background image

 
 

 
 

STAŁO SIĘ JUTRO 

 
 
 
 
 
 

 
Konrad Fiałkowski  
Elektronowy miś 
Zerowe rozwiązanie 
Włókno Claperiusa 
 

 
 

background image

Elektronowy mi

ś

 

Kupiłem go na imieniny synowi. Wró

Ŝ

ka skin

ę

ła swoj

ą

 czarodziejsk

ą

 laseczk

ą

 i automat przyniósł go 

ś

pi

ą

cego w ogromnym, 

perłowo opalizuj

ą

cym pudle. Potem u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 do mnie i powiedziała swym zawodowo melodyjnym głosem: 

— My

ś

l

ę

Ŝ

e b

ę

dziesz z niego zadowolony. Skin

ą

łem głow

ą

 i u

ś

miechn

ą

łem si

ę

 tak

Ŝ

e. 

— Jeste

ś

 sam, bez syna, wi

ę

c nie b

ę

d

ę

 ci

ę

 pouczała, 

Ŝ

e misia nie mo

Ŝ

na krzywdzi

ć

, nie mo

Ŝ

na mu wykr

ę

ca

ć

 łap, wydłubywa

ć

 

fotokomórek ani wyrywa

ć

 kondensatorów, ale nie zapomnij o tym powiedzie

ć

 synowi. 

— Nie zapomn

ę

 — zapewniałem. — Poza tym mo

Ŝ

esz by

ć

 spokojna, b

ę

d

ę

 go traktował jak własne dziecko. 

— No, to ciesz

ę

 si

ę

Ŝ

e mój wychowanek zyskał takiego ojca. Musisz go przeprogramowa

ć

, by mówił do ciebie „papa". Tym 

razem 

ś

mieli

ś

my si

ę

 oboje i równocze

ś

nie pomy

ś

lałem, 

Ŝ

e kto

ś

 wpadł na genialny pomysł zatrudniaj

ą

c w Domach Bajek takie 

wła

ś

nie dziewczyny jako wró

Ŝ

ki. Skin

ę

ła mi sw

ą

 ró

Ŝ

d

Ŝ

k

ą

 na po

Ŝ

egnanie i wskoczyłem na ruchomy chodnik sun

ą

cy ku wyj

ś

ciu. 

Tłum dzieciaków z zazdro

ś

ci

ą

 dotychczas spogl

ą

daj

ą

cy na misia w pudełku rozproszył si

ę

 i pomkn

ą

ł ze 

ś

miechem ku 

ogromnemu 

— wideotronowi, gdzie rozmazan

ą

 pasami tarcz

ą

 wisiał nieruchomo Jowisz. Grzmi

ą

cy bas opowiadał, jak Tomcio Kosmonauta 

pokonuje górne warstwy jego atmosfery. Po drugiej stronie l

ś

niła w promieniach wideotronicznego sło

ń

ca wideotroniczna 

szklana góra. Wznosiła si

ę

 jakby tysi

ą

cem metrów wzwy

Ŝ

 idealnie równ

ą

 powierzchni

ą

, po której bez wysiłku, jak mucha po 

szybie, wspinał si

ę

 ksi

ąŜę

 w skafandrze planetnika. Za gór

ą

 rósł prastary, ciemny bór, przeniesiony jakby bezpo

ś

rednio w nasze 

czasy z ery „dymi

ą

cych fabryk". Mi

ę

dzy pniami, porosłymi mchem, przemykały elektroniczne krasnoludki, fosforyzuj

ą

c czerwono 

swymi sto

Ŝ

kowatymi czapkami. Na skraju lasu stała chatka Baby Jagi, a przed ni

ą

 automat, odpowiadaj

ą

cy na wszelkie 

dzieci

ę

ce pytania, otoczony rozwrzeszczan

ą

 dzieciarni

ą

, maj

ą

c

ą

 ju

Ŝ

 swoje problemy. Gdyby zbudowa

ć

 taki automat dla 

dorosłych, dopiero byłoby przy nim tłoczno... Wyszedłem. Ogromny android w zbroi 

ś

redniowiecznego rycerza po

Ŝ

egnał mnie 

przy wyj

ś

ciu zapytuj

ą

c, czy nie zgubiłem swego dziecka. Widocznie nie był przyzwyczajony do dorosłych ludzi przychodz

ą

cych 

tu samotnie. Nie, nie zgubiłem. Mój syn został w domu. Siedział zapewne w tej chwili przed ekranem wideotronu wpatruj

ą

c si

ę

 

bezmy

ś

lnie w przesuwaj

ą

ce si

ę

 obrazy. Tak siedział ka

Ŝ

dego popołudnia. 

Maj

ą

 zdaje si

ę

 racj

ę

 psychologowie twierdz

ą

c, 

Ŝ

e w pewnym wieku dzieci nie nale

Ŝ

y zabiera

ć

 z Ziemi. Mój syn przyleciał na 

Marsa zbyt wcze

ś

nie lub zbyt pó

ź

no. Tam na Ziemi zostali 

jego towarzysze zabaw, z którymi, bawi

ą

c si

ę

 w kosmonutów, przemierzał okoliczne wzgórza jako nieznane tereny tajemniczej 

planety, został nasz ogród, gdzie znał ka

Ŝ

dy krzak, i dom o rozsuwanych 

ś

cianach pachn

ą

cych drzewem sandałowym. Na 

Marsie dzieci były inne, bardziej przyzwyczajone do automatów ni

Ŝ

 do biegania boso po trawie. Kupiłem mu wi

ę

c misia... 

— Niech si

ę

 nazywa... no powiedz, jak si

ę

 mo

Ŝ

e nazywa

ć

? -zwrócił si

ę

 do mnie, gdy po otworzeniu pudła, wysłuchuj

ą

instrukcji, doszli

ś

my do miejsca, w którym powiedziano: 

„...Przed uruchomieniem nale

Ŝ

y go nazwa

ć

, a wtedy we wszystkich wolnych miejscach jego programu pozostawionych na imi

ę

 

nazwa ta zostanie trwale wpisana". 

— No wi

ę

c jak? — powtórzył, gdy nic nie odpowiedziałem. 

— Mo

Ŝ

e Kation — poddałem. Rozwa

Ŝ

ył chwil

ę

 w my

ś

li. 

— Nie, tak mo

Ŝ

na nazwa

ć

 

Ŝ

ywego psa, ale nie misia. Jego imi

ę

 musi by

ć

 zwykłe. 

— No, to wymy

ś

l co

ś

— Mógłby by

ć

 Bob — spojrzał na mnie pytaj

ą

co. 

— 

Ś

wietnie, niech b

ę

dzie Bob. 

Nacisn

ą

łem ukryty pod futerkiem klawisz zasilania i gdy martwe 

dot

ą

d oczka misia zajarzyły si

ę

 zielonym 

ś

wiatłem, powiedziałem 

wyra

ź

nie: 

— Nazywasz si

ę

 Bob. Wsta

ń

Jak wyrzucony spr

ęŜ

yn

ą

, mi

ś

 wyskoczył z pudełka. Niewielka, metrowa mo

Ŝ

e figurka o zabawnym pysku, obro

ś

ni

ę

tym rudawym 

włosem. Stan

ą

ł, rozejrzał si

ę

 wokoło, a nast

ę

pnie si

ę

gn

ą

ł do pudełka, wyj

ą

ł stamt

ą

d szczotk

ę

 i zacz

ą

ł czesa

ć

 swoje 

zmierzwione futerko. Gdy doprowadził je do porz

ą

dku, zwrócił si

ę

 do syna lekko si

ę

 j

ą

kaj

ą

c: 

— Ja jestem t... teraz t... twój mi

ś

— Tak. 
— A kto to? — łap

ą

 wskazał na mnie. 

— Mój ojciec. 
— T... to dobrze. 
— Słuchaj — zwróciłem si

ę

 do syna — mo

Ŝ

e go wymienimy. On si

ę

 strasznie j

ą

ka. 

— T... tylko troch

ę

 i wtedy, gdy jestem dłu

Ŝ

ej wył

ą

czony. Ooo... Inne misie maj

ą

 wi

ę

ksze braki. Znałem t...takiego, co w łapie 

miał ponad sto woltów napi

ę

cia, b... bo był 

ź

le skonstruowany i wszystkim łap

ę

 podawał. 

— No co, wymienimy? — ponowiłem pytanie. 
— Nie zgód

ź

 si

ę

. Ja umiem gra

ć

 w piłk

ę

 i rozwi

ą

zuj

ę

 zadania 2 matematyki. Na

ś

laduj

ę

 głosy i umiem wideotron r—rozło

Ŝ

y

ć

background image

— No wi

ę

c? 

— Niech zostanie. 
— Od razu wida

ć

Ŝ

e jeste

ś

 miły chłopak. B

ę

d

ę

 dobrym misiem. Zobaczysz. 

I został. Był to dziwny automat. Niejednokrotnie zastanawiałem si

ę

, dlaczego tak wszechstronny i zdolny układ my

ś

l

ą

cy 

wmontowano w zabawk

ę

 dzieci

ę

c

ą

. Bo o tym, 

Ŝ

e nie był to standardowy automat wytwarzany seryjnie do zabaw z dzie

ć

mi, 

byłem przekonany od pocz

ą

tku. Mi

ś

 przejawiał pewne cechy ludzkie, które s

ą

 dost

ę

pne tylko najbardziej skomplikowanym 

automatom. Był na przykład leniwy. Wypełniał oczywi

ś

cie wszelkie polecenia, jak ka

Ŝ

dy automat, lecz wypełniał je w ten 

sposób, by po

ś

wi

ę

ca

ć

 im jak najmniej czasu, unikaj

ą

c wszelkiej niepotrzebnej krz

ą

taniny, tak charakterystycznej dla wi

ę

kszo

ś

ci 

automatów. Potem, gdy nie miał ju

Ŝ

 nic do roboty, godzinami trwał w bezruchu lub spał. 

Po jakim

ś

 czasie odkryłem, 

Ŝ

e w pewnym sensie jest do mnie przywi

ą

zany i zawsze gotowy przerwa

ć

 milcz

ą

c

ą

 kontemplacj

ę

 

swoich owłosionych łap i towarzyszy

ć

 mi, gdy wstawałem zza biurka i przechodziłem do pulpitów steruj

ą

cych moich 

podr

ę

cznych mnemotronów. Kiedy

ś

 rozwi

ą

zywałem noc

ą

 w swoim gabinecie problem wielograwitacyjnych pól sterowanych. Mi

ś

 

jak zawsze, gdy syn spał, towarzyszył mi tkwi

ą

c nieruchomo w k

ą

cie. Godziny mijały jedna za drug

ą

, a mimo to prawie nie 

posuwałem si

ę

 naprzód. Mój mózg podr

ę

czny raz po raz sygnalizował mi przeładowanie pami

ę

ci i dawał niedwuznacznie do 

zrozumienia, 

Ŝ

e zagadnienie to powinienem rozwi

ą

zywa

ć

 z du

Ŝ

o pojemniejszymi mózgami. Pochylony nad ekranami nie 

zwracałem uwagi na to, co dzieje si

ę

 w gabinecie. Nagle usłyszałem chrz

ą

kni

ę

cie. Podniosłem głow

ę

. Przede mn

ą

 stał mi

ś

— Nie 

ś

pisz, Bob? 

— Ja rzadko 

ś

pi

ę

— Jak to, przecie

Ŝ

 masz w programie rytm snu i czuwania. 

— Tak, ale nie jest to program bezwzgl

ę

dny. Mog

ę

 go regulowa

ć

— Naprawd

ę

? — zapytałem 2 niedowierzaniem. 

— W pewnych granicach o... oczywi

ś

cie. 

— I nie 

ś

pisz? 

— Nie... 
— A co robisz noc

ą

— My

ś

l

ę

, rozwi

ą

zuj

ę

 zadania... 

— Co, udowodniłe

ś

 mo

Ŝ

e twierdzenie Pitagorasa? 

— Nie, roz...wi

ą

załem wła...wła

ś

nie twój problem... wielograwitacyjnych pól sterowanych. 

— 

ś

artujesz. 

— N... naprawd

ę

. Masz tu wynik. Na małym prymitywnym funkcjografie mego syna, który trzymał w łapie, wyznaczona była 

zale

Ŝ

no

ść

. Przez moment chciałem go wyrzuci

ć

 z gabinetu. Pracuj

ę

 ju

Ŝ

 nad tym rozwi

ą

zaniem przez wiele godzin bez 

Ŝ

adnego 

rezultatu, a nagle przychodzi ta zarozumiała zabawka i wypisuje mi rozwi

ą

zanie ze swego małego mó

Ŝ

d

Ŝ

ku. Opanowałem si

ę

 

jednak. Przecie

Ŝ

 to tylko automat i w dodatku mi

ś

 mego syna. 

— Dzi

ę

kuj

ę

 — powiedziałem krótko. — A teraz id

ź

 do pokoju. — Funkcjograf poło

Ŝ

yłem na biurku i wróciłem do pracy. Wynik 

otrzymałem nad ranem, gdy wielka kopuła marsja

ń

skiej bazy bielała ju

Ŝ

 w promieniach wschodz

ą

cego sło

ń

ca. Był identyczny z 

rozwi

ą

zaniem podanym przez mego misia. 

— Bob, Bob! — zawołałem. 
Przyszedł po chwili, jakby z oci

ą

ganiem. 

— Powiedz, jak ty

ś

 to zdołał rozwi

ą

za

ć

? — zapytałem. — 

Przecie

Ŝ

 to problem dla gigabitowych mózgów. 

Milczał. 
— Odpowiedz! — rozkazałem. W ten sposób odwoływałem si

ę

 niemal do osnowy jego programowania, do bezwzgl

ę

dnego 

posłusze

ń

stwa człowiekowi. 

— Mózg ten jest skonstruowany na specjalnej zasadzie, przy zało

Ŝ

eniu równoczesnej wielotorowo

ś

ci my

ś

lenia. W zwi

ą

zku z 

tym jego pojemno

ść

 my

ś

lowa jest du

Ŝ

o wi

ę

ksza... — siedziałem oniemiały, bowiem słowa te wypowiadał mi

ś

 niskim, 

chropowatym głosem, w niczym nie przypominaj

ą

cym jego zwyczajnego miłego altu. 

— Co

ś

 ty powiedział? — zapytałem szeptem dopiero po chwili. 

— N... nic nie mówiłem... mi

ś

 j

ą

kał si

ę

 w zwykły sposób. 

— Jak to nic. Powtórz! 
— N... nic nie mówiłem. 
— Ale

Ŝ

 nie to. Co

ś

 przedtem powiedział? 

— N... nie rozumiem. 
Mówił prawd

ę

. Wi

ę

c to było poza jego 

ś

wiadomo

ś

ci

ą

. Nie 

wiedział nic o tym głosie. To wygl

ą

dało jak jaki

ś

 cytat 

z cybernetyki stosowanej. Ale jakie

ś

 wielotorowe my

ś

lenie... 

Nigdy o tym nie słyszałem. 
Podszedłem do wizofonu i wezwałem Tana, jednego z moich 
kolegów cybernetyków. Specjalizował si

ę

 w teorii my

ś

lenia 

nieorganicznego i powinien był o czym

ś

 takim wiedzie

ć

— Tan? Tu Andrzej. Powiedz mi, czy słyszałe

ś

 cokolwiek 

o wielotorowym my

ś

leniu? 

U

ś

miechni

ę

ta na przywitanie twarz cybernetyka zgasła i odbił si

ę

 

background image

na niej wysiłek my

ś

lenia. Dopiero w tej chwili spostrzegłem, 

Ŝ

e Tan jest zaspany i nie ogolony. Wyrwałem go widocznie z 

ę

bokiego snu. A jednak u

ś

miechał si

ę

 nawet. Faktem jest, 

Ŝ

e Tan słyn

ą

ł z uprzejmo

ś

ci, lecz tym razem sam sprawdziłem, jak 

bardzo opinia ta była uzasadniona. 

— Wiesz, Andrzeju, niczego takiego sobie w tej chwili nie przypominam. Ale sk

ą

d ty

ś

 w ogóle wzi

ą

ł t

ę

 nazw

ę

— Usłyszałem j

ą

 od automatu. 

— To jaki

ś

 automat do programowania cybernetycznego? Zapytaj go wi

ę

c o wyja

ś

nienie. 

— Nie, to nie jest automat cybernetyczny... 
— No, a co to jest? 
— Mi

ś

 mego syna. 

— Co takiego? 
— Mówi

ę

 ci. Mi

ś

 mego syna. 

— Ale

Ŝ

 niemo

Ŝ

liwe. Przecie

Ŝ

 to s

ą

 zupełnie prymitywne automaty. 

— Sam słyszałem, Tan. 
— Andrzeju — ci

ą

gn

ą

ł Tan po chwili milczenia — a mo

Ŝ

e ty si

ę

 przepracowujesz. Na ogół ludzie ju

Ŝ

 wstaj

ą

, a ty si

ę

 jeszcze nie 

poło

Ŝ

yłe

ś

 spa

ć

— Słuchaj, Tan. Mówi

ę

 ci to wszystko zupełnie powa

Ŝ

nie. Nie wierzysz, trudno. 

— Ale

Ŝ

 tak, wierz

ę

... Sprawdz

ę

 nawet to wielotorowe my

ś

lenie w głównym akumulatorze informacji cybernetycznych. Je

ś

li co

ś

 

znajd

ę

, dam ci natychmiast zna

ć

— No, to dzi

ę

kuj

ę

— Dobranoc, Andrzeju. — Tan u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 i znikn

ą

ł z ekranu. Odwróciłem si

ę

 ku biurku, lecz misia tam nie było. Wyszedłem 

z gabinetu, by go poszuka

ć

. Siedział przed drzwiami dziecinnego pokoju i spał, jak gdyby przez cał

ą

 noc nic innego nie robił. 

Dni mijały i zapomniałem niemal o tej historii. Mi

ś

 okazał si

ę

 idealnym koleg

ą

. Co dziwniejsze, zauwa

Ŝ

yłem, 

Ŝ

e inni chłopcy nie 

traktuj

ą

 go z pogardliw

ą

 wy

Ŝ

szo

ś

ci

ą

, z jak

ą

 traktowali zwykle automaty. Z przera

Ŝ

aj

ą

c

ą

 szybko

ś

ci

ą

 rozwi

ą

zywał wszystkie ich 

zadania szkolne tak długo, a

Ŝ

 zabroniłem mu kategorycznie tego robi

ć

. Potem mi

ś

 błysn

ą

ł wiedz

ą

 astronoma i razem z moim 

synem siedzieli długie godziny przy radioteleskopach. Mi

ś

 bezbł

ę

dnie podawał z pami

ę

ci współrz

ę

dne sferyczne wszystkich 

gwiazd w ka

Ŝ

dej chwili dnia i nocy. Ale przede wszystkim, co dało si

ę

 drpiero zauwa

Ŝ

y

ć

 po dłu

Ŝ

szej obserwacji, mi

ś

 wykazywał 

ogromn

ą

 celowo

ść

 działania. Je

ś

li ruszył lew

ą

 łap

ą

, to mo

Ŝ

na było by

ć

 pewnym, 

Ŝ

e b

ę

dzie mu to do czego

ś

 w przyszło

ś

ci 

potrzebne. 

