background image

 

Józef M. Bocheński 

 
 
 
 
 
 
 

W S P O M N I E N I A 

 
 
 
 
 

Redakcja i korekta II wydania: Grażyna Fali i  

Przedmowa 

Bartłomiej Twardowski 

© Copyright by PHILED Kraków 1994 

ISBN-83-86238-01-1 

PRINTED IN POLAND 

wydanie drugie zmienione 

Wydawnictwo Philed sp. z o.o. 

Druk: Oficyna Wydawnicza „Dajwór" 

 
 

Kraków 1994 

background image

 

PRZEDMOWA 

 

W tych dniach wykończyłem dwie prace: artykuł o kontekstualiz-mie i sceptycyzmie 
dla prof. Stróżewskiego (Kwartalnik Filozoficzny), bardzo, może za bardzo 
techniczny, i Podręcznik Mądrości, nad którym pracowałem w ciągu ostatnich 
miesięcy. Te prace były punktem wyjściowym niniejszych wspomnień. 
A mianowicie: rzecz dla Kwartalnika nie jest nowa, chodzi o dwa dawniejsze, ale 
gruntownie przepracowane odczyty. Otóż to przepracowanie kosztowało rnnie 
nieprawdopodobnie wiele czasu i wysiłku. Odkrywałem przy tym coraz nowe błędy. 
Myśląc o tych błędach zadałem sobie pytanie, czy jestem w stanie tworzyć rzeczy 
nowe. Każda próba twórczego filozofowania mogłaby być nadużyciem zaufania, 
jakim się u niektórych cieszę, i grafomanią. Mój kolega, o. Czesław Spicq, podobno 
jeden z najznakomitszych katolickich biblistów współczesnych, przestał pisać dwa 
lata temu, gdy osiągnął mniej więcej mój wiek. Obecnie tylko czyta. Zadałem sobie 
pytanie, czy nie powinienem go naśladować. Ale na tak heroiczną decyzję nie 
mogłem się zdobyć. Pisanie było od sześćdziesięciu lat (z przerwą wojenną) moim 
życiem. Zapełniłem wiele tomów moją pisaniną. Zaprzestanie pisania byłoby 
rodzajem antycypowanej śmierci. Ja wiem wprawdzie, że 
Przedmowa 
Przedmowa 
ona jest niedaleko - ale nie chciałbym jej nadejścia przyśpieszać. Zdecydowałem się 
więc na kompromis: będę pisał, ale nie twórczo -napiszę wspomnienia. Żyłem mimo 
wszystko niemal 90 lat i miałem życie bogate. Może moje wspomnienia zainteresują 
tego czy owego. 
Mnie samemu przydadzą się w trojaki sposób. Najpierw pozwolą mi spełnić 
przykazanie nr 3.21. w moim Podręczniku mądrości: „Miej zawsze przed sobą cel do 
osiągnięcia", pozwolą bronić się przed bezsensem, który staremu człowiekowi grozi. 
Następnie pozwolą mi może lepiej zrozumieć samego siebie. Wreszcie umożliwią mi 
także powiedzenie rzeczy, których uprzednio powiedzieć nie śmiałem. Pozwolą mi 
mówić o wydarzeniach, ludziach i o mnie samym naprawdę bez żadnych osłonek... 
Parę uwag o tekście. Zacząłem pisać te wspomnienia za późno, bo pamięć mnie teraz 
srodze zawodzi. Aby dać tylko jeden przykład zapomnień, jakich doznaję, nie 
mogłem przez długi czas przypomnieć sobie nazwiska Andre Anstetta, z którym się 
przyjaźniłem i z którym odbyłem mój pamiętny lot do Senegalu. Co gorsza, obawiam 
się, że wyobraźnia tu i ówdzie ubarwi te wspomnienia, które pozostały. Aby temu 
choć częściowo zaradzić, wbudowałem notatki albo nawet literacko opracowane 
dawniej ogłoszone wspomnienia. Należą tu odcinki o o. Jacku Woronieckim, 
Niepokalanowie, logikach polskich, Monte Cassino, o podróży po Stanach i 
wspomnienia lotnicze. Rozdział 12 o filozofii nosi szczególny poniekąd techniczny 

background image

charakter i jest pisany z myślą o filozofach. Powoduje to nierówność stylu, za którą 
Czytelnika najmocniej przepraszam. 
J. Bocheński 
 

 
 

Spis rozdziałów 

Rodzina i dzieciństwo 
Pochodzenie, Ojciec, Matka, Rodzeństwo, Dom, 
Parafia, 1914 
Młodość 1918-1926 
Lwów, 1920, Rakowice, Komarów, Pościg 
Zakon 1927-1931 
Ojciec Woroniecki, Seminarium, Powalanie, 
Nowicjat, Fryburg 
Rzym 1931-1940 
Angelicum, Teologia, Logika, Romana, 
Praga 
Polska 1934-1939 
Niepokalanów, Logicy, Kolo Krakowskie, Habilitacja, Nacjonalizm, Kapituła, 
Slużew 
Wojna 1939-1944 Warszawa, 1939, Do Rzymu, Komitet, Do Anglii, Szkocja, 
Londyn, Na front Cassino 1944-1945 Bitwa, Po bitwie, Adriatica, Prasa, Do 
Szwajcarii VTII Fryburg 1944-1972 
Uniwersytet, Wykłady, Albertinum, Rektorat, Polonia Ameryka 1955-1977 Notre 
Damę, UCLA, Lawrence, Pittsburgh, Inne uczelnie 
Rodzina i dzieciństwo 
Komunizm 1955-1975 
Historia, Karlsruhe, Ost-Kolleg, Podręcznik, Pretoria, Instytut, Ambasada 
Podróże 1927-1990 
Interkontynentalne, Samochody, Stany Dziennik 
Loty 1969-1983 
Samolot, Fascynacja, Do Kairu, 
W aeroklubie, Podróże, Do Monachium, 
Trudny lot 
XIII Filozofia 1925-1991 
Periodyzacja, Rozwój, Tomizm, 
Historia logiki, Analiza, 
Dla studentów Załączniki Spis alfabetyczny 
 
 
 

background image


RODZINA I DZIECIŃSTWO 
przed 1918 
Pochodzenie 
Mój brat Aleksander pisze w swoich sumiennie udokumentowanych Materiałach do 
historii rodziny Bocheńskich (Fryburg 1981): „Boniecki wywodzi Bocheńskich z 
Prus, podobnie Żernicki. Niesie-cki wymienia Jana Lansdorf Bocheńskiego, elektora 
Władysława IV 1632". Biliński cytuje „trzy pokolenia Bocheńskich na Bocheńcu w 
Ziemi Dobrzyńskiej" (str. 4) „Bocheńscy wylegitymowali się ze szlachectwa w 
Kamieńcu Podolskim z przydomkiem Lansdorf 1802 r." (str. 5). Wydaje się więc 
pewnym, że moja rodzina nosiła pierwotnie nazwisko „Lansdorf-Bocheński" czy 
„Lansdorf z Bocheńca" i że mieszkała w XVII wieku w Ziemi Dobrzyńskiej. 
Tradycja rodzinna idzie dalej. Bocheńscy mieli się pierwotnie nazywać Lansdorf i 
pochodzić z Prus Książęcych. Na skutek udziału w Związku Jasz-czurczym 
(Eidechsenbund) sprzysiężeniu przeciw Zakonowi Krzyżackiemu, mój przodek miał 
wyemigrować po Wojnie Trzynastoletniej do Polski, gdzie król miał mu nadać dobra 
Bocheniec we wspomnianej Ziemi Dobrzyńskiej. Jeśli tak jest - a nie mam powodu, 
by w to wątpić - wyciągam wniosek, że jestem z pochodzenia Niemcem, w czym nie 
widzę nic ani dziwnego, ani złego. Bardzo wielu Polaków jest pochodzenia 
niemieckiego, a wielu Niemców polskiego. Podczas oblężenia Warszawy w roku 
1939 obroną miasta dowodził niejaki generał Rommel, a oblegającymi Niemcami 
niejaki marszałek Brauschitz, vulgo Brochwicz. Opowiadanie o jakiejś rasowej 
różnicy między Polakami a Niemcami jest wierutnym głupstwem. Niemcy są po 
prostu gatunkiem Polaków, tylko jeszcze gorszym od nich i odwrotnie. Niemcy 
wydają co prawda od czasu do czasu bandycki podgatunek w rodzaju ówczesnych 
Krzyżaków i naszych hitlerowców. Z tym wiąże się drugi wniosek. Mój jaszczurczy 
przodek walczył z tym podgatunkiem Niemców. Obaj moi bracia i ja też. Pod tym 
względem pozostaliśmy wierni tradycji. 
Co prawda moi przodkowie bili się w ciągu ostatnich wieków głównie z Moskalami. 
Tadeusz (1791-1849) odbył kampanie 1809, 1812 i 1813 r. Był pierwszym 
porucznikiem. Odznaczył się pod Be-rezyną. Jego syn Izydor-Franciszek (1823-
1897) był naczelnikiem powiatu opoczyńskiego z ramienia Rządu Narodowego w 
1863 r. i został zesłany do Presyny (1864-1868). Mój ojciec Adolf wziął udział jako 
tłumacz przy misji wojskowej francuskiej (przy sztabie dywizji) w kampanii 
bolszewickiej w 1920 roku. 
Jaki był status społeczny tej rodziny? Opierając się na wspomnianych Materiałach 
można ją zaliczyć w XVII i XVIII wieku do jedno- albo parowioskwej szlachty. 
Przypominam, że szlachta polska rozpadała się na cztery dość ostro wzajemnie 
odgrodzone klasy: arystokrację, karmazynów, szlachtę jedno- względnie 
parowioskową i szlachtę zagrodową. Oceniam, że Bocheńscy należeli wówczas do 
trzeciej kategorii. Piastowali od czasu do czasu pewne urzędy powiatowe - np. 
Mikołaj był pisarzem ziemskim gostyńskim w 1604 roku, Antoni skarbnikiem 
trockim w tym samym wieku, Franciszek skarbnikiem sanockim w XVIII w. itd. 

background image

Jeśli się nie mylę, w XIX wieku obserwujemy społeczne wznoszenie się tej rodziny. 
Wspomniany Tadeusz (1791-1849) był żonaty z Marianną Lubowidzką ze znacznej 
rodziny, siostrą Józefa, marszałka sejmu z 1830 roku i prezesa Banku Polskiego. 
Jego syn Izydor-Franciszek (1823-1897) pojął za żonę Antoninę z Bożeniec Jeło-
wickich, z rodu należącego do karmazynów, tak samo jego syn, a mój ojciec Adolf 
(1870-1936), żonaty z Marią Dunin-Borkowską, pochodzącą z jednej z najstarszych 
rodzin karmazyńskich w Polsce. Równolegle z tym szedł wzrost majątku. 
Rozpoczęty przez kupno i rozbudowę Rudy Mazowieckiej przez Tadeusza osiągnął 
swój szczyt przed pierwszą wojną światową przez kupno Czerwiszcz (1400 ha), 
dokonane przez mojego ojca Adolfa. 
Ale ta wojna zrujnowała moich rodziców i dalsze dzieje rodziny są historią 
stopniowego upadku finansowego aż niemal do bankructwa. W roku 1931 rodzina 
mogła tylko z największym wysiłkiem zapewnić mojej umierającej matce 
najkonieczniejszą opiekę i lekarstwa. Wspomnę jeszcze, że w chwili wybuchu wojny 
długi mojej rodziny wynosiły około l 000 000 dolarów amerykańskich, co odpowiada 
mniej więcej wartości kilkunastu milionów dolarów obecnych. 
Moja genealogia po mieczu jest znana dzięki Materiałom począwszy od XVII wieku, 
poza tym mam pełne guartier do czwartego pokolenia (16) i niemal pełne do piątego 
(32). Wynika z niego interesujące stwierdzenie. Ojciec mojego ojca był z 
pochodzenia Niemcem, ojciec matki Mazurem z twardej rasy panów krakowskich, 
tych, którzy Polskę z małego państewka przekształcili w mocarstwo, ale matka 
mojego ojca była Jełowicka z domu, a matka mojej matki Dzieduszycka - obie 
pochodziły więc z rodzin ruskich, którym przypisuje się inteligencję i miękkość 
charakteru. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj bodaj dziedzictwo Dzieduszyckich, 
rodziny, która wydała długi szereg ludzi na granicy geniuszu, ale zarazem niemal 
nieobliczalnych, z Wojciechem Dzieduszyckim, mężem stanu, filozofem i znanym 
dowcipkarzem na czele. Tak więc byłbym wynikiem skrzyżowania dwóch linii: 
twardej, pracowitej zachodniej i miękkiej, ale za to inteligentnej, wschodniej. 
 
Ojciec 
Mój ojciec Adolf wywarł na mnie, o ile mogę zdać sobie z tego sprawę, znacznie 
większy wpływ niż moja matka. Urodzony w 1870 r. w Warszawie, studiował 
ekonomię polityczną w Getyndze, gdzie uzyskał w roku 1894 doktorat na podstawie 
pracy Beitrag żur Ge-schichte der gutsherrlich-bauerlichen Yerhaltnisses in Polen. 
Ta rozprawa doktorska odegrała pewną rolę w moim życiu, więc zacznę od 
opowiedzenia, w jaki sposób straciłem przez nią rok studiów. Miałem w Poznaniu 
profesora, który przy egzaminie wymagał między innymi dość znacznej literatury - 
trzeba było znać jego podręczniki, gruby tom pt. Bank Polski i tym podobne. 
Wydawało mi się, że zrobi na nim dobre wrażenie, jeśli dodam do standardowej listy 
jeszcze tytuł książki mojego ojca, której nie czytałem, byłem zresztą pewny, że nikt 
jej nie czytał. Ku mojemu zdumieniu profesor widocznie ją czytał, bo oświadczył, że 
to jest znakomita praca i że muszę koniecznie przełożyć ją na język polski. Po czym, 
widocznie przychylnie do mnie nastrojony, zapytał, jaka jest główna teza mojego 

background image

ojca. Kiedy okazało się, że jej nie znam, powiedział: „Młody człowieku, kłamstwem 
nie dochodzi się do niczego w nauce", i spalił mnie bez litości. Straciłem wtedy rok, 
ale dostałem nauczkę, której nie zapomniałem. 
Może warto powiedzieć, czym ta teza ojcowska była. Dotyczyła dóbr Kock. Mój 
ojciec wykazał na podstawie zachowanych ksiąg rachunkowych i archiwów tych 
dóbr, że cały dochód właścicieli pochodził z pańszczyzny, a więc z darmowej pracy 
chłopów. Dziś rozumiem doskonale, dlaczego mój profesor uważał tę pracę za 
ważną. Zawierała w rzeczy samej dużo lepszy dowód wyzysku niż ten, który Marks 
usiłował dać za pomocą subtelnych spekulacji. 
Bo też mój ojciec był między innymi naukowcem, że tak powiem z natury, 
badaczem, zaciekłym w szukaniu prawdy. Zaraz po doktoracie Uniwersytet 
Jagielloński miał mu ofiarow"ać katedrę. Ja wprawdzie za jego życia nie 
przeczytałem wspomnianej rozprawy, ale sądzę, że jeśli zapaliłem się do nauki, to 
między innymi pod jego 
wpływem. Myśląc o nim dzisiaj widzę, że moja odraza do marksizmu i tym 
podobnych pochodzi w znacznej mierze od niego. Przecież według tych doktryn mój 
ojciec, typowy przedstawiciel Oświecenia, a więc według Marksa burżuazji, 
powinien był być niezdolny do uświadomienia sobie faktów niewygodnych dla jego 
klasy. 
Ale mój ojciec był nie tylko naukowcem. Był postacią wszechstronną. Był na 
przykład czołowym polskim jeźdźcem sportowym, wciągu trzech lat 1896-1899 
corocznym zwycięzcą w gonitwach pła-wieńskich, zdobywcą szeregu nagród. W 
rodzinie opowiadano, a nie mam powodów, by wątpić w prawdziwość tego podania, 
że jeden z jego gości dostał udaru serca, kiedy mój ojciec wjechał konno do jego 
pokoju na pierwszym piętrze. 
Był także przedsiębiorcą z rasy tych, którzy tworzą nowe rzeczy. W ciągu swojego 
życia zbudował tyle budynków, że mógłby stworzyć małe miasteczko. Stworzył 
kilka zakładów przemysłowych, między innymi browar, wielkie tartaki i duże 
zakłady hodowli ryb (16 stawów). Był jednym z pierwszych właścicieli samochodu 
w okolicy. Był jedynym w naszej okolicy właścicielem pługu parowego - dwie 
ogromne lokomotywy drogowe ciągnęły tam i nazad wielki pług. (Dostawca tej 
maszyny tytułował ojca „Herr Dampflug-besitzer", co mnie jako chłopca śmieszyło). 
Gdziekolwiek podjął pracę, był ruch i życie, powstawały rzeczy nowe, rzadko 
widziane. Kiedy po pierwszej wojnie światowej przyjechał do domu z sąsiadem, 
zresztą Niemcem p. Schmidtem, znaleźli ruinę dorobku całego ich życia. Reakcja 
była taka, że Schmidt wrócił do Lwowa i majątek sprzedał, a mój ojciec pojechał tym 
samym fiakrem, który go przywiózł, po materiały do naprawy zerwanego dachu i 
zaczął budować od nowa. 
Mój pogląd na rolę przedsiębiorcy (w przeciwieństwie do kapitalisty) jest co prawda 
oparty na rozważaniach teoretycznych, ale postać mojego ojca odegrała na pewno 
rolę w jego powstaniu. Zastąpienie takiego twórczego człowieka przez urzędnika 
wydawało mi się zawsze absurdem. Dzieje najnowsze wykazały, że miałem rację. 

background image

Motorem życia gospodarczego nie jest ani robotnik, ani kapitalista, a tym mniej 
urzędnik, ale przedsiębiorca. 
Była w moim ojcu też strona rolnicza, powiedziałbym nawet chłopska. Śp. prof. 
Bujak dedykował jedną ze swoich książek „ojcu, który pół morgi odziedziczywszy, 
sto morgów dzieciom zostawił". To jest prawie portret mojego własnego ojca, jego 
prawdziwej i muszę się przyznać dla mnie niezrozumiałej pasji do powiększenia 
posiadłości. Nie był pod tym względem bez powodzenia - odziedziczywszy maleńki 
Czuszów, doszedł przez ożenek i kupno majątku Czerwiszcze na Polesiu do 
posiadania prawdziwego latyfundium. Inną cechą wiejską było przywiązanie do lasu. 
Podejrzewam, że leśnictwo było dla niego mimo wszystko najmilszą czynnością. 
Powiedział mi kiedyś, że nie ma nic szlachetniejszego niż praca dla lasu, bo jesteśmy 
pewni, że sami z niej nie skorzystamy, że to jest praca dla następnych pokoleń. 
Dodam, że dzień przed śmiercią spędził w siodle, objeżdżając swoje ukochane lasy. 
Jeśli chodzi o światopogląd, mój ojciec był typowym inteligentem XIX wieku, 
wyznawcą Oświecenia, wierzył w postęp ludzkości przez światło nauki. To jednak 
bez śladu fanatyzmu, tak zresztą jak jego głęboki, ale pełny umiaru patriotyzm. 
Wreszcie, last but not least, był człowiekiem światowym, noszącym się z wielką 
naturalną elegancją, bon viveur, smakoszem i kobiecia-rzem. Pod jego wpływem, 
mimo wszystkich wysiłków mojej matki, rychło straciłem wiarę (i moralność) 
chrześcijańską. Dodam jeszcze, że był człowiekiem głęboko dobrym, pełnym 
względów dla wszystkich. Jego postać stale mnie fascynowała i... dotąd fascynuje. 
 
Matka 
Moja matka była człowiekiem radykalnie odmiennego pokroju. W młodości musiała 
być nie lada pięknością, skoro mój ojciec ją wybrał, a mógł wybierać, bo wszędzie, 
gdzie się pojawiał, serca kobiece zaczynały bić szybciej. Myślę, że biorąc ją za żonę 
nie zdawał sobie w pełni sprawy z tego, że idzie w dożywotni jasyr. Bo charak- 
ter mojej matki określa się najlepiej mówiąc, że to była władcza natura, kobieta 
obdarzona niezłomną wolą, żelaznym charakterem. Górowała nad swoim 
otoczeniem, rządziła bezapelacyjnie moim ojcem, nami dziećmi i dworem. Zarazem 
to była postać feudalna, jakby żywcem przeniesiona w nasze czasy ze średniowiecza. 
To średniowiecze zostało tak sfałszowane i oplute przez burżuazję, że współczesny 
człowiek nie ma dla niego najmniejszego zrozumienia. Ja mam, a jeśli mam, to 
dzięki żywej w mojej pamięci postaci mojej matki. 
W tej pamięci trwa kilka wspomnień. Jedno z nich dotyczy modlitw. Mieliśmy w 
domu na parterze okrągłej wieży kaplicę, w której odprawiano modlitwy wieczorne. 
Zwoływał nas na nie dzwon i biada temu, kto by jego głosu nie posłuchał. Otóż, na 
tych modlitwach nie przewodniczył ani mój ojciec, który zresztą robił co mógł, aby 
nie być obecnym, ani nasz kapelan domowy, ale zawsze i wyłącznie moja matka, 
chyba że biskup był gościem w domu. Pierwsze miejsce zajmowała także przy stole i 
każdy powinien był wiedzieć, że to ona przyjmuje. To dotyczyło nie tylko nas dzieci, 
ale i mojego ojca, którego moja matka potrafiła surowo skarcić, gdy przyszedł w 
święto nie dość świątecznie ubrany. Pamiętam też iście feudalne sądy, w których 

background image

podsądny bywał skazany na degradację z drugiego stołu na trzeci, albo z sumy 
niedzielnej na mszę poranną, a jeśli chodzi o nas dzieci, nieraz na dotkliwą chłostę. 
Ale surowa była przede wszystkim dla siebie. Zachowuję w żywej pamięci 
codzienne pojenie koni, które odbywało się o pół do piątej rano, a przewodniczyła w 
nim nieodmiennie, latem i zimą, moja matka. Nie przypominam sobie wypadku, w 
którym by była spóźniona - to od niej nauczyłem się zapewne trochę punktualności 
jaką mi przyjaciele przypisują. 
Była gorliwą i surowo umartwioną tercjarką karmelitanek bosych. Głęboko wierząca, 
żyła wyłącznie dla Służby Bożej. Wyobrażam sobie, że postawa mojego bon viveur'a 
ojca musiała być jej największą tragedią, a moje wstąpienie do zakonu przeżyła jako 
wielkie szczęście. Jak przystało na kobietę feudalną, nie miała wyższego wy- 
kształcenia, ale była dobrze oczytana. Władała nieźle piórem - wydała dwa przekłady 
z francuskiego: życiorysy św. Jana od Krzyża i św. Teresy z Awilli. 
Rodzeństwo 
Było nas dzieci czworo, w porządku chronologicznym: ja, Aleksander (Olo), Olga i 
Adolf (Adzio) - ten ostatni o siedem lat ode mnie młodszy. Przy tym moja siostra i ja 
wdaliśmy się fizycznie w matkę, a obaj bracia Aleksander i Adolf byli raczej 
podobni do ojca. Jednak różniliśmy się między sobą znacznie - myślę, że każde z nas 
było dość swoistym typem. O sobie trudno mi oczywiście pisać, ale oto parę 
wspomnień o rodzeństwie. 
Aleksander jest jednym z najbardziej oryginalnych pisarzy politycznych swojego 
pokolenia. Aby tylko jedno wymienić, jest bodaj jedynym Polakiem, który 
równocześnie przyznawał się na serio do wiary katolickiej i do równie szczerej 
przyjaźni względem Moskwy bolszewickiej, tak dalece, że nawet najintligentniejsi 
komuniści nie wiedzieli, co z nim począć. Ale to nie wszystko. Jest także autorem 
Dziejów głupoty w Polsce, książki z tradycyjnego punktu widzenia skandalicznej, bo 
skrajnie antyromantycznej. W Polsce wolno zwykle być czymkolwiek się chce, ale 
nie wolno nie być romantykiem, nie mierzyć sił na zamiary. Był też nie tylko 
wybitnym przemysłowcem, przez jakiś czas dyrektorem browaru oświęcimskiego, 
ale i czołowym historykiem przemysłu polskiego, posłem na sejm PRL itp. 
Stał oczywiście pod pewnym wpływem naszego ojca, konserwatysty, ale ten nigdy 
nie poszedł tak daleko jak on i w gruncie rzeczy nie potępiał całkiem polskiego 
romantyzmu. Inna filiacja to tzw. Stań-czycy, konserwatyści krakowscy i polski 
pozytywizm, doktryna pozytywnej pracy gospodarczej zamiast powstańczych 
zrywów. 
Jakkolwiek by było, mój brat Aleksander jest postacią niezwykłą, niemal unikatem 
między polskimi pisarzami politycznymi jego okresu. Ludzi, którzy nie idąc tak 
daleko jak on, sympatyzowali z jego 
myślą było co prawda kilku, między innymi mój drugi brat Adolf, bracia Ksawery i 
Mieczysław Pruszyńscy i paru innych współpracujących nieraz z Buntem Młodych 
Jerzego Giedroycia. 
Drugi mój brat, Adzio, jest postacią niemal legendarną jako żołnierz - i nic 
dziwnego. Wziął udział we wszystkich kampaniach dostępnych Polakowi: w 

background image

polskiej, norweskiej, francuskiej afrykańskiej i włoskiej. Przeprowadził szereg 
naprawdę niezwykłych akcji bojowych zdobywając Virtuti Militari i dwa razy Krzyż 
Walecznych. Ale kto w nim widzi tylko żołnierza, niewiele w nim zrozumiał. Ja go 
znałem z bliska. Miałem z nim jeszcze długą, zasadniczą rozmowę na parę dni, 
zanim poległ pod Ankoną. Oto co mogę o nim powiedzieć. Był przede wszystkim 
wielkiej klasy intelektualistą francuskiego typu, nieprawdopodobnie wprost 
oczytanym, o niezwykle szerokich zainteresowaniach kulturalnych. Kiedy poległ, 
jego towarzysze broni oddali mi biblioteczkę znalezioną w jego jeepie - był 
porucznikiem, dowódcą plutonu lekkich pojazdów pancernych. Ta biblioteczka 
stanowiła prawdziwy pomnik dla niego. Był w niej Dante, Szekspir i Goethe, była 
wielotomowa historia Rzymu Grego-roviusa, słownik greki klasycznej - razem z 
podręcznikami nawigacji astralnej i służby wewnętrznej. Niestety siostry robiące 
porządek w mojej celi, dobre gospodynie, uznały, że trzeba ten zespół książek 
uporządkować według formatów, i rozproszyły biblioteczkę w moim parotysięcznym 
księgozbiorze. Niech Pan Bóg nas broni od sumiennych gospodyń! 
Śmierć Adzia na polu bitwy wstrząsnęła mną głęboko, nie tylko dlatego, że to był 
mój brat, ale może przede wszystkim dlatego, że odsłaniała w przerażający sposób 
koszt i pozorny bezsens wojny. Przeżyłem wtedy to samo, co niemiecki myśliciel 
Rickert opisał tak wymownie po śmierci jego ucznia Laska, świetnego młodego 
filozofa, zabitego przez kule rosyjskiego sołdata. 
Co jednak z Adzia zna się najmniej, to jego zasadniczą postawę duchową, motywację 
jego wyczynów. Ja ją dobrze poznałem w czasie włoskiej kampanii. To była, bez 
żadnej przesady i żadnych zastrzeżeń, postawa średniowiecznego rycerza. Adzio był, 
jak Olo, kawalerem maltańskim, a więc członkiem organizacji uchodzącej na ogól za 
rodzaj wytwornego klubu i nic więcej. Otóż Adzio był może jedynym, a w każdym 
razie rzadkim maltańczykiem, który brał ideał Zakonu straszliwie i krwawo na serio. 
Kiedy go pytano, jakie są warunki przyjęcia, zwykł był odpowiadać: „trzy lata wojny 
z Saracena-mi". Jestem przekonany, że to nie był dowcip, że jego wielkie czyny 
bojowe zawdzięczamy temu właśnie, jego poczuciu, że jest do nich zobowiązany 
przez ideał Zakonu. 
Byłem niedawno na wyspie Rodos, gdzie 600 kawalerów maltańskich broniło się 
miesiącami przeciw stutysięcznej armii tureckiej. Wzięci zostali ostatecznie głodem i 
zdradą. Patrząc na mury ich twierdzy uświadomiłem sobie, że ów romantyzm 
wyklinany przez Ola, a dziś przez tylu innych, jest nie tylko składnikiem polskiej 
ideologii, że należy do skarbca naszej wspólnej kultury europejskiej. Kawalerowie z 
Rodos apelowali, tak samo jak nieraz Polacy do Zachodu, a Zachód podobnie jak 
nam posyłał piękne słowa. Mimo to walczyli do końca, bo nie walczyć byłoby 
czymś, czego się nie robi ,.ęa ne ęefaitpas", jak Adzio zwykł był mówić, czymś 
niezgodnym z honorem. 
Był naprawdę rycerzem bez trwogi i zmazy. Jego podkomendni i koledzy opowiadali 
mi po jego śmierci nie tylko o działaniach bojowych, ale także, a może przede 
wszystkim, o nadzwyczajnej wielkoduszności w codziennym życiu wojennym. Brał 

background image

na siebie stale za swoich żołnierzy najtrudniejsze, najprzykrzejsze, najbardziej 
niebezpieczne i męczące zadania. 
Jeśli chodzi o jego religijność, muszę przyznać, że jej nie rozumiem. Jedno jest 
pewne, że nie była podobna do niczego, co spotykamy zwykle w tej dziedzinie. Oto 
dwa fakty świadczące o tym. Między wojnami był ranny w pojedynku i odmówił 
stanowczo, by jego ranę opatrzono w kaplicy. Lekarz Żyd, który miał tego dokonać, 
nie mógł się nadziwić. Powiedział mi: „przecież wasza religia zabrania pojedynków, 
nie?" Adzia religia widocznie ich nie zabraniała, nie pozwalała jednak na opatrunek 
w kaplicy. Kiedyś na froncie włoskim doszło do dość ostrej dyskusji między nami. 
Próbowa- 
łem mu wyłożyć moje pojmowanie chrześcijaństwa, zgodnie z którym Pan Bóg 
stworzył nieprzyjaciela, abyśmy go bili po głowie - takim jest w rzeczy samej moje 
przekonanie. Adzio, oburzony, oskarżył mnie o zupełne niezrozumienie 
chrześcijaństwa, bo ono jest, pamiętam jego słowa, „uniwersalną amnestią". I proszę 
pamiętać, że to nie mówił tchórz uchylający się w imię religii od służby wojskowej, 
ale jeden z najświetniejszych żołnierzy polskich drugiej wojny światowej. Religię 
reprezentowała w mojej rodzinie moja siostra Olga. Po matce odziedziczyła 
niebywały charakter, ale najbardziej zdumiewające u niej było to, że potrafiła 
przetworzyć go do gruntu. Była jedną z najgłębiej wierzących i zarazem 
najpogodniejszych osób, jakie w życiu spotkałem. Cynik, którym poniekąd jestem, 
ma szacunek do niewielu ludzi, ale moja siostra jest na pewno jednym z nich. 
Niestety poznałem ją naprawdę za późno, aby mogła wywrzeć na mnie większy 
wpływ. 
 
Dom 
Urodziłem się w Czuszowie, w powiecie miechowskim, w ziemi kieleckiej, a więc w 
dawnym zaborze rosyjskim, niedaleko od Krakowa. Gdy miałem cztery lata, moi 
rodzice przenieśli się do Ponikwy w powiecie brodzkim, w ówczesnej Galicji 
Wschodniej. Nie mam więc prawie żadnych wspomnień z Czuszowa. Wiem tylko z 
opowiadań, że w okresie Królestwa Kongresowego zbudowano szosę prowadzącą z 
sąsiedniego miasteczka Proszowic do Krakowa i że tę szosę znieśli ze względów 
strategicznych Moskale. Wynik ich gospodarki był taki, że zgodnie z tym, co 
słyszałem, koń utopił się za mojego życia w błocie na rynku proszowickim. Moją 
głęboką antypatię do Moskwy wyssałem więc, że tak powiem, z mlekiem matki. 
Mam za to sporo wspomnień z Ponikwy. Najpierw słowo o położeniu 
geograficznym. Ze Lwowa szła na wschód szosa i linia kolejowa do Krasnego-
Buska. Tam rozgałęziała się: jedna gałąź prowadziła na południowy wschód do 
Złoczowa, druga na wschód do Brodów. Z Brodów do Złoczowa było, o ile dobrze 
pamiętam, 36 kilometrów szosą. Na jedenastym kilometrze jednokilometrowe 
odgałęzienie w lewo prowadziło do nas, do stawu. Ten staw leżał na czarnym szlaku, 
na drodze ciągle powtarzających się najazdów tatarskich. Za stawem szedł łańcuch 
Woroniaków, który szedł dalej łukiem na zachód i kończył się na drodze między 
Ponikwą a Złoczo-wem wzgórzem podhoreckim. Na tym wzgórzu stał zamek Sobie-

background image

skich, panujący nad okolicą, prawdziwy rygiel zamykający dostęp do kraju. Podobno 
i ten zamek zburzyli barbarzyńcy. Dolina była błotnista. Sama nazwa „Brody" o tym 
świadczy. Bagna były także u górnego końca stawu ponikiewskiego. Zbaraż był 
niedaleko. Jako chłopiec wyobrażałem sobie często, że gdzieś w tych okolicach 
musiał zginąć pan Pod-bipięta, że Skrzetuski przedzierał się pewnie przez górną 
bagnistą 
część stawu. 
Trudno wymagać zaiste, aby dziecko wychowane w takiej okolicy, w cieniu tylu 
dramatów, entuzjazmowało się „kulturą" islamu, eunuch-komizmem i „filozofiami" 
kapitulacji przed złem. Myślę także, że filosemityzm, sympatia do Izraela moja i 
mojej całej rodziny pochodzi ze świadomości, że Izrael walczy z tym samym pohań-
cem, co nasi przodkowie w tej okolicy. 
Wracając do drogi prowadzącej do naszego domu, szosa z Brodów kończyła się na 
tamie przy stawie, nad którym leżały dwie wsi: na prawo Wołochy z kościołem 
łacińskim, na lewo Ponikwą z cerkwią unicką. Idąc dalej za stawem natrafiało się na 
zaścianek szlachecki, Hucisko Brodzkie, którego mieszkańcy mieli być 
wymordowani podczas drugiej wojny światowej, i dalej na Podkamień. 
O tym Podkamieniu wypada mi parę słów powiedzieć. Nazwa pochodzi od 
ogromnego kamienia przyniesionego pewnie przez lodowce aż na szczyt pagórka. 
Obok niego stał wielki klasztor oo. dominikanów, w którym miało być aż czterysta 
cel (w czasie rozbiorów zakon liczył w Rzeczypospolitej ponad 2000 członków). Z 
okien tej potężnej budowli widać było prawosławny klasztor w Poczajowie. 
Odwiedzając Podkamień czułem zawsze, że jestem na granicy Europy, Poczajów to 
był już inny, obcy świat. Jak dalece obcy, niech świadczy następujące zdarzenie. 
Pewnego wieczoru, gdy ojcowie odpra- 
wiali nieszpory, wszedł do podkamienickiego kościoła pijany prawosławny 
zakonnik, czernieć, i zaczął ryczeć przeraźliwie głusząc śpiew ojców i zebranego 
ludu. Myślę, że kogoś, kto przeżył coś w tym rodzaju, nikt nie nabierze na historyjki 
o Europie aż do Uralu. Europa, nasza Europa, kończyła się w Podkamieniu. 
Trzeba mi jednak powrócić do opowiadania o drodze. Skręcając w prawo mijało się 
zaraz młyn („pierwszy młyn", bo było ich trzy). Kilkadziesiąt kroków dalej stał na 
wzniesieniu za żelazną z dwu stron otwartą barierą dom moich rodziców. Dokładniej 
mówiąc to były trzy domy: na prawo patrząc od stawu budynek główny, na lewo w 
głębi tak zwany pawilon jednopiętrowy - dokładna kopia ostatniego członu budynku 
głównego, a bliżej parterowy budynek kuchenny. 
Budynek główny, w którym żyliśmy, zaczynał się od strony stawu potężną okrągłą 
czteropiętrową wieżą, przed którą była jednopiętrowa przybudówka zawierająca trzy 
pokoje. Dalej budynek był parterowy i zawierał tylko sześć wielkich pokojów: ze 
strony wejścia zaczynając od stawu przedpokój, kancelarię mojego ojca i jeszcze 
jeden wielki pokój, którego nazwy nie pomnę, z drugiej strony sala jadalna, salon i 
bilard. Ostatni człon tego budynku był jednopiętrowy i zawierał na parterze tak 
zwany zimny salon - niepodobna go było w zimie dostatecznie ogrzać - a po stronie 
wejścia pokój dziecinny, sypialnię rodziców i dużą łazienkę. 

background image

Wszystkie ubikacje na parterze tego budynku były absurdalnie wysokie, oceniam, że 
miały co najmniej pięć metrów wysokości. Okna były dostosowane do ich 
rozmiarów. W każdym pokoju był kominek. Muszę powiedzieć, że trudno było żyć 
w takim budynku, który był całkiem oczywiście pomyślany jako ramy dla paradnych 
przyjęć, nie dla codziennego życia, o które budowniczowie tego domu widocznie 
niewiele dbali. Wiadomo, „zastaw się, a postaw się". Mentalność nam, a 
przynajmniej mnie, dzisiaj zupełnie obca. 
Muszę jednak powiedzieć, że ten dom, choć nie wykończony, był postawny. Mówię, 
że był nie wykończony, bo brakowało całkiem jasno centralnego gmachu, który by 
połączył pierwszy budynek z drugim. Mój ojciec zamierzał przed drugą wojną 
światową zapełnić 
tę lukę kamienną kolumnadą i zaczął już zwozić kolumny, ale nie doczekał się 
ukończenia prac. Mimo niewykończenia to był piękny dom ze ślicznym widokiem na 
wielki stuhektarowy staw i obie wioski z ich kościołami na wzgórzach. Słyszę, że 
bolszewicy nie tylko zburzyli dom, ale także wysuszyli staw, niszcząc bezpowrotnie 
jedną z piękniejszych miejscowości na ziemiach wschodnich dawnej 
Rzeczypospolitej. Sprofanowali także groby moich rodziców w krypcie kościoła. To 
jest też jeden z powodów, dlaczego przez tyle lat nie próbowałem pojechać do 
Polski. Do moich stron, do Ponikwy, w najlepszym nawet razie nie puściliby mnie 
okupanci. Dla mnie, jak dla Niemców, ojczyzna, Heimat, to nie jakiś wielgachny 
kraj, ale okolica mojego ojca, zakątek, w którym spędziłem dzieciństwo. A do niego 
jechać nie mogłem, i nawet gdybym mógł, nie pojechałbym, aby uniknąć widoku 
ruin. 
Wracając do sprofanowania grobów moich rodziców, postawiłem im pomnik w 
wiosce fryburskiej Botterens, gdzie fundacja rodzinna posiadała działkę na wzgórzu 
nad zajazdem. Tym pomnikiem jest blok granitowy z następującym napisem: 
PIAE MEM ADOLPHI ET 
MARIAE E COM DYNIN 
BORKOWSKI BOCHEŃSKI 
QUOR SEPYLCHRA AP 
PONIKWAM IN POLONIA 
DESACRATA S FILIUS 
IOSEPHYS IN FRIBYR 
VN PROF AQ MCMLYII P Przy sprzedaży działki zachowanie pomnika zostało 
hipotecznie zastrzeżone. 
 
Parafia 
Nie mam wielu wspomnień z najmłodszych lat - rzecz ciekawa, że w mojej pamięci 
utkwiły głównie wydarzenia techniczne, instalacja generatora elektrycznego, 
pojawienie się pierwszej maszyny do 
pisania (ogromnej, marki Underwood) i samochodu. Zapamiętałem sobie też postacie 
obu faktorów mojego ojca, Kargera i Majera. Kar-ger był człowiekiem czynu i nosił 
wielką czarną brodę, Majer był rudy, był buchalterem i myślicielem ich spółki. Byli 

background image

nie tylko agentami ojca, ale i jego doradcami w każdej ważnej sprawie gospodarczej. 
Jedno zabawne wspomnienie dotyczy ojcowskiej biblioteki (która dała mi, nawiasem 
mówiąc, uświadomienie seksualne). Odkrywszy w niej tom pt. Psychologia byłem 
przekonany, że zawiera coś o psach. 
W moich wspomnieniach z tych czasów panują jednak nabożeństwa niedzielne, które 
były dla mnie bodaj głównym wydarzeniem tygodnia. Nie tylko zresztą dla mnie, ale 
i dla całej wioski. To były obyczaje, których człowiek dzisiejszy zapewne pojąć nie 
może, bo przeżywamy, przy rosnącym uspołecznieniu wszystkich innych dziedzin 
życia, dziwny zanik społecznego wymiaru religii. 
W naszym kościele była najpierw msza ranna, na którą chodzili ci, którzy musieli 
zapewnić służbę w czasie sumy. Przypisanie do tej grupy było uważane za surową 
karę. To przypomina mi zresztą powiedzenie śp. ks. prymasa Hlonda, który zapytany 
przeze mnie, co myśli o nawróceniu się Dmowskiego, powiedział, dobrze pamiętam, 
„Ładne nawrócenie! Mam doniesienia od proboszcza, że w niedziele chodzi na mszę 
poranną zamiast na sumę!" Takie to były czasy. 
Wydaje mi się, że parafia ponikiewska była pod tym względem ponadprzeciętna, a to 
dzięki temu, że mieliśmy w ciągu długiego czasu naprawdę tyrańskiego proboszcza. 
Aby tylko to wspomnieć, kiedy stwierdził, że jakiegoś gospodarza nie było w 
kościele, organizował procesję, a jakże, z krzyżem i chorągwiami, która szła po 
niego do domu, śpiewając. Tak i byliśmy wszyscy i bez wyjątku w kościele. Nie 
zapomnę też pewnie do śmierci jego kazania o spowiedzi, w którym mówił 
donośnym głosem: „A nie tkaj nosa między kraty, bo tam jest gwóźdź!" 
Przed sumą śpiewano najpierw, przy udziale mniej więcej połowy wiernych, 
godzinki Matki Boskiej: 
„Zacznijcie wargi nasze chwalić Pannę Świętą, 
Zacznijcie opowiadać cześć jej niepojętą..." Górował potężny glos pani Biernackiej z 
Wołoch. Po tym była suma. Przy nabitym po brzegi kościele siedzieliśmy w 
prezbiterium, w ławce kolatorskiej, z dużym łabędziem, którego rodzina mojej matki 
miała w herbie. Po południu odprawiano nieszpory. One nie były równie 
obowiązujące jak suma, ale kościół był niemniej przyzwoicie zapełniony. Te 
nieszpory odprawiano, podobnie zresztą jak mszę śpiewaną, w swoistym polskim 
rycie. Ksiądz intonował po łacinie, a lud ciągnął dalej po polsku, wyjąwszy np. Te 
Deum, które śpiewaliśmy w całości po łacinie. Psalmy śpiewano w przekładzie 
Kochanowskiego. Nie zapomnę następującego wiersza: 
„Dziękuję ci, Panie, żeśmy bałwany..." 
który sprawił mi teologiczne trudności, aż moja matka zwróciła mi uwagę na 
następny wiersz: 
„...Morza Czerwonego suchą przeszli nogą". Doskonale pamiętam też moje 
bezskuteczne próby przekrzyczenia wspomnianej już pani Biernackiej, która 
śpiewała sangwjune zamiast sanguine. 
Cudzoziemcom, a nieraz i Polakom, trudno jest wytłumaczyć, że reforma II Soboru 
Watykańskiego wprowadzająca mowę ludową do liturgii nie odegrała u nas niemal 
żadnej roli, bo myśmy przeżyli podobną reformę w XVI wieku. Ona była wynikiem 

background image

walki duchowej naszej wiary z protestantyzmem, walki, w której Kościół zwyciężył, 
podejrzewam, głównie dzięki śpiewaniu. Doszło do tego, że oczywiście 
protestanckie piosenki „ochrzczono" u nas i dziś śpiewa się je niemal w kościele. Na 
przykład: 
„Niedaleko od Krakowa, hej! 
Stoi góra tam zamkowa, hej!" która przecież wykpiwa Częstochowę. 
Nie chciałbym jednak wywoływać wrażenia, że byliśmy parafią straszliwie zacofaną 
pod względem religijnym. Sytuację ratowały między innymi misje. Jedną z nich 
prowadził świątobliwy jezuita i przyjaciel mojej matki, o. Dominik, kaznodzieja 
wielkiej klasy. W środku kościoła wypełnionego jak zwykle po brzegi, kazał ustawić 
trumnę. 
Jego kazania obracały się, w rzeczy samej, wokoło tego, co katechizm nazywał 
„rzeczami ostatecznymi", głównie wokoło sensu życia i śmierci. Z jego kazań 
wychodziło się ze wstrząsem, jak zmoknięta kura. Myślę dziś, że i takie kazania są 
prawowicie religijne, bo jedną z funkcji religii jest dawanie wierzącemu odpowiedzi 
na pytanie egzystencjalne o sens życia. Być może także, że to podejście jest 
strategicznie celowe, gdy chodzi o masy. Ale to nie jest na pewno religia w 
najlepszym tego słowa znaczeniu. Może dlatego, mimo owego wstrząsu, który 
przeżywałem na kazaniach o. Dominika, bodaj nic z nich nie wpłynęło na moje życie 
duchowe. 
Słowo wreszcie o parafii unickiej. Nasze stosunki z nią były z natury luźniejsze, ale 
niemniej nie tylko przyjazne, lecz powiedziałbym serdeczne. Kiedy wstąpiłem do 
seminarium, moi rodzice nalegali, abym brał udział w nabożeństwach unickich i 
przyjmował komunię świętą w unickiej cerkwi. Proboszcz grecko-katolicki był 
częstym i mile widzianym gościem w naszym domu. 
1914 
Ten spokojny, a historyczny świat miał się dla mnie i tylu innych zawalić z pierwszą 
wojną światową. Z nią weszliśmy w tak zwaną historię, ową Schlachtbank der 
Geschichte, jak pisał Hegel. Wydaje mi się zresztą, że ta historia, albo jej 
świadomość u dziesięcioletniego chłopca, jakim byłem, zaczęła się z Wojnami 
Bałkańskimi. W każdym razie pamiętam dobrze rozmowy, jakie się na ich temat 
toczyły, a także uwagi kuzyna Raysky'ego, porucznika wojsk cesarskich, który 
tłumaczył mi, dlaczego chciałby, aby wojna wybuchła, bo powiadał: „nudno jest 
ciągle uprawiać teorię wojny bez możliwości jej zastosowania w bitwie ". No, 
doczekał się jej niebawem. Dodam, że obawa wielkiej wojny była w mojej rodzinie i 
u znajomych żywa. 
Patrząc dziś z daleka na te czasy odnoszę wrażenie, że początkiem okrutnej epoki, w 
której danym mi było żyć, nie jest pierwsza wojna światowa, ale właśnie owe 
wojenki bałkańskie. W każdym razie to po nich mieliśmy po raz pierwszy od stuleci 
jedno z najgorszych barbarzyństw XX wieku, masowe wysiedlenie ludności. Dziś 
ono stało się niemal codzienną praktyką. 
Sama wielka wojna zaczyna się w mojej pamięci dwoma barwnymi obrazami. 
Pierwszy to scena z piazza San Marco w Wenecji. Od paru lat mieliśmy zwyczaj 

background image

jeździć w lecie na Lido weneckie, gdzie staliśmy w Grand Hotel des Bains (będąc 
tam w 1979 roku pochwaliłem się dyrektorowi, że byłem ich klientem przed ponad 
60 laty). Siedzimy tedy przy herbacie na owym piazza San Marco, kiedy wpada kilku 
chłopców, sprzedawców gazet, z głośnym krzykiem: assassinio dęli' archiduca - 
arcyksiąże zamordowany! I widzę jeszcze poważną twarz mojego ojca, który kładąc 
gazetę na stół mówi powolnym głosem: „To jest wojna - wracamy do domu". 
Pośpieszny powrót był niemałą przykrością, bo dopiero przyjechaliśmy na Lido. Ale 
mój ojciec miał niestety rację - to była wojna. 
Drugi obraz to meldunek bojowy austriackiego dragona złożony w salonie naszego 
domu kwaterującemu u nas pułkownikowi. Dragon był ubrany w mundur, jaki się 
dziś widuje tylko w operetkach. Srebrny hełm, czerwony surdut, olbrzymie 
szablisko, na glanc wypolerowane buty. Bo armia austriacka była wówczas całkiem 
XIX-wieczna. To był jeden z powodów jej klęsk. Rosjanie nauczyli się wojny 
nowoczesnej w 1905 roku. Zamiast czerwonych kaftanów i srebrnych hełmów nosili 
szare płaszcze i czapki. Zamiast wielkich szablisk mieli karabiny maszynowe. Toteż 
odnosili jedno zwycięstwo po drugim. Co prawda austriackie komunikaty wojenne 
pełne były informacji o austriackich triumfach. Fiakier, z którym kiedyś jechaliśmy 
we Lwowie, zapytany przez mojego ojca: „Co pan mówi na to, zwyciężamy?" 
odpowiedział: „Tak jest, proszę pana, zwyciężamy, ale coraz bliżej". 
Myślę zresztą, że armia rosyjska górowała nad austriacką nie tylko doświadczeniami 
z wojny japońskiej. To była, moim zdaniem, świetna armia. Będę miał sposobność 
powiedzieć poniżej, dlaczego tak sądzę. Na razie jednak jej sukcesy razem z faktem, 
że byliśmy poddanymi rosyjskimi, miały dla nas fatalny skutek. Austriacy wy- 
siedlili nas z Ponikwy jako „wrogi element". A z tym wysiedleniem zaczęła się nasza 
długa tułaczka. 
Pojechaliśmy najpierw do Lwowa, a stamtąd do Zakopanego, gdzie przebywaliśmy 
dość długo, w nadziei, że Rosjanie tam dojdą albo że Austriacy odbiorą Ponikwę. 
Mieszkaliśmy w dużej willi nazywającej się bodaj „Koliba". Pamiętam jeszcze 
przyjęcia czwartkowe, podczas których moim zadaniem było przygotowywać pączki. 
W pamięci zachowałem także długie dyskusje mojego ojca z naszym sąsiadem 
panem Gniewoszem. Mój ojciec myślał, że mocarstwa centralne zwyciężą, natomiast 
pan Gniewosz twierdził, że to jest niemożliwe, bo po przeciwnej stronie jest Anglia, 
która zawsze zwycięża. Te dyskusje odbywały się zwykle przy rąbaniu drzewa, 
któremu mój ojciec oddawał się z zapałem. 
Kiedy jednak front ustabilizował się, moi rodzice postanowili wracać do domu 
okrężną drogą przez neutralną Rumunię. Pojechaliśmy więc przez Wiedeń, 
Budapeszt i Bukareszt. Z całej tej długiej podróży pamiętam tylko, że śmieszył mnie 
w Bukareszcie pomnik Owidiusza z napisem „Największemu poecie narodowemu" i 
nazwa ministerstwa wojny „ Ministeriul del rosboju ". Dla dawnych Wołochów nie 
było widać wielkiej różnicy między wojną a rozbojem. 
Dom zastaliśmy w najlepszym porządku, mimo że podczas naszej nieobecności 
kwaterowało w nim kilka sztabów rosyjskich. Ci oficerowie odnieśli się z takim 

background image

szacunkiem do cudzej własności, że mój ojciec znalazł na swoim biurku nie 
dokończony list, zostawiony w pośpiechu w chwili wyjazdu. 
Ale i w domu nie zażyliśmy długo spokoju. Losy wojny były zmienne. Austriacy z 
pomocą Niemców odparli Rosjan, po czym ci znowu wrócili. Widzę jeszcze mojego 
ojca witającego na ruskomja-zykie pluton stanowiący czołówkę nadchodzących 
wojsk rosyjskich. Przez jakiś czas znaleźliśmy schronienie w parafii unickiej w 
sąsiedniej wiosce Boratynie, której proboszcz był szczególnie ceniony przez moją 
matkę. To był w rzeczy samej dużej klasy ksiądz, później wywieziony do Rosji. 
Front ustalił się niestety dość blisko od nas. W domu zakwaterowało się dwóch 
rosyjskich pułkowników. Jeden, niezmiernie łagodny, rodowity Moskal nazwiskiem 
Wjazemcew, drugi, srogiego wyglądu i zachowania się, Polak z pochodzenia, 
Żołędziowski. Ten ostatni został mi z kilku powodów żywo w pamięci. Najpierw 
zdumiewała mnie jego rosyjska religijność. Przez cały wielki post nie tylko pościł, 
ale i suszył, to jest nie pił mleka, nie używał masła ani żadnego tłuszczu, żył 
naprawdę ze śledzi, sucharów no i naturalnie z wódki. Chodził też regularnie z całym 
swoim pułkiem na nabożeństwa prawosławne i w czasje tych nabożeństw całował 
pokornie ręce popa. Ale, ku naszemu zdziwieniu, tego samego popa nigdy nie przyjął 
w salonie - przedpokój był dla niego aż nadto dobry. Skądinąd, zdumiewający był 
jego stosunek do żołnierzy. Był dla nich nie tylko surowy, ale powiedziałbym 
okrutny. Przed frontem naszego domu odbywały się co tydzień w jego obecności 
egzekucje - czterech żołnierzy trzymało winowajcę za ręce i nogi, podczas gdy 
dwóch innych biło rózgami do krwi. Ale kiedy ten sam Żołędziowski przyjmował co 
raz nadchodzące marszówki, pułk miał wiele strat, jego gromkie „żelajtie rebjata", 
„witajcie dzieci", miało rzeczywiście coś ojcowskiego. 
A czego nikt z nas nie mógł zrozumieć, to ostatniego aktu rosyjskiego dramatu w 
Ponikwie. Kiedy w czasie rewolucji zbuntowani żołnierze przyszli groźnym tłumem 
po pułkowników, dobry i dobroduszny Wjazemcew z trudem uratował życie 
uciekając przez okno ustępu, ale Żołędziowski wyszedł na ganek, przemówił ostro 
stento-rowym głosem i żołnierze zaczęli go kaczać, wynieśli wiwatując na ramionach 
w górę. Myślę, że te przeżycia młodego chłopca przyczyniły się niemało do 
utworzenia mojej postawy wobec kultury rosyjskiej. Jak wynika z tego, co 
powiedziałem powyżej i co jeszcze mam do powiedzenia, nie jestem ślepy na jej 
wartości. To jest autentyczna kultura. Nie ma też żadnego sensu nazywać jej 
„azjatycką". Ale dla mnie, i sądzę, że dla każdego Europejczyka, to jest kultura obca, 
tak obca, że w dużej mierze niezrozumiała. Stąd owe marzenia o „Euro- 
pie aż do Uralu" uważałem zawsze i uważam za wielkie zaiste nieporozumienie, aby 
nie powiedzieć głupstwo. 
Wracając do naszych losów, przeżyliśmy w Ponikwie jeszcze niemało chwil 
dramatycznych. Wojna stała się wojną pozycyjną. Rosjanie na próżno starali się 
zepchnąć front austriacki przebiegający kilkanaście kilometrów od naszego domu. 
Wykonali kilka wielkich natarć, zawsze bezskutecznie. Przed jednym z nich do mojej 
matki zgłosiło się dwóch nader uprzejmych lekarzy wojskowych, w tym jeden Polak. 
Z największym spokojem mówili, że szukają miejsca dla około 800 rannych, bo na 

background image

tyle szacowali straty w zbliżającym się natarciu. Pamiętam, że ta zimna kalkulacja 
ludzkiej krwi uderzyła chłopca, którym byłem, jako coś dziwnie nieludzkiego. Życie 
miało mnie później nauczyć, że bez takiej postawy obowiązek wojenny nie może być 
spełniony. 
Byliśmy sami stale ostrzeliwani przez artylerię austriacką. Panowie oficerowie po 
tamtej stronie mieli swoje niewzruszone zasady, np. nie strzelali nigdy podczas 
obiadu i sjesty. Za to po godzinie 14 regularnie otwierali ogień. Cały front domu był 
podziurawiony odłamkami szrapneli. Ja sam uniknąłem kiedyś tylko przypadkiem 
zranienia, kiedy szrapnel pękł jakieś 10 m od drzwi wejściowych, w których stałem. 
Dziwna rzecz, że nikt ani z mojej rodziny, ani ze służby nie został ranny. Niemniej 
żyło się w ciągłym napięciu i niebezpieczeństwie. Po jakimś czasie rodzice uznali, że 
trzeba się przenieść do miasta, to jest do Brodów. Zamieszkaliśmy przy ulicy Złotej, 
głównej arterii miasteczka, o ile pamiętam w domu Feliksa Westa, czcigodnego 
wydawcy lokalnego. Ta ulica ma swoją historię, bo każda władza, która nad Brodami 
panowała, nazywała ją inaczej. A było takich władz sporo: Austriacy, Rosjanie, 
Ukraińcy, Polacy, bolszewicy, Niemcy, znowu bolszewicy. Pod polskimi rządami 
nazywała się np. ulicą Ułanów Krechowieckich. Ale dla nas, tubylców, była i 
pozostała, przynajmniej za moich czasów, ulicą Złotą. 
Owe Brody nie były pięknym miasteczkiem. Nie było w nim godnych widzenia 
zabytków, a ulica Złota nie błyszczała bynajmniej ani zlotem, ani czystością. Brody 
miały co prawda niegdyś okres względnej świetności, kiedy były wolnym miastem, 
ale te czasy szybko minęły. W czasie pierwszej wojny światowej były miasteczkiem 
bez znaczenia. Były też miasteczkiem prawie stuprocentowo żydowskim. Kiedy 
wiele lat później odwiedziłem Szefed w Izraelu, miałem wrażenie, że wracam do 
Brodów, tak dalece oba miasteczka były podobne. 
Ale mimo to, albo raczej właśnie dlatego, myślę zawsze o Brodach z melancholią i 
rodzajem tęsknoty. Nie przychodzi mi łatwo sformułować moje odnośne poglądy i 
uczucia, bo literatura opanowana jest u nas (jak zresztą wszędzie) przez ludzi 
myślących całkiem inaczej, do tego stopnia, że ktoś taki jak ja musi być dla ludzi 
niezrozumiały. Mimo wszystko spróbuję powiedzieć, co myślę. A więc dla nas 
brodzkich tubylców owe ogromne przewroty, których byliśmy świadkami i ofiarami, 
były spowodowane przez dwa czynniki. Jeden to po prostu najazdy, wtargnięcie w 
naszą sferę, w nasz świat ludzi obcych, zaborczych imperialistów niemieckich i 
moskiewskich, jakkolwiek by oni się nazywali. To fragment owej heglowskiej 
Schlachtbank der Geschichte. Jak mi mówił z goryczą żołnierz 2. Korpusu, Ukrainiec 
z moich stron „przyszli obce lud/e". Obcy ludzie, najazd cudzoziemców. Na to 
pewnie poradzić nie można. 
AJe to była tylko jedna z przyczyn nieszczęścia, jakie miało spaść na Brody i nasze 
okolice. Druga, co najmniej równie ważna, to wpływ wielkomiejskich inteligentów, 
tworzących i głoszących oderwane schematy nacjonalistów, komunistów i innych 
jeszcze pięknoduchów. Między innymi nacjonalistów ukraińskich i przede 
wszystkim polskich, z Dmowskim i jemu podobnymi na czele, ci ludzie sfabrykowali 
absurdalną doktrynę antysemicką. Wykopali przepaść między Polakiem a 

background image

Ukraińcem. Doprowadzili do masowych mordów. Zniszczyli piękną wieloplemienną 
i wielowyznaniową wspólnotę. 
Temu, o czym myślę tutaj, dał najlepszy wyraz mój brat Adzio, kiedy parę dni zanim 
poległ powiedział mi, że nie chce do Polski wracać, bo to jest obecnie kraj bez 
Żydów. Podzielam jego uczucia. To nie przeszkadza mi zresztą zajmować raczej 
złożonej postawy względem tych, jak ich mój brat Olo nazywa, kłapouchów. 
Chodzi o zagadnienie antysemityzmu. Że ten antysemityzm istnieje albo istniał, 
wątpić niepodobna. Aby tylko jeden przykład przytoczyć, ks. kardynał Lustiger 
opowiada, jak go w szkole wyśmiewały dzieci polskie, ale pobity został dopiero 
przez dzieci francuskie. Sprofanowanie żydowskiego cmentarza mieliśmy także tylko 
we Francji. Zjawisko jest więc w Europie dość powszechne i zasługuje na poprawne 
zrozumienie. 
Otóż moim zdaniem ten antysemityzm ma dwie różne przyczyny, albo jeśli ktoś 
woli, istnieją dwa rodzaje antysemityzmu i antysemitów. Jeden ma charakter ludowy, 
odruchowy i w gruncie rzeczy gospodarczy. Mechanizm powstania tego 
antysemityzmu znakomicie opisał w rzeczy o sprawie żydowskiej Karol Marks. Ten 
antysemityzm jest skutkiem utożsamienia Żyda z wyzyskiwaczem. W Polsce rzecz 
przedstawia się tak, że głównym wyzyskiwaczem chłopa był szlachcic polski, ale ten 
był zwykle chroniony przez feudalną ideologię (bunt Szeli jest wyjątkiem w tej 
dziedzinie). Nienawiść skupiała się więc na wyzyskiwaczu numer dwa, na 
karczmarzu Żydzie, i to tym łatwiej, że był on człowiekiem pod wieloma względami 
obcym. To był jeden rodzaj antysemityzmu. 
Ale w Polsce, jak i gdzie indziej, mieliśmy także inny rodzaj, intelektualny. Podczas 
gdy pierwszy typ był rozpowszechniony w ludzie, drugi był wytworem inteligencji i 
miał w niej najwięcej zwolenników. Tym antysemitom nie chodziło o sprawy 
gospodarcze, ale o kulturalne. Stwierdzali, że Żydzi byli przedstawicielami obcej 
wiary i kultury i że jako tacy działali rozkładowo na naszą kulturę narodową, 
podkopywali wiarę, moralność, wierność ideałom narodowym i tak dalej. A że mieli 
ogromny wpływ na prasę i piśmiennictwo, stanowili poważne zagrożenie samego 
istnienia narodu polskiego. Dodajmy, że w przytłaczającej większości wypadków nie 
utożsamiali się z Polską, w jej trudnych walkach pozostawali „neutralni". Jeśli 
chodzi o mnie, odrzucam obie wersje antysemityzmu. Pierwszą, bo nie jest na 
niczym oparta. Żydzi byli wprawdzie wyzyskiwaczami -mówiono słusznie, że Żyd 
żyje z goja - ale bynajmniej nie jedynymi i nie najgorszymi. Lekcja otrzymana od 
mojego ojca przez jego rozprawe doktorską nie poszła u mnie na marne. W 
przeciwieństwie do wielu innych ja wiem, że my, polscy szlachcice, byliśmy 
wyzyskiwaczami ludu, że bodaj mniej okrutnymi od komunistycznych urzędników, 
to już inna sprawa, ale wyzyskiwaczami byliśmy. Ten rodzaj antysemityzmu nic mi 
więc nie mówił. 
Odrzucam także i drugi rodzaj, ale w inny sposób, niż się to zwykle czyni. Nie 
przeczę wprawdzie, że Żydzi mieli wpływ rozkładowy na naszą kulturę, aljj jak w 
poprzednim przypadku nie oni sami. Byli po prostu licznie reprezentowani w 
czołówce tak zwanych „postępowców", to jest antyklerykałów, zwolenników 

background image

rozwodów i spędzania płodu, przeciwników służby wojskowej, wyśmiewających 
Mickiewicza, Trylogię, słowem ludzi pragnących zniszczenia do gruntu niemal 
wszystkiego w polskiej tradycyjnej kulturze. 
Otóż tacy ludzie byli nie tylko między Żydami. Mamy w Polsce długą tradycję myśli 
„postępowej". Spór między obrońcami a przeciwnikami tego „postępu" nie jest 
walką z jakimś czynnikiem zewnętrznym, jest u nas jak i w wielu krajach Europy 
sprawą wewnętrzną, polską, sporem między dwiema wizjami tego, czym nasz naród 
jest, względnie być powinien. Nie można podziwiać Konar-skiego i równocześnie 
wyklinać wszelką żydowską „postępowość". Bo spór z nią jest, że tak powiem, naszą 
sprawą rodzinną. Ten rodzaj antysemityzmu nic mi więc nie mówi i nie jest dla mnie 
do przyjęcia. 
Dodam jeszcze, że mam osobiście dość ambiwalentne doświadczenia z Żydami. 
Naukowcy, ci których poznałem lepiej, byli przeważnie miłymi i rzeczowymi 
ludźmi. Natomiast mam najgorsze wspomnienie o żydowskich politykach. Ci, z 
którymi miałem do czynienia robili na mnie często wrażenie ludzi należących do 
jakiegoś dzikiego Bliskiego Wschodu, reagujących irracjonalnie, uczuciowo 
podobnych do owych Arabów, którzy podkładają bomby w samolotach pełnych 
niewinnych ludzi. Ich postępowanie jest nieraz tak ohydne, nieracjonalne i 
nieuczciwe, jalc gdyby chcieli celowo wywołać antysemityzm. 
 
Rewolucja 
Życie w Brodach nie było o wiele bezpieczniejsze niż w Ponik-wie. Byliśmy niemal 
codziennie pod obstrzałem. Zdarzyło się raz, że granat austriacki wybuchł w toalecie 
bezpośrednio po opuszczeniu jej przez moją siostrę Olusię. Innym razem zabił i 
poranił nasze krowy, których mieliśmy parę. 
Ale wydarzenie, które pamiętam najlepiej z pobytu w Brodach, to wybuch rewolucji, 
jeszcze nie bolszewickiej, ale „demokratycznej" Kiereńskiego. Ta rewolucja 
przejawiła się u nas w postaci marszu wojskowego. Żołnierze mieli kwiaty zatkane w 
lufy karabinów i śpiewali: 
„ Wstawaj, podnimajsia raboczyj naród". 
Ta rewolucja zdawała się zapowiadać lepsze czasy, to jest przede wszystkim pokój. 
Ale pokój nie nadchodził, a nieporządek i razem z nim niebezpieczeństwo rosły. Moi 
rodzice zdecydowali się wreszcie na drugą okrężną podróż, dużo większą tym razem, 
przez Szwecję do Lwowa. Podróż dość absurdalną, jeśli się pomyśli, że z Brodów do 
Lwowa było sto kilometrów, a myśmy musieli przejechać ich niemal cztery tysiące 
pięćset. 
Pojechaliśmy najpierw do Kijowa, który wywarł na mnie wrażenie przepięknego 
miasta. Z restauracji polskiej „Na pajach", położonej na wzgórzu, gdzie stale 
jadaliśmy, widok na miasto i Dniepr był wspaniały. Ale główne wspomnienie z 
Kijowa dotyczy jadła i napoju. To było naprawdę miasto mlekiem i miodem płynące. 
Jakim mlekiem! W ciągu całego mojego długiego życia nie piłem nigdzie równie 
bogatego i smacznego mleka jak w Kijowie. Także chleb, biały, pulchny, był 
niezwykły, doskonały - pozostał w mojej pamięci jako ideał tego, czym chleb być 

background image

powinien. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że naprawiacze świata potrafią 
doprowadzić do śmierci głodowej miliony ludzi w tym spichlerzu Europy, jakim była 
Ukraina. Tak się niestety stało niebawem. 
Myśmy pojechali po kilku dniach do Pietrogradu, jak się wówczas Petersburg 
nazywał. I tu nastrój i położenie były całkiem inne. 
 
Rodzina i dzieciństwo 
Podczas gdy Kijów robił wrażenie miasta beztroskiego i zamożnego, w Pietrogradzie 
czuło się wszędzie napięcie, jeśli nie trwogę, a zaopatrzenie w żywność, nie 
umywające się zresztą do kijowskiego, natrafiało na trudności. Byłem sam 
świadkiem zamordowania, lynczu, dokonanego na kilkunastoletnim chłopcu 
oskarżonym o kradzież. W ogóle wspomnienia moje z tego miasta są raczej ponure. 
Mieliśmy wiele trudności biurokratycznych, aby uzyskać pozwolenie na wyjazd. 
Główną zasługę w ich pokonaniu miał portier naszego hotelu, naturalnie za sowitą 
nagrodą. On też przestrzegł moich rodziców przed próbą wywożenia pieniędzy, 
kontrola, mówił, jest surowa, a kary drakońskie. Rodzice zdecydowali się powierzyć 
pieniądze nam, dzieciom, zaszyte w brzegi beretów. Jechaliśmy tedy z duszą na 
ramieniu, ale na cle rosyjskim usłyszeliśmy jako pierwsze słowa „detiwpered" - 
udało się. 
Wreszcie siedzieliśmy w pociągu, w ostatnim pociągu z Pietro-gradu do Szwecji 
przed przewrotem bolszewickim. Raz jeszcze Opatrzność Boska miała nas w swojej 
opiece. W wagonie restauracyjnym pociągu, który nas wiózł przez nie kończące się 
lasy fińskie, poznaliśmy bardzo miłego Szweda, hrabiego Lagerlóf, który miał 
później umożliwić przez pożyczkę mojej rodzinie przeżycie w Szwecji. Z tej podróży 
zapamiętałem niezwykłą dla nas obfitość skandynawskiego śniadania, cienkość pni 
drzew i naturalnie nocne słońce w Torneo-Haparandzie, wysoko na północy. 
W Sztokholmie spędziliśmy kilka miesięcy. Zostało mi w pamięci, że z okna naszego 
mieszkania można było widzieć dwa szyldy: jeden „Karl Larson", drugi „Lars 
Karlson". Uderzył mnie także widok wielu ludzi biegnących kłusem koło dziesiątej 
na drugie śniadanie z mięsiwem. Widziałem raz samego króla na konnej przejażdżce. 
Poza tym Szwecja jak Finlandia wydała mi się być krajem obżarstwa. Pierwsze 
śniadanie z kilkunastu dań, drugie śniadanie z bif-sztekiem, obiad, high tea, znowu z 
mięsem, ogromna kolacja, podku-rek po teatrze. To pewnie dlatego, że Szwecja jest 
zimnym krajem. 
Ale naszej rodzinie nie było obżarstwo na myśli. Przeżyliśmy dużo trwogi, obawy, 
czy dostaniemy pozwolenie na wjazd do państw centralnych, była też okresowo 
bieda, w czasie której nie jadło się do syta. Poznałem wtedy - miałem 15 lat - los 
uchodźcy. Mogę zapewnić, że nie jest przyjemny. 
W końcu pozwolenie nadeszło i pojechaliśmy do Galicji. O ile pamiętam, 
mieszkaliśmy najpierw w Tarnowie, potem w Warszawie, w końcu od 1918 roku we 
Lwowie. Skutek był taki, że dwa razy zmieniałem gimnazjum. W Tarnowie miałem 
jako drugi język grekę klasyczną, ale w Warszawie (w szkole Konrada Górskiego, 
gdzie nosiliśmy śmieszne czapeczki) francuski. W końcu wylądowałem w 

background image

gimnazjum Adama Mickiewicza (skrót A.M. odczytywany jako „Akademia 
Matołków") we Lwowie. Z wejściem do tej szkoły kończy się dla mnie dzieciństwo i 
zaczyna młodość. 
 
II 
MŁODOŚĆ 
1918- 1926 
 
Lwów 
Owa „Akademia Matołków" była na przekór żartobliwej nazwie doskonałą szkołą. 
Trzech spośród moich nauczycieli zostało później profesorami uniwersyteckimi: 
Kobzaj - polonista, Ganszyniec -Grek, Zawirski - filozof uczący matematyki. Kobzaj 
był obdarzony ogromnym, bodaj wrodzonym autorytetem. Kiedy wchodził do sali, 
wszyscy milkli, a Bóg świadkiem, że moi koledzy nie byli towarzystwem 
zastraszonych ministrantów. Nie mieliśmy z nim pozasłużbowych kontaktów. 
Zupełnie innym człowiekiem był Ganszyniec, pierwszej klasy bon viveur i cynik, 
lubiący młodzież i stale otoczony przez bandę moich kolegów, dla których był 
wyrocznią w sprawach życiowych, zwłaszcza kiedy chodziło o kobiety. Zawirski 
uchodził u nas za mistyka, bo łatwo go było wprowadzić w kontemplacyjne 
zamyślenie. 
Kiedy nasza klasa była szczególnie żądna zabawy, zdarzało się, /e mówiono mi 
szeptem: „Bocheński, zadaj mu pytanie". Trzeba bowiem wiedzieć, że zawsze 
lubiłem matematykę i sporo w tej dziedzinie wiedziałem. Pewnego razu 
sprowokowany w ten sposób zapytałem Zawirskiego, dlaczego są tylko trzy 
niezależne równania trygonometryczne? Choć odpowiedź jest łatwa (gdyby ich było 
cztery, można by rozwiązać trójkąt z dwoma tylko danymi, co jest niemożliwe), 
Zawirski jej widocznie nie znał, bo zszedł z katedry i zaczął przechadzać się w 
zamyśleniu po sali, a myśmy grali w karty, palili fajki i tak dalej. Ta klasa była 
dziwnym towarzystwem, zwłaszcza po potrzebie lwowskiej, w której większość 
moich kolegów wzięła udział. Do szkoły przychodziło się wtedy z karabinami, 
pistoletami, granatami ręcznymi i tym podobnym nie bardzo szkolnym sprzętem. 
Ale mimo wszystko szkoła zajmuje drugie miejsce w moich lwowskich 
wspomnieniach. Na pierwszym stoi, oczywiście, tak zwana obrona Lwowa. 
Mieszkaliśmy wtedy na przedmieściu, za remizą tramwajową, która znajdowała się 
w przedłużeniu ulicy Kopernika. Do miasta było od nas dość daleko. Można sobie 
wyobrazić moje zdumienie, kiedy przyjechawszy l listopada 1918 roku tramwajem 
do centrum miasta, zobaczyłem dwa olbrzymie niebiesko-żółte sztandary zwisające z 
wieży ratuszowej. Doszło do tego w następujący sposób. Austriacy postanowili 
oddać Lwów i Galicję Wschodnią Ukraińcom. W tym celu przed demobilizacją 
skoncentrowali w mieście oddziały wojskowe składające się z Ukraińców i bodaj 
oddali formalnie władzę jakiemuś ukraińskiemu komitetowi. W każdym razie 
zbudziliśmy się w tym dniu jako ukraińscy poddani. 

background image

Dla mnie i pewnie dla większości Polaków cios był dotkliwy. Uważaliśmy Lwów za 
polskie miasto. Polacy stanowili zresztą rzeczywiście przytłaczającą większość jego 
mieszkańców. Za należącą do Polski uważaliśmy także całą Wschodnią Galicję, 
gdzie Polacy stanowili znaczną mniejszość, nazywano ją nawet między wojnami 
(historycznie nietrafnie) „Małopolską Wschodnią". Każdą próbę zabrania nam tego 
miasta i kraju uważaliśmy za targnięcie się na istotna część Polski. Toteż zajęcie 
Lwowa przez Ukraińców przeżyliśmy jako bolesny wstrząs. 
Pamiętam jeszcze smutny nastrój, jaki panował u nas przy kolacji i nazajutrz rano. 
Ale tego samego dnia po południu położenie zaczęło się zmieniać. Najpierw 
usłyszeliśmy strzały i zaraz po tym można było przez okno wychodzące na wzgórze 
obserwować polskie natarcie. Jak daleko wzrok sięgał z naszego okna, nacierających 
było czterech. Jeden typowy nauczyciel, prawdopodobnie gimnazjalny, w długim 
ciemnym płaszczu, jeden uczeń w mundurku szkolnym i dwócli młodych bodaj 
rzemieślników ubranych jak do pracy. Wszyscy czterej mieli starożytne austriackie 
karabiny i posuwali się powoli w dół padając i strzelając. 
Taka to była owa „obrona Lwowa". Powinno być jasnym, że ona żadną obroną nie 
była, ale próbą odbicia miasta podjętą przez jego ludność. Równie oczywistym było, 
że szansę zwycięstwa Polaków były w tych warunkach niewielkie, bo mieli przeciw 
sobie regularne wojsko, a sami byli nieliczną, luźno zorganizowaną i źle uzbrojony 
partyzantką. Lwów został ostatecznie uwolniony nie przez nią, ale przez regularne 
wojsko gen. Iwaszkiewicza, które przybyło na odsiecz, co zresztą nie umniejsza w 
niczym zasług odważnych bojowni ków, którzy podjęli walkę o uwolnienie miasta i 
prowadzili ją w ciągli długich tygodni bez żadnej pomocy z zewnątrz. 
A propos gen. Iwaszkiewicza, który był ze służby rosyjskiej, opowiadano wówczas 
następującą anegdotę. Po uwolnieniu Lwowa mia) wezwać do siebie prezydenta 
miasta Neumanna, ze wszech miar szanowanego starca, i powiedzieć mu „Wy 
burmistr? U nas w Żytomire takoż był burmistr i ja jego powiesił". Se non e vero... 
Owi „Moskale", jak ich nazywaliśmy, oficerowie carskiej armii, wywierali na nas 
czasami wrażenie dzikusów. Ale dobrymi żołnierzami oni byli, jak jeszcze powiem. 
Mam kilka dość żywych wspomnień o „obrońcach Lwowa". Jeden z nich, na pewno 
robotnik z Łyczakowa, pojawił się pewnego wieczoru z prośbą o ciepły napój. Moja 
matka dała mu filiżanki, mleka. Zapytany, czy chce cukru i ile, odpowiedział: „sześć 
albo lepiej siedem". Dużo mniej przyjemnych było trzech jego kolegów, którzy 
nazajutrz wtargnęli do domu i przykładając bagnety do piersi mojej matki krzyczeli 
w zdenerwowaniu „gdzie tu są Ukraińcy?" Tego samego dnia, parę godzin później, 
miałem poglądową lekcję różnicy między prawdziwym wojskowym a dyletantami. 
Dzwonek przy drzwiach zabrzęczał. Po doświadczeniu porannym podeszliśmy do 
drzwi, moja matka i ja, z duszą na ramieniu. Ale ku naszemu zdziwieniu, zamiast na 
pół histerycznych wojaków stał tym razem w drzwiach grzecznie salutujący 
porucznik, który powiedział: „Raczy pani wybaczyć niepokojenie, ale ja muszę się 
rozglądnąć za miejscem na działo". 
Ja sam w „Obronie Lwowa" udziału nie wziąłem. Miałem 16 lat, więc mogłem się 
bić, jak tylu moich rówieśników i szkolnych kolegów. Bóg świadkiem, że miałem po 

background image

temu ochotę, ale moi rodzice -także mój ojciec - byli stanowczo przeciwni. „Wojna 
nie jest dla dzieci", powiadali. Posłuchałem ich tracąc przez to jedną z w zasadzie 
dostępnych mi potrzeb, po polsku kampanii wojennych. 
W ciągu lat miałem z tego powodu wyrzuty sumienia. Niektórzy przyjaciele, którym 
o nich mówiłem, próbowali mnie przekonać, że ta wojna polsko-ukraińska nie miała 
sensu, że była niepotrzebną walką bratobójczą. Nie wydaje mi się dziś, by tak było. 
Ziemia Lwowska sama nie miała, jak sądzę, żadnych szans oparcia się sowieckiej 
potędze. Gdyby nie była częścią Polski w ciągu dwudziestolecia, przeżyłaby 
nieomylnie okropności masowych zsyłek i mordów moskiewskich. A o 
przynależności do Rzeczypospolitej zadecydowało odebranie Lwowa. Ta ziemia 
zawdzięcza więc zachowanie od tego nieszczęścia w ciągu dwudziestolecia nie 
dyplomatycznym rozmowom, ale armatom i karabinom maszynowym, albo, jak kto 
woli krwi polskich żołnierzy. Uogólniając powiem, że nie ma pokoju, szczęścia i 
dobra na tej ziemi bez walki, bez obrony zbrojnej, bez gotowości umierania, ale i 
strzelania w obronie słusznej sprawy. Taką naukę dało mi moje burzliwe i długie 
życie. Mam pogardę dla ludzi głoszących uchylanie się od służby wojskowej - oni 
przygotowuja nieszczęście dla swojego kraju. A więc wyrzuty sumienia, że nie biłem 
się jako chłopiec we Lwowie, odczuwam nadal. 
Gdy jednak mowa o wojnie i żołnierzach, sprawa nie jest taka prosta, jak można by 
sądzić. Toczą ją nie tylko zwykli ludzie z poczucia obowiązku obrony, ale i typy, 
które są jakby zrodzone do walki i gwałtu. Z takimi typami spotkałem się w ciągu 
następnych lat. Zamieszkaliśmy po 1918 roku w domu książąt Sapiehów. Stary 
książę Sapieha był człowiekiem pobożnym i dziwnie oszczędnym. Podobno 
widziano go kiedyś idącego pieszo z dalekiego dworca z ciężkim workiem na 
plecach. Ale ten tak oszczędny i bogobojny człowiek spłodził pięciu synów, wcale 
do niego niepodobnych Litwinów. Opowiadano o nich niesłychane historie. Jak to 
ojcu pistoletami grozili by wymusić pieniądze, jak to pojechali na Azory, gdzie jeden 
z nich zginął w tajemniczych okolicznościach, jak to inny pobił nie dość gorliwie 
obsługującego go portiera wielkiego hotelu, tak że biedak miesiąc leżał w szpitalu. 
Czy to prawda, nie wiem, pewnie jest wiele przesady. Wiem za to, bo byłem obecny, 
jak jeden z tych książąt strzelał do jamnika, praktycznie pod nogi mojej siostry. 
Wiem też, że paru spośród nich zasłynęło jako autentyczni bohaterowie w potrzebie 
bolszewickiej 1920 roku. Wojnę więc i tacy ludzie toczą. 
W roku 1920 zdałem maturę. Zawirski chwalił się mną dając do rozwiązania trudne, 
nie objęte programem równanie całkowe. Za to Ganszyniec był zrozpaczony, bo 
danego mi do tłumaczenia tekstu ani w ząb nie rozumiałem. Chodziło w nim o słowa 
Sokratesa, który drapie się po zdjęciu kajdan i powiada, jak to mała rzecz może 
sprawić dużo przyjemności. Nie rozumiejąc, zacząłem kłaść z polotem w 
Sokratesowe usta wzniosłą mowę o obowiązku posłuszeństwa prawom państwowym 
i tym podobne. Jak mimo to przeszedłem i to z odznaczeniem, nie wiem. Może 
inspektor nie zauważył. 
Takich egzaminów wycierpiałem niemało, studiowałem przecież na różnych 
wydziałach lat trzynaście, a jeszcze więcej ich zadałem jako profesor studentom. W 

background image

wyniku tego długoletniego doświadczenia jestem stanowczym przeciwnikiem 
egzaminów. Myślę, że się je praktykuje z uporem godnym lepszej sprawy na skutek 
kombinacji mentalności urzędniczej i popędów sadystycznych wielu profesorów. 
Gdyby to ode mnie zależało, zniósłbym je wszystkie. Gdzie uniwersytet czy szkoła 
spełniają swoje zadanie, to jest gdzie akt szkolny polega na współpracy nauczającego 
z uczącym się, żadnych egzaminów nie potrzeba. Znosząc je oszczędziłoby się 
studentom wiele stresu, a profesorom straty czasu. 
A to przykład z moich fiyburskich czasów. Siada do egzaminu niejaki Smith, 
Amerykanin, który nie tylko był w ciągu lat członkiem mojego seminarium, ale także 
przełożył na angielski moją książkę o współczesnej filozofii europejskiej. Składa 
egzamin z tej filozofii. Pytam go o Jamesa, on ani w ząb, nie odpowiada na żadne 
pytanie. Profesor psychologii (James był także wybitnym psychologiem) siedzi na 
końcu stołu i dziwi się naturalnie. Ja wiem, że ten idiota nie spał w ciągu kilku nocy, 
zażywał jakieś pigułki, no i najzupełniej stracił pamięć. Po egzaminie narada. 
Dziekan pyta, co ja proponuję, a ja powiadam: magna cum laude, druga najlepsza 
nota. Jak to, pyta psycholog, on przecież nic o Jamesie nie wiedział. Nieprawda, 
wiedział i ja wiem, że wiedział, bo po kilku miesiącach współpracy każdy profesor 
godny tego imienia wie, co wie jego uczeń. Żaden egzamin nie jest mu potrzebny. 
 
1920 
Z moim egzaminem maturalnym miałem o tyle szczęście, że mogłem jeszcze wziąć 
udział w końcowym okresie wojny z bolszewikami, o czym od lat wszyscy w domu 
marzyliśmy. Ta wojna jest najczęściej fałszywie interpretowana w piśmiennictwie 
zagranicznym, a nieraz także i polskim, jako wynik nacjonalistycznych dążności 
polskich. Dla osiągnięcia jakiej takiej jasności w tej sprawie trzeba najpierw odróżnić 
w niej dwie fazy. Pierwsza, rozpoczęta w 1918 roku i trwająca do kwietnia 1920 
roku, miała z naszej strony charakter czysto obronny. Chodziło w niej po prostu o 
zabezpieczenie granic tworzącej się II Rzeczypospolitej przed imperialistycznymi 
zakusami Moskali, którzy od początku nie taili zamiaru zajęcia całej Europy. 
Druga, od kwietnia do zawieszenia broni w październiku 1920 roku, zaczęła się 
ofensywą polską, po czym nastąpił odwrót i po zwycięstwie w tzw. bitwie nad Wisłą 
pościg aż po Korosteń. 
Jakie były nasze intencje, gdy podejmowaliśmy tę ofensywę? Nie mogę lepiej zrobić, 
jak przytoczyć za płk. Krzeczunowiczem tekst rozkazu naczelnego wodza: 
„Przewidywana ofensywa ma na celu uwolnienie Ukrainy spod okupacji sowieckiej. 
Na terytorium zajętym przez wojska polskie obejmie władzę administracyjną rząd 
ukraiński". Taki był zamiar Piłsudskiego i dodaję, że wszyscy w domu rozumieliśmy 
wojnę w ten sposób. Nie mogliśmy nigdy pogodzić się z ciasno nacjonalistycznym 
pojęciem naszej tradycji. Przypominam, że I Rzeczpospolita nie nazywała się Polską, 
ale „Rzeczpospolitą Obojga Narodów", i że największy jej poeta pisał „Litwo, 
ojczyzno moja". Wojna, w której miałem wziąć udział, była dla mnie, jak dla 
naczelnego wodza, nie wojną polską, ale potrzebą Rzeczypospolitej, walczącej w tej 
chwili w pierwszym rzędzie o wolność Ukrainy. 

background image

Dla uniknięcia nieporozumień chcę dodać, że ta wizja Rzeczypospolitej należy dziś, 
moim zdaniem, do przeszłości. Jesteśmy ograniczeni, czy chcemy, czy nie chcemy 
do Polski. Winę za to ponoszą nacjonaliści litewscy, białoruscy, ukraińscy, ale bodaj 
przede wszystkim polscy. Dzięki wspólnej pracy tych grabarzy Rzeczpospolita 
należy dziś całkowicie do historii. Ale to nie racja, aby wypadki sprzed 70 lat 
oceniać z dzisiejszego punktu widzenia. Ówczesna ofensywa nie była 
przedsięwzięciem nacjonalistycznym, ale nieudaną próbą odtworzenia dawnej 
wielonarodowej Rzeczypospolitej. Była także próbą złamania bolszewizmu, 
odczuwanego jako zagrożenie naszej cywilizacji jako całości. 
Wiąże się z tym inne jeszcze nieporozumienie. Bolszewicy widzieli w wojsku 
polskim „armię panów" i tak samo myśleli zapewne dokerzy brytyjscy, kiedy przez 
strajki blokowali eksport tak bardzo nam potrzebnej broni i amunicji. Co więcej, 
pogląd, że Polska była i bodaj jeszcze jest krajem feudalnym, w którym rządzą 
wielcy właściciele ziemscy, jest, jeśli się nie mylę, rozpowszechniony. Ten 
pogląd jest i był już w 1920 roku absurdalny. W czasie bitwy nad Wisłą premierem 
polskim był przywódca partii chłopskiej Witos, a wicepremierem socjalista 
Moraczewski. Sam Piłsudski pochodził wprawdzie z rodziny szlacheckiej, ale 
właścicielem ziemskim nigdy nie był, przyznawał się natomiast do socjalizmu. 
Właściciele ziemscy nie odegrali praktycznie żadnej roli w polityce II 
Rzeczypospolitej. Wśród ministrów był tylko jeden arystokrata, Sapieha, minister 
spraw zagranicznych, ale podobnie bywało przecież i we współczesnej Francji, której 
nikt o feudalizm nie oskarża. 
Skąd więc te poglądy na naszą feudalność? Wydaje mi się, że nie są one całkiem 
pozbawione podstaw, choć polegają w znacznej mierze na pomieszaniu pojęć i 
nieznajomości położenia. I tak prawdą jest, że znaczna część chłopów polskich nie 
solidaryzowała się w 1920 roku ze sprawą polską. W mojej wsi rodzinnej, 
Czuszowie, gospodarze zbierali się za stodołą i na huk dział mówili „nasi biją 
Polaków". W innych dzielnicach i u robotników było wprawdzie inaczej, ale bardzo 
wielu chłopów polskich myślało i czuło w ten sposób. 
Dlaczego tak było? Płaciliśmy za dwa wieki rządów zaborców. W chwili gdy inne 
wielkie narody europejskie się tworzyły, Polska nie miała środków, by dokonać 
dwóch integracji: poziomej i pionowej. Nie mogła zjednoczyć plemion, które w 
innych warunkach stopiłyby się z jej trzonem, jak to się stało np. we Francji i w 
Niemczech. Nie mogła także rozprowadzić w masach ludowych świadomości 
narodowej. Skutek był ten, że nosicielem myśli polskiej była szlachta. Ci, którzy z 
tego wnoszą, że Polska była krajem feudalnym, niczego nie zrozumieli i to z paru 
względów. Najpierw dlatego, że szlachta w Polsce nie identyfikowała się bynajmniej 
z arystokracją ani nawet z klasą właścicieli latyfundiów. Była jedną ze stosunkowo 
najliczniejszych w Europie, obejmowała także wielu prostych gospodarzy wiejskich, 
szlachtę zagrodową. Następnie Polska przeżyła podobnie jak Japonia dziwne 
zjawisko rozlania się mentalności szlacheckiej na warstwy ludowe. 
Oto parę wspomnień osobistych dotyczących tego dziwolągu. W czasie drugiej 
wojny światowej był w Wielkiej Brytanii pewien 

background image

kapral, syn chłopa, który twierdził, że jest hrabią, i pokazywał fotografię Łazienek 
jako domu swoich rodziców. W czasie najazdu Niemiec na Czechy wdałem się na 
dworcu w Tarnowie w rozmowę z magazynierem, typowym chłopem małopolskim. 
Rozmowę zakończył melancholijnym twierdzeniem: „Co ksiądz chce? Czesi 
chamami są i chamami zostaną". 
Zresztą liczba hrabiów i baronów polskich jest nieprzejrzana, acz pierwsza 
Rzeczpospolita żadnego tytułu nie uznawała. Dokładniej mówiąc prawie żadnego, bo 
był podobno jeden wyjątek. Dowódca wojsk polskich w potrzebie wiedeńskiej 1683 
roku, hetman Jabło-nowski, otrzymał tytuł hrabiowski od cesarza, a sejm w euforii 
zwycięstwa go zatwierdził. Zresztą wszyscy polscy hrabiowie, baronowie i tym 
podobni są zapewne Polakami, ale nie są polskimi hrabiami, baronami i tym 
podobnymi. Poza tym było u nas i jest bez liku hrabiów i baronów, którzy nawet 
cudzoziemskiego tytułu nie mają. Jesteśmy straszliwie snobistycznym narodem. 
Jakkolwiek by z tym było, wolno sobie zadać pytanie, jak z punktu widzenia 
moralnego trzeba oceniać nasze ówczesne wojenne przedsięwzięcia. Odpowiedź 
będzie zależała od stanowiska zajętego w sprawie celu polityki. Ja sam jestem 
przekonany, że tym celem jest i powinno zawsze być zapewnienie względnego 
szczęścia poszczególnym ludziom, jednostkom. A jeśli tak, polityka i wojna jest 
moralnie pochwały godna, jeśli dzięki niej uda się uchronić wielu ludzi od wielkich 
nieszczęść. 
Otóż nie ulega wątpliwości, że ten cel został osiągnięty dzięki wojnie 1920 roku 
odnośnie do milionów ludzi w Polsce, być może w stosunku do setek milionów w 
Europie. Dzisiaj mało kto wie, czym była jeżowszczyzna, okres terroru, kiedy to np. 
na Ukrainie nie było prawie rodziny, która by nie opłakiwała kogoś zamordowanego, 
torturowanego, zesłanego w okrutne syberyjskie łagry. Ten sam los byłby 
niewątpliwie spotkał mieszkańców II Rzeczypospolitej i zapewne nie ich tylko, 
gdyby nie walka podjęta i wygrana przez Polskę. 
 
Rakowice 
Po zdaniu matury prawdopodobnie w lipcu 1920 roku zaciągnąłem się do 8. Pułku 
Ułanów i mogłem w nim niebawem odbyć jako szeregowy moją pierwszą potrzebę 
wojenną. 
Najpierw parę słów o tym pułku. Nie należał na pewno do najsławniejszych w 
rodzaju l. Pułku Ułanów Krechowieckich, albo 2. Pułku Szwoleżerów, w stosunku 
do których żywiliśmy, muszę przyznać, pewne kompleksy niższości. W każdym 
wojsku jest taka hierarchia, oparta na doświadczeniach bojowych, sławie, a czasem 
nawet na niczym, a nasze wojsko jest bodaj jeszcze bardziej niż inne skłonne do 
tworzenia takiej hierarchii, jako że my Polacy jesteśmy, jak powiedziano, wielkie 
snoby. 
Mimo tych kompleksów myślę, że nie mam powodu wstydzić się mojej pierwszej 
rodziny wojskowej. Cudów nie dokazaliśmy, ale pułk bił się dzielnie i często z 
powodzeniem. Jeśli o snobizm chodzi, to miał sławę najbardziej snobistycznego 
pułku polskiej kawalerii, „...ósmy zdobi nam salony same grafy i barony..." 

background image

Coś było w tym prawdy. Na przykład kilku młodych Sapiehów, o których mowa była 
powyżej, służyło w tym pułku. 
Pułk miał różne, mniej lub więcej żartobliwe nazwy. Tak na przykład nazywano go 
w czasie mojej służby „pułkiem zegarmistrzów". Trzeba bowiem wiedzieć, że kiedy 
kolumna kawaleryjska natrafia na dziurawy most (a takich w Polsce i na Ukrainie 
wówczas naturalnie nie brakowało), jadący na przodzie woła do następnych: „dziura 
w moście, podaj dalej". Otóż my w ósmym pułku ułanów mieliśmy zwyczaj wołać: 
„zegarek na moście", stąd nazwa. Inni nazywali nas niekiedy „8. pułkiem konnych 
zamiataczy Ukrainy", nie dlatego, broń Boże, żeśmy z niej wymiatali bolszewików, 
ale zupełnie dosłownie, bo nasi dowódcy kazali ułanom zawsze wymiatać drogę 
przed kwaterą. Co zresztą uważaliśmy za oznakę wysokiej kultury i byliśmy z tej 
nazwy nawet dość dumni. 
Pułk miał zresztą także inne powody do uważania się za jednostkę wyjątkową. Jak 
pisze Kornel Krzeczunowicz, jego dowódca w polu walki w 1920 roku, był to jedyny 
pułk o 134-letniej nieprzerwanej tradycji. Został mianowicie zorganizowany przez 
ks. Józefa Ponia-towskiego, którego nazwisko nosił. 
Pod względem socjologicznym tworzyły go trzy różne grupy ludzi. Byli najpierw 
żołnierze zaprawieni w paroletnich bojach. Do nich należał na przykład dowódca 
pułku i wielu podoficerów, między innymi stale mi bardzo życzliwy wachmistrz 
Żółkiewicz. Nie mogę oprzeć się pokusie opowiadanka, co on o składzie pułku 
sądził. Jadąc kiedyś koło mnie na jakimś patrolu, powiedział: „Gdybym ja był 
naczelnym wodzem, to bym takich typów jak pan, panie Bocheński, posłał do domu, 
aby żniwo robili, a zatrzymał w szwadronie tylko dziesięciu żołnierzy, ale 
prawdziwych". Bodajże miał rację. Bo obok tych, jak ich czasem nazywaliśmy 
„zupaków", mieliśmy dwie grupy. Jedna to chłopcy świeżo pobrani, głównie ze wsi, 
druga ochotnicy tacy jak ja, przeważnie z miast. Całe to towarzystwo otrzymało 
tylko kilkutygodniowe wyszkolenie. Bywało, że gdy szwadron ruszył kłusem, jakiś 
ułan spadał po prostu z siodła. Byłem też świadkiem przykrej sceny, kiedy jeden z 
moich kolegów na oczach rotmistrza usiłował na próżno dosiąść konia i został 
odkomenderowany do kuchni. 
Ojciec wyprawiając mnie na wojnę podarował mi konia i kazał wybrać najlepszego 
ze stajni ponikiewskiej. Niestety na skutek jakiegoś nieporozumienia, albo może 
złośliwości ludzkiej, dostałem jakąś kiepską szkapę, której, pamiętam, bardzo się 
wstydziłem. W każdym razie odprowadziłem ją do koszar Rakowickich, gdzie 
wszedłem po raz pierwszy w nie znane mi dotąd społeczeństwo wojskowe. Dziwna 
rzecz, ale złożyło się tak, że trzy razy w moim życiu nowe zaczynało się w 
Krakowie. Tu odbyłem wyszkolenie wojskowe, nowicjat zakonny i habilitację. 
Kiedy w roku 1990 Uniwersytet Jagielloński raczył mi nadać doktorat honorowy, 
przypomniałem, że Kraków jest miastem moich trzech nowicjatów. 
Z pierwszego, wojskowego, nie mam wielu wspomnień. W Rako-wicach nie 
bawiłem dłużej niż dwa miesiące, a raczej mniej, skoro przed bitwą pod Komarowem 
- 31 sierpnia - byłem już na froncie. W pamięci zostały mi tylko nie kończące się 
ćwiczenia wjeździe konnej. Sam jeździłem na koniu od małego dziecka, ale, w 

background image

przeciwieństwie do mojego ojca, nie byłem ani zapalonym, ani naprawdę 
wykształconym jeźdźcem. To też tak zwane „nożyce" napełniały mnie zawsze 
strachem. Trzeba było w galopie, chwyciwszy siodło z przodu obiema rękami, 
podnieść się w powietrzu i odwrócić tak, żeby galopowało się twarzą do końskiego 
ogona. Jako nieprzyjemne przeżywałem też męczące czesanie konia. Należało wybić 
na podłodze dwanaście wielkich kres zwyczesanego prochu, co było nie lada 
wyczynem. Za to konie wyglądały świetnie. 
Mieliśmy bardzo mało ćwiczeń bojowych, o ile pamiętam, strzelaliśmy tylko raz i 
mieliśmy tylko jeden pokaz ckm, który wielce mi zaimponował, bo na strzelaniu 
trochę się znałem. Raz tylko ćwiczyliśmy „do walki pieszej z koni" i tym podobne 
akcje elementarne. Nic dziwnego, że kiedy przybyliśmy na front, dowódcy mieli z 
nami na początku więcej kłopotu niż pożytku. Na szczęście nie dano nam lanc, bo 
posługiwanie się nimi zakłada poza doskonałym opanowaniem konia długie 
wyszkolenie. Lanca jest wspaniałą, ale trudną bronią. Mieliśmy tylko raz wykład 
teoretyczny, jak się zachować po uderzeniu nieprzyjaciela lancą: puszcza się lancę na 
rzemień i galopuje dalej, przez co obraca się nieprzyjaciela o 180 stopni i lanca sama 
z niego wychodzi. 
Nauczyłem się jednak tego czy owego z teorii od doświadczonych podoficerów, z 
którymi się przyjaźniłem. Jeden z nich np. radził mi, abym nie ufał pistoletowi w 
walce wręcz, bo to broń bardzo zawodna. Z daleka to z niego nikt nie trafi, powiadał, 
a jak się jest o krok od nieprzyjaciela, to szabla jest w każdym razie lepsza. Mus/ę 
powiedzieć co prawda, że u mnie jedyny raz kiedy już użyłem, zawiodła właśnie 
szabla, jak jeszcze opowiem. Bo też nie zostaliśmy porządnie xxxwyszkoleni we 
władaniu nią. Dano nam tylko kilka wskazówek teoretycznych, że po uderzeniu 
należy ciągnąć wzdłuż i tym podobne. Podejrzewam, że brak wyszkolenia we 
władaniu szablą był nie tylko naszą wadą. Mówiono, że w starciu na białą broń z 
rosyjską kawalerią nasza brała na ogół górę, ale polscy ułani wychodzili posiekani 
szablami nieprzyjaciela. Czasu na szkolenie brakło. 
Z lżejszej beczki - wystawiliśmy kiedyś przed koszarami wartę całkiem gołą, ubraną 
tylko w buty i służbowe rzemienie, ku wielkie- \ mu zgorszeniu całej okolicy. 
Podobnych kawałów było więcej, w ogóle u pań i panienek uchodziliśmy za wesoły, 
ale raczej niebezpieczny j rodzaj ludzi. A skoro już mowa o kobietach, chcę dodać 
jedną uwagę. Opowiada się często o gwałceniu kobiet przez żołnierzy. Nie wątpię, że 
są jakieś dzikusy, które tak postępują. Ale normalny] europejski żołnierz kobiet nie 
gwałci, nie dlatego, by był szczególnie] uczciwy albo wstrzemięźliwy pod tym 
względem, ale dlatego, że' żadnej kobiety na wojnie gwałcić nie potrzeba; wszystkie, 
albo pra-< wie wszystkie, od wielkich pań do prostych dziewcząt wiejskich są do 
dyspozycji żołnierzy. Mówię z własnego przyjemnego doświad-j czenia. Dodam, że 
wiem nawet, dlaczego tak jest; kobiety są łatwe" na wojnie, bo zdają się wyczuwać, 
że ludzie giną, i instynktownie jakby chciały naprawić straty.  ' 
Komarów 
Położenie wojskowe było groźne. Kontrofensywa rosyjska, pr wadzona z udziałem 
świetnej armii konnej Budionnego, sprowadzo-l nej na nasz front po zlikwidowaniu 

background image

innych frontów, odnosiła jeder sukces po drugim; rozpoczęta 2 maja pod Kijowem, 
doszła l sierpi nią do Brodów. Pod koniec tego miesiąca konne patrole rosyjskid były 
na Pomorzu, a piechota podchodziła pod Warszawę. Tylko lewe skrzydło sowieckie 
było zapóźnione pod Lwowem. Front przebiega' więc z grubsza wzdłuż prostej idącej 
z północnego zachodu na *™ 
łudniowy wschód. 
Tych szczegółów nie znaliśmy. Wiedzieliśmy jednak, że jedna bis| twa po drugiej 
była przegrana i że front był coraz bliżej. Miało si^j 
wrażenie nadchodzącej całkowitej klęski. To wrażenie potęgował} 
plakaty propagandowe, na których widniał płot uginający się pod ciosami dzikusów i 
z trudem podtrzymywany przez polskiego żołnierza. Zagrożona była nie tylko 
Polska. Niemcy były najzupełniej fizycznie i moralnie rozbrojone, niezdolne do 
stawiania oporu. Masy ludowe we Francji i Wielkiej Brytanii miały wojny dość i nie 
byłyby walczyły przeciw Rosji cieszącej się wielką sympatią w obu krajach. 
Uniemożliwienie dostawy Polsce amunicji przez dokerów brytyjskich świadczyło 
jasno o tym, że cała Europa zdawała się stać przed katastrofą. 
W rzeczywistości nie było tak źle. Wojska polskie, choć poniosły wielkie straty, 
zachowały zdolność do walki, a naczelny wódz zimną krew. Korzystając z 
opóźnienia nieprzyjaciela pod Lwowem skoncentrował wyborowe dywizje na 
południowy wschód od Warszawy i zaatakował Moskali od południa. Zadaniem 
grupy uderzeniowej było odciąć prawe skrzydło nieprzyjaciela od baz i przyprzeć je 
do granicy pruskiej. 
Dowódca rosyjski nakazał wtedy konnej armii Budionnego iść spod Lwowa na 
północ i zaatakował polską grupę uderzeniową od tyłu, uniemożliwiając jej 
prowadzenie natarcia w kierunku północnym. Ten manewr został jednak opóźniony - 
podobno z winy Stalina, komisarza przy armii Budjonnego - i dowództwo polskie 
miało czas zebrać siły potrzebne do osłony od południa wspomnianej grupy 
uderzeniowej. 
Do sił pośpiesznie ściąganych należała także marszówka 8. Pułku Ułanów, 
dowodzona przez por. Czarkowskiego-Golejowskiego, w której się znalazłem. 
Dołączyliśmy do pułku 30 sierpnia pod Koma-rowem. W tym samym dniu nastąpiło 
spotkanie konnej armii sowieckiej z ryglem polskim, zasuniętym w poprzek tej drogi 
z zadaniem uniemożliwienia dalszego marszu na północ. Nazajutrz, 31 sierpnia 
doszło pod Komarowem do ostatniej wielkiej bitwy kawaleryjskiej w dziejach. W tej 
bitwie nie było danym mi wziąć udziału z następującego powodu: Włączenie 
marszówki do oddziału kawalerii jest zawsze sprawą złożoną i delikatną. Nie można 
jej użyć jako oddziału, w całości, bo marszówka składa się zwykle z żołnierzy bez 
doś- 
wiadczenia bojowego, których nie trzeba zostawiać samych. Ale wmieszanie ich w 
istniejące jednostki jest w kawalerii sprawą skomplikowaną. Wystarczy powiedzieć, 
że na rozkaz: „do walki pieszej z ko- l ni" ułan nr 4 zarzuca wodze swojego konia na 
szyję konia nr 3, a ułani ' nr 3 i nr l oddają wodze swoich koni ułanowi nr 2. Ten 
ostatni zostaje w siodle i odprowadza konie, trzej inni są spieszeni. Można so- i bie 

background image

wyobrazić, do jakiego zamieszania mogłoby dojść, gdyby nume- l ry zostały 
zmienione i osadzone przez ludzi bez doświadczenia. 

