background image

JANUSZ DOMAGALIK 

Banda Rudego 

GDZIE JEST SZTANDAR? 

 

Dziwny  przypadek,  że  wiośnie  tutaj  leżę  w  szpitalu...  -  mówił  ranny  w  wypadku 

samochodowym. - Żebyś ty wiedział, Rudy, Ile ja razy myślałem o tym waszym mieście. I coś 

mnie  jakby  tu  ciągnęło.  Aż  i  przyciągnęło  ostatecznie.  Pechowe  dla  mnie  to  miasto,  bardzo 

złe. 

Przyjdź  koniecznie,  trzeci  raz  już  cię  nie  będę  prosić.  Przystąpcie  do  Zielonych  - 

namawiał Mizera. - Zrozum, że to nie jest żadna gangsterska organizacja. W Domu Dziecka 

wszyscy o niej oficjalnie wiedzą. Tylko Szef jest tajny... Przyjdź do nas, przecież ty sam sobie 

nie dasz rady, Pająk. Wszyscy cię tłuką. 

Cała  tą  opowieść  porucznika,  wszystko,  co  tej  nocy  usłyszał,  wracało  do  Rudego, 

właśnie  tu,  do  Borzechowa,  w  znajome  miejsce.  I  obce  twarze  ludzi  z  tamtego  wojennego 

września zaczęły mu się mieszać z twarzami chłopców z klasy i miejscowych, dobrze znanych 

ludzi. Rudy miał o czym myśleć. Ta frontowa historia była bez zakończenia. 

Co  tam  u  was  nowego,  Pająk?  W  tej  siódmej  c,  w  której  „nie  ma  prawdziwych 

przyjaciół  i  nic  na  to  nie  można  poradzić”...  -  pan  Kowalik  uśmiechnął  się  -  tak  przecież 

mówiłeś, kiedy odwoziliśmy Rudego do szpitala. A teraz  co? Nikt się na nikim nie zamierza 

odegrać, kiedy Rudy wróci? Ktoś tam się przecież odgrażał... 

Wiem trochę więcej, niż wam opowiedziałem... Sztandar nie wpadł Niemcom w ręce. 

Ale i nie odnalazł się do dziś. Ostatni ślad urywa się tu u nas. Chłopcy, ja naprawdę muszę 

ten sztandar znaleźć. Będę go szukał - zdecydował Rudy. Zrozumcie mnie. Muszel To gdzieś 

tutaj, może właśnie patrzymy w to miejsce? 

„Frontowa historia” 

background image

 

Rozdział I 

SIEDMIU OSTATNICH 

Sytuacja  nie  była  prosta.  Chłopcy  znaleźli  się  nagle  w  środku  tej  nie  zakończonej 

wojennej  sprawy,  którą  Rudy  wyniósł  ze  szpitala.  Decyzja  została  podjęta,  ale  to  zbyt  mało 

powiedzieć sobie: to gdzieś tutaj, może w zasiągu raki, zaczynamy więc szukać. Mieli przed 

sobą  całe  miasto,  niby  tak  dobrze  znajome,  ale  teraz  już  jakby  inne,  bo  kryło  w  sobie  ich 

tajemnicę. 

A równocześnie Zieloni czekali na odpowiedź. A nawet więcej: energicznie dopytywali 

nią, przynaglani przez swojego Szefa. 

 

1. 

Siódma  c  ucieszyła  się,  że  Rudy  wrócił  do  szkoły,  a  najbardziej  swoją  radość 

manifestował  Jurek  Wajnert  i  Furdała.  Na  pierwszej  przerwie  nie  odstępowali  Rudego,  na 

drugiej odciągnęli go na koniec korytarza i tam Wajnert gorąco popierany przez Pusteckiego i 

paru  chłopców  z  „Wichra”,  przedłożył  Rudemu  propozycję,  którą  dokładnie  przemyślał  i 

bardzo był z niej dumny. 

-  Wybierzemy  najlepszych  zawodników  z  „Huraganu”  i  „Wichru”,  ty  będziesz  w 

bramce,  ja  na  środku  ataku,  resztę  składu  ustalimy  po  paru  treningach;  Stworzymy  jedną 

drużynę, słabszych graczy usuniemy. Zobaczysz, jaka będzie silna! Wykosimy wszystkich... i 

na boisku i w ogóle. Nikt nam nawet nie podskoczy! 

- Możemy naszą drużynę nazwać „Tajfunem” - wtrącił Furdała. 

- Albo „Tornado”! - powiedział Pustecki. 

Widać było, że nawet nazwę mieli z góry przygotowaną, nie mówiło się tylko na razie 

o tym, kto będzie kapitanem. 

-  Zgoda  -  powiedział  Rudy.  -  Z  tym,  że  ja  mogę  grać  dopiero  jak  mi  gips  z  ręki 

zdejmą. „Tornado” to bardzo dobra nazwa... więc zgoda. Ale pod jednym warunkiem! 

- Pod jakim warunkiem? - spytał Furdała. 

- Powiem wam na dużej przerwie, bo teraz muszę coś załatwić... 

I  Rudy  odszedł  w  drugi  koniec  korytarza.  Spostrzegł,  że  Mizera  rozmawia  tam  z 

Pająkiem  i  Staszkiem  Kozą.  Ale  zanim  zdążył  zapytać,  o  co  chodzi,  podeszła  do  nich 

Brygidka. 

- Nie obraź się, Rudy, ale bardzo ci się  dziwię, wiesz? Irka jest na ciebie oburzona i 

mówię również w jej imieniu... 

background image

-:  Skocz  po  Grubego!  -  polecił  Rudy  Staszkowi  Kozie.  -  A  ty,  Pająk,  na  następnej 

przerwie  w  ogóle  nie  wstawaj  od  stolika...  -  I  do  Brygidki:  -  Przepraszam  cię,  ja  słucham, 

mów dalej... 

-  Tylko  tyle  mam  do  powiedzenia  -  Brygidka  podniosła  nieco  głos,  była  urażona  - 

tylko  tyle,  co powiedziałam.  Ledwo przyszedłeś, a już zadajesz się z Wajnertem. Nawet  na 

ciebie pod szpitalem czekali. Wielcy przyjaciele! Nie wiesz, co tu się działo w klasie po tym 

twoim wypadku? Zapytaj chłopców! 

-  Fakt  -  powiedział  Mizera.  -  Już  cię  wajnerty  omotały.  A  myśmy  myśleli,  że  jak 

wrócisz, to coś się w klasie zmieni. Pająk wtedy mówił... 

- Przecież już się zmieniło  -  przerwał  mu  Rudy  i uśmiechnął  się lekko.  -  Sam  o tym 

dobrze wiesz, Zielony! 

Mizera obejrzał się niespokojnie. 

- Ciszej... Chcesz, żeby mnie nalali? 

- Niby kto? 

- Wajnerty. 

- Zieloni cię nie obronią? 

- Ich tu w szkole nie ma - mruknął Mizera i spojrzał na Brygidkę. - A ty udawaj, że nie 

słyszysz. Bo to jest tajne. 

- Co jest tajne? O czym  wy mówicie? Tajne, że Wajnert pobił Pająka? I że ty się go 

boisz?  I  inni?  Rudy,  czy  ty  naprawdę  nie  wiesz,  o  co  mi  chodzi?  Dobra,  zadawaj  się  z 

wajnertami. W końcu nie moja sprawa... 

Brygidka  odeszła.  A  Pająk,  który  do  tej  pory  słuchał  tego  wszystkiego  spokojnie, 

rozzłościł się nagle. 

- No i po co ją denerwujesz, Rudy? Trzeba było wyjaśnić... 

- Zrobimy to przed całą klasą. A ty, Mizera... 

- A ty, Mizera, przestań  się bać Wajnerta  - dokończył  za niego Pająk.  -  Jeśli Zieloni 

nie potrafią cię obronić, to do czego ci oni właściwie potrzebni? 

- Przecież wiesz, że ich nie ma w szkole... - tłumaczył Mizera. 

Pająk pokiwał głową. 

-  No  widzisz.  A  w  szkole  spędzamy  jednak  pół  dnia,  czyli  jedną  trzecią  życia...  Ale 

nie bój się Wajnerta, chłopie. My tu jesteśmy. 

Zanim zdumiony Mizera zdążył o cokolwiek zapytać, znalazł się obok niego Gruby z 

kawałkiem chleba w ręku i Staszek Koza. 

-  Doprowadziłem  go.  Jak  zwykle  zajmował  się  żarciem.  Zobaczycie,  że  on  kiedyś 

background image

pęknie - powiedział Staszek. 

Rudy zawahał się, czy mówić przy Mizerze, ale Pająk mrugnął do niego dyskretnie i 

kiwnął głową. Więc Rudy zaczął wydawać polecenia: 

- Teraz jest lekcja z panią Ciszewską. Pamiętacie plan? Staszek błyska i przesadzamy 

wajnertów do pierwszego stolika. Do końca roku będą na oku... 

-  Zrymowało  ci  się!  -  ucieszył  się  Gruby.  -  Roku  na  oku.  Może  byś  pisał  wiersze? 

Albo piosenki? 

- Nie wygłupiaj się, słoniu! - zgasił go Rudy. - Na początku dużej przerwy blokujecie 

obaj  z  Zenkiem  drzwi.  Gdyby  doszło  do  ostrej  draki,  przepuszczacie  tylko  Niewysokiego, 

który leci po dyrektora... Pająk przy mnie. Michalski pilnuje Furdałę. Jasne? 

- A ja? - zapytał Mizera. Jakoś tak mu się wyrwało. 

-  Co  ty?  -  zdziwili  się.  -  Przecież  jesteś  Zielony.  Co  cię  to  obchodzi?  Siedź  sobie 

spokojnie i już. 

-  Patrz  i  podziwiaj!  -  dodał  Staszek  Koza.  Ledwo  wychowawczyni  weszła  do  klasy, 

Rudy powiedział: 

- Dzień dobry. Chciałem zameldować, że już wróciłem ze szpitala... 

-  Dobrze.  Ale  dlaczego  wy  siedzicie  we  trzech  przy  jednym  stoliku?  Co  to  ma 

znaczyć? 

-  Taka  jest  bezlitosna  logika  matematyki  -  wyjaśnił  bardzo  mądrze  Michalski.  - 

Bezlitosna i okrutna! 

Cała  klasa  spojrzała  na  niego  ze  zdumieniem,  a  wychowawczyni  aż  otwarła  usta... 

Wstał Zenek Gazda, 

-  Michalski  chciał  po  prostu  powiedzieć,  że  klasa  liczy  trzydzieści  siedem  osób.  A 

stolików od początku roku jest osiemnaście. Trzy rzędy po sześć. Pomnożyć przez dwa równa 

się trzydzieści sześć. 

- Ciekawe... - zaczęła pani Ciszewska, ale przerwał jej Staszek Koza. 

- Nawet bardzo ciekawe, proszę pani. Dlaczego dwa razy osiemnaście daje trzydzieści 

sześć, a nigdy nie trzydzieści pięć albo siedem? W ogóle matematyka jest dziwna. 

Tylko  Ciapciak  wygłupił  się  i  głośno  zachichotał,  odwracając  w  ten  sposób  na 

szczęście  uwagę  pani  Ciszewskiej  od  Kozy.  Ściągnął  na  siebie  całą  złość  wychowawczyni, 

która wybuchnęła: 

-  Z  czego  ty  ryczysz,  Lewandowski?  Proszę  za  drzwi!  Ale  już.  Co  to  w  ogóle  za 

wygłupy? 

Klasa z trudem tłumiła śmiech, całe zajście było jednak nieprzewidziane i psuło plan 

background image

Rudego, więc Michalski momentalnie zareagował: 

- Ja bardzo przepraszam, ale jeśli Ciapciak... chciałem powiedzieć jeśli Lewandowski 

teraz  wyjdzie,  to  już  nie  tylko  straci  lekcję  polskiego,  ale  również  zepsuje  nam  całą 

matematykę.  Bo  zostanie  w  klasie  trzydzieści  sześć  osób  i  znowu  wszystko  się  będzie  ze 

stolikami zgadzać. A tymczasem się nie zgadza! 

Ciapciak  spojrzał  na  niego  z  wdzięcznością  i  nie  ruszył  się  z  miejsca. 

Wychowawczyni nagle zamyśliła się przez chwilę. 

- Czy wy przez to chcecie powiedzieć, że od początku roku szkolnego po raz pierwszy 

dzisiaj wszyscy są obecni? Nieprawdopodobnie... Co za klasa jakaś? Ja tego nie wytrzymam, 

to jest ponad moje siły... 

- Już niedługo wakacje, proszę pani... - wyrwała się Zośka Stelmachówna. Chciała się 

podlizać, powiedziała to przymilnie, ze szczerym współczuciem, ale efekt był piorunujący i 

zupełnie odwrotny skutek. 

-  Wstań!  -  powiedziała  ostro  pani  Ciszewska.  -  Wstań,  kiedy  się  zwracasz  do 

nauczyciela.  I  w  ogóle,  Stelmachówna,  właśnie  ty  za  to  odpowiadasz!  Ty,  bo  jesteś 

gospodynią  klasy.  Co  to  znaczy,  żeby  przez  dziewięć  miesięcy  nie  można  było  załatwić 

dodatkowego  stolika?  Żeby  nie  zauważyć,  że  jeden  uczeń  nie  ma  gdzie  siedzieć? 

Odpowiadaj! 

- Ale co? - jęknęła Stelmachówna ze łzami w oczach. - Jak będę odpowiadać? Przed 

kim? 

Drugi  nieprzewidziany  przypadek 

PH 

pomyślał  Michalski.:-  Coś  nam  się  jakby  nie 

składa. Trzeba by teraz błysnąć... 

Najszybszy był Pająk. Wstał i powiedział poważnie: 

- Przed klasą, Stelmachówna. Trudno, musisz odpowiadać za to  niedopatrzenie. A w 

ogóle  jesteś  kiepską  gospodynią  klasy  i  to  już  od  trzech  lat.  I  nikt  cię  nigdy  nie  wybierał! 

Proszę pani, ja proponuję żebyśmy zrobili wybory gospodarza klasy... 

Pani Ciszewska spojrzała na niego z uznaniem. 

- Mów dalej... bardzo słusznie. Widzę, że wyrabiasz się społecznie, Pająk. I z ostatniej 

klasówki dostałeś piątkę... dobrze, zrobimy wybory. Kogo proponujesz? 

- Witwicką i Edka Furdałę! - odpowiedział bez wahania Pająk i usiadł. 

Klasę zamurowało. Sytuacja rozwijała się tak szybko, że mało kto za nią nadążał. Co 

się właściwie dzieje, o co tu chodzi? Furdała wlepił w Pająka zupełnie ogłupiałe spojrzenie, w 

głowie nie mogło mu się pomieścić, że Pająk właśnie jego zaproponował. Innym zresztą też. 

Gruby poruszył się  niespokojnie,  Zenek Gazda  spojrzał  na Rudego, a  Michalski szepnął  do 

background image

Kozy: 

-  Chwytasz  go?  Bo  ja  nie...  Co  on  wyprawia?  Staszek  Koza  miał  szybszy  refleks. 

Zerwał się i powiedział: 

- Popieram kandydaturę Furdały, bo jest zgrywus. Witwicką jest za poważna na naszą 

klasę. Z Furdałą będzie weselej! 

Rudy zakrył twarz dłonią, żeby nie wybuchnąć śmiechem. I on już zrozumiał całą grę 

Pająka i Staszka. Stuknął łokciem Zenka Gazdę i szepnął: 

- Zgłoś Ciapciaka! Prędko! 

- Coś ty? 

- Zgłaszaj! 

- Ja proponuję Ciapciaka! - powiedział Zenek. 

-  No  nie!  -  rzuciła  się  pani  Ciszewska.  Nawet  nie  zwróciła  uwagi,  że  Zenek  użył 

przezwiska, czego nie znosiła. - Na Lewandowskiego nie zezwolę, bo on się głupio śmieje nie 

wiadomo z czego. Ja rozumiem, że takiej klasie jak wasza nie odpowiada Witwicką. Mówisz, 

Koza, że ona jest za poważna, tak? Bo sam jesteś niepoważny. Tak jak i Furdała... 

- Głosujemy!  -  powiedział głośno Rudy.  -  Kto za  Irką Witwicką? Prędko, bo szkoda 

lekcji! Kto jest za? 

I  pierwszy  podniósł  rękę  do  góry.  Za  nim  Gruby,  Zenek,  Michalski,  Koza,  Pająk, 

Brygidka, Mizera... i prawie cała klasa. 

- Nawet nie ma co liczyć! - ucieszyła się wychowawczyni.  - Kto przeciw? Nikt. Kto 

się wstrzymał? 

Podniósł rękę Furdała, Stelmachówna i Witwicką. 

-  Witwicką  rozumiem,  bo  jej  nie  wypada  na  siebie  głosować.  Ale  dlaczego  ty, 

Stelmachówna,  wstrzymałaś  się?  -  zapytała  pani  Ciszewska.  -  Co  to  ma  znaczyć?  A  ty, 

Furdała? 

-  Bo  ja  nie  wiedziałam,  jak  głosować,  jak  pani  sobie  życzyła...  -  powiedziała 

płaczliwie Stelmachówna. 

Głośny  ryk  całej klasy zupełnie zagłuszył Edka  Furdałę, tak  że nikt nie  słyszał  jego 

odpowiedzi.  A  Furdała  chciał  tylko  wyjaśnić,  że  on  się  wcale  nie  wstrzymał,  że  on  jest 

przeciw. 

- Daj spokój... -  a mruknął do niego Wajnert.  - Co nas to wszystko obchodzi, ja tam 

wcale nie głosowałem. 

- Nie chciałem, żeby Zośka miała do mnie pretensję - tłumaczył mu Edek. - Przecież 

rozumiesz... Takie układy, stary. 

background image

Zagadali się przez moment, a w tym czasie Rudy realizował ustalony plan. 

- Trzeba teraz zorganizować dziewiętnasty stolik. Myślę, że Witwicka da sobie z tym 

radę, bo ona jest energiczna. 

- Witwicka, proszę się tym zająć! - powiedziała wychowawczyni. 

-  Wstań  i  powiedz,  żeby  z  tobą  wyszedł  Michalski  i  Zenek...  -  podpowiedział  jej 

Gruby. 

Posłuchała. I po chwili wyszli we trójkę z klasy. 

-  Co  teraz?  -  spytała  na  korytarzu  Irka.  -  Skąd  ja  wezmę  dodatkowy  stolik?  Co  wy 

dzisiaj wyprawiacie? Co się w ogóle dzieje? 

- Więcej zaufania do przyjaciół, a nie zginiesz - powiedział filozoficznie Michalski. - 

Stolik jest już przygotowany, załatwiliśmy to z woźną na pierwszej przerwie... 

Weszli z Zenkiem do pracowni fizycznej, która mieściła się na wprost siódmej c i po 

chwili wyszli ze stolikiem. 

- Otwórz nam drzwi do klasy... 

Cała operacja trwała nie dłużej niż pięć minut. Pani Ciszewska była zachwycona.. 

-  Brawo,  Witwicka!  Nawet  się  nie  spodziewałam  tego  po  tobie.  Nareszcie  mamy 

prawdziwego  gospodarza  klasy.  Postawcie,  chłopcy,  ten  stolik  z  przodu,  w  tym  rzędzie  od 

okna. Kto tu usiądzie? Proszę się szybko decydować. Rudy odwrócił się i spojrzał na Staszka 

Kozę. 

 

2. 

Ale Rudy wcale nie musiał Staszkowi przypominać, że teraz jego kolej. 

Dam  im  koncert  błysków  -  pomyślał  sobie  Staszek.  -  Wszystko  zależy  ode  mnie. 

Teraz najtrudniejszy moment. 

-  Ja  chciałbym  usiąść  przy  pierwszym  stoliku,  proszę  pani,  bo  jestem  niewysoki...- 

poprosił, - Mogę? 

- Dobrze. Z kim chcesz siedzieć? 

- Z Jurkiem Wajnertem! - odpowiedział Koza.- Bardzo o to proszę, bo on jest dobry w 

matematyce i w ogóle. Będzie mógł mi pomóc w lekcjach... 

- Co! - krzyknął Wajnert. - Ja mam siedzieć z tobą? 

- Po pierwsze nie wrzeszcz! A po drugie jesteś egoistą, jeśli nie chcesz pomóc koledze 

w  nauce.  I  ja  cię  tego  oduczę.  Wajnert,  proszę  się  natychmiast  przenieść  do  pierwszego 

stolika! - zarządziła wychowawczyni. I Koza też. Bez dyskusji. 

Przenieśli swoje rzeczy i usiedli obaj przy dostawionym stoliku, Wajnert czerwony ze 

background image

złości, a Staszek Koza cichy i spokojny jak baranek. 

Zaczęła  się  normalna  lekcja.  Siódma  powoli  uspakajała  się,  uznali,  że  już  koniec 

sensacji. Tylko chłopcy Rudego wiedzieli, że Staszek Koza ma jeszcze wykonać drugą część 

swojego zadania. Najbardziej denerwował się Michalski. Wreszcie Rudy spojrzał na zegarek i 

dał Staszkowi znak. W tym momencie pani Ciszewska pisała na tablicy temat wypracowania 

domowego. 

Staszek  podszedł  powoli  do  tablicy,  przeprosił  wychowawczynię,  przyjrzał  się 

tekstowi, pokręcił głową. 

