background image

 

 

background image

 

 

  Helen Dickson 

 

 

Upadek lady Cameron 

 

 

Tłumaczenie: 

  Małgorzata Hesko-Kołodzińska 

 

 

background image

  ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

 

Lato 1810 roku 

 

Delfina  nie  miała  w zwyczaju  bywać  w lupanarach,  niemniej  czuła  się  w obowiązku 

sprawdzić,  czy  Maisie,  która  znikła  z ochronki,  bezpiecznie  trafiła  do  matki.  Choć  dom 

publiczny  pani  Cox  należał  do  najbardziej  luksusowych  i położony  był  we  względnie 

przyzwoitej dzielnicy, żadna prawdziwa dama nie odwiedziłaby takiego przybytku rozpusty. 

Tak  się  jednak  złożyło,  że  eleganckie  kręgi,  w których  obracały  się  siostry  oraz  matka 

Delfiny, od pewnego czasu znaczyły dla niej coraz mniej. 

Zwykle  nie  ruszała  się  z domu  bez  towarzystwa  jednego  z lokajów  matki.  Dzisiaj 

zatrzymały go obowiązki domowe, więc wybrała się do ochronki w pojedynkę. Dwoje dzieci 

dostało gorączki i wysypki i trzeba było je odizolować od reszty wychowanków. Potem jedna 

z opiekunek  oświadczyła,  że  Maisie  zniknęła.  Delfina  dobrze  wiedziała,  gdzie  szukać 

dziewczynki, więc nie pozostało jej nic innego, jak tylko po małego zbiega wyruszyć. 

Wieczór  był  ciepły  i parny,  całkiem  jak  przed  burzą.  Duży  dwupiętrowy  budynek 

z pomalowanymi na czerwono drzwiami, przy których wisiały dwie latarnie, należał do pani 

Cox.  Gdy  Delfina  zapukała,  natychmiast  otworzył  jej  Fergus  Daley,  jegomość  zatrudniony 

przez  właścicielkę  do  pilnowania  porządku  w domu  i odprawiania  co  bardziej  natrętnych 

i agresywnych dżentelmenów. W fioletowej liberii wydawał się tu całkowicie nie na miejscu, 

lecz przywykła do jego obecności. Miał wystające kości policzkowe i długą spiczastą twarz, 

a długi,  haczykowaty  nos  nosił  ślady  kilku  złamań,  pamiątek  po  wieloletniej  karierze 

bokserskiej. 

Fergus  uśmiechnął  się  ciepło  do  Delfiny,  która  często  odwiedzała  dom 

w poszukiwaniu Maisie. 

- Witamy  w przybytku  rozkoszy,  panno  Cameron  -  powitał  ją  jowialnie  miłym  dla 

ucha barytonem. 

- Raczej  w jaskini  rozpusty,  Fergusie  -  odparła  półgłosem,  kładąc  na  stole  w holu 

brązową, skórzaną torbę z lekarstwami i opatrunkami.  - Tylko nie powtarzaj  tych słów pani 

Cox. 

- Gdzieżbym  śmiał,  proszę  pani.  -  Daley  mrugnął  do  niej  konspiracyjnie.  -  Chyba 

wiem, co tu panią sprowadza, i wątpię, by pragnęła pani sprzedawać ciało za marne grosze, 

które mogliby zaoferować nasi klienci. 

background image

- Słowa  prawdy  płyną  z twych  ust,  Fergusie.  Nie  sprzedałabym  się  nawet  królowi. 

Mogę tylko żywić nadzieję, że rodzice nie dowiedzą się o tym, iż tu bywam. 

- Na  pewno  nie  ode  mnie,  proszę  pani  -  pośpieszył  z zapewnieniem.  -  Póki  pani 

pozostaje pod tym dachem, solennie zobowiązuję się ją chronić. 

- Bardzo  mnie  to  cieszy,  Fergusie  -  oświadczyła,  cofając  się,  by  przepuścić 

podchmielonego dżentelmena, który zatoczył się i znikł w salonie. 

- A jeśli szuka pani małej Maisie, to zjawiła się tu przed godziną - dodał Fergus. 

- I dzięki  Bogu.  -  Delfina  odetchnęła  z ulgą.  -  Naprawdę  wolałabym,  żeby  już  nie 

uciekała. To dziecko nawet  nie wie, ile kłopotów nam  przysparza, a to  miejsce jest dla niej 

absolutnie nieodpowiednie. 

Tak  w istocie  było.  Zajmowała  się  dobroczynnością  na  tyle  długo,  aby  wiedzieć,  że 

bogaci i zdemoralizowani dżentelmeni z miasta byliby skłonni zaoferować okrągłą sumkę za 

dziewczynę tak młodą, jak jej podopieczna. 

Fergus wskazał ręką schody. 

- Jest  z Meg,  czy  też  raczej  z Powabną  Delfiną,  jak  każe  ostatnio  na  siebie  wołać  - 

powiedział. 

- Najwyraźniej  przypadło  jej  do  gustu  moje  imię  -  zauważyła  z rozbawieniem.  - 

W zeszłym  miesiącu  przedstawiała  się  jako  Rozkoszna  Louella,  a miesiąc  wcześniej  była 

Słodkim  Aniołem.  Trochę  dziwne  to  jej  zamiłowanie  do  osobliwych  imion.  Zmienia  je  jak 

rękawiczki,  chyba  tylko  po  to,  by  namieszać  klientom  w głowach.  Podejrzewam,  że  w ten 

sposób pragnie otoczyć się aurą tajemniczości. Mogę wejść na górę? 

Wykidajło pokiwał głową. 

- Meg  nie  przyjmuje  już  dzisiaj  nikogo,  bo  gościła  Willa  Kelly’ego.  Był  wcześniej 

i zrobił swoje, jak to on. 

Delfina  wpatrywała  się  w niego  z niepokojem.  Nie  było  tajemnicą,  że  Fergus  nie 

cierpiał  Willa  Kelly’ego  ani  tym  bardziej  jego  wynaturzonego,  brutalnego  traktowania 

dziewcząt z lupanaru pani Cox. 

- Skrzywdził ją? 

- Sama  pani  zobaczy,  ale  klnę  się  na  Boga,  połamię  draniowi  szczękę,  jeśli  choćby 

palcem  tknie  małą  Maisie.  A teraz  proszę  iść  na  górę.  Będę  musiał  powiedzieć  pani  Cox 

o pani wizycie. 

- W takim razie zniknę jak kamfora, zanim pani  Cox mnie zobaczy. - Delfina wolała 

uniknąć spotkania z surową właścicielką domu rozkoszy. 

Przy  nader  imponującym  wyborze  ladacznic  interes  kwitł,  a zasilali  go  pieniędzmi 

background image

dobrze  uposażeni  oraz  szlachetnie  urodzeni  klienci.  Pani  Cox,  o ile  w istocie  tak  właśnie 

brzmiało  jej  nazwisko,  zawsze  nosiła  się  na  czarno,  a siwiejące  włosy  schludnie  upinała 

w skromny  kok.  Innymi  słowy,  wyglądała  jak  istne  uosobienie  cnoty  i pruderii.  Z taką 

prezencją  mogłaby  uchodzić  w towarzystwie  za  nobliwą  babcię,  lecz  Delfina  doskonale 

wiedziała,  kim  ta  kobieta  jest  naprawdę.  Pani  Cox  żyła  wystawnie  i miała  smykałkę  do 

interesów. Lupanar był jej oczkiem w głowie. Część dziewcząt trafiła do domu publicznego 

z prowincji,  a ściągnął  je  Will  Kelly,  który  za  usługi  inkasował  lwią  część  zysków 

z nieprzyzwoitej  działalności  przybytku.  Pani  Cox  wybierała  inne  panny  z kręgów 

dotkniętych  ubóstwem,  nie  gardziła  także  kobietami,  które  za  sprawą  swych  wybryków 

znalazły  się  na  marginesie  społeczeństwa,  odrzucone  przez  bliskich  i znajomych.  Uczyła 

podopieczne,  jak  zaspokajać  potrzeby  klientów  poprzez  budzenie  pokus  nie  do  odparcia. 

Miłość, naturalnie, nie wchodziła w grę - ekscesy w przybytku były kpiną z tego szlachetnego 

uczucia. 

Przestronny  gustowny  hol  niespecjalnie  pasował  do  domu  uciech,  jako  że  ściany 

pomieszczenia wyłożono jasną dębową boazerią, a podłogę zdobiły czarno-białe płytki. Idąc 

ku  schodom,  Delfina  wyraźnie  słyszała  obsceniczny  śmiech  oraz  podniesione  głosy 

dobiegające  z głównego  salonu.  Zauważyła  tam  gromadę  młodych  kobiet,  rozebranych 

w mniejszym lub większym stopniu i wylegujących się na sofach. Odwiedziła dom pani Cox 

kilkakrotnie, zawsze za dnia, i miała bardzo złe zdanie o tym, co się tam wyprawia. 

Tego wieczoru widok skąpo odzianych dziewcząt zarazem ją zbulwersował i, o dziwo, 

przyjemnie  poruszył.  Zwiewne  fatałaszki  ledwie  okrywały  powabne  kształty,  odsłaniając 

perłowe,  połyskujące  w dyskretnym  świetle  ciała.  Kusząca  półnagość  w połączeniu 

z oszałamiającą wonią perfum bardziej podniecała dżentelmenów niż całkowity brak ubioru, 

a ladacznice  pani  Cox  miały  tego  pełną  świadomość.  Dziewczęta  raczyły  się  specjałami  na 

koszt klientów, a następnie oddalały wraz z nimi na piętro. Czasami ten i ów pragnął gościć 

panienki  we  własnym  domu  i za  tę  usługę  musiał  uiścić  dodatkową  opłatę.  Co  się  działo 

potem, nie było sprawą Delfiny. 

Salon  z granatowym  dywanem  i kryształowymi  żyrandolami  prezentował  się 

niezwykle  elegancko.  Tu  i tam  rozstawiono  stoliki  oraz  krzesła,  okna  skrywały  się  za 

szkarłatnymi  zasłonami  z aksamitu.  Ściany  ozdobione  były  włoskimi  lustrami,  jak  również 

kobiecymi aktami w wyszukanych pozach. Paprocie w drogich donicach były tak rozłożyste, 

że niemal  sięgały wysokiego sufitu; na cokołach stały piękne marmurowe posągi  naturalnej 

wielkości.  Przedstawiały  nagich  mężczyzn,  a wyrzeźbiono  je  z takim  smakiem,  że  mogłyby 

cieszyć  oko  w domu  arystokraty,  nie  zaś  w burdelu.  W powietrzu  unosiła  się  woń 

background image

aromatyzowanych świec. 

Delfina lekko uniosła suknię i weszła po schodach. Na górze ruszyła prosto do drzwi 

na końcu korytarza i już po chwili znalazła się w przytulnym różowym buduarze. Najbardziej 

rzucała się w nim w oczy  olbrzymia toaletka pełna słoiczków oraz flakonów. Przed lustrem 

o pozłacanej ramie w rzeźbione cherubiny leżała szczotka w srebrnej oprawie. 

Meg leżała na kanapie,  bawiąc się ufarbowanymi  na rudo włosami. Duże niebieskie 

oczy, pełne miękkie usta oraz powabne kształty sprawiały, że klienci nie mogli się jej oprzeć. 

Doskonale  wiedziała,  że  Delfina  przyjdzie  po  Maisie.  Nieoczekiwanie  zaśmiała  się 

i przeciągnęła  leniwie  niczym  kot,  jednocześnie  unosząc  nogę,  aby  podziwiać  jej  zgrabny 

kształt  i zarazem  ocenić  reakcję  Delfiny.  Nie  zauważyła  jednak  ani  szoku,  ani  zgrozy  na 

twarzy gościa, więc po chwili wstała i okryła się szczelnie jedwabnym peniuarem. 

- Pewno szuka pani Maisie. - Wskazała głową dziesięcioletnie dziecko, które spało na 

łóżku. - Z miejsca się położyła i nie chciałam jej budzić. 

- Oczywiście, bardzo dobrze. Musiałam przyjść, Meg, aby się upewnić, że nic jej nie 

jest  -  wyjaśniła  Delfina.  -  Mam  świadomość,  że  zdaniem  pani  Cox  powinnam  pilnować 

własnego nosa, ale przecież małej mogło się przytrafić coś złego. 

Meg wydęła usta. 

- Pani Cox? - powtórzyła. - Pani lepiej uważa, bo jeszcze panią przekabaci. 

- Na pewno nie. 

- To  zdzira  jakiej  świat  nie  widział,  ale  tu  akurat  ma  rację.  Powinna  pani  pilnować 

własnego nosa. - Meg ponownie usadowiła się na kanapie. 

- Przychodzę tu, bo leży mi na sercu dobro Maisie. 

- A co ona  właściwie panią obchodzi?  -  burknęła Meg.  -  Pani  to  ma wymyślne imię, 

piękne  suknie  i w ogóle  wszystko  co  najlepsze.  Niby  czemu  taka  wielka  dama  miałaby  się 

przejmować takimi jak ja czy Maisie? 

