background image
background image

Naima Simone

Piękna córka szantażysty

Tłumaczenie: Grażyna Woyda

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2022

background image

Tytuł oryginału: Vows in Name Only

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2020

Redaktor serii: Ewa Godycka

© 2020 by Naima Simone

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o.,

Warszawa 2022

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin

Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji

części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek

podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych –

jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi

znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i

zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym

do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą

być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books

S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-8468-4

background image

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek

Woblink

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- O czym ty, do diabła, mówisz? – warknął Cain Farrell,

zrywając się z krzesła, na którym siedział w bibliotece ojca.

W bibliotece swojego zmarłego ojca.

Barron  Farrell  musiał  umrzeć,  by  Cain  przekroczył  próg

tego mauzoleum, w którym spędził upiorne dzieciństwo. Gdy
tylko w wieku dwudziestu jeden lat ukończył studia, opuścił to
miejsce i nie pojawił się nigdy więcej z okazji czyichś urodzin,
Bożego Narodzenia, Wielkanocy ani choćby rodzinnej kolacji.

Wystarczyło  mu  to,  że  musiał  spędzać  z  ojcem

dwunastogodzinne dni pracy w siedzibie Farrell International,
wielobranżowego  koncernu  należącego  do  jego  rodziny  od
czterech pokoleń. Jedenaście lat wcześniej przysiągł sobie, że
nigdy  nie  zaszczyci  wizytą  wyłożonych  marmurami
pomieszczeń historycznej rezydencji ojca w Beacon Hill.

Złamał tę obietnicę dopiero wtedy, gdy ojciec, jakby chcąc

zrobić mu na złość, umarł na atak serca.

Zawsze był przewrotnym manipulatorem i łobuzem.

Cain  zrobił  kilka  nerwowych  kroków  po  lśniącym

parkiecie, starając się nie patrzeć na eleganckie skórzane fotele
ustawione wokół ogromnego kominka, ani na sięgające sufitu
regały zastawione pierwszymi wydaniami arcydzieł literatury,
których ojciec nigdy nie przeczytał.

background image

Wiedział,  że  jeśli  będzie  oglądać  to  wnętrze  zbyt  długo,

opadną  go  dręczące  wspomnienia,  które  zawsze  czaiły  się
groźnie  w  zakamarkach  jego  pamięci.  I  narażą  go  na  takie
same  cierpienia,  jakie  przeżywał  niegdyś  przed  tym  samym
biurkiem,  za  którym  siedział  teraz  Daryl  Holleran,  osobisty
doradca prawny ojca.

Cain nienawidził tego pokoju.

I całego tego przeklętego domu.

Opanował  atak  wściekłości  i  zatrzymał  się  przy  wielkim

wykuszowym oknie, ale nie po to, by podziwiać należący do
posiadłości otoczony murem ogród.

Jego  uwagę  pochłaniali  dwaj  siedzący  w  gabinecie

milczący mężczyźni.

Dwaj obcy mężczyźni, których dotąd nie widział na oczy.

Dwaj  mężczyźni,  których  obecność  podczas  odczytywania
testamentu Barrona okazała się konieczna.

Dwaj  obcy  mężczyźni,  którzy  według  zapewnień  Daryla

byli braćmi Caina.

Przyrodnimi braćmi.

- Posłuchaj mnie, Cain – przemówił Daryl tak spokojnym

głosem,  jakby  przed  chwilą  nie  poinformował  swojego
rozmówcy  o  tym,  że  obracająca  miliardami  dolarów  spółka,
którą  nauczono  go  zarządzać,  nie  jest  jego  własnością.  –
Wiem, że to zaskakujące…

Cain  parsknął  głośno,  odwrócił  się  na  pięcie  i  wcisnął

pięści do kieszeni spodni.

background image

-  Zaskakujące?  –  powtórzył  sarkastycznym  tonem.  –

Zaskakujące  jest  to,  że  Wielki  Papi  wraca  ze  sportowej
emerytury  do  drużyny  Boston  Socks.  Zaskakujące  jest  to,  że
znaleziono  w  końcu  zwłoki  Jimmy’ego  Hoffy.  Zaskakujący
byłby  widok  Czterech  jeźdźców  Apokalipsy  galopujących
przez środek miasta. A to, co mi powiedziałeś, Daryl, jest po
prostu kupą gówna.

Daryl Holleran zachował niewzruszony wyraz twarzy. Nie

przypadkiem był przez trzydzieści minionych lat prawnikiem
Barrona Farrella.

Musiał mieć skórę słonia.

-  Tak  czy  inaczej  –  ciągnął,  wskazując  leżący  na  biurku

plik  papierów  –  taka  jest  decyzja  twojego  ojca,  który
dokładnie  podał  wszystkie  szczegóły.  Kontrolny  pakiet  akcji
Farrell International dziedziczą jego żyjący potomkowie, czyli
ty  i  twoi  bracia.  Ale  tylko  pod  warunkiem,  że  zostaniecie
w Bostonie i będziecie wspólnie zarządzać firmą przez jeden
rok, poczynając od dnia odczytania niniejszego testamentu.

Pod koniec tego okresu możecie jednogłośnie zdecydować

się na jego przedłużenie. Jeśli nie podejmiecie takiej decyzji,
ty,  Cain,  będziesz  miał  prawo  odkupić  od  braci  ich  akcje
i  zostać  jedynym  właścicielem  Farrell  International.  Jeśli
któryś z was nie wyrazi zgody na te warunki, firma zostanie
zlikwidowana,  a  jej  majątek  sprzedany  w  drodze  przetargu.
Istnieje jeszcze jedno zastrzeżenie…

- Mogliśmy się tego domyślać – mruknął Cain.

-  Ono  dotyczy  ciebie.  –  Daryl  przerwał,  a  Cain  po  raz

pierwszy  dostrzegł  w  jego  oczach  coś  w  rodzaju

background image

zażenowania.  –  Musisz  spędzić  tutaj  następny  rok.  W  tym
domu.

Cain  zastygł.  Czuł,  że  jeśli  drgnie  lub  choćby  odetchnie,

straci  panowanie  nad  sobą,  a  kipiąca  w  nim  wściekłość
pochłonie cały gabinet wraz z obecnymi w nim ludźmi.

Barron nie tylko zadecydował w sposób arbitralny o jego

przyszłości, lecz w dodatku skazał go na roczną katorgę.

-  Dlaczego  miałbym  zrezygnować  z  mojego  życia

w Waszyngtonie i przenosić się tutaj tylko dlatego, że zażądał
tego  jakiś  dupek,  który  posunął  moją  matkę?  –  spytał
agresywnym  tonem  potężnie  zbudowany,  brodaty  mężczyzna
w  czarnej  flanelowej  koszuli,  wypłowiałych  dżinsach
i  podniszczonych  brązowych,  sięgających  do  kostek  butach,
który,  jak  wynikało  z  introdukcji  Daryla,  miał  na  imię
Achilles. – Ona nadała mi jego nazwisko, ale to wszystko, co
od niego dostałem. Nie jestem mu nic winien.

Ani wam.

Achilles  nie  wypowiedział  ostatnich  słów  głośno,  ale

zawisły one w powietrzu.

Cain  zacisnął  zęby.  Zdał  sobie  sprawę,  że  dla  tego

człowieka  nie  ma  żadnego  znaczenia  perspektywa  rozpadu
firmy,  której  on  poświęcił  tyle  lat  swojego  życia.  Dla  której
znosił  kaprysy  nietolerancyjnego  i  bezwzględnego  ojca,
marząc o dniu, w którym on stanie na jej czele.

Uważał ją za swoje dziedzictwo. Miała być nagrodą za to,

że przetrwał i przeżył rządy ojca.

Ale  Barron  Farrell,  pisząc  ten  testament,  pozbawił  go

w jednej chwili wszystkich nadziei.

background image

-  Muszę  przyznać,  że  gdy  otrzymałem  telefoniczne

zaproszenie na to tajemnicze zgromadzenie, nie spodziewałem
się  rodzinnego  spotkania  –  oznajmił  chłodnym  tonem  drugi
mężczyzna,  Kenan  Rhodes,  wzruszając  ramionami.  –  Ale
zgadzam  się  z  opinią  Achillesa.  Zajmuję  ważne  stanowisko
w  rodzinnej  firmie,  więc  moi  krewni  uznaliby  moje  odejście
za  zdradę.  Nie  znałem  Barrona  Farrella,  ale  wiele  o  nim
słyszałem. I szczerze mówiąc, nie widzę powodu, dla którego
miałbym ulegać jego woli.

Cain  przyjrzał  się  uważnie  nieznanym  mu  dotąd

mężczyznom.

Żaden  z  nich  nie  budził  jego  sympatii.  Obaj  mieli

niebieskie oczy typowe dla członków tej rodziny, ale poza tym
nie byli do siebie – ani do niego – podobni.

Cain i Kenan byli szczupli i dobrze zbudowani, natomiast

Achilles  wyglądał  jak  gigantyczny  obrońca  drużyny
futbolowej.  A  w  dodatku  miał  długie  do  ramion  ciemne
kręcone  włosy,  ciemną  brodę  i  ciemną  karnację,  więc
zdecydowanie różnił się aparycją od innych potomków Brada
i Angeliny.

Cain nie był zaskoczony tym, że ojciec zdradzał żonę. Jego

niewierność  była  rodzinną  tajemnicą.  Zdumiała  go  jednak
treść testamentu Barrona.

Nie  potrafił  zrozumieć  powodów,  dla  których  tak

wyrachowany  i  przewidujący  człowiek  był  gotów  powierzyć
los firmy dwóm nieznanym sobie ludziom.

A  może  Barron  przez  cały  czas  śledził  potajemnie

poczynania  swoich  nieślubnych  synów,  ale  przywołał  ich  na
scenę  wydarzeń  dopiero  wtedy,  gdy  uznał  to  za  stosowne?  –

background image

pomyślał  Cain.  Kiedy  mógł  traktować  nas  wszystkich  trzech
jak pionki na szachownicy.

Owszem, to pasowałoby do jego charakteru.

-  Nie  oczekuję  waszej  lojalności  ani  o  nią  nie  proszę  –

oznajmił, starając się zachować spokojny ton, choć odczuwał
zmieszaną  z  lękiem  wściekłość.  –  Zdaję  sobie  sprawę,  że
każdy z was ma własne życie. Ale moje życie zmieni się od
dziś  w  sposób  nieodwracalny.  Odkryłem,  że  mam  dwóch
braci,  a  w  dodatku  dowiedziałem  się,  że  przedsiębiorstwo,
któremu  poświęcałem  całą  swoją  energię,  nie  jest  moją
własnością, lecz zależy od woli dwóch ludzi, którzy, jak sami
powiedzieliście,  nie  mają  wobec  mnie  żadnych  zobowiązań.
Owszem, wy możecie stąd wyjść i nic w waszym życiu się nie
zmieni.  Ale  w  moim  zmieni  się  wszystko.  Ja  nie  mogę
odwrócić się na pięcie i odejść. Ja nie mam…

Chciał  powiedzieć:  Prawa  dziedziczenia.  Kontroli.

Władzy. Prawa głosu, ale słowa uwięzły mu w gardle.

Nie zamierzał błagać tych obcych ludzi ani o zrozumienie,

ani o pomoc.

Poczuł  nagły  przypływ  nienawiści  do  ojca,  który

najwyraźniej – świadomie i celowo – naraził swojego syna na
tak upokarzającą sytuację.

-  Niech  to  wszyscy  diabli!  –  mruknął,  a  potem  podszedł

szybkim krokiem do drzwi.

Potrzebował powietrza, by uspokoić skołatane nerwy.

Gdy  znalazł  się  w  holu,  usłyszał  dochodzące  z  wielkiej

jadalni  i  sali  bankietowej  odgłosy  uroczystego  przyjęcia
wydanego na cześć zmarłego ojca.

background image

Skrzywił  się  z  niesmakiem,  zawrócił  i  ruszył  w  kierunku

wyjścia  do  ogrodu.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  w  obecnym
nastroju nie zniesie mniej lub bardziej szczerych kondolencji,
którymi zasypią go zgromadzeni goście.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Devon  Cole  podziwiała  soczystą  zieleń  roślinności,

wspaniale  utrzymane  trawniki  i  piękne  żywopłoty  tworzące
labirynt romantycznych zaułków. Nigdy by się nie domyśliła,
że tak cudowny magiczny ogród może być ukryty za posępną
fasadą  rezydencji,  która  przypominała  do  złudzenia
mauzoleum.

Westchnęła i zerknęła na trzymany w ręku trzeci kieliszek

wina.

Spotkała Barrona Farrella tylko kilka razy, podczas imprez

towarzyskich,  w  których  uczestniczyła  na  wyraźne  polecenie
ojca.  Uznała  jednak,  że  powinna  okazać  zmarłemu  odrobinę
szacunku choćby po to, aby sprawić przyjemność jego synowi.

Na  wspomnienie  Caina  Farrella  poczuła  ucisk  w  piersi.

Ujrzała  go  po  raz  pierwszy  dopiero  przed  godziną.  Nie  było
w  tym  nic  dziwnego,  ponieważ  unikała  jak  ognia
charytatywnych bali, bankietów i galowych imprez, które tak
uwielbiał jej ojciec.

Usiadła  na  jednej  z  marmurowych  ławek  ustawionych

w  zacienionych  zakątkach  ogrodu  i  zamknęła  oczy.
Uczestniczyła 

długim 

nabożeństwie 

żałobnym,

odprawianym  w  katolickiej  świątyni,  a  także  w  pogrzebie,
podczas którego ujrzała po raz pierwszy Caina Farrella. Łatwo
było  go  zauważyć,  bo  górował  wzrostem  nad  większością
zgromadzonych żałobników.

background image

Mimo  poważnej  twarzy  wydał  jej  się…  zachwycający.

Miał  regularne  rysy,  wyraźnie  zarysowane  usta  i  lekko
wysuniętą  szczękę.  Znakomicie  skrojony  ciemny  garnitur
podkreślał  szerokie  ramiona,  szeroką  klatkę  piersiową,
szczupłe  biodra  i  długie  nogi.  Przypominał  jej  pełnego
godności monarchę gotowego w każdej chwili włożyć zbroję,
chwycić za broń i walczyć na czele swych żołnierzy.

Emanowała  z  niego  brutalna  siła,  nawet  bezwzględność,

ale  wrażenie  to  łagodziły  częściowo  gęste  lekko  kręcone
włosy sięgające niemal kołnierza marynarki…

Zawstydziła  się  własnych  myśli  i  wróciła  do

rzeczywistości.  Cain  Farrell  opłakiwał  śmierć  ojca,  a  ona
podziwiała  jego  urodę  w  taki  sposób,  jakby  był
Najprzystojniejszym  Miliarderem  Roku,  wybranym  przez
redakcję popularnego magazynu.

Może  ojciec  ma  rację,  twierdząc,  że  nie  umiem  się

zachować, więc nie powinien mnie zabierać na żadne imprezy
towarzyskie, pomyślała ze smutkiem.

Poczuła bolesne ukłucie w sercu i odruchowo przycisnęła

dłoń do piersi. Żyła w świecie bogactwa już od dziesięciu lat,
ale nadal czuła się w nim obco.

Nie  zmieniły  tego  stanu  rzeczy  ani  lekcje  savoir-vivre’u,

ani zakupy w najbardziej wykwintnych magazynach damskiej
garderoby.

Wiele  oddałaby  za  to,  by  porzucić  rezydencję  na  Beacon

Hill,  a  nawet  Boston,  i  wrócić  do  starego  rodzinnego  domu
w  Plainfield,  w  stanie  New  Jersey.  Jedną  część  bliźniaka
zajmowała  ona  z  rodzicami,  a  drugą  jej  wuj,  ciotka  i  trójka
kuzynów. Cały budynek tętnił życiem, a wszyscy członkowie

background image

rodziny  biegali  między  swoimi  mieszkaniami,  czemu
towarzyszyło trzaskanie drzwi i wybuchy głośnego śmiechu.

W tym domu panowało szczęście.

Potem jej matkę zaczęły dręczyć ataki kaszlu, a ponieważ

nie chciała wybrać się do lekarza, umarła wkrótce na zapalenie
płuc.  Ojciec  wyładowywał  ból  i  bezsilny  żal,  gorączkowo
rozbudowując  należącą  do  niego  sieć  sklepów  z  elektroniką,
które  sprzedał  później  potężnej  firmie,  a  następnie
zainwestował  w  technologię  przemysłu  obronnego  i  stał  się
człowiekiem obrzydliwie bogatym.

Uznał  wtedy,  że  Plainfield  jest  miasteczkiem  zbyt

prowincjonalnym  dla  niego  i  dla  córki,  więc  nie  zwracając
uwagi  na  jej  protesty,  przeniósł  ich  oboje  do  Bostonu,  aby
podejmować  nieudane  próby  przeniknięcia  do  elity
towarzyskiej.

Właśnie  dlatego  zmusił  Devon  do  udziału  w  pogrzebie

Barrona  Farrella.  Nie  potrafił  zrezygnować  z  okazji  do
bratania  się  z  celebrytami,  wpływowymi  biznesmenami
i  znanymi  osobistościami.  Gwoli  sprawiedliwości  trzeba
przyznać,  że  nie  on  jeden  traktował  pogrzeb  słynnego
miliardera jako atrakcję towarzyską.

Westchnęła  ponownie,  wzięła  swoją  szklankę  i  wstała

z  ławki.  Wiedziała,  że  jeśli  nie  wróci  na  przyjęcie,  ojciec
zacznie  się  za  nią  rozglądać  i  udzieli  jej  stosownej
reprymendy. Ze smutkiem wspominała czasy, w których jego
ciemne oczy rozjaśniały tylko rozbłyski przywiązania, miłości
i  dumy.  Wtedy  był  jeszcze  idealnym  mężem  i  ojcem,
zadowalającym się posiadaniem dwóch sklepów.

background image

Dopiero  śmierć  żony  zmieniła  jego  charakter  i  wzniosła

mur między nim a córką.

Devon  wróciła  na  ogrodową  ścieżkę  i  niechętnie  ruszyła

w kierunku rezydencji.

- Niech to szlag trafi!

Zanim zdążyła się zastanowić, do kogo należy przepojony

wściekłością  głos,  ujrzała  mężczyznę,  który  wypadł  zza
żywopłotu  i  zatrzymał  się  od  dwa  kroki  od  niej,  a  potem
zaczął  nerwowo  chodzić  w  tę  i  z  powrotem  między
opuszczoną przez nią ławką a zieloną ścianą labiryntu.

To nie był jakiś mężczyzna.

To był Cain Farrell.

Z  całej  jego  postaci  emanowała  wściekłość.  Nie,  nie

wściekłość.  Furia.  Przypominał  drapieżnika  czekającego  na
zdobycz, którą zamierzał zaatakować i pożreć.

Nie chciałabym być tą ofiarą, pomyślała, nadal nie mogąc

oderwać  od  niego  oczu.  Nawet  jeśli  jest  on  niewiarygodnie
seksowny.

Cain  zatrzymał  się  gwałtownie  i  obrzucił  ją  badawczym

spojrzeniem, od którego zabrakło jej tchu.

-  Kim  pani  jest?  –  spytał,  a  ona  wyczuła  w  jego  głosie

posmak letniej nocy, najdroższej whisky i ciemnej czekolady.

-  Ja?  –  wykrztusiła,  nie  mogąc  oderwać  wzroku  od  jego

oczu.  Na  cmentarzu  nie  była  w  stanie  określić  ich  barwy,
a teraz przekonała się, że są błękitnoszare.

Oczy wilka. Które o dziwo nie budziły w niej lęku, tylko

zdumiewające podniecenie.

background image

-  Jestem  Devon  –  oznajmiła,  wyciągając  do  niego  rękę,

którą po sekundzie namysłu objął mocnym uściskiem swoich
długich palców.

Czując  na  sobie  jego  badawczy  wzrok,  nie  musiała  się

domyślać,  co  on  widzi.  Widział  to  co  wszyscy.  Niewysoką
młodą  kobietę  o  nazbyt  pełnych  kształtach  i  niewartych
zapamiętania rysach twarzy.

Jej największą ozdobą były odziedziczone po matce gęste,

lekko rudawe włosy, które teraz były upięte na czubku głowy.

Wiedziała,  że  nie  jest  pięknością,  a  on  z  pewnością

umawiał  się  z  gwiazdami,  których  twarze  mogła  znać  tylko
z ekranu i okładek kolorowych magazynów, ale nie zamierzała
się tym przejmować.

Wkrótce  po  przeprowadzce  do  Bostonu  przysięgła  sobie,

że  nie  pozwoli  się  nikomu  onieśmielić,  nigdy  nie  okaże
słabości.  Została  kilka  razy  potraktowana  lekceważąco  przez
tak zwane „osoby z towarzystwa” i w gruncie rzeczy najlepiej
się  czuła  we  własnym  pokoju,  skubiąc  przed  telewizorem
chipsy.

- Co pani tu robi, Devon? – spytał głosem, który ponownie

wzbudził w niej dreszcz podniecenia. – To przyjęcie odbywa
się we wnętrzu, w sali jadalnej i bankietowej. Goście nie mają
prawa wstępu do innych zakątków posiadłości.

-  Bardzo  przepraszam,  musiałam  przeoczyć  znaki

zakazu…  –  Urwała,  zdawszy  sobie  sprawę,  że  mówi
głupstwa.  –  To  znaczy  wiem,  że  ich  nie  ma,  choć  w  tak
wielkiej  rezydencji  może  powinny  być.  Albo  przynajmniej
dyskretne  tabliczki,  takie,  jakie  wiesza  się  na  drzwiach
toalet… Co ja wygaduję?

background image

Potrząsnęła  głową  i  wypiła  spory  łyk  wina.  A  potem

następny.

- Zawsze ograniczam się do dwóch kieliszków, a dziś nie

wiem  dlaczego  piję  trzeci.  Ale  pan  przed  chwilą  głośno
przeklinał,  więc  pewnie  kropla  alkoholu  jest  panu  potrzebna
bardziej niż mnie.

Zdając  sobie  sprawę,  że  zachowuje  się  jak  wariatka,

wcisnęła  mu  do  ręki  swój  kieliszek,  a  on,  nie  odrywając  od
niej wzroku, wypił z niego spory łyk, a potem wykrzywił usta
w ironicznym uśmiechu.

-  Miałaś  rację  –  mruknął.  –  Bardzo  tego  potrzebowałem.

Dziękuję.

-  Nie  ma  za  co.  –  Oderwała  wzrok  od  jego  oczu

i  odzyskała  nagle  pewność  siebie.  –  Byłam  tak  przejęta
koniecznością  powrotu  do  tego  piekła,  że  nie  złożyłam  ci
kondolencji.

- Co masz na myśli, mówiąc o powrocie do piekła?

Devon  uśmiechnęła  się  z  niesmakiem  i  wzruszyła

ramionami.

- Nie chcę nikogo dotknąć, ale piekłem wydaje mi się to

przyjęcie. Nie znoszę tłumnych zgromadzeń, ale tutaj czuję się
fatalnie. Pochodzę z licznej, hałaśliwej włoskiej rodziny, więc
jestem przyzwyczajona do posiłków, podczas których wszyscy
śmieją się i plotą, co im ślina na język przyniesie. Ale w tej
sali… nikt nie wspomina o twoim ojcu, nikt o nim nie myśli.
Nie  czuje  się  smutku  z  powodu  utraty  ukochanej  osoby.
Słychać  wybuchy  śmiechu,  ale  to  nie  jest  śmiech  przez  łzy.

background image

Uciekłam,  bo  panująca  tam  atmosfera  wydała  mi  się…
koszmarna.

Opuściła wzrok i przygotowała się na ripostę. Na ironiczny

uśmiech,  którym  ojciec  kwitował  wszystkie  jej  próby
wyrwania się spod jego nadzoru.

Cain przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu. Miał tak

nieprzeniknioną  minę,  że  nie  potrafiła  nic  odczytać  z  jego
twarzy.  Doszła  do  wniosku,  że  jej  wypowiedź  była
nietaktowna  i  otwierała  właśnie  usta,  aby  za  nią  przeprosić,
kiedy Cain mruknął:

- Dziękuję ci, Devon.

- Za co?

- Za odwagę mówienia prawdy, która nie jest przyjemna –

odparł z lekkim uśmiechem. – I za to, że zapewniłaś mi chwilę
odpoczynku od mojego własnego piekła. Nawet nie wiesz, jak
bardzo to doceniam.

Niespodziewanie  uniósł  rękę  i  przesunął  dłonią  po  jej

policzku.  Zastygła,  a  on  odwrócił  się  na  pięcie  i  zniknął
równie niespodziewanie, jak się pojawił.

Przez  ułamek  sekundy  miała  wrażenie,  że  dostrzegła

w  jego  oczach  błysk  zainteresowania.  Ale  natychmiast
uświadomiła  sobie,  że  musiało  to  być  złudzenie  wywołane
przez nagły przypływ pożądania.

Przestań wiązać z tym człowiekiem jakiekolwiek nadzieje,

skarciła  się  w  duchu.  Przecież  jest  mało  prawdopodobne,
żebyś jeszcze go spotkała.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Jeden rok.

Musi  przetrwać  jeden  rok.  Wiedział,  że  jest  w  stanie  to

zrobić. Znosił ojca przez trzydzieści dwa lata. W porównaniu
z  tym  dwanaście  miesięcy  wydawało  mu  się  dziecinną
zabawą.

Muszę przetrwać jeden rok, powtarzał w duchu jak mantrę,

zaciskając zęby, by nie zacząć kląć. Nie mógł sobie pozwolić
na  utratę  panowania  nad  sobą.  Nie  chciał  dać  swojemu
zmarłemu ojcu takiej satysfakcji.

- Podczas narady, w której brał pan udział, panie Farrell,

nadeszło  kilka  wiadomości  –  oznajmiła  jego  zaufana
asystentka,  kiedy  przechodził  obok  jej  stanowiska  pracy.  –
Położyłam je na biurku i wysłałam kopie na adres mejlowy.

Ta  elegancka  brunetka  pracowała  u  niego  od  pięciu  lat

i była prawdziwym skarbem. Za cenny dar niebios uważał ją
też  jej  potężnie  zbudowany  mąż,  z  którym  miała  dwójkę
czarujących dzieci.

- Dziękuję, Charlene  – mruknął, nie siląc się na uśmiech

aprobaty. Znali się od tak dawna, że mógł sobie pozwolić na
nieukrywanie  złego  humoru.  –  Nie  łącz  mnie  z  nikim  przez
najbliższe dwadzieścia minut.

- Oczywiście, proszę pana.

background image

Wszedł  do  gabinetu,  z  trudem  powstrzymując  się  od

trzaśnięcia drzwiami.

Trudne  dzieciństwo  nauczyło  go  panowania  nad  sobą.

Dorastał  w  domu,  w  którym  każde  naruszenie  zasad  –
prawdziwe  lub  wyimaginowane  –  narażało  go  na  ostrą
reprymendę albo cios.

W ten fatalny nastrój wprawiło go spotkanie z…

Nadal  nie  potrafił  się  zmusić  do  nazywania  ich  braćmi.

Achilles  Farrell,  atletycznie  zbudowany  olbrzym,  noszący  to
samo  nazwisko  co  on,  i  Kenan  Rhodes,  gładki  światowiec
o  szerokim  uśmiechu  i  nieufnym  spojrzeniu,  byli  dla  niego
obcymi ludźmi.

Tym  bardziej  że  już  w  tydzień  po  pierwszym  spotkaniu,

mającym  miejsce  podczas  stypy,  wszczęli  kroki  zmierzające
do przejęcia części firmy.

Czuł  wyrzuty  sumienia,  ale  tłumił  je  gniew,  który  od

pewnego  czasu  nieustannie  mu  towarzyszył.  Zdawał  sobie
sprawę, że powinien on być skierowany przeciwko ojcu, który
tak podle go oszukał.

Ale  Barron  Farrell  odszedł  już  z  tego  świata,  a  jego

miejsce zajęli obaj nieślubni synowie.

Przesunął  ręką  po  włosach,  obszedł  biurko  i  opadł  na

stojący za nim fotel.

Jego  wzrok  powędrował  w  kierunku  grubej  teczki

z dokumentami, którą studiował już od tygodnia.

Natychmiast  po  odczytaniu  testamentu  wezwał

prywatnego  detektywa  zatrudnianego  przez  firmę  Farrell

background image

International  i  kazał  mu  zbadać  przeszłość  Achillesa  oraz
Kenana.

Achilles  Farrell.  Urodzony  w  Bostonie,  ale  wychowany

przez samotną matkę niedaleko Seattle, w stanie Washington.
Miał opinię geniusza komputerowego i kryminalną przeszłość,
bo  spędził  dwa  lata  w  więzieniu  za  napad  i  naruszenie
nietykalności cielesnej.

Kenan  Rhodes.  Urodzony  i  wychowany  w  Bostonie

w  bogatej  rodzinie,  która  go  adoptowała.  Znakomity
wicedyrektor  działu  marketingu  w  rodzinnej  firmie.  I  znany
uwodziciel,  którego  nazwisko  pojawiało  się  wielokrotnie  na
plotkarskich stronach kolorowych magazynów.

Obaj wyrazili zgodę na warunki narzucone przez Barrona,

ale  poinformowali  Caina,  że  nie  chcą  być  przez  cały  rok
jedynie figurantami. Zamierzali czynnie uczestniczyć w życiu
firmy.

Achilles  zażądał  dopuszczenia  go  do  działu  techniki

komputerowej,  a  Kenan  pragnął  mieć  wpływ  na
funkcjonowanie działu marketingu.

Natura Caina buntowała się przeciwko oddawaniu choćby

części  firmy  w  ręce  obcych  ludzi.  Ale  testament  Barrona
pozbawił go możliwości wyboru.

Najbardziej  dokuczało  mu  poczucie  bezsilności.

Opuszczając dom ojca, zaprzysiągł sobie, że nigdy nie okaże
słabości, a teraz…

Uniósł rękę, zacisnął dłoń w pięść i zamierzał grzmotnąć

nią w blat biurka, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Nie
mógł sobie pozwolić na niekontrolowane odruchy.

background image

Westchnął,  rozsiadł  się  wygodnie  w  fotelu  i  przymknął

oczy.  Z  niepojętych  przyczyn  ujrzał  natychmiast  na  ekranie
pamięci mglisty obraz tej dziewczyny. Devon…

Nie znał nawet jej nazwiska.

Nie po raz pierwszy dostrzegał oczami wyobraźni kobietę,

która  pojawiła  się  w  ogrodzie  jego  matki  jak  zjawa  z  krainy
baśni. Była tak delikatnie zbudowana, że jej piersi zmieściłyby
się  zapewne  w  jego  dłoniach.  Miała  szczupłe  biodra,
znakomitą  figurę  i  zgrabne  nogi,  których  atrakcyjność
podkreślały buty na wysokich obcasach.

Tak,  jej  ciało  mogło  zachwycić  każdego  prawdziwego

mężczyznę.  Ale  on  dostrzegł  również  przepiękne
szmaragdowe  oczy,  w  których  odbijała  się  mieszanina
niewinności  i  przewrotnego  erotyzmu.  Jej  delikatne  rysy
i pełne zmysłowe usta, których wspomnienie przyprawiało go
o nadal przyspieszone bicie serca.

Może  istnieli  mężczyźni,  którzy  uznaliby  jej  urodę  za

przeciętną  i  niegodną  zapamiętania.  On  jednak  uważał,  że
musieliby być ślepi.

Tak, ta dziewczyna zrobiła na nim wielkie wrażenie. Choć

od  ich  spotkania  upłynął  już  tydzień,  pamiętał  jej  czarujący
uśmiech  i  życzliwość,  z  jaką  poczęstowała  go  winem.
Obudziła  w  nim  siłę,  dzięki  której  zdołał  wrócić  do  sali
bankietowej  i  stawić  czoło  konfliktom,  na  które  naraził  go
ojciec.

Co się ze mną dzieje? – pomyślał.

Zawsze  był  dumny  z  tego,  że  nie  potrzebuje  bliskich

związków,  a  teraz  nie  mógł  się  uwolnić  od  obrazu  kobiety,

background image

którą  widział  tylko  raz  i  której  pewnie  nigdy  więcej  jej  nie
zobaczy…

Jego  rozmyślania  przerwał  dochodzący  z  interkomu  głos

Charlene.

-  Bardzo  przepraszam,  wiem,  że  chciał  pan  mieć  święty

spokój, ale jest tu pan Gregory Cole, który pragnie się z panem
zobaczyć. Nie był umówiony, ale twierdzi, że jest to prywatna
sprawa dotycząca pańskiego ojca.

W pierwszym odruchu miał ochotę odmówić.

Żaden  normalny  człowiek  nie  zjawia  się  w  głównej

siedzibie  potężnej  firmy,  licząc  na  to,  że  zostanie  przyjęty
przez jej naczelnego dyrektora, pomyślał ze złością. Chyba że
jest  to  któryś  ze  spławionych  przez  niego  bezceremonialnie
dziennikarzy… albo kolejny nieznany mu dotąd brat.

-  Wprowadź  go,  Charlene  –  warknął,  wstając  od  biurka

i tłumiąc cisnące mu się na usta przekleństwo.

Mimo  wszystko  chciał  się  dowiedzieć,  jaka  może  być  ta

osobista sprawa dotycząca ojca.

Chwilę później Charlene wpuściła do gabinetu wysokiego,

przystojnego  siwego  mężczyznę  w  nienagannie  skrojonym
garniturze.

-  Nazywam  się  Gregory  Cole  –  oznajmił  nieznajomy,

wyciągając rękę. – Miło mi pana poznać, choć wolałbym, żeby
do  naszego  spotkania  doszło  w  innych  okolicznościach.
Wiadomość o śmierci pana ojca ogromnie mnie zasmuciła.

Cain poczuł lekki niepokój.

background image

Jego  gość  starannie  dobierał  słowa,  ale  ani  w  jego

postawie,  ani  w  obojętnym  wyrazie  zielonych  oczu  nie
dostrzegł nawet odrobiny stosownego żalu.

- Dziękuję, panie Cole – mruknął zdawkowym tonem, nie

wskazując nieznajomemu żadnego z foteli przeznaczonych dla
goszczących  w  gabinecie  kontrahentów.  –  Moja  asystentka
twierdzi, że ta sprawa ma jakiś związek z moim ojcem.