- Temat ci się nie podoba? - spytała zdziwiona pani Ciszewska. - Czemu robisz miny? 

Koza nie odpowiadał. Powoli, krok za krokiem, zaczął się cofać, wciąż wpatrując się 

w tablicę. Zatrzymał się dopiero w połowie klasy. 

- Ciekawe... teraz już widzę. Ale jakby zamazane - powiedział z namysłem. - Bardzo 

niedokładnie widzę te kwadraciki na pani sukni! 

Przeholował,  bałwan  -  pomyślał  ze  złością  Michalski.  -  Że  też  on  zawsze  musi 

przesadzić... 

-  i  Co  ty  pleciesz?  Jakie  kwadraciki?  -  wychowawczyni  odłożyła  kredę  i  serio 

zainteresowała się Kozą. 

Staszek  znowu  zaczął  się  cofać.  Aż  doszedł  do  ściany,  do  ostatniego  stolika,  przy 

którym  siedział  Furdała,  a  obok  niego  było  puste  miejsce  po  Wajnercie.  Usiadł  Staszek  na 

dawnym krześle Wajnerta i wykrzyknął, wyraźnie uradowany: 

-  Rzeczywiście!  Przecież  pani  ma  suknię  w  grochy!  W  białe  grochy.  Bardzo  ładną 

suknię. Dopiero stąd wszystko wyraźnie widzę! 

- Znakomicie... - szepnął Mizera do Pająka. - On jest genialny... 

- Cicho... - mruknął Pająk. - To jeszcze nie koniec... 

Wychowawczyni uśmiechnęła się i powiedziała łagodnie: 

-  Staszek!  I  po  co  ty  zawracałeś  głowę  z  tym  pierwszym  stolikiem?  Zostań  tam. 

Widocznie jesteś dalekowidzem! 

- Widocznie jestem!  - przyznał  Koza. - Coś podobnego! Taki mały i do tego jeszcze 

dalekowidz... Zostaję tu przy ostatnim stoliku, dziękuję. 

Tylko chłopcy Rudego mieli poważne, a raczej zupełnie obojętne miny. Reszta klasy 

nie  mogła  się  zdecydować,  czy  śmiać  się,  czy  dziwić  temu  wszystkiemu  co  się  dzieje. 

Furdała,  wściekły,  kopnął  Kozę  pod  stolikiem.  Kopnął  go  w  nogę,  ale  Staszkowi  bardzo to 

było na rękę. 

- Ojej! - wykrzyknął. 

background image

- Co się dzieje? 

- Ja nie chcę siedzieć z Furdała! Proszę go przesadzić. Nie dość, że grabiami rzucał w 

panią  wtedy,  w  parku,  to  jeszcze  mnie  teraz  kopie!  On  jest  zupełnie  niepoważny,  żeby  nie 

powiedzieć chuligań... 

-  Masz  rację!  -  powiedziała  pani  Ciszewska.  -  Taki  jak  Furdała  powinien  siedzieć 

gdzieś na widoku. Marsz do pierwszego  stolika. Do Wajnera! Natychmiast! - podsumowała 

wychowawczyni. 

Rozległ się dzwonek. Lekcja polskiego była skończona, nauczycielka wyszła z klasy. 

- No i co powiesz? - spytał Pająk Mizerę, choć wiedział, że nie musi pytać, żeby znać 

jego zdanie. 

-  Rewelacyjnie!  -  Mizera  był  szczerze  przejęty.  -  Nie  do  wiary,  jak  wam  to  wyszło. 

Ale właściwie po co ta cała historia? Żeby wajnertów ukarać? 

- Mów ciszej... Nie. Trochę też idzie o to, żeby kowbojów usadzić na tyłku, ale zanim 

oni się kapną, że to planowa robota, minie jakiś czas. Albo nigdy się nie kapną. Chcieliśmy, 

jak  to  nazwał  Michalski,  zmniejszyć  zagrożenie  dla  klasy.  Przy  pierwszym  stoliku  będą 

musieli być spokojniejsi. Nie pamiętasz, jak kiedyś na przykład rzucali z końca klasy w nas 

wszystkich pestkami od śliwek? I przez cały dzień nie było na nich rady. Teraz siedzą tuż pod 

nosem nauczycieli... 

- Fakt - przyznał Mizera. - Pająk! Kto to wymyślił? 

- Rudy i my - powiedział Pająk. - Czyli wspólnie. 

- A z tymi wyborami Witwickiej? 

-  To  przypadek.  Można  powiedzieć,  że  improwizacja...  Ale  od  dawna  Irce  się  to 

należało. Stelmachówna była do kitu. 

-  Nie  musisz  mnie  przekonywać...  -  i  Mizera  urwał  nagle,  choć  bardzo  chętnie 

powiedziałby po raz setny, co myśli o Zośce Stelmach, której nie znosił. 

Musiał  urwać,  ponieważ  coś  się  zaczęło  dziać.  Gruby  i  Zenek  Gazda  stali  przy 

drzwiach i nikogo nie wypuszczali na korytarz. 

- O co tam chodzi? - zawołała Witwicka. 

- Prosimy o małe zebranko... - odpowiedział Michalski. - Niech wszyscy przez chwilę 

zostaną. 

- Od organizowania zebrań to jestem teraz ja! 

- Ale oficjalna... - mruknął przy drzwiach Zenek do Grubego. 

- Ma prawo. 

- Mówcie szybko, czego chcecie? Cisza!  -  i Witwicka wyszła na środek klasy.  - Kto 

background image

chce mówić? 

-  Ja!  -  powiedział  Rudy  i  stanął  obok  Irki.  Zrobiło  się  cicho,  większość  usiadła  z 

powrotem przy stolikach. 

-  Chciałem  wszystkim  chłopcom,  którzy  grają  w  piłkę,  powtórzyć,  co  mi 

zaproponował Jurek Wajnert... 

-  I  po  co  robić  z  tego  wielkie  halo?  -  przerwał  mu  Wajnert.  -  Załatwiłoby  się  po 

cichu...  

- A ja właśnie chcę, żeby wiedziała o tym cała klasa. Stworzymy jedną, silną drużynę 

piłkarską  „Tornado  I”.  Reszta  piłkarzy  będzie  w  rezerwowej  drużynie  „Tornado  II”.  Ale  to 

wspólne „Tornado” będzie silne tylko na boisku, Wajnert. A nie w bijatykach... Zgoda? 

Zaskoczony Wajnert milczał. A na twarzy Edka Furdały widać było, jak intensywnie 

myśli, na razie jednak bez rezultatu. 

-  Może  być  na  to  zgoda...  -  odezwał  się  Rysiek  Pustecki.  -  Przynajmniej  ja  tak 

uważam. 

-  A  ja  i  jeszcze  inni zgłaszamy  się  do  „Tornado”  nawet  chętnie  -  ciągnął  Rudy  -  ale 

pod jednym warunkiem! 

- Mówiłeś już... - mruknął Wajnert. - Jaki to warunek? 

- Poprosisz teraz, w naszym wspólnym imieniu i przy wszystkich - powiedział Rudy z 

naciskiem - poprosisz Pająka, żeby został kapitanem tego naszego „Tornado”... 

Pająk  zrobił  się  czerwony  i  opuścił  głowę.  To  nie  było  wcześniej  ustalone,  Rudy 

zaskoczył  wszystkich..  I  cała  klasa  zrozumiała,  o  co  tu  chodzi:  bez  przepraszania,  bez 

obrażania się i odgrywania jednych na drugich, bez tego wszystkiego - ale koniec podziału na 

silnych  i  słabych,  których  można  bezkarnie  tłuc,  koniec  władzy  klasowych  kowbojów. 

Patrzyli  na  Pająka,  na  Wajnerta  i  Rudego,  cisza  przedłużała  się,  a  siódma  c  czekała  w 

napięciu. 

- Nie! - powiedział Wajnert. 

-  Ty  się,  Jurek,  nie  spiesz  z  tym  „nie”  -  spokojnie  mówił  Rudy.  -  Widzisz,  ja  znam 

Pająka. On ci odpowie, że dziękuje, bo nie gra w piłkę i nie nadaje się na funkcję kapitana. 

Wszyscy  wiemy,  że  najlepszym  kapitanem  byłbyś  ty  albo  Rysiek  Pustecki,  który  moim 

zdaniem  gra  w  ogóle  najlepiej  z  nas  wszystkich,  choć  nie  był  ani  w  „Huraganie”,  ani  w 

„Wichrze”... 

- Ja miałem kłopoty w nauce, wiesz dobrze, Rudy - powiedział Pustecki. - Dlatego nie 

mogłem co dzień z wami grać. Bo ja się zapisałem do juniorów „Górnika”, a oni mnie wyleją, 

jeśli nie wyjdę choćby na parę czwórek... 

background image

Rudy uważał, że wszystko już zostało powiedziane i spojrzał na Witwicką. 

- Co mam zrobić? - spytała Irka. 

-  Prowadź  zebranie.  Ja  skończyłem.  Czekamy  teraz  na  odpowiedź  Wajnerta.  Będzie 

zgoda w klasie? 

Wajnert  wstał,  rozejrzał  się  uważnie  po  twarzach  chłopców.  Nikt  mu  niczego  nie 

podpowiadał.  To  nie  lekcja,  gdzie  można  liczyć  na  innych,  teraz  musiał  sam  decydować.

 

Odpowiedz, Jurek, czy przyjmujesz warunek Rudego?. 

- Nie! - powiedział Wajnert. - Nie będzie zgody. 

- Kto z was myśli tak jak on? - spytała Irka. 

- Ja! 

-  Rozumiem,  Furdała.  On  i  ty,  jasne.  Więc  trudno,  nie  będzie  zgody  -  Irka  zaczęła 

podnosić głos. 

-  Nie  będzie  zgody,  bo  jej  nie  chcecie,  ale  nie  będzie  również  bijatyk  w  klasie! 

Choćbym miała biegać każdego dnia po dziesięć razy do dyrektora. I niech mi nikt potem nie 

mówi,  że donoszę. Koniec zebrania!  Gruby, proszę otworzyć drzwi. Wszyscy  wychodzą na 

przerwę... 

Siódma  powoli  opuszczała  klasę.  -  Banda...  -  mruknęła  ze  złością  Zośka 

Stelmachówna tuż koło drzwi. Usłyszał Gruby. 

- O kim to, Zosiu? O klasie? 

- O was! 

-  W  porządku...  -  pokiwał  głową  Gruby.  -  Niech  będzie,  że  banda.  A  jak  oni  tłukli 

Mizerę,  małego  Staszka,  Pająka...  jak  zaczepiali  dziewczyny  i  maltretowali  Ciapciaka,  jak 

zbierali  siłą  pieniądze  niby  na  kwiatki  dla  pani  Ciszewskiej,  które  ty  potem  przynosiłaś  z 

własnego  ogródka...  wtedy  było  wszystko  cacy  w  naszej  klasie,  prawda?  W  tym  samym 

czasie  wychowawczyni  siódmej  c,  pijąc  kawę  w  pokoju  nauczycielskim,  mówiła  do  pana 

Kowalika: 

-  Coś  mi  Się  klasa  zmienia  na  wiosnę...  proszę  sobie  wyobrazić,  że  dzisiaj  mnie 

zupełnie  zaskoczyli!  Zrobili  zebranie,  wybrali  gospodynię  klasy,  bardzo  poważną 

dziewczynę... 

-  Teraz  wybory,  pod  koniec  roku?  -  zdziwił  się  pan  Kowalik.  -  A  kto  tam  taki 

aktywny? 

- Na przykład Pająk. Taka mizerota, chudy jak kij od szczotki... 

-  Co  pani  powie?  -  uśmiechnął  się  pan  Kowalik.  -  Pająk  zorganizował  wybory?  To 

pewno pomagał mu Michalski, Rudziński... 

background image

-  Zna  pan  moich  chłopców?  -  zdziwiła  się  pani  Ciszewska.  -  Przecież  dopiero  w 

przyszłym roku pan ich będzie uczył. 

-  Prywatnie  znam,  przypadkowo...  -  powiedział  pan  Kowalik.  -  I  wcale  nie  jestem 

pewien, czy dobrze ich znam. Ale Pająka nawet lubię. 

- A ja staram się nie mieć żadnych swoich prywatnych sympatii w klasie. Trzeba być 

sprawiedliwą dla wszystkich... 

- Bardzo słusznie! - zgodził się pan Kowalik. Na dziedzińcu szkolnym, po lekcjach, do 

Rudego i chłopców podeszła Irka Witwicka z Brygidką. 

- Cofam to wszystko, co powiedziałam, Rudy! - uśmiechnęła się Brygidka. - Chciałeś 

bardzo dobrze, nie twoja wina, że nie wyszło... 

- Oj wyszło, Brygidka, wyszło! Nawet nie wiesz jak! - powiedział Staszek Koza. - Po 

pierwsze wyszło ostatecznie szydło  z worka, to  znaczy z Wajnerta i  Furdały. Takiej szansy 

już  im  długo  nie  damy.  A  po  drugie,  wyszedł  nam  cały  plan,  nawet  w  dwustu  procentach. 

Oczywiście, ja tam się nie chwalę, bo zawsze byłem cichy i skromny... 

-  Znowu  coś  pleciesz,  Stasiu  -  powiedziała  Irka.  -  A  już  zaczynałam  myśleć,  że 

chłopcy jednak do czegoś się mogą przydać. 

- Co to niby znaczy? Do czego? A nie przydają się? spytał Gruby. - A kto był z tobą 

w kinie? 

-  Do  tego  to  każdy  bałwan  się  nada...  -  zaczęła  Irka,  ale  szybko  zorientowała  się,  że 

fatalnie to wyszło. - Ja, co prawda, z bałwanami nie chodzę. Alę inne dziewczyny... 

Chłopcy uśmiechnęli się nieznacznie i Gruby jakoś to przełknął. 

- Podziękuj za wybory, gospodyni klasowa. 

A guzik! rzuciła się Irka. - Nikt was nie prosił. Potrzebne mi jeszcze to użeranie się 

z  całą  klasą.  I  nie  liczcie  na  żadną  protekcję,  mowy  nie  ma.  Ja  już  czuję,  ile  będę  miała 

kłopotów! Z wajnertami sytuacja jest jasna - powiedział półgłosem Pająk do Rudego. - To 

znaczy jasne jest, że zła. A co z Zielonymi? 

-  Michalski  przedstawi  im  naszą  odpowiedź,  że  nie  przystąpimy  do  nich.  I  cześć, 

koniec.  Chociaż...  kto  wie,  czy  nas  zostawią  w  spokoju.  Mizera  podszedł  do  mnie  i  znowu 

namawiał... 

- Ja go lubię - stwierdził Pająk. - Od dawna z nim siedzę. Dobry chłopiec. Nawet nie 

wiesz, jak mu dzisiaj zaimponowaliśmy. 

- Przecież to był drobiazg, łatwizna... - powiedział Rudy. 

-  Nie  taki  znowu  drobiazg  -  wtrącił  się  Zenek.  -  Przesadzić  wajnertów  siłą,  a 

właściwie sposobem, to jest coś! Chyba że to drobiazg w porównaniu z tym, co nas jeszcze 

background image

czeka. Wiecie, jak Zośka o nas powiedziała? Gruby słyszał. 

- Jak? 

- Banda. 

- Tak? - uśmiechnął się Rudy. - No i dobra. 

-  i  Mizera  idzie  w  naszą  stronę.  Widzicie?  -  zauważył  Michalski.  -  Mizera  i  Rysiek 

Pustecki. Ciekawe. 

 

3. 

Minęło kilka dni, podczas których niby nic się szczególnego nie wydarzyło, ale jednak 

sporo  się  działo.  Rudy  polecił  chłopcom  rozpytać  się  w  domu  i  wśród  znajomych,  ale 

dyskretnie, gdzie podczas wojny i okupacji chowało się różne cenne rzeczy. Słowo „sztandar” 

w ogóle, oczywiście, miało nie padać. 

-  Ale  o  broń  i  dokumenty  możecie  pytać  -  tłumaczył  Rudy.  -  Wtedy  już  będziemy 

blisko  tematu.  A  najlepiej  pytać  ludzi  starszych,  bo  chętniej  różne  rzeczy  opowiadają.  Na 

przykład dziadek, babka... 

- Starsi ludzie to wszystko przekręcają - powiedział Gruby. - Lepiej pytać młodszych. 

- A młodsi guzik pamiętają! - uciął Pająk. - Za to na przykład mój dziadek to ma taką 

pamięć, że... 

- Ale mieszka gdzieś daleko na wsi i o nic go nie zapytasz. Najwyżej podczas wakacji. 

- Niestety... przyznał Pająk. - Zaraz... a dlaczego nie? Mogę napisać list. I napiszę! 

- To twój dziadek umie czytać? - zdziwił się Koza. - Nie wierzę! 

-  Żebym  cię  nie  kopnął!  -  oburzył  się  Pająk,  który  bardzo  kochał  swojego  dziadka  i 

był na jego punkcie szalenie drażliwy. - On nawet gra na skrzypcach... 

-  Znaczy,  że  to  jest  taki  Janko  Muzykant.  A  przynajmniej  był.  Czyli,  że  czytać  nie 

może umieć! - upierał się Koza. - Tak wynika z literatury... 

Pająk wzruszył ramionami i zignorował całą wypowiedź. 

Z  Michalskim  wyszło  bardzo  niezręcznie.  Bo  kiedy  powiedział,  że  on  nie  ma  kogo 

zapytać, gdzie chowano cenne rzeczy podczas okupacji, Zenkowi Gaździe wyrwało się jakoś 

bezmyślnie i spytał ostro: 

- A - niby dlaczego nie możesz?  

Spojrzeli wszyscy na niego i Zenek stropił się, zmarkotniał. 

- Przepraszam... powiedział, ale dopiero po chwili. 

Michalski udawał, że nic się nie stało. 

-  Wiecie  co?  U  nas  w  Domu  Dziecka  jest  taki  stary  palacz  w  kotłowni,  właściwie 

background image

dozorca. Bardzo równy i on mnie chyba lubi. Może jego spytam, on ma ze sześćdziesiąt lat... 

- A jeśli potem Zieloni wyciągną od niego, o co pytałeś? Lepiej może nie ryzykować - 

powiedział Staszek. - Chyba, że bardzo chytrze. 

- Spróbuję bardzo chytrze, na robaki... - uśmiechnął się Michalski. 

- Na co? 

- On jest wędkarzem... 

- Pomogę ci tego świństwa nałapać - zaofiarował się Koza - chociaż strasznie się tym 

brzydzę. Okropnie! 

Rysiek  Pustecki  kilka  razy  w  ciągu  tych  paru  dni  rozmawiał  z  Zenkiem  Gazdą  i 

Rudym.  Chodziło mu  o tę  wspólną drużynę piłkarską, zły był,  że przez upór Wajnerta cały 

pomysł brał w łeb. 

- Mnie tam niby nie zależy - mówił. - I tak gram w prawdziwym klubie. Ale zawsze... 

Widzicie, dobra drużyna szkolna to jest coś. W jesieni moglibyśmy zgłosić się do turnieju o 

złotą  piłkę,  jest  taki  turniej.  I  nazwa  „Tornado”,  jest  bardzo  dobra.  Sam  ją  wymyśliłem 

„Tornado” – Borzechów. Dobre, nie? 

- To zorganizuj taką drużynę. 

-  Sam?  A  wy?  Wajnert  mnie  złości,  bo  on  nic  tylko  chce  być  kapitanem.  I  żeby 

Furdała grał na skrzydle... 

-  Furdała  się  nadaje  do  gry  na  grzebieniu...  -  powiedział  Zenek.  -  I  do  kopania  po 

kostkach. Prawdziwy sędzia to by go wyrzucił z boiska po dziesięciu minutach. 

- Tak... - zgodził się Pustecki. - Ale gdyby Edek się przyłożył, to dobry trener mógłby 

z niego coś zrobić. 

-  Rysiek,  zakładaj  „Tornado”!  -  przekonywał  Rudy.  -  i  Jeśli  wajnerty  przyjdą  do 

ciebie,  to  dobrze.  Jeśli  nie,  to  machnij  na  nich  ręką...  Chociaż  Jurek  naprawdę  nieźle  gra  i 

szkoda by go było... 

- Co to teraz znaczy „wajnerty”?  Teraz, po tym  zebraniu w klasie? -  Zenek skrzywił 

się  lekceważąco.  -  Zostali  właściwie  we  dwóch.  Wajnert  i  jego  cień,  Furdała.  Chłopcy  z 

„Wichra”  chętnie  przyjdą  do  tego  „Tornado”.  Inni  też.  Na  przykład  ja...  -  i  Zenek  spojrzał 

pytająco na Rudego. 

-  No  właśnie  -  powiedział  spokojnie  Rudy.  -  Ja  sam  odpadam,  przez  ten  gips  i  w 

ogóle...  mam  teraz  na  głowie  inne  sprawy.  Ale  Zenka  Gazdę  od  delegujemy,  Rysiek,  do 

twojego  „Tornado”.  Weźmiecie  też  najlepszych  z  dawnego  „Huraganu”,  Ale  ze  słabszych 

koniecznie zmontujcie rezerwę, czyli „Tornado II”... 

-  Co  to  znaczy,  że  mnie  oddelegujecie?  -  obruszył  się  Zenek.  -  Sam  wiesz,  że  ja  też 

background image

mam teraz na głowie inne sprawy. 