- Bo  mi  na  was  zależy,  naprawdę  -  zapewniła  ją  Delfina.  -  Gdyby  było  inaczej,  nie 

zjawiłabym  się  tutaj.  A co  do  mojego  imienia...  Wygląda  na  to,  że  robisz  z niego  dobry 

użytek. 

- Ano tak. Może. Podoba mi się, i już, ale nie jest moje, i taka to różnica. Pani tutaj nie 

pasuje. 

- Ty również nie, Meg. Żadna z dziewcząt nie powinna tutaj być, a już na pewno nie 

Maisie. 

Delfina zerknęła na śpiące dziecko, zwinięte w kłębek na poduszkach. Dziewczynka 

była  wyjątkowo  urodziwa,  miała  wielkie  zielone  oczy  i gęste  jasne  włosy.  Mimo 

background image

zaniedbywania szczerze kochała matkę i zrobiłaby dla niej wszystko. 

Meg wzruszyła ramionami. 

- Co ja poradzę, że ciągle wraca? A co do innych, to takie już mają życie. Większość 

przyszła tu, bo gdzie indziej było gorzej. 

- Twoja córka zasługuje na więcej. Nie wolno ci dopuścić do tego, aby wiodła takie... 

- Ale z czegoś żyć trzeba - warknęła buńczucznie Meg. 

Delfina podeszła do niej i przykucnęła obok kanapy. 

- Nie  musisz  tutaj  tkwić,  Meg.  Zabierz  ją  stąd  -  poprosiła.  -  Wywieź  w jakieś 

przyzwoite miejsce. Pomogę wam. 

- Nie trzeba mi zapomogi ani litości, a zresztą i tak nigdzie nie mogę wyjechać, bo tu 

właśnie chcę być, i tyle. Sama sobie wybrałam. 

- Ale  dlaczego?  Podoba  ci  się  to  zajęcie?  Czerpiesz  z niego  radość?  A może  nie 

potrafisz zostawić Willa Kelly’ego? Na litość boską, Meg, spójrz na siebie! - syknęła Delfina. 

Złapała  dziewczynę  za  rękę  i uniosła,  odsłaniając  niezliczone  siniaki,  niektóre  fioletowe, 

całkiem świeże, inne stare, pożółkłe. - To okrutny, brutalny drab. Staram się jak mogę, ale nie 

potrafię zrozumieć, dlaczego tolerujesz przemoc. 

Meg wzruszyła ramionami i wyszarpnęła rękę z uścisku. 

- Gorzej bywało - wymamrotała. - A Will o mnie dba. 

- Absurd  -  oświadczyła  Delfina  stanowczo.  -  Kelly  cię  tylko  wykorzystuje.  Gdyby 

o ciebie dbał, wcale by cię tutaj nie sprowadził, i wiesz o tym. Ten człowiek nadskakuje ci na 

trzeźwo, ale gdy zaczyna pić, to... To potem ja muszę opatrywać twoje rany. Aż nazbyt często 

widziałam skutki jego poczynań. Meg, ogromnie cię proszę, przemyśl moje słowa. 

- Wolę w ogóle nie myśleć. Tak łatwiej się pogodzić z tym, co jest. 

- Nalegam, nie dawaj mu następnych okazji, by cię krzywdził. 

Meg zmarszczyła brwi, niewątpliwie usiłując nad sobą zapanować. 

- Nie potrzeba mi pani wskazówek, jak mam się prowadzić. 

- Ależ oczywiście, że nie. Po prostu przejmuję się tobą. 

- To niech się pani  poprzejmuje kim innym  - burknęła nieuprzejmie prostytutka.  - Ja 

tam sama sobie radzę. 

- Czy na pewno? - naciskała Delfina. - Zaklinam cię, udaj się gdzie indziej. Zrób to dla 

Maisie i dla siebie. To ledwie dziecko i zasługuje na lepszy los. Dawniej pracowałaś w teatrze 

jako aktorka, objeżdżałaś prowincję. Może do tego wrócisz? Tam na pewno było ci lepiej niż 

tutaj. 

Meg wykrzywiła śliczną buzię i spojrzała z góry na Delfinę. 

background image

- Ja  tam  nie  wiem,  jaki  w tym  pani  interes  -  wycedziła  zjadliwie.  -  Ale  pojechać  nie 

pojadę. Sama się sobą zajmę, bo tak było i będzie. Willa nie zostawię, nie mogę. - Odwróciła 

twarz. - Bo tak! 

Nie mogąc zrozumieć lojalności i poświęcenia Meg dla typa pokroju Willa Kelly’ego, 

przygnębiona Delfina zwiesiła głowę. Podczas podróży z trupą aktorską Meg dała się omamić 

czułymi  słówkami  tego  nikczemnika.  Gdy  zaproponował,  że  zabierze  ją  wraz  z Maisie  do 

Londynu i zapewni im obu lepsze życie, bez namysłu spakowała manatki i z nim pojechała - 

prosto  do  przybytku  pani  Cox,  gdzie  została  jedną  z ladacznic.  Teraz  służyła  ciałem 

lubieżnym  hulakom  z nabitymi  kabzami,  a Maisie  zamieszkała  w pobliskiej  ochronce.  Will 

był pierwszym mężczyzną, którego Meg pokochała, i była gotowa uczynić wszystko, byle go 

przy sobie zatrzymać. Był przy tym pierwszym mężczyzną, który ją odrzucił, szydził z niej, 

bił ją i rozjuszał do białej gorączki. Mimo to nie chciała odejść. 

- A Maisie? Czy na pewno dasz radę opiekować się córką? 

Meg zmrużyła oczy, w których zamigotały iskierki gniewu. 

- Wiem,  co  sobie  pani  myśli,  i lepiej  niech  pani  przestanie  -  wycedziła.  -  Jestem  jej 

matką!  Może  i nie  najlepszą,  co  prawda,  to  prawda,  ale  matką.  Myśli  sobie  pani,  że 

pozwoliłabym któremuś z tych brudnych zboczeńców ją tknąć? Prędzej zabiłabym ją, a potem 

siebie. Ale najpierw zatłukłabym drania, co by lazł do niej z łapami. 

Delfina pokiwała głową. 

- Nie wątpię, że właśnie tak byś postąpiła. Tyle tylko, że tutaj zjawiają się mężczyźni 

gotowi wziąć młodą dziewczynę nawet wbrew jej woli. 

- Maisie nie wezmą - upierała się Meg. - Pani to nie rozumie jednego. Myśli pani, że 

nie martwię się o Maisie? Właśnie dlatego dałam ją do przytułku. Jakby się co ze mną stało... 

- Głośno przełknęła ślinę, mimowolnie ujawniając lęk. - Martwię się, co z nią będzie. 

- Na  pewno  nic  ci  się  nie  stanie,  Meg,  a nawet  gdyby,  to  obiecuję,  że  twoja  córka 

będzie miała zapewnioną najlepszą opiekę. Osobiście zajmę się Maisie - dodała Delfina. 

W oczach Meg pojawiła się nadzieja. 

- Na pewno? - wyszeptała, chwytając Delfinę za rękę. - Zrobi to pani? 

- Ależ oczywiście! 

- Pani obiecuje? - nalegała Meg, a jej oczy pociemniały z bólu. 

Delfina  po  raz  pierwszy  usłyszała  drżenie  w jej  głosie.  Była  świadoma  swoich 

sprzecznych uczuć - z jednej strony chciała dać wyraz zniecierpliwieniu, z drugiej zaś kusiło 

ją, by ze współczuciem poklepać Meg po dłoni. Oparła się jednak obu pragnieniom i zmusiła 

do namysłu. Tak ważnej decyzji nie chciała podejmować w pośpiechu. 

background image

- Tak  -  odparła  w końcu.  -  Obiecuję.  Zadbam  o to,  żeby  nie  stała  się  jej  żadna 

krzywda. 

- Dziękuję  -  szepnęła  Meg  i odwróciła  głowę,  mocno  zaciskając  usta.  Po  kilku 

sekundach  ponownie  spojrzała  na  Delfinę  i tym  razem  jej  oczy  znowu  były  suche.  -  Lepiej 

pani  już  idzie.  Dopilnuję,  coby  Maisie  jutro  wróciła  do  ochronki,  a dzisiaj  nie  przyjmę  już 

żadnych klientów, więc może zostać ze mną na noc. Rano ją odprowadzę. 

Delfina wstała i na moment zamarła w milczeniu. 

- Dobrze  -  powiedziała  wreszcie,  wpatrując  się  w pogrążone  we  śnie  dziecko.  -  Ale 

zastanów  się  nad  tym,  co  powiedziałam,  Meg.  Zabierz  Maisie  i opuść  to  miejsce  jak 

najszybciej. Proszę... 

Wyszła,  nie  czekając  na  odpowiedź.  Bała  się  o dziewczynkę,  gdyż  w głębi  serca 

wiedziała, że Meg nie odejdzie z domu publicznego, dopóki Will Kelly miał nad nią władzę. 

Na  szczycie  schodów  przystanęła,  gdy  usłyszała  głośny  jęk.  Jedna  z dziewczyn 

zostawiła  lekko  uchylone  drzwi  sypialni,  spiesząc  się  do  łóżka  z klientem.  Ogarnięta 

niezdrową ciekawością Delfina z wahaniem podeszła bliżej i zerknęła przez szparę. W pokoju 

prostytutka robiła to, za co dostawała pieniądze. Wzdrygnęła się i już miała odejść, ale coś ją 

powstrzymywało. 

Z początku  była  wstrząśnięta,  lecz  już  po  chwili  poczuła  przyjemne  ciepło  i zamarła 

jak  zahipnotyzowany  królik  przed  gronostajem.  W pościeli  kłębiły  się  dwa  nagie  ciała, 

a splątane  nogi  kochanków  podrygiwały  w lubieżnym  rytmie.  Delfina  wbrew  sobie  była 

zauroczona tym widokiem. Jej puls wyraźnie przyśpieszył i poczuła przyjemny dreszczyk. 

Odetchnęła  głęboko,  nie  wiedząc,  co  też  się  z nią  dzieje.  Przecież  to  były  dwie 

zupełnie  jej  obce  osoby.  Jak  to  możliwe,  że  ich  namiętne  ruchy  rozbudziły  tak  bezecne 

pragnienia?  Z wykładów  matki  pamiętała,  że  tylko  kobiety  lżejszych  obyczajów  czerpią 

satysfakcję z takich uciech. Próbując uspokoić zarówno ciało, jak i umysł, cofnęła się o krok. 

Czuła się niczym dziewczynka, która przez dziurkę od klucza podgląda dorosłych. 

Z nastroju  wybił  ją  nagle  donośny  głos  mężczyzny  wchodzącego  po  schodach.  Po 

chwili  ujrzała  mocno  zbudowanego  jegomościa  o gęstych,  jasnych  włosach  i przystojnym, 

choć z gruba ciosanym obliczu. Na widok Delfiny człowiek ten zmrużył oczy. Miał na sobie 

lnianą koszulę z licznymi plamami po piwie i jedzeniu i ciemne aksamitne spodnie. 

Był  to  Will  Kelly,  słynny  brutal,  który  pił,  uprawiał  hazard  i uwodził  kobiety.  Jego 

blisko osadzone, przebiegłe oczy nie przegapiały nikogo i niczego, a gdy spojrzał na Delfinę, 

z miejsca dostała gęsiej skórki. Zrobiło się jej niedobrze, gdyż poczuła bijący od niego smród 

biednych ulic. Kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, od razu się zorientowała, że to osobnik 

background image

chytry, absolutnie bezwzględny i niebezpieczny. 

Patrzyła,  jak  się  do  niej  zbliża  i nieruchomieje  z szeroko  rozstawionymi  nogami 

i pięściami na biodrach. Jego szare oczy były zimne i nieprzyjazne. 

- A niech mnie! - wycedził. - A szanowna panna Cameron to też co tutej kombinuje? 

Znowu wtyka nos gdzie nie trzeba? 

- Bynajmniej - zaprzeczyła wyniośle, pragnąc za wszelką cenę zachować spokój, choć 

trzęsły  się  jej  kolana.  -  Przyszłam  zobaczyć  się  z Meg  i nie  ma  powodu,  by  pan  krzyczał. 

Mam dobry słuch. 

- A szanowna  pani  nie  myśli  przypadkiem,  coby  zacząć  u mnie  karierę?  -  Przysunął 

się  do  niej,  wyciągnął  sękate,  brudne  paluchy  i brutalnie  chwycił  ją  za  brodę.  -  Całkiem, 

całkiem kobitka - wycedził, pryskając na nią kropelkami żółtawej, cuchnącej śliny. - Kusząca 

sztuka. Ze mną się idzie dogadać, tylko trzeba chcieć. 

Delfina spiorunowała Kelly’ego wzrokiem i gwałtownie odtrąciła jego dłoń. 

