background image

DIANA PALMER

MÓJ CUDOWNY SZEF

Gdyby Dane się nie pilnował, oszalałby na punkcie Tess. Jego ukochana była kobietą  

z   zasadami   i   on   o   tym   wiedział.   Nie   mógł   pójść   z   nią   do   łóżka,   a   potem   o   wszystkim  

zapomnieć.   Pozostało   mu   jedno   wyjście:   stłumić   żądzę   i   ukrywać   prawdziwe   uczucia.  

Postanowił traktować Tess tak, jak szef traktuje podwładną...

background image

PROLOG

Richard  Dane  Lassiter  spoglądał  na  panoramę  Houston  z  okna swego   gabinetu w 

eleganckim biurowcu. Patrzył nie widzącym wzrokiem na drobne krople deszczu spływające 

po  szybie.   W  zapadającym  zmroku   lśniły  neony  i  latarnie.   Dane  podświadomie   usiłował 

odwlec nieuchronną konfrontację.

Lada chwila powinien przejść z gabinetu do poczekalni agencji detektywistycznej. 

Musiał zbesztać sekretarkę, którą uważał niemal za swoją  krewną. Tess Meriwether była 

córką   mężczyzny   zaręczonego   z   jego   matką.   Nita   Lassiter   i   Wyatt   Meriwether   zginęli 

tragicznie na krótko przed ślubem. Ich dzieci nie stały się wprawdzie powinowatymi, lecz 

mimo to Dane od paru lat czuł się za Tess odpowiedzialny. Dlatego gdy dziewczyna straciła 

ojca, zatrudnił ją u siebie i czuwał nad nią z daleka. Bolesne wspomnienia zawsze będą ich 

dzielić, ale uczucie pozostało.

Można by je nazwać miłością, gdyby nie to, że Dane za wszelką cenę chciał zachować 

dystans i świadomie zrażał do siebie Tess. Miał za sobą nieudane małżeństwo. Został również 

ciężko ranny, gdy jako teksaski strażnik tropił przestępców. Postrzał, który omal nie okazał 

się   śmiertelny,   spowodował   w   życiu   Lassitera   wielkie   zmiany.   Dane   odszedł   z   policji   i 

założył własną agencję detektywistyczną.

Skaptował do współpracy najlepszych miejscowych funkcjonariuszy. Jego firma od 

początku cieszyła się dobrą opinią i zaufaniem klientów. Znacznie gorzej układało się życie 

prywatne detektywa. Szczerze mówiąc, w ogóle go nie miał. Została mu jedynie Tess, która 

unikała go jak ognia.

Lassiter odszedł od okna. Był wysoki i szczupły. Poruszał się zwinnie i lekko; głowę 

nosił wysoko i patrzył na ludzi z góry. Wygląd i postawa detektywa pozwalały się domyślać, 

że w jego żyłach płynie hiszpańska krew. Odziedziczył po przodkach czarne oczy i włosy 

oraz ciemną karnację. Był przystojnym mężczyzną, ale nie zdawał sobie z tego sprawy. Od lat 

unikał kobiet; nie obchodziło go, czy może się podobać.

Matka znienawidziła go, bo zbytnio przypominał ojca, który porzucił rodzinę, kiedy 

Dane był małym chłopcem. Pragnął okazać matce, jak bardzo ją kocha, ale Nita po prostu nie 

miała   dla  niego   czasu.  Obojętność   matki  pozostawiła  głęboką  skazę  w  jego   osobowości. 

Ożenił   się,   gdy   pracował   w   policji   Houston,   jeszcze   nim   postanowił   zostać   teksaskim 

strażnikiem.   Jane   poślubiła   jednak   nie   człowieka,   tylko   twarzowy   uniform;   to   ją   w 

narzeczonym najbardziej pociągało. Wspólne życie nie układało się dobrze. Dane nie mógł 

dać   żonie   tego,   czego   najbardziej   pragnęła.   Szybko   doszła   do   wniosku,   że   popełniła 

background image

niewybaczalny błąd. Odsunęła się od męża, nie chciała z nim sypiać, a w końcu uznała, że ma 

go dość. Gdy Dane został ranny, odeszła, zanim opuścił szpital. Gdyby nie Tess, musiałby 

samotnie zmagać się z tamtym koszmarem.

Na   ironię   losu   zakrawało,   że   Tess   była   w   nim   zakochana.   Dane   myślał   o   tym   z 

goryczą. Poznał ją jako nastolatkę; właśnie skończyła szkołę. Wyatt Meriwether zaniedbywał 

córkę, podobnie jak Nita Lassiter swego syna. Oddał ją babci na wychowanie, by mieć czas 

na liczne romanse. Niewinna i łagodna Tess pociągała Dane'a bardziej niż jakakolwiek inna 

kobieta.   Po   dziś   dzień   wstyd   mu   było,   że   tak   źle   ją   potraktował   w   czasie   swojej 

rekonwalescencji.

Siła uczuć, jakie dla siebie żywili, z niczym nie dała się porównać. Dane usiłował 

zdusić je w zarodku. Nie lubił kobiet i nie miał do nich zaufania. A jednak Tess znalazła 

drogę   do   jego   serca.   Nikt   go   dotąd   tak   nie   kochał.   Odrzucił   ten   dar,   ulegając   nagłemu 

wybuchowi namiętności; tak bardzo przestraszył Tess, że od tej pory trzymała się od niego z 

daleka.

Dane   niecierpliwym   gestem   odgarnął   ciemne   włosy.   Dość   tych   wspomnień.   Nic 

dobrego z nich nie wynika. Życie przynosiło nowe problemy. Tess umyśliła sobie, że zostanie 

prywatnym  detektywem  w jego agencji. Ta praca bywała  niebezpieczna. Dane niechętnie 

przydzielał   ryzykowne   zadania   Nickowi   oraz   jego   siostrze,   Helen.   Jednym   z   nich   była 

zasadzka na groźnego przestępcę, której Tess przez głupotę i nieuwagę omal nie udaremniła. 

Trzeba   jej   za   to   porządnie   natrzeć   uszu.   Niewiele   brakowało,   by   zdekonspirowała   jego 

agentów. Nie można ryzykować kolejnej takiej wpadki. Poza tym Tess musi się pożegnać z 

marzeniami   o   posadzie   detektywa.   Ryzyko   było   zbyt   wielkie.   Helen   uległa   prośbom 

dziewczyny, nauczyła ją chwytów skutecznych w samoobronie i pokazała, jak obchodzić się z 

bronią,   chociaż   Dane   nie   życzył   sobie,   by  jego   agencja   przekształciła   się  w   szkółkę   dla 

początkujących detektywów. Tess była tak uparta, że w końcu zrobił dla niej wyjątek. Drżał 

na samą myśl, że mogłaby wykonywać

ryzykowną   pracę   detektywa.   W   biurze   była 

całkiem bezpieczna. Gdyby zmieniła posadę…

Na szczęście nic nie wskazywało na to, by do tego doszło.

Należało jak najszybciej załatwić sprawę niefortunnego zachowania się Tess podczas 

zasadzki na podejrzanego.

Dane przypomniał sobie, jak po raz pierwszy ujrzał Tess w restauracji, gdzie Nita i 

Wyatt po zaręczynach umówili się na spotkanie z dwójką dorosłych dzieci. Dane udawał, że 

poczuł niechęć do jasnowłosej nastolatki, która od pierwszej chwili pociągała go jednak z 

wielką siłą. Dla dorosłego, żonatego mężczyzny był to powód do niepokoju. Jane przyszła z 

background image

nim na spotkanie, ale była tak uszczypliwa i arogancka, że odesłał ją taksówką do domu. Tess 

stanowiła jej przeciwieństwo. Była nieśmiała, milcząca i wyraźnie nim zainteresowana.

Na samą myśl o tym Dane machinalnie napiął mięśnie.

Od pierwszej chwili pragnął Tess i mijające lata tego nie zmieniły. Żył samotnie. Miał 

ważny powód, dla którego nie pragnął trwałego związku, a tym bardziej małżeństwa. Męska 

duma nie pozwalała mu rozpamiętywać tej sprawy.

Skrzywił się i podszedł do drzwi oddzielających gabinet od sekretariatu i poczekalni. 

Nie można w nieskończoność odwlekać tej rozmowy. To byłby objaw tchórzostwa, a tego 

nikt mu nie śmiał zarzucić. Obawiał się jednak, że nie będzie w stanie patrzeć na smutną 

twarz bezlitośnie karconej dziewczyny. Nie chciał, by znów przez niego cierpiała. Bóg jeden 

wie, ilu zmartwień przysporzył jej przez te wszystkie lata.

Z drugiej strony jednak Tess powinna sobie uświadomić, że w ich pracy obowiązują 

żelazne zasady, których trzeba przestrzegać. Jeśli raz przymknie oczy na jej głupi postępek, 

kolejny błąd może kosztować ją życie. Nie wolno ryzykować.

Z ponurą miną położył dłoń na klamce i otworzył drzwi.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tess   Meriwether   westchnęła   ciężko.   W   napięciu   zerkała   na   drzwi,   czekając,   aż 

otrzyma zasłużoną karę. Dzisiejszy dzień trudno było zaliczyć do udanych. Po tym jak omal 

nie zdekonspirowała pary detektywów, szef traktował ją jak powietrze. Miała nadzieję, że 

zdoła się wymknąć ukradkiem, nim Dane wyjdzie z gabinetu, by zmyć jej głowę.

Uporządkowała biurko, zerknęła na zegar ścienny i z ulgą sięgnęła po płaszcz. Był to 

szykowny trencz - idealny strój dla detektywa. Była uradowana i dumna, kiedy go kupiła. 

Spełniło   się   marzenie   wielkiej   miłośniczki   kryminałów.   Praca   w   agencji   Dane'a   była 

interesująca, mimo że Dane uparcie odmawiał, ilekroć chciała pomóc w wykonaniu zlecenia. 

Przysięgła   sobie   w   duchu,   że   pewnego   dnia   zostanie   detektywem   mimo   protestów 

nadopiekuńczego szefa.

- Dokąd się wybierasz? - usłyszała nagle znajomy głos. Dane niespodziewanie stanął 

w   drzwiach.   W   trzyczęściowym   garniturze   wyglądał   jak   główny   bohater   kryminału. 

Niechętnie odwróciła wzrok. Wprawdzie przed trzema laty potraktował ją okropnie, ale wciąż 

lubiła na niego patrzeć.

- Idę do domu - odparła. - Masz coś przeciwko temu?

- Owszem. - W milczeniu dał jej znak ręką, by poszła za nim do gabinetu. Zamknął 

drzwi i stanął obok niej. Mimo woli spostrzegł, że napięła mięśnie, jakby szykowała się do 

ucieczki. Ta reakcja była łatwa do przewidzenia. Zasłużył sobie na niechęć Tess, ale wyrzuty 

sumienia nie łagodziły bólu.

- Zapowiedziałem ci, że podczas akcji masz się trzymać z daleka od naszych ludzi - 

rzucił Dane tonem znacznie ostrzejszym, niż zamierzał.

- Nie zrobiłam  tego umyślnie  - odparła  Tess, nawijając  na  palec kosmyk  jasnych 

włosów. - Zobaczyłam Helen i pomachałam jej ręką. Wiedziałam o planowanej zasadzce, ale 

byłam przekonana, że zaczaicie się na podejrzanych wczesnym rankiem w jakimś ustronnym 

miejscu. Nie przyszło mi do głowy, że para detektywów zaszyła się na całe popołudnie w 

sklepie z zabawkami. Byłam pewna, że Helen kupuje prezent bratankowi swego chłopaka. - 

Tess zerknęła na Dane'a. Miała duże szare oczy. - Nie zdradziłeś mi żadnych szczegółów tej 

akcji. Powiedziałeś tylko, że nie wolno mi się do tego mieszać. Miałam się trzymać z daleka. 

Z daleka od czego? - perorowała z irytacją.  - Houston to duże miasto. Zwykli ludzie, w 

przeciwieństwie do teksaskich strażników, nie zastanawiają się nad tym, że może coś im 

grozić. Trzeba jasno i wyraźnie określić, gdzie nie powinni chodzić!

Dane wysłuchał tyrady  swojej  sekretarki  z kamienną  twarzą. Nie odrywał  od niej 

background image

ciemnych  oczu. Nagle uśmiechnął  się prowokująco. Stali nieruchomo. Rozległo się ciche 

pukanie. Przez uchylone drzwi do gabinetu zajrzała brunetka w eleganckim kostiumie. Była 

to Helen Reed. Zerkała z obawą na szefa.

- Czy mogę iść do domu? - zapytała cicho. Zapadło milczenie. Dziewczyna dodała 

nieśmiało: - Minęła piąta.

- Weź magnetofon i pomóż bratu. Może coś nagracie. Nick sam nie znajdzie dowodów 

przeciwko niewiernemu mężowi.

- Wykluczone!  -  odparła  Helen.  - Nie  zamierzam   tkwić  z  moim braciszkiem  pod 

drzwiami   pokoju   wynajętego   na   godziny,   skąd   będą   do   nas   dochodzić   jęki   i   okrzyki 

wywołujące   rumieniec   na   policzkach.   Taka   robota   z   Nickiem?   Stanowczo   odmawiam! 

Kochany braciszek zbytnio działa mi na nerwy! Poza tym mam randkę z Haroldem!

- Miałaś uświadomić tej młodej darnie - mruknął Dane, ruchem głowy wskazując 

sekretarkę - gdzie zastawiacie pułapkę na podejrzanego, żeby się tam nie plątała.

- Moja wina! Przepraszam - jęknęła rozpaczliwie Helen.

- Przeprosiny to za mało. Pomóż Nickowi. To będzie pokuta. W przeciwnym razie 

stracisz posadę.

- Jeśli mnie zwolnisz - stwierdziła nonszalancko Helen - zatrudnię się w wydziale 

komunikacji, a wówczas lepiej nie składaj wniosku o rejestrację auta, bo i tak niczego nie 

załatwisz. Po moim trupie!

- Czyżbyś zapomniała, że dwa lata przepracowałem w miejscowej policji i mam tam 

wielu znajomych?

Helen   z   żałosnym   westchnieniem   podeszła   bliżej,   ostentacyjnie   padła   na   kolana   i 

pochyliła   się,   zamiatając   podłogę   długimi   ciemnymi   włosami.   Zrobiła   to   z   wdziękiem 

baletnicy. Nie na darmo brała lekcje klasycznego tańca.

- Na miłość boską! Przestań się wygłupiać. Idź do domu - rzucił zniecierpliwiony 

Dane i dodał mściwie: - Mam nadzieję, że Harold zafunduje ci pizzę z tuńczykiem.

-   Dzięki,   szefie.   Tak   się   składa,   że   uwielbiam   tuńczyka!   -   Helen   z   uśmiechem 

pomachała Lassiterowi na pożegnanie. Zniknęła za drzwiami, nie dając mu czasu na zmianę 

decyzji.

- Cóż za arogancja! Wkrótce usłyszę, że należy jej się urlop na Bahamach. - Dane 

niecierpliwym gestem odgarnął włosy. Niesforny kosmyk opadł mu na czoło. Tess pokręciła 

głową.

- Helen woli Jamajkę. Wiem, bo pytałam.

Dane   chodził   niespokojnie   po   gabinecie.   Tess   obserwowała   go   ukradkiem.   Miał 

background image

sylwetkę kowboja - zwycięzcy rodeo: szerokie ramiona, wąskie biodra, długie mocne nogi. 

Gdy był zmęczony, dawały o sobie znać rany odniesione podczas strzelaniny sprzed trzech lat 

i wówczas lekko utykał. Teraz wydawał się znużony.

Po trzech latach znajomości Tess nadal trochę się go obawiała, ale potrafiła ukryć łęk. 

Wiedziała, jak stawić czoło ukochanemu mężczyźnie. Raz jeden zapomniał się przy niej i to 

wystarczyło, by straciła ochotę na upojne sam na sam.

Poczuła na sobie uporczywe spojrzenie. Miała wrażenie, że Dane czyta w jej myślach. 

Na policzki wystąpiły jej rumieńce.

- Zawstydzona? - rzucił ironicznie. Jego taksujący wzrok wprawiał w zakłopotanie 

nawet starych policjantów.

- Zastanawiałam się, co bym czuła, gdyby przyszło mi złapać na gorącym uczynku 

niewiernego męża - skłamała i mocniej ścisnęła torebkę. - Muszę już iść.

- Randka? Nie możesz się doczekać, kiedy padniesz mu w ramiona? - rzucił obojętnie.

Tess unikała mężczyzn,  ale nie chciała, żeby Dane o tym  wiedział. Z uśmiechem 

wzruszyła ramionami i wyszła.

Zapadł zmrok; było chłodno. Blask ulicznych latarni w niewielkim stopniu rozpraszał 

mrok. Zimowy wieczór był mglisty, ponury i smutny. Tess zapięła płaszcz i powlokła się w 

stronę stojącego na parkingu auta. Jeździła małym importowanym samochodem. Dzisiejszy 

wieczór będzie taki sam jak inne. Miała go spędzić samotnie w mieszkanku zwanym szumnie 

własnym   domem.   Urządziła   je   najlepiej,   jak   mogła:   mała   kuchenka,   łazienka,   pokój   z 

rozkładaną kanapą, stanowiący zarazem salon i sypialnię. Wieczorami oglądała stare filmy, aż 

poczuła zmęczenie; wtedy szła do łóżka. Kolejny wieczór będzie taki sam jak poprzedni. 

Zmieni się jedynie tytuł filmu.

Do   niedawna   mogła   oglądać   ulubione   starocie   w   towarzystwie   Kit   Morris, 

przyjaciółki i sąsiadki w jednej osobie, która pracowała w pobliżu agencji. Tak się jednak 

złożyło,   że   szef   Kit   wyjechał   na   dwa   miesiące   w   interesach,   a   sekretarka,   ciesząca   się 

całkowitym zaufaniem, musiała towarzyszyć szefowi; była dyspozycyjna, co miało znaczny 

wpływ na wysokość jej pensji. Tess bardzo tęskniła za nieco starszą od niej przyjaciółką. 

Często się spotykały - także w pracy, bo agencja detektywistyczna Lassitera dostawała od 

szefa Kit wiele zleceń, odkąd za jej pośrednictwem znaleziono matkę milionera - szaloną 

kobietę skłonną do ryzykownych eskapad.

Po wyjeździe sąsiadki Tess była osamotniona. Nie miała się komu zwierzyć. Lubiła 

Helen i uważała ją za przyjaciółkę, ale nie mogła wyznać koleżance z pracy, że Dane Lassiter 

złamał jej serce.

background image

Zarzuciła torbę na ramię i wsunęła ręce do kieszeni płaszcza. Pomyślała, że jej życie 

przypomina tę okropną noc: chłód, pustka, samotność.

Gdy zamknęły się za nią drzwi wejściowe biurowca, spostrzegła dwóch elegancko 

ubranych   mężczyzn   rozmawiających   w   blasku   ulicznej   latarni.   Obserwowała   ich   z 

ciekawością, gdy dokonywali wymiany: otwarty neseser wypełniony plastikowymi torebkami 

z białą zawartością za gruby pakiet banknotów. Minęła  nieznajomych,  uśmiechnęła się z 

roztargnieniem, skinęła im głową i poszła dalej. Nie zdawała sobie sprawę, że wprawiła obu 

panów w osłupienie. Zmierzała w stronę parkingu.

- Widziała? - zapytał jeden z mężczyzn.

- O rany! Pewnie, że tak! Za nią!

Tess nie słyszała tej rozmowy, ale zaniepokoił ją dobiegający z tyłu odgłos kroków. 

Odwróciła się powoli i ujrzała biegnących  mężczyzn.  Miała wrażenie, że chcą jej zrobić 

krzywdę. Krzyczeli coś. Osłupiała ze strachu. Nie była w stanie zrobić kroku. Nagle blask 

latarni zalśnił na metalowym przedmiocie trzymanym przez jednego z biegnących. Nim się 

zorientowała, że to świetlny refleks wypolerowanej lufy pistoletu, rozległ się głośny trzask i 

coś uderzyło ją w ramię. Krzyknęła, zachwiała się i upadła na asfalt.

- Zabiłeś ją! -krzyknął jeden z mężczyzn. - Ty idioto! Wsadzą nas za morderstwo, a 

nie za handel kokainą!

- Zamknij się! Daj pomyśleć! Może nie zginęła na miejscu…

- Wiejmy stąd! Na pewno ktoś usłyszał strzały!

- O rany! Ta kobieta wyszła z budynku, w którym mieści się agencja detektywistyczna 

- jęknął facet z pistoletem w dłoni.

- Coraz lepiej! Wspaniałe miejsce na sfinalizowanie transakcji. Wiejmy! To syreny 

radiowozów!

Przestępca   się   nie   mylił.   Nadjechał   patrol   zaalarmowany   przez   wystraszonego 

przechodnia.   Radiowóz   zablokował   wyjazd   z   parkingu.   W   świetle   reflektorów   policjanci 

ujrzeli dwóch mężczyzn pochylonych nad osobą leżącą nieruchomo na asfalcie.

- O rany! - krzyknął jeden z przestępców. - Wiejmy!

Tess jak przez mgłę słyszała tupot kroków. Była w szoku. Daremnie próbowała się 

podnieść. Asfalt pod jej policzkiem był wilgotny i chropowaty. Nic więcej nie czuła.

- Kogoś postrzelili! - dobiegł ją nieznany głos. - Trzeba ich zatrzymać!

Usłyszała kilka wystrzałów. Stopy w czarnych butach przemknęły obok jej twarzy. 

Dwaj policjanci ścigali eleganckich przechodniów.

- Tess!

background image

W pierwszej chwili nie rozpoznała głosu Dane'a. Jej szef był zawsze opanowany i 

chłodny. Rzadko się denerwował i mówił głośno.

Ostrożnym   ruchem   odwrócił   zszokowaną   dziewczynę.   Patrzyła   na   niego   nie 

widzącym   wzrokiem.   Czuła,   że   jej   ramię   staje   się   wilgotne,   ciężkie   i   gorące.   Chciała 

opowiedzieć, co się stało, ale nie była w stanie wykrztusić słowa.

Dane od razu dostrzegł ciemną plamę na rękawie płaszcza. Tkanina szybko nasiąkała 

krwią, płynącą obficie z rany.

- Boże! - jęknął rozpaczliwie, ale zachował kamienną twarz, nie ujawniając swych 

obaw. Tylko oczy lśniące od gniewu płonęły jak dwie ciemne gwiazdy.

- Jest ranna? - zapytał jeden z policjantów, podbiegając z pistoletem w dłoni do leżącej 

nieruchomo dziewczyny. Ukląkł obok Tess.

-  Tak.  Niech   pan  wezwie   karetkę.   -  Dane  na  moment  podniósł   wzrok.  -  Szybko. 

Dziewczyna bardzo krwawi.

Policjant ruszył pędem do radiowozu.

Dane nie tracił czasu. Zsunął płaszcz z ramienia Tess. Skrzywił się, widząc rozdarty 

pociskiem   rękaw   bluzki.   Krew   płynęła   obficie.   Lassiter   zaklął,   oczyścił   ranę   czystą 

chusteczką do nosa i mocno ucisnął, by zatrzymać krwawienie. Nie zwrócił uwagi na okrzyk 

bólu, który wyrwał się z ust rannej.

- Cicho - próbował ją uspokoić. - Nie ruszaj się, maleńka. Jestem przy tobie. Wszystko 

będzie dobrze.

Tess drżała. Łzy spływały jej po policzkach. Zaczęła odczuwać ból dopiero, gdy Dane 

zrobił prowizoryczny opatrunek. Bardzo cierpiała. Krzyknęła, gdy owinął ranę chusteczką i 

mocno zacisnął opaskę. Lassiter zdjął płaszcz i przykrył drżącą z zimna dziewczynę. Wsunął 

jej torbę pod stopy, by zapobiec omdleniu. Potem zajął się obficie krwawiącą raną. Tess 

zdawała sobie sprawę, że jej stan jest poważny, ale miała świadomość, że znajduje się w 

dobrych rękach, i dlatego nie uległa panice. Obecność Dane'a dodawała jej otuchy. Bywał 

okrutny, ale w potrzebie mogła na nim polegać.

- Czy wykrwawię się na śmierć? - zapytała spokojnie.

-   Wykluczone.   -   Dane   spojrzał   na   jadący   w   ich   kierunku   radiowóz.   Mamrotał 

przekleństwa, których Tess do tej pory nie słyszała z jego ust. Zerwał się na równe nogi i 

krzyknął do policjanta: - Nie czekamy na karetkę. Dziewczyna się wykrwawi, zanim lekarz tu 

dojedzie. Niech mi pan pomoże umieścić ją w aucie.

-   Przed   chwilą   dostałem   wiadomość   od   kolegi.   Złapał   jednego   z   tych   łobuzów   - 

oznajmił policjant, wraz z Dane'em przenosząc ranną na tylne siedzenie. - Jeśli nie zjawi się 

background image

tutaj, nim uruchomię silnik, będzie musiał piechotą wrócić na posterunek.

- Jasne. - Dane ułożył głowę Tess na swoich kolanach. - Ruszajmy.

Gdy rozległ się warkot silnika, na parking wbiegł funkcjonariusz prowadzący skutego 

kajdankami mężczyznę. Dane zacisnął pięści.

- Wezwałem patrol. Już tu jadą - zawołał siedzący za kierownicą policjant do kolegi. - 

Mamy tu ranną dziewczynę. Dasz sobie radę?

- Pewnie! Zawieź ją do szpitala - usłyszał w odpowiedzi.

Kierowca prowadził z wyczuciem, którego Tess pewnie by mu pozazdrościła, gdyby 

nie cierpiała tak bardzo z powodu bólu i mdłości.

Po kilku  minutach  radiowóz  zatrzymał   się przed  izbą   przyjęć  szpitala  miejskiego. 

Ranna nie miała o tym pojęcia. Straciła przytomność.

Kiedy   otworzyła   oczy,   było   całkiem   jasno.   Zamrugała   powiekami.   Była   lekko 

oszołomiona. Całkiem przyjemne uczucie. Bark i ramię były spuchnięte i zbolałe. Poruszyła 

się i dopiero wówczas spostrzegła, że jest podłączona do kroplówki i aparatury medycznej.

- Uważaj - mruknął Dane siedzący na krześle przy szpitalnym łóżku. - Podłączanie 

tych wszystkich rurek po raz drugi nie będzie przyjemne.

- Było ciemno… - wymamrotała sennym głosem, odwracając głowę w jego stronę. - 

Gonili mnie tamci dwaj. Jeden z nich chyba mnie postrzelił.

- Zgadza się - odparł Dane. - To byli handlarze narkotyków. Co się właściwie stało? 

Weszłaś przypadkiem między przestępców i policję? Była jakaś strzelanina?

- Nie - odparła z wysiłkiem. - Widziałam, jak tamci faceci finalizowali transakcję. 

Wpadli w panikę, a ja byłam tak roztargniona, że początkowo nie skojarzyłam, co się dzieje. 

Dopiero kiedy za mną pobiegli, doznałam olśnienia.

- Widziałaś, jak wymieniali narkotyki i pieniądze? - Dane znieruchomiał. Znużona 

pacjentka pokiwała głową.

- Obawiam się, że miałam tę wątpliwą przyjemność.

- Jeśli dobrze ci się przyjrzeli  i rozpoznali budynek,  z którego wyszłaś…  - Dane 

gwizdnął cicho.

- Jeden zdołał uciec, prawda?

- Ten, który do ciebie strzelał - odparł ponuro. - Drugiego policja nie może zbyt długo 

przetrzymywać w areszcie. Zbyt mało na niego mają. Złapali łobuza, ale lada chwila wyjdzie 

za kaucją. Jeśli zdecydujesz się zeznawać, pójdzie do pudła za handel narkotykami.

- Jego kumpel do mnie strzelał - przypomniała mu Tess. - To wspólnicy. Nie można 

go oskarżyć o współudział?

background image

- Kto wie? Trudna sprawa. Nie potrafię się w tym wszystkim rozeznać.

-   Na   pewno   sobie   poradzisz   -   mruknęła   sennym   głosem.   -   Tylu   przestępców 

wpakowałeś już za kratki…

- Znam ich sposób myślenia - przyznał Dane, mrużąc ciemne oczy - ale tym razem nie 

potrafię zebrać myśli, bo napadli na bliską mi osobę.

Tess miała wrażenie, że śni. Czyżby Dane się o nią martwił? Bezsensowne mrzonki! 

Przecież był do niej uprzedzony. I cóż z tego, że, kierowany litością, zatrudnił niedoszłą 

powinowatą, gdy straciła ojca? Wyjątek potwierdza regułę. Był wrogo nastawiony do Tess, 

więc dlaczego miałby się o nią martwić?

- Jak się dzisiaj czujesz? - zapytał, pochylając się nad pacjentką, która mimo woli 

podziwiała grę jego mięśni pod cienką koszulą.

- Lepiej niż  ostatniej nocy. - Odruchowo dotknęła opatrunku.  - Co ze mną  robili 

lekarze?

- Wyjęli kulę. Kaliber trzydzieści osiem, - Wyciągnął z kieszeni pocisk i pokazał go 

Tess. - Pamiątka. Możesz go sobie umieścić w gablotce.

-   Wolałabym,   żeby   policja   umieściła   za   kratkami   faceta,   który   mnie   postrzelił   - 

odparła Tess. Dane kpiąco uniósł brwi.

- Przekażę tę odkrywczą uwagę miejscowym funkcjonariuszom.

- Czy mogę wrócić do domu?

- Jeszcze za wcześnie. Najpierw musisz odzyskać siły. Straciłaś dużo krwi. Operowali 

cię pod narkozą.

- Helen będzie wściekła, gdy się dowie o tej przygodzie - powiedziała z wymuszonym 

uśmiechem. - Jest prywatnym detektywem i ciągle ryzykuje, a tymczasem bandyci wzięli na 

cel zwyczajną sekretarkę.

- O, tak - przyznał Dane. - Nasza urocza koleżanka pozielenieje z zazdrości. - Długo 

nie odrywał zmrużonych ciemnych oczu od bladej twarzy otoczonej wijącymi się jasnymi 

włosami.

- Pytałeś, jak się czuję. Zapewniam, że całkiem nieźle, choć nie wiem, dlaczego cię to 

interesuje. Przecież mnie nienawidzisz - powiedziała sennym głosem, by przerwać milczenie. 

Przymknęła powieki.

Głos   Tess   cichł   z   wolna.   Musiała   odpocząć.   Dane   pozostawił   jej   słowa   bez 

odpowiedzi, ale wyraz jego oczu dowodził, że byłby w rozpaczy, gdyby jedyna bliska mu 

osoba straciła życie.

Za wszelką cenę starał się ukryć swoje uczucia, a zatem trudno się dziwić, że Tess 

background image

przypisywała   mu   nienawiść.   Udawał   obojętnego,   gdy   go   unikała.   Ratował   swoją   dumę 

udając, że celowo robi jej przykrości, żeby wreszcie się od niego odczepiła.

Ciche pukanie do drzwi wyrwało go z zadumy.  Do separatki weszła uśmiechnięta 

pielęgniarka. Sprawdzała odczyty na wskaźnikach aparatury medycznej.

- Miała szczęście, prawda? - rzuciła z roztargnieniem, spoglądając na termometr. - 

Gdyby kula poszła trochę bardziej w bok, byłoby po niej.

Ta przypadkowa uwaga całkiem zbiła z tropu Dane'a. Mrugał powiekami, spoglądając 

na śpiącą Tess. Gdyby jej zabrakło, zostałby na świecie sam jak palec. Nie miałby nikogo.

Przerażony tą myślą, nie był w stanie usiedzieć w jednym miejscu. Wymamrotał jakieś 

usprawiedliwienie i wybiegł ze szpitalnego pokoju. Ruszył w głąb korytarza, patrząc przed 

siebie niewidzącym wzrokiem. Starał się myśleć tylko o swoim białym mercedesie, który 

Helen na prośbę szefa zostawiła pod szpitalem, gdy Tess była operowana. Przypomniał sobie, 

że obiecał wpaść do biura i przekazać informację o stanie zdrowia rannej koleżanki. Spojrzał 

na zegarek; jego podwładni zapewne są już w agencji. Potem zajrzy do siebie, żeby wziąć 

prysznic i zmienić ubranie.

Wyszedł z budynku i odnalazł auto. Westchnął ciężko i wsiadł. Nie od razu uruchomił 

silnik.   Jego   wzrok   przykuła   czerwona   plamka   na   rękawie   marynarki.   Krew   Tess. 

Poprzedniego wieczoru patrzył bezradnie, jak uchodzi z niej życie. Niewiele brakowało, by 

Tess umarła w jego ramionach.

Do niedawna była pogodną, zawsze uśmiechniętą dziewczyną, która za wszelką cenę 

pragnęła   sprawić   mu   radość.   Nie   ulegało   wątpliwości,   że   była   w   nim   zakochana.   Dane 

zacisnął powieki. Sam zabił tę miłość. Przeraził śmiertelnie Tess, gdy jak ostatni gbur uległ 

żądzy silniejszej niż wszelkie skrupuły i próbował zdobyć tę dziewczynę, nie zważając na jej 

opór. Chciał ją mieć; nie próbował zapanować nad tym  pragnieniem. Nie potrafił okazać 

czułości   i   śmiertelnie   przeraził   Tess.   Nie   zrobił   tego   umyślnie,   ale   całkiem   możliwe,   że 

ujawnił   się   w   ten   sposób   podświadomy   lęk   przed   dziewczyną,   która   mogła   się   stać 

najważniejszą   osobą   w   jego   życiu.   Usiłował   zapobiec   owemu   uzależnieniu.   Nieudane 

małżeństwo   sprawiło,   że   był   nieufny   jak   skrzywdzone   zwierzę.   Z   goryczą   wspominał 

pierwsze spotkanie z Tess…

Po   wieczorku   zapoznawczym   w   restauracji,   podczas   którego   ojciec   Tess   i   matka 

Dane'a czynili wysiłki, by stworzyć pozory rodzinnego szczęścia, nastolatka i młody policjant 

widywali się tylko w święta. Dane i jego żona Jane byli coraz bardziej poróżnieni. Nita, nie 

bez złośliwej satysfakcji, oznajmiła synowi, że młodsza pani Lassiter romansuje z innym 

mężczyzną. Można by pomyśleć, że niewierność Jane i cierpienie syna sprawiły jej osobliwą 

background image

przyjemność.

