background image

Jules Verne

Król Przestrzeni

Ostatnia powie

ść

 Juliusza Verne’a

SPIS TRE

Ś

CI

ROZDZIAŁ I

3

Tajemnicze zjawiska 3

ROZDZIAŁ II

6

W Morgantonie.

6

ROZDZIAŁ III

9

Great-Eyry.

9

ROZDZIAŁ IV

14

Konkurs klubu automobilistów.

14

ROZDZIAŁ V

18

W zatoce Bosto

ń

skiej.

18

ROZDZIAŁ VI

21

List pierwszy. 21

ROZDZIAŁ VII

24

Na Kirdallu.

24

ROZDZIAŁ VIII

28

Za jak

ą

 b

ą

d

ź

 cen

ę

.

28

ROZDZIAŁ IX

32

List drugi.

32

ROZDZIAŁ X

33

Poza prawem. 33

ROZDZIAŁ XI

36

Nowa wyprawa.

36

ROZDZIAŁ XII

39

W zatoce Black-Rock.

39

ROZDZIAŁ XIII

43

Na pokładzie „Grozy”. 43

ROZDZIAŁ XIV

47

Niagara. 47

background image

ROZDZIAŁ XV

51

Gniazdo orle. 51

ROZDZIAŁ XVI

55

Robur zwyci

ę

zca.

55

ROZDZIAŁ XVII 61

W imi

ę

 prawa! 61

ROZDZIAŁ XVIII 66

Ostatnia rozmowa z Grad.

66

ROZDZIAŁ I

Tajemnicze zjawiska

Ła

ń

cuch gór, ci

ą

gn

ą

cy si

ę

 równolegle do wschodniego wybrze

ż

a Ameryki 

Północnej i przerzynaj

ą

cy Stany: Karolin

ę

 Północn

ą

, Wirgini

ę

, Maryland, 

Pensylwani

ę

, New-York, nosi nazw

ę

 Alleganów albo inaczej Apalaszów. 

Tworz

ą

 go dwa pasma oddzielne: góry Kumberlandzkie na zachodzie i 

Niebieskie na wschodzie.

Długo

ść

 Alleganów wynosi około 900 mil czyli 1600 kilometrów, 

ś

rednia 

wysoko

ść

 zaledwie dosi

ę

ga 1600 stóp. Najwy

ż

szym szczytem jest 

Waszyngton.

Góry te mało przedstawiaj

ą

 uroku dla alpinistów.

Na pocz

ą

tku 20-go wieku zwrócił jednak na siebie uwag

ę

 szczyt Great-

Eyry, uwa

ż

any przez turystów za niedost

ę

pny.

Jako główny inspektor policyi w Waszyngtonie, wzi

ą

łem czynny udział w 

niezwykłych wypadkach, których widowni

ą

 była tak niedawno Ameryka 

Północna.

Great-Eyry znajduje si

ę

 w górach Niebieskich, w Karolinie Północnej. U 

stóp jego le

ż

y wioska Pleasant-Garden, a nieco dalej miasteczko Morganton.

Sk

ą

d powstała nazwa Great-Eyry? Mo

ż

e orły, s

ę

py i kondory kr

ążą

 nad 

tym szczytem cz

ęś

ciej, ni

ż

 nad innymi wirchami Alleganów? – Przeciwnie, w 

ostatnich czasach stada skrzydlatych drapie

ż

ców zdawały si

ę

 nawet unika

ć

 

tajemniczego wirchu, rozpraszaj

ą

c si

ę

 w najrozmaitsze strony z oznakami 

niezwykłego przera

ż

enia.

Jak

ą

 tajemnic

ę

 kryły te wysokie, strome urwiska? Mo

ż

e jezioro górskie, 

mo

ż

e lagun

ę

, które tak cz

ę

sto znajdujemy nietylko w Alleganach, lecz i we 

wszystkich innych systemach orograficznych starego i nowego 

ś

wiata?

A mo

ż

e to krater u

ś

pionego wulkanu, który wybuchnie lada chwila, 

zlewaj

ą

c na okolic

ę

 kl

ę

ski podobne do tych, jakie sprowadzały wybuchy 

Krakatoa i Mont-Peleé. Mo

ż

e równinom Karoliny groził opłakany los Martyniki 

w 1902 roku.

background image

To ostatnie przypuszczenie zdawało si

ę

 mie

ć

 uzasadnione podstawy. 

Pewnego razu wło

ś

cianie, pracuj

ą

cy na polach, usłyszeli jaki

ś

 łoskot, głuchy, 

straszliwy.

W nocy zauwa

ż

ono ponad górami jakby snopy bladawych płomieni, które 

odbijaj

ą

c si

ę

 od chmur zawieszonych poni

ż

ej rzucały na okolic

ę

 jakie

ś

 blaski 

pos

ę

pne.

Z wn

ę

trza Great-Eyry wydobywały si

ę

 kł

ę

by dymu i pary, zdradzaj

ą

c prac

ę

 

sił wulkanicznych. Uniesione wiatrem ku wschodowi pozostawiały na ziemi 

ś

lady popiołu i sadzy.

Nic dziwnego zatem, 

ż

e w obec zjawisk tak niezwykłych, w całej okolicy 

zapanował niepokój i 

żą

dza zbadania tajemniczego szczytu. Dzienniki stanu 

Karoliny nieustannie potr

ą

cały o tak zwan

ą

 „tajemnic

ę

 Great-Eyry”, 

roztrz

ą

saj

ą

c pytanie czy pobyt w Morganton, Pleasant-Garden oraz 

s

ą

siednich wioskach i fermach nie przedstawia niebezpiecze

ń

stwa 

powa

ż

nego; artykuły tego rodzaju rozbudzały zaj

ę

cie niezwykłe w

ś

ród 

szerszej publiczno

ś

ci, interesuj

ą

cej si

ę

 zjawiskami przyrody w ogóle, oraz 

obawy ze strony tych wszystkich, którym katastrofa groziła bezpo

ś

rednio.

Ż

ałowano powszechnie, 

ż

e dot

ą

d nikt z turystów nie wdarł si

ę

 na ten wirch

skalisty i niedost

ę

pny.

W promieniu wielu kilometrów nie było 

ż

adnego szczytu wy

ż

szego, 

sk

ą

dby si

ę

 mo

ż

na było przyjrze

ć

, chocia

ż

by przy pomocy lunety, 

tajemniczemu Great-Eyry.

A jednak zbadanie to zdawało si

ę

 w chwili obecnej prawie konieczno

ś

ci

ą

Dla dobra całej okolicy nale

ż

ało si

ę

 przekona

ć

, czy istnieje tam krater i czy 

wybuch wulkanu nie zagra

ż

a stanowi Karoliny. W tym celu postanowiono 

urz

ą

dzi

ć

 wypraw

ę

 na Great-Eyry, nie zwracaj

ą

c uwagi na trudno

ść

 zadania.

Przedtem jednak zaszła okoliczno

ść

, mog

ą

ca usun

ąć

 potrzeb

ę

 tej 

wyprawy.

W pierwszych dniach wrze

ś

nia aeronauta Wilker, zapowiedział swój wzlot 

w Morgantonie, korzystaj

ą

c z wiatru wschodniego balon mo

ż

naby skierowa

ć

 

ku Great-Eyry, a wzniosłszy si

ę

 o kilkaset stóp ponad wierzchołek, Wilker, 

przy pomocy lunety, mógłby zbada

ć

 jego tajemnic

ę

.

Wzlot został wykonany według programu. Wiatr był umiarkowany, niebo 

czyste i pogodne. Mgły poranne rozproszyły sl

ę

 pod wpływem promieni 

słonecznych. Wzrok si

ę

gał daleko. W tych warunkach aeronauta z łatwo

ś

ci

ą

 

mógłby dostrzedz na Great-Eyry obecno

ść

 dymu i pary, które oczywi

ś

cie, 

stwierdzałyby hypotez

ę

 wulkanu – o co głównie chodziło. Balon wzniósł si

ę

 na 

wysoko

ść

 1500 stóp i zawisł w przestrzeni nieruchomo. Wiatru nie było 

najmniejszego. Lecz co za zawód! Po upływie kwadransa nowy pr

ą

powietrza porwał balon i skierował go ku wschodowi, oddalaj

ą

c od pasma 

gór. Wkrótce potem dowiedziano si

ę

ż

e opadł na ziemi

ę

 w pobli

ż

u miasta 

Raleigh w Karolinie Północnej.

Wielkie nadzieje spełzły na niczem – postanowiono wprawdzie 

przedsi

ę

wzi

ąć

 now

ą

 prób

ę

 lecz w warunkach pomy

ś

lniejszych.

Ponad Great-Eyry widywano wci

ąż

 dymy sadzowate, błyski migaj

ą

ce, 

ś

wiatełka niepewne.

W pierwszych dniach kwietnia r. b. obawy nieokre

ś

lone dot

ą

d zacz

ę

ły 

background image

graniczy

ć

 z przera

ż

eniem. Dzienniki rozniosły szybko wie

ś

ci zatrwa

ż

aj

ą

ce.

W nocy z 4-go na 5-ty kwietnia straszne wstrz

ąś

nienie, któremu 

towarzyszył głuchy, podziemny łoskot, zbudziło ze snu mieszka

ń

ców 

Pleasant-Garden. Powstała panika powszechna, wywołana my

ś

l

ą

ż

e cz

ęść

 

górskiego ła

ń

cucha zapadła si

ę

 w ziemi

ę

. Wszyscy rzucili si

ę

 ku drzwiom 

gotowi do ucieczki, przekonani, 

ż

e za chwil

ę

 otworzy si

ę

 przed nimi jaka

ś

 

przepa

ść

 olbrzymia, która pochłonie ich, s

ą

siednie fermy i wioski.

Noc była bardzo ciemna. G

ę

ste skł

ę

bione obłoki zwieszały si

ę

 nad 

pos

ę

pn

ą

 równin

ą

. Nie sposób było rozpozna

ć

 nic. Zewsz

ą

d rozlegały si

ę

 

krzyki przera

ż

enia. Spłoszone gromadki m

ęż

czyzn, kobiet i dzieci, tłoczyły si

ę

 

po 

ś

cie

ż

kach i drogach. Tu i ówdzie rozlegały si

ę

 wołania:

– Co to takiego?

– To trz

ę

sienie ziemi.

– To wybuch wulkanu…

– To Great-Eyry przynosi nam zniszczenie!

Okropna wie

ść

, dobiegła a

ż

 do Morgantonu. Godzina upłyn

ę

ła, a 

ż

aden z 

zatrwa

ż

aj

ą

cych objawów si

ę

 nie powtórzył. Powoli wszyscy ochłon

ę

li z 

przestrachu i zacz

ę

li powraca

ć

 do swych domów. Nikt ju

ż

 nie w

ą

tpił, 

ż

e to 

jaki

ś

 głaz olbrzymi – oberwał si

ę

 z wy

ż

yn Great-Eyry, ka

ż

dy pragn

ą

ł, aby 

ś

wit 

co pr

ę

dzej rozja

ś

nił ciemno

ś

ci.

Nagle – około godziny trzeciej – nowy popłoch.

Z gł

ę

bi skalistego zr

ę

bu wybuchły płomienie, rzucaj

ą

c potoki 

ś

wiatła na 

znaczn

ą

 przestrze

ń

 nieba. Równocze

ś

nie usłyszano grom straszliwy i jakby 

trzask pal

ą

cych si

ę

 drzew.

Co spowodowało ten po

ż

ar dziwny w miejscu tak niezwykłem? Z 

pewno

ś

ci

ą

 nie piorun, nikt bowiem nie słyszał jego uderzenia. Materyału dla 

ognia była moc, góry Niebieskie bowiem i Kumberlandzkie pokryte s

ą

 g

ę

stym 

lasem. Cyprysy, latanje i inne drzewa o listowiu trwałym znajduj

ą

 si

ę

 tam w 

wielkiej obfito

ś

ci.

– Wybuch!… wybuch!…

Zewsz

ą

d si

ę

 rozlegały okrzyki przera

ż

enia.

A zatem Great-Eyry ukrywał w swej gł

ę

bi krater  wulkanu! Wulkan ten, 

zagasły od tylu lat, a mo

ż

e nawet od tylu wieków, wybuchł znowu.

Wkrótce wi

ę

c deszcz rozpalonych do czerwono

ś

ci kamieni spadnie na 

dolin

ę

; potoki lawy i ognia zalej

ą

 te niwy, lasy, wsi i miasteczka a

ż

 do 

Gleasant-Garden i Morganton.

Tym razem nic ju

ż

 paniki powstrzyma

ć

 nie mogło. Kobiety, oszalałe 

prawie z przera

ż

enia, ci

ą

gn

ą

c za sob

ą

 dzieci, uciekały ku wschodowi chc

ą

si

ę

 oddali

ć

 co pr

ę

dzej od tych miejsc pełnych grozy. M

ęż

czy

ź

ni zapakowywali 

po

ś

piesznie wszystkie kosztowno

ś

ci, wypuszczali na swobod

ę

 bydło 

domowe, konie, owce, które si

ę

 rozbiegały we wszystkie strony.

To skupienie ludzi i zwierz

ą

t w noc ciemn

ą

, w

ś

ród lasów, wystawionych 

na działanie ogni wulkanicznych, nad brzegiem bagnisk, gro

żą

cych wylewem, 

wytwarzało jaki

ś

 chaos dziwny. Mo

ż

e nawet ziemia rozst

ą

pi si

ę

 pod stopami 

uciekinierów? Mo

ż

e przypływ lawy, zagrodzi im drog

ę

, uniemo

ż

liwiaj

ą

wszelki ratunek?… Rozs

ą

dniejsi wszelako nie ł

ą

czyli si

ę

 z tym tłumem 

background image

rozszalałym, którego 

ż

adna siła powstrzyma

ć

 nie mogła.

Istotnie, blask płomieni zmniejszał si

ę

 widocznie, mo

ż

na wi

ę

c było 

przypuszcza

ć

ż

e dziwny ten po

ż

ar zaga

ś

nie wkrótce. Ani jeden kamie

ń

 nie 

spadł na równin

ę

, ani jeden potok lawy nie przedarł si

ę

 przez g

ą

szcz le

ś

ny; 

ż

aden łoskot podziemny nie wstrz

ą

sn

ą

ł powierzchni

ą

 ziemi. Nad równin

ą

 

zapanowała wkrótce ciemno

ść

 i cisza.

Tłum uciekaj

ą

cych zatrzymał si

ę

 w pewnej odległo

ś

ci, gdzie ju

ż

 

niebezpiecze

ń

stwo zdawało si

ę

 nie grozi

ć

.

Odwa

ż

niejsi wrócili nawet z pierwszym brzaskiem dnia do swych ferm i 

wiosek.

Około godziny czwartej zaledwie niewyra

ź

ny blask ró

ż

owił jeszcze 

wierzchołek Great-Eyry. Oczywi

ś

cie po

ż

ar si

ę

 ko

ń

czył i mo

ż

na było mie

ć

 

nadziej

ę

ż

e si

ę

 wi

ę

cej nie powtórzy.

B

ą

d

ź

 co b

ą

d

ź

 nasuwało si

ę

 przypuszczenie, 

ż

e dziwne zjawiska, 

zwi

ą

zane z Great-Eyry, nie były natury wulkanicznej. Mieszka

ń

com zatem nie 

groziła 

ż

adna katastrofa.

Nagle, około godziny pi

ą

tej, ponad grzbietem gór ton

ą

cych jeszcze w 

cieniach nocy, usłyszano jaki

ś

 szum niezwykły, jaki

ś

 hałas dziwny, jakby 

sapanie miarowe, któremu towarzyszył pot

ęż

ny ruch skrzydeł.

Gdyby nie mrok poranny, mo

ż

eby mieszka

ń

cy s

ą

siednich ferm i wiosek 

ujrzeli olbrzymiego ptaka, jakiego

ś

 potwora napowietrznego, który, wzniósłszy 

si

ę

 ponad Great-Eyry, ulatywał ku wschodowi.]

ROZDZIAŁ II

W Morgantonie.

Dwudziestego siódmego kwietnia stan

ą

łem w Raleigh, głównem mie

ś

cie 

Karoliny Północnej.

Dwa dni przedtem pan Ward, dyrektor policyi w Waszyngtonie, wezwał 

mnie do swego biura.

– Panie Strock – rzekł do mnie – zwracam si

ę

 do pana, jako do agenta 

zdolnego, przenikliwego, pełnego zapału. Chc

ę

 panu poleci

ć

 trudn

ą

 misy

ę

.

Zło

ż

yłem ukłon gł

ę

boki.

– Jestem całkowicie na usługi pana. Co si

ę

 za

ś

 tyczy mego 

po

ś

wi

ę

cenia…

– Tego jestem pewny. Zaraz panu wyłuszcz

ę

, o co rzecz idzie.

Pan Ward powierzał mi ju

ż

 nieraz sprawy trudne, z których zawsze 

wywi

ą

zywałem si

ę

 pomy

ś

lnie. Posiadałem wi

ę

c całkowite uznanie dyrektora. 

Teraz od dłu

ż

szego ju

ż

 czasu nie zdarzył si

ę

 

ż

aden wypadek ciekawy. 

Bezczynno

ść

 zaczynała mi ci

ęż

y

ć

. Z niecierpliwo

ś

ci

ą

 wi

ę

c wyczekiwałem 

nowego zlecenia.

background image

– Słyszałe

ś

 pan, zapewne, o niezwykłych zjawiskach w okolicach 

Morgantonu… Potrzeba zbada

ć

 na miejscu, czy zaszłe tam nadzwyczajne 

wypadki nie przedstawiaj

ą

 niebezpiecze

ń

stwa dla ludno

ś

ci okolicznej? Np., 

czy nie s

ą

 one zapowiedzi

ę

 wybuchów wulkanicznych, albo trz

ę

sienia ziemi. 

Musimy si

ę

 dowiedzie

ć

 koniecznie. Co si

ę

 dzieje na tym szczycie 

tajemniczym. Utarło si

ę

 mniemanie, 

ż

e jest on niedost

ę

pny. W

ą

tpi

ę

 jednak o 

tem. Nale

ż

ałoby przedsi

ę

wzi

ąć

 wypraw

ę

 dora

ź

n

ą

, nie ogl

ą

daj

ą

c si

ę

 na 

wydatki. Idzie tu przecie

ż

 o uspokojenie mieszka

ń

ców i osłoni

ę

cie ich przed 

mo

ż

liwem niebezpiecze

ń

stwem…. Zreszt

ą

 mo

ż

e si

ę

 na Great-Eyry ukrywa 

banda złoczy

ń

ców?…

– Czy

ż

by pan przypuszczał?…

– Wszystko jest mo

ż

liwe… Zreszt

ą

 mog

ę

 si

ę

 myli

ć

… Zale

ż

y mi jednak, 

aby w czasie jak najkrótszym rozwikła

ć

 t

ę

 spraw

ę

 zagadkow

ą

. A mo

ż

Karolinie Północnej grozi opłakany los Martyniki? Wprawdzie góry Allega

ń

skie 

nie s

ą

 natury wulkanicznej… W ka

ż

dym razie jednak nale

ż

y copr

ę

dzej zaj

ąć

 

si

ę

 urz

ą

dzeniem wyprawy na Great-Eyry, a przedtem jeszcze rozpyta

ć

 

dokładnie mieszka

ń

ców. Nie taj

ę

ż

e zadanie to jest bardzo trudne i dlatego 

powierzamy je panu.

– Wdzi

ę

czny jestem niezmiernie i postaram si

ę

 odpowiedzie

ć

 godnie 

poło

ż

onemu we mnie zaufaniu.

– Jeszcze jedno panie Strock: zalecam panu jaknajwi

ę

ksz

ą

 ostro

ż

no

ść

 i 

dyskrecy

ę

, aby daremnie nie płoszy

ć

 mieszka

ń

ców.

– Rozumiem, panie Ward. Kiedy mam wyjecha

ć

?

– Jutro.

– Pojutrze zatem b

ę

d

ę

 w Morgantonie.

– Nie zapomnij pan donosi

ć

 mi codziennie o przebiegu sprawy.

– B

ę

d

ę

 przysyłał listy i telegramy. 

Ż

egnam pana i dzi

ę

kuj

ę

 najgor

ę

cej za 

powierzenie mi tej misyi.

Udałem si

ę

 co pr

ę

dzej do domu i zaj

ą

łem si

ę

 przygotowaniami do 

odjazdu.

Nazajutrz o 

ś

wicie poci

ą

g po

ś

pieszny unosił mnie do Raleigh, stolicy 

Karoliny Północnej.

Przybyłem tam pó

ź

nym wieczorem, przenocowałem, a nazajutrz rano 

wyruszyłem w dalsz

ą

 drog

ę

. Po południu stan

ą

łem w Morgantonie. 

Miasteczko to zbudowane jest na gruncie wapiennym. W okolicy znajduj

ą

 si

ę

 

bogate pokłady w

ę

gla kamiennego, które wywołały rozwój górnictwa. Obfite 

ź

ródła mineralne 

ś

ci

ą

gaj

ą

 podczas sezonu licznych go

ś

ci. W s

ą

siednich 

wioskach rozwija si

ę

 pomy

ś

lnie rolnictwo. Mieszka

ń

cy uprawiaj

ą

 z 

powodzeniem rozmaite gatunki zbó

ż

. Pola le

żą

 przewa

ż

nie w

ś

ród błot, 

zaro

ś

ni

ę

tych mchem i trzcin

ą

.

Lasów bardzo du

ż

o. Wi

ę

kszo

ść

 drzew o listowiu trwałym. Brak tylko 

ź

ródeł nafty, których obfito

ść

 cechuje równiny allega

ń

skie.

Ustrój powierzchni i bogactwo pokładów spowodowały g

ę

sto

ść

 

zaludnienia; liczne wioski i fermy urozmaicaj

ą

 jednostajno

ść

 lasów i pól 

uprawnych.

Eljasz Smith, mer Morgantonu, wysoki, silnie zbudowany, a 

ś

miały i 

energiczny, liczył ju

ż

 lat przeszło czterdzie

ś

ci. Zahartowany na mróz i upały, 

background image

które w Karolinie Północnej bywaj

ą

 niezwykle silne, nami

ę

tny my

ś

liwy uganiał 

si

ę

 nietylko za dzikiem ptactwem i zwierzyn

ą

, lecz nawet za nied

ź

wiedziami i 

panterami, których bardzo wiele znajduje si

ę

 w zaro

ś

lach cyprysowych i 

w

ą

wozach allega

ń

skich.

Eljasz Smith był wła

ś

cicielem licznych ferm, któremi zarz

ą

dzał osobi

ś

cie. 

Tam te

ż

 sp

ę

dzał wszystkie chwile wolne od zaj

ęć

, oddaj

ą

c si

ę

 łowiectwu.

Zaraz po przybyciu do Morgantonu udałem si

ę

 do mieszkania p. Eljasza, 

który o moim przybyciu był ju

ż

 uprzedzony. Wr

ę

czyłem mu list polecaj

ą

cy od 

p. Warda. Znajomo

ść

 zawart

ą

 została szybko.

Zasiedli

ś

my do stolika i popijaj

ą

c brandy, oraz pal

ą

c fajki, zacz

ę

li

ś

my 

rozmow

ę

 o wypadkach na Great-Eyry i o mojej misyi. Pan Eljasz Smith 

słuchał mnie w milczeniu i bardzo uwa

ż

nie. Od czasu do czasu napełniał 

szklanki. Po oczach błyszcz

ą

cych, z pod g

ę

stych brwi i o

ż

ywionym wyrazie 

twarzy mo

ż

na było pozna

ć

ż

e sprawa zjawisk tajemniczych obchodzi go 

mocno. Nie dziwiłem si

ę

 temu wcale: jako najwy

ż

szy urz

ę

dnik w Morgantonie 

i wła

ś

ciciel ziemski, zainteresowany był przecie

ż

 w tem osobi

ś

cie.

… Istnienia krateru nie przypuszczam, Allegany bowiem nie posiadaj

ą

 

wulkanów. Dot

ą

d nie znaleziono nigdzie popiołów, lawy ani innych 

ś

ladów 

wybuchu.

– A jednak wstrz

ąś

nienia, które odczuwano w pobli

ż

u Pleasant-Garden…

– Wstrz

ąś

nienia? – powtórzył p. Smith, poruszaj

ą

c głow

ą

 z 

niedowierzaniem. Czy jednak nie były one złudzeniem, wywołanem panik

ą

 

powszechn

ą

? Znajdowałem si

ę

 wtedy w swej fermie Wildon, mniej wi

ę

cej o 

mil

ę

 od Great-Eyry i nie skonstatowałem 

ż

adnych wstrz

ąś

nie

ń

 ani pod ziemi

ą

 

ani te

ż

 na jej powierzchni.

– A płomienie, wybuchaj

ą

ce z pomi

ę

dzy skał?

– O, płomienie, to rzecz inna!… Widziałem je na własne oczy. Łuna 

o

ś

wietlała niebo na znacznej przestrzeni… Słyszałem te

ż

 dziwny ogłuszaj

ą

cy 

huk, łoskot… jakby pot

ęż

ny syk kotła, z którego wypuszczaj

ą

 par

ę

.

– Raporty, przysyłane do pana Warda wspominaj

ą

 jeszcze o dziwnym 

hałasie, który przypominał jakby uderzanie olbrzymich skrzydeł…

– Istotnie… Słyszałem co

ś

 podobnego… Uwa

ż

ałem to jednak za 

złudzenie wyobra

ź

ni. Nie chce mi si

ę

 wierzy

ć

ż

eby Great-Eyry mógł by

ć

 

gniazdem potworów napowietrznych. Jak

ż

e olbrzymim musiałby by

ć

 ten ptak, 

ż

eby

ś

my u stóp Great-Eyry słysze

ć

 mogli ruch jego skrzydeł!… Tak, w tem 

wszystkiem dziwna kryje si

ę

 tajemnica!

– Wyja

ś

nimy j

ą

 wspólnemi siłami, panie Smith!

– Przynajmniej doło

ż

ymy wszelkich stara

ń

. Zaczynamy od jutra, 

nieprawda

ż

?

– Od jutra!

Udałem si

ę

 do hotelu dla zarz

ą

dzenia niezb

ę

dnych przygotowa

ń

 i 

napisania listu do pana Warda.

Przed wieczorem zeszli

ś

my si

ę

 raz jeszcze dla omowienia wszystkich 

szczegółów jutrzejszej wyprawy.

background image

ROZDZIAŁ III

Great-Eyry.

Nazajutrz o 

ś

wicie wyruszyli

ś

my z Morgantonu, posuwaj

ą

c si

ę

 lewym 

brzegiem Sarawby w kierunku Pleasant-Gardenu.

Obaj nasi przewodnicy – trzydziestoletni Harry Horn i 

dwudziestopi

ę

cioletni James Bruck – silni i nieustraszeni, znali wybornie góry 

Niebieskie i Cumberlandzkie, na Great-Eyry jednak dot

ą

d wej

ść

 nie 

probowali.

Powozem zaprz

ęż

onym w par

ę

 bystrych koni, mieli

ś

my dojecha

ć

 do 

zachodniej granicy Stanu. Zapasów 

ż

ywno

ś

ci zabrali

ś

my niedu

ż

o, na dwa lub 

trzy dni zaledwie, nie przypuszczali

ś

my bowiem, aby wycieczka nasza 

potrwa

ć

 mogła dłu

ż

ej. Mieli

ś

my z sob

ą

 wołowin

ę

 peklowan

ą

, szynk

ę

, piecze

ń

 

sarni

ą

, kilka butelek wisky, baryłk

ę

 piwa i chleb. Wody dostarczy

ć

 nam miały 

potoki górskie, zasilane cz

ę

stym o tej porze roku deszczem.

Mer Morgantonu, jako my

ś

liwy zawołany zabrał z sob

ą

 fuzy

ę

 i psa, 

zwanego Nisko. Nisko biegł obok powozu, tropi

ą

c po drodze zwierzyn

ę

 i miał 

pozosta

ć

 w fermie Wildon a

ż

 do chwili naszego powrotu z Great-Eyry.

Niebo było jasne, powietrze chłodne, koniec kwietnia bowiem bywa w 

klimacie ameryka

ń

skim dosy

ć

 ostry.

Wiatr zmienny, wiej

ą

cy od Atlantyku, od czasu do czasu sprowadzał małe 

chmurki, które szybko posuwały si

ę

 dalej ku zachodowi.

Pierwszego dnia podró

ż

y przybyli

ś

my do Pleasant-Gardenu i 

przenocowali

ś

my u mera, który był osobistym przyjacielem pana Smitha.

Przygl

ą

dałem si

ę

 z ciekawo

ś

ci

ą

 okolicy; kr

ę

ta dro

ż

yna prowadziła 

brzegiem pól uprawnych, bagien zielonych i lasów cyprysowych. Wspaniale 
wygl

ą

dały cyprysy proste i wysmukłe, jakby lekko nabrzmiałe u podstawy; w 

dolnej cz

ęś

ci pnie naje

ż

one były małemi sto

ż

kami, z których mieszka

ń

cy 

przyrz

ą

dzaj ule. Lekki powiew wiatru szumiał w

ś

ród blado-zielonych listków, 

kołysał długie, szare włókna, tak zwane „brody hiszpa

ń

skie”, które z dolnych 

gał

ę

zi zwieszały si

ę

 a

ż

 na ziemi

ę

.

Lasy te wrzały 

ż

yciem. Z drogi umykały spłoszone myszy, chomiki, 

jaskrawo upierzone i ogłuszaj

ą

co gadatliwe papugi, dydelfy, unosz

ą

ce swe 

małe w workach podbrzusznych; niezliczone chmary ptaków fruwały w

ś

ród 

bananów, latanii i drzew pomara

ń

czowych, których młode p

ę

dy przy 

pierwszym powiewie wiosny zaczynały ju

ż

 rozp

ę

ka

ć

; przechodzie

ń

 z 

trudno

ś

ci

ą

 by si

ę

 przedarł przez g

ę

stw

ę

 rododendronów.

Wieczorem przybyli

ś

my do Pleasant-Garden, gdzie przyj

ą

ł nas bardzo 

uprzejmie mer miasteczka, osobisty przyjaciel p. Smitha. Podczas kolacyi 
panował nastrój bardzo wesoły; rozmowa obracała si

ę

 przewa

ż

nie dokoła 

tajemniczych zjawisk ostatniej doby i usposobienia ludno

ś

ci.

background image

– Czy w ostatnich czasach nie powtórzyły si

ę

 

ż

adne niepokoj

ą

ce odgłosy i 

ś

wiatła? – zapytałem gospodarza domu.

– Nie zauwa

ż

yli

ś

my nic podejrzanego – odparł. Je

ż

eli legion szatanów 

zabawiał si

ę

 w tych skałach, to widocznie przeniósł si

ę

 ju

ż

 gdzieindziej!

– Ba, lecz mam nadziej

ę

ż

e te duchy piekieł pozostawiły po sobie jakie

ś

 

ś

lady, które odnajdziemy niew

ą

tpliwie. Od tego tu jestem!

Nazajutrz, tj. 29-go raniutko wyruszyli

ś

my w dalsz

ą

 drog

ę

. Konie 

pop

ę

dzane przez wo

ź

nic

ę

, mkn

ę

ły szybko. Otaczaj

ą

cy krajobraz z mał

ą

 

odmian

ą

 przypominał widoki wczorajsze. Tylko bagna spotykały si

ę

 coraz 

rzadziej, w miar

ę

 bowiem jak zbli

ż

ali

ś

my si

ę

 do gór, grunt si

ę

 podnosił.

Gdzieniegdzie, w cieniu olbrzymich buków, kryły si

ę

 wioski i fermy. Ze 

skalistych 

ś

cian w

ą

wozów i ze zboczów gór spływały liczne potoki, zasilaj

ą

ce 

Sarawb

ę

.

Flora i fauna była ta sama, co i wczoraj. Zwierzyny mnóstwo.

– Tak

ą

bym miał ochot

ę

 wzi

ąć

 strzelb

ę

 i gwizdn

ąć

 na Niska – odezwał si

ę

 

pan Smith. Po raz pierwszy w 

ż

yciu chyba bezkarnie przelatuj

ą

 dokoła mnie 

kuropatwy i snuj

ą

 si

ę

 zaj

ą

ce!… Lecz dzisiaj mamy co innego na głowie: 

polowanie na tajemnic

ę

!

Jechali

ś

my dalej niesko

ń

czenie dług

ą

 równin

ę

: tu i owdzie urozmaicały j

ą

 

k

ę

py latanii i cyprysów. Na skraju horyzontu dostrzegli

ś

my jakby małe 

lepianki, kapry

ś

nie budowane i g

ę

sto skupione, w

ś

ród nich mrowiły si

ę

 całe 

tłumy gryzoniów. Były to wiewiórki z gatunku, zwanego w Ameryce „psami 
ł

ą

kowemi”. Z wygl

ą

du nie były wprawdzie podobne do psów, lecz otrzymały t

ę

 

nazw

ę

 z powodu dziwnie wrzaskliwego głosu, przypominaj

ą

cego szczekanie. 

Kłusem przeje

ż

d

ż

ali

ś

my mimo ich siedzib, a jednak trzeba było zatyka

ć

 sobie 

uszy.

Podobne osady zwierz

ę

ce nie s

ą

 w Stanach Zjednoczonych rzadko

ś

ci

ą

Mi

ę

dzy innemi przyrodnicy wymieniaj

ą

 Dog-Ville, które liczy przeszło milion 

takich mieszka

ń

ców.

Wewiórki te s

ą

 zupełnie nieszkodliwe, lecz wycie ich jest niezno

ś

ne, 

wprost ogłuszaj

ą

ce. 

Ż

ywi

ą

 si

ę

 przewa

ż

nie traw

ą

 i korzeniami. Najulubie

ń

szy 

ich przysmak stanowi szara

ń

cza.

Po południu ła

ń

cuch gór Niebieskich, oddalonych o sze

ść

 mil zaledwie, 

zarysował si

ę

 wyra

ź

nie na tle pogodnego nieba, po którem si

ę

 przesuwały 

małe chmurki. Góry pokryte u podnó

ż

a g

ę

stym iglastym lasem, naje

ż

one 

ostremi skalistemi wierzchołkami, miały wygl

ą

d dziwaczny. Górował nad niemi 

olbrzymi Black-Dowe, o

ś

wietlony promieniami wiosennego sło

ń

ca.

– Czy byłe

ś

 pan na tym wspaniałym szczycie? zapytałem pana Smitha.

– Nie – odparł. Wej

ś

cie jest podobno bardzo trudne, zreszt

ą

 tury

ś

ci 

zapewniaj

ą

ż

e nawet z najwy

ż

szego punktu Black-Dowe’a nie wida

ć

 wcale, 

co si

ę

 dzieje na Great-Eyry.

