background image

Autor: Sławomir Prochocki

American dream

Byłem   stary.   Zbyt   stary   na   dalekie   wyprawy   poprzez   pustkę   kosmicznej   nocy.   Serce   nie 

wytrzymywało   nagłych   przyśpieszeń   manewrowych,   mięśnie   odmawiały   posłuszeństwa   przy 
powrotach ciążenia. W głowie czułem zamęt. Wiedziałem, że to jest moja ostatnia podróż. Daleka 
podróż   ku   zapomnianej   planecie,   ku   czarnemu   światowi   Sette.   Miliony   kilometrów   kamiennej 
pustyni, czerwony blask słońca igrający na czerni magmowych skał. Świat umarły. Miejsce dla 
mnie. 

Zamknięty w stalowej kapsule, zdążający ku śmierci, próbowałem odnaleźć chwilę, w której 

zadecydował się mój los. Chciałem przypomnieć sobie tę sekundę decydującą o przeznaczeniu, 
krawędź czasu, za którym była już tylko jedna droga. Droga na Sette. 

Zaczęło   się   słonecznego   popołudnia   w   naszej   wiosce   pośród   niewysokich   wzgórz   Sycylii. 

Wracaliśmy z ojcem z plantacji oliwek. Plantacja, właściwie niewielki sad z kilkudziesięciu drzew 
oliwnych, ale ojciec lubił używać tego określenia. Gniewał się, gdy matka mówiła o nim 

pellore

 – 

rolnik. Wolał  

plantatore

  i tak przedstawiał się nieznajomym –  

plantatore

  Amato. W niczym nie 

zmieniało to naszej sytuacji; pieniądze za oliwki ledwo pozwalały wyżyć sześcioosobowej rodzinie. 

Gdy ojciec kupował wiosną nowy kapelusz, wiedzieliśmy, że żadne z nas nie dostanie w tym 

roku butów.

Tego lata nastąpiła klęska. Ojciec z frasunkiem spoglądał na rzadkie zielone kulki wiszące na 

drzewach. Przyszedł zły rok na oliwki. Sucha wiosna i gorące lato zapowiadały mizerne plony. 
Widziałem   zmartwienie   na   twarzach   rodziców,   gdy   rozmawiali   o   zbiorach;   ojciec   sprawdzał 
każdego   popołudnia   stan   owoców,   aby   nie   przegapić   pory,   gdy   oliwki   są   już   dojrzałe,   a   nie 
zaczynają jeszcze wysychać. „Jeszcze nie czas” – powtarzał, a ja cieszyłem się, że jeszce jeden 
dzień będę mógł spędzić nad rzeką, łowiąc ryby.

Dym zobaczyliśmy z daleka. Czarny i skłębiony, snuł się szerokim pasmem nad polami. Już nie 

szliśmy spokojnie ubitą drogą, lecz biegliśmy wzbijając kurz bosymi stopami. Stało się coś złego, 
biegłem chlipiąc, a łzy mieszały się z pyłem lata. Ojciec był szybszy. Gdy dobiegłem, stał zdyszany 
i patrzył na płonące zabudowania. Paliły się jak sucha słoma, równym, żarłocznym płomieniem. 
Nigdy nie dowiedziałem się, co naprawdę się stało. Może to była iskra z pieca, w którym gotowała 
się   wieczorna   strawa,   może   Liza,   moja   najmłodsza   siostra,   która   tak   lubiła   wpatrywać   się   w 
ognisko,   zaprószyła   ogień.   Wewnątrz   spalonej   chaty   sąsiedzi   znaleźli   cztery   spalone   ciała. 
Pogrzebaliśmy je z ojcem nad brzegiem strumienia.

Tydzień później stałem na wybrzeżu w Licata. Rączka tekturowego kuferka pokrytego płótnem 

wbijała   się   w   moją   spoconą   dłoń,   ale   bałem   się   go   postawić   na   ziemi.   Nigdy   przedtem   nie 
widziałem   tylu   ludzi   naraz,   nie   słyszałem   gwaru   tylu   głosów.   Popychany   i   szturchany 
niecierpliwymi   dłońmi   sąsiadów   wolno   posuwałem   się   w   tłumie   stojących   na   betonowym 
nadbrzeżu. Wreszcie przyszła moja kolej.

– Masz pieniądze?  – zapytał  człowiek  przy trapie. Pamiętam,  że ubrany był w wyświecony 

surdut i tandetne prążkowane spodnie; wtedy wydawał mi się szczytem elegancji. Nie wydusiłem 
ani słowa, tylko wyciągnąłem spoconą rękę z pomiętymi banknotami. Pieniądze te ojciec pożyczył 
od kuzyna w Ravenusie. Kuzyn miał sklep z mięsem i przygarnął nas po pożarze. To on namówił 
ojca, aby wysłał mnie do swojego brata w Nowym Jorku. Nadał też depeszę za całe siedem lirów, a 
gdy po tygodniu przyszła odpowiedż podarował mi używany kuferek z tektury. I tak oto ja, Gaetano 
Amato, lat dziesięć i trzy czwarte, płynąłem latem 1918 roku w stronę, w którą podążało czerwone 
słońce wieczoru.

Całą podróż spędziłem pod pokładem, w dusznym pomieszczeniu pełnym ludzi, walizek i wszy. 

Z  każdym  dniem   rejsu,  a było  ich  ponad  20,  stawałem  się  coraz  bardziej  brudny  i zawszony, 

background image

otępiały i zrezygnowany. Ludzie wokół najpierw z obrzydzeniem siadali na piętrowych pryczach, 
potem,  gdy ich  własny smród dorównał  smrodowi dolatującemu  z  kątów  ładowni, przestali  na 
cokolwiek zwracać uwagę. Załatwialiśmy się i rzygaliśmy do kubła, który trzeba było opróżniać za 
burtę. Zgodziłem się to robić; mogłem wówczas odetchnąć świeżym powietrzem i przez chwilę 
patrzeć na ocean. Codziennie dźwigałem ciężki kubeł kilka razy tak, aby nigdy nie zapełnił się do 
końca, gdyż wówczas nie potrafiłbym go unieść. Nie wolno nam było przebywać na pokładzie i te 
chwile były jedynym wytchnieniem od ponurego mroku ładowni.

Pewnego dnia zszedł do nas marynarz i powiedział, że wieczorem będziemy już w porcie. Zrobił 

się szum i rejwach, jakby lądowanie w Ameryce miało nastąpić za minutę. Siedziałem na swoim 
kuferku. Ktoś go opróżnił, wyłamując kruchy zameczek wtedy, gdy wynosiłem kubeł. „Wieczorem 
Ameryka, wieczorem Ameryka” – tylko to kołatało się w mojej głowie. Prawie już nie wierzyłem, 
że doczekam końca podróży. Teraz otwierał się przede mną ląd olbrzymi jak nasza Sycylia, pełen 
cudów, o których opowiadał kuzyn ojca. O zmierzchu zobaczyłem światła Nowego Jorku.