W drugim tygodniu pobytu misia w naszym domu zobaczyłem na funkcjografie syna naniesiony zbiór elips o ró

Ŝ

norodnych 

mimo

ś

rodach i jednym ognisku wspólnym. Zaciekawiony zapytałem syna: 

— Co

ś

 tu narysował? 

— To nie ja, to Bob. 
— Ale co to jest? 
— Hipotetyczny układ planetarny Formalhauta, alfy gwiazdozbioru Lataj

ą

cej Ryby. 

— Sk

ą

d on to wie? 

— Bob wszystko wie! — powiedział to z takim przekonaniem, 

Ŝ

e spojrzałem na

ń

 zdziwiony. 

— Nie wierz temu. To na pewno jedna z wielu bajek, jakie mo

Ŝ

na znale

źć

 w pami

ę

ci ka

Ŝ

dego elekronowego misia. Musz

ą

 

przecie

Ŝ

 co

ś

 opowiada

ć

 dzieciom. Ale to jeszcze nie powód, by tak du

Ŝ

y chłopak, jak ty, wierzył w takie bajki. 

— Nie wierz, je

ś

li chcesz, ale to naprawd

ę

 nie jest bajka — odpowiedział z uporem. 

— Wi

ę

c my

ś

lisz, 

Ŝ

e to jest prawda? 

— Nie, to tylko hipoteza Gladstone'a — spojrzał na mnie powa

Ŝ

nie, jak młody naukowiec. 

— Kto ci to powiedział? 
— Bob. 
— Bob! — zawołałem gło

ś

no. Przyczłapał po chwili. 

— Czy to jest rzeczywi

ś

cie układ planetarny Formalhauta? 

— Tak twierdzi Gladstone w swojej hipotezie. Rozumowanie swoje opiera na charakterystycznym przesuni

ę

ciu pr

ąŜ

ków 

w grawitacyjnym widmie tej gwiazdy. 
— Bob — zapytałem cicho. — Sk

ą

d ty to wszystko wiesz? 

— Posiadam pewne wiadomo

ś

ci kosmonautyczne pozostawione mi w celu popularyzowania kosmosologii. 

— Jak to pozostawione? 
— Pozostawione w moim programie. 
— A w jakim zakresie znasz kosmosologi

ę

 ? 

— W zakresie kursu podstawowego, na pewno. 
Pod wpływem tej rozmowy siadłem w gabinecie i wystosowałem 
pełen pochwał telelist pod adresem Domu Bajek. Odpowied

ź

 

otrzymałem jeszcze tego samego dnia. Dom Bajek cieszy 
si

ę

 bardzo, 

Ŝ

e jestem zadowolony z elektronowego misia i 

Ŝ

e dzi

ę

ki 

moim staraniom mi

ś

 osi

ą

gn

ą

ł tak wysoki, odbiegaj

ą

cy od 

standardu innych misiów poziom inteligencji. Poza tym prosi 
mnie o podanie operacji cybernetycznych, jakim poddałem misia 
celem uzyskania tak wysokiej inteligencji przy stosunkowo 
niewielkiej pojemno

ś

ci pami

ę

ci. 

A wi

ę

c ani ja, ani te

Ŝ

 Dom Bajek nie zrobili

ś

my niczego 

background image

w kierunku rozbudowy mózgu misia. Ale poniewa

Ŝ

 geniusze w

ś

ród automatów nie zjawiaj

ą

 si

ę

 przypadkowo, tak jak w

ś

ród 

ludzi, Dom Bajek wezwał Ziemi

ę

, by sprawdziła, sk

ą

d pochodz

ą

 elektronowe misie. Odpowied

ź

 miała nadej

ść

 za kilka dni. To 

nie tak prosto w wielomiliardowej masie mieszka

ń

ców Ziemi znale

źć

 tych, którzy wiedzieliby wszystko o elektronowym misiu 

wysłanym przed kilkoma miesi

ą

cami na Marsa. Potem zapowiedział si

ę

 wideotronicznie Tan i oczekiwałem go w południe. Był 

jak zwykle nadzwyczaj punktualny. Przeszli

ś

my do pokoju syna. Ko

ń

czyli wła

ś

nie z misiem omawianie ko

ń

cowego odcinka 

jakiej

ś

 kosmicznej podró

Ŝ

y, gdy decelerowany statek przechodzi ju

Ŝ

 z toru parabolicznego na eliptyczny. 

Tan przysłuchiwał si

ę

 przez chwil

ę

 z zainteresowaniem. Potem zapytał mnie szeptem: 

— Jak on si

ę

 nazywa? 

— Kto, syn? 
— Nie, automat. 
— Bob. 
Słuchał jeszcze chwil

ę

 w milczeniu, a potem nagle zawołał 

rozkazuj

ą

co: 

— Bob, chod

ź

 tutaj! Automat podszedł natychmiast. 

— Co to jest elipsa? — zapytał. 
Automat niemal bez zaj

ą

knienia podał definicj

ę

— Nie rozumiem. Wytłumacz mi. 
I automat zacz

ą

ł tłumaczy

ć

, tak jak si

ę

 tłumaczy łatwe zadania 

leniwemu uczniowi, powoli, krok za krokiem. Tan przerwał mu: 
— S

ą

dzisz, 

Ŝ

e osi

ą

gni

ę

cie innych galaktyk gwiazdolotami jest 

mo

Ŝ

liwe? 

Automat jakby przez chwil

ę

 zawahał si

ę

, lecz zaraz potem 

odpowiedział: 
— Nie wiem. Podaj mi dane, to oblicz

ę

Po tym pytaniu posypały si

ę

 nast

ę

pne. Trwało to do

ść

 długo, a

Ŝ

 

mój syn podszedł do mnie i zapytał: 
— Kiedy on pójdzie sobie, 

Ŝ

eby

ś

my z Bobem mogli sko

ń

czy

ć

 

obliczenia? 
Tan u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do chłopca i zadał misiowi ostatnie pytanie: 

— Czy masz 

ś

wiadomo

ść

 sprz

ęŜ

enia posłusze

ń

stwa? 

— Nie — odpowiedział mi

ś

— No dobrze, mo

Ŝ

esz wróci

ć

 do swoich oblicze

ń

. A my — zwrócił si

ę

 do mnie — chod

ź

my do twego gabinetu. To tylko 

przypuszczenia — powiedział. — Moim zdaniem, mózg misia został prawdopodobnie odrzucony przy psychicznej kontroli 

układu ze wzgl

ę

du na pewn

ą

 niestabilno

ść

 zachowania i trafił 

do centrali odpadów. Tutaj zało

Ŝ

ono mu du

Ŝą

 ilo

ść

 sprz

ęŜ

e

ń

 

staiblilizuj

ą

cych: ograniczono mo

Ŝ

liwo

ś

ci zwi

ę

kszaj

ą

c równocze

ś

nie 

stabilno

ść

Tan mówił to tak, jakby osobi

ś

cie był obecny przy nakładaniu 

tych sprz

ęŜ

e

ń

— Pami

ę

tasz, pytałem go o mo

Ŝ

liwo

ś

ci dotarcia do galaktyk gwiazdolotami. Ka

Ŝ

dy normalny mi

ś

 powiedziałby, i

Ŝ

 jest to 

mo

Ŝ

liwe zgodnie z regułami wszystkich bajek, ale ten twój mi

ś

 za

Ŝą

dał danych do oblicze

ń

. Wydaje mi si

ę

Ŝ

e on nie zawsze 

opowiadał bajki. 

Nie wezwałem automatu cybernetycznego bazy i nie rozło

Ŝ

yłem misia na cz

ęś

ci. Zrobiłbym to nawet mo

Ŝ

e, ale wyobra

Ŝ

ałem 

sobie zdziwione spojrzenie dyspozytora. 

— Wzywasz automat do napraw}

7

 tej zabawki. Czy naprawd

ę

 

s

ą

dzisz, 

Ŝ

e nie mamy nic innego do roboty? 

Wytłumaczyłbym mu zapewne, 

Ŝ

e nie chodzi tu o napraw

ę

Ŝ

mi

ś

 to nie jest zwykły mi

ś

, tylko bardzo dziwny mi

ś

, który 

zbyt wiele umie, by by

ć

 zwykł

ą

 zabawk

ą

 i niczym wi

ę

cej, ale 

w

ą

tpi

ę

, czyby mi uwierzył. 

W ka

Ŝ

dym razie nie zrobiłem nic. 

Tymczasem mi

ś

 z moim synem tworzyli nierozł

ą

czn

ą

 par

ę

przesiadywali w obserwatorium albo zbierali marsja

ń

skie kamienie 

w pustyni za baz

ą

, w których kryształy kwarcu błyszczały jak 

w ziemskich kamieniach z mego dzieci

ń

stwa. Gdzie

ś

 pod koniec 

marsja

ń

skiej zimy, gdy wzgórza na horyzoncie pociemniały od 

rozwijaj

ą

cej si

ę

 w

ś

ród skał ro

ś

linno

ś

ci, kontrola ł

ą

czno

ś

ci 

radiowej Marsa powiadomiła nas, 

Ŝ

e przechwyciła seri

ę

 sygnałów, 

które według ich namiarów zostały nadane z naszej bazy. 
Reno, kierownik sekcji ł

ą

czno

ś

ci z Ziemi

ą

, zebrał nas u siebie. ; 

Byłem jednym z kilkunastu ludzi, którzy nale

Ŝ

eli do tej sekcji, i pełniłem obowi

ą

zki głównego in

Ŝ

yniera drugiej zmiany. 

— To bzdura — powiedział Reno. — Kto i po co miałby od nas co

ś

 takiego nadawa

ć

. Namierzyli jakie

ś

 sygnały rakiet, jak 

zwykle niedokładnie, i teraz szukaj

ą

 winnego. Wiecie, jak oni tam pracuj

ą

. Rozumiem, 

Ŝ

e musz

ą

 przedstawi

ć

 jakie

ś

 osi

ą

gni

ę

cia 

tej swojej placówki, ale dlaczego nas w to mieszaj

ą

... 

— Raport podaje dokładny czas i jest podpisany przez samego Twera... 

background image

— Nabrali go. Zwyczajnie nabrali. Ta banda, która przyleciała zaraz po studiach z Ziemi. Im si

ę

 jeszcze wydaje, 

Ŝ

e Mars to 

tajemnicza planeta, na której dziej

ą

 si

ę

 historie, jakie na Ziemi nie zdarzaj

ą

 si

ę

. Nie wiecie, jak to jest? Wszyscy przeszli

ś

my 

przez to. 

Nikt nie oponował, bo Reno prze

Ŝ

ył na Marsie tyle lat, ile wszyscy pozostali razem. Wyja

ś

nienie w tej sprawie przygotował 

nasz sta

Ŝ

ysta. Nie zawierało ono wła

ś

ciwie nic obra

ź

liwego, ale sugestia, by dali nam 

ś

wi

ę

ty spokój, była do

ść

 wyra

ź

na. Potem 

przez kilka dni nic si

ę

 nie działo, a

Ŝ

 przyszła do nas wiadomo

ść

 z Ziemi. Kontrola radiowa Marsa po naszym „wyja

ś

nieniu" 

przesłała zapis sygnałów do Ogólnoplanetarnego Instytutu Szyfrów. Tekst po rozszyfrowaniu był lakoniczny: 

„Fragmentaryczny transfer zrealizowany", natomiast sam szyfr 
był na tyle skomplikowany, 

Ŝ

e Instytut równocze

ś

nie z tekstem 

przysłał podzi

ę

kowanie za tak interesuj

ą

c

ą

 i niespotykan

ą

 próbk

ę

 

szyfru. 
Na drugim zebraniu Reno dalej w nic nie wierzył, ale nie był 
ju

Ŝ

 tak pewny siebie. Po zebraniu poprosił mnie na chwil

ę

 do 

swego gabinetu. 
— Widzisz, Andrzeju, ja w to wszystko nie wierz

ę

, ale nie chciałbym, 

Ŝ

eby ktokolwiek mógł powiedzie

ć

Ŝ

e zlekcewa

Ŝ

yłem t

ę

 

cał

ą

 spraw

ę

. Chciałbym si

ę

 ciebie poradzi

ć

, jak ich przekona

ć

Ŝ

e to nie od nas pochodz

ą

 te sygnały. 

— To trudna sprawa. Niezbyt wiele wiemy o tych sygnałach. 
— Mimo wszystko co

ś

 jednak wiemy — powiedział Reno. 

I wtedy zrozumiałem, i

Ŝ

 nie jest tak zupełnie pewny, 

Ŝ

e sygnały 

te nie pochodziły z naszej bazy. 
— Mam pewien pomysł... — powiedziałem i urwałem, bo wtedy wła

ś

nie w drzwiach gabinetu stan

ą

ł mi

ś

— S... syn ci

ę

 szuka — wyj

ą

kał. 

— Zaraz id

ę

... — I wtedy spostrzegłem zdziwiony wzrok Rena. 

— Co si

ę

 stało? — zapytałem. 

— Nie rozumiem... nie rozumiem, jak automat wej

ś

ciowy 

przepu

ś

cił t

ę

 zabawk

ę

Spostrze

Ŝ

enie było proste, ale jak

Ŝ

e trafne. Ja, przyzwyczajony 

do stałej obecno

ś

ci misia, nie zwróciłem na to uwagi. Ale Reno 

miał racj

ę

. Automat wej

ś

ciowy jego gabinetu nie powinien 

przepu

ś

ci

ć

 

Ŝ

adnego człowieka czy automatu bez specjalnego 

zezwolenia. 
— Jak tu wszedłe

ś

? — zapytał misia. 

— Normalnie. Na dwóch łapach — odpowiedziała zabawka. Reno poczerwieniał i wybiegł z gabinetu. 

— Co si

ę

 stało z synem? — zapytałem misia. 

— Poparzył si

ę

 pr

ą

dem wysokiej cz

ę

stotliwo

ś

ci. 

— Co

ś

 powa

Ŝ

nego? Ju

Ŝ

 id

ę

. Prowad

ź

— Nic takiego. Mo

Ŝ

esz doko

ń

czy

ć

 rozmow

ę

. Tylko r

ę

ka. 

— A gdzie j

ą

 wło

Ŝ

ył? 

Mi

ś

 nie zd

ąŜ

ył odpowiedzie

ć

, bo wrócił Reno. Był blady. 

— Automat... automat dostał zezwolenie na przepuszczenie tej... zabawki... Od kogo? Pytam si

ę

, od kogo? 

— Nie ode mnie — powiedziałem. 
— Wi

ę

c od kogo? Mo

Ŝ

e ty wiesz, kreaturo? 

— Ja wszedłem i ju

Ŝ

— To wiem. Ale sk

ą

d? 

— Reno, przecie

Ŝ

 to zwykła zabawka. Nie b

ę

dzie tego wiedzie

ć

. Pewnie jakie

ś

 przekłamanie z centralnego mózgu bazy. To si

ę

 

zdarza. 
— Ale nie powinno. 
— Oczywi

ś

cie, ale automaty s

ą

 zawodne. 

— Nie powinny! 
— Jasne, ale sko

ń

czmy nasz

ą

 rozmow

ę

. Musz

ę

 ju

Ŝ

 i

ść

, bo mój syn poparzył sobie r

ę

k

ę

 pr

ą

dem naskórkowym. 

— Dobrze, có

Ŝ

 wi

ę

c proponujesz? 

— Zało

Ŝę

 zupełnie niezale

Ŝ

n

ą

 sygnalizacj

ę

 nadawania u siebie w gabinecie, odbieraj

ą

c

ą

 sygnały na zewn

ą

trz bazy. Co o tym 

s

ą

dzisz ? 

— Chyba dobry pomysł. Tyle 

Ŝ

e nie wierz

ę

, by w ogóle te sygnały si

ę

 powtórzyły. 

Wyszedłem z misiem i poszli

ś

my do syna. Jego r

ę

k

ę

 opatrzył ju

Ŝ

 automed. Gdy podszedłem do fotela, w którym siedział, nie 

spojrzał na mnie. 
— Musz

ę

 si

ę

 uczy

ć

 — powiedział. 

— Słusznie, ale sk

ą

d ta refleksja? 

— Nie potrafi

ę

 zrobi

ć

 najprostszej rzeczy i nawet Bob si

ę

 ze mie 

ś

mieje. 

— Gdzie

ś

 poparzył r

ę

k

ę

? — zapytałem. 

— Nie powiem — nadal nie patrzył na mnie. 
— Ale zrozum, to trzeba zabezpieczy

ć

. Inni tak

Ŝ

e mog

ą

 si

ę

 poparzy

ć

— Nie powiem — powtórzył z uporem. 
— Jak chcesz. Wi

ę

c ty powiedz. Bob, gdzie to było? 

— Nie wiem — odpowiedział Bob i wtedy spostrzegłem wzrok 
syna. Ze zdumieniem i chyba z odrobin

ą

 strachu patrzył na 

Boba. 

background image

Instalacje odbioru zewn

ę

trznego zało

Ŝ

yłem dwie, zupełnie od 

siebie niezale

Ŝ

ne, jedn

ą

 w gabinecie, drug

ą

 przy pulpitach 

mnemotronów. My

ś

l

ę

Ŝ

e kierowało mn

ą

 zwykłe wygodnictwo. 

Instalacje były proste, ich zało

Ŝ

enie nie przedstawiało 

Ŝ

adnych 

trudno

ś

ci, a niewygodnie byłoby pracuj

ą

c przy mnemotronach 

nasłuchiwa

ć

 równocze

ś

nie brz

ę

czyka z gabinetu. 

Potem w wideotronii powiedziano, 

Ŝ

e kierowała mn

ą

 przezorno

ść

 

starego in

Ŝ

yniera doceniaj

ą

cego zawodne działanie automatów. 

Ale to chyba nie było tak. 
Wtedy min

ę

ła chyba północ. Siedziałem w gabinecie nad jakimi

ś

 

wykresami, gdy nagle wydało mi si

ę

Ŝ

e w sali mnemotronów 

słysz

ę

 brz

ę

czyk. Nadsłuchiwałem przez chwil

ę

. Tak, nie było 

w

ą

tpliwo

ś

ci. To był brz

ę

czyk zało

Ŝ

onego przeze mnie urz

ą

dzenia alarmowego. 

Ju

Ŝ

 biegn

ą

c do centrum nadawczego bazy u

ś

wiadomiłem sobie, 

Ŝ

e druga instalacja w moim gabinecie 'nie nadała sygnału 

alarmu. Pomy

ś

lałem wtedy, 

Ŝ

e ipo prostu niezbyt dokładnie ja Sprawdziłem, i byłem zły na siebie, bo nie lubi

ę

 niedokładnej 

roboty. 

Dy

Ŝ

urny android centrum przepu

ś

cił mnie, gdy podałem hasło. Ten, który przeszedł t

ę

dy przede mn

ą

, tak

Ŝ

e musiał zna

ć

 hasło, 

a wi

ę

c jest to jeden z nas, pomy

ś

lałem. Biegłem teraz korytarzem do sali nadawczej, ale jej drzwi nie przepu

ś

ciły mnie. 