– To prawda! wtr

ą

cił tu Harry Horn. Mog

ę

 to potwierdzi

ć

 na podstawie 

własnego do

ś

wiadczenia.

– Mo

ż

e mgły przeszkadzały – zauwa

ż

yłem.

– Przeciwnie, pogoda była wspaniała, lecz skaliste kraw

ę

dzie zasłaniały 

widok.

background image

Dzisiaj ponad Great-Eyry nie dostrzegali

ś

my ani dymu, ani płomieni.

Nazajutrz wstali

ś

my o 

ś

wicie. Wysoko

ść

 Great-Eyry dochodzi tysi

ą

ca 

o

ś

miuset stóp, równa si

ę

 wi

ę

c przeci

ę

tnej wysoko

ś

ci Alleganów. 

Przypuszczali

ś

my zatem, 

ż

e w kilka godzin dosi

ę

gniemy szczytu, oczywi

ś

cie, 

o ile nie natrafimy na trudno

ś

ci nieoczekiwane, przepa

ś

ci nie do przebycia i 

przeszkody, zmuszaj

ą

ce nas do zmiany kierunku drogi. Przewo

ź

nicy nie 

mogli nam udzieli

ć

 

ż

adnych wskazówek. Najwi

ę

cej niepokoiło mnie utarte 

mniemanie o niedost

ę

pno

ś

ci Great-Eyry. Rachowali

ś

my jednak, 

ż

e olbrzymi 

głaz, który si

ę

 oberwał podczas zjawisk tajemniczych, zrobił wyłom w zwartym 

pier

ś

cieniu skał i odsłonił wej

ś

cie na wierzchołek.

– Czy starczy nam zapasów 

ż

ywno

ś

ci? – zapytałem pana Smitha – 

wycieczka mo

ż

e si

ę

 przedłu

ż

y

ć

.

– O to niech pan b

ę

dzie zupełnie spokojny, zabieram z sob

ą

 strzelb

ę

, a w 

lasach tych zwierzyny nie brakuje. Mam te

ż

 krzesiwo… rozpalemy wi

ę

ogie

ń

… oczywi

ś

cie, o ile go nie znajdziemy na Great-Eyry.

– O ile go nie znajdziemy?

– Dlaczegó

ż

by

ś

my go znale

źć

 nie mieli? któ

ż

 zar

ę

czy, 

ż

e ognisko 

wspaniałych płomieni, które tak przera

ż

ały naszych poczciwych wie

ś

niaków 

wygasło zupełnie. Mo

ż

e w tych popiołach tli si

ę

 jeszcze jaka

ś

 iskierka?… A 

je

ż

eli tam istnieje krater?… Jaki

ż

 to marny byłby wulkan, przy którymby si

ę

 

nie dało upiec jaj lub kartofli!… Wreszcie zobaczymy!…

Co do mnie nie miałem wyrobionego przekonania o tem, co znale

źć

 

mo

ż

emy na wierzchołku Great-Eyry. Spełniałem polecenie wy

ż

szej władzy. 

Ciekawo

ść

 jednak nurtowała moj

ą

 dusz

ę

. Pragn

ą

łem gor

ą

co, a

ż

eby si

ę

 

okazało, i

ż

 Great-Eyry jest 

ź

ródłem zjawisk niezwykłych, których tajemnic

ę

 

mógłbym odsłoni

ć

, zdobywaj

ą

c przy tem słuszn

ą

 sław

ę

.

Przewodnicy poszli naprzód. Ja i pan Smith posuwali

ś

my si

ę

 za nimi 

wolno i ostro

ż

nie.

Na los szcz

ęś

cia Harry Horn skierował si

ę

 do w

ą

wozu. Kr

ę

ta 

ś

cie

ż

yna 

prowadziła zboczem stromych skał, g

ę

sto zaro

ś

ni

ę

tych iglastemi krzewami o 

listowiu czarniawym, szerokiemi paprociami i dzikiemi porzeczkami, przez 
które trudno si

ę

 było przedziera

ć

.

Całe chmary ptactwa zaludniały ten g

ą

szcz le

ś

ny. Najhała

ś

liwiej krzyczały 

papugi, ostrym głosem rozdzieraj

ą

c powietrze. Zaledwie mo

ż

na było 

dosłysze

ć

 skrzeczenie wiewiórek, chocia

ż

 setki ich przemykały si

ę

 w

ś

ród 

krzewów. 

Ś

rodkiem w

ą

wozu wił si

ę

 fantastycznie potok, który wzbierał w 

porze deszczów i burz, tworz

ą

c liczne kaskady.

Po upływie pół godziny w

ą

wóz stał si

ę

 tak trudny do przebycia, 

ż

e trzeba 

było nieustannie zbacza

ć

 ze 

ś

cie

ż

ki. Cz

ę

sto noga nie znajdowała 

dostatecznego punktu oparcia. Musieli

ś

my si

ę

 czepia

ć

 r

ę

kami traw i czołga

ć

 

na kolanach.

– Do licha! – zawołał pan Smith, oddychaj

ą

c z trudem – nie dziwi

ę

 si

ę

 

bynajmniej, 

ż

e tury

ś

ci omijaj

ą

 Great-Eyry.

– Myby

ś

my te

ż

 tam nie poszli, gdyby nie powody specyalne – 

zauwa

ż

yłem.

– Byłem nieraz na Black-Dowe, – wtr

ą

cił Harry Horn, lecz nigdzie nie 

napotkałem takich trudno

ś

ci.

background image

– Byleby si

ę

 te trudno

ś

ci nie zamieniły na przeszkody, uniemo

ż

liwiaj

ą

ce 

wypraw

ę

! – zako

ń

czył rozmow

ę

 James Bruck.

Przedewszystkiem nale

ż

ało rozstrzygn

ąć

 kwesty

ę

, czy mamy si

ę

 zwróci

ć

 

na lewo, czy te

ż

 na prawo. I tu i tam wznosiły si

ę

 g

ę

ste lasy i krzewy. Wi

ę

trzeba było i

ść

 na 

ś

lepo, maj

ą

c jedn

ą

 tylko wskazówk

ę

 a mianowicie, 

ż

e w 

górach Niebieskich zbocza wschodnie s

ą

 prawie niedost

ę

pne.

Postanowili

ś

my zatem zda

ć

 si

ę

 instynkt naszych przewodników, 

przedewszystkiem za

ś

 Jamesa Brucka, który nie ust

ę

pował małpom co do 

zr

ę

czno

ś

ci, a kozicom co do zwinno

ś

ci i szybko

ś

ci.

Spodziewałem si

ę

ż

e mu dorównam, od dzieci

ń

stwa bowiem byłem 

zaprawiony do 

ć

wicze

ń

 fizycznych i gimnastykowałem si

ę

 stale.

Miałem jednak pewne w

ą

tpliwo

ś

ci co do pana Smitha. Mer Morgantonu, 

starszy ode mnie, wy

ż

szego wzrostu i wi

ę

kszej tuszy był nierównie słabszy i 

krok miał mniej pewny. Sapał jak foka i widocznem było, 

ż

e pod

ąż

a za nami z 

najwi

ę

kszym wysiłkiem.

Prawie na pocz

ą

tku drogi zrozumieli

ś

my, 

ż

e wej

ś

cie na Great-Eyry 

zabierze nam wi

ę

cej czasu, ni

ż

 przypuszczali

ś

my wczoraj. Około godziny 

dziesi

ą

tej, po wielokrotnych próbach znalezienia 

ś

cie

ż

ki dost

ę

pnej, po 

licznych zboczeniach i cofaniach si

ę

 dotarli

ś

my wreszcie do skraju lasu.

Oczom naszym ukazały si

ę

 pierwsze turnie Great-Eyry. Przewodnicy si

ę

 

zatrzymali.

– Nareszcie! – westchn

ą

ł pan Smith, opieraj

ą

c si

ę

 o pie

ń

 latanii. – Nale

ż

nam si

ę

 posiłek i troch

ę

 wypoczynku!

– Co najmniej godzin

ę

! – zawołałem.

– Tak, tak… dot

ą

d pracowały nasze płuca i nogi, teraz kolej na 

ż

ą

dek!

Nie było dwu zda

ń

 w tym wzgl

ę

dzie. Strudzone siły domagały si

ę

 

pokrzepienia. Obna

ż

ona stroma 

ś

ciana Great-Eyry, na której nie wida

ć

 było 

ani 

ś

ladu 

ś

cie

ż

ki, obudzała w nas pewien niepokój. Harry Horn potrz

ą

sn

ą

ł 

głow

ą

 z pow

ą

tpiewaniem:

– Mo

ż

e by

ć

 całkiem niemo

ż

liw

ą

 – odparł James Bruck.

Uwaga jego rozgniewała mnie mocno. Jakto? Wi

ę

c mogliby

ś

my nie 

dotrze

ć

 wcale do szczytu Great-Eyry? Byłoby to przecie

ż

 najzupełniejsze 

niepowodzenie mej misyi. Z jak

ąż

 min

ą

 stan

ą

łbym wtedy przed panem 

Wardem, nie mówi

ą

c ju

ż

 nic o ciekawo

ś

ci niezaspokojonej!

Otworzyli

ś

my torby podró

ż

ne, posilili

ś

my si

ę

 zimnem mi

ę

sem i chlebem. 

Pili

ś

my bardzo umiarkowanie. Wypoczynek nasz trwał najwy

ż

ej pół godziny. 

Poczem pan Smith podniósł si

ę

 pierwszy, nakłaniaj

ą

c nas do po

ś

piechu.

James Bruck poszedł naprzód, posuwali

ś

my si

ę

 za nim wolno i ostro

ż

nie. 

Przewodnicy nie ukrywali bynajmniej swego zakłopotania. Harry Horn 
postanowił wyprzedzi

ć

 nas i rozejrze

ć

 si

ę

 w

ś

ród miejscowo

ś

ci. Wrócił po 

upływie minut dwudziestu. Za jego rad

ą

 obrali

ś

my kierunek północno-

zachodni. Z tej to strony, w odległo

ś

ci trzech czy czterech mil, wznosił si

ę

 

dumnie Black-Dowe. Wiedzieli

ś

my jednak, 

ż

e stamt

ą

d nawet przy pomocy 

najsilniejszej lunety, nie zobaczymy, co si

ę

 dzieje na Great-Eyry.

Wspinali

ś

my si

ę

 pod gór

ę

 z wielkim trudem, w

ą

zk

ą

 grani

ą

, na której tu i 

owdzie sterczały drobne krzaczki lub k

ę

pki traw. Uszli

ś

mynajwy

ż

ej dwie

ś

cie 

krokow, kiedy James Bruck zatrzymał si

ę

 nagle, wskazuj

ą

c ze zdziwieniem na 

background image

ę

bok

ą

 kolein

ę

, przerzynaj

ą

c

ą

 grunt. Nieco dalej dostrzegli

ś

my powyrywane 

korzenie, połamane gał

ę

zie, na proch zmia

ż

d

ż

one skały. Rzekłby

ś

 obsun

ę

ła 

si

ę

 w tym miejscu jaka

ś

 olbrzymia lawina.

– T

ę

dy, prawdopodobnie, staczał si

ę

 głaz, który si

ę

 oberwał z Great-Eyry 

– zauwa

ż

ył James Bruck.

– Nie ulega w

ą

tpliwo

ś

ci – odparł pan Smith. – S

ą

dz

ę

ż

e zrobimy 

najlepiej, posuwaj

ą

c si

ę

 naprzód temi 

ś

ladami.

Miał słuszno

ść

 zupełn

ą

. Nogi nasze st

ą

pały pewniej, zatrzymuj

ą

c si

ę

 

nieco na zagł

ę

bieniach powyszarpywanych przez obsuwaj

ą

c

ą

 si

ę

 skał

ę

Poszli

ś

my teraz w kierunku prawie prostopadłym.

O pół do dwunastej dotarli

ś

my do skraju stromej płaszczyzny. Droga 

urywała si

ę

 nagle. Przed nami o sto kroków zaledwie, lecz o sto kroków w 

gór

ę

, sterczały skaliste 

ś

ciany, zamykaj

ą

ce tajemniczy wierzchołek. 

Przybierały one fantastyczne kształty igieł, słupów, maczug, potworów. Jedna 
ze skał przypominała sylwetk

ę

 orła z rozpostartemi skrzydłami. Stanowczo od 

wschodu wej

ś

cie było niemo

ż

liwe.

– Odpocznijmy chwil

ę

! – zaproponował pan Smith – a potem sprobujmy 

obej

ść

 szczyt dokoła.

– Głaz mógł si

ę

 oberwa

ć

 tylko z tej strony – zauwa

ż

ył Harry Horn. – 

Czemu

ż

 wi

ę

c nie widzimy 

ż

adnego wyłomu w skałach otaczaj

ą

cych 

wierzchołek?…

Po dziesi

ę

ciu minutach wypoczynku postanowili

ś

my i

ść

 dalej. Grunt był 

ś

lizgi. Posuwali

ś

my si

ę

 wi

ę

c bardzo wolno u samej podstawy skał, wysokich 

na pi

ęć

dziesi

ą

t stóp, rozszerzaj

ą

cych si

ę

 u góry i nieco wygi

ę

tych poni

ż

ej na 

podobie

ń

stwo koszyka. Gdyby

ś

my wi

ę

c nawet mieli drabiny i klamry, wej

ś

cie 

na szczyt był niemo

ż

liwo

ś

ci

ą

 absolutn

ą

. Great-Eyry nabierał w mych oczach 

zabarwienia czarodziejskiego. Nie zdziwiłbym si

ę

 bynajmniej, gdyby mi kto 

powiedział, 

ż

e zamieszkuj

ą

 tu smoki, chimery i inne potwory mitologiczne.

Obchodzili

ś

my dokoła muru skalistego, który si

ę

 zarysowywał tak 

prawidłowo, jak gdyby był dziełem r

ę

ki ludzkiej. Nigdzie 

ż

adnego wyłomu, 

ż

adnej szczeliny, przez któr

ą

 by si

ę

 mo

ż

na przesun

ąć

 lub zajrze

ć

 do 

wewn

ą

trz.

Po upływie półtorej godziny wrócili

ś

my do miejsca, sk

ą

d rozpocz

ę

li

ś

my 

nasz

ą

 w

ę

drówk

ę

 obwodow

ą

.

Nie mogłem ukry

ć

 swego niezadowolenia. Pan Smith zirytowany był 

niemniej ode mnie.

– Do kro

ć

set dyabłów! – zawołał. – Wi

ę

c nie dowiemy si

ę

 nigdy, jak

ą

 

tajemnic

ę

 kryje w swem łonie przekl

ę

ty Great-Eyry!

– Wulkan lub nie, mniejsza o to! – wtr

ą

ciłem, – dosy

ć

ż

e w chwili obecnej 

nie daje powodu do 

ż

adnych obaw. Nie dostrzegli

ś

my nigdzie dymu ani 

płomieni, nie słyszeli

ś

my huku podziemnego, nie uczuwali

ś

my 

ż

adnego 

wstrz

ąś

nienia.

Istotnie na Great-Eyry panowała zupełna cisza i pustka, jak zwykle na tak 

znacznej wysoko

ś

ci. Nie widzieli

ś

my 

ż

adnych 

ś

ladów 

ż

ycia. Tylko kilka 

ptaków drapie

ż

nych kr

ąż

yło ponad szczytem.

Była ju

ż

 godzina trzecia, kiedy pan Smith odezwał si

ę

 tonem zirytowanym.

– Nawet, gdyby

ś

my zostali tutaj do wieczora, nie dowiemy si

ę

 niczego 

background image

wi

ę

cej. Wracajmy zatem, je

ż

eli chcemy w Pleasant-Garden stan

ąć

 przed 

noc

ą

!

Milczałem, nie ruszaj

ą

c si

ę

 z miejsca. W ko

ń

cu jednak musiałem si

ę

 

zdoby

ć

 na rezygnacy

ę

 i pój

ść

 za towarzyszami podró

ż

y. Bóg jeden wie, ile 

mnie to kosztowało!

Powrót był du

ż

o łatwiejszy i mniej m

ę

cz

ą

cy. Przed pi

ą

t

ą

 jeszcze 

przybyli

ś

my do fermy Wildon, gdzie czekano nas z obiadem.

O pół do dziesi

ą

tej za

ś

 powóz nasz zatrzymał si

ę

 przed domem mera w 

Pleasant-Garden, według programu mieli

ś

my tutaj przenocowa

ć

. Długo nie 

mogłem zan

ąć

, rozmy

ś

laj

ą

c nad tem; czy nie nale

ż

ałoby przedzi

ę

wzi

ąć

 

nazajutrz nowej wyprawy. Czy

ż

 jednak miałaby ona jakiekolwiek widoki 

powodzenia?… Stanowczo rozs

ą

dniej było wróci

ć

 do Waszyngtonu i zapyta

ć

 

o decyzy

ę

 pana Warda.

Nazajutrz wieczorem przybyli

ś

my do Morgantonu; opłaciłem 

przewodników, po

ż

egnałem pana Smitha i po

ś

piesznym poci

ą

gem udałem 

si

ę

 do Raleigh.

ROZDZIAŁ IV

Konkurs klubu automobilistów.

Ze dwa tygodnie po moim powrocie do Waszyngtonu ciekawo

ść

 ogółu 

obudził fakt inny, równie tajemniczy i niezwykły, jak zjawiska na Great-Eyry, 
fakt, który si

ę

 powtórzył w kilku miejscowo

ś

ciach Pensylwanii. W połowie 

maja dzienniki rozpisywały si

ę

 o nim szeroko.

Od niejakiego

ś

 czasu w pobli

ż

u Filadelfii, kr

ąż

ył dziwny wehikuł, który si

ę

 

tak szybko przenosił z miejsca na miejsce, 

ż

e nikt nic pewnego powiedzie

ć

 

nie mógł o jego rozmiarach, rodzaju i kształcie. Jedno nie ulegało w

ą

tpliwo

ś

ci, 

ż

e był to samochód. Lecz jaki motor go poruszał?

W owej epoce najdoskonalsze automobile, niezale

ż

nie od tego, czy 

wprawiała je w ruch para wodna, nafta lub elektryczno

ść

, przebiegały sto 

trzydzie

ś

ci kilometrów na godzin

ę

, t. j. około półtorej mili na minut

ę

, czyli 

mniej wi

ę

cej tyle, ile poci

ą

gi po

ś

pieszne na najlepiej urz

ą

dzonych liniach 

kolejowych Europy i Ameryki.

Szybko

ść

 za

ś

 tego nowego samochodu była stanowczo dwa razy 

wi

ę

ksza.

Oczywi

ś

cie, 

ż

e stanowił niebezpiecze

ń

stwo powa

ż

ne dla jezdnych i 

pieszych. Przyrz

ą

d tak niezwykły, poruszaj

ą

cy si

ę

 z bystro

ś

ci

ą

 niesłychan

ą

zjawiał si

ę

 nagle niby piorun, poprzedzony hałasem straszliwym i kł

ę

bami 

kurzu; przerzynał powietrze z tak

ą

 gwałtowno

ś

ci

ą

ż

e si

ę

 łamały gał

ę

zie 

drzew, przera

ż

one trzody rozbiegały si

ę

 z pastwisk, spłoszone ptactwo 

rozlatywało si

ę

 na wszystkie strony, a nieszcz

ęś

liwi przejezdni znajdywali si

ę

 

w mgnieniu oka w przydro

ż

nych rowach.

background image

Dzienniki podnosiły jeszcze jeden szczegół zdumiewaj

ą

cy: oto koła 

dziwnego przyrz

ą

du nie wrzynały si

ę

 w szos

ę

, nie tworzyły kolei, zaledwie 

pozostawiały jaki

ś

 

ś

lad lekki, niewyra

ź

ny, niby mu

ś

ni

ę

cie.

– Widocznie szybko

ść

 tak nadzwyczajna znosi ci

ęż

ar– pisał New-York 

Herold.

Z rozmaitych miejscowo

ś

ci Pensylwanii dochodziły protesty, głosy 

oburzenia. Czy

ż

 mo

ż

na pozwoli

ć

, aby po drogach Ameryki bezkarnie 

kursował wehikuł, który innym powozom oraz pieszym grozi zmia

ż

d

ż

eniem? 

W jaki sposób jednak zaradzi

ć

 złemu? Nie wiedziano do kogo tajemniczy 

samochód nale

ż

y, ani dok

ą

d d

ąż

y, ani sk

ą

d przybywa. Dostrzegano go przez 

jedn

ą

 sekund

ę

 zaledwie, kiedy z szybko

ś

ci

ą

 zawrotn

ą

 niby pocisk armatni 

przerzynał powietrze. O motorze, poruszaj

ą

cym ten dziwny przyrz

ą

d, równie

ż

 

nie miano najl

ż

ejszego poj

ę

cia, poniewa

ż

 jednak nie pozostawiał on 

ż

adnych 

ś

ladów dymu, pary, nafty lub jakiegokolwiek oleju skalnego, wnioskowano i

ż

 

porusza go siła elektryczno

ś

ci; przypuszczano nawet, 

ż

e akumulatory nowego 

systemu gromadziły jaki

ś

 pr

ą

d niewyczerpany.

Podniecona wyobra

ź

nia chwytała si

ę

 hypotez 

najnieprawdopodobniejszych, byle tylko znale

źć

 odpowied

ź

 na niepokoj

ą

ce 

ogół pytanie: do kogo nale

ż

y ten wóz tajemniczy?

Gubiono si

ę

 w domysłach. Niektórzy przypuszczali, 

ż

e kieruje nim jaka

ś

 

siła tajemnicza, jakie

ś

 widmo z innego 

ś

wiata, palacz „z piekła rodem”, potwór 

mitologiczny, a nawet dyabeł we własnej osobie, Belzebub, Astaroth, hardo 
wyzywaj

ą

cy ludzko

ść

, zbrojny w nieograniczon

ą

 niewidzialn

ą

 pot

ę

g

ę

 

szata

ń

sk

ą

.

Lecz nawet sam szatan nie miał prawa rozbija

ć

 si

ę

 z tak

ą

 szybko

ś

ci

ą

 po 

drogach Stanów Zjednoczonych bez zezwolenia zwierzchno

ś

ci, bez numeru, 

wbrew obowi

ą

zuj

ą

cym przepisom. Zreszt

ą

 

ż

aden zarz

ą

d miejski podobnego 

zezwolenia by nie udzielił. Nale

ż

ało zatem obmy

ś

li

ć

 

ś

rodki celem 

powstrzymania zapału tajemniczego automobilisty.

Tymczasem rozniosła si

ę

 wie

ść

ż

e nietylko Pensylwania słu

ż

y za 

welodrom dla tak niezwykłych popisów sportowych. Raporty policyjne 
donosiły, 

ż

e tajemniczy wehikuł ukazał si

ę

 w Kentucky, w Ohio, w Missooui, w 

Tennessee, nawet w Illinois i to w pobli

ż

u Chicago!

Ostrze

ż

e

ń

 wi

ę

c ze strony policyi nie brakło. Władze miejskie zaj

ę

ły si

ę

 

obmy

ś

leniem 

ś

rodków zapobiegaj

ą

cych niebezpiecze

ń

stwu. Powstrzyma

ć

 

samochód, p

ę

dz

ą

cy z tak

ą

 szybko

ś

ci

ą

 było niepodobie

ń

stwem. Nale

ż

ało wi

ę

chyba ustawi

ć

 na drodze przeszkody, o które mógłby si

ę

 rozbi

ć

.

– Czy nie zdoła jednak tych przeszkód usun

ąć

? – odpowiadali wi

ę

cej 

nieufni.

– Albo przez nie przeskoczy

ć

! – dodawali inni.

– Je

ż

eli to dyabeł, ma przecie

ż

 skrzydła i potrafi si

ę

 unie

ść

 w powietrzu.

– Ba! gdyby miał skrzydła – mówili jeszcze inni – czy

ż

by nie wolał 

szybowa

ć

 w przestworzach zamiast p

ę

dzi

ć

 po ziemi?!

W ko

ń

cu maja wszystkie wie

ś

ci niepokoj

ą

ce ucichły. Tajemniczy 

samochód nie ukazywał si

ę

 i przestano si

ę

 nim zajmowa

ć

.

W tym czasie klub automobilistów w Wiskonsinie postanowił urz

ą

dzi

ć

 

wy

ś

cigi. Do tego celu nadawała si

ę

 wy

ś

mienicie długa a prosta jak wystrzelił, 

background image

szosa wiod

ą

ca od Prairie-du-Chien, t. j. od zachodniej granicy Stanu a

ż

 do 

Milwaukee, portu nad Michiganem.

W konkursie miały wzi

ąć

 udział wszystkie najwi

ę

cej znane firmy 

ameryka

ń

skie i europejskie. Najrozmaitsze systemy motorów miały prawo 

ubiega

ć

 si

ę

 o nagrody, z których najmniejsza wynosiła 50000 dolarów. W 

Prairie-du-Chien stan

ę

ło wi

ę

c czterdzie

ś

ci najrozmaitszych samochodów, 

poruszanych za pomoc

ą

 pary, nafty, alkoholu i elektryczno

ś

ci.  Bior

ą

c pod 

uwag

ę

 maximum szybko

ś

ci, to znaczy od 130 – 140 kilometrów na godzin

ę

obliczono, 

ż

e wy

ś

cig ten mi

ę

dzynarodowy trwa

ć

 mo

ż

e najwy

ż

ej trzy godziny. 

Przestrze

ń

 bowiem, któr

ą

 nale

ż

ało przeby

ć

, wynosiła dwie

ś

cie mil. Dla 

unikni

ę

cia mo

ż

liwego niebezpiecze

ń

stwa władze Wiskonsinu wzbroniły 

osobom prywatnym wszelkiego ruchu w dniu 3-go maja rano na drodze, 
wiod

ą

cej od Prairie-du-Chien do Milwaukee.

Tysi

ą

ce ciekawych, nietylko z Wiskonsinu i ze Stanów s

ą

siednich, lecz 

nawet z dalszych kra

ń

ców Ameryki, ba! nawet z Europy, zbiegło si

ę

 na ten 

wy

ś

cig mi

ę

dzynarodowy.

Stosownie do zwyczaju, rozwielmo

ż

nionego w Stanach Zjednoczonych, 

stawiano liczne zakłady, kto zwyci

ęż

y na konkursie. W tym celu potworzyły 

si

ę

 nawet osobne agencye w rodzaju totalizatora.

O godzinie ósmej zrana dano hasło do odjazdu. Samochody, wybierane 

przez losowanie, miały wyrusza

ć

 jeden po drugim z przerw

ą

 dwuminutow

ą

.

Po obu stronach drogi stali agenci policyjni, utrzymuj

ą

cy porz

ą

dek i liczni 

widzowie. Najwi

ę

cej ciekawych zebrało si

ę

 w Madisonie, stolicy Wisconsinu i 

w Milwaukee.

Upłyn

ę

ło półtorej godziny. W Prairie-du-Chien pozostał jeden tylko 

automobil. Dzi

ę

ki telefonom, co pi

ęć

 minut otrzymywano nowe wiadomo

ś

ci, w 

jakim porz

ą

dku p

ę

dz

ą

 samochody. Naprzód wysun

ą

ł si

ę

 przyrz

ą

d firmy 

Renault Synów; tu

ż

 za nim p

ę

dził Harward-Watson i Dion-Bouton. Zdarzyło 

si

ę

 ju

ż

 kilka wypadków, motory 

ź

le funkcyonowały, niektóre samochody ustały 

w drodze, przypuszczano, 

ż

e zaledwie dwana

ś

cie dojdzie do Milwaukee. Na 

szcz

ęś

cie ludzi ci

ęż

ko rannych nie było. Zreszt

ą

 w Ameryce nawet 

ś

mier

ć

 nie 

wywiera wielkiego wra

ż

enia.

Łatwo zrozumie

ć

ż

e ciekawo

ść

 i roznami

ę

tnienie tłumów wzrastało w 

miar

ę

 zbli

ż

ania si

ę

 do Milwaukee.

Na zachodniem wybrze

ż

u Michiganu wznosił si

ę

 wysoki słup, przystrojony 

we flagi mi

ę

dzynarodowe. Był to cel wy

ś

cigów.

Ju

ż

 po dziesi

ą

tej godzinie stało si

ę

 widocznem, 

ż

e o główn

ą

 nagrod

ę

 – 

dwadzie

ś

cia tysi

ę

cy dolarów – ubiega

ć

 si

ę

 mo

ż

e tylko pi

ęć

 samochodów: dwa 

ameryka

ń

skie, dwa francuskie i jeden angielski. Łatwo mo

ż

na sobie 

wyobrazi

ć

, jak gor

ą

czkowo stawiano ostatnie zakłady. W gr

ę

 wchodziła tu 

miło

ść

 własna narodowa. Stawki podwajano co chwil

ę

. Zdawała si

ę

ż

przeciwnicy gotowi s

ą

 skoczy

ć

 sobie do oczu.

–Stawiam za Harward-Watsonem!

– A ja za Dion-Bouton'em.

– A ja za Bra

ć

mi Renault.

O pół do dziesi

ą

tej, mniej wi

ę

cej w odległo

ś

ci dwu mil od Pleasant-

Garden, rozległ si

ę

 straszliwy hałas, jak gdyby bieg kół powozu, p

ę

dz

ą

cego z 

background image

szybko

ś

ci

ą

 nadzwyczajn

ą

: towarzyszył mu przeci

ą

gły gwizd maszyny.

Ciekawi zaledwie zd

ąż

yli usun

ąć

 si

ę

 z drogi. Jaki

ś

 obłok przemkn

ą

ł 

szybko niby tr

ą

ba powietrzna i znikn

ą

ł, zostawiaj

ą

c po sobie długi tuman 

białego kurzu. Szybko

ść

 tego samochodu mo

ż

na było oblicza

ć

 na 240 

kilometrów na godzin

ę

.

Widocznem było, 

ż

e w przeci

ą

gu godziny wyprzedzi wszystkie pi

ęć

 

automobilów i pierwszy stanie u celu.

Ze wszystkich stron podniosły si

ę

 gło

ś

ne okrzyki.

– To chyba maszyna piekielna, o której przed kilku tygodniami 

wspominały dzienniki!

– Ta sama, która przebiegła Illinois, Ohio, Michigan i której policya nie 

zdołała zatrzyma

ć

!

– S

ą

dzili

ś

my, 

ż

e ju

ż

 znikła z widowni na zawsze!

– To chyba wóz dyabelski, ogrzewany ogniem piekielnym, prowadzony 

przez szatana.

Jaka

ż

 istota ludzka kierowa

ć

 mogła takim przyrz

ą

dem niezwykłym z tak 

zadziwiaj

ą

c

ą

 szybko

ś

ci

ą

?

Gdy pierwsze zdumienie min

ę

ło, przezorniejsi po

ś

pieszyli zatelefonowa

ć

 

do wszystkich stacyi, ostrzegaj

ą

ś

cigaj

ą

ce si

ę

 samochody o gro

żą

cem 

niebezpiecze

ń

stwie.

Oczywi

ś

cie musiano zaprzesta

ć

 walki o nagrod

ę

, wyznaczon

ą

 przez klub. 

Zadziwiaj

ą

cy wehikuł wymin

ą

ł inne automobile z tak

ą

 szybko

ś

ci

ą

ż

e nikt si

ę

 

przypatrze

ć

 nie mógł jego kształtowi, i rozmiarom; opowiadano tylko pó

ź

niej, 

ż

e przypominał nieco wrzeciono, długie na dziesi

ęć

 metrów. Nie pozostawił za

sob

ą

 ani 

ś

ladu dymu, pary lub jakiej

ś

 woni.

Konduktora nie widziano wcale. Najwi

ę

ksze wzburzenie panowało w 

Milwaukee. Kto

ś

 zaproponował ustawienie przeszkody, o któr

ą

by si

ę

 ten 

przyrz

ą

d niezwykły rozbił na drobne cz

ą

steczki. Czy starczy na to czasu. 

Tajemniczy wehikuł mógł si

ę

 ukaza

ć

 lada chwila. Zreszt

ą

 i tak zmuszony 

b

ę

dzie powstrzyma

ć

 swój bieg szalony: droga przecie

ż

 ko

ń

czyła si

ę

 nad 

brzegiem Michiganu.

Podobnie jak w Prairie-du-Chien, tworzono najdziwaczniejsze 

przypuszczenia co do istoty przyrz

ą

du i zagadkowego palacza, których 

oczekiwano z niecierpliwo

ś

ci

ą

 gor

ą

czkow

ą

.

Troch

ę

 przed jedenast

ą

 usłyszano jaki

ś

 huk, jakby turkot odległy i ujrzano 

ś

limakowate kł

ę

by dymu. Ostry gwizd raz po raz przerzynał powietrze, 

nakazuj

ą

c usuni

ę

cie si

ę

 z drogi przed nieznanym potworem, który biegu nie 

zwalniał. A jednak jezioro było ju

ż

 tylko o pół mili… Czy

ż

by mechanik nie stał 

na wysoko

ś

ci swego zadania?…

Z szybko

ś

ci

ą

 błyskawicy wehikuł wpadł do Milwaukee, przebiegł miasto i 

znikł bez 

ś

ladu… Czy

ż

by go pochłon

ę

ły fale Michiganu?…

ROZDZIAŁ V

background image

W zatoce Bosto

ń

skiej.

Kiedy po niefortunnej wyprawie na Great-Eyry wróciłem do Waszyngtonu, 

pana Warda nie było w mie

ś

cie. Wyjechał na kilka tygodni z powodu 

interesów rodzinnych. Niew

ą

tpliwie jednak wiedział o mojem niepowodzeniu, 

dzienniki bowiem Karoliny Północnej natychmiast podały sprawozdanie 
szczegółowe z naszej wycieczki.

Znajdowałem si

ę

 w stanie niezwykłego rozdra

ż

nienia, do jakiego 

doprowadziła mnie upokorzona ambicya i niezaspokojona ciekawo

ść

.