Wtedy otworzyłem oczy. Było ciemno i cicho. Poruszałem powiekami, ale wokół pozostawała 

nieprzenikniona ciemność. Podniosłem rękę. W ciszę wdarł się szelest pościeli. Uniosłem głowę i 
uderzyłem lekko w coś nade mną. Dłonią wyczułem gładką i chłodną powierzchnię. Pochylony 
usiadłem na posłaniu. Gdzie jestem? Zwiesiłem nogi w pustkę. Nie wiem dlaczego, ale bałem się 
zawołać, bałem się naruszyć ciszę. Bałem się też skoczyć z łóżka w czerń pode mną. Wyczuwałem 
przestrzeń, ale nie wiedziałem jak dużą. Ciemność oplatała mnie ramionami strachu. Cisza zaczęła 
dzwonić w uszach. Nigdy nie doświadczyłem podobnego uczucia. Nasza wioska pełna była różnych 
odgłosów. Na łące kumkały żaby, w powietrzu wisiał śpiew ptaków  i świerszczy. Nawet zimą 
słychać   było   szum   powietrza   w   szczelinach   ścian.   Tu   było   absolutnie   cicho,   obco.   Strach 
paraliżował. Wreszcie zdobyłem się na odwagę i powoli zacząłem opuszczać nogi macając stopą 
oparcie. Znalazłem je, przeniosłem ciężar na opuszczoną nogę, pośliznąłem się i poleciałem w dół. 
Spadając krzyknąłem, po czym uderzyłem o podłoże.

Światło zmusiło mnie do zmrużenia oczu. Silne ramiona ujęły i postawiły pionowo.
– Cholera, Henry, to już trzeci w tym miesiącu. Chyba nic mu nie jest, choć zleciał z samej góry. 
Otworzyłem   oczy.   Przede   mną   stał   stary,   siwy   mężczyzna   odziany   w   szary   kombinezon, 

przypominający   strój   wędrownych   postrzygaczy   owiec.   Rozejrzałem   się.   Wszędzie   były 
wielopiętrowe białe regały. W poszerzającej się strudze światła widziałem tylko stojące w rzędach 
półki. Ciągnęły się bodaj setkami metrów, wtapiając się w odległy mrok. Musiały ich być tysiące. 
Leżały na nich podłużne przedmioty, przykryte białymi prześcieradłami. Zorientowałem się, że to 
ludzie, martwi ludzie. Spod przykrycia wystawały dłonie, obuwie. Chciałem krzyknąć, ale stary 
człowiek położył mi dłoń na ramieniu.

– Spokojnie chłopcze, oni tylko śpią bardzo glębokim snem, ale kiedyś się obudzą. Ty po prostu 

obudziłeś się wcześniej.

Jego głos, przekonywający,  bez śladu nacisku, spowodował, że musiałem  uwierzyć.  Rutyna, 

wręcz lekceważenie, z jakim traktował sytuację, działały uspokajająco. Strach zniknął. Zza rogu 
uliczki   stworzonej   przez   regały   wyłonił   się   drugi   mężczyzna,   młodszy,   podobnie   ubrany.   Z 
zainteresowaniem spojrzał na mnie.

– Nie wiem co z tobą zrobią, chłopaczku. Do pracy jesteś za młody, w dodatku pewnie nawet nie 

umiesz czytać i pisać?

Przecząco pokręciłem głową. Mężczyzna uśmiechnął się lekko i pogłaskał mnie po głowie.
– Chodź – powiedział. – Dla ciebie Ameryka się skończyła.
Następne kilka dni spędziłem z tymi dwoma mężczyznami. Spałem w ich niewielkim pokoju na 

końcu   korytarza.   Jadłem   razem   z   nimi   posiłki,   zwykle   mięso   i   chleb.   Na   dziesiątki   pytań 
odpowiadali, że wszystkiego dowiem się póżniej.

„Usta ci wszystko wyjaśnią”, „To lepiej wiedzą usta”, „Nie nudż, usta opowiedzą ci o tym” – to 

były najczęstsze odpowiedzi. Ich proste umysły nie zajmowały się sytuacją, w jakiej się znalazłem. 
Byłem  jednym  z wielu „niedospańców”. Często zamiast  wyjaśnień,  słyszałem  śmiech  i żarty z 
mojego wiejskiego pochodzenia. Używali niezrozumiałych słów i pojęć. Gdy pytałem, gdzie się 
podział   statek,   czy   już   jestem   w   Ameryce,   kiedy   pozwolą   mi   się  zobaczyć   z   moim   kuzynem, 
machali rękami i mówili, że muszę poczekać.

background image

Nie   chcieli   lub   nie   mogli   powiedzieć   mi   więcej.   Wkrótce   więc   przestałem   zamęczać   ich 

pytaniami.   Zostawiali   mnie   samego   na   długie   godziny,   podczas   których   robili   obchód   białych 
regałów.   Właściwie   nie   opuszczałem   pokoju.   Nudziłem   się   okropnie,   leżąc   na   miękkiej   gąbce 
posłania. Wychodząc zamykali drzwi na klucz, choć przyrzekałem, że będę na nich czekał. Nie ufali 
mi. Byli za mnie odpowiedzialni i bali się, abym nie narobił im kłopotu. Wcale nie było mi to w 
głowie. Na swój sposób byli dla mnie mili, traktowali mnie przyzwoicie. Gdy przez dwa dni było 
chłodniej, ten starszy oddał mi nawet swój koc.

Tylko raz byłem na zewnątrz pokoju. Chociaż nigdzie nie widziałem ścian i sufitu, czułem ich 

obecność. Hangar musiał być ogromny. Mężczyźni patrolowali ten wielki obszar dziwnym, cichym 
pojazdem,   którym   co   rano   wyjeżdżali   w   ciemność,   rozpraszaną   światłem   reflektorów.   Starszy, 
Vittorio powiedział, że miałem szczęście, budząc się blisko ich pokoju. Inaczej mógłbym błąkać się 
po hangarze cały dzień, zanim by mnie odnależli. Tak jak dziewczyna, o której mi opowiedział. 
Chodziła na pół oszalała prawie dwie doby, bez jedzenia i picia. Mieli wtedy awarię przyrządów i 
nie   mogli   jej   odnależć.   Dopiero   po   44   godzinach   trafili   na   nią,   śpiącą   pod   regałem.   Była   tak 
przestraszona, że aby im nie zrobiła krzywdy, musieli ją uśpić specjalnym gazem. Vittorio pokazał 
mi pistolet strzelający takim gazem.