•• 

Toteż dowódca wolał nas trzymać w odwodzie. Nie wziąłem więc udziału w tej 
sławnej bitwie, ale za to mogłem ją dobrze widzieć. Staliśmy cały dzień za małym 
wzniesieniem, za którym rozgrywała się bitwa. Pierwsze wrażenia odniesione przez 
młodego żołnierza, którym byłem, nie należały do przyjemnych ani do 
zachęcających, i Z naszego miejsca postoju widać było tylko ciężko rannych niesio- i 
nych do punktów opatrunkowych i dobijanie rannych koni, słowem przykrą, ciemną 
stronę walki. Zwłaszcza to nieprzerwane dobijanie koni wywarło na mnie 
wstrząsające wrażenie. Ale parokrotnie mogłem wyjść na wzgórze i widzieć samą 
bitwę. Widok był niezrównany. Wiele tysięcy kawalerzystów galopujących w 
szarżach, hurra - j hurra, grzęznących w błocie (okolica była bagnista), ustawiających 
* ckm, galopujących z powrotem, aby znaleźć lepsze miejsce do po-j nownej szarży. 
Zaciekłość, z jaką ci świetni żołnierze szukali zog-; romnym wysiłkiem i na przekór 
wszystkiemu spotkania wręcz, była imponująca. Jeśli mnie pamięć nie myli, 
widziałem w szczególności ta-! ką szarżę 14. Pułku Ułanów. Dodam, że choć później 
danym mi było j widzieć różne walki, bitwa pod Komarowem jest najwspanialszą, 
ja-f' ką widziałem. Bitwę wygraliśmy o tyle, że Budionny nie przełamał rygla, nie 
zdołał pójść dalej na północ. Polska grupa uderzeniowa! mogła dalej pełnić swoje 
zadanie zepchnięcia prawego skrzydła nieprzyjaciela do granicy Prus. Wojna była z 
tą chwilą wygrana. Na północy nasze wojska wzięły ogromną ilość jeńców i sprzętu. 
Całe prawe skrzydło nieprzyjaciela zostało unicestwione, a armia konna przestała od 
tej chwili być aktywna. Dalszy ciąg kampanii to pościgi za nią, niemal aż pod Kijów. 
Rzecz ciekawa, że mam stosunkowo mało jasnych wspomnień z tego pościgu, w 
szczególności z niewielu akcji bojowych, w których wziąłem udział. W pamięci 
zostały mi tylko ogólne wrażenia i poszczególne, nie powiązane wzajemnie obrazy, 
przy czym nieraz zadaję sobie pytanie, w jakim stopniu odpowiadają one 
rzeczywistości i nie są tworami wyobraźni. Będę też tutaj pisał głównie o ogólnych 
wrażeniach. 
Każdy szwadron szedł w pościgu na zmianę w straży przedniej. Kiedy jego kolej 
nadeszła, padał rozkaz: „karabinki bojowo, broń opatrzyć". Pierwszą jego część 
wykonywało się spuszczając karabinek z pleców w dół wzdłuż uda, lufą do ziemi, 
tak aby można było jednym chwytem z niego strzelać. W marszu nosiliśmy tę broń 
na plecach, aby chronić lufę od zanieczyszczenia. „Broń opatrzyć" znaczyło 
sprawdzić, czy szabla dobrze z pochwy wychodzi. Niemal równocześnie oddział 
DAK-u (dywizjon artylerii konnej) mijał nas, aby dołączyć do czołowego plutonu. 
Ten pluton rozwijał się na rozkaz: „zagoriczykami" w długą linię, przed którą szła 
czujka z dwóch koni, a za którą jechało działo. 
Normalny słuchowy obraz spotkania w takim marszu był następujący, najpierw parę 
strzałów karabinowych „pa-pa-pa" - to czujka dostała ognia. Zaraz po tym seria ckm 
„pa-pa-pa-pa" i prawie równocześnie „urrraaa!" - pluton czołowy szarżuje. W minutę 
albo dwie później rozlegał się potężny głos armaty - działon podjechał galopem i 
odprzodkował działo. Do czego on strzelał, nie wiem, podejrzewam, że trochę Panu 

background image

Bogu w okno, ale skutek moralny był doskonały po obu stronach: nam serce rosło, a 
Moskale nabierali tym więcej ochoty do cofania się. 
Muszę powiedzieć jeszcze, że ta pierwsza seria ckm pochodziła jeszcze z tak zwanej 
taczanki, swoistej broni wynalezionej bodaj w owej potrzebie. Tak nazywaliśmy 
lekki pojazd, o ile możności ..angielski, lekki, a pakowny", jak mówił poeta, 
ciągnięty przez trzy konie, w którego tylne siedzenie wmontowano ckm z lufą do 
tyłu. 
W moim pułku każdy pluton miał jedną taczankę, która nam świetnie służyła. 
Taczanka była bronią wyłącznie kawaleryjską; przy szybkości naszych manewrów 
zdejmowanie ckm z konia, albo wozu i ustawianie go na ziemi trwało za długo. Otóż 
ckm był wówczas królem pola walki. Jedna z naszych piosenek mówiła: 
„Karabin maszynowy 
dalibóg, cudna broń. 
I każdy chłop morowy 
chętnie się garnie doń". 
Tak tedy w zarysie wyglądał nasz pościg. Nieprzyjaciel rzadko stawiał jaki taki opór, 
do tego stopnia, że nasi ułani rozbestwili się. Bywało, że w kilku szarżowali na 
szwadron, i dziwna rzecz, zwykle z powodzeniem. Tak dalece, że górującym 
wspomnieniem z tego pościgu nie są akcje bojowe, ale wysiłek, ogromny, niemal, 
zdawało mi się, nadludzki wysiłek nie kończących się marszów, poniewierki na 
biwakach i kwaterach, pracy koło konia. Było mi tak źle, że przez jakiś czas 
modliłem się, aby mnie zabito, raniono, wzięto do niewoli, byleby ten koszmarny 
wysiłek ustał. Dla informacji młodych, którym przyjdzie bić się, a myślę, że to ich 
czeka, dodam jeszcze, że najbardziej okrutny jest wysiłek w samej bitwie. Wtedy 
żołnierz daje z siebie wszystko co może, aż do ostatniej drobiny energii. Wojna to 
jest przede wszystkim to: ogromny, straszny wysiłek. Rzecz zrozumiała, że różne 
typki wolą służbę cywilną. 
Za armią konną Budionnego goniliśmy po szerokich polach ukraińskich, tych 
samych, o których tak wymownie pisał Sienkiewicz. Miałem ze sobą jeden tom 
„Trylogii", „Pana Wołodyjowskiego". Przez jakiś czas na biwakach przy ogniach 
obozowych czytałem moim towarzyszom broni. Wrażenie było stale ogromne, 
chłopcy byli zasłuchani. Bo też warunki naszego życia i walki były tak podobne do 
sienkiewiczowskich. 
Oto dwa wspomnienia ilustrujące to podobieństwo: Widzę jeszcze dowódcę pułku, 
rtm. Krzeczunowicza, który przechadza się wściekły między naszymi szeregami. 
Nagle obraca się i gromkim głosem woła: „Piąty szwadron na koń! Kuchni szukać!" 
Bo kuchnie zgubiły 
się i wpadły w ręce nieprzyjaciela. Ów piąty szwadron, pamiętam, znalazł je i odbił z 
łatwością. Dostaliśmy, choć ze spóźnieniem, nasz wieczorny obiad. Podobnie 
zdarzało się kwatermistrzom. Przed wieczorem tworzono oddział kwatermistrzowski. 
Każdy pluton delegował szeregowego, szwadron podoficera, pułk oficera, 
kwatermistrzowie dywizji tworzyli więc całkiem przyzwoity oddział. Dla 
uzupełnienia obrazu dodawano im czasem taczankę. No i ona się przydawała; bo 

background image

kwatermistrzom przychodziło niekiedy wyganiać nieprzyjaciela z domów, w których 
zamierzaliśmy stanąć na noc. 
Mam miłe wspomnienia z kwater chłopskich na Ukrainie. Nie było w stosunku do 
nas żadnej wrogości, raczej ciekawość, a nieraz wprost życzliwość. Pamiętam dobrze 
rozrzewnienie pobożnych gospodarzy, gdyśmy śpiewali refren Roty: 
„Twierdzą nam będzie każdy próg. 
Tak nam dopomóż Bóg. 
Tak nam dopomóż Bóg". 
Innym szczegółem, który mi utkwił w pamięci, była zamożność tych włościan. 
Domy były dostatnie, wszędzie jadano mięso, było też tytoniu pod dostatkiem. 
Smutno pomyśleć, że bolszewicy potrafili w tym pięknym, bogatym kraju miliony  
 
III 
ZAKON 
W maju 1926 r. Piłsudski przeprowadził swój zamach, zniósł ust-i rój parlamentarny, 
zastępując go czymś równie trudnym do określę-' nią jak i typowo polskim, rodzajem 
monarchii bez króla, dyktatury z wielością partii politycznych, państwem w zasadzie 
praworządnym, ale z jednym obozem koncentracyjnym. Niemniej powinno było być 
jasnym, że stał po naszej stronie, po stronie przeciwników starego porządku. Dziwny 
jest więc fakt, że wypowiedzieliśmy się gwałtownie przeciw zamachowi, a za starym 
porządkiem. Z dzisiejszej per-; spektywy świadczy to, jak dalece nasze stanowisko 
było nieprzemy-] siane. W każdym razie zorganizowaliśmy się wojskowo, zajęliśmy 
uniwersytet i narobili wiele hałasu. Nikt nie brał nas bardzo na serio, nawet 
wojewoda Bniński, choć ten stał oczywiście po stronie prawowitego rządu. 
Niezależnie od tego rok 1926 był dla mnie osobiście rokiem kryzysu i to podwójnego 
kryzysu: poglądów społeczno-politycznych i planowania mojego życia. Jeśli chodzi 
o pierwszy, nie porzuciłem wprawdzie mojej negacji w stosunku do istniejącego 
porządku, ale wydawało mi się, że nikt nie ma pozytywnego programu, który by 
mógł doprowadzić do nowego. W szczególności sądziłem, że zamach Piłsudskiego 
doprowadzi nie do jakiegoś lepszego ustroju, ale do bałkanizacji Polski - i bodajże 
się nie pomyliłem. Ja wiem, że okres po 1926 roku jest dziś idealizowany, ale to nie 
był piękny okres. Rządy były przeważnie w rękach półinteligentów, nędza była 
straszna, zbarbaryzowanie stylu polityki, a za nią i życia, okropne. 
Ale także inne ideologie i ruchy reformatorskie nie odpowiadały moim 
oczekiwaniom. Wydawało mi się, że nic nie może się poważnie przeciwstawić 
potędze dawnego porządku i nieszczęściom, które musiałyby przyjść, gdyby miał 
trwać. 
Obok kryzysu dotyczącego spraw społecznych przeżywałem również ciężki kryzys 
we własnym moim życiu. Zastanawiając się nad latami spędzonymi na 
uniwersytecie, doszedłem do wniosku, że je niemal zupełnie zmarnowałem. Co 
gorzej w świetle moich arcymar-nych wyników miałem wrażenie, że jestem istotą 
mało wartą, bez charakteru, człowiekiem nie umiejącym ani porządnie pracować, ani 
walczyć, jak na mężczyznę przystało. Myślałem, i bodaj słusznie, że jeśli tak dalej 

background image

pójdzie, zmarnuję moje życie, jak zmarnowałem lata uniwersyteckie. Aby tego 
uniknąć, trzeba było wziąć się porządnie w ryzy. 
Otóż czułem, że sam temu zadaniu nie podołam, że potrzebuję jakichś ram 
organizacyjnych, jakiejś instrukcji, która by mnie nauczyła żyć i pracować poważnie. 
Tak więc zarówno ze względów społecznych, jak i osobistych szukałem oparcia. Jak 
to się stało, że znalazłem je w Kościele Katolickim, trudno mi powiedzieć. Nie 
byłem wówczas katolikiem, chrześcijaninem ani w ogóle wierzącym. Co więcej 
miałem uraz do terminologii i symboliki religijnej; przypominam sobie na przykład, 
że słowo „ubóstwo" kojarzyło się u mnie jakoś z nie dopranymi i z lekka a 
nieprzyjemnie cuchnącymi skarpet- 
karni. Jeszcze w rok przed wstąpieniem do seminarium duchownego uważałbym 
myśl, że zostanę duchownym katolickim, za absurdalną. Wypada mi jeszcze dodać, 
że w tym samym czasie moja narzeczona M.B. (nazwę ją „Mercedes") zerwała ze 
mną. Przyjaciele widzieli nieraz w tym zerwaniu główny powód mojego wstąpienia 
do stanu duchownego. Wiadomo: 
„Skrwawione serce, zdeptane w tłumie". 
Ale to jest głupstwo, żadnego skrwawionego serca nie było i zerwanie z Mercedes 
nie wywarło najmniejszego wpływu na moje postanowienie zostania duchownym 
katolickim, bo po pierwsze nie wyobrażam sobie kobiety, która by potrafiła 
skrwawić moje serce. Ja panie i panienki zawsze szanowałem, ale uważałem je 
wyłącznie za nadzwyczaj miłe stworzenia i nic więcej. Widać kobiety, które miałem 
przyjemność poznać (jak mówi Pismo Święte), nie miały mi mojej postawy za złe, 
skoro ani jedna - wyjąwszy naturalnie Mercedes -dobrowolnie ze mną nie zerwała. 
A po drugie, jeśli o to narzeczeństwo chodzi, było ono ukartowa-ne przez rodziców z 
obu stron i aby im nie sprawić przykrości, przyjęliśmy je. Gdy sprawa zaczęła się 
przewlekać, dostałem od rodziców telegram mówiący, że jeśli się zaraz nie 
oświadczę, panna wyjdzie za innego. Rozgniewany odtelegrafowałem: 
„Telegraficznie się nie zaręczam, niech robi co chce". I proszę sobie wyobrazić, że 
Mercedes swoje narzeczeństwo zerwała. Takie to są już kobiety. Tylko że rodzice 
mogli używać tego zerwania, aby mnie zmusić do oświadczenia się. Mówiło się, że 
ją unieszczęśliwiłem i jako gentelman itd. Skutek był taki, że w końcu się 
oświadczyłem. Ale nasze narzeczeństwo nie trwało długo. Być może, że nie 
włożyłem zbyt wiele pracy w zdobycie jej serduszka. W każdym razie to ona sama 
zerwała ze mną i, na szczęście dla mnie, wyszła za innego. Jak mi mówiono, mając 
klucze od kasy, dawała swojemu mężowi cenę biletu plus jedną koronę, gdy mu 
pozwalała jechać do miasta. Uffif! Byłbym ładnie wpadł! 
Wracając do rzeczywistych przyczyn zwrotu, rzecz dziwna i niełatwa do 
wytłumaczenia, znaczną rolę odegrała klepsydra donosząca o śmierci kardynała 
Dalbora. Była długa, pamiętam jeszcze jej początek: 
,Jfajprzewielebniejszy nasz arcypasterz 
Jan Dalbor Świętego Kościola Rzymskiego tytułu św. Jana za bramą łacińską 
kardynał Arcybiskup Gnieźnieński i Poznański 
Prymas Polski 

background image

Kanclerz Kapituły orderu Orła Białego... " 
i tak dalej na całej stronie dzienników. Co mnie w tej klepsydrze tak poruszyło? Śp. 
o. Dominik, który głosił rekolekcje w seminarium, grzmiał głośno na tych, którym 
się śni purpura kardynalska czy inne duchowe zaszczyty, i przyznał mi się, że mnie 
miał przede wszystkim na myśli. Wydaje mi się jednak, że niesłusznie. Wstępując do 
seminarium nie myślałem o żadnej karierze. Dlaczego więc owa klepsydra tak na 
mnie podziałała? Bodaj przede wszystkim dzięki jej feudalnemu charakterowi. Że 
byłem feudałem w duchu, już powiedziałem, a moc tytułów zmarłego prymasa była 
jakby obrazem feudalnego porządku, w którym Kościół Katolicki w wielkiej mierze 
tkwi do dzisiaj, mimo różnych prób demokratyzacji od Lutra do naszych dni. 
Naturalnie powzięcie tak ważnej decyzji na skutek tak subiektywnego wrażenia 
zasługuje na nazwę czynu w wysokim stopniu nieracjonalnego. W rzeczywistości 
przeżycie klepsydry Prymasa Polski było tylko jakby uczuciową klamrą, ujmującą w 
całość długi szereg gruntownie racjonalnych rozważań. 
Ojciec Woroniecki 
Powziąwszy rzeczoną decyzję, pojechałem do o. Jacka Woronie-ckiego po radę. 
Mówiono mi, że w seminarium warszawskim studia trwają zaledwie cztery lata i że 
klerycy mogą, jeśli chcą, mieszkać 
w mieście w ciągu pierwszych trzech. Kiedy jednak zreferowałem to ojcu Jackowi, 
ten oburzył się i zbeształ mnie. „Jesteś idiota, mówił, lata studiów to jedyny okres, 
który masz dla siebie - potem przyjdzie praca, trzeba będzie dawać zamiast brać". 
Zapamiętałem sobie te słowa i powtarzam je z myślą o młodych, którzy jak ja wtedy 
chcieliby skrócić te studia, by dojść jak najprędzej do akcji. Ja sam posłuchałem - o 
jakże dobrej - o. Woronieckiego rady, wstąpiłem do seminarium poznańskiego, gdzie 
studia trwały sześć do siedmiu lat. 
Tak o. Jacek wchodzi do mojego życia, jako człowiek, który po moim ojcu wywarł 
na mnie największy wpływ. Zanim przejdę do przeżyć seminaryjnych, parę 
wspomnień o tej wielkiej postaci. 
Ojciec Jacek był człowiekiem niezwykłej wiary. Z wiarą u n zwykle jest tak, że 
wierzy się, owszem, ale z tym wierzeniem łąc: się jakaś dziwna, powiedziałbym 
zabobonna atmosfera. Gdy zaczy namy mówić o wierze, to albo się robi głupi patos, 
w stylu poboż nych książeczek z XIX stulecia, albo jakaś atmosfera trwogi. Z tyi 
zdaje się coś nie jest w porządku. W każdym razie, o ile dobrze zumiem, dla 
większości katolickich inteligentów polskich wiara jest jakąś dziedziną tak bardzo 
swoistą, że ich postawa wobec niej trąci zawsze, proszę mi wybaczyć, czymś 
nienormalnym. Ojciec Jacek był pod tym względem zdumiewającym wyjątkiem. 
Sprawy wiary były dla niego jakby zupełnie pospolitymi oczywistościami, myślał o 
nich i mówił w ten sam naturalny, ale tak kulturalny sposób, w ja-* ki rozprawiał o 
sprawach życia codziennego, o płaszczowiznach w Ojcowie (był magistrem geologii 
i bardzo ją lubił) czy o polityce. Nie było w jego duszy przegródek, nie było żadnych 
ciemnych zakątków w jego myśli. Rzeczywistość zdawała się stanowić dla niego 
jedną, zwartą całość, rządzona wszędzie tymi samymi w zasadzie prawami. Pogląd 

background image

jego na tę rzeczywistość był równie jak ona sama jednolity, zarazem dziwnie Boży i 
dziwnie naukowy. 
Nie cierpiał mędrków i partactwa wszelkiego rodzaju, a już najbardziej w nauce; nic 
go tak nie gniewało, jak nienaukowe, pseudo-mistyczne podejście do rzeczy Bożych. 
Trudno mi wyobrazić sobie człowieka mniej podatnego na przesądy, gusła i inne 
pasku 
59 
Zakon 
 
które niestety tak szeroko panują wśród wierzących. Ale jednocześnie nie znałem 
nikogo, kto miałby wiarę tak mocną, tak wyniesioną poza jakikolwiek cień 
wątpienia, tak jasną jak jego wiara. Nieraz zastanawiałem się, jak do tego doszedł, 
tak mnie ta cecha jego charakteru zawsze zdumiewała. Była w tym, rzecz pewna, 
wielka łaska Najświętszej Marii Panny, do której miał kult szczególny, ale musiał, 
być i ogrom pracy nad sobą. W każdym razie to była rzecz, która najbardziej biła w 
oczy: jasna, mocna, mądra i wszechogarniająca wiara. 
Był ojciec Jacek myślicielem, powiedziałbym nawet, choć to słowo czcigodne 
straciło dziś swój sens, mędrcem. Nie tylko erudytą, który bardzo dużo wiedział, ale i 
filozofem, który patrzył na rzeczy z wysoka, ale i teologiem (naturalnie jeśli się 
teologii nie rozumie jako praktycznej nauki udzielania Sakramentów Świętych albo 
poszukiwania iota subscriptum u św. Bazylego, bo i to dziś bywa). Był czymś 
jeszcze nawet większym niż to wszystko, bo umiał całą swoją ogromną wiedzę 
kierować na sprawy życia ludzkiego. Nie mam możliwości przedstawić wszystkiego, 
co nam dał, ale wymienię przynajmniej niektóre rzeczy. 
Najpierw więc był to jeden z nielicznych u nas tomistów godnych tego imienia. Było 
ich w Polsce bardzo, bardzo niewielu, choć to-mizm miał wielu sympatyków. O. 
Jacek należał do trójki „wielkich", którą stanowili razem z nim śp. księża Aleksander 
Żychliriski i Władysław Korniłowicz. Z nich trzech był niewątpliwie 
najwybitniejszym. Korniłowicz, dobry tomista, skierował się ku pracy bardziej 
praktycznej. Żychliński, którego uważam za bardzo wielkiego myśliciela (doszedł do 
tej niezwykłej rzeczy, jaką jest umiejętność mówienia w najprostszych słowach o 
najtrudniejszych zagadnieniach), był od niego mniej twórczy, no i nie miał jego 
języka. O.Woroniecki i ks. Żychliński z biskupem Kowalskim, innym wielce dla 
tomizmu zasłużonym Polakiem, zrobili, na dobrą sprawę, tomizm polski. Byłem sam 
kancjaninem, przez dwóch ostatnich „nawróconym" na tomizm, więc nie chciałbym, 
aby moje słowa były rozumiane jako chęć pomniejszenia tych myślicieli. Niemniej 
jednak o. Jacek był miedzy nimi pierwszy. 
60 
Zakon 
Tomizm o. Jacka nie był podobny do tej jazgotliwej postawy niektórych, którzy z 
makaronizmem w mowie łączą stronniczość i poczucie niższości. Kompleksy 
niższości były czymś, czego chyba najzupełniej nie znał w żadnej dziedzinie, czy 
była nią wiara, filozofia, czy sprawy narodowe. Jego myśl była nacechowana 

background image

pokojem, światłem i miłością. Bezpośrednio bodaj po pierwszej wojnie światowej 
ogłosił ojciec Jacek książkę O katolickośd tomizmu. Dowodził w niej, między 
innymi, że tomizm nie stanowi szkoły ani partii w tym znaczeniu, w jakim są nimi 
inne filozofie, lecz czymś, co znajduje się poza i ponad wszystkimi partiami. Taka 
też była i jego myśl własna: otwarta na wszystko, sympatyczna dla każdego wysiłku, 
szukająca prawdy w najgorszym nawet niezrozumieniu, a zarazem twarda i 
bezkompromisowa, gdy o prawdę chodziło. 
Pamiętam, jak mi kiedyś pokazywał rozprawę doktorską jakiegoś Niemca i skarżył 
się, że autor niczego w Kancie nie zrozumiał, że Kant był w tej sprawie, gdy mówił o 
habitus libertatis, na najlepszej drodze, i że taka nieznajomość jego myśli wstyd 
przynosi uniwersytetowi, który kształcił autora tej rozprawy. Tomizm ojca Jacka był 
jego tomizmem. Był nauką przemyślaną do głębi, która stała się jego myślą własną. 
Zasadę, której uczył studentów, że teolog winnien mieć w herbie krowę, to jest 
zwierzę przeżuwające, stosował do siebie. Ogrom dorobku starożytności i 
średniowiecza łączył się w jego myśli ze wszystkim, co wartościowe u filozofów 
nowoczesnych. Łączył się z niezwykłą wiedzą, wychodzącą daleko poza 
konwencjonalne ramy teologii i filozofii, ogarniającą rozliczne dziedziny nauki i 
literatury. A to wszystko stanowiło u niego, jak powiedziałem już, zadziwiająco 
zwartą całość w świetle wiary. 
Z dorobku naukowego ojca Jacka wymienię trzy rzeczy. Przede wszystkim jego 
etykę. Nie jest to etyka w kręgu tomistycznym pospolita, jest jego własną teorią 
życia i postępowania. Ojciec Jacek rozwijając jedną z postawowych myśli św. 
Tomasza, zrobił z tradycyjnej etyki tomistycznej etykę wychowawczą. Taki tytuł 
noszą wszystkie jego na ten temat pisane prace i taką ta etyka rzeczywiście jest. Nie 
chodzi w niej najpierw tylko o normy moralne; pod tymi 
61 
Zakon 
względem ojciec Jacek jest skrajnie przeciwny kazuistyce i Kantowi. Nie chodzi 
jednak nawet w pierwszym rzędzie o postępowanie i jego teorie, ale, jeśli wolno się 
tak wyrazić, o technikę budowania charakteru, o naukę wychowania i 
samowychowania. Drugie wydanie jego etyki w trzech tomach (korektę trzeciego 
zdążył wykonać niedługo przed śmiercią) jest moim zdaniem najlepszą pracą tego 
rodzaju w literaturze światowej. Zasługiwałoby na przekłady, a już zwłaszcza na to, 
aby stać się podręcznikiem życia dla wszystkich wykształconych Polaków. 
Innym ważnym dokonaniem o. Jacka jest stworzenie teorii narodu. Wypada 
przypomnieć, że jeszcze w latach dwudziestych naszego stulecia znakomita 
większość tomistów nie rozumiała w ogóle, czym naród jest. Nic w tym zresztą 
dziwnego: za czasów św. Tomasza narodów jeszcze nie było, a Francuzi, którzy do 
utworzenia nowego tomizmu najbardziej się przyczynili, do dziś bodaj nie wiedzą, 
co to słowo znaczy. 
Pojęcie narodu wypracowali, jak wiadomo, Niemcy i Polacy z pomocą Włochów. 
Ale to wypracowanie było praktyczne, brak było do niego teoretycznej podstawy. 
Bardzo poważni tomiści, jak np. znakomity luksemburczyk Gredt, twierdzili 

background image

stanowczo, że państwo ma prawo zmuszać ludzi („łagodnymi środkami" co prawda) 
do zmiany języka i obyczajów narodowych. Ojciec Jacek jest tym, który pierwszy w 
obozie tomistycznym zaczął z tym partactwem wojować, przypominając, że być 
tomistą to nie znaczy powtarzać za panią matką, to jest św. Tomaszem, ale myśleć 
jak on porządnie o nowych zagadnieniach. I teorię narodu ojciec Jacek zbudował. 
Napisał o tym kunsztowną „kwestię" po łacinie, w stylu i duchu średniowiecznym. 
Jest to do dziś dnia najlepsza rzecz na ten temat. Dla ucznia ojca Jacka to, co wielu 
tomistów na ten temat pisuje - między innymi wielce szanowny imć Maritain - jeno 
pod lekki znak filozoficzny zapisane być może. Nie mogę tu teorii ojca Jacka 
referować. Powiem więc tylko, że naród gruntuje się według niego w obyczaju, że 
jest tego obyczaju - a więc pewnych sprawności moralnych - swoistym odcieniem. 
62 
Zakon 
Po trzecie dał nam ojciec Jacek rzecz bezcenną, spory wkład w nasz skarb językowy. 
Kto nie parał się polszczeniem myśli tomistycznej, ten nie może nawet w 
przybliżeniu wiedzieć, jaka trudna to rzecz. Na pozór wszystko jest piękne - ot np. 
łacińskie „virtus" tłumaczy się oczywiście przez polskie słowo „cnota". Cóż, kiedy 
„virtus" pochodzi od „vir", „mężczyzna", podczas gdy „cnota" jako żywo nie od 
męża, ale od cnotliwej babci pod kościołem się wywodzi. Kto więc bez komentarzy 
Tomaszowe „virtus" przez „cnotę" zastępuje, ten oczywiście polskiemu czytelnikowi 
wcale tomizmu nie daje. To tylko jeden przykład trudności. Dodam jeszcze, że inny 
polski filozof, Witwicki mianowicie, „virtus" przez „dzielność" tłumaczył. Ojciec 
Jacek Witwickiego lubił, mawiał o jego Platonie, że jest zrobiony przez 
„inteligentnego łobuza", bo język mu się podobał. Pracując nad przekładem 
Arystotelesa (którego doskonale znał i czytywał w tekście jak gazetę, rzecz u 
dzisiejszych filozofów, a już zwłaszcza duchownych rzadka) dał nam wiele 
doskonałych pr/ekła-dów. Jeden z nich to na przykład „sprawność", którą łacińskie 
„ha-bitus" i greckie „hexis" przekładał - świetne wyrażenie. 
W ogóle, jeśli o język chodzi, przywiązywał wielką wagę do jego należytego użytku 
i nauczania. Napisał kiedyś książkę „O kulturze mowy ojczystej", w której dowodził 
między innymi, że nauczanie w szkołach średnich powinno być ześrodkowane 
wokoło jednego przedmiotu, a nie stadem luźno chodzących dyscyplin, i że tym 
przedmiotem ośrodkowym, dominującym, powinien być język polski, bez którego, 
powiadał, i dorzecznej nauki religii być nie może. Sam zresztą pisał pięknie. Na 
starość styl jego nieco się zmanierował, ale były czasy, kiedy nawet w obozie 
zaciekłych wrogów naszej wiary wielkim się cieszył szacunkiem („Wiadomości 
literackie" poświęciły mu kiedyś całą stronicę z wielką fotografią w środku). 
Mamy jeszcze sporo jego broszur na tematy religijne, wszystkie są doskonałe. Jego 
Umiejętności rozkazywania i rządzenia niejednemu byłyby się przydały, gdyby je 
znał. Jego Pełnia modlitwy jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie na temat modlitwy 
znam. Pozostawił też sporo przyczynków naukowych, o zagadnieniu wolności, ; 
63 
Zakon 

background image


o źródłach św. Tomasza i innych sprawach. W rok przed śmiercią ogłosił jeszcze 
przekład jednej księgi Etyki Nikomachejskiej Arystotelesa. Z większych prac 
wspomnę Św. Jacka, gruby tom, pierwszą w literaturze światowej naukową 
monografię o tej ciekawej postaci i mniejszą pracę o św. Czesławie, obie bardzo 
interesujące. 
To wszystko stanowi tylko jedną stronę jego działalności. Równocześnie, a może 
przede wszystkim, o. Jacek był nauczycielem dusz i kierownikiem życia. Był pod 
tym względem mistrzem niezrównanym, wrogim wszelkim schematom, umiejącym 
indywidualizować metody i podejścia, wnoszącym wszędzie, gdzie przechodził, 
światło i pokój. Był pod tym względem bardzo ofiarny. Aby tylko jeden z setek 
podobnych przykładów przytoczyć, zdradzę, że kiedy wstępowałem do seminarium 
duchownego, o. Jacek udzielił mnie samemu trzydniowych rekolekcji, a był wtedy 
rektorem uniwersytetu obarczonym ogromną pracą. Rzecz zdumiewająca, jak mógł 
tego wszystkiego dokonać. Bo najpierw miał wiele innych zajęć. Był jednym z 
najbliższych współpracowników ks. Idziego Radziszewskiego, założyciela 
Uniwersytetu Lubelskiego, i jego następcą na stanowisku rektora w najtrudniejszych 
dla uniwersytetu czasach. Został następnie profesorem i wicerektorem Angelicum w 
Rzymie. Potem zajęły go ważne sprawy zakonne w Polsce, budowa i organizacja 
'wielkich klasztorów w ośrodkach uniwersyteckich, które mu w wielkiej mierze 
zawdzięczają swoje istnienie. 
Najdziwniejsze jest w tym wszystkim, że był to człowiek właściwie stale ciężko 
chory. Było z tym tak: o. Jacek wstąpił stosunkowo późno do stanu duchownego 
(uprzednio był oficerem), studia odbył we Fryburgu szwajcarskim, po czym został 
profesorem i wnet wicerektorem seminarium lubelskiego. Wówczas wstąpił do 
zakonu, wyznaczono mu na nowicjat klasztor w Fiesole pod Florencją. Reguła 
dominikańska wymaga od księży wstępujących do zakonu, by po nowicjacie odbyli 
jeszcze co najmniej trzy lata studiów teologicznych w zakonie, ale w wypadku o. 
Jacka trudno go było zasadzić do normalnych dominikańskich studiów, gdyż był 
fryburskim doktorem teologii, a we Fryburgu wykładali właśnie czołowi 
dominikanie. 
64 
Zakon 

Nie bardzo więc wiedząc, co z nim zrobić, pozostawiono go po prostu w nowicjacie. 
A kto nowicjat tego typu odprawiał, ten wie, że takiej rzeczy lepiej nie robić dłużej 
niż przez rok. W dodatku Fiesole było niezmiernie surowe. Tak więc ojciec 
rozchorował się i całe życie był właściwie inwalidą. Miał między innymi wagotonię, 
to jest chorobę powodującą ogólny spadek tempa życiowego, pulsu, itd. Dziwiono 
się czasem, że godzinami niczego nie robił. Ci, którzy go bliżej znali, zdumiewali się 
przeciwnie, jak ten człowiek, mając w ciągu dnia tylko jedną lub dwie godziny pełni 
sił, mógł dokazać tyle. Wiedzieli, że wbrew pozorom był człowiekiem żelaznej woli 
i nieugiętego charakteru. 

background image

To była dalsza jego cecha obok wspomnianej już wiary. Przez je-( go szare oczy 
patrzyła spod siwych brwi dusza jasna, ale ze stali. Nie jego zresztą tylko 
właściwość. Tę twardość, która wyrodzić się może z ducha inkwizycji - nie jest 
przypadkiem, że dominikanie odegrali w niej taką rolę - daje ustawiczne zajmowanie 
się sprawami absolutnymi, porządkiem niezmiennych prawd. Ale u ojca Jacka na 
pier-wszyplan wybija się inna - chciałbym już powiedzieć cnota, ale po-* wiem jego 
słowami - sprawność moralna. Była nią roztropność. Największa rzecz w ludzkim 
charakterze, dyspozycja ducha i ciała, która pozwala podporządkować wszystko 
jasnemu sądowi ro/umu. Ojciec Jacek pozostanie zawsze dla tych, którzy go bliżej 
znali, ucieleśnieniem tej sprawności. Był jakby jasnym promieniem na tle i masy 
ludzkiej, powodowanej przez ciemne, dobre czy złe, ale| zwykle ciemne siły: był 
człowiekiem światła, rozumnej wiary, roztropności, 

To wszystko jest i płaskie i jednostronne. Żadnego człowieka nie można naprawdę 
opisać, a cóż dopiero jego. Na to, aby mieć jakiekolwiek pojęcie o tym, czym był, 
trzeba było go słuchać, gdy uczył, gdy jasno i rozumnie rozbierał na rekolekcjach, 
tak jak tego chyba nikt już nie potrafi, prawdy wiary i ludzką naturę. Trzeba było 
znać l jego niespożytą, nadprzyrodzoną ufność w zwycięstwo Bożej sprawy, jego 
dobroć, optymizm i humor, jego wielkopańską kulturę i prostotę. Jeśli chodzi o 
humor, oto wspomnienie: ojciec Jacek był chory. 
65 
Zakon 
pokryty wrzodami na skutek wagotonii. Odwiedziłem go kiedyś w Rzymie razem z 
jego przyjacielem o. Garrigou-Lagrange, w chwili gdy z jego celi wychodził nasz 
domowy szewc. Między oboma teologami wywiązała się następująca rozmowa: 
Garrigou: - A co szewc u ojca robi? Woroniecki: - Ano, rany mi opatruje. G:   - 
Szewc? 
W:   - Cóż naturalniejszego? On jest przecież specjalistą od skóry. G:   - Widzę, że 
ojciec nie traci humoru. W:   - Wolno wszystko stracić, tylko nie humor. G:   - Tak, 
honor to wielka rzecz. 
W:  - Głupstwo ojcze kochany, honor można stracić, ale humoru nie. G:   - Co ojciec 
opowiada! Niby dlaczego? 
W: - Dlatego, drogi ojcze, że honor jest cnotą podporządkowaną cnocie mocy, 
należącej do etyki naturalnej, podczas gdy humor, radość, jest według św. Pawła 
owocem miłości, cnoty teologicznej, bez porównania wyższej. 
Ludzie nie zdają sobie na ogół sprawy, co takie postacie znaczą. Praca myśliciela i 
kierownika dusz elity duchownej narodu jest pracą na zewnątrz mało widoczną. Ale 
człowiek tej miary stanowi źródło wody żywej w narodzie, z którego przez liczne 
stopnie pośrednie płynie na lud światło, miłość i kultura. Ludzi takich mamy 
straszliwie mało. Nie tylko nieliczni są wśród nas ci, których można w świecie 
„pokazać", mniej jeszcze mamy takich, którzy potrafią prowadzić mądrze ku 
wielkości. W tej nielicznej gromadzie duchowych przywódców, nauczycieli, on był 
jednym z największych. 

background image

Śmierć miał ojciec Jacek piękną. Umierał w jednym z najczcigodniejszych 
klasztorów, jakie zakon dominikański posiada, w konwencie krakowskim, tym, w 
którym od 1223 roku przerwano modlitwy raz tylko, w roku 1240, a który w dużej 
mierze dzięki jego pracy wrócił do dawnej godności. Umierał w świetle setek 
gromnic i przy chóralnym śpiewie Salve Regina, według odwiecznego zwyczaju, 
który z Polski przeszedł na cały zakon. Ten obrządek opisany we wzruszających 
słowach przez jednego z uczestników jest wspaniałym symbo- 
- — Bocheński: Wspomnienia 
66 
Zakon 
lem jego życia. Łączy, jak jego serce i jak jego dzieło, Polskę ze światem, światło 
rozumnej wiary z serdecznym, ku Najświętszej Pannie uczuciem i ufnością, że nie 
opuści tych, którzy jej wiernie służą. 
Seminarium 
Ojciec Jacek wiedział co robił, kiedy mnie posłał do Poznania i dał list polecający. 
Bez niego nigdy by mnie nie przyjęli. Seminarium Poznańskie było szkołą duchowną 
niemal pod każdym względem znakomitą. Napierw to była wielka wspólnota. Nie 
pamiętam już dokładnej liczby seminarzystów, ale myślę, że musiało nas być około 
trzystu. Ksiądz kardynał Prymas przychodził nieraz na nasze modlitwy (kompletę) w 
katedrze. Słyszę jeszcze jego donośny głos mówiący: 
„Spowiadam się Bogu i wam bracia, 
że zgrzeszyłem myślą słowem i uczynkiem", 
i naszą odpowiedź wygłoszoną gromkim chórem: 
„Niech się zlituje nad tobą Bóg wszechmogący 
niech ci odpuści twoje grzechy 
i doprowadzi cię do żywota wiecznego". 
Ta modlitwa wywierała na mnie zawsze głębokie wrażenie, z jednej strony jako 
wyraz życia autentycznej wspólnoty, z drugiej jako czegoś, co byłem skłonny 
uważać za prawdziwą równość i poszanowanie człowieka. Rektorem seminarium był 
niezapomniany ks. prałat Janasik, kanonista, i to pewnie nie najgorszy, skoro został 
sędzią w trybunale św. Roty w Rzymie. Typowy przedstawiciel poznańskiego kleru, 
gruby, o dobrotliwej twarzy i przenikliwym wzroku. Był zawsze spokojny, 
roztropny, ale przede wszystkim promieniował wprost cnotą najbardziej w Poznaniu 
cenioną, a mianowicie tym, co poznańczycy nazywali „rzetelnością" - wyrażenie, 
którego 
67 
Zakon 
chyba niepodobna przełożyć. Współpracowałem z nim później w Rzymie i 
nauczyłem się wysoko cenić jego prawość i praktyczną inteligencję, aczkolwiek ona 
nie miała wiele wspólnego z inteligencją naukową profesorów pracujących pod jego 
kierownictwem. Pamiętam doskonale jego poranne ekshortacje o sposobie 
zachowania się w toalecie, nie bardzo intelektualne, ale zapewne zbawienne. Niemal 
jego przeciwieństwem był ojciec duchowny, ks. Aleksander Żych-liński, 

background image

prawdopodobnie najwybitniejsza postać w seminarium i, moim zdaniem, 
najwybitniejszy obok o. Jacka Woronieckiego ówczesny teolog polski. Miał zwyczaj 
dawać nam codziennie wieczorem 15 do 20 minutową medytację o ewangelii. Z 
bardzo nielicznymi wyjątkami nigdy czegoś równie dobrego nie słyszałem. 
Zdumiewające było u niego przede wszystkim to, że jego medytacje nie zawierały 
najmniejszego śladu teologii, w której był przecież mistrzem, że mówił z największą 
prostotą, bez jednego wyrażenia technicznego, trzymając się litery ewangelii, ale tak 
głęboko zrozumianej, jak to się rzadko zdarza. Przy tym on uczył, nie jak ci liczni 
niestety w Polsce kaznodzieje, którzy umieją tylko wygłaszać uczuciowe tyrady. 
Jeśli lud polski tkwi jeszcze ciągle w głębokiej ignorancji wiary, to wina tego kleru, 
który, obawiam się, drogo zapłaci za niewierność powołaniu, za nieuczenie 
ewangelii. Myślę, że srogi sąd Boski czeka w pierwszym rzędzie tych polskich 
biskupów, którzy dopuścili do tego, co obecnie w Polsce mamy. 
Ks. Żychliński nie tylko uczył, ale i uczył zgodnie z dewizą dominikańską (był 
tercjarzem zakonu) Contemplata aliis tradere - podawać innym rzeczy przemodlone. 
Mogę nawet powiedzieć, że z jedynym wyjątkiem kazania kard. Pacelli 
(późniejszego papieża Piusa XII) nie słyszałem nigdy niczego, co by w takiej pełni 
urzeczywistniało ową dewizę, jak medytacje naszego ojca duchownego. 
Inną ważną osobistością był profesor filozofii, późniejszy biskup, ks. Kazimierz 
Kowalski. Uczeń szkoły lowańskiej był entuzjastycznym tomistą, przy czym za 
głównego przeciwnika szkoły uważał naturalnie Kanta. Był to ksiądz tak 
świątobliwy, że robił sobie wyrzuty sumienia, iż wydaje posiadane pieniądze na 
rzeczy zbyteczne. Dla- 
68 
Zakon 
tego założył i wydawał własnym kosztem Studia Gnesnensiana, w którym notabene 
ukazały się obie moje rozprawy doktorskie. 
Wspomnę jeszcze świątobliwego ks. Wronkę, który także został biskupem, i naszego 
biblistę, który mi imponował przez swoje ma-jeutyczne uczenie, jakiego w ciągu 
sześcioletnich studiów na uniwersytetach nigdy nie spotkałem. Pamiętam doskonale, 
jak siedząc wśród nas wyciągał z głów naiwnych chłopców jedną po drugiej teorie 
ewangelii synoptycznych. Chodzi o to, że trzy ewangelie, synoptycznymi zwane, 
czasem mówią dosłownie to samo, a czasem są wręcz sprzeczne jedna z drugą. 
Pomnę, jak wypytawszy nas, stwierdził triumfująco: „Panowie, odkryliście sami 
najważniejsze rozwiązania jednego z najtrudniejszych zagadnień literatury 
światowej". To była naprawdę klasa. Może się ktoś zdziwi, ale ja trochę dydaktyki 
uniwersyteckiej, jakie znam, nauczyłem się między innymi w semi narium 
poznańskim 
Najważniejsze dla mnie były jednak dwa zwroty w moim życiu, dokonane właśnie w 
tym seminarium: nawrócenie na chrześcijaństwo i zajęcie się na serio filozofią, z 
przyjęciem postawy neotomi-stycznej, którą byłbym skłonny nazwać 
„hurratomistyczną". Zastanawiając się dzisiaj nad znaczeniem tych dwu zwrotów, 
widzę, że stanowią one razem najważniejszą zmianę, jaką przeżyłem. Ale poziom, na 

background image

jakim one się dokonały, nie był jednakowy. Do chrześcijaństwa doszedłem idąc za 
ks. Żychlińskim, a więc na możliwie najgłębszym poziomie, co mnie uchroniło od 
przejmowania mniej lub więcej inteligentnych systemów, symboli, innymi słowami, 
moim dzisiejszym językiem, nawróciłem się do basie faith, nie do systemu 
stanowiącego nadbudowę nad tą podstawową wiarą. 
Natomiast przyjęcie neotomizmu odbyło się na bez porównania niższym poziomie, 
właśnie owym poziomie systemu, albo jeśli kto woli litery, nie ducha. Ks. 
Kowalskiemu, za którym szedłem w tych sprawach, zawdzięczam dwie rzeczy, 
moim zdaniem pozytywne: zajęcie się filozofią i zainteresowanie geniuszem, jakim 
był św. Tomasz. Ale droga do prawdziwej filozofii była jeszcze daleka. 
69 
Zakon 
Z punktu widzenia ideologicznego poziom tych zwrotów był tak-/e różny. 
Neotomizm był próbą restauracji średniowiecznej filozofii, natomiast wiara 
chrześcijańska, jak ją rozumiał ks. Żychliński, przekraczała granice epok i ideologii. 
Można było być chrześcijaninem w imperium starorzymskim, w XIII i w XX wieku. 
Powofanie 
Nawrócenie miało jako konkretny skutek - postanowienie wstąpienia do zakonu. 
Wydawało mi się, że w moim położeniu nie można być konsekwentnym 
chrześcijaninem bez tego. Na temat powołania zakonnego kursują u chrześcijan 
polskich najdziwniejsze zabobony. Ludzie wyobrażają sobie zwykle, że jest to akt 
Boga, który dosłownie woła powołanego, a ten powołany zachowuje się w gruncie 
rzeczy biernie i głęboko irracjonalnie. To są wszystko głupstwa. Powołanie jest 
aktem powołanego - oczywiście dokonanym z pomocą Boską - i to aktem całkowicie 
racjonalnym. Człowiek dochodzi w pewnej chwili do wniosku, że najlepiej może 
Bogu służyć w zakonie. Powołanie jest więc sylogizmem i niczym innym. Jest, albo 
przynajmniej powinno być, wynikiem rozumowania, a nie bezrozumu. Bóg 
oczywiście wspomaga powołanie łaską, jak wspomaga każdy dobry uczynek, ale nie 
powołuje człowieka bezpośrednio, podobnie jak osobiście nie dowodził w bitwie nad 
Wisłą, wbrew temu, co opowiadają niektórzy polscy „teologowie", którzy zasługują 
raczej na tytuł szerzycieli zabobonów. 
W każdym razie moje powołanie nie było skutkiem złamanego serca ani 
mistycznego pociągu, lecz rozumowania. Ja myślę i zawsze myślałem, że skoro Pan 
Bóg raczył mi w Swojej dobroci dać trochę rozumu, to po to, abym go używał i nie 
zachowywał się jak sentymentalna nierogacizna... 
Zacząłem więc rozglądać się po horyzoncie. Nie wiem już, jak do lego doszło, że z 
owej niemal nieprzejrzanej masy zakonów, zakoń-^zyków, kongregacji i innych 
pobożnych zgromadzeń wybrałem cztery, jako reprezentujące cztery główne typy 
powołania zakonne- 
70 
Zakon 

71 

background image

go. Jestem z tego dość dumny, bo ktoś znacznie ode mnie kompeten-tniejszy, 
belgijski socjolog Moulin (nb. agnostyk), dokonał później dokładnie tego samego 
wyboru. Wydało mi się tedy, że benedyktyni (VI w.), dominikanie, franciszkanie 
(XIII w.) i jezuici (XVI w.) są czterema wielkimi zakonami o zasadniczo różnej 
postawie i że wszystkie inne pobożne kongregacje są specyfikacajami i wariacjami 
na wielkie tematy reprezentowane przez te cztery. One stoją zresztą w dziejach jak 
olbrzymie gmachy myśli i czynu, tak wielkie, tak skuteczne w akcji, że uwiodły 
nawet owego agnostyka Moulina. Nie przecząc zresztą wszelkim dokonaniom innych 
zgromadzeń, analiza krytyczna widzi w nich osiągnięcia drugiego rzędu. 
Tak więc postanowiłem, stosując zasady metody naukowej, przyjrzeć się tym 
kolosalnym tworom historycznym, aby rozstrzygnąć, do bramy którego z nich 
zapukać. W seminarium łatwo było dostać informacje o dobrej literaturze i 
natychmiast sprowadziłem sobie książki uchodzące za najlepsze w tych dziedzinach. 
Zacząłem oczy- | wiście od zakonu św. Benedykta. Myślę, że nikt nie może poznać 
te- l go zakonu i nie popaść pod jego urok. My zakonnicy mamy do niego jeszcze o 
tyle szczególny stosunek, że wszystkie inne zakony czerpały i czerpią z reguły i z 
tradycji benedyktyńskiej, że wszyscy jesteśmy w pewnym sensie synami św. 
Benedykta. Ale niezależnie od tego, zakon imponuje przez ogrom wpływu 
historycznego. Był jedną z głównych sił, które barbarzyńskich Europejczyków 
nauczyły pracy (dewizą zakonu jest ora et labom), gospodarności, porządku, 
wprowadziły w świat cywilizacji. Zarazem zakon św. Benedykta jest w najlepszym 
tego słowa znaczeniu instytucją feudalną. Zdumiewająca jest elegancja, której 
nabiera najbardziej nawet prymitywny parobek, gdy przyjmie habit benedyktyński - 
zdumiewający spokój, umiar, pańskość, które z niego promieniują. W chamskim, 
gorączkowo szamotającym się świecie zakon św. Benedykta robi wrażenie 
niezwykłej oazy pokoju i prawdziwej kultury. 
Dwa inne wielkie zakony, franciszkański i jezuicki, mogłem niemal od razu skreślić 
z mojej listy. Franciszkański, aczkolwiek /ostał stworzony przez jednego z 
największych świętych dla służby jedne- | 
Zakon 
mu z najwznioślejszych ideałów, jakie zna ludzkość, i chociaż miał w dziejach 
wielkie osiągnięcia (zresztą czasem niełatwe do pogodzenia z postawą św. 
Franciszka). Jeśli o mnie chodzi, zrozumiałem prędko, że franciszkaninem zostać nie 
mogę, bo religia ześrodkowana na uczuciach, na sercu, jest mi obca. Równie szybko 
przekonałem się, że jezuitą nie będę i to mimo mojego podziwu dla tego zakonu i 
jego osiągnięć. To dlatego, że Towarzystwo Jezusowe jest instytucją tak oczywiście, 
tak jaskrawo barokową, a człowiek nowoczesny jest duchowo znacznie dalszy od 
baroku niż od średniowiecza. 
Tak więc pozostał mi wybór między benedyktynami a dominikanami. Nie przyszedł 
mi łatwo. Po 60 latach spędzonych w zakonie św. Dominika mogę powiedzieć, że się 
nie pomyliłem, że moja droga prowadziła tędy. 

background image

Zakon dał mi wiele. Zrobił ze mnie człowieka godnego tego imienia, pracownika. 
Gdybym nie był wstąpił do niego, byłbym prawdopodobnie zmarnował moje lata 
dojrzałe, tak jak zmarnowałem poprzednie. 
Zakon św. Dominika jest z reguły wspaniałą szkołą pracy naukowej i to nie z jakichś 
zewnętrznych ascetycznych względów, ale z mocy jego własnego celu. Proszę sobie 
wyobrazić życie w studentacie, w celi, w której nie ma niczego prócz książek 
naukowych, bez możności wyjścia, w otoczeniu, z którego promieniuje wprost 
wytężona praca umysłowa. Proszę sobie wyobrazić taką kurację trwającą niemal bez 
przerwy przez lata, pomyśleć o życiu w takich domach jak Albertinum albo 
Angelicum, gdzie wysiłek myśli jest prawie namacalny. Nie ma takiego lenia i 
nieroba, którego te ramy nie przekształciły w pracownika. W każdym razie tak stało 
się ze mną. Tych niewiele rzeczy, jakich dokonałem, zawdzięczam na pewno w 
ogromnej mierze zakonowi. 
Zakon dał mi też jako nauczycieli znakomitych uczonych i wykładowców. Nie 
wszyscy oczywiście byli tacy, każdy zakład naukowy ma, jak pisał o filozofach 
Bergson, swoich skrybów i faryzeuszy. Ma ich także mój zakon i miałem wątpliwe 
szczęście być uczniem niektórych spośród nich, jakichś jakby żywcem odgrzebanych 
72 
Zakon 
z XVII wieku produktów klerykalnego collegino, niezdolnych do osobistej myśli. 
Ale to były w moim wypadku wyjątki. Na moją do- j zgonną wdzięczność zasłużyli 
sobie za to, bardziej niż moi lwowscy i poznańscy profesorowie świeccy, liczni, 
naprawdę bardzo dobrzy, często wybitni naukowcy i nauczyciele: Manser, Ramirez, 
De Munynck, Garrigou-Lagrange, Barbado, De Roy, Yoste. Zakonowi zawdzięczam 
nie tylko, że stałem się pracownikiem, ale i to, że nauczyłem się pracy naukowej. 
Jeśli wolno być trochę zuchwałym - a o. Woroniecki zwykł był mówić, że aby 
dobrze przejść przez życie, trzeba mieć 90% miłości i 10% zuchwałości - myślę, że 
mam sam pewną zasługę w tym, że zakon dał mi tak wiele. A mianowicie przez to, 
że gdy przyjmowałem habit, wiedziałem, co robię i czego od zakonu chcę. Rzecz 
dziwna i w moich oczach skandaliczna, że aż tylu ludzi wstępuje do zakonu nie 
wiedząc tego. To są czasem produkty owych osławionych gimnazjów duchownych 
podchowujących chłopców do nowicjatu. Nic dziwnego, że ci odkrywszy, czym 
życie zakonne naprawdę jest, uciekają. Ale gdy ludzie, którzy weszli do zakonu „z 
zewnątrz", uciekają w podobny sposób, dają dowód, że wstąpili na wariata, bez 
znajomości rzeczy, nie wiedząc czego chcą. 
Co do owych collegini, jednym z najbardziej niesmacznych fru-któw ich istnienia 
była duża część kleru hiszpańskiego, składająca się ongiś z ludzi krótkich, a 
pękatych. Krótkich, bo ich w collegino źle żywiono, więc nie wyrośli; pękatych, bo 
zostawszy księżmi, odkuli się należycie. O ile wiem, położenie zmieniło się od tego 
czasu i coraz częściej spotyka się księży hiszpańskich, także dominikanów, wysokich 
i smukłych. Ale wtedy to już tak było. 
73 
Zakon 

background image

Nowicjat 
Zapytany o radę co do wstąpienia do zakonu, o. Woroniecki powiedział mi: „kiedy ja 
wstępowałem, człowiek szanujący się nie mógł przyjąć habitu w prowincji polskiej... 
Dziś, kto wie? Może z pomocą Boską..." Myślę, że to była przesada. Muszę w 
każdym razie stwierdzić, że w roku 1927 znalazłem w tej prowincji niemało rzeczy 
pochwały godnych, a nawet budujących. Pod jednym względem wszelako poziom 
był rozpaczliwy - pod względem intelektualnym. 
Oto parę przykładów. W rok przed moim wstąpieniem prosił o przyjęcie pewien 
student prawa, mający za sobą trzy semestry studiów. Prowincjał prośbę odrzucił, 
mówiąc mu: „Pan jest dla nas za uczony..." Podczas nowicjatu mistrz nowicjuszów, 
świątobliwy o. Cyryl Markiewicz, wszedł do mojej celi i zastał mnie przy czytaniu 
traktatu św. Tomasza o życiu zakonnym. Był zdziwiony, aby nie powiedzieć 
oburzony: „To dla ciebie za mądre, bracie". Powiedziałem mu na to, że, skoro 
mogłem czytać św. Tomasza w świecie, trudno mi zrozumieć, dlaczego on miał być 
dla mnie za mądry w jego własnym zakonie. O. Cyryl, człowiek wielkiej pokory, 
pozwolił mi dalej czytać, ale dodał: „Wiesz, ja tego Tomasza nigdy nie czytałem". 
Wychowawca młodych dominikanów nigdy św. Tomasza nie czytał! Dominikanie 
byli wtedy w Polsce takimi samymi księżmi jak inni, ale intelektualnie i kulturalnie 
drugiej klasy. 
To jest także prawda odnośnie do większości zakonów w Polsce. Oto znowu 
przykład. Istnieje odwieczny zwyczaj tzw. filadelfii, dający wyraz naszej przyjaźni 
względem oo. franciszkanów - wymienia się kaznodziejów i śpiewa w refektarzu: 
Seraphicus Pater Franciscus 
et apostolicus Pater Dominicus 
psi nos docuerunt legem titam Domine. 
74 
Zakon 
75 
Otóż w parę lat przed moim wstąpieniem kaznodzieja z bratniego zakonu przyszedł 
tak pijany, że zwymiotował na ambonie. To jest co prawda wypadek skrajny i chodzi 
mi o podkreślenie nie tyle strony moralnej incydentu, ile kulturalnej. Wiele zakonów 
polskich stało kulturalnie na poziomie najgorszego chamstwa. 
Zakon oo. jezuitów górował nad nimi, jak niebotyczna wieża góruje nad 
parterowymi domkami, a wykwintny pałac nad karczmą przydrożną. Przykro mi to 
pisać, ale tak już było. I to miało dla nas, dominikanów, jeszcze inną złowrogą 
konsekwencję: nasz nowicjat był prowadzony i to bodaj od paru wieków nie w duchu 
zakonu, ale według zasad jezuickich. To, co w nim znalazłem, stało w jaskrawej 
sprzeczności z ideałami i duchem zakonu św. Dominika. To była duchowa 
trzeciorzędna przybudówka do gmachu myśli i ascezy jezuickiej, nie gałąź jednej z 
najbardziej oryginalnych, najgłębiej nie-barokowej, niejezuickiej instytucji 
katolickiej. 
To jest, przesadzam. Dokładnie w czasie gdy przyjmowałem habit dominikański, w 
Krakowie stanęła umowa, że tak powiem handlowa, między prowincją polską a 

background image

prowincją francuską (paryską), na mocy której ta ostatnia odstępowała polskiej ojca 
zdatnego na pod-mistrza nowicjuszów, w zamian za dwóch braci, jak ich wtedy 
nazywano konwersów, to jest laików. Tym ojcem odstąpionym nam za dwóch braci 
był o. Pius Pelletier, młody, inteligentny i świątobliwy zakonnik, człowiek 
wychowany w duchu autentycznego zakonu i dobrze go rozumiejący. 
Powiadają czasem, że cudów nie ma, ale w moim nowicjacie 1927/28 byłem 
świadkiem czegoś, co bardzo na cud wyglądało. Trudno sobie wyobrazić dwóch 
ludzi bardziej różnych niż o. Cyryl i o. Pius. Stary Polak bez wykształcenia i kultury, 
wychowany na stuprocentowo jezuickiej tradycji, i młody Francuz, typowy 
przedstawiciel wysokiej klasy inteligencji francuskiej, żyjący w pełni ideałami 
dominikańskimi. Jeśli fakt, że ci dwaj ludzie współpracowali zgodnie w ciągu lat, nie 
jest cudem, to naprawdę nie wiem, co mamy cudem nazywać. Albo może bardziej 
przyziemnie, ta współpraca była mo- 
Zakon 
żliwa tylko dzięki naprawdę heroicznej pokorze obu tych ludzi, powiedziałbym 
przede wszystkim o. Cyryla. 
Niemniej nasze wychowanie było w zasadzie oparte na możliwie najgorszych 
negatywnych zasadach baroku, tak jak panująca jeszcze na początku XX wieku etyka 
katolicka. Chodziło nie o pociągnięcie młodego i ofiarnego człowieka do wyższych 
rzeczy, o pokazanie mu, do czego jest zdolny, ale o zabicie, wykorzenienie, 
zniszczenie tkwiącego w nim grzechu. Do jakich absurdów taka moralność może 
dochodzić, niech świadczą „klasyczne" podręczniki teologii moralnej owych czasów. 
Mają trzy części, z których druga de sexto jest obszerniejsza niż obie pozostałe 
razem wzięte. To znaczy, że mają mniej do powiedzenia o sensie życia, o wierze, o 
ufności w Bogu, miłości bliźniego, modlitwie, uczciwości, odwadze, itd. niż o 
grzechach i grzeszkach płciowych. Przy czym samo życie seksualne wychodzi na 
grzech najgorszy, co jest najzupełniejszą perwersją i zdrowej etyki seksualnej, i 
średniowiecznych zasad dotyczących stosunków płciowych. Przypominam 
nawiasem, że grzechy przeciw czystości św. Tomasz nazywapeccata puerilia, 
chłopięcymi grzeszkami. 
A skoro nawet dominikańscy nowicjusze byli wychowani na takiej jednostronnej, 
negatywnej, ponurej etyce baroku, nic dziwnego, /e lud katolicki w Polsce bardzo 
rzadko miał zrozumienie piękna i wzniosłości, prawdziwej moralności 
chrześcijańskiej. 
Nie przeczę oczywiście istnieniu zła i potrzebie zwalczania go w sobie. Ale temu 
zadaniu nasze wychowanie w nowicjacie było niemal wyłącznie poświęcone. Ja sam 
niewiele na tym ucierpiałem dzięki obecności o. Pelletiera i temu, co przyniosłem 
„ze świata". Ale dopiero zetknięcie się z dominikanami we Fryburgu pokazało mi 
głębię polskiego zacofania w tej dziedzinie. 
Nie chciałbym, aby te refleksje wywarły wrażenie, że oceniam mój pobyt w 
nowicjacie negatywnie. Wręcz przeciwnie. Właśnie dzisiaj widzę jaśniej niż 
poprzednio, że to był okres, w którym ży-iem najpełniej. Mimo że to było życie 

background image

wielkiego wyrzeczenia i celowej ze strony moich przełożonych poniewierki, było 
bogate tak pod względem estetycznym, jak i przede wszystkim religijnym. 
76 
Zakon 
Kościół św. Trójcy w Krakowie jest piękną świątynią, a niektóre nabożeństwa były 
wspaniałe, szczególnie kompleta z procesją (w środę) do grobu św. Jacka. Myślę, że 
trzeba w tym samemu wziąć udział, w modlitwie chóralnej w tym kościele, aby zdać 
sobie sprawę z piękna i głębi estetycznych przeżyć, jakie ona dawała. W nowicjacie 
nauczyłem się kochać chór zakonny do tego stopnia, że do dziś patrzę ze 
zdumieniem na tylu (bodaj większość) zakonników, którzy uważają chór za 
uciążliwy i przykry obowiązek. Dla mnie są to ludzie niedouczeni, którzy powinni 
prosić jak najszybciej o zwolnienie ze ślubów. 
Pełnia, o której mówię, była przede wszystkim pełnią życia reli-gijnego. Nowicjat 
był dla mnie pod tym względem okresem szczytowym, nigdy później nie wzniosłem 
się na ten sam poziom. Nic zresztą dziwnego. Powołanie dominikańskie jest jednym 
z najtrudniejszych w Kościele. Wymaga połączenia życia monastycznego, 
naukowego i kaznodziejskiego, a każde z tych zadań może zagrażać każdemu 
innemu. Chcę jeszcze dodać, że mam najmilsze wspomnienia o braciach 
nowicjuszach. Byliśmy bodaj pierwszym od wieku poi-: skim nowicjatem 
dominikańskim, do którego należało trzech studentów uniwersyteckich: śp. o. Michał 
Czartoryski, ks. Głazewski i ja. Ale także reszta, dwa tuziny chłopców wiejskich z 
collegino, moralnie zdrowych ludzi bez pretensji intelektualnych, pozostawiła mi 
najmilsze wspomnienia. Niektórzy, aby wspomnieć śp. o. Łukasza Huzarskiego, byli 
bodaj na granicy świętości. 
Fryburg 
Dnia 4 października 1928 roku w uroczystość św. Franciszka złożyłem śluby 
czasowe i tego samego dnia dowiedziałem się, że wyjeżdżam nazajutrz do Fryburga 
na studia filozoficzne. To była ostatnia rzecz, której bym się spodziewał, miałem 
jedno marzenie -* zostać misjonarzem, o ile możliwości w Japonii. Ale 
posłuszeństwo zakonne polega w pierwszym rzędzie na tym, że zakonnik nie wy- 5 
77 
Zakon 
biera sam pola pracy. Moi przełożeni postanowili, że dla mnie tym polem będzie 
filozofia. 
Siedząc w habicie i kapie zakonnej w pociągu, który miał mnie wieźć przez Wiedeń 
do Fryburga, myślałem więc o nowych zadaniach. Filozofią zajmowałem się co 
prawda od dawna jako dyletant. Wspomniałem już, że przez jakiś czas nosiłem przy 
sobie drugą krytykę Kanta. Uprawiałem też z zapałem godnym lepszej sprawy to, co 
w filozofii nowożytnej jest najgorszego, a mianowicie ideologię. Od nawrócenia na 
neotomizm pracowałem też trochę systematycznie. Ale teraz trzeba było sobie 
powiedzieć flnita la comedia. Filozofia miała się stać moim powołaniem, moim 
zawodem. 

background image

Tu jest bodaj miejsce, aby raz przecież jasno powiedzieć, jakie miejsce zajmuje 
filozofia w poglądach człowieka na serio wierzącego. Bardzo niewielu ma o tym 
pojęcie. Aby tylko jeden przykład przytoczyć, prof. Nieznański, doskonały znawca 
naszych prac nad dowodami istnienia Boga, zapisuje cały dorobek Koła 
Krakowskiego (przodującego pod tym względem) na rachunek apologetyki. Filozofia 
jest więc w jego oczach dla wierzącego rodzajem obrony wiary od grożących jej 
niebezpieczeństw intelektualnych. Tak też myśli zapewne przeciętny inteligent 
polski, wierzący czy niewierzący. 
Otóż salva reverentia znakomitego profesora to jest wierutne głupstwo. Dla 
człowieka wierzącego wiara żadnej obrony nie potrzebuje. Jest niewzruszoną 
podstawą jego myśli. Apologetyka może oczywiście przydać się, aby pomóc ludziom 
słabym w wierze, ale to jest naprawdę kilkudziesięciorzędna rola. Autentyczny 
człowiek wiary nie potrzebuje żadnych dowodów istnienia Boga, bo on w to istnienie 
wierzy. Filozofia, jak każda rzetelna nauka, nie służy do obrony czegokolwiek, ale 
do lepszego zrozumienia rzeczywistości. Jej rola jest co prawda o tyle różna od roli, 
powiedzmy, geografii albo chemii organicznej, że spełnia funkcję owej osławionej 
ancillae, nauki pomocniczej względem samej wiary, tworząc narzędzia myśl-ne dla 
lepszego zrozumienia Objawienia. A to jest wszystko. 
Wracając do historii, Fryburg, do którego jechałem, jest jednym 7 „dawnych" 
kantonów szwajcarskich. Liczył sobie wówczas sto czter- 
78 
Zakon 
dzieści mieszkańców, obywateli. Jego stolica, tej samej nazwy, była miasteczkiem 
mieszczącym czterdzieści tysięcy obywateli. Wypowiedziawszy się w XVI wieku 
(ponoć większością jednego głosu) za „starą wiarą", stał się szybko głównym 
ośrodkiem Szwajcari katolickiej. Podbity i zajęty przez protestantów w tzw. wojnie 
Sonder-bundu, wycierpiał przez lata tyrańskie rządy tych ostatnich. Gdy wreszcie 
dano ludowi wolność, „partia" (tak się nazywa we Fryburgu stronnictwo 
zachowawczo-postępowe) objęła władzę, którą wykonywała w ciągu stu lat, i jeśli 
się nie mylę, absolutną większością. Jest to bodaj jedyny wypadek tak długich 
rządów jednej partii politycznej w nowszych dziejach Europy. 
Pod koniec XIX wieku kanton fryburski, był, jak prawie wszystko co katolickie w 
Szwajcarii, jednym z najbiedniejszych, najbardziej zacofanych kantonów. W tym 
czasie miał szczęście znalezienia genialnego statysty, George'a Pythona. Ten powziął 
i urzeczywistnił praktycznie przeciw wszystkim swój pomysł uniwersytetu zarazem 
państwowego (kantonalnego), międzynarodowego i katolickiego. 
W tym uniwersytecie wydział teologiczny został powierzony dominikaninem, którzy 
w zamian za głodowe płace i emerytury (jeszcze w 1930 roku emerytura wynosiła 
sześćdziesiąt franków miesięcznie!) dali uniwersytetowi szereg znakomitych 
uczonych. Ten fakt, połączony z okolicznością, że uniwersytet fryburski był katolicki 
z ducha i z nazwy, ale nie prawnie - był uczelnią państwową - sprawił szybko, że stał 
się jednym z najbardziej wpływowych katolickich ośrodków naukowych w świecie. 

background image

Wywarł między innymi silny wpływ na kraje należące niegdyś do Rzeczypospolitej 
Obojga Narodów. 
Następująca anegdota usłyszana przez mnie od o. Woronieckiego świadczy o 
rozmiarach tego wpływu na Polskę. Przyszły o. Jacek i przyszły ks. Korniłowicz 
(obaj byli jeszcze studentami świeckimi) grali w niedzielę w tenisa obok gmachu 
nauk przyrodniczych na Perolles, kiedy z laboratorium wyszedł trzeci Polak, asystent 
chemii, i powiedział: „Słuchajcie, koledzy, to jest katolicki kraj, lepiej nie gorszcie 
ludzi i nie grajcie w czasie mszy świętej". Otóż tym asystentem 

79 
Zakon 
był Ignacy Mościcki. Przyszły prezydent Rzeczypospolitej nakłaniał do 
pobożniejszych obyczajów dwóch spośród owej niewielkiej gromadki księży, którzy 
mieli być motorem odnowy wiary w naszym kraju. 
Zakon miał we Fryburgu dwa domy: Albertinum położone w środku miasta, 
rezydencję ojców profesorów uniwersytetu, i dom św. Jacka na przedmieściu, 
przeznaczony dla studentów. Ja naturalnie trafiłem do tego ostatniego. Obyczaje były 
odmienne w tych domach. Podczas gdy u św. Jacka prowadziliśmy normalne życie 
zakonne z modlitwą chórową, noszeniem habitu i kapy itd., ojcowie profesorowie 
bali się jak ognia wszystkiego, co by mogło przypomnieć, że są zakonnikami. Bo nie 
trzeba zapominać, że w Szwajcarii od przeszło 50 lat obowiązywała konstytucja 
zabraniająca zakładania klasztorów owoc prawdziwego ducha ekumenicznego 
naszych „oddzielonych braci" protestantów. Nasi ojcowie uzyskali wprawdzie 
pisemne pozwolenie na to, aby dwunastu mogło mieszkać razem, ale pod 
warunkiem, że nie będą się modlili wspólnie. Oni co prawda odprawiali kompletę, 
ale jak najciszej; chodzili wprawdzie w habitach, ale pokrytych ogromną, wszelką 
bezecność zakonną pokrywającą kapotą furmańską z nieodłączną peleryną. 
Wyglądali w niej na prawdziwych bonzów. 
A skoro mowa o habicie, oto moje wspomnienie z Fryburga. Wiele lat później, bodaj 
już po zniesieniu tego barbarzyńskiego zakazu, pani profesor Jeanne Hersch, moim 
zdaniem najświetniejszy filozof szwajcarski owych czasów, prosiła mnie, abym 
wziął udział w Genewie w obronie tezy studenta, Araba, o Awicennie. Przyjmuję z 
przyjemnością i mówię jej przez telefon, że przyjadę w habicie dla kolorytu 
odpowiadającego epoce. Na to pani Hersch mi mówi, że o tym mowy nie ma, bo 
genewskie prawa zabraniają pod karą więzienia noszenia habitu. Ot co, Polacy mogą 
się od jaśnie wielmożnego /achodu uczyć tolerancji religijnej, nieprawda? 
Miałem na filozofii pięciu profesorów. Na pierwszym miejscu postawiłbym bez 
wahania Szwajcara, o. Gallusa Mansera, który wykładał obok logiki i metafizyki 
historię filozofii średniowiecznej 
80 
Zakon 
(od Plotyna). O. Manser był moim zdaniem najwybitniejszym znawcą filozofii św. 
Tomasza, jakiego danym mi było poznać. Miał swoistą, rzadką na uniwersytetach 

background image

metodę - czytał tylko teksty autora, o którym miał wykładać. Przypominał mi innego 
wielkiego historyka filozofii, sir Davida Ross z Oxfordu, znanego arystotelika, o 
którym można było powiedzieć, że znał tylko Arystotelesa, ale o Arystotelesie 
wiedział wszystko. O. Manser nie znał literatury neo-tomistycznej, lecz o św. 
Tomaszu wiedział wszystko. O. Krąpiec wyrządził wielką krzywdę jego pamięci, 
twierdząc najzupełniej bezpodstawnie, że o. Manser opierał się na jezuicie 
Kleugtenie, którego ten pewnie nigdy nie wziął do ręki. Do dziś dnia nie ma, moim 
zdaniem, lepszego wprowadzenia w myśl św. Tomasza niż Manserowe Das Wesen 
des Thomismus. Naturalnie jeśli ktoś interesuje się raczej komentatorami, zwłaszcza 
francuskimi z XX wieku, temu Manser nie będzie się podobał. Mnie przypadł do 
serca, bo to była solidna praca naukowa, a nie hurraneotomizm, z jakim miałem 
dotąd przeważnie do czynienia. 
Po o. Manserze z mojej perspektywy, ale na pierwszym miejscu pod względem 
popularności, wypada mi wymienić o. de Munnyn-cka, Belga, profesora kosmologii i 
psychologii, co w jego rozumieniu obejmowało całość filozofii. Był to człowiek 
najzupełniej różny od o. Mansera. Podczas gdy tamten był pozbawionym wszelkiej 
błyskotliwości, pedantycznym, surowym w swojej dokładności badaczem i 
nauczycielem, o. de Munnynck był przede wszystkim świetnym wykładowcą. Był 
mały, starannie ubrany i szpetny jak noc, czemu zapewne zawdzięczał podziw pań, 
masowo uczęszczających na jego wykłady. Mówił arcywykwintnym i 
arcynowoczesnym językiem. Oto próbka: „soczysty owoc Krytyki, niestety stoczony 
przez robaka transcendentalnego idealizmu". Na nas młodych jego wykłady 
wywierały wrażenie okna otwartego na świeże powietrze. Ja sam popadłem z innymi 
w entuzjazm dla niego i u niego się doktoryzowałem. 
Trzecim moim nauczycielem był o. Rohner, Szwajcar wykładający historię filozofii 
nowożytnej i etykę. Wyglądał na odyńca, patrzył 
81 
Zakon 
na każdego spode łba i mówił tak, że nigdy nie można było powiedzieć, czy nie 
żartuje. Jak Manser był pozbawiony błyskotliwości, ale swoją materię znał. 
Zawdzięczam mu wiele, zwłaszcza jeśli chodzi o zrozumienie Kanta i idealizmu 
niemieckiego. 
Katedra historii filozofii starożytnej miała mniej szczęścia. Zajmował się nią 
najpierw o. Claverie (nasz przełożony u św. Jacka), solidny, dobrze poinformowany, 
ale rutyniczny. Następnie o. La-bourdette - prawdziwa katastrofa. Miał zwyczaj 
zapraszać mnie pół godziny przed wykładem, abym mu tłumaczył na francuski 
ustępy zOberwega. Proszę sobie wyobrazić! Mam podejrzenie, że i tekstów nigdy na 
serio nie czytał. Ta katedra nie miała w ogóle szczęścia. Później dostał ją o. M.D. 
Philippe, autentyczny prorok i świetny kaznozieja, ale mający z nauką tyle 
wspólnego, co ja z chińską porcelaną. Takie pomieszanie pobożności i naukowości 
grozi zresztą stale wszelkiemu nauczaniu w środowiskach duchownych i jeśli się nie 
uważa, powstają takie nieporozumienia, jak wymienieni czcigodni profesorowie, a 

background image

jeden taki wystarczy, aby rzucić w opinii publicznej cień na wszystkich profesorów 
uczelni, nawet uczonych miary Mansera. 
Wspomnę jeszcze o jednym tęgim naukowcu, docencie Penido. Brazylijczyk, ksiądz 
świecki, uzyskał we Fryburgu doktorat z filozofii świetną rozprawą o Bergsonie i z 
teologii przedłożywszy świetną pracę o metodzie analogicznej, najlepszą, jaką 
mieliśmy do nadejścia Koła Krakowskiego. Penido znał świetnie filozofię XX wieku, 
którą wykładał, i był sam nie tylko naprawdę akademickim wykładowcą, ale i 
samodzielnym myślicielem. Zawdzięczam mu niemało, zwłaszcza jeśli chodzi o 
zrozumienie Bergsona. Niestety wrócił do Brazylii i od tego czasu słuch o nim jako o 
pracowniku naukowym zaginął. To nie był wówczas kraj, w którym można było 
serio pracować w filozofii. Dziś Brazylia jest jedynym krajem 
południowoamerykańskim posiadającym własną, twórczą szkołę logiki formalnej. 
Wypada dodać, że profesorowie filozofii, jak ich dyscyplina, odgrywali we Fryburgu 
podrzędną rolę w porównaniu do teologów. Mogłem choć ubocznie skorzystać z 
nauczania niektórych spośród 
6 — Bocheński. Wspomnienia 
82 
Zakon 
nich. Przypominam, że według tradycyjnych pojęć katolickich każdy teolog był 
także, i toformaliter eminenter filozofem. 
Wymienię więc najpierw o. Santiago Ramireza, Hiszpana, profesora tzw. „wielkiej" 
teologii moralnej. Był tak sławny w uniwersytecie, że postanowiłem zapisać się na 
jego jednogodzinny wykład specjalny De passionibus animae, o uczuciach. Jakież 
było moje zdziwienie i, muszę przyznać, oburzenie, kiedy zamiast pierwszego 
wykładu dostałem błyskotliwą i złośliwą tyradę przeciw nowożytnym filozofom w 
ogóle, a przeciw Kartezjuszowi w szczególności. Ramirez miał zwyczaj wygłaszać 
takie tyrady, kiedy był niewyspany. Byłem oburzony, że jakiś teolog (miałem 
wówczas w stosunku do nich pewne poczucie wyższości) ośmiela się poniewierać 
wielkim Karte-zjuszem, nad którym pracowałem od sześciu miesięcy i którego, 
myślałem, znam dobrze. 
Otóż tydzień później Ramirez był wyspany i poświęcił cały wykład mojemu 
Kartezjuszowi. W ciągu całego życia nie słyszałem nigdy niczego podobnego. 
Wykładowca znał nie tylko samego Kar-tezjusza, ale posiadał także kolosalną wprost 
wiedzę o jego poprzednikach i współczesnych, o literaturze i otoczeniu. I ta ogromna 
wiedza, wynik długiej i ciężkiej pracy badawczej, była ujęta w potężną syntezę, 
sformułowana z wzorową jasnością, aby doprowadzić do niszczącej krytyki rzekomo 
wielkiego filozofa, który jak inni moder-mili niczego nie zrozumiał, żadnego 
zagadnienia jasno nie postawił, a tym mniej porządnie nie rozwiązał. Cała moja 
wiedza o Kartezju-szu wydała mi się w porównaniu z tym wykładem prochem i 
niczym, a proszę zważyć, że chodziło w nim o sprawę dla wykładowcy uboczną, 
całkiem drugorzędną. Ramirez pozostał w mojej pamięci jako wzór, niedościgły 
ideał wykładowcy uniwersyteckiego. Był dla mnie też czymś innym, bodaj jeszcze 

background image

ważniejszym: jedynym człowiekiem, który miał odwagę nazywać z katedry po 
imieniu marność domniemanych wielkości filozoficznych. 
Innym znakomitym teologiem, którego słuchałem, był o. Aleksander Horvat, Węgier, 
dogmatyk. Niezwykły człowiek i myśliciel - zasłużył sobie na określenie 
scharfsinnig w Uberwegu, pewnie 
83 
Zakon 
po części dlatego, że myślał w sposób dziwnie po kantowsku pokręcony. W 
Albertinum miał zwyczaj leżeć na drugim piętrze na kanapie czytając Leoninę (in 
folio), ale na wykład przychodził bez tekstu, wyrywał Summę pierwszemu 
studentowi z brzegu. Trzymał swoją r/ecz chodząc i wygadując na wszystko i 
wszystkich. Muszę przyznać, że poza jego rozprawą doktorską z filozofii pt. 
Metaphysik der Relationen niczego ani z jego pism, ani z jego seminariów nie 
zrozumiałem. A szkoda, bo był to podobno człowiek bliski geniuszu. 
Streszczając, można powiedzieć, że znalazłem we Fryburgu wielu dobrych 
nauczycieli, od których niemało się nauczyłem. Ale, i to jest ważne, wszystko, czego 
się nauczyłem we Fryburgu, dotyczyło historii filozofii, nie filozofii systematycznej. 
Słowo o polonii na Uniwersytecie Fryburskim w roku 1929. Było nas dziesięciu: ks. 
Józef Łapot, ks. Wiktor Stanek, br. Marian Lano-cha OP, p. Zdzisław Grabski, p. Jan 
Szeliski, p. Wojciech Dziedu-szycki, br. Marian Wójcik OFM, br. Albert Wojtczak 
OFM i ja sam, który byłem w tym roku prezesem Towarzystwa. 
84 
Rzym 
IV RZYM 
1931 -1940 
Angelicum 
W roku 1931 uzyskałem, summa cum laude, doktorat z filozofii, jej historii i 
pedagogiki, przedłożywszy idiotyczną rozprawę o Maurycym Straszewskim, 
napisaną pod (teoretycznym) kierownictwem o. de Munnyncka. O. de Munnynck 
chciał mianowicie dowiedzieć się czegoś o filozofii polskiej i kazał dlatego pisać 
Polakom rozprawy o tamtejszych profesorach. Mój Straszewski nie był na pewno 
myślicielem, od którego mógłbym był się czegokolwiek nauczyć, a takim powinien 
przecież być przedmiot każdej rozprawy doktorskiej. Dodam jeszcze, że 
prawdziwego kierownictwa od o. de Munnyncka ani od nikogo innego nie 
otrzymałem. 
W każdym razie od jesieni 1931 do maja 1940, przez ponad osiem lat, z przerwami 
na wakacje i wojny, miałem żyć i pracować w Rzymie. Byłem najpierw studentem 
teologii. Wyświęcony na księdza 
85 
Rzym 
26 czerwca 1932 roku, uzyskałem doktorat teologii summa cum laude 21 marca 1934 
r. Mianowany wykładowcą logiki w Angelicum, wykładałem ten przedmiot do maja 
1940, kiedy opuściłem Rzym, aby dołączyć do wojska we Francji. Tymczasem 14 

background image

marca 1938 r. habilitowałem się z filozofii chrześcijańskiej na Uniwersytecie 
Jagiellońskim. 
Zakon posiadał w Rzymie co najmniej siedem klasztorów męskich (liczba 
klasztorów żeńskich należy podobno do rzeczy, których nawet sam papież nie zna). 
Z nich dwa największe, S. Sabina i Angelicum, są pod bezpośrednią jurysdykcją o. 
generała Zakonu, inne należą do poszczególnych prowincji, np. S. Maria sopra 
Minerva do rzymskiej, S. Clemente do irlandzkiej itd. Kościoły tych klasztorów 
zawierały z reguły wielkie skarby archeologiczne. Tak w kościele S. Clemente był 
grób tego papieża i inne zabytki sięgające II wieku; S. Maria sopra Minerva, jedyny 
wielki kościół gotycki Rzymu, miał grób św. Katarzyny Sienneńskiej itd. Angelicum, 
w którym miałem żyć w ciągu lat, mieściło się najpierw przy ulicy S. Yitale, później 
w klasztorze SS. Domenico e Sisto (XVI w.). 
Mało pamiętam z pierwszego, nowoczesnego budynku, wiem tylko, że w nim ja, 
Polak, po raz pierwszy w życiu odmroziłem sobie palce - budynek był, w rzeczy 
samej, nie ogrzewany. Woda zamarzała czasem w dzbanku. Pamiętam za to 
doskonale SS. Domenico e Sisto, najwspanialszy, ale zarazem najdziwniejszy znany 
mi klasztor dominikański. 
Stał na wzgórzu. Miał naprawdę jedyny w swoim rodzaju widok na Koloseum i 
Forum Romanum. Był pierwotnie klasztorem sióstr, ale nie byle jakich, mianowicie 
sióstr z rodu bogatego, mało, arystokratycznego. Był też, jak rodziny owych sióstr, 
pod każdym niemal względem monumentalny. Monumentalne schody, 
monumentalne korytarze zajmujące (przynajmniej na pierwszym głównym piętrze) 
znacznie więcej miejsca niż pokoje, posąg nadludzkiej wielkości na l piętrze, wielkie 
pomieszczenia, które tylko przez nadużycie słowa można było nazwać celami. Był 
skrajnym przeciwieństwem nieprawdopodobnie ciasnego i ubogiego klasztoru w 
Ołomuńcu, który danym mi było kiedyś odwiedzić, ale wypada wspomnieć, że ten 
ostat- 
86 
Rzym 
ni zbudowali oo. franciszkanie. Sprawą zakonnego ubóstwa będę miał może 
sposobność zająć się później. Tutaj chcę tylko powiedzieć, że SS. Domenico e Sisto 
uważałem i uważam dotąd za skandal, w dodatku bardzo niewygodny do życia. 
Miałem celę na 1. piętrze, obok celi o. Garrigou, który z kolei sąsiadował z o.Yoste, 
zaszczycony więc byłem sąsiedztwem teologa, z daleka najbardziej wpływowego 
wówczas w Kościele, i biblisty dużo skromniejszej, ale przecież znacznej miary. 
Obaj oni mieli być cenzorami mojej rozprawy doktorskiej z teologii. 
Garrigou-Lagrange (nie mieszać z innym słynnym dominikaninem, czołowym 
biblistą katolickim XX wieku, o. Lagrange) był dużego wzrostu i średniej tuszy. 
Mówił nieprawdopodobnie gallikań-ską łaciną - nie zapomnę nigdy jego „es" (ens). 
Nie interesował się niczym, ale to naprawdę niczym poza sprawami wiary i teologii. 
Był człowiekiem cierpliwym, łagodnym i dobrodusznym, z jednym wyjątkiem: gdy 
chodziło o poglądy, stawał się po prostu drapieżny. Gotów był np. walczyć jak lew w 
obronie pierwszeństwa zasady nie-sprzeczności przed zasadą tożsamości, premocji 

background image

fizycznej, jakby to były prawdy wiary. A gdy chodziło o walkę poglądów, stawał się 
bezlitosny. On to spowodował wysłanie, praktycznie na śmierć, na Filipiny chorego 
na serce fryburskiego profesora, Marina Solą, który ośmielił się nie zgadzać z nim w 
jakiejś teologicznej sprawie. Był typem, wcieleniem dawnego inkwizytora. 
Co nie przeszkadza, że Garrigou był jednym z najciekawszych, może nawet 
najwybitniejszych myślicieli, jakich danym mi było spotkać, a widziałem ich 
niemało w ciągu mojego długiego życia. Aby zacząć od najważniejszego, był, jak 
każdy autentyczny myśliciel, unikatem. Uważał się za tomistę i uchodził za takiego, 
ale św. Tomasz w grobie by się przewrócił, gdyby wiedział, że mu się przypisuje 
Garrigouowską postawę. Oto przykład: sam słyszałem, jak uczył, że jeśli się chce 
poznać myśl św. Tomasza w jakiejś sprawie, trzeba najpierw mieć ideę i potem 
szukać tekstów na jej potwierdzenie w tabula aurea indeksie jego dzieł, a więc wręcz 
odwrotnie, niż zalecają zgodnie zdrowy rozsądek, dobra metoda naukowa i św. To- 
87 
Rzym 
masz. Bo też Garrigou nigdy żadnego innego myśliciela nie zrozumiał - w każdym 
razie widział tylko swoje własne myśli. 
Nietrudno jest odpowiedzieć na pytanie, do kogo był podobny. Jeśli chodzi o 
zasadniczą postawę i o metodę, o. Garrigou był zabłąkanym między tomistów niemal 
stuprocentowym heglistą. Pogarda dla faktów, dogmatyczne, aprioryczne podejście, 
kult światłocienia i zwłaszcza zamiłowanie w tworzeniu wielkich 
wszechogarniających syntez, świadczą moim zdaniem wymownie o tym. Uważam 
sobie /a wielką rzecz, że mogłem słuchać takiego heglisty, nic bardziej niż to nie 
umocniło we mnie przekonania, że pierwszą rzeczą, której czynić nie należy, to być 
heglistą. O tym jednak potem. 
Heglizm i pseudotomizm o. Garrigou nie przeszkodziły mu zresztą wywrzeć dość 
poważnego wpływu na filozofię jego czasów. Wymienię tylko dwa jego dzieła. Dieu, 
bodaj jedyna rzecz wychodząca spod pióra duchownego katolickiego, którą w 
świecie filozoficznym czytano, i jego praca o mistyce. Jak wiadomo, Aldous Huxley 
wybrał ją sobie za przewodnika w tej dziedzinie. 
Garrigou był niewątpliwie z daleka najznakomitszym myślicielem Angelicum owych 
czasów. To nie znaczy, by nie było obok niego innych dobrych, niekiedy nawet 
bardzo dobrych teologów i filozofów. Zwłaszcza między tymi ostatnimi liczba 
autentycznych naukowców była znaczna. Wymienię tu na pierwszym miejscu innego 
heglistę, ale całkiem odmiennego rodzaju, o. Kuipera, Holendra, którego uważam za 
jednego z najlepszych znawców niemieckiego filozofa, jakich spotkałem. On to 
otrzymał pierwszą nagrodę na stuleciu Hegla; muszę też powiedzieć, że pisał jak sam 
Hegel, choć w pysk daj. Poza tym, Kuiper był bardzo dbały o swoją osobę i śpiewał 
jak anioł. Słuchanie jego Oratio Jeremiae prophetae w chórze było dla mnie zawsze 
wielkim przeżyciem. 
Trzecim filozofem, którego muszę wymienić, był Hiszpan, pro-iesor psychologii, o. 
Barbado. Jego Wstęp do psychologii doświadczalnej jest dla mnie najlepszym 
wprowadzeniem w tę dyscyplinę, mnie samemu otwarł nowe horyzonty, m.in. 

background image

pokazał mi Freuda całkiem innego niż ten, o którym była stale mowa w duchownej i 
nie 
Rzym 
89 
tylko w duchownej literaturze. Był tak ceniony, że dano mu zlecone wykłady na 
państwowym uniwersytecie rzymskim, co było rzeczą niesłychaną we Włoszech, 
gdzie zakonnik był z reguły uważany za ignoranta. 
Mówiąc o o. Barbado nie mogę powstrzymać się od opowiedzenia historii o 
doktoracie Barbadowego ucznia o. Martineza. Ten młody Hiszpan podjął się 
odpowiedzi na teologiczne pytanie, jaką teologiczną wagę posiada twierdzenie 
pospolicie wierzone przez katolików, że dusza ludzka jest niematerialna. Jego 
odpowiedź brzmiała, że (1) to zdanie nie jest dogmatem wiary, (2) nie może być za 
taki ogłoszone, (3) jeśli jakieś zdanie może zostać dogmatem w tej dziedzinie, to 
jego negacja - mianowicie, że dusza ludzka jest materialna. Argumentował, i moim 
zdaniem całkiem przekonywująco, z faktu, że ojcowie Kościoła wypowiadają się 
moralnie jednogłośnie za tym ostatnim poglądem. Przy obronie tezy w obecności 
kardynałów etc. o. Garrigou, sam mocno wierzący w ową niematerialność, cytuje 
tekst soboru trydenckiego, w którym jest mowa, że Bóg stworzył zarówno cielesną, 
jak i niecielesną przyrodę. Na co młody człowiek kłania się uprzejmie i powiada: 
„Ojcze przewielebny, to zdanie odpisano: (nie pomnę już z którego) soboru. A oto, 
co Melchior Cano (autorytet w metodologii teologicznej) o nim mówi: »są podobno 
jakieś osły, które wyobrażają sobie, że udogmatyzowano w tym tekście istnienie 
przedmiotów niematerialnych w świecie, podczas gdy Ojcowie chcieli po prostu 
powiedzieć, że Bóg wszystko stworzył«". 
Takich poważnych naukowców było więc, jak powiedziałem, sporo. Ale mieliśmy 
także zastęp nieuków, jakby żywcem wyciągniętych z jakiegoś barokowego getta. W 
pamięci został mi pewien ponury Hiszpan, wykładający traktat św. Tomasza o 
aniołach w ten sposób, że poświęcał dokładnie tyle czasu najbardziej interesującym, 
nawet genialnym częściom Summy, co pytaniom w rodzaju „Czy diabli siedzą w 
ciemnym powietrzu?" Co do owego traktatu, sądzę, opierając się na wynikach 
wspomnianego o. Martineza, że nie posiada on żadnej podstawy. Filozofia żadnych 
aniołów oczywiście - salva reverentia bł. p. Samuela Alexander - nie zna, a w wierze 
nie ma żadnej 
Rzym 
podstawy dla twierdzenia, że są oni czystymi duchami. Mimo to ów traktat jest 
nadzwyczaj interesujący jako spekulacja na temat, jak działałby duch pozbawiony 
ciała. 
Te wspomnienia rzucają może pewne światło na straszliwe pomieszanie różnych 
postaw, metod, sposobów myślenia, jakie znalazłem wtedy w filozofii i zwłaszcza w 
teologii praktykowanej w Ange-licum, jak zresztą w wielu innych ważniejszych 
ośrodkach myśli katolickiej. Nabrałem przekonania, że to wszystko wymaga 
radykalnej reformy. 
Teologia 

background image

W latach 1931-34 byłem studentem teologii i moim głównym /adaniem było 
uzyskanie doktoratu, to jest przede wszystkim napisanie rozprawy doktorskiej. 
Z tymi duchownymi doktoratami bywało w Rzymie rozmaicie. Przypominam sobie, 
że student Gregorianum (najważniejszej uczelni papieskiej w Rzymie, kierowanej 
przez oo. jezuitów) dziwił się, kiedy mu mówiłem, że u nas trzeba dobre dwa lata 
spędzić na pisaniu rozprawy doktorskiej. Jak to?, pytał, nas zamykają w sali i nie 
pozwalają z niej wyjść, aż rozprawa gotowa. To, co oni nazywali rozprawą 
doktorską, było w rzeczy samej rodzajem pracy klauzurowej i naturalnie niewiele 
warte w świetle normalnych kryteriów uniwersyteckich. U nas było o tyle lepiej, że 
kandydaci pisali swoje rozprawy w domu. Ale jakie rozprawy! Tuziny nosiły ten sam 
tytuł De essen-tia et existentia i były słabymi kopiami wykładów danego profesora. Z 
nauką nie miały wiele wspólnego. W ogóle stosunek do nauki był na owych 
papieskich uczelniach ambiwalentny. Oto przykład. Wspomniany uniwersytet 
gregoriański posiadał zdolnego logika w osobie D. Hoenena, Holendra, zwolennika 
intuicjonizmu matematycznego. Ale ten poważny uczony prowadził seminarium dla 
wybranych je-/uitów i nie wykładał broń Boże dla kleryków, masowo studiujących 
na tym uniwersytecie. Ich pouczał inny jezuita, ale moralista, prosto po doktoracie, 
bez zielonego wyobrażenia o logice. A wykładał tak, 
90 
Rzym 
że zadawał studentom strony do wkucia na pamięć z najgorszego podręcznika, jaki 
znam, z dzieła innego jezuity, o. Boyera, nie mającego żadnego pojęcia o logice tak 
dalece, że nie potrafił odróżnić czwartej figury sylogizmu od pierwszej. To były 
wprost kpiny z nauki. Ale na tym samym uniwersytecie wykładał także o. Hoenen. 
Jeśli o mnie chodzi, chciałem oczywiście napisać coś, co mogłoby mieć pretensje do 
naukowości, a posłużyć do rozwiązania zagadnienia teologicznego, które mnie wtedy 
interesowało. Tomizm, do którego się z zapałem przyznawałem, był wtedy, jak 
zresztą zawsze, pod obstrzałem najróżniejszych mniej lub więcej romantycznych 
pisarzy. Wyobrażenie, że był kiedykolwiek mimo energicznego zalecenia przez 
władze kościelne naprawdę panującą nauką w Kościele, jest najzupełniejszym 
nieporozumieniem. 
Postanowiłem więc zbadać, czy istnieje logiczny związek między wiarą katolicką a 
tomizmem. Można to było sprawdzić na dwóch dogmatach: eucharystii, gdzie 
Kościół używał od wieków to-mistycznej teorii substancji, i poznania istnienia Boga, 
do którego chrześcijanin miał dochodzić, tak się przynajmniej zdawało, drogą 
przyczynowości, a więc znowu zakładając tezę tomistyczną.xxx 
Wybrałem to drugie zagadnienie dlatego, że przyczynowością interesowałem się już 
od pewnego czasu i że miałem dość znaczne trudności w zrozumieniu 
arystotelesowskiej nauki o substancji. Jeśli chodzi o przyczynowość, napisałem dla 
konkursu Akademii rzymskiej św. Tomasza rozprawę o tym pojęciu w rozumieniu 
uczniów szkoły średniej, przeprowadziwszy ankietę w dwóch klasach gimnazjalnych 
w Polsce. Nie dostałem pierwszej nagrody - pobił mnie mój dobry przyjaciel i kolega 
o. Cornelio Fabro, autor pracy czysto analitycznej w tradycyjnym stylu. 

background image

Tytuł mojej rozprawy brzmiał De cognitione existentiae Dei per viftm causalitaUs 
relate ad /idem catholicam, „Poznanie istnienia Boga drogą przyczynowości a wiara 
katolicka". Postanowiłem pisać ją pod kierownictwem o. Garrigou, ale to pobożne 
życzenie spaliło na panewce, jako że czcigodny teolog nie przejawiał żadnego 
zainteresowania dla zagadnień męczących studenta. Na szczęście znalazłem 
91 
Rzym 
/nakomitego zastępcę mojego oficjalnego kierownika w o.Yoste, bi-bliście. Jeśli 
mogłem tę rzecz w ogóle napisać, zawdzięczam to w pierwszym rzędzie jemu. 
O.Yoste był dziwnym połączeniem ogromnej wiedzy, równie wielkiej dobroci i 
życzliwości dla ludzi, z naprawdę niebotyczną próżnością. On to nauczył mnie m.in. 
czytać ojców kościoła. Jest tego ponad 400 tomów w wielkim in-quatro i kto nie wie, 
jak się do takiej masy pism zabrać, tonie w niej beznadziejnie. 
Nie tu miejsce oczywiście, by opowiadać o perypetiach moich dociekań, o 
odkryciach, zawodach, falsyfikacjach hipotez zdawałoby się już uzasadnionych. 
Wiele lat później, kiedy miałem sposobność widzieć powstanie teorii fizykalnej 
mojego przyjaciela Jurka Ku-czyńskiego, przypomniały mi się te czasy. Bo metoda 
pracy i jej koleje były w gruncie rzeczy, mimo odmienności przedmiotu, te same. Tej 
metody nauczyłem się pracując pod kierownictwem o.Yoste. Jest to najważniejsza 
rzecz, jaką mi dały moje studia rzymskie. Gdyby profesorowie, zamiast powtarzać z 
katedry rzeczy dawno przez innych albo przez nich samych drukowane, zajęli się 
przede wszystkim szkoleniem studentów na naukowców, świat, a przynajmniej świat 
humanistów, filozofów, teologów i tym podobnych, miałby mniej gadaczy, a więcej 
ludzi rzetelnej pracy. 
Obok tej najważniejszej dla mnie nauki miałem także wyniki konkretne. Mogłem 
wykazać, po pierwsze, że ojcowie Kościoła moralnie jednogłośnie interpretują 
twierdzenie św. Pawła o możliwości poznania Boga jako odnoszące się do poznania 
drogą przyczynowości. Ta możliwość jest więc prawdą objawioną; po drugie, że ta 
prawda wiary nie jest oficjalnie ogłoszonym dogmatem; po trzecie, że jest „bliska 
definicji", tj. że mogłaby być w każdej chwili ogłoszona za dogmat. Warto 
podkreślić, że moje twierdzenia dotyczyły poznania, a nie dowodu. 
Cel, jaki sobie stawiałem, został osiągnięty. Wykazałem, że katolik powinien 
wierzyć, że można istnienie Boskie poznać drogą przyczynowości, że więc zasada 
przyczynowości musi być przez niego, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, uznana za 
prawo bytu, nie tył- 
92 
Rzym 
ko myśli. A z tego wynikało dalej, że jakieś powiązanie wiary katolickiej z ogólną 
postawą tomistyczną jest faktem. 
Wspomnienie z obrony rozprawy. Było bardzo gorąco, czułem się źle, więc 
poszedłem do lekarza prosząc go o odpowiedni zastrzyk. Ten podziałał w rzeczy 
samej doskonale. O. Garrigou szedł na obronę pilnie przeglądając (po raz pierwszy) 
moją grubą tezę i postawił mi tylko jeden zarzut - że używam jego myśli, nie cytując 

background image

go, co było zresztą nieprawdą. Odpowiedziałem z ukłonem, że młodzi ludzie, którzy 
mają przywilej pracować pod kierownictwem wielkich mistrzów, nieraz tak 
utożsamiają się z nimi, że nie potrafią odróżnić własnych poglądów od myśli 
nauczyciela. Zadowolony, dał mi summa cum laude. 
Tak wyglądała moja jedyna wycieczka w arcytrudną dziedzinę teologii. Nauczyłem 
się w niej porządnej metody. Z przedmiotowego punktu widzenia pracowałem w 
gmachu teologii na stosunkowo niskim poziomie, ale myślę, że wniosłem na tym 
poziomie coś nowego i trwałego. Nie żałuję więc wcale lat spędzonych na tych 
dociekaniach. Kiedy zająłem się później logiką wiary i teologii, nie byłem tak 
zupełnym ignorantem dziedziny jak tylu metodologów fizyki, których noga nigdy w 
laboratorium fizyki nie postała. Jeśli mówię czasami żartując, że jestem mistrzem św. 
teologii (magister, najwyższy tytuł naukowy w zakonie) titulo paupertatis, tytułem 
ubóstwa, to nie jest całkiem prawdą. 
Logika 
Ale rozprawa teologiczna stanowiła, jak powiedziałem, tylko wycieczkę w dziedzinę, 
której pielęgnowanie nie było moim zadaniem. Bogu za to dziękuję, bo jeśli stan 
filozofii wydawał mi się podobny do bagna, to stan teologii wypadałoby chyba 
porównać do arcybagniska. Nie lada Herkulesa byłoby potrzeba, żeby z nią zrobić 
porządek. Polem, na którym miałem pracować, miała być z wól i przełożonych 
filozofia, dokładniej mówiąc logika. Bezpośrednio po doktoracie zostałem 
mianowany wykładowcą logiki w Angelicum. 
Rzym 
93 
Położenie, w jakim zastałem tę dyscyplinę w Angelicum, a bardzo podobne było na 
niemal wszystkich uniwersytetach świata, było następujące. Wzorcem była logika 
Port-Royal, a więc Arystotelesowa sylogistyka kategoryczna w wykładzie 
psychologistycznym. Do tego dochodziło parę rad metodologicznych, zaczerpniętych 
przeważnie z Kartezjusza. W szkołach neotomistycznych okraszano to pewną dozą 
terminologii scholastycznej. Ale całe bardzo ważne traktaty logiki scholastycznej 
były tej logice bądź nieznane, jak zagadnienia antynomii, bądź potraktowane po 
macoszemu, z ignoracją tradycji, jak semantyka i logika modalności, aby tylko te 
wymienić. Oto przykład tej ignoracji: stosunkowo najlepszy „podręcznik filozofii 
arystotelesowsko-tomistycznej", jak się sam nazywa, a mianowicie dzieło o. J. 
Gredta, zawiera rozdział o sylogizmach modalnych, w którym każde niemal zdanie 
jest sprzeczne ze stanowiskiem Arystotelesa (wiernie i z pełnym zrozumieniem 
przyjętym przez św. Tomasza). O historii logiki lepiej nie mówić - nie istnieje, 
wszyscy przyjmują jako dogmat twierdzenie Kanta, że logika nigdy żadnego 
rozwoju, żadnej historii nie miała. Tak zresztą nie tylko w szkołach katolickich. 
Ignorancja logiki była praktycznie powszechna. 
Nie można się dziwić, że na żadnym niemal wydziale filozoficznym świata nie 
można było się dowiedzieć o istnieniu logiki matematycznej, o kolosalnym rozwoju, 
jaki logika w tej nowej postaci ostatnio doznała. Logika nie ma przecież historii... W 
szkołach tomi-stycznych dochodził do tego jeszcze zabobonny strach przed 

background image

matematyką jako czymś złowrogim i nie mającym nic wspólnego ze sprawami 
duchowymi. 
Jak ja sam doszedłem do zrozumienia tych braków, powiem kiedy indziej, gdy 
będzie mowa o moim własnym rozwoju. Tutaj omawiam tylko moje położenie jako 
młodego profesora logiki w Angelicum. Miałem całkiem oczywiście trzy zadania: 
uczyć autentycznej logiki Arystotelesa i św. Tomasza, pokazać, że logika ma historię 
i to wielką historię, także w średniowieczu, zafałszowanym i oplutym do tego 
stopnia, że i najżarliwsi neotomiści nie mieli odwagi 
94 
Rzym 
przyznać się do jego logiki, wreszcie nauczyć rudymentów logiki matematycznej, 
jedynej dziś naukowej postaci logiki formalnej. 
Okazało się rychło, że zadanie przekracza dalece moje siły. Nie tylko z punktu 
widzenia czysto naukowego jego rozmiar był ogromny, ale znalazłem się także 
prawie sam w obliczu zwartego frontu wszystkich empirystów starej daty, kantystów, 
pragmatystów i naturalnie neotomistów. A ci ostatni mogli być dla mnie 
egzystencjalnie groźni. Wspomniałem powyżej, jak to o. Garrigou wysłał 
praktycznie na śmierć o. Marina Solą z powodu różnicy zdań w teologii. W Rzymie 
bardzo łatwo zostać heretykiem. Zorientowałem się szybko, że jeśli będę się upierał 
przy spełnianiu mojego zadania, skończę niebawem jako misjonarz w Patagonii albo 
w innym równie pięknym i intelektualnie pociągającym kraju. 
Otóż ja nie miałem nic przeciw powołaniu misjonarza. Pisałem powyżej, że sam 
pragnąłem zostać misjonarzem, co prawda nie w Patagonii. Ale wydawało mi się, że 
obecnie ponosiłem odpowiedzialność za to, co wiedziałem, i że nie miałem prawa 
marnować tej wiedzy przez nieostrożność. Rozwiązanie mojego problemu podsunął 
mi jeden z moich najlepszych profesorów, naprawdę akademicki człowiek, o. 
Simonin. Powiedział mi: „Pisz historię. Będziesz mógł wtedy powiedzieć słowami 
innych to, co sam myślisz, i nikt ci nic nie zrobi". Poszedłem za jego radą. Dlatego 
główne dzieło mojego życia należy do historii logiki. 
Myślę dzisiaj, że to jest szkoda. Wydaje mi się, że byłem zdolny do twórczej pracy w 
dziedzinie logiki formalnej. Brak wolności panujący wtedy w Kościele - i nie tylko w 
Kościele - uniemożliwił mi wykorzystanie tych możliwości. To jest zapewne powód, 
dlaczego z taką energią zwalczałem zawsze ucisk myśli naukowej przez polityków. 
Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jedną okoliczność, która wydaje się mało 
znana. Ów ucisk myśli naukowej wykorzystywany jest wprawdzie w imię 
osobistości rządzących w danym systemie -uniwersytecie, państwie, Kościele, 
przedsiębiorstwie itd. - ale de facto jest dziełem kolegów, owych krabów, 01 
TtoAAoi, których świat i nawet uniwersytety są pełne. 
95 
Rzym 
Wykładanie logiki sprawiło mi niemałą przyjemność. Miło mi jest wspomnieć 
niektórych świetnych uczniów, jakich miałem, przede wszystkim o. Stakeluma, 
autora pionierskiej rozprawy z dziedziny logiki postoickiej. Między słuchaczami 

background image

miałem przez pewien czas jednego z najświetniejszych logików mojej epoki, J. von 
Wrighta, który miał stworzyć logikę deontyczną. 
Romana 
W Rzymie zajmowałem się nie tylko surowymi i oderwanymi zagadnieniami logiki. 
Przede wszystkim, starając się nie stracić kontaktu z tzw. życiem, oddawałem się, po 
dyletancku i marginesowo, ale przecież, archeologii i historii sztuki rzymskiej. 
Powiadają zresztą, że w Rzymie (duchownym) można serio studiować (obok prawa 
kanonicznego) tylko archeologię. Moje studium polegało na tym, że raz na tydzień, 
zwykle w czwartek, odbywałem parugodzinną, dobrze przygotowaną przechadzkę 
archeologiczną po mieście. 
Z tych przechadzek i związanych z nimi czytań wyciągnąłem dwa wnioski. Pierwszy 
dotyczy nieprawdopodobnego wprost bogactwa Rzymu w zabytki. Mimo że byłem 
wierny mojej zasadzie cotygodniowej przechadzki, nie zdążyłem w ciągu ośmiu lat 
odwiedzić wszystkich widzenia godnych zabytków. To bogactwo znamionuje zresztą 
także inne miasta włoskie. Często najmniejsze nawet miasteczko posiada tyle i takich 
zabytków, że cały skarbiec narodowy, powiedzmy, Polski albo Szwajcarii nie może 
się z nimi równać. Śmieszą mnie więc rodacy pyszniący się wobec cudzoziemców 
owymi arcyskromnymi pomnikami, jakie nam nasza krwawa historia łaskawie 
pozostawiła. Nie ma czym się pysznić. Jesteśmy pod tym względem zapadłą 
europejską prowincją. 
Wracając do Rzymu, i to jest mój drugi wniosek, jego zabytki dają bardzo 
jednostronny obraz historii. I tak, wyjąwszy Koloseum i Termy Caracalli, nie ma ani 
jednego większego pomnika architektury starorzymskiej - aby takową zobaczyć 
trzeba jechać na Sycylię. Koloseum i Termy stoją, bo były za wielkie, aby 
średniowieczni bar- 
96 
Rzym 
barzyńcy mogli je zniszczyć. Wszystko inne padło ofiarą projektów budowniczych. 
Jak wiadomo, fabrykowali wapno z bezcennych posągów marmurowych. 
Podobnemu losowi uległo także średniowiecze. W Rzymie stoi tylko jeden duży 
kościół gotycki, S. Maria sopra Minerva, a i ten jest gruntownie zeszpecony przez 
barokowe przybudówki i „upiększenia". Z dawnych czasów został więc tylko barok, 
wszechobecny, często wspaniały, ale nam przecież tak obcy. No i jest także Rzym 
nowoczesny, Mussoliniego i tych, co przyszli po nim. 
Rzym jest wskutek tego dla mnie nadzwyczaj smutnym miastem. Nie znam innego, 
gdzie przejawia się w sposób tak jaskrawy, tak powiedziałbym namacalny, dziwna 
skłonność człowieka do niszczenia swoich własnych dzieł. 
Byłem sam wmieszany w nowoczesne dzieje jednego z niezliczonych kościołów 
rzymskich, a mianowicie kościoła św. Stanisława przy ulicy delie Botteghe Oscure - 
obskurnych straganów. Ta świątynia została oddana przez papieża w XVI wieku, 
jeśli się nie mylę, nationi Polonae „nacji polskiej" i funkcjonowała w ciągu wieków 
jako kościół narodowy Polaków. Kościół posiadał dwie dobre i rentowne kamienice. 
Aliści, kiedy Polska, jak to się mówiło, wybuchła w 1918 roku, rząd polski położył 

background image

rękę na świątyni i na jej rentownych kamienicach. Rektor kościoła, mój dawny 
regens seminarium poznańskiego, ks. prałat Janasik, prosił mnie o współpracę w 
charakterze tzw. prowizora. Wszczęliśmy walkę prawną z rządem. Chodziło głównie 
o to, co znaczy „natio" w akcie donacyjnym. Nasi przeciwnicy twierdzili, że oznacza 
państwo, a my, że chodzi o kolonię polską w Rzymie. Sprawa kosztowała mnie 
niemało studiów archiwalnych, ale mogliśmy w końcu przedłożyć dowód, że tylko 
nasza interpretacja jest słuszna. Sąd najwyższy przyznał nam rację. 
Nie zapomnę końcowego posiedzenia w tej sprawie. Siedzimy, po jednej stronie ks. 
Janasik i ja, po drugiej urzędnicy z Warszawy. Jeden z nich rozpoczyna 
następującym oświadczeniem: „Proszę księży, jest taka zasada, że gdzie państwo raz 
wejdzie, stamtąd nigdy nie wychodzi". A bodaj go! Na szczęście tym razem państwo 
wyszło, bo gdybyśmy ten proces przegrali, kościół polski w Rzymie stałby się 
97 
Rzym 
bazą bolszewickich operacji. Śp. ks. prałat Janasik ma wielką pod tym względem 
zasługę. 
A oto inne wspomnienie o ks. Janasiku. Jakaś banda świeckich adwokatów, a takich 
band w ówczesnym Rzymie nie brakło, sfabrykowała nie istniejący order papieski, 
nadała go gratis e franco jakiemuś dostojnikowi, a po tym kazała innym drogo za to 
odznaczenie płacić. Rzecz trafiła do św. Roty, najwyższego trybunału papieskiego, 
którego audytorem, to jest sędzią, był ks. Janasik. Nie zapomnę, jak z głęboką troską 
mi mówił: „Nie mogę nic zrobić, bo mają kardynała, a kardynał, jegomość, świnia". 
Jakoż Rota nie miała jurysdykcji nad kardynałami. Rzym, gdzie jest tak wiele 
pięknych rzeczy, jest także kloaką Kościoła, do której ścieka niemało kanalii z 
całego świata. 
Muszę jednak powiedzieć, że ja sam miałem mało doświadczenia z tą kloaką i że 
moje wspomnienia są czasem zabawne, często dziwne, ale w wielu wypadkach nie 
tylko pozytywne, lecz nawet wzniosłe. Jednym takim wielkim przeżyciem była 
kanonizacja Alberta Wielkiego - w szczególności kazanie kard. Pacelliego, 
późniejszego papieża Piusa XII. 
Kiedy kanonizacja jest połączona z uznaniem za doktora kościoła, ceremonia polega 
na triduum wieczornym z wystawieniem Najświętszego Sakramentu i kazaniem. W 
pierwszy dzień kazał biskup dominikanin, nieźle. W drugim mówił jakiś biskup 
franciszkanin, wspaniale. Pamiętam, że chcąc wymienić liczne miasta włoskie 
odwiedzone przez świętego, znalazł dla każdego z nich inny orzecznik „Rzym go 
przyjmował, witała Wenecja, Mediolan otwierał przed nim bramy". Mówił tak 
wspaniale, że zadawałem sobie pytanie, jak będzie wyglądał po nim biedny kardynał. 
Otóż stało się całkiem inaczej. Kazanie kardynała było najlepszym, najgłębszym ze 
wszystkich, jakie kiedykolwiek danym mi było słyszeć. Pacelli mówił niemal pięć 
kwadransów i mówił prawie bez ruchu, rzecz niebywała we Włoszech, gdzie 
kaznodzieje mają zwyczaj nie tylko enegicznie machać rękami, ale i biegać po 
specjalnie w tym celu urządzonej kazalnicy. Mówił nie o św. Albercie, ale o tym, jak 
Duch Święty prowa- 

background image

7 — Bocheński: Wspomnienia 
98 
Rzym 

dzi Kościół działając przez Doktorów. Każde słowo było nie tylko przemyślane, ale i 
oczywiście przemodlone. Powtarzam, że to było najlepsze kazanie, jakie słyszałem. 
Bo też późniejszy Pius XII był mistykiem. Jego kierownikiem duchownym był o. 
Garrigou-Lagrange, do którego kardynał przychodził co tydzień wieczorem. Wtedy 
było widomym, że nie należy zamykać bramy Angelicum jak zwykle o dziewiątej, 
bo zdarzało się, że kardynał Pacelli trwał długie godziny na rozmowach o Bogu, bo 
o. Garrigou-Lagrange o niczym innym rozmawiać nie umiał. Jedną z 
najobrzydliwszych rzeczy, jakie znam, jest naj zupełni ej sze sfałszowanie jego 
obrazu w opinii publicznej przez środki masowego przekazu i literatów, którzy z 
tego Bożego człowieka zrobili chytrego polityka bez sumienia. 
Inna grupa bardziej przyziemnych wspomnień dotyczy dyplomatów przy Watykanie. 
Ambasadorem polskim był mój daleki krewny Władysław Skrzyński. Pytam go raz: 
„Powiedz mi, co się u was w dyplomacji dzieje, naturalnie jeśli to nie sekrety". 
„Jakie sekrety?, pyta, Ty sobie wyobrażasz, że my mamy sekrety mon pauvre ami!" I 
zaczyna mówić, opowiadać, dowcipnie, interesująco, świetnie. Dziękuję mu za tyle 
wiadomości i wychodzę. Na schodach zadaję sobie pytanie, co on mi właściwie 
powiedział, i odkrywam, że nic, absolutnie nic. A mówił tak pięknie! 
Jeszcze jedno przeżycie podobnego rodzaju. Jestem w jakiejś sprawie ze śp. ks. 
Walerianem Meysztowiczem radcą ambasady u prałata Montiniego, przyszłego 
Papieża Pawła VI. Kończymy sprawę i ja pytam monsignora, co słychać z tym 
konkordatem austriackim -toczyły się wówczas rokowania o jego podpisanie. Widzę 
jeszcze mons. Montiniego, jak zarzuca sobie jedwabną fariolę i ściskając mi rękę 
powiada: „Te rokowania, car o padre, si farmo e si disfanno się robią i się odrabiają, i 
tak w koło. Do widzenia, drogi Ojcze". Ale po południu znalazłem w gazecie tekst 
podpisanego konkordatu -mons. Montini szedł na podpisanie; ale nawet w takiej 
chwili pary nie puścił. 
99 
Rzym 
Następujące wspomnienie nie ma za przedmiot dyplomatów, ale przecież świat 
„kurialny" rzymski, to, co się potocznie nazywa „Watykanem". Byłem w Angelicum 
bardzo biedny. To jest, zakon dawał mi wikt i opierunek, ale kieszonkowe było tak 
marne, że nieraz nie stać mnie było na autobus do biblioteki watykańskiej, gdzie 
pracowałem, i musiałem iść piechotą około trzy kwadranse w jedną stronę w 
rzymskim upale. Szukałem więc możliwości jakiegoś zarobku. Otóż wbrew 
rozpowszechnionym poglądom Stolica Apostolska była wtedy albo dziwnie biedna, 
albo dziwnie skąpa, gdy chodziło o wynagrodzenie zakonników. Uczeni teologowie, 
pracujący nieraz dniami i nocami dla jakiejś kongregacji, otrzymywali zwykle jako 
wynagrodzenie woreczek cukierków. 

