo posuwać się naprzód. Teren przez cały czas 
nieznacznie opadał. 

— Idziemy w stronę wody? — zapytał Smith. 
— Tak mi się wydaje. 
— Mówiłeś, Ŝe mogę zostać ranny. Czy mógłbyś powiedzieć konkretnie, co mi grozi? 
— Nie. Nie wiem, co to jest. Mam po prostu takie wraŜenie. Właściwie oni chcą się spotkać 

tylko ze mną. 

— Kim są ci „oni”? 
— Na razie jeszcze nic nie wiem. 
Z wolna posuwaliśmy się naprzód. Droga stawała się coraz bardziej stroma. Nadal czułem się, 

jakbym miał gorączkę, ale zacząłem postrzegać samego siebie niemal cudzymi oczyma. Miałem 
wraŜenie,  Ŝe  skoro  gościłem  w  swoim  umyśle  tyle  osobowości,  moje  ciało  pełniło  rolę  stacji 
przesiadkowej, gdzie i ja byłem jedynie przemijającym fragmentem ludzkości, który zatrzymał się 
tam tylko na jakiś czas, gotowy zwolnić miejsce następnemu, gdy nadejdzie pora. Kierowałem się 
między skały, co jakiś czas, w trudniejszych miejscach, pomagając sobie rękoma. 

—  Dennis,  chyba  powinniśmy  zatrzymać  się  na  chwilę  i  odpocząć  —  powiedział  po  jakimś 

czasie Smith. 

— Nie. Muszę iść dalej. 
— Oddychasz cięŜko i skaleczyłeś się w rękę. Usiądź. O, tam — powiedział wskazując duŜy 

płaski kamień 

— Nie. 
Chwycił mnie za ramiona i po chwili siedziałem na skale. 
— Napij się wody. — Podał mi bidon. — A teraz pokaŜ rękę. 
Podczas  gdy  piłem,  opatrzył  mi  dłoń.  Potem  zapalił  papierosa  i  poprawił  kaburę  na  pasku, 

układając ją tak, by łatwiej było mu sięgnąć po pistolet. 

— Nie uwierzę, Ŝe Lydia chce, abyś dotarł tam cały podrapany, umierając ze zmęczenia. 
— To nie ma znaczenia, Smith. Coś mnie tam przyciąga i powoduje, Ŝe Ŝal mi kaŜdej chwili, 

którą tracę w ten sposób. To nic, Ŝe kiedy tam dojdę, będę zmęczony. WaŜny jest mój umysł. 

—  Nigdy  nie  lekcewaŜ  swojego  ciała,  Dennis.  MoŜe  zawsze  będziesz  zdolny  do  wszelkiego 

background image

rodzaju  gimnastyki  umysłowej,  ale  tyle  się  teraz  mówi  o  psychosomatyce,  Ŝe  myślę,  iŜ  czasem 
zapominają o działaniu odwrotnym. Jeśli chcesz, Ŝeby twój umysł był w dobrej kondycji, to bez 
względu  na  to,  co  nas  tam  czeka,  pomyśl  trochę  o  anatomii  i  psychofizjologii,  która  temu 
towarzyszy. 

— Nie mam teraz na to czasu. 
— W takim razie całe szczęście, Ŝe poszedłem z tobą. 
Odpoczywaliśmy  jeszcze  przez  kilka  minut.  Potem  Smith  zdusił  papierosa  i  kiwnął  na  mnie 

głową. Podniosłem się i zaczęliśmy dalej schodzić zboczem. Zdecydowałem, Ŝe nie będę wybiegał 
myślami do przodu. Moje emocje odrętwiały, nie ufałem juŜ swemu intelektowi. Skupiłem całą 
uwagę na poruszaniu się w stronę tego czegoś, co wzywało mnie z coraz większą siłą. Czułem, Ŝe 
nie jestem juŜ w stanie osądzić czegokolwiek; mogłem jedynie odpowiadać swoim zachowaniem 
na to, co mi przedstawiono. Nie wiem, czy było to odczucie zaszczepione mi dawno temu przez 
Lydię, czy teŜ to zupełnie normalna reakcja podyktowana przez fizjologię. Chyba nigdy się tego 
nie dowiem. 