Dane'a czekało wiele trudnych chwil. W dniu gdy Wyatt Meriwether i Nita Lassiter 

ogłosili swoje zaręczyny,  został poważnie ranny w strzelaninie, do której doszło podczas 

napadu na bank. Jego życie wisiało na włosku.

Tess   przyjechała   do   szpitala   najszybciej,   jak   mogła.   Przywiózł   ją   ojciec.   Kiedy 

zorientował się, że Nita siedzi w domu, a Jane jest nieuchwytna, postanowił się ulotnić.

Tess została przez całą noc i następny dzień. Wyjaśniła pielęgniarkom, że wkrótce 

będzie przybraną siostrą rannego, który nie ma innej rodziny. Pozwolono jej czuwać przy nim 

na  oddziale intensywnej  terapii, Trzymała  go za  rękę, ocierała  spocone  czoło  i z lękiem 

obserwowała groźne rany na plecach, ramieniu i udzie. Kule przeszły na wylot przez ciało.

-   Będę   chodzić?   -   dopytywał   się   Dane   zbolałym   głosem,   ledwie   odzyskał 

przytomność.

- Oczywiście - zapewniła z uśmiechem. Dotknęła jego policzka i odgarnęła z czoła 

potargane włosy. Czuła, że ma prawo do takich czułych gestów. Ranny przymknął oczy.

- Gdzie jest moja matka? - jęknął. Po chwili dodał chrapliwym szeptem: - A Jane?

Tess milczała, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

- Sypia z moim najbliższym współpracownikiem - powiedział głucho Dane, otwierając 

szeroko czarne oczy roziskrzone nienawiścią. - Sam mi powiedział…

Tess zmarszczyła brwi.

Ranny uśmiechnął się z goryczą i ponownie zapadł w sen.

Następne   tygodnie   przyniosły   wiele   przykrych   niespodzianek.   Jane   przyszła   do 

szpitala tylko raz. Była zakłopotana, ponieważ zjawiła się jedynie po to, by oznajmić, że 

złożyła pozew o rozwód. Zamierzała powtórnie wyjść za mąż, gdy tylko rozprawa dobiegnie 

końca. Matka rannego wpadła na moment. Uchyliła drzwi, zajrzała do pokoju i stwierdziła, że 

syn nie zamierza przenieść się na tamten świat. Uspokojona pojechała żeglować z Wyattem. 

Tess była wściekła na bliskich rannego; nie odstępowała od szpitalnego łóżka.

Obojętność rodziny nie była ostatnim ciosem, jaki spadł na Lassitera. Okazało się, że 

postrzał w plecy będzie miał trwałe skutki, a zatem Dane nie będzie w stanie pracować jako 

policjant w pełnym wymiarze godzin.

Na wieść o tym chory popadł w głębokie przygnębienie.

- I cóż ci przyjdzie z tego, że będziesz się zamartwiać? - tłumaczyła cierpliwie Tess, 

zaniepokojona   wyrazem   twarzy   chorego.   Uklękła   obok   jego   krzesła   i   przez   kilka   minut 

mocno ściskała silną dłoń. - Nie wolno się poddawać, Dane - przekonywała. - Nie jest wcale 

przesądzone, że będziesz musiał odejść z policji, chociaż trzeba się liczyć z taką możliwością. 

background image

Nie daj sobie odebrać nadziei.

- Jak? Najgorsze już się stało - odparł krótko i odwrócił wzrok. - Po co tu ze mną 

siedzisz? Szkoda czasu.

- Wkrótce staniemy się rodziną - przypomniała mu. - Chcę, żebyś wyzdrowiał.

- Niepotrzebna mi smarkata siostrzyczka.

- Będziesz na mnie skazany, gdy nasi rodzice wezmą ślub - odparła z pobłażliwym 

uśmiechem. - Dość tych ponurych min. Przecież jesteś twardzielem. Teksaski strażnik nie 

poddaje się tak łatwo. Przez jakiś czas będziesz w gorszej formie. I co z tego? Wierz mi, 

Dane, z twoim doświadczeniem w ściganiu przestępców na pewno znajdziesz ciekawą pracę. 

Los wyrzuca cię drzwiami? Trudno, wejdziesz oknem. Z pewnością szybko wpadniesz na 

dobry pomysł, jeśli tylko zechcesz popatrzeć na swoją sytuację w takim świetle.

Dane milczał, ale z uwagą przysłuchiwał się wywodom swojej opiekunki. Zmrużył 

lekko powieki i popatrzył jej prosto w oczy.

- Nie lubię kobiet - oznajmił.

- Tak sądziłam. Muszę przyznać, że nie miałeś do nich szczęścia.

-   Ożeniłem   się   z   Jane   na   złość   matce.   Nie   będę   się   wypierał,   że   pragnąłem   tej 

dziewczyny. Ona chciała mieć dom i dzieci. To jej największe marzenie. - Odwrócił twarz, 

jakby wspomnienie o nieczułości Jane sprawiało mu ból. - Odejdź, Tess. Dość tej zabawy w 

siostrę miłosierdzia.

- Wykluczone. - Tess wzruszyła ramionami. - Jeśli odejdę, kto ci wybije z głowy 

skłonność do użalania się nad sobą?

- Idź do cholery! - burknął i groźnie popatrzył jej w oczy. Uśmiechnęła się na dowód, 

że trudno ją przestraszyć. Była uradowana, że otrząsnął się z apatii, w którą popadł, kiedy mu 

powiedziała, że chyba będzie musiał zrezygnować z pracy.

- Znów jesteś sobą - rzuciła ironicznie. - Masz ochotę na filiżankę kawy?

Po chwili wahania z irytacją skinął głową, jakby miał dość tej ciągłej troskliwości. 

Tess zerwała się skwapliwie i wybiegła z pokoju do korytarza, gdzie stał automat z kawą.

Do tej pory żadna kobieta nie zachowywała się tak wobec Lassitera. Był zbity z tropu, 

bo Tess postanowiła się nim zaopiekować i okazała mu troskę. Nitę interesowało jedynie to, 

co syn może dla niej zrobić, Jane okazała się jeszcze większą egoistką. Tess była ulepiona z 

innej gliny. Dzieliło ich tak wiele, że Lassiter czuł się zaniepokojony - tym bardziej że śliczna 

i miła dziewczyna  wkradła się podstępnie do jego serca. Odczuwał wobec niej nie tylko 

wdzięczność. Gdy ukradkiem zerkał na zgrabną postać, pożądanie ogarniało go z nie znaną 

dotąd siłą. Pragnął jej bardziej niż Jane, co mogło mu z czasem przysporzyć kłopotów. Tess 

background image

miała   zaledwie   dziewiętnaście   lat.   Z   drugiej   strony   jednak   podobnie   jak   większość   jej 

rówieśniczek zapewne miała już za sobą pierwsze doświadczenia erotyczne. W dzisiejszych 

czasach   to   niemal   oczywiste.   Dane   przymknął   oczy.   Pomyśli   o   tym   jutro.   Na   wszystko 

przyjdzie pora.

Posłuchał rady Tess i zastanawiał się, co mógłby robić w przyszłości. Zagryzł usta i 

rozważał kolejne warianty. Uśmiechnął się, gdy przyszedł mu do głowy ciekawy pomysł.

Przez kilka tygodni Tess przychodziła regularnie. Przesiadywała w jego separatce, a 

później w mieszkaniu, bawiąc rekonwalescenta rozmową. Dane milcząco zgodził się na te 

odwiedziny i przestał się mieć na baczności. Z wolna stawali się sobie bliscy. Dane walczył z 

coraz silniejszym pożądaniem.

Nie  mógł  się pochwalić  wielkimi  sukcesami.  Chroniczne   napięcie  usunęło  w  cień 

potrzebę ciepła i życzliwości. Pewnego dnia był wyjątkowo podminowany. Przewracał się w 

łóżku z boku na bok.

- Znowu ty? Czego chcesz, do jasnej cholery? - zapytał lodowatym tonem, gdy Tess 

weszła do separatki.

- To proste. Żebyś wyzdrowiał - odparła spokojnie. Przywykła do wybuchów gniewu i 

nagłych zmian nastroju Dane'a.

- Wynoś się. - Dane opadł na poduszkę i zamknął oczy. - Uciekaj. Spóźnisz się do 

szkoły.

- Zdałam już wszystkie egzaminy. Poza tym są wakacje.

- Idź do pracy.

- Zapisałam się na kurs dla sekretarek.

- A w ciągu dnia pracujesz?

- W pewnym sensie.

- Jak to? - Zaciekawiony Dane odwrócił głowę ku Tess.

-   Tata   powiedział,   że   opieka   nad   tobą   to   ciężka   praca.   Moim   najważniejszym 

zadaniem jest teraz postawić cię na nogi.

Tess była nie tylko dobrą samarytanką, lecz także zakochaną dziewczyną. Uwielbiała 

Lassitera. Odchudzała się i pracowała nad swoim wyglądem w nadziei, że podczas długiej 

rekonwalescencji zyska jego względy. Jej starania przynosiły marne efekty, ale nie traciła 

nadziei, że pewnego dnia dopnie swego.

- Zapewne jesteś dyplomowanym psychologiem z uprawnieniami terapeuty - rzucił 

uszczypliwie Dane.

Tess nie zwracała uwagi na jego złośliwości. Wiedziała, że jej podopieczny bardzo 

background image

cierpi, znosiła więc owe docinki ze stoickim spokojem. Odłożyła torebkę i pochyliła się nad 

chorym. Długie włosy związane w koński ogon spłynęły na szczupłe ramię.

- Mój ojciec poślubi wkrótce twoją matkę. Będziemy rodziną. Musisz przywyknąć, że 

będę się tobą opiekować - oznajmiła dziewczyna.

- Nie potrzebuję opieki. - Dane spojrzał na nią wrogo.

- Wręcz przeciwnie - odparła uprzejmie. Zmierzyła wymownym spojrzeniem blizny 

na ramionach widoczne spod białej koszulki. Plecy Lassitera wyglądały jeszcze gorzej. Tess 

widziała je, gdy ranny spał, lecz wolała mu o tym nie wspominać.

- Wiem, że bardzo cierpisz - powiedziała cicho i spojrzała na niego z czułością. - 

Bardzo ci współczuję, Richardzie.

- Jestem Dane - burknął. - Nie używam pierwszego imienia.

- Rozumiem.

- Nie życzę sobie, by smarkata uczennica dorabiała sobie jako moja pielęgniarka.

- Dlaczego matka tak rzadko cię odwiedza? - zapytała Tess, zmieniając temat. Dane 

odwrócił wzrok.

- Nienawidzi mego ojca. Jestem do niego bardzo podobny.

- Ach, tak. - Podeszła bliżej. Po chwili dodała z przekonaniem, a zarazem trochę 

niepewnie:   -   Dobrze   jest   mieć   rodzinę,   prawda?   Najbliższa   była   mi   babcia,   lecz   i   ona 

wychowywała mnie tylko dlatego, że nie miała innego wyjścia. Mama umarła, kiedy byłam 

małą dziewczynką. - Tata… - Wzruszyła ramionami. - Rodzina niewiele dla niego znaczy. 

Właściwie na nikim nie mogłam polegać. A ty… Wybacz, że o tym mówię, ale jesteś chyba w 

podobnej   sytuacji.   -   Umilkła   i   objęła   się   ciasno   ramionami.   -   Moglibyśmy   wspierać   się 

nawzajem w trudnych chwilach.

- Nie potrzebuję żadnego wsparcia! - Dane zacisnął zęby i popatrzył na dziewczynę ze 

złością. - Przestań się mną opiekować!

-   Przywykniesz   -   odparła   z   wymuszonym   uśmiechem,   choć   w   głębi   serca   bardzo 

przeżywała okrutne słowa. To jasne, czemu Dane nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Takich 

jak ona nikt nie potrzebuje.

Lassiter milczał uparcie. Nie zwracał uwagi na samozwańczą opiekunkę, która ani 

myślała zostawić go na pastwę losu. Zjawiała się codziennie. Przynosiła książki i taśmy z 

muzyką.   Dokarmiała   go   domowym   jedzeniem   i   długo   z   nim   rozmawiała.   Kłóciła   się   z 

Dane'em i zachęcała go, by ćwiczył dla odzyskania pełnej sprawności. Z czasem zakochała 

się w nim na śmierć i życie.

Nie   zdawała   sobie   sprawy,   że   tak   jawnie   okazuje   uczucia.   Trudno   się   było   nie 

background image

domyślić   prawdy,   skoro   dziewczęca   twarz   promieniała   na   widok   ukochanego.   Tess   nie 

spostrzegła,   że   Dane   często   wodzi   za   nią   pożądliwym   spojrzeniem.   W   czasie 

rekonwalescencji, mimo kłótni, bardzo się zbliżyli. Przywykł do obecności swej opiekunki i 

polubił miłe towarzystwo. Bardzo pragnął Tess. Różniła się od kobiet znanych mu do tej 

pory.   Była   łagodna   i   kochająca,   delikatna   i   wrażliwa.   Potrzebował   tej   dziewczyny. 

Pochlebiało mu jej zainteresowanie. Z niecierpliwością czekał na codzienne wizyty.

Mimo   to   z   obawą   myślał,   że   zbytnio   się   przywiązał   do   Tess.   Po   nieudanym 

małżeństwie  bał się trwałego związku jak diabeł święconej wody.  Poślubił Jane na złość 

matce, która nie pochwalała jego wyboru, ale początkowo żona bardzo go pociągała. Był 

przekonany, że go kocha. Takie sprawiała wrażenie. Wkrótce po ślubie zmieniła zdanie i nie 

chciała z nim sypiać. Czara goryczy dopełniła się, gdy wyszedł na jaw szalony romans Jane z 

policjantem, który był dawniej najbliższym współpracownikiem Lassitera. Zemściła się na 

mężu, który nie spełnił jej oczekiwań. W nieudanym związku Dane odniósł rany znacznie 

groźniejsze od gangsterskich postrzałów. Był przekonany, że Tess zwodzi go, jak to czyniły 

inne   kobiety.   Nie   mógł   wykluczyć,   że   sprytna   małolata   chce   go   po   prostu   omotać. 

Współczucie i troska to środek do celu. Pożądanie miało go uczynić bezbronnym, zdanym na 

łaskę i niełaskę tej dziewczyny.

Podejrzliwość sprawiła, że Dane ulegał zmiennym nastrojom; był wrogo nastawiony 

wobec Tess. Przy każdej sposobności odpychał ją złym słowem. Nie zrażała się jednak i nadal 

wierzyła, że w głębi ducha pragnie jej towarzystwa.

Dane stanął na własnych nogach i zaczął chodzić szybciej, niż oczekiwali lekarze. 

Szybki powrót do zdrowia sprawił, że poczuł się mężczyzną, a w swojej opiekunce dostrzegł 

ponętną kobietę, co miało dla nich obojga fatalne następstwa.

Pewnego dnia około południa Tess w białej letniej sukience z tęczowym  paskiem 

weszła tanecznym krokiem do jego mieszkania. Przyniosła domowe ciasto. Dane chodził po 

pokoju na bosaka; miał na sobie dżinsy i białą koszulkę mokrą od potu, bo przed chwilą pilnie 

ćwiczył, by odzyskać formę. Na widok Tess nogi się pod nim ugięły. Poczuł dziwną słabość.

Pragnął jej szaleńczo. Nie panował nad żądzą. Od dawna nie miał kobiety. Dosyć 

wegetacji w dobrowolnym celibacie! Postanowił zdobyć Tess. Nie miał wątpliwości, że i ona 

go pragnie. Od dawna wodziła za nim rozmarzonym wzrokiem.

Tess nie zorientowała się, że Dane mierzy ją taksującym spojrzeniem; jego oczy lśniły 

jak w gorączce. Postawiła pudełko z ciastem na kuchennym blacie i zaczęła je otwierać.

- Co tam masz? - dopytywał się zmysłowym tonem, którego do tej pory nie używał w 

ich rozmowach. Podszedł bliżej.

background image

- Ciasto - odparła. Traciła głowę, ilekroć się do niej zbliżał. Krew coraz szybciej 

pulsowała jej w żyłach. Tess z zachwytem wpatrywała się w ukochanego.

- Pomyślałam, że masz pewnie ochotę na coś słodkiego. Jak się czujesz? Wyglądasz… 

lepiej. - Spuściła oczy. Była uszczęśliwiona i zakłopotana.

Dane nie zaprzątał sobie wcześniej głowy jej życiem  erotycznym.  W przeciwnym 

razie, jako bystry obserwator, domyśliłby się od razu, że Tess Meriwether jest wcieleniem 

niewinności. Pragnął tylko jak najszybciej zaspokoić pożądanie.

- No proszę, sama słodycz - odparł cicho. Podszedł bliżej. Tess oparła się o kuchenną 

szafkę.   Dane   przylgnął   do   niej   całym   ciałem.   -   Oboje   mamy   na   coś   ochotę.   Od   dawna 

pożerasz mnie oczyma. Musiałbym być ślepy, żeby się nie zorientować, co do mnie czujesz. 

Tego   pragniesz,   Tess?   -   zapytał   namiętnym   szeptem   i   zuchwale   otarł   się   biodrami   o   jej 

biodra, żeby poczuła, jak bardzo jej pragnie.

Spłonęła rumieńcem, ale zajęty sobą Dane w ogóle tego nie zauważył. Nie odrywał 

wzroku od jej rozchylonych ust.

- Na litość boską, pragnę cię jak szaleniec!

Tess była tak wstrząśnięta i przerażona, że na moment straciła zdolność logicznego 

myślenia.   Nim   zdobyła   się   na   odruch   protestu,   Dane   zmiażdżył   jej   usta   namiętnym 

pocałunkiem. Mocne dłonie uniosły ją wyżej, by poczuła, jak bardzo jej pragnie. Natarczywy 

język   wślizgnął   się   między   zaciśnięte   wargi.   Nawet   czysta   i   niewinna   dziewczyna 

zrozumiałaby natychmiast, do czego zmierza oszołomiony pożądaniem mężczyzna.

Tess Meriwether całowała się tylko  parę razy - i to z chłopcami świadomymi  jej 

zahamowań.   Pieszczoty   namiętnego   mężczyzny,   jakim   stał   się   nagle   Dane,   mogła 

odwzajemnić jedynie doświadczona kobieta.

Tess   zesztywniała   i   próbowała   odepchnąć   Lassitera,   ale   ten   zaślepiony   żądzą   nie 

zwrócił uwagi na jej wysiłki. Dłonią objął mocno pierś dziewczyny, a kolano wsunął między 

jej nogi. Było oczywiste, do czego zmierza.

- Dane… nie! - jęknęła przerażona. Zlekceważył jej okrzyk.

- Tak - szepnął drżącym głosem, przyciskając ją mocniej. - Na miłość boską, tak, 

tak… Pragniesz mnie, prawda, skarbie? - Poczuła gorące wargi na obnażonych ramionach, 

szyi, ustach. Całował ją mocno i zachłannie. - Chcę cię mieć tu, natychmiast - jęknął głucho. 

Silne dłonie objęły jej uda, nagie pod sukienką. Dane uniósł drobną dziewczynę wyżej, by 

łatwiej w nią wejść.

Wstrzymała   oddech   zaskoczona   intensywnością   namiętnych   pieszczot.   Jęknęła 

wystraszona zaborczymi pocałunkami.

background image

- Tutaj - szeptał drżącym głosem Dane. - Wezmę cię na stojąco. - Czuła jego gorące i 

natarczywe   dłonie.   Żaden   mężczyzna   nie   dotykał   jej   w   ten   sposób.   Pożądanie   całkiem 

zamroczyło   Dane'a.   Tess   czuła   się   jak   przedmiot,   którym   zamierzał   się   posłużyć,   by 

zaspokoić swoje potrzeby.

Oddychając ciężko, uwolnił ją nagle z uścisku, aż Tess dotknęła stopami podłogi. 

Uniósł głowę. Oczy lśniły mu jak w gorączce. Drżał na całym ciele. Silne dłonie o długich, 

mocnych palcach ścisnęły piersi Tess. Pocałował ją zachłannie i jęknął:

-   Moje   plecy.   Kręgosłup   mi   wysiada.   Chodźmy   do   łóżka,   tam   będzie   nam 

wygodniej…

Tess zorientowała się, że to jedyna szansa, by wyrwać się z męskich objęć i uciec. 

Odepchnęła Dane'a i uskoczyła w bok. Na jej twarzy malował się tak wielki strach, że nawet 

oszołomiony żądzą Dane wreszcie to spostrzegł. Tess bała się, że weźmie ją siłą, nie okazując 

żadnej czułości. Płakała.  Urywany szloch rozbrzmiewał głośno w obszernym  mieszkaniu. 

Szeroko otwarte oczy były pełne łez.

- Nie podchodź! - krzyknęła, gdy zrobił krok w jej stronę. Rozpalone pożądaniem 

oczy nadal lśniły jak w gorączce. - Odczep się ode mnie!

Dane  zrozumiał   wreszcie,   że   Tess  się   go   boi.  Do   tej   chwili   był  tak   oszołomiony 

pocałunkami i namiętnymi pieszczotami, że nie zwracał uwagi na żadne protesty. Westchnął 

głęboko, próbując nad sobą zapanować. Całkiem się zapomniał. To niewybaczalne.

Obserwował Tess pociemniałymi ze złości oczyma. Jego twarz odzyskiwała powoli 

obojętny wyraz.

- Sama tego chciałaś - stwierdził ostro, próbując odzyskać spokój.

- Nie! - krzyknęła z rozpaczą.

- Pragnęłaś mnie - powiedział. - W przeciwnym razie po co byś mnie nachodziła?

- Ja cię kocham! - szlochała, dygocząc  na całym  ciele. Objęła dłońmi wstrząsane 

łkaniem ramiona, zasłaniając piersi przed jego zachłannym spojrzeniem.

- Ach, jest i miłość! - Czarne oczy ponownie zalśniły ogniem żądzy. Smukłe, mocne 

ciało przebiegł dreszcz. Dane nadal był podniecony aż do bólu. - Wszystko jasne. Skoro mnie 

kochasz, chodź tu i daj mi dowód, że nie rzucasz słów na wiatr, ty mała kusicielko.

- Nie mogę. - Tess zrobiło się ciężko na sercu. Łzy płynęły jej po policzkach. Po 

chwili milczenia dodała szeptem: - Przez ciebie wszystko mnie boli!

Jej obawy doprowadzały go do rozpaczy i wściekłości. Tak samo czuł się, gdy Jane 

przestała z nim sypiać; kpinom i oskarżeniom nie było końca.

- Czyżby? - powiedział lodowatym tonem. - Skoro nie pójdziesz ze mną do łóżka, to 

background image

idź   stąd.   Chciałem   się   z   tobą   przespać.   Na   litość   boską!   -   jęknął,   gdy   Tess   cofnęła   się 

odruchowo. - Dlaczego  ci się nie podobam? Czemu jestem gorszy od innych,  z którymi 

sypiałaś?

Tess otworzyła szeroko oczy i spłonęła rumieńcem. Przebiegł ją dreszcz. Dane pojął 

wreszcie, że nie było w jej życiu innych mężczyzn. Nie patrzyłaby na niego w ten sposób, 

gdyby miała choćby jednego kochanka.

- Tess, jesteś dziewicą? - zapytał, śmiertelnie przerażony własną głupotą.

Nie była w stanie patrzeć w rozszerzone strachem czarne oczy. Chwyciła torebkę i 

wybiegła z mieszkania. Dane patrzył za nią. Nie pobiegł za uciekinierką; nie usłyszała od 

niego przeprosin. Wmawiał sobie, że to najlepsze wyjście. Niech myśli, że go to wcale nie 

obeszło.   Bardzo   cierpiał,   ale   cóż   mógł   ofiarować   tej   dziewczynie?   Najwyżej   odrobinę 

życzliwości. Wrócił do kuchni. Chłód ścisnął mu serce, a ciemne oczy spoglądały ponuro. 

Obiecał sobie, że nigdy więcej nie zaufa kobiecie - nawet Tess. Istne wcielenie niewinności! 

Skąd miał wiedzieć? Oby tylko dzisiejsze przeżycie szybko zatarło się w jej pamięci.

Dość wspomnień, skarcił się w duchu. Uruchomił mercedesa i pojechał do biura. Cały 

personel czekał na wieści o zdrowiu koleżanki. Dane wcale się nie dziwił. Tess była ogromnie 

lubiana.

- Co z nią? Wyjdzie z tego? - Helen odezwała się pierwsza. Patrzyła na niego z obawą.

-   Czuje   się   lepiej   -   zapewnił.   -   Nadal   jest   oszołomiona   po   narkozie,   ale   wkrótce 

odzyska siły. Rana szybko się goi.

- Kiedy zostanie wypisana ze szpitala? - wypytywała niecierpliwie Helen. - Mogłaby 

zamieszkać u mnie. Będę się nią opiekować.

-   Zabiorę   ją   do   siebie   -   oznajmił   Dane.   Był   zaskoczony   własną   deklaracją.   Jego 

pracownicy nie kryli zdziwienia. - Pojedziemy na ranczo. Jose i Beryl mogą się nią zająć, 

kiedy będę w agencji. - Zwrócił się do Helen. - Potrzebujemy sekretarki. Znajdziesz jakieś 

zastępstwo?

- Już o tym pomyślałam. Ta dziewczyna wkrótce tu będzie - odparła. - Szybko pisze 

na maszynie, znakomicie j stenografuje. Z referencji wynika, że potrafi trzymać  język za 

zębami.

- Świetnie. - Dane mimo woli popatrzył na biurko, przy którym siedziała zwykle Tess. 

Dziś jej fotel był pusty.

- Orientujesz się w jej notatkach? - wypytywał zirytowany, rzucając Helen badawcze 

spojrzenia. - Nie mam pojęcia, co mnie dzisiaj czeka. Jestem z kimś umówiony?

-   Masz   zjeść   obiad   z   Harveyem   Barrettem   -   przypomniała   Helen.   -   Chodzi   o 

background image

wymuszenia. Po południu czeka cię spotkanie z małżeństwem poszukującym córki. Nazywają 

się Addisonowie. Potem rozmowa z facetem, który chce, żebyśmy śledzili jego żonę.

- Mam coś przed południem?

- Nic pilnego.

- Doskonale. Wstąpię do siebie. Potem będę w szpitalu. Stamtąd pojadę na obiad z 

klientem.

- Sądziłam, że Tess czuje się lepiej. - Helen zmarszczyła brwi.

Dane bez słowa ruszył ku drzwiom.

- Jeśli to będzie konieczne, szukajcie mnie telefonicznie w jej separatce. - Podał numer 

do szpitalnego pokoju.

- Jasne, szefie. Powiedz tej biedulce, że za nią tęsknimy.

Dane z roztargnieniem skinął głową. Myślami był już przy Tess.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Tess   nieświadomie   jęknęła   z   bólu.   Miała   dziwny   sen.   Powoli   wracała   do 

rzeczywistości.   Zapewne   śniła   o   ukochanym.   Tylko   on   pojawiał   się   w   jej   wizjach.   To 

śmieszne, zważywszy, jak okrutnie ją potraktował.

Jakiś   dźwięk   wyrwał   ją   z   sennego   odrętwienia.   Otworzyła   oczy   i   ujrzała   Dane'a 

siedzącego na krześle przy łóżku.

- Dlaczego wróciłeś? - zapytała, odruchowo napinając mięśnie. - Powinieneś być w 

pracy.

- Moja praca polega między innymi na zapewnieniu ci właściwej opieki - odparł z 

kamienną twarzą.

Na dźwięk znajomych słów powróciły wspomnienia sprzed kilku lat, kiedy to Dane 

był ranny. Zbyt dobrze pamiętała, co się później wydarzyło. Zamknęła oczy, by łatwiej znieść 

ból.

- Odejdź, proszę - szepnęła.

Dane westchnął głęboko. Nie mógł patrzeć na jej wykrzywioną cierpieniem twarz.

- Nie masz nikogo prócz mnie.

Tak rzeczywiście było. Babcia Tess umarła przed rokiem.

- Jesteś moim szefem, Dane - odparła z pozornym spokojem. Mówiła cicho i patrzyła 

mu prosto w oczy. - To wcale nie oznacza, że masz się mną opiekować.

- Muszę cię o coś zapytać. - Dane usiadł na brzegu krzesła i oparł łokcie na kolanach, 

obserwując   uważnie   chorą.   -   Powinienem   zrobić   to   już   dawno.   Czy   nadal   cierpisz   z 

powodu… tamtego dnia? Jak bardzo to przeżyłaś?

- Nie wiem, o czym mówisz - odparła chłodno. Zarumieniła się i odwróciła głowę.

- Czyżby? - odparł z kpiącym uśmiechem. - Od trzech lat unikamy tego tematu. Byłaś 

wobec mnie tak chłodna i oficjalna, że nie mogłem z tobą normalnie porozmawiać, a nawet 

przeprosić.

- Dlaczego miałbyś zaprzątać sobie tym głowę? - powiedziała. - Przecież chciałeś się 

ode mnie uwolnić. Dopiąłeś swego. Za żadne skarby świata nie będę próbowała się do ciebie 

zbliżyć.

- Innych mężczyzn także będziesz unikała - dodał ponuro.

- Przestań mnie dręczyć. Znajdź sobie inną rozrywkę. - Tess naciągnęła wyżej kołdrę i 

utkwiła spojrzenie w okiennej szybie.

- Zabieram cię na ranczo. Tam szybko odzyskasz siły.

background image

Tess pobladła. Uniosła się na łokciu i patrzyła na niego oczyma wielkimi jak spodki. 

Twarz miała nieruchomą jak maska.

- O Boże! - jęknął Dane. - Nie patrz na mnie w ten sposób.

- Nie pojadę - szepnęła, ściskając drżącymi dłońmi brzeg prześcieradła. - Nie chcę u 

ciebie mieszkać. Wykluczone!

Dane   zacisnął   powieki.   Nie   był   w   stanie   patrzeć   na   wystraszoną   dziewczynę. 

Poderwał się z krzesła i podszedł do okna.

-   Tamtego   dnia…   nie   miałem   pojęcia,   że   jesteś   dziewicą   -   rzucił   ostro.   - 

Zorientowałem się poniewczasie, gdy byłaś już śmiertelnie przerażona. Sądzisz, że nie wiem, 

czemu w ogóle nie spotykasz się z mężczyznami? - Odwrócił głowę i popatrzył Tess prosto w 

oczy. - Nie waż się myśleć, że jestem bez serca. Zapewniam, że miałem i nadal mam wyrzuty 

sumienia.

-   To   przeszłość…   -   Westchnęła,   przyglądając   się   uporczywie   swoim   dłoniom 

zaciśniętym na pościeli.

- Nie dla mnie. Mam wrażenie, jakby to było wczoraj - odparł ponuro. - Na miłość 

boską, nie odtrącaj mnie!

- Wcale tego nie robię.

Dane   natychmiast   podszedł   do   łóżka.   Był   równie   blady   jak   ranna   dziewczyna. 

Popatrzył jej w oczy.

- Tess, zdaję sobie sprawę, że odczuwasz lęk, ilekroć się do ciebie zbliżam. Tylko 

ślepiec by tego nie dostrzegł. Zapewniam, że z mojej strony nic ci nie grozi. Chcę tylko, 

żebyś   była   pod   dobrą   opieką   do   czasu,   aż   wyzdrowiejesz..   Gdy   wyjadę,   Beryl   się   tobą 

zaopiekuje.

- Nie znam Beryl. Helen powiedziała, że mogę u niej zamieszkać…

- Helen spędza dużo czasu w agencji, potem biegnie na lekcje tańca, a gdy ma wolną 

chwilę, umawia się z Haroldem na pizzę. To oznacza, że całymi dniami będziesz sama jak 

palec.

- Nic nie szkodzi. Dam sobie radę.

- Posłuchaj  mnie  uważnie  - rzucił Dane przez  zaciśnięte  zęby. Podszedł  bliżej. Z 

irytacją   spostrzegł,   że   Tess   skuliła   się   pod   kołdrą.   -   Widziałaś,   jak   doszło   do   sprzedaży 

narkotyków. Będziesz musiała zeznawać. Policji przy transakcji nie było, prawda? Mają tylko 

poszlaki. Pamiętaj, że widziałaś na własne oczy tamto zdarzenie. Jeden z gangsterów wciąż 

jest na wolności. Z pewnością zdążył się dowiedzieć, kim jesteś. Rozumiesz, co to oznacza?

- Chyba nie spodziewasz się najgorszego - powiedziała z namysłem Tess.

background image

-   Do   cholery!   Nie   bądź   naiwna!   Od   dziesięciu   lat   mam   do   czynienia   z   takimi 

łobuzami. Wiem, do czego są zdolni. Będziesz mogła czuć się bezpieczna dopiero wtedy, gdy 

obaj przestępcy trafią za kratki. Do zakończenia procesu trzeba cię chronić. Potrafię o to 

zadbać. Jeśli wyjadę, na miejscu będzie zarządca rancza, który w latach czterdziestych sam 

był teksaskim strażnikiem. Strzela niemal tak celnie jak ja.

Tess ukryła twarz w dłoniach. Nie chciała przystać na propozycję Lassitera. To dla 

niej zbyt ciężka próba. Szczerze mówiąc, łatwiej byłoby stanąć oko w oko z gangsterami.

- Możesz traktować mnie jak wroga, jeżeli ci to doda pewności siebie, tylko jedź ze 

mną. Nie ryzykuj własnego życia.

- A co ja mam za życie? - mruknęła żałośnie Tess, odgarniając potargane włosy. - 

Tylko praca i telewizja.

- Masz zaledwie dwadzieścia dwa lata - przypomniał Dane. - Za wcześnie na cynizm.

- Miałam dobrego nauczyciela - rzuciła drwiąco i spojrzała mu w oczy. - Sam dawałeś 

mi lekcje.

Wyraz twarzy Tess sprawił, że Dane poczuł się winny.

