background image

Renee Roszel 

 

Barwy miłości 

(A Bride for the Holidays) 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

W pustej, sennej kawiarni nagły dźwięk telefonu zabrzmiał jak wystrzał z armaty. Trisha 

zamarła, jakby we wnętrzu wykończonym białymi kafelkami i błyszczącym aluminium mogło 
grozić  jej  niebezpieczeństwo.  Instynktownie  czuła,  że  od  tej  rozmowy  zależeć  będzie  jej 
przyszłość. Ominęła wiadro z mopem, które Amber Grace przyniosła z zaplecza, żeby zmyć 
rozlaną kawę z mlekiem. Drżącą ręką podniosła słuchawkę telefonu wiszącego na ścianie.   

–  Kawiarnia  „U  Eda”.  Trisha  August,  kierowniczka  zmiany  –  przedstawiła  się. 

Natychmiast  poznała  głos  rozmówcy.  Był  to  pracownik  banku,  zajmujący  się  udzielaniem 
kredytów. Czuła, jak łomoce jej serce. Zaraz będzie jasne, czy dostanie pożyczkę na otwarcie 
własnej firmy. Nie wiedząc, czy martwić się, czy cieszyć, słuchała, kiwając głową.   

Urzędnik  mówił uprzejmie, lecz zupełnie obojętnym  tonem.  Z doświadczenia wiedziała, 

że oznacza to wstęp do odmowy.   

–  Przecież  jestem  odpowiedzialna  i  ciężko  pracuję.  Zrobię  wszystko,  żeby  dostać 

pożyczkę! – wybuchnęła w końcu. – Proszę, dajcie mi szansę! 

Rozmówca nie silił się na zbędne uprzejmości.   
–  Dziękujemy,  że  zechciała  pani  skorzystać  z  usług  Kansas  City  Bank  –  wyrecytował, 

odkładając słuchawkę.   

Trisha  stała  bez  ruchu,  trzymając  słuchawkę  w  zaciśniętej  dłoni.  Była  wściekła  na  cały 

świat. Przecież poradziłaby sobie, gdyby tylko miała szansę! 

– Nie możesz pożyczyć pieniędzy, jeśli ich nie masz – powiedziała ze złością. – Jak inni 

ludzie zaczynają prowadzić własny biznes? 

– Bardzo dobre pytanie – odezwał się nagle życzliwy, męski głos.   
Trisha spojrzała zaskoczona w stronę lady. Nie zauważyła, kiedy pojawił się tam wysoki 

mężczyzna.  Miał  na  sobie  płaszcz  z  najlepszego  kaszmiru.  Na  głowie  i  ramionach 
połyskiwały  mu  płatki  topniejącego  śniegu.  Jednak  mimo  zimnego  światła  jarzeniówek 
najbardziej rzucała się w oczy jego twarz. Uśmiechał się lekko kącikami ust, co nadawało mu 
nonszalancki wygląd. Miał długie rzęsy i zdecydowane, oceniające spojrzenie.   

Najwyraźniej przyglądała mu się zbyt długo, bo chrząknął znacząco.   
– Chciałbym prosić o filiżankę kawy.   
Trisha poczuła się jak idiotka. Co ja robię? – pomyślała. Ominęła Amber Grace i jej mop. 

Zauważyła, że nastolatka, która pomagała w kawiarni, żeby zarobić na kieszonkowe, też stała 

jak wryta.   

–  Rozlana  kawa  sama  się  nie  wytrze  –  szepnęła  do  niej  Trisha.  Tamta  zamrugała 

gwałtownie, wracając do rzeczywistości.   

– Słusznie – odpowiedziała i zajęła się sprzątaniem. Trisha pospiesznie podeszła do lady. 

Zmusiła się do uśmiechu, choć rozmowa z bankiem zepsuła jej humor. Pożyczka dałaby jej 
szansę na spełnienie marzeń. Jednak nie mogła teraz demonstrować złego nastroju.   

– Witam pana – powiedziała uprzejmym tonem. – Mamy dziś lody malinowo-waniliowe, 

czekoladowe i pomarańczowe...   

background image

– Może przypadkiem macie też coś, co nazywa się kawa? Spojrzała mu w oczy. Dopiero 

teraz dostrzegła, że były stalowoszare. Jego spojrzenie przyciągało uwagę, ale było nieco zbyt 
przeszywające. Przez chwilę nie mogła się skupić, by zrozumieć, o co pytał.   

– Proponuję kolumbijską Czarną Magię.   
– Jeśli tylko zawiera kawę.   
–  Zapewniam  pana,  że  tak  –  powiedziała  z  uśmiechem.  Był  to  nie  lada  wyczyn,  biorąc 

pod uwagę, że przed chwilą rozwiały się jej marzenia. – Jaką pan sobie życzy: dużą, wielką 
czy ogromną? – spytała, wskazując trzy filiżanki stojące na ekspresie do kawy.   

– Średnią – stwierdził zdecydowanie.   
Spodobało  jej  się,  że  nie  robiły  na  nim  wrażenia  reklamowe  frazesy  i  nazywał  rzeczy 

takimi, jakimi są.   

– Dobrze, proszę pana.   
Sięgnęła po filiżankę.  Domyśliła się, że nie będzie chciał mleka.  Po prostu czarna kawa 

dla  prawdziwego  mężczyzny,  pomyślała  z  uznaniem.  Jednocześnie  uświadomiła  sobie,  że 
zbyt wiele uwagi poświęca zupełnie obcemu człowiekowi.   

Odwróciła się w stronę ekspresu. Czuła, że przybysz nie spuszcza z niej oka. Co prawda 

często zdarzało się, że klienci obserwowali, jak przygotowuje ich zamówienia. Jednak zwykle 
były  to  obojętne  spojrzenia  bez  znaczenia.  Była  przekonana,  że  tym  razem  jest  inaczej. 
Zaczerwieniła się na myśl, że taki mężczyzna mógłby...   

– Jak chciała pani wykorzystać kredyt? – spytał nagle.   
Pytanie zaskoczyło ją zupełnie. Niemal upuściła filiżankę.   
– Och, bardzo przepraszam, że musiał pan tego słuchać... – zaczęła.   
–  Naprawdę  proszę  powiedzieć  –  wtrącił  z  poważną  miną.  –  Może  znam  kogoś,  kto 

udzieliłby pani kredytu.   

Odwróciła się w jego stronę, podając gorący napój.   
–  Obawiam  się,  że  nic  z  tego  –  powiedziała,  kręcąc  głową.  –  Tu  w  mieście  byłam  już 

wszędzie. Próbowałam też w internetowych bankach. Chętni są jedynie ci, którzy pożyczają 
na złodziejski procent.   

– Niedobrze – przyznał, sięgając po swoją kawę.   
Nie zdążył jej dotknąć, gdy Trisha poczuła ostre uderzenie w plecy. Było na tyle silne, że 

na chwilę straciła równowagę. Gwałtownie oparła się o ladę.   

– Och, co do diabła... – zawołała, starając się rozmasować bolące miejsce.   
–  Zdaje  się,  że  w  coś  uderzyłam.  Trafiłam  cię  w  plecy?  –  spytała  Amber  Grace 

obrażonym tonem. Używała go zawsze, gdy wykazała się nieudolnością. Trisha spojrzała na 
dziewczynę,  z  trudem  powstrzymując  się  od  komentarza.  A  jak  sądzisz,  kto  inny  dźgnąłby 
mnie kijem od mopa? – pomyślała. Na dodatek Amber Grace jako kuzynka Eda czuła się tu 

bardzo pewnie.   

Jednak tym razem spojrzała na Trishę z przerażeniem.   
–  Spójrz,  co  zrobiłaś  temu  panu  –  zawołała  z  wyrzutem.  Trisha  nie  musiała  spoglądać. 

Natychmiast  domyśliła  się,  że  w  kosztowny  kaszmirowy  płaszcz  właśnie  wsiąkała 
kolumbijska czarna kawa. Oznaczało to, że całą tygodniową wypłatę będzie trzeba wydać w 

background image

pralni.   

Spojrzała  na  klienta  z  niepewną  miną.  Z  kolei  on  zerkał  na  swój  płaszcz.  Wyraźnie  nie 

był zbyt zadowolony.   

– Naprawdę bardzo pana przepraszam! 
– Są może serwetki? – spytał, wyciągając rękę.   
– Ależ oczywiście! – odpowiedziała i  wydobyła  spod lady całą ich stertę. Ed bardzo je 

oszczędzał.  Twierdził,  że  każdemu  klientowi  wystarczy  jedna  drogocenna  serwetka  z 
reklamowym nadrukiem. Jednak tym razem sytuacja była wyjątkowa.   

– Amber Grace, przynieś papierowe ręczniki z zaplecza – poleciła. Jednocześnie warstwą 

serwetek usiłowała zebrać resztki kawy z płaszcza. Na ile znała Eda, na pewno policzy jej za 
zmarnowane serwetki.   

– Jeszcze raz przepraszam – powiedziała, sięgając po kolejne. – Zaniosę pana płaszcz do 

pralni chemicznej. Oczywiście na mój koszt. Przynajmniej tyle mogę zrobić.   

– Wystarczy filiżanka świeżej kawy – stwierdził. – Nie wracajmy już do sprawy płaszcza.   
Trisha  była  bardzo  nieszczęśliwa.  Przez  pięć  miesięcy  pracy  u  Eda  nie  zdarzyło  jej  się 

wylać na kogoś choćby  kropli kawy. Tym  razem wylała całą filiżankę na tego wspaniałego 
mężczyznę.  Spojrzała  mu  oczy.  Miał  zmysłowe  spojrzenie,  choć  twarde  i  oficjalne.  Jednak 
było  w  nim  coś  przyciągającego  uwagę.  Nie  potrafiła  tego  nazwać  ani  oderwać  od  niego 
wzroku.   

– Przepraszam, co pan mówił? – spytała jak wyrwana ze snu.   
Odłożył  na  zalaną  ladę  stertę  mokrych  serwetek.  Od  Amber  Grace  wziął  rolkę 

papierowych ręczników. Oddarł kilka i przyłożył do klap płaszcza, nie przestając spoglądać 
na Trishę.   

– Zapomnijmy o płaszczu. Czy mógłbym prosić kawę? 
– spytał.   
–  Oczywiście  –  odpowiedziała.  Weź  głęboki  oddech,  nakazała  sobie.  Uspokój  się,  bo 

pogorszysz sprawę, jeśli to jeszcze możliwe! 

– Amber Grace? 
Trisha  była  zaskoczona,  że  zwrócił  się  bezpośrednio  do  kuzynki  Eda.  Spojrzała  przez 

ramię w ich kierunku.   

– Tak, proszę pana? – spytała nastolatka, uśmiechając się jak zauroczona. Podał jej rolkę 

ręczników.   

– Mogłabyś wytrzeć ladę? 
– Jasne.   
Nie przestała się uśmiechać. Patrzyła rozmarzonym wzrokiem, nawet gdy rozwijała rolkę 

i wycierała resztki kawy.   

Trisha odwróciła się sfrustrowana. Nie miała wątpliwości, że ten klient  nigdy więcej  do 

nich  nie  zajrzy.  Zawracała  mu  głowę  sprawą  pożyczki,  a  Amber  Grace  popisała  się 
nieudolnością.  Musiał  dojść  do  wniosku,  że  pracownicy  Eda  to  wyjątkowi  nieudacznicy. 
Nawet pomijając kawę na płaszczu! 

Powłóczyste spojrzenia niewątpliwie wywierały wrażenie na kobietach, pomyślała Trisha. 

background image

Uważała, że ona i Amber Grace zrobiły z siebie idiotki, gdy tylko klient  wszedł i  lekko się 
uśmiechnął.  Co  prawda  przestał  się  uśmiechać,  gdy  wylądowała  na  nim  kawa.  Sądząc  po 
cielęcym zachwycie Amber Grace, nastolatka była zauroczona przystojnym klientem. Trisha 
pomyślała, że nie powinna mieć do niej o to pretensji, bo sama zachowała się niewiele lepiej.   

Teraz napełniła filiżankę i odwróciła do niego, starając się zachowywać z dystansem.   
–  Na  koszt  firmy  –  powiedziała.  Było  jej  obojętne,  czy  będzie  musiała  zwrócić  za  to 

pieniądze.  Po  prostu  nie  potrafiłaby  po  tym  wszystkim  zażądać  od  niego  trzech  dolarów  i 
dziewięćdziesięciu dziewięciu centów. Jeszcze raz wróciła do sprawy płaszcza.   

– Naprawdę gotowa jestem zapłacić za pralnię.   
–  To  nie  była  pani  wina  –  stwierdził  zdecydowanie.  Tym  razem,  gdy  podawała  mu 

filiżankę,  zagrożenie  ze  strony  Amber  Grace  było  o  wiele  mniejsze.  Dziewczyna  przerwała 
wycieranie,  oparła  się  łokciami  o  ładę  i  podpierając  dłońmi  brodę,  obserwowała  klienta 

rozmarzonym wzrokiem. Wreszcie miał okazję wypić pierwszy łyk.   

– To jest całkiem dobre – przyznał. – Wydaje mi się, że rzeczywiście zawiera kawę.   
Trisha ze zdziwieniem zauważyła, że znów się uśmiechnął. Uznała to za prawdziwy cud.   
–  Proszę  mi  teraz  opowiedzieć,  co  to  miał  być  za  biznes  –  odezwał  się.  Znów  ją 

zaskoczył.  Była  przekonana,  że  przedtem  zapytał  ją  jedynie  przez  uprzejmość.  Nie 
wyobrażała sobie, że mogło go to naprawdę interesować.   

– Cóż, nie chciałabym pana zanudzać – stwierdziła. Upił kolejny łyk.   
–  Jeśli  człowiekowi  naprawdę  na  czymś  zależy,  powinien  wykorzystać  każdą  okazję, 

żeby to zrealizować.   

Pomyślała, że oczywiście miał rację. Jej sprawy mogły być niezbyt interesujące dla kogoś 

obcego.  Jednak  warto  było  zaryzykować,  jeśli  dawało  to  cień  szansy  na  zrealizowanie 
marzeń.   

–  Powiedz  mu  wreszcie  –  wtrąciła  nagle  Amber  Grace.  Spojrzeli  na  nią  jednocześnie. 

Miała na sobie strój w krzykliwych kolorach, które do siebie zupełnie nie pasowały. Koszulka 
polo była w odcieniu cytrynowym, spodnie seledynowe. Do tego nakrycie głowy, które miało 
przypominać  marynarską  czapkę,  ale  było  podobne  do  czepka  pielęgniarki.  Krótkie,  rude 
włosy  przywodziły  na  myśl  świeżo  skoszony  trawnik.  Dwa  kolczyki  w  nosie  połyskiwały 
przy każdym poruszeniu. Była ja zły sen rodziców, których dzieci zaczynają dorastać.   

Jednak  dziwaczny  strój  nie  był  zasługą  Amber  Grace,  lecz  Eda.  Niezwykle  oszczędny 

właściciel  kawiarni  kupił  wszystko  na  internetowej  wyprzedaży.  Był  na  tyle  przebiegły,  że 
jeszcze  udało  mu  się  na  tym  zarobić,  bo  pracownicy  mieli  obowiązek  wykupić  służbowe 
stroje na własność.   

Trisha zdawała sobie sprawę, że wygląda równie paskudnie jak Amber Grace. Zresztą w 

zimnym świetle jarzeniówek nikt nie wygląda rewelacyjnie. Dotychczas nie zwracała uwagi 
na  brzydotę  służbowego  uniformu.  Dotarło  to  do  niej  dopiero  teraz,  gdy  zjawił  się  ten 
mężczyzna  w  eleganckim,  gustownie  dobranym  stroju.  Niestety  niedawno  polanym  kawą, 
pomyślała ze skruchą. Doszła jednak do wniosku, że nie ma sensu rozpamiętywać spraw, na 
które nic nie można poradzić.   

Oderwała z rolki kilka ręczników. Polerując ladę, spojrzała mu w oczy.   

background image

– Myślałam o salonie piękności dla psów – zwierzyła się w końcu. – Ludzie mogliby tam 

samodzielnie zadbać o ulubione czworonogi, korzystając z mojego wyposażenia. Mieliby do 
dyspozycji wanny, maszynki do strzyżenia, szampony i niezbędny sprzęt. Zostawialiby sierść, 

brudne  wanny  i  zalane  podłogi.  Wszystko  za  ułamek  ceny,  jaką  trzeba  zapłacić  w 

specjalistycznym salonie.   

Przez  ostatnie  pięć  miesięcy  powtarzała  to  wielokrotnie,  więc  teraz  recytowała  jak  z 

kartki.   

–  Widziałam  już  takie  miejsca.  Jedno  w  Wichita,  drugie  w  Olathe.  Oba  świetnie 

prosperują.  Klienci  lubią  tam  zaglądać.  Jestem  pewna,  że  w  Kansas  City  też  odniosłabym 
sukces.  Znalazłam  już  odpowiedni  lokal  do  wynajęcia  w  samym  śródmieściu.  Gdybym 
dostała  dwadzieścia  pięć  tysięcy  dolarów  pożyczki  i  ostro  zakasała  rękawy,  mogłabym 
urządzić to naprawdę ładnie.   

Westchnęła przeciągle, żeby choć trochę rozładować napięcie ostatnich dni.   
–  Jedyny  problem  to  brak  gotówki.  Pracowałam  już  w  różnych  miejscach  i  mam  spore 

doświadczenie. Ostatnią pracę w psim salonie piękności musiałam zakończyć, bo właściciel 
przeszedł na emeryturę. Wtedy znalazłam zajęcie tutaj.   

Wyrzuciła  do  kosza  zwój  mokrych  ręczników.  Spojrzała  z  determinacją  na  swego 

rozmówcę.   

–  Odkładałam  każdy  grosz.  Nie  boję  się  ciężkiej  pracy  przez  wiele  godzin,  żeby 

zrealizować  marzenie  mojego  życia  –  powiedziała.  –  Jednak  gdy  zwracam  się  o  pożyczkę, 
ciągle słyszę, że drobne firmy to ryzykowna inwestycja. Najwięcej plajtuje już w pierwszym 
roku.  Oprócz  tego  podobno  jestem  za  młoda,  bez  kapitału  i  doświadczenia  w  pracy.  Dla 

banku  nie  ma  znaczenia,  jak  ciężko  pracuję.  Najważniejsze,  że  jestem  młoda  i  biedna  – 
mówiła rozzłoszczona. – Mam już dwadzieścia osiem lat, więc nie należę do najmłodszych. 
Jakoś  sobie  radzę  od  osiemnastego  roku  życia.  Zresztą  gdybym  nie  była  biedna,  nie 
potrzebowałabym pożyczki! 

Zakończyła, uderzając dłońmi w ladę. Pochyliła głowę.   
– Rozmowa, którą pan słyszał, była moją ostatnią nadzieją – dodała. Jednocześnie kątem 

oka  dostrzegła  jakiś  ruch  przy  drzwiach  wejściowych.  Odwróciła  głowę.  Właśnie  wchodził 
muskularny młody człowiek w uniformie przypominającym galowy strój oficera” marynarki. 
Zdjął czapkę, wetknął ją pod pachę i stanął na baczność.   

– Koło wymienione. Możemy ruszać,  gdy tylko  będzie pan gotów – oświadczył. Trisha 

oceniła, że musiał mieć około dwudziestu pięciu lat.   

Klient, który słuchał jej opowieści, skinął głową.   
– Dziękuję, Jeffery. Zaraz wychodzę.   
– Dobrze, proszę pana.   
Trisha zerknęła przez okno. Uliczna latarnia oświetlała płatki padającego śniegu. Zalegał 

coraz grubszą warstwą. Teraz pewnie już ponad trzydzieści centymetrów. Było ciemno, choć 
zbliżało  się  dopiero  wpół  do  piątej.  Trisha  pomyślała,  że  jeśli  w  Kansas City  osiemnastego 
grudnia jest zimno i śnieżnie, taka pogoda może utrzymać się aż do świąt.   

Mężczyzna  w  mundurze  wyszedł  sprężystym  krokiem.  Tymczasem  przystojny  klient 

background image

sięgnął po jedną z serwetek, które nie zostały zużyte do wycierania kawy. Zapisał coś na niej.   

–  Podoba  mi  się  pani  pomysł  –  powiedział.  –  Proszę  się  spotkać  z  tym  człowiekiem. 

Znajdzie  go  pani  w  wieżowcu  Dragana.  Ma  tam  biuro.  Proszę  mu  powtórzyć  to,  co 
powiedziała pani mnie. Myślę, że może pomóc – dodał, podając jej serwetkę.   

Trisha spojrzała zaskoczona.   
– W budynku Dragana? – upewniła się. Skinął głową.   
– Proszę mu powiedzieć, że Gent panią przysyła.   
– Gent? Dobrze – potwierdziła. Nie miała pojęcia, że w tamtym biurowcu są jakieś banki. 

– Na którym piętrze? Jak nazywa się firma? – wypytywała z niepokojem.   

– Ochrona z pewnością wskaże pani drogę – powiedział, odwracając się.   
Zerknęła  na  serwetkę.  Wspomniał  coś  o  ochronie?  Pewnie  wyprowadzą  mnie  na  ulicę 

najkrótszą drogą, doszła do wniosku.   

– Panie Gent, mówi pan poważnie? – spytała, lecz nie doczekała się odpowiedzi. Uniosła 

wzrok znad serwetki. Zdołał wyjść równie cicho, jak się pojawił.   

Wbrew  rozsądkowi  miała  nadzieję,  że  mówił  prawdę.  Na  serwetce  był  krótki  tekst: 

Herman  Hodges,  Dragan  VC.  Poniżej  niedbały  podpis:  Gent.  Nie  mogła  uwierzyć,  że  taka 
papierowa serwetka nieco poplamiona kawą może stanowić klucz do sukcesu.   

– Cóż – szepnęła zamyślona.   
– Słucham? – spytała Amber Grace, która obudziła się z letargu.   
– Nic, nic – odpowiedziała Trisha, kręcąc głową. Złożyła serwetkę i schowała do kieszeni 

spodni. Muszę spróbować, nawet jeśli wyrzucą mnie za drzwi, pomyślała.   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Trisha siedziała sztywno na brzegu krzesła w biurze Hermana Hodgesa na pięćdziesiątym 

piętrze  biurowca  Dragana.  Starała  się  ukryć  nerwowy  niepokój.  Jednocześnie  miała  wielką 
ochotę,  żeby  podejść  do  okna  i  spojrzeć  na  śnieg  padający  na  nowoczesne  wieżowce 
śródmieścia.  Widok  spadających  płatków  działał  na  nią  uspokajająco.  Właśnie  tego 
potrzebowała teraz najbardziej.   

Kurczowo  zaciskała  palce  na  torebce,  obserwując  nobliwego,  łysego  mężczyznę. 

Przeglądał  kartki  planu  biznesowego  jej  przyszłej  firmy.  Było  tam  dokładne  wyliczenie 
kosztów wyposażenia salonu dla czworonogów oraz wyciąg z konta bankowego Trishy. Przez 
ostatnie dziesięć lat udało się jej odłożyć dwa tysiące trzysta dziewięćdziesiąt jeden dolarów i 
osiemdziesiąt siedem centów. Nie miała innego majątku, nawet samochodu. Spojrzenie pana 
Hodgesa  nie  dodawało  jej  otuchy.  Pewnie  zastanawiał  się,  dlaczego,  do  diabła,  musiałam 
przyjść właśnie do niego, pomyślała.   

Gdy pan Gent polecił jej, żeby tu się zgłosiła, nie przyszło jej nawet do głowy, że Hodges 

może  mieć  coś  wspólnego  z  Dragan  Venture  Capital  Inc.  firmą  inwestującą  na  rynku 
kapitałowym.  Słyszała  o  nich  już  wcześniej,  ale  jakoś  nie  mogła  sobie  wyobrazić,  że  tak 
poważni ludzie zajmą się śmieszną pożyczką marnych dwudziestu pięciu tysięcy dolarów.   

Była  przekonana,  że  Dragan  Venture  Capital  ma  zwykle  do  czynienia  z  inwestorami 

dużego  kalibru,  którzy  potrzebują  wielomilionowych  pożyczek  Mimo  to,  gdy  sympatyczny 
pan  z  ochrony  zaprowadził  ją  do  ekskluzywnie  urządzonego  biura  zarządu,  Trisha 
zapanowała nad pierwszym odruchem, żeby natychmiast stąd uciec. Nie mogła poddać się tak 
łatwo. Pamiętała słowa przystojnego klienta: „Jeśli człowiekowi naprawdę na czymś zależy, 
powinien wykorzystać każdą okazję, żeby to zrealizować”.   

Pan Hodges  zamknął  teczkę z jej dokumentami,  zmarszczył  brwi i  uniósł  wzrok. Trisha 

była przekonana, że za chwilę usłyszy uprzejme zdanie typu: „Dziękuję, miło mi było panią 
poznać”. Wyprostowała się na wygodnym krześle pokrytym skórą.   

– Cóż, pani August – zaczął z uśmiechem, choć bez nadmiernej życzliwości. – Widzę, że 

poświęciła pani dużo czasu i energii na dokładne zaplanowanie swojego przedsięwzięcia.   

Trisha  poczuła  odrobinę  nadziei,  jakby  wspinając  się  na  skałę  nad  przepaścią,  znalazła 

oparcie  dla  czubków  palców.  Tymczasem  on  odchylił  się  w  fotelu  i  splótł  dłonie,  oparte  na 
przyniesionej  przez nią teczce z dokumentami. Sprawiał  wrażenie człowieka sukcesu, który 
nawykł do wydawania poleceń. Miał na sobie elegancki garnitur, śnieżnobiałą koszulę, a jego 
paznokcie  lekko  błyszczały.  Cóż,  najwidoczniej  korzysta  z  usług  profesjonalnej 

manikiurzystki,  pomyślała.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  jej  paznokcie  nie  są  tak  doskonale 
wypielęgnowane.   

–  Pani  August  –  zaczął  tonem  wykładowcy:  –  Dragan  Ventures  to  firma 

międzynarodowa. Zajmujemy się głównie przedsięwzięciami, które na szybko rozwijających 
się  rynkach  mogą  przynieść  dziesięcio-,  a  nawet  dwudziestokrotny  zwrot  zainwestowanego 
kapitału w okresie od pięciu do ośmiu lat. Interesuje nas infrastruktura w dziedzinie łączności, 

background image

technologie programistyczne dla biznesu, najnowsze technologie przemysłowe.   

Przerwał na chwilę. Trisha uznała, że powinna cokolwiek powiedzieć.   
– Rozumiem – stwierdziła bez przekonania. Pochylił się, jakby chciał ją przestraszyć.   
–  Proszę  pani,  szczerze  mówiąc,  nawet  jeśli  uznamy  pani  pomysł  za  trafiony  i 

zainwestujemy  w  psie  salony  piękności,  nasz  minimalny  wkład  wynosi  pięć  milionów 
dolarów.  Dwadzieścia pięć tysięcy  nie leży w sferze naszego zainteresowania –  oświadczył, 
uśmiechając się chłodno. – Nie próbowała pani skorzystać z najbliższego banku? 

Kolejny raz poczuła gorzki smak klęski. Specjalnie wzięła wolny dzień, żeby usłyszeć tak 

genialną radę! 

–  Owszem,  próbowałam  w  kilku  –  odpowiedziała  nadzwyczaj  spokojnie.  Tylko  palce 

kurczowo  zaciśnięte  na  torebce  zdradzały,  że  udało  mu  się  wyprowadzić  ją  z  równowagi. 
Pochylił się nad biurkiem, podając jej dokumenty.   

–  Pani  August,  dziękujemy  za  zainteresowanie  usługami  naszej  firmy.  Jednak,  jak 

starałem się wyjaśnić, nie zajmujemy się...   

– Cpż, oczywiście – wtrąciła, żeby nie słuchać kolejnej odmowy. – Od początku byłam 

przekonana,  że  nie  angażują  się  państwo  w  takie  przedsięwzięcia  jak  moje.  Jednak  gdy  pan 
Gent zasugerował, żebym zwróciła się do pana, pomyślałam... miałam nadzieję, że może...   

–  Kto?  –  spytał,  nie  wypuszczając  z  ręki  dokumentów,  po  które  Trisha  już  zdążyła 

sięgnąć. – Powiedziała pani, że kto skierował panią do mnie? 

Po raz pierwszy okazał prawdziwe zainteresowanie od chwili, gdy Trisha przestąpiła próg 

jego ekskluzywnie urządzonego biura. Przysunął bliżej do siebie teczkę z jej dokumentami.   

–  Pan  Gent  –  powtórzyła.  Spojrzał  na  nią  podejrzliwie.  Zastanawiała  się,  co  sobie 

pomyślał. W każdym razie nie zamierzała czekać, by rozdeptał ją jak robaka.   

–  Doszłam  do  wniosku  –  zaczęła  tłumaczyć  –  że  pan  Gent  jest  waszym  klientem. 

Najwyraźniej był przekonany, że zechcecie mi pomóc.   

Hodges zmrużył oczy.   
– Powiada pani, że był to pan Gent? 
Trisha nie rozumiała, co tak bardzo go poruszyło. Właściwie nie wiedziała nawet, kim był 

ten  cały  pan  Gent.  Może  oszustem,  który  wyłudził  od  nich  pożyczkę?  Nagle  doznała 
olśnienia. Pewnie przysłał ją tutaj, żeby odpłacić się za poplamienie płaszcza! Teraz pewnie 
śmieje  się  w  głos.  Czyżby  miła  powierzchowność  skrywała  mściwego  sadystę?  Właściwie, 
dlaczego nie? Przecież mówi się, że pozory mylą: 

Żeby  jak  najszybciej  zakończyć  coraz  bardziej  krępującą  sytuację  i  opuścić  biuro, 

wyciągnęła z torebki poplamioną serwetkę.   

–  Nie  powiedział,  jak  się  nazywa,  tylko  napisał.  Proszę  spojrzeć  –  powiedziała,  zdając 

sobie nagle sprawę, że musi to sprawiać zabawne wrażenie.   

Wziął  od  niej  wymiętą  serwetkę,  unosząc  wysoko  brwi.  Zapadła  cisza.  Trisha  czuła,  że 

musi przerwać nieznośne milczenie, bo zacznie krzyczeć.   

–  Jeden  z  klientów  kawiarni,  w  której  pracuję,  zainteresował  się  moim  pomysłem  na 

własny biznes. Dał do zrozumienia, że według niego salon dla psów to może być opłacalna 
inwestycja. Zapisał na serwetce pana nazwisko i kazał się zgłosić. Oczywiście, powinnam się 

background image

domyślić, że to zbyt piękne, by mogło być prawdziwe...   

– Pani August, pozwoli pani, że ją na chwilę opuszczę? 
– spytał, błyskawicznie wstając z fotela.   
Trisha  spojrzała  zaskoczona  jego  zatroskanym  tonem  i  przyspieszonymi  ruchami.  Nie 

spodziewała się, że ktoś jego postury może poruszać się tak szybko.   

– Ależ oczywiście... – zaczęła, ale już zniknął za bocznymi drzwiami. Spojrzała za nim z 

niepokojem.  O  co  tu  mogło  chodzić?  Kim  był  ten  pan  Gent?  Czyżby  znalazł  się  na  liście 
dziesięciu  przestępców  najbardziej  poszukiwanych  przez  FBI?  Może  Hodges  uznał  ją  za 
wspólniczkę? 

Pochyliła się w napięciu. Miała ochotę natychmiast uciekać. Jednak zapanowała nad tym 

odruchem. Sympatyczny pan z ochrony budynku na pewno zacząłby ją ścigać. Podobnie jak 
cała  grupa  jego  kolegów,  którzy  wyśledziliby  ją  dzięki  licznym  kamerom  monitorującym 
korytarze.   

Poczuła zawrót głowy. Pomyślała, że to pewnie dlatego, że przyspieszyła oddech.   
–  Oddychaj  głęboko,  ale  powoli  –  wymamrotała.  –  Opanuj  się  i  myśl  logicznie!  – 

szepnęła, opierając się wygodnie.   

– Przecież nie zrobiłaś niczego złego.   
– Panie Dragan? 
Lassiter nacisnął guzik interkomu, nie podnosząc wzroku znad dokumentów.   
– Tak, Cindy? 
– Jessica Lubek jest na linii.   
Lassiter uniósł brwi i na chwilę przerwał obliczenia. Skądś znał to nazwisko. – Kto? 
– Jest wydawcą pisma „The Urban Sophisticate”. Dziś to już jej drugi telefon.   
Nagle przypomniał sobie.   
– Słusznie – mruknął, niezadowolony. Przez cały tydzień unikał rozmowy z nią. Jednak 

wiedział, że musi udzielić jej informacji przed zakończeniem dnia pracy. Lassiter zwykle nie 
odkładał podejmowania decyzji, lecz tym razem ciągle się wahał.   

– Odbiorę – powiedział, zakręcając eleganckie, złote pióro.   
– Na drugiej linii, proszę pana. Uniósł słuchawkę.   
–  Panie  Dragan  –  zaczęła  lekko  chrapliwym  głosem  kobieta,  która  zapewne  dobiegała 

pięćdziesiątki.  –  Mam  nadzieję,  że  zgadza  się  pan  na  publikację  artykułu  „Święta  z 
Lassiterem Draganem”? 

– Bardzo mi pochlebia państwa zainteresowanie – przyznał szczerze. Przez cały tydzień 

rozważał wszystkie za i przeciw.   

– To nie brzmi jak ostateczna zgoda – stwierdziła Jessica Lubek. – Co mam powiedzieć, 

żeby  pana  przekonać?  Czy  wspominałam,  że  nasze  świąteczne  wydanie  wychodzi  w 
zwiększonym nakładzie? 

– Tak, pani Lubek. Wiem też, że artykuł zapewni Dragan Ventures doskonałą reklamę.   
– Wartą miliony dolarów. Mamy czytelników na całym świecie.   
– To prawda – powiedział i przerwał na chwilę. Już poprzednio tłumaczył jej, że od lat 

nie  udziela  wywiadów.  Jednak  była  tak  wytrwała  i  cierpliwa,  że  postanowił  wyjaśnić  to  do 

background image

końca.   

–  Cóż,  przyznaję,  pani  propozycja  jest  bardzo  nęcąca.  Jednak  ostatnim  razem,  gdy 

napisano coś na mój temat, rezultaty nie były zbyt przyjemne.   

–  Naprawdę?  –  zdziwiła  się.  Lassiter  był  przekonany,  że  chwila  ciszy  w  słuchawce 

oznacza,  że  rozmówczyni  właśnie  zaciągnęła  się  papierosem.  Pomyślał,  że  pewnie  dlatego 
miała taki chropawy głos.   

Spojrzał  przez  oszkloną  ścianę.  Śnieg  ciągle  padał  wielkimi  płatkami.  Pomyślał,  że 

wracając  do  domu,  na  pewno  utknie  w  korku.  Spojrzał  na  zegarek.  Trzecia.  Szkoda,  że  nie 
piąta. Miałby już za sobą wszystkie decyzje.   

– Uważam, że należy się pani wyjaśnienie, bo musiała pani czekać na odpowiedź przez 

cały tydzień. Otóż pięć lat temu miesięcznik „Midas Touch” zamieścił artykuł na mój temat. 
Wiedziała pani o tym? 

– Oczywiście. Czytałam. Udany tekst. „Midas Touch” to niezłe pismo dla ludzi biznesu. 

Nie chcę się chwalić, ale mamy dużo większy nakład.   

Lassiter roześmiał się ironicznie.   
–  Słusznie,  ale  mimo  ich  skromnego  nakładu  znalazłem  się...  –  zastanawiał  się,  jak  to 

powiedzieć  –  ...  stałem  się  obiektem  propozycji  matrymonialnych  całej  hordy  niemądrych 
pań.   

– Ach, tak – odezwała się Jessica. Usłyszał, że znów zaciąga się papierosem. – Bardzo 

panu współczuję. Być bogatym i przystojnym to prawdziwe przekleństwo.   

Zaskoczyła go tak jawna złośliwość.   
–  Zamożność  ma  dobre  i  złe  strony,  a  co  do  urody...  Tamtym  paniom  mój  wygląd  był 

zupełnie obojętny. Mógłbym być nawet mutantem.   

Zdawał sobie sprawę, że historia sprzed lat może wydawać się zabawna komuś, kto jej nie 

przeżył.   

–  Zależało  im  wyłącznie  na  tym,  by  wyjść  za  bogacza.  Czaiły  się  przed  wejściem  do 

domu,  rzucały  na  maskę  samochodu,  a  jedna  kazała  się  dostarczyć  w  pudle  jako  przesyłka 

ekspresowa.   