-  Masz!  -  zgodził  się  Rudy  i  spojrzał  na  Zenka  tak,  żeby  go  dobrze  zrozumiał.  -  To 

prawda,  że  masz  i  będziesz  je  miał.  Ale  możesz  również  grać  w  „Tornado”.  Przecież  ty, 

bracie, nie umiesz żyć bez piłki, dobrze cię znam... 

Pustecki nie bardzo to wszystko rozumiał, wystarczyło mu, że Zenkowi błysnęły oczy 

i Rudy najwyraźniej popiera całą sprawę. 

- Trzeba będzie poszukać kogoś na bramkę... Za ciebie, Rudy. 

- Może z innych siódmych klas? Rozejrzyj się po szkole. 

-  I  wiecie?  -  zakończył  nieoczekiwanie  Pustecki.  -  Ja  już  rozmawiałem  z  naszym 

trenerem klubowym. On chętnie od czasu do czasu przyjdzie na trening „Tornado” i coś nam 

pokaże,  może  czegoś  nauczyć.  W  końcu  to  w  jego  interesie,  żeby  sobie  przygotować 

juniorów. No, to ja zacznę działać. A ty, Zenek, pomożesz? 

- Jeśli Rudy powiedział, że mam pomóc, to pomogę! 

Niemały kłopot zaczynał się z Mizerą. A właściwie Mizera miał kłopoty i przerzucał 

je  na  Pająka,  ten  znów  wszystko  powtarzał  Rudemu,  a  Rudy  przekazywał  odpowiednie 

polecenia  Michalskiemu,  który  coraz  mniej  chętnie  pełnił  rolę  posła  do  Zielonych.  I  kółko 

zamykało  się,  bo  Zieloni  naciskali  coraz  bardziej  na  Mizerę.  Chłopak  trochę  się  w  tym 

pogubił, próbował kręcić, nie wiedział, jak z tego wszystkiego wybrnąć. W dodatku nie miał 

się kogo poradzić, bo jego ojciec, z którym Mizera żył w wielkiej przyjaźni i ze wszystkiego 

mu się zwierzał, akurat w tych dniach awansował i - jak to mawiała matka - prawie w ogóle 

przestawał bywać w domu. Więc Mizera zwierzył się Pająkowi, że nie ma się komu zwierzyć. 

Odprowadzał  go  któregoś  dnia  po  szkole  i  tak  im  się  jakoś  zgadało.  Pierwszy  raz 

zgadało im się na serio, jak to się mówi, o życiu. 

-  Założyli  nam  wczoraj  telefon,  wiesz?  -  powiedział  Mizera.  -  Ale  po  diabła  mi  to? 

Chcesz, to przyjdź do mnie kiedyś, podzwonimy sobie na przykład do Katowic, do informacji 

kolejowej... 

- Jedziesz gdzieś? 

-  Coś  ty.  Ale  gdzie  mam  dzwonić?  Chyba  jeszcze  tylko  do  zegarynki,  żeby  się 

dowiedzieć, która godzina. 

- A nie szybciej spojrzeć na zegarek? 

-  Szybciej  -  przyznał  z  żalem  Mizera.  -  No  i  sam  widzisz,  że  nic  mi  z  tego  awansu 

naszego starego. W ogóle go teraz nie widzę w domu, nie mam kiedy pogadać, mijamy się ze 

sobą. Jak on przychodzi na obiad, to ja jeszcze jestem w szkole, a jak wraca wieczorem, to już 

śpię. A matka zadowolona, nie wiadomo z czego... 

background image

- Kim twój ojciec teraz jest? - spytał Pająk. 

-  Niedawno  dali  mu  czwartą  gwiazdkę.  A  od  pierwszego  maja  został  komendantem 

milicji u nas. 

- Na cały Borzechów? 

- No. 

- Nieźle. Może się do czegoś przydać... - mruknął Pająk. 

- Nam? A niby do czego? 

- Prawdę mówiąc, to  jeszcze nie wiem.  Wejdziesz na górę?  -  spytał, bo byli  właśnie 

pod jego domem. - Matki nie ma, w robocie. 

- A jakby była, to co? Nie można by wejść? 

-  Dlaczego  nie?  -  uśmiechnął  się  Pająk.  -  Najwyżej  wypytałaby  cię  dokładnie,  kim 

jesteś i zmusiła do jedzenia ciastek... 

- To gdzie te ciastka? - zainteresował się Mizera, już w mieszkaniu. 

- Zaraz ci dam. To takie kruche ciastka, domowe. Matka sama je bez przerwy piecze, 

takie ma hobby. Jak już się nazbiera za duży zapas, to wołam Grubego i on czyści sytuację do 

dna... do dna pudełka. Bo matka trzyma ciastka w takim pudle blaszanym, żeby nie schły... - i 

Pająk poszedł do kuchni. 

Zupełnie  zapomniał,  że  na  stole  leżał  list  do  dziadka  do  połowy  napisany,  bo  Pająk 

pisał ten list już trzeci dzień, po kawałku. Kiedy wrócił do pokoju, spostrzegł, że Mizera stoi 

tuż przy stole... więc Pająk szybkim ruchem, może trochę zbyt szybkim, zabrał kartkę, złożył 

i wsunął między książki. 

- Ja wcale nie chciałem przeczytać... - burknął Mizera. Speszył się trochę. - Tak tylko 

rzuciłem okiem, przypadkowo. Nie gniewaj się... 

Czy  z  tego  kawałka  można  się  zorientować,  o  co  w  liście  pytam  dziadka?  - 

zastanawiał  się  Pająk.  -  Chyba  nie...  A  może  lepiej  od  razu  powiedzieć  mu  trochę  więcej 

nawet niż tam było w liście? Żeby się sam nie wysilał na różne domysły. Każę mu dać słowo, 

że nikomu nie powtórzy... 

Mizera  jakby  wyczuł,  że  właśnie  to  jest  odpowiedni  moment.  I  wystrzelił  prosto  z 

mostu: 

-  Pajączek...  poradź  mi.  Od  paru  dni  mnie  to  gryzie.  Ja  bym  chciał  być  z  wami!  To 

znaczy  z  tobą,  z  Rudym.  Przecież  jesteśmy  z  jednej  klasy...  sam  mówisz,  że  jedną  trzecią 

życia  spędza  się  w  szkole.  Ale  u  Zielonych  zaczyna  teraz  być  coraz  ciekawiej.  Naprawdę, 

wiesz? Mnie się u nich podoba. Tylko, że wy tam nie chcecie przyjść... To co ja mam zrobić? 

Pająk milczał, trochę zaskoczony. 

background image

- Poradzisz mi coś? Zrobię, jak powiesz, Pajączek... 

- No dobra, więc zrobisz tak, jak Rudy zdecyduje... i my, ale wspólnie. Załatwię to! - 

powiedział Pająk krótko. - A teraz jedz ciastka. I nikomu ani słowa. Jasne? 

- Jasne, że jasne! - ucieszył się Mizera. - Tylko pospieszcie się z tą decyzją, dobrze? 

Na  każdym  spotkaniu  Zieloni  chcą  ode  mnie  odpowiedzi,  co  jest  z  wami.  I  kiedy  do  nich 

przyjdziecie. A ja kręcę, bo nie wiem, co powiedzieć... 

- To nie kręć. Zresztą Michalski już im odpowiedział, że dziękujemy za zaproszenie, 

ale nie skorzystamy. Mamy na głowie inne sprawy. 

- Jakie? 

- Może się dowiesz. 

- Ale oni też bardzo by chcieli wiedzieć, jakie macie sprawy. 

- No, to oni się tego nie dowiedzą - powiedział Pająk. I spojrzał na Mizerę z ukosa. - 

Chyba... chyba że ty coś im sypniesz. 

- Ja? Daję słowo, że nie. A u mnie słowo to jest mur. Możesz mi wierzyć, Pająk. 

- Spróbuję. To znaczy: spróbujemy. 

Michalski nie tylko potwierdził wszystko, co mówił Mizera o Zielonych. Opowiedział 

również,  że  opanowali  już  cały  Dom  Dziecka,  coraz  bardziej  ich  widać  i  coraz  głośniej 

słychać.  W  ostatnich  dniach  Michalski  ciągle  się  denerwował.  Jego  sytuacja  była 

najtrudniejsza, zaczynał mieć przykrości. 

-  Pamiętajcie,  że  ja  jestem  stamtąd  -  tłumaczył  chłopcom,  chociaż  i  tak  dobrze  go 

rozumieli.  -  Powinienem  z  nimi  żyć  w  zgodzie,  to  jest  przecież  mój  dom.  A  Zielonych 

zaczynam  już  złościć,  przygadują  mi,  więc  ja  się  odcinam...  coraz  gorzej  mi  tam  jest.  Na 

każdy mój krok patrzą bardzo podejrzliwie. Zwłaszcza teraz, kiedy Mizera przestał się u nich 

pokazywać. 

-  Czy  oni  by  się  nie  mogli  w  ogóle  od  nas  wszystkich  odczepić?  -  zdenerwował  się 

Rudy. - Mamy na głowie ważną sprawę, a tu nowe zmartwienia i kłopoty. 

- Takie życie... - mruknął Gruby. - Bo ja właśnie... 

Michalski przerwał mu, odpowiadał Rudemu: 

- Zieloni chyba nie odczepią się tak łatwo, ich Szef postanowił, że powinniśmy być z 

nimi. Uparł się, wszystko na to wyraźnie wskazuje. Wściekli się, że Mizera przeszedł do nas... 

-  Z  tego  wszystkiego  wynika,  że  Mizerę  wciągamy  w  nasze  sprawy,  tak?  -  spytał 

Pająk. Koniecznie chciał to do końca załatwić. - Można mu opowiedzieć o sztandarze? 

- Tak. Dostajesz go, Pajączek, pod opiekę - zdecydował Rudy. 

- Dacie mi wreszcie coś powiedzieć? - Mów, Gruby. To ważne? 

background image

Bardzo.  Z matką  Brygidki  jest prawie beznadziejnie. Dziewczyna nawet  niezupełnie 

zdaje sobie z tego sprawę. Wiem to wszystko od Irki. 

- Przecież nie możemy nic pomóc... - powiedział smutno Pająk. 

Milczeli wszyscy. Michalski opuścił głowę. 

Ja to znam, chłopcy... 

Ale po chwili opanował się, wyprostował i zupełnie już spokojnie powiedział: 

-  To  jest  prawdziwe  nieszczęście.  A  z  wszystkimi  naszymi  kłopotami  damy  sobie 

radę. Nie przejmujcie się mną i Zielonymi. 

-  Słusznie  -  poparł  go  Zenek.  -  Ogólnie  przecież  nie  jest  źle.  „Tornado”  świetnie 

wystartowało,  a  my  już  mamy  w  garści  coraz  więcej  informacji  o  różnych  wojennych 

skrytkach... 

- Jeśli już się odezwałeś i tak ci wesoło, to coś dodam! - obciął go ostro Gruby. - Irka 

Witwicka uważa, że ty możesz zostać w siódmej na drugi rok. Z matmy i z polaka grozi ci 

lufa. Irka kazała nam szybko się tobą zająć! Słyszysz dobrze? 

- Co to znaczy „kazała”? Ona tobie może rozkazywać, ale nie nam  zaczął  się rzucać 

Zenek Gazda. - Niech się odczepi! Ty też przestań mnie pouczać! 

Rudy wkroczył w to bardzo stanowczo: 

-  Cisza!  Irka  i  Gruby  mają  rację,  możesz  się  obsunąć.  Więc  na  treningi  „Tornado” 

będziesz chodził do wakacji najwyżej dwa razy w tygodniu.  I jeszcze coś wymyślimy, a na 

razie koniec dyskusji. Teraz zajmijmy się wreszcie sztandarem... 

 

4. 

Spotykali się najczęściej na wzgórzach, ale nie w tym miejscu, gdzie Rudy powtarzał 

im  opowieść  porucznika,  bo  uznali,  że  bardzo  ich  tu  widać,  nawet  z  daleka.  Gruby 

zaproponował ruiny starego wapiennika, położone nieco w dole. Były to już właściwie same 

ściany, zburzone do połowy albo i więcej, przypominały jakby starą twierdzę dawno zdobytą, 

opuszczoną i zapomnianą. 

Zajęli te ruiny, ale starali się nie zostawiać żadnych śladów, które mogłyby świadczyć, 

że  ktoś  się tutaj  spotyka.  Schodzili  się  pojedynczo,  wychodząc  na  wzgórza  z  różnych  stron 

miasta, każdy najkrótszą drogą od swojego domu. Najdalej miał Michalski, bo Dom Dziecka 

znajdował  się  na  drugim  końcu  miasta.  Idąc  do  wapiennika,  Michalski  kluczył  po  całym 

Borzechowie na wypadek, gdyby Zieloni go śledzili. Zawsze się więc spóźniał, a czasem w 

ogóle  nie  mógł  się  wyrwać  na  spotkanie  i  wtedy  Staszek  Koza  wszystko,  o  czym  mówili, 

przekazywał mu potem w cztery oczy. 

background image

Wystarczyło,  żeby  jeden  z  chłopców,  usiadł  na  murku  wapiennika,  a  widział 

dokładnie  całą  okolicę  i  nikt  ich  nie  mógł  zaskoczyć  ani  w  ogóle  podejść  nie  zauważony  i 

podsłuchać. W klasie o swojej sprawie nie rozmawiali. A słowo „sztandar” jakby zniknęło ze 

słownika.  Taka  była  umowa.  Każdego  dnia  przybywało  środków  ostrożności.  I  zanim  się 

chłopcy  zorientowali,  mieli  już  ustalone  szyfrowane  powiedzenia,  którymi  posługiwali  się 

przy obcych. Któregoś dnia Gruby nie mogąc przyjść do szkoły, bo coś mu ważnego wypadło 

w domu, pobiegł rano do Irki Witwickiej i poprosił: 

-  Zwolnij  mnie  u  pani  Ciszewskiej  i  zapytaj  jednego  z  naszych  chłopców,  wszystko 

jedno którego: co jest grane? Wpadnę do ciebie po obiedzie, to mi powtórzysz. Dobra? 

- Ale w jakim sensie, co jest grane? 

- Oni będą wiedzieli. 

- Ja też chcę wiedzieć! Co to za tajemnice przede mną? 

- Irka... - zawahał się Gruby. - Nie pytaj. To nie są tajemnice przed tobą, tylko w ogóle 

tajemnice. Przed wszystkimi obcymi. 

- Ja jestem dla ciebie obca? - oburzyła się Irka. - Albo na przykład Brygidka? 

- Wiesz, że nie. Ale nie dopytuj o coś,  co nie ma z tobą nic wspólnego. To są nasze 

sprawy. Załatw mi to, nie zapomnij! 

Spytała więc Irka w szkole Pająka: - Co jest grane? Mam powtórzyć Grubemu. 

-  Powtórz  mu:  „normalka,  kwadrat  w  kole”  -  odpowiedział  Pająk.  Ale  po  chwili 

pogadał  z  Rudym  i  zmienił  zdanie:  -  Irka,  skup  się  i  uważaj.  „Normalka,  trójkąt  w  kole, 

wykrzyknik, punkt w ośmiokącie”. Zrozumiałaś? Powtórz. 

- Czyś ty oszalał? Przecież ja tego nigdy nie zapamiętam! 

- To sobie zapisz - poradził Pająk. - Tylko nie przekręć ani słowa, bo to bardzo ważne! 

Kiedy  Irka  oddała  Grubemu  po  południu  kartkę  z  tekstem  podyktowanym  przez 

Pająka, spytała ironicznie: 

- No i co? Masz stukniętych przyjaciół. Chyba mi nie będziesz wmawiał, że coś z tego 

rozumiesz! 

- Oczywiście, że rozumiem. Wszystko jasne, dziękuję ci. 

- To chociaż powiedz, dlaczego najpierw Pająk mówił o kwadracie, a potem stanęło na 

trójkącie? 

- Zmienili godzinę - wyjaśnił Gruby i spojrzał na zegarek. - Muszę już lecieć! 

Jest teraz po drugiej, a więc trójkąt oznacza chyba trzecią - domyśliła się Irka - czyli, 

że ośmiokąt to będzie godzina ósma. Ale co, gdzie i po co? 

Opowiedziała to wszystko Brygidce, oczywiście w tajemnicy. 

background image

-  Daj  im  spokój,  nic  złego  chyba  nie  robią.  Jakieś  głupstwa  im  w  głowie,  Czy  to 

można chłopców zrozumieć? Ciesz się, że nie mają prawdziwych zmartwień... 

Przyznała  jej  Irka  rację  i  przestała  o  tym  myśleć.  Brygidka  coraz  bardziej 

przygnębiona  co  wieczór  siedziała  po  kilka  godzin  w  szpitalu  przy  matce,  która  czuła  się 

bardzo  źle.  Więc  Irka  starała  się  Brygidce  pomagać  jak  mogła,  zapraszała  do  siebie  raz  na 

obiad,  raz  na  kolację,  wychodziła  po  nią  wieczorem  pod  szpital  i  odprowadzała  do  domu. 

Bardzo się z Brygidka zaprzyjaźniły. Tak zwykle bywa, kiedy komuś jest ciężko, a ktoś drugi 

potrafi być mu potrzebny. 

Kartka,  którą  Gruby  dostał  od  Irki,  powędrowała  do  Mizery,  bo  on  też  nie  był  w 

szkole  i  wpadł  do  Grubego,  żeby  zapytać,  jakie  plany  na  dzisiaj.  Ale  Mizera,  trochę 

zapóźniony  w  całej  sprawie,  nie  bardzo  jeszcze wszystko  rozumiał.  Stał więc  nad  Grubym, 

który szybko pochłaniał już drugi talerz zupy, stał nad nim i nudził: 

-  Rozumiem,  że  o  trzeciej  w  wapienniku,  a  potem  o  ósmej  u  Rudego...-  ale 

przetłumacz mi dokładnie ten szyfr. Bo się nigdy nie nauczę. 

- Pająk jest twoim opiekunem, a nie ja - tłumaczył mu Gruby z pełnymi ustami. - Nie 

zawracaj  mi  głowy,  kiedy  jem.  I  to  nie  jest  szyfr,  tylko  szyfrogram.  A  szyfr  masz  mieć  w 

pamięci... i nie przetłumacz, bo to nie jest po szwedzku, tylko rozszyfruj... A w ogóle tekst 

brzmi tak: „Wykonywać dotychczasowe zadanie, o trzeciej spotkamy się w wapienniku, jest 

coś  nowego,  o  ósmej  spotykamy  się  u  Rudego  w  domu”.  A  teraz  zmykaj,  daj  człowiekowi 

zjeść! Mizera poszedł do Pająka. 

-  Gruby  mówi,  że  ty  masz  mi  wszystko  wyjaśniać.  To  powiedz  na  przykład,  skąd 

wiemy, że sztandar na pewno był w naszym mieście? 

-  Porucznik  dopiero  po  latach  z  trudem  ustalił,  że  plutonowy  pochodził  od  nas. 

Pamiętaj,  że  znał  tylko  jego  nazwisko,  stopień  i  to,  że  był  z  łączności  -  tłumaczył  Pająk.  - 

Przecież plutonowy przyłączył do oddziału podczas walk. A kiedy porucznik dotarł wreszcie 

po  raz  pierwszy  do  Borzechowa,  mógł  już  rozmawiać  tylko  z  żoną  tego  człowieka,  która 

wiedziała, że jej mąż podczas okupacji sztandar tu przywiózł. I chyba nic więcej... 

- A co z plutonowym? 

- Już nie żył. Parę lat temu zginął w wypadku przy pracy. I ślad się urwał. 

- Parę lat temu... Na kopalni? 

- Może. Nie wiemy. Porucznik  nie podał  Rudemu  żadnych szczegółów.  Nie chciał o 

tym mówić. 

- Nie chciał? - zdziwił się Mizera. - Z powodu? 

- Tego właśnie i ja nie bardzo rozumiem... - mruknął Pająk. - Chodź, bo się spóźnimy. 

background image

Dlaczego dwa spotkania jednego dnia, szybko się wyjaśniło. Bo na pierwszym Rudy 

chciał  przedstawić  przygotowany  przez  siebie  długi  spis  wszystkich  miejsc  -  skrytek,  o 

których zdołali się dowiedzieć. A robiąc spis doszedł do ciekawego wniosku. To było właśnie 

to „coś nowego”. Na ósmą zaś rodzice Rudego wybierali się do kina i mieszkanie było wolne. 

Można  więc  było  to  „coś  nowego”  dokładnie  omówić  już  przy  pomocy  szkicu,  który 

pomiędzy  jednym  a  drugim  spotkaniem  Rudy  zdążył  z  pomocą  Zenka  Gazdy  narysować. 

Nawet w dwóch kolorach. 

Chodziło  o  stare  kopalniane  ogródki,  które  ciągnęły  się  między  hałdami  a  ostatnimi 

zabudowaniami miasta i torami kolejowymi. Długo trwała dyskusja i chłopcy rozstali się w 

nie najlepszych humorach. Bo cała sprawa wyglądała coraz trudniej. 

Bardzo późno wieczorem przyszło coś Pająkowi nagle do głowy. Aż się zdenerwował. 

Ale my jesteśmy niemądrzy! - pomyślał. - Żeby nie wpaść na taką prostą rzecz... 