Nie chciałem si

ę

 wyrzec nadziei, 

ż

e przyszło

ść

 przyniesie mi rozwi

ą

zanie 

tak niepokoj

ą

cej zagadki. Musz

ę

 posi

ąść

 tajemnic

ę

 Great-Eyry, chocia

ż

bym 

dziesi

ęć

, dwadzie

ś

cia razy miał rozpoczyna

ć

 próby!…

Najrozmaitsze pomysły przychodziły mi do głowy. Wzniesienie 

rusztowania a

ż

 do wierzchołka skalistego zr

ę

bu… przebicie boków przez 

niedost

ę

pne głazy… wszystko to było rzecz

ą

 zupełnie mo

ż

liw

ą

… Nasi 

in

ż

ynierowie codziennie podejmuj

ą

 si

ę

 zada

ń

 trudniejszych… Czy

ż

 jednak w 

tym wypadku opłaciłyby si

ę

 wydatki, któreby mogły by

ć

 obliczone na tysi

ą

ce 

dolarów?… Za t

ę

 cen

ę

 mo

ż

na było uzyska

ć

 tylko zaspokojenie ciekawo

ś

ci 

publicznej… gdyby bowiem nawet okazało si

ę

ż

e Great-Eyry jest wulkanem, 

jaka

ż

 siła powstrzymałaby jego wybuch i usun

ę

ła gro

żą

ce niebezpiecze

ń

stwo.

Nie marzyłem nawet o przedsi

ę

wzi

ę

ciu robót na rachunek osobisty… Na 

zbytek podobny mógłby sobie pozwoli

ć

 chyba jaki

ś

 Astor, Vanderbilt lub 

Pierrepont-Morgan! Lecz im to nie w głowie! Gdyby chodziło o miny złota 
daliby si

ę

 mo

ż

e nakłoni

ć

, lecz teraz!…

15-go czerwca rano pan Ward wezwał mnie do siebie i przyj

ą

ł bardzo 

łaskawie.

– Jak si

ę

 pan miewa, biedny panie Strock? Có

ż

, nie udało si

ę

 panu?

– Niestety, wyprawa moja była równie bezowocn

ą

, jak gdybym si

ę

 był 

pokusił o zbadanie powierzchni ksi

ęż

yca.  – Wi

ę

c mo

ż

e te dziwne zjawiska, o 

których tyle mówiono i pisano, s

ą

 tylko wytworem rozbujałej wyobra

ź

ni 

Karoli

ń

czyków!

– Stanowczo nie! Mer Morgantonu i mer Pleasant-Gardenu potwierdzili 

wiarogodno

ść

 tych zjawisk. S

ą

dz

ę

 wi

ę

c, 

ż

e poniewa

ż

 przeszkody, które nas 

powstrzymały, były natury czysto materyalnej, dałyby si

ę

 usun

ąć

 przy pomocy 

pieni

ę

dzy…

– Zapewne. Lecz w obecnym czasie nic nas nie nagli. Na Great-Eyry 

panuje spokój zupełny. Czekajmy! mo

ż

e przyszło

ść

 odsłoni nam t

ę

 tajemnic

ę

.

Rozmowa nasza skierowała si

ę

 na temat ostatnich wypadków zaszłych w 

Wisconsinie. Byłem zdumiony, 

ż

e władze miejskie dot

ą

d nie zdołały zebra

ć

 

ż

adnych bli

ż

szych szczegółów o tajemniczym wehikule, który od niejakiego

ś

 

czasu kr

ąż

ył po wszystkich wi

ę

kszych drogach zagra

ż

aj

ą

c bezpiecze

ń

stwu 

publicznemu, a podczas ostatnich wy

ś

cigów zdystansował wszystkie 

samochody. Ukazywał si

ę

 i znikał z szybko

ś

ci

ą

 błyskawicy; daremnie 

ś

ledzili 

go liczni agenci. W Milwaukee przepadł bez 

ś

ladu i odt

ą

d nic o nim nie 

słyszano. Obaj z panem Wardem uwa

ż

ali

ś

my zdarzenie to za mocno i 

niezwykle sensacyjne.

background image

– A teraz poka

żę

 panu co

ś

, co w równym stopniu zadziwi pana – odezwał 

si

ę

 pan Ward.

Podał mi raport policyi Bosto

ń

skiej i zasiadł do pisania jakiego

ś

 listu.

Wzi

ą

łem raport skwapliwie i zacz

ą

łem przegl

ą

da

ć

 go z niezwykłem 

zaj

ę

ciem.

Od kilku dni na przestrzeni morskiej mi

ę

dzy wybrze

ż

em Nowej Anglii z 

jednej, a wybrze

ż

ami stanów Maine, Connecticut i Massachusetts z drugiej 

strony – ukazywało si

ę

 zjawisko niesłychane. Jaka

ś

 masa niewyra

ź

na, 

ruchoma, kształtu wrzeciona, barwy zielonkawej, 

ś

lizgała si

ę

 lekko i zwinnie 

po powierzchni wody; znikała nagle w gł

ę

binach, a potem ukazywała si

ę

 

znowu. Z tak

ą

 szybko

ś

ci

ą

 przenosiła si

ę

 z miejsca na miejsce, 

ż

ż

adne 

lunety ruchów jej wy

ś

ledzi

ć

 nie mogły.

Z Bostonu, Portsmonthu i Portlandu wysyłano kilkakrotnie łodzie i szalupy 

z poleceniem zbli

ż

enia si

ę

 i obserwowania tajemniczej bryły. Wszelkie 

ś

ciganie okazywało si

ę

 daremnem, zjawisko bowiem znikało pod wod

ą

.

Naturalnie na temat ten powstawało rozmaite domysły, jedne 

niedorzeczniejsze od drugich.

Marynarze i rybacy przypuszczali, 

ż

e jest to jakie

ś

 zwierz

ę

 ss

ą

ce z 

gatunku wielorybów. Wiadomo powszechnie, 

ż

e zwierz

ę

ta te w pewnych 

regularnych odst

ę

pach czasu zanurzaj

ą

 si

ę

 w wod

ę

 i potem wypływaj

ą

 znowu 

na powierzchni

ę

, wyrzucaj

ą

c przez nozdrza jakby słupy wody pomieszanej z 

powietrzem. Nikt jednak nie spostrzegł ani razu, 

ż

eby ta istota nieznana – 

je

ż

eli to była istota 

ż

ywa – zachowywała si

ę

 w podobny sposób, nikt te

ż

 nigdy 

nie słyszał jej oddechu.

Mo

ż

e wi

ę

c był to jaki

ś

 potwór morski, zamieszkuj

ą

cy gł

ę

bie oceanu, w 

rodzaju tych, o których wspominaj

ą

 dawne legendy?… Co

ś

 w rodzaju 

lewiatana albo w

ęż

a morskiego?…

W ka

ż

dym razie od czasu pojawienia si

ę

 tego niezwykłego zjawiska łódki 

rybackie i szalupy kierowane ostro

ż

no

ś

ci

ą

, nie wypływały na pełne morze; 

skoro tylko zauwa

ż

yły „tajemnicze zwierz

ę

” zawracały do portu.

Statki za

ś

 

ż

aglowe i parowce nietylko nie unikały potworu, lecz nawet 

probowały go 

ś

ciga

ć

; zawsze jednak znikał im z oczu.

Przerwałem czytanie, zwracaj

ą

c si

ę

 do pana Warda:

– Nie rozumiem zaniepokojenia ludno

ś

ci: zwierz

ę

 to nie jest 

niebezpieczne… nie napada na małe statki… ucieka przed wielkimi… s

ą

dz

ę

ż

e pierwej czy pó

ź

niej zobaczymy je w muzeum Waszyngto

ń

skiem…

– Tak… je

ż

eli mamy do czynienia z potworem morskim…

– Có

ż

by to mogło by

ć

 innego?

– Czytaj pan dalej!… – przerwał pan Ward.

Z drugiej cz

ęś

ci raportu dowiedziałem si

ę

ż

e w zapatrywaniach na 

„sensacyjne zjawisko” zaszła zmiana stanowcza. Zacz

ę

to przypuszcza

ć

ż

nie jest to zwierz

ę

 nieznane, lecz udoskonalony przyrz

ą

d do pływania. Mo

ż

wynalazca przed sprzedaniem swego pomysłu chce zaciekawi

ć

 publiczno

ść

a nawet obudzi

ć

 przera

ż

enie w ludno

ś

ci nadmorskiej. Udało mu si

ę

 to w 

zupełno

ś

ci.

W ostatnich czasach dokonał si

ę

 post

ę

p olbrzymi w 

ż

egludze parowej. 

background image

Przebywano Atlantyk w przeci

ą

gu dni pi

ę

ciu. Marynark

ę

 wojenn

ą

 posuni

ę

to 

równie

ż

 do wielkiej doskonało

ś

ci. Tym razem szło jednak o jaki

ś

 statek 

zupełnie nowego systemu, nie maj

ą

cy ani 

ż

agli, ani komina. Jaka

ż

 wi

ę

c siła 

poruszała motor, który musiał by

ć

 pot

ęż

ny?… O kształcie statku nikt nie miał 

poj

ę

cia.

Zamy

ś

liłem si

ę

 gł

ę

boko.

– Có

ż

 o tem s

ą

dzisz, panie Strock? – odezwał si

ę

 szef.

– Zdaje mi si

ę

ż

e motor tego statku jest równie pot

ęż

ny i nieznany, jak 

motor owego zagadkowego samochodu, który. tyle hałasu wywołał podczas 
konkursu klubu automobilistów…

Równocze

ś

nie przyszło mi na my

ś

l, 

ż

e za jak

ą

 b

ą

d

ź

 cen

ę

 nale

ż

y zdoby

ć

 

copr

ę

dzej tajemnic

ę

 nowego wynalazku. Ów 

ż

eglarz tajemniczy przypomniał 

mi zagadkowego palacza, który prawdopodobnie wraz ze swym przyrz

ą

dem 

niezwykłym uton

ą

ł w Michiganie. Obaj jednakowo starannie zachowywali 

incognito. Pierwszy przepadł bez wie

ś

ci. Niepokój mnie ogarn

ą

ł o los 

drugiego: ju

ż

 od dwudziestu czterech godzin nie dawał znaku 

ż

ycia!

Wszystkie dzienniki odrzuciły pierwotne przypuszczenie o ukazaniu si

ę

 

nieznanego gatunku zoologicznego, twierdz

ą

c, 

ż

e sensacy

ę

 powszechn

ą

 

wywołał nowy przyrz

ą

d do pływania, poruszany zapomoc

ą

 motoru 

elektrycznego. Nikt tylko nie odgadywał, z jakiego 

ź

ródła czerpał sw

ą

 sił

ę

 

dynamiczn

ą

.

Rozmowa nasza trwała dosy

ć

 długo. Wreszcie pan Ward zapytał:

– Czy nie zwróciłe

ś

 pan uwagi na dziwne podobie

ń

stwo, zachodz

ą

ce 

mi

ę

dzy automobilem a statkiem.

– Niew

ą

tpliwie.

– Wobec tego za

ś

ż

e drugi pojawił si

ę

 po znikni

ę

ciu pierwszego, czy nie 

przychodzi panu na my

ś

l, 

ż

e jest to jeden i ten sam przyrz

ą

d?…

ROZDZIAŁ VI

List pierwszy.

Po

ż

egnałem pana Warda i wróciłem do swego mieszkania przy ulicy 

Long-Street. Nie miałem ani 

ż

ony ani dzieci, nikt mi wi

ę

c w rozmy

ś

laniach nie 

przeszkadzał.

Dobro publiczne, bezpiecze

ń

stwo na l

ą

dzie i morzu wymagało 

przeprowadzenia ankiety w sprawie tajemniczego samochodu i zagadkowych 
zjawisk w zatoce Bosto

ń

skiej…

Przypuszczałem, 

ż

e mnie wła

ś

nie powierz

ą

 to trudne zadanie… W jaki 

sposób trafi

ć

 na 

ś

lad tajemniczego palacza, czy te

ż

 palaczy?…

Po spo

ż

yciu 

ś

niadania zapaliłem fajk

ę

 i zacz

ą

łem przegl

ą

da

ć

 dzienniki… 

polityka zazwyczaj niewiele mnie obchodziła. Głównie poci

ą

gała mnie zawsze 

background image

kronika wypadków.

W ostatnich czasach najskwapliwiej wyszukiwałem wiadomo

ś

ci z Karoliny 

Północnej, korespondecyi z Morgantonu lub z Pleasant Garden. Pan Eliasz 
Smith obiecał mnie zawiadomi

ć

 w razie ukazania si

ę

 tajemniczych płomieni… 

Lecz dot

ą

d mnie otrzymałem od niego ani listu ani depeszy… na Great-Eyry 

wi

ę

c wszystko było spokojnie.

Z dzienników nie dowiedziałem si

ę

 nic nowego. Znowu wi

ę

c wróciłem do 

nurtuj

ą

cych mnie my

ś

li.

…Czy

ż

by samochód i statek były dziełem tego samego wynalazcy?… A 

mo

ż

e jeden i ten sam przyrz

ą

d daje si

ę

 zastosowa

ć

 do w

ę

drówki na l

ą

dzie i 

morzu… Jakiego rodzaju motor wytwarza szybko

ść

 tak niezwykł

ą

, w 

dwójnasób przewy

ż

szaj

ą

c

ą

 szybko

ść

 najwi

ę

ksz

ą

, osi

ą

gni

ę

t

ą

 dotychczas?… 

Jaki zwi

ą

zek istnieje mi

ę

dzy tajemnic

ą

 zatoki Bosto

ń

skiej?… Pierwsza 

zagra

ż

ała tylko mieszka

ń

com Karoliny Północnej. Druga przedstawiała 

niebezpiecze

ń

stwo powa

ż

ne dla całych Stanów Zjednoczonych nawet dla 

całej Europy, a wła

ś

ciwie dla całego 

ś

wiata.

Nic dziwnego zatem, 

ż

e ogół z gor

ą

czkow

ą

 niecierpliwo

ś

ci

ą

 oczekiwał 

wie

ś

ci o tajemniczych wypadkach i rozchwytywał dzienniki.

Nawet stara Grad, dawna słu

żą

ca mojej matki, która obecnie zajmowała 

si

ę

 mojem gospodarstwem, była wielce zaniepokojon

ą

.

I dzisiaj po obiedzie, sprz

ą

taj

ą

c ze stołu, zwróciła si

ę

 do mnie z 

zapytaniem:

– Có

ż

 słycha

ć

 nowego?

– O czem? o samochodzie?

Skin

ę

ła głow

ą

 w milczeniu.

– Nic!

– A o statku?

– Tak

ż

e nic.

– Mój Bo

ż

e! po co te

ż

 mamy policy

ę

.

– Nieraz stawiałem sobie podobne pytanie.

– A zatem pewnego pi

ę

knego poranku przekl

ę

ty palacz mo

ż

e si

ę

 zjawi

ć

 

na ulicach Waszyngtonu i rozje

ż

d

ż

a

ć

 przechodniów!

– Tak 

ź

le nie b

ę

dzie!

– Dlaczego?

– Zatrzymamy go.

– Ba, skoro to sam dyabeł, któ

ż

 go zdoła pochwyci

ć

?!

Co za przepyszny wynalazek ten dyabeł! – pomy

ś

lałem – mo

ż

na mu 

przypisa

ć

 wszystkie zjawiska, których wytłomaczy

ć

 nie umiemy! Dyabeł 

rozniecił po

ż

ar na wierzchołku Great-Eyry… dyabeł zdobył pierwsz

ą

 nagrod

ę

 

na wy

ś

cigach automobilistów … Dyabeł przeje

ż

d

ż

a si

ę

 po morzu około 

wybrze

ż

y Nowej Anglii!…

My

ś

li moje uparcie wracały do tego samego przedmiotu: kim był 

wynalazca tajemniczy, maj

ą

cy do swego rozporz

ą

dzenia dwa przyrz

ą

dy 

znakomite, które przewy

ż

szały wszystko, o czem dot

ą

d ludzko

ść

 zamarzy

ć

 

mogła?… Dlaczego si

ę

 ukrywał tak starannie?… Có

ż

by to była za strata 

background image

niepowetowana, gdyby si

ę

 stał ofiar

ą

 jakiego

ś

 wypadku i tajemnic

ę

 sw

ą

 uniósł 

ze sob

ą

 do grobu!?… Przygody jego zaliczonoby z czasem do legend…

Dzienniki ameryka

ń

skie i europejskie przez czas dłu

ż

szy spraw

ą

 t

ą

 

zajmowały si

ę

 gorliwie. Wypisywano rzeczy niestworzone. Artykuły 

nast

ę

powały po artykułach. Publiczno

ść

 czytała je chciwie. Kto wie nawet, czy 

Europa nie zazdro

ś

ciła Ameryce genialnego mechanika, którego pomysł mógł 

zapewni

ć

 ojczy

ź

nie zyski nieobliczone i przewag

ę

 olbrzymi

ą

?

Policya z wielk

ą

 gorliwo

ś

ci

ą

 poszukiwała 

ś

ladów tajemniczego palacza. Z 

panem Ward prowadziłem na ten temat niesko

ń

czenie długie rozmowy…

15-go czerwca rano stara Grad podała mi list rekomendowany. 

Spojrzałem na adres, pismo było zupełnie nieznane, stempel pocztowy z 
Morgantonu…

Z Morgantonu?.. Nie w

ą

tpiłem ani na chwil

ę

ż

e to list od pana Eliasza 

Smitha i powiedziałem o swem przypuszczeniu staruszce.

– Morganton? – powtórzyła z niepokojem to, – zdaje si

ę

 gdzie

ś

 w pobli

ż

był ten po

ż

ar piekielny?…

– Tak, przypuszczam, 

ż

e znowu zaszło tam co

ś

 niezwykłego, skoro pan 

Smith pisze do mnie.

– Lecz mam nadziej

ę

ż

e pan ju

ż

 tam nie pojedzie!

– Dlaczego

ż

 to?

– Bo zgin

ą

łby pan z pewno

ś

ci

ą

 na tym przekl

ę

tym Great-Eyry.

– Uspokój si

ę

. Najpierw dowiedzmy si

ę

, o co idzie.

Rozerwałem kopert

ę

 opatrzon

ą

 piecz

ę

ciami z laku czerwonego. Na 

piecz

ą

tce odci

ś

ni

ę

ta była tarcza, a na niej trzy gwiazdy…

Wyj

ą

łem list. Składał si

ę

 z jednej tylko 

ć

wiartki, zło

ż

onej we czworo.

Rzuciłem okiem na podpis.

Nie było go wcale. Tylko dwa inicyały: K. P.

– To nie jest list od mera z Morgantonu!

– Od kogó

ż

 zatem? – zapytała Grad.

– Nie mam najmniejszego poj

ę

cia! W Morgantonie nie znam nikogo 

wi

ę

cej!

Pismo było du

ż

e, litery wyra

ź

ne.

Oto kopia dosłowna listu, datowanego z Great-Eyry!

Great-Eyry. Góry Niebieskie. Karolina Północna.

13-go czerwca.

Do pana Strocka, głównego inspektora policyjnego w Waszyngtonie, przy 

Long-Street, 34.

Szanowny panie.

„Powierzono panu zbadanie Great-Eyry.

W tym celu 28-go kwietnia, w towarzystwie mera z Morgantonu i dwu 

przewodników urz

ą

dziłe

ś

 pan wypraw

ę

 na szczyt.

Doszedłe

ś

 pan a

ż

 do zwartego pier

ś

cienia skał, które były tak wysokie, 

ż

nie mogłe

ś

 si

ę

 na nie dosta

ć

.

background image

Daremnie szukałe

ś

 pan wyłomu albo szczeliny, k

ę

dyby

ś

 mógł pan zajrze

ć

 

do wn

ę

trza.

Pami

ę

taj pan jedno: na Great-Eyry nie wejdzie nikt – a gdyby nawet 

wszedł, nie wróci stamt

ą

d z pewno

ś

ci

ą

!…

Zaniechaj wi

ę

c pan dalszych prób, które si

ę

 powiod

ą

 nie lepiej jak 

pierwsze, a mog

ą

 sprowadzi

ć

 na pana skutki niebezpieczne.

Usłuchaj pan mojej dobrej rady – w przeciwnym razie – biada Ci!”

K. P.

ROZDZIAŁ VII

Na Kirdallu.

Przyznaj

ę

ż

e list ten napełnił mnie zdumieniem bezgranicznem. Poczciwa 

Grad, przed któr

ą

 zazwyczaj nie miałem tajemnic, przygl

ą

dała mi si

ę

 z 

niepokojem.

– Czy złe wiadomo

ś

ci? – zapytała wreszcie.

Za cał

ą

 odpowied

ź

 przeczytałem jej list zagadkowy.

– Jaka

ś

 mistyfikacya niew

ą

tpliwie, – dodałem w ko

ń

cu.

– Albo sprawka dyabelska, list bowiem z tamtych okolic, – zaprzeczyła 

stara słu

żą

ca.

List ten nie wychodził mi z głowy. W ko

ń

cu doszedłem do przekonania, 

ż

to jaki

ś

 koncept niesmaczny. Przygoda moja była znan

ą

 powszechnie… 

Dzienniki rozpisywały si

ę

 o niej szczegółowo. Niew

ą

tpliwie jaki

ś

 dowcipni

ś

których nie brak w Ameryce, chciał za

ż

artowa

ć

 ze mnie i napisał ten list 

tajemniczy.

Gdyby nawet Great-Eyry było kryjówk

ą

 złoczy

ń

ców, 

ż

aden z nich nie 

odwa

ż

yłby si

ę

 na napisanie czego

ś

 podobnego, z obawy 

ś

ci

ą

gni

ę

cia na 

siebie uwagi policyi i podniecenia ciekawo

ś

ci agentów. Wreszcie w jaki 

sposób złoczy

ń

cy mogliby si

ę

 tam dosta

ć

 wobec tego, i

ż

 na własne oczy 

widziałem, 

ż

e na szczyt dost

ę

pu niema?… Po namy

ś

le postanowiłem panu 

Wardowi nic o li

ś

cie nie wspomina

ć

. Wło

ż

yłem go jednak do biurka na 

wszelki wypadek. Gdyby nadeszły jeszcze inne listy, opatrzone, temi samemi 
inicyałami, rzecz sama nabrałaby wagi.

Upłyn

ę

ło dni kilka, w ci

ą

gu których nie zaszło nic wa

ż

nego. Codziennie 

chodziłem do zarz

ą

du policyi, oczekuj

ą

c jakiej

ś

 roboty – daremnie 

przewidywałem, 

ż

e jedno jeszcze niepowodzenie w rodzaju wyprawy na 

Great-Eyry, a b

ę

d

ę

 zmuszony prosi

ć

 o dymisy

ę

.

Ani o tajemniczym samochodzie, ani o statku podwodnym nie było 

ż

adnych wie

ś

ci. Rz

ą

d obsadził agentami wszystkie drogi, rzeki i jeziora. Czy

ż

 

jednak tajemniczy statek nie mógł si

ę

 ukry

ć

 w obszernem pa

ń

stwie 

rozci

ą

gaj

ą

cem si

ę

 mi

ę

dzy 60°–125° długo

ś

ci a 30°–40° szeroko

ś

ci 

background image

północnej?

Miał do swego rozporz

ą

dzenia Atlantyk, Ocean Spokojny i zatok

ę

 

Meksyka

ń

sk

ą

. Zreszt

ą

 dotychczas nie unikał wcale okolic ucz

ę

szczanych. 

Wzi

ą

ł udział w wy

ś

cigach w Wiskonsinie i dni kilka kr

ąż

ył po zatoce 

Bosto

ń

skiej.

Mo

ż

e wi

ę

c zgin

ą

ł? – A mo

ż

e pow

ę

drował na stary kontynent?..

Od pana Smitha nie miałem 

ż

adnej wiadomo

ś

ci – zatem na Great-Eyry 

było spokojnie.  17-go czerwca wychodz

ą

c z domu zauwa

ż

yłem dwu 

m

ęż

czyzn, którzy mi si

ę

 przygl

ą

dali z pewn

ą

 natarczywo

ś

ci

ą

. Nie 

przywi

ą

zywałem do tego zbyt wielkiej wagi, lecz gdy wróciłem do domu, stara 

Grad z min

ą

 tajemnicz

ą

 zacz

ę

ła mi opowiada

ć

ż

e od kilku dni ludzie ci 

szpieguj

ą

 mnie widocznie; przechadzaj

ą

 si

ę

 przed domem i id

ą

 za mn

ą

, gdy 

wychodz

ę

 do biura.

– Czy pewn

ą

 jeste

ś

 tego, co mówisz?

– Najzupełniej

– Poznałaby

ś

 ich?

– Z łatwo

ś

ci

ą

.

– Masz zatem zdolno

ś

ci 

ś

ledcze… Mo

ż

e chcesz si

ę

 zapisa

ć

 do stra

ż

policyjnej?

– Wolne 

ż

arty, panie. Lecz mam dobre oczy i wiem co mówi

ę

. Szpieguj

ą

 

pana z pewno

ś

ci

ą

. Rozka

ż

 pan agentom wy

ś

ledzi

ć

 tych ludzi.

– Dobrze, dobrze, moja kochana. Uczyni

ę

 to z pewno

ś

ci

ą

.

W gruncie rzeczy jednak nie traktowałem tej sprawy powa

ż

nie. 

Wiedziałem, 

ż

e moja poczciwa słu

żą

ca niepokoi si

ę

 łatwo.

Przez dwa dni nast

ę

pne ani ja ani Grad nie zauwa

ż

yli

ś

my przed domem 

ż

adnych osobisto

ś

ci podejrzanych. St

ą

d wnioskowałem, 

ż

e staruszka omyliła 

si

ę

.

Rano, 19-go czerwca poczciwa kobiecina wpadła zadyszana do mego 

pokoju wołaj

ą

c:

– Panie, panie,… s

ą

!

– Kto taki?

– Szpiedzy… z tamtej strony ulicy, naprzeciwko okien… czekaj

ą

 pewnie, 

a

ż

 pan wyjdzie z mieszkania.

Zbli

ż

yłem si

ę

 do okna i podniosłem zlekka firank

ę

, aby nie spłoszy

ć

 

domniemanych szpiegów.

Po chodniku istotnie przechadzało si

ę

 tam i napowrót dwóch ludzi. Obaj 

byli 

ś

redniego wzrostu, silnie zbudowani, w wieku od 35-40 lat. Ubranie ich 

zdradzało wie

ś

niaków: wysokie buty, spodnie z grubej wełny, nasuni

ę

te na 

czoło filcowe kapelusze, w r

ę

ku laski.

Nie ulegało najmniejszej w

ą

tpliwo

ś

ci, 

ż

ś

ledz

ą

 moje mieszkanie.

– Wi

ę

c to s

ą

 ci, sami, których zauwa

ż

yła

ś

 dawniej? – zapytałem.

– Napewno ci sami.

Postanowiłem wyja

ś

ni

ć

 t

ę

 spraw

ę

 i dzisiaj jeszcze poleci

ć

 jednemu z 

agentów wy

ś

ledzenie podejrzanych osobisto

ś

ci. Ubrałem si

ę

 po

ś

piesznie, 

zbiegłem prawie po schodach i wyszedłem na ulic

ę

.

background image

Przed domem nie było nikogo. Rozgl

ą

dałem si

ę

 bacznie dokoła. Szpiedzy 

znikn

ę

li. W drodze do biura nie spotkałem ich równie

ż

.

Odt

ą

d ani ja ani stara Grad nie widzieli

ś

my ich wi

ę

cej. Mo

ż

e ju

ż

 wiedzieli 

o mnie, co wiedzie

ć

 chcieli, zapami

ę

tali moj

ą

 powierzchowno

ść

, do

ść

ż

zaprzestali 

ś

ledzenia. Przestałem my

ś

le

ć

 o całej tej sprawie, podobnie jak i o 

li

ś

cie z podpisem K. P.

O niezwykłym samochodzie i o zdumiewaj

ą

cym przyrz

ą

dzie do pływania 

zapominano powoli, podobnie jak zapominano o tajemniczych zjawiskach na 
Great-Eyry.

Nagle ciekawo

ść

 publiczno

ś

ci zwrócon

ą

 została w innym kierunku.

Dnia 22-go czerwca Evening Star ogłosił artykuł nast

ę

puj

ą

cy, 

przedrukowany nazajutrz przez wszystkie poczytniejsze dzienniki Stanów 
Zjednoczonych:

„Jezioro Kirdall, poło

ż

one w Stanie Kanzas, w okolicy górskiej, o 

o

ś

mdziesi

ą

t mil od głównego miasta Topeka, stało si

ę

 w ostatnich czasach 

widowni

ą

 zjawisk szczególnych.

„Jezioro to zdaje si

ę

 nie ł

ą

czy

ć

 wcale z sieci

ą

 hydrograficzn

ą

 Stanów. 

Powierzchnia jego wynosi 75 mil kwadratowych. Gł

ę

boko

ść

 u brzegów 

dochodzi do 50 stóp, a w po

ś

rodku do 300-stu.

„Dost

ę

p do jeziora jest bardzo utrudniony, wobec tego, 

ż

e zamykaj

ą

 je 

skały ostre i wysokie. Droga prowadzi przez ciasne w

ą

wozy. Po mimo to na 

wybrze

ż

u rozsiadły si

ę

 liczne wioski, których mieszka

ń

cy zajmuj

ą

 si

ę

 

rybołówstwem. Jezioro bowiem obfituje w szczupaki, pstr

ą

gi, okonie, 

w

ę

gorze, karpie i inne ryby wód słodkich. Wod

ę

 ma dziwnie przezroczyst

ą

.

„Po jeziorze kr

ążą

 nieustannie barki rybackie, oraz małe statki 

ż

aglowe i 

szalupy, ułatwiaj

ą

ce komunikacy

ę

 mi

ę

dzy osadami.

„Kolej 

ż

elazna, przeprowadzona prawie do skalistego obwodu jeziora, 

ułatwia handel rybami, które stanowi

ą

 w Kanzasie wa

ż

ne 

ź

ródło dochodu.

„Opis Kirdallu jest niezb

ę

dny dla zrozumienia faktów, przytoczonych 

poni

ż

ej”.

Dalej nast

ę

puje sensacyjna cz

ęść

 artykułu:

„Od niejakiego

ś

 czasu rybacy zauwa

ż

yli na powierzchni jeziora jakie

ś

 

dziwne wzburzenie. Woda chwilami podnosi si

ę

 w gór

ę

, jakgdyby wskutek 

odbicia fali gł

ę

binowej.

„Zjawisko podobne daje zauwa

ż

y

ć

 si

ę

 nawet podczas bardzo cichej 

pogody; kiedy najl

ż

ejszy wiaterek nie porusza przejrzystej toni, nagle 

powstaj

ą

 jakie

ś

 spienione wiry. Statki zaczynaj

ą

 kołysa

ć

 si

ę

 gwałtownie, 

przechylaj

ą

 si

ę

, zderzaj

ą

 ze sob

ą

, a czasem nawet ponosz

ą

 silne 

uszkodzenia

„Nie ulega w

ą

tpliwo

ś

ci, 

ż

e dziwne to zjawisko bierze pocz

ą

tek w 

ę

bszych warstwach jeziora.

„Te zaburzenia tak niezwykłe, przypisywano z pocz

ą

tku działaniu sił 

podziemnych, pod wpływem których miało si

ę

 zmienia

ć

 dno jeziora. Hypotez

ę

 

t

ę

 jednak odrzucono, skoro si

ę

 okazało, 

ż

e dziwne zjawiska nie s

ą

 bynajmniej 

umiejscowione, lecz zachodz

ą

 na całej powierzchni Kirdallu.

„Próbowano wi

ę

c tłómacze

ń

 innych. Przypuszczano obecno

ść

 jakiego

ś

 

background image

potworu morskiego, który burzył i m

ą

cił wod

ę

 z niezwykł

ą

 gwałtowno

ś

ci

ą

Musiałby to jednak by

ć

 jaka

ś

 okaz rozmiarów olbrzymich. Istota podobna w 

Kirdallu rozwin

ąć

 si

ę

 nie mogła, ani te

ż

 przypłyn

ąć

 z zewn

ą

trz, poniewa

ż

 

jezioro było wewn

ę

trzne, nie ł

ą

czyło si

ę

 ani z oceanem Spokojnym, ani z 

Atlantykiem, ani nawet z zatok

ą

 Meksyka

ń

sk

ą

. Zagadka wi

ę

c trudn

ą

 była do 

rozstrzygni

ę

cia.

„Po odrzuceniu dwu pierwszych hypotez, jako niemo

ż

liwych i 

nieprawdopodobnych, zacz

ę

to przypuszcza

ć

ż

e w gł

ę

biach jeziora kr

ąż

jaki

ś

 statek podwodny. W ostatnich czasach przecie

ż

 namno

ż

yło si

ę

 tyle 

przyrz

ą

dów podobnego rodzaju! Przed kilku laty w Bridgeport (w stanie 

Connecticut) kursował „Protector”, zbudowany według systemu in

ż

yniera 

Lake, opatrzony dwoma motorami, z których jeden był elektryczny o sile 75 
koni, a drugi naftowy, o sile 250 koni. Przyrz

ą

d ten posiadał olbrzymie koła o 

ś

rednicy metrowej i poruszał si

ę

 z wielk

ą

 szybko

ś

ci

ą

 na l

ą

dzie na morzu i pod 

wod

ą

.

„Przypuszczaj

ą

c nawet, 

ż

e na Kirdallu ukazał si

ę

 jaki

ś

 nowy udoskonalony 

rodzaj statku podwodnego, zachodziło pytanie, jakim sposobem przyrz

ą

d ów 

mógł si

ę

 dosta

ć

 na jezioro zamkni

ę

te ze wszech stron wysokiemi, 

niedost

ę

pnemi skałami?

„A przecie

ż

 jedynie ta ostatnia hypoteza miała pozory 

prawdopodobie

ń

stwa!…

„W dniu 20-go czerwca ustały nawet wszelkie w tym wzgl

ę

dzie 

w

ą

tpliwo

ś

ci.

„Dwumasztowy statek Markel, płyn

ą

c z rozpi

ę

temi 

ż

aglami ku północo-

zachodowi, wpadł na jakie

ś

 ciało podwodne i poniósł znaczne uszkodzenia. 

Udało si

ę

 wprawdzie zatka

ć

 otwór i statek dopłyn

ą

ł pomy

ś

lnie do portu 

s

ą

siedniego. Wypadek ten przeraził i zadziwił wszystkich. Wiadomo było, 

ż

w tym miejscu, gdzie nast

ą

pił wypadek, nie było 

ż

adnej skały podwodnej a 

ę

boko

ść

 jeziora wynosiła od 80-90 stóp.

„Po wyci

ą

gni

ę

ciu statku na brzeg i dokładnem obejrzeniu okazało si

ę

ż

pudło zostało przebite ostrog

ą

 jakiego

ś

 okr

ę

tu.

„Odt

ą

d obecno

ść

 statku podwodnego, kr

ążą

cego w gł

ę

biach Kirdallu z 

szybko

ś

ci

ą

 niesłychan

ą

, stała si

ę

 pewnikiem. Wobec tego nasuwał si

ę

 cały 

szereg pyta

ń

:

„W jaki sposób statek ten dostał si

ę

 na jezioro?… Dlaczego nie wypłynie 

nigdy na powierzchni

ę

 wody?… Dlaczego zachowuje incognito?…

Artykuł ko

ń

czył si

ę

 zestawieniem tajemniczego samochodu ze statkiem i z 

nowym przyrz

ą

dem podwodnym.