Zdziwił się, że nawet po pięciu latach te wspomnienia były tak żywe i nieprzyjemne.   
–  Wkroczyły  w  moje  życie.  Nachodziły  mnie  w  biurze.  Przez  miesiąc  nie  mogłem 

normalnie pracować – mówił, nerwowo obracając w palcach złote pióro. – Od tego czasu nie 
pozwalałem, by ktokolwiek pisał na mój temat.   

Zachichotała w odpowiedzi.   
– Znam wielu mężczyzn, korzy chętnie wzięliby na siebie takie problemy. Niewątpliwie 

mój mąż też do nich należy.   

–  Powinni  być  ostrożniejsi.  Proszę  mi  wierzyć,  banda  chciwych  kobiet  to  nic 

przyjemnego.   

Odchylił  się  w  fotelu.  Czuł  się  zmęczony  po  długim,  wyczerpującym  tygodniu  pracy  i 

zdecydowanie nie miał ochoty na rozmowę.   

–  Jednak  z  drugiej  strony,  muszę  przyznać,  że  artykuł  pomógł  mi  dotrzeć  do  kilku 

poważnych klientów. Można powiedzieć, że podwoiłem swoje dochody.   

background image

–  Krótko  mówiąc,  ma  pan  teraz  problem  do  rozwiązania  –  wtrąciła  już  bez  śladu 

rozbawienia.   

– Tak.   
– Chciałabym pana zapewnić, że to się już nie powtórzy.   
Oczywiście nie mogę tego zrobić. Popularność ma wady i zalety.   

Zacisnął  zęby.  Musiał  teraz  zdecydować,  czy  jej  propozycja  była  wyjątkową  okazją, 

której  nie  mógł  przepuścić,  czy  może  była  to  bezsensowna  oferta,  której  człowiek  przy 
zdrowych  zmysłach  nie  powinien  traktować  poważnie.  Chwilowa  popularność  na  pewno 
zdezorganizuje jego uporządkowane życie prywatne.   

Dla  Lassitera  wszystko  wiązało  się  z  biznesem.  Dom  i  sprawy  osobiste  też  były 

inwestycją,  jeśli  tylko  mogły  zapewnić  korzyści.  Artykuł  w  prasie  niewątpliwie  przyniesie 
liczne profity. Dlatego nie mógł zrozumieć własnego wahania. Przecież powinien zgodzić się 
bez zastanowienia! Powstrzymywała go tylko świadomość, że za darmową reklamę przyjdzie 
mu zapłacić utratą spokoju przynajmniej na jakiś czas. Najlepszym wyjściem byłoby zgodzić 
się na artykuł, a potem uniknąć narażania się na matrymonialne zaczepki.   

– Domyślam się, że żadna pana nie usidliła? 
– Słucham? – spytał zaskoczony.   
– Pytam, czy jest pan żonaty.   
Lassiter  wzdrygnął  się.  Dla  niego  kobiety  były  jak  wszystko  inne  –  przynosiły  zyski  i 

straty.  Miło  było  spotykać  się  z  nimi.  W  zamian  za  towarzystwo  korzystały  z  jego 
zamożności.  Nie  czuł  się  więc  winny,  gdy  znajomość  dobiegała  końca.  Nie  myślał  o 
małżeństwie. Jaki miałby z tego zysk? 

– Słyszał pan pytanie? – upewniła się Jessica. – Tak, właśnie...   
Podwójne drzwi do jego gabinetu otwarły się nagle. Pojawił się w nich Herman Hodges, 

zaczerwieniony z emocji. Miał wyraźnie zmartwioną minę.   

– Gent... – zaczął. Lassiter zasłonił mikrofon.   
– Herm, jestem w trakcie rozmowy.   
Przybyły zamachał rękami, jakby chodziło o sprawę życia lub śmierci. Lassiter zauważył, 

że tamten trzymał w dłoni coś białego.   

– W moim gabinecie jest pewna kobieta. Wręczyła mi to – powiedział, wyciągając przed 

siebie  wymiętą  serwetkę.  –  Podobno  jakiś  pan  Gent  polecił  jej  przyjść  do  mnie  w  sprawie 
pożyczki na psi salon piękności.   

Oddychał ciężko. Sięgnął do kieszeni po chustkę do nosa i wytarł spocone czoło.   
–  Byłem  zupełnie  zaskoczony,  gdy  zobaczyłem  na  tym  twój  podpis  –  powiedział 

niedowierzającym tonem. – Gent, czy to naprawdę chodzi o ciebie? 

Lassiter  pochylił  się  z  zaciekawieniem.  Jednak  kierowniczka  kafejki  odważyła  się 

skorzystać z propozycji! 

– Nigdy bym nie pomyślał, że będziesz... – mówił dalej Herm, głośno przełykając ślinę – 

... że łączysz biznes i przyjemność. Gent, na litość boską, ona nie ma żadnego doświadczenia 

w  prowadzeniu  interesów.  Na  dodatek  potrzebuje  tak  skromnej  pomocy  finansowej,  że  nie 
możemy przyznać się do tego publicznie. Najpierw próbowałem ją zniechęcić, potem niemal 

background image

wyrzuciłem ją za drzwi. Jeśli to twoja przyjaciółka, powinieneś mnie uprzedzić... – tłumaczył 
bardzo przejęty.   

Lassiter przypomniał sobie jej twarz, zielone oczy rozszerzone z przerażenia, gdy oblała 

go kawą. Ciągle nie rozumiał, co go wtedy naszło, że podał jej kontakt do Herma w sprawie 
pożyczki.  Dotychczas  nie  dopuszczał,  by  udzieliło  mu  się  coś  tak  łzawego  jak  świąteczny 
nastrój.  Widocznie  teraz  nastąpił  ten  pierwszy  raz.  Nie  widział  innego  logicznego 
wytłumaczenia.   

Drobna, leciwa asystentka Lassitera zajrzała przez uchylone drzwi. Zaniepokoiło ją, gdy 

Herm  wtargnął  do  jej  szefa  bez  uprzedzenia.  Lassiter  skinął  do  niej  głową  na  znak,  że 
wszystko w porządku.   

– Herm, przepraszam cię na chwilę – powiedział i odsłonił mikrofon. – Jessica, wrócimy 

do  rozmowy  za  jakieś  pół  godziny,  dobrze?  –  spytał,  spoglądając  na  zegarek.  –  Dam  ci 
ostateczną odpowiedź.   

–  Cóż,  oczywiście  –  zgodziła  się  z  wahaniem.  –  Oczywiście,  o  ile  będzie  to  zgoda  na 

publikację.   

– Za pół godziny – powtórzył. Rozłączył się i wskazał Hermowi wygodny fotel. – Usiądź 

i odpocznij. Dlaczego tak sapiesz? Biegłeś po schodach? 

Herm rozsiadł się w fotelu.   
– Ja? Dwa piętra w górę? Chyba żartujesz – stwierdził.   
–  Bardzo  przepraszam,  że  nie  wspomniałem  ci  o  pani  August  –  odezwał  się  Lassiter. 

Trisha August, powtórzył w myślach, zdziwiony, że ciągle o niej pamięta. – Pochłonął mnie 

ten kontrakt z Randallem i nie myślałem o niczym innym – wyjaśnił. – Oprócz tego, szczerze 
mówiąc, nie sądziłem, że ona tu przyjdzie. Nie jest moją przyjaciółką. Poznałem ją w kafejce 
kilka  dni  temu.  Pod  wpływem  jakiegoś  impulsu  zaproponowałem,  żeby  tu  przyszła.  Cóż, 
może dlatego, że idą święta.   

– Impuls? Święta? – powtórzył za nim Herm. Zmarszczył brwi i spojrzał badawczo.   
Lassiter w odpowiedzi wzruszył ramionami.   
–  Podałem  jej  twoje  nazwisko,  bo  wydawało  mi  się,  że  łatwiej  jej  będzie  rozmawiać  z 

tobą. To biuro działa na ludzi onieśmielająco, a ty potrafisz być miły i uprzejmy. Widziałem, 
jak bawisz się z wnukami. Jesteś jak wielki pluszowy miś.   

– Pluszowy miś! – jęknął Herm ze zbolałą miną. – Byłem wobec niej bez serca, jak zimny 

głaz.  Szkoda,  że  mnie  nie  uprzedziłeś.  Myślałem,  że  to  jedna  z  tych  nachodzących  nas 
oszustek.  Czuję  się  teraz  jak  idiota  –  powiedział  cierpiętniczym  tonem  i  zdesperowany 
przejechał po włosach obiema dłońmi.   

–  Zrobiłeś,  co  do  ciebie  należało  –  uspokoił  go  Lassiter.  –  Nie  wiedziałeś,  że  ja  ją 

przysłałem. Jestem pewien, że wszystko ci wybaczy, jeśli wyjdzie stąd z pieniędzmi.   

Herm skinął głową, choć nadal spoglądał na rozmówcę z nachmurzoną niną.   
–  Zgoda  –  powiedział  powoli,  krzyżując  ręce  na  piersi.  –  Jeśli  bawisz  się  w  świętego 

Mikołaja, dlaczego przysłałeś tę ładną blondynkę właśnie do mnie? Jestem żonaty i niemłody, 
a  dwaj  nasi  wiceprezesi  są  kawalerami.  Czyżbyś  obawiał  się  ich  konkurencji?  –  spytał  z 
domyślnym uśmiechem.   

background image

– Ona potrzebuje pożyczki, a nie kochanka – stwierdził Lassiter.   
– Słusznie. Wystarczy na nią spojrzeć. Tak atrakcyjna kobieta nie potrzebuje pomocy w 

tej dziedzinie.   

Lassiter słuchał go niezbyt uważnie. Przypomniał sobie pytanie, które zadała mu Jessica 

Lubek. Spojrzał na zegarek. Miał jeszcze dwadzieścia minut na odpowiedź.   

– Zastanawiam się właśnie... – zaczął w zamyśleniu.   
– Przecież to oczywiste – wtrącił Herm.   
– Co? – spytał Lessiter, unosząc wzrok. Herm spojrzał na swego szefa z nieukrywanym 

zdziwieniem.   

– Wydawało mi się, że mówiliśmy o prywatnym życiu pani August.   
– A... tak – zgodził  się  Lassiter. Myślał o tym,  jak atrakcyjnie  wyglądała nawet  w tym 

bezsensownym ubraniu.   

Włosy  miała  spięte  na  karku,  błyszczące  oczy  przypominały  nefryty,  do  tego  zmysłowe 

usta  i  lekko  zadarty  nos  z  nieco  za  dużym  garbkiem.  Była  to  jedyna  skaza  na  jej  twarzy. 
Lassiter  nie  widywał  żadnych  wad  na  twarzach  swoich  przyjaciółek.  Wszelkie 
niedoskonałości  korygowały  u  chirurga  plastycznego.  Poprawiały  policzki,  usta,  brody  i 
piersi.  Nos  Trishy  nie  był  doskonały,  ale  najwidoczniej  zupełnie  tym  się  nie  przejmowała. 
Gotów był się założyć, że rzadko robiła makijaż. Kolor jej ust i policzków był jak najbardziej 
naturalny. Dla Lassitera była to ważna, pozytywna informacja na temat jej charakteru.   

– Zastanawiałem się nad tym, co mi powiedziała – odezwał się, myśląc na głos. – Dla tej 

pożyczki zrobiłaby wszystko.   

–  Gent,  twoja  mina  nie  wróży  nic  dobrego  –  stwierdził  zaniepokojony  Herm.  Lassiter 

zamrugał oczami, wracając do rzeczywistości.   

– Przyprowadź panią August do mojego gabinetu. Herm podskoczył. Polecenie Lassitera 

całkiem zbiło go z tropu.   

–  Odniosłem  wrażenie,  że  chcesz  tylko  zabawić  się  wobec  tej  kobiety  w  świętego 

Mikołaja. Chyba zdajesz sobie sprawę, że byłoby nieetyczne, gdybyś wykorzystał... – mówił, 
wstając z krzesła. – Przecież dopiero przyznałeś, , że ona nie szuka kochanka.   

Lassiter  spojrzał  na  niego  zniecierpliwiony.  Nie  był  przyzwyczajony,  by  podwładni  go 

pouczali.   

– Nadal tak uważam – stwierdził krótko.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Trisha przeszła przez biuro Hermana Hodgesa i znów znalazła się w eleganckiej recepcji 

Dragan  Ventures.  Wspaniały,  puszysty  dywan  sprawiał  wrażenie,  że  chodzenie  po  nim  w 
butach to poważny nietakt. Hodges kroczył obok, niosąc jej teczkę z dokumentami i płaszcz 
przerzucony  przez  ramię.  Traktował  ją  z  przyjacielską  serdecznością.  Zupełnie  inaczej  niż 
dwadzieścia minut temu. Przeprowadził ją przez główny hol wyłożony zielonym marmurem. 
Zatrzymali  się  przed  wejściem  do  wind.  Hodges  nacisnął  guzik  ze  strzałką  wskazującą  w 
górę. Oboje niemal jednocześnie zerknęli przez oszkloną ścianę na panoramę Kansas City.   

– Zdaje się, że śnieżyca znacznie się zmniejszyła – zauważył uprzejmie.   
–  Rzeczywiście  –  przyznała.  Zupełnie  nie  wiedziała,  jak  powinna  zareagować  na  jego 

niespodziewaną  życzliwość.  Na  uśmiech  odruchowo  odpowiadała  uśmiechem,  choć  bez 
przekonania.  –  Panie  Hodges,  dokąd  właściwie  idziemy?  –  spytała.  Chciała  się  upewnić,  że 
dobrze go zrozumiała. Nie oswoiła się jeszcze z faktem, że zupełnie zmienił zdanie w sprawie 
pożyczki.   

– Do gabinetu pana Dragana – powtórzył kolejny raz. Zastanawiała się, dlaczego muszą 

tam  jechać.  Nie  rozumiała,  dlaczego  Herman  Hodges  zareagował  tak  gwałtownie,  gdy 
wspomniała pana Genta. Co się działo, gdy na dwadzieścia minut zniknął ze swojego pokoju? 

Otworzyły  się  drzwi  windy.  Hodges  zaprosił  ją  gestem  do  lustrzanej  kabiny.  Gdy 

wchodziła,  zobaczyła  odbicie  jego  zmartwionej  miny.  Było  jasne,  że  coś  go  niepokoi.  To 
jednak musi mieć coś wspólnego z Gentem, pomyślała. Niepotrzebnie pokazałam tę zapisaną 
serwetkę. Gdybym jej nie wyciągnęła, Hodges na pewno odmówiłby. Teraz siedziałabym w 
autobusie, spokojnie jadąc do domu.   

– Pan Dragan chce z panią porozmawiać – dodał z miną winowajcy, jakby prowadził na 

rzeź niewinną owieczkę.   

–  Rozumiem  –  odpowiedziała,  ściskając  pasek  od  torby.  Oczywiście  niczego  nie 

rozumiała.  Znów  miała  ochotę  uciec  jak  najdalej.  Jednak  byłoby  to  zwykłe  tchórzostwo. 
Powtarzała sobie jedynie, że nie zrobiła niczego złego, więc nic jej nie grozi.   

Uniosła  wzrok.  Wyświetlacz  nad  drzwiami  pokazał  pięćdziesiąt  jeden,  a  zaraz  potem 

pięćdziesiąt dwa. Zatrzymali się. Drzwi rozsunęły się z sykiem. Hodges poprowadził Trishę 
przez  wysoki,  wyłożony  marmurem  hol,  w  stronę  szerokich,  dwuskrzydłowych  drzwi. 
Czyżby to był gabinet Dragana? – pomyślała, onieśmielona.   

Hodges  ujął  ją  pod  rękę  i  wprowadził  do  obszernego  pomieszczenia.  Wnętrze  było 

urządzone  ze  smakiem.  Skórzane  fotele,  tkaniny  na  ścianach,  jedwabne  zasłony,  a  do  tego 
donice z żywymi roślinami.   

–  Bardzo  tu  ładnie  –  oceniła  Trisha,  rozglądając  się  wokół.  Zauważyła,  że  dwie  ściany 

pokoju  były  całkowicie  oszklone.  Naturalne  światło  rozjaśniało  pomieszczenie,  choć  dzień 
był pochmurny.   

–  Tak,  całkiem  miło  –  zgodził  się  Hodges.  Nie  spuszczał  oka  z  szerokich, 

dwuskrzydłowych drzwi po przeciwległej stronie pokoju.   

background image

Zastanawiała się, co ją czeka za tamtymi drzwiami. Dlaczego Dragan chciał rozmawiać z 

nią osobiście? Pięćdziesiąte drugie piętro było niewątpliwie najważniejsze dla całej korporacji 
Dragan Ventures. Żeby znaleźć się tutaj, trzeba było mieć wyjątkowe szczęście lub strasznego 

pecha.   

–  Do  czego  służy  ten  pokój?  –  spytała,  żeby  zająć  czymś  myśli  i  nie  zastanawiać  się 

ciągle nad najbliższą przyszłością.   

– Tu odbywają się spotkania zarządu.   
– Zdaje się, że niezbyt często – stwierdziła, widząc, że nie ma tu żywej duszy.   
– Teraz są święta i wiele osób bierze urlop – wyjaśnił. Hodges otworzył jedno skrzydło 

drzwi. Za nimi wreszcie znajdowało się coś, co przypominało biuro. Tu również dwie ściany 
były  ze  szkła.  Stały  przy  nich  biurka.  Dwie  panie  zajęte  pisaniem  na  komputerach  uniosły 
głowy i uśmiechnęły się na powitanie. Fakt, że nie wytrzeszczyły na nią oczu, był niewielkim 
pocieszeniem. Na pewno nie wiedziały, po co tu przyszła.   

Za  kolejnymi  drzwiami  znajdował  się  przyjemny  pokój  z  podłogą  wyłożoną  dywanem. 

Na ścianach wisiały impresjonistyczne grafiki. Przy biurku stojącym nieco na lewo siedziała 
kobieta  mniej  więcej  w  wieku  Hermana  Hodgesa.  Niewysoka,  z  nieskazitelnie  ułożonymi 
siwymi  włosami,  wyglądała  niezwykle  schludnie  i  atrakcyjnie.  Oderwała  wzrok  od 
komputera.   

– Cindy, to pani August.   
– Bardzo mi miło – odpowiedziała tamta. Nacisnęła przycisk interkomu i poinformowała 

o wizycie.   

– Niech wejdzie – rozległ się z głośnika głęboki, śmiertelnie poważny męski głos.   
Poczuła  się  niepewnie,  jakby  zaraz  miała  wejść  do  jaskini  smoka.  Za  tymi  drzwiami 

mieścił  się  gabinet  legendarnego  Lassitera  Q.  Dragana.  Przeszedł  ją  dreszcz.  Kolana  lekko 
ugięły się pod nią. Przytrzymała się ręki Hodgesa, starając się nie stracić równowagi. Spojrzał 
na nią badawczo.   

– Wszystko w porządku? – spytał, zaniepokojony. Na pewno nie, pomyślała. Jednak nie 

zamierzała  rozczulać  się  nad  sobą.  Wraz  z  matką  już  nieraz  była  w  poważnych  tarapatach. 
Nauczyła się od niej, by mieć do wszystkiego pozytywne nastawienie.   

– Nic mi nie jest – zapewniła z przekonaniem. Poklepał jej dłoń uspokajającym gestem.   
–  Zostawię  panią  tutaj  –  powiedział,  sięgając  do  klamki.  Zawahał  się  na  moment  i 

pochylił w jej stronę.   

–  Niech  pani  kieruje  się  własnym  rozsądkiem  i  działa  dla  własnego  dobra  –  szepnął  z 

zatroskaną miną.   

Spojrzała  zaskoczona.  Czy  była  to  dobra  rada,  czy  ostrzeżenie?  Skinął  głową,  podał  jej 

dokumenty i płaszcz. Potem otworzył przed nią drzwi i odszedł. Odruchowo skinęła głową w 
odpowiedzi.   

–  Pani  August,  proszę  wejść!  –  rozległo  się  polecenie  zza  uchylonych  drzwi.  Nogi 

zaniosły  ją  do  środka  niemal  wbrew  jej  woli.  Weszła  i  spojrzała  na  mężczyznę  w 
przeciwległym końcu pokoju. Siedział za biurkiem na tle szklanej ściany. Wstał na powitanie. 
Właściwie widziała tylko jego sylwetkę, bo oślepiało ją słońce. Był wysoki, barczysty i bez 

background image

marynarki. Biała koszula kontrastowała z ciemnym krawatem.   

– Proszę wejść dalej i usiąść – zaproponował już dużo bardziej przyjaznym tonem.   
– Dziękuję – powiedziała, podchodząc do fotela, który jej wskazał.   
Tymczasem  jej  oczy  oswoiły  się  z  jaskrawym  światłem.  Wreszcie  mogła  zobaczyć  jego 

twarz. Spojrzała i zastygła w bezruchu.   

– To... to  pan?  – spytała z niedowierzaniem, patrząc na klienta, którego  oblała kawą. – 

Pan Gent? Myślałam, że mam się spotkać z panem Draganem.   

– Proszę siadać. Wszystko pani wytłumaczę – powiedział i jeszcze raz wskazał jej fotel 

zapraszającym gestem.   

Przez chwilę patrzyła na niego, nim wreszcie zdecydowała się usiąść. Nadal jednak była 

spięta, siedziała sztywno, przyciskając do siebie płaszcz i torebkę.   

– Siedzę – oznajmiła, jakby chciała przyspieszyć jego wyjaśnienia.   
– Może ma pani ochotę na kawę? – zaproponował. Pokręciła głową.   
– Dziękuję. Już nie mogę patrzeć na kawę.   
– Słusznie – przyznał, wyczuwając ironię w jej głosie. Okrążył biurko i stanął przed nią. 

Poczuła zapach wody po goleniu, który natychmiast kojarzył się z lasem i dymem z ogniska.   

– Mogę prosić pani płaszcz? 
Zapomniała, że kurczowo przyciska go do siebie razem z dokumentami.   
–  Oczywiście.  Dziękuję  –  powiedziała,  starając  się  choć  trochę  odprężyć.  Na  krótką 

chwilę  zerknęli  sobie  w  oczy.  Spojrzenie  jego  szarych  oczu  wywołało  w  niej  dreszcz.  Taki 
sam jak trzy dni wcześniej w kawiarni. Przesunęła teczkę na kolana i oparła na niej dłonie. 
Starając się unikać jego wzroku, spojrzała przez okno na padający śnieg.   

Gent powiesił jej płaszcz i usiadł za biurkiem. Spojrzała na jego zadbane dłonie z długimi 

palcami,  szerokie  ramiona,  muskularną  klatkę  piersiową  i  płaski  brzuch.  Biała  koszula  nie 
była w stanie ukryć tych atrybutów jego sylwetki.   

–  Bardzo  przepraszam  za  to  całe  zamieszanie.  Nazywam  się  Lassiter  Dragan.  Gent  to 

przezwisko, które już dawno do mnie przylgnęło. Koledzy od lat tak mnie nazywają.   

– Ale dlaczego... ? – zaczęła, zagryzając wargę.   
– Dlaczego nie powiedziałem, kim jestem? 
Skinęła głową. Czuła się niezręcznie, gdy ktoś potrafił odgadywać jej pytania.   
– Nie byłem u pani z oficjalną wizytą, tylko jako osoba prywatna. Jestem znany w Kansas 

City i  trudno mi zachować prywatność. Tamtego dnia zaoszczędziłem  pani  czas,  nie wdając 
się w długie wyjaśnienia.   

Spojrzał  na  zegarek,  jakby  wspomnienie  upływającego  czasu  przypomniało  mu,  że  dziś 

też ma go za mało. Trisha zaczęła się zastanawiać, ile minut przewidział dla niej. Odruchowo 
zerknęła na swój zegarek. Minęło dwadzieścia pięć po trzeciej.   

– Nie planowałem, że spotkamy się osobiście – mówił dalej. – Zwykle nie biorę udziału 

we wstępnych rozmowach.   

– Dlaczego więc jestem tutaj? – spytała zdezorientowana.   
Uśmiechnął  się  lekko.  Poczuła  dreszcz  na  plecach.  Czy  on  mi  się  podoba,  czy  mam  złe 

przeczucie? – pomyślała. Pewnie po trochu jedno i drugie, zdecydowała.   

background image

–  Cieszę  się,  że  należy  pani  do  osób,  które  szybko  przechodzą  do  sedna  sprawy  – 

powiedział.  –  Znalazła  się  pani  tutaj,  bo  doszedłem  do  wniosku,  że  powinniśmy 
porozmawiać.   

–  Słucham  uważnie  –  ponagliła  go.  Miała  nadzieję,  że  wreszcie  dojdzie  do  rozmowy  o 

pożyczce.   

– Skierowałem panią do Hermana Hodgesa, bo uznałem, że potrzebuje pani zasadniczej 

zmiany  w  swoim  życiu  –  mówił.  –  Początkowo  planowałem  pożyczyć  pani  te  dwadzieścia 
pięć tysięcy dolarów...   

Poczuła  przyspieszone  bicie  serca.  Chciała  natychmiast  mu  podziękować,  ale 

powstrzymał ją ruchem ręki.   

– Jednak wydarzyło się coś, co zmusiło mnie do przemyślenia całej sprawy jeszcze raz. 

Myślę, że oboje moglibyśmy na tym skorzystać.   

Przerwał i zacisnął zęby, jakby miał trudności z wyjaśnieniem, co ma na myśli.   
–  Słucham,  panie  Dragan  –  wtrąciła  Trisha,  niemal  chora  z  przejęcia.  Spodziewała  się 

wyrzutów  lub  przynajmniej  odmowy.  Tymczasem  wpływowy  kapitalista  rozmawiał  z  nią  o 
pożyczce najzupełniej serio.   

–  Jestem  pewna,  że  moja  firma  może  być  dochodowa.  Wystarczy,  żeby  ktoś  dał  mi 

szansę.   

– Też jestem o tym przekonany – powiedział, opierając się wygodnie w fotelu. – Dlatego 

chciałbym  zaoferować  pani  nie  tylko  te  dwadzieścia  pięć  tysięcy,  żeby  firma  mogła 
wystartować.  Proponuję  dwa  razy  więcej,  żeby  od  razu  wszystko  nabrało  większego 
rozmachu.   

Trisha  siedziała  jak  ogłuszona.  Miała  ochotę  krzyczeć  z  radości.  Jednak  w  głębi  duszy 

przeczuwała, że za tą ofertą kryje się coś więcej.   

– Bardzo się cieszę, panie Dragan – starała się, by głos jej nie zadrżał. – Czy mogłabym 

wiedzieć, dlaczego zdobył się pan na taki hojny gest, gdy nikt inny nie chciał poświęcić mi 
chwili czasu? Nawet dziś, tu na dole niemal zostałam wyproszona za drzwi. Dopiero gdy pan 
Hodges  zobaczył  napis  na  serwetce,  wszystko  się  zmieniło.  Nawet  nie  zerknął  pan  na  moją 
kalkulację...   

– Pani August, sytuacja jest trochę niezwykła – zaczął wyjaśniać z lekkim uśmiechem. – 

Mam  pewien  drobny  problem.  Możemy  rozwiązać  go  wspólnie.  Pani  pomoże  mnie,  a  ja 
pomogę pani.   

–  Jak  miałabym  pomóc?  –  spytała  z  obawą.  Przypomniała  sobie,  że  to  przy  nim 

nieopatrznie  powiedziała,  że  dla  pożyczki  zrobi  wszystko.  Teraz  zdała  sobie  sprawę,  że  za 
pięćdziesiąt tysięcy dolarów nie żąda się drobnych przysług.   

– Nie zrobię niczego niezgodnego z prawem.   
–  O  nic  takiego  nie  prosiłbym  pani  –  zapewnił.  –  Wszystko  będzie  zgodne  z  prawem. 

Miałaby  pani  do  spełnienia  pewien  miły  obowiązek  od  najbliższego  weekendu  do  Nowego 
Roku.   

„Miły  obowiązek”  skojarzył  jej  się  jednoznacznie  z  namiętnością,  nagimi  ciałami  i 

jedwabną pościelą. Natychmiast przypomniała sobie, że Hodges próbował ją ostrzec.   

background image

–  Jeszcze  nikt  tak  mnie  nie  obraził!  Proponuje  mi  pan  pieniądze  za...  Panie  Dragan  – 

mówiła  z  irytacją  –  nie  popełnię  niczego  nielegalnego  ani  niemoralnego,  jeśli  takie  słowo 
jeszcze istnieje w dzisiejszych czasach.   

–  Owszem,  istnieje  –  potwierdził  z  lekkim  uśmiechem.  Czy  on  śmieje  się  ze  mnie?  – 

pomyślała rozzłoszczona.   

– Więc przyznaje pan, że mam rację! – zawołała, wstając z krzesła.   
– Pani August – powiedział, wychodząc zza biurka – To nieporozumienie. Nie zamierzam 

pani nawet dotknąć.   

Zdążyła  już  zrobić  kilka  kroków  w  stronę  drzwi,  ale  ta  odpowiedź  zatrzymała  ją  w 

miejscu. Spojrzała przez ramię.   

– Na pewno? Skinął głową.   
– W takim razie jaki „miły obowiązek” miał pan na myśli? 
– Potrzebna mi narzeczona.   
Otworzyła  usta  ze  zdumienia,  jakby  spodziewała  się,  że  zażąda  odmalowania  elewacji 

całego  biurowca  lub  skoku  z  dachu  na  eksperymentalnym  spadochronie  utkanym  z  nitek 
spaghetti.  Oczekiwała  czegoś  niebezpiecznego  lub  bezsensownego.  Jednak  on  przeszedł 

samego siebie.   

– Nasza znajomość byłaby zgodna z prawem i wyłącznie biznesowa.   
Spojrzała na niego, nie wiedząc, co powiedzieć. Tymczasem on potraktował jej milczenie 

jako zgodę.   

–  Otrzyma  pani  odpowiednie  stroje  i  spędzi  święta  w  mojej  willi  w  luksusowych 

warunkach.  Przed  reporterami  pewnego  czasopisma  będzie  pani  udawać,  że  jest  moją 
narzeczoną. Po Nowym Roku otrzyma pani pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Będzie to pożyczka 
bez odsetek.   

Spojrzał na nią i skrzyżował ręce na piersi.   
– Oprócz świętego Mikołaja nikt nie udziela pożyczek bez zysku. Szaleństwem byłoby jej 

nie przyjąć.   

–  W  takim  razie  jestem  szalona  –  stwierdziła,  wyprowadzona  z  równowagi  jego 

pewnością siebie. Ruszyła do drzwi. – Do widzenia.   

– Mam nadzieję, że za dziesięć lat, nadal podając ludziom kawę, nie będzie pani żałować 

tej decyzji.   

Już  żałowała.  Przypomniała  sobie,  że  niedawno  gotowa  była  zrobić  wszystko  dla 

pożyczki.  Zwolniła  kroku.  W  końcu zatrzymała  się  przed  drzwiami.  Co jest  obraźliwego  w 
udawaniu narzeczonej przystojnego biznesmena? – pomyślała. Do tego za darmo szafa pełna 

najlepszych ciuchów, święta w eleganckim domu, a na koniec pięćdziesiąt tysięcy dolarów, za 
które można wreszcie spełnić własne marzenia. Jeśli odmówię, okażę się naprawdę ostatnią 
idiotką! – powiedziała do siebie.   

Odwróciła się w jego stronę z ociąganiem. Trudno jej było głośno przyznać, że miał rację. 

Zaczerwieniła się.   

–  Tylko  żadnych  oszustw!  –  oświadczyła,  starając  się  ratować  resztki  dumy.  Skinął 

głową.   

background image

– Przyrzekam.   
–  Dlaczego  akurat  ja?  –  spytała.  –  Na  pewno  zna  pan  różne  dziewczyny,  które  chętnie 

zgodziłyby się na to bez najmniejszych zastrzeżeń.   

– Wolę utrzymywać znajomości na zasadzie: coś za coś.   
– To naprawdę niezwykle romantyczne – zauważyła cierpkim tonem.   
– Akurat na tym mi nie zależy – przyznał chłodno. Odniosła wrażenie, że przynajmniej 

mówił szczerze.   

Natknęła  się  już  na  wielu  mężczyzn,  którzy  mówili  co  innego,  niż  myśleli,  składali 

obietnice,  które  łamali  bez  wahania.  Lasiter  Dragan  był  atrakcyjnym  mężczyzną  o 

uwodzicielskim  spojrzeniu.  Czy  naprawdę  jego  propozycja  była  tylko  biznesem?  – 

zastanawiała  się.  Gdy  już  nie  będzie  mu  potrzebna,  czy  zyska  na  tym  jej  duma,  czy  może 
poczuje się wykorzystana i upokorzona? 

Jednak  mimo  niepewności  nie  znalazła  przekonujących  argumentów  za  tym,  żeby  mu 

odmówić.   

– Właściwie do czego potrzebna panu narzeczona? 
– Jedno z czasopism chce zamieścić wywiad ze mną – wyjaśnił, wstając zza biurka. – W 

przeszłości zdarzyło się, że po artykule na mój temat miałem poważne kłopoty z kobietami – 
powiedział ze zniechęceniem.   

– Z kobietami? – powtórzyła. Dziwny powód do irytacji, pomyślała. Chyba że on nie lubi 

kobiet... Dlatego obiecał, że jej nawet nie dotknie.   

– Rozumiem – stwierdziła.   
– Sądzę, że źle się pani  domyśla – oświadczył. – Wtedy kobiety nie pozwalały mi żyć. 

Kręciły się wokół domu, koczowały przed bramą wjazdową, rzucały się na maskę samochodu 
i  nachodziły  mnie  w  biurze.  Głupie,  płytkie,  pazerne  baby,  które  za  wszelką  cenę  chciały 
zdobyć bogatego męża.  Na tym  polegały moje kłopoty z kobietami. Nie  mam ochoty znów 
przez to przechodzić. Rozumiemy się? – spytał.   

Skinęła głową.   
– Jasne.   
–  Teraz  pani  rozumie,  ile  kłopotów  zaoszczędzi  mi  pokazywanie  się  w  towarzystwie 

narzeczonej.   

– Oczywiście – przyznała. Tego dnia była to pierwsza sprawa, którą mogła zrozumieć.   
– Cała sytuacja nie wydaje się pani zabawna? Wzruszyła ramionami.   
– Niespecjalnie.   
Przez chwilę spoglądał na nią badawczo.   
– Dziękuję – powiedział w końcu.   
– Za co? 
– Za to, że się pani ze mnie nie śmieje – powiedział i podszedł do szafy. Zdjął jej płaszcz 

z wieszaka. – Taki artykuł to dla mnie dobra reklama i konkretny zysk. Dzięki temu pani też 
może coś na tym zyskać – mówił. Pomógł jej włożyć płaszcz. – Umowa stoi? – spytał, niemal 
dotykając ustami jej włosów na karku.   

Czy stać mnie, żeby zrezygnować z pożyczki? – pomyślała. A jeśli będę potem żałować, 

background image

że się zgodziłam? Czy naprawdę zależy mi na własnym biznesie tak bardzo, jak dotychczas 
mi się wydawało? 

– Co nastąpi, gdy artykuł się ukaże? Ludzie będą przekonani, że naprawdę jesteśmy parą.   
Lekceważąco machnął ręką.   
–  Chodzi  o  „Urban  Sophisticate”.  To  miesięcznik.  Materiał  opublikują  dopiero  w 

czerwcu,  czyli za ponad  pół  roku.  Wiele małżeństw trwa krócej  niż sześć miesięcy.  Zawsze 
może pani powiedzieć, że pochopnie podjęliśmy decyzję i musieliśmy się rozstać.   

Miał niski, ciepły głos i Trisha słuchała go z przyjemnością. Pomyślała, że nawet gdyby 

czytał na głos kawiarniane menu, w jego wykonaniu brzmiałoby jak poezja.   

– Oboje możemy na tym tylko zyskać – dodał.   
Jego propozycja była –  delikatnie mówiąc – niecodzienna. Jednak jeśli zwrócił się w tej 

sprawie do niej, to znaczy, że uznał ją za godną siebie partnerkę. Na dodatek chciał zapłacić 
za to okrągłą sumkę! Trisha poczuła, że przybywa jej wiary w siebie. Już dawno nie czuła się 
tak doceniona. W każdym razie Ed, jej szef, płacił siedem dolarów za godzinę i nigdy nie dał 

do zrozumienia, że docenia jej pracę.   