background image

Dowiedziałem się jednak, że jest wyjątek - Kongregacja Rytów, a mianowicie jej 
działania dotyczące beatyfikacji i kanonizacji. Nic w tym zresztą dziwnego, skoro 
koszty tych działań ponoszą ludzie chcący daną osobistość beatyfikować czy 
kanonizować. Normalna procedura jest taka, że wypada najpierw znaleźć zamożną 
dobrodziejkę, która płaci za obrazek z osobistością (oficjalnie „sługą Bożym") z 
prośbą o zgłaszanie łask otrzymanych za jego wstawiennictwem. Jeśli ten sługa Boży 
jest rzeczywiście święty, zaczyna cuda robić, a razem z wiadomościami o nich 
wpływa gotówka. 
Postarałem się więc o mianowanie teologiem tejże Kongregacji i jako pierwsze 
zadanie otrzymałem do oceny teologicznej paczkę listów kandydata na beatyfikację. 
Przeczytałem je i zredagowałem uroczystą ekspertyzę w trzy dni. Przynoszę ją 
kardynałowi Ros-siemu, dobrotliwemu staruszkowi. On z największym zdziwieniem: 
„Już? W trzy dni? Ojcze kochany, ojciec zdrowie sobie zrujnuje! A Kościół 
potrzebuje sił ojca" - i tak dalej. W rezultacie śmiesznie małe honorarium. Miałem 
nauczkę. W Rzymie czas inaczej płynie niż u nas. Odtąd pracowałem w należytym 
tempie i z należnymi honorariami. 
Nie chciałbym zakończyć tych wspomnień rzymskich bez wzmianki o moich 
święceniach kapłańskich. Zależało mi na tym, aby otrzymać na nie błogosłowieństwo 
papieskie. Poprosiłem więc 
100 
Rzym 
mojego przełożonego, aby mi dał biglietto do majordomu monsigno-re Caccia-
Dominioni. Ten dał mi go z uwagą, że owego dostojnika w Rzymie nie ma, ale to 
może i lepiej. Przypomniałem sobie wtedy już cytowane powiedzenie o. Jacka 
Woronieckiego, które w całości brzmiało tak: „Aby dobrze przejść przez życie, 
trzeba mieć 90% miłości i 10% bezczelności, ale w Watykanie odwrotnie". 
Wziąłem więc ze sobą małego wzrostem hiszpańskiego konfra-tra i wdziałem 
czerwony pas, przywilej polskiej prowincji zakonnej. Powiadam owemu 
Hiszpanowi: „ Odstawiaj mojego sekretarza" i idę dumnie. Pierwsza brama - trzask - 
zasalutowali. Druga brama trzask, salutują do owego pasa. Dopiero przy trzeciej 
zatrzymali. // biglietto, Reverendissimo padre? Daję im list do nieobecnego, wobec 
czego żądam zastępcy, i od tego już bez trudności dostaję tronetto, półprywatną 
audiencję. 
Praga 
Bezpośrednio po otrzymaniu doktoratu z teologii, w jesieni 1934, wziąłem udział w 
międzynarodowym kongresie filozoficznym w Pradze. Uczestnictwo w tym 
kongresie było dla mnie naprawdę wielkim przeżyciem. Myślę też, że stanowi coś w 
rodzaju punktu zwrotnego w moim myśleniu. 
Na tym kongresie wystąpiła po raz pierwszy, że tak powiem publicznie, na oczach 
tysiąca filozofów, jako zorganizowana siła, szkoła wiedeńska, Wiener Kreis, 
najbardziej wówczas wpływowa odmiana filozofii analitycznej. Ci filozofowie, 
przeważnie młodzi, mieli dwie cechy. Najpierw o większości zagadnień i twierdzeń 
innych filozofów mówili, że sensu nie mają. Następnie używali ku przerażeniu 

background image

niewiedeńczyków logiki matematycznej, której nikt nie rozumiał - dokładniej 
mówiąc nikt oprócz Polaków. Stosunek wiedeńczyków do tych ostatnich był dość 
zabawny. Podczas gdy koledzy z Wiednia bili mniej lub więcej głębokie pokłony 
przed Sarmatami, ci odnosili się do nich z zimną neutralnością. 
101 
Rzym 
Ale Polacy stanowili, jak powiedziałem, wyjątek. Klasycznym, normalnym był 
wypadek niemieckiego zoologa i filozofa Hansa Driescha. Byłem na sali w czasie 
dyskusji nad jego referatem. Driesch, gruby z wielką brodą, siedział na katedrze i 
bronił się, jak mógł, przeciw całej zgrai, było ich kilkunastu, młodych wiedeńczyków 
oblegających go - niczym osaczony niedźwiedź przed sforą psów. Bronił się stary, 
jak mógł, ale było widoczne, po której stronie były szansę zwycięstwa. Ta dyskusja 
została w mojej pamięci jako żywy obraz walki między odchodzącym, starym 
światem tak zwanej filozofii nowożytnej a tym, co szło, nowym, filozofią 
analityczną. W dyskusjach z nią ulegali przeciwnicy niemal zawsze. 
Był jednak wyjątek, znowu Polak, a mianowicie Roman Ingar-den, którego w Pradze 
spotkałem po raz pierwszy i który jest dla mnie najznakomitszym myślicielem, 
jakiego dotąd Polska wydała. W przeciwieństwie do innych, którzy na widok 
matematycznej zbroi wiedeńczyków kładli zwykle uszy po sobie, Ingarden 
zaatakował ich frontalnie, a mianowicie poddał niszczącej krytyce jedno z ich 
podstawowych twierdzeń - że zdanie, dla którego nie ma metody sprawdzania, sensu 
nie ma. Jego rozumownie było proste. Mówicie, że zdanie, dla którego nie ma 
metody sprawdzania, sensu nie ma. Ale to, co mówicie, jest takim właśnie zdaniem. 
A więc to, co mówicie, sensu nie ma. Byłem na sali w czasie niemal dwugodzinnej 
dyskusji i widziałem z satysfakcją, że wiedeńczycy nie zdobyli się na żadną godną 
uwagi odpowiedź. Notabene, odpowiedzieć było stosunkowo łatwo, używając 
rozróżnienia między językiem a metajęzykiem. Ale epokowa praca Tarskiego, 
wprowadzająca to rozróżnienie, ukazała się po niemiecku dopiero w rok później i 
wiedeńczycy jej nie znali. 
Ten sam kongres zakończył się inną dyskusją, która żyje w mojej pamięci jako coś 
dla mnie ważnego, aczkolwiek wówczas nie zdawałem sobie w pełni sprawy z jej 
doniosłości. Mam na myśli dyskusję Gabriela Marcela, egzystencjalisty, z Leonem 
Brunsch-vicgiem, skrajnym idealistycznym racjonalistą. Pamiętam jeszcze 
102 
Rzym 
ostatnie słowa Brunschvicga: „Różnica między filozofią p. Marcela a moją polega w 
istocie na tym, że pierwsza obraca się cała wokoło śmierci p. Marcela, podczas gdy 
ani życie, ani śmierć Brunschvicga nie ma dla jego filozofii najmniejszego 
znaczenia". 
103 
Polska 
POLSKA 
1934- 1939 

background image

W latach 1934-39 utrzymywałem żywe stosunki z Polską, w szczególności z 
polskimi logikami. Są to też lata o rozstrzygającym dla mnie znaczeniu. Nawiasem 
mówiąc to był (aż do lat osiemdziesiątych) jedyny okres, w którym mogłem jeździć 
do Polski, publikować w kraju itd. W r. 1939 przyszła okupacja niemiecka, potem 
sowiecka. Agenci moskiewscy wiatach 1945 i następnych uważali mnie także 
osobiście za wroga, w czym się zresztą nie mylili. Mojego nazwiska nie wolno było 
wymieniać. W urzędowej bibliografii polskiej moja śp. matka figuruje z jej 
przekładami życiorysów św. Teresy i św. Jana od Krzyża, ale o mnie wzmianki nie 
ma. 
Ale wiatach 1934-39 utrzymywałem żywe stosunki z Polską. Muszę powiedzieć, że 
miałem w tych stosunkach szczęście. W Polsce było i jest sporo małości, podłości i 
chamstwa bodaj stosunko- 
104 
Polska 
wo więcej niż w innych szczęśliwszych nacjach, jako że u nas wszystko, co lepsze, 
było regularnie prześladowane, jeśli nie po prostu mordowane przez wrogów. Otóż ja 
miałem przywilej trafić na rzeczy, które w tym kraju były naprawdę wielkie, 
„mocarstwowe", jak wówczas mówiono. Z tych rzeczy wymienię dwie: logikę polską 
i Niepokalanów. Były to osiągnięcia bardzo różne, ale według mojego przekonania 
oba bardzo wielkie. 
Niepokalanów 
Składa się tak, że spisałem w r. 1936 na gorąco moje wrażenia z odwiedzin w 
Niepokalanowie, a że Niepokalanów był instytucją religijno-przemysłową, więc dla 
każdego zrozumiałą, mogę ten reportaż przepisać bez zasadniczych zmian. Natomiast 
nie mam nic podobnego odnośnie do logiki polskiej; zarazem ta logika jest bardzo 
oderwaną i trudną nauką. Stąd moje wspomnienia o niej muszą z konieczności 
ograniczyć się do spraw zewnętrznych, osobistych. 
Niepokalanów był dziełem jedynym w swoim rodzaju, którym żaden inny naród 
poszczycić się nie może. Był dziełem geniusza, czyli, skoro idzie o sprawy religijne, 
świętego (święty jest geniuszem w dziedzinie religii). Tego świętego, Maksymiliana 
Kolbe, poznałem osobiście i jak to zwykle bywa, nie zdałem sobie sprawy, z kim 
mam do czynienia. Co natomiast pojąłem, to niezwykłość jego głównego dzieła, 
Niepokalanowa, tak dalece, że pojechałem umyślnie, aby odwiedzić ten twór jedyny 
w swoim rodzaju - osiedle-klasztor-fabrykę, i napisałem o nim reportaż. Przepisuję 
tu niektóre ustępy tego reportażu w nadziei, że przyczynię się do lepszego 
zrozumienia wielkości tego świętego. Obecnie sława jego heroicznej śmierci 
przyćmiewa poniekąd dzieło jego życia. Oto co o nim pisałem w r. 1935: 
„Istnieje wiele powodów, aby do Niepokalanowa jechać. Rzecz musi zainteresować 
zarówno pod kątem widzenia technicznym, jak i ze względu na rolę kulturalną, tak 
jawną i tak rzekomo zgubną. Wybrałem się zatem i ja, w dodatku z zamiarem z góry 
uplanowa- 
105 
Polska 

background image

nym opisania moich wrażeń. Niestety 24-godzinny pobyt w tej -jakby to nazwać? - 
miejscowości, fabryce czy klasztorze dał mi tych wrażeń tyle, i tak różnorodnych, że 
nie czuję się na siłach spisania ich wszystkich, choćby szkicowo. Już sama 
przechadzka po zakładach graficznych Niepokalanowa może przyprawić o zawrót 
głowy, nawet jeśli się nie jest zupełnie obcym pięknej sztuce drukarskiej: dziesiątki 
oddziałów, każdy ze swoimi maszynami, kartotekami, wykresami, i coraz inną pracą 
- ogromna różnorodność zajęć mieszkańców osady - przy tym ich dziwny tryb życia, 
jeszcze dziwniejsze wzajemne stosunki, sposób ubierania się, chodzenia, jedzenia - 
to wszystko jest stanowczo za silne, aby nie przyprawić o zawrót głowy człowieka „z 
zewnątrz", który podchodzi do tego tak skomplikowanego zjawiska bez 
przygotowania. 
Ale kiedy się porządkuje wrażenia i sądy, można po namyśle ująć cały 
Niepokalanów pod trzema kątami widzenia, które dopiero razem wzięte, przez swoją 
zbieżność, dadzą pogląd na całość taką, jaką ona jest. 
Najpierw jest punkt widzenia obserwatora, który przybywa bez uprzedzeń i 
szczególnej sympatii, obserwuje całe osiedle od strony stacji, a wchodzi do niego 
powoli, rozglądając się i sądząc. Z tego punktu widzenia wrażenie jest fatalne. Proszę 
sobie wyobrazić na tle beznadziejnej doliny łowickiej, koło jakiejś stacyjki 
kolejowej, grupę budynków drewnianych, parterowych albo jednopiętrowych, licho 
pociągniętych wapnem i krytych jakąś rozłażącą się papą; każdy z tych budynków 
ma inny styl - jeśli tego słowa w ogóle można tu jeszcze używać; każdy stoi inaczej, 
w innej linii; jedne proste jak chaty, inne wielkie jak kamienice podmiejskie, o 
ogromnych „nowoczesnych" oknach w pozornie ledwo trzymających się ścianach. 
Planu widocznie przy budowie nie było żadnego; wspólne jest wszystkim tym 
budynkom tylko jedno; beznadziejna pospolitość, atmosfera przedmieścia 
najgorszego gatunku. Ta pospolitość towarzyszyć będzie przybyszowi przez długi 
czas przy zwiedzaniu Niepokalanowa, i nic jak ona nie wybija swojego piękna na 
zewnętrznej stronie osiedla. 
106 
Polska 
Zaraz przy wejściu wrażenie pospolitości potęguje się. Mało pospolitości, 
zaniedbania i takiego braku stylu, że człowiekowi, który pochlebia sobie, że czuje 
„po nowoczesnemu" i lubi logikę, prostotę linii i porządek, robi się po prostu 
niewyraźnie. Jakaś kępka ordynarnych kwiatków, gęsto poprzerastanych chwastami, 
otaczających półmetrową figurkę Matki Boskiej, najpaskudniejszej secesyjnej 
roboty, takiej, jaką mieć u siebie musiała niewątpliwie pani Dul-ska, okropnie 
słodkiej i na biało-niebiesko malowanej. Obok tego ścieżka otoczona czymś, co 
miało być trawnikiem. Naokoło ledwie trzymający się płot, bodajże miejscami 
rozwalony, i maleńka budka, która przypomina mniej więcej domek celników. 
Żadnego napisu, żadnego zamknięcia, tylko przy okienku dwie kartki papieru z 
nadrukiem: „Dzwonek do furty" i „Mały dziennik 5 groszy tu do nabycia". 
Pierwsze wrażenie nie znikło, kiedy furtian, spory chłopiec o pyzatej twarzy i 
wesołym uśmiechu, w ciemnym habicie franciszkańskim ze śmiesznie małym 

background image

kapturkiem, wprowadził mnie uprzejmie za furtę. Między budynkami i 
budyneczkami prowadzą źle utrzymane piaszczyste drogi; w ich cieniu kryją się 
jakieś maleńkie, naprędce z desek klejone komórki i szopy. Po tym wszystkim biega 
gromada innych braci, przeważnie bosych, w fatalnie utrzymanych, poplamionych 
oliwą i smarami habitach. Na ściany domków pną się drewniane schody z nie 
heblowanych tarcic, takie mniej więcej, jakie się widuje w naszych dworskich 
spichlerzach, oczywiście na Kresach, bo w Poznańskiem i gospodarze mają lepsze. 
Kiedy się zwiedza warsztaty pełne wspaniałych, lśniących pras i intertypów, 
dygoczących przyśpieszonym tempem rozpędzonych motorów i pełnych rozgwaru 
fabrycznego, wszędzie, na każdym kroku znajduje się coś, co przypomni to pierwsze 
wrażenie bezstylowości: figurki Matki Boskiej otoczonej papierowymi kwiatkami, 
jacyś aniołkowie wykręceni w pasie po barokowemu, słodkie napisy w stylu XIX 
stulecia i tak dalej... 
Niepokalanów jest owiany duchem nieprzeciętnej polskiej pospolitości, tej z 
przedmieścia małego miasteczka, mdłej i słodkawej. To nie tylko ubóstwo: ubóstwo 
może być utrzymane w liniach prostych 
107 
Polska 
i szlachetnych. Muszę się przyznać, że to pierwsze wrażenie ciążyło mi mocno; 
miałem przez chwilę nawet uczucie żalu, żem w ogóle przyjechał. 
Ale trzeba być bardzo powierzchownym obserwatorem albo za-kamieniałym estetą, 
który niczego nie widzi poza harmonią form zmysłowych, i nie umieć odczuć 
wyższego piękna twórczej pracy, aby długo pozostać pod tym wrażeniem. Bo 
Niepokalanów jest właśnie ośrodkiem celowej, wytężonej i wspaniale 
zorganizowanej pracy. Połączenie owej słodkości z bardzo piękną techniką jest tak 
dziwne, że z początku zdumiewa. Przejdźmy przez salę elektrowni głównej: na 
ścianie wisi jakaś półeczka, ubrana w papierowe wycinanki, z brzydkimi figurkami, 
ale obok niej, na tej samej ścianie, widnieje wielka tablica z wykresem podziału 
pracy, puszka na projekty, a w środku dudnią tłoki motorów i ponad lasem śrub, 
dźwigni i manometrów widnieje surowa twarz brata-mechanika w zaoliwionym 
habicie, który z lampką elektryczną w ręku śledzi z napięciem ruch powierzonego 
mu kolosu. Przejdźmy do administracji: 40 braciszków pochylonych rzędem nad 
kartotekami przerabia w nich sprawną ręką adresy. Obok warczą adresownice 
najnowszego typu; trochę dalej błyszczy maszyna rotacyjna, jedyna w swoim rodzaju 
w Polsce, a w drugim domu inna; tam podnoszą się i opadają w jednostajnym ruchu 
olbrzymie palce maszyn płaskich pełnoautomatycznych. 
Niepokalanów jest sporą osadą (z górą 550 osób), której mieszkańcy zajmują się 
głównie obsługą wielkiej drukarni i administracji; głównym produktem osiedla są 
cztery wydawnictwa: rocznik (kalendarz), dwa miesięczniki, każdy z bardzo wielkim 
nakładem (Rycerz Niepokalanej i Rycerzyk Niepokalanej), i dziennik (Maty 
Dziennik, 5 groszy) bijący obecnie 70-90 000. Dochodzą także „produkty uboczne": 
trochę książek, obrazki i dewocjonalia. Osada przy tym jest samowystarczalna, w 
tym znaczeniu, że kupuje tylko surowce; wszystko, co bez daleko posuniętej 

background image

specjalizacji da się przerobić na miejscu, przychodzi w stanie surowym; tak np. 
osiedle ma własną rzeźnię, własny tartak, stolarnię, odlewnię czcionek, wytwórnię 
taśm do adresowania itp. nie mówiąc o zakładach odzieżowych, piekar- 
108 
Polska 
niach, kuchniach itd. Myślano nawet swojego czasu o założeniu papierni, ale projekt 
upadł. Komunikację ze światem zewnętrznym zapewnia własny park samochodów 
ciężarowych; w projekcie jest lotnisko, szereg firm złożyło już konkretne oferty. 
Mówiono mi, że projekt jest poważnie rozpatrywany i że rozpocznie się pracę 
prawdopodobnie z trzema samolotami. 
Rzecz jasna, że aby taka maszyna mogła sprawnie i tanio fankcjo-nować, musi być 
zorganizowana w sposób nowoczesny. Pierwsze wrażenie zaniedbania nasuwa od 
razu podejrzenie, że z tą organizacją nie musi być świetnie. Tymczasem rzecz ma się 
zupełnie przeciwnie; ci bracia, którzy przyjmują przez cały dzień raporty 
kierowników sekcji pracy i przesuwają wskaźniki na harmonogramach, odbyli kurs 
organizacji pracy: wszystko co się dzieje, rozkład sił roboczych, ich wydajność 
dzienna, sprawność poszczególnych oddziałów, są przedmiotem dokładnego, 
fachowego studium. Ogromna tablica na ścianie kierownictwa umożliwia w każdej 
chwili zorientowanie się, iloma i jakimi ludźmi dysponuje każdy z kierowników; 
harmonogramy wskazują od razu każde zaniedbanie; niezmiernie sumiennie, aż za 
sumiennie, prowadzone statystyki, dają doskonałą kontrolę całości przedsiębiorstwa, 
jego rentowności, braków, i w ogóle wszystkiego, czego dyrektor fabryki może 
potrzebować. Praca jest częściowo staylo-ryzowana pod kierunkiem wyszkolonych 
braci. Pełnoautomatyczna centrala telefoniczna wewnętrzna łączy wszystkie biura i 
warsztaty, a poza tym doskonale pomyślany system roznoszenia zapewnia szybkie 
przekazywanie poleceń i zawiadomień piśmiennych. Sądzę, że dyrektor 
jakiegokolwiek zakładu mógłby być zadowolony, gdyby miał u siebie podobną 
organizację. 
Ale o wartości tej organizacji, a poza tym, o czymś innym jeszcze, o czym przyjdzie 
nam pomówić, świadczą najlepiej jej wyniki, cyfry nakładu Rycerza. Podaję dane 
udzielone mi przez kierownictwo, za miesiąc sierpień: w roku 1922 drukowano 4 
000 egzemplarzy, w 1929 - 117 000, we wrześniu bieżącego roku 702 000. 
Nieprzerwany, niemal geometryczny wzrost! Jeden tylko rok 1934 wykazuje spadek 
liczby abonentów, związany z cofnięciem szeregu 
109 
Polska 
abonamentów bezpłatnych, których Rycerz daje ogromną ilość. Dal się więc odczuć 
kryzys i tutaj; ale to słabe wahnięcie („nadrobione" zresztą natychmiast, bo już w 
grudniu tego samego roku) nic nie znaczy wobec nieprzerwanego, zadziwiającego 
istotnie wzrostu nakładu. Trzeba dodać, że w czerwcu br. osiedle przystąpiło do 
nowej, znacznie większej imprezy, mianowicie do wydawania Dziennika, który bije 
obecnie w dzień powszedni około 80 000, a w niedziele blisko 100000 egzemplarzy. 
Dodajmy nakład wieloarkuszowego Kalendarza (ostatni numer w 256 000 

background image

egzemplarzach, projekt na 1936: 650 000), a będziemy musieli przyznać, że 
organizacja pracy w Niepokalano-wie działa sprawnie i zadowalająco. Nie trzeba 
zapominać także, że równocześnie z pracą szły budowy, wykonywane przez tych 
samych braci, i że obciąża ich poza tym praca wokół utrzymania i ubrania z górą 200 
„nieproduktywnych" mieszkańców Niepokalanowa, nowicjuszów i chłopców z 
małego seminarium. 
I pierwsze wrażenie znika bez śladu: pod osłoną grubej bezsty-lowości kryje się tutaj 
właśnie niezwykły, wielki styl, zakład przemysłowy, który nie tylko nie zawalił się 
pod uderzeniem kryzysu, ale jak gdyby go nie było, rozszerzył niesłychanie 
produkcję i rośnie niemal w oczach. Rycerz zyskuje ostatnio 5-10 000 abonentów 
miesięcznie, Mały Dziennik, zapoczątkowany tak niedawno, z górą 500 dziennie. 
„Kupimy za miesiąc pośpieszną prasę rotacyjną -mówi mi naczelny redaktor, młody 
księżyna o jasnych oczach i takim samym szarym habicie, jaki noszą braciszkowie - 
ale boję się, że nakład wzrośnie o ćwierć miliona przed styczniem, a oni do tego 
czasu nie zmontują". Wystarczy zresztą wsłuchać się w gorączkowe tempo życia 
osiedla, popatrzeć na nie kończące się stosy papieru wyrzucane bez przerwy przez 
maszyny, aby zdać sobie sprawę, że dzieje się tu coś niezwykłego. 
Ale aby zrozumieć, jak takie rzeczy są możliwe, trzeba spojrzeć na Niepokalanów 
pod trzecim, jeszcze wyższym kątem widzenia: trzeba poza pospolitością otoczenia i 
potęgą maszyn zobaczyć ludzi i przyjrzeć się owym zagadkowym braciszkom, którzy 
stworzyli 
110 
Polska 
i prowadzą to niezwykłe dzieło - znacznie bardziej jeszcze niezwykłe, jeśli się 
weźmie pod uwagę sposoby, jakich używają. 
Przechodząc do tej sprawy muszę przyznać, że spełniam mój obowiązek 
dziennikarski z ciężkim sercem. Główny kierownik Nie-pokalanowa, gwardian, o. 
Kolbe, popatrzył mi przy pierwszym widzeniu prosto w oczy spod swoich okularów i 
oświadczył, że nie życzy sobie wywiadu; powtórzył mi to potem parokrotnie z 
naciskiem. Zrozumiałem dobrze, że nie chodzi mu o szczegóły techniczne, z których 
słusznie zapewnię jest dumny, i że miał na myśli samo życie powierzonej mu 
gromady zakonników. „My nie chcemy, abyście robili około nas hałas". I po pobycie 
w Niepokalanowie rozumiem, że tego nie chce. Chodzi nie tylko o nierzucanie - 
proszę mi wybaczyć słowa ewangelii - pereł... Nie sądzę, by o. gwardian obawiał się 
pogardy moich czytelników dla jego ideału. Ale rzeczy, o których mam mówić, są 
zbyt intymne i delikatne, aby ktokolwiek chciał chętnie rzucać je przed cały świat. 
Jest i coś więcej: reguła, według której Niepokalanów żyje, i sama religia, której ta 
reguła jest wyrazem, zawiera jako jedno z podstawowych praw zasadę, żeby nie 
robić około swoich dobrych uczynków hałasu. Wiem to i doceniam szlachetną 
rezerwę twórców i pracowników Niepokalanowa. Ale skądinąd za długo powtarzano 
potwarze o zyskach, kapitałach, dorobkach i mnichach, którzy zgarniają pieniądze 
garściami do rękawa. Trzeba, aby Polska wiedziała, czym są i jak żyją ci, którzy dają 
jej Rycerza 

background image

i Dziennik. 
Kiedy przyszedłem do Niepokalanowa, zaprowadzono mnie najpierw do ojca 
Maksymilina, przełożonego zakonnego, to jest człowieka, który ma w ręku wszystko 
(każdy zakonnik jest zobowiązany względem niego do zupełnego posłuszeństwa), a 
który równocześnie jest dyrektorem wydawnictwa największego w Polsce 
czasopisma i zarządcą dużego zakładu przemysłowego. Wchodzi się do jego biura, 
będącego zarazem sypialnią, po schodach sosnowych z nie malowanych desek. Samo 
biuro ma rozmiary, o ile się nie mylę, 4x4. Jest w nim stół z białego drewna, dwie 
proste szalki na książki, łóżko żelazne / siennikiem i dwa zydle bez oparcia: jeden dla 
gwar- 
Polska 
111 
diana, drugi dla gościa. Pod łóżkiem stoi jeszcze miednica, a na stole telefon, no i 
oczywiście posążek Matki Boskiej. Nic więcej: ani śladu jakiejkolwiek, uprawnionej 
chyba w warunkach pracy tego człowieka, wygody, ani śladu, już nie zbytku, ale po 
prostu dbałości o harmonijny wygląd wnętrza. Nic poza koniecznie potrzebnymi 
narzędziami pracy. 
Już dawniej słyszałem o ubóstwie Niepokalanowa; ale muszę przyznać, że to zupełne 
ogołocenie celi sypialnej i pracowni kierownika całego dzieła wywarło na mnie silne 
wrażenie. W celi o. Maksymiliana nie widać nawet owej pospolitości, tak uderzającej 
przy wejściu; jest w niej niezaprzeczalnie styl, wielki styl wyrzeczenia i prostoty. 
Sam właściciel celi doskonale się dostraja do całości: mały człowiek o pospolitej, 
pogodnej i pomarszczonej twarzy, rozmawia z wielką prostotą; serdeczność bije z 
jego głęboko osadzonych i podbitych oczu, na nie ogolonej twarzy. Od razu 
wyczuwa się coś niezwykłego: sam kontrast tego człowieka z jego mieszkaniem i 
zachowaniem się uderza, a i obejście się jest jakieś inne niż „na świecie". Trudno mi 
powiedzieć dlaczego inne, ale w każdym razie inne. 
O. gwardian wziął mnie zaraz na obiad. Idzie się jakimiś zakamarkami popod baraki 
i budki do wielkiej szopy z surowego drzewa, pełnej stołów sosnowych na krzyżach. 
Stoły biegną wszystkie równolegle, jeden koło drugiego, tylko u końca sali jeden stoi 
prostopadle do nich, przed nieodzowną figurką Matki Boskiej na ołtarzyku. Sala 
pełna jest braci, mało pełna - nabita: jeden koło drugiego -może dwustu, może 
więcej. Wszystko młode; głowy strzyżone i stare poniszczone habity. Widok obcego 
wywołuje oczywiście zainteresowanie i wszystkie oczy śmieją się do mnie z 
zadziwiającą pogodą i życzliwością. Raz jeszcze nieodparte wrażenie czegoś innego, 
niż się zwykle spotyka; ale tym razem różnica jest jasna: ci ludzie muszą mieć 
ogromną dozę życzliwości dla każdego stworzenia. Przychodzi na myśl św. 
Franciszek, któremu służą, bo to wszystko franciszkanie. Ale nie czas rozważać o 
tym, bo gwardian stawia mnie frontem do figurki i zaczyna powoli recytować 
modlitwy. Braciszkowie ciągną dalej chórem, bardzo wyraziście. Wystarczy 
powiedzieć, że 
112 
Polska 

background image

chociaż jest ich może 200, każde słowo słychać, jakby wymawiał je jeden. Bardzo 
piękne modlitwy o błogosławieństwo Boże na jedzenie, nagle przerwane przez 
chóralny werset, który odtąd prześladować mnie miał wszędzie: 
Deus caritas est, et ąui manet in caritate, manet in Deo et Deus in eo. 
„Bóg jest miłością, i kto trwa w miłości, ten trwa w Bogu, a Bóg w nim". Modlitwy 
trochę jak na mój gust długie: jest i Anioł Pański i De profundis za zmarłych 
dobrodziejów bodaj, i jeszcze inne rzeczy, wszystko recytowane z niezwykłą powagą 
i skupieniem. Nic wypadało niestety odwrócić się, aby zobaczyć, jak wyglądają 
modlący się za mną, ale sam ton tych głosów jest taki, że mylić się nie można - od 
razu odczuwa się doskonale, że ten zlepek baraków i ta świetna fabryka jest 
równocześnie jeszcze środowiskiem, w którym życie religijne musi być bardzo 
intensywne. 
Wreszcie zaczynamy jeść. Przed każdym stoi cynowy talerz, którego się nie zmienia, 
i łyżka, służąca zarówno do (doskonałej nawiasem mówiąc) zupy, jak i blinów, które 
przyjdą po niej. W refektarzu milczenie, tylko z ambonki (oczywiście także naprędce 
zbitej z desek) jeden z braciszków czyta donośnym głosem tekst Ewangelii, a potem 
jakiś życiorys świętego. Na mój przyjazd ojciec Kolbe użył swojej władzy i po 
chwili zwolnił z milczenia: sala od razu zapełniła się wesołym rozgwarem. Patrzę po 
rzędach: same młode twarze; wyglądają dobrze, może trochę zmęczeni, i nic 
dziwnego, bo wracają z czterogodzinnej pracy (ztayloryzowanej!). Gwardian 
wyjaśnia mi, że chętnie korzysta z tej sposobności, aby pozwolić na rozmowę, bo 
podczas pracy mówić nie wolno i chłopcom potrzeba odprężenia. Zasadniczo jednak 
milczenie obowiązuje przy stole bezwzględnie, i muszę przyznać, że zarówno w 
czasie obiadu, do dzwonka, jak i podczas kolacji, kiedy dyspensy nie było, 
zachowywano je wzorowo. Jeszcze jedno wyjaśnienie: jedzą na cynowych talerzach, 
które się lepiej na dłuższą metę kalkulują: u nas, panie. 
113 
Polska 
każdy grosz robi ogromne pozycje, bo jest nas 550, a talerze gliniane, choć tańsze, 
biją się za często. Jemy oczywiście na stołach bez obrusa, i aby uspokoić mnie na 
wszelki wypadek, dostaję informację, że nawet ks. biskupom nie daje się go ani 
lepszych talerzy, których zresztą w domu nie ma, ale tylko widelec i nóż, w dowód 
głębokiego szacunku. My, zwykli śmiertelnicy, jemy wszystko łyżką. 
Patrzę jeszcze po wesołych i zmęczonych twarzach braci. Jakie życie prowadzą ci 
ludzie? Mogę powiedzieć, ze wszystkimi szczegółami, bo pokazano mi wszystko, aż 
do ksiąg kasowych i składów materiałów włącznie. W Niepokalanowie niczego 
przed nikim nie kryją i gwardian opowiada każdemu o swoich projektach, 
deficytach, zyskach, a jeśli gość zechce, chwyta za słuchawkę, aby kazać zaraz 
przynieść księgi kasowe i statystyczne. Jest więc tak: rocznie zgłasza się blisko l 800 
kandydatów; przyjmuje się z tego około 100, z których zostaje ostatecznie tylko 
połowa. Ci wstępując nie przywdziewają od razu habitu, ale przez pół roku są 
„postulantami", wchodzą /resztą od razu w pracę i życie klasztoru. Muszą oddać 
wszystko, co im nie jest nieodzownie potrzebne, tymczasem na skład, aż do chwili, 

background image

kiedy po ślubach stracą na zawsze prawo do posiadania jakiejkolwiek własności. 
Śpią na siennikach w wielkich salach na strychach; każdy ma do dyspozycji prócz 
łóżka jeszcze miednicę, której używa na klęczkach, bo zydla nie dostaje. Porządek 
dzienny nie jest jednolity (praca idzie na zmiany); podaję więc tytułem przykładu 
tryb życia jednej grupy: 
Wstają po piątej. O 5:30 jest rozmyślanie w kaplicy, podczas którego przełożony 
czyta kilka wierszy, po czym wszyscy obecni myślą o nich i modlą się w milczeniu 
przez pół godziny; po rozmyślaniu msza święta z komunią wszystkich braci, potem 
pacierze, razem do 7:30. O 7:30 śniadanie (w milczeniu, jak zawsze w refektarzu), 
chwila wolnego czasu na uporządkowanie siennika, i o ósmej praca. Trwa ona do 
11:55 z piętnastominutową przerwą na rekreację. Owych 5 minut dzielących pracę 
od obiadu zużywa się na mycie rąk i krótką adorację w kaplicy. Po obiedzie 
modlitwy w kaplicy i rekreacja do 13:00. O 13:00 półgodzinny wykład religijny, 
rodzaj poga- 
i — Bocheński: Wspomnienia 
114 
Polska 
wędki, w swobodnej pozycji. Od drugiej praca do 6:30. Znowu pół godziny 
modlitwy, kolacja, druga medytacja półgodzinna i godzina rekreacji głównej; o 
dziewiątej grupa musi gasić światła i starać się spać. Jak to się udaje, nie bardzo 
wiem, bo braciszkowie przeważnie śpią na strychach nad maszynami, które dudnią 
przez całą noc i, co gorsza, z przerwami. Ale twierdzą, że śpią, i spać muszą, bo 
wyglądają dobrze. 
Razem więc wypada w dzień powszedni około 8,5 godziny pracy i 3,5 godziny 
modlitwy. Snu mają równych 8 godzin. W niedzielę pracy oczywiście nie ma, za to 
jest druga Msza święta i przechadzka gromadna po obiedzie. Reasumujmy: brat 
zakonny prowadzi życie ciężkiej pracy przeplatanej modlitwą. Podczas gdy jego 
kolega drukarz świecki idzie po pracy do domu, aby sobie odpocząć, jego wzywa 
nieubłagany dzwonek do kaplicy, w której pędzi długie godziny na klęczkach. 
Zresztą cały jego niemal dzień upływa w milczeniu: milczy się przy pracy, przy 
jedzeniu, w sypialni, w kaplicy -tylko dwie godziny dziennie wolno mu mówić i to 
wyłącznie z towarzyszami. Nie ma na własność niczego: wszystko, co stanowi 
produkt jego wysiłku, płynie gdzieś w nie znanej mu dali do PKO; a z niej do 
dostawców, nie widzi nawet tych, dla których pracuje. Tylko bardzo mały odsetek 
braci, sekcja korespondencyjna, ma kontakt z czytelnikami poprzez olbrzymią 
korespondencję (2 500-5.500 listów dziennie). Za cały swój wysiłek i poświęcenie 
dostaje bardzo skromne jedzenie, dach nad głową i stary habit. Już z butami jest 
znacznie gorzej i bodaj, że tylko mała część braci je posiada. 
To samo dotyczy i kierowników osady, ojców. Jedynym przywilejem, który im 
obecnie przysługuje, jest posiadanie własnej celi, a w niej tylko dwóch zydli. Poza 
tym wszystko: jedzenie, habit, prą-' ca są jednakowe; 95 groszy na głowę dziennie, 
mówi o. Maksymilian, żaden z nas nie kosztuje więcej, chyba że jest chory. 

background image

Jaki jest psychiczny podkład całej sprawy? Co skłania braciszków i ojców do życia 
w takich warunkach, w takim wyrzeczeniu i takiej pracy? Można oczywiście 
podejrzewać Niepokalanów o to, że jest oazą dla bezrobotnych, zadowolonych, że 
znaleźli chociaż 
115 
Polska 
dach nad głową i chleb, jaki tu mają. Ale wystarczy pobyć dzień w osiedlu i 
przypatrzeć się ludziom, ich zachowaniu i pracy, aby wiedzieć z całą pewnością, że 
tak nie jest: Niepokalanów trzyma się i rozwija dzięki wysokiemu poziomowi życia 
religijnego. Ci, którzy tu pracują, są w ogromnej większości jednostkami, które „na 
świecie" miałyby wszelkie szansę przebić się i wybić: 50-ciu z 1800! Wybiera się 
najtęższych i najzdolniejszych - i inaczej nie można, bo znaczny odsetek musi 
nauczyć się wykonywania skomplikowanych czynności, które wymagają dużej 
inteligencji i woli; nie mówię już oczywiście o tych 8 ojcach: ci mogliby mieć 
wszędzie indziej życie zgoła wygodniejsze i bardziej „ludzkie", bez tej nieustannej 
harówki i ubóstwa graniczącego z nędzą. Ale nawet braciszkowie niewątpliwie 
składają tu ogromną ofiarę. Składają ją oczywiście „dla Matki Boskiej", z radością i 
zapałem, w który nie uwierzy nikt, kto ich nie widział. 
Jakże, ojcze Maksymilianie, pytałem, czy nie macie nigdy żadnych trudności? Nie 
skarżą się na tę nędzę i żelazny tryb fabryczno-klasztornej maszyny, który nie 
wypuszcza ich ani na chwilę ze swych ram? Gwardian popatrzył mi znowu w oczy i 
powiedział, że nigdy w swoim życiu zakonnym nie miał tak mało trudności i nigdy 
nie spotykał się z taką ofiarnością pracy i wyrzeczenia, jak tutaj. Zresztą, niech ojciec 
popatrzy na nich wieczorem przy medytacji. Patrzyłem uważnie. Gwardian się nie 
myli: cała kaplica pogrążona była w gorącej modlitwie, tak gorącej, że znowu widuje 
się rzadko coś podobnego. Ci ludzie żyją swoją religią - są gotowi dać dla niej 
wszystko". 
Logicy 
W tych samych latach poznałem także inną świetną stronę Polski ówczesnej, tak 
zwaną Szkołę Lwowsko-Warszawską. To była szkoła znakomita, sławna w całym 
świecie. W Monasterze Westfal-skim były kursy języka polskiego, na których logicy 
uczyli się naszego języka, aby móc czytać polskich logików w oryginale. 
116 
Polska 
Do Warszawy ciągnęli logicy z najróżniejszych krajów. Niedawno jeszcze spotkałem 
świetnie po polsku mówiącego logika japońskiego, który stamtąd wracał. Bo też 
osiągnięcia szkoły były znaczne - myślę, że nie przesadzam, gdy powiem, że w 
latach międzywojennych Warszawa była jednym z najważniejszych ośrodków 
studiów logicznych w świecie. 
Oto przykład. Zwróciłem się kiedyś do Bolesława Sobocińskie-go, wówczas 
asystenta Leśniewskiego, z prośbą o pomoc. Tak zwana teoria typów sprawiała mi 
trudności przy rozwiązywaniu jakiegoś zagadnienia. Na mój list Sobociński 
odpowiedział, że u nich, w Warszawie, jest teorii typów wiele - nie tylko dwie, jak u 

background image

nas i że co najmniej trzy spośród nich nie nastręczają trudności, o której pisałem. 
Warszawa była naprawdę rodzajem logicznego Eldorado, pełnego twórczych 
logików. 
Teraz, będąc dominikaninem, nie mogę pominąć milczeniem związku tej szkoły z 
moim zakonem. Polegał on na tym, że twórca szkoły, nauczyciel wszystkich 
czołowych logików pierwszego pokolenia, Kazimierz Twardowski, był uczniem 
Franciszka Brentano... Otóż ten Brentano był diakonem dominikańskim, kiedy 
wystąpił z zakonu, innymi słowami posiadał pełne wykształcenie tomistyczne. Kto 
zna tomizm, ten odkryje łatwo, jak wiele w zasadniczej postawie i myśli Brentany, a 
więc i Twardowskiego, pochodzi z zakonu. Przyznając się do polskiej szkoły nie 
odbiegałem daleko od moich własnych źródeł, aczkolwiek wtedy nie wiedziałem 
tego jeszcze. 
Pierwsze miejsce między logikami polskimi zajmowali Jan Łukasiewicz i Stanisław 
Leśniewski oraz uczeń obu - Alfred Tarski. Nie byłem ich uczniem w tym słowa 
znaczeniu, że nie wysłuchałem ani jednego ich wykładu, ale miałem przywilej 
poznać ich z bliska; znałem też szereg innych, często znakomitych logików. Oto 
garść wspomnień osobistych o trzech mistrzach i o szczególnie mi bliskim 
Sobocińskim... 
Łukasiewicz, twórca logiki wielowartościowej, a więc autor jednego z 
najważniejszych odkryć w logice XX wieku, był dla mnie szczególnie łaskawy, do 
tego stopnia, że można nawet mówić 
117 
Polska 
o czymś w rodzaju przyjaźni między nami. W każdym razie jego drzwi były zawsze 
dla mnie otwarte, kiedy byłem w Warszawie. Był średniego wzrostu, zawsze 
poprawnie ubrany, raczej nieśmiały. Był, jak przystało na wielkiego uczonego, w 
miarę roztargniony, ale nie do tego stopnia jak inny wielki logik, Paul Bernays, 
którego musiałem kiedyś prowadzić do jego własnego mieszkania w Zurychu, bo nie 
mógł go znaleźć. 
Odwiedziłem go kiedyś po kolacji i zastałem piszącego jakieś wywody logiczne. 
Jego pisownia miała między innymi tę zaletę, że nie zawierała żadnych znaków poza 
alfabetycznymi. Na mój widok wyciągnął z maszyny zapisany arkusz papieru i z 
widoczną radością powiedział: „Ojcze kochany, jakie to piękne i jak oczywiście 
prawdziwe!" 
Otóż trzeba wiedzieć, że w pisowni Łukasiewicza (jedynej pisowni logicznej 
zasadniczo różnej od powszechnie używanej) stawiało się wszystkie funkto^y, 
orzeczniki itp. przed należącymi do nich argumentami. Na przykład zamiast „pies 
lubi kiełbasę i małpa goni za ogonem" pisało się: 
i lubi pies kiełbasę goni za małpa ogonem 
Można sobie wyobrazić, co ta zasada dawała w zastosowaniu do skomplikowanych 
twierdzeń logicznych. Dodaję jeszcze, że w pisowni Łukasiewicza zamiast Jeśli" 
pisało się „C", a zamiast „i" -„K". Czytelnik pojmie teraz moje osłupienie, kiedy 
spostrzegłem, że owo piękne i oczywiste twierdzenie zaczynało się mniej więcej tak: 

background image

CCCKCCKCKKKKCCCKC... 
Muszę wyznać, że jedyna rzecz, która mi się wówczas wydała oczywista, to fakt, że 
wyrażenie „oczywisty" jest niezmiernie względne, zależne od osoby, ale wtedy 
najbardziej uderzyło mnie nie tyle twierdzenie Łukasiewicza o oczywistości owego 
zdania, ale o jego pięknie. Do dziś wydaje mi się, że to ono najlepiej charakteryzuje 
wielkiego polskiego logika. Dla niego wszystko co naukowe, każde twierdzenie, 
każda rozprawa, dowód i tak dalej, powinny być nie tylko prawdziwe, ale i piękne. 
Pisać powinno się tak, mówił mi 
118 
Polska 
119 
kiedyś,  żeby  nie  można  było  ani   dodać,   ani  ująć  ani   słowa. Łukasiewicz 
dawał przykład: jego prace są pod tym względem wzorem. 
Ludzi ceniących piękno jest oczywiście wielu. Ale mój mistrz różnił się od innych 
tym, że łączył zamiłowanie do piękna z przywiązaniem do ścisłości. Był i zapewne 
zostanie nieprześcignionym wzorem ścisłego myślenia, w którego pracach logika 
osiągnęła ideał ścisłości komputerowej. Co więcej, o ile go dobrze zrozumiałem, 
piękno i ścisłość były jakby dwiema stronami tej samej doskonałości w wyrazie, do 
której dążył. Jeśli się nie mylę, Łukasiewicz należał do wielkiej rodziny 
neoplatoników. Logika była dla niego „etyką myśli i mowy", dodałbym także, ich 
estetyką. Pod tym względem wywarł decydujący wpływ na myśl polską i daleko 
poza nią. Do dziś dnia, kiedy europejski filozof przemawia w sposób klasycznie 
jasny i ścisły, istnieje podejrzenie, że jest Polakiem albo że tak czy inaczej wychował 
się pod wpływem Łukasiewicza. 
Był zresztą platonikiem nie tylko pod tym względem. Na zebraniu Koła 
Krakowskiego, o którym będzie jeszcze mowa, powiedział, że kiedy pracuje nad 
zagadnieniem logicznym, ma wrażenie, że stoi wobec struktury twardszej od betonu i 
stali, w której niczego nie może zmienić i tylko odkrywa coraz nowe jej szczegóły - 
co jest typową postawą bardzo dziś w logice licznych platoników. 
Jeśli chodzi o logików polskich, wydaje mi się, że był pod tym względem raczej 
odosobniony. Wielu spośród nich, z Leśniewskim na czele, przyznawało się do 
zupełnie innej, skrajnie realistycznej filozofii. Leśniewskiego znałem także dość 
dobrze, aczkolwiek mniej niż Łukasiewicza. Był to człowiek duży, powiedziałbym 
potężnej postaci. Przyjmował mnie zawsze paląc ogromną fajkę i pijąc kawę z 
ogromnego dzbanka. Nieodmiennie trzymał też rozhowory o głupocie wielu ludzi, 
którzy mówią tak, jak gdyby wierzyli, że mają szklane głowy - wierzą na przykład w 
istnienie Boga albo klas. Te klasy były jego główną zmorą. „Ja nieraz widziałem, 
mówił, kupy kamieni, ale klasy kamieni, jako żywo, nie widziałem". Dla niego 
istniały tylko rzeczy, ciała, nie było ani cech, ani zjawisk psychicznych. Dla tej 
ontologii zbudował swoją, jedyną w swoim rodzaju, logikę for- 
Polska 
malną, która dopiero dzisiaj zaczyna zdobywać coraz szersze kręgi -logikę, która w 
przeciwieństwie do wszystkich niemal innych, nie jest teorią klas, ale kup, zespołów. 

background image

Ja sam byłem w filozofii znacznie bliższy Łukasiewicza niż Leśniewskiego; 
wydawało mi się że, jak trafnie powiedział Whitehead, nie można wytłumaczyć 
rzeczywistości bez uznania świata idealnego. Co nie przeszkadza, że myśl 
Leśniewskiego wywarła na mnie wielki wpływ, bo moje własne poglądy 
skrystalizowały się właśnie w starciu z tą myślą. 
Trzeciego czołowego logika szkoły, Tarskiego, poznałem lepiej dopiero w Stanach 
Zjednoczonych, bo będąc żydowskiego pochodzenia, byłby w Polsce niechybnie 
zginął w jakiejś niemieckiej komorze gazowej. Miał najpierw ciężkie czasy w 
Stanach, bo Amerykanie nie zdali sobie zrazu sprawy, że mają do czynienia z 
geniuszem. Ale po jakimś czasie przebił się i był rodzajem króla logicznego w 
Kalifornii i dalekoxpoza jej granicami. Mały, nerwowy, został w mojej pamięci 
przede wszystkim jako niezwykłej cnoty patriota. Mało kto wie, ile uczynił dla 
Polaków na wojnie. Był także nadzwyczaj dobry dla innych, między innymi nie 
wiem dlaczego, dla mnie samego, ale potrafił też być surowym krytykiem. Nie 
zapomnę jak zhepał mojego przyjaciela Eweret Betha za marne wystąpienie jednego 
z jego uczniów. Jeździł na wszystkie kongresy, ale zamiast słuchać odczytów, 
pracował w kuluarach, torując drogi swoim studentom. Toteż Tarszczycy zajmowali 
wiele katedr logiki w Stanach Zjednoczonych - tak np. w UCLA, gdzie Carnap był 
całkiem odosobniony. 
Będąc w przyjaznych stosunkach zarówno z Łukasiewiczem, jak i zTarskim, 
usiłowałem ich pogodzić, bo istniały między nimi zadrażnienia zawinione przez 
osoby trzecie, które przypisały Tar-skiemu odkrycie logik wielowartościowych. Nie 
miałem wcale powodzenia. 
Parę wspomnień o przedstawicielu drugiego pokolenia, Bolesławie Sobocińskim. 
Kiedy uszedł z Polski, mogłem mu wyrobić katedrę w St. Thomas College w St. 
Paul, ale go stamtąd szybko wy- 
120 
Polska 
rzucono, bo uczył św. Tomasza, a nie komentatorów z komentarzami do nich 
niejakiego De Koningha. Taki to był tomistyczny college. Żył więc jakiś czas z pracy 
- przepisywania na maszynie - swojej żony. Będąc wtedy w Notre Damę (Indiana) 
namówiłem kierownictwo uniwersytetu, aby go zaprosili na interview i ewentualnie 
mianowali profesorem. 
Katastrofa. Mówi Sobociński:„Sb« loves Mary?" - Czyj son (syn)? Nie, powiada, 
son. Okazuje się, że chciał powiedzieć: John -Jan, nie son - syn. Przerażeni ojcowie 
ulegają mimo to moim namowom i oferują mu jakieś możliwie najniższe stanowisko. 
Reakcja? Owszem, zgadza się, ale pod warunkiem, że zapłacą koszta podróży jego, 
jego żony i jego kota. Autentyczne. Co nie przeszkodziło mu w parę lat zostać 
profesorem zwyczajnym. Pisał po prostu wszystko na tablicy, a był znakomitym 
logikiem. 
Koło krakowskie 
Wypada mi wspomnieć o okolicznościach, w których nastąpiło zbliżenie między 
nami a Salamuchą. Ten ostatni był Tatarem z pochodzenia i należał do diecezji 

background image

warszawskiej, której ordynariusz, kardynał Kakowski, nie lubił uczonych i mimo 
usilnych próśb przez długi czas odmawiał ks. Salamusze pozwolenia na wyjazd do 
Krakowa celem habilitowania się na UJ. Dopiero osobista interwencja powszechnie 
szanowanego ks. Konstantego Michalskiego CM, wówczas rektora UJ, skłoniła go 
wreszcie do udzielenia tego pozwolenia. 
Aliści ks. Salamuchą miał wrogów w klerze, podejrzewano w szczególności o tę 
wrogość niejakiego ks. Korcika z KUL-u, dość nieprawdopodobnego przyczynkarza, 
autora licznych pism w rodzaju „Dwa nieznane portrety Leibniza" itp. Jakkolwiek by 
z tym było, ci wrogowie wszczęli kampanię przeciw ks. Salamusze. Odkryli, że nie 
miał matury. Porobili odbitki mojej negatywnej recenzji jego książki. Zaopatrzyli w 
ten materiał wszystkich miarodajnych urzędników w Ministerstwie Oświaty, które 
musiało habilitację zatwierdzić. W rezultacie ministerstwo zatwierdzenia odmówiło. 
Polska 
121 
Ks. Salamuchą musiał więc wracać do Warszawy. Kardynał przyjął go szyderczo, 
mówiąc o wielkim uczonym, który teraz pokornie wraca do owczarni, i pytał, czy nie 
chce przypadkiem o jakieś względy prosić. Mój przyjaciel miał nieszczęście 
powiedzieć, że przyjmie każdą pracę, ale prosi, aby kardynał nie przeznaczał go do 
pewnej parafii, której proboszczem był jego osobisty nieprzyjaciel. Tego samego 
dnia jeszcze otrzymał przeznaczenie do tej właśnie parafii. Taką to postać przybiera 
niekiedy w kołach duchownych miłość bliźniego. No i ów proboszcz zaczął ks. 
Salamuchę tak seko-wać, że ten po jakimś czasie był na granicy rozstroju 
nerwowego i targnął się na własne życie. 
Wiadomość o tych zajściach dotknęła mnie mocno i to tym bardziej, że czułem się 
współwinny nieszczęściom ks. Salamuchy i że sam doświadczyłem prześladowania 
za uprawianie logiki formalnej. Czułem się współwinny, bo napisałem tę negatywną 
recenzję. Odtąd nie piszę nigdy takich omówień, odmawiam po prostu recenzji 
książek, które uważam za niedobre. Zabrałem się energicznie do obrony ks. 
Salamuchy i z pomocą ks. Michalskiego i innych przyjaciół dokonałem tego. 
Habilitacja została zatwierdzona i ks. Salamuchą znalazł znośne warunki życia. Ja 
sam zyskałem jedną z najlepszych przyjaźni, jakie mi się zdarzyło pozyskać. Ks. 
Salamuchą był więziony razem z innymi wykładowcami UJ w Sachsenhausen i 
został zamordowany razem z rannymi, którymi się opiekował w powstaniu 
warszawskim. Panie świeć nad jego duszą! 
A oto wspomnienia o naszym kole. W dniu 26 sierpnia 1936r., w czasie III Polskiego 
Kongresu Filozoficznego, odbyło się w Krakowie specjalne spotkanie 
zorganizowane przez nas. Było ono poświęcone stosunkowi myśli katolickiej do 
logiki matematycznej. Obecni byli wszyscy profesorowie filozofii z wydziałów 
teologicznych i pewna liczba nauczycieli filozofii z seminariów duchownych. Ks. K. 
Michalski, mediewista cieszący się znacznym autorytetem w Polsce, był 
przewodniczącym, Łukasiewicz, ja sam, Salamuchą i Drewnowski czytali swoje 
teksty. Nastąpiła długa dyskusja, w której pośród innych wzięli udział J. Chechelski, 
P. Chojnacki, 

background image

122 
Polska 
J. Pastuszka i J. Stępa. Protokoły zostały opublikowane w roku 1937 z przedmową 
przewodniczącego. 
Spotkanie to było główną publiczną manifestacją tego, co później zostało nazwane - 
cokolwiek przesadnie - Kołem Krakowskim. Znalazłem w swoim egzemplarzu 
notatkę, która brzmi jak następuje: „Historia. Pomysł tego spotkania jest mój. 
Przedstawiłem go ks. Sa-lamusze w lipcu 1936. We wrześniu 1936 mieliśmy 
spotkanie w małym domku na Służewie (przedmieście Warszawy), gdzie wtedy 
mieszkałem kierując budowaniem klasztoru dla mojego zakonu. Byli obecni ks. 
Salamucha, F. Drewnowski, B. Sobociński. Spotkanie krakowskie było sukcesem. 
Uczestniczyły ogółem 32 osoby, a wśród nich: wyżej wymienieni, ks. Morawski i ks. 
Korcik. Otrzymałem pierwszy egzemplarz 10 października 1937. Ks. Salamucha 
zrobił sprawozdanie po francusku z prac, z wyjątkiem pracy ks. Chojnackiego i 
mojej własnej". 
Cztery osoby wspomniane w notatce tworzyły aktywne jądro Koła. Sobociński nie 
opublikował niczego dotyczącego głównych zasad grupy, ale brał czynny udział w 
spotkaniach Koła, a będąc wyśmienitym logikiem, służył jako doradca innym jego 
członkom, tak więc Koło było raczej małym zespołem. 
Było także krótkotrwałe. Oczywiście nie istniało jeszcze w 1930 r. , kiedy ukazała 
się książka Salamuchy o dedukcji. Jak dalecy byliśmy w tym czasie od stworzenia 
jednolitego frontu, można ocenić czytając moją recenzję tej książki w Bulletin 
Thomiste. 
Inwazja niemiecka we wrześniu 1939, z wynikającą z niej likwidacją wszystkich 
zorganizowanych form polskiej aktywności naukowej, przesądziła o losie Koła. 
Mamy więc w konsekwencji do czynienia ze zjawiskiem, które trwało najwyżej 7 lat. 
Ale wymiana myśli w ciągu tych 7 lat była intensywna. Pamiętam pisanie i 
otrzymywanie listów od Salamuchy, praktycznie co tydzień. Miałem także bardzo 
częste kontakty z Sobocińskim. W lecie 1936, kiedy byłem w Warszawie, odbywały 
się częste spotkania wszystkich członków. Rodzajem pośmiertnej manifestacji Koła 
była współpraca Sobocińskiego i moja z angielskim logikiem, o. Ivo Tho- 
123 
Polska 
masem O.P. w 1956 na Uniwersytecie Notre Damę w stanie Indiana. Wspólnym 
wysiłkiem spowodowaliśmy zmianę raczej wstecznego sposobu uczenia logiki na 
tym uniwersytecie katolickim na bardziej nowoczesny. 
Warunki pracy członków Koła nie były łatwe. Z wyjątkiem mnie (byłem profesorem 
w Angelicum w Rzymie) członkowie mogli pracować dla Koła tylko przygodnie. Ks. 
Salamucha, uprzednio profesor w seminarium duchownym, został przydzielony do 
parafii jako wikariusz w warunkach, o których wspomniałem powyżej. Drewnowski 
był z zawodu redaktorem i wydawcą Rocznika Handlu i Przemysłu. Sobociński, 
asystent na Uniwersytecie Warszawskim, musiał poświęcić większość swojego czasu 
logice formalnej i mógł zająć się filozofią tylko marginalnie. Nawet ja sam musiałem 

background image

walczyć z wielkimi trudnościami i niemal straciłem katedrę, będąc potępiony jako 
pozytywny heretyk. 
Najważniejszym myślicielem grupy był ks. Salamucha, o ile idzie o jego 
oryginalność myśli i jakość wykonanej pracy. Ale i Drewnowski nie był pozbawiony 
oryginalności, natomiast osiągnięcia Sobocińskiego są zbyt dobrze znane, aby trzeba 
było przypominać jego znaczenie. 
Koło było szkołą filozoficzną. Z wyjątkiem Sobocińskiego jego członkowie nie 
wnieśli znaczącego wkładu do logiki formalnej, natomiast przedstawili wiele 
przyczynków do zagadnień filozoficznych. Obronili kilka tez dotyczących natury 
logiki i zrobili dużo w dziedzinie historii logiki. Ich zasadniczą postawę można 
opisać następująco: 
- Główne zainteresowania Koła były natury metodologicznej. Jego członkowie 
chcieli zreformować sposób myślenia i pisania w katolickiej filozofii i teologii. 
Prima facie wydawało się, że żądają tylko, żeby logika matematyczna była 
stosowana, ale w rzeczywistości ich program był szerszy i zawierał następujące 
postulaty: (1) żeby filozofowie i teologowie używali prawidłowego języka 
naukowego; (2) żeby używali nowoczesnej logiki formalnej, pojęć semiotycznych i 
metodologicznych, zamiast scholastycznych; (3) aby stosowali for- 
124 
Polska 
malizm. To znaczy, że chcieli wprowadzenia swoistego dla polskiej szkoły logicznej 
„stylu" filozofowania, dotychczas nieobecnego w myśli katolickiej. 
- Dokładnie tak, jak zwolennicy innych nurtów filozofii analitycznej, członkowie 
Koła krytykowali filozofię nowoczesną, to jest większość systemów storzonych 
między XVI i XIX wiekiem, włączając systemy neoscholastyczne. Był to ich 
zdaniem okres nieproduktywny, „ślepa uliczka". Racje były czysto metodologiczne: 
odrzucano filozofię, powiedzmy Hegla, nie dlatego, że była filozofią idealistyczną, 
ale dlatego, że była pogmatwana i źle przedstawiana. 
- To było związane z poglądem, że logika formalna jest neutralna, o ile chodzi o treść 
różnych filozofii. Koło różniło się pod tym względem uderzająco od 
neopozytywizmu, ale zgadzało się z poglądami większości członków Szkoły 
Warszawskiej. 
- Inną różnicą między Kołem Krakowskim a Wiedeńskim była jego ocena myśli 
starożytnej i średniowiecznej. Przyznając, że logika stosowana w tych okresach jest 
przestarzała i musi być zastąpiona przez narzędzia nowocześniejsze, członkowie 
Koła twierdzili, że było wiele wartościowych myśli w problematyce i teoriach 
zarówno starożytnych, jak i średniowiecznych, które powinny być przeanalizowane i 
sformułowane w nowoczesny sposób. 
Łatwo zauważyć, że wpływ Łukasiewicza był decydujący we wszystkich tych 
punktach. To nie dziwi, jako że wszyscy członkowie Koła (poza mną) byli jego 
uczniami. Jego postulaty metodologiczne, krytyka nowożytnej filozofii i domaganie 
się uznania neutralności logiki (ten ostatni wyrażony jasno po raz pierwszy w czasie 
spotkania Koła w 1934). Uznanie dla myśli starożytnej i średniowiecznej było 

background image

rozszerzeniem odkrycia dokonanego przez Łukasiewicza, że w tych okresach istniała 
dobra logika formalna. Innymi słowy, Koło Krakowskie przyjmowało, z pewnymi 
rozszerzeniami, program filozoficzny Łukasiewicza, stosując go do filozofii i 
teologii katolickiej. 
Jeśli idzie o filozofię i teologię, członkowie Koła przedkładali nad inne dwie 
pozornie przeciwstawne oceny. Z jednej strony oskar- 
125 
Polska 
żali katolickich myślicieli, że nie są wierni swojej własnej filozoficznej tradycji, tzn. 
scholastyce. W szczególności zarzucali neoscho-lastykom, że wyrzucili oni z logiki 
scholastycznej prawie wszystko, co było w niej wartościowe, tj. konsekwencję 
(logikę zdań), semantykę, teorię antynomii, logikę modalną itd. ograniczając logikę 
do nędznych pozostałości znajdowanych w Logigue du Port Royal. Tak więc 
neoscholastycy byli oskarżani o to, że są zbyt „postępowi". 
Ale równocześnie byli krytykowni za to, że są niedostatecznie postępowi. Trzymali 
się kurczowo starych i obecnie przestarzałych scholastycznych narzędzi 
pojęciowych, a ignorowali logikę matematyczną z jej mnóstwem nowych i wysoce 
wydajnych pojęć. Jak można, pytano ich, pisać o Trójcy Świętej, kiedy się nie wie 
nawet o istnieniu relacji trójczłonowych? Albo jak można mówić o szeregach 
nieskończonych, jak w dowodach istnienia Boga, bez użycia współczesnych teorii 
szeregów? 
Członkowie Koła podkreślali, że brak zainteresownia tym co najlepsze we 
współczesnej logice jest przeciwny postawie św. Tomasza zAkwinu. Jego główna 
zasługa polegała na zastosowaniu najlepszej logiki, „nowej logiki" jego czasów. On 
użyłby dziś logiki matematycznej. 
Co było istotne dla Koła? W tym względzie wypada rozróżnić trzy różne pytania. 
Pierwsze: do jakiego stopnia idee grupy były oryginalne; drugie: jaka jest 
obiektywna wartość osiągniętych wyników; i trzecie: jak dalece spotkało się ono z 
historycznym sukcesem. 
Jeśli idzie o pierwsze pytanie, wydaje się, że Koło było nowym i jedynym w swoim 
rodzaju, wysoce oryginalnym ruchem. Były później jakieś podobne starania czynione 
przez indywidualnych myślicieli, takich jak Bendiek (1949) i Clark (1952), ale oni 
byli tylko odosobnionymi, pojedynczymi osobami, które wystąpiły później niż Koło 
i, ogólnie rzecz biorąc, nie dali niczego porównywalnego z tym, co było zrobione w 
Kole. Koło pozostaje jedyną zorganizowaną grupą, próbującą zreformować 
katolickie myślenie według wyżej opisanych zasad. Spomiędzy nich wypada 
wymienić następujące: 
126 
Polska 
- Formalizacja i analiza dowodów istnienia Boga ex motu w Summa contra gentiles 
Salamuchy. Była to pierwsza matematycz-no-logiczna analiza dowodu istnienia 
Boga. 

background image

- Formalizacja i analiza dowodu nieśmiertelności duszy św. Tomasza z Akwinu, 
autorstwa Bocheńskiego. Dużo skromniejsza od pracy Salamuchy, jest mimo to 
pierwszą i jedyną próbą analizy wymienionego dowodu przy użyciu nowoczesnej 
logiki. 
- Analiza scholastycznego pojęcia analogii. Zaproponowana przez Salamuchę i 
Drewnowskiego, została przeprowadzona przeze mnie. Była to (do czasu ostatniej 
publikacji Weingartnera) jedyna istniejąca matematyczno-logiczna analiza tego 
pojęcia. 
- Pewna ilość przyczynków do historii logiki przede wszystkim średniowiecznej. 
Pionierską pracę wykonał pod tym względem Sala-mucha, a studia te znalazły swój 
kulminacyjny efekt w mojej For-male Logik. Na tym polu członkowie Koła nie byli 
osamotnieni; inne badania w tej dziedzinie przeprowadzono za granicą (np. A. 
Becker, Hurst, Moody itd.) Można powiedzieć, że Koło grało poważną rolę w 
kształtowaniu nowej historii logiki. 
Habilitacja 
W tym samym okresie habilitowałem się z filozofii chrześcijańskiej na Wydziale 
Teologicznym UJ. 
Ta habilitacja nie doszła do skutku bez trudności. Miałem właśnie wykończoną pracę 
pt. La logiąue de Theophraste, prawdopodobnie najlepsze studium monograficzne, 
jakie kiedykolwiek udało mi się napisać. 
Myślałem, że będę mógł przedłożyć tę pracę jako rozprawę habilitacyjną w 
Krakowie, ale pomyliłem się, bo statuty UJ wymagały, aby rozprawa była w języku 
polskim, podczas gdy moja rzecz o Teo-fraście była zredagowana po francusku. 
Włożywszy tyle pracy w tę książkę nie czułem się na siłach podjąć nowy trud jaki 
wiązał się z przygotowaniem rozprawy habilitacyjnej. Wtedy ktoś z moich przyjaciół 
podsunął mi myśl, aby przełożyć zasadnicze ustępy z pracy 
127 
Polska 
o Teofraście, dotyczące zdań modalnych, na język polski i uzupełnić je paroma 
studiami o logikach scholastycznych. 
Poszedłem za tą radą i zabrałem się do czytania, jako pierwszego autora 
scholastycznego, św. Alberta Wielkiego. Przypomniałem sobie, że użyty przeze mnie 
egzemplarz logicznych komentarzy tegoż Alberta był nie rozcięty - nikt nigdy przede 
mną do niego nie zajrzał. W każdym razie z tych studiów wyrosła rozprawa 
habilitacyjna Z historii logiki zdań modalnych. 
Cenzorami mojej rozprawy byli ks. Michalski i mój dawny profesor gimnazjalny, 
Zygmunt Zawirski. Obaj byli widocznie bardzo łaskawi dla mojej pracy, bo Wydział 
zwolnił mnie z kolokwium i wykładu próbnego. Tak więc najważniejszą ceremonią 
w akcie habilitacyjnym był obiad wydany przez mojego przeora. 
Mam z tego obiadu zabawne wspomnienie. Kiedy odwiedziłem Zawirskiego, aby go 
zaprosić, zostałem mile przyjęty, ale Zawirski tytułował mnie „panem", co było 
wówczas w Polsce względem księdza niezwykłe, tylko Żydzi używali takiej 
tytulatury. xxxMyślałem, że musi być zakamieniałym antyklerykałem i dlatego unika 

background image

wyrazu „ksiądz". Ale podczas obiadu, podpiwszy sobie, Zawirski wyznał, że prawda 
była całkiem inna. Myślał, że do zakonnika wypada mówić „braciszku", a to 
wydawało mu się niestosowne wobec uczonego kandydata na docenta UJ. Nie 
wiedząc więc, jak mnie tytułować, użył owego „pana". 
Mimo uzyskania docentury nie wygłosiłem na UJ ani jednego wykładu, uzyskałem 
dyspensę od tego obowiązku, ale docentura odegrała przecież rolę w czasie wojny - 
być może uratowała mi życie. O czym opowiem poniżej. 
Nacjonalizm 
Przechodząc do materii stosunkowo lżejszej, wspomnę jeszcze, że interesowałem się 
wówczas żywo nacjonalizmem i to w dwojaki sposób - filozoficzny i polityczny. Pod 
względem filozoficznym, bo zajmowałem się pojęciem narodu i stworzyłem pewną 
jego teorię; 
128 
Polska 
politycznie o tyle, że znałem wielu narodowców polskich i interesowałem się ich 
poczynaniami, aczkolwiek nigdy nie byłem z nimi organizacyjnie związany. 
Historia mojej teorii narodu jest następująca: Trzeba najpierw powiedzieć, że każdy 
Polak jest mniej lub więcej narodowcem o tyle, że uważa obowiązki wobec narodu 
za ważne. Nic w tym dziwnego, skoro Polacy są jednym z trzech, o ile wiem, 
narodów, które to pojęcie wykrystalizowały - obok Polaków mam na myśli Włochów 
i Niemców. Złożyło się mianowicie tak, że właśnie te trzy narody nie posiadały 
własnego państwa w pierwszej połowie XIX wieku. Polska była rozebrana, Niemcy 
podzielone na udzielne państwa i księstwa, Włochy podobnie i częściowo 
okupowane przez obce potencje. Tam, gdzie było inaczej, gdzie istniało państwo 
narodowe, ludzie nie umieli nieraz aż do drugiej wojny światowej odróżnić narodu 
od państwa. Mój ojciec opowiadał mi, że mu stale we Francji mówiono, że jest 
Rosjaninem, skoro jest poddanym rosyjskim. 
W każdym razie Polacy byli przyzwyczajeni do ostrego odróżniania narodu od 
państwa. Nie można się też dziwić, że pierwszym teoretykiem narodu był Polak. Był 
nim mianowicie mój guru, o. Wo-roniecki. On to wysunął na międzynarodowym 
zjeździe katolickich filozofów i teologów w 1922 r. w Luksemburgu definicję narodu 
i sprzeciwił się czołowemu katolickiemu filozofowi owych czasów, o. Józefowi 
Gredtowi, który uważał, że państwo ma prawo wynaradawiać mniejszości, co 
prawda „łagodnymi środkami". 
Teoria narodu o. Woronieckiego przedstawiała się w zarysie następująco: Naród jest 
zespołem ludzi odznaczających się szczególnym zrozumieniem pewnych odcieni 
obyczajów (wartości moralnych) właściwych danemu narodowi. A jeśli tak jest, 
członek danego narodu ma nietykalne prawo i obowiązek pielęgnować te właśnie 
odcienie wartości moralnych i bronić ich. Patriotyzm czy nacjonalizm otrzymywał 
więc w tej teorii uzasadnienie z punktu widzenia uni-wersalistycznego, przestawał 
być oparty wyłącznie na arbitralnym dekrecie woli plerriiennej. Znajdował nawet 
uzasadnienie ze stanowiska wiary - jako że jesteśmy wszyscy odpowiedzialni za 
każdy 

background image

129 
Polska 
odblask Boskiej chwały, przejawiający się w wartościach, których zrozumienie było 
nam dane. 
Łatwo zauważyć, że teoria ta była oryginalnym zastosowaniem tradycyjnej 
tomistycznej nauki o odcieniach moralności. Zgodnie z nią, moralność oficera jest, 
jeśli chodzi o odcienie, inna niż moralność pielęgniarki, jako że u pierwszego 
znajdujemy lepsze zrozumienie męstwa niż miłosierdzia, a u drugiej odwrotnie. 
Teoria o. Woronieckiego była punktem wyjścia moich własnych rozważań. Wydało 
mi się, że o. Jacek pojmował wartości określające przynależność do narodu 
jednostronnie, ograniczając je do wartości moralnych, czego zresztą nie jestem 
dzisiaj pewny, bo o. Jacek pisał o obyczajach, co mogło mieć szersze znaczenie. 
Wówczas pojmowałem go jednak w sensie ściśle moralnym. Poszerzyłem więc jego 
definicję o tyle, że zamiast o odcieniach wartości moralnych, mówiłem o wartościach 
w ogóle. Myślałem więc, że należy naród definiować przez specyficzny odcień 
kultury. 
Następujące przeżycie odegrało pewną rolę w tym poszerzeniu: Litwini wystawili na 
jakiejś wystawie międzynarodowej, jako symbol swojego narodu, figurkę tzw. 
Chrystusa frasobliwego. Jest to figura przedstawiająca Zbawiciela siedzącego w 
cierniowej koronie, z palmą w ręku i jedną nogą opartą na kamieniu. Otóż 
powiedziano mi, że tego rodzaju figurki Chrystusa frasobliwego spotyka się na 
całym obszarze dawnej Rzplitej i tylko na nim. Jeśli tak jest, mielibyśmy do 
czynienia z wyrazem jakichś specyficznych przeżyć, a więc i wartości estetyczno-
religijnych. 
Ale to samo przeżycie było u mnie początkiem krytycznego namysłu nad 
nacjonalizmem polskim. Uderzyło mnie, że państwo, które zostało rozebrane pod 
koniec XVIII wieku, nie nazywało się w ciągu trzech stuleci „Polską". Nosiło nazwę 
„Królestwa (Res-publica tj. Commonwealth) Obojga Narodów", to jest tzw. Korony i 
Litwy. W rozumieniu dawnych Polaków Rzplita obejmowała więc dwa narody. 
Wilno nie było na pewno miastem polskim, ale stolicą Litwy. Że ówcześni Litwini 
mówili po polsku, to inna sprawa. Irlandczycy mówią przecież po angielsku nie 
będąc przez to Anglika- 
— Bocheński: Wspomnienia 
130 
Polska 
mi, a Brazylijczycy po portugalsku, co nie przeszkadza im być narodem całkiem 
odmiennym od Portugalczyków. 
Pod wpływem nieszczęść, jakie na nas spadły, pomieszaliśmy dwie całkiem różne 
rzeczy: naród polski i tę właśnie Rzplitą, wyjątkowo udaną wspólnotę narodów. A z 
tego zdawało się wynikać dalej, że definicja narodu polskiego przez specyficzne 
odcienie wartości, tj. przez kulturę, nie jest możliwa. Natrafiłem wówczas na pracę 
Lehmanna, socjologa niemieckiego, który przekonywująco wykazał, że kultura 
niemiecka nie istnieje, że to, co się zwykle tak nazywa, jest tylko kulturą jednej 

background image

warstwy - tak że narodu przez kulturę definiować nie można. Lehmann sugeruje więc 
definicję przez ideologię, to jest przez zespół wyobrażeń o historycznej roli danego 
narodu. 
Wiele lat później zarzuciłem i to stanowisko. To jest przyszedłem do przekonania, że 
żadnego narodu nie można definiować ani przez sam odcień kultury, ani przez samą 
ideologię, ale że o przynależności do niego mogą rozstrzygać obie, ale obok nich 
jeszcze inne czynniki, np. stosunek do pewnego kraju itp. 
Kapituła 
Aczkolwiek pojechałem na nią z Fryburga, byłem przecież na kapitule generalnej 
wyborczej mojego zakonu jednym z przedstawicieli prowincji polskiej, dlatego też 
wspominam o niej w rozdziale o Polsce. Muszę z przykrością stwierdzić, że w 
zamian za znaczne koszty, które prowincja polska poniosła na moje wykształcenie, 
nie dałem jej wiele. Generał wziął mnie po prostu bezpośrednio po ukończeniu 
studiów. Tym bardziej cieszyłem się więc, że mogłem figurować jako przedstawiciel 
mojej prowincji na kapitule generalnej R.P. 1955. 
Wspomnienia z tej kapituły nie są przyjemne. Nasi ojcowie francuscy mieli 
najrozmaitsze problemy, całkowicie nam obce, ale mocno poruszające ludzi w 
Rzymie papieskim - sprawy księży robotników, dyskusje teologiczne, wystąpienia 
polityczne prawicowe i lewicowe (w tym otwarcie prokomunistyczne) i tym 
podobne. Na 
131 
Polska 
nieszczęście prowincja Francji wydelegowała jako przedstawiciela (defmitora) 
jednego z krytykowanych teologów, o. Congara. Codziennie słyszeliśmy więc, że w 
Watykanie mówią to i owo. Na pytanie, kto mówi, odmawiano stale odpowiedzi, co 
wytwarzało atmosferę niepewności i strachu. 
Mieliśmy dwóch głównych kandydatów na generała - mojego dawnego kolegę w 
Angelicum o. Fernandeza, Hiszpana, i dawnego regensa tejże uczelni, kochanego o. 
Browne'a, Irlandczyka. Fernan-dez był pierwszy na liście i bylibyśmy go niechybnie 
wybrali, gdyby nie msza. Zdarzyło mu się mianowicie odprawiać mszę wobec 
kapitularzy i odprawił ją tak marnie, tak nieładnie i bez godności, że 
zrezygnowaliśmy z niego na rzecz o. Browne'a. Ja sam zresztą od początku na niego 
głosowałem, bo to był jeden z tych rzadkich Irlandczyków, którzy nawet jako 
przełożeni pozostają ludźmi. Bardzo zdolny, mógłby był wiele dokazać w nauce, 
gdyby nie to, że jako regens poświęcał się stale za każdego profesora, który 
zawodził, wykładając za niego język hebrajski, prawo kanoniczne i tym podobne. 
Był człowiekiem niezwykłej ofiarności i dobroci. Poznano się zresztą na nim w Kurii 
i generałowa! niedługo - został kardynałem, a myśmy przecież dostali o. Fernandeza 
jako generała. 
Przy wyborach był incydent, który mnie jako dawnego statystyka mocno ubawił. 
Według praw zakonu głosy na kapitule liczą trzej najstarsi. Było kapitularzy ponad 
stu, a owi trzej najstarsi nie mieli pojęcia, jak się to robi, pisali po prostu jedną 

background image

kreskę koło drugiej. A że ręce im się trzęsły i wzrok był słaby, każdy miał inną 
liczbę. 
Służew 
Ostatnie moje wspomnienia przedwojenne łączą się z przedmieściem Warszawy, 
Służewem. Na tym przedmieściu budowali nasi ojcowie nowy, ogromny klasztor. 
Budową kierował śp. o. Michał Czartoryski, mąż niezmiernie surowy dla siebie - 
podobno jadł tylko jajka na twardo, tak że zachorował. O. Woroniecki, który, już nie 
pamiętam jakim tytułem zajmował się tą budową, skłonił mnie, abym 
132 
Polska 
wziął jego następstwo. Na próżno zasłaniałem się brakiem doświadczenia w 
sprawach finansowych, o. Jacek odparł moje wątpliwości twierdzeniem, że taki jak ja 
musi mieć administrację we krwi. Tak i przyjąłem tę funkcję. 
Aby zrozumieć sens i okoliczności tej budowy, parę słów o najnowszych dziejach 
mojej polskiej prowincji dominikańskiej. W okresie rozbiorów zakon posiadał w 
Polsce trzy prowincje, jedną kongregację, około 300 klasztorów i ponad 2 000 
członków. Zaborcy pruscy i moskiewscy znieśli zakon, który mógł się utrzymać 
tylko w zaborze austriackim. Tam jednak obowiązywała polityka kościelna Józefa II, 
tolerująca zakonników tylko pod warunkiem, że pracowali na parafiach. W wyniku 
tej polityki i innych jeszcze okoliczności prowincja posiadała przeważnie małe, ale 
za to bogate domy-parafie z paroma zakonnikami. O życiu zgodnym z regułą i 
tradycją zakonu nie mogło być w nich mowy. W szczególności nie istniała żadna 
możliwość jakiegokolwiek oddziaływania na ośrodki akademickie, co było od 
wieków najważniejszą funkcją zakonu. 
Mniej więcej w tym czasie, w którym wstąpiłem do zakonu, zaczęła się na wielką 
skalę zakrojona reforma. Polegała ona na sprzedaży dóbr zakonnych na prowincji i 
budowaniu za otrzymane pieniądze nowych klasztorów w miastach uniwersyteckich. 
Głównym motorem tej reformy był o. Jacek, podtrzymywany przez autorytet 
generała zakonu o. Gilleta. Jak wszystkie takie reformy i ta spotkała się z żywą 
opozycją, zarówno w samej prowincji, jak i u ludzi postronnych. Ci ostatni skarżyli 
się, że dominikanie sprzedają ziemię Ukraińcom. Ojcowie przeciwni reformie czynili 
co mogli, aby jej przeszkodzić. 
W tych okolicznościach przybyłem na początku czerwca 1939 roku do Służewa. 
Zastałem tam domek, a w domku nadzwyczajnej pobożności brata konwersa. 
Kiedykolwiek wymawiał imię jakiegoś zmarłego, nigdy nie omieszkał złożyć rąk do 
modlitwy i pochylając głowę mówić: Janie świeć nad jego duszą". To był wspaniały 
przedstawiciel dawnego pokolenia braci konwersów. Takich już nie ma, a szkoda. O. 
Pelletier wyznał mi kiedyś, że byłby szczęśliwy, gdyby 
133 
Polska 
mu się udało wychować choćby jednego zakonnika miary krakowskiego brata 
zakrystiana - innego przedstawiciela tego pokolenia braci konwersów polskich. 

background image

Ale mój brat miał jedną szkaradną wadę: umiał gotować tylko owe jajka na twardo, 
które doprowadziły o. Michała do smutnego końca. Ja sam nie byłem wtedy lepszym 
od niego kucharzem. Toteż pierwszym moim aktem, jako budowniczego Służewa, 
było znalezienie kucharki. Udało mi się takową znaleźć i odtąd żyliśmy w domku we 
troje: ona, brat i ja, a przede wszystkim jedliśmy przyzwoiciej. 
Moją główną troską był jednak problem dachu. Według planu i umowy, jeśliby nie 
udało się podciągnąć przed zimą budowy pod dach, wypadało dać bardzo kosztowny 
dach prowizoryczny. Ale aby podciągnąć budowę pod dach, trzeba było pieniędzy, 
których właśnie brakło. Prowincja finansowała, jak wspomniałem, swoje budowy 
przez sprzedaż dóbr w Galicji, a te sprzedaże nie zawsze szły w potrzebnym tempie. 
Poprawnym rozwiązaniem problemu było zaciągnięcie pożyczki bankowej, która by 
kosztowała bez porównania mniej niż dach prowizoryczny. Ale aby uzyskać taką 
pożyczkę, trzeba było wiele zachodu, a ja mieszkałem daleko od banków - 20 minut 
pieszo do najbliższego przystanku tramwajowego. Potrzebowałem samochodu. Ale 
samochód był wówczas, przynajmniej w oczach o. prowincjała, takim luksusem, że 
nie otrzymałem pozwolenia na kupno okazyjnego wozu. Najmowałem więc na cały 
dzień roboczy taksówkę, co kosztowało znacznie więcej, niżbym był wydał na 
własny wóz, ale swego dopiąłem. Pożyczkę otrzymaliśmy i mogłem budowę 
podciągnąć pod dach, oszczędzając w ten sposób, o ile pamiętam, pół miliona 
złotych, sumę naonczas znaczną. 
W czasie pobytu w Służewie prowadziłem także z ramienia mojej prowincji zakonnej 
negocjacje z Bankiem Polskim o kupno terenu pod klasztor poznański. Bank, 
kupiwszy ten teren, uznał go później za nieodpowiedni i mogliśmy go od niego 
nabyć - dziś znajduje się w nim klasztor nowicjatu. Mam najmilsze wspomnienia z 
tych negocjacji. Dyrektorowie Banku Polskiego zdawali się żyć wysoko po- 
134 
Polska 
nad zwykłym życiem gospodarczym; tak np. udzielili nam kredytu bezprocentowego. 
Odznaczali się też niezwykłą kurtuazją. Pamiętam taki oto frazes jednego z nich: 
„Kiedy taka instytucja jak Bank Polski układa się z taką instytucją, jak prowincja oo. 
dominikanów..." 
Takich to wycieczek dokonałem wtedy - muszę się przyznać nie bez przyjemności - 
w obcą mi dziedzinę finansów. 
Wojna 
135 
VI WOJNA 
Warszawa 
Wojna zastała mnie w Służewie. Że nadchodzi, wiedzieliśmy wszyscy od dawna, a ja 
sam miałem, dzięki mojemu kuzynowi Piotrowi Borkowskiemu, także jasny obraz jej 
przebiegu, chcę powiedzieć czekającej nas klęski. Borkowski był bardzo dobrze 
poinformowany i trapił się przyszłym losem Rzplitej do tego stopnia, że chudł i tracił 
apetyt. Jeśli się jednak nie mylę, był pod tym względem wyjątkiem; przynajmniej w 
moim otoczeniu większość, jeśli nie wszyscy, oddawali się niczym nie 

background image

uzasadnionemu optymizmowi. Muszę przyznać, że i ja byłbym chyba myślał jak i 
oni, gdyby nie Borkowski. A przecież wystarczyło sobie przypomnieć, że Niemcy 
wytwarzały dziesięć milionów ton stali, a Polska pół miliona, aby zrozumieć, że 
nasze szansę w wojnie z Niemcami były żadne. Czło- 
136 
Wojna 
wiek ma widać wbudowany mechanizm rodzący ślepotę, gdy chodzi o takie sprawy. 
Jak bodaj niemal każdy Polak chciałem wziąć czynny udział w tej potrzebie i udałem 
się w tym celu do ks. biskupa polowego z prośbą, by mnie powołał do służby. 
Według prawa polskiego księży katolickich mobilizował bowiem do służby biskup 
polowy. Był nim wówczas i do końca wojny światowej śp. ks. Józef Gawlina. 
Miałem być w ciągu następnych lat z nim związany, tu będzie więc miejsce na parę 
wspomnień o tym mężnym i prawym człowieku. 
Ks. Gawlina był synem chłopa śląskiego, dumnym ze swojego pochodzenia i 
patrzącym z pewnym politowaniem na ludzi z mniej godnej warstwy, jak na przykład 
na ówczesnego prymasa Hlonda, syna robotnika. Musiał być dobrze notowany u 
piłsudczyków będących wtedy u władzy, był zresztą, jako taki, niemile widziany 
przez ich przeciwników. Wiem skądinąd, że jego matka bynajmniej nie należała do 
adoratorów Marszałka. Podobno na jakimś wiecu wyborczym, na którym agitator 
BBWR (Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem) opowiadał, jak to Ojciec Święty 
przysłał Marszałkowi różaniec, ta dzielna kobieta zapytała tubalnym głosem: „A 
sposób użycia też przysłał?" Na to trzeba było rzeczywiście odwagi - mieliśmy 
przecież nawet obóz koncentracyjny dla ludzi piłsudczykom niemiłych. 
Fizycznie był ks. Gawlina duży i dość gruby. Pod względem moralnym, choć 
przeszedł pierwszą wojnę w armii niemieckiej i osiągnął stopień kaprala, nie był 
człowiekiem odważnym. Natomiast był mężny, myślę nawet, że w jego osobie 
można było najlepiej odróżnić te dwie cechy. Był mianowicie mężny w tym 
znaczeniu słowa, że mimo strachu pchał się w ogień, jak gdyby nigdy nic. Był przede 
wszystkim dobrym chrześcijaninem i prawym Polakiem, powiedziałbym wprost - 
wzorem patriotyzmu. Jeśli o jego wiarę chodzi, wystarczy wspomnieć, że w 
przeddzień wojny zabronił telegraficznie wszystkim kapelanom błogosławić broń, ku 
niemałemu oburzeniu wielu, między innymi mojemu. Po wojnie był w Rzymie 
najważniejszym rzecznikiem spraw polskich. Będę miał jeszcze sposobność 
137 
Wojna 
opisać jego interwencję w sprawie PAXu i pomoc, jakiej sam doznałem w walce z 
komunizmem. Głębszego wykształcenia teologicznego nie miał, uważał się np. za 
księdza świeckiego, co jest ze stanowiska teologii katolickiej fałszem - biskup jest 
wyniesiony ponad oba stany duchowne, księży świeckich i zakonników. Miał piękną 
śmierć. Podczas drugiego soboru watykańskiego, odpowiadając na wywody jakiegoś 
nowatora, który atakował Matkę Boską, ks. Gawlina tak się wzruszył, że dostał ataku 
sercowego i skonał. 