Pewnej   nocy   coś   wybiło   mnie   ze   snu.   Usłyszałem   ciche   stękanie   i   zobaczyłem,   jak   Henry, 

młodszy z mężczyzn, podnosi się z posłania, bierze latarkę i, nie zapalając jej, cicho wymyka się z 
pokoju. Przez szparę w drzwiach spostrzegłem strugę światła. Henry nie zamknął drzwi.  Wstałem i 
bezgłośnie   podążyłem   za   nim.   Szedłem   przez   ciemność,   pełną   niewyraźnych   kształtów, 
rytmicznych   oddechów,   westchnień,   słów   wypowiadanych   z   głębokiego   snu.   Niemal   fizycznie 
odczuwałem ich urojone przeżycia, krążące gdzieś po niezmierzonych światach, gdy tymczasem oni 
sami leżeli tutaj, zamknięci w przestrzeni półek i regałów. 

Było   ciemno.   Widziałem   przed   sobą   tylko   drgającą   półkulę   jasności.   Światło   zagarniało   w 

objęcia szeregi półek, odsłaniając na chwilę leżące postacie. Henry szedł kilkaset metrów prosto i 
skręcił   w   jeden   z   korytarzy   utworzonych   przez   regały.   Światło   znieruchomiało.   Ostrożnie 
podszedłem do rogu. Usłyszałem chrapliwy, coraz szybszy oddech Henry'ego. Leżał na jednej z 
półek i rytmicznie poruszał biodrami. W świetle latarki widziałem zmięte i zrzucone na ziemię 
prześcieradło, zwisającą w dół rękę o pomalowanych na czerwono paznokciach. Nie wiedziałem co 
się dzieje. Obraz ten jednak wzbudził we mnie dziwną fascynację. Poczułem mrowienie na plecach. 
Nagle Henry głośno jęknął i znieruchomiał. Ruszyłem w stronę pokoju. Na szczęście pamiętałem, 
gdzie należy skręcić. Układając się na posłaniu dostrzegłem patrzące z uwagą oczy Vittoria. Nic nie 
powiedział, tylko po chwili uśmiechnął się. Jakby przepraszająco.

Następnego ranka Vittorio podszedł do mnie i powiedział:
– Szykuj się Gaetano, usta już czekają.
Poszliśmy długim korytarzem aż do małych drzwi przy zamkniętej  wielkiej bramie. Vittorio 

zapukał, nacisnął klamkę, po czym popchnął mnie lekko w stronę wnętrza i szepnął:

– Powodzenia, chłopcze.
Patrząc   na   człowieka,   który   siedział   w   fotelu   pod   ścianą,   natychmiast   zrozumiałem,   czemu 

nazywali go „usta”. Szeroka, czerwona pręga, jaką miał zamiast warg, sprawiała straszne wrażenie. 
Jednak głos miał przyjemny – głęboki i spokojny.

– Cześć – powiedział i zorientowałem się, że nie jest Włochem. Mówił z dziwacznym akcentem, 

twardym i sztywnym.

– Siadaj – Wskazał fotel przy wielkim biurku – Jak się czujesz, Gaetano?
– Dobrze proszę pana.
– To, co ci powiem, przyjmiesz z niedowierzaniem, może pomyślisz, że chcę cię oszukać. A 

jednak to prawda, jej rzetelność miałeś nieszczęście sprawdzić na własnej skórze. Otóż Ameryka 
nie   istnieje.   A   raczej   nie   ma   takiej   Ameryki,   jaką   sobie   wyobrażałeś.   Nie   ma   Nowego   Jorku, 
Chicago, San Francisco ani żadnego z wielkich miast. Zamiast nich są hangary, tysiące hangarów, 
takich jak ten. Śpią w nich miliony ludzi. To oni, a raczej ich sny, są Ameryką. Śnią o zabawie, 
pracy, cierpieniu, o swych żonach, mężach, kochankach. Żyją w świecie iluzji, marzeń sennych, tak 
doskonałych i logicznych, że po przebudzeniu w innym miejscu nie będą w stanie odróżnić snów od 
rzeczywistej przeszłości. My tworzymy ich sny i dzięki specjalnym aparatom nie pozwalamy, aby w 

background image

ich   wspomnieniach   nastąpiły   sprzeczności   czy   niejasności.   Z   powodów,   których   nie   pora   tu 
wyjaśniać, musimy tak postępować. Ty nie miałeś szczęścia. Zamiast na swoim miejscu śnić sen o 
pracy u kuzyna, jesteś teraz w świecie realnym, z którego nie ma ucieczki. Musimy tu pozostać, na 
tym kontynencie, na dobre i na złe. Przykro mi to mówić, ale nie będziesz mógł już nigdy zobaczyć 
ojca ani kuzynów. To my będziemy dla ciebie rodziną, mam nadzieję, że dobrą.

Patrzyłem   w   czeluść   czerwonej   szramy   jego   ust.   Cała   prawda   o   dalekim   lądzie   zwanym 

Ameryką,   krainie   szczęśliwości,   życzliwej   i   wesołej,   dotarła   do   mnie   w   tej   jednej   chwili   i 
przytłoczyła mnie. Tajemnicę, o której nie chcieli mówić Henry i Vittorio, traktowałem jako rodzaj 
zabawy, baśni, podświadomie oczekując, że wszystko da się wyjaśnić w prosty sposób. Teraz za 
sprawą człowieka o upiornych wargach dostrzegłem daremność takiego oczekiwania.

– Dlaczego? – To było jedyne słowo, jakie zdołałem z siebie wydobyć.  
–   Obudziłeś   się,   chłopcze.   Dlatego.   Nie   potrafimy   wyjaśnić,   czemu   niektórzy   budzą   się   w 

naszych pomieszczeniach, ale tak się zdarza. Przerwanego procesu hipnozy nie można już ponowić. 
Jeżeli raz zobaczysz prawdę o Ameryce, to już nigdy nie potrafimy cię oszukać, rozumiesz?

Nie rozumiałem, nie chciałem zrozumieć.
– Lepiej będzie, jak od razu poznasz całą prawdę, bez kręcenia. Zresztą i tak szybko byś przejrzał 

ewentualne kłamstwa. Będziesz chodził do szkoły, poznasz nowych ludzi, być może kogoś w twoim 
wieku. Na lekcjach nauczyciele wyjaśnią wszystko, o co zapytasz. Staraj się uczyć pilnie, a nagroda 
cię nie minie. Teraz Anna zaprowadzi cię do sekcji szkolenia.

Weszła   drobna   kobieta.   Miała   najbardziej   czarne   włosy,   jakie   kiedykolwiek   widziałem. 

Błyszczące pasma były ułożone w dziesiątki warkoczyków splecionych w nieładzie wokół twarzy. 
Przyjemnej,   uśmiechniętej,   wyrażającej   spokój   i   radość.   Ujęła   mnie   za   rękę   i   wyprowadziła   z 
pokoju. Miałem pustkę w głowie i chciałem jak najszybciej wrócić do rodzinnej wioski, chodzić 
znowu z tatą, doglądać oliwek i jeść gulasz zrobiony przez mamę. Lecz dzięki dotykowi ciepłej 
dłoni kobiety zacząłem zapominać o rozpaczy.