Pomyślała,  że  zasłużyła  na  taką  szansę.  Mimo  że  za  propozycją  kryły  się  dodatkowe 

warunki, dlaczego miałaby się nie zgodzić? 

– Zgadzam się, panie Dragan – powiedziała, wyciągając rękę przesadnym gestem, jakby 

właśnie dobijali targu, robiąc korzystny interes. Ujął jej dłoń i uśmiechnął się lekko, widząc 
ironię w jej zachowaniu.   

–  Bardzo  słuszna  decyzja  –  stwierdził.  –  Mój  szofer  zaraz  będzie  w  holu.  Oczywiście 

zawiezie panią do domu. Proszę się spakować.   

– Spakować? – upewniła się z niedowierzaniem.   
– Tak, pani August – powiedział. Uwolnił z uścisku jej palce tylko po to, by delikatnie 

przejechać nimi po jej przedramieniu. Poczuła przyjemny dreszcz. – Dziś wieczorem lecimy 
do Las Vegas – dodał.   

– My? 
– Oczywiście. To miejsce, gdzie można wziąć ślub najszybciej na świecie. Jeśli spędzimy 

tam  weekend,  łatwiej  będzie  potem  wmówić  wszystkim,  że  pod  wpływem  nagłego  impulsu 
zdecydowaliśmy się na małżeństwo.   

Skinęła głową. Jego argumenty brzmiały przekonująco.   
– Pewnie będzie pani miała ochotę kupić tam jakieś stroje – dodał. Jeszcze nie wyszła z 

jego biura, a już serce waliło jej jak oszalałe. Najwyraźniej wszystko dokładnie obmyślił.   

– Panie Dragan, nie jestem pewna, czy...   
–  Szofer  zabierze  panią  z  domu  i  zawiezie  do  mojego  hangaru  na  lotnisku  –  wtrącił, 

przerywając jej w pół słowa. – Spotkamy się o siódmej koło mojego samolotu – powiedział, z 
lekkim  ukłonem  otwierając  przed  nią  drzwi.  –  Teraz  proszę  mi  wybaczyć,  ale  mam  do 
załatwienia pilny telefon.   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Lassiter  zjawił  się  przed  swoim  hangarem  punktualnie  o  siódmej,  mijając  swoim 

sportowym  samochodem  zatłoczone  parkingi  przed  budynkiem  lotniska.  Odrzutowiec 
należący  do  jego  firmy  stał  już  na  zewnątrz,  gotów  do  kołowania  na  pas  startowy.  Jeden  z 
dwóch  pilotów  w  czarnych  uniformach  i  czapkach  ze  złoceniami  zajął  się  bagażem  Trishy 
August i pomógł jej wspiąć się po składanych stopniach.   

Miała na sobie ten sam czarny płaszcz, w którym zjawiła się w jego biurze, i torebkę na 

długim pasku przerzuconym przez ramię. W zgiętych rękach coś niosła, lecz Lassiter nie był 
w  stanie  dostrzec  szczegółów.  Słońce  zaszło  przed  kilkoma  godzinami  i  tylko  oślepiające 
światła hangaru rozjaśniały okolicę.   

Lassiter  chwycił  walizkę  leżącą  na  siedzeniu  pasażera.  Nie  odrywał  wzroku  od  Trishy, 

która właśnie wchodziła do błękitnego odrzutowca. Po raz pierwszy widział ją ze swobodnie 
rozpuszczonymi  włosami.  Były  lekko  kręcone,  błyszczały  w  świetle  reflektorów.  Powinnaś 
zawsze  nosić  je  w  ten  sposób,  zamiast  upinać  w  kok  na  karku,  pomyślał.  Zdawał  sobie 
sprawę,  że  była  atrakcyjną  kobietą.  Nawet  dziwaczny  strój,  który  nosiła  w  kawiarni,  nie 
potrafił  tego  ukryć.  Natomiast  gdy  zjawiła  się  w  jego  biurze,  był  naprawdę  oczarowany. 
Szmaragdowy  rozpinany  sweter  i  świetnie  pasująca  do  niego  biała  bluzka  stanowiły 
doskonały  kontrast  dla  dużych,  zielonych  oczu.  Marszczony  kołnierzyk  podkreślał  długą, 
zmysłową szyję. Włosy rozwiane zimowym wiatrem dodawały uroku smukłej sylwetce.   

Lassiter  z  trudem  powstrzymał  się,  by  nie  zagwizdać  z  podziwu  na  jej  widok.  Był 

zaskoczony własną reakcją. Znał wiele pięknych kobiet i zachowywał się przy nich naturalnie 
i swobodnie. Dopiero przy niej speszył się, gdy powitał ją w biurze bez marynarki. Pomyślał, 
że nadrobi to w Las Vegas, choć miał to być wypoczynkowy weekend. Nie musiał odgrywać 
roli szefa firmy. Mógłby zamiast garnituru włożyć dżinsy i luźny sweter.   

– Czy mogę zabrać pana bagaż? 
Lassiter  zamrugał  gwałtownie.  Dopiero  teraz  zdał  sobie  sprawę,  że  podszedł  do  niego 

pierwszy pilot.   

–  Dziękuję,  Kent  –  powiedział,  podając  walizkę.  –  Domyślam  się,  że  pani  August  już 

wsiadła.   

– Tak, proszę pana.   
Ruszyli w stronę samolotu. W świetle reflektorów widać było pojedyncze płatki śniegu.   
– Jak zapowiada się pogoda? 
–  Jest  trochę  chmur  na  niskim  pułapie.  Zaraz  po  starcie  wzniesiemy  się  wyżej  niż  one, 

więc lot powinien być przyjemny.   

– W porządku.   
Gdy podeszli do odrzutowca, pilot zaczekał, by Lassiter wspiął się po czterech stopniach 

do przedniej części kabiny pasażerskiej. Trisha August była jedyną pasażerką, dostrzegł więc 
ją natychmiast. Drugi pilot już zdążył zająć się jej płaszczem. Spośród dwunastu miejsc dla 
pasażerów  wybrała  odległe  w  piątym  rzędzie.  Lassitera  bardzo  to  rozbawiło.  Najwyraźniej 

background image

uznała, że powinna siedzieć jak najdalej od niego.   

–  Pani  August  –  powiedział,  pochylając  się  w  niskim  przejściu  –  nie  musi  pani  tam 

siedzieć. Wszystkie miejsca są w tej samej cenie – zażartował.   

Uniosła  wzrok,  jakby  jego  obecność  na  pokładzie  zupełnie  ją  zaskoczyła.  Pomyślał,  że 

prawdopodobnie obawiała się latania. Rozumiał to. Wiele osób nie lubi odrywać się od ziemi.   

– Proszę się nie obawiać lotu. Moi piloci są bardzo staroświeccy. Nie latają, jeśli pogoda 

nie jest doskonała.   

– Nie boję się – zapewniła z miłym uśmiechem. – Staram się uspokoić Perrier. Jeszcze 

nigdy nie była w samolocie.   

Dopiero  teraz  zauważył  białe,  kudłate  stworzenie  zwinięte  na  jej  kolanach.  Lassiter 

wytrzeszczył oczy.   

– Wzięła pani psa? – spytał oskarżycielskim tonem. Natychmiast przestała się uśmiechać. 

Spojrzała na niego zaniepokojona.   

–  Tak.  Mam  nadzieję,  że  to  panu  nie  przeszkadza,  ale...  –  przerwała,  przytulając 

zwierzaka  do  siebie.  Zupełnie  jakby  się  obawiała,  że  Lassiter  wyrzuci  go  prosto  w  zaspę.  – 
Znalazłam ją przy drodze, gdy była małym szczeniakiem. Jeszcze nigdy nie rozstałyśmy się 
na całą noc. Waży tylko niecałe cztery kilo, jest grzeczna i nie sprawia kłopotu.   

Lassiter  poczuł  narastającą  irytację.  Nigdy  nie  mógł  zrozumieć,  dlaczego  ludzie  mają 

dziwny sentyment do zwierząt. Uważał, że darzenie uczuciem głupiego  czworonoga jest po 
prostu  bez  sensu.  Spojrzał  ponuro  na  psa  i  przyszło  mu  coś  do  głowy.  Ci  z  miesięcznika 
potraktują takie zwierzę jako przykład domowej stabilizacji.   

Gdy uznał,  że pies może okazać się przydatny,  odzyskał  dobry humor.  Nawet  pogłaskał 

małą futrzaną kulkę.   

–  Gdyby  mnie  pani  spytała,  czy  może  wziąć  psa,  na  pewno  bym  odmówił.  Jednak 

mnóstwo  ludzi  lubi  psy.  Do  tego  stopnia,  że  może  to  być  dla  nich  argument,  żeby  ze  mną 
prowadzić interesy.   

Trisha nie odzywała się przez chwilę. Wreszcie spojrzała na niego z powątpiewaniem.   
–  Cóż,  cieszę  się,  że  zdoła  pan  zarobić  na  moim  psie  –  powiedziała  dobitnie.  –  Może 

powinniśmy  wynająć  trochę  dzieci?  Obiło  mi  się  o  uszy,  że  niektórzy  ludzie  za  nimi 
przepadają.   

Wyprostował się, słysząc złośliwość pod swoim adresem.   
–  Uważam,  że  pies  wystarczy  –  stwierdził.  Nie  był  przyzwyczajony,  by  ktoś  od  niego 

zależny pozwalał sobie na uwagi lub krytykę. Oczywiście, tym razem chodziło o szczególny 
przypadek.  Trisha  August  miała  odgrywać  rolę  jego  żony.  Jej  niezależność  wydała  mu  się 
bardziej  interesująca  niż  irytująca.  Miał  nadzieję,  że  zapanuje  nad  tym  zainteresowaniem 
zgodnie Ze swoją obietnicą.   

– Jak pani dotychczasowa praca? 
– Ed wiedział, że staram się o pożyczkę, by otworzyć własny interes. Było jasne, że mogę 

odejść w każdej chwili. Jego bratanek szukał pracy, więc natychmiast zajął moje miejsce.   

– Miły zbieg okoliczności. Wzruszyła ramionami.   
–  Mam  nadzieję,  że  tam  wytrwa.  Ostatnio  szukał  pracy  co  miesiąc  –  powiedziała 

background image

poważnym  tonem,  co  rozbawiło  Lassitera.  Jednak  udało  mu  się  powstrzymać  od  śmiechu. 
Wskazał siedzenia w przedniej części.   

– Nie wolałaby pani przesiąść się tutaj? 
– Dziękuję. Wygodnie mi tu, gdzie jestem – powiedziała, odwracając się do okna. Jasno 

dała do zrozumienia, że zaczął ją irytować, choć nie miał pojęcia dlaczego.   

– Jeśli jest pani głodna, mamy sałatkę z krewetek i...   
– Zanim wyszłam z domu, zdążyłam zjeść kanapkę z masłem orzechowym – powiedziała, 

spoglądając przez chwilę w jego stronę. – W każdym razie, dziękuję.   

Pomyślał,  że  nawet  jeśli  coś  wyprowadzało  ją  z  równowagi,  starała  się  zachowywać 

uprzejmie.  Niczego  więcej  od  niej  nie  oczekiwał  do  czasu,  gdy  flesze  „Urban  Sophisticate” 
skończą błyskać.   

– Mam trochę pracy, więc na razie zostawię panią samą. Tam jest wysuwany blat – dodał, 

wskazując tuż poniżej okna. – Wystarczy wyciągnąć. Zwykle stewardesa podaje posiłki, ale 
jedna  akurat  ma  wolne,  a  druga  złapała  grypę.  Obok  wejścia  jest  niewielka  kuchnia.  Proszę 
sobie  wybrać  coś  z  zapasów.  Są  tam  kanapki,  gotowe  dania,  desery  i  napoje.  W  kuchence 
mikrofalowej można coś podgrzać – powiedział, odwracając się, by odejść. Jednak zawrócił. 
–  Jeśli  chciałaby  pani  wyprostować  nogi,  można  odwrócić  fotel  w  stronę  środka  kabiny  – 
dodał, wskazując odpowiedni przycisk. – Gdy wystartujemy, proszę się wygodnie usadowić.   

– Panie Dragan? – rozległ się głos pierwszego pilota. Lassiter odwrócił się w jego stronę. 

Niewysoki, szczupły mężczyzna około czterdziestki właśnie zatrzasnął drzwi wejściowe.   

– Za chwilę kołujemy na pas startowy.   
– Dziękuję, Kent.   
Tamten zniknął w kabinie pilotów. Lassiter jeszcze raz odwrócił się do Trishy.   
–  Proszę  wybaczyć,  ale  muszę  odejść  –  powiedział.  Trisha  odpowiedziała  skinieniem 

głowy i odwróciła się do okna.   

Samolot wystartował. Trisha patrzyła w zamyśleniu w okno, za którym widać było tylko 

ciemną noc. Starała się oswoić z faktem, że jej życie zmieniło się zupełnie w ciągu jednego 
dnia. Leciała prywatnym odrzutowcem milionera do Las Vega& tylko dlatego, że trzeba było 
uprawdopodobnić historyjkę o jego pospiesznym ślubie.   

Za  każdym  razem,  gdy  zastanawiała  się,  na  co  się  zgodziła,  zaczynała  wątpić  w  swój 

zdrowy rozsądek. Jednak natychmiast przypominała sobie o pięćdziesięciu tysiącach dolarów 
i czuła się nie tylko rozsądna, ale i najszczęśliwsza na świecie.   

Zerknęła  na  Perrier  drzemiącą  na  jej  kolanach.  W  czasie  startu  wpadła  w  panikę,  lecz 

potem szybko się uspokoiła. Trisha spojrzała nad fotelami w stronę Dragana. Widziała tylko 
tył jego głowy, elegancko ostrzyżone, ciemne włosy. Cóż, okazało się, że nie znosił zwierząt. 
Może  to  przesada,  pomyślała,  ale  na  pewno  za  nimi  nie  przepadał.  Zabolało  ją  to,  bo 
natychmiast  naszło  ją  wspomnienie  ojca.  Zawsze  twierdził,  że  jest  zajęty  „rozwijaniem 
działalności”. W praktyce oznaczało to, że nie miał czasu dla żony i córki.   

Od  najwcześniejszych  lat  znosiła  do  domu  błąkające  się  psy  i  koty.  Ojciec  za  każdym 

razem  urządzał  awanturę.  Krzyczał,  że  zwierzaki  są  niehigieniczne,  roznoszą  choroby, 
cuchną,  a  ich  utrzymanie  kosztuje  krocie.  Nie  pozwalał,  by  zatrzymała  je  na  dłużej.  Na 

background image

szczęście dla Trishy i zwierząt ojciec niewiele czasu spędzał w domu. Nigdy nie zaglądał do 
jej  pokoju,  ukrywała  więc  tam  przed  nim  wygłodzone  czworonogi,  zanim  znalazła  dla  nich 

nowy dom.   

W  końcu  ojciec  całkiem  się  wyprowadził.  Trisha  miała  wtedy  osiem  lat.  Wraz  z  matką 

musiały przeprowadzić się do niewielkiego mieszkania, które z trudem wystarczało dla nich 
dwóch. Mimo to ona i matka nadal opiekowały się zwierzakami. Trisha czuła w głębi duszy, 
że  obie  są  dużo  szczęśliwsze  w  skromnym  mieszkaniu  w  towarzystwie  sympatycznych 
zwierząt  niż  ojciec  w  ekskluzywnym  apartamencie.  'Ciągle  prowadził  rozliczne  interesy  i 
teraz należał do śmietanki towarzyskiej Kansas City ze swoją trzecią lub może czwartą żoną.   

Trisha nie widziała go od dnia,  gdy je opuścił. Nigdy za nim nie tęskniła. Dawniej,  gdy 

zjawiał się w domu, terroryzował córkę i żonę, Maggie. Po rozwodzie Maggie zrezygnowała 
z alimentów. Wraz z córką wróciła do swego panieńskiego nazwiska August.   

Spojrzenie,  jakim  Lassiter  obrzucił  jej  psa,  natychmiast  obudziło  złe  wspomnienia. 

Pomyślała nawet przez chwilę, że ma charakter jak jej ojciec. Zgodziła się spędzić święta w 
towarzystwie  Lassitera  Dragana,  poczuła  więc  lęk  i  złość.  Nie  zamierzała  przebywać  w 
pobliżu kogokolwiek, kto przypominał w jakiś sposób jej ojca.   

Teraz,  gdy  ochłonęła,  doszła  do  wniosku,  że  przesadziła  z  okazywaniem  mu  niechęci. 

Przede wszystkim był jedynym człowiekiem, który zaoferował jej pomoc, by mogła spełnić 
swoje  marzenie.  Uznała,  że  należą  mu  się  przeprosiny.  Szkoda,  że  nie  lubił  zwierząt,  ale  to 
nie była jej sprawa.   

Zerknęła na śpiącą Perrier.   
– Przepraszam, kochanie – powiedziała do niej, wstając. – Muszę porozmawiać z panem 

Draganem.   

Ułożyła psa na fotelu. Perrier otworzyła oczy i usiadła.   
–  Spij  dalej.  Niedługo  wrócę  –  dodała  Trisha  i  pogłaskała  psa  po  głowie.  Perrier 

najwyraźniej  zrozumiała.  Oparła  głowę  na  przednich  łapach  i  zamknęła  oczy.  Trisha 
niepewnie ruszyła do przedniej części kabiny. „ 

Dragan  wydawał  się  bardzo  zajęty.  Na  blacie  z  polerowanego  drewna  miał  otwarty 

laptop.  Czytał  jakąś  internetową  stronę.  Trisha  oparła  się  o  sąsiedni  fotel,  starając  się 
zachować jak największy dystans. Najwyraźniej nie zauważył, że przyszła, więc zakasłała, by 
zwrócić na siebie uwagę. Zaskoczony, odwrócił się w jej stronę.   

– Czy mógłbym coś dla pani zrobić? – spytał. Skinęła głową.   
– Tak. Chciałabym, żeby przyjął pan przeprosiny. Zachowałam się bardzo nieuprzejmie.   
Uniósł jedną brew.   
– Czyżby? 
–  Nie  musi  pan  udawać,  że  niczego  nie  zauważył.  To  oczywiście  typowe  dla 

prawdziwego  dżentelmena,  ale...  –  przerwała  na  chwilę.  Coś  przyszło  jej  do  głowy.  – 
Nazywają pana Gent, bo postępuje pan jak dżentelmen? 

Uśmiechnął się lekko.   
–  Kiedyś  reporter  z  „Wall  Street  Journal”  nazwał  mnie  Smokiem  Dżemtelmenem  – 

powiedział i zamyślił się na chwilę. – Już nie pamiętam dlaczego. W każdym razie, od tego 

background image

czasu znajomi nazywają mnie Gent – dodał, zamykając laptop. – Jednak nigdy nie zdarzyło 
mi się rzucić własnego płaszcza w kałużę, by dama mogła przejść suchą stopą. Sądzę więc, że 
nie jestem prawdziwym dżentelmenem – zażartował.   

Uśmiechnęła się i pokiwała głową.   
– Chciałam tylko powiedzieć, że bardzo mi przykro. Byłam niemiła, gdy okazało się, że 

nie lubi pan zwierząt. Pana uwagi wywołały złe wspomnienia... Pochylił się w jej kierunku.   

– W takim razie proszę wybaczyć. Moje uwagi były zupełnie niepotrzebne.   
Trisha  miała  ochotę  powiedzieć  mu,  że  nie  jest  jej  winien  żadnych  przeprosin.  Jednak 

zabrakło jej odwagi. Skinęła tylko głową i uśmiechnęła się.   

–  Lepiej  już  wrócę  na  swoje  miejsce,  Perrier  może  się  przestraszyć,  gdy  zauważy,  że 

długo nie wracam.   

– Czy to francuskie imię oznacza, że to rasowy francuski pudel? – spytał.   
– Ależ skąd – zaprzeczyła pospiesznie. – Weterynarz stwierdził, że to mieszaniec pudla z 

terrierem. Znalazłam ją przy drodze razem z trójką rodzeństwa. Ktoś wyrzucił szczeniaki, gdy 
zorientował się, że nie są rasowe. Dla tamtej trójki znalazłam w końcu opiekunów. Natomiast 
jej  imię  wymyśliłam,  zamieniając  „t”  od  terriera  na  „p”  od  pudla.  Żeby  było  zabawniej, 
wymawiam  to  zawsze  z  francuskim  akcentem,  bo  przecież  oni  mają  swoją  sławną  wodę 

Perrier. Poza tym nie ma w niej nic niezwykłego – zapewniła. – Oczywiście, jeśli nie liczyć 
wyjątkowo łagodnego charakteru.   

– Rozumiem – stwierdził.   
Spojrzała mu w oczy. Jego chłodny wzrok przeczył temu, co powiedział.   
– Nie sądzę – zaprotestowała. – Jednak nie zamierzam nagle żądać od pana bezgranicznej 

miłości  do  zwierząt  –  zakończyła  ze  smutnym  uśmiechem.  Nie  próbuj  go  pouczać, 
powiedziała  do  siebie.  Masz  szansę,  której  nie  możesz  zaprzepaścić,  kłócąc  się  ze  swoim 
dobroczyńcą.   

Gdy  Trisha  wysiadła  z  odrzutowca  Lassitera,  zaskoczyło  ją,  że  w  Las  Vegas  jest  tak 

chłodno.  Co  prawda,  było  powyżej  zera,  ale  zupełnie  inaczej  wyobrażała  sobie  miasto  na 
pustyni. Myślała, że zawsze panuje tu upał.   

Wynajęta  limuzyna  czekała,  by  zawieźć  ich  do  hotelu.  W  czasie  tej  krótkiej  podróży 

Trisha trzymała Perrier na kolanach i podziwiała gigantyczne neony za oknem. Spojrzała na 
zegarek.  Dziewiąta  piętnaście.  Pilot  wspominał,  że  przekroczyli  dwie  strefy  czasowe.  Mniej 
więcej o tej samej porze wystartowali z lotniska w Kansas City. Dwie godziny lotu po prostu 
zniknęły. Chciała się podzielić tym spostrzeżeniem ze swoim dobroczyńcą. Siedział obok niej 
na  tylnym  siedzeniu.  Odwróciła  się  do  niego,  ale  znów  rozmawiał  przez  komórkę.  Właśnie 
dyktował list sekretarce. Najwyraźniej dla niego dzień pracy trwał całą dobę.   

Trisha pomyślała, że może to nawet lepiej. Dla kogoś latającego własnym odrzutowcem 

zmiana stref czasowych nie była niczym nadzwyczajnym. Gdyby z przejęciem robiła uwagi 
na ten temat, pewnie wyszłaby na ignorantkę.   

Poczuła  się  samotna.  Dla  niego  mogłaby  być  niewidzialna.  Podróż  z  obcym  mężczyzną 

była  wystarczająco  krępującym  przeżyciem.  Jednak  najgorsza  była  świadomość,  że  jest  mu 
zupełnie obojętna. Jak para butów: niby niezbędne, ale niebudzące żadnych emocji.   

background image

Podróż zaczęła jej się dłużyć. Na szczęście właśnie dojechali do hotelu  „The Monarch”. 

Było  to  architektoniczne  arcydzieło  ze  szklanymi  ścianami,  obrotowymi  drzwiami, 
marmurowymi posadzkami i fontannami.   

Uśmiechnięty,  gadatliwy  recepcjonista  określił  położenie  hotelu  jako  najciekawszy 

zakątek,  z  którego  najlepiej  widać  stolicę  światowego  hazardu.  Gdy  znalazła  się  w 
apartamencie  na  szczycie  budynku,  przekonała  się,  że  niewiele  przesadził.  Z  jednej  strony 
nadal panował dzień dzięki setkom świateł i neonów. Widok z drugiej strony wydawał się jak 
z  innej  planety.  Zupełną  ciemność  rozświetlał  tylko  blask  księżyca.  W  oddali  wznosił  się 
majestatyczny szczyt zwieńczony śniegiem.   

– Co to za góra? – spytała młodego, wąsatego pracownika hotelu, który przyniósł bagaże.   
Chłopak spojrzał we wskazanym kierunku.   
–  Mount  Charleston,  proszę  pani.  Ma  ponad  3300  metrów  –  wyjaśnił  i  ruchem  głowy 

wskazał wejście do dalszych pomieszczeń. – Tam są sypialnie – stwierdził. – Gdzie postawić 
bagaże? 

– Och... – Nie miała pojęcia, co odpowiedzieć, a Lassiter właśnie gdzieś zniknął. – Proszę 

je po prostu tu zostawić.   

Zagryzła  wargę.  Na  pewno  należy  mu  się  napiwek,  uznała.  Sięgnęła  do  torebki.  Miała 

tam dwadzieścia trzy dolary, wszystko, co znalazła w mieszkaniu. Wyciągnęła z torebki trzy 
banknoty dolarowe.   

Tamten pokręcił głową i uśmiechnął się.   
– Ten pan już zapłacił za wszystko – poinformował. – Gdyby pani czegoś potrzebowała, 

jestem  George  –  powiedział,  dotykając  palcami  daszka  czapki.  Odwrócił  się  na  pięcie  i 
szybko ruszył do wyjścia.   

Trisha  stała  bez  ruchu,  dopóki  nie  zniknął  za  drzwiami.  Miło,  że  pan  Dragan  zadbał  o 

wszystko, pomyślała. Westchnęła, rozglądając się wokół.   

Hol eleganckiego apartamentu prowadził do obszernego salonu oraz jadalni z miejscami 

dla ośmiu osób. Pomieszczenia urządzono w wiktoriańskim stylu. Wyglądały jak przeniesione 
ze stron ekskluzywnego czasopisma dla dekoratorów wnętrz.   

Trisha,  choć  nie  była  specjalistką  w  dziedzinie  malarstwa,  zauważyła,  że  sypialnie 

ozdobiono obrazami, które wyglądały na autentyczne dzieła sztuki. Zaglądając kolejno przez 

wszystkie  drzwi,  odkryła,  że  każda  sypialnia  ma  własną  łazienkę.  To  się  nazywa  luksus!  – 
pomyślała.   

Otworzyła  szklane  drzwi,  prowadzące  na  dach  hotelu,  spełniający  jednocześnie  funkcję 

tarasu.  Z  prawej  strony  mieścił  się  pełnowymiarowy  basen  wykończony  marmurem.  Nie 
dowierzając  własnym  oczom,  podeszła  bliżej.  Poczuła  zapach  chloru.  Powierzchnia  wody 
lekko parowała. Nie było wątpliwości, z basenu można było korzystać cały rok! 

– Oczywiście, że jest podgrzewany – Trisha zwróciła się do Perrier. – Musimy tu sobie 

zrobić grudniową kąpiel. Bez tego święta nie byłyby kompletne – dodała ze śmiechem.   

Podeszła  do  barierki  sięgającej  piersi  i  ogradzającej  taras.  Wychyliła  głowę.  Z 

apartamentu  na  czterdziestym  piętrze  rozciągał  się  widok  na  liczne  stawy  otoczone 
egzotyczną  roślinnością.  Szum  fontann  dochodził  aż  tutaj.  Aleje  z  gazowym  oświetleniem 

background image

wiły się wśród  gęstego listowia, tworzącego doskonałe tło dla romantycznych spacerów dla 
nowożeńców.   

Trisha  poczuła  dreszcz.  Przypomniała  sobie,  po  co  przyjechała  do  Las  Vegas.  Miała 

udawać,  że  jest  zakochana.  Obrzydliwie  bogaty  Lassiter  Dragan  byłby  spełnieniem  marzeń 
każdej kobiety. Jednak to właśnie ona z nim była. Właściwie, była obok niego.   

Miotana  sprzecznymi  uczuciami,  przestała  podziwiać  widok  z  tarasu.  Podeszła  do 

oszklonych drzwi, oparła dłoń na klamce i spojrzała do środka. Poczuła się jak ktoś, kto nie 
ma prawa tam wejść. Zupełnie jakby była ubogą dziewczynką z zapałkami, która przez okno 
podgląda szczęśliwą rodzinę przy świątecznym stole.   

–  Niestety,  nie  ma  tu  szczęśliwej  rodziny  –  powiedziała  ze  smutkiem.  –  Nawet  mój 

rzekomy narzeczony gdzieś zniknął.   

W  końcu  stwierdziła,  że  nie  jest  bezdomnym,  porzuconym  psem.  Weszła  do  środka  i 

dwukrotnie  obeszła  całe  wnętrze.  Pozwoliła,  by  Perrier  zwiedzała  na  własną  rękę.  Sama 
rzuciła się na łóżko, podziwiając szczyt górski oświetlony blaskiem księżyca.   

– Tu pani jest – rozległ się nagle niski męski głos. Trisha podskoczyła i odwróciła się. W 

drzwiach sypialni stał Lassiter.   

– Obawiałem się, że pani gdzieś zaginęła.   
– Byłam tu przez cały czas.   
– Stąd wniosek, że mnie tu nie było – przyznał. – Spotkałem kogoś znajomego.   
– Tę ładną kobietę, która w holu upuściła torebkę? Oparł się o futrynę.   
– Tak – odpowiedział krótko. – Czy ten pokój pani odpowiada? – spytał. Temat „ładnej 

kobiety”  niewątpliwie  uznał  za  zakończony.  Pomyślała,  że  każdy  mężczyzna  przystojny  jak 
Lassiter często napotyka kobiety, które na jego widok upuszczają torebki, bransoletki, gubią 
buty, a nawet bieliznę, by zwrócić na siebie uwagę.   

–  Pokój  jest  świetny  –  odpowiedziała.  –  Miałabym  przewrócone  w  głowie,  gdybym 

uważała inaczej.   

– Ja zajmę najdalszą sypialnię – powiedział, rozluźniając krawat. – Mam sporo rozmów 

służbowych przez telefon i nie chciałbym pani budzić.   

Skinęła  głową.  Wszystko  było  jasne.  Nie  powinna  zapominać,  jaką  rolę  ma  tu  spełniać. 

Natomiast  on  niewątpliwie  nie  był  nią  zainteresowany.  Udała,  że  ziewa,  dając  do 
zrozumienia, że ta sytuacja ją nudzi. Usiłowała w ten sposób ratować własną dumę.   

– Przepraszam – powiedziała, zasłaniając usta. – Zdaje się, że jestem zmęczona.   
– Nim zapomnę – wtrącił. – Wynająłem dla pani samochód na jutro. Kierowca wie, że ma 

panią zabrać o dziesiątej i zawieźć do najlepszych sklepów w Las Vegas. Z tego, co widzę, 
ma pani dobry gust i nie muszę się obawiać, że kupi pani jakiś nieodpowiedni strój. W razie 
wątpliwości, proszę zwrócić się do sprzedawcy.   

Poczuła  narastającą  irytację.  Do  tej  chwili  nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  uważał  ją  za 

idiotkę.  Przynajmniej  stało  się  jasne,  dlaczego  wybrał  właśnie  ją.  Uznał,  że  pochodzą  z 
różnych światów. Po świętach ona otworzy swój punkt usługowy dla psów, a on będzie dalej 
brylował  wśród  śmietanki  towarzyskiej.  Nie  będą  mieli  okazji,  by  kiedykolwiek  znów  się 
spotkać. Lassiter nie będzie musiał się obawiać krępującej sytuacji.   

background image

–  Cóż,  bardzo  dziękuję  za  poradę  w  sprawie  zachowania  w  sklepie  –  powiedziała, 

wstając. Co prawda, powtarzała sobie, żeby trzymać język za zębami, jednak nie potrafiła się 
powstrzymać.  –  Gdy  dla  odmiany  będę  potrzebowała  dowiedzieć  się,  jak  zachowuje  się 
nadęty bubek, zwrócę się bezpośrednio do pana.   

Ten  wybuch  sarkazmu  wywołał  długą  chwilę  ciszy.  Teraz  jednak  przesadziłaś, 

powiedziała  do  siebie.  Naprawdę  musiałaś  posunąć  się  do  wyzwisk?  Możesz  zapomnieć  o 
pożyczce. Za chwilę ten facet każe cię wyrzucić z hotelu na zbity pysk! Potem razem z Perrier 
wyruszysz na bardzo długi spacer do Kansas City! 

–  Jeszcze  mi  się  nie  zdarzyło...  –  zaczął  powoli  z  ponurą  miną.  Zaczęło  się!  –  zdążyła 

pomyśleć. – Żebym jednego dnia – mówił dalej – musiał kogoś dwukrotnie przepraszać.   

Przestał opierać się o futrynę. Stał obok drzwi wyprostowany jak grecki bóg w garniturze 

za pięć tysięcy dolarów. Opuścił głowę.   

– Naprawdę nie chciałem pani obrazić. Proszę wybaczyć moją bezmyślność.   
Co on mówi? – zdziwiła się Trisha. Spojrzała z niedowierzaniem, spodziewając się raczej 

jakiegoś:  „Precz!”  lub  „Proszę  wyjść!”.  Jednak  on  ją  przepraszał.  Nie  wiedziała,  jak  się 
zachować.   

– Mam nadzieję, że mówi pan szczerze – odezwała się w końcu. – Dziękuję. Proszę mi 

tylko powiedzieć, czy kiedykolwiek żałował pan naprawdę tego, co zrobił? 

Uniósł wysoko brwi.   
– Słucham? 
Skrzyżowała ręce przed sobą.   
– Chodzi mi o to, czy kiedykolwiek miał pan złamane serce. Żałował pan jakiejś straty? 

Czuł  się  pan  tak  samotny  i  zagubiony,  że  stawało  się  obojętne,  czy  następnego  dnia  świat 
będzie jeszcze istniał? 

Spojrzał na nią zaskoczony.   
– Każdy ponosi straty.   
– Zgoda, ale czy jakaś strata spowodowała, że czuł się pan, jakby się rozsypał na kawałki 

i zupełnie nie mógł się pozbierać? 

– Nie – przyznał w końcu, unosząc wzrok.   
–  A  co  z  wielką  radością?  –  spytała.  –  Czuł  się  pan  kiedyś  tak  szczęśliwy,  że  radość 

dosłownie pana rozsadzała? 

Uśmiechnął się cynicznie.   
– Domyślam się, że wspaniały seks się nie liczy? 
– Nie – stwierdziła, rumieniąc się. – Pytam poważnie. Przeżył pan kiedyś radość, która 

panem wstrząsnęła? 

Schował ręce do kieszeni.   
– O co pani właściwie chodzi? Wzruszyła ramionami i usiadła na łóżku.   
– Starałam się dojść, ile są warte pana przeprosiny.   
– Dobranoc, pani August – powiedział, zamykając za sobą drzwi.   

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Trisha  czuła  się  jak  księżniczka  z  bajki.  Spędziła  cały  dzień,  robiąc  zakupy.  Kupiła 

sukienki,  bluzki,  spodnie,  bieliznę,  a  nawet  buty  i  torebki.  Jeszcze  nigdy  nie  miała  tak 

dobranych do siebie elementów stroju.   

Wszystko,  co  kupiła,  było  luksusowe,  świetnie  zaprojektowane  i  wykończone. 

Dotychczas nawet nie marzyła o takich ubraniach. Jednak mężczyźnie, który miał udawać jej 
męża, zależało, by zaopatrzyła się w eleganckie, a jednocześnie skromne stroje. Była gotowa 
spełnić to życzenie.   

Przyjrzała  się  sobie  w  wysokim  lustrze  w  swej  obszernej  łazience.  Miała  kaszmirowe 

białe  spodnie  i  obcisły  biały  sweter.  By  ożywić  ten  zestaw,  dołożyła  starą,  wielobarwną 
broszkę  po  mamie.  Zabrała  ją  ze  sobą  z  domu,  bo  mama  zawsze  nosiła  ją  w  czasie  świąt. 
Trisha przymocowała ją do kołnierza swetra. Ozdoba nigdy nie była nadzwyczaj elegancka. 
Jednak Trisha powiedziała sobie, że jeśli Dragan ją skrytykuje, bez zastanowienia podbije mu 
oko.   

Nadal  nie mogła mu  zapomnieć aroganckich uwag na temat  dobrego smaku.  Pamiętając 

jego pouczenia, postąpiła na odwrót i nie zapytała o radę żadnej sprzedawczyni.   

– Niech spróbuje zrobić jakąś uwagę! – powiedziała głośno i dobitnie, wyrywając Perrier 

z drzemki.   

– Przepraszam, kochanie – uspokoiła ją Trisha. – Nie chciałam cię przestraszyć.   
Perrier ziewnęła i wygodnie oparła głowę na przednich łapach.   

Trisha  wyszła  z  łazienki.  Nie  zamierzała  w  nieskończoność  przejmować  się  jego 

humorami. Ostatecznie wydała na zakupy kilka tysięcy dolarów z jego konta.   