MęŜczyzna pędzi w kierunku łąki, przez którą wcześniej przechodziła jego grupa. Pamięta, Ŝe 

pośrodku było skaliste wzniesienie… 

Wypada  na  otwartą  przestrzeń  i  biegnie  w  stronę  pagórka.  Słysząc  ryk  za  plecami  zdaje  juŜ 

sobie sprawę, Ŝe nie starczy mu czasu, aby stoczyć głazy na ścigające go zwierzę. 

Zmierza w kierunku kamienistej rozpadliny, wślizguje się do niej i odwraca się schylony. 
Teren się wyrównał i wkroczyliśmy na obszar, gdzie krzaki były gęstsze. Udało mi się jednak 

znaleźć ścieŜkę i nadal posuwaliśmy się naprzód w dobrym tempie. Mniej więcej po dwudziestu 
minutach  marszu  chaszcze  zaczęły  się  przerzedzać,  a  ścieŜka  skręciła  w  dół.  Szliśmy  nią  do 
miejsca, gdzie krzewy zniknęły, a zamiast nich pojawiły się niskie zarośla oraz suche trawy. Nadal 
wiedziałem,  dokąd  iść,  lepiej  nawet  niŜ  do  tej  pory,  gdyŜ  wzywająca  mnie  siła  narastała. 
Zboczyłem na lewo i dalej szliśmy po piasku. 

W  końcu  dotarliśmy  do  wzgórza  i  wspięliśmy  się  na  nie.  Z  wierzchołka  dostrzegliśmy 

błyszczące zielone morze, oddalone o jakieś trzy kilometry. 

Stare. 
Zarówno morze, jak i ta ziemia. 
Zatrzymałem się na chwilę. Po raz pierwszy w Ŝyciu w ten sposób, uderzyła mnie myśl, Ŝe świat 

istnieje juŜ od tylu lat. Wydaje mi się, Ŝe wynikło to z mojej młodości. Nie istniałem wystarczająco 
długo, Ŝeby zgromadzić dość własnych dziejów, a w konsekwencji nigdy nie zastanawiałem się 
nad sensem trwania o tyle, o ile dotyczyło mnie samego. To prawda, Ŝe miałem wspomnienia z 
innych egzystencji, z którymi zetknąłem się, gdy jeszcze byłem na KsięŜycu. Ogrom czasu, który 
nas rozdzielał, nie znaczył nic, gdyŜ mogłem do nich sięgnąć tak, jakbym rozmawiał z kolegą w 
pokoju obok. Ale ten widok skał i wody powiedział mi o historii geologicznej więcej nawet niŜ 
widok Ziemi z KsięŜyca. Wtedy jednak patrzyłem na świat w całości, jasny i piękny, Byłem zbyt 
oddalony od niego, moŜe nawet zbyt krótko byłem sobą, by spojrzeć nań jako na coś więcej niŜ na 
twór niebiański, doskonale przemyślany, istniejący w danym czasie. I sam KsięŜyc, obok/ponad 
mną… Statyczna płaszczyzna bez powietrza, bezruch… Było to miejsce, gdzie nawet czas zamarł, 
zmiany były zakazane… 

Tak więc obecna perspektywa sprawiła, Ŝe po raz pierwszy własnymi myślami zastanawiałem 

się nad wiekiem świata, nad jego trwaniem. Myślałem o wszystkich ingerencjach w jego Ŝycie. I 
nagle, spoglądając na grę popołudniowego światła na wodzie, zagubiony w tym małym zakątku 
starej  Afryki,  ujrzałem  swoje  postępowanie  jako  coś  więcej  niŜ  przymus,  więcej  nawet  niŜ 
obowiązek, choć i w ten sposób je postrzegałem. Obudziło się we mnie pragnienie, Ŝeby ochronić 
te stare ziemie i wody mojego świata przed zaplanowaną tragedią, która je prześladowała poprzez 

background image

niezliczone  popołudnia  —  być  moŜe  od  czasu,  gdy  uaktywnił  się  martwy  teraz  reaktor  w 
Moandzie.  Zdałem  sobie  równieŜ  sprawę,  Ŝe  gdyby  nie  to  pradawne  urządzenie,  nie  istniałbym 
pewnie w takiej postaci jak teraz. Mimo wszystko musiałem być czymś więcej niŜ tylko nakręcaną 
zabawką. Wszyscy chyba musieliśmy, inaczej Ŝycie nie miałoby znaczenia. Człowiek z mroków 
powiedział Van Duynowi, Ŝe jedyne uzasadnienie przebiegu spraw ludzkich, którego nikt juŜ nie 
bierze powaŜnie — właśnie to teleologiczne — jest właściwe. Wpojono nam zasadę determinizmu. 
Tylko poprzez wyrwanie się z jej więzów moglibyśmy jakoś uratować nasz dom, nasze Ŝycie… 