- Nie miałem w życiu nikogo bliskiego - tłumaczył. - Kiedy ojciec postanowił odejść, 

byłem  jeszcze  chłopcem.   Uwielbiałem   tatę.  Matka  nie   mogła   na  mnie   patrzeć,  ponieważ 

byłem do niego podobny. Jane zaraz po ślubie twierdziła, że mnie kocha, a potem zmieniła 

zdanie i odeszła. - Pochylił się nad Tess, która spojrzała w czarne lśniące oczy. - Szczerze i 

otwarcie   wyznałaś   mi   swoją   miłość,   a   ja   cię   odepchnąłem.   Cierpiałaś   przeze   mnie, 

odczuwałaś strach. Rozumiesz, do czego zmierzam, maleńka? Ja po prostu nie wiem, czym 

jest prawdziwa miłość!

Umilkł widząc, że Tess mimo woli spogląda na niego z czułością. Po chwili zapytał 

śmiało:

- Czy na mój widok odczuwasz jedynie lęk? - Popatrzył na usta Tess, które rozchyliły 

się lekko pod jego uporczywym  spojrzeniem.  Delikatnie musnął kciukiem różowe wargi. 

Pieszczota była tak łagodna i czuła, że Tess wstrzymała oddech. - A może pomimo złych 

doświadczeń sprzed lat nadal coś do mnie czujesz?

Dziewczyna odsunęła się na bezpieczną odległość. Zdawała się nie słyszeć ostatnich 

słów Dane' a. Za wszelką cenę musiała przerwać czułe dotknięcie, które przyprawiało ją o 

zawrót głowy. Oczy miała szeroko otwarte; serce kołatało niespokojnie.

Dane popatrzył jej w oczy. Oddychał z trudem. Nie musiała niczego tłumaczyć. Strach 

nie zabił uczucia, które do niego żywiła. Poczuł ulgę; daremnie próbowała ukryć zmieszanie 

wywołane niewinną pieszczotą. Dane miał wprawdzie aż trzydzieści cztery lata, ale po raz 

background image

pierwszy w życiu dotknął kobiety tak czule i łagodnie.

- Przyznaj się. Lęk to nie wszystko, prawda?

- Dane…

- Lekarz   powiedział,  że  wypiszą  cię   rano.  Nie przestrasz  się,  jeśli   zobaczysz  pod 

drzwiami   umundurowanego   funkcjonariusza.   Będzie   cię   pilnował,   póki   nic   wyjdziesz   ze 

szpitala.

Tess popatrzyła z obawą na Dane'a, który długo obserwował ją w milczeniu.

- Dla ciebie chcę być czuły i delikatny. To duży postęp - wyznał cicho. - Jeśli się 

postaram, może z czasem pozwolisz, żebym cię dotknął.

- Nie - odparła pospiesznie. Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. - Z pewnością nie 

zgodzę się, abyś mnie potraktował tak… jak kiedyś.

- Zrozum, maleńka. Nie znałem do tej pory dziewczyny takiej jak ty. Jesteś czysta i 

niewinna   -   powiedział,   z   trudem   dobierając   słowa.   -   Czułość   była   mi   obca,   ale   to   nie 

usprawiedliwia tamtego postępku. Zachowałem się jak dzikus i bardzo tego żałuję.

- Nie chcę o tym rozmawiać, Dane - oświadczyła, spoglądając na splecione dłonie. 

Sprawiała wrażenie znacznie starszej niż w rzeczywistości, - Zostaw mnie w spokoju, Dane. 

Nie mam sił na sprzeczki.

Czemu nie domyślił się od razu, co dręczy Tess? Po wielu latach znajomości w ogóle 

jej   nie   znał.   To   oczywiste,   że   poczuła   się   odrzucona,   gdy   ojciec   oddał   ją   babci   na 

wychowanie,   by   mieć   czas   na   niezliczone   romanse.   Ślub   z   matką   Dane’a   z   pewnością 

spowodował   dalsze   rozluźnienie   więzów   między   ojcem   i   córką.   Tess   pragnęła   obdarzyć 

kogoś uczuciem i wybrała fatalnie; trafiła na człowieka, który niewiele wiedział o miłości, 

chował   w   sercu   urazy   i   uprzedzenia,   miał   za   sobą   nieudane   małżeństwo,   a   jego   ciało 

poznaczone było niezliczonymi bliznami.

Dane skrzywił się, gdy ujrzał wyraz twarzy Tess. Miał wrażenie, że ponosi winę za 

wszystkie jej cierpienia. Z pewnością często przez niego płakała.

- Lubisz konie? - zapytał.

- Zawsze się ich bałam.

- Zapewne dlatego, że mało o nich wiesz. Gdy wyzdrowiejesz, nauczę cię jeździć 

konno.

- Nie trzeba - odparła Tess drżącym głosem. - Daj spokój. Nie potrzebuję litości.

Dane   chciał   odpowiedzieć,   lecz   daremnie   szukał   właściwych   słów.   Westchnął 

głęboko.

- Wpadnę do ciebie jutro - rzucił na odchodnym. - Odpoczywaj.

background image

Tess skinęła głową. Przymknęła oczy. Chciała o nim zapomnieć - choćby na krótko. 

Nie   pozwoli,   by   znów   ją   omotał.   Tym   razem   zdoła   się   uchronić   przed   niebezpiecznym 

urokiem tego mężczyzny.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Na swoim ranczu Lassiter hodował rasowe bydło. Jose Dominguez doglądał zwierząt, 

Hardy był kucharzem. Dan, mąż Beryl, pracował jako zarządca; miał do dyspozycji sześciu 

kowbojów oraz kilku fachowców niezbędnych do sprawnego działania farmy.

Tess nie chciała opuszczać szpitala i jechać na ranczo szefa, ale brakło jej sił, by z nim 

walczyć.   Dane  porozumiał  się   z   lekarzem   i   z   pomocą   Helen   spakował   wcześniej   rzeczy 

chorej. Walizkę miał w bagażniku, gdy zajechał pod szpital. Dopilnował, by wypisano Tess, 

zaprowadził ją do mercedesa i ruszył prosto do Branntville.

Tess z obawą myślała o nadchodzących dniach, które miała spędzić w towarzystwie 

szefa. Dane zachowywał się dziwnie. Niepokoiła się bardziej niż zwykle.

Lassiter był na co dzień dość milczący. Jedynie podczas rozmów z klientami ożywiał 

się trochę. Przez całą drogę do Branntville w aucie panowała martwa cisza. Pogrążona w 

zadumie Tess spoglądała w okno. Od czasu do czasu krzywiła się, czując ból w ramieniu.

- To już ranczo? - zapytała, gdy wyjechali z miasteczka i ujrzeli biały płot okalający 

posiadłość aż po horyzont.

Na bramie widniał znak farmy: stylizowana czarna ostroga. Dane ożywił się nieco i 

zaczął opowiadać Tess o zamożnych rodzinach z sąsiedztwa. Było wśród nich dwoje młodych 

ludzi, którzy wyraźnie mieli się ku sobie.

- Pewnie wezmą ślub i połączą dwie fortuny. Oby żyli długo i szczęśliwie - stwierdziła 

Tess.

- Są jeszcze bardzo młodzi. Poza tym małżeństwo wcale nie gwarantuje szczęścia - 

odparł z goryczą.

- Moim zdaniem ludzi decydujących się na trwały związek wiele musi łączyć.

- Na przykład? - zapytał zerkając na Tess.

- Wzajemny szacunek, podobne zainteresowania i doświadczenie życiowe.

- A łóżko?

-   Bez   tego   nie   byłoby   potomstwa…   -   Tess   poruszyła   się   niespokojnie   i   utkwiła 

spojrzenie w przedniej szybie.

- Bywa, że ludzie nie mogą mieć dzieci. Czy to znaczy, że nie powinni razem sypiać? 

- odrzekł ponuro Dane.

- Ależ nie. - Tess oglądała własne dłonie. - Silne więzi erotyczne to dla wielu osób 

rzecz całkiem naturalna.

-   Tess…   -   Dane   szukał   odpowiednich   słów.   -   Chyba   nie   masz   pojęcia,   na   czym 

background image

polegają te sprawy.

- Tak sądzisz? - Tess spłonęła rumieńcem.

Zerknął na jej profil i krew zaczęła szybciej krążyć w jego żyłach. Tess nie miała 

pojęcia, jak to jest między kobietą i mężczyzną. Przez niego nabawiła się owych zahamowań. 

Skrzywdził ją i przestraszył. Szkoda, że tak się stało. Gdyby potrafił zdobyć się na odrobinę 

czułości… cudownie byłoby leżeć, trzymając w objęciach śliczną kochankę i dzielić rozkosz 

jak tysiące innych par. Mięśnie Lassitera sprężyły się natychmiast pod wpływem tej wizji. 

Gdyby Tess nadal go kochała…

Stłumił jęk. Pochopnie odrzucił bezcenny dar. Cóż za ironia losu! Przed laty narobił 

głupstw,   gdy   po   niebezpiecznym   postrzale   odzyskiwał   zdrowie.   Trzeba   było   kolejnego 

nieszczęścia, by uświadomił sobie bezsens własnego postępowania.

- Jesteśmy na ranczu.

Uśmiechnął   się   mimo   woli.   Zbliżali   się   do   obszernego   parterowego   budynku 

wzniesionego  z drewna i pomalowanego na biało.  Otaczały go kwietne  rabaty i wysokie 

drzewa.

- Jak tu pięknie! - wykrzyknęła Tess.

-   Posiadłość   należała   do   mojego   dziadka   -   wyjaśnił   Dane.   -   Zapisał   mi   ją   w 

testamencie.

- Cudowne miejsce - zachwycała  się Tess. Ze wzruszenia  brakło jej tchu. - Jakie 

piękne rabaty! Idę o zakład, że wiosną masz tu istny dywan z kwiatów.

- To zasługa Beryl. Wie, jak upiększyć otoczenie. Jeśli zechcesz, pokaże ci cały ogród.

-  Uwielbiam   rośliny   -  wyznała   Tess.   -  Nie   mam   ich   gdzie   uprawiać.   Zastawiłam 

doniczkami wszystkie parapety w moim mieszkaniu. Gdy mieszkałam u babci, zajmowałam 

się ogrodem.

- Widzisz? Nic o tobie nie wiem. - Dane podjechał do schodów prowadzących na 

werandę, wyłączył silnik i obrzucił Tess badawczym spojrzeniem. - Nie mam pojęcia, kim 

naprawdę jesteś.

- Dlaczego miałoby cię to interesować? - odparła wymijająco. - Spójrz! To Beryl, 

prawda? - Na schody wybiegła niska, siwowłosa kobieta.

- Zgadłaś.

- Nareszcie jesteś! - gderała starsza pani. - Jak zwykle spóźniony. To ona? - Beryl 

zmierzyła   Tess   taksującym   spojrzeniem.   -   Blada   i   wychudzona,   biedactwo.   Muszę   ją 

odkarmić. Jak ramię, dziecinko? Wciąż boli?

- Znacznie mniej niż. przedtem. - Tess od razu poczuła się na farmie jak u siebie w 

background image

domu.

- Dość gadania - wtrącił Dane. - Trzeba zaprowadzić pacjentkę do pokoju. Jeśli dłużej 

tu postoimy, na pewno się przeziębi.

- Wcale nie jest chłodno - stwierdziła Beryl.  - Nim upłynie  miesiąc,  wszystko  tu 

zakwitnie!

Tess potrafiła sobie wyobrazić ten widok. Z żalem pomyślała, że go nie zobaczy, bo 

wkrótce wyjedzie. Pozwoliła, by Dane objął ją ramieniem i wprowadził po schodach, ale 

napięła mięśnie, jakby zamierzała uciec.

- Nie bój się - mruknął, gdy Beryl ruszyła przodem, wskazując drogę do jednego z 

pokoi gościnnych. - Nie mam złych zamiarów.

- Dane… - Tess zarumieniła się mimo woli. Jej zakłopotanie wprawiło Lassitera w 

irytację.

- Przestań być taka spięta. Jesteś wśród przyjaciół.

- Siebie również do nich zaliczasz? - odparła chłodno.

- Skończyłem trzydzieści cztery lata - mruknął, gdy szli korytarzem. - Nie przyszło ci 

do   głowy,   że   mam   dosyć   samotności?   Pamiętasz,   jak   powiedziałaś,   że   oboje   jesteśmy 

osamotnieni. Nie mamy bliskich.

- Twierdziłeś, że nikt ci nie jest potrzebny.

- Od czternastu lat jestem gliną. - Dane wzruszył ramionami. - Ludzie mego pokroju z 

trudem zmieniają poglądy.

Na samą myśl o ryzykownym zajęciu Dane'a Tess ogarnął niepokój. Stanęli jej przed 

oczyma   handlarze  narkotyków,  których   przyłapała   na gorącym   uczynku.   Do  tej  pory  nie 

myślała   o   przestrogach   Lassitera,   który   uświadomił   jej,   że   jest   w   sprawie   nielegalnej 

transakcji jedynym świadkiem.

- Co się stało? - wypytywał Dane.

- Przypomniałam sobie, jak zostałam ranna. Tamci mężczyźni…

- Tu jesteś bezpieczna - oznajmił stanowczo. - Nic ci nie grozi.

- Jasne - odparła z wymuszonym uśmiechem.

Beryl   pomogła   gościowi   rozpakować   walizkę.   Dane   poszedł   obejrzeć   cielę,   które 

urodziło się po ich przyjeździe. Zniknął na kilka godzin. W tym czasie Beryl i Tess zdążyły 

się zaprzyjaźnić. Gdy ponownie zajrzał do gościnnego pokoju, Tess ledwie go poznała.

Miał na sobie roboczy strój kowboja - koszulę w niebieskie paski z długimi rękawami, 

zapinanymi na metalowe guziki, wypłowiałe niebieskie dżinsy, długie skórzane ochraniacze 

podtrzymywane   szerokim   paskiem   ze   srebrną   klamrą,   czarne   wysokie   buty   wyszywane 

background image

błyszczące nicią i stary kapelusz z szerokim rondem włożony na bakier. Tess patrzyła na 

niego jak urzeczona. Nie widziała go nigdy w takim stroju.

- Wyglądasz, jakbyś uganiał się za cielakami po zaroślach - gderała Beryl.

- Strzał w dziesiątkę - odparł Dane. - Musieliśmy wypłoszyć stadko krów z zagajnika. 

Sama wiesz, że to nie jest łatwa robota. - Zwrócił się do Tess: - Rozpakowana?

Tess skinęła głową.

- Czemu tak mi się przyglądasz? - Dane uniósł brwi.

- Wyglądasz… inaczej - odparła, daremnie szukając właściwego słowa na określenie 

zmiany, która w nim zaszła.

- Tutaj nie muszę grad układnego człowieka interesów - powiedział, uśmiechając się 

lekko. - Jestem u siebie. To mój dom.

Tess   odwróciła   wzrok.   Dom…   Miała   własne   mieszkanie,   ale   nie   istniało   na   tym 

świecie miejsce, gdzie czułaby się całkiem swobodnie. U babci było ładnie i wytwornie, ale 

liczył się tylko efekt, a nie domowe ciepło.

- Co jest na obiad? - Dane popatrzył na Beryl.  Zirytował  się wyraźnie, gdy Tess 

popadła w zamyślenie i przestała zwracać na niego uwagę.

-   Wołowina   -   odparła   Beryl   i   dodała   z   uśmiechem:   -   I   ziemniaki.   A   czego   się 

spodziewałeś?

- Mnie to wystarczy. Zmienię ciuchy.

Tess obserwowała go ukradkiem. Jej oczy zdradzały więcej, niż sądziła. Wspominała, 

jak  wybił  brutalnie  z jej  głowy uwielbienie  dla wyśnionego  bohatera.  Kochała  go całym 

sercem, ale odrzucił tę miłość. Teraz próbował wszystko naprawić. Czyżby nie rozumiał, że 

jest za późno? Minęło tyle lat.

- Ty się go boisz! - mruknęła Beryl, spoglądając na Tess z niedowierzaniem. Przez 

chwilę obserwowała ją uważnie. - Kochanie, przecież Dane nawet muchy by nie skrzywdził!

Zapewne, pomyślała z goryczą Tess. Cierpiała przez niego, ale za nic w świecie nie 

wyznałaby starszej pani, co się stało.

- Nie przepadał za moim ojcem - odparła wymijająco. - Siłą rzeczy ja również nie 

cieszę się jego sympatią. Bardzo mi pomógł, gdy zostałam ranna, lecz mimo to wolałabym 

mieszkać na przeciwległym skraju miasta i spotykać mego szefa tylko w biurze.

- W takim razie słabo go znasz. - Beryl nie dawała za wygraną. - Przyznaję, że bywa 

szorstki   i   niecierpliwy,   ale   nigdy   mściwy.   Matka   zatruła   mu   życie,   gdy   mąż   ją   opuścił. 

Starałam się opiekować małym najlepiej, jak umiałam, bo Nita go zaniedbywała.

- Mój ojciec miał tę samą wadę - oznajmiła Tess.

background image

- Widzisz! Coś was łączy.

- Jasne. Oboje jesteśmy ludźmi.

Tess   szybko   oswoiła   się   z   warunkami   życia   na   ranczu.   Wszystko   ją   ciekawiło. 

Odzyskała   spokój   i   poczucie   wewnętrznej   równowagi.   Chętnie   i   często   pomagała   Beryl. 

Ramię bolało ją czasami, ale wyjaśniła starszej kobiecie, że należy je koniecznie rozruszać, 

bo w przeciwnym razie nie odzyska dawnej sprawności. Nakrywała do stołu i starała się 

odciążyć Beryl. Szybko zyskała sympatię pracowników farmy.

Dane był rozczarowany, bo trzymała się od niego z daleka. Zawsze miała jakiś powód, 

by wyjść z pokoju, gdy on tam wchodził. Jeżeli po obiedzie przesiadywał w salonie, a nie w 

swoim gabinecie, Tess wymykała się do swego pokoju.

W biurze agencji utrzymywali  wyłącznie  kontakty służbowe. Tess stenografowała, 

łączyła rozmowy telefoniczne i pilnowała, by wszystko szło według planu. Teraz sytuacja się 

zmieniła. Ranczo stanowiło naturalne środowisko Lassitera; stał się tam innym człowiekiem. 

Tess nie umiała sobie z tym poradzić. Nawet wówczas, gdy był ranny, postępował według 

ściśle określonych zasad. Raz tylko - w swoim mieszkaniu - całkiem się zapomniał. Ranczo 

było jego azylem. Mało kto mógł je odwiedzić. Tess nie miała pojęcia o istnieniu posiadłości.

Tu, z dala od miasta, Dane odzyskiwał spokój i pewność siebie. Nie musiał stale mieć 

się na baczności. Utykał nieco z powodu ciężkiej pracy. Częściej niż w biurze dawało o sobie 

znać   jego   wybuchowe   usposobienie,   a   mimo   to   wydawał   się   bardziej   zrównoważony   i 

otwarty.   Tess   nie   była   tym   zachwycona.   Odczuwała   zakłopotanie,   bo   nikt   się   nimi   nie 

interesował.   Beryl   zachowywała   dystans;   reszta   pracowników   zajmowała   się   własnymi 

sprawami.   Tess   była   zdana   na   towarzystwo   Lassitera,   co   oznaczało,   że   ma   powody   do 

niepokoju.

Dane szybko się zorientował, że Tess go unika; był na nią zły. Gdy po trzech dniach 

nic się nie zmieniało, postanowił z nią poważnie porozmawiać. Wszedł do obory, gdzie Tess 

karmiła osierocone cielę.

- Przestań mnie unikać - powiedział bez żadnych wstępów.

Tess spoglądała na niego z obawą. Miała na sobie dżinsy, niebieską bluzkę i dżinsową 

kurtkę. Włosy zaplotła w warkocz. Nawet bez makijażu wyglądała bardzo ładnie. Dane od 

razu to zauważył.

- Muszę nakarmić to biedactwo - oznajmiła, by zyskać na czasie. Wskazała trzymaną 

w ręku butelkę. Cielę piło z niej, trzymając łebek na kolanach Tess.

- Nie zmieniaj tematu. - Dane pospiesznie zdjął kapelusz i ukląkł obok niej. Popatrzył 

w   szare   oczy.   -   Od   paru   dni   usiłuję   ci   powiedzieć,   że   strasznie   żałuję   wszystkiego,   co 

background image

zrobiłem… tamtego dnia.

Tess natychmiast się zarumieniła. Serce kołatało w jej piersi coraz szybciej. Wolała 

nie pytać, czemu tak się dzieje.

- Gdybym wiedział, że byłaś niewinna, z pewnością nie rzuciłbym się na ciebie jak 

dzikus.

- Już mi to mówiłeś - wykrztusiła.

- Wtedy nie chciałaś mnie słuchać.  - Nerwowym  ruchem odgarnął gęstą wilgotną 

czuprynę. - Wiem, że kręci się wokół ciebie paru facetów. Chyba już wiesz, że czułe sam na 

sam nie jest regułą. Kochankowie bywają gwałtowni.

Tess w milczeniu patrzyła na cielaczka.

- I cóż? - Delikatnie uniósł jej twarz i zmusił, by spojrzała mu w oczy. - Powiedz coś.

- Ja z nikim… - odparła wreszcie. - Nigdy…

Lassiter długo milczał.

- Na żadnej kobiecie nie zależało mi tak bardzo, abym troszczył się o jej uczucia i 

potrzeby - wyznał szczerze. - Pragnąłem Jane. Byłem przekonany, że mnie kocha, uznałem 

więc, że nie muszę za każdym razem grać roli czułego uwodziciela.

Tess   westchnęła.   Z   nikim   się   dotąd   nie   kochała,   ale   o   erotyce   wiedziała   chyba 

znacznie więcej niż Dane.

- Nie możesz tak… - Zarumieniła się i dokończyła odważnie: - Musisz zrozumieć, że 

potrzeby kobiet i mężczyzn są różne. My potrzebujemy czasu i pieszczot.

- Skąd wiesz? - zapytał.  - Przed chwilą dałaś mi do zrozumienia, że nie straciłaś 

jeszcze dziewictwa.

-   To   wcale   nie   oznacza,   że   jestem   tępą   idiotką   -   odparła,   rumieniąc   się   jeszcze 

bardziej. Spojrzała mu w oczy. - Oglądam filmy, czytam książki. Orientuję się, w czym rzecz, 

i wiem, co może odczuwać kobieta w ramionach ukochanego mężczyzny.

- Kochałaś mnie - stwierdził ponuro - a mimo to czułaś jedynie strach.

- To nie była miłość, tylko fatalne zauroczenie - wtrąciła, nie mogąc sobie darować, że 

tak jawnie okazywała uczucia. Jako dziewiętnastolatka nie miała pojęcia, że należy ukrywać 

tajemnice swego serca. - Cierpiałam z twego powodu… i nie chodziło jedynie o zranioną 

dumę.

- Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Pragnąłem cię jak szaleniec - odparł z wahaniem. 

Można by pomyśleć, że odczuwa ból. - Byłaś taka czuła i kochająca. Pomyślałem… - Zaklął 

cicho i popatrzył jej w oczy. - Czy to ma znaczenie? I tak mnie nie chciałaś.

- Byłeś zbyt natarczywy - szepnęła.

background image

Dane zacisnął w pięść rękę leżącą na kolanie.

- Nie potrafię inaczej postępować z kobietami! - odparł głucho. Zmrużył powieki i 

spoglądał w szare oczy Tess. - Późno zacząłem. To chyba wina matki. Nienawidziła mnie i 

dlatego straciłem pewność siebie. Unikałem dziewczyn. Stałem się mężczyzną dopiero jako 

młody glina. Zapewne się domyślasz, że kobiety, jakie spotykałem w miejskiej dżungli, były 

równie twarde i pozbawione sentymentów jak faceci. Brałem je szybko, bez miłości. - Patrzył 

na Tess z niepokojem, jakby oczekiwał wyroku. - Rzuciłem się na ciebie tak zachłannie… bo 

inaczej nie potrafię.

- Biedny Dane - szepnęła Tess, nie kryjąc współczucia. - Bardzo mi ciebie żal.

- Proszę? - mruknął z roztargnieniem, nie rozumiejąc, o co jej chodzi.

Tess nie była pewna, czy Dane ma świadomość, jak wiele swych tajemnic zdradził jej 

tym wyznaniem. Po raz pierwszy od wielu miesięcy śmiało wyciągnęła rękę i pogłaskała go 

po policzku. Palce miała zimne.

- Nie lituj się nade mną, kochanie - mruknął i odsunął się nagle. Oczy lśniły mu 

dziwnym blaskiem. - Żadnej kobiecie nie pozwolę się nade mną użalać.

Wstał   i   ciężkim   krokiem   ruszył   ku   drzwiom.   Zdumiona   Tess   odprowadziła   go 

wzrokiem.

Przez następne dwa dni z kolei Lassiter unikał Tess, jakby czuł się zakłopotany nazbyt 

szczerym wyznaniem. Dziewczyna była znacznie mniej nerwowa od chwili, gdy pojęła, że 

jego nastawienie wobec kobiet usunęło w cień potrzebę czułości. Z zadowoleniem pomyślała, 

że wyniesiona z lektur wiedza teoretyczna o związkach mężczyzn i kobiet przyda jej się teraz 

w życiu. Dane nie zaznał czułości i dlatego nie potrafił jej okazać, ale to można zmienić.

Dane przerwał jej te rozważania. Oznajmił, że pora wrócić do agencji. Nie mógł dłużej 

zaniedbywać swojej firmy. Tess postanowiła z nim jechać; odzyskała siły, a ramię prawie już 

nie bolało.

Dane pospiesznie spakował walizkę i pożegnał się z Beryl. W drodze do Houston był 

milczący i nieprzystępny.

- Będziesz miała ochroniarza. Ma wszędzie za tobą chodzie - stwierdził chłodno, gdy 

po godzinnej podróży odniósł walizkę do mieszkania Tess.

- Nie potrzebuję takiego anioła stróża - odparła buntowniczo. - W razie potrzeby mogę 

zadzwonić na policję.

- O ile zdążysz - odparł krótko. - Nie masz pojęcia, w co się wpakowałaś.

- Drogi panie superglino - powiedziała, rzucając mu drwiące spojrzenie. - Gotowa 

jestem się założyć, że nawet w czasie urlopu trzymasz spluwę pod poduszką, by móc o każdej 

background image

porze dnia i nocy stawić czoło przestępcom.

- Nie ukrywam, że lubię swoją pracę - przyznał Dane z uśmiechem, który przyprawił 

Tess o drżenie serca. - Tylko w akcji i na ranczu naprawdę jestem sobą. Przejście z policji do 

agencji detektywistycznej niewiele zmieniło, bo charakter pracy jest podobny, szczególnie 

gdy mam do czynienia z kryminalistami.

-   Adrenalina   do   krwi…   i   od   razu   czujesz   się   lepiej   -   mruknęła   Tess.   -   Jesteś 

uzależniony od ryzyka.

- Naprawdę?

-   Dlatego   nadal   sam   bierzesz   najtrudniejsze   sprawy,   choć   mógłbyś   je   zlecić 

podwładnym.   Szukasz   mocnych   wrażeń.   -   Spojrzenie   szarych   oczu   przesunęło   się   po 

muskularnej postaci. Tess pamiętała o bliznach na skórze okrytej ubraniem.

-   To   niezbyt   przyjemny   widok.   Lepiej   ci   go   oszczędzę.   W   przeciwnym   razie 

nabierzesz do mnie odrazy. - Dane był przenikliwym obserwatorem. Od razu wiedział, co ją 

trapi.

- Myślałam o wypadku, a nie o twoim wyglądzie - oznajmiła stanowczo i popatrzyła 

mu w oczy.

Ta uwaga trochę go uspokoiła, ale nadal był naprężony niczym struna. Zawsze chodził 

prosto,   jakby   kij   połknął.   Nigdy   sienie   garbił   i   z   góry   patrzył   na   ludzi.   Jego   postawa   i 

charakter odznaczały się pewną wyniosłością. Był prostolinijny i bezkompromisowy.

-   Mniejsza   z   tym.   I   tak   nie   ma   co   marzyć,   by   ktoś   mi   zaproponował   pikantną 

rozkładówkę w „świerszczyku” dla pań - odparł z uśmiechem. - Zresztą przed wypadkiem 

również daleko mi było do supermana.

- Nie miałam okazji zobaczyć cię w spodenkach kąpielowych - odparła, wpatrując się 

w niego jak w obraz.

-   Nie   paraduję   w   takim   stroju,   zwłaszcza   w   miejscach   publicznych.   -   Dane   nie 

odrywał spojrzenia od szarych oczu. Stał bez ruchu, z trudem chwytając powietrze. - Chyba 

nie   miałbym   nic   przeciwko   temu,   żebyś   na   mnie   popatrzyła.   Nikomu   innemu   na   to   nie 

pozwolę.

- Dlaczego ja? - zapytała cicho.

- Bo nie próbujesz mnie upokorzyć - odparł szczerze. - Wiele kobiet chętnie poniża 

swoich partnerów. To im daje poczucie wyższości. Gdy facet pozwoli sobie wobec kobiety na 

podobne   zachowanie,   od   razu   jest   nazywany   męską   szowinistyczną   świnią.   Nie   ma 

sprawiedliwości na tym świecie.

- Wśród pań też bywają rozmaite charaktery.

background image

Dane zrobił krok w jej stronę, wsunął palce w jasne włosy, objął palcami szczupły 

kark i utonął spojrzeniem w szarych oczach.

- Naucz mnie - szepnął głucho.

- Czego? - spytała. Oddychała ciężko. Rozchyliła usta. Z bijącym sercem wpatrywała 

się w Dane'a, który pochylił się i pożerał ją wzrokiem.

- Naucz mnie delikatności - szepnął z wargami przy jej ustach. Zdrętwiała, gdy zaczął 

ją całować. Wdychała zapach wody kolońskiej, czuła siłę muskularnego torsu, który niemal 

dotykał jej ciała. Usta Dane’a musnęły jej wargi. - Dobrze ci, Tess? - szepnął. - Powiedz mi.

- Dane, nie powinniśmy - odparła drżącym głosem. Położyła dłonie na jego piersi 

okrytej białą koszulą, wsunęła je pod tweedową marynarkę. Czuła ciepło jego skóry i miękkie 

włosy   porastające   szeroką   klatkę   piersiową.   Mimo   woli   rozchyliła   wargi,   oszołomiona 

pocałunkami. Nogi się pod nią ugięły.

- Przecież… mnie nienawidzisz - odparła cicho.

-   Mylisz   się.   Nienawidziłem   matki   -   szeptał,   wsuwając   palce   w   jasne   włosy.   - 

Znienawidziłem   moją   byłą   żonę.   Wściekałem   się   na   cały   świat,   ale   do   ciebie   nigdy   nie 

czułem nienawiści. - Zmarszczył ciemne brwi, jakby go coś zabolało. - Wierz mi, Tess.

Zadrżał i pocałował ją zachłannie. Zamknął się wokół nich krąg ciszy nabrzmiałej 

czułością i pożądaniem.

Przez chwilę Tess miała wrażenie, że czas się cofnął, ale tym razem nie czuła lęku, 

gdy wziął ją w ramiona. Pieszczoty silnych dłoni były delikatne. Dane panował nad sobą, nie 

spieszył się wcale i nie popędzał Tess, która doceniła to i zaufała mu całkowicie. Wiedziała o 

nim   znacznie   więcej   niż   przed   laty   i   to   przesądziło   o   jej   decyzji.   Oddała   pocałunek. 

Poznawała   smak   zachłannych   warg.   W   najśmielszych   marzeniach   nie   oczekiwała   takiej 

przyjemności.   Zmysłowe   usta   Dane'a   miały   smak   kawy.   To   było   cudowne.   Była   tak 

oszołomiona, że nogi się pod nią ugięły. Była jak w gorączce.

- Dane… - jęknęła spazmatycznie. Mężczyzna objął ją mocniej, wsunął język między 

rozchylone wargi. Pieścił ją coraz śmielej, całował coraz bardziej niecierpliwie.

Uniósł głowę, wsłuchując  się w głośne uderzenia swojego serca. Długo patrzył  w 

zamglone szare oczy, uradowany tym, co w nich zobaczył. Tess się go nie bała; udało mu się 

rozbudzić jej uśpione zmysły. Nie mieściło mu się w głowie, że czułość tyle między nimi 

zmieniła. Odczuwał rozkosz pocałunku silniej niż kiedykolwiek.

Przytulił mocno Tess, szepcząc jej do ucha, o czym marzy. Krzyknęła podniecona 

tymi słowami, uniosła ramiona i zarzuciła mu je na szyję. Niespodziewanie zadzwonił telefon. 

Tess odsunęła się nieco. Poczuła ból w zranionym  ramieniu. Dane jęknął, uniósł głowę i 

background image

popatrzył w rozgorączkowane szare oczy. Tess drżała, ale nie odepchnęła go, tylko przytuliła 

się   znowu.   Była   podniecona.   Ta   świadomość   sprawiła,   że   serce   mocniej   zabiło   mu   w 

piersiach.

Tess ledwie stała. Kolana się pod nią ugięły.

- Bez obaw, kochanie - szepnął Dane, tuląc ją w ramionach. - Trzymam cię mocno.

Wziął   Tess   na   ręce,   podszedł   do   fotela   i   usiadł,   biorąc   ją   na   kolana.   Podniósł 

słuchawkę hałaśliwego telefonu.

- Tak, wróciła. Czuje się nieźle. Nie możesz teraz z nią rozmawiać. Powiem, żeby do 

ciebie zadzwoniła - rzucił oschle i zakończył rozmowę.

- Helen - mruknął, spoglądając w zamglone oczy. - Chciała sprawdzić, czy jesteś do 

domu.

- Miło z jej strony.

-   Owszem,   ale   zadzwoniła   nie   w   porę   -   oznajmił   zmysłowym   szeptem   i   musnął 

wargami jej usta. - Cieszę się, że mnie pragniesz, Tess. Udało mi się obudzić twoje zmysły.

- Jesteś zarozumiały…

Nie   pozwolił   jej   dokończyć.   Całował   rozchylone   wargi.   Przywarła   do   niego, 

spragniona zmysłowej pieszczoty. Gdy w końcu podniósł głowę, długo wpatrywał się w Tess, 

która spłonęła rumieńcem i przytuliła twarz do jego szyi. Z czarnych oczu wyzierała czułość i 

żądza.

- Żadnej kobiety nie całowałem w ten sposób - szepnął po chwili milczenia.