background image

Ale w sierpniu 1938 ks. biskup polowy nie miał jeszcze wojennych doświadczeń i 
moją prośbę odrzucił. Powiedział mi, patrząc wprost w oczy, jak było jego 
zwyczajem, że ma z zakonnikami jako kapelanami tak złe doświadczenia, iż 
zamierza powoływać do służby wojskowej wyłącznie księży świeckich. Myślę, że to 
co mówił o doświadczeniach, było prawdą. Wiele zakonów w Polsce było w upadku, 
skądinąd prowincjałowie oddawali nieraz do wojska odpadki, ludzi mniej lub więcej 
zwichniętych, niekarnych, a ci powodowali kłopoty. Ale w czasie wojny ks. Gawlina 
odkrył zupełnie inny gatunek zakonników. Aby tylko jeden przykład przytoczyć, nas, 
dominikanów było swojsku polskim za granicą trzech, a z tych trzech dwóch, obaj 
moi koledzy: o. Marcin Chrostowski i o. Studziński, dostali Virtuti Militari. Otóż po 
zwycięskiej bitwie to odznaczenie dostaje jeden człowiek na batalion, aby je 
otrzymać, kapelan musi być autentycznym bohaterem. Przy tym jeśli chodzi o 
godność życia, nasi kapelani zakonnicy świecili nieraz przykładem innym. 
Skazany, że tak powiem, do cywila, wziąłem udział w przygotowaniu na 
bombardowania. Kopaliśmy m.in. rowy w naszym ogrodzie. Mogłem stwierdzić przy 
tej sposobności, jak dalece byłem słaby i mało zdatny do pracy fizycznej. 
O samym wybuchu wojny dowiedziałem się l września 1939 roku podczas Mszy św., 
którą zawsze odprawiałem w służewskiej kaplicy o godz. 6. Usłyszeliśmy wtedy huk 
pierwszych bomb spadających na Warszawę. Naloty miały odtąd mieć stale ten sam 
przebieg -niebo całkowicie opanowane przez nieprzyjaciela, bombardowanie miasta 
(o ile pamiętam, głównie centrum). Po odlocie Niemców star- 
138 
Wojna 
tował mały polski samolot typu turystycznego, który widocznie rejestrował szkody. 
Bombardowania Warszawy miały dla mnie także osobiste konsekwencje. Moja 
rozprawa o logice Teofrasta miała być częścią zbiorowego tomu wydawanego przez 
Łukasiewicza. Rękopis był w jakimś biurze uniwersyteckim, a skład drukarski leżał 
w oczekiwaniu na inne prace w drukarni. Otóż jedna bomba niemiecka trafiła w to 
biuro, a druga w drukarnię. Wydawało mi się najpierw, że praca jest stracona. 
Pokazało się jednak, że odbitka szczotkowa znajduje się w mojej celi na Służewie, 
którą wandale wprawdzie zdemolowali, ale nie raczyli na szczęście zająć się wiązką 
zadrukowanych 
papierów. 
Wychodząc nielegalnie z Polski w grudniu, bałem się brać tę odbitkę ze sobą, bo 
mówiono, że Niemcy (czy też Moskale?) rozstrzelali polskiego filozofa, przy którym 
znaleziono tekst matematyczno -logiczny, wzięty przez celników za szyfr. Posłałem 
więc moje odbitki Scholzowi, który nie tylko przechował je w swoim seminarium, 
ale i ogłosił w jego biuletynie, że ta praca jest u niego. Można sobie wyobrazić moje 
przerażenie, kiedy otwierając kiedyś w Londynie Timesa, wyczytałem wiadomość o 
nalocie na Miinster „a sea offla-mes ". Ale odkryłem inny egzemplarz w Rzymie, co 
prawda bez dopisków. Habent suafata libelli. 
1939 

background image

Po paru dniach, bodaj że 6 września, opuściłem Warszawę piechotą z grupą młodych 
narodowców, którzy mnie na ten wymars/ namówili. Nie chciałem zostać pod 
okupacją niemiecką, która się zbliżała, ale nie miałem ani ja, ani moi przyjaciele, 
jasnego planu. Nie pamiętam już szczegółów tego długiego i uciążliwego marszu. 
Wiem tylko, że w pewnej chwili znalazłem się na Podlasiu, m.in. w wiosce rodzinnej 
Sienkiewicza. Robiliśmy forsowne marsze w pierwszy dzień np. prawie 60 km. 
Wojna 
139 
Mam tylko urywki wspomnień. Pamiętam np. że zostałem ostrzelany z pokładu 
małego samolotu, zapewne zdobycznego. Tu i ówdzie spotykaliśmy zhisteryzowaną 
ludność, która żyła w strachu przed piątą kolumną niemiecką - musieliśmy się często 
legitymować. W żywej pamięci została mi też grupa podlaskich chłopców wiejskich, 
którzy jak mówili, już od tygodnia szukali kawałka karabinu, aby bić Niemców. Ci 
chłopcy przychodzili mi stale na myśl, gdy byłem później we Francji. 
Przy przekraczaniu jakiejś rzeki, bodaj Bugu, dowiedzieliśmy się od majora 
kontrolującego most, że na wschodzie spotkamy zamiast Niemców Moskali. Musiało 
już więc być po 17 września, dniu, w którym ci ostatni wkroczyli do Polski. W 
rzeczy samej niebawem miałem w rękach ulotkę wzywającą do poddania się, 
zredagowaną zresztą w nieprawdopodobnie złej polszczyźnie. Niebawem zostaliśmy 
zatrzymani przez uzbrojonych cywilnych, bodaj ukraińskich, którzy przyłożywszy 
mi lufę karabinu do piersi przeszukali kieszenie. 
Po paru dniach spotkałem grupę profesorów z Uniwersytetu Warszawskiego. 
Spotkanie odbyło się w dość zabawnych okolicznościach. Najpierw słowo o moim 
ubraniu. Nie będąc piechurem (w wojnie z 1920 roku służyłem w kawalerii), nie 
byłem wprawiony w chodzeniu i bardzo prędko odparzyłem sobie stopy. 
Wyrzuciłem więc buciki i szedłem boso. To jest dla początkującego dość trudne 
zadanie, ale skóra pod stopami dość rychło grubieje i chodzi się dobrze. Nosiłem 
czarne spodnie i biały sweter, naturalnie bez krawatki. 
W tym stroju szedłem więc koło wozu, w którym jechał, jak mi się zdawało, jakiś nie 
znany chłop. Prowadziliśmy od pewnego czasu rozmowę (taka rozmowa była zwykle 
wstępem do zaproszenia na wóz), gdy zbliżyło się paru profesorów, którzy mnie, 
mimo przebrania, poznali. Wtedy okazało się, że chłopem na wozie był dziekan 
wydziału weterynaryjnego, u którego byłem na herbacie przed dwoma tygodniami. 
Po tych wzajemnych odkryciach porzuciłem moich dotychczasowych towarzyszy 
podróży i przyłączyłem się do warszawskich kolegów. Po drodze trafiliśmy ku mojej 
wielkiej radości 
138 
Wojna 
tował mały polski samolot typu turystycznego, który widocznie rejestrował szkody. 
Bombardowania Warszawy miały dla mnie także osobiste konsekwencje. Moja 
rozprawa o logice Teofrasta miała być częścią zbiorowego tomu wydawanego przez 
Łukasiewicza. Rękopis był w jakimś biurze uniwersyteckim, a skład drukarski leżał 
w oczekiwaniu na inne prace w drukarni. Otóż jedna bomba niemiecka trafiła w to 

background image

biuro, a druga w drukarnię. Wydawało mi się najpierw, że praca jest stracona. 
Pokazało się jednak, że odbitka szczotkowa znajduje się w mojej celi na Służewie, 
którą wandale wprawdzie zdemolowali, ale nie raczyli na szczęście zająć się wiązką 
zadrukowanych papierów. 
Wychodząc nielegalnie z Polski w grudniu, bałem się brać tę odbitkę ze sobą, bo 
mówiono, że Niemcy (czy też Moskale?) rozstrzelali polskiego filozofa, przy którym 
znaleziono tekst matematyczno -logiczny, wzięty przez celników za szyfr. Posłałem 
więc moje odbitki Scholzowi, który nie tylko przechował je w swoim seminarium, 
ale i ogłosił w jego biuletynie, że ta praca jest u niego. Można sobie wyobrazić moje 
przerażenie, kiedy otwierając kiedyś w Londynie Timesa, wyczytałem wiadomość o 
nalocie na Miinster „a sea ofjla-mes ". Ale odkryłem inny egzemplarz w Rzymie, co 
prawda bez dopisków. Habent suafata libelli. 
1939 
Po paru dniach, bodaj że 6 września, opuściłem Warszawę piechotą z grupą młodych 
narodowców, którzy mnie na ten wymarsz namówili. Nie chciałem zostać pod 
okupacją niemiecką, która się zbliżała, ale nie miałem ani ja, ani moi przyjaciele, 
jasnego planu. Nie pamiętam już szczegółów tego długiego i uciążliwego marszu. 
Wiem tylko, że w pewnej chwili znalazłem się na Podlasiu, m.in. w wiosce rodzinnej 
Sienkiewicza. Robiliśmy forsowne marsze -w pierwszy dzień np. prawie 60 km. 
Wojna 
139 
Mam tylko urywki wspomnień. Pamiętam np. że zostałem ostrzelany z pokładu 
małego samolotu, zapewne zdobycznego. Tu i ówdzie spotykaliśmy zliisteryzowaną 
ludność, która żyła w strachu przed piątą kolumną niemiecką - musieliśmy się często 
legitymować. W żywej pamięci została mi też grupa podlaskich chłopców wiejskich, 
którzy jak mówili, już od tygodnia szukali kawałka karabinu, aby bić Niemców. Ci 
chłopcy przychodzili mi stale na myśl, gdy byłem później we Francji. 
Przy przekraczaniu jakiejś rzeki, bodaj Bugu, dowiedzieliśmy się od majora 
kontrolującego most, że na wschodzie spotkamy zamiast Niemców Moskali. Musiało 
już więc być po 17 września, dniu, w którym ci ostatni wkroczyli do Polski. W 
rzeczy samej niebawem miałem w rękach ulotkę wzywającą do poddania się, 
zredagowaną zresztą w nieprawdopodobnie złej polszczyźnie. Niebawem zostaliśmy 
zatrzymani przez uzbrojonych cywilnych, bodaj ukraińskich, którzy przyłożywszy 
mi lufę karabinu do piersi przeszukali kieszenie. 
Po paru dniach spotkałem grupę profesorów z Uniwersytetu Warszawskiego. 
Spotkanie odbyło się w dość zabawnych okolicznościach. Najpierw słowo o moim 
ubraniu. Nie będąc piechurem (w wojnie z 1920 roku służyłem w kawalerii), nie 
byłem wprawiony w chodzeniu i bardzo prędko odparzyłem sobie stopy. 
Wyrzuciłem więc buciki i szedłem boso. To jest dla początkującego dość trudne 
zadanie, ale skóra pod stopami dość rychło grubieje i chodzi się dobrze. Nosiłem 
czarne spodnie i biały sweter, naturalnie bez krawatki. 
W tym stroju szedłem więc koło wozu, w którym jechał, jak mi się zdawało, jakiś nie 
znany chłop. Prowadziliśmy od pewnego czasu rozmowę (taka rozmowa była zwykle 

background image

wstępem do zaproszenia na wóz), gdy zbliżyło się paru profesorów, którzy mnie, 
mimo przebrania, poznali. Wtedy okazało się, że chłopem na wozie był dziekan 
wydziału weterynaryjnego, u którego byłem na herbacie przed dwoma tygodniami. 
Po tych wzajemnych odkryciach porzuciłem moich dotychczasowych towarzyszy 
podróży i przyłączyłem się do warszawskich kolegów. Po drodze trafiliśmy ku mojej 
wielkiej radości 
140 
Wojna 
na jeszcze jednego profesora, a mianowicie na Władysława Tatarkie-wicza, 
znakomitego historyka filozofii, autora najlepszego, moim zdaniem, 
uniwersyteckiego podręcznika tej dziedziny. 
Ale i z profesorami nie pozostawałem długo, bo natknąłem się kolejno na kilkunastu 
żołnierzy pod dowództwem plutonowego. Według ich opowiadań byli niedobitkami 
oddziału zdradziecko rozbitego przez Moskali. Ci ludzie, a zwłaszcza ów plutonowy, 
zaimponowali mi od razu swoją postawą. Mieli tylko dwa zmartwienia: gdzie 
znaleźć jakieś wojsko własne i jakby tu wykombinować ckm. Odżyło we mnie 
wspomnienie pieśni o karabinie maszynowym, którą śpiewaliśmy w 1920 roku, a 
która powiada, że „każdy chłop morowy chętnie się garnie doń". Kto garnie się do 
ckm jak ten mój plutonowy, jest morowym chłopem. Ja wiem dobrze, że taki 
sentyment obraża czułe dusze wielu współczesnych. Ale taki był nasz sentyment - 
tych podlaskich chłopców, mojego plutonowego i, przepraszając za samochwalstwo, 
mój własny. Dodam, że dla nas postawa wspomnianych czułych dusz jest pogardy 
godna. 
W tych warunkach nie można się dziwić, że prosiłem o przyjęcie i odtąd 
maszerowałem, po części nawet jechałem, bo mieli wozy, z tymi żołnierzami. Z nimi 
też dołączyłem do czegoś, co nazwano później 81. Pułkiem Piechoty. Jak to się stało, 
zapomniałem zupełnie, ale lukę w mojej pamięci zapełnia artykuł ppor. Mieczysława 
Pruszyń-skiego z 8 XI 1947. Nie mogę inaczej zrobić jak go cytować. 
„Do Włodawy ciągnęli wtedy liczni uchodźcy... któregoś dnia natknąłem się na 
dominikanina, o. Innocentego Bocheńskiego... - Co ty tu robisz? - zapytałem 
zdziwiony. - Przyjechałem, jak co roku, na wakacje do Polski i wojna mnie 
zaskoczyła. Jako stary ułan tęsknię za wojaczką, ale nikt nie chce mnie 
zmobilizować. Może ty mi pomożesz? - Przedstawiłem nowego ochotnika 
kapitanowi Miodow-skiemu, który zaproponował mu funkcję kapelana. 
Uzgodniliśmy, że będzie ze mną kwaterował. Zawsze dobrze mieć księdza w pobliżu 
na wojnie". 
Pruszyński pisze dalej o uciążliwym nocnym marszu i o tym, że mi proponował 
miejsce na kompanijnym wozie. Ale miałem odpo- 
141 
Wojna 
wiadać: „Kapelan winien dzielić los żołnierza. Jakżeby to wyglądało, żołnierze 
maszerują, a kapelan śpi na wózku?" „W ciemnej nocy dostrzegałem od czasu do 
czasu biały habit dominikanina (w rzeczywistości to nie był habit, ale sweter), 

background image

wędrującego na przemian z tą czy inną grupą żołnierzy, zabawiającego ich 
pogawędką, werwą, dowcipem. A niekiedy... głośne wybuchy śmiechu rozlegające 
się wśród kolumny maszerujących żołnierzy nieomylnie wskazywały, że tam 
znajdował się o. Innocenty. Nieraz wieczorem, przed wymarszem, słyszałem głosy 
żołnierzy: Księże kapelanie, dziś prosimy maszerować przy nas. Dziś nasz dzień. Bo 
ja bym się chciał wyspowiadać, znowu wołał inny". Pruszyński wspomina też o 
moim brewiarzu i mszach, które starałem się odprawiać; prawi komplementy pod 
adresem mojej wytrzymałości. 
Co do owych marszów, pamiętam dobrze, że wobec tego, że chodziłem boso, byłem 
uważany przez żołnierzy za coś w rodzaju świętego, co było oczywiście 
nieporozumieniem, jako że przyczyna była całkiem, że tak powiem, nieświęta - 
obtarcie nóg. Z fragmentów, które przytoczyłem, można by odnieść jednostronne 
wrażenie o mojej działalności jako kapelana. Myślę, że odegrałem przede wszystkim, 
zgodnie z tym, co kapelan katolicki powinien czynić, rolę duszpasterza. Znalazłem u 
moich chłopców tak wysoki poziom religijny i takie zaufanie, że podobnego można 
ze świeczką szukać gdzie indziej. Dobrze zrozumiane powołanie kapelana 
wojskowego jest zaiste jednym z najpiękniejszych, jakie mogę sobie wyobrazić. 
Tyle ze wspomnień por. Pruszyńskiego. Mam z nimi o tyle kłopot, że większości 
zdarzeń, o których on opowiada, w ogóle sobie nie przypominam, a za to pamiętam 
różne wydarzenia, o których on nie pisze. W dodatku wypada mi przypomnieć, co 
napisałem, gdy była mowa o roku 1920 - jeśli chodzi o zdarzenia wojenne, nie jestem 
zawsze pewny, że zaszły naprawdę, że nie ma w nich domieszki bajko twórczej 
wyobraźni. Gdy będzie mowa o wypadkach, co do których mam pewność, że zaszły, 
powiem to wyraźnie. 
Pierwszym takim faktem jest zbombardowanie naszego batalionu przez lotnictwo 
moskiewskie. Łatwo wyjaśnić, dlaczego Pruszyński 
142 
Wojna 
o nim nie pisze: ogłaszał przecież swoją rzecz, w czasie gdy w Polsce rządzili agenci 
tychże Moskali. O tym bombardowaniu pisać po prostu nie mógł. Ale ono było 
dotkliwie skuteczne - batalion uległ rozproszeniu, zaginął nawet gdzieś jego 
dowódca. Wieczorem zebraliśmy się w gaju przy rozdrożach; paręset ludzi, trzech 
poruczników - Pruszyński, Wieczorek i trzeci, o ile pamiętam, dowódca kompanii 
dcm. To nie są wytwory mojej wyobraźni, jestem owego bombardowania pewien. 
Natomiast tego, co następuje, nie jestem tak pewny. Siedzimy tedy w owym gaju i ja 
mówię porucznikom: „No, panowie, regulamin - najstarszy z was niech obejmie 
dowództwo". Na to, jak rycerze w Potopie do Zagłoby, wszyscy trzej chórem: „Kto 
najstarszy? Wuj, to jest ja, najstarszy!" W rzeczy samej byłem jedynym bodaj w 
batalionie, który już wąchał proch w wojnie 1920 roku. Tak więc w moich 
wspomnieniach dowodziłem przez parę godzin batalionem. Przypomniałem sobie 
wtedy przepis regulaminu bojowego - „ciężka broń naprzód, żywa siła wstecz" - i że 
kazałem ludziom cofnąć się, a nasze ckm trzeci porucznik rozstawił, dwa na drodze, 

background image

skąd mogli przyjść Niemcy, jeden na wiodącej ewentualnie do Moskali. Niemcy, 
wiadomo, groźniejsi. 
Siedzimy tedy w owym gaju, kiedy jeden z naszych ckm zaczyna, nie daj Boże, 
szczekać. Pędzę, ale na szczęście przyczyną szczekania nie był nieprzyjaciel, lecz 
przywidzenia strzelca. Nie było mi więc danym dowodzić w bitwie. Nad rankiem 
zjawił się dowódca, mogłem więc, jak Zagłoba, oddać buławę w jego godniejsze 
ręce. Nawiasem mówiąc, uważam wszelką działalność bojową księży za 
niedopuszczalną. Wiem wprawdzie, że wielu księży francuskich postępowało 
inaczej, ale jest to sprzeczne z całą tradycją naszej wiary. Nie mam więc powodu, 
aby się chwalić owym moim dowodzeniem. Całkiem pewny jestem też innego 
ostrzeliwania, tym razem artyleryjskiego, które zostało w mojej pamięci jako 
najsroższe ze wszystkich doznanych. To było w punkcie opatrunkowym (normalnym 
miejscem przebywania kapelana w czasie bitwy), urządzonym wbrew regulaminowi 
w małym gaju. Przypuszczam, że musiały strzelać na nas 
143 
Wojna 
dwie baterie 75-milimetrówek, w każdym razie w kwadrans spadło dobrych 
parędziesiąt pocisków. Nigdy w życiu do nikogo i niczego tak się nie tuliłem, jak 
wtedy do matki ziemi. A Niemcy, dobrzy pachołkowie, celnie strzelali. Parokrotnie 
poczułem żar wybuchających wokoło mnie granatów. W końcu też i oberwałem, ale 
bardzo powierzchownie, tak że byłem raczej skaleczony niż ranny i mogłem służbę 
pełnić dalej. Takiego ognia nie zapomina się łatwo. 
Inne wspomnienie dotyczy bitwy pod Kockiem. Z mojego miejsca postoju było 
widać po lewej stronie miasteczko, na prawo od niego niewielkie wzniesienie i dalej 
po prawej las. Otóż z tego lasu wyjeżdżały masy koni - nasze pułki ułańskie - a 
równocześnie z miasteczka niemieckie czołgi. Gdy pierwsze doszły szczytu 
wzniesienia, widać było ruch wstecz masy końskiej - „Do walki pieszej z koni", tak 
dobrze mi znane z roku 1920 - i galopem wyjeżdżające naprzód działony DAK-u. 
Zaczęła się bitwa, trwająca kilkanaście minut. Po tym czołgi nieprzyjaciela zaczęły 
się cofać ku palącemu się miasteczku, a nasze działa przeniosły ogień na Kock. 
Może warto tutaj powtórzyć to, co tylu innych uczestników potrzeby 1939 roku 
mówiło i pisało, że nasza kawaleria bynajmniej nie szarżowała na czołgi, ale 
rozprawiała się z nimi ogniem dział, nieraz skutecznie, jak w bitwie pod Kockiem. 
Ta legenda o szarżach jest rozpowszechniona także u obcych i dobrze by było, 
gdybyśmy mogli według możności przeciwdziałać jej szerzeniu, bo jest dla imienia 
Polski szkodliwa; przedstawia nas jako ludzi niepoważnych w sprawach wojennych. 
Ale najważniejsze dla mnie wspomnienie z tej potrzeby jest następujące: Siedzimy 
na biwaku, por. Pruszyński, por. Wieczorek i ja. Mówimy półgłosem, bo naokoło nas 
leżą ranni - nie mieliśmy szpitali polowych. Rozmowa toczy się o położeniu. Wiemy 
już, że Warszawa padła, że grupa gen. Kleeberga, do której nasz batalion należy, jest 
ostatnią gromadą walczących polskich żołnierzy, że amunicja zaczyna nam 
wychodzić i klęska jest pewna. Ku mojemu zbudowaniu obaj moi towarzysze 

background image

wyciągnęli ten sam wniosek: walczyć do końca. Muszę powiedzieć, że z mojego 
długiego życia, w którym 
144 
Wojna 
nie brakło bitew i biwaków, mało mam wspomnień równie dramatycznych. Proszę 
pamiętać, że rozmowa toczyła się przy akompaniamencie jęków rannych; że 
rozmówcy wiedzieli o upadku Warszawy i beznadziejności walki; że byli obaj 
wyczerpani wczorajszymi walkami; że, i to było dla mnie szczególnie ważne, jeden z 
nich był potomkiem starej, szlacheckiej, karmazyńskiej rodziny, a drugi synem 
gospodarza wiejskiego. Jeśli kiedy danym mi było spotkać prawdziwą Polskę, to 
wtedy. W dodatku miałem naoczny dowód zmiany w porównaniu z neutralnością 
mas chłopskich w r. 1920, proces integracji pionowej posunął się widocznie naprzód. 
Do Rzymu 
Kapitulacja, o której wiedzieliśmy, że nadchodzi, przyszła 4 października. Jak por. 
Pruszyński i zapewne wielu innych, odmeldowa-łem się - chcieliśmy iść na zachód i 
walczyć dalej. Zrzuciłem płaszcz wojskowy, jedyną część umundurowania, jaką 
posiadałem, i poszedłem w opisanym powyżej stroju - boso, czarne spodnie, biały 
sweter - na Niemców. Dodam, że z powodu wspomnianego skaleczenia miałem 
trochę gorączki i że byłem nie ogolony. 
Natrafiam na niemieckiego podoficera, który przytyka mi lufę pistoletu pod żebro i 
ciągnie gdzieś, mówiąc „ Yerfluchter Jud" („Przeklęty Żyd"). Tłumaczę mu, że nie 
jestem Żydem, ale katolickim duchownym, ale on oświadcza, że to jest „ganz egal", 
że na jedno wychodzi, i taszczy mnie dalej, aż stajemy przed obliczem 
podchorążego. Ten siedzi na pniu pod kopą siana, otoczony przez kilkunastu 
żołnierzy, przed nim stoi rkm. 
Pyta się: „ Wer bist du? "(„Kim jesteś"). Mówię mu moje nazwisko, które nie 
wywiera na nim oczywiście żadnego wrażenia. „ Wo gehst du ? " („Gdzie idziesz?"). 
Myślę sobie, że trzeba iść na całego, bo gotowi człowieka ubić na miejscu, i 
odpowiadam: „ Urn Ihnen die ganze Wahrheit zu sagen, gehe ich trach Rom "(,Aby 
całą prawdę powiedzieć, idę do Rzym."). To oświadczenie nie ogolonego, bosego 
obdartusa, wygłoszone na polu bitwy pomiędzy gruzami i trupami 
145 
Wojna 
nie mogło nie wywołać wesołości u podchorążego, który zareagował znowu 
dowcipkiem: „ Und haben Się zufallig Reisedokumente?" („A ma pan przypadkiem 
dokumenty podróży?"). Podniesiony na duchu owym „ Się " (już mnie nie tykał), 
chciałem mu pokazać dowód, że jestem profesorem Angelicum w Rzymie. Ale że 
miałem gorączkę i że owa lufa pistoletu pod żebrem nie dawała mi wielkiego 
samopoczucia, nie mogłem w zdenerwowaniu jakoś znaleźć dokumentu i w jego 
braku podałem kartę identyczności docenta Uniwersytetu Jagiellońskiego. 
Mój podchorąży wziął ją i zaczął uważnie czytać. Pyta, co znaczy „docent" (po 
niemiecku to samo słowo pisze się przez „z"). Wyjaśniam, że jestem Privatdozent 
Uniwersytetu Jagiellońskiego. Tab-leau. Podchorąży wstaje pośpiesznie z pnia, na 

background image

którym siedział, salutuje i powiada: „Pan kolega pozwoli, że się przedstawię, jestem 
(nazwisko zapomniałem) Privatdozenf jakiejś niemieckiej wszechnicy (bodaj że 
Heidelbergskiej). Prosi mnie siadać obok siebie na pniu, częstuje papierosem i 
zaczyna się dość przyjazna rozmowa. Dlaczego to u was kościoły są tak wspaniałe, a 
chaty rolników tak biedne? A trzeba wiedzieć, że tu na Podlasiu tak jest istotnie. 
Mówię mu więc filozoficznie, że to zależy od potrzeb, które ludzie pragną zaspokoić: 
kiedy chcą się dobrze najeść, budują wielkie restauracje, kiedy... budują wspaniałe 
toalety, a kiedy chcą się wymodlić, kościoły. Nie zgadza się. Gdy tu przyjdzie 
narodowy socjalizm, nie będzie w ogóle żadnych kościołów, a za to piękne, zamożne 
domy rolników. Gadaj z takim! Jak wszyscy naprawiacze świata, jak tylu naszych 
inteligentów, chciał ludziom dyktować, czego mają pragnąć. Nie ma większego 
nieszczęścia niż naprawiacze świata. 
W czasie kampanii włoskiej, mój śp. brat opowiadał mi wypadek, że tak powiem, 
odwrotny. Wziąwszy kiedyś do niewoli niemieckiego podchorążego, powiedział mu, 
że włada wprawdzie niemieckim, ale w istniejących warunkach wolałby rozmawiać 
w innym języku. Jeniec zapytany, jakimi językami jeszcze włada, stanął na baczność 
i powiedział: „altgriechisch und lateinisch" („po starogrecku i po łacinie"), co 
mojego brata tak wzruszyło, że zgodził się mówić po 
10 — Bocheński: Wspomnienia 
146 
Wojna 
niemiecku. Jesteśmy w rzeczy samej w Europie jedną rodziną kulturową. Nasze 
nacjonalizmy są absurdem prowadzącym do nieszczęść. 
Wracając do mojego podchorążego, ten mimo całej kurtuazji nie puścił mnie wolno, 
ale kazał odprowadzić do szkoły, gdzie mnie zamknięto z kilkoma innymi ludźmi 
przyłapanymi na polu bitwy. Otóż znałem z opowiadań starych żołnierzy zasadę, 
którą tutaj przepisuję, bo może się przydać młodszym. Ta zasada głosi, że jeśli cię 
wezmą do niewoli, uciekaj jak najprędzej. Im dłużej czekasz, tym staranniej będziesz 
pilnowany i tym trudniejsza będzie ucieczka, a starać się u-ciec jest przecież 
obowiązkiem żołnierza wziętego do niewoli. Pamiętny na tę zasadę rozejrzałem się 
po pomieszczeniu i odkryłem, że okno w toalecie daje wyjście na wolny świat Boży. 
Tak i rychło nie było mnie w domu niewoli. Pokuśtykałem parę kilometrów do 
najbliższej stacji i, o dziwo, po paru godzinach nadszedł tam pociąg jadący na 
zachód. Nie pamiętam już szczegółów długiej podróży do Kielc, wiem tylko, że 
ostatni odcinek przejechałem - zupełnie wyczerpany, żydowskim samochodem w 
towarzystwie bodaj siedmiu innych pasażerów. 
W Kielcach zamieszkałem w seminarium duchownym, w którym był urządzony 
szpital dla ludności cywilnej. Trafiłem doskonale. Z jednej strony moja rana 
wymagała zabiegów, które otrzymałem od sióstr obsługujących szpital, z drugiej 
profesorowie seminarium byli w większości studentami Uniwersytetu Fryburskiego, 
tak że znalazłem się w Kielcach wśród starych znajomych. Jeden z nich, ks. 
Jaroszewicz, późniejszy biskup, był dla mnie szczególnie dobry. 

background image

Leżę tedy w seminarium i czytam tom bolandystów o świętych listopadowych - 
bolandyści to grupa oo. jezuitów specjalizująca się w żywotach świętych. Dowiaduję 
się więc, nie bez rozkoszy, że św. Cecylia, dziewica i muzyk, nigdy nie istniała, ale 
za to św. Klemensów było dwóch, co kompensuje stratę. Doskonała robota naukowa. 
W czasie tej przemiłej kuracji zaszedł tragikomiczny wypadek. Zostałem wezwany 
jako tłumacz do niemieckiego kontrolera biblioteki seminaryjnej, który chciał 
koniecznie skazać na spalenie De revolu- 
147 
Wojna 
tionibus orbium coelestium Kopernika, mówiąc, że to książka o rewolucji i 
oprawiona w dodatku w czerwone płótno. Mimo wysokiej kultury, jaką oczywiście 
posiadał, udało mi się go przekonać. 
Wygoiwszy ranę i odpocząwszy należycie pojechałem, znowu żydowskim 
samochodem, do Krakowa. Tu zająłem się zaraz staraniami o wizę na powrót do 
Rzymu, gdzie czekała mnie moja katedra. Nie widziałem potrzeby pozostania w 
kraju i muszę przyznać, że nigdy nie mogłem zrozumieć ludzi, którzy twierdzili, że 
powinienem cierpieć z innymi. 
Gestapo krakowskie chciałoby mnie wypuścić, ale nie miało po temu prawa. 
Zacząłem więc starać się o wizę do Katowic, mając nadzieję, że stamtąd - Katowice 
były anektowane do Rzeszy - będę mógł pojechać do Berlina, aby zyskać poparcie 
nuncjusza. 
Tymczasem o mało co nie pojechałem do obozu koncentracyjnego. Było to tak. 
Rektor zapraszał wszystkich wykładowców UJ na odczyt niemieckiego profesora; 
sukces tego odczytu miał być warunkiem pozwolenia na częściowe otwarcie 
uniwersytetu. W rzeczywistości chodziło o pułapkę. W przeddzień owego odczytu 
odbyło się, bodaj u ks. profesora Klawka, zebranie wykładowców wydziału 
teologicznego. Zdania były podzielone; wielu podejrzewało słusznie podstęp, inni 
uważali, że należy solidaryzować się z rektorem. Byłem zdania tych ostatnich, a że 
dyskusja była ostra, szedłem w ten dzień fatalny tym bardziej zdecydowanie na 
odczyt owego Niemca. 
Odległość między klasztorem dominikańskim a uniwersytetem jest w Krakowie, jak 
we wszystkich miastach średniowiecznych, niewielka, ale Pan Bóg chciał, że na tej 
krótkiej drodze spotkałem moją siostrę Olusię, której nie widziałem od początku 
wojny. Zawróciłem więc do klasztoru i rozmawiałem z siostrą może pół godziny, po 
czym sumienie wzięło górę i poszedłem znowu na uniwersytet. Gmach był 
obstawiony policjantami i nie wpuszczono mnie do środka. Byłem na tyle naiwny, że 
upierałem się, pokazywałem moje dokumenty. Na szczęście nie wpuścili mnie. Tych, 
którzy byli w sali, wywieźli do Sachsenhausen, a potem do Dachau - między innymi 
ks. Michalskiego i ks. Salamuchę. Po dwóch miesiącach byli już 
148 
Wojna 

background image

między nimi zmarli na skutek niedożywienia i okrutnych warunków życia. To 
wywiezienie krakowskich uczonych jest niewątpliwie jedną z najhaniebniejszych 
zbrodni dokonanych przez Niemców w czasie ostatniej wojny. 
O losie moich kolegów dowiedziałem się około południa. Obawiając się, że będą 
ścigali wykładowców UJ w mieszkaniach, uciekłem na parę dni na wieś, do 
Czuszowa, ale skoro okazało się, że takiej łapanki nie ma, wróciłem do Krakowa, 
skąd niebawem mogłem wyjechać do Katowic. 
Z Katowic mam dwa wspomnienia: jedno przykre, drugie miłe. Przykre 
wspomnienie dotyczy miasta, które było zupełnie, przynajmniej na pozór, 
zniemczone. Miłe wspomnienie mam z odwiedzin u ks. biskupa Adamskiego. Przed 
wyjazdem ks. arcybiskup Sapieha zalecił mi ostrożność, bo, powiadał, ks. 
Adamskiego obsiedli księża niemieccy, hitlerowcy. Zgłaszam się więc po niemiecku. 
Meldują biskupowi, że ksiądz Niemiec chce go widzieć. Każe mi czekać i dopiero 
wychodząc poznaje mnie. „Po kiego licha ojciec mówi po niemiecku?" Zaprosił mnie 
do siebie, gdzie spotkałem gromadkę powstańców i wojaków, słuchających pilnie 
radia watykańskiego. Nastrój był patriotyczny i konspiracyjny. 
Ks. Adamski dał mi radę: „Jedź ojciec wprost do Włoch. Wiza u-poważnia do 
przekroczenia granicy generał-gubernatorstwa, a na granicy włosko-austriackiej nie 
wiedzą pewnie nawet, że coś takiego istnieje". Posłuchałem rady i jestem dzięki temu 
wynalazcą oryginalnego sposobu wyjeżdżania z okupowanej Polski. Nie 
wychodziłem z wojskiem, nie przekupywałem Gestapo ani nie szedłem przez zieloną 
granicę - wyjechałem pośpiesznym pociągiem bez papierów. 
Pierwszym moim etapem był Wiedeń. Zajechałem do naszych ojców, którzy mnie po 
bratersku przyjęli, nie zameldowali policji i dali trochę pieniędzy - nie miałem już 
prawie grosza. Widząc na tablicy klasztornej wezwanie do modlitwy o zwycięstwo 
wojsk niemieckich, zapytałem ojca przeora, jak może modlić się za niesprawiedliwą 
sprawę. Odpowiedział mi, że uważa sprawę niemiecką za słuszną, że Niemcy zostały 
pokrzywdzone w traktacie wersalskim, że ma na- 
149 
Wojna 
dzieję, iż zwycięska armia niemiecka usunie Hitlera. Jeśli się nie mylę, takie było też 
stanowisko przygniatającej większości Niemców i Austriaków. Myślę więc, że 
Niemcy jako całość są za wojnę odpowiedzialni. Chcieli jej i popierali ją. 
Z Wiednia pojechałem na południe, do granicznej miejscowości Tarvisio, gdzie miał 
się mój los rozstrzygnąć. Jechałem w cywilnym ubraniu, co, jak się okazało, było 
błędem. Ale słusznie postanowiłem udawać, że niemieckiego języka nie rozumiem. 
Celnicy przeglądają mój paszport i mówią: „Ja Się haben kein Sichtvermerk" - „Pan 
nie ma wizy". Odpowiadam „lo Tarvisio, io Roma" - „Ja Tarvisio, ja Rzym". Chwila 
wahania, po czym dojrzawszy moją fotografię w habicie: „Ach 
Klosterangelegengheit" - „Ach, sprawa zakonna" i, uff! -pieczątka. Byłem 
człowiekiem wolnym. Wieczorem byłem w naszym klasztorze SS. Giovanni e Paolo 
w Wenecji, a nazajutrz w Rzymie. 
Komitet 

background image

W Rzymie najpilniejszą sprawą było zorganizowanie interwencji celem uwolnienia 
profesorów UJ. Zwróciłem się o pomoc do ks. Waleriana Meysztowicza, radcy 
kanonicznego ambasady polskiej przy Watykanie i profesora Uniwersytetu 
Wileńskiego. Nie zawiodłem się. Nasi profesorowie zostali uwolnieni na skutek akcji 
komitetu rzymskiego, a że ta akcja została podjęta i przeprowadzona skutecznie, jest 
przede wszystkim zasługą ks. Meysztowicza. 
Komitet przez nas utworzony planował i przeprowadzał interwencje u rządów i w 
ambasadach państw neutralnych w obliczu wielkich trudności. Aby przytoczyć tylko 
jeden fakt charakterystyczny, pewien ambasador (jeszcze) neutralnego państwa 
uciekał przede mną kłusem, aby się nie skompromitować w oczach Niemców. Byłem 
sekretarzem komitetu i prowadziłem dziennik obrad, który się częściowo zachował. 
Przepisuję go tutaj. 
2.01.1940, godz. 11:00. obecni: o. Bocheński, ks. prał. Meyszto-wicz, ks. dziek. 
Z.Obertyński, prof. Turyn. Postanowiono utworzyć komitet pomocy profesorom 
wyższych uczelni polskich i powołać 
150 
Wojna 
do niego również uczonych polskich zamieszkałych w Rzymie: min. Loreta, hr. 
Michałowskiego i o. Pawia Siwka. Przewodniczącym obrano ks. dziekana Z. 
Obertyńskiego. 
3.01.1940. godz.17. Obecni: Bocheński, Meysztowicz, Obertyń-ski, Siwek, Turyn. 
Postanowiono zająć się przede wszystkim profesorami więzionymi przez 
najeźdźców. Ustalono listę nazwisk profesorów na pewno więzionych. Zlecono ks. 
Meysztowiczowi jej powielenie, celem rozesłania znajomym na emigracji z prośbą o 
uzupełnienie. Podzielono pracę rozsyłki między obecnych. 
10.01.1940. godz. 18:30. Via delia Fede 2. Obecni: Bocheński, Meysztowicz, 
Bronowski, Michałowski, Obertyński, Siwek, Turyn i specjalnie zaproszony min. 
Gawroński. Min. Gawroński oświadcza gotowość wręczenia premierowi Italii, za 
pośrednictwem swojej żony, memoriału profesorów. Propozycję przyjęto, 
opracowanie memoriału zlecono ks. Meysztowiczowi, przekład na język włoski hr. 
Micha-lowskiemu. Hr. Michałowski oświadcza, że prof. Wodzicki, mieszkający w 
Turynie, gotów jest przyjechać do Rzymu, o ile przyjazd okaże się konieczny. 
Uchwalono, że przyjazd jest konieczny i zlecono hr. Michałowskiemu zaproszenie 
prof. Wodzickiego, który posiada najnowsze dane o uwięzionych. 
12.01.1940, godz. 18:00. Via delia Fede 2. Obecni wszyscy prócz o. Siwka. O. 
Bocheński referuje, że amb. Wieniawa-Długoszewski* oświadczył gotowość 
interwencji u ministra spraw zagranicznych Italii. Podpisano listy do biskupów 
szwedzkich w sprawie E. Burskiego. 
13.01.1940, godz. 18:00. Via delia Fede 2. Obecni wszyscy prócz o. Siwka. Obecny 
także prof. Wodzicki, który referował konieczność szybkiej interwencji. Proponuje 
zwrócić się do Prezydenta St. Zjednoczonych A. P. 
Na tym urywa się zachowana część dziennika. Nie daje ona nawet w przybliżeniu 
pojęcia o ogromnej pracy wykonanej przez członków komitetu. Jeśli o mnie chodzi, 

background image

wziąłem udział z ks. Meysztowiczem m.in. w interwencji u ambasadora Stanów 
Zjednoczonych. Widzę go jeszcze siedzącego bez kurtki przed ogromnym biurem. 
Ten nie tyl- 
151 
Wojna 
ko nie uciekał przed nami, ale oświadczył, że nasz memoriał będzie nazajutrz na 
biurku prezydenta Stanów. 
O ile jednak wiem, o uwolnieniu profesorów UJ zadecydowały ostatecznie 
energiczne interwencje ministra spraw zagranicznych Włoch, Ciano. W każdym razie 
tak sądzono wówczas w komitecie. Dlatego też z jego ramienia ofiarowałem 
Mussoliniemu album „Stanisław Wyspiański" podarowany nam w tym celu przez p. 
Gawroń-ską. Opatrzyłem go następującą dedykacją: 
/ cento trę professori dell'Universita di Cracovia ritornati dal martirio teutonico 
grozie a Voi, Duce, rivolgono ii loro pensiero costante e grato d'aver ancora una volta 
dimostrato al mondo U va-lore, la fama, la reazione delia cultura italiana. 
A nome dei colleghi 
J. M. Bocheński 
dęli Universita Jagiellonica di Cracovia. 
Czytając dziś moją ówczesną dedykację czuję się lekko zażenowany jej 
bombastycznym stylem, ale to był styl „kurialny" owych czasów we Włoszech. 
W 1944 roku żołnierze drugiej brygady 3. Dywizji Strzelców Karpackich znaleźli 
mój album w Predappio, wsi rodzinnej Mussolinie-go, i ofiarowali go gen. 
Andersowi. Kto by się tego spodziewał? Mogę jeszcze raz powiedzieć: habent 
suafata libelli. 
Do Anglii 
W Rzymie nie czułem się dobrze. Miasto pełne było uchodźców, którzy porzucili 
swoje stanowiska w Polsce i byli rozhisteryzowani. Nie wiem, dlaczego stałem się 
prędko przedmiotem nieustannych donosów. Nie miałem sobie nic do zarzucenia. W 
przeciwieństwie do tych nieszczęśliwych nie miałem żadnego zadania do spełnienia 
w Polsce i moje miejsce było albo w wojsku, albo w Rzymie. Niemniej uchodziłem u 
tych rodaków za agenta Gestapo i NKWD. 
152 
Wojna 
Na skutek tych donosów rząd polski odmawiał mi wizy potrzebnej na wyjazd do 
Francji. Doświadczyłem wtedy po raz pierwszy owych przysłowiowych 
„potępieńczych swarów", które miały być nieszczęściem polskiej emigracji w czasie 
tej wojny. 
Napisałem o nich parabolę dla czasopisma Cata-Mackiewicza wychodzącego w 
Paryżu. Jej dzieje są zabawnym komentarzem do tego, co tu powiedziałem. Parabola 
brzmiała mniej więcej tak: „One-go czasu był pies. Przyszedł zły człowiek i siekierą 
mu ogon odrąbał. Psa rana bolała i piekła, ale po jakimś czasie zagoiła się i pies żył 
zdrów, a nawet machał resztką ogona. Ale ogon leżał na trawie i gnił. Mądrej głowie 
dość dwie słowie". Miałem oczywiście na myśli naród polski (pies) i emigrację 

background image

(ogon). Tak zrozumieli mnie w każdym razie polscy cenzorzy emigracyjni, uznali 
mój twór za zbrodnię obrazy majestatu emigracji (która była według nich zapewne 
raczej pępkiem niż ogonem narodu) i rzecz skonfiskowali. 
Tymczasem urzędowa propaganda włoska stawała się coraz bardziej wroga dla 
Polski i Polaków. Sam Mussolini krzyczał do mikrofonu: „Finita la Pologna!" 
„Polska jest skończona". Nie mam pojęcia, czy to właśnie skłoniło władze 
emigracyjne do litości względem takich parszywych owiec jak ja, ale w każdym razie 
dostałem w maju 1940 roku nieoczekiwanie pozwolenie na wyjazd do Francji. Piszę 
o tym nie bez goryczy. Od czasu opuszczenia uniwersytetu nie zajmowałem się 
nigdy polityką. W szczególności nic mnie nie łączyło ze znienawidzonym przez rząd 
na emigracji obozem Piłsudskiego. Wracałem z pola bitwy i nie prosiłem o nic 
innego, jak tylko o możliwość dalszej walki. Mimo to wciągu miesięcy 
uniemożliwiono mi powrót do wojska, może udział w kampanii norweskiej czy 
francuskiej. Odtąd nie mogłem myśleć o politykach z obozu gen. Si-korskiego i prof. 
Kota bez głębokiej odrazy. 
No ale tym razem jechałem. Na granicy przesłuchiwał mnie długo oficer wywiadu 
francuskiego. Kiedy mu powiedziałem, że znam o. Chenu, okazał taką znajomość 
tego znakomitego mediewisty, że zapytałem go wręcz, co on za jeden. Naturalnie był 
jezuitą. Bo księża francuscy nie wstydzili się służyć nawet w „dwójce". Nazajutrz 
153 
Wojna 
byłem w obozie polskim w Carpiagne pod Marsylią, którego kapelanem był kochany 
o. Marcin Chrostowski, późniejszy kawaler orderu Virtuti Militari, ale skądinąd 
nadzwyczaj miły i pobożny zakonnik. Tenże o. Marcin wprowadza mnie do pokoju, 
gdzie miałem mieszkać. Odkrywam miednicę okrytą co najmniej pięciomilimetrową 
warstwą jakiegoś świństwa. „To nic, słyszę od o. kapelana, lada tydzień przyjdzie tu 
ordynans i wymyje". 
Francja waliła się w gruzy. Jej armia toczyła najpierw jakąś „dziwną wojnę", kpiny z 
prawdziwej, a następnie niemal rozleciała się pod uderzeniem nieprzyjaciela. A 
przecież Francuzi mieli więcej dywizji i więcej czołgów od Niemców. Czego im 
brakło, to geniuszu wojennego i woli walki. Nas traktowali z pogardą, zarzucając 
nam tchórzostwo. Byli i są przekonani, że są najbitniejszym narodem świata; można i 
tak, skoro np. Serbowie sądzą podobno, że są największym narodem świata. Ale ja 
sam mam raczej ujemne wyobrażenie o ich cnotach wojskowych. Nie bili się na serio 
w 1940. Skapitulowali w niezrozumiały dla nas Polaków sposób. Utworzyli później 
parę dywizji w Afryce, ale złożonych, poza oficerami, prawie wyłącznie z 
Murzynów. Ich resistance była jednym z najsłabszych ruchów oporu w Europie. O 
dalszych moich obserwacjach w tej materii poniżej. 
Sytuacja stawała się krytyczna i musieliśmy decydować, co robić. Pochlebiam sobie, 
że odegrałem pewną rolę w tej sprawie, bo to ja usłyszałem w krótkofalowym radiu 
BBC mowę Churchilla, kończącą się słowami: „Wielka Brytania walczy dalej, aż 
pan Hitler pęknie". Wiedząc o tym było dla nas jasnym, że trzeba jechać do Wielkiej 
Brytanii. Przegapiliśmy świetną sposobność, dwa polskie statki były w Marsylii, 

background image

popłynęli na nich Brytyjczycy, ale w końcu nasze dowództwo zorganizowało eszelon 
do jazdy w kierunku wybrzeża atlantyckiego. Wiadomość o tym otrzymaliśmy na 
odprawie wieczorem, około godziny 22. To była jedna z najbardziej wzruszających 
chwil w czasie tej podróży. Pogoda była śliczna, niebo pokryte skrzącymi się 
gwiazdami. Po wysłuchaniu informacji śpiewaliśmy z wielkim przejęciem hymn 
narodowy. 
154 
Wojna 
Nazajutrz okazało się, że dowództwo pojechało samochodami, rzekomo aby nam 
torować drogę; w rzeczywistości wylądowali podobno w neutralnej Hiszpanii. Ale 
eszelon był gotowy. Dowództwo objął najstarszy szarżą i służbą emerytowany 
pułkownik artylerii ze służby rosyjskiej, nazwiskiem Lichtarowicz; nazywaliśmy go 
pieszczotliwie „Podświecznikow". Jak ten godny oficer mógł dowodzić pułkiem, 
pozostaje dla mnie tajemnicą - w czasie naszej przeprawy pokazało się, że nie potrafi 
nawet dowodzić plutonem. Ale starość nie radość. Jednej rzeczy na pewno nie brakło 
- woli walki. Na każdej niemal stacji zatrzymywano nasz pociąg i stale powtarzała 
się ta sama scena. Lichtarowicz brał mnie ze sobą jako tłumacza, nie znał 
francuskiego, i stanąwszy przed francuskim oficerem mówił do mnie: „Powiedz mu 
ksiądz: u mnie gaficjera osiemset i piat' kulemiot. A wot bumażka dla niego". 
Banknot wędrował z jego ręki w rękę Francuza i eszelon mógł jechać dalej. 
Po drodze przysiadł się do przedziału, w którym było nas pięciu, francuski sierżant. 
Pytam się go, gdzie jest jego oddział. - Je m'en f... (Mam to...). Ale przecież wojna 
nie skończona, nie? - Je m'enf... Interesuję się jego osobą. Pokazuje się, że jest 
diakonem kapucyńskim i absolwentem Ecole Normale Superiere, a więc należy do 
katolickiej elity Francji, najbardziej patriotycznej. Nie mogę nie myśleć o tych 
chłopcach wiejskich na Podlasiu, wędrujących setki kilometrów, aby znaleźć 
karabin. A są ludzie, którzy Polsce ten kraj za wzór stawiają! Wreszcie dobiliśmy do 
Bajonne, tej Bajonny od ba-jońskich sum. Rozeszła się pogłoska, że nie ma umowy 
między rządem angielskim a polskim, że jeśli więc popłyniemy do Anglii, zapędzą 
nas może do pracy w kopalniach węgla. Nad ranem peron dworcowy pełen był 
rozhisteryzowanych, nie ogolonych i nie umytych ludzi. Trzeba wiedzieć, że byliśmy 
wybierkami wojska polskiego. Najlepsi padli w walkach, poszli do niewoli albo 
znacznie wcześniej przedostali się za granicę. Uznałem, że muszę interweniować, i 
zacząłem obchodzić przedziały w tej myśli. 
Trafiłem między innymi do przedziału ppłk. Kurka ze służby rosyjskiej, który miał 
polec pod Monte Cassino. Pytam go, czy zechce 
155 
Wojna 
ze mną porozmawiać. A o czym? O tym wyjeździe do Anglii. Na to Kurek: „Księże 
kapelanie, to sprawa niebłaha, ksiądz kapelan pozwoli, że się najpierw ogolę". 
Wyszedł rzeczywiście po chwili na peron ogolony, z butami wyczyszczonymi na 
glanc, i pyta, czego od niego chcę. Mówię, że chcę wiedzieć, czy on jedzie. Na to on, 
pamiętam dokładnie jego słowa: „Ksiądz kapelan młody, w wojsku długo nie służył, 

background image

więc nie będę się obrażał. Bo widzi ksiądz, takich pytań oficerowi się nie stawia. 
Jeśli jeszcze gdzieś strzelają, oficer tam jedzie". 
Inne spotkanie w tym pamiętnym poranku było z niezapomnianym o. Chrostowskim. 
Ten miał tylko jedną troskę - gdzie tu znaleźć ornat? A po kiego licha ornat? - pytam 
go. Ano, odpowiada, bo może my nie zginiemy, a dobry ornat przyda się w naszej 
prowincji. Ma francuskie pieniądze z żołdu, które trzeba koniecznie wydać. Tak to są 
ludzie i ludziska. Ale co do mnie, takich jak Kurek i Chrostow-ski zawsze mile 
wspominam. 
Wołają mnie do Lichtarowicza. Ma informacje, że „Batory" i „So-bieski" stoją na 
redzie w St. Jean de Luz, kilkanaście kilometrów stąd. Każe mi dowiedzieć się, jak 
można się tam dostać. Znajduję szybko, że jest i tramwaj, i autobus. Melduję. A czy 
wszyscy wejdziemy? Oczywiście nie, bo było nas chętnych około osiemdziesięciu. 
Na to mój Podświecznikow: „Ja nie mogę eszelonu dzielić", i nakazuje marsz pieszy. 
Było gorąco, szliśmy powoli, przystając w kafejkach na wypitek, i bylibyśmy 
zapewne chybili statków, które miały właśnie odpływać, gdyby nie jakieś 
ciężarówki, które nas przewiozły przez ostatnie kilometry. 
Zaokrętowanie zostało mi w pamięci jako przeżycie dramatyczne. Stojąc na przedzie 
barkasy wiążącej nas ku „Batoremu" zacząłem odmawiać na głos psalm w 
niezrównanej parafrazie Kochanowskiego: 
„Kto się w opiekę odda Panu swemu A całym prawie sercem ufa Jemu, Śmiele rzec 
może: „Mam obrońcę Boga 
156 
Wojna 
Nie będzie u mnie żadna straszna trwoga... Stąd wedla ciebie tysiąc głów polezę, 
Stąd drugi tysiąc; ciebie nie dosięże Miecz nieuchronny, a ty przedsię swymi 
Oczyma ujźrzysz pomstę nad grzesznymi". 
Chociaż danym mi było nieraz przewodniczyć w gorącej modlitwie, nigdy nie 
doznałem wrażenia takiej żarliwości, takiego oddania się Bogu, jak wtedy. I nic 
dziwnego. Potęga grzesznych zdawała się burzyć wszystkie przeszkody, zdobywać 
cały świat. Mała gromadka ludzi, którzy ośmielali się stawić jej czoło, mogła, tak się 
zdawało, liczyć tylko na pomoc Boską w czekającej ich walce; i tylko ufność w 
Bogu pozwalała jej marzyć o „pomście nad grzesznymi". Ci z tej barkasy, którzy 
przeżyli, mogli rzeczywiście widzieć zwycięstwo, które wydawało się wówczas 
niemal niemożliwe. 
Ale barkasa przybiła do burty „Batorego" i nastrój zmienił się nagle. „Batory" był 
luksusowym transatlantykiem; jego załoga była przyzwyczajona do kurtuazyjnego 
obchodzenia się z dobrze płacącymi turystami. I my staliśmy się przedmiotem jej 
uprzejmości, która po ostatnich przeżyciach wydała mi się aż śmieszna. Dostałem 
notabene kabinę pierwszej klasy. 
Aby uniknąć niemieckich łodzi podwodnych, płynęliśmy i zygzakiem, i długo. Ale 
wreszcie dotarliśmy do portu Plymouth. W pamięci została mi mała motorówka 
płynąca ku nam i rozkaz nadany przez głośnik: „Stop your engines, please" - „Proszę 

background image

zatrzymać silniki", przy czym to „proszę" uderzyło mnie jako wyraz jakiejś ostatnio 
tak rzadko spotykanej uprzejmości. 
Nie mam wiele wspomnień z pobytu w Anglii, wyjąwszy, że żyliśmy w namiotach 
na psim torze wyścigowym (psie wyścigi były popularnym widowiskiem w Anglii). 
Za towarzysza miałem w namiocie porucznika, Żyda, w cywilu dyrektora banku i 
jednego z największych smakoszów, jakich kiedykolwiek spotkałem. Jadał jak w 
Rzymie, na leżąco, a pitrasił codziennie potrawy, o których istnieniu nawet nie 
wiedziałem. Pamiętam, że po kilku dniach zapytałem 
157 
Wojna 
go, jakie Anglia robi na nim wrażenie - i widzę go jeszcze podnoszącego się 
gniewnie na sienniku, aby oświadczyć z głębokim przekonaniem: „Anglia, księże, to 
jest barbarzyństwo!" I nic dziwnego w ustach smakosza przybywającego akurat z 
Francji. 
Szkocja 
Brytyjczycy nie byli przygotowani na nasze przybycie, a przynajmniej na to, że nas 
będzie tylu. Czytałem gdzieś, jak trudno było gen. de Gaulle'owi zebrać kompanię 
honorową na francuskie święto w Londynie, myślano więc, że Polaków będzie tyleż 
albo jeszcze mniej. Tymczasem zwaliło się nas, jeśli się nie mylę, ponad czterdzieści 
tysięcy. Mimo to organizacja nie zawiodła; mieliśmy zawsze miejsca w namiocie i 
pożywienie. Po jakimś czasie były gotowe obozy w Szkocji i ci z nas, którzy nie 
należeli do jednostek liniowych, mogli wyjechać do tego pięknego kraju. 
Najpierw dwa wspomnienia dotyczące nas samych. Trzeba pamiętać, że mieliśmy 
stosunkowo bardzo wielu oficerów ze służb, znacznie więcej, niż było potrzeba do 
obsadzenia etatów w oddziałach liniowych. Z tych oficerów utworzono jednostki 
specjalne, m.in. „Sekcję studiów" (pieszczotliwie zwaną „sekcją zwłok"). I ja 
trafiłem do takich jednostek. 
Pierwsze wspomnienie: stoję koło kucharza, który wlewając wielką chochlą zupę do 
menażek pułkowników i majorów, mówi mi: „Z tego emelentu (sic!), księże 
kapelanie, wojska nie będzie". (Dobre stosunki między kucharzem a kapelanem są 
powszechnie znane). Drugie wspomnienie. Po przybyciu do Szkocji generał 
dowodzący obozami wzywa mnie i powiada, że w ciągu swojej długiej służby nie 
zaznał nigdy tak podłej sytuacji moralnej, nie wie, co robić, i ucieka się do mnie jako 
filozofa - proszę sobie wyobrazić! Radziłem generałowi, aby przede wszystkim zajął 
swoich oficerów czymś, co by ich interesowało. Zostałem w zamian mianowany 
oficerem oświatowym i rozwinąłem, jak mówią dziennikarze, ożywioną działalność. 
Czegośmy nie robili! Najważniejsze były bodaj kursy prowadzenia 
158 
Wojna 
samochodu - kupiłem dla nich najpierw dwa wozy, które zaczęły od tego, że zderzyły 
się i rozbiły na miazgę. Moje wykłady z historii Wielkiej Brytanii miały też pewne 
powodzenie. 

background image

Zresztą w Szkocji nic się nie działo. Owszem, Edynburg był raz bombardowany, 
akurat w nocy, kiedy kwaterował tam nasz ks. biskup polowy, działający jak magnes 
na nieprzyjacielskie samoloty. Moje wspomnienia odnoszą się więc przede 
wszystkim do Szkocji i Szkotów. Polubiłem ten kraj i tych ludzi, nie chciałbym więc, 
aby to, co tu napiszę, wywierało wrażenie niechęci względem nich. 
Moim pierwszym miejscem postoju była wioska Crawford. W wiosce był dwór, a w 
dworze wdowa po miejscowym szlachcicu (laird), Włoszka z pochodzenia. 
Dowiedziawszy się, że mówię po włosku, zaprosiła mnie na herbatę i opowiedziała 
następującą historyjkę. Będąc jeszcze narzeczoną swojego przyszłego męża 
przyjechała kiedyś w niedzielę do Crawford. Na skutek jakiegoś nieporozumienia nie 
było nikogo z rodziny we dworze. Nie mając nic do roboty, siadła do fortepianu i 
zaczęła grać. Na to zbiegła się cała służba i najstarszy rangą, butler, oświadczył: 
„Pani, jeśli Pani nie zaniecha natychmiast tego bluźnierstwa (blasphemy), będziemy 
musieli ją ukamienować". Nie zabić po prostu, ale ukamienować, proszę państwa. Bo 
w Szkocji nie gra się w niedzielę. Nawet pociągi nie kursują, albo przynajmniej za 
moich czasów nie jeździły w niedzielę. Lords day. 
Coś takiego byłoby nie do pomyślenia nie tylko we Włoszech, ale nawet w sąsiedniej 
Anglii. Bo, tego nie wiedzieliśmy przyjeżdżając tutaj, a wielu Polaków nie wie do 
dziś dnia, Szkoci nie są Anglikami i różnią się od Anglików zasadniczo. Na przykład 
w pociągu Anglik zasłania się gazetą, aby cię nie widzieć, ale Szkot rozpoczyna 
zaraz rozmowę. Podejrzewam, że jedną z przyczyn odmienności charakteru i 
zachowania się jest religia. Dowiedziałem się o tym w czasie kwaterowania w 
miasteczku Kirckcaldy. 
W tym miasteczku stoją przepiękne ruiny opactwa benedyktyńskiego, fundowanego 
przez królową, bł. Małgorzatę Szkocką. Urodzona na wygnaniu w Szwecji albo w 
Polsce, została wychowana na Węgrzech, które były wówczas objęte wielkim 
ruchem reformator- 
159 
Wojna 
skim wychodzącym z Cluny, co się łączyło ze wspaniałą, rozbudowaną liturgią. Otóż 
Szkoci mieli swój własny obrządek, nie wiadomo dlaczego „chaldejskim" zwany. 
Było to skrajne przeciwieństwo wspaniałości kluniackiej - prostota w ubraniu, 
równość wszystkich, nie wyłączając kleru w obrządkach, niemal prezbiteriański styl 
życia parafialnego i modlitwy. 
Nasza Małgorzata wychodzi za jednego z tych królików-barba-rzyńców szkockich, 
niejakiego Malcolma, który po różnych perypetiach oddaje jej sprawy religijne. 
Królowa przyzwyczajona do kontynentalnego przepychu chce reformować dzikich 
Szkotów. To są czasy Wilhelma Zdobywcy, z którym przybył na wyspy jego wielki 
teolog, opat Lanfrank. Na prośbę królowej przysyła jej dwunastu mnichów. Król 
buduje dla nich owe przepiękne opactwo i zaczyna się „nawracanie" ludu 
szkockiego. Kto nie chce się na obrządek królowej nawrócić, temu król każe uciąć 
głowę. Tradycja religijna zostaje wgnieciona w podświadomość tego ludu. Dlatego 
reformacja szkocka będzie tak różna od angielskiej - bo tu w przeciwieństwie do 

background image

Anglii polega na paleniu klasztorów i profanowaniu kościołów. Pod Stirling 
reformatorzy palą wielkie ognisko i zawierają nowe przymierze z Panem Bogiem, 
aby wrócić do czegoś bardziej podobnego do ich starych obyczajów. A kto nie chce 
się zgodzić, temu obcina się głowę starym obyczajem. 
Stąd, między innymi głęboka nienawiść do wszystkiego co katolickie, bo to 
przypomina ancien regime królowej Małgorzaty. W moich rozmowach z rodzicami 
szkockich narzeczonych Polaków podnoszono najróżniejsze zastrzeżenia, ale po 
jakimś czasie wychodziło zwykle szydło z worka: głównym powodem niechęci i 
obaw było, że „Hę is an RC" - „On jest katolikiem". Albo taka historyjka z pobożnej 
książki szkockiej. Pastor asystuje umierającemu i mówi mu: „Powiedz coś 
pobożnego". Umierający zbiera wszystkie siły i powiada: „ To the he.ll with the 
pope" - „Do diabła z papieżem" - „And so hę fell in the arms ofJesus " - „I tak padł w 
ramiona Jezusa". Pobożne, co? 
Teraz nie chciałbym, by czytelnik wnioskował z tych cierpkich uwag, że zraziłem się 
do Szkotów. Jak już powiedziałem, było wręcz 
160 
Wojna 
przeciwnie i to mimo mojego nieekumenicznego stosunku do protestanckich herezji, 
z którego jestem znany. A to między innymi z powodu dwóch spotkań. Jedno, w 
Edynburgu, było ze Szkotką, narzeczoną polskiego oficera. Powiedziałem jej w 
rozmowie, że im więcej wspólnego między małżonkami, tym lepiej, czy by więc nie 
pomyślała o zostaniu katoliczką? Odpowiedziała mi: „Ja kocham Janka, ja go tak 
kocham, że bym wszystko dla niego oddała, tylko nie moją wiarę". Jej wiara tak mi 
zaimponowała, że dałem tej sprawie spokój, zresztą nawróciła się parę miesięcy po 
ślubie. 
Drugie spotkanie było z dwiema paniami Mullan, emerytowanymi nauczycielkami z 
Dunfermlin, u których kwaterowałem od l stycznia do 12 sierpnia 1943 roku. Dzięki 
tym zacnym paniom odkryłem coś, czego poprzednio nie widziałem, jak dalece jako 
Polak jestem Europejczykiem. Bo mimo różnic między Polską a Szkocją, różnicy 
wiary i tak dalej, jesteśmy sobie tak bliscy, że właściwie stanowimy jeden naród. 
28 sierpnia 1943 roku zostałem przeniesiony do Edynburga, gdzie trzeba mi było 
podjąć się nowego i dość nieoczekiwanego zadania: autentycznego proboszczowania. 
Bo w tym mieście byli nie tylko oficerowie i żołnierze, ale także liczne i coraz 
liczniejsze ich żony, czasem z dziećmi. Nie miałem żadnego przygotowania do takiej 
funkcji, byłem teologiem, teoretykiem, bez normalnej praktyki duszpasterskiej. 
Powiedziałem sobie, że z próżnego nie naleję i że mogę dać tylko to, co mam. 
Zacząłem więc systematycznie głosić kazania o Bogu i Trójcy Świętej. Ku mojemu 
zdumieniu liczba słuchaczy niemal potroiła się, choć zapewniam, że złotoustym 
kaznodzieją nie jestem. Widocznie ludzie cieszą się, gdy mogą się czegoś nauczyć w 
kościele; niestety kaznodziejstwo w Polsce rzadko zaspokaja tę potrzebę. 
Równocześnie z duszpasterstwem prowadziłem różne wykłady, m.in. w szkole 
wojennej w Eddleston pod Peenles, i zajmowałem się prasą religijną. Wydawałem co 

background image

miesiąc małą broszurkę pt Nauka Chrystusowa, która była w czasie wojny jedynym 
polskim czasopismem religijnym, ukazującym się w Europie. Była pomyślana 
161 
Wojna 
jako zastępstwo Szkoły Chrystusowej wydawanej przez naszych ojców przed wojną. 
W Szkocji od grudnia 1940 do listopada 1943 wydałem ogółem 29 zeszytów. Były to 
przedruki klasyków oraz małe monografie moje i innych. Ogłaszałem też co tydzień 
felieton religijny w Gazecie Żołnierskiej. 
Londyn 
W dniu 16 lutego 1944 roku zostałem zaprzysiężony jako kapelan do zleceń 
(odpowiednik adiutanta) ks. biskupa polowego i awansowany do stopnia starszego 
kapelana (majora). Miałem spędzić przeszło miesiąc w Londynie z moim szefem i 
ks. bp. Radońskim w Polskiej Misji Katolickiej na Devonia Road. To już nie był 
wielki blitz, niemniej bombardowania były częste i nieraz ciężkie. Czytam w moim 
dzienniku na przykład: 
20 II godz. 22:30 nalot 
21 II godz. 4:00 lekki nalot 
22 II ciężki nalot 
23 II nalot 
24 II alarm dzienny 
Razem z ks. biskupem Gawliną dość cieszyliśmy się tymi nalotami i to dwojako. Z 
jednej strony widok potężnego ognia przeciwlotniczego, bomb świetlnych i 
pocisków trasujących był niezrównany - ja przynajmniej nigdy w życiu nie 
widziałem niczego, co mogłoby się z nimi równać. Z drugiej strony mieliśmy obaj 
nie bardzo chrześcijańską przyjemność w drażnieniu kapelana ks. bpa Radoń-skiego, 
niezwykłego tchórza. To się działo tak, że ks. biskup mówił: „Czuję coś, jak gdyby 
miał być dzisiaj nalot", a ja potwierdzałem: „Jestem pewny, że Ekselencja ma rację, i 
to będzie ciężki nalot". Te słowa wystarczały zwykle, aby ów godny kapłan znikał w 
piwnicy. 
Główną troską ks. biskupa polowego, a więc i moją, był jednak projektowany wyjazd 
na front włoski. Chcę tu zauważyć, że ksiądz biskup Gawliną był jedynym biskupem 
polowym, który w czasie tej wojny żył naprawdę w polu, jak jego tytuł głosi - inni 
siedzieli 
11 — Bocheński: Wspomnienia 
162 
Wojna 
w stolicach i przyjeżdżali na front najwyżej okazyjnie. Ale też ks. Gawlina był 
polskim biskupem, w pełni świadomym polskiej, nie francuskiej ani hiszpańskiej, 
tradycji. Tylko że ten wyjazd na front nie był łatwy. Potępieńcze swary dały się i tu 
odczuć. Ks. biskup uchodził za piłsudczyka, a więc za rodzaj wroga, któremu 
należało szkodzić i sprawiać wszystkie możliwe trudności. Byłem obecny, gdy gen. 
Kukieł, wówczas minister obrony narodowej, powiedział ks. biskupowi bez ogródek: 
„Na wyjazd ks. biskup potrzebuje mojego zezwolenia, a ja tego zezwolenia ks. 

background image

biskupowi nie daję i nie dam". Ostatnia część tego zdania okazała się fałszywym 
proroctwem, bo owo zezwolenie ks. biskup przecież w końcu otrzymał - Bóg jeden 
wie, kosztem ilu i jak trudnych zachodów u na wpół rozhisteryzowa-nych 
politykierów emigracyjnych. 
Przy czym, będąc jego kapelanem do zleceń, mogę zaświadczyć, że ks. bp Gawlina 
ani nie miał zamiaru prowadzić, ani nigdy nie prowadził jakiejkolwiek akcji 
politycznej we Włoszech. Był cały czas wyłącznie oddany swoim obowiązkom 
duszpasterskim, które pełnił, jak na biskupa polowego przystało, mężnie, z 
narażeniem życia. 
No i w końcu pozwolenie na wyjazd było i zaczęło się długie przygotowywanie 
techniczne, nie kończąca się lista szczepień i równie liczne, konieczne wizyty, 
fabrykowanie proporczyka do samochodu i paradnej rogatywki, i tak dalej. 
Na front 
20 marca 1944 odlecieliśmy z Londynu do Portreath w Kornwalii Dakotą „Duch 
Ostrej Bramy". Na pokładzie był naczelny wódz gen. Sosnkowski, szef sztabu, gen. 
Kopański, ks. bp Gawlina, dwóch pułkowników lotnictwa, oficer szyfrujący i ja sam. 
W Portreath czekaliśmy długie godziny na dalszy lot, zabijając czas grą w brydża, 
przy czym jeden ze wspomnianych pułkowników ograł nas na sucho. Następnego 
dnia, 21 marca lecieliśmy do Gibraltaru, a stamtąd tego samego dnia do Algieru. 
163 
Wojna 
Mam parę wspomnień z tego pięknego miasta. Pamiętam na przykład naszą 
pielgrzymkę do „czarnej" madonny (do dziś nie wiem, dlaczego nawet Matkę Boską 
częstochowską wielu nazywa „czarną") i odwiedziny u uchodźców Polaków, 
żyjących w bardzo trudnych warunkach. Ale najżywsze są wspomnienia z kwatery. 
Mieszkaliśmy mianowicie w willi zarezerwowanej dla generałów. W tej willi 
obowiązywała zasada, że człowiek zaczyna się od majora. Wszystko, co ma niższy 
stopień, było wykluczone. Kapitan nie miał prawa wstępu. Na szczęście miałem 
stopień majora i zostałem łaskawie dopuszczony do sypialni dla żywiołków 
drobniejszego płazu, gdzie ośmiu nas, w tym kapitanowie okrętowi (odpowiednik 
pułkownika), spało pokotem na materacach ułożonych na ziemi. 
W Algierze spędziliśmy cztery dni i odlecieliśmy dopiero 25 marca z zamiarem 
lądowania w Neapolu. Wybuch Wezuwiusza uniemożliwił jednak ten zamiar i 
wylądowaliśmy w Brindisi. W tym mieście czekaliśmy na dziekana 2. Korpusu ks. 
Włodzimierza Cień-skiego, który wskutek naszego lądowania w Brindisi zamiast w 
Neapolu przyjechał po ks. biskupa dopiero po dwóch dniach, 27 marca. 
Tu jest miejsce na parę słów o organizacji duszpasterstwa w 2. Korpusie. Na czele 
stał wspomniany ks. Cieński, świątobliwy kapłan, który po wojnie wstąpił do 
trapistów. Podlegało mu bezpośrednio dwóch proboszczów dywizyjnych: ks Joniec 
w 3. DSK i ks. Judycki w 5. KPD. Zgodnie z normami angielskimi każdy batalion 
miał kapelana. W warunkach angielskich było to uzasadnione mnogością wyznań 
żołnierzy, ale nasi byli prawie w 100% katolikami, więc w rezultacie 2. Korpus miał 
niezwykle liczną obsadę kapelańską, która zresztą okazała się potrzebna w krwawych 

background image

walkach, jakie czekały korpus. Kapelan katolicki, w przeciwieństwie do 
protestanckiego, jest tym bardziej potrzebny, im cięższa walka, jako że jego 
zadaniem w bitwie jest udzielanie sakramentów i asystowanie umierającym. 
27 marca ks. Cieński zabrał nas swoją półciężarówką na front nad Sangro. Ta jazda 
twardo resorowanym wozem po rozbitych drogach (siedziałem na ślizgającym się 
kuferku), pozostała mi w pamięci jako rodzaj chrztu, jeśli nie bojowego, to w 
każdym razie fron- 
164 
Wojna 
towego. Co za różnica między naszym wygodnym życiem w Londynie a warunkami 
bytowania oficera frontowego, nawet tak wysokiego stopnia, jakim był ksiądz 
dziekan! Po długiej, zdawałoby się nie kończącej się drodze, dojechaliśmy do 
Campobasso, które miało być m.p. ks. biskupa w ciągu następnych tygodni. Kwaterę 
znaleźliśmy w małym, ale dobrze urządzonym pałacu biskupim. 
Między 28 a 31 marca wizytował ks. biskup kanonicznie dowództwo 2. Korpusu i 3. 
Dywizję Strzelców Karpackich w Carpino-ne i okolicy. Oddziały odpoczywały po 
dopiero co ukończonej bitwie o Sangro i w przygotowaniu na Monte Cassino. W 
Wielki Czwartek, 6 kwietnia, święcił oleje w Campobasso, a w Wielką Sobotę 
odprawialiśmy w Boiano polską rezurekcję, bardzo dla mnie wzruszającą, bo ks. 
biskup celebrował ją w zrujnowanej katedrze, gdzie mógł występować jako 
ordynariusz, co mu było normalnie wszędzie zabronione. Biskup polowy jest 
biskupem-tułaczem, bez własnej katedry. Między 13 a 18 kwietnia 1944 odbyliśmy 
długą podróż duszpasterską do Bari, Mottola, Pelagiano, S. Basilio, Barletta, Pasano, 
Laziano. Już od 19 do 23 wizytował 5. Dywizję Strzelców Kresowych w Aliano, 
Galio, Fontegreca, Pratella, Valle Agricola, następnie w Castelpetroso, Capriano, 
Machiagodena, S. Piętro in Yalle, Sessano, Civita Nova. Samo wyliczenie tutaj tych 
miejscowości, które przepisuję z mojego dziennika polowego, świadczy o wysiłku 
włożonym przez niemłodego już mojego ks. biskupa, zważywszy, że w każdym 
oddziale było kazanie, często msza święta, bierzmowanie itp. Kiedy nie był w 
drodze, przyjmował bez przestanku kapelanów i żołnierzy. 
Wracając do naszych jazd po włoskich górskich drogach i bezdrożach, nie mogę nie 
wspomnieć o naszym wozie i, zwłaszcza, o kierowcy ks. biskupa, panu plutonowym 
Strzeleckim. Wóz mieliśmy doskonały, tak zwany staff-car, opatrzony potężnym 
silnikiem, ze stołem do pracy i mnóstwem miejsca na bagaże. A plutonowy 
Strzelecki był prawdziwą perłą. Właściciel małego garażu w stolicy był dla mnie 
przedstawicielem tego, co najlepsze w jego pokoleniu. Fachowiec naprawdę 
pierwszej klasy jako mechanik i szofer; był nie- 
165 
Wojna 
prawdopodobnie obrotny i inteligentny. Jeśli chodzi o prowadzenie wozu, to na 
dobrych drogach mijał wszystko naszym ciężkim wozem z maestrią godną 
wyścigowca, ale mało znam kierowców tak ostrożnych w prowadzeniu wozu po 
górskich wertepach. A jakim był mechanikiem, niech świadczy fakt, że w ciągu 

background image

niemal trzech miesięcy służby, i jakiej służby, nie miał ani jednej awarii 
mechanicznej w drodze. 
Miał jedną wadę. Zwykł był drażnić ks. biskupa swoimi wywodami o konieczności 
założenia, wzorem francuskich BRC, po polsku, domu publicznego na kołach. 
Polskie kobiety by sobie zarobiły, mówił, żołnierze nie potrzebowaliby do Włoszek 
chodzić. Można sobie wyobrazić reakcję mojego czcigodnego szefa. Ale mnie to 
bawiło, bo podejrzewałem, że mówił tak, aby nas zabawić w długiej drodze. Miał też 
zwyczaj wygłaszać ponure proroctwa zapowiadając naloty. Raz w Neapolu 
sprawdziło się i przeżyliśmy trochę strachu. Proroctwo przybierało u Strzeleckiego 
zawsze postać osobistą. „Księże biskupie, mówił, dziś będzie nalot". „A niby 
dlaczego?" „Bo ksiądz biskup przyjechał". Co prawda ks. Gawlina rzeczywiście 
działał na niemieckie bombowce jak magnes. 
Księdzu biskupowi mało było jednak samego 2. Korpusu i chciał zwizytować także 
3. Korpus stacjonujący w Egipcie. 24 kwietnia 1944 bezpośrednio po wizytacji 5. 
DSK pojechaliśmy do Neapolu, gdzie ks. biskup miał dostać samolot. Trzeba 
wiedzieć, że mój szef miał wprawdzie własną załogę złożoną z pilota-sierżanta i 
nawiga-lora-pułkownika, ale nie miał samolotu i do mnie należało takowy znaleźć. 
To się odbywało zwykle tak, że wieczorem siedzieliśmy przy szklance wina, kiedy, 
zwykle koło 23. ks. biskup powiadał: „Jutro jadę (względnie lecę) tam a tam". Na 
moje pytanie, czym, odpowiadał spokojnie: „To już księdza sprawa, nie moja". 
Można sobie wyobrazić jakie graty dostawaliśmy w rezultacie. 
Ten lot do Kairu należy do najniebezpieczniejszych i do najciekawszych, jakie 
miałem, ale lepiej będzie o nim opowiedzieć w rozdziale o moich podróżach 
powietrznych. Tutaj podam tylko główne etapy i parę szczegółów. A więc w 
Neapolu samolotu nie było i po dwudniowym oczekiwaniu pojechaliśmy, ciągle z 
panem Strzeleckim, 
166 
Wojna 
do Bari. Tam czekaliśmy znowu na samolot i pogodę. Wreszcie 29 kwietnia 
mogliśmy wystartować do Castel Benito, a stamtąd po przenocowaniu, 30 kwietnia, 
do Kairu. Lot w paskudną pogodę „on your own risk ", jak powiedział wobec uporu 
ks. biskupa komendant. 
W Kairze kwaterowaliśmy siedem dni objeżdżając polskie oddziały i zwiedzając 
zabytki. Przepisuję z dziennika: 
l V Kair- Meva- Kair 
2V Kair 
3 V Kair Quassasin- El Kabir- Kair- Helwan- Kair 
4 V Kair- Heliopolis- Kair 
5 V Kair- Maedi- Kair 
6 V Kair, meczety 
W pamięci utkwił mi incydent, który o mało nie skończył się dla mnie źle. Nie wiem 
już, dlaczego znalazłem się w bocznej uliczce Kairu, gdzie mały czyścibut tak długo 
mnie nękał, że zgodziłem się przyjąć jego usługi. Kiedy chciałem mu dać dwa 

background image

szylingi, co było już ponad normę, zażądał całego funta. Na moją odmowę zaczął 
krzyczeć i smarować sobie twarz pastą do butów. Zrobiło się zbiegowisko ludzi 
mówiących nie znanym mi językiem i przybierających wrogą postawę wobec mnie. 
Na szczęście pojawił się policjant i zmusił czyścibuta do przyjęcia moich dwóch 
szylingów. 
To było moje drugie spotkanie ze Wschodem, po owym ryczącym czerńcu w 
Podkamieniu. Zostawiło mi niezatarte wspomnienie zetknięcia się z najzupełniej 
obcym i wrogim światem. Mnie na podziwianie tego Wschodu i stawianie go 
wysoko ponad naszą rzekomą nędzę kulturalną nikt nie nabierze. 
167 
Cassino 
VII 
Cassino 
1943 - 1945 
Bitwa 
7 maja odlecieliśmy z ks. biskupem, tym razem „liniowym" samolotem, z Kairu. 
Siedzieliśmy wprawdzie na kuferkach, ale amerykańska komenda transportów 
wojennych życzyła nam piękną kartką miłego lotu; w ogóle było, w porównaniu do 
lotu naszym samolocikiem, przyjemnie. Nawet kawy nam dali. Okazuje się, że 
Amerykanie, chcąc zapewnić sprawność transportów wojskowych, po prostu nadali 
dyrektorom wielkich linii lotniczych stopnie generalskie i polecili im prowadzić 
business as usual. Stąd ta niezwykła w wojsku uprzejmość dla „pasażerów". 
Lądowaliśmy w Neapolu, a stamtąd pojechaliśmy 10 maja do Yenafro, gdzie 
mieliśmy kwaterować podczas bitwy o Monte Casino. 
11 maja ks. biskup odwiedził dowódcę korpusu gen. Andersa. Pamiętam jeszcze jego 
słowa: „Ks. biskup mi szczęście przynosi. Ja 
168 
Cassino 
Cassino 
169 
zawsze lubiłem jedenastkę, a tu jedenastego maja nacieram, o jedenastej wieczór, na 
odcinku jedenastu kilometrów, przy wsparciu jedenaście set dział..." I rzeczywiście, 
miał szczęście w tej bitwie. 
Moje wspomnienia spisałem niedługo po opuszczeniu frontu. Oto one: 
11 maja 1944, godz. 16:30. Niebo jest czyste i wiosenne, słońce włoskie oświeca 
łagodnym blaskiem szczyty oliwek, pod którymi stoi nasz namiot; naokoło cisza, 
przerywana tylko dalekim warkotem motorów. W generalskim namiocie jest nas 
siedmiu przy kawie. Gospodarz, świetnie ubrany i promieniejący młodością, czyta 
powoli, na głos, papier, który mu podał płk Wiśniewski. Naprzeciw, wygodnie 
oparty ks. biskup polowy w szarym „egipskim" mundurze. Bat-tle-dress gen. 
Szyszko-Bohusza jest, jak zawsze, wzorowo zapraso-wany, a twarz staruszka 
generała-chirurga promienieje dobrocią i zadowoleniem. Nic nie wskazuje na 

background image

niezwykłość chwili. Nawet nasze działa, tak czynne do niedawna, milczą zupełnie, a 
Kubusie pochowały się na lotnisku w Yenafro. 
A jednak to jest wielka chwila, kawałek historii, której dzieci polskie będą się uczyły 
przez wieki. Ten papier, który generał czyta, to rozkaz bojowy. Szef Sztabu przyniósł 
go po przepisaniu: za chwilę zawarczą silniki gońców i kości będą rzucone. To jest 
początek bitwy o Monte Cassino. 
Patrzę po obecnych i staram się wykryć ich wzruszenie. Bezskutecznie: ci ludzie 
wojny są zadziwiająco spokojni. Jeśli jasna twarz generała i spokojny ruch, którym 
ks. biskup strzepuje popiół z papierosa, wyrażają jakieś uczucie, to chyba radość. 
Radość, żeśmy się doczekali, że zaczyna się wielka bitwa, w której po raz pierwszy 
dane nam będzie mierzyć się z Niemcami równą bronią na odcinku historycznej 
wagi. 
Teren: jesteśmy w najwęższym miejscu włoskiego półwyspu. Trzy drogi tylko 
prowadzą na północ: adriatycka, nr 16, wciśnięta między brzeg i najwyższe szczyty 
Apeninów; Appia nr 7, tak samo ciasno ujęta w góry nad Morzem Tyrreńskim; i 
wreszcie, w środku, Casilina nr 6, która biegnie tutaj doliną rzeki Liri, kilkanaście 
kilo- 
metrów szeroką. Tę dolinę zamyka, od północnego wschodu, masyw Monte Cassino. 
Obserwacja z ruin opactwa jest wspaniała i, dopóki Cassino nie padnie, nie może być 
mowy o przejściu. Sześć miesięcy krwawiły się o tę skałę wojska francuskie, 
nowozelandzkie i brytyjskie. Teraz kolej na nas. 
Grupa armii pod dowództwem gen. AJexandra składa się z 5. Armii Amerykańskiej i 
8. Brytyjskiej. Dowódca amerykański, gen. Clarc, trzema bodaj własnymi dywizjami 
zajmuje odcinek nadmorski, tyrreń-ski; podlegają mu, dalej na prawo, cztery dywizje 
francuskie gen. Juin. Na prawym skrzydle 8. Armia Brytyjska gen. Leese: 2. Korpus 
Kanadyjski, 13. Brytyjski w dolinie Liri (trzy dywizje), 2. Korpus Polski naprzeciw 
Monte Cassino; reszta odcinka martwa, zajęta przez dywizję nowozelandzką. Są 
poza tym dwie odwodowe dywizje pancerne brytyjskie i jakieś, bliżej nie określone, 
bodaj fikcyjne, jednostki 10. Korpusu. Niemców szacują na 25 wielkich jednostek. 
2. Korpus Polski pod dowództwem gen. Andersa idzie w składzie: 3. Dywizja 
Strzelców Karpackich, gen. Duch; 5. Kresowa Dywizja Piechoty, gen. Sulik; 2. 
Brygada Czołgów, gen. Rakowski. Obie dywizje piechoty zajmują odcinek już od 
paru tygodni; gen. Rakowski wyładował się niedawno w Neapolu i stoi w odwodzie. 
Korpus jest doskonale wyposażony, wyćwiczony i owiany świetnym duchem 
bojowym, ale jest liczbowo słaby; dywizje piechoty mają po 6 batalionów zaledwie i 
to niepełnych. Naprzeciw mamy jedną z najlepszych dywizji spadochronowych 
niemieckich. Teren jest taki, że kto go widział, nie uwierzy: nagie, strome wzgórze 
pod świetną obserwacją i ogniem z trzech stron znakomicie umocnionego 
nieprzyjaciela. 
Natarcie nie pójdzie na wzgórze klasztorne, którego zdobyć nie mogli nasi 
poprzednicy, mimo bohaterskich wysiłków i olbrzymich strat. Korpus uderzy na 
pagórki między Monte Cairo a Monte Cassino; doliną na lewo ruszy natarcie naszych 
kolegów brytyjskich. Piąta dywizja stoi na prawym skrzydle, na lewym, bliżej 

background image

klasztoru, trzecia. Zmasowano artylerię i ogromne lotnictwo. Przygotowanie zacznie 
się dziś wieczór. 
170 
Cassino 
11 maja godz. 22:50. Krąży lotnik niemiecki; bombardował, narobił szkody. Nie 
mogło być inaczej: w całej dolinie, aż po Rapido, stoi wóz przy wozie i namiot przy 
namiocie. Wraca teraz i syreny wyją znowu, niepotrzebnie, bo kryć się nie ma gdzie. 
Artyleria milczy; noc jest cudowna. 
Był przed wieczorem o. Studziński, trochę zastraszony, nie ogniem, ale własnym 
niedoświadczeniem. Uznał za stosowne przyjechać po rady „fachowe", jak gdyby 
ktokolwiek z nas „starych" miał pojęcie o służbie kapelana w bitwie czołgów: pod 
Monte Cassino po raz pierwszy w dziejach polskie czołgi, godne tej nazwy, pójdą 
masą do natarcia. Zresztą o. Studziński pokazał wysoką „technikę". Kiedy pięli się 
po piekielnej Cavendish Road w nocy, bez świateł, pod ostrym ogniem, po prostu 
wysiadł z White'a i resztę akcji - 48 godzin -odbył pieszo, błądząc w dymie, między 
czołgami, na tej przełęczy śmierci pod klasztorem. 
Ks. biskup polowy wychodzi z namiotu-kaplicy, spogląda z roztargnieniem w niebo i 
pyta, czy już. Melduję, że za pięć minut. Siadamy na ławce. Niemca już nie ma, cisza 
jest zupełna. Nagle gdzieś na San Piętro Infme pada strzał armatni i w chwilę po tym 
zrywa się burza, w dziwaczny sposób akustycznie pokoślawiona przez echo gór. 
Chwilami to nie jest huk, ale wprost ryk dział, których strzały zlewają się w jeden 
przeciągły grzmot; w tych chwilach ziemia naprawdę drży. Potem ma się wrażenie, 
że niezliczone pułki naszej artylerii zaczynają jechać wprzód, ku nieprzyjacielowi: 
głos oddala się coraz bardziej, aż zniknie zupełnie. Przez chwilę jest cisza, którą 
przerwą poszczególne wystrzały, aż wróci ryk, jak gdyby ar-tylerzyści się byli 
zbudzili. Burza będzie szalała przez parę minut, aby znowu milknąć i zginąć w 
zupełnej prawie ciszy. 
Ks. biskup marszczy brwi: on, stary żołnierz spod Yerdun, nie takie widywał 
przygotowania artyleryjskie. Wychodzę za bramę obozu, skąd lepiej widać linię, i 
stwierdzam, że stanowiska niemieckie palą się po prostu nieustannym 
jasnoczerwonym ogniem. Te przerwy to tylko złudzenie: nawała ognia jest ciągła, o 
kolosalnej intensywności. Bitwa się zaczęła. 
171 
Cassino 
12 maja, godz. 1:30. Ksiądz biskup postanowił odprawić Mszę św. o l: 15 w nocy, 
tak aby podniesienie wypadło na początek natarcia. Namiot kapelana jest ciasny, 
szaty liturgiczne biedne i pomięte; dwie małe świeczki palą się na stole-ołtarzu; 
komendant SOE 5 i paru żołnierzy tylko klęczy w mroku. Ale tu jest kawałek 
historii. W chwilach gdy ryk dział zdaje się zbliżać, płachty namiotu falują i świeczki 
trzeba ochraniać, aby nie gasły. Ks. biskup odmówił prefację, gdy artyleria zamilkła, 
tym razem natarcie jest naprawdę w toku. Słyszę słowa konsekracji: „Ten jest kielich 
krwi mojej..." i wiem, że ksiądz biskup modli się z nami wszystkimi za tych, którzy 
w tej chwili giną. 

background image

Cisza trwa przez chwilę. Teraz działa strzelają znowu, ale już nie tak jak przedtem, 
chaotycznie jakoś. Próbuję się łączyć z piątą; nie ma połączenia. Nie wiem dlaczego, 
zaczyna mnie ogarniać niepokój. 
12 maja, godz. 9:00. Niepokój nie był bezpodstawny; jesteśmy pobici. Od rana w 
SOE 3 zaczyna się krwawy ruch. Długie kolumny sanitarek przywożą, jedna za 
drugą, setki i setki pokaleczonych ciał. W pół godziny pełne są sale szkolne, pełne 
korytarze. Trzeba układać w ogrodzie; pod drzewami, na trawie, na grzędach 
kwiatów, w każdym zakątku leżą ranni żołnierze. W SOE 3, choć praca wre, panuje 
cisza. Nie ma jęków: morfina. Zespół, wcale nie święty, cierpiący wczoraj jeszcze na 
Bóg wie ile histerii i intryng, odmienił się nagle, pracuje w rękach świetnego 
komendanta jak sprawna maszyna, cicho, dokładnie, z poświęceniem i troskliwością. 
Będzie tak pracował przez cały tydzień, aż do zwycięstwa. Ale w SOE 3 jest nastrój 
troski i przygnębienia. Każdy ranny pyta nieodmiennie o to samo: czy klasztor 
wzięty? Niestety, od rana już wiem, że nie, że jesteśmy pobici, że pierwsza faza 
bitwy kończy się porażką. Ogień artylerii nie miał spodziewanego efektu: bunkry 
stoją. Jesteśmy zepchnięci na pozycje wyjściowe. Jak to powiedzieć ludziom, którzy 
cierpią, a gotowi są cierpieć jeszcze, byle klasztor był wzięty? Ktoś mówi grupie 
rannych prawdę. Jestem świadkiem ataku rozpaczy młodego chłopca, który zrywa 
sobie odznaki i histerycznie krzyczy. Słucham opowiadań o piekle na San Angelo i 
593, przerywanych ciągle tym samym pytaniem: czy klasztor wzięty? 
172 
Cassino 
Okropny dzień: kryzys bitwy. 
12 maja, godz. 15:00. Ks. biskup pracował przez wiele godzin jak zwykły kapelan; 
teraz jest pracy mniej i przyjechaliśmy do dowództwa. Robię wielkie odkrycie. 
Wiedziałem, bo to jest elementarna prawda, że w każdej bitwie jest kryzys, który 
uderza w walczącego żołnierza i, zwłaszcza, w dowódcę, tym silniej, im wyższy 
szczebel. W dowództwie Korpusu stwierdzam nowy dla mnie fakt: kryzys bitwy 
uderzył ze straszliwą siłą w małych pomocników wodza, w telefonistów, pisarzy, w 
podrzędnych wykonawców. Widzę ludzi jakby wyciągniętych z grobu, z zapadłymi 
policzkami i podbitymi oczyma, wyczerpanych i prawie załamanych. Za to generał 
jest niezrównany: zimny, spokojny, ostry i uprzejmy zarazem, trzyma drgający 
kurczowo organizm skrwawionego Korpusu w żelaznym uchwycie swojej woli. 
Był gen. Leese. Jest dobrej myśli; gratulował naszemu generałowi i oświadczył, że 
ich dostaniemy: „We shall get them ". Nakazał zaprzestać dalszych prób, 
reorganizować się i przeczekać. 
Na niebie jest straszno: od godziny już przeszło, klucz za kluczem, ciągną na północ 
bombowce. Naliczyłem ich, czekając przy samochodzie, prawie 800, potem 
musiałem przerwać. Położenie: największe powodzenie osiągnął na lewym skrzydle 
gen. Juin. Wyszedł czterema dywizjami na jedną tylko niczego się nie spodziewającą 
dywizję niemiecką i rozbił ją od razu w puch. On sam i Amerykanie na jego lewym 
skrzydle posuwają się szybko naprzód. Niestety, rzut oka na mapę wystarczy, aby się 
przekonać, że nam to zadania nie ułatwi. W dolinie Liri działy się podobno straszne 

background image

rzeczy: trzynastka angielska skrwawiła się tak, że mówią o konieczności wycofania 
dwóch dywizji. Ale trzynastka wdarła się, mimo strat, w linię nieprzyjacielską. My 
jesteśmy zepchnięci na pozycje wyjściowe. Na naszym prawym skrzydle 
Nowozelandczycy nie pokazali klasy godnej ich tradycji bojowej. Demonstrowali 
bez serca i prędko dali spokój; nie potrafili nawet ściągnąć na siebie części 
niemieckiego ognia, bo nieprzyjaciel zorientował się szybko i obrócił wszystkie 
działa na naszą piechotę. 
173 
Cassino 
Przebieg natarcia był następujący. Po przygotowaniu artyleryjskim piechota obu 
dywizji weszła do natarcia z wielkim impetem. „Deska" (3. DSK) zajęła niemal 
jednym skokiem wzgórze 593, kluczowe, cel natarcia. Gorzej poszło piątej (5. KDP), 
która nie zdołała się wedrzeć dostatecznie głęboko i zaległa pod morderczym 
ogniem. Ten ogień okazał się niezwykle gęsty i celny, zwłaszcza ogień moździerzy. 
Niemcy bili ze wszystkich stron, nawet z tyłu, gdzie stały ich ciężkie baterie w Attine 
i bliżej. Jednym z charakterystycznych i szczególnie tragicznych momentów bitwy o 
Monte Cassino były rozpaczliwe wołania radiowe piechoty o zaprzestanie ognia na 
zajęte już stanowiska, bo piechurzy, ostrzeliwani z tyłu, byli pewni, że bije ich 
własna artyleria. Szczególnym piekłem w tej kotlinie śmierci stało się wzgórze 593, 
na które nieprzyjaciel kierował nieustanną nawałę ognia wszystkich broni. Dzielna 
piechota wytrwała mimo to przez cały dzień; dopiero w nocy trzeba było ściągnąć 
niedobitki. 
Ten opis nie pozwala nawet w przybliżeniu, nawet starym żołnierzom, wczuć się w 
grozę tej walki. Trzeba zobaczyć teren, aby ją zrozumieć. 
12 maja, godz. 16:30. Pisałem kiedyś o poczwórnym pięknie wojny, ojej czterech 
obliczach, które kolejno zachodzą, jedne za drugie: piękno harmonijne, wzniosłość 
grozy, piękno organizacji i „piękno" moralne. Niespodziewanie przeżywam, wbrew 
mojej teorii, wszystkie cztery formy tego piękna razem. Groza jest, wyniesiona z 
SOE, wiejąca z wysadzonych stosów amunicji i porozbijanych wozów. Piękno 
organizacji mam po raz pierwszy sposobność podziwiać z tak wysokiego szczebla: 
skomplikowana maszyna Korpusu gra w ręku dowódcy jak cudownie precyzyjne 
narzędzie. W tej chwili dominuje jednak strona moralna. Stało się coś prawie 
nadludzkiego: Korpus, kilkadziesiąt tysięcy ludzi, zaczai żyć wczoraj i żyje jak jedna 
istota, przejęta jedyną myślą i jedną wolą o nieprawdopodobnym napięciu. Stąd te 
fascynujące fragmenty, których tak mało, niestety, przejdzie do historii. Meldunek 
porucznika w namiocie dowódcy: „Panie Generale, melduję, że żołnierze umieją 
umierać". Śmierć płk. Kurka. Batalion płk. Domona, który poszedł po wariacku, bez 
rozkazów, 
174 
Cassino 
w ogień i śmierć. Artylerzyści maszyny, którzy pracowali przez tyle godzin bez 
odpoczynku, nieprzytomni prawie ze zmęczenia. Kierowca z Inferno Trach, który, 
ciężko ranny, pod ogniem, bez świateł, dowiózł swoich rannych do SOE, aby w nim 

background image

umrzeć nazajutrz. I nieustanny szept gorączką palonych warg w moim szpitalu: czy 
klasztor wzięty? 
Wojna jest wielką wielkością moralną i z pasją myślę o głupcach, pisarzach, którzy 
prorokują z foteli „koniec bohaterstwa i wiek techniki". Nie ma końca bohaterstwa i 
żadna technika go nie zastąpi: bitwę toczy, w bitwie się krwawi i pada człowiek, 
wielki nie techniką, ale charakterem. 
Ale skoro o technice mowa, i ona jest, a z nią ten pierwszy aspekt piękna bitwy, 
który według mojej teorii powinien był zginąć przy nastaniu grozy i bohaterstwa. W 
tej chwili drogą przede mną toczy się z grzmotem długa kolumna czołgów. 
Niezapomniany widok. W ogromnych tumanach kurzu wyrwanej przez gąsienice 
jezdni, z piekielnym rykiem silników jadą ciężkie wozy wojenne. W otwartych 
klapach nieproporcjonalnie wiotkie postacie młodych, jasnych chłopców, w czarnych 
beretach na bakier, z lornetką u pasa, pięknych jak greccy bogowie i wiedzących o 
tym, dumnych i wesołych. Generał podciąga odwody: jadą w ogień i paszcze dział są 
odkryte. Z warszta-tówki powychodzili żołnierze i patrzą w skupieniu, jakby na 
procesję. Ja sam nie mogę oprzeć się wzruszeniu: ta kolumna odzwierciedla w 
niezwykły sposób istotę wojennego charakteru, połączenie siły i prawości: straszliwa 
moc dział i motorów w sprawnych rękach chłopców o jasnych oczach i duszy. 
17 maja, godz. 17:00. Wąska dolina Rapido pokryta jest białym dymem, który 
buchając z setek punktów przesłania nasze życie i ruch przed obserwacją 
nieprzyjaciela. Poprzez dym rysuje się kolos Monte Cairo, tak bliski, jak gdyby 
wisiał nad nami. Czasami, gdy wiatr zwiewa zasłonę, na lewo, w górze pojawia się 
czarny kłąb wybuchów: Monte Cassino. Ale człowieka, który wejdzie tutaj ze 
spokojnego Inferno Track oszałamia nie tyle ten widok - jeden z najbar- 
175 
Cassino 
dziej niesamowitych, jakie widziałem w życiu - ile głos, potworny głos wielkiej 
bitwy: drugie natarcie jest w toku. 
Głos bitwy brzmi jak skomplikowana orkiestra; z głuchym trzaskiem pękają po całej 
dolinie, pstrząc białą zasłonę dymu, pociski niemieckie; dudnią strzały naszej 
artylerii, która pracuje znowu całą siłą; w przerwach słychać nieustanny warkot broni 
maszynowej i ostre, męczące szczekanie moździerzy. Najbardziej niesamowite jest w 
tym wszystkim tło dźwiękowe, wycie pocisków naszych i niemieckich, które lecą tak 
gęsto, że sprawiają zupełnie wrażenie sklepienia. Przypominam sobie kiedyś czytany 
wiersz Polski Podziemnej: „A kiedy poniosą chłopcy znowu, pod łuki łuny i 
ołowiu..." To jest to: jedno nieprzerwane, ponure wycie pocisków, świetnie 
naśladowane przez anonimowego poetę. 
Z „piekielnego traktu", migającego siatkami maskowniczymi i tymi napisami „Nie 
daj się zabić", wypadły na pełnym gazie dwa łaziki. Przy kierownicy pierwszego 
chuda postać i surowa twarz ks. Ju-dyckiego, Szefa Duszpasterstwa Piątej Dywizji 
Kresowej. W drugim starszy pan w przeciwiperytowym płaszczu, szarym od kurzu, i 
stalowym hełmie na siwych włosach: to Ekscelencja na jednej z codziennych 
arcypasterskich wizytacji. Łaziki sadzą w dymie i ryku z wybojów na wybój, 

background image

dosłownie jak konie. Skrzyżowanie: żandarm w białych rękawiczkach wskazuje 
drogę prawidłowo, jak w wielkim mieście, i dostrzegłszy twarz ks. biskupa salutuje z 
wyrafinowaną prostotą, jak to tylko nasi żandarmi potrafią. Bum! Granat koło drogi. 
Zakręt, znowu granat i łaziki wpadają na wysunięty Punkt Opatrunkowy. 
Dostrzegli nas i podnoszą alarm. Z domku na brzegu oliwnego gaju biegną doktorzy, 
gruby ks. kapelan Łuszczka i chłopcy. Obrośnięci wszyscy, czarni, niewyspani: 
pracują wszyscy bez wytchnienia od Bóg wie jak dawna. Powitanie w tym dymie i 
huku jest jedyne: kapelan klęka, jak ryt nakazuje, doktorzy prężą się służbiście, a w 
oczach chłopców czytam radość z dostojnych odwiedzin. Ks. biskup także nie traci 
fasonu, choć hełm do infuły zgoła niepodobny, grubą warstwą kurzu pokryty płaszcz 
niczym nie przypomina farioli, a zeskok 
176 
Cassino 
z łazika polowemu biskupowi chyba przystoi. Prowadzą Ekscelencję uroczyście do 
domku. 
Mroczne wnętrze. Czterech półnagich rannych majaczy w transfuzji, a krew sączy im 
się w żyły z butelek sznurkami przywiązanych do pułapu. Lżej ranni siedzą na ławie; 
stary kapral z uderzającą troskliwością opatruje właśnie jednego. Ks. biskup siada 
przy kulawym stole i przegląda notatki. Jeden z lekarzy przynosi menażkę kakao. 
Ściany drżą i tynk się sypie na głowy. 
18 maja, godz. 10:00. Natarcie, które wyszło wczoraj po południu, udało się i nasza 
piechota zajęła znowu te złowieszcze szczyty, tym razem wszystkie. Trzynasty 
Korpus także posunął się w dolinie. Dziś nad ranem był mimo wszystko drugi kryzys 
bitwy i położenie przedstawiało się dramatycznie. Byliśmy wszyscy, w sztabach, 
szpitalach, warsztatówkach, przy działach, nie mówiąc już o piechocie i czołgach, u 
kresu sił fizycznych i nerwowych. Ostatniej nocy nie mogłem w ogóle zasnąć z 
przemęczenia. Ks. biskup także. Odwodów nie było: generał posłał w ogień 
wszystko, co miał, z kompanią ochrony sztabu włącznie; dowódca 3. DSK zebrał 
starożytnym polskim zwyczajem ciurów, chcę powiedzieć, telefonistów, pisarzy i 
kasynowych, aby ich posłać na linię. Jeszcze jeden dzień bitwy, a nie starczyłoby już 
wytrzymałości. Cele natarcia były osiągnięte, ale o 6 rano zebrano w dowództwie 
meldunki o znacznym skupieniu piechoty i broni pancernej nieprzyjaciela, gotowych 
do przeciwuderzenia. Przeciwnatarcia nie było potrzeba, bo nagie szczyty gór nie 
pozwoliły naszej piechocie na żadne umocnienie się, sił do podciągnięcia ciężkiej 
broni brakło, a odwody były już wyczerpane. Gdyby te meldunki były prawdziwe, 
gdyby przeciwuderzenie było wyszło nad ranem, bitwa byłaby przegrana. Nie 
mieliśmy już sił, naszych dwanaście batalionów dało z siebie wszystko, i więcej niż 
było po ludzku możliwe w walce w tak trudnym terenie. Przegrana nie byłaby hańbą. 
Ale meldunki były fałszywe, nieprzyjaciel odchodził, a raczej odchodzili ci, co w 
jego oddziałach pozostali przy życiu - niewielu. Dziwna rzecz: myśmy pogrzebali 
koło tysiąca poległych i mamy w szpi- 
177 
Cassino 

background image

talach do trzech tysięcy rannych; u nich, jak słyszę, jednej dywizji po prostu nie ma. 
18 maja, godz. 14:10. Niebo pod Cervaro jest czyste i słońce świeci znowu, jak 
wtedy; namiot ten sam i ci sami ludzie, tylko z piętnem dni wysiłku i grozy na 
twarzach. Generał czyta głośno swój meldunek. Z dala dochodzi grzmot dział, co 
biją w Piedimonte, a czasem z nie zdobytej jeszcze Attine doleci ze świstem ciężki 
pocisk niemiecki. Ale to już koniec: bitwa jest wygrana. 
Wraca codzienność. Generał zżyma się, że za mało obiecują dla jego żołnierzy 
odznaczeń. Szef sanitarny wściekły, bo już są samochodowe wypadki. Piechota klnie 
na złe kwatery, warsztatówki, te same, co w ciągu bitwy potrafiły naprawić 52 działa 
- na nadmiar pracy. Urwała się półośka w naszym samochodzie. Trzech chłopców w 
battle-dressach poszarpanych kulami przyjeżdża do ks. biskupa z pretensją, że im 
zabrał „ich" księdza. Ramzesy urągają Buzułakom, Bu-zułaki Ramzesom. Kierowca 
prosi, aby mu ułatwić kupno kasztana. Aż nagle zatrzeszczą aparaty, długie kolumny 
potoczą się w tumanach kurzu, wioząc dziesiątki tysięcy ludzi, jeszcze bladych po 
bitwie, a już pogrążonych w codzienności, do Campobasso, Peskary, na front 
adriatycki, po nowe trudy, walki, zawody. 
Tyle moje zapiski. A oto jeszcze jedno wspomnienie i jedno opowiadanie ilustrujące 
postawę naszych żołnierzy. Jadę raz jeepem na widoku nieprzyjaciela z flagą 
czerwonego krzyża, do której, jako kapelan, miałem prawo. Napotykamy generała, 
zapomniałem niestety jakiego, który szedł pieszo. Salutujemy obaj, ja i kapral-
kierowca. Generał prosi, aby go zabrać do jego sztabu. Salutuję i mówię: „Na 
rozkaz", ale mój kapral też salutuje i oświadcza generałowi w twarz, że go nie 
weźmie, bo generał jest kombatantem, a my pod flagą czerwonego krzyża jedziemy. 
Tak sobie, kapral, w oczy generałowi - takich mieliśmy żołnierzy! Naturalnie 
kazałem mu zdjąć flagę i wzięliśmy generała. 
Nie mogę powstrzymać się od zreferowania przy tej sposobności tego, co mi ks. 
dziekan Cieński opowiadał o sposobie rządzenia kapelanami przez obu proboszczów, 
ks. Judyckiego (5. KDP) i ks. Joń- 
12 — Bocheński: Wspomnienia 
178 
Cassino 
ca (3. DSK). Zdarzało się, że kapelan załamał się w ogniu i uciekał ze stanowiska do 
swojego proboszcza. Początek był wtedy u obu jednakowy. Dawali mu wódki, 
pocieszali, głaskali. Potem ks. Judy-cki kładł delikwenta do własnego łóżka i jechał 
za niego pełnić służbę. Za to ks. Joniec, napoiwszy i pocieszywszy przestraszonego 
kapelana, sadzał go na jeepa, jechał na front i dojechawszy do stanowiska krzyczał 
tubalnym głosem: „Tu zdechniesz, cholero!" Skutek miał być w obu wypadkach taki 
sam. 
W dzień po zdobyciu klasztoru postrzelony lotnik niemiecki spadł niedaleko od 
miasteczka, a że wszędzie było pełno naszych żołnierzy, słysząc wybuch poszedłem 
w kierunku samolotu. Nie było strat u nas. Ale wracając zastałem prawie całą 
ludność Yenefrallo zebraną na rynku i krzyczącą wniebogłosy. Pytam się: „Dlaczego 
krzyczycie? Przecież samolot upadł, nie ma go, nie?" - „E cadutom, non će piu ". 

background image

Otrzymuję przepiękną odpowiedź: ,Li signore, noi sappiamo che e caduto, ma la 
paura, la paura e rimasta " - „Tak, panie, my wiemy, że go nie ma, ale strach, strach 
został!" 
Inne wspomnienie podobnego rodzaju. Poszliśmy z ks. biskupem do małej okolicznej 
wioski. Wieśniacy poznali biskupa po pierścieniu, przynieśli krzesło i wino. Ksiądz 
Gawlina zapytał ich, jak się miewają, na co odpowiedzieli, że żyją w ciągłym 
strachu. Przed czym? Przed samolotami. Ale to są przecież nasze samoloty 
przyjacielskie, sono degli aerei amid. Tak, ale się mylą, si sbagliano. No tak, 
przyznaje ks. biskup, mylą się czasem. ,Jło monsignore, si sbagliano sempre, 
sempre" - „Nie, ekselencjo, oni się mylą, zawsze, zawsze!" Byli, biedacy, zapewne 
pod wrażeniem owego niesławnego bombardowania amerykańskiego, w którym 
połowa sztabu gen. Juin została wybita. 
Po bitwie 
Po zdobyciu klasztoru gen. Anders wydał obiad dla dowódców korpusów 
wchodzących w skład armii gen. Alexandra. Droga wysypana pięknym piaskiem, 
orkiestry, kilkanastu generałów (prawie 
179 
Cassino 
każdy inaczej ubrany), za krzesłem każdego pułkownik albo co najmniej, jak w 
moim wypadku, major. W pewnej chwili ks. biskup Gawlina zaproponował, aby 
zrobić składkę na odbudowę klasztoru. Na to gen. Alexander, pamiętam dobrze jego 
słowa, powiedział: „ Very good, I gave the order to destroy it and I shall be glad to 
sign Jirst" - „Ja dałem rozkaz zburzenia go i będę się cieszył, jeśli będę mógł 
podpisać listę składek jako pierwszy". Podsunąłem mu przygotowaną z góry listę i 
generał podpisał na 25 funtów czy dolarów, których zresztą, o ile pamiętam, nigdy 
nie wpJacił. 
Rzecz została mi w pamięci jako przykład odwagi, z jaką dowódca godny tego tytułu 
bierze odpowiedzialność za swoje rozkazy. Naokoło zburzenia klasztoru na Monte 
Cassino powstała cała literatura potępiająca je jako „zbrodnię przeciw kulturze" itp. 
To są oczywiście nieporozumienia. Dowódca jest w pierwszym rzędzie 
odpowiedzialny za losy wojny i życie swoich żołnierzy, wszystko inne ma dla niego 
drugorzędne znaczenie. Jeśli dla uratowania życia jednego żołnierza trzeba wysadzić 
w powietrze Watykan i Louvre, dowódca wysadzi je bez najmniejszego skrupułu. I 
czyniąc tak postąpi zgodnie z elementarnymi nakazami moralności, bo na ziemi nic 
nie jest ważniejsze od życia człowieka. Ale propaganda najróżniejszych klerków i 
zgniłków stała się w czasach nowożytnych tak wpływowa, że z przyjemnością słyszy 
się przyznanie do prawdziwej etyki wojennej, takie jak owo powiedzenie gen. 
Alexandra. 
Że w bitwie stawką jest życie ludzkie, o tym nikt nie wiedział lepiej niż nasi 
kapelani, zajęci po bitwie w ciągu długich dni zbieraniem smutnych resztek 
poległych. Mnie samemu przypadło zadanie opieki kościelnej nad budową polskiego 
cmentarza na Monte Cassino. Nasi architekci mieli problem z gruntem, który był tak 
wstrząśnięty przez bombardownia, że trzeba było bić długie słupy betonowe pod 

background image

płyty kamienne tworzące placyk cmentarny. Pamiętam, że ich zdaniem szybka 
odbudowa opactwa była zadaniem niemal niewykonalnym. Ale Włosi wykonali je w 
rekordowym czasie - jeśli chodzi o kamieniarstwo, nie majak ich. 
180 
Cassino 
Cassino 
181 
Mój problem był raczej poetycki niż techniczny. Generał Anders chciał dać na 
cmentarzu przekład znanego napisu w Termopilach. Ja sądziłem, że mamy dość 
własnych poetów, aby nie potrzebować pisać na takim cmentarzu cudzych wierszy. 
Proponowałem strofę Wierzyńskiego: 
„Bo z krwi ich i z mąk ich los nasz się dźwigał wysoko i w burzy stoi przed nami 
olbrzymem". 
Ale czymże jest opinia małego kapelana w porównaniu ze zdaniem zwycięskiego 
generała. Toteż na cmentarzu widnieje wspomniany plagiat, nie Wierzyński. Innym 
kłopotem była „sprawa tysiąca". Cmentarz planowano na tysiąc grobów, ale 
poległych było znacznie mniej. To nasuwa myśl o niesprawiedliwości historycznej. 
Kiedy w roku, powiedzmy 2100, dzieci polskie będą się uczyły o historii drugiej 
wojny światowej, czego się dowiedzą? Ano, o powstaniu warszawskim i o Monte 
Cassino, a przecież żadne porównanie nie jest możliwe - w Warszawie padły, o ile 
wiem, dziesiątki tysięcy. 
Innym ważnym dla mnie przeżyciem po bitwie było spotkanie z opatem Ildefonsem 
Rea. Przybył do ks. biskupa po zdobyciu klasztoru i prosił go o umożliwienie 
odwiedzenia ruin opactwa, sam był mnichem z Monte Cassino. Ks. biskup kazał mi 
go zawieźć na pagórek. Mam z tej wyprawy wzruszające wspomnienie starego opata, 
który klęczał i modlił się płacząc na ruinach, przy akompaniamencie wybuchów 
granatów, bo klasztor był jeszcze pod obstrzałem artylerii nieprzyjaciela. Ks. biskup 
polecił także oddać o. Rea wszystko, co nasi żołnierze znaleźli w zburzonej zakrystii 
i kościele opactwa. Niezależnie od tego nasi żołnierze złożyli się na znaczną sumę na 
odbudowę klasztoru. 
Aby się odwdzięczyć, o. Rea zaprosił ks. biskupa na Trójcę Świętą do swojego 
opactwa w Cava dei Tirreni, dokąd pojechaliśmy 3 czerwca 1943. Dowiedzieliśmy 
się, że ono znalazło się między frontami, przy czym o. Rea gościł ponad 5000 (pięć 
tysięcy) okolicznych włościan. W pewnej chwili zaczęło brakować żywności i opat 
prosił swoich gości, aby pojechali do Amerykanów i przedstawili im 
położenie. Bo Niemców był jeden pluton z ckm, a amerykański batalion i bateria 
artylerii przyjeżdżała rano, strzelała cały dzień i wieczorem wracała na swoje 
stanowiska - tak od trzech tygodni. Amerykanie zażądali od chłopów żon jako 
zakładniczek i zdobyli się na rodzaj natarcia, ale Niemcy wycofali się na czas bez 
strat. Niemcy są, jak mówił pan Wołodyjowski, dobrzy pachołkowie. 
Msza święta w opactwie, celebrowana przez naszego ks. biskupa, należy do 
najwspanialszych nabożeństw, w jakich wziąłem udział. Procesja, składająca się z co 
najmniej tysiąca mnichów i uczniów szkół opactwa, przyszła do ks. biskupa do jego 

background image

apartamentów i prowadziła po olbrzymich krużgankach i naokoło gmachu do 
kościoła. Ks. biskupowi asystował ks. dziekan Cieński oraz paru innych polskich 
księży. 
Po nabożeństwie był obiad, podczas którego siedziałem przy włoskim generale, który 
był komendantem miasta Rzymu w czasie powrotu Niemców. Pytam go, jak to było? 
Powiada, że miał pięć dywizji, a Niemcy mieli dwie. Jak to? Pan generał miał dwie 
dywizje, a oni pięć? Nie, ojcze, myśmy mieli pięć dywizji, a oni dwie. Ale, i tu 
nastąpiło wyznanie zdumiewające w ustach włoskiego generała, co można zrobić z 
pięcioma dywizjami włoskimi przeciw dwóm niemieckim? Wypada mi powiedzieć 
przy tej sposobności, co ja sam o wojsku włoskim myślę. Muszę przyznać, że włoscy 
oficerowie niższych stopni mniej mi imponowali i że zachowywali się czasem 
nieodpowiedzialnie, schodząc np. ze stanowisk bez zawiadomienia. Żołnierz nie 
wydaje mi się wcale tchórzliwy, ale jest bardzo emocjonalny i jak raz powstanie 
panika, trudno utrzymać dyscyplinę. Ale potępianie Włochów w czambuł jako 
tchórzów jest na pewno krzywdzące. A oto całkiem konkretne doświadczenie z tymi 
żołnierzami. Koło nas walczyła tak zwana banda Maieli, złożona po połowie z 
rzymskich inteligentów, a po połowie z górali. Nie mieli oficerów i prosili nas o 
nich. Mimo trudności gen. Anders mógł im odkomenderować, o ile pamiętam, 
jednego podpułkownika i jednego kapitana. Otóż pod dowództwem tych dwóch 
wodzów banda Maieli biła się doskonale! 
182 
C as sino 
Ich wielką troską był brak armaty, od czasu do czasu pożyczali działo należące do 
innej podobnej formacji „Popkis Private Army". 
Adriatica 
Bezpośrednio po zdobyciu opactwa na Monte Cassino rozpoczęła się seria krwawych 
walk o dalsze stanowiska nieprzyjaciela. Dla mnie ta okolica jest naładowana 
wspomnieniami o św. Tomaszu. Niedaleko od opactwa leży Aąuito; nasz święty był 
w szkole na Monte Cassino i tak dalej. 
Ks. biskup kwaterował do 31. dalej wYenafro, a od 31 maja wieczorem z powrotem 
w Campobasso. Nie mieliśmy jednak tam pobyć długo. Już 11 czerwca pojechaliśmy 
do Rzymu. Ks. biskup zamieszkał u kochanych polskich sióstr nazaretanek. W tym 
czasie został dwa razy przyjęty przez ojca świętego, najpierw sam (19), następnie z 
generałen Andersem (20). Obie audiencje nie były pozbawione banalności, co 
niemało raziło niektórych spośród nas. 25 czerwca wróciliśmy do Campobasso, aby 
nazajutrz, 26 czerwca, podążyć do Porto San Giorgio nad Adriatykiem. Nowa bitwa 
była już w toku. 
Ta bitwa nosi zwykle miano „adriatyckiej", bo toczyła się wzdłuż wybrzeża 
adriatyckiego. Trwała długo, była trudna i krwawa, ale nikt prócz historyków nic o 
niej nie wie. Proszę sobie wyobrazić wąski pas doliny, wciśnięty między góry a 
morze, i jedną, jedyną szosę nadmorską prowadzącą z południowego krańca Włoch, 
z Bari, aż do Ankony i dalej. Proszę pomyśleć, że dziesiątki rzek i strumieni wpadało 
do morza poprzez nią, to jest, że szosa szła po tuzinach mostów. Nieprzyjaciel 

background image

oczywiście bronił przejścia przez każdy taki strumień i trzeba było je kolejno 
zdobywać. 
Powietrze było zupełnie opanowane przez nasze lotnictwo, mówię „nasze" w ścisłym 
tego słowa znaczeniu, bo mieliśmy w tej bitwie i polskie pościgowce. Mam miłe 
wspomnienie z odwiedzin ks. biskupa na ich lotnisku. Siedzieli, sami młodzi 
chłopcy, w altance, częściowo z butami na stołach, i pili wino pod dowództwem, o 
ile można w ogóle pić pod dowództwem, swojego pułkownika. 
183 
Cassino 
Ledwośmy przyjechali, zaterkotały silniki i weszło dwóch pilotów w kombinezonach 
lotniczych. „Jak tam było?" - zapytał pułkownik. „Ano była jedna ciężarówka, 
ostrzelana i spalona". „A kto teraz leci? Ty, Janku, i może ty, Stasiu, dobrze?" Taką 
oni mieli wojnę. Taką musieli mieć także Niemcy we wrześniu. Patrzyłem więc na tę 
altankę i tych pilotów polskich z przyjemnością, myśląc o warunkach, w których 
musieliśmy ongiś walczyć. Wojenna fortuna kołem się toczy, jak wiadomo. Ale 
Niemcy nie byli całkiem pozbawieni lotnictwa. W dzień nie śmieli wprawdzie 
startować, za to próbowali nam szkodzić w nocy i co najmniej dwa razy ze skutkiem. 
Jedna z ich wypraw skierowana była przeciw naszemu, jak go nazywaliśmy, 
„admirałowi", to jest szefowi transportów. Można zrozumieć, że ten godny 
pułkownik, mający tylko jedną szosę dla zaopatrzenia około stu tysięcy ludzi i 
niezliczonych maszyn, robił, co mógł, aby pomnożyć środki transportu. Miał też całą 
flotyllę statków przybrzeżnych. Otóż Niemcy przylecieli w nocy i podziurawili mu 
prawie wszystkie. Widzę go jeszcze kręcącego wąsa z wściekłością przy śniadaniu 
po tej klęsce. 
Gorsze skutki miał inny nalot nieprzyjaciela, a mianowicie na dowództwo 3. 
Dywizji. Musieli mieć doskonały wywiad, skoro wiedzieli, w której kamienicy stał 
sztab. Nalot miał podobno dramatyczny przebieg, był połączony z pożarem bazyliki 
itd. Ks. biskup chciał akurat w dzień po nalocie wizytować ten sztab, ale przed 
domem zastaliśmy kilkanaście ciał poległych, zawiniętych w koce i ułożonych 
rzędem. Przypominam nawiasem, że na ciało polskiego poległego nie mówi się 
nigdy „trup", bo to słowo pochodzi od niemieckiego Tmppe i oznacza wyłącznie 
zmarłego żołnierza nieprzyjacielskiego, nie swojego. 
Ogólnie mówiąc, nasze straty w tej bitwie były znaczne, o ile dobrze pamiętam, 
większe niż pod Cassino. Trzeba było więc pomyśleć o drugim cmentarzu. Ks. 
biskup zlecił mi założenie go w Loreto. Jestem więc o tyle twórcą tego cmentarza, że 
przeprowadziłem zajęcie i wytyczenie terenu. W tym celu pojechałem jeepem do 
Loreto, mając ze sobą także żandarmów polowych. Na miejscu dowiedzia- 
184 
Cassino 
łem się, że terenem zawiaduje prowincjał oo. kapucynów; poszedłem do niego i 
prosiłem o odstąpienie kawałka terenu na stoku Góry Loretańskiej opadającym ku 
morzu, w przepięknym położeniu. Czcigodny prowincjał, nie zdając sobie widocznie 
sprawy z tego, że wojna jest w toku, zaczął mi prawić, jak to jest skomplikowane, ile 

background image

trzeba podań i interwencji w Rzymie. Na to, widocznie natchniony przez 
Sienkiewicza, powiedziałem mu: ,fadre Molto Reverendo, ja jestem grzeczny, więc 
proszę, a jeśli nie dasz, to wezmę". Zaczął gwałtownie protestować, więc wyszedłem 
trzaskając drzwiami i kazałem zaraz wytyczyć cmentarz. Myślę, że to jest jeden z 
najpiękniejszych cmentarzy w świecie. 
Niestety, jednym z pierwszych pogrzebanych na nim miał być mój brat Adzio... Był 
specjalistą w rozbrajaniu min, w szczególności niebezpiecznych, sprzężonych min-
pułapek zmontowanych w ten sposób, że przy rozbrajaniu pierwszej wybuchała 
druga. W czasie jednego z naszych ostatnich spotkań mówił z nie ukrywanym 
smutkiem, że rozbroił już tyle min, że prawdopodobieństwo, iż na następnej wyleci, 
staje się coraz większe. Używając rozumowania statystycznego starałem się go z 
powodzeniem przekonać, że się myli. Widziałem, że moje rozumowanie sprawiało 
mu widoczną ulgę. Niemniej zginął rozerwany przez minę, którą rozbrajał torując 
drogę swojemu plutonowi w bitwie o Ankonę. 
W prasie polskiej pojawiły się niedawno spekulacje na temat jego rzekomego 
samobójstwa. Te spekulacje są wierutnym głupstwem. Świadczy o tym nie tylko to, 
co właśnie powiedziałem, ale także fakt, że mój brat poległ jako dowódca oddziału w 
boju, że wziął ze sobą wachmistrza, a przede wszystkim, że samobójstwo było 
sprzeczne z jego rozumieniem chrześcijaństwa. 
Prasa 
Niebawem 17 lipca 1944 opuściłem na rozkaz ks. biskupa Gaw-liny front, aby objąć 
historyczne stanowisko kapelana komendy placu Rzym i - zwłaszcza - kierownika 
biura prasowego biskupa po- 
185 
Cassino 
lowego, z dodatkowym zadaniem mobilizacji księży w razie potrzeby. Te funkcje 
pełniłem w ciągu piętnastu miesięcy, do dnia 15 października 1945 r. W Rzymie 
miałem przeżyć zwycięstwo aliantów i ich zdradę mojego kraju, który został w Jałcie 
wydany na pastwę Moskali. 
Mimo że to był dla mnie okres pełny wydarzeń, mam z niego tylko niewiele 
pewnych wspomnień. Dostałem kwaterę w hoteliku na rogu Piazza Yenezia i Corso 
Umbero, gdzie było strasznie gorąco, trzeba pamiętać, że spędziłem tam dwa razy 
sierpień - miesiąc, w którym kto tylko może, z Rzymu wyjeżdża, i w którym jest w 
kalendarzu tylu świętych, bo od upałów poumierali. 
Miałem siedmioro współpracowników etatowych: por. red. J.F. Drewnowskiego, 
ppor. red. Kleszczyńskiego, (sekretarza redakcji) panią Spatocco-Lagowską, Polkę, 
wdowę po włoskim generale rozstrzelanym przez Niemców, strz. mgr. J. 
Kelenkiewicza (administratora), Fr. Commandini, woźnego i robotnika, obu 
Włochów. Formalnie nie należał do Biura por. Zygmunt Kotkowski - kierownik 
drukarni WP w Rzymie, ale bez jego stałej, mądrej i życzliwej pomocy nie wiem, 
czy byśmy wykonali nawet połowę tego, co Biuro zdziałało. Jemu to zawdzięczałem 
m.in. kupno własnego linotypu. 