- Mam na imię Gregory. Czy mogę?

Nieznajomy,  nie  czekając  na  jego  zgodę,  usiadł

w  wygodnym  fotelu,  a  potem  założył  nogę  na  nogę
i uśmiechnął się pogodnie.

- Ta sprawa istotnie dotyczy moich… związków z pańskim

ojcem. Zgłaszam się dopiero teraz, bo nie chciałem narzucać
panu swojego towarzystwa w okresie żałoby.

Cóż za niezwykła delikatność, pomyślał z ironią Cain.

-  Czy  te  związki  z  moim  ojcem  dotyczyły  sfery  biznesu,

panie Cole? – spytał Cain, celowo używając nazwiska gościa,
a nie jego imienia.

Nieznajomy nie okazał irytacji, lecz uśmiechnął się jeszcze

szerzej  i  strzepnął  nonszalanckim  gestem  niewidoczny  pyłek
z klapy swojej nieskazitelnej marynarki.

-  Nazwałbym  to  raczej  pewnym  porozumieniem,  panie

Farrell.  A  może  Cain.  Czy  możemy  mówić  do  siebie  po
imieniu?

- Nie.

Tym  razem  w  oczach  gościa  rozbłysła  iskra  irytacji,  ale

natychmiast  zgasła.  Nie  był  on  najwyraźniej  człowiekiem

background image

przyzwyczajonym do odmownych odpowiedzi na pytania.

-  Przejdźmy  więc  do  sedna…  Jestem  człowiekiem,  który

zrobił  karierę  o  własnych  siłach.  Samodzielnie  stworzyłem
sieć doskonale prosperujących sklepów z elektroniką, a potem
zainwestowałem  dochody  z  jej  sprzedaży  w  bardziej
dochodowe  przedsięwzięcia.  Teraz  jestem  właścicielem
ekskluzywnej  firmy  finansowo-inwestycyjnej,  która  w  ciągu
ostatnich  kilku  lat  przyniosła  mnie  i  moim  klientom
wielomilionowe zyski.

-  Pańskie  osiągnięcia  są  godne  podziwu,  panie  Cole,  ale

nie rozumiem, co one mają wspólnego z moim ojcem, a tym
bardziej  ze  mną.  Nie  chciałbym  wydać  się  nieuprzejmy  ani
pana  ponaglać,  ale  mam  dziś  kilka  ważnych  spotkań,  więc
proponuję, żebyśmy przeszli do tematu.

Na twarzy gościa pojawił się ponownie wyraz irytacji, ale

został  szybko  zastąpiony  przez  pobłażliwy  uśmiech.  Cain
poczuł  ucisk  w  żołądku.  Intuicja  mówiła  mu,  że  usłyszy  za
chwilę jakąś złą wiadomość.

- Oczywiście  – wycedził  łagodnym  tonem  Gregory  Cole,

splatając dłonie na brzuchu. – Pana ojciec zawarł ze mną tuż
przed  śmiercią  umowę.  A  ponieważ  nie  żyje,  obowiązek
wywiązania się z jej warunków spada na pana.

- Mamy od takich spraw wydział prawny – oznajmił Cain,

marszcząc brwi. – Jeśli zechce pan zostawić mojej asystentce
kopię tego kontraktu, ona z pewnością zadba o to, aby trafił on
w ręce właściwej osoby.

-  Mogę  to  zrobić,  Cain  –  odparł  gość,  ze  złośliwym

uśmiechem  akcentując  imię  swojego  rozmówcy.  –  Myślałem
jednak,  że  wolałbyś  nie  nadawać  tej  sprawie  urzędowego

background image

biegu. Jeśli jednak chcesz, żeby twoi prawnicy badali ważność
umowy małżeńskiej, ja nie mam nic przeciwko temu.

Cain  zamrugał  nerwowo.  Potem  spojrzał  badawczo  na

swojego  gościa  i  dostrzegł  na  jego  twarzy  drwiący  uśmiech.
W  jego  głowie  rozbrzmiewały  tylko  dwa  słowa:  „umowa
małżeńska”.

Poczuł  gwałtowny  atak  lęku,  ale  zdobył  się  na  wysiłek

i zachował spokój.

-  O  czym  pan  mówi?  –  spytał,  wyraźnie  wymawiając

słowa.

- Mówię o tobie, przyszłym mężu mojej córki. Twój ojciec

obiecał mi to na piśmie.

Gregory Cole zachichotał tak wesoło, jakby rozbawiła go

myśl  o  tym,  że  jakikolwiek  ojciec  może  sprzedać  syna  jak
jakiś średniowieczny feudał.

Sięgnąwszy  do  wewnętrznej  kieszeni,  wyjął  z  niej  plik

kartek i podał je Cainowi.

-  Na  wszelki  wypadek  przyniosłem  z  sobą  kopię  tego

kontraktu.  Przejrzyj  go,  a  przekonasz  się,  że  został
sporządzony  zgodnie  z  literą  prawa  i  posiada  obowiązującą
moc.

Cain, poruszając się jak w malignie, niemal wyrwał z ręki

gościa dokument i zaczął go uważnie czytać.

W  gabinecie  było  tak  cicho,  że  słyszał  tylko  bicie

własnego  serca.  W  miarę  czytania  wpadał  w  coraz  większą
wściekłość.  Kiedy  ujrzał  trzecią  stronę  kontraktu,  na  której
widniały  podpisy  obu  kontrahentów,  z  trudem  powstrzymał
wybuch  furii.  Miał  ochotę  przewrócić  biurko  i  chwycić  za

background image

gardło 

siedzącego 

naprzeciwko 

niego, 

ironicznie

uśmiechniętego szubrawca.

- Nie ma pan prawa nazywać się biznesmenem! – wycedził

złowrogim  tonem.  –  Ja  użyłbym  raczej  takich  słów  jak
szantażysta albo naciągacz.

Gregory  Cole  nie  miał  nawet  tyle  przyzwoitości,  aby

okazać odrobinę wstydu. Wzruszył jedynie ramionami i lekko
zmarszczył brwi.

- Twoje obraźliwe słowa nie robią na mnie wrażenia, Cain.

Jak  już  powiedziałem,  zawdzięczam  karierę  tylko  sobie.
Pokonałem wszystkie przeszkody, które piętrzyli przede mną
ludzie  pochodzący  z  twojego  świata,  bo  postępowałem
bezwzględnie,  wierząc,  że  cel  uświęca  środki.  Więc  nie
oczekuj ode mnie ani przeprosin, ani wyrazów ubolewania, bo
możesz się boleśnie rozczarować.

- Proszę sobie darować te frazesy dotyczące pańskiej drogi

życiowej  –  warknął  agresywnym  tonem  Cain.  –  Znam  wielu
ludzi,  którzy  zaczynali  od  zera  i  dotarli  na  szczyt  dzięki
pracowitości i pomysłowości, nie uciekając się do działalności
przestępczej.  Nic  mnie  nie  obchodzi,  że  nie  urodził  się  pan
w  bogatej  rodzinie.  Można  to  samo  powiedzieć
o dziewięćdziesięciu procentach mieszkańców naszego kraju.
Ale nie wszyscy zachowują się jak szemrani hochsztaplerzy.

-  Mówisz  jak  człowiek,  któremu  nigdy  niczego  nie

brakowało – zauważył Gregory drwiącym tonem.

- Do cholery, Cole, nic pan o mnie nie wie – warknął Cain,

opierając łokcie na blacie biurka i wychylając się w kierunku
swojego  rozmówcy.  –  W  przeciwnym  razie  nigdy  nie

background image

ośmieliłby  się  pan  mnie  nachodzić.  Niech  pan  to  zabiera
i wynosi się do wszystkich diabłów.

Pchnął w kierunku Cole’a złożone kartki, które ześliznęły

się po blacie i upadły na podłogę.

- Mylisz się, Cain – odparł drwiąco gość. – Wiem o tobie

wszystko, co powinienem wiedzieć. Twój ojciec, zawierając tę
umowę,  do  której  skłoniły  go  próżność  i  pycha,  zapewnił
mnie, że przystaniesz na jego warunki z jednego powodu. Miał
na  myśli  twoją  lojalność  wobec  matki.  Wiem,  że  kochasz
Emelię  Farrell,  więc  nie  dopuściłbyś  do  tego,  aby  trafiła  na
pierwsze  strony  brukowców  jako  ofiara  bezwzględnych
dziennikarzy.  Byliby  zachwyceni  odkryciem,  że  przeżyła
w  okresie  małżeństwa  z  twoim  ojcem  romans  z  innym
mężczyzną. Jeszcze bardziej ucieszyłyby ich niezbite dowody
jej zdrady: fotografie, mejle, filmy…

Cain  poczuł  dotkliwy  ból  w  piersi.  Przytłoczony

cierpieniem  zamknął  na  chwilę  oczy.  Natychmiast  jednak
w jego wyobraźni pojawiła się twarz matki.

Dobrze  wiedział,  jakim  ciosem  okazałby  się  dla  niej

skandal. Byłaby zrozpaczona. Upokorzona. Załamana. Emelia
Farrell  była  piękna,  pełna  godności,  dobra  i  bardzo  silna.
Musiała  posiadać  wszystkie  te  przymioty,  aby  wytrwać
w związku z Barronem Farrellem.

Cain  uważał  ją  za  jedyny  pozytywny  i  stabilny  element

w swoim życiu. Okazywała mu miłość, kiedy ojciec traktował
go  szorstko.  Czułość,  kiedy  ojciec  był  zimny  i  obojętny.
Chroniła go przed atakami agresji Barrona.

Życie małżeńskie było dla niej jednym pasmem cierpienia.

Kiedyś kochała zapewne męża, ale jego arogancki i poniżający

background image

sposób  bycia  oraz  ciągłe  zdrady  zniszczyły  to  uczucie.  Gdy
zaś  zaczął  okładać  Caina  pięściami,  twierdząc,  że  musi
„wychować go na mężczyznę”, resztki przywiązania zniknęły
bez śladu.

Znosiła  cierpienia  i  upokorzenia  dla  dobra  syna,  a  on

wiedział  o  tym  i  ta  świadomość  budziła  w  nim  wyrzuty
sumienia.  Mogła  porzucić  Barrona  w  każdej  chwili,  lecz
wiedziała,  że  wykorzystałby  swoje  wpływy  i  pieniądze,  by
uzyskać w sądzie prawo do opieki nad synem.

Nie  chcąc  więc  zostawiać  Caina  na  łasce  ojca,  wytrwała

w  małżeństwie,  dopóki  nie  był  on  w  stanie  samodzielnie
zadbać o swoje interesy.

Zapłaciła za to wysoką cenę.

Cain  nie  miał  jej  za  złe  tego,  że  zerwała  z  parodią

małżeństwa  i  znalazła  szczęście  w  innym  związku.  Uważał
jednak, że wybrała niewłaściwego mężczyznę.

-  W  tym  momencie  przyznał  się  pan  do  zamiaru

popełnienia  przestępstwa,  Cole  –  oznajmił  z  ironią  Cain.  –
Rozpowszechnianie  tego  rodzaju  materiałów  bez  zezwolenia
zainteresowanej strony jest niezgodne z prawem.

- Więc pozwij mnie do sądu.

Cain zacisnął zęby i postanowił zmienić taktykę.

- A co na to córka? Czy nie przeszkadza jej to, że wybrany

przez nią mężczyzna poślubi ją nie z własnej woli, a w wyniku
szantażu? Że wcale jej nie kocha? A może odziedziczyła pana
charakter  i  chce  omotać  bogatego  człowieka  po  to,  żeby  go
doprowadzić do ruiny?

background image

-  Moja  córka  zawsze  kieruje  się  interesem  rodziny.  Nie

potrzebujemy twoich pieniędzy, Cain. Mam ich dosyć, a nawet
jeszcze  więcej.  Jeśli  jednak  moja  córka  poślubi  Farrella,
otworzą się przed nią drzwi, których nie zmuszą do tego żadne
pieniądze.

-  Chce  pan  powiedzieć,  że  otworzą  się  przed  panem  –

warknął  Cain,  ale  rozmówca  skwitował  te  słowa  kolejnym
wzruszeniem ramion.

- Bostońskie elity mają charakter klanowy i gardzą ludźmi,

którzy nie urodzili się w tak zwanych dobrych domach. Wiesz
równie  dobrze  jak  ja,  że  bogactwo  nie  gwarantuje  nikomu
pozycji towarzyskiej. Nie mam pojęcia, po co ci to mówię, bo
człowiek  przyzwyczajony  od  dzieciństwa  do  przywilejów
nigdy tego nie zrozumie.

Cain wyczuł w głosie Cole’a nutę goryczy i choć nie był

w  stanie  mu  wybaczyć  gróźb  pod  adresem  matki,  musiał
przyznać, że w jego słowach jest spora doza prawdy.

Dobrze  znał  zasady  obowiązujące  w  świecie  bostońskiej

elity  towarzyskiej  i  finansowej.  Zdawał  sobie  sprawę,  że
nazwisko  Farrell  zapewnia  mu  przywileje,  których  inni  są
pozbawieni.

Nie  mógł  jednak  wybaczyć  swemu  interlokutorowi  tego,

że ośmielił się wygłaszać groźby pod adresem matki.

- Krótko mówiąc, cały problem sprowadza się do tego, że

pan i córka stawiacie własne interesy wyżej niż przyzwoitość
i dobro innych ludzi – stwierdził Cain lodowatym tonem.

-  Chodzi  nie  tylko  o  nasze  interesy,  lecz  również

o koneksje, wpływy i władzę. Twój ojciec rozumiał te sprawy

background image

lepiej niż ktokolwiek inny.

Cole przestał się uśmiechać, a w jego oczach pojawił się

wyraz bezwzględnej twardości.

-  Dosyć  tego  gadania.  Podobno  masz  jeszcze  kilka

spotkań,  a  ja  też  jestem  zajęty.  Więc  jak  brzmi  twoja
odpowiedź?  Czy  jesteś  gotów  poślubić  moją  córkę,  czy  też
mam  przekazać  mediom  kompromitujące  informacje
dotyczące twojej matki?

Cain  poczuł  się  przez  chwilę  równie  bezsilny  jak  wtedy,

gdy  jako  dziesięcioletni  chłopiec  był  skazany  na  znoszenie
wyzwisk i reprymend ojca.

Musiał ustąpić w trosce o dobro matki, ale przysiągł sobie

w  głębi  duszy,  że  Cole  i  jego  córka  drogo  zapłacą  mu  za  to
upokorzenie.

-  Zgadzam  się  ją  poślubić  –  oznajmił  –  ale  nie  obiecuję

niczego więcej. Skazał pan córkę na związek, który okaże się
dla  niej  piekłem,  a  ja  zrobię  wszystko,  żeby  była  w  nim
nieszczęśliwa.  Dostanie  tylko  nazwisko.  Oboje  wrobiliście
mnie w tę karykaturę związku, ale zapewniam, że najwyższą
cenę zapłaci ona.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

- Devon, czy to ty?

Devon  zamknęła  za  sobą  frontowe  drzwi  i  zastygła  na

chwilę,  trzymając  rękę  na  klamce.  Boże,  daj  mi  siłę,
wyszeptała  bezgłośnie  i  natychmiast  poczuła  wyrzuty
sumienia.  Ojciec  potrafił  być  bardzo…  wymagający,  ale
przecież  był  jej  ojcem.  I  choć  zmienił  się  radykalnie  po
śmierci żony, przestał być czułym, uśmiechniętym opiekunem
rodziny,  nadal  spełniał  zachcianki  Devon.  Zapewniał  jej
utrzymanie i dostęp do wszystkiego, co można było kupić za
pieniądze.

- Tak, tato, to ja! – zawołała, a potem położyła torebkę na

krześle  i  wkroczyła  do  przestronnego  holu  luksusowej
rezydencji  ulokowanej  w  centrum  elitarnej  dzielnicy  Back
Bay.

Ojciec  wydał  na  ten  dom  siedem  milionów  dolarów

i  chętnie  opowiadał  o  tym  wszystkim,  którzy  chcieli  go
słuchać. Musiała przyznać, że była to udana inwestycja. Jako
mała  dziewczynka  nigdy  nie  wyobrażała  sobie,  że  mogłaby
zamieszkać w tak imponującej rezydencji.

Było tam wszystko, o czym mogła zamarzyć: przestronne

pokoje,  ogromne  okna  wychodzące  na  porośniętą  drzewami
ulicę, piękne sypialnie z nowoczesnymi łazienkami, wytworne
meble i cenne dzieła sztuki.

background image

Miała  jednak  wrażenie,  że  ojciec  nie  jest  do  końca

zadowolony z tej cennej zdobyczy. Gregory Cole sprawiał od
śmierci żony wrażenie człowieka noszącego w sobie ogromną
pustkę  i  bezskutecznie  usiłującego  ją  wypełnić  pieniędzmi
i symbolami zamożności.

Stłumiła westchnienie i weszła do salonu.

Ojciec  stał  przed  kominkiem,  który  był  na  tyle  duży,  że

mógłby pomieścić dwóch mężczyzn.

Chyba  żeby  byli  oni  tak  wysocy  jak  Cain  Farrell,

pomyślała  i  natychmiast  zgromiła  się  w  duchu  za
przywoływanie jego osoby.

Od ich niespodziewanego spotkania w ogrodzie minął już

tydzień,  ale  nie  potrafiła  wymazać  go  z  pamięci.  Obracała
w  myślach  treść  rozmowy  i  analizowała  jej  przebieg.
Usiłowała przekonać samą siebie, że przesunął palcami po jej
policzku  tylko  po  to,  by  wyrazić  wdzięczność.  Że  nie
dostrzegła w jego oczach błysku podniecenia.

-  Cześć,  tato!  –  zawołała  pogodnym  tonem.  –  Czy

wszystko  w  porządku?  Twoja  wiadomość  brzmiała  tak
dramatycznie, jakby chodziło o coś pilnego.

- Owszem, wszystko w porządku, a nawet jeszcze lepiej –

odparł, a potem obejrzał ją od stóp do głów, zmarszczył brwi
i potrząsnął głową. – Devon, na miłość boską, co ty masz na
sobie? Nie mogę uwierzyć, że wyszłaś w tym stroju na ulicę.
Co  by  było,  gdyby  cię  zobaczył  któryś  z  moich  wspólników
albo jakiś inny ważny człowiek?

Devon  uśmiechnęła  się  z  ironią.  Widziało  ją  wielu

ważnych  ludzi  –  setka  dzieci,  którymi  opiekowała  się  jako

background image

pracownica miejskiego ośrodka wychowawczego.

-  Większość  szkół  jest  dziś  zamknięta  z  okazji  rocznicy

odkrycia Ameryki, więc postanowiliśmy zorganizować Dzień
Rozrywki. Dżinsy i sportowa koszula to odpowiedni strój dla
kogoś,  kto  bierze  udział  w  przeciąganiu  liny  lub  w  meczach
piłki nożnej.

Wiedziała,  że  ojciec  uważa  to  zajęcie  za  niezbyt

prestiżowe,  więc  stłumiła  ból,  jaki  sprawiły  jej  jego  słowa
i zmieniła temat.

- Więc co się dzieje? Dlaczego kazałeś mi jak najszybciej

wracać?

Nie odpowiedział jej od razu, lecz podszedł do zasobnego,

wbudowanego  w  ścianę  barku  ukrytego  za  boazerią  i  nalał
sobie sporego drinka.

-  Mam  dla  ciebie  wspaniałą  wiadomość,  Devon  –

oznajmił,  unosząc  szklankę.  –  Zaprosiłem  na  kolację  bardzo
ważnego gościa. A to znaczy, że musisz pójść na górę, zdjąć te
łachmany i elegancko się ubrać.

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  tak  się  tym  przejmujesz  –

mruknęła  ze  zdumieniem.  –  Zapraszasz  ludzi  na  kolacje  co
najmniej trzy razy w tygodniu. Dlaczego ta dzisiejsza ma być
taka ważna?

- Ponieważ ten gość jest twoim przyszłym mężem.

Devon poczuła zamęt w głowie. Zrozumiała poszczególne

słowa,  ale  całość  wypowiedzi  ojca  wydała  jej  się
bezsensowna.

Nie  tylko  nie  myślała  o  trwałym  związku,  ale  nawet  nie

spotykała się teraz z żadnym mężczyzną.

background image

- Co takiego? – wykrztusiła.

-  Zaaranżowałem  twoje  małżeństwo  z  najbardziej

atrakcyjnym kawalerem w Bostonie. A może nawet w całym
kraju.  Ten  człowiek  pochodzi  z  bardzo  dobrej  rodziny,  jest
bogaty  i  odnosi  sukcesy  w  biznesie.  Nie  mogłabyś  sobie
wymarzyć lepszego kandydata.

Devon  potrząsnęła  głową  z  niedowierzaniem,  którego

miejsce  zajął  po  chwili  zmieszany  z  oburzeniem  lęk.  Zdała
sobie bowiem sprawę, że ojciec wcale nie żartuje.

- Tato, nie mieszkamy w feudalnej Anglii, w której takie

aranżowane  małżeństwa  były  na  porządku  dziennym.  Jestem
dorosła, więc sama decyduję o tym, z kim się spotykam i sama
potrafię wybrać kandydata na męża. I zapewniam cię, że kiedy
to  zrobię,  jego  pochodzenie  i  stan  konta  nie  będą  dla  mnie
miały pierwszorzędnego znaczenia.

- Jako twój ojciec mam prawo interesować się tym, kogo

poślubisz  i  kto  wejdzie  do  naszej  rodziny.  Ta  sprawa  nie
dotyczy  tylko  ciebie  –  dodał  ostrym,  wręcz  agresywnym
tonem, który wzbudził w niej jeszcze większy lęk.

- Mylisz się, tato – warknęła. – Ta sprawa dotyczy mnie,

bo  to  ja  będę  przysięgać  komuś  wierność,  sypiać  z  nim
i rodzić jego dzieci.

Ojciec  zmarszczył  brwi,  podszedł  do  kominka,

zdecydowanym ruchem postawił szklankę na jego obudowie,
a potem spojrzał na nią z oburzeniem.

-  Troszczyłem  się  o  ciebie,  dbałem  o  to,  żeby  ci  niczego

nie brakowało,  ciężko  pracowałem i ponosiłem  liczne  ofiary.

background image

Nie ma na świecie człowieka, który miałby większe prawo do
decydowania o tym, kogo poślubisz.

Robiłeś  to  dla  siebie.  Kierowała  tobą  duma,  pycha

i  zachłanność,  pomyślała,  z  trudem  powstrzymując  się  od
wykrzyczenia mu tego w twarz.

-  Zaaranżowanie  tego  spotkania  kosztowało  mnie  wiele

trudu  –  ciągnął  ojciec  –  więc  życzę  sobie,  żebyś  atrakcyjnie
wyglądała  i  zrobiła  jak  najlepsze  wrażenie.  Jego  koneksje
wykraczają daleko poza sferę biznesu. Dzięki mnie uzyskasz
prawo  wstępu  do  bostońskiej  elity.  Wszystkie  drzwi  będą
przed  tobą…  przed  nami…  szeroko  otwarte.  Nie  pozwolę  ci
tego spieprzyć.

-  Dlaczego  nie  wspominasz  ani  słowem  o  czułości,

troskliwości, miłości? Czy nie zasługuję na takie małżeństwo,
jakie przypadło w udziale tobie i mamie?

-  I  dobrze  wiesz,  z  jakim  skutkiem  –  warknął  ojciec.  –

Robię  to  wszystko  w  twoim  interesie,  Devon.  Zawierając
małżeństwo  oparte  na  wspólnych  korzyściach  i  wzajemnym
zrozumieniu,  wynikającym  z  przynależności  do  tej  samej
sfery,  będziesz  bezpieczna.  A  jeśli,  nie  daj  Boże,  zostaniesz
kiedyś wdową, nie zagrozi ci nędza ani załamanie psychiczne.
Tylko taki układ gwarantuje ci możliwie najlepsze życie.

Devon ponownie potrząsnęła głową.

Co  się  z  nim  stało?  –  pytała  z  rozpaczą  samą  siebie.

Wiedziała, że zmienił się po śmierci mamy, ale dlaczego aż tak
bardzo?  Dlaczego  stał  się  taki  zimny,  bezwzględny
i pozbawiony uczuć?

background image

-  Tato,  ty  chyba  nie  słyszysz,  co  mówisz  –  odparła

z  rozpaczą.  –  Przykro  mi,  ale  nie  mogę  zastosować  się  do
twojej  woli.  Może  uważasz  zaaranżowane  małżeństwo  za
szczyt szczęścia, ale dla mnie byłoby ono piekłem. Nie mogę
poślubić obcego człowieka.

Jaki  mężczyzna  wyraziłby  zgodę  na  tak  archaiczny

i podyktowany egoizmem układ? – spytała się w duchu. Czego
on ode mnie oczekuje?

A przede wszystkim, co obiecał mu ojciec, żeby skłonić go

do zgody na tę farsę? Jeśli naprawdę jest jednym z najbardziej
atrakcyjnych  kawalerów  w  całym  kraju,  to  przecież  może
wybierać wśród licznych kandydatek.

Bądźmy  realistami.  Los  obdarzył  ją  inteligencją,

życzliwością wobec ludzi i zdolnością do ciężkiej pracy. Ale
nie  jest  najbogatsza  ani  najładniejsza  i  nie  ma  cennych
koneksji, więc dlaczego właśnie ona?

- Zastosujesz się do mojej woli, Devon – oznajmił ojciec. –

W końcu to ja cię wychowałem i wiele dla ciebie poświęciłem.

- Robiłeś to, bo jesteś moim ojcem – mruknęła gniewnie,

oburzona  tą  próbą  szantażu  emocjonalnego.  –  Tak  zawsze
postępują ojcowie.

- A córki stosują się do ich woli, bo stawiają na pierwszym

miejscu dobro rodziny.

Gregory Cole zamilkł na chwilę, by się uspokoić, i wypił

łyk swojego drinka.

Potem  wsunął  ręce  do  kieszeni  spodni  i  spojrzał  na  nią

uważnie.

- Devon, zrobisz, co ci każę…

background image

- Nie – przerwała mu gwałtownie. – Nie ma mowy.

-  …bo  jeśli  mnie  nie  posłuchasz,  postaram  się,  żeby  to

twoje ukochane centrum opieki nad młodzieżą nie dostało ani
dolara  więcej.  Osobiście  będę przekonywał  sponsorów, że są
fundacje bardziej zasługujące na poparcie.

Devon poczuła dreszcz oburzenia i bezsilnej wściekłości.

Zdała sobie sprawę, że w tym momencie nienawidzi ojca. Za
to, że potraktował ją jak przedmiot, który można sprzedać lub
kupić.

Matka  wymusiła  na  niej  przed  śmiercią  przysięgę

dotyczącą  opieki  nad  ojcem.  A  ona,  jako  dziesięcioletnia
wtedy  dziewczynka,  nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  to
lekkomyślnie podjęte zobowiązanie będzie miało wpływ na jej
życie po upływie szesnastu lat.

Teraz,  jako  dwudziestosześcioletnia  kobieta,  nadal

mieszkała z ojcem pod wspólnym dachem i usiłowała tonować
jego chorobliwą, wręcz obsesyjną aktywność zawodową.

- Czy naprawdę byłbyś gotów odebrać mi pracę, która jest

dla mnie najważniejsza na świecie?

Ojciec zbył jej pytanie machnięciem ręki.

-  Tłumaczyłem  ci  wielokrotnie,  że  nie  potrzebujesz  tej

roboty.  Masz  do  wyboru  wiele  instytucji  społecznych,
w  których  mogłabyś  wykorzystać  swoje  zdolności
i umiejętności, a także nawiązać kontakty z ważnymi ludźmi.
A  ty  uparcie  trzymasz  się  podrzędnego  stanowiska
i  wykonujesz  pracę  niewymagającą  żadnych  szczególnych
kwalifikacji.  Więc  moja  odpowiedź  brzmi  tak.  Owszem,
pozbawię cię tej pracy, jeśli mnie do tego zmusisz. Co więcej,

background image

zrobię to z przekonaniem, że działam w twoim interesie, choć
jesteś zbyt uparta, żeby to dostrzec.

Ojciec  ma  rację.  Tu  nie  chodzi  tylko  o  nią,  lecz  również

o przyszłość centrum opieki społecznej. Od czterech lat było
ono nie tylko miejscem, w którym mogła wykorzystać swoją
uwieńczoną  doktoratem  wiedzę  z  zakresu  socjologii
i psychologii, lecz prawdziwym niebem.

Personel ośrodka, dzieci i ich krewni oraz seniorzy stali się

dla niej substytutem rodziny, którą zostawiła w New Jersey.

Nie  ma  prawa  zachować  się  jak  egoistka  i  pozbawić  ich

źródeł  finansowania  tylko  po  to,  by  ocalić  swoją
samodzielność,  podpowiedział  jej  wewnętrzny  głos.  Jej  upór
doprowadziłby do zwolnienia części personelu i do likwidacji
szeregu  programów  służących  nie  tylko  młodzieży,  lecz
również seniorom.

Nie, pomyślała w przypływie determinacji. Nie pozwoli na

to,  by  ojciec  działał  na  szkodę  centrum  i  jego  pracowników
oraz  podopiecznych.  Ale  nie  pozwoli  również  na  to,  by
decydował tak arbitralnie o jej przyszłości.

Znajdzie jakiś sposób wybrnięcia z tej idiotycznej sytuacji.

Jaki? W tym momencie nic nie przychodziło jej do głowy.

-  W  porządku,  tato  –  oświadczyła,  starając  się  panować

nad  głosem,  choć  targała  nią  burza  sprzecznych  uczuć.  –
Wygrałeś.  Zaakceptuję  twój  plan,  jeśli  mi  obiecasz,  że  nie
zaszkodzisz w żaden sposób mojemu centrum.

-  Tu  nie  chodzi  tylko  o  akceptację,  Devon  –  odparł

apodyktycznym  tonem.  –  Masz  poślubić  mężczyznę,  którego
dla ciebie wybrałem i wmówić mu, że tego właśnie pragniesz.

background image

Przekonać  go,  że  zawsze  marzyłaś  właśnie  o  takim  mężu.
Nasza  umowa  będzie  miała  charakter  ściśle  poufny,  ale  jeśli
naruszysz  jej  warunki,  ja  też  poczuję  się  wolny  od
jakichkolwiek zobowiązań. Czy rozumiesz?

-  Oczywiście,  tato  –  rzekła  cicho,  zaciskając  pięści

w bezsilnym geście protestu. – Rozumiem, że żądasz, żebym
zbudowała moją przyszłość na kłamstwie.

- Devon – zaczął ojciec podniesionym głosem, ale w tym

momencie rozległ się dzwonek do drzwi. – Kto to może być?
Czy kogoś się spodziewasz?

Zanim  zdążyła  odpowiedzieć,  w  drzwiach  pojawił  się

służący.

-  Przepraszam,  że  przerywam  rozmowę  z  panną  Devon.

Zjawił  się  tu  jakiś  dżentelmen,  który  twierdzi,  że  jest
oczekiwany. Zaprowadziłem go do salonu…

Lokaj nie dokończył zdania, bo przerwał mu dochodzący

od drzwi męski głos:

- Skoro jesteśmy już niemal członkami rodziny, uznałem,

że mam prawo naruszyć etykietę.

Devon zastygła. Znała ten głos.

Słyszała go w swoich snach.

Nie, to niemożliwe, pomyślała z przerażeniem. Odwróciła

się powoli i ujrzała jedynego mężczyznę, który budził w niej
mieszaninę zachwytu, pożądania, podniecenia oraz lęku.

Caina Farrella.

Nagle 

uświadomiła 

sobie 

znaczenie 

jego

wypowiedzianych  przed  chwilą  słów:  „Skoro  jesteśmy  już

background image

niemal członkami rodziny”…

Zerknęła  na  ojca  i  dostrzegła  na  jego  twarzy  pełen

zadowolenia uśmiech, który potwierdził jej przypuszczenia.

Ruszyła w stronę gościa, wyciągając rękę na powitanie, ale

zatrzymała  się  w  pół  kroku,  bo  dostrzegła  w  jego  oczach
wyraz pogardy.

Zdała sobie sprawę, że Cain Farrell jej nienawidzi.

A równocześnie uświadomiła sobie, że nie może mieć mu

tego za złe.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

To ona.

Poczuł  się  upokorzony  i  zdradzony.  A  równocześnie

wściekły na samego siebie. Rozmawiał z tą dziewczyną przez
dziesięć  minut,  ale  nie  wiedział,  jak  się  nazywa,  więc  nie
skojarzył jej z ofertą Gregory’ego Cole’a.

A  mimo  to  pojawiała  się  w  jego  snach  jako

wyidealizowany 

symbol 

życzliwości, 

niewinności

i  uczciwości.  Wszystkich  pięknych  przymiotów,  które  jak
sądził, zniknęły bezpowrotnie z tego świata.

Boże,  jaki  był  głupi!  –  pomyślał  z  wściekłością.  Ta

dziewczyna  dopuściła  się  manipulacji.  Z  pewnością
zaaranżowała  to  spotkanie  w  ogrodzie  jego  matki.  Trzeba
przyznać,  że  zasłużyła  na  Oscara  za  aktorstwo.  A  on  dał  się
nabrać jak skończony dureń.

Ciekawe,  czy  oboje  z  ojcem  składali  sobie  później

gratulacje i szydzili z jego naiwności.

-  Cain,  co  za  niespodzianka!  –  zawołał  Gregory,

przerywając  niezręczne  milczenie.  –  Spodziewaliśmy  się
ciebie na kolacji.

Z  szerokim  uśmiechem  podszedł  do  swojego  gościa,

wyciągając rękę na powitanie.

Cain nie odwzajemnił tego gestu, tylko przez długą chwilę

patrzył w milczeniu na dłoń gospodarza, zmuszając go w ten

background image

sposób do jej opuszczenia.

-  Udało  ci  się  zmusić  mnie  szantażem  do  poślubienia

córki, ale to nie znaczy, że jesteśmy przyjaciółmi lub możemy
nimi  kiedyś  zostać.  Ostrzegałem  cię,  że  zyskasz  na  tej
transakcji tylko moje nazwisko. Nic więcej. Żadnej przyjaznej
gadaniny.  Żadnych  wspólnych  kolacji.  Przyszedłem  tu  tylko
po  to,  żeby  poznać  kobietę,  której  tak  zależy  na  pozycji
towarzyskiej,  że  upoważniła  ojca  do  przestępczych  metod
wywierania nacisku.

