background image

 
 
 
 
 

SUZANNAH DAVIS 

 

 

 

 

Rudzielec 

background image

 
ROZDZIAŁ PIERWSZY 

„Przyjedź do mnie, Loczku, tylko szybko. Jesteś mi potrzebna". 
Roni  Daniels  wciąż  słyszała  rozpaczliwe  wołanie  Sama  Prestona.  Pedał  gazu  w  jej  jeepie 
wciśnięty  był  do  oporu.  Szybciej  już  jechać  się  nie  dało.  Roni  z  całych  sił  trzymała 
kierownicę.  Z  trudem  wypatrywała  wąskiej  dróżki,  która.  zazwyczaj  tylko  bydło  wracało  z 
pastwiska. 
Chłodny  wiatr  kwietniowej  teksaskiej  nocy  rozwiewał  kręcone  włosy  dziewczyny.  Klęła 
Sama za to, że zbudził ją w środku nocy i odłożył słuchawkę, nie powiedziawszy nawet, co za 
nieszczęście go spotkało. 
No cóż, w tej części Teksasu nie zadaje się pytań, gdy sąsiad prosi o pomoc. Szczególnie gdy 
sąsiad jest jednocześnie przyjacielem. Szybko, to szybko. Obojętne, która jest godzina. 
Roni  zatrzymała  się  przed  domem  Prestonów.  Niegdyś  był  to  wspaniały  budynek.  Teraz 
jednak  w  świetle  reflektorów  jeepa  widać  było  łuszczącą  się  farbę,  spróchniałe  deski  na 
ganku...  Za  to  stodoła,  obora,  stajnie,  czyli  wszystkie  zabudowania  gospodarcze,  utrzymane 
były  wzorowo.  Cała  okolica  wiedziała,  że  od  czasu  gdy  od  Sama  odeszła  żona,  dbał  on 
bardziej o swoje rasowe bydło aniżeli o własne wygody. 
Roni  weszła  na  ganek.  Jej  bujna  wyobraźnia  podsuwała  przed  oczy  obraz  krwawej  jatki, 
ś

miertelnych obrażeń lub co najmniej najazdu Marsjan. Sam Preston nigdy dotąd nikogo nie 

prosił  o  pomoc.  Skoro  to  zrobił,  w  środku  nocy  na  dodatek,  na  pewno  działo  się  coś 
okropnego. 

Sam! - zawołała, otwierając drzwi rzęsiście oświetlonego salonu. 

Znała  ten  dom  jak  swój  własny.  Biegała  po  nim  razem  z  Samem  i  z  jego  starszym  bratem, 
Kennym,  gdy była jeszcze tak mała, że nie dorastała do pięt konikowi polnemu, jak mawiał 
doktor  Hazelton.  Na  widok  waliz,  pudeł  i  pakunków  wypełniających  pokój,  zaniemówiła  ze 
zdziwienia.  Wiedziała  wprawdzie,  że  Sam  musiał  nagle  wyjechać.  Opuścił  nawet  z  tego 
powodu cotygodniowe spotkanie w kawiarni Rosie, ale nie spodziewała się w związku z tym 
wyjazdem żadnych sensacji. Tymczasem okazało się, że bardzo, ale to bardzo się pomyliła. 
W  odległym  pokoju  rozległ  się  przeraźliwy  płacz.  Roni  z  bijącym  sercem  pobiegła  do 
sypialni  Sama.  Ostrożnie  uchyliła  drzwi.  Spodziewała  się  zastać  tam  demona  z  ektoplazmy 
lub chociaż zwyrodniałego mordercę, ale to, co zobaczyła, było stokroć gorsze. Sam Preston 
stał na środku pokoju cały mokry, owinięty tylko ręcznikiem. Jasne włosy przykleiły mu się 
do  czoła,  a  muskularne  ciało  ciężko  pracującego  mężczyzny  było  tak  piękne,  że  Roni  na 
chwilę zaparło dech w piersiach. 
Usłyszał  ją  wreszcie.  Odwrócił  się.  Na  widok  zawiniątka  w  jego  ramionach  Roni  niemal 
całkiem przestała oddychać. 

Bogu dzięki, że już jesteś, Loczku! - zawołał Sam.- Potrzymaj! 

Wcisnął  dziewczynie  rozwrzeszczane  dziecko.  W  ostatniej  chwili  złapał  ręcznik,  który 
niebezpiecznie  zsunął  mu  się  poniżej  pępka.  Sądząc  po  różowej  piżamie,  dziecko  było 
dziewczynką Maleństwo miało około roku i miedzianorude włosy  Było na dodatek ciężkie i 
tak ruchliwe,   że utrzymanie go na rękach okazało się prawdziwą sztuką 

O mój Boże! - Roni odruchowo przytuliła dziewczynkę do siebie Była zbyt zaskoczona, 

ż

eby  zwrócić  uwagę  na  wilgoć,  jaką  w  mgnieniu  oka  nasiąkła  jej  koszulka.  Zaciekawione 

brzmieniem  nowego  głosu  dziecko  na  chwilę  przestało  się  szamotać.  Odchyliło  główkę  i 
popatrzyło na Roni błękitnymi oczami Sama Prestona. 
Dziewczyna o mało nie umarła. Z żalu, z bólu, z przerażenia. Nie mogła zrozumieć, dlaczego 
Sam trzymał przed nią w tajemnicy coś takiego. Byli przecież najlepszymi przyjaciółmi. 

background image

Odwróć się, Loczku. Muszę nałożyć majtki - poprosił Sam. Grzebał w przepastnej szafie, 

mrucząc do siebie. A niech to diabli porwą! Niech to piekło pochłonie! Chciałem tylko wziąć 
prysznic. Prawie dwieście kilometrów jechałem z tym wrzeszczącym szkrabem  I  co? Nawet 
prysznic mi się nie należy? 
Mały  rudzielec  chyba  przestraszył  się  nowej  osoby  Dziewczynka  wykrzywiła  buzię  w 
podkówkę, wsunęła łapki w gęstwinę włosów Roni znów zaczęła płakać. 
-

 

Czy  to  twoje  dziecko?  -  zapytała  Roni,  bo  koniecznie  musiała  się  tego  jak  najszybciej 

dowiedzieć 
-

 

Myślałem, że choć jedną noc wytrzymam? - Słowom Sama towarzyszył odgłos zapinanych 

dżinsów - Skąd, u licha, mogłem wiedzieć. 
-

 

Sam! - Roni odwróciła się na pięcie. Tuliła do siebie dziecko, jakby musiała je przed czymś 

bronić - Pytałam, czy to twoje dziecko. 
-

 

Co?  -  zaniepokoił  się  Sam,  zdziwiony  ostrym  tonem  głosu  Roni.  -  Pewnie,  że  nie!  To 

znaczy: tak. Chyba można by tak powiedzieć. 
-

 

Zdecyduj  się  wreszcie!  -  zniecierpliwiła  się  Roni.  -Nie  sądziłam,  że  jesteś  jednym  z  tych 

mężczyzn,  którzy  bawią  się,  nie  myśląc  o  konsekwencjach.  Naprawdę  nie  rozumiem,  jak 
mogłeś tak nierozważnie postąpić. 
-

 

Nie  osądzaj  nikogo  tak  pochopnie,  Veronico  Jean.  -  Spod  opalenizny  Sama  widać  było 

teraz płomienny rumieniec. - To nie moje dziecko. 
-

 

Ma twoje oczy - nie ustępowała Roni. - Zresztą sam przed chwilą powiedziałeś... 

-

 

Jessie jest córką mojego kuzyna. Roy zginął w zeszłym roku. Pamiętasz? Opowiadałem ci 

o tej katastrofie na polu naftowym. 
-

 

Ale  dlaczego...  Co  się  stało?  -  dopytywała  się  Roni  zawstydzona,  ale  tym  razem  już 

zupełnie spokojna. 
-

 

Alicja...  Matka  Jessie  zatruła  się  w  zeszłym  tygodniu  jakimś  lekarstwem.  Dostała  szoku... 

Lekarze nie umieli jej pomóc. 

Czy  ona  też  nie  żyje?  -  zapytała  przerażona  Roni.  Sam  tylko  skinął  głową.  Roni  z 

płaczącym  dzieckiem  w  objęciach  usiadła  ciężko  na  skraju  ogromnego,  nie  pościelonego 
łóżka.  Pełna  współczucia,  kołysała  Jessie,  w  nadziei,  że  choć  trochę  uda  jej  się  uspokoić 
maleństwo. 

Och, Sam - westchnęła. - Tak mi przykro! 

-

 

Musiałem wszystko załatwić. - Sam pogłaskał rudą główkę swoją wielką dłonią.  

-

 

-  Pochowaliśmy  ją  w  sobotę.  Do  tego  czasu  małą  zajmowali  się  sąsiedzi.  Ja  jestem  jej 

jedynym krewnym, więc wziąłem Jessie do siebie. Co miałem zrobić? 
-

 

Sam, ty głuptasie! Jasne, że musisz się nią zaopiekować. Nie możesz postąpić inaczej. 

-

 

Trochę  ciężko  mi  się  teraz  myśli.  -  Sam  był  tak  zmęczony,  że  wyglądał,  jakby  miał  nie 

trzydzieści siedem lat, lecz znacznie więcej. - To był piekielny tydzień! 
-

 

Wyobrażam sobie. - Roni pogłaskała dziecko po główce. - Biedne maleństwo. Współczuję 

ci, Sam. 
-

 

Mnie nic nie jest. 

-

 

Nie zapominaj się, kolego - upomniała go żartobliwie Roni. - Możesz sobie udawać przed 

ś

wiatem,  że  jesteś  twardy  jak  hartowana  stal,  ale  ja  i  tak  wiem,  że masz złote  serce.  Chcesz 

adoptować Jessie, tak? 
-

 

Chyba nie mam innego wyjścia. - Sam uśmiechnął się smutno. - Do głowy mi nie przyszło, 

ż

e trzeba być doktorem Spockiem, Matką Teresą i ośmiornicą w jednej osobie, żeby poradzić 

sobie  z  jedną  małą  dziewczynką.  Jeśli  jutro  z  samego  rana  nie  załadujemy  z  Angelem  tego 
transportu byków dla Fergusona, to Lazy Diamond znajdzie się na granicy bankructwa. 
Roni  ze  zrozumieniem  pokiwała  głową.  Dobrze  wiedziała,  że  praca  na  ranczo  nigdy  się  nie 
kończy. Angel Morales był szefem kowbojów na farmie Lazy Diamond. To on opiekował się 
stadem  i  wydawał  polecenia  ludziom.  Jego  żona,  Maria,  gotowała  dla  wszystkich 

background image

pracowników.  Sam  natomiast  wykonywał  wszystkie  obowiązki  właściciela,  generalnego 
zarządcy i brygadzisty. 
-

 

Jestem wykończony. - Sam spojrzał błagalnie na Roni. - Musisz mi pomóc. 

-

 

Dlaczego ja? Wiem o dzieciach mniej więcej tyle samo, co i ty. 

Nie wiadomo skąd i po co pojawiło się bolesne wspomnienie pełnego upokorzeń romansu z 
reżyserem  Jacksonem  Dialem.  Przez  osiem  długich  lat  Roni  znosiła  podróże  po  wszystkich 
stanach Ameryki Północnej, liczne zdrady i powroty, aż w końcu zdecydowała się zakończyć 
tamtą znajomość. Przed dwoma laty powróciła do rodzinnego miasteczka Flat Fork. Rany się 
zabliźniły. Roni pracowała teraz dla różnych wydawnictw jako ilustratorka, ale Jacksonowi i 
jego filozofii życiowej opartej na bezwzględnym unikaniu zobowiązań zawdzięczała fakt, że 
nie  miała  dzieci,  wciąż  była  sama  i  bardzo  niewiele  brakowało  jej  do  staropanieństwa.  Sam 
oczywiście doskonale znał historię życia swej przyjaciółki. Nie raz i nie dwa wypłakiwała mu 
swoje żale nad kuflem piwa. Jednak teraz był tak zdesperowany, że zapomniał o wszystkim. 
Nawet  o  tym,  że  Roni  nie  ma  absolutnie  żadnego  doświadczenia,  jeśli  idzie  o  opiekę  nad 
dziećmi. 
-

 

Musisz coś o tym wiedzieć, Loczku - zapewniał ją Sam. - Jesteś przecież kobietą. 

-

 

Dobrze, że wreszcie to zauważyłeś - prychnęła. 

-

 

Nie złość się. Wiesz, o co mi chodzi - poskrobał dłonią zarośnięty policzek. 

-

 

Przede  wszystkim  trzeba  przewinąć  Jessie.  -  Roni  w  końcu  jednak  zlitowała  się  nad 

Samem. - Przemokła na wylot. 
-

 

Co? Znowu? 

-

 

Mnie  zresztą  też  zmoczyła  -  Roni  odsunęła  od  siebie  pochlipującą  teraz  cichutko 

dziewczynkę. 
-

 

Niech to szlag trafi! - Sam wyciągnął ręce po dziecko. - Bardzo cię przepraszam, Loczku. 

-

 

Nie przejmuj się, kowboju. Nie ma potrzeby, żebyśmy mokli oboje. Daj mi pieluchę i coś, 

w co mogłabym przebrać małą. 
Sam rzucił się do wypchanej torby w żółte kaczuszki, a Roni tymczasem ułożyła maleństwo 
na  łóżku.  Dziewczynka  była  już  zbyt  zmęczona,  żeby  się  opierać  czy  choćby  płakać. 
Popiskiwała  tylko  cichutko,  ale  za  nic  nie  chciała  wypuścić  włosów  Roni,  w  które  od 
początku  kurczowo  się  wczepiła.  Dziewczyna  pomyślała  sobie,  że  pewnie  matka  Jessie  też 
miała długie włosy i dlatego mała czepia się tej jedynej znajomej rzeczy w obcym otoczeniu. 
-

 

Dobrze,  skarbie,  możesz  je  sobie  trzymać  -  szepnęła  wzruszona.  Zdjęła  z  dziecka  mokrą 

piżamkę  i  nasiąknięta  do  granic  wytrzymałości  pieluszkę.  -  Ciocia  Roni  zaraz  zrobi  z  tym 
porządek. 
-

 

Weź  to.  -  Sam  rzucił  na  łóżko  czyste  śpioszki  i  jednorazową  pieluchę.  -  Może  ty  sobie  z 

tym świństwem po radzisz. Ja zupełnie nie wiem, jak się toto zakłada. 
-

 

Parę razy przewijałam malucha Krystal przyznała się wreszcie Roni. 

Krystal Harrison była ich przyjaciółką z lat szkolnych Zarówno Krystal, jak i jej mąż Bud, a 
także trójka ich dzieci, z radością powitali powrót Roni do Flat Fork. 
-

 

Wiedziałem,  że  coś  przede  mną  ukrywasz  mruknął  Sam.  -  Może  ona  jest  głodna?  Jak 

myślisz? 
-

 

Jest bardzo zmęczona, ale butelka czegoś ciepłego pomoże jej się uspokoić. 

-

 

Zaraz coś przyniosę. 

Zanim Roni ubrała maleństwo w czystą piżamkę. Sam już był z powrotem. 

Mam tu jakiś sok - podał dziewczynie plastikową butelkę ze smoczkiem. - Pani Newton, 

która  opiekowała  się  Jessie,  zapakowała  mi  na  drogę  parę  butelek.  Ci  Newtonowie  mają 
pięcioro  własnych  dzieci.  Bardzo  przeżyli  śmierć  Alicji.  I  do  Jessie  też  się  przywiązali. 
Powiedzieli  mi,  że  wcale  nie  muszę  jej  zabierać.  Ale  oni  nie  są  bogaci.  Nie  chciałem,  żeby 
mała  była  dla  nich  ciężarem.  Zresztą  wydawało  mi  się,  że  powinienem  ją  tu  jak  najszybciej 
przywieźć. 

background image

Roni  usadowiła  się  w  bujanym  fotelu,  który  ledwie  już  pamiętał  lepsze  czasy.  Podała 
maleństwu  butelkę  z  sokiem.  Jessie  natychmiast  przyssała  się  do  smoczka  i  już  po  chwili 
oczka jej się zamknęły. Ale włosów Roni z piąstki nie wypuściła. 

A mówiąc poważnie, Sam, co masz zamiar zrobić z tym fantem? - zapytała Roni, bujając 

się na fotelu. - Opieka nad takim małym dzieckiem to dla samotnego mężczyzny duży kłopot. 
Sam  wpatrywał  się  w  podłogę,  jakby  tam  spodziewał  się  znaleźć  odpowiedź  na  trudne 
pytanie. 

Kiedy  umarł  Roy  -  powiedział  wreszcie  –  obiecałem  Alicji,  że  zaopiekuję  się  nią  i 

dzieckiem... 
Roni  uczuła  litość  i  podziw  dla  tego  dzielnego,  pracowitego  człowieka.  Jednocześnie, 
właściwie  po  raz  pierwszy  w  swoim  i  Sama  życiu,  dostrzegła  w  starym  przyjacielu 
mężczyznę. I to nie byle jakiego, ale przystojnego i bardzo pociągającego mężczyznę. 

Chyba zatrudnię jakąś kobietę do prowadzenia domu - mówił Sam. - Chociaż naprawdę 

nie  wiem,  skąd  miałbym  teraz  właśnie  wziąć  na  to  pieniądze.  Jedyna  szansa  to  zdobyć  ten 
kontrakt  na  dostawę  bydła  na  Wichita  Rodeo.  Chociaż  podobno  obiecali  go  już  Travisowi 
Kingowi... 
Zmarkotniał,  wspomniawszy  konkurenta.  Nie  lubili  się.  Wprawdzie  nigdy  jej  o  tym  nie 
opowiadał, ale Roni wiedziała, że King miał coś wspólnego z wypadkiem samochodowym, w 
którym dziesięć lat temu zginął brat Sama. 

A może wystarczy przyjąć jakąś opiekunkę do dziecka - ciągnął Sam - albo oddać małą 

do żłobka. Wielu ludzi posyła dzieci do żłobka, więc ja chyba też mogę. 
Jessie  wreszcie  zasnęła.  Roni  odstawiła  na  bok  butelkę  z  sokiem,  a  potem  ułożyła  sobie 
niemowlę  na  ramieniu  Dziewczynka  westchnęła  przez  sen,  a  Roni  nieoczekiwanie  ogarnęła 
wielka czułość dla tej maleńkiej, bezradnej istotki. 
-

 

Jeśli  chcesz  być  ojcem,  nie  możesz  poprzestać  na  zaspokajaniu  tylko  fizycznych  potrzeb 

dziecka  -  powiedziała,  bo  nagle  obudził  się  w  niej  instynkt  macierzyński,  którego  wcale  się 
nie spodziewała. 
-

 

Wiem - westchnął Sam. - Ta mała przeszła już gorsze piekło, niż większość ludzi przeżywa 

przez całe życie.  Zresztą to moja krew. Nie mogę zostawić córeczki kuzyna na pastwę losu. 
Zawsze żałowałem, że ja i Shelly nie mieliśmy dzieci, a skoro Jessie powinna mieć rodzinę, 
to tak sobie myślę, ze pewnie sam Bóg zsyła mi tę szansę. 
Roni podziwiała determinację Sama i zazdrościła mu, ze to on, a nie ona ma okazję nacieszyć 
się  pełnią  rodzicielskiej  miłości.  Żeby  nie  pokazać  łez,  które  niespodziewanie  napłynęły  jej 
do oczu, pochyliła głowę i spojrzała na śpiące maleństwo. 

Przygotowałeś dla niej łóżko? - zapytała 

Ustawiłem jej kojec w moim dawnym pokoju. Roni już się opanowała. Ostrożnie wstała 

z  fotela  i  z  dzieckiem  w  ramionach  poszła  za  Samem  do  sąsiedniego  pokoju.  Blask  nocnej 
lampki  oświetlał  pozawieszane  na  ścianach  półki  z  książkami,  obok  których  stały  trofea 
sportowe, zdobyte jeszcze w szkole przez obu braci Prestonów. Od tamtych czasów właściwie 
nic  się  w  tym  pokoju  nie  zmieniło.  Rodzice  Sama  nigdy  na  dobre  nie  doszli  do  siebie  po 
ś

mierci starszego syna. Nawet krótka i pamiętna obecność Shelly na ranczo Lazy Diamond na 

ten  akurat  pokój  nie  miała  wpływu.  Dlatego  też  stare,  ale  wciąż  jeszcze  wiele  warte  siodło 
Sama  majestatycznie  spoczywało  na  biurku,  a  na  łóżku  i  na  podłodze  leżały  magazyny 
poświęcone  hodowli  bydła  i  rodeo.  Cudem  jakimś  zmieścił  się  w  tym  bałaganie  składany 
kojec z siatką. 

To takie śliczne dziecko, Sam - szepnęła Roni, układając śpiące maleństwo w kojcu. 

Sam objął dziewczynę ramieniem. Był to przyjacielski, zupełnie nic nieznaczący gest, a mimo 
to  zapach  i  ciepło  męskiego  ciała  zrobiły  na  Roni  niesłychane  i  zupełnie  niespodziewane 
wrażenie. 

background image

-

 

Jest czarująca - przyznał Sam. - Zupełnie mnie zawojowała. Będzie miała wszystko, czego 

jej potrzeba. 
-

 

Wiem,  że  staniesz  na  głowie,  żeby  tego  dokonać  -powiedziała  cichutko  Roni.  Wyłączyła 

lampkę,  wypchnęła  Sama  z  pokoju  i  sama  także  wyszła,  pozostawiając  uchylone  drzwi.  - 
Najpierw  musisz  uporządkować  ten  pokój.  Małe  dziewczynki  powinny  dorastać  wśród 
koronek, falbanek, lalek. 
-

 

O ile dobrze sobie przypominam, to pani, panno z mokrą głową, niczego takiego nie miała - 

zakpił  Sam.  Teraz,  gdy  sytuacja,  przynajmniej  chwilowo,  została  opanowana,  mógł  sobie 
pozwolić na powrót do zwykłych, przyjacielskich stosunków z Roni. - Jeździłaś na koniu w 
dżinsach i kowbojskich butach lepiej niż niejeden chłopak. 
-

 

Co  mogłam  innego  robić?  Byłam  jedyną  dziewczyną  w  promieniu  dziesięciu  kilometrów. 

Zresztą wyjątki tylko potwierdzają regułę - broniła się Roni, bo mimo łączącej ich zażyłości 
Sam niewiele wiedział o prawdziwych gustach swej przyjaciółki. - Zdziwiłbyś się, gdybym ci 
powiedziała, co naprawdę lubią małe dziewczynki. 
-

 

Wiem, wiem. Muszę się jeszcze dużo nauczyć. 

-

 

O, tak. Wszystko przed tobą. - Roni zaczęła wyliczać na palcach: - Lekcje tańca, wstążki do 

włosów,  całowanie  potłuczonych  kolan,  ocieranie  łez...  To  wszystko  drobiazg.  Trudniej  ci 
będzie  prowadzić  z  nią  rozmowy,  gdy  zacznie  się  okres  dojrzewania.  Będziesz  musiał  ją 
ustrzec przed chłopakami, kupić jej pierwszy biustonosz... 
-

 

Dobry Boże! - jęknął Sam tak komicznie, że Roni głośno się roześmiała. 

-

 

Samie  Preston  -  powiedziała,  całując  go  w  policzek  -  jesteś  dobrym  człowiekiem.  Co  ze 

mnie za przyjaciółka Pozwalam sobie na kpiny, gdy ty jesteś taki zmęczony Teraz pojadę do 
domu. Wrócę rano. Może Krystal pomoże znaleźć kogoś do prowadzenia domu. 
-

 

Nie napiłabyś się kawy albo czegoś zimnego? Masz ochotę na piwo? - dopytywał się trochę 

zbyt gorączkowo Sam. 
-

 

Czy ty wiesz, która jest godzina? 

-

 

Moglibyśmy  obejrzeć  sobie  telewizję.  Czy  u  Rosie  wydarzyło  się  coś,  o  czym  koniecznie 

powinienem sic dowiedzieć? 
-

 

Jutro ci opowiem. Teraz jadę do domu trochę się przespać 

-

 

Naprawdę musisz? 

Czyżby Sam się bał? pomyślała z niedowierzaniem Roni. Niemożliwe. Przecież w pojedynkę 
radzi sobie z szarżującym bykiem i nawet przy tym okiem nie mrugnie Odejście żony, której 
nie podobało się spokojne życie na farmie, także przyjął z godnością i spokojem Wszyscy go 
podziwiali.  Dopiero Jessie  go  pokonała.  Taka  mała  kobietka,  a  poradziła sobie  z  ogromnym 
Samem  Prestonem.  Nieustraszony  Sam  boi  się  zostać  sam  na  sam  z  maleńką,  rudą 
dziewczynką! 
-  Przyznaj się - Roni z trudem ukryła uśmiech - wcale nie masz ochoty oglądać telewizji. 
-

 

Zmiłuj się nade mną,  Loczku - wił się jak piskorz Sam. - Co będzie, jeśli nie usłyszę, jak 

Jessie  się  rozpłacze? Wiesz,  że  trudno  mnie  dobudzić.  A  jeśli  się  w  nocy  rozchoruje?  Znów 
będę musiał do ciebie dzwonić. 
-

 

Zawsze mogę wyłączyć telefon. - Roni udawała obojętność. 

-

 

Mam paść przed tobą na kolana? Tego chcesz? - dopytywał się ponuro Sam. 

-

 

Nie tym razem. - Roni w końcu wybuchnęła śmiechem. - Zostawię sobie tę przyjemność na 

lepszą okazję. 
-

 

Zostaniesz?  Naprawdę?  Tylko  dzisiaj.  Do  jutra  na  pewno  jakoś  się  ze  wszystkim 

pozbieram. 
-

 

No cóż - Roni udawała, że wciąż się zastanawia, chociaż dawno już podjęła decyzję - jeśli 

będziesz się czuł pewniej... 
-

 

Jasne, że tak! Nawet sobie nie wyobrażasz... 

background image

-

 

Wyobrażam,  wyobrażam  -  zachichotała.  -  Będę  spała  w  pokoju  Jessie.  Ale  pod  jednym 

warunkiem. 
-

 

Zrobię  wszystko,  co  zechcesz  -  zawołał  Sam.  Zreflektował  się  jednak,  zauważywszy 

podstępny uśmiech przyjaciółki. - Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. 
-

 

Widzisz, Sam, inna kobieta na moim miejscu mogłaby wyciągnąć korzyści z twojej trudnej 

sytuacji. Nawet duże korzyści... 
-

 

Nie  igraj  z  ogniem,  młoda  damo,  bo  możesz  się  sparzyć.  -  Sam  znów  się  uśmiechał  i  jak 

zwykle  przekomarzał  z  Roni.  -  Powiedz  wreszcie,  o  co  ci  chodzi.  A  może  ubijemy  interes? 
Przez cały miesiąc będę płacił twoje rachunki u Rosie. Zgoda? 
-

 

Trochę za mało. Dorzuć jeszcze coś, ty dusigroszu. 

-

 

W płocie oddzielającym nasze pastwiska od strony południowej zrobiła się dziura. 

-

 

I tak musisz ją naprawić. 

-

 

Czego ty ode mnie chcesz, dziewczyno? - Sam wreszcie się zaniepokoił. 

-

 

Diabolo. 

-

 

Zwariowałaś? - W Sama jakby piorun strzelił. - Nie dam ci mojego najlepszego ogiera! 

-

 

Ja tylko chcę się na nim przejechać. 

-

 

Nie ma mowy! Kark sobie skręcisz. 

-

 

Jeżdżę tak samo dobrze jak ty! - protestowała Roni. - No, może prawie tak samo. 

-

 

Za  bardzo  cię  lubię,  Loczku.  Nie  pozwolę,  żebyś  ryzykowała  życie  na  tym  diable.  I  nie 

próbuj mi wmawiać, że lata studiów w Nowym Jorku i pracy w Los Angeles nie odebrały ci 
ani odrobiny wrodzonej zdolności trzymania się w siodle. 
-

 

Mam ci udowodnić? - upierała się Roni. - Potrafię jeździć konno i ty dobrze o tym wiesz. 

-

 

Loczku, przysięgam... 

-

 

Uspokój się. - Dziewczyna wybuchnęła śmiechem na widok przerażonej miny Sama. - Jeśli 

tak bardzo się boisz, to nie będę nalegać. Chociaż przeczucie mówi mi, że pewnego dnia ja i 
Diabolo... Przez ten czas zadowolę się doprowadzaniem cię do szału. To też niezła zabawa. 
-

 

A ja pewnego dnia poderżnę ci gardło. 

-

 

Nie  poderżniesz.  Kto  by  się  opiekował  Jessie?  I  to  za  darmo?  Musisz  sobie  to  wszystko 

dokładnie przemyśleć. 
-

 

Chyba rzeczywiście masz rację. - Sam stłumił ziewnięcie. 

-

 

Połóż  się  -  zaproponowała  mu  Roni.  -  Wiem,  gdzie  masz  pościel,  więc  sobie  poradzę. 

Pamiętaj, że małe dzieci zazwyczaj budzą się o wschodzie słońca. 
-

 

Akurat  na  spanie  nie  musisz  mnie  namawiać.  Dobranoc.  -  Tym  razem  pozwolił  sobie  na 

szerokie ziewnięcie. 
-

 

Masz  może  coś,  w  czym  mogłabym  się  przespać?  -  zapytała  Roni,  patrząc  z  lekkim 

obrzydzeniem na swoją przemoczoną koszulkę. 
-

 

Poszukaj w bieliźniarce. Aha, uważaj na kurek od ciepłej wody. Poluzował się i w każdej 

chwili może odpaść. 
-

 

Dobrze, będę pamiętać. 

-

 

Dziękuję ci, Loczku - powiedział Sam z takim przejęciem, że Roni zrobiło się nieswojo. 

-

 

To drobiazg - uśmiechnęła się do niego. - W końcu od czego ma się przyjaciół? 

Za  oknem  beczało  nowo  narodzone  cielątko.  Sam  wiedział,  że  wcześniej  czy  później  i  tak 
musi się nim zająć. Na razie jednak schował głowę pod poduszkę. 

Zaczekaj, potworze - mruknął. 

Otworzył jedno oko. Słońce za oknem znajdowało się znacznie wyżej niż powinno. Dopiero 
wtedy  przypomniał  sobie  o  Jessie.  Natychmiast  wyskoczył  z  łóżka.  Zanim  na  dobre  zdążył 
się  obudzić,  już  nachylał  się  nad  pustym  kojcem.  Przeraził  się,  że  coś  złego  stało  się 
dziewczynce.  Na  szczęście  z  kuchni  dobiegł  go  śmiech  Roni  i  radosne  gaworzenie 
niemowlęcia.  Nieco  uspokojony  wrócił  do  sypialni.  Jednak  nie  w  głowie  mu  było  spanie. 

background image

Włożył  dżinsy  i  poszedł  do  kuchni.  Pod  stołem  dostrzegł  bardzo  długie  nogi  odwróconej 
zgrabną pupą do drzwi kobiety. 

A kuku! Gdzie jest Jessie? 

Roni chowała się za krzesło, czym wprawiała dziecko w szampański humor. Mała pełzała na 
czworakach  wokół  stołu,  śmiejąc  się  przy  tym  i  gaworząc  po  swojemu.  Roni,  także  na 
czworakach, zaczęła ją gonić i dziecko piszczało z radości. 
Sam stał oparty o framugę kuchennych drzwi. Uśmiechnął się, przypomniawszy sobie, jak to 
całkiem  niedawno  on  sam,  Kenny  i  Roni  podobnie  się  bawili  w  tej  samej  kuchni.  Z  krzeseł 
budowali forty i zagrody dla bydła, których zaciekle bronili przed najazdem okrutnych Indian. 
Naturalnie,  żadne  z  nich  nie  nosiło  wówczas  takich  ślicznych  majteczek  z  różowej  koronki, 
jakie wystawały teraz spod męskiej koszuli, w którą ubrała się Roni. 
Sam  niechętnie  odwrócił  wzrok  od  delikatnej  bielizny.  Gęste,  brązowe  i  bardzo  pokręcone 
włosy  opadały  dziewczynie  na  czoło.  To  właśnie  im  zawdzięczała  swoje  przezwisko. 
Któregoś  lata  Sam  bardzo  jej  z  tego  powodu  dokuczał.  Skończyło  się  celnym  lewym 
sierpowym, który rozkwasił chłopakowi nos i powalił go na ziemię. Tamtą praktyczną lekcję 
dotyczącą charakteru kobiet Sam zapamiętał sobie na całą resztę życia. 
Ale  to  wspomnienie  go  rozbawiło.  Patrzył,  jak  Jessie  i  Roni  pełzają  po  rozsypanych  po 
podłodze  płatkach  kukurydzianych.  Nie  rozumiał,  jak  to  się  stało,  że  przyjaciółka  zabaw 
dziecięcych wciąż odgrywa tak ważną rolę w jego dorosłym i zupełnie samodzielnym życiu. 
Bardzo się cieszył, kiedy wróciła do Flat Fork, skończywszy przedtem swój żałosny romans z 
tym nic niewartym, miastowym skunksem. 
Nieudane małżeństwo z Shelly sprawiło, że Sam odsunął się od ludzi, a z kobietami zupełnie 
przestał  rozmawiać.  Pewnie  zostałby  pustelnikiem,  gdyby  Roni  Daniels  na  czas  nie  wróciła 
do  domu  i  nie  przywróciła  go  do  życia.  Co  piątek  spotykali  się  w  kawiarence  Rosie. 
Prowadzili długie, nocne rozmowy, będące doskonałą psychoterapią zarówno dla Sama, jak i 
dla zbolałego serca Roni. 
Nie  wiem,  co  bym  bez  niej  zrobił,  pomyślał  Sam.  Zawsze  jest,  kiedy  jej  potrzebuję.  Jak 
najprawdziwszy  kumpel.  I  wcale  się  nie  śmiała  z  mojego  pomysłu  zaadoptowania  Jessie. 
Powiedziała,  że  dobrze  robię,  chociaż  pół  Ameryki  odradzałoby  mi  podobną  decyzję.  Na 
dodatek od dawna jest na nogach, kiedy ja dopiero zaczynam się budzić. 

Witam panie. 

Na dźwięk głosu Sama Jessie uniosła do góry rudą główkę. Zapomniała o zabawie, a pewnie i 
o bożym świecie. Na czworakach pognała do Sama, piszcząc i wołając: „Ta! Ta!" Sam wziął 
dziecko na ręce i mocno do siebie przytulił. Mała była taka słodziutka. 
-

 

A ja to co? - poskarżyła się Roni, z podłogi obserwująca zakochaną parę. - Można mnie już 

wyrzucić na śmietnik? 
-

 

Co ja na to poradzę, że kobiety za mną szaleją? - uśmiechnął się do niej Sam. 

-

 

Chyba w twoich marzeniach, kowboju - mruknęła Roni. 

Podniosła się z klęczek, odgarnęła potargane włosy i obciągnęła koszulę. Z widniejących na 
przodzie koszuli plam dało się wywnioskować, że pierwsze w nowym domu śniadanie Jessie 
było  interesującym  eksperymentem.  Kolorowe  plamy  nie  zdołały  jednak  odwrócić  uwagi 
Sama od dwóch ciemnych krążków przeświecających przez cienkie płótno koszuli. 
Dlaczego właściwie gapię się na jej piersi? pomyślał z niesmakiem Sam. Roni to kumpelka. 
A  może  po  prostu  nie  byłbym  prawdziwym  mężczyzną,  gdybym  nie  umiał  docenić  piękna 
takiego ciała. 

Masz ochotę? - zapytała Roni, podnosząc stojący na stole kubek z kawą. 

No pewnie! pomyślał Sam. Każdy by miał ochotę na taką fantastyczną dziewczynę! 

Sam? - dopytywała się Roni, nie usłyszawszy odpowiedzi. - Chcesz się napić kawy? 

background image

O  mój  Boże!  Sam  z  trudem  wrócił  do  rzeczywistości.  Stanowczo  zbyt  długo  nie  miałem 
kobiety,  skoro  zaczynam  w  ten  sposób  myśleć  o  Roni.  Tylko  tego  brakowało,  żeby  jakieś 
głupstwa zepsuły naszą przyjaźń. Chyba jeszcze nie doszedłem do siebie. 
-

 

Tak, oczywiście... Pewnie, że chcę. Dlaczego mnie nie obudziłaś? 

-

 

Należał ci się solidny wypoczynek. - Roni wzruszyła ramionami i podała mu kubek gorącej 

kawy. - Przez ten czas zaprzyjaźniłam się z Jessie. Ona jest czarująca. 
-

 

Ta! - odezwała się Jessie, jakby także chciała brać udział w rozmowie. 

-

 

Widzisz,  zupełnie  mnie  zawojowała  roześmiał  się  Sam  i  pocałował  dziewczynkę  w  rudą 

główkę. 
-

 

Pewnie, że widzę. - Roni uważnie mu się przyglądała. - Czy ty aby na pewno wiesz, w co 

się pakujesz? 
-

 

Nie  mam  pojęcia.  -  Sam  trochę  posmutniał.  -  Niestety,  za  późno  na  zastanawianie  się. 

Wpadłem po uszy. 
-

 

Wobec tego muszę ci pomóc. 

-

 

Dzięki,  Loczku.  -  Bezinteresowne  poświęcenie  przyjaciółki  sprawiło,  że  Samowi  nagle 

zaschło w gardle. - Zupełnie nie wiem, co powiedzieć. 
-

 

Najlepiej  powiedz,  co  chcesz  na  śniadanie.  Wydaje  mi  się,  że  słyszę  tę  rozklekotaną 

ciężarówkę,  którą  jeździ  Angel.  Chyba  mówiłeś  wczoraj  o  jakichś  bykach,  które  trzeba 
komuś dostarczyć. 
-

 

A niech to diabli porwą! Już przyjechał? Jest później niż myślałem. Chciał wyjść z kuchni, 

ale przypomniał sobie, że wciąż trzyma na rękach Jessie. Z błagalnym wyrazem twarzy podał 
Roni dziecko. - Czy mogłabyś tu jeszcze trochę zostać? Zwolnię cię, jak tylko załadujemy te 
byki. 
-

 

Nie  denerwuj  się,  Sam.  Wszystko  jest  w  idealnym  porządku.  -  Roni  połaskotała  małego 

rudzielca,  w  zamian  za  co  została  obdarowana  promiennym  uśmiechem.  -  Zajmij  się  tymi 
swoimi bykami, a ja tymczasem zadzwonię do Krystal. Może poleci nam kogoś, kto mógłby 
poprowadzić dom. 
-

 

Dobrze by było - westchnął Sam. 

-

 

Spokojna głowa. Już my obie coś wymyślimy. I to jeszcze przed kolacją. - Roni usadowiła 

sobie dziewczynkę na biodrze i czule się do niej uśmiechnęła. - W końcu Jessie to tylko taka 
trochę większa lalka. Na pewno nie będzie z nią problemów. 

background image

 
ROZDZIAŁ DRUGI 

-

 

A ta dlaczego ci się nie podoba? 

-

 

Ma za długi nos. 

-

 

Chyba  żartujesz.  -  Sam  podniósł  wzrok  znad  listy,  na  której  już  wszystkie  nazwiska  były 

przekreślone. 
-

 

To była przenośnia - mruknęła Roni. Złożyła kolejne śpiochy Jessie i włożyła je do kosza 

na  brudną  bieliznę,  w  którym  pełno  już  było  dziecięcych  ciuszków.  -  Pani  Hawkins  to 
największa plotkara w okolicy. Zamiast zajmować się dzieckiem, całymi dniami będzie gadać 
przez telefon. 
-

 

A Laurie Taylor? 

-

 

Ona sama jest jeszcze dzieckiem. Dopiero co skończyła szkołę. Chciałbyś, żeby przez twój 

dom przewijały się stada jej kolejnych narzeczonych? 
Sam  obserwował  Roni  z  mieszanymi  uczuciami.  W  pomazanej  farbą  koszulce,  krótkich 
spodniach  zrobionych  ze  starych  dżinsów  wyglądała  tak,  jakby  tydzień  temu  zdała  maturę. 
Kiedy  zaczynała  pokazywać  rogi,  tak  jak  to  miało  miejsce  w  tej  chwili,  Sam  najchętniej 
spuściłby jej porządne lanie. 
-

 

Wobec tego sama kogoś zaproponuj. 