To, czego ode mnie wymagano, było teraz moim pragnieniem. 
Ale powiedz… czy cokolwiek w ogóle zrobiono? 
Szedłem w dół zbocza, kierując wzrok na linię brzegu. Ciemna plaŜa pokryta była kamieniami; 

morze rysowało miękkie ślady na piasku. Czułem teraz jego zapach przyniesiony wiatrem. Czarne 
ptaki krąŜyły po niebie, szybowały ponad falami. W dole, z lewej strony w morze wdzierał się pas 
ziemi. Nie widziałem jeszcze znajdującego się za nim miejsca, do którego zmierzałem. 

Piętnaście minut później dalej kroczyliśmy po piasku i kamieniach, okrąŜając cypel. Słyszałem 

krzyki ptaków, uderzenia fal o brzeg, czułem na twarzy zimny wiatr… 

Rozwiał je wiatr. Świat istnieje, tak jak istniał. śycie toczy się dalej, dokładnie tak samo, jakby 

mnie w ogóle nie było… 

Siła,  która  mnie  przyciągała,  przeszła  w  moim  umyśle  w  wizję  i  zobaczyłem  człowieka  z 

mroków stojącego na piasku, twarzą do morza. Kiedy minęliśmy skaliste wzniesienie, ujrzeliśmy 
go na własne oczy. 

Wiedział, Ŝe tam jestem, choć nie spojrzał w moją stronę. Wyczuwałem tę świadomość w jego 

umyśle. Większość swej uwagi kierował jednak na coś oddalonego na wschód, zanurzonego pod 
wodą. 

Smith zatrzymał się i oparł dłoń na kolbie pistoletu. 
— Kto to? — zapytał. 
— Człowiek  z mroków — odparłem. — To on  rozmawiał z Van Duynem. Odwieczny wróg 

naszych odwiecznych wrogów. Ten, którego bestia przebiła rogiem. 

MęŜczyzna  odwrócił  się  i  spojrzał  na  nas.  Był  średniego  wzrostu.  Miał  na  sobie  szorty  i  nie 

zasznurowane  tenisówki.  Na  szyi  wisiał  mu  medalion.  Oparł  się  na  włóczni  wykonanej  z 
matowego metalu. Poczułem, Ŝe całą moc swojego umysłu kieruje teraz na mnie. 

— Dennis Guise. Oto czas i miejsce. Wszystko juŜ gotowe. A ty? 
— Ja równieŜ. Ale nie rozumiem. 
Uśmiechnął się, oddalony o dziesięć, moŜe dwanaście metrów od nas. śaden z nas nie poruszył 

się, Ŝeby podejść bliŜej. 

— …Wizja Fan Duyna, gdy patrzył na East River, na pogrąŜone w milczeniu miasto… 
— Widziałem to. Pamiętam. To nie tego nie rozumiem. 
Smith trącił mnie. 
— Co się dzieje? — zapytał. 
Podniosłem rękę. 
Smith kiwnął głową. 
— Słyszę go — wyszeptał. 
— Ukrywają się właśnie tam — powiedział człowiek z mroków wskazując włócznią. — Pod 

powierzchnią  wody.  Przybywam  tutaj  co  jakiś  czas,  Ŝeby  z  nimi  rozmawiać.  Jak  zwykle 
próbowałem ich przekonać, Ŝe ich plan nie moŜe się powieść, Ŝe ludzkość jest bardziej złoŜona, 
stała  się  mniej  skłonna  ulegać  ich  wymaganiom,  niŜ  przewidywali,  Ŝe  podjęte  zostały 
wystarczające kroki, by udaremnić ich plany, Ŝe człowiek zdołał się czegoś nauczyć na wszystkich 
swoich błędach, Ŝe nadszedł juŜ czas, aby przyznali się do poraŜki i opuścili Ziemię.
 