Zerknął na Devon i stwierdził z radością, że z jej twarzy

zniknął  wyraz  fałszywego  zadowolenia,  który  jego  zdaniem
zupełnie do niej nie pasował.

- A teraz, kiedy ją poznałem, chciałbym porozmawiać z nią

przez  chwilę  w  cztery  oczy.  Wiem,  że  zadałaś  sobie  wiele
trudu,  Devon,  więc  przypuszczam,  że  nie  będziesz  miała  nic
przeciwko temu.

Spojrzał badawczo na dziewczynę i dostrzegł na jej twarzy

rozpacz  zmieszaną  z  poczuciem  winy.  Nie  miał  jednak
wątpliwości,  że  bierze  ona  świadomie  i  dobrowolnie  udział
w  podstępie  zaaranżowanym  przez  ojca,  więc  ta  udawana
rozpacz nie wzbudziła w nim współczucia.

- Co ty na to, Devon? – warknął Gregory tak agresywnym

tonem,  że  Cain  z  trudem  powstrzymał  się  od  zwrócenia  mu
uwagi na niestosowność jego zachowania.

-  Nie  mam  nic  przeciwko  temu,  żeby  z  tobą

porozmawiać  –  wyszeptała  Devon,  zwracając  się  tylko  do
Caina i ignorując pytanie ojca.

background image

Cain dostrzegł w jej zielonych oczach błysk determinacji

i  choć  zamierzał  ją  potraktować  równie  bezwzględnie  jak
Gregory’ego, poczuł coś w rodzaju współczucia.

Szybko  jednak  przypomniał  sobie  jej  rolę  w  tej  ponurej

intrydze i postanowił postępować zdecydowanie.

- Ale ja się na to nie zgadzam – warknął Gregory.

-  Nic  mnie  to  nie  obchodzi  –  oznajmił  Cain,  nie  zadając

sobie  nawet  trudu,  by  ukryć  niechęć,  jaką  budził  w  nim  pan
domu. – Albo porozmawiamy teraz, albo wyjdę i więcej mnie
nie zobaczycie.

Gregory  zacisnął  zęby  z  bezsilnej  wściekłości  i  przez

moment  sprawiał  wrażenie  człowieka  szykującego  się  do
walki,  ale  po  chwili  zdał  sobie  chyba  sprawę,  że  stoi  na
przegranej pozycji, bo wzruszył ramionami i opuścił wzrok.

- No dobrze – warknął. – Dwadzieścia minut.

Wyszedł z pokoju, a Cain wykrzywił twarz w ironicznym

uśmiechu.  Nie  miał  zamiaru  współczuć  człowiekowi
gotowemu sprzedać własną córkę, aby zdobyć dostęp do elity
towarzyskiej, do której drzwi były dotąd przed nim zamknięte.

Odwrócił się w stronę Devon i bezgłośnie zaklaskał.

-  Brawo!  –  zawołał  z  udawanym  zachwytem.  –  Dobra

robota.  Odegrałaś  swoją  rolę  perfekcyjnie.  Ojciec  musi  być
z ciebie cholernie dumny.

- Cain, przepraszam… – wyszeptała drżącym głosem.

-  Musisz  się  wyrażać  precyzyjniej.  Za  co  mnie

przepraszasz?  Za  to,  że  odegrałaś  rolę  przynęty  podczas

background image

pogrzebu  mojego  ojca  czy  za  to,  że  bierzesz  udział  w  tym
szantażu?

Za  to,  że  zrobiłaś  ze  mnie  durnia?  Za  to,  że  uwierzyłem

w  twoją  dobroć  i  niewinność?  Za  to,  że  co  noc  marzyłem
o kobiecie, która nie istniała?

Uznał,  że  kontynuowanie  tej  rozmowy  wymaga  drinka,

więc podszedł do barku, nalał sobie do szklanki trochę whisky
i wypił ją jednym haustem.

Potem  spojrzał  ponownie  na  Devon.  Miała  na  sobie

koszulkę z długimi rękawami i obcisłe granatowe dżinsy, ale
wydała mu się tak pociągająca, że pospiesznie odwrócił wzrok
i nalał sobie następnego drinka.

-  Cain,  pewnie  mi  nie  uwierzysz,  ale  bardzo  żałuję,  że

zostałeś wciągnięty w tę…

Zamilkła  i  spojrzała  na  niego  w  taki  sposób,  jakby

zabrakło jej słów, a on opróżnił szklankę i głośno postawił ją
na blacie.

- Czyżbyś chciała powiedzieć: w tę ponurą farsę? – spytał,

marszcząc  brwi. – Mówisz to takim tonem, jakbyś nie miała
z  tą  sprawą  nic  wspólnego.  Jakby  twoje  egoistyczne  żądania
nie komplikowały mojego życia. Nie próbuj mi wmawiać, że
nie miałaś wpływu na przebieg wydarzeń. Przecież możesz po
prostu  powiedzieć  ojcu,  że  nie  weźmiesz  udziału  w  tej
intrydze. Ale ty tego nie zrobisz, prawda, Devon? Za bardzo
jesteś  podobna  do  ojca.  Oboje  myślicie  tylko  o  pieniądzach
i awansie.

Devon  odetchnęła  głęboko,  przesunęła  ręką  po  włosach,

jakby chcąc poprawić jakiś niesforny kosmyk, i spojrzała mu

background image

w oczy.

-  Masz  rację  –  wyznała  cicho.  –  Nie  mogę  odmówić

uczestnictwa w tym układzie.

Spodziewał  się  właśnie  takiej  odpowiedzi,  a  jednak  nim

wstrząsnęła.  Do  tej  pory  miał  odrobinę  nadziei,  że  ocenił
Devon  zbyt  pochopnie.  Że  osoba  wyglądająca  tak  niewinnie
nie  jest  zdolna  do  takiego  kroku.  Teraz  jednak  pozbył  się
złudzeń  i  postanowił  jej  pokazać,  że  jest  w  stanie  przyjąć
narzucone mu przez nią oraz jej ojca reguły gry.

-  Choć  sama  myśl  o  tym,  że  będę  przykuty  do

karierowiczki  i  jej  podłego  ojca  napawa  mnie  wstrętem,
przyjmuję  twoją  wypowiedź  z  pewnym  zadowoleniem  –
oznajmił.

Zignorował  widoczny  w  jej  oczach  lęk  i  podszedł  bliżej,

zmniejszając  dystans  między  nimi.  Chciała  się  cofnąć,  ale
uniemożliwił  jej  to  stojący  za  nią  fotel.  On  zaś  przechylił
głowę w bok i zaczął się jej przyglądać. Wiedział, że postępuje
nietaktownie,  ale  nie  zamierzał  się  tym  przejmować.
W  sytuacji,  w  jaką  został  uwikłany,  nie  było  nic
„poprawnego”.

- Teraz, kiedy wyznałaś mi prawdę, nie masz co liczyć na

moją  pobłażliwość.  Zrobię  wszystko,  żeby  zamienić  twoje
życie  w  piekło.  Mam  nadzieję,  że  przeżyłaś  chwilę  triumfu,
kiedy  usłyszałaś  od  ojca,  że  złapał  mnie  na  haczyk.
Zapewniam  cię  jednak,  że  był  to  ostatni  radosny  moment,
jakim możesz, i będziesz mogła, się pochwalić.

- Czy obrzucanie mnie groźbami sprawia ci satysfakcję? –

spytała  tak  spokojnym  tonem,  że  mimo  woli  poczuł  podziw

background image

dla jej opanowania. I postanowił zachować do końca rozmowy
zimną krew.

-  Owszem  –  odparł,  a  ona  przymknęła  oczy  zaskoczona

jego  brutalną  szczerością.  –  Ale  mam  dla  ciebie  dobrą
wiadomość,  kochanie.  Przejrzałem  cię  na  wylot,  więc  nie
musisz już grać roli łagodnej, szlachetnej i uczciwej kobiety,
którą poznałem w ogrodzie mojej matki.

Uniósł  rękę  i  dotknął  jej  policzka,  parodiując  gest,  który

wykonał podczas ich pierwszego spotkania.

-  To  może  być  z  twojego  punktu  widzenia  jedyna  dobra

strona  naszego  małżeństwa.  Nie  będziesz  musiała  niczego
udawać,  bo  już  wiem,  że  jesteś  wyrachowana  i  zrobisz
wszystko, żeby osiągnąć cel.

Dostrzegł w jej oczach gwałtowny błysk i rozpoznał w nim

mieszaninę oburzenia oraz … tak… pożądania. Odepchnęła go
i zrobiła kilka kroków w stronę drzwi, ale zatrzymała się nagle
i spojrzała na niego z wyrzutem.

- Wcale mnie nie znasz – powiedziała łagodnym tonem. –

Spędziłeś w moim towarzystwie zaledwie dziesięć minut, więc
nie  wyobrażaj  sobie,  że  mnie  przejrzałeś.  I  nie  pochlebiaj
sobie.  Uważasz  się  za  wymarzonego  kandydata  na  męża
i jesteś przekonany, że zrobiłam wszystko, żeby cię schwytać
w pułapkę. Ale przyjmij do wiadomości, że nie jesteś jedyną
ofiarą.  Wbrew  temu,  co  sądzisz,  w  tej  sprawie  wcale  nie
chodzi o ciebie.

-  Więc  dowiedź  tego  –  zażądał  podniesionym  głosem.  –

Wezwij tu ojca i zakończ tę żałosną farsę.

background image

Kiedy milczała ani nie ruszyła w kierunku drzwi, jego usta

wykrzywił cyniczny grymas.

-  Sama  widzisz,  ile  są  warte  twoje  słowa.  Już  to  wiem

i więcej nie dam się nabrać na twoje święte oburzenie.

Devon westchnęła i przesunęła dłonią po włosach.

- Cain, posłuchaj mnie. Ja…

-  Nie  –  przerwał  jej  brutalnie.  –  To  ty  posłuchaj.  Chcę,

żebyś  wiedziała,  jaka  będzie  cena  szantażu,  do  którego
posunęliście  się  oboje  z  ojcem.  Jak  już  mu  mówiłem,
dostaniesz moje nazwisko, ale nie licz na nic więcej. Ani na
spokój  ducha,  ani  na  szczęście,  ani  na  moją  wierność.  Nie
zmienię dla ciebie mojego stylu życia. Być może twój ojciec
odniesie jakieś korzyści z tego, że zostanie moim teściem, ale
to ty poniesiesz wszystkie konsekwencje. I będziesz je ponosić
codziennie, może przez długie lata. Zastanów się, Devon, czy
dobrze  na  tym  wyjdziesz.  Bo  zapewniam  cię,  że  odpowiedź
brzmi przecząco.

Przez sekundę wydawało mu się, że dostrzega w jej oczach

poczucie  winy.  Ale  natychmiast  przypomniał  sobie,  że  ta
kobieta,  która  tak  cynicznie  go  oszukała,  nie  jest  zdolna  do
okazywania  skruchy.  Więc  odwrócił  się  na  pięcie  i  opuścił
pokój.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Devon  wysiadła  z  windy  na  piętrze  zastrzeżonym  dla

członków  ścisłego  kierownictwa  Farrell  International.
Panowała  tu  cisza  przerywana  tylko  klikaniem  klawiszy
komputerów.  Na  podłodze  leżały  ciemnoniebieskie  miękkie
dywany,  a  wyłożone  dębową  boazerią  ściany  zdobiły  dzieła
sztuki, które byłyby łakomym kąskiem dla każdego muzeum.
Dostępu  do  masywnych  drzwi,  na  których  wisiały  tabliczki
z nazwiskami, broniły elegancko ubrane sekretarki.

Aż  do  dzisiejszej  wizyty  w  tej  firmie  nie  zdawała  sobie

sprawy,  że  władza  i  bogactwo  posiadają  określony  zapach.
Zapach drewna cedrowego zmieszany z wonią świeżych ziół.
Oraz  jakiś  nieokreślony  aromat,  którego  nie  potrafiła
zdefiniować.  Wiedziała  tylko,  że  kojarzy  on  się  jej  z  osobą
Caina.

Poczuła  go  po  raz  pierwszy,  kiedy  podszedł  do  niej

w salonie ojca. Zagrodził jej drogę. Dotknął policzka. A teraz
ten  zmysłowy  zapach  przywołał  w  jej  pamięci  całą  tę
dramatyczną scenę…

Dopiero  w  tej  chwili  uświadomiła  sobie,  że  kiedy  stał

wtedy  przed  nią,  przewiercając  ją  wściekłym  spojrzeniem
swych wilczych oczu, wcale się go nie bała. Jej ciałem targały
różne  emocje,  ale  nad  wszystkim  górowało  na  wpół
uświadomione pożądanie.

background image

Doświadczyła 

go 

już 

wcześniej. 

Była

dwudziestosześcioletnią  kobietą  i  utrzymywała  bliższe
kontakty  z  kilkoma  mężczyznami.  Lubiła  seks,  szczególnie
wtedy,  kiedy  łączył  się  z  miłością.  Ale  właśnie  miłosne
niepowodzenie skazało ją na erotyczną pustkę, która trwała już
od kilku miesięcy.

Donald  Harrison  pracował  jako  analityk  giełdowy

w  przedsiębiorstwie  jej  ojca  i  szybko  wspinał  się  po
szczeblach  kariery  zawodowej.  Była  więc  zadowolona,  gdy
nawiązał  z  nią  rozmowę  podczas  jednego  z  firmowych
przyjęć.  Jako  przystojny  ciemny  blondyn  o  atletycznej
budowie  przyciągał  tęskne  spojrzenia  kobiet.  Ale  jedynym
obiektem jego zainteresowania okazała się Devon.

Zasypywał  ją  komplementami,  prezentami  i  dowodami

sympatii. Gregory Cole nie był zachwycony jej związkiem ze
„zwykłym analitykiem”, ale się tym nie przejmowała. Kochała
Donalda i snuła plany dotyczące ich wspólnej przyszłości.

Tym  bardziej  wstrząsnęło  nią  odkrycie,  że  ten  ukochany

mężczyzna traktował ją tylko jako szczebel kariery.

Ojciec przedstawił córce dowody dwulicowości Harrisona

podczas  śniadania.  Wręczył  jej  plik  dokumentów  i  skupił
uwagę na idealnie usmażonym omlecie.

Ona  zaś  dowiedziała  się  o  istnieniu  narzeczonej  Donalda

i  domu,  który  kupili  niedawno  w  Charlestown.  Obejrzała
nawet fotografię pierścionka zaręczynowego. A potem musiała
wysłuchać  odczytu  Gregory’ego,  który  zarzucił  jej,  że  jest
zbyt głupia i naiwna, by rozpoznać „łowcę posagu”. Dostrzec
prawdziwe  oblicze  człowieka,  któremu  zależy  tylko  na  jej
koneksjach.

background image

Tym razem ona może być podejrzana o to, że chce zrobić

karierę  towarzyską  opartą  na  związku  z  wysoko  urodzonym
członkiem  elity,  pomyślała,  zdobywając  się  na  ironiczny
uśmiech.  Nie  kiwnęła  palcem,  by  doprowadzić  do  zaistniałej
sytuacji, która na dodatek wcale nie jest jej na rękę.

Ale dla ojca nie ma to żadnego znaczenia. A już na pewno

nie ma żadnego znaczenia dla Caina Farrella.

Istnieje  jednak  jasna  strona  medalu.  Wkracza  w  ten

związek  z  otwartymi  oczami,  nie  będąc  zaślepiona  takimi
uczuciami jak miłość czy lojalność. Cain jej najwyraźniej nie
znosi, a nie wymyśliła jeszcze sposobu, który umożliwiłby jej
udaremnienie planów ojca.

To  zaś  oznacza,  że  będzie  przez  jakiś  czas  pozbawiona

swobody ruchu, nie mogąc ani zerwać umowy z Cainem, ani
ujawnić mu powodów, dla których była zmuszona przystać na
narzucony przez ojca układ.

Ponieważ  jednak  ten  człowiek  budził  w  niej  niestety

pożądanie,  musi  zachować  ostrożność,  bo  chwila  nieuwagi
może  okazać  się  równie  niebezpieczna  jak  wejście  do  klatki
z lwem.

-  Czy  mogę  pani  w  czymś  pomóc?  –  spytała  zadbana

brunetka  siedząca  za  biurkiem  przy  drzwiach  do  gabinetu
Caina.

Devon poczuła nagły przypływ niepokoju. Cain wezwał ją

do siebie, wysyłając mejla, ale nie wyjaśnił, o co chodzi. Nie
była  więc  pewna,  czy  jego  zaproszenie  nie  jest  pierwszym
krokiem zmierzającym do przeistoczenia jej życia w piekło.

background image

Ale  perspektywa  spotkania  budziła  w  niej  nie  tylko  lęk,

lecz również niezrozumiałe podniecenie.

Czyżby była naprawdę niezrównoważona?

-  Jestem  Devon  Cole  –  oznajmiła  z  uśmiechem  swojej

rozmówczyni,  która,  jak  głosiła  noszona  przez  nią  w  klapie
plakietka,  nazywała  się  Charlene  Gregg  i  była  asystentką
dyrektora. – Wezwał mnie Cain Farrell.

-  Pan  Farrell  kazał  mi  zaprosić  panią  natychmiast  do

gabinetu  –  odparła  kobieta,  otwierając  przed  nią  ciężkie
dębowe drzwi.

Devon zatrzymała się na chwilę w progu, chcąc obejrzeć

wnętrze.  Było  przestronne  i  zalane  światłem  wpadającym
przez  dwa  olbrzymie  okna.  Ścian  nie  zdobiły  dzieła  sztuki,
lecz  duże  oprawione  czarno-białe  fotografie  zabytków
Bostonu. Ogólne wrażenie było wprost zachwycające.

Zerknęła na Caina. I natychmiast tego pożałowała.

Jego  zimne  spojrzenie  odebrało  jej  nieuzasadniony  cień

nadziei.

Zdała  sobie  sprawę,  że  złamała  ustalone  przez  siebie

zasady postępowania wobec tego człowieka. Sprowadzały się
one w gruncie rzeczy do ukrywania emocji.

Świadomie przywołała z głębin pamięci wstrząsający ból,

jaki przeżyła, odkrywszy dwulicowość Donalda. I przyrzekła
sobie  po  raz  nie  wiadomo  który,  że  już  nigdy  w  życiu  nie
będzie tak naiwna.

-  Wezwałeś  mnie,  więc  jestem  –  oznajmiła,  starając  się

nadać  swojemu  głosowi  ton  chłodnej  nonszalancji,  która

background image

opuściła  ją  natychmiast  po  wkroczeniu  do  biurowca  firmy
Farrell International.

Po  ich  ostatnim  spotkaniu  przysięgła  sobie  bowiem,  że

nigdy więcej nie okaże nawet cienia słabości w obecności tego
człowieka.

-  Czy  mogę  się  spodziewać  takiej  uległości  w  naszym

przyszłym  życiu  małżeńskim?  –  spytał  Cain  z  ironicznym
uśmiechem.  –  Nie  jest  to  cecha,  którą  najbardziej  cenię
u kobiet, ale w twoim przypadku gotów jestem zrobić wyjątek.

-  Popełniasz  błąd,  wyciągając  zbyt  pochopne  wnioski.

Powinieneś  przecież  wiedzieć,  że  tak  wyrachowana  kobieta
jak ja potrafi wykorzystać każde twoje potknięcie.

-  Doceniam  ten  nagły  przypływ  szczerości,  ale  nie

wezwałem cię tu po to, żeby słuchać twoich pouczeń.

Wziął  do  ręki  leżący  na  biurku  tablet,  nacisnął  kilka

klawiszy i podsunął jej ekran.

W  pierwszym  odruchu  miała  ochotę  wybiec  z  pokoju

i zatrzasnąć za sobą drzwi.

Zatrzymała  ją  na  miejscu  tylko  głupia,  autodestrukcyjna

duma.  Miała  zamiar  zrobić  wszystko  co  w  jej  mocy,  by
uwolnić  się  od  narzuconych  jej  małżeńskich  zobowiązań.
Liczyła na to, że jej znajomość z Cainem nie potrwa długo, ale
na  razie  nie  zamierzała  mu  się  w  żadnej  sprawie
podporządkowywać.

Więc  choć  instynkt  samozachowawczy  kazał  jej  się

cofnąć, wyciągnęła rękę po tablet i skupiła uwagę na ekranie.
Ujrzała na nim tytułową stronę jednego z najpopularniejszych

background image

magazynów specjalizujących się w drukowaniu plotek z życia
bostońskiej elity towarzyskiej.

Choć  Cain  nie  wydawał  jej  się  człowiekiem

poświęcającym uwagę tego rodzaju sensacyjnym publikacjom,
zaczęła  czytać  artykuł,  ale  po  chwili  drgnęła  nerwowo
i głęboko wciągnęła powietrze.

- Ja… - wyjąkała, czując ukłucie upokorzenia i gniewu. –

Ja tego nie zrobiłam…

-  Czego  nie  zrobiłaś?  –  przerwał  jej  chłodnym  tonem.  –

Nie  poinformowałaś  prasy  o  naszych  nieistniejących
zaręczynach? Nie udzieliłaś wywiadu tej plotkarskiej szmacie?

-  To  naprawdę  nie  ja  –  powtórzyła,  kurczowo  zaciskając

palce na obudowie tabletu. – Nie zrobiłabym tego bez twojej
zgody.

-  Czyżbyś  mnie  chciała  przekonać,  że  nagle  stałaś  się

uczciwa?  –  spytał  drwiącym  tonem.  –  Jeśli  nie  ty  jesteś
źródłem tego przecieku, to z pewnością jest nim twój ojciec.
To  zresztą  nie  ma  znaczenia.  Ważne  jest  tylko  to,  że  nie
zdążyłem  jeszcze  poinformować  o  naszym  osobliwym
układzie mojej matki. Zamiast dowiedzieć się o tym od syna,
przeczytała  ten  głupi  artykuł.  Czy  wiesz,  jak  trudno  jest
okłamywać własną matkę, patrząc jej w oczy?

-  Nie  wiem  –  odparła  szeptem.  –  Moja  matka  umarła,

kiedy miałam dziesięć lat.

Cain zesztywniał, a w pokoju zapanowała grobowa cisza.

Devon zastanawiała się, jak oceniłaby tę sytuację matka. Jak
wyglądałoby życie rodziny, gdyby nie odeszła z tego świata?
Czy ojciec stałby się takim człowiekiem, jakim jest obecnie?

background image

- Teraz wiem, co miałaś na myśli, mówiąc mi w ogrodzie,

że rozumiesz mój ból – powiedział cicho Cain, obrzucając ją
badawczym  spojrzeniem.  –  Przykro  mi  z  powodu  twojej
matki, Devon. Matki… odgrywają w naszym życiu szczególną
rolę.

Zamilkł  na  chwilę,  a  ona  dostrzegła  w  jego  oczach

przebłysk rozpaczy.

- Matki są niezastąpione. Jak dawno straciłaś swoją?

- Szesnaście lat temu.

- Ale chyba nadal za nią tęsknisz?

- To prawda – przyznała, z trudem powstrzymując wybuch

płaczu.

Podała mu tablet i podeszła do okna, z którego rozciągał

się wspaniały widok na śródmieście Bostonu.

On  chyba  czuje  się  jak  król,  oglądając  miasto  z  tej

wysokości.  Ale  to  nie  znaczy,  że  ma  prawo  traktować
wszystkich jego mieszkańców jak poddanych.

-  To  nie  ja  udzieliłam  wywiadu  tej  gazecie  –  oznajmiła

spokojnym tonem. – Ale gotowa jestem przeprosić cię za to,
co zrobił ojciec. Choć teraz nie ma to już pewnie znaczenia.

- To prawda – przyznał. Zauważyła z przykrością, że jego

ton  ponownie  stał  się  lodowaty.  –  Nie  wymyśliłem  w  porę
historyjki na tyle wiarygodnej, aby przedstawić ją matce, więc
nie wiedziałem, jak jej wytłumaczyć to, że nie poznała dotąd
kobiety, z którą widuję się na tyle długo, by poprosić ją o rękę.
Złamałbym jej serce, mówiąc, że skazałem się na takie samo
pozbawione  uczuć  więzienie,  jakim  był  dla  niej  związek
z moim ojcem. Więc miałem zamiar skłamać i wmówić jej, że

background image

się  zakochałem.  Bardzo  proszę,  żebyś  w  jej  obecności
wykorzystała swoje uzdolnienia i grała rolę kobiety, która nie
wyobraża  sobie  życia  beze  mnie.  Moja  prośba  obejmuje
wszystkie  osoby,  które  mogłyby  przedstawić  jej  prawdziwy
obraz naszego związku.

Devon  dopiero  teraz  uświadomiła  sobie  ogrom

niegodziwości,  do  jakiej  posunął  się  ojciec.  Na  chwilę
zabrakło jej tchu.

Miała  wrażenie,  że  wszystkie  jego  kłamstwa,  oszustwa

i  machinacje  wypełniają  całe  pomieszczenie,  wywołując
w  niej  silny  atak  klaustrofobii.  Nękała  ją  również  bolesna
świadomość,  że  cena  za  snobistyczne  aspiracje  ojca  będzie
bardzo wysoka.

I że będą musiały ją zapłacić dwie osoby: ona i Cain.

Z  czarnej  rozpaczy,  w  której  się  stopniowo  pogrążała,

wyrwał ją głos Charlene.

-  Panie  Farrell,  Laurence  Reese  z Agencji  Fotograficznej

Liberty przybył na umówione spotkanie.

-  Devon,  to  będzie  twoje  pierwsze  oficjalne  wystąpienie

w  roli  mojej  narzeczonej  –  oznajmił  Cain,  podchodząc  do
biurka i naciskając jakiś guzik. – Nasze zaręczynowe zdjęcia.
Wpuść go, Charlene.

Ruszył  w  kierunku  drzwi,  ale  zatrzymał  się  przy  Devon

i dodał:

- Chcę, żeby każdy człowiek, który zobaczy te fotografie,

był  zachwycony  naszym  szczęśliwym  związkiem.  Żebyśmy
zepchnęli  w  cień  tę  wysoko  urodzoną  pieprzoną  parę,  to

background image

znaczy  Harry’ego  i  Meghan.  Więc  bardzo  proszę,  żebyś
wzniosła się na szczyty swoich możliwości.

Podszedł do drzwi, w których ukazał się po chwili wysoki

szczupły mężczyzna.

Devon  uśmiechnęła  się  do  niego  niepewnie,  a  on

odwzajemnił jej powitanie, składając uprzejmy ukłon.

Za nim wcisnęła się do gabinetu kilkuosobowa ekipa, która

zaczęła  rozstawiać  trójnogi,  kamery  i  lampy.  Podłogę
przykryły  liczne  kable,  a  na  jednej  ze  ścian  pomieszczenia
zawisł zielony ekran.

Ekipa pracowała bardzo sprawnie, więc wkrótce wszystko

było  gotowe,  a  fotograf,  z  którego  szyi  zwisał  aparat,  kazał
parze narzeczonych podejść do okna.

Biurko  Caina  zostało  przesunięte  na  bok,  a  Devon

domyśliła  się,  że  chodzi  o  ujęcie,  w  którym  oboje  będą  stali
obok siebie, mając u stóp cały Boston.

Chodzi  o  symbol  bogactwa,  władzy  i  potęgi,  pomyślała

z niesmakiem.

Znawcy  mediów  od  dawna  twierdzą,  że  jedna  fotografia

jest  warta  tyle  co  tysiąc  słów.  Ale  w  ich  przypadku  cała  ta
narracja będzie oparta na kłamstwie.

- Na początek proszę stanąć za narzeczoną, panie Farrell,

i ją objąć – polecił Laurence, zdejmując aparat z szyi.

Devon  poczuła,  że  robi  jej  się  słabo.  Bliskość  Caina

działała na nią obezwładniająco.

Oddychała z trudem. Nerwowe napięcie zaczynało się od

jej stóp i biegło aż do czubka głowy. Była tak odrętwiała, że

background image

gdyby  Cain  pchnął  ją  jednym  palcem,  upadłaby  na  podłogę
i zapewne roztrzaskała się na kawałki.

Zdała  sobie  sprawę,  że  to  pierwsze  zbliżenie  między  nią

a  Cainem  będzie  kłamstwem  wymyślonym  na  potrzeby
kamery i szerokiego grona odbiorców.

Wydało  jej  się  to  niesmaczne  i  oburzające,  ale  mimo  to

jakaś cząstka jej osobowości marzyła o tym, by Cain ją objął.
Żeby  poczuła  się  w  jego  ramionach  bezpieczna…  a  może
nawet szczęśliwa.

Uścisk Caina wyrwał ją z odrętwienia. Drgnęła nerwowo,

mając wrażenie, że przez jej ciało przebiega iskra. Chciała się
uwolnić, ale silny uchwyt jego ramion zmusił ją do pozostania
na miejscu.

-  Tylko  się  nie  denerwuj  –  wyszeptał  jej  do  ucha,  a  ona

zdała sobie sprawę, że z punktu widzenia kamery ich zbliżenie
będzie wyglądać wręcz sielankowo. – Pamiętaj, że każdy mój
dotyk ma w tobie budzić zachwyt.

O  mój  Boże,  pomyślała  z  rozpaczą,  zagryzając  dolną

wargę, by stłumić jęk desperacji. Jego słowa przywiodły jej na
myśl  zupełnie  inną  scenerię.  Szerokie  łóżko…  zmiętą
pościel… unoszący się w powietrzu zapach seksu. Jego dłonie
obejmujące jej piersi, wsuwające się między rozedrgane uda…

-  Idealne  ujęcie!  –  zawołał  Laurence,  naciskając

wielokrotnie spust migawki.

Devon,  oślepiona  przez  rozbłyski  światła,  odruchowo

uniosła ręce i zacisnęła palce na dłoniach Caina.

- Znakomicie. A teraz popatrzcie na mnie.

background image

Następne  trzydzieści  minut  upłynęło  Devon  w  malignie

będącej  mieszaniną  zażenowania  i  pożądania.  Usiłowała
panować nad podnieceniem, gdy Cain chwytał ją za łokieć lub
przywierał do niej piersią, i grać rolę zakochanej.

A równocześnie modliła się w duchu o to, by kamera nie

ujawniła  miotających  nią  emocji:  wstydu  oraz  marzenia
o prawdziwej, a nie udawanej bliskości.

Chciałaby już to mieć za sobą, myślała gorączkowo.

Nie  tylko  tę  sesję  zdjęciową,  lecz  całe  to  bagno,  w  które

wpędził ją ojciec.

Jako  dziecko  wychowane  bez  udziału  matki

i zaniedbywane przez ojca przeżywała męki odrzucenia. Teraz,
jako dorosła kobieta, tak bardzo tęskniła za miłością, że była
gotowa przyjmować za dobrą monetę czułe gesty Caina, choć
wiedziała, że są one tylko grą pozorów…

Zdławiła  szloch  i  głęboko  wciągnęła  powietrze,  chcąc

odzyskać  równowagę.  Ale  mimo  wszystko  czuła  się
w  objęciach  Caina  jak  w  krępującym  ruchy  kaftanie
bezpieczeństwa.

Na  szczęście  jej  rzekomy  narzeczony  podszedł  w  tym

momencie  do fotografa,  by obejrzeć  na monitorze  wykonane
już  zdjęcia.  Wykorzystała  więc  przerwę,  aby  zbliżyć  się  do
okna.

Stała  przy  nim  przez  kilka  minut,  usiłując  opanować

narastające przerażenie.

Nie może sobie pozwolić na słabość, powtarzała w duchu.

Nie jest nadwrażliwa ani nadmiernie delikatna. Nie załamało

background image

ją  rozstanie  z  Donaldem;  co  więcej,  sprawiło,  że  stała  się
bardziej odporna i silniejsza. Rozsądniejsza i mniej naiwna.

Nie dopuści do tego, by Cain okazał się bardziej skuteczny

niż Donald i zniszczył jej psychikę.

- Zbliżamy się do końca sesji, ale potrzebne mi jest jeszcze

jedno ujęcie – oznajmił Laurence, biorąc do rąk inny aparat. –
Chodzi  o  pocałunek.  Oczywiście,  jeśli  nie  macie  nic
przeciwko temu – dodał z uśmiechem.

Devon  odwróciła  się  gwałtownie  od  okna,  zamierzając

zaoponować,  ale  poczuła  na  sobie  chłodne  spojrzenie  Caina,
więc  zachowała  milczenie.  Była  przekonana,  że  Cain
stanowczo zaprotestuje.

Przecież  nie  ma  ochoty  na  ten  pocałunek,  pomyślała  ze

smutkiem. Dał jej do zrozumienia, że ich małżeństwo – jeśli
w  ogóle  do  niego  dojdzie  –  będzie  dla  niej  udręką,  bo  Cain
zarezerwował sobie prawo do szukania rozkoszy w ramionach
innych kobiet.

Z pewnością więc odrzuci teraz sugestię fotografa.

- Gdzie mamy się ustawić? – spytał Cain, nie odrywając od

niej wzroku.

- Przed tym zielonym ekranem.

Cain  wyciągnął  do  niej  rękę,  a  ona  przez  chwilę  trwała

w bezruchu, ale potem zdała sobie sprawę, że wszyscy czekają
na  jej  reakcję,  więc  zrobiła  krok  do  przodu  i  objęła  palcami
jego dłoń.

On  zaś  wolnym  krokiem  podszedł  do  zielonego  ekranu,

delikatnie pociągając ją za sobą.

background image

-  Doskonale!  –  zawołał  Laurence.  –  Zachowujcie  się

naturalnie. Wyobraźcie sobie, że nas tutaj nie ma. Że jesteście
sami.

Devon  czuła  na  sobie  spojrzenia  wszystkich  obecnych

w  pokoju  osób.  Jej  zmysły  były  tak  wyostrzone,  że  słyszała
ich  oddechy.  Że  docierał  do  niej  zapach  wody  po  goleniu
używanej przez Laurence’a.

-  Popatrz  na  mnie  –  wyszeptał  Cain  tak  cicho,  że  nikt

oprócz niej nie słyszał jego głosu.

Ona  zaś,  nie  wiedząc  dlaczego  to  robi,  spełniła  jego

polecenie i spojrzała mu w oczy.

- Decyzja należy do ciebie, Devon.