- Ręce precz - warknęła. - Naprawdę uważa pan, że zechciałabym oddawać się takim 

jak pan i ci, którzy odwiedzają to miejsce? Za żadne skarby. 

- Widywało się takie jak szanowna pani, takie same nadęte i pewne siebie, widywało. - 

Zarechotał pogardliwie. - Pamiętam taką jedną francę, zwykłą sukę, co to się uważała za nie 

wiadomo  jaki  skarb  dla  takiego  przystojniaka  z Paryża.  Kilka  dni  starczyło,  a przylazła  do 

mnie na kolanach błagać, cobym ją wziął do łóżka. I inna taka była jeszcze, z Kentu. Ta to 

miała  niewyparzoną  mordę,  a i tak  starczył  tydzień  z okładem  mojej  gościnności,  coby 

przejrzała na oczy i chętnie dawała mnie, co się należy - przechwalał się. 

- Chce mnie pan nastraszyć tymi ohydnymi opowiastkami o niby podbojach? 

Zmierzył ją bezczelnym spojrzeniem, a jego usta wykrzywiły się w uśmieszku. 

- Jakbym  szanowną  panią  chciał  nastraszyć,  tobym  ją  wziął  za  łeb  i zawlókł  do 

pustego  pokoju,  a potem  tylko  słuchał  wrzasków.  Krzepy  mam  dość  i lubię  czasem  przylać 

w mordę,  fakt,  ale  żeby  zaraz  straszyć  szanowną  panią?  Tylko  mówię,  że  dobrze  chronię 

swoje dziewczyny, jak która trafi do pani Cox. Nikt się tutej nie nudzi. 

- Wykluczone. Przyszłam tutaj po Maisie, i z żadnego innego powodu. 

- Hę,  mała  Maisie  -  mruknął  z nagłym  zainteresowaniem,  a jego  zmrużone  oczy 

zalśniły.  -  Ładniutka  rośnie.  Przyjdzie  dzień,  że  się  zmieni  w prawdziwą  piękność...  jak  jej 

matka. Będą miały wzięcie obie, przyciągną kupę klientów. Mamusia i córeczka, mucha nie 

siada! 

Delfina zamarła z przerażenia. Czy właśnie taki los czekał Maisie, czy takie było jej 

przeznaczenie? Na pewno nie, tylko trzeba szybko działać, zdecydowała w duchu. 

background image

Will  Kelly  uważnie  przypatrywał  się  rozmówczyni,  niewątpliwie  wyczuwając  jej 

troskę o dziecko. Zdradziła się przed nim, sama dała oręż do ręki, ale było już za późno. 

- Trzymaj się z daleka od Maisie, Kelly - wycedziła. - To jeszcze dziecko. Meg zabije 

cię, nim zdążysz tknąć dziewczynkę swymi brudnymi łapskami. 

- Meg nie ma nic do gadania. Pożałuje, jak mi się będzie stawiać. A pani szanowna to 

niech lepiej se odpuści. Maisie jest moja. Będzie z niej pierwszorzędna dziwka, jak z matki. 

- Nigdy! - wybuchnęła Delfina. - Prędzej umrę, niż na to pozwolę! 

Ominęła draba i zeszła po schodach, wściekła i wytrącona z równowagi, lecz mimo to 

przekonana, że na razie Maisie jest bezpieczna. 

Była też oszołomiona tym, co widziała przed przybyciem Willa. Całe jej ciało płonęło 

i nic  nie  mogła  na  to  poradzić.  Stała  się  świadkiem  zdarzenia,  które  nieoczekiwanie  ją 

rozbudziło, a teraz musiała ochłonąć. 

W holu nie zastała Fergusa, więc sama otworzyła drzwi wejściowe. Na progu ujrzała 

mężczyznę, który właśnie podnosił rękę, żeby zastukać ciężką, mosiężną kołatką. 

- Dzień dobry - odezwał się miłym głosem. - Nazywam się Nicholas Oakley i szukam 

pani o imieniu Delfina. 

Przyjrzała się uważnie barczystemu jegomościowi w schludnym stroju. 

- Jestem Delfina Cameron - odparła. - Czym mogę służyć? 

Pan  Oakley  nie  wyglądał  na  bywalca  burdeli,  nie  sprawiał  też  wrażenia  chorego. 

W zasadzie  wydawał  się  nieprzeciętnie  zdrowy,  miał  twarz  wysmaganą  wiatrem  i spaloną 

słońcem, lecz przystojną i miłą. 

Mężczyzna  przypatrywał  się  jej  z podobną  aprobatą.  Delfina  ubrana  była  w płaszcz 

z brązowego  aksamitu,  obszyty  brązową  wstążką,  kawową  suknię  i brązowy  czepek,  spod 

którego wymykały się rude kosmyki. Pomyślał, że to bardzo skromna kobieta i że wcale nie 

wygląda  na  płomiennowłosą  syrenę  -  a tak  właśnie  opisał  mu  ją  właściciel  gospody  „Pod 

Modrym Niedźwiedziem”, gdy Oakley spytał go o czystą i atrakcyjną damę, z którą jego pan 

mógłby  spędzić  noc  podczas  pobytu  w Londynie.  Cóż,  królowe  nocy  miewały  w zanadrzu 

mnóstwo niespodzianek. 

Właściciel gospody zapewnił go, że dom pani Cox funkcjonuje na okrągło i jest lepszy 

niż  inne  burdele,  zaś  niebywale  uzdolniona  Delfina  opanowała  taką  technikę,  że  potrafiła 

kochać się przez całą noc bez przerwy. 

Pan Oakley uśmiechnął się przyjaźnie, a jego oblicze wyraźnie się rozpogodziło. 

- Mój  pan  jest  w niewątpliwej  potrzebie  i myślę,  że  pani  pomoc  ogromnie  mu  się 

przyda - powiedział. 

background image

- To chyba zależy od tego, co z nim nie tak - zauważyła Delfina. 

- W pewnym  sensie  nie  jest  z nim  najlepiej  -  przyznał  z wahaniem.  -  Mogę  tylko 

powiedzieć, że potrzebuje pani natychmiast. 

- Coś mu dolega? 

- Tak  jakby.  Mój  pan,  pułkownik  Stephen  Fitzwaring,  wrócił  na  urlop  z Hiszpanii, 

gdzie wraz z Wellingtonem walczył z Francuzami. Obawiam się, że wyczerpujące boje odbiły 

się na jego kondycji. 

- Rozumiem. 

Delfina gorączkowo zastanawiała się co dalej. Skoro ten człowiek był ranny, to nawet 

jeśli sama nie zdołałaby mu pomóc, mogła przynajmniej ocenić jego stan i poprosić o pomoc 

doktora Greya, odpowiedzialnego za zdrowie dzieci w przytułku. 

- Pan Taylor, który prowadzi gospodę „Pod Modrym Niedźwiedziem” na końcu ulicy, 

zapewnił mnie, że ze świecą by szukać kogoś odpowiedniejszego do pomocy.  - Pan Oakley 

wymownie odkaszlnął. 

Delfina  w swej  bezbrzeżnej  naiwności  i łatwowierności  uśmiechnęła  się  do  niego 

promiennie.  Nie  mogła  uwierzyć,  że  jej  charytatywne  uczynki  są  tak  poważane  przez 

społeczeństwo.  Swego  czasu  poznała  właściciela  wzmiankowanej  gospody,  zażywnego 

poczciwca,  który  regularnie  wspierał  ochronkę  finansowo.  Skoro  zatem  pracodawcy  pana 

Oakleya  doskwierała  jakaś  paląca  potrzeba,  rzeczą  naturalną  było,  że  pan  Taylor 

zaproponował zawezwanie właśnie jej. Przed przyjściem do lupanaru dostrzegła pana Taylora 

po drugiej stronie ulicy i pomachała mu życzliwie. Dobrze wiedział, że Maisie często ucieka 

do matki i niewątpliwie dlatego przysłał tu pana Oakleya. 

- Gdyby  zechciała  pani  mi  towarzyszyć,  zabiorę  ją  prosto  do  mojego  pana.  -  Pan 

Oakley nadal patrzył na nią z ciekawością. - Nie wątpię, że przypadną państwo sobie do gustu 

i zapewniam, że mój pan sowicie wynagrodzi pani wysiłki. 

Delfina spojrzała na niego badawczo i pomyślała, że pieniądze bardzo przydadzą się 

jej biednym sierotom. 

- W istocie, mam taką nadzieję - oznajmiła. - Nie świadczę usług za darmo. 

- Mój  pan  wcale  by  tego  nie  oczekiwał.  Bynajmniej!  Muszę  jednak  zauważyć,  że 

większość osób pani profesji jest gotowa nieść ulgę każdemu zainteresowanemu. 

- O nie,  proszę  pana.  Tylko  tym,  dla  których  jest  jeszcze  nadzieja.  Pana  pracodawca 

jest zgodnym dżentelmenem, jak mniemam? 

- I owszem,  choć  bywają  chwile,  gdy  udaje  bardziej  surowego,  niż  jest 

w rzeczywistości  -  odparł  z uśmiechem.  -  Tylko  proszę  o tym  nikomu  nie  mówić,  aby  nie 

background image

stracił reputacji. 

- Doprawdy? - Delfina przechyliła głowę i zerknęła na niego z ukosa. - Zatem ma on 

reputację? 

- Jak najgorszą - odparł, spoglądając na nią przekornie. 

- W takim razie proszę mi oszczędzić szczegółów. Spotkam się z nim tylko po to, by 

poprawić mu samopoczucie. Czy w jego życiu nie ma kobiety gotowej otoczyć go opieką? 

- Och,  jest  -  pośpieszył  z zapewnieniem  pan  Oakley.  -  W Hiszpanii  pozostała  pewna 

piękna señorita, która pokochała go do szaleństwa i często dotrzymuje mu towarzystwa, ale 

Hiszpania  jest  daleko.  Mój  pan  to  jeden  z najwspanialszych  ludzi,  jakich  znam. 

Charakteryzuje się ponadprzeciętną mocą umysłu, a także siłą woli, która pozwoliła mu wyjść 

cało z niejednej bitwy. Ze względu na tę siłę woli mojemu panu mało kto się przeciwstawia 

i dlatego niekiedy zachowuje się nieco... władczo. 

- Rozumiem  -  powiedziała  Delfina  sztywno.  -  Dziękuję  za  tak  wnikliwe  studium 

charakterologiczne pańskiego mocodawcy. Na pewno je zapamiętam. A gdzież on teraz bawi? 

- Zostawiłem  go w łóżku w gospodzie „Pod Modrym  Niedźwiedziem”. Czy jest  pani 

gotowa udać się tam natychmiast? 

Delfina z uśmiechem uniosła torbę. 

- Mam przy sobie wszystko, czego mi potrzeba. 

Pan  Oakley  z uznaniem  pokiwał  głową,  wyobraziwszy  sobie  zestaw  ukrytych 

w niepozornej  torbie  instrumentów  do  sprawiania  rozkoszy.  Pomyślał,  że  jego  pan 

z pewnością będzie usatysfakcjonowany. 

Z kolei Delfina zupełnie zapomniała o ostrożności. Nawet  nie przyszło  jej do  głowy, 

że  być  może  pakuje  się  w śmiertelne  niebezpieczeństwo.  Już  dawno  temu  nabrała 

niepokojącego  zwyczaju  ignorowania  cudzych  rad  i angażowania  się  w sytuacje 

o potencjalnie groźnych konsekwencjach. 

- W drogę,  proszę  pana  -  oznajmiła.  -  Przekonajmy  się,  jak  podnieść  na  duchu 

pańskiego pracodawcę. 

Nie chciała tracić czasu, świadoma, że jeśli się pośpieszy, zdąży wrócić do domu na 

wieczorek  muzyczny  matki.  Wolała  się  nie  spóźniać,  jej  działalność  dobroczynna  i tak  była 

źródłem  wielu  napięć  w rodzinie.  Szlachetnie  urodzoną  Delfinę  wciągnęła  do  pracy 

charytatywnej  ciotka Celia, która uważała, że obowiązkiem kobiety z zamożnego domu  jest 

wspieranie ubogich i pokrzywdzonych przez los. 

- Diabeł daje zajęcie leniwym - mówiła nieustannie i dodawała z uśmiechem: - Innymi 

słowy, zawsze znajdzie się praca dla chętnych. 

background image

Delfina  z całych  sił  pragnęła  nadać  sens  pustemu  życiu.  Była  najmłodszą  z pięciu 

córek,  a rodzice,  ostatecznie  zawiedzeni,  że  nie  urodził  się  im  upragniony  syn,  nawet  nie 

raczyli zamieścić w prasie powiadomienia o jej przyjściu na świat. 

Zaniedbywanie graniczące z odrzuceniem miało głęboki wpływ na psychikę Delfiny. 

Przez całe świadome życie zmagała się z wątpliwościami, które konsekwentnie podważały jej 

pewność siebie. W oczach rodziców nie miała szansy stać się taką kobietą jak jej urodziwe 

siostry, przyciągające uwagę mężczyzn, dokądkolwiek się udały. 