- Dla mnie to również całkowite zaskoczenie. - Zarumieniła się jeszcze bardziej. - 

Słowa, które szeptałeś mi do ucha…

-   Rozpaliły   cię   tak,   że   krzyknęłaś   -   powiedział.   Oczy   lśniły   mu   gorączkowym 

blaskiem. - Innym kobietom tego nie mówiłem. Z tobą wszystko jest inaczej.

- Obejmowałeś mnie delikatnie. Nie czułam bólu.

Dane zacisnął zęby. Jak urzeczony wpatrywał się w rozchylone usta Tess. Pragnął jej i 

cierpiał w milczeniu. Trzeba wziąć się garść i rozumować trzeźwo, póki jeszcze potrafi nad 

sobą zapanować.

- Oczywiście. Nie chcę, żebyś cierpiała z mego powodu - odrzekł. Do tej pory nie 

przyszło mu nawet do głowy, że pieszczoty mogą być delikatne i zmysłowe. Dopiero Tess 

otworzyła mu oczy. Przy niej zdobył się na łagodność, którą do tej pory uważał za objaw 

słabości. - Nie mógłbym cię skrzywdzić. To mi się nie mieści w głowie.

Przyciągnął   ją   do  siebie   i  na   moment   przytulił   twarz   do   jej   policzka.   Była   w   tej 

pieszczocie desperacka i zaborcza tkliwość. Potem odsunął się.

background image

- Lepiej już pójdę. Zamknij starannie drzwi. Odpoczywaj. Jutro w biurze omówimy 

plan pracy, o ile będziesz się czuła na siłach podjąć wszystkie obowiązki.

-   Jasne   -   wykrztusiła.   Włosy   miała   potargane,   a   usta   nabrzmiałe   od   pocałunków. 

Wpatrywała się w Dane'a, który drżącymi rękoma poprawiał krawat. Po chwili zapytała: - 

Dlaczego…

- Może próbuję się zrehabilitować? - odparł nie czekając, aż skończy. Uśmiechnął się 

drwiąco.

- Ach, tak. - Tess była zawiedziona i smutna. Dane cierpiał przez to równie mocno, jak 

z powodu nie zaspokojonego pożądania.

- Do diabła!  - Wybuchnął  gorzkim  śmiechem,  westchnął  głęboko i  powiedział  ze 

złością: - Pamiętaj, że jestem samotnikiem. Nie zmienię poglądów z dnia na dzień. Pragnąłem 

się przekonać, czy potrafię rozpalić w tobie namiętność. Chciałem, żebyś przestała się mnie 

bać. Rozumiesz?

- I to wszystko?

- O, nie! Przecież wiesz… musisz wiedzieć, jak bardzo cię pragnę. To ponad moje 

siły. Przez wzgląd na własne dobro nie pozwalaj mi więcej na taką poufałość. - Odwrócił się 

do niej plecami. - Nie ma dla nas przyszłości. Chciałem sprawdzić, czy warto być czułym. 

Teraz wiem, że to się opłaca.

- Czyżby?

Dane   przystanął   w   progu.   Nie   odpowiedział   na   pytanie.   Z   rozpaczą   popatrzył   na 

zasmuconą dziewczynę.

- Tess, jesteś kobietą z zasadami. Nie będziesz miała żadnego pożytku z takiego gbura 

i brutala. Taki jestem. Do końca życia będę cię pragnąć, lecz nie chcę się wiązać na stałe. Nie 

daj się uwieść. Dobrze ci radzę, zachowaj dystans.

Tess z trudem zdobyła się na uśmiech. Doceniała uczciwość Lassitera. Miała nadzieję, 

że kilka starych ran w jego sercu zabliźni się nareszcie po tym, co dziś przeżyli.

- Rozumiem. Dzięki za pomoc i troskę. Byłeś przy mnie, kiedy tego potrzebowałam.

- Zawsze możesz na mnie liczyć, skarbie - odparł cicho.

Niefortunne zdrobnienie sprawiło, że Tess poczuła się zakłopotana. Nie potrafiła tego 

ukryć.

- Przypomniałaś sobie, że tak cię nazwałem tamtego dnia, prawda? - powiedział cicho 

i dodał z brutalną szczerością: - Całowałem cię dziś delikatnie i czule, ale w łóżku jestem 

gwałtowny i niecierpliwy. Trudno mi pojąć, czego pragnie i potrzebuje niewinna dziewczyna. 

Nie jestem dla ciebie odpowiedni. - Westchnął z żalem i skrzywił się ponuro. - Dajmy sobie z 

background image

tym spokój. Dobranoc, Tess.

Wyszedł i zamknął drzwi. Tess podeszła do nich i musnęła klamkę opuszkami palców, 

jakby metal zachował ciepło jego dłoni. Dziś po raz drugi wziął ją w ramiona, ale tym razem 

w ogóle się nie bała. Mimo woli powróciła na dawne ścieżki życia i powędrowała w głąb 

tajemniczej krainy, której na imię miłość.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Dane był nieustępliwy w kwestii ochroniarza dla Tess. Adams współpracujący luźno z 

agencją podjął się chętnie tego zadania.

Gdy Tess pojawiła się w biurze, Helen powitała ją uśmiechem i z niewinną minką 

zanuciła pierwsze takty piosenki zatytułowanej „Ja i mój cień”.

- Zamknij się, potworze - mruknęła Tess. - Dane ma obsesję. Jego zdaniem gangsterzy 

mogą dokonać na mnie zamachu w biały dzień.

- Nie może ryzykować - odparła Helen przyciszonym głosem, znacząco unosząc brwi. 

- Pomyśl tylko, jak ucierpiałaby reputacja jego firmy, gdyby zatrudniając tylu znakomitych 

detektywów, nie potrafił upilnować własnej sekretarki.

- Całkiem ci odbiło, - Tess wybuchnęła śmiechem i uściskała serdecznie koleżankę. - 

Miło znów być tu z wami.

- Tęskniliśmy za tobą - zapewniła Helen.

- Opowiesz mi, co się tu działo? Muszę nadrobić zaległości. - Tess włączyła komputer. 

- Zniknęłam na kilka dni, a mam wrażenie, jakby upłynął miesiąc.

- Sprawy toczą się szybko. Jak ramię?

- Trochę dokucza. - Tess uśmiechnęła się do koleżanki. - Nie ma powodu do obaw. 

Jesteśmy przecież zawodowcami. Nawet kula gangstera nas nie zmoże.

- Cholera jasna! - zirytowała się Helen. - W tym biurze wszyscy prócz mnie mają 

zaszczytne blizny od postrzału. Nawet sekretarce się udało, a ja chodzę po świecie gładka jak 

tyłeczek niemowlaka.

-   Nic   na   to   nie   poradzę.   -   Tess   bezradnie   uniosła   ramiona.   -   Myślisz,   że 

sprowokowałam tych facetów do wyciągnięcia spluw, bo chciałam cię pognębić?

- Oczywiście! - Helen z komiczną miną wzięła się pod boki. - Zawsze mi zazdrościłaś. 

Sekretarki mają to we krwi.

- Nie płacę wam za plotkowanie! - dobiegł je niski głos. Drzwi gabinetu Lassitera 

otworzyły się niespodziewanie. Szef spoglądał z wyrzutem na podwładne. - Bierzcie się do 

roboty.

- Słucham i jestem posłuszna - oznajmiła z udawaną pokorą Helen.

Tess odwróciła wzrok i usiadła przy biurku.

-   Helen   zamierzała   mi   właśnie   opowiedzieć,   co   się   tu   działo,   gdy   wracałam   do 

zdrowia.

- To niech mówi, byle nie błaznowała - rzucił oschle Dane.

background image

- Źle wyglądasz.

- Marnie spałem. - Nerwowym ruchem odgarnął ciemną czuprynę. - Gdy zadzwoni 

Andrews,   umów   mnie   z   nim   przed   obiadem.   Mam   dla   niego   sprawę.   Idę   do   sali 

konferencyjnej. Zaplanowałem naradę z detektywami. Nie łącz żadnych telefonów.

- Jasne, szefie.

Dane zmierzył taksującym spojrzeniem zgrabną sylwetkę w kremowym kostiumie i 

czerwonej bluzce z niewielkim dekoltem. Tess miała dyskretny makijaż i włosy upięte w kok.

- Jesteś dzisiaj bardzo elegancka. Masz randkę po pracy?

- Nie - odparła, stukając w klawiaturę. - Doszłam do wniosku, że mój ochroniarz nie 

powinien się wstydzić. Pilnowanie szarej myszki to żadna przyjemność. W przebraniu Maty 

Hari wyglądam znacznie bardziej interesująco.

- Mylisz pojęcia - kpił Dane, unosząc brwi. - Tu jest agencja detektywistyczna. Mata 

Hari była szpiegiem.

-   Gdybym   włożyła   stary   trencz   i   wymięty   kapelusz   w   stylu   Indiany   Jonesa, 

wyglądałabym fatalnie.

- Czyżby? - Dane wcisnął ręce do kieszeni i z roztargnieniem popatrzył na Tess, która 

od razu spostrzegła, że szef jest zmartwiony.

- Co się stało?

- Schwytany gangster wyszedł z aresztu za kaucją. Rzecz jasna, natychmiast zaszył się 

w jakiejś kryjówce. Gliniarze nie wiedzą, gdzie szukać tego drania.

- Adams od rana nie spuszcza mnie z oka - przypomniała Tess. Poczuła dziwny chłód.

- Jest najlepszy w branży - stwierdził Dane, w zadumie kiwając głową. - Problem w 

tym, że nie będzie cię pilnował przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Trudno wymagać, 

żeby u ciebie zamieszkał.

- Daj mi pistolet, naucz mnie strzelać.

- To się na nic nie zda. Trzeba mieć spore umiejętności, by poradzić sobie z bronią w 

chwili zagrożenia - tłumaczył cierpliwie Lassiter. Wiedział, co mówi. Tess wierzyła mu na 

słowo.

- Mogłabym przenieść się do Helen - powtórzyła sugestię sprzed kilku dni.

Dane wyjął ręce z kieszeni, oparł je na biurku i pochylił się ku Tess, żeby nikt ze 

współpracowników nie usłyszał jego słów. Przyglądał się z uwagą zaskoczonej dziewczynie.

-   Nie   zrozum   mnie   źle.   To   nie   jest   wcale   niemoralna   propozycja.   Chcę,   żebyś 

wprowadziła   się   do   mnie.   Wrócisz   do   siebie,   gdy   obaj   gangsterzy   zostaną   osadzeni   w 

areszcie.

background image

- Mam z tobą zamieszkać? - powtórzyła z wahaniem.

Dane skinął głową.

- To najlepsze rozwiązanie. Zadbam o twoje bezpieczeństwo. Nie możesz wprowadzić 

się  do Adamsa,  bo jego dziewczyna  zatrułaby ci  życie  - stwierdził  żartobliwie,  próbując 

zbagatelizować sprawę.

Wahała się, nie wiedząc, jak postąpić.

- Tess - dodał przyciszonym głosem - jeżeli sądzisz, że zachowam się tak samo jak 

wczoraj wieczorem, to jesteś w błędzie. Wyrzekłem się stałego związku. Nie będę próbował 

cię uwieść. Chyba nie wierzysz, że mógłbym wziąć cię siłą.

-   Jasne,   ale   twoja   propozycja   jest   dla   mnie…   krępująca   -   powiedziała   cicho   i 

przygryzła wargę.

- Zadbam o twoją reputację. Tylko nasi pracownicy będą wiedzieli, gdzie mieszkasz. 

Oni rozumieją, w czym rzecz. Przecież nie proponuję ci ognistego romansu.

-   Wiem.   -   Tess   oglądała   różowe   paznokcie.   Kciuk   był   obgryziony.   Schowała   go 

nerwowym ruchem. Dane delikatnie uniósł jej twarz.

- Przysięgam, że w czasie twojego pobytu nie będę paradować nago po mieszkaniu ani 

oglądać rozgrywek sportowych w telewizji.

- Jesteś kibicem i nudystą? - Uśmiechnęła się mimo woli. Dane pokręcił głową.

- Na szczęście sport mało mnie obchodzi, ale z chodzeniem nago po mieszkaniu to 

prawda. Obiecuję kupić piżamę i szlafrok. Niech stracę.

- Lubię spać w piżamce.

- Przyjadę po ciebie o siódmej. Zmienię Adamsa.

Dzień minął spokojnie. Tess wyszła z agencji o piątej. Adams nie odstępował jej na 

krok.   Po   powrocie   do   domu   zapakowała   do   walizki   rzeczy   potrzebne   na   kilka   dni.   Bez 

entuzjazmu odniosła się do przeprowadzki, ale nie miała innego wyjścia.

Punktualnie o siódmej Dane zadzwonił do drzwi Tess i wysłał Adamsa do domu.

- Jesteś gotowa? - zapytał.

- Włożę tylko płaszcz - odparła, rozglądając się po mieszkaniu. W przedpokoju stała 

walizka.

Zeszli na dół i wsiedli do mercedesa.

-   Ta   afera   ma   swoje   dobre   strony.   Nabieram   doświadczenia.   Mam   nadzieję,   że 

pozwolisz mi wreszcie robić to, na co mam ochotę. Lubię ryzyko.

Dane  doskonale   wiedział,   że   Tess   pragnie   zostać   detektywem,   ale   udawał,   że   nie 

rozumie.

background image

- Do czego zmierzasz? Czyżbyś chciała ze mną sypiać?

- Milcz, pyszałku! - rzuciła z oburzeniem.

Dane uśmiechnął się chełpliwie.

- Pragniesz mnie. To pewne.

- Masz zielone światło - odrzekła, odwracając wzrok.

- Zmieniasz temat, moja droga - stwierdził, ruszając i dodał z komiczną powagą: - 

Ostrzegam cię. Trzymaj się nocą z dała od mojego łóżka. Nie ulegnę, choćbyś mnie błagała 

na kolanach. Zamknę się w sypialni na klucz, więc nie próbuj mnie uwieść.

Tess gapiła się na szefa z niedowierzaniem. Od kiedy poważny detektyw gada takie 

bzdury?

- Będziesz rozczarowana - perorował Lassiter, unosząc brwi - ale zapamiętaj sobie, że 

nie mam zwyczaju romansować.

- Dane, czy ty się dobrze czujesz?

- Oczywiście! Nie próbuj się do mnie przysunąć, udając, że chcesz sprawdzić, czy 

mam gorączkę - rzucił ostrzegawczym tonem. - Ręce przy sobie, moja droga. I zabierz dłoń z 

mego kolana. Nie jestem łatwy.

Tess parsknęła śmiechem, słysząc te wywody. Nie sądziła, że Lassiter ma poczucie 

humoru. Zapewne ukrywał je przed ludźmi od lat.

- Czuję się jak niebezpieczna kusicielka - odrzekła Tess.

- Przeczucie mnie nie omyliło. Przed kobietami zawsze należy się mieć na baczności - 

powiedział Dane. - Niewinne panienki spragnione mocnych wrażeń to szczególne zagrożenie.

- Nie szukam mocnych wrażeń! - oburzyła się Tess.

- Skąd ta pewność? - Lassiter wjechał na parking obok kamienicy, w której mieszkał. 

Zatrzymał samochód i rzucił Tess oskarżycielskie spojrzenie. - Wszystkie kobiety skrywają w 

sercu zdrożne pragnienia. Na pewno nie jesteś wyjątkiem. Nie dam sobie zamydlić  oczu. 

Wiesz, jak to bywa: zarumieniona i płochliwa dzieweczka zmienia się jak za dotknięciem 

czarodziejskiej różdżki, dyszy namiętnie i zdziera ubranie z przyzwoitego mężczyzny.

- Przysięgam, że będę się starała zapanować nad… zdrożnymi pragnieniami - obiecała 

Tess. W szarych oczach rozbłysły wesołe iskierki.

- Doskonale. Trzymam cię za słowo. Nie waż się mnie podglądać, gdy będę w kąpieli 

- dodał ponuro.

Zabawna   paplanina   Dane'a   sprawiła,   że   Tess   przestała   się   obawiać.   Gdy   szła   po 

schodach na pierwsze piętro, była już całkiem spokojna.

Pokój   wskazany   Tess   przez   Lassitera   urządzony   był   na   niebiesko;   tapeta,   dywan, 

background image

zasłony - wszystko w różnych odcieniach tego koloru. Tess od razu poczuła się tam jak u 

siebie. Podobnie było na farmie. Brakowało tylko wiecznie zatroskanej Beryl.

- Jeśli chcesz, zajmę się gotowaniem - zaproponowała.

- Doskonały pomysł - odparł skwapliwie. - Umiem gotować, ale tego nie lubię.

Tess otworzyła zamrażarkę. Znalazła w niej mnóstwo zapasów. Lodówka także była 

wypełniona jedzeniem.

- Czas przygotować kolację. Proponuję stek i sałatkę. Zgoda?

- Jasne. - Dane zdjął buty, rozpiął marynarkę i opadł na kanapę.

Tess   poszła   do   swego   pokoju,   by   się   przebrać   w   dżinsy   i   bawełnianą   koszulkę. 

Włożyła grube skarpetki. Lubiła chodzić po mieszkaniu bez kapci. Dane miał chyba podobne 

upodobania.

Gdy wróciła do salonu, okazało się, że Dane poszedł za jej przykładem. Prezentował 

się doskonale w spranych dżinsach i białym podkoszulku.

- Może napijesz się kawy? - zapytał z uśmiechem. Jej zachwycone spojrzenie sprawiło 

mu wielką przyjemność.

- Tak.

- Zaraz przygotuję.

Kuchenka   była   zbyt   mała   dla   dwu   krzątających   się   osób.   Tym   zapewne   można 

wytłumaczyć fakt, że parząc obiecaną kawę, Dane ocierał się raz po raz o Tess.

Szybko   zrobił   swoje,   ale   nie   wyszedł   z   kuchni.   Trzymał   się   blisko   tymczasowej 

lokatorki. Był od niej znacznie wyższy. Sportowe ubranie podkreślało muskularną sylwetkę.

- Jesteś zakłopotana - mruknął.

Chciała   zaprzeczyć,   ale   po   namyśle   zmieniła   zdanie.   Dane   niełatwo   dawał   za 

wygraną; zmusiłby ją do powiedzenia prawdy.

- Tak - odparła szczerze.

Dane oparł się plecami o kuchenny blat, chwycił dłońmi jego brzeg i popatrzył na 

Tess tak czule, że z wrażenia nogi się pod nią ugięły.

- Chodź do mnie. Razem coś na to poradzimy - kusił zmysłowo.

- Dane - rzuciła ostrzegawczym tonem. Nie odwróciła wzroku.

- Widzę, że drżysz - szepnął. Zmrużone oczy spoglądały na nią pożądliwie, - Tracisz 

oddech. - Popatrzył znacząco na jej piersi sterczące pod bluzką. - Wyobraź sobie, co byś 

czuła, gdybym uniósł brzeg koszulki i całował nagą skórę, objął wargami sutki i pieścił, aż 

będą nabrzmiałe i twarde.

- Dane!

background image

Dygotała jak w gorączce. Niemal umknęło jej uwagi, że Lassiter wyłączył kuchenkę i 

odstawił patelnię, na której smażyła mięso. Ujął Tess za rękę i przyciągnął do siebie. Objął 

szczupłą talię i wsunął dłonie pod cienką bawełnę. Patrzyli sobie w oczy.

- Powoli, cal po calu - szeptał namiętnie Dane, unosząc koszulkę. - Bez pośpiechu. 

Chcę dotknąć twojej nagiej skóry…

Tess czuła, że lada chwila zemdleje od nadmiaru wrażeń.

- Przytul się do mnie, żebyś nie upadła - szepnął. Pochylił głowę i dotknął wilgotnymi 

ustami   nagiej skóry  pod elastyczną  taśmą  biustonosza.  Tess  poczuła delikatną   pieszczotę 

ciepłego języka. Zacisnęła dłonie na muskularnych ramionach, by utrzymać równowagę. Była 

tak oszołomiona rozkoszą, że łzy stanęły jej w oczach.

Marzyła, by pieścił ją dalej. Była uległa i chętna. Czekała…

- Tess! - rozległ się w ciszy głośny okrzyk. Dane wypuścił ją z objęć, podniósł głowę i 

odetchnął głęboko. - Na miłość boską, wybacz mi…

Obciągnął podwiniętą koszulkę i wyszedł z kuchni, nie oglądając się za siebie. Tess 

zamarła w bezruchu, wsparta o kuchenny blat. Miała wrażenie, że dobiega ją szum wody, ale 

słyszała   go   jak   przez   mgłę.   Po   chwili   mogła   już   stać   o   własnych   siłach.   Zajrzała   pod 

pokrywkę. Steki były usmażone jak należy. Co za szczęście, że nie spaliła ich na węgiel.

Opanowała się na tyle, by nakryć do stołu. Podała kolację i przelała kawę do dzbanka. 

Gdy wszystko było przygotowane, wrócił Dane. Był w koszuli zapiętej po szyję. Włosy miał 

wilgotne, jakby przed chwilą wziął prysznic. Zapewne tak właśnie było. Tess sama chętnie 

wskoczyłaby na chwilę pod strumień zimnej wody. Nadal trawił ją płomień żądzy. Nie mogła 

się temu nadziwić. Jeszcze przed kilkoma dniami odczuwała lęk przed mężczyzną, którego 

teraz pragnęła.

- Wszystko w porządku - powiedział cicho, gdy w czasie kolacji spostrzegł, że Tess 

unika jego wzroku. - Nic się nie stało.

Nic?  Mało brakowało, żeby krzyknęła to na głos. Nie mogła spokojnie patrzeć na 

Dane'a zajętego posiłkiem.

- Doskonały stek - oznajmił, przerywając milczenie. - Nie potrafię tak usmażyć mięsa. 

Wychodzi mi na pół surowe albo przypalone.

-   Najważniejsza   jest   temperatura   oleju   -   odrzekła.   -   Trzeba   go   rozgrzać,   nim 

przystąpisz do smażenia.

- Mogłabyś nauczyć mnie gotować, kiedy będziesz tu mieszkać.

- Chętnie.

- Czemu jesteś taka zakłopotana, Tess? - zapytał, spoglądając jej w oczy. Był smutny. 

background image

- Ledwie cię dotknąłem.

- Twoje słowa były śmielsze niż dłonie.

- Straciłem kontrolę. Sprawy zaszły za daleko. Trochę z ciebie zakpiłem - przyznał z 

bolesną szczerością. Trudno było określić wyraz jego twarzy. - Niespodziewanie padłaś mi w 

ramiona i…

- Rozumiem - wtrąciła z pozoru obojętnie, jakby w ogóle jej to nie obeszło, mimo że 

czuła się oszukana i odepchnięta. Podniosła wzrok. Zdziwił ją nieodgadniony wyraz jego 

twarzy. - Czuję się współwinna.

- I słusznie. - Usiadł wygodnie na krześle i dodał, nie owijając w bawełnę: - Jedno ci 

powiem, Tess, nim zaczniesz sobie wyobrażać Bóg wie co. Straciłem panowanie nad sobą, 

ponieważ   zbyt   długo   żyję,   w   dobrowolnym   celibacie.   Od   wypadku   nie   miałem   kobiety. 

Jestem bardziej wyposzczony, niż sądziłem.

A więc tak się sprawy mają. Trudno zabić nadzieję, niemniej jednak Dane jasno i 

wyraźnie   dał   Tess   do   zrozumienia,   że   nie   jest   w   niej   szaleńczo   zakochany.   Była 

przygnębiona, ale ciekawość nie dawała jej spokoju.

- Dlaczego unikasz kobiet? – zapytała.

- Z powodu moich blizn - odparł szczerze, zaskoczony jej bezpośredniością.

- Nadal odczuwasz ból?

- Chodzi o to, jak wyglądam; Takie blizny budzą odrazę. - Zmarszczył brwi, popatrzył 

jej w oczy i dodał z ociąganiem: - A także przez ciebie. Seks stracił dla mnie wszelki urok po 

tym, jak uciekłaś tamtego dnia. Chyba przestałem wierzyć w siebie.

- Wtedy byłeś zupełnie inny - odparła z wahaniem Tess. - Dzisiaj… Nie bałam się 

ciebie.

- Zauważyłem - stwierdził krótko. Wpatrywał się w nią tak uporczywie, że. spłonęła 

rumieńcem. - Nie powinnaś mi ufać, Tess. Będę z tobą szczery, Gdybym  dotknął twoich 

piersi   i   zaczął   je   całować,   nie   wiem,   czym,   by   się   to   skończyło.   Rozumiesz,   do   czego 

zmierzam, maleńka? Pragnę cię. Szaleję za tobą!

- Gdyby nie mój brak doświadczenia…

-  Dawno  zostalibyśmy   kochankami  -  dokończył   ponuro.  Zaklął  półgłosem  i   ukrył 

twarz w dłoniach. Oddychał z trudem. - Wychodzę. Muszę się przewietrzyć!

Tess   odprowadziła   go   wzrokiem,   drżąc   z   pożądania,   które   wybuchło   nagłym 

płomieniem.  Nie mieściło  jej się w głowie, że Dane tak bardzo jej pragnie.  Od paru lat 

udawał,  że jest  do niej  wrogo nastawiony i trzymał  się od niej  z daleka. Nagle  doznała 

olśnienia: Dane był wobec niej szorstki, bo próbował ukryć, co naprawdę czuje. Zależało mu 

background image

na   niej.   I   to   bardzo.   Bał   się   miłości,   ale   był   zakochany.   Tess   wstrzymała   oddech, 

uświadomiwszy sobie, że Dane bardzo ją kocha. Dlatego tak się o nią troszczył… dlatego 

próbował wzbudzić w sobie nie znaną dotąd czułość. To było jedyne wytłumaczenie.

Dane wrócił do mieszkania kilka minut później. Przybrał obojętny wyraz twarzy. Tess 

postanowiła udawać, że niczego się nie domyśla.

- Napijesz się kawy? - zapytała uprzejmie.

- Bardzo chętnie.

Dane walczył z samym sobą, próbując zabić wielką miłość. Gdyby się nie pilnował, 

oszalałby   na   punkcie   Tess.   Nie   mógł   do   tego   dopuścić.   Jego   ukochana   była   kobietą   z 

zasadami. Miała staroświeckie poglądy na życie i mężczyzn. Podzielała opinie babci, która ją 

wychowała. Nie mógł pójść z Tess do łóżka, a potem zapomnieć, co ich łączyło. Pozostało 

mu  jedno wyjście:  stłumić  żądzę  i  ukrywać  prawdziwe uczucia.  Serce mu krwawiło,  ale 

musiał odepchnąć Tess, żeby nie odkryła prawdy.

Obserwował   ją   z   tęsknotą,   ale   gdy   podniosła   oczy,   odwrócił   wzrok,   by   się   nie 

zdradzić. Postanowił traktować Tess tak, jak szef traktuje podwładną. Uznał, że potrafi się na 

to zdobyć.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Pobyt u Lassitera sprawił Tess wielką przyjemność. Nie przypuszczała, że tak miło 

będzie oglądać z nim wieczorami telewizję. Lubił przesiadywać w salonie i oglądać stare 

filmy. Rozparty w fotelu, ubrany w białą koszulkę, dżinsy i grube skarpetki wolno sączył 

piwo. Odkąd uświadomiła sobie, co do niej czuje, przestała się go obawiać. Lubiła łagodne i 

tkliwe spojrzenie czarnych oczu, kiedy się do niej uśmiechał.

Z natury był odludkiem ukrywającym wiele zahamowań. Czuł się zakłopotany, gdy 

mówił   o   własnych   uczuciach.   W   rozmowach   z   Tess   starannie   unikał   owych   tematów. 

Omawiali sprawy służbowe, plotkowali, dyskutowali o rozmaitych problemach, unikając na 

mocy niepisanej umowy wszystkiego, co dotyczyło ich znajomości.

Kilka dni po przeprowadzce Tess oglądała samotnie program o ciąży i porodzie. Dane 

pracował w gabinecie. Niespodziewanie stanął w drzwiach. Zerknął na ekran.

Sprawiał   wrażenie   zakłopotanego.   Gdy   ujrzał   ludzki   embrion,   odwrócił   się,   jakby 

chciał wrócić do siebie. Tess od razu to zauważyła i powiedziała skwapliwie:

- Jeśli chcesz, zmienię kanał i poszukam innego programu.

Zawahał się i z ociąganiem spojrzał ponownie na ekran.

Kolejne fazy porodu sfilmowane zostały bez upiększeń, z reporterską dokładnością.

-  Nie  muszę   tego  oglądać.  -  Tess  za   pomocą  pilota   wyłączyła  telewizor  i   dodała 

szczerze: - Byłam ciekawa, jak to wygląda. Mało wiem o sprawach płci. W domu się o tym 

nie mówiło, a informacje wyniesione ze szkoły są dosyć ogólnikowe. Chciałam uzupełnić 

swoją wiedzę o tym… skąd się biorą dzieci.

- Powiedziałbym raczej… jak się je robi - poprawił Dane, nie odrywając spojrzenia od 

zarumienionej dziewczęcej twarzy. - Pewnie tego nie pokazali, co?

- Zgadza się - szepnęła Tess.

-   Mam   w   bibliotece   książkę   na   ten   temat   -   odparł   cicho.   -   Pewnie   nie   zechcesz 

przeglądać jej ze mną. Radzę przeczytać. Jest bardzo ciekawa. Autor pisze o seksie taktownie, 

bez niepotrzebnych emocji.

- Nie sądziłam, że mężczyzn interesują takie lektury. - Tess uważnie obserwowała 

swego   rozmówcę,   który  nagle   odwrócił   głowę.   -  Czyżbyś   chciał   się  czegoś   dowiedzieć? 

Myślałam, że masz spore doświadczenie.

- Wiem, co to seks - odparł. - Nie mam pojęcia, jak się kochać. Zmieńmy temat. Ta 

rozmowa nie ma sensu.

- Już się ciebie nie boję - powiedziała nagle Tess cichym głosem. - Jesteś ogromnie 

background image

pociągający. Gdy mnie całowałeś w kuchni, wcale nie chciałam, żebyś przerwał.

- To ryzykowne wyznanie - szepnął Dane. Serce biło mu coraz mocniej. - Wiesz, jak 

to się może skończyć.

- Dane,  czy  chciałbyś   mieć dziecko?  -  zapytała   cicho,  patrząc  z  uwielbieniem  na 

ukochanego. Mężczyzna poczerwieniał i gwałtownym ruchem odwrócił głowę.

- Nie - odparł krótko.

- Naprawdę? - Tess nie dawała za wygraną.

- Właściwie  nie ma powodu, żebym  to przed tobą ukrywał  - stwierdził po chwili 

milczenia. Spojrzał z wahaniem na dziewczynę. - Jestem bezpłodny.

W pierwszej chwili nie pojęła, o co mu chodzi. Znaczenie usłyszanych słów w ogóle 

do niej nie dotarło.

- Jane bardzo chciała zajść w ciążę - mówił z ociąganiem. - Miała na tym punkcie 

obsesję. Być może dlatego w łóżku nie potrafiłem zdobyć się wobec niej na delikatność. 

Robiła mi awantury, bo nie potrafiłem jej zapłodnić. Czułem się przy niej jak wykastrowany 

byk. W końcu postawiła na mnie krzyżyk i nie chciała dalej próbować. - Westchnął ciężko. - 

Nie mogłem dać jej dziecka. Doszło do tego, że zbliżenia dla nas obojga stały się koszmarem. 

- Dane popatrzył na Tess z rozpaczą. - Moja chwilowa gwałtowność spowodowała znaczne 

spustoszenia   w   twojej   psychice,   a   zatem   możesz   sobie   wyobrazić,   jakie   zahamowania 

spowodowało u mnie tamto cierpienie.

Odwrócił się. Tess wstała z kanapy podeszła do niego.

- Wiele jest powodów, dla których kobieta nie może zajść w ciążę.

- Jane urodziła dziecko w dziesięć miesięcy po ślubie z drugim mężem - stwierdził 

krótko.

W   milczeniu   zmierzył   taksującym   spojrzeniem   szczupłą   postać   dziewczyny   w 

dżinsach i obszernej zielonej koszuli zapiętej pod samą szyję. Wyglądała ślicznie z włosami 

niedbale związanymi w koński ogon.

- Nie igraj z ogniem - szepnął Dane, gdy Tess podeszła jeszcze bliżej. - Jeśli ciebie 

dotknę, stracę panowanie nad sobą. Wiesz, czym się to skończy.

- Tak, Dane - odparła cicho, patrząc mu w oczy. Była zarumieniona. Jego słowa i 

spojrzenie podniecały ją równie mocno jak pocałunki.

Dane zacisnął zęby. Oddychał nieregularnie.

Tess   zmierzyła   go   spojrzeniem.   To   wystarczyło,   by  stracił   kontrolę   nad   własnym 

ciałem,   chociaż   za   wszelką   cenę   próbował   ją   zachować.   Tess   nie   odwróciła   wzroku.   Z 

zachwytem obserwowała ukochanego. Świadczył o tym wyraz jej twarzy. Spojrzała mu w 

background image

oczy,   świadoma   własnych   odczuć   i   pragnień.   Była   pewna,   że   Dane   ją   kocha.   Gdyby 

przekonał  się,   jak  cudowne  może  być miłosne  zbliżenie  dwojga   zakochanych,   na  pewno 

zapragnąłby trwałego związku.

Dane   szybko   stracił   głowę   i   poddał   się   namiętności,   która   ogarnęła   go   niczym 

płomień. Wziął Tess na ręce i ułożył na kanapie. Wyciągnięte nad głową ramiona dziewczyny 

spoczywały   bezwładnie   na   beżowym   obiciu.   Usta   były   rozchylone,   oczy   zamglone 

pożądaniem, ciało cudownie odprężone i uległe.

- Będzie trochę bołało - ostrzegł Dane.

- Wiem - szepnęła.

Ręce   mu   drżały,   gdy   zdejmował   bawełnianą   koszulkę.   Rzucił   ją   na   podłogę.   Na 

moment zamarł w bezruchu, starając się zapanować nad pożądaniem.

- Chyba rozumiesz, że gdy cię dotknę, będzie za późno, aby się wycofać. Przestanę 

nad sobą panować.