Przecież powiedział wyraźnie, że uważa całą tę tragifarsę

za akt zemsty, pomyślała ze zdumieniem. Zadośćuczynienie za
krzywdę, którą wyrządzili mu oboje z ojcem. A mimo to daje
jej  prawo  wyboru,  choć  mógłby  wykorzystać  swoją
uprzywilejowaną pozycję.

Znowu poczuła atak bezsilności.

Zdała sobie sprawę, że marzy o czymś, co jest niemożliwe.

Oddałaby wszystko na świecie za to, by cofnąć bieg wydarzeń.
Żeby  intryga  jej  ojca  i  wymuszone  narzeczeństwo  wpadły
w  otchłań  zapomnienia.  A  spotkanie  w  ogrodzie  stało  się
początkiem prawdziwego związku.

Żeby  scena,  w  jakiej  oboje  biorą  teraz  udział  była

autentycznym aktem przyszłego małżeństwa, a nie rekwizytem
żałosnej i tandetnej farsy.

Nawet  Bóg  nie  potrafiłby  cofnąć  czasu,  pomyślała  ze

smutkiem.  Jej  marzenia  muszą  pozostać  w  sferze  fikcji.

background image

Chociaż…  może  udałoby  się  ocalić  choć  jeden  ich  element.
Pocałunek.  Odrobinę  czułości.  Wyobrażenie  o  namiętnym
romansie…

Kiwnęła głową.

Ujrzała w oczach Caina błysk triumfu, a może pożądania.

Przez chwilę czuła się jak ofiara w konfrontacji z wilkiem. Ale
zamiast uciec, podeszła do niego bliżej i odchyliła głowę.

Cała  ta  scena  wydawała  jej  się  tak  surrealistyczna,  że

straciła kontrolę nad swoimi odruchami.

Cain uniósł rękę i wplótł palce w jej włosy. Poczuła ciepło

bijące  od  jego  piersi,  ale  nie  cofnęła  się,  lecz  przywarła  do
niego mocniej i spojrzała mu w oczy.

Spodziewała  się  namiętnego  pocałunku,  ale  Cain

ponownie ją zaskoczył, bo przesunął delikatnie wargami po jej
ustach.  Ta  niewinna  pieszczota  wydała  jej  się  bardziej
podniecająca niż wszystko, co dotąd przeżyła.

Gdy  zaś  wysunął  język  i  wniknął  w  jej  usta,  odniosła

wrażenie,  że  znalazła  się  w  niebie.  Zapomniała  o  całym
świecie.  W  tym  momencie  liczyła  się  dla  niej  tylko  bliskość
Caina, który doprowadzał ją do rozkosznej euforii.

Przez  gęstą  mgłę  pożądania  przedarł  się  stanowczy  głos

Laurence’a:

-  Chyba  osiągnęliśmy  już  to,  o  co  nam  chodziło.  Mam

nadzieję,  że  będzie  pan  zadowolony  z  końcowego  efektu,
panie Farrell.

Oboje  zesztywnieli,  wracając  do  rzeczywistości,  a  potem

Cain podszedł do fotografa i zaczął z nim rozmawiać.

background image

Devon  poczuła  się  samotna.  Nadal  drżąc  z  pożądania,

uniosła rękę do ust, by musnąć miejsce, którego przed chwilą
dotykały jego wargi.

Nagle  znieruchomiała,  bo  Cain  odwrócił  się  i  obrzucił  ją

spojrzeniem, w którym dostrzegła przebłysk czułości.

A może tylko tak jej się wydawało.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Cain  dobrze  pamiętał  dzień,  w  którym  po  raz  pierwszy

ujrzał „Mona Lisę”.

Miał  wtedy  piętnaście  lat,  a  ojciec,  który  jechał

w interesach do Paryża, zabrał go z sobą. Podróż okazała się
piekielnie  nudna.  Przynajmniej  z  jego  punktu  widzenia.
Przebywali przez pięć dni w jednym z najpiękniejszych miast
świata,  ale  on  spędził  niemal  cały  ten  czas  w  salach
konferencyjnych,  w  których  ojciec  pertraktował  z  innymi
ludźmi biznesu.

Piętnastoletniego  chłopca  nie  interesowały  inwestycje,

zyski  ani  straty.  Myślał  tylko  o  tym,  jak  udoskonalić  swoje
umiejętności  tenisowe  i  nawiązać  intymne  stosunki
z najbardziej urodziwymi koleżankami.

Piątego  dnia  pobytu  ojciec  kazał  swojemu  asystentowi

oprowadzić syna po Paryżu. Odwiedzili wtedy Luwr, a Cain ją
zobaczył.  Monę  Lizę.  Wpatrywał  się  przez  pół  godziny
w  portret  tajemniczej  włoskiej  arystokratki,  którą  uznał  za
symbol  wdzięku,  podziwiając  jej  mroczną  urodę
i enigmatyczny uśmiech.

Uśmiech  ujawniający  przewrotność,  radość  życia

i namiętność. Szczególnie namiętność.

Żadna  żywa  kobieta  nigdy  nie  wzbudziła  w  nim  takiego

zainteresowania i zachwytu jak to dzieło sztuki.

background image

Aż do chwili obecnej.

Gdy  Laurence  i  jego  ekipa  wyszli  z  pokoju,  Cain  musiał

wytężyć  całą  siłę  woli,  by  się  nie  obejrzeć  i  nie  wpatrywać
w milczącą kobietę, która nadal stała na tle zielonego ekranu.

Nie  podziwiać  rysów  twarzy,  które  tylko  ślepiec  mógłby

uznać za pospolite. Nie zachwycać się kształtnymi biodrami,
pięknym biustem i ustami, których piękno omal nie powaliło
go na kolana mimo obecności świadków.

Ich  smak,  kształt  i  słodycz  były  tak  porażające,  że

zapomniał o całym świecie.

W  momencie  pocałunku  ważna  była  dla  niego  tylko  ta

kobieta, która z zaskakującą uległością przelała na niego swą
namiętność. Taka sytuacja nie wydarzyła mu się nigdy dotąd.
Nigdy. Gdy zaś wynurzył się z mrocznej otchłani pożądania,
jego miejsce zajęły złość i lęk.

Nie mógł sobie darować tego, że zatonął w zachwycie, jaki

wzbudziła  w  nim  Devon,  i  przez  chwilę  był  całkowicie
bezbronny.

Zaczął  podejrzewać,  że  pod  powłoką  niewinnej

poprawności  płonie  namiętność  mogąca  spalić  go  na  popiół.
Dostrzegł  w  oczach  Devon  jej  przebłyski  już  podczas  ich
zdawkowej rozmowy w ogrodzie.

Do  diabła!  –  zaklął  w  duchu.  Odkąd  spotkał  tę

dziewczynę,  pojawiała  się  w  jego  snach,  zakłócając
odpoczynek.  A  teraz,  kiedy  poznał  smak  jej  ust,  będzie  miał
szczęście, jeśli uda mu się choćby zdrzemnąć.

Zacisnął zęby, zamknął drzwi za ostatnim członkiem ekipy

i szybkim krokiem podszedł do Devon.

background image

Oboje  patrzyli  na  siebie  przez  chwilę,  a  potem  zaczęli

mówić równocześnie:

- Muszę już iść…

- Powinniśmy…

Oba zdania pozostały niedokończone, bo w tym momencie

otworzyły  się  drzwi  i  stanęli  w  nich  Achilles  oraz  Kenan.
Zachowywali  się  tak  swobodnie,  jakby  byli  u  siebie,
i w pewnym sensie mieli do tego prawo.

Formalnie  rzecz  biorąc,  byli  współwłaścicielami  całego

nieruchomego  i  ruchomego  majątku  firmy.  Ich  obecność
uświadomiła  to  Cainowi,  budząc  w  nim  ponowny  przypływ
bezsilnej wściekłości.

-  Serdecznie  zapraszam  –  wycedził  sarkastycznym

tonem. – Moje pozornie zamknięte drzwi są w istocie zawsze
otwarte.

-  Odnotowujemy  to  z  satysfakcją  –  mruknął  zadowolony

Kenan,  wykrzywiając  usta  w  ironicznym  uśmiechu,  a  potem
dostrzegł  Devon  i  obrzucił  ją  badawczym  spojrzeniem.  –
Dotarły  do  nas  jakieś  absurdalne  pogłoski  o  twojej
zaręczynowej  sesji  fotograficznej.  Nie  dajemy  im  wiary,  bo
przecież  gdybyś  naprawdę  chciał  się  żenić,  to  chyba  my  nie
dowiedzielibyśmy  się  o  nich  jako  ostatni,  prawda?  Bądź  co
bądź jesteśmy rodziną.

Cain usłyszał ciche westchnienie Devon, więc spojrzał na

nią i zobaczył jej szeroko otwarte oczy.

-  Pozwól,  że  ci  przedstawię  moich  dwóch  przyrodnich

braci  –  powiedział  z  wymuszonym  uśmiechem.  –  To  jest

background image

Kenan  Rhodes,  a  to  Achilles  Farrell.  A  to  jest  Devon  Cole,
moja narzeczona – wykrztusił z trudem.

- Cieszę się, że mogę cię poznać, Devon – oznajmił Kenan,

wyciągając  rękę  na  powitanie  i  posyłając  dziewczynie
serdeczny  uśmiech,  na  widok  którego  Cain  poczuł  ukłucie
zazdrości.

Natomiast  Achilles  pochylił  lekko  głowę,  ale  jego  twarz,

ukryta częściowo pod gęstą brodą, pozostała nieprzenikniona.

-  Ja  też  jestem  zadowolona,  że  mogę  was  poznać  –

oświadczyła  Devon.  –  Przykro  mi,  że  Cain  nie  powiadomił
was o naszych zaręczynach. To moja wina. Prosiłam go, żeby
nie wtajemniczał nikogo w nasze plany, dopóki nie ukaże się
w  gazetach  zawiadomienie  o  ślubie.  Po  prostu  jestem
przesądna,  a  on  spełnił  moją  prośbę,  choć  uznał  moje
stanowisko za absurdalne.

- Skoro wyjaśniliśmy już sobie wątpliwości, to chciałbym

teraz  porozmawiać  w  cztery  oczy  z  moją  narzeczoną  –
oznajmił Cain, przypominając sobie, że w gruncie rzeczy nie
zna ani nie lubi swoich przyrodnich braci.

-  Będziemy  ci  niesłychanie  wdzięczni,  Devon,  jeśli

zechcesz  udzielić  mu  kilku  lekcji  dobrych  manier  –  mruknął
Kenan, potrząsając głową. – Tak czy owak, witaj w rodzinie.

Wymówił słowo „rodzina” w taki sposób, jakby ujawniał

jakąś  posępną  tajemnicę,  a  potem  pocałował  Devon
w policzek, uśmiechnął się do Caina i wyszedł z pokoju.

Achilles skłonił się lekko i podążył jego śladem.

-  Dlaczego  ich  okłamałaś?  –  spytał  Cain,  a  Devon

wzruszyła ramionami.

background image

- Nie chciałam, aby było im przykro, że nie powiadomiłeś

ich o naszych zaręczynach.

Spojrzał na nią badawczo, podejrzewając, że ta odpowiedź

ma go przekonać o jej życzliwości i prostolinijności, i chyba
tak było, bo nie dostrzegł w jej oczach wyrachowania.

Zauważył  natomiast  jej  spuchnięte  wargi.  Uświadomił

sobie,  że  to  on  jest  tego  przyczyną  i  poczuł  coś  w  rodzaju
dumy.

- Jak to możliwe? – spytała szeptem, zerkając w kierunku

drzwi. – Przecież wy trzej…

-  Chcesz  się  dowiedzieć,  jak  to  jest  możliwe,  żeby  trzej

faceci  pochodzący  z  różnych  środowisk  byli  braćmi,  choć
dzieli ich w dodatku bariera rasowa.

Zaczerwieniła się, ale kiwnęła głową.

-  Niezwykła  historia  odnalezionych  dziedziców  fortuny

Farrellów  była  przed  dwoma  tygodniami  tematem
sensacyjnych  artykułów  drukowanych  przez  szmatławce.
Czyżbyś ich nie czytała?

-  Skoro  mamy  się  pobrać,  to  będzie  lepiej,  jeśli  od  razu

powiem  ci  prawdę.  Nic  mnie  nie  obchodzą  rewelacyjne
informacje  dotyczące  prywatnego  życia  gwiazd  muzyki
rockowej  ani  rekinów  biznesu.  Oglądam  tylko  dzienniki
telewizyjne i filmy. Wszystko inne mam po prostu w nosie.

- Naprawdę? – spytał ze zdziwieniem, unosząc brwi.

-  Naprawdę  –  odparła,  potwierdzając  ruchem  głowy.  –

Zalew  tego  całego  gówna,  którym  żyją  media,  przyprawia
mnie  o  depresję  albo  budzi  chorobliwy  apetyt.  A  słodycze

background image

natychmiast  mnie  tuczą.  Więc  nie  mogę  śledzić  kronik
towarzyskich, bo robię się gruba jak beczka.

Cain  spojrzał  na  nią  ze  zdumieniem,  z  trudem

powstrzymując wybuch śmiechu.

Wydała mu się tak czarująco szczera i bezpretensjonalna,

że miał ochotę ją uściskać.

Przypomniał  sobie  jednak,  że  ta  kobieta  jest  cyniczna

i wyrachowana, więc zmarszczył brwi i wrócił do tematu.

-  Achilles  i  Kenan  są  nieślubnymi  synami  mojego  ojca.

Dowiedziałem się o ich istnieniu dopiero po jego śmierci.

Streścił  jej  przebieg  spotkania,  na  którym  odczytano

testament ojca.

- Jak z tego wynika, musimy wszyscy trzej współpracować

z sobą zgodnie przez jeden rok, aby uratować firmę.

Devon  potrząsnęła  z  niedowierzaniem  głową.  Jej  piękne

gęste włosy opadły na ramiona.

Spojrzał na nią z zachwytem, czując przypływ pożądania.

Teraz już wiedział, że popełnił błąd, całując ją tak namiętnie
podczas sesji.

Nie wolno ci pozwolić sobie nigdy więcej na tego rodzaju

słabość, podpowiedział mu wewnętrzny głos. Przecież ona jest
manipulantką zagrażającą waszej rodzinnej spółce.

- Co za idiotyczny pomysł! – zawołała ze zdumieniem. –

Dlaczego on tak długo ukrywał przed tobą istnienie Achillesa
i Kenana? Przecież miałeś prawo dowiedzieć się wcześniej, że
nie jesteś jedynakiem.

background image

Jako młody chłopiec Cain często żałował, że nie ma braci

ani sióstr. Może nie czułby się wtedy tak samotny.

Ale w miarę dorastania dochodził do wniosku, że nie jest

stworzony do rodzinnego życia. A jego coraz gorsze stosunki
z ojcem zdawały się potwierdzać słuszność tej diagnozy.

-  Barron  Farrell  był  mistrzem  w  dziedzinie  intryg

i manipulacji, więc z pewnością miał powody, żeby postąpić
w tej sprawie tak a nie inaczej. A moje życie potoczyłoby się
własnym  torem  bez  względu  na  to,  czy  wiedziałbym
o istnieniu Kenana i Achillesa.

-  Jak  możesz  tak  mówić?  –  zawołała,  ponownie

potrząsając  głową.  –  Ja  byłabym  szczęśliwa,  gdyby  się
okazało, że mam brata lub siostrę. Nie czułabym się wtedy tak
bardzo samotna i miałabym kogoś, kto zawsze stałby po mojej
stronie.

Ostatnie  wypowiedziane  przez  nią  zdanie  zabrzmiało  tak

smutno, że Cain poczuł ucisk w gardle.

- Dlaczego miałabyś czuć się samotna, Devon? Może nie

masz  rodzeństwa,  ale  przecież  sama  mówiłaś,  że  pochodzisz
z dużej rodziny.

- Jestem zdziwiona, że to zapamiętałeś.

- Pamiętam wszystko, co wydarzyło się tego dnia.

-  Owszem,  mam  dużą  rodzinę.  Sześć  ciotek  i  czterech

wujów  ze  strony  ojca  i  matki.  Oraz  mnóstwo  kuzynów,
których  nie  widziałam  od  lat.  Odkąd  z  New  Jersey
przenieśliśmy się tutaj.

- New Jersey nie leży za siedmioma morzami – mruknął,

marszcząc  brwi.  –  Można  tam  dojechać  w  ciągu  niecałych

background image

pięciu godzin. Nie rozumiem, dlaczego wasza przeprowadzka
oznaczała kres kontaktów rodzinnych.

Devon przymknęła oczy, lecz Cain zdążył dostrzec w nich

wyraz bólu.

- Na początku firma ojca wymagała jego stałej obecności,

więc  nie  odwiedzaliśmy  krewnych  zbyt  często.  Potem…
potem  wszyscy  stali  się  nagle  bardzo  zajęci,  więc  rozmowy
telefoniczne były coraz rzadsze, aż w końcu ustały. Po prostu
straciliśmy z sobą kontakt.

Wzruszyła  ramionami,  ale  ten  nonszalancki  gest  nie

wypadł zbyt przekonująco.

Cain  był  pewny,  że  Devon  tęskni  za  tą  wielką  rodziną,

o  której  opowiadała  tak  sugestywnie  podczas  ich  rozmowy
w  ogrodzie.  I  domyślał  się,  że  to  tajemnicze  ochłodzenie
rodzinnych  stosunków  miało  jakiś  związek  z  Gregorym
Cole’em.

-  Mój  Boże  –  wyszeptała  nagle,  patrząc  mu  w  oczy.  –

Teraz  rozumiem,  dlaczego  wyszedłeś  w  dniu  pogrzebu  do
ogrodu. Miałeś powody do żalu i oburzenia. Nie tylko straciłeś
ojca,  lecz  w  dodatku  odkryłeś,  że  okłamywał  cię  od  lat.  Nie
dziwię się, że byłeś w tak fatalnym nastroju.

-  Spotkanie  z  tobą  pozwoliło  mi  odzyskać  równowagę

i wiarę w ludzi.

- Nie na długo – szepnęła, opuszczając wzrok.

- To prawda – przyznał niechętnie. – Ale mimo to jestem

ci wdzięczny. Przypomniałaś mi pewną bardzo ważną zasadę.
Jeśli  coś  wydaje  się  zbyt  piękne,  żeby  było  prawdziwe,  to
przeważnie tak właśnie jest.

background image

Wygłaszając tę złośliwą uwagę, chciał ją ukarać za udział

w wymierzonej przeciwko niemu intrydze, a zarazem dać do
zrozumienia, że nigdy więcej nie obdarzy jej zaufaniem. Ale
bolesny  grymas,  który  przemknął  przez  twarz  Devon,  nie
sprawił mu satysfakcji.

Może  dlatego,  że  nadal  pamiętał  smak  jej  ust  i  marzył

podświadomie o nowej okazji do pocałunku…

-  Muszę  się  teraz  przygotować  do  ważnego  spotkania  –

oznajmił  obcesowym  tonem,  wkładając  ręce  do  kieszeni
spodni.

Jeśli  ta  bezceremonialna  odprawa  sprawiła  jej  przykrość,

to wcale tego nie okazała.

Podeszła  do  fotela,  na  którym  zostawiła  swoją  torebkę

przed  przybyciem  ekipy  fotograficznej,  i  stała  przez  chwilę
nieruchomo, jakby chciała coś powiedzieć.

Potem  potrząsnęła  głową  i  opuściła  pokój,  nie  oglądając

się za siebie.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Odniósł wrażenie, że znalazł się w piekle.

Ogromna sala jadalna była pełna gości i przywodziła mu

na myśl dzień pogrzebu ojca.

Na  liście  zaproszonych  znaleźli  się  potentaci  biznesu,

ulubieńcy  kronik  towarzyskich,  celebryci,  a  nawet  nieliczni
zawodowi  sportowcy.  Koszt  potraw  i  alkoholi  z  pewnością
przerastał  roczne  zarobki  przeciętnego  zjadacza  chleba.
Zgromadzone  elementy  dekoracyjne,  obejmujące  antyczne
meble i dzieła sztuki, musiały przynieść fortunę projektantowi
wnętrz.

Eleganckie  towarzystwo  złożone  z  obwieszonych

klejnotami  kobiet  i  wystrojonych  w  smokingi  mężczyzn
znakomicie się bawiło.

Tym  razem  pretekstem  do  zgromadzenia  nie  była  śmierć

Barrona  Farrella,  lecz  zaręczyny  jego  syna.  Jemu  samemu
było zresztą wszystko jedno.

Na szczęście Gregory Cole uparł się, by urządzić bankiet

w  jego  domu  nad  zatoką,  a  nie  w  rezydencji,  w  której  Cain
miał  z  wyroku  ojca  mieszkać  przez  najbliższe  dwanaście
miesięcy.

Każda  okazja  do  opuszczenia  tego  mauzoleum  była  dla

niego bardzo cenna.

background image

Musiał jednak przyznać, że Gregory nie szczędził środków

i  zrobił  co  w  jego  mocy,  by  popisać  się  przed  bostońskim
towarzystwem swoją zamożnością i przedsiębiorczością.

Albowiem  niezależnie  od  tego,  co  wydrukowano  na

zaproszeniach, bohaterami tego spotkania nie byli wcale Cain
i Devon.

Był nim wyłącznie Gregory Cole.

Znakomicie  wykorzystał  okazję  do  zgromadzenia

w  jednym  miejscu  wszystkich  ludzi,  którym  chciał
zaimponować.  To  nie  było  przyjęcie  zaręczynowe,  lecz
początek  kampanii  mającej  mu  zapewnić  dostęp  do
uprzywilejowanej, dobrze urodzonej elity.

A on, jak każdy wybitny generał, okazał się znakomitym

strategiem.

Cain  przyglądał  się  zebranym  z  niesmakiem.  Nie  znosił

tego rodzaju okazji. Nie cierpiał pretensjonalności, hipokryzji
i fałszywych aspiracji.

Do  udziału  w  tym  przedsięwzięciu  zmusiła  go  lojalność

wobec  jednej  osoby.  Osoby,  którą  kochał  najbardziej  na
świecie.

Emelii Farrell.

Rozejrzał  się  po  sali  i  natychmiast  dostrzegł  matkę  jak

zwykle  otoczoną  przez  grono  podziwiających  ją  kobiet
i mężczyzn.

Choć miała już pięćdziesiąt kilka lat, była w oczach syna

równie piękna jak w czasach jego dzieciństwa.

background image

To  ona  kupiła  mu  z  okazji  dwunastych  urodzin  pierwszy

aparat  fotograficzny.  To  ona  najgłośniej  wznosiła  okrzyki  na
jego cześć, kiedy kończył szkołę średnią i studia, choć jej mąż
nie  wziął  udziału  w  żadnej  uroczystości,  tłumacząc  się
nawałem zajęć.

Czas przyprószył jej kruczoczarne włosy siwizną i upstrzył

zmarszczkami  twarz,  ale  nie  stłumił  blasku  niebieskich  oczu
płonących miłością do syna.

Ta  właśnie  miłość  przywiodła  ją  tego  wieczoru  do  domu

byłego kochanka.

Cain nie znał szczegółów romansu matki z Gregorym i nie

mógł  o  nie  pytać,  ponieważ  matka  nie  miała  pojęcia,  że  on
o tym wie.

Choć  jednak  ich  związek  zakończył  się  w  przyjaznej

atmosferze,  Gregory  wykorzystywał  go  teraz  jako  broń
umożliwiającą mu szantażowanie Caina.

A Cain nie mógł dopuścić, aby matka dowiedziała się, że

jej romans z Gregorym jest narzędziem tego szantażu.

Oderwał wzrok od matki i skupił się na stojącej obok niej

swojej narzeczonej.

Pani Farrell ujrzała tego wieczoru Devon po raz pierwszy,

ale natychmiast ją polubiła.

Powiedziała  nawet  synowi,  że  jest  nią  zachwycona.  Nie

śmiał  rozwiewać  złudzeń  matki,  więc  nie  ujawnił  przed  nią
prawdziwej natury Devon i nie poinformował jej o tym, że ten
związek  ma  więcej  wspólnego  z  bezwzględną  zachłannością
niż z prawdziwym uczuciem.

background image

-  Synu,  to  jest  twoje  przyjęcie  zaręczynowe  –  oznajmił

Gregory,  który  nagle  zjawił  się  obok  niego  i  poklepał  go
poufale  po  ramieniu.  –  Powinieneś  się  bawić,  a  nie  stać
w kącie jak dziewczyna, z którą nikt nie chce tańczyć. Podejdź
do  tych  ludzi,  bo  przecież  oni  przyszli  tu  po  to,  żeby  uczcić
ciebie i twoją przyszłą żonę.

- To są twoi goście, a nie moi – mruknął Cain, krzywiąc

się  z  niesmakiem.  –  A  biorąc  pod  uwagę  fakt,  że  dostałem
zaproszenie dopiero przed dwoma dniami, choć wszyscy inni
otrzymali  je  o  tydzień  wcześniej,  powinieneś  być  mi
wdzięczny za to, że w ogóle tu jestem.

Uniósł szklankę do ust, strącając pod tym pretekstem dłoń

intruza z ramienia.

- I nigdy więcej nie nazywaj mnie synem.

Gregory  nie  przestał  się  uśmiechać,  ale  w  jego  oczach

błysnął gniew.

-  Chyba  nie  zamierzasz  wywoływać  awantury  w  moim

domu, Cain? Stanowczo bym ci to odradzał.

Gregory rozejrzał się po sali z wyraźną dumą.

- Bardzo się cieszę, że twoja matka zechciała przyjąć moje

zaproszenie. Muszę przyznać, że wygląda zachwycająco.

Cain  poczuł  gwałtowny  przypływ  złości  i  z  trudem

powstrzymał  się,  by  nie  uzewnętrznić  go  w  skrajnie
drastycznej formie.

- Posłuchaj mnie uważnie, Cole – warknął. – I zapamiętaj,

co  ci  powiem.  Nie  pozwalaj  sobie  na  żadne  komentarze
dotyczące mojej matki. Nie patrz w jej stronę ani nawet o niej
nie myśl. Jesteś pewnie przekonany, że twój szantaż postawił

background image

mnie  w  sytuacji  podbramkowej.  Zapewniam  cię  jednak,  że
jeśli w jakikolwiek sposób urazisz jej uczucia lub choćby dasz
mi powód do podejrzeń, rozniosę twój świat na strzępy, nawet
gdybym miał zniknąć razem z nim z powierzchni ziemi.

- Nie obawiam się twoich gróźb…

- Nie, Cole. To nie była groźba, tylko obietnica.

Gregory  spojrzał  na  niego  z  wściekłością  i  najwyraźniej

chciał coś powiedzieć, ale słowa uwięzły mu w gardle.

-  W  końcu  cię  znaleźliśmy,  Cain!  –  zawołał  Kenan,

podchodząc do nich jak zwykle w towarzystwie Achillesa.

Obaj przepchnęli się z trudem przez tłum gości, wywołując

ich  zaciekawione  spojrzenia  i  żywe  komentarze.  Był  to  bądź
co  bądź  pierwszy  publiczny  występ  nieślubnych  synów
Barrona  Farrella  w  towarzystwie  ich  urodzonego  w  związku
małżeńskim brata.

Cain poczuł kolejny przypływ irytacji.

-  Postąpiłeś  rozsądnie,  zajmując  pozycję  blisko  baru  –

zauważył Achilles, sięgając po szklankę piwa.

- Ten facet rzadko otwiera usta, ale kiedy już to robi, mówi

bardzo  rozsądnie!  –  zawołał  Kenan  z  uśmiechem,  a  potem
wyciągnął rękę do gospodarza. – Jestem Kenan Rhodes. Miło
mi poznać przyszłego teścia Caina.

-  Wiele  słyszałem  o  panu  i  o  bracie  –  odparł  Gregory,

ściskając  jego  dłoń.  –  Cieszę  się,  że  zechcieliście  skorzystać
z mojego zaproszenia.

-  Jakże  moglibyśmy  postąpić  inaczej?  –  spytał  Kenan,

zdobywając się na czarujący uśmiech. – Czy pozwoli pan, że

background image

porwiemy na chwilę Caina?

-  Oczywiście.  –  Gregory  ponownie  poklepał  Caina  po

plecach.  –  Dokończymy  naszą  rozmowę  później,  mój  drogi
przyszły zięciu.

Odwrócił się i zniknął w tłumie, a Kenan wykrzywił twarz

w ironicznym grymasie.

- Widzę tego faceta po raz pierwszy w życiu, ale budzi we

mnie instynktowną niechęć. To dobrze, że nie żenisz się z nim,
tylko z jego córką. Choć cała ta sprawa wydaje mi się mocno
podejrzana.

- O czym ty mówisz? – spytał Cain.

- O Devon – włączył się do rozmowy Achilles. – Podczas

fotograficznej  sesji  zaręczynowej  nie  miała  na  palcu
pierścionka. To się nam wydało bardzo dziwne.

Cain  zaklął  w  duchu  i  z  trudem  powstrzymał  się,  by  nie

zerknąć w kierunku narzeczonej.

Cały  proces  zaręczyn  miał  tak  niezwykły  przebieg,  że

kupno  pierścionka  nie  przyszło  mu  do  głowy.  Teraz  nasunął
mu się szereg pytań.

Kto  jeszcze  to  zauważył?  Czy  goście  zastanawiają  się,

dlaczego  Cain  Farrell  nie  kupił  narzeczonej  –  kobiecie,
w  której  był  podobno  szaleńczo  zakochany  –  pierścionka
zaręczynowego?

-  Chyba  nikt  tego  nie  zauważył  –  mruknął  Kenan,  jakby

czytając  w  jego  myślach.  –  Posłuchaj,  Cain.  Zdaję  sobie
sprawę,  że  nie  traktujesz  nas  jak  braci  i  nie  znasz  na  tyle
dobrze,  żeby  nam  zaufać.  Chcę  cię  jednak  zapewnić,  że
możesz  liczyć  na  naszą  lojalność.  Nie  musisz  nas

background image

wtajemniczać  w swoje sprawy, ale jeśli jest coś, co możemy
dla ciebie zrobić, to po prostu nam o tym powiedz.

On ma rację, pomyślał Cain. Wcale im nie ufam.

Nauczył się już jako dziecko, że nie może stuprocentowo

polegać na nikim oprócz matki. Z tymi dwoma facetami łączy
go  wspólny  kod  genetyczny,  ale  nic  więcej.  Więc  dlaczego
zapewniają  go  o  swojej  lojalności?  Co  zrobił,  by  na  nią
zasłużyć?

Chciał  im  powiedzieć,  że  nie  muszą  składać  takich

deklaracji, ale się rozmyślił.

-  Dziękuję  –  mruknął,  a  potem  odchrząknął  i  zaczął  się

rozglądać za Devon.

Dostrzegł matkę, ale jego „narzeczona” nie stała już obok

niej.

-  Czy  któryś  z  was  widział  Devon?  –  spytał,  marszcząc

brwi.

-  Nie  –  odparł  Achilles.  –  Kilka  minut  temu  ojciec

odciągnął  ją  od  twojej  matki,  mówiąc,  że  chce  z  nią
porozmawiać. Dlaczego pytasz? Czy wszystko jest okej?

- Oczywiście – odparł Cain, zmuszając się do beztroskiego

uśmiechu,  a  potem  postawił  drinka  na  barze  i  udał  się  na
poszukiwanie Devon oraz Gregory’ego.

-  Tato,  co  się  dzieje?  Czy  wszystko  jest  w  porządku?  –

spytała Devon, wchodząc za ojcem do biblioteki.

Była  zadowolona,  że  może  na  chwilę  opuścić  przyjęcie.

Tego rodzaju uroczyste okazje zawsze budziły jej wewnętrzny
sprzeciw.

background image

Dziś czuła się jeszcze gorzej. Wiedziała, że jest w centrum

uwagi  wielu  osób,  które  zastanawiały  się,  jakim  cudem
skromna,  niezbyt  atrakcyjna  dziewczyna  zdołała  usidlić
jednego z najbardziej pożądanych kawalerów w mieście.

Ojciec był natomiast w swoim żywiole.

Zachowywał  się  jak  król  zasiadający  na  tronie

i  przyjmujący  hołdy  najwybitniejszych  przedstawicieli
bostońskiego towarzystwa.

Przyglądała mu się uważnie, kiedy podchodził do ukrytego

w  ścianie  biblioteki  barku,  aby  nalać  sobie  drinka.  Mimo
wszystko chciała wierzyć, że ten szantażysta i manipulator jest
nadal  tym  samym  dobrym  ojcem,  który  uczył  ją  jeździć  na
rowerze  i  czule  podnosił  z  ziemi,  kiedy  się  przewracała.  Że
mężczyzna,  którego  kochała  matka,  nie  zniknął  całkowicie
z powierzchni ziemi.

- Jak układają się twoje stosunki z Cainem? – spytał, nie

odwracając głowy.

- Chyba nieźle – odparła, marszcząc brwi.

Czego on się spodziewa? – spytała się w duchu.

Przecież  Cain  padł  ofiarą  szantażu.  Uważa  ją  za

współuczestniczkę  tego  zamachu  na  jego  wolność.  I  darzy
szczerą niechęcią.

Choć całował ją gorąco.

Natychmiast  odrzuciła  od  siebie  tę  myśl.  Wiedziała

dobrze,  że  pożądanie  nie  ma  nic  wspólnego  z  czułością  ani
miłością. Nauczyła ją tego przygoda z Donaldem.

background image

-  Nieźle?  –  powtórzył  Gregory,  odwracając  się  w  jej

stronę.  –  To  za  mało.  Przecież  ludzie  widzą,  że  oboje
traktujecie  się  bardzo  chłodno.  To  są  wasze  zaręczyny,  a  wy
zachowujecie  się  tak,  jakbyście  byli  tu  za  karę.  Musisz  się
bardziej starać, Devon. Po wszystkim, co dla ciebie zrobiłem,
masz obowiązek zadbać o to, żeby moje wysiłki nie poszły na
marne. Jeśli się postarasz, on może zapomnieć o tym, że został
zmuszony  do  tego  małżeństwa.  Chcę,  żeby  robił  wrażenie
szczęśliwego i żebyś o to zadbała.

-  Zastanów  się  nad  tym,  co  mówisz,  tato  –  wycedziła

lodowatym  tonem.  –  Mówisz  w  taki  sposób,  jakbyś  był
stręczycielem zmuszającym mnie do prostytucji.