- Nieprawdopodobne głąby! - powiedział głośno. 

- Kto? - zdziwiła się matka. - O kim ty mówisz? 

-  O  sobie,  niestety,  też...  -  mruknął  Pająk.  -  Mamo!  Puść  mnie  na  piętnaście  minut. 

Muszę wyskoczyć do Rudego. Bo nie usnę. 

- Teraz chcesz wyjść? Po nocy będziesz biegał? 

-  To  blisko,  na  osiedle.  I  zaraz  wracam.  Przyszło  mi  do  głowy...  no,  wiesz... 

rozwiązanie zadania. Żeśmy na to wcześniej nie wpadli! 

-  Jeśli  to  takie  ważne  i  masz  przez  to  nie  spać...  ale  szybko  wracaj,  bo  się  będę 

denerwowała. 

Sztygar Rudziński wychodził właśnie na nocną zmianę. Otworzył drzwi i zderzył się 

w nich z Pająkiem. 

-  i  Co  jest?  Gonią  cię?  Może  się  pali?  Czy  ostatnio  wy  wszyscy  na  pewno  jesteście 

normalni? To ciebie uśpił Bobuś? 

- Jaki Bobuś?, Aha... dziecko. Nie, to ja go uśpiłem. 

-i Chodź! - powiedział Rudy, który wyszedł właśnie z łazienki. - Nie zagaduj go, tato. 

Bo się spóźnisz na kopalnię. 

Sztygar Rudziński wzruszył ramionami, spojrzał jeszcze raz podejrzliwie na Pająka i 

nagle wybuchnął śmiechem. I wyszedł. 

- Znowu ojciec przez ciebie czkawki dostanie... - mruknął Rudy. - Cicho teraz... 

Przechodzili  koło  śpiącego dziecka. Niby taki słodki,  kiedy śpi  - pomyślał  Pająk  - a 

taka bestia! 

- Co się stało? - i Rudy zamknął drzwi do pokoju, byli sami. - Z czym przyleciałeś? 

background image

- Jesteśmy kompletne trąby. Że nam nie przyszło do głowy to, co najprostsze - mówił 

Pająk. - Przecież trzeba iść w odwiedziny do tego porucznika do szpitala. Koniecznie musimy 

do  niego  iść!  Już  nie  tylko  dlatego,  że  on  tu  nikogo  nie  ma  i  będzie  mu  przyjemnie...  Ale 

przecież  teraz,  kiedy  dowie  się,  że  szukamy  tego  sztandaru,  na  pewno  jeszcze  coś  nam 

dopowie. Choćby jedną dodatkową informację, jakiś szczegół  albo  nawet  jakieś nazwisko... 

przekonamy go wspólnie, Rudy, rozumiesz?. 

Rudy kiwnął głową. I milczał. 

- Mów coś. 

- Nie jesteśmy trąby, Pajączek. Ale nie pójdziemy do porucznika. I nic nam już więcej 

nie powie.. 

- Dlaczego? 

-  Ja  tam  byłem.  Od  razu  w  tamtą  niedzielę.  Jeszcze  zanim  spotkaliśmy  się  pierwszy 

raz na wzgórzach.?. 

- I co? 

- Nic. Nie chciałem wam o tym mówić. Jego już tam nie ma. 

-  Nie  ma  go  w  szpitalu?  -  Pająk  nie  mógł  zrozumieć,  nie  chciało  mu  się  to  jakoś 

pomieścić w głowie. - Co to znaczy „nie ma”. A gdzie jest? 

- Jego już nie ma. 

Cisza. Patrzyli obaj na siebie bez słowa. 

- Więc my, Rudy... - zaczął Pająk. 

-  Tak.  Kazałem  wam  dziś  wieczorem  odliczyć,  pamiętasz...  żeby  wszyscy  dobrze 

zrozumieli,  ilu  nas  jest.  Pomijając  żonę  plutonowego,  która  tu  gdzieś  w  Borzechowie 

mieszka, ale nie zna wcześniejszej historii sztandaru i w ogóle nic by nam nie pomogła, skoro 

nie potrafiła pomóc porucznikowi. Zdziwiło was to odliczanie, że niby po co taka zabawa w 

wojsko.  Wcale  nie  zabawa  -  i  Rudy  wyciągnął  dłoń.  -  Patrz:  ty,  ja,  Gruby,  Staszek  Koza, 

Michalski...:- liczył na palcach. I teraz druga dłoń: - Zenek Gazda i Mizera. Siedmiu. 

- Siedmiu ludzi, którzy znają sprawę. Wszyscy inni już nie żyją... - powiedział cicho 

Pająk. - Więc tylko my możemy... 

-  Musimy,  Pajączek.  Właśnie  dlatego.  My,  czyli  siedmiu  ostatnich,  którzy  znają 

tajemnicę zaginionego sztandaru. Choć nie do końca. Dziwne, prawda? Ale tak jest. 

- Siedmiu ostatnich... - powtórzył Pająk poważnie. - Wiesz, stary... dobrze się stało, że 

jesteśmy teraz razem, nie tak jak dawniej. 

background image

 

Rozdział II 

GDZIE JEST SZTANDAR? 

Wszystko zupełnie inaczej wyglądało z daleka, kiedy mówiło się o tym ogólnie. Sprawa 

była tajemnicza i bardzo ciekawa. Ale teraz wszelkie trudności przybliżyły się dosłownie na 

odległość wyciągniętej dłoni, bo trzeba było decydować: tu zaczynamy poszukiwania. I trzeba 

było zacząć. Choć zawsze niby wiedzieli o tym, dopiero teraz chłopcy przekonywali się coraz 

bardziej, że każdy z nich jest inny, i to wcale nie jest złe. Bo każdy z nich w czym innym był 

lepszy. Sporo mieli okazji, żeby to stwierdzić. Jedynie piękna majowa pogoda nie sprawiała 

im kłopotu. 

 

1. 

Stare kopalniane ogródki dawały jakąś szansę. Może to właśnie gdzieś tutaj sztandar 

jest  schowany?  Rudy  wpadł  na  tę  myśl,  kiedy  zorientował  się,  że  większość  ludzi,  których 

chłopcy  pytali  o  wojenne  skrytki,  wskazywało  właśnie  te  ogródki  koło  hałd  jako  miejsce, 

gdzie chowano przed Niemcami różne cenne rzeczy. Wybrali się więc następnego dnia, żeby 

rozejrzeć się w terenie i ostatecznie wszystko zdecydować. 

-  Trzeba,  panowie,  naukowo...  czyli  z  głową.  Jeśli  zaczynamy  od  ogródków,  to 

wchodzą  w  grę  tylko  te,  które  istniały  tutaj  już  trzydzieści  parę  lat  temu,  czyli  podczas 

okupacji  -  tłumaczył  Rudy.  -  Więc  ty,  Staszek,  te  swoje  trzy  kluczyki  odnieś  z  powrotem 

mamie, wujkowi i komu tam jeszcze je gwizdnąłeś. 

-  Rzeczywiście,  nie  pomyślałem  o  tym...  -  zmartwił  się  Koza,  który  bardzo  chciał 

zaczynać poszukiwania od ogródków swojej rodziny. - Nasze odpadają, szkoda. A tak chytrze 

zdobyłem te klucze. 

Pająk skrzywił się niechętnie, nie podobał mii się taki początek. 

-  Ja  proponuję,  żeby  niczego  nie  kraść.  I  ustalmy  to  raz  na  zawsze!  Nawet  jednego 

gwoździa z płotu, nawet... 

- Jasne! - poparł go Mizera. - Staszek się wygłupił. 

- A co ja ukradłem? Zwariowaliście? Własnej rodzonej ciotce nie wolno podgrandzić 

głupiego kluczyka od kłódki? 

-  Nie  wolno.  Odnieś  je  zaraz,  żeby  nikt  się  nie  zorientował,  że  zginęły.  Zasuwaj!  -  i 

Gruby  jednym  ruchem  swojej  ciężkiej  łapy  odwrócił  małego  Staszka  o  sto  siedemdziesiąt 

stopni,  nadając  mu  równocześnie  tak  znaczną  prędkość  początkową,  że  Koza  w  sekundę 

zrobił dobre parę metrów. 

background image

- Ty niedźwiedziu! Zobaczysz, jak cię kiedyś naleję!  - zdążył jeszcze tylko wrzasnąć 

ze sporej odległości i pobiegł do domu. 

Mizera pochylił się nad szkicem. 

-  To  znaczy,  że  zielonym  kolorem  zakreśliliście  te  ogródki,  które  trzeba  przeszukać, 

tak? Fioletowe odpadają czy niezupełnie? A skąd wiecie, które ogródki są stare? 

- Kosztowało  to  trochę!  - powiedział z dumą  Zenek Gazda.  -  Ponad  godzinę łaziłem 

tutaj z dozorcą, zagadywałem go ze wszystkich stron, wypaliliśmy z pół paczki papierosów, 

resztę mu dałem... 

Michalski popatrzył na niego uważnie. 

- Dałeś mu paczkę sportów? 

- Tak. Co z tego? 

- Nic, bardzo dobrze. To była twoja ostatnia paczka, wiesz? 

-  Mogę  sobie  kupić  następną.  Co  za  zmartwienie?  Mam  pięć  złotych...To  kupisz  dla 

nas  oranżadę.  -  uśmiechnął  się  Rudy.  -  Bo  nie  zdążyliśmy  ci  powiedzieć,  że  od  dziś 

przestajesz palić. Taka jest decyzja. Zapadła jednogłośnie, tyle że bez ciebie, bo w tym czasie 

uzupełniałeś informacje do szkicu. Przestajesz palić albo nie będziesz grał w „Tornado”. 

Właśnie.  Albo  jedno,  albo  drugie.  Masz  prawo  wyboru  -  powiedział  Gruby.  -  Sam 

widzisz, że nie jesteśmy bez serca. Ale oba rodzaje sportów razem za bardzo cię wyczerpują. 

Stąd te lufy z matmy i polaka. 

- Czyście się uwzięli na mnie? Chłopcy... - zaczął Zenek zupełnie oszołomiony. - Po 

prostu zawzięliście się wszyscy... 

-  Tak!  -  przerwał  mu  Pająk.  -  Dobre  słowo.  Zawzięliśmy  się  na  ciebie.  Jutro  dasz 

odpowiedź:  piłka  czy  papierosy.  Wracamy  do  szkicu...  więc  fioletowe  zupełnie  odpadają? 

Mizera pytał, odpowiedz mu, Rudy. 

Zenek  Gazda  ze  zdumieniem  słuchał  dalszej  rozmowy,  prowadzili  ją  tak  spokojnie, 

jakby nic się nie wydarzyło. A przecież... I w końcu nie mógł się zdecydować: obrazić się? - 

myślał. - Zrobić awanturę? Ale komu, jeśli w ogóle nie zwracają na mnie uwagi? Powariowali 

zupełnie. Bo chyba jednak wcale nie żartują z tymi papierosami... 

-  Nie  mamy  skrzydeł,  żeby  fruwać  -  mówił  Rudy  -  i  dlatego  ogródki  nowe, 

zaznaczone  przez  Zenka  fioletowo,  muszą  być  na  szkicu,  bo  przecież  czasem  trzeba  będzie 

przez nie przechodzić... 

- Ale jak? - zmartwił się Pająk. - Przez płot? Ja nie potrafię. 

Od  dziś  zaczniesz  ostro  trenować.  Możesz  przychodzić  do  mnie  na  podwórko  - 

zaproponował Gruby. - Będę cię doglądał przez okno. Jest tam taki dwumetrowy płot z desek, 

background image

zupełnie gładki, nawet nie ma o co nogi zaczepić. Bardzo dobry do treningu. 

Michalski roześmiał się głośno, ale zaraz spoważniał, nie chciał Pająka urazić. Więc 

starał się jakoś szybko zagadać. 

- Mizera będzie pomagał ci w treningu. Poproś go, na pewno się zgodzi... 

- Kiedy ja też nie umiem! Skądże? - wystraszył się Mizera. 

-  To  nic.  Pająk  ci  pomoże!  -  powiedział  Rudy.  -  Załatwione?  Tylko  musicie  szybko 

osiągnąć jakąś przyzwoitą formę. 

Gruby  ciągle  jeszcze  miał  wątpliwości,  czy  rzeczywiście  należy  zaczynać  od 

ogródków kopalnianych. 

- Dlaczego ludzie mówili nam właśnie o tych ogródkach? Czemu nie o zwyczajnych, 

małych, jakich pełno w Borzechowie koło domów? - zastanawiał się głośno. 

-  Były  wypadki,  że  podczas  aresztowań  Niemcy  przeprowadzając  rewizje  szukali 

najchętniej w piwnicach i w ogródkach koło domów. Ale nikt nawet nie wspomniał, żeby w 

tych  tutaj,  kopalnianych,  czegoś  szukali.  Może  dlatego,  że  są  za  miastem?  Że  to  tak,  jakby 

szukać wiatru w polu? 

- Jakby szukać wiatru w polu... - mruknął Gruby. - Właśnie... 

- Ja myślę, że Niemcy rozumowali tak: każdy chowa coś blisko siebie, żeby mieć to na 

oku - powiedział Michalski. - I w związku z tym nasi zaczęli postępować zupełnie na odwrót. 

Logiczne, nie? A jakie skrytki znajdują się w naszym spisie na drugim miejscu? 

-  Skrytki  zamurowane  w  ścianach.  Najczęściej  w  piwnicach...A  jednak!  Czyli  to 

mogło  być tak: kiedy nasi sparzyli się na murowaniu  w piwnicach, zmienili metodę. Swoją 

drogą,  skrytki  murowane  są  dla  nas  nie  do  znalezienia.  Nie  będziemy  chyba  rozbierać 

domów,  co?  -  uśmiechnął  się  Michalski.  -  Przypomnij  jeszcze,  jakie  miejsce  pojawia  się  w 

spisie najrzadziej? 

-  Dwa  -  powiedział  Rudy.  -  Stara  łaźnia  miejska,  gdzie  produkowano  tajnie  jakieś 

bomby i zresztą zdarzył się wypadek, bo pod koniec okupacji łaźnia wyleciała w powietrze 

- Więc odpada. 

- Odpada. I kopalnia. 

- Kopalni nie przeszukamy. Bo niby jak? Pozostają te ogródki. Przekonaliście mnie - 

zgodził się Gruby. 

Zenek Gazda, mimo że czuł się głęboko obrażony, nie mógł wytrzymać: 

- Nie tylko ogródki. Rudy jeszcze ma w naszym spisie parę ciekawych miejsc. Ale od 

czegoś trzeba zacząć! Tylko nie od gnębienia kolegów... 

-  Słusznie!  -  i  Rudy  przejechał  dłonią  po  szkicu,  a  potem  zatoczył  szeroki  łuk  w 

background image

powietrzu.  - To właśnie  wszystko, co mamy przed sobą... sporo roboty, nie? Do wakacji na 

pewno starczy. Tu zaczniemy szukać... 

- Od jutra? - ucieszył się Mizera; 

-  Niestety,  do  jutra  to  wy  obaj  z  Pająkiem  nie  nauczycie  się  przełazić  przez  płoty  - 

powiedział Michalski. - Musimy na was zaczekać. Proponuję dać im dwa dni czasu. I trzeba 

postarać się o jakiś sprzęt... gdyby Zenek szybciej podjął swoją sportową decyzję, na przykład 

teraz, od ręki... 

- To co? - warknął Zenek Gazda. - To co wtedy? 

-  To  moglibyśmy  zaraz  ustalić,  jaki  sprzęt  jest  potrzebny  -  powiedział  spokojnie 

Gruby. - Ty się na tym najlepiej znasz! 

- Możemy zaraz ustalić..- - mruknął Gazda pod nosem. - Co ma piernik do wiatraka? 

- A to, że może w ogóle nie zechcesz zostać z nami? Kto cię tam wie, co dla ciebie w 

końcu ważniejsze? A u nas, Zenek, decyduje większość. Jeśli ma rację. I tutaj jak się raz daje 

słowo, to nie wolno go złamać... 

Spojrzał Zenek na Rudego, przez chwilę milczał. 

-  Możemy  mówić  o  sprzęcie!  Wybrałem:  gram  w  „Tornado”,  nie  palę.  Bo  mnie  to 

znudziło i nie mam ochoty. Jasne? 

-  Jasne.  Grasz  w  piłkę.  Oczywiście  do  wakacji  tylko  dwa  razy  w  tygodniu  - 

przypomniał Michalski i odwrócił się nieznacznie, żeby Zenek nie dostrzegł jego uśmiechu. 

Oczekiwanie na wyraźne postępy Pająka i Mizery w pokonywaniu treningowego płotu 

na  podwórku  Grubego  przedłużyło  się  do  trzech  dni,  choć  obaj  robili,  co  mogli,  bardzo  się 

starali. W tym czasie Staszka Kozę z nudów zaczęła ponosić fantazja i tak szybko wymyślał 

coraz to nowe tajne znaki, hasła i szyfry, że chłopcy zupełnie się w tym pogubili. 

Któregoś dnia na przerwie  Zenek Gazda podał  Michalskiemu  kartkę, którą otrzymał 

od Staszka i powiedział: 

- Puknij ty swojego Niewysokiego w czoło, bo ja zwariuję albo go naleję. Co to niby 

ma znaczyć? 

Michalski czytał: 

- „W sprawie Er jedynka wpadła na pe, żeby wprowadzić ka - na - pe. Dobre, nie?” 

Rozzłościł  się  Michalski,  bo  zawsze  był  nerwowy,  a  Pająk,  który  zajrzał  mu  przez 

ramię i trzymał właśnie w ręku długopis, odruchowo poprawił „e” na „ę” w słowie „kanapa”. 

Ściągnięty za głowę Koza, zamiast wyjaśnić o co mu chodzi, zaczął się awanturować. 

- Kto tu wpisał „ę”? Dureń jakiś psuje mi rym i cały szyfr! 

- Tylko nie dureń! - oburzył się Pająk. - Naucz się pisać!.. 

background image

- A ty się naucz myśleć! 

-  A  ty  siadaj  na  tyłku  i  nie  podskakuj!  -  i  Gruby  posadził  Staszka  Kozę  na  krześle 

jednym zdecydowanym ruchem, aż Staszek sobie jęknął, a krzesło zaskrzypiało. 

- O, kumple leją Kozę! - wtrącił się Furdała uradowany. 

- A ty się odwal! - odpowiedzieli chórem wszyscy czterej. I umilkli nagle, zdziwieni, 

że akurat te same słowa przyszły im do głowy. 

Doskoczył Zenek Gazda. 

- Co on wam zrobił? 

- Kto? - spytał Pająk. - Furdała? Podsłuchuje... 

- Żebym ja cię nie podsłuchał... - zaczął Zenek misternie zaplanowane przemówienie, 

ale w tym momencie Staszek Koza podniósł się z krzesła i powiedział: 

-  Odpłyń,  Furdała,  na  oceany  świata,  bo  cię  nie  pozna  rodzony  tata.  Od  dzisiaj  będę 

mówił czasami do wiersza. A ty, Furdała, nie wtrącaj się w nie swoje sprawy. Już cię tu nie 

ma! A kysz! 

Podszedł Rudy. 

- Co się dzieje? 

Przeczytał kartkę Staszka Kozy, pokręcił głową. 

-  Stasiu,  przyhamuj,  ja  cię  bardzo  proszę.  Co to jest  „pe”?  Albo  „Er”? Jaka  kanapa? 

Co ty znowu wymyśliłeś?  

-  Zgodnie  z  umową  odmawiam  na:  ten  temat  dyskusji  w  szkole!  W  domu 

odpowiedzieć  wolę  -  powiedział  Staszek twardo,  bardzo  oficjalnie  i  do  rymu.  -  Mogę  wam 

wyjaśnić wszystko dzisiaj jedynka w pięciokącie! 

Patrzyli na siebie. 

- Cyfry coś znaczą? - spytał Mizera. - Bo już sam nie wiem... 

- Nic nie znaczą - stwierdził Gruby. 

- Znaczą! Cyfry to my, tylko zapomniałem was o tym poinformować. A jedynka to ja, 

bo pierwszy na ten pomysł wpadłem, chociaż się nie chwalę... - powiedział skromnie Staszek 

Koza. 

-  Wiecie  co?  On  jest  naprawdę  stuknięty  -  zmartwił  się  Zenek.  -  Moim  zdaniem  on 

wcale nie udaje. 

-  Tak?  To  powiedz  mi,  czy  ktoś  stuknięty  potrafi  przeprowadzić  na  zimno  logiczną 

analizę?  -  zaperzył  się  Staszek.  -  Analizę  połączoną  z  eliminacją  drugorzędnych  albo 

wtórnych  szczegółów,  zaciemniających  emocjonalnie  sytuację,  co  uniemożliwia  ocenę 

faktów... 

background image

- Dość! - przerwał mu Gruby. - Nie wyprowadzaj mnie z równowagi! 

- A mówiłem. Sami widzicie... - mruknął Zenek Gazda. - Czy to, co on bredzi, ma w 

ogóle jakiś sens? 

- Ma. Ja go trochę zrozumiałem. 

-Ja też - poparł: Pająka Mizera. - Nawet jakbym już kiedyś coś podobnego słyszał. Ale 

gdzie? 

- Może w telewizji? Albo w radiu? Różne rzeczy tam mówią. 