Ona  sama  w obecności  tak  wyjątkowych  istot  jak  siostry  bliźniaczki  boleśnie 

uświadamiała  sobie,  że  ma  niemodne  rude  włosy,  za  duże  usta  i piegi  na  zbyt  wysokich 

kościach policzkowych. 

Od dzieciństwa była przyzwyczajana do emocjonalnego chłodu, niemniej udało się jej 

zachować  ludzkie  odruchy.  Czuła  się  tak  samotna,  że  już  dawno  temu  postanowiła  się 

usamodzielnić.  Chciała  przeciwstawić  się  konwencjom  i postępować  w zgodzie  z własnym 

sumieniem,  dlatego  właśnie  rzuciła  się  w wir  pracy  charytatywnej.  Pomagała  bezdomnym 

i porzuconym  dzieciom,  zapuszczając  się  przy  okazji  w mroczne  i posępne  miejsca,  których 

istnienia jej cztery starsze, rozpieszczone i wymuskane siostry nawet sobie nie wyobrażały. 

Większość  obowiązków wykonywała  wraz  z innymi  społecznikami  w ochronce  przy 

Water Lane. Nie wszystkie dzieci, które tam mieszkały, były sierotami, część z nich podobnie 

jak  Maisie  została  porzucona  przez  rodziców.  Delfina  nieustannie  organizowała  publiczne 

zbiórki  pieniędzy  i imprezy  dobroczynne,  irytując  matkę,  której  nie  podobało  się,  że  córka 

nagabuje osoby z wyższych sfer o datki. Praca na rzecz innych dała Delfinie cel w życiu i to 

dzięki niej zachowywała wewnętrzną równowagę. 

Gdy  pierwszy  raz  przekroczyła  próg  ochronki,  była  wstrząśnięta  tym,  co  ujrzała. 

Ciotka,  stara  panna,  która  całe  życie  poświęciła  dla  dobra  innych,  była  kobietą  władczą 

i dominującą, podobnie jak jej brat, ojciec Delfiny. Celia od razu poinformowała bratanicę, że 

w tej pracy potrzebny jest dystans i nie wolno dopuścić, aby emocje tłumiły zdrowy rozsądek. 

Trzeba kontrolować nie tylko innych, lecz także siebie. 

Delfina  wzięła  sobie  tę  radę  do  serca  i stosowała  się  do  niej  najlepiej,  jak  potrafiła. 

Pracowała  wśród  ubogich,  często  zdumiona  intensywnością  swoich  uczuć,  od  tak  dawna 

tłumionych. Zastanawiała się często, czy dzięki pracy jest lepsza i bardziej wrażliwa. 

Skóra  ciągle  ją  piekła  na  wspomnienie  sceny  z burdelu,  a gdy  szła  za  panem 

Oakleyem, miała wrażenie, że gorączkuje. Nie cierpiała Londynu nocą, wiedziała bowiem, że 

w tym  mieście  przemoc  jest  na  porządku  dziennym.  Rzezimieszki  i rabusie  wędrowali  po 

ulicach  praktycznie  bezkarnie,  a każdy,  kto  samotnie  wybierał  się  na  spacer  po  zmroku, 

background image

narażał się na ogromne niebezpieczeństwo. 

Delfina  postanowiła,  że  po  wizycie  u niedomagającego  dżentelmena  poprosi  pana 

Oakleya o przywołanie powozu lub dorożki, która dowiezie ją do domu. Szła ze spuszczonym 

wzrokiem, starając się nie zwracać uwagi na przygnębiające otoczenie. 

Do tętniącej życiem gospody weszli tylnymi drzwiami, po czym ruszyli po schodach 

na  piętro.  Pan  Oakley  zatrzymał  się  przed  drzwiami,  otworzył  je  i cofnął,  aby  przepuścić 

Delfinę. 

- Pozwolę sobie odejść - zakomunikował i znikł bez słowa wyjaśnienia, zamykając za 

sobą drzwi. 

Delfina  rozejrzała  się  po  słabo  oświetlonym  pokoju.  Pomieszczenie  okazało  się 

nieduże, ale przyzwoicie umeblowane, a na łóżku spał mężczyzna. Uniesioną ręką zasłaniał 

oczy, nadgarstek przewiązany miał bandażem. Uznawszy, że właśnie z powodu tej rany pan 

Oakley przyprowadził ją do gospody, Delfina podeszła do nieznajomego. 

Otworzyła usta, żeby się przywitać, lecz w tym samym momencie zamarła z wrażenia. 

Jeszcze  nigdy  w życiu  nie  widziała  tak  wspaniale  zbudowanego  mężczyzny.  Cienka  kołdra 

okrywała go do pasa, lecz widać było, że jest nagi. Miał piękne ciało - szczupłe i umięśnione, 

o mocnych barkach i szerokiej, porośniętej czarnymi włosami piersi. 

Wyczuwając  obecność  gościa,  powoli  opuścił  rękę  i otworzył  oczy  o niezwykłej, 

prawie granatowej barwie. Jej serce mocniej zabiło, na twarzy ponownie wykwitły rumieńce. 

Nie mogła oderwać wzroku od postaci na łóżku. Nieznajomy naprawdę był idealny, a Delfina, 

dotąd  wolna  od  wszelkich  namiętności,  miała  wrażenie,  że  unosi  się  w powietrzu.  Poczuła 

wstyd,  że  gapi  się  na  mężczyznę  jak  jakaś  gąska.  Na  jej  widok  nieznajomy  uśmiechnął  się 

z aprobatą, a biednej, naiwnej Delfinie zakręciło się w głowie. Kompletnie się pogubiła. 

- Proszę,  proszę  -  odezwał  się.  -  Kogóż  my  tu  mamy?  Takiego  skarbu  się  nie 

spodziewałem, Oakley przeszedł samego siebie. Skąd to opóźnienie? 

Delfina uświadomiła sobie, że odkąd weszła do pokoju, wstrzymuje oddech. Przybyła 

tutaj w przekonaniu, że idzie ulżyć choremu, lecz straciła tę pewność. Dżentelmen na łóżku, 

na  oko  trzydziestoletni,  spoglądał  na  nią  wyniośle.  Był  oszałamiająco  przystojny 

i w nienagannej  kondycji.  Gęste,  kręcone,  czarne  włosy,  lekko  przyprószone  siwizną  na 

skroniach, potargały się w czasie snu, a nieco zachrypnięty głos brzmiał głęboko i ciepło. 

- Ja... ja...- zająknęła się. - Przyszłam natychmiast, kiedy pan Oakley mnie poprosił. 

- Poczciwy  stary  Oakley.  Zawsze  dotrzymuje  słowa  i tym  razem  również  się 

przyłożył, skoro znalazł taką ślicznotkę. 

Jednym  ruchem  odrzucił  kołdrę,  odsłaniając  nagość,  zwinnie  wstał  z łóżka  i powoli 

background image

obszedł Delfinę, która stała nieruchomo jak głaz i marzyła o tym, żeby zapaść się pod ziemię. 

Mężczyzna bezczelnie pożerał ją wzrokiem. W końcu zatrzymał się przed nią i uśmiechnął od 

ucha  do  ucha,  zadowolony  z oględzin.  Spłoszona  Delfina  przycisnęła  torbę  do  piersi 

i usiłowała  skupić  uwagę  na  czymś  innym  niż  nagość  tego  człowieka.  Zaczęło  do  niej 

docierać,  że  być  może  wpakowała  się  w tarapaty.  Robiła,  co  mogła,  by  zachować  spokój, 

jednak  szalejące  w niej  emocje  pozbawiły  ją  resztek  sił  po  wyczerpującym  dniu.  Była 

zmęczona i zdezorientowana, a do tego zła na pana Oakleya, który wciągnął ją w pułapkę. 

- Dano mi do zrozumienia, że jest pan chory albo ranny - powiedziała urywającym się 

głosem. - Ponieważ wydaje się pan absolutnie zdrowy, pozwolę sobie pożegnać się z panem. 

Zaśmiał się cicho, blokując drzwi nagim ciałem. 

- Nie tak prędko, słodziutka - wycedził. - Powiedz mi lepiej, jak masz na imię. 

Uniosła brodę. 

- Delfina - przedstawiła się. - Delfina Cameron. 

- Delfina...  -  Westchnął.  -  Śliczne  imię,  w sam  raz  dla  damy.  Lord  Fitzwaring,  do 

usług, dla przyjaciół Stephen. Może wina? - Wskazał karafkę na stoliku. 

- Nie, raczej nie. 

Stephen  zachichotał,  wziął  od  niej  torbę  i rzucił  ją  na  krzesło  przy  łóżku.  Zanim 

Delfina  zdążyła  zaprotestować,  ściągnął  jej  czepek  i wysunął  z włosów  szpilki,  po  czym 

z aprobatą pokiwał głową. Pomimo lekkiego oszołomienia alkoholem od razu dostrzegł urodę 

dziewczyny.  Długie  loki  o mahoniowej  barwie  okalały  idealnie  proporcjonalną,  kremową 

twarz o wystających kościach policzkowych pod dużymi, lekko ukośnymi oczami w kolorze 

orzechów. Jej nos był mały i prosty, kuszące usta miękkie i wrażliwe. 

- Muszę przyznać, że wybór Oakleya satysfakcjonuje mnie - oznajmił. 

Przysunął  się  bliżej,  objął  ją  w talii  i przyciągnął  do  siebie  stanowczym  gestem. 

Delfina  przywarła  do  niego,  myśląc  tylko  o tym,  że  sama  jest  sobie  winna.  Nie  musiała 

przecież przychodzić nocą do tego podejrzanego miejsca. Jeśli przytrafi się jej coś strasznego, 

będzie  za  to  osobiście  odpowiedzialna,  pomyślała.  Tyle  tylko  że  nie  bardzo  rozumiała,  jaki 

błąd popełniła i jak należało postąpić, aby go uniknąć. 

Gdy  Stephen  pocałował  Delfinę  w usta,  pomyślała,  że  czuć  od  niego  brandy.  Zbyt 

wstrząśnięta i zaskoczona, aby stawiać opór, zamarła w ramionach przystojnego arystokraty. 

Miała  wrażenie,  że  oddala  się  od  własnego  ciała,  była  jak  w transie,  kiedy  pogłębiał 

pocałunek.  Nagle  zrozumiała,  że  to  całkiem  przyjemne.  Nigdy  dotąd  nie  była  tak  blisko 

żadnego  mężczyzny  i podobało  się  jej,  że  może  delektować  się  ciepłem  jego  ciała,  dotykać 

klatki  piersiowej,  rąk  i nóg,  a także  wąskich  bioder.  Gdyby  okoliczności  były  inne,  jej 

background image

przyjemność mogłaby się przerodzić w rozkosz. 

Gdy  uniósł  głowę,  dostrzegła  w jego  oczach  żar.  Zwinnie  ściągnął  z niej  płaszcz 

i wziął ją na ręce, a ona pozostała milcząca i odrętwiała. Ponownie złożył pocałunek na ustach 

Delfiny,  a gdy  postawił  ją  na  podłodze,  ze  zdumieniem  przekonała  się,  że  zdołał  rozpiąć 

suknię, która teraz z szelestem zsunęła się z jej ramion i opadła na dywan. Stephen raz jeszcze 

mocno chwycił Delfinę, tuląc ją do nagiego ciała i obsypując wygłodniałymi pocałunkami. 

Czuła,  jak  kręci  się  jej  w głowie  pod  wpływem  jego  bliskości,  zapachu  i smaku. 

Sytuacja  stała  się  naprawdę  przedziwna.  Najpierw  Delfina  była  świadkiem  zbliżenia 

cielesnego  w burdelu,  potem  trafiła  w objęcia  obcego,  nagiego  mężczyzny.  Serce  waliło  jej 

jak młotem, czuła słabość w nogach i ciepło w podbrzuszu. Nigdy wcześniej nie przeżywała 

czegoś równie intensywnego. 

Rozsądek zaczął powracać dopiero wtedy, gdy poczuła, jak dłonie Stephena wędrują 

po całym jej ciele. Drgnęła i zaczęła się wić w jego uścisku, bo z nagłą jasnością uświadomiła 

sobie,  do  czego  zmierzał.  Błyskawicznie  pojęła,  że  jest  na  straconej  pozycji  -  o ile  jeszcze 

przed chwilą trzymał ją w żelaznym uścisku, o tyle teraz czuła się tak, jakby unieruchomiło ją 

stalowe imadło. Wszelkie próby oswobodzenia się były skazane na porażkę. Bez większego 

trudu  rozplątał  wstążki  halki  i ściągnął  ją  z niej,  uwalniając  jędrny  biust.  Stała  teraz  ubrana 

wyłącznie w reformy i białe jedwabne pończochy. 

Ze zgrozą wciągnęła powietrze, ale w końcu udało  się jej chwycić Stephena za  ręce 

i uwolnić od ich wszechobecnego dotyku. 