- Nie bądź śmieszna. Robię to dla ciebie i dla dzieci, które

kiedyś urodzisz. Po to, żebyś nie musiała nigdy znosić tego, co
przypadło w udziale mnie i twojej matce. Biedy, bezsilności,
anonimowości.  Żeby  nikt  nigdy  nie  mógł  patrzeć  na  ciebie
z góry. Wiem, że postępuję niezbyt pięknie, ale otaczający nas
świat  nie  jest  piękny  i  chyba  nawet  Cain  zdaje  sobie  z  tego
sprawę.

-  Ty  chyba  naprawdę  wierzysz  w  to,  co  mówisz  –

wyszeptała.  –  Ale  mama  byłaby  zadowolona,  gdybyśmy
zostali  w  Plainfield,  w  małym  domku  wypełnionym  rodziną.
Nie  mieliśmy  wtedy  wielkiej  rezydencji  i  fury  pieniędzy,  ale
byliśmy  szczęśliwi.  Cieszyliśmy  się  miłością,  poczuciem
wspólnoty i radością życia. Byliśmy sobie bliscy. Nie zależy
mi  na  akceptacji  obcych  ludzi.  Żadne  pieniądze  świata  nie
zapewnią  nam  szacunku  bliźnich  ani  tego,  co  mieliśmy
w Plainfield.

background image

- Na takie gadanie może pozwolić sobie osoba, która nigdy

nie musiała ciężko pracować na utrzymanie rodziny – warknął
ojciec.  –  Tak  czy  owak  to  już  przeszłość.  Twoja  matka  nie
żyje,  a  ja  będę  opiekować  się  tobą  w  sposób,  jaki  uznam  za
słuszny.

Uniósł szklankę do ust i wypił z niej spory łyk.

- A to zmusza mnie do poruszenia jeszcze jednego tematu.

Dotarło  do  mojej  wiadomości,  że  firma  Farrell  International
przygotowuje  projekt  budowy  nowej  dzielnicy  położonej
między parkiem miejskim a północnym dworcem kolejowym.
Mają  się  tam  znaleźć  sala  koncertowa,  centrum  handlowe,
biurowiec,  pięćset  apartamentów  i  sześćdziesięciopiętrowy
wieżowiec  mieszkalny.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  Farrell
zamierza  współpracować  tylko  z  kilkoma  inwestorami.  A  ja
chcę znaleźć się w ich gronie.

-  Nie  wiem,  co  to  ma  wspólnego  ze  mną  –  oznajmiła

Devon, wzruszając ramionami.

- Bardzo wiele – odparł ojciec, podchodząc bliżej i patrząc

jej w oczy. – W obecnej sytuacji Cain nie jest nastawiony do
mnie bardzo… przychylnie.

Devon z trudem stłumiła wybuch śmiechu. Słowo wybrane

przez ojca wydało jej się rażąco niestosowne.

-  I  tu  zaczyna  się  twoja  rola.  Musisz  go  nakłonić,  żeby

zaproponował mi udział w tym przedsięwzięciu.

- Chyba nie mówisz poważnie! – zawołała, ale jeden rzut

oka  na  ojca  przekonał  ją,  że  nie  doceniła  jego  aroganckiej
pewności  siebie.  –  Myliłam  się,  ty  mówisz  poważnie!  Tato,
przecież to absurd!

background image

-  Jesteś  dzięki  mnie  zaręczona  z  jednym

z najpotężniejszych ludzi w Bostonie…

-  Wcale  cię  o  to  nie  prosiłam  i  nie  chcę  mieć  z  tym  nic

wspólnego!

-  Jesteś  dzięki  mnie  przedmiotem  zazdrości  wszystkich

mieszkanek  tego  miasta  –  ciągnął,  podnosząc  głos,  aby
zagłuszyć  jej  protesty.  –  Najmniejsze,  co  możesz  zrobić,  to
okazać  mi  wdzięczność  i  pomoc.  Tak  ogromny  projekt
oznacza  wielomilionowe  zarobki  dla  mnie  i  dla  moich
klientów.  Współpraca  z  Farrell  International  zapewni  mojej
firmie  awans  do  grona  najlepiej  prosperujących  spółek
inwestycyjnych w kraju. Musisz tylko porozmawiać z Cainem
i wykorzystać cały swój dar perswazji…

-  Dar  perswazji?  –  powtórzyła  ironicznie.  –  Jaki  dar

perswazji? Przecież on mnie nienawidzi tylko trochę mniej niż
ciebie. Nawet gdybym mogła na niego wpłynąć, nigdy bym się
na to nie odważyła. Nie wiem, w jaki sposób zmusiłeś go do
tego  małżeństwa,  ale  nie  pozwolę,  żebyś  w  dodatku  wciągał
go w swoje interesy.

Gwałtownie potrząsnęła głową.

- Mówisz mi, że robisz to wszystko dla mnie. Ale ja wiem,

że  motywem  twojego  działania  jest  egoizm  i  nie  chcę,  abyś
mnie wciągał w jakiekolwiek manipulacje dotyczące Caina.

-  Gdzie  jest  twoja  lojalność?  –  warknął,  podchodząc

jeszcze  bliżej  i  oskarżycielskim  gestem  wyciągając  w  jej
stronę  palec.  –  Jesteś  moją  córką.  Masz  obowiązki  wobec
mnie,  a  nie  wobec  mężczyzny,  o  którego  istnieniu  nie
wiedziałabyś do tej pory, gdyby nie ja. Jesteś moją dłużniczką.

background image

-  Twoją  dłużniczką?  –  powtórzyła  z  niedowierzaniem.  –

Więc powiedz mi, kiedy nasze rachunki zostaną wyrównane.
Kiedy nie będę już musiała się prostytuować, żeby zaspokoić
twoje ambicje?

W oczach Gregory’ego zalśniła wściekłość. Chwycił córkę

za rękę.

- Nie ośmielaj się mówić do mnie w taki sposób, bo…

- Daj jej święty spokój!

Gregory zesztywniał, a Devon zerknęła w kierunku drzwi

biblioteki, w których stał Cain.

Wyglądał jak anioł zemsty, a ona z trudem powstrzymała

się, by podbiec do niego i przytulić twarz do jego piersi.

- To jest sprawa rodzinna, Cain – oznajmił Gregory. – Nie

masz prawa się do niej wtrącać.

- Dałeś mi to prawo, ingerując w moje życie. Grożąc, że

narazisz  na  szwank  opinię  mojej  matki,  czyniąc  ze  swojej
córki  ofiarę  podejrzanej  transakcji,  którą  zawarłeś  z  moim
ojcem.  Mylisz  się,  Cole.  Mam  prawo  wtrącać  się  do
wszystkich spraw dotyczących Devon.

W bibliotece zapadła grobowa cisza. Devon słyszała tylko

łomot własnego serca.

„Mam  prawo  wtrącać  się  do  wszystkich  spraw

dotyczących Devon”.

Ostatnie  zdanie  Caina  odebrało  jej  głos.  W  ciągu

minionych  szesnastu  lat  była  skazana  na  własne  siły.  Nikt
nigdy  nie  troszczył  się  o  jej  samopoczucie  fizyczne
i psychiczne. I właśnie dlatego oświadczenie Caina zabrzmiało

background image

w  jej  uszach  jak…  może  jak  zapowiedź  interesującej
przygody?

-  To  absurd!  –  warknął  jej  ojciec.  –  Nie  mam  czasu  na

bzdury. Muszę zadbać o swoich gości.

Raz  jeszcze  spojrzał  z  wściekłością  na  córkę,  a  potem

pospiesznie wyszedł z biblioteki, zatrzaskując za sobą drzwi.
W  pokoju  znowu  zapadła  cisza.  Devon  nadal  czuła
przyspieszone bicie serca.

-  Czy  on  kiedykolwiek  podniósł  na  ciebie  rękę?  –  spytał

Cain, obrzucając ją badawczym spojrzeniem.

- Nie – wyszeptała, potrząsając głową. – Nie byłby do tego

zdolny.  Cokolwiek  o  nim  sądzisz,  nigdy  nie  posunął  się  do
przemocy fizycznej.

- O co się spieraliście?

Nie  odpowiadając  na  pytanie,  podeszła  do  niego…  tak

blisko,  że  musiała  odchylić  głowę,  aby  spojrzeć  mu  w  oczy.
Poczuła zapach jego wody po goleniu.

Instynkt  samozachowawczy  nakazywał  jej  ucieczkę,  ale

pozostała na miejscu, pragnąc poznać prawdę.

-  Co  miałeś  na  myśli,  mówiąc,  że  mój  ojciec  zagrażał

opinii twojej matki? – spytała drżącym głosem.

- Wiele lat temu moja matka miała romans z twoim ojcem.

Małżeństwo  moich  rodziców  nie  było  szczęśliwe.  Kiedy
dorosłem  na  tyle,  żeby  zrozumieć  powody  ich  kłótni,
wiedziałem,  że  Barron  ją  zdradzał.  Kiedy  twój  ojciec  zjawił
się w moim gabinecie, żeby opowiedzieć mi o tym romansie,
nie  oceniałem  postępowania  matki.  Uznałem  po  prostu,  że
popełniła błąd, zadając się z niewłaściwym człowiekiem.

background image

Devon  była  zdziwiona,  że  Cain  mówi  o  ojcu  w  taki

sposób, jakby był z nim po imieniu, ale cierpliwie czekała na
dalszy ciąg.

-  Tuż  przed  śmiercią  Barrona  Gregory  złożył  mu  wizytę

i  przedstawił  dowody  niewierności  jego  żony.  Taśmy  wideo,
fotografie, esemesy, mejle. Barron nie chciał wyjść na kogoś,
kto  nie  potrafi  zaspokoić  seksualnych  potrzeb  swojej  żony,
więc zależało mu na zachowaniu sprawy w tajemnicy. Zawarł
więc  z  twoim  ojcem  umowę.  Gregory  obiecał,  że  nie
opublikuje kompromitujących dowodów, a mój ojciec zgodził
się na moje małżeństwo z jego córką.

O Boże, wyszeptała bezgłośnie, przyciskając dłonią coraz

szybciej bijące serce. Nie miała siły tego słuchać.

-  W  tydzień  po  pogrzebie  Barrona  twój  ojciec  zjawił  się

u  mnie  z  tą  umową  w  ręku,  żądając,  żebym  spełnił  zawarte
w  niej  warunki.  Zagroził,  że  jeśli  odrzucę  jego  roszczenia,
postara  się,  aby  te  fotografie,  taśmy  i  mejle  dotarły  do
brukowców  i  plotkarskich  portali  internetowych.  Miałem
wybór:  mogłem  poślubić  jego  córkę  albo  zostać  biernym
świadkiem plotek na temat mojej matki. Więc przystałem na
jego żądania.

Devon głęboko wciągnęła powietrze, czując, że robi jej się

słabo.  Miała  wrażenie,  że  jej  głowę  rozrywa  jakaś  potężna
eksplozja.

Jak  mój  ojciec  mógł  tak  postąpić?  –  myślała  z  rozpaczą.

Jak  mógł  wykorzystać  matkę  Caina  w  charakterze  jednostki
przetargowej? Czy zachowałby się tak samo, gdyby chodziło
o moją matkę, czyli jego żonę? Czy jego chciwość i ambicja
nie znają granic?

background image

Poczuła zawrót głowy i lekko się zachwiała, przyciskając

dłoń  do  żołądka.  Kątem  oka  zauważyła,  że  Cain  rusza  w  jej
kierunku, więc wyciągnęła rękę, aby go powstrzymać.

Nie  zniosłaby  niczyjego  dotyku.  Nawet  drobny  ruch

powietrza mógłby ją przewrócić. Ale Cain się nie zatrzymał.
Podszedł  do  niej  od  tyłu  i  chwycił  ją  za  ramiona,  by  nie
upadła.

Emanująca z niego siła pomogła jej zachować równowagę.

Przełknęła ślinę i siłą woli opanowała atak słabości. Ale nadal
drżała na całym ciele.

-  Nie  wiedziałam  o  tym  –  wyszeptała  przez  ściśnięte

gardło. – Przysięgam, że o tym nie wiedziałam.

Teraz rozumiem, dlaczego on mnie nienawidzi, pomyślała

z rozpaczą.

Jest  przekonany,  że  brała  udział  w  intrydze  mającej

skompromitować jego matkę. Że jest egoistyczną suką gotową
zdobyć  się  na  każdą  podłość,  aby  poślubić  faceta  z  elity
towarzyskiej.  On  nie  wie,  że  jestem  jak  on  zakładnikiem
ojca… a ona nie może mu tego powiedzieć.

A nawet gdyby mogła, nie miałoby to żadnego znaczenia.

Jest  córką  szantażysty  zamykającego  Cainowi  drogę  do
szczęśliwej  przyszłości  u  boku  jakiejś  kobiety,  którą  mógłby
naprawdę pokochać.

- Spokojnie, Devon. Staraj się głęboko oddychać. Rób to

co ja.

Wciągnął  głęboko  powietrze,  a  ona,  nie  do  końca

świadomie,  zaczęła  go  naśladować.  Wdech…  wydech.
Wdech… wydech.

background image

Minęło kilkadziesiąt sekund… może kilka minut. Jedynym

dźwiękiem  zakłócającym  ciszę  były  ich  oddechy.  Devon
poczuła spływający na nią spokój, który stopniowo przerodził
się w pożądanie.

Nagle zdała sobie sprawę, że Cain obejmuje ją jedną ręką

tuż  pod  biustem,  a  jego  nogi  przylegają  do  jej  ud.  I  poczuła
ucisk jego nabrzmiałej męskości.

Po krótkiej walce z sobą uległa pokusie i zaczęła się o nią

ocierać.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  igra  z  ogniem,  ale  w  tym
momencie niewiele ją to obchodziło.

Cain  odwrócił  ją  twarzą  do  siebie  i  mocno  przytulił.

Poczuła  pulsujący  ból  w  podbrzuszu,  a  kiedy  Cain  pochylił
głowę, stanęła na palcach i zbliżyła do niego usta.

Podczas sesji fotograficznej zaskoczyła ją łagodność jego

pieszczoty. Tym razem było inaczej.

Cain przywarł wargami do jej ust mocno, niemal brutalnie,

a ona odwzajemniła jego zapał, dając mu do zrozumienia, że
jest gotowa na wszystko.

Zanim  zdążyła  zaprotestować,  jego  dłoń  zacisnęła  się  na

jej piersi. Cienki materiał, z którego uszyta była suknia, okazał
się  niewystarczającą  barierą  dla  jego  palców.  Kiedy  ścisnął
lekko  sutek,  odniosła  wrażenie,  że  poraził  ją  prąd  i  wydała
cichy okrzyk. Nie był to okrzyk bólu, lecz przyjemności. Nie
miała  pojęcia,  że  rozkosz,  jaką  daje  kontakt  z  mężczyzną,
może być tak intensywna. Niemal zbyt intensywna.

Zapomniała o całym świecie i marzyła tylko o tym, żeby to

zbliżenie trwało jak najdłużej.

background image

-  Cain…  -  szepnęła,  odrywając  na  chwilę  usta  od  jego

warg. – Proszę cię…

Znieruchomiał  tak  nagle,  jakby  jej  słowa  wyrwały  go

z ekstazy. Jej ciało zaprotestowało.

Chciała  od  niego  zażądać,  by  kontynuował  rozpoczęte

dzieło.  Żeby  nie  zostawiał  jej  w  stanie  bolesnego
niespełnienia.

On  jednak  wypuścił  ją  z  objęć  i  cofnął  się  tak

niespodziewanie,  że  niemal  straciła  równowagę.  Pozbawiona
ciepła bijącego od jego ciała, poczuła chłód i skrzyżowała ręce
na piersi.

-  To  nie  powinno  było  się  wydarzyć  –  mruknął,  a  jego

słowa podziałały na nią jak zimny prysznic.

Przypomniała sobie, że ma prawo uważać ją za intrygantkę

biorącą udział w wymierzonym przeciwko niemu spisku. Ale
mimo to czuła się boleśnie, wręcz rozpaczliwie, rozczarowana.

Stłumiła  wzbierający  w  gardle  szloch  i  postanowiła

zapomnieć o zranionej dumie. Grać rolę kobiety, której nic nie
jest w stanie wyprowadzić z równowagi.

Ukrywając  twarz  pod  maską  nonszalancji,  odwróciła  się

do Caina.

-  Oboje  popełniliśmy  błąd  –  przyznała,  starając  się

opanować  drżenie  głosu.  –  Musimy  zadbać  o  to,  żeby  taki
spektakl się nie powtórzył.

Spojrzał  na  nią  ze  zdziwieniem,  a  ona  nie  potrafiła

oderwać  wzroku  od  jego  warg.  Choć  serce  wciąż  biło  w  jej
piersi bardzo głośno, czuła pulsujące pożądanie.

background image

Zaklęła w duchu i postanowiła stanowczo, że nigdy więcej

nie  zaangażuje  się  uczuciowo  w  związek  z  żadnym
mężczyzną.

-  A  więc  uważasz,  że  to  był  spektakl?  –  spytał

z niedowierzaniem. – Spektakl bez widowni?

-  Każde  z  nas  było  jednoosobową  widownią  –  odparła,

siląc  się  na  obojętny  ton.  –  Sam  powiedziałeś,  że  powinnam
się  zachowywać  tak,  żeby  uwiarygodnić  nasz  związek.
Umówmy się, że to była próba generalna.

Wykrzywiła  usta,  ale  wiedziała,  że  jej  uśmiech  wypadł

nieprzekonująco.

- Musimy wracać na przyjęcie. Nasza nieobecność zacznie

zaraz budzić podejrzliwość gości.

Cain nie ruszył się z miejsca. Nadal lustrował ją wzrokiem,

a  ona  odniosła  wrażenie,  że  rozszyfrował  prowadzoną  przez
nią grę.

-  Masz  rację,  nie  możemy  pozwolić  na  to,  żeby  ludzie

zaczęli o nas plotkować. Ale mam do ciebie jedną prośbę.

Podszedł bliżej i przesunął palcem po jej dolnej wardze.

-  Nie  poprawiaj  makijażu.  Każdy,  kto  zobaczy  te

opuchnięte  usta,  będzie  przekonany,  że  cię  przeleciałem.  To
jeszcze  bardziej  uwiarygodni  naszą  grę.  Proszę  bardzo  –
dodał,  teatralnym  gestem  wskazując  drzwi  biblioteki.  –
Widownia nie może się doczekać naszego powrotu.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Cain zatrzymał swojego lexusa RX 350 pod przylegającym

do  miejskiego  parku  bostońskim  Ośrodkiem  Nauki,  Kultury
i Rekreacji.

Wielki budynek  z czerwonej  cegły był otoczony  kilkoma

boiskami  do  koszykówki  i  baseballu.  Nie  miał  pojęcia,
dlaczego  Devon  umówiła  się  z  nim  właśnie  w  tym  miejscu.
Podejrzewał, że uczestniczy ona w jakiś sposób w działalności
tej placówki i zamierza go naciągnąć na dotację.

Pchnął  ciężkie  drzwi,  wszedł  do  holu  i  zbliżył  się  do

recepcji.

-  Co  mogę  dla  pana  zrobić?  –  spytał  stojący  za  ladą

mężczyzna.

- Jestem umówiony z panią Devon Cole.

Twarz strażnika rozjaśnił życzliwy uśmiech.

- Domyślam się, że mam przyjemność z panem Farrellem.

Devon  uprzedziła  mnie  o  pana  wizycie.  Proszę  wpisać
nazwisko do księgi gości i przypiąć do marynarki tę plakietkę.

Uśmiechnął  się  ponownie,  kiedy  Cain  spełnił  jego

polecenia i dodał:

-  Sala  numer  siedem.  Trzeba  iść  tym  korytarzem  do

samego końca… ostatnie drzwi po prawej stronie.

background image

Cain  ruszył  we  wskazanym  kierunku,  zastanawiając  się,

jaki może być cel zaproszenia Devon.

W  ciągu  dwóch  tygodni,  które  upłynęły  od  przyjęcia

zaręczynowego,  pokazali  się  publicznie  kilkakrotnie,  a  on  za
każdym razem przeżywał tortury.

Musiał  udawać,  że  jest  zakochany,  a  równocześnie

zachowywać  się  poprawnie,  choć  każde  dotknięcie  jej  ręki,
każde spojrzenie, każdy powiew używanych przez nią perfum
przyprawiały go o zawrót głowy.

Owego wieczoru przysiągł sobie jednak, że już nigdy nie

przekroczy  bariery  chłodnej  obojętności  i  wytrwał  w  tym
postanowieniu aż do teraz.

Jakiekolwiek  zaangażowanie  emocjonalne  byłoby

dowodem  słabości,  a  nauczył  się  od  ojca,  że  na  słabość
pozwalają sobie tylko głupcy.

Zza  drzwi  sali  numer  siedem  dochodził  gwar.  Nacisnął

klamkę i zatrzymał się w progu.

Stoły  i  krzesła  stanowiące  wyposażenie  klasy  były

zepchnięte  pod  ścianę.  Po  obu  stronach  pustej  przestrzeni
tłoczyły  się  dwie  grupki  nastolatków.  Devon  stała
w centralnym punkcie pomieszczenia, najwyraźniej grając rolę
mistrza ceremonii.

-  Przestańcie  się  przekrzykiwać!  –  zawołała,  unosząc

ręce. – Grupa numer dwa ma szansę doprowadzić do remisu,
ale jeśli nie odpowie na moje pytanie, będzie trzysta punktów
do  tyłu.  Uwaga!  Kategoria:  muzyka.  Jak  się  nazywał
najsławniejszy leworęczny gitarzysta?

Łatwizna, pomyślał Cain. Jimi Hendrix.

background image

Młodzi  uczestnicy  rywalizacji  nie  odpowiedzieli  od  razu

na to pytanie, lecz zaczęli się gorączkowo naradzać.

W  końcu  najwyraźniej  osiągnęli  porozumienie,  bo  jedna

z dziewczyn uniosła rękę i, zwracając się do Devon, zawołała:

- Jimi Hendrix!

Devon  patrzyła  na  nią  przez  chwilę  w  milczeniu,  chcąc

zapewne spotęgować napięcie, a potem oznajmiła:

- Odpowiedź jest poprawna.

Grupa  zareagowała  wybuchem  radości,  a  Cain,

rozbawiony reakcją młodzieży, głośno się roześmiał.

Jego donośny głos przebił się chyba przez panującą w sali

wrzawę,  bo  oba  zespoły  liczące  w  sumie  około  trzydziestu
osób spojrzały w jego stronę.

Pod  ciężarem  tylu  par  oczu  poczuł  się  nieswojo,  ale

uspokoił go promienny uśmiech Devon.

- Cześć, Cain! – zawołała, wyjmując z kieszeni obcisłych

dżinsów telefon i zerkając na ekran. – Przepraszam cię bardzo,
straciłam  poczucie  czasu.  My  już  w  zasadzie  skończyliśmy,
więc…

-  Mowy  nie  ma!  –  zawołał  wysoki  blondyn,  należący  do

przeciwnej  drużyny.  –  Do  zakończenia  konkursu  zostały  już
tylko dwie rundy. Nie możemy go przerwać  w połowie, tym
bardziej że nagrodą dla zwycięzców ma być wizyta w pizzerii.

Cain parsknął śmiechem, rozbawiony gwałtownością tego

protestu, a Devon spojrzała na niego niepewnie.

-  Czy  zechcesz  poczekać  do  końca  rozgrywki?  To  nie

potrwa dłużej niż kilka minut.

background image

- Oczywiście – odparł, zdejmując marynarkę i kładąc ją na

pustym stole. – Do której drużyny mam dołączyć?

Młodzi  ludzie  spojrzeli  na  niego  z  niedowierzaniem

i  zamilkli,  widząc  jego  elegancki  garnitur,  czarne  buty,  białą
koszulę i krawat. Ale niemal natychmiast wszyscy wykrzywili
twarze w uśmiechu.

- Zapraszamy pana do nas! – zawołał jakiś chłopak.

-  To  byłoby  niesprawiedliwe  –  oznajmiła  jedna

z dziewcząt. – Chyba że pani Cole przyłączy się do naszego
zespołu.

- Przecież ja mam zadawać pytania…

- To żaden problem, proszę pani – przerwała jej panienka

z  zespołu  Caina.  –  Chętnie  panią  zastąpię  w  roli  mediatora.
Kategoria: sport. Kto przebiegł pierwszy maraton w dziejach?

Wywołany  do  odpowiedzi  zespół  ustalił  po  naradzie,  że

zrobił to Filipides, a następna godzina upłynęła pod znakiem
gorączkowej  wymiany  pytań  i  odpowiedzi  oraz  wybuchów
śmiechu i dowcipnych komentarzy.

Cain  zdał  sobie  w  pewnym  momencie  sprawę,  że  od

dawna nie bawił się tak beztrosko.

Zerknął  w  kierunku  Devon,  która  naradzała  się

z  członkami  swojego  zespołu  nad  odpowiedzią  na  kolejne
pytanie.  Zebrani  wokół  niej  młodzi  ludzie  traktowali  ją
z szacunkiem i otwarcie okazywali jej sympatię.

Ona zaś demonstrowała im najlepsze strony swojej natury;

była tak beztroska, sympatyczna i błyskotliwa jak podczas ich
pierwszego spotkania w ogrodzie jego matki.

background image

Kim jest prawdziwa Devon Cole? – spytał się w duchu. Tą

czarującą  pogodną  kobietą,  którą  ma  przed  sobą?
Bezwzględną  i  sprytną  manipulantką?  Naiwną  dziewczyną
przerażoną intrygami ojca?

Czy  wreszcie  namiętną  kochanką,  która  płonęła  w  jego

ramionach jak pochodnia?

Dziesięć minut później gra dobiegła końca. Drużyna Caina

odniosła  zwycięstwo  nad  zespołem  Devon,  zdobywając
przewagę stu punktów.

Gdy  ucichły  brawa  i  okrzyki  radości,  Cain  uniósł  ręce,

prosząc o chwilę ciszy.

- Dziękuję wam za to, że dopuściliście mnie do gry, a pani

Cole za przedstawienie mi tylu interesujących młodych ludzi.
Chcąc okazać wdzięczność, zapraszam wszystkich na pizzę.

Chłopcy i dziewczęta wznieśli radosny okrzyk i wybiegli

z sali, by się przygotować.

Gdy  zamknęły  się  za  nimi  drzwi,  Devon  podeszła  do

Caina. Nadal była uśmiechnięta, ale w jej oczach nie migotały
już iskry radosnego rozbawienia.

-  Dziękuję  ci  za  ten  pomysł  z  pizzą.  Nie  musiałeś  tego

robić. Chyba nie zdajesz sobie sprawy, na co się naraziłeś. Te
dzieciaki mają wilczy apetyt.

- Ja w ich wieku też byłem bardzo łakomy i przepadałem

za  pizzą.  Ale  nie  musisz  mi  dziękować.  Od  dawna  nie
przeżyłem  tak  sympatycznego  popołudnia.  Idąc  tutaj,  byłem
pewny,  że  zechcesz  mnie  naciągnąć  na  dotację.  Większość
znanych  mi  kobiet  zbiera  fundusze  lub  zasiada  w  radach

background image

nadzorczych  instytucji  kulturalnych,  ale  nie  ma
bezpośredniego kontaktu z młodzieżą. Co ty tu robisz, Devon?

-  To  jest  moje  miejsce  pracy  –  odparła  z  uśmiechem.  –

Mam  etat  i  otrzymuję  pensję.  Jestem  koordynatorem
wszystkich  działań  ośrodka  związanych  z  wychowaniem
młodzieży.

Spojrzał na nią ze zdumieniem i zmarszczył brwi.

- Dlaczego?

-  Dlaczego  tu  pracuję?  Ponieważ  ta  placówka  odgrywa

ważną rolę w życiu miejscowej społeczności. Dba o potrzeby
młodzieży i seniorów. Zapewnia…

- Nie o to mi chodzi – przerwał jej, unosząc rękę. – Jestem

ciekawy, dlaczego musiałaś się tu zatrudnić. Nie powiesz mi
chyba, że Gregory nie łoży na utrzymanie własnej córki?

- Robię to po części dobrowolnie, ale prawda wygląda tak,

że nie potrafiłabym się rozstać z tym ośrodkiem. Czuję się tu
potrzebna i mam świadomość, że ktoś docenia moją pracę. Te
dzieciaki  są  dla  mnie  równie  cenne  jak  ja  dla  nich.  A  stała
pensja  zapewnia  mi  stabilność  i  poczucie  bezpieczeństwa.
Niezależność. Zdobyłam tę pracę samodzielnie i nikt mi jej nie
odbierze. W każdym razie nie bez walki.

- Co ty wygadujesz? – spytał Cain, nie wierząc własnym

uszom. – Czyżby ojciec groził, że nie będzie cię utrzymywać?
Że zrobi co w jego mocy, aby cię zwolniono?

Devon wzruszyła ramionami i potrząsnęła głową, a potem

podeszła do dużego biurka ustawionego w głębi sali.

- W pewnych okolicznościach każdy człowiek jest zdolny

niemal do wszystkiego – oznajmiła, siląc się na nonszalancki

background image

ton, któremu zaprzeczał bolesny wyraz jej twarzy.

Cain  nie  wiedział,  czy  mówiąc  „każdy  człowiek”,  ma  na

myśli ojca, czy też jego, swojego przyszłego męża.

Uświadomił  sobie  nagle,  że  w  gruncie  rzeczy  nie  są

sojusznikami, lecz wrogami. Zostali nimi, gdy ona i jej ojciec
zmusili  go  szantażem  do  odgrywania  idiotycznej  roli
rzekomego  narzeczonego  oraz  do  walki  o  zachowanie
niezależności w życiu zawodowym i osobistym.

Nikt  nigdy  nie  zarzucił  mu  naruszenia  zasad  etyki,  ale

gdyby obrona tej niezależności wymagała od niego odrzucenia
wszystkich  norm,  byłby  gotów  się  do  tego  posunąć.  Miał
ochotę  ją  objąć,  pocieszyć  i  zapewnić  o  swojej  sympatii,  ale
w porę się powstrzymał.

- Kim ty właściwie jesteś, Devon? – spytał pod wpływem

impulsu.

Patrzyła  na  niego  przez  chwilę  w  milczeniu,

z nieprzeniknioną miną. Potem na jej ustach pojawił się blady
uśmiech.

- W gruncie rzeczy nie chciałbyś tego wiedzieć – odparła

cicho,  a  potem  otworzyła  szufladę  biurka  i  wyjęła  z  niej
torebkę.  –  Muszę  się  przebrać.  Będę  gotowa  za  dwadzieścia
minut.  –  Ruszyła  w  kierunku  drzwi,  a  on  powoli  poszedł  za
nią, bijąc się z myślami.

Ta kobieta  była dla niego zagadką. Piękną  uwodzicielską

zagadką.  A  on,  choć  zawsze  lubił  wyzwania,  nie  był  wcale
pewny, czy pragnie rozszyfrować związane z nią tajemnice.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Devon  spojrzała  na  ozdobny  zegar  wiszący  na  ścianie

przedpokoju.

6.28.

Wiedziała,  że  Cain  pojawi  się  lada  chwila,  bo  mieli

spędzić  razem  kolejny  wieczór,  udając  zakochaną  parę
narzeczonych.

Przesunęła  palcem  po  wspaniałym  czterokaratowym

brylancie  zdobiącym  prawą  rękę.  Każda  kobieta  na  świecie
byłaby  szczęśliwa,  stając  się  właścicielką  tak  luksusowego,
choć 

nie 

ostentacyjnie 

kosztownego 

pierścionka

zaręczynowego.

Ona  jednak  westchnęła  głęboko,  przypominając  sobie,  że

ten klejnot jest symbolem kłamstwa, w którym żyła od kilku
tygodni.

Kiedy  Cain  zapytał,  kim  naprawdę  jest,  miała  ochotę

poprosić go, aby spojrzał na nią uważniej i przekonał się, że
on nie jest jedyną ofiarą intrygi jej ojca.

Ale rozejrzawszy się po pustej klasie, przypomniała sobie,

że los powierzonych jej opiece dzieci zależy w dużym stopniu
od jego dobrej woli, więc postanowiła zachować milczenie.

Musiała  nadal  grać  swoją  rolę  i  uczestniczyć  w  parodii

romansu.  Wiedziała  jednak,  że  będzie  musiała  zapłacić  za  to
wysoką cenę, a ta perspektywa przerażała ją niemal tak bardzo

background image

jak  wizja  utraty  stanowiska  w  społecznym  ośrodku  pomocy
i wpływu na los powierzonych jej opiece młodych ludzi.

Z  niewesołych  rozmyślań  wyrwał  ją  dźwięk  dzwonka.

Otworzyła drzwi i ujrzała stojącego na progu Caina.

Popatrzył  jej  przelotnie  w  oczy,  a  potem  obejrzał

z  podziwem  wieczorową  kreację  złożoną  z  obcisłej  sukni
koktajlowej  i  szpilek.  Pod  wpływem  jego  wzroku  poczuła
pieczenie skóry i ucisk w żołądku. Jej ciało zawsze reagowało
tak silnie na każde jego spojrzenie. A jeszcze silniej na każdy
jego dotyk.

Kiedy podczas wspólnych wypraw do miasta chwytał ją za

rękę,  opiekuńczym  gestem  obejmował  jej  ramiona  lub  talię,
niemal  uginały  się  pod  nią  kolana.  A  po  powrocie  do  domu
czuła się chora z pożądania.

- Wyglądasz bardzo pięknie – stwierdził, a ona jak zwykle

przyjęła ten komplement z niedowierzaniem.

Cain nie miał opinii playboya, ale na stronach kolorowych

magazynów często pojawiał się w towarzystwie atrakcyjnych
kobiet.  W  porównaniu  z  nimi  czuła  się  brzydka,  zbyt
korpulentna i o wiele za niska.

Wiedziała  dobrze,  że  gdyby  nie  szantaż  ojca,  Cain  nigdy

nie zwróciłby na nią uwagi. I nie całowałby jej tak namiętnie,
choć ich romans był tylko grą pozorów.

No  właśnie,  przypomniał  jej  wewnętrzny  głos.  Pamiętaj,

że  wszystko,  co  cię  spotyka,  jest  iluzją,  a  mówiąc  bardziej
brutalnie, zwykłym oszustwem.