Czy

ż

by wszystkie były dziełem jednego i tego samego wynalazcy?…”

ROZDZIAŁ VIII

background image

Za jak

ą

 b

ą

d

ź

 cen

ę

.

Zako

ń

czenie artykułu było jakby objawieniem, przyj

ę

tem jednogło

ś

nie i 

wywołało wra

ż

enie olbrzymie. Umysł ludzki skłonny jest do wiary w rzeczy 

nadzwyczajne. Nikt ju

ż

 wi

ę

c nie chciał w

ą

tpi

ć

ż

e wszystkie trzy niezwykłe 

przyrz

ą

dy s

ą

 dziełem jednego wynalazcy.

Przypuszczano nawet, 

ż

e jeden i ten sam przyrz

ą

d za pomoc

ą

 zmian 

odpowiednich daje si

ę

 przystosowa

ć

 do kursowania po l

ą

dzie, po morzu i 

nawet pod wod

ą

… A zatem brakowałoby mu tylko mo

ż

no

ś

ci bujania w 

powietrzu!… Publiczno

ść

, znudzona ostatniemi wypadkami, znalazła now

ą

 

podniet

ę

 dla swej ciekawo

ś

ci i fantastycznych domysłów.

Wszyscy si

ę

 zgadzali na jedno: za jak

ą

b

ą

d

ź

 cen

ę

 nale

ż

ało posi

ąść

 

tajemnic

ę

 cudownego wynalazku. Mógłby on przynie

ść

 korzy

ś

ci 

nieobliczalne… Pa

ń

stwo, któreby miało do swego rozporz

ą

dzenia motor tak 

pot

ęż

ny i poruszaj

ą

cy jeden albo trzy tak niezwykłe przyrz

ą

dy z szybko

ś

ci

ą

 

dochodz

ą

c

ą

 2500 metrów na minut

ę

, uzyskałoby olbrzymi

ą

 przewag

ę

 nad 

innemi. Z pewno

ś

ci

ą

 

ż

adne nie zaniedba stara

ń

, a

ż

eby si

ę

 porozumie

ć

 z 

wynalazc

ą

. Lecz naby

ć

 tajemnic

ę

 powinna stanowczo Ameryka. Milionów jej 

nie zabraknie!

Tak rozumowały nietylko sfery rz

ą

dowe lecz i szersza publiczno

ść

… W 

jaki sposób jednak wzi

ąć

 si

ę

 do rzeczy?… Najwi

ę

ksz

ą

 trudno

ść

 przedstawiało 

odnalezienie genjalnego wynalazcy. Daremnie przeszukiwano najstaranniej i 
sondowano jezioro Kirdalskie: nie znaleziono 

ż

adnego 

ś

ladu łódki podwodnej. 

Znikn

ę

ła bez wie

ś

ci, podobnie jak poprzednio samochód w Milwaukee i statek 

w zatoce Bosto

ń

skiej.

Nieraz mówili

ś

my o tem wszystkiem z p. Wardem, lecz nigdy nie 

umieli

ś

my, znale

źć

 odpowiedzi na niepokoj

ą

ce nas zagadki.

27-go czerwca raniutko wezwano mnie do zarz

ą

du. Stawiłem si

ę

 

niezwłocznie. Pan Ward odrazu przyst

ą

pił do rzeczy.

– Czy nie chciałby

ś

, panie Strock, naprawi

ć

 wra

ż

enia niefortunnej 

wyprawy na Great-Eyry?

– Nawet bardzo.

– Nadarza si

ę

 wyborna sposobno

ść

– Jaka?

– 

Ś

ledzenie tajemniczego wynalazcy… pragn

ą

łby

ś

 pan podj

ąć

 si

ę

 tego 

zadania?…

– Z najwi

ę

ksz

ą

 ochot

ą

… pomimo trudno

ś

ci…

– Tak, byłoby to rzecz trudniejsza, ni

ż

 zbadanie Great-Eyry.

Pan Ward przypominał mi cz

ę

sto Great-Eyry. Nie miałem do

ń

 urazy, 

poniewa

ż

 czynił to bez złej intencji, jakby chc

ą

c mi doda

ć

 bod

ź

ca na 

przyszło

ść

.

– Odebrał pan jakie nowe wie

ś

ci?

– 

Ż

adnych. Agenci 

ś

ledz

ą

 daremnie jezioro i jego okolice. Gotów jestem 

przypuszcza

ć

ż

e mytyczny mechanik umie uczyni

ć

 si

ę

 niewidzialnym dla oka 

background image

ludzkiego, jak nowy Proteusz!

– Có

ż

 pan obmy

ś

lił?

– Mnie si

ę

 zdaje, 

ż

e pozostaje nam jeden tylko sposób, a mianowicie: za 

po

ś

rednictwem prasy zaproponowa

ć

 mu sprzeda

ż

 wynalazku na takich 

warunkach, których by odrzuci

ć

 nie mógł. Przyrz

ą

d ten, nieocenionej warto

ś

ci 

dla pa

ń

stwa, małe ma znaczenie dla jednostki pojedy

ń

czej. Trudno bowiem 

przypuszcza

ć

ż

e mamy do czynienia ze złoczy

ń

c

ą

, który ucieka od wymiaru 

sprawiedliwo

ś

ci.

Przyznałem panu Wardowi słuszno

ść

 zupełn

ą

. Droga przez niego 

wskazana była, mojem zdaniem, wspaniała. Có

ż

 logiczniejszego nad wej

ś

cie 

w układy z tajemniczym” bohaterem dnia”? Obsadzenie agentowi dróg, jezior 
i rzek, 

ś

ledzenie Kirdallu i zatoki nie przyniosło 

ż

adnych rezultatów. Od czasu 

owej przygody z Markelem nie wykryto nic.

A mo

ż

e tajemniczy wynalazca wraz ze swym przyrz

ą

dem padł ofiar

ą

 

jakiego

ś

 nieszcz

ęś

liwego wypadku?

Pan Ward nie umiał ukry

ć

 swego niezadowolenia, a nawet zawodu.

Ile

ż

 trudno

ś

ci przedstawia zapewnienie bezpiecze

ń

stwa publicznego, 

je

ż

eli złoczy

ń

cy mog

ą

 si

ę

 uczyni

ć

 niepochwytnymi na l

ą

dzie i morzu! W jaki 

sposób ich 

ś

ciga

ć

? Z chwil

ą

, gdy ludzie wynajd

ą

 sposób kierowania 

balonami, znaczenie policyi spadnie do zera, a ja i moi koledzy otrzymamy 
dymisy

ę

. Nacó

ż

 si

ę

 bowiem przyda uganianie za zbrodniarzami w 

przestworzach powietrznych?…

Przypomniał mi si

ę

 list tajemniczy i gro

ź

by, któremi chciano mnie 

zastraszy

ć

. Z pocz

ą

tku miałem zamiar powiedzie

ć

 o tem panu Wardowi, lecz 

si

ę

 powstrzymałem. Szpiedzy nie pokazywali si

ę

 wi

ę

cej, tego byłem pewny, 

stara Grad bowiem miała si

ę

 na baczno

ś

ci i byłaby ich dostrzegła 

niew

ą

tpliwie.

Sprawa Great-Eyry zbladła ogromnie wobec tej drugiej sprawy, która j

ą

 

zasłoniła całkowicie. „Tajemniczy wynalazca” pochłaniał uwag

ę

 wszystkich.

– A zatem, kochany panie Strock, zacz

ą

ł znowu pan Ward, b

ą

d

ź

 gotów 

do odjazdu na piewsze wezwanie. Lada chwila bowiem mo

ż

emy usłysze

ć

ż

gdzie

ś

 na terytoryum ameryka

ń

skiem pojawił si

ę

 przyrz

ą

d tak niezmiernie 

intryguj

ą

cy wszystkich obywateli Stanów Zjednoczonych.

– Zastosuj

ę

 si

ę

 do pa

ń

skiego rozkazu. Nie b

ę

d

ę

 wychodził z domu wcale, 

chyba do zarz

ą

du… Czy mam wyruszy

ć

 z Waszyngtonu sam, czy te

ż

 mog

ę

 

wzi

ąć

 kogo

ś

 do pomocy.

– Mo

ż

esz pan wzi

ąć

 dwu agentów, wybór pozostawiam panu.

– Dzi

ę

kuj

ę

. Co mam uczyni

ć

, gdy natrafi

ę

 na 

ś

lad owego Proteusza?

– Nie traci

ć

 go z oczu, w razie potrzeby nawet uwi

ę

zi

ć

 i zawiadomi

ć

 mnie 

depesz

ą

!

– Dzi

ę

kuj

ę

 za powierzenie misyi, która mo

ż

e mi przynie

ść

 sław

ę

– I korzy

ść

 – zako

ń

czył pan Ward przyja

ź

nie.

Po powrocie do domu zaj

ą

łem si

ę

 przygotowaniami do odjazdu. Po 

namy

ś

le wybor mój padł na dwu agentów, znanych ze sprytu, odwagi i siły. 

Jeden z nich, trzydziestoletni John Hart był rodem z Illinois, drugi, nieco 
starszy, Nab Walker, pochodził z Massachusetts.

background image

Upłyn

ę

ło dni kilka. Nie mieli

ś

my 

ż

adnych wiadomo

ś

ci ani o samochodzie 

ani o statkach. Dzienniki tylko podały par

ę

 wzmianek, uznanych za 

niewiarogodne, według jednej bowiem „bohater dnia” ukazał si

ę

 26-go 

czerwca po południu na drogach Arkanzasu, w pobli

ż

u Little-Rock, według 

drugiej za

ś

, tego samego dnia wieczorem widziano tajemniczy przyrz

ą

d w 

południowej cz

ęś

ci jeziora Górnego.

Była to niemo

ż

liwo

ść

 absolutna. Przestrze

ń

 mi

ę

dzy temi punktami wynosi 

około 800 mil, pomimo zatem niezwykłej szybko

ś

ci samochód nie mógł jej 

przeby

ć

 w tak krótkim przeci

ą

gu czasu. Zreszt

ą

, gdyby si

ę

 nawet był o to 

pokusił, widzianoby go przecie

ż

 gdzie

ś

 po drodze. W Arkanzasie, w Missouri, 

w Iowie lub w Wisconsinie.

Dlatego te

ż

 do wzmianek powy

ż

szych nie przywi

ą

zywali

ś

my warto

ś

ci.

Trzeciego lipca wszystkie dzienniki Stanów Zjednoczonych ogłosiły 

odezw

ę

 nast

ę

puj

ą

c

ą

:

„W kwietniu, r. b. po drogach Pennsylwacyi, Kentucky, Ohio, Illinois, 

Tennessee, Missouri kursował jaki

ś

 samochód niezwykły. 27-go maja, po 

wy

ś

cigach w Wiskonsinie, gdzie ukazaniem si

ę

 swym wywarł wra

ż

enie 

piorunuj

ą

ce, znikł bez 

ś

ladu.

„W pierwszej połowie czerwca, w zatoce Bosto

ń

skiej, naprzeciwko 

wybrze

ż

y Nowej Anglii, ukazał si

ę

 tajemniczy przyrz

ą

d do pływania i po kilku 

dniach równie

ż

 zgin

ą

ł bez wie

ś

ci.

„W drugiej połowie czerwca na jeziorze Kirdallskiem znajdował si

ę

 statek 

podwodny, kr

ąż

ył w gł

ę

binach, nie ukazał si

ę

 ani razu na powierzchni i znikn

ą

ł

tak

ż

e w sposób tajemniczy.

Przypuszczaj

ą

c, 

ż

e wynalazca tych trzech przyrz

ą

dów – a mo

ż

e jednego 

przyrz

ą

du, daj

ą

cego si

ę

 przystosowa

ć

 do poruszania si

ę

 na ziemi, w wodzie i 

pod wod

ą

 – jest jeden i ten sam człowiek, rz

ą

d ameryka

ń

ski zwraca si

ę

 do 

niego z propozycy

ą

 sprzeda

ż

y wy

ż

ej wspomnianego wynalazku.

„Warunki sprzeda

ż

y, oraz imi

ę

 i nazwisko zechce tajemniczy wła

ś

ciciel 

przesła

ć

 do zarz

ą

du policyi w Waszyngtonie, obwód Kolumbia, Stany 

Zjednoczone”.

Odezwa ta, wydrukowana du

ż

emi literami, wpadnie niew

ą

tpliwie w oczy 

tego dziwnego człowieka. Odczyta j

ą

 i zmuszony b

ę

dzie odpowiedzie

ć

przyjmuj

ą

c lub odrzucaj

ą

c ofert

ę

.

Lecz pocó

ż

by j

ą

 miał odrzuca

ć

.

Łatwo sobie wyobrazi

ć

, z jak gor

ą

czkow

ą

 niecierpliwo

ś

ci

ą

 publiczno

ść

 

wyczekiwała odpowiedzi. Tłumy ludzi, pchane ciewawo

ś

ci

ą

 tłoczyły si

ę

 przed 

zarz

ą

dem policyi.

Reporterzy nie odchodzili od drzwi.

Jaki

ż

 to zaszczyt, a zarazem jaki dochód dla dziennika, który pierwszy 

ogłosi upragnion

ą

 wiadomo

ść

!… Nareszcie imi

ę

, i nazwisko genjalnego 

wynalazcy przestanie by

ć

 tajemnic

ą

!… Warunki mo

ż

e poda

ć

 wysokie… 

Ameryka opłaci go hojnie, sta

ć

 j

ą

 przecie

ż

 na to!… Wreszcie, gdyby nawet 

rz

ą

dowi zabrakło milionów, nie ulega w

ą

tpliwo

ś

ci, 

ż

e wielcy miliarderzy 

otworz

ą

 swoje szkatuły!

Upłyn

ą

ł dzie

ń

. Dla wielu nerwowców i niecierpliwych miał on wi

ę

cej ni

ż

 

dwadzie

ś

cia cztery godzin, a ka

ż

da godzina wi

ę

cej ni

ż

 sze

ść

dziesi

ą

t minut.

background image

Ż

adnego listu, 

ż

adnej depeszy! Noc nast

ę

pna tak

ż

e nie przyniosła nic.

W ten sposób min

ę

ły jeszcze trzy dni.

Wówczas stało si

ę

 to, co było do przewidzenia odrazu.

Kable zaniosły sensacyjn

ą

 wie

ść

 do Europy. Wszystkie pierwszorz

ę

dne 

pa

ń

stwa Starego 

ś

wiata, jak Anglia, Francya, Niemcy, Rosya, Austrya 

postanowiły walczy

ć

 z Ameryk

ą

 o pierwsze

ń

stwo w nabyciu wynalazku, który 

mógł je wywy

ż

szy

ć

 ponad inne, zapewniaj

ą

c przewag

ę

 olbrzymi

ą

szczególnie podczas wojny. Taki cel czy

ż

 nie wart milionów?… Prasa 

europejska zacz

ę

ła wydawa

ć

 odezwy identyczne z odezw

ą

 rz

ą

du Stanów 

Zjednoczonych.

Lecz tajemniczy wynalazca nie dawał znaku 

ż

ycia. Mógł zosta

ć

 

miliarderem, rywalem Gouldów Vanderbildów, Morganów, lecz po nagrod

ę

 si

ę

 

nie zgłaszał. 

Ś

wiat cały przekształcił si

ę

 na jaki

ś

 rynek, giełd

ę

, gdzie 

prowadzono licytacy

ę

 niesłychan

ą

.

Rano i wieczór gazety podawały cyfr

ę

 nagrody, podnosz

ą

c j

ą

 za ka

ż

dym 

razem. Wreszcie dosi

ę

gła ona olbrzymiej sumy 20000000 dolarów, czyli 

100000000 franków.

Na sum

ę

 powy

ż

sz

ą

 zdecydowały si

ę

 Stany Zjednoczone po długiem 

posiedzeniu kongresu. Nikt jednak z Amerykanów nie uwa

ż

ał, 

ż

e cyfra jest 

zbyt wysok

ą

. Słyszano nawet zdanie, 

ż

e wynalazek tak znakomity wart du

ż

wi

ę

cej.

Pa

ń

stwa europejskie usun

ę

ły si

ę

 od licytacyi… Ograniczyły si

ę

 tylko do 

uwag sceptycznych, jak np…. „tajemniczy wynalazca si

ę

 nie pojawia… nic 

dziwnego, niema go wcale… nie egzystował nigdy… cała ta sprawa jest 
mistyfikacy

ą

 na szerok

ą

 skal

ę

… Wreszcie mo

ż

e i istniał naprawd

ę

, lecz 

zleciał w przepa

ść

 lub uton

ą

ł w gł

ę

binach morza…”

Czas upływał, na 

ż

adna odpowied

ź

 nie nadchodziła… Tajemniczy 

przyrz

ą

d nie ukazywał si

ę

 nigdzie.

Traciłem zupełnie nadziej

ę

 rozwi

ą

zania tej pal

ą

cej zagadki.

Wreszcie 15-go lipca raniutko znaleziono w skrzynce przy zarz

ą

dzie 

policyjnym list bez stempla pocztowego.

Władze zaraz po odczytaniu posłały list ten do redakcyi dzienników 

waszyngto

ń

skich, które wydały go jako dodatek nadzwyczajny.

Oto jego tre

ść

:

ROZDZIAŁ IX

List drugi.

Na pokładzie „Grozy”.

15-go lipca.

Do mieszka

ń

ców Starego i Nowego 

ś

wiata!

background image

Propozycye poczynione przez rozmaite pa

ń

stwa europejskie i Stany 

Zjednoczone Ameryki północnej zmuszaj

ą

 mnie do odpowiedzi.

Oznajmiam zatem, 

ż

e odmawiam stanowczo przyj

ę

cia nagrody za mój 

wynalazek.

Nie b

ę

dzie on nigdy ani francuskim, ani niemieckim, ani angielskim, ani 

rosyjskim, ani ameryka

ń

skim, ani austryackim.

Pozostanie zawsze moj

ą

 własno

ś

ci

ą

 prywatn

ą

 i zrobi

ę

 z nim, co mi si

ę

 

spodoba. Przy jego pomocy panowa

ć

 mog

ę

 nad całym 

ś

wiatem. Nie oprze 

si

ę

 mnie 

ż

adna pot

ę

ga ludzka!

Niech nikt si

ę

 nie łudzi, 

ż

e zdoła mi wydrze

ć

 mój pomysł. Za zło, które mi 

zechc

ą

 wyrz

ą

dzi

ć

, potrafi

ę

 si

ę

 odem

ś

ci

ć

 stokrotnie.

Milionami, które mi ofiarowuj

ą

, gardz

ę

. Nie potrzebuj

ę

 ich wcale. Zreszt

ą

gdybym ich kiedykolwiek zapragn

ą

ł, wystarczy tylko abym wyci

ą

gn

ą

ł po nie 

r

ę

k

ę

, a zlej

ą

 si

ę

 na mnie obficie.

Niech wie 

ś

wiat Stary i Nowy, 

ż

e s

ą

 wobec mnie bezsilni – ja za

ś

 jestem 

wzgl

ę

dem nich wszechpot

ęż

nym.

Tym razem podpisuj

ę

 si

ę

 otwarcie:

Król Przestrzeni.

ROZDZIAŁ X

Poza prawem.

Noc z 14-go na 15-ty lipca była ciemna, bezksi

ęż

ycowa. Du

ż

o ciekawych 

stało na ulicy od zachodu sło

ń

ca a

ż

 do wschodu, nikt jednak nie widział, kto 

list powy

ż

szy wrzucił do skrzynki. Mo

ż

e nawet sam autor?

Dodatki nadzwyczajne podały równie

ż

 facsimile listu, który wywołał 

wra

ż

enie olbrzymie. Jedni uwa

ż

ali go za 

ż

art, inni znowu traktowali t

ę

 spraw

ę

 

powa

ż

nie

– Tu niema mowy o 

ż

adnej mistyfikacyi – twierdzili. List ten pisał 

niew

ą

tpliwie twórca niepochwytnego przyrz

ą

du!…

Domysłom nie było ko

ń

ca.

Wi

ę

c ten człowiek gienjalny, tak starannie, zachowuj

ą

cy incognito, nie 

zgin

ą

ł wcale!… Ukrył si

ę

 tylko w takie miejsce, gdzie go r

ę

ka policyi 

dosi

ę

gn

ąć

 nie mo

ż

e… W odpowiedzi na propozycye rz

ą

dów napisał list… nie 

wysłał go poczt

ą

, lecz przybył osobi

ś

cie do stolicy Stanów i wrzucił 

własnor

ę

cznie do skrzynki przy zarz

ą

dzie policyjnym…

Mo

ż

e te

ż

 wkrótce da nowy dowód swego istnienia?…

Je

ż

eli tajemniczy wynalazca pragn

ą

ł rozgłosu, powinien był by 

zadowolonym, miliony czytelników, odczytuj

ą

c jego odpowied

ź

, „nie wierzyły 

swoim oczom”.

background image

Od pierwszej chwili pismo wydało mi si

ę

 znajome. Według grafologii 

zdradzało ono temperament gwałtowny, charakter samowolny.

Łamałem sobie głow

ę

, gdzie ju

ż

 je widziałem. Nagle z piersi mej wyrwał 

si

ę

 okrzyk… przypomniałem sobie list, otrzymany przed miesi

ą

cem z 

Morgantonu!…

Dziwnym, znacz

ą

cym mo

ż

e, zbiegiem okoliczno

ś

ci, inicyały, zast

ę

puj

ą

ce 

podpis tamtego listu, mogły by

ć

 pocz

ą

tkowemi literami wyrazów: „Król 

Przestrzeni!…

Zerwałem si

ę

 z krzesła, podszedłem do biurka, wyj

ą

łem z niego list, 

otrzymany w dniu 13-go czerwca i porównałem go z fac-simile. Nie było cienia 
w

ą

tpliwo

ś

ci. Pismo zupełnie jednakie.

Najrozmaitsze domysły kotłowały mi pod czaszk

ą

. Jaki mógł by

ć

 zwi

ą

zek 

mi

ę

dzy temi dwoma listami?… Czego dowodzi to

ż

samo

ść

 pisma?… Czy 

mo

ż

e by

ć

 wskazówk

ą

 dla agentów i doprowadzi

ć

 ich do po

żą

danego celu?…

Schowałem list do kieszeni i udałem si

ę

 po

ś

piesznie do zarz

ą

du policyi.

Pan Ward był w swoim gabinecie. Zapukałem gwałtowniej nieco, ni

ż

 

zwykle.

– Prosz

ę

.

Wszedłem. Pan Ward siedział przy biurku, maj

ą

c przed sob

ą

 oryginał 

listu, którego facsimile podały dzienniki.

– Có

ż

 nowego, panie Strock?

Podałem mu list, opatrzony inicyałami. Pan Ward wzi

ą

ł go do r

ę

ki, 

przyjrzał si

ę

 bacznie i zapytał:

– Sk

ą

d ten list?

– Z Morgantonu.

– Otrzymany kiedy?

– 13-go czerwca.

– Dlaczego przynosisz mi go pan tak pó

ź

no?

– Dot

ą

d s

ą

dziłem, 

ż

e to jaki

ś

 

ż

art… mistyfikacya… Dzisiaj zmieniłem 

zdanie…

Pan Ward zagł

ę

bił si

ę

 w czytanie.

– Nie ulega w

ą

tpliwo

ś

ci, 

ż

e oba listy pisała jedna i ta sama r

ę

ka.

– I ja tak s

ą

dz

ę

– Inicyały K. P. odpowiadaj

ą

 podpisowi: „Król Przestrzeni”.

– Tak. Lecz jaki zwi

ą

zek zachodzi

ć

 mo

ż

e mi

ę

dzy „Groz

ą

”, a Great-Eyry?

– Nie wiem, i nawet nie mog

ę

 sobie wyobrazi

ć

… chyba…

– Co pan ma na my

ś

li?

– …Chyba, 

ż

e wynalazca składa na Great-Eyry potrzebny mu materyał…

– To absolutnie niemo

ż

liwe! Jakim sposobem mógłby si

ę

 tam dosta

ć

Takie przypuszczenie nie wytrzymuje krytyki!

– A gdyby przypu

ś

ci

ć

ż

e „Groza” ma skrzydła, które pozwalaj

ą

 jej 

wzlatywa

ć

 z orłami i s

ę

pami wydała mi si

ę

 tak dziwaczn

ą

ż

e nie mogłem 

powstrzyma

ć

 u

ś

miechu niedowierzania. Zreszt

ą

 i pan Ward nie upierał si

ę

 

background image

bynajmniej przy swojem przypuszczeniu. Wzi

ą

ł znowu oba listy i przygl

ą

dał 

si

ę

 im bacznie przez lup

ę

. Stanowczo pisane były t

ą

 sam

ą

 r

ę

k

ą

 i nawet tym 

samym piórem.

– Zatrzymuj

ę

 ten list – rzekł w ko

ń

cu do mnie i powtarzam raz jeszcze: 

b

ą

d

ź

 ka

ż

dej chwili gotów do odjazdu… Jestem przekonany, 

ż

e odegra pan 

wa

ż

n

ą

 rol

ę

 w tej dziwnej sprawie… a raczej w tych dwu sprawach… nie 

w

ą

tpi

ę

 bowiem, 

ż

e mi

ę

dzy niemi istnieje zwi

ą

zek… chocia

ż

 poj

ąć

 nie mog

ę

 

jaki…

Opu

ś

ciłem zarz

ą

d policyjny pod tym wra

ż

eniem, 

ż

e lada moment 

otrzymam wezwanie do odjazdu. Lecz rozkaz nie nadchodził.

Harda i stanowcza odmowa, jak

ą

 rz

ą

d ameryka

ń

ski otrzymał od kapitana 

Grozy”, spot

ę

gowała zaciekawienie publiczno

ś

ci.

I w ministeryum i w Białym Domu panowało wzburzenie. Opinia publiczna 

domagała si

ę

 zastosowania 

ś

rodków energicznych. Lecz w jaki sposób wzi

ąć

 

si

ę

 do działania?… Gdzie znale

źć

 tego fantastycznego Króla Przestrzeni?… 

A gdyby si

ę

 go nawet odszukało, czy

ż

 to mo

ż

liwe zawładn

ąć

 jego osob

ą

?… 

Posiada przecie

ż

 na swe usługi maszyn

ę

 cudown

ą

?… Z chwil

ą

, gdy tak 

dumnie odrzucił dolary, nale

ż

ało si

ę

 uciec do siły… Odt

ą

d wi

ę

c uwa

ż

any 

b

ę

dzie jako złoczy

ń

ca, wzgl

ę

dem którego wszystkie 

ś

rodki uwa

ż

ane s

ą

 za 

legalne. Bezpiecze

ń

stwo nietylko Ameryki, lecz i całego 

ś

wiata wymaga, 

a

ż

eby człowieka tego postawi

ć

 w niemo

ż

no

ś

ci szkodzenia innym.

„Wobec tego, 

ż

e kapitan „Grozy” odmawia stanowczo wyjawienia swej 

tajemnicy, nawet za cen

ę

 ofiarowanych mu milionów, a wynalazek jego 

zagra

ż

a bezpiecze

ń

stwu publicznemu, człowiek ów zostaje wyj

ę

tym z pod 

opieki prawa. Wszelkie 

ś

rodki, maj

ą

ce na celu zniszczenie jego wynalazku i 

uwi

ę

zienie osoby rz

ą

d uznaje za legalne.”

Była to wi

ę

c wojna otwarta i zaci

ę

ta, wypowiedziana temu, Królowi 

Przestrzeni, który o

ś

mielił si

ę

 wyzwa

ć

 do walki cały naród, i to naród 

ameryka

ń

ski!

Wyznaczono znaczne nagrody za wykrycie kryjówki tajemniczego 

wynalazcy i za uj

ę

cie jego osoby.

Zbli

ż

ał si

ę

 koniec lipca. O „bohaterze dnia” 

ż

adnych wie

ś

ci nie było. 

Dzienniki od czasu do czasu poruszały t

ę

 spraw

ę

, lecz podawane wzmianki 

były bardzo lakoniczne i cz

ę

sto zawierały sprzeczno

ś

ci.

Przyn

ę

ta w formie wysokiej nagrody wprowadzała nieraz w bł

ą

d nawet 

ludzi wiarogodnych.

Pewnego razu kto

ś

 widział samochód, p

ę

dz

ą

cy jak tr

ą

ba powietrzna… 

komu

ś

 innemu zdawało si

ę

ż

e na powierzchni jednego z jezior ukazał si

ę

 

dziwaczny przyrz

ą

d do pływania … lecz wszystkie te zjawiska, ogl

ą

dane 

przez pryzmat wysokiej nagrody nie miały podstaw rzeczywistych.

Wreszcie 29-go lipca otrzymałem rozkaz stawienia si

ę

 do biura 

niezwłocznie.

We dwadzie

ś

cia minut pó

ź

niej byłem ju

ż

 w gabinecie szefa.

– Za godzin

ę

 b

ą

d

ź

 pan gotów do odjazdu – rzekł do mnie pan Ward.

– Dok

ą

d?

– Do Toledo… Tam pan otrzymasz wskazówki niezb

ę

dne.

background image

– Za godzin

ę

 ja i moi agenci b

ę

dziemy ju

ż

 w drodze.

– Dobrze… tym razem, mam nadziej

ę

ż

e pan nie zawiedzie mego 

zaufania.

ROZDZIAŁ XI

Nowa wyprawa.

Tak wi

ę

c mityczny kapitan ukazał si

ę

 znowu i znowu na terytoryum 

ameryka

ń

skiem. St

ą

d nale

ż

ało wnioskowa

ć

ż

e był amerykaninem i 

ż

Ameryk

ę

 tylko chciał uczyni

ć

 widowni

ą

 swych prób.

Z najwi

ę

ksz

ą

 łatwo

ś

ci

ą

 mógł si

ę

 przecie

ż

 dosta

ć

 do Europy. Wobec 

niezwykłej szybko

ś

ci przyrz

ą

du przebycie Atlantyku zaj

ę

łoby najwy

ż

ej trzy dni. 

Burze nie stanowiły dla

ń

 przeszkody. Gdy na powierzchni oceanu szalały fale, 

o dwadzie

ś

cia stóp poni

ż

ej poziomu mógł znale

ść

 zawsze spokój i cisz

ę

.

Porozumienie mi

ę

dzy zarz

ą

dem policyjnym w Waszyngtonie, a agentem 

w Toledo odbyło si

ę

 w tajemnicy najgł

ę

bszej. 

Ż

aden dziennik nie otrzymał 

najl

ż

ejszej wzmianki o tem, 

ż

e policya wpadła na trop tajemniczego kapitana; 

szło o to, by go nie spłoszy

ć

 przedwcze

ś

nie.

Przygotowania do odjazdu zrobione były oddawna. Zabrali

ś

my swe 

walizki i udali

ś

my si

ę

 na stacy

ę

.

Toledo le

ż

y na północnej granicy stanu Ohio, nad brzegiem jeziora Erie. 

Poci

ą

g po

ś

pieszny w przeci

ą

gu nocy przewiózł nas przez Wirgini

ę

 wschodni

ą

 

i Ohio. O ósmej rano stan

ę

li

ś

my w Toledo.

Na dworcu czekał nas agent policyjny, p. Artur Wells, który był 

uprzedzony o mojem przybyciu.

Przygl

ą

dał si

ę

 bacznie wszystkim wysiadaj

ą

cym z wagonu.

Podszedłem ku niemu i przedstawiłem si

ę

.

– Jestem na usługi pana – rzekł.

– Czy mamy si

ę

 zatrzyma

ć

 w Toledo, czy te

ż

 jedziemy wprost?

– Chc

ą

c stan

ąć

 na miejscu przed wieczorem, musimy jecha

ć

 natychmiast.

Brek czeka nas na stacyi.

Skin

ą

łem na agentów.

– Dok

ą

d jedziemy?

– Do Black-Rock.

– Daleko st

ą

d?

– Mil ze dwadzie

ś

cia.

Po drodze wst

ą

pili

ś

my do White-Hotelu, gdzie zostawili

ś

my swe walizki i 

zjedli

ś

my 

ś

niadanie.

O dziesi

ą

tej byli

ś

my ju

ż

 w drodze. Zatoka Black-Rock le

ż

ała w 

miejscowo

ś

ci pustej i bezludnej, zabrali

ś

my wi

ę

c ze sob

ą

 zapasy 

ż

ywno

ś

ci na 

background image

dni kilka. Lato było gor

ą

ce, perspektywa wi

ę

c sp

ę

dzenia kilka nocy pod gołem 

niebem nie przestraszała nas wcale.

Zreszt

ą

, los nasz rozstrzygnie si

ę

 za kilka godzin… Albo uda si

ę

 nam 

uwi

ę

zi

ć

 kapitana „Grozy” na l

ą

dzie, kiedy si

ę

 tego spodziewa

ć

 nie b

ę

dzie, 

albo te

ż

 wymknie si

ę

 z r

ą

k naszych i wtedy go 

ż

adna siła nie pochwyci.

Artur Wells, jeden z najzdolniejszych agentów policyi ameryka

ń

skiej, miał 

lat około czterdziestu. Silny, 

ś

miały, przedsi

ę

biorczy, obdarzony zimn

ą

 krwi

ą

odznaczył si

ę

 ju

ż

 nieraz i to z nara

ż

eniem 

ż

ycia. Posiadał nieograniczone 

zaufanie zwierzchno

ś

ci, która ceniła go bardzo.

Przypadek tylko naprowadził go na 

ś

lad „Grozy”.

Para r

ą

czych koników unosiła nas szybko brzegiem jeziora Erie ku 

południowo-zachodniej jego cz

ęś

ci. Jezioro Erie le

ż

y mi

ę

dzy Kanad

ą

, stanami 

Ohio, Pensylwani

ą

 i New-Yorkiem, na wysoko

ś

ci 600 stóp ponad poziomem 

oceanu. Powierzchnia jeziora wynosi 80768 kilometrów kwadratowych. Na 
północno-zachodzie ł

ą

czy si

ę

 z jeziorem Huron i Saint-Clair, z południa 

wpadaj

ą

 do

ń

 rzeki Detroit, Rocky i Black. Wszystkie te wody zlewaj

ą

 si

ę

 do 

jeziora Ontario, tworz

ą

c sławny wodospad Niagary.