Po raz pierwszy od chwili przebudzenia byłem poza hangarem. Na zewnątrz rosła krótka szarawa 

trawa   i   kilka   wysokich,   nieznanych   mi   drzew.   Stalowosine   chmury   leniwie   przesuwały   się   po 
niebie,   odsłaniając   na   moment   skrawki   błekitu.   Teren   wokół   był   płaski   i   monotonny.   Gdy 
odwróciłem   głowę   spostrzegłem   za   sobą   olbrzymią   białą   ścianę.   Jej  ogrom   był   przytłaczający, 
mimowolnie   cofnąłem   się.   Płaszczyzna   ciągnęła   się   wieleset   metrów   w   obie   strony   i   była   co 
najmniej tak wysoka jak najwyższe domy w Licata. Patrzyłem na jedną ze ścian hangaru, w którym 
spędziłem ostatni tydzień.

– Ogromny, prawda?
Anna stała obok wciąż ściskając delikatnie moją rękę. Też podziwiała rozległość budowli. Potem 

spojrzała na mnie. Dostrzegłem w jej oczach dziwne ciepło, czułość.

– Masz na imię Gaetano?
Skinąłem głową.
– Miałam kiedyś syna w twoim wieku. Był tylko trochę wyższy.
Lubił gdy mu opowiadałam straszne historie. Chował głowę pod koc i piszczał udając strach. 

Czułem w jej słowach smutek i żal. Patrzyła na mnie z uwagą.

– Teraz nawet nie wiem czy to była prawda... Chodźmy.
Weszliśmy do niskiego budynku o białych, chropowatych ścianach. W środku było podobnie jak 

we   wnętrzu   hangaru.   Miękkie   tkaniny   na   podłodze,   przytłumione   oświetlenie,   zapach   kurzu. 
Zapukała do drzwi na początku korytarza, otworzyła je i lekko popchnęła mnie w stronę wnętrza. 
Potem odwróciła się niespodziewanie i odeszła. Przestąpiłem próg.

Było ich troje, dwóch mężczyzn i kobieta. Z zainteresowaniem patrzyli w moją stronę.
–   Prosimy,   wejdź,   Gaetano   –   powiedział   po   włosku   młodszy   z   mężczyzn.   Tak   zaczęło   się 

szkolenie.

Czasami prawie przez dziesięć godzin dziennie uczyłem się różnych rzeczy. Dwie, trzy godziny 

background image

zajmował angielski, po godzinie matematyka, geografia i historia. Codziennie godzinę poświęcano 
na wiedzę o Ameryce. Uczyłem się, jak działają windy, którymi woziło się ludzi, jak przebiega 
typowy cykl pobytu w hangarze, jakie są urządzenia przeciwpożarowe i klimatyzacyjne. Na noc 
wracałem do swojego hangaru, gdzie spałem z Vittorio i Henrym. Teraz już mogłem chodzić z nimi 
na   obchód,   a   nawet   czasem   prowadzić   wózek   elektryczny.   Konfrontowałem   wiadomości 
teoretyczne z codzienną praktyką. Rano zaś szedłem do centrum szkolenia. Z angielskim szło mi tak 
dobrze, że po kilkunastu dniach mogłem swobodnie rozmawiać z nauczycielem. Oprócz mnie w 
grupie   było   jeszcze   dwóch   starszych   mężczyzn.   Rozmawiali   tylko   ze   sobą   w   dziwnym, 
niezrozumiałym języku.

Po trzech tygodniach zostałem wezwany do gabinetu dyrektora. Nigdy nie widziałem dyrektora, 

ale wielokrotnie słyszałem od nauczycieli o „dyrektorze”. Wyrażali się o nim ze strachem, czy 
raczej głębokim szacunkiem, zmieszanym z nieokreśloną obawą. Szedłem do jego gabinetu z duszą 
na ramieniu.

– Dzień dobry – powiedział po angielsku wysoki i szczupły mężczyzna siedzący za biurkiem.
– Dzień dobry, panie dyrektorze. – Nauczycielka poinstruowała mnie, jak mam się zachować. 

Nadal stałem patrząc mężczyźnie prosto w oczy. Starałem się nadać twarzy wygląd spokojny i pełen 
oddania.

– Siadaj. – Wskazał stojące obok krzesło. Usiadłem na brzegu.
–   Nauczyciel   angielskiego,   pan   Thrueblood   twierdzi,   że   robisz   zadziwiające   postępy.   Testy 

ujawniły twoje wyjątkowe zdolności lingwistyczne, młody człowieku. – Przerwał i zapalił bardzo 
grubego brązowego papierosa. Dotychczas nie widziałem, aby ktokolwiek palił w Ameryce, ale 
uznałem, że musi to być dyrektorski przywilej.

– Po naradzie z panem Thrueblood postanowiliśmy nauczyć cię jeszcze jednego języka. A raczej 

pozwolić ci, byś sam się go nauczył. Za trzy dni kończysz normalny cykl szkolenia. Ale zamiast 
rozpocząć przyuczenie zawodowe otrzymasz wielką szansę. Spotkasz się z panią Veriten. Ona ci 
trochę   pomoże.   Jeżeli   wam   się   powiedzie,   czeka   cię   wielka   nagroda,   młody   człowieku.   Do 
widzenia. – Dyrektor wydmuchnął chmurkę aromatycznego dymu na pożegnanie.

Po trzech dniach rozpocząłem najdziwniejszy okres mojego długoletniego pobytu w Ameryce. 

Okres nauki języka Obcych.

Pani Veriten była drobną staruszką o nieprawdopodobnie pomarszczonej twarzy. Powiedziała mi, 

co naprawdę dzieje się w Ameryce. W ciągu długich popołudni poznałem historię tego kontynentu, 
jego wielką tragedię. W trakcie lekcji, gdy uczyłem się słów i zasad języka Obcych, pokazywała mi 
trójwymiarowe zdjęcia przedstawiające drobiazgowy zapis dziejów Ameryki. Wspólnie czytaliśmy 
sprawozdania Obcych, dokumenty ich rządów, wertowaliśmy plany budów i schematy urządzeń. 
Poznałem największą tajemnicę naszej planety.

Zaczęło się w połowie piętnastego wieku. Na Ziemię dotarła bezzałogowa sonda kosmiczna. 