Szarpn

ą

łem d

ź

wignie — daremnie. Drzwi zostały zablokowane, zablokowane centralnie ze sterowania bazy. Zrozumiałem, 

Ŝ

kto

ś

, kto jest tam w 

ś

rodku i z naszej anteny wysyła w Kosmos sygnały, ma dost

ę

p do centralnego mózgu bazy. I wtedy 

zacz

ą

łem si

ę

 ba

ć

. Mimo to działałem optymalnie, z przyzwyczajenia zapewne. 

Pobiegłem z powrotem korytarzem do drzwi wej

ś

ciowych. Otworzyłem je i zablokowałem, tak 

Ŝ

e nie mogły by

ć

 zamkni

ę

te na 

polecenie zespołów koordynuj

ą

cych bazy. Potem spojrzałem na androida. Musiałem mie

ć

 chocia

Ŝ

 jeden automat do swojej 

dyspozycji. Doskoczyłem do niego i wyrwałem mu czułki odbioru sygnałów centralnych. Szarpn

ą

ł si

ę

, ale nie zaatakował mnie, 

bo byłem człowiekiem. 

Potem chciałem si

ę

 poł

ą

czy

ć

 wideotronicznie z Renem, ale ł

ą

czno

ś

ci ju

Ŝ

 nie było. Centralny mózg bazy zablokował kanały 

informacyjne. Spodziewałem si

ę

 tego. I wtedy zrobiłem co

ś

, co mo

Ŝ

na zrobi

ć

 tylko wtedy, gdy 

Ŝ

ycie mieszka

ń

ców bazy jest w 

niebezpiecze

ń

stwie. Szarpn

ą

łem d

ź

wigni

ę

 alarmu pierwszego stopnia. Przytrzymuj

ą

ca j

ą

 stalowa ni

ć

 spi

ę

ta plomb

ą

 napi

ę

ła si

ę

lecz wytrzymała. Wtedy uwiesiłem si

ę

 całym ci

ęŜ

arem na d

ź

wigni. Ni

ć

 p

ę

kła rani

ą

c mnie w r

ę

k

ę

. Równocze

ś

nie usłyszałem 

narastaj

ą

ce zawodzenie syren i głuche uderzenia zapadaj

ą

cych gazoszczelnych grodzi. Towarzyszył temu jeszcze jeden 

d

ź

wi

ę

k. Zewn

ę

trznym korytarzem zbli

Ŝ

aj

ą

c si

ę

 do centrum nadawania szły automaty. Wiedziałem, 

Ŝ

e mnie nie mog

ą

 nic zrobi

ć

Byłem człowiekiem. Ale mogły mi zniszczy

ć

 narz

ę

dzia i jedyny android. Mogły... je

ś

li sterował nimi centralny mózg bazy. Broni 

nie miałem. W bazie nikt nie nosi broni. Wyrwałem androidowi palnik do ci

ę

cia metali, zawarłem i zablokowałem drzwi, by 

automaty nie mogły natychmiast wedrze

ć

 si

ę

 do wn

ę

trza centrum nadawania, i wraz z androidem pobiegłem korytarzem do sali 

nadawczej. Jej drzwi rozwarły si

ę

. Wydało mi si

ę

 to podejrzane. — Id

ź

 — powiedziałem do androida. 

Automat wypełnił rozkaz bez wahania. Przekroczył drzwi. Wtedy z góry spadł na niego czarny przewód. Zobaczyłem błysk 

wyładowania i automat znieruchomiał. Przewód zakołysał si

ę

. Nie czekałem, a

Ŝ

 zostanie podci

ą

gni

ę

ty do góry. Wychyliłem si

ę

 

zza drzwi i nacisn

ą

łem spust palnika, przesuwaj

ą

c regulacj

ę

 na pełn

ą

 moc. Co

ś

 niewielkiego spadło Z wyst

ę

pu nad drzwiami, 

pal

ą

c si

ę

. Słyszałem przejmuj

ą

cy skrzek. To był mi

ś

... mój mi

ś

. Upadł na posadzk

ę

, chciał si

ę

 zerwa

ć

, ale przytrzymałem go w 

płomieniu, a

Ŝ

 pancerz p

ę

kł z cichym trzaskiem i zabawka znieruchomiała. Tylko br

ą

zowe kudły na 

ś

miesznym pysku tliły si

ę

 

jeszcze. Zrozumiałem, dlaczego nie działała instalacja w moim gabinecie. I wtedy... zobaczyłem syna. Siedział blady na 

posadzce w k

ą

cie. 

— My

ś

my si

ę

 tylko tak bawili... — wyszeptał. Stali

ś

my nad otwartymi pokrywami centralnego mózgu bazy. Wewn

ą

trz 

zawieszone w pl

ą

taninie przewodów lu

ź

no rozrzucone le

Ŝ

ały nieforemne szare kryształy. 

— To tutaj — powiedział Tan. 
Dło

ń

, w której trzymał niewielki plazmowy nó

Ŝ

, wsun

ą

ł a

Ŝ

 po 

rami

ę

 mi

ę

dzy przewody. 

Zataczał r

ę

k

ą

 niewielkie półkola, a koniec no

Ŝ

a płon

ą

ł bł

ę

kitnym 

Ŝ

arem. Potem si

ę

gn

ą

ł drug

ą

 dłoni

ą

 i wyj

ą

ł dwa kryształy, 

z wygl

ą

du podobne do innych. 

— Ju

Ŝ

 gotowe — powiedział. — Całe szcz

ęś

cie, 

Ŝ

e si

ę

 udało. 

— My

ś

lisz, 

Ŝ

e mogło to zagra

Ŝ

a

ć

 całej bazie? 

— Teoretycznie tak. Centralny mózg bazy steruje niemal wszystkimi agregatami bazy. 
— Ale jak ta zabawka... 
— Przede wszystkim po co? Komu to miało słu

Ŝ

y

ć

? A sama zabawka to jeden z bardziej skomplikowanych automatów, jaki 

widziałem w 

Ŝ

yciu. Je

Ŝ

eli jeszcze uwzgl

ę

dnimy niewielk

ą

 obj

ę

to

ść

 tego automatu i nie wykorzystan

ą

 przestrze

ń

, w której 

przechowywane były kryształy przed zainstalowaniem ich w mózgu bazy... — tu wskazał dłoni

ą

 na le

Ŝą

ce na posadzce 

niefbremne, szare bryły. 

— S

ą

dzisz, 

Ŝ

e kryształy te były przechowywane we wn

ę

trzu misia? 

— Sprawdziłem to. Gdy zainstalowany został pierwszy kryształ, nadany został pierwszy komunikat. 

background image

— A tre

ść

 drugiego komunikatu?... 

— „Cało

ś

ciowy transfer zrealizowany". 

— To znaczy, 

Ŝ

e nast

ę

pnych komunikatów ju

Ŝ

 by nie było. 

— Tak. Mi

ś

 bawiłby si

ę

 z twoim synem, a my nawet nie podejrzewaliby

ś

my, 

Ŝ

e centralny mózg naszej bazy pracuje w takt 

sekwencji sygnałów zmagazynowanych w obcych kryształach. 

— Dla kogo jednak przeznaczone były te komunikaty? 
— Tego jeszcze nie wiemy. Ale nie martw si

ę

. Odkryj

ą

 i to. Kilka milionów ludzi niczego innego nie robi w tej chwili prócz 

poszukiwania odbiorcy. Cała wideotronia pełna jest informacji o naszej bazie. 

— Nie ogl

ą

dałem. 

— 

ś

ałuj. Jeste

ś

 za bohatera, który obronił samotn

ą

 marsja

ń

sk

ą

 baz

ę

 przed naje

ź

d

ź

cami z Kosmosu. 

— Przesadzaj

ą

— Jak zawsze. O inwazji 2 Kosmosu nie mo

Ŝ

e tu by

ć

 mowy. Ten mi

ś

 to skomplikowany automat, lecz zwyczajny ziemski 

automat. 

— Jeste

ś

 pewien? 

— Najzupełniej. Cz

ęś

ciowo u

Ŝ

yte zostały nawet typowe układy produkowane seryjnie dla celów astronawigacji. 

— St

ą

d jego wiadomo

ś

ci z tej dziedziny... 

— Na pewno. Wiele wbudowanych informacji musiało pozosta

ć

 w tych kryształach, mimo 

Ŝ

e u

Ŝ

yte zostały w innym celu. 

Milczałem chwil

ę

. Nie wiedziałem, czy zapyta

ć

 go o to, lecz. w ko

ń

cu si

ę

 zdecydowałem. 

— Powiedz, Tan, ale jak on tutaj mógł si

ę

 dosta

ć

? Przecie

Ŝ

 to automat... 

— Zapominasz, Andrzeju, o swoim synu. On go tutaj wprowadził. Na tym polega ogromna przebiegło

ść

 twórcy tego pomysłu, na 

razie nie znanego jeszcze twórcy. Zanikn

ąć

 ten układ w dzieci

ę

c

ą

 zabawk

ę

. A dziecko to te

Ŝ

 człowiek. Odpowiednio 

zaaran

Ŝ

owana zabawa, przechodz

ą

 do centralnego mózgu bazy, twój syn podnosi pancerne pokrywy, a zabawka precyzyjnymi 

ruchami kierowanymi ze specjalnego programu wbudowuje pierwszy kryształ, nazwijmy go przystosowuj

ą

cym. Jego zadaniem 

jest przystosowanie nie znanego mózgu — w tym wypadku centralnego mózgu naszej bazy — do przyj

ę

cia wła

ś

ciwego 

kryształu informacyjnego. Musi on zosta

ć

 przej

ę

ty przez sie

ć

 mózgu tak, a

Ŝ

eby nie było w sygnalizacji 

Ŝ

adnych uszkodze

ń

— A potem? 
— Potem wbudowany zostaje w ten sam sposób kryształ informacyjny i mózg zaczyna działa

ć

 nieco inaczej. 

— Przebiegłe... — chciałem jeszcze co

ś

 powiedzie

ć

, ale wtedy wszedł Reno. 

— Ju

Ŝ

 wiemy, sk

ą

d si

ę

 wzi

ą

ł u nas mi

ś

 — powiedział. 

— Wykryli, kto to zrobił? 
— Sam si

ę

 zgłosił. 

— Kto? 
— Profesor Taropat. 
— Ten z Instytutu Psychiki Automatów? Przed laty słuchałem jego wykładów. Ale

Ŝ

 on musi mie

ć

 ju

Ŝ

 dzisiaj ze sto lat — 

powiedział Tan. 
— Osiemdziesi

ą

t kilka. Wycofał si

ę

 kilka lat temu z czynnego 

Ŝ

ycia naukowego i posiada własne małe laboratorium gdzie

ś

 w 

Australii. 
— Po co to zrobił? Reno wzruszył ramionami. 
— Podobno, 

Ŝ

eby wykaza

ć

 na przykładzie, 

Ŝ

e automaty mog

ą

 by

ć

 niebezpieczne, niebezpieczne dla ludzi... To jego obsesja, 

obsesja od lat... 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Zerowe rozwi

ą

zanie 

Łoskot, huk p

ę

kaj

ą

cych spoiw i zgrzyt rwanego pancerza — wszystko to ju

Ŝ

 min

ę

ło. Cisza, ta cisza, w któr

ą

 wsłuchiwała si

ę

 

Emi, była zwykł

ą

 ksi

ęŜ

ycow

ą

 cisz

ą

. Widziała twarz Korota wykrzywion

ą

 grymasem za przezroczyst

ą

 powłok

ą

 hełmu, twarz Nora 

pochylon

ą

 nisko nad stołem na tle ekranu zewn

ę

trznego, w którym o

ś

lepiaj

ą

co jasne skały rzucały wyjałowione ze szczegółów 

czarne cienie. Wiedziała, 

Ŝ

e oni równie

Ŝ

 czekaj

ą

, nasłuchuj

ą

c syku, ledwo słyszalnego syku uchodz

ą

cego na zewn

ą

trz 

powietrza. 

— Trzyma — powiedział wreszcie Korot. — Ta stara, zmurszała ksi

ęŜ

ycowa puszka od konserw jednak wytrzymała. - 

Gazoszczelne grodzie zwarły si

ę

 automatycznie po uderzeniu. 

— Nor wyprostował si

ę

 i spojrzał w ekran. — Nie uderzył wi

ę

c w sterowanie bazy. 

— S

ą

dzisz, 

Ŝ

e to był bolid? 

— Na zderzenie z Ziemi

ą

 to nie wygl

ą

dało. 

— No, a urz

ą

dzenia dezintegruj

ą

ce bazy, całe zabezpieczenie? Dezintegratory maj

ą

 zasi

ę

g setek metrów. 

— To był bolid, bolid — powtórzył raz jeszcze — nie 

Ŝą

da

ń

 drobny meteor, paruj

ą

cy w siłowym polu dezintegratora. 

— Ciekawe. Nie było przecie

Ŝ

 sygnału alarmu. — Korot wstał i zsun

ą

ł z głowy hełm. 

„To nie jest istotne — pomy

ś

lała Emi. — Przynajmniej nie w tej chwili". 

— Czy to istotne? — zapytała. — Sprawd

ź

my lepiej urz

ą

dzenia 

nadawcze. 
Teraz Nor spojrzał wprost na ni

ą

— Spójrz w ekran, Emi. Widzisz, tam za tym kamieniem? To głowica emitera nadawczego. A je

ś

li to był bolid, powinni go byli 

zaobserwowa

ć

 na satelitach pogotowia meteorowego i zbada

ć

 miejsce jego upadku. 

Wiedziała ju

Ŝ

: nie wywołaj

ą

 centrali i nie usłysz

ą

 przytłumionego głosu dy

Ŝ

uruj

ą

cego automatu. Spojrzała na Korota i 

zrozumiała, 

Ŝ

e on te

Ŝ

 w tej chwili dopiero spostrzegł wyłaman

ą

 głowic

ę

— I tak dobrze, 

Ŝ

e byli

ś

my tutaj — powiedziała pierwsza, zanim Korot zd

ąŜ

ył si

ę

 odezwa

ć

. — To dlatego, 

Ŝ

e mieli

ś

my 

wysłucha

ć

 audycji z centrali. Centrala wła

ś

ciwie dobiera czas audycji. — Starała si

ę

 u

ś

miechn

ąć

, ale oni tego nie zauwa

Ŝ

yli. 

— 

ś

e te

Ŝ

 musiał uderzy

ć

 w baz

ę

... — Korot kr

ąŜ

ył tam 

i z powrotem mi

ę

dzy nisz

ą

, gdzie wisiały pró

Ŝ

niowe skafandry, 

ś

cian

ą

 z matowo błyszcz

ą

cymi ekranami telewizyjnej ł

ą

czno

ś

ci 

z central

ą

. — Na Ziemi spaliłby si

ę

 w atmosferze dziesi

ą

tki kilometrów nad jej powierzchni

ą

... — Stan

ą

ł i spojrzał na nich. 

— Tak, ale prawdopodobie

ń

stwo trafienia w baz

ę

... — Emi urwała. 

— Prawdopodobie

ń

stwo... — Korot pochylił si

ę

 nad jej fotelem. — Nie masz w tej chwili wi

ę

kszych zmartwie

ń

? Zachowujesz 

si

ę

, jakby

ś

 siedziała jeszcze w audytorium w Akademii Kosmonautycznej na Ziemi. Tu jest Ksi

ęŜ

yc, rozumiesz. 

— Spokój, Korot, wiemy o tym — Nor nie odwrócił si

ę

 nawet i dalej patrzył na skały w ekranie. 

— Jak si

ę

 słucha tego wszystkiego... 

— Nie denerwuj si

ę

, Korot. W tym stanie zu

Ŝ

ywasz wi

ę

cej tlenu — patrzyła na niego, a

Ŝ

 wyprostował si

ę

 i odszedł, a potem 

spojrzała w ekran. „Nor te

Ŝ

 patrzy tam, na skały i tak jak ja ma nadziej

ę

, ale prawdopodobie

ń

stwo..." 

— Jest troch

ę

 duszno — powiedział Korot. 

— St

ęŜ

enie dwutlenku w

ę

gla podnosi si

ę

. — Nor pochylił si

ę

 nad przyrz

ą

dami. — Wska

ź

niki mam tutaj, ale regeneratory zostały 

po tamtej stronie. 

— Wszystko zostało po tamtej stronie, awaryjna radiostacja 
tak

Ŝ

e. 

„Awaryjna radiostacja jest w automatycznym rozrz

ą

dzie bazy. 

Rozrz

ą

d nie został zniszczony, bo uruchomił gazoszczelne 

grodzie. A wi

ę

c zniszczone zostało tylko przej

ś

cie i urz

ą

dzenia 

zewn

ę

trzne bazy". Emi wiedziała, 

Ŝ

e stało si

ę

 tak wła

ś

nie. 

— 

ś

e te

Ŝ

 musiał trafi

ć

 w przej

ś

cie. 

— Wolałby

ś

, Korot, 

Ŝ

eby trafił w kopuł

ę

? — Tym razem Nor 

patrzył wprost na Korota. 
„Wtedy nas by ju

Ŝ

 nie było" — pomy

ś

lała Emi. 

— Ile mamy jeszcze tlenu? — zapytała, bo nie chciała, aby Korot odpowiedział. 

— Tu na jakie

ś

 trzy godziny i jeszcze na sze

ść

 w pojemnikach skafandrów pró

Ŝ

niowych. 

— Znajd

ą

 nas? 

— W

ą

tpi

ę

... — Nor odpowiedział dopiero po chwili. 

— Wi

ę

c wyjd

ź

my na zewn

ą

trz. Chyba w tej komorze nie mamy nic do roboty. Tu s

ą

 tylko 

ś

luzy wyj

ś

ciowe i szafy ze skafandrami 

pró

Ŝ

niowymi. 

— Na to, Korot, mamy zawsze czas. 
„Nor ma racj

ę

 — pomy

ś

lała Emi — straciliby

ś

my powietrze, 

to powietrze, którym jeszcze oddychamy". 
— Ale na zewn

ą

trz mogliby

ś

my wystrzeli

ć

 race, wzywa

ć

 pomocy przez nadajniki naszych skafandrów. — Korot mówił coraz 

gło

ś

niej. 

background image

— Jeste

ś

my na niewidocznej z Ziemi stronie Ksi

ęŜ

yca. Tu ruchu rakiet praktycznie nie ma. — Nor podkre

ś

lał w 

charakterystyczny dla niego sposób ko

ń

cówki wyrazów. — Tak wi

ę

c prawdopodobie

ń

stwo, by ktokolwiek odebrał nasze słabe 

sygnały z nadajników skafandrów, jest znikomo małe. 

— Zaczynasz tak jak Emi. Prawdopodobie

ń

stwo. Có

Ŝ

 mnie obchodzi prawdopodobie

ń

stwo. Siedz

ą

c tutaj tracimy tylko tlen! 

— A sygnały 

ś

wietlne — Nor nie zmienił tonu — sygnały 

ś

wietlne byłyby po prostu niedostrzegalne. Jeste

ś

my po o

ś

wietlonej 

stronie Ksi

ęŜ

yca. „Ma racj

ę

" — pomy

ś

lała Emi. 

— Nor ma racj

ę

 — powiedziała. 