Najwi

ę

ksza gł

ę

boko

ść

 jeziora Erie dochodzi 135-ciu stóp. Aczkolwiek 

poło

ż

one pod 40º szeroko

ś

ci północnej, od listopada do kwietnia zamarza: 

wiatry bowiem arktyczne, wiej

ą

ce od oceanu Lodowatego nie napotykaj

ą

 na 

swej drodze 

ż

adnych przeszkód i ogromnie obni

ż

aj

ą

 temperatur

ę

.

Oprócz głównych miast, jak Buffalo, Toledo, Cleveland, na brzegach 

jeziora znajduje si

ę

 jeszcze du

ż

o pomniejszych miasteczek i wsi, Erie bowiem 

jest wa

ż

nym punktem handlowym, obrót roczny wynosi najmniej 200000 

dolarów.

Zacz

ą

łem rozpytywa

ć

 pana Wellsa, co go skłoniło do wysłania depeszy 

do zarz

ą

du policyjnego w Waszyngtonie. Oto czego si

ę

 dowiedziałem:

27-go lipca po południu Wells wybrał si

ę

 konno do miasteczka Hearly. 

Przeje

ż

d

ż

aj

ą

c przez mały lasek o pi

ęć

 mil od celu podró

ż

y spostrzegł statek 

podwodny wypływaj

ą

cy na powierzchni jeziora. Zeskoczył z konia, ukrył si

ę

 w 

g

ę

stwinie i widział najwyra

ź

niej, jak statek zatrzymał si

ę

 w zatoce Crique-

Black, a dwaj ludzie wysiedli na brzeg. Jeden z nich był, prawdopodobnie; 
owym Królem Przestrzeni, a przyrz

ą

d jego rozgło

ś

n

ą

 „Groz

ą

” .

– Niestety byłem sam tylko – ci

ą

gn

ą

ł pan Wells. – Gdybym miał do 

pomocy pana i agentów, mo

ż

eby nam si

ę

 udało pochwyci

ć

 tych ludzi…

– Niew

ą

tpliwie – odparłem. – Dowiedzieliby

ś

my si

ę

 od nich wreszcie całej 

prawdy…

– A mo

ż

e jednym z nich był tajemniczy kapitan „Grozy”?

– Obawiam si

ę

 tylko, 

ż

e statku mo

ż

emy ju

ż

 w zatoce nie zasta

ć

.

– Przekonamy si

ę

 o tem za kilka godzin.

– Czy przedwczoraj zostałe

ś

 pan w lasku do wieczora?

– Nie, około pi

ą

tej odjechałem do Toledo i natychmiast wysłałem depesz

ę

 

do Waszyngtonu.

– Wczoraj byłe

ś

 pan w zatoce Black-Rock?…

– Tak.

– Statek był tam jeszcze?

background image

– Na tem samem miejscu.

– A ludzie?

– Ludzie byli tak

ż

e… O ile mi si

ę

 zdaje, zaj

ę

ci byli naprawianiem jakiego

ś

 

uszkodzenia… na brzegu, nagromadzony był nawet materyał…

– To bardzo mo

ż

liwe, 

ż

e uszkodzenia nie pozwoliły „Grozie” wróci

ć

 do 

zwykłej kryjówki… Czy

ż

by jednak cała załoga tak skomplikowanego 

przyrz

ą

du, który si

ę

 porusza z tak

ą

 szybko

ś

ci

ą

 niesłychan

ą

, składała si

ę

 z 

dwu ludzi tylko?!…

– Nie s

ą

dz

ę

, panie Strock… W ka

ż

dym razie wczoraj i zawczoraj 

widziałem tylko dwu.

Kilkakrotnie wchodzili do lasku, gdzie byłem ukryty. 

Ś

cinali gał

ę

zie, 

rozpalali ogie

ń

Zatoka jest tak dzika i pusta, 

ż

e si

ę

 nie spodziewali, by ich kto

ś

 zobaczył.

– Przyjrzałe

ś

 si

ę

 im pan dokładnie?

– Najzupełniej… jeden silnie zbudowany, 

ś

redniego wzrostu, z brod

ą

, rysy 

twarzy ma ostre… Drugi ni

ż

szy, przysadzisty.

A zatem, od trzydziestu sze

ś

ciu godzin tajemniczy statek znajdował si

ę

 w 

zatoce Black-Rock, mo

ż

e wi

ę

c zastaniemy go tam jeszcze i dzisiaj. Obecno

ść

 

Grozy” na jeziorze Erie nie zdziwiła nas wcale, ostatnim razem widziano j

ą

 

przecie

ż

 na jeziorze Górnem, sk

ą

d bez trudno

ś

ci przyby

ć

 mogła do Erie albo 

rzek

ą

 Detroit, albo te

ż

 l

ą

dem. Tylko w takim razie byłby j

ą

 przecie

ż

 kto

ś

 

spostrzegł na drogach Michiganu, strze

ż

onych przez policy

ę

Je

ż

eli jednak „Groza” opu

ś

ciła ju

ż

 zatok

ę

, co pozostaje nam do zrobienia?

Wiedziałem, 

ż

e w porcie Buffalo znajduj

ą

 si

ę

 dwa parowce. Mogłem je 

wezwa

ć

 depesz

ą

 i wysła

ć

 w pogo

ń

 za Królem Przestrzeni, lecz „Groza” miała 

wi

ę

ksz

ą

 szybko

ść

 i mogła si

ę

 przytem ukrywa

ć

 w gł

ę

binie!… Gdyby

ś

my wi

ę

nocy dzisiejszej nie znale

ź

li statku w zatoce, wyprawa nasza zrobiłaby fiasko.  

Wells zapewniał mnie, 

ż

e zatoka jest pust

ą

 i bezludn

ą

. Nawet droga, 

prowadz

ą

ca z Toledo do Hearly, przechodzi nieco dalej, o kilka mil od 

wybrze

ż

a. Postanowili

ś

my zatem zostawi

ć

 brek w lasku, pod osłon

ą

 drzew, a 

gdy noc nadejdzie zbli

ż

y

ć

 si

ę

 do jeziora, ukry

ć

 w

ś

ród ostrych wysokich skał, i 

obserwowa

ć

 zatok

ę

.

O siódmej zbli

ż

yli

ś

my si

ę

 do lasu. Było jeszcze prawie zupełnie jasno.

– Czy zatrzymamy si

ę

 tutaj? – zapytałem pana Wellsa.

– Nie – odparł. – O kilkaset kroków dalej znajduje si

ę

 ładna polanka, 

gdzie nas niczyje oko nie dostrze

ż

e. Tam urz

ą

dzimy popas, a skoro si

ę

 

ś

ciemni, udamy si

ę

 do zatoki.

Oczywi

ś

cie zastosowałem si

ę

 do rady pana Wellsa. Wysiedli

ś

my z breku i 

poszedli

ś

my pieszo. Las był tak g

ę

sty, 

ż

e ostatnie promienie zachodz

ą

cego 

sło

ń

ca nie przedzierały si

ę

 wcale po przez wysokie jodły, cyprysy i d

ę

by. 

Ziemia, pokryta g

ę

stym kobiercem traw, usiana była zeschłemi li

ść

mi. Ani 

ś

ladu jakichkolwiek dróg lub 

ś

cie

ż

ek. Po upływie dziesi

ę

ciu minut znale

ź

li

ś

my 

si

ę

 na polance. Do zachodu sło

ń

ca mieli

ś

my jeszcze co najmniej godzin

ę

 

czasu, mogli

ś

my wi

ę

c odpocz

ąć

 nieco po długiej i nu

żą

cej podró

ż

y.  Wo

ź

nica 

wyprz

ą

gł konie i pu

ś

cił je na pasz

ę

, gdzie miały pozosta

ć

 a

ż

 do naszego 

powrotu. Rozbili

ś

my obóz u stóp wspaniałego cyprysu i zabrali

ś

my si

ę

 do 

background image

spo

ż

ycia przywiezionych zapasów, głód bowiem zacz

ą

ł nam dokucza

ć

Poczem zapalili

ś

my fajki, oczekuj

ą

c upragnionej chwili zmroku. Niepokój 

p

ę

dził nas ku zatoce, lecz rozs

ą

dek nakazywał niecierpliwo

ść

. Dokoła 

panowała cisza zupełna. Nawet ptaki umilkły. Wieczór zapadał powoli. 

Ś

wie

ż

wietrzyk lekko poruszał li

ś

cmi drzew. Wreszcie 

ś

ciemniło si

ę

 zupełnie.

Spojrzałem na zegarek. Było w pół do dziewi

ą

tej.

– Czas na nas, panie Wells.

– Id

ź

my zatem!

Wells poszedł naprzód. Ostro

ż

nie posuwałem si

ę

 za nim, a za mn

ą

 John 

Hart i Nab Walker. W

ś

ród mroków nocy mogli

ś

my z łatwo

ś

ci

ą

 zgubi

ć

 drog

ę

lecz szcz

ęś

ciem, Wells doskonałym był przewodnikiem. Wreszcie doszli

ś

my 

do skraju lasu. Przed nami rozci

ą

gało si

ę

 piaszczyste wybrze

ż

e, dochodz

ą

ce 

do samej zatoki. Wsz

ę

dzie pustka i cisza.

Na znak dany przez Wellsa zbli

ż

amy si

ę

 powoli… Piasek skrzypi pod 

naszemi stopami… Jeszcze kilkaset kroków i jeste

ś

my na samym brzegu 

Erie…

Nie widzimy nic… nic!… Miejsce, gdzie wczoraj jeszcze pan Wells widział 

Groz

ę

”, puste… A wi

ę

c Król Przestrzeni opu

ś

cił ju

ż

 zatok

ę

 Black-Rock!…

ROZDZIAŁ XII

W zatoce Black-Rock.

Wiemy, jak ch

ę

tnie natura ludzka podlega złudzeniom. Tak małe mieli

ś

my 

szanse znalezienia „Grozy” w zatoce Black-Rock, a jednak pod koniec dnia 
uwierzyli

ś

my najzupełniej w powodzenie.

To te

ż

 łatwo sobie wyobrazi

ć

 nasz zawód, nawet rozpacz! Cała wyprawa 

na nic!

Groza”, prawdopodobnie, została ju

ż

 naprawiona i odpłyn

ę

ła daleko. A 

je

ż

eli nawet znajduje si

ę

 jeszcze na wodach Erie, odnale

źć

 j

ą

 i pochwyci

ć

… 

nie w naszej le

ż

y mocy. Wobec Króla Przestrzeni jeste

ś

my bezsilni i bezradni!

Obaj z Wellsem stali

ś

my zgn

ę

bieni. John Hart i Nab Walker, niemniej 

rozczarowani, przechadzali si

ę

 brzegiem zatoki, rozgl

ą

daj

ą

c si

ę

 dokoła.

A jednak zachowali

ś

my wszelkie 

ś

rodki ostro

ż

no

ś

ci. Obmy

ś

lili

ś

my 

wszystko. Gdyby

ś

my ludzi widzianych przez pana Wellsa, zobaczyli na 

wybrze

ż

u, byliby

ś

my wpadli na nich niespodziewanie i uwi

ę

zili… Gdyby za

ś

 

stali na pokładzie, czekaliby

ś

my a

ż

 wyjd

ą

 na brzeg i przeci

ę

liby

ś

my im 

odwrót…

Tymczasem „Grozy” nie było ju

ż

 w zatoce! Milczeli

ś

my obaj i bez słów 

odczuwali

ś

my wzajemnie swoj

ą

 bole

ść

… Powoli miejsce jej zaj

ą

ł gniew… 

Jakto, tyle trudów poszło na marne!… Niemoc nasza i bezradno

ść

 

doprowadzała nas do rozpaczy.

background image

Upłyn

ę

ła godzina… Nie ruszali

ś

my si

ę

 z miejsca.

Wzrok nasz bł

ą

kał si

ę

 dokoła, usiłuj

ą

c przenikn

ąć

 ciemno

ś

ci… Czasem 

na powierzchni wody zamigotały jakie

ś

 blaski i gasły szybko, a z nim resztki 

nadziei!… Czasem znowu zdawało si

ę

 nam, 

ż

e dostrzegamy jakby sylwetk

ę

 

zbli

ż

aj

ą

cego si

ę

 statku… to znowu wiry jakie

ś

 podnosiły wod

ę

 i znowu ton

ę

ły 

w gł

ę

binie… Lecz i te słabe wskazowki znikały po krótkiej chwili… była to wi

ę

chyba gra podnieconej wyobra

ź

ni… złudzenie zmysłów…

Agenci zbli

ż

yli si

ę

 ku nam.

– Co słycha

ć

 nowego? – zapytałem, – cie

ń

 nadziei znowu si

ę

 zbudził w 

mej duszy.

– Nic – odparł John Hart – obeszli

ś

my zatok

ę

 dokoła, lecz nigdzie nie 

zauwa

ż

yli

ś

my nawet 

ś

ladu materyałów o których wspominał pan Wells.

– Czekajmy jeszcze – zawyrokowałem, nie mog

ą

c si

ę

 zdecydowa

ć

 na 

powrót do lasu.

Nagle uwag

ę

 nasz

ą

 przykuło do siebie jakie

ś

 kołysanie si

ę

 wody, 

rozchodz

ą

ce si

ę

 a

ż

 do podnó

ż

a skał.

– Co to jest? jakby plusk fali, – zauwa

ż

ył Wells.

– Istotnie – odpowiedziałem, – zni

ż

aj

ą

c głos instynktowo. Co za 

przyczyna? Wiatr ustał zupełnie… Czy to wzburzenie wody tworzy si

ę

 na jej 

powierzchni…

– …Czy te

ż

 w gł

ę

binie – doko

ń

czył Wells, pochylaj

ą

c si

ę

 ku ziemi, by 

lepiej usłysze

ć

.

Mo

ż

na było my

ś

le

ć

ż

e to jaki

ś

 statek zbli

ż

a si

ę

 do brzegu.

W milczeniu, bez ruchu starali

ś

my si

ę

 przenikn

ąć

 ciemno

ś

ci, podczas, 

gdy fale jeziora rozbijały si

ę

 o urwiste brzegi.

Tymczasem John Hart i Nab Walker weszli na szczyt s

ą

siedniej skały. Ja 

za

ś

 poło

ż

yłem si

ę

 prawie na ziemi, przygl

ą

daj

ą

c si

ę

 zjawisku, które nie 

zmniejszało si

ę

 wcale… przeciwnie stawało si

ę

 coraz wyra

ź

niejsze… 

dostrzegałem nawet miarowe kołysanie si

ę

 fali, podobne do tego jakie 

wywołuje obrót 

ś

ruby.

– Niema ju

ż

 w

ą

tpliwo

ś

ci –o

ś

wiadczył Wells, pochylaj

ą

c si

ę

 ku mnie, – 

statek si

ę

 zbli

ż

a…

– Tak – przy

ś

wiadczyłem, – o ile to nie jest jakie

ś

 zwierz

ę

 z gatunku 

wielorybów lub haja 

ż

arłoczna.

– Nie, to statek z pewno

ś

ci

ą

.

– Czy w tym samym miejscu widziałe

ś

 go pan wczoraj?

– Tak. Oba razy stał tutaj. Teraz przybija tam…

Le

ż

eli

ś

my prawie na brzegu, wpatruj

ą

c si

ę

 chciwie w poruszaj

ą

c

ą

 si

ę

 

niewyra

ź

n

ą

 mas

ę

. Posuwała si

ę

 naprzód bardzo powoli i, prawdopodobnie, 

znajdowała si

ę

 jeszcze dosy

ć

 daleko. Huk motoru zaledwie dawał si

ę

 słysze

ć

.

A wi

ę

c, podobnie jak wczoraj „Groza” sp

ę

dzi noc w zatoce!… Dlaczego 

podniosła kotwic

ę

, skoro wraca na to samo miejsce?… Czy jakie

ś

 nowe 

uszkodzenia nie pozwoliły jej popłyn

ąć

 dalej?…

Te i tym podobne pytania opanowały mój umysł, lecz nie miałem czasu na 

ich rozstrzygni

ę

cie.

background image

Statek przybli

ż

ał si

ę

 coraz wi

ę

cej. Kapitan widocznie znał zatok

ę

 

wybornie, nie zapalił bowiem 

ż

adnej latarni. Od czasu do czasu słycha

ć

 było 

cichy stuk maszyny. Plusk stawał si

ę

 coraz wyra

ź

niejszy. Było jasnem, 

ż

statek za chwil

ę

 przybije do brzegu. Skały, wznosz

ą

ce si

ę

 nieco ponad 

powierzchni

ą

 jeziora tworzyły rodzaj naturalnego portu.

– Odejd

ź

my st

ą

d – rzekł pan Wells, – bior

ą

c mnie za rami

ę

.

– Tak – odparłem – musimy si

ę

 ukry

ć

 w zagł

ę

bieniach skał i czeka

ć

 

cierpliwie stosownej chwili… Tu mogliby nas dostrzedz.

– Id

ź

my wi

ę

c.

Nie było czasu do stracenia. Niewyra

ź

na masa zbli

ż

ała si

ę

 coraz wi

ę

cej. 

Na pokładzie, lekko wystaj

ą

cym ponad poziom wody ukazały si

ę

 sylwetki dwu 

ludzi.

A wi

ę

c naprawd

ę

 było ich tylko dwu?!…

Wells, ja, John Hart i Nab Walker wszyscy ukryli

ś

my si

ę

 w

ś

ród skał, 

czołgaj

ą

c si

ę

 jak najciszej. Je

ż

eli ludzie z „Grozy” wyjd

ą

 na brzeg, nie 

zobacz

ą

 nas z pewno

ś

ci

ą

, my za

ś

 b

ę

dziemy ich widzieli dokładnie i 

post

ą

pimy stosownie do okoliczno

ś

ci.

S

ą

dz

ą

c z krótkich, urywanych słów, które zamieniali ze sob

ą

, nie 

w

ą

tpili

ś

my ju

ż

ż

e maj

ą

 wyl

ą

dowa

ć

 za chwil

ę

. Rzucili nawet lin

ę

 na cypel 

przesmyku, który słu

ż

ył nam za punkt obserwacyi. Jeden z marynarzy 

zeskoczył na ziemi

ę

 i zapomoc

ą

 tej liny ci

ą

gn

ą

ł ku sobie statek. Wreszcie 

usłyszeli

ś

my skrzyp zarzucanej kotwicy. W kilka sekund pó

ź

niej na piasku 

wybrze

ż

a rozległy si

ę

 kroki dwu ludzi, którzy kierowali si

ę

 w stron

ę

 lasu, 

szukaj

ą

c drogi przy 

ś

wietle okr

ę

towej latarni.

Czy

ż

by wi

ę

c zatoka Black-Rock była miejscem wypoczynku dla „Grozy”?

… Po co ci ludzie szli do lasu?… Czy mieli tam składy 

ż

ywno

ś

ci i materyałów, 

sk

ą

d czerpali zapasy w razie potrzeby?… Widocznie tak byli przekonani o 

pustce tej okolicy, 

ż

e nie zachowywali zwykłych ostro

ż

no

ś

ci.

– Co robi

ć

? – zapytał Wells.

– Zaczeka

ć

 ich powrotu, a wtedy…

Nie doko

ń

czyłem. 

Ś

wiatło latarni padło na twarz jednego z ludzi… w 

którym poznałem tajemniczego szpiega z ulicy Long-Street!… Poznałem go 
najwyra

ź

niej… On wi

ę

c był tym królem przestrzeni, on pisał oba listy… 

przypomniały mi si

ę

 gro

ź

by… lecz te si

ę

 odnosiły do Great-Eyry!… Po raz nie 

wiem ju

ż

 który zadawałem sobie pytanie, nie umiej

ą

c na nie znale

ść

 

odpowiedzi: jaki zwi

ą

zek istnieje mi

ę

dzy Great-Eyry a „Groz

ą

”? W kilku 

słowach odpowiedziałem Wellsowi o dr

ę

cz

ą

cej mnie zagadce.

– Istotnie, to bardzo dziwne – odparł.

Tymczasem obaj marynarze znikli w lasku.

– Gdyby

ż

 tylko nie natrafili na nasz brek i konie! – szepn

ą

ł Wells.

– Niema obawy… pocó

ż

 si

ę

 maj

ą

 zapuszcza

ć

 tak daleko?…

– Gdyby jednak?

– W takim razie po

ś

piesz

ą

 z powrotem, a my przetniemy im drog

ę

 do 

statku.

Na jeziorze panowała cisza gł

ę

boka. Wyszedłem z ukrycia i zbli

ż

yłem si

ę

 

do miejsca, gdzie wbito kotwic

ę

… Statek utrzymywany przez lin

ę

, kołysał si

ę

 

background image

lekko. Na „Grozie” pusto było i ciemno. 

Ż

adnego 

ś

wiatełka, 

ż

adnej istoty 

ludzkiej! A gdyby te

ż

 wskoczy

ć

 na pokład i tam oczekiwa

ć

 powrotu kapitana?

– Panie Strock… panie Strock… – usłyszałem przytłumiony szept Wellsa.

Wróciłem po

ś

piesznie i przykucn

ą

łem obok niego. A wi

ę

c ju

ż

 zapó

ź

no!… 

Sposobno

ść

 opanowania statku min

ę

ła!… człowiek z latark

ą

 i towarzysz 

wracali ju

ż

 na brzeg. Oczywi

ś

cie w lesie nie zauwa

ż

yli nic podejrzanego. 

Ka

ż

dy z nich niósł w r

ę

ku du

żą

 pak

ę

. Weszli na przesmyk i zatrzymali si

ę

 na 

samym cyplu.

– Kapitanie! – rozległ si

ę

 jaki

ś

 głos.

– Tutaj – brzmiała odpowied

ź

.

– A wi

ę

c jest ich trzech – szepn

ą

ł mi do ucha Wells.

– Kto wie, a mo

ż

e czterech, pi

ę

ciu, lub sze

ś

ciu – odpowiedziałem równie

ż

 

cicho.  Poło

ż

enie stawało si

ę

 trudniejszem. Z liczn

ą

 załog

ą

 nie damy sobie 

rady!… Najmniejsza nieostro

ż

no

ść

 zgubi

ć

 nas mo

ż

e… Co maj

ą

 zamiar robi

ć

 

ci ludzie?… Czy zanios

ą

 paki na pokład i odpłyn

ą

 zaraz, czy te

ż

 czeka

ć

 b

ę

d

ą

 

ś

witu?… Lecz z chwil

ą

, gdy statek odpłynie, dla nas b

ę

dzie stracony!… 

Gdzie

ż

 go szuka

ć

 b

ę

dziemy? Czy druga sposobno

ść

 nadarzy si

ę

 jeszcze?…

– Jest nas czterech – zwróciłem si

ę

 do Wellsa. Nie podejrzewaj

ą

niczego… mo

ż

emy wpa

ść

 na nich niespodziewanie i uwi

ę

zi

ć

Chciałem ju

ż

 przywoła

ć

 agentów, lecz Wells pochwycił mnie za rami

ę

:

– Cicho! słuchaj pan! – szepn

ą

ł.

Jeden z marynarzy zapomoc

ą

 liny holował statek do brzegu.

– Czy wszystko w porz

ą

dku? rozległ si

ę

głos z pokładu.

– Tak, kapitanie!…

– Zostały jeszcze dwie paki?

– Tak, kapitanie, dwie.

– A wi

ę

c pójdziecie raz jeszcze i b

ę

dziemy mieli wszystkie zapasy na 

Grozie

Nie mylili

ś

my si

ę

 zatem! Mieli

ś

my do czynienia z Królem przestrzeni!

– Tak, kapitanie!

– Dobrze, odjedziemy jutro o wschodzie sło

ń

ca!

Było zaledwie trzech ludzi.

Dwaj pójd

ą

 do lasu po paki… nast

ę

pnie zanios

ą

 je na pokład i poło

żą

 si

ę

 

spa

ć

… Czy

ż

 nie b

ę

dzie to wyborna chwila do napadu?… Zdecydowali

ś

my si

ę

 

na ten plan, uspokojeni, 

ż

e „Groza” zostanie w zatoce do rana.

Było ju

ż

 w pół do jedenastej. Na piasku znowu rozległy si

ę

 kroki ludzi, 

id

ą

cych do lasu.

Skoro tylko znikli w cieniu drzew, Wells poszedł uprzedzi

ć

 agentów, a ja 

prze

ś

lizn

ą

łem si

ę

 na przesmyk

Stan

ą

łem na samym cyplu. Przede mn

ą

 lekko kołysała si

ę

 „Groza”. 

Przypominała ona nieco statek, kursuj

ą

cy po zatoce Bosto

ń

skiej. Nie miała 

ani komina, ani masztu, ani lin, ani 

ż

agli.

background image

Wrócili

ś

my na dawne miejsca i obejrzeli

ś

my nasze rewolwery.

Upłyn

ę

ło pi

ęć

 minut. Lada chwila oczekiwali

ś

my powrotu ludzi z pakami. 

W godzin

ę

 po ich wej

ś

ciu na statek, kiedy prawdopodobnie wszyscy uło

żą

 si

ę

 

do snu, wskoczymy na pokład i uwi

ę

zimy 

ś

pi

ą

cych. Byleby tylko nie zd

ąż

yli 

podnie

ść

 kotwicy, albo zanurzy

ć

 si

ę

 w gł

ę

biny, wtedy bowiem dostaliby

ś

my 

si

ę

 w ich r

ę

ce.

Nigdy w 

ż

yciu nie doznawałem tak silnego wzruszenia i niecierpliwo

ś

ci…

Zdawało mi si

ę

ż

e ludzie ci nie wyjd

ą

 z pomi

ę

dzy zaro

ś

li, 

ż

e co

ś

 ich tam 

zatrzymało.

Nagle usłyszeli

ś

my jaki

ś

 hałas, jakby tentent koni – to nasze rumaki 

p

ę

dziły szybko brzegiem lasu…

Zaraz potem ukazali si

ę

 ludzie z pakami… biegli co sił ku zatoce…

Niew

ą

tpliwie konie nasze obudziły ich czujno

ść

Domy

ś

lili si

ę

ż

e gdzie

ś

 w pobli

ż

u ukrywaj

ą

 si

ę

 agenci… 

ż

e im grozi 

niebezpiecze

ń

stwo dostania si

ę

 w r

ę

ce policyi…

Wpadn

ą

 wi

ę

c na przesmyk i podnios

ą

 kotwic

ę

 i wskocz

ą

 ma pokład… 

Groza” z szybko

ś

ci

ą

 błyskawicy zniknie nam z przed oczu, a partya nasza 

b

ę

dzie przegrana!…

– Naprzód! – zakomenderowałem.

Zbiegli

ś

my na dół, chc

ą

c zagrodzi

ć

 drog

ę

 marynarzom.

Skoro nas spostrzegli, rzucili paki i pochwycili rewolwery. Rozległy si

ę

 

strzały. Kula zraniła Johna Harta w nog

ę

.

Wystrzelili

ś

my równie

ż

, lecz mniej szcz

ęś

liwie. Nie trafili

ś

my w 

ż

adnego z 

przeciwników. Pop

ę

dzili dalej, a

ż

 na sam cypel i nie podnosz

ą

c kotwicy 

wskoczyli na pokład.

Kapitan, stoj

ą

cy na pokładzie, dał ognia… kula drasn

ę

ła Wellsa.

Ja i Nab Walker pochwycili

ś

my lin

ę

 i ci

ą

gn

ę

li

ś

my statek do brzegu.

Gdyby jednak tamci lin

ę

 odci

ę

li, mogliby odpłyn

ąć

 spokojnie… .

Wtem nagłe wstrz

ąś

nienie… Nab Walker upada na ziemi

ę

… jedno z 

ramion wyrwanej z piasku kotwicy zaczepia si

ę

 za mój pas i poci

ą

ga mnie ku 

statkowi…

Za chwil

ę

 „Groza” z cał

ą

 szybko

ś

ci

ą

 na jak

ą

 j

ą

 sta

ć

, odpływa na pełne 

wody Erie…

ROZDZIAŁ XIII

Na pokładzie „Grozy”.

Gdy odzyskałem przytomno

ść

 był ju

ż

 dzie

ń

. Le

ż

ałem na łó

ż

ku w ciasnej, 

sk

ą

po o

ś

wietlonej kajucie, starannie okryty kołdr

ą

. Ile godzin upłyn

ę

ło od 

chwili mego porwania, nie miałem poj

ę

cia. S

ą

dz

ą

c jednak z uko

ś

nie 

background image

padaj

ą

cych promieni, które si

ę

 z trudem przedzierały przez małe okienka, 

było jeszcze bardzo rano.

W k

ą

cie suszyło si

ę

 moje ubranie, a przedarty pas walał si

ę

 na podłodze.

Nie poniosłem 

ż

adnej rany, uczuwałem tylko niesłychane znu

ż

enie. 

Spraw

ę

 z przebytego niebezpiecze

ń

stwa zdawałem sobie doskonale. Lina 

poci

ą

gn

ę

ła mnie do wody. Wpadłem głow

ą

 na dół i byłbym si

ę

 udusił 

niew

ą

tpliwie, gdyby mnie nie wci

ą

gni

ę

to na pokład. Ostatnia scena gł

ę

boko 

utkwiła w mojej pami

ę

ci. Hart raniony w nog

ę

 le

ż

ał rozci

ą

gni

ę

ty na piasku, 

Wells celował w kapitana, Walker upadł na ziemi

ę

… Wszyscy oni s

ą

dz

ą

 

zapewne, 

ż

e zgin

ą

łem w falach Erie…

Jak

ą

 drog

ę

 obrała „Groza”?…

Jedno było pewnem, 

ż

e obecnie znajdowali

ś

my si

ę

 na powierzchni wody. 

Nie przypominam sobie 

ż

adnych wstrz

ąś

nie

ń

, prawdopodobnie wi

ę

c kapitan 

nie przekształcał statku na samochód i nie jechali

ś

my wcale l

ą

dem, tylko cały 

czas płyn

ę

li

ś

my po Erie. Gdzie byli

ś

my obecnie? Czy na rzece Detroit, czy 

mo

ż

e na jeziorze Huron, albo Górnem? Trudno o tem było s

ą

dzi

ć

Przypuszczałem jednak, 

ż

e na Erie.

Postanowiłem wyjrze

ć

 na 

ś

wiat i zoryentowa

ć

 si

ę

 w miejscowo

ś

ci. 

Ubierałem si

ę

 z pewnym niepokojem. A mo

ż

e zamkni

ę

to mnie na klucz?… 

Sprobowałem podnie

ść

 klap

ę

 w suficie kajuty. Udało mi si

ę

 na szcz

ęś

cie i po 

chwili wysun

ą

łem si

ę

 do połowy na pokład.

Rozejrzałem si

ę

 wokoło. Wsz

ę

dzie niezmierzona wodna płaszczyzna! 

Płyn

ę

li

ś

my z ogromn

ą

 szybko

ś

ci

ą

 a fale rozbijaj

ą

c si

ę

 o przód okr

ę

tu 

rozpryskiwały si

ę

 w drobniuchne bryzgi, które uderzały mnie po twarzy. 

Uczułem smak wody słodkiej.

Sło

ń

ce było jeszcze dosy

ć

 daleko od zenitu, najwy

ż

ej wi

ę

c godzin o

ś

upłyn

ę

ło od chwili odjazdu z zatoki Black-Rock. Wobec tego, 

ż

e długo

ść

 Erie 

wynosi 225 mil, a szeroko

ść

 50 mil, nie dziwiłem si

ę

 wcale, nie widz

ą

c nigdzie 

brzegów

Na pokładzie znajdowało si

ę

 dwu ludzi. Jeden stał na przodzie, wpatrzony 

w rozci

ą

gaj

ą

c

ą

 si

ę

 przed nim bezkre

ś

n

ą

 przestrze

ń

, drugi u steru, kieruj

ą

c ku 

półno-wschodowi. Pierwszym był jeden ze szpiegów, czatuj

ą

cych na mnie 

przy ulicy Long-Street, drugim ten, co niósł latark

ę

, gdy obaj szli do lasu.

Daremnie szukałem trzeciego, który nosił nazw

ę

 „Kapitana”… nie było go 

nigdzie…

Łatwo poj

ąć

, jak gor

ą

co pragn

ą

łem stan

ąć

 oko w oko z tym 

ś

miałym 

wynalazc

ą

, który nie obawiał si

ę

 wyst

ą

pi

ć

 do walki z cał

ą

 ludzko

ś

ci

ą

, którego 

sława rozbrzmiewała po całym 

ś

wiecie, a który si

ę

 tak dumnie tytułował 

Królem przestrzeni”!…

Zbli

ż

yłem si

ę

 do człowieka, stoj

ą

cego na przodzie statku i po chwilowem 

milczeniu zapytałem:

– Gdzie kapitan?

Spojrzał na mnie z pod oka, lecz nie raczył odpowiedzie

ć

, chocia

ż

 ze słów 

zamienionych na brzegu, wiedziałem, 

ż

e rozumie po angielsku. Obecno

ść

 

moja na pokładzie zdawała si

ę

 nie wzrusza

ć

 go wcale. Odwrócił si

ę

 ode mnie 

plecami i w dalszym ci

ą

gu obserwował horyzont.

Wtedy zwróciłem si

ę

 do sternika, chc

ą

c mu zada

ć

 to samo pytanie, lecz 

background image

on usun

ą

ł mnie ruchem r

ę

ki, nie mówi

ą

c ani słowa.

Wobec tego postanowiłem czeka

ć

 cierpliwie na ukazanie si

ę

 samego 

kapitana, który powitał nas wystrzałami z rewolweru, gdy

ś

my w zatoce razem 

z Walkerem usiłowali przyci

ą

gn

ąć

 statek do brzegu.

Tymczasem zacz

ą

łem przygl

ą

da

ć

 si

ę

 „Grozie”.

Pokład i kasztele zbudowane były z jakiego

ś

 metalu, którego rozpozna

ć

 

nie mogłem. W 

ś

rodku znajdowała si

ę

 klapa, któr

ą

 mo

ż

na było podnosi

ć

, a 

która prowadziła do maszyn, pracuj

ą

cych bardzo cicho i równomiernie.

Nie było ani komina, ani masztu, ani 

ż

agli. Przyrz

ą

d optyczny, tak zwany 

heryskop, ułatwiał prawdopodobnie kierowanie pod wod

ą

. Po obu bokach 

pokładu znajdowały si

ę

 jakie

ś

 dziwne, nieznane mi przyrz

ą

dy, których u

ż

ytku 

nie rozumiałem wcale

Z przodu i z tyłu statku spostrzegłem klapy kwadratowe, które prowadziły 

do kajut; klapy te, otoczone ram

ą

 z kauczuku, zamykały si

ę

 bardzo szczelnie, 

a

ż

eby woda nie mogła przenikn

ąć

 do wn

ę

trza, gdy statek zanurzał si

ę

 w 

ę

biny. Nie widziałem ani motoru ani 

ś

rub, ani turbin. Zauwa

ż

yłem tylko, 

ż

statek pozostawiał za sob

ą

 nikł

ą

 smug

ę

.