Michalski  przypatrywał  się  Staszkowi  przez  chwilę  bardzo  uważnie.  Wreszcie 

powiedział: 

- Trochę to ten bałwan ściąga ze mnie. I tak sobie myślę, czy to wszystko nie jest moja 

wina?  Może  za  szybko  douczam  go  matmy?  Jeśli  chodzi  o  ścisłe  rozumowanie,  trzeba 

przyznać, że Niewysoki robi postępy. Ale mówienie do wiersza to on ma nie po mnie. 

- Rymowanie może mieć po Rudym - poddał Zenek. 

Rudy oburzył się szczerze: 

- Ja mówię do wiersza? 

- Tak. Czasami coś ci się zrymuje. Może nie specjalnie, ale zawsze... 

-  No,  dobra.  Niech  wam  będzie.  Pozwolimy  Niewysokiemu  wygadać  się  do  końca  - 

podsumował  Gruby.  -  A  potem  się  zdecyduje,  czy  zaprowadzimy  go  do  lekarza,  czy 

będziemy sami leczyć. Mów, Stasiu! 

Ale Koza uparł się jak muł, że niczego więcej teraz nie powie. Dla świętego spokoju 

przyszli więc wszyscy do niego o piątej. 

 

2. 

Staszek  czekał  na  ławce  przed  swoim  domem.  Minę  miał  taką,  jakby  przed 

kwadransem  odkrył  penicylinę  i  właśnie  przygotowywał  się  do  wymyślenia  prochu.  Spod 

swetra coś mu na brzuchu sterczało. 

- Wyjaśnij, co wydumałeś! - zarządził krótko Rudy, a chłopcy otoczyli ławkę ciasnym 

kołem. 

- Tylko nie przerywać mi za często  głupimi uwagami  - powiedział Koza. - Najpierw 

wytłumaczę kryptonimy. „Er” - to sztandar. Od ostatniej litery, żeby było trudniej zgadnąć. A 

żeby  jeszcze  utrudnić,  to  nie  „R”,  tylko  właśnie  „Er”,  tak  jak  się  wymawia.  Tego  nikt  nie 

rozszyfruje, nawet najmądrzejszy z Zielonych. Przyjmujemy? 

Pająk pierwszy przerwał ciszę. 

- Dobre. Bo „Er” to może również znaczyć „razem”. 

background image

- Że co razem? 

- My. Razem. 

Zenek pokiwał głową, chłopcom też się to spodobało. 

- Przyjmujemy - powiedział Michalski. - A „pe”? 

- Napisałem, że wpadłem na „pe”. Od pierwszej litery. Pomysł. Wpadłem na pomysł. 

-  Głupie.  Tak  to  można  każde  słowo  skracać  i  nigdy  się  nie  połapiemy.  Proponuję 

odrzucić. 

- Mizera ma rację. Odrzucamy - zdecydował Gruby. 

-  A  co  będzie  z  cyframi?  -  spytał  Mizera.  -  Ja  ewentualnie  mogę  być  siódemką,  bo 

ostatni do was przystąpiłem. Ale jedynka to musi być Rudy. Dwójką mógłby być Pająk... 

- Nie chcę być dwójką - skrzywił się Pająk. - To głupie. A Gruby będzie szóstką, tak? 

Bo cyfra sześć ma brzuch. 

- Bardzo głupie - przyłączył się momentalnie Gruby. - I wcale nie śmieszne. 

- Wiecie co? Tak sobie myślę... u nas nikt nie powinien być ważniejszy od drugiego. 

Nie będziemy się numerować. Po co to komu? 

Spojrzeli na Rudego. 

- No, ty akurat to mógłbyś być jedynką - powiedział Pająk. 

- Nie chcę. 

Staszek Koza zmarkotniał. 

-  Trudno,  niech  będzie...  -  zdecydował  się  ustąpić  -  skoro  nie  chcecie.  Ale  to  Rudy 

poddał mi pomysł przez to odliczanie, ilu nas jest. A Co będzie z „kanapą”? - i wyjął spod 

swetra gruby brulion. 

- Co to jest? 

- Właśnie „kanapa”, czyli kronika naszych poszukiwań. W skrócie ka-na-pa. Świetna 

nazwa, prawda? Jest bardzo dziwna i zmyłkowa! - zachęcał Staszek. - No? Przyjmujemy? 

- A po co nam w ogóle kronika? - zastanawiał się Zenek. - W klasie mamy kroniką i 

same bzdury tam są. Co prawda prowadziła to Stelmachówna i Furdała. A ty już zapisałeś coś 

w tej swojej „kanapie”? Pokaż!. 

- Nie musi pokazywać! O ile znam dobrze Niewysokiego, to niczego tam jeszcze nie 

wpisał,  tylko  wymyślił  niepoważną  nazwę  -  powiedział  Michalski.  -  I  ja  wam  coś 

zaproponuję. Jeśli się mamy wygłupiać i bawić w różne takie kanapy, to lepiej chodźmy do 

Zielonych i zrezygnujmy ż szukania sztandaru. 

Rudy pokiwał głową i popatrzył po chłopcach. Milczeli 

-  Chciałem  dobrze.  -  mruknął  Staszek  Koza.  -  Ja  naprawdę.  co  tak  stoicie?  Chcecie 

background image

powiedzieć, że dziecinny jestem. Wiem, że tak sobie myślicie. To mówcie głośno! 

- Sam powiedziałeś. I wystarczy. 

Pająkowi  żal  się  zrobiło  Staszka,  który  jakby  zmalał  jeszcze  o  parę  centymetrów, 

przygarbił się na ławce, opuścił głowę. 

- Ale uważam, że Brulion się przyda  - powiedział Pająk stanowczo.- - Nawet bardzo 

może  się  przydać.  Trzeba  prowadzić  różne  notatki...  Szkic  terenu  i  brulion  to  będzie  nasza 

dokumentacja sprawy „Er”. Prawda, Rudy? 

-  Tak.  Notatki  będzie  prowadził  Pająk  i  Staszek  na  zmianę.  Zenek  najlepiej  rysuje... 

Wszystkie szkice on będzie robił. Gruby, czy ty jeszcze zajmujesz się fotografowaniem, czy 

już ci przeszło? 

- Nie przeszło 

- Ja też mam aparat - pochwalił się Mizera. - Teraz zbieram forsę na powiększalnik... 

-  Dobra.  W  miarę  potrzeby  będziecie  obydwaj  robili  zdjęcia  do  tej  kroniki  naszych 

poszukiwań...  -  i  Rudy  uśmiechnął  się  do  Staszka  Kozy.  -  W  porządku,  Niewysoki?  Ale  z 

„kanapą” daj sobie spokój. A za to ćwicz się w ścisłym rozumowaniu, dlaczego nie? Tylko 

każdą  swoją.  -  jak  to  mówiłeś?  Każdą  „logiczną  analizę  połączoną  z  eliminacją  wtórnych 

szczegółów”  i  tak  dalej,  czyli  wszystkie  genialne  myśli,  na  jakie  wpadniesz,  przedyskutuj 

najpierw  z  Michalskim,  bo  jednak  on  jest  z  nas  wszystkich  najlepszy  matematyk.  A  potem 

wnioski podyktujesz Pająkowi i on to najlepiej zapisze. Zgoda? Wszystko jasne? 

Zerwał  się  Staszek  Koza  z  ławki,  w  jednej  chwili  wrócił  mu  dobry  humor.  Podał 

Pająkowi brulion. 

-  Trzymaj  go  ty  w  domu.  Tak  będzie  lepiej.  Bo  co  na  ten  zeszyt  spojrzę,  to  mi  coś 

nowego przychodzi... Mówię wam, że różne pomysły tak mi skaczą po głowie, jak te pchły po 

kundlu Grubego... 

- Po pierwsze mój kundel  już nie ma pcheł,  bo go wykąpałem  -  powiedział Gruby,  - 

Po drugie to nie jest kundel, tylko krzyżówka owczarka z czymś tam, a po trzecie: jeśli masz 

mądry pomysł to możesz powiedzieć. Nie wstydź się, Niewysoki. Błyskaj! 

-  Rudy,  mogę?  Bo  już  wiem,  co  wpisać  na  początek  do  naszej  kroniki  poszukiwań. 

Tak  wpisać:  „pierwsze  prawo:  nie  wolno  obrażać  się  na  kolegów...”  Co  ci  jest  Pajączek? 

Znowu czymś głupim błysnąłem? 

Pająk  spojrzał  na  Staszka  tak  jakoś  dziwnie,  że  aż  tamten  stropił  się  na  moment,  a 

chłopcy  czekali,  co  Pająk  powie.  Ale  on  wyjął  z  kieszeni  długopis,  pomyślał  chwilę...- 

Zróbcie mi miejsce. I cisza! Ani słowa, bo mi ucieknie! 

Usiadł Pająk na ławce i powoli zaczął coś pisać na pierwszej stronie brulionu. Nikt się 

background image

nie odzywał,  żeby Pająkowi nie uciekło  i  strona  powoli  zapełniała się, aż Pająk doszedł  do 

połowy  i  odłożył  długopis.  Uśmiechnął  się  sam  do  siebie,  a  może  do  chłopców,  którzy 

wpatrywali się w niego. 

- Uwaga, czytam: „Siedmiu ostatnich, którzy znają tajemnicę Er, siedmiu z siódmej c 

w Borzechowie, których nazwano »bandą Rudego« postanowiło, że pierwsze prawo - zawsze 

razem  i  większość  ma  rację,  jeśli  ją  ma,  że  drugie  prawo  -  zawsze  razem  i  u  nas  się  liczy 

słowo, że trzecie prawo - zawsze razem i nie wolno się obrażać”... 

Rudy rozejrzał się po chłopcach. Nie musiał o nic pytać. 

-  Resztę  strony  zostawimy.  Może  nam  później  przyjdzie  do  głowy  jeszcze  jakieś 

prawo - powiedział poważnie. - A teraz podpisz się, Pająk, u dołu. I daj długopis... 

Podpisali się wszyscy. 

 

3. 

Maj  kończył  się  piękną,  prawdziwie  już  letnią  pogodą.  Miało  do  dobre,  ale  miało 

również złe strony dla chłopców Rudego. Bo w starych kopalnianych ogródkach ludzie często 

zostawali do końca dnia i czasem można było rozpoczynać akcję dopiero po zmroku. Sprzęt, 

którym  posługiwali  się,  został  więc  powiększony  o  latarki  elektryczne.  Coraz  większego 

znaczenia  nabierał  brulion,  który  szybko  zapełniał  się  notatkami  i  szkicami.  Oznaczano  na 

nich  nie  tylko  miejsca  już  przeszukane,  ale  również  przejścia,  tajne  oczywiście,  z  jednego 

ogródka do drugiego. 

Bez  szkiców  trudno  by  to  wszystko  spamiętać:  gdzie  znajduje  się  deska  specjalnie 

obruszana, którą odsuwało się i przechodziło do następnego ogródka, gdzie były gęste krzaki 

umożliwiające  szybkie  ukrycie  się,  jakie  altany  porośnięte  są  dzikim  winem,  co  pozwalało 

łatwo podciągnąć się na dach. 

Przez  płoty  nie  zawsze  można  było  przechodzić,  bo  widać  to  z  daleka,  ale  Pająk  i 

Mizera wcale nie żałowali, że osiągnęli w tej dziedzinie zupełnie dobrą formę. Nabrali dzięki 

temu pewności siebie i w ciągu tych trzech dni ostrego treningu na płocie Grubego bardziej 

się wyrobili sportowo niż w ciągu kilku lat szkolnych zajęć na sali gimnastycznej. 

W akcjach popołudniowych i wieczornych nie wszyscy zawsze mogli brać udział. Ale 

wystarczyło,  żeby  ktoś  nieobecny  jednego  dnia  przejrzał  sobie  potem  u  Pająka  kronikę 

poszukiwań i już był na bieżąco zapoznany z nowymi miejscami i dziurami w płotach. 

Nauczyli się uważnie i cicho poruszać i porozumiewać nawet bez słów. Kiedy jednak 

akcja  przenosiła  się  na  teren  ogródka  należącego  do  rodziny  albo  do  bliskich  znajomych 

któregoś z chłopców, środki ostrożności przestawały być potrzebne. 

background image

Któregoś popołudnia weszli do ogródka Irki  Witwickiej. Nie wiedziała oczywiście o 

tym, ale za to Gruby dobrze wiedział, że nikt im tu dziś nie przeszkodzi, bo rodzice wybrali 

się  z  Irką  do  miasta,  żeby  jej  kupić  letni  płaszcz.  Gruby  miał  ze  sobą  kluczyk  od  kłódki, 

często  tu  przecież  z  Irką  przychodzili.  To  właśnie  Gruby  razem  z  Irki  ojcem  skopał  ten 

ogródek  wczesną  wiosną.  Ale  zanim  zdążył  otworzyć  furtkę,  zorientował  się,  że  został  w 

alejce sam, a chłopcy już są w środku. 

- Co to  jednak znaczy przyzwyczajenie...  - westchnął  Mizera.  -  Jak tylko napotykam 

na swojej drodze płot, to go momentalnie przeskakuję. Żeby mój tata widział! 

-  Może  by  cię  nawet  pochwalił?  Przyda  ci  się  to  wszystko  w  wojsku,  na  torze 

przeszkód  -  pocieszył  go  Staszek  Koza,  który  wyspecjalizował  się  w  przechodzeniu  dołem 

przez takie wąskie szpary, że aż dziw brał, jak on się w nich mieścił. 

Zabrali  się  do  roboty.  Świeciło  słońce,  w  ogródku  Irki  czuli  się  bezpieczni, 

pozdejmowali więc koszule, żeby się trochę opalić. 

- Należy nam się ulgowy dzień - uznał Rudy. - Który to już ogródek? Piętnasty? 

-  Siedemnasta  altana,  a  ogródek  szesnasty  -  powiedział  Pająk  po  sprawdzeniu  w 

brulionie. 

- Co ty pleciesz? 

-  U  starego  Więcka  oprócz  altany  była  taka  buda  na  narzędzia  pod  płotem  - 

przypomniał Gruby. - Policzyliśmy to za drugą altanę i dlatego się nie zgadza. 

- To skreśl jedną altanę. Buda to jest buda! 

- Zostaw budę. Jaka różnica? Dach miała przecież... i 

- Ale podłogi nie miała. A zresztą... niech będzie, że to altana. 

Najczęściej  szukali  właśnie  w  altanach,  pod  dachami  i  pod  deskami  podłóg.  Wiele 

altan stało na podmurowaniach,  chłopcy uznali  więc, że podłogi  są bardzo ważne. Czasami 

zwracało  ich  uwagą  również  jakieś  inne  miejsce.  Na  przykład  odkryli  w  pewnym  ogródku 

podwójny  płot,  a  ściślej  kilka  desek  podwójnie  zbitych  gwoździami.  Sporo  czasu  zajęło 

rozerwanie tych desek, ale nie przyniosło niczego. 

- Za tym płotem jest pastwisko. Pewno krowy przewracały płot i ktoś go wzmocnił... - 

uznał z żalem Mizera, który chyba najbardziej zawsze przeżywał rozczarowanie, jeśli niczego 

nie znajdowano, a już, już wydawało się, że coś w tym miejscu może być. 

Altana u Irki bardzo szybko została przeszukana, innych ciekawych miejsc tu nie było. 

-  Wiecie  co?  -  powiedział  nagle  Staszek  Koza.  -  Coś  mi  się  przypomniało.  Ojciec 

kiedyś opowiadał, gdzie podczas wojny schował z kolegą zdobyczny pistolet... 

- Nie podałeś tego do spisu - zwrócił mu uwagę Rudy. - Dlaczego? 

background image

- Bo takich miejsc i tak nie przeszukamy. Są ich tysiące, to nie ma sensu. Ale tutaj, u 

Irki, toby można raz spróbować, bo mamy czas... 

- A gdzie twój stary schował ten pistolet? 

-  Wykopali  wielki  krzak  porzeczek  czy  agrestu,  po  prostu  unieśli  go  w  górę...  i 

wsadzili  zawiniątko  dokładnie  pod  ten  krzak.  Dobre,  nie?  Więc  jak?  Wykopiemy  Irce  jakiś 

agrest? 

- Nie zgadzam się! - zaprotestował Gruby. - Absolutnie! Jeszcze potem agrest uschnie 

i co? 

- On myśli, że dostanie ten ogródek w posagu...-  mruknął Koza do Pająka. - Chytrus 

jeden. Ale nie, to nie... 

Gruby udał, że nie słyszy. Chodził za chłopcami i pilnował, czy nie uszkodzili czegoś. 

- Przybij, Pająk, jeszcze tamtą deskę! - zarządził. 

- Tej nie wyrywaliśmy. Tak było. 

- To co? Napraw przy okazji, nie możesz? Jeszcze ktoś sobie nogę skręci... 

-  Na  przykład  twoja  przyszła  teściowa  -  przygadywał  Koza,  który  pracował  przy 

pomocy miotły zrobionej z paru gałązek i raz tu machnął, raz tam, snuł się po całym ogródku. 

Tak go zastał Michalski, który przyszedł później niż wszyscy. 

- Ledwo was znalazłem - powiedział. - Który to ogródek dzisiaj? 

- Drugi już. Irki Witwickiej. Zaraz przechodzimy do trzeciego. 

- A po co zamiatasz? Dlatego, że to Irki? 

-  Nie  zamiatam,  tylko  maskuję  akcję...  Tu  zamiotę,  tam  naśmiecę...  żeby  było  jak  w 

życiu Sam to wymyśliłem. Dobre, co? Rudy chwalił. 

Michalski rozejrzał się po ogródku. 

- A gdzie Zenek? 

- Został w pierwszej altanie... I zasuwa. Pająk tam do niego doskakuje co jakiś czas... 

- Co nasuwa? 

- Matmę na jutro. 

- Nie wygłupiaj się... Przez cały czas? 

-  Nie.  Od  godziny.  Myślisz,  że  chciał?  Ale  Rudy  mu  kazał.  Stęka,  krzywi  się...  i 

zasuwa. 

- Coś takiego! - Michalski pokręcił głową. - Niebywałe! No, to dajcie mi jeszcze jakąś 

robotę. 

- Przejdziesz do tamtego ogródka i zrobisz rozpoznanie na jutro. Bo już chyba dzisiaj 

damy  sobie  spokój...  Staszek,  idź  z  nim  i  notuj...  -  powiedział  Mizera.  -  Nie  zapomnij 

background image

zaznaczyć  przejścia.  Tu  chyba  trzeba  będzie  iść  górą,  bo  coś  zbyt  masywnie  ten  płot 

wygląda... 

Wracali do miasta wszyscy razem. Nagle usłyszeli śpiew. Przybliżał się do nich, był 

coraz głośniejszy. 

- Co to jest? Przecież nie z radia... 

- Pewnie, że nie, bo fałszują. 

- Może wojsko idzie? 

- Nie wiesz czasem skąd u nas wojsko? Nie zawracaj głowy... 

- Zaraz wyjdziemy z alejki na ulicę, to się wyjaśni - powiedział Gruby. 

Ale  wyjaśniło  się  wcześniej.  Nagle  z  ulicy,  właśnie  w  główną  alejkę  między 

ogródkami, skręciła duża grupa chłopców. Szli teraz dwójkami, ale równo, jednym krokiem. 

Śpiew umilkł, skończyli piosenkę. 

-  Już  nie  pryśniemy,  bo  nie  ma  gdzie...  -  mruknął  Michalski.  -  Choroba  jasna!  Idą 

Zieloni. 

Zbladł, zdenerwował się i momentalnie udzieliło się to innym, choć nie mieli przecież 

żadnego powodu, żeby się bać. Mizera przystanął. 

- Może zawrócimy? 

- I będziemy tak przed nimi szli? Albo biegli? Pomyślą, że uciekamy. 

- Ale jakoś głupio... - krzywił się Mizera. - Zwłaszcza mnie. Pierwszy raz spotykamy 

się wszyscy z Zielonymi twarzą w twarz... 

-  I  bardzo  dobrze!  -  powiedział  twardo  Rudy.  -  Staniemy  pod  płotem,  przepuścimy 

ich. Cisza. 

Czuli wpatrzone w siebie spojrzenia pierwszych chłopców ze zbliżającej się kolumny. 

I nagle usłyszeli komendę: 

- Śpiew! 

- Ale co? Jaką piosenkę? - rozległy się pytania z szeregu. 

- Tę samą, tylko lepiej. Zaczynać! 

I  cały  oddział  Zielonych  przedefilował  obok  chłopców  Rudego  ze  śpiewem.  Na 

samym końcu szedł starszy, dorosły już chłopak. Pająk i Gruby rozpoznali go: to był ten sam, 

który prowadził pierwsze spotkanie koło komórek za Domem Dziecka. Michalski i Mizera nie 

musieli rozpoznawać, bo dobrze go przecież znali.  Mizera odwrócił głowę, jakby nagle coś 

bardzo  ciekawego  zobaczył  za  płotem,  o  który  był  oparty.  Ale  Michalski  przeciwnie, 

pierwszy się odezwał. Był już zupełnie spokojny. 

- Cześć, Andrzej! 

background image

- Jak się masz? - odpowiedział tamten i przystanął na moment. - Przyłączysz do nas? 

Kolacja  dziś  będzie  później,  idziemy  na  małą  wycieczkę.  Za  hałdy.  Chłopcy  chcieli 

poćwiczyć śpiew w marszu... 