Weszła na orbitę, zrobiła  kilka tysięcy zdjęć, a następnie wylądowała  na kontynencie Ameryki 
Północnej, w okolicy Wielkich Jezior. Pobrała próbki gleby, atmosfery i wystartowała w powrotną 
drogę.   Po   kilkunastu   miesiącach   na   orbicie   pojawił   się   załogowy   statek   międzygwiezdny. 
Wylądował tam gdzie przedtem lądowała sonda. Miedzianoskórzy mieszkańcy tych ziem przywitali 
Obcych jak bogów. Nawiązano kontakt, wymieniono dary. Przyleciało kolejnych pięć rakiet. Gdy 
jedna   z   nich   podchodziła   do   lądowania,   nastąpiła   katastrofa.   Eksplodowały   zbiorniki   paliwa. 
Przybyła   na   miejsce   komisja   Obcych   nie   miała   nawet   czego   badać.   Całe   terytorium   Ameryki 
Północnej zmieniło się w pustynię. Z ludzi, zwierząt oraz statków Obcych pozostało wspomnienie. 
Wówczas rada planetarna Obcych postanowiła z niezbyt dla nas zrozumiałych względów zachować 
wypadek w tajemnicy. Może chodziło o zachowanie władzy politycznej na planecie Obcych, może 
zaś   o   zatajenie   katastrofy   przed   innymi   cywilizacjami.   Pani   Veriten   sądziła,   że   mogła   to   być 
inicjatywa   przedsiębiorstwa   produkującego   statki   kosmiczne.   Dosyć   na   tym,   że   Obcy   powołali 
koncern do rozwiązania problemu. Wtedy powstała America Incorporation. Opracowano program 
rekultywacji fauny i flory, sprowadzenia osadników z sąsiedniego kontynentu, odbudowy kultury.

I   wtedy     przypłynął   Kolumb.   Jego   trzy   statki   zostały   z   daleka   zauważone   przez   Obcych. 

Próbowali   skierować   je   na   południe,   ale   nic   z   tego   nie   wyszło   i     we   wrześniu   1492   roku 
Europejczycy   po   raz   pierwszy   wylądowali   na   spękanej   ziemi   Ameryki.   Byli   przerażeni. 
Spodziewali się dotrzeć do krainy pełnej złota, bogactw i kwiatów. Zastali pustynię bez śladu życia. 

background image

Wypalone   słońcem   piaski,   kamieniste   plaże,   niezmierzone   równiny   pokryte   szczątkową 
roślinnością.   Pojawili   się   Obcy.   Podejrzewam,   że   właśnie   wtedy   powstał   niesamowity   plan 
mistyfikacji. Obcy dogadali się z Kolumbem i częścią załogi. Tych, co uważali ich za wysłanników 
szatana bądź nawet za diabłów we własnej osobie, Obcy umieścili w pierwszym powstałym na 
kontynencie hangarze. Do Europy wrócił tylko jeden statek obładowany złotem, z wiadomościami, 
że odkryto ziemię obiecaną. Wygląda na to, że Kolumb wynegocjował całkiem niezłe warunki za 
utrzymanie tajemnicy. I tak plan Obcych zmienił się diametralnie. Nie było już czasu na planowaną 
odbudowę kontynentu. Zaczęto stawiać hangary, instalować maszyny do tworzenia snów. Odtąd 
każdy człowiek, który przybywał do Ameryki, zostawał uśpiony i poddany zahipnotyzowaniu przez 
olbrzymią maszynę. Kolumb i jego załoga byli   jedynymi ludźmi, którzy powrócili z podróży do 
Ameryki bez ingerencji w ich mózgi. Z tego, co znalazłem w papierach, cała załoga „Santa Anny” 
umarła w pierwszych trzech miesiącach od chwili powrotu. Kolumb natomiast żył dalej i starał się 
rozwinąć swój interes. Podczas trzeciej podróży postawił jednak Obcym warunki nie do przyjęcia 
nawet dla nich – żądał wielu ton złota, części ziem Ameryki i udziału w posiedzeniach America 
Incorporation z prawem weta. Skończył w więzieniu jako szaleniec.

Od tej pory olbrzymie oszustwo Obcych rozrastało się w niespotykanym tempie. W ciągu stuleci 

budowano dziesiątki hangarów, udoskonalano maszyny snów, powstały specjalne wydziały pisania 
listów, odpowiadania na telefony, malowania obrazów, tworzenia filmów, produkowania maszyn, 
budowania statków. Planowanie tak gigantycznego przedsięwzięcia przerastało nawet możliwości 
mentalne   Obcych.   Dlatego   całością   zajmowała   się   olbrzymia   maszyna   sterująca   wszystkimi 
wydziałami. Ponieważ Obcym potrzebni byli też zwykli robotnicy, rekrutowano ich spośród ludzi, 
którzy z różnych względów nie poddawali się uśpieniu lub budzili się w trakcie hipnozy. Według 
madame Veriten, w America Inc. pracowało ponad dwadzieścia tysięcy takich osób. Głównie przy 
obsłudze hangarów i konserwacji urządzeń. Mieli lekką pracę, dwumiesięczny urlop w jednym z 
kilku ośrodkow wypoczynkowych i żadnych możliwości ucieczki. Resztą zajmowały się maszyny 
Obcych. Ponieważ musiały tworzyć tylko zewnętrzny wizerunek Ameryki, budowały tylko te statki, 
które zawijały do światowych portów, malowały tylko te obrazy, które musiały być wywiezione 
poza kontynent, pisały artykuły do gazet, które czytał cały świat. Wewnątrz była iluzja tworzona w 
umysłach   śpiących   w   hangarach.   Przyjeżdżali   do   Ameryki   i   wyjeżdżali   z   niej   nawet   nie 
przypuszczając,   że   cały   czas   spali   na   plastykowych   półkach   a   do   ich   głów   poprzez   dziwne 
przewody   wnikały   zaprogramowane   złudzenia,   sztuczne   uczucia,   widmowe   obrazy   i   zdarzenia, 
które   nigdy   nie   miały   miejsca.   Wracali   do   rzeczywistego   świata   i   opowiadali   o   Ameryce, 
cudownym kraju wolności i swobody.

Nauka języka Obcych szła mi z wielkimi oporami. Sądziłem, że do poznania języka wystarczy 

poznać odpowiednią liczbę słów i zasady gramatyczne tworzenia zdań. Tymczasem napotkałem 
barierę, której nie potrafiłem przeskoczyć. Kulturę Obcych.

Madame Veriten tłumaczyła mi z uśmiechem:
– Wyobraź sobie, Gaetano, że jest gdzieś monopłciowa cywilizacja, która odżywia się za pomocą 

fotosyntezy,   nie  ma  naturalnych   wrogów,  klimat   planety  jest  łagodny,  tak   że  niepotrzebne   jest 
schronienie przed zimnem czy deszczem. Cywilizacja ta nie wytworzy zapewne języka, gdyż nie 
ma takiej potrzeby. Wszystko podano jej na talerzu, nie ma powodu do walk między osobnikami, do 
tworzenia sojuszy przeciwko antagonistom. Każdy żyje dla siebie. Taka zbiorowość nie wytworzy 
pojęcia pieniądza, wartości materialnej. Z kolei wyobraź sobie język stworzony przez cywilizację, 
której   przedstawiciele   nie   posiadają   narządu   wzroku.   Ich   słownictwo   będzie   zawierało 
nieskończenie   wiele   określeń   dotykowych,   subtelności   dotyczących   zapachu   czy   smaku. 
Niezrozumiałe byłyby dla nich nasze pojęcia koloru, perspektywy, odcieni, prawdopodobnie także 
ruchu i cykliczności. Nie wiem czy porozumienie między nami a taką cywilizacją byłoby możliwe. 
Na szczęście z Obcymi jest inaczej. Są podobni do nas, chociaż znacznie bardziej zaawansowani 
technicznie. Ich macierzysta planeta była nieprzyjazna, pełna kataklizmów i rozszalałych żywiołów. 
To   spowodowało   ich   techniczną   ekspansję.   Niestety   w   dziedzinie   sztuki,   filozofii   i   kultury   są 
bardzo zacofani. Może wiąże się to z ich sferą seksualną.