- Kocham cię, Richardzie - szepnęła, używając imienia, którym nikt poza nią się nie 

posługiwał. - Kocham całym sercem. Nawet lęk nie zniszczył tej miłości.

- Tess…! - jęknął Dane.

- Bądź moim przewodnikiem i nauczycielem. Kochaj mnie - prosiła szeptem.

- Nie powinienem. - Przymknął oczy, drżąc na całym ciele. Zacisnął dłonie w pięści. - 

Na miłość boską, przecież ty nigdy…

- Kocham cię - szepnęła znowu.

- Nie potrafię odwzajemnić tego uczucia, Tess - wyznał z goryczą, obejmując dłońmi 

jej twarz.

Położyła mu palec na ustach. Wiedziała, że to wyznanie podyktowane jest strachem 

przed wielką miłością. Wahanie i ostrożność więcej niż słowa mówiły o jego prawdziwych 

uczuciach.

Pochylił się, by ją pocałować. Wargi mu drżały. Rozchylił je lekko i objął palcami 

smukły kark, unosząc głowę Tess, która poddała się pieszczocie ust i języka.

Uśmiechnęła się, czując łagodne dotknięcie. Dane obsypywał pocałunkami jej twarz, 

jakby dopiero poznawał delikatne rysy. Tess zrobiło się ciepło na sercu.

Dane położył się obok dziewczyny i przyciągnął ją do siebie. Wsunął kolano między 

smukłe uda. Jego pocałunki stawały się coraz bardziej zaborcze.

Tess wsunęła palce w ciemne włosy. Poczuła, że męskie dłonie wślizgują się pod jej 

koszulę i gładzą nagie plecy. Całował chętne usta tak długo, aż nabrzmiały od pocałunków. 

Bez pośpiechu zdjął dziewczynie koszulę i biustonosz, by pieścić obnażone piersi. Pocierał 

background image

dłońmi nabrzmiałe sutki. Tess oddychała nierówno. Była jak w gorączce.

- Nie patrzyłem na ciebie, gdy cię po raz pierwszy dotykałem - szepnął Dane. - Teraz 

mogę nadrobić zaległości.

Usiedli naprzeciwko siebie. Lassiter obejmował Tess, wolno przesuwając wierzchem 

dłoni po jej sutkach. Dziewczyna drżała.

- To cudowne uczucie - wykrztusił Dane, patrząc jej w oczy. - Nie wiedziałem, że 

może tak być.

- Ja również - odparła szczerze.

- Chcę całować twoje piersi, Tess - szepnął zdławionym głosem i pochylił głowę.

Wygięła się w łuk, gdy wilgotne usta objęły jej sutki. Miała wrażenie, że unosi się w 

powietrzu. Płomień trawił jej wnętrzności. Krzyknęła, owładnięta nagłą rozkoszą.

- Tak - powtarzał, całując jej piersi. - Tak, maleńka. Jesteś najpiękniejszą istotą, jaką 

kiedykolwiek widziałem.

- Ty również - odparła szeptem.

Rozebrali   się   pospiesznie.   Wkrótce   leżeli   obok   siebie   na   kanapie.   Po   latach 

dobrowolnego   celibatu   Dane   dygotał   z   niecierpliwości.   Głaskał   i   okrywał   pocałunkami 

smukłe ciało.

-   Pragnę   cię,   skarbie   -   powtarzał   raz   po   raz,   czując,   jak   Tess   drży   z   pożądania, 

rozpalona jego pieszczotami.

Wsunął   się   na   nią.   Delikatnie   całował   nabrzmiałe   usta   i   ocierał   się   o   Tess,   by 

wiedziała, jak bardzo jest podniecony.

- Otwórz usta - szepnął, muskając ustami jej wargi. Oszołomiło ją namiętne dotknięcie 

języka. - Teraz!

Wszedł w nią i poczuła ból. Nie zważała na to. Z trudem mieściło jej się w głowie, że 

można tak bardzo pragnąć mężczyzny…

Silne dłonie objęły uda dziewczyny i uniosły ją nieco.

Ból powrócił, ale nie zwracała na to uwagi, oszołomiona namiętnym pocałunkiem.

- Wybacz, że muszę ci sprawić ból - szepnął, muskając oddechem jej usta. Podniósł 

głowę i popatrzył na Tess oczyma płonącymi jak w gorączce.

- Chcę widzieć, jak stajesz się kobietą - szepnął, wpatrując się w nią i poruszając 

rytmicznie biodrami.

Jęknęła. Oczy miała pełne łez. Dane scałował je delikatnie. Nagle ból ustąpił. Poczuła 

na   twarzy   dotknięcie   szorstkiego   policzka,   a   potem   łagodny   pocałunek   wilgotnych   ust. 

Wsłuchiwała się w słodkie słówka szeptane lekko schrypniętym głosem. Otworzyła dłonie 

background image

zaciśnięte na muskularnych ramionach.

- Teraz możemy się kochać, Tess - powiedział cicho. - Nie będzie bolało.

Kobieca intuicja podpowiedziała jej, że i dla niego to w pewnym sensie pierwszy raz. 

Z   żadną  kobietą   nie  kochał   się  dotąd   tak  jak   z  nią.   Przylgnęła   do  ukochanego,   łkając  z 

rozkoszy.   Obiecał   jej   cudowne   przeżycie   i   dotrzymał   słowa.   Błagała,   żeby   posiadł   ją 

całkowicie.   Dane   poddał   się   namiętności,   zapomniał   o   skrupułach   i   obawach.   Patrzył   z 

uśmiechem na Tess, aż obezwładniająca rozkosz zaćmiła mu wzrok i zmusiła do krzyku.

Gdy nieco ochłonęli, przytulił ją mocniej. Całował załzawione oczy delikatnie i czule, 

głaskał drżące ciało. Potem wstał i przyniósł z lodówki schłodzone piwo, które wypili na 

spółkę. Nie myślał o jutrze, jakby mieli dla siebie jedynie tę noc. Tylko dziś mogli dzielić 

rozkosz, przeżywać cudowne chwile i po słodkiej udręce pieszczot zmierzać do całkowitego 

spełnienia.

- Będziemy się kochać raz jeszcze - szepnął, leżąc między jej rozsuniętymi udami. - 

Będzie ci tak dobrze, że zaczniesz krzyczeć, tak jak ja przed chwilą.

- Kocham cię - szeptała jak w transie. Ich ciała zdawały się stworzone dla siebie. 

Ledwie w nią wszedł, krzyknęła z rozkoszy.

- Teraz? - zapytał, poruszając się rytmicznie.

- Tak - jęknęła. - Tak, tak, tak...

Dane nie przeżył dotychczas równie wielkiego uniesienia. Zapomniał o całym świecie, 

gdy spazmatyczny dreszcz wstrząsnął ciałem Tess, a z jej spierzchniętych warg wyrwał się 

jęk zachwytu. Usłyszał go po raz drugi, trzeci… Nie mógł się nadziwić, że stać go na taki 

wyczyn. Jego męskie siły były chyba niewyczerpalne. W końcu jednak osłabł. Zasnął, nim 

dotknął głową poduszki.

Rano Tess obudziła go pocałunkiem. Otworzył oczy i ujrzał rozpromienioną twarz 

dziewczyny.  Jęknął   cicho,   delikatnie   położył   Tess  na  posłaniu  i   przylgnął   do  niej   całym 

ciałem.

- Nie - szepnęła pospiesznie. Jego pożądliwe spojrzenie sprawiło, że się zarumieniła. 

Po chwili dodała, nie kryjąc rozczarowania: - Przykro mi. Trochę boli.

Dane odetchnął głęboko. Powoli odzyskał panowanie nad sobą. Objął dłonią jej pierś.

- Wziąłem cię cztery razy - szepnął, zaglądając Tess w oczy. - To chyba nie było 

przyjemne.

- Mylisz się - odparła, energicznie potrząsając głową. - Nie czułam bólu. Tylko za 

pierwszym razem…

- Ale gdybyśmy się teraz kochali, byłoby inaczej?

background image

- Obawiam się, że tak.

- Powinienem był to przewidzieć. - Dane westchnął i położył się na plecach. - Jeszcze 

się chyba nie obudziłem. Pijemy kawę?

- Chętnie ją zaparzę.

Podniosła   się   z   łóżka,   spostrzegła,   że   jest   naga,   i   wstydliwie   okryła   biust 

prześcieradłem.

Nie   uszło   uwagi   Dane'a,   że   Tess   zerka   na   niego,   próbując   ukryć   zakłopotanie. 

Mruknął coś niewyraźnie, siadł na łóżku, bez skrępowania włożył slipy, dżinsy i skarpetki. 

Tess uważnie go obserwowała.

- Idę się ogolić. Możesz spokojnie włożyć ubranie - rzucił, nie patrząc jej w oczy.

Odprowadziła go wzrokiem. W jej spojrzeniu była czułość. Chciała powiedzieć, że go 

kocha, ale zdawała sobie sprawę, że nie usłyszy w odpowiedzi podobnych słów, mimo że w 

nocy pieścił ją z wielką pasją i oddaniem. Nie miała wątpliwości, że jest w niej zakochany. 

Patrzyła na niego z uwielbieniem.

- Pospiesz się - rzucił na odchodnym. - Wkrótce musimy jechać do agencji.

- Ach, tak. Racja.

Ani słowa więcej o tym, co między nimi zaszło. Dane zachowywał się jak zatroskany 

szef poważnej firmy.

Tess   przeczuwała,   że   Dane   zamknie   się   w   sobie.   Uważał,   że   niebezpiecznie   jest 

zdradzać prawdziwe uczucia - nawet wobec niej. Wcale nie była tym urażona.

Szybko przygotowali się do wyjścia. Gdy podczas śniadania padła jakaś wzmianka na 

temat   minionej   nocy,  Dane   natychmiast   zapomniał   o   rezerwie   i   ostrożności.   Wyobraźnia 

płatała mu figle. Spoglądał pożądliwie na Tess. Przestraszony tą reakcją, zerwał się na równe 

nogi i rzucił serwetkę na stół.

- Pora jechać - powiedział ostro.

Poszła za nim bez słowa. Marzyła o szczęśliwej przyszłości, bo czuła się kochana. 

Wiedziała, że Dane będzie próbował zachować dystans. Przewidziała takie zachowanie. Nie 

mógł się jednak opierać w nieskończoność; wobec miłości był równie bezbronny jak Tess. 

Postanowiła   dać   czas   ukochanemu.   Nie   zamierzała   go   popędzać.   Trzeba   zdobyć   się   na 

cierpliwość. Stawką było jej szczęście.

Żałowała   tylko,   że   nie   mogą   mieć   dziecka   zrodzonego   z   cudownych   przeżyć 

wspólnych nocy. Kochałaby je nad życie.

Gdy zjawili się w biurze, natychmiast  wciągnął  ich wir codziennych  spraw. Dane 

przyjął to z ulgą. Zniknął za drzwiami gabinetu, nie patrząc na Tess, która od razu zajęła się 

background image

przeglądaniem notesu i potwierdzaniem jego roboczych spotkań.

Kilka   ostatnich   dni   minęło   Tess   niepostrzeżenie.   W   agencji   wrzało   jak   w   ulu. 

Dziewczyna niemal zapomniała o feralnym wieczorze. Ramię prawie nie bolało, lecz ostatniej 

nocy trochę je sforsowała. Zarumieniła się, wspominając z uśmiechem, jak Dane całował jej 

blizny. Z równą delikatnością wodziła opuszkami palców po jego ramieniu i udzie. Gdy się 

kochali, szeptała mu do ucha, że to blizny godne walecznego żołnierza. Te słowa wzmagały 

odczuwaną   przez   niego   rozkosz.   Wspominała   krzyk   przechodzący   niemal   w   łkanie   i 

bezsilność wyczerpanego mężczyzny, który po wysiłku opadał bezwładnie na posłanie.

Nadeszła   pora   obiadu.   Detektywi   wychodzili   jeden   po   drugim.   Tess   pożegnała 

uśmiechem znikającą za drzwiami Helen. Dane wcześniej poszedł coś zjeść. Tess została w 

biurze całkiem sama. Zaaferowany szef prawdopodobnie tego nie przewidział, gdy odmówił 

prośbie   Helen,   która   chciała   zabrać   Tess   do   restauracji.   Opuszczona   przez   wszystkich 

sekretarka   postanowiła   wyskoczyć   do   kafeterii   po   drugiej   stronie   ulicy   i   kupić   porcję 

pieczonego kurczaka. To lepsze niż przymieranie głodem.

Włożyła płaszcz, wyszła z biura i zamknęła drzwi na klucz. Była roztargniona, bo 

nieustannie   myślała   o   ukochanym.   Nagle   ktoś   zatkał   jej   ręką   usta.   Znieruchomiała,   nie 

wiedząc, co się dzieje.

- Mam cię, ślicznotko - rzucił chrapliwie nieznajomy. - Udało się. Załatwimy cię. Nie 

będziesz świadczyć przeciwko nam.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Tess była przerażona. Nigdy w życiu tak się nie bała. Napastnik wykręcił jej rękę. Szli 

wolno ku frontowym drzwiom budynku, gdzie wspólnik gangstera czekał w samochodzie z 

włączonym silnikiem.

To chyba jakiś koszmar, powtarzała w duchu dziewczyna. Takie sceny zdarzają się 

tylko w filmach sensacyjnych. Wystarczyło, że poczuła nóż pod żebrami, aby uwierzyła w 

realność niebezpieczeństwa. Poznała cierpki smak panicznego lęku. Śmierć zaglądała jej w 

oczy.

Jeśli pozwoli napastnikowi, by wepchnął ją do auta, z pewnością nie wyjdzie z opresji. 

Dane przewidział, że coś takiego może nastąpić. Poniewczasie przyznała mu rację.

Błyskawicznie oceniła swoje położenie. Nikłe miała szanse na wyrwanie się z rąk 

bandyty, ale sytuacja nie była wcale beznadziejna. Kiedy gangster podejdzie do frontowych 

drzwi,   będzie   musiał   sięgnąć   do   klamki   tą   samą   ręką,   w   której   trzymał   nóż.   Jeśli   Tess 

zachowa przytomność umysłu i będzie działać szybko, może zdoła uciec.

Nie stawiała oporu przestępcy, który popychał ją ku wyjściu. Z oczyma pełnymi łez 

błagała,   by   ją   puścił.   Miała   nadzieję,   że   wygląda   na   typową   ofiarę   przemocy.   W   takim 

wypadku   drań   ją   zlekceważy   i   przestanie   się   mieć   na   baczności.   W   myśli   powtarzała 

sekwencję gestów, które powinna wykonać, gdy nadejdzie odpowiednia chwila.

Stało  się.   Ręka  uzbrojona  w   nóż  sięgnęła  klamki.  Tess  uderzyła  łokciem   w  splot 

słoneczny napastnika. Gdy facet zgiął się wpół, uniosła kolano i kopnęła go w nos; poczuła 

ciepłą krew. Energicznym szarpnięciem wyrwała się z morderczego uścisku i wybiegła na 

ulicę. Było wczesne popołudnie. Chodnikami szło mnóstwo ludzi. Bogu dzięki! Gangsterzy 

nie odważą się chyba ścigać jej w takim tłumie. Biegła dysząc ciężko.

Wmieszała  się w grupę przechodniów czekających  na zielone światło. Kątem oka 

dostrzegła samochód jadący szybko w jej kierunku. Nie odważą się, myślała gorączkowo. 

Wykluczone…

- Tess!

Podniosła wzrok. To był mercedes. Za kierownicą siedział jej szef.

-   Dane!   -   Przebiegła   przez   ulicę,   wskoczyła   do   auta   i   rzuciła   się   w   ramiona 

ukochanego.

Objął ją mocno, zapominając na moment o całym świecie. Był wstrząśnięty. Spieszył 

się bardzo, żeby wrócić do biura przed wyjściem detektywów. Nagle ujrzał zdyszaną Tess i 

oddalające się auto. Musiał zdecydować, co jest ważniejsze - bezpieczeństwo dziewczyny czy 

background image

ściganie uciekinierów. Od razu wiedział, jaką podejmie decyzje.

Pocałował Tess zachłannie. Niechętnie oderwał wargi od jej ust, uruchomił silnik i 

włączył się do ruchu. Auta jechały wolno zatłoczoną ulicą. Lassiter myślał o Tess. Nic więcej 

go nie obchodziło.

- Niewiele brakowało i byłoby po mnie - powiedziała, oddychając z trudem. - Dałam 

się zaskoczyć, gdy wychodziłam z biura. Przyłożył mi nóż do pleców…

- O Boże! - jęknął Lassiter i ujął rękę Tess.

- Helen pokazała mi, jak się bronić, gdy napastnik atakuje od tyłu. Zapamiętałam sobie 

jej nauki. Udało mi się obezwładnić faceta i uciec. - Gdy minęło poczucie zagrożenia, Tess 

spojrzała na całą sprawę nieco inaczej. - To było niesamowite przeżycie. Teraz rozumiem, 

dlaczego… Dane?

Lassiter zjechał na parking i zatrzymał samochód. Był blady jak ściana. Drżącymi 

rękoma trzymał kierownicę. Utkwił wzrok w przedniej szybie.

- Wszystko się dobrze skończyło - powiedziała cicho Tess. Przysunęła się i objęła 

dłońmi jego twarz. Całowała usta, nos i przymknięte oczy ukochanego. Potem objęła go i 

mocno się przytuliła. - Przestań siebie winić. Zapomniałeś po prostu, że nie wychodzę z 

Helen. Nie pozwoliłeś nam iść razem na obiad.

- Wcale o tym nie zapomniałem - odparł drżącym głosem. - Sądziłem, że wrócę, nim 

biuro opustoszeje. Niestety, utknąłem w korku.

- Dane - szepnęła.

- Przytul mnie, Tess - poprosił zbolałym głosem. - Nic nie mów. Obejmij mnie tylko.

Popatrzyła na niego oczyma pełnymi miłości i tęsknoty.

Dane napotkał jej spojrzenie i poczuł się zakłopotany. Rzadko ujawniał słabości. Pora 

wziąć się w garść. Tess nie powinna go widzieć w takim stanie ani robić sobie poważnych 

nadziei   z   powodu   jego   gwałtownej   reakcji.   To   bezsensowne.   Z   drugiej   strony   jednak… 

Pochylił głowę i pocałował ją czule.

-   Od   tej   chwili,   ilekroć   będę   wychodzić   z   biura,   upewnię   się   najpierw,   z   kim 

zostaniesz. Wybacz mi, Tess.

- Już ci mówiłam, żebyś przestał się obwiniać. Lepiej mnie pocałuj.

- Za dużo tu ludzi - mruknął i odsunął się nieco. Wskazał przechodniów mijających 

auto.

- W takim razie jedźmy do ciebie. Co ty na to?

- Lepiej nie. Po pierwsze: musisz dojść do siebie po szaleństwach poprzedniej nocy - 

odparł  cicho   i  dodał  z ponurą  miną:   - Po  drugie:  od  dziś śpisz  we własnym  łóżku.  Nie 

background image

będziemy dzielić sypialni. Tamto nie może się powtórzyć.

- Dlaczego? - zapytała. Dane pogłaskał kciukiem jej policzek. Miał smutną minę.

- Nie zamierzam się wiązać na stałe. Nie pragnę wielkich  uczuć - przypomniał.  - 

Zawsze będę pamiętał, co czułem, będąc twoim pierwszym mężczyzną. Problem w tym, że 

szukasz partnera na całe życie. Ja straciłem złudzenia.

- Postaram się na ciebie wpłynąć. Przy mnie stare rany się zabliźnią.

- Już wiele dla mnie  zrobiłaś. Mimo to nie mogę się z tobą ożenić - odparł, nie 

owijając niczego w bawełnę. - Posłuchaj uważnie, Tess. Jesteś przekonana, że mnie kochasz, 

ponieważ   brak   ci   w   tych   sprawach   doświadczenia.   Wszystkiego,   co   wiesz   o   erotyce, 

nauczyłaś się ode mnie. Pewnego dnia seks przestanie ci wystarczać. Zapragniesz dziecka.

- Kocham cię, Dane - odparła, nie siląc się na inne argumenty.

Na policzki Lassitera wystąpiły ciemne rumieńce. Oczy rozjaśnił mu dziwny blask.

- Nie wiesz, czym jest miłość - szepnął, daremnie próbując udawać, że jej słowa nie 

zrobiły na nim wrażenia. - Sądzisz, że to rozkosz i fizyczna bliskość.

-   Nas   dwoje   łączy   znacznie   więcej   niż   tylko   chwilowa   przyjemność.   My   się 

kochaliśmy, Dane. Dzisiejsze przeżycia były tak cudowne, że wątpię, abym kiedykolwiek 

pozwoliła się dotknąć innemu mężczyźnie.

Lassiter przymknął oczy. Jego odczucia były takie same, ale bał się do tego przyznać. 

Jakiś wewnętrzny głos nakazał mu zachować je tylko dla siebie.

-   To   była   cudowna   noc   -   stwierdził   chłodno.   Popatrzył   w   oczy   Tess   z   udawaną 

obojętnością. - Masz szczęście, że jestem bezpłodny. W przeciwnym razie mogłabyś mieć 

kłopoty.

- Tak bym tego nie nazwała - odparła z uśmiechem.

- Nie warto się teraz nad tym rozwodzić - odparł ze wzrokiem utkwionym w przednią 

szybę.   Uruchomił   silnik   auta.   -   Musimy   jechać   na   posterunek   policji   i   złożyć   zeznanie. 

Czynna napaść i usiłowanie morderstwa. Tak to wygląda. Nie spocznę, aż tamci… - Dane 

użył kilku dosadnych określeń, jakimi chętnie posługiwali się teksascy strażnicy - …wylądują 

za kratkami. Powinni się tam znaleźć przed zachodem słońca. Tym razem nie dopuszczę, by 

wyszli za kaucją. Mam w tym mieście trochę znajomości. Moi przyjaciele przekonają kogo 

trzeba!

Helen   puszyła   się   jak   paw,   gdy   usłyszała,   że   Tess   ocalała   dzięki   kilku   lekcjom 

samoobrony, których jej udzieliła. Dane miał ponurą minę, ale zdobył się na podziękowanie i 

kilka miłych słów. Nie przestawał myśleć o handlarzach narkotykami. Chętnie udusiłby ich 

gołymi rękami. Po raz pierwszy w życiu ogarnęła go żądza odwetu.

background image

Polecił Adamsowi, żeby współpracował z policją. Sam nie odstępował Tess. Gdy po 

męczącym dniu wrócili do jego mieszkania, natychmiast zdjął marynarkę. Tess nie odrywała 

od niego wzroku. Spostrzegł, że pobladła.

- Co się stało? - zapytał cicho.

- Kiedy gangsterzy trafią do aresztu, natychmiast się wyprowadzę.

Dane zmarszczył brwi. Nie chciał się nad tym zastanawiać. Na samą myśl o odejściu 

Tess czuł wewnętrzną pustkę. Dni spędzone we dwoje przypominały cudowną baśń - nie 

tylko dlatego, że zostali wreszcie kochankami. Dane lubił przebywać z Tess.

- Z pewnością ucieszyła cię ta nowina - dodała z wymuszonym uśmiechem. - Nie 

będzie   damskiej   bielizny   suszącej   się   na   sznurku   w   twojej   łazience   ani   czółenek   pod 

kanapą…

- Nie  masz  racji  - przerwał.  -  Będzie   mi  ciebie  brakowało.  Sądzę,  że  ty również 

będziesz za mną tęsknić. Problem w tym, że oboje przywykliśmy do samotności.

Tess objęła go i przytuliła twarz do muskularnego torsu. Przez białe płótno koszuli 

czuła ciepło jego skóry. Nie odpowiedziała, bo słowa niczego by nie zmieniły. Westchnęła, 

ciesząc się jego bliskością. Chciała zachować piękne wspomnienia.

- Czy mogłabym dzisiaj spać z tobą?

- Bardzo tego pragnę - odparł głucho - ale nie mogę się na to zgodzić. Jeśli za bardzo 

się do ciebie przywiążę, rozstanie będzie udręką.

- Przypominasz mi kierowcę, który rezygnuje z prowadzenia samochodu, bo na samą 

myśl o awarii ogarnia go niepokój.

- Chyba masz rację - przyznał, mimo woli parskając śmiechem. Po chwili spoważniał i 

dodał: - Umacnianie tej więzi żadnemu z nas nie wyjdzie na dobre. I tak będziemy bardzo 

cierpieć.   -   Tess   chciała   coś   powiedzieć,   ale   Lassiter   dotknął   palcem   jej   ust,   nakazując 

milczenie.

-  Jesteś   głęboko  przekonana,  że   mnie   kochasz.  Wiem  o  tym   doskonale.  Mimo   to 

sądzę, że zmienisz  zdanie, gdy wrócisz do swego mieszkania  i zaczniesz normalnie żyć. 

Wszystko, co się teraz dzieje, uznasz za koszmarny sen.

- Z wyjątkiem ostatniej nocy - wtrąciła.

- Owszem. - Z czułością pocałował ją w czoło. - To była tylko jedyna noc. Z czasem o 

niej zapomnisz.

- A ty?

Wypuścił ją z objęć i przeciągnął się, udając, że nie słyszy pytania.

- Kto przygotowuje kolację? Co jemy? - zapytał. - Mam ochotę na hamburgera, a 

background image

właściwie na kilka hamburgerów.

- Zaraz je usmażę - zaofiarowała się Tess.

- Za dużo czasu spędzasz w kuchni. To niesprawiedliwe.

-  Wolę   sama  przygotować   jedzenie.   Twoje  hamburgery…   Spuśćmy   na  to   zasłonę 

miłosierdzia. Lepiej trzymaj się z daleka od patelni - mruknęła, idąc do kuchni.

- Przecież istnieje równouprawnienie!

- Dziwnie interpretujesz to pojęcie.

Lassiter, zirytowany jawną krytyką, westchnął ciężko i powlókł się do sypialni, by 

zmienić ubranie.

Wkrótce usiedli do kolacji.

- Czy możemy pojechać na ranczo pod koniec tygodnia? - zapytała Tess, nie robiąc 

sobie wielkich nadziei.

-   Lepiej   nie   ryzykujmy   -   stwierdził   Dane   obrzucając   Tess   pełnym   niepokoju 

spojrzeniem.

- Rozumiem. Chodzi o gangsterów. - Dziewczyna pokiwała głową.

- Nie, Tess - odparł cicho. - Problem w tym, że zostaliśmy kochankami. Beryl nie jest 

ślepa. Od razu się zorientuje. Wystarczy, że na nas popatrzy.

- Ach, tak…

- Beryl przestrzega pewnych zasad. - Skrzywił się, widząc rumieniec na policzkach 

Tess. - Wiem, wiem, ty również. W pewnym sensie podzielam wasze przekonania.

Zapadło kłopotliwe milczenie. Dane włączył telewizor. Z zainteresowaniem obejrzeli 

razem   film   przyrodniczy   firmowany   przez   National   Geographic.   Okazało   się,   że   oboje 

mnóstwo wiedzą o zwierzętach.

- Bardzo chciałbym objechać z tobą całe ranczo - wyznał z żalem, spoglądając na nią 

czule. - Problem w tym, że Beryl może ci dokuczać.

- Czy w dzisiejszych czasach istnieją jeszcze pary żyjące razem długo i szczęśliwie? - 

zapytała z goryczą.

Dane wpatrywał się uporczywie w pusty talerz.

-   Zapewne   tak.   Niestety,   trudno   mi   zapomnieć,   że   moje   małżeństwo   okazało   się 

pomyłką. Może od początku coś było w nim nie tak? Zaraz po ślubie oboje z Jane byliśmy 

przekonani, że czeka nas świetlana przyszłość. Z czasem przestało nam na sobie zależeć. Nie 

sposób przewidzieć, jak się sprawy potoczą. Gdybym mógł dać ci dziecko, może zmieniłbym 

zdanie. Niestety, jest inaczej. Nie sądzę, żeby się nam udało. Zrozum… to ogromne ryzyko.

- Uważasz po prostu, że jestem dla ciebie za młoda - westchnęła Tess, spoglądając 

background image

nieśmiało   na   ukochanego.   -   Sama   nie   wiem,   czy   to   miły   komplement,   czy   też   ukryta 

zniewaga. Pokochałam cię jako dziewiętnastolatka. Moje uczucie przetrwało próbę czasu. - 

Uśmiechnęła się smutno. - Czy znasz lekarstwo na miłość, Dane?

Nie odpowiedział. Zapadło milczenie.

-   Tess,   przyjdź   tu   na   chwilę   -   poprosił   Dane   następnego   ranka,   gestem   dłoni 

zapraszając Tess do swego gabinetu.

Siedział tam wysoki, przystojny blondyn nazwiskiem Nick Reed, brat Helen, były 

agent FBI, którego udało się Lassiterowi skaptować do swojej agencji. Nick uśmiechnął się 

do Tess, która usiadła na kanapie. Oboje czekali, aż Dane zamknie drzwi i powie, o co chodzi.

-   Musimy   przejąć   inicjatywę   -   stwierdził   nagle   Dane.   -   Nick   skontaktował   się   z 

paroma osobami. Zdobył informacje, które mogą się nam przydać. Szykujemy zasadzkę na 

gangsterów, którzy cię postrzelili, a potem napadli. Opowiedziałem Nickowi, jak wygląda 

twój plan dnia. Zostaniesz przynętą, skarbie. Nasi ludzie będą cię obserwować z ukrycia.

- Piękna perspektywa - odparła z westchnieniem. - A ja, głupia, myślałam, że kochasz 

mnie nad życie i gotów jesteś strzec swojej wybranki jak źrenicy oka.

Nick parsknął śmiechem, jakby usłyszał dobry żart. Dane zachował kamienną twarz.

- Zadbamy o twoje  bezpieczeństwo - tłumaczył.  - Będą cię pilnować  detektywi  z 

agencji i dwaj policjanci, którzy zgodzili się wesprzeć nas po służbie. Czas przejąć inicjatywę 

i wykorzystać element zaskoczenia. Nie warto siedzieć i czekać, aż cię znów napadną. To 

zbyt niebezpieczne.

- Co mam robić? - zapytała spokojnie.

Dane przedstawił w ogólnych zarysach plan zasadzki. Tess była zdenerwowana i pełna 

obaw, ale powtarzała sobie raz po raz, że podczas napadu, mimo ogromnego zdenerwowania, 

dała   sobie   radę.   To   dowód,   że   w   trudnej   sytuacji   potrafi   zachować   zimną   krew.   Ta 

świadomość dodała jej odwagi. Wszystko pójdzie jak z płatka.

W sobotę rano Dane snuł się po mieszkaniu z kąta w kąt, nie mogąc sobie znaleźć 

miejsca. Telewizja go nudziła.

- Trzeba się przewietrzyć - powiedział nagle. - Wkładaj ciuchy.

-   Jestem   ubrana   -   odparła   Tess,   wzruszając   ramionami.   Miała   na   sobie   dżinsy   i 

bawełnianą koszulkę.

- Narzuć na siebie kurtkę i włóż sportowe buty. Mam ochotę na małą przejażdżkę.

- Dokąd wyruszamy?

- Na ranczo - mruknął. Widząc jej rumieniec, dodał pospiesznie:  - Beryl  ma dziś 

wolne. Jeśli chodzi o innych, Helen nieświadomie dostarczyła  nam alibi. Poprosiła mnie, 

background image

żebym przestał cię tyranizować i zadbał o twoje samopoczucie. Jest przekonana, że cierpisz tu 

katusze.

- Coś w tym jest - odrzekła zaczepnie.

- Idziemy. - Dane odwrócił się i ruszył ku drzwiom. - Jeśli będziemy tu siedzieć jak w 

klatce, nic dobrego z tego nie wyniknie.

Tess chwyciła dżinsową kurtkę, włożyła buty i pobiegła za Lassiterem.

Dzień był chłodny i ciepłe okrycie bardzo się przydało, gdy objeżdżali farmę. Dane z 

uśmiechem obserwował Tess w czasie pierwszej lekcji jazdy konnej. Dziewczyna zerkała 

ukradkiem na  roześmianą  twarz  ukochanego. Wkrótce  doszła  do porozumienia  ze swoim 

wierzchowcem; wiekowa, cierpliwa klacz niejedno już w życiu widziała. Jazda konna okazała 

się znacznie przyjemniejsza, niż sądziła wcześniej początkująca amazonka. Przyjemnie było 

patrzeć na świat z wysokości końskiego grzbietu.

Z oddali dobiegł tętent kopyt. Dane zmrużył oczy ukryte w cieniu szerokiego ronda.

- Mamy towarzystwo. Należało się tego spodziewać - mruknął, obserwując dwóch 

postawnych jeźdźców.

- Co to za jedni? - zapytała Tess, osłaniając dłonią oczy.

-   Właściciele   farm   sąsiadujących   z   moją,   Cole   Everett   i   King   Brannt   -   odparł   z 

uśmiechem Dane. Domyślił się, że widzieli go z Tess i szukali pretekstu, by się jej bliżej 

przyjrzeć. Wiedzieli, że Lassiter nie ma zwyczaju przywozić kobiet na ranczo.

- Ładny dzień - zagadnął Cole Everett, starszy z jeźdźców. Spoglądał badawczo na 

zarumienioną Tess.

- Mamy dobrą pogodę - wtrącił King Brannt.

- To jest Teresa Meriwether - powiedział Dane, nie tracąc opanowania. - Znajomi 

mówią do niej Tess. Jej ojciec zamierzał się ożenić z moją matką. Jak wiecie, oboje zginęli w 

wypadku na krótko przed ślubem. Tess i ja w pewnym sensie jesteśmy rodziną. Pracuje jako 

sekretarka w mojej agencji detektywistycznej.

- Niezła gadka - rzucił półgłosem Cole Everett, zsuwając na tył głowy jasny kapelusz 

z szerokim rondem. - Miło poznać - dodał głośno z szerokim uśmiechem, w którym nie było 

ani cienia złośliwości.

-   Mogę   się   pod   tym   podpisać   -   wtrącił   King   Brannet.   Był   uprzejmy,   ale   trochę 

onieśmielał Tess.

- Mogę zapytać, w jakim celu się fatygowaliście aż tutaj? - zapytał Dane, mierząc 

wzrokiem sąsiadów.