-  Dziękuję  –  mruknęła,  odwracając  się,  by  sięgnąć  po

płaszcz, ale Cain uprzedził ją, zdjął go z wieszaka i pomógł jej

background image

wsunąć ręce do rękawów.

Kilka minut później siedzieli w samochodzie i przedzierali

się przez sobotni natłok pojazdów.

Devon,  zatopiona  w  myślach,  wyglądała  przez  okno

i  dopiero  po  chwili  zorientowała  się,  że  nie  jadą  w  kierunku
galerii sztuki wydającej wieczorne przyjęcie.

Zaproszenia na tę ekskluzywną kolację załatwił jej ojciec,

który najwyraźniej chciał pochwalić się przed całym światem
swoim bliskim związkiem z Cainem.

-  Cain,  może  znasz  jakiś  skrót,  o  którego  istnieniu  nie

miałam dotąd pojęcia, ale moim zdaniem oddalamy się od tej
galerii.

- I masz rację, bo wcale się do niej nie wybieramy – odparł

z przewrotnym uśmiechem.

Spojrzała  na  niego  ze  zdumieniem,  ale  dostrzegła  tylko

ostry zarys jego profilu.

- Ale… - wyjąkała. – Ojciec nie będzie z tego zadowolony.

- Powiedziałem mu, że nie mam zamiaru stosować się do

jego poleceń. Wziąłem udział w kilku innych organizowanych
przez  niego  przyjęciach,  bo  miałem  na  to  ochotę.  Dziś
wieczorem  chciał  oprowadzać  mnie  po  tej  galerii  jak
wystawowego  konia,  ale  ja  postanowiłem  pokrzyżować  jego
plany. Tym bardziej że mam inne.

Nie  odważyła  się  spytać  o  szczegóły,  bo  była  zbyt

zaskoczona i zdumiona. Żaden ze znanych jej mężczyzn nigdy
nie  ośmielił  się  przeciwstawić  woli  Gregory’ego  Cole’a.
Wręcz przeciwnie; wszyscy zabiegali o jego względy. Donald

background image

zalecał się do niej, by wyrobić sobie lepszą pozycję w oczach
jej ojca.

A  Cain?  Najwyraźniej  nie  zamierzał  mu  się

podporządkowywać.  Jego  postawa  wydawała  jej  się
niepokojąca, ale równocześnie budziła w niej uznanie, a nawet
podziw.

Pogrążona  w  myślach  nie  zauważyła,  że  Cain  zatrzymał

samochód przed ogromną zabytkową rezydencją.

- Czy to jest twój dom? – spytała, ale nie odpowiedział jej

od razu, tylko wysiadł z samochodu i obszedł go, by otworzyć
drzwi od strony pasażera.

- Pora na kolację, Devon – oznajmił z uśmiechem, biorąc

ją pod rękę.

Teraz  dopiero  rozpoznała  ozdobną  żelazną  bramę

i  szerokie  schody  prowadzące  w  stronę  ogromnego  budynku
przypominającego postkolonialny zamek.

- Chciałabym wiedzieć, jak czuje się człowiek dorastający

w  takim  miejscu  –  wykrztusiła.  –  Ja  mam  wrażenie,  że
znalazłam  się  w  dekoracjach  do  filmu  „Bitwa  o  tron”.  Ten
dom jest po prostu… podobno należy do twojej rodziny już od
dawna.

-  Owszem,  w  tych  starych  murach  wychowały  się  cztery

pokolenia  Farrellów.  Każda  generacja  rozbudowywała  go
zgodnie  ze  swoim  gustem  i  przeprowadzała  niezbędne
remonty.  Mamy  tu  teraz  sześć  sypialni  z  łazienkami,  cztery
garderoby,  dziesięć  kominków,  windę  i  ogród,  a  na  dachu
basen z podgrzewaną wodą. Oraz zadaszone patio, trzy tarasy,
bibliotekę, salę teatralną, siłownię i piwnicę na wino.

background image

Wyliczał  te  wszystkie  walory  rodzinnej  rezydencji

bezosobowym, wręcz sarkastycznym tonem, a Devon zaczęła
podejrzewać,  że  pod  maską  jego  obojętności  kryje  się  jakieś
dramatyczne  przeżycie,  które  obudziło  w  nim  niechęć  do
rodzinnego gniazda.

- A co ty dodałeś do tej imponującej całości?

- Nic – odparł obcesowo, sięgając po klucze.

Zanim jednak pochylił się, aby otworzył zamek, dostrzegła

w jego wzroku wyraz dzikości.

Utwierdziło ją to w przekonaniu, że w świadomości Caina

wiążą  się  z  tą  rezydencją  jakieś  bolesne,  a  może  nawet
tragiczne przeżycia.

Chwycił  ją  za  rękę  i  wprowadził  do  wnętrza  ogromnego

holu,  którego  nie  powstydziłby  się  żaden  pałac.  Zdobiły  go
przepiękne,  lecz  niepraktyczne  meble,  marmurowe  płyty  na
podłodze, kryształowe żyrandole, liczne dzieła sztuki.

Całość  dowodziła  bogactwa  i potęgi  właścicieli,  ale Cain

wcale  nie  wydawał  się  dumny  ani  zadowolony,  a  Devon
podejrzewała,  że  jego  brak  reakcji  wynika  nie  tylko
z przyzwyczajenia do wszystkich tych przejawów luksusu.

Nie  wiadomo  skąd  pojawił  się  przed  nimi  starszy

mężczyzna w czarnym garniturze i białej koszuli.

Choć miał nie więcej niż metr osiemdziesiąt wzrostu, jego

wojskowa postawa nadawała mu wymiary olbrzyma.

-  Bardzo  przepraszam,  że  nie  zjawiłem  się  w  porę,  żeby

otworzyć  drzwi,  panie  Farrell  –  powiedział,  wyciągając  ręce
po ich płaszcze. – Nie usłyszałem dzwonka.

background image

- Pewnie dlatego, że go nie nacisnąłem, Ben – odparł Cain

serdecznym tonem. – Noszę przy sobie klucz, a ty z pewnością
jesteś zbyt zajęty, żeby biegać do drzwi, które mogę otworzyć
sobie sam.

Położył dłoń na ramieniu Devon, a ona jak zwykle poczuła

dreszcz podniecenia.

-  Pozwól,  że  ci  przedstawię  moją  narzeczoną,  pannę

Devon Cole. Devon, to jest Benjamin Dennis. Był członkiem
naszej  rodziny,  zanim  jeszcze  się  urodziłem.  Mówi  do  mnie
„panie  Farrell”  tylko  dla  zachowania  pozorów.  Zwykle
obdarza mnie bardziej barwnymi i dosadnymi epitetami.

-  Miło  mi  panią  poznać,  panno  Cole  –  rzekł  Benjamin,

wyciągając  do  niej  rękę,  a  potem  wskazał  długi  korytarz
położony  na  prawo  od  bogato  zdobionej  klatki  schodowej.  –
Wasi goście są w dużym salonie.

Goście? Devon zmarszczyła brwi.

Gdy Cain wspomniał o kolacji, miała nadzieję, że będą ją

jedli tylko we dwoje.

-  Dziękuję,  Ben.  –  Cain  delikatnie  popchnął  ją  we

wskazanym kierunku. – Tędy, Devon.

Nadal  miała  chaos  w  głowie,  ale  zmusiła  się  do

przywołania na twarz uprzejmej, pozbawionej wyrazu maski,
którą stosowała zwykle, rozmawiając z nieznajomymi.

Kiedy 

jednak 

przekroczyła 

próg 

olbrzymiego

pomieszczenia,  które  mogłoby  służyć  jako  sala  balowa,
przestała panować nad sobą.

-  Zio  Marco!  Zia  Angela!  –  wykrztusiła  na  widok

ukochanego wuja i ukochanej ciotki.

background image

Zamrugała nerwowo, przekonana, że oni zaraz znikną, ale

pozostali  na  miejscu.  Mieli  trochę  więcej  siwych  włosów
i zmarszczek niż przed sześcioma laty, kiedy widziała ich po
raz ostatni, ale nadal stali przed nią.

Nie  wierząc  własnym  oczom,  obrzuciła  wzrokiem  cały

salon  i  dostrzegła  gromadę  najbliższych  krewnych
wywodzących się od rodzeństwa jej ojca i matki.

- Carla! Beth! Manny! Co za urocza niespodzianka! Co wy

tu robicie?

-  Witaj,  Devon!  –  zawołała  ciotka  Angela,  bliźniaczo

podobna do jej matki, wyciągając ręce.

Devon rzuciła się w jej ramiona, a czując tak dobrze sobie

znany  zapach  pudru  zmieszany  z  aromatem  przypraw,
z trudem stłumiła wybuch płaczu.

- Bardzo za tobą tęskniliśmy – oznajmiła siostra jej matki

z  uśmiechem.  –  Kiedy  twój  narzeczony  zadzwonił,  żeby
powiadomić  nas  o  zaręczynach,  a  potem  zaprosił  na  to
przyjęcie, po prostu nie mogliśmy odmówić.

Zaprosił?  Ze  zdumieniem  spojrzała  na  Caina,  który  stał

o krok za nią.

- To ty zorganizowałeś to spotkanie? – spytała szeptem. –

Dla mnie? Ja…

-  On  zrobił  o  wiele  więcej!  –  zawołał  wuj  Marco,

podchodząc  do  żony  i  obejmując  ją.  –  Zafundował  nam
wszystkim  podróż  samolotem,  wynajął  pokoje  w  hotelu
i przysłał limuzyny, które nas tu przywiozły. Musi cię bardzo
kochać,  skoro  wydał  mnóstwo  pieniędzy  tylko  po  to,  żeby
zrobić ci przyjemność.

background image

Devon  zmusiła  się  do  uśmiechu,  choć  po  jej  policzkach

spływały łzy wzruszenia. Powtórzyła w myślach słowa wuja:
„Musi  cię  bardzo  kochać  skoro  wydał  mnóstwo  pieniędzy
tylko po to, żeby zrobić ci przyjemność”…

Nie  miała  pojęcia,  jakie  były  motywy  Caina,  ale  w  tej

chwili niewiele ją to obchodziło. Zdawała sobie sprawę, że jej
nie  kocha,  była  mu  jednak  wdzięczna  za  najpiękniejszy  dar,
jaki mogła od kogokolwiek otrzymać.

Powrót na łono rodziny.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

- Nie wiem, jak ci dziękować – powiedziała chyba po raz

piętnasty  tego  wieczoru.  I  zamierzała  powtórzyć  to  zdanie
jeszcze co najmniej piętnaście razy.

Wszyscy  krewni  opuścili  rezydencję  przed  pięcioma

minutami i wrócili do hotelu, aby nazajutrz rano polecieć do
New Jersey. Ale wielki dom nadal rozbrzmiewał ich głosami.

- Nigdy nie zapomnę tego wieczoru. Raz jeszcze dziękuję.

- Nie ma za co, Devon – mruknął Cain.

Przez chwilę przyglądał jej się badawczo, a potem spytał:

- Masz ochotę na drinka czy wolisz, żebym odwiózł cię do

domu?

Jego 

propozycja 

zabrzmiała 

kusząco. 

Instynkt

zachowawczy  skłaniał  ją  do  jej  odrzucenia,  ale  doszła  do
wniosku,  że  może  wypić  jeszcze  kroplę  alkoholu,  nie
ryzykując zachowania, którego mogłaby rano żałować.

- Czy została ci jeszcze odrobina tego wina, które piliśmy

do kolacji?

- Oczywiście – odparł, ruszając w kierunku drzwi.

Wrócił po chwili z kieliszkiem w ręku.

Przez  moment  siedzieli  w  milczeniu,  słuchając  trzasku

drewna w kominku.

background image

-  Nie  przesadziłaś,  mówiąc,  że  pochodzisz  z  licznej

hałaśliwej rodziny – odezwał się Cain z uśmiechem.

-  Mam  wrażenie,  że  oni  nie  osiągnęli  jeszcze  szczytu

swoich możliwości, bo nie chcieli cię przestraszyć.

-  Żadne  z  nich  nie  wspomniało  o  twoim  ojcu.

Najwyraźniej nie byli zdziwieni, że go tu nie ma.

-  Nie  jestem  tym  zaskoczona  –  przyznała  cicho,

odwracając twarz, by nie dostrzegł jej skrępowania. – Kiedyś
byliśmy  z  sobą  mocno  związani.  Wspólnie  obchodziliśmy
święta,  uroczystości  religijne,  matury,  dyplomy  wyższych
uczelni. Wuj Marco i ciotka Angela byli mi szczególnie bliscy,
bo ona jest starszą siostrą mojej matki, a poza tym mieszkali
w  tym  samym  bliźniaczym  domku.  Ale  po  śmierci  mamy
wszystko się zmieniło.

Zamilkła  na  chwilę,  wypiła  łyk  wina  i  wzięła  głęboki

oddech.

- Wszystko się zmieniło – powtórzyła drżącym głosem. –

Straciłam  mamę…  a  potem  tatę.  Był  kiedyś  zabawny,  dobry
i bardzo opiekuńczy. Nie mogłabym sobie wyobrazić lepszego
ojca.  Po  jej  śmierci  stał  się  kłótliwy,  uparty  i  chorobliwie
skupiony  na  pracy.  Można  było  pomyśleć,  że  ulokował
wszystkie  ludzkie  uczucia  w  procesie  rozbudowy  własnego
biznesu.  Teraz  mam  wrażenie,  że  harował  tak  ciężko,  żeby
zapomnieć  o  życiu,  które  dzielił  z  mamą.  Im  lepiej  mu  szło,
tym  bardziej  dystansował  się  od  rodziny.  Najpierw
wyprowadził  się  z  naszego  domku.  Potem  wyniósł  się
z  Plainfield.  W  końcu  ze  stanu  New  Jersey.  Wszyscy  nasi
krewni i przyjaciele przestali pasować do zbudowanego przez
niego świata.

background image

- A jak było z tobą? – spytał Cain.

Skupiła  uwagę  na  dłoniach,  w  których  trzymał  szklankę,

by nie dostrzec w jego oczach wyrazu potępienia.

-  Rozumiem,  że  ojciec  odciął  się  od  rodziny,  ale  ty

przecież nie musiałaś iść za jego przykładem.

- To prawda – przyznała drżącym głosem. – Ale on miał na

świecie  tylko  mnie.  A  ja  obiecałam  matce  tuż  przed  jej
śmiercią,  że  będę  się  nim  opiekować.  Więc  nie  mogłam  go
porzucić, choć on porzucił całą naszą rodzinę.

Porzucił mnie.

-  Nie  znałem  twojej  matki,  ale  podczas  tej  kolacji

słuchałem  uważnie  tego,  co  mówili  o  niej  twoi  krewni
reprezentujący  to  samo  pokolenie.  Mam  wrażenie,  że  sporo
o niej wiem. Jawi się w mojej wyobraźni jako kobieta, która
lubiła  przygotowywać  ogromne  posiłki  i  karmić  całe
otoczenie.  Kobieta,  która  stara  się  uszczęśliwić  męża
i  dziecko.  Kobieta,  która  nie  żyje  od  piętnastu  lat,  ale  jest
nadal wspominana przez najbliższych z miłością i szacunkiem.
Ta kobieta z pewnością nie pozwoliłaby na to, żeby jej córka
została  oderwana  od  rodziny,  żeby  musiała  dźwigać  ciężar
decyzji podejmowanych przez ojca.

Patrzyła  na  niego  szeroko  otwartymi  oczami,  nie  mogąc

wydobyć głosu. Jego słowa wyzwoliły w niej nowe, nieznane
dotąd  uczucia.  Miała  ochotę  uwierzyć  mu  i  poddać  się  jego
woli, ale nadal targały nią wątpliwości.

Odstawiła kieliszek na stolik, bo jej ręce drżały tak silnie,

że omal nie wylała jego zawartości.

background image

- Devon, spójrz na mnie – zażądał tak stanowczym tonem,

że spełniła jego życzenie. – Czy wiesz, co powiedziała twoja
ciotka,  kiedy  do  niej  zadzwoniłem,  żeby  ich  zaprosić  na
dzisiejszy  wieczór?  Powiedziała,  że  czeka  na  ten  telefon  już
od  dawna.  Nie  miała  pojęcia,  kto  się  do  niej  odezwie
i  w  jakich  okolicznościach  to  nastąpi,  ale  była  pewna,  że
prędzej  czy  później  wrócisz  do  rodziny.  W  jej  głosie  nie
wyczułem  żalu  ani  goryczy,  tylko  radość  wywołaną
perspektywą spotkania. Droga Devon, oni nie mają ci niczego
za złe, więc przestań się zadręczać.

-  Dlaczego  to  zrobiłeś?  Dlaczego  zorganizowałeś  to

spotkanie?

-  W  tym  centrum  opieki  nad  dziećmi  przeżyłem  dzięki

tobie  chwile  szczęścia.  Może  po  prostu  chciałem  ci  się
zrewanżować.  A  może…  -  urwał  i  wpatrywał  się  przez
moment  w  płonący  na  kominku  ogień  –  może  kierował  mną
egoizm. W tym domu nigdy nie było prawdziwego szczęścia,
więc  chciałem  napełnić  go  dobrą  atmosferą,  jaka  panuje
w rodzinie twojej matki. Choćby na jeden wieczór.

Devon poczuła bolesny skurcz serca. Jego słowa: „W tym

domu  nigdy  nie  było  prawdziwego  szczęścia”  nadal
rozbrzmiewały w jej uszach jak smutne memento.

To  jest  niesprawiedliwe,  pomyślała  z  goryczą.  Przecież

człowiek,  który  zamawia  pizzę  dla  gromady  obcych
nastolatków tylko po to, by zrobić im przyjemność, zasługuje
na jakieś zadośćuczynienie.

Człowiek,  który  poświęca  swoje  szczęście  i  przyszłość,

aby  uchronić  matkę  przed  upokorzeniem,  ma  prawo

background image

oczekiwać jakiejś nagrody. Człowiek, który sprowadził tu jej
ukochaną rodzinę, aby sprawić jej miłą niespodziankę…

Pod  wpływem  odruchu  zsunęła  się  z  krzesła  i  ruszyła  na

kolanach  w  jego  stronę.  Kiedy  odwrócił  ku  niej  wzrok,
dostrzegła w jego oczach zdumienie, a także błysk pożądania,
który  rozpalił  jej  wyobraźnię  o  wiele  silniej  niż  bijący  od
kominka żar.

Nie  miała  pojęcia,  czy  Cain  wyczuwa  trawiące  ją

pożądanie,  bo  jego  mina  była  nieprzenikniona.  Dzieląca  ich
odległość  nie  przekraczała  paru  metrów,  ale  czuła  się  tak,
jakby sięgała mil. W końcu jednak do niego dotarła. Położyła
mu  dłonie  na  kolanach,  objęła  go  mocno  i  przytuliła  się  do
jego piersi.

Chciała okazać mu wdzięczność za to, co dla niej zrobił,

gdyż wiedziała, że przyda mu się odrobina czułości.

Oparł  ręce  na  jej  ramionach  i  przyciągnął  ją  do  siebie

jeszcze bliżej. Potem pocałował ją w szyję.

- Czego ode mnie chcesz? – spytał, oddychając tak ciężko,

jakby ukończył właśnie bieg.

-  A  co  jesteś  gotów  mi  dać?  –  wyszeptała,  zagłuszając

wewnętrzny  głos,  który  ostrzegał  ją  przed  minimalizacją
wymagań  wobec  budzącego  w  niej  coraz  żywsze  uczucia
Caina.

- Nic – odparł stłumionym głosem, wplatając palce w jej

włosy. – To znaczy wszystko…

Miała wrażenie, że zalewa ją fala rozkosznej namiętności,

że tonie w odmętach pożądania. Ale wcale nie marzyła o tym,

background image

by  wynurzyć  się  na  powierzchnię.  Dopóki  trzymał  ją
w ramionach, czuła się bezpieczna…

Niemal szczęśliwa.

-  A  co  ty  jesteś  gotowa  mi  dać,  Devon?  –  spytał,

odchylając do tyłu jej głowę i dotykając palcami ust.

-  Wszystko,  co  mam  –  wyszeptała  drżącym  głosem,

ponownie  zagłuszając  głos  rozsądku,  który  mówił,  że  nie
powinna tak otwarcie ujawniać swoich doznań i myśli.

-  W  takim  razie  przyjmuję  twoją  ofertę  –  rzekł

z uśmiechem, a potem przywarł wargami do jej ust.

Tym razem jego pocałunek był namiętny, niemal brutalny.

Miała  wrażenie,  że  brakuje  jej  tchu,  więc  oderwała  się  od
niego,  by zaczerpnąć  powietrza, ale ponownie  przyciągnął  ją
do  siebie  i  zaczął  delikatnie  pieścić  jej  policzki.  Poczuła,  że
nabrzmiewają  jej  sutki.  Na  wpół  przytomna  z  pożądania  nie
wiedziała,  kiedy  zdjął  jej  buty,  rozpiął  zamek  błyskawiczny
i zsunął z ramion rękawy wieczorowej sukni.

Zdała sobie jednak w pewnej chwili sprawę, że stoi przed

nim  niemal  zupełnie  naga.  Wiedziała,  że  powinna  się
zawstydzić.  Zwłaszcza  że  nie  była  zbudowana  tak  idealnie
i  ponętnie  jak  kobiety,  z  którymi  Cain  afiszował  się  na
stronach kolorowych magazynów.

Gdy  jednak  dostrzegła  w  jego  oczach  błysk  pożądania,

opadły z niej wątpliwości.

On  mnie  pragnie,  pomyślała  z  radością.  Niezależnie  od

tego, co będzie później, w tej chwili marzy tylko o tym, żeby
się z nią kochać. A w obecnej sytuacji to musi im wystarczyć.

background image

-  Jesteś  piękna  –  wyszeptał,  przesuwając  dłonią  po  jej

brzuchu i zatrzymując się tuż pod biustem.

Potem pocałował ją w szyję i zaczął szeptać jej do ucha:

-  Poproś  mnie,  żebym  cię  dotykał,  kochanie.  Żebym  dał

nam obojgu to, czego w tej chwili pragniemy.

-  Dotykaj  mnie  –  odparła  bez  wahania.  –  Daj  nam  to,

czego pragniemy. I niczym się nie krępuj.

Doszła  do  wniosku,  że  skoro  ma  to  być  ostatni  wieczór,

jaki  spędzą  przed  powrotem  na  wrogie  pozycje,  to  należy
wykorzystać go do końca i uzyskać od Caina wszystko, co jej
obiecywał.

Cain położył ręce na jej biuście.

- Miałem rację – mruknął. – Twoje piersi nie mieszczą się

w  moich  dłoniach.  Nie  masz  pojęcia,  ile  razy  budziłem  się
w środku nocy z erekcją, wyobrażając sobie tę scenę. A teraz
widzę, że rzeczywistość znacznie przewyższa moje wizje.

Zanim  zdążyła  odnotować  w  pamięci  to,  że  była

przedmiotem  jego  marzeń,  przywarł  ustami  do  jej  sutków
i  zaczął  je  delikatnie  pieścić,  doprowadzając  ją  do  rozkoszy.
Nigdy  dotąd  nie  myślała,  że  kontakt  jej  piersi  z  wargami
mężczyzny może doprowadzić do orgazmu, teraz jednak była
bliska zmiany zdania.

Jęknęła cicho i uniosła biodra, aby zapewnić mu dostęp do

swojej  kobiecości.  Marzyła  o  tym,  żeby  skorzystał  z  jej
uległości. A on spełnił jej niemą prośbę.

Kiedy  poczuła  dotyk  jego  warg  w  dole  brzucha,  wydała

cichy okrzyk rozkoszy i zaczęła lekko poruszać biodrami. Gdy
doprowadził  ją  na  szczyt  miłosnego  uniesienia,  westchnęła

background image

z zachwytu. Nigdy dotąd czegoś takiego nie przeżyła. Ale na
dnie jej euforii czaiła się nuta smutku.

Wiedziała,  że  seks  nigdy  już  nie  będzie  dla  niej  tym

samym,  czym  był  dotychczas.  Że  będzie  porównywała
z Cainem każdego następnego kochanka. I miała pewność, że
żaden z nich nie spełni jej oczekiwań.

Kiedy uniósł głowę, by się jej przyjrzeć, dostrzegła w jego

oczach pełne zadowolenia pożądanie.

-  Wiem,  że  masz  ochotę  na  coś  więcej,  kochanie  –

wyszeptał, nie przestając pieścić jej piersi. – Nie bój się, to był
dopiero początek.

Nie mogąc wydobyć głosu, kiwnęła głową.

Ponownie  przywarł  wargami  do  jej  ust.  Każdy  ruch  jego

języka był dla niej obietnicą oczekujących ją przeżyć.

Gwałtownym  ruchem  zdarł  z  niej  owiniętą  wokół  kolan

suknię,  wziął  ją  na  ręce  i  położył  na  grubym  miękkim
dywanie.  Zadrżała,  zdając  sobie  nagle  sprawę,  że  jest  naga.
W  spóźnionym  odruchu  skromności  przysłoniła  jedną  dłonią
biust, a drugą położyła na brzuchu.

- Ty też się rozbierz – poprosiła ochrypłym szeptem.

Znieruchomiał na chwilę, a ona się przestraszyła. Zaczęła

podejrzewać,  że  posunęła  się  za  daleko  i  że  Cain  zaraz
odejdzie od niej na zawsze.

Przecież  mężczyzna  przyzwyczajony  do  panowania  nad

każdą  sytuacją  nie  będzie  słuchał  poleceń,  ostrzegł  ją
wewnętrzny głos.

background image

Te  obawy  okazały  się  jednak  bezpodstawne,  bo  Cain

rozwiązał  krawat  i  upuścił  go  na  podłogę.  W  ślad  za  tym
kawałkiem  barwnego  materiału  podążyły  pozostałe  części
garderoby.

Widok jego nagości przyprawił ją o dreszcz zachwytu. Był

dobrze umięśniony i tak idealnie zbudowany, że przypominał
rzeźbę szykującego się do boju wojownika. Najbardziej jednak
zachwyciła ją jego nabrzmiała męskość.

Delikatnie położył ją na plecach i przyklęknął między jej

nogami,  a  potem  zaczął  przesuwać  językiem  po  jej  ciele,
zmierzając  w  kierunku  bioder.  Marząc  o  tym,  by  poczuć  go
w sobie, wbiła mu paznokcie w przedramiona, ale zrobił unik
i  znalazł  się  poza  zasięgiem  jej  rąk.  Długimi  pociągnięciami
języka zaczął pieścić jej pulsującą łechtaczkę. Miała wrażenie,
że przez jej ciało przebiega iskra. Wydała cichy jęk i uniosła
biodra, jakby wychodząc na spotkanie jego języka i warg.

- Marzyłem o tej chwili od dawna – wyszeptał, odrywając

na chwilę usta od jej ciała. – Ale nie wiedziałem, że będzie mi
z tobą aż tak dobrze.

Jego  słowa  odbiły  się  w  jej  umyśle  zwielokrotnionym

echem.  Zdała  sobie  sprawę,  że  on  też  jest  bliski  ekstazy.  Że
jest zachwycony nie tylko samym aktem zespolenia, ale także
jej udziałem w tej grze.

- Cain – wyszeptała błagalnym tonem.

Poczuła  w  sobie  jego  palec  i  odniosła  wrażenie,  że

odlatuje.  Krzyknęła,  ale  nie  obudziło  to  w  niej  wstydu.
Wypełniała ją rozkosz, jakiej nigdy dotąd nie zaznała, rozkosz
pochłaniająca  wszystkie  myśli,  wywołująca  drżenie
odczuwalne we wszystkich zakątkach ciała.

background image

Miała  przez  moment  wrażenie,  że  ogarnia  ją  rozkoszny

letarg.  Gdy  jednak  zobaczyła,  że  Cain  sięga  do  wewnętrznej
kieszeni  marynarki  i  wyjmuje  z  niej  zafoliowany  pakiecik,
znów poczuła w żyłach żar. Uniosła ręce w geście wypełnionej
szczęściem kapitulacji.

On zaś położył się ponownie obok niej i przywarł wargami

do jej ust.

- Poproś mnie, żebym w ciebie wszedł – wyszeptał jej do

ucha.

-  Proszę  –  jęknęła  drżącym  głosem.  –  Wejdź  we  mnie

i wypełnij dręczącą mnie pustkę.

Kiedy  naparł  na  nią,  wstrzymała  na  chwilę  oddech,

zaskoczona emanującą z niego siłą.

-  Czy  wszystko  w  porządku?  –  spytał  czule,  pokrywając

pocałunkami jej czoło, policzki, a w końcu usta. – Nie poruszę
się, dopóki mi nie pozwolisz.

- Pozwalam – szepnęła, splatając nogi za jego plecami. –

Błagam cię, żebyś zaczął…

Czując  gwałtowne,  choć  delikatne  pchnięcie,  ponownie

wydała  okrzyk.  Nikt  nigdy  nie  doprowadził  jej  do  stanu,
w którym miała wrażenie, że umiera, a równocześnie rodzi się
na  nowo.  Teraz  już  wiedziała  na  pewno,  że  nie  przeżyje  tak
silnych wrażeń z żadnym innym mężczyzną.

Miała wrażenie, że rozpada się na kawałki, a równocześnie

tonie w oceanie miłosnego zapamiętania.

- Cain – wyszeptała. – Proszę cię…

background image

On zaś uśmiechnął się do niej czule, a potem doprowadził

ją na szczyt rozkoszy.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Wytężył wzrok i ścisnął mocniej kierownicę.

Teraz, o godzinie pierwszej w nocy, droga z Beacon Hill

do Back Bay nie powinna trwać dłużej niż dziesięć minut. Ale
obecność siedzącej w milczeniu obok niego kobiety bardzo go
rozpraszała,  więc  wiedział,  że  musi  zdobyć  się  na
koncentrację.

Miał  w  głowie  zamęt  będący  mieszaniną  niepewności,

radości, poczucia winy i nadziei na przyszłość.

Zdawał sobie sprawę, że nie powinien był jej dotykać ani

całować,  a  tym  bardziej  uwodzić.  Ta  przygoda  erotyczna
otworzyła  przed  nim  nowe  perspektywy  wiążące  się
z pojęciem seksu. Po raz pierwszy od lat czuł się odrodzony
i  niemal  euforycznie  szczęśliwy.  Nigdy  dotąd  nie  był  wobec
żadnej  kobiety  tak  bezradny  i  bezbronny.  Seks  z  każdą  inną
partnerką  byłby  naturalną  formą  rozładowania  napięcia  po
wspólnie spędzonym wieczorze.

Ale  Devon  nie  była  „każdą  inną  partnerką”.  Była  córką

człowieka, który go szantażował i zagrażał opinii jego matki.
Brała  udział  w  machinacjach  ojca  i  odnosiła  korzyści  z  jego
oszukańczych praktyk.

Nie  potrafił  jej  tego  wybaczyć.  I  wiedział,  że  musi

zachować  czujność.  Miał  wrażenie,  że  podczas  spotkania

background image

w  ogrodzie  jego  matki  zachował  się  jak  łatwowierny  dureń,
ale przysiągł sobie, że nigdy więcej tego nie zrobi.

Barron  Farrell  popełnił  wiele  złych  uczynków  –  okrutnie

traktował  syna,  okłamywał  żonę,  porzucał  i  ukrywał  swe
nieślubne dzieci – ale nie wychował go na idiotę.

-  Wiem,  że  już  żałujesz  tego,  co  między  nami  zaszło  –

odezwała  się  Devon,  a  jej  niski  głos  zabrzmiał  w  ciszy  jak
armatni wystrzał.

Oderwał  wzrok  od  jezdni  i  zerknął  w  kierunku  swojej

towarzyszki.  Ale  wyglądała  przez  okno,  więc  zobaczył  tylko
plątaninę jej gęstych lśniących włosów.

- Mam do ciebie tylko jedno pytanie – dodała, kiedy stało

się  jasne,  że  nie  zakwestionował  prawdziwości  jej
poprzedniego zdania.

- Mianowicie?

Usłyszał  szelest  materiału,  a  kiedy  spojrzał  na  nią

ponownie, zobaczył, że odwróciła się w jego stronę.

Na  jej  twarzy  odbijały  się  od  czasu  do  czasu  światła

ulicznych lamp, ale poza tym była nieruchoma i nie wyrażała
żadnych uczuć.

Poczuł nagły przypływ złości wywołany jej obojętnością,

ale go stłumił i spokojnie czekał na odpowiedź.

-  Przedstawiłeś  mi  kiedyś  listę  zachowań,  których  nie

mogę od ciebie oczekiwać w okresie obowiązywania naszej…
umowy.  Jednym  z  nich  była  wierność.  Zapowiedziałeś,  że
będziesz sypiał z innymi kobietami, ale nie ze mną.

background image

Odetchnęła  głęboko,  a  Cain  miał  ochotę  otoczyć  jedną

ręką jej ramię i przyciągnąć ją do siebie. Zwalczył tę pokusę
i zacisnął dłonie na kierownicy.

-  Chcę  wiedzieć,  czy  kochałeś  się  dziś  ze  mną,  żeby

jeszcze bardziej dokuczyć ojcu. Czy mogę się spodziewać, że
pewnego dnia zrelacjonujesz mu przebieg dzisiejszej nocy, i to
w mojej obecności? Bo jeśli tak…

-  Wyjaśnijmy  sobie  pewną  sprawę,  żeby  uniknąć

nieporozumień – przerwał jej bezceremonialnie. – Twój ojciec
traktuje kobiety jak pionki na szachownicy i wykorzystuje je
w swoich szemranych rozgrywkach. Ja tego nie robię. Kiedy
leżeliśmy na dywanie, myślałem tylko o tym, żeby zaspokoić
nasze pragnienia… twoje i moje. I nie miało to nic wspólnego
z twoim ojcem.

Wzmianka  o  minionym  wieczorze  ponownie  wzbudziła

w  nim  pożądanie.  Zdał  sobie  sprawę,  że  taka  reakcja  na
bliskość córki wroga nie wróży nic dobrego i przysiągł sobie
w  duchu,  że  wydarzenia  sprzed  godziny  nigdy  się  nie
powtórzą.

- Wierzę ci – wyszeptała.