Korot zatrzymał si

ę

, siadł w fotelu i zapytał cicho: 

— Wi

ę

c co robimy? — A po chwili dodał: — W przyszłym tygodniu miałem by

ć

 na seminarium w bazie centralnej. 

— Mo

Ŝ

e b

ę

dziesz — powiedziała Emi. — Mamy pewne szans

ę

— Ale mamy równ

ą

 szans

ę

 na zostanie tutaj. Słyszysz! „Rozkleił si

ę

 — pomy

ś

lała. — Rozkleił si

ę

 jak pierwszoroczniak w 

kabinie ciszy". 

— Kosmonauci nie mówi

ą

 bzdur — powiedziała gło

ś

no. 

— W Akademii Kosmonautycznej nie uczono ci

ę

 takich rzeczy, Korot. Ju

Ŝ

 od czasów Gagarina wiadomo, 

Ŝ

e najistotniejsz

ą

 

cech

ą

 kosmonauty jest opanowanie. 

— Daj spokój, Emi. Przemawiasz jak stary Zodiak na wykładzie. Tu nie Akademia. 
— W tym rzecz, praktykancie Korot. To ju

Ŝ

 nie Akademia i nie ma si

ę

 co wygłupia

ć

. Przedstawienie mo

Ŝ

esz urz

ą

dza

ć

 na Ziemi 

w rodzinnym gronie. Jasne? „Mówi

ę

 za gło

ś

no, stanowczo za gło

ś

no — pomy

ś

lała równocze

ś

nie. — A Korot nie b

ę

dzie robił 

cyrku w rodzinnym gronie. Ma na to małe szans

ę

. Ja tak

Ŝ

e. Pewnie teraz na Ziemi jest wieczór i matka zmywa talerze po 

kolacji. Okno w kuchni wychodzi na rzek

ę

, a nad rzek

ą

 wisi sierp ksi

ęŜ

yca. — Widzisz, Dei, tam jest twoja siostra Emi — mówi 

matka. A tu jest duszno. Ciekawe, jak z tlenem?" 

— Jak z tlenem? 
Nor nie odpowiedział. Patrzył w ekran. 
Patrzy zbyt uwa

Ŝ

nie, tak jakby rzeczywi

ś

cie mógł tam zobaczy

ć

 co

ś

 

jeszcze oprócz skał, gwiazd i czarnego, kosmicznego nieba. 
— Chod

ź

cie tutaj, szybko! — Nor patrzył nadal w ekran. Korot był pierwszy, a Emi stan

ę

ła za nimi. 

— Wydaje mi si

ę

Ŝ

e co

ś

 tam widz

ę

, na tle tej wielkiej skały... Porusza si

ę

„Nic nie widz

ę

 — pomy

ś

lała Emi. — Tam jest tylko skała i jej cie

ń

". 

— O tam, z lewej strony... To chyba pojazd g

ą

sienicowy. 

— Aha, widz

ę

!... widz

ę

!... — Korot krzyczał. 

Teraz Emi widziała go tak

Ŝ

e. Min

ą

ł den iglicy skalnej i pełzł 

w

ś

ród z rzadka rozrzuconych głazów. 

— Dok

ą

d on jedzie? 

— Przypuszczam, 

Ŝ

e to automatyczny pojazd z obsługi sieci selenofizycznej — powiedział Nor. 

— Zatrzymamy go. On si

ę

 tu zbli

Ŝ

a... 

Patrzyli przez chwil

ę

 w milczeniu w ekran. Metalowy 

Ŝ

uk 

wypełzł teraz z cienia i sun

ą

ł przez nasłonecznion

ą

 płyt

ę

 skaln

ą

— Nie, mylisz si

ę

, Korot. On omija baz

ę

 szlakiem pod skałami. — Nor odwrócił si

ę

 od ekranu i spojrzał na nich. 

— Te automaty — Emi mówiła wolno — odpowiadaj

ą

 na wywołanie na fonii. 

— Kto je tam wie — Korot wzruszył ramionami. 
— Odpowiadaj

ą

. Pami

ę

tam. Ty pewnie latałe

ś

 wirolotem, zamiast siedzie

ć

 na zaj

ę

ciach. 

— Wszystko jedno. Lepiej chod

ź

my na zewn

ą

trz. Trzeba jako

ś

 

zatrzyma

ć

 ten automat. — Korot chwycił hełm i zacisn

ą

ł 

uszczelniacze. 
„Pojazd odjedzie — pomy

ś

lała Emi — znajdzie si

ę

 poza 

zasi

ę

giem naszych nadajników i nie zatrzymamy go". 

— Chod

ź

my, Nor — powiedziała. 

— Nie wszyscy. Ja id

ę

, wy zostajecie. 

— Dlaczego? Ja tak

Ŝ

e id

ę

! — Korot stał ju

Ŝ

 przy wej

ś

ciu do 

ś

luzy zewn

ę

trznej. 

— Zostajesz. Nie jeste

ś

 tam potrzebny. 

— A ty? 
— Ja przynajmniej wiem, jak działa ten automat. Zreszt

ą

 zasad

ą

 jest, 

Ŝ

e jak najmniej ludzi powinno opuszcza

ć

 baz

ę

— Zostajesz, Korot. Nor ma racj

ę

 — rzekła Emi i pomy

ś

lała, 

Ŝ

e mogłaby zosta

ć

 sama w ciszy zniszczonej ksi

ęŜ

ycowej bazy. 

Korot stan

ą

ł niezdecydowany. 

— Podaj mi przewód, Emi — powiedział Nor. — Zostawi

ę

 na zewn

ą

trz radiostacj

ę

, po prostu jeszcze jeden hełm od skafandra, 

w który jest wbudowana, i b

ę

dziemy si

ę

 mogli porozumiewa

ć

... Pomó

Ŝ

 mi wło

Ŝ

y

ć

 skafander, Korot. Nor w bazie nigdy nie 

wkładał skafandra, na

ś

laduj

ą

c starych kosmonautów, wierz

ą

cych w swe przeznaczenie i szcz

ęś

cie. „Gdyby gazoszczelne 

grodzie nie wytrzymały, nie 

Ŝ

yłby ju

Ŝ

" — pomy

ś

lała Emi. 

— Jeszcze hełm — Nor zacisn

ą

ł uszczelniacze, podniósł hełm z radiostacj

ą

 i wyszedł do 

ś

luz. Trzasn

ę

ły grodzie wyj

ś

ciowe, a 

potem słyszała jeszcze uderzenia ci

ęŜ

kich pró

Ŝ

niowych butów o pancern

ą

 wykładzin

ę

 

ś

luz. 

background image

— Nie ma, w ekranie go nie ma — powiedział Korot. — Co on si

ę

 tak guzdrze? 

— Pewnie otwiera 

ś

luzy. 

— Nie zd

ąŜ

y. Ten automat odjedzie i Nor nie dogoni go... No nareszcie, wyszedł. 

Emi patrzała na sylwetk

ę

 w skafandrze, sun

ą

c

ą

 wielometrowymi skokami naprzód, odrywaj

ą

c

ą

 si

ę

 za ka

Ŝ

dym razem od swego 

cienia czerniej

ą

cego wydłu

Ŝ

on

ą

, zdeformowan

ą

 projekcj

ą

 na skałach. Nastroiła odbiornik i słyszała w nim 

ś

wiszcz

ą

cy oddech 

Nora. 

— Stacja automatyczna... stacja automatyczna!... — wołał Nor. „Woła, gdy jest w wierzchołku tej paraboli, któr

ą

 zakre

ś

la jego 

hełm przy ka

Ŝ

dym skoku — pomy

ś

lała Emi. — Wtedy mi

ę

dzy nim a odbiornikiem stacji nie ma skał". Stacja odezwała si

ę

 po 

trzecim wywołaniu. 

— Tu czwarta stacja południowo-wschodniego odcinka sieci selenofizycznej, na odbiorze. — Urz

ą

dzenia głosotwórcze 

automatu były prymitywne i głos był zniekształcony, płaski. 

— Wykonaj „Stop", wykonaj „Stop", wykonaj „Stop"... — Nor biegł i monotonnie powtarzał wezwanie. 

— Zatrzymał si

ę

— Nie wiem, automat jest do

ść

 daleko — odpowiedział 

Korot i nadal patrzył w ekran. — Tak, stan

ą

ł. Stan

ą

ł! Teraz 

widz

ę

 wyra

ź

nie. 

Nor te

Ŝ

 to spostrzegł i teraz szedł ju

Ŝ

„Jest do

ść

 daleko i wygl

ą

da jak mała poruszaj

ą

ca si

ę

 skałka — 

pomy

ś

lała Emi. — Dojdzie do automatu, nada wezwanie 

pomocy". 
— Nada wezwanie pomocy i zabior

ą

 nas st

ą

d — powiedziała. 

— I po co były te wszystkie historie? 
— Sk

ą

d mogli

ś

my wiedzie

ć

Ŝ

e zaraz zjawi si

ę

 jaki

ś

 automat. 

— Kosmonauci powinni byli wzi

ąć

 t

ę

 mo

Ŝ

liwo

ść

 pod uwag

ę

— Tak, kosmonauta zawsze wszystko powinien. — Korot roze

ś

miał si

ę

. — Zupełnie jakbym rozmawiał z Zodiakiem. 

— Nie 

Ŝ

artuj. Zodiak był łysy i wy

Ŝ

szy ode mnie o głow

ę

— Ale poza tym jeste

ś

cie łudz

ą

co podobni. 

— Lepiej zobacz, co z Norem — powiedziała Emi i była zła. 
— Rzeczywi

ś

cie, grzebie si

ę

 co

ś

 długo przy tym automacie. — Korot podszedł do mikrofonu. — Nor, czy mnie słyszysz? Jak 

tam u ciebie? 
— Złe — Nor nie powiedział nic wi

ę

cej. 

— Ca 

ź

le? 

— Co si

ę

 stało. Nor? — Emi wyrwała Korotowi mikrofon. 

— Główny nadajnik automatu uszkodzony. 
— Ładna historia... Nie mo

Ŝ

esz nadawa

ć

— Nie. 
— Naprawiasz? 
— Sprawdzałem wła

ś

nie, ale w

ą

tpi

ę

, czy mi si

ę

 to uda. Ten automat spadł gdzie

ś

 ze skał. Cały bok ma wgnieciony, uszkodzone 

zespoły nadawcze. 
— A wi

ę

c siedzimy i zdechniemy tutaj! — Korot rzucił si

ę

 na 

fotel, a

Ŝ

 gwizdn

ę

ły amortyzatory. 

„I nic z tego. Automat zepsuty, baza rozbita i cisza, cisza 
w odbiorniku, cisza w pró

Ŝ

ni, ksi

ęŜ

ycowa przekl

ę

ta cisza" — 

pomy

ś

lała Emi i chciało jej si

ę

 płaka

ć

. Ale przypomniała sobie, 

Ŝ

e jest kosmonautk

ą

, i zapytała tylko: 

— Wi

ę

c co zrobisz? Co zrobimy, Nor? 

— Czekaj. Musz

ę

 go dokładnie obejrze

ć

— Duszno mi — powiedział Korot. 
— Sprawd

ź

 st

ęŜ

enie dwutlenku w

ę

gla... Albo nie, nie sprawdzaj. To i tak niczego nie zmieni. 

— Nie, tu nic nie naprawi

ę

. — Nor odezwał si

ę

 wreszcie. 

— I co dalej? 
Nor milczał chwil

ę

, a potem powiedział: 

— My

ś

l

ę

Ŝ

e poprowadz

ę

 ten automat do najbli

Ŝ

szej stacji automatycznej. 

— Ale

Ŝ

 to kilkana

ś

cie godzin drogi. Nie wystarczy na to tlenu ani tobie, ani nam. To nie jest rozwi

ą

zanie, Nor. 

— Pojad

ę

, Emi, na przełaj, a nie zwykł

ą

 drog

ą

 automatu. 

— Zabł

ą

dzisz! 

— Nie ma obawy. Jest ksi

ęŜ

ycowy dzie

ń

, a ja mam mapy. „Całe szcz

ęś

cie, 

Ŝ

e ksi

ęŜ

ycowe mapy s

ą

 tak dokładne — pomy

ś

lała 

Emi. — Na Ziemi nie przejechałby przez te wszystkie przeł

ę

cze, kieruj

ą

c si

ę

 tylko podług mapy. Ale tu s

ą

 i urwiska". 

— Urwisk nie ominiesz. To nie jest bezpieczne — powiedziała. 
— A widzisz inne wyj

ś

cie? — odezwał si

ę

 z tyłu z fotela Korot. 

— Ale dlaczego... dlaczego ty. Nor? 
— Bo jestem ju

Ŝ

 na zewn

ą

trz. Wyj

ś

cie ka

Ŝ

dego z was to nowa strata tlenu z bazy. 

— Logiczne — mrukn

ą

ł Korot. 

— Ale niesprawiedliwe! Chyba zdajesz sobie spraw

ę

, na co on 

si

ę

 nara

Ŝ

a. 

background image

— Dajcie spokój dyskusjom. B

ę

d

ę

 si

ę

 starał utrzyma

ć

 z wami ł

ą

czno

ść

, przynajmniej tak długo, dopóki si

ę

 to uda. 

— 

ś

yczymy ci wi

ę

c powodzenia — powiedział Korot. 

— Powiedziałby

ś

, jak w budzie: „złam kark", ale boisz si

ę

Ŝ

mog

ę

 to potraktowa

ć

 zbyt dosłownie. 

Emi słyszała obcy 

ś

miech Nora, zniekształcony przez 

mikrofon. „A mo

Ŝ

e on si

ę

 rzeczywi

ś

cie tak 

ś

mieje?'" — 

pomy

ś

lała. 

Korot wstał i podszedł do ekranu. 
— Ju

Ŝ

 odjechał. Pojechał wprost ku górom — powiedział. 

— Widzisz go jeszcze? 
— Znikn

ą

ł ju

Ŝ

 za skałami. 

Nie patrzyła w ekran ani na mrugaj

ą

ce czerwonym 

ś

wiatłem alarmu wska

ź

niki st

ęŜ

enia dwutlenku w

ę

gla. 

— No, słyszysz mnie? — zapytała. 
— Słysz

ę

 ci

ę

 doskonale — odpowied

ź

 nadeszła natychmiast. — Przede mn

ą

 jeszcze kawałek równiny, a potem góry. Je

Ŝ

eli mi 

si

ę

 uda, za trzy godziny powinienem dotrze

ć

 do automatycznej stacji. Wywołaj mnie za chwil

ę

. Nie chc

ę

 wyczerpywa

ć

 

akumulatorów. 

— Trzy godziny i godzina, zanim nadejdzie pomoc — rzekł Korot. — Je

Ŝ

eli w ogóle nadejdzie. „Tak, on ma racj

ę

, je

Ŝ

eli w ogóle 

nadejdzie. Te góry, białe płon

ą

ce w sło

ń

cu szczyty i czer

ń

 dolin, której nie rozpraszaj

ą

 

Ŝ

ółte 

ś

wiatła pojazdu". 

— Boj

ę

 si

ę

 o niego — powiedziała. — Jeste

ś

 przecie

Ŝ

 selenist

ą

. Chodziłe

ś

 w ksi

ęŜ

ycowe góry. Pami

ę

tasz te przepa

ś

cie i 

w

ą

skie półki skalne, głazy bezszelestnie spadaj

ą

ce z góry, str

ą

cane najl

Ŝ

ejszym wstrz

ą

sem... On nie przejedzie przez te góry. 

— No, to zostawi automat i pójdzie pieszo. 
— Nie zostawi. Znam go. B

ę

dzie próbował przejecha

ć

. Pieszo nie osi

ą

gnie stacji za trzy godziny. 

— Mo

Ŝ

e spotka jaki

ś

 automat. 

— Tam, w górach? Przecie

Ŝ

 w góry nawet automaty sieci 

selenofizycznej nie docieraj

ą

Korot nie odpowiedział. 
„On te

Ŝ

 nie wierzy, 

Ŝ

e si

ę

 Norowi uda — pomy

ś

lała — a mo

Ŝ

po prostu nie zastanawiał si

ę

 jeszcze nad tym". 

Odczekała jeszcze chwil

ę

, a potem wywołała Nora. 

— Słysz

ę

 ci

ę

. Wje

Ŝ

d

Ŝ

am pod gór

ę

Odbiór był zniekształcony, tak 

Ŝ

e Emi z trudno

ś

ci

ą

 rozró

Ŝ

niała 

poszczególne słowa. 
— Gdy wjad

ę

 wy

Ŝ

ej i skały nie b

ę

d

ą

 przesłania

ć

 bazy, usłyszysz mnie wyra

ź

niej. Musz

ę

 uwa

Ŝ

a

ć

, teren jest do

ść

 nierówny. 

— Mo

Ŝ

e zostaw automat i spróbuj przej

ść

 pieszo. 

— Nie, Emi, nie jest tak 

ź

le. Zwykłe nierówno

ś

ci, troch

ę

 skał. 

— A jak dalej? 
— Nie wiem. Do przeł

ę

czy jeszcze daleko... — urwał nagle. 

— Co

ś

 si

ę

 stało? 

— Tak. Widz

ę

 rakiet

ę

. Zbli

Ŝ

a si

ę

Chciała co

ś

 odpowiedzie

ć

, ale Korot odepchn

ą

ł j

ą

 od mikrofonu. 

— Wołaj j

ą

! Wystrzel rac

ę

! Słyszysz! — krzyczał. 

— Tu... — Nor urwał raptownie. Emi usłyszała jeszcze tylko 
przenikliwy chrobot. 
„A wi

ę

c stało si

ę

" — pomy

ś

lała Emi. 

— Nadawaj! — ryczał Korot. 
„Nie, on si

ę

 nie odezwie" — teraz Emi była ju

Ŝ

 pewna. 

— Nor, odezwij si

ę

. Nor! Nor, słyszysz?! — powtarzał Korot. 

— Co on tam robi ? Chyba nic mu si

ę

 nie stało ? 

— Automat. Wezwij automat na fonii — powiedziała Emi. 
— Stacja automatyczna... Stacja automatyczna... Czy mnie słyszysz? — wołał teraz Korot. 

Odpowied

ź

 nadeszła po chwili, krótkiej chwili. 

— ...tu czwart... sta

ć

... tu... czwart... sta

ć

... tu... czwart... sta

ć

... Korot znieruchomiał pochylony nad mikrofonem. „On te

Ŝ

 

zrozumiał" — pomy

ś

lała. Automat powtarzał. 

— ...tu czwart... sta

ć

... tu... czwart... sta

ć

... 

— Spadł w przepa

ść

 — powiedziała. — On zgin

ą

ł! 

— Wycisz, wycisz ten automat. Patrzyła bezmy

ś

lnie przed siebie. 

— A mo

Ŝ

e... mo

Ŝ

e tytko stracił przytomno

ść

 i nie mo

Ŝ

emy mu pomóc — odruchowo zmniejszyła wzmocnienie i automat umilkł. 

— Nie wywołał rakiety i teraz nie mamy ju

Ŝ

 

Ŝ

adnych 'szans... 

Ŝ

adnych... Tlen si

ę

 ju

Ŝ

 ko

ń

czy. 