-

 

Agnes Phillips - rzekła bez namysłu Roni. 

-

 

Oszalałaś? Jest taka stara, że kości jej trzeszczą przy każdym kroku. Co ja gadam! Ona nie 

stąpa  normalnie,  tylko  szura  nogami!  -  Sam  pokazał  palcem  Jessie,  która  siedziała  na 
kuchennej  podłodze,  bawiąc  się  drewnianymi  łyżkami.  -  Nawet  przez  dziesięć  sekund  nie 
utrzymałaby w ryzach tego szkraba. 
-

 

Wobec tego nie masz wyjścia - Roni wzruszyła ramionami. - Trzeba szukać dalej. 

-

 

Od trzech dni rozmawiamy z różnymi kobietami - zirytował się Sam - i ani o centymetr nie 

zbliżyliśmy się do celu. Co gorsza, o trzeciej przyjdzie tu jakaś baba z opieki społecznej, żeby 
sprawdzić, jak sobie radzę z Jessie. I co ja jej powiem? 
-

 

Ż

e  prowadzisz  rozmowy  z  chętnymi  do  pracy  w  charakterze  pomocy  domowej.  Nikt  nie 

oczekuje od ciebie cudów. 
-

 

No cóż - Sam uśmiechnął się gorzko -jeśli tak dalej pójdzie, to za tydzień we Flat Fork nie 

będzie już ani jednej osoby, z którą bym na ten temat nie rozmawiał. 
-

 

Czy to moja wina, że nie potrafisz się zdecydować? 

-

 

Ja?  -  Sama  zupełnie  zatkało.  -  To  ty  odrzuciłaś  najlepsze  kandydatki,  jakie  się  do  nas 

zgłosiły. Davina Hodge twoim zdaniem jest zbyt oschła, pani Rambles za bardzo roztrzepana, 
a Cloretha Glover ma nieświeży oddech. 
-

 

Nie  możesz  przecież  do  opieki  nad  Jessie  zatrudnić  byle  kogo.  To  ważna  decyzja  i  nie 

należy  jej  podejmować  pochopnie.  -  Roni  skończyła  sortowanie  bielizny.  -  Poza  tym  już  ci 
mówiłam,  że  tę  okładkę  dla  Artbeat  mam  oddać  dopiero  za  trzy  tygodnie.  Do  tego  czasu 
mogę ci pomagać, więc nie musisz się spieszyć z wyborem odpowiedniej osoby. 
-

 

Przecież nie możesz tu przebywać w nieskończoność - zaprotestował Sam. 

-

 

Wiem, że nie jestem najlepszą kucharką - Roni uśmiechnęła się do niego rozbrajająco - ale 

nie miałam pojęcia, że już masz mnie dosyć. 
-

 

Po  szczepieniu  cieląt  nawet  mrożona  pizza  smakuje  wspaniale  -  pocieszył  ją  Sam,  ale 

natychmiast  ugryzł  się  w  język.  -  Nie  myśl,  że  się  skarżę.  Naprawdę  bardzo  ci  jestem 
wdzięczny za wszystko, co dla nas robisz. 
-

 

Więc w czym problem? 

-

 

No,  wiesz...  -  Sam  wiercił  się  na  swoim  krześle.  -  Do  jasnej  cholery!  Nie  rozumiesz, 

Loczku? Co ludzie powiedzą? Przecież my właściwie mieszkamy razem. 

background image

-

 

Wielkie  rzeczy  -  skrzywiła  się  Roni.  -  Powiedzą,  że  pomagam  przyjacielowi  w  trudnej 

sytuacji. Jesteś zapracowany, bo nie było cię tu przez tydzień, i musisz nadrobić zaległości. A 
mnie  jest  po  prostu  wygodniej  sypiać  u  ciebie  niż  przyjeżdżać  codziennie  rano.  Zresztą  to  i 
dla Jessie lepiej... 
-

 

Nie chciałbym, żeby cię wzięli na języki... 

-

 

Jedyne co mi grozi, to ból w krzyżu od spania na starym tapczanie. No, może jeszcze wrzód 

na żołądku przez te mrożonki, którymi ostatnio się żywimy. Czy kowboje nie jadają surówek? 
-

 

Jeśli nie muszą... - uśmiechnął się Sam zadowolony, że Roni nic sobie nie robi z jego obaw. 

-  Ale  może  dałbym  się  namówić  na  jedną  porcję,  gdybyś  dodała  do  niej  solidny,  dobrze 
wysmażony befsztyk. 
-

 

Mięso z grilla? -rozpromieniła się Ronnie. 

-

 

No. 

-

 

A więc, załatwione. 

Siedząca na podłodze Jessie porzuciła tymczasem swoje łyżki i przecierała łapkami zaspane 
oczka.  Roni  wzięła  dziecko  na  ręce  i  mocno  je  do  siebie  przytuliła.  Jessie  natychmiast 
włożyła palec do buzi, a drugą piąstkę wsunęła we włosy opiekunki. Roni zdążyła się już do 
tego przyzwyczaić. W ciągu kilku dni pobytu na ranczu dziewczynka znacznie się uspokoiła, 
wciąż jednak zdarzały jej się napady złości czy choćby przeraźliwego płaczu bez powodu. 
-

 

Jessie jest zmęczona - powiedziała Roni. 

-

 

Ponosić ją? 

-

 

Nie  trzeba.  Sama  ją  uśpię.  -  Pocałowała  maleństwo.  -  Potem  pojadę  do  domu  po  czyste 

ubrania. Ty i tak musisz czekać na tę kobietę z opieki społecznej. Poradzisz sobie, jeśli Jessie 
obudzi się, zanim wrócę? 
-

 

Pewnie, że tak. Nie musisz się spieszyć - zapewnił ją Sam. 

Miał  wyrzuty  sumienia,  że  jego  rodzinne  zobowiązania  zajmowały  przyjaciółce  tak  wiele 
czasu.  Wiedział  przecież,  że  miała  mnóstwo  zamówień,  wypełniony  terminarz  i  bardzo 
niewiele  wolnych  chwil  na  przyjemności.  Musiał  jak  najprędzej  znaleźć  kogoś  do 
prowadzenia  domu,  w  przeciwnym  wypadku  tak  pięknie  rozwijająca  się  kariera  Roni 
mogłaby  się  skończyć  i  to  wyłącznie  z  jego  winy.  Po  raz  setny  zastanawiał  się,  czy  aby  na 
pewno  podjął  właściwą  decyzję.  Robiło  mu  się  gorąco  za  każdym  razem,  gdy  uświadamiał 
sobie,  jak  ogromną  wziął  na  siebie  odpowiedzialność.  No  cóż,  słowo  się  rzekło.  Obiecał 
Alicji, że zajmie się jej małą córeczką, i słowa dotrzyma. 
-

 

Zaraz  wrócę  -  powiedziała  Roni,  tuląc  do  siebie  zasypiającą  dziewczynkę.  -  Po  drodze 

kupię dodatki do tych befsztyków. Aha, jeszcze wpadnę do Krystal. Może wreszcie znajdzie 
kogoś, kto naprawdę nadawałby się do prowadzenia domu i opieki nad dzieckiem. 
-

 

Musisz jej koniecznie powiedzieć, że poza Kopciuszkiem nikogo nie zaakceptujesz. - Sam 

zerknął ponuro na leżącą przed nim listę odrzuconych już kandydatek. 
-

 

Nie  przejmuj  się.  -  Na  widok  smutnej  miny  Sama  Roni  wybuchnęła  śmiechem.  -  Jestem 

pewna, że istnieje jakieś naprawdę idealne rozwiązanie. Trzeba je tylko znaleźć. 
Roni nie traciła czasu w domu. Po śmierci ojca matka poślubiła Jinksa Robinsona, właściciela 
sklepu żelaznego z Austin. Niewielką farmę Danielsów dziewczyna miała teraz wyłącznie dla 
siebie.  Tego  dnia  dom  wydał  jej  się  jeszcze  cichszy  i  bardziej  pusty  niż  zwykle  Przejrzała 
korespondencję,  spakowała  torbę  z  ubraniami  Wsunęła  do  niej  trochę  koronkowej  bielizny, 
którą tak bardzo lubiła W swym rodzinnym miasteczku, gdzie życie płynęło powoli, Roni nie 
miała  ani  okazji,  ani  nawet  chęci  nosić  powiewnych,  jedwabnych  sukienek,  w  których  tak 
chętnie chodziła, gdy była z Jacksonem Dialem. Ubierała się w dżinsy i znoszone bawełniane 
podkoszulki, pod którymi jednak zawsze miała jakiś piękny komplet eleganckiej bielizny. Nie 
chwaliła się nikomu swą słabością. Była to jej pilnie strzeżona tajemnica. 
Z  domu  Roni  pojechała  na  pocztę,  wysłać  dwa  reklamo  we  rysunki.  Zrobiła  to  i  tak  już  o 
kilka dni za późno. Wpadła jeszcze do biblioteki po książki o wychowaniu dzieci i do sklepu 

background image

po  zakupy.  Pozostała  jej  już  tylko  wizyta  u  Krystal.  Roni  miała  nadzieję,  że  mimo  jej 
przedłużającej się nieobecności Sam zdoła sobie poradzić z małą Jessie. 
Gdy  tylko  zaparkowała  samochód  przed  domem  przyjaciółki,  opadła  ją  trójka 
rozwrzeszczanych, dzikich Indian. 
-

 

Ciocia Roni! 

-

 

Mamusiu! Ciocia Roni przyjechała! 

-

 

Co nam przywiozłaś, ciociu? 

-

 

Cześć, chłopaki - Roni rozdała chłopcom po paczce gumy do żucia - Gdzie mama? 

-

 

W ogródku - odparł najstarszy - Prosiła, żeby ciocia tam do niej przyszła 

-

 

Dzięki - pogłaskała po głowie najmłodszego Indianina. 

-

 

Przyjedziesz  do  nas  w  niedzielę?  -  zapytał  czteroletni  Karl.  -  Pokażę  ci,  jak  gram  w 

kometkę. 
-

 

Postaram się - Roni weszła do ogrodu, w którym pełno było piłek, samochodów, traktorów 

i wszelkich innych zabawek. 
-

 

Chodź,  napijesz  się  mrożonej  herbaty  -  powiedziała  siedząca  na  tarasie  Krystal,  drobna 

blondynka z krótko obciętymi włosami. - Akurat mam wolną chwilę przed kolacją i awanturą 
o to, czy koniecznie trzeba już iść spać. 
-

 

Bardzo  chce  mi  się  pić  -  Roni  uśmiechnęła  się  do  przyjaciółki.  Wiedziała,  że  Krystal 

wprawdzie  czasami  trochę  narzeka,  ale  jej  życie  rodzinne  pełne  jest  humoru  i  wzajemnej 
miłości.  Tego  Roni  jej  zazdrościła.  Zresztą  pewnie  wszystkie  kobiety  świata  gorąco  pragną 
czegoś  tak  cudownego.  -  Ja  też  wpadłam  tylko  na  chwilę.  Strasznie  dużo  czasu  zajął  mi  ten 
wypad do domu i zakupy. Sam zupełnie traci głowę, kiedy Jessie zaczyna płakać. 
-

 

Jeśli chce zatrzymać małą, to powinien się szybko do tego przyzwyczaić. - Krystal podała 

przyjaciółce oszronioną szklaneczkę. 
-

 

Jasne, że ją zatrzyma. Szkoda, że nie widziałaś, jak mu oczy wilgotnieją, kiedy Jessie się do 

niego uśmiechnie. To najfantastyczniejsza istota na świecie. 
-

 

Kto? Sam czy Jessie? 

-

 

Oboje - roześmiała się Roni. - Mała ma charakterek, ale to najsłodsze dziecko pod słońcem. 

Uwierz mi, ona już mówi do Sama „ta-ta". On bardzo chce znaleźć jakąś pomoc domową, ale 
na razie nie bardzo mu się to udaje. 
-

 

Ż

adna  z  pań,  które  wam  poleciłam,  nie  chciała  przyjąć  tej  pracy?  -  zapytała  zaskoczona 

Krystal. 
-

 

Kilka  z  nich  chciało,  ale  Sam  ma  bardzo  wysokie  wymagania  -  wyjaśniła  Roni.  Potem 

opowiedziała przyjaciółce, z kim rozmawiali i dlaczego te panie okazały się nieodpowiednie. 
- Może znasz jeszcze kogoś, kto by się nadawał? 
-

 

Muszę  się  zastanowić.  Zanim  coś  wymyślę,  Sam  może  wozić  małą  do  żłobka  Pharis 

Fitzgerald. 
-

 

Oszalałaś? Zrywać dziecko o świcie i aż do zmroku zostawiać je u obcych ludzi? Nic ma 

mowy!  -  Roni  aż  się  zatrzęsła  z  oburzenia.  -  Chciałam  powiedzieć,  że  Sam  na  pewno  by 
wolał, żeby Jessie została w domu. I tak już zbyt wiele zmian przeżyła. I bardzo łatwo wpada 
w złość... 
-

 

Coś mi się wydaje, że tobie wcale nie zależy na tym, żeby Sam przyjął kogoś do pracy. 

-

 

Nie rozśmieszaj mnie - zaperzyła się Roni. - Ja tylko chcę znaleźć jak najlepszą opiekunkę 

dla Jessie. 
-

 

I jak najszybciej wrócić do swego bardzo zajmującego trybu życia? - zapytała z przekąsem 

Krystal. - Mnie nie oszukasz, koleżanko. Widzę przecież, że matkowanie tej małej sprawia ci 
wielką frajdę. 
-

 

Co ja na to poradzę, że uwielbiam rude aniołki? -roześmiała się Roni. 

-

 

Aż  tak  ją  polubiłaś?  Wobec  tego  powiedz  mi,  co  tam  się  naprawdę  dzieje.  Całe  miasto 

bardzo się interesuje losem tej dziewczynki. Twoim zresztą też. 

background image

-

 

Moim? - zdziwiła się Roni. - Dlaczego moim? 

-

 

Chyba  jesteś  jedyną  kobietą  w  okolicy,  która  jeszcze  nie  zauważyła,  że  Sam  Preston  jest 

bardzo  przystojnym  mężczyzną.  Czy  naprawdę  muszę  ci  to  tłumaczyć?  Ty,  Sam  i  śliczna, 
osierocona dziewczynka... Przecież to jasne jak słońce. 
-

 

O czym ty mówisz! To tylko sąsiedzka przysługa. Naprawdę nic więcej. 

-

 

Chcesz mi wmówić, że nie zauważyłaś, jakim fantastycznym facetem jest ten twój Sam? 

-

 

Naprawdę  bardzo  podziwiam  Sama.  -  Roni  usiłowała  odsunąć  od  siebie  wspomnienie 

pierwszego wieczoru z Jessie, kiedy to Sam wystąpił odziany wyłącznie w opadający ręcznik. 
- W końcu to mój najlepszy przyjaciel. 
-

 

Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że w tym mieście jest sporo samotnych kobiet, 

które dałyby sobie uciąć prawą rękę za to tylko, żeby znaleźć się na twoim miejscu. Nadine 
Scott przede wszystkim. 
-

 

Niech sobie nie robi nadziei - odrzekła swobodnie Roni. - Między nią a Samem naprawdę 

nic nie zaszło. 
-

 

A ty skąd o tym wiesz? 

-

 

Sam mi powiedział. Parę razy zaprosił ją do kina i na kolację. Ale ona jest zbyt zaborcza i 

robi sobie za ostry makijaż. Akurat w tej ostatniej sprawie zupełnie się z Samem zgadzam. 
-

 

Ach, więc to o tym rozmawiacie na tych swoich piątkowych spotkaniach - roześmiała się 

Krystal. - Opowiadacie sobie o swoich narzeczonych? 
-

 

Tylko  czasami  -  przyznała  niechętnie  Roni.  -  Sam  mnie  ostrzegał,  że  Tully  Carson  to 

zarozumiały głupiec. Wyobraź sobie, że miał całkowitą rację. 
-

 

Tak  krytykujecie  wszystkich  swoich  znajomych,  że  aż  dziw  bierze,  iż  w  ogóle  jeszcze 

spotykacie się z kimkolwiek. A Samowi bardzo by się teraz przydała towarzyszka życia. 
-

 

Zupełnie cię nie rozumiem, Krystal. 

-

 

Dobre  chęci  Sama  nie  wystarczą.  Małej  Jessie  potrzebna  jest  matka.  Tymczasem  żadna 

panienka nie może się nawet zbliżyć do Sama, bo przedtem musi pokonać ciebie. 
-

 

Jakoś  nigdy  mi  to  do  głowy  nie  przyszło.  -  Roni  była  szczerze  zdziwiona,  że  ktokolwiek 

może w ten sposób postrzegać jej rolę w życiu przyjaciela. 
-

 

Ale  wiesz  chyba,  że  Sam  jest  jednym  z  nielicznych  wolnych  i  do  tego  sympatycznych 

mężczyzn w okolicy. 
-

 

Oczywiście, że wiem 

-

 

Jest zupełnie inny niż Jackson. 

-

 

No pewnie - uśmiechnęła się Roni. 

-

 

Chyba  naprawdę  przestałaś  go  kochać  -  orzekła  Kry-stal,  przyjrzawszy  się  badawczo 

twarzy przyjaciółki. 
-

 

Nawet  najgłębsza  rana  zabliźni  się  po  dwóch  latach.  Zła  jestem  na  siebie,  że  tak  długo  to 

trwało. Tyle czasu zmarnowałam... 
-

 

Podobno nakręcił nowy film. 

-

 

Tak. „Łzy Apacza".  Zrobiłam mu projekt scenografii do tego filmu. Oczywiście za darmo 

Roni  potrząsnęła  głową,  jakby  chciała  oddalić  od  siebie  niezbyt  miłe  wspomnienie  tamtej 
znajomości.  Odstawiła  na  stolik  pustą  szklankę.  -  Muszę  już  iść.  Zadzwoń  do  mnie,  jeśli 
wpadnie ci do głowy ktoś naprawdę odpowiedni do prowadzenia domu Sama. 
Całą drogę dzielącą ją od Ślazy Diamond Roni zastanawiała się nad tym, co powiedziała jej 
Krystal. Czyżby rzeczywiście robiła Samowi niedźwiedzią przysługę? To prawda, że zajmuje 
mu  prawie  cały  wolny  czas,  ale  czy  naprawdę  nie  pozwala  mu  na  zawieranie  żadnych 
ciekawych znajomości? Sam to taki porządny człowiek. Zasługuje na kobietę, która potrafi go 
docenić, uszanuje jego głębokie przywiązanie do ziemi i potrafi zaaklimatyzować się w jego 
rodzinnym miasteczku. Nie tak jak Shelly. 
Roni musiała sama przed sobą przyznać, że nie wyobraża sobie życia bez przyjaźni z Samem, 
na którym zawsze, w każdej sytuacji mogła polegać. Odkąd wróciła do domu, Sam stał się jej 

background image

powiernikiem  i  jedynym  lekarstwem  przeciwko  samotności.  Poczuła  się  winna,  że  przez 
własny  egoizm  pozbawiła  przyjaciela  możliwości  spotkania  kobiety,  z  którą  mógłby 
szczęśliwie przeżyć życie. 
Krystal  ma  całkowitą  rację,  myślała  Roni.  Sam  potrzebuje  żony,  a  Jessie  matki.  Nie  znajdą 
jej,  jeśli  ja  będę  pod  ręką.  Powinnam  się  wycofać.  Dla  jego  dobra.  Muszę  dać  mu  szansę. 
Nawet gdyby miał się związać z kimś takim jak Nadine Scott. 
Roni  skrzywiła  się  na  samo  wspomnienie  tej  dziewczyny.  Z  trudem  odsunęła  od  siebie 
uczucie  niechęci  do  niej.  Postanowiła  uwolnić  Sama  od  siebie  i  umożliwić  mu  dokonanie 
wyboru.  Zdecydowała  przeciąć  łączące  ją  z  Samem  więzy,  gdy  tylko  znajdzie  się 
odpowiednia  pomoc  domowa.  Roni  wiedziała,  że  podjęła  właściwą  decyzję.  Nie  wiedziała 
tylko, dlaczego ta decyzja sprawiła jej taką przykrość. 
Przez  całą  drogę  nie  udało  jej  się  rozwiązać  tego  problemu.  Zaparkowała  samochód  przed 
domem  Sama.  Objuczona  zakupami  weszła  na  werandę  i  w  tej  samej  chwili  usłyszała 
przeraźliwy płacz małej Jessie. 

Już wróciłam! - zawołała, rzucając torby na kuchenny stół. - Co się stało małej? 

Zamiast  odpowiedzi  usłyszała  rozpaczliwe  łkanie  dziecka.  Pobiegła  do  pokoju  Jessie. 
Dziewczynka  stała  w  kojcu  płacząc  tak,  jakby  za  chwilę  miało  jej  pęknąć  serduszko.  Sama 
nigdzie nie było. 

Kochanie! - Roni chwyciła maleństwo na ręce i mocno do siebie przytuliła. - Nie płacz, 

mój skarbie. Jestem z tobą. Wszystko będzie dobrze. 
Dziewczynka  przytuliła  się  do  niej,  mocząc  łezkami  bluzkę  Roni.  Wcale  nie  chciała  się 
uspokoić. Pieluszkę miała suchą, a stojąca w rogu kojca butelka z mlekiem świadczyła o tym, 
ż

e mała nie jest głodna. Miała gorącą główkę i była zlana potem. Roni zaniosła dziewczynkę 

do łazienki, otarła jej buzię zmoczonym w chłodnej wodzie ręcznikiem. Te zabiegi wprawiły 
Jessie w jeszcze gorszy humor. Wrzeszczała coraz głośniej, kopała i rzucała się tak, że prawie 
nie było można utrzymać jej na rękach. 
Roni zupełnie nie wiedziała, co ma zrobić z histeryzującym dzieckiem. Zła była na siebie, na 
krzyczące  bez  widocznej  przyczyny  maleństwo  i  na  Sama,  który,  jak  gdyby  nigdy  nic, 
wyszedł  sobie  z  domu.  Przez  okno  łazienki  dostrzegła  go  wreszcie  zajętego  czymś  w 
zagrodzie Diabolo. 
Z  dzieckiem  na  rękach  wybiegła  z  domu  Sam  dopiero  teraz  usłyszał  krzyk  Jessie.  Nawet 
Diabolo uniósł piękną głowę i niespokojnie zastrzygł uszami. 
-

 

Dlaczego wyjęłaś ją z kojca? zapytał Sam, drapiąc się po głowie. 

-

 

Czyś ty oszalał? - Roni sądziła, że się przesłyszała. 

-  Wrzeszczała tak, jakby ją kto ze skóry obdzierał.. 

Całe popołudnie tak wrzeszczy - tłumaczył się Sam. 

-  W końcu uznałem, że po prostu musi się wypłakać. 
-

 

Jak mogłeś jej coś takiego zrobić? Roni z trudem udawało się utrzymać szamoczącego się 

rudzielca. - Dziecka w takim stanie nie zostawia się samego Może być chore, głodne albo... 
-

 

Do  diabła,  Loczku,  czy  tobie  się  wydaje,  że  ja  o  tym  nie  pomyślałem?  Masz  mnie  za 

głupka?  -  Samowi  także  kończyła  się  cierpliwość.  -  Ta  mała  zaczęła  wyć  jakieś  dziesięć 
minut po twoim wyjeździe. Płakała podczas wizyty tej pani z opieki społecznej. Próbowałem 
wszystkiego, ale w żaden sposób nie udało mi się jej uspokoić. 
-

 

To nie jest żadne wytłumaczenie. Nie miałeś prawa jej tak zostawić! 

-

 

Podchodziłem do niej i wtedy ona wrzeszczała jeszcze głośniej. Doszedłem do wniosku, że 

widocznie  chce  trochę  pobyć  sama.  Naprawdę  doskonale  ją  stąd  słyszałem.  W  końcu  nie 
jestem idiotą. 
-

 

Idiotą na pewno nie jesteś - syknęła Roni. - Ty tylko nie masz serca! Dziecko to nie krowa. 

background image

-

 

Zamknijże się wreszcie! - Sam w końcu całkiem stracił cierpliwość. - Nie było cię tutaj, a 

ja zrobiłem to. co w danym momencie uznałem za najlepsze. Zresztą mała już się uspokoiła. 
Wtedy ty się wtrąciłaś i wszystko zaczęło się od nowa. 
-

 

Wcale się nie... 

-

 

Nie zwalaj winy na mnie - przerwał jej Sam. - Zresztą to nie twoja sprawa, jak wychowuję 

to dziecko. 
Słowa  Sama  zabolały  jak  uderzenie  w  twarz.  Roni  pobladła.  Z  oczu  popłynęły  jej  łzy. 
Odwróciła się na pięcie i z płaczącym dzieckiem na rękach pobiegła z powrotem do domu. 

Loczku! Zaczekaj! Nie chciałem... 

Roni  nie  miała  ochoty  słuchać  tego,  co  Sam  ma  jej  do  powiedzenia.  Wymyślała  sobie  od 
najgorszych na całym świecie, bezdennie głupich idiotek. Zdawała sobie sprawę, że Sam miał 
rację. Przywiązanie do małej Jessie nie dawało jej jeszcze prawa do decydowania o losie tego 
rudego, wyjącego jak potępieniec aniołka. 
Ona  nie  jest  moją  krewną  ani  nawet  podopieczną,  myślała  gorzko  Roni.  Nie  mam  prawa 
pouczać  Sama,  jak  powinien  postępować  ze  swą  przybraną  córeczką.  A  niech  to  szlag  trafi! 
Ależ ja jestem głupia! 
-

 

Zaczekaj,  Roni!  -  Dogonił  ją,  zanim  zdążyła  schować  się  w  domu.  -  Mój  Boże!  Ty 

płaczesz! Loczku! Przecież ty nigdy nie płaczesz! 
-

 

Weź  ją  sobie  -  powiedziała  przez  łzy,  podając  Samowi  wierzgające  dziecko.  Chciała 

jeszcze coś dodać, ale nie zdążyła, bo na dobre się rozpłakała 
Sam  zaklął.  Nawet  nie  wyciągnął  rąk  po  Jesusie.  Zamiast  tego  chwycił  Roni  za  ramię  i 
dosłownie wepchnął ją do stojącej przed gankiem furgonetki. 

Zapnij jej pasy - wskazał palcem dziecięcy fotelik samochodowy. 

W  końcu  jednak  sam  musiał  to  zrobić,  bo  zapłakana  Roni  nijak  nie  mogła  sobie  z  tym 
poradzić. 
-

 

Dlaczego?  Po  co  to...  -  Bąkała  Roni,  próbując  przecisnąć  się  obok  Sama  i  uciec  z 

furgonetki. Ale on bez słowa zapiął pas także na jej siedzeniu i zatrzasnął drzwi samochodu. 
-

 

Siedź spokojnie - mruknął, sadowiąc się za kierownicą. - Trochę was powożę. 

-

 

Nie mam ochoty nigdzie z tobą jechać! Roni wytarła zapłakane oczy wierzchem dłoni. 

-

 

Podobno jazda samochodem uspokaja dzieci. Sam jechał tak prędko, jakby goniło go stado 

głodnych wilków. - Na pewno gdzieś o tym czytałem. 
-

 

To pomaga wtedy, gdy dziecko ma kolkę zawołała Roni, usiłując przekrzyczeć ryk silnika i 

małą Jessie. 
-

 

Co nam szkodzi spróbować? 

-

 

Nic. Rób, jak uważasz - orzekła Roni, po czym zajęła się oglądaniem przesuwających się za 

szybą krajobrazów. 
Po  jakichś  dziesięciu  kilometrach  szaleńczej  jazdy  opętańcze  wrzaski  Jessie  zmieniły  się  w 
ciche pochlipywanie i wkrótce mała zasnęła. Dopiero wtedy Sam zwolnił tempo jazdy. 
-

 

Ja wcale tak nie myślałem - powiedział, kierując samochód z powrotem do domu. 

-

 

No cóż, miałeś rację. - Roni cudem udało się opanować zdradzieckie drżenie głosu. - Jessie 

nie jest moją podopieczną. Przekroczyłam swoje uprawnienia i przepraszam cię za to. 
-

 

To  ja  cię  przepraszam.  Głupio  wyszło.  Naprawdę  nie  chciałem.  Masz  prawo  mówić 

wszystko, co tylko chcesz. 
Roni delikatnie pogłaskała tłustą piąstkę śpiącego dziecka. Uznała, że byłaby idiotką, gdyby 
nie przyjęła wyciągniętej na znak zgody ręki. 
-

 

Ż

adne  z  nas  nie  potrafi  postępować  z  małymi  dziećmi.  Szczególnie  z  tak  upartymi  jak 

Jessie. 
-

 

Dała mi popalić. Dziwię się... 

-

 

Czemu się dziwisz? - zapytała Roni, bo Sam nie uznał za stosowne dokończyć zdania. 

background image

-

 

Czy  aby  na  pewno  dobrze  robię.  Ta  pani  Veath  z  opieki  społecznej  zadała  mi  kilka 

naprawdę trudnych pytań. 
-

 

Na przykład? 

-

 

Pytała, czy jestem pewien, że dam sobie radę jako samotny ojciec i czy to będzie dobre dla 

Jessie. 
-

 

A masz inne wyjście? - Roni przestraszyła się nie na żarty. 

-

 

Zastanawiam  się,  czy  chcę  być  dobry  dla  Jessie,  czy  tylko  dla  siebie.  Może  mała 

rzeczywiście  powinna  mieć  prawdziwą  rodzinę,  normalnego  ojca  i  matkę,  a  nie  tylko 
opiekuna, samotnego kowboja. 
 - Co ty znów wymyślasz? - wyszeptała Roni. - Chcesz ją oddać rodzinie zastępczej? 
-

 

To  tylko  jedna  z  możliwości.  Jest  też  mnóstwo  małżeństw,  które  chciałyby  adoptować 

dziecko. Miałaby wszystko, czego dusza zapragnie... 
-

 

I już nigdy w życiu byś jej nie zobaczył. 

-

 

Wiem. Ale widzisz, boję się, że to jedyne wyjście. Jessie musi mieć dwoje rodziców. 

-

 

Przecież możesz się ożenić - zaproponowała desperacko Roni. 

-

 

Oszalałaś? Jestem już na to za stary. Zresztą w małżeństwie też się nie sprawdziłem. 

-

 

To nie była twoja  wina - mruknęła Roni, świadoma już swej roli w odstraszaniu od Sama 

ewentualnych kandydatek na żonę. - Ale przecież obiecałeś Alicji! 
-

 

Przyrzekłem jej, że zaopiekuję się Jessie - odparł ponuro Sam. - Nie ma lepszego sposobu 

wywiązania się z tej obietnicy niż znalezienie dziecku dobrej i kochającej rodziny. 
-

 

Nie musisz chyba podejmować tej decyzji natychmiast? - zapytała Roni drżącym głosem. 

-

 

Nie  muszę  -  odrzekł  Sam,  zatrzymując  samochód  przed  własnym  domem.  Spojrzał  prosto 

w brązowe oczy dziewczyny. - Postaram się jednak, żeby nie trwało to zbyt długo. 
Roni  odetchnęła  z  ulgą.  Odpięła  szelki,  mocujące  Jessie  do  fotelika,  wzięła  małą  na  ręce,  a 
Sam otworzył drzwi i pomógł jej wysiąść z furgonetki. Jego dłoń była ciepła i bardzo, ale to 
bardzo mocna. 

Pomóż mi coś postanowić, Loczku - poprosił Sam.- To nieważne, że mam już bzika na 

punkcie tego dziecka. Muszę zrobić to, co dla niej będzie najlepsze. 

Dobrze, Sam - zgodziła się potulnie. 

Weszli  do  domu.  Jeszcze  drzwi  się  za  nimi  dobrze  nie  zamknęły,  gdy  zadzwonił  telefon. 
Jessie  drgnęła  gwałtownie  i  znów  cicho  zapłakała.  Sam  zaklął,  pognał  do  kuchni  i  zdążył 
podnieść  słuchawkę,  zanim  rozległ  się  następny  dzwonek.  Roni  zaś  usadowiła  się  w 
bujanym fotelu i wkrótce dziecko znów zasnęło. 
Po chwili w pokoju zjawił się Sam. 
-

 

Niezbadane są wyroki opatrzności - powiedział, uśmiechając się tajemniczo. 

-

 

Co się stało? - zaniepokoiła się Roni. - Kto dzwonił? 

-

 

Nasz problem został rozwiązany. 

-

 

Czy  możesz  wyrażać  się  jaśniej?  -  Roni  mówiła  cicho,  bo  za  nic  na  świecie  nie  chciała 

obudzić  Jessie,  ale  ton  jej  głosu  nie  wróżył  niczego  dobrego.  -  Twój  lakoniczny  sposób 
wyrażania myśli doprowadza mnie do szału. 
-

 

To  dotyczy  Jessie  -  Sam  pogłaskał  rude  loczki  dziecka.  -  Dzwoniła  pani  Veath. 

Powiedziała, że Newtonowie bardzo tęsknią za małą i chcą wystąpić o adopcję. 
-

 

Nie. - Roni odruchowo mocniej przytuliła dziecko do siebie. 

-

 

Ależ, Loczku, musimy zachować rozsądek. 

-

 

Jaki znowu rozsądek? Nie mogę uwierzyć, że potrafiłbyś na coś takiego się zdecydować. 

Powiedz mi, że nie zależy ci na Jessie! No, powiedz! 
-

 

Prędzej szlag mnie trafi, niż pozwolę na to, żeby przez własny egoizm skazać to dziecko 

na los zaniedbanej pół-sieroty. 
-

 

A widzisz? Nie potrafisz się jej wyprzeć, bo pokochałeś ją, jakby była twoją własną córką. - 

Roni patrzyła przez chwilę na okrągłą buzię śpiącej dziewczynki.  Zdecydowała, że w końcu 

background image

musi się przyznać do czegoś przed sobą i przed Samem także. - Zresztą ja też. Chcę mieć to 
dziecko, Sam. Nie możesz jej oddać. Nigdy ci na to nic pozwolę. 
-

 

Przede wszystkim musimy myśleć o Jessie - jęknął Sam. 

-

 

A dlaczego nie o tobie? Albo o mnie? 

-

 

Dobrze, już dobrze - uspokajał ją Sam. - Powiedz mi, co mam zrobić. 

-

 

Ożeń się ze mną - odrzekła Roni, patrząc mu prosto w oczy. 

background image

 
ROZDZIAŁ TRZECI 

Sam miał siedemnaście lat, kiedy po raz pierwszy w życiu dosiadł ogiera. Ten ogier kopnął go 
wówczas w głowę. Słowa Roni wywołały podobny efekt. 
-

 

Coś ty powiedziała? - dopytywał się, jakby rzeczywiście nie usłyszał jej słów albo ich nie 

zrozumiał. 
-

 

Oświadczyłam  ci  się  przed  chwilą.  -  Roni  patrzyła  mu  w  oczy,  choć  policzki  paliły  ją 

ż

ywym ogniem. 

-

 

Nie mam nastroju do żartów, Loczku. 

-

 

Ja nie żartuję. 

Sam  zerwał  się  na  równe  nogi.  Dopiero  teraz  zauważył,  jak  piękną  kobietą  jest  jego 
przyjaciółka  i  jak  uroczo  wygląda  z  małą,  śpiącą  na  jej  ramieniu  dziewczynką.  Delikatnie 
wziął Jessie na ręce i ułożył ją pośrodku swego ogromnego łoża. Przez cały czas czuł na sobie 
badawcze spojrzenie Roni. 
-

 

Muszę  wreszcie  złożyć  to  łóżeczko.  -  Sam  w  samą  porę  przypomniał  sobie  biało 

lakierowany  mebelek,  który  razem  z  Jessie  przyjechał  do  Lazy  Diamond  i  wraz  z  innymi 
rzeczami wciąż leżał nie rozpakowany w salonie. 
-

 

Może lepiej by spała - dodała Roni. 

-

 

Napiłbym  się  piwa  -  zmienił  temat  Sam,  który  równie  dobrze  jak  Roni  wiedział,  że  tak 

naprawdę wcale nie mają ochoty rozmawiać o łóżeczku. 
Poszedł do kuchni, a Roni podążyła za nim. 

Czy i ty się napijesz? - zapytał Sam, otwierając drzwi lodówki. 

Roni  przecząco  pokręciła  głową.  Poruszała  się  w  kuchni  Sama  jak  w  swojej  własnej. 
Rozpakowała porzucone torby z zakupami, postawiła na kuchence czajnik z wodą... 
-

 

Zrobię  sobie  herbaty  -  powiedziała,  siląc  się  na  spokój.  -  A  w  ogóle  to  nie  rozumiem, 

dlaczego aż tak cię zatkało. Nigdy nie przyszło ci do głowy, że ty i ja... Że my... 
-

 

Nie - odrzekł bez wahania Sam. - Nawet o tym nie pomyślałem. 

-

 

No  cóż  -  Roni  zalała  torebkę  wrzątkiem  -  niezbyt  elegancko  się  zachowujesz.  A  jednak 

moja propozycja ma sens. Jeśli dobrze się nad tym zastanowisz, to sam dojdziesz do takiego 
wniosku. 
-

 

Jaki sens? - prychnął Sam. - Zupełnie zwariowałaś, Loczku. 

-

 

Nie rozumiesz? To dla dobra Jessie. Oboje ją uwielbiamy. Możemy jej stworzyć normalny 

dom. Znam małżeństwa, które przed ślubem łączyło znacznie mniej niż długoletnia przyjaźń. 
-

 

Naprawdę  nie  wiem,  co  powiedzieć.  Sam  tylko  kręcił  głową.  -  Zrobiłabyś  coś  takiego  dla 

Jessie!.! 
-

 

Dla siebie, głupku. Samotność wcale nie jest przyjemna. 

Dopiero  teraz  dotarło  do  niego,  że  zaabsorbowany  własnymi  problemami  nie  zauważył,  jak 
bardzo samotna jest jego przyjaciółka. 
-

 

Mnie też nie jest dobrze samemu - przyzna! w końcu. 

-

 

Zawsze chciałam mieć prawdziwy dom. Wiem, że ty też o tym marzysz. To nie nasza wina, 

ż

e  życie  nie  układa  się  po  naszej  myśli  -  westchnęła  Roni.  Pewnie  w  jakimś  sensie  zawsze 

będę kochać Jacksona, tylko że on nie da mi tego, czego tak bardzo pragnę, Ale ty możesz mi 
to dać. Dla ciebie Jessie jest drugą szansą na normalne życie, a dla mnie  jedyną. Potrzebuję 
jej  bardziej  niż  czegokolwiek  na  świecie.  Na  pewno  stworzymy  jej  normalny  dom.  Będzie 
kochana i bezpieczna. 
-

 

Nie rezerwujesz dla siebie zbyt wiele. 

-

 

Otóż bardzo się pomyliłeś. Będę miała rodzinę, a to więcej, niż mogłam oczekiwać.  

-  Odstawiła  opróżniony  kubek.  -  Jesteśmy  coraz  starsi,  Sam.  To  rozwiązanie  jest  poza 
wszystkim  bardzo  praktyczne.  Oboje  pracujemy  w  domu,  więc  z  łatwością  możemy 

background image

dostosować  godziny  naszych  zajęć  do  potrzeb  Jessie  i  nie  zawracać  sobie  głowy  żadną 
pomocą domową, a o żłobku w ogóle zapomnieć. Tyle razy ci proponowałam, żebyś korzystał 
z pastwisk mojego ojca. Ale ty jesteś tak cholernie dumny, że nawet moją pomoc odrzucasz. 
Jeśli  się  pobierzemy,  będziemy  czerpać  dochód  z  dwóch  farm  i  może  uda  nam  się  na  tyle 
postawić  Lazy  Diamond  na  nogi,  żeby  Jessie  miała  z  czego  żyć.  To  naprawdę  doskonałe 
rozwiązanie. Wszyscy na tym skorzystamy. 
-

 

Chyba o czymś zapomniałaś. A co z seksem? 

-

 

O co ci chodzi? - Roni udała zdziwioną. 

-

 

Nie wygłupiaj się, Loczku. - Sam podszedł do niej. - Doskonale wiesz, o co mi chodzi. 

-

 

Zastanowimy się nad tym, kiedy już będzie się nad czym zastanawiać. 