- Chcieliśmy cię prosić o wypożyczenie byka-medalisty. Już o tym rozmawialiśmy - 

background image

przypomniał Cole i uśmiechnął się do Tess. - Oczywiście, możemy poczekać kilka dni.

Dane zachichotał. Bezczelność wścibskich sąsiadów całkiem go rozbroiła.

- Dobrze - odparł. - Przyjadę za tydzień i wszystko ustalimy.

Dane sądził, że do tego czasu gangsterzy będą już za kratkami, a Tess wróci do swego 

mieszkania. Na myśl o tym zrobiło mu się smutno.

Sąsiedzi Lassitera wkrótce się pożegnali. Dane przypomniał, by pozdrowili od niego 

swoje żony. Tess odprowadziła spojrzeniem dwóch postawnych jeźdźców. Dane opowiadał z 

ożywieniem o ich rodzinach.

- Są żonaci od lat. Ich dzieciaki to nastolatki. Dzieciaki… - Zacisnął zęby. - Wracajmy 

- powiedział cicho.

- Nie przejmuj się tak - szepnęła Tess, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Dzieci to nie 

wszystko.

-   Przeciwnie,   zwłaszcza   jeżeli   nie   ma   szansy   na   ich   posiadanie   -   rzucił   oschle. 

Popatrzył   na   Tess   z   jawną   niechęcią   i   dodał   zaczepnie:   -   Nie   próbuj   mi   wmówić,   że 

wyrzekniesz się dobrowolnie własnego potomka.

Nie odpowiedziała. Popatrzyła współczująco na ukochanego. Zmarszczyła brwi, gdy 

przypomniała sobie o swoich lękach i obsesjach.

- Co się stało? - wypytywał z niepokojem, widząc jej zmienioną twarz.

- Pomyślałam o zasadzce na gangsterów.

Dane był trochę zaskoczony jej odpowiedzią. Sam unikał rozmyślań na ten temat, bo 

wytrącały go z równowagi. Teraz musiał spojrzeć prawdzie w oczy. Lękał się, że coś pójdzie 

nie tak. Westchnął ciężko. Długo milczał.

- Pamiętaj, że obaj z Nickiem dobrze znamy się na tej robocie - powiedział w końcu. - 

Dopilnujemy, żeby nic ci się nie stało, maleńka. Dopadniemy tych drani.

- Jasne. - Tess zdobyła się na blady uśmiech.

Nadal była pełna obaw. Dane starał się o tym zapomnieć. Nie mógł pozwolić, by lęk 

zmącił  mu umysł.  Wierzył,  że plan ułożony wspólnie z Nickiem przyniesie  spodziewane 

rezultaty. Gdy przestępcy trafią do aresztu, trzeba będzie ostatecznie rozmówić się z Tess. 

Jednego był pewny: nie ma dla niej miejsca w jego życiu. Powinien jej to uświadomić, póki 

jest w stanie to zrobić. Opór słabł z dnia na dzień. Dla dobra Tess powinien jak najszybciej się 

z nią rozstać. Za bardzo mu na niej zależało, by przystał na małżeństwo bez przyszłości. Tess 

odejdzie, choćby miał umrzeć z rozpaczy.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Ciemność   za   oknami   wydawała   się   przygnębiająca.   Zaczęło   mżyć.   Na   ulicy   było 

wilgotno i zimno. Tess objęła się ciasno ramionami. Miała na sobie ciemne spodnie, bluzkę w 

szaroniebieski deseń i popielaty sweter, a mimo to odczuwała chłód. Stojący za jej plecami 

Dane czekał na kolejne posunięcie ekipy detektywów.

Helen,   Nick   i   Adams   oraz   dwaj   najlepsi   ludzie   sierżanta   Gavesa   z   pobliskiego 

komisariatu przyczaili się już w swoich kryjówkach. Od pewnego czasu wiedzieli, że biuro 

agencji jest obserwowane. Tego wieczoru postanowili zastawić na gangsterów pułapkę. Tess i 

Dane zachowywali się tak, jakby mieli pracować w biurze do późnej nocy. Reszta personelu 

opuściła  budynek.  Z pewnością  zauważyli  ich  ukryci  w pobliżu  obserwatorzy. Detektywi 

odjechali   na   bezpieczną   odległość,   zaparkowali   auta,   podkradli   się   bliżej   i   zaczaili   w 

umówionych  miejscach, by w razie potrzeby służyć pomocą pozostałej w budynku piątce 

współpracowników.

Dane   zerknął   na   zegarek.   Był   niespokojny.   Nie   chciał   tej   akcji,   ale   konieczność 

zmusiła go do jej przeprowadzenia. Tess nie powinna żyć w ciągłym strachu. Wkrótce od 

niego odejdzie, ale będzie mu łatwiej żyć ze świadomością, że jest bezpieczna.

- Boisz się? - zapytał cicho.

- Okropnie - wyznała, stając twarzą w twarz z szefem. - To chyba normalne, prawda? 

Nie brak obaw, lecz umiejętność ich pokonywania czyni z ludzi bohaterów. Trzeba robić, 

swoje mimo paraliżującego strachu.

-   Masz   rację.   Parokrotnie   uczestniczyłem   w   niebezpiecznych   akcjach.   Za   każdym 

razem odczuwałem strach, ale nie splamiłem się ucieczką.

-   Poczucie   zagrożenia   powoduje   dopływ   adrenaliny   do   krwi,   a   to   sprawia,   że   w 

sytuacji zagrożenia działamy szybko i skutecznie - przypomniała Tess. - Energii wystarcza 

jednak na krótko. Ledwie udało mi się wyrwać z rąk gangstera i uciec, opadłam z sił i całkiem 

się rozkleiłam.

- Pamiętaj, że ryzyko uzależnia jak narkotyk - odparł cicho Dane, patrząc na nią z 

lękiem.   -   Właśnie   dlatego   nie   zgadzam   się,   abyś   została   detektywem.   Bez   wahania 

wystawiasz się na niebezpieczeństwo. Pewnie brałabyś najtrudniejsze zlecenia.

- Sam tak robisz - odrzekła, patrząc mu prosto w oczy - i nie zamierzasz się wycofać.

- Po mnie nikt nie będzie płakać - odparł z ponurym wyrazem twarzy. Tess miała 

ochotę zaprotestować. - To nie jest zajęcie dla żonatych… ani dla mężatek. Świadomość 

ciągłego   zagrożenia   może   zniszczyć   najbardziej   udany   związek.   Jane   była   wściekła,   że 

background image

pracuję jako teksaski strażnik. Byłem gościem w domu.

- Dane - wtrąciła Tess, spoglądając na niego czule - gdybyś naprawdę kochał żonę, 

znalazłbyś sposób, żeby spędzać z nią więcej czasu, prawda?

- Pora zaczynać - stwierdził Dane, spoglądając na zegarek. Jego twarz niczego nie 

wyrażała. Pominął milczeniem trudne pytanie. - Wiesz, co masz robić.

- Oczywiście.

Lassiter wziął z biurka aktówkę i podszedł do Tess. Nie krył, że dręczy go lęk.

-  Unikaj  ryzyka.   Gdyby   zaszło  coś  nieprzewidzianego,  krzycz,  zbij  szybę,  rób  co 

chcesz, byle tylko zwrócić na siebie uwagę. Nie zamierzam się zbytnio oddalać. Na pewno 

usłyszę.

- Jasne. - Tess miała ściśnięte gardło i mokre od potu dłonie. Zrobiło jej się sucho w 

ustach, a serce waliło jak młotem. Nie mogła wyznać Dane'owi, że okropnie się boi. To by 

tylko pogorszyło sprawę.

- Będziemy w pobliżu. Jest nas spora gromadka - przypomniał jej Lassiter. - Wszystko 

będzie dobrze. Wreszcie przestaniesz się bać.

- Mogą ich znów wypuścić za kaucją…

- Tym razem nie. Jeśli nawet sędzia podejmie taką decyzję, dopilnuję, żeby ustalono 

niebotyczną kwotę. Nie będą jej w stanie zapłacić.

- Sytuacja się powtarza. Poza moim zeznaniem nie będzie żadnego dowodu ich winy.

- Nieprawda. My również możemy świadczyć. Poza tym sam napad wykaże, z kim 

mamy do czynienia. - Dane musnął palcem usta Tess. - Głowa go góry, kochanie. - Pocałował 

ją zachłannie. Rozchyliła wargi, poddając się namiętności. Chciała objąć Dane'a, ale odsunął 

się i ruszył ku drzwiom.

Została sama. W biurze zrobiło się nagle zimno i ponuro. Chodziła nerwowo z kąta w 

kąt. Dane potrzebował kilku minut, by dotrzeć na parking, podejść do auta i wrzucić aktówkę 

do bagażnika. Potem miał ostentacyjnie zapalić papierosa. Obserwator będzie przekonany, że 

szef   wyszedł   się   przewietrzyć,   ale   wraca   do   agencji,   bo   pamięta   o   niebezpieczeństwie 

grożącym Tess i wie, że nie powinna zostawać sama na dłużej; ktoś mógłby dokonać na nią 

zamachu.

Gangsterzy skwapliwie wykorzystali chwilową nieobecność Lassitera. Przed budynek 

zajechał   ciemnobrązowy   sedan.   Wysiedli   z   niego   dwaj   mężczyźni.   Kryjąc   się   w   cieniu, 

podbiegli do drzwi wejściowych. Rozglądali się niespokojnie. Dane mógł lada chwila wypalić 

papierosa i ruszyć w stronę budynku.

Nie   mieli   pojęcia,   że   Lassiter   od   razu   ich   spostrzegł.   Wrócił   tylnym   wejściem   i 

background image

pobiegł do windy dla personelu. Wąski korytarz prowadził z niej do pomieszczeń agencji. 

Wyciągnął   automatyczny   pistolet,   kaliber   45.   Broń   była   gotowa   do   strzału.   Widział,   jak 

gangsterzy   podchodzą   do   drzwi.   Tess   usłyszała   cichy   szczęk   klamki;   odwróciła   się 

natychmiast. Na widok wycelowanej w nią lufy pistoletu zamarła w bezruchu. Pomyślała o 

ukochanym. Przemknęło jej przez głowę, że zginie z jego imieniem na ustach.

- Padnij!

Komenda rzucona tonem nie znoszącym sprzeciwu wyrwała ją z odrętwienia. Tess 

upadła na podłogę, nim kanonada przerwała krótkotrwałą ciszę.

Dane zranił w bark jednego z przestępców i skuł go kajdankami. Drugi z gangsterów 

zdołał uciec.

- Łap go! - jęknęła Tess.

- Nick się nim zajmie. - Dane wyciągnął do niej rękę i pomógł wstać.

- Wezwijcie lekarza, do jasnej cholery! - krzyczał ranny. - To nieludzkie! Przecież się 

wykrwawię!

- Teraz masz pojęcie, jak cierpiała Tess - odparł Dane i dodał kilka epitetów, które 

sprawiły, że dziewczyna spłonęła rumieńcem.

- Zdrów i cały? - wypytywała niespokojnie, odruchowo dotykając jego torsu, jakby 

szukała ran. - Trafił cię?

- Pół życia zeszło mi na unikaniu pocisków. - Dane rozchmurzył się nieco. Na jego 

ustach pojawił się chełpliwy uśmieszek. - Za to mi płacili. A co z tobą? Dobrze się czujesz?

- Teraz już tak - odparła i wtuliła się w ramiona Dane’a. Położyła  głowę na jego 

ramieniu. Kątem oka obserwowała leżącego na podłodze gangstera, który zwinął się w kłębek 

i pojękiwał cicho. Marynarka eleganckiego garnituru pobrudzona była krwią. Dane trzymał w 

ręku broń napastnika.

- Tess! - Głos Helen odbił się echem w pustym biurze. Dziewczyna wybiegła z windy. 

Nick deptał jej po piętach. - Słyszałam odgłos wystrzałów. - Umilkła, z niedowierzaniem 

spoglądając na koleżankę i szefa. - Co się stało?

-  Nic.   Wyszliśmy   z   tego   bez   szwanku.   A   co  z   jego   kompanem?   -   zapytał   Dane, 

ruchem głowy wskazując rannego przestępcę.

- Ludzie sierżanta Gravesa już się nim zajęli - wtrącił Nick, chowając broń do kabury.

- Wezwij karetkę. Trzeba opatrzyć tego drania - mruknął Dane do Helen. Podał jej 

automatyczny pistolet maszynowy, z którego strzelał przestępca.

- Nie dotykaj kolby - zrzędził Nick; patrząc na siostrę.

- Są na niej odciski palców.

background image

- Wiem, jak trzymać broń. Sam mnie tego nauczyłeś - odparła z politowaniem Helen. 

Zwróciła się do Tess: - Jak samopoczucie, kochanie?

- Nieźle - usłyszała w odpowiedzi.

- Cholerni detektywi! - wymamrotał ranny przestępca. Powtarzał te słowa raz po raz.

- Wynośmy się stąd. - Dane uniósł brwi i mocniej przytulił Tess.

Minęło dużo czasu, nim wrócili do domu. Tess musiała złożyć zeznania. Czekała, aż 

zostaną przepisane i przyniesione do podpisu. Ranny gangster pojechał karetką na opatrunek; 

następnie   odwieziono   go   do   szpitala   policyjnego.   Drugi   przestępca   został   przesłuchany   i 

odesłany do aresztu. Tess wreszcie odetchnęła z ulgą.

Wrócili do domu w środku nocy. Dziewczyna zasnęła jak kamień i nie miała żadnych 

koszmarnych snów. Nie słyszała budzika. Gdy wstała, Dane już wyszedł, ale zostawił kartkę. 

Napisał, żeby nie przychodziła do pracy; radził jej porządnie wypocząć.

Zapewne miał rację, ale Tess nie miała czasu na odpoczynek. Z ponurą miną uznała, 

że czas się pakować. Dane nie prosił jej, żeby się wyprowadziła; w ogóle niewiele mówił 

poprzedniej nocy. Był uprzejmy i opiekuńczy, ale oschły. Gdy wrócili do domu, kazał jej iść 

spać. Uznał, że Tess bardziej potrzebuje snu niż rozmowy.

Tess sądziła, że Dane ją kocha, ale będzie próbował zabić tę miłość i pewnie mu się to 

uda. Uznała, że postąpi mądrze, usuwając się w cień na pewien czas. Nie warto wszczynać 

sporu   z   mężczyzną,   który   sam   nie   wie,   czego   chce.   Pora   odejść;   niech   Dane   spokojnie 

wszystko przemyśli. Nie powinien odczuwać presji; zbyt silna jest w nim potrzeba wolności. 

Z   czasem   nadarzy   się   okazja,   by   go   przekonać,   że   mimo   przeszkód   mają   przed   sobą 

wspaniałą przyszłość.

Spakowała   rzeczy   i   czekała   na   powrót   Dane'a.   Siedziała   z   opuszczoną   głową   na 

kanapie, ubrana w szare spodnie i szeroki biały sweter. Włosy splotła w warkocz. Płaszcz 

leżał na oparciu kanapy.

Usłyszała   znajome   kroki   i   podniosła   wzrok.   Dane   zmarszczył   brwi;   patrzył   z 

niedowierzaniem na spakowane walizki.

-   Sądziłam,   że   takie   rozwiązanie   najbardziej   ci   odpowiada   -   powiedziała   cicho.   - 

Żadnych sporów. Żadnych kłopotów. - Wstała. - Czy mógłbyś odwieźć mnie do domu?

Dane   westchnął   ciężko.   Uznał,   że   Tess   ma   rację.   To   najlepsze   wyjście.   Z   żalem 

odrzucił marzenia. Łudził się, że zastanie Tess zwiniętą w kłębek na kanapie i wpatrzoną, jak 

co wieczór, w ekran telewizora. Daremnie. Gdy uświadomił sobie, że wraca do siebie, poczuł 

niemal fizyczny ból.

- Oczywiście. Ruszajmy - odparł chłodno. Popatrzył na nią z góry. - Dzięki.

background image

Włożyła  płaszcz i wyszła za nim z mieszkania, nie oglądając się ani razu. Gdyby 

popatrzyła na znajome wnętrze, pękłoby jej serce.

Wkrótce   dotarli   na   miejsce.   Dane   zapewnił   Tess,   że   nie   ma   powodu   do   obaw. 

Przestępcy   działali   na   własną   rękę   i   nie   mieli   żądnych   zemsty   popleczników.   Po   chwili 

milczenia Tess stwierdziła:

- Wszystko już zostało powiedziane.

-   Owszem   -   zgodził   się   Dane.   Przez   chwilę   błądził   wzrokiem   po   niewielkim 

mieszkaniu. Po chwili spojrzał znów na Tess, ale natychmiast spuścił oczy. - Wpadnę do 

ciebie rano.

- Dobrze - odparła, starając się powstrzymać łzy. Znieruchomiał, słysząc jej zduszony 

szept, ale nie podniósł wzroku. To byłaby lekkomyślność.

- Dbaj o siebie.

- Jasne. Ty również. - Zawahała się na moment. - Dane?

- Tak?

- Dzięki. Uratowałeś mi życie. Gdyby nie ty, już by mnie nie było na tym świecie.

Przymknął   oczy.   Poczuł   mdłości.   Nie   był   w   stanie   o   tym   myśleć.   Cierpiał   jak 

potępieniec, ilekroć przypominał sobie, że dwukrotnie niewiele brakowało, by Tess straciła 

życie.

- Dobranoc - rzucił pospiesznie. Wybiegł z mieszkania i zatrzasnął drzwi. Gdy znalazł 

się na ulicy, zimny wiatr ochłodził rozpalone policzki. Mdłości z wolna ustępowały.

Dane wsiadł do mercedesa i ruszył przed siebie w nocny mrok.

Tess  liczyła  się   z  tym,   że  ukochany  będzie  ją  traktował  z   rezerwą,  ale  całkowita 

obojętność   była   dla  niej  sporym   zaskoczeniem.  Traktował   ją  niczym  bezduszną   maszynę 

zaprogramowaną   na   wykonywanie   poleceń   służbowych.   Domagał   się   od   niej   informacji, 

przekazywał   dane,   a   potem   wychodził   z   biura,   nie   zaszczycając   swojej   sekretarki 

pożegnalnym spojrzeniem. Poza pracą przestawała dla niego istnieć.

Przez kilka tygodni Tess bardzo cierpiała. Zmartwienia podkopały jej siły. Nabawiła 

się niestrawności. Było  jej niedobrze. Po pracy wróciła do domu i od razu się położyła. 

Następnego   ranka   dostała   torsji.   Zadzwoniła   do   biura   i   poprosiła   o   wolny   dzień.   Potem 

wróciła do łóżka. Zasnęła, wsłuchana w szum deszczu.

Dane wpadł po pracy, żeby sprawdzić, jak Tess się czuje. Była zdziwiona, że tak się 

przejął.   Dotychczasowe   zachowanie   dowodziło,   że   przestał   sobie   zaprzątać   głowę   jej 

sprawami.

- Jak się czujesz? - zapytał bez wstępów, gdy otworzyła drzwi.

background image

Była potargana i blada. Miała na sobie znoszoną koszulę nocną i gruby czerwony 

szlafrok sięgający do bosych stóp.

- To chyba jakiś wirus. Adams miał ostatnio kłopoty z żołądkiem. Chyba się od niego 

zaraziłam.   Bądź   tak   miły   i   zastrzel   tego   drania.   Będę   ci   za   to   dozgonnie   wdzięczna   - 

mamrotała, chwiejąc się na nogach.

- Czego ci potrzeba? Chętnie ci pomogę.

- Dzięki. - Tess pokręciła głową. - Mam w lodówce jogurt, który mnie trzyma przy 

życiu.

- Może wezwać lekarza? - zapytał, marszcząc brwi.

- Nie warto. Samo przejdzie. - Lekceważąco machnęła ręką. Nadal stali w otwartych 

drzwiach. - Dane, muszę się położyć. Miło, że wpadłeś, ale nie ma się czym przejmować. Za 

kilka dni wyzdrowieję. Zorganizuj jakieś zastępstwo.

- Mamy już kogoś na twoje miejsce - powiedział z ociąganiem. - Idealna sekretarka. 

Stenografuje i pisze niemal tak szybko jak ty.

-   Jeśli   sobie   życzysz,   żebym   odeszła,   wystarczy   powiedzieć   -   odparła   cicho   i 

popatrzyła mu w oczy. Wyraz twarzy szefa potwierdził jej przeczucia. - Porozmawiaj z tą 

dziewczyną i dowiedz się, czy zechce pozostać w agencji na stałe. Jeśli się zgodzi, odejdę 

natychmiast…

- Musisz najpierw znaleźć nową posadę - rzucił przez zaciśnięte zęby.

- Agencja detektywistyczna Shorta zatrudni mnie natychmiast.

Short był przystojnym wdowcem po czterdziestce; miał dobre maniery, nie brakowało 

mu pewności siebie. Dane popatrzył na Tess, mrużąc oczy; łatwo można przewidzieć, czym 

by się skończyła współpraca tych dwojga.

- Nie wydaje mi się… - zaczął.

- Dane, unikasz mnie - przerwała z irytacją. - Dość udawania. Odkąd się ze mną 

przespałeś,   chodzisz   ponury   jak   chmura   gradowa.   Z   trudem   znosisz   moją   obecność. 

Doskonale to rozumiem. Mnie również trudno jest z tobą pracować, bo dobrze znam twoje 

nastawienie. Pozwól mi odejść. Dam sobie radę. - Oparła się o ścianę i mimo woli popatrzyła 

na niego z czułością. - Łatwiej mi będzie o tobie zapomnieć, jeśli przestaniemy codziennie 

widywać się w pracy.

- Wkrótce znajdziesz sobie kogoś innego - mruknął niechętnie.

- Zapewne - odrzekła, by uspokoić jego sumienie, chociaż wcale w to nie wierzyła. 

Zdobyła się na słaby uśmiech. - Do widzenia, Dane.

- Skarbie, to nie miało sensu - powiedział tak czule i łagodnie, że Tess łzy zakręciły 

background image

się w oczach. - Od początku tak uważałem. Przecież wiesz, że nie chcę się żenić.

- Jasne - odparła cicho. - Trudno.

- To wcale nie jest takie proste. - Dane westchnął ciężko. - Tęsknię za tobą. Dokucza 

mi samotność. Przy tobie bardzo się zmieniłem.

- Proszę,   idź  już,  bo zacznę  płakać  i  wyjdę na  kompletną  idiotkę  - błagała  Tess, 

patrząc na niego przez łzy.

- Wmówiłaś sobie tylko, że mnie kochasz! - jęknął rozpaczliwie. - Nie rozumiesz? To 

młodzieńcze zauroczenie. Podobam ci się i nic więcej.

Nie była w stanie wykrztusić słowa. Szare oczy w bladej twarzy były smutne, niemal 

tragiczne.

- Tak będzie dla ciebie lepiej. Kiedyś przyznasz mi rację. Wyjdziesz za mąż, urodzisz 

dzieci… - Odwrócił się i wyszedł z obawy, że głos mu zadrży. Sama myśl o Tess poślubionej 

innemu   mężczyźnie   i   otoczonej   gromadką   cudzych   bachorów   była   dla   niego   torturą.   Na 

odchodnym   rzucił:   -   Żegnaj,   maleńka.   Poproszę   Helen,   żeby   przyniosła   ci   dokumenty   i 

pensję. Powiedz jej, że odchodzisz z agencji, ponieważ biuro kojarzy ci się mimo woli z 

koszmarnymi przeżyciami ostatnich dni. To dobra wymówka.

- Owszem - wykrztusiła, zaklinając go w duchu, by wreszcie odszedł i zostawił ją 

samą, zanim całkiem się rozklei. W głowie miała kompletny zamęt.

- Gdybyś potrzebowała mojej pomocy…

- Dziękuję. Dobranoc.

Wyszedł, nie oglądając się ani razu. Miał wielką ochotę raz jeszcze na nią popatrzeć, 

ale zdawał sobie sprawę, że popełniłby niewybaczalne głupstwo.

Zza drzwi dobiegł go szczęk zamka. Z rozdartym sercem opuścił Tess, ale musiał tak 

postąpić.  Nie mógł  jej  ofiarować  takiego życia,  jakiego pragnęła.  Wmawiał  sobie,  że jej 

miłość to zwykłe urojenie. Podobał się tej dziewczynie; nic więcej. Gdyby ożenił się z Tess, 

postąpiłby nieuczciwie. Powtarzał ten argument przez całą drogę do domu.

Na próżno. Gdy wszedł do pustego mieszkania, zdał sobie sprawę, że jest na świecie 

sam jak palec.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Short bardzo się ucieszył, że Tess chce u niego pracować. W poniedziałek poczuła się 

trochę lepiej i poszła na rozmowę z przyszłym szefem.

Wysoki, przystojny mężczyzna przyjął ją w biurze, gdzie roiło się od pracowników. 

Przypominał   trochę   Lassitera.   Mimo   to,   w   porównaniu   z   rygorem   panującym   u   Dane'a, 

dyscyplina   w   agencji   Shorta   była   nieco   rozluźniona.   Tess   nie   podobało   się   również,   że 

detektywi Shorta zbyt często zdają się na przypadek. Była jednak zdumiona i uradowana, 

kiedy się okazało, że nowy szef ma dla niej etat detektywa, a nie sekretarki.

- Wspaniała niespodzianka! - zawołała.

- Doskonale pamiętam, jak pani narzekała u Lassitera - zachichotał. - Zajmie się pani u 

mnie   szukaniem   zaginionych.   Niebezpieczeństwo   jest   znikome,  a   praca   nie   wymaga   tyle 

czasu co w przypadku innych specjalności; za to satysfakcja gwarantowana. Mam nadzieję, że 

będzie pani zadowolona.

- Nie wiem, jak się panu odwdzięczyć za tyle życzliwości.

- Znam dobry sposób. Proszę solidnie wziąć się do pracy i odnosić same sukcesy. - 

Short wstał i uścisnął dłoń nowej pracownicy. - Proszę zostać, jeśli ma pani czas. Mary 

wszystko pani wyjaśni i przedstawi współpracownikom. Do przyszłego poniedziałku będzie 

się panią opiekować. Tydzień to aż nadto, by poznać sposób działania naszej firmy i wdrożyć 

się do nowych obowiązków. Potem zacznie pani działać samodzielnie.

- Wspaniale - odparła z uśmiechem Tess. - Ogromnie się cieszę. Z pewnością nie 

zawiodę pańskich oczekiwań.

- Ciekawe, dlaczego Dane zgodził się, by pani odeszła z jego firmy. Sporo was łączy. 

W pewnym sensie jesteście rodziną - powiedział Short, nie kryjąc ciekawości.

- W ostatnim czasie dwukrotnie do mnie strzelano, raz przed budynkiem agencji, a 

drugi w biurze. Koszmarne wspomnienia nie pozwalają mi spokojnie pracować. Gdy tam 

wchodzę, cała się trzęsę - skłamała Tess.

- Rozumiem. - Short od razu spoważniał, a potem uśmiechnął się współczująco. - 

Postaramy się, żeby nic podobnego pani tu nie spotkało.

- Dzięki - odparła cicho.

Mary Plummer chętnie zaopiekowała się nową koleżanką.

-   Jesteś   bardzo   blada   -   zauważyła   w   czasie   rozmowy.   -   Słyszałam,   że   ostatnio 

chorowałaś. Czy aby na pewno czujesz się już lepiej?

- Oczywiście - zapewniła Tess.

background image

Niestety, okazała się nadmierną optymistką. Przez kilka tygodni Tess nie mogła dojść 

do siebie. W końcu uznała, że ma wrzód żołądka. Nic dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę, ile 

ostatnio   przeszła:   postrzał,   napad,   rozstanie   z   ukochanym,   zmiana   pracy.   Każdy   by   się 

rozchorował po takich przeżyciach.

Helen ciągle do niej wydzwaniała,  prosząc o spotkanie. Tess odmawiała pod byle 

pretekstem, ale w końcu uznała, że wszystko ma swoje granice, i umówiła się z koleżanką na 

obiad.

- Marnie wyglądasz - stwierdziła Helen, nie owijając niczego w bawełnę.

- Żyłam ostatnio w ogromnym napięciu - przypomniała Tess. - Tak wiele się zmieniło 

w moim życiu, i to w bardzo krótkim czasie.

- Schudłaś. Jesteś blada jak ściana.

- To nerwy. Pan Short jest wspaniałym szefem. Nie mogę go zawieść, a muszę się 

jeszcze wiele nauczyć.

-   To   prawda.   -   Helen   nie   wyglądała   na   przekonaną.   Spoglądała   podejrzliwie   na 

młodszą koleżankę. - Dane jest…

- Masz ochotę na deser? Może lody? - rzuciła Tess, pospiesznie zmieniając temat. 

Helen zamilkła. Wkrótce pojęła, w czym rzecz.

- Jasne. Nie musisz niczego dodawać. Wszystko rozumiem. Niech będą lody. Mam 

tylko jedną prośbę. Idź do lekarza. Zrób to dla starej przyjaciółki.

Tess posłuchała dobrej rady i następnego dnia z samego rana wybrała się na badania. 

Doktor Reiner leczył ją od dawna. Zbadał pacjentkę starannie i szybko zorientował się, co jej 

dolega.

-   Muszę   zapytać,   czy   była   pani   ostatnio   blisko   związana   z   jakimś   mężczyzną   - 

powiedział spokojnie i dobitnie.

-  Tak  -  odparła  pospiesznie   Tess.  Czuła   niespokojne   kołatanie  serca.   -  Raz  się… 

Spędziłam z nim noc.

- I stało się - westchnął lekarz.

- Ale on jest… bezpłodny - wyjąkała. - Twierdził, że nie może mieć dzieci.

Nagle uświadomiła sobie, że comiesięczna kobieca przypadłość nie pojawiła się we 

właściwym czasie. Powiedziała o tym lekarzowi.

-   Przeprowadzimy   testy   ciążowe   -   stwierdził   lekarz.   -   Postawmy   sprawę   jasno. 

Prawdopodobnie jest pani w ciąży. Na to wskazują wszystkie symptomy.

Tess   skuliła   się,   jakby   została   uderzona   prosto   w   splot   słoneczny.   Z   obawą   i 

niedowierzaniem spoglądała na swój brzuch.

background image

- Ciąża to nie koniec świata - pocieszał ją lekarz. - Jest wiele możliwości…

- Nie! - Tess zbladła i osłoniła brzuch rękoma. - Proszę o tym nie mówić!

- A zatem chce pani urodzić dziecko?

- Oczywiście - szepnęła Tess. - To moje największe marzenie!

- Co z ojcem?

- Obawiam się, że nie uwierzy, gdy mu powiem - odparła ze smutkiem. - Tak czy 

inaczej jest przeciwnikiem małżeństwa, więc nie będę zawracać mu głowy, przynajmniej na 

razie, dopóki nie mam pewności. Kiedy otrzymam wyniki badań, podejmę decyzję.

- Doskonale. Zaraz przyjdzie tu siostra Wallace i pomoże mi przeprowadzić badania. 

Proszę się nie martwić. Wszystko będzie dobrze.

Wyniki   miały   być   znane   dopiero   następnego   dnia   rano.   Tess   przez   całą   noc   nie 

zmrużyła  oka. Nie wspomniała nikomu o podejrzeniach doktora Reinera. Siostra Wallach 

zadzwoniła   do   biura.   Tess   omal   nie   zemdlała,   słysząc   spokojny   głos   potwierdzający,   że 

pacjentka   jest   w   ciąży.   Wymamrotała   podziękowanie   i   odłożyła   słuchawkę.   Zapomniała 

umówić się na kolejną wizytę i zapytać o adres dobrego ginekologa-położnika. Uznała, że 

pomyśli o tym innego dnia.

Pracownicy   agencji,   zaniepokojeni   bladością   nowej   koleżanki,   wypytywali,   co   się 

stało.   Tess   zbyła   ich   uprzejmymi   półsłówkami   i   wsadziła   nos   w   papiery   dotyczące 

prowadzonej właśnie sprawy. Chciała spokojnie wszystko przemyśleć.

Koło południa wyrwał ją z zadumy głos szefa, który zatrzymał się przy biurku nowej 

pani detektyw i zmierzył ją badawczym spojrzeniem.

-   Rzadko   spotykam   się   z   podwładnymi   poza   biurem,   ale   dla   pani   chętnie   zrobię 

wyjątek. Może pójdziemy dziś razem na kolację?

Tess była zbita z tropu nieoczekiwaną propozycją. Rozstała się z Dane'em, ale nosiła 

pod sercem jego dziecko. Randka z innym  mężczyzną  uchodziła w jej oczach niemal za 

cudzołóstwo.

- Dzięki za zaproszenie - odparła uprzejmie. - Mam nadzieję, że nie poczuje się pan 

dotknięty,  jeśli odmówię. Nie jestem w nastroju. Dochodzę teraz do siebie po… wielkim 

rozczarowaniu.

- Ach, tak. Rozumiem - odparł z uśmiechem. - Czas leczy rany. Ponowię zaproszenie.

Tess w milczeniu skinęła głową. Żadnej zachęty. Miała w życiu dość kłopotów.

Tess  chciała  zadzwonić  do  Dane'a  i   przekazać  mu   radosną   nowinę,   ale   nie  miała 

odwagi. Jej ukochany ciągle powtarzał, że nie chce trwałego związku i nie pragnie ożenić się 

powtórnie. Gdyby mu powiedziała o dziecku, uznałby, że powinien ją poślubić. Marzył o 

background image

potomstwie, lecz mimo to mógł uznać jej telefon za próbę moralnego szantażu. A jeśli - 

uchowaj Boże - stwierdzi, że to nie jego dziecko? Przecież uważał się za bezpłodnego. Gotów 

powiedzieć, że spała z innym mężczyzną.

Druga   przyczyna,   która   skłoniła   Tess   do   milczenia,   dotyczyła   stanu   zdrowia. 

Niepokoiły ją uporczywe  bóle i krwawienia. Lekarz był  tego samego zdania i gdy tylko 

opisała   mu   objawy,   umówił   ją   z   doświadczonym   położnikiem.   Skoro   istniało   ryzyko 

poronienia i utraty dziecka, wciąganie Dane'a w tę sprawę byłoby niewybaczalnym błędem.

Odetchnęła   z   ulgą,   gdy   Kit   wróciła   do   domu   po   kilku   miesiącach   nieobecności. 