„Talk, musz

ę

 to zrobi

ć

. Zrobi

ę

 to... Zreszt

ą

 i tak wszystko jedno..." — Emi wstała i si

ę

gn

ę

ła po hełm. 

— Dok

ą

d idziesz? — Korot mówił teraz cicho. 

— Po niego. Trafi

ę

 

ś

ladami g

ą

sienic. 

— Prosz

ę

 pozosta

ć

 w bazie. Ju

Ŝ

 do

ść

 tych nieprzemy

ś

lanych decyzji... — To nie był głos Korota. 

background image

Fotele były mi

ę

kkie, gł

ę

bokie, takie jak w rakietach dalekiego zasi

ę

gu. Siedz

ą

cy w nich m

ęŜ

czy

ź

ni nie mieli skafandrów, bo 

baza była wielka, bezpieczna, gł

ę

boko osadzona w skałach i bardziej przypominała małe miasto ni

Ŝ

 ksi

ęŜ

ycow

ą

 baz

ę

. Obok 

nich na stoliku stał podr

ę

czny mnemotron i bli

Ŝ

ej siedz

ą

cy m

ęŜ

czyzna jednym ruchem wygasił jego ekran. 

— To wszystko, Iv — powiedział. 
— A co si

ę

 dalej stało? 

— Zabrali

ś

my ich. 

— I to maj

ą

 by

ć

 kosmonauci... — Iv pokiwał głowa i nadpił łyk kawy ze stoj

ą

cej obok fili

Ŝ

anki. — I pomysł tej dziewczyny... 

— Trzeba j

ą

 zrozumie

ć

. To był dla niej szok. 

— Zgoda, ale gdyby to wszystko naprawd

ę

 im si

ę

 przydarzyło? 

— Zgin

ę

liby. Kosmonauci czasem gin

ą

. Milczeli chwil

ę

, a potem Iv znowu zapytał: 

— A ten drugi, Korot. Dlaczego on nic nie wymy

ś

lił? 

— To poczciwy chłopak, ale na Akademii nigdy nie błyszczał. 
— To go nie tłumaczy. Aha, Got, przypominam sobie w tej chwili, czy ten Zodiak, którego wspominali, to ty? 

— Mhm... Ka

Ŝ

dy u nas w Akademii ma jakie

ś

 przezwisko. Ja akurat takie. Uwa

Ŝ

asz, 

Ŝ

e złe? 

— Nie, zupełnie gustowne. Bywaj

ą

 gorsze. 

— No, ale wracaj

ą

c do rzeczy. Co z tym fantem zrobimy? 

— Ich sprawa jest jasna. Ale co z Norem? Odwa

Ŝ

ny chłopak. 

— Odwa

Ŝ

ny — Got wzruszył ramionami — ale odwaga to nie wszystko, przynajmniej nie u kosmonauty. Na szcz

ęś

cie nic 

powa

Ŝ

nego mu si

ę

 nie stało. Stracił przytomno

ść

, a teraz ma nog

ę

 w gipsie. Proponuj

ę

 potraktowa

ć

 cał

ą

 trójk

ę

 jednakowo. 

— Zgoda. 
Got nacisn

ą

ł klawisz. 

— Emi, Korot i Nor wzywani s

ą

 przez komisj

ę

 egzaminacyjn

ą

 

— ogłosił na korytarzu automat. 
Weszli i siedli rz

ę

dem na przygotowanych krzesłach. 

— Witajcie — powiedział Got. — Ciesz

ę

 si

ę

Ŝ

e was widz

ę

. No có

Ŝ

, jak 2 twoj

ą

 nog

ą

, Nor? Chodzisz jeszcze z trudno

ś

ci

ą

Pociesz si

ę

Ŝ

e z automatem gorzej. Poszedł na złom. Tobie si

ę

 udało... A wracaj

ą

c do waszego egzaminu, musz

ę

 wam 

powiedzie

ć

Ŝ

e wasi koledzy rozwi

ą

zywali t

ę

 sytuacj

ę

 na ogół lepiej... Mówi

ę

: na ogół... Chciałbym tutaj wspomnie

ć

 o 

najciekawszych rozwi

ą

zaniach sytuacji, któr

ą

 dla was wyre

Ŝ

yserowali

ś

my, rozwi

ą

zaniach waszych kolegów... Pierwsza grupa 

rozwi

ą

za

ń

 to próby dotarcia do wn

ę

trza bazy do radiostacji awaryjnej. Grupa Roanda zrzuciła na pancerz bazy skał

ę

 ze stoku 

góry, o któr

ą

 opiera si

ę

 baza. Przez powstały otwór w pancerzu dotarli do 

ś

rodka. Grupa Toza natomiast odblokowała korytarz 

u

Ŝ

ywaj

ą

c jako materiału wybuchowego ładunków rac 

ś

wietlnych i płynnego tlenu z butli skafandrów. 

— To nawet proste — Nor powiedział cicho. 
— Proste, gdy ju

Ŝ

 zostało wymy

ś

lone. Zaoszcz

ę

dzili

ś

cie nam, co prawda, naprawiania bazy, lecz nie przynosi wam to 

zaszczytu. Druga grupa rozwi

ą

za

ń

 dotyczy pojazdu automatycznego, który był zawsze wysyłany, oczywi

ś

cie z zepsut

ą

 

radiostacj

ą

— Nor go chyba wykorzystał — Emi powiedziała to gło

ś

no 

i spojrzała na Gota wyczekuj

ą

co. 

Got u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 samymi k

ą

cikami ust. 

— Wykorzystał, ale nie w najwła

ś

ciwszy sposób. Jak słusznie zauwa

Ŝ

yła

ś

, Emi, jeszcze tam w bazie, prawdopodobie

ń

stwo, 

słyszysz, Korot — tu spojrzał na Korota — prawdopodobie

ń

stwo przedarcia si

ę

 na nim przez góry praktycznie nie istniało. 

— No, ta co z nim robi

ć

? — zapytał Korot. 

— Grupa Watary wyzyskała jego stos atomowy wywołuj

ą

c niewielki wybuch termoj

ą

drowy. Został on zreszt

ą

 zarejestrowany na 

trzeciej cz

ęś

ci powierzchni Ksi

ęŜ

yca i oprócz naszych rakiet zleciała 'si

ę

 tam cała chmara 'innych z ró

Ŝ

nych stron. Najcz

ę

stsza 

s

ą

 jednak próby staranowania pancerza bazy pojazdem i dotarcia w ten sposób do jej wn

ę

trza. To si

ę

 nie zawsze udaje, ale 

takie rozwi

ą

zanie uznajemy za wystarczaj

ą

ce. Pozostaje jeszcze jedna grupa, grupa zerowa rozwi

ą

za

ń

. Do niej nale

Ŝą

 te 

rozwi

ą

zania, które nie zawieraj

ą

 w sobie nic konstruktywnego, wasze równie

Ŝ

. Przykro mi, ale komisja uznała, 

Ŝ

e wasza trójka 

nie zdała egzaminu. 

— Gdyby si

ę

 to wam naprawd

ę

 przytrafiło, nie wyszliby

ś

cie z tego z 

Ŝ

yciem — dodał Iv. 

— Nie dostaniecie wi

ę

c dyplomu Akademii Kosmonautycznej. Wy

ś

lemy was na dalsz

ą

 praktyk

ę

 na ksi

ęŜ

yce Jowisza. 

— I tam zrobicie nam egzamin? 
— Tak. I mam nadziej

ę

Ŝ

e tym razem wasze rozwi

ą

zanie nie b

ę

dzie zerowe. Có

Ŝ

, w przeciwnym razie nie b

ę

dziecie 

kosmonautami, nigdy! W kosmosie nie mo

Ŝ

na si

ę

 w ogóle myli

ć

. Ka

Ŝ

da pomyłka jest ostatnia. Na egzaminie mo

Ŝ

na si

ę

 myli

ć

 

raz, jeden raz. 

 

 

 

 

 

 

background image

Włókno Claperiusa 

— Czas ju

Ŝ

 na mnie — powiedziała Anna. Siedzieli przy niskim stoliku w pokoju Karola. Był półmrok, bo Karol nie zapalił 

górnego 

ś

wiatła i tylko mała lampka na bibliotece o

ś

wietlała ksi

ąŜ

ki i stół kre

ś

larski zajmuj

ą

cy róg pokoju. Nie zaci

ą

gn

ą

ł równie

Ŝ

 

zasłon i zanim Anna to powiedziała, patrzył na ksi

ęŜ

yc 

ś

wiec

ą

cy pełni

ą

 poprzez anteny telewizyjne na dachu s

ą

siedniego 

domu. 

— Posied

ź

 jeszcze — powiedział i pomy

ś

lał, 

Ŝ

e jest zbyt wcze

ś

nie, by zosta

ć

 samemu w ten sobotni, majowy wieczór. 

— Jutro te

Ŝ

 jest dzie

ń

 — Anna wstała. 

— Nawet niedziela. Powiedz lepiej, dok

ą

d jedziemy? 

— W niedziel

ę

— W niedziel

ę

. Dlaczego si

ę

 dziwisz? 

— Nie, nie dziwi

ę

 si

ę

. Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e pojedziemy. Gdzie

ś

 nad wod

ę

. Tam gdzie nie ma ludzi — zebrała fili

Ŝ

anki po kawie i 

zaniosła je do kuchni. 

— Znasz jeszcze takie miejsce w dzisiejszych czasach, Anno? 
— Nie narzekaj. To s

ą

 pi

ę

kne czasy. Na przykład wasze miasto. Ulice z szerokimi chodnikami, jezdnie pełne samochodów i te 

tramwaje. Sun

ą

 tak wolno, jak... jak... 

— „Wasze miasto" — to co

ś

 nowego. Znowu zaczynasz dziwaczy

ć

, Anno. Czasami mówisz takie dziwne rzeczy. 

— Wydaje ci si

ę

. Po prostu taka ju

Ŝ

 jestem. Tramwaje... A konne tramwaje pami

ę

tasz? 

— 

Ś

mieszna jeste

ś

. Sk

ą

d mog

ę

 pami

ę

ta

ć

 konne tramwaje. Ty ich przecie

Ŝ

 te

Ŝ

 nie pami

ę

tasz. — Karol wstał, wł

ą

czył górne 

ś

wiatło i starannie zasun

ą

ł zasłony. 

— Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e nie pami

ę

tam, widziałam tylko na rysunkach... Miały takie 

ś

mieszne dzwonki ze sznurkiem. — Słyszał, jak 

myje fili

Ŝ

anki pod kranem. 

— Nie wiem, jakie dzwonki miały konne tramwaje, i szczerze mówi

ą

c, nie bardzo mnie to obchodzi. — Był zły, bo wiedział, ze 

za chwil

ę

 zostanie sam, teraz gdy w kinach ko

ń

czyły si

ę

 ostatnie seanse, a przed nadej

ś

ciem godzin nocnej taryfy taksówkarze 

zaje

Ŝ

d

Ŝ

ali na kaw

ę

 do kawiarenki naprzeciwko. 

— Nie gniewaj si

ę

, Karolu. Nie b

ę

d

ę

 dziwaczy

ć

. Koniec! Ale i

ść

 ju

Ŝ

 musz

ę

... — Anna wyj

ę

ła z torebki grzebie

ń

 i przeczesała 

włosy. 
— Znowu zostawiasz mnie samego na cały wieczór? — powiedział to zupełnie spokojnie, ale Anna spojrzała na niego uwa

Ŝ

nie. 

— Tak czasem bywa — powiedziała. — No, do zobaczenia. Nie odpowiedział. Nie patrzył na ni

ą

. Stała chwil

ę

 bez ruchu, a 

potem trzasn

ę

ły drzwi. Wyszła! Poderwał si

ę

 z fotela, chwil

ę

 mocował si

ę

 2 zamkiem, który 

si

ę

 znowu zad

ą

ł, a kiedy oworzył drzwi — nie zobaczył ju

Ŝ

 

Anny. 
— Anno — krzykn

ą

ł — o której ci

ę

 zobacz

ę

 jutro?! Słys

Ŝ

ys^?; 

Nasłuchiwał jeszcze chwil

ę

, a potem pobiegł schodami w dól^ przeskakuj

ą

c po dwa stopnie naraz, tak jak kiedy

ś

 si

ę

 tego 

nauczył, gdy był jeszcze chłopcem. W bramie stał dozorca domu i palił krótk

ą

, mał

ą

 fajeczk

ę

— Nogi pan kiedy

ś

 połamie... — zauwa

Ŝ

ył. 

— W któr

ą

 stron

ę

 poszła? Słyszy pan. 

— Kto? — dozorca przyjrzał mu si

ę

 uwa

Ŝ

nie. 

— Kobieta. Wychodziła przed chwil

ą

— Nikt, panie Topolak, st

ą

d nie wychodził. Stoj

ę

 w bramie, ju

Ŝ

 b

ę

dzie dobre pi

ęć

 minut. 

— Ale

Ŝ

 przed chwil

ą

... Nie widział pan? 

— Nie to, 

Ŝ

ebym miał nie widzie

ć

. T

ę

dy nikt nie wychodził. Karol min

ą

ł go i pobiegł w stron

ę

 przystanku tramwajowego. Na ulicy 

był tłok. Sobotnie pary wolno spacerowały. Karol przepychał si

ę

 mi

ę

dzy nimi, tu

Ŝ

 koło kraw

ęŜ

nika, bo tam było lu

ź

niej. Nagle 

uderzył w kogo

ś

. Usłyszał brz

ę

k rozsypuj

ą

cych si

ę

 drobiazgów. To była dziewczyna. 

— Przepraszam bardzo. Zaraz pomog

ę

 pani to zebra

ć

. Patrzyła na niego przez chwil

ę

, a potem schyliła si

ę

 i bez po

ś

piechu 

zacz

ę

ła wkłada

ć

 do torebki rozsypane drobiazgi. 

— Jest mi naprawd

ę

 bardzo przykro — pomagał jej i starał si

ę

 to robi

ć

 jak najszybciej. Nagle tu

Ŝ

 za sob

ą

 usłyszał samochód. 

Odwrócił si

ę

. Obok przy kraw

ęŜ

niku zatrzymała si

ę

 niewielka furgonetka. Dziewczyna podeszła do tylnych drzwi samochody i 

otworzyła je. Wchodziła ju

Ŝ

 do 

ś

rodka, gdy Karol spostrzega 

Ŝ

e trzyma w r

ę

ce jej chusteczk

ę

— Halo, pani chusteczka! — zawołał i wskoczył za dziewczyn

ą

. Słyszał, 

Ŝ

e drzwi trzasn

ę

ły za nim, mimo i

Ŝ

 nie zamykał ich. 

— Wskoczyłem za pani

ą

Ŝ

eby to odda

ć

. Nie odpowiedziała. Stała nieruchomo. I wtedy Karol usłyszał buczenie, pocz

ą

tkowo 

niskie, potem coraz wy

Ŝ

sze, urywaj

ą

ce si

ę

 gdzie

ś

 w ultrad

ź

wi

ę

kach. To nie był silnik samochodu. Rozejrzał si

ę

 wokół. Okien nie 

było. Zamiast nich zobaczył ekrany i jałne

ś

 nie znane mu urz

ą

dzenie o

ś

wietlone nikł

ą

, zielon

ą

 po

ś

wiat

ą

— Dziwny ten mikrobus. To telewizja? Nagle obok siebie zobaczył m

ęŜ

czyzn

ę

— Nie odpowie ci. Przecie

Ŝ

 si

ę

 wył

ą

czył — powiedział tamten. 

— Te nowe automaty s

ą

 nic niewarte. Stare wytrzymywały przerzuty do tysi

ą

ca lat. Te wyka

ń

czaj

ą

 si

ę

 ju

Ŝ

 na półwiecznych 

odcinkach. A ten ma jeszcze jak

ąś

 awari

ę

. Zaraz wezm

ę

 narz

ę

dzia. Pewnie znów przebicie na transkontaktorze. Uwalam, 

Ŝ

powinni je wycofa

ć

. Uszkodzenia i uszkodzenia. Całe 

background image

szcz

ęś

cie, 

Ŝ

e nie doszło jeszcze do wypadku. — Przerwał na chwil

ę

 i zapalił mały, jasny reflektor, który skierował na plecy 

dziewczyny. — I teraz musz

ę

 wymieni

ć

 mu ten transkontaktor. Nie mam zapasu, a w odległo

ś

ci dwudziestu lat musz

ę

 to znowu 

wysła

ć

. A ty z UD V? Czy z ponadczasowych? — dalej nie patrzył na Karola. 

— Z jakich czasowych i w ogóle co to wszystko znaczy?! 
— Nie przejmuj si

ę

. Mówi

ę

 ci przecie

Ŝ

Ŝ

e transkontaktor nawalił. Wymieni

ę

 i b

ę

dzie gotów. 

— Ale co si

ę

 stało z t

ą

 dziewczyn

ą

— Dziewczyn

ą

? Co ty, przecie

Ŝ

 to automat — teraz dopiero spojrzał na Karola. 

— Panie! Gdzie ja jestem? Co to si

ę

 w ogóle dzieje? Co z ni

ą

? — W tej chwili Karol spostrzegł, 

Ŝ

e krzyczy. 

— Człowiek! Prawdziwy człowiek — teraz patrzył na Karola uwa

Ŝ

nie. — Jak

Ŝ

e

ś

 si

ę

 tu dostał?! Pewnie transkontaktor! Nawalony 

transkontaktor! To musiało si

ę

 kiedy

ś

 sta

ć

. Ale dlaczego akurat mnie ?! 

— Przesta

ń

 si

ę

 pan wygłupia

ć

 — Karol mówił ju

Ŝ

 spokojnie. 

— Nie ze mn

ą

 takie numery. Wypu

ść

 mnie pan st

ą

d i nic mnie nie obchodzi ten transkontaktor. No, puszczaj pan. Wypu

ść

 mnie 

pan! Słyszysz! 

— Uspokój si

ę

, nigdzie ci

ę

 nie wypuszcz

ę

. Czekaj, zastanowi

ę

 si

ę

 chwil

ę

— Mo

Ŝ

esz si

ę

 pan zastanawia

ć

. Zabieram dziewczyn

ę

 i id

ę

. Rozumiesz! 

— Uspokój si

ę

... Dziewczyna i dziewczyna... To android. Skorodowany, zepsuty automat. Przez niego tu wła

ś

nie jeste

ś

— Jestem... Ale gdzie u diabła jestem? 
— Jeste

ś

 dalej w swoim mie

ś

cie. Tylko jua po stu latach. I posuwamy si

ę

 dalej w czasie. 

— Posuwamy si

ę

? W czasie?... — Karol patrzył na m

ęŜ

czyzn

ę

 uwa

Ŝ

nie, z lekkim niepokojem. 

— No tak, w czasie, i to dosy

ć

 szybko. Zreszt

ą

, co ja tobie b

ę

d

ę

 tłumaczył. Tobie, człowiekowi XX wieku. To jest pojazd 

czasowy. 