- Przyda się wam  to!  -  wyrwał  się Staszek  Koza i  zanim Gruby zdążył  go kopnąć w 

kostkę, roześmiał się głośno: - Fałszujecie aż strach! 

- No właśnie! Więc jak, przyłączysz? Pytanie skierowane było do Michalskiego. 

- A małe dzieci i dziewczyny mają kolację normalnie? 

- Normalnie. 

-  To  zjem  z  nimi  -  powiedział  Michalski.  -  Słuchaj...  ty  chyba  wiesz,  że  ja  się 

oficjalnie zwolniłem? 

- Wiem. Ale te zwalniania będą się musiały skończyć. Sam widzisz, jak nasi chłopcy 

na ciebie patrzą! W ich oczach to ci nie pomoże, oficjalnie czy nieoficjalnie. 

-  Gwiżdżę  na  nich!  -  rzucił  się  Michalski,  ale  nagle  zmienił  ton.  -  Andrzej!  Dałeś 

komendę „śpiew”, żeby mi nie przygadywali przechodząc? 

- Bystry jesteś. Do widzenia... 

I pobiegł, doganiając po chwili całą kolumnę Zielonych.,;. 

- To jest ktoś ważny tam u was w Domu Dziecka? - spytał Zenek Gazda, kiedy ruszyli 

przed siebie. - Ale nie ich Szef, co? 

- Szef jest tajny. Andrzej prowadzi Zielonych w imieniu Szefa, tłumaczyłem ci już to 

sto razy! - rozzłościł się Mizera. 

- Nie ciebie pytam, nie wrzeszcz. 

-  Andrzej  to  dobry  chłopak...  -  mówił  Michalski.  -  Jest  wychowankiem  naszego 

Domu, od małego w nim był. Teraz już ma chyba dziewiętnaście lat, pracuje na kopalni. Ale 

mieszka  u  nas.  Dyrektor  go  zatrzymał.  Pomaga  wychowawcom,  wykonuje  różne  prace...  A 

ostatnio zajmuje się Zielonymi. Potrafił ich wziąć w garść, sami zresztą widzieliście... 

-  Tak  -  powiedział  Rudy.  -  Chyba  to  sensowny  gość.  Ale  swoją  drogą,  to  ja  ci  nie 

zazdroszczę twojej sytuacji... 

- Mówi się trudno - uciął Michalski. - Dla mnie sztandar ważniejszy. I wy. 

Chłopcy długo szli w milczeniu. Każdy myślał sobie o czymś tam, może nawet każdy 

o  czym  innym,  ale  przecież  nikt  się  nie  zdziwił,  kiedy  nagle,  już  na  moście,  Mizera 

powiedział głośno: 

-  Szkoda,  że  porucznik  nie  podał  Rudemu  żadnego  szczegółu  więcej,  żadnego 

nazwiska. Myślę o tym plutonowym od nas z Borzechowa. Łatwiej byłoby sztandar znaleźć... 

a wtedy można by jakoś dogadać się z tymi Zielonymi... 

background image

Rudy przystanął. Więc chłopcy też. I otoczyli go w koło. 

- Przecież porucznik znał nazwisko i nic mu to nie pomogło. 

- Może źle szukał... Był sam. A nas jest siedmiu. Powiedz, Rudy, dlaczego nie chciał 

ci podać nazwiska? - spytał Pająk. - Od dawna mnie to zastanawia... 

-  Chłopcy,  czy  wy  nie  rozumiecie...  przecież  sztandar  wojskowy  to  nie  jest  kawałek 

materiału. 

- My tego nie rozumiemy? - oburzył się Gruby. - No wiesz! 

-  Nie  przerywaj.  Ja  w  innym  sensie...  Porucznik  na  moje  pytania  powiedział,  że  w 

wojsku zła sława ciągnie się za całą jednostką, za pułkiem, dywizją, która straciła sztandar. 

Zła sława, straszna... I pech. Frontowi żołnierze uważają, że nawet mówienie o tym przynosi 

nieszczęście! 

- Przecież wróg sztandaru nie zdobył. 

-  Tak.  Ale  widzisz,  porucznik  mówił,  że  nie  chce,  aby  ta  cała  historia  rzucała  jakiś 

cień na plutonowego, na jego rodzinę nawet... Może był trochę staroświecki. A może nie? I 

miał  rację,  że  nie  powiedział  nazwiska?  W  każdym  razie  wiemy  tylko  tyle,  ile  wiemy. 

Trudno. 

Michalski kiwnął głową. I uśmiechnął się do chłopców, bo przyszło mu do głowy, że 

to może jego kłopoty w Domu Dziecka tak ich jakoś nastroiły. 

Szukał słów, które by im poprawiły humor, podniosły trochę na duchu. 

- Ja tam wiem jedno - powiedział. - Postanowiliśmy i tak będzie. Szukamy sztandaru 

i... i już! 

 

4. 

Pająk tak się zmienił w ostatnim czasie, że sam nie zdawał sobie z tego sprawy, a jego 

matka, którą początkowo to cieszyło, zaczęła się na serio martwić. Zbierała się do rozmowy, 

zbierała, ale wciąż jej jakoś brakowało odwagi. Wreszcie którejś niedzieli rano, ledwo Pająk 

oczy otworzył, usłyszał pytanie: 

- Synku... Czy tobie coś jest? Pomyślał chwilę, przeciągnął się i wstał. 

- Tak. Chyba głodny jestem... A co? 

- Ja nie o tym... Odpowiedz mi poważnie. 

- Kiedy ja poważnie głodny jestem. 

- Chcę z tobą porozmawiać, a ty o jedzeniu... A właśnie! To jest jeszcze jeden dowód. 

Przecież ty nigdy tyle nie jadłeś co ostatnio. Powiedz mi: co ci jest? Może... może ty mi się 

zakochałeś? 

background image

Bardzo się Pająk zdumiał tym pytaniem. Tak bardzo, że aż zapomniał się zarumienić. 

Otworzył  jeszcze  szerzej  oczy,  a  dopiero  po  dłuższej  chwili  usta  i  odpowiedział  niezbyt 

mądrze: 

- Mamo... ja? 

- Przecież nie ja. Więc jak? Zakochałeś się, synu? 

- Mówiłem coś przez sen?- zapytał wystraszony. - Skąd ci to przyszło do głowy? 

- Jesteś teraz zupełnie inny niż dawniej. Podśpiewujesz sobie. Latasz gdzieś, a nikt cię 

nie bije, jak to kiedyś było. Głowa cię nie boli. Opaliłeś się i jesz za czterech. Urosłeś jakby 

trochę... Jakiś jesteś inny. Więc powiedz, co ci jest? 

- Starzeję się, mamo! - roześmiał się Pająk, bo zrozumiał wreszcie o co chodzi. - Nic 

się nie martw. Wszystko jest w porządku! 

Ta rozmowa sprawiła mu przyjemność. Jeśli już nawet mama widzi, że nie jestem taka 

ofiara  losu  jak  dawniej  -  myślał  sobie  -  to  bardzo  dobrze.  I  zaczął  się  starać  w  domu,  żeby 

było jeszcze lepiej. Wreszcie wymyślił coś niezwykłego. 

Matka  wróciła  tego  dnia  z  pierwszej  zmiany  i  zastała  na  stole  w  wazonie  kwiaty,  a 

obok leżały dwa bilety do kina. Pająk kręcił się po mieszkaniu jakby nigdy nic. Przynajmniej 

wydawało mu się, że zachowuje się, jakby nic się nie stało. 

Matka popatrzyła na niego i nagle roześmiała się głośno. Bardzo dawno już jej się to 

nie zdarzyło. Ucałowała syna. 

- Chciałeś mi przypomnieć, że dzisiaj twoje urodziny? Trzynaste, szczęśliwe... 

-  To  też.  Ale  głównie  chciałem  ci  przypomnieć,  że”  dziś  twoje  imieniny.  Bo  nigdy 

tego nie zauważasz! - powiedział Pająk i złożył matce życzenia. 

-  Rzeczywiście...  przecież  urodziłam  cię  dokładnie  na  swoje  imieniny.  W  szpitalu 

śmiali się, że twój ojciec zrobił mi drogi prezent. A te bilety, to co? 

- Idziemy dzisiaj do kina na dziewiętnastą. 

-  Do  kina?  Ja  i  ty?  Przecież  ja  już  nie  pamiętam,  kiedy  byłam  w  kinie...  Może  idź 

sobie z jakimś kolegą, albo... no, bo ja wiem... albo ostatecznie z koleżanką, co? 

- Ostatecznie idę z tobą! - oświadczył Pająk. Bardzo był z siebie zadowolony, cieszył 

się,  że  matka  patrzy  na  niego  jakoś  inaczej,  jak  na  dorosłego.  Aż  się  kilka  razy  tego 

popołudnia  przejrzał  w  lustrze,  ale  nic  ciekawego  w  sobie  nie  zauważył.  Za  to  matka 

zauważyła. I wreszcie powiedziała to głośno. 

- Zaczynasz się robić do niego podobny. Jak jeszcze trochę zmężniejesz... 

- Do kogo? 

- Do twojego ojca. 

background image

- To on był też taki jak kij od szczotki? Czyli jak ja? 

-  Co  ty  za  głupstwa  wygadujesz?  -  oburzyła  się  matka.  -  Był  bardzo  wysoki  i 

przystojny. I mądry był, dowcipny... wszystkie dziewczyny mi zazdrościły. Kij od szczotki! 

Też coś! 

-  No,  mądry  to  ja  już  jestem...-  zgodził  się  skromnie  Pająk.  -  Ale  żeby  przystojny? 

Pierwsze słyszę. 

I nagle zmienił temat, to znaczy trochę tylko zmienił. 

- Dlaczego tak mało o nim mówisz? Właściwie nigdy... 

Matka odwróciła się, w  jednej  chwili i  tak gwałtownie, jakby jakaś siła szarpnęła ją 

znienacka. Wyszła do kuchni. Dopiero stamtąd odpowiedziała: 

- Może dlatego, że za bardzo go kocham... daj już spokój. 

Ale Pająk nie ustępował, poszedł za matką, chwycił ją za rękę i powiedział poważnie: 

- Mamo... chyba już czas trochę zapomnieć. Ja rozumiem, że kochałaś ojca... ale to już 

bardzo było dawno. Dziesięć lat minęło... 

- Nie. Ja go i dziś kocham. Zostaw mnie, co ty się na tym możesz znać? I nie dziesięć 

tylko dziewięć i pół roku minęło od tego wypadku... 

Pająk zamyślił się, milczał chwilę. 

- Nigdy nie opowiadałaś, jak to się właściwie stało. 

-  Po  byłeś  za  mały.  I  bardzo  nerwowy...  może  również  przez  to  wszystko,  przeze 

mnie. Gdybym nie miała dziecka, nie wiem, co bym ze sobą wtedy zrobiła. To było straszne... 

- Zasypało ich? 

- Nie. Paliło się na kopalni, nawet nie na naszej... 

Ratowali kolegów przez trzy doby. I uratowali. Zupełnie znienacka coś się tam stało, 

ogień odciął im drogę... pięciu ratowników przepadło. Nasz ojciec tam był, Domański, Witek 

Kwiatkowski... no i tak się to nieszczęście stało. Już mnie o to nigdy nie pytaj. 

- Dobrze, mamo. 

Wieczorem wyszli do kina. I nagle na moście przyszło coś Pająkowi do głowy. Niezły 

jest  dla  mnie  ten  most  -  wspominał  sobie  potem  wiele  razy.  -  Stąd  przecież  zawróciłem  do 

szkoły po wypadku Rudego... A teraz właśnie na moście, myśląc jeszcze o tym wszystkim, co 

matka mówiła mu o ojcu, Pająk coś sobie skojarzył, coś takiego, że aż go na moment jakby 

zamurowało. 

- Mamo! Czy nasz ojciec był na wojnie? W wojsku znaczy? Był? 

W  napięciu  czekał  na  odpowiedź.  Ale  nie  takiej  się  spodziewał.  Bo  matka 

uśmiechnęła się tylko i wzruszyła ramionami. 

background image

- Skądże? Przecież ojciec podczas wojny był w twoim wieku... 

- Dobry wieczór! - usłyszeli nagle tuż koło siebie. 

To z przeciwnej strony, pewno od szpitala, szedł Gruby z Irką Witwicką i Brygidką. 

- Dobry wieczór. 

Już pod kinem matka powiedziała do Pająka: 

-  A  wiesz  co?  Ta  mała  Domańska  też  ma  dzisiaj  urodziny.  Obie  z  jej  matką 

męczyłyśmy się tego dnia. I nie tylko tego... 

-  Brygidka  urodziła  się  razem  ze  mną?  -  ucieszył  się  Pająk  nie  wiadomo  dlaczego.  - 

Nic nie mówiła... 

-  Skąd  ma  wiedzieć?  -  roześmiała  się  matka.  -  I  nie  z  tobą,  tylko  jakąś  godzinę  po 

tobie. Ale potem razem was kąpali, przewijali... leżeliście na takim długim stole koło siebie... 

- Nago? - wystraszył się Pająk. - Coś ty? 

-  No  wiesz!  A  już  myślałam,  że  wydoroślałeś.  Co  ty  wygadujesz?  To  nie  wiesz,  że 

małe dzieci rodzą się od razu w dżinsach i swetrach? Ale bardzo ładna dziewczyna zrobiła się 

z tej małej, dawno jej nie widziałam. Piękna panna, prawda? 

I  kiedy  nie  otrzymała  odpowiedzi,  matka  Pająka  kątem  oka  zerknęła  na  swojego 

jedynaka: chłopak był czerwony jak burak, zarumienił się jak nigdy chyba jeszcze dotąd. Nic 

już nie powiedziała, ale coś tam sobie pewno pomyślała. 

Tym  rumieńcem  zakończyłoby  się  wszystko,  co  było  ważne  w  dniu  trzynastych 

urodzin Pająka, gdyby po seansie nie dojrzał w tłumie pana Kowalika. Potem, już na skwerze 

przed kinem, nauczyciel ukłonił się matce Pająka. 

- Wcale go nie znam... - powiedziała cicho. 

- Ale on mnie zna, więc się tobie kłania. 

- A kto  to  jest?  -  wystraszyła się.  -  Co ty masz za znajomych? On się tak uśmiecha, 

jakbyście razem od lat konie kradli! 

-  Poddałaś  mi  myśl!  -  powiedział  wtedy  Pająk.  Bo  nagle  coś  bardzo  rozsądnego 

przyszło  mu  do  głowy  i  postanowił  od  ręki  to  załatwić.  A  w  każdym  razie  spróbować.  - 

Zaczekaj tu chwilę, mamo! 

Podbiegł do pana Kowalika, który szedł do kina sam, tylko na jedną albo dwie minuty 

podbiegł Pająk do niego. Wrócił bardzo zadowolony, wziął matkę pod rękę. 

- Wracamy do domu. Ale pomału, spacerem... Nie żałujesz, że byłaś ze mną w kinie? 

Jak się czujesz? 

- Bardzo dobrze... Bardzo! - odpowiedziała. 

background image

 

Rozdział III  

ŁĄCZNIK OD RUDEGO 

 

Chyba nikt tego nie mógł przewidzieć. Sytuacja nagle zmieniła się tak zaskakująco, że 

nie  tylko  chłopcy  Rudego  zupełnie  się  nie  mogli  zorientować,  co  się  właściwie  dzieje.  A 

zaczynało się dziać coś groźnego, co z dnia na dzień wyglądało bardziej niebezpiecznie. Było 

niebezpieczne. 

Ktoś uderzył znienacka? zaatakował chytrze i równocześnie z kilku stron. Cała szkoła 

zaczęła  początkowo  szeptać  nieśmiało,  potem  głośno  szumieć,  aż  wreszcie  jakby  wybuchła 

bomba. I to nie jedna, nie tylko w szkole. Ale zanim do tego wszystkiego doszło... 

 

1. 

Irka  Witwicka  była  wściekła.  Nie  dość  że  spóźniła  się  do  szkoły,  czego  bardzo  nie 

lubiła,  zwłaszcza  od  czasu,  gdy  została  gospodynią  klasy,  ale  w  związku  z  tym,  że  było 

późno, Irka nie poszła już po Brygidkę, która również się spóźniła. Do tego zapomniała Irka 

zabrać długopis, a na trzecią i czwartą lekcję była zapowiedziana bardzo ważna, decydująca o 

końcowej ocenie całorocznej dwugodzinna klasówka z matematyki. 

-  Długopis  jakiś  ci  załatwię,  nie  denerwuj  się  -  prosił  Gruby,  na  którego  napadła 

podczas przerwy. - 

Zrozum, mieliśmy dzisiaj ostatnią szansę! Ale to tajemnica... 

-  Ostatnią  szansę,  żeby  sobie  pospać  dłużej,  tak?  -  złościła  się  Irka.  -  Przyznaj,  że 

zaspałeś i dlatego nie przyszedłeś po mnie, a nie czaruj jakimiś tajemnicami! Co za tajemnice 

można mieć o siódmej rano? 

O  której?  -  oburzył  się  Gruby.  -  Ja  dziś  wstałem  o  piątej!  O  wpół  do  szóstej  stary 

wyszedł do roboty, matka też i mieliśmy wolną chatę, ale musiałem trochę posprzątać...Irka 

przymrużyła oczy i wpatrywała się w Grubego w taki sposób, że speszył się i zamilkł nagle. 

Tym bardziej, że to wszystko, co mu się wyrwało, już było właściwie tajemnicą. 

- Proszę cię, mów dalej. - powiedziała słodko Irka. 

- Nie mogę.  

- Mów, ale zaraz! - krzyknęła, aż chłopak drgnął zaskoczony. - Więc mieliście wolną 

chatę... i co dalej? 

- Dobra.:. - mruknął zrezygnowany. - O szóstej wyciągnąłem Zenka z łóżka, musiałem 

jego matce skłamać, że idziemy robić gazetkę szkolną, bo dyrektor nam kazał. Szósta pięć był 

background image

już u mnie Michalski, który wymknął się z Domu Dziecka, oczywiście bez śniadania. Więc 

dla całej trójki robiłem śniadanie, a oni... 

- Jacy oni? Mów dokładnie, kto? 

-  Przecież  mówię,  że  Michalski,  Zenek  i  Pająk,  bo  Pająk  jeszcze  doszedł,  a  potem 

Staszek Koza, ale on był po śniadaniu... 

-  I  co  wyście  razem  robili?  -  spytała  Irka.  -  Co  można  robić  tak  wcześnie  rano  i  do 

tego w tajemnicy przede mną? 

- Finiszowaliśmy... 

- Ja się z tobą, słoniu, nie dogadam  dzisiaj!  -  uznała  Irka i  podeszła do Pająka, żeby 

jego spytać. A może również trochę po to, żeby sprawdzić, czy Gruby czegoś tam nie zmyśla. 

Pająk  szybko  jej  wszystko  wyjaśnił.  Opowiedział,  jak  to  od  dwóch  tygodni  ostro 

podciągali Zenka Gazdę z matmy i polaka, a przy okazji Staszka Kozę z historii, i w ogóle 

każdy tam z czegoś się podciągał. 

-  Przecież  właśnie  ty  poddałaś  nam  ten  pomysł  -  mówił  Pająk.  -  Wiesz,  jak  to  się 

nazywało?  Tylko  nikomu  nie  zdradź.  To  były  dyżury  holownicze.  Czasem  rano,  przed 

lekcjami,  czasem  po  południu  albo  wieczorem.  Głównie  holowaliśmy  Zenka,  kiedy 

powiedziałaś, że on jest zagrożony i może się obsunąć. A dziś był finisz z matmy. Michalski 

dał koncert, przepytał nas na wszystkie strony. A Zenek w tym czasie robił w kuchni zadanie 

po zadaniu. No i czekamy teraz na klasówkę, zobaczy się, co z tego wyjdzie... 

Wyszło. Co prawda nie od razu się o tym dowiedzieli, bo matematyk zabrał klasówki i 

obiecał poinformować o stopniach następnego dnia. Ale chłopcy Rudego wcześniej wiedzieli, 

kto miał dobrze zrobione zadanie. Dzięki Irce. Bo tak jej się spodobała cała akcja holownicza, 

o  której  usłyszała  od  Pająka,  że  na  ostatniej  przerwie  zdecydowała  się  pójść  do  pokoju 

nauczycielskiego. 

Matematyka  nie  było,  pani  Ciszewskiej  też,  prawie  wszyscy  nauczyciele  zeszli  do 

stołówki na obiad. Ale Irka dostrzegła, że klasówki z matematyki leżą na stole i odważyła się 

zwrócić do pana Kowalika, który pił herbatę i patrzył na nią, zaciekawiony, czego tu szuka. 

- Ja przepraszam, my się nie znamy..-: - mówiła. - Ja tylko wiem, że pan uczy fizyki w 

ósmych.  Więc  czy  pan  by  nie  mógł  rzucić  okiem  choćby  na  jedną  z  naszych  dzisiejszych 

klasówek z matmy i zobaczyć, czy zadania są dobrze zrobione? 

- Na czyją? - zapytał. 

-  Na  klasówkę  Zenka  Gazdy,  bo  on  był  najbardziej  zagrożony..?  A  ja  jestem 

gospodynią klasy, więc.:, zresztą, chłopcy bardzo starali się ostatnio Zenka podciągnąć. 