background image

— Czy odpowiadają ci? — zapytałem. 
— Tak. Utrzymują jednak, Ŝe jest wręcz przeciwnie. 
— Jak moŜna temu zaradzić? 
— Za pomocą przykładu. 
— A co ja mam zrobić? 
— Musisz do nich iść i pozwolić im, Ŝeby cię zbadali. 
— Ale w jaki sposób ci to pomoŜe? — zapytałem. — Co mogę im pokazać? 
Ale  nawet  w  momencie,  gdy  zadawałem  to  pytanie,  wiedziałem,  jak  mam  tego  dokonać. 

Miałem  wraŜenie,  Ŝe  ten  mroczny  nieznajomy,  bardziej  nawet  niŜ  Lydia,  był  tym,  który  mnie 
stworzył. Postąpił ze mną tak, jak nasz przeciwnik postąpił z całym rodzajem ludzkim, kształtując 
moje Ŝycie — chorobę, potem wyzdrowienie, dokładnie określając rodzaj moich doświadczeń — 
manipulując wszystkim do tego stopnia, Ŝe udało mu się stworzyć taką istotę jak ja, dokładnie w 
tym  czasie  i  miejscu.  Mógł  dzięki  temu  przedstawić  mnie  wrogowi,  Ŝeby  ten  zbadał  mnie  w 
dowolny sposób, jaki uznałby za stosowny. Pokazać mu, Ŝe ludzkość zmieniła się i Ŝe nie jest juŜ 
taka, jak pierwotnie załoŜyli, oraz Ŝe — skoro mogę czerpać z doświadczeń tak wielu istnień — 
przeszłość  nam  nie  przepadła,  nie  jest  spalonym  mostem,  z  którego  zostały  tylko  popioły,  ale 
raczej otwartą drogą, jaką moŜemy badać, uczyć  się z niej. Przekonać  go, Ŝe nawet jeŜeli mnie 
zniszczą, pojawi się więcej podobnych do mnie. Człowiek z mroków chciał mnie ofiarować jako 
symbol, przykład, pokazując, Ŝe ludzkość nauczyła się czegoś i nadal uczy się na swoich błędach. 

— Pozostawiłeś Fan Duynowi wybór — powiedziałem. 
— Jak mógłbym tobie go pozostawić, skoro znam juŜ twoją odpowiedź? 
Pochyliłem głowę. 
— A więc i wtedy karty były znaczone. 
— Nie było innego sposobu. I nadal nie ma. Spojrzałem w dal na wodę, w górę na niebo, potem 

w dół na plaŜę. Zdałem sobie sprawę, Ŝe mogę ich juŜ więcej nie zobaczyć. 

— Gdzie oni są? — zapytałem w końcu. 
— Przywołam ich. 
Odwrócił się twarzą w stronę wody. 
— A teraz — zapytał Smith — co on robi? 
— Zwołuje moich sędziów. Smith połoŜył dłoń na pistolecie. 
— Nie podoba mi się to. 
— Tak być musi. 
— No dobra. W takim razie musi teŜ być to, co ja zrobię, jeŜeli spróbują cię dotknąć. 
— Nie wolno ci się wtrącać. Wiesz, o jaką stawkę toczy się walka. 
Nie odpowiedział, ale uciekł wzrokiem od moich oczu i zaczął wpatrywać się w morze. Zanim 

jeszcze odwróciłem się i sam tam spojrzałem, zobaczyłem to coś w jego umyśle. 

Lustrzana kula złamała powierzchnię morza. Patrzyłem, jak się zbliŜa. Nie mogłem dokładnie 

określić  jej  rozmiarów  ani  odległości,  w  jakiej  się  znajdowała.  Kiedy  sięgnąłem  umysłem, 
wykryłem  wewnątrz  niej  obecność  Ŝywych  istot,  wyczułem  strukturę  myślową,  do  której  nie 
potrafiłem  się  zbliŜyć.  Byli  świadomi  moich  poszukiwań  i  pozwolili  mi  tylko  na  ów  przelotny 
obraz. 