— A ona? — Karol wskazał na dziewczyn

ę

— Mówiłem oi. Automat. Zwykły android. Po prostu nawalił. Miał zabra

ć

 z twoich czasów czasosond

ę

, a zabrał d

ę

bie. Nie 

przeszkadzaj chwil

ę

! Musz

ę

 to naprawi

ć

. M

ęŜ

czyzna nacisn

ą

ł niewielk

ą

, wystaj

ą

c

ą

 z podłogi d

ź

wigni

ę

 i w kabinie rozpocz

ą

ł si

ę

 

ruch. Ze 

ś

cian wysun

ę

ły si

ę

 uchwyty, które chwyciły android i przesun

ę

ły go pod reflektor, uniesiony w gór

ę

ś

wiec

ą

cy w

ą

skim 

sto

Ŝ

kiem 

ś

wiatła. Gdzie

ś

 ze 

ś

ciany wyszedł mały, metrowej mo

Ŝ

e wysoko

ś

ci 

sto

Ŝ

kowaty automat o kilku ruchliwych ko

ń

cówkach chwytnych. Zdj

ę

cie pokryw czołowych androidu trwało chwil

ę

. Wewn

ą

trz 

Karol zobaczył matowo połyskuj

ą

ce w 

ś

wietle reflektora szare kryształy, w których czasem na moment rozjarzał si

ę

 błysk. 

— Wynalezienie silnika parowego przez Einsteina w 1987 roku... — powiedział android głosem dziewczyny. 

— Widzisz, jest zupełnie rozkojarzony! Musi mie

ć

 jeszcze zwarcie na innym obwodzie — grzebał w metalowych wn

ę

trzno

ś

ciach 

androidu i Karol mu nie przeszkadzał. 

— Rozumiem, 

Ŝ

e to automat. Ale sk

ą

d ja tutaj? — zapytał wreszcie. 

— Wszystko trzeba d tłumaczy

ć

, zupełnie jak dziecku... To proste. Nasi historycy prowadz

ą

 badania. Wysyłaj

ą

 automaty 

podobne do ludzi. Wła

ś

nie androidy. Kiedy android zbierze odpowiedni

ą

 ilo

ść

 informacji, wysyłamy inny android, który zabiera 

go z powrotem. Ten automat miał wła

ś

nie zabra

ć

 tak

ą

 czasosond

ę

, a zabrał ciebie. To wszystko. Proste. Nie?! Tylko gdzie on 

ciebie znalazł ? 

— Potr

ą

ciłem j

ą

. Taka dziewczyna... i automat. 

— Ładna, co? Ju

Ŝ

 nasi plastycy staraj

ą

 si

ę

 o to — m

ęŜ

czyzna powiedział to z pewn

ą

 dum

ą

. — No, ale teraz dopiero b

ę

d

ą

kłopoty — dodał. Spojrzał na Karola z uwag

ą

— Jakie kłopoty? 
— Widzisz. Konwencja Sze

ś

ciu Planet zabrania przenoszenia ludzi w inne epoki, szczególnie w przyszło

ść

. Moje zadanie to 

zbiera

ć

 czasosondy. A tej, któr

ą

 miałem zabra

ć

, nie ma. Kr

ę

ci si

ę

 teraz po twoich czasach przepełniona informacj

ą

. Nic dobrego 

z tego nie b

ę

dzie. 

— Je

ś

li to pomyłka, to ja mog

ę

 wysi

ąść

— Niestety. Nic z tego. Zaraz l

ą

dujemy w twoim mie

ś

cie po trzystu latach. Ju

Ŝ

 oni si

ę

 do mnie dobior

ą

 za t

ę

 twoj

ą

 wizyt

ę

. Karol 

usłyszał wysoki, 

ś

wiergotliwy sygnał, przechodz

ą

cy w buczenie, a potem drzwi si

ę

 rozsun

ę

ły. Wyskoczył na chodnik i... był w 

swoim mie

ś

cie. 

W jaskrawym sło

ń

cu przedpołudnia zobaczył znajome domy. Ich białe 

ś

ciany 

ś

wieciły jasno na tle bł

ę

kitnego nieba. Co

ś

 jednak 

było obcego w tych murach i Karol po chwili dopiero zdał sobie z tego spraw

ę

. Miasto było puste, bardziej puste ni

Ŝ

 

ś

witem, o 

czwartej rano, gdy w jego czasach wyje

Ŝ

d

Ŝ

ały na jezdni

ę

 polewaczki, a nocne tramwaje wracały do zajezdni. . — -Tu nikt nie 

mieszka ? — zapytał. 

— Muzeum jeszcze zamkni

ę

te dla wycieczek. 

— Tu jest mój dom. Czy mog

ę

 wej

ść

 do 

ś

rodka? 

— Je

Ŝ

eli ci

ę

 to bawi... 

Wszedł do bramy własnego domu i spostrzegł, 

Ŝ

e mi

ę

dzy 

płytami chodnika i pod 

ś

cianami ro

ś

nie trawa. Schody si

ę

 nie zmieniły przez trzysta lat i nawet stopnie nie były bardziej wytarte. 

Drzwi do jego mieszkania skrzypiały i były uchylone. W pokoju ze swoich dawnych rzeczy zobaczył tylko fotel, wielki, ju

Ŝ

 w jego 

czasach staro

ś

wiecki fotel. W fotelu tym kto

ś

 siedział. Karol podszedł blisko, a wtedy siedz

ą

cy w fotelu wstał. 

background image

— Prosz

ę

 nie dotyka

ć

 eksponatów — powiedział. 

— Kto, kto jeste

ś

— Automat-kustosz ACX 10058 melduje si

ę

 i czeka na polecenia. 

— Co tu robisz? 
— To automat-opowiadacz, dla wycieczek. 

ś

e te

Ŝ

 bawi

ą

 de takie rupiecie — m

ęŜ

czyzna z pojazdu wszedł za nim. 

— To jest muzeum — ci

ą

gn

ą

ł automat. — Co chciałby

ś

 obejrze

ć

? Posiadamy archiwa prasowe, radiofoniczne, telewizyjne. 

Wn

ę

trza mo

Ŝ

na obejrze

ć

 z ta

ś

my wizyjnej. 

— A co to jest, ten ekran w 

ś

cianie? 

— Ekran odczytu. — Co

ś

, jakby 

ś

lad zdziwienia spostrzegł 

w głosie automatu. — Mo

Ŝ

na w nim czyta

ć

 stare dokumenty — 

dodał automat ju

Ŝ

 normalnym głosem. 

— Rozumiem. Jednym słowem, moje czasy to dla was historia. Karol milczał chwil

ę

, a potem zapytał: 

— Czy mógłbym si

ę

 dowiedzie

ć

 na przykład, co si

ę

 stało tu, w tym mie

ś

cie, powiedzmy trzysta lat temu? 

— Oczywi

ś

cie — automat odpowiedział natychmiast. — Tylko musz

ę

 si

ę

 skomunikowa

ć

 z Central

ą

 Losów Indywidualnych. 

— Nie. Daj spokój — wtr

ą

cił si

ę

 m

ęŜ

czyzna. — Lepiej, 

Ŝ

eby nikt na razie o tobie nie wiedział. Mam pewien plan... 

— Archiwum dysponuje równie

Ŝ

 pras

ą

 — ci

ą

gn

ą

ł automat. 

— A pras

ę

 mog

ę

? M

ęŜ

czyzna skin

ą

ł głow

ą

— Wy

ś

wietl

ę

 ci gazet

ę

 na ekranie — powiedział automat. — Patrz! 

— „Nowa metoda wytwarzania płyt...", „Remont wie

Ŝ

owców..." 

— Karol półgłosem czytał tytuły. — „Kina..." „Ogłoszenia drobne..." Stop! Zatrzymaj! Natychmiast — krzykn

ą

ł. 

— Co si

ę

 stało? — zapytał m

ęŜ

czyzna. 

— To jest nekrolog, czyli podane do publicznej wiadomo

ś

ci zawiadomienie o zgonie — powiedział automat. 

— Spójrz! Tu! „Zgin

ą

ł tragicznie nasz ukochany syn, in

Ŝ

ynier Karol Topolak. Wyprowadzenie zwłok odb

ę

dzie si

ę

..." Zgin

ą

ł 

tragicz...nie... Słyszysz! To ja! To mój nekrolog! 
— Fakt. — M

ęŜ

czyzna nie zdziwił si

ę

 specjalnie. — Ale wła

ś

ciwie, co to ciebie obchodzi? Jeste

ś

 tam czy ta? 

— Dobrze, ale... ale to przecie

Ŝ

 mój nekrolog. 

— Niby tak. Ale ten nekrolog jest sprzed trzystu lat, jakby na to nie patrze

ć

— Ale mój! 
— Fakt... Czekaj, jaki

ś

 komunikat. 

Nad ekranem zabłysło czerwone 

ś

wiatło i patrzył stamt

ą

d na 

nich m

ęŜ

czyzna w dziwnym skafandrze. 

— Uwaga, tu Centrala Koordynacji Epok — rzekł. — Do wszystkich stacji czasowych i personelu Temporycznego! Człowiek 

staro

Ŝ

ytny przekroczył barier

ę

 czasu. Powtarzam: człowiek staro

Ŝ

ytny przekroczył barier

ę

 czasu w kierunku dodatnim. Ró

Ŝ

nica 

— trzysta lat. Którykolwiek automat albo człowiek wiedziałby o miejscu Jego pobytu, obowi

ą

zany jest natychmiast zawiadomi

ć

 

Central

ę

 Koordynacji Epok. Powtarzam... Nagle Karol za sob

ą

 usłyszał głos: 

— Automat-kustosz ACX — jeden — zero — zero... M

ęŜ

czyzna uderzył automat w miejsce, gdzie człowiek ma 

Ŝ

ą

dek, i 

automat zamilkł. 

— Wył

ą

czyłem go — powiedział do Karola — w ostatniej chwili zatrzymałem meldunek. Ale to i tak ju

Ŝ

 nic nie pomo

Ŝ

e. 

Liczyłem, 

Ŝ

e uda mi si

ę

 podrzuci

ć

 ci

ę

 niepostrze

Ŝ

enie w twoje czasy. Ale po tym komunikacie... Musiały nas zarejestrowa

ć

 

automaty kontrolne na przełomie dwudziestego pierwszego i dwudziestego drugiego wieku. Co robi

ć

 ? 

— Porozum si

ę

 z nimi. Przecie

Ŝ

 to nie moja wina, 

Ŝ

e tu jestem. Zreszt

ą

 nie widz

ę

 w ko

ń

cu w tym nic złego. 

— Dziecko jeste

ś

! Nie rozumiesz konsekwencji? Biegnie teraz od ciebie w czwartym wymiarze tak zwane włókno Claperiusa, 

które si

ę

ga w przeszło

ść

. Wszystko, co le

Ŝ

y na tym włóknie i jego odnogach, ulega zmianie. Zmienia si

ę

 cała historia ostatnich 

trzystu lat. 

— Wi

ę

c co teraz zrobisz? 

— Nie wiem. Wracajmy w ka

Ŝ

dym razie do czasolotu. 

Zmieni

ę

 kurs i... 

Chcieli wyj

ść

, lecz w drzwiach spotkali m

ęŜ

czyzn

ę

 w takim 

samym, dziwnym skafandrze jak ten, który Karol widział na 
ekranie. 
— Oldes jestem — przedstawił si

ę

. — Naruszyli

ś

cie czwarty paragraf Kodeksu Czasowego. Sprawdzałem w Persotempografie. 

Mam wykres. Wokół niego do

ść

 g

ę

sty w

ę

zeł włókien czasowych. Przykro mi, pilocie... 

— Ja jestem niewinny — m

ęŜ

czyzna nazwany pilotem zbladł. 

— Automat miał przebity transkontaktor i... 
— Wiem o tym. Jednak to wcale nie usprawiedliwia twego post

ę

powania. Odpowiadasz za wszystko, jak zwykle — 

stwierdził Oldes, a potem zwrócił si

ę

 do Karola. — Nie bój si

ę

. Pozb

ą

d

ź

 si

ę

 tych odruchów swojej epoki. 

— Ani si

ę

 nie boj

ę

, ani mnie nie obchodz

ą

 wasze paragrafy. 

— Co z nim zrobicie? — zapytał pilot. 
— Nie wiem jeszcze. Mo

Ŝ

e dezintegrator pami

ę

ci... To jeszcze nie zostało postanowione... Ale to człowiek, troch

ę

 inny, ale 

człowiek. I pomy

ś

le

ć

Ŝ

e dzieli nas od nich trzysta lat. No nic, postaramy si

ę

 go nieska

Ŝ

onego nasz

ą

 epok

ą

 przerzuci

ć

 do jego 

czasów. 

background image

Budynek, do którego dolecieli dziwnym, przezroczystym pojazdem w kształcie meduzy, unosz

ą

cym si

ę

 bezgło

ś

nie w powietrzu, 

le

Ŝ

ał w

ś

ród wzgórz. Musiała by

ć

 wczesna jesie

ń

, bo li

ś

cie 

Ŝ

ółkły ju

Ŝ

 gdzieniegdzie i Karol czuł ich zapach, znany mu z jego 

czasów. Lot trwał krótko, kilka — mo

Ŝ

e kilkana

ś

cie minut. Gdy wchodzili do budynku, matowa kurtyna zamykaj

ą

ca wej

ś

cie 

rozwiała si

ę

. Przeszli długimi korytarzami i weszli do wielkiej, pustej sali, na której 

ś

rodku, o

ś

wietlony reflektorami i obudowany 

pulpitami steruj

ą

cymi, stał dziwnej konstrukcji stół — „stół operacyjny" — pomy

ś

lał Karol. Gdy weszli, od pulpitów podniósł si

ę

 

m

ęŜ

czyzna i podszedł ku nim. 

— Wszystko gotowe, Utet? — zapytał Oldes. 
— Tak, ługry ju

Ŝ

 pod napi

ę

ciem. Czekamy na ciebie — zwrócił si

ę

 do Karola. 

— Co chcecie ze mn

ą

 zrobi

ć

— Wyma

Ŝ

emy ci pami

ęć

, wszystko, co

ś

 doznał w naszych czasach, i powrócisz w swoj

ą

 epok

ę

— Nie, nie chc

ę

... Pu

ść

cie mnie... 

Utet u

ś

miechn

ą

ł si

ę

. W tej samej chwili Karol poczuł na szyi 

dotkni

ę

cie metalu. To było bezbolesne. 

Poczuł absolutny bezwład. 
— Nie obawiaj si

ę

 — powiedział Utet. — W tej chwili twoje 

ciało jest izolowane funkcjonalnie od twego mózgu. Potem to 
minie... 
Karol chciał si

ę

 poruszy

ć

, lecz nie mógł. Został Uniesiony przez 

dwa automaty i uło

Ŝ

ony na stole. 

— ^gT siedem stopni, dziesi

ęć

 stopni, pi

ę

tna

ś

cie stopni — słyszał, jak Utet podaje namiary. Usłyszał gwizd. 

— Skojarzenie wtórne — powiedział automat. 
— Dziesi

ęć

 stopni, siedem stopni, trzy stopnie, zero. 

— Powtarza

ć

? — zapytał automat. 

— Nie. Koniec, to nie ma sensu — widział, jak Oldes odszedł od pulpitu. 
— Jeszcze chwila — powiedział Utet. — Sprawdz

ę

 tylko jego 

zapis pami

ę

ci. — Przez chwil

ę

 panowało milczenie, potem Utet zawołał: — Znalazłem to! 

— Co to jest?! 
— Jakie

ś

 silne prze

Ŝ

ycie. Niewymazywalne powierzchniowo. Trzeba by naruszy

ć

 górn

ą

 warstw

ę

 pod

ś

wiadomo

ś

ci, a tego 

robi

ć

 nie wolno... Teraz ju

Ŝ

 mo

Ŝ

emy przerwa

ć

— Mo

Ŝ

e jednak spróbowa

ć

 — zaproponował Oldes. 

— Nie, to jest odcinek pami

ę

ci odpowiadaj

ą

cy pobytowi w muzeum. Musiał tam mie

ć

 jakie

ś

 prze

Ŝ

ycie, które zostawiło trwały 

ś

lad w jego pami

ę

ci. Chciałem wymaza

ć

 mu wszystko, co tu zapami

ę

tał. Mógłby wtedy spokojnie powróci

ć

 w swoje czasy 

Ŝ

y

ć

 

dalej. A tak... Czy jest tu pilot, który go przywiózł? — Karol zobaczył teraz twarz pilota. — Przypomnij sobie, co on tam, w 

muzeum, prze

Ŝ

ył takiego. 

— Poj

ę

cia nie mam. 

— A co tam robił? 
— Kazał sobie przedstawi

ć

 archiwum prasowe... Wiem! Zapomniałem po prostu. Za du

Ŝ

o mam ostatnio zmartwie

ń

— No, co takiego? — Utet patrzył teraz na pilota. 
— Przeczytał... no, nie pami

ę

tam, jak to si

ę

 nazywa... takie ogłoszenie o czyjej

ś

 

ś

mierci w staro

Ŝ

ytnej gazecie. 

— O czyjej 

ś

mierci? 

— O jego własnej. 

Ś

mier

ć

 miała nast

ą

pi

ć

 zaraz po porwaniu go przez automat. 

— 

Ź

le! — stwierdził Utet. — Kustosz nie powinien mu pokazywa

ć

 archiwum. No, ko

ń

cz

ę

... — trzasn

ą

ł jaki

ś

 przeł

ą

cznik i wtedy 

Karol poczuł, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e zej

ść

 ze stołu. 

— Powiedzcie mi, gdzie jestem? — zapytał. Stał jeszcze nieco niepewnie. 

— Jeste

ś

my Rad

ą

 Temporyczn

ą

, która zadecyduje o twoim losie 

— powiedział Utet. — Jeste

ś

 w przyszło

ś

ci i musisz j

ą

 opu

ś

ci

ć

— Przez chwil

ę

 bałem si

ę

Ŝ

e mnie mimo wszystko wy

ś

lecie w przeszło

ść

. Sił

ą

— Sił

ą

? To poj

ę

cie z twojej epoki. Dzisiaj ono ju

Ŝ

 nic nie oznacza. Bez twojej zgody nie mo

Ŝ

emy tego uczyni

ć

— Mojej zgody. Nigdy jej nie uzyskacie! 
— Musisz pewne rzeczy zrozumie

ć

... 

— Nie mam najmniejszego zamiaru niczego rozumie

ć

. Niczego! Nic mnie nie obchodz

ą

 wasze... 

— Dlaczego wła

ś

ciwie nie chcesz? — Utet patrzył na Karola uwa

Ŝ

nie. 

— Pytasz si

ę

, dlaczego? Pilot te

Ŝ

 si

ę

 pytał. Pytacie si

ę

 wy, , którzy wszystko wiecie! Wiecie przecie

Ŝ

Ŝ

e mam zgin

ąć

 zaraz, jak 

tylko wróc

ę

. A ja nie mam zamiaru... 

— Przecie

Ŝ

 i tak kiedy

ś

 umrzesz. 

— Tak, ale trzydzie

ś

ci lat w t

ę

 czy w tamt

ą

 stron

ę

 to jest ró

Ŝ

nica. Zrozumcie mnie — dodał ju

Ŝ

 spokojnie. — Nie mog

ę

 przecie

Ŝ

 

wróci

ć

 do czasów, w których czeka mnie natychmiastowa 

ś

mier

ć

— To jest stanowisko słuszne tylko z twego osobistego punktu widzenia. Przecie

Ŝ

 ludzie umieraj

ą

 we wszystkich epokach. To 

normalne. A my nie mo

Ŝ

emy dopu

ś

ci

ć

 do tego, by

ś

 pozostał w przyszło

ś

ci. To wykluczone. Umrze

ć

 musisz czy tak, czy owak. 