- Wasza  lordowska  mość,  pańskie  zachowanie  mnie  zdumiewa  -  wykrztusiła, 

wstydliwie  przyciskając  pełne  piersi,  których  widok  zupełnie  oszołomił  rozpalonego  żądzą 

natręta. - Rzecz w tym, że nie jestem osobą, za którą pan mnie uważa, i naprawdę muszę już 

iść. 

Jego twarz jednocześnie się zachmurzyła i poweselała. 

- Nie  mam  pojęcia,  jakież  to  obowiązki  cię  wzywają,  słodyczy  moja,  ale  na  pewno 

mogą  zaczekać.  W tej  chwili...  -  Delfina  zauważyła  błysk  w jego  oczach.  -...muszę  cię 

posiąść. 

Raptownie  wziął  ją  na  ręce  i niespodziewanie  oboje  znaleźli  się  na  łóżku.  Łagodny 

zapach  jej  perfum  połączony  z uwodzicielską  wonią  kobiecego  ciała  wypełnił  nozdrza 

Stephena  i rozpalił  zmysły.  Delfina  drgnęła  gwałtownie,  kiedy  otarła  się  nogą  o jego  nagie 

udo. Pośpiesznie odtoczyła się i stanęła po drugiej stronie łóżka, ale plan ucieczki nie zdał się 

na  nic,  gdyż  Stephen  przetoczył  się  za  nią,  błyskawicznie  wyciągnął  rękę  i z gardłowym 

śmiechem pojmał Delfinę, aby rzucić ją z powrotem na miękki materac. Następnie przygniótł 

background image

jej  nagie  piersi  i wpił  się  ustami  w białą  szyję.  Oddychał  chrapliwie  i nierówno,  kiedy 

delektował  się  jej  smakiem.  Coraz  bardziej  spanikowana  Delfina  pchnęła  go  mocno  i na 

moment uwolniła się od natarczywych pieszczot. 

- Ależ wasza lordowska mość - jęknęła zdesperowana, usiłując zamaskować strach.  - 

Proszę mnie puścić tylko na chwilę. Później będziemy mieli mnóstwo czasu  - zapewniła go 

błagalnym tonem. - Wrócę, jak tylko będę mogła. 

- Nie  drażnij  się  ze  mną,  turkaweczko.  -  Oczy  pociemniały  mu  z pożądania,  gdy 

z uśmiechem  ściągał  z niej  reformy.  -  Jeśli  to  taka  twoja  gierka,  moja  ty  Delfino,  to  proszę 

cię,  abyś  już  sobie  darowała.  Twoje  panieńskie  rumieńce  dostatecznie  mnie  rozbudziły. 

Pragnę cię i będę cię miał! Zresztą po to tutaj przyszłaś, czyż nie? 

Z desperacją ponownie przesunęła się na bok łóżka, a on znowu objął ją w talii. Choć 

usiłowała  wyśliznąć  się  z silnych,  dużych  dłoni,  nie  miała  najmniejszych  szans  ucieczki. 

Przyciągnął  ją  do  siebie,  położył  w miękkiej  pościeli  i zanim  zdążyła  się  wyszarpnąć, 

zablokował jej ciało rękami, które oparł na materacu. Następnie opuścił się na nią, nie dając 

żadnej szansy ucieczki. Wyglądało na to, że każdy jej ruch tylko wzmaga jego pożądanie. Nie 

miała co marzyć o oswobodzeniu się, gdy poczuła między udami twardą jak skała męskość. 

Stephen popatrzył jej głęboko w oczy i uśmiechnął się powoli. 

- Teraz cię posiądę, Delfino. Należność otrzymasz rano, więc nie rozczaruj mnie. Jeśli 

dasz z siebie wszystko, sowicie cię wynagrodzę. 

- Och - jęknęła. - Co ja wyprawiam? 

Gdy się zaśmiał, jego ciepły oddech owiał jej szyję. 

- Jeśli  tego  nie  wiesz,  słodyczy  moja,  to  się  zaraz  przekonasz.  Dzisiaj  jesteś  moją 

oblubienicą. 

Delfina naprężyła się pod nim, lecz był zbyt silny i zbyt ciężki. Musiała pogodzić się 

ze swoim losem. Rozumiała, że Stephen jest bardzo podniecony i może rozładować napięcie 

tylko w jeden sposób. 

Jej  krocze  przeszył  palący  ból.  Oczy  Delfiny  zaszły  łzami  i poczuła  w ustach  krew 

z policzka,  który  przygryzła  od  wewnątrz.  Po  chwili  wargi  Stephena  odnalazły  jej  usta. 

Całował  ją  długo  i głęboko,  a jej  ból  zaczął  zanikać,  kiedy  Stephen  poruszał  się,  delektując 

każdą chwilą. 

Delfina leżała nieruchomo, mocno zaciskając powieki. Postanowiła nie dopuszczać do 

siebie  żadnych  przyjemnych  uczuć,  które  mogłaby  czerpać  z tego  fizycznego  kontaktu. 

Uznała, że jeśli nie będzie się ruszać, zachowa odpowiedni dystans do Stephena i do tego, co 

robił. Tymczasem  jego  pożądanie narastało z minuty na minutę i stało się jasne, że przestał 

background image

nad sobą panować. Delfina nie miała pojęcia, jak długo rozkoszował się jej ciałem, ale gdy 

w końcu odsunął się od niej, przewróciła się na bok i zasłoniła kołdrą. 

 

background image

  ROZDZIAŁ DRUGI 

 

 

Kiedy  brał  ją  po  raz  drugi,  nieoczekiwanie  poczuła  coś  dziwnego,  czego  nie  mogła 

stłumić  ani  zignorować.  Jej  życie  zmieniło  się  nieodwracalnie  i należało  pogodzić  się 

z sytuacją. W tym  momencie rozumiała już, jak wielkim  błędem  było  przyjście do gospody. 

Pułkownik wziął ją za ladacznicę, ale nie mogła uciec, bo był zbyt silny, a do tego zabrakło 

jej woli, aby oprzeć się pokusie kontynuowania tego, co wbrew sobie zaczęła. 

Stephen  obsypywał  pocałunkami  szyję  Delfiny,  szeptał  czułe  słowa,  a także  dotykał 

piersi,  badając  ich  kształt.  Lekko,  delikatnie  i niemal  troskliwie  zaciskał opuszki  palców  na 

sutkach,  aż  nabrzmiały.  Dotyk  męskich  dłoni  zupełnie  pozbawił  ją  samokontroli,  ciepło 

pocałunków rozpaliło usta, otumaniło zmysły i wprowadziło w nieznany dotąd świat doznań. 

Usiłowała przezwyciężyć emocje siłą rozumu, ale zdrowy rozsądek całkowicie ją opuścił. 

Przestała  się  bać,  strach  znikł,  więc  tylko  oddychała  głęboko,  a dłonie  Stephena 

wędrowały  po  jej  ciele.  Gdy  ponownie  w nią  wszedł,  nabrała  ochoty,  aby  poruszać  się 

w ustalonym  przez  niego  rytmie.  Zdumiona  własną  śmiałością,  otoczyła  go  nogami,  uniosła 

biodra i wsunęła dłonie w jego włosy, gdy wypełniała ją rozkosz. 

Nie  chciała  się  zastanawiać,  jak  mogła  do  tego  stopnia  stracić  godność,  aby  coraz 

bardziej  pragnąć  obcego  mężczyzny.  Żądza,  która  w niej  zapłonęła,  była  równie 

nieoczekiwana,  co  nieujarzmiona.  Delfina  z ulgą  przestała  się  jej  przeciwstawiać,  zatracając 

w tym,  co  robił  Stephen.  Przyjemność  nasilała  się,  a ona  odruchowo  robiła  wszystko,  aby 

zmienić  ją  w rozkosz.  Dociskała  do  siebie  Stephena,  głaskała  go  po  plecach,  a gdy  nagle 

zadrżał, poruszając się w niej gwałtownie, Delfina wraz z nim eksplodowała ekstazą. 

Dobry Boże, co się z nią działo? Przecież postanowiła poświęcić życie pracy na rzecz 

innych.  Jak  mogła  oddawać  się  takim  rozkoszom?  Czyżby  ostatnia  wizyta  w domu 

publicznym tak bardzo skaziła jej umysł, że stała się inną kobietą? Przepadła gdzieś surowość 

domu  ojca,  godność  i elegancja  świata  matki.  Delfina  czuła  się  tak,  jakby  stała  się  częścią 

świata  pani  Cox.  Jak  mogła  trafić  do  łóżka  nieznajomego  mężczyzny,  a w dodatku  tak 

reagować  na  jego  zabiegi?  -  pytała  się  w duchu.  Najwyraźniej  wcale  nie  była  lepsza  od 

dziewek, które łączyły zarobkowanie z tanią uciechą. 

Stephen  zasnął,  trzymając  ją  w objęciach.  Na  moment  zapominając  o tym,  co  robiła 

i jakie to było przyjemne, Delfina przytuliła się do jego mocnego ciała, które niespodziewanie 

dało jej poczucie bezpieczeństwa. Pierwszy raz ktoś tulił ją tak mocno i intymnie, że po jej 

policzkach popłynęły łzy wzruszenia. Wdychała zapach Stephena i miała wrażenie, że część 

background image

duszy  tego  obcego  człowieka  jest  pusta,  samotna  i w potrzebie,  ponieważ,  tak  jak  ona,  był 

samotny na tym świecie. 

Choć  brakowało  jej  sił,  pragnęła  jak  najdłużej  cieszyć  się  tą  chwilą,  nawet  kosztem 

snu.  Jej  powieki  robiły  się  jednak  coraz  cięższe,  aż  w końcu  zasnęła,  wtulona  w ciało 

nieznajomego mężczyzny. 

Stephen  otworzył  oczy  i popatrzył  z uwagą  na  twarz  leżącej  obok  kobiety.  Przeszło 

mu przez myśl, że jest absolutnie wyjątkowa. Długie, gęste rzęsy dotykały idealnie gładkiej 

skóry  policzków,  usta  były  delikatnie  różowe  i kuszące.  Nigdy  dotąd  nie  widział  takich 

włosów - kasztanowych z mocnym rudym połyskiem, czasem wpadającym w odcień starego 

złota. Długie loki spływały na ramiona i piersi, tak białe, jakby jaśniały od wewnątrz blaskiem 

porannego słońca. Delfina spała spokojnie, a on poruszył się lekko i ze zdumieniem dostrzegł 

plamki krwi na pościeli. 

Był  zdezorientowany  jej  wczorajszym  zachowaniem.  Chociaż  sporo  wypił,  pamiętał 

reakcję Delfiny, gdy weszła do pokoju, a także jej oczywisty brak doświadczenia. Dlaczego 

postanowiła przyjść tutaj z Oakleyem,  skoro była dziewicą? Czyżby ubóstwo zmusiło  ją do 

prostytucji? Westchnął i położył głowę na poduszce, zamykając oczy. Wczorajszej nocy mógł 

się  spodziewać  przybycia  każdej  kobiety,  ale  nie  dziewicy.  Takie  jak  ona  zawsze  były 

źródłem  kłopotów,  a on  konsekwentnie  ich  unikał.  Wolał  używać  życia  w towarzystwie 

doświadczonych dziewcząt. 

Tej  pierwszej  nocy  w Londynie,  po  wielu  miesiącach  na  polu  bitwy  w Hiszpanii,  na 

koniec  wieczoru  w zatłoczonej  gospodzie  Stephen  kazał  Oakleyowi  sprowadzić  energiczną 

dziewczynę, atrakcyjną i czystą. Powiódł wzrokiem po jej kształtnych biodrach, zmysłowych 

udach i wdzięcznie wygiętych plecach.  Była piękna i nagle zapragnął  posiąść ją jeszcze raz, 

lecz  nie  mógł  się  na  to  zdobyć  w zimnym  świetle  dnia,  kiedy  myślał  jaśniej.  Gdyby  kilka 

godzin  temu  dała  mu  w jakikolwiek  sposób  do  zrozumienia,  że  jest  chętna,  pewnie  znowu 

użyłby sobie, teraz jednak nie była już tylko ponętnym ciałem do wzięcia. 

Delikatnie  dotknął  palcem  jej  twarzy  i odgarnął  kosmyk  włosów  z policzka.  Nie 

odezwała się ani nie poruszyła, ale jej powieki uniosły się natychmiast, odsłaniając szeroko 

rozwarte źrenice. 

Delfina  wbiła  wzrok  w Stephena,  powoli  odzyskując  świadomość  po  mocnym  śnie. 

Dopiero  po  kilku  sekundach  zorientowała  się,  że  przytula  się  do  ciepłego  męskiego  torsu. 