background image

Mieliśmy także siedem publikacji, w tym sześć periodycznych. Co tydzień ukazywał 
się w Gazecie Żołnierza odcinek pt. Wiara i walka zwykle przeze mnie pisany. 
Omawiałem z nim sprawy aktualne. Co miesiąc wychodziło W imię Boże 
poświęcone sprawom bardziej zasadniczym, ale pisane w sposób popularny. 
Podjąłem dalsze wydawanie Nauki Chrystusowej, poprzednio wydawanej w Szkocji. 
Kwartalnik Rozkaz Wewnętrzny Biskupa Polowego był przeznaczony dla kapelanów 
polskich. Polish Chaplains News dla angielskich i amerykańskich, wreszcie Bolletino 
religioso Polacco dla Włochów, zwłaszcza dla kół watykańskich. 
Oprócz tych wydawnictw periodycznych zredagowaliśmy w 1945 r. modlitewnik. 
Jego tekst został ułożony przez komisję złożoną ze mnie i ks. kapelanów: Sławika, 
Wojciechowskiego i Pelca. Na dwóch posiedzeniach był także obecny ks. kpi. 
Walczak i na jednym 
186 
Cassino 
ks. kpi. Dubrawka. Prace redakcyjne rozpoczęliśmy w styczniu 1945 r. Tekst był 
gotów 31 V 1945 r., a w ostatnim dniu czerwca tego samego roku 50 000 
egzemplarzy było już odbitych. 
Drukami obsługiwano w pierwszym rzędzie 2. Korpus, ale, o ile pamiętam (nie mam 
odnośnych materiałów), część naszych wydawnictw była wysyłana do 3. Korpusu w 
Egipcie, poza tym od zawieszenia broni (9 V 1945) drukowaliśmy i wysyłaliśmy 
specjalnie wydane W imię Boże dla Polaków w Niemczech. 
Myślę, że żadne wojsko nie miało nigdy tak rozbudowanej prasy religijnej. Według 
wszystkiego, co słyszałem, ta prasa cieszyła się znaczną poczytnością. Tak np. 
opowiadano mi wielokrotnie, że kiedy przychodziła sobotnia Gazeta Żołnierza, 
czytelnicy szukali najpierw odcinka religijnego - co zapewne nie zdarzało się często 
gdzie indziej. 
A oto incydent zapisany w powojennym notatniku. Pracowałem wiele, często do 
późnej nocy. Łączy się z tym jedyny wypadek, w którym podczas tej kampanii 
musiałem użyć broni. Rzym i okolice były wtedy pełne dezerterów, nieraz 
uzbrojonych i niebezpiecznych. Raz, wchodząc z moją sekretarką koło północy 
schodami na Piazza di Spagna, zostaliśmy zaatakowani przez osobnika uzbrojonego 
w potężny nóż. Strzeliłem z mojego Beretta i trafiłem go w rękę, ale że to był pistolet 
9-milimetrowy, napastnik przewrócił się. Stąd obrok duchowny: nie używać małych 
kalibrów - bandyta trafiony z takiej zabawki może człowieka jeszcze zadusić. 
Inne moje funkcje były bardziej klasycznie kościelne. Mam pod tym względem jeden 
wielki wyrzut sumienia. Mogliśmy wtedy nastawiać w rzymskich kościołach tyle 
pomników, ile nam się podobało, a nie postawiliśmy żadnego. Mówiliśmy: „My 
robimy historię, nie stawiamy jej pomników". A szkoda. 
Pamiętne nabożeństwa odprawiłem dwa. Jedno w polskim kościele św. Stanisława, 
za duszę mojego poległego brata, w obecności Mistrza zakonu maltańskiego i bardzo 
licznych przedstawicieli obu korpusów dyplomatycznych (watykańskiego i 
kwirynalskiego). Drugie w II Gesu dziękczynne na dzień zwycięstwa. Ja 
celebrowałem 

background image

187 
Cassino 
w asyście kapelanów amerykańskiego, angielskiego i francuskiego. Każde z czterech 
wojsk wystawiło batalion. Obecni byli liczni generałowie z gen. Andersem na czele. 
W chwili gdy miała zacząć się celebra, kapelan francuski, zwany „abbe mitrailette", 
wywołał zamieszanie, protestując głośno przeciw temu, że „porucznik" amerykański 
zajął miejsce francuskiego pułkownika. Musiałem zdjąć szaty liturgiczne i pójść do 
nawy kościelnej, gdzie stwierdziłem, że domniemany porucznik był generałem 
dywizji. Tylko że taki generał nosi w USA dwie proste gwiazdki, jak nasz porucznik. 
Mam z tych czasów także żywe wspomnienie częstych spotkań z mons. Montinim, 
późniejszym papieżem Pawłem VI. Byłem mianowicie przez jakiś czas, będąc 
najstarszy stopniem, dziekanem kapelanów alianckich miasta Rzymu i jako taki 
miałem stale różne sprawy do załatwienia w Watykanie u mons. Montiniego. 
Pozostawił mi niezatarte wrażenie niezwykle inteligentnego i prawego człowieka. 
Był tak inteligentny, że dostrzegał od razu argumenty przeciw każdej decyzji. Nie 
pojmuję, jak ten człowiek mógł się zdobyć na tyle i tak ważnych decyzji jako papież. 
Natomiast nie dziwi mnie, że był tak nielubiany w kurii rzymskiej - zanadto górował 
nad swoim otoczeniem - ani to, że środki przekazu najzupełniej sfałszowały jego 
sylwetkę duchową. Te środki zdają się być najczęściej niezdolne do zrozumienia 
wielkości i wszystko ściągają do poziomu motłochu. 
W Rzymie przeżyliśmy także zdradę jałtańską. Ta zdrada nastąpiła w czasie, gdy 
walki jeszcze trwały, i pytanie, czy warto dalej walczyć, narzucało się z siłą. Otóż 
ośrodek prasowy w Rzymie był rodzajem centrali politycznej korpusu: posiadał kilka 
wybitnych głów politycznych, z których pamiętam dr. Zdzisława Stahla, i mógł także 
korzystać z rad członków polskiej ambasady przy Watykanie. 
Redaktorzy wszystkich wydawnictw korpusu schodzili się co dzień w południe na 
odprawę, której przewodniczyłem. Pytanie, co robić wobec oczywistej zdrady, było 
na tej odprawie długo i gruntownie dyskutowane. 
Staliśmy, o ile pamiętam, wszyscy na stanowisku, że dalej walczyć nam nie wolno. 
Nie było już sprawy, dla której nasi żołnierze 
188 
Cassino 
mogliby się narażać i ginąć. Odpowiedzialni za nich, a więc dowódcy, nie mieli 
prawa nakazywać im dalszej walki. Były wprawdzie argumenty przemawiające za 
tezą przeciwną. Mówiono, że przyszłość naszych żołnierzy zależy od tego, czy 
zechcą walkę dalej prowadzić. Powoływano się także na braterstwo broni z innymi 
aliantami, ale pierwszy argument robił z nas ordynarnych najemników walczących 
wyłącznie dla korzyści materialnej, a drugi wydał się nam niepoważny wobec tak 
jaskrawej zdrady tychże aliantów. W tym duchu napisaliśmy też list do gen. Andersa. 
Generał posłuchał jednak rady płk. Bączkiewicza i kazał walczyć dalej. Moim, i nie 
tylko moim, zdaniem zawiedliśmy się na nim - nie wykazał w tej sprawie wielkości. 
Wspomnę jeszcze o mojej funkcji mobilizacyjnej. Jak już wspomniałem, według 
prawa polskiego księży powołuje do służby wojskowej biskup polowy. Otóż 

background image

mieliśmy straty wśród kapelanów, pamiętam na przykład, że ks. Łuszczce granat 
urwał brodę zdolną szczęką, i trzeba było zapełniać luki. Z kraju oczywiście nie 
mogliśmy nikogo dostać, ale na szczęście był Rzym ze swoim dość dużym 
rezerwuarem polskich księży. Ks. biskup zlecał mi w miarę potrzeby mobilizowanie 
i wysyłkę na front jednego z nich. 
Ta mobilizacja natrafiała czasem na trudności. Wzywam kiedyś jednego z tych 
poborowych księży. Pojawia się w moim biurze. Wstaję i mówię: „Gratuluję księdzu. 
Rozkazem ks. biskupa polowego jest ksiądz powołany pod sztandary". Reakcja - 
mówi, że jest chory, niezdolny do służby. Wiem, że jest zdrów jak byk, więc 
zapewniam go, że w wojsku mamy świetnych lekarzy. „Ale ja umrę" - powiada. „To 
jeszcze lepiej, kiedy kapelan umrze, sprawiamy mu pogrzeb, jakiego każdy mógłby 
mu pozazdrościć: z muzyką, sztandarem, i biskupem w mitrze, a jakże... Ciężarówka 
odchodzi jutro o piątej rano zPiazza Yenezia. A oto papiery księdza..." Wyszedł 
płacząc, bestia, i nie pojechał. Musiałem prosić pułkownika o oficera i dwóch 
żandarmów, którzy parę dni później przemocą wsadzili go do ciężarówki i 
wyekspediowali na front. 
Najciekawsze i najbardziej pouczające jest, co się z tym kapelanem dalej stało. 
Przyjechał na front w nocy. Ledwo go zdołano ubrać 
189 
Cassino 
w mundur, nastąpiło natarcie niemieckie. I proszę sobie wyobrazić, że ten ksiądz 
robiący w Rzymie wrażenie moralnego zgniłka zachował się niemal jak bohater. 
Taka jest potęga duchowa autentycznego polskiego środowiska, jakim było wojsko 
polskie owego czasu. 
Do Szwajcarii 
Kampania włoska skończyła się tak, jak kampania polska, klęską. Trzeba było 
myśleć o likwidacji i odjeździe do Fryburga w Szwajcarii, gdzie miałem objąć 
katedrę na uniwersytecie. Po wyrobieniu potrzebnych dokumentów i wypożyczeniu 
od Korpusu półciężarówki na moje książki wyjechałem więc najpierw 21 
października do Porto S. Giorgio, gdzie stał pierwszy rzut sztabu korpusu. W dniu 22 
października odbyło się dość wzruszające pożegnanie ks. biskupa, także 
odjeżdżającego. Obecni byli: gen Anders, jego zastępca gen. Wiśniewski, płk. 
Skowroński, ks. Cieński i wielu innych. 
Nazajutrz moja półciężarówka prowadzona przez p. Rapackiego toczyła się stępa po 
drodze do cywila. Ta droga nie była łatwa - prawie wszystkie mosty zerwane. 
Nocowaliśmy dwa razy, najpierw w Bolonii, następnie w Como. 
Na jakimś postoju południowym spotkałem znajomego pułkownika amerykańskiego 
z drugiego oddziału. Dowiedziałem się od niego, że Szwajcaria może wystawić 
dwanaście dywizji, tak że sztab niemiecki szacował siły potrzebne do jej zajęcia na 
dwadzieścia wielkich jednostek. Mówił mi także, że w dwóch okresach, kiedy 
okupacja tego kraju mogła Niemców interesować, tych dywizji im właśnie brakło. 
Tak więc armia uratowała moją przybraną ojczyznę od okupacji. Po tej rozmowie 
myśl o wygnaniu w tym kraju stała się mniej przykra. W rzeczy samej między 

background image

Polską, taką, jaką ją znałem, a klasyczną Szwajcarią istnieją dwa istotne 
podobieństwa. Z jednej strony oba narody są dość fanatycznie przywiązane do 
niepodległości. Z drugiej oba są gotowe bronić jej siłą - nasz hymn narodowy mówi 
„szablą odbierzemy". Mam na myśli naturalnie Szwajcarię 
190 
Cassino 
klasyczną, tę od Telia i Winkelrieda, nie tę, którą chciałyby mieć nowoczesne zgniłki 
moralne. 
Pożegnanie z Wiochami było piękne; stanąłem w hotelu zarekwirowanym dla 
naszych oficerów w Como, skąd był naprawdę cudowny widok nocny na jezioro i 
światła okolicznych wiosek. Ale największe wrażenie wywarła na mnie „tamta 
strona", szwajcarska stacja Chiasso. Po nadaniu moich książek stanąłem patrząc jak 
cielę na malowane wrota na kiosk wypchany po brzegi najróżniejszą czekoladą i 
papierosami. Myśmy widzieli czekoladę rzadko, a papierosów dostawał każdy jedną 
paczkę dziennie, i koniec. Podchodzę i pytam nieśmiało, ile mi wolno kupić. „Ale, 
ile pan sobie życzy". Ci ludzie nie wiedzieli, co to jest wojna. 
Jeszcze większe zdziwienie czekało mnie w pociągu pośpiesznym do Lucerny. Linia 
kolejowa wiodąca przez przełęcz św. Gotarda jest jedną z najpiękniejszych w 
świecie, a w dodatku naprzeciw mnie siedziała kobieta tak oczywiście odżywiona i 
wypielęgnowana, że czegoś podobnego nie widziałem od wielu miesięcy. Patrząc na 
nią zrozumiałem, jak wielki skok wykonałem do świata neutralnych cywilów. Ich 
szczęśliwy świat jest nieraz dumny z tego, czym jest, ale zapomina, komu 
zawdzięcza ten dostatek i komfort. Tym kimś są poniewierani i ginący żołnierze. 
191 
Fryburg 
VIII FRYBURG 
1945- 1972 
Uniwersytet 
Uniwersytet fryburski jest tworem jedynym w swoim rodzaju. Jego idea powstała w 
głowie George'a Pythona, człowieka, który wyprowadził kanton z upadku przez 
założenie uniwersytetu, banku państwowego i wielkich zakładów 
hydroelektrycznych - dwa ostatnie celem finansowania uniwersytetu. Idea była 
prosta, ale nowa: stworzyć uniwersytet, który by był równocześnie po pierwsze 
uczelnią państwową, po drugie uniwersytetem katolickim, po trzecie szkołą 
międzynarodową. Spotkał się oczywiście z gwałtownym oporem zarówno ze strony 
kleru, przyzwyczajonego do uniwersytetów podległych wyłącznie biskupowi, jak i ze 
strony świeckich nie rozumiejących, jak pogodzić wspomniane trzy cechy. Dodajmy, 
że Python nie rozporządzał pieniędzmi - parlament kantonalny zgodził się na 
założenie uczelni pod warunkiem, że nie będzie nic państwa kosztowała. 
192 
Fryburg 
Projekt doszedł do skutku i miał powodzenie między innymi dzięki dwóm 
okolicznościom: wypędzeniu zakonników z Francji i współpracy zakonu 

background image

dominikańskiego. We Francji przeprowadzono tak zwany rozdział kościoła od 
państwa polegający na konfiskacie klasztorów i wypędzeniu zakonników. Nawiasem 
mówiąc był to tylko kolejny przejaw słynnej i tak bardzo podziwianej przez 
niektórych Polaków tolerancji francuskiej wsławionej odwołaniem edyktu z Nantes, 
mordami Wielkiej Rewolucji i tym podobnymi aktami humanitarnymi. Te 
prześladowania spowodowały napływ zakonników i zakonnic do sąsiedniej 
Szwajcarii i szukanie możliwości studiów teologicznych w kraju, gdzie mówiono po 
francusku. Drugim czynnikiem korzystnym dla pomysłu Pythona była zgoda mojego 
zakonu na przejęcie katedr teologii. Trzeba też powiedzieć, że zakon dostarczył 
uniwersytetowi wielu wybitnych uczonych. Już w pierwszym pokoleniu 
założycielskim było dwóch czołowych naukowców dominikanów: o. Madonnet, 
wielki mediewista, i o. Weiss bodaj najznakomitszy apologeta katolicki owych 
czasów. Uniwersytet powstał i szybko nabrał międzynarodowego znaczenia, jako że 
elity katolickie wielu krajów zaczęły szkolić się we Fryburgu. 
O wykładowcach z czasów moich studiów (1928-30) wspomniałem powyżej. Dzieje 
katedr filozofii były następujące. W chwili powstania uniwersytetu filozofię 
wykładał na wydziale filozoficznym niejaki Wolf - kancjanin. Wydział teologiczny 
miał czterech wykładowców filozofii. Po odejściu wspomnianego Wolfa między 
wydziałem filozoficznym i teologicznym została zawarta umowa, na mocy której ten 
ostatni odstępował filozoficznemu dwóch spośród nich. 
Z biegiem czasu przeciwnicy dominikanów wywierali coraz silniejszy nacisk na rząd 
kantonalny, aby utworzyć katedrę filozofii współczesnej, która mogłaby uzupełniać 
rzekomo przestarzałe nauczanie wspomnianych czterech filozofów-dominikanów, co 
zresztą było krzywdzącą nieprawdą. Rząd zwrócił się w tej sprawie do generała 
zakonu, który, z inicjatywy o. Kuipera, zaproponował mnie. W ten sposób zostałem 
piątym profesorem filozofii na tym uniwersytecie. 
193 
Fryburg 
Na wydziale filozoficznym przyjęto mnie dość chłodno. Na pierwszym posiedzeniu 
rady, na którym byłem obecny, profesor Oehl, znany z niewyparzonych ust, wniósł 
uroczysty protest przeciw mojej nominacji, zastrzegając się zresztą grzecznie, że nie 
kwestionuje moich kwalifikacji. Chodziło o to, że mianowano mnie bez zasięgnięcia 
opinii rady wydziału. Mimo tego przyjęcia moje stosunki na wydziale ułożyły się 
dobrze i niebawem cieszyłem się pełnym uznaniem kolegów. Paradoksalny w tej 
nominacji jest fakt, że to ja właśnie wystąpiłem kategorycznie w obronie autonomii 
uniwersytetu, domagając się dla jego organów między innymi wyłącznego prawa 
mianowania wykładowców. Ale o tym za chwilę. 
Jedną z najmilszych stron współżycia z kolegami były comiesięczne wieczorne 
spotkania u prof. Olofa Gigona - znakomitego hellenisty, późniejszego rektora 
uniwersytetu berneńskiego i wydawcy Arystotelesa. Przychodził James Smith, nasz 
profesor literatury angielskiej, nadzwyczaj oryginalny „little Englander", Contini - 
doskonały specjalista w renesansie włoskim, zajadły zwolennik Cro-cego, ateusz, 

background image

Konstanty Regamey - lingwista i o. Piotr de Menasce -iranolog. Muszę o obu parę 
słów powiedzieć, aby dać pojęcie o naszych spotkaniach. 
Regamey, syn Szwajcara i Rosjanki, był profesorem języków wschodnich i przede 
wszystkim buddologiem. Mówiono, że włada biegle 45 językami, w każdym razie 
wszędzie, gdzie stać mnie było na kontrolę, posiadał dany język znakomicie. 
Notabene wykładał w moim instytucie historię Rosji; jego rosyjski był tak piękny, że 
słuchało się go zawsze z przyjemnością. Ale był nie tylko wielkim lingwistą 
zdolnym wygłosić ex abrupto mowę po sanskrycku, jak mu się raz zdarzyło, ale 
także wieloletnim prezesem związku szwajcarskich kompozytorów muzycznych. A 
kiedy mu przedłożyłem rzecz o logice navya-nyaya, tak skomplikowane studium 
matematyczno - logiczne, że w świecie nie ma pewnie więcej niż parędziesiąt osób 
zdolnych je zrozumieć, on nie tylko rozumiał, ale robił całkiem interesujące uwagi 
krytyczne. W czasie wojny był notabene oficerem naszej Armii Krajowej. 
13 — Bocheński: Wspomnienia 
194 
Fryburg 
O. de Menasce pochodził z bogatej aleksandryjskiej rodziny żydowskiej; był 
baronem węgierskim. Wychowany w Eaton, studiował w Oxfordzie. Na wiarę 
chrześcijańską nawrócił go własnoręcznie największy filozof-katolik XX wieku - 
Max Scheler. Wstąpił do naszego zakonu i był moim sąsiadem w Albertinum. 
Człowiek surowy dla siebie, spał zawsze na podłodze. Znał 18 języków, co mu nie 
przeszkadzało chodzić na seminarium do Regameya, aby się jeszcze jednego 
nauczyć. 
Dla mnie te spotkania były zawsze bardzo miłym przeżyciem. Po długich latach 
stałego obcowania z prymitywami znajdowałem u Gi-gona wreszcie środowisko 
naprawdę kulturalne, o którym zawsze marzyłem, przedstawicieli autentycznego 
uniwersytetu. W rozmowach z nimi zdałem sobie także sprawę, jak dalece 
uniwersytet jest instytucją upokarzającą dla każdego, kto go zna naprawdę. 
Uniwersytet to zespół takich ludzi jak Regamey, Gigon, de Menasce - ludzi 
ogromnej wiedzy. To nieprzebrany skarbiec nauki, wobec którego nasza wiedza jest 
niemal niczym, a z której nie możemy z braku czasu korzystać. 
Na tych zebraniach, dokładniej w rozmawach z Regameyem, odkryłem także rolę i 
znaczenie uczelni wyznaniowych. Byłem uprzednio, na skutek złych doświadczeń, 
raczej ich przeciwnikiem. Ale oto Regamey wyłożył mi swoją oryginalną teorię 
rozwoju buddyzmu, zgodnie z którą mały wóz, a więc religia bez świętych i 
sakramentów, nie może być pierwotną fazą tej religii - coś podobnego nie byłoby 
możliwe w Indiach szóstego wieku przed Chrystusem. Na pytanie, dlaczego doszedł 
do tego wniosku, odpowiedział: „Bo jestem katolikiem". Teorię klasyczną zbudowali 
protestanci, którzy po prostu przenieśli na Indie własne poglądy na historię 
chrześcijaństwa. Katolicyzm Regameya pozwolił mu dojrzeć, jaki błąd popełniali. 
Innym przykładem pozytywnego wpływu religii na badania naukowe jest studium 
filozofii sowieckiej. Niemal wszystko, czego dokonano w tej dziedzinie, zostało 
zrobione przez katolików - moją szkołę, o. Wettera itd. Dlaczego? Bo istnieją 

background image

uderzające podobieństwa formalne pomiędzy katolicyzmem a komunizmem 
sowieckim, co spra- 
195 
Fryburg 
wia, że katolik ma lepsze zrozumienie tego ostatniego. Tak więc wyznaniowy 
charakter uczelni może się przyczynić do postępu nauki. 
Naturalnie nie wszystko na uniwersytecie jest złotem. Wpisałem jako motto jednej z 
moich książek zdanie Bergsona „ La philosophie elle aussi a ses scribes et ses 
pharisiens " „Filozofia ma także swoich uczonych w piśmie i swoich faryzeuszów" - 
a to samo da się powiedzieć o uniwersytetach. Wiele, zanadto wiele jest w niej 
uczonych skrybów. Miewa też swoich Katonów. Ofiarą takiego Katona, profesora 
prawa Gutzwillera, padł nasz gospodarz Gigon. Miał nieszczęście rozwieść się i to 
wystarczyło, by Gutzwiller rozpętał listowną kampanię przeciw mojemu 
przyjacielowi, który wskutek niej stracił katedrę w Bazylei, o której marzył. 
Ekipa filozoficzna, jaką zastałem w roku 1945, nie była świetna. Liczyła jednego 
prawdziwego myśliciela, o. Norberta Luytena, Belga przybyłego równocześnie ze 
mną jako następca o. de Munnyncka. Na katedrze ongiś o. Mansera wykładał od roku 
1942 o. Paweł Wyser, Szwajcar należący do gatunku pracowitych żywiołków 
drobniejszego plazu. Ze mną przybył również o. Maria Dominiąue Philippe, 
człowiek skądinąd wybitny, ale którego Pan Bóg całkiem oczywiście nie przeznaczył 
do kariery uniwersyteckiej. Był autentycznym prorokiem, mówił fascynująco, miał 
ogromne powodzenie u ludzi, także u protestantów, ale kiedy pisał, znajdowano po 
parędziesiąt błędów na każdej stronie. 
Moje wykłady odbywały się w nowym, bardzo pięknym i nowoczesnym gmachu 
wydziałów humanistycznych wystawionym podczas wojny przez następcę George'a 
Pythona, ministra kantonalnego Fillera. Krążyły o nim różne złośliwości. Mówiono, 
że został wystawiony ze strat wojennych Szwajcarii. Inni powiadali, że Piller 
zbudował go z żelaza Wasmer (rodziny handlarzy żelazem, z którą był 
spokrewniony), srebra konfederacji i Laurę Dupraz. Pani Dupraz była profesorem 
pedagogiki, ale jej imię, „Laurę", wymawia się po francusku tak samo jak „l'or", 
złoto, tak iż powiedzenie brzmiało ,.i złotem Dupraz". 
196 
Fryburg 
Ta pani Dupraz, skądinąd całkiem kompetentna i dorzeczna kole- -żanka, była 
protegowaną Pillera i bodaj pierwszą kobietą-profesorem ' zwyczajnym we Fryburgu. 
Była też pierwszą niewiastą-dziekanem wydziału w Szwajcarii. Zatwierdzenie jej 
wyboru wywołało gorący protest starego o. Rohnera, który w uroczystym liście do 
dyrektora departamentu oświecenia publicznego pisał, że teraz ojcowie, księża będą 
musieli otrzymywać doktoraty u stóp, o zgrozo, kobiety. 
Wykłady 
Wykładałem we Fryburgu od jesieni 1945 do lipca 1951 historię filozofii XX wieku, 
a począwszy od zimowego semestru 1951/52 także historię filozofii nowożytnej. Na 
emeryturę przeszedłem po semestrze letnim 1972, to jest po 27 latach. W każdej 

background image

dyscyplinie miałem jednogodzinny wykład w języku francuskim i co dwa tygodnie 
dwugodzinne seminarium, w zasadzie niemieckie. W ciągu całego okresu miałem 
jednogodzinny wykład elementów logiki matematycznej, która mogła uchodzić za 
kierunek filozofii współczesnej. Inaczej wykładanie logiki było mi zabronione, 
należało do o. Philip-pe, który wykładał pierwszą figurę sylogistyki tradycyjnej i to 
według pospolitej tradycji Port Royal. Razem miałem więc tylko siedem godzin 
wykładów i seminariów tygodniowo. 
Przygotowanie tych wykładów kosztowało mnie ogrom pracy. Katedra nie była moja 
- byłem logikiem i historykiem logiki, nie historykiem filozofii. Co prawda 
interesowałem się od dawna także ogólną historią filozofii, zwłaszcza XX wieku. 
Wojna jest zajęciem na ogół leniwym, w przerwach między bitwami panowie 
oficerowie grają zwykle w karty, ja czytałem. W czasie pobytu w Wielkiej Brytanii 
przeczytałem na przykład bodaj wszystko, co przedstawiało interes we współczesnej 
filozofii tego kraju. Niemniej w ciągu pierwszych lat dokonałem ogromnego 
wysiłku, by nauczyć się więcej. W tym celu spędziłem wiele miesięcy w Zurychu u 
ojców jezuitów. Po wczesnej mszy wiosłowałem po jeziorze aż do otwarcia 
biblioteki, najlepszej w Szwajcarii jeśli o filozofię chodzi, i potem czytałem aż 
197 
Fryburg 
do jej zamknięcia. Jak wykładałem, opisał jeden z moich najświet-niejszych 
uczniów, książę Mikołaj Lobkowicz, późniejszy długoletni prezydent Uniwersytetu 
Monachijskiego, prezydent katolickiego uniwersytetu w Eichstat, autor kilku 
cennych prac, skądinąd żywy dowód, że mianowanie uczonych na stanowiska 
administracyjne przynosi wielkie szkody nauce, bo odwodzi badaczy od pracy 
badawczej. Oto, co Lobkowicz pisał o mnie: „Będąc katolikiem, zawsze chciałem 
studiować filozofię na uniwersytecie katolickim. Dwa uniwersytety wchodziły w 
rachubę: Louvain i Fryburg. Znalazłem się we Fryburgu. Dziekan, któremu zostałem 
przedstawiony, okazał się tym człowiekiem, od którego nauczyłem się więcej niż od 
jakiegokolwiek z moich nauczycieli: doctor philosophiae et theologiae Innocenty M. 
Bocheński. W tym czasie Bocheński prowadził katedrę filozofii współczesnej oraz 
dodatkowo znajdował czas na wykładanie w małym gronie logiki symbolicznej i 
służenie jako duszpasterz licznym Polakom żyjącym w Szwajcarii. Tak, jak to było 
w przypadku wszystkich profesorów, którzy byli dominikanami, zwracaliśmy się do 
niego mon pere, a kiedy mówiliśmy o nim w trzeciej osobie, był l e per e Bocheński. 
Dopiero po paru dniach zauważyłem, że Bocheński był całkiem różny od innych 
dominikanów. Wprawdzie nabrałem szacunku i polubiłem wielu dominikańskich 
profesorów, którzy byli moimi wykładowcami przez osiem lat spędzonych we 
Fryburgu, ale o. Bocheński był jedynym, dla którego żywiłem cześć. Jego wygląd 
zewnętrzny był sam przez się niezwykły: wysoki, z wielkimi dłońmi i chodem 
olbrzyma, prawie zawsze z papierosem. Najbardziej pamiętam jego oczy: rzucały 
srogie, prawie groźne spojrzenia, jakby chciały powiedzieć: „Czy mam znowu 
słuchać bzdur?" Pomimo to Bocheński potrafił być niezwykle sympatyczny. Stawał 
się niecierpliwy tylko w jednym przypadku, gdy miał wrażenie, że jego partner w 

background image

dyskusji nie potrafi jasno myśleć. Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy na 
seminarium o Sein und Zeit Heideggera jakiś student, który przyjechał właśnie z 
Fryburga (w Niemczech) i był pod urokiem licideggerowskiego żargonu, podniósł 
rękę, że chce coś powiedzieć. 
198 
Fryburg 
Wypowiedział tylko jedno zdanie. Zanim zaczął następne, Bocheński przerwał mu i 
powiedział: „Drogi panie, skończył pan właśnie zdanie złożone z czternastu słów. Ja 
nie zrozumiałem jak dotąd ani jednego. Proszę zacząć od wyjaśnienia znaczenia 
pierwszego". 
„Jeżeli dobrze pamiętam, pierwsze seminarium Bocheńskiego, w jakim 
uczestniczyłem, poświęcone było L'etre et le neant Sartre'a. Każdy uczestnik miał 
kupić sobie własną kopię tekstu. Bocheński prosił, aby otworzyć książkę na 
pierwszej stronie (w przypadku innych autorów równie dobrze mógł to być początek 
jakiegoś rozdziału w środku tekstu), i ktoś z nas zaczął głośno czytać. Po kilku 
zdaniach Bocheński przerwał i poprosił o wyjaśnienie zdania właśnie przeczytanego. 
Z tego wynikała dyskusja, w której studenci z trudem znajdowali okazję, aby coś 
powiedzieć. Bocheński rozwijał myśl, szkicował tło i kontekst tego, co było 
przeczytane, i podnosił jeden problem za drugim. Do końca semestru posuwaliśmy 
się niewiele poza dziesiątą lub dwudziestą stronę samego tekstu. Potem 
doświadczyłem tego jeszcze na seminariach z Process and Reality, cm Essay on 
Cosmology Whiteheada, Tractatus logico - philosophicus Wittgen-steina, Traktatów 
Galileusza, Krytyki czystego rozumu Kanta, Fenomenologii ducha Hegla i 
wczesnych prac Karola Marksa. Należy dodać, że Bocheński zakładał, że my nie 
tylko przeczytamy cały tekst sami, ale również przebrniemy przez dodatkową 
lekturę". 
„Być może czytelnik, szczególnie jeśli zdarzyło mu się studiować na jakimś 
europejskim uniwersytecie, ma wrażenie, że był to bardzo prymitywny sposób 
prowadzenia seminarium. W istocie było przeciwnie. Tutaj uczyliśmy się czegoś 
ważniejszego niż być zdolnym do wnikania w zawiłości tekstu. Bocheński zmuszał 
swoich studentów do czytania tekstów dokładnie i bycia pewnym, czy tekst został 
zrozumiany, czy nie. To brzmi jak coś oczywistego, ale nie jest oczywiste. Nie tylko 
studenci, ale nawet i profesorowie potrafią mówić o tekście filozoficznym albo o 
filozofie bez względu na to, czy rzeczywiście zrozumieli, co było napisane, czy to, co 
miano na myśli, miało sens, czy było prawdą. Od pierwszego dnia zajęć studenci 
Bocheńskiego uczyli się, że filozof może interesować się wieloma rze-; 
Fryburg 
199 
czarni i praktycznie każdym tekstem, pod warunkiem, że przyświeca temu dwojaki 
cel: jasne zrozumienie i odkrycie tego, co w nim jest prawdziwe. Mimo że Bocheński 
wyposażony był w ogromny zasób wiedzy historycznej i nawet uważany był w 
pierwszym rzędzie za historyka filozofii, on sam nie cenił wiedzy historycznej samej 

background image

przez się wysoko. Dla niego była ona tylko bazą, z której wyruszał na poszukiwanie 
prawdy". 
„Bocheński miał zwyczaj studiowania wspólnie z nami tekstów autorów minionych 
stuleci tak, jak gdyby stali przed nami żywi i jak byśmy mogli z nimi rozmawiać. Ta 
sama postawa przeważała w jego wykładach. Poza wstępem do logiki prowadził 
wykłady o poszczególnych myślicielach lub o jasno określonej szkole filozoficznej. 
Wykładał swobodnie w oparciu o nieliczne notatki. Kiedy zorientował się, że 
wyjaśniany przez niego temat był szczególnie trudny, zaczynał przemierzać 
przestrzeń za szerokim pulpitem tam i z powrotem. Bocheński miał wielki dar 
upraszczania. Był w stanie przedstawić w jasnym, ostrym świetle najbardziej zawiłą 
problematykę, pomimo że bez skrępowania przyznawał, iż nie jest absolutnie pewny 
znaczenia wybranych tez i twierdzeń formułowanych przez rozważanych autorów. 
Często wchodził do sali wykładowej i zaczynał dyskutować problem, który dopiero 
co roztrząsał na poprzednim wykładzie, ponieważ czuł, że olśniła go nowa myśl". 
„Część studentów i kolegów Bocheńskiego uważała go za „strasznego 
upraszczacza". Nigdy nie podzielałem tej opinii, mimo że często zapytywałem 
samego siebie, czy naprawdę on postrzega rzeczy w tak prosty sposób. Jednakże gdy 
tylko stawiałem sobie to pytanie, byłem zdziwiony odkryciem, jak zróżnicowany 
proces myślowy przebiega za każdym jego „uproszczeniem". Co wydało się zbyt 
uproszczone, okazywało się rezultatem głębokiego wysiłku myślowego. To nie był 
oczywiście przypadek, że Bocheński zwykł cytować jednego ze swych polskich 
nauczycieli, który mawiał: „Niedoświadczony nauczyciel uczy tego, czego sam nie 
zrozumiał, doświadczony nauczyciel uczy tego, co pojął, ale mądry nauczyciel uczy 
tylko tego, co według jego przeświadczenia może się studentom przydać". 
200 
Fryburg 
„To, że Bocheński nie upraszczał, stało się jasne dla jego studentów, kiedy 
przekonali się, jak myśli filozof analityczny, a nie był on oczywiście pozytywistą. 
Bocheński posiadał wyczucie wyższej jakości, które przekazywał innym. Często 
porównywał dwóch autorów mówiąc, że chociaż pierwszy z nich może mieć rację, 
jego myśleniu brakuje klasy, podczas gdy drugi, który myli się prawie we 
wszystkim, co mówi, przedstawia o wiele wyższy poziom myślenia. W ten sposób 
Bocheński wpoił w nas myślową tolerancję dla innych myślicieli. Nigdy nie 
spotkałem filozofa, który był zdolny oceniać wielkość innych, nawet jeśli nie zgadzał 
się z nimi w kwestiach podstawowych". 
„Bocheński żywił skrywaną miłość do metafizyki. W swoich wykładach i 
seminariach nie mógł dać wiele wyrazu tej skłonności, ponieważ filozofowie, 
którymi się zajmował, z wyjątkiem Hegla i White-heada, albo odrzucali metafizykę, 
albo nie mieli z nią wiele wspólnego. Dla wszystkich słuchaczy wykładów z logiki 
formalnej było jasne, że dla Bocheńskiego najwłaściwsza droga uchwycenia 
ostatecznej tajemnicy rzeczywistości zawiera się w jasności myśli i w pogoni za 
prawdą. Energicznie sprzeciwiał się heglowskiemu twierdzeniu, że tylko całość jest 
absolutnie prawdziwa. Jako logik widział paradoksalną naturę twierdzenia, że dojść 

background image

do prawdy możemy tylko przez zbiór prawd częściowych, które wydają się 
przypuszczalnie fałszywe w ostatecznych analizach. Niemniej zawsze poszukiwał 
całości". 
„Bocheński nigdy nie poczuł się zmęczony w swoich poszukiwaniach, ani nawet nie 
stracił swojego wybitnego poczucia szczegółu (z czego był znany), było to 
rezultatem jego prostej, a jednak głębokiej wiary religijnej. Dla wielu jego kolegów 
sporne było to, jak dominikanin może być racjonalistą i radykalnym empirystą, 
myślicielem, który zawsze zaczynał od doświadczenia, a potem dopiero odkrywał 
ukryty w nim rozumny sens. Ludzie zdawali się nie rozumieć, że ścisłość jego 
metody myślenia nie przeszkadzała mu być pokornym chrześcijaninem wiernym 
naukom Kościoła i spełniać nakazy przełożonych bez szemrania. Z tego powodu 
kryzysy w koście- 
201 
Fryburg 
le katolickim, jakie miały miejsce w ciągu ostatnich dwudziestu lat, nie dotyczyły 
Bocheńskiego. Główna część teologii współczesnej zdawała się być dla niego 
nieodpowiedzialnym bełkotaniem. Uchronił się przed zamętem myślowym dzięki 
przekonaniu, że chociaż prawdy manifestują się w różny sposób, jednakże ich 
wartość pozostaje ponadczasowa". 
„Po uzyskaniu przeze mnie doktoratu widziałem Bocheńskiego niejednokrotnie, 
zwykle w Stanach Zjednoczonych, ale także kiedy przejeżdżałem przez Fryburg. Nie 
byłem już jego studentem, a mimo to zawsze pozostałem jego uczniem". 
„Jest mi przykro, że młoda generacja nie ma okazji zorientowania swoich własnych 
dróg intelektualnych, mając za wzór mistrza tak wielkiej miary, ani zobaczenia, że 
prawdziwie twórczy myśliciel nigdy nie zatrzymuje się, ale stale jest w trakcie pracy 
nad nowymi zagadnieniami". 
„Dotykam tutaj ostatniej i prawdopodobnie najważniejszej cechy Bocheńskiego, 
która uczyniła z niego największego nauczyciela naszych czasów: jego 
oryginalności. Wielu jego współczesnych widziało go przede wszystkim jako 
ekscentryka: duchownego, który z powodu paru historycznych przypadków 
przywdział dominikański kaptur, kaznodzieję, który czerpie specjalną przyjemność z 
głoszenia swoich kazań w przynajmniej pół tuzinie języków, księdza, który 
jednocześnie uwielbia prowadzenie szybkich samochodów i w zaawansowanym 
wieku uzyskuje licencję pilota, zrównoważonego i dowcipnego mówcę, który nigdy 
nie straci okazji powiedzenia w czasie wykładu jakiejś uwagi powodującej, że sala 
wykładowa wybucha śmiechem. Dla nas wszystkich, którzy znamy go lepiej, było 
jasne, że za tym wszystkim kryje się fascynująca oryginalność myśli. Bocheński nie 
należał do szkoły filozofów analitycznych, która utrzymuje, że tylko metodologia 
nauk przyrodniczych jest jedyną, która przynosi rezultaty, i że skutkiem tego 
filozofia także musi starać się zastosować do tego standardu. Z drugiej strony 
Bocheński posiadał klasę, z jaką spotkałem się tylko w przypadku uczonych kalibru 
Hei-senberga; w zetknięciu z problemami instynktownie opierał się po- 
202 

background image

Fryburg 
kusie (której większość z nas nie może się oprzeć) stąpania krok po kroku śladem 
tych, którzy nas poprzedzili". 
„W istocie Bocheński czytał więcej różnojęzycznych lektur niż większość filozofów 
naszych czasów. Jego znajomość literatury przedmiotu była zadziwiająca. Ale on nie 
czytał tego wszystkiego, jak czyni to większość z nas, dla odkrywania nowych idei. 
Przeciwnie, opracowywał problem do czasu, aż znalazł klucz, model, jeżeli taki był, 
który pasował do tego problemu dokładnie. Następnie kontynuował opracowanie 
zawiłych szczegółów modelu przez kolosalną pracę myśli. Później, kiedy 
studiowałem prace Arystotelesa bardzo wnikliwie, zawsze przypominałem sobie 
Bocheńskiego czytającego strony arystotelesowskich Analityk Wtórych, kiedy nagle 
chwytał pierwsze przesłanki, z których wszystko stawało się zrozumiałe". 
„Ten sposób myślenia był bardzo fascynujący dla studentów; przede wszystkim to 
stale otwierało nowe perspektywy; studiowanie filozofii okazywało się być nagrodą 
nie tylko z poczucia doskonałości w danej dziedzinie, ale także z powodu 
niespodziewanych myślowych olśnień, które czekały nas jak tyle przygód. Po drugie 
dowiadywaliśmy się od jednego nauczyciela, że wcale nie byłoby poprawne 
pozostawać przy jednym sposobie myślenia, jednym stylu myśli. Mistrz sam pokazał 
nam na swoim przykładzie, że było wiele różnych dróg osiągnięcia prawdy, a my 
potrzebowaliśmy jedynie odwagi, aby odejść z utartej ścieżki myśli. Naturalną 
konsekwencją tego wszystkiego było, że Bocheński nigdy nie zaoferował nam 
całościowego, kompletnego zestawu myślowego, jak czyni to większość 
europejskich filozofów dzisiaj. Zwykł był mówić, że największe, co możemy zrobić, 
to usunąć cały śmietnik wyprodukowany przez minione wieki, aby odkryć kilka 
ukrytych klejnotów. W rzeczywistości to, co Bocheński nam dał, było bardziej cenne 
niż zamknięty system: śmiałość odnajdywania własnej drogi w bałamutnych 
szeregach opinii z przekonaniem, że w końcowych analizach prawda okaże się 
jednoznaczna z prostotą. Posiadał tę niezachwianą ufność, którą my, jego studenci, 
staraliśmy się gorliwie naśladować, ale nigdy nie udało się nam jej osiągnąć". 
203 
Fryburg 
„W autobiografii, która ukazała się w roku 1975, w pierwszym tomie zatytuowanym 
Philosophie in Selbstdarstellungen Bocheński napisał, że jego trwały wkład polega 
na ogólnej historii logiki formalnej i logicznych analizach kilku poszczególnych 
zagadnień. To może być prawdą, jeśli myślimy o nim jako o uczonym-badaczu. 
Jednakże jeśli potraktujemy go jako nauczyciela, tak, jak jego studenci są skłonni 
zrobić przede wszystkim, to wówczas znajdujemy coś, co jest rzadko wspominane, a 
jest wciąż ważniejsze od wszystkich innych naukowych osiągnięć: Bocheński 
pokazał na swoim przykładzie, jak można filozofować w XX wieku bez duszenia się 
pod ciężarem długiej historii filozofii i nie padając ofiarą wyrafinowania w pracy nad 
szczegółami oderwanymi od tematu (jak to było w przypadku wielu filozofów 
analitycznych)". 

background image

„Każdego dnia mieliśmy okazję uczyć się od Bocheńskiego tego, że chociaż 
codzienna praca filozofa polega na badaniu pokrętnych i w ostatecznych analizach 
nudnych zagadnień szczegółowych, to ta czarna robota powinna być prowadzona z 
odwoływaniem się do horyzontów i perspektyw, które sięgają najbardziej 
podstawowych i najgłębszych korzeni naszego myślenia. To może okazywać się 
niezgłębione, ale dla mnie, ucznia Bocheńskiego, jest oczywista jego gotowość do 
myślenia w tym małym zakresie tego, co wiemy, myślimy, że wiemy, albo po prostu 
co przypuszczamy i w co wierzymy jako chrześcijanie bez tracenia kiedykolwiek z 
oczu celu, jakim jest jasność i logiczność myśli oraz dbanie, by nie iść ślepymi 
ścieżkami, którymi idą inni". 
„Napisałem te słowa w czasie przeszłym, ponieważ przeszło trzydzieści lat temu 
byłem studentem Bocheńskiego, ale chciałbym wyrazić moje podziękowanie w 
imieniu wszystkich jego studentów wierząc, że Bocheński pozostanie jednym z 
najbardziej fascynujących nauczycieli, jakich kiedykolwiek poznaliśmy". 
Przepraszam za komplementy zawarte w tym tekście. Przedrukowy? jego przekład 
polski, aby dać pojęcie o tym, jak wykładałem i jak mnie przynajmniej niektórzy 
studenci widzieli. 
204 
Fryburg 
W lecie prowadziłem często seminaria sub tegmina fagi koło wielkiego mostu 
kolejowego zwanego Grand Fey, w ogrodzie kawiarenki, mającej zresztą wieczorem 
złą sławę. Lubiłem ten most, bo przejście dla pieszych pod nim jest przypadkowym 
arcydziełem sztuki. Powstało przez obetonowanie metalowych struktur mostu 
kolejowego i nikt przy tym nie myślał o efekcie estetycznym, ale stworzono coś w 
rodzaju przepięknego krużganka. Fakt, że coś takiego mogło powstać w ten sposób, 
nasuwa naturalnie trudne zagadnienie filozoficzne w rodzaju pytania, czym 
właściwie jest sztuka. Ale że estetyką nigdy się nie interesowałem, nie będę 
próbował na nie odpowiedzieć. 
Co wykładałem? W historii filozofii współczesnej najczęściej fenomenologię i 
egzystencjalizm (13 razy), następnie filozofię brytyjską (6 razy), marksizm (6 razy), 
wreszcie metafizykę (3 razy). W filozofii nowożytnej rozkład był bardziej 
równomierny, najczęściej wykładałem Kanta (5 razy), dalej Renesans, Kartezjusza i 
Hegla (po 4 razy), wstęp ogólny do okresu (3 razy) wreszcie innych racjonalistów, 
empirystów brytyjskich i XIX wiek po Heglu (po 2 razy). W ciągu dwóch ostatnich 
lat, chcąc jinir en beaute wykładałem ze zrozumiałym sukcesem współczesną 
filozofię miłości. Skrypty tych wykładów obejmują 55 tomów. 
Jak widać z tego wyliczenia, wszystkie moje wykłady miały charakter 
monograficzny. Niektórych filozofów, na przykład Hegla, wykładałem nieraz przez 
dwa lata, tak że student nie otrzymywał nigdy zupełnego kursu historii mojego 
okresu. Było to związane z moim poglądem na wykłady uniwersyteckie. Jestem 
przekonany, że bardzo wielu moich kolegów uprawia pod tym względem czysty 
nonsens. W średnich wiekach tylko profesor miał książkę, czytał więc z niej, a 
studenci pilnie notowali. Stąd do dziś się mówi „lecture", „ Yorle-sung", „lezione", 

background image

„leęon". Tymczasem wynaleziono druk, ale tego jakoś nikt nie zauważył. Wymaga 
się dalej od profesora, aby czytał (po angielsku mówi się nawet dokładnie to read in 
philosophy), a od studentów, aby robili notatki. Wielu, może nawet większość, profe- 
205 
Fryburg 
sorów uniwersyteckich nie umie mówić publicznie i nie ma najmniejszego pojęcia o 
dydaktyce. Wynika z tego ogromna strata czasu studentów. 
Gdyby to ode mnie zależało, ograniczyłbym wykłady do trzech rodzajów. Najpierw 
wykłady orientacyjne, w których profesor podaje studentom literaturę z uwagami 
krytycznymi i wskazówkami, co przez co uzupełnić. Następnie nauczanie języków, a 
więc także logiki formalnej, doświadczenie uczy bowiem, że wykład jest w tej 
dziedzinie lepszy od czytania. Wreszcie wykłady sprawozdawcze, opis własnej pracy 
badawczej profesora, aby studenci mogli poznać historię infteri, w toku 
powstawania. 
Jakkolwiek by z tym było i mimo że zawsze mówiłem studentom, aby nie chodzili na 
moje wykłady, to te ostatnie miały pewne powodzenie. Dane statystyczne posiadam 
tylko dla roku 1964/65, ale zdaje mi się, że położenie w innych latach było jeszcze 
pomyślniej-sze. W tym roku na 2849 wpisanych na uniwersytet nie mniej niż 294 
studentów, to jest 10,2% uczęszczało na moje wykłady, przy czym byli to studenci ze 
wszystkich wydziałów (np. 33 z wydziału prawa, 11 z wydziału nauk 
przyrodniczych) są to cyfry rekordowe. 
Ale ja zawsze uważałem wykłady za zadanie drugorzędne. Ważniejsze były 
seminaria, a zwłaszcza indywidualne prowadzenie doktorantów. Miałem ich tylko 
czterech wAngelicum, ale trzydziestu trzech we Fryburgu, to jest mniej więcej po 
pięciu w cztery lata. Wobec tego, że pisanie rozprawy trwało zwykle dwa do trzech 
lat, miałem trzech doktorantów równocześnie. Im poświęcałem najwięcej czasu i 
pracy. Każdego doktoranta przyjmowałem przynajmniej raz na tydzień i spędzałem z 
nim nieraz długie godziny. Muszę powiedzieć, że jestem z moich doktorantów dość 
dumny. Lobkowicz nie myli się może, gdy twierdzi, że pozostawiam po sobie przede 
wszystkim uczniów. 
Obok wykładów uniwersyteckich prowadziłem także wykłady na uniwersytecie 
ludowym. W tych ramach zorganizowałem na semestrze letnim 1948 coś, co było jak 
na nasze warunki fryburskie wysoce oryginalne i miało znaczne powodzenie, 
mianowicie publiczne dyskusje pomiędzy profesorami różnych wydziałów pod naz- 
206 
Fryburg 
wą bram trust. Te dyskusje odbywały się w auli B mającej 300 miejsc siedzących. Ja 
przewodniczyłem, udział brali o. Deman (wielkiej klasy moralista), panna Dupraz 
(pedagogika), Faller (lekarz, profesor anatomii), Gigon (wspomniany już hellenista), 
Goetz (ekonomista), o. Luyten (najlepszy nasz filozof) i o.Yicaire (historyk kościoła, 
bodaj najwybitniejszy obecnie historyk zakonu) - zawsze po pięciu na raz. 
Dyskutowaliśmy na tematy aktualne jak technika, postęp, życie, pochodzenie 

background image

człowieka, śmierć cywilizacji, kobieta a mężczyzna, względność wszystkiego i tym 
podobne. Sala była stale nabita, zainteresowanie wielkie. 
Nasze dyskusje podobały się niejakiemu o. Dito OP, założycielowi firmy „Unda", 
która produkowała taśmy dla stacji radiowych. Zaczęliśmy więc duplikować je dla 
niego. Było przy tym sporo komicznych incydentów z żoną naszego odźwiernego, 
która symulowała głos z sali i stale się myliła. 
Miałem plany na kontynuację tych dyskusji, ale mimo ich wielkiego powodzenia nie 
wiem już, dlaczego do niej nie doszło. Na marginesie wspomnień z wykładów parę 
słów o mojej działalności organizacyjnej na poziomie międzynarodowym. Nie 
pomnę już wszystkich towarzystw, w których zarządach wziąłem udział. Wymienię 
tylko trzy, chyba najważniejsze. Byłem w ciągu wielu lat członkiem rady FISP - 
międzynarodowej federacji towarzystw filozoficznych, rodzaju filozoficznego rządu 
świata, który organizował wielkie kongresy. Założyłem i byłem długo sekretarzem 
Światowej Federacji Katolickich Towarzystw Filozoficznych. Wreszcie byłem przez 
parę lat prezesem Międzynarodowej Federacji Towarzystw Logicznych i 
Metodologicznych. 
Albertinum 
Jako profesor nie zamieszkałem w St. Hyacinthe, jak w latach dwudziestych, ale w 
rezydencji ojców profesorów uniwersytetu, w Albertinum. Dom położony w centrum 
miasta miał za sobą już dwa wieki gdy o. Berthier, współzałożyciel uniwersytetu 
kupił go w roku 
207 
Fryburg 
1889 dla zakonu. Poprzednio był kolejno składem wina, szkołą prawa i hotelem. 
Jeszcze za moich czasów stała w przedsionku relikwia hotelowa w postaci pięknej 
Wenery, którą dopiero później jakaś pobożna dusza zastąpiła przez statuę Matki 
Boskiej. 
Dom był solidny i staroświecki. Staroświeckie były też panujące w nim obyczaje. 
Przez długi czas na przykład nie było w nim telefonu; ojcowie woleli chodzić na 
bliską pocztę niż narażać się na niepokojenie przez apele telefoniczne. Kiedy 
przybyłem w roku 1945, telefon już był, ale tylko na parterze. Ojców wywoływał 
przeraźliwie dzwoniący dzwonek. Wskutek tego ja, który pracowałem na trzecim 
piętrze, musiałem za każdym razem schodzić i wychodzić parę pięter. Windy 
naturalnie nie było. Wystarczyły trzy apele telefoniczne w ciągu przedpołudnia, aby 
popsuć najlepszy czas pracy. Poszedłem więc do przełożonego, o. Morarda, prosząc 
go, aby mi pozwolił założyć u siebie telefon na mój własny koszt, ryzyko i rachunek. 
Biedny o. Morard o mało nie spadł z krzesła słysząc tak rewolucyjną prośbę, ale 
pozwolił. Byłem więc pierwszą osobą obdarzoną własnym aparatem w tym 
dostojnym domu. 
Mówię domu, a nie klasztorze, bo Albertinum żadnym klasztorem nie było. Nie było 
w nim wspólnych modlitw, prócz wieczornej komplety. Nie mieliśmy prawa 
wybierać przeora. Kierował domem zwykle jakiś czcigodny ojciec, który z tych czy 
innych względów stał się niewygodny w Rzymie. Zakon dominikański jest także pod 

background image

tym względem paradoksem: jego wielkie domy studiów - szkoła biblijna w 
Jerozolimie, Angelicum w Rzymie i Albertinum nie miały w ciągu dziesięcioleci 
prawa wyboru własnego przełożonego, choć jest to prawo przysługujące każdemu 
zakonnikowi. Wyglądało tak, jak gdyby w tym zakonie, szczycącym się z wagi, jaką 
przywiązuje do studiów, naukowcy byli uważani za gorszy gatunek ludzi, a w 
każdym razie za nie dość dojrzałych aby móc wybrać swojego przeora. 
Ten paradoks staje się częściowo zrozumiały, jeśli się zna ideał zakonu. Jest to ideał 
trudny, bo wymaga połączenia życia monastycznego, pracy naukowej i 
kaznodziejstwa. Toteż w dziejach były zaw- 
208 
Fryburg 
sze skłonności do dania bezwzględnego pierwszeństwa temu czy innemu ideałowi z 
krzywdą dla innych. W chwili obecnej tak zwani „pastoralni", nie mający 
zrozumienia dla nauki, zdają się przeważać. Jeśli tak dalej pójdzie, zakon stanie się 
podlejszym wydaniem zacnego zakonu oo. kapucynów i moim zdaniem straci rację 
bytu. Myślę nawet, że jest na najlepszej drodze ku temu. 
Ale jeśli chodzi o Albertinum, to znalazłem w nim całkiem przyzwoitą wspólnotę 
akademicką, oceniam nawet, że przeciętny poziom mieszkańców domu był wyższy 
niż całego uniwersytetu. Obok już wspomnianych wybitnych naukowców, jakimi 
byli ojcowie Deman, Kuiper, Luyten, de Menasce i Yicaire, należy wymienić jeszcze 
jako solidnych pracowników naukowych o. Maltha, Holendra i o. Brauna, Belga. 
Było naturalnie także paru krabów. Wspomniałem już Wy-sera, ale najjaskrawszym 
przykładem żywiołku drobniejszego płazu był inny Szwajcar, o. Hering. Jego 
wypadek godny jest opowiedzenia. 
O. Hering wygłosił po mianowaniu na katedrę tzw. „małej" teologii moralnej 
zwyczajowy odczyt inauguracyjny, w którym mówił o państwie i twierdził, że ono 
nie istnieje - podatki płacimy nie państwu, ale jego prezydentowi itd. To wszystko z 
wzruszającą nieznajomością literatury zarówno klasycznej (Arystoteles, św. 
Tomasz), jak i nowszej. Słowem dał przekonywujący dowód, że jest ignorantem w 
dziedzinie, którą miał wykładać. Na jego nieszczęście wykładu słuchali także 
prawnicy z ministrem kantonalnym Pillerem na czele. Otóż prawnicy żyją, jak 
wiadomo, z państwa (cóż robiliby bez ustaw państwowych?), więc twierdzenie, że 
ono nie istnieje, nie mogło im się podobać. Zaraz po uroczystości przyszli w 
zwartym szyku do naszego przełożonego żądając wielkim głosem usunięcia 
nieszczęśnika. Usunięto go i przeniesiono do Rzymu, gdzie został, proszę państwa, 
przeorem Angelicum i podobno gwiazdorem tamtejszego wydziału filozoficznego, 
który musiał dziwnie się zmienić od moich czasów. Opowiadam o nim nie tylko 
dlatego, że to było ważne dla nas wydarzenie, ale zwłaszcza aby zilustrować na tym 
przykładzie działanie fryburskiej uczelni, gdzie współzależność i ciągła 
209 
Fryburg 
współpraca wydziałów dawała doskonałe wyniki i czasem chroniła od wpadnięcia w 
prowincjonalne bagienko. 

background image

W każdym razie struktura tego uniwersytetu uchroniła mnie od zesłania do jakiejś 
Patagonii i w ten sposób zachowała dla nauki. Nie wiem, czy to jest jej wielka 
zasługa, ale w każdym razie faktem pozostaje, że bez interwencji rządu kantonalnego 
musiałbym porzucić katedrę i pracę naukową. Zagrożenie przejawiło się już 
uprzednio. Cenzura zakonna, dokładniej o. Philippe, odmówiła mi pozwolenia na 
druk mojego zarysu logiki matematycznej, jeśli nie skreślę wszystkich odnośników 
do scholastyki. Chodziło im o to, aby broń Boże nie podejrzewano, że coś tak 
wrednego jak dobra logika formalna istniało w scholastyce. Musiałem więc te 
skreślenia przeprowadzić, co mnie kosztowało całe dwuletnie kieszonkowe, tekst 
bowiem był już złożony. 
Najważniejszy atak krabów przyszedł dopiero później. Trzeba wiedzieć, że w 
ustrojach dyktatorialnych, a takim jest ustrój kościoła katolickiego, naukowców nie 
prześladują zwykle wysoko postawione osobistości, ale koledzy, owe kraby 
niezdolne do twórczej pracy. Tak było i w moim wypadku. W każdym razie 
dostałem od generała zakonu, o. Suareza, pisemny rozkaz zawieszenia wykładów i 
przygotowania się do wyjazdu. Semestr był w toku, tak że sankcja musiała przybrać 
charakter upokarzający. Mimo to uznałem, że nie wolno mi niczego podejmować 
przeciwko woli o. generała, i w rzeczy samej niczego nie przedsięwziąłem. 
Rzecz ta jednak nie mogła być zatajona w Albertinum i o. Deman, dowiedziawszy 
się o niej, podjął energiczną akcję w mojej obronie. Przekonał rząd kantonalny, że 
wygnanie mnie będzie znaczną szkodą dla uniwersytetu. Rząd zwrócił się do 
generała zakonu, zdaje się w ostrej formie, i generał musiał ustąpić. Zostałem we 
Fryburgu. Sprawa znalazła swój epilog w burzliwej rozmowie z o. generałem, 
podczas której okazało się, że nie miał on najmniejszego pojęcia o tym, kim jestem. 
Znał tylko donosy moich szanownych kolegów. Powiedział mi między innymi, że 
jestem niczym, że nie ogłosiłem niczego poza paroma artykulikami - a miałem 
wówczas na sumieniu 
14 — Bocheński: Wspomnienia 
210 
Fryburg 
prawie tuzin książek i wracałem właśnie z zebrania, na którym wybrano mnie 
prezesem światowego związku logików i metodologów nauki. Bywa i tak. 
Chcę jeszcze dodać, że w przeciwieństwie do wielu innych zakonników, zwłaszcza 
Francuzów, nie ogłosiłem ani jednego zdania, które można by uważać za polityczne, 
wyjąwszy moją krytykę komunizmu. Nie ogłosiłem też niczego o charakterze 
teologicznym, publikowałem aż do lat osiemdziesiątych wyłącznie na tematy 
filozoficzne, przede wszystkim logiczne. Jeśli więc byłem prześladowany, to tylko z 
powodu moich poglądów na logikę i jej historię, co nadaje prześladowaniu charakter 
tym bardziej haniebny. 
Rektorat 
W latach 1950/51 i 1951/52 byłem dwa razy wybrany dziekanem wydziału, a w 
jesieni 1964 przyszła moja kolej na rektora. Było wówczas zwyczajem, że rektora 
wybierano kolejno z jednego wydziału po drugim, a wewnątrz wydziału wybierano 

background image

zawsze według starszeństwa. Mimo to głosowano zawsze. W moim przypadku 
okazało się, że to głosowanie nie było czystą formalnością, bo zostałem wybrany 
większością tylko jednego głosu. W dniu wyborów miałem odczyt w Instytucie prof. 
Freymiond w Genewie; wracałem moim Peugeot 205 na złamanie karku i wszedłem 
do sali senackiej w chwili, gdy ogłaszano wynik wyborów. Nie miałem z czego być 
dumny, ale byłoby nielojalnością wobec tych, którzy na mnie głosowali, gdybym nie 
przyjął nawet takiego wyboru. Przyjąłem więc w krótkim przemówieniu i 
sprawowałem rządy uniwersytetu w ciągu dwóch lat. 
Pierwszą moją troską po objęciu urzędu rektorskiego było zapewnienie sobie 
poparcia prasy, której znaczenie, sam będąc dziennikarzem czasu wojny, wysoko 
oceniałem. W tym celu zacząłem odbywać regularnie konferencje prasowe, zawsze 
starannie przygotowane, na których dziennikarze byli suto zaopatrywani w materiał 
gotowy do druku. Wiedziałem z własnego doświadczenia, jak są na to łasi. 
211 
Fryburg 
Zarazem - to był mój pierwszy akt rektorski - zaprosiłem na obiad niejakiego pana 
Webera, redaktora dość obskurnego dziennika fry-burskiego, który był w ostrej 
opozycji do wszystkiego, co oficjalne i tradycyjne we Fryburgu. Zdobyłem sobie tym 
jego serce tak, że dysponowałem jego pisemkiem jak osobistym organem. 
W sprawie propagandy zrobiłem jeszcze jedno: proporczyk powiewał na wynajętym, 
ale potężnym samochodzie, którym jeździłem oficjalnie, a gdy chodziło o bardzo 
oficjalne jazdy, jak kiedy przyjmowałem księcia Liechtensteinu, miałem zawsze 
dwóch policjantów na motocyklach przed moim wozem. Usiłowałem w ogóle 
wtłoczyć do ludzkich mózgownic, że jestem nie byle jakim urzędniczyną, ale rector 
magniflcus, suwerenem na swoim terenie. Wymagałem też, aby na uniwersytecie 
pozdrawiano mnie na pierwszym miejscu, nawet przed prezesem rady ministrów 
kantonalnych. Niestety jeden z moich następców zaczął jeździć na rowerze z 
przyszpilonymi spodniami, jak wulgarny posłaniec, nie daj Boże. 
Do tej samej dziedziny należą starania o wmurowanie tablicy pamiątkowej Chaima 
Weizmanna. Ten Weizmann, doktor chemii fry-burskiego uniwersytetu, był 
pierwszym prezydentem Izraela, a w moich oczach miał jeszcze inną interesującą 
cechę: pochodził z Pińska. Zostawszy tedy rektorem, wezwałem mojego starego 
znajomego, a najbogatszego obywatela Fryburga i pułkownika wojsk szwajcarskich, 
Jana Nordmana, który piastował także urząd prezesa kahału. Powiedziałem mu, że 
brak pomnika dla tak wielkiego człowieka jest prawdziwym skandalem. Nordman 
wzruszył się i założył potrzebny komitet, podejrzewam, że finansowany głównie 
przez niego samego. Sprowadziłem płytę granitową z Izraela i kazałem wypisać na 
niej po łacinie i po hebrajsku, co było trzeba. Inauguracja tej płyty była wielkim 
sukcesem. Rząd federalny był obecny bodaj w komplecie (Szwajcarzy są roztropni, 
dbają o dobre stosunki z Żydami). Ja sam wygłosiłem mowę, w której mówiłem, jak 
to my chrześcijanie jesteśmy duchowo Żydami i jak wszystko co żydowskie nas 
cieszy. 

background image

W rezultacie rząd Izraela zaprosił mnie przez wdzięczność do Ziemi Świętej. Mam 
najmilsze wspomnienia z tej podróży. Pierwsza 
212 
 
Fryburg 
klasa w samolocie E1-A1, apartament w luksusowym hotelu Gan Da-vid, 
drukowany, w grubą skórę oprawny „Program pobytu Jego Magnificencji..." 
Urzędnik ministerstwa na lotnisku pyta, czy rozumiem po angielsku, bo on mówi 
wprawdzie po niemiecku, ale może ja rozumiem, nie? A może po polski...? Okazuje 
się, że jego rodzice wyemigrowali z Katowic, kiedy miał dwa lata, ale w domu 
mówiono po polsku. Reszta o tej podróży później. 
Nie trzeba jednak sądzić, że moje rektorowanie polegało wyłącznie na takich aktach 
prasowo-dyplomatyczno-propagandowych. Było też sporo całkiem realnych 
zagadnień. Na pierwszym miejscu stała sprawa stołówki studenckiej - mensy. 
Byliśmy jedynym szwajcarskim uniwersytetem bez mensy, a miałem informacje, że 
około 20% studentów jada coś ciepłego tylko raz dziennie. Miałem pieniądze 
potrzebne na postawienie mensy, ale rząd nie chciał na to pozwolić z bardzo prostego 
powodu: w małym mieście restauratorzy są potęgą, a ci bali się stołówki jako 
konkurencji. Po powtarzanych, ale bezskutecznych prośbach   listownych   i 
werbalnych   postanowiłem  pokazać   zęby. Tymi zębami był najbardziej 
dynamiczny składnik uniwersytetu, a mianowicie studenci. Profesorowie są zwykle 
starszymi panami kochającymi spokój i niezdolnymi do gwałtu, a tu gwałt był 
potrzebny. Ja, sam stary żołnierz, wiedziałem dobrze, że są chwile wżyciu 
zbiorowym, kiedy ten gwałt jest nie tylko dozwolony, ale i moralnie nakazany, kiedy 
jego użycie jest obowiązkiem. Postąpiłem więc tak: wezwałem przedstawicielstwo 
studentów z Janem Nordmanem juniorem, synem mego przyjaciela, okropnym 
warchołem, na czele i powiedziałem im, że we śnie widziałem masę studentów 
wybijających szyby w gmachu rządowym z okrzykami „Mensa! mensa!" i 
zapytałem, czy kto z nich nie potrafi  mi  tego snu psychoanalityczne wytłumaczyć. 
Nie mogli, więc ich odesłałem. Aliści dwa dni później przychodzi tenże Nordman i 
powiada: „Gotowe!" „Co gotowe?" pytam, „Sen magnificencji." Chciał, bym poszedł 
z nimi, ale odmówiłem, myśląc, że moja obecność może zmitygować gwałtowność, o 
którą mi chodziło. Pożegnałem więc tylko coś dwutysięczny tłum 
213 
Fryburg 
z balkonu. Poszli. Szyb wprawdzie nie wybili, ale ryczeli tak bawolim głosem, że 
moje pozwolenie dostałem w 48 godzin. 
Sprawa miała jednak epilog w postaci wezwania mnie na wyga-\vor przez rząd. 
Przyjęli mnie in corpore. Jeden z dostojnych radców zainaugurował obrady 
oświadczeniem, że jestem bolszewikiem. Odpowiedziałem, że jestem skrajnym 
reakcjonistą. Jak to? Bo historia uniwersytetu zaczyna się w Paryżu wielkim buntem 
studenckim, na skutek którego prefekt policji stracił posadę czy nawet został 

background image

uwięziony. To nie jest żaden bolszewizm, ale nasza najbardziej autentyczna 
europejska tradycja. 
To wszystko działo się dość długo przed słynnymi zaburzeniami na uniwersytetach, 
w czasie których np. w Harvardzie czy we Frankfurcie młodzieniaszkowie podpalali 
instytuty i wyrzucali na bruk komputery. U nas nie przybrały one większych 
rozmiarów. Mimo to zadawałem sobie pytanie, jak zachować się wobec nich, np. czy 
dalej wyrzucać za drzwi spóźniających się (miałem taki zwyczaj). Postanowiłem nie 
zmieniać moich obyczajów i trzeba powiedzieć, że delikwenci dalej wychodzili z sali 
jak baranki. Było natomiast paru kolegów, którym uniemożliwiono wykładanie, ale 
to byli ludzie bez autorytetu. Moim zdaniem te awantury spowodowali starsi; m.in. 
niektórzy profesorowie przez głoszenie idiotycznego egalitaryzmu. Wszyscy ludzie 
mają być pod każdym względem równi, a więc studenci posiadają wiedzę równą 
wiedzy profesorów itd. Doszedł do tego równie idiotyczny kult młodych, jak gdyby 
oni byli pod każdym względem lepsi od ludzi dojrzałych. 
Wracając do mojego rektoratu, trzecim moim najważniejszym dokonaniem była 
budowa pawilonu dla chemii. Jestem z niej dość dumny, bo w związku z tą budową 
byłem pierwszym rektorem szwajcarskim, który wyrwał konfederacji subwencję. 
Trzeba wiedzieć, że wszystkie wyższe uczelnie w Szwajcarii poza politechniką są 
kanto-nalne, to jest finansowane przez nieraz ubogie kantony. Tak np. nasz 
uniwersytet obciążał niemal wyłącznie kanton fryburski, to jest niecałe 150 000 
rolników (katolicy szwajcarscy dawali około miliona trunków rocznie). Rzecz 
przedstawiała się tak: kosztorys opiewał na 
•Bjopso>( z ijizpoip^ AosAzsM 'oMisu3zoqBU jeuAzaez Bjouied Ap3 aż 'JJBI 
o{BA\Ag TU3P1 iiuejjpedpo lUiytwtzpMBJd 9TUZBM3Zjd pouiBd  BZ9ISJI  
IAU>  aż  mjef 'aiuido  BUIBIBJ  BJKIUI   'BUBMZ 

IUIZ9lS5f'   '3IZ- 
j afoBZiireSjo aiMp ijAzojBZ 'OBMOJUIJOI i IJ3Z3BZ npo uiXi M -ipniAisui 
jgojsjod faueMOZiuBSjoz feuApaf 
-ojjsida jodo 'qDB(BJ5i qoAuui M j J[ef 'aosjod M OBUIBJZ JBOUBZ 
XDiM3Zsjog -331BM J3i M o§3ujBpXzjd soSazD 3BUO>{op IUBOJBA o}Xq 
UIBU ui^UBp 2:910 '^uzoajyfeod oXq azoui psj^M Azsfsiuiu 
-fBU I    3Z   '^ŁUSIlIZpBS   3JB   'lUIBJSIUtHUC»( Z   3DJBM M   BMJS^p^^^Z   
Op JlXqZ XlU3ZOUI 3IU 3Z '9MBjdS 3iqOS 
aż feuozojz Bjmus^B }Xq p(S|od pfezj Xiuo>i9z^j - 
-ndnijo ^>)soi^ luiBjusSB ]jXq iuqopod niusf i jusuiBJinj :O>JSIMOU 
-BIS 3ZSBU OjXq 3P(BX 'lU3UVW3])UdS UJIOUI Z 3IS B{BMOZ^IBpI|OS 
AV9>(Bp 
-OJ DSOZS^IM BUZDBUZ 3IZp3 'lUBDfBMZS Od 9IS OJSOIUZOJ 
O5(UOZp3|M 
-od 3i5[3UB33i33iu ouMsd BU i suifszjdn jXqz3iu ox '^apJOiu M 3fiq 'nmBjnBZ M 
uiaiMod iMoaos3joJd nuBj i UISIM o; BZ Bf sjy4' ' 
-Od ^UJ3IM 3IU OM" ^BpBJpZ pBU SpBJBU BU BZSBjdBZ o3 SO;>[ 

background image

'uviu3]}U33 iuXz3 03 'izpfes josajojd UBd >jBf" :o3 ui3}BiXdBZ 
-zsBd 3D(DiM3ZSioq 3MOU DB5jsXzn 3ius3joqz3q 01 Aq>(Br 'uiAj psu 5p 
-BJBU BU DBJBZSBjdBZ 3IUIU Op }p3ZsXZJJ -UIl}|SJnqXjJ 3lD3lXsJ3MIUn 
BU 
fsijjsjod XjnjBJ3ji| B^AvopB{Jj^v\ 'uiiłjsjBUoag UJSSUOJJY lukuBMOUBZs 
3tuqD3ZSMod 'nuo|0}[ f9t>is|od uiaaoiuas z ui9{Btui 'BMOUIZOJ fBpoq BjBjSspo 
3|MBJds 
-BJjnj BuiUBZoiA\o3jBj zszjd SBZDM9M fguozpBMoad ApBSBqiue tj3i 
-jod" 03qoM 9UZ3Xji|od O^SIMOUBJS ofefBZ Xuisi|9isnui HZBJ po 
•M9>(iio}BJi i M9>|Bjot] qaXjqop 39J9zs o{Xq qoXj9i>( P9JSM 'MOI 
-UaSlpłUI Bjp USB1U9A" 0>{}9>l UI9{IZpBMOJd I 3U|9IZp3lU 313IMS 3ZSU1 
UI3jBIMBjdpO 'M9>JB10d qD^ P9JSM UI3AUSJ9łSBdZSnp 91S UISjfefBZ 
•OSOUMBJds BMS Z3Zjd BDfefnUOdlUl 9pB|IJ9p 
B{Xqpo niUBMODOuszjd od i mjpfejod uiXzs>|5iMfBU AV 9^6 1 n>loj M 
3DIUBJ3  B{XzDOJ>(3Zjd  MOZnOUBJJ  Op   3IAUSU3IAV!33Zjd M   9Z   ' 
B{IAVB{SM BJZIAvXp B^ 'JSO Z &33UVZ 3IUZBM3Zjd ' 
3IS 
0{Aq HJBOfBA^S y^ 'UJI}|S|Od U13AVJSJ3JSBdZSnp 3ZJJBJ 9IS 
UJSJBMOlUfBZ 3j39)XsJ3MIUn BU BUfjfoBJISIURUpB l BMO5JHBU BDBJd Z 
ł9pBfXzad n|3iM pBjij^ usi zszjd 3iqos ui3}B>{sXz siu sz 
-OJZ Xqe 'M9pOAvXM qDioui qDXDB(BqDn{s M9^Ałiiod SZJBMI 3Jnuod 
39lZpIM 0{XZ3JBJSXĄ\ TlJSl^SJSMIUn B|p JS3f OJ 'l>jnBU Bjp IIlUOUOjnB 
("3UIBS f3|JlBl 31S IU3{B3BUIOQ -OBM^ZBJJZOJ HIU 3fnqOjd 3IU 3JB '3p 
-S^JJB pB{d SBU933UI AMIZpMBjd 3|UqOpO(J   'q3IU M BIU9ZpfeZJ BMBjd 
jlBpte 3iu Xp3iu zspszjd B 'siUBUj^zjjn i 9Mopnq qai BU B3B{d jssf oj 
'3i}jsuBfps9ZjqD i 9i5(srXppnq /OoizsBj5{ BfnuiAzam IUJSIM pBf>[Xzjd BU 
JJBJ^ 'q3XMoqonp uizpsizp op 5is sfnsois sra 4t3fnzBłfzoj 
OP("  BpBSBZ   IBIUBMOUinZOJ   3}[UB{S3Zjd  BZSAVJ3|d   ^DXl 
-3BpBJM IUIU OUUlMOd 39IM 'lMO13lXsJ9A\IUn pB{d OMISUBd 3Z B 'gff 
-B>[ZOJ U31  'pB{d 015( 3Z '3tUBUOJj9Zjd SBU n OfBMOUBJ   'ni3lXsJ9MIUn 
jnuouoins o UI3JIMOUI i M9JjXii|od qaXzsBU Bjp ISMBU oSgjBiuinzojz 
J03 33lZp3IMOd UI3|tMOUBlSOd UJ3ZBJ UI^J^ 'JBIUJnZOJZ 31U P[IU 5lS 
3fBpZ 'UI^WOpSOUBMO|^lA^ UJO>[l9o| f3UOD3lMSod '(W6I JU3IS3fM) (3ZS 
-AU3JJ "99/S96I o33pjDiui3pB>(B njjoj ipBjnŚnBui BU B^saoppj BMOUI 
«3oip BfoUI B{Xq UI9UXZD/(M 'OBA^ZBU BUZOIU >(B1 O3 IJSgf 
'UlAuZByW 
'BUBpn 3SOp '3IS DB[BMq3 3|U 'nMOUZ 'M9SUBUTJ 9J3JS M BJJ 
-Z33pAM (3IM3ZHJS °d) BUMOUOd BfOUI B{Aq BJJB^L '^BIZpSZJBU fsf M I 
?SOUZJlBdo A\ 'lS3f 3(B1" :?3IZp3IMOd I UISOJBd 3BZB>(od 03 UI3{BIUI 
'o33ipnqDsjj SnjpsM 'OD B^ -3isB}j M IUIBUOIJIUI Biuopsazs z BMOUOIJ 
-IUI-J2 3MOpnq UIBU^ZOBZ OJOJJS 'pSOUZJlBdo Op SlUBjnBZ 
fesniu sz 'osizpsiMod iui {Biui spBJ3j3J uiiouj oj 'n>{uXpnq i 
-nBui BU n§3jq3ZJd fsf ou {BjzpsiModo 3iu ipnM^si UIBS 

background image

-im s I q^^v\o B3iui3iqoz oSsujBJSpsj nDBjBdz ui3{izpoq3XM sz ' 'msiuszsuoijBZ 
fsf Bzod 'jBiuujodBZ luiu z 3Moujzoj uiXq{Xe '!PnM3Sl 
W3IJ|StAVZBU    ^IStlBfDOS    'q3XuZJ}3UA\3M    MBjds    BJ1SIUIUJ    
OŚ3U|BJ3p Op UI3JBq33fod I '3MOpnq DBZOOdZGJ XqB '5pBJ BfoiU 
UJSJBUOTJSZjd f31 ^ -M9UOJIIIU 9 lUSfBllU 9ISB}( M B 'MO>(UBj; 
MGUOIJIUI \l 
V\l 
214 
Fryburg 
215 
21 milionów franków, a w kasie miałem 6 milionów. W tej sytuacji przekonałem 
moją radę, aby rozpocząć budowę, i pojechałem do federalnego ministra spraw 
wewnętrznych, socjalisty nazwiskiem Tschudi. Byłbym rozmowę z nim zapomniał, 
poza jej zakończeniem, tj. tym, że wychodziłem z pałacu federalnego z obietnicą 
owych 15 milionów, gdyby sam Tschudi nie opowiedział mi jej przebiegu na 
inauguracji budynku. Po moim referacie miał mi powiedzieć, że muszę mieć wielkie 
zaufanie do Opatrzności, skoro zaczynam budowę 21-milionową z sześcioma 
milionami w kasie. Na co, według Tschudiego, miałem go pokazać palcem i 
powiedzieć: „Tak jest, w Opatrzność i w jej narzędzia". Taka była moja ponowna (po 
Służewie) wycieczka w sferę finansów, znowu, nie chwaląc się, dość udana. 
Ważnym, jeśli go tak można nazwać, wyczynem była moja druga mowa rektorska na 
inauguracji roku akademickiego 1965/66. Pierwszej (w jesieni 1964), poświęconej 
logikom wielowartościowym, zdaje się nikt nie zrozumiał. Tym razem postanowiłem 
powiedzieć coś zrozumiałego nawet dla naszych polityków i mówiłem o autonomii 
uniwersytetu. Panowało u nas przekonanie, że kto płaci, ten rozkazuje, a że państwo 
płaci uniwersytetowi, więc powinno nim władać. Poddałem krytyce pierwszą 
przesłankę rozumowania: zasada „kto płaci, ten rozkazuje" nie stosuje się do 
dziedzin duchowych. Tak na przykład wierni utrzymują klasztory buddyjskie i 
chrześcijańskie, to jest płacą na ich budowę i utrzymanie, a przecież nigdy nie żądali 
prawa rządzenia w nich. Podobnie prawdziwy mecenas płaci artyście, ale nie próbuje 
mu rozkazywać. Domagałem się takiej samej autonomii dla nauki, to jest dla 
uniwersytetu. Wystarczyło widzieć ponure twarze polityków słuchających moich 
wywodów, aby zrozumieć, że nie zyskałem sobie przez ten wykład wielu przyjaciół 
w ich kołach. 

Polonia 
Równolegle z pracą naukową i administracyjną na uniwersytecie zajmowałem się 
także duszpasterstwem polskim. W Szwajcarii było 
Fryburg 
parę tysięcy Polaków, przeważnie żołnierzy 2 DSP. Ta dywizja wsławiła się tym, że 
w przeciwieństwie do Francuzów przekroczyła granice w roku 1940 w największym 
porządku i po przenocowaniu odbyła defiladę imponującą przez swą sprawność. 

background image

Zająłem się duszpasterstwem wśród tych Polaków, odprawiałem msze święte 
niedzielne i prowadziłem kółko „Yeritas" dla inteligentów, wśród których było 
szereg dobrych Polaków i katolików. 
Od razu musieliśmy zająć stanowisko polityczne wobec „polskiej" ambasady 
prowadzonej wówczas przez targowiczanina Putra-menta. Rozstrzygającą rolę w tej 
sprawie odegrała bodaj rozmowa, jaką miałem z seniorem polskiej kolonii, 
powszechnie szanowanym profesorem Alfonsem Bronarskim, wykładowcą literatury 
polskiej na uniwersytecie fryburskim. Przyszedł do mnie zapraszając na naradę nad 
tym, jakby to bezboleśnie uzyskać nowe bolszewickie paszporty. Zapytałem go: „Jak 
pan profesor sądzi, co czyni gentleman, kiedy ktoś go zaprasza na naradę nad 
zdradą?" „No nie wiem", powiedział. „Ale ja za to wiem i Panu Profesorowi powiem 
w zaufaniu, bije w mordę". To niezbyt uprzejme i na pewno nieeleganckie 
powiedzonko rozniosło się po Szwajcarii, gdzie znaczna większość rodaków 
solidaryzowała się z moim gentlemanem. Takie było nasze stanowisko: Putrament i 
jemu podobni byli agentami Moskwy okupującej Polskę. Rzekomy rząd polski był 
agenturą złożoną ze zdrajców. 
Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie możemy zbytmio przyczynić się do zwycięstwa w 
walce z komunistami, ale sądziliśmy, że i najmniejszy wkład może być pożyteczny. 
Otóż danym nam było w Szwajcarii dokonać czegoś przydatnego w tej walce. 
Bolszewicy mieli zamiar złamać w Polsce, jak i w innych krajach, opór episkopatu, 
jedynej zorganizowanej polskiej instytucji. W tym celu zaczęli więzić i torturować, 
założyli dwie organizacje rozbijackie. Jedna z nich, sekcja kapłanów przy ZBOWID-
zie, „księżmi patriotami" zwana, miała fatalną opinię, jako że owi księża patrioci byli 
przeważnie prawdziwymi odpadkami kleru. Bywało tak, że gdy ksiądz patriota 
zaczynał nabożeństwo, wszyscy wychodzili z kościoła. 
216 
Fryburg 
Natomiast druga organizacja rozbijacka, PAX, założona przez Stanisława 
Piaseckiego, była znacznie groźniejsza i wywierała znaczny wpływ na inteligencję 
katolicką. Nawiasem mówiąc ta inteligencja, niewątpliwie wskutek niemieckich i 
moskiewskich mordów dokonanych na najlepszych naszych ludziach, była w tym 
okresie na ogół dziwnie pozbawiona charakteru i woli. Organy tego PAX-u popierały 
stale w każdej sprawie stanowisko rządu okupacyjnego przeciw episkopatowi, nie 
wahając się obrzucać ofiary moskiewskich agentów najgorszymi oszczerstwami. Tak 
np. w czasie gdy biskup Kaczmarek był torturowany wwiezieniu, dziennik PAX-u - 
Dziś i jutro - zarzucał mu handel walutami i służbę w amerykańskiej CIA. Niektórzy 
moi znajomi w Polsce uważali, że to jest taktyka konieczna w danych warunkach. 
My ludzi tak postępujących uważaliśmy za zdrajców i szukaliśmy sposobów, aby im 
utrudnić zdradziecką robotę. 
Okazja nastręczyła się niebawem. Dał ją sam Piasecki przez ogłoszenie eseju 
teologicznego, w którym próbował uzasadnić swoją zdradę ze stanowiska wiary 
chrześcijańskiej. Jego rozumowanie przedstawiało się w skrócie następująco. 
Chrześcijaństwo tradycyjne popełniło błąd, kładąc zbyt wielki nacisk na Boga Syna 

background image

zaniedbując cześć Boga Ojca. Otóż Bóg Syn przyniósł nam zbawienie wieczne, 
natomiast Bóg Ojciec stworzył świat, a stworzył go, abyśmy go przekształcali. 
Prawdziwymi chrześcijanami są więc nie ci, którzy modlą się do Chrystusa, ale ci, 
którzy zgodnie z wolą Boga Ojca przekształcają świat, a tymi są według Piaseckiego 
nie zwykli wierzący, ale komuniści. Tylko oni mają więc prawo do nazwy 
autentycznych chrześcijan. 
Można się zaiste dziwić, jak to człowiek skądinąd inteligentny mógł bez najmniejszej 
znajomości przedmiotu ogłosić podobny stek niedorzeczności. Religia, każda religia, 
ma za główny przedmiot nie świat, ale transcendencję. Jej funkcjami podstawowymi 
są modlitwa i ofiara. Chrześcijańska Trójca Święta działa na zewnątrz zawsze jako 
jedność. Komuniści przeczą istnieniu Boga i zwykle okrutnie prześladują 
wierzących. Tę listę oczywistych prawd można by jesz- 
217 
Fryburg 
cze przedłużyć. Jak Piasecki mógł im wszystkim przeczyć? Nieodparcie nasuwa się 
podejrzenie, że sam nie wierzył w to, co pisał, ale chciał w ten sposób pomóc sobie 
w rozbijackiej robocie. 
Jego broszura umożliwiała jednak uroczyste potępienie przez Kościół. Gdy tylko 
otrzymałem tekst, zmobilizowałem kilku członków koła „Yeritas", między innymi 
inż. Gorajka, znakomitego budowniczego wyciągów górskich, i drą Estreichera, 
muzykologa ze znanej dynastii profesorów krakowskich, późniejszego profesora 
uniwersytetu genewskiego. W 48 godzin mieliśmy przekład francuski, który 
wysłałem ekspresem ks. biskupowi Gawlinie. Mój niezłomny dawny szef zrobił 
swoje i potępienie wyszło uniemożliwiając wielu katolikom dalszą współpracę z 
PAX-em. Bez nas w Szwajcarii potępienie byłoby się opóźniło co najmniej o 
miesiące, jeśli nie o lata, z wielką szkodą dla Kościoła i dla sprawy polskiej. 
Poza tą akcją, poniekąd bojową, kolonia polska miała i inne dokonania. W roku 1950 
odbył się wielki kongres Polaków w Szwajcarii z udziałem ks. bpa Gawliny, 
mianowanego opiekunem emigracji polskiej. Ks. biskup założył katolicką misję 
polską, której byłem pierwszym rektorem. Muszę przyznać, że poza odprawianiem 
nabożeństw nie włożyłem wiele pracy w tę dziedzinę, ale też miałem 
pierwszorzędnych pomocników, najpierw o. Kasjana Wolaka, kapucyna, następnie 
ks. Wawrzyńczaka, dwóch świątobliwych i energicznych księży. O. Kasjan był 
więźniem niemieckiego obozu koncentracyjnego. Kilkakrotnie wstrzykiwano mu 
zarazki chorobowe, tak że miał zrujnowane serce i umarł młodo. 
Byłem natomiast czynny, gdy chodziło o budynki dla misji. Kupiłem najpierw w 
Marły, przedmieściu Fryburga, ładną willę cztero-pokojową. Kosztowała 35 000 
franków szwajcarskich, z czego trzeba było wpłacić 7 000 franków gotówką. W 
kasie misji było co prawda tylko l 000 franków, ale na mój apel reszta znalazła się 
szybko. Sam Jul Godlewski, mój kolega szkolny, człowiek wielkiej ofiarności na 
cele polskie dał 3 000 franków. 
Znacznie poważniejszym projektem było rozszerzenie tej willi na spory Dom Polski 
z okazji tysiąclecia chrztu Polski. Znakomity i zawsze 

background image

218 
Fryburg 
ofiarny inż. Pręgowski z Winterthur sporządził piękny plan, ale kosztorys opiewał na 
200 000, co wyglądało na zawrotną sumę. Otóż najpierw śp. Katarzyna Mazik, 
starsza kobieta polska, handlarka jarmarczna, umierając zapisała cały swój majątek 
naszemu domowi. Banki dały bez trudności resztę. Tak i ten dom mogłem postawić. 
219 
Ameryka 
IX AMERYKA 
1955 - 1976 
Aczkolwiek moje prawne miejsce pobytu było we Fryburgu, spędziłem, począwszy 
od roku 1955, wiele czasu w Ameryce, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych 
Ameryki Północnej. Co więcej, zyskałem najwięcej przyjaciół i zebrałem 
najważniejsze doświadczenia filozoficzne po tamtej stronie oceanu. Gdy o filozofię 
chodzi, USA są jakby moim naturalnym środowiskiem, gdzie czułem się zawsze 
najlepiej. Jest także moim zdaniem faktem, że żaden znany mi kraj nie posiada tylu 
dobrych filozofów, jak USA. Dodam, że USA są jedynym krajem, gdzie nazwisko, 
jakie ktoś nosi, nie ma żadnego znaczenia, gdzie wygnaniec z Polski na przykład 
może się czuć jak u siebie, no i że to jest wspaniały kraj zaludniony przez 
wspaniałych ludzi, twórców wielkiej cywilizacji. 
220 
Ameryka 
Notre Damę 
Mój pierwszy kontakt z USA nastąpił na skutek zaproszenia jako visitingprofessor na 
rok do University of Notre Damę wstanie Indiana, około stu mil na wschód od 
Chicago. Kiedy się mówi w Europie o Notre Damę, każdy myśli o katedrze 
paryskiej, ale w Ameryce ta nazwa oznacza uczelnię słynną ze swego zespołu 
piłkarskiego. Jest to obecnie niezły uniwersytet katolicki prowadzony przez ojców 
św. Krzyża, małą i mało znaną kongregację. Notre Damę wybija się wśród wyższych 
szkół katolickich jako jedna z najlepszych obok jezuickiego St. Louis. Na ogół 
uczelnie katolickie, w szczególności owe „Loyolas" istniejące w każdym niemal 
większym mieście, nie świecą znakomitością, wiele jest najwyżej na poziomie 
średniego gimnazjum. Ale Notre Damę ma pewną klasę. 
Aby pojąć jego znaczenie, trzeba wiedzieć, że społeczną wagę prezydenta 
uniwersytetu w Stanach poznaje się po liczbie wielkich komisji federalnych, do 
których należy. Jest takich komisji cztery. Większość prezydentów nie należy do 
żadnej, niektórzy do jednej albo do dwóch, ale o. Hesburgh, prezydent Notre Damę, 
należał do wszystkich czterech. Zyskałem sobie jego zaufanie i przyjaźń tak dalece, 
że brał stale najlepszych moich uczniów po doktoracie do siebie. 
Swój poziom zawdzięcza Notre Damę przede wszystkim jemu. W okresie kiedy tam 
wykładałem, uczelnia miała już między innymi bardzo dobry wydział matematyczny, 
a na przykład wśród fizyków doskonałego naukowca, Polaka, z którym się szybko 

background image

zaprzyjaźniłem, Jurka Kuczyńskiego. Natomiast filozofia była, powiedzmy, podława, 
i moje zaproszenie miało na celu zaradzenie temu. 
Aby dać pojęcie o tym, czym Notre Damę był przed Hesburgiem, oto dwie anegdoty. 
Jedna dotyczy jego poprzednika, pobożnego kapłana, który co wieczór odwiedzał 
bibliotekę uniwersytecką zbrojny w wielkie nożyce, którymi wycinał z książek 
zdania obrażające jego poczucie moralności. Arystoteles uległ w ten sposób 
gruntownemu oczyszczeniu jako pisarz pornograficzny, a z nim wielu innych. To 
można by jeszcze zrozumieć, przypominając sobie, że katolicy, bied- 
221 
Ameryka 
na i prześladowana mniejszość, tworzyli i utrzymywali swoje szkoły nie dla jakichś 
celów naukowych, ale aby uchronić swoją młodzież od wpływów antykatolickiej 
ideologii głoszonej w wielu szkołach rzekomo neutralnych pod nazwą nauki. 
Natomiast następujący, osobiście przeżyty fakt zasługuje na nazwę skandalicznego. 
Po seminarium, na którym omawiałem Lukasie-wiczową interpretację Arystotelesa, 
siadam do kawy z księdzem, wychowankiem szkoły w Laval, który w Notre Damę 
wykładał akurat Arystotelesa. Mówię mu o tej interpretacji, na co on powiada, że się 
nie zgadza. Wyciągam więc Pierwsze Analityki spod pachy i chcę mu pokazać 
teksty, ale poczciwina - wykładający Arystotelesa! przeprasza; greki nie zna i dodaje 
skromnie, że ci, którzy ją znają nie mogą Stagiryty należycie zrozumieć. I taki to 
wymoczek, ignorant, złośliwy przedstawiciel najgorszego ciemnogrodu, wykładał 
Arystotelesa! 
Można sobie wyobrazić, jak byłem oburzony. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że 
Stany, w przeciwieństwie do większości krajów europejskich odznaczają się wielką 
nierównością poziomu, posiadają obok najlepszych ośrodków naukowych także cow 
colleges - dosłownie krowie szkoły - pełne obskurantów. Jedna z moich uczennic, nie 
będąca w stanie rozwiązać równania drugiego stopnia, wykładała z wielkim 
powodzeniem matematykę w jednym z takich colleges i to w kraju, gdzie działają 
Princeton i MIT z ich przodującymi instytutami matematycznymi. 
Jedną z głównych racji zacofania filozofii był wpływ ośrodka filozoficznego Laval w 
Kanadzie. Postanowiłem więc robić co się da, aby złamać rządy lavalistów. Na 
szczęście zastałem w Notre Damę, co prawda nie na wydziale filozoficznym, starego 
towarzysza broni i zdolnego logika. Ojciec Ivo Thomas O.P. Anglik, oksfordczyk, 
nawrócony protestant, reprezentował najlepsze strony angielskiej inteligencji. 
Notredamski lavalizm napełniał go, naturalnie, grozą, tak jak i mnie. Jurek 
Kuczyński wymyślił dla nas slogan bojowy beat La-val! Pochodzenie tego hasła jest 
dość zabawne i zasługuje na zreferowanie. Prezydent Indiana University w 
Bloomington otrzymał kie- 
222 
Ameryka 
dyś list od rektora uniwersytetu belgradzkiego w jakiejś sprawie technicznej, ale 
kończący się złowrogim „ smrt' faszizmu ". Poczciwy prezydent chciał się 
odwdzięczyć czymś podobnym i zakończył swoją odpowiedź hasłem ,. beat Perdue ". 