- W takim razie jesteś głupia – warknął ze złością. – Ty i ja

nie jesteśmy przyjaciółmi. Ani kochankami. Nasze dzisiejsze
zbliżenie zostało sprowokowane przez twojego ojca, ale i tak
mam  zamiar  go  zniszczyć,  nie  licząc  się  z  ofiarami.  Jedną
z tych ofiar możesz być ty. Więc nie mów, że mi wierzysz. Nie
obdarzaj mnie zaufaniem. Bo ja wcale nie ufam ani tobie, ani
jemu.

Przesunął dłonią po włosach, zaciskając zęby, zaskoczony

własną brutalnością. Przez całe życie marzył o tym, żeby nie

background image

być  podobny  do  swojego  bezwzględnego,  wyrachowanego
ojca.

A  teraz  zachowujesz  się  dokładnie  tak  jak  on,  wyszeptał

jego wewnętrzny głos.

Nieprawda, zaoponował w myślach. Ona przecież nie jest

niewinna.  Brała  udział  w  zmowie  mającej  zapewnić  jej
i Gregory’emu możliwość wykorzystywania mojego nazwiska
i moich wpływów.

Poczuł się nagle zagubiony i ogromnie zmęczony.

-  Nie  jestem  naiwna,  Cain  –  oznajmiła,  odwracając  się

ponownie w stronę okna.

Jej obojętny ton i tym razem wzbudził jego irytację.

-  Oddałam  ci  dzisiaj  swoje  ciało,  ale  nic  więcej.  Byłam

kiedyś  głupia  i  naiwna,  ale  zapłaciłam  za  to  wysoką  cenę.
I  płacę  ją  do  tej  pory.  Muszę  teraz  postępować  rozsądnie
i jestem ci wdzięczna za to, że mi o tym przypomniałeś.

Nie miał pojęcia, co Devon ma na myśli, mówiąc o cenie,

którą  zapłaciła  za  naiwność.  Podejrzewał  jednak,  że  chodzi
o związek z jakimś innym mężczyzną. Uświadomił sobie, że
nie  ma  prawa  zadawać  jej  żadnych  pytań  i  poczuł  nagle
ukłucie zazdrości.

Wiedział,  że  umowa  podpisana  przez  jego  ojca

z  Gregorym  nie  upoważnia  go  do  ingerencji  w  intymne
szczegóły  osobistego  życia  Devon.  Postanowił  więc  trzymać
się  od  niej  na  dystans  i  ograniczyć  do  minimum  wszystkie
kontakty.

-  W  porządku  –  mruknął,  zatrzymując  się  przed  jej

domem. – Cieszę się, że osiągnęliśmy porozumienie, uznając

background image

dzisiejszy  wieczór  za  pomyłkę,  której  nie  zamierzamy
powtórzyć.

- Oczywiście – odparła. – Będziemy udawali, że wszystko

jest  w  porządku.  Wiesz,  jak  dobrze  potrafię  zachowywać
pozory.

Jej  zmysłowy  głos  obudził  w  nim  nową  falę  pożądania,

więc pospiesznie wyłączył silnik i wysiadł z auta.

Dystans i opanowanie, powtarzał sobie w duchu. Dystans

i opanowanie.

Obszedł  samochód,  aby  otworzyć  drzwi  od  strony

pasażera,  ale  ona  zrobiła  już  to  sama  i  szła  w  kierunku
schodów prowadzących do wnętrza domu.

-  Nie  musisz  mnie  odprowadzać  do  drzwi  –  rzekła

chłodnym tonem, który ponownie obudził w nim irytację.

- Ale to zrobię, Devon – mruknął, chwytając ją za łokieć. –

Nie jesteś przesyłką, którą można zostawić na progu.

-  Nie  jestem  przyjaciółką.  Nie  jestem  kochanką.  A  teraz

dowiaduję  się,  że  nie  jestem  nawet  przesyłką  –  powiedziała,
sięgając  do  torebki  po  klucze.  –  Zaczynam  się  zastanawiać,
czym w gruncie rzeczy jestem.

Przekręciła  gałkę  i  chciała  wejść  do  środka,  ale  on,

ulegając pokusie, ponownie chwycił ją za rękę. Nie odwróciła
głowy, więc podszedł bliżej i pochylił się nad jej uchem.

-  Jesteś  piękną,  niepożądaną,  cholernie  seksowną

komplikacją – wyszeptał.

Zszedł po kilku stopniach i, nie odwracając głowy, wrócił

do samochodu.

background image

Usiadł  za  kierownicą  i  zerknął  w  kierunku  Devon,  która

nadal  stała  w  drzwiach.  Z  powodu  ciemności  nie  widział
wyraźnie  jej  twarzy.  A  ona,  jakby  czując  na  sobie  jego
spojrzenie,  przekroczyła  próg  i  weszła  do  budynku,  znikając
z jego pola widzenia.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Nie lubiła wstawać wcześnie, ale w ten niedzielny poranek

perspektywa  śniadania  z  wszystkimi  członkami  rodziny
wyrwała ją z łóżka już o ósmej.

Kiedy  ciotka  Angela  podała  jej  poprzedniego  wieczoru

nazwę  pięciogwiazdkowego  hotelu,  w  którym  przybysze
z  New  Jersey  mieli  spędzić  noc,  z  trudem  powstrzymała
okrzyk  zdumienia.  Zatrzymywali  się  w  nim  zwykle  tylko
najbogatsi  i  najsławniejsi  goście,  więc  Cain  okazał  wielką
hojność,  zapraszając  tak  liczną  grupę  jej  krewnych
i pokrywając koszty ich pobytu.

Przed  wyjściem  z  domu  zatelefonowała  do  ciotki  Angeli

i odbyła z nią długą rozmowę, którą musiała przerwać, by nie
spóźnić  się  na  spotkanie.  Radość  życia  emanująca  z  krewnej
była  tak  zaraźliwa,  że  ubierając  się,  nadal  miała  na  twarzy
pogodny uśmiech.

Niezależnie od tego, jak skończył się ubiegły wieczór, była

wdzięczna Cainowi za hojność, z jaką potraktował jej rodzinę.

Wolała  nie  wspominać  tego,  co  wydarzyło  się

w  samochodzie  Caina,  kiedy  odwoził  ją  do  domu.  Dał  jej
wyraźnie  do  zrozumienia,  że  przygoda  miłosna,  która  tak
bardzo  nią  wstrząsnęła,  była  dla  niego  tylko  momentem
zapomnienia.

background image

I  że  uważa  ją  jedynie  za  „piękną,  niepożądaną,  cholernie

seksowną  komplikację”,  którą  chce  jak  najprędzej  wymazać
z pamięci.

Jego  słowa  dotknęły  ją  tak  bardzo,  że  z  trudem

powstrzymała  wybuch  złości.  Wiedziała,  że  bliższy  kontakt
z tym mężczyzną może narazić ją na bolesne przeżycia, więc
postanowiła zachować czujność.

Ale nie udało jej się wytrwać w tym postanowieniu bardzo

długo.

Zatrzymała się na najniższym stopniu i przymknęła oczy.

Miała ochotę wzbudzić w sobie nienawiść do Caina, oskarżyć
go w myślach o to, że cynicznie ją wykorzystał, ale… nie była
w stanie tego zrobić.

Zdawała sobie sprawę, że to ona ponosi winę za to, co się

wydarzyło.  Donald  uczył  ją,  że  powinna  kierować  się  logiką
i  wyciągać  wnioski  ze  swoich  obserwacji,  a  nie  ulegać
podszeptom serca.

Podczas  ubiegłej  bezsennej  nocy  wpatrywała  się  w  sufit,

bezgłośnie  powtarzając  w  myślach  jego  rady.  I  obiecując
sobie, że więcej o nich nie zapomni.

Ruszyła do holu.

-  Cieszę  się,  że  cię  widzę,  Devon  –  oznajmił  ojciec,

przystając  u  podnóża  schodów  i  obrzucając  krytycznym
wzrokiem  jej  skórzaną  kurtkę,  biały  T-shirt,  dżinsy
i kowbojskie buty. – Dokąd wybierasz się tak wcześnie?

W  pierwszym  odruchu  chciała  wykręcić  się  jakimś

kłamstwem.  Konfrontacje  z  ojcem  były  dla  niej  zawsze
trudnym przeżyciem.

background image

Ale  przypomniała  sobie,  że  kiedyś  ochłodziła  na  jego

żądanie stosunki z rodziną i straciła ją na wiele lat.

Nigdy więcej, pomyślała z determinacją.

- Jadę do centrum, żeby spotkać się na śniadaniu z ciotką

Angelą, wujem Markiem i całą resztą rodziny.

Na jego twarzy odbiło się zdumienie, którego miejsce zajął

po chwili gniew.

- Co takiego?

- Powiedziałam, że…

- Słyszałem, co mówiłaś – warknął, machając ręką. – Ale

nie mogę w to uwierzyć. Co oni robią w Bostonie?

Oburzona  lekceważącym  tonem,  jaki  przybierał  zwykle,

wspominając  o  ubogich  krewnych  żony,  cofnęła  się  o  krok
i posłała mu chłodne spojrzenie.

- Przyjechali na zaproszenie Caina, ponieważ chciałam się

z  nimi  zobaczyć.  Zjedliśmy  wieczorem  wspaniałą  kolację,
a oni żałowali, że cię na niej nie było.

-  Teraz  rozumiem,  dlaczego  nie  pojawiliście  się  na

wczorajszej  uroczystości,  którą  wam  gorąco  polecałem.
Widocznie  woleliście  spędzić  wieczór  w  towarzystwie  tych
ludzi.

Wykrzywił usta w ironicznym grymasie.

- Cain nie ma prawa wtrącać się do spraw naszej rodziny.

Twoje ciotki i wujkowie nie pasują do Bostonu ani do naszego
świata. Myślałem, że zdajesz sobie z tego sprawę, Devon.

Potrząsnęła głową i uśmiechnęła się z niedowierzaniem.

background image

-  Co  masz  na  myśli,  mówiąc  „naszej  rodziny”?

Przypominam ci, że zerwałam z nimi na twoje życzenie, choć
rozstanie było dla mnie bardzo przykre. Nie licząc ciebie, są
oni ostatnimi osobami łączącymi mnie z matką. Ty chyba nie
chcesz o niej pamiętać i dlatego wyparłeś ich z naszego życia.
Gardzisz  nimi,  bo  ci  przypominają  o  naszym  skromnym
pochodzeniu,  z  powodu  którego  anglosascy  snobi  nie
dopuszczają nas do swojego zamkniętego grona.

Pokonała  dwa  ostatnie  stopnie,  stanęła  obok  niego

i spojrzała mu wyzywająco w oczy.

-  Możesz  nadal  ignorować  ich  istnienie,  ale  ja  nie

zamierzam  rezygnować  z  okazji  do  odnowienia  kontaktów.
A jeśli nie jesteś z tego zadowolony, to…

Wzruszyła ramionami i chciała go ominąć, ale chwycił ją

za łokieć.

-  Dokończymy  tę  rozmowę  kiedy  indziej  –  oznajmił

władczym  tonem.  –  Teraz  chcę  omówić  z  tobą  ważniejsze
sprawy. Przyjdź do mojego gabinetu.

Puścił jej rękę, odwrócił się na pięcie i zniknął w środku

domu.

Devon  zerknęła  na  telefon  komórkowy  i  zdała  sobie

sprawę, że zdąży na czas do hotelu, jeśli wyjedzie za dziesięć
minut.  Spojrzała  na  drzwi,  wzruszyła  ramionami  i  ruszyła
w ślad za ojcem.

Dziewięć  minut,  przypomniała  sobie  w  myślach.  To

wszystko, co mogę mu poświęcić.

- Zamknij drzwi – rozkazał, kiedy weszła do gabinetu.

Spełniła to życzenie i zbliżyła się do biurka.

background image

-  Czy  możemy  załatwić  tę  sprawę  jak  najszybciej,  tato?

Nie chciałabym się spóźnić.

-  Nasza  rozmowa  potrwa  tak  długo,  jak  będę  sobie

życzył – warknął Gregory, bębniąc palcami po blacie biurka. –
Jest ważniejsza niż twoje śniadanie.

Przerwał na chwilę i obrzucił ją badawczym spojrzeniem.

-  Czy  przekonałaś  już  Caina,  że  powinien  zaproponować

mi udział w swoim nowym projekcie inwestycyjnym?

Spojrzała 

na 

niego 

mieszaniną 

frustracji

i niedowierzania.

-  Czy  ty  mówisz  poważnie?  –  spytała  z  oburzeniem.  –

Powiedziałam  ci  przecież,  że  nie  poruszę  z  nim  tego  tematu
i  dotrzymałam  słowa.  Cain  nie  chce  mieć  z  tobą  nic
wspólnego,  a  ja  nie  potrafiłabym  go  nakłonić  do  zmiany
zdania, nawet gdybym tego chciała. A nie chcę.

-  Rozmawialiśmy  już  o  tym  –  stwierdził  Gregory,

zbywając  jej  odpowiedź  machnięciem  ręki  w  taki  sposób,
jakby odpędzał dokuczliwą muchę. – Masz na niego większy
wpływ,  niż  ci  się  wydaje.  Gdzie  jest  twoja  wiara  we  własne
siły?  Przecież  Cain,  zawierając  spółkę  z  przyszłym  teściem,
stworzy w oczach całego świata pozory rodzinnej solidarności
i miłości. Pomyśl o tym, Devon. Nie bądź taka bierna.

Policzyła  do  trzech,  by  nie  stracić  panowania  nad  sobą.

Porywczość  nigdy  nie  była  jej  silną  bronią  w  zmaganiach
z ojcem.

- Cain nie dba o pozory. On nie chce…

- Nic mnie nie obchodzi, czego on chce – warknął ojciec,

uderzając pięścią w blat biurka. – Bardzo mi zależy na udziale

background image

w  tym  przedsięwzięciu.  On  prowadzi  działalność  na  wielu
innych frontach, a dla mnie ta sprawa ma ogromne znaczenie.
Dla mnie, dla nas i dla mojej przyszłości zawodowej.

-  Tato  –  szepnęła,  czując  bolesny  ucisk  w  żołądku.  –

O czym ty mówisz? Co się dzieje?

Odwrócił  od  niej  wzrok  i  zacisnął  zęby.  Kilka  sekund

później  spojrzał  na  nią  ponownie.  Dostrzegła  w  jego  oczach
wściekłość… i strach.

- W ciągu ostatnich dwóch lat zainwestowałem pieniądze

w  kilka  ryzykownych  interesów  i  doprowadziłem  firmę  na
próg  katastrofy.  Nasza  sytuacja  finansowa  jest  fatalna.
Potrzebuję  nowego  poważnego  projektu,  który  zagwarantuje
dochody mojej firmie i klientom. W przeciwnym wypadku…

Czeka  nas  ruina,  bankructwo,  skandal,  pomyślała

z przerażeniem Devon.

- Och, tato! Bardzo mi przykro. Nie wiedziałam…

- Teraz już wiesz – wyjąkał stłumionym głosem.

Wydał  jej  się  nagle  tak  zmęczony  i  załamany,  że  miała

ochotę  do  niego  podejść  i  mocno  go  uściskać.  Ale  uniósł
głowę i spojrzał na nią tak surowo, że zastygła.

-  I  chyba  rozumiesz,  dlaczego  musisz  go  przekonać,  że

powinien  dopuścić  mnie  do  udziału  w  tej  inwestycji.  A  jeśli
nie  zdołasz  tego  zrobić,  będziesz  musiała  zdobyć  w  jakiś
sposób  tajne  informacje  dotyczące  przetargu,  żebym  mógł
złożyć najbardziej korzystną ofertę.

Lęk  i  oburzenie  wyparły  z  jej  serca  wszystkie  objawy

współczucia, jakie przed chwilą wzbudził w niej ojciec.

background image

- Chyba nie mówisz poważnie, tato. Przecież wiesz, że nie

możesz tego ode mnie żądać.

-  Mogę  tego  żądać  i  potrafię  cię  zmusić  do

posłuszeństwa!  –  oznajmił  podniesionym  głosem.  –  Jestem
twoim ojcem, więc lojalność wobec mnie powinna zajmować
pierwsze  miejsce  na  liście  twoich  priorytetów.  Wobec  mnie,
a  nie  wobec  człowieka,  którego  znasz  zaledwie  od  kilku
tygodni  i  który  rzuciłby  cię  bez  wahania,  gdyby  nie  mój
drobny szantaż. Zawdzięczasz mi wszystko, co masz. Łącznie
z  tym  mężczyzną.  Jesteś  moją  dłużniczką,  więc  musisz  dbać
o moje interesy.

Devon wiedziała dobrze, że Cain nią pogardza i chciałby

się  jej  pozbyć.  Utwierdziła  się  w  tym  przekonaniu  wczoraj
w nocy. Ojciec nie musi jej o tym przypominać. Mimo to jego
uwaga boleśnie ją zraniła.

-  Ta  sprawa  nie  ma  nic  wspólnego  z  lojalnością,  tato.

Przyczyną  całego  nieszczęścia  jest  twoja  zachłanność.  Od
dawna walczysz w sposób bezwzględny o pieniądze, pozycję
społeczną  i  koneksje.  Upadłeś  tak  nisko,  że  zaszantażowałeś
Caina i zagroziłeś mu, że skompromitujesz jego matkę. Teraz
żądasz,  żebym  go  oszukiwała,  szpiegowała  i  okradała.  Nie
zrobię tego, bo utraciłabym szacunek dla samej siebie. I swoją
duszę.

-  Przestań  dramatyzować  –  warknął  z  gniewem,  a  potem

otworzył szufladę, wyjął kartkę i przesunął ją po blacie w jej
stronę.

Dostrzegła na niej około dwudziestu pozycji.

- Co to jest? – spytała, unosząc wzrok, żeby spojrzeć mu

w oczy.

background image

-  Masz  przed  sobą  jeszcze  niepełną  listę  poważnych

biznesmenów,  którzy  najhojniej  wspierają  twój  ośrodek
społeczno-kulturalny.  Mogę  wykonać  kilka  telefonów
i  powiadomić  tych  ludzi,  że  ich  pieniądze  są  wydawane
w  sposób  nieracjonalny.  Kiedy  jeden  z  darczyńców  się
wycofa, pozostali pójdą w jego ślady. A to centrum nie może
funkcjonować bez ich wsparcia.

Zamarła z przerażenia. Wiedziała, że jej ukochane miejsce

pracy  jest  życiodajnym  krwiobiegiem  zapewniającym  życie
całej dzielnicy.

-  Masz  wolny  wybór  –  ciągnął  ojciec  coraz  bardziej

aroganckim  tonem.  –  Możesz  wyświadczyć  mi  drobną
przysługę,  ratując  przyszłość  naszej  firmy,  albo  zachować
bierność i patrzeć na upadek twojego ukochanego ośrodka.

Devon już wcześniej zadawała sobie pytanie, kim jest jej

ojciec. Teraz znała odpowiedź.

Gregory Cole nie był już mężem jej matki.

Stał  się  okrutnym  i  pozbawionym  skrupułów  obcym

człowiekiem. Mężczyzną, po którym odziedziczyła tylko kod
genetyczny.  Odwróciła  się  na  pięcie  i  bez  słowa  wyszła
z gabinetu.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

-  Skorygowaliśmy  plany  i  liczby  dotyczące  projektu

inwestycyjnego  pod  roboczą  nazwą  „North  Station”  –
oznajmiła główna księgowa firmy Farrell International, Karina
Douglas,  wstając  ze  swojego  miejsca  u  szczytu  stołu
i wskazując stos dokumentów. – Wysłaliśmy wam wszystkim
nowe  dane  mejlem.  Te  egzemplarze  papierowe  są
przeznaczone  dla  tych  dinozaurów,  które  mają  awersję  do
komputerów.  Otrzymacie  też  najnowsze  preliminarze
i wskaźniki finansowe związane z trzyletnim okresem budowy
i wynajmu nieruchomości. Wszystko wskazuje na to, że mimo
wzrostu  kosztów  materiałów  i  siły  roboczej  uda  nam  się
osiągnąć wysoką stopę zwrotu kapitału.

Cain przemknął palcami po klawiaturze tabletu i ujrzał na

ekranie  wspomniany  dokument,  z  którego  wynikało,  że
zarówno  on  sam,  jak  i  inwestorzy  oraz  udziałowcy  firmy
osiągną imponujące zyski. Ale nie mógł skupić uwagi na treści
preliminarza budżetowego.

Długie  kolumny  liczb  przybierały  przed  jego  oczami

kształt ludzkiej twarzy.

Twarzy kobiety.

Twarzy Devon Cole.

Pochłaniała  wszystkie  jego  myśli  do  tego  stopnia,  że  nie

był w stanie skupić uwagi na niczym innym. Nigdy dotąd mu

background image

się  to  nie  zdarzyło.  Nigdy  dotąd  nie  pozwolił  na  to,  aby
jakakolwiek sprawa, a tym bardziej osoba, kolidowała z jego
problemami zawodowymi.

A  Devon  stała  się  jego  osobistą  zmorą  nękającą  go  nie

tylko przez cały długi dzień, lecz również w ciągu bezsennych
nocy.

Od  ich  ostatniego  spotkania  minęło  czterdzieści  osiem

godzin,  ale  w  jego  uszach  nadal  rozbrzmiewały  jej  miłosne
okrzyki. Nadal czuł jej zapach.

Najbardziej  jednak  prześladował  go  cichy  jęk,  który

wydała,  gdy  oświadczył,  że  postępuje  głupio,  darząc  go
zaufaniem.  I  wyraz  bólu,  który  odbił  się  wtedy  w  jej
szmaragdowych oczach.

Chyba  będzie  musiał  wynająć  egzorcystę,  pomyślał  ze

złością. Może potrafiłby przegnać zjawy, które go prześladują
i nie pozwalają normalnie funkcjonować.

- Cain!

Uniósł głowę znad sprawozdania finansowego i odkrył, że

siedzący  wokół  stołu  uczestnicy  narady,  a  w  ich  liczbie
Karina, Achilles oraz Kenan, patrzą na niego z niepokojem.

-  Bardzo  was  przepraszam  –  wymamrotał  przez  ściśnięte

gardło.  –  Te  dane  tak  mnie  pochłonęły,  że  zapomniałem
o całym świecie.

-  Zaproponowałam,  żebyśmy  przestudiowali  oferty

wszystkich 

potencjalnych 

inwestorów 

pragnących

uczestniczyć  w  tym  projekcie,  a  w  przyszłym  tygodniu,  na
kolejnym zebraniu, zawęzili ich liczbę do pięciu – oznajmiła
Karina, spoglądając w jego stronę.

background image

- To chyba dobry pomysł – przyznał Cain. – Czy są jeszcze

jakieś pilne sprawy wymagające naszej decyzji?

Uczestnicy narady pokręcili głowami, a w chwilę później

opuścili salę, zostawiając go samego.

Westchnął głęboko i usiłował skupić uwagę na kolumnach

liczb,  ale  potem  wyłączył  komputer  i  ruszył  w  kierunku
swojego gabinetu.

Zamierzał  spędzić  kilka  najbliższych  godzin  na

wypełnianiu  swoich  obowiązków  związanych  z  bieżącą
działalnością firmy. Ale jego myśli wróciły do Devon.

Czuł  się  bezradny.  W  sobotę  wieczorem  obiecał  sobie

uroczyście, że zachowa wobec niej bezpieczny dystans i nigdy
więcej nie przekroczy narzuconych sobie granic. Ale choć od
tej  pory  minęły  zaledwie  dwa  dni,  wiedział  dobrze,  że
wszystkie te postanowienia są niewykonalne.

Powody,  dla  których  zamierzał  trzymać  się  od  niej

z  daleka,  nadal  istniały.  Całą  sprawę  skomplikował  jeszcze
bardziej  szaleńczy  wieczór,  podczas  którego  oboje  utonęli
w oceanie seksu.

Na  myśl  o  tej  erotycznej  przygodzie  odczuwał  lekkie

wyrzuty  sumienia,  ale  równocześnie  uśmiechał  się  z  dumą
i zadowoleniem.

-  To  nie  może  trwać  w  nieskończoność  –  mruknął  pod

nosem.

Musi  dokonać  wyboru.  Grać  na  forum  publicznym  rolę

zakochanego  narzeczonego,  a  na  forum  prywatnym
zachowywać uprzejmy dystans…

background image

Albo zerwać wszystkie porozumienia i wyrzucić ją z myśli

oraz życia.

Wkroczył  do  gabinetu…  i  ujrzał  Devon,  która  na  jego

widok zerwała się z fotela.

- Przepraszam za to, że pojawiam się bez zapowiedzi, ale

mam  pilną  sprawę,  o  której  muszę  z  tobą  porozmawiać  –
oznajmiła  z  nieśmiałym  uśmiechem.  –  Twoja  asystentka
pozwoliła mi wejść do gabinetu i na ciebie zaczekać…

Mówiła coś jeszcze, ale jej nie słyszał, bo w jego głowie

zagrzmiał wybuch, którego echa rozeszły się po całym ciele.
Wyglądała  tak  ponętnie,  że  jej  widok  potwierdził  wszystkie
jego 

najbardziej 

zmysłowe, 

najbardziej 

wyuzdane

wyobrażenia.  Obcisła  czarna  sukienka  podkreślała  zgrabną,
a  zarazem  podniecającą  sylwetkę.  A  cudowne,  połyskujące
złotem  włosy  opadały  na  ramiona,  przykrywając  częściowo
piersi…

Wypuścił z rąk laptopa i pliki dokumentów, a potem ruszył

w  jej  stronę.  Przy  każdym  kroku  opadały  z  niego  kolejne
wątpliwości i kolejne postanowienia.

Kiedy stanął przed nią, dojrzał w jej zielonych oczach nie

tylko  zaskoczenie,  lecz  również  zmysłowy  żar.  W  tym
momencie nie był już prezesem firmy Farrell International ani
członkiem  jednej  z  najstarszych  i  najbogatszych  bostońskich
rodzin.

Nie  był  już  niczyim  synem,  bratem,  ani  nawet

zaszantażowanym kandydatem na męża.

Był  po  prostu  mężczyzną,  niewolnikiem  najbardziej

prymitywnych  męskich  instynktów,  które  podpowiadały  mu,

background image

że umrze, jeśli natychmiast nie posiądzie Devon.

Objął rękami jej twarz i odchylił ją lekko do tyłu.

-  Och,  Cain…  –  wyszeptała,  zaciskając  palce  na  jego

przegubach, ale nie po to, by uwolnić się od uścisku.

Uznał te słowa za zaproszenie i przywarł wargami do jej

ust.  Nie  czuł  ich  smaku  od  zaledwie  dwóch  dni,  ale  miał
wrażenie,  że  minęły  od  tej  pory  już  dwa  tygodnie…  a  może
dwa stulecia.

Oboje  zapomnieli  o  całym  świecie.  Czuli  tylko  dotyk

swoich języków i słyszeli swoje przyspieszone oddechy.

-  Co  jesteś  gotowa  mi  dać?  –  odezwał  się  niewyraźnie,

powtarzając pytanie, które zadał jej w sobotni wieczór.

Uniosła  brwi,  odsłaniając  oczy,  w  których  błyszczała

namiętność. Jej wilgotne wargi, już opuchnięte od pocałunku,
lekko drżały.

- A czego ode mnie chcesz? – spytała, przesuwając ustami

po jego policzku.

-  Wszystkiego  –  mruknął  stłumionym  głosem.  –  Jestem

zachłannym sukinsynem. Chcę wszystkiego.

Przymknęła oczy, westchnęła głęboko i powoli osunęła się

na  kolana.  Drżącymi  palcami  zaczęła  rozpinać  błyskawiczny
zamek  jego  spodni.  Nie  spodziewał  się  z  jej  strony  takiego
aktu erotycznej zażyłości, więc choć marzył o tym, co miało
nastąpić, położył rękę na jej dłoni.

-  Devon,  kochanie,  nie  musisz  tego  robić…  -  Potrząsnął

głową i zamknął oczy. – Chciałbym…

background image

- Ja nic nie muszę – odparła, ściskając jego męskość przez

cienkie  bokserki  i  niemal  przyprawiając  go  o  gwałtowny
orgazm. – Ja tego chcę. Czy mi na to pozwolisz, Cain?

Nie  mógł  opanować  zdumienia.  Devon,  którą  zawsze

uważał  za  symbol  niewinności,  przeobraziła  się  nagle
w  rozpasaną  syrenę  wabiącą  go  swoim  głosem  na  głębokie
niebezpieczne wody niepohamowanej zmysłowości.

-  Tak,  pozwalam  ci  go  objąć  twoimi  pięknymi  ustami  –

odparł, wplatając palce w jej gęste jedwabiste włosy. – Pomóż
mi rozładować to dręczące napięcie.

Włożyła dłoń pod bokserki i objęła palcami jego gorącego

nabrzmiałego  penisa.  Błysk  podniecenia,  jaki  dostrzegł  w  jej
oczach, spotęgował jego pożądanie. Ona zaś zsunęła bokserki
z  jego  bioder,  rozchyliła  usta  i  zaczęła  pieścić  językiem
i wargami czubek jego członka.

-  Kochanie,  otwórz  się  przede  mną  trochę  szerzej  –

wychrypiał drżącym głosem.

Spełniła jego życzenie, a on, nadal trzymając w uścisku jej

głowę,  zaczął  poruszać  biodrami.  Kiedy  dotarł  do  jej  gardła,
poczuł w ciele gorący dreszcz.

-  Nie  –  mruknął  do  siebie,  uwalniając  się  od  uścisku  jej

warg,  a  potem  chwycił  ją  za  ramiona  i  uniósł  do  pozycji
stojącej. – Chcę osiągnąć cel wewnątrz ciebie.

Wziął Devon na ręce, rzucił się na kanapę i posadził ją na

sobie.  Choć  ciężko  oddychał  i  drżał  z  podniecenia,  nakazał
sobie powściągliwość.

Nie  chciał  zachowywać  się  jak  jaskiniowiec  i  ulegać

podszeptom  ślepego  pożądania,  które  popychało  go  do

background image

przemocy.  Wiedział,  że  nie  wolno  mu  narazić  jej  pięknego,
delikatnego ciała na uszkodzenia pozostawiające trwałe ślady.
Wolałby  obciąć  sobie  obie  ręce,  niż  dostrzec  na  jej  skórze
oznaki swojej brutalności.

Devon  drżała  z  pożądania  jak  liść  poruszany  powiewami

wiatru. Choć Cain nadal miał na sobie marynarkę, poczuł na
piersi ukłucia jej paznokci. Odkąd jako szesnastoletni chłopiec
przeżył  inicjację  seksualną,  nigdy  nie  był  tak  podniecony
i  zachwycony.  Oboje  byli  nadal  ubrani,  ale  widział  jej
odsłonięte uda i lśniącą kobiecość, a ona nie mogła oderwać
wzroku od jego nabrzmiałego członka. Panującą w gabinecie
ciszę  przerywały  tylko  ich  przyspieszone,  nasycone  seksem
oddechy.

-  Na  co  czekasz,  Devon?  –  spytał  stłumionym  głosem.  –

Proszę cię… Chcę dostać się do środka.

Natychmiast zgromił się w duchu za uległość. Bał się, że

porywie 

namiętności 

zapomni 

wszystkich

postanowieniach i ujawni swoje uczucia.

Spojrzała mu w oczy i powoli opadła na niego, rozsuwając

uda,  aby  zapewnić  mu  dostęp  do  najbardziej  intymnych
zakątków swojego ciała.

- Oczywiście, Cain. Serdecznie cię zapraszam.

Zaczęła poruszać się w górę i w dół, zaciskając mięśnie na

jego  penisie.  Miał  ochotę  chwycić  ją  za  biodra,  by
przyspieszyć rytm jej ruchów, ale wytężył siłę woli i zachował
całkowitą bierność.

Został za to nagrodzony przypływem rozkoszy, jakiej nie

przeżył nigdy w życiu.

background image

- Jeszcze trochę, kochanie – wyszeptał drżącym głosem. –

Jestem już bardzo blisko.

Zaczęła  kołysać  się  trochę  szybciej,  wydając  ciche  jęki.

Każdy ruch jej ciała przybliżał go do momentu spełnienia.

Czuł  się  jak  człowiek  zwisający  nad  przepaścią.

Trzymający się skalnego występu tylko czubkami palców.

- Dotykaj mnie – wyszeptała mu do ucha. – Proszę cię…

Chcę, żebyś mnie dotykał.

Jej  prośba  przedarła  się  przez  mur  dzielący  go  od

rzeczywistości.  Wsunął  dłoń  między  uda  Devon  i  zaczął
przesuwać  palcem  po  napiętym  kłębku  nerwów  położonym
w  centralnym  punkcie  jej  kobiecości.  Ona  zaś  wydała
stłumiony jęk i przylgnęła do niego całym ciałem.

Kiedy  nagle zesztywniała,  a potem  zaczęła  dygotać,  miał

wrażenie,  że  przeszywa  go  iskra  sięgająca  od  stóp  aż  do
czubka  głowy.  W  euforycznym  zapamiętaniu  wydał  okrzyk
rozkoszy,  resztkami  świadomości  dziękując  losowi  za  to,  że
jego gabinet jest dźwiękoszczelny.

Ale  nawet  w  momencie  całkowitego  odlotu  nie  wypuścił

Devon ze objęć.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Zatrzymała  się  u  podnóża  szerokiej,  zakręconej  klatki

schodowej  zdobiącej  luksusowy  hol  rodzinnej  rezydencji
Caina.  Miała  ochotę  wbiec  na  górę,  wrócić  do  pokoju,
z  którego  przed  chwilą  wyszła,  i  położyć  się  w  łóżku  obok
niego. Na wspomnienie tego, co przeżyła w ciągu minionych
kilku  godzin  po  wyjeździe  z  biurowca  Farrell  International,
poczuła lekkie skrępowanie.

Oboje  przekroczyli  wszystkie  granice  i  wspięli  się  na

szczyty  erotycznego  wyuzdania.  Nigdy  nie przyszłoby  jej do
głowy,  że  będzie  klęczała  kiedyś  przed  Cainem  w  jego
gabinecie, niemal doprowadzając go do orgazmu przy pomocy
wyszukanych pieszczot.

W towarzystwie tego mężczyzny zawsze traciła panowanie

nad  sobą  i  nie  potrafiła  oprzeć  się  emanującej  z  niego  sile
przyciągania.

Złożyła  wizytę  w  jego  firmie,  by  porozmawiać  z  nim

o wielkim projekcie inwestycyjnym realizowanym przez firmę
Farrell  International.  Miała  zamiar  spełnić  życzenie  ojca
i  poprosić  Caina,  aby  dopuścił  go  do  udziału  w  tym
przedsięwzięciu.