Widocznem wi

ę

c było, 

ż

e motoru nie poruszała ani woda, ani nafta, ani 

alkohol, a tylko elektryczno

ść

, nagromadzona do wysokiego punktu napi

ę

cia. 

Gdzie było jej 

ź

ródło? Czy wytwarzały j

ą

 stosy, czy akumulatory? Jakiego 

systemu? Czy znajd

ę

 kiedy rozwikłanie tej zagadki?

Potem my

ś

l moja wróciła do towarzyszy wyprawy, pozostałych na brzegu 

zatoki. Hart był raniony, a mo

ż

e Wells i Walker równie

ż

. Widzieli jak kotwica 

unosiła mnie od brzegu, prawdopodobnie s

ą

dz

ą

ż

e zgin

ą

łem.

Czy

ż

 mog

ą

 przypuszcza

ć

ż

e zabrano mnie na pokład Grozy?… Wells 

telegraficznie zawiadomił o mojej 

ś

mierci pana Warda, któ

ż

 si

ę

 teraz o

ś

mieli 

przedsiewzi

ąć

 wypraw

ę

 przeciw Królowi Przestrzeni?

Te i tym podobne my

ś

li tłoczyły si

ę

 w mej głowie podczas gdy z 

niecierpliwo

ś

ci

ą

 oczekiwałem na przyj

ś

cie kapitana.

Lecz ten si

ę

 nie ukazywał.

Głód dokuczał mi srodze. Przeszło dwana

ś

cie godzin nic w ustach nie 

miałem… zdawało mi si

ę

ż

e si

ę

 nikt o moje po

ż

ywienie… nie troszczy. Nagle 

człowiek, stoj

ą

cy na przodzie statku zeszedł na dół i wrócił po krótkiej chwili. Z 

rado

ś

ci

ą

 spostrzegłem, 

ż

e przyniósł mi kawał mi

ę

sa solonego, suchary i kufel 

czarnego piwa. Z zapałem zabrałem si

ę

 do tego 

ś

niadania. Marynarze nie 

dotrzymywali mi towarzystwa. Widz

ą

c, 

ż

e nie maj

ą

 wcale zamiaru rozmawia

ć

 

ze mn

ą

, pogr

ąż

yłem si

ę

 znowu w rozmy

ś

laniach, jak si

ę

 zako

ń

czy cała ta 

przygoda?… Czy ujrz

ę

 wreszcie tego mytycznego kapitana?… Czy zwróci mi 

swobod

ę

?… Czy zdołam si

ę

 wymkn

ąć

 wbrew jego woli?… Prawdopodobnie 

b

ę

dzie to zale

ż

ało od okoliczno

ś

ci… Nie mog

ę

 nawet marzy

ć

 o ucieczce, 

dopóki Groza płyn

ąć

 b

ę

dzie 

ś

rodkiem jeziora… tem mniej je

ż

eli si

ę

 zanurzy w 

ę

biny… Chyba, 

ż

e si

ę

 przekształci na samochód…

Lecz nie miałem najl

ż

ejszej ochoty do wydostania si

ę

 na swobod

ę

 przed 

zbadaniem tajemnic tak dziwnego statku. Wyprawa moja nie została 
wprawdzie uwie

ń

czona powodzeniem, nawet nieomal nie utraciłem w niej 

ż

ycia, lecz b

ą

d

ź

 co b

ą

d

ź

 był to wa

ż

ny krok naprzód.

Groza posuwała si

ę

 ci

ą

gle w kierunku północno-wschodnim, tj. w kierunku 

background image

długo

ś

ci Erie, płyn

ę

li

ś

my ze 

ś

redni

ą

 szybko

ś

ci

ą

, pomimo to obliczałem, 

ż

e za 

kilka godzin b

ę

dziemy na samym kra

ń

cu jeziora, tam gdzie si

ę

 ono ł

ą

czy z 

Ontario za po

ś

rednictwem rzeki Niagary. O 15 mil poni

ż

ej Buffalo znajduj

ą

 si

ę

 

owe sławne wodospady… Wobec tego, 

ż

e kapitan nie zwrócił si

ę

 na rzek

ę

 

Détroit, pozostaje mu tylko przybi

ć

 do brzegu i przekształci

ć

 statek na 

samochód.

Sło

ń

ce przeszło południk. Pogoda była wspaniała, upał silny, lecz zno

ś

ny, 

dzi

ę

ki chłodz

ą

cemu wietrzykowi. Brzegów jeziora nie wida

ć

 było wcale.  Czy

ż

 

ten kapitan nie uka

ż

e si

ę

 dzisiaj wcale?… Mo

ż

e nie chce bym go zobaczył?… 

W takim razie ma chyba zamiar zwróci

ć

 mi swobod

ę

, gdy dopłyniemy do 

brzegu?… Lecz to znów wydawało mi si

ę

 niepodobie

ń

stwem!…

Wreszcie około drugiej po południu usłyszałem lekki szelest. Podniosła 

si

ę

 klapa 

ś

rodkowa i upragniony kapitan stan

ą

ł przed nami.

Podobnie jak i jego podwładni nie zwrócił na mnie 

ż

adnej uwagi. Zbli

ż

ył 

si

ę

 do sternika i usiadł za nim. Półgłosem zamienili ze sob

ą

 słów kilka, 

poczem sternik zeszedł na dół do maszyn.

Kapitan rozejrzał si

ę

 dokoła, rzucił okiem na busol

ę

, zmienił lekko 

kierunek statku, posuwali

ś

my si

ę

 naprzód ze zwi

ę

kszon

ą

 szybko

ś

ci

ą

.

Kapitan wygl

ą

dał na lat przeszło pi

ęć

dziesi

ą

t. Wzrostu 

ś

redniego, 

barczysty, wyprostowany, włosy miał szare, krótko przystrzy

ż

one, r

ę

ce i nogi 

muskularne, szcz

ę

ki silne, piersi szerokie i brwi 

ś

ci

ą

gaj

ą

ce si

ę

 ustawicznie. 

Nie nosił w

ą

sów ani faworytów, tylko g

ę

st

ą

 krod

ę

 po ameryka

ń

sku. Wida

ć

 

było, 

ż

e zdrowie ma 

ż

elazne, krew gor

ą

c

ą

, energj

ę

 niezłomn

ą

.

Podobnie jak i jego towarzysze ubrany był, w kostyum marynarza, płaszcz 

gumowy i czapk

ę

 wełnian

ą

.

Przygl

ą

dałem mu si

ę

 bacznie. Nie unikał mych spojrze

ń

, lecz zachowywał 

si

ę

 z tak

ą

 oboj

ę

tno

ś

ci

ą

, jak gdyby na pokładzie nie było nikogo obcego. 

Poznałem w nim odrazu jednego z tych ludzi, którzy mnie 

ś

ledzili na Long 

Street.

Niew

ą

tpliwie poznał mnie równie

ż

. Im dłu

ż

ej wpatrywałem si

ę

 w t

ę

 twarz 

charakterystyczn

ą

, tem wi

ę

cej dochodziłem do przekonania 

ż

e ju

ż

 j

ą

 

widziałem, niegdy

ś

 jeszcze przed spotkaniem na Long-Street, tylko gdzie?… 

Mo

ż

e na jakiej

ś

 fotografii za szyb

ą

 wystawow

ą

 lub w biurze informacyjnem… 

Wspomnienie pozostało bardzo niejasne, mo

ż

e zreszt

ą

, było to tylko 

złudzenie wyobra

ź

ni…

Czy zrobi mi wi

ę

cej honoru, ni

ż

 jego załoga i zechce odpowiedzie

ć

 na 

pytania?… Musz

ę

 si

ę

 przecie

ż

 dowiedzie

ć

, jakie wzgl

ę

dem mnie 

ż

ywi 

zamiary… Chyba nie zechce pozbawia

ć

 

ż

ycia?… W takim razie byłby mnie 

przecie

ż

 pozostawił własnemu losowi w zatoce Black-Rock!… Powstałem z 

miejsca i stan

ą

łem przed nim.

Spojrzał na mnie oczami płon

ą

cemi.

– Pan jeste

ś

 kapitanem? – zapytałem.

Milczenie.

– A statek ten… to Groza?…

Ż

adnej odpowiedzi.

Zbli

ż

yłem si

ę

 jeszcze o krok i chciałem go schwyci

ć

 za rami

ę

.

background image

Odtr

ą

cił mnie lekko, lecz ruch ten zdradzał sił

ę

 niezwykł

ą

.

Podszedłem ku niemu po raz drugi.

– Powiedz mi pan, jakie masz wzgl

ę

dem mnie zamiary? – zapytałem ju

ż

 

mniej spokojnie.

Zdawało mi si

ę

ż

e z ust jego, 

ś

ci

ą

gni

ę

tych gniewem zerw

ą

 si

ę

 jakie

ś

 

słowa. Powstrzymał si

ę

 jednak i odwrócił głow

ę

, r

ę

k

ą

 oparł si

ę

 o regulator.

Maszyna zacz

ę

ła funkcyonowa

ć

 z wi

ę

ksz

ą

 szybko

ś

ci

ą

.

Opanowała mnie w

ś

ciekło

ść

. Chciałem krzykn

ąć

: – Dobrze! milcz pan, 

je

ż

eli si

ę

 tak panu podoba… wiem dobrze kim jeste

ś

! Nazywasz siebie 

Królem Przestrzeni… A statek ten, to słynna Groza!… Napisałe

ś

 pan list do 

rz

ą

du ameryka

ń

skiego i do mnie… Wyobra

ż

asz pan sobie, 

ż

e jeste

ś

 dosy

ć

 

pot

ęż

ny, a

ż

eby wyzwa

ć

 do walki 

ś

wiat cały!…

Czy

ż

by mógł zaprzeczy

ć

?. Inicjały K. P. widziałem na sterze.

Szcz

ęś

ciem stłumiłem gniew, a wiedz

ą

c, 

ż

e nie otrzymam odpowiedzi, 

wróciłem na dawne miejsce … Siedziałem tam długie godziny wpatruj

ą

c si

ę

 w 

horyzont i oczekuj

ą

c ukazania si

ę

 ziemi.

ROZDZIAŁ XIV

Niagara.

Czas upływał, a w poło

ż

eniu mojem nic si

ę

 nie zmieniało. Sternik wrócił 

do rudla, a kapitan do maszyn, pomimo zwi

ę

kszonej szybko

ś

ci Groza 

posuwała si

ę

 cicho. Ani razu nie doznałem wstrz

ąś

nie

ń

, nieuniknionych przy 

systemie walców. St

ą

d wnioskowałem, 

ż

e zastosowano tutaj system kołowy, 

lecz przypuszcze

ń

 moich stwierdzi

ć

 nie mogłem.

Płyn

ę

li

ś

my ci

ą

gle w kierunku północno-wschodnim, t. j. ku Buffalo. Nie 

w

ą

tpiłem, 

ż

e staniemy tam przed noc

ą

.

– Jak

ż

e jednak kapitan mógł si

ę

 odwa

ż

y

ć

 na obranie tej drogi?… Czy

ż

by 

miał zamiar stan

ąć

 na kotwicy w porcie tak ludnym, w

ś

ród tylu statków 

rybackich i handlowych?… Wypłyn

ąć

 z Erie nie mo

ż

e, poniewa

ż

 wodospady 

Niagary zagrodz

ą

 mu drog

ę

… A mo

ż

e oczekuje nadej

ś

cia nocy, a

ż

eby 

zbli

ż

y

ć

 si

ę

 do brzegu i przekształci

ć

 statek na samochód?…

Je

ż

eli podczas wyl

ą

dowywania na ziemi

ę

 nie uda mi si

ę

 wymkn

ąć

 

niepostrze

ż

enie, wszelka nadzieja na odzyskanie swobody b

ę

dzie stracona!

Wprawdzie zostaj

ą

c przy boku Króla Przestrzeni mog

ę

 zbada

ć

, gdzie si

ę

 

ten dziwny człowiek ukrywa tak umiej

ę

tnie, 

ż

e dot

ą

ż

adne oko wy

ś

ledzi

ć

 go 

nie zdołało! Lecz kto wie, czy on ju

ż

 nie wydał na mnie wyroku 

ś

mierci?… 

Mo

ż

e czeka tylko chwili odpowiedniej?…

Wschodni

ą

 cz

ęść

 jeziora znałem doskonale, przed trzema laty bowiem z 

powodu wa

ż

nej sprawy sp

ę

dziłem czas dłu

ż

szy w stanie New-York, mi

ę

dzy 

background image

Albany i Buffalo. Wtedy zwiedziłem dokładnie wodospady, główne wyspy, 
le

żą

ce mi

ę

dzy Buffalo i Niagara-Falls, potem wysp

ę

 Navy i wysp

ę

 Goat-

Island, która dzieli wodospad ameryka

ń

ski od kanadyjskiego.

Gdyby si

ę

 wi

ę

c nadarzyła sposobno

ść

 do ucieczki znalazłbym si

ę

 w 

okolicy znajomej. Czy jednak istotnie pragn

ą

łbym z takiej sposobno

ś

ci 

skorzysta

ć

?. Ile

ż

 tajemnic niezbadanych przykuwa mnie do statku, na który 

los pomy

ś

lny – mo

ż

e nieprzyjazny – los wczoraj mnie rzucił.

Zreszt

ą

 niema co nawet i my

ś

le

ć

 o brzegach Niagary – przecie

ż

 tam 

popłyn

ąć

 nie mo

ż

emy!

Łamałem sobie głow

ę

, dlaczego napisał do mnie ten list gro

żą

cy i 

dlaczego 

ś

ledził mnie w Waszyngtonie… W ogóle, co go obchodziła sprawa 

Great-Eyry?… Za pomoc

ą

 kanałów podziemnych mógł si

ę

 dosta

ć

 na jezioro 

Kirdallskie, lecz nawet przy pomocy tak niezwykłego przyrz

ą

du, jak Groza, nie 

zdoła przeby

ć

 czwartego pier

ś

cienia skał na Great-Eyry!…

Od czasu do czasu na dalekim horyzoncie widywali

ś

my jakie

ś

 statki lecz 

te nas mijały, nie spostrzegaj

ą

Grozy, któr

ą

 trudno było zauwa

ż

y

ć

.

Tymczasem w oddali zacz

ę

ły si

ę

 ju

ż

 zarysowywa

ć

 wzgórza, tworz

ą

c na 

kra

ń

cu jeziora rodzaj lejka, przez który Erie wlewa swe wody do koryta 

Niagary. Na prawo łagodne zagł

ę

bienia urozmaicały wybrze

ż

e. Tu i owdzie 

sterczały grupy drzew. Z dala dostrzegałem statki rybackie i handlowe, 
szalupy i parowce, ku niebu wznosiły si

ę

 słupy dymów, poruszane lekkim 

wietrzykiem.

Ciekawo

ść

 moja doszła do najwy

ż

szego punktu nat

ęż

enia. Có

ż

 zamy

ś

la 

kapitan posuwaj

ą

c si

ę

 w najlepsze, drog

ą

 ku Buffalo?… Ci

ą

gle oczekiwałem 

jakiego

ś

 sygnału do odwrotu albo do zanurzenia si

ę

 w gł

ę

biny Erie!…

Nagle sternik, nie spuszczaj

ą

cy oczu z północo-wschodu, skin

ą

ł na swego 

towarzysza. Ten zeszedł natychmiast do maszyn

Za chwil

ę

 na pokładzie ukazał si

ę

 kapitan, podszedł do sternika i zacz

ą

ł z 

nim rozmow

ę

 po cichu. Sternik wskazywał mu r

ę

k

ą

 dwa ciemne punkty w 

kierunku Buffalo, odległe mniej wi

ę

cej na 5-6 mil.

Kapitan przygl

ą

dał si

ę

 im uwa

ż

nie, poczem ruszył ramionami i usiadł przy 

rudlu nie zmieniaj

ą

c bynajmniej kierunku drogi.

W kwadrans pó

ź

niej rozpoznałem dwa słupy dymu, zarysowuj

ą

ce si

ę

 na 

północno-wschodniej stronie horyzontu. Zbli

ż

ały si

ę

 ku nam z szybko

ś

ci

ą

 

ogromn

ą

. Nagle przyszło mi na my

ś

l, 

ż

e s

ą

 to prawdopodobnie, parowce, o 

których wspominał pan Wells i którym powierzono 

ś

cisły nadzór nad jeziorem. 

Zbudowane według najnowszego systemu mogły przeby

ć

 dwadzie

ś

cia 

siedem mil na godzin

ę

.

Szybko

ść

 ich jednak nie dorównywała szybko

ś

ci Grozy, która przytem, w 

razie niebezpiecze

ń

stwa mogła si

ę

 przekształci

ć

 na statek podwodny i uj

ść

 

przed pogoni

ą

.

Parowce spostrzegłszy Groz

ę

 p

ę

dziły ku niej o ile mogły najszybcej. 

Widocznem było, 

ż

e chc

ą

 j

ą

 wzi

ąć

 we dwa ognie, odci

ąć

 od Buffalo i 

wepchn

ąć

 w ten k

ą

t jeziora, sk

ą

d niema innego wyj

ś

cia prócz Niagary. Nie 

w

ą

tpiłem ju

ż

ż

e parowce te wysłał pan Wells.

Kapitan zasiadł przy rudlu, jeden z załogi zeszedł na dół, a drugi stał na 

przodzie statku.

background image

Na mnie nikt nie zwracał uwagi.

ę

boko wzruszony i podniecony nie spuszczałem oka z parowców, 

odległo

ść

 mi

ę

dzy nami zmniejszyła si

ę

 do 2 mil.

Na twarzy Króla Przestrzeni malowała si

ę

 wzgarda najwy

ż

sza. Wiedział, 

ż

e nie grozi mu nic… Ka

ż

dej chwili mógł statek swój zanurzy

ć

 w gł

ę

biny, 

gdzie go kule armatnie nie dosi

ę

gn

ą

.

Upłyn

ę

ło jeszcze dziesi

ęć

 minut. Ju

ż

 tylko jedna mila dzieliła nas od 

parowców.

Kapitan zachowywał si

ę

 najoboj

ę

tniej w 

ś

wiecie, zwi

ę

kszył tylko szybko

ść

 

Grozy, jak gdyby chciał igra

ć

 z prze

ś

ladowcami, albo, gdy noc zapadnie, 

prze

ś

lizn

ąć

 si

ę

 mi

ę

dzy nimi.

Na prawym brzegu jeziora zarysowało si

ę

 Buffalo. Coraz wyra

ź

niej 

odró

ż

niałem jego gmachy, dzwonnic

ę

, elewatory. Troch

ę

 ku północo-

zachodowi, najwy

ż

ej o 4-5 mil, wody jeziora zlewały si

ę

 do Niagary.

Co nale

ż

ało mi uczyni

ć

? … B

ę

d

ą

c wybornym pływakiem mogłem 

zeskoczy

ć

 z pokładu, gdy si

ę

 znajdziemy mi

ę

dzy parowcami… a ztamt

ą

d z 

pewno

ś

ci

ą

 dadz

ą

 mi pomóc.

Co prawda na Niagarze miałbym szanse du

ż

o lepsze. Mógłbym si

ę

 rzuci

ć

 

wpław około wyspy Navy, któr

ą

 znam wybornie… Czy mog

ę

 jednak rachowa

ć

 

na to, 

ż

e kapitanowi starczy odwagi, by obra

ć

 t

ę

 wła

ś

nie drog

ę

? Przecie

ż

 

wodospadów przeby

ć

 nie zdoła, nawet maj

ą

c do swego rozporz

ą

dzenia taki 

statek jak Groza.

Nie mogłem si

ę

 zdoby

ć

 na decyzy

ę

… Co prawda, 

ż

al mi te

ż

 było 

opuszcza

ć

 stanowisko, na którem miałem mo

ż

no

ść

 zbadania pal

ą

cej mnie 

tajemnicy… Nie chciałem wi

ę

c rozstawa

ć

 si

ę

 z Groz

ą

 i tymi dziwnymi lud

ź

mi!

Było ju

ż

 po szóstej Parowce zbli

ż

ały si

ę

 coraz wi

ę

cej. Chwila jeszcze, a 

znajdziemy si

ę

 mi

ę

dzy nimi.

Nie ruszyłem si

ę

 z miejsca. Jeden z marynarzy stał tu

ż

 obok mnie.

Nieruchomo, z oczami płon

ą

cemi, z brwiami 

ś

ci

ą

gni

ę

temi kapitan zdawał 

si

ę

 wyczekiwa

ć

 chwili odpowiedniej do wykonania ostatniego manewru.

Nagle z lewego parowca rozległ si

ę

 wystrzał, kula musn

ę

ła powierzchni

ę

 

wody i przeszła przed samym dziobem Grozy.

Wyprostowałem si

ę

. Marynarz, znajduj

ą

cy si

ę

 za mn

ą

 spojrzał pytaj

ą

co 

na kapitana. Ten nie odwrócił nawet głowy. Nigdy nie zapomn

ę

 wyrazu 

ę

bokiej pogardy jak

ą

 tchn

ę

ły rysy jego energicznej twarzy.

Równocze

ś

nie wepchni

ę

ty zostałem do kajuty i usłyszałem stuk 

zamykanej klapy, chwila jeszcze i statek zagł

ę

bił si

ę

 w wod

ę

.

Do uszu moich dochodził głuchy łoskot wystrzałów armatnich. Potem 

wszystko ucichło. Przez okienko kajuty przedzierały si

ę

 jakie

ś

 blade blaski – 

Groza bez 

ż

adnego kołysania si

ę

 mkn

ę

ła cicho przez Erie. Zdumiony byłem 

niesłychan

ą

 szybko

ś

ci

ą

 i łatwo

ś

ci

ą

 z jak

ą

 si

ę

 dokonało przekształcenie Grozy 

na statek podwodny.

ż

 teraz pocznie nieustraszony Król Przestrzeni?… Najprawdopodobniej 

zmieni kierunek drogi, albo te

ż

 zbli

ż

y si

ę

 do brzegu i zmieni przyrz

ą

podwodny na samochód.

background image

Przypuszczenia moje nie sprawdziły si

ę

 wcale Po upływie najwy

ż

ej 

dziesi

ę

ciu minut usłyszałem jaki

ś

 ruch niezwykły. Nast

ą

piła bystra wymiana 

słów urywanych. Maszyny funkcyonowały z niezwykłym stukiem i hałasem. 
Domy

ś

liłem si

ę

ż

e si

ę

 co

ś

 zepsuło i statek musi znowu wypłyn

ąć

 na 

powierzchni

ę

 wody.

Tak si

ę

 te

ż

 i stało. Za chwil

ę

 blaski wieczorne wpadły do mojej kajuty. Na 

pokładzie usłyszałem kroki, otworzono klap

ę

… W mgnieniu oka byłem ju

ż

 na 

pokładzie. Kapitan siedział u steru.

Parowce znajdowały si

ę

 najwy

ż

ej o 

ć

wier

ć

 mili. Skoro tylko spostrzeg

ą

 

Groz

ę

 znowu rozpoczn

ą

 pogo

ń

. Płyn

ę

li

ś

my w kierunku Niagary. Wyznaj

ę

ż

kombinacyi kapitana nie rozumiałem zupełnie. Stracił chyba rozum, je

ż

eli 

wybiera drog

ę

 przez rzek

ę

, z której niema wyj

ś

cia. A mo

ż

e chce si

ę

 zbli

ż

y

ć

 do 

brzegów i ucieka

ć

 l

ą

dem?… Zreszt

ą

 mógłby przecie

ż

 płyn

ąć

 z wi

ę

ksz

ą

 

szybko

ś

ci

ą

, wyprzedzi

ć

 swych prze

ś

ladowców i pod osłon

ą

 nocy znikn

ąć

 im z 

oczu, zawracaj

ą

c chocia

ż

by ku zachodowi.

Buffalo zostało na prawo. Troch

ę

 po siódmej ujrzeli

ś

my Niagar

ę

.

Co teraz zrobi kapitan?… Spokojny, oboj

ę

tny nie raczył nawet 

obserwowa

ć

 parowców. Jezioro było zupełnie puste. Nie widzieli

ś

my nawet 

łódki rybackiej.

Niagara oddziela terytoryum kanadyjskie od ameryka

ń

skiego. Szeroko

ść

 

jej wynosi prawie 3/4 mili; zbli

ż

aj

ą

c si

ę

 ku wodospadom rzeka zw

ęż

a si

ę

 

znacznie. Przestrze

ń

 mi

ę

dzy Erie a Ontario równa si

ę

 pi

ę

tnastu milom. 

ż

nica mi

ę

dzy poziomem wód Erie, a Ontario wynosi 340 stóp; wysoko

ść

 

wodospadu ma przeszło 150 stóp. Wodospad nosi nazw

ę

 „Wodospadu 

podkowy” poniewa

ż

 przypomina nieco kształt podkowy; Indyanie zowi

ą

 go 

Wodo-grzmotem”, huk bowiem spadaj

ą

cych wód podobny jest do huku 

grzmotu, który si

ę

 rozlega nieustannie i słysze

ć

 si

ę

 daje w promieniu wielu mil 

dokoła. Mi

ę

dzy Buffalo a miasteczkiem Niagara-Falls znajduj

ą

 si

ę

 dwie 

wyspy: wyspa Navy o mil

ę

 powy

ż

ej „wodospadu podkowy” i wyspa Goat-

Island, oddzielaj

ą

ca wodospad kanadyjski od ameryka

ń

skiego. Na cyplu tej 

wyspy, prawie nad sam

ą

 przepa

ś

ci

ą

, wznosiła si

ę

 niegdy

ś

 wie

ż

Ż

ółwia

dzisiaj j

ą

 zwalono wobec cofania si

ę

 bowiem wodospadu, fale byłyby j

ą

 

uniosły w otchła

ń

 bezdenn

ą

.

Na wysoko

ś

ci wyspy Navy le

żą

 dwa miasteczka: Schlosser na prawym 

brzegu Niagary, Chipewa na lewym. St

ą

d ju

ż

 pr

ą

d rzeki staje si

ę

 

gwałtowniejszy, a o dwie mile poni

ż

ej wody spadaj

ą

 z wysoko

ś

ci 150 stóp, 

tworz

ą

c sławne wodospady.

Groza min

ę

ła fort Erié. Sło

ń

ce chyliło si

ę

 ku zachodowi, a okr

ą

gła tarcza 

ksi

ęż

yca wychylała si

ę

 z mgieł południo-wschodu.

Za godzin

ę

 zapadnie noc.

Parowce, p

ę

dz

ą

c cał

ą

 sił

ą

 pary oddalone były jeszcze prawi

ę

 o mil

ę

Mkn

ę

li

ś

my szybko w

ś

ród brzegów, ocienionych drzewami i zielonemi 

równinami, w

ś

ród których bieliły si

ę

 g

ę

ste dworki.

Nie mogłem poj

ąć

 taktyki kapitana. Za pół godziny najwy

ż

ej zagrodz

ą

 

nam drog

ę

 wodospady. Odwrót uniemo

ż

liwiały parowce, któreby niew

ą

tpliwie 

zatopiły… Groz

ę

.

Musz

ę

 si

ę

 wi

ę

c zdecydowa

ć

 wreszcie na ucieczk

ę

, rzuci

ć

 si

ę

 wpław i 

dosta

ć

 si

ę

 na wysp

ę

 Navy. Lecz czułem, 

ż

e teraz wła

ś

nie jestem 

ś

ledzony 

background image

pilnie. Jeden z marynarzy nie spuszczał mnie z oczu. A wi

ę

c los mój zwi

ą

zany 

ś

ci

ś

le z losem Króla Przestrzeni!

Odległo

ść

 mi

ę

dzy Groz

ą

 a parowcami, zmniejsza si

ę

 z ka

ż

d

ą

 chwil

ą

Czy

ż

by wskutek ostatniego wypadku cudowny statek nie mógł si

ę

 ju

ż

 

porusza

ć

 z wi

ę

ksz

ą

 szybko

ś

ci

ą

?… kapitan jednak nie zdradza najmniejszego 

niepokoju… nie zbli

ż

a si

ę

 do brzegu.

Z jednej strony słyszymy gwizd wypuszczanej pary, widzimy g

ę

ste słupy 

czarnego dymu – z drugiej dochodzi nas ryk wodospadów, odległych najwy

ż

ej 

o trzy mile.

Płyniemy w pobli

ż

u lewego brzegu rzeki, mijamy Navy. Przed nami 

widniej

ą

 ju

ż

 wysokie drzewa na Goat-Island. Pr

ą

d staje si

ę

 coraz 

bystrzejszy… Za chwil

ę

 parowce zmuszone b

ę

d

ą

 zaprzesta

ć

 pogoni… Nie 

mog

ą

 przecie

ż

 

ś

ciga

ć

 przekl

ę

tego kapitana w spienionych nurtach 

wodogrzmotu, nie pójd

ą

 za nim w przepa

ść

, 180 stóp gł

ę

bok

ą

.

Istotnie, przeci

ą

gły 

ś

wist maszyn – rozdziera powietrze; parowce 

zatrzymuj

ą

 si

ę

 na odległo

ś

ci 500-600 stop od wodospadu. Rozlegaj

ą

 si

ę

 

wystrzały. Kilka kul armatnich przelatuje ponad Groz

ą

, nie wyrz

ą

dzaj

ą

c jej 

szkody.

Sło

ń

ce zaszło. Ksi

ęż

yc rzuca swe srebrne promienie na pogr

ąż

on

ą

 w 

mrokach ziemi

ę

. Szybko

ść

 pr

ą

du podwaja szybko

ść

 Grozy. Za chwil

ę

 uniesie 

nas ku czarnej, gro

ź

nej otchłani…

Z przera

ż

aniem spogl

ą

dam na znikaj

ą

ce brzegi Goat-Island. Drobniuchne 

bryzgi spienionych wód uderzaj

ą

 mnie po twarzy, chłodz

ą

c rozpalone czoło.

Powstaj

ę

 z miejsca, by rzuci

ć

 si

ę

 w rzek

ę

.

Lecz r

ę

ka marynarza chwyta mnie za rami

ę

.

Równocze

ś

nie uszu moich dochodzi gło

ś

ny huk motoru. Du

ż

e, dot

ą

niezrozumiałe dla mnie przyrz

ą

dy, umieszczone po obu bokach statku, 

roztaczaj

ą

 si

ę

 na podobie

ń

stwo skrzydeł… Groza wznosi si

ę

 w przestrze

ń

, a 

w sekund

ę

 pó

ź

niej przelatuje ponad rycz

ą

cym wodospadem, oblanym 

potokami seledynowego 

ś

wiatła.

ROZDZIAŁ XV

Gniazdo orle.

Kiedy nazajutrz zbudziłem si

ę

 z ci

ęż

kiego snu, Groza stała bez ruchu. 

Zrozumiałem to odrazu. Czy miałem zt

ą

d wnioskowa

ć

ż

e si

ę

 ju

ż

 znajdujemy 

w owej tajemniczej kryjówce, której dot

ą

d odnale

źć

 nie mogła 

ż

adna istota 

ludzka?…

Kapitan zabrał mnie z sob

ą

… Czy

ż

by zamierzał odsłoni

ć

 przede mn

ą

 tak 

starannie ukrywan

ą

 tajemnic

ę

?…

Dziwnem si

ę

 mo

ż

e wyda

ć

ż

e podczas podró

ż

y napowietrznej zasn

ą

łem 

tak gł

ę

doko. Nie mogłem poj

ąć

, jak si

ę

 to stało. Przypuszczam, 

ż

e do 

background image

jedzenia dosypano mi jakich

ś

 proszków usypiaj

ą

cych. Zapewne w ten sposób 

chciał mnie kapitan pozbawi

ć

 mo

ż

no

ś

ci zorjentowania si

ę

 k

ę

dy i dok

ą

lecimy. Ostatnie wra

ż

enie, które zapami

ę

tałem, było niezwykle pot

ęż

ne… 

Miałem wci

ąż

 jeszcze przed oczami te chwile, kiedy Groza, któr

ą

 ju

ż

 prawie 

porywały kł

ę

by spienionej wody pot

ęż

nym ruchem olbrzymich skrzydeł 

uniosła si

ę

 w powietrze…

A zatem niezwykły przyrz

ą

d Króla Przestrzeni miał zastosowanie 

czworakie: słu

ż

ył do je

ż

d

ż

enia po ziemi, do pływania po powierzchni wody, 

pod wod

ą

 i do latania w powietrzu. W ka

ż

dym 

ś

rodowisku mógł si

ę

 porusza

ć

 

z niepraktykowan

ą

 dot

ą

d sił

ą

, łatwo

ś

ci

ą

 i szybko

ś

ci

ą

! Przekształcenia 

dokonywały si

ę

 w czasie niesłychanie krótkim! Motor był zawsze jeden i ten 

sam… lecz sk

ą

d czerpał 

ź

ródło swej energii o tem nie miałem poj

ę

cia… Kim 

był ten genjalny Król Przestrzeni, którego zr

ę

czno

ść

 i odwag

ę

 mogłem 

podziwia

ć

 wczoraj?

Gdy przelatywali

ś

my ponad wodospadem wieczór był jasny, widziałem 

wi

ę

c doskonale, jak o trzy mile min

ę

li

ś

my most Suspension, poni

ż

ej 

wodospadu Podkowy, gdzie pr

ą

d rzeki jest najsilniejszy. St

ą

d te

ż

 Niagara 

zwraca si

ę

 ku Ontario. Zaraz za mostem skierowali

ś

my si

ę

 lekko ku 

wschodowi. Kapitan stał zawsze przy sterze. Kierował Groz

ą

 z łatwo

ś

ci

ą

 

zupełn

ą

. Widocznie w powietrzu czuł si

ę

 równie bezpiecznym, jak na l

ą

dzie i 

morzu.

Wobec podobnych rezultatów przestała mnie zadziwia

ć

 bezdenna pycha 

tego, który mianował siebie Królem Przestrzeni. Miał przecie

ż

 do swego 

rozporz

ą

dzenia przyrz

ą

d jedyny w swoim rodzaju, przewy

ż

szaj

ą

cy wszystko, 

co dot

ą

d stworzył rozum ludzki, i z którym wszelka walka była 

niepodobie

ń

stwem… Pocó

ż

 miał go sprzedawa

ć

 za miliony?… Có

ż

by za nie 

mógł naby

ć

 lepszego?

W pół godziny pó

ź

niej ogarn

ę

ło mnie obezwładnienie zupełne. Nie 

pozostał mi nawet cie

ń

 wspomnienia, co zaszło pó

ź

niej owej nocy z 31 lipca 

na l sierpnia.