Wreszcie miała bratnią duszę. Umówiły się na obiad. Kit wybrała gwarną włoską restaurację, 

gdzie   w   dni   powszednie   chętnie   wpadały   coś   zjeść.   Tess,   która   ostatnimi   czasy   zwykle 

przesiadywała w domu, czekała przy stoliku na koleżankę, nerwowo rozglądając się po sali. 

Obawiała się przypadkowego spotkania z Dane'em, mimo że do jego agencji było stąd dość 

daleko.   Wreszcie   ujrzała   wysoką,   elegancką   dziewczynę   o   gęstych,   ciemnych   włosach, 

twarzyczce elfa, błyszczących niebieskich oczach i długich rzęsach. Tess była dość wysoka, 

ale Kit górowała nad nią wzrostem. Była także szczuplejsza; Tess zaczęła już tyć.

- Aleś ty pulchniutka! - mruknęła Kit, marszcząc brwi.

Ruchem   głowy  wskazała  szeroki   biały  sweter   Tess  oraz  jej  szare   spodnie,   o  dwa 

numery  większe  niż  te,  które   Tess   nosiła  do  tej   pory.  Przyszła  matka  nie  mogła   się już 

pochwalić talią osy. Twarz miała zaokrągloną, a zarazem dziwnie promienną.

- Trochę przytyłam  - wyznała  Tess. - W pobliżu mojej agencji jest dobra włoska 

restauracja. Sama rozumiesz…

- Słyszałam, że pracujesz teraz jako detektyw. - Kit z zadowoleniem pokiwała głową. - 

W   końcu   odważyłaś   się   przeciwstawić   Dane'owi.   Gdybyś   nadal   u   niego   pracowała,   nie 

miałabyś cienia szansy na awans. Ten facet jest nadopiekuńczy.

Tess z uwagą przeglądała kartę dań. Kit rzuciła jej badawcze spojrzenie.

- Powiedz mi od razu, co się stało. Wiesz, że i tak w końcu to z ciebie wyciągnę.

- Jestem w ciąży - oznajmiła drżącym głosem Tess.

Kit znieruchomiała i wstrzymała oddech.

- Dane? - zapytała w końcu i głośno westchnęła.

- Tak.

- On zapewne o niczym nie wie - stwierdziła z domyślnym uśmiechem Kit. Popatrzyła 

współczująco na przyjaciółkę.

Tess skinęła głową, patrząc nie widzącym wzrokiem na menu. Kit pogłaskała jej dłoń.

- W końcu będziesz zmuszona mu o tym powiedzieć.

background image

- Oczywiście. Za jakiś czas.

- Kiedy?

- Pojawiły się niepokojące dolegliwości. Jutro idę do położnika. - Tess skrzywiła się. - 

Pielęgniarka, z którą telefonicznie umawiałam się na wizytę, była wyraźnie zaniepokojona 

moimi   objawami:   Przeglądałam   również   encyklopedię   medyczną.   To   się   może   skończyć 

poronieniem. Kit, co mam robić? Nie mogę stracić tego dziecka! Tylko ono mi pozostało!

Kit udało się po chwili uspokoić przyjaciółkę. Tess opanowała się i kontynuowała 

zwierzenia.

- Sama nie wiem, jak… - Urwała w pół słowa i zamrugała powiekami. Pobladła, 

spoglądając ku drzwiom.

- Dane - rzuciła domyślnie Kit, odwracając się ku wyjściu. Otworzyła szeroko oczy. - 

Przecież on tu nie bywa!

Tym razem jednak przyszedł. Co więcej, lustrował spojrzeniem gości, jakby kogoś 

szukał. Wreszcie dostrzegł Kit i Tess. Z kamienną twarzą ruszył w stronę ich stolika.

- Nie - jęknęła Tess. - Nie powinien…

Dane był innego zdania. Zatrzymał się obok Tess, patrząc zachłannie na jej twarz, 

jakby nie był w stanie oderwać od niej wzroku.

-   Od   kilku   tygodni   cię   nie   widuję   -   rzucił   oschle.   -   Miałem   nadzieję,   że   nas 

odwiedzisz, żeby powiedzieć, co u ciebie słychać. Daremnie. Co z oczu, to z serca, prawda?

Dziwne pytanie w ustach mężczyzny,  który jeszcze niedawno traktował ją niczym 

powietrze.

- Pracuję w odległej dzielnicy. Trudno mi się wyrwać.

- Tak. Słyszałem, że dostałaś posadę detektywa.

- Owszem. To pasjonujące zajęcie. - Uniosła dumnie głowę.

Dane   patrzył   uporczywie   w   szare   oczy.   Tess   spostrzegła,   że   jest   smutny,   ale   nie 

wiedziała, czemu to przypisać.

- Uważaj na siebie - mruknął.

- Obiecuję - powiedziała Tess. Zmieniła temat. - Helen pewnie za mną tęskni.

Dane zacisnął zęby. Jego dłonie zwinęły się w pięści. Owszem, Helen czuła się w 

agencji nieco osamotniona, gdy zabrakło młodszej koleżanki, ale dla niego nieobecność Tess 

była prawdziwą torturą. Najgorsza okazała się zagadkowa obojętność i uparte milczenie. Jak 

możesz, Tess, powtarzał w duchu. Dlaczego jesteś taka nieczuła? Już zapomniałaś o naszej 

cudownej nocy?

Był świadomy, że sam dał Tess do zrozumienia, aby odeszła, ale to mu wcale nie 

background image

poprawiło humoru. Powtarzał jej ciągle, że nie chce się wiązać na stałe. Zmienił zdanie, gdy 

przyszło mu stawić czoło samotności i żyć bez Tess. Nienawidził powrotów do domu, bo jej 

tam   nie   było.   Przeklinał   własne   życie,   ponieważ   zabrakło   w   nim   najważniejszej   osoby. 

Westchnął i popatrzył z czułością na pochyloną głowę dziewczyny, jakby chciał pogłaskać ją 

po włosach. Odepchnął Tess; nie można cofnąć tamtych słów. Czuł się bezradny. Czyżby 

jego okrucieństwo zabiło miłość, jaką do niego żywiła?

- Może chcesz się do nas przysiąść,  Dane? - zapytała  uprzejmie  Kit, przerywając 

kłopotliwe milczenie.

- Nie, dziękuję - odparł z roztargnieniem. - Muszę wracać do pracy. Tess?

- Tak? - Podniosła wzrok, ale nie dała się zwieść pozornej serdeczności jego głosu.

- Jak się czujesz? - zapytał, patrząc z niepokojem w jej twarz. - Wyglądasz, jakbyś… - 

Daremnie szukał właściwego słowa. Czyżby chorowała? Może coś ją trapi? - Masz kłopoty ze 

zdrowiem?

-   Zimą   trudno   uniknąć   przeziębienia   -   odparła   wymijająco.   Pobladła   i   odwróciła 

wzrok. Nie była w stanie patrzeć dłużej na ukochanego. Nosiła pod sercem jego dziecko, ale 

nie wiedziała, jak mu o tym powiedzieć, i dlatego cierpiała.

Wstrzymała   oddech,   czując   nagły   ból.   Nie   po   raz   pierwszy.   Dlatego   właśnie 

postanowiła odwiedzić ginekologa-położnika.

- Tess!

Dane   ukląkł   obok   niej   i   chwycił   jej   dłoń.   Patrzył   na   nią   ciemnymi,   pełnymi 

przerażenia oczyma.

- Co ci jest, maleńka? - wypytywał niecierpliwie. - Jak się czujesz?

- Chyba mam wrzód żołądka - odparła z wahaniem, oszołomiona czułym dotknięciem. 

Przebiegł ją cudowny dreszcz. Spojrzała w oczy Dane'a i czas się zatrzymał. Wpatrywała się 

w ukochanego z zachwytem, chociaż złamał jej serce.

- Tess… - jęknął boleśnie. Wyglądał jak człowiek porażony cierpieniem.

- Nic mi nie jest - szepnęła. Westchnęła ciężko. Z trudem oparła się pragnieniu, by 

rzucić się w jego ramiona. - Już przeszło. Naprawdę, Dane.

Zapomnieli o całym świecie. Kit siedziała obok nich, jakby była niewidzialna. Wolno 

piła kawę, nie przerywając dziwnej rozmowy.

- Idź koniecznie do lekarza - powiedział zdławionym głosem. - Nie wolno lekceważyć 

tych objawów.

- Oczywiście - odrzekła cicho. - A co z tobą? Jak się czujesz?

- Jakoś leci - odparł nieco chrapliwie. Westchnął głęboko. Chciał poprosić Tess, żeby 

background image

do niego wróciła, ale walczył z tą pokusą. - Chyba tęsknię za tobą, maleńka - dodał z kpiącym 

uśmiechem.

- Nie do wiary! Chyba śnię! - odparła pogodnie.

Dane wzruszył ramionami, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

- Wrócisz do mojej agencji, jeśli dam ci posadę detektywa? - spytał z wahaniem.

-   Daj   spokój,   Dane   -   odparła   po   chwili   namysłu.   -   To   nie   jest   dobry   pomysł. 

Doskonale mi się współpracuje z panem Shortem.

Dane zmarszczył brwi i zacisnął pięści. Przemknęło mu przez myśl, że Tess flirtuje z 

Shortem i dlatego nie chce powrócić do jego firmy.

Kit uznała, że pora wziąć sprawy w swoje ręce. Ta rozmowa łatwo mogła się zmienić 

w nieprzyjemną sprzeczkę. Tess nie miała na to sił.

- Zrobiło się strasznie późno - wtrąciła. - Muszę wracać.

- Ja również.  Nie mogę  się spóźnić - podchwyciła  Tess, spoglądając  znacząco na 

Lassitera, który wstał z klęczek, patrząc na nią wrogo.

Short i Tess! Był wściekły. Miał wielką ochotę dać komuś po mordzie!

Kit uregulowała rachunek. Tess podniosła się z krzesła i powiedziała z wahaniem:

- Cieszę się z naszego spotkania.

Zirytowany Dane bez słowa zmierzył ją taksującym spojrzeniem.

- Przytyłaś? - zapytał nagle.

- Trochę - odparła, unikając jego wzroku. - Jem za dużo pączków.

- I dobrze. Byłaś zbyt szczupła.

Rozmowa się urwała. Do Lassitera podszedł jakiś znajomy. Dziewczyny wykorzystały 

moment, pożegnały się i wyszły.

- Dane tęskni za tobą - powiedziała Kit, gdy wsiadała do samochodu. - Nawet ślepy by 

to zauważył.

- Tęsknota i miłość to dwie różne sprawy - westchnęła Tess.

- W każdym razie trochę mu na tobie zależy. Mniejsza z tym. - Kit uznała, że pora 

zmienić temat. - Niepokoi mnie twój stan zdrowia. Podczas obiadu źle się czułaś. Obiecaj mi, 

że pójdziesz do lekarza.

- Obiecuję. Dzięki za troskę. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką.

- To samo mogę powiedzieć o tobie.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Tess przyszła do gabinetu doktora Boswicka pół godziny wcześniej. Prawie nie spała 

tej nocy. Atak bólu, który nastąpił w restauracji, bardzo ją przestraszył. Dane ogromnie jej 

pomógł   w   trudnej   chwili.   Wziął   ją   za   rękę   i   cierpienie   minęło   szybciej   niż   zazwyczaj. 

Niesamowite; zupełnie jakby dziecko poznało głos rodzonego ojca i postanowiło walczyć o 

przetrwanie. Tess sądziła, że medycy nie potwierdziliby owej teorii.

Doktor Boswick już przyjmował, więc nie czekała długo. Zbadał pacjentkę i postawił 

niepokojącą  diagnozę. Usiedli  po przeciwnych  stronach biurka.  Lekarz  przeglądał wyniki 

przeprowadzonych wcześniej badań.

-   Czy   bardzo   pani   zależy   na   urodzeniu   tego   dziecka?   -   zapytał,   odsuwając   plik 

wydruków i spoglądając na pacjentkę znad okularów. - Wiem, że jest pani osobą samotną i 

utrzymuje się ze skromnej pensji. Proszę to rozważyć.

Tess nie rozumiała, co jej sytuacja osobista i finansowa ma wspólnego z ciążą, nie 

potrzebowała jednak czasu do namysłu.

- Zrobię wszystko, by urodzić to dziecko - odparła spokojnie.

Lekarz nie ukrywał zadowolenia.

- To doskonale, że tak pani stawia sprawę, bo ciąża jest zagrożona. Nie ma pewności, 

czy zdołamy ją utrzymać. - Usiadł na brzegu krzesła i położył dłonie na blacie biurka. Nie 

zwracał   uwagi   na   przerażoną   minę   pacjentki.   -   Bóle   spowodowane   są   nietypowym 

ustawieniem łożyska. Może dojść nawet do jego uszkodzenia. Powtarzające się krwawienia 

mogą doprowadzić nawet do poronienia.

- Tylko nie to! - krzyknęła Tess. - Jak mogę temu zaradzić? Czy istnieje jakiś sposób?

-   Tak.   Proszę   rzucić   pracę   i   siedzieć   w   domu,   póki   ciąża   nie   będzie   na   tyle 

zaawansowana, by przewidzieć, jak ustawi się łożysko. Moim zdaniem w pani przypadku 

należy   się   maksymalnie   oszczędzać   aż   do   porodu.   Zakładam,   że   rozwiązanie   nastąpi   w 

sposób naturalny. Nie wykluczam jednak cesarskiego cięcia. Proszę jak najmniej chodzić. 

Szczerze odradzam wędrówki do pracy oraz biurową krzątaninę. I jeszcze jedno: pod żadnym 

pozorem proszę nie zażywać aspiryny podczas ciąży.

- Będę o tym pamiętać. - Wyraz twarzy dobitnie świadczył o determinacji Tess. Miała 

niewielkie   oszczędności.   Dotychczas   pensja   umożliwiała   regularne   spłacanie   rat.   Lekarz 

wyraźnie   dał   jej   jednak   do   zrozumienia,   że   chodzenie   do   pracy   może   spowodować 

poronienie.

- Czy ojciec dziecka nie mógłby się panią zaopiekować?

background image

- On o niczym nie wie - odparła po chwili wahania i pokręciła głową.

- Proszę mu powiedzieć.

- Oczywiście, panie doktorze. - Nie zamierzała tego robić, ale obiecała dla świętego 

spokoju.

- To mi się podoba. Proszę umówić się na kolejną wizytę. Siostra Bertha wpisze jej 

termin   do   mego   kalendarza.   Musi   mnie   pani   często   odwiedzać.   Proszę   się   nie   martwić 

rachunkami - dodał z uśmiechem. - Mam do pani zaufanie. Znajdziemy wyjście korzystne dla 

obu stron. Zgoda?

- Tak, panie doktorze.

Tess   zadała   lekarzowi   mnóstwo   pytań,   wychodząc   z   założenia,   że   w   trudnych 

sytuacjach wiedza popłaca, natomiast ignorancja przysparza kłopotów. Gdy wróciła do domu, 

musiała najpierw odreagować napięcie; płakała tak długo, aż nos i oczy zrobiły się czerwone.

- Dobrze, maleństwo - powiedziała wreszcie, kładąc ręce na brzuchu. - To sprawa 

między tobą i mną. Sama nie dam sobie rady.  Musisz mi pomóc. Chcę cię urodzić, gdy 

nadejdzie pora - szepnęła z czułością. - Bardzo tego pragnę! Postaraj się żyć. Zrób to dla 

mnie.

Następnego dnia złożyła wymówienie. Pan Short był zdumiony. Wyjaśniła, że za radą 

lekarza nas kilka miesięcy przerywa pracę, by leczyć wrzody żołądka. Było jej przykro, że 

musi oszukiwać życzliwych ludzi. Szef okazał zrozumienie i przyznał jej sporą premię.

Przez   kilka   następnych   dni   Tess   porządkowała   swoje   sprawy.   Przede   wszystkim 

znalazła nową pracę. Telefonicznie zachęcała do kupowania rozmaitych towarów. Dochód 

był skromny, ale regularny. Z posiadanych oszczędności zapłaciła raty za trzy miesiące z 

góry, by przez jakiś czas mieć święty spokój i myśleć tylko o dziecku.

Kłopoty i zmartwienia powodowały, że traciła apetyt i chudła. Kit wpadała od czasu 

do czasu z różnymi pysznościami, by skłonić przyszłą matkę do racjonalnego odżywiania się. 

Tess kazała jej przysiąc, że nikomu nie wspomni o dziecku. Przestała odbierać telefony, by 

nie wygadać się przypadkiem przed znajomymi z agencji Dane'a.

Daremnie się jednak łudziła, że w ten sposób uniknie pytań  o przyczyny nagłego 

odejścia z pracy. Gdy pewnego dnia wychodziła z łazienki osłabiona porannymi mdłościami, 

niespodziewanie zabrzmiał dzwonek u drzwi. Na pasiastą piżamę narzuciła gruby czerwony 

szlafrok.   Była   potargana;   dawno   powinna   była   odwiedzić   fryzjera.   Wyglądała   okropnie. 

Dzwonek odzywał  się raz po raz. Zirytowana, uchyliła  drzwi i stanęła twarzą w twarz z 

Dane'em.

- O Boże! - wyjąkał na jej widok.

background image

- Dzięki, jeżeli to miał być komplement - mruknęła. - Wejdź i zamknij drzwi. Muszę 

się położyć, bo inaczej zemdleję.

- Zaniosę cię do łóżka.

Wziął ją na ręce i mocno przytulił. Wszedł do sypialni. Zaprotestowała, gdy chciał 

zdjąć jej szlafrok. Nie mogła pozwolić, by zobaczył jej zaokrąglony brzuch.

- Zostaw. Jest mi zimno - wykrztusiła.

- Dobrze. - Okrył ją starannie i usiadł na brzegu łóżka. Ciemne oczy rzucały pytające 

spojrzenia. - Short powiedział, że odeszłaś z pracy. Bierzesz lekarstwa?

Tess   słuchała   z   roztargnieniem,   wpatrzona   w   Dane'a,   który   wyglądał   bardzo 

elegancko. Cóż za kontrast! Sama przypominała zabiedzonego kota.

- Jakie lekarstwa? - powtórzyła niepewnie. Skrzywiła się. Łzy stanęły jej w oczach. - 

Po co? Lekarze zrobili już wszystko, co się dało.

- Wrzód jest zaleczony?

- To nie wrzód - odparła ponuro i przymknęła oczy.

- A co?

- Obawiam się, że na takie dolegliwości nie ma skutecznej pigułki. Dane, zostaw mnie 

w spokoju. Jestem zmęczona…

- Jaka to choroba? - wypytywał z lękiem, którego nie potrafił ukryć. Tess domyśliła 

się, co mu przyszło do głowy.

- Nie mam raka. Zapewniam, że śmierć mi nie grozi.

Dane odetchnął z ulgą.

- Okropnie mnie przestraszyłaś. Skoro to nie jest wrzód żołądka, jak mam rozumieć 

twoje słowa? Co to znaczy, że na twoje dolegliwości nie ma lekarstwa?

Tess westchnęła głęboko i z ociąganiem popatrzyła mu w oczy.

- Dane… Jestem w ciąży.

- Słucham? - wyjąkał z niedowierzaniem.

- Będę miała dziecko.

Lassiter   zmienił   się   na   twarzy.   Tess   nie   mogła   na   to   patrzeć.   Wyglądał   jak 

rekonwalescent po ciężkiej chorobie. Odwrócił głowę i badawczym spojrzeniem zmierzył jej 

postać. Wolno odsunął kołdrę, rozwiązał pasek szlafroka i rozchylił jego poły. Nim zdążyła 

zaprotestować, zsunął nieco spodnie od piżamy, odsłonił zaokrąglony brzuch i patrzył jak 

urzeczony na delikatną wypukłość.

- Nie powiedziałaś mi - rzucił ostro.

- Gdy się rozstawaliśmy, jeszcze o tym nie wiedziałam.

background image

Położył na jej brzuchu silne, ciepłe dłonie. Ten gest wyrażał szacunek i uwielbienie. 

Dane wstrzymał oddech i spojrzał Tess prosto w oczy. Twarz poczerwieniała mu z przejęcia.

- Kiedy urodzisz?

- Za pięć miesięcy.

Zastanawiała   się,   czy   powiedzieć   mu   całą   prawdę.   Patrzyła   z   uwagą   na 

rozpromienioną   twarz.   Dane   nie   potrafił   ukryć   radości;   los   zgotował   mu   wspaniałą 

niespodziankę. Tess nie miała sumienia mówić ukochanemu, że ciąża jest zagrożona. To nie 

był   odpowiedni   moment.   Dane   odzyskał   niespodziewanie   wiarę   w   siebie.   Niech   się   nią 

nacieszy.   Tess   musiała   jednak   znaleźć   jakąś   wymówkę,   by   usprawiedliwić   całkowitą 

bezczynność i niechęć do wychodzenia z domu. Zagryzła wargi.

- Dane… - wykrztusiła. - Do czasu rozwiązania muszę siedzieć w domu. Nie mogę 

pracować.

- Dlaczego? - zapytał krótko.

Zawahała się i mimo woli spojrzała na ojca swego dziecka z uwielbieniem. Za bardzo 

go kochała, by przedwczesnym  wyznaniem  burzyć wielką  radość. Nie chciała  pochopnie 

ujawniać całej prawdy. Lęk o potomka mógł go doprowadzić do szaleństwa.

- Mam wyjątkowo silne mdłości - wyjaśniła.

- Rozumiem. - Dane odetchnął z ulgą.

Wstał   z   łóżka,   odwrócił   się   i   w   zamyśleniu   pocierał   dłonią   kark.   Nie   widzącym 

wzrokiem spoglądał na wzorzyste tapety.

- Nie zaprzątaj sobie tym głowy - oznajmiła Tess.

- Nie mów bzdur. To moje dziecko. - Odwrócił się. Jego twarz rozświetlała radość. - 

Moje dziecko - powtórzył,  spoglądając na jej brzuch z łagodnym uśmiechem. Spojrzał w 

szare oczy i spochmurniał. - Cholera! Wygląda na to, że w ogóle nie zamierzałaś mi o tym 

powiedzieć!

Skuliła się, przestraszona ostrym tonem. Wybór miała niewielki; mogła pozwolić, by 

nadal w to wierzył albo ujawnić całą prawdę i martwić się razem z nim. Wspominała życiowe 

katastrofy,  które   w  ostatnich   latach  dotknęły  ukochanego:  śmierć   matki,  groźny postrzał, 

rezygnacja  z pracy w policji. Ogarnęło ją współczucie.  Nie należy wtajemniczać  Dane'a. 

Wystarczy, że ona się zamartwia. Podjęła decyzję i to dodało jej sił. Uniosła dumnie głowę.

- Sam powiedziałeś, że nie chcesz się wiązać, pamiętasz? - przypomniała zimnym 

tonem.   -   Chciałeś,   żebym   usunęła   się   z   twego   życia.   Gdybym   wspomniała   o   dziecku, 

uznałbyś, że zastawiam na ciebie pułapkę.

Dane poczuł się winny. Tess nie miała pojęcia, co do niej czuł.

background image

- Wszystko się zmieniło - odparł spokojnie.

- Mam rozumieć, że ja się nie liczę, ale zależy ci na dziecku, tak?

Te słowa okropnie go rozzłościły.

- Jasne - rzucił z przewrotnym uśmiechem.

Tess patrzyła na niego z kamienną twarzą. Miała złamane serce, ale nie dała po sobie 

poznać, jak bardzo cierpi.

- Zamierzałaś mi powiedzieć o dziecku? - Dane nie dawał za wygraną.

- Tak - odparła. - Prędzej czy później musiałabym to zrobić.

- Kiedy? - rzucił oskarżycielskim tonem. - Gdy nasz potomek szedłby do szkoły? Nie 

musisz odpowiadać. - Dane wcisnął ręce w kieszenie i bez słowa patrzył na Tess. Wziął się w 

garść. Czuł się oszukany, bo ukryła przed nim prawdę, chociaż wiedziała, że bardzo cierpi z 

powodu bezpłodności. Sam nie był także bez winy, ale jeszcze za wcześnie na przebaczenie i 

pojednanie. Mógł za to wiele zrobić.

- Zabiorę cię na ranczo - myślał głośno. - Beryl się tobą zaopiekuje.

- Wykluczone - mruknęła, odwracając głowę. - Nie mogę… tam jechać.

Dane zmarszczył  brwi. Przypomniał sobie, co mówił Tess o starszej pani, która z 

pewnością nie pochwalała istnienia nieślubnych dzieci.

Lassiter   rozpromienił   się   nagle.   Miał   powód,   żeby   poślubić   Tess,   nie   ujawniając 

prawdziwych uczuć. Niech sądzi, że zrobił to przez wzgląd na dziecko.

- Coś wymyślimy. - Mrugnął do niej porozumiewawczo. Z roztargnieniem popatrzył 

na zegarek. - Niedługo wrócę.

- Dane, musimy porozmawiać.

- Później.

Bez   słowa   wyjaśnienia   opuścił   sypialnię.   Na   odchodnym   rzucił   jej   zaborcze 

spojrzenie.   Gdy   zniknął   za   drzwiami,   Tess   opadła   na   poduszkę.   Zaskoczył   ją   nagłym 

zniknięciem. Była smutna, bo przyznał, że chodzi mu jedynie o dziecko. Czas pożegnać się z 

nadzieją, że Dane kochają skrycie i pragnie jej powrotu. To zwyczajne mrzonki.

Tess była  zaskoczona, gdy rankiem stanęli oko w oko na progu mieszkania. Trzy 

godziny później osłupiała na widok Lassitera, który przyprowadził do jej mieszkania jakiegoś 

dziwnego   jegomościa,   a   następnie   podsunął   jej   pióro   oraz   zadrukowany   arkusz   papieru. 

Wskazał miejsce, gdzie powinna złożyć podpis, ale nie dał jej czasu na przeczytanie tekstu. 

Rzucił dokumenty na stół, usiadł obok Tess i wziął ją za rękę.

- Proszę zaczynać - zwrócił się do tajemniczego osobnika.

Mężczyzna wyciągnął niewielki tomik i odczytał formułę przysięgi małżeńskiej. Tess 

background image

była tak oszołomiona, że ledwie wykrztusiła sakramentalne „tak”, gdy mężczyzna zwrócił się 

do   niej.   Poczuła,   że   ukochany   wsuwa   jej   na   palec   obrączkę,   za   dużą   zresztą.   Byli 

małżeństwem.

- Dane! - krzyknęła nagle.

Lassiter wstał, uścisnął dłoń mężczyzny, podsunął mu papiery do podpisania, wręczył 

umówioną opłatę i odprowadził do drzwi, dziękując wylewnie za pomoc.

Gdy nieznajomy wyszedł, Dane wrócił do sypialni i popatrzył na Tess. Należała do 

niego - ona i dziecko. Jego dziecko. Był dumny jak paw.

Tess   z   niedowierzaniem   popatrzyła   na   obrączkę.   Podniosła   wzrok.   Nie   potrafiła 

określić miny Dane'a ani powiedzieć, co oznacza jego badawcze spojrzenie.

- Trzeba co najmniej trzech… trzech dni, by załatwić przedślubne formalności.

- Wystarczy kilka godzin. Trzeba tylko przystawić urzędnikowi pistolet do głowy - 

odparł chełpliwie. - Bądź spokojna, załatwiłem wszystko zgodnie z prawem. - Zmarszczył 

brwi. - Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że zostanę oskarżony o porwanie.

- Co ty mówisz?

- Urzędnik, który przed chwilą udzielił nam ślubu, nie miał pojęcia, po co tu jedzie. 

Podstępnie zwabiłem go do samochodu i przywiozłem tutaj - wyjaśnił Dane.

Tess   wybuchnęła   śmiechem,   a   potem   się   rozpłakała.   Nie   spodziewała   się   po 

ukochanym takiej spontaniczności. Lassiter zaklął cicho i zaczął się usprawiedliwiać.

- Wybacz, że cię nie uprzedziłem, ale miałem nóż na gardle - wymamrotał. - Skoro 

jedziemy dziś na ranczo, musimy się tam zjawić jako małżeństwo.

- Nie ma powodu, żeby Beryl się o mnie troszczyła - szepnęła Tess. - Ty również nie 

musisz być taki opiekuńczy.

- Nosisz pod sercem moje dziecko - przypomniał, spoglądając jej głęboko w oczy. 

Musiał zmobilizować całą siłę woli, by wziąć się w garść. Pragnął objąć ukochaną i scałować 

łzy z długich ciemnych rzęs. - Najważniejsze jest teraz nasze maleństwo. Na nim trzeba się 

skupić. - Po chwili milczenia dodał: - Ubierz się. Spakuję twoje rzeczy i ruszamy.  Mam 

wrażenie, że poranne mdłości bardzo cię męczą.

-   Tak   -   odparła   wymijająco.   -   Jestem   całkiem   wykończona.   Zaraz   się   ubiorę,   ale 

najpierw muszę wziąć prysznic.

- Masz dość sił?

- Nudności męczą mnie najbardziej z samego rana. Teraz czuję się lepiej.

-   Pokaż,   co   chcesz   zabrać.   Sam   wszystko   spakuję.   Zawołaj   mnie,   gdybyś 

potrzebowała pomocy.

background image

Tess nie mogła się nadziwić, że Dane tak szybko i sprawnie przejął kontrolę nad jej 

życiem. Było jej z tym dobrze. Nie musiała się o nic martwić. Nareszcie ktoś postanowił się 

nią zaopiekować. Była zbyt osłabiona, by zebrać myśli i troszczyć się o swoje sprawy. Wolała 

nie pytać, dlaczego Dane stał się nagle taki opiekuńczy. Gdyby to zrobiła, pewnie by się 

całkiem załamała.

Godzinę później gotowa do podróży Tess wsiadała do czarnego mercedesa. Walizki 

przyszłej mamy leżały w bagażniku. Dane zdążył omówić z właścicielem kamienicy warunki 

zawieszenia umowy najmu. Ciekawe, jakich użył argumentów.

Tess zastanawiała się przez całą drogę, jak przyjmie ją Beryl. Dane zabawiał żonę 

rozmową, opowiadając o agencji, Helen i reszcie pracowników. Słuchała go nieuważnie. Była 

przygnębiona i cudze sprawy w ogóle jej nie obchodziły.

Niepotrzebnie   się   martwiła.   Gdy   samochód   stanął   przed   domem,   a   pasażerowie 

wysiedli, Beryl otworzyła szeroko ramiona.

- Jakaś ty mizerna, dziecinko - gderała niczym troskliwa matka, otwierając jej drzwi 

wejściowe. - Dość zmartwień. Wszystko się ułoży. Kiedy nie będzie tu Dane'a, ja będę się 

tobą opiekować. Nic złego cię nie spotka.

Tego już było za wiele po tylu niezwykłych przeżyciach owego dnia. Tess rzuciła się 

w objęcia Beryl i zaczęła szlochać.

- Uspokój się, Tess - mruknął Dane po dłuższej chwili. Przyciągnął ją do siebie i wziął 

żonę na ręce. - Zaniosę cię do sypialni. Powinnaś odpocząć. Miałaś ciężki dzień.

- Podgrzeję obiad. Filiżanka gorącego bulionu postawi cię na nogi. Musisz być silna. 

Pamiętaj o dziecku. - Beryl mrugnęła porozumiewawczo do Tess i odeszła.

- Powiedziałeś jej? - zapytała Tess, spoglądając na Dane'a.

-  Tak  -  odparł,   patrząc  jej  w   oczy.  -  Wszystko   będzie  dobrze.  Przede   wszystkim 

musisz odpocząć.

Skinęła głową, chociaż zdawała sobie sprawę, że wspólne życie wcale nie będzie takie 

proste. Znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Ukochany mężczyzna wydawał się tak bliski i 

taki   daleki   zarazem,   a   upragnionemu   dziecku   groziło   wielkie   niebezpieczeństwo.   Tess 

zadawała sobie pytanie, czy takie zmartwienia mogą przyprawić kobietę o szaleństwo.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Dane   zjadł   popołudniowy   posiłek   w   sypialni,   gdzie   Tess   leżała   wsparta   na 

poduszkach.   Beryl   pomogła   jej   zdjąć   ubranie   i   przebrać   się   w   piżamę.   Zapakowała 

dziewczynę   do   łóżka.   Był   to   stylowy   mebel   z   filarami   oraz   baldachimem.   Starsza   pani 

pocieszała Tess zapewniając, że poranne mdłości w końcu przestaną jej dokuczać. Tess czuła 

się winna, bo nie powiedziała Beryl i Dane'owi całej prawdy, ale gdyby się im zwierzyła, 

wszyscy mieliby ponure miny; wolała martwić się sama.

Nie znała pokoju, do którego zaprowadziła ją Beryl. Jej dawna sypialnia leżała w innej 

części domu. Nie miała odwagi zapytać, gdzie sypia Dane.

- Jedz - polecił Lassiter, widząc, że Tess bawi się łyżką, nie podnosząc jej do ust.

- Przepraszam. Zapomniałam o jedzeniu. Co to za sypialnia?

- Moja - odparł krótko. Tess była zaskoczona.

Dane pokiwał głową.

- Wiele się zmieniło. Będziemy spać razem.

Popatrzyła na niego z obawą. Lekarz odradzał współżycie. W jej stanie to zbyt duże 

ryzyko. Jak powiedzieć o tym Dane'owi, nie ujawniając prawdy o zagrożonej ciąży?

Przełknęła łyżkę rosołu i zaczęła niepewnie:

- Dane…

- Wiem, że w twoim stanie wielkie namiętności tracą na znaczeniu. Nie będę nalegać. 

Twoje zdrowie jest teraz najważniejsze. Nie chcę zostawiać cię samej na całą noc. Będę na 

wyciągnięcie ręki, gdybyś mnie potrzebowała.

- Dzięki - odparła z ulgą. Była wzruszona jego troskliwością, lecz z żalem uznała, że 

jako kobieta przestała być dla niego atrakcyjna. Dane również miał ponurą minę, bo uznał, że 

Tess już go nie chce. Oboje ukrywali prawdziwe uczucia pod maską chłodnej uprzejmości.

- Jedz rosół - przypomniał.