Kula zbliŜała się tocząc  i błyszcząc, okrągła i ogromna. Uderzyła  o mieliznę albo jakąś inną 

przeszkodę,  mniej  więcej  czterdzieści  metrów  na  pomoc  od  miejsca,  gdzie  stałem.  Tam  się 
zatrzymała. 

Wszystko odbyło się bez najmniejszego dźwięku oprócz wiatru, hałasu fal oraz krzyku ptaków. 

Kiedy  patrzyłem,  powierzchnia  kuli  od  strony  lądu  otworzyła  się  i  powoli  wysunął  się  pomost, 
ukośnie w stronę wody, równie bezgłośnie, jak zbliŜający się statek. 

background image

— Przybyli. Reszta zaleŜy od ciebie. 
ZwilŜyłem  wargi  i  wyczułem  smak  soli.  Skinąłem  głową.  Ruszyłem  krok  do  przodu.  Smith 

poszedł za mną. 

— Nie — powstrzymał go człowiek z mroków i Smith zamarł w bezruchu, niczym delegaci, 

których my… ja widziałem tamtego dnia na sesji Zgromadzenia Ogólnego, bardzo dawno temu, a 
jednocześnie wczoraj. 

Szedłem dalej. ZbliŜyłem się do człowieka z mroków, minąłem go od strony morza. Nie było po 

nim widać Ŝadnych emocji, tak jak chyba nie byłoby ich widać po mnie,  gdybym się znalazł w 
podobnej sytuacji. Uścisnął mnie tylko za ramię, gdy przechodziłem obok. To było wszystko. 

Kiedy kroczyłem obok zbliŜającego się i oddalającego morza, pomyślałem o unieruchomionym 

Smithu.  Musiało  się  tak  stać.  Wystrzeliłby  do  wszystkiego,  co  próbowałoby  mnie  dotknąć. 
Byliśmy mu za to wdzięczni. To było takie proste… My… Wydało mi się bowiem, Ŝe nie byłem 
juŜ  dłuŜej  sam.  Mój  umysł  spłatał  mi  figla,  chyba  nieświadomie  sięgając  w  pewien  osobliwy 
sposób do mojej pamięci, jakbym był jednocześnie sobą i kimś innym. Nie wiem, jak to się stało, 
ale nagle znalazł się przy mnie Roderick Leishman. Miałem wraŜenie, Ŝe gdybym się odwrócił, 
zobaczyłbym, jak idzie tuŜ za mną. 

Nie odwróciłem się. Szedłem dalej, skupiwszy wzrok na kuli znajdującej się daleko przede mną, 

oblewanej falami, opryskiwanej pianą morską, zwieńczonej obręczą krąŜących wokół niej ptaków. 

Ptaki…  Ich  lot…  Widziałem  je  niczym  przez  stroboskop,  rejestrując  umysłem  przerywane 

ruchy,  wyraźnie  utrwalając  szczegóły  kaŜdego  z  nich  w  pamięci,  by  we  właściwym  momencie 
przenieść je do szkicownika. 

…I miałem wraŜenie, Ŝe z tyłu, obok Leishmana kroczy Leonardo da Vinci. 
Szliśmy dalej; piasek chrzęścił nam pod nogami. Widzieliśmy, gdzie piana morska pozostawia 

ś

lady na piasku. Zupełnie tak samo, jak tamtego dnia, ongiś, niedaleko Syrakuz, gdy niemal udało 

nam się pojąć rachunek o wieki za wcześnie. 

Archimedes  dołączył  do  Leonarda  i  Leishmana,  gdy  szliśmy  przez  to  staroŜytne  miejsce,  tę 

krainę nadal prawie nietkniętą, nadal tętniącą pulsem czystych Ŝywiołów. O! bogowie, czyŜ nie 
mogłoby być tak, Ŝe ludzie Ŝyliby w większej harmonii z waszymi hojnymi darami… I Julian — 
Flavius Claudius Iulianus, ostatni obrońca starych bóstw, był ze mną. Chwilę później dołączył do 
niego, zataczając się, Jean Jacques Rousseau. 