Gdy  wpuszczona  przez  sekretarkę  czekała  na  niego

w pustym gabinecie, omal nie uległa pokusie i nie zajrzała do
jego  komputera,  w  którym  musiały  się  znajdować  wszystkie
dane dotyczące tej inwestycji.

background image

Wewnętrzny  głos  powstrzymał  ją  jednak  od  tego

zdrożnego czynu, przekonując, że nie upadła jeszcze tak nisko.

Kiedy  jednak  Cain  wszedł  energicznym  krokiem  do

wielkiego, 

luksusowo 

wyposażonego 

pomieszczenia,

zapomniała o ojcu i o wszystkich deweloperskich projektach.
Zaledwie  dwa  dni  wcześniej  obiecała  sobie,  że  nigdy  więcej
nie  ulegnie  urokowi  Caina  i  nie  dopuści  do  erotycznego
zbliżenia.

Ale  błysk  pożądania,  który  dostrzegła  w  jego

szaroniebieskich  oczach,  kazał  jej  zapomnieć  o  tych
postanowieniach,  choć  wiedziała,  że  uległość  wobec  niego
może  ją  narazić  na  problemy.  A  teraz  stała  w  jego  domu
u podnóża schodów i zastanawiała się, jak wybrnąć z sytuacji,
którą narzuciły jej okoliczności.

-  Co  ty  tu  robisz?  –  spytał  Cain,  zjawiając  się

niespodziewanie tuż obok niej.

Miał  na  sobie  tylko  szorty  podkreślające  szczupłość

bioder, a ona zdała sobie sprawę, że jej nagość okrywa jedynie
jego  biała  koszula,  którą  narzuciła  na  siebie,  chcąc
rozkoszować się zapachem swojego mężczyzny.

-  Miałem  właśnie  zamiar  przynieść  ci  coś  do  jedzenia.

Jesteś głodna?

Otworzyła  usta,  by  powiedzieć,  że  ma  ochotę  tylko  na

dalszy ciąg ich przygody erotycznej, ale w tym momencie jej
żołądek zaburczał.

Cain  spojrzał  na  nią  z  rozbawieniem  i  po  raz  pierwszy

w  dziejach  ich  znajomości  na  jego  twarzy  pojawił  się
promienny, beztroski uśmiech.

background image

-  Chodź  ze  mną  –  zażądał,  chwytając  ją  za  rękę.  –  Nie

wzniosłem  się  na  szczyty  swoich  kulinarnych  umiejętności,
ale przygotowałem drobny posiłek, który powinien zagłuszyć
protesty twojego żołądka.

Zaprowadził  ją  do  kuchni,  w  której  zastała  imponujący

wybór  różnych  gatunków  wędlin,  chleba,  sera,  jarzyn
i owoców. Zrobili kanapki i usiedli w zacisznym zakątku przy
ogromnym, wychodzącym na ogród oknie.

Devon miała wrażenie, że śni.

Oto  siedzą  naprzeciwko  siebie  przy  stole  i  jedzą  kanapki

jak dobre, zżyte z sobą małżeństwo. Cain zadawał jej pytania
dotyczące rodziny, a ona zabawiała go opowieściami z okresu
swojego dzieciństwa.

Co  jakiś  czas  oboje  wybuchali  śmiechem,  a  jej  serce

zaczynało  wtedy  bić  trzykrotnie  szybciej.  Wiedziała,  że
powinna  jak  najszybciej  opuścić  jego  dom,  ale  pozostała  na
miejscu,  chcąc  wykorzystać  każdą  chwilę  bliskości  z  tym
fascynującym mężczyzną.

Kiedy Cain zebrał naczynia i zaniósł je do zlewu, podeszła

do  okna,  aby  spojrzeć  na  ogród.  Zapadał  już  zmrok,  kwiaty
i rośliny lśniły w żółtawym świetle lamp. Miała wrażenie, że
jeśli  wyciągnie  rękę,  będzie  mogła  dotknąć  zielonych  liści
i gałązek.

-  Założyła  go  moja  matka  –  wyjaśnił  Cain,  podchodząc

bliżej i stając za jej plecami. – To była jedyna zmiana, na jaką
zgodził  się  ojciec,  choć  ten  dom  należał  do  rodziny  mamy
i  był  jej  własnością  od  kilku  pokoleń.  Do  tej  pory  nie  mam
pojęcia,  dlaczego  jej  na  to  pozwolił…  Pewnie  sądził,  że

background image

podniesie  to  wartość  nieruchomości  –  dodał  ironicznym
tonem.

Devon postanowiła zadać mu pytanie, które cisnęło jej się

na usta. odkąd w sobotę wieczorem przyjechali do tego domu.
Do  tej  pory  zwalczała  tę  pokusę,  nie  chcąc,  aby  uznał  ją  za
osobę nadmiernie ciekawą, ale teraz zebrała się na odwagę.

- Dlaczego tak bardzo nienawidzisz tego domu? – spytała

szeptem.

Milczał  przez  dłuższą  chwilę,  a  ona  poczuła  niepokój

i zaczęła w duchu przeklinać swoje wścibstwo.

- Przepraszam cię. Nie miałam prawa…

-  Mój  ojciec  znęcał  się  nade  mną  w  dzieciństwie.  Ta

rezydencja  była  moim  więzieniem  i  osobistym  piekłem…
Barron  nigdy  nie  okazywał  nikomu  uczuć.  Kierował  naszą
rodziną  w  taki  sam  sposób,  w  jaki  zarządzał  firmą.  Był
bezwzględny,  przewrotny  i  bezlitosny.  Gdyby  nie  matka,
w  naszym  domu  nie  byłoby  miłości  ani  odrobiny  ciepła.
Zaczął mnie bić, kiedy skończyłem siedem lat, a ona nie była
w  stanie  go  powstrzymać.  Powtarzał,  że  musi  „wychować
mnie  na  mężczyznę”.  Wyrobił  we  mnie  poczucie,  że  jestem
w jakiś sposób upośledzony, pozbawiony jakichkolwiek zalet,
więc nie zasługuję na łagodne traktowanie. Ale od przemocy
fizycznej gorszy był terror psychiczny i emocjonalny.

Nigdy  nie  wiedziałem,  co  mnie  czeka  po  powrocie  ze

szkoły lub po jego powrocie z pracy. Usiłowałem zachowywać
się  wzorowo,  osiągnąć  doskonałość,  ale  nie  mogłem  go
zadowolić.  Byłem  tak  zestresowany,  że  zacząłem  cierpieć  na
bóle  żołądka  i  głowy.  Wymiotowałem  ze  strachu  za  każdym
razem,  kiedy  wzywał  mnie  do  biblioteki,  bo  wiedziałem,  co

background image

mnie czeka. Nikt nie był w stanie go powstrzymać… Nikt nie
wystąpił w mojej obronie.

Devon  zamknęła  oczy  i  zagryzła  wargi,  by  się  nie

rozpłakać.  W  tym  momencie  nienawidziła  Barrona  Farrella.
Za  to,  że  skrzywdził  własnego  syna  i  zaraził  go  chłodnym,
pogardliwie nieufnym stosunkiem do całego świata.

- Czy maltretował również matkę?

-  Nie  sięgał  po  przemoc  fizyczną,  ale  ją  oszukiwał

i  przechwalał  się  niewiernością.  Poniżał  ją  i  obrzucał
wyzwiskami.  Często  się  zastanawiałem,  dlaczego  założył
rodzinę, i doszedłem do wniosku, że potrzebował ofiar, które
chciał  bezkarnie  dręczyć.  Moja  matka  mogła  go  porzucić
i wystąpić o rozwód, ale musiałaby wtedy zdać mnie na jego
łaskę,  bo  on  nie  zrzekłby  się  praw  rodzicielskich.  Odeszła
dopiero wtedy, kiedy dorosłem i potrafiłem się obronić. Zaraz
po  mojej  maturze  wyprowadziliśmy  się  oboje  z  tego  domu,
a ja zobaczyłem go dopiero w dniu pogrzebu.

Devon zrozumiała nagle, dlaczego Cain wyszedł wtedy do

ogrodu. Po prostu nie chciał oglądać wnętrz, z którymi łączyło
się tyle bolesnych wspomnień.

-  Dlaczego  w  takim  razie  nadal  tu  mieszkasz?  Przecież

twoja nienawiść do tego miejsca wyraźnie rzuca się w oczy.

- Bo zobowiązuje mnie do tego specjalna klauzula zawarta

w testamencie. Muszę tu mieszkać przez rok, bo inaczej stracę
prawa do Farrell International.

- Co za drań – wyszeptała, tłumiąc atak wściekłości. – Nie

wystarczyło  mu,  że  znęcał  się  nad  tobą  w  dzieciństwie…
Chciał tobą rządzić, nawet zza grobu.

background image

Potrząsnęła głową.

-  Po  upływie  terminu  powinieneś  zamienić  tę  rezydencję

w  dom  opieki  dla  kobiet  i  dzieci,  ofiar  przemocy  domowej.
Zapewnić im miejsce, w którym będą bezpieczne i poczują się
u siebie. Niech na to popatrzy, niezależnie od tego, gdzie się
teraz  znajduje…  Nawiasem  mówiąc,  nie  sądzę,  żeby  on
spoglądał na nas z nieba.

Cain roześmiał się głośno, a ona pogłaskała go łagodnie po

głowie.

- Przykro mi, że byłeś narażony na takie cierpienia, Cain –

wyszeptała, chwytając go za rękę. – Ten człowiek wszystko ci
ukradł.  Twoje  dzieciństwo,  twoją  niewinność,  twoich  braci.
A  przecież  w  żaden  sposób  na  to  nie  zasłużyłeś.  Nie  mogę
sobie wyobrazić…

Ponownie potrząsnęła głową i mocniej zacisnęła palce na

jego dłoni.

-  Stałeś  się  człowiekiem  mającym  charakter,  siłę  woli

i  inne  przymioty,  o  których  twój  ojciec  nie  mógł  nawet
marzyć.  A  teraz,  kiedy  tyle  osiągnąłeś,  mój  ojciec  usiłuje
pozbawić  cię  prawa  do  decydowania  o  swoim  losie.  Jest  mi
z tego powodu bardzo przykro.

Teraz wiedziała już, dlaczego Cain tak bardzo nienawidzi

jej ojca i przelewa na nią część swoich negatywnych uczuć.

Szantaż  Gregory’ego  mający  go  pozbawić  prawa  do

decydowania  o  własnym  losie  przypominał  mu  najgorsze
przeżycia z okresu dzieciństwa.

Odwróciła się do niego i spojrzała mu czule w oczy.

background image

- Muszę ci się do czegoś przyznać. Spytałeś mnie kiedyś,

dlaczego  nie  sprzeciwiłam  się  woli  naszych  ojców,  którzy
zawarli tę haniebną umowę.

Zamilkła  na  chwilę,  a  potem  wzięła  głęboki  oddech

i ciągnęła:

-  Ten  człowiek…  Gregory  Cole  zagroził  egzystencji

mojego ukochanego ośrodka opieki społecznej. Powiedział mi,
że  jeśli  się  nie  zgodzę  na  te  zaręczyny  i  ślub,  nie  tylko
pozbawi mnie pracy, ale też wycofa swoje poparcie finansowe
i  nakłoni  innych  sponsorów  do  pójścia  w  jego  ślady.  Nie
zależy mi tak bardzo na tej pracy, ale istnienie tego centrum
jest  ogromnie  ważne  dla  wielu  ludzi.  Nie  mogłam  ci  tego
powiedzieć wcześniej, bo on…

Zamilkła i wzruszyła ramionami.

-  Teraz  uważam,  że  powinieneś  się  o  tym  dowiedzieć,

bo…

Cain  objął  jej  twarz,  przerywając  potok  słów,  a  ona

odchyliła głowę, chcąc ułatwić mu dostęp do swoich ust. Ale
nawet  gdy  zdjął  z  niej  swoją  koszulę  i  położył  ją  na
kuchennym  stole,  a  potem  zaczął  pieścić  jej  sutki,  słyszała
swój  wewnętrzny  głos,  który  ostrzegał,  że  Cain  nigdy  nie
zdobędzie  się  na  wyznanie  miłości,  bo  nie  będzie  w  stanie
zapomnieć o grzechach Gregory’ego Cole’a.

Co bardzo ją martwiło.

Bo była już w nim zakochana.

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

- Cain… - zawołał cicho Ben, stając w drzwiach gabinetu.

Cain  uniósł  głowę  znad  dokumentów,  które  miał  zamiar

zabrać z sobą do biura. Był już trochę spóźniony. Zbliżała się
dziesiąta,  a  on  zwołał  zebranie  na  jedenastą  trzydzieści.
Zwykle zjawiał się w siedzibie Farrell International wcześniej
niż wszyscy pracownicy, z wyjątkiem ochroniarzy. Tego ranka
było inaczej.

Nie odczuwał jednak wyrzutów sumienia, bo powód tego

opóźnienia  opuścił  jego  łóżko  zaledwie  przed  dwiema
godzinami.

- Cain… - powtórzył lokaj, tym razem nieco głośniej.

- Przepraszam cię, Ben. O co chodzi?

- Przyszedł niejaki Gregory Cole. Mówi, że go przyjmiesz,

choć nie był umówiony.

Cain zacisnął zęby, ale kiwnął głową.

- Wpuść go.

Kiedy Gregory wszedł do gabinetu, Cain musiał wytężyć

całą  siłę  woli,  by  nie  zerwać  się,  nie  złapać  go  za  klapy
marynarki  i  nie  uderzyć  nim  o  ścianę.  Ten  człowiek  budził
w nim taką samą odrazę jak własny ojciec.

- O co chodzi, Cole? – spytał chłodnym tonem. – Dlaczego

zjawiasz się bez zapowiedzi?

background image

-  Będziemy  wkrótce  członkami  jednej  rodziny,  więc  nie

musimy chyba bawić się w formalności – odparł z uśmiechem
nieproszony gość. – Czy mogę usiąść?

-  Nie  –  warknął  Cain.  –  Spieszę  się  do  biura  i  nie  mam

czasu na długie rozmowy, więc przejdź od razu do sedna.

-  W  porządku.  Chcę  uczestniczyć  jako  inwestor

w  projekcie  North  Station  realizowanym  przez  Farrell
International.

Cain  patrzył  na  niego  przez  chwilę  z  niedowierzaniem,

a potem wybuchnął śmiechem.

-  Chyba  żartujesz.  Niby  dlaczego  miałbym  robić  z  tobą

interesy, choć nie mam do ciebie ani odrobiny zaufania i nie
mogę zarekomendować cię wspólnikom?

- Moja firma jest prowadzona w sposób nienaganny…

- Nie – przerwał mu Cain. – Ale ty najwyraźniej nadal tego

nie rozumiesz. Moja odpowiedź brzmi odmownie. Więc jeśli
to wszystko, co miałeś mi do powiedzenia…

- Przykro mi, że zabieram ci czas – rzekł Gregory obłudnie

uniżonym  tonem.  –  Gdyby  Devon  spełniła  moją  prośbę
i wpłynęła na ciebie, nie musiałbym ci przypominać, że mogę
wykorzystać  posiadane  przeze  mnie  informacje  dotyczące
twojej matki. Skoro jesteś teraz zajęty, to powiedz mi, kiedy
mogę przyjść do biura firmy, żeby omówić szczegóły.

Ten  człowiek  nigdy  nie  przestanie  go  szantażować,

pomyślał z wściekłością Cain. Dopóki ma te kompromitujące
materiały  na  temat  matki,  zawsze  będzie  narzucał  mu  swoją
wolę. A Devon…

background image

Skoro  znała  plany  ojca  dotyczące  tego  projektu,  to

dlaczego mu o tym nie powiedziała?

Poczuł  się  zdradzony  i  oszukany.  Wiedział,  że  musi  za

wszelką cenę uwolnić się od Cole’a i jego dwulicowej córki.
Nie  miał  jeszcze  pojęcia,  jak  to  zrobi,  ale  był  pewny,  że
znajdzie jakiś sposób.

-  Mam  nadzieję,  że  moje  argumenty  przywróciły  ci

zdolność logicznego myślenia – mruknął Gregory, zdobywając
się  na  protekcjonalny  uśmiech.  –  Że  podejmiesz  słuszną
decyzję,  która  stanie  się  fundamentem  naszej  owocnej
współpracy.

- To nie wchodzi w rachubę – warknął Cain. – Udało ci się

narzucić  mi  towarzystwo  swojej  córki,  ale  nigdy  nie  wyrażę
zgody na to, żebyś uzyskał wpływ na poczynania mojej firmy.
A jeśli tego nadal nie rozumiesz, to możesz iść do wszystkich
diabłów.

Devon,  która  niepostrzeżenie  weszła  do  gabinetu

i  usłyszała  ostatnią  wypowiedź  Caina,  zastygła  w  bezruchu.
Czuła w całym ciele obezwładniający ból.

Mimo  to  zmusiła  się  do  przebycia  ostatnich  metrów

dzielących ją od biurka i rzuciła na blat dużą grubą kopertę.

-  Co  ty  tu  robisz,  Devon?  –  spytał  ojciec.  –  Po  co  tu

przyszłaś?

- Po to, żeby wszystko naprawić. Wiem, że cię to zmartwi,

tato,  ale  moje  zaręczyny,  jeśli  można  je  tak  nazwać,  są
nieaktualne.

- Co?! – zawołał Gregory, podchodząc do niej. – O czym

ty mówisz?

background image

Nie odrywała wzroku od Caina. W jego oczach lśnił gniew

rozdzierający jej serce.

Słyszała jego rozmowę z ojcem. Wiedziała, że Cain nadal

podejrzewa  ją  o  dwulicowość.  Że  nigdy  nie  obdarzy  jej
pełnym zaufaniem.

- Weź sobie tę kopertę, Cain – wyszeptała, popychając ją

palcem w jego stronę. – Jesteś wolny. Tak jak ja.

- Devon! – krzyknął ojciec, chwytając ją za ramię. – Co ty

zrobiłaś?

-  To,  co  powinnam  była  zrobić,  kiedy  tylko  przejrzałam

twoje  machinacje.  Kiedy  wyjechałeś  dziś  do  pracy,
otworzyłam  sejf.  Zamek  szyfrowy  nie  sprawił  mi  wiele
kłopotu. Data urodzin mamy. Uważam, że wciągając ją choćby
pośrednio do swoich celów dopuściłeś się świętokradztwa. Ale
znalazłam  całą  dokumentację  dotyczącą  matki  Caina.
Wszystko jest w tej kopercie. Muszę uczciwie przyznać, że nie
spodziewałam się was tu zastać. Chciałam zostawić te papiery
u sekretarki, Cain, i omówić później całą sprawę z tobą oraz
ojcem.  Ale  skoro  obaj  tu  jesteście,  to  możemy  załatwić
wszystko od razu i zakończyć tę ponurą farsę.

- Jak mogłaś? – wychrypiał Gregory, odsuwając się od niej

tak  gwałtownie,  jakby  nagle  wzbudziła  jego  obrzydzenie.  –
Jak możesz postępować tak nielojalnie wobec własnego ojca?
I to dla człowieka, który nie chce mieć z tobą nic wspólnego.

- To ty pierwszy mnie zdradziłeś! – zawołała, prostując się

i  podnosząc  wojowniczo  głowę.  –  Byłam  dla  ciebie  tylko
lalką.  Pionkiem,  który  przesuwałeś  po  szachownicy.  A  skoro
nie  umiesz  być  moim  dobrym,  wyrozumiałym  i  kochającym
ojcem,  to  musimy  się  rozstać.  Wolę  darzyć  cię  miłością

background image

z daleka, niż trwać w toksycznym związku, który odbiera mi
wiarę we własne siły i pewność siebie.

- W takim razie nie masz prawa nazywać się moją córką –

wycedził lodowatym tonem Gregory, a potem odwrócił się na
pięcie i szybko wyszedł z pokoju.

- Devon – wyszeptał Cain, robiąc krok w jej kierunku, ale

powstrzymała go ruchem ręki.

- Nie. Obaj z ojcem powiedzieliście już wszystko, co było

do  powiedzenia  –  oznajmiła,  nawiązując  do  ich  usłyszanej
przed chwilą wymiany zdań. – Zbyt długo pozwalałam na to,
żeby  moim  życiem  kierowali  mężczyźni,  żeby  nim
manipulowali w taki sposób, jakbym była zabawką. Mam tego
dosyć.  Kochałam  kiedyś  człowieka,  który  nie  odwzajemniał
moich  uczuć,  ale  chciał  mnie  wykorzystać  jako  narzędzie
swojego  awansu  społecznego.  Ty  może  nie  potrzebujesz
moich  koneksji,  ale  traktujesz  mnie  jak  zabawkę,  na  której
możesz  wyładowywać  złość.  A  ja  nigdy  cię  nie  zdradziłam.
Nigdy cię nie zraniłam. Ja tylko…

Chciała  powiedzieć  „cię  kochałam”,  ale  ugryzła  się

w  język.  Choć  pękało  jej  serce,  pragnęła  zachować  resztki
godności.

I wyjść z jego gabinetu z podniesionym czołem.

-  Mam  dość  płacenia  za  cudze  grzechy.  Płaciłam  za

podłość ojca i za to, że został sam po śmierci matki. Płaciłam
za  ślepotę,  kiedy  nie  dostrzegłam  tego,  że  ukochanemu
mężczyźnie bardziej zależy na koneksjach mojego ojca niż na
mnie. A jeśli chodzi o ciebie, płacę za to, że jestem jego córką.
Spytałeś mnie kiedyś, kim naprawdę jestem. Miałam nadzieję,
że dowiesz się, kiedy mnie lepiej poznasz. Teraz widzę, że nie

background image

ma  na  to  szans.  Zawsze  będę  ci  się  kojarzyć  z  człowiekiem,
który  cię  szantażował  i  zagrażał  reputacji  twojej  matki.  A  ja
nie mam już sił, żeby cię przekonywać, jak bardzo się mylisz.

- Devon – szepnął przez ściśnięte gardło. – Ja wiem, kim

jesteś.

-  Za  późno  –  wyszeptała,  usiłując  zapanować  nad

wzburzeniem.  –  Nie  potrafię  ci  uwierzyć.  Widziałam  twoją
twarz  i  twoje  oczy,  wchodząc  do  tego  pokoju.  Myślałeś,  że
stoję  po  stronie  ojca.  Przyznaję,  że  mnie  prosił
o wstawiennictwo w sprawie tego nowego projektu. Kazał mi
nawet wykradać dotyczące tej inwestycji informacje. Ale nie
potrafiłam  się  do  tego  zmusić.  Nie  wspomniałam  ci  o  jego
żądaniach, bo nie sądziłam, że znowu posunie się do szantażu.
Popełniłam błąd, ale nie miałam złych intencji. A teraz wiem,
że nigdy nie obdarzysz mnie zaufaniem.

Patrzyła  na  niego  przez  chwilę  tak  intensywnie,  jakby

chciała zapamiętać wszystkie szczegóły jego twarzy. A potem
wyszła z pokoju, nie oglądając się za siebie.

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Usłyszał  pukanie  do  drzwi  gabinetu  i  skrzywił  się

z niechęcią. Nie opuszczał od trzech dni swojej rezydencji, nie
mogąc się zmusić do wizyty w firmie.

Nie  potrafił  też  oderwać  myśli  od  Devon,  gdyż

wspomnienie  o  niedawnej  konfrontacji  przesłaniało  w  jego
pamięci wszystkie inne sprawy.

Zanim zdążył oznajmić Benowi, że niczego nie potrzebuje,

drzwi  otworzyły  się  i  do  pokoju  wkroczyli  jego  przyrodni
bracia, Kenan i Achilles.

- Czego chcecie? – spytał niechętnie. – Wcale was tu nie

zapraszałem. Czy nie powinniście być w pracy?

-  O  to  samo  chciałem  zapytać  ciebie  –  powiedział

Achilles.  –  Dlaczego  pozwalasz  na  to,  żeby  ten  łobuz  Cole
i jego córeczka plątali się po firmie bez nadzoru?

- Chcielibyśmy też wiedzieć, kiedy wreszcie przestaniesz

traktować  nas  jak  wrogów?  –  dodał  Kenan.  –  Zwracam  ci
uwagę, że nie jesteśmy tu z własnej inicjatywy, tylko dlatego,
że  narzuciły  nam  to  warunki  określone  w  testamencie  ojca.
Żaden  z  nas  nie  marzył  o  tym,  żeby  poświęcić  rok  życia  na
sprawy firmy, która w gruncie rzeczy niewiele nas obchodzi.

-  Nie  liczcie  na  moje  współczucie  –  odparł  Cain.  –  Ja

spędziłem trzydzieści dwa lata w piekle, znosząc kaprysy tego
wyrachowanego, pozbawionego uczuć manipulanta.

background image

Bracia, wyraźnie zaskoczeni, spojrzeli na niego pytająco.

- Co masz na myśli, Cain? – spytał Achilles, podchodząc

do biurka.

Doszedł do wniosku, że nie musi już dłużej ukrywać przed

nimi prawdy.

Opowiedział  im  o  swoim  nieszczęśliwym  dzieciństwie

spędzonym pod nadzorem sadystycznego ojca.

O  wszystkich  podłościach,  jakich  dopuszczał  się  Barron

Farrell  podczas  ich  długoletniej  współpracy.  Zakończył
wzmianką  o  szantażu  Gregory’ego  Cole’a  i  o  swoich
stosunkach z Devon.

Obaj słuchali go w milczeniu, nie zadając pytań.

Kiedy  skończył  mówić,  w  pokoju  zapadła  cisza.  Potem

Achilles podszedł do niego i serdecznie go objął. Cain poczuł,
że do oczu napływają mu łzy. Że opada z niego ciężar gniewu
i  niechęci,  które  dźwigał  na  barkach  od  chwili  odczytania
testamentu.

Uświadomił  sobie,  że  ci  dwaj  mężczyźni  są  naprawdę

członkami jego rodziny.

-  Bardzo  mi  przykro,  Cain  –  rzekł  cicho  Achilles.  –

Przykro  mi,  że  musiałeś  tak  wiele  wycierpieć.  Nie  miałem
pojęcia, że ojciec był zdolny do takiej nikczemności.

-  A  ja  chciałbym  wykopać  tego  drania  z  grobu,  zabić  go

i  ponownie  pochować  –  oznajmił  Kenan,  podchodząc  do
biurka.  –  Ten  Gregory  Cole  od  początku  wydawał  mi  się
podejrzany,  a  nie  mogłem  rozgryźć  charakteru  twoich
stosunków z Devon. Ale przecież wystarczy na nią spojrzeć,
aby odkryć, że ona różni się od ojca. Przecież dowiodła tego,

background image

oddając  ci  wbrew  jego  woli  te  kompromitujące  materiały
mogące  zaszkodzić  opinii  twojej  matki.  Nie  znamy  się  od
dawna, ale jesteś moim bratem, więc powiem ci szczerze, że
spieprzyłeś sprawę, pozwalając jej odejść.

- Ona wcale nie pytała mnie o pozwolenie – odparł Cain. –

Powiedziała, że nie może się wiązać z człowiekiem, który ją
podejrzewa  o nielojalność.  A ja nadal nie jestem pewny, czy
mogę jej ufać.

-  Co  ty  wygadujesz,  Cain?  –  spytał  z  oburzeniem

Achilles. – Ona zasługuje na zaufanie bardziej niż ktokolwiek
inny.  Jest  dla  ciebie  stworzona.  Widzieliśmy,  jak  na  ciebie
patrzy… i jak ty patrzysz na nią. Nie pozwól na to, żeby ten
stary  manipulant  zatruwał  zza  grobu  wasze  wzajemne
stosunki.

Cain  przypomniał  sobie  nagle  słowa  Devon:  „Ten

człowiek  ukradł  ci  twoje  dzieciństwo.  Twoją  niewinność.
Twoich  braci”.  I  uświadomił  sobie  nagle,  że  jest  w  niej
szaleńczo zakochany.

- Masz rację – przyznał. – Spieprzyłem sprawę.

- I doprowadziłeś do kryzysu – dodał Kenan. – Ale masz

teraz po swojej stronie dwóch sojuszników, którzy pomogą ci
z tego wybrnąć.

-  A  mianowicie  nas  –  wtrącił  Achilles,  a  Cain  po  raz

pierwszy od dawna wybuchnął beztroskim śmiechem.

background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Devon  wysiadła  z  windy  i  znalazła  się  w  holu  centrum

kulturalnego.  Czuła  się  zmęczona,  bo  miała  za  sobą  długi
dzień, ale była z tego zadowolona. Nawał zajęć nie zostawiał
jej czasu na myślenie. Po powrocie do domu zjadała skromną
kolację i kładła się do łóżka.

W  ubiegły  piątek  pojechała  do  New  Jersey,  by  spędzić

weekend z rodziną. Miała wrażenie, że odwiedza nieistniejącą
już  krainę  szczęśliwości,  w  której  wszyscy  są  pogodni
i  zadowoleni.  Towarzystwo  wujków,  ciotek,  kuzynów
i kuzynek wpływało kojąco na jej stan psychiczny.

Przeżyła jeden trudny moment, kiedy siostra matki spytała

ją o Caina i Gregory’ego, ale powiedziała tylko, że obaj czują
się dobrze i zmieniła temat.

Nie widziała Caina od tygodnia, lecz nadal za nim tęskniła.

Miała  jednak  nadzieję,  że  czas  jak  zwykle  okaże  się
najlepszym lekarzem i ukoi ból.

Wyszła z domu i ruszyła w stronę parkingu, ale zatrzymał

ją znajomy głos.

- Devon…

Odwróciła  głowę  i  ujrzała  zmierzającego  w  jej  kierunku

Caina. Jego widok jak zwykle wywołał przyspieszone bicie jej
serca.

background image

- Cain! – zawołała, a potem wzięła głęboki oddech. – Co ty

tu robisz?

- Jestem tu dla ciebie.

Zwróciła uwagę na to, że powiedział „dla ciebie”, a nie po

to, „aby się z tobą zobaczyć”.

-  Odejdź  –  mruknęła,  siląc  się  na  stanowczy  ton.  –  Nie

chcę z tobą rozmawiać.

-  Devon  –  powtórzył,  robiąc  krok  w  jej  kierunku.  –  Nie

mam do tego prawa, ale proszę, żebyś mnie wysłuchała. Jeśli
to  zrobisz,  a  potem  każesz  mi  odejść,  więcej  mnie  nie
zobaczysz.

Kiwnęła głową, wzruszona jego błagalnym tonem.

Cain  milczał  przez  chwilę,  a  potem  bezradnie  się

uśmiechnął.

-  Przygotowałem  sobie  całe  przemówienie.  Kenan,  który

jest  zaprzyjaźniony  z  rektorem  uniwersytetu  bostońskiego,
zaproponował  mi,  żebym  zjawił  się  u  ciebie  na  czele
studenckiej  orkiestry  dętej.  Ale  nie  potrzebuję  żadnych
sztuczek,  żeby  cię  przeprosić.  Zachowałem  się  w  sposób
haniebny,  zrzucając  na  ciebie  winę  za  grzechy  twojego  ojca.
A  przecież  lepiej  niż  ktokolwiek  inny  powinienem  wiedzieć,
że nie odpowiadamy za uczynki naszych rodziców. A ty…

Zamilkł na chwilę i ponownie głęboko odetchnął.

-  Ty  jesteś  najlepsza  z  nas  wszystkich.  Piękna,  urocza,

bezinteresowna. Tak odważna, że budzi to mój niemy podziw.
A przede wszystkim moja.

background image

Poczuła  zawrót  głowy  i  cofnęła  się,  by  odzyskać

równowagę.

-  Przestań!  –  zawołała.  –  Nie  chcę  tego  słuchać.  Nie

mogę…

Ale  nie  spełnił  jej  życzenia.  Podszedł  jeszcze  bliżej

i chwycił ją za rękę.

-  Miałaś  słuszność,  kochanie.  Zasługujesz  na  partnera,

który będzie należał do ciebie w stu procentach, a ja obiecuję,
że oddam ci całe moje serce i wszystkie uczucia oraz myśli.
Nie  zasługuję  na  twoją  miłość,  bo  bardzo  cię  zraniłem.  Ale
obiecuję, że będę codziennie próbował stać się ciebie godnym,
bo cię kocham.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem, które musiało odbić

się na jej twarzy, bo potwierdził swoje słowa ruchem głowy.

-  Tak,  kocham  cię,  Devon.  –  Sięgnął  do  kieszeni  i  wyjął

jakiś  mały  błyszczący  przedmiot.  –  To  jest  klucz  do  skrytki
bankowej  zawierającej  dokumenty  dotyczące  mojej  matki,
które  wyjęłaś  z  sejfu  ojca.  Potraktuj  to  jako  dowód  mojego
zaufania.  Za  każdym  razem,  gdy  na  ciebie  spojrzę,  nie  będę
widział  Gregory’ego  Cole’a,  tylko  kobietę,  którą  kocham,
podziwiam i szanuję.

Objęła  palcami  klucz  i  przycisnęła  go  do  serca.  Serca,

które należało do tego mężczyzny.

- Kocham cię – wyszeptała. – Bardzo cię kocham.

-  Moja  droga…  -  Uniósł  jej  podbródek  i  pocałował  ją

lekko w usta. – Powiedz to jeszcze raz.

-  Kocham  cię.  Kocham  cię.  Kocham  cię.  Ale  mam  do

ciebie jedną prośbę. Następnym razem przyprowadź jednak tę

background image

orkiestrę dętą.

Wybuchnął tak donośnym śmiechem, że jego głos odbił się

echem od pobliskich domów.

- Pojedź ze mną do mnie – poprosił, biorąc ją pod rękę. –

Postaramy się wymazać z pamięci wszystkie złe wspomnienia
i otworzyć nowy rozdział w życiu.

-  Zgoda  –  wyszeptała,  całując  go  w  usta.  –  A  jutro…  –

Uniosła w górę złoty kluczyk. – Jutro rozpalimy ognisko.

-  I  to  będzie  chyba  nasza  pierwsza  prawdziwa  randka  –

rzekł z uśmiechem, przesuwając dłonią po jej policzku. – Nie
mogę się jej doczekać.

background image

SPIS TREŚCI:

OKŁADKA

KARTA TYTUŁOWA

KARTA REDAKCYJNA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY


Document Outline