– Spojrzała na mnie niepewnie. – Rozmnażają się przez podział. Fizjologicznie obce jest im więc 

pojęcie śmierci. To czyni rozmowy z nimi bardzo trudne. Uczę się ich języka ponad 60 lat i nadal 
wiele słów jest dla mnie pustym dżwiękiem.

Pracowałem   jednak   pilnie   i   pani   Veriten   była   ze   mnie   zadowolona.   Dlaczego   akurat   mnie 

background image

przypadł   zaszczyt   uczenia   się   języka   Obcych?   Po   pierwsze,   madame   Veriten   była   już   stara   i 
należało postarać się o nowego tłumacza. Po drugie, wśród obudzonych rzadko zdarzały się osoby z 
talentami   lingwistycznymi.   Dyrektor   już   zastanawiał   się   nad   obudzeniem   jakiegoś   młodego 
językoznawcy gdy okazało się, że ja posiadam zdolności w tym kierunku. Postanowiono sprawdzić, 
czy dam radę.

Po   roku   władałem   językiem   Obcych   tak   dobrze   jak   madame   Veriten.   I   wciąż   się   uczyłem, 

rozszyfrowując pisma Obcych, ich książki i listy. Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z Obcym. Nie 
przebywali stale na Ziemi, przylatywali zwykle dwa razy w roku, aby sprawdzić, jak funkcjonuje 
ich system i zabrać materiały do badań. Wtedy też odbywali krótkie konferencje z dyrektorem, 
który   odbierał   od   nich   szczegółowe   instrukcje,   dotyczące   dalszych   przedsięwzięć.   On   z   kolei 
informował ich o potrzebach America Inc., takich jak planowane położenie kabla telefonicznego 
między   Europą   a   Ameryką   i   przewidywanym   w   związku   z   tym   wzroście   liczby   rozmów 
międzykontynentalnych czy rozwoju połączeń lotniczych i konieczności budowy nowego terminalu 
lotniska.

Pierwsze   spotkanie,   w   jakim   brałem   udział,   dotyczyło   wybuchu   wojny   między   Niemcami   i 

Austrią a Włochami i Francją. Do gabinetu dyrektora wjechał stalowy wózek, na którym siedziała 
podłużna masa zielonego mięsa z dwojgiem olbrzymich oczu na samym czubku. Chociaż przedtem 
widziałem fotografie Obcych, widok żywego osobnika sprawiał niesamowite wrażenie. Szybko się 
otrząsnąłem i wypowiedziałem formułę powitania. Tygodnie słuchania głosu Obcych ze specjalnej 
maszyny odtwarzającej nie poszły na marne. Rozumiałem prawie wszystko, co mówiła zielona, 
bezkształtna istota. Obcy przekazywał dyrektorowi wiadomości dotyczące wzmożonej aktywności 
przemysłu   America   Inc.   związanej   z   wojną.   Informował,   które   hangary   zawierają   ludzi   dawno 
uważanych za umarłych, a więc nadających się, po przeprogramowaniu przez centralną maszynę 
snów, do użycia jako żołnierze w spodziewanym konflikcie. Spotkanie zakończyło się po godzinie i 
Obcy   wyjechał   z   pokoju.   Dyrektor   był   ze   mnie   zadowolony.   Madame   Veriten,   obecna   przy 
spotkaniu ani razu nie musiała mi pomagać.

Stałem się oficjalnym tłumaczem America Inc. Początkowo z pomocą madame Veriten, a potem 

samodzielnie, przez następne pięćdziesiąt pięć lat pośredniczyłem w kontaktach między dyrektorem 
a   Obcymi   i   uczyłem   kilku   ludzi   języka   Obcych.   Byłem   świadkiem   olbrzymiego   postępu 
technologicznego   ludzkości   w   dużej   mierze   inspirowanego   przez   Obcych.   Powstania   rakiet, 
komputerów, bomby atomowej, samolotów odrzutowych, telewizji i tysięcy drobnych wynalazków 
ułatwiających   życie.   Poznałem   wszystkie   ośrodki   wypoczynkowe   korporacji,   łowiłem   ryby   w 
Pacyfiku,   zdobywałem   niedostępne   szczyty   gór.   Byłem   dwa   razy   żonaty,   miałem   syna,   który 
pracował teraz w jednym z ośrodków informatycznych, zajmujących się opracowywaniem raportów 
statystycznych. Widziałem niesamowity rozrost gigantycznego oszustwa, jakim była America Inc. 
Tysiące hangarów ciągnęło się po horyzont, codziennie przybywało do Ameryki ponad 200 tys. 
osób i tyle samo odjeżdżało. Centralny komputer, tworzący sny dla nich sny, a także dla około 30 
milionów   ludzi   śpiących   w   hangarach,   musiał   być   w   ciągu   ostatnich   40   lat   dwukrotnie 
przebudowywany, aby sprostać zadaniu. Wydawaliśmy dziennie dziesiątki gazet , fałszowaliśmy 
ponad   milion   rozmów   telefonicznych   i   ponad   trzy   razy   tyle   listów.   Komputery   produkowały 
dziesięć filmów na tydzień, pisały dwadzieścia książek, budowały jeden statek tygodniowo, jeden 
samolot   co   trzy   tygodnie,   tworzyły   tysiące   zdjęć   nie   istniejących   budynków,   osób,   ogrodów 
zoologiczych, samochodów, festynów, wystaw i katastrof. Sporządzano sprawozdania telewizyjne z 
konferencji, meczów sportowych, które nigdy nie miały miejsca. Przygotowywano mające się nigdy 
nie odbyć wybory, organizowano zagraniczne wizyty zahipnotyzowanych oficjeli, przyjmowano 
polityków   z   całego   świata,   którzy   śnili   swoje   misje   w   specjalnym   hangarze   dla   VIP-ów.   To 
niesamowite, że nikt na świecie nie spostrzegł, że Ameryka jest gigantycznym oszustwem.

Dlaczego nikt dotychczas nie przejrzał tej gry, nie zaczął się czegoś domyślać, nie trafił na ślad? 