I kiedy szedłem jak wódz na czele armii, przyłączali się następni; i sięgnąłem przez most, juŜ 

nie z popiołów, przywołując jednego po drugim, i następnych, i kolejne dziesiątki tych, którymi 
kiedyś byłem, wypełniając samego siebie ich obecnością… wszystkich, co zostali pokonani w imię 
człowieka, czasem wielką klęską, czasem mniejszą… stłumiony zapal ludzi nauki, zgnębionych 
geniuszy, talenty zapoznane, obrócone na złe cele, zniszczone w zarodku. Przytłoczyła mnie ich 
liczbą,  naleŜałem  jednak  do  nich,  byłem  ośrodkiem,  kontaktem,  miejscem  połączenia.  Oto 
Leonardo, oto Condorcet, oto Van Duyn… 

Kiedy  wchodziłem  w  pianę  morską,  zbliŜając  się  do  dolnego  końca  pomostu,  dokonałem 

ostatniego  skoku  w  przeszłość.  Stałem  się  umierającym  bogiem–królem,  który  zostanie 
wskrzeszony  wiosną  wśród  pachnących  słodko  traw,  którego  synowie  i  synowie  ich  synów 
polowali na tej ziemi, jeszcze zanim powstały wzgórza, który rozmawiał z podmorskimi potęgami, 
który je tu wezwał, który stał teraz na plaŜy z uniesioną wysoko włócznią. Byłem człowiekiem z 
mroków, który nosił wszystkie imiona. 

Weszliśmy pomostem jakby w zwolnionym tempie, wkroczyliśmy do pogrąŜonego w mroku 

wnętrza  statku.  Nic  nie  widzieliśmy.  Ale  wyczuwaliśmy  ich  obecność,  zimną  i  potęŜną, 
szczegółowo badającą to, co powstało z człowieka… 

— Idź dalej. Tedy. 

background image

I poprowadzono nas. Czuliśmy, Ŝe tam są. Nic nie widzieliśmy. 
Dookoła statku, powoli, w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara, pod bezlitosnymi 

spojrzeniami naszych stwórców… 

W przedziwny sposób czas przestał mieć znaczenie. Defilowaliśmy przed nimi. Ci wszyscy, co 

według nich zostali zniszczeni. I jeszcze raz. Poruszając się w mroku ich osądu. 

Potem błysnęło światło, daleko, przed nami. Zawahaliśmy się. 
— Idź dalej, człowieku. 
Szliśmy  w  kierunku  światła.  Kiedy  się  zbliŜyliśmy,  zobaczyliśmy,  Ŝe  to  otwór  wejściowy, 

podobny do tego, przez który dostaliśmy się tutaj. Tylko, Ŝe… Dzień juŜ gasł, słońce zachodziło za 
skalistą linię urwistego wybrzeŜa na zachodzie. Zatrzymałem się. 

— Idź dalej, człowieku. 
— To wszystko, co macie mi do powiedzenia? Po całym tym czasie? Po wszystkim, co zostało 

zrobione? 

— śegnaj. 
Poczułem, Ŝe znowu idę, dalej, w dół pomostu, schodzę do wody, zbliŜam się do brzegu. Nie 

spojrzałem za siebie, póki nie dotarłem do plaŜy. Kiedy w końcu się odwróciłem, statku juŜ nie 
było. 

Czułem, Ŝe się trzęsę, gdy wracałem do miejsca, gdzie nadal stał człowiek z mroków. Gdzieś po 

drodze zniknęli moi towarzysze. Smith leŜał na piasku; wydawało się, Ŝe śpi. Kiedy podszedłem 
bliŜej, przeciągnął się i ziewnął. 

— Chodźcie tędy — powiedział człowiek z mroków. — KsięŜyc jest juŜ wysoko. Zaczyna się 

przypływ. 

Smith i ja poszliśmy za nim. Wracaliśmy plaŜą, tą samą drogą, którą przyszliśmy. Człowiek z 

mroków poruszył kamień i zaczął pod nim grzebać włócznią. Odsłonił zapasy Ŝywności i zabrał się 
za przygotowywanie ogniska. 

— I co teraz? — zapytał Smith. 
—  Posilcie się i poczekajcie ze mną — odparł. Tak zrobiliśmy. Słońce zaszło i pojawiły się 

gwiazdy.  Ogień  ogrzewał  nas,  chroniąc  przed  chłodnym  wiatrem.  Światło  księŜyca  srebrzyło 
powierzchnię wody. 