Przeszło

ś

ci nie mo

Ŝ

emy zmienia

ć

— Nie wy, to ja sam j

ą

 zmieni

ę

! Je

ś

li mnie zmusicie, wróc

ę

. Przypuszczam, 

Ŝ

e teraz potrafi

ę

 ju

Ŝ

 unikn

ąć

 

ś

mierci. 

— Bzdura! Zrozum, twoja 

ś

mier

ć

 jest faktem, faktem, który ju

Ŝ

 si

ę

 zdarzył. Nic i nikt nie mo

Ŝ

e tego zmieni

ć

— Ale ja przecie

Ŝ

 

Ŝ

yj

ę

background image

— To prawda — Utet milczał chwil

ę

. — Mo

Ŝ

liwe byłoby jeszcze jedno wyj

ś

cie, ale... 

— Jakie? 

— Stypendium historyczne. 
— Co to takiego? 
— Widzisz, nasi historycy robi

ą

 czasem rekonesanse w dalek

ą

 przeszło

ść

. Niektóre z tych wypraw wi

ąŜą

 si

ę

 z pewnym, jak wy 

to nazywacie, ryzykiem. Mógłby

ś

 i ty... 

— Dla odmiany mam zgin

ąć

 w staro

Ŝ

ytno

ś

ci? 

— Jest pewne prawdopodobie

ń

stwo, 

Ŝ

e mo

Ŝ

esz zgin

ąć

 — stwierdził Utet. — Je

ś

li natomiast powrócisz do swoich czasów, 

twoja 

ś

mier

ć

 jest pewna. 

— Ryzykujesz mało, zyska

ć

 mo

Ŝ

esz wiele. Par

ę

 lat pobytu 

w staro

Ŝ

ytno

ś

ci, a potem powrót w twoje czasy. Zyskujesz kilka 

lat 

Ŝ

ycia. — Oldes patrzył na Karola uwa

Ŝ

nie. 

— Wi

ę

c potraficie mnie umie

ś

ci

ć

 na przykład... w staro

Ŝ

ytnym Egipcie ? 

— Egipt raczej nie wchodzi w rachub

ę

. Został doszcz

ę

tnie wyeksploatowany. Było ju

Ŝ

 tam wielu historyków. Musisz si

ę

 zgodzi

ć

 

na co

ś

 innego albo czeka ci

ę

 natychmiastowy powrót do twoich czasów. Wybieraj wi

ę

c. 

Karol spojrzał na stół i pomy

ś

lał o chłodnym dotkni

ę

ciu automatu na swojej szyi. 

— Zgoda, jad

ę

... — powiedział. — Tylko dok

ą

d? Zastrzegam sobie łagodny klimat i absolutnie 

Ŝ

adnych ludo

Ŝ

erców. — 

Zobaczymy, dok

ą

d mo

Ŝ

na teraz jecha

ć

 — powiedział Utet i zwrócił si

ę

 do automatu. 

— Tu Koordynator Utet z Centrali Epok. Do historycznej komisji stypendialnej. W sprawie stypendium czasowego. Prosz

ę

 o 

podanie miejsc i czasów. 
W gło

ś

niku przez chwil

ę

 słycha

ć

 było szum, a potem odezwał si

ę

 głos: 

— Pó

ź

ny paleolit — badania zoologiczne. Cesarstwo Rzymskie 

— widowiska cyrkowe, wyprawy krzy

Ŝ

owe — dziesi

ęć

 miejsc. Plemiona Inków — obrz

ę

dy ofiarne, Karol Młot — mi

ę

dzy Tours i 

Poitiers. Stypendia pierwszego stopnia. Koniec. 

— No i co? Odpowiada ci co

ś

 z tego? — zapytał Utet. 

— Sam nie wiem. Mo

Ŝ

e do Inków. Chocia

Ŝ

 to troch

ę

 daleko... 

— A mo

Ŝ

e na stypendium drugiego stopnia? — zaproponował Oldes. 

— A jaka jest ró

Ŝ

nica? 

— S

ą

 one zwi

ą

zane z pewn

ą

 misj

ą

 i... z niebezpiecze

ń

stwem. Musz

ę

 ci

ę

 ostrzec, 

Ŝ

e kilku wysłanych na nie historyków nie 

powróciło... Do dzi

ś

 nie wiadomo zreszt

ą

, z jakich powodów. 

— Co na tym zyskuj

ę

— Te stypendia s

ą

 dłu

Ŝ

sze. 

— Mo

Ŝ

e bym si

ę

 zdecydował... 

— Prosz

ę

 o podanie wolnych miejsc na stypendia drugiego 

stopnia — powiedział Utet. 
Tym razem odpowied

ź

 przyszła natychmiast. 

— Proces Joanny d'Arc, Asyria — eliksir 

Ŝ

ycia... to wszystko. 

— Eliksir 

Ŝ

ycia? Co to takiego? 

— Tak. Ale to bardzo ryzykowne. Ju

Ŝ

 trzech stamt

ą

d nie wróciło — powiedział Utet. 

— Co to za eliksir? Musicie mi chyba powiedzie

ć

— Badania wykazały, 

Ŝ

e staro

Ŝ

ytni Asyryjczycy mieli jaki

ś

 eliksir. Płyn o działaniu regeneruj

ą

cym organizm — Utet mówił wolno, 

jakby z trudem znajduj

ą

c wła

ś

ciwe słowa. — Człowiek posiadaj

ą

cy ten płyn mógł co pewien czas si

ę

 odmładza

ć

 i w ten sposób 

uzyska

ć

 co

ś

 w rodzaju nie

ś

miertelno

ś

ci. 

— Ju

Ŝ

 za moich czasów czytałem o takim eliksirze. Ale przecie

Ŝ

 to bzdury. Podobno Cagliostro te

Ŝ

 dysponował takim płynem, a 

umarł. I wy w to wierzycie? 

— Cagliostro był szarlatanem. Tu sprawa nie przedstawia si

ę

 tak prosto. Widzisz, ów 

ś

rodek przechowywany był w 

ś

wi

ą

tyniach 

i dost

ę

pny tylko nielicznej grupie kapłanów. Badania dokładnie wykazały zadziwiaj

ą

c

ą

 długowieczno

ść

 kapłanów, w których 

r

ę

kach był ów eliksir. 

— Mo

Ŝ

e tak było, ale ja w to nie wierz

ę

— Nie musisz wierzy

ć

. Chodzi o zbadanie całej sprawy na miejscu. I o zdobycie tego eliksiru, je

Ŝ

eli rzeczywi

ś

cie istniał. 

— Zdobycie eliksiru? Jak mam tego dokona

ć

, przyjmuj

ą

c oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e kapłani go mieli? 

— W tym wła

ś

nie cała trudno

ść

 — Utet odpowiedział po chwili. — Dostaniesz na pewno ogólne instrukcje, zaznajomi

ą

 ci

ę

 

dokładnie z epok

ą

, ale reszta to ju

Ŝ

 twoja rzecz. Przypominam ci, 

Ŝ

e ju

Ŝ

 trzech stamt

ą

d nie powróciło. Wszyscy, których 

wysłano. No wi

ę

c? 

— Zgadzam si

ę

! Jad

ę

! — powiedział. 

— A wi

ę

c jeste

ś

my w staro

Ŝ

ytno

ś

ci — powiedział pilot. Ich czasolot w kształcie odwróconego spodka sun

ą

ł bezgło

ś

nie na 

wysoko

ś

ci tysi

ą

ca metrów. 

— I co dalej ? — zapytał Karol. 
— Za chwil

ę

 wyl

ą

dujemy. Reszta nale

Ŝ

y do ciebie. 

— Spójrz, tam jakie

ś

 budowle — Karol patrzył na szare, regularne bryły, le

Ŝą

ce w dole w lekkiej, przyziemnej, fioletowej mgle. 

— Co

ś

 tam rzeczywi

ś

cie wida

ć

. Obejrzysz to sobie z bliska — powiedział pilot. Potem przeło

Ŝ

ył d

ź

wigni

ę

 sterów i pojazd 

ruchem opadaj

ą

cego li

ś

cia zmniejszył wysoko

ść

. Dotkni

ę

cia ziemi Karol nie odczuł. 

— Jeste

ś

my na miejscu. B

ę

d

ę

 tu czekał na ciebie drugiego dnia po pełni ka

Ŝ

dego miesi

ą

ca. 

background image

— Dokładniej nie mógłby

ś

 tego okre

ś

li

ć

— Mógłbym, ale ju

Ŝ

 wkrótce stracisz rachub

ę

 czasu. Tu nie 

obowi

ą

zuje nasz kalendarz. 

Karol chwycił swój baga

Ŝ

 i zeskoczył na traw

ę

. Nogi pl

ą

tały mu 

si

ę

 nieco w długich szatach, ale pomy

ś

lał, 

Ŝ

e do tego te

Ŝ

 si

ę

 

przyzwyczai. Pilot skin

ą

ł mu r

ę

k

ą

 i pojazd bezszelestnie uniósł si

ę

 

zostawiaj

ą

c w trawie trzy gł

ę

bokie, kuliste wgniecenia. 

Karol patrzył za nim, jak oddalał si

ę

, błyszcz

ą

c w promieniach 

zachodz

ą

cego sło

ń

ca. Potem rozejrzał si

ę

. Wysoka trawa wokół 

niego falowała w lekkim, przedwieczornym wietrze. Dalej przy 
k

ę

pie drzew zobaczył smug

ę

 dymu. Pomy

ś

lał, 

Ŝ

e do chwili jego 

urodzenia min

ą

 jeszcze tysi

ą

ce lat, i ruszył w kierunku dymu. 

Ilekro

ć

 wchodził do 

ś

wi

ą

tyni, odczuwał niepokój, irracjonalny, 

nieumiejscowiony, pierwotny niepokój swych praprzodków. A znał tutaj ka

Ŝ

dy kamie

ń

. Dzisiaj był drugi dzie

ń

 po pełni ksi

ęŜ

yca i 

Karol wiedział, 

Ŝ

e wchodzi tu po raz ostatni. Idi czekała na niego jak zwykle w przedsionku 

ś

wi

ą

tyni. 

— Jednak przyszedłe

ś

! — powiedziała, gdy stan

ą

ł przed ni

ą

— Przyszedłe

ś

 tu, do 

ś

wi

ą

tyni, gdzie bogini w ustach swych zamyka czas. Przyszedłe

ś

, cho

ć

 wiesz, czym to grozi. Kusi ci

ę

 

jednak tajemnica 

ś

mierci. 

— To nie jest tajemnica 

ś

mierci, Idi. 

— Nie jeste

ś

 pierwszy, który tak mówi. Tamci wszyscy zgin

ę

li. Bogini nie zdradzi nikomu tajemnicy wieczno

ś

ci. Nawet ja nie 

ś

miem my

ś

le

ć

 o tym. 

— Jaka tam bogini... Ten głaz to zwykły kamie

ń

— Milcz! 
— Co si

ę

 stało? 

— Ona nas słyszy! Jak 

ś

miesz w tym miejscu! Ona patrzy 

na ciebie. 
— Bzdura! 
— Przestraszyłe

ś

 si

ę

 jednak. 

— Boj

ę

 si

ę

... Ale nie bogini... Boj

ę

 si

ę

 ludzi, kapłanów. Milczeli przez chwil

ę

 i Karol słyszał tylko krople spadaj

ą

ce gdzie

ś

 

monotonnie na kamienn

ą

 posadzk

ę

— Wiem, 

Ŝ

e przybywasz z innego 

ś

wiata — rzekła wreszcie Idi. 

— Opowiadałe

ś

 rzeczy, których mój umysł poj

ąć

 nie mo

Ŝ

e. Błagam ci

ę

, uwierz mi! Ja wiem, co jest prawd

ą

, a co sztuczk

ą

 

kapłanów. To jest prawd

ą

. Nikomu si

ę

 jeszcze nie udało... 

— Idi, przesta

ń

. Zrozum, wkrótce musz

ę

 wraca

ć

. Musz

ę

 zabra

ć

 z sob

ą

 tajemnic

ę

 bogini i ciebie, Idi. 

— Tyle opowiadałe

ś

 mi o tamtym 

ś

wiecie. Je

Ŝ

eli jest on tak pi

ę

kny, jak ta muzyka, któr

ą

 przywiozłe

ś

 ze sob

ą

... 

— Przed powrotem musz

ę

 pozna

ć

 tajemnic

ę

 bogini. Wiesz 

o tym. 
— Jeste

ś

 zdecydowany? — powiedziała to cicho. 

— Na wszystko! 
— Czy masz ze sob

ą

 t

ę

 czarodziejsk

ą

 skrzynk

ę

, która tworzy d

ź

wi

ę

ki ? 

— Tak. Utrwalam twój głos, Idi, 

Ŝ

eby słysze

ć

 go zawsze. 

— Chc

ę

 słysze

ć

 muzyk

ę

ą

czył magnetofon i słuchał d

ź

wi

ę

ku muzyki, która nie była 

muzyk

ą

 jego czasów. Słuchał d

ź

wi

ę

ków z czasów Oldesa, 

z czasów mówi

ą

cych automatów i bezszelestnych pojazdów 

czasowych. 
— Dosy

ć

 — powiedziała Idi. — Dobrze wi

ę

c! Zdob

ę

d

ę

 dla ciebie tajemnic

ę

. Jest ukryta tu, w pos

ą

gu. Patrz! Staj

ę

 na tej płycie i 

si

ę

gam do ust bogini. 

I wtedy Karol zrozumiał. Płyta, metalowy wspornik i wiecznie suchy wiatr p

ę

dz

ą

cy tumany pyłu ku wej

ś

ciu 

ś

wi

ą

tyni. 

— Stój! Ju

Ŝ

 wiem! — krzykn

ą

ł. 

— Pani, zwró

ć

 na mnie oczy swoje i obdarz mnie u

ś

miechem! 

— Idi mówiła monotonnie, cicho. 
— Stój! Nie dotykaj! Ładunek elektryczny! Nie dotykaj! 
— Oto eliksir 

Ŝ

ycia... — Idi si

ę

gn

ę

ła do ust pos

ą

gu. Trzask wyładowania nie był gło

ś

ny. A Idi upadła na płyt

ę

. Wtedy Karol 

usłyszał za sob

ą

 

ś

miech, 

ś

miech dudni

ą

cy psd sklepieniem 

ś

wi

ą

tyni. To był Kaloes, pierwszy kapłan 

ś

wi

ą

tyni. 

— Zdobyłe

ś

 eliksir. Podejd

ź

 zatem, we

ź

 go! Byłe

ś

 bardzo m

ą

dry, ale w tym punkcie wy wszyscy jeste

ś

cie głupcami! 

Wierzycie w eliksir 

Ŝ

yda! L

ę

k przed 

ś

mierci

ą

 jest zawsze jednakowy. Otó

Ŝ

 wiedz, 

Ŝ

e tajemnica eliksiru polega na tym, 

Ŝ

eliksiru nie ma! Kto jednak posiadł t

ę

 wiedz

ę

, płaci 

Ŝ

yciem. Tak jak Idi. Ciebie to te

Ŝ

 czeka! 

— Zabili

ś

cie j

ą

— Ty tak

Ŝ

e zginiesz. 

— Ja si

ę

 nie boj

ę

— Twoja 

ś

mier

ć

 b

ę

dzie inna. 

Karol wiedział, 

Ŝ

e to prawda. Ale na spotkanie z Kaloesem 

był przygotowany. 

background image

— 

Ś

mieszny jeste

ś

, Kaloesie. My

ś

lisz, 

Ŝ

e mnie zabijesz. My

ś

lisz, 

Ŝ

e Idi umarła. Posłuchaj... — powiedział i nacisn

ą

ł klawisz 

odtwarzania swego magnetofonu. 

— „...eliksir — mówiła Idi — jest ukryty tu, w pos

ą

gu. Staj

ę

 na tej płycie i si

ę

gam do ust bogini". 

— To jej głos! 
— „Pani, zwró

ć

 na mnie oczy swoje i obdarz mnie u

ś

miechem! 

Oto eliksir 

Ŝ

ycia". 

Słyszał trzask wyładowania i pogłos sandałów uderzaj

ą

cych 

o kamienn

ą

 posadzk

ę

. Kaloes uciekł. 

Wył

ą

czył magnetofon i ruszył korytarzem ku wyj

ś

ciu. Min

ą

ł 

kamienny dziedziniec, stan

ą

ł w bramie i spojrzał na pustyni

ę

2 której wiatr niósł tumany pyłu opadaj

ą

ce z cichym szelestem 

z murów 

ś

wi

ą

tyni. Pomy

ś

lał o wszystkich dniach, które tutaj 

prze

Ŝ

ył, i ruszył traktem na wschód. 

Le

Ŝ

ał w tej samej sali, na tym samym stole i reflektory 

ś

wieciły mu w twarz tak samo, jak przed laty. Dla nich, którzy stali wokół 

niego, jego nieobecno

ść

 trwała kilka godzin. Słyszał, jak mówi

ą

, ale nie mógł si

ę

 poruszy

ć

— Telewizja nie dała wyniku — powiedział Oldes. 
— A jednak powrócił po pi

ę

ciu latach. Dotychczas nikomu z naszych si

ę

 to nie udało. Oni s

ą

 lepiej przystosowani od nas do 

Ŝ

ycia w staro

Ŝ

ytno

ś

ci. Ale eliksiru nie przywiózł. Zauwa

Ŝ

 jednak, 

Ŝ

e niewiele si

ę

 postarzał. To daje do my

ś

lenia. — Utet 

przygl

ą

dał mu si

ę

 uwa

Ŝ

nie. 

— S

ą

dzisz, 

Ŝ

e dostał go tam i za

Ŝ

ywał? Za chwil

ę

 dowiemy si

ę

 wszystkiego. Ukry

ć

 eliksiru przecie

Ŝ

 nigdzie nie mógł! Utet 

przycisn

ą

ł klawisz. 

— Witajcie, potomkowie — powiedział Karol. — Dla was te pi

ęć

 lat było chwil

ą

— Jeste

ś

 opalony — stwierdził Utet. 

— To gor

ą

ce sło

ń

ce Babilonu. Blade s

ą

 tylko kobiety, nigdy wojownicy. 

— A co z eliksirem! Przeszukali

ś

my twoje ciało podczas snu aklimatyzacyjnego. Nic nie znale

ź

li

ś

my. 

— Eliksiru nie ma. To zwykła bajka. 
— Dziwne. Nasi historycy s

ą

 niemal pewni, 

Ŝ

e eliksir istniał. Inaczej nie wysłaliby de przecie

Ŝ

— Eliksiru nie ma. Mówi

ę

 chyba wyra

ź

nie. 

— Skoro to stwierdziłe

ś

 i wróciłe

ś

, dlaczego nie powrócili tamd trzej ? 