W sypialni włożyła jeszcze buty z białego zamszu, sięgające kostek. Następnie ruszyła w 

stronę  salonu.  Już  z  daleka  słyszała,  że  Lassiter  prowadzi  rozmowę  dotyczącą  biznesu. 
Siedział  na  jednej  z  dwóch  kanap  stojących  w  pobliżu  kominka.  Miał  na  sobie  dżinsy, 
granatowy sweter i wygodne, skórzane buty jak do wędrówki w góry. Spojrzała zaskoczona. 
Sportowy strój nie pasował do człowieka inwestującego miliony.   

Trisha  zatrzymała  się  niepewnie.  Nie  chciała  przeszkadzać  w  rozmowie.  Zdawała  sobie 

sprawę,  że  obracał  gigantycznymi  kwotami.  Pomyślała,  że  gdyby  przerwała  mu  myśl  na 
przykład atakiem kaszlu, mogła spowodować zerwanie kontraktu wartego fortunę.   

Lassiter zauważył ją i kiwnął ręką, by podeszła bliżej. Przesunął się na kanapie i sięgnął 

ręką do kieszeni.   

–  Bill,  to  naprawdę  doskonała  okazja  –  tłumaczył  przez  telefon.  Jednocześnie  chwycił 

dłoń Trishy i przyciągnął ją bliżej. Niespodziewany dotyk wywołał w niej dreszcz. Dopiero 
po chwili dotarło do niej, że wsunął jej coś na serdeczny palec. Nawet na chwilę nie przerwał 

przy tym rozmowy przez telefon.   

Trisha  spojrzała  na  palec.  Pojawiły  się  na  nim  obrączka  i  pierścionek  z  owalnym 

brylantowym oczkiem wielkości ziarnka fasoli. Jeszcze raz przyjrzała się z niedowierzaniem. 
Lassiter Dragan zaopatrzył ją w rodowe klejnoty bez słowa, nie spoglądając jej w oczy i nie 

background image

przestając załatwiać interesów.   

Cóż,  czego  się  spodziewałaś?  –  powiedziała  do  siebie.  Romantycznej  kolacji  i 

oświadczyn  z  padaniem  na  kolana?  Ślub  to  dla  niego  jedna  ze  spraw  do  załatwienia.  Co 
prawda  jest  przystojny  i  brylant  jest  prawdziwy,  ale  nie  ślub!  Nie  zapominaj  o  tym!  – 
powtarzała sobie.   

W końcu zdała sobie sprawę, że zaschło jej w gardle i stoi od dłuższej chwili z otwartymi 

ustami.   

– Mój Boże... – szepnęła.   
– Przepraszam cię, Bill, na chwilę – powiedział do telefonu i odwrócił się do Trishy. – 

Słucham? 

–  Niebrzydkie  –  przyznała,  co  było  wyjątkowo  oszczędnym  określeniem  pięknych 

klejnotów.   

– Odpowiedni rozmiar? – spytał. Skinęła głową.   
– Zupełnie jakby były na mnie zro... – przerwała. Ta biżuteria nie była przewidziana dla 

niej. – Tak, doskonale – poprawiła się.   

– To dobrze – stwierdził. – Niedługo powinni podać obiad – dodał.   
– Świetnie – powiedziała, cofając się o krok. Czuła się bardzo rozczarowana i miała do 

siebie pretensję. – Otworzę im drzwi.   

– Bill, już mogę rozmawiać – Lassiter wrócił do telefonu.   
Trisha  poczuła  się  jak  dziecko  wyrzucone  z  klasy.  Zerknęła  na  Lassitera.  Teraz 

zauważyła, że też włożył obrączkę. Nie było w tym nic dziwnego. Przecież mieli udawać, że 
są  małżeństwem.  Odwróciła  się,  żeby  nie  zauważył  jej  spojrzenia.  Podeszła  do  oszklonej 
ściany.  Rozciągał  się  stąd  widok  na  Las  Vegas  Strip  pulsujący  światłami  i  tętniący 
nieustannym ruchem.   

Lubiła obserwować ludzi, skupiła się więc na widoku za oknem. Starała się nie myśleć o 

mężu na niby.   

– Przepraszam za te rozmowy przez telefon. Trisha podskoczyła, słysząc głos tuż za sobą.   
– Bardzo cicho pan chodzi.   
–  Nie  chciałem  pani  przestraszyć  –  zapewnił.  –  Natomiast  dzwonię  często,  bo  pewną 

sprawę muszę załatwić do poniedziałku.   

Nieprzyzwyczajona  do  noszenia  biżuterii,  odruchowo  obracała  na  palcu  obrączkę  i 

pierścionek. Uniosła dłoń.   

– Czy to rodzinne klejnoty? – spytała.   
– Tak. Należały do prababci ze strony matki.   
– A pana? – wskazała na jego palec serdeczny.   
– Po pradziadku.   
– To prawdziwe szczęście, mieć biżuterię czekającą gdzieś w kasetce.   
–  Raczej  nieuniknione.  Moja  rodzina  kieruje  się  zasadą:  zdobywaj  dla  siebie  jak 

najwięcej.   

–  Racja.  Zapomniałam,  z  kim  rozmawiam.  Ciekawe,  co  powiedziałaby  prababcia, 

wiedząc, że fałszywa narzeczona nosi jej klejnoty.   

background image

–  Na  pewno  nie  byłaby  zachwycona  –  przyznał.  –  Ale  gdybym  kazał  je  przetopić  na 

spinkę do krawata, byłaby bardziej rozczarowana.   

Podszedł bliżej i dotknął jej broszki.   
–  Wzięła  pani  to  z  domu?  –  spytał.  Skinęła  głową.  Jedno  nieodpowiednie  słowo,  panie 

Dragan, a popamięta mnie pan! – pomyślała.   

Tymczasem on delikatnie przejechał palcem po garbku na jej nosie. Przeszedł ją dreszcz i 

odruchowo zasłoniła nos.   

– Dlaczego pan to zrobił? 
Nie odrywając od niej oczu, wsunął dłonie do kieszeni dżinsów.   
– Jak to się stało, że został złamany? – spytał.   
Zadał pytanie tak bezceremonialnie, że się zaczerwieniła.   
–  Miałam  jedenaście  lat.  Grałam  w  baseball  z  dziećmi  z  sąsiedztwa.  Właśnie 

wystartowałam  do  kolejnej  bazy,  gdy  rozgrywająca  ruszyła  do  przodu,  odrzucając  kij. 
Niechcący  uderzyła  mnie  prosto  w  nos  –  wyjaśniła,  odruchowo  pocierając  zgrubienie.  – 
Matka twierdziła, że dzięki temu moja twarz nabrała charakteru – dodała.   

Nie odpowiedział, uniosła więc wzrok i zaczepnie spojrzała mu w oczy.   
– Może ten artykuł w gazecie przeczyta ktoś ze złamanym nosem i poczuje taką sympatię, 

że natychmiast powierzy panu prowadzenie swoich spraw finansowych. Na moim nosie zrobi 
pan doskonały interes – stwierdziła.   

Zmarszczył brwi.   
– Pani nosowi nic nie brakuje – oświadczył z przekonaniem. Potem wskazał na broszkę w 

kołnierzu swetra. – To świetnie ożywia strój – dodał.   

Uniosła głowę, starając się okazać chłodny spokój.   
– Dziękuję.   
– Naprawdę pięknie pani wygląda. Myślała pani, że nie zauważyłem? 
–  Ja...  Cóż,  nie  zastanawiałam  się  nad  tym  –  skłamała.  –  Mam  nadzieję,  że  pieniędzy, 

które wydałam na ubrania, nie uzna pan za stracone.   

–  Nie  ma  obawy.  Artykuł  w  „The  Urban  Sophisticate”  to  darmowa  reklama  warta 

miliony.   

– Miliony dolarów? – upewniła się. – Tak.   
– Czy pan nie jest już wystarczająco bogaty? 
–  Co  to  znaczy  „wystarczająco”?  –  spytał,  stając  przed  nią.  Oparł  się  o  okno  za  jej 

plecami.  Poczuła  się  niezręcznie.  Był  stanowczo  zbyt  blisko.  Czuła  zapach  jego  wody 
kolońskiej i miała ochotę rzucić mu się w ramiona. Dlaczego? – pytała samą siebie. Przecież 
ich małżeństwo było fikcją, zwykłym interesem, który obu stronom przynosił korzyści.   

– Panie Dragan, nie kupi pan szczęścia za pieniądze.   
– Możliwe, ale umożliwiają one poszukiwanie go w najpiękniejszych miejscach na ziemi.   
Trisha  poczuła  na  plecach  nieprzyjemny  dreszcz.  Jej  ojciec  wielokrotnie  używał 

podobnych argumentów. Świadomość, że ma spędzić dwa tygodnie z Lassiterem Draganem, 
zaczęła jej ciążyć. Choć pociągał  ją od chwili, gdy  go ujrzała, musiała teraz pogodzić się z 
prawdą. Lassiter Dragan był takim samym egocentrykiem obsesyjnie nastawionym na sukces 

background image

jak jej ojciec! 

Prysły  złudzenia.  Jednak  Trisha  była  zbyt  rozsądna,  by  z  tego  powodu  zrywać  umowę. 

Ludzie  tacy  jak  Dragan  i  jej  ojciec  nie  potrafili  okazać  serdeczności  najbliższym.  Jeśli 
dotychczas Trisha miała jakiekolwiek złudzenia wobec Lassitera, teraz rozsypały się w proch.   

– W tym białym stroju wygląda pani jak panna młoda. Właśnie na ten temat powinniśmy 

porozmawiać.   

– Słucham? – spytała z niedowierzaniem.   
Skinął głową. Jego spojrzenie było jak zwykle nie do odczytania. Nigdy nie wiedziała, co 

naprawdę czuł i myślał. Co cię to obchodzi? – powiedziała do siebie. Niech sobie myśli, co 
chce. Po świętach rozstaniecie się i nigdy więcej go nie zobaczysz. Spojrzała mu w oczy.   

– O czym mielibyśmy rozmawiać? – spytała. Uśmiechnął się.   
– Doszedłem do wniosku, że powinniśmy wziąć ślub.   

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Zapowiedziana rozmowa była szalenie krótka i jednostronna. Właściwie był to monolog 

Lassitera.  Zamówił  bardzo  skromną  i  krótką  uroczystość  ślubną.  Nawet  pocałunek  nie  był 

zaplanowany. Trisha powtarzała sobie, że to najlepsze rozwiązanie. Z pocałunkami jest jak z 

jedzeniem orzechów. Jeden nigdy nie wystarczy.   

Gdy tylko podpisali dokumenty, Lassiter odprowadził do drzwi urzędnika i dwóch bojów 

hotelowych,  którzy  pełnili rolę świadków.  Zostali sami i  nagle dotarło do  niej, że jest panią 

Dragan. Stała bez słowa, nie czując żadnej różnicy. Może nawet bardziej niż zwykle czuła się 

samotna  i  opuszczona.  Co  prawda,  ich  umowa  nie  przewidywała  ślubu,  ale  tak  było 

bezpieczniej.  Żaden  wścibski  reporter  nie  przyłapie  ich  na  kłamstwie.  Pięćdziesiąt  tysięcy 
dolarów miała otrzymać w chwili podpisywania dokumentów rozwodowych. Wszystko było 
teraz zgodne z prawem i pozbawione zbędnych sentymentów.   

Trisha  nie  mogła  zrozumieć,  dlaczego  tak  łatwo  dała  się  przekonać.  Lassiter  mówił 

zwykle  spokojnie  i  miękko,  co  działało  niemal  jak  hipnoza.  Wytłumaczył  jej,  że  jeśli 
oszustwo  wyjdzie  na  jaw,  zanim  artykuł  zdąży  się  ukazać,  tekst  nie  zostanie  opublikowany. 
Jeśli natomiast prawda wyjdzie na jaw po wydrukowaniu, jego życie zmieni się w prawdziwe 
piekło. Zdesperowane kobiety znów zaczną na niego polować i nie będzie w stanie normalnie 
prowadzić interesów.   

Był jeszcze jeden powód, dla którego powinna wziąć ślub. Musiała przyznać sama przed 

sobą, że miała dość konserwatywne poglądy w tej dziedzinie. Było jej bardziej na rękę, żeby 
ludzie myśleli, iż ona i Lassiter zapałali do siebie gorącym uczuciem, które po ślubie niestety 
szybko się wypaliło. Wolała to niż szepty za plecami, że naiwnie wplątała się w przygodny 
romans z bogatym playboyem.   

Zupełnie  nie  wiedziała,  jak  zareaguje  jej  matka.  Prawdopodobnie  nie  uznałaby  tego  za 

najchlubniejszy  moment  w  życiu  Trishy.  Jednak  małżeństwo  zawarła  tylko  na  wszelki 
wypadek. Nie musiała przy tym łamać swoich zasad. Jednocześnie zbliżała się coraz bardziej 

do upragnionej chwili, gdy będzie mogła otworzyć własną firmę.   

Weekend w Las Vegas przebiegł im typowo dla tego miejsca. Oprócz pospiesznego ślubu 

i sobotnich zakupów starali się nie opuszczać apartamentu. Podobnie postępowały inne pary, 
które przyjeżdżały tu, by zalegalizować związek.   

W  poniedziałkowe  południe  dwudziestego  czwartego  grudnia  wrócili  do  Kansas  City. 

Trishę prześladowała myśl, że powinni  teraz dopracować szczegóły dalszego postępowania. 
Jednak nie potrafiła nawiązać rozmowy. Lassiter z ponurą miną pracował na swoim laptopie. 
Doszła do wniosku, że jego zmienne humory wynikają częściej z powodu jej obecności niż 
problemów  w  pracy.  Jego  sprawa,  powiedziała  sobie.  Chciał  udawanego  związku,  to  niech 
teraz się martwi! 

Gdy  samolot  zbliżał  się  do  lądowania,  kierowca  już  czekał  na  lotnisku.  Nowe  stroje 

Trishy zajęły wnętrze limuzyny. Nie było szans, by zmieściły się w sportowym wozie pana 
Dragana. Nowożeńcy wsiedli razem do dwuosobowego bolidu na wypadek, gdyby reporterzy 

background image

zjawili się wcześniej. Trisha znów miała krępujące uczucie, że siedzą zbyt blisko siebie. Za 
każdym  razem,  gdy  zmieniał  biegi,  dotykał  jej  ramieniem.  Jak  zwykle  pachniał  doskonałą 
wodą po goleniu.   

Przez  ponad  pół  godziny  jechali  w  milczeniu.  Trisha  ciągle  spięta,  bezwiednie  głaskała 

Perrier drzemiącą na jej kolanach. W końcu skręcili na boczną drogę. Rosły wzdłuż niej dęby 

w  równych  szeregach.  Po  chwili  zatrzymali  się  przed  bramą  w  wysokim,  kamiennym 

ogrodzeniu.  Stalowe  skrzydła  zaczęły  powoli  się  rozsuwać.  Trisha  przypomniała  sobie,  że 

podobno  tu  czaiły  się  na  Lassitera  zdesperowane  panie.  Zerknęła  na  składany  brezentowy 

dach samochodu.   

– Miał pan ten sam samochód, gdy co odważniejsze panie wskakiwały na dach? – spytała. 

Natychmiast zaczęła żałować, że nie ugryzła się w język.   

Zerknął w jej stronę.   
– Skąd to pytanie? 
– Wyobraziłam sobie podartą w strzępy tkaninę... Wziął ostry zakręt.   
– To było pięć lat temu. Ten model porsche jest tegoroczny. Domyślam się więc, że nie 

interesuje się pani sportowymi wozami? 

–  Nie  mam  samochodu  –  przyznała.  –  I  szczerze  mówiąc,  mam  kłopoty  z  ich 

odróżnianiem – dodała, wyglądając przez okno. Starała się nie patrzeć w jego stronę. Miał na 
sobie jasnoniebieski  sweter,  który podkreślał szerokie ramiona i  wąskie biodra.  Wyglądał  w 
nim doskonałe.   

– Nie jestem żadną przeciwniczką samochodów – mówiła dalej. – Po prostu nie stać mnie 

na taki zakup.   

Spojrzała przed siebie,  starając się wypatrzeć jakiś  budynek.  Była ciekawa, jak wygląda 

prywatna siedziba Lassitera Dragana, lecz nie miała zamiaru o to pytać. W końcu za kolejnym 
zakrętem,  zasłoniętym  dębami  przyprószonymi  śniegiem,  stopniowo  zaczął  wyłaniać  się 
budynek. Zaskoczył ją hiszpański styl. Budynek kryty był dachówką, okna osadzono głęboko 
w grubych ścianach z wapienia. Malownicze łuki dodawały egzotycznego uroku.   

Trisha była pod wrażeniem.   
– Piękny dom, panie Dragan – stwierdziła.   
–  Dziękuję,  pani  Dragan  –  odpowiedział,  zatrzymując  samochód  przed  łukowatym 

wejściem.  –  Teraz,  gdy  już  jesteśmy  w  domu,  proponuję  zwracać  się  do  mnie  po  imieniu. 
„Kochanie” brzmiałoby jeszcze lepiej.   

Musiała zrobić minę całkowicie zaskoczonej, bo zmarszczył brwi.   
– To była jedynie sugestia. Proszę mnie nazywać, jak tylko pani sobie życzy. Z jednym 

wyjątkiem. „Panie Dragan” nie wchodzi w rachubę – powiedział, wyłączając silnik. – Ja będę 
zwracał się do pani „kochanie”. Jest proste i z uczuciem.   

Uśmiechnęła się.   
– Bardzo wygodne. Jeśli zapomni pan, jak mi na imię, nikt tego nie zauważy.   
Nachmurzył się.   
– Słusznie – przyznał po chwili i otworzył drzwi. Słusznie? – powtórzyła w myślach. Nie 

rozumiała,  dlaczego  ta  odpowiedź  sprawiła  jej  przykrość.  Cóż,  sama  go  sprowokowała. 

background image

Tymczasem Lassiter okrążył samochód, otworzył przed nią drzwi i wyciągnął rękę.   

Nie zamierzała korzystać z jego pomocy. Jednak miała na rękach psa, a wydostanie się z 

niskiego,  sportowego  fotela  bynajmniej  nie  było  takie  proste.  Chcąc,  nie  chcąc,  podała  mu 
dłoń.   

– Dziękuję, mój drogi bazyliszku – powiedziała.   
– Co proszę? 
– Ostatnio dużo czytałam. Bazyliszek to legendarny stwór. Wąż wykluty z jaja złożonego 

przez koguta. Potrafił zabijać samym spojrzeniem – wyjaśniła, stając obok samochodu. – Tak 
będę  cię  nazywać  –  zakończyła,  zdając  sobie  sprawę,  że  to  jeden  z  jej  najgłupszych 
pomysłów.   

Wzruszył ramionami.   
– Chyba żartujesz? – spytał niezadowolony.   
–  Nazywali  cię  smokiem,  a  wąż  jest  równie  sympatyczny  –  stwierdziła  ze  złośliwą 

satysfakcją. Wreszcie miała okazję zrewanżować się za drobne złośliwości z jego strony, choć 
nie zamierzała znęcać się nad nim zbyt długo. – Chcę sama coś wybrać. Zresztą „bazyliszek” 
bardzo do ciebie pasuje.   

– Dlaczego? 
– Oprócz innych powodów masz zabójcze spojrzenie. Dosłownie niczym twarda stal.   
Nie  dodała,  że  jego  spojrzenie  było  jednocześnie  bardzo  zmysłowe.  Szli  teraz  przez 

kamienne patio wśród wysokich roślin przysypanych śniegiem.   

– Sam zaproponowałeś, żebym nazywała cię, jak tylko sobie życzę.   
– Ale nie po to, by mi dokuczać.   
Zaproponował jej rolę żony, więc uznała, że też ma prawo podejmowania decyzji.   
–  Wolno  mi  tylko  to,  na  co  mąż  mi  pozwoli.  Trzeba  było  postawić  sprawę  jasno  od 

początku.  Na  pewno  bym  się  nie  zgodziła,  panie  Dragan.  Ostatecznie  mogę  mówić 
„najdroższy” – ustąpiła w końcu.   

– Wolałbym uniknąć tego określenia – stwierdził.   
– Słucham? – spytała zdziwiona. – Tego też mi nie wolno używać? 
Perrier zapiszczała. Trisha zdała sobie sprawę, że odruchowo przycisnęła ją zbyt mocno 

do siebie. Natychmiast postawiła ją na ziemi. Spojrzała na posmutniałą twarz Lassitera.   

– Moi rodzice zwracali się tak do siebie, choć stali się sobie zupełnie obojętni. To słowo 

wywołuje we mnie złe wspomnienia.   

– Och, przepraszam 

T

 powiedziała ze współczuciem. Przestało ją dziwić, że bywał oschły. 

Dorastał  w  domu,  gdzie  nie  było  miejsca  na  serdeczność  i  życzliwość.  Dotychczas  nie 
uważała  się  za  specjalnie  szczęśliwą  z  tego  powodu,  że  tylko  jedno  z  jej  rodziców  było 
pozbawione  uczuć.  Dopiero  teraz  zdała  sobie  sprawę,  jak  smutne  musiało  być  dzieciństwo 
Lassitera.   

– W takim razie będę mówić „kochanie”. Nie sprawi mi to żadnej trudności – stwierdziła 

w końcu.   

Miał minę, jakby żałował, że ujawnił coś ze swego osobistego życia.   
–  Dziękuję  –  powiedział.  –  Przy  okazji...  –  zaczął,  szybko  zmieniając  temat.  –  Wiesz 

background image

może, co określano kogucim jajem? 

Nie miała pojęcia, lecz nie zamierzała przyznać się do tego.   
– Nie pamiętam – stwierdziła. – Coś mitycznego, jak mi się wydaje.   
– Podobno dużo czytasz – powiedział, spoglądając sceptycznie.   
Nie  zdążyła  się  odciąć,  bo  uniósł  ją  na  rękach.  Przestraszyła  się  tak  niespodziewanym 

zachowaniem. Objęła go za szyję, żeby nie upaść. – Co... ? – zaczęła.   

–  Kochanie,  taka  jest  tradycja  –  powiedział,  przenosząc  ją  przez  próg.  Uśmiechnął  się 

radośnie,  jakby  nagle  zapomniał  o  wszystkich  zmartwieniach.  Jednocześnie  zaskoczył  ją 
oślepiający błysk.   

– Wspaniale! – usłyszała męski głos. – Doskonałe ujęcie młodej pary! 
 

Lassiter zobaczył ich, gdy tylko otworzył drzwi. Dwoje obcych. Jedno z nich z aparatem. 

W ułamku sekundy zdał sobie sprawę, że ekipa z „Urban Sophisticate” zjawiła się przed nimi. 
Chwytając  Trishę  na  ręce,  był  niemal  tak  samo  zaskoczony  jak  ona.  Zrobił  to  odruchowo. 
Potem  już  tylko  grał  swoją  rolę.  Dziwiło  go,  że  w  ostatnich  dniach  nauczył  się  reagować 
natychmiast  i  bezwiednie  na  różne  sytuacje.  Dotychczas  starał  się  postępować  rozważnie  i 
podejmować  decyzje  po  namyśle.  Jednak  od  czasu,  gdy  na  kawiarnianej  serwetce  napisał 
numer telefonu Hermana Hodgesa, jego życie zupełnie się zmieniło.   

Zanim  poznał  Trishę,  nie  dotknąłby  kobiety,  która  nie  dałaby  jasno  do  zrozumienia,  że 

sama  tego  chce.  Niedawno  wiedziony  impulsem  pozwolił  sobie  dotknąć  nosa  Trishy,  jakby 
miał do tego jakiekolwiek prawo. Nigdy nie proponował kobietom małżeństwa i nie marzył o 
życiu rodzinnym. Starał się unikać tego tematu. Teraz zupełnie odruchowo chwycił kobietę w 
ramiona,  by  przenieść  ją  przez  próg.  Nie  było  to  żadne  zaplanowane  działanie.  Po  prostu 
wystarczył mu pretekst, żeby przytulić ją do siebie.   

Spojrzał  na  nią.  Zaróżowiły  jej  się  policzki  i  lekko  rozchyliła  usta,  gdy  musnął  je 

wargami.   

– Kochanie, jesteśmy w domu – szepnął, delikatnie ją całując. Spojrzała na niego, jakby 

nie  mogła  uwierzyć  w  to,  co  się  dzieje.  Sam  tego  nie  rozumiał.  Nawet  w  czasie  ślubu  nie 
posunął  się  tak  daleko.  Powtarzał  sobie,  że  przecież  zgodnie  z  prawem  jest  jego  żoną. 
Jednocześnie  miał  do  siebie  pretensję,  że  przekroczył  bezpieczną  barierę.  Już  nie  mógł 
przewidzieć, dokąd ich to zaprowadzi.   

Dyskretne  kaszlnięcie  wyrwało  go  z  zamyślenia.  Szybko  się  opanował.  Stał  przed  nim 

siwowłosy kamerdyner w białej marynarce i koszuli, czarnych spodniach i muszce.   

– Tak, Marvin? 
– Zająłem się gośćmi, jak pan kazał.   
– Dziękuję. Wszysko gotowe na wieczorne przyjęcie? – spytał Lassiter, powoli stawiając 

Trishę na podłodze. Poczuł zmysłowy dreszcz, gdy przestała kurczowo trzymać się jego szyi i 
odzyskując równowagę, dotknęła jego klatki piersiowej.   

– Tak, proszę pana.   
– Dziękuję, Marvin.   
Kamerdyner skłonił się i podszedł, by zamknąć drzwi.  Lassiter przypomniał sobie o roli 

background image

gospodarza.   

–  Kochanie,  ci  państwo  są  z  czasopisma,  o  którym  ci  wspominałem  –  powiedział, 

wskazując  kobietę  i  mężczyznę  stojących  obok  kamiennych  schodów.  Trisha  zatoczyła  się 
lekko, stając na własnych nogach. Mąż natychmiast objął ją za ramiona.   

– Jestem Lassiter Dragan, a to moja świeżo poślubiona żona Trisha – zwrócił się do gości. 

Jednocześnie  zauważył,  że  minęła  ich  kula  rozpędzonego  futra.  Pies  zatrzymał  się  na 
schodach i  spojrzał  wyczekująco na swoją panią.  Lassiter ciągle nie mógł się przyzwyczaić, 
że  coś  wyglądającego  jak  pluszowa  maskotka  na  baterie  może  poruszać  się  na  własnych 
nogach. Dotychczas pies kojarzył mu się raczej z użytecznym zwierzęciem ratującym ludzi z 
zawalonych budynków lub tropiącym bandziorów. – A to nasz pies Perrier – dodał. Fotograf 
zagwizdał.   

– Hej, Perrier! – zawołał. Pies obejrzał się i został uwieczniony na zdjęciu.   
– Zwierzaki zawsze wzbudzają zainteresowanie – powiedział wysoki, szczupły fotograf. 

Był mniej więcej w wieku Lassitera. Miał na sobie sprane dżinsy, sweter zrobiony na drutach, 
na który narzucił jeszcze wielobarwną hawajską koszulę z krótkim rękawem. Ciemne włosy 
miał na tyle długie, że spiął je w kitkę. Kobiety oceniłyby jego urodę jako klasyczną, gdyby 
nie pokaźny nos.   

Kobieta  trzymająca  się  nieco  z  tyłu  miała  około  trzydziestki,  owalną  twarz,  małe  piwne 

oczy ukryte za okularami w ciemnej oprawie. Szary sweter i sztruksowe spodnie świadczyły, 
że nie przejmowała się modą. Krótkie włosy ostrzyżone niemal po męsku. Uśmiechała się do 
wszystkich, lecz widać było wyraźnie, że jest onieśmielona.   

Lassiter  był  tym  wyraźnie  zaskoczony.  Spodziewał  się,  że  czasopismo  o 

międzynarodowym zasięgu jak „Urban Sophisticate” zatrudnia zdecydowanych, agresywnych 
reporterów. W końcu doszedł do wniosku, że przecież nie chodzi tu o drapieżny reportaż, ale 
relaksujący tekst na święta. Podszedł z Trishą do dziennikarzy, wyciągając rękę na powitanie.   

– Z kim mam przyjemność? – spytał.   
– Reggie Carter. – Fotograf zaskoczył go natychmiastowym podaniem dłoni. Spodziewał 

się, że pierwsza przywita się kobieta. – Zasada jest taka – mówił tamten – że zajmujecie się 
swoimi  sprawami,  jakby  nas  tu  nie  było.  Chcemy  pokazać  państwa  Dragan  w  naturalnych 

sytuacjach. Oczywiście nie mam na myśli żadnych intymnych...   

– To było jasne od początku – przerwał mu Lassiter.   
–  To  Jane  Dewey.  Pisze  najlepiej  w  całej  redakcji  –  przedstawił  koleżankę, 

protekcjonalnie poklepując ją po ramieniu.   

Jane nadal uśmiechała się nieśmiało.   
–  Miło  mi  państwa  poznać  –  powiedziała,  wyciągając  rękę.  –  Obawiam  się,  że  będę 

musiała  trochę  państwu  poprzeszkadzać  –  mówiła  cicho,  niemal  szeptem.  –  Muszę  poznać 
trochę  faktów  i  historii  rodzinnych.  Chciałabym  zacytować  niektóre  wypowiedzi.  Postaram 
się przeszkadzać jak najmniej.   

–  Bardzo  się  cieszymy,  że  będziemy  was  gościć.  Prawda,  kochanie?  –  dodał,  mając 

nadzieję, że Trisha włączy się do rozmowy.   

Trisha zamrugała i uśmiechnęła się. Wreszcie do niej dotarło, że wszyscy czekają na jej 

background image

słowa.   

–  Oczywiście  –  powiedziała  z  przekonaniem  i  wyciągnęła  rękę.  –  Jane,  miło  mi  cię 

poznać. Reggie, bardzo mi miło.   

– Rozumiemy, że to wasz miesiąc miodowy i chcecie nacieszyć się sobą – powiedziała 

Jane. – Wiem, że połączyło was nagłe uczucie. Chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej.   

Lassiter  spodziewał  się  takich  pytań  po  tym,  co  wcześniej  naopowiadał  przez  telefon. 

Jednak podobnie jak Trisha nie miał ochoty, by ciągnąć tę historyjkę właśnie teraz.   

–  Może  później.  Wybaczcie,  ale  chcielibyśmy  odpocząć  po  podróży.  Wieczorem  czeka 

nas  jeszcze  przyjęcie  –  mówił  swobodnie  i  z  uśmiechem.  –  Jeśli  chcecie  obejrzeć  dom, 
Marvin chętnie was oprowadzi. Gdy zgłodniejecie, zajrzyjcie do kuchni. Dużo się tam teraz 
dzieje,  więc  na  pewno  zostaniecie  poczęstowani  czymś  smakowitym.  Zobaczymy  się  około 

siódmej.   

– Świetnie – odezwała się Jane.   
– Mam już kilka niezłych zdjęć – powiedział Reggie.   
– Naprawdę? – spytał Lassiter z udawanym niedowierzaniem. – Kochanie? – odwrócił się 

do Trishy. – Może pójdziemy nabrać sił przed wieczornym spotkaniem? 

Odpowiedziała niepewnym spojrzeniem.   
– Odbędzie się małe przyjęcie dla zarządu firmy – podpowiedział.   
– Ach, słusznie – przytaknęła. Było jasne, że nie wiedziała, o czym mówił. Czyżbym jej 

nie uprzedził? – pomyślał.   

– Cóż, w takim razie proszę nam wybaczyć – zwrócił się do tamtej dwójki.   
–  Ależ  oczywiście  –  powiedziała  Jane  przyciszonym  głosem  i  zarumieniła  się  lekko. 

Czyżby  uważała,  że  przez  całe  popołudnie  będziemy  uprawiać  namiętny  seks?  –  pomyślał 
Lassiter. Spojrzał na Reggiego. Lubieżny uśmiech świadczył, że fotograf był o tym absolutnie 

przekonany.   

Lassiter uśmiechnął się, zaciskając zęby. Skinął głową i wziął Trishę za rękę. Ruszyli po 

kamiennych  schodach.  Spojrzał  na  zegarek.  Mieli  przed  sobą  pięć  długich  godzin,  zanim 
zjawią się goście. Zastanawiał się, jak wypełnić ten czas. Najprzyjemniej byłoby powrócić do 
całowania  Trishy,  pomyślał  i  natychmiast  ogarnęły  go  wyrzuty  sumienia.  Ona  potrzebuje 
pożyczki, a nie kochanka! 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Trisha usłyszała, że Lassiter zamyka za nimi drzwi sypialni. Dopiero teraz bardzo powoli 

zaczęła wychodzić z transu. Czy naprawdę całował ją i nosił na rękach? Dotknęła ust. Były 
gorące.  Przypomniała  sobie,  że  zaskoczył  ją  tak  bardzo,  iż  z  trudem  zareagowała  na  jego 
pocałunek.  Na  pewno  stwierdził,  że  jestem  strasznie  oziębła.  Stałam  jak  słup!  –  pomyślała. 
Jednak  po  chwili  zaczęła  sobie  tłumaczyć,  że  nie  powinna  się  czuć  upokorzona.  Przecież 
Lassitera  zaoferował  jej  pożyczkę,  a  nie  gorące  i  głębokie  uczucie.  Co  z  tego,  że  teraz  jest 

przekonany,  że  ona  całuje  jak  mrożona  ryba?  Jest  dla  niego  zasłoną  dymną,  a  nie  bratnią 
duszą! 

Nie  zapamiętała,  jak  wyglądali  ci  ludzie  z  redakcji  ani  co  do  nich  mówiła.  Stała  przed 

nimi, myśląc wyłącznie o tym, że obejmuje ją Lassiter.   

– Trisha? – jego głos wyrwał ją z rozmyślań. – Tak? 
– Domyślasz się, dlaczego cię pocałowałem? – spytał zatroskanym głosem. Spojrzała na 

niego.   

– Niezupełnie.   
Przejechał dłonią po czole i westchnął ciężko.   
–  Bardzo  przepraszam.  Powinienem  ustalić  z  tobą,  czy  mogę  się  posunąć  tak  daleko. 

Szczerze mówiąc, nie pomyślałem o tym wcześniej – powiedział speszonym tonem.   

Do  tamtej  chwili  nawet  nie  przyszło  mu  do  głowy,  że  mógłby  mnie  pocałować?  – 

pomyślała rozczarowana. Nadal trzymał ją za rękę. Odruchowo uwolniła dłoń.   

– Mogłam się spodziewać tak spontanicznego zachowania – powiedziała, odsuwając się o 

kilka  kroków.  Rozejrzała  się  po  przestronnej  sypialni.  Była  urządzona  w  spokojnej  tonacji, 

naturalnych, łagodnych barwach. Poczuła się tu jak u siebie, choć była to sypialnia Lassitera 

Dragana.  –  Oczywiście  zdaję  sobie  sprawę,  że  gramy  role  szczęśliwych  nowożeńców,  ale 

teraz zachowajmy umiar w spontanicznych odruchach.   

Wsunął dłonie do kieszeni dżinsów.   
– Z tym nie powinno być problemu – powiedział. – Z natury nie jestem spontaniczny.   
Miała ochotę roześmiać się głośno. Jednak udało jej się powstrzymać.   
– Jakoś tego nie zauważyłam. Skinął głową.   
– Ostatnio jestem mniej spięty – przyznał, unosząc wzrok. Nie patrzył na padający śnieg 

za szklanymi drzwiami prowadzącymi na balkon. Spoglądał w przestrzeń, pogrążając się we 
wspomnieniach. Gdy po chwili spojrzał na Trishę, znów miał nachmurzoną minę.   

–  Z  łazienką  połączona  jest  garderoba  –  poinformował.  Najwyraźniej  zdecydował  się 

zakończyć  rozmowę  na  temat  własnej  osoby.  –  Myślę,  że  twoje  rzeczy  już  zostały  tam 
ułożone.  Jeśli  masz  ochotę  wykąpać  się  i  trochę  odpocząć,  ja  mogę  zająć  się  pracą  – 
powiedział, wskazując niewielkie biurko obok szerokich foteli.   

Trisha zrozumiała, że teraz jest zbędna. Skinęła głową.   
–  Jasne.  Już  idę  –  powiedziała.  –  Dziwi  mnie,  że  organizujesz  spotkanie  w  Wigilię  – 

dodała nagle. – Przecież to święto spędza się z rodziną.   

background image

Uniósł brwi.   
– Nie zdawałem sobie z tego sprawy – przyznał. – Zwykle spędzałem święta ze służbą, a 

rodzice wyjeżdżali na morskie wycieczki.   