Czekaliśmy do późnej nocy. Nagle Smith poderwał się i wskazał coś daleko na oceanie. 
KsięŜyc, który teraz przesunął się na zachód, oświetlał wodę bladym ogniem. 
Wynurzały  się  z  wody  i  ulatywały  w  powietrze  jak  bąble,  znikając  w  ciemnościach  nocy. 

Próbowałem je liczyć, ale szybko straciłem rachubę. Pojawiały się, wznosiły, znikały, pojawiały 
się, wznosiły, znikały niczym łańcuch pereł ginących wśród gwiazd. 

— Odlatują! — zawołał Smith. 
— Tak — odparł nasz towarzysz. 
— Czy będą próbowali tego samego gdzieś indziej? — zapytał Smith. 
— Oczywiście. 
— Ale my zwycięŜyliśmy? Świat znowu naleŜy do nas? 
— Na to wygląda. I nie ma juŜ kogo winić, z wyjątkiem nas samych, cokolwiek się teraz stanie. 
Chyba  jeszcze  przez  godzinę  obserwowaliśmy  to  zjawisko,  dopóki  niebo  znowu  nie 

opustoszało. Nasz towarzysz uśmiechał się w blasku ognia, kiedy nagle wyraz jego twarzy uległ 
zmianie, a dłoń zacisnęła się na medalionie zawieszonym na szyi. 

Poderwał się w jednej chwili. 
— O co chodzi? — zapytał Smith. 
— Uciekajcie stąd! Szybko! — krzyknął. 
Pobiegł do miejsca, gdzie stała wbita w piasek włócznia. 

background image

I wtedy to usłyszałem. Długie, przeciągłe wycie, przetaczające się nad falami, wznoszące się, 

przechodzące w gwizd i w końcu niesłyszalne. Byłem wstrząśnięty, niezdolny do jakiegokolwiek 
ruchu, ogarnięty nagłym strachem. Odruchowo sięgnąłem umysłem, ale nic nie znalazłem. 

— Biegnijcie! Szybko! — krzyknął znowu. — Pośpieszcie się! 
Wtedy znowu dobiegł do nas ryk, tym razem znacznie bliŜej. Jakiś ciemny kształt wynurzył się 

z wody i ruszył w naszą stronę przez szerokie pasmo plaŜy. Smith poderwał mnie na nogi i pchnął 
w kierunku pagórków. Ruszyłem niezdarnie do przodu, lecz po chwili zacząłem biec. 

Nasz towarzysz równieŜ uciekał. Kiedy obejrzałem się za siebie, dostrzegłem światło księŜyca 

na poruszającym się kształcie. Był długi i pręŜny; wydawało się, Ŝe jest pokryty haską. Uciekliśmy 
z  plaŜy  i  zaczęliśmy  się  wspinać.  Za  nami  znowu  rozległo  się  wycie.  Potwór  nadciągał  w 
niesamowitym tempie i w chwilach, gdy ryki ustawały, mogłem usłyszeć metaliczne trzaski, gdy 
jego ciało sunęło po skałach i kamieniach. Chwilę później poczułem, drŜenie ziemi. 

Wspinaliśmy  się.  Nasi  pradawni  tyrani  odlecieli,  ale  pozostawili  ostateczny  środek  zagłady 

swojemu największemu wrogowi. Dowiedziałem się tego z umysłu człowieka z mroków. 

Dotarliśmy do miejsca, gdzie zaczynały się trawy, a dalej niskie krzewy. Miałem nadzieję, Ŝe 

zbocze przyhamuje trochę pęd olbrzymiej masy naszego prześladowcy. Ale kolejny ryk był bez 
wątpienia  głośniejszy  niŜ  wszystkie  poprzednie.  Ziemia  trzęsła  się  juŜ  wyraźnie.  Kiedy  znowu 
spojrzałem  za  siebie,  światło  księŜyca  migotało  na  ogromnym  łbie  zakończonym  rogiem  i  na 
nienaturalnie  wykrzywionych  łapach,  które  zagłębiały  się  w  ziemi  przy  kaŜdym  ruchu.  Potwór 
jednak pędził w naszą stronę, nie zwaŜając na przeszkody. Był juŜ prawie przy nas. 