— Po prostu, kto si

ę

 o tym dowiedział, musiał zgina

ć

. Wasi wysłannicy zgin

ę

li wła

ś

nie dlatego, 

Ŝ

e dowiedzieli si

ę

. Istnienie 

eliksiru jest legend

ą

— Ty jednak jeste

ś

 

Ŝ

ywy — stwierdził Utet. 

— Jak widzicie. I przesta

ń

cie mnie ju

Ŝ

 wreszcie nudzi

ć

— W jaki sposób udało d si

ę

 wróci

ć

? — zapytał Oldes. — Przez przypadek? 

— W pewnym sensie tak. To nie było proste. Chytro

ść

 ich kapłanów jest wielka. Mówi

ę

 wam, ludzie z przeszło

ś

d nie 

ust

ę

puj

ą

 wam wcale. 

— I chcesz, aby

ś

my wierzyli w ten przypadek. 

— Nie zale

Ŝ

y mi specjalnie na tym. 

— Słuchaj — powiedział Oldes. — My i tak wszystko wiemy. Wiemy, 

Ŝ

e masz tajemnic

ę

 eliksiru. Nie mo

Ŝ

emy de z ni

ą

 wysła

ć

 

w twoje czasy. 

— W porz

ą

dku, mog

ę

 zosta

ć

 u was. 

— Wiesz doskonale, 

Ŝ

e nie mo

Ŝ

esz. Wrócisz dokładnie w ten sam punkt czaso-przestrzeni, który opu

ś

ciłe

ś

. Taka była umowa. 

— Zgoda, mog

ę

 wraca

ć

Oldes milczał chwil

ę

, a potem powiedział: 

— Gdyby

ś

 przekazał nam eliksir, by

ć

 mo

Ŝ

e Rada pozwoliłaby d zosta

ć

 u nas. A tam... pami

ę

tasz, czytałe

ś

 swój nekrolog. 

— Wiesz co, Oldes, zawsze mi si

ę

 wydawało, 

Ŝ

e je

ś

li zna si

ę

 przyszło

ść

, mo

Ŝ

na unikn

ąć

 wi

ę

kszo

ś

ci niespodzianek. 

— My

ś

lisz, 

Ŝ

e eliksir ci w tym pomo

Ŝ

e? 

— Kto wie. 
— Przyznajesz wi

ę

c, 

Ŝ

e go masz. 

— Nie, mówi

ę

 tylko, 

Ŝ

e mo

Ŝ

e mi pomóc. 

— Nie rozumiem. 
— Nie szkodzi. W tym wła

ś

nie ró

Ŝ

nicie si

ę

 od nas. Jeste

ś

cie inni. Po prostu zdziecinnieli

ś

cie przez te trzysta lat, które nas 

dziel

ą

. W naszych czasach nikt by si

ę

 nie nabrał na ten eliksir. A wy wierzycie. Wierzycie w bajki. 

— Nasza technika, zdobycze naszej nauki upowa

Ŝ

niaj

ą

 nas do wiary w zjawiska z pozoru nieprawdopodobne. 

— Ale jeste

ś

de przy tym bardzo naiwni. Nadmiar udogodnie

ń

 technicznych nie sprzyja my

ś

leniu. 

— I ty to mówisz, ty, człowiek z zamierzchłej epoki wczesnoatomowej ? 
— Nie była ona tak prymitywna, jak my

ś

licie. Z przyjemno

ś

ci

ą

 wróc

ę

 do niej. Miała ona swoje dobre strony. Zapewniam was. 

Oldes ruszył ramionami. 
— Doskonale, wobec tego zorganizujemy przerzut w twoje czasy. 

background image

Gdy wszedł, starszy o pi

ęć

 lat, do swojego pokoju, zobaczył Ann

ę

— No, wreszcie w domu — powiedział. — Jeste

ś

, Anno, wróciła

ś

. Jak weszła

ś

— Normalnie, drzwiami. Były otwarte. 
— Wydawało mi si

ę

Ŝ

e je zamkn

ą

łem... Do

ść

 dawno temu, ale zamkn

ą

łem. 

— Mo

Ŝ

e nie powinnam przychodzi

ć

. Ale pomy

ś

lałam sobie, 

Ŝ

e nie mog

ę

 ciebie zostawi

ć

 na cały wieczór. Wróciłam wi

ę

c. 

— Dobrze, 

Ŝ

e przyszła

ś

... To był chyba maj, sobota... 

— Złe si

ę

 czujesz, Karolu? Zmieniłe

ś

 si

ę

 jako

ś

— Postarzałem si

ę

. Przybyło mi par

ę

 lat. 

— O czym ty mówisz? Rozstali

ś

my si

ę

 przecie

Ŝ

 przed chwil

ą

— Tak, ale tymczasem zostałem przeniesiony w przeszło

ść

. Wła

ś

ciwie nie wiem, jak ci to mam powiedzie

ć

. To było co

ś

 

niesamowitego... 

— Uspokój si

ę

. Usi

ą

d

ź

 i powiedz wreszcie. 

Siadł w swoim fotelu, na którym, wiedział, 

Ŝ

e za trzysta lat 

siadywa

ć

 b

ę

dzie automat. 

— Byłem w Asyrii — powiedział. 
— Gdzie? 
— Nie przerywaj mi. W staro

Ŝ

ytnej Asyrii. Przeniesiono mnie w inn

ą

 epok

ę

. Zdaj

ę

 sobie spraw

ę

Ŝ

e to wszystko, co mówi

ę

wygl

ą

da na szale

ń

stwo. Ja wiem, 

Ŝ

e to jest nieprawdopodobne, ale ja byłem! Rzeczywi

ś

cie byłem. Byłem tak

Ŝ

e w przyszło

ś

ci... 

Wierzysz mi ? 

— Tak, oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e ci wierz

ę

 — odpowiedziała Anna po chwili. 

— Wtedy kiedy wyszła

ś

, pobiegłem za tob

ą

. Wsiadłem do samochodu i znalazłem si

ę

 w czasolocie. To taki pojazd, który 

porusza si

ę

 w czasie. Byłem tutaj, w tym samym mie

ś

cie, ale po trzystu latach... To było potworne... Wiedziałem, 

Ŝ

e ciebie ju

Ŝ

 

nie ma... 

— Musisz odpocz

ąć

... Zrobi

ę

 ci kaw

ę

... — Anna wstała. 

— Ty mi nie wierzysz? My

ś

lisz, 

Ŝ

e oszalałem? 

— Ale

Ŝ

 nie! Wiem, 

Ŝ

e mówisz prawd

ę

 — Anna mówiła to bardzo spokojnie. — Po prostu zrobi

ę

 ci kaw

ę

. Poczekaj. 

— Gdybym mógł mie

ć

 jaki

ś

 dowód i przekona

ć

 ci

ę

. Anna podeszła do drzwi balkonu i odsun

ę

ła zasłon

ę

. .— Duszno tu. Otworz

ę

 

drzwi od balkonu. 

— Duszno? Przecie

Ŝ

 jest chłodno! 

— Mo

Ŝ

e masz dreszcze? — podeszła do niego i dotkn

ę

ła jego czoła. 

— Anno! Tu jest przecie

Ŝ

 zimno! Dlaczego mi wmawiasz, 

Ŝ

e jest duszno! 

— Uspokój si

ę

. Zaraz zamkn

ę

 drzwi. 

— Nie, nie! Prosz

ę

 ci

ę

. Otwórz! 

— Przyjdzie tu lekarz... 
— Co takiego? 
— Lekarz. Przed chwil

ą

 dzwoniłam do lekarza... Nie zrozum mnie 

ź

le... 

— Rozumiem. Uwa

Ŝ

asz, 

Ŝ

e oszalałem! 

— Nie. Naprawd

ę

 nie. Wierz

ę

 we wszystko. Jestem pewna, 

Ŝ

e tak było naprawd

ę

. Ale dobrze b

ę

dzie, gdy poradzimy si

ę

 

lekarza. Mo

Ŝ

e masz temperatur

ę

Dzwonek u drzwi wej

ś

ciowych zadzwonił. Otworzyła Anna. Siedział nieporuszony w fotelu. 

— Dobry wieczór! — usłyszał głos. Nie mylił si

ę

. Odwrócił si

ę

 gwałtownie. To był Oldes. 

— To ty? Po co przyszedłe

ś

— Nie rozumiem — Oldes spojrzał na Ann

ę

— Wspominałam panu, doktorze, 

Ŝ

e... 

— Tak, tak, oczywi

ś

cie. 

— „Doktorze"? Anno, to oszustwo. To nie jest 

Ŝ

aden lekarz! To wła

ś

nie on! Człowiek z przyszło

ś

ci! Nazywa si

ę

 Oldes. 

— Karolu, wiem, 

Ŝ

e mówisz prawd

ę

, ale posłuchaj doktora. 

— To nic gro

ź

nego — stwierdził Oldes. — Po prostu pan jest wyczerpany nerwowo. 

— Po co przyszedłe

ś

! Po eliksir? — Teraz Karol krzyczał. 

— Co to takiego? — Oldes zwrócił si

ę

 do Anny. 

— Nie wiem. Mówi, 

Ŝ

e był w Asyrii. 

— Rozumiem... Prosz

ę

 usi

ąść

... 

— Nie zbli

Ŝ

aj si

ę

 do mnie! 

ś

adne sztuczki ci nie wyjd

ą

! Jeste

ś

 "W tera

ź

niejszo

ś

ci!                               . , Oldes zatrzymał si

ę

 

niezdecydowany. 

— Nie wiem, czy sam dam rad

ę

 — zwrócił si

ę

 do Anny. — To wygl

ą

da na ci

ęŜ

ki przypadek.                 . 

— Anno, nie wierz ani jednemu jego słowu! To oszust. Chc

ą

 mnie zabi

ć

! Wrócili po to, 

Ŝ

eby nie zmieniła si

ę

 ich przyszło

ść

Włókno Claperiusa! Tak si

ę

 to u nich nazywa! 

— Włókno Claperiusa... O czym ty mówisz? 
— Tak, wła

ś

nie tak! 

— Obsesja 

ś

mierci. Dosy

ć

 typowy objaw. — Oldes mówił do Anny szeptem. 

— Wyno

ś

 si

ę

 st

ą

d! Słyszysz? Wyno

ś

 si

ę

 natychmiast! Nie uda ci si

ę

— Gdyby była pani tak uprzejma... Tam na dole w karetce jest piel

ę

gniarz. Sam nie dam rady. 

— Nigdzie nie pójdziesz! Nie wychod

ź

, Anno. Nie zostawiaj mnie z nim. Oni chc

ą

 mnie zabi

ć

background image

— Zaraz wróc

ę

, Karolu — powiedziała Anna i wyszła, Karol milczał chwil

ę

— Zostaw mnie — powiedział w ko

ń

cu. — Je

Ŝ

eli mnie zostawisz, dam ci eliksir. Zdobyłem... 

— Teraz za pó

ź

no. Musz

ę

 ci

ę

 zabra

ć

 do szpitala. Powiesz przynajmniej, gdzie przechowałe

ś

 ten płyn? Przeszukali

ś

my ci

ę

 

dokładnie. 
— Dałe

ś

 si

ę

 nabra

ć

. Jad

ą

c czasolotem wysiadłem dzie

ń

 wcze

ś

niej i umie

ś

ciłem go tu, w swoim domu. 

— Pilot zgodził si

ę

 na ten postój? — Oldes nie był całkiem przekonany. 

— Powiem ci, ale musisz mi przyrzec... 
— Szybko, mów! 
— Dałem mu pół butelki. 
— Wi

ę

c to tak? — Oldes podniósł głow

ę

— Widzisz. Dam ci drug

ą

 połow

ę

, ale pod warunkiem, 

Ŝ

e pójdziesz st

ą

d i zostawisz mnie w spokoju. 

— A co powiem w Centrali? 
— To ju

Ŝ

 twoja sprawa. Zreszt

ą

 je

ś

li nie chcesz... Ale radz

ę

 ci si

ę

 zastanowi

ć

. Wy w przyszło

ś

ci macie wszystko, ale jeste

ś

cie 

ś

miertelni. Ty jeden mo

Ŝ

esz zyska

ć

 nie

ś

miertelno

ść

ś

wie

Ŝ

o

ść

 umysłu. Podczas gdy twoi przyjaciele b

ę

d

ą

 zgrzybiałymi 

starcami, ty zachowasz umysł i wygl

ą

d trzydziestolatka! To wielka rzecz, Oldes. Spróbuj, mam to tutaj... — Karol wstał i nalał do 

szklanki nieco białego, przezroczystego płynu. 

— Mo

Ŝ

e to trucizna?! W waszych czasach robiło si

ę

 takie rzeczy... 

— Głupcze! Spójrz na mnie! — Karol odwrócił si

ę

 i spojrzał na Oldesa. — Czy postarzałem si

ę

 cho

ć

 troch

ę

 przez te pi

ęć

 lat? 

Zreszt

ą

, prosz

ę

 bardzo! Sam te

Ŝ

 wypij

ę

. No? Jeszcze si

ę

 wahasz? — nalał płynu do drugiej szklanki i wypił. Oldes wahał si

ę

 

jeszcze przez chwil

ę

 i wreszcie wypił tak

Ŝ

e. 

— Uuu! Dziwne! Piecze w ustach. — Oldes z trudem łapał powietrze. 
— Chciałby

ś

, by eliksir miał smak wody? Musi w tym by

ć

 moc, która przywraca młodo

ść

— To dobre! Mógłby

ś

 jeszcze troch

ę

? Tak na pocz

ą

tek? 

— Ale

Ŝ

 prosz

ę

 ci

ę

 uprzejmie — nalał mu pół szklanki. — Mam tego kilka butelek. 

— Kilka butelek? 
— Fakt. 
— Wiesz, czuj

ę

 przyjemne ciepło rozlewaj

ą

ce si

ę

 po całym 

dele. 
— Pierwszy objaw, 

Ŝ

e twój organizm si

ę

 odmładza. 

— Jak my

ś

lisz, o ile si

ę

 odmłodziłem? 

— No, co najmniej o kilka lat. 
— A gdybym wypił na raz cał

ą

 butelk

ę

— Troch

ę

 niebezpieczne. Wróciłby

ś

 do dzieci

ń

stwa, zacz

ą

łby

ś

 

bełkota

ć

 i chodzi

ć

 na czworakach. 

— Cudowne! Czuj

ę

 jasno

ść

 umysłu! 

— I wszystko wydaje si

ę

 łatwe i proste? 

— Wła

ś

nie! 

— Osi

ą

gasz m

ą

dro

ść

 kapłanów asyryjskich. Oldes wstał, zatoczył si

ę

 i oparł o bibliotek

ę

— Czemu trac

ę

 równowag

ę

 ? — zapytał. 

— Młodo

ść

 oszałamia! 

— Dasz mi cał

ą

 butelk

ę

— Prosz

ę

 — odpowiedział Karol i wr

ę

czył Oldesowi butelk

ę

 

białego płynu. 
— Wspaniałe! — Oldes schował butelk

ę

 i usiadł w fotelu. 

Milczeli chwil

ę

, a potem weszła Anna z pilotem. 

— Panie doktorze, pan... — zacz

ą

ł pilot, lecz Oldes mu 

przerwał. 
— Wysiadło si

ę

 dzie

ń

 wcze

ś

niej po eliksirek, co? 

— Co takiego? 
— No, ju

Ŝ

 dobrze... — Oldes machn

ą

ł r

ę

k

ą

— Co si

ę

 tu dzieje? — Anna patrzyła na Karola. 

— Pan doktor poprosił o co

ś

 do picia — wyja

ś

nił Karol. 

— Prze... Przepraszam bardzo... Pani wybaczy... — Oldes wstał i chwycił za rami

ę

 pilota. Wracamy, kochasiu. Wracamy... 

— Ale

Ŝ

, panie doktorze. 

— Idziemy... Przepraszamy... — Oldes, ci

ą

gn

ą

c pilota, ruszył 

ku drzwiom. 
— Doktorze, wezwano pana w okre

ś

lonym celu. — Anna 

chciała go zatrzyma

ć

— W okre

ś

lonym celu, ale... Przepraszamy, wychodzimy... Wej

ś

ciowe drzwi trzasn

ę

ły. Karol usiadł w fotelu. 

— Ale mi si

ę

 udało. Ty jeszcze nic nie wiesz, Anno. Nie powiedziałem d jeszcze wszystkiego. Widzisz, dzi

ś

 o godzinie 

dwudziestej drugiej zero pi

ęć

 miałem umrze

ć

. Wła

ś

nie teraz, ale nie dałem si

ę

... Oni ju

Ŝ

 nie wróc

ą

... Rozumiesz? Czas mojej 

ś

mierci min

ą

ł i b

ę

d

ę

 

Ŝ

ył dalej... 

Ŝ

ył dalej, Anno. 

— No tak, rzeczywi

ś

cie. Widzisz, wiem, 

Ŝ

e to, co mówisz, to prawda. Trudno mi jednak znale

źć

 rozwi

ą

zanie. Lubiłam ci

ę

Karolu... 

— Lubiła

ś

background image

— Nie, nie... Widzisz, włókno Claperiusa... 
— Tak, to oni tak mówi

ą

. Ja miałem umrze

ć

... Nie potrafi

ę

 ci tego wszystkiego wytłumaczy

ć

, ale przecie

Ŝ

 fakt, 

Ŝ

e byli tu, 

dowodzi, 

Ŝ

e to nie mój wymysł... Słuchasz mnie? 

— Tak. Oczywi

ś

cie. 

— My

ś

lałem o tobie... Cały czas my

ś

lałem o tobie. Chciałem 

tu wróci

ć

... 

Karol urwał, bo usłyszał szum, który słyszał ju

Ŝ

 kiedy

ś

— Słyszysz co

ś

, Anno? — zapytał. 

— Co takiego? 
— Nie wiem. Jakby szum. Wydaje mi si

ę

 pewnie. Czuj

ę

 si

ę

 naprawd

ę

 zm

ę

czony... Co ty tam robisz? — zapytał, bo Anna 

podeszła do okna i wtedy usłyszał słowa: 

— MGX-122, operacja awaryjna, powtarzam: operacja awaryjna. — To był głos Anny. 

— Anno? Co ty mówisz? — zawołał. Teraz szum słyszał ju

Ŝ

 wyra

ź

nie. 

— MGX-122 wzywa czasolot awaryjny! — Monotonnie powtarzała Anna. 

— Spójrz na mnie, Anno! 
Widział, jak podchodzi do niego, bierze go za ramiona i bez 
wysiłku podnosi w gór

ę

— Nie 

Ŝ

artuj. Uwa

Ŝ

aj. Przerzucisz mnie przez balustrad

ę

. Lec

ą

c krzyczał jeszcze. Pisku Opon i gwaru ludzi ju

Ŝ

 nie słyszał. Nie 

wiedział tak

Ŝ

e, 

Ŝ

e Anna obci

ą

gn

ę

ła sukienk

ę

 i płucz

ą

c szklanki pod kranem, mówiła monotonnym głosem w kierunku 

zlewozmywaka: 

— MGX-122 melduje usuni

ę

cie awarii. Człowiek, który przekroczył barier

ę

 czasu, nie 

Ŝ

yje. Przewidziane wypadki zaszły z 

trzyminutowym opó

ź

nieniem, bez naruszenia włókna Claperiusa.