background image

Trzeba bowiem wiedzieć, że stan Indiana ma dwa uniwersytety: bardziej 
humanistyczny w Blo-omington i bardziej techniczny w Perdue, i że oba posiadają 
sławne zespoły piłkarskie walczące ze sobą od lat. Stąd i nasze hasło. 
Po naradzie postanowiliśmy za wszelką cenę sprowadzić do Notre Damę 
Sobocińskiego, który sam był ofiarą lavalistów - wyrzucono go z St. Thomas College 
za to, że wykładał św. Tomasza, a nie de Koningha. Opisałem gdzie indziej tarapaty, 
jakie mieliśmy z jego wymową i naiwnością. Udało nam się przynajmniej uzyskać 
mianowanie go jako podinstruktora, ale raz na miejscu Sobo pokazał, co u-mie. Jego 
wykłady, a raczej wypisy, bo wszystko pisał na tablicy, miały wielkie powodzenie. 
Założył Notre Damę Journal of Formal Logic, jedyne czasopismo logiczne w 
Stanach obok słynnego Journal of Symbolic Logic. Coś w rodzaju Koła 
Krakowskiego mogło być zrekonstruowane w Notre Damę. Nazywali nas: „Sobo, 
Ivo and Bobo". 
Pierwsze nasze przedsięwzięcie spotkało się z zawodem. Haskel Curry, znakomity 
logik, twórca logiki kombinatoryjnej, był kandydatem na katedrę na wydziale 
matematycznym, który, jak wspomniałem, cieszył się dobrą sławą. Dzięki naszym 
zachodom sprawa była już tak daleko posunięta, że przyjechał na rozmowy, w 
których wziąłem udział razem z Sobocińskim. 
Wydawało się zrazu, że wszystko idzie dobrze. Pensja - owszem, ubezpieczenie - w 
porządku, asystenci - O.K., ale w pewnym momencie Curry zażądał przerwy, i kiedy 
wrócił, po godzinnej nieobecności, odmówił kategorycznie objęcia katedry. 
Dlaczego? Bo, jak się dowiedział w bibliotece, Indiana jest stanem amerykańskim 
najuboższym ze wszystkich w... ptaki. Był, w rzeczy samej, zapalonym ornitologiem 
i na przykład na kongresie w Amsterdamie spędził prawie cały czas na jakiejś wyspie 
podglądając ptaszki. Te miłe stworzenia 
223 
Ameryka 
pozbawiły więc Notre Damę jednego z największych logików ówczesnego świata. 
Mieliśmy natomiast sukces, jeśli chodzi o dysputację zorganizowaną przez nas w 
Notre Damę na uroczystość św. Tomasza, 7 marca 1956. Jej przedmiotem były tak 
zwane uniwersalia, czyli po polsku powszechniki, a więc zagadnienie, czy istnieją 
tylko przedmioty jednostkowe, jak ta krowa i Napoleon, czy też obok nich także 
przedmioty ogólne, np. krowa albo generał w ogóle. To zagadnienie należy do 
najważniejszych w filozofii. Postawione przez Platona, było żywe dyskutowane w 
średniowieczu i zostało na nowo podjęte przez logików matematycznych. Zajęli 
wobec niego stanowisko m.in. czołowi logicy jak Łukasiewicz i Leśniewski u nas, 
Quine i Church w Stanach. Quine nie mógł przybyć, ale pozyskaliśmy platonika 
Churcha i najwybitniejszego nominalistę - Goodmana. Przewidziane były trzy 
odczyty: Churcha, Goodmana i mój. 
Sukces przewyższył nasze oczekiwanie. Około stu logików i matematyków, w tym 
wielu wybitnych, wzięło udział w dyspucie, która trwała dwa dni i niemal całą noc. 
Ja przynajmniej nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Oto przykład ilustrujący 
poziom i zaciekłość dyskusji. Według Goodmana, aby uniknąć przyjęcia powszech-

background image

ników, wypada uważać wszystkie formuły, w których orzeczniki są kwantyfikowane, 
a więc formuły drugiego stopnia, za pozbawione sensu. O ich prawdzie, oczywiście 
w sensie deduktywności, można mówić tylko w obrębie sformalizowanego systemu. 
Otóż matematyk Tagliaferro wysunął przeciw temu stwierdzenie, że nierozstrzygalne 
zdanie Godła jest prawdziwe chociaż nierozstrzygalne, a więc z konieczności stojące 
poza systemem, a aby być prawdziwe, musi mieć sens. Widzę jeszcze Goodmana, 
jak patrzy skupiony na przeciwnika, milczy chwilę, po czym mówi: „Nie mam 
odpowiedzi. Ale jeśli pan myśli, że ja zmienię moją filozofię, to się pan myli. Bo ja 
tak widzę rzeczywistość". A na to zawsze spokojny Church: „Panie Goodman, you 
arę aflne specinem of intuitionist" - „ładny okaz intuicjonisty", co w tym kontekście 
musiało dla nominalisty Goodmana brzmieć jak obelga. W ogóle dysputa była klęską 
dla nominalistów, a nawet dla 
224 
Ameryka 
ludzi takich jak ja. Nie wiedzieliśmy po prostu, gdzie się schować przed czeredą 
zwolenników Churcha - Churchmen - to jest platoników, twierdzących, że 
powszechniki istnieją także poza naszymi głowami. 
Muszę tutaj powiedzieć coś o moich własnych poglądach na tę sprawę. Mnie się 
wydaje, że nikt nie może przeczyć, że my klasyfikujemy rzeczy, to jest dzielimy je 
na różne rodzaje. Jedne nazywamy np. szklankami, a inne chustkami. Wydaje mi się 
dalej, że nikt przytomny nie będzie przeczył, iż niektóre takie klasyfikacje mają 
podstawę w samych poklasyfikowanych rzeczach. Na przykład przedmioty, które 
nazywamy szklankami, mają wszystkie tę właściwość, że woda wlana do nich nie 
przecieka, ale stoi, słowem posiadają cechę nieprzemakalności, natomiast woda 
nalana w chustkę przecieka. To nie my wymyślamy te właściwości, one tkwią realnie 
w rzeczach. Jest w tych rzeczach coś realnego, co sprawia, że możemy je 
klasyfikować tak, jak to czynimy. 
Tutaj dopiero powstaje problem, czym jest to coś. Istnieją w zasadzie tylko dwie 
możliwe odpowiedzi. Albo się powie, że podstawą naszych klasyfikacji jest 
podobieństwo rzeczy między sobą - jedna szklanka jest bardziej podobna do drugiej 
szklanki niż do jakiejkolwiek chustki - albo też powie się, że one mają coś 
wspólnego, jakąś cechę jednakową w nich wszystkich, w naszym przypadku między 
innymi nieprzemakalność. W tym wypadku ta sama nieprzemakal-ność tkwi w wielu 
szklankach, i mamy powszechnik w rzeczach. Pierwsza odpowiedź nosi nazwę 
nominalizmu, druga jest często, choć nie całkiem trafnie, nazywana platonizmem. 
Nominaliści twierdzą, że w rzeczach nie ma żadnych powszechników, istnieją tylko 
ogólne słowa, platonicy sądzą natomiast, że powszechniki istnieją w rzeczywistości. 
Otóż ja, idąc za Arystotelesem, odrzucam oba stanowiska. Przeczę, by powszechniki 
istniały w rzeczach, ale sądzę, że w tych rzeczach jest coś realnego, co stanowi 
podstawę do tworzenia przez nas pojęć ogólnych. Tym czymś jest według mojego 
mniemania owa tożsamość, np. nieprzemakalność w wielu szklankach. Z tym 
poglądem miałem dwie trudności. Nie było i nie jest łatwe określić rodzaj 
225 

background image

Ameryka 
tożsamości stanowiącej podstawę powszechnika. Przede wszystkim jednak nie 
mogłem w Notre Damę sformułować moich poglądów w języku naukowym, bo 
mieliśmy wtedy tylko dwuczłonowe semantyki, w których była mowa o nazwach i 
rzeczach, ale nie było miejsca na pojęcia. W ramach tych semantyk (Tarskiego i 
Carnapa) musiało się wybierać między Goodmanem a Churchem - dla mnie miejsca 
nie było. Dziś położenie jest odmienne, ten sam Church zbudował trzymiejscową 
semantykę, w ramach której można naukowo rozprawiać o pojęciach, to jest 
poprawnie sformułować mój pogląd. 
Wreszcie następująca uwaga, między naszą notredamską dyskusją a dawnymi 
sporami scholastyków zachodzi jedna różnica: myśmy rozporządzali, w 
przeciwieństwie do nich, sprawdzianem matematycznym. Centralnym zagadnieniem 
dla nas było, czy można w ramach danych teorii powszechników zbudować wyższą 
matematykę. Kemeny powiedział kiedyś złośliwie o Goodmanie, że należy mu 
gratulować: uwolnił nas od jednego z najpiękniejszych owoców pracy ducha 
ludzkiego - od wyższej matematyki, bo według wszystkiego, co wiemy, tej 
matematyki na gruncie nominalizmu zbudować nie można. Podobnie jak w sprawie 
tak zwanej jednoznaczności bytu, tak i tu logika matematyczna dała nam nowe 
narzędzie pozwalające odeprzeć błędne poglądy ze znacznie większą pewnością, niż 
to było dawniej możliwe. 
Notredamską dysputacja była dla mnie osobiście nie tylko wielkim przeżyciem, ale i 
potwierdzeniem mojej idei o charakterze współczesnej filozofii jako powrocie na 
wyższym poziomie do dobrej, średniowiecznej tradycji. Nie można tedy się dziwić, 
że pogłębiła we mnie pogardę dla powtarzaczy tej tradycji nie chcących widzieć, że 
ona wokół nich żyje w nowej postaci i święci triumfy. 
UCLA 
Po raz drugi byłem profesorem zaproszonym w USA na Universi-ty of California at 
Los Angeles, zwanym w skrócie UCLA, w roku akademickim 1958/59. Wyjaśniam, 
że stan Kalifornia posiada teore- 
15 — Bocheński: Wspomnienia 
226 
Ameryka 
227 
Ameryka 
tycznie tylko jeden uniwersytet, ale składa się on z wielu oddziałów, campuses, w 
różnych miejscowościach, z których najważniejsze, w Berkeley koło San Francisco i 
w Los Angeles, są faktycznie samodzielnymi uniwersytetami. 
Okoliczności mojego zaproszenia nie były banalne. Bertrand Russell, o którym 
powiedziałem w telewizji szwajcarskiej po jego śmierci, że moje pokolenie wyrosło 
w jego cieniu, był także niepoprawnym poprawiaczem świata. Został ongiś 
zaproszony na wykłady do Nowego Jorku, ale miejscowy sędzia zabronił mu 
wykładania, bo Russell bronił rozwodów. Oburzona tym wolteriańska rodzina Flint 
ufundowała dla niego katedrę na UCLA. O ile wiem, Russell jej nigdy nie zajął, ale 

background image

powierzano ją zagranicznym filozofom, wśród których i ja się znalazłem - wypadek, 
trzeba przyznać, raczej komiczny, jako że jestem dominikaninem. Honorarium było 
tak zacne, że pokryło niemal w całości budowę windy w Albertinum. 
Zaproszenie zawdzięczam znakomitemu uczonemu, Ernestowi Moody'emu, 
czołowemu historykowi filozofii średniowiecznej. Ten Moody był postacią prawie 
legendarną, bo był nie tylko uczonym, ale równocześnie jednym z największych 
hodowców bydła rogatego w stanie Teksas, a więc i w całych Stanach 
Zjednoczonych. Mówiono mi, że miał co najmniej sto tysięcy krów i byków. Byłem 
z nim od dawna w korespondencji; jego listy przychodziły raz z jednego z 
najświetniejszych uniwersytetów Ameryki, a innym razem z jakiejś zapadłej farmy 
teksańskiej. Dokonał pionierskich odkryć w logice scholastyków - pracowaliśmy 
więc w tej samej dziedzinie. 
Pobyt w UCLA był szczytem mojej kariery akademickiej, a po/a tym dzięki 
kolegowaniu z Moodym, Carnapem i innymi twórczymi uczonymi niezwykle dla 
mnie płodny. Mam z niego najmilsze wspomnienia, choć rzecz nie przyszła bez 
trudności ze strony kościelnej. Było to tak. Zgodnie z prawem kanonicznym i 
naszymi europejskimi zwyczajami uzyskałem przed przyjazdem zgodę mojego 
miejscowego przełożonego, to jest prowincjała kalifornijskiej prowincji oo. 
dominikanów (mój zakon miał wtedy trzy prowincje w Stanach Zjednoczonych, 
obecnie posiada ich cztery). W UCLA nie pozwolono prze- 
de mną żadnemu księdzu katolickiemu wykładać filozofii, myślałem więc, że 
miejscowe duchowieństwo będzie się cieszyło z mojego przybycia, tym bardziej że 
miałem między innymi wykładać logikę scholastyczną, dotąd zwykle pogardzaną na 
uniwersytetach. Pomyliłem się grubo. W dwa dni po przybyciu do Los Angeles 
zostałem wezwany do miejscowego biskupa, kardynała Mclntyre'a. Poszedłem z 
moim przeorem. Dostojnik, Irlandczyk, przyjął mnie możliwie najgorzej, 
oświadczył, najzupełniej bezpodstawnie, że powinienem był uzyskać jego 
pozwolenie przed przyjazdem. Według prawa kanonicznego wykładowca teologii 
potrzebuje tzw. misji kanonicznej, to jest pozwolenia ordynariusza, ale taka misja nie 
jest wymagana do wykładania innych przedmiotów, niezależnie od tego, czy 
wykładowca jest duchownym, czy nie. Na próżno mówiłem kardynałowi, że 
zwróciłem się do prowincjała. „Nie znam żadnego prowincjała, było ojca 
obowiązkiem mnie prosić o pozwolenie. Teraz jest już za późno, ja tego pozwolenia 
nie daję". Trzeba wiedzieć, że Mclntyre był Irlandczykiem, a ci należą do 
najmilszych ludzi, jak długo są kolegami, ale mianowani na jakiekolwiek 
kierownicze stanowisko stają się nieznośnymi tyranami. Wysłuchawszy więc tyrady 
wstałem i powiedziałem mu, że skoro tak, to pakuję manatki i odlatuję, a on, 
kardynał, poniesie odpowiedzialność za wypędzenie z UCLA pierwszego księdza 
katolickiego mianowanego profesorem na wydziale filozoficznym. Na to zmienił ton 
i zaczął mnie wypytywać o egzystencjalizm, robiąc notatki. Co mu nie przeszkodziło 
wydać nazajutrz dekret zabraniający (znowu bezprawnie) wszystkim siostrom 
zakonnym chodzić na moje wykłady. 

background image

Mam podejrzenie, że powodem dziwacznego zachowania się Mc Intyre'a była poza 
bardzo ludzką chęcią pokazania, jaką ma władzę, jego troska o „katolicki" 
uniwersytet Loyola prowadzony w Los Angeles przez oo. jezuitów. Ale ten Loyola 
był zaludniony przez ignorantów. Wybraliśmy się kiedyś z Moodym na dyskusję z 
jego wykładowcami o logice scholastycznej i mogliśmy stwierdzić, że nikt na tym 
„uniwersytecie" nie miał o niej najmniejszego pojęcia. Recy- 
228 
Ameryka 
T 1 
229 
towali z podręcznika twierdzenia (kartezjańskiej) logiki Port Royal podając je za 
„tomistyczne". 
Los Angeles, pełna nazwa brzmi „Nuestra Segnora de los Angeles", jest, a 
przynajmniej było w moich czasach, obrzydliwym miastem, rodzajem raka na 
przepięknej Kalifornii. Wciśnięte między góry ma możliwie najgorsze powietrze - 
wiatr nie dochodzi, aby wypędzić smog. W czasie mojego jednorocznego pobytu 
musiałem dwa razy przerwać jazdę samochodem, tak dalece smog żarł mi oczy. Jest 
przy tym miastem-olbrzymem, miało wtedy, jeśli się nie mylę, 50 mil (80 
kilometrów) średnicy, a składa się przeważnie z małych domków. Jednym z 
najobrzydliwszych zakątków w tym mieście jest Holywood, siedziba wielu studiów 
telewizyjnych, o którym marzą, nie znając go, wszystkie kobiety świata. Naturalnie 
są też w Los Angeles dzielnice jeśli nie piękne, to przynajmniej przyzwoite, jak 
Beverly Hills, gdzie mieszkają wielcy artyści i artystki filmowe. Wskutek 
olbrzymich rozmiarów miasta, położonego przecież nad oceanem, większość jego 
mieszkańców widzi morze bardzo rzadko - ja sam widziałem je w ciągu roku tylko 
dwa razy. 
Nie chciałbym, aby ten pesymistyczny opis Los Angeles rzucił cień na Kalifornię, 
która jest krajem przepięknym. Uderza w niej także poczucie piękna mieszkańców, 
jakże różne od tępoty artystycznej Middle West, gdzie ludzie budowali 
(przynajmniej za moich czasów) domy i miasta tak, jak gdyby chcieli mieć twory 
możliwie naj-szpetniejsze. Tutaj nie tylko przyroda, ale i budynki, ogrody i 
wszystko, co człowiek tworzy, jest piękne. Myślę, że jest to spuścizna po 
hiszpańskiej przeszłości. O tej przeszłości świadczą imiona świętych będące 
nazwami miast: San Francisco, San Diego, Santa Monica i tym podobne. 
Jak dalece Kalifornijczycy przywiązani są do tych nazw i do tej tradycji, niech 
świadczy następujący incydent, który spowodowałem niechcący w Berkeley. 
Zaproszony na jakiś odczyt śniadałem z dziekanem wydziału i kilkunastoma 
kolegami, kiedy zdarzyło mi się nazwać sąsiednie miasto nowojorskim skrótem 
„Frisco". Ledwo go wymówiłem, dziekan przerwał mi, aby mnie pouczyć z powagą i 
wi- 
Ameryka 
docznym niezadowoleniem, że popełniłem gafę. „Panie profesorze, powiedział, my 
mamy zwyczaj nazywać nasze miasto San Francisco". 

background image

W Los Angeles mieszkałem naturalnie u naszych ojców, niestety w Holywood, gdzie 
mieli klasztor i High School. Europejczykowi niełatwo jest wytłumaczyć, czym jest 
taka szkoła. Ma być odpowiednikiem naszego gimnazjum, ale jej poziom jest z 
reguły bez porównania niższy, a zwłaszcza pielęgnuje się w niej zwykle 
niezrozumiałe dla nas nieróbstwo. Tak na przykład w owej High School naszych 
ojców, kiedykolwiek była jakaś ciekawsza gra piłkarska albo baseball, przerywano 
naukę, wnoszono na salę odbiorniki telewizyjne i chłopcy spędzali godziny na 
kształceniu się w biciu piłki (amerykański football gra się wbrew nazwie rękoma). 
Jeden z moich kolegów w Lawrence, profesor angielskiego, mówił mi ze skutkiem, 
że ma uczyć pisania, ale faktycznie uczy czytania, bo absolwenci owej High School 
nawet czytać porządnie nie umieją. Oceniam, że wyniki tej polityki szkolnej były w 
owych czasach katastrofalne - około czterech lat opóźnienia u młodych w 
porównaniu do Europy. Tę katastrofę przypisują Amerykanie wpływowi Jana 
Deweya, filozofa, którego Chińczycy mianowali wprawdzie drugim Konfucjuszem, 
ale który uczył, wbrew chińskiemu mędrcowi, że nie wolno dzieciom niczego, broń 
Boże, narzucać. 
Owa dominikańska High School miała jeszcze inną ciemną stronę. Kilkunastu ojców 
było w niej całodziennie zatrudnionych i nie mogło wykonywać żadnej innej pracy 
ani w duszpasterstwie, ani w nauce. Miał być między nimi najlepszy kaznodzieja 
prowincji. Ta szkoła uniemożliwiała więc dominikanom kalifornijskim spełnienie ich 
właściwego zadania. Zapytani, dlaczego ją przyjęli, odpowiedzieli, że był to 
warunek, pod którym kardynał zgodził się łaskawie tolerować ich w mieście. Słyszę, 
że mogli z czasem uwolnić się od tego idiotycznego haraczu. Ale los tych biednych 
ojców z Los Angeles pozostał w mojej pamięci jako przykład marnowania sił i 
zdolności, którego ofiarami są niestety często najlepsze powołania zakonne. 
230 
Ameryka 
Ja sam, na szczęście, do tych ofiar na razie przynajmniej nie należałem. Mogłem 
pracować naukowo i to w możliwie najlepszym otoczeniu, w świetnym 
departamencie filozofii UCLA. Muszę ze wstydem przyznać, że wielu spośród moich 
ówczesnych kolegów już w ogóle nie pamiętam. Pamiętam dyskusję z doskonałym 
logikiem Montague, zamordowanym później po bestialsku z całą rodziną przez 
gangsterów, który chodził na moje wykłady. Po moim wyjeździe byłem niechcący 
powodem tragikomicznego incydentu, którego ofiarą padł ten godny logik. W moich 
wykładach miałem zwyczaj protestować przeciw poniewieraniu czcigodnym 
imieniem Sokratesa, które logicy od Arystotelesa do Quine'a wloką po wszystkich 
czarnych tablicach świata, i zamiast o nim mówiłem o Izydorze: „Izydor jest 
śmiertelny" itd. Montague wziął sobie tę naukę do serca, tylko zamiast Izydora 
cytował swojego mistrza Alfreda Jarskiego, a więc pisał „Alfred". Miał też w swojej 
książce jako przykład „Alfred di-vorces Mary" - ,Alfred rozwodzi się z Marią" (Pani 
Tarskiej było Maria na imię). Książka była już złożona, kiedy Tarski naprawdę 
rozwiódł się ze swoją małżonką. Można sobie wyobrazić panikę, jaką to wywołało w 
UCLA i jak kosztowne telegramy ekspresowe szły do drukarni, aby zamiast 

background image

nieszczęsnego Alfreda wstawić Izydora, a Marię zastąpić Eulalią, której imienia też 
zażywałem. 
Jedną z najważniejszych czynności akademickich były przyjęcia, które w każdym 
semestrze każdy profesor i każdy doktorant (gra-duate) zwyczajowo organizował u 
siebie. To dawało około pięćdziesięciu takich parties w ciągu semestru. Gospodarz 
dawał piwo, chleb i owoce, goście siedzieli gdzie mogli, często na ziemi, a dyskusja 
toczyła się nieraz zawzięcie do późnej nocy. Mam z tych zebrań bardzo żywe 
wspomnienia. 
Wydział filozoficzny UCLA był dziwnie średniowieczny. Chcę powiedzieć, że o 
historię mało kto w nim dbał, a za to wszystko, albo prawie wszystko, pływało w 
prawdziwym oceanie logiki formalnej. Jeśli chodzi o historię, mieliśmy co prawda 
Moody'ego dla średniowiecza, ale wykłady historii filozofii nowożytnej powierzano 
tym, którzy chcieli łaskawie się ich podjąć, zwykle najmłodszym, 
231 
Ameryka 
nie mającym wyboru. Uważałem to za skandal i zacząłem buntować młodszych 
kolegów. W końcu jeden z nich zaproponował na radzie wydziału, abyśmy sobie 
sprawili historyka tej filozofii z prawdziwego zdarzenia. Słyszę jeszcze reakcję 
Carnapa na tę bezczelność: „and what my dear colleagues about teaching the truth? " 
- „a co byście powiedzieli, kochani koledzy, o uczeniu prawdy?" Właściwie 
powinienem był napisać „Prawdy" przez wielkie „P", bo to zdanie zostało 
wygłoszone z ogromnym namaszczeniem. Do mianowania historyka naturalnie nie 
doszło. UCLA był w filozofii żywym dowodem prawdziwości mojej tezy o nawrocie 
ku średniowieczu. Nic też dziwnego, że się w nim czułem jak ryba w wodzie. 
Najwięcej dyskusji filozoficznych miałem w tym roku z Carna-pem. Poznałem go 
już i nawet odwiedziłem w mieszkaniu na kongresie praskim. W Los Angeles byłem 
prawie co tydzień gościem w jego domu. Był powszechnie uważany za 
najwybitniejszego myśliciela na naszym wydziale. To jest także mój pogląd, mimo 
różnicy zdań między nami. Quine, nie pozbawiony złośliwości, powiedział o nim 
kiedyś „ thatgothic metaphisycian " - „ten gotycki metafizyk", jako, że Carnap nie 
cierpiał metafizyki, a używał chętnie gotyckich liter w swoich bardzo trudnych 
publikacjach. 
Wskutek ich trudności, kiedy je czytałem, zawsze myślałem o kryształowej jasności 
Łukasiewicza - nikt albo mało kto odważał się go krytykować. Ale Carnap 
krytykował sam siebie i przebiegł ogromną „drogę duchową" od skrajnego 
nominalizmu do dość posuniętego platonizmu. Aby dać pojęcie, jak skrajnym 
nominalistą był w młodości, wystarczy przypomnieć, że dla niego powszechnik to 
była po prostu zmienna. Ale w ostatniej rozmowie, jaką miałem z nim w cztery oczy, 
w Meksyku w roku 1963, utrzymywał bez ogródek, że klasy istnieją w 
rzeczywistości, czego bym ja w żadnym wypadku nie uznał. 
Nasze dyskusje dotyczyły przeważnie metodologii nauk. Carnap uchodził za głowę 
indukcjonistów, to jest filozofów, według których w nauce używamy, i słusznie, 

background image

indukcji, bo ona może dać prawdopodobne wyniki. Ja sam wyznawałem wtedy 
popperyzm, to jest poglą- 
232 
Ameryka 
dy Karola Poppera, który twierdził, że indukcja nie może dać nawet 
prawdopodobnych wyników. Weryfikacja jest logicznie niesprawna. Nauka 
postępuje więc nie przez indukcyjną weryfikację, ale przez falsyfikacie. Ta ostatnia 
opiera się na sprzęgu logicznym modus tol-lendo tollens i jest sprawna. Nauka to to, 
co pozostaje po falsyfikacji hipotez. Ani ja, ani bodaj sam Carnap nie zdawaliśmy 
sobie wtedy sprawy, że to, co on robił, było zastosowaniem teorii decyzji do naszego 
zagadnienia, że w tym świetle Carnap był prekursorem Laka-tosa i pewnie miał 
rację. 
Lawrence 
Następne zaproszenie dostałem z małego, ale dobrego uniwersytetu w Lawrence, w 
stanie Kansas, w którym spędziłem semestr zimowy 1960/61. Pod względem 
naukowym skorzystałem w nim niemało z kolegowania z profesorem Richardem De 
George, jednym z najbardziej europejskich filozofów amerykańskich, odznaczającym 
się obok wielkiej twórczości wysokim poziomem kultury. Jego filozofowanie było 
zawsze nie tylko poważne, ale i wykwintne. De George był nawiasem mówiąc 
katolikiem, ale jakże różnym od katolików, których dotąd przeważnie spotykałem w 
Stanach. Miał niebawem zostać członkiem mojego instytutu we Fryburgu. 
Główne doświadczenia z Lawrence były jednak natury raczej geograficznej i 
historycznej niż logicznej. Mój pobyt w tym miasteczku był najpierw moim 
pierwszym spotkaniem z great planes, wielkimi równinami i ze słynnym bibie belt - 
pasem biblijnym. Aby zac/ąć od pierwszych, trzeba spędzić choć jedną zimę w 
Lawrence, jeśli się chce naprawdę zrozumieć Amerykanów. Mam na myśli przede 
wszystkim gigantyzm ich cywilizacji. U nich wszystko zdaje się być gigantyczne. 
Wieżowce są prawdziwymi drapaczami nieba (sky scrapers), ciężarówki są 
potwornie wielkie, budynki banków pr/e-rażają swoją masywnością; gdy idzie 
pociąg towarowy, ziemia się trzęsie. Myślę, że ten gigantyzm cywilizacji 
amerykańskiej jest 
233 
Ameryka 
odblaskiem gigantyzmu przyrody, z którą ci ludzie mieli i mają jeszcze do dziś do 
czynienia. 
Jeden przykład: śnieg. Budzę się rano i dziwię się, że okno jakoś d/iwnie zaśnieżone. 
Myślę, że musiało zawiać. Gdzie tam! Śnieg leży na półtora metra wysoko. Próbuję 
drzwi otworzyć - mowy nie ma. Trzeba wyjść, dość akrobatycznie, przez okno i 
potem godzinami, bez przesady godzinami, uwalniać drzwi i kopać przejścia, niemal 
jary, wzdłuż ścieżek. A to wszystko jest dziełem jednej nocy, bo wczoraj nie było ani 
śladu śniegu. 
Teraz bibie belt. To przejawia się przede wszystkim w bardzo surowych przepisach 
dotyczących napojów alkoholowych. Na granicy między Kansas a Missouri 

background image

funkcjonuje cło nie pozwalające na wwóz łych bezbożnych trunków. W sobotę i 
niedzielę nikt ci nie sprzeda nawet kieliszka wódki. No i naturalnie ludzie ci nie lubią 
papistów takich jak ja czy De George. Mimo to jest w Lawrence parafia katolicka, 
ale bardzo biedna, aczkolwiek proboszcz jeździ Chrysler Imperiał (odpowiednik 
Cadillaca). Na moje pytanie, dlaczego aż Chrysler Imperiał, odpowiadają, że ja tego 
nie mogę zrozumieć. Co by powiedzieli katolicy z sąsiedniej parafii, gdyby 
lawrencki proboszcz jeździł szewroletką? Mowy nie ma! 
W związku z biedą tej parafii stoi najważniejsze moje przeżycie w Lawrence, a 
mianowicie kuchenne. Zwykle zatrzymując się gdzieś w Stanach prosiłem, jak 
wypada zakonnikowi, o gościnę w jakimś klasztorze czy innym domu pobożnym. 
Ale w bibie belt nie ma nic podobnego, chcąc więc nie chcąc, musiałem przyjąć 
willę, którą uniwersytet postawił do mojej dyspozycji. Willa była okazała, trzy 
pokoje sypialne, dwa duże living rooms i wspaniała, bogata w gadgets kuchnia. Tak 
bogata nawet, że do odjazdu nie zgłębiłem wszystkich jej tajemnic. Siedzę tedy w tej 
kuchni i nagle uświadamiam sobie, że będę musiał dla siebie gotować! Zrazu 
ogarnęła mnie panika, ale po namyśle wysłałem dwa jednakowo brzmiące telegramy 
do dwóch moich girl-friends w starej Europie: „Muszę dla siebie gotować, ratujcie!" 
Obie odpowiedziały wspaniale. Jedna, pani Blakeley, żona jednego z moich 
asystentów, napisała specjalnie dla mnie podręcz- 
234 
Ameryka 
"iPf 
235 
nik, druga, Magdalena Aebi, znana filozofka antykantowska (nazywano ją 
pieszczotliwie unsere Kantine), znalazła gdzieś podręcznik wydany przez 
szwajcarskiego artystę malarza po 37 latach gotowania dla samego siebie. Pokazuje 
się, że nawet malarze mogą się na coś przydać. 
W każdym razie z pomocą tych dwóch pań przeżyłem. Nie twierdzę, że to, co 
produkowałem, należało do haute cuisine, ale przeżyłem. Nie tylko przeżyłem, ale 
nawet wydałem dwa razy parties, przyjęcia dla kolegów i ich małżonek. Muszę 
przyznać, że w tej sprawie skorzystałem z ofiarnej pomocy tych ostatnich. 
Zdumiewająca rzecz, ile kobieta może z siebie dać, gdy chodzi o pomoc w sprawie 
kuchennej. 
Z tej praktyki kuchennej, z której jestem dość dumny, wyciągnąłem dwa wnioski. 
Pierwszy, ogólniejszy, że my, mężczyźni, nie zdajemy sobie sprawy z ogromu 
wysiłku umysłowego i fizycznego, jakiego wymaga gospodarowanie, zakupywanie i 
gotowanie. Nabrałem wielkiego szacunku do naszych gospodyń. Drugi wniosek, albo 
raczej odkrycie, dotyczy gospodyń amerykańskich. Istnieje rozpowszechnione 
przekonanie, że one wszystko sporządzają z puszki. To jest krzywdząca nieprawda. 
Żadna z żon moich kolegów nie była takim barbarzyńcą. To ja, dziki Europejczyk, 
kupowałem puszki, nie one. Mam jako okoliczność łagodzącą tylko fakt, że jestem 
mężczyzną. 

background image

Zdaje się, że to z Lawrence jechałem na dwa kongresy, które zostały mi w pamięci, 
bo zaszły na nich tragikomiczne incydenty. Na jednym takim kongresie, bodaj 
Katolickiego Towarzystwa Filozoficznego w Nowym Jorku, referowałem moje 
najnowsze odkrycie, że trudno sobie wyobrazić logikę bardziej niearystotelesowską 
niż logika scholastyczna. Takich sprzęgów jak scholastyczny sylogizm: „Wszyscy 
ludzie są śmiertelni, Sokrates jest człowiekiem, a więc Sokrates jest śmiertelny", na 
próżno szukalibyśmy u Stagiryty. Nazwy jednostkowe w jego sylogizmach nigdy nie 
występują, a same sylogizmy są w przytłaczającej większości wypadków zdaniami 
warunkowymi, nie dyrektywami, jak w scholastyce. Kiedy wyłożyłem moją rzecz, 
wstaje jakiś młody świecki katolik oświadcza, że „you as a thomist shoiild... ", że „ja, 
jako tomista powinienem..." Nie 
Ameryka 
wiem, co powinienem według niego, bo mu przerwałem okrzykiem: ,Lir, filozof nie 
jest nigdy -istą", „a philosopher is never cm -ist". Sala aż jęknęła z oburzenia. 
Drugi, jeszcze bardziej tragikomiczny wypadek miał miejsce na zjeździe 
Amerykańskiego Towarzystwa Metafizycznego. Jeden ze znaczniejszych jezuitów 
amerykańskich czytał referat o Heideggerze, tak podły, że mimo woli pomyślałem 
sobie, co za szczęście, że tu Tymienieckiej nie ma. Chodziło mi o moją świetną 
uczennicę Annę Teresę Tymieniecką, wybitną fenomenolożkę, lubiącą mniej 
uczonym kolegom przygadać. Ledwiem sobie to pomyślał, a tu ona jest. Prosi o głos 
i zaczyna z udaną pokorą mówić, że jest zażenowana, bo jest przecież tylko młodą 
kobietą i jakże to jej krytykować tak znakomitego jezuitę, i to oświadczywszy 
zaczyna go regularnie hepać. Ksiądz dobrodziej tej pracy widać nie czytał, a tamtą 
może czytał, ale oczywiście nie zrozumiał. I tak dalej, i tak dalej. Jezuita mówił 
kwadrans, a ona zajmuje już katedrę od dwudziestu minut i im dalej, tym gorzej, a 
najgorsze jest to, że ma diablo rację. Przewodniczący, wiedząc, że jest moją 
uczennicą i widząc mnie na sali, daje mi rozpaczliwe znaki. Schodzę do trybuny i 
staję naprzeciw dziewczęcia. Bez skutku. Puściła nieszczęśnika dopiero po 
filozoficznym obgryzieniu go do żywej kości. 
'A propos ciemnogrodu, miałem w Lawrence jeszcze inny arcyciekawy jego przejaw. 
Przychodzi do mnie kolega, profesor matematyki, i powiada, że mają refreshment 
course - „kurs odświeżający" dla profesorów z High Schools. Wśród nich jest ksiądz, 
który ani rusz nie może pojąć, co to jest indukcja matematyczna - pro-iesor 
gimnazjalny, proszę ja państwa. Może, ciągnie dalej mój kolega matematyk, ja, jako 
duchowny coś wskóram, bo on nie potrafi. Dobrze, siadam na wóz i jadę do typka. 
Dwie godziny „dialogu" i nic, tępy jak but. Telefonuję więc do matematyka, że nic 
nie da się zrobić, z tego człowieka nigdy nie będzie matematyk; drop him - skreśl go. 
Kiedy ja nie mogę, powiada. Dlaczego nie możesz? Bo on należy do better half- do 
lepszej połowy. Można sobie wyobrazić, jak musiała wyglądać gorsza. Dodaję, że 
mój 
236 
Ameryka 

background image

matematyk sprowadził był uprzednio film o tej indukcji Suppesa, logika ze 
Stanfordu, prawdziwe arcydzieło dydaktyki, bez skutku. 
Pittsburgh 
W ciągu następnych dziesięciu lat byłem bardzo zajęty w Europie. Aby tylko dwa 
moje najważniejsze urzędy wymienić, byłem w latach 1961/62 dyrektorem 
rządowego Ost-Kolleg w Kolonii, w latach 1964-66 rektorem uniwersytetu 
fryburskiego (w latach 1966-68 prorektorem), niemniej nie przestałem jeździć na 
zachodnią półkulę, tak na przykład w roku 1963 w marcu do Chicago, we wrześniu 
do Meksyku, w 1966 do Notre Damę po doktorat honorowy. 
Znacznie ważniejszym od tego wszystkiego był dla mnie czteromiesięczny pobyt w 
roku 1968 jako visiting professor na uniwersytecie pittsburskim. Już okoliczności 
zaproszenia były znaczące. Jest w Stanach taki zwyczaj, że kandydata na profesora 
zaproszonego sprowadza się najpierw na jeden albo dwa odczyty, aby się przekonać 
naocznie, co to za człowiek. Tak było i w moim wypadku. 
Korzystając z mojego pobytu w Pittsburgu moja dawna uczennica, Tymieniecka, 
wykładająca na miejscowym uniwersytecie katolickim, zaprosiła mnie do swojej 
uczelni. Okazało się, że ten uniwersytet pełny był zapalonych egzystencjalistów. To 
dało mi sposobność do ostrego sformułowania moich dwóch zarzutów przeciw 
egzystencja-listycznej teorii rzutowania się egzystencji. Ci filozofowie twierdzą 
mianowicie, po pierwsze, że egzystencja ludzka istnieje tylko, o ile się rzutuje (Ent-
wurJ) w przyszłość, a po drugie, że życie ludzkie jest jednym jedynym łańcuchem 
projektów, rzutowali. Ja sądzę, że oba te twierdzenia są fałszywe. Pierwsze, bo 
człowiek może doskonale i w pełni istnieć w chwilach, gdy nie rzuca się, nie dąży ku 
niczemu, a mianowicie gdy używa chwili. Drugie jest równie oczywiście fałszywe, 
jako że życie ludzkie bynajmniej nie jest jednym ciągiem projektów, ale wiązką 
wielu. 
Jako ilustrację pierwszej tezy przytoczyłem przeżycie odpoczynku na plaży po 
kąpieli morskiej. Rozkoszuję się wiatrem i słońcem, 
237 
Ameryka 
jest mi dobrze, żyję intensywnie, ale do niczego nie dążę. Czy można powiedzieć, że 
w takiej chwili nie istnieję? Jeden z obecnych profesorów zarzucił mi, że to, co 
przytaczam jest przeżyciem zwierzęcym. Zwierzęcym, powiadam, więc opowiem 
wam inną historię. Mówią o Riemannie, twórcy geometrii różniczkowej, że po 
stworzeniu swojego systemu zwierzył się przyjacielowi, że miał wizję jego całości i 
chwilę takiej radości, iż chyba niewielu ludzi podobnej doznało. Gdzie było wtedy 
dążenie? Kto się ośmieli powiedzieć, że przeżycie Riemanna było zwierzęce, albo że 
on w chwili tej radości nie istniał? Ta dyskusja pomogła mi sformułować jedną z 
moich zasadniczych tez w tej dziedzinie. Rozpisałem się na ten temat szeroko w 
eseju pt. O sensie życia. 
Byłem w tych dniach gościem head departamentu filozoficznego uniwersytetu 
pittsburskiego, znakomitego logika Andersona. Rano obudziły mnie dźwięki muzyki 
orkiestralnej. Wyskakuję z łóżka, i co widzę? Pani Andersen i czworo dzieci grają 

background image

pod batutą profesora. Oni każdy dzień tak zaczynali. Tu dwie uwagi. Po pierwsze, 
Amerykanie mają niesamowite wprost zainteresowanie klasyczną muzyką. Kiedyś 
stojąc w długim ogonku (chciałem kupić płytę dla przyjaciela) mogłem stwierdzić, 
jak jedna robotnica po drugiej kupowała Mozarta, Beethovena, Szopena i inną 
klasyczną muzykę. To jest jedno. A drugie to fakt, że bardzo wielu logików i 
matematyków choruje na przywiązanie do muzyki. Pamiętam na przykład, jak wielki 
logik, Paul Bernays, akompaniował przy fortepianie pani Beth, żonie innego 
znakomitego logika. Ja niestety do tych muzykofilów nie należę, może dlatego, że 
jestem takim skromnym logikiem. 
Uniwersytet pittsburski - prywatny, jak większość dobrych uniwersytetów w USA - 
sławny jest ze swojej „katedry uczoności", wysokiej wieży zawierającej większość 
jego sal wykładowych. Ta wieża w stylu pseudogotyckim jest co prawda z punktu 
widzenia praktycznego absurdem, bo w przerwach między wykładami windy nie 
mogą nastarczyć ruchowi. Za to jest imponująca i podziwiana. Jeszcze jeden 
przykład narzucenia przez architektów ich często zwariowanego widzimisię. Inny 
taki przykład mogłem podziwiać w willi 
238 
Ameryka 
mojego przyjaciela Olofa Gigona w Bernie, specjalnie dla niego zbudowanej, a w 
której nie było miejsca na książki. W willi specjalnie budowanej dla uczonego 
hellenisty! 
My, filozofowie, na szczęście nie pracowaliśmy w tej wieży, ale w oddzielnym, 
zaledwie ośmiopiętrowym budynku, w którym wydział filozoficzny zajmował całe 
ósme piętro. Każdy profesor miał swoje biuro (znaczniejsi dwa), a graduates, 
doktoranci, pracowali po trzech, czterech w jednym. Parę doskonale wyszkolonych 
sekretarek, stenografistek, które znały na przykład dobrze elementarną logikę 
matematyczną. Przy całym poszanowaniu tak ważnej dla filozofa pńvacy nie znam 
uniwersytetu, w którym współpraca i wymiana zdań byłaby tak żywa jak w 
Pittsburghu. Oto przykład. W pewnym momencie zbudowałem dowód formalny, że 
dwie przesłanki brakujące u Diodorosa, a zasugerowane przez Priora wystarczają 
rzeczywiście. Dzwonię, i za chwilę pojawia się uśmiechnięta Margaret, sekretarka. 
Dyktuję jej mój dowód, ona przepisuje, powiela i roznosi po biurach. Po godzinie 
mam u siebie dwóch kolegów i trzech studentów. Jeden siedząc na moim stole 
wielkim głosem przypomina mi, że to a to już Maier udowodnił. Drugi wykazuje 
błąd w moich odnośnikach, i tak dalej... 
Muszę też dodać, że nie tylko współpraca, ale i klasa ludzi była na tym wydziaje 
wyjątkowa. W całej mojej długiej karierze uniwersyteckiej nie spotkałem nigdy 
zespołu uczonych, który jako całość mógłby się równać z pittsburskim. Aby to 
zrozumieć, trzeba wiedzieć, że w ciągu ostatniego dziesięciolecia szkołą, z której 
wychodziła bodaj większość amerykańskich profesorów filozofii, był wydział 
filozoficzny Yale University. Otóż w Yale nastąpiło zaburzenie wywołane, jak mi 
opowiadano, przez metafizyka Paula Weissa, który, nie wiem już jak, tak dalece 
zraził sobie młodszych kolegów, że prawie wszyscy opuścili Yale. Część poszła do 

background image

University of Texas, ale większość do Pittsburgha. Stąd wysoki poziom filozofów tej 
uczelni. Niestety zapomniałem wielu spośród nich. Mogę jednak wymienić 
przynajmniej pięciu. Na pierwszym miejscu postawiłbym N. Re-schera, podobno 
Ukraińca z pochodzenia, który mi był bardzo bliski 
239 
Ameryka 
poglądami i wielostronnością swoich zainteresowań. Dla mnie był przede wszystkim 
odkrywcą logiki arabskiej. Wszyscy historycy logiki podejrzewali, że zawiera ona 
wiele cennych teorii, ale nie znając języka arabskiego, ani państwo Kneale, ani ja, nie 
odważyliśmy się o niej pisać. Było co prawda parę rozpraw doktorskich pisanych w 
Paryżu i gdzie indziej, ale pisanych pod kierunkiem ignorantów zapatrzonych w 
Prantla, tak że są bezwartościowe. Rescher był pierwszym wykształconym logikiem 
nowoczesnym, który podjął się trudu nauczenia się trudnego języka i dał nam, razem 
z nowym zarysem historii, wiele informacji o poglądach poszczególnych logików 
arabskich. Nawiasem mówiąc wynika z jego badań, że przytłaczająca większość 
wybitnych logików arabskimi zwanych, nie była pochodzenia arabskiego, choć pisali 
po arabsku. Tak zwanej arabskiej kultury w tej dziedzinie - jak być może i w innych 
- nie ma. Arabowie byli dobrymi żołnierzami, ale pasożytowali na kulturze 
podbitych narodów. 
Obok Reschera interesowali mnie szczególnie logicy, zwłaszcza Andersen i Babbit, 
współpracujący nad ciekawym, choć moim zdaniem beznadziejnym problemem 
„prawdziwej", to jest nie prowadzącej do paradoksów implikacji. Położenie w 
historii logiki jest takie, że mamy od czasu megaryków głównie dwa rodzaje 
implikacji: tak zwaną „materialną" Filona i tak zwaną „ścisłą" (strict) Diodora z Kro-
nos, wznowioną przez C.I. Lewisa. Używając pierwszej musimy uznać twierdzenie, 
że z fałszywej przesłanki wszystko wynika, na przykład, że jeśli jestem cesarzem 
chińskim, to 2 + 2 = 5, ale także że Słońce świeci. Natomiast jeśli się użyje 
diodorejskiej implikacji, otrzymuje się inny paradoks, a mianowicie, że wszystko 
wynika z niemożliwego zdania. Powiedziałem, że uważam andersonowy projekt 
badawczy za beznadziejny, bo znaczenie potocznego Jeśli" jest zanadto płynne, aby 
dało się ściśle zdefiniować. Powyższy przykład z cesarzem chińskim pokazuje, że 
niekiedy stosujemy paradoksalną zasadę: „Wszystko wynika z fałszu". 
Miałem też sporo dyskusji z młodym kolegą nazwiskiem Sale, który zajmował się 
szczególnie pojęciem czasu. Nie miałem sposób- 
240 
Ameryka 
241 
ności poznania bliżej miejscowej znakomitości profesora Sellarsa juniora, który 
uchodził wówczas za najwybitniejszego metafizyka w USA, aczkolwiek go 
spotykałem na gruncie towarzyskim. 
Inne uczelnie 
W latach 1967-1977 wykładałem jako profesor zaproszony na 7 uczelniach 
amerykańskich, a mianowicie w studium naszych ojców wRiver Forest (Chicago 

background image

1967), w Boston College (1970), wUni-versity of Alberta (Edmonton, Kanada, 
1971), w Catholic University of America w Waszyngtonie (1972), w New York 
University (1974), na uniwersytecie katolickim w Medellin (Kolumbia 1976) i w 
uniwersytecie państwowym w Buenos Aires (1977) zawsze w semestrze zimowym 
(wrzesień-grudzień). Poza tym byłem profesorem zaproszonym uniwersytetu 
salzburskiego (Austria). Żadna z wymienionych uczelni amerykańskich nie mogła się 
równać poziomem zUCLA i Pittsburghiem, niemniej spotkałem w nich pewną liczbę 
rzetelnych naukowców, od których się wiele nauczyłem. 
Poziom studentów był czasem bardzo niski. Aby dać pojęcie jak niski, oto 
autentyczna historia. Wykładam na Catholic University Kartezjusza i mówię, że 
kształcił się w jezuickim kolegium La Fle-che. Studentka, Murzynka, przerywa mi i 
pyta: „Did-you say jes-uit? " - „Czy profesor powiedział jezuita? A co to jest?" 
Trochę zdziwiony (jestem przecież w uniwersytecie katolickim) tłumaczę, że jezuici 
są zakonem założonym w r. 1534 i tak dalej. Ku mojemu jeszcze większemu 
zdziwieniu widzę, że co najmniej połowa moich słuchaczy pilnie notuje. Muszę na 
obronę honoru tego uniwersytetu powiedzieć, że miał wtedy przynajmniej jednego 
naprawdę uczonego profesora, a mianowicie mojego brata zakonnego o. Wallace'a - 
specjalistę w Galileuszu. 
W Nowym Jorku miałem za to bardzo dystyngowanych słuchaczy. Historia tych 
wykładów jest dość zabawna. Od dawna przyjaźniłem się z Sidney Hookiem, 
znanym filozofem, deweyistą i marksistą, prezesem amerykańskiej ligi 
humanistycznej, to jest ateistycznej. 
Ameryka 
Spotkaliśmy się i polubiliśmy się wzajemnie w toku wspólnych rozpraw z barbarią 
sowiecką. Otóż ten mój przyjaciel Hook zaczął opowiadać po Ameryce, że jestem 
dziwny typ. Wygląda, powiadał, na księdza katolickiego, ale nie mówi nigdy o 
religii, tylko o logice. Chciałbym, ciągnął dalej, wiedzieć, jak się odnosi logika do 
religii w jego głowie. Powtórzono mi jego słowa i raz spotkawszy go bodaj w 
Chicago, powiedziałem, żeby nie opowiadał głupstw. Jeśli chce się dowiedzieć, co 
myślę w tej sprawie, niech mnie zaprosi, a ja mu już wyłożę moje poglądy. 
Myślałem, że na tym się skończy. Tymczasem Hook znalazł pieniądze, znaczne jak 
na owe czasy, i zaproszenie przyszło. 
Na pierwszym wykładzie sala była zatłoczona duchownymi wszelkich możliwych 
wyznań i sekt, a jest ich, jak wiadomo, w Nowym Jorku niemało. Ale też na tym się 
skończyło, bodaj żaden z nich na żaden następny wykład nie przyszedł. Duchowni w 
USA (i nie tylko w USA) są już często tacy, szukają kogoś, kto by im głaskał 
uczucia, a rozumu się boją. To mi przypomina sympozjum, przez tegoż Hooka 
zorganizowane, na którym Tillich, wychwalany jako arcybiskup między teologami, 
bełkotał w przerażający sposób. Obecny na sali Blanshard, racjonalista i ateusz, 
powiedział mu to w oczy. „Kiedy jezuita (zapomniałem nazwiska, podobno kapelan 
Kennedych) mówi, myślę, że jego poglądy są fałszywe, nie zgadzam się, ale 
przynajmniej rozumiem, co on mówi. A dobrodziej co chce powiedzieć?" I miał 
rację, aczkolwiek mowa tego jezuity była drętwa, ale miała sens, a Tillich bełkotał. 

background image

Za to mieliśmy po moich wykładach rozkoszne dyskusje z Hookiem i innymi 
filozofami. Okazało się, że Hook wcale takim ateistą nie jest, jakby chciał, żeby 
myślano. Między innymi spierał się ze mną zawzięcie o typ logiczny, do którego 
Bóg należy. Mnie się wydaje oczywiste, że może należeć tylko do pierwszego typu, 
ale Hook upierał się, że jego typ jest porządku alef alef, co mi się wydaje absurdalne. 
Nasze dyskusje toczyły się czasem do późnej nocy. 
Nie wyliczam pojedynczych odczytów, które wygłosiłem w najróżniejszych wielkich 
uniwersytetach USA, ale chcę wspomnieć 
16 — Bocheński: Wspomnienia 
242 
Ameryka 
o jednym z nich, Columbia University, a to dlatego, że łączy się z tym moje chybione 
mianowanie na katedrę w John Hopkins Uni-versity. Byłem już na wyjezdnym do 
Nowego Jorku, kiedy otrzymałem list z John Hopkins. Zapraszali mnie na odczyt, 
dodając, że mają mało pieniędzy. Okazało się, że wcale o odczyt nie chodzi. Chcieli 
tylko zasięgnąć mojej rady w sprawie mianowania nowego profesora filozofii, 
dokładniej chodziło o wybór między moim przyjacielem Bethem a jednym z moich 
dawnych słuchaczy - von Wrightem, a więc dwoma wybitnymi logikami. 
Opowiedziałem im, co wiedziałem o obu, i pojechałem do domu. Tydzień później 
przychodzi list donoszący, że postanowili jednogłośnie mnie zaproponować. 
Wniosek poszedł do uniwersyteckiego appointment commitee, który go, jak 
słyszałem, jednogłośnie poparł. Wylądował wreszcie w zarządzie uniwersytetu 
(tmstees), gdzie oświadczono, że nie mogą pozwolić, aby ksiądz katolicki wykładał 
filozofię na ich uniwersytecie. Miałem za sobą naukę, ale ideologia stanęła mi na 
drodze. Taki był już mój los. Katolicy potępiali mnie często, bo próbowałem myśleć. 
Protestanci potępiali mnie za moją wiarę. Moje powołanie duchowne i zakonne było 
mi stale kulą u nogi w karierze naukowej. Można też zrozumieć głębię moich, na 
takich doświadczeniach opartych, uczuć eunuch-komicznych. 
Komunizm 
243 

KOMUNIZM 
1955- 1975 
Historia 
Moje zainteresowania komunizmem miało przyczyny zarazem polityczne, jak i 
naukowe. Polityczne, jako że podbój mojego kraju przez Moskwę dokonał się pod 
hasłem komunizmu. Naukowe, bo filozofia, podstawowy składnik jego ideologii, 
należała do zakresu mojej katedry. 
Chronologicznie pierwszą była motywacja polityczna. Po najeździe Niemców na 
Rosję rządy alianckie czyniły znaczne wysiłki, aby przedstawić tę ostatnią, a więc 
komunizm, w możliwie najlepszym świetle. Doszło do tego, że redakcje wojskowych 
dzienników amerykańskich Stars and Stripes były często obsadzone przez 

background image

komunistów. Zważywszy na brak orientacji w tej sprawie u wielu inteligentów 
zachodnioeuropejskich i amerykańskich, ta ciągła propagan- 
244 
Komunizm 
da przyczyniała się walnie do zupełnego sfałszowania obrazu komu- i| nizmu i, co za 
tym idzie, Rosji. 
W tej sytuacji postanowiłem, mimo braku przygotowania, wydać książkę o filozofii 
komunistycznej. Ogłosiłem ją pod pseudonimem „Michę" w r. 1946 po włosku i po 
polsku. Pseudonimu użyłem w świadomości jak dalece jestem nieprzygotowany. Nie 
byłem co prawda całkiem nieprzygotowany. Pamiętam, że miałem kiedyś w 
krakowskim towarzystwie filozoficznym odczyt o materializmie historycznym u 
Bucharina, o którym mówiłem z takim entuzjazmem, że naraziłem się na naganę ks. 
Konstantego Michalskiego, obecnego na zebraniu. Sądzę, że podczas gdy 
publikowanie prac naukowych pod pseudonimem jest niedopuszczalne, ta zasada nie 
stosuje się do publicystyki politycznej, do której moja książka należała. Rzecz była 
niemal wyłącznie oparta na Krótkim filosowskim slowarie Rozentala i Judina oraz na 
znanej rozprawce Stalina o dialektycznym i historycznym materializmie. Czytając 
moją książeczkę po 46 latach, widzę, że praca, przy całej swojej prostocie i 
popularności, nie jest tak zła, jak można było się obawiać. Niemal żadnego 
twierdzenia zasadniczego bym dziś w niej nie zmienił. 
W ciągu następnych dziesięciu lat niczego na ten temat nie ogłosiłem. Byłem 
zanadto zajęty przygotowaniem moich głównych wykładów uniwersyteckich. 
Objęcie katedry filozofii współczesnej we Fryburgu pociągało za sobą zajęcie się 
filozofią komunistyczną z powodów naukowych. Filozofii były wówczas w zasadzie 
trzy rodzaje: amerykańska, europejska i komunistyczna. Nie mogłem uczciwie 
zajmować katedry filozofii XX wieku bez znajomości także filozofii bolszewickiej. 
W tym czasie pogłębiłem więc moją znajomość rosyjskiego i zacząłem 
systematycznie czytać rosyjskie teksty filozoficzne. Praca była niewdzięczna. 
Komunistycznej filozofii nikt na zachodzie nie brał na serio; studiowanie jej było 
uważane za stratę czasu i rodzaj dziwactwa. 
Tymczasem okazało się nagle, że te studia nie są pozbawione znaczenia. Stało się tak 
dzięki procesowi niemieckiej partii komunistycznej w Karlsruhe, o którym będzie 
jeszcze mowa. Odpowiedział- 
Komunizm 
245 
ni politycy zaczęli się do mnie zwracać i zrozumiałem wnet, że stałem się czymś w 
rodzaju autorytetu w sprawach filozofii komunistycznej. Wobec tego, że 
prawdziwych znawców dziedziny było tak niewielu, uznałem za swój obowiązek 
poświęcić znaczną część moich sił badaniu komunizmu i informowaniu o nim. 
Wypada mi nakreślić moje zasadnicze stanowisko odnośnie do roli naukowca w 
polityce. Uczony, jako naukowiec, nie powinien polityki uprawiać. Gdyby to czynił, 
wywołałby wrażenie, że zajmuje stanowisko polityczne z kompetencją człowieka, 
który wie więcej i lepiej od innych. Otóż w sprawach polityki żaden naukowiec nie 

background image

jest kompetentny jako taki. Zabieranie głosu przez niego w tych sprawach jest więc 
nadużyciem autorytetu i wprowadzaniem w błąd czytelników. Takim są moim 
zdaniem np. owe publiczne deklaracje zbiorowe wielu naukowców w sprawach 
otoczenia, pokoju, bomby atomowej i tym podobnych. Ludzie myślą wtedy, że to 
nauka zabrała głos, ale tak oczywiście nie jest. Jaka jest więc rola naukowca w 
polityce? Moim zdaniem, rola rzeczoznawcy. Decyzje polityczne należą do 
polityków, ale te decyzje powinny być oparte na jak najlepszej informacji. Otóż 
naukowiec odgrywa rozstrzygającą rolę, gdy o nią chodzi, bo zna położenie. W 
każdym razie ja pojmowałem moją rolę u polityków w ten sposób. Komuniści 
nazywali mnie i moich kolegów „falsyfikatorami marksizmu", co świadczy o ich 
niezrozumieniu praw walki. Dowódca wojskowy, człowiek najbardziej 
zaangażowany w walce, jest zarazem najbardziej obiektywny. Gdy patrzy przez 
lornetkę na pole bitwy, stara się je widzieć takim, jakim ono jest. W żadnym 
wypadku nie będzie tego położenia falsy-fikował. Ja myślałem i działałem jak on. 
Zadaniem naukowca jest zebrać i dostarczyć jak najwięcej i jak najlepszych 
informacji o rzeczywistości. Nie ma więc żadnej sprzeczności między etyką 
naukowca i jego rolą rzeczoznawcy. 
Wracając do historii, okres, w którym zajmowałem się najbardziej intensywnie 
komunizmem, trwał cztery lata - od 1955 do 1958. W latach 1955-1956 brałem 
udział w procesie w Karlsruhe, w 1956 rozpocząłem wydawanie bibliografii 
sowieckiej filozofii i byłem współ- 
246 
Komunizm 
założycielem Ost Kolleg, w 1958 wydałem Handbuch des Weltkom-munismus, 
założyłem Instytut Europy Wschodniej we Fryburgu i wziąłem udział w procesie w 
Pretorii (Afryka Południowa). Przeglądając dzisiaj wyniki mojej ówczesnej pracy, 
nie mogę się oprzeć zdziwieniu, że potrafiłem w tak krótkim czasie aż tyle dokonać, 
zważywszy także, że równocześnie wykładałem we Fryburgu, prowadziłem badania 
w historii logiki i wiele publikowałem w tej dziedzinie, kierowałem Misją Katolicką 
(budowa domu). Częściowe wytłumaczenie znajduję w tym, że pojmowałem studium 
komunizmu i publikację wyników tego studium jako mój udział w potrzebie 
wojennej i że zagrożenie komunistyczne oceniałem jako wielkie. O mojej teorii 
walki duchowej powiem słowo poniżej. 
Karlsruhe 
Punktem zwrotnym był dla mnie w tej dziedzinie proces niemieckiej partii 
komunistycznej przed trybunałem konstytucyjnym w Karlsruhe. Jego przebieg był 
następujący. Niemiecka konstytucja przewiduje, że rząd może zakazać partii 
politycznej, tylko o ile udowodni przed trybunałem konstytucyjnym, że zasady i 
działalność tej partii są sprzeczne z przedmową do konstytucji. Opierając się na tym 
przepisie, rząd Konrada Adenauera wytoczył w Karlsruhe (gdzie miał siedzibę 
trybunał konstytucyjny) proces partii neohitlerowskiej i uzyskał potępiający wyrok, 
po czym partię zlikwidował. Zachęcony tym powodzeniem, chciał tak samo postąpić 
z niemiecką partią komunistyczną. Ale trafiła kosa na kamień. Komuniści 

background image

sprowadzili sobie z Niemiec wschodnich nieprawdopodobnie wyszczekanego 
adwokata nazwiskiem von Kaul (nazywaliśmy go pieszczotliwie „von Maul" - „od 
gęby"), człowieka, który był w stanie naprawdę godzinami cytować bez błędu 
Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina, mieszając ich naturalnie jak groch z kapustą, aby 
wykazać, że komuniści to grzeczni aniołkowie, pragnący tylko ludzkiego szczęścia. 
Wywierał ogromne wrażenie na naiwnych. A że i bez tego opinia publiczna 
247 
Komunizm 
w Niemczech była przeciwna procesowi i zakazaniu partii, rząd zaczął proces 
przegrywać. 
Wysuwano przeciw procesowi i zakazowi dwa argumenty. Jeden, zasadniczy, 
zakładał, że nie należy zwalczać duchowych prądów nie-duchowymi, 
administracyjnymi środkami. Drugi, taktyczny, twierdził, że jeśli się partię zakaże, 
ona wejdzie w podziemie i będzie jeszcze bardziej szkodliwa. Ja sam odrzucałem oba 
argumenty, jako oparte na nieporozumieniach. Co do sprawy zasadniczej, nieprawdą 
jest, by komunizm był ruchem tylko „duchowym" - jest całkiem oczywiście 
organizacją, która rozporządza znaczną siłą materialną i chętnie jej w walce używa. 
Zresztą nieprawdą jest, by nie wolno było używać siły przeciw „duchowym", ale 
zbrodniczym, ideologiom. A jeśli chodzi o argument taktyczny, to partia 
komunistyczna gdziekolwiek jest, legalnie czy nielegalnie, zawsze jest przynajmniej 
częściowo w podziemiu. Zabraniając jej, ucina się jej przynajmniej jedną głowę i nic 
się nie traci. Doświadczenie uczy zresztą skądinąd, że zakazywanie małych partii jast 
prawie zawsze celowe, podczas gdy przeciw wielkim nie może wiele wskórać. 
Poza tymi argumentami można było wyczuć u wielu Niemców rodzaj sielsko 
anielskiego marzenia o pokojowym społeczeństwie, w którym, niczym w 
Owidiuszowym raju: 
sponte sua sine legefldem rectumąue colebant, poena metusąue aberant 
Jak gdybyśmy żyli w raju. To jest oczywiście piramidalne głupstwo. Bóg pozwolił, 
że są i pewnie zawsze będą w świecie złoczyńcy, którzy stają się dla nas 
nieprzyjaciółmi. A nieprzyjaciela Pan Bóg stworzył po to, abyśmy go bili. 
Wracając do procesu, kanclerz Adenauer, który mimo wielu zajęć śledził przebieg 
procesu, spostrzegł, że idzie źle, i kazał zaangażować adwokatów cywilnych spośród 
najlepszych. Ci, przestudiowawszy akta, stwierdzili, że dyskusja nie jest prawnicza, 
ale filozoficzna, w rzeczy samej, ów wstęp do konstytucji ma czysto „filozoficzny" 
248 
Komunizm 

249 
charakter. Siedli tedy na swoje Mercedesy i przyjechali do mnie, prosząc o pomoc. 
Tak zaczęła się moja działalność w tym procesie. 
Ze strony rządowej nadzór nad procesem wykonywali dwaj podsekretarze stanu 
Hopf i von Lex. Obaj starsi, nadzwyczaj przyzwoici, dobrzy chrześcijanie, i gdyby te 
zalety wystarczały w walce z komunizmem, to nasze zwycięstwo byłoby pewne. 

background image

Niestety, brakło im nawet elementarnej wiedzy o tym, z kim mają do czynienia. 
Wzdychali często mówiąc: „Komunizm, jaka to piękna idea, ale niestety tak źle 
zastosowana przez Rosjan". Bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że trzeba zacząć od 
uczenia przywódców politycznych ABC komunizmu, czym on naprawdę jest. 
Najdziwniejsze jest przy tym, że sami komuniści zwykle dość uczciwie przedstawiali 
swoje cele i metody, ale ludzie nie chcieli im wierzyć - podobnie jak nikt nie wierzył 
Mein Kampf Hitlera. 
Na razie chodziło o wyjaśnienie zagadnień konkretnych. Jeździłem więc niemal co 
tydzień do Karlsruhe. Nie było wtedy jeszcze autostrady. Przyjeżdżałem zmęczony 
wieczorem. Dawano mi kolację. Talerz był obstawiony mikrofonami; między 
dwiema łyżkami strawy wykładałem moją mądrość, którą biegłe sekretarki za chwilę 
miały już przepisaną i powieloną do użytku panów podsekretarzy, adwokatów i 
innych dostojników. Potem spałem, a nazajutrz jechałem do Fryburga, aby nie 
opuścić wykładu. 
Ost-Kolleg 
Złe doświadczenia z kierownikami rządowymi procesu w Karlsruhe skłoniły mnie do 
odwiedzenia ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Schródera. Rozmowa z nim 
przybrała na początku niezadowalający dla mnie obrót. Próbowałem zwrócić uwagę 
ministra na wielkość zagrożenia przez propagandę komunistyczną, ale on zrazu 
odpowiadał, że ma doskonałą policję, która po wyroku w Karlsruhe zajmie się tym 
skutecznie. Replikowałem, że samą policją, samą siłą, nie można zwalczyć ideologii. 
W pewnej chwili, nie wiem już jak, minister zrozumiał - tak dalece nawet, że od razu 
Komunizm 
zwołał konferencję szefów służb, abym mógł w ich obecności wyłożyć moje myśli. 
Przedłożyłem im wtedy projekt ośrodka wysokiej wulgaryzacji, którego zadaniem 
byłoby obiektywne informowanie o komunizmie tzw. multyplikatorów, tj. ludzi 
mogących informacje przekazywać innym. Ost-Kolleg narodził się na takiej 
konferencji. 
Koncepcja była taka. Kolegium mieli zarządzać autonomicznie profesorowie 
specjaliści w sprawach rosyjskich i komunistycznych. Ci uczeni mieli corocznie 
wybierać spośród siebie kierownika kolegium i wykładać na kursach kolegium. 
Kursy miały trwać tydzień, tak abyśmy mogli przeszkolić około tysiąca 
multyplikatorów rocznie. Pożądanym było posiadanie własnego domu itd. O ile 
pamiętam, montaż tej bądź co bądź dużej i skomplikowanej instytucji potrwał 
zaledwie kilka miesięcy. Dyrektorium składało się z jedenastu profesorów - 
dziewięciu Niemców, Austriaka Staockla i mnie. Wszystkie potrzebne specjalności 
były w nim reprezentowane: historia, ekonomia polityczna, sprawy narodowościowe, 
prawo i filozofia. Mieliśmy też jednego autentycznego kremlinologa prof. Borysa 
Meis-snera. Filozofów było nas dwóch, obok mnie wykładał ją prof. Lie-ber z 
Zachodniego Berlina, dobry marksolog. Współpraca ułożyła się od razu doskonale i 
mam z niej bardzo miłe wspomnienia. Dobre wspomnienia pozostawił mi też rok, w 
którym piastowałem rządy w Ost-Kollegu (1961/62). Odkryłem wtedy, jak 
świetnymi wykonawcami są Niemcy. Przypisuje się im nieraz szczególne zdolności 

background image

organizacyjne, ale chyba niesłusznie. Myślę, że np. Amerykanie są lepszymi 
organizatorami niż oni. Za to są pyszni jako wykonawcy. Będąc geschaftsfiirhender 
Direktor pojawiałem się raz albo dwa razy na miesiąc w moim biurze, wzywałem po 
kolei osoby odpowiedzialne, rozmawiałem z każdą pięć do dziesięciu minut, 
siadałem w samochód, a Ost-Kolleg toczył się według moich wskazówek jak po 
szynach. 
W związku z organizacją nie mogę oprzeć się pokusie opowiedzenia tutaj przeżycia, 
jakie miałem kiedyś z okazji lotu Madryt-No-wy Jork. W kawiarni na lotnisku 
madryckim było nas dwoje, a trzy osoby obsługi. Mimo to czekałem niemal 
kwadrans na moją kawę. Po przylocie do Nowego Jorku było nas w kawiarni co 
najmniej 
250 
Komunizm 
251 
dwadzieścia osób, obsługiwanych przez jedną kelnerkę. Ale kawę dostałem w minut 
dwie. Ost-Kolleg był raczej w nowojorskim stylu. 
Rozpoczynając wykłady w Kolonii miałem najpierw dwa zadania: (1) określić 
charakter rozprawy, Auseinandersetzung, z komunizmem i (2) opisać to, w imię 
czego z naszej strony rozprawa się toczy. Ani pod pierwszym, ani pod drugim 
względem nie znalazłem niczego, co by mnie zadowalało w literaturze - odnośne 
pojęcia i teorie trzeba było stworzyć samemu. Myślę, że odpowiedzieć na te pytania 
jest zadaniem filozofa, bo żadna nauka się nimi nie zajmuje; filozof może i powinien 
odgrywać rolę prekursora późniejszych dociekań naukowych. 
Na pytanie, jaki charakter nosi rozprawa z komunizmem, odpowiadałem, że jest 
przede wszystkim wojną duchową. Nie było mi łatwo przekonać kolegów do tej 
koncepcji. Przyjmowali chętnie istnienie wojny psychologicznej, ale nie duchowej. 
Natomiast sami komuniści odróżniali agitację od propagandy. Agitacja jest u nich 
odpowiednikiem naszej wojny psychologicznej. Chodzi w niej o spowodowanie 
pożądanego przez nas zachowania się ludzi; tak np. nawoływanie do strajku należy 
do agitacji. Natomiast propaganda ma na celu pozyskanie ludzi nie dla celów 
konkretnych, ale dla samej ideologii komunistycznej, zrobienie z nich przekonanych 
komunistów. Było moim przekonaniem, że komuniści toczą taką wojnę świadomie i 
że toczą ją według klasycznych (Clausewitzowych) zasad prowadzenia wojny. 
Przeciwnicy komunizmu są tylko przedmiotem ataku, nie zdają sobie najczęściej 
nawet sprawy, że mają do czynienia z autentyczną wojną duchową. Nawet w 
rzymskim Nato De-fense College, w którym wykładałem swojego czasu, nie miałem 
wiele powodzenia z tą koncepcją. 
Równie ważna wydawała mi się odpowiedź na drugie pytanie: w imię czego 
prowadzimy rozprawę z komunizmem? Na to pytanie spotykałem stale tylko trzy 
rodzaje odpowiedzi. Niektórzy zalecali swój własny pogląd na świat, np. 
chrześcijański, inni twierdzili, że powinniśmy stworzyć antykomunistyczną 
ideologię; jeszcze inni byli zdania, że brak wszelkiej ideologii jest tym, co 
przeciwstawia- 

background image


Komunizm 
my ideologii komunistycznej - tak przede wszystkim wielu Amerykanów. Żadne z 
tych rozwiązań mi nie odpowiada. Jesteśmy w wolnym świecie światopoglądowo 
podzieleni. Nie możemy tworzyć jednolitej ideologii, a nawet gdybyśmy mogli, jej 
tworzenie byłoby sprzeczne z naszymi założeniami. Wreszcie, jeśli się coś odrzuca, 
czyni się to zawsze w imię czegoś innego. Nie można się rozprawiać ze stanowiska 
pustki. Postulowałem więc potrzebę określenia nie wspólnej ideologii, ale paru 
wspólnie wyznawanych przez nas idei. Zaproponowałem pięć takich myśli. 
Będzie celowym podać je w załączniku z komentarzem wówczas napisanym, a to z 
dwóch powodów. Najpierw dlatego, że choć komunizm należy, zdaje się, do 
przeszłości, mogą powstać nowe postacie barbarzyństwa, z którymi wolnym ludziom 
wypadnie się rozprawić. Byłaby szkoda, gdyby zrozumienie naszej wspólnej 
postawy wobec takich ideologii miało pójść w zapomnienie. Następnie (i to jest racja 
osobista) dlatego, że te idee wcielają poglądy społeczno-polityczne, do których 
doszedłem w wyniku rozwoju mojej myśli. Świadczą, jak długą drogę przebyłem 
pod tym względem. 
W związku z Ost-Kolleg stało także moje spotkanie z kanclerzem Adenauerem. 
Poszedłem do niego jako delegat moich kolegów w dyrektorium, którzy z kolei 
stanowili prawie wszystko, co Niemcy miały wówczas w naukowej sowietologii. Nie 
chodziło o żaden konkretny projekt, byt samego Ost-Kolleg był zapewniony, ale o 
przekonanie kanclerza o znaczeniu naszej dyscypliny. Moi koledzy sądzili, że 
Adenauer łatwiej posłucha cudzoziemca niż jednego z nich. 
Uzyskałem więc audiencję i pojechałem do willi kanclerskiej prowadząc moją 
dwulitrową Alfa Romeo. Przy wyjeździe zatrzymał mnie samotny żołnierz, ale na 
oświadczenie: „Profesor Bocheński do pana Kanclerza" zasalutował zamaszyście i 
puścił. Żadnej kontroli, żadnych środków bezpieczeństwa - takie to były wtedy 
sielsko-anielskie czasy. Po krótkim czekaniu sekretarka wprowadziła mnie do dużej 
sali, w której przeciwległym rogu stało biurko kanclerza. Ten wstał na mój widok, 
podszedł do mnie i ścisnął mi dłoń tak mocno, że aż /abolała. Chciałem zacząć od 
razu mój referat, ale Adenauer przerwał mi 
252 
Komunizm 
i zażądał mojej opinii o papieżu Janie XXIII. Ki licho? Na wszelki wypadek 
powiedziałem ostrożnie, że na ogół jest uważany za wielkiego papieża. Na to 
kanclerz wprost wybuchnął :„ Grosser Papst, grosser Papst! Und ich sagę Ihnen: 
dumni wie ein Stiefel!" Po ochłonięciu przypomniałem sobie, że Jan XXIII był już 
nieboszczykiem i że rozmowa toczyła się w cztery oczy, tak że znakomity mąż stanu 
nic nie ryzykował. Jeśli się nie mylę, pokłócił się z papieżem o komunizm, co nie 
pomniejsza mojej sympatii dla kanclerza. 
Doszedłszy wreszcie do głosu powiadam, że my naukowcy jesteśmy zdania, że 
ideologia odgrywa znaczną rolę w Sowietach. Adenauer przerywa gwałtownie: 
„Falsch!" Zaczynam i ja się irytować i zwracam uprzejmie uwagę, że mówię w 

background image

imieniu nauki, „;'« Na-men der Wissenschaft", co w Niemczech ma zwykle 
wydźwięk magiczny. Nie u Adenauera. „Falsch!" - powtarza i opowiada mi 
następującą historię. Spotkał Mikojana i pyta go, czy czytał Marksa. Mówi, że czytał. 
A czy zrozumiał? Mikojan powiada, że czytał go dwa razy. Na to Adenauer: „ Und 
ich habe ihn dreimal gelesen und nichts vertstanden " - „A ja go czytałem trzy razy i 
nic nie zrozumiałem". 
Jak po takim wstępie udało mi się wydębić od niego zgodę na potrzebne wsparcie 
pozostaje dla mnie tajemnicą. Pewne jest tylko, że wsiadałem do mego wozu z 
obietnicą w kieszeni, no i ze wspomnieniem spotkania z nietuzinkowym, 
zapalczywym mężem stanu. 
Podręcznik 
Drugim zadaniem, jakie sobie postawiłem w wyniku doświadczeń na procesie w 
Karlsruhe było zredagowanie i wydanie obszernego podręcznika komunizmu 
światowego. Napisanie tego podręcznika przekraczało oczywiście możliwości 
jednego człowieka. Wydało mi się, że nawet sama redakcja dzieła zbiorowego 
wymagała współpracy co najmniej dwóch ludzi. Na szczęście znalazłem 
doskonałego współpracownika w osobie mojego przyjaciela, profesora nauk 
politycznych w Notre Damę, Hermana Niemeyera. 
253 
Komunizm 
Niemiec, dawny socjalista nawrócony na chrześcijaństwo przez duchownego 
anglikańskiego (dlatego na anglikanizm) Niemeyer był jednym z najgłębszych 
myślicieli jakich spotkałem w ciągu mojego długiego życia. Nie znaczy to jednak, by 
nie znał naukowej filozofii, w szczególności jego znajomość filozofii greckiej była 
podziwu godna, a filozofię nowożytną mógłby był na pewno lepiej wykładać niż ja. 
Był jednym z tych, o ile wiem, nielicznych Niemców, którzy rządy Hitlera przeżyli 
ze zgrozą. Wyszedł z nich jako głęboko przekonany demokrata i obrońca praw 
człowieka. Jeśli mimo mojego feudalizmu zostałem i ja czymś w rodzaju demokraty, 
zawdzięczam to w wielkiej mierze jego wpływowi. Dodaję, że Niemeyer był dobrze 
poinformowanym sowietologiem. 
Następnym problemem było znalezienie pieniędzy. Zwróciłem się najpierw do ks. 
bpa Gawliny, który zawsze na polskie cele ofiarny, wyłożył na koszty początkowe. 
Resztę dały amerykańskie fundacje. USA były wtedy krajem, w którym roiło się od 
fundacji małych i wielkich i gdzie przedsiębiorców zwalniano od podatku z kwot 
dawanych fundacjom. Otrzymanie pieniędzy od nich było stosunkowo łatwe, o ile się 
miało jasny cel społeczny i znało technikę postępowania z przedstawicielami 
fundacji. Trzeba np. było mieć memoriał - nie więcej niż półtora strony - mówiący 
krótko i niedwuznacznie, o co i o ile chodzi. Nie trzeba też było być skromnym. 
Łatwiej było nieraz otrzymać 50 000 niż 5 000, a w każdym razie niż 500 dolarów. 
Ja się tej techniki nauczyłem w Notre Damę od przyjaciół i wkrótce miałem 
wszystko, czego mi było potrzeba. Ostatecznie podręcznik mógł się ukazać, najpierw 
odcinkami w czasopiśmie Bundeszentrale Jur Heimatdienst, następnie w roku 1958 
jako pokaźny Handbuch des Weltkommunisimus (XVI + 762 str.). Ja sam napisałem 

background image

do tego tomu rozdziały: I - struktura formalna, II - założenia filozoficzne, XII - 
religia i XV - krytyka - razem około 90 stron. Rozdział o religii wydaje mi się 
najlepszy. Zachował do dziś swoją wartość dzięki obfitości danych o mordach, 
więzieniach itp. wierzących, dostarczonych mi przez ks. Waleriana Meysztowicza. 
Wydaje mi się tym bardziej pożyteczny, że w pewnych kołach 
254 
Komunizm 
duchownych panuje obecnie choroba „dialogu", polegająca nieraz na traktowaniu 
oprawców jak niewinnych baranków. 
Nie mogę wymienić tutaj wszystkich współpracowników „Podręcznika", ale chcę 
wspomnieć przynajmniej o jednym z nich, Karolu Wittfolgelu. Był on, moim 
zdaniem, jednym z najlepszych znawców i krytyków komunizmu - do tego stopnia, 
że jego przyjaciele nazywali go chętnie „Karolem II" (po Marksie). Jego 
monumentalne dzieło Oriental despotism jest niesłusznie zapomniane. Wittfogel 
rozwija w nim i dokumentuje obszernie swoją teorię wyzysku. Wyzysk jest 
zjawiskiem występującym stale w dziejach, ale normalnym wyzyskiwaczem nie jest 
wcale, jak tego chciał Marks, właściciel, lecz urzędnik. Starożytny Egipt i 
współczesny Związek Sowiecki są dwoma spośród licznych przykładów państw, w 
których ten wyzysk był bardzo daleko posunięty. Te państwa mają też z reguły 
rozbudowaną tyrańską biurokrację i kolosalnie kosztowne przedsięwzięcia 
państwowe, w rodzaju piramid egipskich i sputników sowieckich. Wittfogel był też 
świetnym znawcą Marksa. Wiele się od niego nauczyłem. 
Pretoria 
Tymczasem zyskałem, jako klientów, parę innych rządów zainteresowanych 
problemami komunistycznymi; razem, poza niemieckim, cztery. Z nich z daleka 
najważniejszy był dla mnie rząd południowoafrykański. Chodziło w jego przypadku 
o tak zwany Treason Trial, proces o zdradę. Ponad sto pięćdziesiąt osób, przeważnie 
czarnych, zostało oskarżonych o zdradę i postawionych przed sąd wyjątkowy na 
podstawie ustawy wyjątkowej. Główny zarzut stawiany im brzmiał, że są, względnie 
byli, komunistami, co według prawa południowoafrykańskiego było samo w sobie 
karalnym przestępstwem. Ponieważ jednak policja prowadząca proces (kraj nie 
posiadał prokuratury, policja najmowała po prostu adwokatów) nie bardzo 
rozumiała, czym komunizm właściwie jest, postanowiono sprowadzić sobie 
rzeczoznawcę. W tym celu rząd wydelegował do Europy 
255 
Komunizm 
generała sekretarza stanu w ministerstwie spraw wewnętrznych. Ten udał się 
najpierw do Bonn po radę, gdzie powiedziano mu: „Weźcie Bocheńskiego". 
Dostałem więc pewnego dnia telefon z południowoafrykańskiej ambasady, że ten 
dostojnik pragnie oglądać moje oblicze. Tu nastąpiło coś nieprzewidzianego, a 
mianowicie odkrycie, że jestem katolickim zakonnikiem. Trzeba bowiem wiedzieć, 
że Burowie są przeciw wielu rzeczom, a między innymi, i to gwałtownie, przeciw 
nam katolikom, papistom. W czasie mojego pobytu, w roku 1958, można było na 

background image

przykład łatwo rozwiązać trudny problem siły roboczej w Johannesburgu przez 
sprowadzenie sobie miliona bezrobotnych Włochów, ale że Włosi są katolikami, to 
rozwiązanie nie wchodziło w ogóle w rachubę. 
Odkrywszy, że sławny rzeczoznawca jest papistą najgorszego rodzaju, 
południowoafrykański generał przez chwilę oniemiał, ale skoro już był, trzeba było 
iść dalej i przedłożył mi propozycję swojego r/ądu. Nie namyślając, się wiele, 
zgodziłem się. Powodem mojej szybkiej decyzji była okoliczność, że znałem dzieje 
bohaterskich lotów południowoafrykańskich pilotów na pomoc Warszawie podczas 
powstania, przy czym straty były ogromne (jak wiadomo, Moskale odmówili im 
prawa lądowania). Zdawałem sobie sprawę, na co się narażam wobec 
ogólnoświatowej nagonki na apartheid, orkiestrowanej z powodzeniem m.in. przez 
komunistów. Ale jestem przede wszystkim Polakiem i uważam, że my Polacy mamy 
wielki dług wdzięczności względem tego narodu. Dodam, że będąc sam 
przeciwnikiem dyskryminacji ludzi na podstawie samego koloru skóry (uważam to 
za głupstwo) oceniam kampanię przeciw apartheidowi jako kolosalną hipokryzję. 
Dużo gorsze przestępstwa i głupstwa są puszczane płazem przez ludzi domagających 
się wielkim głosem sankcji przeciw Afryce Południowej. 
To nie przeszkadza, że przybysz z Europy, odkrywający ten kraj, nie przestaje się 
dziwić. Na przykład, jest to kraj o klerykalnych rządach, w tym sensie słowa, że o 
wszystkim rozstrzygają stowarzyszenia w rodzaju Bandwagon, kierowane przez kler 
protestancki. A chodzi nie tylko o rządy, ale także o głęboko zakorzenioną 
mentalność. 
256 
Komunizm 
Aby ją zrozumieć, trzeba jak ja spędzić parę godzin w świątyni-porn-niku, jaki naród 
Burów postawi} sam sobie niedaleko od Pretorii. Na jej ścianach przedstawiony jest 
wielki trek. Zmuszeni do opuszczenia Kapsztadu, gdzie zabraniano im mieć 
niewolników, przodkowie dzisiejszych Burów wędrowali ze swoimi żonami, 
niewolnikami, bydłem i innym dobytkiem przez pustynię, wioząc ze sobą jedną tylko 
książkę - Biblię. Jechali w ciągłych walkach z Bantusami, którzy w tym samym 
czasie migrowali z północy. Nie można się dziwić, że w tych warunkach utożsamili 
się z narodem wybranym i zaczęli pojmować siebie jako powołanych do niesienia 
światła biblijnego poganom. 
Jakkolwiek by z tym było, poleciałem do Afryki Południowej. Nie było jeszcze 
odrzutowców. Stawaliśmy po drodze w Rzymie i w Kano. Lot trwał razem około 24 
godzin. Pamiętam moje zdziwienie, kiedy budząc się w Kano, dojrzałem koło 
mojego samolotu dwa piękne wielbłądy. Lot nocny poprzez kontynent do Johannes-
burga jest bardzo pouczający. Po opuszczeniu brzegów Morza Śródziemnego Afryka 
wygląda na ogół jak czarna otchłań bez świateł. Po przekroczeniu granicy Afryki 
Południowej pojawiają się coraz liczniejsze, aż wybucha morze świateł małego 
Manhattanu - Johannes-burga. 
Zostałem nadzwyczaj gościnnie przyjęty. Moi gospodarze obwozili mnie po swoim 
przepięknym kraju. Mam z tych podróży między innymi następujące wspomnienie. 

background image

Jadę z dwoma oficerami cadilla-kiem w parku narodowym im. Kriigera, w którym 
nie wolno wysiadać z samochodu, bo park pełny jest mniej lub bardziej 
niebezpiecznych bydląt. Ja prowadzę. Natrafiamy na jakiś popsuty omnibus pełny 
jakiejś rodziny. W chwili gdy wykonuję manewr, aby wziąć ich na linę, wyłazi z lasu 
olbrzymi słoń, samotny samiec, a więc możliwie najniebezpieczniejszy zwierz, 
jakiego można tu spotkać. Po cichu dziękuję Panu Bogu, że siedzę przy kierownicy, 
a więc nie do mnie należy wysiadać, aby linę uwiązać. Kątem oka patrzę na moich 
oficerów. Nie zawahali się na sekundę - wyskoczyli obaj 
257 
Komunizm 
i pod nosem bydlaka umocowali linę. Ten naród nie zginie bez krzyku, jak mówią 
Anglicy - to dobrzy pachołkowie. 
W Pretorii miałem bardzo dogodne warunki pracy. Policja skonfiskowała 
oskarżonym, którzy zresztą odpowiadali z wolnej stopy, dokumenty i książki i 
pozostawiła mi je do dyspozycji. Miałem wskutek tego wgląd w funkcjonowanie 
południowoafrykańskiej partii komunistycznej. 
Oto próbka mojej działalności. Referuję mój pogląd na jednego z oskarżonych. 
Moim zdaniem, ani śladu komunizmu. Na to jeden / adwokatów policji: przecież 
znaleziono u niego książkę rosyjską. Odpowiadam, że to prawda, ale książka jest 
Bierdiajewa, znanego antykomunisty. Na to oni, czy ja mogę to udowodnić. 
Przyznaję, że straciłem panowanie nad sobą, palnąłem pięścią w stół, mówiąc: ., 
Gentleman dowód jest ten, że ja wam to mówię". Według mojej oceny było wśród 
oskarżonych najwyżej kilkunastu komunistów i to, rzecz ciekawa, przeważnie 
Hindusów i wschodnioeuropejskich Żydów. Inny ciekawy wynik: partią matką była 
dla nich nie partia moskiewska, ale chińska. Dodam nawiasem, że Chińczycy mieli 
ogromne szansę w Afryce, ale zmarnowali je przez wrodzoną im arogancję. 
Przed sądem nie stawałem, ale mogłem przypatrzyć się utarczkom obu ław 
adwokackich: obrończej i policyjnej, w sprawach proceduralnych. Wysłuchałem 
m.in. jednej z najpiękniejszych mów, jakie kiedykolwiek słyszałem, wygłoszonej 
przez szefa ławy obrończej, adwokata Meisnela, przeciw jednemu z trzech sędziów. 
Ten sędzia miał być adwokatem policji w jakiejś innej sprawie przeciw jednemu z 
oskarżonych. W umysłach oskarżonych mogłoby więc powstać podejrzenie o 
stronniczość. „Daleka ode mnie, my Lord - mówił Meisnel - taka myśl, a\ejustice 
must not only be done, but must be seen to be done", cokolwiek by to mogło 
znaczyć. Sędzia w konsekwencji zrzekł się mandatu, a trybunał wyjątkowy, 
mianowany specjalnie przez rząd do sądzenia sprawy na podstawie ustawy 
wyjątkowej, ostatecznie uwolnił wszystkich oskarżonych od winy i kary. Afryka 
Południowa jest krajem paradoksów. W każdym razie pięk- 
17 — Bocheński: Wspomnienia 
258 
Komunizm 
niejszego, bardziej poprawnego przewodu sądowego nie mogę sobie wyobrazić. 

background image

Przed moim odlotem przyszedł do mnie członek ławy obrońców, prosząc, abym nie 
odjeżdżał, bo bał się, że beze mnie zrobią komunistów ze wszystkich oskarżonych. 
Pomylił się i przesadził mój wpływ na proces. Niemniej cieszę się, że mogłem w 
pewnej mierze przyczynić się do uwalniającego wyroku. 
Instytut 
Muszę wyznać, że odlatywałem z Johannesburga z ulgą, bo ten odlot oznaczał koniec 
mojej działalności na pograniczu polityki i możliwość powrotu do normalnej pracy 
naukowej. To nie znaczyło jednak, bym nie miał się odtąd zajmować komunizmem; 
miałem tylko nadzieję, że będę mógł się zajmować nim badawczo, studiując 
marksizm-leninizm. Już przed pobytem w Pretorii stworzyłem potrzebne narzędzie 
takiej pracy, a mianowicie Instytut Europy Wschodniej Uniwersytetu Fryburskiego. 
W ciągu długiego, trwającego 46 godzin lotu do Los Angeles miałem czas 
przemyśleć zadania tego instytutu. 
A więc Instytut miał mieć cele ściśle naukowe - żadnej wulgary-zacji, żadnej 
działalności politycznej. Naczelnym naszym hasłem było, że Uniwersytet, a więc 
także Instytut będący jego częścią, ma tylko jednego przeciwnika - ignorancję. 
Przedmiotem prac Instytutu miała być filozofia w krajach komunistycznych. Istniało 
w świecie sporo instytutów wyspecjalizowanych w różnych dziedzinach życia tych 
krajów, ale ani jednego, który by poświęcał się wyłącznie badaniu ich filozofii. Tak 
postawiony cel zakładał z jednej strony, że w tych krajach istnieje filozofia, z 
drugiej, że ona odgrywa pewną rolę w ich życiu i polityce. Większość inteligentów i 
nawet uczonych w niekomunistycznych krajach odrzucała oba założenia. Wierzono, 
że komunistycznej filozofii nie ma, a jeśli jest, to nie odgrywa żadnej roli w życiu i 
polityce tych krajów. My, we fryburskim 
259 
Komunizm 
instytucie, braliśmy komunistyczną filozofię na serio, i byliśmy pod tym względem 
niemal całkiem izolowani w wolnym świecie. 
Potrzebne pieniądze zostały stosunkowo łatwo znalezione, głównie w postaci 
stypendiów dla członków. Pochodziły z różnych źródeł. Wielki projekt 
systematycznego studium filozofii w krajach satelickich został sfinansowany przez 
Rockefeller Fundation. Także Ford Fundation ufundowała kilka stypendiów. Studia 
sowieckiej filozofii fizyki otrzymały znaczne wsparcie rządu niemieckiego itd. To 
ostatnie uzyskał bez mojego udziału członek instytutu dr S. Miiller Mar-kus, były 
długoletni więzień sowiecki, nawrócony na wiarę katolicką w więzieniu. Był 
zapalonym badaczem filozofii fizyki w Sowietach (próby potępienia Einsteina itp). 
Ogółem miałem w Instytucie 22 współpracowników w różnych funkcjach. Chcę 
wymienić przede wszystkim niezmordowanego śp. Tomasza Blakeleya, który 
później utworzył podobny, choć mniejszy, ośrodek studiów w Boston College, 
wspomnianego już księcia Mikołaja Lobkowicza, autora paru dobrych książek, m.in. 
znakomitego studium o pojęciu praktyki od Arystotelesa do Marksa; Zdzisława 
Jordana, którego historia filozofii polskiej, napisana w ramach programu instytutu, 
była do ostatnich czasów najlepszym opracowaniem tego tematu. 

background image

Ja sam napisałem szereg przyczynków na tematy sowietologicz-ne, wysuwając różne 
hipotezy, dotyczące struktur i funkcjonowania ideologii komunistycznej, zasady 
partyjności w filozofii itp. Wydałem też, obok pomocy naukowych, książkę pt. 
„Sowiecki dialektyczny materializm". Bodaj ważniejsze było stworzenie narzędzi 
pracy. Należy do nich przede wszystkim bibliografia sowieckiej filozofii, powstała z 
mojej inicjatywy, ale głównie dzięki pracy Th. Blakeleya. Jest to jedyna istniejąca 
bibliografia dziedziny. Sami filozofowie sowieccy nigdy nie podjęli trudu jej 
stworzenia. Obok ogólnej bibliografii Związku Sowieckiego zredagowaliśmy w 
Instytucie długi szereg szczegółowych, a mianowicie poszczególnych krajów 
(Czechosłowacja, Jugosławia, Polska, Węgry) i poszczególnych dziedzin (etyka, 
filozofia fizyki, Einstein, klasycy, metodologia, pozytywizm). 
260 
Komunizm 
Trzeba było także rozpracować podstawowe pojęcia i zagadnienia, takie jak samo 
pojęcie sowietologii, struktury marksizmu-leninizmu, partyjności itp. Tymi sprawami 
zająłem się sam w szeregu artykułów. Stworzyliśmy wydawnictwa, a mianowicie 
kwartalnik Studies in So-viet Thought i dwie serie pod wspólnym tytułem Sovietica. 
Te ostatnie osiągnęły łącznie, do dzisiaj, 54 tomy. 
Nie tu miejsce na szczegółowy opis wyników Instytutu. Wspomnę tylko, że w ciągu 
pięciu lat istnienia jego współpracownicy wydali drukiem 169 prac naukowych, a co 
najmniej dwa razy tyle było w opracowaniu. Spis pierwszych 44 tomów serii 
Sovietica podaję w załączniku (r. XIII). Łączne wyniki tych prac uważam za jedno z 
moich najważniejszych osiągnięć. 
Ambasada 
W pewnym związku tematycznym z moją działalnością w tej dziedzinie pozostawał 
mój udział w uwolnieniu urzędników polskiej (komunistycznej) ambasady w Bernie. 
Były agent polskiego komunistycznego urzędu bezpieczeństwa, uprzednio zajęty 
szpiegowaniem Polaków w Austrii, został następnie przyłapany i skazany w tymże 
kraju za włamanie do złotnika, Żyda (występował jako Arab). Po wyjściu z 
więzienia, zyskał współpracę dwóch młodych polskich patriotów, wmawiając w 
nich, że chce uwolnienia więźniów stanu wojennego w Polsce. Razem z nimi zajął w 
dniu 5 IX 1982 ambasadę PRL w Bernie. Wezwany do Berna przez radcę 
federalnego (odpowiednik ministra) Kurta Furglera, mojego dawnego ucznia, 
wziąłem udział w pracach sztabu kryzysowego pod jego kierownictwem. Bardzo 
szybko udało mi się zdobyć zaufanie bandyty, który następnie chciał tylko ze mną 
dyskutować telefonicznie i w końcu zażądał mojego przybycia do ambasady. 
Wskutek tego powstało fałszywe mniemanie, że to ja uwolniłem zakładników. W 
rzeczywistości główną zasługę ma Furgler, a obok niego, sprowadzony z Zurychu, 
specjalista psycholog, no i grenadierzy policji berneńskiej, którzy ostatecznie 
ambasadę zdobyli szturmem. Wziąłem czynny udział w pracach szta- 
261 
Komunizm 

background image

bu kryzysowego i przyjąłem połączone z nim ryzyko, zarówno jako obywatel 
szwajcarski i jako Polak. Jako Szwajcar miałem obowiązek tak postąpić, jako Polak 
nie chciałem, aby opinia publiczna, tak skora do zaliczania Polski do „Wschodu", 
uznała nas za podobnych do bandytów arabskich. 
Poza faktem, że ja jeden byłem w zajętej ambasadzie, następujące okoliczności 
przyczyniły się do wytworzenia powszechnego pojęcia o mojej roli w tej sprawie. 
Poszedłem z naszym psychologiem do restauracyjki włoskiej naprzeciw pałacu 
federalnego, bo nam obu luksusowe jedzenie w Bellevue obrzydło. W czasie jedzenia 
pasta asciuta wszedł do restauracji dziennikarz fryburski i poznał mnie. Pyta, czy 
jestem tu prywatnie, czy służbowo. Powiadam, że raczej to ostatnie. A więc ojciec 
jest w kryzysowym sztabie? Mówię, że mi nie wolno niczego powiedzieć, bo w 
rzeczy samej najściślejsze milczenie było nakazane. A tak, powiada dziennikarz, to 
ojcu dają rozkazy - a więc ojciec jest w sztabie! I wyleciał z restauracji jak z procy. 
A że niedawno obchodziłem 80-lecie i było kilka artykułów o mnie w prasie, setka 
dziennikarzy, czekających od dwóch dni głodno, dostała wreszcie story. Moja 
fotografia obiegła więc świat i stałem się nagle, i niesłusznie, sławny. 
Żeby dać pojęcie o toku rokowań, opowiem jeden fragment. Bandyta mówi mi, że 
mają chorego i prosi o lekarstwa dla niego. Chcę mu je obiecać, ale psycholog robi 
wielkie gesty i szepcze mi do ucha - zażądać potwierdzenia przez członka ambasady. 
Domagam się więc rozmowy z kobietą, bo wiedzieliśmy, że napastnicy byli wszyscy 
mężczyznami. Zgłasza się jakaś panienka i potwierdza, że wszyscy są zdrowi prócz 
dwóch. Jak to dwóch? Wiem tylko o jednym. Ale jest także ta pani w stanie 
odmiennym. Tłumaczę psychologowi, a on na to: „Z pyskiem, jak najbrutalniej!" 
Mówię więc: „To pan się pułkownikiem nazywa, ale pan jest bandyta, swołocz, 
barbarzyńca, który ciężarną kobietę więzi". Puścił ją, później jeszcze drugą. 
Od pewnej chwili nie chciał już dyskutować telefonicznie i zażądał, abym przybył 
osobiście do ambasady. Oświadczyłem gotowość Furglerowi. On na to: „A jeśli oni 
ojca ubiją albo uwięzia?" Po- 
262 
Komunizm 
wiadam, że mam 82 lata i ani żony, ani dzieci - dziury w niebie nie będzie. Na to 
Furgler dał mi odpowiedź godną wojskowego, którym zresztą nie jest: „Mnie ojca 
osobiste uczucia nie interesują, ale jeśli ojca stracę, to kto będzie negocjował?" 
Poradziłem mu sprowadzenie inż. Morkowskiego z Dubendorfti i pozwolenie 
otrzymałem. 
Same odwiedziny w ambasadzie miały przebieg niedramatyczny. Dostałem kawy i 
dyskusja miała charakter taktyczny. Bandyta twierdził, że może się w ambasadzie 
bronić tygodniami, a w tym czasie lud szwajcarski zmusi Furglera do ustąpienia - co 
było naturalnie nonsensem. Ja mu dowodziłem, że ustawiwszy jeden ckm tu, a drugi 
tam, zapewnię bezpieczne podłożenie bomby pod bramę i jej wysadzenie. On żądał, 
o ile pamiętam, trzech milionów dolarów i samolotu do Chin. Pod koniec pozwolił 
mi odwiedzić zakładników, zupełnie sterroryzowanych. 