Pan Kowalik szybko znalazł kartkę Gazdy, sprawdził raz i drugi. 

background image

- Dwa błędy tylko, nie powinno być mniej, niż czwórka. 

- No! - westchnęła z ulgą Irka Witwicka tak głośno, że aż uśmiechnęli się obydwoje. - 

To razem z poprzednią lufą powinno dać mocną trójkę na świadectwie! 

- Powinno - przyznał pan Kowalik. - Nikt więcej cię nie interesuje? 

- Owszem. Wszyscy. Ale nie mogę pana męczyć... 

- A ja nie powinienem wtrącać się do nie swoich klasówek - powiedział pan Kowalik. 

- Sprawdzę tylko  jeszcze Michalskiego i  Pająka... No, Pająk sam  mi wpadł  w ręce... nie ma 

ani jednego błędu. Możesz mu to dyskretnie powiedzieć... 

- Michalskiego pan nie musi sprawdzać. To jest u nas najlepszy matematyk. On nawet 

równanie  z  dwiema  niewiadomymi  potrafi  robić  w  pamięci...  tylko  wtedy  zawsze  patrzy  w 

sufit. 

-  W  sufit,  powiadasz?  -  uśmiechnął  się  pan  Kowalik.  -  No,  to  teraz  zmykaj!  I  nie 

dziękuj. Nie było tej rozmowy. To nasza tajemnica... 

Powariowały wszystkie chłopy z tymi tajemnicami - myślała Irka, wracając do klasy. - 

Tu tajemnica, tam tajemnica... Ale bardzo była zadowolona z wyników klasówki. Tak bardzo, 

że na oczach klasy ni stąd ni zowąd ucałowała Zenka Gazdę w jeden policzek, a Michalskiego 

w drugi.  I  nikt w klasie  nie  wiedział dlaczego. Tylko Pająk wiedział, bo  usłyszał  od  Irki. A 

Grubemu  rzecz  jasna  musiał  sprawę  wyjaśnić.  Więc  Gruby  powtórzył  Rudemu.  Ten 

oczywiście poinformował Zenka Gazdę. Zenek Michalskiego, a Mizera był przy tym. Staszek 

Koza dowiedział się ostatni, ale jaka to różnica, nie chodzi przecież o drobiazgi. 

 

2. 

Furtka nie ustępowała. Michalski szarpnął więc jeszcze raz, mocniej. I wtedy usłyszał 

dzwonek.  Rozejrzał  się  niepewnie.  Ostry  dźwięk  dzwonka  najwyraźniej  dochodził  z  budki 

dozorcy,  która  stała  pomiędzy  boczną  furtką,  a  główną  bramą  wjazdową  na  teren  Domu 

Dziecka. 

Dzwoni  nie  tylko  wtedy,  kiedy  ruszam  furtkę  -  pomyślał  Michalski  -  więc  to  coś 

innego. Dlaczego zamknęli furtkę na klucz? I kto dzwoni, skąd? 

Jeszcze raz nacisnął klamkę i kiedy miał już zamiar po prostu przeskoczyć przez płot, 

usłyszał z góry, gdzieś ponad sobą: 

-  Stój!  Nie  usiłuj  pryskać  przez  płot,  bo  cię  zaraz  złapiemy.  Odsuń  się  trzy  kroki  od 

furtki. dobrze. Teraz chwilę poczekaj! 

Zdumiony  Michalski  bez  sprzeciwu  wykonał  polecenie,  tak  go  to  wszystko 

zaskoczyło.  Ale  szybko  ochłonął,  zadarł  głowę  do  góry,  przyjrzał  się  jednemu  drzewu, 

background image

drugiemu... Jest! - ucieszył się. - To ten bałwan pewno dzwoni. Ale na kogo? 

W  rozłożystych  gałęziach  wielkiego  kasztana,  dobrze  zamaskowane  było  coś,  co 

mogło  przypominać  bocianie  gniazdo.  Siedział  tam,  oparty  o  linki,  które  go  zabezpieczały, 

niewielki  chłopak  z  młodszej  grupy,  którego  Michalski  znał  tylko  z  twarzy.  Tym  bardziej 

więc zdenerwował się, że jakiś smarkacz nim rządzi. 

-  Co  to  wszystko  ma  znaczyć?  Dlaczego  furtka  zamknięta?  I  co  ty  tam  robisz  na 

drzewie? 

- Pilnuję. To znaczy... mara wartę. 

-  Czego  pilnujesz,  gnoju  jeden?  Mnie?  I  tak  zaraz  przejdę  przez  płot  i  tyle  mnie 

upilnujesz. Kto ci kazał? 

- Nie obrażaj mnie, bo jestem na służbie. Oni tylko czekają na to, żebyś prysnął przez 

płot... bo wtedy złamiesz regulamin. Poczekaj chwilę, dobrze ci radzę. Już dzwoniłem... 

Ma  rację  -  pomyślał  Michalski.  Ale  zanim  zdążył  spytać,  na  co  ma  tu  pod  płotem 

czekać, zobaczył, że z budki dozorcy wychodzą dwaj starsi chłopcy, dobrze mu znajomi. 

-  Zapraszamy  do  głównego  wyjścia!  -  zawołał  jeden.  -  Może  się  łaskawie  tutaj 

pofatygujesz... 

- Proszę uprzejmie! - odburknął Michalski, bo równocześnie złościło go to wszystko i 

zaczynało bawić. 

- Dokąd idziesz? Nikt cię dzisiaj nie zwolnił, o ile wiemy. 

- Nie wasz interes. Za godzinę wrócę. 

- Znowu się urywasz do swojego Rudego? Nie wyjdziesz! 

Michalski zzieleniał ze złości. 

-  Odsuńcie  się  od  bramy,  bo  palnę  jednego  z  drugim!  Co  to,  obóz  wojskowy?  Chcę 

wyjść, to  wychodzę. Jeśli zamknęliście furtkę, to  wyjdę przez główną bramę. Jasne? Bo od 

tego jest brama... 

- Dla kogo brama, to brama. Dla wychowawców i dla gości - odpowiedział mu jeden z 

chłopców. - A dla nas jest to wartownia numer jeden! 

- A dla mnie jesteś bałwan numer trzy! 

- Dlaczego trzy? - zdziwił się Zielony, 

- Bo jeden sterczy w bramie, drugi siedzi na drzewie, a trzecim jesteś ty. A dlaczego 

bałwan, to nie pytasz? - i Michalski roześmiał się pogardliwie. - No już. Szpinaki, odsuwać 

się od bramy... 

- Nie przezywaj nas od szpinaków, bo... 

- Bo co? Mów. Bo co, Zieloni? Nalejecie mnie? Jest jeszcze dyrektor... 

background image

- Uspokójcie się, cisza! - krzyknął drugi Zielony. - Jest odpowiedź ze Sztabu. Muszę 

odczytać... 

Rozejrzał  się  Michalski,  ale  niczego  nie  zauważył,  co  by  mogło  wyglądać  na 

odpowiedź.  Ze  zdumieniem  patrzył,  jak  Zielony  wyjmuje  szybko  notes,  długopis  i  zaczyna 

coś  pisać,  nie  spuszczając  oka...  właśnie,  w  co  on  się  tak  wpatruje?  -  zastanawiał  się 

Michalski. - W któreś okno, ale w które? I co tam widzi? 

I  wreszcie  sam  dostrzegł.  W  oknie  od  jednej  z  piwnic  Domu  Dziecka,  ledwo 

wystającym ponad ziemią, najwyraźniej błyskało coś regularnie, w krótkich odstępach. 

- Ty, co to ma być? - spytał Michalski po cichu drugiego z Zielonych, żeby tamtemu 

nie przeszkadzać. 

- To jest, a nie ma być. Sygnalizacja. Tak cię bardzo dziwi? Jakbyś był z nami, to też 

byś umiał... 

-  Nie  muszę  umieć...  -  mruknął  Michalski  i  odwrócił  się  do  nich  tyłem,  żeby  nie 

spostrzegli, że jednak mu to zaimponowało. 

Obydwaj  Zieloni  zaczęli  po  chwili  coś  szeptać  między  sobą,  potem  kłócili  się 

półgłosem, a Michalski czekał niby zupełnie spokojnie. 

- Długo jeszcze? - spytał. - Macie już tę odpowiedź? 

- Mamy. 

- Jaką? 

-  Że  możesz  wyjść.  Niestety...  Ja  się  z  tym  co  prawda  nie  zgadzam,  ja  bym  cię  nie 

wypuścił... - zaperzył się Zielony. 

-  Ale  widocznie  to  nie  ty  tutaj  rządzisz.  Prawda?  -  roześmiał  mu  się  w  twarz 

Michalski, choć jego najbardziej zaskoczyła właśnie taka decyzja Sztabu. - Ucz się, szpinak, 

że rozkaz to rozkaz. Cześć! 

- Tylko przestań nas przezywać! - usłyszał za sobą. - I masz wrócić do kolacji! 

-  Pocałujcie  wy  mnie  w  nos...  -  mruknął  do  siebie  Michalski,  ale  równocześnie 

postanowił przestać nazywać Zielonych szpinakami. Ostatecznie cały; ten ich Sztab ładnie się 

znalazł - pomyślał. - Chociaż. choroba wie, dlaczego nagle tacy dobrzy dla mnie. Może będą 

mnie teraz śledzić? Chcą się dowiedzieć, dokąd idę i co my robimy? Trzeba uważać... 

- Trzeba bardzo uważać! I to nie tylko ty, ale my wszyscy! - zdecydował Rudy, kiedy 

Michalski  opowiedział  chłopcom  całą  historię.  -  Oni  są  świetnie  zorganizowani,  jak  z  tego 

wszystkiego widać. 

Staszek Koza pokiwał głową. 

-  A  wiecie,  co  było  dziś  na  końcu  korytarza  podczas  dużej  przerwy?  Regularna 

background image

kocówa, tylko że błyskawiczna... 

- Mów jasno! 

-  Pamiętacie,  że  od  rana  Furdała  szukał  zaczep-;  ki,  coś  mu  odbiło.  Przed  lekcjami 

przyczepił  się  do  mnie.  I  dostał  w  łeb  od  Michalskiego  i  Zenka.  Na  pierwszej  przerwie 

popchnął Irkę, a Wajnert podstawił jej nogę. Wajnertowi Irka oddała sama, a Furdałę uspokoił 

Gruby. Ale nie widzieliście, że na drugiej przerwie Furdała nalał Ciapciaka... 

- Za co? - spytał Rudy. - Dlaczego nic nam nie powiedziałeś? 

-  Właśnie!  -  rzucił  się  Mizera.  -  Trzeba  chłopcu  pomóc,  bo  Zielonych  w  szkole  nie 

ma... 

- Nie powiedziałem, bo nie zdążyłem. A potem już nie było potrzeby. Bo ty się Mizera 

mylisz,  to  już  nie  te  czasy...  Ciapciak  co  prawda  popłakał  się  i  uciekł.  Ale  za  to>  na  dużej 

przerwie otoczyło Furdałę nagle chyba z pięciu chłopców z ósmych klas. Wszyscy z Domu 

Dziecka. Trwało to nie więcej jak dziesięć sekund. Dostał taki wycisk, że aż miło. I nawet nie 

wiedział od kogo. Kiedy się podniósł, już ich nie było, prysnęli jak sen. Michalski pomyślał 

chwilę. 

-  Więc  zaczęli  bronić  swoich  również  w  szkole.  A  może  nie  tylko  swoich  bronią? 

Ciekawe. Ale chyba bardzo dobrze robią.- Tylko dlaczego nagle tacy mili dla mnie? Czyżby 

wreszcie postanowili przestać się mnie czepiać? 

-  O  tym  akurat,  bracie,  to  nie  rozmyślaj!  -  uśmiechnął  się  Pająk.  -  Ciesz  się,  że 

zmądrzeli i dadzą ci spokój. 

- Skąd wiesz? 

-  Tak  myślę.  To  znaczy,  mam  nadzieję  -  powiedział  Pająk.  I  odwrócił  się  nagle  do 

Staszka: - A ty przestań wreszcie żuć gunię, bo mnie to już denerwuje! Jak nie dziki szczaw w 

ogródkach  to  gumę  albo  jeszcze  inne  świństwo.  Nic  tylko  żujesz  i  żujesz.  Jak  ta,  z 

przeproszeniem... 

- Koza! - powiedział mu uprzejmie Staszek Koza. 

 

3. 

Akcja przeszukiwania starych kopalnianych ogródków rozwijała się i  wszystko  niby 

biegło zgodnie z planem, ale coraz bardziej było jasne, że końca nie widać. Na dużym szkicu 

całego  terenu  przybywało  znaczków,  które  wskazywały  miejsca,  altany  już  sprawdzone, 

większa część planu przypominała jednak raczej mapę Antarktydy. To znaczy kontury, w tym 

wypadku płoty, były znane. Ale reszta, to co w środku, składała się z białych plam. 

Chłopcy  starali  się  nie  rozmawiać  o  tym,  bo  żaden  za  nic  nie  chciał  przyznać  się 

background image

drugiemu,  że  jest  już  trochę  zniechęcony,  czy  może  nawet  rozczarowany.  A  plan  -  szkic 

terenu, który Zenek Gazda przerysował na czysto, ciągle przypominał, że większa część pracy 

ciągle jeszcze jest przed nimi. 

Rudy chyba najbardziej zdawał sobie z tego sprawę, ale Rudego martwiło również co 

innego.  Któregoś  dnia,  idąc  między  ogródkami,  zauważył  przyczepioną  do  płotu  kartkę. 

Sądził, że to jakieś ogłoszenie: „sprzedam grabie” albo „kupię używany wózek dziecinny”... 

Ale  kartka  informowała:  „W  tych  ogródkach  kradnie  banda  Rudego”.  Tekst  napisany 

zielonym  atramentem,  nosił  podpis:  Zieloni.  Zniszczył  Rudy  kartkę  i  nie  wspomniał  o  niej 

chłopcom. Ale następnego dnia podobną kartkę wyjął z kieszeni Gruby i powiedział: 

- Zerwałem to z furtki ogródka Irki. 

Wtedy  okazało  się,  że  i  Pająk,  i  Zenek  Gazda  również  znaleźli  i  zniszczyli  kartki, 

które  trochę  różniły  się  słowami,  ale  podpis  i  sens  był  taki  sam.  I  wszystkie  pisane  były 

zielonym atramentem. 

- Dlaczego nic nie mówiliście? 

-  A  czemu  ty  nie  mówiłeś?  Żeby  się  nawzajem  nie  straszyć,  prawda?  Ale  dlaczego 

Zieloni to robią? 

-  To  ja  wam  jeszcze  coś  powiem  -  zdecydował  się  nagle  Mizera.  -  Ojciec  ze  mną 

rozmawiał. Podobne donosy zerwane z płotów przyniósł już ktoś do nich na milicję. Ojciec 

pytał, czy nie domyślam się, kto to jest Rudy. I dobrze, że spytał. Bo oczywiście mogłem mu 

od ręki wszystko wyjaśnić...Wszystko? 

- No, może niezupełnie... - mruknął Mizera. - Ale to, co trzeba i zgodnie z prawdą. 

- Uwierzył? 

-  Ojciec  mi  zawsze  wierzy.  Bo  ja  nie  kłamię,  takie  mam  hobby,  jak  powiada  moja 

mama, kiedy jest w humorze. 

- A co mówił ojciec? 

- Na razie tylko pokręcił głową... 

Staszek  Koza  nie  wiadomo  dlaczego  zupełnie  się  tym  wszystkim  nie  przejmował. 

Nawet ucieszył się wyraźnie. 

- Ale draka! Twój stary jest komendantem milicji, tak? No, to mamy teraz za sobą siłę 

zbrojną! 

Rudy był przygaszony i zdenerwowany. 

- Nie wygłupiaj się, Staszek. Co najwyżej jeszcze nie mamy milicji przeciwko sobie! 

Ale za sobą nie mamy nikogo... 

- Tylko te dwadzieścia przeszukanych już ogródków. 

background image

- Dwadzieścia jeden! - poprawił Michalski. 

- A co u ciebie słychać, w Domu Dziecka? - spytał go Rudy. 

- Zupełnie nic. Cisza. 

To  nie  była  prawda.  Ale  Michalski,  z  którym  mało  kto  z  jego  kolegów  w  Domu 

Dziecka w ogóle rozmawiał, po prostu niczego nie wiedział. A tym bardziej nie mógł przecież 

orientować się w poglądach Sztabu Zielonych. Nawet gdyby mógł, w ostatnich dniach i tak 

by się w tym wszystkim zgubił. Bo Sztab miał teraz tyle poglądów, ilu było członków Sztabu, 

a do tego wszystkiego każdy z nich z dnia na dzień swój pogląd zmieniał. Jak to się mówi: 

pod naciskiem sytuacji. 

Zbierali się ostatnio nawet po kilka razy dziennie. Andrzej, który kierował Zielonymi 

w imieniu Szefa, zaczynał mieć trudności ze swoim własnym Sztabem. 

- Nie mogę zrozumieć, dlaczego cackamy się z tym Michalskim! - złościł się dowódca 

pierwszego patrolu.:- Przecież on na pewno nas szpieguje i  wynosi wszystkie informacje do 

Rudego i tej całej ich bandy, która rozrabia w ogródkach! 

-  Jest  wyraźny  rozkaz  Szefa:  zostawić  w  spokoju  Michalskiego!  Już  dziesięć  razy  to 

mówiłem. Szef nie musi się tłumaczyć ze swoich decyzji. Wie, co robi! 

- Czy masz, Andrzej, odpowiedź na nasze pytanie, kiedy Szef wreszcie się ujawni? 

- Tak. W dniu zakończenia roku szkolnego. Przygotowuje również niespodziankę dla 

wszystkich Zielonych. 

-  Niespodziankę.  -  mruczał  drugi  patrolowy.  -  Ciekawe  jaką?  Może  taką,  jak  ten 

ostatni  pomysł  Szefa,  żeby  wyjść  na  zewnątrz  z  naszą  robotą  i  urządzić  jakąś  imprezę  dla 

6z!koły? Bez sensu! Głupota jakaś...Licz się ze słowami!  - krzyknął  Andrzej.  - Szef to  jest 

Szef! A nie jakiś twój kumpel, z którym się możesz wykłócać. 

-  Czy  tu  mamy  Sztab  i  można  dyskutować,  czy  ty  będziesz  się  na  nas  wydzierał?  - 

postawił się trzeci patrolowy. - Ja zaczynam już mieć wątpliwości, czy ten nasz tajny Szef w 

ogóle istnieje. Słyszysz? Czy ty go sobie nie wymyśliłeś? 

-  Zapewniam  cię,  że  to  on  sobie  mnie  wymyślił  -  uśmiechnął  się  Andrzej.  -  I  tylko 

mam  z  wami  kłopoty  dzięki  temu.  Co  jeszcze  was  gryzie?  Mówić  szczerze!  Masz  rację, 

wolno dyskutować... 

- No, to my się nie zgadzamy, żeby cokolwiek robić dla szkoły. I w ogóle dla tych z 

miasta. Niech nam teraz wszyscy zazdroszczą tego, co sami dla siebie potrafimy zrobić. A co 

oni kiedykolwiek dla nas zrobili? Zawsze byliśmy ci gorsi od nich. Dla nauczycieli w szkole 

też. Piąte koło u woza, „ci z Domu Dziecka”! Jak tylko coś komukolwiek zginęło, to od razu: 

„a był tu ktoś z Domu Dziecka obok ciebie?” Pamiętacie? 

background image

- To prawda  -  przyznał  Andrzej  poważnie.  - Dla wielu  zawsze byliśmy ci  gorsi. Ale 

teraz pokażemy, że jesteśmy tacy sami jak oni. 

-  Lepsi!  -  rzucił  się  dowódca  drugiego  patrolu.  -  Daliśmy  ochronę  słabym.  Jak  tylko 

ktoś bije w szkole słabszego, mój patrol momentalnie wkracza. To mało? 

Andrzej trochę się skrzywił. 

-  No...  wiecie,  akurat  tej  roboty  to  nasz  Szef  za  bardzo  nie  pochwala.  Ale  i  nie 

zabrania. Radzi tylko, żeby raczej nastraszyć, a nie od razu z łapami. 

-  Takich  chuliganów,  jakich  my  w  szkole  mamy,  to  możesz  przestraszyć,  wiesz? 

Pukawką  na  wodę!  Jak  jeden  z  drugim  nie  dostanie  w  łeb,  to  nie  wie,  co  jest  grane.  A  jak 

dostanie, to się domyśli, że lepiej nie bić słabszych. 

-  Ale  znowu  będą  gadać,  że  Dom  Dziecka  się  rozbija.  A  tego  ani  ty  nie  chcesz,  ani 

Szef. Prawda? Jeszcze nam się milicja w to wszystko wmelduje i będzie miała rację. 

-  To  ograniczmy  interwencję  tylko  do  takich  ostrych  wypadków...  Bo  musisz 

przyznać, że jednak bijatyki w szkole trochę dzięki naszej akcji ustały. 

-  Chłopcy  od  Rudego  też  w tym  kierunku  działają,  o  ile  wiemy.  Przynajmniej  swoją 

siódmą  c  prawie  zupełnie  uspokoili.  Więc  nie  jesteście  w  szkole  sami...  -  przekonywał 

Andrzej. - Możecie już chyba złagodzić tę akcję. 