Wziął  ją  za  rękę,  przyciągnął  Roni  do  siebie  i  wtulił  twarz  w  jej  pachnące  łąką  włosy.  Nie 
spodziewała się tego. Dotknięcie Sama przyprawiło ją o dreszcz. Westchnęła. 
-

 

Teraz już mamy się nad czym zastanawiać. - Sam wyszczerzył w uśmiechu białe zęby. 

-

 

Widzę,  że  chcesz  mnie  nastraszyć.  -  Roni  musiała  chwycić  się  jego  ramienia,  żeby  nie 

upaść. - Ostrzegam, że to ci się nie uda. 

Mężczyzna musi mieć w łóżku kobietę, która go pragnie, a nie męczennicę. Myślisz, że 

jestem eunuchem!.! 

Ja... Skąd wiesz, że ja cię nie pragnę? Zaskoczony Sam natychmiast się od niej odsunął. 

Istotnie,  chciał  jej  udowodnić,  jak  szalony  poddała  pomysł  Odpowiedź  Roni  bardzo  go 
zaskoczyła i sprawiła, że zobaczył swą przyjaciółkę w nowym świetle. Wiedział oczywiście, 
ż

e  Roni  jest  piękną  kobietą,  za  którą  mężczyźni  szaleją,  ale  on  nigdy  nie  pozwolił  sobie  na 

takie  o  niej  myślenie.  Takie  były  niepisane  reguły  gry,  bez  których  ich  przyjaźń  nie 
przetrwałaby tak długo. W przyjaciółce nie można widzieć budzącej pożądanie kobiety. 
-

 

Nigdy dotąd niczego podobnego do siebie nic czuliśmy - bąknął przerażony. 

-

 

Może i nie. Ale i tak mamy ze sobą znacznie więcej wspólnego, niż niektóre małżeństwa. 

Ufamy  sobie,  możemy  na  sobie  polegać  i  bardzo  dobrze  się  znamy.  Reszta  przyjdzie  sama. 
Jeżeli oczywiście oboje będziemy tego chcieli. 
-

 

A jeśli nie przyjdzie? - nie ustępował Sam. 

-

 

Przyjaźń i szacunek są najważniejsze. Roni wzruszyła ramionami. - Jesteśmy dorośli i nie 

mamy  już  żadnych  złudzeń  na  temat  miłości.  Nasze  ewentualne...  przyjaźnie  nikomu  nie 
zaszkodzą. Jeśli okażą się niezbędne i jeśli nie będziemy się z nimi zbytnio afiszować. 
-

 

Ależ ty jesteś nowoczesna - roześmiał się Sam. 

-

 

Najważniejsze,  żeby  udało  nam  się  stworzyć  Jessie  normalny  dom.  -  Roni  znów  się 

zaczerwieniła. Przecież możemy żyć tak, jak przez te ostatnie dni. W czym problem? 
-

 

Myślisz, że uda nam się utrzymać platoniczny związek? - powątpiewał Sam. 

-

 

Dotąd  nam  się  udawało  -  uśmiechnęła  się  do  niego  Roni.  -  Dajże  już  spokój,  Sam.  To 

wszystko  dla  dobra  Jessie.  Znamy  się  jak  dwa  łyse  Ronie  i  wiem,  że  sobie  poradzimy.  W 
pewnym sensie od dawna jesteśmy starym małżeństwem! 
-

 

O,  tak  -  uśmiechnął  się  Sam.  -  Nie  uprawiamy  seksu,  wiecznie  się  kłócimy  i  nie 

wyobrażamy sobie życia bez siebie. 
-

 

No właśnie - roześmiała się Roni. 

Sam jeszcze przez chwilę rozważał decyzję, którą tak naprawdę dawno już podjął. Gdyby 
nie zgodził się na propozycję Roni, jego przyjaciółka przestałaby go szanować, a na domiar 
złego  straciłby  małego  rudzielca,  którego  zdążył  już  pokochać.  Do  diabła!  Ona  przecież 
wie,  w  co  się  pakuje,  pomyślał  Sam.  Zna  mnie  od  dziecka.  Wie,  że  jestem  tylko  prostym 
farmerem, zdaje sobie sprawę z tego, jak się żyje w małym miasteczku i co z tego wynika. 
Zresztą też już dostała od życia po uszach. Nie będzie się spodziewała po mnie cudów i nie 
ucieknie  przy  pierwszej  trudności.  Ona  ma  rację.  To  najrozsądniejsze  wyjście  z  sytuacji. 
Możemy żyć razem pod jednym dachem spokojnie, uczciwie i bez niepotrzebnych nikomu 

background image

sentymentów.  Stworzymy  Jessie  prawdziwy  dom.  Sobie  przy  okazji  też.  Wystarczy  tylko 
trochę odwagi. 
-

 

No  cóż  -  odezwał  się  wreszcie.  -  Nie  jest  to  może  najlepszy  interes,  jaki  w  życiu 

zrobiłem,  ale  chyba  jakoś  to  wytrzymam.  Przyjmuję  pani  oświadczyny,  madame  -
uśmiechnął się do niej ciepło. - Ja też mam już dosyć tej cholernej samotności. 
-

 

Och,  Sam!  -  Roni  rzuciła  mu  się  na  szyję,  a  Sam  mocno  ją  do  siebie  przytulił.  -  Teraz 

możesz powiedzieć Newtonom, że nie oddamy im Jessie. 
-

 

Pewnie, że jej nie oddamy - odrzekł nie mniej od niej przejęty Sam. 

Pomalutku jakoś sobie ze wszystkim poradzimy - powiedziała cicho i oparła głowę na 

szerokiej piersi przyjaciela. 

Poradzimy  sobie.  W  końcu  nie  musimy  nikogo  wtajemniczać  w  nasze  sprawy.  Niech 

sobie ludzie myślą, co chcą. 

Zobaczysz, że nie pożałujesz. 

Na  pewno  pożałuję  -  zażartował  Sam.  -  Dwie  kobiety  w  domu  to  podwójny  kłopot. 

Zresztą tobie też nie będzie łatwo... 
-

 

Dajże spokój. 

-

 

...ale jakoś damy sobie radę. Boisz się? 

Troszeczkę. - Roni podniosła głowę i uśmiechnęła się do Sama tak promiennie, że aż 

dech mu w piersiach zaparło.- Ale bardzo się cieszę z tego, co zyskałam. Wiesz dlaczego? 

Nie wiem - przyznał Sam. 

Bo będę miała męża, który umie gotować. No cóż, panie Preston, na obiad miały być 

steki.. 

O, nie! Nigdy się nie zgodzę na ślub cywilny. To barbarzyństwo! 

-

 

Ależ mamo... 

-

 

Daj Sama do telefonu. 

-

 

Ona chce rozmawiać z tobą. - Roni oddała słuchawkę stojącemu obok niej Samowi. 

O  rany!  -  Sam  odłożył  klucz,  którym  przed  chwilą  skręcał  łóżeczko  Jessie. 

Dziewczynka  wciąż  spała  spokojnie,  nieświadoma  tego,  że  właśnie  znalazła  sobie 
kochających rodziców. - Ale wpadłem! 
-

 

Nie wygłupiaj się - poprosiła Roni. - Mama chce nam urządzić prawdziwy ślub. 

-

 

Przecież to właśnie uzgodniliśmy. - Sam przezornie zakrył dłonią mikrofon słuchawki. 

Nie zgrywaj się! -jęknęła Roni. - Ona chce urządzić nam ślub kościelny z księdzem i tort 

z fontanną. Powiedz jej, że nie zgadzamy się na żadną pompę. W najbliższą sobotę bierzemy 
ś

lub u sędziego i koniec. 

Sam posłusznie skinął głową, po czym przyłożył słuchawkę do ucha. 

Dzień dobry pani. Tak, dziękuję bardzo. Tak, chyba tak. Tak, proszę pani. 

Roni niecierpliwiła się coraz bardziej. Najwidoczniej jednak rozmowa Sama z jej matką miała 
się  ograniczać  do  jeszcze  kilku:  „tak,  proszę  pani",  wypowiedzianych  przez  niego  z 
szacunkiem  należnym  przyszłej  teściowej.  Jeszcze  jedno:  „oczywiście"  i  Sam  odłożył 
słuchawkę. 
-

 

Tak  się  przejęła  tą  wiadomością  -  uśmiechnął  się  do  Roni  ze  skruchą  -  że  jeszcze  dziś 

wieczorem  przyjadą  tu  razem  z  Jinksem.  Powiedziała,  że  sama  wszystkiego  dopilnuje.  I 
przywiezie ci swoją ślubną suknię. 
-

 

Trzeba było uciec do innego stanu. - Roni ukryła twarz w dłoniach. 

-

 

Twoja  matka  wie  dobrze,  że  nie  pozbawię  jej  przyjemności  wydania  córki  za  mąż  we 

właściwy  sposób.  -  Sam  podszedł  do  rozpaczającej  dziewczyny  i  położył  dłonie  na  jej 
ramionach. - Co miałem jej powiedzieć? 
-

 

Miałeś jej powiedzieć „nie", „nie ma mowy" albo coś w tym rodzaju. - Nagle coś ważnego 

sobie przypomniała. 

background image

-  O mój Boże! Muszę wracać do domu! Mama tego nie zrozumie. To znaczy... 

Uspokój  się,  Loczku.  -  Sam  przyciągnął  dziewczynę  do  siebie.  Jego  oddech  łaskotał 

delikatną skórę szyi Roni. 
-  Nie chcę, żeby twoja matka uważała, że sypiamy ze sobą bez błogosławieństwa. 

No wiesz. - Roni zaczerwieniła się po same uszy. 

- Mam tyle lat, ze mama może sobie myśleć, co jej się żywnie podoba 
-

 

No właśnie. Ale z drugiej strony, gdybyśmy twierdzili, ze w ogóle dotąd nie zgrzeszyliśmy, 

to  ludzie  zaczęliby  plotkować  Wprawdzie  nikogo  nie  powinno  obchodzić,  dlaczego  się 
pobieramy, ale nie mam nic przeciwko zachowaniu pozorów i poddaniu się obowiązującym w 
tym  miasteczku  rytuałom  -  Odwrócił  Roni  przodem  do  siebie  i  uniósł  jej  twarz  tak,  aby 
musiała mu spojrzeć w oczy - To najmniejsza ofiara, jaką mogę ponieść dla kobiety, która ma 
zostać moją żoną 
-

 

Przestań wreszcie, Samie Preston - mruknęła - Bo zaraz się rozpłaczę. 

-

 

Tylko nie to! - przestraszył się Sam. - Po raz drugi dziś tego bym nie wytrzymał. 

-

 

Musisz  się  jeszcze  wiele  dowiedzieć  o  kobietach  -  roześmiała  się  Roni  -  Jeśli  mama 

naprawdę przejmie się tym ślubem, to będziesz miał do czynienia z oceanem łez. 
-

 

Nie martw się, Loczku 

-

 

Łatwo ci mówić - mruknęła ponuro Roni. 

-

 

Będziesz zbyt zajęta, żeby się martwic pocieszył ją Sam - Zastanawiam się, czy mogłabyś 

urządzić sobie pracownię w magazynie Oczywiście dopiero po tym, jak tam posprzątam. 
-

 

Tam  jest  ogromne  okno  zamyśliła  się  Roni.  -  A  wiesz,  to  bardzo  dobry  pomysł.  Jeśli 

oczywiście tobie to nie przeszkodzi. 
-

 

Dlaczego miałoby mi to przeszkadzać? Jesteśmy teraz wspólnikami, Loczku. Masz w tym 

domu  takie  same  prawa  jak  i  ja.  Pracownia  to  jeszcze  nie  wszystko.  Musimy  załatwić 
metryki,  kupić  obrączki,  przygotować  całą  uroczystość  i  przewieźć  tu  twoje  rzeczy  A  na 
dodatek  tobie  upływa  termin  oddania  pracy,  a  ja  muszę  przepędzić  na  wiosenne  pastwiska 
tysiąc sztuk bydła. 
-

 

Mamy co robić. 

-

 

No właśnie. Jedź teraz do domu. Oboje z Jessie jakoś wytrzymamy do soboty. 

-

 

Nic  z  tego  -  Roni  przecząco  potrząsnęła  głową.  -  Mała  dopiero  co  zaczęła  się 

przyzwyczajać do mnie i do ciebie. Będę tu przyjeżdżać w dzień. Położę Jessie wieczorem do 
łóżka,  a  rano  wrócę.  Gdybym  zniknęła  zupełnie,  tak  jak  jej  matka,  mogłaby  znów  wpaść  w 
rozpacz. 
-

 

Chyba masz rację - westchnął Sam. 

-

 

Mama  nie  może  się  już  doczekać,  kiedy  pozna  małą.  Jestem  pewna,  że  jak  tylko  zobaczy 

Jessie,  nawet  siłą  nie  da  się  ich  rozłączyć  -  Roni  gorzko  się  uśmiechnęła.  -  Biedaczka  tyle 
rzeczy  na  raz  musi  przeżyć.  Jej  córka,  która  miała  być  starą  panną,  da  jej  za  jednym 
zamachem i zięcia, i wnuczkę. Jest trochę wystraszona... 
-

 

Z tym też sobie poradzimy, Loczku - Sam roześmiał się i uścisnął rękę swej przyszłej żony. 

- Ze wszystkim sobie poradzimy. 

W  najpiękniejszy  sobotni  poranek,  jaki  kiedykolwiek  wstał  w  kwietniu  nad  Flat  Fork  w 
Teksasie, ubrany w swój najlepszy garnitur i wypolerowane do połysku buty, Sam czekał na 
swoją  przyjaciółkę,  która  za  chwilę  miała  zostać  jego  żoną.  Ceremonia  miała  się  odbyć 
publicznie. Matka Roni z marszu wzięła sprawy w swoje ręce. Uznała, że taki ślub najlepiej 
będzie  zorganizować  w  pełnym  róż  ogrodzie  przy  kościele  metodystów.  Sam  nie  miał 
pojęcia, kto wpadł na pomysł, żeby kuzyn Angela Moralesa grał na gitarze marsza weselnego, 
ani skąd się wziął ten tłum ludzi. Goście siedzieli na ustawionych w równe rzędy składanych 
krzesełkach,  stali  na  trawie  i  nawet  na  chodniku  za  bramą  ogrodu.  Cicha  uroczystość  dla 
garstki przyjaciół zmieniła się w widowisko dla całej okolicy. 

background image

Sam spojrzał na wielebnego Burdetta. Pastor skinął głową i w tej samej chwili kuzyn Angela 
cichutko zagrał flamenco. Rozległ się stłumiony okrzyk zachwytu. Wąską ścieżką pomiędzy 
dwoma rzędami krzeseł szły druhny Roni. Ubrana w różową suknię Krystal pchała przed sobą 
wózek,  w  którym  siedział  śliczny  mały  rudzielec,  także  wystrojony  w  bladoróżową 
sukieneczkę.  Obie  miały  na  głowach  wianki  z  polnych  kwiatów.  Ten,  który  przystrajał 
główkę Jessie, dziewczynka zdążyła już zsunąć sobie na oko i niemiłosiernie szarpała to, co 
jeszcze z niego zostało. 
Wśród  zebranych  rozległy  się  życzliwe  śmiechy.  Sam  uczuł  taką  dumę,  jaka  rozpiera 
wszystkich rodziców na widok sympatii, jaką w obcych ludziach budzi ich latorośl. 
-  Ta!  -  zawołała  radośnie  Jessie,  zauważywszy  Sama,  i  wyciągnęła  do  niego  tłustą  łapkę  z 
okropnie pogniecionym kwiatkiem. 
Sam  pochylił  się  nad  wózkiem.  Wziął  od  dziecka  kwiatek,  a  kiedy  się  wyprostował,  ujrzał 
coś, co sprawiło, że zupełnie zapomniał, po co się tu znalazł, kim jest i jak się nazywa. 
Boże wielki, ależ ona jest piękna, pomyślał. 
Wsparta  na  ramieniu  ojczyma,  Roni  szła  do  niego  przy  akompaniamencie  gitary.  Brązowe 
oczy  miała  szeroko  otwarte,  różowe  usta  rozchylone  w  uśmiechu,  a  rozpuszczone  włosy 
falowały  na  wietrze,  tworząc  przecudne  tło  dla  ślicznej  twarzy.  Na  głowie  miała  wianek  z 
polnych kwiatów, a ozdabiające go wstążki spływały jej na ramiona. 
Sam  rzadko  kiedy  widywał  Roni  w  sukienkach,  a  w  tak  cudnej  kreacji  widział  ją  po  raz 
pierwszy  w  życiu.  Suknia  z  kremowej  koronki  nie  była  ostatnim  krzykiem  mody,  za  to 
idealnie  pasowała  do  niecodziennej  urody  Roni.  Dziewczyna  przypominała  raczej  jakąś 
królewnę  z  bajki  albo  leśną  boginkę  niż  kobietę  z  krwi  i  kości,  jeżdżącą  konno  lepiej  niż 
niejeden mężczyzna. 
Przecież  ja  jej  wcale  nie  znam,  pomyślał  przerażony  Sam.  Mój  Boże,  w  co  ja  się 
wpakowałem! 
Jinks  Robinson  pocałował  Roni  w  policzek,  przekazał  ją  Samowi  i  usiadł  obok  swej  żony. 
Sam  bez  słowa  pokazał  Roni  zgnieciony  kwiatek,  który  dostał  od  Jessie.  Panna  młoda 
natychmiast umieściła go w bukiecie białych róż, który tego ranka podarował jej Sam. 
Kim  jest  ten  mężczyzna?  zastanawiała  się  Roni  nieco  przytłoczona  obecnością  wysokiego, 
potężnie zbudowanego eleganta. Czy to naprawdę mój dobry Sam? Jest taki męski, budzący 
lęk i zupełnie obcy. Mój Boże, co ja tu właściwie robię? 
Dziecięce gaworzenie przerwało te trwożliwe rozmyślania. Jessie wreszcie udało się zerwać z 
głowy  wianek.  Wymachiwała  nim  radośnie,  zagadywała  Sama  i  Roni,  domagając  się  ich 
uwagi.  Oboje  jak  na  komendę  pochylili  się  nad  wózkiem  i  pieszczotliwie  szepnęli  coś  do 
małej  Jessie.  Potem  popatrzyli  na  siebie  i  w  jednej  chwili  przypomnieli  sobie,  po  co  się  tu 
znaleźli.  Sam  nareszcie  odważył  się  wziąć  swoją  przyszłą  żonę  za  rękę,  a  ona  uściskiem 
dodała mu odwagi. Uśmiechnęli się do siebie i wreszcie stanęli przed pastorem. 
-

 

Umiłowani... 

-

 

Ja, Veronica Jean, biorę ciebie, Samuelu... 

-

 

...w zdrowiu i w chorobie... 

-

 

...przyjmij tę obrączkę... 

Wkrótce  było  już  po  wszystkim.  Tylko  obcy  jeszcze  ciężar  złotych  obrączek  na  palcach 
przypominał,  że  odtąd  już  ich  życie  będzie  biegło  wspólnym  torem.  Jeszcze  tylko  jedna 
modlitwa... 
-

 

Skąd tu tyle ludzi? - zapytała szeptem Roni. 

-

 

Przyszli obejrzeć najlepsze przedstawienie, jakie dają dziś we Flat Fork - odrzekł Sam także 

szeptem. - Mam nadzieję, że tortu starczy dla wszystkich. 
Roni  z  najwyższym  trudem  zachowała  powagę.  Na  szczęście  pastor  skończył  odmawianie 
błogosławieństw. 

background image

Amen - wielebny Burdett uśmiechnął się do nowożeńców. - Samie Preston, możesz już 

pocałować pannę młodą - oznajmił. 
Dwie  pary  błyszczących  oczu  spotkały  się  ze  sobą,  dwa  serca  podeszły  do  gardeł,  a  dwoje 
dorosłych  ludzi  nie  mogło  sobie  darować,  iż  o  czymś  zapomnieli,  że  raz  choćby  nie 
przećwiczyli  tej  najważniejszej  sceny  związanej  z  zawartym  przed  chwilą  małżeństwem. 
Teraz na wszystko było już za późno. Widzowie czekali. 
Sam  pochylił  się  nad  Roni  i  elegancko,  ale  bardzo  szybko  ją  pocałował.  Dopiero  po  chwili 
przyszedł mu do głowy szatański pomysł. 

Do diabła, Loczku - mruknął. - Dajmy im to, po co tutaj przyszli. 

Mocno przytulił do siebie żonę, zbliżył usta do jej ust... Nie miałem pojęcia, pomyślał, że jest 
taka słodka... Mój Loczek! 
Ona  też  się  do  niego  tuliła.  Nie  bardzo  wiedziała,  co  się  właściwie  z  nią  dzieje,  ale  chciała, 
ż

eby to trwało i nigdy się nie skończyło. 

Amen - rozległo się głośne przypomnienie pastora o tym, że nie miejsce tu i nie czas na 

takie ekscesy. 
Sam i Roni wreszcie się rozłączyli. Życzliwe uśmiechy widowni przyprawiły ich o rumieńce. 
Gitarzysta zaczął grać marsza weselnego, goście podnieśli się z miejsc i kolejno podchodzili 
do nowożeńców, żeby im złożyć gratulacje. 

Wszystkiego  najlepszego,  córeczko.  -  Matka  rzuciła  się  Roni  na  szyję.  -  Jestem  taka 

szczęśliwa! Zawsze mówiłam, że jesteście stworzeni dla siebie. 
Stworzeni  dla  siebie?  pomyślała  Roni,  wciąż  jeszcze  odurzona  namiętnym  pocałunkiem, 
którego  zupełnie  się  nie  spodziewała.  Ciekawe,  czy  wszyscy  tak  uważają,  czy  też  tylko 
mama?  Jak  to  możliwe,  żeby  jedna  chwila  zmieniła  całe  życie?  Dlaczego  tak  mi  smutno? 
Przecież oboje uznaliśmy, że nasz związek obejdzie się bez seksu. Przynajmniej na razie. Jak 
to się stało, że wszystko tak szybko wymknęło mi się spod kontroli? 
-

 

Wiedziałam,  że  coś  przede  mną  ukrywasz  -  roześmiała  się  Krystal,  bo  teraz  przyszła  jej 

kolej  na  składanie  życzeń  młodej  parze.  -  Chciałaś  mi  wmówić,  że  Sam  jest  tylko  twoim 
kumplem, no i wydało się. Moje gratulacje, szczęściaro. 
-

 

Proszę  cię,  Krystal...  -  Roni  zaczerwieniła  się  po  same  uszy.  Wzięła  na  ręce  małą  Jessie, 

którą  dotychczas  piastowała  przyjaciółka.  Różowa  sukienka  dziecka  szybko  ukryła  przed 
ś

wiatem zakłopotanie panny młodej. 

-

 

Wszystkiego najlepszego - dodała Krystal. 

-

 

Moje  gratulacje,  chłopcze  -  rozległ  się  z  boku  tubalny  głos  Jinksa.  -  Masz  być  dla  niej 

dobry. Pamiętaj. 
-

 

Tak, proszę pana. Obiecuję - odrzekł Sam. 

Długi  szereg  składających  życzenia  gości  przesuwał  się  powoli.  Roni  i  Sam  spoglądali  na 
siebie co chwila, jakby jedno drugie chciało podtrzymać na duchu. 
Sam nie mógł sobie darować, że tak się wygłupił przed ołtarzem. Ależ ze mnie dureń, myślał. 
Muszę  się  opanować,  bo  inaczej  ją  utracę.  Dlaczego  wcześniej  nie  zauważył  jakie  ona  ma 
zmysłowe usta? Dopiero kiedy ja pocałowałem... I ten jej uśmiech... Na całym świecie nie ma 
piękniejszych  ust  i  śliczniejszego  uśmiechu.  Tylko  ją  całować...  Oszalałeś,  Preston?  skarcił 
się zaraz w duchu. Natychmiast się uspokój. 
Chyba oszalałam, myślała Roni, ściskając dłonie gości, z którymi rozmawiała tak rozsądnie, 
ż

e nikt nawet nie zauważył, iż jej myśli zupełnie czym innym są zaprzątnięte. Dlaczego każde 

spojrzenie Sama czuję tak, jakby mnie dotykał? A jeśli tylko ja coś do niego poczułam? Jeżeli 
on  niczego  nie  zauważył?  Muszę  się  natychmiast  opanować.  To  wina  zmęczenia.  Ogromne 
napięcie  i  tylu  ludzi...  Jutro  na  pewno  wszystko  wróci  do  normy  i  znów  będziemy 
przyjaciółmi. Zresztą umówiliśmy się przecież... 

background image

Dałeś  słowo,  Preston,  upominał  się  Sam.  Nie  mógł  oderwać  oczu  od  swej  dopiero  co 
poślubionej  żony.  Muszę  zapomnieć  o  tym,  jak  wspaniale  się  ją  całuje.  W  przeciwnym 
wypadku ona ode mnie odejdzie. 
To  ostrzeżenie  poskutkowało.  Sam  tak  się  przestraszył  własnej  groźby,  że  przez  resztę 
przyjęciu trzymał się od Roni z daleka, a nawet starał się na nią nie patrzeć. 
Wiedział, że w końcu i tak zostanie z nią sam na sam, na całe życie. Nie miał tylko pojęcia, 
jak oprzeć się pokusie całowania Roni bez przerwy, przez całe życie. 

background image

 
ROZDZIAŁ CZWARTY 

-

 

Naprawdę nie chcesz, żebyśmy urządzili sobie miesiąc miodowy? 

-

 

Nie chcę. 

-

 

Może  chociaż  spędzimy  wieczór  w  Fort  Worth  -  nalegał  Sam.  -  Jest  jeszcze  wcześnie. 

Moglibyśmy... 
-

 

Skończ wreszcie! - Roni zdjęła białe buty na wysokich obcasach. Z ulgą postawiła obolałe 

stopy  na  chłodnej  podłodze.  -  Uzgodniliśmy  przecież,  że  wracamy  do  domu.  Jessie  jest 
wykończona. 
-

 

No tak - Sam przytulił do siebie zasypiającą dziewczynkę. Wcale mu nie przeszkadzało, że 

mała buzia zostawiła na jego koszuli mokry ślad. - Coś mi się zdaje, że nie ona jedna - dodał, 
dotykając palcem policzka Roni. 
-

 

Myślisz,  że  jestem  taka  słaba?  -  roześmiała  się  Roni,  chociaż  niespodziewana  pieszczota 

wywołała rozkoszny dreszcz. 
-

 

Przede  wszystkim  jesteś  piękna  -  rzekł  wpatrzony  w  nią  Sam.  -  I  pewnie  dobrze  o  tym 

wiesz. 
-

 

Chyba  za  dużo  wypiłeś,  kowboju  -  Roni  po  raz  kolejny  wybuchnęła  śmiechem.  Odsunęła 

się jednak poza zasięg  ręki swego męża. -  Ze wszystkich ślubów, jakie  widziałam, nasz był 
najpiękniejszy. 
-

 

No pewnie. 

Cichy  głos  Sama  i  gorący  żar  jego  oczu  przypomniały  Roni  tamten  pamiętny  pocałunek. 
Bardzo się przestraszyła własnych uczuć i dlatego zaczęła mówić jak nakręcona: 
-

 

Tort  był  bardzo  dobry,  ale  cieszę  się,  że  udało  mi  się  przekonać  mamę  co  do  fontanny. 

Kuzyn  Angela  grał  przepięknie.  Ale  najwspanialsza  ze  wszystkiego  okazała  się  Jessie. 
Wszyscy  tak  bardzo  się  wzruszyli.  -  Roni  zdjęła z  głowy  wianek  i  ułożyła  go  na  stole  obok 
ś

lubnego  bukietu.  Wzięła  w  palce  jedną  z  kremowych  wstążek.  -  Będziemy  mieli  co 

wspominać. 
-

 

Ja  na  pewno  nigdy  nie  zapomnę  pożegnania.  Dzięki  staraniom  Krystal  nawet  w  slipach 

mam pełno ryżu. 
-

 

Oj, to nieprzyjemne - skrzywiła się. 

-

 

Nie jest to wygórowana cena za te prezenty w furgonetce - roześmiał się Sam. - Nieźle się 

obłowiliśmy. 
-

 

Ach, ci mężczyźni - westchnęła z uśmiechem Roni. 

-  Jesteście takimi materialistami. Czuję się tak, jakbym ich wszystkich oszukała. 

Chcieliśmy stworzyć Jessie dom, a to nie jest oszustwo - sprzeciwił się stanowczo Sam.  

- Nie powinnaś o tym zapominać. Wydaje mi się, że jesteś już trochę zmęczona. 
-

 

Może  i  masz  rację.  -  Roni  wyciągnęła  ręce  po  śpiącą  na  ramieniu  Sama  dziewczynkę. 

Pozwól, że położę małą do łóżka. 
-

 

Zostaw,  ja  to  zrobię.  Ty  odpocznij.  Przygotuj  sobie  kąpiel  czy  na  co  tam  masz  ochotę  - 

rzekł, wychodząc z małą Jessie do jej pokoju. 
Roni  została  sama.  Czy  Sam  spodziewa  się  czegoś  po  dzisiejszym  wieczorze?  myślała 
rozgorączkowana. Chociaż może ważniejsze jest to, czego ja oczekuję. Naprawdę nie wiem. 
W końcu jesteśmy już po ślubie, przypomniała sobie, jakby choć przez chwilę dało się o tym 
zapomnieć. 
Włożyła  do  plastikowych  toreb  swój  wianek  i  ślubny  bukiet,  po  czym  schowała  je  do 
lodówki. Miała zamiar powiesić je potem na strychu, żeby wyschły i posłużyły w przyszłości 
do  jakiejś  romantycznej  kompozycji.  Ale  to  wszystko  miało  stać  się  później.  Teraz  myślała 
tylko o tym, jak dziwnie się czuła, gdy Sam się do niej zbliżał, i jak bardzo się bała, żeby jej 
nie dotknął. Rozpaczliwie usiłowała przypomnieć sobie wszystkie argumenty, które zaledwie 

background image

kilka  dni  temu  przemawiały  na  korzyść  jej  małżeństwa  z  Samem.  Wspominała,  jak 
tłumaczyła mu, że wszystko powoli i całkiem naturalnie się ułoży, bo przecież od dawna żyją 
w przyjaźni i znają się jak dwa łyse konie. 
Czyżbym  była  aż  tak  naiwna?  zapytała  samą  siebie.  Czy  to  możliwe,  żeby  kilka  słów 
wypowiedzianych  w  obecności  pastora  mogło  zmienić  całe  moje  życie?  Dziwnie  się  czuję. 
Jakbym  jechała  górską  kolejką,  coraz  szybciej  do  jakiegoś  wspaniałego  i  przerażającego 
jednocześnie  celu.  Najwyższy  czas  włączyć  hamulce.  Trzeba  ochłonąć,  zanim  popełnimy 
błąd, którego rano oboje będziemy żałować.  
W  mgnieniu  oka  zrodził  się  w  jej  głowie  szatański  plan.  Wymyśliła,  że  się  wykąpie,  a 
potem  wytłumaczy  się  zmęczeniem  i  szybko  położy  się  w  swoim  łóżku  ustawionym  w 
pokoju  Jessie.  Było  to  wprawdzie  rozwiązanie  godne  tchórza,  ale  w  tym  konkretnym 
przypadku najlepsze, a może nawet jedyne wyjście. 
Pospiesznie  wyjęła  z  torby  kosmetyczkę,  koszulę  nocną  i  pobiegła  do  łazienki.  Czas  był 
najwyższy,  bo  w  korytarzu  dały  się  już  słyszeć  kroki  powracającego  Sama.  Z 
westchnieniem ulgi zaryglowała drzwi łazienki. 
Zachowuję się jak dziewica, uśmiechnęła się do siebie. A przecież jestem dorosła, potrafię 
samodzielnie  podejmować  decyzje.  A  teraz  właśnie  mam  ochotę  się  wykąpać.  I  będę  się 
kąpać tak długo, aż Sam w końcu zaśnie. 
Wanna była stara, odrapana i pokryta rdzawym liszajem. Roni przez chwilę mocowała się z 
kurkami, aż wreszcie z kranu popłynęła gorąca, ruda woda. Roni dodała do niej sporą porcję 
płynu do kąpieli, po czym zaczęła się rozbierać. Sięgnęła do tyłu, chcąc rozpiąć suknię. 

A niech to diabli porwą! - zaklęła. 

W zasięgu ręki miała tylko trzy górne guziki z długiego rzędu ciągnącego się od karku aż do 
bioder. Rano matka pomagała jej się ubierać i Roni zupełnie zapomniała, że przy rozbieraniu 
także  będzie  potrzebowała  pomocy.  Jedynym  człowiekiem,  którego  mogła  teraz  poprosić  o 
pomoc, był Sam Preston, jej nowy mąż. 
Wygięła ręce do tyłu tak mocno, że o mało nie wyskoczyły ze stawów. Udało jej się odpiąć 
jeszcze jeden guzik. 
Wanna  zdążyła  się  już  napełnić.  Roni  znów  stoczyła  walkę  z  kranem.  Tym  razem  jeszcze 
zdołała go zakręcić.  Zauważyła przy  tym wiszącą na  gwoździu szczotkę do mycia pleców o 
długim trzonku. Spróbowała jej pomocą odpiąć choćby jeszcze jeden guzik. Prawie się udało, 
gdy nagle materiał niebezpiecznie zatrzeszczał. Roni rzuciła szczotkę. Nie chciała zniszczyć 
ś

lubnej sukni swej matki, w której ona też brała ślub i którą przeznaczyła już dla Jessie. 

Nie uszkodzę przecież takiej pięknej sukni przez jakiś głupi wstyd, pomyślała pokonana. 

Dobrze - powiedziała do swego odbicia w zaparowanym lustrze. - Zachowam spokój. W 

końcu nic takiego się nie stało. To będzie najzwyklejsza w świecie przyjacielska przysługa. 
Uchyliła  drzwi  od  łazienki.  Nasłuchiwała.  Sam  właśnie  wyszedł  z  pokoju  Jessie.  Cichutko 
zamknął  za  sobą  drzwi,  jak  każdy  ojciec,  który  marzy  o  tym,  żeby  jego  pociecha  spała  jak 
najdłużej. Był taki troskliwy, taki czuły... 
-

 

Myślałem, że się kąpiesz - rzekł Sam, kiedy ją zobaczył. 

-

 

Przygotowałam  sobie  kąpiel.  Ten  kurek  znów  się  zaciął.  To  naprawdę  denerwujące. 

Musisz go jak najszybciej naprawić. 
-

 

Wiem. Właśnie miałem się do tego zabrać. 

-

 

Mam kłopot... - Roni wymownie odwróciła się do niego plecami. - Nie dam rady odpiąć 

guzików. Mógłbyś mi pomóc? 
-

 

Pewnie  -  Sam  natychmiast  zabrał  się  do  pracy.  -  Chyba  nigdy  nie  zrozumiem  kobiet  - 

westchnął.  -  Kto  wymyślił,  że  do  ślubu  trzeba  się  ubierać  w  coś,  czego  nie  da  się  ani 
włożyć, ani zdjąć bez pomocy? 
Pewnie wymyśliła to kobieta, która pragnęła, aby mąż jej dotykał, przemknęła przez głowę 
Roni niespodziewana myśl. Dotknięcie nie nawykłych do tego rodzaju zajęć palców Sama 

background image

sprawiło,  że  dziewczyna  zadrżała.  Nie  wiedziała,  czy  rzeczywiście  zwolnił  tempo  i  przy 
okazji odpinania ostatnich guzików muska jej plecy, czy też tylko tak się jej zdawało. 
Na wszelki wypadek chciała się od niego odsunąć. Nie pozwolił jej na to. Wsunął dłoń w 
otwarte  teraz  zapięcie  sukni.  Roni  odwróciła  głowę.  Sam  wpatrywał  się  w  nią  jak 
urzeczony, a ona zaczerwieniła się po same uszy. 
-

 

Jesteś płochliwa jak mały źrebaczek, mój Loczku. 

-

 

Sam... - pod Roni ugięły się kolana. - Wiesz dobrze, że nie jest to najlepszy pomysł. 

-

 

O  co  ci  chodzi?  -  Druga  ręka  Sama  powędrowała  na  ramię  żony,  potem  na  jej  szyję  i 

dekolt. - A ty nie chciałabyś się przekonać... 
-

 

Nie. 

-

 

Kłamczucha. Jesteś tak samo ciekawa jak i ja. 

-

 

Niby czego miałabym być ciekawa? 

-

 

Czy następny pocałunek będzie równie wspaniały jak ten przed ołtarzem. 

-

 

Masz bujną wyobraźnię - Roni oblizała spieczone wargi. - Woda mi ostygnie. 

-

 

Niech stygnie. 

Sam ujął twarz dziewczyny  w obie dłonie, pochylił się nad nią i pocałował w usta. Roni się 
nie broniła. Ale jemu i tego było mało. Mocno ją do siebie przytulił, przywarł całym ciałem 
do  jej  okrytego  cieniutką  koronką  ciała.  Roni  jęknęła.  Nie  miała  siły  protestować. 
Przytrzymywała  tylko  rozpiętą  już  i  opadającą  suknię,  a  przy  tym  próbowała  nie  poddać  się 
żą

dzy, która ją także ogarniała. Sam delikatnie całował kąciki ust swej żony. 

-

 

Sam,  nie  mogę...  -  dyszała,  próbując  złapać  trochę  powietrza  w  płuca.  -  Nie  mogę 

oddychać. 
-

 

To dobrze - wyszeptał Sam, pieszcząc wargami jej szyję. - Ja też nie. 

-

 

Jeszcze za wcześnie. - Roni bała się coraz bardziej. - Przestań! Nie mogę nawet myśleć. 

-

 

To nie myśl - zaśmiał się cicho. 

Znów  chciał  ją  pocałować.  Zdesperowana  Roni  chwyciła  wijącą  się  na  piersi  Sama  kępkę 
włosów  i  mocno  ją  szarpnęła.  Musiała  jakoś  zwrócić  na  siebie  jego  uwagę.  Należało  go 
obudzić. 
-

 

Boję  się,  Sam  -  powiedziała  i  prawie  natychmiast  dostrzegła  w  oczach  męża  paniczny 

strach. 
-

 

Mój Boże, Loczku! Przepraszam cię. 

Puścił  ją  tak  nagle,  aż  się  zachwiała.  Upadłaby  pewnie,  gdyby  jej  nie  podtrzymał.  Patrzyli 
sobie  w  oczy  przez  chwilę,  która  obojgu  wydawała  się  wiecznością.  Nie  mieli  sobie  nic  do 
powiedzenia.  Nic  oprócz  rzeczy,  których  mówić  nie  należało.  Dopiero  po  chwili  dotarło  do 
nich ciche pojękiwanie niespokojnie śpiącego dziecka. 
-

 

Zajrzyj do niej, dobrze? - poprosiła Roni. 

-

 

Dobrze - powoli, jakby jego dłonie wcale nie chciały słuchać poleceń mózgu, Sam wypuścił 

wreszcie żonę z objęć. 
-

 

Ja się przez ten czas wykąpię. 

-

 

Tak,  tak.  Pewnie.  -  Zakłopotany  Sam  pocierał  dłonią  kark.  -  Oboje  musimy  się  porządnie 

wyspać. 
-

 

No właśnie - podtrzymując suknię, Roni wróciła do łazienki. - Dobranoc, Sam. 

-

 

Dobranoc. 

Zablokowała  drzwi.  Nie  wiedziała,  czy  ma  się  śmiać,  czy  płakać.  Puściła  suknię,  która 
natychmiast  opadła  na  podłogę,  zdjęła  bieliznę  i  weszła  do  wanny.  Woda  zdążyła  już 
ostygnąć.  Z  piany  pozostał  tylko  zapach,  ale  Roni  nawet  tego  nie  zauważyła.  Jej  myśli 
zaprzątało to, co się między nią i Samem tego dnia wydarzyło. 
Pewnie, że się zastanawiałam, jaki będzie nasz następny pocałunek, przyznała się przed sobą 
do  tego,  do  czego  Samowi  przyznać  się  nie  chciała.  Teraz  już  wiem  na  pewno.  Ten  drugi 
pocałunek, ten przed chwilą, nie był taki jak tamten poranny. Był znacznie wspanialszy. 

background image

Od ślubu minął tydzień. Nadeszło późne popołudnie, a Sam klął w żywy kamień fatalny stan 
dróg, którymi w Lazy Diamond przepędzano bydło. Był zmęczony, spocony i brudny. Krew 
ciekła mu z pięści, bo w bezsilnej wściekłości walił nimi w silnik ciężarówki. Miał nadzieję, 
ż

e dzięki temu przeklęta maszyna pojeździ jeszcze chociaż przez kilka dni. 