Przez lata pracy powoli zacząłem odnajdywać odpowiedż. Oszustwo było doskonałe! W systemie 
nie było luk, żadnych sprzeczności, niedociągnięć. Rozwój America Inc. przebiegał harmonijnie i 
proporcjonalnie do potrzeb. Komputery kierujące korporacją były nieomylne, niezawodne i gotowe 
do   spełnienia   każdego   polecenia   programu   sterującego.   Każdego   człowieka,   który   poznawał 
prawdę,   pozbawiano   możliwości   opuszczenia   kontynentu,   więc   automatycznie   przestawał   być 
zagrożeniem, a nawet wykonywał użyteczną  pracę na rzecz korporacji.

Stawałem   się   coraz   ważniejszym   trybem   w   tej   olbrzymiej   maszynie.   Funkcja   tłumacza 

okazywała się z czasem bardzo istotna. Dyrektor zaczął się mnie radzić w różnych sprawach, z 

background image

biegiem czasu w coraz bardziej poważnych. Był osobą samotną, izolującą się od innych i ta samotna 
odpowiedzialność     ciążyła   mu   ogromnie.   Dzięki   niemu   poznałem   wiele   tajemnic   korporacji. 
Dowiedziałem   się,   że   ośrodki   wypoczynkowe   istniały   tylko   w   głowach   ludzi   i   w   pamięci 
komputerów. Pobyt w nich był jedynie złudzeniem, senną marą, którą śniliśmy leżąc w hangarach. 
Pamiętam, że wtedy naszły mnie pierwsze wątpliwości co do dalszego uczestnictwa w pracy na 
rzecz   korporacji.   Skoro   prawie   wszystko   było   oszustwem,   iluzją,   jaki   sens   miało   działanie? 
Pamiętam   długie   spory   z   dyrektorem.   Twierdził,   że   nie   ma   różnicy   między   urojonym 
wspomnieniem a przeżyciem rzeczywistym.

– Czy możesz rozróżnić te dwie rzeczy bez mojej   pomocy? Czy potrafisz oddzielić w swojej 

pamięci   prawdę   od   prawdy   pozornej?     Prawdziwe   wspomnienia   dotyczą   zdarzeń   i   rzeczy 
istniejących, a te wszczepione nie. Lecz co z tymi wspomnieniami, które powstały w samotności, 
gdzieś   daleko,   w   miejscu,   którego   już   nigdy  nie   odwiedzisz?   Jak  rozpoznasz   ich   status,  jeżeli 
jedynym weryfikatorem jest twoja pamięć? A inne wspomnienia, jak je rozróżnisz, jeżeli można 
także fałszować pamięć tych, którzy według ciebie byli świadkami minionych zdarzeń? Nawet w 
umysłach nieskażonych hipnozą wspomnienia z biegiem czasu zacierają się i deformują. Niektóre 
fakty znikają z naszej pamięci bezpowrotnie, inne zmieniają znaczenie. Kolory stają się inne, ulatują 
zapachy,   ostre   kontury   przysłania   mgła   lat.   W   labiryntach   wspomnień   słowo   prawda   jako   coś 
bezwzględnego,   coś   podlegającego   absolutnej   weryfikacji,   zatraca   rację   bytu.   Pamięć   zawiera 
tysiące wydarzeń nie dających się potwierdzić w sensowny sposób. Czy to oznacza, że prawda o 
nich nie istnieje? Jak wybrniesz z tych meandrów logiki, Gaetano?  Gdzie odnajdziesz tę „prawdę”, 
o którą walczysz?

W takich chwilach czułem się bezradny wobec rzeczywistości. Uciekałem w krainę książek, 

szukając zapomnienia pośród kartek wypełnionych tysiącami historii, dramatów i chwil szczęścia. 
Oddalałem się od świata, brnąc w wymyślone fabuły i przygody, z których wiele rozgrywało się tu, 
w   Ameryce.   Z   czasem   jednak   powróciłem   do   wycieczek   na   wybrzeże   bądź   w   góry,   choć 
świadomość ich nierealności psuła mi przyjemność.

Wiele razy korciło mnie, aby zniszczyć wspaniały mechanizm Obcych. Rano, gdy  nie musiałem 

wcześnie wstawać, leżąc z zamkniętymi oczami wymyślałem sposoby na ujawnienie światu prawdy 
o Ameryce. Powstawały plany, od zupełnie poronionych i nielogicznych aż po całkiem przebiegłe, 
kalkulacje, mające moim zdaniem, szanse powodzenia. Najprostszym wyjściem byłoby uszkodzenie 
centralnego  komputera.  Miał  on wiele  systemów  zabezpieczeń,  awaryjne  zasilanie,  zdublowane 
kanały   łączności,  wymyśliłem  jednak   sposób, jak  zmylić  czujne  straże  i  spowodować  błędy  w 
działaniu   supermaszyny.   Ponieważ   program   aktualizował   się   na   podstawie   żródeł   zewnętrznej 
informacji,   należało   zafałszować   ten   kanał.   O   ile   system   zbierania   danych   był   niesłychanie 
rozbudowany,   to   jego   wrażliwość   na   zakłócenia   była   spora.   Co   kilkanaście   minut   do   centrali 
informacyjnej   przychodziły   aktualne   dane   z   teleksów,   telefonów,   gazet,   telewizji,   radia   i 
korespondencji listownej. Większość z nich pochodziła ze światowych agencji informacyjnych jak 
Reuter   czy   AFP,   ale   America   Inc.   posiadała   także   własną   sieć,   złożoną   z   korespondentów 
zagranicznych. Nie mieli oni pojęcia o istnieniu korporacji i pracowali jak uczciwi dziennikarze we 
wszystkich rejonach kuli ziemskiej, przesyłając informacje do pozornych gazet i nie istniejących 
agencji, takich jak CNN czy ABC (nie mówiąc już o CIA czy NSA). Gdybym uderzył w to miejsce, 
miałbym   szanse   powodzenia.   Zacząłem   częściej   o   tym   myśleć   i   pewnego   razu   zredagowałem 
korespondencję o nie istniejącym klubie hokejowym Pistols Rangers. Wprowadziłem ją do kanału 
informacyjnego i następnego dnia w jednym z działów sportowych nowojorskiej gazety znalazłem 
sprawozdanie   z   meczu   Dragon's   L.A.   z...   Pistols   Rangers.   Dokładnie   w   takiej   formie,   jaką 
przekazałem centralnemu komputerowi. Niewinna zabawa stawała się poważną grą. Po tygodniu 
ponowiłem próbę, tym razem z wymyśloną królową Czech. Siedziałem właśnie nad stosem depesz 
agencyjnych,  starając się odnależć sfałszowaną wiadomość, gdy rozległo się pukanie do drzwi. 
Dyrektor   wpadł   tylko   na   chwilę,   aby   zobaczyć,   czy   nie   mam   trochę   wolnego   czasu   na   partię 
szachów. Spojrzał na rozłożone na biurku papiery i nagle uśmiechnął się.