Stephen  Fitzwaring  spoglądał  na  nią  z góry.  Był  przystojny,  wręcz  wspaniały  i pewnie 

mogłaby  nawet  marzyć  o kimś  takim,  ale  przenigdy  nie  przyszłoby  jej  do  głowy,  że 

wykorzysta ją do zaspokojenia plugawej żądzy. 

background image

W tym  momencie  uświadomiła  sobie  w całej  rozciągłości,  gdzie  jest  i co  zrobiła, 

a raczej  do  czego  doprowadziła.  Dała  się  wykorzystać  zupełnie  obcemu  mężczyźnie! 

Namiętność,  która  wcześniej  rozgrzewała  jej  krew,  teraz  zmieniła  się  w furię  i wstyd. 

Zauroczenie nowymi doznaniami znikło, a w jego miejsce pojawiło się obrzydzenie do samej 

siebie.  Zanim  zdołała  się  powstrzymać,  jęknęła  z odrazą.  Strząsnęła  z siebie  rękę  Stephena 

i gwałtownie  usiadła,  przyciskając  kołdrę  do  nagiego  biustu.  Przeszył  ją  dreszcz,  a włosy 

rozsypały się bezładnie na ramionach. 

- Jak się miewamy o poranku?  -  spytał  Stephen, zupełnie jakby  rozmawiał  z ochoczą 

partnerką sypialnianych igraszek. 

- Niby jak się mamy miewać? - burknęła, po czym usiadła na brzegu łóżka i opuściła 

nogi. Ze zdumieniem i zgrozą zauważyła, że nadal jest w pończochach. - Chcę się ubrać. 

- Skoro musisz. - Nie odrywając wzroku od Delfiny, wyciągnął rękę i pogłaskał ją po 

udzie. Zachichotał, gdy nerwowo odskoczyła. - Mam ci jakoś pomóc? 

- Niech  pan  mnie  już  więcej  nie  dotyka  -  wykrztusiła,  coraz  bardziej  zdruzgotana 

swoim  zachowaniem.  -  Zachował  się  pan  jak  najgorzej.  Sprofanował  mnie  pan  jak...  jak 

okrutny lubieżnik! A teraz niech pan trzyma ręce przy sobie. 

Stephen wstał z łóżka i ku nieopisanej uldze Delfiny włożył spodnie. 

- Ale  ze  mnie  okrutnik  i bezecnik  -  zażartował.  -  A jeśli  nie  będę  trzymał  rąk  przy 

sobie, to co? 

Obszedł łóżko, stanął tuż przed nią i wziął się pod boki. Nie dotykał jej, ale znajdował 

się bardzo blisko. 

- Będę wrzeszczeć - oznajmiła i wstała. 

Była wysoką kobietą, lecz i tak przewyższał ją o głowę. 

- Wątpię,  żeby  to  coś  dało  -  mruknął  sceptycznie.  -  Oakley  doskonale  wie,  że  nie 

wolno mi przeszkadzać, kiedy zabawiam damę. 

- Byłam  damą,  póki  pana  nie  spotkałam  -  poskarżyła  się.  -  Wiodłam  życie  w cnocie 

i powściągliwości, a przez pana... Przez pana czuję się jak ulicznica! 

Ponownie  zadrżała,  odepchnęła  go  i zabrała  się  do  wkładania  bielizny,  boleśnie 

świadoma,  że  cienka  halka  nie  stanowi  wystarczającej  zasłony  przed  jego  badawczym 

spojrzeniem. Przyczesała włosy palcami, a następnie związała je w prowizoryczny kok. Gdy 

wzrok Delfiny spoczął na krwawych plamach na zmiętej pościeli, poczerwieniała jak burak - 

jej hańba była ostateczna i nieodwracalna. 

Oparty  o słupek  przy  łóżku  Stephen  obserwował  ją  w milczeniu.  Oderwał  spojrzenie 

od jej rozzłoszczonej twarzy, przeniósł je na łóżko i ponownie skierował na nią. Była nader 

background image

powabną  młodą  kobietą,  ale  zachowywała  się  skromnie,  jak  na  damę  przystało.  Śmiałe 

dziewczęta zawsze zwracały na siebie uwagę, ale niekoniecznie potrafiły ją utrzymać. Delfina 

Cameron  była  damą  i najwyraźniej  do  wczoraj  pozostawała  nieskalana.  Jego  rozbudzona 

namiętność sprawiła, że zachował się brutalniej, niż zamierzał, ale nie przypominał sobie, by 

wyraziła stanowczy sprzeciw. 

- Teraz pojmuję prawdę o twoim niedoświadczeniu, Delfino - odezwał się z powagą. - 

Nie  wiem,  dlaczego  zgodziłaś  się  przyjść  tutaj  z Oakleyem,  ale  to  twoja  sprawa.  Jeśli  teraz 

tego żałujesz, to również jest twój problem. Nie oczekuj, bym ubolewał, że miałem cię przed 

innymi  mężczyznami.  Nie  doskwiera  mi  też  poczucie  winy,  że  zabawialiśmy  się  tak 

przyjemnie, ale jeśli  postanowiłaś robić to  zawodowo, to  musisz się jeszcze sporo nauczyć. 

Ars  amandi  w tej  profesji  jest  podstawą.  Piękne  z ciebie  dziewczę,  żywiołowe  i namiętne. 

Jesteś godna miłości i każdy mężczyzna chciałby cię posiąść. 

Delfina  pokraśniała,  zrozumiawszy,  za  kogo  błędnie  bierze  ją  Stephen.  W duchu 

musiała jednak przyznać, że gdy kochali się po raz drugi, doświadczyła kilku niespodzianek 

i już nie czuła obrzydzenia. Teraz też miała ochotę pogłaskać go po muskularnych ramionach 

i mocnej  klatce  piersiowej.  Mimowolnie  omiotła  wzrokiem  jego  biodra  oraz  płaski, 

umięśniony  brzuch.  Zadrżała,  jej  oczy  pociemniały  i odsunęła  się  o krok,  jakby  pokusa 

stawała się nie do odparcia. 

Wzdrygnęła  się  na  myśl,  że  jeszcze  chwila,  a dołączy  do  grona  upadłych  kobiet. 

Zakosztowała  rozkoszy  cielesnych,  a teraz  pragnęła  więcej.  A wszystko  przez  tego 

nieznajomego.  To  z jego  winy  stała  się  rozwiązła  i niemoralna  do  tego  stopnia,  że  aż 

przestraszyła się samej siebie. 

- Byłaś  dla  mnie  niczym  powiew  świeżego  powietrza  po  wieczorze  w dusznej 

i zatłoczonej gospodzie - ciągnął łagodnie. - Urodą skusiłabyś nawet świętego. 

- Moim  zdaniem  jest  pan  tak  lubieżny,  że  wcale  nie  trzeba  pana  kusić.  -  Posłała  mu 

oskarżycielskie spojrzenie i ponownie opuściła wzrok, nerwowo zapinając suknię. 

Gdy palce Stephena dotknęły jej szyi, wstrzymała oddech i cofnęła się z przestrachem. 

Nie wiedziała, co będzie, jeżeli znowu zacznie czynić jej awanse, ale z pewnością nie miała 

szansy odeprzeć ataku. 

- Proszę  mnie  więcej  nie  dotykać...  Zaklinam  pana  -  wyszeptała  błagalnie.  -  Uczynił 

mi pan okrutną niesprawiedliwość. Czyż nie ma pan sumienia? Nie jestem prostytutką i nie 

zamierzam nią być. 

Stephen zmrużył oczy, ogarnięty nagłymi wątpliwościami. 

- Wszak Oakland zastał cię w burdelu, czyż nie? Wczoraj wieczorem właśnie tam się 

background image

wybierał. 

- W istocie,  tam  mnie  spotkał  -  potwierdziła  głosem  łamiącym  się  od  emocji.  -  Ale 

poszłam  tam  w poszukiwaniu  zaginionej  dziewczynki,  bowiem  pracuję  w sierocińcu,  gdzie 

pomagam  leczyć  chore  dzieci  i starców.  To  jest  moje  powołanie,  panie  pułkowniku,  nie 

prostytucja. Pan Oakley dał mi do zrozumienia, że jest pan chory i potrzebuje opieki. Dopiero 

teraz  w pełni  dociera  do  mnie  istota  nieporozumienia.  Otóż  pan  Oakley  poszukiwał  kobiety 

o imieniu Delfina, która w istocie, pracuje w lupanarze i przyjęła moje imię, albowiem je lubi. 

Ubolewam, że nie pojęłam tego od razu! 

Stephen powoli pokiwał głową. 

- W rzeczy samej, nastąpiło godne ubolewania nieporozumienie - przyznał. 

- Skąd  mogłam  wiedzieć,  że  padnę  ofiarą  zdegenerowanego  lubieżnika  bez  zasad 

moralnych? 

Stephen ściągnął brwi. 

- Aż  tak  źle?  -  spytał  cicho.  -  Zresztą  wszystko  jedno,  za  późno  na  obrzucanie  się 

oskarżeniami. Co się stało, to się nie odstanie. 

- Łatwo panu mówić, kiedy to ja jestem zrujnowana - zauważyła oskarżycielsko. - Jest 

pan...  gruboskórną  bestią.  Żałuję,  że  nie  poszukał  pan  sobie  innej  kobiety.  Nie  dręczy  pana 

świadomość, że pan mnie zgwałcił i że wcale nie mam ochoty tu pozostawać? 

Stephen patrzył na nią z nieskrywanym zainteresowaniem. 

- Muszę  przyznać,  że  i owszem,  właśnie  zaczyna  mnie  dręczyć,  a do  tego  nie  mogę 

powiedzieć, że cię winię, Delfino. O ile jednak mnie pamięć nie myli, miałaś mnóstwo czasu, 

by  mnie  przestrzec  przed  błędem  -  przypomniał  jej.  -  Gdybym  w porę  poznał  prawdę, 

wszystko potoczyłoby się inaczej. 

Patrzył  na  nią  z uwagą.  Naprawdę  ubolewał,  że  nie  znał  prawdy  od  początku  i nie 

kochał  się z Delfiną tak, jak na to  zasługiwała każda dziewica. Pragnął  wyjaśnić niezwykłe 

okoliczności zdarzenia i wytłumaczyć swoje zachowanie, ale nie mógł. 

- Nie chcę cię okłamywać, ale wczoraj wieczorem naprawdę uznałem, że jesteś... 

- Ladacznicą - dopowiedziała chłodno. 

- Tak. Mężczyźni mają słabą wolę, moja droga, kiedy do głosu dochodzi ich męskość, 

i najzwyczajniej  w świecie  nie  umieją  się  oprzeć  pięknej  damie.  Przysięgam  jednak,  że  nie 

tknąłbym  cię,  gdybym  wiedział,  że jesteś nieskalana.  -  Z lekkim  uśmieszkiem przysunął się 

do niej i zanim zdążyła zaprotestować, wziął ją za ręce i przyciągnął do siebie. - No, ale skoro 

już  cię  tknąłem,  teraz  nie  mam  ochoty  cię  wypuścić.  Chyba  mi  się  nie  dziwisz,  skarbie? 

Pocałuj  mnie,  nim  wyjdziesz,  moja  śliczna  Delfino.  Ciekawe,  czy  uda  mi  się  choć  trochę 

background image

roztopić lód w twoim sercu... 

Niewiele myśląc, pochylił się i pocałował Delfinę w usta, jednocześnie przyciągając ją 

ku sobie. Przez długą chwilę delektował się słodyczą jej warg i uzależniającą bliskością ciała. 

Pocałunek  sprawił,  że  opuścił  go  wszelki  rozsądek.  Jedną  rękę  położył  na  jej  plecach  i ją 

przytulił,  żeby  była  świadoma  jego  podniecenia.  Zapragnął  natychmiast  rzucić  ją  na  łóżko 

i powtórzyć  nocne  igraszki,  ona  jednak  miała  najwyraźniej  inne  zamiary,  bo  chwyciła  jego 

dolną  wargę  zębami  i mocno  ugryzła.  Stephen  odskoczył  jak  oparzony,  klnąc  siarczyście 

i przełykając krew wymieszaną ze śliną. 

- I pan  nazywa  siebie  żołnierzem?  -  zakpiła.  -  Dowódcą?  Oficerem?  -  Zamrugała 

oczami,  żeby  powstrzymać  łzy  wściekłości.  -  Gdzie  się  pan  nauczył  takich  manier, 

w hiszpańskiej oborze? 

Ignorując ból, popatrzył w błyszczące oczy Delfiny i oparł ręce na biodrach. 

- Kocica  z ciebie  -  mruknął.  -  Masz  nie  tylko  ostry  języczek,  moja  mała,  ale  i ząbki, 

skaleczyłaś  mnie  do  krwi.  Nie  przypominam  sobie,  żebyś  tak  protestowała,  kiedy 

baraszkowaliśmy. 

- Trudno cokolwiek pamiętać, gdy jest się ohydnie pijanym - burknęła z odrazą. 

- Nie byłem aż tak pijany, aby nie wiedzieć, co się dzieje - odparł nieco łagodniejszym 

tonem. - Śmiem twierdzić, że kiedy kochaliśmy się po raz drugi, moje starania dały rozkosz 

także tobie. 