Wracał  do  domu  z  niewesołą  miną.  Nie  miał  teraz  pieniędzy  na  kupno  nowego  pojazdu,  a 
kredytu w banku też mu odmówili. Jeśli więc ciężarówka zepsuła się na dobre, to oznaczało, 
ż

e nie będzie już mógł dostarczać bydła na rodeo. Od rozwodu z pierwszą żoną minęło pięć 

lat,  ale  Sam  dopiero  niedawno  zaczął  wydobywać  farmę  z  finansowej  zapaści,  do  jakiej 
doprowadziły  ją  rządy  Shelly.  Każda,  niewielka  nawet  strata  groziła  bankructwem  Lazy 
Diamond. 
Dopiero  kiedy  wszedł  na  werandę,  wpadły  mu  w  oko  porozwieszane  do  suszenia  fragmenty 
damskiej bielizny tak delikatnej, że każdego mężczyznę doprowadziłaby do obłędu. A Sam i 
bez tego był bliski szaleństwa. 
Dobry  Boże,  pomyślał.  Kto  by  przypuszczał,  że  Loczek  nakłada  coś  takiego  pod  te  swoje 
dżinsy! 
Wszystkie problemy związane z prowadzeniem farmy, które jeszcze przed chwilą wydawały 
mu  się  najważniejsze  na  świecie,  w  jednej  chwili  przestały  istnieć  Został  tylko  jeden.  Oto 
Sam  bardzo  pragnął  swej  żony  i  nie  mógł  tego  pragnienia  ani  zaspokoić,  ani  się  go  pozbyć. 
Przynajmniej na razie. 
Wszedł  do  domu.  Powiesił  kapelusz  na  kołku.  Zdjął  buty  i  umazaną  smarem  koszulę.  Z 
kuchni  doleciał  go  zapach  obiadu.  Widać  było,  że  w  domu  rządzi  kobieta  Półki  na  garnki 
ozdobione  zostały  zabawnymi  figurkami,  w  oknach  wisiały  firanki,  na  stole  w  salonie 
pojawiła  się  jakaś  dziwna  rzeźba,  a  obok  sterty  czasopism  o  hodowli  bydła  leżały  książki  o 
sztuce. 
Rozkład dnia Jessie także się już ustabilizował. Zdarzały się wprawdzie piekielne noce, kiedy 
to  Roni  do  świtu  nie  mogła  zmrużyć  oka,  a  mimo  to  znajdowała  jeszcze  siły  na  pracę 
zawodową. Tym razem Sam nie mógł narzekać  na małżeńskie życie. On i Roni jakoś się ze 
sobą dogadali. Tylko w jednej sprawie porozumieć się nie umieli i obojgu ta kwestia spędzała 
sen z powiek. To, co w teoretycznych dyskusjach wydawało się proste i logiczne, w praktyce 
okazało  się  ogromnym  problemem.  Przynajmniej  dla  Sama.  Właściwie  nie  potrafił  sobie 
wytłumaczyć,  jak  to  możliwe,  żeby  dwa  pocałunki  tak  bardzo  zmieniły  jego  stosunek  do 
Roni. Myślał tylko o tym, że ona jest teraz jego żoną i on ma pełne prawo wziąć ją wreszcie 
do łóżka. Roni, niestety, była innego zdania. Kiedy tylko Sam się do niej zbliżał, uciekała jak 
spłoszona  sarna.  Sam  doskonale  rozumiał,  że  nie  była  jeszcze  gotowa  zdobyć  się  na  ten 
ostatni krok. Bał się, że ten stan rzeczy nigdy się zmieni. 
Czy  mąż  nie  ma  prawa  sypiać  z  własną  żoną,  jęknął  w  duchu.  A  może  ja  jestem  tylko 
zwykłym  sobkiem  ze  spermą  zamiast  mózgu?  Muszę  cierpliwie  czekać,  myślał.  Należy  dać 
jej trochę czasu. Wiem przecież, że nie jestem jej obojętny. To widać gołym okiem. Prędzej 
czy później coś się musi wydarzyć. Cierpliwość nie jest moją najmocniejszą stroną, ale jestem 
dorosłym  mężczyzną.  Potrafię  się  opanować.  Poczekam,  aż  Roni  da  mi  do  zrozumienia,  że 
możemy  pójść  dalej  tą  drogą,  którą  wyznaczył  nam  ślubny  pocałunek.  Czekać,  czekać  i 
jeszcze  raz  czekać.  Trudno  będzie,  ale  skoro  wytrzymałem  tydzień,  to  wytrzymam  jeszcze 
trochę. 
W ponurym nastroju wszedł do salonu. Marzył o tym, żeby choć chwilę posiedzieć z nogami 
na stole. 
- Co, u licha? - mruknął do siebie. 
Ktoś  poprzestawiał  meble  w  salonie,  w  którym  od  ponad  czterdziestu  lat  niczego  nie 
zmieniano. Starą sofę pokrywała nowa narzuta i kwieciste poduchy, na meblach poustawiano 
koszyczki pełne jedwabnych kwiatów, a na kominku - japoński wachlarz. Na domiar złego z 
pokoju  zniknął  ulubiony  fotel  Sama.  Wprawdzie  był  już  kompletnie  połamany,  ale  miał 

background image

przecież swoją historię. Wspólną zresztą z dziejami gospodarza tego domu. A teraz zniknął! 
Wyrzucono  go,  wyniesiono  na  śmietnik  bez  skrupułów  i  zastąpiono  jakimś  nowoczesnym 
wynalazkiem,  który  nawet  muchy  by  nie  utrzymał,  nie  mówiąc  już  o  ważącym  ponad 
dziewięćdziesiąt kilo farmerze. 

Loczku!  -  zawołał  Sam,  wkładając  w  ten  okrzyk  smutki  i  zawody  zebrane  z  całego 

tygodnia. - Tym razem naprawdę przesadziłaś, kobieto. 
Wybiegł  z  pokoju,  dopadł  drzwi  łazienki  i  z  furią  nacisnął  klamkę.  Ku  jego  wielkiemu 
zaskoczeniu  drzwi  ustąpiły  bez  oporu.  Roni  stała  przed  lustrem  i  wklepywała  krem  w 
zmęczone  powieki.  Ubrana  była  tylko  w  skąpe  majteczki  i  kawałek  koronki,  który  udawał 
stanik.  Opalone  uda  na  tle  porcelanowej  bieli  umywalki,  szkarłatna  bielizna  i  zdziwienie  na 
twarzy dziewczyny omal nie doprowadziły Sama do szału. 
-

 

Gdzie on jest, do jasnej cholery!? - wrzasnął. 

-

 

O co ci chodzi? - szczerze zdziwiła się Roni. 

-

 

Dobrze wiesz, o co mi chodzi! grzmiał Sam. - Na litość boską, Loczku! Nie wiesz o tym, że 

każdy mężczyzna ma jakąś rzecz, której pod żadnym pozorem nie wolno ruszać? - zerwał z 
wieszaka duży ręcznik i rzucił nim w żonę. -A w ogóle to włóż coś na siebie. Chcesz, żebym 
oszalał? 
-

 

Nie zapraszałam cię tutaj - odrzekła oburzona, owijając się ciśniętym w nią ręcznikiem. A 

jeśli  chcesz  wiedzieć,  to  mnie  też  nie  jest  przyjemnie,  kiedy  całymi  dniami  włóczysz  się  po 
domu w samych slipach. 
-

 

Co?! - zapienił się Sam. - W końcu ja tu mieszkam. 

-

 

Ja też - odparowała Roni. 

Sam zaniemówił. Prawda była tak oczywista, że żaden argument nie przyszedł mu do głowy. 
Być może po prostu żaden argument nie istniał. 
-

 

Powiedz mi tylko, gdzie się podział mój fotel - jęknął. 

-

 

Twój... Chodzi ci o ten połamany zabytek, który zajmował tyle miejsca przed kominkiem? 

-

 

Doskonale wiesz, o co mi chodzi. 

-

 

A może kazałam Angelowi wywieźć go na śmietnik? - zapytała z diabolicznym uśmiechem. 

-

 

Co? - Sam aż zaniemówił z wrażenia. - Kiedy? Muszę jechać... 

-

 

Stoi na werandzie - uspokoiła męża Roni. 

 

-

 

Ja... -- Sam stanął jak wryty, choć był już za drzwiami, gotów pędzić na  koniec świata za 

swym ulubionym fotelem. 
-

 

Jessie go zmoczyła, więc wystawiłam fotel na słońce, żeby wysechł. Myślisz, że nie wiem, 

ile dla ciebie znaczy, ten stary, brzydki mebel? 
-

 

No...  -  Cała  wściekłość  zdążyła  już  z  Sama  wyparować.  Nie  bardzo  wiedział,  co  ma 

powiedzieć. - O rany, Loczku... 
-

 

Coś ty zrobił? - Roni dokładnie obejrzała jego poharataną dłoń. 

-

 

Uderzyłem nią w chłodnicę. To nic takiego... 

-

 

Zamknij  się  i  podejdź  do  mnie.  -  Roni  otworzyła  apteczkę,  wyjęła  stamtąd  brązową 

buteleczkę wody utlenionej i dokładnie przemyła zakrwawioną rękę syczącego z bólu męża. 
- Przestań się ze sobą pieścić. 
Po tym upomnieniu Sam przestał syczeć, za to niemiłosiernie się wykrzywił. Piekła go ręka. 
Zresztą  całe  ciało  go  paliło,  bo  ręcznik,  którym  owinęła  się  Roni,  zdążył  już  z  niej  spaść  i 
piękne kobiece kształty od nowa rozpaliły pożądanie Sama. Wyobraził sobie, że wkłada dłoń 
pod  szkarłatny  jedwab,  pieści  delikatne  ciało...  W  ostatniej  chwili  zdołał  nad  sobą 
zapanować. 
- Muszę zawieźć Jessie do doktora Hazeltona - odezwała się Roni. 
-

 

Co jej się stało? - przestraszył się Sam. 

-

 

Marudziła cały dzień, a teraz ma gorączkę. 

-

 

Wysoką? 

background image

-

 

Prawie trzydzieści dziewięć stopni. Sama nie wiem, co jej jest. Ubiorę się i jadę z małą do 

lekarza. 
-

 

Tak,  tak.  -  Sam  poczuł obrzydzenie  do  samego  siebie  i  do  własnego  braku  opanowania.  - 

Przepraszam cię, Loczku. Pojadę z wami. 
-

 

Po co? Sama sobie poradzę. 

-

 

No, wiesz, chyba... 

-

 

Chyba?  -  Roni  wreszcie  straciła  cierpliwość.  -  Nie  wierzysz,  że  potrafię  pojechać  z 

dzieckiem do lekarza? Nie masz do mnie zaufania? Uważasz, że jestem złą matką? 
-

 

No,  skądże!  -  nieoczekiwany  wybuch  żony  komplet  nie  go  zaskoczył.  -  Wcale  tak  nie 

uważam. 
-

 

Zejdź  mi  z  drogi  i  pozwól  zrobić  to,  co  uważam  za  słuszne.  -  Roni  wypchnęła  Sama  z 

łazienki i zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. 
Sam  wpatrywał  się  w  drzwi.  Przeklinał  w  duchu  własną  głupotę.  Przecież  dopiero  co 
tłumaczył sobie, że musi się zdobyć na cierpliwość. 
No i co, durniu, pomyślał z goryczą, nie najlepiej zacząłeś. 

Nie płacz, kochanie - prosiła Roni. - Powiedz mi, co cię boli. 

Jessie  wierciła  się  na  kolanach  matki,  jakby  siedziała  na  rozżarzonych  węglach.  Płakała  i 
wypluwała ukochany smoczek. Czoło miała rozpalone, oczy szkliste. Nie chciała ani butelki, 
ani kocyka, ani nawet ulubionego misia. 
Roni zupełnie nie wiedziała, jak ma pocieszyć małą, chorą istotkę. 

Wiem,  że  źle  się  czujesz  -  mówiła,  głaszcząc  rude  loczki.  Ale  Jessie  nie  chciała  się 

uspokoić. Roni wzięła ze stolika jakiś magazyn. - Poczytamy sobie. 
Szelest  papieru  i  kolorowe  zdjęcia  zaciekawiły  Jessie.  Roni  odwracała  strony,  pokazując 
małej psy, koty, biżuterię i sztuczne uśmiechy gwiazd ekranu. 

Widzisz,  a  to  jest  największy  cwaniak  Hollywood  -  Roni  dotknęła  palcem  twarzy 

Jacksona  Diala,  który  afiszował  się  na  jakimś  przyjęciu  z  chudą,  promiennie  roześmianą 
blondynką. 
Jestem  stara,  zmęczona  i  zupełnie  nie  radzę  sobie  z  życiem,  pomyślała  Roni,  szybko 
przewracając  kartkę.  Poświęciłam  dla  Jacksona  wszystko  i  bardzo  go  kochałam,  a  mimo  to 
nie  udało  mi  się  zdobyć  jego  miłości.  Dla  Sama  też  się  poświęcam,  ale  nawet  do  łóżka  nie 
mogę go zwabić. 
Westchnęła ciężko. Miała za sobą nie przespaną noc i ciężki dzień, w ciągu którego nie było 
ani  chwili  na  własną  pracę.  Nie  była  w  najlepszej  formie,  ale  najczarniejsze  myśli 
sprowokowała dopiero kłótnia z Samem. Kiedy wpadł do łazienki, Roni myślała, że wreszcie 
skończyły  się niedomówienia, wstydliwe dreptanie wokół siebie na paluszkach. Tymczasem 
on  zrobił  awanturę  o  jakiś  głupi  fotel.  Chyba  po  raz  setny  pożałowała,  że  nie  skorzystała  z 
tego,  co  proponował  jej  Sam  w  noc  poślubną.  No  cóż,  stchórzyła  i  teraz  ponosiła  tego 
konsekwencje. 
Ależ  ze  mnie  idiotka,  myślała  Roni.  Odepchęłam  takiego  mężczyznę.  Na  dodatek  już  po 
ś

lubie.  Ale  przecież  mogłam  zmienić  zdanie!  Być  może  zresztą  Sam  też  z  tego  prawa 

skorzystał  i  doszedł  do  wniosku,  że  nie  będzie  psuł  związku,  w  który  wszedł  z  określonego 
powodu,  nie  mającego  zupełnie  nic  wspólnego  z  seksem.  Nie  wolno  mi  mieć  do  niego 
pretensji  o  to,  że  przyjął  do  wiadomości  moje  własne  argumenty.  Co  ja  poradzę  na  to,  że 
wszystko się przez ten czas zmieniło? Nie wiedziałam, że nie da się żyć pod jednym dachem 
z  takim  przystojnym  mężczyzną  i  nawet  nie  myśleć  o  miłości.  Dlaczego  on  nie  spróbuje? 
Przecież byłam w tej łazience prawie naga, a Sam nawet mnie nie dotknął! Czy jestem aż tak 
odpychająca,  czy  też  może  brakuje  mi  tej  cechy,  która  przyciąga  mężczyznę  do  kobiety? 
Dlaczego  ja  go  wtedy  wygoniłam?  myślała  zrozpaczona.  Straciłam  jedyną  okazję  ułożenia 
sobie  życia  z  Samem.  No  cóż,  widać  taki  już  mój  los.  Nie  wiedziałam,  że  tak  trudno  mi 

background image

będzie  wypełnić  warunki  tej  umowy,  którą  w  końcu  sama  zaproponowałam.  Moja  wina  i 
moje  zmartwienie.  Muszę  przywyknąć.  Wcześniej  czy  później  pożądanie  ostygnie  i  znów 
staniemy  się  z  Samem  przyjaciółmi.  Przeczekam.  Nie  będę  mu  się  narzucać  jak  jakaś 
zakochana małolata. 
-

 

No,  no.  Kogo  my  tu  widzimy?  -  tubalny  głos  doktora  Hazeltona  przerwał  ponure 

rozmyślania Roni. Ciepły uśmiech starszego pana w mgnieniu oka rozjaśnił gabinet. - Witam 
cię, Veronico. Co się stało małej Jessie? 
-

 

Dzień  dobry,  doktorze.  -  Roni  rzuciła  gazetę  na  stolik  i  zerwała  się  z  miejsca.  Na  widok 

obcej twarzy Jessie wtuliła buzię w ramię opiekunki. - Mała ma gorączkę i nie chce nic jeść. 
Nie mam pojęcia, co jej się stało. Zrobiłam wszystko... 
-

 

Uspokój  się,  mamusiu.  Nic  złego  nic  zrobiłaś  pocieszał  ją  doktor  Hazelton.  -  Małe 

dziewczynki czasami chorują. 
-

 

Ale ona jest taka biedna. 

-

 

Nic dziwnego - doktor Hazelton badał Jessie, ani na chwilę nie przerywając rozmowy z jej 

nową matką. - Zresztą ty też nie wyglądasz najlepiej. 
-

 

Mam terminową pracę - powiedziała Roni, myśląc o ledwie rozpoczętym projekcie okładki. 

To, że doktor zauważył jej zły stan, wprawiło Roni niemal w rozpacz. - Wciąż się nie mogę 
wciągnąć w te wszystkie obowiązki matki. 
-

 

Sam ci nie pomaga? 

-

 

Pomaga.  On  ma  wspaniały  kontakt  z  Jessie,  ale  całymi  dniami  nie  ma  go  w  domu.  Na 

farmie jest tyle pracy... 
-

 

Chciałby  dostać  ten  kontrakt  na  rodeo,  co?  -  Doktor  położył  Jessie  na  kozetce  i,  nie 

zwracając uwagi na jej wściekłe protesty, zbadał małej brzuszek. - Słyszałem, że Travis King 
też koło tego chodzi. Moim zdaniem oni powinni się połączyć. 
-

 

Sam  nawet  słyszeć  o  tym  nie  chce.  -  Roni  wzięła  na  ręce  zapłakaną  dziewczynkę  i 

przytuliła ją mocno do siebie. - Nie bardzo się lubią. 
-

 

Ciągle? Po tylu latach? - Doktor Hazelton z niedowierzaniem kręcił głową. - Co za głupota. 

Kenny zginął w wypadku. Nikt tu nie zawinił. Zresztą Kenny i Travis też się przyjaźnili. Tyle 
lat nienawidzić Travisa tylko za to, że to on tamtego wieczoru prowadził samochód... 
-

 

Mężczyźni bywają uparci jak osły. Czasami trudno się z nimi dogadać. 

-

 

No  cóż,  moja  droga.  Pogadaj  ze  swoim  mężem,  a  zobaczysz,  że  na  pewno  ci  pomoże  - 

poradził  doktor  Hazelton.  -  Zauważyłem  u  ciebie  pierwsze  objawy  wyczerpania 
macierzyństwem, a przez kilka najbliższych dni będziesz miała pełne ręce roboty. 
-

 

Jessie jest bardzo chora? - Roni przeraziła się nie na żarty. 

-

 

Bez  paniki.  To  tylko  niegroźna  alergia  i  najbardziej  zainfekowane  uszy,  jakie  tej  wiosny 

widziałem.  -  Lekarz  wręczył  Roni  receptę.  -  Antybiotyk  i  lek  przeciwgorączkowy  szybko 
sobie z tym poradzą. 
-

 

Bogu dzięki! - westchnęła z ulgą Roni, choć ręce wciąż jej się trzęsły. 

-

 

Dobrze sobie radzisz z małą, Veronico - pochwalił ją doktor Hazelton. 

Dzięki temu poczuła się troszkę lepiej. Niewątpliwie macierzyństwo było mocną stroną Roni. 
Za  każdym  razem,  kiedy  patrzyła  na  małą  Jessie,  ogarniała  ją  fala  bezbrzeżnej  miłości. 
Postanowiła  sobie,  że  będzie  najlepszą  matką  w  całym  Flat  Fork.  Wiedziała,  jak  ważny  jest 
dla  farmy  kontrakt,  o  który  Sam  zabiegał.  Postanowiła  nie  wciągać  męża  w  domowe 
problemy i pozwolić mu skoncentrować się na interesach. 
Jeśli  nawet  nigdy  więcej  nie  spojrzy  na  mnie  jak  na  kobietę,  to  przynajmniej  będzie  musiał 
szanować we mnie partnera i pomocnika, pomyślała. 
-

 

Zadzwoń do mnie, jeśli będziesz chciała o coś zapytać, albo gdyby mała poczuła się gorzej. 

- Doktor Hazelton poklepał Roni po ramieniu. - Taka infekcja potrafi sprawić sporo kłopotu. 
-

 

Dziękuję,  doktorze  -  Roni  skinęła  starszemu  panu  głową.  -  Proszę  się  nie  martwić.  Na 

pewno sobie poradzę. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Po  pięciu  dniach  pielęgnowania  małej  dziewczynki  z  czerwonymi  jak  komunistyczna 
szturmówka  uszami,  Roni  była  kompletnie  wyczerpana.  Wprawdzie  doktor  Hazelton 
uprzedził ją, że choroba Jessie może być kłopotliwa, nie powiedział jednak, że wymęczy ona i 
do  cna  ogłupi  matkę.  Roni  związała  włosy  w  koński  ogon  i  zupełnie  zapomniała  o  ich 
czesaniu.  Choćby  raz  dziennie.  Nie  potrafiła  powiedzieć,  jak  długo  nie  zdejmowała  z  siebie 
ubrania.  Na  domiar  złego  ciężarówka,  którą  Sam  przewoził  bydło,  zepsuła  się  na  dobre, 
skazując  właściciela  na  spędzenie  nocy  w  połowie  drogi  pomiędzy  Flat  Fork  i  Wichita.  To 
akurat  nie  było  takie  złe,  bo  Roni  była  absolutnie  pewna,  że  jej  wygląd  tego  wieczoru 
wystraszyłby każdego mężczyznę. 

Jessie,  skarbie,  wypij  to  lekarstwo  -  błagała  Roni,  podsuwając  dziecku  łyżeczkę  pełną 

słodkiego syropu. 
Była  niewyspana  i  śmiertelnie  zmęczona.  Mały  rudzielec  najpierw  odwracał  buzię,  a  potem 
trzepnął  w  łyżeczkę  pulchną  łapką.  Różowy  deszcz  spryskał  ścianę,  pościel  w  łóżeczku  i 
ubrania obu pań. 

Jessie  Marie  Preston!  -  skarciła  małą  Roni.  Wstała  i  niemal  wrzuciła  dziecko  do 

łóżeczka. - Naprawdę mam cię dosyć, moja panno. 
Jessie w jednej chwili poderwała się na równe nóżki, chwyciła brzeg łóżeczka i zapłakała tak 
przeraźliwie, że nawet umarły by się obudził. Roni jednak udała, że niczego nie słyszy. Zdjęła 
poplamioną bluzkę, wytarła lepką od syropu twarz. Dopiero potem sięgnęła po buteleczkę z 
lekarstwem. Z ponurą miną ponownie napełniła łyżeczkę różowym syropem. 

Co tu się dzieje? 

Roni podniosła głowę. Do pokoju wszedł Sam. Piękny, potężny, ze szklanką zimnego piwa w 
dłoni. Wypoczęły, spokojny, wyspany... 
-

 

Gdzieś ty się podziewał? - zawołała Roni. 

-

 

Usiłowałem  uruchomić  ten  przeklęty  silnik.  -  Sam  spojrzał  na  nią  nieco  zdziwiony  jej 

niedbałym  wyglądem  i  niczym  nie  usprawiedliwionym  ostrym  tonem  głosu  żony.  -  Jest  do 
niczego. Nie mam pojęcia, co my teraz zrobimy. 
-

 

No  tak,  każdy  ma  swoje  kłopoty  -  mruknęła,  wpatrując  się  w  umieszczoną  na  łyżeczce 

miarkę. 
-

 

Pomóc ci w czymś? 

-

 

Nie - burknęła. Skoro postanowiła opiekować się dzieckiem, to musiała udowodnić całemu 

ś

wiatu, że sama potrafi wywiązać się z tego zadania. Jedną ręką unieruchomiła małej głowę, a 

drugą wepchnęła łyżeczkę z lekarstwem w buzię Jessie. 
Jessie przełknęła syrop, ale zakrztusiła się i przez chwilę nie mogła złapać tchu. 

Uważaj! - zawołał Sam. 

Przerażona  Roni  chwyciła  dziewczynkę  na  ręce  i  uderzyła  ją  w  plecy.  Jessie  zwymiotowała 
zarówno kolację, jak i połknięte przed chwilą lekarstwo. 
-

 

Na miłość boską! Co ty wyprawiasz,  kobieto? - krzyknął Sam. 

-

 

Nie  krzycz  na  mnie  .-  Roni  czystą  pieluszką  wycierała  buzię  i  piżamkę  wrzeszczącej 

wniebogłosy Jessie. Jej samej też chciało się płakać. - Robię, co mogę. 
-

 

Ż

eby ją udusić? - Sam odstawił szklankę. 

-

 

Nie  masz  prawa  mnie  krytykować!  -  W  oczach  Roni  zabłysły  łzy.  -  Nie  wiesz,  jak  mi 

ciężko. Ona nie chce... Próbowałam... 
-

 

Weź się w garść, Loczku - wyciągnął do niej rękę. 

-

 

Łatwo ci mówić - chlipnęła Roni. - Włóczysz się gdzieś po całych dniach, a ja siedzę jak 

uwiązana przy chorym dziecku. Ona wciąż ma gorączkę. Jutro powinnam wysłać tę okładkę, 
a  prawie  nic  nie  zrobiłam!  -  Roni  na  dobre  się  rozpłakała.  -  Jeszcze  nigdy  nie  zawaliłam 
ż

adnego terminu! 

background image

-

 

Ja też nie chodzę na bale - bronił się Sam. 

-

 

Nie było cię tutaj - łkała Roni, a Jessie jej wtórowała. 

-

 

Boże  mój,  ty  jesteś  kompletnie  wykończona!  -  Sam  dopiero  teraz  zrozumiał,  o  co  tu 

naprawdę  chodzi.  -  Dlaczego  mi  nie  powiedziałaś,  że  potrzebujesz  pomocy?  Skąd  mogłem 
wiedzieć, kiedy mija ten twój przeklęty termin? Nie jestem jasnowidzem. 
-

 

Mogłeś zapytać - westchnęła. - Przecież ja wiem, że ty też masz mnóstwo pracy. 

-

 

Dla ciebie zawsze znajdę czas. Co ty mi chcesz udowodnić, Loczku? Przecież umówiliśmy 

się, że oboje zajmiemy się Jessie. 
-

 

Taka  jestem  zmęczona,  Sam.  -  Zawstydzona  Roni  zwiesiła  głowę.  -  Mam  jeszcze  tyle 

pracy. 
-

 

I  najwyraźniej  w  świecie  nie  masz  pojęcia,  na  czym  polegają  kontakty  międzyludzkie. 

Będziemy  musieli  nad  tym  popracować.  -  Sam  wziął  na  ręce  pochlipującą  jeszcze  Jessie. 
Mała natychmiast się uspokoiła. - Ale teraz oficjalnie zwalniam cię z obowiązków. 
-

 

Muszę jej dać to lekarstwo... 

-

 

Ja to zrobię. - Sam pocałował żonę w czoło. Weź prysznic, prześpij się, a potem spokojnie 

popracujesz sobie nad tym swoim projektem. Dobrze? 

Dobrze  -  patrzyła  na  niego  zapuchniętymi  oczami.  Jak  on  śmie  być  taki  miły,  myślała 

zrozpaczona.  Jest  najbardziej  irytującym  i  najprzystojniejszym  facetem  na  świecie.  Za  to  ja 
znów nawaliłam. Miałam tylko jeden obowiązek, a i tak nie dałam sobie rady. 
-

 

Nie zaczynaj od nowa - jęknął Sam, widząc że Roni znów zbiera się na płacz. 

-

 

Przepraszam - westchnęła. - Myślałam, że sobie poradzę. 

-

 

Daj  spokój,  Loczku.  Nawet  Bóg  czasami  potrzebnie  pomocy.  Zajmij  się  teraz  sobą,  a  ja 

posiedzę z Jessie. 
-

 

Ty pewnie też jesteś zmęczony. 

Nie  tak  bardzo  jak  ty.  I  nie  kłóć  się  ze  mną.  Zgoda?  Roni  nigdy  by  nie  uwierzyła,  że 

kąpiel,  mała  przekąska  i  zaledwie  kilka  godzin  snu  mogą  postawić  człowieku  na  nogi. 
Wchodząc  do  pracowni,  już  miała  w  głowie  pomysł  na  pełną  kolorowych  kwiatów  okładkę. 
Teraz wystarczyło tylko przenieść to wszystko na papier. Zabrała się do pracy i tak była nią 
pochłonięta, że nie słyszała nawet, co dzieje się w domu. 
Kiedy  skończyła  i  odeszła  od  stołu,  żeby  popatrzeć  na  ślicznie  skomponowaną  przez  siebie 
łąkę, była juz trzecia nad ranem. Wyjęła jeszcze kopertę i napisała Samowi kartkę z prośbą o 
zapakowanie pracy i wysłanie jej wraz z poranną pocztą. 
Nieprzytomna  poszła  do  pokoju.  Nie  zapalając  światła,  podeszła  do  łóżka.  Potknęła  się. 
Chciała się oprzeć o dziecinne łóżeczko, ale w miejscu, gdzie ono powinno stać, niczego nie 
było.  Roni  po  omacku  znalazła  nocną  lampkę.  Kiedy  ją  zapaliła,  okazało  się,  że  i  pościel,  i 
materace z jej łóżka zniknęły, tak samo jak łóżeczko dziecka i jak sama Jessie. 
W  tej  sytuacji  nie  pozostało  Roni  nic  innego  jak  pójść  do  sypialni  Sama.  Jej  mąż  spał 
smacznie  w  ogromnym  łożu,  a  obok  niego,  z  palcem  w  buzi  i  wypiętą  pupą,  posapywała 
Jessie. Nie namyślając się długo, Roni cicho wsunęła się do łóżka i natychmiast zasnęła. 
Sam  zwykle  budził  się  tuż  przed  świtem.  Tego  ranka  poczuł,  że  dzieje  się  coś 
niezwyczajnego. To coś miało jedwabistą skórę, było ciepłe, milutko zaokrąglone i mocno się 
do niego przytulało. Sam westchnął i otworzył jedno oko. 
Jessie leżała obok na poduszce. Spała teraz spokojnie. Policzki miała różowe, ale temperatura 
znacznie  jej  spadła.  Za  to  na  piersi  Sama  smacznie  spała  Roni.  Podciągnięta  bawełniana 
koszulka ukazywała jej zgrabne nogi i rąbek majteczek z turkusowej satyny. 
Sam  mocno  zacisnął  powieki.  I  zęby,  bo  wyć  mu  się  chciało.  Bez  trudu  mógłby  ugasić 
trawiący  go  od  tygodni  ogień.  Roni  tak  do  niego  przylgnęła,  jakby  naprawdę  była  jego 
własnością. Zresztą ona pewnie też to czuła, bo inaczej przecież nie tuliłaby się do niego we 
ś

nie. 

background image

Ostrożnie dotknął ciemnych włosów żony, potem jej twarzy i ramienia. Czuł się jak złodziej, 
ale nie potrafił się powstrzymać. 
-

 

Co? - zapytała Roni, której instynkt macierzyński nakazywał spać czujnie. Nieprzytomnymi 

oczami patrzyła na Sama. - Co się stało? Jessie... 
-

 

Ciii. Jessie śpi - uspokoił ją szeptem. - Nic się nie stało. Śpij. 

Aha. - Zadowolona ułożyła głowę na ramieniu męża, a nogę oparła o jego biodro. 

Sam  oblał  się  potem.  Zagryzł  wargi  aż  do  bólu.  Po  chwili  Roni  zasnęła  na  dobre,  a  Sam 
ostrożnie wstał z łóżka, dowlókł się do łazienki i stanął pod strumieniem lodowatej wody. 
Kiedy w porze śniadania wrócił do domu, obie panie wciąż mocno spały. Postanowił, że nie 
będzie  ich  budził.  Zapakował  do  koperty  projekt  Roni  i  wybrał  się  na  pocztę.  Przy  okazji 
chciał  także  zajrzeć  do  banku.  Ciężarówki  nie  dało  się  już  uratować,  a  bez  kredytu  Sam  nie 
był w stanie kupić nowej. 
Wizyta w banku okazała się nie tylko nieprzyjemna, ale wręcz upokarzająca. 
-

 

Przykro  mi  -  tłumaczył  się  Jack  Phillips,  szef  działu  kredytów.  -  Dyrekcja  jest  nieugięta. 

Nie możesz dostać kredytu, dopóki nie spłacisz choć części poprzedniej pożyczki. Naprawdę 
nic nie mogę dla ciebie zrobić. 
-

 

Rozumiem i dziękuję. - Sam już miał wyjść z gabinetu, gdy przyszła mu do głowy pewna 

myśl.  -  A  gdybym  podpisał  z  Buzzem  Henry  ten  kontrakt  na  dostawę  bydła  na  rodeo  w 
Wichita? Czy wtedy coś by się zmieniło? 
-

 

No,  tak  -  odrzekł  z  namysłem  Jack.  -  Podpisany  kontrakt  sprawi,  że  będziesz  w  zupełnie 

innej sytuacji. Masz jakieś szanse? 
-

 

Powiedzmy, że robię wszystko, co w ludzkiej mocy. 

-

 

Wobec tego życzę powodzenia. Daj mi znać, jak ci poszło. 

-

 

Oczywiście. - Sam wcisnął na głowę kapelusz i wyszedł na ulicę. 

Gorące  majowe  słońce  ogrzewało  senne  ulice  Flat  Fork.  Dzwony  kościoła  metodystów 
oznajmiły,  że  jest  już  jedenasta,  ale  po  niedużym  centrum  handlowym  miasteczka,  które  od 
pięćdziesięciu  lat  niewiele  się  zmieniło,  kręciło  się  zaledwie  parę  zakurzonych  ciężarówek  i 
kilka  samochodów.  Pomarańczowy  szyld  apteki  Kelly  przypomniał  Samowi,  że  musi 
wykupić lekarstwo dla Jessie. Większa część różowego syropu pokrywała ściany dziecięcego 
pokoju, a ponieważ był to dopiero początek kuracji, należało się zaopatrzyć w większą ilość 
leku. 
W  aptece  było  ciemno,  chłodno  i  pachniało  środkami  dezynfekcyjnymi.  Przy  ladzie  stał 
wysoki kowboj z wąsami i ręką na temblaku. 
-

 

A  wiesz  ty,  skarbie,  dlaczego  kowboje  ujeżdżają  byki?  -  zagadywał  stojącą  za  kontuarem 

ładną blondynkę. 
-

 

Nie wiem - zachichotała dziewczyna, podając mu lekarstwo. 

-

 

Ż

eby poznać jakąś pielęgniarkę - kowboj zmrużył łobuzersko oko. 

Sam w mgnieniu oka rozpoznał Travisa Kinga. Kobiety zawsze ciągnęły do niego jak muchy 
do  miodu i  to  akurat  do tej  pory  się  nie  zmieniło,  pomyślał.  Nadal  też  wszczyna  awantury  i 
przy  byle  okazji  wdaje  się  w  bójki,  choć  w  zasadzie  ludzie  go  lubią,  a  kobiety  ubóstwiają. 
Gdyby wtedy się nie upił, to Kenny pewnie żyłby do dzisiaj. 
-

 

Ty  chyba  nie  narzekasz  na  brak  znajomości  wśród  pielęgniarek,  Travis  -  zaśmiała  się 

blondynka. 
-

 

Wśród  lekarek  też.  -  Travis  puścił  do  niej  oko.  -  Nawet  sobie  nie  wyobrażasz,  jak  wy 

krochmalony biały fartuch działa na męską wyobraźnię. 
Blondynka,  która  właśnie  taki  fartuch  miała  na  sobie  zaczerwieniła  się  po  same  uszy. 
Dopiero teraz zauważyła nowego klienta. 
-

 

Cześć, Sam - powiedziała. - W czym ci mogę pomóc? 

-

 

Cześć - Sam podał jej receptę. - To dla Jessie. 

background image

-

 

Cześć,  Sam  -  Travis  odwrócił  się  do  przybysza.  Już  się  nie  uśmiechał.  -  Dawno  się  nie 

widzieliśmy. 
-

 

Cześć, Travis - Sam lekko skinął głową. 

-

 

Słyszałem, że znów się dałeś złapać. Tym razem Roni Daniels? Dobrze mówię? 

- Dobrze. 
- Szczęściarz z ciebie. 
-

 

I ja tak myślę. - Sam rzucił okiem na ogromny medal z rodeo, który Travis miał przy pasku, 

a potem na jego opartą na temblaku rękę. - Widzę, że ciągle ujeżdżasz największe byki. 
-

 

Dobrze widzisz - Travis wzruszył ramionami, - Z tego są pieniądze. 

-

 

Miałeś o jeden wypadek za dużo, co? 

Travis najeżył się. W lot zrozumiał ukryte znaczenie tego zdania. Uznał jednak, że lepiej nie 
zwracać uwagi na żadne wzmianki dotyczące przeszłości. 
-

 

A, ten drobiazg - uśmiechnął się, spoglądając wymownie na pokiereszowane ramię.  

-

 

Trochę się potłukłem. Przed czerwcowym rodeo w Reno wszystko zdąży się wygoić. 

-

 

Nie jesteś już trochę za stary na ten sport? 

-

 

Skąd!  Jestem  niezniszczalny.  I  za  biedny,  żeby  się  teraz  wycofać.  Poza  tym  kupiłem 

ostatnio kilka sztuk meksykańskich corrientes. 
Sam  nastawił  uszu.  Bydło  rasy  corrientes  chętnie  kupowano  na  rodeo.  Dostawca,  który 
hodował takie byki, bez trudu wygrywał każdy przetarg. 

Jak  się  dogadam  z  Buzzem  Henry  -  mówił  Travis  –  to  może  załapię  się  na  rodeo  w 

Wichita. Mówią, że ty też kombinujesz z Buzzem. Sprzedajesz mu byki Brahma, co? 
-

 

Niewykluczone  -  odrzekł  tajemniczo  Sam,  który  w  interesach  nie  lubił  gry  w  otwarte 

karty. 
-

 

Nie  chcesz,  to  nie  mów  -  roześmiał  się  smutno  Travis.  -  Ale  my  dwaj  moglibyśmy 

przedstawić  Buzzowi  propozycję  nie  do  odrzucenia.  Daj  mi  znać,  jak  się  nad  tym 
zastanowisz. 
-

 

Dobrze  -  zgodził  się  Sam,  choć  pomyślał,  że  prędzej  go  piekło  pochłonie,  niż  wejdzie  w 

spółkę z Travisem Kingiem.  
-

 

Nie  masz  zamiaru  mi  wybaczyć,  co?  -  zapytał  ponuro  Travis,  któremu  to  jedno  krótkie 

słowo Sama wystarczyło za całą odpowiedź. 
-

 

Kenny nie żyje. - Sam nawet nie próbował udawać, że nie wie, o co Travisowi chodzi. 

-

 

Obaj byliśmy wtedy zalani, do cholery. Tak, popełniłem błąd. 

-

 

Błąd? - zawołał ze złością Sam. - Ode mnie rozgrzeszenia nie otrzymasz. 

-

 

Nie spodziewam się zrozumienia ze strony hardego Prestona. - Travis włożył do kieszeni 

swoje  pigułki.  Poruszał  się  sztywno  jak  manekin,  z  czego  łatwo  było  wywnioskować,  że 
potłuczone  ramię  nie  jest  jedyną  kontuzją,  jakiej  ostatnio  doznał.  -  Wieszaj  sobie  na  mnie 
psy, ale i ja słono zapłaciłem za tamten wieczór. Do dzisiaj płacę. 
Sam się nie odezwał. Zobaczył w oczach Travisa żal, a nawet rozpacz. Ale za chwilę twarz 
kowboja  znów  zaczęła  przypominać  maskę  wykrzywioną  zdawkowym  uśmiechem.  Travis 
skłonił się stojącej za ladą dziewczynie. 