- A ja bym proponował, żeby teraz przeszkodzić tym od Rudego w ich rozrabianiu w 

ogródkach! Czort wie, co oni tam robią? 

- Zgadzam się. Ja nie mam nic dobrego do powiedzenia o Rudym i jego kompanii!  - 

stwierdził zimno pierwszy patrolowy. 

- Ale i nie masz właściwie nic złego do powiedzenia, prawda? - podsumował Andrzej. 

- Więc nie przyczepiajcie się do nich. Jasne? To polecenie Szefa. 

Była to jednak tylko jedna z narad Sztabu Zielonych. A każda sprawiała Andrzejowi 

coraz to nowe kłopoty, o których późno wieczorem, albo nawet w nocy, informował swego 

Szefa, namawiając go, żeby ujawnił się jak najszybciej i wziął wreszcie Zielonych pod swoje 

bezpośrednie rozkazy. 

 

4. 

Zupełnie  nagle,  podczas  obiadu,  Rudy  zdecydował  się  odwołać  dzisiejsze 

poszukiwania  w  ogródkach.  Podjął  tę  decyzję  między  zupą  a  drugim  daniem,  zerwał  się 

gwałtownie od stołu i wybiegł. 

- Zobaczysz, że poskarżę ojcu! To po co ja gotuję? - zdążyła jeszcze tylko krzyknąć za 

nim matka, ale Rudy już był na ulicy. 

background image

Matka  Rudego  nie  zdawała  sobie  oczywiście  sprawy,  że  to  właśnie  ona  ostatecznie 

wpłynęła  na  podjęcie  przez  niego  tak  nagłej  decyzji.  Bo  kiedy  usiadł  do  zupy,  zaczęła 

opowiadać, co ludzie mówili w sklepie. 

-  Ty  uważaj  synku,  jak  wracasz  ze  szkoły  albo  wieczorem  gdzieś  idziesz...  Kobiety 

mówią, że jacyś chuligani napadają na uczniów, były już podobno takie wypadki. A znów w 

ogródkach  szaleje  jakaś  banda,  kradną  i  niszczą...  Jakoś  tak  się  kolorowo  nazywają,  ale 

zapomniałam... 

Wywołał  Rudy  z  domu  Pająka,  posłał  go  do  Mizery  i  Staszka  Kozy,  a  sam  miał 

zawiadomić Zenka i Grubego. Zarządził, że spotkają się na wzgórzach, w starym wapienniku, 

jak dawniej. 

- Ale Michalskiego nie zdołamy już odwołać, bo jak? - martwił się Pająk. - Będzie nas 

szukał w ogródkach... 

-  Trudno...  -  powiedział  Rudy.  -  Zresztą  i  tak  nie  wiadomo,  czy  on  dziś  potrafi  się 

wyrwać z Domu Dziecka. Wątpię. 

- Dlaczego? Już mu przecież dali spokój. 

- Tak było do wczoraj. Dziś już chyba powstała zupełnie nowa sytuacja. 

,W. tej jednej sprawie byli zgodni, kiedy zaczęli się naradzać na wzgórzach: sytuacja 

jest nowa. Ale jak się w tej nowej sytuacji znaleźć, zachować? 

- Szkoda, że nie ma Michalskiego, bo on by najlepiej przeprowadził analizą  -  mówił 

Staszek  Koza.  -  Spróbuję  go  jakoś  zastąpić,  ja  też  mam  bardzo  ścisły  umysł,  jak  wynika  z 

ostatniej  klasówki.  Tylko  słuchajcie  uważnie:  Analizujemy  na  zimno...  Więc  po  pierwsze, 

wszyscy wyczuwamy, że coś niedobrego zaczyna się dookoła nas dziać. A teraz zbierzmy do 

kupy główne fakty. Tylko fakty. 

-  Meldowałem,  że  wczoraj  w  ogródkach  ktoś  mnie  śledził,  kiedy  do  was  szedłem. 

Może nawet nie jedna osoba. Ale nie wiem kto. I znów znaleźliśmy później na płotach kilka 

kartek z podpisem Zielonych! - powiedział Gruby Dzisiaj po lekcjach kilku chłopców z Domu 

Dziecka najwyraźniej czekało na mnie przed szkołą. -

 

mówił Rudy. - Paru starszych i dwóch 

czy  trzech  małych  gnojków.  Gapili  się  na  mnie  i  szeptali  coś  między  sobą.  Specjalnie 

przystanąłem, żeby nie myśleli, że uciekam. I nic. Odeszli... 

- To nie mą sprawy - zaczął Pająk. - Przecież... 

Ale Staszek Koza przerwał mu ostro: 

- Nie komentuj! Teraz idą tylko fakty. Mizera, masz coś? 

-  Ciapciak  przestał  ze  mną  w  ogóle  rozmawiać.  Wyraźnie  odsuwa  się  od  nas, 

jakbyśmy byli chorzy na ospę... 

background image

- Co to za fakt?  - rzucił się Zenek. - Wielki  mi fakt: Ciapciak! Nie truj...  Mów, jeśli 

coś  masz  do  powiedzenia,  a  jak  nie,  to  siedź  cicho.  Ja  mam  jeden  fakt:  Rysiek  Pustecki 

powiedział, że Furdała i Wajnert przestali przychodzić na treningi „Tornado”. Nie wiem, czy 

to ma cokolwiek do rzeczy, ale jest dziwne... 

-  Teraz  ja  -  powiedział  Staszek.  -  Wychodziłem  ze  szkoły  dużo  później  niż  wy,  bo 

czekałem  na  dentystkę.  I  zaraz  usłyszycie  coś,  czego  jeszcze  nie  wiecie!  Na  korytarzu,  jak 

przechodziłem,  woźna  szkolna,  zapłakana,  opowiadała  dyrektorowi,  że  zniszczono  jej 

ogródek  wczoraj  wieczorem  albo  w  nocy.  Ktoś  zdeptał  grządki,  poniszczył  płot  i  tak  dalej. 

Głośno płakała... 

-  Niesamowite  -  mruknął  Mizera.  -  To  jest  świństwo!  Kto  to  mógł  zrobić?  Przecież 

chyba nie Zieloni? Nie uwierzę... 

Poczekaj, może jesteś blisko. Ale to dopiero początek - mówił Staszek Koza. - Woźna 

mnie  zna  i  lubi,  to  moja  sąsiadka.  Więc  pytam  ją,  czy  kogoś  podejrzewa.  A  ona  do  mnie: 

„Staszek, to zrobiły jakieś Zielone, może wiesz kto to są Zielone? Tobym poszła na milicję... 

I  pokazuje  mi  kartkę,  którą  jej  podrzucono  w  szkole.  Na  kartce  była  informacja:  „Pani 

ogródek zniszczyli Zieloni. To są łobuzy i świnie”. Zgadnijcie, kto był podpisany? 

-  Kto?  -  spytał  Rudy,  a  chłopcy  wlepili  oczy  w  Staszka  Kozę,  który  przez  moment 

jakby zwlekał z odpowiedzią. 

- Ty! 

- Ja? - zerwał się Rudy. - Naprawdę ja? 

-  Naprawdę  ty.  Widziałem  na  własne  oczy.  Ty,  ale  nie  nazwiskiem.  Podpisane  było: 

„Rudy”. Rozumiecie? 

- Pisałeś coś takiego? - wyrwał się Mizera, ale momentalnie sam sobie odpowiedział. - 

Bzdura, zupełny idiotyzm. Przepraszam... 

Chłopcy długo milczeli. Wreszcie Rudy powiedział powoli: 

- To nie jest wcale taka bzdura. Pomału zaczyna jedno do drugiego pasować. Zaczęła 

się afera. I to się może bardzo źle skończyć... 

- Nie kr acz! - rozzłościł się Zenek. - Dla mnie nic tu do siebie nie pasuje. Kto mógł 

mieć złość do woźnej? Tak trzeba postawić pytanie. No, kto? 

Gruby wzruszył ramionami. 

- Na przykład ty..? 

- Co ty pleciesz? 

-  Wiem,  co  mówię.  Różni  chłopcy  mogli  mieć  złość.  Jeśli  tych,  co  zniszczyli  jej 

ogródek,  szukamy  w  szkole.  Bo  mogło  być  inaczej.  Kto  inny  mógł  zniszczyć,  a  kto  inny 

background image

wykorzystał to i napisał kartkę w naszym imieniu. A złość do woźnej mogą mieć na przykład 

ci, których przeganiała z ubikacji za palenie papierosów, prowadziła  do dyrektora... Dlatego 

powiedziałem żartem, że na przykład ty, Zenek, oczywiście dawniej... 

- Nie pora na głupie żarty, wiesz? 

- Słusznie - poparł Zenka Pająk. - Sumujmy. Faktem jest, że ktoś zniszczył ogródek. 

Uderzył  w  szkolną  woźną,  żeby  się  na  niej  za  coś  zemścić  albo  dlatego,  żeby  cała  rozróba 

przeniosła się również do szkoły. Co dalej? Pomóżcie mi myśleć... 

Staszek Koza rozłożył bezradnie ręce. Ale wtedy zabrał głos Mizera: 

-  Ktoś  uderzył,  masz  rację,  ale  nie  tylko  w  woźną.  Bo  wybrał  taki  teren  uderzenia, 

żeby  to  wyglądało  na  nas.  Ogródek.  A  przez  parę  dni  rozpowszechniał  donosy,  że  w 

ogródkach właśnie my rozrabiamy. Czyli niszcząc ogródek woźnej uderzył w nas... 

-  Tak.  To  miałem  na  myśli  mówiąc,  że  wszystko  do  siebie  zaczyna  pasować!  - 

powiedział  Rudy.  -  Ktoś  uderzył  w  nas  podwójnie.  Bo  teraz  zwala  na  nas,  że  niby  my  to 

chcemy zwalić na Zielonych..: 

- Skomplikowane trochę... - mruknął Zenek. - Zaczynam się w tym gubić. 

- Nie tylko ty. I o to chyba temu komuś chodzi, żeby wszyscy się pogubili w tej całej 

aferze. Bo przecież równocześnie uderzył również w Zielonych! O co tu właściwie idzie cała 

walka? 

-  Czy  to  wszystko  robiła  jedna  ręka?  -  spytał  Pająk.  -  Chyba  takiej  pewności  nie 

mamy? 

Nikt  mu  na  to  pytanie  nie  potrafił  odpowiedzieć.  I  nikt  nie  miał  na  razie  żadnego 

pomysłu, co teraz należy zdecydować. Ale dobre pomysły to mają dc siebie, że przychodzą 

czasem nie z tej strony i nie w tym momencie, kiedy ich się oczekuje. 

 

5. 

Przy  głównej  bramie,  czyli  wokół  wartowni  numer  jeden,  oraz  w  całym  parku 

otaczającym  Dom  Dziecka,  wyraźnie  widać  było,  że  dzieje  się  coś  niezwykłego.  Tak 

przynajmniej uznał Pająk i szeptem podzielił się tą uwagą ze Staszkiem Kozą. 

-  Podejrzany  spokój,  nie  uważasz?  Ani  żywej  duszy,  a  zawsze  przecież  tu  jest  duży 

ruch... Przestań się wiercić! Stój poważnie... 

- Nie wiercę się, tylko przeprowadzam rozpoznanie. Gdybyś lepiej obserwował, to też 

byś zobaczył, że wszędzie w krzakach porozstawiali posterunki. Pilnują... 

Chłopcy  czekali  koło  budki  dozorcy.  Stali  sami.  Wiedzieli  jednak,  że  są  uważnie 

obserwowani,  choć  niby  obaj  Zieloni,  którzy  zatrzymali  ich  w  bramie,  poszli  do  Domu 

background image

Dziecka i przepadli. 

Po dłuższej chwili Pająk i Staszek Koza usłyszeli dzwonek. 

-  To  chyba  telefon?  Coś  podobnego!  -  zdziwił  się  Pająk.  -  Tak  samo  dzwoni  ten  u 

Mizery w domu. 

- Już nie sygnalizują światłem, jak opowiadał Michalski. Rozwinęli się technicznie... - 

mruknął Staszek. - Ciężko z nimi będzie! Uwaga. 

Z budki wyszedł jakiś chłopak, który do tej pory nie pokazywał się, i zawołał: 

- Już! 

- Co już? Idziemy do budynku? 

- Nie. Oni do was idą. Przygotować się do rozmowy. 

- Tutaj, w bramie? 

- Tak. 

- Nie dyskutuj z nim. Cicho bądź! polecił Staszkowi Pająk, - Nie będziemy gadali z 

byle wartownikiem... 

Ale właśnie wtedy z Domu Dziecka wyszedł Andrzej razem z tymi dwoma, którzy po 

niego  poszli.  Zbliżali  się  do  bramy  powoli,  równym  krokiem.  Mieli  bardzo  poważne  miny. 

Groźnie wyglądają - pomyślał Koza. - Żartów z Zielonymi nie ma. Żeby tylko Pająk się nie 

dał zastraszyć, bo jakiś taki blady. 

-  Cześć!  -  powiedział  Pająk,  kiedy  tamci  podeszli  i  stanęli  dwa  kroki  przed  nimi,  a 

wartownik zaczął zamykać bramę. 

- Nie witamy się z wami... - usłyszał suchą odpowiedź. - Nie podajemy ręki ludziom 

podejrzanym... 

- I wrogom! - dorzucił drugi z Zielonych. - Wrogów lejemy i wyrzucamy za bramę... 

- Spokój! - powiedział ostro Andrzej. I do Pająka: - Kim jesteście? Szybko mówić, bo 

nie  mamy  czasu.  Dlaczego  chcecie  widzieć  się  z  Szefem?  Przyszedłem  w  jego  imieniu. 

Słucham. 

Dopiero  teraz  Pająk  uświadomił  sobie,  że  zadanie,  którego  się  podjął,  nie  tylko  jest 

bardzo  trudne,  ale  również  nie  należy  do  miłych  i  rzeczywiście,  tak  jak  chłopcy  Rudego 

przewidywali, może być niebezpieczne. Spiął się cały, wiedział, ile teraz zależy od każdego 

słowa. 

- Dobrze. My też nie musimy się z wami  witać. Nie przyszliśmy w goście. Ja jestem 

Pająk, a to jest Koza... 

- Kretyńskie pseudonimy! - wybuchnął jeden z Zielonych. - Prawdziwa banda... 

-  To  są  nazwiska!  -  powiedział  głośno,  ale  spokojnie  Pająk.  -  Takie  same  dobre 

background image

nazwiska, jak wasze. Chociaż ich nie wymieniliście. I proszę, żeby nas tu nie obrażano! 

Andrzej spojrzał na Pająka uważnie, potem popatrzył na swojego Zielonego. 

-  Odmaszerować!  Tak,  ty.  Wracaj  do  budynku.  Zielony  posłusznie  odszedł,  mrucząc 

coś pod nosem. 

- Przepraszamy was za niego. Słucham dalej. 

- Jestem łącznikiem od Rudego! Andrzej kiwnął głową. 

- W porządku. Czego chce Rudy? 

- A co to, w bramie będziemy rozmawiać? Na przeciągu? - wyrwał się Staszek Koza, 

oburzony na Pająka, że zbyt miękko się zachowuje. - Co to jest? Teren zakazany? Dżuma? A 

może cholera panuje u was i dlatego wejść nie wolno? 

-  Cisza!  -  powiedział  Pająk.  -  Bo  cię  natychmiast  odeślę  do  bazy.  Przepraszam  za 

niego... 

Staszek  Koza  wybałuszył  oczy.  Takiego  Pająka  jeszcze  nie  widział.  Pajączek 

rozkazuje! - pomyślał ze złością, ale równocześnie trochę spodobało mu się, że Pająk potrafił 

przyjąć taki sam ton, jak dowódca Zielonych. 

- Kto to jest? - spytał Andrzej. - Ten mały to też łącznik? 

- Obstawa łącznika! - odpowiedział dumnie Staszek Koza i wyprężył się na baczność, 

żeby wydać się chociaż trochę wyższym. Zieloni z trudem powstrzymali śmiech, ale jakoś im 

się to udało. 

- Wszystko już jasne: łącznik i jego obstawa. Teraz mówcie, czego chcecie? 

- Mamy dla was bardzo ważną propozycją od Rudego! - powiedział Pająk. 

- Dobrze. My też mamy ważną propozycję dla Rudego. Ale my... - i Andrzej zawiesił 

na chwilę głos - my jeszcze mamy warunek wstępny. Dlatego wyszedłem do was tutaj. Jeśli 

ten warunek odrzucicie, to w ogóle nie będziemy rozmawiać. Jeśli przyjmiecie - zaprowadzę 

was na rozmowę z całym naszym Sztabem. Jasne? 

- Tak, jasne. Jaki to warunek? 

-  Zobowiążesz  się  Pająk,  w  imieniu  Rudego...  bo  sądzę,  że  jesteś  upoważniony  do 

podejmowania decyzji, skoro przysłano cię na  rozmowy z nami... więc zobowiążesz się, że 

natychmiast przerwiecie waszą akcję w ogródkach. Nie pytamy, co tam robicie, ale macie tę 

robotę przerwać. Czekam na odpowiedź! 

-  Mamy  poprawkę  do  sformułowania...  -  powiedział  wtedy  nieoczekiwanie  Staszek 

Koza  i  Zieloni  spojrzeli  na  niego  z  dużym  zainteresowaniem.  A  Pająk  z  największym.  - 

Mamy poprawkę! Jasne? 

- i Nie rozumiem... - mruknął Zielony, który towarzyszył Andrzejowi. 

background image

- Nie moja wina, bardzo żałuję - odpowiedział mu uprzejmie Staszek. - Trzeba więcej 

czytać, telewizję oglądać... może zmądrzejesz? 

- Ty, obstawa! - zdenerwował się Zielony. - 

Albo jesteś drugi łącznik i wtedy mów jasno, o co ci chodzi, albo jesteś obstawa i bądź 

cicho, obstawiaj! Staszek Koza tym razem nie dał się wyprowadzić z równowagi. 

- Jestem obstawa... - powiedział. - Łącznikiem jest Pająk. Ale ja obstawiam łącznika 

również  w  myśleniu.  W  myśleniu!  Rozumiesz,  co  to  takiego?  Możemy  złożyć  wam 

następujące  oświadczenie:  „Rudy  informuje,  że  postanowił  na  jakiś  czas  przerwać  akcję  w 

ogródkach”. Przyjmujecie to oświadczenie? 

Zieloni jakby zaniemówili na moment, więc Pająk popatrzył na Staszka z uznaniem i 

zapytał: 

- Czy to wam wystarczy, Zieloni? 

- Zgoda. Wystarczy! - stwierdził po namyśle Andrzej. - Możemy zacząć rozmowy ze 

Sztabem. 

- Nie. Jeszcze nie możemy - powiedział wtedy Pająk. - Bo my też stawiamy warunek 

wstępny... 

- Jaki? 

-  Oświadczysz  wobec  całego  Domu  Dziecka,  że  Rudy  i  nikt  z  nas  nie  napadał  na 

wasze  dzieciaki.  To  pierwsze.  Drugie:  przeprosicie  publicznie  Michalskiego.  Wiesz,  za  co, 

prawda? 

-  Tak.  Przyjmuję  oba  warunki  -  zgodził  się  Andrzej.  -  Tym  bardziej,  że  nasz  Szef 

przed godziną wydał w obu sprawach dokładnie taki sam rozkaz... 

Wiem o tym... - mruknął Pająk. - Ale chciałem, żebyście zrobili to nie tylko na rozkaz 

swojego Szefa. Również na nasze żądanie... 

-  Kategoryczne!  -  dorzucił  Staszek  Koza,  który  tak  był  przejęty  przebiegiem 

pertraktacja  wstępnych  przy  bramie,  że  nawet  się  nie  dziwił,  skąd  niby  Pająk  może  znać 

rozkazy, jakie Zieloni otrzymali od Szefa. 

- Możemy podjąć rozmowy. Proszę teraz za mną... - powiedział Andrzej. 

A Zielony, który stał obok Andrzeja, zwrócił się do wartownika: 

- Przepuścić. I przekaż do Sztabu: baczność, łącznik od Rudego! 

-  Tak  jest!  -  odpowiedział  wartownik.  A  kiedy  byli  w  połowie  drogi  do  budynku, 

usłyszeli za sobą jego okrzyk: - Sztab Zielonych gotów do rozmów z łącznikiem Rudego! 

background image

Spojrzał Staszek Koza na Pająka, a Pająk na małego Staszka. Nigdy chyba w życiu nie 

czuli  się  tak  ważni  jak  w  tej  chwili.  I  Pająk  pomyślał  sobie:  szkoda,  że  Brygidka  tego  nie 

widzi... Ale zaraz inne myśli przesłoniły tamtą, prywatną.  Szli przez park Domu Dziecka na 

ważne  i  trudne  rozmowy  ze  Sztabem  Zielonych.  Bardzo  wiele  od  tego  spotkania  zależało. 

Może wszystko? 

Oświadczyli  w  imieniu  Rudego  I  całej  swojej  siódemki,  że  przerywają  akcję  w 

ogródkach. Nie było innego wyjścia. A co ze sztandarem? Przestaną go szukać, zrezygnują? 

Nie  wiedzieli  chłopcy,  co  wydarzy  się  za  chwilę.  Skąd  więc  mogli  wiedzieć,  jakie 

jeszcze problemy, i może trudniejsze, trzeba będzie rozwiązać jutro, za tydzień?