Wkrótce zrobiło się ciemno. Tess odpoczywała. Oboje byli zmęczeni i postanowili 

wcześnie   iść   spać.   Dane   rozebrał   się   przy   zapalonym   świetle.   Tess   obserwowała   go   - 

początkowo ukradkiem, potem jawnie. Spłonęła rumieńcem, gdy napotkała jego spojrzenie.

Uśmiechnął się lekko i zgasił lampę.

- Wkrótce przywykniesz do tego widoku - powiedział, udając, że nie dostrzega jej 

zawstydzenia. - Gdy się przeniosłaś do mego mieszkania, zacząłem nosić piżamę, żeby cię nie 

peszyć. Teraz jesteśmy małżeństwem, więc nie muszę niczego przed tobą ukrywać. Tak mi 

będzie wygodniej. Od dzieciństwa sypiam nago.

background image

- Nie  mam  nic   przeciwko  temu  -  odparła  Tess, gdy  wsunął  się  pod  kołdrę.  - To 

przecież twoja sypialnia.

Przyjemnie było leżeć obok niego. Już tak kiedyś spali. Tamtej pamiętnej nocy Tess 

była tak wyczerpana i oszołomiona, że natychmiast zasnęła w ramionach kochanka. Teraz 

czuła   się   niepewnie,   leżąc   w   ciemności   obok   ukochanego,   który   dzielił   z   nią   łoże   bez 

większego entuzjazmu, jakby z obowiązku.

Nagle poczuła na brzuchu jego dłoń. Zdrętwiała ze strachu.

- Nie histeryzuj. Chciałem tylko sprawdzić, czy dziecko się porusza.

Tess miała ściśnięte gardło. Dotknięcie ciepłej dłoni było przyjemne i niepokojące 

zarazem.

- Czasami się obraca. Wkrótce zacznie kopać - wykrztusiła z trudem.

- Chcesz karmić piersią, Tess?

Serce zabiło jej mocniej. Wiedziała, że to zdrowe dla dziecka. Wiele o tym czytała.

- Tak, jeśli tylko będę miała pokarm.

Wstrzymała oddech. Miała nadzieję, że Dane ją przytuli.

Pragnęła zasnąć w jego ramionach, ukołysana czułym szeptem. Dane cofnął dłoń i 

przesunął się na brzeg łóżka. Słyszała, jak układa się na boku, odwrócony do niej plecami. 

Wspólna przyszłość nie wyglądała zbyt różowo. Tess poczuła niepokój.

Dane zamknął oczy, westchnął ciężko i zasnął.

Dni płynęły wolno. Lassiter z niepokojem obserwował żonę.

- Za mało się ruszasz - stwierdził pewnego wieczoru po powrocie z agencji. - Wciąż 

siedzisz.   Powinnaś   spacerować.   Zaczniesz   od   jutra.   Nie   warto   protestować   -   rzucił 

pospiesznie, gdy chciała wtrącić swoje trzy grosze. - Bezczynność może zaszkodzić dziecku. 

Postaram się przyjechać wcześniej z pracy. Wybierzemy się na spacer po ranczo.

- Dane… - próbowała go zmitygować.

-   Muszę   dziś   wrócić   do   miasta,   bo   planujemy   małą   zasadzkę.   Jeszcze   o   tym 

porozmawiamy. Nie siedź długo. To szkodzi dziecku.

Tess miała ochotę wrzeszczeć na całe gardło. Dane mówił tylko o dziecku. Czuła się 

jak inkubator, w którym rośnie jego potomek. Martwiła się o upragnione maleństwo, ale nie 

chciała być traktowana jak przedmiot. Kłamstwo ma krótkie nogi. Nie powiedziała Dane'owi 

prawdy,   a   teraz   musiała   słuchać   jego   wymówek.   Jak   mogła   spacerować,   skoro   wszelka 

aktywność groziła krwotokiem i utratą dziecka?

Śledztwo prowadzone przez Dane'a ciągnęło się w nieskończoność. Tess odetchnęła z 

ulgą;   zabrakło   czasu   na   wspólne   spacery.   Dane   rzucił   się   w   wir   pracy.   Coraz   krócej 

background image

przebywali razem. Jeździł po południu do miasta i wracał na ranczo późną nocą, gdy Tess już 

spała.   Zdarzały   się   im   ostre   sprzeczki.   Kłamstwa   i   niedomówienia   nie   służyły   młodemu 

małżeństwu. Padały niesprawiedliwe oskarżenia i złośliwe komentarze.

Tess czuła się zaniedbywana. Dane za wszelką cenę chciał ukryć, jak bardzo mu na 

niej zależy. Unikał żony, bo coraz trudniej było mu zachować pozory obojętności. Ilekroć 

odwróciła  głowę, wpatrywał  się w  nią jak  urzeczony, a jego  spojrzenie  zdradzało głębię 

uczucia.

- Dlaczego w ogóle się do mnie nie odzywasz? - Tess często robiła mu wymówki. - 

Coraz później wracasz do domu. W ogóle cię nie widuję.

- A o czym mamy rozmawiać? - odpowiadał wymijająco. - Uwiodłaś mnie, pamiętasz? 

Nie protestowałem, bo też chciałem cię mieć. To pożądanie, rozumiesz? Nic więcej. Przestań 

się nad sobą roztkliwiać. Teraz ważne jest dziecko.

Tess poddała się bez walki. Była zmęczona zabieganiem o jego względy.

- Tak. Masz rację. Doskonale to rozumiem.

Wyszła z pokoju. Oczy miała pełne łez. Daremnie się łudziła. Dane jasno i wyraźnie 

dał jej do zrozumienia, co czuje.

Mijały tygodnie i miesiące. Dane i Tess żyli obok siebie jak obcy ludzie, okazując 

uprzejmość i odrobinę troski. Lassiter namówił żonę, by przeniosła się do innej sypialni pod 

pozorem, że nie chce jej budzić w środku nocy, gdy wraca z miasta. Zgodziła się bez słowa. 

Jej milczenie i smutek coraz bardziej go niepokoiły.

Tess z trudem dźwigała duży brzuch. Stawała się coraz bledsza. Po kolejnej wizycie u 

lekarza   była   tak   wyczerpana,   że   położyła   się   do   łóżka.   Dane   przestraszony   nie   na   żarty 

próbował dojść, co jej dolega.

- Jak się czujesz? - wypytał, gdy późnym popołudniem dotarł na ranczo.

- Dobrze - odparła z kamienną twarzą. Nauczyła się ukrywać obawy. Ostatnio znów 

krwawiła. Doktor Boswick był poważnie zaniepokojony. Niewiele mówił, ale poznała to po 

jego minie. Strasznie się bała. Postanowiła wyznać Dane'owi całą prawdę, ale nie miała sił na 

poważną rozmowę.

- Jestem bardzo zmęczona - dodała cicho. - Dodatkowe kilogramy dają mi się we 

znaki.

- Uprzedzałem, że stracisz formę - tłumaczył cierpliwie Dane. - Wciąż siedzisz albo 

leżysz. Powinnaś się więcej ruszać. Zaraz nabrałabyś energii. Jestem pewny, że twój lekarz 

mówi to samo.

Tess coraz częściej jeździła na kontrolne wizyty. Beryl woziła ją do miasta. Młoda 

background image

pani Lassiter mydliła oczy starszej kobiecie twierdząc, że nie warto zaprzątać tym głowy 

Dane'owi, który i tak ma dość kłopotów z prowadzeniem agencji i farmy. Beryl przyznała jej 

rację. Tess cierpiała;, bo mąż okazywał jej tylko chłodną uprzejmość, lecz nadal wolała mu 

oszczędzić zgryzot. Wystarczy,  że ona się martwi. Po co zadręczać się we dwoje? Niech 

przynajmniej jedno z nich radośnie oczekuje narodzin dziecka. Wiedziała, jak ważne jest dla 

Dane'a   to   maleństwo.   Doktor   Boswick   wspomniał   ostatnio,   że   prawdopodobnie   urodzi 

chłopca. Dane byłby dumny z syna.

Ułożyła   się   wygodnie   na   poduszkach.   W   ósmym   miesiącu   ciąży   każda   kobieta 

potrzebuje odpoczynku. Tess z uśmiechem  popatrzyła  na Dane’a i rzuciła pojednawczym 

tonem:

- Jutro pójdę na mały spacer, o ile samopoczucie mi dopisze. Jestem strasznie ociężała. 

Chodzenie bardzo męczy.

Czuła na sobie podejrzliwe spojrzenie czarnych oczu. Dane spoglądał na nią z troską i 

poczuciem winy.

- Jak to się dzieję, że w ogóle nie spacerujesz, gdy jestem na ranczo? - zapytał. - 

Wygląda na to, że chodzisz po domu i ogrodzie jedynie wówczas, gdy nikt cię nie obserwuje.

Tess bez słowa odwróciła wzrok.

- Wiem, że dźwigasz spory ciężar. Jesteś zmęczona, ale to nie usprawiedliwia lenistwa 

- oznajmił stanowczo. - Mówię to dla twego dobra. Jutro musisz pospacerować. Sam tego 

dopilnuję.

- Nie - odparła buntowniczo. Miała dość udawania. - Nie będę spacerować. Dane, 

muszę ci o czymś powiedzieć. Nie zrobiłam tego wcześniej… Och! - Wstrzymała oddech, 

porażona bólem, który przeszył jej wnętrzności.

Usiadła na łóżku i zgięła się wpół. Krzyknęła głośno.

- Dziecko! - zawołał chrapliwie. - Tess, rodzisz?

- Tak! - Płakała z bólu. Skurcze następowały jeden po drugim. Czuła, jak ciepły płyn 

spływa między udami okrytymi kołdrą. Zbladła jak chusta. - Wezwij… karetkę! Zawiadom 

doktora Boswicka…

-   To   fałszywy   alarm.   Termin   masz   dopiero   za   miesiąc.   Pojedziemy   moim 

samochodem - oznajmił, nieco zirytowany histeryczną reakcją żony. Bez pośpiechu odsunął 

kołdrę.

Osłupiał na widok ciemnej plamy na prześcieradle. Zbladł, a oczy zabłysły mu jak w 

gorączce.

- Boże miłosierny!

background image

- Wezwij… karetkę! - krzyknęła Tess.

Chwycił słuchawkę, wiedząc, że czas nagli. Do sypialni wpadła Beryl, która usłyszała 

krzyk Tess. Na pierwszy rzut oka zorientowała się w sytuacji i pobiegła po ręczniki.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności jedna ze szpitalnych  karetek znajdowała się w 

pobliżu farmy Lassitera i mogła tam przybyć za pięć minut. Nieco uspokojony Dane wystukał 

numer telefonu doktora Boswicka.

- Dzieje się coś złego. Tess ma bóle i obficie krwawi - oznajmił drżącym głosem. 

Starał się zachować spokój. - Wezwałem karetkę.

-   Kłopoty   z   łożyskiem   -   stwierdził   ponuro   lekarz.   -   Badałem   dziś   pańską   żonę   i 

uprzedziłem, że jej stan jest poważny. Jest szansa, że dziecko przeżyje, ale istnieje też realne 

niebezpieczeństwo, że stracimy ich oboje. - Dane osłupiał. - Mam nadzieję, że Tess położyła 

się zaraz po powrocie do domu.

- Tak. - Dane zacisnął dłoń na słuchawce.

-   Bogu   dzięki!   Nie   muszę   panu   chyba   przypominać,   że   żona   jest   w   poważnym 

niebezpieczeństwie. Wszelki wysiłek stanowi dla niej wielkie zagrożenie. Jadę do szpitala. 

Będę czekać w izbie przyjęć. Przygotujemy wszystko do porodu i transfuzji. - Doktor w kilku 

słowach wyjaśnił Dane'owi, jak zatamować krwotok i dodał na koniec: - Proszę uświadomić 

sanitariuszom, że każda chwila się liczy.

Dane odłożył słuchawkę i przekazał Beryl uwagi lekarza. Popatrzył z obawą na Tess.

- Od początku wiedziałaś, że mogą nastąpić komplikacje, prawda? To nie poranne 

mdłości skłoniły cię do rezygnacji z pracy - powiedział zdławionym głosem.

Tess zagryzła wargi, by nie krzyczeć z bólu.

- Tak bardzo czekałeś… na to dziecko - szepnęła, oddychając z trudem. - Chciałam… 

ci oszczędzić zmartwień. Nie wiń siebie!

- Postanowiłaś sama dźwigać wielki ciężar, a ja ci tego nie ułatwiłem. Byłem podły. 

Och, Tess! - Głos mu się załamał. Drżącymi palcami dotknął policzka żony, która płakała z 

bólu.   -   Gdzie   ta   cholerna   karetka?   -   jęknął   zrozpaczony.   W   tej   samej   chwili   usłyszał 

charakterystyczny dźwięk. -Wytrzymaj jeszcze trochę, maleńka.

Skinął na Beryl, która usiadła przy Tess. Wybiegł z pokoju. Był tak przerażony, że 

dygotał na całym ciele. Ledwie mógł się porozumieć z sanitariuszami.

Droga   do   szpitala   nie   trwała   długo.   Gdy   znaleźli   się   w   izbie   przyjęć,   lekarze   i 

pielęgniarki natychmiast zajęli się rodzącą. Dane odciągnął na bok doktora Boswicka i rzucił 

pospiesznie:

- Ratujcie Tess. Przede wszystkim ją - szepnął z rozpaczą. - Cokolwiek będzie się 

background image

działo, ona jest najważniejsza.

- Zrobimy wszystko, co w naszej mocy - zapewnił lekarz.

W chwilę później Tess była już w sali porodowej. Dziecku spieszyło się na świat. 

Oszołomiona i zbolała matka ledwie słyszała krzyk potomka. Dane przez cały czas trzymał 

żonę za rękę i podtrzymywał ją na duchu.

- To chłopiec - szepnął. - Słyszysz mnie, najdroższa? Mamy synka.

Tess z trudem zrozumiała jego słowa.

- John Richard - szepnęła ostatkiem sił. Takie imię wybrali kiedyś dla synka. Był to 

jeden z nielicznych wieczorów, który spędzili na rozmowie. Dane ostrożnie musnął wargami 

usta żony i powtórzył: - John Richard. Jak się czujesz, kochanie?

Nie wierzyła własnym uszom. Czy to Dane przemawia do niej tak czule? Wyczerpanie 

i środki znieczulające spowodowały pewnie halucynacje.

- Boli - jęknęła cicho.

- Zaraz dostaniesz zastrzyk - odparł Dane i dodał drżącym głosem: - Nasz chłopczyk 

jest śliczny, Tess.

Mimo bólu otworzyła szeroko oczy i popatrzyła na męża.

- Kocham cię - powiedziała z trudem. - Cokolwiek się stanie, pamiętaj o tym.

Miał  łzy  w   oczach.   Tess  widziała  jego   twarz  jak   przez  mgłę,  ale  zdławiony  głos 

zdradzał wzruszenie.

- Wyzdrowiejesz  - zapewnił schrypniętym  głosem. - Tak powiedzieli  lekarze. Nie 

mów głupstw!

Powieki ciążyły Tess jak ołów. Przymknęła oczy.

- Opiekuj się małym - szepnęła. - Marzyłeś… o dziecku.

- Marzę o tobie! - wyznał, dotykając wargami jej ucha. - Posłuchaj uważnie, moja 

głupiutka dziewczynko. Kłamałem jak z nut. Byłem przekonany, że nie mogę dać ci dziecka. 

Tylko dlatego nie chciałem się z tobą ożenić. W przeciwnym razie nie zastanawiałbym się ani 

minuty! Chciałem, żebyś odeszła, bo przy mnie nie mogłabyś żyć pełnią życia. Tak bardzo mi 

na tobie zależało. Na tobie! Boże miłosierny, omal nie zwariowałem, gdy doktor Boswick 

powiedział mi prawdę. Otwórz oczy, Tess. Błagam cię, spójrz na mnie!

Jego wołanie brzmiało jak krzyk rozpaczy. Tess uniosła ciężkie powieki i popatrzyła 

na bladą niczym chusta twarz ukochanego.

- Nie waż się umierać! - rzucił Dane przez zaciśnięte zęby.  - Musisz żyć.  Razem 

wychowamy   nasze   dziecko.   Bez   ciebie   moje   życie   nie   ma   sensu!   Nie   zniosę   kolejnego 

rozstania! Ty stanowisz sens mego istnienia. Bez ciebie nic nie znaczę!

background image

- Marzyłeś tylko… o dziecku - szepnęła z trudem.

- Nie.

Udręczona bólem Tess ledwie rozumiała, co się do niej mówi.

- Tak. Sam mówiłeś.

Dane pojął, że jego słowa nie docierają do świadomości żony. Musiał natychmiast 

powiedzieć jej całą prawdę. Czas naglił.

- Popatrz na mnie, Tess. Otwórz szeroko oczy. Spójrz na mnie!

Ostatkiem sił uniosła powieki.

- Kocham cię - oznajmił Dane wolno i dobitnie. Oczy błyszczały mu jak w gorączce. - 

Kocham cię.

Jakie miłe słowa, przemknęło jej przez myśl. Chciała odpowiedzieć, ale zapadła w 

ciemną otchłań. Dźwięki zlały się w bezsensowny szum.

Tess zasnęła.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Dane nie spał przez całą noc. Czuwał przy łóżku żony. Nie chciał jej zostawić ani na 

chwilę. Do synka postanowił zajrzeć rano.

Wpatrywał się uważnie w bladą twarz śpiącej Tess. Biedactwo, tyle się nacierpiała. 

Skąd miała wiedzieć, że jest mu taka bliska? Nie oszczędzał jej. Tyle nieprzyjemnych słów od 

niego usłyszała. Kto wie, czy zechce mu to wybaczyć? Najważniejsze, by przeżyła i wróciła 

do zdrowia. Inaczej być nie może.

- Dane? - szepnęła, unosząc powieki. - Moje dziecko…?

Dane wygląda okropnie  - przemknęło jej przez myśl. Był nieogolony. Twarz miał 

szarą. Zmęczenie i lęk odcisnęły na niej głębokie bruzdy.

-   Chcesz   zobaczyć   maleństwo?   -   zapytał   cicho,   pochylając   się   nad   żoną.   -   Zaraz 

poproszę, żeby siostra je przyniosła.

Podniósł słuchawkę wewnętrznego telefonu i powiedział kilka słów. Odpowiedział mu 

pogodny głos. Po chwili do pokoju weszła dyżurna pielęgniarka z małym zawiniątkiem w 

objęciach.

- Oto śliczny synek pani Lassiter - oznajmiła pogodnie. - Nareszcie się pani obudziła. 

Wszyscy byli bardzo wystraszeni. Proszę spojrzeć na to maleństwo.

Położyła dziecko obok Tess i odwinęła rogi kocyka. Ukazała się maleńka twarzyczka. 

Tess przez chwilę obserwowała uważnie synka, a potem zerknęła na Dane'a.

- Jest podobny do mego męża - szepnęła. - Dane, wygląda zupełnie jak ty!

Dane pochylił się nad łóżkiem i pogłaskał syna po główce.

- Ma twoje oczy, duże i łagodne - oznajmił stanowczo.

- Pójdę po butelkę - wtrąciła pielęgniarka.

- Nie - zaprotestowała Tess i popatrzyła na nią błagalnie. - Chcę go karmić piersią. 

Doktor Boswick powiedział…

- Ależ oczywiście - przerwała z uśmiechem pielęgniarka. - Moim zdaniem butelka 

także   się   przyda.   Jest   pani   bardzo   osłabiona.   Straciła   pani   dużo   krwi.   Mimo   wszystko 

przyniosę butelkę. Nie wiadomo, czy będzie dość pokarmu dla tego maluszka.

Gdy  pielęgniarka   wyszła,   Dane   pomógł   Tess  usiąść   na   łóżku.   Wsparta   plecami   o 

poduszkę trzymała dziecko w objęciach. Wstrzymała oddech, gdy zaczęło ssać. Roześmiała 

się cicho i popatrzyła na męża, który obserwował ją z rumieńcami na policzkach. Zagryzł 

wargę.

Tess   nabrała   otuchy.   Wierzyła,   że   ojcostwo   pomoże   mu   odzyskać   duchową 

background image

równowagę i wiarę w prawdziwą miłość. Czuł się zagubiony, ale szczerze kochał synka. Nie 

było   w   jego   życiu   innej   kobiety,   a   zatem   istniała   uzasadniona   nadzieja,   że   pozostaną 

małżeństwem. Tess postanowiła wykorzystać tę szansę. Wierzyła, że pewnego dnia Dane ją 

pokocha.

Tess i mały John spędzili w szpitalu cały tydzień. Helen i Kit przyszły odwiedzić 

młodą matkę i jej synka. Zachwytom nie było końca. Tess puchła z dumy.

Dane wpadał tak często, jak to było możliwe. Musiał wrócić do pracy. Przekonująco 

grał rolę idealnego ojca, ale nieufna żona wolała zachować emocjonalny dystans.

Po tygodniu cała rodzina wróciła na ranczo. Pewnego sobotniego popołudnia Tess 

karmiła Johna w sypialni na górze. Dane wszedł do holu, ściskając w dłoni rękawice. Miał na 

sobie roboczy strój. Szary kowbojski kapelusz jak zwykle włożył na bakier. W agencji nic się 

nie   działo,   mógł   więc   popracować   na   ranczo.   Gdy   wszedł   do   sypialni,   wydawał   się 

zirytowany.

Stanął w drzwiach i z wahaniem popatrzył na Tess, która siedziała w bujanym fotelu z 

synkiem przy piersi.

- Musimy porozmawiać - rzucił krótko.

- Zaraz skończę - odparła.

Usiadł na brzegu łóżka, obserwując żonę i syna. Twarz z wolna mu się wypogadzała. 

Przyglądał im się z dumą. Na jego wargach pojawił się radosny uśmiech.

- Mógłbym na was patrzeć godzinami. Wydaje mi się, że to cudowny sen. Pięknie 

razem wyglądacie.

-   Zauważyłeś,   jak   mały   John   szybko   rośnie?   -   powiedziała   Tess,   uśmiechając   się 

nieśmiało.

- Tess, jak długo zamierzasz karmić go piersią?

To zwyczajne pytanie bardzo ją zaniepokoiło. Podniosła głowę. Machinalnie odsunęła 

niesforny kosmyk jasnych włosów. Wyglądała ślicznie. Miała na sobie zieloną sukienkę w 

kratkę. Była taka delikatna i krucha.

- Jeszcze się nad tym nie zastanawiałam - odparła. - Dlaczego pytasz?

- Póki karmisz małego, nie możecie się rozstawać na dłużej niż kilka godzin - odparł z 

wahaniem.

Tess pobladła. Spojrzała na męża szeroko otwartymi oczyma.

- Chcesz, żebym się stąd wyniosła? - wykrztusiła niepewnie. - Wolałbyś, żeby małego 

wychowywała niańka? Dlatego pytasz, czy zamierzam go nadal karmić?

Dane oniemiał na moment, a potem krzyknął:

background image

- Na miłość boską! Nie!

Tess drżała. Czuła jednocześnie ulgę i obawę.

Dane na moment zacisnął powieki. Otworzył szeroko oczy, wstał i podszedł do okna. 

Uderzył rękawicami o dłoń i gapił się ponuro na jesienny krajobraz.

- Z pewnością masz podstawy, by sądzić, że zależało mi tylko na dziecku… że ty się 

nie liczysz. Nie rozumiem jednak, dlaczego uważasz mnie za potwora zdolnego rozłączyć 

matkę i dziecko. Zapewniam cię, że nigdy bym tego nie zrobił.

- Wiem - odparła krótko. Wstyd jej było, że przez moment podejrzewała go o taką 

niegodziwość. Mały John przestał ssać i przymknął oczka. Tess trzymała go na rękach przez 

dłuższą chwilę. Wreszcie podniosła się z fotela, położyła synka w łóżeczku ustawionym pod 

ścianą i starannie okryła kocykiem. Poszła ku drzwiom i skinęła na Dane'a.

- Tym razem nie pozwolę ci uciec - powiedział oschle i rzucił jej badawcze spojrzenie. 

- Unikasz mnie, odkąd wróciłaś do domu.

- Chciałabym posiedzieć na werandzie - odparła wymijająco.

- Jest zbyt chłodno.

- Skądże. Poproszę Beryl, żeby dopilnowała Johna.

- Dobrze.

Dane czekał, aż kobiety ustalą, co i jak. Po chwili Tess wyszła na werandę, która 

znajdowała   się   na   tyłach   wielkiego   domostwa.   Dane   ruszył   za   nią.   Usiedli   ramię   przy 

ramieniu na kamiennych schodach nagrzanych promieniami słońca.

-   Tess,   od   paru   dni   próbuję   znaleźć   odpowiedni   moment,   żeby   cię   przeprosić. 

Powiedziałem wiele niepotrzebnych słów i byłem wobec ciebie okrutny, zanim przyszedł na 

świat nasz synek. Nie mogę sobie tego darować.

- Nie miałeś pojęcia, co mi jest - odparła spokojnie. - Chciałam ci tego oszczędzić. 

Nasze   dziecko   było   dla   ciebie   cudowną   niespodzianką.   Tak   bardzo   się   nim   cieszyłeś. 

Oszalałbyś ze strachu, gdybyś wiedział, że ciąża jest zagrożona.

-   A   ty,   mała   głupia   dziewczynko?   Byłaś   przerażona,   a   na   dodatek   musiałaś 

wysłuchiwać   mojego   gderania.   Oskarżałem   cię   o   nieczułość   i   lenistwo.   Kazałem   ci 

spacerować! - Dane zerwał z głowy kapelusz i rzucił go na schody.  Nerwowym  ruchem 

przeganiał ciemną czuprynę. - Dreszcz mnie przechodzi na myśl, jaki byłem dla ciebie podły. 

Przysporzyłem ci tylko cierpień.

Tess spojrzała z czułością na męża, który patrzył na jesienny krajobraz.

- To nieprawda. Dałeś mi Johna.

Dane wolno odwrócił głowę i spojrzał jej prosto w oczy.

background image

- Mylisz się, jeśli sądzisz, że zależało mi wyłącznie na dziecku - powiedział cicho. - 

Liczyłaś   się   przede   wszystkim   ty.   Pragnąłem   cię,   chciałem   być   z   tobą   i   dlatego… 

postanowiłem w końcu błagać, abyś za mnie wyszła, choć byłem przekonany, że nie mogę 

dać ci dziecka. Kiedy odeszłaś, moje życie straciło sens. Po powrocie do pustego mieszkania 

zrozumiałem, że właśnie popełniłem największe głupstwo w całym moim życiu. - Tamtej 

nocy… Wcześniej nie wiedziałem, czym jest miłość. Bałem się tego uczucia. Sądziłem, że to 

zauroczenie, które szybko przeminie, ale tak się nie stało. Moja miłość trwa i będzie trwała. 

Do śmierci nie przestanę cię kochać, Tess.

Odwróciła wzrok. Nie śmiała uwierzyć w te zapewnienia. Dane łagodnym ruchem 

dotknął jej policzka. Chciał, by na niego popatrzyła.

- Kocham cię - powtórzył. - Na ile sposobów, jak często będę musiał ci to powtarzać, 

nim zechcesz mi wreszcie uwierzyć?

Tess zamrugała powiekami. Nieufnie zmrużyła oczy.

- To wcale nie musi być miłość.

- Jasne. Trudno czasem nazwać uczucia. Tym razem jednak nie masz racji i doskonale 

o tym wiesz, mały tchórzu. - Z łobuzerskim uśmiechem pochylił głowę i łagodnie musnął 

wargami usta żony. - Znajdę sposób, żeby cię o tym przekonać.

Całował ją delikatnie i czule, aż zaczęła oddawać mu pocałunki w ciszy jesiennego 

popołudnia. Wstrzymał oddech, gdy objęła go za szyję i mocno się przytuliła. Czuł, jak drży 

w jego ramionach. Zapomniała o lęku i poddała się pieszczotom. Rozchyliła usta i poczuła, że 

ciepły jeżyk dotyka jej warg. Jęknęła i przywarła do męża jeszcze mocniej.

Otarł się o nią biodrami, by wiedziała, jak bardzo jej pragnie.

- Chcę być z tobą - szepnął. - Możesz?

- Och… tak - szepnęła namiętnie wargami spuchniętymi od pocałunków. Dane jęknął.

- Ale gdzie? - Uniósł głowę. Był tak zdesperowany, że Tess omal nie wybuchnęła 

śmiechem. - Beryl jest na górze z małym.

Spojrzała znacząco na stodołę. Pokręcił głową.

- Nie - mruknął łamiącym się głosem. - To niezbyt rozsądne. Kurz, pył, słoma…

- W powieściach kochankowie nie zwracają uwagi na takie drobiazgi.

- Czysta fikcja - szepnął, tuląc głowę do jej piersi. Potem zaczął ją znowu całować. - 

Nie chcę tarzać się z tobą na sianie przez krótką chwilę. Uwielbiam cię. Pragnę się z tobą 

kochać długo i czule.

- Ja również - odparła szeptem.

Przytulił ją mocniej i całował zachłannie. Drżał ogarnięty wielką namiętnością.

background image

- Tess… - szeptał z ustami przy jej wargach. - Tess, bardzo cię kocham!

Drzwi otworzyły się nagle. Oboje podnieśli głowy. Na werandzie stała Beryl. Miała na 

sobie ciepły sweter.

- John zasnął. Idę z wizytą  do pani Jewell. Chyba nie macie nic przeciwko temu. 

Wrócę za kilka godzin.

Tess miała  ochotę  uściskać starszą  panią,  która z  pewnością  wiedziała,  że młodzi 

małżonkowie chętnie spędziliby parę chwil sam na sam. Maleństwo śpiące w dziecinnym 

łóżeczku z pewnością im nie przeszkodzi.

- Idź, Beryl. Damy sobie radę - odparła cicho Tess.

- Dzięki. Pani Jewell z pewnością się ucieszy, gdy wpadnę. To będzie miłe popołudnie 

- stwierdziła starsza pani i odeszła, uśmiechając się tajemniczo.

Poczekali, aż Beryl wsiądzie do auta i odjedzie. Potem Dane w pośpiechu zaprowadził 

żonę do sypialni i zamknął drzwi na klucz.

Wziął Tess na ręce i zaniósł do łóżka.

- Musimy być cicho, żeby nie obudzić małego. Kochana Beryl…

- Drzwi… - mruknęła znacząco.

- Już zamknąłem. Tess, tak długo czekałem! Prawie rok.

Całował ją zachłannie. Płomień żądzy rozpalił się w nich na dobre. Dane pospiesznie 

zdjął ubranie. Tess patrzyła na niego bez wstydu - z ciekawością i zachwytem. Mąż stał się jej 

ideałem. Była nim oczarowana.

Dane rozebrał ją powoli, nie szczędząc pocałunków i pieszczot. Tuliła się do niego 

niecierpliwie.

- Poczekaj - szepnął. Sięgnął pod poduszkę. Zerknęła ukradkiem na mały pakiecik, 

który trzymał w ręku. - Na razie wystarczy nam jedno dziecko. Po co ryzykować?

-   Nie   ma   obawy   -   odparła   drżącym   głosem.   -   Przytrafiła   mi   się   bardzo   rzadka 

przypadłość. To się chyba nie powtórzy.

-   Później   o   tym   porozmawiamy.   Nadal   jesteś   osłabiona.   Za   wcześnie   na   drugie 

dziecko. Muszę dbać o swoją żonę - szepnął, całując ją czule. - Kocham cię do szaleństwa. 

Nie wolno mam teraz ryzykować. Wszystko trzeba przemyśleć.

Przylgnął mocno do Tess. Wszedł w nią bez pośpiechu, uważając, by nie sprawić jej 

bólu.

Było wspaniale - tak samo jak tamtej nocy. Porażona rozkoszą Tess łkała w objęciach 

ukochanego, gdy poruszali się w rytmie, który znała na pamięć. Znieruchomiała i wstrzymała 

oddech, gdy poczuła cudowny dreszcz. W tej samej chwili Dane krzyknął. Otworzyła oczy 

background image

zdziwiona intensywnością doznań. Ujrzała z bliska jego twarz, głowę odrzuconą do tyłu i 

napięte mięśnie ramion. Usłyszała własny jęk…

Przeżyli rozkosz, która ich całkiem wyczerpała. Leżeli bezwładnie, mocno przytuleni, 

wsłuchani w głośne bicie serc i urywane oddechy.

Długo odpoczywali. Nagle dobiegł ich płacz Johna. Mały darł się wniebogłosy.

Tess wstała, narzuciła szlafrok i podeszła do łóżeczka. Okazało się, że pora zmienić 

pieluszkę.   Dane   stanął   obok   żony.   Gdy   skończyła,   ułożył   synka   na   jednym   ramieniu,   a 

drugim objął Tess. Patrzył z dumą na dwie istoty, które wielbił ponad wszystko na świecie.

- John naprawdę jest do ciebie podobny - stwierdziła Tess.

- Do nas obojga - poprawił i mrugnął do niej porozumiewawczo. - Jesteś szczęśliwa?

- Nie sądziłam, że istnieje tak wielkie szczęście. - Wspięła się na palce i pocałowała 

go w policzek. - Nie żałujesz, że musiałeś się ze mną ożenić?

- Błąd w rozumowaniu - odparł, patrząc na nią z uwielbieniem. - Szukałem pretekstu, 

żeby cię poślubić, nie ujawniając prawdziwych uczuć. Śledziłem cię. Pamiętasz spotkanie we 

włoskiej restauracji? Byłem zdecydowany prosić cię o rękę. Niestety, spotkałem znajomego, 

który pokrzyżował mi szyki…

- Kocham cię - szepnęła.

- Ja też cię kocham, maleńka. Z całego serca.

Oboje popatrzyli na dziecko.

- Gdy John pójdzie do szkoły, chciałabym wrócić do pracy.

- Chcesz być detektywem u Shorta?

- Nie. U ciebie.

- Wszystko zostanie w rodzinie, co?

- Jasne. Pójdę na emeryturę, gdy mały John przejmie agencję.

Dane przytulił żonę i syna. Chętnie by odmówił, ale Tess już postanowiła. Było dość 

czasu, by ją wszystkiego nauczyć. Jako jej szef miał także wpływ na dobór zleceń. Ożenił się 

z   kobietą   o   sporym   poczuciu   niezależności   i   potrafił   ją   docenić.   Z   nadzieją   patrzył   w 

przyszłość.