background image

W toku tej afery zdarzyło się coś, co mi sprawiło przykrość. Attache wojskowy przy 
ambasadzie tej, nie daj Boże, republiki ludowej, pułkownik uzbrojony po zęby, 
mając przeciw sobie bandytę z nie-iunkcjonującym pistoletem i dwóch chłopców ze 
strzelbami myśliwskimi, poddał się bez oporu. Moim zdaniem, takiemu oficerowi nie 
powinno się podawać ręki. Jeśli współczesna kadra oficerska w Polsce jest taka, 
możemy się spodziewać najgorszego... 
Zajęcie ambasady skończyło się w dymie. Zamiast paczki z żywnością podano 
okupantom bombę dymną, a pod osłoną jej dymu dzielni grenadierzy berneńscy 
wtargnęli bez wystrzału i bez przelewu krwi do gmachu, gdzie nie omieszkali pobić 
kolbami nie tylko napastników, ale i zakładników. 
Na sympozjum zorganizowanym w Eischtatt, po załamaniu się komunizmu 
sowieckiego, wygłosiłem odczyt pod tytułem: „Czyśmy nie zmarnowali czasu?" 
Myślę dziś, że bynajmniej. Co prawda większość, może nawet przytłaczająca 
większość rzekomo filozoficznych druków komunistycznych z filozofią ma mało 
wspólnego. 
263 
Komunizm 
Ale zjawisko zasługuje samo w sobie na badanie, zgodnie z powiedzeniem: „Rubbish 
is rubbish, but scholarship ofrubbish is not rub-bish " - „Śmiecie jest śmieciem, ale 
naukowe studium śmiecia nie jest śmieciem". Tyle z punktu widzenia naukowego, 
pomijając nawet fakt, że w tym śmieciu znajdowaliśmy tu i ówdzie wartościowe 
dociekania i wyniki. Ze stanowiska politycznego nasza praca nie poszła też na 
marne. Przyczyniła się do uświadomienia, czym komunizm jest, i przez to do obrony 
przed nim w czasie, gdy był potężny. Myślę, żeśmy czasu nie stracili. 
264 
Podróże 
265 
Podróże 
XI PODRÓŻE 
Złożyło się tak, że musiałem wiele podróżować. Mniej zapewne niż znani business 
travellers, ale bodaj więcej od przeciętnego kolegi. Część tych podróży odbyłem w 
tzw. indywidualnych środkach transportu, w samochodzie i samolocie turystycznym, 
które przeważnie sam prowadziłem. Podróże stanowiły więc znaczną część mojego 
życia i znaczna część moich wspomnień ich dotyczy. Nie sposób pisać o nich 
wszystkich. Myślę, że można je podzielić z grubsza na trzy klasy. Były najpierw 
podróże interkontynentalne, przeważnie do Ameryki, ale także do Afryki i Azji. 
Drugą klasę stanowią podróże kontynentalne odbyte samochodem. Wreszcie w ciągu 
czternastu lat, podczas których byłem czynnym pilotem, odbyłem u sterów mojego 
samolotu jeszcze inny rodzaj podróży, przeważnie kontynentalnych. 
Interkontynentalne 
Podróży interkontynentalnych odbyłem jak dotąd, to jest w 50 lat, 35, obejmujących 
52 loty poprzez oceany. Ich wyliczenie podaję w załączniku. 
A oto kilka wspomnień: 

background image

1964 Meksyk. Federacja towarzystw filozoficznych wynajęła na ten lot duży 
odrzutowiec, który był nabity filozofami różnej maści. Był między innymi 
niezmordowany Bertrand Russell. Podczas lotu ktoś zapytał, jakie byłyby skutki, 
gdyby ten samolot miał wypadek. „Jak to? - odpowiedział Russell - przecież 
kolosalne sposobności (opportunities) dla młodszych kolegów!" Humor go nie 
opuszczał. W Mexico City dwie ambasady, ale tylko dwie, wysłały przedstawicieli 
na lotnisko: Związek Sowiecki i Szwajcaria. Sowieci policzyli swoich filozofów 
palcem (sam widziałem) i stwierdziwszy, że żadnej sztuki nie brakuje, zabrali ich 
zaraz do swojej ambasady, aby uniknąć burżuazyjnej kontaminacji. Natomiast 
Szwajcarzy zawieźli nas do dobrego hotelu, dali się wyspać i po tym urządzili 
doskonałe przyjęcie, na którym spotkaliśmy czołowych przedstawicieli nauki i 
sztuki. 
Poziom wielu mów, zwłaszcza lokalnych, południowoamerykańskich, był 
nieopisanie niski. Pamiętam, jak jeden taki „filozof domagał się w ciągu całej 
godziny samolotu dla każdego proletariusza, a gadatliwość tych mówców równała 
się ich nicości filozoficznej. Zrozumiałem starego przyjaciela darcia Baca, który 
mówił mi ze smutkiem, że na tym subkontynencie nie można pracować. Podobno 
dziś jest nieco lepiej. 
Na szczęście Nagel wpadł na doskonały pomysł. Zaproponował grupce analityków, 
abyśmy sprowadzili taksówką Carnapa, który był niedaleko na wakacjach. 
Złożyliśmy się i nie żałowaliśmy wydatku -Carnap w nowym, arystotelesowskim 
wydaniu był wspaniały. Mówił o indukcji. 
1973 Hawaii. Jedne z nielicznych wakacji, kiedy hojność przyjaciela pozwoliła mi na 
urlop w tym prawdziwym raju na ziemi. Wyspy hawajskie są, o ile wiem, rzadkim 
skrzyżowaniem grzeczności 
266 
267 
Podróże 
Podróże 
wschodniej ze sprawnością, efflciency, zachodnią. Na skrzyżowaniu ulic dwóch 
kierowców z trudem unika zderzenia. Otwierają drzwi wozów, nie aby sobie 
wymyślać, jak u nas, ale aby prosić jeden drugiego, by jechał pierwszy. Tylko że 
podczas gdy wschód, przy całej swojej kulturze towarzyskiej, jest zwykle 
niesprawny, leniwy, cuchnący - tutaj panuje amerykański porządek i amerykańska 
czystość. A przy tym przyroda jest bajeczna. 
1977 Argentyna. Zaproszenie do Argentyny zawdzięczam ówczesnemu konsulowi 
argentyńskiemu w Medellin (Kolumbia), który zorganizował mój pobyt i wykłady. 
Krajem rządziła jeszcze junta dowódców floty (masońskiej), lotnictwa (katolickiego) 
i armii (po połowie każdej maści). Byłem stale pod ochroną wojskowo-policyj-ną, 
aby mnie, broń Boże, komuniści nie ubili. Wyjąwszy Buenos Aires, czterech ludzi z 
rkm stało dzień i noc przed moim domem; co kilkadziesiąt kilometrów kontrole 
wojskowe na szosie. Nastrój w ogóle wojenny. Miałem też wojaka, majora lotnictwa, 
jako przewodnika -delegowano go do mnie, bo studiował w Szwajcarii. Złożyło się 

background image

tak, że to on właśnie aresztował Isabelitę, drugą żonę Perona - dowiedziałem się więc 
od niego o wielu szczegółach z najnowszej historii Argentyny. 
Wykładałem, że tak powiem, tłumnie - dotąd nigdy takich tłumów na sali nie 
miałem. Mieściło się w niej podobno 6 000 osób, a była stale pełna (uniwersytet miał 
mieć 150 000 studentów). Wykładałem po francusku z przekładem równoczesnym. 
Pewnego razu maszyna się popsowała i chcąc nie chcąc musiałem przejść na moje 
arcyniedoskonałe hiszpańskie. Podobno mieszałem stale słowa włoskie, tak że de 
facto wykładałem w języku cocolice, ale uprzejmi słuchacze twierdzili, że ta gwara 
była dla nich bardziej zrozumiała od przekładu mojej francuszczyzny. 
Po jednym z wykładów przedstawiła mi się sekretarka rektora, donosząc, że 
uniwersytet chce mi nadać doktorat honorowy; rektor pyta, czy przyjmę i czy zechcę 
wygłosić referat okolicznościowy. Owszem, przyjmę. A odczyt o czym? Ano, 
powiedziałem niewiele myśląc, o filozofii analitycznej. Nie zdawałem sobie sprawy, 
że 
jacyś ignoranci wmówili generałom, że filozofia analityczna jest bol-szewizmem, tak 
że ten rodzaj filozofowania był w Argentynie zabroniony pod karą, a wszyscy jego 
zwolennicy wyrzuceni z uniwersytetu. No, ale mnie, cudzoziemcowi (cudzoziemski 
profesor jest w tych krajach rodzajem półboga) trudno było zawiązać szczęki. Trzeba 
było widzieć biednych, prześladowanych analityków, jak siedząc w pierwszym 
rzędzie auli, podczas uroczystości, z zapartym tchem słuchali wspomnianego 
półboga, mówiącego pochlebnie o ich rzekomo bolszewickiej myśli. Okazało się, że 
rozum jest prześladowany w różnych krajach pod różnymi pozorami. 
W czasie mojego pobytu w Buenos Aires przyszedł do mnie wybitny, miejscowy 
socjolog, podobno prezes światowego związku socjologów, aby mi powiedzieć, że 
argentyńska socjologia pracuje od lat w ramach mojej książki o współczesnych 
metodach myślenia. Skorzystałem ze sposobności, aby go zapytać, dlaczego kraje 
południowoamerykańskie nie. wychodzą z bałaganu i nędzy. Odpowiedział, że są 
trzy przyczyny: pomieszanie ras (co nie stosuje się do Argentyny), zbyt szybki 
rozwój takich instytucji jak wielki przemysł, związki zawodowe itp., wreszcie 
mechaniczne przejęcie konstytucji USA, oczywiście nie dostosowanej do warunków 
miejscowych. Powtarzam, co usłyszałem. 
Jeszcze jedna historia argentyńska: Difunta Corea. Kobieta, która miała po śmierci 
długo karmić piersią swoje dziecko. Kaplice, masowe pielgrzymki, procesje. Sam 
widziałem. Nie ma głupstwa, które nie mogłoby się stać religijnym zabobonem. 
Dlaczego? Twierdzenie Bergsona, że człowiek ma funkcję bajkotwórczą, nie 
tłumaczy głębi tych głupstw. 
Mimo to, mój pobyt w Argentynie był nadzwyczaj miły - wspaniały lot nad pampą, 
przy sterach osobistego samolotu dowódcy lotnictwa, odwiedziny najstarszego w 
Ameryce uniwersytetu w Cordo-bie z bajeczną, barokową aulą i tak dalej... 
1983 Naokoło świata. W tej długiej podróży najciekawsze były dla mnie wycieczki 
boczne. Pierwsza prowadziła z Chicago do Aus-tin Texas, aby odwiedzić jednego z 
moich najświetniejszych ucz- 
268 

background image

Podróże 
niów, Argentyńczyka Angelli. Druga, także z Chicago, była do South Bend, do Jurka 
Kuczyńskiego i innych przyjaciół. Trzeci raz opuściłem trasę w Denver. Udałem się 
do Longmont, gdzie żyła moja kuzynka zamężna z Izraelczykiem. W Australii 
dokonałem dwóch wypadów. Jeden do Coolangata (co znaczy podobno „za ścianą"), 
gdzie żył pilot i wielki macher finansowy żonaty z bardzo miłą bernenką, który wiele 
ze mną latał we Fryburgu. Nazywaliśmy go „kangurem" - latał jak noga stołowa, ale 
miał pięknego Skylane (C 185). Wreszcie ze Sydney poleciałem do Port Yila, stolicy 
państwa Yanuatu, gdzie żył mój daleki kuzyn, Maciej Bocheński. 
Ta Yanuatu zasługuje na parę słów wspomnień. Archipelag był dawniej 
kondominium angielsko-francuskim, ale obecnie jest państwem niepodległym i 
członkiem Narodów Zjednoczonych. Rodzice, a w każdym razie dziadkowie jego 80 
000 obywateli, byli chyba jeszcze ludożercami. Ale dziś Yanuatu jest rodzajem 
taniego raju wakacyjnego i finansowego. Stąd dwa zjawiska. W stolicy, Port Yila 
(pisze się przez jedno „l"), lądują co chwila ogromne samoloty, pełne japońskich 
nowożeńców. A w mieście stoją na przemian chaty tubylców i banki. 
Z tymi bankami miałem następującą sprawę. Mój kuzyn prosił mnie, bym się 
poinformował o możliwościach przekazania pieniędzy do Szwajcarii. Poszedłem 
więc do najbliższego banku i pytam, czy to możliwe. A jakże. Jak długo potrwa? 
Dwie do czterech godzin. To pewnie teleksem? Nie, my mamy połączenie przez 
satelitę. Po czym mój bankowiec otwiera księgę i pyta, do jakiego miasta chcę 
przekazać pieniądze. Do Fryburga. Czyta w księdze i powiada, że ich agentem we 
Fryburgu jest Szwajcarski Bank Ludowy - akurat mój własny bank. I są jeszcze 
ludzie, którzy myślą, że ziemia się nie skurczyła! 
1985, 28 marca - 4 kwietnia, Miami. Kilku amerykańskich politologów zapragnęło 
mieć filozofa na sympozjum o pojęciu wolnego społeczeństwa. Wybór padł, nie 
wiem dlaczego, na mnie. Miami to rodzaj amerykańskiej Wenecji, pięknie, ale aż 
cuchnie pieniędzmi. Hotel, jaki mi przeznaczono, był świetny. Obrady miały 
burzliwy 
269 
Podróże 
przebieg. Pewien wybitny, bodaj nawet czołowy politolog krajowy czytał papier 
świadczący, że się w ogóle w problematyce nie orientuje, czego nie omieszkałem mu 
dość niegrzecznie powiedzieć, dodając, że bym nie pozwolił czegoś takiego czytać 
na moim seminarium. Rzecz mianowicie w tym, że gdy się dochodzi do wysokiego 
stopnia abstrakcji, specjaliści w naukach humanistycznych stają się zwykle bezradni. 
Tak i w tym wypadku. Co to jest wolne społeczeństwo? Społeczeństwo, w którym 
ludzie są politycznie wolni. Pojęcie wolnego społeczeństwa jest więc uogólnieniem 
pojęcia wolnej jednostki. Otóż, wolność indywidualna jest relacją dwumiejscową, 
ktoś jest wolny w jakiejś dziedzinie, np. ja jestem wolny wjeździe na północ albo na 
południe, ale nie wjeździe po lewej stronie szosy. Ile jest takich możliwych 
uogólnień dwumiejscowej formuły? Każde logiczne dziecko wie, że jest ich z 
negacjami dwanaście, ale skąd politolog ma to wiedzieć? Wspominam o tej sprawie, 

background image

bo ona doskonale ilustruje rolę filozofa wobec nauk humanistycznych: filozof 
dysponuje narzędziami myślnymi, których jego koledzy z innych nauk nie posiadają. 
Samochody 
Byłem zawsze an auto fan, człowiekiem podziwiającym samochód i lubiącym go 
prowadzić. Praktykowanie tego hobby nie było w moich warunkach łatwe. Trzeba 
pamiętać, że jako zakonnik miałem w najlepszych latach niewiele na moje osobiste 
wydatki. Mimo to, jeżdżąc niemal wyłącznie „służbowo" i ograniczając się do 
wozów okazyjnych, przejechałem znaczną ilość kilometrów przy kierownicy. Byłem 
ostatnio (przestałem jeździć 14 czerwca 1991 roku) jednym z najstarszych 
kierowców samochodowych w Szwajcarii, bo pierwsze prawo jazdy uzyskałem w 
roku 1919, innymi słowy posiadałem prawo jazdy w ciągu 72 lat. W ciągu tych lat 
rozporządzałem (nie licząc używanych w Stanach) kolejno nie mniej niż 26 różnymi 
wozami, to znaczy, że trzymałem jeden wóz przeciętnie tylko 18 mię- 
270 
Podróże 
271 
Podróże 
sięcy. Wachlarz tych wozów był szeroki. Od 2CV i Minis do Jaguara E i Mercedesa 
450. Prócz jednego (Renault 4) wszystkie te wozy były kupione z drugiej ręki. Z 
latami odkryłem, że kupowanie wozów najniższej kategorii nie jest najlepszą 
polityką finansową. Ludzie zamożni nie kupują wozów używanych, a masa boi się 
np. dużego Mercedesa ze względu na stosunkowo wysokie zużycie paliwa, tak że te 
wozy są bardzo tanie z drugiej ręki, a praktycznie brak jakiejkolwiek amortyzacji 
(moje wozy sprzedawałem zwykle za cenę kupna albo drożej) wyrównuje z 
naddatkiem różnicę w innych kosztach. 
Pierwszym samochodem, który prowadziłem, była ojcowska Tatra. Ten mały, 
dwucylindrowy wózek miał nie zsynchronizowane biegi, a pod kierownicą dwie 
manetki: jedną nastawiało się otwarcie gaźnika, druga służyła do regulowania 
zapłonu - w miarę wzrostu szybkości wypadało posuwać ją naprzód. Opony były 
wówczas kiepskie, a drogi pełne gwoździ. Mam w pamięci jazdę 350 km, w czasie 
której miałem 17 (siedemnaście!) przekłuć. Wiozłem ze sobą dwa koła zapasowe i 
cztery dętki, ale potem trzeba było wulkanizować, to znaczy szukać wody czasem 
kilometrami. Przyjechałem skonany. Dzisiejsi samochodziarze nie wyobrażają sobie 
nawet, jak to się wtedy jeździło. 
Drugi mój wóz zasługuje na czułe wspomnienie. Kupiłem go, to jest jego podwozie z 
silnikiem, okazyjnie. Na chłodnicy widniał napis „Benz", dlatego nazywaliśmy go 
„Benzem", aczkolwiek wątpię, by jakakolwiek inna część starożytnego pojazdu 
wyszła ze słynnej fabryki niemieckiej. Karoserię zmajstrowaliśmy w Ponikwie sami. 
Piękny ten wóz, zaiste, nie był, można było o nim powiedzieć za poetą: 
„starożytna karawana wiatrem z piasku odsypana" 
Ale mimo to odbyłem na nim z moją kochaną siostrą Olusią jedną z 
najprzyjemniejszych podróży - a moje życie obfitowało przecież w podróże. Ta 

background image

podróż miała być pożegnaniem „świata" przed wstąpieniem do zakonu. Jechaliśmy 
ze Lwowa przez Zakopane, bodaj 
Poznań, Warszawę i Lublin. W pamięci zostały mi dwa incydenty. Zjeżdżając z 
Nowego Targu złamałem resor prawego, przedniego koła. Jadący z nami szofer 
wmontował zamiast niego kawałek drzewa. W nocnej jeździe z Lublina do Lwowa 
wysiadło acetylenowe oświetlenie. Zamiast niego wstawiłem w lampy małe 
świeczki. Przy ich jaskrawym świetle dojechaliśmy mimo wszystko. Miałem 
oczywiście dobre oczy w tym czasie. To była jazda! 
Słowo o moim ^sposobie jeżdżenia. Między przyjaciółmi uchodziłem za szybkiego i 
poniekąd niebezpiecznego kierowcę. Myślę, że to jest nieprawda. W życiu nie 
przekroczyłem nigdy prędkości 250 km na godzinę i zwykle na autostradzie 
trzymałem tempo 170-180. Nie byłem też kierowcą sportowym. Wziąłem wprawdzie 
udział w jakichś wyścigach górskich, uczestniczyłem w kursie dla kierowców 
wyścigowych, ale samochodu używałem z reguły jako środka lokomocji. Nie przeczę 
zresztą, że lubiłem prowadzić szybkie i zwinne wozy. Moim ulubionym wózkiem był 
Mini-Dowton, najwyższe fryzowanie tego już „z natury" rasowego wózka. 
A czy i o ile byłem niebezpieczny, niech świadczy mój „dorobek" - wypadki. Było 
ich pięć, przy czym uznaję moją winę tylko w jednym. Żaden z nich nie spowodował 
nawet najmniejszego skaleczenia człowieka albo innego bydlęcia. Co więcej, jestem 
z większości tych wypadków dumny, bo dobrego kierowcę poznaje się właśnie w 
wypadku. 
Oto jeden taki wypadek, który lubię sobie przypominać. Jadę sobie po 
jednokierunkowej górskiej drodze w tempie między 40 a 50 km/h. Na prawo wysoka 
skała, na lewo przepaść, dobrych 500 metrów, stok ca. 45%, rzadko porośnięty 
krzaczkami. Aż tu zza zakrętu wyjeżdża w tempie przynajmniej 80 km/h jakiś wariat, 
naturalnie cudzoziemiec (w Szwajcarii tak się nie jeździ). Miałem wybór: albo 
hamować i iść na zderzenie czołowe, albo zjechać mu z drogi w przepaść. Miałem 
ułamek sekundy na decyzję. Wybrałem przepaść. I, proszę sobie wyobrazić, nic się 
nie stało - jakiś grubszy krzak zatrzymał poślizg wozu. Wyszedłem cało i nie tylko 
ja, ale i wóz. A zderzenie frontalne w tych warunkach to pewna śmierć. 
272 
Podróże 
Stany 
Najdłuższą moją podróżą samochodową była jazda South Bend -Los Angeles - San 
Francisco - South Bend, odbyta w dniach 4 VI -l VII 1956 r. Oto część wspomnień 
spisanych krótko po powrocie. 
Ze mną jechał znakomity belgijski hellenista o. P. Henry T.J. i Luc Niemeyer, syn 
mojego kolegi z Notre Damę i współredaktora „Podręcznika Komunizmu". W drodze 
odwiedziliśmy 26 „parków" i „pomników" federalnych („narodowych") Stanów 
Zjednoczonych. Pokonaliśmy w ciągu tej wycieczki niemal 8 000 mil (dokładnie 7 
942 mile, tj. 12 379 km), odpowiednik prawie trzeciej części równika ziemskiego. 
Wycieczki tego typu nie tylko nie są rzadkością w Ameryce, ale stanowią niemal 

background image

klasyczne zakończenie rocznego czy dwuletniego pobytu europejskiego naukowca w 
tym kraju. 
Wóz i przybory podróżne. Więc najpierw parę danych technicznych. Jechaliśmy 
starym Mercury, model 1951, który miał ponad 40 000 mil na liczniku w chwili 
startu. Ten model znanego fordow-skiego wozu (pośredni między Fordem a 
Lincolnem) ma stosunkowo słaby silnik, zaledwie 100 koni na hamulcu (model 1956 
ma 228 KP), ale jest wyposażony w „ overdrive", który czyni go jednym z 
najszybszych wozów amerykańskich tej klasy na równinie: mogliśmy z reguły 
trzymać tempo 75 mil na godzinę (ponad 120 km/h) i rozwijać przy mijaniu do 95 
mil na godzinę (około 150 km/h), przynajmniej jak długo było chłodno; na pustyni, 
w górach i w czasie upałów pod koniec czerwca nasz wóz grzał się przeraźliwie; 
zagotował się nam dwa razy w Dolinie Śmierci i dwa razy znowu na Granitowej 
Przełęczy koło Sheridan. W ogóle Mercury tego rocznika nie jest maszyną górską i 
na pewno nie bylibyśmy nim jechali, gdybyśmy mieli inny wóz. Nie mieliśmy ani 
razu przebicia dętki; za to wybiliśmy dwa tylne łożyska i musieliśmy wymienić 
pompę benzynową, co poważnie nadwerężyło nasz budżet. Patrząc jednak na podróż 
jako całość, muszę powiedzieć, że Mercury zdał egzamin, a szybkie jazdy po 
bezbrzeżnych równinach tego kontynentu wynagrodziły nam sowicie troski z 
grzaniem w górach, a nawet dość groźne zatrzymanie w Do- 
273 
Podróże 
linie Śmierci, która może się nią stać, całkiem nieprzenośnie, dla automobilisty, gdy 
mu wóz stanie. Przy tym Mercury jest, nawet jak na samochód amerykański, dziwnie 
pakowny. 
Czegośmy w nim nie mieli! Trzy wory do spania, trzy nadymane materace, dziewięć 
kołder, lodówkę przenośną, termos galonowy (3,785 1), dwa piecyki polowe, dwie 
bańki na wodę, po 5 galonów każda, nader obfity zestaw narzędzi, trzy duże i trzy 
małe kuferki, zapas talerzy i garnków do gotowania, namiot górski, stolik, bańkę 
czystej benzyny, płaszcze nieprzemakalne - w dodatku jeszcze o. Henry wiózł małą 
biblioteczkę grecką, ja maszynę do pisania i sporo jeszcze innych drobiazgów. Było 
tego wszystkiego za wiele na bagażnik i walizki tkwiły na tylnym siedzeniu koło o. 
Henry'ego, który nie prowadził i zajmował siedzenie „pasażerskie", wyjąwszy kiedy 
ja mówiłem brewiarz albo p. Łukasz spał (co mu się zresztą zdarzało z niezwykłą 
częstotliwością). 
Z wszystkich przyborów najpożyteczniejsze okazały się worki do spania i lodówka. 
Ekwipunek kosztował nas 50 dolarów, ale dzięki niemu zaoszczędziliśmy 
wielokrotność tej sumy, śpiąc na świeżym powietrzu i gotując strawę sami; 
sprzedaliśmy zresztą nasz ekwipunek po powrocie za 20 dolarów. Każdemu, kto się 
wybierze w podobną wycieczkę, radzę mieć dokładnie taki sam zespół - może tylko 
piecyki są niekonieczne, choć pożyteczne, aby szybko zagotować kawę czy jajko. 
Budżet. Lokomocja to jest wóz kosztował nas ogółem 321.34$, w czym naprawy 
pożarły 126.56$. Wóz spalił 491.6 galona (1861 1) tj. robił 1.652 mili z galona albo, 
po europejsku, palił 14,57 l na 100 km, co, zważywszy częściowo ciężkie warunki 

background image

jazdy i wiekowość maszyny, może być uważane za doskonały wynik. Zawdzięczamy 
go najpierw overdrive'owi, a następnie, sądzę, wzorowej jeździe mojego młodszego 
towarzysza podróży, Łukasza. Inne koszty (żywność, opłaty w parkach, kabiny i 
hotele, drobne wydatki) wyniosły na trzech 353.15$, tak że cała wyprawa kosztowała 
ogółem 674.49$, czyli po 224.50$ na osobę. Kwotą tą nie jest objęta amortyzacja 
wozu, ale złożyło się tak, że tego wozu używałem do innych celów 
18 — Bocheński: Wspomnienia 
274 
Podróże 
w ciągu roku i mogłem go w tym czasie odpisać w ramach przyznanych mi przez 
mocodawcę budżetów. Dla informacji dodaję, że byłaby ona wyniosła 
proporcjonalnie 114.29$, czyli po 38.10$ na osobę. Oceniam przy tym, że koszt 
życia wzrósł od 1956 do 1991 dziesięciokrotnie. 
Nie obeznanym ze stosunkami amerykańskimi powyższe kwoty wydają się zapewne 
wysokie; ale w skali amerykańskiej są one śmiesznie niskie. Dwieście dolarów to 
możliwie najniższy zarobek miesięczny najgorzej płatnej pracownicy biurowej 
(robotnik zarabia znacznie więcej); pokój w normalnym hotelu trudno było dostać 
poniżej 7$ dziennie; nie wydaje mi się, aby ktokolwiek mógł spędzić niemal 
całomiesięczne wakacje, nie licząc kosztów podróży, za mniej niż 225 dolarów. 
Muszę przyznać, że jestem z tego finansowego rezultatu dość dumny, a wspominam 
o nim, aby zachęcić do odbycia podobnej podróży - to znacznie tańsze od tygodnia w 
Miami czy Nowym Jorku, nie mówiąc już o Las Yegas. 
Wrażenia. Podróż dała mi wiele miłych i głębokich wrażeń. Widzieliśmy rzeczy, 
których nie tylko nigdy nie widziałem, ale nawet nie wyobrażałem sobie poprzednio. 
Niektóre z nich, jak np. widok Czarnego Jaru, Wielkiego Jaru, Jaru Brice'a, Paszczy 
Smoka i niektórych jeziorek w Parku Żółtego Kamienia, urągają po prostu 
wszelkiemu opisowi; niektóre inne - jak Droga do Słońca w Parku Lodowcowym, 
Milionowa Droga w Colorado albo widok górnej krawędzi doliny Yosemity dadzą 
się może opisać, powiększając nasze znane przeżycia tatrzańskie czy alpejskie - ale 
są tak ogromne, tak przytłaczające rozmiarami, że należą właściwie do zupełnie innej 
kategorii niż wszystko, co mi było dotąd znane. Ogólnie mówiąc, Stany Zjednoczone 
to fantastycznie piękny i fantastycznie wielki kraj. Myślę też, że Ameryki nikt 
naprawdę nie zrozumie, nie pojmie tego fascynującego gigantyzmu, którym 
odznaczają się tutaj dzieła ludzkie -od pociągów i fabryk do systemu szkolnego - 
jeśli się nie widziało tej naprawdę przytłaczającej swymi rozmiarami przyrody. Chcę 
dodać jeszcze jedno. Po wydostaniu się ze śródzachodu i przejechaniu gór, w 
Arizonie, Newada, Wyoming i wielu innych stanach jeszcze, je- 
275 
Podróże 
dzie się godzinami bez przerwy, po nie kończącej się, zdawałoby się prostej jak 
strzała szosie, na równinie ciągnącej się bez jednego wzgórza setkami mil. Na moich 
towarzyszach te urodzajne stepy i te pustynie wywarły równie głębokie wrażenie jak 

background image

góry i jary; na mnie działały mniej, ale i ja muszę przyznać, że ich widok jest 
niesamowity. 
W dodatku Stany Zjednoczone mają mnóstwo okolic po prostu pięknych, aby nie 
powiedzieć cudownych. Jestem na przykład całkowicie pod urokiem San Francisco. 
To miasto i jego okolica co najmniej dorównuje Neapolowi. Podobnie wiele 
fragmentów Parku Yosemity czy Lodowcowego, albo wybrzeża Oceanu Spokojnego 
należą zapewne do najpiękniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek widziałem. Co 
prawda pięknych rzeczy jest pełno na świecie, ale Wielki Jar i Mesa Yerde, Paszcza 
Smoka i Brice Canyon są, wydaje mi się, nie do porównania z czymkolwiek innym. 
Ludzie. W czasie mojego pobytu w Stanach miałem sposobność poznać 
przynajmniej jedną warstwę społeczną tego kraju, a mianowicie szczytową warstwę 
inteligencką. Powiem o niej tylko tyle, że wydaje mi się ona równie godna uwagi, jak 
amerykańska przyroda. To są wspaniali ludzie i wspaniały świat. Ale na Zachód nie 
jechałem, aby spotkać ludzi. Korzystałem w Los Angeles z nader miłej gościny 
mistrza i starszego kolegi po fachu, prof. Carnapa, a w Ber-keley inny wielki uczony, 
profesor Alfred Tarski, gościł mnie prawdziwie po polsku; spędziłem też parę dni po 
różnych klasztorach dominikańskich i jezuickich, ale z reguły ludzi unikałem, bo 
chciałem zobaczyć God madę America - Amerykę stworzoną przez Boga, przyrodę. 
Niemniej nie udało mi się człowieka całkiem usunąć z horyzontu. Spotkaliśmy go w 
dwojakiej postaci, tak charakterystycznej dla życia amerykańskiego. Z jednej strony 
organizatorów, tych, którzy mają pieczę nad drogą i pomnikami przyrody; z drugiej 
„zwykłego" człowieka, tj. tego samego Amerykanina w życiu prywatnym. Różnica 
była jaskrawa: Amerykanin przy pracy, ten organizator, business-man, jest 
cudownym człowiekiem; ale w życiu prywatnym - nie chcę być złośliwy, ale 
wolałbym, aby nie było tego życia prywatne- 
276 
Podróże 
go, tak dalece ono pomniejsza Amerykanina w moich oczach. Krótko mówiąc, to 
życie prywatne to często najstraszliwszy banał, poziom jarmarczny, wobec którego 
Kołomyja wydać się musi szczytem kultury. 
5 czerwca 1956 r. Wszystko gotowe. Łukasz siada przy kierownicy i po chwili South 
Bend jest już poza nami. Patrząc na nie kończące się szeregi stacji benzynowych i 
„eafs", na obrzydliwe, prowizoryczne domki i równie brzydką równinę za nimi, 
zaczynam się zastanawiać nad tym, czym South Bend właściwie jest. Ma około 150 
000 mieszkańców. W środku stoi Studebaker (samochody) i Bendix (części 
samolotowe i samochodowe); reszta jest dodatkiem. Gdyby Studebaker zniknął 
(zanosi się na to, bo „olbrzymy", General Motors, Ford i Chrysler, żyć mu nie dają), 
gdyby Bendix zapadł się pod ziemię, South Bend musiałby zniknąć także. To jest 
miasto powstałe dla obsługi Studebakera i Bendixa. I niczego tu nie ma, co by nie 
było z nimi związane: domki pracowników, sklepy dla pracowników, banki, parę kin 
dla pracowników. Teatru naturalnie nie ma (podobno nie ma stałego teatru nawet w 
Chicago). Co prawda honor South Bendu ratuje Notre Damę, najlepszy katolicki 
uniwersytet kraju, mający - co ważniejsze - jeden z najlepszych zespołów piłkarskich 

background image

na Śródzachodzie. Notre Damę jest cudownie położony, ma jeden z najpiękniejszych 
„campusów" w kraju i posiada zespół naprawdę kulturalnych ludzi. Wykłada tu m.in. 
bodaj największy rzeźbiarz współczesny, Maestrovich, wykłada ks. Hugh, wielki 
historyk, uczy znakomity polski metalurg Kuczyński, pracuje sławny biologiczny 
instytut Lobond, kierowany przez profesora Rainersa, a wokoło nich powstała 
atmosfera autentycznej kultury. Ale między tym światkiem czy oazą a South Bend 
nie ma mostów. 
Moja ocena Southbendowskiej i, ogólniej, śródzachodniej, a jeszcze ogólniej 
amerykańskiej sytuacji intelektualnej jest następująca: świetna, wcale nie gorsza od 
naszej elita na uniwersytetach, ale niemal zupełny brak średniej klasy kulturalnej 
między nią a masą. Może upraszczam trochę, ale en gros tak już jest. I dlatego 
intelektualiści są tutaj często tak smutni. ,,Ivory tower", czują się osamotnieni 
277 
Podróże 
i często niepotrzebni. Na dłuższą metę to musi dać rewoltę klerków -już obecnie 
widoczną w lewicowych nastrojach profesorów. 
To jest tylko jedna strona śródzachodniego czy nawet amerykańskiego medalu. Nie 
trzeba zapominać o drugiej. Bo najpierw, te brzydkie domki są tak liczne, że niemal 
każda rodzina ma swój własny; następnie, w każdym z nich jest elektryczna 
lodówka, aparat telewizyjny, każdy ma bieżącą, zimną i ciepłą wodę. Przed każdym 
stoi Ford, Clievrolet, a nieraz Dodge, Mercury czy Buick. Pod tym względem South 
Band jest niesłychanym, nieprawdopodobnym wprost osiągnięciem. Jest miastem, w 
którym minimum egzystencji osiągnięte przez każdego jest wyższe od poziomu 
wymarzonego przez wielu zamożnych ludzi gdzie indziej. A następnie, rozpoznaję 
już znaki podnoszenia się South Band pod względem kulturalnym. Stałem kiedyś pół 
godziny w ogonku czekając na moją kolej, aby kupić płytę gramofonową, i 
widziałem, jak robotnicy i robotnice kupowali wielką, klasyczną muzykę; pod tym 
względem South Bend na pewno góruje nad Fryburgiem, nie mówiąc już o 
Katowicach. Następnie, zadziwiający jest pęd do college: każdy, naprawdę każdy, 
chce mieć syna na uniwersytecie. Mówili mi profesorowie w Ohio State (Co-
lumbus), że mają już 25 000, a za parę lat będą mieli 40 000 studentów. Biedne to 
zwykle uniwersytety, nieraz na poziomie naszego gimnazjum niższego, szkółki, 
wkuwanie, bryki, dyscyplina uczniowska i tak dalej, ale przecież większość z nich 
ma graduate school, a wszystkim przyświeca ideał, by stać się jak Harvard, Yale, 
Prince-ton, Columbia, Cornell, Berkeley, tj. uniwersytetami na serio. Na dłuższą 
metę to nie może nie dać wyników. 
Na razie Śródzachód jest kulturalnie straszny, brzydki i tępy. Wóz pędzi po 
wspaniałej, sześciotorowej szosie, 75 mil na godzinę (120 km/h), w tłumie innych, 
takich samiusieńkich wozów, a naokoło nic, tylko ciągle takie same stacje 
benzynowe, „eat's", obrzydliwe domki - i tu i ówdzie olbrzymie, potwornie wielkie 
fabryki. Mamy tego przed nami l 200 mil (niemal l 900 km) - do Denver. Mimo że 
nie lubię w zasadzie wariactw, pochylam się do Łukasza i proszę go, żeby przeszedł 
na 80; trzeba z tym Śródzachodem skończyć jak najprędzej. 

background image

278 
Podróże 
279 
Podróże 
Dziennik 
6 czerwca. Dziś o 19:15 przyjechaliśmy, zgodnie z planem, do Denver, Colorado. 
Licznik wskazuje 1159 mil (1865 km); przejechaliśmy je w półtora dnia. Wliczając 
przystanki, byliśmy w drodze 27 godzin i 40 minut, co daje przeciętną nieco ponad 
42 mile, czyli o-koło 70 km/godz. Nie mieliśmy szczęścia: most na Missisipi pod 
Muskatine był zerwany - musieliśmy kołować i przebijać się przez straszliwe jakieś 
miasta i miasteczka. Rada dla tych, co pojadą tą drogą: trzymać się stanowej drogi nr 
92. Jest dobra, idealnie prosta i co najważniejsze pusta. Na trakcie federalnym nr 6 
dzieją się dzikie rzeczy: nieprawdopodobnych rozmiarów ciężarówki pędzą po prostu 
stadami. A że taki potwór jedzie w tempie 60 do 70 mil na godzinę, nieraz bardzo 
trudno wyminąć kolumnę. Traktu nr 6 całkiem pominąć nie można, ale przecież 
droga nr 92 przeprowadzi podróżnika przez trzy stany. 
Noc spędziliśmy przed bramą jakiegoś parku stanowego (był zamknięty) w 
samochodzie. Oparcia przednich siedzeń można zdejmować i położywszy parę 
kuferków między przednie a tylne siedzenie, otrzymuje się średnio wygodne 
legowisko dla dwóch, a w biedzie nawet trzech, dorosłych ludzi. Wygodne to nie 
było, ale ostatecznie spaliśmy. Padał mocny deszcz. 
Wrażenia żadne, prócz jednego podstawowego - ogromu przestrzeni. Żałowałem, że 
nie znam się na rolnictwie, bo ono musi być tutaj ciekawe. Zauważyłem tylko, że 
wiele gospodarstw wygląda niemal na fabryki. Jedno z nich (w Iowa, jeśli się nie 
mylę) było całe z aluminium. Od naszego folwarku różni się taka farma silosem, 
wysoką, baniastą wieżą-spichlerzem, no i ilością wielkich, pokracznych traktorów. 
W Denver spotkaliśmy o. Henry'ego T.J., który będzie nam odtąd towarzyszył jako 
pasażer (jeszcze nie umie prowadzić). Jutro wielki dzień: mamy przejechać Park Gór 
Skalistych, aż do Salida, drogą, która na przestrzeni 7 km prowadzi na ponad 3 000 
m, i pokonać cztery przełęcze wyższe od Jungfraujoch. Po dłuższych rozważaniach i 
dyskusjach postanowiliśmy nie zmieniać gaźnika, mimo tych wyżyn. 
7 czerwca. Salida. Zbierając wrażenia przy ognisku, zręcznie rozpalonym przez 
Łukasza nad brzegiem strumienia pod Salida, nie mogę powiedzieć, abym był 
rozczarowany. Nigdy w życiu tak wysoko nie jeździłem. Samochód zdał egzamin: 
dyszał ciężko, ale przecież jedynki nie założyliśmy ani razu. Ale dla kierowcy droga 
była śmiesznie łatwa: nr 34, prowadząca przez Park, a następnie drogi 6, 91, 24 - to 
wspaniałe szosy, których każdy mógłby sobie życzyć gdzie indziej na równinie. 
Zaimponowały mi zwłaszcza zakręty, tak wspaniale rozbudowane, jak to się chyba 
tylko na Sustenstrasse widzi w Szwajcarii: można niemal wszędzie brać je 50 
mil/godz. (80 km/h), o ile, naturalnie, wóz tyle potrafi wyciągnąć w rozrzedzonym 
powietrzu. Góry same są nijakie: może trochę przesadzam, ale wyglądają mi jak 
Gubałówka nieco większych rozmiarów. Okrągliste, spokojne, pokryte roślinnością 

background image

niemal po szczyty. Stare góry, park Gór Skalistych nie umywa się ani do Alp, ani do 
Tatr. 
Jedno tylko w nich nas wszystkich zaskoczyło: barwa. Te góry w przeciwieństwie do 
naszych są kolorowe - niektóre jaskrawoczer-wone, inne różowe. To jest dla 
Europejczyka całkowite novum. Nasze góry są szare, białe od śniegu albo czarne, ale 
nigdy czerwone. 
8 czerwca. Mesa Yerde. Dzień dzisiejszy wynagrodził nam stokrotnie częściowe 
rozczarowanie wczorajsze. Mogę, jeśli o mnie chodzi, bez przesady powiedzieć, że 
bardzo niewiele doznałem równie wielkich przeżyć w życiu, choć, jak zwykle Polacy 
naszego pokolenia, tłukłem się wiele po świecie. Zdaję sobie doskonale sprawę, że 
nie potrafię ich opisać - na to by trzeba artysty. Powtarzam więc tylko, że był to 
wielki dzień, pełny naprawdę wstrząsających widoków. 
Ruszyliśmy o 8:45 drogą związkową Nr 50, fantastycznie wprost piękną: idzie na 
długim odcinku doliną rwącej rzeki Tomicht, następnie wzdłuż jeszcze piękniejszej, 
jeśli to możliwe, doliny Gunnisonu. Nic właściwie nie ma w tych dolinach 
nadzwyczajnego, ale są naprawdę piękne. Tą drogą jechaliśmy cztery godziny (117 
mil - ok. 188 km) często przystając dla podziwiania krajobrazu. O 12:48 wzięliśmy 
stanową Nr 347 na północ. Łukasz, który prowadził na tym odcinku, zaczął od razu 
kląć i protestować przeciw dzikiemu pomysłowi jeż- 
280 
Podróże 
dżenia taką drogą. W rzeczy samej nr 347 jest niepokryta, wyboista i - o zgrozo - 
jednotorowa. Mnie to się wydaje naturalne (większość górskich dróg szwajcarskich 
jest właśnie taka), ale miody Amerykanin takich dowcipów nie lubi. Ma być asfalt, 
cztery tory, rozbudowane zakręty itd. Zaczynam się przypatrywać mojemu miłemu 
towarzyszowi podróży. Ma 18 lat. U nas, ludzi tego wieku, dobra przygoda raczej 
cieszy, niż martwi, ale on uważa, że to skandal. Mimo że trzeba się dobrze trzymać, 
bo wóz zatacza się jak pijany, oddaję się rozmyślaniu nad „zmysłem 
bezpieczeństwa" amerykańskiej młodzieży, której tyle widziałem w South Bend. To 
nie jest pokolenie pionierów, tamte czasy minęły. Kiedy dziecko się rodzi, 
bezpieczniej zacząć od razu płacić za jego grób. Nie jest mi bardzo wesoło z takimi 
myślami. 
Ale drogi nr 347 jest zaledwie 8 mil i nagle odsłania się przed nami niesamowity 
widok Czarnego Jaru. Zjeżdża się najpierw w jakąś dość płaską i mało interesującą 
dolinkę. W tej dolinie wycięty jest przez erozję sam Czarny Jar. Dno doliny leży na 
zaledwie l 300 stóp (427 m), a za to Jar jest l 730 do 2 425 stóp (od 256 do ok. 800 
m) głęboki. Ma niemal prostopadłe, prawie czarne ściany. Może wskutek tej barwy, 
może dlatego, że ściany są tak strome, nie wiem zresztą dlaczego, Jar wywiera 
wstrząsające wrażenie. Nie jest piękny - tego tak nazwać niepodobna, a jeśli nawet 
jest, to podróżnik nie przeżywa tego piękna. Na pierwszym planie czuje się po prostu 
zmiażdżony widokiem. Leżąc nad brzegiem przepaści uświadomiłem sobie jaśniej 
niż kiedykolwiek, co Kant miał na myśli, gdy odróżniał estetyczną kategorię 
wzniosłości (das Erhobene) od piękna. Czarny Jar daje ogromne, estetyczne 

background image

przeżycie, ale to nie jest przeżycie piękna. Zresztą przeżycie jest, dla mnie 
przynajmniej, nie tylko estetyczne. Trzeba taki jar zobaczyć, aby niemal namacalnie 
zdać sobie sprawę z własnej nicości wobec potwornych dzieł przyrody. Jednym z 
powodów powodzenia humanizmu, czy tak nagminnego antropocentry-zmu, jest 
niewątpliwie to, że ludzie oglądają stale tylko własne twory, a nie przyjdzie im do 
głowy położyć się tak, jak myśmy leżeli, nad brzegiem takiej przepaści. 
281 
Podróże 
Wracając do Czarnego Jaru, mieliśmy tragikomiczne spotkanie, a mianowicie z 
innym samochodem, ciągnącym dom-przyczepkę (rozpowszechniony w Stanach, a 
szkodliwy nałóg). Minąć naturalnie niepodobna, trzeba cofać. Dla nas w Szwajcarii 
to chleb powszedni, ale obaj moi towarzysze uważali ten kilometr jazdy rakiem nad 
(niegroźną zresztą) przepaścią, po wyboistej drodze, akurat tak szerokiej jak wóz, za 
wyczyn heroiczny. Uwaga dla automobolistów: u nas we Fryburgu takiego, kto nie 
potrafi paskudnej (35% i bardzo wąskiej a krętej) „ court chemin " wziąć tyłem, 
odsyłają na egzaminie szofer-skim z grzeczną uwagą: panu radzimy raczej jeździć po 
Holandii. Moim zdaniem, całkiem słusznie. 
Ale jesteśmy już na wspaniałej nr 550 i zbliża się „million dol-lars highway", słynna 
droga, wysadzana w szczerej skale. Łukasz upiera się (choć to nie jego kolej), aby 
prowadzić. Ponieważ wiem, że „Droga do Słońca" w Parku Lodowcowym jest 
równie dobra, oddaję mu kierownicę; chłopak nie jeździł wiele po górach, ale to 
rasowy szofer i uważny, niech sobie pojedzie. 
Milionowy trakt jest rzeczywiście wspaniały; podobny nieco do Axensstrasse nad 
Jeziorem czterech Kantonów, z tą zasadniczą różnicą, że prowadzi przeważnie na 
wysokości jakichś 500 m ponad dnem doliny i że jest węższy od tamtej. Łukasz 
prowadzi wybornie, ostrożnie a szybko, jak trzeba, bez pudła. O 15:43 mijamy 
ślicznie położony Ourey i natrafiamy na długi odcinek szosy w budowie. Droga jest 
starsza i Łukasz klnie. W Stanach buduje się już teraz na nieprawdopodobną wprost 
skalę nowe drogi albo poszerza się stare. Co się będzie dopiero działo, kiedy uchwalą 
te miliardy wniesione obecnie przez rząd do parlamentu! Równie nieprawdopodobny 
jak rozmiar prac jest widok maszyn używanych w tych budowach. Napatrzyłem się 
podczas wojny różnym buldożerom, ale tu stadami chodzą jakieś behemoty, tak 
ogromne i pokraczne, że tamte, wojenne maszyny, wydały mi się w porównaniu z 
nimi małe. Co dziwniejsze, te potwory poruszają się ze zdumiewającą szybkością i 
zwinnością. Ale dla automobilisty rzecz nie jest przyjemna i współczuję Łu-
kaszowym klątwom. Dopiero o 18 dojeżdżamy do Durango, gdzie 
282 
Podróże 
283 
Podróże 
kupujemy materiały na kolację, i ja biorę kierownicę. Łukasz natychmiast zasypia. 
Wybrał sobie niewłaściwy moment, bo za chwilę biorę w lewo na Mesa Yerde - 
„Zielony Stół". 

background image

Ta Mesa jest zapewne jedną z najdziwniejszych rzeczy w świecie. Jest mniej więcej 
600 metrów wysoka, czyli, o ile pamiętam, równa Gubałówce, ale od Gubałówki i 
wszystkich innych gór różni się pod dwoma względami. Najpierw, wyrasta na 
zupełnie płaskiej, bezkresnej równinie: jadąc pod górę mam po lewej stronie 
przepaść nie ograniczaną niczym. To robi niesamowite wrażenie. Znany filozof 
francuski, prof. Y. Simon, który przebył tę drogę przede mną i bez trudu pokonał 
Milionową Szosę, przyznał mi się, że na Mesa Yerde nie tylko musiał oddać 
kierownicę synowi, ale nawet odwrócił się plecami do przepaści, bo nie mógł na nią 
patrzeć. To jest jedna osobliwość Mesy. A druga polega na tym, że u szczytu leży 
płaszczyzna około 20 mil (32 km) długa, a 15 mil szeroka. 
Przyjechaliśmy mocno wyczerpani, mimo że zrobiliśmy tylko 322 mile (518 km): 
rzadkie powietrze i wrażenia. O. Henry robi szybko wspaniałe steki i po spisaniu 
wrażeń daję nurka w worek do spania. 
9 czerwca, Flagstaff. Znowu dzień pełny wielkich wrażeń. Rano zwiedzaliśmy 
Pueblos, pod kierownictwem doskonałych, wykształconych i umiejących prowadzić 
przewodników. Chodzi o rzecz następującą: gdzieś około roku 400 naszej ery, 
Indianie, naciskani widocznie przez jakichś nieprzyjaciół, osiedlili się na szczycie 
Mesy, gdzie obrona była łatwiejsza. Nie tylko na ten szczyt niełatwo było wejść, ale 
w dodatku jest on przecięty głębokim jarem o skalistych ścianach, gdzie dostęp jest 
miejscami w ogóle niemożliwy, wyjąwszy na linach. Otóż w ścianie tego jaru są 
płytkie jaskinie. Nasi Indianie pobudowali sobie wewnątrz nich bardzo dziwne 
mieszkania- małe, kamienne domki, przylegające jeden do drugiego, jak u nas w 
mieście, i stojące jeden na drugim do 7 pięter. Ściśle mówiąc, nie wiemy, czy pierwsi 
mieszkańcy jaskiń budowali takie domki -te, które obecnie stoją, pochodzą z okresu 
„klasycznego" l 000 -l 300 mniej więcej. Ale wiemy, że swoista i dość wysoka 
cywiliza- 
cja istniała tutaj już około r. 750. W roku 1276 nastała susza, która trwała 24 lata, z 
braku żywności Indianie wyemigrowali w świat. Domki się zachowały w pieczarach 
nietknięte, a w nich sporo narzędzi, koszów (zanim wynaleźli garnek, używali 
koszów do noszenia wody i nawet do gotowania) itp. O. Henry, historyk i kawałek 
archeologa, szaleje, chce widzieć wszystkie osiedla, schodzi, wspina się, kłóci się o 
każdy szczegół. Ja muszę przyznać, że po Sycylii, Kairze i Rzymie nie bardzo się 
wzruszam. Ostatecznie to zawsze to samo: wszystko, co człowiek stwarza w 
krwawym wysiłku wieków, zapada się w otchłani historii, po czym uczeni z jakichś 
odłamków i skorupek starają się odtworzyć obraz umarłej cywilizacji i zrozumieć 
„ducha" zmarłego narodu. A narody żywe ciągle wydają durniów, co prawią nam o 
„nieśmiertelnym duchu narodu" i uczą, że dobro narodu jest najwyższym dobrem. 
Siedząc na kamieniu w spiekocie (mamy na tej wysokości 98 stopni F., tj. 37 stopni 
C, a brak wiatru) myślałem o moich reakcjach na te Pueblos. Te reakcje są jakieś 
słabe i blade. Dokładnie tak samo jak zresztą, na przykład, przy czytaniu, 
powiedzmy, Sofoklesa czy Szekspira. Przyłapałem się kiedyś na (doskonałym 
zresztą) przedstawieniu „Edypa Króla", granego w starożytnym rzymskim teatrze 
Avanche (Aventicum), że zamiast wzruszać się akcją, przypominam sobie pilnie 

background image

teorie o konflikcie między prawem Tytanów a prawem Zeusa, czyli między rodem a 
polis, przeplatając te rozważania uwagami o kompleksach w stylu Freudowskim. 
Razem wzięte rozmyślania tego typu „uodporniają" całkiem skutecznie na wszelkie 
wzruszenia. Wiemy za wiele, aby móc się cieszyć życiem. Mesa Yerde to dla mnie 
ostatecznie tylko jeden jeszcze przykład śmiertelności wszystkiego co ludzkie. 
Ale z tym moja myśl wraca znowu do Spinozy. Ostatecznie, ja jestem jego znacznie 
bliższy niż tłumu tak zwanych teistów, co nigdy nie zrozumieli, o co właściwie 
chodzi; wyznają jakiegoś pomniejszonego Boga, ściślej bożka, podobnego do 
człowieka, który temu człowiekowi zapewnia „rajski Przebyt", jak powiada 
Bogurodzica. Właściwie wstyd takie rzeczy pisać: to jest strasznie nienowo- 
284 
Podróże 
285 
czesne. Wszyscy klną się dzisiaj tylko dnem duszy, egzystencją, człowiekiem - to 
znaczy kompleksami. Wszyscy są dziś subiekty-wistami, to znaczy chorują na 
omamy. Dlatego Spinoza jest mi stokroć bliższy od nich wszystkich. Przy tym 
Spinoza rozumował, choć zwykle kiepsko (wykazano, że żaden z jego 28 pierwszych 
sy-logizmów nie jest poprawny); a nowożytni „filozofowie" w ogóle już rozumować 
nie chcą. To dobre dla zwierząt i dla inżynierów, powiadają. A no! 
O. Henry wylazł wreszcie, spocony i zadyszany, z jaru i trzeba jechać. Przy zjeździe 
overdrive nawala i jedziemy na zwykłych biegach. Zdaje się od gorąca. Nie 
zapowiada się wesoło na pustynię. Na szczęście w dolinie „wziął" znowu i mogliśmy 
jechać w dobrym tempie: zrobiliśmy 344 mile (554 km) w pół dnia, robiąc 
przeciętnie niemal 50 mil na godzinę. Po drodze na szosie nr 66, nieomal mieliśmy 
wypadek za miasteczkiem Gallup: na czterotorowej szosie Łukasz jechał powyżej 75 
(120 km/h) za jakimś małym wozem, który nagle przyhamował, w tej samej chwili 
jedna olbrzymia ciężarówka mijała drugą po przeciwnej stronie i przy mijaniu 
wjechała na trzeci tor. Gdyby był przyhamował, co by co drugi kierowca zrobił 
odruchowo, nikt z nas nie byłby zapewne przeżył tego spotkania. Ale Łukasz nie 
przyhamował, przycisnął pedał na kick-down, który na szczęście odpowiedział, i 
poderwał wóz na jakichś dobrych 150 km/h. W tym tempie cudowny chłopak 
prześlizgnął się między ciężarówką a małym wozem, w odstępie tak ciasnym, że nie 
mogło być więcej niż pół centymetra wolnej przestrzeni po obu stronach. Ćwierć 
sekundy później ciężarówka byłaby była o ten centymetr bardziej ku nam i nigdy 
byśmy nie zobaczyli Wielkiego Jaru. Wrażenie było tak silne, żeśmy obaj zbledli jak 
kreda. Tylko kochany o. Henry pytał zaciekawiony: Co się stało? Czy coś 
popsutego? Błogosławieni są tacy piechurzy. Być kierowcą znaczy igrać ze śmiercią. 
Hamować nie było wolno, bo przy tej szybkości wóz by na pewno zarzucił. Świetny 
kierowca ten Łukasz. 
Przed Flagstaff widzieliśmy skraj Skamieniałego Lasu i Malowaną Pustynię. Ta 
ostatnia jest naprawdę cudowna, mieni się prześlicz- 
Podróże 

background image

nymi barwami. Niestety, nie mogliśmy zjechać w głąb lasu. Jutro jest niedziela, więc 
trzeba być we Flagstaff, gdzie jest kościół katolicki, więc trzeba się spieszyć. We 
Flagstaff zastaliśmy „konwencję". Wszystkie hotele zajęte: po długich 
poszukiwaniach traliliśmy do jakiegoś maleńkiego hoteliku, gdzie znalazły się trzy 
łóżka za 2,5 dolara za sztukę - prymitywne, ale czyste, jak we wszystkich hotelach 
amerykańskich. 
Wieczorem zabrałem o. Henry'ego do baru na szklankę piwa i widziałem znowu coś 
bardzo ciekawego: żywy „Dziki Zachód" -i twarze, i ogromne kapelusze, i ubrania, i 
ruchy dokładnie jak w filmach „zachodnich". I nic dziwnego, bo Flagstaff jest 
właśnie miasteczkiem, gdzie takie rzeczy filmują. Brak tylko pistoletów, ale 
powiadają, że rewolwery w kieszeni wewnętrznej są. Czytałem właśnie, że dwóch 
wójtów zastrzeliło się wzajemnie przedwczoraj w sąsiednim miasteczku, w barze. 
Z dalszej podróży mam tylko daty noclegów: 10 i 12 czerwca nocowaliśmy w Grand 
Canyon; 12. odwiedziliśmy Bryce Canyon, który jest przynajmniej dla mnie z daleka 
najpiękniejszym jarem amerykańskim. Kombinacja barw i kształtów jest naprawdę 
jedyna w swoim rodzaju. Wywarła na nas tak wielkie wrażenie, że dwa razy 
wracaliśmy, aby raz jeszcze rzucić okiem na to piękno. Następnego dnia 13 VI 
byliśmy w Las Yegas recreation unlimied, stolicy wszelkiej rozkoszy, polegającej 
głównie na wsuwaniu srebrnych dolarów w paszcze slot machines. Jako stateczni 
duchowni stanęliśmy, o. Henry i ja, w motelu dość daleko od miasta owej rozpusty, 
ale oczywiście byłoby zbytnim okrucieństwem, gdybym odmawiał naszemu 
Łukaszowi możności zatopienia się w slotmaszynowej rozkoszy. Trzeba wiedzieć, że 
ojciec dał mu na drogę sto dolarów, a on bojąc się, że wyda je zaraz, powierzył mi 
owe dolary. Co wieczór wydzielałem mu czterdzieści albo pięćdziesiąt centów. Ale 
w Las Yegas dałem mu całego dolara i proszę, hę hit the jack-pot - sto dolarów 
wyleciało. Proszę się domyślić, ile z tego przywiózł do motelu? Ani centa, jeszcze ze 
swoich oszczędności dołożył. Mało wozu nie przegrał. 
286 
Podróże 
Nazajutrz, 14 VI, dokonaliśmy ciężkiego i stosunkowo niebezpiecznego przejazdu 
przez Dolinę Śmierci, Dead Yalley, pustynną depresję. Wóz, który zawsze miał 
skłonność do grzania, zagrzał się na dobre przy wspinaniu się po piaszczystej drodze 
- i byliśmy szczęśliwi, kiedy Łukasz po godzinnej pracy, znowu go do porządku 
doprowadził. Temperatura wynosiła 117 stopni F, to jest ponad 47 stopni Celsjusza 
w cieniu! 
Z dalszej podróży notuję jeszcze noc przespaną w namiocie pod olbrzymią, podobno 
4 000-letnią sekwoją, a zwłaszcza Yellowstowne Park. Natrafiłem tam na coś, czego 
sobie wytłumaczyć nie potrafię. Krajobraz tego parku, z jego spaloną ziemią, z jego 
gejzerami, wybuchami gazów, jest dokładnie tym krajobrazem, który góral opisuje w 
Na wysokiej potoninie W.Vincenza. Ale Vincenz zapytany przeze mnie twierdził, że 
nigdy w Yellowstone Park nie był i żadnego jego opisu nie czytał. Tajemnica. 
287 
Loty 

background image

XII 
LOTY 
Samolot 
Pierwsze moje wspomnienia „lotnicze" są bardzo stare, bo z roku 1909. Miałem 
wtedy 7 lat i byłem chory, bodaj na szkarlatynę - właściwie już w rekonwalescencji. 
Rodzice, oboje, przynieśli mi ilustrowany tygodnik z artykułem i zdjęciami Biedota, 
który był właśnie przeleciał przez kanał angielski. Pamiętam jeszcze następujący 
szczegół: dowiedziawszy się o wyczynie wielkiego konstruktora i lotnika 
francuskiego, oświadczyłem z wielką powagą, że niebawem będziemy kupowali 
bilety lotnicze, jak kupujemy obecnie kolejowe. Ta przepowiednia wydawała się 
moim rodzicom tak zabawna, że długo nie mogli uspokoić śmiechu z fantastycznych 
pomysłów chłopca. 
Pokazało się, że nie poważni, starsi ludzie, ale mały chłopiec, którym byłem, miał 
rację. Ileż tych biletów lotniczych nie kupiłem w ciągu mojego życia, począwszy od 
pamiętnego lotu Dakotą z Kra- 
288 
Loty 
289 
Loty 
kowa do Warszawy, poprzez fantastycznie długi lot z Johannesburga do Los 
Angeles, poprzez 50-krotny przelot oceanów, aż do tych nadzwyczaj miłych podróży 
powietrznych w 1977 w Argentynie! Ale o tym później. 
Kiedy przypominam sobie tę scenę (widzę jeszcze jasno słońcem oświetlony pokój 
dziecięcy i zdjęcie Bleriota w tygodniku) i kiedy porównuję ówczesne położenie z 
tym, co później przeżyłem, nasuwa mi się trywialne stwierdzenie, że dane mi było 
żyć w okresie wyjątkowym. Chcę powiedzieć, że w tym czasie postęp techniczny był 
większy niż w ciągu jakiegokolwiek innego okresu w dziejach. Pomijając lotnictwo, 
przeżyłem także powstanie i rozrost telekomunikacji: przecież bezpośrednio przed 
pierwszą wojną światową budowałem sam nadajnik-odbiornik radiotelegraficzny - 
coś bardzo prymitywnego. Sercem przyrządu była szklana tubka zawierająca opiłki 
żelazne, w którą uderzał młotek wzięty z budzika. Kiedy później stroiłem w locie 
moje radio czy ADF, przychodziło mi to czasem na myśl. W tej dziedzinie, jak w 
tylu innych, postęp był ogromny. 
Ten postęp przyjmowałem wtedy, jak większość ludzi myślących, jak mój śp. ojciec, 
z entuzjazmem. Być może z większym entuzjazmem niż wielu innych, a mianowicie 
w tym sensie, że zawsze chciałem sam skorzystać z tego postępu, móc manipulować, 
prowadzić owe cudowne maszyny, rozumieć je, umieć je naprawiać. Ten entuzjazm 
wyraził się z jednej strony w mojej pasji dla radia - w ciągu lat budowałem różne 
aparaty - z drugiej strony i przede wszystkim w pasji samochodowej. Ta pasja była 
prawdopodobnie jedną z głównych przyczyn tak późnego wejścia w świat lotnictwa. 
Były i inne powody. Chociaż samo latanie jest, wbrew rozpowszechnionym 
poglądom, tanie, szkolenie kosztuje drogo. Poza tym wymaga czasu i wysiłku. Otóż 
składało się tak, że albo nie miałem pieniędzy, albo nie miałem czasu. 

background image

Pierwszy mój lot - jako pasażer - wykonałem w Polsce. Miałem lecieć z Krakowa do 
Warszawy liniowcem. Przyjechałem na lotnisko (w Rakowicach) mocno spóźniony. 
Pędzę do samolotu z kuferkiem, kiedy jakiś urzędnik lotniska przegradza mi drogę i 
imperatywnie każe 
stanąć. „Panie, jestem spóźniony!" „Niech pan się nie boi, bez pana nie poleci. Czy 
nazwisko Bocheński?"„A jakże" - powiadam. „Mam dla pana ważną wiadomość: 
pilot samolotu, którym pan poleci, też się nazywa Bocheński". Takie były wówczas 
jeszcze patriarchalne stosunki na lotniskach. Samolot też był patriarchalny: Dakota. 
Z lewego silnika ciekła oliwa i pilot nie pozwolił mi chodzić - „To utrudnia pilotaż" - 
powiadał. A pilot nazywał się rzeczywiście Bocheński i musiał nawet być jakimś 
moim dalekim krewnym. Przyznaję ze wstydem, że oprócz owej oliwy (która zresztą 
na pilotach nie robiła żadnego wrażenia) nic mi z tego lotu nie zostało w pamięci. Co 
prawda taką podróż trudno nazwać „lotem". Pasażer siedzi jak w autobusie, maszyna, 
nawet taka jak Dakota, jest ciężka, stała, nie przeżywa się prawie niczego prócz 
widoków. Piloci naturalnie lecą, ale aby poznać lot jako pasażer, trzeba lecieć w 
małej maszynie. 
Fascynacja 
Będąc z zawodu filozofem nie mogłem oprzeć się pokusie rozmyślania także nad 
lataniem, które praktykowałem. To latanie pociąga, jak wiadomo, wielu ludzi, 
zwłaszcza młodych, których nieraz wprost fascynuje. Myślę, że słusznie, bo lot np. 
lot wysokogórski solo daje nieopisaną radość. Mówię z doświadczenia. Jestem 
starym człowiekiem, który miał w swoim długim życiu sposobność zażyć wielu i 
różnych rozkoszy. Chcę moich łaskawych czytelników zapewnić, że taki lot należy 
nieraz do najbardziej intensywnych, najradośniejszych przeżyć, jakie znam. Trzeba 
więc zadać sobie pytanie: dlaczego tak jest? 
Jedna z możliwych odpowiedzi, którą się bodaj najczęściej słyszy, twierdzi, że 
latanie dlatego tak ludzi pociąga, że daje pilotowi maksymalne poczucie wolności. 
Otóż być może, że tak jest w rzeczywistości, gdy chodzi o spadochroniarstwo, 
akrobatykę lotniczą albo o lot deltą - nie mogę o nich mówić, bo tych sportów nie 
praktykowałem. Ale jeśli chodzi o zwykły lot motorowy, turystyczny, to jest moim 
zdaniem nieprawda. Pilot bynajmniej nie przeżywa 
- Bocheński: Wspomnienia 
290 
Loty 
291 
Loty 
w locie wolności. Jest zamknięty w ciasnym kokpicie, przypasany do stosunkowo 
ciężkiej maszyny, zależny od niej. 
Co więc tak pociąga do latania? W pierwszym rzędzie zapewne wrażenie, że to jest 
awantura, coś całkiem innego niż wszystko, czego doznajemy na ziemi. Nasza prasa 
wzmacnia poczucie tej awantur-niczości, poświęcając nieproporcjonalnie wiele 
miejsca wypadkom samolotowym. Lot turystyczny wygląda w tej perspektywie jak 
coś naprawdę karkołomnego. Ale to nie jest prawda. Latanie turystycznym 

background image

samolotem, takim jak Cessna 172 nie jest wcale niebezpieczne. Jest mniej 
niebezpieczne niż jazda samochodem. Jeśli mamy stosunkowo wiele wypadków tego 
rodzaju, to winni są w większości wypadków piloci. Aby przytoczyć tylko jedną 
liczbę, w USA ponad 20% wypadków spowodowanych jest brakiem benzyny. 
Niemniej ryzyko odgrywa na pewno jakąś rolę w fascynacji lotnictwem. 
Ale mnie się wydaje, że to nie jest główny powód, dlaczego latanie jest tak wielkim 
przeżyciem i daje tyle radości. Mnie się wydaje, że powodem jest to, iż latając 
człowiek przełamuje mocą swojego ducha naturalne granice działalności zapisane w 
jego istocie psychofizycznej. Wyjaśniam. Powiadają, że małe dziecko wrzucone do 
wody zaczyna samo pływać. Rzecz zrozumiała, naturalna, jako że my, ludzie, 
pochodzimy podobno od ryb. Ale to samo dziecko posadzone w kokpicie samolotu 
nie zacznie nim sterować - bo nie pochodzimy od ptaków. Do latania, w 
szczególności do instynktownej oceny znacznej wysokości, której potrzeba, aby 
poprawnie lądować, brak nam wbudowanych psycho-fizjologicznych programów. 
Stąd pierwsze lądowania ucznia-pilota są tak często traumatyczne. Jeden z moich 
kolegów-pilotów, p. Barbonesy, opowiadał mi, że jego żona chwytała go na początku 
szkolenia parę razy co noc za rękę krzycząc: „Ciągnij, ciągnij!" 
Tak więc sądzę, że radość, jaką daje latanie, zawdzięczamy poczuciu 
przezwyciężenia naturalnych granic nałożonych nam przez przyrodę. To jest 
wolność, ale wolność wyższego rodzaju niż owa wolność poruszania się w 
przestrzeni. 
Wracając do awanturniczości i ryzyka, ja sam nieraz zawiniłem, narażając się 
niepotrzebnie. Świadczą o tym poniżej opisane przeżycia. 
Do Kairu 
Mnie nie dane było lecieć w małej maszynie aż do roku 1944, kiedy odbyłem razem 
zks. biskupem polowym ów pamiętny lot z Bari do Kairu, wspomniany w rozdziale 
„Cassino". Lot był interesujący, jeśli nie dramatyczny. 
Aby zrozumieć, jak do niego doszło, trzeba wiedzieć, że ks. biskup był generałem z 
trzema gwiazdkami i korzystał przy tym z bardzo wielkiego autorytetu, nie tylko 
dzięki swojemu stanowisku, ile charakterowi. Wojsko polskie na Zachodzie składało 
się z trzech korpusów: pierwszego w Anglii, drugiego we Włoszech i trzeciego w 
Egipcie. Było obsługiwane przez ponad setkę kapelanów, a biskup miał poza 
obowiązkami duszpasterskimi o nadzwyczaj skomplikowanym charakterze także 
mnóstwo spraw kościelno-dyplomatycz-nych w Ameryce, w Rzymie itd. Toteż latał 
stale. Urządził się, już nie wiem w jaki sposób, tak, że miał zawsze do dyspozycji 
własną polską załogę: pilota-sierżanta i nawigatora-pułkownika. A samolot zawsze 
mu jakoś podstawiono. Dodaję jeszcze, że mój śp. szef miał zwyczaj podejmować 
decyzję lotu późno wieczór, po dłuższych rozmyślaniach nad szklanką wina, tak że 
jego oficer do zleceń musiał dokonać prawdziwych wyczynów dyplomatycznych, 
aby zmobilizować samolot, załogę i potrzebne pozwolenia. 
Tak było i wtedy. 25 maja 1943 dostałem o godzinie 22:30 rozkaz przygotowania 
podróży powietrznej do Kairu. Byliśmy w Neapolu. Okazało się, że w Neapolu 
samolotu dostać nie mogę, ale że maszyna będzie w Bari. Naturalnie, wobec 

background image

ogromnego zapotrzebowania i zamówienia w ostatniej chwili, chodziło o 
nieprawdopodobny grat, którym nikt poza biskupem latać nie chciał. Pojechaliśmy 
260 kilometrów do Bari samochodem. Tam okazało się, że stan maszyny nie pozwala 
na start. W ciągu dwóch dni dokonano heroicznych 
292 
Loty 
293 
wysiłków, aby doprowadzić go do porządku, i wreszcie 29 maja mogliśmy 
wystartować. 
Samolot był małym, drewnianym dwusilnikowcem. Cela była z płótna, podłoga 
uginała się pod nogami. Były tylko dwa siedzenia dla załogi - biskup i ja 
siedzieliśmy na kuferkach za nimi. Droga prowadziła przez Catanię - Castel Benito - 
El Adam do Heliopolis pod Kairem. 
Lądowanie w Catanii nie było przewidziane i uderzyło mnie, że pilot jakoś nie mógł 
samolotu zatrzymać: stanął dopiero jakieś dwa metry przed ścianą bieżni. Pytam się 
pilota: „Co się dzieje?" Powiada, że hamulców nie mamy. Dlaczego lądowaliśmy? 
Bo bateria nawaliła. Ładowaliśmy ją (zmiennej nie było) dobre cztery godziny i 
wreszcie polecieliśmy. Pułap był niski, morze wzburzone, ale przecież nie tak niski, 
aby trzeba było wlec się jakieś sto metrów nad morzem. Aczkolwiek zupełny laik, 
miałem jakieś mętne wyobrażenie, że latanie nisko jest niebezpieczne, więc 
poszedłem do pilotów i pytani, dlaczego tak lecą. „Bo horyzont nawalił". Lecieli nad 
morzem, aby przy mgiełce mieć jakiś horyzont naturalny. 
Pod wieczór lądowaliśmy w Castel'Benito, gdzie Anglicy ulokowali nas w bardzo 
pięknej, na tropikalny sposób zbudowanej rezydencji. Po dobrym wypoczynku i 
sutym śniadaniu jedziemy na lotnisko. Komendant, angielski pułkownik, salutuje 
mojego szefe zamaszyście, jak tylko Anglicy potrafią, i powiada, że pogoda jest 
paskudna i lot odbyć się nie może. Ale mój biskup nie miał zwyczaju dać się 
zatrzymać przez taką bagatelę jak zła pogoda, powiedział Anglikowi, że musi być w 
Kairze i że leci. „ On your ownrisk, Sir" - „Na pańską własną odpowiedzialność", z 
ponownym zamaszystym salutowaniem. 
Lecimy więc znowu, wzdłuż brzegu morza, przy niskim pułapie i silnym wietrze, ale 
skądinąd bez trudności. Lądowanie w El Adam -w miejscu, gdzie według legendy 
dwaj przedstawiciele Cyrenajki dali się zakopać żywcem, aby świadczyć o 
prawdziwości twierdzeń swojego kraju w sporze granicznym. Po herbacie (na bardzo 
słonej wodzie) u oficerów angielskiego garnizonu, wystartowaliśmy do Egiptu. Nad 
Kairem burza piaskowa, tak że musieliśmy krążyć zanim znaleźliśmy Heliopolis. 
Loty 
W aeroklubie 
W tym czasie samoloty, które najbardziej żywo zostały mi w pamięci, to niemieckie 
z 1939 w Polsce i z 1940 w Anglii. Wrażenia nie były naturalnie przyjemne. Do dziś 
dnia mam uraz do samolotów z krzyżem niemieckim - nie potrafię podzielać 
entuzjazmu moich szwajcarskich i amerykańskich kolegów dla Luftwaffe. Samoloty 
Niemców były dla mnie przede wszystkim narzędziami mordu. Nawet fakt, że 

background image

stosunek sił powietrznych odwrócił się po kilku latach, że we Włoszech nasi lotnicy 
panowali w powietrzu tak, jak niemieccy w 1939 w Polsce, niewiele zmienił. 
Dopiero dzisiaj, zostawszy pilotem, zdaję sobie sprawę, ile straciłem na skutek 
negatywnej postawy do lotnictwa wojskowego. Trzeba było lat, abym zrozumiał 
piękno zawodu lotnika wojskowego, zwłaszcza pościgowca. Mimo wszystkiego, co 
można przeciwko temu poglądowi powiedzieć, sądzę, że lotnik wojskowy jest 
szczytem tego, co człowiek może w tej dziedzinie osiągnąć, co więcej, jest szczytem 
pod względem moralnym. Dokładniej mówiąc, jestem zdania, że człowiek niemal 
nigdzie indziej nie osiąga tak wysokiego poziomu moralnego jak na wojnie - w akcji 
bojowej - a wśród żołnierzy, sądzę, że pilot pościgowiec zajmuje pierwsze miejsce 
pod tym względem. Ale to jest inna materia, o którą tutaj nie chodzi. Chcę tylko 
powiedzieć, że na skutek roli zwierzyny strzelanej i bombardowanej z powietrza w 
początkach wojny, przez długi czas nie cierpiałem lotnictwa wojskowego i co za tym 
idzie lotnictwa w ogóle. 
Ale z czasem przyszło zrozumienie. W każdym razie, gdy tylko mogłem, zacząłem 
się szkolić na pilota. A mogłem, odkąd mąż mojej słuchaczki na uniwersytecie 
pokrył mi koszta tego szkolenia. Był sam pilotem i to tak zamożnym, że miał Lear 
Jet (cena ca. 4 000 000$) jako wehikuł prywatny. Twierdził, że ma wobec mnie dług 
wdzięczności, bo jego żona zajęta filozofią stała się mniej nieznośna. Z czego zdaje 
się wynikać, że filozofia, wbrew temu, co się o niej mówi, może na coś się przydać. 
294 
295 
Loty 
Loty 
Szkolił mnie w Eciwillens, lotnisku Fryburga, mój niezapomniany guru lotniczy 
Bernard Perdrissat, dawniej cukiernik z zawodu. Miał do mnie niebywałą 
cierpliwość, zważywszy, że w chwili uzyskania dyplomu - 22 VII 1972 - miałem 
niemal dokładnie 70 lat. W berneńskim urzędzie lotniczym kręcili na jego wysiłki 
nosami i na drugi egzamin tzw. transition (upoważniający do lotu solo bez 
pasażerów) przysłali urzędnika z Berna. Ten egzamin polega na tym, że kandydat 
wylatuje solo na dwa tysiące stóp, zamyka gaz i lotem ślizgowym ląduje w 200 
metrach. Aby przejść, trzeba było tak wylądować dwa razy z trzech prób. Otóż 
byłem wtedy w tak świetnej formie, że wylądowałem im pod nosem dwa razy w 
pięćdziesięciu. 
Uprawianie lotnictwa pociąga za sobą wejście do owej szczególnej wspólnoty, 
złożonej z ludzi powietrza. U nas ta wspólnota - sekcja fryburska aeroklubu 
szwajcarskiego - składała się z ponad 400 członków. Klub rozpadał się na szereg 
sekcji: motorową, szybowcową, spadochroniarską, balonową, konstruktorską. 
Istnieje rozpowszechnione mniemanie, że lotnicy prywatni są bogatymi ludźmi, ale 
we Fryburgu wcale tak nie było. Oceniam, że ponad połowę członków naszej sekcji 
stanowili mechanicy garażowi. Ja sam wziąłem z zapałem udział w życiu lotniczej 
wspólnoty - zredagowałem jej historię z okazji 50-lecia istnienia i prowadziłem także 
akcję pod nazwą „Niezależna akcja demokratyczna na rzecz lotnictwa" (Action 

background image

democratigue pour l'aviation - AIDA), która doprowadziła do obalenia kiepskiego 
zarządu i przejęła administrację we własne ręce. Ja sam zostałem członkiem zarządu. 
Redagowałem także przez jakiś czas biuletyn sekcji pt. Les canard des 
ailesfribourgeoises. 
W związku z tym zaprzyjaźniłem się z federalnym kontrolerem lekkiego lotnictwa, 
Gastonem Monodem, pierwszym historycznie naszym pilotem Louisem Deillonem, 
młodym, ale bardzo wybitnym przedsiębiorcą telewizyjnym Piotrem Modou, 
wreszcie z Sergem Borghinim, czasem nieznośnym, ale zwykle nadzwyczaj 
zabawnym bon viveur. Miałem z nim parę dramatycznych lotów, bo jak wypił, 
stawał się przy sterach niebezpieczny. Z dwoma ostatnimi poleciałem w r. 1980 do 
Vero Beach na Florydzie, by się dalej szkolić, bo 
szkolenie w USA razem z kosztami podróży i pobytu było tańsze niż u nas. 
Przeszkoliłem się tam na tzw. samolot złożony, to jest ze zmiennym skokiem śmigła 
i wciąganym podwoziem - obaj moi koledzy przygotowali egzamin IFR - lotu na 
instrumenty. 
Podróże 
Uważałem zawsze samolot przede wszystkim za wygodny, tani i bezpieczny środek 
lokomocji. Wiem wprawdzie, że ongiś, w epoce pierwszych „Kubusiów" (Piper 
Cubs) nikt nawet o tym nie marzył. Latać znaczyło wtedy startować, oblecieć 
lotnisko i możliwie precyzyjnie lądować, naturalnie z poślizgiem. Wiem także, że co 
najmniej trzecia część moich kolegów w Ecuvillens tak latanie pojmowała. Najwyżej 
uprawiali coś, co ja nazywałem „Trans-Europa-Expres", to jest z Ecuvillens do 
Espany, 15 km tam i z powrotem. Naturalnie, latałem także i ja „sportowo", to jest 
dla przyjemności i ćwiczenia. Poza tym samolot służył mi do pokazywania naszego 
kraju i jego gór gościom. Głównym jego zadaniem było jednak u mnie 
podróżowanie. Gdy chodzi o odległości 250-500 km, jest on nie do pobicia przez 
żaden inny środek lokomocji pod względem czasu, a bije stanowczo taniością 
niebezpieczny i męczący samochód. 
Otóż podróżowanie samolotem turystycznym to całkiem inna sprawa. Kto chce nim 
podróżować, musi posiadać kilka sprawności, których owi kierowcy „Trans-Europa-
Expres" zwykle nie mają. Trzeba najpierw umieć serio nawigować i to na 
instrumenty. Trzeba umieć rozmawiać z różnymi urzędami kontrolnymi. Trzeba 
wreszcie być zdolnym do powzięcia decyzji, to jest umieć należycie oceniać warunki 
lotu i wyciągnąć właściwe wnioski. Pisałem powyżej o powodach wypadków i 
wspominałem, że są one przeważnie zawinione przez pilota. To zwykle znaczy, że 
powziął złą decyzję. Prawdę mówiąc, aby móc używać turystycznego samolotu do 
podróżowania z zupełną niemal pewnością, trzeba by mieć prawo lotu na 
instrumenty (IFR). Na to nie mogłem sobie pozwolić, ale udało mi się przeciętnie 
odbyć małym samolotem dwie trzecie planowanych podróży. 
296 
Loty 
Od początku należałem do małego klubu, składającego się ze mnie, Marcelego 
Denervauda, małego przemysłowca i chemika, i Andre Anstetta, inżyniera. 

background image

Czwartym członkiem był najpierw Guillaume Devaud chirurg, następnie Marcel 
Jobin, artysta drukarz i wykładowca. Klub miał kolejno trzy samoloty: Cessna 150 
HB.CSM (dwu-miejscowy, 100 KP) i dwie Cessna 172, HB.CRT i HB.CSE (cztero-
miejscowe, 145 KP). Byłem stale księgowym klubu. 
W czteromiejscowych 172 odbyliśmy wiele podróży, z nich wymienię trzy: do Grecji 
i Maroka (z Denervaudem, jego żoną i synem) oraz najdłuższą do Dakaru (z 
Denervaudem i Anstettem). Ta ostatnia podróż obejmowała dwukrotny przelot przez 
Saharę. Mieliśmy w niej jeden moment dość dramatyczny. Denervaud, który 
pilotował do St. Louis, wyszedł (wbrew przepisom) on top, ponad chmury. Pytam się 
go (byłem telefonistą), co się pod nim dzieje? Wtem słyszę charter, który zapowiada 
się do St. Louis i dostaje pułap - 2000 stóp. Ufff! dane liczbowe dotyczące tych 
lotów podaję w załączniku. 
Wspomnę tutaj krótko o jednym locie w Południowej Ameryce, a w następnych 
dwóch rozdziałach opiszę dokładniej pamiętną dla mnie wyprawę do Monachium, z 
której mam zapiski zredagowane zaraz po powrocie. 
W roku 1976 wykładałem w Medellinie (Kolumbia), mieście odległym o niecałych 
300 km w linii powietrznej od stolicy Bogota. Aliści między oboma miastami leżą 
olbrzymie góry, tak że podróż samochodem od jednego do drugiego trwa 13 
(trzynaście) godzin. Mimo mojej miłości do wozów wolałem sobie nająć samolot. 
Lot, na granicy pułapu samolotu, trwał niewiele więcej ponad dwie godziny i był 
spektakularny. Miałem ze sobą właściciela lecidła, który mi objaśniał okolicę. 
Dowiedziałem się nadto od niego, że ten 172 miał silnik Skylane'a, to jest o mocy 
235 KP, zamiast normalnych 150. Zapytany dlaczego, odpowiedział: „Zobaczy pan 
przy starcie w Bogocie". 
W rzeczy samej zobaczyłem, a jakże... Odwiedziłem naszych ojców, miałem długą 
pogawędkę z braćmi studentami, którzy twierdzili, że są wszyscy marksistami, to jest 
chcą la revolucion, i byłem na- 
297 
Loty 
turalnie w zdumiewającym muzeum złota, z którego Bogota słynie. Po tym 
wszystkim wsiadam do samolotu, zapowiadam się i startuję. Bieżnia ma bodaj pięć 
kilometrów - i zaczynam rozumieć, dlaczego. Maszyna toczy się i toczy, ale nie chce 
ani rusz podnieść się w powietrze. Nic zresztą dziwnego - 2 610 metrów, niemal 
9000 stóp. W tak rozrzedzonym powietrzu nawet mój mocny silnik nie potrafi 
podnieść maszyny w kilometr. Podobno są lotniska położone jeszcze wyżej, ale dla 
mnie to był najwyższy start. Tak jakbym startował na szczycie Moleson albo 
Łomnicy. 
Do Monachium 
Krótka podróż lotem, którą chcę tutaj opisać, była dla mnie ważnym wydarzeniem. 
Podróżowałem już uprzednio wiele samolotem, ale zwykle z pilotem albo nawet 
dwoma kolegami. Miałem wprawdzie zasadę, żeby przynajmniej raz w roku odbyć 
podróż zagraniczną solo - sam na pokładzie - ale aż do owego pamiętnego lotu nie 
przyszło mi walczyć z naprawdę trudnymi warunkami i pokonać tak znaczne 

background image

przeszkody. Właściwie dopiero po tym locie poczułem się pełnowartościowym 
pilotem. 
Chodziło o małą wyprawę - niewiele ponad dwie godziny non stop z-Fryburga do 
Monachium. Miałem tam kilku dawnych uczniów, którzy zajmowali stanowiska na 
uniwersytecie, jeden z nich, Lob-kowicz, był jego prezydentem. Kiedy więc 
przyjechał do mnie w odwiedziny inny, amerykański uczeń, Tomasz Blakeley, 
„Tomem" zwany - z Bostonu, powiedziałem mu: „Co byś powiedział o odwiedzinach 
w Monachium, aby podyskutować z kolegami?" Tom zgodził się z entuzjazmem, 
tym bardziej że w życiu jeszcze nie siedział w małym samolocie. Miał tylko jedno 
zastrzeżenie - 2 lipca musi wracać do Stanów liniowcem z Zurychu. Powiedziałem 
mu trochę lekkomyślnie, że nie ma obawy, i wylecieliśmy 28 czerwca. 
Lot w tamtą stronę był bardzo przyjemny i odbył się bez najmniejszej trudności. 
Zaraz po starcie poszedłem na 6 000 stóp, aby przelecieć ponad żoną lotniska w 
Bernie, po tym zszedłem na przepi- 
298 
Loty 
sowę 5 500 (lecąc na zachód taki samolot ma wybór pomiędzy poziomami 35, 55, 
75, 95 tj. 3500, 5500 stóp itd.) Z Berna droga prowadziła do VOR Willisau, stacji 
radiogoniometrycznej, dalej między dwoma żonami - Zurychu i Emmen (wojskowej) 
- poprzez Jezioro Zurychskie, Jezioro Bodeńskie, na NDB (inny rodzaj nadajnika ra-
diogoniometrycznego) Kempten, a stamtąd nad Starnberger See. Tam zameldowałem 
się wieży monachijskiej i wykonałem sprawnie dość skomplikowany dolot, 
najzupełniej bez pudła. W ostatniej chwili uderzyło mnie, że mają obok bieżni 
betonowej, na którą byłem skierowany, wyjątkowo piękną, równą jak stół i 800 m 
długą bieżnię gazonową. Poprosiłem o nią i lądowałem po 2 godzinach i 14 minutach 
lotu, pokonując trasę z szybkością przeciętną (block-time) 168 km na godzinę. 
Lotnisko monachijskie jest duże i dobrze wyposażone: ma bardzo mało ruchu 
liniowego, za to mnóstwo samolotów mojego typu, więc obsługa jest też doskonała. 
Na przykład kazali mi zaparkować maszynę między dwiema innymi, śmigłem do 
innego samolotu, ale kiedy miałem odlatywać, znalazłem ją odwróconą i dobrze 
zacumowaną łańcuchami. 
Przepisuję tutaj jako miłą pamiątkę mojego latania mój osobisty plan lotu - nie ten, 
który składa się w biurze i przekazuje teleksem, ale ten, który mnie prowadził w 
drodze. 
 

Ui ON                            ON !— ON O                            vo ON OO          Ui 2

 

2 S 

 

~VO   

 

K' o 

 

 

 

 

"H 

 

^UJgi—^UJ^K)^  ^ 

 

 

ton-GoŃcBoNnoo^ 

i5? 

 

|o 

 

"UJ          2 %,   C          Tl          H 

 

1 3' 

 

ro          S^^^i^^S^ r r 

I o- 

 

t/3   C« sg   

Ui 1 

background image

 

t"rt  ^   -^   ^    CO          fl> W    h-H     ^     ^-                               ft) ^ H 

 

 

 

UJ 

UJ   UJ   J^   ~J   ON   U,   UJ  U) 

 

 

OOOOMOU-^U,  o 

 

h—* i-s. 

H—    ^—    H~    K)    K)    K>    H-  

 

 

"*T  •^J                   *-Jh— »i--L/łL/i^>— 't*J 

U) 

,      -1 

 

 

 

 

 

to 

10                               tOIOtO-H-H-00 

 

to 

fsj                                    f^J      , __ i      Q      (^,      ^      ^^       JS.      J^J  , _ 

;! 

-J               OOJK>»—»o\h— '-^JON UJ 

S S: 

 

 

 

 

-H n 

to 

(O                                                             H-    H-    H-    O    O  o 

- K 

o H 

—                                        \O   UJ   i—   Ji.   tO -f^                                     VO  

O  O  ~J  ^1 s 

ON  Z 

 

 

 

 

 

' —— N                                                                                                               

Jifc      UJ      UJ ^                                                UJ   O   -O.   UJ 

 

o 03  o 

 

^^^                                            ON  ^J   [*•*   t>j   

^c 

 

C? 

 

to 

 

 

 

 

00 

 

UJ                                         Ui / —— \ f — s 

 

Ul                                         Ui  to to UJ   UJ t-1 

 

 

35 

 

Ui 

 

1    s   §   P H           l      ^       5' 1 

n   O  n o 

 

 

 

 

 

 

O            ^            H       ^       -   

 

 

 

O                              ^       ^       ""^ 

 

 

 

 

^          Ui   

 

 

 

KJ^-tOtO^-          (OlOtOtO          tO >—   00  tO   tO   OO          lOtOtOUJ          

.L• 

*— to OO   UJ 

 

 

 

VO~lUiJ^Ui          Ui^-OtO          -J  VO  O 

 

 

 

Ul 

 

 

 

300 
301 
Loty 
Redakcja takiego planu wymaga godzinę pracy, ale kiedy się go ma, można lecieć ze 
spokojną głową, bo zawiera wszystko, co potrzebne do nawigacji: kurs (MH), stacje 
nawigacyjne (NAV), punkty orientacyjne (FIX), odległości między nimi (KM) i czas 
od jednego do drugiego (ETĘ), ogólny czas przewidziany (ETO) i rzeczywisty 
(ATO) od początku lotu, wysokość najwyższych przeszkód niedaleko od kursu (OB 
ST), przewidzianą wysokość lotu w setkach stóp (FL), względnie wysokość lotnisk 

background image

w stopach, wreszcie częstotliwości komunikacyjne COM), urzędów kontrolnych 
(INF) i wież (TWR)-razem 70 liczb i 19 nazw. 
Uważny czytelnik spostrzegł niewątpliwie, że rzeczywisty czas lotu był krótszy od 
przewidzianego ogółem o 13 minut. Powodem jest wzmożenie się wiatru począwszy 
od Berna. Ten czas był więc o 5,7% krótszy od planowanego, za dużo jak na pilota 
zawodowego, ale dla skromnego PP jak ja nieźle, tym bardziej że chodzi o skrócenie, 
a nie przedłużenie czasu. 
Przyjaciele zabrali nas z lotniska na wieś, gdzie przespaliśmy się po doskonałej 
kolacji. Następny dzień spędziłem na bardzo miłych dyskusjach i spacerach po 
okolicy. Jeszcze jedna noc u naszych gospodarzy i 30 czerwca zgłaszamy się koło 
10-tej na lotnisku. Ja zawsze idę najpierw do meteorologa i mówię mu: „Chciałbym 
lecieć na widoczność do Berna". On patrzy na mnie chwilę i powiada: „Panie, ja nie 
mam czasu na głupie dowcipy (faule Witze)". „Niby co?" „Jeśli pan nie wierzy, 
proszę samemu popatrzeć w radar". Patrzę i włosy powoli stają mi na głowie: jeden 
CB (buczą gradowa) koło drugiego. Nie ma mowy o przelocie. Położyłem więc uszy 
po sobie i stwierdziwszy raz jeszcze, że warunki meteorologiczne w Szwajcarii są 
wprost katastrofalne, zaniechałem lotu. 
Miałem oczywiście rację, ale nie spodziewałem się, że meteorologia miała być tak 
straszliwie potwierdzona. Kolega berneńczyk miał o tej samej porze lecieć z 5 
pasażerami z Berna do Wenecji. Obszerny niż leżał na Europie środkowej, z centrum 
w Szwajcarii. Mimo przestróg meteorologa, który może tylko radzić, ale nie może 
zabronić, wystartował swoim Cherokee 6 (300 koni). Zgłosił się jeszcze 
Loty 
w Burgdorf (15 km od Berna), po czym słuch o nim i jego pasażerach zaginął. 
Wraku nigdy nie znaleziono: wpadli w jakieś jezioro albo szczelinę lodowca - w 
każdym razie trzy lata po wypadku nie wiadomo, co się z nimi stało. Muszę 
powiedzieć, że nie tylko sama decyzja lotu była szaleństwem. Miał na pokładzie 
więcej ciężaru, niż mu wolno było brać. Jeśli leciał na Burgdorf, to znaczy, że chciał 
przejść przez Jungfraujoch, trudną drogą, zamiast oblecieć dolinami do Simplonu. 
Panie świeć nad jego duszą! 
Trudny lot 
Ja przespałem się raz jeszcze w mieszkaniu jednego z moich gospodarzy, położonym 
naprzeciw miejsca, w którym Arabowie pomordowali sportowców izraelskich w 
czasie olimpiady. Nazajutrz zgłaszam się znowu u meteorologa. Jest mniej 
kategoryczny niż wczoraj, ale nie można powiedzieć, by grzeszył optymizmem. 
„Prosto na Kemp-ten lecieć nie można, ale wygląda tak, jak gdyby trochę dalej na 
północ położenie było lepsze - przepraszam, chciałem powiedzieć: mniej złe. Może 
pan spróbować lecieć na Augsburg, potem wzdłuż autostrady na zachód, no, może 
jakoś przelecicie". Tom patrzy na mnie błagalnie, więc choć z oporem decyduję się 
na lot. Plan lotu, informacja, benzyna (pilnuję, aby zbiorniki były napełnione po 
brzegi), cło. Wreszcie jesteśmy na pokładzie. Silnik idzie równo, wszystko 
sprawdzone. „Groundfrom Hotel Brawo Charlie Romeo Tango ". „Romeo Tango 
pięć". „Romeo Tango na rampie, We Ef Er do Berna, proszę o pozwolenie na taksi" 

background image

(w lotnictwie „taksi" nie jest dorożką, ale procesem toczenia się po bieżni). ,JIotel 
Romeo Tango może taksi przez drogę dojazdową Alfa do punktu startowego 25. 
Ciśnienie l 002, wiatr 200 przy 3 węzłach". Potwierdzam i jedziemy. Chwilę później 
jesteśmy w powietrzu. Tom widocznie czuje wielką ulgę. 
Ja nie. Najpierw jest kłopot z wieżą, która nie rozumie, dlaczego chcąc się dostać do 
Berna, które leży na południowo-zachodni-za-chód, lecę na Augsburg. Czy chcę tam 
lądować? Negatywnie, nie chcę, 
302 
303 
Loty 
Loty 
ale pogoda! Zrozumiał wreszcie. Pogoda jest rzeczywiście pod psem. Widoczność 
może 2 km, pułap najwyżej 2 000 stóp. W dodatku i pułap i widoczność zmniejszają 
się stale. Po kwadransie mam najwyżej jeden kilometr przed nosem. Tak nie można 
dalej. Lecę więc do stacji NDB koło Augsburga, skąd mam kurs na planszę lotniska, 
melduję się i z wielkim trudem, po omacku, dolatuję do lotniska. Dają mi „direct" i 
numer 5. W finali jestem jeszcze trzeci. Ląduję na pięknej, tysiącmetrowej, 
betonowej bieżni. Znowu meteorolog. Nie bardzo wie, ale jak jego kolega 
monachijski nie grzeszy optymizmem. Poczekajcie, może się przejaśni. Pijemy więc 
kawę na pięknej werandzie restauracji. Tom wije się na krześle i nie spuszcza z oczu 
chmur. W pewnej chwili twierdzi, że się rozjaśnia. Patrzę i mnie też się wydaje, że 
jakoś jaśniej. Więc znowu informacja, cło i lecimy. Pułap jest może 2 000 stóp nad 
ziemią, ale zmniejsza się. Po chwili mam zaledwie tysiąc i 300 metrów. W okolicy są 
pagórki, zaczyna mi się więc robić gorąco. Tom ciągle twierdzi, że to tu, to tam jest 
jaśniej. Ale ja wiem lepiej. Nie mogę brać ryzyka: 180 stopni, wracamy do 
Augsburga. 
W biurze przy „kasowaniu" planu lotu poznaję piękną, młodą pilotkę, która przede 
mną wylądowała w Bonanzie (Bonanza to jest jakby Cadillac małych samochodów, 
wspaniała maszyna). Bardzo uprzejmie proponuje nam, że nas odwiezie do miasta. 
Biedny Tom wysiada na dworcu, skąd będzie jechał całą noc, aby nazajutrz wsiąść w 
swój liniowiec do Bostonu. Ja zostaję w Holliday Inn (coś 28 pięter) na noc. 
Restauracja jest na najwyższym piętrze i jedząc śniadanie widzę zgoła 
niepocieszający widok: miasto zasłane jest mgłą, a ponad głową, na jakieś 3 500 stóp 
pułap 8/8, to jest bez dziur. Mimo to jadę znowu na lotnisko. Meteorolog 
augsburgski okazał się nadzwyczaj uczynnym człowiekiem. Telefonował do pół 
tuzina lotnisk, aby dowiedzieć się o ich pogodzie, i nakreślił mi „drogę 
najmniejszego ryzyka". Proponuje mi lecieć wzdłuż autostrady do lotniska 
wojskowego (które ma stację nawigacyjną NDB) Leipheim, potem do innego 
lotniska, też z NBD, na południowo-zachodnie-południe, a stamtąd, 
po tym samym mniej więcej kursie do Friedrichshafen nad Jeziorem Bodeńskim. 
MEA (najniższy dopuszczalny poziom lotu) na drugiej części trasy wynosi 3500 stóp 
nad poziomem morza. Dziękuję, załatwiam inne formalności, biorę jeszcze dla 
bezpieczeństwa benzynę i startuję. 

background image

Jestem teraz sam na pokładzie. Tom, choć „czołgacz", tj. niepilot, był mi bardzo 
użyteczny -. podawał karty, a nawet nauczył się szukać częstotliwości. Teraz muszę 
wszystko robić sam. Dolatuję najpierw na instrumenty do NDB augsburgskiego, po 
czym biorę kurs na zachód, wzdłuż autostrady. Tę autostradę chwilami widzę, 
chwilami nie widzę pode mną niczego. Ale dostałem NDB Leipheim. Melduję się, 
dostaję pozwolenie przelotu. Nad lotniskiem zmieniam kurs na Laupheim, znajduję 
jego częstotliwość i NDB. To ostatnie funkcjonuje, ale z wieży nikt mi nie 
odpowiada. Jeszcze chwila i jestem nad NDB Laupheim. Pułap jest znośny, szacuję 
go na 4 000 stóp, ale nad ziemią mgiełka, tak że praktycznie nic w dole nie widać. 
Biorę kurs na Friedrichshafen i zaczynam szukać NDB. Kręcę w prawo i w lewo, i 
nic mi się nie udaje. Jestem sam i jest trochę turbulencji, a mój ADF (Automatic 
Direction Finder - automatyczny przyrząd do znajdowania kierunku) jest 
analogiczny, to znaczy, że wymaga bardzo precyzyjnych ruchów. Jestem też pewnie 
trochę zdenerwowany. W każdym razie nie udaje się. Lecę więc na kompas, 
dokładniej na żyrokompas, który w Augsburgu nastawiłem według magnetycznego. 
Kontroluję go i lecę dość po omacku. To był pierwszy trudny moment: jestem 
zupełnie zależny od jednego tylko systemu nawigacji - na kompas. Normalnie mam 
ich do dyspozycji aż trzy: kompas, punkty orientacyjne na ziemi i radiostacje 
nawigacyjne. Tutaj ziemi niemal nie widać, a radiostacji nie dostałem. Trzeba 
przelecieć 65 km, co robi w moim tempie około 21 minut, ale tych 21 minut zdaje mi 
się trwać godzinę. Nagle tuż pode mną lotnisko: duża bieżnia betonowa. Tylko że 
Friedrichshafen leży nad jeziorem, a tu żadnej wody nie widać. Masz! Musiałem 
zboczyć pod wpływem jakiegoś nie znanego mi wiatru, więc jestem speszony. Ale 
po chwili przypominam sobie, że w całej okolicy nie ma żadnego betonowego 
304 
Loty 

305 
lotniska poza Friedrichshafen. Stwierdzam też, że leciałem 21 minut. Nie może więc 
być błędu: to jest Friedrichshafen. To nic, że z jeziora wychodzi gęsta mgła. 
Wynawigowałem doskonale. Tutaj popełniłem pierwsze wielkie głupstwo: zamiast 
lądować i doczekać się pogody, poczułem się tak dumny z mojej nawigacji, że 
poleciałem dalej, w warunkach, w których mi lecieć nie było wolno i było bardzo 
niebezpiecznie. Rozumuję, że nad samym jeziorem nie ma żadnych pagórków, biorę 
więc kurs na zachód i lecę nisko nad wodą, w paskudnych warunkach - widoczność 
bodaj poniżej kilometra. Dolatuję do Konstancji. Stąd południe jest jaśniejsze. A że 
prostą z Konstancji na południe pagórki są najniższe, biorę więc kurs na południe. 
Rzeczywiście poprawia się. Daję gaz i wychodzę na 3 500 stóp (nad jeziorem 
wlokłem się poniżej 2 000 stóp). Jest chwila odprężenia. Sięgam nawet po termos z 
kawą i zapalam papierosa. Silnik idzie równo, pogoda znośna, O.K. Nagle z równym 
szumem silnika miesza się inny głos: jakieś trzaski w ADW (odbiorniku stacji NDB). 
Przez chwilę nie zwracam na nie uwagi, ale one rosną tak, że głuszą nawet czasem 
głos silnika. Trzeba zbadać, co to takiego: zmieniam częstotliwość, trzaski są ciągle 

background image

obecne. Patrzę przed siebie: jest! Czarna chmura - burza gradowa, CB 
(cumulonimbus). Niewielki, ale dość szeroki aby mi uniemożliwić przelot. Nie ma 
rady: zawracam i lecę z powrotem w ową paskudną pogodę nad Jeziorem 
Bodeńskim. Po paru minutach mam znowu 2 000 stóp, bo pułap coraz niższy. Co 
robić? Jedno rozwiązanie to lądowanie w Konstancji. Inne to próba oblecenia burzy z 
północy. Już nad jeziorem, jeszcze nie wiedząc, co zrobię, biorę częstotliwość VORu 
Trasadingen, którego zawołanie przychodzi od razu, i przychodzi z mocą: TA TI-
TA-TI TI-TA... TA TI-TA-TI TI-TA... (TRA-TRA-TRA). Biorę jeszcze NDB, i 
znowu z wielką mocą dostaję go natychmiast z tym samym zawołaniem: TA TI-TA-
TI TI-TA... 
Nie jestem bardzo dumny z tego, co się wtedy stało, zwłaszcza dlatego że nie 
potrafię sobie w pełni wytłumaczyć mojej reakcji: ten silny i jasny głos Trasadingen 
postawił mnie, że tak powiem, nerwowo na nogi. To było tak, jak gdyby ktoś 
potężny mówił mi, że nie 
Loty 
jestem sam, że on mnie poprowadzi. Z racjonalnego punktu widzenia to jest 
oczywiście głupstwo, bo nadajnik nawigacyjny może dać mi tylko jedno, a 
mianowicie kurs - nie może mi pomóc w żaden inny sposób. No i mowy nie ma o 
żadnym ludzkim stosunku do niego, bo to automat - stacje nie mają obsługi. 
Niemniej głos Trasadingen dodał mi otuchy. Postanowiłem oblecieć burzę. Wziąłem 
kurs na północny zachód. 
Dalszy lot nie był łatwy, ale jego trudność była niczym w porównaniu z tym, co 
przeżyłem dotąd. Doleciałem do Trasadingen, wziąłem kurs na lotnisko Birrfeld, 
lecąc nisko, akurat pod chmurami, ale ze stosunkowo dobrą widocznością. Nad 
Birrfeld zawołałem informację zurychską, podałem położenie i pytałem o pogodę w 
Bernie: była znośna. Szedłem teraz pewnie, na VOR Yillisau, a stamtąd po znanym 
radialu do Berna. 
Pod samym Bernem miałem znowu trudny moment. Mgła była taka, że nie dojrzałem 
sporego przecież miasta. Leciałem na kurs, ale jakoś nie mogłem rozpoznać 
pagórków, nad którymi przechodziłem. Po chwili postanowiłem zrzucić pychę z 
serca i poprosić o tak zwane QDM - kurs na stację (byłem już zameldowany w 
Bernie): „Bern wieża od Hotel Romeo Tango. Czy możecie mi dać Ku-De-Em?" W 
odpowiedzi jedyny raz w mojej karierze usłyszałem szczery śmiech w słuchawkach: 
„Panie - Sir - jesteś przecież downwind, na tylnym wietrze do lotniska". Byłem pół 
kilometra od niego i nie dojrzałem go - co prawda leżało na prawo (pilot siedzi po 
lewej stronie). Wieża dodała jeszcze: „Jesteś Nr l, melduj we finali". Ufff! Dwie 
minuty później lądowałem na doskonałej betonowej bieżni, ale kiedy po cle i 
załatwieniu formalności poszedłem do mojego domowego lotniska w Ecuvillens, 
byłem tak zmęczony, że dwa razy chybiłem lądowanie. Nadłożyłem godzinę i 
kwadrans ponad plan lotu. Ale doleciałem. 
Wnioski moralne. Po pierwsze, nie lataj sam w marginalnej pogodzie. Bywa, jak w 
przelocie z Augsburga do Friedrichshafen, że jest za wiele pracy jak dla jednego 
pilota. Po drugie, latanie w takich warunkach bez instrumentów jest czystym 

background image

szaleństwem: gdybym ich nie miał i nie umiał się nimi posługiwać, nigdy bym nie 
doleciał 
20 — Bocheński: Wspomnienia 
306 
Loty 
307 
Filozofia 
żywy. Po trzecie, moja zasada pełnych zbiorników sprawiła, że nie miałem kłopotu z 
paliwem. Gdyby go było mniej, miałbym jeszcze jeden powód do troski i może 
byłbym nie doleciał. Wreszcie po czwarte, być pilotem to nie znaczy tylko umieć 
sterować samolotem: to przede wszystkim umieć powziąć właściwą decyzję. Moje 
nie zawsze były najlepsze - owa nad Friedrichshafen może nawet uchodzić za 
karygodną, ale ostatecznie dałem radę trudnościom. 
XIII FILOZOFIA 
1926-1992 
Nie chciałbym, aby powyższe wspomnienia wywarły wrażenie, że zajmowałem się 
wszystkim innym tylko nie filozofią. Było wprost przeciwnie. Mogę powiedzieć, że 
brałem moje powołanie i nakaz przełożonych na serio. Wszystko inne było w 
porównaniu z nimi, to jest z uprawianiem filozofii, marginesowe. Jeden z 
wybitniejszych myślicieli zakonu, Kajetan de Vio, powiedział kiedyś, że 
dominikanin, który nie studiuje cztery godziny dziennie, popełnia grzech śmiertelny. 
Otóż wydaje mi się, że tego grzechu nie jestem winny. Filozofowaniu poświęcałem 
zwykle więcej niż owe Kajetanowe minimum. Najważniejszą bodaj rzeczą, której się 
nauczyłem w zakonie, jest wytężona praca naukowa. Jej oddawałem się z 
rozmachem i, muszę powiedzieć, z niemałą przyjemnością. 
308 
Filozofia 
309 
Filozofia 
W tym rozdziale, przeznaczonym, jak wspomniałem w przedmowie dla filozofów, 
przedstawię próbę periodyzacji rozwoju i wyniki mojego filozofowania. 
Periodyzacja 
Jeśli chodzi o zewnętrzne okoliczności mojego życia, periodyza-cja jest łatwa. 
Można odróżnić poza dzieciństwem i młodością cztery okresy: 
studia i wykładanie w Rzymie  1925-1940  16 lat 
wojna światowa  1940-1945  5 lat 
wykładanie we Fryburgu 1945-1972  26 lat 
emerytura  1972-1992  21 lat 
w sumie: 

68 lat 

Natomiast periodyzacja pod względem moich głównych zainteresowań nie jest 
równie łatwa. Można z grubsza wyróżnić cztery kręgi tematyczne w mojej 
działalności, a mianowicie: neotomistyczny, historyczno-logiczny, sowietologiczny i 
systematyczno-analityczny. Na pierwszy rzut oka zdawałoby się, że można te 

background image

zainteresowania przyporządkować jedno-jednoznacznie do powyższych okresów. 
Otrzymalibyśmy w ten sposób następującą periodyzację: 
1. okres, 1934-40 - neotomistyczny 
2. okres, 1945-55 -historyczno-logiczny 
3. okres, 1955-70 - sowietologiczny 
4. okres, 1970-92 - systematyczno-analityczny 
Te okresy jednak nie tylko nie są ostro odgraniczone, ale nawet zachodzą daleko 
jeden na drugi. Tak np. najważniejsze moje prace badawcze z historii logiki 
(Notiones historiae logicae formalis, La logiąue de Theophraste, Z historii logiki 
zdań modalnych} powstały przed wojną światową, a więc w okresie 
neotomistycznym. Skądinąd 
zarówno moje Logisch-philosophische Studien (1959) jak i Logic of Religion (1963), 
a więc dwie analityczno-filozoficzne książki, powstały w okresie 
„sowietologicznym". Wynika z tego, że tego rodzaju periodyzacja nie jest celowa. 
Wypadnie raczej mówić o poszczególnych przedmiotach zainteresowania niż o 
okresach czasowych. 
Takich przedmiotów było zgodnie z powiedzianym cztery. Z nich filozofię sowiecką 
omówiłem w rozdziale X (Komunizm). Pozostaje do omówienia rozwój moich 
podstawowych poglądów od neotomiz-mu do analizy oraz rozwój i wyniki w 
pozostałych trzech dziedzinach. 
Rozwój 
Początkiem mojego systematycznego filozofowania było „nawrócenie" na 
neotomizm w roku 1926. Otóż, o ile mogę się zorientować, jego motywacja była 
dwojaka: polityczno-społeczna i filozoficzna, przy czym pierwsza przeważała z 
daleka. Podobnie jak wstąpiłem do seminarium nie będąc wierzącym, tak stałem się 
tomistą nie mając po temu dostatecznych racji filozoficznych. Punktem wyjścia była 
moja negatywna postawa wobec wszystkiego, co nowożytne. Neotomizm dawał tej 
postawie, dotychczas ideowo wyłącznie negatywnej, pewną treść pozytywną. Inaczej 
mówiąc, przyjąłem neotomizm przede wszystkim ze względów niefilozoficznych. 
Ale nie tylko główna motywacja tego „nawrócenia", lecz także sam neotomizm był 
niefilozoficzny. Był bowiem postawą arcydo-gmatyczną, obcą wszelkiej 
autentycznej nauce, a więc i filozofii. Miał swojego guru, mistrza, który był dla 
niego bezwzględnym autorytetem, a mianowicie św. Tomasza - inna cecha obca 
autentycznej filozofii. Był przyjęty prawie wyłącznie przez katolików, co stanowi 
zewnętrzny, ale przekonywujący dowód jego związania ze światopoglądem. 
Krótko mówiąc mój punkt wyjścia, zarówno pod względem najważniejszej 
motywacji, jak jeśli chodzi o cechy przyjętego systemu był nienaukowy, 
niefilozoficzny. Zachodzi, o ile się nie mylę, wiel- 
3JO 
Filozofia 
311 
Filozofia 

background image

kie podobieństwo mojej ówczesnej postawy z postawą marksistów -leninistów. Tu i 
tam mamy niefilozoficzną motywację, dogmatyzm, autorytet mistrza itp. 
Jak już nieraz powiedziałem, ta motywacja nie była jedyną. Pewną rolę odegrała 
niewątpliwie moja postawa wobec zasadniczych zagadnień. Wydaje mi się, że moja 
dusza jest naturaliter aristotelica, że mam wrodzoną skłonność do widzenia świata 
tak, jak go widział Stagiryta, a więc i św. Tomasz, który nie uważał się w filozofii za 
nic innego jak tylko za arystotelika. Mam na myśli na przykład nastawienie 
kosmocentryczne: na świat, nie na podmiot, obiektywizm, naturalizm, skłonność do 
szczegółowej analizy, naukę o jedności organizmów. Ta postawa nie była w chwili 
„nawrócenia" tak przemyślana, jak nią jest obecnie, ale była obecna. 
Kiedy zadaję sobie dziś pytanie, jakimi drogami kroczył rozwój mojej myśli, wydaje 
mi się, że należy odróżnić trzy żony. Pierwsza to przejście od ideologicznej, 
nienaukowej postawy neotomisty do stanowiska naukowego. Druga, to stopniowe 
powstawanie mojej własnej wizji dziejów i zadań filozofii. Trzecia wreszcie to żona 
założeń, twierdzeń podstawowych. 
1) Rzecz ciekawa, że nie jestem w stanie opisać procesu, który mnie prowadził z 
neotomizmu do filozofii naukowej. Neotomistą byłem do wojny światowej i 
naturalnie podczas tej wojny. Jeszcze w mojej Współczesnej filozofii europejskiej 
stawiam tomizm Mari-taina, Gilsona, Garrigou na pierwszym miejscu. Zupełne 
zerwanie z nim musiało, jeśli się nie mylę, nastąpić dopiero w latach pięćdziesiątych. 
Co zaważyło na tej decyzji? 
Prawdopodobnie stały kontakt i współpraca z autentycznymi naukowcami, m.in. z 
logikami polskimi, ale także z niektórymi spośród moich nauczycieli, jak Manser i 
Penido. 
2) Mój pogląd na rozwój filozofii i związane z nim zasadnicze stanowisko uległo w 
tym okresie powolnym, ale istotnym zmianom. Jak już wspomniałem, wszedłem do 
filozofii jako zdecydowany przeciwnik myśli nowożytnej. Zajmowałem więc 
najpierw stanowisko bliskie temu, któremu Maritain dał wyraz np. w książkach Anti-
mo- 
derne i Les trois reformateurs. Co prawda kontekst był u filozofa francuskiego inny 
niż u mnie. Maritain zajmował, jak wiadomo, stanowisko „lewicowe" - tak np. w 
sprawie wojny domowej w Hiszpanii wypowiedział się kategorycznie przeciw 
frankistom. Natomiast u mnie negatywny stosunek do filozofii nowożytnej był na 
początku integralnym składnikiem mojej zdecydowanie prawicowej postawy, także 
politycznej. 
W każdym razie, w chwili „nawrócenia" na tomizm przez ks. Kowalskiego 
zajmowałem w filozofii takie stanowisko: wszystko co nowożytne w filozofii było 
złe i zasługiwało na odrzucenie, przy czym przez „nowożytne" rozumiałem nie tylko 
cztery wieki XVI -XIX, ale także wiek XX. 
Od tego stanowiska odszedłem na skutek czterech odkryć, z których dwa nastąpiły 
przed wojną światową, a dwa dalsze po niej. Są to odkrycia (1) logiki 
matematycznej, (2) swoistości filozofii XX wieku, (3) nieprostolinijnego rozwoju 
filozofii, (4) różnicy między filozofią a światopoglądem, czyli filozofii analitycznej. 

background image

(1) Pierwszym odkryciem dokonanym we Fryburgu było odkrycie logiki 
matematycznej. Nie pomnę już, w jakich okolicznościach ono doszło do skutku, 
wiem tylko, że pierwszym dziełem matema-tyczno-logicznym, jakie miałem w 
rękach, były Principia Mathema-tica. Wpływ ks. Salamuchy i być może innych 
logików polskich odegrał też zapewne swoją rolę. W każdym razie doszedłem już we 
Fryburgu do przekonania, że logika matematyczna jest obecnie jedyną naukową 
postacią logiki. Warto zauważyć, że jak tylu moich współczesnych, byłem w logice 
autodydaktą, nie miałem mistrza. 
W każdym razie to odkrycie stanowiło o zerwaniu z dotychczasowym całkowitym 
negatywizmem wobec myśli nowożytnej, przynajmniej pod jednym względem - nie 
wszystko, co przyszło po średniowieczu, było złe i godne odrzucenia. W 
przeciwieństwie do mnie, tego wglądu nie uzyskali ani Maritain, ani żaden inny z 
czołowych tomistów mojego czasu. 
(2) Drugie odkrycie dotyczy swoistości filozofii XX wieku. W roku 1937 pisałem: 
„Przeżywamy okres, w którym bieg myśli 
312 
Filozofia 
313 
Filozofia 
filozoficznej przeszedł na nowe tory: obok obrońców dawnej romantyki pojawiła się 
zdecydowana dążność ku ścisłości - logika współczesna powróciła do ścisłości, co 
więcej, prześcignęła znacznie dawną ścisłość scholastyczną". Jest w tym tekście 
twierdzenie, że filozofia współczesna „przeszła na nowe tory", a mianowicie jeśli 
chodzi o ścisłość. Nie jest więc prostą kontynuacją filozofii nowożytnej, ale 
przynajmniej pod tym względem zrywa z nią. We Współczesnej filozofii 
europejskiej, książce napisanej w roku akademickim 1945/46, zerwanie jest bardziej 
radykalne. Chodzi teraz już nie tylko o ścisłość, ale o całość problematyki i 
dogmatyki filozoficznej. Otóż wobec tego, że lata wojny były dla mojego 
filozofowania prawie zupełnie bezpłodne, ta myśl musiała być powzięta w okresie 
rzymskim. 
Można ją sformułować w następujący sposób: Filozofia XX wieku zrywa radykalnie 
z filozofią nowożytną (XVI-XIX w.). To zerwanie można porównać z tym, co się 
stało w czasie odrodzenia. Filozofia XX wieku jest tak różna od nowożytnej, jak ta 
ostatnia różniła się od scholastycznej. 
Nie pamiętam szczegółów genezy tego odkrycia. Obok poznania logiki 
matematycznej swoją rolę odegrały zapewne wykłady ks. Pe-nido i może przede 
wszystkim moje czytania i rozmyślania nad Bergsonem. W każdym razie drugie 
moje odkrycie decydowało jeszcze bardziej niż pierwsze o zerwaniu z moją 
dotychczasową postawą. 
Wynik był taki, że stałem się w moim myśleniu całkiem odosobniony. Nie byłem już 
tomistą w normalnym tego słowa znaczeniu i owi koledzy, którzy wietrzyli we mnie 
filozoficznego heretyka mogliby teraz znaleźć moc materiału na potwierdzenie 
swoich podejrzeń. Ale równocześnie byłem nie mniej obcy znakomitej większości 

background image

innych filozofów, bo uznawałem wartość filozofii scholastycznej. Byłem samotny i 
miałem już takim zostać. Trzeba dodać, że w chwili gdy wybuchła druga wojna 
światowa, moja filozofia zawierała niewiele twierdzeń pozytywnych. Przyznawałem 
się do wymienionych powyżej założeń arystotelizmu, ale to było niemal wszystko. 
(3) Trzeba było nowych odkryć, aby tę pustą ramę zapełnić pozytywną treścią. Te 
nowe odkrycia, dokonane po wojnie, były głównie 
dwa. Jedno z nich dotyczyło sposobu, w jaki filozofia się rozwija. Wiedziałem teraz, 
w przeciwieństwie do tego, co myślałem poprzednio, że jej rozwój nie jest 
prostolinijny, ale falowy. 
Myślę, że największą rolę odegrały w tym odkryciu prace związane z redagowaniem 
mojej wielkiej Logiki formalnej. W tej pracy mogłem udokumentować twierdzenie 
zawarte już w Notiones histo-riae logicae formalis z 1936, zgodnie z którym 
nowożytność, tj. wieki XVI-XIX, są w zasadzie okresem martwym w logice. Są 
oczywiście wyjątki (Leibniz!), ale większość filozofów tej epoki nie zna logiki 
formalnej i nie interesuje się nią. Poziom nauczania tej dyscypliny jest na ogół 
bardzo niski i większość wyników wypracowanych w starożytności i średniowieczu 
ulega wtedy zapomnieniu. 
Wykładając historię filozofii nowożytnej we Fryburgu mogłem stwierdzić dwie 
rzeczy w tej sprawie. Najpierw, jak dalece wielu filozofów tego okresu było 
ignorantami w logice. Wiedziałem już dawniej, że zwiedzą logiczną tych myślicieli 
nie było dobrze, ale dopiero teraz odkrywałem całą głębię ich niewiedzy. Na 
przykład u takiego Kanta dochodzi ona do wprost nieprawdopodobnych rozmiarów. 
Sytuacja jest u niego tym gorsza, że ważne części jego systemu, np. tablice kategorii, 
oparte są na takiej właśnie logice. To było jednak tylko naukowe potwierdzenie 
dawniejszego odkrycia. Nowy był za to wgląd, że położenie jest podobne w szeregu 
innych dyscyplin filozoficznych. Najbardziej dramatycznym było odkrycie tej 
prawdy odnośnie do filozofii miłości. Ta dyscyplina kwitnęła jak wiadomo w 
starożytności, była pielęgnowana (aczkolwiek raczej jednostronnie, z częstym 
ograniczeniem do przyjaźni) w średniowieczu, istniała w czasie odrodzenia, ale u 
żadnego z tzw. wielkich filozofów czasów nowożytnych nie znalazłem niczego, co 
by zasługiwało na uwagę, a bardzo często rzeczy wprost niepoważne. Max Scheler 
wyśmiewał się, jak wiadomo, z definicji miłości u „wielkiego" Spinozy - 
„Przyjemność połączona z ideą przyczyny zewnętrznej" - mówiąc słusznie, że 
musimy wobec tego pałać miłością do kiełbasy. 
A gdzie indziej było podobnie, nie było na przykład także ani ontologii, ani 
poważnej filozofii języka... Zamiast tego wszystkiego 
314 
Filozofia 
315 
Filozofia 
znajdujemy w filozofii nowożytnej najczęściej nie kończące się dyskusje 
pseudoproblemów, w rodzaju rzekomego zagadnienia istnienia świata zewnętrznego. 
Czasy nowożytne były ciemnym okresem upadku myśli filozoficznej. Filozofia 

background image

współczesna zrywa z tym ciemnogrodem. Aby tylko dwa przykłady przytoczyć: dała 
nam znakomitą logikę i wartościową filozofię miłości. 
(4) To było jedno. Ważniejsze jeszcze było drugie odkrycie powojenne, a 
mianowicie odkrycie światopoglądu i jego roli w stosunku do filozofii. I tu trudno mi 
powiedzieć, jak do niego doszedłem, aczkolwiek studium marksizmu-leninizmu 
odegrało tutaj na pewno swoją rolę. Właściwie powinienem był się nauczyć teorii 
światopoglądu od św. Tomasza, z pierwszej kwestii jego Summy, ale ani ja, ani 
bodaj nikt inny czytając ten tekst nie zrozumiał go w tym sensie. Musiałem wskutek 
tego odkrywać starą prawdę na nowo. Istotę mojego odkrycia można przedstawić 
następująco. Najpierw uwaga semantyczna. Rzeczownik „światopogląd" ma dwa 
różne znaczenia. U Diltheya, teoretyka tej dziedziny, oznacza głównie emocjonalną 
postawę wobec rzeczywistości. W naszych czasach natomiast chodzi najczęściej o 
rozbudowane systemy twierdzeń w rodzaju np. światopoglądu oświecenia, 
narodowo-socjalistycznego itp. W drugim, współczesnym znaczeniu używam słowa 
tutaj. 
Studiując komunizm i porównując go z innymi światopoglądami, między innymi z 
katolicyzmem (każda wiara religijna jest światopoglądem, ale nie odwrotnie) 
znalazłem, że światopogląd zawiera z reguły trzy składniki: syntetyczną, ogólną 
wizję rzeczywistości (niemiecką Weltsichi), odpowiedź na zagadnienia 
egzystencjalne, w rodzaju pytania, jaki jest sens życia, wreszcie pewien kodeks 
moralny, zespół przykazań, według których należy żyć. O tak pojętym 
światopoglądzie trzeba wiedzieć, że jego treść nie może być naukowo udowodniona, 
ale to z różnych powodów, zależnie od składnika. Przykazań moralnych oczywiście 
udowodnić nie można - jeśli ktoś nie widzi, że własnej śpiącej matce nie należy 
podrzynać gardła, żaden dowód mu nie pomoże. Zagadnień egzystencjalnych 
naukowo rozstrzygnąć nie można, bo nauka zajmuje się tylko wydarzeniami w świe- 
cie, podczas gdy te zagadnienia są jakby na jego granicy. Zarazem nie ma w tych 
dwóch dziedzinach sprawdzalności „obiektywną" zwanej, czyli możliwości kontroli 
prawdziwości twierdzeń przez co najmniej dwie różne osoby. Wreszcie budowanie 
syntetycznej wizji całej rzeczywistości, to jest uprawianie metafizyki, nie jest 
zapewne a priori niemożliwe, ale bardzo trudne, jak świadczy fakt, że nigdy nie było 
między metafizykami zgody. Światopogląd jest rzeczą wiary, wolnej osobistej 
decyzji, nie nauki, a więc i nie filozofii. 
A jeśli tak jest, nie ma naukowego światopoglądu i budowanie go nie jest zadaniem 
nauki. Stąd, o ile się uważa filozofię za naukę, ani tworzenie nowych 
światopoglądów, ani obrona istniejących nie jest jej zadaniem. Otóż, i na tym 
polegało moje odkrycie, bardzo wielu filozofów przeszłości fabrykowało 
światopoglądy albo uprawiało apo-logetykę istniejących. Że tak było z reguły w 
starożytności, dziwić się nie można, skoro nie posiadano wówczas pojęcia 
światopoglądu, ale także większość filozofów nowożytnych postępowała tak samo. 
Descartes i Kant są przykładami filozofów-apologetów światopoglądu 
(chrześcijańskiego), Spinoza i Hegel budowniczych nowych światopoglądów. 