– Przykro mi to słyszeć – powiedziała ze współczuciem. Pokręcił głową.   
– Prowadzę otwarty dom. Każdy może przyjść, kiedy chce. Jedni wpadną wcześnie, przed 

spotkaniem z rodziną. Inni późno, po drodze do domu. Kto nie ma rodziny, może spędzić tu 
cały wieczór. Nie jestem dyktatorem, który rujnuje pracownikom świąteczne plany.   

– Cóż, cieszę się – odpowiedziała.   
–  Miło  mi, że  mnie  popierasz  –  powiedział  z  nutą  złośliwości,  ale  nie  udało  mu  się  jej 

onieśmielić.   

– Co powinnam włożyć na to przyjęcie? 
– Na co tylko masz ochotę. Nie obowiązują stroje wieczorowe.   
– Zostaniesz w dżinsach? – spytała Uśmiechnął się lekko.   
– Włożę coś bardziej oficjalnego.   
– Rozumiem – powiedziała, kierując się do drzwi. – Co dokładnie powiemy wszystkim 

tym ludziom? Chodzi mi o to, że są twoimi pracownikami. Nie będziesz czuł się niezręcznie, 
przedstawiając mnie jako najbliższą ci osobę? 

– Niezręcznie? Może trochę – stwierdził.   
– Ale reklama warta miliony dolarów doskonale to zrekompensuje? 
– Jeśli ja odnoszę korzyści, odnosi je również moja firma i jej pracownicy – powiedział 

od  niechcenia.  –  Podobnie  jest  z  nami.  Oboje  coś  zyskujemy  na  tej  znajomości.  Czyżbyś 
chciała się wycofać? 

– Spokojna głowa. Potrzebuję tej pożyczki.   
– Wracając do twojego pytania, uważam, że powinniśmy powiedzieć prawdę. Pominiemy 

tylko sprawę pożyczki. Poznaliśmy się w kawiarni i była to miłość od pierwszego wejrzenia. 
Szybko zdecydowaliśmy się na ślub w Las Vegas. Proste? 

Pomyślała,  że  jeśli  on  nie  ma  żadnych  oporów  przed  oszukiwaniem  ludzi,  których 

codziennie  widuje,  ona  tym  bardziej  nie  powinna  mieć.  Zresztą,  zgodnie  z  prawem  byli 
małżeństwem, choć nie łączyło ich uczucie. Poza tym nie spotka ich już nigdy. Podobnie jak 
męża. Poczuła żal, lecz szybko wzięła się w garść.   

– Wszytko jasne, panie Dragan.   
Spojrzał na nią. Miała wyjątkowo nieszczęśliwą minę.   
–  Wolałbym,  żebyś  nie  zwracała  się  do  mnie  po  nazwisku.  Co  będzie,  gdy  „panie 

Dragan” wyrwie ci się, gdy nie będziemy sami? 

– Jak sobie życzysz, kochanie – wyrecytowała bez przekonania.   
 

Przyjęcie trwało w najlepsze. Oboje spędzili pierwszą godzinę w holu, witając kolejnych 

gości. Lassiter z dużym talentem grał rolę zakochanego małżonka. Jego bliskość, dotyk, gesty 
i  spojrzenia  były  bardzo  przekonujące.  Trishę  nieco  męczyła  sytuacja,  że  musiała  udawać 
zakochaną, a jednocześnie była nim naprawdę zauroczona.   

Gdy pierwsza fala gości zaczęła rzednąć, Lassiter zaproponował, żeby przyłączyli się do 

background image

tłumu.  Budynek  był  przestronny,  więc  Trisha,  pozdrawiając  gości  skinieniem  głowy, 
wędrowała  na  własną  rękę,  czując  się  jak  turystka  w  drogim  hotelu.  Dom  miał  zaledwie 
dziesięć  lat,  ale  urządzony  został  klasycznie  meblami  w  starym  stylu.  Sufity  i  ściany 
wyglądały  jak  w  doskonale  odrestaurowanym  zabytku.  Były  też  trzy  kamienne  kominki,  w 
których płonęły kłody drewna, stwarzając zaciszną atmosferę.   

W  jednym  z  wysokich  luster  zobaczyła  własne  odbicie.  Spojrzała  na  siebie  z  lekkim 

zaskoczeniem.  Nadal  nie  mogła  przyzwyczaić  się  do  ekskluzywnych  ubrań.  Miała  na  sobie 
czerwony  sweter  odsłaniający  ramiona.  Broszka  po  mamie  wyglądała  na  nim  jak  cenny 
klejnot, a nie bezwartościowe szkiełko.   

– Wesołych świąt, mamo – szepnęła. Po raz pierwszy zdarzyło jej się spędzać święta bez 

matki. Poczuła falę smutku i szybko odwróciła się od lustra. Nie była to odpowiednia chwila, 
by wybuchnąć płaczem.   

Skup  się  na  czymś.  Oglądaj  dom,  nakazała  sobie.  Spojrzała  na  podłogę.  Przykrywał  ją 

orientalny dywan w łagodnych odcieniach czerwieni i zieleni. Była miłośniczką dywanów, ale 
zdawała  sobie  sprawę,  że  nigdy  nie  będzie  jej  stać  na  takie  dzieło  sztuki  ręcznej  roboty. 
Dziwnie się czuła, chodząc po nim w butach. Zupełnie jakby deptała obraz Van Gogha.   

Ogarnęła  ją  przemożna  chęć,  żeby  zrzucić  buty  na  wysokich  obcasach  i  –  dotknąć 

dywanu bosymi stopami. Było to absurdalne uczucie, biorąc pod uwagę, że wokół kręcili się 
goście. Jednak światła były nastrojowo przyćmione, postanowiła więc zaryzykować. Szybko 
usiadła na sofie obok kominka. Buty i pończochy dyskretnie wsunęła pod mebel.   

Wreszcie  mogła  naprawdę  odpocząć.  Położyła  wygodnie  głowę  na  oparciu,  zamknęła 

oczy. Bosymi stopami kilkakrotnie przejechała po dywanie. Po raz pierwszy od przekroczenia 
progu tego domu poczuła spokój.   

–  Och,  Trisha  –  westchnęła  cicho.  –  Masz  niecodzienną  słabość  do  egzotycznych 

dywanów.   

– Powinnaś się wstydzić – zażartował Lassiter. Otworzyła oczy. Zobaczyła jego twarz tuż 

nad swoją, lecz do góry nogami. Stał za sofą, pochylając się. Ręce oparł  obok jej głowy.  – 
Trudno cię znaleźć, kochanie – powiedział z uwodzicielskim uśmiechem.   

Natychmiast wstała i odwróciła się w jego stronę.   
– Przepraszam. Po prostu...   
–  Wiem.  Chciałaś  nacieszyć  się  dywanem  –  wtrącił.  Obszedł  sofę  i  wyciągnął  dłoń. 

Wyglądał doskonale w czarnych spodniach i swetrze z dekoltem w karo. – Przyszło kilka par. 
Chętnie by cię poznali.   

Splótł palce z jej dłonią, chcąc ruszyć do wejścia.   
– Zapomniałam o butach – zaprotestowała. Pochyliła się, by je znaleźć, lecz powstrzymał 

ją ruchem ręki.   

– Zostaw je. W domu jest sporo dywanów. Możesz cieszyć się nimi do woli.   
Spojrzała na niego z zaskoczeniem i uśmiechnęła się.   
– Nie sądzisz, że to trochę szalone? 
– Bardzo – potwierdził. – Jestem zupełnie zszokowany – powiedział, starając się zrobić 

poważną minę.   

background image

– Wszystko jasne – odezwała się. – Na pewno wśród czytelników znajdą się tacy, którzy 

lubią  chodzić  bez  butów.  Zobaczą  mnie  na  bosaka  i  natychmiast  popędzą  ubijać  z  tobą 
interesy.   

Przyjrzał się jej uważnie od stóp do głów.   
– Może chodziło mi o coś zupełnie innego? Nikt ci nie mówił, że masz śliczne stopy? 
–  Jasne  –  odpowiedziała.  –  Ciągle  to  słyszę.  W  lecie,  gdy  tylko  włożę  sandały,  ludzie 

specjalnie przyjeżdżają, żeby podziwiać moje stopy. Turyści robią zdjęcia...   

–  Kochanie,  to  Herman  Hodges,  moja  prawa  ręka  –  przedstawił  z  uśmiechem.  Trisha 

skinęła  głową.  Zajęta  rozmową,  nie  zauważyła,  kiedy  Lassiter  podprowadził  ją  do  kolejnej 
grupy gości.   

Obejmował  jej  odsłonięte  ramiona,  czubkami  palców  delikatnie  dotykając  obojczyka. 

Wywoływało  to  przyjemne  drżenie  w  całym  ciele.  Trisha  z  trudem  mogła  się  skupić. 
Zadawała sobie pytanie, czy naprawdę uważał, że miała zgrabne stopy, czy tylko sobie drwił. 
Weź się w garść! – powiedziała do siebie. Odezwij się wreszcie! 

Wyciągnęła dłoń na powitanie.   
– Dzień dobry, panie Hodges. Miło mi znów pana widzieć. Wesołych świąt.   
Starszy  pan  odpowiedział  zbolałym  uśmiechem.  Zatroskana  mina  świadczyła,  że  był 

jedynym  gościem,  który  zupełnie  nie  wierzył  w  ich  historyjkę  o  miłości  od  pierwszego 
wejrzenia.   

– Bardzo się cieszę, pani Dragan – odpowiedział, podając dłoń.   
–  Proszę  mi  mówić  Trisha  –  zaproponowała,  czerwieniąc  się  lekko.  Zdawała  sobie 

sprawę, że bierze udział w oszustwie, i nie dawało jej to spokoju.   

– Chciałbym przedstawić moją żonę Cecylię – powiedział Herm Hodges.   
Trisha  rozmawiała  z  Hodgesami  tylko  przez  chwilę,  bo  musiała  poznać  drugiego 

wiceprezesa i jego partnerkę.   

Greg  –  zapamiętała  tylko  jego  imię  –  miał  na  sobie  wzorzysty  sweter,  jak  instruktor 

narciarski  ze  Skandynawii.  Po  chwili  uprzejmej  rozmowy  powiedział  głośno  to,  nad  czym 
wszyscy się zastanawiali.   

–  Nagłe  małżeństwo  Genta  zupełnie  nas  zaskoczyło.  Trisha  nie  poczuła  się  urażona. 

Gorączkowo szukała jakiejś odpowiedzi zgodnej ze scenariuszem.   

–  Lassiter  po  prostu  mnie  porwał.  Jest  taki  impulsywny  –  dodała.  Greg  zakrztusił  się 

przystawką.  Wszyscy  wokół  zamilkli,  spoglądając  na  nią  ze  zdumieniem.  Najwyraźniej 
Lassiter nie przesadzał, opowiadając o sobie.   

Teraz  chrząknął,  co  Trisha  odebrała  jako  naganę.  Co  miałam  powiedzieć?  –  pomyślała. 

Wytłumaczeniem ich decyzji mógł być nagły impuls lub chwilowa niepoczytalność. Czyżby 
ta druga możliwość była bliższa prawdy? 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Około północy wyszli ostatni goście. Przez cały wieczór Trisha bardzo rzadko spotykała 

Jane.  Nieśmiała  dziennikarka  stała  zwykle  gdzieś  w  kącie,  obserwując  ludzi.  Trochę  po 
dziesiątej  Jane  wróciła  do  sypialni.  Reggie  był  jej  dokładnym  przeciwieństwem.  Śmiał  się, 
żartował,  nieustannie  robił  zdjęcia  i  był  w  ciągłym  ruchu,  aż  do  wyjścia  ostatniego  gościa. 
Gdy  obsługa  kuchni  wzięła  się  za  sprzątanie,  natychmiast  ruszył,  by  na  swoim  talerzu 
zapewnić  schronienie  licznym  kanapkom.  Nie  wypuszczając  ich  z  ręki,  zasiadł  przed 
ogromnym telewizorem. Zdążył jeszcze życzyć słodkich snów nowożeńcom.   

Trisha i Lassiter poszli na górę, ostentacyjnie trzymając się za ręce.   
– Ktoś tu rozpalił ogień – stwierdziła z zadowoleniem Trisha, gdy weszli do sypialni.   
– Dobrze, że w kominku. Chyba mieliśmy szczęście – zauważył Lassiter. Trisha spojrzała 

na niego z szerokim uśmiechem.   

–  Przyjęcie  było  o  wiele  przyjemniejsze,  niż  się  spodziewałam.  Wszyscy  ci  ważniacy 

okazali się normalnymi, sympatycznymi ludźmi – powiedziała i przywitała się z Perrier, która 
przybiegła  jej  na  spotkanie,  radośnie  machając  ogonem.  –  Spotkałam  kilka  osób,  które 
podobnie jak ja mają bzika na punkcie zwierząt.   

–  Wyglądało  na  to,  że  dobrze  się  bawiłaś  –  przyznał,  opierając  się  o  drzwi.  Wyglądał 

bardzo  atrakcyjnie,  jak  model  z  luksusowego  czasopisma.  Spojrzała  na  niego,  starając  się 
skupić.   

– Tak, dobrze mi się z nimi rozmawiało.   
Trisha  usiadła  na  dywanie  blisko  kominka.  Potem  wyciągnęła  się  wygodnie.  Przed  laty, 

gdy  ojciec  odszedł,  musiała  wraz  z  mamą  przenieść  się  do  taniego  mieszkania.  Brakowało 
tam kominka. Zdążyła zapomnieć, jak wspaniale pachnie płonące drewno.   

–  Znów  uległaś  słabości  do  dywanów?  –  spytał.  Odwróciła  głowę  w  jego  stronę  i 

otworzyła oczy.   

– Aha.   
Podszedł  bliżej  i  pochylił  się  nad  nią.  Przyglądał  jej  się  z  zaciekawieniem,  jakby  była 

nieznanym gatunkiem.   

– Nigdy nie leżysz na dywanie przed kominkiem? – spytała. Przechylił głowę na bok.   
–  Nigdy  sam  –  powiedział.  I  pewnie  nigdy  w  ubraniu,  pomyślała  Trisha.  Chrząknęła  i 

spojrzała w ogień. Postanowiła szybko zmienić temat.   

– Gdy ojciec nas zostawił, musiałyśmy z mamą zamieszkać w suterenie. Przez dziesięć lat 

nasze podłogi to był lity beton.   

Przypomniała sobie, jaki był wilgotny, szorstki i zimny.   
–  Mama  wpadła  na  pomysł,  żeby  pomalować  podłogę  w  wesołe,  barwne  kwiaty.  Nie 

zrobiło się nagle cieplej, ale na pewno przyjemniej.   

– Mama nie dostawała alimentów ani zasiłku na wychowanie dziecka? – spytał.   
Pokręciła przecząco głową.   
– Mama niczego nie chciała od taty. Nawet nazwiska. August to jej panieńskie nazwisko.   

background image

Skrzyżowała ręce. Zdziwiła się, że po tylu latach wspomnienia były nadal tak bolesne.   
– Żeby jakoś się utrzymać, mama zajęła się sprzątaniem mieszkań. W czasie weekendów 

szłam razem z nią. W soboty sprzątała w domu pełnym pięknych dywanów. Pani, która tam 
mieszkała,  była  inwalidką.  Czasem  rozmawiałyśmy.  Opowiadała  mi  wtedy  o  swoich 
obrazach, kolekcji porcelany i dywanach. Myślałeś kiedyś, ile talentu i wysiłku potrzeba, by 
stworzyć tak piękne rzeczy? 

Uśmiechnął się lekko i pokręcił głową.   
– Nie. Ale od tej pory będę patrzył na nie zupełnie inaczej – powiedział, wyciągając rękę. 

– Chyba nie zamierzasz tu spać? 

Przymknęła  oczy.  Choć  dzień  był  męczący,  była  zbyt  ożywiona,  by  zasnąć.  Miała 

nadzieję, że leżenie blisko płonącego ognia uśpi ją tak jak wtedy, gdy była dzieckiem.   

– Dlaczego nie? Jest ciepło i przytulnie.   
– Przestanie tak być, gdy tylko zgaśnie ogień.   
– Wtedy włączę ogrzewanie gazowe.   
– Czy w ten sposób chcesz mi dać do zrozumienia, że nie zamierzasz ze mną spać? 
Jego zaskakujące pytanie rozwiało nadzieję na spokojną drzemkę przy kominku.   
– Słucham? – spytała, siadając. Patrzyła na niego z bijącym sercem. Dlaczego musiał być 

taki przystojny? Dlaczego płomienie tak wspaniale podkreślały jego rysy? 

–  Oczywiście,  że  nie  zamierzam.  Nie  sądzę,  żeby  podlegało  to  dyskusji  –  powiedziała, 

wskazując w stronę foteli i sofy stojących między łóżkiem a biurkiem.   

– Myślę, że tam mogę się przespać – powiedziała.   
– Nic z tego – zaprotestował, chwytając jej dłoń. – Ty zajmujesz łóżko, ja sofę, a Perrier 

może spać na dywanie.   

Wskazał w kierunku łazienki.   
– Lepiej już teraz przygotuj się do snu. Umówiłem nas na śniadanie z Jane i Reggiem na 

ósmą rano. Będzie to świąteczny poranek z rodziną Draganów. Tradycyjne śniadanie, a potem 
rozpakujemy prezenty.   

– Na czym polega tradycyjne śniadanie? Nic nie wiem o prezentach – zdziwiła się.   
Wzruszył ramionami.   
–  Nie  mam  pojęcia,  co  będzie  na  śniadanie.  Pozostawiłem  to  kucharzowi.  Moja 

sekretarka, Cindy, podrzuciła prezenty i choinkę w czasie weekendu.  Zwykle wyjeżdżam na 
święta  do  Vail.  Mam  tam  mieszkanie.  Spotykam  się  z  przyjaciółmi  i  jeżdżę  na  nartach  do 
Nowego Roku.   

Poczuła zazdrość. Co to za przyjaciele? – pomyślała. Czy jest wśród nich jakaś kobieta? 

Na pewno. Przecież nie żyjemy w purytańskich czasach.   

– Nie masz rodziny, z którą mógłbyś spędzać święta? 
– Od śmierci moich rodziców nie mam nikogo.   
– Bardzo mi przykro – powiedziała ze współczuciem. – Jak to się stało? 
– Wypadek samochodowy. Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat. Cóż, śmierć jest częścią 

życia.   

– Podobnie jak rozpacz – wtrąciła. – Nie ma powodu, by się jej wstydzić.   

background image

– Minęło już wiele lat. Możemy zmienić temat? 
Zdała  sobie  sprawę,  że  miał  zwyczaj  chować  bolesne  sprawy  gdzieś  głęboko  w 

świadomości. Szkoda.   

– Oczywiście – zgodziła się z jego propozycją. – W tym roku nie pojechałeś na narty. A 

twoi przyjaciele? 

– Dozorca ma klucz. Będą się z pewnością doskonale bawić beze mnie.   
Pewnie jest rozczarowany tą sytuacją, pomyślała.   
– Bardzo mi przykro...   
–  Dlaczego?  Sam  zdecydowałem,  że  potrzebny  mi  ten  artykuł  i  nigdzie  nie  jadę.  Nie 

zepsułaś mi urlopu, jeśli to masz na myśli.   

– Pewnie czeka na ciebie jakaś narzeczona...   
Nie odpowiedział.  Trisha bała się spojrzeć mu  w oczy.  Może lepiej  nie znać prawdy?  – 

pomyślała w końcu. Poczuła się zmęczona. Wstała i ruszyła do łazienki.   

– A ja nie zepsułem ci świątecznych planów? – spytał. Zaskoczył ją. Była przekonana, że 

interesują go wyłącznie własne sprawy. Taki był jej ojciec.   

– Naprawdę chcesz wiedzieć? – spytała.   
–  Oczywiście.  Nie  pytałbym,  gdyby  mnie  to  nie  interesowało  –  powiedział  z  lekkim 

zniecierpliwieniem.   

–  Dobrze  już,  dobrze  –  powiedziała,  dotykając  broszki  po  matce.  Ten  drobny  gest 

pomagał jej się uspokoić. – Dopóki mama żyła, przygotowywałyśmy posiłki dla bezdomnych 
na Boże Narodzenie. Gdy powtórnie wyszła za mąż, ojczym przyłączał się do nas. Zmarła w 
marcu  na  skutek  komplikacji  pooperacyjnych  –  mówiła.  Na  chwilę  głos  jej  się  załamał.  – 

Ojczym  wyjechał  teraz  do  Albuquerque,  żeby  w  czasie  świąt  odwiedzić  córkę  i  wnuczkę. 
Właścicielka mieszkania, które wynajmuję, wiedziała, że będę sama, więc zaprosiła mnie do 
swojej rodziny, ale...   

– Bardzo ci współczuję. Spojrzała na niego.   
– To przecież nic wielkiego...   
– Mówię o twojej mamie.   
– Bardzo cię proszę, daruj sobie. Znam twoją filozofię.   
–  Trisha,  możesz  sobie  myśleć,  co  chcesz,  ale  nie  jestem  pozbawiony  ludzkich  uczuć. 

Straciłaś matkę, a mnie jest przykro z tego powodu. Byłyście bardzo zżyte, prawda? 

Trisha  poczuła,  że  opuszcza  ją  złość.  Jednak  logika  podpowiadała  jej,  że  znów  uległa 

dyplomatycznym  zdolnościom  Lassitera.  Uświadomiła  sobie  nagle,  że  została  żoną  tego 
mężczyzny tylko dlatego, że potrafił przekonująco mówić.   

– Mama była cudowna – szepnęła Trisha, powstrzymując napływające łzy. – Gdy miałam 

osiemnaście  lat,  wyszła  za  Gerarda.  Był  wdowcem,  sympatycznym  człowiekiem.  Pracował 
jako kierowca ciężarówki i przepadał za łowieniem ryb. W czasie wakacji zawsze wyjeżdżał z 
mamą.  Zatrzymywali  się  na  kempingu  i  wędkowali.  Mama  była  z  nim  szczęśliwa.  Ja 
cieszyłam się z jej szczęścia.   

Uśmiechnęła się lekko.   
–  Gerard  miał  bardzo  mały  domek.  Wzięli  ślub i  za'  mieszkałam  oddzielnie.  Gdy  tylko 

background image

było mnie stać, kupiłam dywan. Żadne perskie dzieło sztuki, ale i tak go lubię. Żeby po nim 
nie chodzić, zawiesiłam go na ścianie – powiedziała, uśmiechając się do wspomnień. – Mamę 
zawsze to bawiło.   

Przejechała dłonią po włosach, starając się nie wpaść w melancholijny nastrój. Mama na 

pewno by nie chciała, by jej córka w czasie świąt pogrążyła się w smutku.   

– Zdaje się, że czas iść spać. Dobranoc panu... kochanie.   
– Dobranoc – odpowiedział, patrząc, jak drepce boso do łazienki. Dragan, nie gap się tak 

na nią! – powiedział do siebie. Widziałeś już niejedną bosą kobietę. Sporo z nich było dużo 
bardziej  roznegliżowanych.  Odetchnął  głęboko,  dopiero  gdy  zniknęła  za  drzwiami  łazienki. 
W  tej  samej  chwili  Lassiter  kątem  oka  zobaczył  jakiś  ruch.  Futrzana  kula  pędziła  w  jego 

kierunku. Pies podbiegł, radośnie machając ogonem.   

–  Mam  nadzieję,  że  przyniesiesz  przynajmniej  milion  dzięki  darmowym  reklamom. 

Natomiast twoja pani powinna przestać...   

Co przestać? – pomyślał. Skąd ta złość? Przecież Trisha nie zrobiła niczego złego.   

O  co  mi  właściwie  chodzi?  Zaczynam  rozmawiać  z  psami.  Chyba  nie  jest  ze  mną 

najlepiej. Nie zapomniałem, że jest jej potrzebna pożyczka, a nie kochanek.   

Spojrzał w ogień, potem na psa.   
– Zamknij się, Dragan, i idź spać – powiedział do siebie.   
 

Gdy  Trisha  wyjrzała  z  łazienki,  Lassiter  skończył  przygotowywać  posłanie  na  sofie. 

Niewątpliwie  nie  było  mu  tam  wygodnie.  Długie  nogi  wystawały  poza  mebel.  Jednak 
wydawało się, że śpi. Zasłonił oczy zgiętą ręką i nie ruszał się. Nie miała pojęcia, czy włożył 
jakąkolwiek piżamę, gdyż kołdra zakrywała go po szyję. Trisha szybko doszła do wniosku, że 
to bez znaczenia. Jego nocny strój nie miał przecież nic wspólnego z jej pożyczką.   

Wskoczyła  do  wielkiego  łóżka  i  odwróciła  sie  tyłem  do  Lassitera.  Spoglądanie  w  jego 

stronę na pewno nie pozwoliłoby jej zasnąć. Godzinę później stwierdziła, że odwrócenie się 
plecami  niewiele  pomogło.  Łóżko  było  wygodne,  ale  obcy  pokój  i  nieznane  dźwięki 
dochodzące  czasem  z  innych  części  domu  nie  pozwoliły  jej  zasnąć.  Jednak  najbardziej 
przeszkadzała jej świadomość, że Lassiter Dragan śpi obok.   

Na dodatek Perrier, przyzwyczajona, że wolno jej spać na łóżku pani, natrętnie usiłowała 

tam się dostać. Trisha nie poddawała się do trzeciej nad ranem. Wtedy pomogła psu wskoczyć 
na pościel, biorąc na siebie odpowiedzialność przed Lassiterem. O świcie Trisha cicho wstała 
z  łóżka.  Ubrała  się  w  dżinsy  i  flanelową  koszulę.  Kończyła  zawiązywać  drugi  but,  gdy 
usłyszała, że Lassiter zaczął się poruszać. W końcu wstał.   

– Dzień dobry – odezwał się ponuro i spojrzał na zegarek. – Jest szósta. Co robisz o tej 

porze? 

Wskazała na Perrier.   
– Muszę ją wyprowadzić.   
Skinął głową ze zrozumieniem i przetarł twarz dłonią.   
– Dobrze spałaś? 
– Świetnie – skłamała. – A ty? – spytała bez sensu. Na krótkiej sofie nikomu nie byłoby 

background image

wygodnie.   

– Słyszałaś o fakirach, którzy kładą się na łóżkach nabijanych ostrymi gwoździami? 
Skinęła głową.   
– Oddałbym wszystko za tak wygodny mebel – oświadczył z przekonaniem.   
Ostatkiem sił powstrzymała się przed wybuchnięciem głośnym śmiechem.   
– Bardzo mi przykro. Machnął ręką.   
– Ktoś ze służby może wyprowadzić psa. Nie musisz wkładać dżinsów i wysokich butów.   
– I tak będę w tym dziś chodzić – powiedziała. Poprzedniego dnia przerwał jej, gdy tylko 

zaczęła mówić o swoich planach.   

–  Czy  to  odpowiedni  strój  na  Boże  Narodzenie?  Zaplanowaliśmy  na  dziś  oficjalne 

spotkania.   

– My? Chcesz chyba powiedzieć, że ty zaplanowałeś. Przykro mi, ale muszę wyjść.   
–  Co  to  znaczy,  że  musisz  wyjść?  Nie  zamierzasz  dotrzymać  umowy?  –  spytał 

rozzłoszczony.   

–  Nic  podobnego.  Staram  się  zawsze  dotrzymywać  słowa.  Natomiast  co  do  planów  na 

dziś, obawiam się, że zupełnie inaczej wyobrażaliśmy sobie ten dzień. Mówiłam ci, że zwykle 
w  Boże  Narodzenie  pomagałyśmy  z  mamą  przygotowywać  posiłek  dla  bezdomnych  w 
ośrodku  prowadzonym  przez  zakonnice.  Mama  nie  żyje,  ale  ja  nadal  chcę  podtrzymać  tę 
tradycję.   

– Nie wygłupiaj się – powiedział niezadowolony.   
– Lassiter, pomaganie innym nie jest głupotą.   
– Zapomniałaś o artykule? Kucharz przygotowuje dziś wspaniałe dania.   
– Jestem pewna, że będą bardzo smaczne – powiedziała, stawiając Perrier na podłodze. – 

Natomiast  gdybyś  oddał  te  dania  naprawdę  potrzebującym,  zachowałbyś  się  jak  prawdziwy 
święty Mikołaj.   

Gdy  wychodziła,  Lassiter  miał  taką  minę,  jakby  zaproponowała  mu  podpalenie  domu 

tylko po to, by ogrzać zziębnięte dłonie.   

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Lassiter  nadal  nie  mógł  uwierzyć,  że  spędza  Boże  Narodzenie  w  najuboższej  części 

miasta wśród rozsypujących się ruder. Budynek, w którym zakonnice prowadziły schronisko, 
powstał  we  wczesnych  latach  pięćdziesiątych.  Kiedyś  mieściła  się  tu  szkoła  podstawowa. 
Potem został opuszczony. Zniszczone podłogi były utrzymane w czystości. Ściany ożywiały 
wesołe łąki pełne barwnych kwiatów, malowane bezpośrednio na murze. Sala gimnastyczna 
pełniła teraz rolę  głównej  sypialni. Mieszkańcy  mieli do dyspozycji łazienki i  natryski  oraz 
dawną  stołówkę.  Właśnie  tam  rozdzielano  jego  wspaniały,  świąteczny  obiad  wśród 
bezdomnych głodomorów.   

Lassiter  nie  zdążył  spróbować  swej  ulubionej  przystawki  z  krabów.  Zniknęła  równie 

szybko,  jak  jego  marzenia  o  nastrojowych  zdjęciach  reklamowych,  zaplanowanych  na  ten 
dzień. Podobny los spotkał pieczonego indyka. Nikt na świecie nie potrafił przygotować go 
równie  doskonale,  jak  jego  kucharz  Andre.  Ciasto  z  kremem  bananowym  miało  zamykać 

menu. Lassiter tylko zobaczył z daleka kilka kawałków.   

Właśnie rozdawał bony obiadowe i papierowe kubki z kawą wśród ludzi, którzy od kilku 

godzin czekali na mrozie, by w końcu dostać się do środka. Dopiero teraz dowiedział się, że 

wiele  osób,  które  przyszły  tu  po  posiłek,  ma  gdzie  mieszkać.  Jednak  nie  wystarcza  im 
pieniędzy, by pod koniec miesiąca kupować jedzenie. Wśród czekających było sporo dzieci. 
Większość bez rękawiczek. Patrząc na czerwone, popękane od mrozu pałce, żałował, że ma 
do zaoferowania tylko kubek kawy.   

– Dobrze się bawisz? – spytała Trisha. Hałas rozmów zagłuszył jej kroki.   
– Nie jest tak zabawnie, żeby pękać ze śmiechu. Jednak nie mam powodów do narzekania 

– powiedział i zdał sobie sprawę, że to prawda.   

Uśmiechnęła się.   
– Mam nadzieję, że za chwilę nie zmienisz zdania. Spojrzał na nią podejrzliwie.   
– Dlaczego? Coś nowego przyszło ci do głowy? Chcesz oddać mój dom? 
Roześmiała się i wskazała na stoły pełne niesprzątniętych sztućców i talerzy.   
– Jeszcze nie. Tymczasem potrzebujemy doświadczonego organizatora, który spowoduje, 

że brudne naczynia odzyskają dawny blask.   

– Mam zająć się myciem naczyń? 
–  Myślałam,  że  uda  mi  się  zaprowadzić  cię  do  kuchni,  nim  zgadniesz,  co  cię  czeka  – 

odpowiedziała z uśmiechem.   

– Poświęciłem moje ulubione ciasto z kremem bananowym. To nie wystarczy? 
–  Dwójka  ochotników  musi  już  wracać  do  domu.  Trzeba  ich  zastąpić.  A  przy  okazji, 

ciasto było doskonałe.   

Spojrzał na nią z zazdrością.   
– Próbowałaś? 
– Siostra Petunia mnie poczęstowała.   
Lassiter  został  niedawno  przedstawiony  Petunii  Cook  i  Peg  Ray.  Wyobrażał  sobie,  że 

background image

będą  to  uduchowione  zakonnice  w  habitach.  Ku  jego  kompletnemu  zaskoczeniu  obie  panie 
krzątały się w wojskowych panterkach z demobilu. W podzięce za dostarczone jedzenie Peg 
klepnęła go bezceremonialnie w plecy, niemal go przewracając.   

– Dzięki, stary – dodała Petunia, powierzając mu bony i kawę.   
–  Nikt  nie  poczęstował  mnie  moim  ciastem  –  jęknął  Lassiter,  robiąc  przy  tym  zbolałą 

minę. – Dotychczas udało mi się zjeść kawałek pokruszonego herbatnika.   

– Bardzo dzielnie znosisz swój ciężki los – przyznała Trisha z uśmiechem. – Naprawdę 

cię podziwiam.   

– Niewątpliwie zasłużyłem na ten podziw – zgodził się Lassiter.   
Trisha, nie wypuszczając jego dłoni, zaciągnęła go do kuchni.  Zastanawiał się, dlaczego 

nie  powiedział  jej  otwarcie,  że  nigdy  nie  umył  talerza  i  teraz  też  nie  ma  zamiaru.  Może 
zależało mu na jej uśmiechu? 

Od chwili, gdy przyjechali, wodził za nią wzrokiem. Widział, jak śmiała się i żartowała z 

Reggiem.  Fotograf  był  radosnym,  przyjacielskim  człowiekiem.  Teraz  robił  zdjęcia  w 

schronisku,  starając  się  uszanować  prywatność  tutejszych  mieszkańców.  Wczesnym 
popołudniem  śmiechy  Trishy  i  Reggiego  zaczęły  go  drażnić.  Nie  mógł  znieść,  że 
zaprzyjaźniła się z obcym człowiekiem i była dla niego milsza niż dla męża.   

Gdy  teraz  uśmiechnęła  się  do  Lassitera,  odebrał  to  jako  wielką  pochwałę  za  swoje 

wysiłki. Dla kolejnego uśmiechu gotów był zakasać rękawy i wziąć się za zmywanie.   

– Tata? – usłyszał Lassiter i poczuł szarpnięcie za sweter. Spojrzał w dół. Mały chłopiec 

trzymał go z całej siły rękami wyciągniętymi nad głowę. – Tata? – powtórzył z nieszczęśliwą 
miną.  Miał  czarne,  kręcone  włosy,  piwne  oczy.  Jego  wysokie  buty  były  wilgotne  od 
topniejącego śniegu.   

Lassiter  nie  miał  pojęcia,  co  powinien  powiedzieć  łub  zrobić.  Trisha  kucnęła  obok 

dziecka.   

– Cześć. Jak się nazywasz? – spytała.   
– Pedro Rodriguez – powiedział mały, spoglądając na nią.   
– Pedro, czy pan Dragan wygląda jak twój tata? Chłopiec skinął głową, nadal trzymając 

kurczowo sweter Lassitera.   

Kobieta siedząca przy stole odwróciła się do nich.   
– Pedro, co ty wyrabiasz? 
Dziecko nie spuszczało wzroku z Lassitera.   
– Chcę do taty.   
Tamta spojrzała na nich przepraszająco.   
– Pedro, pozwól  przejść temu miłemu panu – powiedziała takim  tonem, jakby połykała 

łzy. – Jego ojciec zmarł trzy tygodnie temu – wyjaśniła. – Zator w płucach. Juan miał ciemne 
włosy jak pan. Nie był taki wysoki... Dla czterolatka to straszny cios.   

Wyciągnęła rękę i wyplątała dziecięce palce ze swetra Lassitera.   
– Pedro, to nie tata. Pamiętasz? Rozmawialiśmy o tym. Tata jest teraz w niebie.   
Lassiter poczuł falę współczucia. Biedny dzieciak, pomyślał. Ojciec nie zdążył zapewnić 

im  dobrobytu,  jeśli  muszą  się  żywić  w  darmowej  garkuchni.  Dotychczas  sam  uważał  się  za 

background image

pechowca,  bo  miał  oschłych  rodziców.  Dopiero  teraz  dotarło  do  niego,  co  to  znaczy 

prawdziwy ból.   

– Witaj, Pedro  – powiedział, kucając obok chłopca. – Mam  na imię  Lassiter. Był  już u 

ciebie święty Mikołaj? – spytał, patrząc ze smutkiem na łzę spływającą dziecku po policzku.   

Usłyszał westchnienie, spojrzał więc na młodą wdowę. Zaprzeczyła ruchem głowy.   
–  Niedawno  się  przeprowadziliśmy,  więc  Mikołaj  jeszcze  nie  zna  nowego  adresu  – 

wyjaśniła dziecku. Natomiast Lassiter zdał sobie sprawę, jak bezsensowne było jego pytanie.   