Przekaż Roni moje najserdeczniejsze życzenia - powiedział do Sama. - Mam nadzieję, że 

wie, w co się wpakowała. 
Te ostatnie słowa Travisa jeszcze długo nie dawały Samowi spokoju. Roni na pewno wie, w 
co  się  wpakowała  myślał,  jadąc  do  domu.  Tym  bardziej  że  to  ona  zaaranżowała  nasze 
małżeństwo. A może nie wiedziała? - podpowiadało mu niezbyt czyste sumienie. Pewnie nie 
spodziewała  się  takich  przejść  z  Jessie  ani  moich  kłopotów,  które  równie  dobrze  mogą  się 
skończyć bankructwem. A już na pewno nie miała pojęcia, że własny mąż będzie ją we śnie 
napastował. Marnym ojcem i mężem się okazałem, rozmyślał ponuro Sam. Nie umiem nawet 
utrzymać  rodziny.  A  teraz  jeszcze  i  to...  Miałem  dać  Roni  trochę  czasu,  żeby  się  do  mnie 
przyzwyczaiła  i  aby  kiedyś  wreszcie  zechciała  ze  mną  spać  w  jednym  łóżku.  Pragnę  tej 

background image

kobiety i dlatego naprawdę muszę nad sobą panować. Taka sytuacja jaka miała miejsce dziś 
rano, nie ma prawa się powtórzyć. 
Postanowił,  że  zajmie  się  po  południu  dzieckiem,  żeby  Roni  mogła  trochę  odpocząć,  a  na 
piątek zamówi opiekunkę i zabierze żonę do baru Rosie na cotygodniową pogawędkę. 
Zadowolony z siebie i z genialnego planu  wkroczył do domu.  Zdumiał się tylko, że zamiast 
szpitala, którego się spodziewał, zastał dom zamieniony w pracownię artysty. Z radia płynęła 
muzyka country, na kuchni stał garnek z pięknie pachnącym jedzeniem, w salonie znajdowały 
się wszystkie meble Jessie, a w całym domu czuć było zapach świeżej farby. 
-

 

Sam? Czy to ty? - Roni wyjrzała z dziecinnego pokoju. Wyglądała pięknie i nikt by się nie 

domyślił,  że  jeszcze  wczoraj  była  kobiecym  wrakiem.  -  Jesteś  nareszcie.  Gdzie  się 
podziewałeś tak długo? Jadłeś coś? W garnku jest zupa... 
-

 

Zaraz,  zaraz,  nie  tak  szybko  -  mitygował  ją  Sam.  Podszedł  do  żony,  patrząc  z 

niedowierzaniem,  jak  z  chlipiącego  biedactwa  przemieniła  się  w  jego  dawną,  dobrze  znaną 
Roni. - Jak się czujesz? 
-

 

Ś

wietnie - uśmiechnęła się do niego. - Spałam jak zabita. A ty? 

-

 

No... - Sam odepchnął od siebie wspomnienie przytulonej do niego kobiety. Z najwyższym 

trudem odsunął się od niej. Gdyby mu się to nie udało, wszystkie jego postanowienia i dobre 
chęci w jednej chwili wzięliby diabli. - Ja też dobrze spałem. Co z Jessie? 
-

 

Sam  zobacz  - Roni  pokazała  mu  siedzącą  w  chodziku  i  radośnie  przemawiającą  w  swoim 

niemowlęcym języku do gumowych zabawek dziewczynkę. - Nie ma gorączki. 
-

 

Bogu dzięki i za to. - Dopiero teraz Sam zauważył, że dziecinny pokój jest prawie pusty, a 

na podłodze porozkładane są gazety. - Co tu się dzieje? 
-

 

A, wiesz, zaczęłam zeskrobywać ze ścian ten syrop. Ale doszłam do wniosku, że prościej 

będzie  je  pomalować.  Mówiłam  ci  zresztą,  że  trzeba  coś  zrobić  z  tym  pokojem. 
Postanowiłam, że zrobię to teraz. Może być fresk? Jak myślisz? 
-

 

Fresk? - Sam nie mógł nadążyć za tryskającą energią żoną. 

-

 

Mam fantastyczny pomysł - entuzjazmowała się Roni. - Namaluję łąkę. Zobaczysz, będzie 

piękna jak prawdziwa. Zgadzasz się? 
-

 

Co? Pewnie, że się zgadzam. Nie chciałbym tylko, żebyś się na śmierć zapracowała. 

-

 

To  przyjemność,  a  nie  praca.  Zresztą  zostało  mi  jeszcze  mnóstwo  farb.  -  Leciutko 

popchnęła  chodzik  Jessie  w  stronę  drzwi,  a  potem  wzięła  Sama  pod  rękę.  -  Chodź.  Zjesz 
obiad i opowiesz mi, jak ci poszło w banku. 
-

 

Skąd wiesz, że byłem w banku? 

-

 

Angel  mi  powiedział,  że  się  tam  wybierasz.  –  Roni  dała  dziecku  drewnianą  łyżkę  do 

zabawy, a potem nalała Samowi zupy do talerza. - Bardzo źle z ciężarówką? 
-

 

Nic z niej nie będzie. 

-

 

To co teraz zrobimy? - Postawiła na stole koszyk z chlebem. 

-

 

Nic nie zrobimy. 

-

 

Ale... 

-

 

To  moje  zmartwienie!  -  zawołał  Sam  i  zabrał  się  do  jedzenia.  Tylko  w  ten  sposób  mógł 

uniknąć trudnych pytań. 
Ten  gwałtowny  wybuch  niepomiernie  zdziwił  Roni.  Stanęła  za  mężowskim  krzesłem.  Sam 
drgnął gwałtownie, kiedy położyła mu ręce na ramionach. 
-

 

Czy  to  nie  ty  przypadkiem  zrobiłeś  mi  wczoraj  wykład  na  temat  stosunków 

międzyludzkich?  -  zapytała  cicho.  -  Nie  możemy  mieszkać  pod  jednym  dachem,  kowboju, 
jeśli nie będziesz ze mną szczery. Powiedz mi, co się dzieje. 
-

 

Dobrze! - Sam cisnął łyżkę na stół. Złościło go, że żona przyparła go do muru, a na domiar 

złego  delikatny  dotyk  jej  dłoni  znów  rozpalił  w  nim  pożądanie.  -  Chcesz  znać  prawdę? 
Bardzo proszę! 

background image

Zwięźle przedstawił jej całą sytuację. Opowiedział o ciężarówce, o wizycie w banku i o tym, 
ż

e jedyną nadzieją dla farmy jest podpisanie kontraktu z Buzzem Henry. 

-

 

Rozumiem  -  powiedziała  Roni.  -  Jesteśmy  między  młotem  a  kowadłem.  Ale  to  nie 

wszystko. Co jeszcze cię gryzie? 
-

 

Nic. 

-

 

Sam...  -  znanym  z  dzieciństwa  gestem  uszczypnęła  go  lekko  w  szyję.  -  Jesteśmy 

przyjaciółmi. Zapomniałeś? 
-

 

Przestaniesz wreszcie? - schwycił ją za rękę i postawił przed sobą. Roni miała taką minę, że 

nie mógł się wykręcić od wyznania jej prawdy. - No dobrze, powiem ci. W aptece spotkałem 
Travisa. Okazuje się, że ma parę byczków rasy corrientes i też chce robić interesy z Buzzem 
Henry. Nie wiesz nawet, jaki jest bezczelny! Zaproponował, żebyśmy utworzyli spółkę. 
-

 

To nie jest taki zły pomysł. Moim zdaniem powinieneś się nad tym poważnie zastanowić. 

-

 

Zwariowałaś? 

-

 

On hoduje bydło do wiązania, a ty do ujeżdżania - mówiła Roni z namysłem. - Gdybyś miał 

wspólnika, zmniejszyłbyś wydatki o połowę. Znasz się na hodowli jak nikt na świecie, ale nie 
lubisz handlować i podróżować. Travis za to nic nie wie o hodowli, ale ma łeb do interesów. 
Sprzedałby lodówkę Eskimosowi. 
-

 

Chyba  oszalałaś.  Ja  miałbym  się  wiązać  z  tym  obibokiem?  -  oburzył  się  Sam.  -  Lepiej 

zatrzymaj te swoje głupie rady dla siebie. 
-

 

Zanim zostałam twoją żoną, chętnie korzystałeś z moich „głupich rad" - odparowała Roni. 

-

 

Nie zaczynaj wszystkiego od nowa... 

-

 

Mówię  prawdę.  Te  twoje  pretensje  do  Travisa  nie  są  w  pełni  uzasadnione.  Powinieneś 

wreszcie mu przebaczyć, Sam. Jeśli nie dla Travisa, to zrób to dla siebie. 
-

 

Przebaczyć? Nie mogę. 

-

 

Więc podejdź do tego inaczej. Czy możesz sobie pozwolić na dumę, która każe ci odrzucić 

szansę  uratowania  Lazy  Diamond?  -  zapytała  Roni,  choć  doskonale  wiedziała,  jak  głęboko 
rani męża. 
-

 

Nie spodziewałem się, że stać cię na taką podłość. 

-  Sam był naprawdę wściekły. 

Wobec tego powiedz mi, co masz zamiar zrobić? 

-

 

Wymyślę  coś,  do  jasnej  cholery!  Jakoś  dostarczę  do  Denton  te  trzy  byki.  Może  pożyczę 

ciężarówkę od Bucka Dawsona. 
-

 

W ostateczności mógłbyś sprzedać kawałek ziemi - myślała głośno Roni. 

-

 

To niczego nie rozwiąże. 

-

 

Więc pozwól sobie pomóc. Mam trochę oszczędności... 

-

 

Nie  ma  mowy!  -  Sam  gwałtownie  wstał  od  stołu.  Nie  mógł  znieść  myśli,  że  nie  potrafi 

utrzymać rodziny. 
-

 

Przecież  jesteśmy  wspólnikami.  -  Roni  także  się  zdenerwowała.  -  Dlaczego  nie  chcesz 

skorzystać z moich pieniędzy? Nie chodzi przecież o ciebie, ani nawet o mnie, tylko o Jessie. 
-

 

Byłbym  skończonym  egoistą,  gdybym  przy  byle  okazji  chciał  wykorzystywać  twoje 

pieniądze  -  odrzekł  Sam  z  dumą  w  głosie.  Dopiero  wówczas  kiedy  zrozumiał,  że  sprawił 
ż

onie  przykrość,  próbował  się  wytłumaczyć.  -  Naprawdę  wszystko  będzie  dobrze.  Wymyślę 

coś, zobaczysz. Nie martw się, Loczku. 

Dobrze.  -  Roni  po  krótkim  namyśle  dała  za  wygraną.  Jeśli  tego  chcesz.  Widziałeś  już, 

czego Jessie się dziś nauczyła? 
-

 

Nie. Czego? - prawie wykrzyknął Sam, uradowany zmianą tematu. 

-

 

Chodź, Jessie. - Roni wyjęła dziecko z chodzika i podała je Samowi. - Pokaż tatusiowi, jak 

się gniecie ciasto. 
Za  namową  Roni  mały  rudzielec  złożył  rączki  i  zaczął  wykonywać  takie  ruchy,  jakby 
naprawdę miał między nimi ciasto. 

background image

Chyba mamy cudowne dziecko, mamusiu - uśmiechnął się Sam. - Jeśli mała jest już zdrowa, 
to może namówisz Krystal, żeby zabrała ją w piątek do siebie? Wybralibyśmy się do Rosie. 
-

 

Bardzo chętnie - uśmiechnęła się Roni. 

-

 

Pomyślałem  sobie  -  mówił  Sam,  podnosząc  wysoko  piszczącą  z  radości  Jessie  -  że  zajmę 

się teraz małą. Będziesz mogła odpocząć... 
-

 

Bardzo jesteś miły - Roni popatrzyła na niego z czułością - ale ja nie jestem zmęczona. Za 

to ty masz pewnie mnóstwo pracy. 
-

 

Kochanie, na farmie zawsze jest coś do zrobienia. 

-

 

Właśnie zaczęłam się z tym oswajać - roześmiała się. Roni. 

-

 

Powinienem  sprawdzić  poziom  wody  w  północnym  stawie,  zanim  przepędzimy  tam 

jednoroczniaki. 
-

 

Wobec  tego  rzeczywiście  możesz  zabrać  Jessie  na  przejażdżkę.  Na  pewno  będzie 

zachwycona. A tych parę godzin spokoju wykorzystam na przygotowanie fresku. 
-

 

Umowa  stoi.  Jedziesz  ze  mną,  okruszku  -  pogłaskał  dziewczynkę  po  policzku.  -  Chcesz 

pojechać z tatusiem? 
Jessie  zareagowała  na  te  słowa  radosnym  gaworzeniem,  czym  oboje  rodziców  wprawiła  w 
zachwyt. 
-

 

Niedługo wrócimy - powiedział Sam, zdejmując z kołka kapelusz. 

-

 

Bawcie  się  dobrze.  -  Roni  odprowadziła  ich  aż  na  ganek.  -  Aha,  mam  nadzieję,  że  nie 

będzie ci przeszkadzało, jeśli ja i Jessie jeszcze parę nocy prześpimy w twoim pokoju. 
-

 

Co? W moim łóżku? Znowu? 

-

 

Farba  strasznie  cuchnie  -  tłumaczyła  się  Roni.  -  Chyba  nie  chcesz,  żeby  Jessie  wdychała 

trujące opary. Mogłoby jej to zaszkodzić. 
-  Nie. Pewnie, że nie - wydusił z trudem Sam. 
Czy  ta  dziewczyna  w  ogóle  ma  pojęcie,  co  dla  mnie  oznacza  jej  propozycja?  -  myślał 
gorączkowo.  Jakże  ja  mam  dotrzymać  słowa,  jeśli  ona  przez  kilka  nocy,  prawie  naga,  ma 
leżeć obok mnie? 
-

 

A  mojego  łóżka  też  nie ma  po  co  słać,  dopóki  nie  skończę  tam  malować  -  ciągnęła  Roni, 

jakby naprawdę nie zauważyła, co dzieje się z jej mężem. 
-

 

No...  tak.  -  Argumenty  Roni  były  tak  logiczne,  że  w  żaden  sposób  nie  dało  się  ich 

podważyć. - Chyba masz rację. 
-

 

Dzięki. - Stanęła na palcach i po przyjacielsku pocałowała Sama w policzek. - Wiedziałam, 

ż

e się zgodzisz. 

-  A  miałem  inne  wyjście?  pomyślał  Sam.  Jestem  w  pułapce.  Znów  te  tortury!  Mieć  tak 
cudowną istotę przy sobie i nie móc jej dotknąć! Myślałby kto... 
Spojrzał  podejrzliwie  na  żonę.  Roni  miała  zupełnie  niewinny  wyraz  twarzy.  Nie,  ona  jest 
szczera,  pomyślał.  Nie  będę  się  w  niej  doszukiwać  fałszu.  Mogę  tylko  robić  dobrą  minę  do 
złej gry i znosić wszystko z uśmiechem. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Jessie  piszczała  radośnie,  naśladując  swoją  żółtą  kaczuszkę,  którą  zazwyczaj  bawiła  się 
podczas  kąpieli,  za  to  Roni  nie  miała  powodów  do  radości.  Przespała  w  łóżku  Sama  całe 
cztery  noce.  Wykorzystała  pełny  asortyment  najdelikatniejszej  bielizny,  a  on  tymczasem 
najzwyczajniej na świecie chrapał. 
Chyba muszę wejść do łóżka nago, żeby raczył mnie zauważyć, myślała rozżalona. Ten facet 
jest  ze  stali.  Z  twardej,  hartowanej  stali.  Innego  wytłumaczenia  nie  ma.  Wprawdzie  razem z 
nami w pokoju spała Jessie, Sam ma mnóstwo kłopotów, ale przecież jest mężczyzną z krwi i 
kości! A może już go nie interesuję? 

Za  to  fresk  udał  się  wspaniale.  Roni  namalowała  przepiękny  krajobraz  z  podobnymi  do 
krasnoludków skunksami, ślicznymi kaktusami, przemiłą rodzinką kojotów i ogromną ilością 
kwiatów. Włożyła w tę pracę mnóstwo serca i całą nie wykorzystaną przez Sama energię. 
Kiedy  malowała, opowiadała Jessie przeróżne historie o zwierzątkach, które pojawiły się na 
ś

cianach, o krasnoludkach i w ogóle o wszystkim, co jest i czego nie ma. Roni uznała, że przy 

odrobinie  wysiłku  z  tych  opowieści  i  rysunków  mogłaby  powstać  całkiem  sympatyczna 
książeczka dla dzieci, z której dochód zasiliłby fundusz szkolny Jessie. Była to dla niej jedyna 
satysfakcja. Jej kobieca godność bardzo w tych dniach ucierpiała. Roni zastanawiała się, czy 
nie  powinna  powiedzieć  Samowi,  że  zmieniła  zdanie.  Z  drugiej  strony  bała  się  bardzo,  że 
teraz mąż jej nie zechce. 
Po  czymś  takim  nie  mogłabym  mu  spojrzeć  w  oczy,  myślała,  uśmiechając  się  do 
uszczęśliwionej Jessie. Zbyt sobie cenię naszą przyjaźń, żeby przypierać Sama do muru. A na 
subtelne uwodzenie on jest zupełnie niewrażliwy. Oszaleć można! 

Za chwilę wychodzimy - powiedziała do Jessie.- Woda zupełnie ostygła. Doleję ci trochę 

ciepłej. 
Kurek znów się zaciął.  Roni chciała  go odkręcić, ale całe przeklęte urządzenie zostało jej w 
dłoni  i  z  rury  pociekła  gorąca  woda.  Wrzątek  sparzył  dziewczynie  rękę.  Roni  krzyknęła  nie 
tyle  z  bólu,  co  ze  strachu  o  Jessie.  Wyciągnęła  dziecko  z  wanny,  a  mała  krzyczała  tak 
rozpaczliwie, że w Roni zamarło serce. 
-

 

Mój Boże! Jessie! 

-

 

Co  tu się  znowu  dzieje? -  zawołał  Sam,  wpadając  do  łazienki.  Nie  zdążył  nawet  odstawić 

kubka z kawą. 
Pobladła  ze  strachu  Roni  dokładnie  obejrzała  zapłakaną  dziewczynkę.  Na  szczęście  na 
delikatnej skórze Jessie nie było ani śladu oparzenia. 
-

 

Nic  jej  nie  jest  -  odetchnęła  z  ulgą.  Tuliła  do  siebie  całkiem  mokrą  Jessie,  zupełnie  nie 

zważając na to, że jej własna jedwabna koszulka nasiąkła wodą i przy kleiła się do ciała jak 
druga skóra. - Na szczęście tylko się przestraszyła. Zrób coś z tą wodą! Gdzie jest zawór? 
-

 

To stara instalacja. - Sam bezradnie  rozglądał się po łazience. - Chyba nie ma tu żadnych 

zaworów. Muszę wyłączyć pompę. 
-

 

Fantastycznie!  -  Strach  minął  i  teraz  Roni  po  prostu  wpadła  we  wściekłość.  -  Wcale  nie 

będziemy mieli wody. Tyle razy cię prosiłam, żebyś naprawił to świństwo. 
-

 

Właśnie miałem zamiar się do tego zabrać... 

-

 

Zabrać! - krzyknęła Roni. - Dziecko mogło się poparzyć! Ale ciebie to nie obchodzi. 

-

 

Co ty wygadujesz, Loczku. Oczywiście, że mnie obchodzi. 

-

 

Przedziwny  sposób  okazywania  troskliwości!  -  Strach  i  upokorzenia  ostatnich  nocy 

sprawiły, że Roni się rozpłakała. - Sto razy ci mówiłam, że to się może zdarzyć. Ale ty jesteś 
tak zajęty tymi swoimi krowami, że nie myślisz nawet o zaspokojeniu podstawowych potrzeb 
najbliższej  rodziny.  Ten  dom  za  chwilę  zawali  się  nam  na  głowy,  a  ty  i  tak  tego  nie 
zauważysz. 

background image

-

 

Jeśli  przestanę  się  zajmować  tymi  swoimi  krowami,  to  niczego  nie  będziemy  mogli 

naprawić - powiedział ponury jak gradowa chmura Sam. 
-

 

Gdyby  nie  ta  twoja  głupia  duma  i  cholerny  upór,  już  dawno  byś  coś  z  tym  zrobił.  -  Roni 

owinęła dziecko ręcznikiem. 
-

 

Pieniądze nie są najważniejsze. Nie wiedziałem, że zaczniesz zachowywać się jak Shelly. 

-

 

Ty bydlaku - wyszeptała pobladła nagle Roni. Ominęła go i z dzieckiem na rękach wyszła z 

łazienki. 

Do  diabła!  Roni!  -  schwycił  ją  za  ramię.  Syknęła  z  bólu.  Sam  podciągnął  rękaw  jej 

koszuli.  Na  ramieniu  dziewczyny  widniała  ogromna,  czerwona  plama,  na  której  już  zaczęły 
się tworzyć pęcherze. 
-

 

Mogłaś mi powiedzieć, że się oparzyłaś - powiedział. 

-

 

Sama potrafię o siebie zadbać - wyrwała mu rękę - Dotąd jakoś radziłam sobie bez ciebie. 

-

 

Przyniosę maść... - Sam udał, że nie usłyszał jej słów choć musiał zacisnąć zęby, żeby nie 

wybuchnąć gniewem. 
-

 

Lepiej zakręć wodę, zanim zaleje cały dom. Muszę ubrać Jessie, bo znowu się rozchoruje. 

Przez  ciebie,  pomyślała  i  chociaż  nie  powiedziała  tego  głośno,  Sam  miał  wrażenie,  jakby  je 
wykrzyczała. 
-

 

Dobrze. Rób, jak uważasz. - Wyciągnął korek z wanny. 

-

 

Możesz być pewien, że zrobię - zawołała i wybiegła z łazienki. 

Chwilę  później  usłyszała  trzaśniecie  drzwi  wejściowych.  Zanim  zdążyła  ubrać  Jessie,  w 
całym domu rozległ się gulgot opróżnianych z wody rur, a zaraz potem pisk opon ruszającej 
spod domu furgonetki. 
No  i  dobrze,  pomyślała  z  goryczą  Roni.  Nie  jest  mi  do  szczęścia  potrzebny.  Szczególnie  po 
tym, co przed chwilą powiedział. Ktoś w końcu musi się zająć domem i wygląda na to, że tym 
kimś mam być ja. 
Otarła  zapłakane  oczy,  zapięła  Jessie  sukienkę  i  pocałowała  dziewczynkę  w  mokrą  jeszcze 
główkę. 

Chodź, skarbie - westchnęła. - Mamusia musi coś załatwić. 

Sam wiedział, że winien jest żonie przeprosiny. Inny mężczyzna na jego miejscu przyniósłby 
do domu bukiet róż, ale Sam wymyślił coś lepszego. Obok niego na fotelu pasażera pyszniła 
się  wielka  torba  z  nadrukiem  sklepu  żelaznego.  Kolanka,  rury,  krany  i  uszczelki  nie  były 
wprawdzie  zbyt  romantycznym  podarunkiem,  Sam  był  jednak  pewien,  że  Roni  doceni 
praktyczne  i  symboliczne  znaczenie  prezentu.  I  może  przy  okazji  wybaczy  skruszonemu 
małżonkowi.  Położenie  słońca  na  niebie  i  burczenie  pustego  brzucha  oznajmiały  porę 
obiadową.  Nawet  dobrze  się  stało,  że  tak  dużo  czasu  zabrało  mu  przyciągnięcie  przyczepy 
Bucka Dawsona. Po porannej awanturze zarówno Sam, jak i Roni potrzebowali trochę czasu, 
ż

eby ochłonąć. 

To wszystko przez panujący upał, tłumaczył sobie Sam. Tylko dlatego oboje wybuchnęliśmy 
gniewem,  zamiast  cieszyć  się  i  dziękować  Bogu,  że  nic  złego  się  nie  stało.  Tak,  na  pewno, 
zakpił  z  samego  siebie.  Faktycznie,  to  wszystko  dzieje  się  przez  żar,  ale  nie  ten  z  nieba. 
Pożądanie  doprowadza  mnie  do  szału.  Nie  mogę  przez  to  jasno  myśleć,  nie  potrafię 
skoncentrować się na ważnych sprawach, takich jak na przykład ratowanie Lazy Diamond od 
bankructwa. Normalny facet nie może spać w jednym łóżku z piękną kobietą i nie zwariować. 
Coś wreszcie musi się stać. 
Przed domem w Lazy Diamond stała biała furgonetka. Po ganku kręcili się jacyś ludzie, a na 
podwórku piętrzyła się sterta śmieci, na szczycie której królowała stara, pordzewiała wanna. 
-  Co,  do  cholery...  -  zaczął  Sam.  Wysiadł  z  samochodu  i  dopiero  wtedy  przeczytał 
wymalowany na drzwiach białej furgonetki napis: „Hydraulik Cutler. Naprawy i reperacje". 
Samowi krew uderzyła do głowy. Przeklął w duchu i Roni, i wszystkie jej genialne pomysły. 

background image

-  Cześć,  Sam  -  zawołał  Steve  Cutler,  który  właśnie  wyszedł  z  domu.  -  Nie  przejmuj  się 
bałaganem. Jak skończymy, to wszystko posprzątamy. 
Zawsze uśmiechnięty Steve poklepał Sama po ramieniu. Pogwizdując, poszedł do furgonetki, 
nie zauważywszy nawet braku entuzjazmu gospodarza. 
W  domu  panował  hałas  i  nieopisany  bałagan.  Roni  z  dzieckiem  na  rękach  przyglądała  się, 
jak  demolują  łazienkę  i  kuchnię.  Rozpromieniona,  nawet  nie  zauważyła  powrotu  męża. 
Drgnęła, kiedy dotknął jej ramienia. 
-

 

Co tu się, u diabła, dzieje? - warknął Sam. 

-

 

A jak ci się wydaje? - zapytała wojowniczym tonem. - Wymiana rur. 

-

 

Nie stać mnie na to - powiedział Sam z groźną miną. 

-

 

Ale mnie stać. Umówmy się, że to będzie prezent ślubny. 

Tylko  kobieta  może  coś  takiego  zrobić,  pomyślał  Sam  dotknięty  pogardliwym  tonem  Roni. 
Myślałem, że ona jest inna. Teraz już wiem, że się pomyliłem. Niech mnie szlag trafi, jeśli jej 
okażę, jak bardzo mnie uraziła. 
-

 

Każ im skończyć - rozkazał ostro. 

-

 

Nie. 

-

 

Wobec tego ja to zrobię.. 

-

 

Powiedziałam, że się na to nie zgadzam. - Roni chwyciła męża za rękę. - Zarzuciłeś mi, że 

jestem  podobna  do  Shelly.  Tymczasem  ja  na  nic  cię  nie  naciągam,  chcę  ci  tylko  dać, 
właściwie  nam  chcę  ofiarować  coś,  czego  bardzo  potrzebujemy.  Nie  stać  cię  nawet  na  to, 
ż

eby przyjąć prezent ode mnie? 

-

 

Chyba  nie.  -  Sam  rzucił  na  ziemię  torbę  z  częściami  hydraulicznymi.  Odwrócił  się  na 

pięcie i wybiegł z domu, udając, że nie słyszy wołania żony. 
Jak burza wpadł do stajni. W mgnieniu oka osiodłał Diabolo i pogalopował po ciągle jeszcze 
należącej tylko do niego ziemi. Zatrzymał się dopiero nad stawem w północnej części farmy. 
Po  godzinnym  galopie  zarówno  koń,  jak  i  jeździec  byli  śmiertelnie  zmęczeni,  toteż  Sam 
postanowił  odpocząć  i  nieco  się  uspokoić.  Napoił  ogiera.  Położył  się  na  okalającej  brzeg 
stawu trawie. Wpatrywał się w wodę, dopóki Diabolo nie zastrzygł niespokojnie uszami. Po 
chwili także i Sam usłyszał tętent końskich kopyt. 
Gniada klacz przywiozła nad staw Roni i usadowioną w nosidełku na jej plecach małą Jessie. 
Obcisłe dżinsy dziewczyny i ściśnięta nosidełkiem czerwona bluzka przylegały  do  ciała, nie 
zostawiając wyobraźni pola do popisu. 
Sam  obserwował  żonę  z  kamiennym  wyrazem  twarzy.  Nie  chciał  dać  poznać  po  sobie,  jak 
bardzo zaskoczyło go jej przybycie. Nie miał także ochoty na kontynuowanie awantury. 
-

 

Wracaj do domu - polecił, gdy żona zatrzymała klacz tuż przy nim. 

-

 

Nie mam zamiaru. - Roni powolnym ruchem odgarnęła z czoła kosmyk włosów. - Zamiast 

tak stać, lepiej mi pomóż. Ta mała waży chyba tonę. 
Zanim  zdążył  zaprotestować,  zdjęła  nosidełko  i  Sam  musiał  wyciągnąć  po  nie  ręce.  Jessie 
uśmiechnęła się do niego tak promiennie, że Sam o mało nie zapomniał, dlaczego właściwie 
się irytuje. 
-

 

Jestem w kiepskim nastroju, Loczku - ostrzegł. 

-

 

Trudno.  -  Roni  zsiadła  z  konia  i  odpięła  umocowaną  do  siodła  torbę.  Na  trawie,  w  cieniu 

wierzby rozłożyła kraciasty obrus. - Siadaj. Pora na obiad. 
Zaskoczony Sam  przyglądał się, jak wypakowuje z torby  różne smakołyki: owoce, ciastka i 
nawet  butelkę  szampana,  którą  od  dnia  ślubu  trzymała  w  lodówce.  Piknik?  pomyślał  z 
niedowierzaniem. Po takiej awanturze ona ma jeszcze ochotę na urządzanie pikniku? 
-

 

Napijmy się, póki szampan jest zimny. - Roni wyjęła dwa plastikowe kubeczki. 

-

 

Cóż to za uroczystość? - zapytał podejrzliwie wciąż jeszcze ponury małżonek. 

Ś

więto wariatów. - Roni otworzyła butelkę. – Siadaj wreszcie. Jestem głodna jak wilk. 

background image

Jessie zauważyła ciasteczka i tak się do nich wyrywała, że ojciec musiał ją wyjąć z nosidełka 
i  posadzić  na  brzegu  obrusa.  Sam  też  usadowił  się  obok  uszczęśliwionej  niecodzienną 
przygodą dziewczynki. 

Proszę. - Roni podała mężowi kubek z szampanem.- I postaraj się pamiętać, że to nie jest 

twoje cienkie piwo. 
Sam  zamarł  w  bezruchu.  Wiedział  przecież,  że  w  Kalifornii,  a  szczególnie  w  środowisku 
filmowców, w którym obracała się Roni, najlepszego szampana piło się na co dzień i że on w 
porównaniu z ludźmi obcującymi wówczas z jego żoną jest prostym gburem. Wziął do ust łyk 
szampana,  wypłukał  zęby,  z  rozmysłem  czyniąc  z  picia  szlachetnego  trunku  obrzydliwy 
proceder. Roni przyglądała mu się przez chwilę, a potem głośno się roześmiała. 
-

 

Co cię tak rozśmieszyło? - oburzył się Sam. 

-

 

Ty i ja. - Podniosła do góry swoją szklankę, po czym opróżniła ją jednym haustem. 

-

 

Uważaj. 

-

 

Boisz się, że się upiję i powiem coś głupiego? Chyba już ci udowodniłam, że nie trzeba mi 

do tego alkoholu. 
-

 

Co to miało znaczyć? 

-

 

Nie  widzisz,  że  usiłuję  cię  przeprosić,  ty  głupi  kowboju?  -  Na  chwilę  ukryła  w  dłoniach 

zaczerwienioną twarz. - Widzisz, znów zaczynam. Przepraszam cię. Sam. Zupełnie nie wiem, 
co się ze mną dzieje. Nie chciałam ci sprawić przykrości. 
-

 

Ja też nie - mruknął Sam. 

Strasznie się zirytowałam - dodała pospiesznie. -Nawet nie pomyślałam o tym, co robię, 

kiedy dzwoniłam do Cutlera. Teraz rozumiem, że powinnam to najpierw z tobą uzgodnić. Ale 
co mam, do cholery, zrobić, jeśli ty nie pozwalasz mi niczego tknąć. 
-

 

No wiesz? Jak możesz tak mówić? - Pogłaskał ją delikatnie po głowie. - Zapracowujesz się, 

dziewczyno. Dbasz o mnie, o Jessie i jeszcze masz czas na te swoje ilustracje. Moim zdaniem 
robisz o wiele za dużo. 
-

 

Nie o to mi chodzi - pokręciła głową. - Nie dopuszczasz mnie do swoich spraw, nic mi nie 

mówisz o swoich kłopotach i w niczym nie pozwalasz mi się wyręczyć. A ja chcę ci pomóc i, 
co ważniejsze, mogę to zrobić. 
-

 

Są sprawy, z którymi mężczyzna sam musi sobie poradzić. 

-

 

Mam  powyżej  uszu  tej  twojej  męskiej  ambicji.  -Przesunęła  brzegiem  dłoni  po  czole.  - 

Posłuchaj mnie, kolego. Jestem w tym interesie takim samym wspólnikiem jak i ty. I właśnie 
dlatego zadzwoniłam do hydraulika.  Założymy  w domu nowe rury i ja  za to zapłacę.  Lepiej 
zacznij się pomału przyzwyczajać do tej myśli. Wy, mężczyźni... - w ostatniej chwili złapała 
pełną trawy rączkę Jessie, którą mała miała zamiar wpakować sobie do buzi. - Nie jedz trawy, 
tylko kanapkę. 
-

 

Jesteś zupełnie zwariowana, Loczku. - Sam nie potrafił ukryć uśmiechu. 

-

 

Czy to znaczy, że mi przebaczasz? - zapytała, patrząc na niego badawczo. 

-

 

Tylko  pod  tym  warunkiem,  że  ty  także  mi  przebaczysz.  -  Sam  wolał  wziąć  kanapkę,  niż 

spojrzeć  żonie  w  oczy.  -  Ja...  wiesz...  wcale  nie  jesteś  podobna  do  Shelly.  Zachowałem  się 
okropnie... Wybacz mi, proszę. Dobrze? 

Dobrze.  -  Roni  odetchnęła  z  ulgą.  -  Teraz  już  lepiej.  Strasznie  źle  się  czuję,  kiedy  się 

kłócimy. 
-

 

Ja też. - Odsunął rękaw jej bluzki i obejrzał oparzone miejsce. - Jak ręka? 

-

 

Prawie  dobrze.  Posmarowałam  ją  maścią.  Zapomnijmy  już  o  tym,  zgoda?  -  Uśmiechnęła 

się do niego. - Nalej sobie jeszcze odrobinę szampana. A tu są truskawki. 
-

 

Na  kowbojskich  piknikach  nie  ma  takich  rarytasów.  -  Uśmiechnął  się  do  niej 

uszczęśliwiony, że konflikt został zażegnany. 
-

 

Zawarcie pokoju po takiej wojnie wymaga nadzwyczajnych środków. 

-

 

No cóż, chyba się pani udało, madame. 

background image

Roni  tylko  się  roześmiała.  Nalała  soku  do  dziecięcego  kubeczka  i  podała  go  Jessie. 
Dziewczynka wypiła sok, westchnęła, a potem zwinęła się w kłębek u nóg ojca. 
-

 

Ależ ona jest zmęczona - zauważyła Roni. 

-

 

Nie spała przed południem? 

-

 

W domu panuje straszny hałas. - Roni głaskała usypiającą dziewczynkę po główce. 

Mogę  to  sobie  wyobrazić  -  skomentował  Sam.  Roni  spojrzała  na  niego  badawczo,  ale 

zaraz spuściła wzrok, jakby bała się wywołać nową awanturę. 
Co się stało, to się nie odstanie, myślał w tym czasie Sam. Nie ma sensu walczyć o jakieś rury 
i kurki. Ale ja i tak znajdę sposób, żeby zapłacić Cutlerowi za ten remont. 
-

 

Ładnie  tu.  I  tak  cicho  -  powiedziała  Roni,  dolewając  sobie  szampana.  -  Kiedyś  często 

przyjeżdżaliśmy nad ten staw, prawda? Zupełnie zapomniałam, że to takie śliczne miejsce. 
-

 

Tak, jest rzeczywiście piękne - powiedział Sam, chociaż wcale nie patrzył na krajobraz i nie 

o nim myślał. Jak urzeczony wpatrywał się w wilgotne od szampana usta Roni. Nigdy by nie 
przypuszczał,  że  w  ciągu  zaledwie  kilku  minut  jego  wściekłość  potrafi  się  zmienić  w 
obezwładniające pożądanie. Podejrzewał nawet, że za chwilę całkiem straci rozum. 
-

 

Jest  tak  gorąco  -  westchnęła  Roni.  -  A  przecież  to  dopiero  maj.  -  Rozpięła  kilka  guzików 

bluzki. 
-

 

Tak,  jest  bardzo  ciepło  -  przyznał  Sam,  choć  słowa  z  trudem  przechodziły  mu  przez 

ś

ciśnięte gardło. - Ale będzie jeszcze większy upał. 

-

 

Nie strasz mnie. Za chwilę i tak się ugotuję. - Wypiła resztę szampana. - Sam? 

-

 

Tak? - wymamrotał Sam, który na widok prawie odsłoniętych piersi żony omal nie stracił 

mowy. 
-

 

Pamiętasz, jak bawiliśmy się tutaj, kiedy byliśmy mali? Ty, Kenny i ja... Travis też czasami 

tu z nami przychodził. 
-

 

To prawda. 

-

 

Pamiętasz, co wtedy robiliśmy? 

-

 

Pamiętam. - Jakże mógłbym zapomnieć? pomyślał. Pływaliśmy w stawie całkiem nadzy. - 

Co ty wyprawiasz? 
-

 

A jak ci się wydaje? - Nie patrząc na niego, szybko zdjęła buty, skarpety i zabierała się do 

rozpinania spodni. 
-

 

Veronico Jean! - zawołał przerażony i obolały z pożądania Sam. 

-

 

Popilnuj chwilę Jessie, dobrze? Muszę się trochę popluskać. 

W samej tylko bluzce, którą zresztą po drodze rozpięła do końca i rzuciła w trawę, podeszła 
do wody. Jakby zupełnie nie zauważyła, że ani ona, ani Sam nie mają już dziesięciu lat. 
Znowu ta piekielna  czerwona bielizna! pomyślał Sam, w którym krew burzyła się na widok 
pięknej,  prawie  nagiej  kobiety.  Jak  zahipnotyzowany  patrzył  na  żonę,  która  zanurzyła  się  w 
chłodnej  wodzie,  popłynęła,  a  potem  znów  wróciła  na  brzeg,  zwracając  ku  słońcu  mokrą 
twarz. 
Czy  ona  sobie  wyobraża,  że  ja  jestem  z  żelaza?  Zły  jak  osa  Sam  zerwał  się  z  miejsca.  To 
przez tego szampana! Zresztą wszystko jedno. Ja już dłużej nie wytrzymam! 

W tej chwili stamtąd wyłaź, Loczku! - zawołał. 

Roni  spojrzała  na  niego,  wyraźnie  zdegustowana  rozkazującym  tonem  głosu  męża.  Nagle 
wyraz jej twarzy się zmienił. Wydęła usta i spojrzała na niego uwodzicielsko. 

Spróbuj mnie zmusić - powiedziała. 

Samowi zakręciło się w głowie. Czerwony jedwab bielizny, usta jak truskawki, rumieńce na 
policzkach Roni... 
Jak  nieprzytomny,  w  butach  i  w  ubraniu  wszedł  do  wody.  Roni  cofnęła  się  o  krok,  ale  było 
już za późno. Sam wyciągnął rękę i z całych sił przytulił żonę do siebie. 
-

 

Doprowadzisz mnie do szaleństwa - wyszeptał. -Dlaczego to robisz? 

-

 

Nie wiem. - Drżała w jego ramionach, jakby to była sroga zima. 

background image

-

 

Przecież wiesz, że w końcu nie wytrzymam - jęknął. 