Delfina z furią zamachnęła się na niego torbą i gdyby nie odskoczył,  dostałby prosto 

w twarz. Nie spodziewał się tak ostrej reakcji. 

- Następnym razem nie chybię - zapowiedziała. 

Stephen uniósł brwi. 

- A zatem będzie następny raz? - zapytał z ciekawością. 

- Tylko  jeśli  będę  miała  pecha  przypadkiem  wpaść  na  pana.  -  Otarła  łzy  wierzchem 

dłoni. - Proszę tknąć mnie jeszcze raz, a będzie pan przez resztę życia popiskiwał sopranem. 

A teraz proszę przywołać pana Oakleya i kazać mu zawezwać powóz. Im szybciej oddalę się, 

tym rychlej poprawi się moje samopoczucie. 

Poruszony jej przygnębieniem i pełen skruchy Stephen postanowił ułagodzić Delfinę. 

- Jako  dżentelmen  w żadnym  razie  nie  mogę  cię  odesłać  bez  osoby  towarzyszącej  - 

oznajmił.  -  Nie  chcę  być  wścibski,  ale  jeśli  podasz  mi  swój  adres,  zawiozę  cię  tam  bez 

zbędnej zwłoki. Jednocześnie pokornie zapewniam, że nic ci z mojej strony nie grozi. 

- Doprawdy? Proszę wybaczyć, ale śmiem powątpiewać. Wolę sama dotrzeć do domu. 

- Wedle  życzenia.  W żadnym  razie  nie  jesteś  moim  więźniem.  Możesz  odejść 

background image

natychmiast, jeśli taka jest twoja wola. 

- Akurat  tego  zrobić  nie  mogę  -  westchnęła.  -  Weszłam  do  pańskiego  pokoju 

niezauważona i umarłabym ze wstydu, gdyby ktoś zobaczył, jak stąd wychodzę. 

- Zatem wezwę Oakleya. Obawiam się jednak, że te obcisłe bryczesy nie pozostawiają 

miejsca domysłom i grożą mi co najmniej zakłopotaniem. 

Delfina  opuściła  wzrok  na  spodnie  i momentalnie  tego  pożałowała.  Pośpiesznie 

odwróciła głowę, czując krew napływającą do twarzy. W istocie wybrzuszenia nie dałoby się 

zamaskować.  Stephen  uśmiechnął  się,  rozbawiony  jej  dyskomfortem,  a Delfina  odetchnęła 

z ulgą, gdy ktoś niepewnie zapukał do drzwi. 

- Zaraz!  -  krzyknął  Stephen  i ponownie  spojrzał  na  Delfinę.  -  Muszę  wynagrodzić  ci 

twój  cenny  czas,  moja  droga.  Jaka  jest  obowiązująca  stawka?  -  Pożałował  swoich  słów, 

ledwie je wypowiedział, bo w oczach Delfiny ujrzał ból i upokorzenie. 

- Skąd niby mam to wiedzieć? Wszak powiedziałam panu, że nie jestem dziewką. Nic 

mi pan nie jest winien, panie pułkowniku. Mam swoją dumę i na pewno nie przyjmę od pana 

żadnych  gratyfikacji.  Gdyby  jednak  zapragnął  pan  przekazać  odpowiednio  dużą  donację  na 

rzecz sierocińca przy Water Lane... 

- Zajmę się tym. - Ich spojrzenia skrzyżowały się. - Rozumiem twoją złość i sam czuję 

się fatalnie po tym, jak cię potraktowałem. Moje zachowanie było niewybaczalne. 

Jego szczerość zbiła Delfinę z tropu. 

- To prawda - zgodziła się ostrożnie. 

- Obawiam  się,  że  subtelność  nie  jest  moją  najmocniejszą  stroną,  ale  jeśli  miałabyś 

ochotę mnie spoliczkować, bardzo proszę. 

Delfina powoli pokręciła głową. 

- Nie zrobię tego - odparła. 

Przez chwilę stali w milczeniu, spoglądając na siebie z uwagą. Czuła, że ma do tego 

mężczyzny  dziwną  słabość,  choć  powinna  go  nienawidzić  a co  najmniej  nim  gardzić. 

Wyglądało  na  to,  że  nocne  uczynki  ujdą  mu  płazem,  ponieważ  nie  mogłaby  nikomu 

opowiedzieć o tej wstydliwej sprawie. Zadrżała tak mocno, że niemal ugięły się pod nią nogi. 

Tej nocy doświadczyła na własnej skórze męskiej nieprawości, a także uświadomiła sobie, że 

potrafi być rozwiązła. 

Gdy  Stephen  odwrócił  się  od  niej,  dostrzegła  swoje  odbicie  w pękniętym  lustrze  po 

drugiej  stronie  pokoju.  Do  jej  oczu  napłynęły  łzy  bezsilnej  furii.  Zdrajczyni,  pomyślała  ze 

wzrokiem  utkwionym  w pobladłej  twarzy  w zwierciadle.  Jak  mogłaś  do  tego  dopuścić, 

bezwstydna rozpustnico? Gdzie twój honor? 

background image

Nie doczekała się odpowiedzi. 

Stephen w końcu otworzył drzwi i wpuścił pana Oakleya, który uśmiechnął się do niej 

nieśmiało.  W odpowiedzi  posłała  mu  złowrogie  spojrzenie,  a on  skierował  wzrok  na 

pułkownika,  wyraźnie  zdezorientowany.  Stephen  zrobił  skruszoną  minę.  Coraz  bardziej 

skonfundowany  pan  Oakley  zerknął  na  łóżko  i wytrzeszczył  oczy  na  widok  poplamionej 

pościeli. Stephen zauważył jego osłupienie i pokiwał głową. 

- Wygląda  na  to,  stary  druhu,  że  popełniłeś  błąd  -  oznajmił.  -  Obecna  tu  Delfina  nie 

jest  bynajmniej  tą  Delfiną,  której  szukałeś.  Doszło  do  niefortunnego  nieporozumienia 

i niewiele  da  się  na  to  poradzić.  Póki  co  sprowadź  dla  niej  jakiś  powóz  i postaraj  się,  by 

wyszła z gospody niezauważona. To ważne. Oboje na ciebie liczymy. 

Delfina włożyła czepek, podniosła torbę i szybko wyszła za panem Oakleyem. Liczyła 

na  to,  że  nigdy  więcej  nie  zobaczy  pułkownika  Fitzwaringa.  Nie  miała  szansy  zapomnieć 

tego, co zrobił, i nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby mu wybaczyć. 

Nadal była w szoku po tym, czego doświadczyła, ale dopiero w powozie podążającym 

na  Mayfair  dotarło  do  niej,  jakie  mogą  spotkać  ją  konsekwencje.  Wstrząśnięta 

i rozwścieczona  postępowaniem  pułkownika,  zamarła,  zbulwersowana  powagą  sytuacji. 

Wyglądało  na  to,  że  jej  niewinność  znikła  bez  śladu  i trzeba  stawić  czoło  nowemu 

i nieznanemu wymiarowi życia. 

Delfina  była  córką  lorda  Johna  Cameron  oraz  lady  Evangeline.  Cała  rodzina  poza 

dwiema  starszymi  córkami  mieszkała  w jednym  z eleganckich  domów  wokół  Berkeley 

Square. 

Właśnie  miała  dyskretnie  zakraść  się  do  środka,  kiedy  drzwi  się  otworzyły  i stanął 

w nich kamerdyner Digby, którego znała od urodzenia. 

- Dzień  dobry  -  powitała  go.  Nie  wątpiła,  że  podobnie  jak  wszyscy  w domu,  chciał 

wiedzieć, co ją zatrzymało i dlaczego spędziła całą noc poza domem. Modliła się w duchu, by 

nikt nie poznał prawdy. - Czy wszyscy jeszcze śpią? 

- Lady  Cameron  bawi  w salonie.  Była  wyjątkowo  przejęta  całonocną  nieobecnością 

panienki i wstała wcześnie rano. Panienka ma się niezwłocznie stawić przed jej obliczem. 

Delfina zwiesiła głowę. Miała nadzieję, że zdąży wziąć kąpiel, przebrać się i dopiero 

potem odwiedzi rozjuszoną matkę, ale wyglądało na to, że jej plany wzięły w łeb. 

- Rozumiem - westchnęła. - W takim razie pójdę do niej, a ty każ którejś z pokojówek 

przygotować dla mnie kąpiel, dobrze, Digby? 

Matka  Delfiny  siedziała  w ulubionym  fotelu  przy  oknie.  Mimo  wczesnej  pory 

w pokoju  było  bardzo  duszno  i lady  Evangeline  wachlowała  się  dla  ochłody.  Niewysoka 

background image

i szczupła,  miała  nienagannie  ułożone,  szpakowate  włosy,  a jej  gniew  wydawał  się  niemal 

namacalny.  Z zaciśniętymi  ustami  zatopiła  złowrogie  spojrzenie  w córce,  po  czym 

energiczniej  pomachała  wachlarzem.  Delfina  podeszła  bliżej  i położyła  ręce  na  oparciu 

jednego z krzeseł, żeby nie stracić równowagi. 

- Dzień  dobry,  mamo  -  przywitała  się.  -  Przepraszam,  że  dałam  ci  powód  do 

niepokoju. 

- Niepokoju?  -  wycedziła  dama  z irytacją.  -  Dobrze  wiedziałaś,  że  zależało  mi  na 

twojej  obecności  podczas  wieczorku  muzycznego  wczoraj  wieczorem.  Nie  dość,  że  nie 

przyszłaś, to  jeszcze nie raczyłaś zawiadomić mnie, iż wrócisz dopiero rano! To absolutnie 

niestosowne! Gdzie się włóczyłaś? Chcę wiedzieć. Spójrz tylko na siebie - wyglądasz, jakbyś 

spała w ubraniu. 

- Ja...  musiałam  do  późna  zostać  w ochronce.  Dwoje  dzieci  zachorowało... 

Pomagałam... Potem zrobiło się za późno, żeby wracać, więc spędziłam noc w przytułku. 

Lady Cameron podejrzliwie zmrużyła oczy. 

- Delfino, nie wierzę ani jednemu słowu. Kłamiesz jak najęta i wiem o tym doskonale. 

Nie wracałaś, więc posłałam po ciebie lokaja do sierocińca. Powiedziano mu, że już wyszłaś. 

Nawet  nie  chcę  myśleć  o tym,  z jakimi  ludźmi  się  zadajesz.  I pomyśleć,  że  to  wszystko 

sprawka Celii. 

- To wcale nie jest wina ciotki Celii. - Przyłapana na kłamstwie Delfina zrozumiała, że 

musi wyznać matce część prawdy. - Właściwie to... poszłam szukać zaginionej dziewczynki. 

- I znalazłaś ją? 

- Tak. - Delfina skinęła głową. 

- Gdzie? 

- Uciekła do matki... do domu uciech pani Cox, na samym końcu Water Lane. 

- Rozumiem.  Zatem  jej  matka  jest  kobietą  upadłą.  Czy  mam  przez  to  rozumieć,  że 

przekroczyłaś próg tego przybytku? 

- Owszem - przyznała Delfina cicho. 

Lady  Cameron  aż  do  ślubu  mieszkała  w ekskluzywnej  części  Bath.  Jej  życie 

sprowadzało  się  do  codziennych  spacerów  po  Mayfair,  popijania  herbaty  z przyjaciółkami 

w parku  oraz  wieczornych  rozrywek.  Nigdy  nie  była  w takich  miejscach  jak  St.  Giles  czy 

Seven Dials, wylęgarniach chorób i rozpusty; nigdy też nie widziała kobiet pokroju Meg ani 

dzieci takich jak Maisie. W przeciwieństwie do Delfiny i ciotki Celii nie umiałaby pojąć, jak 

cierpią te nieszczęsne kobiety. 

- Podstawowym  atrybutem  damy  jest  stosowne  zachowanie,  czy  to  w miejscu 

background image

publicznym,  czy  to  prywatnie...  A do  tego  niezbędne  są  dobre  maniery.  Ty,  Delfino,  nie 

wykazałaś  się  ani  jednym,  ani  drugim.  Dlaczego  taka  jesteś?  -  Lady  Cameron  westchnęła 

ciężko. - Czemu nie bierzesz przykładu z sióstr? 

- Nie jestem taka, jak moje siostry, mamo. 

- W istocie. Jesteś nazbyt wygadana, nieposłuszna... A w dodatku robisz rzeczy, które 

żadnej  szanującej  się  młodej  damie  nawet  nie  przeszłyby  przez  myśl.  Narażasz  się  na 

niebezpieczeństwo  i kusisz  los,  kręcąc  się  nocą  po  ulicach  pełnych  łotrów  spod  ciemnej 

gwiazdy. Do tego cierpisz za każdym razem, kiedy zmienia się pogoda. 

Oczy Delfiny zaszły łzami. 