– Mama mówi, że święty Mikołaj znajdzie nas w przyszłym roku, o ile nie będziemy się 

przeprowadzać. Niestety, może tak się zdarzyć.   

Jestem skończonym idiotą, pomyślał Lassiter. Nie mógł sobie darować, że nie ugryzł się 

w język.   

– Pedro, lubisz czary? – spytał. Chłopiec skinął głową.   
– Ja też – powiedział Lassiter, wyciągając z kieszeni monetę ćwierć dolarową. – Potrafię 

sprawić,  że  zniknie  –  zapewnił.  Kilku  sztuczek  tego  typu  nauczył  się  w  czasie  pierwszego 

roku studiów na Harvardzie. Teraz wyciągnął w stronę malca zaciśnięte pięści.   

– Zgadnij, w której jest – poprosił. Pedro dotknął lewej dłoni. Lassiter otworzył ją. Była 

pusta. – Zgaduj dalej.   

Wybór  był  niewielki.  Pedro  wskazał  drugą  dłoń.  Niestety,  też  była  pusta.  Spojrzał 

zakłopotany.   

– Zniknęła! – przyznał głośno. Lassiter odczekał chwilę.   
– Co to jest? – zawołał nagle, sięgając do ucha chłopca.   
– Pokazał mu monetę. – Nie wiesz przypadkiem, skąd się tam wzięła? 
Sztuczka  była  stara  jak  świat,  ale  w  oczach  chłopca  Lassiter  był  niewątpliwie 

największym czarodziejem naszych czasów.   

– Wesołych świąt, Pedro – powiedział Lassiter, zostawiając mu monetę. – Nie martw się 

o Mikołaja. Jest bardzo mądry. Na pewno cię znajdzie – powiedział i odwrócił się do Trishy. 
–  Jest  tu  gdzieś  Reggie  z  aparatem?  Mama  na  pewno  chciałaby  mieć  zdjęcie  dziecka  – 
zaproponował. Trisha spojrzała na niego ze zdziwieniem. Potwierdził ruchem głowy, żeby to 
załatwiła.   

– Czy mogę go na chwilę zabrać? – spytała Trisha.   
– Oczywiście, bardzo proszę. Pedro, tylko wróć zaraz po zrobieniu zdjęcia.   
Chłopiec skinął głową i wziął Trishę za rękę. Lassiter odwrócił się do młodej matki.   
–  Chciałbym  przeprosić.  Wygłupiłem  się  z  tym  świętym  Mikołajem.  Żeby  to  jakoś 

zrekompensować, chciałbym prosić, żeby kupiła mu pani coś na mój koszt.   

Wyjął  z  kieszeni  banknoty  spięte  srebrną  spinką.  Wysunął  z  niej  dwie 

pięćdziesięciodolarówki. Kobieta usiłowała zaprotestować, ale włożył jej banknoty w dłoń i 
zacisnął palce.   

– Zanim pani odejdzie, proszę podać swój adres tamtemu mężczyźnie z aparatem. Będę 

mógł przesłać zdjęcie Pedra. Zgoda? – spytał, widząc, że zastygła w bezruchu. Skinęła głową 
bez  słowa.  –  Bardzo  współczuję  pani  tego,  co  się  stało.  Natomiast  muszę  przyznać,  że  ma 
pani wspaniałego syna.   

background image

– Dziękuję – szepnęła.   
– Teraz proszę mi wybaczyć – powiedział, wkładając ręce do kieszeni. – Muszę się zająć 

zmywaniem. Skinął głową na pożegnanie i ruszył w stronę kuchni.   

Trisha stała obok Reggiego, gdy robił chłopcu zdjęcia. Jakiś dobry człowiek zawiesił na 

drzewie  plastikowe  laski  wypełnione  cukierkami.  Pedro  nie  omieszkał  solidnie  się 
poczęstować.  Namawianie  go, by  uśmiechnął się do obiektywu,  było bardzo łatwe, bo obie 
dłonie  miał  wypełnione  słodką,  zdobyczą.  Trishę  zawsze  zdziwiło,  jak  niewiele  trzeba,  by 
sprawić ludziom radość.   

Tymczasem zerknęła na Lassitera, który rozmawiał z matką Pedra. Pomyślała, że Lassiter 

ostatnio  ciągle  ją  zaskakuje.  Nie  przyszłoby  jej  do  głowy,  że  zna  jakieś  magiczne  sztuczki. 
Naprawdę współczuł  chłopcu i  jego matce.  Bez  protestów spędził sześć godzin, stojąc przy 
drzwiach, podając bony i gorącą kawę. Każdego witał miłym słowem.   

Jednak zaraz dał znać o sobie chłodny rozsądek Dziewczyno, nie trać głowy, powiedziała 

sobie. Dla niego ten posiłek nie jest żadnym wydatkiem. Pewnie odliczy go sobie od podatku. 
Specjalnie  dla  dziennikarzy  upozował  się  na  szczodrego  księcia.  Nie  ma  nic  do  stracenia. 
Natomiast  może  zdobyć  popularność  i  jeszcze  na  tym  zarobić,  pomyślała  ze  smutkiem. 
Uśmiech zniknął z jej twarzy.   

– Coś się stało? – spytał Reggie.   
– Nie, nic. Dzięki za zdjęcia – powiedziała, nie patrząc mu w oczy.   
– Zrobiłem je z przyjemnością.   
Rzeczywiście  wyglądał  na  szczęśliwego.  Trisha  zaczęła  się  zastanawiać,  dlaczego  on  i 

Jane  poświęcają  co  roku  własne  święta  z  rodziną,  żeby  zbierać  materiały  do  artykułów. 
Jednak teraz nie było czasu, żeby o to spytać.   

– Wracajmy do mamy – zwróciła się do Pedra, wyciągając rękę. Odruchowo spojrzała w 

miejsce, gdzie ostatnio widziała Lassitera. Niestety, już go tam nie było.   

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Dzień  w  schronisku  dla  bezdomnych  był  długi  i  męczący,  ale  to  jeszcze  nie  oznaczało 

końca obowiązków. Trisha wzięła gorącą kąpiel i przebrała się w luźny, sztruksowy komplet. 
Zastała Lassitera stojącego przed kominkiem i spoglądającego w ogień. Miał jeszcze wilgotne 
włosy po prysznicu. Przebrał się w czarne spodnie i biały sweter.   

Gdy przed pół godziną weszli do sypialni, zapadła krępująca cisza. Rozmowa ograniczała 

się do pojedynczych zdań. Trisha zdawała sobie sprawę, że na jej nastrój wpłynęło ukrywane 
zainteresowanie jego osobą. Nie wiedziała, dlaczego on stracił humor. Jednak nie sądziła, by 
wynikło to z faktu, że zepsuła mu świąteczne plany.   

Stanęła  obok  niego  przy  kominku.  Ujął  jej  dłoń  i  zbiegli  razem  po  kręconych  schodach 

jak  prawdziwa  para  zakochanych.  Reggie  i  Jane  już  zajęli  wygodne  fotele  przed  dużym 

kominkiem w salonie. Perrier dotrzymywała im towarzystwa. Po chwili zasiedli we czwórkę 
do  sałatki  z  krabów,  tartinek  i  kawy.  Rozmowa  z  reporterami  była  bardziej  przyjacielska  i 
serdeczna niż poprzednio. Trisha domyślała się, że wynikało to ze wspólnych odwiedzin  w 
schronisku.  Prawdopodobnie  tamci  doszli  do  wniosku,  że  zamożny  kapitalista  i  jego  żona, 

zawsze  w  najmodniejszych  strojach,  nie  są  tak  nadęci,  jak  im  się  początkowo  wydawało. 
Chętnie  zaprzyjaźniłaby  się  z  nimi.  Niestety,  wraz  z  Lassiterem  zaangażowała  się  w 
oszustwo, które zupełnie to uniemożliwiało.   

Gdy  sprzątnięto  ze  stołu,  Lasiter  i  Trisha  zaczęli  rozpakowywać  prezenty.  Kontrast 

między tym, co otaczało ich w schronisku, a tym, czym teraz się zajęli, był uderzający. Trisha 
z trudem zmusiła się do zachowania świątecznego nastroju. Jednak udawało jej się uśmiechać 
do  obiektywu.  Otwierając  kolejne  prezenty  –  brylantową  biżuterię,  kosztowne  perfumy, 

jedwabie i koronki – zastanawiała się, ile dobrego można by zrobić za te pieniądze.   

Następnie  przyszła  kolej  na  Lassitera.  Otwierał  prezenty,  które  rzekomo  pochodziły  od 

niej.  Trisha  patrzyła  ze  zdziwieniem.  Wszystko  było  zbyt  drogie,  by  kiedykolwiek  mogła 
sobie  pozwolić  na  taki  zakup.  Sekretarka  Lassitera  musiała  odwiedzić  wiele  markowych 
sklepów,  by  to  wybrać.  Zadbała,  by  prezenty  zostały  świątecznie  zapakowane.  Zdołała 

jeszcze dostarczyć wszystko na czas, a służba umieściła paczki pod choinką.   

Trisha czuła się samotna i opuszczona. Drogie prezenty podziałały na nią przygnębiająco. 

Na  dodatek  Lassiter  pod  pewnymi  względami  przypominał  jej  ojca.  Co  prawda  musiała 
przyznać,  że  w  schronisku  okazywał  wszystkim  życzliwość  i  sympatię.  Chyba  że  robił  to 
tylko  na  pokaz.  Przecież  dosłownie  zaniemówił,  gdy  zaproponowała  mu,  by  oddał 
bezdomnym  swój  wyszukany  posiłek.  Chętnie  wyszłaby  na  balkon  i  wykrzyczała  światu 
swoje wątpliwości.   

Miała  już  dość  udawania,  że  śpi.  Wstała,  włożyła  cienki  szlafrok  i  ruszyła  do  drzwi. 

Istniała szansa, że nie natknie się na Reggiego, gapiącego się z przejęciem na jakiś mecz w 
telewizji.  Było  już  po  trzeciej,  więc  jego  obecność  wydawała  się  mało  prawdopodobna. 
Wyszła z sypialni i zatrzymała się na szczycie schodów. Panowała cisza. Zbiegła na dół.   

W  czasie  wigilijnego  przyjęcia  kręciła  się  trochę  po  domu.  Dzięki  temu  odkryła,  że 

background image

budynek  wyposażono  w  ogrzewany  basen  ze  szklanymi  ścianami.  Otaczały  go  egzotyczne 
rośliny w ogromnych donicach. Miejsce sprawiało wrażenie ogrodu botanicznego. Za osłoną 
z roślin i szklaną ścianą skrzył się śnieg. Widok był zaskakujący.   

Trisha wiedziała z własnego doświadczenia, że nic tak nie pomaga nerwom odpocząć, jak 

pływanie.  Bardzo  lubiła  pływać.  Niestety,  w  czasie  zakupów  w  Las  Vegas  zapomniała  o 
kostiumie kąpielowym. Uznała, że teraz to bez znaczenia. Mimo szklanych ścian z zewnątrz 
trudno było zajrzeć do środka. Rośliny stanowiły doskonałą osłonę. O tej porze, gdy wszyscy 
spali, nie było obawy, że natknie się na kogoś.   

Światło  księżyca  odbijało  się  w  wodzie.  Było  na  tyle  jasno,  że  zauważyła  niską 

trampolinę, nadmuchiwane fotele wśród bujnej roślinności. Księżyc rzucał srebrną poświatę 
na  liście  roślin  i  z  ich  powodu  nie  oświetlał  całej  powierzchni  wody.  Trisha  podeszła  do 
najbliższego fotela. Położyła na nim szlafrok i piżamę.   

 

Lassiter  leżał  w  ciemnościach.  Starał  się  zasnąć.  Od  kilku  godzin  spoglądał  na 

gwiaździste  niebo.  Księżyc  powoli  wędrował,  przypominając  o  upływie  czasu.  Jednak 
większą  torturą  niż  obserwowanie  księżyca  była  obecność  Trishy.  Wieczorem  odruchowo 
spojrzał  na  nią,  gdy  wychodziła  z  łazienki.  Miała  na  sobie  lekką  piżamę,  która  niewiele 
zasłaniała.  Wyglądała  w  niej  bardzo  seksownie.  Oczywiście,  nie  miało  to  nic  wspólnego  z 
łączącą ich umową. Nie potrafił przestać o niej myśleć. Doszedł do wniosku, że najlepszym 
wyjściem w tej sytuacji byłoby porządne fizyczne zmęczenie. Postanowił popływać.   

Gdy  Trisha  ułożyła  się  wygodnie  i  odwróciła  plecami,  Lassiter  cicho  wstał  i  wyszedł  z 

pokoju. Szedł przez dom okrężną drogą, żeby nie natknąć się na Reggiego przed telewizorem. 
Przez ostatnie cztery godziny tłumaczył sobie, że z Trishą łączy go umowa. Może dziewczyna 
była bardziej pociągająca, niż się spodziewał? Może wspólna sypialnia okazała się większym 
problemem,  niż  przewidział?  Pogrążony  w  myślach,  usiadł  nad  basenem  na  jednym  z 

nadmuchiwanych foteli.   

Nie  należał  do  ludzi  łatwo  ulegających  słabościom.  Nie  był  też  maniakiem  seksualnym. 

Po prostu ta kobieta miała w sobie coś, co nie pozwalało o niej zapomnieć. Powtarzał sobie, 
że na szczęście zostało już tylko sześć nocy. Nagle usłyszał hałas, jakby ktoś odbijał się na 
trampolinie.  Zaskoczony  spojrzał  w  stronę  głębokiej  części  basenu.  Nie  było  wątpliwości. 
Trisha  przygotowywała  się  do  skoku.  W  świetle  księżyca  połyskiwała  jej  naga  skóra.  Do 
diabła! Zanurkuj wreszcie! – powtarzał w myślach.   

W  końcu  wyciągnęła  ręce  i  wyskoczyła  w  powietrze.  Zanurzyła  się  w  wodzie,  lekko  ją 

rozbryzgując.  Lassiter  skurczył  się  na  fotelu,  by  go  nie  zauważyła.  W  przeciwnym  razie 
mogłaby  poczuć  się  upokorzona,  wyjechać  i  nie  dotrzymać  umowy.  Dragan,  wyjdź  stąd 
natychmiast, zanim zrobisz coś głupiego! – pomyślał, wstając. Jedyne, na co naprawdę miał 
ochotę, to skoczyć za nią i wziąć ją w ramiona. Natychmiast! 

Gdy Trisha wynurzyła się, by zaczerpnąć powietrza, była znów sama.   

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Obudziła  się  rano  i  zerknęła  w  stronę  Lassitera.  Ze  zdziwieniem  stwierdziła,  że  już  się 

obudził. Siedział, przeczesując dłońmi włosy.   

– Dzień dobry – powiedziała, siadając na łóżku. – Dobrze spałeś? 
Spojrzał na nią z nieukrywaną irytacją.   
– Po prostu świetnie – odburknął ponuro. – A ty? 
–  Nie  najlepiej  –  przyznała.  –  Skorzystałam  z  basenu.  Chyba  nie  masz  nic  przeciwko 

temu? 

Zacisnął zęby.   
– Dlaczego miałoby mi to przeszkadzać? Zdziwiła ją jawna wrogość.   
– Nadal jesteś na mnie wściekły z powodu świątecznego obiadu? 
– To już stara historia.   
– W takim razie o co chodzi? Zrobiłam coś, co cię rozzłościło? 
–  Nie  jestem  na  ciebie  zły  –  zapewnił,  wstając  z  sofy.  Trisha  mogła  się  przekonać,  że 

jednak nie sypiał nago, jak się obawiała. Miał na sobie bokserki. – Idę pod natrysk.   

–  Nie  obrazisz  się,  jeśli  zejdę  teraz  na  śniadanie?  –  spytała.  –  Już  brałam  prysznic  po 

basenie.   

– Tak, wiem – mruknął, mijając łóżko.   
– Słucham? 
Szybko ruszył w stronę łazienki.   
– Powiedziałem: Tak, idź.   
Zatrzasnął za sobą drzwi. Trisha siedziała trochę oszołomiona.   
–  Cóż,  wygląda  na  to,  że  pan  Dragan  żałuje  interesów  z  nami  –  powiedziała  z 

westchnieniem  do  Perrier.  Suczka  spojrzała  na  nią  z  pełnym  oddaniem.  Trisha  uśmiechnęła 
się, pogłaskała ją i wzięła na ręce. – Jeszcze tylko kilka dni – dodała. – Potem każdy idzie w 
swoją stronę.   

Lassiter  Dragan  na  pewno  szybko  zapomni  o  tych  świętach,  pomyślała.  Miała  jednak 

dręczące przeczucie, że jej nie będzie tak łatwo.   

Trisha ubrała się pospiesznie i zeszła do jadalni. Reggie i Jane już tam czekali. Wyglądali 

na  świeżych  i  wypoczętych.  Jane  pozbyła  się  odrobiny  nieśmiałości.  Dzięki  temu  mogli 
poplotkować  jak  trójka  starych  znajomych.  Opowiedzieli  Trishy  o  początkach  świątecznej 
serii, którą kontynuowali od czterech lat. Do pierwszego materiału zgłosili się na ochotnika, 
bo  oboje  byli  samotni  i  mogli  czymś  wypełnić  święta.  Potem  seria  stawała  się  coraz 
popularniejsza. Kontynuowali ją. Dzięki temu inni reporterzy mogli święta spędzić z rodziną.   

Lubili  pracę  w  redakcji,  jednak  mieli  ambitniejsze  marzenia.  Reggie  marzył  o 

fotografowaniu  dzikiej  przyrody.  Natomiast  Jane,  czerwieniąc  się,  przyznała,  że  gdy  ma 

wolny  czas,  pisze  scenariusze  sztuk  teatralnych.  Trisha  zaczęła  się  domyślać,  że  mimo 
zupełnie różnych osobowości ta dwójka ma się ku sobie.   

W  końcu  zjawił  się  Lassiter.  Prezentował  się  doskonale  w  dżinsach  i  szarym  swetrze  z 

background image

dekoltem w serek. Pieszczotliwie dotknął policzka Trishy i usiadł obok. Nie spodziewała się 
gorących gestów i natychmiast się zaczerwieniła. Jednak zaraz się uśmiechnęła, bo przyszło 
jej do głowy, że mogłaby zabawić się w swatkę.   

– Sanki! – oznajmiła triumfalnie.   
– Słucham? – spytał Lassiter.   
– Chodźmy pojeździć na sankach – powiedziała, wskazując śnieżny krajobraz za oknem. 

–  Mamy  piękny,  zimowy  dzień  i  szkoda  siedzieć  w  domu  –  tłumaczyła,  spoglądając  na 
Lassitera. – Kochanie, na pewno masz jakieś sanki.   

– W garażu powinny się znaleźć co najmniej dwie pary – przyznał.   
– Wspaniale – powiedziała, odsuwając krzesło. – Kto jest za jazdą na sankach? – spytała.   
Zdawała  sobie  sprawę,  że  zakochany  żonkoś,  za  jakiego  chwilowo  chciał  uchodzić 

Lassiter, musi poprzeć damę? swego serca. Natomiast Reggie i Jane powinni im towarzyszyć, 
jeśli zamierzali zebrać materiały do artykułu.   

Wkrótce cała czwórka w sportowych strojach wspinała się na pagórek, najlepszy w całej 

posiadłości do jazdy na sankach.   

–  Skąd  nagle  takie  zainteresowanie  saneczkarstwem?  –  spytał  Lassiter.  Trisha  zerknęła 

przez ramię na towarzyszącą im parę.   

– Z powodu Reggiego i Jane. Bawię się w swatkę.   
– Co takiego? – spytał Lassiter, unosząc brwi.   
– Z daleka widać, że są sobą zainteresowani.   
– Niczego takiego osobiście nie zauważyłem – stwierdził stanowczo.   
– Zdaje się, że spostrzegawczość nie jest twoją mocną stroną.   
– Cóż, w tej dziedzinie nie jestem specjalistą – przyznał po chwili.   
– W takim razie musisz uwierzyć mi na słowo. Zdaj się na moją intuicję.   
– Jesteśmy na miejscu – powiedział Lassiter. Wyciągniętą ręką wskazał widok ze zbocza. 

Gdzieniegdzie  rosły  tam  pojedyncze  drzewa.  Dalej  rozciągała  się  dolina  wielkości 
piłkarskiego boiska.   

– Wygląda zachęcająco – oceniła Trisha.   
– Rewelacyjny stok! – stwierdził Reggie, gdy wraz z Jane wspięli się na szczyt.   
Trisha  dopiero  teraz  zdała  sobie  sprawę,  że  jeśli  zgodnie  z  jej  planem  tamta  dwójka 

będzie zjeżdżać wspólnie, na nią przypada jazda z Lassiterem. Zerknęła na sanki. Wyglądały 
na bardzo małe, biorąc pod uwagę, że powinny unieść dwie dorosłe osoby.   

– Jak będziemy na tym jeździć? – spytała. Pomysł z sankami przyszedł jej do głowy pod 

wpływem chwili, całkiem niespodziewanie. Ostatni raz siedziała na czymś takim w odległym 
dzieciństwie. Tyle że wtedy mieściła się na sankach razem z trzema koleżankami.   

Reggie powiesił aparat fotograficzny na gałęzi najbliższej sosny.   
–  Panowie  zjeżdżają  na  leżąco.  Panie  wskakują  jako  kolejna  warstwa  –  zaproponował. 

Trisha była zupełnie zaskoczona.   

– Nigdy nie zjeżdżałam na leżąco – zaprotestowała. Wyobraziła sobie, że wspina się na 

Lassitera. – Może jednak na siedząco? Tak zjeżdżałam, gdy byłam dzieckiem.   

– To kolejny sposób – mówił Reggie, układając się na sankach brzuchem do dołu. Kiwnął 

background image

na  Jane,  żeby  się  pospieszyła.  –  Siadasz  z  przodu.  Lassiter  obejmuje  cię  nogami.  Jednak 
wtedy opór powietrza jest dużo większy.   

– Co ty na to, kochanie? – spytał tamten z rozbawieniem. – Może po prostu staniemy na 

sankach? – zaproponował.   

Spojrzała  na  niego  wyraźnie  strapiona.  Pochylił  się  i  zsunął  jej  czapkę  z  jednego  ucha. 

Następnie bez pośpiechu, delikatnie chwycił zębami jej ucho. Zaskoczył ją tym tak bardzo, że 
wylądowałaby na kolanach, gdyby jej nie objął za ramiona.   

– Mamy się zachowywać jak nowożeńcy – przypomniał szeptem. – Sanki to twój pomysł. 

Albo kładziesz się na mnie, albo siadasz przede mną. Wybieraj.   

Trisha nie sądziła, że niewinna propozycja jazdy na sankach okaże się tak stresująca.   
–  Będziecie  tu  stać  cały  dzień,  czy  może  zdecydujecie  się  zjechać?  –  spytał 

zniecierpliwiony  Reggie.  Lassiter  wyprostował  się,  natomiast  Trisha  drżącą  ręką  poprawiła 
czapkę.   

– Jedziemy – powiedziała niepewnym głosem. Tymczasem Reggie ułożył się na sankach 

na brzuchu.   

Na  jego  plecach  zajęła  miejsce  Jane  z  nosem  w  futrzanym  kapturze  jego  kurtki. 

Uśmiechała się nieśmiało, ale Trisha gotowa była przysiąc, że dziewczyna jest zachwycona.   

– Kochanie, ułóż się na sankach, bo przegramy już na starcie – zwróciła się do Lassitera.   
– To samo właśnie przyszło mi do głowy – stwierdził.   
– Ścigamy się? – spytał Reggie.   
– Nie! – zaprotestowała Trisha.   
– Jasne! – zgodził się Lassiter bez wahania.   
Ruszyli.  W  pierwszej  chwili  Trisha  krzyknęła  z  przerażenia,  kurczowo  trzymając  się 

Lassitera, jakby walczyła o życie. Jednak po chwili przekonała się, że nic jej nie grozi, a jazda 

sprawia przyjemność. Odwróciła głowę, bo z tyłu rozległy się piski i głośny śmiech. Reggie i 
Jane wywrócili się i potoczyli kilka metrów, nie przerywając uścisku.   

Gdy dojechali do końca trasy, Trisha wskazała na drugą parę.   
– Zaręczą się jeszcze przed Nowym Rokiem – powiedziała do Lassitera.   
– Jesteś beznadziejną romantyczką.   
– Wolę być beznadziejną romantyczką niż oschłym ponurakiem. Szanowny pan zalicza 

się do tej drugiej kategorii – oświadczyła zdecydowanie.   

–  Opinia  na  mój  temat  została  zapamiętana  –  powiedział.  –  Gdybyś  ze  mnie  zsiadła, 

miałbym większe szanse, żeby wciągnąć sanki na pagórek.   

Poczuła się jak idiotka, leżąc na nim i usiłując się kłócić. Zsunęła się, klękając w śniegu. 

Reggie i Jane nadal tkwili w zaspie. Nie spieszyli się, by się wydostać.   

Ranek  minął  na  wielu  wspinaczkach  i  zjazdach.  Cała  czwórka  śmiała  się,  rzucała 

śnieżkami i zjeżdżała kolejny raz. Lassiter doskonale panował nad sankami. Nie wywrócili się 
nawet raz. Z kolei Jane i Reggie wielokrotnie lądowali w śniegu. Trisha zaczęła podejrzewać, 
że to nie był pech ani przypadek. W pewnej chwili poczuła, że im zazdrości.   

Jak  na  zawołanie  nagle  sanki  ustawiły  się  bokiem.  Trisha  potoczyła  się,  krzycząc  i 

wymachując rękami. Gdy otarła twarz ze śniegu, okazało się, że leży na Lassiterze nosem w 

background image

nos. Sama tego chciałaś! – pomyślała.   

– Będzie rewelacyjne zdjęcie! Pocałuj ją! – zawołał Reggie, biegnąc z aparatem. Trisha 

nie zamierzała czekać. Zdawała sobie sprawę, że kolejny pocałunek Lassitera może posunąć 
sprawy za daleko. Spróbowała wyswobodzić się z uścisku.   

–  Nie!  –  ostrzegł  ją  Lassiter,  przyciągając  ją  mocniej  do  siebie.  –  On  ma  rację.  Już 

najwyższy czas na kolejny pocałunek.   

Najwyższy czas? Co to niby miało znaczyć? – pomyślała.   
– Już zrobił nam zdjęcie, gdy się całowaliśmy...   
– Przestań – szepnął Lassiter i pocałował ją. Był zmysłowy, gorący i prowokujący. Trisha 

czuła, że coraz bardziej traci kontrolę nad sobą. Nie! – powtarzała sobie. Przecież łączy nas 
tylko biznes. Nic więcej! 

– Świetnie! – zawołał Reggie. – Co za zdjęcie! Kochankowie na śniegu.   
Lassiter  powoli  opuścił  ręce  i  uwolnił  ją  z  uścisku.  Otworzyła  oczy.  Nie  potrafiła 

rozszyfrować jego spojrzenia.   

Lassiter siedział na jednym z wysokich krzeseł przyf kuchennym bufecie. Niewidzącymi 

oczami obserwował ogień na kominku. Było to jedyne światło rozjaśniające wnętrze. Lassiter 
nie potrzebował teraz więcej światła. Ciemność bardziej odpowiadała jego nastrojowi. Był zły 
na siebie. Nie musiał całować Trishy z takim zapałem, jakby od tego zależało jego życie. Co 
się z nim stało? Mieli tylko przez chwilę pozować do zdjęcia. Nic więcej. Co prawda widział, 
jak  przez  cały  ranek  Reggie  i  Jane  bawili  się  w  śniegu.  W  końcu  i  jemu  udzielił  się  ich 
nastrój.   

Specjalnie wywrócił sanki. Nie był to żaden przypadek. Jednak on posunął się dużo dalej. 

Przyciągnął  Trishę  do  siebie  i  całował  ją,  jakby  chciał  ją  natychmiast  uwieść.  Zaklął  pod 
nosem.  Gdyby  nie  było  świadków,  pewnie  tak  by  się  stało.  To  złościło  go  najbardziej.  Nie 
zamierzał angażować się emocjonalnie w kontaktach z Trisha August.   

Z domu nie wyniósł dobrych wzorców. Z kobietami nie nawiązywał długich znajomości. 

Zaangażowanie uczuciowe mogło grozić cierpieniem.   

– Wartość rodziny jest bardzo przeceniana – mruknął do siebie.   
–  Mylisz  się  –  odpowiedział  mu  znajomy  kobiecy  głos.  Trisha  stanęła  w  drzwiach, 

włączając światło.   

– Dobry wieczór – powiedział i uniósł kubek. – Masz ochotę na kawę? 
Skinęła głową.   
– Naleję sobie – powiedziała, sięgając po dzbanek. Postawiła kubek obok na bufecie.   
– Chcesz wiedzieć, dlaczego się mylisz? 
– Nie upieram się.   
Uniosła rękę i kiwnęła na niego palcem.   
– Chodź ze mną. Wzruszył ramionami.   
– Tylko na chwilę – powiedziała, ciągnąc go za mały palec. – Chodź.   
Spojrzał ponuro, ale ruszył za nią do drzwi.   
–  Spójrz  –  powiedziała,  wskazując  Jane  bawiącą  się  z  Perrier.  Zawzięcie  walczyły  o 

skarpetkę.  Jane  zaśmiewała  się  przy  tym  głośno.  Reggie  uklęknął  obok,  żeby  zrobić  im 

background image

zdjęcie. Błysk lampy błyskowej  spowodował, że Jane uniosła na niego  wzrok. Uśmiechnęli 
się do siebie.   

– Widziałeś? – spytała Trisha.   
– Co? 
Lassiter  znał  odpowiedź,  ale  nie  chciał  odbierać  Trishy  przyjemności  wyjaśnienia.  Było 

jasne, że między Reggiem i Jane wiele się zmieniło. Inaczej na siebie patrzyli. Dotykali się, 

ocierali o siebie. Potrzebowali bezpośredniego kontaktu.   

–  Uważasz,  że  znaczenie  rodziny  jest  przeceniane  –  zaczęła  Trisha,  gdy  wrócili  do 

kuchni.  –  Jak  chcesz  oceniać  wartość  związku  dwojga  ludzi,  którym  przedtem  dokuczała 
samotność? 

– Beznadziejny romantyzm znów daje znać o sobie. Spojrzała na niego z wyrzutem.   
–  Twoi  rodzice  byli  jak  dwie  kostki  lodu.  Czy  to  znaczy,  że  wszyscy  ludzie  są 

nieszczęśliwi w małżeństwie? 

Kostki lodu. Dobre określenie, pomyślał.   
– Opowiadałaś o swoim dzieciństwie. Twoja rodzina też nie była doskonała – powiedział. 

– Dlaczego tak zawzięcie bronisz instytucji małżeństwa? 

– Widziałam, jak matka była szczęśliwa, gdy drugi raz wyszła za mąż. Jej drugi mąż w 

niczym  nie  przypominał  mojego  ojca.  Był  miły,  uczuciowy,  a  moją  mamę  kochał 
bezgranicznie.   

Lassiter nie zamierzał drążyć tego tematu.   
– W takim razie powinniśmy się cieszyć, że już wzięliśmy ślub – stwierdził, nie wierząc 

we własne słowa. Trisha uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.   

–  Jako  człowiek,  który  wszystko  ocenia  w  kategorii  zysków  i  strat,  powinieneś  się 

domyślić, do której rubryki wpisałabym nasze małżeństwo – powiedziała zaczepnie.   

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

Rankiem dwudziestego siódmego grudnia Trisha miała wreszcie okazję uwolnić się spod 

opiekuńczych skrzydeł Lassitera Dragana. Jane i Reggie pojechali z nim zwiedzić wieżowiec 
Dragana.  Co  prawda  artykuł  miał  opowiadać,  jak  milioner  spędza  święta,  ale  chcieli  zrobić 
trochę  zdjęć  jego  biurowca.  Ostatecznie  „The  Urban  Sophisticate”  zainteresowało  się  jego 
osobą ze względu na sukcesy odniesione przez niego jako inwestora.   

Trisha samotnie zjadła śniadanie. Służący czekał w pobliżu, gotowy na każde wezwanie. 

Trisha w pewnym momencie wstała i ruszyła do kuchni z filiżanką w ręku. Służący podreptał 
za nią, powtarzając, że wystarczy powiedzieć, a kawa zostanie przyniesiona.   

– Proszę mi wierzyć, że mam duże doświadczenie w podawaniu kawy – odpowiedziała.   
Napełniła  filiżankę  i  zerknęła  na  stos  kart  świątecznych.  Zdawała  sobie  sprawę,  że 

wysłano  je  do  Lassitera,  ale  karty  świąteczne  to  nie  zaklejone  listy,  pomyślała.  I  tak 
przeznaczone  są  do  wspólnego  oglądania.  Zabrała  je  do  pokoju,  położyła  się  na  dywanie  i 
zaczęła je przeglądać. Perrier natychmiast przybiegła, by dotrzymać jej towarzystwa.   

–  Skąd  taki  samotnik  dostaje  tyle  kart?  –  spytała  psa,  choć  nie  spodziewała  się 

odpowiedzi.   

Wiele świątecznych życzeń nadeszło od firm. Było też sporo kart od różnych osobistości, 

gubernatora i dwóch senatorów. Całkiem sporo nadesłały samotne kobiety. Jednak najbardziej 
zaskoczyły ją liczne podziękowania od organizacji charytatywnych. Okazało się, że był także 
fundatorem stypendiów dla uczącej się młodzieży.   

– Perrier, co ty na to? Kto by się spodziewał, że pan Dragan potrafi dzielić się z innymi? 
Jej własny ojciec z zasady nikomu w niczym nie pomagał.   

Przerzucając  kartki,  zdecydowała,  że  najlepiej  będzie  je  powiesić  nad  wejściem  do 

salonu.  Poprosiła  służącego  o  nożyczki,  tasiemkę  i  drabinę.  Godzinę  później,  gdy  kończyła 
zajmować się kartkami, Lassiter, Reggie i Jane właśnie weszli. Trisha zamarła, jak przestępca 
przyłapany na gorącym uczynku. Lassiter zatrzymał się jak wryty. Natomiast Reggie sięgnął 
po aparat.   

– Prawdziwy rodzinny nastrój – stwierdził z aprobatą. Trisha zerknęła na Lassitera.   
– A ty jak sądzisz, kochanie? – spytała.   
– Rzeczywiście. Jest bardziej rodzinnie – przyznał bez entuzjazmu.   
–  Zawsze  z  mamą  rozwieszałyśmy  kartki.  Brakowało  mi  tego.  Pomyślałam,  że  warto 

wrócić do starego zwyczaju.   

– Tradycja jest ważna – poparła ją Jane, zapisując coś w notatniku.   
Trisha pomyślała, że niezależnie od opinii Lassitera zdjęcie rozwieszonych kart znajdzie 

się  na  stronach  „The  Urban  Sophisticate”.  Może  kosztem  fotografii  z  jego  nowoczesnego 
biura? 

–  Marvin  prosił,  żebym  was  poinformowała,  że  lunch  podadzą  za  dwadzieścia  minut. 

Tymczasem możecie się odświeżyć.   

– Świetnie. Zdążę włożyć nowy film – odezwał się Reggie.   

background image

– Pójdę umyć ręce – powiedziała Jane, rumieniąc się lekko. Trisha spojrzała za nimi, gdy 

razem wchodzili po schodach. Zauważyła, że znacząco spojrzeli na siebie. Ich gesty mówiły 
więcej niż słowa.   

–  Chyba  nie  masz  mi  za  złe  tych  kart?  –  spytała  Trisha,  gdy  zostali  we  dwójkę  z 

Lassiterem.   

– Skądże.   
– Mógłbyś wykazać więcej entuzjazmu.   
– Przeglądałaś moją pocztę. Ciesz się, że nie wpadłem w złość.   
–  Oczywiście.  Masz  rację  –  przyznała.  Rozsądek  podpowiadał  jej,  żeby  zakończyła  ten 

temat. Jednak musiała dodać jeszcze jedno zdanie.   

– To nie moja sprawa, ale muszę przyznać, że mi zaimponowałeś.   
Spojrzał na nią z niedowierzaniem.   
– Czym? 
– Sporo kart przyszło z organizacji charytatywnych. Jesteś hojnym człowiekiem.   
–  Coś  trzeba  zostawić  innym  –  powiedział.  –  Oprócz  tego  darowizny  mogę  odpisać  od 

podatku – mówił, spoglądając na zegarek. – Mówiłaś, że lunch będzie o której? 