-

 

Może i wiem. - Oblizała usta. Chciała się uśmiechnąć, zamierzała coś jeszcze powiedzieć, 

ale Sam tak mocno ją do siebie tulił, że ledwie mogła oddychać. 
-

 

Nie ma się nad czym zastanawiać. To wyzwolenie. Dla ciebie i dla mnie. Mieszkamy pod 

jednym  dachem,  śpimy  w  jednym  łóżku...  Daj  spokój  tym  głupotom  o  platonicznej  miłości. 
To się nie sprawdza. Przynajmniej jeśli chodzi o mnie. 
-

 

Ale ja... 

-

 

Nic nie mów. - Sam pochylił głowę i długo, mocno całował swą żonę. 

Niemal  wywlókł  ją  ze  stawu.  Położył  Roni  na  trawie,  wyciągnął  się  obok  niej,  tulił  ją  do 
siebie i namiętnie całował. 
-

 

Nie  mogę  ani  myśleć,  ani  pracować  -  szeptał  jej  do  ucha,  pieszcząc  znów  rozgrzane  ciało 

Roni. - Sam już nie wiem, czy mam cię zgwałcić, czy udusić. To prawdziwy cud, żeśmy się 
dotąd nie pozabijali. 
-

 

Wiem - westchnęła. - Bardzo cię przepraszam. 

-

 

To  ja  cię  przepraszam.  Chciałem,  żebyś  się  do  mnie  powoli  przyzwyczaiła,  ale  naprawdę 

dłużej  już  nie  wytrzymam.  Zresztą  to  i  tak  wcześniej  czy  później  musiało  się  zdarzyć.  I 
niechże to będzie wcześniej, bo inaczej całkiem  zwariuję! Skonsumujemy  wreszcie to nasze 
małżeństwo, Veronico Jean. 
-

 

Naprawdę tego chcesz? 

-

 

Naprawdę. - Nieśmiałe pytanie Roni na chwilę go ostudziło. - Chcę, abyś poszła za mną do 

łóżka, żebyśmy żyli jak mąż i żona i mogli wreszcie normalnie funkcjonować. Zakładaliśmy, 
ż

e  coś  takiego  może  nam  się  przytrafić,  no  i  stało  się.  Przykro  mi,  jeśli  jeszcze  nie  jesteś 

gotowa i nie podoba ci się ten pomysł. Ja w każdym razie dłużej już nie wytrzymam. 
Nareszcie, pomyślała Roni, tuląc do piersi głowę męża. 
Sam  nie  mógł  uwierzyć  własnemu  szczęściu.  Dopiero  po  chwili  dotarło  do  niego,  że  żona 
także go pragnie, iż tak samo jak on cierpiała męki piekielne. Z całej siły przycisnął Roni do 
siebie, pieścił ją i całował jak oszalały. 

Och, Sam - jęknęła, chwytając go za ramię. – Nie możemy teraz... 

Ty zaczęłaś. 
Ale nie tutaj. Nie teraz - błagała. 
A czemu nie? 
Ktoś może przyjść. Zresztą Jessie się budzi. 
Już  miał  powiedzieć,  że nic  go  to  nie  obchodzi, a  jednak  odpowiedzialność  wzięła  górę  nad 
pożądaniem. Z rozpaczliwym jękiem wypuścił żonę z objęć. Wreszcie zdołał wstać, pozbierał 
rozrzucone po łące ubranie i ułożył je na brzegu obrusa, przy którym Roni zmieniała pieluchę 
na wpół śpiącej córeczce. 
-

 

Ubierz się, dobrze? 

-

 

Dobrze. - Rumieniec oblał policzki Roni. Nie śmiała spojrzeć na męża. 

-

 

Ale nie myśl sobie, że ci daruję. 

-

 

Nie - przeraziła się Roni. - Ja wcale tego nie chcę. 

-

 

Dziś wieczorem. - Sam zanurzył palce w mokre loki Roni. - Jak położysz małą spać. 

-

 

Dobrze. 

-

 

No to do wieczora. 

-

 

Do wieczora - skinęła głową. 

Sam  nie  mógł  tylko  zrozumieć,  dlaczego  kobieta,  która  zgodziła  się  zostać  jego  żoną  i 
kochanką, miała taką minę, jakby czekała ją egzekucja. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

-

 

Zasnęła? 

-

 

Tak  -  mruknęła  Roni.  -  Jeszcze  nigdy  nie  spałam  tak  daleko  od  niej.  A  jeśli  nie  usłyszę, 

kiedy będzie płakać? 
-

 

Na pewno usłyszysz - doleciał ją z nie oświetlonej sypialni głos Sama. 

-

 

Ale... 

-

 

Chyba coś uzgodniliśmy, Loczku? 

-

 

Uzgodniliśmy, ale... 

-

 

No to chodź do mnie. 

Roni usłyszała szelest pościeli i skrzypienie nienowego już łóżka. Zupełnie nie rozumiała, jak 
to możliwe, że choć tak bardzo pragnęła Sama, panicznie bała się zbliżenia. 
Położyła się w łóżku, w którym już czekały na nią ciepłe dłonie męża. Przytulił ją do siebie. 
Roni leżała na plecach jak kłoda, spięta, sztywno wyprostowana. 
-

 

Nie zrobię ci nic złego - zapewnił ją Sam. 

-

 

Przecież wiem - odrzekła drżącym nieco głosem. 

-

 

Więc  dlaczego...  -  delikatnie  dotknął  okrytego  błękitną  koszulką  ciała  żony.  -  Jesteś 

sztywna, jakbyś połknęła kij od szczotki. Tak bardzo się mnie boisz? 
Roni nie bardzo wiedziała, co ma powiedzieć. Po raz pierwszy w życiu miała iść z mężczyzną 
do łóżka, bo tak postanowiła. Nigdy dotąd nic robiła tego z wyrachowaniem, ze strachem na 
dodatek. A tym razem bała się, że nie potrafi zadowolić męża. W końcu nie miała wielkiego 
doświadczenia  w  tych  sprawach  i  zupełnie  nie  wiedziała,  czego  Sam  oczekuje  od  kochanki. 
Modliła się w duchu, żeby się nie zbłaźnić i jakoś godnie przeżyć to doświadczenie. 
-

 

Przepraszam  -  wyszeptała,  gdy  wreszcie  udało  jej  się  opanować  dławiący  gardło  strach.  - 

Boję się, bo to takie dla nas ważne. 
-

 

Jeśli nie chcesz, Loczku... - zaczął Sam, choć w jego głosie słychać było niezadowolenie. 

-

 

Nie... To znaczy: tak. Chcę. - Roni oblała się niewidocznym na szczęście rumieńcem. Ale 

na dowód prawdziwości swych słów poprowadziła dłoń Sama do swojej piersi. - Chcę, tylko 
bardzo się denerwuję. 
Sam  jednak  już  tego  nie  słyszał.  Zafascynowany  jędrnością  krągłych  piersi  żony,  zaczął 
całować  jej  usta.  Zdjął  z  niej  koszulę,  a  chwilę  po  tym  Roni  poczuła  na  sobie  gorący  ciężar 
nagiego męskiego ciała. 

Nie  bój  się,  Loczku  -  wyszeptał  podniecony  do  granic  wytrzymałości  Sam.  -  Będzie 

dobrze. Obiecuję. 
Roni  tak  bardzo  chciała,  żeby  było  im  ze  sobą  dobrze.  Nie  wiadomo,  czy  zbyt  się 
zdenerwowała,  czy  też  za  małe  miała  doświadczenie,  lecz  po  prostu  nie  potrafiła  normalnie 
reagować  na  pocałunki  i  pieszczoty  Sama.  Bo  też  dotykał  jej  tak  delikatnie,  jak  gdyby  była 
laleczką z chińskiej porcelany, podczas gdy ona potrzebowała męskiej siły, która by nad nią 
bez reszty zapanowała. Pozwalała mu na wszystko i próbowała odwzajemniać pieszczoty, ale 
Sam  się  niecierpliwił.  Widać  było,  że  bardzo  mu  zależy  na  tym,  aby  w  pełni  zaspokoić 
kochankę. Niestety, nie miał szans i Roni prędko to zrozumiała. Postanowiła jak najszybciej 
zakończyć tę smutną scenę. 

Teraz - jęknęła przyciskając do siebie biodra męża. Proszę, cię, Sam. Już! 

Przepraszam. Przepraszam cię - mruczał Sam, bo syknęła z bólu, kiedy się z nią połączył. 

Głaskała go po plecach, dotykiem i szeptem zachęcając do osiągnięcia przyjemności, z której 
ona już zrezygnowała. Sam czuł, że wcale nie jest gotowa do miłości. Bał się sprawić żonie 
ból,  dlatego  też  dłużej  niż  się  spodziewał  trwało  jego  spełnienie.  Na  szczęście  wreszcie  się 
skończyło. Oboje byli kompletnie zlani potem. Roni nie umiała powstrzymać łez. 

Do diabła, Roni, chyba cię... - przeraził się Sam. 

-  Co ja mam zrobić? 

background image

-

 

Nic. Naprawdę nie miej wyrzutów sumienia. 

-

 

Rozumiem. - Roni nie musiała zapalać światła, żeby zauważyć rozczarowanie męża. 

-

 

Zupełnie nie wiem, co się ze mną dzieje - próbowała się tłumaczyć. - Czy możesz mnie po 

prostu przytulić? 
-

 

No  pewnie  -  odrzekł  chłodno,  za  to  z  jego  ramion  emanował  żar  i  siła  dająca  poczucie 

bezpieczeństwa, którego Roni tak bardzo brakowało. Nawet pocałował ją czule, czego po tak 
strasznej katastrofie zupełnie się nie spodziewała. 
-

 

Przepraszam - wyszeptała. 

-

 

Daj spokój, Loczku. - Mocno ją do siebie przytulił. 

-  To ja cię zawiodłem. 
-

 

Wcale nie. To ja... 

-

 

Nie jesteśmy przecież dziećmi. Oboje wiemy, że trzeba czasu, żeby się te sprawy pomiędzy 

ludźmi  ułożyły.  I  ja,  i  ty  chcieliśmy  wiedzieć,  jak  nam  będzie  razem.  Teraz  już  wiemy. 
Najgorsze mamy za sobą. Przełamaliśmy lody i tylko to się liczy. Teraz trzeba spać. 
Roni wiedziała, że popełnili błąd. Przekroczyli granicę, której pokonywać nie należało, i teraz 
już całe życie będą się siebie wstydzić. Nie miała pojęcia, jak to wszystko naprawić i czy w 
ogóle możliwa jest jakakolwiek naprawa. 

-

 

Czy ty mnie słyszysz, Roni? 

-

 

Pewnie,  że  słyszę.  -  Roni  oderwała  wzrok  od  pyszniącego  się  za  oknem,  bajecznie 

kolorowego ogrodu Krystal. - Co mówiłaś? 
-

 

Pytałam,  czy  chcesz  jeszcze  kawy.  Zupełnie  nie  można  się  dziś  z  tobą  dogadać.  -  Nie 

czekając na odpowiedź, Krystal nalała przyjaciółce kawy. - Co się stało? 
-

 

Nic  się  nie  stało.  -  Roni  piła  kawę,  na  którą  wcale  nie  miała  ochoty.  Bez  cienia  radości 

patrzyła, jak Jessie bawi się rozrzuconymi po pokoju zabawkami. 
-

 

Czy  dlatego  jesteś  taka  zamyślona,  że  twoje  życie  z  Samem  układa  się  wspaniale?  -  nie 

ustępowała Krystal. 
-

 

Chyba tak - zmusiła się do uśmiechu Roni. 

-

 

Aha. No to ja ci sprzedam most brookliński. Jest mój. Słowo daję - zakpiła Krystal. - Mów, 

o  co  chodzi.  Za  parę  dni  chłopcy  wrócą  od  babci  i  nie  będę  miała  czasu  bawić  się  w 
spowiednika. 
-

 

Naprawdę, Krys - roześmiała się Roni. - Nie rozumiem, o czym ty mówisz. 

-

 

O co się kłócicie? O religię? O pieniądze? 

-

 

Wcale się nie kłócimy. 

-

 

Wobec tego chodzi o seks. 

-

 

Krystal! - zawołała czerwona jak burak Roni. 

-

 

Ach, więc jednak mam rację - oznajmiła tryumfalnie Krystal. - A to ci heca. Co? Kazał ci 

się huśtać nago na żyrandolu? 
-

 

Zupełnie nie wiem, po co ja w ogóle z tobą rozmawiam. - Roni ukryła twarz w dłoniach. - 

Zresztą my nawet nie mamy żyrandola. 

Drobiazg - Krystal pogardliwie machnęła ręką. – No dobra, siostro. Opowiadaj. 

Roni jęknęła w duchu. Nie wyobrażała sobie, jak ma powiedzieć komukolwiek, że Sam uznał 
pierwsze  i  jedyne  zbliżenie  z  własną  żoną  za  najgorszy  moment  w  życiu.  Nawet  najlepszej 
przyjaciółce  nie  potrafiła  się  przyznać,  że  odkąd  wyszli  z  łóżka,  nie  mogą  już  na  siebie 
patrzeć, bo oboje tak bardzo się wstydzą. Sam tego ranka wstał o świcie i bez śniadania nawet 
pojechał  z  dostawą  bydła,  a  Roni  była  tak  zrozpaczona,  że  nie  mogła  wytrzymać  obecności 
brygady  hydraulicznej  w  domu  i  też  uciekła  do  Krystal.  O  takim  upokorzeniu  nie  da  się 
opowiedzieć. nikomu. 
-

 

Jeśli już koniecznie musisz wiedzieć, to pokłóciliśmy się o to, kto ma zapłacić za wymianę 

rur w domu. - Roni postanowiła powiedzieć pół prawdy, bo wiedziała, że przyjaciółka będzie 

background image

jej wiercić dziurę w brzuchu, dopóki czegoś się nie dowie. - Sam nie chce się zgodzić, żebym 
ja to zrobiła. 
-

 

Nie  chce,  żebyś  go  utrzymywała?  Mężczyźni  są  beznadziejni.  Szczególnie  gdy  chodzi  o 

pieniądze. 
-

 

Szczera  prawda  -  westchnęła  Roni.  Posadziła  sobie  na  kolanach  małą  Jessie,  która 

tymczasem podpełzła do kanapy, chcąc wzbudzić zainteresowanie matki. - Wydaje mi się, że 
zraniłam jego godność, ale w końcu ja też mieszkam w tym domu i mam pieniądze, więc... 
-

 

Nigdy ci tego nie wybaczy. - Krystal pokręciła głową. - Tacy faceci jak Sam Preston czują 

się poniżeni, gdy ktoś proponuje im pomoc finansową. 
-

 

W  tych  sprawach  rzeczywiście  jest  uparty  jak  osioł.  Ciężarówka  do  przewozu  bydła 

zepsuła  się  na  dobre  i  naprawdę  nie  wiem,  jak  teraz  wybrniemy  z  kłopotów  finansowych. 
Sam obawia się nawet, że jeśli Buzz Henry nie podpisze z nim kontraktu, to Lazy Diamond 
czeka bankructwo. 
-

 

O rany!  Nie miałam pojęcia, że jest aż tak źle.  Ale Sam ma przecież jakieś oszczędności. 

Mógłby sprzedać część swoich akcji albo kawałek ziemi. 
-

 

Myślę, że by go to zabiło. 

-

 

Och, ci mężczyźni - westchnęła Krystal. 

-

 

Wyobraź  sobie,  że  Travis  King  zaproponował  mu  spółkę.  Gdyby  się  zgodził,  na  pewno 

podpisano by z nim ten kontrakt, ale Sam nie chce nawet o tym słyszeć. 
-

 

Dla Travisa także nie byłoby to najgorsze rozwiązanie - orzekła Krystal.  - Bud mówił, że 

powinien się wycofać z udziału w rodeo, dopóki jeszcze żyje. 
-

 

Chciałabym jakoś przekonać Sama, żeby choć spróbował. 

-

 

Zawsze możesz wykorzystać żyrandol. - Krystal puściła oko do przyjaciółki. 

Roni  wybuchnęła  śmiechem.  Jessie  spojrzała  na  swą  nową  mamę,  klasnęła  w  rączki  i  także 
się roześmiała. 
Krystal pewnie uważa, że w łóżku mogę coś z Samem wytargować, pomyślała Roni. Tylko ja 
wiem, że to niemożliwe. Jakże ja teraz spojrzę Samowi w oczy? Jak będziemy teraz żyć? 
Zadzwonił telefon. Krystal podniosła słuchawkę. 

Tak, jest tutaj - powiedziała do telefonu. - Co? Tak. Tak, oczywiście. Powtórzę. 

Z jej miny można było wywnioskować, że stało się coś strasznego. 
-

 

Kto dzwonił? - zapytała zaniepokojona Roni. 

-

 

Angel.  -  Krystal  porwała  Jessie  na  ręce  i  przytuliła  ją  mocno,  jakby  dziewczynce  groziło 

niebezpieczeństwo. -Musisz natychmiast jechać do szpitala. Sam jest ranny. 
-Aj! 
-

 

Nie  udawaj  -  skarcił  Sama  doktor  Hazelton.  -  Wpakowałem  w  ciebie  tyle  środków 

znieczulających, że na pewno niczego nie czujesz. 
-

 

To pan tak uważa - skrzywił się Sam. 

Leżał  na  szpitalnej  kozetce,  a  doktor  zszywał  paskudną  ranę  na  jego  ramieniu.  Po  podłodze 
walały się okrwawione strzępy koszuli. 

Jeszcze przez chwilę leż spokojnie - polecił doktor,- Zaraz skończę. 

Sam zaklął przez zaciśnięte zęby. Wszystko mi się wali na głowę, myślał zły jak osa. Teraz 
jeszcze  i  to  mi  do  szczęścia  potrzebne.  Najgorsze,  że  to  moja  wina.  Zamiast  pilnować  tych 
dwóch  ton  wołowiny  na  przyczepie,  zachciało  mi  się  rozmyślać  o  Roni.  Ta  cała  historia 
mogła się źle skończyć. Dobrze mi tak. Teraz przynajmniej dostałem nauczkę. 
Wciąż jeszcze miał nadzieję, że wczorajsza noc była tylko koszmarnym snem. Nie uważał się 
wprawdzie  za  najlepszego  na  świecie  kochanka,  ale  jak  dotąd  kobiety  nie  skarżyły  się  na 
niego. Zresztą, mówiąc szczerze, Roni także się nie skarżyła. Była cudowna i tak bardzo się 
starała, a on tymczasem tyle wskórał, że się rozpłakała. Wspomnienie tamtej chwili wyrwało 
mu z piersi bolesny jęk. 
-

 

Nie spodziewaj się ode mnie współczucia - ostrzegł go doktor Hazelton. 

background image

-

 

Jeszcze pan nie skończył? 

-

 

Właśnie skończyłem. Masz najpiękniejszy szew, jaki w życiu widziałem. Za parę miesięcy 

nie będzie po nim nawet śladu, z czego twoja śliczna żona pewnie się ucieszy. 
-

 

Dzięki, doktorze - mruknął Sam. 

-

 

Nie ma za co, synku. 

-

 

Gdzie on jest? Pozwólcie mi go zobaczyć! - Roni jak burza wpadła do gabinetu. Spojrzała 

na  zakrwawione  resztki  koszuli  męża,  świeże  szwy  na  jego  ramieniu,  zapuchnięte  oko  i  o 
mało nie zemdlała. 
-

 

To tylko tak źle wygląda, Veronico - uspokoił ją pospiesznie doktor Hazelton. 

-

 

O, mój Boże! -jęknęła. 

-

 

Loczku! Nic mi nie jest. - Sam z trudem usiadł na kozetce. 

-

 

Co  się  stało?  -  zapytała  ledwo  dosłyszalnym  szeptem.  Gdyby  doktor  w  porę  nie  podsunął 

jej krzesła, pewnie usiadłaby na podłodze. 
-

 

Stary byk trochę go poturbował - pocieszał ją doktor. - Tylko siedem szwów. Naprawdę nie 

ma się czym przejmować. 
-

 

Mówiłem Angelowi, żeby się nie ważył zawracać ci tym głowy - złościł się Sam. 

-

 

Dobrze zrobił, że mnie zawiadomił. W końcu jestem twoją żoną. 

I  dobrze  się  stało,  że  się  zjawiłaś  -  powiedział  doktor.  Zabierzesz  męża  do  domu  i 

dopilnujesz, żeby przynajmniej dziś nic nie robił. 
-

 

Mam  kupę  roboty.  Au!  -  wykrzywił  się  z  bólu,  gdy  doktor  wbił  mu  w  ramię  igłę 

strzykawki. - Po diabła mi to, doktorze? 
-

 

Zastrzyk przeciwtężcowy. I jeszcze trochę czegoś, co przytępia ból. Już wkrótce naprawdę 

go  poczujesz.  -  Doktor  wręczył  Roni  kilka  buteleczek.  -  Dawaj  mu  po  dwie  tabletki.  To 
ś

rodki przeciwbólowe. I dopilnuj, żeby dużo pił. Stracił sporo krwi. 

Wszystkiego dopilnuję, doktorze. - Roni wciąż jeszcze trzęsły się ręce, ale przynajmniej 

nie była już taka blada. 
-

 

Nie mam czasu na te wszystkie głupstwa - złościł się Sam. 

-

 

Zamknij się wreszcie - powiedziała nie znoszącym sprzeciwu tonem. Wzięła go pod rękę. - 

Chociaż raz w życiu zrobisz dokładnie to, co ci kazano. 

Roni  wsypała  do  żłobu  porcję  owsa.  Poklepała  Diabolo  po  pysku  i  odkręciła  kran.  Woda 
płynęła do poidła, a wsparta o zagrodę Roni podziwiała przepiękny tego dnia zachód słońca. 
Sam  spał.  Angel  wraz  z  robotnikami  pojechał  z  drugą  partią  bydła  i  hydraulicy  też  już  się 
wynieśli. W obejściu było pusto i cicho. Sprzątanie po wymianie rur zajęło Roni trochę czasu, 
ale  odrobina  pracy  fizycznej  pomogła  jej  odreagować  wszystkie  stresy  ostatnich  dwudziestu 
czterech  godzin.  Wymyśliła  nawet  bardzo  pracochłonną  potrawę  na  kolację  i  zajęła  się 
czynnościami gospodarskimi, które zazwyczaj należały do obowiązków Sama. Dopiero teraz, 
kiedy musiała poczekać, aż poidło się napełni, miała dość czasu, żeby zajrzeć w głąb własnej 
duszy, przyjrzeć się prawdzie, którą aż do tej chwili nawet przed sobą skrzętnie ukrywała. 
Mało brakowało, a bym go straciła, myślała przerażona i rozżalona do łez. Nigdy by się nie 
dowiedział, jak bardzo go kocham. 
Oparła głowę na rękach i gorzko się rozpłakała. Widok Sama na szpitalnej kozetce sprawił, że 
wreszcie  przejrzała  na  oczy.  W  jednej  chwili  zrozumiała,  że  mała  Jessie  wprawdzie  podbiła 
jej  serce  i  naprawdę  chciała  stworzyć  dziecku  dom,  ale  prawdziwym  powodem,  dla  którego 
została  żoną  Sama  Prestona,  była  jej  miłość  do  niego.  Szalona  i  namiętna  miłość,  która 
pewnie dawno już mieszkała w jej sercu, a tylko nie miała dotąd okazji, żeby się ujawnić. 
Nic dziwnego, że byłam zazdrosna o jego panienki, myślała Roni. Mój romans z Jacksonem 
pewnie też był skażony tą miłością, bo każdego mężczyznę porównywałam z Samem. No i co 
z tego? On wcale mojej miłości nie potrzebuje. Jestem dla niego tylko przyjaciółką, no i może 

background image

partnerką,  bo  to  w  końcu  ja  dbam  o Jessie.  A  po  wczorajszej  nocy  pewnie  już  nigdy  więcej 
nie zechce mnie widzieć w swoim łóżku. Chlipnęła cicho. 
-

 

O  Boże!  Loczku!  Nie  rób  tego  -  usłyszała  nad  uchem  trochę  drżący  głos  Sama,  a  na 

ramionach poczuła jego ciepłe dłonie. 
-

 

Ty...  -  odwróciła  się  do  niego,  ocierając  wierzchem  dłoni  spływające  po  policzkach  łzy.  - 

Nie wolno ci wstawać. 
-

 

Nic mi nie jest. - Badawczo przyglądał się żonie. 

-

 

Chcesz jeszcze jedną pigułkę? A może dać ci coś do jedzenia? - Już szła do domu, ale Sam 

ją zatrzymał. 
-

 

Nie, nic mi nie trzeba. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego płaczesz. 

-

 

Całkiem  bez  powodu.  -  Nie  śmiała  spojrzeć  mu  w  oczy.  -  Głupia  jestem  i  tyle.  Muszę 

zajrzeć do kuchni... 
-

 

Nie bój się mnie. - Sam puścił żonę. - Nie będę cię już niepokoił. 

-

 

Nie rozumiem? - wyszeptała. 

-

 

Wiem,  jak  bardzo  cierpiałaś  wczoraj  w  nocy,  Loczku.  A  teraz  jeszcze  to...  -  wymownie 

spojrzał na jej mokre od łez policzki. - Do diabła! Nie mam zamiaru zmuszać cię do czegoś, 
co jest dla ciebie aż takie okropne. Nie mogę patrzeć, jak płaczesz. Naprawdę, nie musisz się 
już martwić... 
-

 

Tak  uważasz?  -  Roni  wreszcie  odzyskała  głos.  -  Ty  głupi  kowboju!  Jak  mogłeś  coś 

podobnego wymyślić? 
A co miałem myśleć? 
-

 

Ten byk mógł cię przecież zabić! - Siłą wstrzymywane łzy znów pociekły jej po policzkach. 

- Nigdy w życiu tak okropnie się nie bałam! 
-

 

Kochanie... - Sam wyciągnął do niej obie ręce. 

-

 

Co ja bym bez ciebie zrobiła - łkała wtulona w jego ramiona Roni. 

-

 

Daj spokój. To tylko małe zadrapanie. 

-

 

Niczego  nie  rozumiesz.  -  Głos  jej  się  załamał.  -  Jak  to  możliwe,  że  ty  niczego  nie 

zauważyłeś? 
-

 

Co miałbym zauważyć? - Sam delikatnie głaskał ją po głowie. 

-

 

Ż

e jestem w tobie zakochana. Do szaleństwa. 

-

 

Boże święty! - wykrzyknął Sam. 

-

 

Nic na to nie poradzę, Sam. Przepraszam cię. Wiem, że ty tego wcale nie potrzebujesz, ale 

ja naprawdę niczego od ciebie nie wymagam. Chcę tylko być przy tobie. To wszystko. 
-

 

Donikąd się nie wybieram. 

-

 

Nie  masz  wobec  mnie  żadnych  zobowiązań  -  zapewniła  go  pospiesznie.  -  Nie  musisz 

kłamać. Wiem, że mnie chciałeś. Przynajmniej do wczoraj... 
-

 

Myślisz, że coś się w tej sprawie zmieniło? 

-

 

Przecież powiedziałeś... 

-

 

Stanowczo za dużo gadasz, kobieto. 

Sam  przytulił  ją  do  siebie  i  mocno  pocałował.  Roni  z  radością  poddawała  się  jego 
pieszczotom,  zapominając  o  przeżywanym  w  ciągu  ostatniej  doby  bólu.  Kiedy  wreszcie 
oderwali się od siebie, żadne z nich nie mogło złapać tchu. Dopiero po  chwili Roni poczuła 
pod stopami zimną wilgoć. 

Woda! - zawołała. 

Sam  jednym  ruchem  zakręcił  kran  przy  poidle.  Porwał  żonę  na  ręce  tak  szybko,  że  aż 
syknęła. 
-

 

Uważaj, Sam... Szwy. 

-

 

Jak  mnie  zaboli,  to  będę  klął.  -  Usiadł  na  ogrodzeniu,  a  żonę  posadził  sobie  na  kolanach. 

Zdjął jej sandały i obie ubłocone nogi Roni zanurzył w poidle. 
-

 

Co ty wyprawiasz? 

background image

-

 

Myję ci nogi. - Dłoń Sama zawędrowała na jej kolano, a potem posuwała się coraz wyżej, 

aż do uda. 
-

 

Tak właśnie myślałam - westchnęła. - Chyba mi się to podoba. 

-

 

Mnie też. - Sam znów ją pocałował. A kiedy niecierpliwe dłonie żony wsunęły się pod jego 

pasek od spodni, ostrzegł: - Nie tak szybko. 
-

 

Pragnę cię, Sam - wyszeptała Roni, pozbawiona już teraz wszelkich skrupułów. 

-

 

Bogu niech będą dzięki. 

Z  żoną  na  rękach  zeskoczył  z  ogrodzenia.  Zaniósł  ją  do  stodoły  i  postawił  przy  drewnianej 
ś

cianie.  Rozplótł  jej  warkocz,  palcami  rozczesał  włosy,  całując  ją  przy  tym  i  pieszcząc  bez 

opamiętania. 
-

 

Ależ ty jesteś piękna - westchnął. 

-

 

Ty też. - Pospiesznie zdjęła z niego koszulę. - Piękny mężczyzna, cały w bliznach... 

Kochali  się  na  miękkim,  pachnącym  sianie,  kochali  się  do  szaleństwa,  do  utraty  tchu  i 
zmysłów. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

-

 

Ma pani taką zadowoloną minę, pani Preston. - Sam uśmiechnął się do żony. 

-

 

Naprawdę? - Roni nie chciało się otwierać oczu. Dobrze jej było i nawet poranne słońce nie 

mogło jej wygonić z małżeńskiego łoża. 
-

 

Widzę, że ci się podobało? - zapytał rozbawiony jej zachowaniem Sam. 

-

 

Przypominam,  panie  Preston.  -  Roni  przesunęła  dłonią  po  płaskim  brzuchu  męża  -  że 

wszystko to zawdzięcza pan wyłącznie sobie. 
-

 

Jest pani bezwstydna, madame. - Trzęsąc się ze śmiechu, chwycił ją za rękę. 

-

 

Powinieneś się z tego cieszyć - roześmiała się Roni. 

-

 

Pewnie, że się cieszę. 

Pochylił się nad nią i mocno ją pocałował. Dziękował w duchu Bogu za tę kobietę, która tak 
go zadziwiła i którą wciąż nie mógł się nasycić. Idealnie do siebie pasowali. Kochali się całe 
popołudnie i prawie całą noc. Z zapałem nadrabiali niepowodzenia poporzedniego wieczoru. 
Mieli  przed  sobą  wspaniałą  przyszłość.  Samowi  było  tylko  trochę  przykro,  że  nie  będzie  w 
stanie pokochać żony tak, jak ona jego kochała. Pocieszał się jedynie, że da jej w zamian tyle 
miłości fizycznej, ile tylko ona zdoła znieść. 

Jeśli zaraz nie przestaniesz, to żadne z nas nie będzie mogło wstać z łóżka - westchnęła 

Roni około południa. 
-

 

O mało mnie nie okaleczyłaś... - Sam wstał, z trudem dowlókł się do drzwi, co wywołało 

wybuch śmiechu Roni. - Tylko nie myśl, że się skarżę. 
-

 

Mam nadzieję, że ta nasza... działalność ci nie zaszkodziła - zaniepokoiła się Roni, patrząc 

wymownie na biały bandaż, ostro kontrastujący z opalonym ramieniem Sama. 
-

 

Miałem ważniejsze sprawy na głowie. Idziesz ze mną pod prysznic, Loczku? 

-

 

Nie  kuś  -  uśmiechnęła  się  do  niego,  szczęśliwa  ponad  wszelką  miarę  Roni.  Z  ciężkim 

westchnieniem sięgnęła po słuchawkę telefonu, który akurat w tej chwili musiał zadzwonić. - 
To pewnie Krystal. Będzie chciała wiedzieć, co z tobą... 
-

 

Powiedz  jej,  że  spędzam  z  tobą  fantastyczny  miesiąc  miodowy.  A  może  uda  ci  się  ją 

namówić, żeby wzięła Jessie na jeszcze jedną noc? 
-

 

Idź wreszcie do tej łazienki - roześmiała się Roni. -I weź zimny prysznic. 

-

 

I  tak  mi  nie  pomoże  -  szepnął,  pochylając  się  nad  żoną  i  całując  ją  namiętnie  w  usta.  - 

Uwielbiam się z tobą kochać. 
Wyszedł wreszcie z pokoju, ale Roni nie mogła tak od razu dojść do siebie. To, co zdarzyło 
się między nimi tej nocy, było wspaniałe i napełniało ją niewypowiedzianą radością, mimo że 
ani  razu  nie  usłyszała  od  Sama  słowa  „kocham".  Jego  czułe  pieszczoty  i  gorące  pocałunki 
lepiej niż słowa wyrażały najintymniejsze uczucia. Rozstanie z pierwszą żoną było dla niego 
strasznym przeżyciem. Nic więc dziwnego, że tym razem nie spieszył się z deklaracjami. 
Na szczęście mamy mnóstwo czasu, pomyślała Roni. 
Jestem  pewna,  że  któregoś  dnia  Sam  wypowie  wreszcie  to  słowo,  które  tak  bardzo  pragnę 
usłyszeć. 
Telefon zabrzęczał ponownie. Roni podniosła słuchawkę. 
-

 

Halo? Cześć, mamo. 

-

 

Wszystko w porządku, Veronico? - zapytała matka. - Masz taki zmieniony głos. 

-

 

Wszystko w porządku, mamo. - Czerwona jak burak Roni podparła sobie plecy poduszką. 

-

 

Sam i mała zdrowi? 

-

 

Zdrowi, zdrowi. Jak do nas przyjedziesz, sama zobaczysz, jak Jessie urosła. 

-

 

Jinks  chciałby  przyjechać  na  rodeo.  Zatrzymalibyśmy  się  w  naszym  starym  domu.  Jeśli, 

oczywiście, nie masz nic przeciwko temu. 
Roni  nasłuchiwała  dobiegającego  z  łazienki  śpiewu  Sama.  Fałszował.  Pomyślała  sobie,  że 
każdy  cent,  który  zapłaciła  Cutlerowi  za  wymianę  rur,  wart  był  tej  radości,  że  można  sobie 

background image

bezpiecznie  stać  pod  prysznicem  i  śpiewać.  Pożałowała,  że  nie  poszła  razem  z  mężem  do 
łazienki. 
-

 

Roni, jesteś tam? - zapytała ją matka. - Pytam o rodeo. 

-

 

Czy to już w tym tygodniu? - Roni zebrała w końcu rozbiegane myśli. 

Nie  wmawiaj  mi,  że  zapomniałaś  o  najważniejszym  wydarzeniu  w  miasteczku.  Ostatnio 
zupełnie tracisz głowę. 
Jestem trochę zajęta, mamo. 
Wyobrażam sobie. Ten twój Sam to przystojny mężczyzna. 
-  Mamo! 
-  Dajże  spokój,  Veronico  Jean  -  obruszyła  się  matka.  Nie  byłabyś  moją  córką,  gdybyś  nie 
zrobiła wszystkiego dla mężczyzny, który nie tylko cię uwielbia, ale jeszcze to okazuje. Jesteś 
szczęśliwa, kochanie? 
-

 

Tak, mamo - Roni uśmiechnęła się do słuchawki. - Obłędnie szczęśliwa. 

-

 

To dobrze. Bo tak właśnie powiedziałam Jacksonowi. 

-

 

Słucham? 

-

 

Ten śmierdzący skunks znów cię szukał. Ośmielił się do mnie zadzwonić. 

-

 

Czego chciał? - zapytała Roni. 

-

 

Chodziło  o  jakiś  projekt,  który  mu  zrobiłaś.  Chyba  do  filmu  „Łzy  Apacza".  Twoja 

scenografia wpadła komuś w oko i producent chce, żebyś pracowała z nimi przy następnym 
filmie. 
-

 

Zgadza  się.  To  całkiem  w  stylu  Jacksona  -  żachnęła  się  Roni.  -  Zawsze  tak  kręci,  żeby 

dostać coś za nic. 
-

 

No, nie wiem - mruknęła matka. - Przynajmniej raz wypowiedział słowo „zaangażować" i 

wydawało mi się, że ma nóż na gardle. 
-

 

To jego problem. Nie mam zamiaru znów wyciągać Jacksona z opresji. Zresztą do mnie nie 

dzwonił. 
-

 

Nie chciałam mu dać numeru Sama, zanim nie uzgodnię tego z tobą. 

-

 

Dzięki, mamo. Nie życzę sobie, żeby Jackson tu dzwonił. 

-

 

Obiecałam mu, że jeśli zechcesz, to zostawię ci numer jego telefonu. 

-

 

Nie chcę. Ale gdyby przypadkiem jeszcze raz do ciebie dzwonił, to możesz mu powiedzieć, 

ż

e  się  zgadzam.  Wymyśl  jakąś  astronomiczną  sumę  i  każ  mu  się  skontaktować  z  moim 

agentem. O ile znam Jacksona, to cała sprawa na tym się zakończy. 
-

 

Wiedziałam,  że  jesteś  mądrą  dziewczynką  -  w  słuchawce  dał  się  słyszeć  tubalny  męski 

głos. 
-

 

Jinks kazał cię pozdrowić. Do zobaczenia w sobotę. 

-

 

Do zobaczenia. 

Zamyślona  Roni  niewidzącymi  oczami  wpatrywała  się  w  przestrzeń.  Powrót Jacksona  Diala 
do jej życia był ostatnią rzeczą, jakiej mogła się spodziewać. 
-

 

Jakiś kłopot? - Owinięty ręcznikiem Sam stanął w drzwiach sypialni. 

-

 

Co?  -  Roni  w  jednej  chwili  podjęła  decyzję.  Jej  nowy  romans  z  Samem  był  zbyt  piękny, 

ż

eby  ryzykować  choć  moment  dysharmonii  i  to  z  tak  błahego  powodu,  jak  niepoważna 

propozycja  złożona  przez  niepoważnego  człowieka.  -  Nie,  żaden  kłopot.  Mama  dzwoniła. 
Przyjadą z Jinksem na rodeo. 
-

 

Fajnie. Już się za nimi stęskniłem. 

-

 

Sam? - Roni posłała mężowi najniewinniejsze na świecie spojrzenie. - Czy podczas parady 

będę mogła pojechać na Diabolo? 
-

 

Czyś ty oszalała? - przeraził się Sam. - O, nie! Nic z tego nie będzie - skwitował kuszący 

uśmiech żony. 
-

 

Co ci jest, kowboju? Boisz się ubić ze mną interes? 

background image

-

 

Owszem,  boję  się.  Zawsze  uważałem  cię  za  niebezpieczną  kobietę.  -  Oczy  mu  zalśniły. 

Zrzucił  opasujący  mu  biodra  ręcznik  i  podszedł  do  łóżka.  -  Dobrze,  że  ja  lubię 
niebezpieczeństwo. 

Coroczne rodeo we Flat Fork rozpoczęło się paradą, którą poprowadziła orkiestra miejscowej 
szkoły.  Przy  głośnych  dźwiękach  melodii  „Żółta  róża  z  Teksasu"  maszerowali  członkowie 
wszelkich możliwych klubów oraz organizacji szkolnych, kościelnych i handlowych. Za nimi 
na wszelkiej maści koniach jechali chłopcy i dziewczyny poubierani i poprzebierani tak, jak 
komu  tylko  przyszło  do  głowy.  Na  czele  tej  konnej  kawalkady  na  przebierającym  nogami 
Diabolo  jechała  dumnie  wyprostowana  Roni.  Była  uszczęśliwiona.  Nie  potrzebowała,  jak 
inne kobiety, róż ani kosztownej biżuterii. Dosiadanie najcenniejszego, ukochanego ogiera ze 
stadniny  Sama  było  dla  niej  dowodem  największego  poświęcenia  i  najczulszej  małżeńskiej 
miłości.  Rozglądała  się  po  zebranym  tłumie.  Od  razu  zauważyła  wysokiego  blondyna  w 
takim  samym  jak  jej  własny  kowbojskim  kapeluszu.  Sam  trzymał  na  ręku  śliczną  rudą 
dziewczynkę,  także  ubraną  w  kowbojską  koszulę  i  kapelusz,  miniaturkę  tego,  jaki  miał  na 
głowie jej ojciec. Obok  nich stała Carolyn z Jinksem i ozdobiony ogromną wiązką balonów 
dziecięcy wózek. 

Jessie! - Roni pomachała córeczce ręką. 