Obudziłem si

ę

 w tej samej kajucie, w której sp

ę

dziłem noc na jeziorze 

Erie. Skonstatowałem odrazu, 

ż

Groza znajduje si

ę

 w spoczynku zupełnym. 

Nie odczuwałem najl

ż

ejszych porusze

ń

. Widocznie znajdowali

ś

my si

ę

 gdzie

ś

 

na l

ą

dzie. Spróbowałem. podnie

ść

 klap

ę

, wiod

ą

c

ą

 na pokład. Daremnie.

Czy

ż

by trzymano mnie w zamkni

ę

ciu a

ż

 do chwili, gdy Groza rozpocznie 

znowu w

ę

drówk

ę

 napowietrzn

ą

 lub podwodn

ą

?…

Łatwo zrozumie

ć

 niepokój i gor

ą

czkow

ą

 nie cierpliwo

ść

, które mnie 

ogarn

ę

ły.

Po upływie kwadransa usłyszałem jaki

ś

 hałas, jakby szmer podnoszonych 

sztab. Otwarto klap

ę

, potoki 

ś

wiatła i powietrza zalały kajut

ę

.

Jednym skokiem znalazłem si

ę

 na pokładzie. Oczy moje skwapliwie obj

ę

ły

horyzont.

Znajdowali

ś

my si

ę

 na ziemi. Groza stała w 

ś

rodku owalnej płaszczyzny, 

pokrytej 

ż

ółtawym zwirem i maj

ą

cej od 15-18 stóp w obwodzie. Dokoła 

wznosiły si

ę

 wysokie skały. Nigdzie ani jednej trawki. Poni

ż

ej rozci

ą

gało si

ę

 

jakby morze g

ę

stej mgły, przez któr

ą

 nie przebijał si

ę

 ani jeden promyk 

sło

ń

ca. Lekkie obłoczki czepiały si

ę

 nawet piaszczystego dna platformy.

Widocznie ranek był jeszcze wczesny. Uczuwałem silny chłód, pomimo, 

background image

ż

e był to 1-y sierpnia. Wnioskowałem zt

ą

d, 

ż

e si

ę

 znajdujemy na znacznej 

wysoko

ś

ci, lecz gdzie mianowicie… nie miałem najmniejszego poj

ę

cia. Od 

chwili odlotu z nad Niagary upłyn

ę

ło najwy

ż

ej godzin dwana

ś

cie, Groza wi

ę

nie miałaby czasu na przebycie Atlantyku lub oceanu Spokojnego. Byli

ś

my 

wi

ę

c stanowczo na terytoryum Nowego 

Ś

wiata.  Niekiedy w

ś

ród mgły 

zarysowywały si

ę

 sylwetki du

ż

ych ptaków drapie

ż

nych, które swym krzykiem 

chrapliwym zakłócały gł

ę

bok

ą

 cisz

ę

 poranku. Mo

ż

e przeraził je widok potwora 

o skrzydłach pot

ęż

nych, z którym si

ę

 mierzy

ć

 nie mogły ani co do siły ani co 

do szybko

ś

ci.

Nagle ujrzałem kapitana. Wysun

ą

ł si

ę

 z pomi

ę

dzy grupy głazów 

sk

ą

panych we mgle. Na mnie nie spojrzał.

Obaj towarzysze zbli

ż

yli si

ę

 ku niemu. Po chwili wszyscy znikn

ę

li w grocie, 

otwieraj

ą

cej si

ę

 u stóp skał. Miałem wi

ę

c swobod

ę

 zupełn

ą

. Postanowiłem 

skorzysta

ć

 z dobrej sposobno

ś

ci i przyjrze

ć

 si

ę

 bli

ż

ej Grozie.

Wszystkie klapy z wyj

ą

tkiem tej, która prowadziła do mojej kajuty, były 

zamkni

ę

te na głucho. O zbadaniu zatem wewn

ę

trznej budowy statku nie 

mogłem nawet marzy

ć

.

Wobec tego zeskoczyłem na ziemi

ę

 i zacz

ą

łem ogl

ą

da

ć

 Groz

ę

 z 

zewn

ą

trz. Miała ona kształt wrzecionowaty, z przodu wi

ę

cej zaostrzony ni

ż

 z 

tyłu, pudło z aluminium, a skrzydła z jakiego

ś

 dziwnego, nieznanego mi wcale 

materyału. Cztery koła o dwustopowej 

ś

rednicy obwiedzione były gum

ą

, która 

zapewniała cicho

ść

 biegu nawet przy najwi

ę

kszej szybko

ś

ci.

Szprychy kół rozszerzały si

ę

, tworz

ą

c rodzaj szufli, ułatwiało to 

niezmiernie poruszanie si

ę

 na wodzie i pod wod

ą

.

Główn

ą

 cz

ęść

 mechanizmu stanowiły dwie turbiny Parsona, umieszczone 

po obu stronach statku w kierunku jego długo

ś

ci. Wprawiane w ruch obrotowy 

przez jaki

ś

 motor nieznany, przenosiły statek przez przestrzenie wodne z 

szybko

ś

ci

ą

 niesłychan

ą

 Kto wie czy nie ułatwiały równocze

ś

nie lokomocji w 

powietrzu?… Niew

ą

tpliwie jednak do szybowania w przestrzeni słu

ż

yły 

olbrzymie skrzydła, które w stanie spoczynku przylegały 

ś

ci

ś

le do jego boków.

A zatem przyrz

ą

d do latania oparty był na zasadzie ci

ęż

ko

ś

ci wi

ę

kszej od 

powietrza.

Sił

ą

, poruszaj

ą

c

ą

 mechanizm tak niezwykły, mogła by

ć

 tylko 

elektryczno

ść

. Z jakiego 

ź

ródła czerpały j

ą

 akumulatory? Mo

ż

e wła

ś

nie w 

jednej z tych pieczar podziemnych, w której si

ę

 ukryli marynarze, pracowały 

pot

ęż

ne dynamomaszyny wytwarzaj

ą

ce niewyczerpane zapasy energii?

Obejrzałem koła, turbiny, skrzydła, lecz mechanizm wewn

ę

trzny i siła 

poruszaj

ą

ca pozostały dla mnie zagadk

ą

. Có

ż

by mi zreszt

ą

 przyszło z 

odsłoni

ę

cia tej tajemnicy, je

ż

eli do ko

ń

ca 

ż

ycia pozosta

ć

 mam wi

ęź

niem Króla 

Przestrzeni?!

Przy

ś

wiecała mi wprawdzie, nadzieja ucieczki… Lecz czy si

ę

 nadarzy 

sposobno

ść

 odpowiednia?… i kiedy?…

Przedewszystkiem nale

ż

ało zbada

ć

 miejsce, gdzie

ś

my si

ę

 znajdowali 

obecnie. Czy istnieje jakiekolwiek poł

ą

czenie mi

ę

dzy t

ą

 płaszczyzn

ą

 

zamkni

ę

t

ą

, a 

ś

wiatem otaczaj

ą

cym? jakie wyj

ś

cie z po

ś

ród tych wysokich, 

zwartych skał? Jak daleko jeste

ś

my od Erie? W jakiej cz

ęś

ci Stanów 

Zjednoczonych?

Coraz uparciej nasuwało mi si

ę

 przypuszczenie czy tem gniazdem 

background image

skalistem nie jest owo Great-Eyry, dost

ę

pne jedynie dla orłów i s

ę

pów? Lecz 

dla Króla Przestrzeni 

ś

wiat cały stoi otworem. Mógł wi

ę

c zało

ż

y

ć

 sw

ą

 siedzib

ę

 

w miejscu, gdzie go najczujniejsza policya wytropi

ć

 nie zdoła, a 

ż

adne 

zamachy nie dosi

ę

gn

ą

. Odległo

ść

 mi

ę

dzy Great-Eyry i Niagara-Falls wynosi 

najwy

ż

ej 450 mil, zatem Groza bez trudu mogła je przeby

ć

 w przeci

ą

gu nocy.

My

ś

l ta wypierała powoli wszystkie inne przypuszczenia… Zaczynałem 

pojmowa

ć

 zwi

ą

zek, zachodz

ą

cy mi

ę

dzy Great-Eyry i listem podpisanym 

inicyałami K. P., a Królem Przestrzeni i tajemniczym jego wehikułem. Gro

ź

by, 

wyra

ż

one w li

ś

cie, 

ś

ledzenie moich kroków, niezrozumiałe zjawisko… 

wszystko to powoli stawało si

ę

 jasnem… Gdyby

ż

 si

ę

 tylko mgły rozproszyły 

pr

ę

dzej!… Mo

ż

ebym rozpoznał co

ś

kolwiek… mo

ż

eby si

ę

 wreszcie moje 

przypuszczenia zamieniły w pewno

ść

?…

Postanowiłem płaszczyzn

ę

 obej

ść

 wokoło.

Poniewa

ż

 kapitan i obaj jego towarzysze znajdowali si

ę

 w grocie 

północnej, rozpocz

ą

łem badania od strony południowej.

O wysoko

ś

ci skalistej poszarpanej 

ś

ciany nic s

ą

dzi

ć

 nie mogłem, 

wierzchołki jej bowiem ton

ę

ły we mgle. Jedno tylko rzuciło mi si

ę

 w oczy, a 

mianowicie gatunek skały był to szpat polny, tworz

ą

cy cały ła

ń

cuch 

Alleghanów.

Kapitan i jego towarzysze nie wychodzili z groty, przed któr

ą

 stały 

skrzynie, przywiezione z Black-Rock. Widocznie zaj

ę

ci byli ich 

rozpakowywaniem.

Posuwałem si

ę

 naprzód z wielk

ą

 ostro

ż

no

ś

ci

ą

, rozgl

ą

daj

ą

c si

ę

 bacznie 

dokoła. Tu i owdzie dostrzegałem kawałki drzewa, kupki zeschłych traw, 
odci

ś

ni

ę

te na piasku 

ś

lady kroków ludzkich. Najwi

ę

cej uderzyły mnie grube 

pokłady popiołu, odłamki zw

ę

glonych desek i belek, okucia metalowe, 

zniszczone przez ogie

ń

, i resztki popalonych cz

ą

stek jakiego

ś

 mechanizmu.

Widocznie miejsce to, niezbyt dawno jeszcze było widowni

ą

 olbrzymiego 

po

ż

aru. I znowu mimowoli przyszły mi na my

ś

l tajemnicze zjawiska na Great-

Eyry, buchaj

ą

ce płomienie, huk zagadkowy i hałasy dziwne, które takiem 

przera

ż

eniem napełniły mieszka

ń

ców Pleasant-Garden i Morgantonu. Wtem 

powiał od wschodu wicher gwałtowny i rozdarł mgły. Potoki 

ś

wiatła zalały 

płaszczyzn

ę

.

Z piersi mej wyrwał si

ę

 okrzyk!…

Na wschodniej stronie skalistego zr

ę

bu ujrzałem sylwetk

ę

 skały, 

przypominaj

ą

c

ą

 orła z rozpostartemi skrzydłami, któr

ą

 zauwa

ż

yli

ś

my z p. 

Eliaszem Smithem podczas wyprawy na Great-Eyry!…

A zatem w

ą

tpliwo

ś

ci sko

ń

czone! Pot

ęż

ny, olbrzymi ptak, gienjalny twór 

Króla Przestrzeni, gnie

ź

dził si

ę

 na Great-Eyry, gdzie nikt inny dosta

ć

 si

ę

 nie 

mógł… A mo

ż

e istnieje jakie

ś

 przej

ś

cie podziemne, które pozwala kapitanowi 

wydosta

ć

 si

ę

 na 

ś

wiat szerszy, pozostawiaj

ą

c Groz

ę

 w bezpiecznem 

schronieniu?!…

Nareszcie wi

ę

c zrozumiałem wszystko, co dot

ą

d było dla mnie zagadk

ą

 

pal

ą

c

ą

. W my

ś

li mej przesuwały si

ę

 kolejno wszystkie tajemnicze, 

niepokoj

ą

ce zjawiska i wypadki. Stałem nieruchomo wpatrzony w sylwetk

ę

 

kamiennego orła, a my

ś

li najsprzeczniejsze kotłowały pod czaszk

ą

… Czy

ż

 

obowi

ą

zek nie nakazuje mi pokusi

ć

 si

ę

 o zniszczenie przyrz

ą

du, który tyle 

szkody wyrz

ą

dzi

ć

 mo

ż

e ludzko

ś

ci?…

background image

Poza mn

ą

 rozległy si

ę

 jakie

ś

 kroki.

Obróciłem si

ę

To kapitan zbli

ż

ał si

ę

 powoli, patrz

ą

c mi prosto w oczy.

Straciłem panowanie nad sob

ą

. Z ust mych zerwały si

ę

 wyrazy:

– Great-Eyry! Great-Eyry!

– Tak, inspektorze Strock!

– A pan… pan jeste

ś

 Królem Przestrzeni!

– I panem 

ś

wiata, któremu ju

ż

 pierwej dałem si

ę

 pozna

ć

, jako 

najpot

ęż

niejszy z ludzi.

– Pan?! – zawołałem w zdumieniu najwy

ż

szem.

– Tak, ja! – odparł prostuj

ą

c si

ę

 dumnie – jestem Robur… Robur 

zwyci

ę

zca!…

ROZDZIAŁ XVI

Robur zwyci

ę

zca.

Wzrost 

ś

redni, ramiona kwadratowe, szyja herkulesowa, muskularna, 

głowa okr

ą

gła, oczy płomienne, mi

ę

sie

ń

 brwiowy, 

ś

ci

ą

gaj

ą

cy si

ę

 kurczowo, 

oznaka energii niezłomnej; włosy krótkie lekko k

ę

dzierzawe, z połyskiem 

metalicznym, piersi szerokie, wznosz

ą

ce si

ę

 i opadaj

ą

ce jak miech kowalski, 

r

ę

ce, ramiona i nogi jakby wykute z kamienia, szeroka ameryka

ń

ska bródka, 

pozwalaj

ą

ca podziwia

ć

 pot

ęż

n

ą

 budow

ę

 szcz

ę

k, której mi

ęś

nie 

ż

uchwowe 

zdawały si

ę

 posiada

ć

 sił

ę

 niezwykł

ą

 – oto portret człowieka, który dnia 12-go 

czerwca 19… ukazał si

ę

 w Filadelfii, na posiedzeniu Instytutu Weldona.

Ten człowiek niezwykły stał dzi

ś

 przede mn

ą

 w niedost

ę

pnem gnie

ź

dzie 

skalistem, rzucaj

ą

c mi swe imi

ę

 rozgło

ś

ne jako gro

ź

b

ę

 lub wyzwanie.

Tutaj musz

ę

 w krótko

ś

ci przypomnie

ć

 zdarzenia, które niegdy

ś

 

ś

ci

ą

gn

ę

ły 

na Robura uwag

ę

 całej Ameryki.

12-go czerwca wieczorem w Filadelfii na posiedzeniu Instytutu Weldona 

omawiano kwesty

ę

 kierowania balonami. Prezesem był wtedy Uncle Prodent, 

jedna z najwybitniejszych osobisto

ś

ci Pensylwanii, a sekretarzem Phil Evans.

Dzi

ę

ki staraniom rady administracyjnej zbudowano balon, którego 

obj

ę

to

ść

 wynosiła czterdzie

ś

ci tysi

ę

cy metrów sze

ś

ciennych. Przypuszczano, 

ż

e balon ten b

ę

dzie mógł si

ę

 porusza

ć

 w kierunku poziomym za pomoc

ą

 

maszyny dynamoelektrycznej, lekkiej i pot

ęż

nej, która miała wprowadzi

ć

 w 

obrót 

ś

rub

ę

. Gdzie jednak umie

ś

ci

ć

 j

ą

 nale

ż

ało? Co do tej kwestyi, członkowie

Instytutu w 

ż

aden sposób porozumie

ć

 si

ę

 nie mogli. Jedni twierdzili, 

ż

e z tyłu, 

drudzy, 

ż

e na przodzie łódki.

Tego wieczora dyskusya była tak o

ż

ywiona, 

ż

e nieomal doszło do walki. 

W chwili najwi

ę

kszego roznami

ę

tnienia wo

ź

ny oznajmił, 

ż

e jaki

ś

 

cudzoziemiec domaga si

ę

 wprowadzenia go na sal

ę

 obrad.

background image

Był to Robur. Udzielono mu prawa głosu. Gdy zacz

ą

ł mówi

ć

 zapanowała 

cisza gł

ę

boka. Wychodz

ą

c z zasady, 

ż

e człowiek opanował morze przy 

pomocy statków 

ż

aglowych, kołowych lub 

ś

rubowych, Robur twierdził, 

ż

przyrz

ą

dy do latania musz

ą

 by

ć

 ci

ęż

sze od powietrza, a

ż

eby si

ę

 w niem 

mogły porusza

ć

 swobodnie.

Była to nieustaj

ą

ca kwestya sporna. Tym razem wi

ę

kszo

ść

 członków 

o

ś

wiadczyła si

ę

 za zasad

ą

 ci

ęż

ko

ś

ci mniejszej od powietrza. Walka toczyła 

si

ę

 z tak

ą

 zaci

ę

to

ś

ci

ą

ż

e Robur, któremu przeciwnicy nadali ironiczne miano 

zwyci

ę

zcy, zmuszony został do opuszczenia sali.

W kilka godzin pó

ź

niej, prezes i sekretarz instytutu, oraz towarzysz

ą

cy im 

lokaj Frycolin przechodz

ą

c przez Fairmont-Park zostali porwani przez jakich

ś

 

ludzi nieznanych, którzy zakneblowali im usta, zwi

ą

zali r

ę

ce, zaprowadzili w 

ą

b parku, i mimo oporu wsadzili do dziwnego przyrz

ą

du, ukrytego na 

oddalonej polance.  Nazajutrz trzej wi

ęź

niowie wraz z Roburem szybowali w 

przestrzeni, przelatuj

ą

c ponad okolic

ą

, która wydawała si

ę

 im całkiem obc

ą

.

Uncle Prudent i Phil Evans sprawdzili na podstawie własnego 

do

ś

wiadczenia, 

ż

e przyrz

ą

d do latania, oparty na zasadzie ci

ęż

ko

ś

ci wi

ę

kszej 

od powietrza, odpowiadał w zupełno

ś

ci swemu przeznaczeniu.

Przyrz

ą

d ten, obmy

ś

lony i wykonany przez in

ż

yniera Robura, polegał na 

dwojakiem działaniu 

ś

ruby, która przy obrocie post

ę

puje w kierunku swej osi. 

Je

ż

eli o

ś

 tkwi pionowo, balon wznosi si

ę

 w kierunku pionowym; je

ż

eli 

poziomo, balon posuwa si

ę

 naprzód po linii poziomej.

Długo

ść

 Albatrosa wynosiła trzydzie

ś

ci metrów. Z przodu i z tyłu statku 

umieszczone były 

ś

ruby okr

ę

towe. Prócz tego znajdował si

ę

 jeszcze cały 

system 

ś

rub, osadzonych na osiach pionowych: po pi

ę

tna

ś

cie z ka

ż

dej strony 

pudła i siedem w 

ś

rodkowej cz

ęś

ci przyrz

ą

du. Dumnie sterczało trzydzie

ś

ci 

siedem masztów, opatrzonych nie 

ż

aglami, lecz pr

ę

tami, którym maszyny, 

ustawione na dnie statku, nadawały ruch obrotowy, szybko

ś

ci zdumiewaj

ą

cej.

Sił

ą

 poruszaj

ą

c

ą

 motor, była niew

ą

tpliwie elektryczno

ść

, lecz nikt si

ę

 

nigdy nie dowiedział, zk

ą

d j

ą

 czerpał genjalny wynalazca. 

Najprawdopodobniej z otaczaj

ą

cego powietrza, zawsze mniej lub wi

ę

cej 

naładowanego elektryczno

ś

ci

ą

; podobnie ów słynny kapitan Nemo do 

poruszania swego Nautilusa brał elektryczno

ść

 z otaczaj

ą

cej wody.

Zreszt

ą

 tajemnicy tej nie zbadał ani Uncle Prudent ani Phil Evans w 

przeci

ą

gu całej napowietrznej w

ę

drówki.

Załoga Robura składała si

ę

 z o

ś

miu ludzi: z nadzorcy Turnera, trzech 

maszynistów, dwu pomocników i kucharza.

– Przyrz

ą

d mój – mówił Robur – do ludzi, którzy wbrew swej woli wzi

ę

li 

udział w jego podró

ż

y, daje mi panowanie nad przestrzeni

ą

, nad Ikary

ą

 

powietrzn

ą

, siódm

ą

 cz

ęś

ci

ą

 

ś

wiata, która obszarem swym przewy

ż

sza 

Europ

ę

, i Ameryk

ę

 i Afryk

ę

 i Azy

ę

 i Australi

ę

 i oceany razem wzi

ę

te.

Biedny Uncle Prudent i Phil Evans rozpocz

ę

li awanturnicz

ą

 wypraw

ę

 na 

pokładzie Albatrosa. Wymawiali si

ę

 daremnie. Protest ich Robur odrzucił 

prawem silniejszego. Musieli si

ę

 zastosowa

ć

 do jego woli.

Albatros p

ę

dził ku zachodowi. Przeleciał ponad olbrzymim ła

ń

cuchem Gór 

Skalistych, ponad równinami Kalifornii, min

ą

ł San Francisco, północn

ą

 cz

ęść

 

oceanu Spokojnego, Kamczatk

ę

. Oczom podró

ż

ników ukazywały si

ę

 kolejno 

krainy Pa

ń

stwa Niebieskiego; podziwiali malowniczy Pekin otoczony murem 

background image

poczwórnym. Potem Albatros wzniósł si

ę

 jeszcze wy

ż

ej, przeleciał ponad 

ś

nie

ż

nymi szczytami i błyszcz

ą

cymi lodowcami Himalajów, ponad Persy

ą

 i 

morzem Kaspijskiem. Tu przekroczono granic

ę

 Europy i zboczono nieco z 

kierunku zachodniego, zwracaj

ą

c si

ę

 ku dolinie Wołgi. Ludno

ść

 Moskwy, 

Petersburga, Finlandyi i wybrze

ż

y Bałtyku ze zdumieniem patrzyła na ten 

niezwykły statek napowietrzny.

Podró

ż

nicy przeci

ę

li półwysep Skandynawski po linii, wiod

ą

cej od 

Sztokholmu do Chrystyanii, poczem skierowali si

ę

 na południe, d

ążą

c przez 

Francy

ę

 ku Włochom. Nad Pary

ż

em Albatros obni

ż

ył swój lot i zawisł ponad 

stolic

ą

 

ś

wiata, rzucaj

ą

c na zdumion

ą

 ziemi

ę

 snopy l

ś

ni

ą

cych promieni.

Robur i jego towarzysze przemkn

ę

li ponad Florency

ą

, Rzymem i 

Neapolem; przerzynaj

ą

c uko

ś

nie morze 

Ś

ródziemne znale

ź

li si

ę

 ponad 

olbrzymi

ą

 Afryk

ą

 koło przyl

ą

dka Spartel. Tu znowu zmienili kierunek: zwrócili 

si

ę

 ku wschodowi, przelecieli ponad Marokko, Algierem, Tunisem, Trypolisem 

a

ż

 do Egiptu. Pó

ź

niej pomkn

ę

li ku Timbuktu, a ztamt

ą

d przez Sudan do 

Atlantyku.

Trzymaj

ą

c si

ę

 ci

ą

gle kierunku południowo-zachodniego, przelatywał 

Albatros ponad rozległ

ą

 wodn

ą

 płaszczyzn

ą

. Nie straszyły go ani burze 

gwałtowne, ani tr

ą

by powietrzne. Zimna krew i zr

ę

czno

ść

 sternika 

wyprowadzała zawsze z niebezpiecze

ń

stwa.

Przy wej

ś

ciu do cie

ś

niny Magellana ujrzeli znowu ziemi

ę

. Od przyl

ą

dku 

Horn skierowali si

ę

 na południe, pod nimi rozci

ą

gały si

ę

 puste, bezludne 

krainy oceanu Antarktycznego; przebyli walk

ę

 z cyklonem i dosi

ę

gli ziemi 

Grahama; w blaskach wspaniałej zorzy południowej godzin kilka kołysał si

ę

 

balon nad samym biegunem. Poczem silny huragan uniósł go a

ż

 do ziej

ą

cego 

ogniem wulkanu Erebusa. Cudem zaledwie zdołali unikn

ąć

 zguby.

W ko

ń

cu lipca wrócili znowu ponad ocean Spokojny. Wreszcie na 

wybrze

ż

u jednej z wysp oceanu Indyjskiego zarzucili kotwic

ę

. Poraz pierwszy 

od chwili odjazdu Albatros, utrzymywany w powietrzu przez spr

ęż

yny 

hamuj

ą

ce, zawisł nieruchomo, na wysoko

ś

ci stu pi

ęć

dziesi

ę

ciu stóp ponad 

ziemi

ą

.

Była to wyspa Chatham, poło

ż

ona o 15º na wschód od Nowej Zelandyi. 

Albatros musiał si

ę

 tutaj zatrzyma

ć

 dla naprawienia uszkodze

ń

, które 

wyrz

ą

dził ostatni huragan.

Nast

ę

pnie Robur miał zamiar wyruszy

ć

 na wysp

ę

 X, le

żą

c

ą

 na oceanie 

Spokojnym i oddalon

ą

 o 2800 mil, gdzie niegdy

ś

 zbudował swój statek 

cudowny.

Uncle Prudent i Phil Evans jasno sobie zdawali spraw

ę

ż

e ich 

przymusowa w

ę

drówka mo

ż

e si

ę

 przedłu

ż

y

ć

 do niesko

ń

czono

ś

ci. Blisko

ść

 

ziemi wydała si

ę

 im wyborn

ą

 sposobno

ś

ci

ą

 do ucieczki.

Lina przyczepiona do kotwicy miała zaledwie sto pi

ęć

dziesi

ą

t stóp 

długo

ś

ci Nie trudno wi

ę

c było w nocy spu

ś

ci

ć

 si

ę

 po niej ku ziemi, z 

nadej

ś

ciem 

ś

witu jednak spostrze

ż

onoby niew

ą

tpliwie ucieczk

ę

 i schwytano 

dezerterów.

Wobec tego nieszcz

ęś

liwi je

ń

cy zdobyli si

ę

 na pomysł zuchwały: oto 

postanowili zaopatrzy

ć

 si

ę

 w nabój dynamitowy, który mo

ż

na było wzi

ąć

 

niepostrze

ż

enia z zapasu amunicyi Albatrosa i wysadzi

ć

 w powietrze statek 

wraz z jego załog

ą

 i Roburem. Mieli nadziej

ę

ż

e, nim lont si

ę

 spali, oni zd

ążą

 

background image

spu

ś

ci

ć

 si

ę

 po linie i z ziemi przygl

ą

da

ć

 si

ę

 b

ę

d

ą

 zniszczeniu Albatrosa, z 

którego nie pozostanie nawet szcz

ą

tków.

Zamiar swój wykonali. Zapalili lont i ostro

ż

nie spu

ś

cili si

ę

 na ziemi

ę

. Lecz 

ucieczk

ę

 ich zauwa

ż

ono natychmiast. Z pokładu rozległy si

ę

 wystrzały, 

szcz

ęś

ciem jednak nie dosi

ę

gły 

ż

adnego z uciekinierów. Wtedy Uncle 

Prudent przeci

ą

ł lin

ę

 Albatros za

ś

, pozbawiony 

ś

rub hamuj

ą

cych uniesiony 

wiatrem i zmia

ż

d

ż

ony wybuchem miny pogr

ąż

ył si

ę

 w falach oceanu 

Spokojnego.

Od czasu owej nocy z 12-go na 13-ty czerwca, kiedy Uncle Prudent, Phil 

Evans i Frycolin po wyj

ś

ciu z Instytutu Weldona zgin

ę

li bez 

ś

ladu, nie 

słyszano o nich ani słowa. Nikt si

ę

 nawet nie domy

ś

lał co si

ę

 z nimi stało. 

Udział Robura w tajemniczej sprawie znikni

ę

cia oczywi

ś

cie nikomu nie mógł 

przyj

ść

 na my

ś

l.

Koledzy szanowanych powszechnie członków Instytutu niepokoili si

ę

 

ogromnie o ich los.

Rozpocz

ę

to poszukiwania, udaj

ą

c si

ę

 nawet o pomoc do policyi. 

Powysyłano depesze na wszystkie kra

ń

ce 

ś

wiata, nawet wyznaczono 

nagrod

ę

 w kwocie 5000 dolarów za jak

ą

kolwiek wiadomo

ść

 o zaginionych. 

Lecz wszystkie te zabiegi nie przyniosły 

ż

adnych rezultatów. W całem 

pa

ń

stwie panowało ogromne zainteresowanie. Chwile te zapami

ę

tałem 

wybornie.

Nagle 20-go wrze

ś

nia po całej Filadelfii rozbiegła si

ę

 błyskawicznie wie

ść

 

sensacyjna.

Uncle Prudent i Phil Evans ukazali si

ę

 w 

ś

cianach gmachu Instytutu 

Weldona.

Tego

ż

 wieczora zwołano posiedzenie nadzwyczajne. Członkowie z 

entuzjazmem powitali odzyskanych kolegów, którzy na zadawane im pytanie 
odpowiadali z wielk

ą

 ostro

ż

no

ś

ci

ą

 albo te

ż

 zachowywali intryguj

ą

ce milczenie.

Prawda wykryła si

ę

 pó

ź

niej.

Po zniszczeniu i znikni

ę

ciu Albatrosa, Uncle Prudent i Phil Evans znale

ź

li 

si

ę

 w poło

ż

eniu rozpaczliwem. Na wysp

ę

 Chatham statki zawijaj

ą

 rzadko. 

Nale

ż

ało wi

ę

c uzbroi

ć

 si

ę

 w cierpliwo

ść

 i pomy

ś

le

ć

 o zapewnieniu sobie 

ś

rodków do 

ż

ycia. W zachodniej cz

ęś

ci wyspy napotkali plemi

ę

 krajowców, 

które wcale go

ś

cinnie przyj

ę

ło rozbitków. Zaledwie po upływie pi

ę

ciu tygodni 

od zniszczenia Albatrosa jaki

ś

 statek 

ż

aglowy zabrał nieszcz

ę

snego prezesa, 

jego sekretarza i lokaja do Ameryki.

Po powrocie do kraju oddali si

ę

 całkowicie jedynemu zadaniu: postanowili 

doko

ń

czy

ć

 budowy balonu i wyruszy

ć

 ponownie do wy

ż

szych stref 

powietrznych, zk

ą

d tak niedawno wrócili.

28-go kwietnia roku nast

ę

pnego balon był ju

ż

 gotów do podró

ż

y. Kierowa

ć

 

nim miał znakomity aeronauta Harry Tinder

Od chwili powrotu Uncle Prudenta i Phil Evansa do Filadelfii nic zgoła nie 

słyszano o Roburze. Słusznie wi

ę

c i prezes i sekretarz mogli przypuszcza

ć

ż

e fale oceanu Spokojnego pochłon

ę

ły Albatrosa wraz z cał

ą

 załog

ą

.

W dniu naznaczonym na wzlot balonu tysi

ą

ce widzów zgromadziły si

ę

 w 

Fairmount Parku. Obj

ę

to

ść

 balonu była olbrzymia. Kwesty

ę

 sporn

ą

 co do 

umieszczenia 

ś

ruby rozstrzygni

ę

to w ten sposób, 

ż

e postanowiono u

ż

y

ć

 dwie 

background image

ś

ruby, umocowuj

ą

c jedn

ą

 z przodu, drug

ą

 z tyłu łódki. Motor elektryczny sił

ą

 

sw

ą

 przewy

ż

szał wszystko, co dot

ą

d uzyskano w tej gał

ę

zi.

Pogoda była wspaniała, niebo bez chmur, ani cienia wiatru.

O godzinie jedenastej wystrzał armatni oznajmił tłumom, 

ż

e balon gotów 

ju

ż

 do wzlotu.

– Przetnijcie lin

ę

!

Rzucił te słowa sakramentalne sam Uncle Prudent głosem silnym i 

dono

ś

nym.

Balon wolno i majestatycznie wzniósł si

ę

 w powietrze. Na wst

ę

pie 

posuwano si

ę

 czas jaki

ś

 w kierunku poziomym. Próba udała si

ę

 wy

ś

mienicie.

Nagle rozległ si

ę

 krzyk – krzyk powtórzony przez setki tysi

ę

cy ust!…

Na północo-zachodzie ukazała si

ę

 jaka

ś

 masa ruchoma, zmierzaj

ą

ca ku 

balonowi z szybko

ś

ci

ą

 niezwykł

ą

.

Był to taki sam przyrz

ą

d napowietrzny, który w roku zeszłym porwał 

szanownych członków Instytutu Weldona i przewiózł ich ponad Europ

ą

Afryk

ą

, Azy

ą

 i Ameryk

ą

.

– Albatros!… Albatros!…

Tak to był Albatros, a na pokładzie stał Robur zwyci

ę

zca we własnej 

osobie!

Łatwo sobie wyobrazi

ć

 zdumienie, a zarazem przera

ż

enie Uncle Prudenta 

i Phil Evansa!…

Po wybuchu miny szcz

ą

tki Albatrosa wraz z cał

ą

 załog

ą

 zapadły si

ę

 w 

morze. Szcz

ęś

ciem jednak przepływał tamt

ę

dy jaki

ś

 statek, który uratował 

ton

ą

cych i wysadził ich w Australii.

Ztamt

ą

d ju

ż

 nie trudno było Roburowi dosta

ć

 si

ę

 do wyspy X. My

ś

l zemsty 

opanowała go wył

ą

cznie. W tym celu sporz

ą

dził wkrótce nowy przyrz

ą

d do 

latania, który nawet przewy

ż

szał poprzedni. Kiedy doszła go wiadomo

ść

 o 

zamierzonym wzlocie byłych pasa

ż

erów Albatrosa, postanowił stawi

ć

 si

ę

 w 

Filadelfii w dniu i godzinie oznaczonej na prób

ę

.

Jakie zamiary miał w chwili obecnej?

Obok zemsty mogła nim jeszcze kierowa

ć

 ch

ęć

 wykazania pierwsze

ń

stwa 

Albatrosa nad wszystkiemi balonami i przyrz

ą

dami do latania, opartemi na 

zasadzie ci

ęż

ko

ś

ci mniejszej od powietrza.

Uncle Prudent i Phil Evans doskonale zdawali sobie spraw

ę

 z gro

żą

cego 

niebezpiecze

ń

stwa.