– W południe.   
– Wybacz, ale chciałbym się przebrać przed posiłkiem.   
– Oczywiście.   
Odwrócił się i pobiegł po schodach, skacząc po dwa stopnie. Smutne, pomyślała Trisha. 

Robi coś dla innych i nie ma z tego żadnej przyjemności. Jednak musiałby wtedy zdobyć się 
na przeżywanie uczuć. Natomiast on nie chce sobie pozwolić na coś takiego.   

Usiadła  na  dywanie  przed  kominkiem  i  obserwowała  płomienie.  Zastanawiała  się,  czy 

Lassiter  jest  beznadziejnym  przypadkiem.  Gdy  się  poznali,  była  o  tym  całkowicie 

przekonana.  Potem  okazało  się,  że  nigdy  nie  odmawiał  pomocy.  Jeśli  zrobił  coś 
pożytecznego, nie mówił potem bez przerwy na ten temat. Pod tym  względem był zupełnie 
inny niż jej ojciec. Tamten nigdy nie włączał się do domowych obowiązków. Każde drobne 
poświęcenie ze swojej strony wypominał w nieskończoność.   

–  Perrier,  będziemy  tu  tylko  kilka  dni  –  mówiła,  głaszcząc  psa.  –  Jak  w  tym  czasie 

nauczyć pana Dragana, by potrafił się cieszyć? 

 

Na  popołudnie  został  zaplanowany  wywiad  z  Lassiterem  na  temat  jego  dzieciństwa  i 

rodziny.  Trisha  była  ciekawa,  jak  będzie  opisywał  życie  rodzinne.  Mówił  krótko  i  zwięźle, 
unikając wszelkich emocji. Okazało się, że portret hiszpańskiej damy wiszący nad kominkiem 
nie znalazł się tu przypadkowo. Była to jego prababka, księżna Madelena de la Vińa. To do 
niej należały kiedyś klejnoty, które teraz nosiła Trisha. Książę Diego de la Vina z małżonką 
przybył do Stanów Zjednoczonych tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej.   

Zapytany o krewnych ze strony ojca, Lassiter zażartował, że pochodzili w prostej linii od 

rumuńskich  Cyganów,  utrzymujących  się  z  wróżenia.  Dziadkowie,  Melchior  i  Ida  Dragan, 
przybyli do Stanów jako imigranci po drugiej wojnie światowej. Ich jedyny syn, Johann, był 
ojcem Lassitera.   

background image

Trisha  słuchała  w  milczeniu.  Zaskoczyły  ją  te  informacje.  Z  hiszpańskiej  szlachty  i 

rumuńskich  Cyganów  powstała  nadzwyczaj  interesująca  mieszanka  genów.  Inteligencja, 
uroda  i  żyłka  do  interesów  niewątpliwie  wyróżniały  Lassitera.  Gorący  temperament  i 
zmysłowa  uczuciowość  drzemały  w  ukryciu,  czasem  tylko  dając  znać  o  sobie.  Trisha 
pomyślała, że nikt nie nauczył  go cieszyć się życiem. W tym  momencie podszedł  Marvin  i 
podał jej telefon bezprzewodowy.   

– Telefon do pani Dragan – wyjaśnił.   
Skinęła głową, wzięła telefon i wyszła z pokoju z przepraszającym uśmiechem.   
–  Słucham?  –  spytała  w  holu.  Numer  telefonu  podała  na  wszelki  wypadek  tylko 

właścicielce mieszkania.   

– Cześć, Trisha. Tu Kindra.   
– Coś się stało? 
– Mamy mały kłopot... – zaczęła. – Zaraz, zaraz, ten pan, który odebrał telefon, nazywa 

cię panią Dragan. Czyżbyś wyszła za mąż? 

Trisha  zagryzła  wargę.  Wiedziała,  że  musi  coś  odpowiedzieć.  Kindra  nie  należała  do 

osób, które dają się zbyć.   

– Cóż, właściwie to tak – przyznała.   
– Mój Boże! Kiedy? Nie mogę uwierzyć! 
– Nie ma wiele do opowiadania. Sprawa wynikła nagle.   
–  To  brzmi  jak  bajka.  Bardzo  się  cieszę.  Przysięgam,  że  gdybym  mogła,  nie 

zawracałabym ci głowy, ale dzwoniłam już do wszystkich. Są święta, ludzie powyjeżdżali... 
Chodzi  o  to,  że  Chuck  miał  niespodziewane  wydatki  i  nie  może  dać  nam  w  prezencie 

obiecanej  farby.  Troje  wolontariuszy  musiało  wyjechać  w  tym  tygodniu.  Mamy  poważny 
kłopot – powiedziała łamiącym się głosem.   

– Kindra, tylko nie płacz.   
– Dobrze – tamta pociągnęła nosem, starając się zapanować nad sobą. – Pani Chappell i 

jej córki  muszą opuścić  mieszkanie do końca miesiąca.  Nie możemy wyrzucić ich na śnieg 
razem z rzeczami i powiedzieć, że będą mogły wprowadzić się do swojego domu za tydzień. 
Tymczasem staramy się, żeby nie zamarzły. Ich dom musi być gotowy do Nowego Roku. Co 
możemy  zrobić  bez  farby  i  wolontariuszy?  Wiem,  że  już  dałaś  z  siebie  bardzo  dużo,  ale 
potrzebujemy cudu.   

Trisha poznała panią Chappell, wdowę z trzema córkami, gdy wraz z innymi ochotnikami 

pomagała  zbudować  dla  niej  niewielki  dom.  Wreszcie  cała  czwórka  miała  szansę  zdobyć 
własny  kąt.  Trisha  zaczęła  pracować  jako  wolontariuszka  już  w  dzieciństwie,  gdy  tylko 
nauczyła  się  trzymać  młotek.  Teraz  też  gotowa  była  włączyć  się  do  pomocy.  Jednak  była 
sama, nie stać jej było na zakup farby, pędzli i innych rzeczy, które obiecał Chuck Milson.   

– Widzisz, Kindra, szczerze mówiąc, nie jest to najlepszy moment... – Pokręciła głową, 

bo  zabrakło  jej  słów.  Miała  się  przyznać,  że  chwilowo  jest  żoną  pewnego  bogacza,  który 
obiecał jej pożyczkę? 

Spojrzała  przez  drzwi  do  pokoju.  Księżna  na  portrecie  uśmiechała  się  łagodnie,  jakby 

chciała zachęcić ją do działania.   

background image

–  Zaczekaj,  Kindra,  coś  mi  przyszło  do  głowy  –  zawołała  Trisha,  uśmiechając  się  do 

portretu.   

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

 

Lassiter  przyjrzał  się  wolontariuszom,  którzy  właśnie  jedli  pizzę,  śmiali  się,  żartowali  i 

plotkowali. Pracownicy lokalu zsunęli dla nich pięć stołów, żeby posadzić razem dwunastkę 
zmęczonych, pochlapanych farbą ochotników wraz z panią Chappell i jej córkami. Mimo że 
malowanie trwało już trzeci dzień, Lassiter nie mógł uwierzyć, że wraz z Jane i Reggiem dali 
się  do  tego  namówić.  Dziwił  się,  że  w  gruncie  rzeczy  sprawiało  mu  to  przyjemność  i  że 
zdążył polubić ich wszystkich.   

Pani  Chappell  z  córkami  siedziała  przy  przeciwległym  końcu  pospiesznie  zestawionych 

stołów.  Wszystkie  cztery  były  rude  i  piegowate.  Każda  pochlapana  farbą.  Szczególnie 
wyróżniała się ośmioletnia Emma. Wyglądała zabawnie, jakby większość czasu spędzała pod 
kapiącymi pędzlami.   

Lassiter oparł się wygodnie na krześle. Był zmęczony i bolały go mięśnie. Jednak było to 

przyjemne fizyczne zmęczenie.  Zupełnie inne niż po ciężkim dniu  pracy w biurze.  Leniwie 
słuchał  fragmentów  rozmowy.  Następnego  dnia  panie  Chappell  miały  się  przeprowadzić. 
Mnóstwo  chętnych  zgłosiło  się  do  pomocy,  więc  spotkanie  przy  pizzy  było  pożegnaniem 
grupki malarzy. Od czasu do czasu słyszał głos Trishy. Jako żona zasiadła obok niego.   

Nagle poczuł uderzenie łokciem w żebra. Najwyraźniej jego pani chciała zwrócić na coś 

jego uwagę.   

–  Są  delikatniejsze  sposoby,  by  sprawdzić,  czy  jeszcze  żyję  –  odezwał  się  do  niej,  nie 

otwierając oczu. – Spróbuj przytrzymać lusterko przy ustach i powiedz, czy zaparowało.   

– Promieniejesz – powiedziała cicho.   
– Co ty pleciesz? 
–  Promieniejesz  z  zadowolenia,  że  zrobiłeś  coś  pożytecznego.  Przyjemne  uczucie, 

prawda? 

Spojrzał  na  nią  z  niedowierzaniem.  Przez  lata  uczył  się,  jak  uwolnić  się  od  zbędnych 

emocji.  Jej  wyjaśnienie  zupełnie  mu  nie  odpowiadało.  Zgodził  się  popracować  z  nimi  przez 

trzy dni. Okazali się sympatyczni. Ciężko pracowali i teraz byli zmęczeni. Kropka.   

–  Znów  masz  jakieś  romantyczne  wytłumaczenie.  Po  prostu  jestem  zmęczony  jak 

wszyscy.   

–  Możesz  sobie  zaprzeczać.  Któregoś  dnia  przyznasz,  że  miałam  rację  –  stwierdziła  z 

uśmiechem.   

 

Przez większą część życia Trisha spędzała sylwestra z wolontariuszami i  ich rodzinami. 

Jednak Lassiter nalegał, żeby tym razem wzięła udział w eleganckim przyjęciu w sali balowej 
luksusowego  hotelu  tuż  przy  modnym  Crown  Center.  Miała  w  tym  uczestniczyć  elita 
towarzyska  Kansas  City.  Na  samą  myśl  o  tym  Trisha  cierpiała,  jakby  czekało  ją  wyrwanie 
zęba.   

Teraz  wsiadła  z  Lassiterem  do  sportowego  porsche.  Reggie  i  Jane  jechali  za  nimi 

limuzyną  z  kierowcą.  Gdy  dojeżdżali  do  Crown  Center,  ujrzeli  iluminację  z  pięćdziesięciu 

background image

tysięcy lampek. Tak przynajmniej podawała lokalna prasa. Wszystkie drzewa tworzące aleję 
przed wejściem były ozdobione światełkami.   

– Co powiem wolontariuszom, gdy zaczniemy na wiosnę budować kolejny domek i ciebie 

nie będzie? – spytała nagle Trisha.   

–  Umawialiśmy  się,  że  będziemy  opowiadać,  że  nasz  romans  skończył  się  równie 

gwałtownie, jak się zaczął. Powinni to zrozumieć.   

– Pewnie tak – przyznała i skinęła głową.   
– Daj mi znać, gdy znów będzie potrzebna farba i pędzle – dodał niespodziewanie.   
– Masz na myśli kolejny domek? Spojrzał na nią z dziwną miną.   
– Każdy kolejny, dopóki będziesz pracować z nimi na ochotnika.   
W tym momencie parkingowy otworzył przed nią drzwi i podał dłoń w białej rękawiczce, 

zanim zdążyła odpowiedzieć Lassiterowi. Ruszyli w kierunku wejścia.   

– Dziękuję – powiedziała zaskoczona. – Wiesz, że nie musisz tego robić. Nikt nie będzie 

miał do ciebie żalu.   

Przez  obszerny  hol  przeszli  w  kierunku  wind.  Wysiedli  na  szesnastym  piętrze.  Lassiter 

pomógł  jej  zdjąć  długie,  wełniane  palto.  Wzięła  kilka  głębokich  wdechów,  żeby  zwalczyć 
tremę. Objął jej dłoń.   

– Spokojnie. Świetnie dasz sobie radę. Możemy przyłączyć się do innych? 
Miała ochotę odwrócić się na wysokich obcasach, wrócić do domu, włożyć dżinsy, luźny 

sweter  i  pojechać  na  prywatkę  do  Kindry.  Właśnie  zamierzała  to  powiedzieć  głośno,  gdy 
oślepiło ją światło lampy błyskowej.   

–  Niezłe  zdjęcie  –  usłyszała  głos  Reggiego,  zanim  zaczęła  normalnie  widzieć.  –  Teraz 

możecie spokojnie się bawić. Nie będziemy wam przeszkadzać.   

Jane  i  Reggie  stali  przed  nimi  w  odświętnych  strojach.  Jane  miała  na  sobie  satynową 

obcisłą sukienkę sięgającą kostek. On na tę okazję spiął w kucyk długie włosy.   

– Bawcie się dobrze – wtrącił Lassiter. – Zapomnijcie o pracy. To ostatni dzień roku.   
Reggie roześmiał się radośnie.   
– Tylko kilka zdjęć i sprawdzimy tutejsze zakąski – powiedział, obejmując Jane.   
Trisha spojrzała za nimi, gdy wchodzili do sali balowej. Była obszerna, niemal wielkości 

boiska.  Stało  tam  nieco  antycznych  mebli,  bardziej  dla  dekoracji  niż  do  użytku.  Na 
przeciwległej ścianie umieszczono scenę. Niewielka orkiestra grała nastrojową muzykę. Kilka 
par  już  zaczęło  tańczyć.  Trisha  czuła  się  tu  jak  Kopciuszek.  Na  szczęście  przybywała  w 
towarzystwie  przystojnego  księcia.  W  odróżnieniu  od  pierwowzoru  nie  miała  co  liczyć,  że 
kiedykolwiek w przyszłości książę zacznie jej szukać.   

Tymczasem  pozwalała  się  prowadzić  przez  salę.  Lassiter  dokonywał  kolejnych 

prezentacji. Czasem się rozdzielali. Wtedy zawierała znajomości na własną rękę. Wymieniła 
uściski dłoni z gubernatorem Missouri, potem z najnowszym amantem z Hollywood, wreszcie 
podeszła do państwa Richmond, których rozpoznała dzięki zdjęciom w gazecie. Dopiero teraz 
zdała sobie sprawę, jak inny był jej świat w porównaniu ze światem Lassitera. Starała się nie 
ulec oszołomieniu z powodu tylu znanych twarzy polityków, sportowców, ludzi rozrywki. Z 
kolei Lassiter czuł się w tym towarzystwie jak ryba w wodzie.   

background image

Ze zdziwieniem zauważyła, że wszyscy uważnie słuchali tego, co miała do powiedzenia. 

Jej  opinie traktowano najzupełniej  poważnie. Dzięki  temu wkrótce przestała być speszona i 
onieśmielona.  Gdy  Lassiter  wdał  się  w  polityczną  dyskusję,  sięgnęła  po  deserowy  talerz  i 
rzuciła  okiem  na  tutejsze  przysmaki.  Przeszła  powoli  wzdłuż  szwedzkiego  stołu.  Wybrała 
greckie  kulki  mięsne,  kilka  tartinek,  żeberka  w  śliwkowym  sosie  i  odrobinę  sałatki  ze 
świeżych owoców.   

– Jak jedzenie? – spytał akurat w chwili, gdy zajadała się greckim przysmakiem. Skinęła 

głową.   

– Spróbuj żeberek. Są wyborne – dodała po chwili.   
– Może później. Dobrze się bawisz? Uśmiechnęła się.   
– Tak, choć zupełnie się tego nie spodziewałam. Wiesz, że gubernator i jego żona mają 

dwa psy wzięte ze schroniska? Ona zainteresowała się wolontariatem. Och, zapomniałam, że 
obiecałam  żonie  burmistrza  podać  numer  konta  schroniska  dla  kotów.  Wzięłam  tak  małą 
torebkę, że nie mieści się tam długopis ani notes. Mam tylko chusteczkę i agrafki. Mógłbyś 
mnie poratować? 

Spojrzał na nią jak na zupełnie nową, lecz interesującą formę życia. Zachichotał i pokręcił 

głową.   

– Wystarczy zostawić cię na chwilę i już rekrutujesz ochotników.   
– Ciesz się. Tym razem nie chodziło o ciebie.   
– Słusznie. Miałem szczęście – przyznał. Z kieszeni fraka wyciągnął pióro i srebrne etui 

na wizytówki. Podał jej dwie. – Pisz na tym. Od razu daję ci jedną na zapas.   

–  Słusznie.  Dziękuję.  Przytrzymasz?  –  spytała,  podając  mu  swój  talerzyk.  –  Teraz 

mógłbyś się odwrócić? 

– Dlaczego? 
– Potrzebne mi twoje plecy jako podkładka do pisania.   
–  Jasne  –  odpowiedział  zaskoczony.  Najwyraźniej  niezwykle  rzadko  bywał 

wykorzystywany do tego celu.   

Stanął do niej plecami. Szybko zapisała kartkę.   
– Przy okazji, do czego potrzebne są ci agrafki? – spytał.   
– Przydają się w krytycznych sytuacjach.   
– Naprawdę? 
Uśmiechnęła  się  do  siebie.  Może  był  bogaty  i  wpływowy.  Jednak  nie  miał  pojęcia,  jak 

wiele  znaczy  mała  agrafka,  gdy  odpruje  się  ramiączko,  tasiemka,  zerwie  pasek  lub  zginie 
spinka.   

– Dziękuję, już napisałam – powiedziała po chwili. Objął ją za ramiona.   
– Jeśli możesz na chwilę przerwać polowanie na wolontariuszy, chciałbym, żebyś poznała 

jednego z moich klientów.   

Gdy ją prowadził przez tłum, wcisnęła do torebki jego wizytówki.   
–  Dlaczego  chcesz  mnie  poznać  z  klientem?  –  spytała.  Zupełnie  jakby  uważała,  że  im 

mniej osób dowie się o ich małżeństwie, tym lepiej.   

– Poprosił, żebym go przedstawił.   

background image

– Dlaczego jakiś klient miałby sobie tego życzyć? 
– Jest także moim przyjacielem. Po prostu spytał: – Czy to twoja żona? Potwierdziłem. 

Poprosił, żebym go przedstawił. Może lubi poznawać piękne kobiety? Był kilka razy żonaty, 
więc nabrał w tej dziedzinie doświadczenia.   

Trisha spojrzała na niego z wyrzutem. Czyżby zadrwił sobie z jej urody? 
– Nie musisz być złośliwy – szepnęła. Milczał przez chwilę.   
– Nie jestem – zapewnił poważnym tonem.   
Jego  komplement  bardzo  ją  poruszył.  Zagryzła  wargi,  by  nie  powiedzieć  czegoś 

bezsensownego, czego potem mogłaby żałować.   

– No, Gent – dobiegł ją męski głos. – Dlaczego ukrywałeś ten skarb? 
Ten  głos!  Natychmiast  go  rozpoznała.  Spojrzała  na  mężczyznę,  który  to  mówił.  Był 

grubszy,  niż  pamiętała,  i  miał  o  wiele  mniej  włosów.  Jednak  nie  było  wątpliwości.  To  on 
porzucił  ją  i  matkę  dwadzieścia  lat  temu.  Ojciec!  Natychmiast  wróciła  jej  dawna  złość. 
Poczerwieniała  i  zrobiło  jej  się  duszno.  Czuła  się  zdradzona.  Jak  Lassiter  Dragan  mógł 
nazywać  swoim  przyjacielem  takiego  samolubnego  egoistę?  Całą  wściekłość  skierowała  na 
Lassitera.   

– Powinnam się domyślić, że możesz się przyjaźnić z kimś takim jak on! 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

 

Lassiter umiejętnie wyplątał rozzłoszczoną żonę z niemiłej  sytuacji.  Wziął  ją pod rękę i 

poprowadził w stronę tanecznego parkietu.   

– Skąd mogłem wiedzieć, że Sawyer Henderson to twój ojciec? Ojcowie i córki zwykle 

noszą to samo nazwisko.   

– Mówiłam ci,  że po rozwodzie mama wróciła do panieńskiego nazwiska, a ja razem  z 

nią.   

– Bardzo przepraszam. Zapomniałem.   
–  Dlaczego  miałbyś  pamiętać?  Na  twojej  skali  Richtera  jestem  wstrząsem  o  sile  zero 

stopni! Jak kursy giełdowe, jestem przydatna teraz i bezużyteczna za chwilę.   

Musiał przyznać, że początkowo tak było. Jednak w tym momencie wszystko wyglądało 

inaczej.   

– Przecież nie podałaś mi nazwiska ojca.   
–  Staram  się  nigdy  go  nie  wspominać,  to  jasne.  Poza  tym  skąd  mogłam  wiedzieć,  że 

jesteście tak serdecznymi kumplami? 

Pomyślał,  że  nazywanie  Sawyera  Hendersona  serdecznym  kumplem  było  poważną 

przesadą. Nie łączyła ich zażyła przyjaźń.   

– Trisha, on nie jest złym człowiekiem – zapewnił Lassiter. – Na pewno masz powody, 

żeby czuć do niego żal. Jednak możesz mi wierzyć, że nie jest wcielonym diabłem.   

Puścił  jej  ramiona  i  odwrócił  ją  do  siebie.  Pomyślał,  że  będą  mieć  większe  szanse  na 

porozumienie, gdy patrząc sobie w oczy, zaczną mówić szeptem.   

– Nie chcę o nim rozmawiać – powiedziała twardo.   
–  Posłuchaj,  Trisha  –  zaczął  cicho,  lecz  zdecydowanie.  –  Patrzysz  na  Sawyera 

Hendersona  oczami  ośmioletniej  dziewczynki,  którą  porzucił  tatuś,  a  mama  przez  niego 
płakała.   

–  Nieprawda!  Zostawiając  nas,  zrobił  nam  największą  przysługę.  Nie  mogę  wybaczyć 

tych ośmiu wspólnych lat. Był domowym tyranem. Czepiał się o wszystko. Nigdy nikomu nie 
pomógł. Bardziej zależało mu na pieniądzach niż na własnej rodzinie.   

–  Zgoda,  jest  daleki  od  doskonałości.  Jednak  Sawyer  Henderson,  którego  ja  znam,  to 

patologiczny pesymista. Zamartwia się wszystkim do tego stopnia, że traci przyjaciół, kolejne 
żony,  rujnuje  sobie  zdrowie.  Można  mu  tylko  współczuć.  Spróbuj  spojrzeć  na  niego  jak 
dorosła osoba.   

Uniosła wzrok. Nadal była zirytowana, ale przynajmniej słuchała tego, co mówił.   
– Nie jest szczęśliwy. Wydaje mi się, że on tego nie potrafi. Co prawda osiągnął sukcesy 

w  biznesie,  ale  to  nie  sprawiło  mu  satysfakcji.  Ma  czwartą  żonę.  Dwudziestoletnią  i 
atrakcyjną. Jednak ona myśli wyłącznie o tym, jak wycisnąć z niego pieniądze na podróże po 
Europie  i  kosztowną  biżuterię.  Wkrótce  znudzą  ją  ciągłe  narzekania  i  zmartwienia.  Żadne 
klejnoty  i  wyjazdy  nie  powstrzymają  jej  przed  rozwodem.  Szczerze  mówiąc,  pod  maską 
zadowolonego z siebie mężczyzny kryje się smutny, zagubiony człowieczek.   

background image

Trisha zamyśliła się. Lassiter miał nadzieję, że będzie potrafiła obiektywnie ocenić ojca.   
–  Prowadziłem  z  Sawyerem  interesy  –  mówił  dalej.  –  Ma  wyczucie  w  tych  sprawach, 

choć nie potrafi cieszyć się z sukcesu.   

Przyciągnął  ją  bliżej,  choć  nie  było  specjalnego  powodu.  Mówili  szeptem  i  nikt  nie 

mógłby ich usłyszeć. Po prostu Lassiter nie potrafił sobie tego odmówić.   

– Sawyer martwi się przy podejmowaniu każdej decyzji. Natychmiast uważa, że popełnił 

błąd. Katastrofa czai się za każdym rogiem. Jest przekonany, że jutro obudzi się jako nędzarz. 
Kolejne sukcesy nie mają znaczenia, bo w głębi duszy jest patologicznym pesymistą.   

Pochylił  głowę  i  delikatnie  dotknął  rozpalonymi  wargami  jej  ucha.  Wmawiał  sobie,  że 

stało się to najzupełniej przypadkiem.   

– Nie wymyśliłabyś dla ojca większych tortur, niż on sam sobie stwarza. Dla własnego 

dobra, przestań go wreszcie nienawidzić.   

Odsunęła się, by zobaczyć wyraz jego twarzy. W oczach miała łzy.   
–  Piękne  przemówienie.  Mądre  i  pełne  zrozumienia.  To  ironiczne,  że  akurat  ty  mu 

współczujesz. Pewnie dlatego, że widzisz mnóstwo podobieństw między tobą i moim ojcem. 
A  może  uważasz,  że  jesteś  zupełnie  inny,  mniej  żałosny,  bo  cieszysz  się  z  bogactwa,  nie 
zastanawiasz się nad decyzjami i nie żenisz się z kobietami, z którymi się spotykasz. Czy fakt, 
że  nie  widzisz  potrzeby  zakładania  rodziny,  ma  świadczyć,  że  jesteś  od  niego  lepszy,  czy 
tylko bardziej wyrachowany? 

Samotna  łza spłynęła jej po policzku.  Lassiter miał do siebie pretensje, że to  jego wina. 

Powinien  się  domyślić,  że  jeszcze  nie  potrafiła  spokojnie  wysłuchać  jakiejkolwiek  obrony 
człowieka, którego nienawidziła przez całe życie. Zabrakło mu słów. Usiłowali tańczyć, choć 
po policzkach spływało jej coraz więcej łez, a usta drżały od szlochów.   

Lassiter zaklął cicho, zły na siebie. Nie chciał sprawić jej bólu. Marzył, by przytuliła się 

do niego, a w jej oczach odbijały się zupełnie inne uczucia. Pomyślał, że zupełnie nie zdawała 

sobie  sprawy  ze  swej  urody.  Na  pewno  nie  uwierzyłaby,  że  przez  cały  wieczór  z 
przyjemnością  obserwował  każdy  jej  ruch  i  słuchał  każdego  słowa.  Gdy  się  śmiała, 
rozjaśniała jej się twarz. Jej  rozmówcy odruchowo odpowiadali tym  samym. Miała w sobie 
coś  przyciągającego  ludzi  i  budzącego  sympatię.  Sam  uległ  jej  urokowi,  gdy  poznali  się  w 
kawiarni.   

Zauważył  nagle,  że  Reggie  i  Jane  nadchodzą  pośpiesznie,  torując  sobie  drogę  wśród 

tancerzy.   

– Zdaje się, że czeka nas kolejne zdjęcie – uprzedził Trishę.   
– Tylko nie to! – powiedziała, starając się wytrzeć łzy. – Nie jestem teraz w nastroju.   
– Dobrze się bawicie? – spytał Lassiter nadchodzącą parę.   
–  Świetnie  –  powiedział  Reggie  z  miną  konspiratora.  –  Słuchajcie,  wiem,  że  jeszcze 

daleko do północy,  ale  musimy z Jane wyjść dość wcześnie. Potrzebny  nam  już teraz wasz 
gorący pocałunek noworoczny – powiedział, unosząc aparat.   

Lassiter nie miał pojęcia, jak w tej sytuacji wypadnie gorący pocałunek. Obawiał się, że 

tym razem ukłon w stronę tradycji może okazać się kompletnym niewypałem. Obiektywu nie 
da się oszukać.   

background image

– Zgoda – odpowiedziała Trisha, przybierając oficjalny uśmiech. Reggie  skoncentrował 

się  więc  na  jej  oczach.  Tylko  one  mówiły  prawdę:  w  tym  momencie  na  pewno  nie  była 
szczęśliwa.   

– Zrobię kilka ujęć – powiedział Reggie. – Potem się pożegnamy.   
Lassiter pochylił głowę w stronę Trishy. Zrób to przeklęte zdjęcie i znikaj! – powtarzał w 

myślach. Delikatnie dotknął wargami jej ust. Odpowiedziała namiętnym pocałunkiem. On nie 
pozostał  jej  dłużny.  Czuł  narastające  pożądanie.  Miał  ochotę  niespiesznie  ją  rozebrać, 
całować piersi, dotykać całego ciała...   

Oprzytomniał, słysząc diaboliczny śmiech Reggiego.   
–  Stop,  jesteśmy  pismem  dla  całej  rodziny,  a  nie  wyłącznie  dla  dorosłych  –  próbował 

ostudzić ich zapał. – Może zaczerpnijcie powietrza...   

Lassiter  nie  wypuścił  Trishy  z  uścisku.  Czuł  dotyk  jej  ciała.  Zaschło  mu  w  gardle. 

Spojrzał jej w oczy. Nadal były smutne.   

– Zdaje się, że już mieliście wychodzić – powiedział, nie odrywając wzroku od Trishy.   
Reggie roześmiał się głośno. Kilka par w pobliżu zaczęło im się przyglądać, przerywając 

taniec.   

–  Już  mnie  nie  ma  –  zapewnił  Reggie.  –  Jak  widzę,  wpadłeś  po  szyję  –  dodał  na 

odchodnym.   

Nowy  Rok  zaczął  się  od  pożegnalnego  lunchu  dla  Jane  i  Reggiego.  Jedzenie  wyglądało 

bardzo  apetycznie,  ale  Trisha  zjadła  zaledwie  kilka  kęsów.  Gdy  przyszła,  kolej  na  kawę, 
reporterzy zwierzyli się, że właśnie się zaręczyli. Trisha była wniebowzięta. Objęła ich mocno 
i życzyła mnóstwo szczęścia.   

Po  ostatnich,  pożegnalnych  zdjęciach  zatrzymali  się  przed  frontowymi  drzwiami.  Jane 

pocałowała Trishę w policzek.   

–  Wiesz,  ja  i  Reggie  dawniej  nie  czuliśmy  do  siebie  takiej  sympatii.  Dopiero  gdy 

poznaliśmy  was,  wszystko  się  zmieniło  –  powiedziała,  rumieniąc  się.  –  Mam  nadzieję,  że 
teraz zaliczycie nas do grona przyjaciół.   

– Oczywiście – zapewniła Trisha ze wzruszeniem. Tymczasem Reggie objął Lassitera w 

niedźwiedzim uścisku.   

–  Nie  miałem  brata,  ale  gdybym  mógł  wybierać...  –  nie  dokończył.  Wreszcie  i  jemu 

zabrakło słów.   

–  Ja  też  nie  miałem  i  byłbym  zaszczycony  –  zapewnił.  Trisha  odniosła  wrażenie,  że 

powiedział to z pełnym przekonaniem. Poczuła łzy wzruszenia. Razem z Lassiterem machała 
na pożegnanie, gdy tamci odjeżdżali na lotnisko. Stała na progu jego rezydencji, czuła, że ją 
obejmował, i jednocześnie myślała o tym, że za godzinę wróci do swojego normalnego życia. 
Ostatniego wieczoru podjęła ważną decyzję. Był najwyższy czas, żeby mu o tym powiedzieć.   

Zamknął drzwi i poprowadził ją do salonu. Zastanawiała się, czy zdawał sobie sprawę, że 

nadal  ją  obejmuje.  Wydawał  się  zamyślony,  więc  prawdopodobnie  zrobił  to  bezwiednie. 
Uwolniła się z uścisku, stanęła przed nim, patrząc mu w oczy.   

– Lassiter, doszłam do wniosku, że nie mogę przyjąć twojej pożyczki.   
Zasępił się.   

background image

– Ale przecież...   
– Nie martw się – przerwała. – Podpiszę oświadczenie, że się zrzekam.   
– Nie o to mi chodzi. Dlaczego rezygnujesz z pożyczki, po tym wszystkim? 
Splotła dłonie, żeby nie było widać, że się trzęsą.   
– Po prostu nie mogę. Podobnie jak nie mogłabym pożyczyć pieniędzy od mojego ojca.   
– Co twój ojciec ma do rzeczy? 
– Nieważne. Nie potrafiłabym ci tego wytłumaczyć.   
Właściwie sama nie rozumiała do końca własnego postępowania. Dotychczas nikogo nie 

oszukiwała.  Natomiast  w  ciągu  ostatnich  dwóch  tygodni  podawała  się  za  kogoś  innego. 
Wprowadziła w błąd mnóstwo osób, redakcję, pracowników Lassitera... Czuła się z tym źle i 
miała ochotę natychmiast opuścić ten dom.   

–  Wiem,  że  rujnuję  swoje  marzenia.  Przynajmniej  na  razie.  Nic  na  to  nie  poradzę. 

Podobnie jak nie mogę pogodzić się z twoim postępowaniem.   

– Co ja takiego zrobiłem? – spytał.   
–  Jesteś  zimnym,  wyrachowanym  człowiekiem.  Nawet  jeśli  decydujesz  się  na  jakąś 

darowiznę, nie robisz tego z przekonania,  tylko  żeby załatwić sobie odpis od podatku.  Nikt 
cię nie obchodzi... – mówiła ze smutkiem. Starała się opanować i nie płakać. – Łudziłam się, 
że  sprawi  ci  przyjemność,  jeśli  zrobisz  coś  dla  innych  jako  wolontariusz.  Przez  chwilę  tak 
było, jestem pewna. Jednak znów stałeś się obojętny i zimny jak głaz. Dlatego nie chcę twojej 
pomocy.  Czułabym,  że  zdradzam  wszystkie  swoje  zasady.  Teraz  idę  się  spakować.  Nie 

odprowadzaj  mnie  –  zakończyła  i  odeszła  przekonana,  że  już  nigdy  nie  zobaczy  Lassitera 

Dragana.   

 

Trisha wyszła.  Lassiter  uszanował  jej wolę i  nie próbował  jej zatrzymać. Minął  tydzień. 

Potem  drugi.  Ona  zrobiła  wszystko,  czego  sobie  życzył.  Podpisała  zrzeczenie  się  obiecanej 
pożyczki. Jednak on ciągle nie mógł sobie znaleźć miejsca. Próbował sobie tłumaczyć, że to 
dlatego,  iż  zaciągnął  wobec  niej  dług  wdzięczności.  Nie  lubił  sytuacji,  gdy  był  komuś  coś 

winien.   

Podróżując  w  interesach,  mijał  kawiarnię  Eda  kilka  razy  w  tygodniu.  Był  ciekaw,  czy 

Trisha znów tam pracuje. Przed świętami zwolniła się z pracy, bo spodziewała się otworzyć 
własną  firmę.  Czy  Ed  znów  ją  przyjął,  czy  musiała  szukać  nowego  miejsca?  Kilka  razy 
wykręcił  jej  numer  domowy,  ale  zawsze  rozłączał  się,  nim  telefon  zdążył  zadzwonić.  W 
końcu powiedział sobie, że to jej sprawa. Odmówiła pożyczki, więc dlaczego miałby się o nią 
martwić? Nie była już częścią jego życia.   

Minęła  połowa  stycznia,  gdy  wiedziony  impulsem,  kazał  kierowcy  zatrzymać  się  przed 

kawiarnią Eda. Padał śnieg, przypominając inne zimowe popołudnie, gdy poznał Trishę. Tym 
razem wszedł i od razu ją rozpoznał, choć była odwrócona tyłem do wejścia.   

– Czym mogę służyć? – spytała, odwracając się. Uśmiech zamarł jej na ustach.   
Lassiter zdziwił się, że samo brzmienie jej głosu wytrąciło go z równowagi. Uśmiechnął 

się.   

– Odzyskałaś miejsce pracy. Rodzina właściciela się nie sprawdziła? 

background image

Trisha  zbladła  jak  ściana.  Otworzyła  usta,  lecz  nie  wydobyła  z  siebie  głosu.  Pokręciła 

głową.   

– Na pewno Ed jest szczęśliwy, że wróciłaś – dodał, gdy nadal milczała. – Zamarzyła mi 

się filiżanka kawy. Poproszę średnią.   

Skinęła głową, jakby dopiero teraz zaczęła odzyskiwać świadomość.   
– Bardzo proszę – powiedziała, odwracając się.   
Nagle  zdał  sobie  sprawę,  że  na  moment  przestał  oddychać.  Dziwne,  pomyślał 

zaskoczony.   

Trisha  wróciła  z  papierowym  kubkiem  z  pokrywką.  Przypomniał  sobie  poprzedni  pobyt 

tutaj,  sprzątającą  dziewczynę  z  mopem,  która  potrąciła  Trishę.  Kubki  nie  miały  wtedy 

pokrywek.   