– Wiele lat temu próbowałem bawić się w ten sam sposób. Tylko, że ja zająłem się radiem. 

Dzięki władzy, jaką już wtedy posiadałem, wyemitowałem audycję o najeździe Obcych na nasz 
świat. Żaden system nie jest doskonały, są tylko takie, w których nikt nie odkrył luki. Wydawało mi 
się,   że  znalazłem  jedną  z  możliwości   oszukania  komputera.  I  wówczas,  gdy  byłem  o  krok  od 
sukcesu, zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, Ameryka istnieje. Może nie ma Empire 
State Building, Golden Gate czy Hollywood, ale ten kraj znalazł miejsce w umysłach i sercach 

background image

miliardów ludzi. Wierzą w naszą magię, kuglarskie sztuczki, zwodnicze czary. Widmowy przemysł 
zintegrował   się   nierozerwalnie   z   ekonomiką   światową,   nasze   siły   zbrojne   są   podstawą   ładu 
politycznego, złudne istnienie Ameryki nadaje sens milionom ludzkich poczynań. Czy mógłbyć 
powiedzieć żołnierzowi, który stał się inwalidą walcząc o wolność Ameryki, że walczył o miraż, o 
senną ułudę? Czy byłbyś w stanie spojrzeć w oczy milionom obudzonych i oświadczyć, że cały ich 
dotychczasowy świat to tylko sny? Że ich troski i radości to impulsy elektryczne? Że ból, który 
musieli znosić, że miłosne uniesienia to bzdura, oszustwo i mistyfikacja? Dopóki śpią nieświadomi 
w naszych hangarach wszystko jest w porządku. Śnią, czując i przeżywając to wszystko, co niesie 
prawdziwe życie. Gdy się obudzą, czeka ich tragedia. Czy tego chcesz?

A   więc   wiedział.   Spuściłem   wzrok.   Każde   jego   słowo   niszczyło   moje   pojęcia   uczciwości   i 

prawdy. Definicje zagubiły się pośród gąszczu motywów, skutków, wyjaśnień i kłamstw. Skierował 
się do wyjścia, ale przed drzwiami obrócił się i powiedział cicho:

– Wiesz co stało się jeszcze tego wieczora ? W chwili, gdy byłem o krok od zdemaskowania 

Ameryki,   gdy   miałem   ujawnić   wszystkim   gigantyczne   oszustwo,   nagle   mój   mikrofon   przestał 
działać. Wtedy usłyszałem swój własny głos oznajmiający światu, że audycja była tylko żartem, 
śmiesznym wybrykiem reportera radiowego. Wówczas pojąłem drugą prawdę o Ameryce. Tego 
systemu   nie   można   wywieść   w   pole,   oszukać,   zniewolić.   Od   początku   kontrolował   moje 
poczynania, od pierwszej chwili czuwał nade mną. Dopuścił mnie do samego finału i tam zadał 
decydujący cios. Upokorzył mnie celowo, aby zniszczyć we mnie resztki oporu, abym nigdy już nie 
spróbował. I tak się stało.

Zamknął drzwi, a ja nieruchomo siedziałem w fotelu. Dawno już zapadł zmrok, dym z cygar 

dyrektora bez śladu rozpłynął się wśród ciemności, gdy wstałem i zgarnąłem z biurka stos gazet. 
Wrzuciłem je do kosza na śmieci, razem ze swoją głupotą. To wszystko.

Wiele   lat   służyłem   jeszcze   korporacji   jako   tłumacz.   Widziałem   loty   kosmiczne,   budowę 

pierwszej   bazy   na   Księżycu,   ekspedycję   na   Marsa.   Byłem   świadkiem   niesłychanej   ekspansji 
technicznej   człowieka.   Przodował   w   tym   wciąż   jeden   kraj   –   Ameryka.   Byliśmy   w   pierwszym 
szeregu. Zawsze najsilniejsi, najodważniejsi, najbardziej nowatorscy. Myślę, że to Ameryka była 
motorem  zmian,  jakich  zakosztowała  ludzkość  podczas  ostatnich  200 lat.  Historia  starożytnych 
cywilizacjii uczy, że zawsze po okresie rozkwitu następowała stagnacja i regres. Mam nadzieję, że 
korporacja   będzie   tym   czynnikiem,   który   powstrzyma   upadek   współczesnej   kultury.   Że   zapas 
wiedzy Obcych starczy na dalsze napędzanie maszyny, której na imię nauka.

Wreszcie   i   na   mnie   przyszedł   czas.   Byłem   już   stary.   Zastępował   mnie   młody   chłopak, 

kilkunastoletni   Duńczyk.   Byłem   dla   niego   tym,   kim   była   kiedyś   dla   mnie   madame   Veriten. 
Uczyłem   go   języka   Obcych,   ich   dziwacznego   sposobu   widzenia   świata,   pojmowania   ludzkiej 
egzystencji, śmierci, wieczności. Był pojętnym uczniem, czułem jak narasta w nim pewność tego, 
co robi. Za to rzadziej  i coraz mniej chętnie  brałem  udział  w konferencjach  z Obcymi. Nowy 
dyrektor   (mój   przyjaciel   umarł   kilka   lat   temu)   patrzył   na   mnie   jak   na   przeżytek   starej   epoki. 
Wreszcie sam poprosiłem o emeryturę motywując to stanem zdrowia i chęcią odpoczynku. Jorgen, 
mój młody uczeń, znakomicie dawał sobie radę, wiedziałem, że niczego nie potrafię go już nauczyć. 

Pragnąłem odpoczynku, samotności. Chciałem być poza wirem wydarzeń, poza karuzelą życia. 

Ostatnie chwile zamierzałem spędzić w absolutnym odosobnieniu, pośród martwych skał, gdzie 
mógłbym sam na sam zmierzyć się z pamięcią, ze wspomnieniami, podsumować swoje długie życie 
i   odejść   w   uporządkowany   sposób,   Bez   pośpiechu,   ale   i   bez   ociągania.   Z   całą   świadomością 
odsunąć się od egzystencji w mrok wiecznego zapomnienia.

Teraz przemierzam kosmiczną pustkę kierując się w stronę Sette – małej planetoidy mającej 

stanowić   moje   dożywotnie   dobrowolne   wygnanie.   Mijam   tysiące   mil   sześciennych   nicości, 
dziesiątki bladych księżyców, czających się pośród czerni. Czuję molekuły przeszywające mnie w 
swoim   ślepym   pędzie   znikąd   ku   niczemu.   Patrzę   na   miliony   gwiazd   zatopionych   w   oceanie 
aksamitu, na odległe światy planet, błyszczące spokojnym blaskiem, na delikatne smugi mgławic 
rozciągnięte w próżni i zastanawiam się, czy jest możliwe, by i to było jedynie złudzeniem?