Człowiek z mroków odbił w bok, oddalając się od nas. Bestia ruszyła jego śladem, powalając 

drzewa i rozłupując skały. Smith odwrócił się i podąŜył za nią w poprzek stoku. Usłyszałem strzały 
z pistoletu. Kule odbijały się rykoszetem, wydając dźwięk przypominający uderzenia dzwonu. 

Człowiek z mroków odwrócił się, Ŝeby stawić czoło potworowi, i błyskawicznie oparł włócznię 

o  stok.  Bestia  ruszyła  na  nią  i  usłyszałem  zgrzyt,  dźwięk  tarcia.  Wszystko  zamarło  nagle  w 
bezruchu,  oświetlone  blaskiem  księŜyca,  niczym  okropny  posąg:  zatrzymany  potwór,  lanca  na 
wpół wbita w jego szyję; człowiek z mroków wypręŜony, starający się ją utrzymać. 

Potem  głowa  się  przekręciła,  tylko  raz,  i  róg  ugodził  człowieka  z  mroków  gdzieś  nisko, 

odrzucając go daleko na bok. Wtedy powtórnie rozległo się jakby uderzenie dzwonu, gdy Smith 
wielkim  kamieniem  roztrzaskał  tył  ogromnego  łba.  Potwór  osunął  się  na  ziemię  i  leŜał 
nieruchomo. Nigdy nie dowiemy się, czy uśmiercił go cios Smitha, czy teŜ był juŜ wtedy martwy. 

Podbiegłem  do  człowieka  z  mroków.  Chwilę  później  dołączył  do  mnie  Smith,  oddychając 

cięŜko. Nasz towarzysz nadal Ŝył, ale stracił przytomność. Jego bok był cały mokry od krwi. 

— Dobry BoŜe! — powiedział Smith, rozdzierając swoją koszulę, zwijając ją i przykładając do 

rany. 

— Chyba nieźle oberwał! Nie ma tu w okolicy Ŝadnego szpitala… 
—  Zostawcie  go.  Idźcie.  Wracajcie  do  samolotu.  Nikomu  o  tym  nie  mówcie  —  usłyszałem 

znany mi głos, którego nie mogłem jednak przez chwilę rozpoznać. 

Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem, Ŝe to Lydia schodzi zboczem. 
— Wasze zadanie jest skończone — powiedziała. 
— Smith, zabierz chłopca do domu. 
— Lydia — przerwał jej — nie moŜemy tak po prostu odejść. 
— Nie ma tu dla was nic więcej do roboty. Zostawcie go mnie. Idźcie! 
Sięgnąłem  umysłem.  W  ciele  człowieka  z  mroków  tliło  się  jeszcze  Ŝycie,  chociaŜ  cały  czas 

słabło. 

— Ale… 
— Natychmiast! 

background image

Wskazała szczyt zbocza. Zrobiła to w taki sposób, Ŝe nogi same nas tam poniosły. 
— Chodź, mały — powiedział Smith. — Nie mów juŜ nic więcej. 
Poszedłem za nim. Miał rację, Ŝeby nic więcej nie mówić. Nie potrafiłbym, nawet gdyby było 

coś do powiedzenia. Szliśmy dalej i chciałem spojrzeć za siebie, ale tego teŜ nie byłem w stanie 
zrobić. 

Po pewnym czasie, gdy weszliśmy wyŜej i przedzieraliśmy się przez gęstsze zarośla, szliśmy 

znowu pod drzewami, usłyszałem odległe dźwięki przypominające śpiew. Nie mogłem dokładnie 
usłyszeć ani zrozumieć słów, spróbowałem więc słuchać umysłem. 

— …Drzewa i góry, strumienie i równiny, Jak to się mogło stać? — wydawało mi się, Ŝe słyszę. 

— Rozerwijcie się, ukryjcie się, rozlejcie się po ziemi, płaczcie… 

Ja…  Zatoczyłem  się.  Przez  chwilę  zdawało  mi  się,  Ŝe  leŜę  tam,  krwawiąc,  a  moja  głowa 

spoczywa na jej łonie. Potem przestałem słyszeć pieśń, która gasła między drzewami. 

Przyśpieszyliśmy kroku, odchodząc w blednącą noc.