Sam pokazał małej, gdzie ma szukać mamusi. Jessie najpierw niepewnie pokiwała rączką we 
wskazanym kierunku, a potem posłała matce najgorętszego całusa. 

Ja też cię kocham, skarbie - zawołała do niej Roni.- Do zobaczenia na jarmarku. 

Sam skinął głową na potwierdzenie, że udało jej się przekrzyczeć wrzawę. Podniósł kciuk do 
góry, życząc żonie szczęścia. 
Parada posuwała się przez miasto w stronę areny, na której miało się odbyć rodeo. Wszędzie 
panował radosny nastrój, a Roni nie mogła się już doczekać spotkania z mężem. Mieli przed 
sobą  cudowny  dzień.  Przez  cały  tydzień  poprzedzający  rodeo  zarówno  Sam,  jak  i  wszyscy 
jego  pracownicy  mieli  pełne  ręce  roboty.  Buzz  Henry  zadowolony  był  z  dostaw  i  Sam  miał 
uzasadnioną nadzieję, że jednak podpisze z nim kontrakt na stałe dostawy. Wreszcie mógł 
odetchnąć i choć jeden dzień spędzić beztrosko na łonie rodziny. 
Przy  wjeździe  na  teren  rodeo  zrobił  się  nagle  ścisk,  tłok,  słychać  było  krzyk  i  wycie 
klaksonów. Szyk pochodu się załamał. Każdy wędrował już w swoją stronę. 
Roni  cmoknęła  na  ogiera  i  uderzyła  go  lekko  piętami,  kierując  Diabolo  tam,  gdzie  stała  ich 
furgonetka  z  przyczepą  do  przewozu  Roni.  Ale  Diabolo,  który  podczas  parady  zachowywał 
się  jak  dżentelmen,  nagle  czegoś  się  przestraszył.  Roztańczył  się  tak,  że Roni  panowała  nad 
nim z coraz większym trudem. Nagle przejechał obok nich samochód z głośnikiem na dachu. 
Przerażony  Diabolo  przestał  w  ogóle  reagować  na  polecenia  amazonki.  Obracał  się  w 
miejscu,  stawał  dęba  i  Roni  była  pewna,  że  ogier  za  chwilę  zrzuci  ją  z  siodła.  Na  szczęście 
jakiś  jeździec  na  szarym  koniu  pewnie  złapał  konia  za  uzdę.  Diabolo  w  mgnieniu  oka  się 
uspokoił. 
-

 

Nic ci się nie stało? 

-

 

Nic.  Serdeczne  dzięki.  -  Roni  podniosła  głowę.  To  Travis  King  ją  uratował.  -  Cześć, 

Travis! Jak się masz? 
-

 

Cześć,  Roni.  -  Travis  zsunął  z  czoła  kapelusz  gestem,  jakim  zwykli  witać  się  kowboje.  - 

Mogłoby być lepiej, ale i tak nie mam prawa narzekać. Dokąd jedziesz? 
-

 

Tu zaraz jest nasz samochód - Roni wskazała stojącą nie opodal furgonetkę Sama. 

Travis puścił uzdę ogiera, ale nie odjechał, tylko odprowadził Roni na miejsce. 
-

 

Nie  wiem,  jak  mam  ci  dziękować  -  powiedziała  Roni.  -  Sam  nie  dałby  mi  żyć,  gdybym 

spadła z konia. 
-

 

Za silny zwierzak dla takiej drobnej dziewczyny. 

background image

-

 

Sam też tak uważa - skrzywiła się Roni, zsiadając ze swego ogiera. - Chyba ma rację, tylko 

broń Boże nie mów mu, że ja to powiedziałam. 
-

 

Tak, nasz Sam bardzo lubi mieć rację. 

-

 

Znasz  Sama.  -  Roni  tylko  wzruszyła  ramionami,  bo  co  innego  mogła  zrobić,  skoro  oboje 

dobrze  wiedzieli,  że  nie  rozmawiają  o  tym,  co  się  zdarzyło  przed  chwilą,  tylko  o  wypadku 
sprzed dziesięciu lat. 
-

 

Szczęściarz z tego Sama. Założę się, że jesteś dla niego za dobra. 

-

 

A ty jesteś największym komplemenciarzem wśród ujeżdżaczy byków - uśmiechnęła się do 

niego Roni. - Po co tu przyjechałeś? 
-

 

Trochę w interesach, trochę dla rozrywki. 

Widząc  sztywne  ruchy  Travisa,  Roni  przypomniała  sobie,  co  o  jego  odniesionych  w  rodeo 
ranach  mówiła  Krystal.  Musiała  przyznać,  że  choć  zmaltretowany,  Travis  King  był  bardzo 
atrakcyjnym  mężczyzną.  Krążyły  plotki,  że  w  każdym  mieście  ma  kilka  panienek,  gorliwie 
zaciskających za niego kciuki. 
-

 

Flat Fork będzie uszczęśliwione, że prawdziwy bohater raczył się tu pojawić - powiedziała. 

- Dla ciebie to pewnie przyjemne. 
-

 

Też  mi  bohater  -  roześmiał  się  gorzko  Travis.  Widzisz,  jakiś  czas  temu  zaproponowałem 

Samowi spółkę. Powiedz mu, że gdyby zmienił zdanie, to sprawa jest aktualna. 
-

 

Powiem mu, ale... 

-

 

Wiem,  wiem.  Jest  uparty  jak  osioł.  Travis  wskazał  palcem  Diabolo.  -  Trzeba  ci  w  czymś 

pomóc? 
-

 

Nie, dziękuję. Poradzę sobie. Zresztą Sam zaraz tu będzie. 

Wobec tego spadam. Uważaj na siebie. 

Ty też, Travis. 

Roni patrzyła, jak z prawie niezauważalnym trudem dosiadł swego konia. Jak na zbierającego 
laury ujeżdżacza byków był trochę zbyt powolny i odrobinę za sztywny. Roni pomyślała, że 
Travis King powinien stanowczo zmienić zawód. 
Ledwie  skończyła  wycierać  ogiera,  gdy  dołączyła  do  niej  reszta  rodziny.  Zamknęli  konia  w 
przyczepie,  dali  mu  porcję  owsa,  a  sami  poszli  do  Jaycee  na  steki  z  grila.  Potem  wszyscy 
wybrali  się  na  spacer.  Roni  z  matką  pchały  udekorowany  balonami  wózek  Jessie,  a  Jinks  z 
Samem  maszerowali  za  nimi,  zatrzymując  się  od  czasu  do  czasu  przy  stoiskach  z  różnymi 
grami zręcznościowymi. Każdy z nich chciał wygrać jak największego misia dla małej Jessie. 
Gdy obaj mężczyźni rzucali piłkami do butelek po mleku, a uszczęśliwiona Jessie kręciła się 
na karuzeli, Carolyn skorzystała z okazji, żeby przekazać córce najnowsze wieści. 
-

 

Jackson znów dzwonił. 

 

-

 

Powiedziałaś mu to, o co cię prosiłam? 

-

 

Powiedziałam. Nie był uszczęśliwiony. 

-

 

Wiesz, mamo, co jest w tym wszystkim najlepsze? - Roni uśmiechnęła się do matki. - To, 

ż

e kłopoty pana Diala ani trochę mnie nie obchodzą. 

-

 

Wystarczy mieć oczy, żeby zobaczyć, jak bardzo służy ci życie rodzinne. 

-

 

To zasługa Sama. On jest idealny. 

-

 

Tak właśnie powinno być, kochanie. - Carolyn uśmiechnęła się tajemniczo. - Ale pamiętaj, 

proszę, że ten twój Sam jest tylko mężczyzną. Nie powinnaś oczekiwać po nim doskonałości. 
Tylko wtedy się nie rozczarujesz. 
-

 

A ty zawsze musisz się martwić na zapas. To chyba cecha wszystkich matek na świecie. U 

siebie też już ją odkryłam. Nie przejmuj się, mamo. Bardzo dobrze nam się z Samem układa. 
Naprawdę. 

Wiem,  kochanie  -  Carolyn  uściskała  córkę.  -  Zobacz,  to  chyba  Krystal.  Ależ  ci  jej 

chłopcy wyrośli. 

background image

Krystal z Budem i trzema synami dołączyli do towarzystwa. Po kilku jeszcze przejażdżkach 
na  karuzeli  obie  rodziny  usadowiły  się  na  drewnianych  ławkach,  okalających  arenę.  Zapadł 
wieczór. Na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy. 
Rodeo  rozpoczęło  się  odegraniem  hymnu  narodowego.  Potem  były  pokazy  wiązania  bydła, 
walki  byków  i  ujeżdżanie  dzikich  koni. Wreszcie  spiker  poprosił,  aby  zgromadzeni  powitali 
mistrza jazdy na bykach, Travisa Kinga. 
Sam drgnął na widok wchodzącego na arenę Travisa, który machał kapeluszem na powitanie i 
kłaniał  się  publiczności.  Roni  obawiała  się,  że  Travis  zechce  wziąć  udział  w  zawodach,  na 
szczęście jednak tylko wszedł na koronę areny do budki spikera. 
-

 

Travis tak dziwnie się porusza. Zauważyłeś? zapytała Roni, bo nie spodobał jej się zacięty 

wyraz twarzy męża. 
-

 

Pewnie spotkał o jednego byka za dużo. 

-

 

Pomógł  mi  poradzić  sobie  z  Diabolo.  Roni  kołysała  Jessie,  która  robiła  się  coraz  bardziej 

ś

piąca. 

-

 

Daj mi ją. - Sam przytulił do siebie zmęczoną dziewczynkę. 

-  Dlaczego nie chcesz przyjąć jego propozycji!.! zapytała Roni, korzystając z tego, że reszta 
towarzystwa pasjonowała się pokazem ujeżdżania byków. Prosił, żeby ci powiedzieć, iż jest 
aktualna. 
-

 

Wiesz, dlaczego - burknął Sam. 

-

 

Wiem. Zastanawiam się tylko, kiedy wreszcie mu wybaczysz. 

-

 

Już o tym rozmawialiśmy, Loczku. 

-

 

Dobrze,  już  dobrze.  Na  złość  mamie  odmrozisz  sobie  uszy.  Nie  jesteś  aby  za  dorosły  na 

taką dziecinadę? Szczególnie że Lazy Diamond potrzebuje pomocy. 
-

 

Pozwól, że ja się zajmę tą sprawą. 

-

 

Nie pozwolę! Zapomniałeś, że jesteśmy wspólnikami. 

-

 

Nawet więcej - roześmiał się cicho. - Szczególnie od kilku dni. 

-

 

Nie  chodzi  mi  o  łóżko  -  syknęła  czerwona  jak  pomidor  Roni.  -  W  końcu  ja  też  jestem 

członkiem  tej  rodziny.  Jeśli  naprawdę  uważasz  mnie  za  partnerkę,  to  muszę  mieć  prawo 
głosu. 
-

 

Moim zdaniem my już jesteśmy najprawdziwszą na świecie rodziną. 

-

 

Ale... 

Sam  nie  pozwolił  jej  dokończyć.  Pochylił  się  i  pocałował  żonę  w  usta.  Jak  na  zwyczaje 
skrytego Sama Prestona takie zachowanie w miejscu publicznym było absolutnie wyjątkowe. 
-

 

No,  no  -  przerwał  im  kpiący  głos  Krystal.  -  Dzieci  patrzą.  Powinniście  dawać  im  dobry 

przykład. 
-

 

No właśnie, Sam - zażartował Bud. - Pokaż mi, jak to się robi. Tak? 

Bud  głośno  pocałował  swoją  żonę,  wzbudzając  wesołość  całego  towarzystwa.  Rozmowa 
zeszła na tematy obojętne i Roni nie mogła kontynuować tematu. Ale upór Sama nie dawał jej 
spokoju.  Choć  stali  się  sobie  bardzo  bliscy,  Roni  czuła,  że  mąż  nic  chce  dopuścić  jej  do 
swoich tajemnic, jakby nie miał do niej zaufania albo się czegoś obawiał. 
Bardzo  ją  to  bolało.  Ona  ufała  Samowi  jak  sobie  samej.  Wiedziała,  że  zawsze  może  na  nim 
polegać, ale nieufność męża przeszkadzała jej bardziej, niż się spodziewała. 
Popłakiwanie Jessie sprowadziło Roni z powrotem na ziemię. 

Trzeba by ją położyć do łóżka - powiedziała. - Zawiozę małą do domu. 

Pożegnali  się  z  resztą  towarzystwa.  Sam  odprowadził  swoje  panie  na  parking  i  pomógł 
wsadzić Jessie do samochodu. 
-

 

Diabolo  przywiozę  potem  -  powiedział  Sam.  -  Mogę  wrócić  późno.  Chciałbym  jeszcze 

zamienić kilka słów z Buzzem. 
-

 

Myślisz, że zechce dziś podjąć decyzję? 

background image

-

 

Mam nadzieję, że już to zrobił. Z korzyścią dla  Lazy  Diamond. A nawet jeśli nie, to i tak 

nie dopuszczę do tego, żeby mi Travis wchodził w paradę. 
-

 

Och, Sam - westchnęła niezadowolona Roni, wsiadając do samochodu. 

-

 

Nie  mam  nastroju  na  jeszcze  jeden  wykład.  -  Powiedział  to  tak  niegrzecznie,  że  Roni 

poczuła się dotknięta. 
Wytłumaczyła  sobie,  iż  mąż  jest  zmęczony  i  że  nie  jest  to  najlepszy  moment  na 
rozwiązywanie  małżeńskich  problemów,  a  tym  bardziej  na  przełamywanie  zadawnionej 
nienawiści do Travisa Kinga. 

Jak sobie chcesz - mruknęła. 

Chyba  nikt  na  świecie  nie  ma  tak  parszywego  szczęścia,  myślał  ponuro  Sam.  Wyłączył 
samochodowe radio, z którego płynęła smętna melodia country. Klął przez całą drogę, dopóki 
nie  zajechał  przed  stajnię  w  Lazy  Diamond.  Tylko  w  jednym  pokoju  w  domu  paliło  się 
ś

wiatło.  Samowi  na  ten  widok  ścisnęło  się  serce.  Nie  miał  pojęcia,  jak  opowiedzieć  Roni  o 

tym,  co  go  spotkało.  Wszystkie  jego  nadzieje  obróciły  się  w  pył.  Wciąż  dźwięczały  mu  w 
głowie słowa Buzza Henry: Przykro mi Sam, ale w tym roku będę pracował z Kingiem. Może 
w następnym sezonie... 
Tylko Sam wiedział, że do następnego sezonu Lazy Diamond może nie przetrwać. Wypuścił 
Diabolo z przyczepy. Przytulił głowę do szyi zwierzęcia. Czuł się jak zdrajca. 
- Przykro mi, staruszku - powiedział cicho. - Mar Henderson od lat mnie błaga, żeby mu cię 
sprzedać. Teraz chyba muszę to zrobić. 
Wprowadził  konia  do  zagrody  i  zamknął  furtkę.  Ta  prosta  z  pozoru  czynność  zmęczyła  go 
bardziej niż ostatni bardzo pracowity tydzień. Przysłowie mówi, że przeciwności losu czynią 
człowieka silniejszym, ale Sam był już bardzo zmęczony. Dość miał nieustannych trudności, 
borykania się z losem. Jedyny problem w tym, że nie mógł rzucić wszystkiego i odejść. Lazy 
Diamond to było całe jego życie. 
Teraz to już nie tylko moje życie, przypomniał sobie. Mam jeszcze żonę i córkę. Nie pozwolę 
na  to,  żeby  Roni,  która  tak  się  dla  mnie  poświęcała,  poszła  razem  ze  mną  z  torbami.  Boże 
mój,  co  ja  mam  jej  powiedzieć?  Ależ  mnie  przyparło  do  muru.  Trzeba  będzie  coś  sprzedać, 
ograniczyć wydatki. Ale co? Jakie wydatki? Co robić? Co robić? 
Roni siedziała przy kuchennym stole, wpatrzona w jakiś dziwny list. Miała na sobie jedną ze 
swoich  jedwabnych  koszulek  i  Sam  pomyślał,  że  pewnie  nie  ma  pod  nią  biustonosza. 
Usłyszawszy kroki męża, podniosła głowę. 
Czekałam  na  ciebie...  -  uśmiechnęła  się  do  niego.  Ponura  mina  Sama  nie  na  żarty  ją 
przeraziła. - Co się stało? 
Sam  skrzywił  się.  Tak  bardzo  się  starał  pokazać  żonie  kamienną  twarz,  oszczędzić  jej 
zmartwień.  Tymczasem  okazało  się,  że  nie  potrafi  mieć  przed  nią  tajemnic.  Roni  czytała  w 
jego duszy jak w otwartej książce. 

Nie podpisałem tego kontraktu. Buzz powiedział, że wybrał Travisa Kinga. 

Zamiast  słów  pocieszenia,  których  się  spodziewał,  usłyszał  od  Roni  coś,  czego  w  żadnym 
wypadku spodziewać się nie mógł. 

No, to problem sam się rozwiązał - powiedziała powoli, zerkając na leżący przed nią list. 

- Jadę do Hollywood. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

-

 

Tak po prostu? - Sam zachwiał się, jakby zainkasował silny cios. 

-

 

Ależ  nie!  -  Roni  dopiero  teraz  zrozumiała,  jak  głupio  zabrzmiały  jej  słowa.  Zerwała  się  z 

krzesła, wymachując trzymanym w dłoni listem. - Zaraz ci wytłumaczę. 
-

 

Co tu tłumaczyć? - Sam wzruszył ramionami. - Pętla na szyi trochę mocniej się zacisnęła, 

więc podwijasz ogon i zwiewasz. Zupełnie tak samo jak Shelly. 
-

 

Nie zasłużyłam sobie na takie traktowanie - odrzekła Roni spokojnie, choć wszystko się w 

niej gotowało. 
-

 

No cóż, przypadkiem okazało się... 

-

 

Zamknij  się  wreszcie!  -  nie  wytrzymała  Roni.  Opanowała  się  z  trudem  i  powoli,  jak 

upartemu  dziecku  zaczęła  tłumaczyć:  -  Zaproponowano  mi  pracę.  Bardzo  dobrze  płatną 
pracę. Te pieniądze postawią Lazy Diamond na nogi. Ale żeby je zarobić, muszę pojechać do 
Kalifornii. Bądź więc łaskaw odszczekać to, co przed chwilą powiedziałeś. 
-

 

Co to za praca? - zapytał podejrzliwie. - Co masz tam robić i dla kogo? 

Scenografię do nowego filmu. Dla mnie to fantastyczna szansa zawodowa. Producent chciał, 
ż

ebym  to  właśnie  ja  zrobiła  tę  scenografię,  więc  mój  agent  zażądał  astronomicznego 

wynagrodzenia... Pokazała mu wymienioną w liście sumę, która wciąż jeszcze ją zadziwiała i 
która z pewnością uratowałaby Lazy Diamond. - Chyba Pan Bóg nam to zesłał. I to w samą 
porę. 
-

 

Z kim będziesz pracować? 

-

 

No cóż... - zawahała się Roni. Bała się przekazać mężowi tę informację. - Z Jacksonem. 

-

 

Z Jacksonem Dialem? Z twoim byłym narzeczonym? - upewnił się Sam. - Czy ty naprawdę 

myślisz,  że  ja  się  na  to  zgodzę?  Oszalałaś?  On  chyba  zresztą  też.  Nie  ma  mowy.  Wybij  to 
sobie z głowy. I koniec dyskusji. 
-

 

Sam, to nie ma sensu. 

-

 

Jeśli ci się wydaje, że pozwolę własnej żonie uciec z jej dawnym kochankiem, to... 

-

 

Dobrze wiesz, że Jackson jest dla mnie nikim! -krzyknęła  rozwścieczona Roni. Potrząsała 

przed  jego  oczami  rozłożonym  listem.  -  Widzisz?  To  jest  wyjście.  Nie  możesz  tego 
zrozumieć? 
-

 

Na  miłość  boską!  -  Podarł  list  i  rzucił  strzępki  na  podłogę.  -  Potrafię  sobie  poradzić  sam, 

bez łaski Jacksona Diala. 
-

 

To nie jest żadna łaska - oburzyła się Roni. - Jestem dobra w swoim zawodzie. Biją się o 

mnie i, co najważniejsze, dużo zapłacą. Jeśli chcesz wiedzieć, to Jackson wcale nie jest tym 
zachwycony.  Na  jego  nieszczęście  „Łzy  Apacza"  zdobyły  wszystkie  możliwe  nagrody  za 
scenografię i teraz producent żąda, żebym to ja i tym razem zrobiła projekt. 
-

 

Jak to dobrze się składa - żachnął się Sam. 

-

 

On mnie błaga, żebym z nim pracowała. Tak bardzo mu zależy, że po raz pierwszy odkąd 

go  znam,  proponuje  mi  pieniądze.  Po  tylu  zmarnowanych  dla  niego  latach  mam  wreszcie 
szansę na rewanż. Nie zmarnuję tej szansy. 
-

 

Założę  się,  że  teraz,  kiedy  przekonał  się,  jakim  jesteś  skarbem,  zechce  cię  wynagrodzić 

także w innej dziedzinie. Jaka szkoda, że wyszłaś za mąż. 
-

 

Jeszcze raz usłyszę podobną głupotę - ostrzegła go Roni - a rzucę w ciebie czymś ciężkim. 

Przysięgam. 
-

 

Bardzo  cię  proszę.  Nie  myśl  sobie  tylko,  że  dam  się  nabrać  na  te  bajki  o  karierze 

zawodowej i o pomaganiu byłemu kochankowi, który podobno nic już dla ciebie nie znaczy. 
Jest tylko jeden powód,  dla którego w ogóle zaczęłaś się nad tą propozycją zastanawiać. Po 
prostu  chcesz  tam  pojechać  i  już.  Jasne  jak  słońce,  że  Flat  Fork  nie  może  konkurować  z 
blaskiem Los Angeles. 

background image

-

 

Ty  uparty  ośle!  Dostałam  wspaniałą  szansę  postawienia  na  nogi  tej  twojej  farmy.  Mam  z 

niej zrezygnować tylko dlatego, że ty tak chcesz? 
-

 

Już ci mówiłem, że sam sobie poradzę. 

-

 

Ciekawe  jakim  cudem?  -  Roni  tak  się  zirytowała,  że  przestała  panować  nad  sobą.  -  Twój 

ośli upór nie pozwolił ci na spółkę z Travisem. I co? Kontrakt diabli wzięli! Nie sprzedasz ani 
kawałka  ziemi,  ani  jednej  akcji,  bo  pokazałbyś  ludziom,  że  przegrałeś,  a  na  to  jesteś  zbyt 
dumny. Nie masz ani ciężarówki, ani kredytu w banku. Jak chcesz utrzymać żonę i dziecko? 
Co zrobi ta twoja cholerna duma, kiedy bank położy łapę na Lazy Diamond? 
-

 

Dosyć! 

-

 

Przykro jest słuchać prawdy, co? 

-

 

Powiedziałem: dosyć. 

Mnie też jest przykro - głos Roni zadrżał. – Przykro mi, że nie traktujesz mnie jak równego 
sobie  partnera.  Mogę  nam  pomóc.  Chcę  pomóc.  Nie  rozumiesz,  że  Lazy  Diamond  dla  mnie 
też wiele znaczy? Moje honorarium uratuje farmę. Staniemy na nogi. 
-

 

Nie  takim  kosztem.  Zresztą  nie  wierzę,  że  naprawdę  zdecydowałabyś  się  tak  po  prostu 

zostawić Jessie. 
-

 

Mogę ją zabrać ze sobą. 

-

 

Nie ma mowy! 

-

 

Zgadzam się z tobą, że nie byłoby zbyt mądrze znów zabierać małą z domu, do którego się 

przyzwyczaiła.  Będzie  mi  jej  bardzo  brakowało,  ale  wyjadę  tylko  na  kilka  tygodni.  Nie 
rozumiesz, Sam? Nie mogę odrzucić takiej szansy. Musisz mi pozwolić. 
-

 

Nie muszę. 

-

 

Naprawdę uważasz, że masz jeszcze jakieś wyjście? - Roni z trudem wstrzymywała łzy.  - 

Proszę cię, Sam... 
-

 

Raz powiedziałem i koniec. Nie martw się. Wymyślę coś. Nie mam zamiaru liczyć na twoją 

szczodrobliwość ani tym bardziej sprzedawać cię takim typom jak Jackson Dial. Pożałujesz, 
jeśli mnie nie posłuchasz. 
Wypadł  z  domu,  głośno  trzaskając  drzwiami,  a  Roni  wybuchnęła  głośnym  płaczem.  Nie 
mogła zrozumieć, dlaczego Sam tak gwałtownie sprzeciwił się jej zamiarom. 
Co się z nim dzieje? myślała. Czy on nie rozumie, że chcę mu pomóc? A może wcale nie o to 
chodzi? Przecież w końcu to ja zaproponowałam mu małżeństwo. Doprowadziłam do tego, że 
zaczął ze mną sypiać i domagam się, aby zrobił mi miejsce w swoim sercu i w swoim życiu. 
Ależ  byłam  pewna  siebie.  Przekonana,  iż  w  końcu  mnie  pokocha,  że  jestem  mu  tak  samo 
potrzebna, jak on mnie. 
Dopiero teraz zrozumiała, że są w życiu Sama obszary, na które nigdy nikogo nie wpuści, a w 
jego  duszy  miejsca  święte,  do  których  nikt  nie  ma  dostępu.  W  głębi  serca  Roni  wiedziała, 
dlaczego  tak  jest.  Sam  jej  nie  kochał.  Pożądał,  szanował,  być  może  nawet  podziwiał,  ale  na 
pewno nie kochał. A co gorsza, nie mogła nic zrobić, żeby ten stan rzeczy zmienić. 
Czy  coś jest ze mną nie  w porządku? myślała zrozpaczona. Dlaczego nie potrafię  wzbudzić 
uczucia  w  mężczyźnie,  na  którym  naprawdę  mi  zależy?  Może  to  jakaś  wada  genetyczna? 
Albo przyciągam mężczyzn, którzy nie są zdolni do miłości? Przyjaźniliśmy się z Samem, to 
prawda.  Ale  dlaczego  nie  potrafiłam  przewidzieć,  iż  to  mi  nie  wystarczy?  I  że  tak  bardzo 
będzie bolało... 
Roztrzęsiona, zapłakana Roni powlokła się do sypialni. Długo jeszcze łkała w poduszkę, aż 
wreszcie, zmęczona, zasnęła. Obudził ją dotyk dłoni Sama. 

Och, Sam, nie chciałam... 

Pocałował ją w usta, jakby w ten sposób chciał zmusić żonę do milczenia. Po chwili nie tylko 
mówić, nie tylko myśleć, ale i oddychać już nie mogła. 

background image

Sam siedział przy stole jak gdyby nigdy nic, uśmiechał się do Carolyn i zastanawiał się, jak 
długo jeszcze wytrzyma tę ceremonialną atmosferę niedzielnego obiadu z teściami. 
W  kawiarni  Rosie  pełno  było  ludzi,  którzy  właśnie  wyszli  z  kościoła.  Doskonała  kuchnia 
przyciągała gości o każdej porze dnia. W ogóle byłoby wspaniale, gdyby nie malujący się w 
oczach Roni smutek. 
-

 

Uważaj,  żeby  się  nie  zakrztusiła  -  ostrzegła  Carolyn,  widząc,  jak  Roni  próbuje  namówić 

dziecko na jeszcze jedną łyżkę ryżu z sosem. 
-

 

Ona to uwielbia, mamo. Zobacz. - Roni wpakowała do małej buzi kolejną porcję jedzenia. 

-

 

Macie ochotę na kawę? - zapytał Jinks, rozglądając się za kelnerką. -- Ty też się napijesz, 

Sam? 
- Nie, dziękuję - odrzekł grzecznie Sam. 
Bardzo  lubił  swoich  teściów,  ale  tym  razem  chciał  się  ich  jak  najprędzej  pozbyć.  Nie 
wiedział, jak długo jeszcze uda mu się zachować spokój. Roni nie odezwała się do niego tego 
dnia ani słowem i nawet jednym spojrzeniem go nie zaszczyciła. On tymczasem był święcie 
przekonany,  że  poprzedniej  nocy  wszystko  rozstrzygnęli  i  Roni  przestała  sobie  zawracać 
głowę tą głupią pracą dla Jacksona Diala. Nie rozmawiali wprawdzie ze sobą, ale sposób, w 
jaki się kochali, wydawał się Samowi wystarczająco wymowny. Nie rozumiał, dlaczego żona 
zachowuje się tak, jakby wciąż była na niego obrażona. 
Ach,  te  kobiety,  pomyślał.  Spojrzał  tęsknie  na  stolik,  przy  którym  przegadali  z  Roni  tyle 
wieczorów. Wówczas wszystko było takie proste. Nie żałował, że się pobrali. Skądże. Tyle że 
to  bardzo  skomplikowało  sprawy  i  przewróciło  Roni  w  głowie.  Ma  jakieś  dziwne  pomysły, 
oczekuje rzeczy, których nikt nigdy jej nie obiecywał. 
Może  dlatego  jest  dziś  taka  zła,  pocieszał  się  Sam.  Jej  wyobrażenia  zupełnie  nie  mogą  się 
dopasować do szarej codzienności życia na farmie. No cóż, trochę w tym mojej winy. Facet 
musi  spełniać  pewne  warunki,  jeśli  oczywiście  chce  się  uważać  za  mężczyznę.  Trafiła  w 
sedno z tym bankructwem Lazy Diamond, ale nie wie jeszcze, że jestem gotów na wszystko. 
Rzucił ukradkowe spojrzenie na siedzącą obok niego Roni. Wyglądała jak szczęśliwa żona i 
matka  królująca  na  łonie  rodziny.  Tylko  Sam  wiedział,  że  robi  dobrą  minę  do  złej  gry.  Był 
pewien, że przestanie się gniewać, gdy przekona się, że on jednak znalazł sposób uratowania 
farmy. 
To mądra dziewczyna, pomyślał. Przyzwyczai się. Muszę jej tylko dać trochę czasu. 
Muszę mu dać trochę czasu, myślała Roni. Niech ochłonie i przestanie hołdować tym głupim 
męskim  przesądom.  Niestety,  nie  mam  tego  czasu  zbyt  wiele.  Mój  agent  wyraźnie  pisze,  że 
mam mu jak najszybciej dać odpowiedź. 
Roni  wierzyła  w  rozsądek  męża.  Postanowiła  do  rana  nie  zawracać  mu  głowy,  pozwolić  na 
przemyślenie  jej  propozycji  w  spokoju.  Miała  nadzieję,  że  męska  ambicja  Sama  nie 
przeszkodzi  temu,  żeby  jej  mąż  dostrzegł  wreszcie  korzyści  płynące  z  propozycji  żony.  Nie 
wiedziała tylko, co zrobi, jeśli Sam się nie zgodzi na jej wyjazd. 
Roni wytarła pieluszką upapraną sosem buzię Jessie. Ależ ja to dziecko kocham, westchnęła 
w  duchu.  Dlaczego  Sam  nie  może  zrozumieć,  że  czasami  trzeba  się  poświęcić?  Dla  dobra 
rodziny właśnie. 
Nagle coś kazało się jej zastanowić, czy aby na pewno ona, Sam i Jessie tworzą rodzinę, czy 
też  może  to  tylko  ona  tak  uważa.  Przeraziła  się,  że  jej  plan,  który  na  początku  wydawał  się 
prosty i całkiem logiczny, w praktyce spalił na panewce. 
Czy  to  miłość  do  Sama  tak  mnie  oślepiła?  myślała  Roni.  Może  on  nie  potrafi  zdobyć  się 
wobec  mnie  na  szczerość  po  prostu  dlatego,  że  nie  jest  w  całą  tę  sprawę  zaangażowany 
emocjonalnie? Pewnie wciąż traktuje nasz związek jak spółkę i teraz dziwi się, jakim prawem 
wspólnik z najmniejszą liczbą udziałów ośmiela się buntować przeciwko decyzji właściciela 
pakietu kontrolnego. 

background image

Nie była wcale pewna, czy ich wczorajsze zbliżenie miało oznaczać przeprosiny, czy też Sam 
próbował w ten sposób zdobyć nad nią przewagę. Szczerze mówiąc, odpowiedzi na to pytanie 
wolała nie znać. 
- Nic ci nie jest, Veronico? - zapytała szeptem Carolyn. Nic, mamo. Czuję się świetnie. - Roni 
uśmiechnęła  się  do  matki  z  przymusem.  Nie  chciała  wtajemniczać  jej  w  problem,  dopóki 
wspólnie z Samem go nie rozwiąże. - Jestem tylko trochę zmęczona. Ten wczorajszy dzień... 

Tak,  mnie  to  wszystko  też  zmęczyło.  Jinks,  kochanie,  daj  sobie  spokój  z  tą  kawą. 

Musimy jechać. 
Zapłacili rachunek i wyszli na parking. 

Pomachaj babci - pouczyła Roni małą Jessie. 

Dziecko posłusznie pomachało rączką ludziom w odjeżdżającym samochodzie, ale szybko jej 
się to znudziło. Małej zachciało się teraz opieki ojca. 

Ta, ta, ta! - zawołała. 

Ponura mina Sama rozpogodziła się od promiennego uśmiechu Jessie. 
-

 

Ty  mały  łobuzie  -  roześmiała  się  Roni,  podając  dziecko  Samowi.  -  Kiedy  wreszcie 

zaczniesz mówić: mama? 
-

 

W swoim czasie. Jessie jest przecież kobietą - odpowiedział za dziewczynkę Sam. 

-

 

Pewnie  masz  rację.  -  Skrępowanie,  które  na  chwilę  opuściło  Roni,  powróciło  teraz  ze 

zdwojoną siłą. Otworzyła drzwi furgonetki Sama. 
-

 

Loczku. 

-

 

Słucham? - Roni odwróciła się i spojrzała prosto w błękitne oczy męża. 

-

 

Nic  takiego.  -  Sam  zupełnie  zapomniał,  co  chciał  jej  powiedzieć.  -  Jedźmy  już  do  domu. 

Mam mnóstwo roboty. 
Muszę jej dać czas, myślał w drodze do domu. 
Muszę  mu  dać  trochę  czasu,  myślała  Roni,  wpatrując  się  w  trzymające  kierownicę  dłonie 
męża. Jeszcze trochę czasu. 
Ten czas, kiedy koniecznie trzeba było wziąć byka za rogi, wreszcie nadszedł. 

Muszę  dać  Jacksonowi  odpowiedź  -  powiedziała  Roi,  stawiając  przed  mężem  talerz  z 

kanapkami. 
-

 

Znowu  zaczynasz  -  mruknął  Sam,  wbijając  zęby  w  kanapkę  z  indykiem.  -  Znasz  już 

odpowiedź. Nie ma mowy. 
-

 

To nie moja odpowiedź, tylko twoja. 

-

 

Do diabła, Roni... 

-

 

Nie krzycz. Obudzisz dziecko. 

-

 

Nie będziemy znów o tym dyskutować. - Spojrzał na nią stanowczo. - Nie cierpię indyka. 

-

 

Mięso  z  indyka  nie  zawiera  cholesterolu,  kowboju.  Owszem,  będziemy  rozmawiać. 

Spokojnie, bez emocji pogadamy sobie o tym, jak mogłabym nam pomóc wybrnąć z trudnej 
sytuacji finansowej. 
-

 

Możesz sobie gadać. Ja zdania nie zmienię. 

-

 

Czy mam przez to rozumieć, że znalazłeś jakieś inne wyjście? 

-

 

Myślę nad tym. - Sam spuścił oczy. - Mam kupca na Diabolo. 

-

 

Nie, Sam - zaprotestowała Roni. - Tylko nie Diabolo. 

-

 

Mogę wziąć za niego sporo pieniędzy. - Sam odsunął talerz. - Henderson już dawno chciał 

go kupić. 
-

 

Miałeś go zostawić. To najlepszy ogier w twoim stadzie. 

-

 

Cóż, czasami trzeba zmienić plany. 

-

 

Bzdura.  -  Roni  zabrała  się  za  wycieranie  idealnie  czystego  blatu.  -  Nie  musisz  poświęcać 

Diabolo. Zresztą nawet jeśli dużo zapłacą, to i tak nas to nie uratuje. 
-

 

Mówiłem ci już, że to moja sprawa. 

background image

-

 

Niezupełnie.  Żony  innych  mężów  pracują.  Ten  kraj  jest  pełen  rodzin,  w  których  i  mąż,  i 

ż

ona zarabiają pieniądze. W końcu jest nawet takie powiedzenie - spróbowała zażartować - że 

każdy bogaty farmer ma pracującą w mieście żonę. 
-

 

W pobliskim mieście, a nie na końcu świata. I nie dla Jacksona Diala. 

-

 

To jest takie samo zajęcie, jak każde inne. - Roni rzuciła ścierkę. Zerwała przyczepiony do 

lodówki  obrazek,  który  poprzedniego  dnia  namalowała  dla  Jessie.  -  Chcesz  mi  wmówić, 
ż

ebym  nie  próbowała  sprzedać  wydawcy  tej  książeczki  z  bajkami?  A  może  nie  wolno  mi 

przyjąć zlecenia na żadną więcej okładkę? 
-

 

To nie to samo. 

-

 

Dokładnie  to  samo.  Czego  ty  się  tak  boisz?  Uważasz,  że  moje  pieniądze  splugawią  Lazy 

Diamond? 
-

 

To nie ma sensu. - Sam zerwał się od stołu. 

-

 

Owszem,  ma.  -  Roni  patrzyła  na  niego  wyzywająco.  -  Ja  dobrze  wiem,  o  co  ci  chodzi. 

Gdybyś  przyjął  ode  mnie  pieniądze,  musiałbyś  przyznać,  że  mam  prawo  do  tej  farmy  i 
stałabym  się  pełnoprawnym  członkiem  twojej  rodziny.  Czułbyś  się  pewnie  zobowiązany  do 
szczerości wobec mnie. Boisz się otworzyć przede mną, opowiedzieć mi o swoich marzeniach 
i nadziejach. Nie chcesz ryzykować. 
-

 

Zupełnie nie wiem, o czym ty mówisz. 

-

 

Mówię o tym, że wcale nie jesteś zazdrosny o Jacksona. Tobie chodzi tylko o to, żeby nikt 

nie  śmiał  naruszyć  twojego  terytorium,  dzielić  z  tobą  uczuć.  -  Łzy  zabłysły  w  jej  oczach.  - 
Nawet mnie nie chcesz na to pozwolić. 
-

 

Boże mój! Tylko nie płacz. Nie mogę znieść twoich łez. 

-

 

Shelly złamała ci serce i omal nie zrujnowała Lazy Diamond. Ty wciąż zapominasz, że ja 

nie jestem taka jak ona. 
-

 

Nie zapominam. 

-

 

Owszem,  tak.  Przynajmniej  traktujesz  mnie  tak,  jakbym  była  do  niej  podobna.  Trzymasz 

mnie  na  odległość  wyciągniętej  ręki  od  wszystkiego,  co  ma  jakikolwiek  głębszy  związek  z 
tobą i z twoją farmą. 
-

 

Teraz już przesadziłaś. 

-

 

Niczego nie zrozumiałeś. - Roni popatrzyła na niego bezradnie. - Nie ufasz mi. Mieszkasz 

ze mną pod jednym dachem, śpisz w jednym łóżku, ale wciąż się boisz, że pewnego dnia ja 
też wbiję ci nóż w plecy. 
-

 

Mam mnóstwo roboty. 

-

 

Sam! 

-

 

Wrócę na kolację. - Porwał wiszący na kołku kapelusz i wypadł z domu. 

Roni  usiadła  na  krześle.  Dopiero  teraz  zauważyła,  że  pogniotła  rysunek.  Rozłożyła  go  na 
stole, wygładziła, ale obrazka nie dało się już uratować. 
To  koniec,  pomyślała.  Jak  mam  przekonać  Sama,  że  powinien  mi  zaufać?  Wszystkiemu 
winna  ta  jego  przeklęta  duma.  Dlaczego  on  nie  rozumie,  że  ja  go  nie  chcę  złamać,  tylko 
przekonać.  Mam  odrzucić  propozycję  Jacksona,  zaryzykować  ruinę  Lazy  Diamond,  swoje 
małżeństwo i jeszcze na dodatek odrzucić szansę na karierę? Co to za uparty facet! 
Zrezygnowana,  zaczęła  przeglądać  listy,  które  Sam  wyjął  rano  ze  skrzynki.  Między  innymi 
znalazła  też  kopertę  z  nadrukiem  firmy  hydraulicznej  Steve'a  Cutlera.  Otworzyła  list  i 
zamarła.  W  kopercie  był  czek,  który  przed  kilkoma  dniami  wypisała.  Do  czeku  dołączono 
kartkę,  w  której  Steve  raz  jeszcze  przepraszał  Roni  za  bałagan  i  zawiadamiał,  że  Sam  już 
uregulował rachunek. 