Pozostawała im jedynie ucieczka, lecz nie w kierunku poziomym, gdzieby 

Albatros do

ś

cign

ą

ł ich z łatwo

ś

ci

ą

, tylko w pionowym, do wy

ż

szych warstw 

atmosfery.

Wznie

ś

li si

ę

 zatem na wysoko

ść

 5000 metrów.

Albatros poszedł za nimi z cał

ą

 szybko

ś

ci

ą

, na jak

ą

 go było sta

ć

Odległo

ść

 mi

ę

dzy nim, a balonem zmniejszała si

ę

 z ka

ż

d

ą

 chwil

ą

. Lecz balon, 

z którego wyrzucono cz

ęść

 balastu, wzniósł si

ę

 o 1000 metrów ,jeszcze… 

Albatros, nadaj

ą

c spr

ęż

ynom coraz szybszy ruch post

ę

powy, nie ustawał w 

pogoni.

Nagle rozległ si

ę

 huk straszliwy. Nast

ą

pił wybuch. Pod naciskiem 

background image

nadmiernie rozszerzaj

ą

cego si

ę

 gazu, powłoka balonu przerwała si

ę

 z 

hałasem. Balon zacz

ą

ł szybko opada

ć

 ku ziemi.

Wtedy stała si

ę

 rzecz niespodziewana: Albatros pospieszył z pomoc

ą

 

gin

ą

cym. Robur zapomniał o zem

ś

cie i zabrał na swój pokład Uncle Prudenta, 

Phil Evansa i Tindera. W chwil

ę

 potem balon, jak łachman olbrzymi spadł na 

drzewa Fairmont Parku.

Publiczno

ść

 dr

ż

ała ze wzruszenia. i z przestrachu.

Co uczyni Robur z je

ń

cami?… Czy zabierze ich ze sob

ą

 w przestworza 

powietrzne?… Mo

ż

e tym razem ludzie ci odlec

ą

 niepowrotnie?…

W

ą

tpliwo

ś

ci rozwiały si

ę

 szybko. Albatros zacz

ą

ł gwałtownie spuszcza

ć

 

si

ę

 na dół, jak gdyby mi

ą

ł zamiar zarzuci

ć

 kotwic

ę

 w Fairmont Parku. Byłby to 

dowód odwagi szalonej, podniecony tłum mógł si

ę

 bowiem rzuci

ć

 na przyrz

ą

tak niezwykły i pochwyci

ć

 jego wła

ś

ciciela. Albatros opadał ci

ą

gle. Na 

wysoko

ś

ci 5-6 stóp zatrzymał si

ę

 nagle.

Nast

ą

piła chwila ogólnego wyczekiwania. W

ś

ród ciszy grobowej rozległ 

si

ę

 dono

ś

ny głos Robura:

– Obywatele Stanów Zjednoczonych! Po raz ju

ż

 drugi prezes i sekretarz 

Instytutu Weldona znajduj

ą

 si

ę

 w mojej mocy. Mógłbym ich zatrzyma

ć

 u 

siebie na zawsze. Lecz nie uczyni

ę

 tego. Straszna zaciekło

ść

, jak

ą

 obudza 

powodzenie Albatrosa, przekonała mnie, 

ż

e ogół nie dorósł jeszcze do 

zrozumienia jak koniecznym jest przewrót w poj

ę

ciach o budowie balonów i 

nie pojmuje całej doniosło

ś

ci panowania nad przestrzeni

ą

. A zatem, jeste

ś

cie 

panowie wolni!

Uncle Prudent, Phil Evans i Tinder w jednej chwili zeskoczyli na ziemi

ę

Albatros za

ś

 wzniósł si

ę

 o trzydzie

ś

ci stóp wy

ż

ej, gdzie go ju

ż

 nikt dosi

ę

gn

ąć

 

nie mógł.

Robur mówił dalej:

– Obywatele! Próba moja przyniosła rezultaty 

ś

wietne, lecz jest 

przedwczesn

ą

… Dzi

ś

 ludzko

ść

 szarpi

ą

 i dziel

ą

 interesy najsprzeczniejsze. 

Odje

ż

d

ż

am zatem, unosz

ą

c ze sob

ą

 tajemnic

ę

, lecz my

ś

l moja i praca nie 

zgin

ą

. Gdy ludzko

ść

 stanie na tym stopniu rozwoju, 

ż

e wynalazku mego 

nadu

ż

y

ć

 nie zechce, dowie si

ę

 o nim. Pozdrowienie wam, obywatele Stanów 

Zjednoczonych!

W chwil

ę

 pó

ź

niej Albatros w

ś

ród oklasków rozentuzjazmowanego tłumu 

znikn

ą

ł z przed oczu, kieruj

ą

c si

ę

 ku wschodowi.

Ust

ę

p ten przytoczyłem w cało

ś

ci, chc

ą

c poda

ć

 dokładn

ą

 charakterystyk

ę

 

Robura. Wówczas, o ile si

ę

 zdaje, nie 

ż

ywił on w swym sercu niech

ę

ci do 

ludzi. Zastrzegał sobie przyszło

ść

. Dumny i energiczny, wierzył niezachwianie 

w sw

ą

 nadludzk

ą

 prawie pot

ę

g

ę

 i genjusz.

Bardzo mo

ż

liwe, i

ż

 uczucia powy

ż

sze rozwin

ę

ły si

ę

 w nim do tego stopnia,

ż

e zapragn

ą

ł ujarzmi

ć

 

ś

wiat cały – jak o tem s

ą

dzi

ć

 mogłem z jego listów i 

zawartych tam gro

ź

b. Mo

ż

e wi

ę

c dzisiaj zdolnym ju

ż

 był do nadu

ż

ycia swej 

władzy i najgorszych wybryków?…

Łatwo mogłem sobie odtworzy

ć

 w my

ś

li, co si

ę

 działo z Roburem po 

odlocie z Filadelfii.

Albatros pomimo całej swej doskonało

ś

ci nie zadowolił genjalnego 

wynalazcy, przyszła mu ochota zbudowa

ć

 przyrz

ą

d taki, któryby mógł si

ę

 

background image

porusza

ć

 na ziemi, na wodzie i pod wod

ą

 z równ

ą

 łatwo

ś

ci

ą

 jak w powietrzu, 

przypuszczalnie dzieła tego dokonał na wyspie X przy pomocy niezwykle 
zdolnych robotników, którzy si

ę

 zobowi

ą

zali do zachowania tajemnicy.

Albatros prawdopodobnie został zniszczony na Great-Eyry, a Groza 

ukazała si

ę

 najpierw na drogach Stanów Zjednoczonych, w Zatoce 

Bosto

ń

skiej, na jeziorze Erie, zk

ą

d uszła pogoni drog

ą

 napowietrzn

ą

zabieraj

ą

c mnie jako je

ń

ca.

ROZDZIAŁ XVII

W imi

ę

 prawa!

Kto mógłby przewidzie

ć

 jaki los mnie czeka?… Wszystko spoczywa w 

r

ę

kach Robura… moja rola jest całkiem bierna… prawdopodobnie nigdy mi 

si

ę

 nie nadarzy sposobno

ść

 ucieczki, jak Uncle Prudentowi i Phil Evansowi. 

Trzeba si

ę

 wi

ę

c uzbroi

ć

 w cierpliwo

ść

 i czeka

ć

… czeka

ć

Ciekawo

ść

 sw

ą

 zaspokoiłem tylko cz

ęś

ciowo, o tyle, o ile dotyczyła ona 

tajemnic Great-Eyry. Zbadałem dokładnie ten szczyt niedost

ę

pny i miałem 

pewno

ść

 najzupełniejsz

ą

ż

e mieszka

ń

com Morgantonu, Pleasant-Gardenu i 

ferm okolicznych nie groził ani wybuch wulkanu ani trz

ę

sienie ziemi. Great-

Eyry było tylko schronieniem Robura, składem jego materyałów i zapasów. 
Prawdopodobnie miejsce to uwa

ż

ał on za bezpieczniejsze od owej wyspy X 

na Oceanie Spokojnym…

Lecz co si

ę

 tyczy niezwykłego motoru, sposobów szybkiego 

przekształcania jednego przyrz

ą

du na drugi, nie dowiedziałem si

ę

 zgoła nic… 

Przypuszczaj

ą

c nawet, 

ż

e skomplikowany ten mechanizm wprawiała w ruch 

siła elektryczno

ś

ci, któr

ą

 zapomoc

ą

 jakich

ś

 nieznanych akumulatorów Robur 

czerpał z otaczaj

ą

cego powietrza, o budowie tego mechanizmu nie miałem 

najmniejszego poj

ę

cia. Systematycznie trzymano mnie w oddaleniu.

My

ś

lałem nieraz, 

ż

e jestem jedynym człowiekiem, który mo

ż

e stwierdzi

ć

 

to

ż

samo

ść

 Robura i Króla Przestrzeni… Wło

ż

ono na mnie obowi

ą

zek 

uwi

ę

zienia tego człowieka, a tymczasem ja sam byłem jego wi

ęź

niem!…

Na 

ż

adn

ą

 pomoc z zewn

ą

trz rachowa

ć

 nie mog

ę

… Władze wiedz

ą

 o 

wszystkiem, co zaszło w Block-Rock… prawdopodobnie John Hart i Nab 
Walker wrócili do Waszyngtonu razem z Wellsem… pan Ward nie łudzi si

ę

 

wi

ę

c co do mego losu…, przypuszcza, niew

ą

tpliwie, jedno z dwojga: albo 

ż

uton

ą

łem w Erié, albo te

ż

ż

e dostałem si

ę

 na pokład Grozy i jestem w 

niewoli.

Tak czy owak, nie ma ju

ż

 nadziei zobaczenia mnie wi

ę

cej.

Parowce, wysłane w pogo

ń

 za Groz

ą

ś

cigały j

ą

 a

ż

 do samych prawie 

wodospadów, gdzie znikła im z oczu. W

ś

ród zapadaj

ą

cych ciemno

ś

ci nikt nie 

mógł dojrze

ć

 przekształcenia statku na przyrz

ą

d do latania, oczywi

ś

cie wi

ę

s

ą

dzono, 

ż

Groza zgin

ę

ła w otchłani wodnej.

Nie chciałem o nic pyta

ć

 Robura, przypuszczałem, 

ż

e nie zechce mi 

background image

odpowiada

ć

 Rzucił dumnie swe imi

ę

 i s

ą

dził, 

ż

e to mi wystarczy

ć

 powinno.

Dzie

ń

 min

ą

ł, nie sprowadzaj

ą

c w mym poło

ż

eniu zmiany najmniejszej. 

Robur i obaj towarzysze zaj

ę

ci byli nieodst

ę

pnie przy maszynach. 

Wywnioskowałem zt

ą

d, 

ż

e Król Przestrzeni obmy

ś

la now

ą

 podró

ż

 i ma zamiar 

zabra

ć

 mnie ze sob

ą

. Co prawda, mógł mnie te

ż

 zostawi

ć

 samego na Great-

Eyry, sk

ą

dbym si

ę

 bez jego pomocy wydosta

ć

 nie mógł.

Uwag

ę

 moj

ą

 zwróciło niezwykłe podniecenie Robura. Czy tworzył plany 

na przyszło

ść

? czy te

ż

 obmy

ś

lał nowe sposoby udoskonalenia swego 

przyrz

ą

du?…

Noc sp

ę

dziłem w jednej z grot, na posłaniu z suchej trawy. Tam 

przyniesiono mi posiłek, 2-go i 3-go sierpnia Robur i jego towarzysze nie 
ustawali w pracy. Niekiedy zamieniali ze sob

ą

 jakie

ś

 słowa urywane. 

Zapakowywali 

ż

ywno

ść

, o ile mi si

ę

 zdaje, na czas dłu

ż

szy.

Mo

ż

e wi

ę

c Robur wybierał si

ę

 w jakie

ś

 krainy odległe, 

najprawdopodobniej na wysp

ę

 X. Od czasu do czasu przechadzał si

ę

 w 

zamy

ś

leniu po piaszczystej płaszczyznie, podnosił r

ę

k

ę

 ku niebu, jak gdyby 

wyzywaj

ą

c do walki tego Boga, z którym chciał dzieli

ć

 panowanie nad 

ś

wiatem. Czy

ż

 ta pycha szalona nie doprowadzi go do zguby w któr

ą

 

poci

ą

gni

ę

 za sob

ą

 i swych towarzyszy?…

Rozporz

ą

dzał jedn

ą

 tylko Groz

ą

, a chciał, ujarzmi

ć

 wszystkie 

ż

ywioły!…

Przyszło

ść

 wi

ę

c przedstawiała mi si

ę

 w barwach czarnych. Byłem 

przygotowany na rzeczy najgorsze. O ucieczce z Great-Eyry przed now

ą

 

wypraw

ą

, trudno było nawet marzy

ć

 – Tem mniej podczas podró

ż

napowietrznej, lub wodnej.

Od chwili przybycia na Great-Eyry nosiłem si

ę

 z my

ś

l

ą

 rozpytania Robura 

co ze mn

ą

 zrobi

ć

 zamierza. Dzisiaj postanowiłem przyst

ą

pi

ć

 do tej rozmowy.

Całe popołudnie chodziłem po grocie tam i napowrót. Robur stał u 

wej

ś

cia, przygl

ą

daj

ą

c mi si

ę

 bocznie.

Zbli

ż

yłem si

ę

 ku niemu:

– Kapitanie – rzekłem – zapytywałem ju

ż

 pana przed kilku dniami, jakie 

masz wzgl

ę

dem mnie zamiary? Nie raczyłe

ś

 mi odpowiedzie

ć

… mo

ż

e dzisiaj 

b

ę

d

ę

 szcz

ęś

liwszym?

Stali

ś

my naprzeciw siebie. Z r

ę

kami skrzy

ż

owanemi na piersiach patrzał 

mi prosto w oczy. Wzrok jego przeraził mnie. Było w nim co

ś

 nad ludzkiego.

Ponowiłem pytanie tonem rozkazuj

ą

cym. Na chwil

ę

 zdawało mi si

ę

ż

wyjdzie ze swej roli milcz

ą

cej. Wywierał wra

ż

enie człowieka, opanowanego 

my

ś

l

ą

 wył

ą

czn

ą

… zdawało si

ę

ż

e jaka

ś

 siła nieprzeparta odrywa go od ziemi, 

unosz

ą

c ku wy

ż

szym szlakom atmosfery.

Nie wyrzekł słowa i odszedł do groty, gdzie na

ń

 czekał Turner.

Nie miałem najmniejszego poj

ę

cia, jak długo potrwa nasz pobyt na Great-

Eyry. Trzeciego sierpnia jednak pod wieczor zauwa

ż

yłem, 

ż

e roboty około 

naprawy przyrz

ą

du zostały uko

ń

czone. Wszystkie składy statku napełniono 

zapasami 

ż

ywno

ś

ci, przechowywanej w grotach. Wreszcie w 

ś

rodku 

płaszczyzny, na grubym pokładzie z suchej trawy Turner i jego towarzysz 
uło

ż

yli stos z resztek materyałów, pustych skrzy

ń

, kawałków drzewa. Przyszło 

mi na my

ś

l, 

ż

e Robur zamierza opu

ś

ci

ć

 Great-Eyry na zawsze.

Nie dziwiło mnie to bynajmniej. Wiedział przecie

ż

ż

e uwaga ogółu 

background image

zwrócona była na ten szczyt tajemniczy, 

ż

e pierwej czy pó

ź

niej nowa 

wyprawa postanowiona zostanie. Na wszelki wypadek chciał wi

ę

c zatrze

ć

 

ś

lady swego tutaj pobytu.

Sło

ń

ce znikło za grzbietem gór Bł

ę

kitnych, tylko ostatnie promienie złociły 

stercz

ą

cy dumnie Black-Dome. Prawdopodobnie z nadej

ś

ciem nocy 

rozpocznie si

ę

 napowietrzna w

ę

drówka.

Około dziewi

ą

tej zapanowały ciemno

ś

ci zupełne. Skł

ę

bione chmury 

zawisły na niebiosach. Nie wida

ć

 było ani jednej gwiazdy. Z pewno

ś

ci

ą

 wi

ę

mieszka

ń

cy nizin nie spostrzeg

ą

 odlotu Grozy

Nagle Turner zbli

ż

ył si

ę

 do stosu i podło

ż

ył ogie

ń

 pod suche trawy.

W jednej chwili wszystko stan

ę

ło w płomieniach. Snopy 

ś

wiateł wydzierały 

si

ę

 z pomi

ę

dzy g

ę

stych kł

ę

bów dymu wznosz

ą

c si

ę

 wysoko po nad skaliste 

złomy. Raz wi

ę

c jeszcze mieszka

ń

cy Morgantonu i Pleasant-Gardenu zadr

ż

eli 

z obawy przed wybuchem wulkanicznym.

Stałem nieco opodal, przygl

ą

daj

ą

c si

ę

 po

ż

arowi i wsłuchuj

ą

c si

ę

 w trzask 

pal

ą

cych si

ę

 drzew, Robur w gł

ę

bokiem milczeniu przypatrywał si

ę

 

wspaniałemu widokowi, Turner i jego towarzysz zbierali niedopalone kawałki 
drzewa i wrzucali je w 

ś

rodek płomienia.

Powoli ogie

ń

 zacz

ą

ł si

ę

 zmniejsza

ć

, wreszcie zagasł zupełnie, 

ż

arzyły si

ę

 

tylko w

ę

gle przykryte g

ę

st

ą

 warstw

ą

 popiołu. Zapanowała cisza.

Nagle r

ę

ka jaka

ś

 pochwyciła mnie za rami

ę

. To Turner poci

ą

gn

ą

ł mnie 

gwałtownie na pokład. Wszelki opór byłby daremny, zreszt

ą

 có

ż

 za cel byłby 

pozostawa

ć

 samemu na Great-Eyry?

W chwil

ę

 pó

ź

niej klapa zamkn

ę

ła si

ę

 za mn

ą

. Znalazłem si

ę

 w swej 

dawnej kajucie, jak w wi

ę

zieniu. Podobnie jak wtedy, gdy

ś

my opuszczali 

Niagar

ę

 skazany byłem na odosobnienie ruchów Grozy obserwowa

ć

 nie 

mogłem.

Słyszałem tylko huk maszyny, odczułem kilka wstrz

ąś

nie

ń

, jak gdyby 

kołysa

ń

 si

ę

 statku, poczem dolne turbiny zacz

ę

ły si

ę

 porusza

ć

 z szybko

ś

ci

ą

 

gwałtown

ą

, a pot

ęż

ne skrzydła biły rytmicznie.

A zatem Groza opu

ś

ciła Great-Eyry i prawdopodobnie na zawsze. 

Wznie

ś

li

ś

my si

ę

 ponad Alleghany, lecz dok

ą

d lecimy? O tem nie miałem 

najmniejszego poj

ę

cia. Gdy jutro znajd

ę

 si

ę

 na pokładzie i dokoła siebie ujrz

ę

 

niebo i morze, jak

ż

e odgadn

ę

, czy szybujemy nad Atlantykiem, czy te

ż

 ponad 

Oceanem Spokojnym lub zatok

ą

 Meksyka

ń

sk

ą

?

Upłyn

ę

ło kilka długich godzin. Nie probowałem nawet zasn

ąć

. My

ś

li 

bezładne, niepokoj

ą

ce , tłoczyły si

ę

 w moim mózgu. Zdawało mi si

ę

ż

e jaki

ś

 

potwór napowietrzny unosi mnie w przestworza…, przypominała mi si

ę

 

nadzwyczajna podró

ż

 Albatrosa, której opis podali swego czasu Uncle 

Prudent i Phil Evans. Dzisiaj Robur Zwyci

ę

sca, pan ziemi, morza i powietrza 

jest przecie w warunkach du

ż

ś

wietniejszych.

Wreszcie pierwsze promienie 

ś

witu wpadły przez okienko kajuty.

Sprobowałem podnie

ść

 klap

ę

. Na szcz

ęś

cie nie była zamkni

ę

ta.

Wysun

ą

łem si

ę

 do połowy. Dokoła roz

ś

cielała si

ę

 bezkre

ś

na wodna 

płaszczyzna. Znajdowali

ś

my si

ę

 przynajmniej o jakie 1000-1200 stóp ponad 

poziomem.

Robura na pokładzie nie było.

background image

Turner stał przy rudlu, towarzysz jego na przodzie.

Na wst

ę

pie uderzył mnie ruch pot

ęż

nych skrzydeł, czego podczas nocnej 

podró

ż

y z nad Niagary dostrzedz nie mogłem.

Oryentuj

ą

c si

ę

 przy pomocy sło

ń

ca, które si

ę

 wzniosło o kilka stopni po 

nadhoryzont, zrozumiałem, 

ż

e lecimy na południe. A zatem, je

ż

eli od chwili 

odlotu z Great-Eyry, Groza nie zmieniła kierunku, mieli

ś

my pod stopami 

zatok

ę

 Meksyka

ń

sk

ą

.  Dzie

ń

 zapowiadał si

ę

 upalny. Od zachodu ci

ą

gn

ę

ły 

g

ę

ste, sine chmury. Były to oznaki zbli

ż

aj

ą

cej si

ę

 burzy. Nie uszły one uwagi 

Robura, który około ósmej wszedł na pokład i zast

ą

pił Turnera. Mo

ż

przypomniała mu si

ę

 straszliwa tr

ą

ba powietrzna i gro

ź

ny cyklon, z których 

cudem prawie został uratowany Albatros.

Co prawda Groza jest przyrz

ą

dem o wiele doskonalszym. W razie burzy 

mo

ż

e przecie

ż

 spu

ś

ci

ć

 si

ę

 na powierzchni

ę

 oceanu, a gdyby i tutaj groziły jej 

rozhukane fale, mo

ż

e si

ę

 zanurzy

ć

 w gł

ę

biny, gdzie nic spokoju i ciszy nie 

zakłóci.

Zreszt

ą

, o ile mi si

ę

 wydało, Robur nie przypuszczał, a

ż

eby burza miała 

wybuchn

ąć

 dzisiaj. Nie zni

ż

ał wi

ę

c lotu i Groza szybowała w powietrzu, jak 

olbrzymi ptak morski, który miał t

ę

 przewag

ę

ż

e metalowe członki, poruszane 

elektryczno

ś

ci

ą

, nie znały znu

ż

enia.

Nieogarniona, niezmierzona powierzchnia wody była pusta zupełnie. Na 

horyzoncie nie dostrzegałem ani jednego 

ż

agla, ani jednego słupa dymu.

Po południu nic godnego uwagi nie zaszło, Groza posuwała si

ę

 wci

ąż

 ku 

południowi ze 

ś

redni

ą

 szybko

ś

ci

ą

. Lec

ą

c dalej w tym kierunku zbli

ż

ali

ś

my si

ę

 

do wysp Antylskich, Kolumbii i Venezueli. Mo

ż

e jednak nocy nast

ę

pnej 

przetniemy przesmyk i znajdziemy si

ę

 nad oceanem Spokojnym, d

ążą

c ku 

wyspie!…

Tymczasem zni

ż

yli

ś

my si

ę

 na powierzchni

ę

 wody.

Sło

ń

ce zachodziło krwawo. Dokoła nas iskrzyło si

ę

 i paliło morze… 

Wszystko zapowiadało burz

ę

.

Prawdopodobnie tego samego zdania był i Robur. Na jego rozkaz 

musiałem opu

ś

ci

ć

 pokład i zej

ść

 do kajuty. Klapa zamkn

ę

ła si

ę

 za mn

ą

 

natychmiast.

Równocze

ś

nie usłyszałem szmer i hałas, zapowiadaj

ą

cy, 

ż

Groza 

zamieni si

ę

 na statek podwodny. Istotnie w pi

ęć

 minut pó

ź

niej płyn

ę

li

ś

my ju

ż

 

w gł

ę

binie.

Zm

ę

czony fizycznie i moralnie zapadłem wkrótce w gł

ę

boki, długi i ci

ęż

ki 

sen… tym razem nie potrzebne były proszki usypiaj

ą

ce.

Gdy si

ę

 zbudziłem, płyn

ę

li

ś

my jeszcze pod wod

ą

. Lecz wkrótce 

wydostali

ś

my si

ę

 na jej powierzchni

ę

. Szaro zielony brzask przenikał przez 

okienko kajuty, silne kołysanie si

ę

 statku dowodziło, 

ż

e fale s

ą

 jeszcze bardzo 

wzburzone.

Po

ś

pieszyłem na pokład i zaj

ą

łem swe dawne miejsce.

Na północo-zachodzie zbierała si

ę

 burza. Błyskawice coraz cz

ęś

ciej 

przecinały ciemnosine, prawie czarne chmury Zdala rozlegał si

ę

 huk 

grzmotów i piorunów, które echo powtarzało wielokrotnie.

Byłem zdumiony i przera

ż

ony szybko

ś

ci

ą

, z jak

ą

 si

ę

 burza zbli

ż

ała.

background image

Nagle zerwał si

ę

 wicher gwałtowny, rozdzieraj

ą

c g

ę

st

ą

 opon

ę

 mgły. 

Spienione, rozhukane fale zalały Groz

ę

. Gdybym si

ę

 nie był tak mocno 

trzymał rampy, byłyby niew

ą

tpliwie uniosły mnie ze sob

ą

. Pozostawał jeden, 

jedyny ratunek: przekształci

ć

 Groz

ę

 na statek podwodny. Czy

ż

 nie szale

ń

stwo 

stawa

ć

 do walki z rozhukanym 

ż

ywiołem, skoro o dwadzie

ś

cia stóp gł

ę

biej 

znale

ść

 mogli

ś

my spokój i bezpiecze

ń

stwo.

Robur był na pokładzie. Spodziewałem si

ę

ż

e za chwil

ę

 rozka

ż

e mi zej

ść

 

do kajuty, lecz si

ę

 zawiodłem, ku memu ogromnemu zdumieniu nie czyniono 

ż

adnych przygotowa

ń

 do przekształcenia Grozy na statek podwodny.

Wyniosły i niewzruszony, okiem płon

ą

cem kapitan wyzywał do walki 

rozszalał

ą

 burz

ę

 i zdawał si

ę

 by

ć

 pewnym zwyci

ę

ztwa. Z przera

ż

eniem 

zapytywałem siebie, czy człowiek ten nie jest jak

ąś

 istot

ą

 nadprzyrodzon

ą

Jedno jego słowo, jedno skinienie a Groza mogła si

ę

 jeszcze zanurzy

ć

 w 

ę

biny… jeszcze mogli

ś

my by

ć

 ocaleni! Lecz on stał bez ruchu.

Nagle z ust jego padły wyrazy, zlewaj

ą

ce si

ę

 ze 

ś

wistem burzy i łoskotem 

piorunów:

– Ja… Robur – władca 

ś

wiata.

Dał znak r

ę

k

ą

… towarzysze go zrozumieli… był to rozkaz… rozkaz 

nieodwołalny; który nieszcz

ęś

liwi spełnili bez wahania.

Całe niebo zdawało si

ę

 by

ć

 obj

ę

te płomieniem. Piorun uderzał po 

piorunie, Groza z rozpostartemi skrzydłami wzniosła si

ę

 w powietrzu i p

ę

dziła 

jak szalona w

ś

ród ogni błyskawic, w

ś

ród łoskotu gromów.

Kilka dni temu ponad Niagar

ą

, szcz

ęś

liwie umkn

ę

ła zwirów wodospadu… 

Czy i dzisiaj uniknie w

ś

ciekło

ś

ci huraganu?…

Robur nie zmieniał postawy. Jedn

ą

 r

ę

k

ą

 kierował rudlem, drug

ą

 trzymał 

na r

ą

czce regulatora. Skrzydła biły tak pot

ęż

nie, 

ż

e lada chwila mogły by

ć

 

złamane. Groza p

ę

dziła w samo ognisko burzy, tam gdzie iskry elektryczne z 

najwi

ę

ksz

ą

 gwałtowno

ś

ci

ą

 wyładowywały si

ę

 z jednej chmury na drug

ą

.

Trzeba było koniecznie ratowa

ć

 Groz

ę

, która leciała na zgub

ę

 w t

ę

 

otchła

ń

 powietrzn

ą

. Powierzchnia rozszalałego morza przedstawiała 

niemniejsze niebezpiecze

ń

stwo. Za jak

ą

 b

ą

d

ź

 cen

ę

 nale

ż

ało si

ę

 zanurzy

ć

 w 

ę

biny.

Poczucie obowi

ą

zku zbudziło si

ę

 we mnie z gwałtowno

ś

ci

ą

 rozpaczliw

ą

… 

Czy

ż

 mo

ż

na nie powstrzyma

ć

 warjata, złoczy

ń

c

ę

 wyj

ę

tego z pod opieki prawa 

i zagra

ż

aj

ą

cego swym wynalazkiem bezpiecze

ń

stwu całego 

ś

wiata?… Ja, 

Strock, główny inspektor policji waszyngto

ń

skiej powinienem przecie

ż

 odda

ć

 

tego człowieka w r

ę

ce sprawiedliwo

ś

ci!…

Zapominaj

ą

c, 

ż

e jestem jeden przeciwko trzem, 

ż

e si

ę

 znajdujemy o par

ę

 

tysi

ę

cy stóp po nad rozhukanym 

ż

ywiołem, skoczyłem ku Roburowi, 

schwyciłem go za kołnierz, staraj

ą

c si

ę

 głosem zapanowa

ć

 nad rykiem i 

ś

wistem burzy:

– W imi

ę

 prawa…

Nagle Groza wstrz

ą

sn

ę

ła si

ę

 gwałtownie, jak gdyby uderzona pot

ęż

nym 

ładunkiem elektryczno

ś

ci. Metalowy szkielet zadrgał, podobnie jak ciało 

człowieka pod wpływem silnego pr

ą

du. Poczem, ra

ż

ony w samo j

ą

dro, 

rozpadł si

ę

 na cz

ęś

ci.

To piorun strzaskał ten przyrz

ą

d cudowny, arcydzieło umysłu ludzkiego. 

background image

Ze zmia

ż

d

ż

onemi skrzydłami, z połamanemi turbinami Groza spadła z 

wy

ż

szych szlaków atmosfery w gł

ę

biny morza…! Prawo Najwy

ż

szego 

dosi

ę

gło pych

ę

 człowieka.

ROZDZIAŁ XVIII

Ostatnia rozmowa z Grad.

Ile godzin byłem zemdlony – nie wiem. Odzyskałem przytomno

ść

 w 

kajucie jakiego

ś

 nieznanego statku. Le

ż

ałem na łó

ż

ku, otoczony 

marynarzami, których starania przywołały mnie do 

ż

ycia. U wezgłowia stał 

oficer i rozpytywał o szczegóły doznanej katastrofy.

Opowiedziałem mu cał

ą

 prawd

ę

, niestety jednak wszyscy obecni 

przypuszczali, 

ż

e mówi

ę

 w malignie.

Znajdowałem si

ę

 na parowcu „Ottawa”, który płyn

ą

ł do Nowego Orleanu. 

Podczas burzy załoga spostrzegła szcz

ą

tek zmia

ż

d

ż

onego statku, którego si

ę

 

czepiałem kurczowo i zabrała mnie na pokład.

Byłem ocalony, lecz Robur i obaj jego towarzysze w falach zatoki 

zako

ń

czyli 

ż

ywot awanturniczy. Król Przestrzeni, ra

ż

ony piorunem odszedł na 

zawsze, unosz

ą

c ze sob

ą

 tajemnic

ę

 nadzwyczajnego wynalazku.

W pi

ęć

 dni pó

ź

niej zbli

ż

yli

ś

my si

ę

 do brzegów Luizjany, a 10-go sierpnia 

raniutko Ottawa zarzuciła kotwic

ę

 w porcie Nowego Orleanu.

Po

ż

egnałem serdecznie oficerów go

ś

cinnego statku i pierwszym 

poci

ą

giem odjechałem do Waszyngtonu, gdzie wprost z kolei udałem si

ę

 do 

zarz

ą

du policyi.

Trudno opisa

ć

 rado

ść

 i zdumienie szefa, gdy ujrzał mnie na progu swego 

gabinetu. Przekonany był najmocniej, 

ż

e zgin

ą

łem w wodach Erié. 

Wtajemniczyłem go niezwłocznie we wszystkie szczegóły mojej awanturniczej 
podró

ż

y – opowiadałem o pogoni parowców na jeziorze, o przekształceniu 

Grozy” na przyrz

ą

d do latania, o wzniesieniu si

ę

 ponad Niagar

ę

, o Great-

Eyry o strasznej burzy i cudownem prawie ocaleniu, dzi

ę

ki załodze „Ottawy”.

Pan Ward zaledwie mógł uwierzy

ć

 moim słowom.

– Ostatecznie jednak, wróciłe

ś

 do nas, kochany Strock zako

ń

czył 

rozmow

ę

 – i to jest rzecz główna. Po 

ś

mierci Robura pan si

ę

 staniesz 

bohaterem dnia… Pan przecie

ż

 zdarłe

ś

 zasłon

ę

 z tajemnic Great-Eyry, pan 

ogl

ą

dałe

ś

 przekształcania si

ę

 „Grozy”… Nieszcz

ęś

ciem, tajemnica wynalazku 

Króla Przestrzeni zgin

ę

ła z nim razem!…

Jeszcze tego samego wieczora dzienniki podały opis moich przygód 

niezwykłych. Pan Ward miał słuszno

ść

 zupełn

ą

. Nazajutrz stałem si

ę

 

bohaterem dnia. Jedno z pism głosiło:

„Dzi

ę

ki inspektorowi Strockowi policya ameryka

ń

ska zaimponowała 

ś

wiatu: 

ś

ciga zbrodniarzy nietylko na l

ą

dzie i morzu lecz nawet w gł

ę

binach 

wód i oceanów, oraz w przestworzach powietrznych…

background image

Istotnie, zdaje mi si

ę

 

ż

e uczyniłem to, co czyni

ć

 b

ę

d

ą

 moi koledzy w 

przyszło

ś

ci.

Wreszcie pojechałem do swego mieszkania przy Long-Strect. Poczciwa 

Grad na mój widok omal nie padła zemdlona. Opisu mych przygód 
wysłuchała ze łzami w oczach, dzi

ę

kuj

ą

c Opatrzno

ś

ci, 

ż

e mnie wyratowała od 

zguby.

– Panie, rzekła w ko

ń

cu, czy

ż

 nie miałam słuszno

ś

ci?…

– Nie rozumiem ciebie, moja zacna Grad.

– Mówiłam panu przecie

ż

ż

e Great-Eyry to siedlisko szatanów!

– Ale

ż

 Robur nie był szatanem!

– Ba, je

ż

eli nim i nie był, to w ka

ż

dym razie na t

ę

 nazw

ę

 zasłu

ż

ył!…

KONIEC.