– Widzę, że wolisz nie ryzykować – powiedział, sięgając po kawę.   
– Staram się po prostu nie popełnić tego samego błędu dwa razy.   
Natychmiast domyślił się, że nie mówiła o kawie.   
– Ile płacę? 
– Trzy dziewięćdziesiąt dziewięć.   
– Trisha – mówił, sięgając po portfel. – Przyjechałem tu nie tylko na kawę.   
Oparła dłonie płasko na ladzie.   
– Mamy doskonałe desery. Polecam ciastka z nadzieniem toffi.   
– Nie o to mi chodzi – powiedział, wyciągając cztery jednodolarówki.   
– Zupa dnia to...   
– Spójrz na mnie – przerwał.   
Nie uniosła wzroku. Lassiter pomyślał, że nie ma prawa, by wydawać jej polecenia. Nie 

była jego podwładna, która zasłużyła na naganę.   

– Wybacz szorstkie zachowanie. Ostatnio nie jestem sobą.   
Było  to  bardzo  delikatne  określenie  jego  nastroju.  W  ostatnich  dniach  całą  siłą  woli 

powstrzymywał  się  przed  atakami  wściekłości  o  wszystko  i  na  wszystkich.  Nie  mógł 
zrozumieć, dlaczego ciągle myślał o tej upartej dziewczynie. Teraz gapiła się na jego kubek z 
kawą i nie zamierzała wdawać się w dyskusje.   

– Chcę ci pożyczyć te pięćdziesiąt tysięcy bez żadnego oprocentowania – powiedział w 

końcu. Czekał na jakąś odpowiedź. Z jej miny nie mógł niczego odczytać. Czy zaniemówiła 
ze szczęścia, czy nie była zainteresowana propozycją? Może planowała, jak się go pozbyć? 

– Już mi to kiedyś proponowałeś – odpowiedziała po chwili.   
– Chcesz zacząć własny biznes, prawda? Do diabła, skorzystaj z tej oferty! 
 

Jego  słowa  odbiły  się  echem  w  pustej  kawiarni.  W  pierwszej  chwili,  gdy  nagle  się 

pojawił,  odczuła  to  jak  prawdziwy  cud.  Jednak  szybko  zeszła  na  ziemię.  Uśmiechnęła  się 
smutno,  gdy  próbował  jej  rozkazywać.  Była  przekonana,  że  miał  w  sobie  wiele  dobrego. 
Jednak  został  tak  wychowany,  że  nie  potrafił  ofiarować  drugiej  osobie  niczego  więcej  niż 
pieniądze.  Nigdy  nie  przyszłoby  mu  do  głowy,  że  gdyby  ofiarował  jej  prawdziwe  uczucie, 
zamieszkałaby z nim nawet w namiocie. Pracowałaby w kawiarni przez lata, szczęśliwa, że 

background image

jest z nią ktoś dobry i życzliwy.   

Wzięła od niego cztery dolary i podeszła do kasy.   
– Rozumiem, że masz dobre intencje i dziękuję ci za propozycję – powiedziała. Wróciła z 

jednym centem reszty. Zmusiła się, żeby spojrzeć na Lassitera.   

– Do widzenia – powiedziała spokojnie z uprzejmym uśmiechem, choć w środku trzęsła 

się jak galareta.   

Spojrzał na nią, skinął głową, odwrócił się na pięcie i szybko wyszedł.   

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

 

Lassiter  siedział  przy  biurku  zmęczony  i  rozdrażniony.  Nie  rozumiał,  skąd  brał  się  jego 

zły humor. Interesy szły świetnie. Odwrócił się na fotelu, by spojrzeć na niebo. Znów padał 
śnieg. Czy taka pogoda już nigdy się nie skończy? – pomyślał z irytacją. W tym momencie 
zadzwonił interkom.   

– Tak, Cindy? – odezwał się.   
– Jest dla pana przesyłka. Ma napis: Pilne. Otworzyć natychmiast.   
– Więc otwórz – polecił zniecierpliwionym tonem.   
– Jest też napis, że to dla pana do rąk własnych.   
– W takim razie dawaj ją tu! – zażądał. Przymknął oczy. Sekretarka nie była winna, że 

miał zły humor. – Przepraszam, Cindy. Jeśli możesz, przynieś ją tu, bardzo cię proszę.   

– Tak, proszę pana.   
Filigranowa  sekretarka  wkroczyła  do  gabinetu  z  pudłem  wielkości  komputerowego 

monitora.  Przewiązane  było  szeroką,  niebieską  wstążką.  Niosła  je,  wyciągając  ręce  daleko 

przed siebie.   

– Co się dzieje? – spytał, wstając zza biurka.   
– Wydaje jakieś odgłosy – powiedziała zaniepokojona. – Jednak to nie tykanie bomby.   
Uśmiechnął się. Cindy czasem lubiła przesadzać.   
–  Cieszę  się  –  powiedział,  odbierając  pudło.  Rzeczywiście,  pudło  wydawało  odgłosy 

przypominające  skrobanie  pazurów.  –  Co  do...  ?  –  zaczął,  stawiając  je  na  biurku.  Wstążka 
odpadła przy pierwszym pociągnięciu.   

– Powinna tu gdzieś być kartka – przypomniała sobie Cindy i podała mu kopertę. Była w 

niej  złożona  karta  ze  zdjęciem  szczeniaka,  wystawiającego  głowę  i  przednie  łapy  z 
kowbojskiego kapelusza. Otworzył ją.   

„Doggerel został porzucony przy drodze. Jesteście sobie potrzebni. To mój spóźniony, ale 

prawdziwy prezent świąteczny. Trisha”.   

– O, nie – mruknął. Miał nadzieję, że coś źle zrozumiał. – Tego by mi nie zrobiła.   
Otworzył  pudło  i  zajrzał  do  środka.  Wewnątrz  na  grubym  ręczniku  siedział 

najpaskudniejszy  kundel,  jakiego  Lassiter  kiedykolwiek  widział.  Miał  nieproporcjonalnie 
duże  uszy,  szerokie  łapy  i  krótką  sierść  w  czarne  i  białe  łaty.  Spojrzał  na  nich  brązowymi 
oczami i zaskomlał, prosząc o wyjęcie z pudła.   

– Jaki słodki – stwierdziła Cindy. – Ma na imię Doggerel? – upewniła się.   
– Nie mam pojęcia – przyznał Lassiter, nadal nie wierząc własnym oczom.   
–  Tak  jest  napisane  na  kartce  –  powiedziała  Cindy,  wyciągając  psa  i  tuląc  do  siebie.  – 

Wyrośnie na dużego psa. Wystarczy spojrzeć na łapy – powiedziała, chichocząc, bo szczeniak 
polizał ją w szyję.   

– Chcesz go? – spytał Lassiter.   
–  Och,  nie  –  odpowiedziała  Cindy  z  uśmiechem.  –  W  moim  mieszkaniu  jest  za  mało 

miejsca nawet dla mnie i moich dwóch kotów.   

background image

Wyciągnęła ręce z wychudzonym szczeniakiem w stronę szefa.   
– Wesołych świąt – powiedziała, jednak on nie wziął od niej psa.   
– Jest taki słodki – stwierdziła Cindy. – Jakaś okrutna świnia zostawiła go na śniegu, żeby 

zamarzł.   

– Pewnie jego matka – mruknął  Lassiter. Cindy roześmiała się, uznając, że miał to być 

żart.   

–  Muszę  już  wracać  za  biurko.  Proszę  –  powiedziała,  podając  mu  psa.  –  Żegnaj, 

Doggerel. Szczęśliwego Nowego Roku.   

Lassiter  spojrzał  na  stworzenie,  które  trzymał  na  rękach.  Było  nim  wyraźnie 

zainteresowane.  Przyglądało  mu  się  z  językiem  zwisającym  z  jednej  strony  pyska.  Pies 
wyglądał, jakby się uśmiechał.   

– O, nie – ostrzegł go Lassiter. – Nie wyobrażaj sobie nawet, że będziesz spędzał długie, 

zimowe  noce  zwinięty  przed  moim  kominkiem.  Dobra  pani,  która  cię  znalazła,  tym  razem 
przekroczyła wszelkie granice.   

Godzinę  później,  gdy  zapadł  zmierzch,  Lassiter  stał  przed  drzwiami  mieszkania  Trishy. 

Zapukał, trzymając żywy prezent świąteczny pod pachą.   

– Kto tam? 
–  Co  ty  sobie  wyobrażałaś?  –  powiedział,  zamiast  się  przedstawić.  Po  kilku  sekundach 

uchyliła drzwi i wyjrzała niepewnie.   

– A, to ty.   
– Jasne, że ja. Dużo ludzi przychodzi tu z pytaniem, co sobie wyobrażałaś? 
– Dziś jesteś pierwszy.   
– Zadziwiasz mnie. Wpuścisz mnie wreszcie? Jest zimno, a twój prezent cały drży.   
Spojrzała na szczeniaka i nachmurzyła czoło.   
– Żeby to było od razu jasne – nie przyjmuję reklamacji ani zwrotów.   
Tak ci się tylko zdaje, pomyślał.   
– Słyszałeś? – spytała – Tak. Możemy już wejść? 
Jedyny  pokój  w  mieszkaniu  Trishy  był  mały  i  przytulny.  Jeden  koniec  zajmowało 

wiekowe, metalowe, podwójne łóżko. Perrier wylegiwała się teraz dokładnie na jego środku. 
Uniosła na chwilę głowę. Uznała, że Lassiter nie stanowi zagrożenia, i wróciła do drzemki. 
Drugi  koniec  pomieszczenia  stanowiła  kuchenna  wnęka.  Zajmowała  ją  kuchenka, 
zlewozmywak  i  stara  lodówka.  Nad  zlewozmywakiem  wisiała  półka,  na  której  równo 

ustawiono  talerze  i  naczynia.  Środek  ściany  zajmowało  okno,  a  pod  nim  niewielki  stolik  i 
cztery krzesła. Na przeciwległej ścianie wisiał dywan, o którym z dumą wspominała Trisha. 
Obok  stała  sofa,  dwa  fotele  i  stolik  do  kawy.  Choć  nic  nie  było  nowe,  wszystko  lśniło 
czystością.   

– Może usiądziesz? – zaproponowała, stając obok jednego z foteli.   
Miała na sobie sprane dżinsy, różowy, luźny sweter i grube szare skarpety zamiast kapci.   
– Może zrobić ci kawę lub herbatę? 
– Może zupę dnia? – spytał, nie kryjąc złośliwości.   
–  Pewnie  myślisz,  że  to  świetny  dowcip.  Ed  rzeczywiście  pozwala  zabierać  mi  to,  co 

background image

zostaje w garnkach. Jeśli chcesz zupę, możesz ją dostać.   

Pokręcił głową i usiadł na sofie. Wypuścił z rąk psa, który natychmiast zaczął dokładnie 

obwąchiwać wszystkie kąty.   

– Oddaję psa – oświadczył Lassiter. – To nie było zabawne.   
– Powiedziałam już, że nie przyjmuję zwrotów – stwierdziła, siadając na fotelu naprzeciw 

niego.   

– Daj spokój. Sama oddałaś wszystko, co ci podarowałem.   
–  Dobrze  wiesz,  że  to  były  prezenty  na  pokaz.  Długo  się  zastanawiałam  nad 

powierzeniem ci Doggereła.   

Jak na zawołanie pies wskoczył mu na kolana i zaczął się wygodnie układać.   

Trisha wskazała na niego.   
– Widzisz? Zwierzęta znają się na ludziach. On już cię kocha.   
– Po prostu szuka ciepłego miejsca.   
– Czyżby? Spójrz, gdzie położyłeś rękę.   
Ze zdziwieniem stwierdził, że oparł ją na chudym karku szczeniaka.   
– Podświadomie starasz się go chronić – powiedziała. Wzruszył ramionami i cofnął dłoń.   
– Nie żartuj. Ciężko westchnęła.   
– On potrzebuje domu, a ty chcesz czuć się potrzebny. – Nie mogę opiekować się psem. 

Cały dzień jestem w pracy.   

–  Słucham?  Masz  w  domu  służbę.  Jestem  pewna,  że  Doggerel  przetrwa  do  twojego 

powrotu, a wszystkie jego zachcianki zostaną spełnione.   

– Nigdy nie miałem psa i nadal nie chcę mieć.   
–  Nie  rozumiesz,  że  staram  się  pomóc?  –  spytała  ze  smutkiem.  –  Ten  szczeniak  da  ci 

więcej szczęścia niż największe pieniądze. Nie przegap takiej okazji.   

– Ja? Dlaczego ty nie korzystasz z okazji? Proponowałem ci pożyczkę, szansę na zmianę 

życia. Odmówiłaś.   

– Dlaczego to zrobiłeś? 
– Bo mam wobec ciebie dług. Pomogłaś mi w sprawie tego artykułu...   
Spojrzała na niego, czując łzy w kącikach oczu.   
– Uważasz, że zrobiłem to z innego powodu? Zmarszczyła brwi. Wyprostowała się, jakby 

doszła do wniosku, że musi powiedzieć coś ważnego.   

– Bo... bo mnie kochasz – powiedziała szeptem. Spojrzał na nią zaskoczony. Nie chciał 

dopuścić  do  siebie  takiej  myśli.  Nie  planował  żadnej  miłości.  Musiał  jakoś  uwolnić  się  od 
tego problemu.   

– Nie chcesz mnie kochać – mówiła dalej, jakby czytała w jego w myślach. – Przecież 

najważniejsze są interesy. Musisz się ode mnie uwolnić.   

Spojrzał na nią. Łza spływała jej po policzku, potem następna. Co miał powiedzieć? Nie 

potrafił zaprzeczyć prawdzie. Kochał ją, choć od tygodni nie chciał się do tego przyznać. Nie 
potrzebował żadnej kobiety, psa, świętego Mikołaja czy czarodziejskiej różdżki. On, Lassiter 
Dragan,  był  chodzącym  sukcesem  i  niczego  nie  potrzebował.  Teraz  zmusił  się,  by 
odpowiedzieć Trishy chłodnym spojrzeniem.   

background image

Lassiter zacisnął  zęby i  nie odzywał  się.  Trisha  siedziała w ciszy,  patrząc na człowieka, 

któremu  próbowała  powiedzieć,  że  ją  kocha.  Powiedziała  głośno  to,  o  czym  od  dawna 
myślała.  Teraz  czuła  się  upokorzona,  jakby  błagała  Lassitera  o  miłość.  Jak  mogła  być  tak 
naiwna? Przecież już go poznała wystarczająco dobrze. Doszła do wniosku, że nie da się go 
zmienić.   

Wstała, ominęła stolik do kawy i walcząc ze sobą, zrobiła najtrudniejszą rzecz w życiu – 

wyciągnęła rękę, by pożegnać się z nim ostatni raz.   

–  Zdaje  się,  że  ciągle  się  żegnamy  –  powiedziała  cicho.  –  Jeśli  zatrzymasz  szczeniaka, 

spłacisz wszelkie długi wobec mnie.   

Nie spieszył się z pożegnalnym uściskiem dłoni. Trisha poczuła, że jeśli ta chwila potrwa 

dłużej, przestanie panować nad emocjami. Chwyciła jego dłoń.   

– Idź już, proszę – powiedziała, zmuszając go, by wstał. Uniosła Doggerela i podała mu 

go.   

– Nigdy się nie dowiem, czy zatrzymałeś psa. Rób, co uważasz za właściwe.   
Nie ruszył się, więc chwyciła go za łokieć i poprowadziła do drzwi.   
– Nie przychodź więcej – poprosiła i spojrzała na jego twarz. Ponuro zacisnął usta.   
– Zatrzymam psa – powiedział w końcu.   
Poczuła wdzięczność. Wreszcie usłyszała jedną dobrą wiadomość.   
– Dziękuję – szepnęła.   
– Kosztował cię pięćdziesiąt tysięcy dolarów i niespełnione marzenia. Mam nadzieję, że 

był tego wart.   

Zamknęła za nimi drzwi i usiadła na podłodze, przełykając łzy.   

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY 

 

Lassiter  siedział  na  ulubionym  fotelu,  czytając  najnowszą  powieść  sensacyjną.  Stopy 

oparł  na  kanapie.  Ogień  płonął  na  kominku.  Jedno  ciągle  nie  dawało  mu  spokoju.  Nie 
wiedział,  o  co  chodzi  w  powieści.  Nieustannie  marzył  o  Trishy.  Do  diabła!  Zawsze 
panowałem na emocjami, pomyślał. Dlaczego tym  razem  było  inaczej? Coś wylądowało  na 
jego udach. Doggerel oparł łapy, domagając się zainteresowania.   

– Czego chcesz? – spytał ostro. – Myślisz, że mam mało kłopotów i bez ciebie? 
Szczeniak zareagował na jego oschły ton, chowając się pod stolikiem.   

Lassiter usłyszał ciche chrząknięcie z okolic drzwi. Uniósł wzrok.   
– Tak, Marvin? 
Siwowłosy kamerdyner podszedł bliżej.   
–  Chodzi  o  psa.  Pani  Dragan  i  ja  rozmawialiśmy  któregoś  dnia  na  temat  uratowanych 

zwierząt.   

– Nie nazywaj jej panią Dragan. Przecież nią nie jest – mruknął Lassiter, choć niezupełnie 

miał rację. Ostatnio był bardzo zajęty i nie załatwił wszystkich formalności w tej sprawie.   

– Cóż, pani Trisha powiedziała mi, że zwierzęta, które były źle traktowane, mogą bać się 

podniesionego głosu. Prawdopodobnie ktoś na nie krzyczał i bił je.   

– Bił? – Lassiter uniósł brwi. Myśl, że ktoś mógł bić tak łagodne zwierzę jak Doggerel, 

była dla niego szokiem.   

Spojrzał na psa schowanego pod stolikiem. Jego smutne oczy prosiły o odrobinę uczucia. 

Lassiter poczuł się jak sadysta. Ukląkł, a potem położył się na brzuchu, żeby zajrzeć psu w 
oczy.   

– Cześć. Nie wiedziałem, że... przepraszam cię. W porządku? 
– Niech pan spróbuje najpierw wyciągnąć rękę, żeby mógł pana powąchać – zasugerował 

Marvin.   

– Słusznie.   
Wsunął dłoń pod stolik.   
– W tym domu nikogo się nie bije, kolego. Przepraszam, że podniosłem głos. Nigdy już 

tego  nie  zrobię  –  zapewnił.  Pomyślał,  że  znalazłoby  się  sporo  ludzi,  którym  powinien 
powiedzieć to samo.   

Pies bez wahania polizał mu palce.   
– Hej, widzę, że nie potrafisz długo się gniewać – powiedział i spojrzał na kamerdynera. – 

Dziękuję, Marvin.   

Starszy pan uśmiechnął się.   
– Bardzo proszę. Czy jeszcze coś mógłbym dla pana zrobić? 
Lassiter spojrzał na szczeniaka i nachmurzył się.   
– Czy Trisha powiedziała, jak wyciągnąć go spod stolika? 
– Myślę, że może pan wziąć go na ręce.   
– Całkiem logiczne – przyznał Lassiter. – Chodź, kolego. Nie musisz się chować.   

background image

Wstał, trzymając psa na ręku.   
– Jak sądzisz, co powinienem teraz zrobić? Chodzi mi o to, jak można przeprosić psa...   
Czuł  się  trochę  głupio.  Zarabiał  wielkie  pieniądze,  ale  nigdy  nie  opiekował  się 

zwierzęciem.   

– Nie wiem, proszę pana. Może ucieszyłby się, siedząc panu na kolanach, gdy będzie pan 

czytał. Co prawda niektórzy uważają, że psy powinny przebywać wyłącznie na podłodze.   

– Rozumiem – stwierdził Lassiter, drapiąc szczeniaka za uszami. – Jak myślisz, co Trisha 

by powiedziała? 

Marvin uśmiechnął się.   
– Na pewno byłaby zadowolona, proszę pana.   
Lassiter  skinął  głową.  Usiadł  powoli  na  fotelu,  oparł  nogi  na  kanapie  i  zajął  się 

czytaniem.  Spod  oka  obserwował  psa.  Ten  najpierw  stał,  patrząc  na  swojego  pana.  Gdy 
przekonał się, że wszystko jest w porządku, zwinął się w kłębek na jego udach, a łeb oparł mu 
na piersi. Przez chwilę przyglądał się twarzy pana. Potem wydał z siebie długie westchnienie. 
Lassiter  poczuł  ucisk  w  sercu.  To  westchnienie  było  jak  obietnica  miłości,  lojalności  i 
wdzięczności.   

Lassiter delikatnie sięgnął po książkę. Po chwili zerknął na szczeniaka. Pies zamknął oczy 

i zasnął. Lassiter uśmiechnął się do siebie.   

Trisha  często  kontaktowała  się  z  Jane.  Dzięki  temu  dowiedziała  się  jako  jedna  z 

pierwszych,  że  wkrótce  po  artykule  o  Trishy  i  Lassiterze  para  reporterów  złożyła 

wymówienie.  Postanowili  wspólnie  zrealizować  marzenia.  Reggie  zajął  się  fotografią 

przyrody. Jane podróżowała z nim, pisząc sztuki teatralne.   

Trisha  przyznała  im  się  do  „chwilowego  małżeństwa”  z  Lassiterem.  Nie  obrazili  się,  że 

zostali  wykorzystani.  Natomiast  ubolewali,  że  ten  pozornie  doskonały  związek  nie  istniał 
naprawdę.  Ich  niewinne  uwagi  na  temat  tak  zgranego  małżeństwa  były  trudne  do 
zapomnienia.  Po  prostu mieli  rację.  Natomiast  Lassiter  nie  potrafił  zrozumieć,  że  większość 
związków nie była odmianą nieudanego małżeństwa jego rodziców. Trisha miała nadzieję, że 
przynajmniej poczciwy Doggerel sprawi Lassiterowi wiele radości.   

Na  walentynki  Trisha  i  Perrier  leciały  samolotem  w  góry  Adirondack  w 

północnowschodniej  części  stanu  Nowy  Jork.  Celem  była  leśna  kaplica.  Trisha  została  tam 
zaproszona  jako  druhna  na  ślub  Jane  i  Reggiego.  Lot  był  przyjemny.  Na  miejscu  czekał 
samochód z kierowcą. Trisha, chcąc nie chcąc, miała sporo czasu na rozmyślania. Kierowca 
odpowiadał  monosylabami,  a  radio  w  dżipie  grało  za  głośno,  by  rozmawiać.  Wspinali  się 
ośnieżoną  drogą,  mijając  kolejne  strumienie,  lasy  i  łąki.  Wreszcie  zatrzymali  się  przed 
niewielką kaplicą w środku leśnej doliny. Cała okolica tonęła w śniegu.   

Kierowca otworzył  przed nią drzwi. Z Perrier na ręku ruszyła kamienistą ścieżką.  Obok 

kaplicy stały jeszcze dwa samochody terenowe. Jej kierowca wrócił do samochodu i zajął się 
czytaniem  książki.  Najwidoczniej  nie  należał  do  grona  zaproszonych  na  ślub.  Trisha 
postawiła Perrier na ścieżce i podeszła do drzwi. Otworzyły się jak na zawołanie.   

– Dzięk... – zaczęła zaskoczona i natychmiast stanęła jak wryta.   
Lassiter Dragan otworzył szeroko drzwi i uśmiechnął się szeroko.   

background image

– Cześć, Trisha – powiedział, jakby rozstali się przed chwilą. Otworzyła usta, lecz nic z 

siebie nie wydusiła. Ujął ją pod rękę i wprowadził do środka. – Miło cię widzieć – dodał.   

Zdobyła się na skinienie głową. Nie mogła zrozumieć, dlaczego nagłe zaniemówiła.   

Minęli cztery rzędy pustych ławek. Oprócz nich w kościele były jeszcze tylko trzy osoby 

–  Jane,  Reggie  i  pastor.  Państwo  młodzi  uśmiechnęli  się  do  nich.  Wyglądali  bardziej  jak 
drwale niż młoda para. Byli w dżinsach i flanelowych koszulach. Jane miała wiązankę ślubną.   

– Jestem drużbą – wyjaśnił Lassiter. – Widzę po twojej minie, że nie wiedziałaś.   
– A ty wiedziałeś, że ja będę? 
– Tak. Po prostu zapytałem.   
–  Cześć,  Trisha.  Wspaniale  wyglądasz  –  powiedziała  Jane,  obejmując  ją  i  całując  w 

policzek.   

– Dzięki. Nie uprzedziłaś mnie, że on będzie – szepnęła.   
– Bardzo ci przykro z tego powodu? 
– Skądże – zapewniła Trisha. Jane wręczyła jej  mniejszy z bukietów, które trzymała w 

ręku. – Pamiętaliśmy o bukiecie dla druhny.   

– Wystarczy, że zapłaciliście za mój bilet lotniczy. To był zbyt hojny gest.   
– Zależało nam, żebyś była z nami – wtrącił Reggie. – Jeśli kiedyś moglibyśmy coś dla 

ciebie zrobić, natychmiast daj znać.   

– Dzięki. Nawet nie wiecie, jak wiele to dla mnie znaczy – odpowiedziała z uśmiechem.   
Ceremonia  wkrótce  się  zaczęła.  Trisha  stanęła  za  Jane,  Lassiter  za  Reggiem.  Trisha 

musiała niebawem wracać do pracy. Bilet miała zarezerwowany na najbliższy lot. Teraz stała 
zbyt  blisko  Lassitera. Niechcący otarli się o siebie kilkakrotnie.  Czuła zapach jego wody po 

goleniu, choć starała się o nim nie myśleć i skupić wyłącznie na uroczystości.   

Odniosła  wrażenie,  że  Lassiter  nadal  jest  tak  jak  dawniej  zapatrzony  w  siebie  i 

zdobywanie pieniędzy. Miała ochotę poprosić go, by wziął ją w ramiona i szepnął, że jest już 
zupełnie kimś innym. Były to tylko szalone marzenia, zupełnie oderwane od rzeczywistości.   

–  Dokąd  wyjeżdżacie  na  miesiąc  miodowy?  –  spytała,  gdy  pastor  ogłosił  koniec 

ceremonii.   

–  Wynajęliśmy  domek  niedaleko  stąd  –  powiedziała  Jane,  obejmując  Trishę.  –  Będę 

pisała sztukę, a Reggie zrobi mnóstwo zdjęć okolicy. Natomiast na wiosnę chcemy wynająć 
mały domek w pobliżu Wielkiego Kanionu.   

–  Widzę,  że  wiele  się  u  was  dzieje  –  powiedziała  Trisha.  Starała  się  nie  dostrzegać 

Lassitera, ale okazało się to niewykonalne. Ciągle był w zasięgu jej wzroku.   

–  Chcielibyśmy  zaprosić  was  na  obiad  do  naszego  domku  –  powiedziała  Jane.  – 

Przynajmniej tyle możemy dla was zrobić po podróży.   

– Bardzo bym chciała, bo tęskniłam za wami, ale jedyny lot do Kansas jest o trzeciej.   
Trisha chętnie posiedziałaby z nimi przez wiele godzin. Jednak prawdziwą tragedią była 

świadomość, że za chwilę rozstanie się również z Lassiterem.   

– Ed spodziewa się mnie rano w pracy, a jeśli nie zdążę na samolot...   
– Mógłbym cię podrzucić. Przyleciałem swoim – wtrącił Lassiter.   
Poczuła  dreszcz,  choć  starała  się  myśleć  racjonalnie.  Proponował  jej  podróż,  a  nie 

background image

dozgonną miłość. Podniosła na niego wzrok i zaniemówiła na chwilę. Trzymał na ręku psa. 
Zwierzę wyglądało znajomo.   

– Doggerel? – spytała z niedowierzaniem. Szczeniak bardzo urósł przez ostatni miesiąc, 

jednak rozpoznała go bez trudu. – To ty! – mówiła, obejmując jego pysk. – Nie wiedziałam, 
że tu jesteś! 

–  Zdrzemnął  się  –  wyjaśnił  Lassiter.  –  Przedtem  biegał  przez  godzinę  po  śniegu  za 

plastikowym  talerzem  –  mówił,  drapiąc  go  za  uszami.  –  To  prawdziwy  demon  szybkości. 
Może zostanie mistrzem świata, o ile ja wytrzymam te treningi.   

Trisha wypuściła psa i spojrzała na Lassitera.   
– Gdy cię dziś zobaczyłam, pomyślałam, że świetnie wyglądasz.   
Uśmiechnął się.   
– Naprawdę? Dzięki – odpowiedział, stawiając psa na ziemi. Perrier nadbiegła, machając 

ogonem. Psy spędziły ze sobą tydzień, zanim Doggerel trafił do Lassitera. Teraz rozpoznały 
się natychmiast i witały jak prawdziwi przyjaciele.   

– Naprawdę bawisz się z psem? – spytała Trisha z niedowierzaniem.   
Wzruszył ramionami lekko zawstydzony.   
– Gdzieś czytałem, że szczeniaki muszą się dużo ruszać. No a skoro tak...   
Spojrzała  na  niego,  nie  dając  po  sobie  poznać,  że  w  środku  aż  podskakuje  z  radości.  – 

Gdzie to wyczytałeś? 

– W książce.   
– Tylko mi nie mów, że kupiłeś książkę o psach.   
–  A  jednak  –  przyznał  i  roześmiał  się  głośno.  Skrzyżowała  ręce  i  patrzyła  na  niego 

badawczo.  Rzeczywiście  zmienił  się  przez  ten  czas.  Wreszcie  był  radosny  i  pogodny. 
Wskazał na nowożeńców.   

–  Jaka  decyzja  w  sprawie  podróży?  Będą  szczęśliwi,  jeśli  jeszcze  zostaniesz.  Podobnie 

jak ja.   

–  Słuchajcie  –  wtrącił  Reggie.  –  Pastor  Palmer  i  kierowca  Trishy  są  sąsiadami.  Może 

moglibyście  się  zamienić?  Pastor  pojedzie  samochodem  Trishy,  a  ty,  Lassiter,  zabierzesz 
Trishę na lotnisko.   

– Jasne, żaden problem – powiedział Lassiter. – Zgadzasz się? – zwrócił się do Trishy.   
– Oczywiście.   
Jane  i  Reggie  uściskali  ją  na  pożegnanie.  Z  Lassiterem  umówili  się  na  później.  Teraz 

pomógł  Trishy  i  Perrier  zająć  miejsca  w  wypożyczonym  samochodzie  terenowym.  Tylne 
siedzenia były złożone, żeby Doggerel miał więcej miejsca. Perrier dołączyła do niego.   

– Jestem zaskoczona, że te psy tak się polubiły.   
–  Ten  mały  spryciarz  wszystkich  uważa  za  kumpli  –  roześmiał  się  Lassiter.  –  Można 

powiedzieć, że personel  je mu ziapy. Któregoś wieczoru po powrocie do domu zobaczyłem, 
że siedzi na kuchennym krześle, a na łbie ma czapkę szefa kuchni.   

– Mam nadzieję, że zrobiłeś mu zdjęcie? – spytała Trisha, chichocząc.   
– Chyba z dziesięć.   
– Musisz mi jedno dać.   

background image

– Umowa stoi, ale pod jednym warunkiem. – Jakim? 
Zatrzymał samochód na poboczu.   
– Zostań – powiedział, odwracając się do niej. – Wrócimy wieczorem.   
Nie była to propozycja małżeństwa, ale Trisha zyskiwała sporo czasu, żeby pobyć w jego 

towarzystwie.  Zmienił  się,  był  serdeczniejszy  niż  dawniej  i  na  pewno  pokochał  psa.  Jednak 
czy to wystarczająca zmiana? 

– Wiesz, myślę, że jednak nie...   
– Podobno zaprosiłaś ojca na obiad – wtrącił. Poczuła się trochę zakłopotana. Głównie z 

powodu niechęci do ojca, z jaką obnosiła się w czasie świąt. Dopiero obiektywne spojrzenie 
Lassitera sprawiło, że zaczęła inaczej to oceniać.   

– Cóż, zaopiekowałeś się Doggerelem, więc ja też poszłam na ustępstwa.   
– Sawyer jest bardzo szczęśliwy z tego powodu – powiedział Lassiter. – To był piękny 

gest. Znów stał się częścią twojego życia.   

Nie wiedziała, co powiedzieć. Zaskoczył ją niespodziewanym komplementem.   
– Nie zamierzasz zostać, więc w czasie jazdy opowiem ci o paru sprawach.   
– Zdaje się, że nie jedziemy – zauważyła, spoglądając na zegarek. Mieli jeszcze mnóstwo 

czasu. Skrzyżowała dłonie na kolanach i spojrzała na niego.   

–  Rzeczywiście  –  przyznał,  pochylając  się  w  jej  stronę.  –  Otworzyłem  w  firmie  nowy 

dział. Ma pomagać realizować marzenia ludziom takim jak ty.   

Spojrzała zdumiona. Lassiter skakał z tematu na temat, zadziwiając ją coraz bardziej.   
– Oferujemy pożyczki osobom otwierającym drobne firmy. Umiarkowane marzenia, jak 

twoja firma zajmująca się zwierzętami, są dla nas równie cenne jak wielkie przedsięwzięcia. 
Wymyśliłem coś, co nazwałem na razie Dniami Troski. Pracownicy mają do wykorzystania 
określoną liczbę płatnych dni na pracę charytatywną.   

Spojrzała na niego. Oczy błyszczały mu z przejęcia. Widać było, że naprawdę cieszył się 

z tego, co robił.   

– Następny domek wolontariusze zbudują z mojego drewna – pochwalił się jeszcze. – Od 

czasu, gdy ostatnio się widzieliśmy, wiele myślałem na temat rodziny, domu, marzeń.   

– Zrobiłeś mnóstwo wspaniałych rzeczy.   
– Cieszę się, że tak myślisz. Udowodniłaś mi, że w rodzinie nie musi panować chłód i 

obojętność. Opowiadałaś o mamie. Zrozumiałem, że rodzina może niczego nie posiadać, ale 
miłość  pozwala  przetrwać  najcięższe  chwile.  Chciałbym  ofiarować  ci  teraz  prawdziwy 
prezent świąteczny.   

Rozejrzała  się  niepewnie.  Nie  zauważyła  żadnego  pakunku.  Ujął  jej  dłoń  i  delikatnie 

pocałował palce.   

– Chciałbym ofiarować ci miłość – powiedział cicho. – Bezinteresowną i bezwarunkową. 

Pewien szczeniak nauczył mnie wiele w tej dziedzinie.   

Siedziała  zaskoczona.  Usłyszała  słowa,  o  których  marzyła,  ale  ciągle  nie  mogła  w  nie 

uwierzyć.   

– Dwa miesiące temu mówiłeś, że rodzina nie ma wielkiej wartości. Zmieniłeś zdanie? 
Spojrzał jej w oczy.   

background image

–  Z  twojego  powodu.  Potrafisz  zamienić  kawał  lodu  w  wulkan  uczuć.  Powinnaś 

powiedzieć, że już mi o tym mówiłaś. Kochałem cię już wtedy, gdy odwiedziłem cię w twoim 
mieszkaniu. Jednak zajęło mi trochę czasu, zanim zdałem sobie z tęgo sprawę.   

Trisha nie mogła uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Czyżby cuda się zdarzały? Lassiter 

Dragan był zupełnie innym człowiekiem.   

– Muszę ci się przyznać jeszcze do jednej sprawy – powiedział. – Nigdy nie wypełniłem 

dokumentów dotyczących naszego rozwodu. Nadal jesteśmy małżeństwem.   

– Słucham? 
– Próbowałem, ale nie potrafiłem się zmusić, żeby pożegnać się z kobietą, która nauczyła 

mnie cieszyć się życiem.   

– Naprawdę jesteśmy małżeństwem? 
– Próbowałem to zmienić. Możesz mi wierzyć. Jedynym wytłumaczeniem jest fakt, że cię 

kocham.   

Przysunął się bliżej i pocałował ją.   
–  Nie  dziwię  się,  że  jesteś  zaskoczona.  Wybacz  mi.  Jednak  bez  ciebie  czuję  się 

zagubiony.   

– Tak, jestem zaskoczona. Natomiast nie mam ci czego wybaczać. Kocham cię i chcę być 

matką twoich dzieci. Chcesz mieć dzieci? – upewniła się.   

– Oczywiście. Może na następne Boże Narodzenie? 
– To na początek – powiedziała, rumieniąc się.   
– W takim razie zostajesz? – spytał.   
– Jasne. Roześmiał się.   
–  Mam  dziwne  uczucie,  że  Jane  i  Reggie  zabawili  się  w  swatki.  Zrobimy  im  awanturę 

przy obiedzie – zażartował.   

– Koniecznie – poparła go.