background image

To odkrycie miało dwie konsekwencje. Z jednej strony pozwoliło na znaczne 
złagodzenie oceny filozofii nowożytnej. Główną przyczyną jej braków było 
pomieszanie nauki ze światopoglądem, wielkich wszechogarniających syntez z pracą 
analityczną. Podczas gdy tworzenie względnie obrona światopoglądu nie ma nic 
wspólnego z nauką i musi być odrzucone, element analityczny może mieć wartość 
naukową. Nawet u tak skrajnie syntetycznego myśliciela, jakim był Hegel, 
znajdujemy wiele cennych analiz szczegółowych. 
Z drugiej strony nowe odkrycie pozwoliło mi określić pozytywnie moje własne 
stanowisko w filozofii: zrozumiałem, że od dawna starałem się być i że jestem 
niczym innym niż filozofem analitycznym, że moim zdaniem filozofia naukowa 
powinna zaniechać tworzenia wielkich syntez, moralizowania, rozwiązywania 
problemów egzystencjalnych i ograniczyć się do analizy szczegółów. 
316 
Filozofia 
3, Odnośnie do zagadnień podstawowych rozwój mojej myśli nie był znaczny. 
Ostatecznie jestem dziś dalej arystotelikiem, jakim byłem na początku mojego 
filozofowania, aczkolwiek w paru sprawach porzuciłem poglądy Filozofa. Moje 
obecne stanowisko można opisać następująco: Byłem często i od dawna uważany za 
pozytywistę, nie tylko przez pisarzy mających o filozofii tyle pojęcia, co ja mam o 
paleomikrobiologii, ale nawet przez filozofów skądinąd kompetentnych. Rzecz w 
tym, że pozytywiści współcześni (neopozytywiści, albo pozytywiści logiczni) są 
także analitykami, tylko że swoistego rodzaju. Z tego nie wolno oczywiście wnosić, 
że każdy analityk jest pozytywistą, podobnie jak z tego, że słoń jest ssakiem nie 
wolno wnosić, że każdy ssak jest słoniem. Co prawda niektórzy z oskarżających 
mnie o pozytywizm (zwłaszcza wśród Niemców) nazywają pozytywistą każdego, kto 
odrzuca wszelką romantykę, wszelką bele-trystykę w nauce. Jeśli to jest 
pozytywizmem, to na pewno jestem pozytywistą, tylko, że to nie jest poprawny 
użytek słowa „pozytywistą". 
W rzeczywistości, i z tym przechodzę do wyliczenia podstawowych założeń mojego 
filozofowania, jak wielu czołowych analityków, jestem przekonanym platonikiem. 
Autentyczny pozytywizm niczego mi nie mówi. Jestem przekonany, za 
Whiteheadem, że nie ma poprawnego wytłumaczenia świata realnego bez odwołania 
się do idealnego. Przedmioty idealne, takie jak liczby i wartości, są więc. Mój 
platonizm jest co prawda o tyle umiarkowany, że moim zdaniem owe byty idealne 
istnieją w pełni tylko w myśli, aczkolwiek mają podstawę w przedmiotach realnych, 
jak u Arystotelesa. To jest pierwsze założenie mojego filozofowania, które w ciągu 
lat nie uległo najmniejszej zmianie. 
Związany z tym platonizmem jest mój obiektywizm i racjonalizm. Odrzucam 
kategorycznie powiedzenie św. Augustyna, myśliciela, którego zresztą wysoko cenię, 
In te ipsum intra, in interiore homine habitat veritas - „Wejdź w samego siebie - 
prawda mieszka w człowieku wewnętrznym". Byłem zawsze i jestem obiektywistą, 
sądzę, że prawda mieszka nie w podmiocie, ale w przedmiocie, i że 
317 

background image

Filozofia 
prawie wszystko, co wiemy, wiemy dzięki zachowaniu tej obiekty-wistycznej 
postawy przez naukę. 
Byłem zawsze i jestem nieodmiennie racjonalistą. Wydaje mi się, że irracjonaliści 
popełniają błąd: wyobrażają sobie, że ludzkie trzewia są lepszym narzędziem 
poznania niż mózg. Otóż nikt nigdy nie widział niczego porządnego w wiedzy, co by 
było dokonane bez użycia mózgu, rozumu, to jest stosowania logiki. 
Wreszcie - ale to jest pogląd, który przyszedł późno - jestem obecnie przekonanym 
naturalistą, w tym słowa znaczeniu, że moim zdaniem nie ma istotnej różnicy 
pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Można oczywiście wierzyć, że człowiek, to 
wyjątkowo okrutne zwierzę, został przez Stwórcę wyniesiony ponad wszystko inne -
religijny humanizm może więc być spójny, ale nauka, a zatem filozofia, nic o tym 
nie wie. Dla niej humanizm jest twierdzeniem najzupełniej bezpodstawnym. 
Kiedy więc zadaję sobie pytanie, czy i w jakim sensie mogę się nazwać tomistą, 
odpowiedź jest raczej złożona. (l)Gdy mowa jest o teologii katolickiej, sądzę, że 
parafrazując znane powiedzenie La-vella o Platonie: on theologise serieusement en 
tant qu'on est thomiste - że poważnie teologię uprawiać znaczy być tomistą. (2) Św. 
Tomasza uważam za genialnego myśliciela, któremu zawdzięczamy bardzo wiele w 
filozofii. (3) Podzielam jego zasadniczy arystotelizm. (4) Jestem zdania, że gdy 
chodzi o zagadnienia, które on rozpracował, wypada poznać jego stanowisko przed 
podjęciem studium systematycznego. 
Tomizm 
Mój dorobek w tej dziedzinie nie jest wielki. Nie licząc komentarza do kwestii I, 2-
11 Summy, będącego w druku, ogłosiłem 18 prac (265 stron) mogących uchodzić za 
tomistyczne, z czego 14 (148 stron) wiatach 1931-40. Połowa to sprawozdania i 
recenzje, głównie wAte-neum Kapłańskim, redagowanym wtedy przez śp. ks. 
Stefana Wy-szyńskiego, późniejszego prymasa Polski. 
318 
Filozofia 
319 
Filozofia 
Wydaje mi się, że najważniejszą i najbardziej oryginalną publikacją tego okresu jest 
książka pt. De virtuti militari - zarys etyki wojskowej, która nie doczekała się 
wydania książkowego przed rokiem 1992. Jest to, o ile wiem, jedyna rozprawa tego 
rodzaju w literaturze światowej. Na wzmiankę zasługują może poza nią jako 
oryginalne przyczynki dwie prace. Jedna pt. Powszechnikijako treści cech w filozofii 
św. Tomasza z Akwinu drukowana w przeglądzie tomistycz-nym zapowiada moje 
późniejsze prace o powszechnikach. Choć ma postać komentarza, jest w 
rzeczywistości studium systematycznym. Druga to obszerny komentarz do De 
modalibus św. Tomasza. Wymienić też wypada założenie razem z o. Andrzejem 
Gmurowskim w 1939 roku Polskiego Przeglądu Tomistycznego. Patrząc na dwa 
zeszyty, które mogły się ukazać przed wybuchem wojny, myślę, że ten kwartalnik 
nie był wiele wart, ale świadczył o naszym zapale do propagowania tomizmu. 

background image

Bilans mojej działalności jako tomisty nie wypada więc świetnie: jedna niewielka 
książka, parę przyczynków i dużo popularyzacji. Najważniejsze moje studia o św. 
Tomaszu miały powstać dopiero pół wieku później, ale były to prace prowadzone w 
innym duchu niż ten z lat 1931-39. 
Historia logiki 
Wspomniałem już powyżej, że niebezpieczeństwa grożące ze strony intelektualnych 
krabów w moim otoczeniu przeszkodziły mi w uprawianiu, przynajmniej 
publicznym, filozofii systematycznej. Naturalnie nie przestałem myśleć, starać się 
rozwiązywać zagadnienia filozoficzne, jakie mi się nasuwały, ale mój główny 
wysiłek skierowałem, zgodnie z radą o. Simonina, na historię logiki. 
Ta piękna dyscyplina naukowa jest tak mało znana, że, aby moje wspomnienia jej 
dotyczące były zrozumiałe, muszę przypomnieć najważniejsze dane dotyczące jej 
dziejów. Otóż historia logiki miała nieszczęście. Emanuel Kant, bodaj najbardziej 
wpływowy filozof ostatnich czasów, powiedział mianowicie, że logika, w 
przeciwień- 
stwie do innych nauk, nigdy żadnej historii nie miała. Arystoteles stworzył ją według 
Kanta z niczego, a wszystko, co po nim w niej napisano, było albo bezwartościowe, 
albo, co gorsza, psuciem Arystotelesowego dorobku. 
To samo byłoby już wielkim nieszczęściem dla historii logiki, zwłaszcza w 
Niemczech, gdzie cokolwiek Kant powiedział, uchodziło tak często za niewzruszony 
dogmat. Ale nie na tym koniec. Inny Niemiec, Carl Prantl, sam z zawodu historyk 
logiki, podjął się arcy-dziwnego zadania. Chciał mianowicie udowodnić, że Kant 
miał rację, że historia logiki nie istnieje. W obszernym, czterotomowym dziele, 
napisanym z iście benedyktyńską pracowitością, pozbierał mnóstwo tekstów logików 
aż do XV wieku i gdy mowa była o następcach Stagiryty, usiłował wykazać, że 
niczego wartościowego nie wnieśli. Twierdził nawet, że myśliciele, którzy, jak 
stoicy, ośmielili się pisać w logice coś innego niż Arystoteles, byli nie tylko 
głupcami, ale i ludźmi nieuczciwymi, potępienia godnymi z moralnego punktu 
widzenia. 
Pogląd Prantla był przyjęty przez praktycznie wszystkich. Pojawiały się co prawda tu 
i ówdzie prace, w tytule których była mowa o rozwoju logiki, ale przy bliższym 
zbadaniu okazywało się zwykle, że owa „logika" niewiele ma wspólnego z logiką 
formalną. Tylko wyjątkowo, jak n.p. u Peirce'a, spotykamy wzmianki o istnieniu 
interesujących logicznych teorii po Arystotelesie. 
Przełomową rolę odegrał w tej dziedzinie artykuł Łukasiewicza z roku 1931. 
Znakomity logik polski wykazał - jak zwykle w zwięzły i przekonywujący sposób - 
że stoicy zbudowali logikę zdań, która żyła dalej w średniowieczu. Łukasiewiczowi 
zawdzięczamy powstanie nowoczesnej historii logiki, między innymi moje własne 
dzieło w tej dziedzinie mogło powstać tylko dzięki niemu. 
Jak mogło dojść do uznania wielowiekowego dorobku logicznego za nieistniejący? 
Odpowiedź jest prosta. Zrozumienie dla pism logicznych przeszłości może mieć 
tylko ktoś, kto ma zrozumienie dla zagadnień logicznych, to jest, kto sam jest 

background image

logikiem. Otóż przytłaczająca większość filozofów nowożytnych (XVI-XIX w.) 
logikami 
320 
Filozofia 
321 
Filozofia 
nie była. Często filozofowie ci nie mieli nawet elementarnego pojęcia o logice 
formalnej. Miałem zwyczaj mówić moim studentom, że rzekomo znakomici 
filozofowie w rodzaju Kartezjusza, Kanta czy Hegla przepadliby przy pierwszym 
egzaminie semestralnym u stoików, scholastyków, jak i u nas logików 
matematycznych. Wgląd w to położenie miał mieć rozstrzygające znaczenie dla 
moich poglądów na rozwój filozofii i na zasadnicze stanowisko w tej sprawie. 
Moim najbardziej twórczym okresem w historiografii logiki były lata rzymskie 1934-
40. Miałem wówczas pod paroma względami dogodne warunki pracy. Mogłem 
korzystać z przebogatej biblioteki watykańskiej. Za pośrednictwem kolegów 
Francuzów otrzymywałem szybko fotokopie rękopisów z Francji. Pamiętam, że aby 
uzyskać tekst jednej strony, musiałem kazać sprowadzić bezcenny, trzynastowieczny 
rękopis z Bordeaux do Paryża, bo w Bordeaux zarządzał biblioteką jakiś dziki cerber, 
który fotokopii nie robił i nikogo z kamerą fotograficzną nie wpuszczał. Do Paryża 
musiał jednak ów rękopis wysłać. Miałem też w Angelicum pod ręką 
pierwszorzędnych paleografów, biegłych w czytaniu trzynastowiecznego pisma. Ja 
sam czytałem je wprawdzie bez wielkich trudności, ale specjalistą w tej dziedzinie 
nie byłem. Zdarzyło mi się wskutek tego popełnić błąd, na który moją uwagę zwrócił 
inny niespecjalista, Alonzo Church. Ten czołowy logik amerykański był czymś w 
rodzaju patriarchy wszystkich logików świata. Tak dalece, że każdy posyłał mu z 
reguły swoje wytwory. Posłałem mu więc i ja moje prowizoryczne wydanie Piotra 
Hiszpana, opracowane razem z moimi studentami w Angelicum. Church 
odpowiedział mi podkreślając nowość w moim wydaniu, a mianowicie znalazł w nim 
wyrażenie propositio indicativa, o którym myślał, że pojawia się dopiero w wieku 
czternastym. I miał rację: „u" jest w owej pisowni tak podobne do „n", że wziąłem 
pierwsze za drugie i czytałem indicativa, gdzie stało iudicativa, a z punktu widzenia 
logiki różnica była znaczna. Przytaczam to wspomnienie jako przykład owych 
małych odkryć i małych radości, których tyle dostarcza wszelka praca erudycyjna. 
Skądinąd codzienne chodzenie do biblioteki watykańskiej było, jak już 
wspomniałem, uciążliwe na 
skutek mego ubóstwa, ale to wszystko powetowała możliwość pracy pod okiem 
jednego z najznakomitszych mediewistów tego okresu śp. ks. prałata Marcina 
Grabmanna. Kiedy go poznałem, miał już za sobą wyjątkowo wielką, nawet jak na 
uczonego niemieckiego ilość publikacji, z których wszystkie odnosiły się do filozofii 
średniowiecznej. Był między innymi autorem klasycznego, dwutomowego dzieła o 
metodzie scholastycznej i niemniej klasycznej pracy o pismach autentycznych św. 
Tomasza. Był znany z dwóch cech. Jedną, podziwianą przez wszystkich znawców, 
była jego fantastyczna zdolność znajdowania ukrytych rękopisów średniowiecznych. 

background image

Te rękopisy są często oprawione po kilka razem, co nieraz prowadzi do przeoczenia 
w katalogowaniu wszystkich tytułów poza pierwszym. Byłem sam świadkiem i 
beneficjariuszem tej zdolności. Grabmann wyciągnął na moich oczach z półki 
bibliotecznej zakurzony rękopis i po chwili powiedział mi: „Patrz, ojcze, coś 
logicznego". W rzeczy samej była to praca logiczna niejakiego Stefana de Monte, 
karmelity z XVI wieku, dotąd nikomu nie znana. Opowiem za chwilę, co się z nią w 
moich rękach stało. Inną znaną cechą Grabmanna było równie nieprawdopodobne 
roztargnienie, gdy chodziło o odnośniki. Mówiono, przesadzając nieco, że gdy on 
jakąś stronę przytacza, można być a priori pewnym, że nie jest tak, jak pisze. 
Korzystam ze sposobności, aby powiedzieć ludziom fanatycznie przywiązanym do 
dokładnych odnośników, że cytować źródła dokładnie jest dobrze, ale dużo 
ważniejsze jest posiadanie naukowej inteligencji. To pod adresem krabów, którzy 
ludzi pokroju Grabmanna gotowi są wykląć jako „nienaukowych". Bo postęp w 
nauce tworzą nie pilni i dokładni odpisywacze, ale ludzie twórczy w rodzaju mojego 
mistrza. 
Ogłosiłem począwszy od 1935 roku dwadzieścia pięć prac z historii logiki, 
obejmujących łącznie 1935 stron druku. Tylko jedna z nich (recenzja) została 
ogłoszona po roku 1962. Na tutaj omawiany okres przedwojenny przypada 11 prac i 
401 stron druku. 
Chronologicznie na pierwszym miejscu stoi praca o wspomnianym już Stefanie de 
Monte, odkrytym dla mnie przez Grabmanna. Myślę zawsze o niej z pewnym 
wzruszeniem nie tylko dlatego, że to 
21 — Bocheński: Wspomnienia 
322 
Filozofia 
323 
Filozofia 
była moja pierwsza praca z dziedziny, ale przede wszystkim dlatego, że świadczy, 
jak dalece pionierskie były nasze poczynania w owym czasie i jak mało wiedzieliśmy 
wszyscy razem wzięci o dziejach logiki. 
Tytuł mojej pracy brzmiał Dwie conseąuentiae Stefana de Monte. Conseąuentia to 
tyle co reguła dowodzenia. Otóż owe dwie conseąuentiae odkryte przeze mnie u 
Stefana były odpowiednikami znanych praw de Morgana, angielskiego logika 
matematycznego z XIX wieku, któremu wówczas powszechnie przypisywano 
odkrycie tych zasad logicznych. Stwierdzając, że one były znane trzysta lat 
wcześniej, przyniosłem nowy dowód słuszności tezy Łukasiewicza o logice 
scholastycznej (mój autor był scholastykiem). 
Najzabawniejsza w tym jest okoliczność, że mój karmelita nie był bynajmniej 
pierwszym logikiem formułującym te zasady. Wiemy dziś, że widniały one nawet w 
elementarnych podręcznikach logiki począwszy od XIII wieku, ale gdy ogłaszałem 
moją rzecz, ani ja, ani nikt inny nie miał o tym pojęcia. 
Rok później, w 1936, ogłaszałem w kwartalniku Angelicum No-tiones historiae 
logicae formalis, krótki łaciński przegląd historii logiki, który zawiera prawie 

background image

wszystkie zasadnicze twierdzenia sformułowane i szeroko uzasadnione dwadzieścia 
lat później w mojej wielkiej Formale Logik. Myślę, że wiele spośród tych tez nosi 
charakter rewolucyjny. Artykuł jest prawdopodobnie pierwszym w dziejach 
szkicowym referatem historii logiki w obu kręgach kulturowych, w których 
powstała, w śródziemnomorskim i indyjskim. Logika nie rozwija się linearnie, ale po 
okresach wzrostu następują zwykle długie okresy upadku i zapomnienia. W kręgu 
śródziemnomorskim artykuł wyróżnia trzy płodne okresy: starożytny, 
średniowieczny (w. XII i następne), i matematyczno-logiczny, przedzielone dwoma 
periodami upadku, wczesnośredniowiecznym i nowożytnym. 
Najwięcej pracy włożyłem jednak w rozprawę o logice Teofrasta i w jej 
uzupełnienie, z których wyszła moja rozprawa habilitacyjna Z historii logiki zdań 
modalnych. Teofrast był uczniem i następcą Arystotelesa jako kierownik jego szkoły. 
Mimo to, jak zauważył 
Becker, zdawał się budować logikę modalną (to jest teorię zdań zawierających takie 
wyrażenia jak: „może", „z konieczności" itp.) różną od Arystotelesowej. W chwili 
gdy zaczynałem pracę, znane były trzy fragmenty jego logiki. Udało mi się znaleźć 
kilkadziesiąt innych, rozproszonych w tekstach komentatorów na przestrzeni około 
tysiąca lat. Poddałem te fragmenty krytyce filologicznej i analizie matematyczno-
logicznej, za wzorem Beckera, i mogłem wykazać, że mój filozof wprowadził do 
systemu Arystotelesa przynamniej dwie zmiany: odrzucił założenia jego teorii zdań 
modalnych i, co ważniejsze, pojął sylogizmy nie jako zdania, ale jako reguły 
(dyrektywy) dowodzenia, był więc pod oboma względami prekursorem „klasycznej" 
(niearystotelesowskiej) logiki nowożytnej. 
Wydaje mi się, że jeszcze ważniejsze były wyniki moich dociekań nad scholastyką. 
Aby zrozumieć ich znaczenie dla mnie i dla historii logiki, którą zaczynaliśmy pisać 
na nowo, trzeba znać położenie, w jakim znajdowało się w owym czasie 
dziejopisarstwo logiki modalnej, oraz moje odkrycie scholastycznej logiki zdań 
modalnych, opisane w rozdziale o mojej habilitacji (rozdz. 5). Było to znakomitym 
potwierdzeniem tezy Łukasiewicza, że logika formalna nie tylko istniała, ale i 
rozwijała się w wiekach średnich i to w części logiki, której on sam nie poruszył. Dla 
mnie to odkrycie było punktem zwrotnym. 
Moje prace w tej dziedzinie kulminują w obszernej Formale Logik, która jest, o ile 
wiem, jednym z dwóch tylko nowoczesnych ogólnych traktatów tego przedmiotu, a 
jedynym dziełem tego rodzaju, które uwzględnia także logikę hinduską. Ta książka 
kosztowała mnie wiele pracy. Dzięki zasiłkowi Szwajcarskiego Funduszu 
Naukowego mogłem przy jej redagowaniu korzystać z bardzo cennej współpracy 
asystenta, dr. Th. Raebera, i odbyć wielką podróż samochodową po bibliotekach 
niemieckich, francuskich, holenderskich i angielskich. W tym dziele zebrałem 
wyniki ponad dwudziestu pięciu lat pracy. 
324 
Filozofia 
Analiza 

background image

W ocenie krytycznej mojego filozofowania żałowano czasem, że nie stworzyłem 
systemu. To nie jest jednak zarzut, który bym sobie sam stawiał. Przyznaję się do 
filozofii analitycznej, a więc przeciw-systematycznej w tym ścisłym słowa 
znaczeniu, że nie uważam tworzenia wszechogarniających systemów za zadanie 
filozofa. Dodaję nawiasem, że to samo stanowisko zajmowałem w moim neotomi-
stycznym okresie, bo nie tylko analitycy, ale i neotomiści odrzucają myśl, że 
filozofia podobna jest do malarstwa, gdzie każdy artysta tworzy nowy obraz; sądzą 
przeciwnie, że filozof powinien starać się po prostu wzbogacić skarbiec wiedzy już 
istniejącej. Nie wstydzę się więc wcale, że systemu nie stworzyłem, jestem pod tym 
względem w dobrym towarzystwie myślicieli miary Ajdukiewicza, Husserla, 
Ingardena, Leśniewskiego, Łukasiewicza, si parva magnis compara-re licet. 
Co więcej nie stworzyłem w systematycznej filozofii niczego monumentalnego, 
żadnego wielkiego dzieła w rodzaju tych, które zawdzięczamy na przykład 
Popperowi czy Bungemu. Ostatecznie mój dorobek systematyczno-filozoficzny 
składa się z szeregu stosunkowo drobnych przyczynków do różnych dziedzin. 
Niemniej ten szereg jest długi i, jak mi się wydaje, niemal w każdym wypadku 
chodzi o coś nowego, coś, co w intencji autora, a myślę, że najczęściej także 
faktycznie, jest wzbogaceniem dorobku myśli. Przy tym w większości wypadków nie 
chodzi o zagadnienia marginesowe, ale zasadnicze. Wyliczam te wyniki tutaj, bo 
zostają one w mojej pamięci jako bodaj najważniejsze i drogie dla mnie 
wspomnienia. Nad niektórymi pracowałem lata, nad innymi miesiące, ale o 
wszystkich myślę ze wzruszeniem, jakby o moich dzieciach duchownych. Każde z 
nich dało mi też wiele radości. 
Metafilozofia: Przedłożyłem mój pogląd na cykliczny rozwój filozofii, na 
specyficzny rodzaj postępu, któremu podlega. Sformułowałem bodaj jako pierwszy 
szerokie pojęcie filozofii analitycznej. Dałem jasną definicję światopoglądu i 
postawiłem z uzasadnieniem 
325 
Filozofia 
twierdzenie, że filozof nie powinien zajmować się zagadnieniami 
światopoglądowymi. 
Ontologia: Wysunąłem twierdzenie, że logika formalna jest aks-jomatyczną 
ontologią. Dałem nowe sformułowanie umiarkowanego platonizmu w zagadnieniu 
powszechników, zgodnie z którym chodzi w gruncie rzeczy o swoiste pojęcie 
tożsamości. Opracowałem systematycznie pojęcie formalności systemu i celu. W 
moim wczesnym okresie przeprowadziłem empiryczne badania nad pojęciem 
przyczy-nowości. 
Metafizyka: Mimo moich zastrzeżeń przeciw pośpiesznemu budowaniu systemów 
metafizycznych ogłosiłem program studiów filozoficznych o Bogu oraz książkę 
będącą przyczynkiem do pierwszego kroku przewidzianego w tym programie, a 
mianowicie krytyczne studium teodycei św. Tomasza. (I, 2-11) 
Teoria poznania: Przeprowadziłem krytykę argumentu przeciw sceptycyzmowi i 
dałem nowy argument tego samego rodzaju, ale wolny od semantycznych trudności. 

background image

Poddałem krytyce kontekstua-lizm. Omówiłem pewne aspekty metodologii 
medycyny. Przede wszystkim dałem jako pierwszy matematyczno-logiczną analizę 
analogii pojętej jako izomorfia. 
Filozofia przyrody: Ogłosiłem uzasadnienie naturalistycznego stanowiska, a 
mianowicie twierdzenia, że z punktu widzenia naukowego nie ma zasadniczej 
różnicy między człowiekiem a innymi zwierzętami. Zanalizowałem pojęcie sensu 
życia. 
Filozofia społeczeństwa: Jako pierwszy opracowałem w obszernej pracy pojęcie 
autorytetu. Zaproponowałem nową analizę przedsiębiorstwa przemysłowego i 
wolnego społeczeństwa. Opracowałem matematyczno-logicznie pojęcie 
odpowiedzialności. 
Etyka: Zredagowałem (bodaj jedyny istniejący) traktat o etyce wojennej. 
Zaproponowałem ostre odróżnienie moralności, etyki, mądrości i różnych rodzajów 
moralności religijnej (bogobojności). Przeprowadziłem logiczną analizę sporu o 
doświadczenia na zwierzętach. 
Filozofia religii: Zaproponowałem nową definicję filozofii religii. Stworzyłem 
pojęcie i opracowałem w zarysie zagadnienia logiki 
326 
Filozofia 
327 
Filozofia 
religii. Sformułowałem teorię hipotezy religijnej w nawróceniu. Dałem nową nową 
analizę metody teologii. Wysunąłem hipotezę odróżniającą wiarę podstawową od 
systemu religijnego. 
Dla studentów 
Tyle odnośnie do działalności badawczej. W dziedzinie dydaktycznej wspominam 
nie bez pewnej satysfakcji z jednej strony moje publikacje mające na celu ułatwienie 
pracy studentom, a więc pomoce naukowe, z drugiej rozprawy doktorskie napisane 
pod moim kierownictwem. 
W pierwszej grupie mam najpierw kolejno trzy podręczniki logiki: Logica Formalis 
wydana na cyklostylu w Rzymie, Nove lezioni di logica symbolica z roku 1938 
wydane tamże, oraz Precis de logiąue mathematiąue zredagowany na początku 
mojego wykładania we Fryburgu. W celach dydaktycznych wydałem także dwa 
tomy tekstów: Elementu logicae graecae i Petri Hispani Summulae logicales. 
Każdy podręcznik logiki nosi inny charakter. Pierwszy jest podręcznikiem logiki 
scholastycznej w nowym ujęciu z uwzględnieniem elementów nowoczesnej historii 
logiki matematycznej. Drugi zawiera przede wszystkim logikę zdań i jest napisany 
cakowicie w symbolice Łukasiewicza. Trzeci jest wyważonym podręcznikiem 
elementarnej logiki matematycznej; doczekał się kilku przekładów i dość szerokiego 
zastosowania. Powstał w ten sposób, że ogłosiłem po prostu to, co w toku wykładów 
pisałem na tablicy - opuszczając słowne komentarze. Z tekstów Summulae są 
pierwszym od paru wieków ponownym wydaniem z paru XIII-wiecznych rękopisów 

background image

klasycznego podręcznika średniowiecznego. Opracowałem go z grupą moich 
studentów w Angelicum. Nie rości sobie prawa do nazwy „krytycznego". 
Ogólnej historii filozofii miały służyć wydawane przeze mnie Bibliographische 
Einjuhrungen in das Studium der Philosophie, wprowadzenia w studium filozofii, 
których ukazały się 23 zeszyty. Pomysł był następujący: dać w druku studentowi 
początkującemu w danej dzie- 
dzinie, i to z naddatkiem, informacje, które otrzymałby normalnie na proseminarium. 
Tutaj należy także moja Współczesna filozofia europejska tłumaczona na liczne 
języki, także na rosyjski. Mimo że przedstawia ona także całkiem nowe wyniki 
moich dociekań, jest przede wszystkim przeglądem położenia w dziedzinie. Należy 
tu wreszcie artykuł informacyjny Filozofia w Polsce w trzytomowej encyklopedii o 
Polsce wydanej w Neuchatel. 
Pomoce do studium filozofii komunistycznej wydałem trzy: Dogmatyczne podstwy 
Jilozofii sowieckiej, Przewodnik po marksizmie (praca zbiorowa pod moją redakcją 
w języku angielskim) / Marksizm-Leninizm. 
Last but not least chcę wspomnieć o książce, która miała być największym moim 
sukcesem księgarskim: Wege zum philosophischen Denken. Ta książka zawiera tekst 
dziesięciu wykładów w radiu bawarskim, nie była więc pomyślana jako 
wulgaryzacja, coś w rodzaju filozofii dla małych dzieci. Przyjęta forma nie 
przeszkodziło mi zresztą w wykładaniu w niej moich własnych myśli, np. definicji 
bytu realnego. Miałem ponad dwadzieścia wydań po niemiecku i kilkanaście 
przekładów. Razem, szacuję, około pół miliona egzemplarzy. Ku mojemu 
zdziwieniu, kilku raczej surowych filozofów zaczęło owe Wege polecać swoim 
studentom jako wprowadzenie do studium filozofii. Przytaczam je więc i ja na tym 
miejscu. 
Książę Lobkowicz powiada w tekście przytoczonym w rozdziale o moim 
wykładaniu, że najważniejszą rzeczą, jaką pozostawię po sobie, są moi dawni 
studenci. Może i ma rację. Pewnym jest w każdym razie, że wychowałem 
stosunkowo wielu filozofów i że włożyłem sporo pracy w ich kształcenie (podaję w 
załączniku (r. XIV) spis rozpraw doktorskich napisanych pod moim kierownictwem). 
Wspomnienie współpracy z nimi należy do najmilszych, jakie posiadam. 
328 
329 
Załączniki 
Załączniki 
XIV ZAŁĄCZNIKI 
W tym rozdziale zebrałem dwa rodzaje załączników: 
• Pierwszy składa się ż dwóch esejów. Pięć myśli to próba sformułowania 
podstawowych idei wspólnych ludziom wolnym, a Autoreferat jest próbą 
podsumowania mojego dorobku filozoficznego. Pierwszy z tekstów formułuje 
wyniki wieloletniego namysłu nad zagadnieniami ideologicznymi. Jest punktem 
końcowym długiego rozwoju mojej myśli w tej dziedzinie i z tego tytułu 
przedrukowuję go tutaj. 

background image

• Drugi, obejmuje daty, dane statystyczne, spisy tytułów, nazwisk itp., które mogą 
przedstawiać pewien interes, ale umieszczone w tekście wspomnień przerwałyby 
nieprzyjemnie tok opowiadania. 
Pięć myśli 
Poniższy tekst został zredagowany w latach pięćdziesiątych w Ost -Kolleg w 
Kolonii, jako odpowiedź na ciągle powtarzane pytanie słuchaczy: „Co my możemy 
przeciwstawić komunizmowi na płaszczyźnie ideowej?" Zawiera wyliczenie tez i 
ideałów, do których moim zdaniem przyznają się ludzie wolni. Są one także 
wyrazem mojego własnego stanowiska. Jako takie powinny być porównane z tym, co 
powiedziałem powyżej o moich poglądach w młodości. Stanowią punkt końcowy 
mojego rozwoju w tej dziedzinie. 
Tak jak są podane tutaj, te myśli muszą wydać się mocno abstrakcyjne, by nie rzec 
bezkrwiste. Takimi też są istotnie, gdy się je rozpatruje w oderwaniu od wszelkiego 
światopoglądowego kontekstu. Nie są jednak przeznaczone, by trwać w tej 
abstrakcji. Przeciwnie, każdy powinien widzieć w nich składnik swojego własnego 
światopoglądu. Wtedy od razu nabierają życia i ogromnej siły przyciągającej. 
Dodajmy jednak na marginesie, że te myśli mogą niekiedy okazać się żywotne nawet 
bez związania ze światopoglądem - mianowicie gdy są gwałcone. 
Ja sam wyznaję chrześcijaństwo i dlatego spróbuję pokazać w zarysie, jak zdania, o 
których tu mowa, znajdują swoje miejsce w światopoglądzie chrześcijańskim. 
Czynię to jednak tylko tytułem przykładu. Każdy powinien uczynić to samo w 
odniesieniu do własnej wizji świata. 
l. Myśl naukowa 
Gdy chodzi o stwierdzanie i wyjaśnianie faktów w świecie, jedynym uprawnionym 
autorytetem ludzkim jest autorytet autentycznej nauki. 
Podkreślam faktów, a więc nie wartości; i w świecie, a więc nie transcendentnych; 
autorytet ludzki - autorytet boski byłby tu oczywiście również uprawniony; 
uprawniony to znaczy prawdziwy. Wszystko inne, np. ideologia, może się za 
autorytet podawać, ale nim nie jest. Autentyczna nauka, zespół zdań posiadających 
między innymi 
330 
331 
Załączniki 
Załączniki 
trzy następujące cechy: zostały przyjęte na podstawie doświadczenia, sformułowane 
(w przypadku zdań wyjaśniających) przy zastosowaniu metody, która obowiązuje 
wdanej dziedzinie (np. gdy chodzi o zdania dotyczące spraw społecznych metod 
socjologii), wreszcie, są zawsze otwarte na krytykę. W tym sensie myśl naukowa 
jest, jak się zdaje, podstawowym pozytywnym twierdzeniem, uznanym przez 
wszystkich ludzi wolnych, dla których ono dyskusji nie podlega. 
Myśl naukowa pociąga za sobą odrzucenie ideologii, to jest rozstrzygania o faktach 
w świecie metodami nienaukowymi. Ta myśl nie potrzebuje uzasadnienia. Ze 

background image

stanowiska chrześcijańskiego obowiązuje również dlatego, że każda ideologia jest 
bluźnierstwem, przypisuje autorytetowi ludzkiemu cechy boskie. 
Myśl ta brzmi zapewne racjonalistycznie i jest też taka. Formułuje postulat pełnego 
racjonalizmu we wspomnianych granicach. Trzeba przyznać, że jest to postulat 
trudny do zrealizowania. Nauka daje nam tyko fragmenty, a nie pełny obraz 
rzeczywistości. Otóż potrzeba takiego obrazu świata jest tak wielka, że każdy 
doświadcza pokusy wypełnienia luk w wiedzy myślami odpowiadającymi jego 
pragnieniom, to znaczy przyjęcia ideologii. Wydaje się, że w tym względzie 
położenie człowieka niewierzącego jest trudniejsze niż wierzącego, bo wiara daje 
sens życiu wierzącego, jest mu więc łatwiej trwać w „rozdarciu wiedzy" - by 
posłużyć się słowami Jaspersa. Właśnie dlatego, że jest człowiekiem wierzącym, 
może sobie łatwiej pozwolić na bezwzględny racjonalizm w zakresie spraw tego 
świata. Niemniej wyzwanie wynikające z tej myśli kieruję do wszystkich ludzi. 
2. Myśl humanistyczna. 
Pełny, swobodny rozwój dzisiejszego, rzeczywistego człowieka, jednostki, jest 
najwyższą wartością ziemską i dlatego najwyższym celem wszelkiej polityki. 
Pełny rozwój, tak dalece jak to możliwe w danych warunkach; swobodny - w tym 
szczególnym sensie, że nie chodzi o ogólny, abstrakcyjny rozwój, lecz o dobro 
niepowtarzalnej, indywidualnej osoby człowieka, aby jak mówił Goethe - człowiek 
„stał się tym, 
czym jest"; dzisiejszego człowieka, nie przyszłego; rzeczywistego ~ a więc nie 
mitycznego człowieka; Człowieka-jednostki, nie społeczności. Wartość najwyższa - 
to znaczy, że rozwój, o którym tu mówimy i wszystko, co potrzebne dla niego, nie 
powinno nigdy być podporządkowane czemukolwiek innemu; najwyższa wartość 
ziemska nie transcendentna; najwyższy cel polityki, którą ostatecznie prowadzi się 
po to, by stworzyć warunki tego rozwoju. 
Myśl humanistyczna zawiera stwierdzenie pierwszeństwa jednostki. Nie ignoruje 
przez to społeczeństwa. Człowiek potrzebuje go dla swojego rozwoju i to w dwojaki 
sposób, po pierwsze, bo rozwój wymaga ustalonego ładu, po drugie, bo jednostka, 
osoba, może wzrastać duchowo tylko we wspólnocie. Tworzenie warunków po temu 
stanowi bezpośredni cel polityki. Sensem działania politycznego jest służba 
rozwojowi prawdziwego człowieka. Społeczeństwo jest dla jednostki, nie na odwrót. 
A kiedy wymaga się od jednostki ofiar na rzecz społeczeństwa, to w imię innych 
jednostek, nie w imię kolektywu czy mitycznego człowieka przyszłości. 
Także i ta myśl jest oczywista i nie potrzebuje uzasadnienia. Jest głęboko 
zakorzeniona w tradycji europejskiej. Począwszy od Platona człowiek-jednostka jest 
istotą wyniesioną ponad całą przyrodę. Posiada tak wielką godność, że nie może 
nigdy być użyty jako środek do osiągnięcia czegokolwiek. Może być tylko celem. 
Wypada podkreślić, że nie chodzi o jakieś abstrakcyjne „człowieczeństwo", ale o 
indywidualną, konkretną osobę. Szczególnej mocy nabiera ta myśl w ramach wiary 
chrześcijańskiej, bo człowiek jako jednostka, rzeczywisty człowiek, i tylko on, a nie 
ludzkość, jest dzieckiem Bożym odkupionym przez Chrystusa, mogącym i mającym 
stać się przyjacielem Nieskończonego. 

background image

Zwróćmy uwagę, że wciąż jeszcze pozostajemy pod wpływem doktryn stojących w 
ostrym przeciwieństwie do myśli humanistycznej. „Ludzkie" w swej abstrakcyjności, 
„ludzkość" jako kolektyw, „duch obiektywny" - półabstrakcyjne, półkolektywne 
uważane są jeszcze często za „święte" i stojące ponad człowiekiem. Ze stanowis- 
332 
Załączniki 
ka myśli humanistycznej, tak, jak ją sformułowano powyżej, chodzi tu o zasadnicze i 
zgubne nieporozumienie. 
3. Myśl społeczno-demokratyczna. 
Każdemu człowiekowi przysługują pewne niezbywalne, podstawowe prawa i jeśli o 
nie chodzi, wszyscy ludzie są równi. 
Każdemu człowiekowi, człowiek może je wprawdzie utracić, mianowicie 
popełniając przestępstwo, poza tym jednak nie ma żadnych wyjątków. Prawa 
podstawowe, które są mu niezbędne do osiągnięcia celu sformułowanego w myśli 
drugiej, a więc prawo do życia, prawo do warunków życia pozwalających na 
egzystencję godną człowieka, prawo do rozwoju osobowości i inne podobne prawa. 
Niezbywalne, bo skoro na mocy myśli drugiej cel obowiązuje absolutnie, także 
środki prowadzące do jego realizacji obowiązują bezwarunkowo. Nikt nie może 
zatem człowiekowi odmówić tych praw, nawet gdy chodzi o dobro społeczności. Nie 
wolno nigdy, na przykład, pozbawić życia człowieka niewinnego. 
Jeśli chodzi o te prawa, to żadna nierówność pod innym względem nie uzasadnia 
nierówności pod względem tych praw, a to znaczy, że jeśli o nie chodzi, to nie ma 
lepszych ani gorszych ludzi, rodzin, narodów lub klas. 
Ta myśl rozpatrywana w oderwaniu nie jest oczywista. Doświadczenie wykazuje 
nam stale, że ludzie nie są równi w żadnym empirycznie stwierdzalnym względzie. 
Ale ta sama myśl staje się jasna, kiedy rozpatrujemy ją w świetle myśli 
humanistycznej, bo to, w czym człowiek jest wyższy od całej przyrody, jest 
czynnikiem transempi-rycznym, nie dającym się poznać przez obserwację ani 
opierające się na niej rozumowanie. Człowiek nosi w sobie godność transcendentną, 
w odniesieniu do niej nie posiadamy jednak żadnych mierników ani kryteriów, 
musimy więc wszystkich ludzi uważać za równych. 
l ta myśl staje się szczególnie jasna ze stanowiska chrześcijan-skiego. Zgodnie z nim 
każdy człowiek jest powołany do osobistej przyjaźni z Bogiem. Kto jest tym 
przyjacielem Boga, a kto nie - nie 
333 
Załączniki 
wiemy. Wiemy tylko tyle, że człowiek stojący nisko pod każdym względem 
naturalnym może posiadać właśnie tę godność, podczas gdy inny, o wysokim 
poziomie kulturalnym i intelektualnym, może jej nie mieć. Wiemy też jako 
chrześcijanie, że wszyscy jesteśmy braćmi. W porównaniu z tym wszystkie, nawet 
największe różnice są bez znaczenia. Chrześcijanin nie przyznający się do tej myśli 
jest zaiste zjawiskiem osobliwym. 
4. Myśl polityczno-demokratyczna 

background image

Spośród wypróbowanych ustrojów politycznych ustrój demokra-tyczno-
pluralistyczny jest najmniej zły, ponieważ stosunkowo najlepiej chroni od 
niesprawiedliwości. 
Spośród wypróbowanych - chodzi tu o myśl uzasadnioną empirycznie, wynikającą z 
doświadczenia; ustrojów politycznych - w odróżnieniu od myśli społeczno-
demokratycznej nie chodzi więc tu o prawa osobiste, lecz o organizację 
społeczeństwa; demokratyczny -ustrój zapewniający wszystkim obywatelom wpływ 
na wybór rządzących; pluralistyczny - ustrój, który dopuszcza wielość poglądów w 
zakresie polityki. Zauważmy, że nie chodzi tu o jakąś określoną formę demokracji 
politycznej, np. w sensie angielskim, ale tylko o zupełnie ogólną zasadę wpływu 
obywateli na rządy i pluralizmu. Najmniej zły - ta myśl nie twierdzi, że demokracja 
jest ustrojem doskonałym, mówi tylko, że jest najmniej złym w porównaniu do 
innych ustrojów; chroni od niesprawiedliwości - mianowicie przed pogwałceniem 
praw wymienionych m.in. w myśli trzeciej 
Myśl polityczno-demokratyczna jest, jak powiedzieliśmy, uzasadniona empirycznie. 
Jest wynikiem długiego i krwawego doświadczenia ludzkości. To doświadczenie jest 
wystarczająco długie, by stanowić mocne oparcie tej myśli, która w dzisiejszym 
stanie rzeczy może uchodzić za nie podlegającą wątpliwości. 
Nie tu miejsce na jej szczegółowe uzasadnianie. Powiedzmy tylko, że to, co się jej 
dziś przeciwstawia, jest często ustrojem, w którym jakaś grupa intelektualistów 
mianuje sama siebie rządem i uprawia politykę w sposób tyrański zakazując 
wszelkiej krytyki. Prakty- 
334 
Załączniki 
ka wykazała, że prowadzi to do wielkich niesprawiedliwości. Myśl polityczno-
demokratyczna nie utrzymuje, że demokracja wyklucza takie niesprawiedliwości. 
Stwierdza tylko, że człowiek, któremu władza odmawia jego praw, ma w demokracji 
większe szansę skutecznej obrony. 
5. Myśl ekonomiczno-pluralistyczna 
Ustrój pluralistyczny należy przedłożyć nad powszechny monopol środków 
produkcji, przede wszystkim ponad monopol państwowy, ponieważ ten prowadzi do 
zniewolenia człowieka. 
Pluralistyczny - ustrój, w którym istnieje wielość ośrodków dyspozycyjnych 
gospodarki; monopol - istnienie tylko jednego ośrodka dyspozycyjnego; zniewolenie 
- władza powszechnego monopolu jest tak wielka, że poszczególny człowiek staje się 
wobec niej bezbronny i zostaje zniewolony. 
Warto zauważyć, że ta myśl nie jest identyczna z liberalizmem ekonomicznym, bo 
nie utrzymuje, że dysponowanie gospodarką ma leżeć w rękach prywatnych 
przedsiębiorców (chociaż tego nie wyklucza). Można sobie wyobrazić gospodarkę 
socjalistyczną, a jednak pluralistyczną, w której zakłady należałyby na przykład do 
związków zawodowych, spółdzielni, gmin itd. i nie pozostawałyby pod zarządem 
państwa. Utożsamienie socjalizmu z monopolem państwa jest najzupełniej 
bezpodstawne. Myśl ekonomiczno-pluralistyczna nie wyklucza także 

background image

upaństwowienia pewnych dziedzin gospodarki. Odrzuca tylko monopol obejmujący 
jej całość, a więc ustrój, w którym praktycznie całą gospodarką kieruje tylko jeden 
ośrodek dyspozycyjny. 
Te myśli nie są ideologią, nie tworzą bowiem systemu, a zawarte w nich dyrektywy 
są całkiem ogólne i oparte na doświadczeniu. Nie chodzi w nich o stany już 
gdziekolwiek w pełni urzeczywistnione. Nie są osiągniąciami, ale ideałami, a nawet, 
jak się zdaje, ideałami transcendentalnymi, do których możemy się tylko zbliżać, ale 
nie możemy ich w pełni urzeczywistnić. 
Załączniki 
335 
Autoreferat 
Autoreferat, a takiego domaga się Towarzystwo Naukowe na Obczyźnie, jest rzeczą 
nieprzyjemną dla kogoś, kto jak ja, świadom jest nikłości swego dorobku 
naukowego. Jeśli mimo to ośmielam się zabrać trochę cennego czasu Pań i Panów 
takim referatem, to dlatego, że przyczyni się on do wyjaśnienia kilku spraw 
przekraczających swoją dosniosłością wszystko, co mnie samego dotyczy. Oto więc 
moja rzecz. 
1. Nikłość i rozproszenie 
1.1 Wziąłem co prawda czynny udział w kształtowaniu się poglądów naukowych w 
mojej dziedzinie i pozostawiam po sobie stosunkowo długi szereg przyczynków 
systematycznych. Wydałem 42 książki i 182 artykuły naukowe. Pozostawię ok. 30 
000 stron prac i skryptów z wykładów nie ogłoszonych. Wychowałem stosunkowo 
wielu uczniów - niektórzy spośród nich sami stworzyli prawdziwe szkoły. 1.2 Ale 
nie stworzyłem niczego monumentalnego, żadnego wielkiego systemu w rodzaju 
Theillarda de Chardina ani wielkich dzieł, jakie zawdzięczamy Popperowi czy 
Bungemu. 
Robiąc bilans mojego życia muszę więc powiedzieć, że dałem mało nie tylko w 
porównaniu do wielkich myślicieli, ale nawet, tak mi się przynajmniej wydaje, w 
porównaniu do tego, co bym ja sam mógł dać. 
Co więcej w moim dorobku uderza rozproszenie. Moją działalność naukową, która 
trwała od ukończenia studiów w 1934 do dziś 56 lat, można podzielić z grubsza na 
cztery okresy, w których przeważają cztery różne zainteresowania: 
1. okres 1934-45 - neotomistyczny 
2. okres 1945-55 - historyczno - logiczny 
3. okres 1955-70 - sowietologiczny 
4. okres 1970-90 - systematyczno-logiczny 
336 
Załączniki 
Załączniki 
337 
Nie ma naturalnie ostrych granic pomiędzy nimi; np. w okresie pierwszym, 
neotomistycznym, zajmowałem się także intensywnie historią logiki. Jak widać, 

background image

chodzi o bardzo różne dziedziny - trudno oprzeć się wrażeniu, że nie było w mojej 
działalności naukowej jedności, jaką podziwiamy np. u Ingardena. 
1.3     Państwo powiedzą mi może, że to jest moja sprawa osobista, nikogo nie 
interesująca poza mną samym, ale obawiam się, że tak    \ nie jest. After all 
pozbierałem pewną ilość doktoratów h.c. i byłem    j nieraz cytowany jako filozof. 
Na domiar złego niektórzy życzliwi mi    • ludzie wychwalali mnie niesłusznie, tak w 
kraju, jak i za granicą.    l Obawiam się bardzo, że jakiś historyk filozofii zajmie się 
moim do-    : robkiem, i widząc jego nikłość, powie to, co tak często o nas mówiono 
improductivite slave. 
Toteż ten rodzaj apologii, jaki chcę państwu przedstawić, nie jest być może całkiem 
bez ogólniejszego znaczenia. 
2. Przyczyny 

Chcę zacząć od wyliczenia przyczyn tego stanu rzeczy. Dzielą się one na 
podmiotowe i przedmiotowe. 
2.1 Przyczyny podmiotowe są dwojakiego rodzaju. Jedne wrodzo- ', ne, jak 
odziedziczony stopień inteligencji i siły woli. Te czynniki są \ od podmiotu 
niezależne. Nie ma rady na to, że człowiek urodził się ; z taką, a nie większą 
inteligencją i siłą woli. Inne są zależne od pod- \ miotu, który jest za nie 
odpowiedzialny - na przykład lenistwo, albo \ zbytnie zajęcie się sprawami obcymi 
nauce. O tych przyczynach nie ; będę ze zrozumiałych względów mówił.  '. 
2.2     Przyczyny przedmiotowe to okoliczności, w których danym mi było pracować. 
Wspomnę tutaj o trzech: o szukaniu drogi w filozofii, o stanowisku, które przyszło 
mi zająć u końca tego szukania,   ,_ a mianowicie o analizie, wreszcie o walce z 
okupantem mojego kraju. Nimi chciałbym Państwa zająć przez chwilę. 
3. Szukanie drogi 
3.1 Podczas gdy wielu moich nauczycieli i kolegów po fachu miało mistrzów i drogę 
naukową przez nich wyznaczoną, u mnie złożyło się tak, że musiałem tej drogi 
szukać sam. Myślę nieraz z zazdrością o takich myślicielach jak o. Jacek Woroniecki 
albo Alfred Tarski, którzy obaj darzyli mnie przyjaźnią. Woroniecki wychował się 
jako naukowiec w cieniu owego świetnego zespołu, jaki stanowili na początku wieku 
dominikanie fryburscy, a Tarski pod kierownictwem Łukasiewicza i Leśniewskiego. 
Ja nie miałem podobnego szczęścia, nikt spośród znakomitych ludzi, których 
poznałem, nie zadowalał moich potrzeb jako racjonalisty. Jestem i zawsze byłem 
racjonalistą. Pani Hersch, czołowy filozof szwajcarski, powiedziała nawet kiedyś, że 
skrajniejszego racjonalisty ode mnie nie zna. Ale łatwiej jest sformułować samą 
zasadę, niż znaleźć sposób myślenia w pełni jej odpowiadający. 
3.2 Wskutek tego, razem z innymi okolicznościami, moja orientacja filozoficzna 
zmieniała się. Byłem najpierw kantystą, następnie, pod wpływem ks. Kowalskiego, 
neotomistą, aby pod wpływem odkrycia Principionim Mathematicarum i 
Łukasiewicza, powoli, ale coraz bardziej, analitykiem. 
4. Analiza 

background image

Jest także inny powód, który sprawił, że nie stworzyłem na wzór Hegla czy Comte'a 
żadnego wielkiego, wszechogarniającego systemu, ani nawet owych głębokich 
rozważań na tematy egzystencjalne i moralne. 
4.1 Tym powodem jest powszechnie dziś przyjęte przez analityków rozróżnienie 
między filozofią a światopoglądem. Filozofia jest dla nich nauką, nie może więc 
odpowiadać na pytania dotyczące spraw moralnych czy egzystencjalnych. Nie może 
też tworzyć wszechogarniających syntez. Jeszcze bardziej obca mi jest funkcja 
prorocza, tak często wykonywana przez dawniejszych filozofów. 
4.2 Na skutek przejęcia postawy analitycznej wielkiego systemu nie tylko nie 
mogłem, ale i nie chciałem stworzyć. Jestem anality- 
22 — Bocheński: Wspomnienia 
338 
Załączniki 
Załączniki 
339 
kiem  i w możność  tworzenia takich  systemów przez naukę nie wierzę. 
5. Walka z okupantami. 
5.1 Jak tylu innych Polaków nosiłem mundur przez pięć lat i wziąłem udział w 
dwóch potrzebach: polskiej i włoskiej. Wynikło z tego nie tylko oderwanie młodego 
profesora, w najbardziej twórczym okresie życia, od pracy naukowej i wydalenie ze 
środowiska naukowego, ale, co bodaj gorsze, utrata katedry logiki. Po wojnie 
musiałem wziąć inną, nie odpowiadającą moim zamiłowaniom. Przez dwadzieścia 
siedem lat wykładałem historię filozofii nowożytnej, podczas gdy logikę wykładał, i 
zazdrośnie pilnował, mój kolega metafizyk, notabene zupełny ignorant w logice 5.2 
Po wojnie Polska została zajęta przez innego wroga, komunistyczną Moskwę. Wobec 
niewiarygodnej wprost ignorancji na Zachodzie tego, czym ten okupant był, moim 
obowiązkiem było informować, tym bardziej że filozofia sowiecka należała do 
zleconej mi dziedziny. Założyłem Instytut Europy Wschodniej Uniwersytetu Frybur-
skiego - jedyny wówczas w świecie ośrodek badań nad filozofią sowiecką. Wyszła z 
niego, jak oceniam, przeszło połowa specjalistów w tej dziedzinie. Skłoniłem rząd 
niemiecki do założenia Ost-Kolleg w Kolonii i byłem w ciągu lat jego dyrektorem. 
Byłem doradcą kilku rządów m.in. kanclerza Adenauera, w sprawach 
komunistycznych. Stworzona przez mnie seria Sovietica obejmuje dotąd 53 tomy. 
To wszystko nie przyszło mi ani lekko, ani za darmo, kosztowało mnie 15 lat 
wytężonej pracy. 
Tak więc udział w walce o niepodległość Polski i wolność Europy był jednym z 
głównych powodów, dlaczego nie dałem więcej. 
6. Statystyka 
Kiedy studiowałem ekonomię polityczną, pracowałem wiele w instytucie 
statystycznym, i zamiłowanie do statystyki pozostało mi do dziś dnia. Niech mi więc 
Państwo darują parę danych statystycznych o mnie samym. Ogłosiłem łącznie 183 
prace naukowe, 

background image

w tym 20 druków samodzielnych, razem około 6 600 stron druku. Nie ogłosiłem 
natomiast niemal niczego z dziedziny historii filozofii, którą wykładałem we 
Fryburgu i w kilku uniwersytetach amerykańskich w latach 1945-72. Skrypty tych 
wykładów obejmują około 30 000 stron rękopisu, odpowiadających mniej więcej 10 
000 stronom druku. 
Reprezentacyjnymi osiągnięciami owych czterech okresów są następujące prace: 
pierwszego - założenie i wydanie 3 zeszytów Polskiego Przeglądu Tomistycznego 
drugiego     - Formale Logik pierwsza obszerna historia logiki napisana ze 
stanowiska współczesnego. 
trzeciego      - Handbuch des Weltkommunismus podręcznik uniwersytecki 
obejmujący całość tej dziedziny, zredagowany przy współpracy 17 uczonych, 
wydany w wielotysięcznym nakładzie. Instytut Europy Wschodniej. 
czwartego    - Logic ofReligion i Was ist Autoritdt? 
1. Zagadnienia 
To zestawienie i ocena mojego dorobku naukowgo nasuwa dwa pytania: dlaczego 
moje wyniki są tak nikłe i dlaczego dotyczą tak różnych dziedzin. 
Pierwsze jest pytaniem o charakterze poniekąd społecznym, bo może przyszli 
historycy będą w mojej sprawie mówili o owej słynnej improductivite slave, i 
dlatego mój rachunek sumienia będący także rodzajem apologii nie jest może 
całkiem pozbawiony znaczenia ogólnego. 
Drugie pytanie dotyczy tematyki moich badań i publikacji. Nie tylko nie ma w nich 
jedynego wszystko ogarniającego systemu, ale nie ma nawet jedności tematycznej 
poszczególnych przyczynków. Ten pluralizm, w złym tego słowa znaczeniu, uderzył 
kilku autorów. Tak niejaki Tarnowski, względnie osoba podszywająca się pod to 
340 
Załączniki 
Załączniki 
341 
zacne nazwisko, twierdził niedawno, że jestem tylko dość podłym wulgaryzatorem, a 
jakiś felietonista, że w ogóle nie jestem filozofem. 
Słowem, dwa pytania: dlaczego tak mało i dlaczego tak wielkie, pozornie 
przynajmniej, rozstrzelenie? 
8. Dwa motywy 
Odpowiadając na pierwsze pytanie wypada przede wszystkim powiedzieć, że byłem 
powodowany w mojej działalności przez dwa motywy: jeden filozoficzny, drugi 
polityczny. 
Motywem filozoficznym było moje szukanie myśli jak najbardziej racjonalnej. 
Szukanie tego sposobu trwało u mnie długo - zanim doszedłem do obecnego 
stanowiska, do filozofii analitycznej. 
Motywem politycznym była moja wola walki z okupantem. Nosiłem mundur przez 
pięć lat - najlepszych lat stosunkowo młodego naukowca. Wskutek długiej 
nieobecności straciłem katedrę logiki w Rzymie. Następnie niemal 15 lat 
poświęciłem studium komunizmu. Założyłem jedyny wówczas w świecie instytut 

background image

badania filozofii sowieckiej, z którego wyszła przeszło połowa specjalistów w tej 
dziedzinie. Byłem doradcą kilku rządów, założyłem Ost-Kolleg w Kolonii itd. 
To stwierdzenie wyda się wielu paradoksem i dlatego zasługuje na omówienie. Wyda 
się mianowicie paradoksem dlatego, że w polskiej tradycji religia jest w swojej 
istocie sprzeczna z rozumem, a więc z nauką, ze szkiełkiem i okiem mędrca, jak pisał 
Mickiewicz. Polak wierzący może używać rozumu gdzie indziej, tylko broń Boże nie 
w religii. Gdy się o nią otrze, kładzie uszy po sobie. Stąd duchowny jest w polskim 
ujęciu osobą być może szanowaną, ale nie mającą nic wspólnego z rozumem i nauką. 
Świadkiem niech mi będzie Miłosz, który niezmiernie się zdziwił, gdy natrafił na 
polskiego księdza biblistę, autentycznego naukowca, zainteresowanego prawdą i 
tylko prawdą. Dla Miłosza i większości Polaków taki stwór ma w sobie coś 
nienormalnego. Jest żyjącą sprzecznością. Duchowny powiniem być od wzdychań i 
apologetyki, broń Boże nie od nauki. 
Otóż, i to jest najważniejsza rzecz, którą chciałbym Państwu powiedzieć, jeśli 
zająłem się nauką, jeśli nawet wśród filozofów byłem zawsze obrońcą rozumu, to nie 
mimo tego, że jestem zakonnikiem, a właśnie dlatego, że nim jestem. Nie miałem 
zamiaru oddać się nauce. Gdy wstępowałem do zakonu, marzyłem o życiu 
misjonarza, ale zostałem filozofem, bo tego sobie życzyli moi przełożeni. Niektórzy 
łaskawi dla mnie dziennikarze pisali, że mam wiele różnych stron - jako filozof, 
pisarz, kierowca samochodowy, pilot i Bóg wie co jeszcze, ale w moim własnym 
rozumieniu jestem i od lat 50 byłem stale najpierw i przede wszystkim katolickim 
zakonnikiem, dokładniej dominikaninem. Mojemu zakonowi zawdzięczam prawie 
wszystko, co zdziałałem - między innymi ten drobny przyczynek, jaki zdołałem 
wnieść do nauki. 
342 
Zalącznild 
343 
Załączniki 
Tabele i spisy 
Chronologia 
1902  urodziny (30 VIII) 
1920  matura, potrzeba bolszewicka 
1920-22 

student prawa na Uniwersytecie Lwowskim 

1922-26 

student ekonomii politycznej na Uniwersytecie Poznańskim 

1926-27 

kleryk seminarium poznańskiego (25 VI 1926 - 03 VIII 1927) 

1927-28 

nowicjusz w klasztorze oo.dominikanów w Krakowie 

1928-31 

student filozofii na Uniwersytecie we Fryburgu 

1931  doktorat z filozofii (13 VI) 
1931-34 

student teologii w Angelicum, Rzym 

1932  święcenia kapłańskie (20 VI) 
1934  doktor teologii (21 III) 
1934-40 

profesor logiki w Angelicum, Rzym 

1938  habilitacja z filozofii chrześcijańskiej na Wydziale Teologicz  nym UJ (14 III) 

background image

1939  potrzeba niemiecka w Polsce 
1940  Rzym, Francja, Anglia 
1940-44 

służba wojskowa w Szkocji 

1944-45 

potrzeba włoska 

1945  mianowany profesorem nadzwyczajnym filozofii Uniwersytetu 
 

we Fryburgu 1948 mianowany profesorem zwyczajnym filozofii Uniwersytetu 

we 
 

Fryburgu 

1950/52 

dziekan Wydziału Filozoficznego 

1955/56 

visiting professor University Notre Damę, Indiana 

1958  założenie Instytutu Europy Wschodniej na Uniwersytecie Fry- 
 

burskim 

 

Afryka Południowa 1958/59 

visiting professsor UCLA 1960 obywatelstwo 

fryburskie (O l .07), Stanford 1960/61 

visiting professor University of Kansas, 

Lawrende 1961/62 CTeschaftsfuhrender Direktor, Ost Kolleg, Kolonia 1963
 

Chicago (03), Meksyk (09), Holandia (10) 1964-66 

rektor Uniwersytetu 

Fryburskiego 1966doktorat h.c. University of Notre Damę, Indiana 
344 
Zalącznild 
1967        visiting professor River Forest (08-12) 
1968        visiting professor University of Pittsburgh 
1969        pierwszy lot (22.01) 
1970        dyplom pilota (22.07) 
visiting professor Boston College 
1971         lot do Grecji, 
visiting professor University of Alberta, Edmonton 
1972        lot do Maroka 
emerytura na Uniwersytecie Fryburskim (30.08) 1972/73   visiting professor Catholic 
University of America, Waszyngton- 
(04.09-02.05) 
1973         Hawaje 
1974        lotdoDakaru 
odczyty na New York University 
1975        Izrael, pobyt na zaproszenie rządu (10-18. 03) 
1976        Gastprofessor Uniwersytetu w Salzburgu sympozjum w Sparcie visiting 
professor Medellin, Kolumbii 
1977        doktorat h.c. Universidat de Buenos Aires, Argentyna (07.11) 
1978        operacja 
1980        przestałem palić 
1981         doktorat h.c. Universita del S. Cuore, Milano (20.05) 
1982         sprawa ambasady berneńskiej 
1983        podróż dookoła świata (02.03-17.04) ostatni lot jako pilot in command 
(13.10) 

background image

1984        Egipt 
1985        sympozjum w Miami 1985/86   Waszyngton (27.12-03.01) 
1987         Polska, pierwsza podróż od 1939(18.10-12.11) 
1988        doktorat h.c. Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktorat h.c. Akademii 
Teologii Katolickiej w Warszawie 
1990        Izrael, odznaczenie mojej siostry Olgi 
1991         ostatnie prowadzenie samochodu (14.06) ostatnia praca naukowa wysiana 
(24.11) 
345 
Zalącznild 
Statystyka 
Mam ponad 80 lat świadomego życia za sobą. W ciągu tych lat: 
• służyłem w trzech potrzebach wojennych na froncie 
• studiowałem w ciągu 13 lat na czterech wydziałach uniwersyteckich 
• uzyskałem dwa doktoraty i habilitację 
• wykładałem co najmniej jeden semestr na 12 uniwersytetach w Europie, Ameryce 
Północnej, Ameryce Południowej i w Afryce 
• byłem profesorem Angelicum w ciągu 5 lat i Uniwersytetu Fryburskiego w ciągu 
27 lat 
• byłem dwa razy dziekanem wydziału, następnie rektorem Uniwersytetu 
• otrzymałem 5 doktoratów honorowych 
• ogłosiłem 31 książek i 219 artykułów naukowych 
• odbyłem 35 podróży międzykontynentalnych przelatując 53 razy oceany 
• wykonałem w ciągu 14 lat 2 053 loty (765 godz 40 min.) jako pilot in command 
346 
Załączniki 
347 
Załączniki 
Książki 
 

i samodzielne druki (oznaczone*) 

1932  Die Lehre vom Ding an sich bei M. von Straszewski 
1936  De cognitione existentiae Dei per viam causalitatis relate ad fidem 
 

catholicam 

1937  Elementa logicae graecae 
1938  Z historii logiki zdań raodalnych 
1938  Nove lezioni di logica simbolica 
1939  De virtute militari 
1940* S. Thomae Aąuinatis de modalibus opusculum et doctrina 
1947  La logiąue de Theophraste 
1947  Petri Hispaui Summulae loogicales 
1947  Europaische Philosophie der Gegenwart 
1949  Precis de logiąue mathematiąue 
1949/51 

Bibliographische Eiufuhrungen in das Studium der Philosophie 

background image

1950  Diamat 
1951  Ancient Formal Logic 
1953  Szkice etyczne 
1954  Die zeitgenoessischen denkmethoden 
1956  Formale Logik 
1958  Handbuch des Weltkommunismus (red.) 
1959  Wege zmn philosophischen Denken 
1960  Die dogmatischen Grundlagen der sowjetischen Philosophie 
1965  Logic of Religion 
1973  Marxismus - Leninismus 
1974  Guide to Mandst Philosophy (ed.) 
1974  Was ist Autoritat? 
1985* Żur Philosophie der industriellen Unternehmung 
1987  Sto zabobonów 
1987  Ober den Sinn des Lebens und iiber die Philosophie 
1988  Między logiką i wiarą z J.M.Bocheńskim rozmawia J.Parys 
1988  Autoritat, Freiheit, Glaube 
1992  Podręcznik mądrości tego świata 
1993  Religia w Trylogii 
1994  Sens życia 
 

Marks, marksizm, filozofia sowiecka (w druku)   Gottes Dasein und Wesen 

(w druku) 
Doktoraty 
rozprawy doktorskie napisane pod moim kierownictwem 
A. w Rzymie 
Roy, Ch. E. (Cnd) Les fondemends philosophiąues et historiąues de la 
methode pedagogique du catechisme (1935) Schachinger, H. (D) Herakleitos von 
Ephesos (1936) Stakelum, J.W. (USA) Galen's Introduction to Dialectic (1937) 
Berliński, R. (PL) De unitate quoad doctrinam et litteraria Aristotelis 
Analyticomm Prionan libri l (1939) 
B. we Fryburgu 
van den Driesche, R. (B) Le "De syllogismo hypothetico " de Boece 1949 Battle, J. 
(USA) The Metaphysical Presuppositions of the Philosophy of 
John Dewey (1952) Pierre, M. (Cnd) Le neopositivisme et la theorie emotive des 
jugements 
moraux (1952) Tymieniecka A.T. (PL) Uessence et l'existence cliez Nikolai 
Hartmann et 
Roman Ingarden (1952) Bonę J.Th.  (USA) the Naturę of "Principia Mathematica" 
front the 
Yiewpoint ofThomistic Philosophy (1953) Raeber, Th. (CH) Das Dasein in der 
"Philosophie" von Karl Jaspers 
(1954) 

background image

Beatson, R. (USA) The Aestethics ofBenedetto Croce (1957) Lobkowicz, N. (CS) 
Das "dialektische" Wahrheitssein. Ein Yersuch tiber 
die Yoraussetzungen der Philosophie M. Heidegger (1961) Blakeley Th. J. (USA) 
Soviet Scholasticism (1960) Wall, K. (USA) Tlie Doctrine ofRelation in Hegel 
(1961) Lamb, B. (USA) The Origine and Development of Contemporary Theories 
ofProbability (1961) Kiing, G. (CH) Ontologie und logische Analyse der Sprache 
(1962) 
348 
Załączniki 
Haas,   W.P.   (USA)   The  Conception  of Law  and  Unity  of Peirce's 
Philosophy (1962) Hund, W. (USA) Tlie Tlieory of Goodness In the Writing of G.E. 
Moore 
1873-1958 (1965) 
Anzenbacher, A. (CH) Die Philosophie Martin Bubers 1964 Angelelli, I. (ARO) 
Studies on Gottloeb Frege and the Philosophical 
Tradition (1965) Ballestrem, K. Graf (D) Die sowjetische Erkenntnismetaphysik und 
ilir 
Yerhaltnis zu Hegel (1965) Payne, R. (IRL) S.L Rubinstein and the Theoretical 
Foundations ofSoviet 
Psychology (1965) 
Miiller, A. (D) Ontologie in Wittgensteins "Tractatus" (1966) Yrtacic, L. (YU) 
Jugoslawische Philosophie der Gegenwart (1966) Rapp, Fr. (D) Gesetz und 
Determination in der Sovjetphilosophie (1967) Pereboom, M.D. (NL) The 
Soteriological Implications of Heidegger's 
Concept ofBeing (1967) Kirschernmann, P. (D) Information und Widerspiegellung 
(Dialektisch 
Materialistische  Beitrage  zu  einem philosophischen  Problem   der 
Kybernetik 1967 von  Gaggern,  M.   I.   (D)  Philosophiekritik und Religionskritik:  
Die 
Antropologie Ludwig Feuerbachs 1969 Saarlemijn, A. (NL) Hegelsche Dialektik 
1969 Weisenbeck, J. (USA) A.N. Wliitehead's Philosophy ofYalues Hanggi, J. (CH) 
Formule und dialektische Logik in der Sowjet Philosophie 
1970 
Lara, B. (E) The Boundaries of Machinę Inteligence 1970 Boeselager, W.R. (D) Die 
sowjetische Neupositivismuskritik 1970 Rutz, P. (CH) Zweiwertige und Mehrwertige 
Logik 1970 Barczyk M.Wł. Sowjetische Historiosophie der Philosophie 1972 
Brander, M. (CH) Die Entstehung der formatem Semantik 1972 Paisseran, E. (F) La 
logique de relation et son histoire 1972 Burkchardt, H. (D) Logik und Semantik in 
der Philosophie von G.W. 
Leibniz 1972 O'Rourke, J. (USA) The Problem of Freedom in Classical and Soviet 
Mamsm (1972) 
349 
Załączniki 

background image

Sovietica 
1.  Bocheński J.M. i Blakeley Th.J. (wyd.) Bibliographie der sowjetischen 
Philosophie, 1: Die "Yoprosy filosofil"1947-1956, 1959, ss.VIl+75 
1.  Bocheński J.M. i Blakeley Th.J. (wyd.) Bibliographie der sowjetischen 
Philosophie, II: Bucher 1947-1956, Bucher und Aufsdtze 1957-1958; 
Namenverzeiclmis 1947-1958, 1959, ss.VUl+109 
3. Bocheński J.M. Die dogmatischen Grundlagen der sowjetischen Philosophie 
(Stand 1958). Zusammenfassung der "Osnowy Marksistskoj Filosofii" mit Register 
1959, ss.XII+84 
4. Lobkowicz N. (wyd.) Das Widerspruchprinzip in der neueren sowjetischen 
Philosophie, 1960, ss.VI+89 
5. Miiller - Markus, S. Einstein und die Sowjetphilosophie. Krisis einer Lehre, I: Die 
Grundlagen. Die spezielle Relativitatstheorie, 1960 
6. Blakeley Th.J. Soviet Scholasticism, 1961, ss.XIIl+176 
7. Bocheński J.M. i Blakeley Th.J. (wyd.) Studies in Soviet Thought, I, 1961, 
ss.IX+144 
8. Lobkowicz N. Marxismus - Leninismus in der CSRS. Die tchechoslowaldsche 
Philosophie seit 1945, 1962, ss.XIV+268 
9.  Bocheński J.M. i Blakeley Th.J. (wyd.) Bibliographie der sowjetischen 
Philosophie, III: Bucher und Aufsdtze 1959-1960, 1962, ss.X+ 73 
10. Bocheński J.M. i Blakeley Th.J. (wyd.) Bibliographie der sowjetischen 
Philosophie, IV: Erganzungen 1947-1960, 1963, ss.Xll+158 
11. Fleischer, H. Kleines Textbuch der kommunistischen Ideologie. Auszuge aus 
dem LehrbuchOsnovy Maksizma - Leninizma " mit Register ", 1963, A7//+ /16 
12. Jordan, Z.A. Philosophy and Ideology. The Development of Philosophy and 
Marxism - Leninism in Poland sińce the Second World War", 1963, ss.XIl+600 
13. Yrtacic, L. Einfiiltrung in den jugoslawischen Marxismus - Leninismus 
Organisation. Bibliographie, 1963, ss.X+208 
14. Bocheński, J.M. The dogmatic Principles ofSoviet Philosophy (as to 1958). 
Synopsis of the "Osnowy Marsistskoj Filosofii" with Complete Index, 1963, ss.XII+ 
78 
15. Birkujov, B.V. Two Soviet Studies on Frege Translated from the Russian and 
edited by Ignazio Angelelli, 1964, ss.XXIl+101 
16. Blakeley, Th.J. Soviet Theory ofKnowledge, 1964, ss. VII+203 
17. Bocheński J.M. i Blakeley Th.J. (wyd.) Bibliographie der sowjetischen 
Philosophie, V: Register 1947-1960, 1964, ss.Vl+143 
18. Blakeley Th.J. Soviet Philosophy. A General Introduction to Contemporary 
Soviet Thought, 1964, ss.Vl+8I 
350 
351 
Załączniki 
Załączniki 

background image

19. Ballestrem, K.G. Russian Philosophical Terminology (in Russian, English, 
German andFrench), 1964, ss.VIII+116 
20.  Fleiseher, H. Short Handbook of Communist Ideology. Synopsis of the "Osnovy 
Marsizma - Leninisma" with Complete lndex, 1965, ss. XXUI+97 
21. Planty - Bonjour, G. Les categories du materialisme dialectiąue. L'ontologie 
sovietique contemporaine, 1965, ss.VI+206 
22. Miiller - Markus, S. Einstein und Sowjetphilosophie. Krisis einer Lehre, U: Die 
allgemeine RelatMtatstheorie, 1966, ss.X+509 
23.  Laszlo, E. The Communist Ideology m Hungary. Handbook for Basic Research, 
1966, ss.VJIl+351 
24.   Planty - Bonjour, G. The Categories of Dialectical Materializm. 
ContemporarySoviet Ontology, 1967, ss.VI+182 
25. Laszlo, E. Philosophy in the Soviet Union. A Survey ofthe Mid-sixties, 1967, 
ss.VI+182 
26.   Rapp, F. Gesetz und Determination in der Sowjetphilosophie, 1968, ss.Xl+474 
27. Ballestrem, K.G. Die sowjetische Erkenntnismetaphysik und ihr Verhdltnis zu 
Hegel, 1968, ss.IX+189 
28. Bocheński J.M. i Blakeley Th.J. (wyd.) Bibliographie der sowjetischen 
Pliilosophie, VI: Biicher und Aufsatze 1961-1963, 1968, ss.XI+195 
29. Bocheński J.M. i Blakeley Th.J. (wyd.) Bibliographie der sowjetischen 
Pliilosophie, VII: Biicher und Aufsatze 1964-1966. Register, 1968, ss.X+311 
30.  Payne, T.R. S.L. Rubinstein and the Philosophical Foundation of Soviet 
Psychology, 1968, ss.X+184 
31. Kirschenmann, P.P. Information and Reflection. On Some Problems of 
Cybernetics and How Contemporary Dialectical Materialism Copes with Them, 
1970, ss.XV+255 
32.  O'Rourke, J.J. The Problem of Freedom in Marxist Thought, 1974, ss.Xll+231 
33. Saarlemijn, A. Hegel's Dialectic, 1975, ss.XUI+189 
34. Dahm, H. Vladimir Solovyev and Max Scheler: Attempt at a Comparative 
Interpretation. A Contribution to the History of Phaemonenology, 1975, ss.XI+324 
35. Boeselager, W.F. The Soviet Critiąue ofNeopositivism, 1965, ss. VU+157 
36. De George, R.T. i Scanlan, J.P. (wyd.) Marxism and Religion in Eastern Europę, 
1976, ss.XVI+182 
37. Blakeley, Th.J. (wyd.) Themes in Soviet Marxist Philosophy. Selected Articles 
from the Filosofskaja Enciklopedija, 1975, XII+224 
38.   Gavin, W.J. i Blakeley Th.J. Russia and America: a Philosophical Comparison. 
Development and Change of Outlook from 19th to the 2 Ot h Century, 1976, 
ss.X+114 
39. Liebich, A. Between Ideology and Utopia. The Politics and Philosophy of August 
Cieszkowski 1978, ss.VIIJ+390 
40. Grier, P.T. Marxist Ethical Theory in the Soviet Union, 1978, ss.XVIU+271 
41. Jensen, K.M. Beyond Marx and Mach. Alexander Bogdanov's Philosophy of 
Living Experience, 1978, ss.IX+189 

background image

42. Świderski, E.M. The Philosophical Foundation of Soviet Aesthetics, 1979, 
ss.XVIII+225 
43. Henry, M. the Intoxication of Power. Ań Analysis of dvii Religion in Relation to 
Ideology, 1979, ss.XHl+23I 
44. Soo F.Y.K. Mao Tse - Tung's Theory of Dialectic 
352 
Załączniki 
Wędrówki 
Miejsca postoju Ks. biskupa polowego WP 20.03 - 30.06.1954 (r.VII) 
20.03 Londyn 
21.03 Gibraltar 
22-25.03 

Algier 

26-27.03 

Brindisi 

28-31.03 

Campobasso, Carpihone 

01-12.04 

Boiano 

06.04 Campobasso 
13-18.04 

Bari - Mottola - Palagiano - S. Basilio - Barlettas - Ostuni Pasano 

 

Latiano 19-20.04  Aliano - Galio - Fontegregaca - Pratella - Valle Agricolla 

21-24.04 

Yeiiafro 

22-23.04 

Castelpetroso - Caprano Macchia Godena -  S.  Petro  in Yalle 

 

Spessaiio - Civita Nova 25.04  Napoli 26-28.04  Bari 29.04  Castel Benito 

30.04-06.05 Kair 07-09.05 

Napoli 10-31.06  Yenafro 01-02.06  Campobasso 

03-04.06 

Cava di Tirreni 05-06.06 Campobasso 10-24.06 

Rzym 25.06

 

Campobasso 26.06 

Capra Marina 27-30.06  Porto S. Giorgio 

353 
Załączniki 
Podróże interkontynentalne (r.XI) 
1. 1944 IV  Algier, lot wojskową Dakotą „Duch Ostrej Bramy" 
2. 1944Y 

Egipt, lot wojskowy małym dwumotorowcem 

3.1955/56  Notre Damę. DC6 
4. 1958 

Johannesburg, lot liniowy DC6 

5.1958 

Los Angeles z Johannesburga DC6 

6. 1959 

L. A. - Zurich, DC6 

7.1960/61  Stanford, Kansas 
8. 1962 

Notre Damę 

9. 1963 

Chicago 10.1964                  Meksyk, kongres filozoficzny 11.1966                   

Izrael, jako gość rządu izraelskiego 12. 1966                   Seattle, cykl odczytów 
13.1966                  Notre Damę, doktorat h.c. 
14. 1967 

Chicago 

15. 1968 

Pittsburgh 

16. 1969 

Chicago 

17. 1970 

Boston 

18. 1971 

Ottawa 

background image

19. 1971 

Edmonton, University of Alberta 

20. 1972. III Maroko, Cesna 172 
21.1972. LX-XII       Waszyngton, Catholic University of America 
22. 1973. I-IV 

Waszyngton, Catholic University of America 

23. 1973 VI-VII       Hawaje 
24. 1974.V  Dakar, Cesna 172 
25. 1975.III Izrael 
26. 1976. V  Kolumbia, Uniwersytet katolicki 
27. 1977.III Argentyna, Uniwersytet państwowy, doktorat h.c. 
28. 1980.II-III 

Floryda, trening lotniczy w Vero Beach 

29. 1983.II-IV 

podróż dookoła świata: Nowy Jork, Hawaje, Sydney, Bombay 

Egipt 
Miami, sympozjum o społeczeństwie Luxor 
Waszyngton 
Johannesburg, University of South Africa, Kapstadt, Zambia Nowy Jork (Queen 
Elisabeth II & Concord) 
30. 1984.X 
31. 1985.IV 
32. 1985.X-XI 
33. 1986.XII / 87.1 
34. 1988 
35. 1990 
23 — Bocheński: Wspomnienia 
354 
Spis alfabetyczny 
355 
Spis alfabetyczny 
Spis alfabetyczny 
Adamski bp. 148 
Adenauer247,251,252 
adriatyckie wybrzeże 182 
Aebi 234 
Afryka 257, 264 
Afryka Południowa 256 
Ajdukiewicz 324 
Alexander S. 88 
Albert Wielki św. 97, 98, 127 
Albertinum 71, 79, 207, 209, 226 
Alexander 169, 179, 180 
Alpy 279 
ambasada w Bernie 260 
Ameryka 264, 291 
Ameryka Południowa 296 

background image

Anders 151, 167, 169, 179, 181, 182, 
187, 188, 189, 
Anderson 237, 239 
Angelicum 63, 71, 85, 93, 123, 131, 
207, 208, 320, 326 
Aiigelli 268 
Anglia 27, 155, 158,291 
Ankona 182,, 184 
Anstett 296 
Apeniny 168 
Aąuito 182 
Argentyna 266, 288 
Arizona 274 
Armia Krajowa 193 
Arystoteles 63, 80,93, 193, 202, 208, 220, 
221,224,230,259,310,316,319,323 
Ateneum Kapłańskie 317 
Attine 173, 177 Augsburg301,301,305 Augustyn 316 Austin (Texas) 267 Australia 
268 Austria 240, 260 Austriacy 27, 30, 37 Avanche 283 Awicenna 79 Axensstrasse 
281 Azja 264 Azory 40 Babbit 239 Bajonne 154 Bank Polski 133 Bantu 256 Barbado 
72, 87 Barbonesy 290 Bari 166, 182,291 Barletta 164 „Batory" 155, 156 Bazylea 195 
Bączkiewicz 188 Becker 126,323 Bendiek 125 Bendix 276 Benedykt św. 70 
Berezyna 10 
Bergson81,195,267,312 Berkeley 226, 228, 275 Berlin 147, 249 BernaysP. 117,237 
Berno 260, 294, 300, 301 Berthier 206 Bethll9, 237, 242 Beverly Hills 228 
Biernacka 24 
Biliński 4 
Binfeld 305 
Blakeley 233, 259, 297 
BIanshard241 
Bleriot 288 
Bloomingtou 222 
Bniński 54 
Bocheniec 9 
Bocheńska Olga. (Olusia) 16, 19, 33, 147, 
270 
Bocheński Adolf 10, 11, 12 
Bocheński Adolf (Adzio) 16,31,184 
Bocheński Aleksander. (Olo) 9, 16 
Bocheński Antoni 10 
Bocheński Franciszek 10 
Bocheński Izydor Franciszek l O 
Bocheński Maciej 268 

background image

Bocheński Mikołaj 10 
Bocheński Tadeusz l O 
Bogota 296 
Bolonia 189 
Bonanza 302 
Boniecki 9 
Bonn 255 
Boratyna 27 
Bordeaux 320 
Borghini 395 
Borkowski  135 
Boston 240, 297, 302 
Botteghe Oscure 96 
Botterens 22 
Boyer 90 
Braun 208 
Brazylia 81 
Brentano 116 
Brindisi 163 
Brody 20, 29, 30, 33,48 Bronarski 215 Bronowski 150 Browne   131 Brunschvicg  
102 Brytyjczycy 154 Bucharin 244 Budapeszt 27 Budjonny 48,49 Buenos Aires 240, 
266, 267 Bujak 14 Bukareszt 27 Burgdorf301 Bulletin Thomiste 122 Bundeszentrale 
fur Heimatdienst 253 Bunge 324 Burowie 255, 256 Buzułaki 177 Caccia - 
Dominioni 100 Cadillac 233 
Campobasso 164, 177, 182 Cano 88 
Carnap 119, 225, 226, 231, 265, 275 Carpiagne 153 Carpinone 164 Casilina 168 
CastelBenito 166,292 Cat - Mackiewicz 152 Catania 292 Cava de i Tirreni 180 
Cavendish Road 170 Chechelski  121 Chojnacki  121 Cecylia św. 146 Cervaro 177 
Cessna-150 296 Cessna-172 290, 296 Chenu 152 Cherokee-6 300 Chicago 241, 
268,276 Chiny 262 Chrostowski 137, 153, 155 
356 
Spis alfabetyczny 
Spis alfabetyczny 
357 
Church 223, 225, 320 
Churchil  153 
Cieński 162, 163, 177, 181, 189 
Clark 125 
Clemente S. 85 
Cleverie81 
Cluny 159 
Colorado 274 
College Boston 259 

background image

Comandini 185 
Como 189 
Congar 131 
Contini 193 
Coolaiigata 268 
Cordoba 267 
Corso Umbero 185 
C:rawford 158 
Croce 193 
Curry 222 
Cyrenajka 292 
Czarkowski - Golejowski 49 
Czartoryski 76„ 131 
Czechosłowacja 259 
Czechy 44 
Częstochowa 25 
Czuszów 19,43, 148 
Dachau 147 
Dakar 296 
Dakota 287 
Dalbor kard. 57 
Dante 17 
Deillon 294 
Deman 206, 208, 209 
Denervaud 296 
Deiwer 268, 277, 278 
Devaud 296 
Devonia Road 161 Dewey 229 Difunta Corea 267 Dilthey314 
Diodoros z Kronos 238, 239 Dmowski 23, 30 Dniepr 33 
Dobrzyńska Ziemia 9 Dolina Śmierci 286 Dolina Yosemity 274 Domenico e Sisto 
SS. 85 Dominik o. 24 Dominik św. 73 
Drewnowski 121, 122, 123, 126, Driesch 101 
Droga do Słońca 274, 281 Droga milionowa 274 Dubendorf 262 Dubrawka 186 
Duch 170 Dulska 106 
Dunin Borkowska 11, 22 Dupraz 195,206 Durango 282 Dzieduszycka 11 
Dzieduszycki  11,83 Eaton 193 
Ecole Normale Superiere 154 Ecuvillens 294, 295, 305 Eddleston 161 Edynburg 158, 
160 Egipt 166,291,292 Eichstat 197, 262 Eidechsenbund 9 Einstein 259, 259 El-
Adam 292 E1-A1212 Emnien 298 Engels 246 Espana 295 Estreicher 217 Fabro 90 
185 
Pasano 164 
Fernandez 131 
Fiesole 64 

background image

Filipiny 86 
Filon 239 
Finlandia 35 
FlagstafF282 
la Fleche 240 
Flint 226 
Florencja 63 
Floryda 294 
Fontegreca 164 
Forum Ronianum 85 
Foundation Ford 259 
Foundation Rockefeller 259 
Franciszek św. 71,73,76, 111 
Francja 43,49, 152, 153, 192 
Frankfurt 213 
Freud 87 
Freymiond210 
Friedrichshafen 303, 305 
Fryburg szwajcarski 63, 77, 189, 232, 
244, 248, 277, 281, 294, 297, 311 
Fugler260, 261 
Gale 239 
Galicja 35, 133 
Galicja Wschodnia 19, 37 
Galileusz 240 
Gallup 284 
GauDavid212 
Ganszyniec 36, 40 
Garrigou - Lagrange  65, 72, 86, 87, 88, 
90,92,94,98,310 
deGaulle  157 
Gawlina 136, 161,166, 179, 184,217,253 
Gawroński 150 
Gazeta Żołnierska 161, 185 
Genewa 79, 210 
de George 232 
Getynga 12 
Gibraltar 162 
Giedroyć  17 
Gigon 193, 194, 195,206,238 
Gillet 132 
Gilson310 
Głazewski 76 

background image

Gmurowski 318 
Gniewosz 27 
Godlewski217 
Goedel 222 
Goethe 17 
Goetz 206 
Goodman 223, 225, 225 
Gorajek 217 
Górski 35 
Grabmann 321 
Grabski 83 
Grand Fey 204 
Grecja 296 
Gredt 61,93, 128 
Gregorovius 17 
Gubałówka 282 
Gunnison 279 
Gutzwiller 195 
Harvard 213 
Hawaje 265 
HB.CRT 296 
HB.CSE 296 
HB.CSM 296 
Hegel 25,320 
heglista 87 
Heidegger235 
Heliopolis 293 
Henry 272, 278, 283, 284 
Hering 208 
Hersch 79 
Hesburgh 220 
Hiszpania 154,310 
358 
Spis alfabetyczny 
Spis alfabetyczny 
359 
Hitler 149, 153,248 
Hlond 23 
Hoenen 89 
Holywood 229 
Hook241 
Hopf248 
Horvat 82 

background image

Hugh 276 
Hurst 126 
Huuserl 324 
Huxley 87 
Huzarski 76 
IlGesu 186 
Indiana 220 
Inferno Track 174, 
Ingarden 101,324 
Instytut Europy Wschodniej 246 
Isabelita 266 
Iwaszkiewicz 38 
Izrael 30, 211 
Jacek św. 76 
Jaguar 270 
Jałta 185 
James 41 
Jan XXIII 252 
Jan od Krzyża 16 
Janasik 66, 96 
Japonia 43, 76 
Jar Czarny 274, 279 
Jar Wielki 274, 275, 284, 285 
Jar Brice 274, 275, 285 
Jaroszewicz 146 
Jełowicka Bożeniec 11 
Jezioro Bodeńskie 298, 303 
Jezioro czterech kantonów 281 
Jeziora Zurychskie 298 
Jeżowszczyzna 44 
Johannesburg 255, 258, 288 
Joniec 163, 178 
Jordan 259 
Józef II 132 
Judin 244 
Judycki 163, 175, 177 
Jugosławia 260 
Juin 170, 172 
Jungfraujoch 278, 301 
Kaczmarek 216 
Kair 167, 283, 291,293 
Kajetan de Vio 307 
Kakowski 120 

background image

Kalifornia 119,228 
kampania norweska 153 
Kanada 221 
Kano 256 
Kant 61, 93, 280, 313, 318, 320 
Kansas 232 
Kapsztad 256 
kapucyni 208 
Karger 23 
Karlson 34 
Karlsruhe 244, 246, 248, 252, 
Kartezjusz 82, 93, 240, 320 
Kasjan217 
Katarzyna Sienneńska św. 85 
Katowice 147, 148,212,277 
von Kani 246 
Kemeny 225 
Kempten 298, 301 
Kennedy 241 
Kielce 146 
Kielenkiewicz 185 
Kiereński 33 
Kijów 33, 50 
Kirckcaldy 159 
Klawek 147 
Kleeberg 143 
Klemens św. 146 
Kleugten 80 
Kneale 239 Kobzdaj 36 Kock 12, 143 Kochanowski 24, 155 Kolbe 104 nn Koliba 27 
Kolonia 250, Koloseum 85, 95 Komarów 47,48,49 Kotlarski 32 Konfucjusz 229 
deKoningh 120,222 Konstancja 304 Kopański 162 Kopernik 147 Korcik 120, 122 
Koraiłowicz 59, 78 Korosteń 42 
kościół św Stanisława 96 kościół św. Trójcy 76 Kot 152 Kotkowski 185 Kowalski 
59, 67, 68,311 Kraków 19, 46, 76, 120, 147, 287 Krąpiec 80 Kruger 256 
Krzeczimowicz 42, 46, 52 Krzyżacy 10 
Kuczyński 91, 220, 221, 268, 276 Kuiper87, 192,208 Kukieł 162 Kurek 155, 173 
Labourdette 81 Lafrank 159 Lagerlóf 34 Lakatos 232 
Lansdorff 9 Larson 34 Las Skamieniały 284 Las Yegas 274, 285 Lasek 17 Laupheim 
303 Laval221 Lavell317 Lawrence 232 Leese 170, 172 Lehmann 130 Leibniz 313 
Leipheim 302 Lenin 246 
Leśniewski  116, 118, 119, 223, 324 Lewis 239 von Lex 248 Lichtarowicz 154 Lido 
weneckie 26 Lieber 249 Liechtenstein 211 Liri 168, 172 Litwa 129 Litwini 40, 129 
Lobkowicz 197,205,259,297,327 Lobond 276 Longmont 268 Loreto 150, 183 

background image

Los Angeles 225,226, 229, 258, 272, 275, 288 
Louvain 197 Louvre 179 Loyolas 220, 227 Lublin 271 Lubowidzka 10 Lucerna 190 
Luftwaffe 293 Luksemburg 128 Lustiger 31 Luter 57 
Luyten 195,206,208 Lwowska Ziemia 39 
360 
361 
Spis alfabetyczny 
Spis alfabetyczny 
Lwów 13, 20, 27, 33, 35, 38,48,49, 270 
Łanocha 83 
Łapot 83 
Łazienki 44 
Łukasiewicz J. 116, 118, 119, 121, 124, 
138,222,231,319 
Łuszczka 175, 188 
Madonet 192 
Madryt 249 
Maestrovich 276 
Maieli 181 
Maier 238 
Majer 23 
Malcolm 159 
Małgorzata Szkocka bt. 159, 160 
Malth 208 
Manser 72, 79, 195 
Marin Solą 86, 94 
Maritainól, 310 
Marks 31,259 
Marksizm - leninizm 314 
Maltańczycy 18 
Małopolska Wschodnia 37 
Manser 80, 310 
Maria sopra Minerva S. 85, 96 
Markiewicz 73 
Marks 246, 252 
Marły 217 
Marsylia 153, 154 
Martinez 88 
Mazik218 
Mclntyre 227 
Medellin 240, 265 
Meisiiel 257 
Meissner 249 

background image

Meksyk 231, 236, 265 
de Menasce 194, 208 Mercedes 56,270 Mesa Yerde 275, 280, 282 Mexico City 265 
Meysztowicz 98, 149, 150, 253 Miami 268, 274 
Michalski 120, 121, 127, 147, 244 Michalowski 150 Michę 244 Middle West 228 
Mikojan 252 Miodowski 140 Missisipi 278 MIT 221 Modou 294 Monachium 297 
Monod 294 
Monaster Westfalski 115 Montaąue 230 Monte Cairo 154, 170, 174 Monte Cassino 
155, 169, 170 Montini 98, 187 Moody 126, 226 Moraczewski 43 Morard 207 
Morawski 122 Morkowski 262 Moskale 10, 140 Moskwa 19,243 Mościcki 79 
Moulin 70 Mullan 160 Miiller Marcus 259 de Miinnynck 72, 80, 84, 195 Murzyni 
153 Muskatine 278 Mussolini96, 151, 152 Nagel 265 
Nato Defense College 250 Nauka Chrystusowa 160, 185 Neapol 163, 165, 170 
Neuchatel 327 
Neumann 38 
Nevada 274 
Niemcy 10,30,43,49,61, 149 
Niemeyer 253, 272 
Niepokalanów 104 
Niesiecki 9 
Nieznański 77 
Nordman211,212 
Notre Danie (Indiana) 123, 220, 232, 253, 
272, 276 
Nowy Jork 226, 234, 240, 242, 249,274 
Obertyński 150 
Ocean Spokojny 275 
Odrodzenie 312 
Oehl 193 
Ojców 58 
Ołomuniec 85 
Ost Kolleg 246, 
Oxford 194 
Owidiusz 27 
Pacelli 67,97 
Park Gór Skalistych 278, 279 
Park Lodowcowy 274, 275, 281 
Park Yellowstone 275, 286 
Park Yosemita 275 
Park Żółtego kamienia 274 
Paryż 152,213,320 
Pastuszka 122 
Paszcza Smoka 274, 275 
Patagonia 94, 209 

background image

Paweł VI 98, 187 
Paweł św. 65 
PAX 136,216 
Pedimonte 177 
Peenles 160 
Peirce319 
Pelc 185 
Pelletier 74, 132 
Penido81,312, 310 
Perdissat 294 
Perdue 222 
Perolles 79 
Pescara 177 
Petersburg 34 
PhilippeSl, 195, 196,209 
Piasecki 216 
Piazza di Spagna 186 
Piazza Yenezia 185 
Pietrograd 34 
Pillerl96, 208 
Piłsudski 43, 55, 136, 152 
Pińsk211 
Piotr Hiszpan 320 
Pittsburgh 236 
Pius XII 67, 97 
Platon 62, 317, 223 
Podkamień 20 
Podlasie 145, 154 
Polska 42, 55, 66,160, 259, 327 
Poniatowski J. 46 
Ponikwa 19,27 
Popkis Private Army 182 
Popper 232, 324 
PortRoyal93, 125, 196 
Port Vila 268 
Porto San Giorgio 182, 189 
Poznań 12,66 
Predappio 151 
Presyna 10 
Pretoria 254, 256, 257, 
Pręgowski218 
Prior 238 
Prusy 50 

background image

Prasy Książęce 9 
362 
363 
Spis alfabetyczny 
Spis alfabetyczny 
Pruszyński Mieczysław 17, 140, 141, 143, 
144 
Pruszyński Ksawery 17 
Pueblos 283 
Pustynia Malowana 284 
Putrament 215 
Python78, 191, 195 
Quine 223, 230, 231 
Radoński bp. 161, 161 
Radziszewski 63 
Raeber 323 
Rainers 276 
Rakowice 288 
Rakowski 170 
Ramirez 72, 82 
Ramzesy 177 
Rapacki 189 
Rapido 170, 174 
Raysky 25 
Regamey 193, 194 
Reo 180 
Rescher 238, 239 
Rickert 17 
Riemami 237 
River Forest 240 
Rodos 18 
RohnerSO, 196 
Roseuthal 244 
Rosja 49 
Rosjanie 30 
Ross 80 
Rossi 99 
Roty Świętej trybunat 66, 97 
de Roy 72 
Rozkaz Wewti. Biskupa Polowego 185 
Ruda Mazowiecka 11 
Russel 226, 255 
Rzym 17,63,64,67, 182,208,256,283, 291 

background image

Sachsenhausen 147 Sahara 296 
Salamucha 120,121,122,123,126,147, 311 
San Angelo 171 San Diego 228 
San Francisco 226, 228, 272, 275, San Piętro Infine 170 Santa Monica 228 Sapieha 
43, 148 Sapiehowie 40 Saraceni 18 Scheler 194 Schmidt 13 Scholz 138 Schróder 248 
Scheler 313 Sellars 240 
Seminarium Poznańskie 66 Sienkiewicz 52, 138, 184 Sikorski 152 Simon 282 
Simonin94, 318 Siwek 150 Skowroński  189 Skrzyński 98 Skylane 268, 296 Slawik 
185 
Służew 122, 131, 132, 214 Smith41, 193 „Sobieski" 155 
Sobociński 116, 119, 122, 123, 222 sobór watykański II 24 Sofokles 283 Sokrates 
40, 230 Sosnkowski 162 South Bend 268, 272, 276, 279 Spatocco - Łagowska 185 
Spinoza284, 313 
Spicq 3 
St. Hyacinthe 206 
St. JeandeLuz 155 
St. Louis 220, 296 
St. Paul 119 
St. Thomas College 119, 222 
Stahl 187 
Stakelum 95 
Stalin 49, 246 
Staiiek 83 
Stany Zjednoczone 150, 274 
Staockl 249 
Stefan de Monte 321, 322 
Stępa 122 
stoicy 319 
Straszewski 84 
Stróżewski 3 
Strzelecki 165 
Studebaker 276 
Studia Cmesnensiaiia 68 
Studziński 137, 170 
Suarez 209 
Sulik 170 
Sustenstrasse 279 
Sycylia 95, 283 
Sydney 268 
Szefed 30 
Szekspir 17, 284 
Szela31 
Szeliski 83 

background image

Szkocja 157, 158 
Sztokholm 34 
Szwajcaria 95, 189, 265, 266, 279, 300 
Szwecja 33 
Szyszko - Bohusz 168 
Tagliaferro 222 
Tarnów 35, 55 
Tarski 116, 119,225,230,276  
Tarvisio 149  
Tatarkiewicz 140  
Teksas 226 Tell 190 
Teofrast 126, 138,322  
Teresa z Awilli św. 16  
Termy Caracalli 95  
Thomas 122, 222  
Tillich241  
Times 138 
Tomasz z Akwinu św. 60, 63, 68, 73, 75, 79, 86, 88, 93, 120, 125, 182, 208, 222, 
309,318,325  
Tomicht 279  
Torneo - Haparanda 34  
Tow. Filozoficzne Krakowskie 244  
traktat wersalski 149 Trasadingen 305 
 Tschudi214 Turyn 149  
Twardowski  116  
Tymieniecka 235, 236 UCLA119,226, 227, 230  
Ukraina 34, 42, 44, 45, 53 Ukraińcy 30, 37, 38, 132  
Underwood 23  
Uniwersytet Alberta 240  
Uniwersytet Berkeley 277  
Uniwersytet Belgradzki 221  
Uniwersytet Catholic of America 240  
Uniwersytet Columbia 277  
Uniwersytet Cornell 277  
Uniwersytet Fryburski 146 Uniwersytet Harvard 277  
Uniwersytet Lubelski 63 
 Uniwersytet Jagielloński 12,85, 145, 147 364 
 
 
Spis alfabetyczny 
Notatki 
Uniwersytet John Hopkins 242 
Uniwersytet Monachijski 197 

background image

Uniwersytet New York 240 
Uniwersytet Ohio State (Columbus) 277 
Uniwersytet Princeton 277 
Uniwersytet Salzburski 240 
Uniwersytet Warszawski 139 
Uniwersytet Wileński 149 
Uniwersytet Yale 238 
Yanautu 268 
Yenafro 167, 168, 178, 182 
Verdim 170 
Veritas215,217 
Vero Beach 294 
Yicaire 206, 208 
Yiucenz 286 
Yitale 85 
Voste72,86, 91 
W imię Boże 185 
Walczak 186 
Wallace 240 
Warszawa 12, 35, 48, 116, 138, 144, 255, 
271,289 
Wasmer 195 
Watykan 179 
Wawrzyńczak 217 
Weber211 
Weingartner 126 
Weiss 192,238 
Weizmann 211 
Wenecja 26, 268, 300 
West F. 29 
Wezuwiusz 163 
Węgry 158,259 
White 170 
Whitehead 119 
Wieczorek 142, 143 
Wiedeń 27, 77, 148 
Wielka Brytania 49, 153 
Wiener Kreis 100 
Wieniawa - Długoszewski 150 
Wierzyński 180 
Wilhelm Zdobywca 159 
Willisau 298 
Wilno 129 

background image

Winkelried 190 
Wisła 42 
Wiśniewski 168, 189 
Witos 42 
Włochy 88, 158,291,293 
Włosi 61, 255 
Wodzicki 150 
Wojciechowski 185 
Wojtczak 83 
Wolf 192 
Wołochy 24 
Wołodyjowski 52, 181 
Woroniecki 57, 73, 78, 100, 128, 131, 
132 
Wójcik 83 
yonWright 95,242 
Wronka 68 
Wyoming 274 
Wyszyński317 
Wzajemcew 26, 28 
Wyserl95,208 
Zakopane 27, 271 
Zawirski 36, 40, 127 
ZBOWID215 
Złota ul. 30 
Zurych 117, 196,260,297 
Żerniccy 9 
Żołędziowski 28 
Żółkiewicz. 46 
Żychliński 58,67,68 
Żydzi30,31,211 
Żytomierz38