Nawet  tego  nie  chciał  ode  mnie  przyjąć  –  jęknęła  Roni.  Rzuciła  czek,  jakby  parzył  jej 

palce. - A niech cię szlag trafi, Samie Preston! Nawet na to mi nie pozwoliłeś! 
W jednej chwili zrozumiała Roni całą złożoność świata. 

 

background image

Odarta ze złudzeń pojęła, że życie nie jest uczciwe, cnota rzadko kiedy bywa nagradzana i że 
marzenia nigdy się nie spełniają. Zrozumiała także, iż ze wszystkich możliwych pozostało jej 
już tylko jedno wyjście. 

Roni się pakowała. 
-

 

Wiedziałem, że postanowisz wyjechać - powiedział Sam, wchodząc do pokoju. 

-

 

Ależ ty jesteś bystry - podniosła wzrok znad walizki. 

-  I tak bardzo lubisz mieć rację. 
Sam zastygł, słysząc od żony jakby echem odbite słowa Travisa, ale nie dał po sobie poznać, 
jak  wielką  przykrość  mu  sprawiły.  Nie  mógł  poznać  własnej  żony.  Roni,  ta  Roni,  którą  tak 
dobrze  znał,  stała  się  obcą  kobietą  w  modnym  stroju,  obowiązującym  na  Zachodnim 
Wybrzeżu. Czerwona suknia, piękna biżuteria zupełnie do Flat Fork nie pasowały. 

Maria  Morales  zajmie  się  Jessie  przez  ten  czas,  kiedy  mnie  tu  nie  będzie.  -  Roni  z 

trzaskiem zamknęła walizkę. 
-  Teraz  obie  są  w  ogródku.  Maria  będzie  przychodzić  rano  i  zostanie  tak  długo,  jak  długo 
będzie  trzeba.  Wieczorem  odlatuję  do  Los  Angeles.  Jak  tylko  dowiem  się,  gdzie  będę 
mieszkać, zadzwonię i zostawię ci numer telefonu. 
-

 

Dlaczego to robisz? 

-

 

Będę  pracować  z  Jacksonem  Dialem,  a  nie  sypiać  z  nim.  -  Z  walizką  w  ręku,  z  dumnie 

podniesioną głową wyszła do kuchni. - I to wcale nie on traktuje mnie jak dziwkę. 
-

 

Co to wszystko ma znaczyć? - Sam ani na krok nie odstępował żony. 

-

 

Odpłacam ci pięknym za nadobne. Roni podała mu leżący na kuchennym stole czek. 

-

 

A niech cię diabli, Loczku! - Sam rzucił czek na podłogę. - To zupełnie nic nie znaczy. 

-

 

Dla  mnie  znaczy.  Bardzo  wiele.  I  żebyś  mnie  dobrze  zrozumiał.  Nie  chodzi  mi  wcale  o 

pieniądze.  Ten  czek  to  symbol.  Teraz  już  wiem,  do  czego  mam  w  tym  domu  prawo. 
Oczekujesz ode mnie wyłącznie opieki nad Jessie, usług seksualnych i... - Musiała się mocno 
wziąć  w  garść,  żeby  się  nie  rozpłakać.  -  Przykro  mi,  Sam.  Kocham  cię  i  bardzo  mi  z  tym 
ciężko. Naprawdę nie wiem, czy potrafię się zgodzić na twoje warunki. Na razie to, co masz 
mi do zaoferowania, to stanowczo za mało. Muszę się dobrze nad tym wszystkim zastanowić. 
Porozmawiamy, jak wrócę. 
-

 

Jeśli  wyjedziesz,  to  nie  musisz  już  wracać.  -  Sam  był  tak  zdesperowany,  że  mimo  woli 

pragnął także zadawać ból. 
-

 

Chyba nie mówisz tego poważnie? 

-

 

Cholernie poważnie. 

Roni  obejrzała  go  sobie  od  stóp  do  głów,  jakby  był  to  najlepszy  sposób  sprawdzenia  jego 
charakteru. 
-

 

Wobec tego jesteś skończonym głupcem - orzekła wreszcie. 

-

 

Pewnie masz rację. Skoro już dwa razy dałem się nabrać. - Gardło miał tak ściśnięte, że z 

trudem wydobył z siebie następne słowa. - A Jessie? 
-

 

Co: Jessie? - W oczach Roni widać było matczyną troskliwość i udrękę rozstania. - Ona jest 

tak samo moja jak i twoja. To właśnie dla niej jadę do Kalifornii. I dla niej tutaj wrócę. 

Powiedziałem, że nie musisz się fatygować. Roni z całych sił zacisnęła powieki. 

Pewnie nie wiesz - powiedziała, kiedy wreszcie otworzyła oczy - że to od ciebie zależy, 

czy zaraz zmienię zdanie. 
-

 

Nie rozumiem. 

-

 

Wystarczy, żebyś powiedział, iż mnie kochasz. Sam oniemiał. Był cały obolały i bardzo bał 

się, że być może Roni zamierza wystrychnąć go na dudka. Nie mógł sobie na to pozwolić. 
Roni w milczeniu wzięła torebkę, podniosła walizkę. Minę miała zrezygnowaną, choć wcale 
nie zdziwioną. Zatrzymała się jeszcze w drzwiach, ale na Sama nawet nie spojrzała. 

Daj Jessie buzi na dobranoc ode mnie – powiedziała i wyszła. 

background image

Ziemia  rozwarła  się  Samowi  pod  nogami.  W  sercu  czuł  pustkę,  ale  miał  przynajmniej  tę 
satysfakcję, że jego godność nie została narażona na szwank. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Minął  tydzień,  potem  drugi.  W  trzecim  tygodniu  czerwca  Sam  zrozumiał,  że  Roni  już  nie 
wróci. Zresztą wcale go to nie zdziwiło. Od początku wiedział, że to się musi tak skończyć. 
Nie przypuszczał jednak, że aż tak bardzo go to zaboli. Po raz pierwszy w życiu nawet praca 
na  farmie  nie  dała  mu  ukojenia.  Dom  wydawał  się  zbyt  wielki  i  pusty,  a  mała  Jessie  była 
osowiała.  Tylko  na  widok  „ta-ta"  się  uśmiechała,  ale  zaraz  rozglądała  się  za  tą  kobietą,  za 
którą oboje tęsknili. 
Sam  wiedział,  że  Roni  codziennie  dzwoni  do  Marii  i  odbiera  raport  o  postępach  i  zdrowiu 
Jessie. Nigdy jednak nie poprosiła do telefonu męża. Maria przyczepiła do lodówki kartkę z 
numerem telefonu do hotelu, w którym zatrzymała się Roni. Sam chyba ze sto razy dziennie 
patrzył na ten numer, ale nie zadzwonił ani razu. Zresztą cóż by jej miał powiedzieć? 
Całe  Flat  Fork  wiedziało,  że  Roni  poleciała  do  Kalifornii.  Ludzie  w  małych  miasteczkach 
uwielbiają  plotki.  W  tym  wypadku  nie  trzeba  było  szczególnie  lotnego  umysłu,  żeby 
skojarzyć  Kalifornię  z  nazwiskiem  Jacksona  Diala.  Sam  wprawdzie  o  nic  nikogo  nie  pytał, 
ale  współczucie,  ciekawość  i  oskarżenie,  jakie  widział  na  twarzach  mijających  go  ludzi, 
wystarczały mu za wszelkie informacje. 
Nawet  Krystal,  która  wpadła,  żeby  wziąć  do  siebie  Jessie  na  wieczór,  krytycznie,  choć  z 
troską, mu się przyglądała. Była na tyle delikatna, żeby nie wspominać Roni.  

Powinieneś  trochę  odpocząć  -  powiedziała.  -  Jest  piątek.  Pojedź  do  miasta,  idź  do  kina 

czy dokądkolwiek. O małą się nie martw. Moi chłopcy uwielbiają się z nią bawić. 
Sam wcale nie miał zamiaru posłuchać tej rady. Wolał w samotności lizać rany. Ale kiedy i 
Jessie zabrakło, pusty dom stał się zupełnie nie do zniesienia. W sypialni wciąż jeszcze czuć 
było zapach perfum Roni. Myśli o niej prześladowały Sama jak wyrzuty sumienia. Widział ją 
ś

piącą  w  łóżku,  śmiejącą  się  do  niego  przy  śniadaniu,  tulącą  do  siebie  Jessie...  To  wszystko 

razem wypłoszyło go wreszcie z domu. 
W  końcu  wylądował  przy  swym  ulubionym  stoliku  w  kawiarni  Rosie.  Grała  muzyka, 
przytulone do siebie pary wirowały na parkiecie, a Sam pił piwo i rozczulał się nad sobą. 

Mogę się przysiąść? - O stolik stuknęła jeszcze jedna butelka z piwem. - Wyglądasz na 

faceta, któremu przydałby się przyjaciel. 
Przy stoliku stał Travis King. 
-

 

Rób, co chcesz. - Sam  wzruszył ramionami. Nie chciało mu się przypominać Travisowi o 

tym, że akurat oni dwaj wcale nie są przyjaciółmi. 
-

 

Dzięki. - Travis usiadł naprzeciwko Sama. Podniósł do góry swoją szklankę z whisky. - Na 

zdrowie. 
-

 

Na  zdrowie  -  odmruknął  Sam.  Nie  bardzo  mógł  odmówić.  Swoje  piwo  już  wypił  i  gdyby 

odmówił Travisowi poczęstunku, zachowałby się nie po teksańsku. - A ty piwa nie pijesz? 
-

 

Ostatnio nie - odrzekł Travis. 

Przez chwilę obaj w milczeniu pili każdy swój trunek. 

Słyszałem, że masz kłopoty z żoną- odezwał się wreszcie Travis. - Przykro mi. Wiesz, 

ż

e bardzo lubię Roni. - Cóż - westchnął Sam. - Jakoś nie mam szczęścia. 

-

 

Ja też nie. 

-

 

Ty? - zdziwił się szczerze Sam. - W całym stanie zostawiasz za sobą złamane serca. 

-

 

I  ty  to  nazywasz  szczęściem?  Te  wszystkie  romanse  może  i  są  przyjemne,  ale  nawet 

najlepsza  panienka  w  końcu  się  człowiekowi  znudzi.  Chyba  rozumiesz,  nie?  Wiesz,  takich 
jak  ja  zawsze  prześladuje  ta  jedna  kobitka,  którą  się  straciło.  Szczególnie  wtedy,  kiedy 
człowiek sam jest sobie winien. 
-

 

Trochę  żwawiej  się  ostatnio  ruszasz.  -  Sam  zmienił  temat,  bo  poprzedniego  nie  chciał 

kontynuować. 

background image

-

 

Dochodzę do siebie. - Travis poruszył ramieniem, prezentując swą sprawność. - Wreszcie 

pozbyłem się tego przeklętego temblaka. 
-

 

Wybierasz się do Reno? 

-

 

Oczywiście.  Lekarze  mówią,  że  powinienem  z  tym  skończyć,  ale  co  ja  mam  ze  sobą 

zrobić? Jedyne, co umiem, to ujeżdżać byki. 
Sam  doskonale  znał  odpowiedź  na  pytanie  Travisa.  No  cóż,  pomyślał,  może  rzeczywiście 
wygrał lepszy. Trzeba! mu przyznać, że zna się na tym, co robi. 
-

 

Gratuluję kontraktu z Buzzem Henry - powiedział. 

-

 

Wycofałem się - westchnął Travis. 

-

 

Co takiego? 

-

 

Nie  dałbym  rady.  Ja  nie  mam  do  tego  głowy.  Złamać  byka,  proszę  bardzo.  Ale  robić 

rachunki,  dostarczać  bydło  i  jeszcze  do  tego  brać  udział  w  pięćdziesięciu  rodeach  w  roku. 
Nie, to nie dla mnie. 
-

 

Tak spokojnie o tym mówisz. - Sam nie wiedział, czy powinien Travisowi współczuć, czy 

też  lepiej  dać  mu  po!  pysku.  Ten  frajer  odrzucił  przecież  kontrakt,  który  mógłby  uratować 
Lazy Diamond od ruiny. 
Mam mistrzostwo świata w partaczeniu dobrych interesów - uśmiechnął się gorzko Travis. - 
Szczerze mówiąc, od śmierci twojego brata nic mi się nie udaje. 
Sam nie był pewien, czy jest przewrażliwiony, czy też Travis naprawdę był smutny. Spojrzał 
na  towarzysza  swych  dziecinnych  zabaw.  Dopiero  teraz  dotarło  do  niego,  że  prawie  się  od 
siebie  nie  różnią.  Obaj  za  maską  obojętności  ukrywają  wrażliwą  duszę.  I  po  co?  Czy  warto 
hodować w sobie nienawiść? Co komu z tego przyjdzie? 
-

 

Pewnie ciężko ci z tym żyć - powiedział cicho Sam. - Opowiesz mi, jak to się stało? 

-

 

Nigdy dotąd nie chciałeś mnie słuchać - zdziwił się Travis. 

-

 

Teraz chcę. 

I  Travis  opowiedział  mu  o  dwóch  chłopakach  upojonych  swym  pierwszym  zwycięskim 
rodeo,  którzy  trochę  za  dużo  wypili.  Jąkając  się,  mówił  o  nocnej  jeździe  samochodem,  o 
deszczu,  który  akurat  wtedy  musiał  spaść,  o  światłach,  które  nie  wiadomo  skąd  się  nagle 
pojawiły, i o potwornym huku gniecionej blachy... 

Kenny był tysiąc razy lepszy ode mnie – zakończył opowiadanie Travis. Głos mu drżał, 

twarz wykrzywił bolesny grymas. - Mądrzejszy, odważniejszy... Miał złote serce, a na bykach 
jeździł  jak  nikt  na  świecie.  Już  wtedy  zdobył  wszystkie  możliwe  nagrody.  Gdybym  się  nie 
uparł, żeby prowadzić samochód, to on byłby teraz zwycięzcą, a nie ja. 
Sam  milczał.  Nie  wiedział,  że  poczucie  winy  odebrało  Travisowi  nawet  radość  zwycięstwa. 
Zrozumiał wreszcie, że on także jest winien. Był zbyt dumny, żeby zauważyć, że ból kolegi 
jest co najmniej tak samo wielki, jak jego własny  żal po stracie brata. O ile nie większy. W 
końcu Travis stracił wówczas najlepszego przyjaciela. Sam dopiero niedawno zrozumiał, jak 
bolesna jest taka strata. 
Travis długą chwilę wpatrywał się w milczącego Sama. 
-

 

A niech to szlag - mruknął, podnosząc się z krzesła. 

-

 

Siadaj, kowboju - poprosił Sam. - Mam ci coś do powiedzenia. 

-

 

Gadaj. - Travis niechętnie z powrotem usiadł przy stoliku. Miał minę człowieka, który wie, 

ż

e zasłużył na najgorsze, i potrafi to znieść po męsku. 

-

 

Spieszysz się, co? 

-

 

Mam ciekawsze zajęcia niż wysłuchiwanie twoich pretensji - mruknął Travis. 

-

 

Ż

ycie  czasami  potrafi  człowieka  nieźle  skopać  -  powiedział  Sam  spokojnym  głosem.  - 

Wypadki się zdarzają i to bez niczyjej winy. W końcu jesteśmy tylko ludźmi. Czasami wydaje 
się człowiekowi, że lżej będzie żyć, jeśli znajdzie się kozioł ofiarny. 
-

 

Mów jaśniej. 

background image

-

 

Prawdziwe  nieszczęście  zaczyna  się  wtedy,  kiedy  taki  kopniak  w  łeb  niczego  człowieka 

nie nauczy - Samowi wcale się nie spieszyło. - Byłem za młody, a może i za głupi, żeby się 
nad  tym  wszystkim  dobrze  zastanowić.  Pewnie  dlatego  tak  długo  to  trwało.  Życie  jest  za 
krótkie,  żeby  wciąż  pielęgnować  w  sobie  stare  żale.  Śmierć  Kenny!ego  to  był  tragiczny 
wypadek,  a  ja  jestem  głupcem,  bo  ciebie  za  to  obwiniałem.  Ty  też  powinieneś  wreszcie 
przestać  sam  siebie  oskarżać.  -  Sam  wyciągnął  rękę  do  Travisa.  -  Mam  nadzieję,  że  mi 
wybaczysz, przycielu. 
- Nie mam ci czego przebaczać. - Kompletnie zaskoczony Travis mocno uścisnął wyciągniętą 
rękę Sama. 
- Jest, jest, ale dajmy temu spokój. I tak straciliśmy 

 w  ogóle  tego  dnia dożył. 

Ja  też.  –  Sam  uśmiechnął  się  prawie  niedostrzegalnie.-Napijesz  się  jeszcze?  Tym 

razem ja stawiani. 

Za alkohol dziękuję, ale chętnie zjadłbym jeden z tych wspaniałych steków Rosie. Ty 

też masz ochotę? 
Przywołali kelnerkę i złożyli zamówienie. 

Wiesz  co  -  powiedział  z  namysłem  Sam  -  a  może  byśmy  jeszcze  raz  pogadali  z 

Buzzem o tym kontrakcie. 
-

 

My? - Travis o mało się nie udławił kawałkiem mięsa. - Mówisz poważnie? 

-

 

Razem moglibyśmy sporo zdziałać. Nie sądzisz? 

No pewnie. Ja zawsze tak uważałem. Twoja głowa i mięśnie z moją urodą to genialna 

kombinacja. Jedyny problem z tym, że czasami bywasz cholernie uparty. 

Wiem. - Sam pomyślał, że Roni również zgodziłaby się z opinią Travisa. - Może uda 

mi się rozpocząć nowe życie. Mówiąc szczerze, Travis, stoję na granicy bankructwa. Gdybym 
podpisał umowę z Buzzem, byłbym uratowany. 
-

 

Dlaczego mi tego wcześniej nie powiedziałeś? Zresztą po kiego diabła nam Buzz? 

-

 

Nie rozumiem. 

Posłuchaj,  człowieku.  Odłożyłem  trochę  grosza,  ale  nie  mam  pojęcia,  jak  to 

zagospodarować. Poza tym nawiązałem furę kontaktów z ludźmi związanymi z rodeo i mam 
taki  dar  przekonywania,  że  nawet  boa  dusiciel  kupiłby  ode  mnie  buty  z  wężowej  skóry. 
Gdybyśmy  połączyli  twoje  umiejętności  farmerskie  z  moją  głową  do  interesów...  Czego 
więcej trzeba, żeby poprowadzić taką firmę? 

Jaką znowu firmę? 

-

 

King, Preston i Spółka. Jak ci się podoba taka nazwa? 

-

 

Cholernie. - Samowi twarz się rozjaśniła.  

-

 

Myślisz, że dalibyśmy radę? - Jasne jak słońce. Wyeliminujemy pośredników. Rozkręcimy 

interes jak złoto. - Travis wyciągnął do Sama rękę. - No to jak? Zakładamy tę spółkę? 

Niech  będzie  spółka.  -  Sam  uścisnął  dłoń  Travisa.  Długo  jeszcze  gawędzili.  Zanim 

wygaszono  światła  i  wyproszono  ich  z  lokalu,  Sam  był  już  przekonany,  że  Lazy  Diamond 
stanie na nogi. Wiedział wprawdzie, że  czeka  go jeszcze sporo roboty i nie obejdzie się bez 
zaciskania  pasa,  ale  King,  Preston  i  Spółka  będzie  najlepszą  tego  rodzaju  firmą  w  całym 
stanie.  Mimo  to  nie  potrafił  się  cieszyć.  Cóż  wart  jest  sukces,  jeśli  nie  można  się  nim 
podzielić z przyjacielem? 
Podzielić, przypomniał sobie Sam. Przecież tego właśnie chciała ode mnie Roni. A ja ją bez 
przerwy  od  siebie  odpychałem.  I  to  z  powodu  jakiejś  głupiej  dumy.  Boże  mój!  Jeżeli  już 
popełnię błąd, to on od razu musi mieć kosmiczny wymiar. 
-

 

Co  za  noc  -  westchnął  Travis,  wpatrując  się  w  rozgwieżdżone  niebo.  -  Dużo 

podróżowałem,  widziałem  wiele  pięknych  miejsc,  ale  piękniejszego  od  tego  tutaj  nie  ma  na 
całej ziemi. 

 

background image

-

 

Nie wszyscy moi znajomi by się z tobą zgodzili. 

-

 

Wiesz co - Travis przyjrzał mu się uważnie - to wprawdzie nie moja sprawa, ale jako twój 

wspólnik  mam  interes  w  tym,  żeby  ci  się  dobrze  powodziło.  Powiedz mi,  co  zaszło  między 
tobą i Roni? 
-

 

Pewnie jak zwykle coś spieprzyłem - skrzywił się Sam 

-

 

To dlaczego jeszcze tu jesteś? 

-

 

A gdzie mam być? 

-

 

Pojechała do Los Angeles, a ty tak po prostu odstąpiłeś ją tamtemu facetowi? Może już jej 

nie chcesz? 
-

 

Zgłupiałeś całkiem? Tylko że... 

Boisz  się,  co?  Nie  martw  się.  Ja  też.  Potrafię  ujeździć  byka,  który  waży  ponad  tonę,  ale  jak 
trzeba się dogadać z kobietą... - Travis tylko pokręcił głową. 
-

 

To wcale nie jest takie proste - mruknął Sam. 

-

 

Co nie jest proste? Nie umiesz powiedzieć, że ją kochasz? Powiedziałeś to jej już kiedyś? 

Pewnie nie, ty głupi ośle. 
-

 

Chodzisz po grząskim gruncie, wspólniku - ostrzegł go Sam. 

-

 

Bo  co?  Ponieważ  powiedziałem  ci  prawdę?  -  Travis  klepnął  Sama  w  ramię.  -  Znam  to 

wszystko  z  własnego  doświadczenia,  przyjacielu.  Masz  taką  samą  głupią  minę,  jaką  i  ja 
codziennie rano widzę w lustrze. Dla mnie jest już na wszystko za późno, ale ty może jeszcze 
zdążysz. Jeśli jesteś prawdziwym mężczyzną. Zastanów się nad tym. 
Pogwizdując cicho, Travis wsiadł do ciężarówki. Sam także usiadł za kierownicą furgonetki. 
Włożył  nawet  kluczyk  do  stacyjki,  ale  za  moment  zapomniał,  co  właściwie  miał  zamiar 
zrobić. Z całej siły zacisnął dłonie na kierownicy. 
Roni twierdzi, że odsuwam ją od siebie i od moich spraw, myślał dręczony poczuciem winy 
Sam. Nawet nie przypuszcza, jak bardzo się myli. Travis ma rację. Ja ją kocham, ale okropnie 
się  boję  raz  jeszcze  zaryzykować.  Właściwie  nie  wiem  nawet,  kiedy  to  się  stało.  Jakoś  tak 
samo  wyszło.  Ziarno  miłości  już  dawno  zakiełkowało,  a  obecność  Roni  w  moim  domu 
sprawiła, że rozwinęło się jak rajski kwiat. 
Ależ ze mnie osioł. Założyłem spółkę z Travisem. Roni też chciała być  moim wspólnikiem, 
pragnęła  uczestniczyć  w  moim  życiu,  mieć  jakiś  wkład  w  nasz  wspólny  majątek.  Dlaczego 
wcześniej  tego  nie  zauważyłem?  Czego  tak  bardzo  się  bałem?  Mam  teraz  za  swoje:  puste 
łóżko, dziecko bez matki i życie bez sensu. I to wszystko przez moją własną, cholernie głupią 
dumę. 
Musiał  jeszcze  tylko  zdobyć  się  na  odwagę.  Wiedział,  że  Roni  na  to  zasługuje,  a  Jessie 
powinna  odzyskać  matkę.  Ale  skoro  dotąd  w  żadnej  dziedzinie  mu  się  nie  wiodło,  to  skąd 
miał mieć pewność, że Roni da mu jeszcze jedną szansę? Nie wiedział nawet, czy jeszcze jej 
na nim zależy. 

-

 

Mówię ci, kochanie. Producenci po prostu oszaleli na twoim punkcie. 

-

 

A ja ci mówię, Jackson, że wyjeżdżam. 

Z  przyklejonym  do  twarzy  sztucznym  uśmiechem  Roni  zastanawiała  się,  co  też  widziała 
kiedyś w tym obleśnym, choć niewątpliwie przystojnym facecie. Teraz zupełnie ogłuchła na 
jego  błagania,  żeby  jeszcze  choć  kilka  dni  została  i  udzieliła  kilku  rad  scenografowi 
następnego  filmu.  Z  kieliszkiem  szampana  w  dłoni  przyglądała  się  zebranemu  na  przyjęciu 
towarzystwu.  Znane  twarze,  kosztowne  toalety,  bezcenne  klejnoty...  Zatęskniła  za  prostym  i 
spokojnym  życiem  teksaskiego  miasteczka,  za  truskawkami  jedzonymi  z  rozłożonego  na 
trawie obrusa i szampanem w plastikowych kubeczkach. 
Ani klejnoty, ani najcudowniejszy kryształ nie zastąpią dobrego towarzystwa, pomyślała. 
Jackson  potrafił  urządzać  przyjęcia,  a  jednak  Roni  nudziła  się  tu  jak  mops.  Tęskniła  za 
domem i potwornie brakowało jej Jessie. Sama zresztą też. 

background image

-

 

Gdybyś zgodziła się pomóc mi rozwiązać ten problem... - tokował Jackson. 

-

 

Nie.  -  Roni  wciąż  miała  na  ustach  starannie  wystudiowany  miły  uśmiech.  -  Już  i  tak  za 

długo  tu  jestem.  Obiecałam  ci  że  jeszcze  dzisiaj  pokażę  się  na  przyjęciu  dla  tych  twoich 
grubych ryb. Dotrzymałam słowa, ale na tym koniec. Nie zapomnij wysłać mojemu agentowi 
honorarium. Fajnie się z tobą robi interesy. Przepraszam. 
Oddała  oniemiałemu  Jacksonowi  pusty  kieliszek,  po  czym  wtopiła  się  w  tłum  pięknych  i 
bogatych  ludzi.  Chciała  jeszcze  zamieni  parę  słów  z  kilkoma  osobami  z  ekipy  Jacksona, 
którzy szczególnie pomogli jej w pracy. 
Pomimo  braku  wiadomości  z  Flat  Fork  i  wyczerpującej  pracy  dla  Jacksona,  Roni  znalazła 
trochę  czasu  na  rozmyślania.  Teraz  była  już  absolutnie  pewna,  że  kocha  ponad  wszystko 
Jessie i Sama i jej miejsce jest przy nich. Postanowiła wrócić do domu. Nie była wcale pewna, 
czy  Sam  kiedykolwiek  pokocha  ją  tak,  jakby  tego  pragnęła.  Teraz  jednak  wiedziała  już,  jak 
powinna  o  niego  walczyć  i  jak  ma  mu  udowodnić,  że  zasługuje  na  miłość  i  zaufanie.  Nie 
będzie to łatwe, ale możliwe. W końcu u podstaw ich małżeństwa leżała troska o przyszłość i 
szczęście Jessie. Roni była zdecydowana wywiązać się z umowy, którą sama zaproponowała. 
Rozmawiała z Annie Mitchell, tłuściutką sekretarką Jacksona, gdy nagle zorientowała się, że 
dziewczyna już jej nie słucha. 
- O rany - mruknęła Annie, patrząc ponad głową Roni na coś bardzo interesującego. - Co to 
za kowboj? 
Roni  bez  specjalnego  zainteresowania  odwróciła  głowę  we  wskazanym  kierunku.  Dech  jej 
zaparło. Jasne włosy, szerokie bary, skórzana kurtka, błękitne oczy... Sam! 
Serce z radości podeszło jej do  gardła, ale za chwilę posmutniała. Sam najwyraźniej dobrze 
się  tu  bawił.  Kobiety  otaczały  go  kołem.  Uwieszona  jego  ramienia  brunetka  omal  mu  nie 
wlazła w spodnie, a blondynka, która trzymała go za rękę, śmiała się tak uroczo, że nawet w 
kamieniu wzbudziłaby pożądanie. Wszystkie dziewczyny były nim oczarowane. 
Jeszcze  się  do  tych"  idiotek  uśmiecha!  Roni  ogarnęła  wściekłość.  Co  on  sobie  w  ogóle 
wyobraża? 
Nie  namyślając  się  długo,  przedarła  się  przez  dzielący  ją  od  Sama  tłum  gości  i  rozgoniła 
otaczający go wianuszek panienek. 
-

 

Precz  stąd,  moje  panie  -  uwolniła  męża  i  od  blondynki,  i  od  brunetki.  -  Ten  facet  jest  już 

zajęty. 
-

 

Loczku!  -  zawołał  Sam  ze  zwykłym  dla  niego  teksańskim  akcentem,  który  wprawił 

dziewczęta w zachwyt. -Wszędzie cię szukałem. 
-

 

Zauważyłam.  -  Ostre  jak  promień  lasera  spojrzenie  Roni  odpędziło  egzaltowane  panienki 

na bezpieczną odległość. Pociągnęła Sama w kąt sali pod okno, za którym widać było światła 
Hollywood. 
-

 

No,  no  -  Sam  nie  mógł powstrzymać  śmiechu.  -  Teraz  wreszcie  rozumiem,  o  co  chodziło 

Travisowi, kiedy mi mówił o tych panienkach. 
-

 

Spodobało ci się, co? - warknęła Roni. - Skąd ty się tu właściwie wziąłeś? 

-

 

Przyjechałem taksówką - uśmiechnął się do niej. 

-

 

Przestań się wygłupiać. Dobrze wiesz, o co mi chodzi. 

-

 

Jestem  tylko  zwykłym  kowbojem,  a  ty  wyglądasz  tak  pięknie,  że  nawet  myśleć  logicznie 

nie mogę. 
Roni otworzyła usta i zaraz z powrotem je zamknęła.  Zupełnie nie rozumiała, dlaczego robi 
mu awanturę jak stara zazdrosna żona, gdy tak naprawdę miała ochotę tylko na jedno: rzucić 
się Samowi na szyję.  Bała się jednak. Nie  wiedziała, dlaczego przyjechał, i obawiała się, że 
może ją od siebie odepchnąć. Na dodatek przy ludziach. 

Co się stało Jessie? - zawołała tknięta nagłym przeczuciem. - Boże mój, Sam! Co... 

Nic się nie stało, skarbie - pogłaskał ją po głowie.- Krystal opiekuje się małą. 

Więc dlaczego... - Roni drżała z przejęcia i z dopiero co minionego strachu. 

background image

Miałaś rację. Jeśli chodzi o mnie i o Travisa. Zawarliśmy pokój. 

Och, Sam! Tak się cieszę. 

To  jeszcze  nie  wszystko.  Zakładamy  spółkę.  Jakoś  załatamy  dziury,  dopóki  Lazy 

Diamond znów nie stanie na nogi. 
A  więc  niepotrzebne  mu  moje  pieniądze,  pomyślała  rozżalona  Roni.  Niepotrzebnie  tak 
harowałam. Zawsze powtarzał, że obejdzie się bez mojej pomocy. Miał rację. Dobrze choć, że 
farma zostanie uratowana. 

Cieszę się - powiedziała. 

Nie wiesz czasem - Sam podrapał się po głowie - skąd King, Preston i Spółka mogłaby 

wziąć  trochę  forsy?  Jakby  nie  było,  ty  też  się  nazywasz  Preston  i  podobno  masz  jakieś 
pieniądze, więc pomyślałem sobie... 
-

 

Co sobie pomyślałeś, Sam? 

-

 

Ż

e  może  zechciałabyś  wejść  do  spółki.  Oczywiście  pod  warunkiem,  że  nie  boisz  się 

zadawać z osłem. 
 
-

 

Zastanowię  się  nad  tym.  -  Roni  nie  wierzyła  we  własne  szczęście.  -  Jeśli  dostanę  dużą 

dywidendę... 
-

 

Tego  ci  nie  mogę  zagwarantować,  ale  obiecuję  inne  korzyści...  -  Niecierpliwe  palce  Sama 

już pieściły szyję żony. - Nie powinienem był zamykać w klatce takiego rajskiego ptaka jak 
ty. Ale tak bardzo się bałem. 
-

 

Bałeś się? O co? 

-

 

O  to,  że  zabłyśniesz  w  tym  świecie  jak  najjaśniejsza  gwiazda.  -  Spojrzał  wymownie  na 

zebranych  u  Jacksona  gości.  -  Bałem  się,  że  cię  stracę.  Chyba  jednak  przyzwyczaję  się  do 
tego,  że  muszę  się  tobą  dzielić  ze  światem.  Pod  jednym  warunkiem:  od  czasu  do  czasu 
pomieszkasz ze mną w Lazy Diamond. 
-

 

Niczego nie pragnę bardziej. 

-

 

Więc  jedźmy  do  domu,  Roni.  Jessie  bardzo  cię  potrzebuje.  Ja  też  cholernie  się  za  tobą 

stęskniłem. 
-

 

Dlaczego, Sam? - spojrzała na niego pełnym nadziei wzrokiem. - Co się stało? 

-

 

Mam ci to teraz powiedzieć? - roześmiał się Sam. - Koniecznie tutaj? 

-

 

Jeśli możesz... 

-

 

Kocham  cię,  Veronico  Jean  -  powiedział  Sam,  patrząc  jej  prosto  w  oczy.  -  Już  dawno 

powinienem  ci  to  powiedzieć.  Jestem  największym  głupcem  na  świecie,  ale  tak  bardzo  się 
bałem.  Trzeba  mnie  było  mocno  kopnąć  w  głowę,  żebym  wreszcie  zrozumiał,  że  nic  na 
ś

wiecie  -  ani  ranczo,  ani  moja  cholerna  godność  -  nie  jest  ciebie  warte.  Przez  całą  drogę 

modliłem się, żeby jeszcze nic było za późno. 
-

 

Ani na chwilę mnie nie straciłeś, wiesz. Jutro miałam wrócić do domu. Kocham cię, Sam. 

Kocham cię nad życie. 
-

 

Oj, Loczku. - Głos mu zadrżał, a w oczach, pojawiły się podejrzane błyski. 

Ich  pocałunek  był  taki,  jaki  powinien  być  pocałunek  odnalezionych  kochanków.  Roni  nie 
przeszkadzało nawet to, że goście Jacksona Diala im się przyglądają. No, może troszeczkę. 
-

 

Chodźmy  w  jakieś  mniej  uczęszczane  miejsce  -  wyszeptała,  z  trudem  łapiąc  powietrze.  - 

Mam  pokój  w  hotelu.  Powiesimy  na  drzwiach  kartkę,  żeby  nam  nikt  nie  przeszkadzał. 
Musimy chwilę porozmawiać. 
-

 

Kobietom się nie odmawia. 

Sam  wyprowadził  żonę  z  zatłoczonej  sali.  Roni  czuła  na  sobie  zazdrosne  spojrzenia 
zgromadzonych kobiet. Niektóre nawet zgrzytały zębami. 

background image

EPILOG 

- Mamusiu! Mamusiu! Zobacz, co mam! 
Sam Preston wszedł do domu za podskakującą jak piłka rudowłosą córeczką. Jessie miała już 
trzy  lata.  Buzia  jej  się  nie  zamykała,  a  niesfornych  włosów  w  żaden  sposób  nie  dało  się 
utrzymać  ani  wstążką,  ani  spinką.  Babcia  Carolyn  twierdziła,  że  to  dziedziczne,  bo  Roni  w 
dzieciństwie była dokładnie taka sama. 
Sam  rozejrzał  się  po  swym  ukochanym  domu,  który  dawno  już  tak  ładnie  nie  wyglądał. 
Ś

wieżo pomalowane ściany, kilka nowych mebli i mnóstwo kwiatów. We frontowym pokoju 

urządzone  było  biuro  firmy  King,  Preston  i  Spółka.  Przez  uchylone  drzwi  widział  ułożone 
wygodnie  na  biurku  nogi  Angela  Moralesa,  których  posiadacz  rozmawiał  z  kimś  przez 
telefon. 
Dużo zrobiliśmy przez te ostatnie dwa lata, pomyślał z dumą Sam. Interesy idą dobrze, farma 
się  rozwija  i  nawet  Diabolo  doczekał  się  licznego  potomstwa,  którego  mi  zazdrości  cała 
okolica. 
Ale  najbardziej  zadziwiały  Sama  te  zmiany,  które  w  nim  samym  zaszły.  Z  cichego, 
wymagającego  człowieka,  który  wstydził  się  jakichkolwiek  uczuć,  stał  się  kochającym 
mężem  i  ojcem,  bez  trudności  dogadującym  się  z  kobietą,  która  była  jego  żoną,  kochanką  i 
najlepszą  przyjaciółką.  Miłość  do  Roni  zmieniła  życie  Sama  w  każdym,  najdrobniejszym 
nawet szczególe. 
-

 

Patrz, mamusiu! - wołała rozpromieniona Jessie. 

-

 

Mama jest pewnie w sypialni - podpowiedział Sam rozglądającej się po pokoju córeczce. 

Jessie  pognała  we  wskazanym  kierunku.  Jak  bomba  wpadła  do  pokoju  i  natychmiast 
wskoczyła  na  łóżko.  Roni  najwyraźniej  przed  chwilą  wyszła  z  łazienki.  Stała  odwrócona 
plecami do drzwi. Włosy miała upięte w kok i właśnie wkładała na siebie szlafrok. 
-

 

Nie można się już nawet spokojnie wykąpać - mruknęła. 

-

 

Pomóc ci w czymś, Loczku? 

-

 

Dzięki Bogu, że jesteś - westchnęła z ulgą Roni. Ostrożnie podała mu zawiniątko. - Masz. 

Weź tego swojego syna. 
Sam wziął niemowlę na ręce. Uśmiechnął się do niego i połaskotał w tłusty policzek. Mały 
miał  dopiero  dwa  miesiące.  Rósł  jak  na  drożdżach  i  już  było  widać,  że  kiedyś  będzie 
podobny do ojca. 
-

 

Czy Tommy bardzo ci dokuczał? 

-

 

Patrząc na tego aniołka, nigdy byś nie zgadł, że jeszcze pięć minut temu zachowywał się 

jak wcielony diabeł. 
-

 

A  wiesz  co?  -  Sam  pogłaskał  palcem  pokrytą  niemowlęcym  puszkiem  główkę  syna.  - 

Założę się, że będziemy mieli jeszcze jednego rudzielca. 
-

 

Pewnie  masz  rację.  -  Roni  złapała  Jessie  za  rączki  i  okręciła  ją  w  kółko.  -  Sto  razy  ci 

mówiłam, żebyś nie skakała po łóżkach. Jak się miewa moja córeczka? 
-

 

Zobacz! - Jessie pode tknęła matce pod nos trzymaną w rączce książkę. - Tatuś powiedział, 

ż

e to dla mnie. 

-

 

O rany! Przysłali! - ucieszyła się Roni. Usiadła w bujanym fotelu i posadziła sobie Jessie 

na kolanach. - Śliczna. 
-

 

Tu jest moje imię. Jessie pokazała paluszkiem okładkę. Tatuś tak powiedział. 

-

 

Tatuś ma rację, kochanie. - Roni głośno przeczytała tytuł: - „Zwierzątka Jessie. Napisała i 

zilustrowała mama". 
-

 

Moje gratulacje, Loczku. - Sam pocałował żonę. - Książka jest wspaniała. 

-

 

No  pewnie.  -  Zadowolona  z  siebie  Roni  żartobliwie  wydęła  usta.  -  Czy  mógłbyś  to 

powtórzyć? 
-

 

Lepiej nie - uśmiechnął się do niej. - Mogłoby się na tym nie skończyć. 

background image

-

 

Właśnie na to liczę, kowboju. 

-

 

Wiesz,  Loczku  -  uszczęśliwiony  Sam  głośno  się  roześmiał  -  jestem  bardzo  szczęśliwym 

kowbojem.