- To  nie  dlatego  cierpię  -  odparła,  usiłując  zachować  spokój.  -  To  ból  odrzucenia, 

którego  wy  jesteście  przyczyną.  Liczyliście  na  syna,  a tymczasem  urodziłam  się  ja  i nie 

możecie mi tego wybaczyć! 

Słowa  wyrwały  się  Delfinie,  nim  zdążyła  ugryźć  się  w język.  Matka  nawet  nie 

próbowała ukryć zakłopotania. 

Brak  miłości  i aprobaty  doskwierał  jeszcze  bardziej  niż  dotąd,  bo  jej  niewinność 

przepadła bezpowrotnie. 

Z wysiłkiem wzięła się w garść i dodała: 

- Nie powinnam była... Przepraszam... Sprowokowały mnie twoje pytania... 

Lady Cameron wstała i uniosła głowę. Oddychała szybko, a w jej oczach pojawił się 

gniew. 

- Wraz  z ojcem  dokładaliśmy  wszelkich  starań,  aby  cię  dobrze  wychować,  Delfino  - 

wycedziła. - Robiliśmy, co w naszej mocy, ofiarowaliśmy ci wszystko, a tobie zależy tylko na 

pracy dobroczynnej. W twoim życiu nie ma miejsca na nic innego. Nie wiem, skąd u ciebie ta 

słabość  do  pospólstwa.  Może  to  dobrze,  że  jesteś  wrażliwa  i okazujesz  im  współczucie... 

Szkoda tylko, że nie traktujesz równie dobrze swoich najbliższych. 

- Przykro mi, mamo - wyjąkała Delfina niepewnie. - Kocham ciebie, papę i siostry, ale 

naprawdę lubię robić to, co robię. 

- Przykro  ci?  -  Matka  nie  kryła  pogardy.  -  Może  gdybyś  była  przykładną  córką,  nie 

czułabyś  się  odrzucona.  Nadal  czekam,  aż  wyjaśnisz,  gdzie  spędziłaś  całą  noc.  Czy  mam 

rozumieć, że zatrzymałaś się w tym... w tym burdelu? 

Delfina pobladła i odwróciła wzrok. Lady Cameron podeszła bliżej, stanęła tuż przed 

nią i popatrzyła jej w oczy, usiłując wyczytać z nich prawdę. Zmarszczyła nos, zupełnie jakby 

wyczuła zapach mężczyzny. Od razu domyśliła się prawdy. 

- Mam rację! - warknęła z niedowierzaniem. - Byłaś z mężczyzną? Mów zaraz! 

background image

Z trudnym do wytrzymania bólem w sercu i ze łzami w oczach Delfina skinęła głową. 

Nie  mogąc  dłużej  wytrzymać  napięcia,  wyrzuciła  z siebie  całą  prawdę.  Z najdrobniejszymi 

szczegółami opowiedziała, co się jej przytrafiło. Przypomniała sobie, że gdy lord Fitzwaring 

brał  ją  po  raz  drugi,  zamarła  i ustąpiła,  gdyż  stało  się  jasne,  że  walka  nie  ma  sensu.  Był 

zwycięzcą, choć w nierównej walce ze słabszym przeciwnikiem. 

Przestawszy  się  opierać,  poczuła  dziwną,  fizyczną  podnietę.  Ze  zgrozą  uświadomiła 

sobie,  że  pomimo  samokontroli  w trakcie  odwiedzin  w burdelu  padła  ofiarą  zmysłowych 

rozkoszy  równie  łatwo  jak  kobieta,  którą  widziała  podczas  miłosnego  aktu  z mężczyzną. 

W tamtej chwili zrozumiała, że mężczyźni i kobiety ciągną ku sobie, by cieszyć się rozkoszą. 

Tak  właśnie  zostali  stworzeni,  to  absolutnie  naturalne,  ale  problem  w tym,  że  jej  matka 

widziała te sprawy inaczej. 

Lady  Cameron  z nieskrywaną  zgrozą  słuchała  wyznań  córki.  Przez  chwilę  na  jej 

twarzy malował się wyłącznie szok, lecz potem oczy damy rozbłysły, zupełnie jak wtedy, gdy 

jej najstarsza córka wyszła za lorda Rundell. Za maską dystyngowanej wyniosłości skrywała 

się ambitna matrona, pragnąca jak najlepiej dla dzieci i zdecydowana uczynić wszystko, aby 

uniknąć skandalu oraz obrócić sytuację na swoją korzyść. 

- Powiadasz,  że  ten  mężczyzna  jest  pułkownikiem  w armii  Wellingtona?  -  Pokiwała 

głową. - Co jeszcze? Jest bogaty? Utytułowany? Mów! 

- To lord Stephen Fitzwaring. Więcej o nim nie wiem. 

- Twoje zachowanie było lekkomyślne i całkowicie nieodpowiedzialne. Teraz musisz 

za to zapłacić. Rzecz jasna, ten człowiek będzie zmuszony ożenić się z tobą. I zrobi to, o ile 

jest dżentelmenem, w co zaczynam wątpić. 

Delfina  jeszcze  nigdy  nie  widziała  takiej  miny  na  twarzy  matki.  Lady  Cameron 

patrzyła na córkę twardo, przewiercając ją wzrokiem na wylot. W pewnej chwili zerknęła na 

jej brzuch i ponownie podniosła spojrzenie. 

- A jeśli zaszłaś w ciążę? Wzięłaś to pod uwagę? 

Delfina  zamarła,  a krew  odpłynęła  jej  z twarzy.  W swojej  niewinności  nawet  nie 

pomyślała, jakie mogą być konsekwencje poczynań pułkownika Fitzwaringa. Gdy rozchyliła 

usta, żeby coś powiedzieć, matka uniosła rękę. 

- Milcz - wycedziła ze złością. - Zachowałaś się okropnie. Jesteś zwykłą bezwstydnicą 

i zakałą rodziny. Wzdragam się na myśl o tym, jak przyjmie to twój ojciec. 

John  Cameron  był  niskim,  przysadzistym  mężczyzną  o szkockich  korzeniach 

i porywczym  usposobieniu.  Wezwany do żony, zjawił się natychmiast,  a gdy poznał  prawdę 

o córce, jego gniew przypominał huragan. 

background image

- Zawsze wiedziałem, że nic dobrego nie wyniknie z tych twoich wizyt w sierocińcu, 

nawet  jeśli  były  one  pełne  dobrych  intencji  -  zagrzmiał,  czerwony  po  czubki  uszu.  - 

Nawarzyłaś sobie piwa, teraz je wypijesz. Jesteś skończona, jeśli ten mężczyzna nie weźmie 

cię za żonę. Chyba masz tego świadomość, Delfino? 

Wyprostowała się i popatrzyła ojcu w oczy. 

- Popełniłam błąd, poważny błąd, z którego konsekwencjami muszę żyć - powiedziała 

powoli. - Ale dlaczego mam wychodzić za mąż? 

- Ślub  jest  konieczny  -  upierał  się  lord  Cameron.  -  Chwała  Bogu,  że  ten  człowiek 

wydaje się dobrze urodzony. 

- Nie ożeni się ze mną. 

- Zobaczymy.  Jeśli  temu  Fitzwaringowi  wydaje  się,  że  pohańbi  moje  dobre  imię, 

uwodząc mi córkę, a potem umknie do Hiszpanii, to jest w błędzie. Zapłaci za to. Osobiście 

tego dopilnuję! 

Delfina  poczuła  się  całkiem  bezsilna.  Nie  mogła  wypowiedzieć  ani  jednego  słowa, 

a co  dopiero  przeciwstawić  się  rodzicom,  którzy  połączyli  siły  i podjęli  ostateczną  decyzję 

w sprawie jej przyszłości. 

Dwa  dni  później  ojciec  wezwał  Delfinę  do  gabinetu.  Spodziewając  się  kolejnego 

upokarzającego kazania, z ciężkim sercem ruszyła na spotkanie. 

Ojciec stał odwrócony plecami do kominka. 

- Wejdź,  Delfino.  -  Skinął  głową  w kierunku  wysokiego  mężczyzny,  który  wyglądał 

przez okno, przez co nie widziała jego twarzy. Z rozstawionymi nogami, dłońmi na plecach, 

w szkarłatnej  marynarce  i białych  spodniach  munduru,  wydawał  się  sztywny  i wyniosły.  - 

Znasz już pułkownika Fitzwaringa, ma się rozumieć. 

Serce  podeszło  Delfinie  do  gardła.  Targały  nią  sprzeczne  emocje.  Stephen  się 

odwrócił  i popatrzył  na  nią  niezwykłymi  oczami  o ciemnoniebieskiej  barwie.  Delfina 

mimowolnie  poczuła  radość  i entuzjazm  -  była  zła  na  siebie  z powodu  tak  spontanicznej 

reakcji na przystojnego oficera, do którego powinna żywić wyłącznie odrazę. 

Świadoma jego uważnego spojrzenia, drżącymi palcami dotknęła kołnierzyka sukni. 

- W istocie,  mieliśmy  okazję  się  poznać  -  odparła  chłodnym  i obojętnym  tonem.  - 

Witam, wasza lordowska mość. 

- Panno Cameron. - Ukłonił się, a w jego głosie zabrzmiała nuta ironii. 

Stephen  z trudem  zachowywał  spokój.  Nie  spodziewał  się,  że  lord  Cameron  udzieli 

mu reprymendy. 

- To mój ojciec poprosił pana o przybycie. Czy tak, wasza lordowska mość? - zapytała 

background image

Delfina. 

- Owszem - potwierdził zwięźle. - Mniemam, że zastaję panią w dobrym zdrowiu? 

- Jak  pan  widzi  -  odparła  lodowato.  Przeszło  jej  przez  myśl,  że  Stephen  pewnie 

wolałby  stawić  czoło  całej  potędze  armii  Napoleona,  niż  bawić  dzisiaj  w tym  domu.  - 

Miewam się całkiem dobrze. 

Stephen  ukłonił  się  lekko  i ponownie  umilkł.  Na  jego  usta  zabłąkał  się  leniwy 

uśmieszek  i wyglądało  na  to,  że  przystojny  arystokrata  niewiele  sobie  robi  z zaistniałej 

sytuacji. 

Armia  była  dla  niego  najważniejsza,  więc  nie  miał  czasu  na  żeniaczkę  i sprawy 

sercowe.  Mężczyzna,  który  zbyt  mocno  kochał,  okazywał  słabość.  Co  oczywiste,  Stephen 

ulegał  pragnieniom  cielesnym,  podobnie  jak  każdy.  Przez  jego  życie  przewinęło  się  wiele 

kobiet  -  o niektórych  zapomniał  bezpowrotnie,  inne  przechowywał  w życzliwej  pamięci. 

Naprawdę  bliska  jego  sercu  była  tylko  jedna,  piękna,  zimna  i zdradziecka,  którą  opuścił 

z gorzkim  przekonaniem,  że  miłość  jest  zarezerwowana  dla  młodych  idealistów.  Lubił 

dojrzałe panie, znające reguły gry i akceptujące fakt, że romanse kiedyś się kończą, więc nie 

liczyły na nic więcej. 

Podczas służby skupiał się jedynie na rozwoju umysłu oraz hartu ducha, tak aby jak 

najlepiej radził sobie na polu bitwy. Trzymał się tej reguły do czasu spotkania z tą irytującą, 

choć piękną młodą kobietą. Skąd mógł wiedzieć, że trafił na córkę lorda z londyńskiej elity? 

Pożądanie  wciągnęło  go  w pułapkę,  którą  sam  na  siebie  zastawił.  Teraz  musiał  zapłacić 

wysoką cenę za uleganie namiętności. 

 

background image

  ROZDZIAŁ TRZECI 

 

 

Lord Cameron popatrzył na córkę. Nie znał powodów, dla których Delfina trafiła do 

łoża tego mężczyzny i wcale nie chciał ich znać. Liczył jednak na to, że nie ma do czynienia 

z głupcem.  Jeśli  pułkownik  chciał  uniknąć  skandalu,  musiał  ożenić  się  z Delfiną.  Camerona 

ostrzegano  jednak,  żeby  go  nie  rozgniewał,  gdyż  Fitzwaring  uchodził  za  niezwykle 

porywczego człowieka. 

- Lord  Fitzwaring  potwierdził,  że  w istocie,  trzy  dni  temu  doszło  między  wami  do 

zbliżenia  w gospodzie  „Pod  Modrym  Niedźwiedziem”.  Jako  człowiek  honoru  chciałem 

poznać fakty, nim poprosiłem go, by postąpił jak należy. 

Delfina przechyliła głowę, mierząc wzrokiem swego uwodziciela. 

- Postąpi pan tak, jak należy, wasza lordowska mość? - zapytała. 

- Naturalnie  -  odparł  Stephen.  -  Ojciec  pani  i ja  rozmawialiśmy  o tej  sprawie. 

Zamierzamy dopilnować, by została pani otoczona należną opieką. 

- Doprawdy? - Zaśmiała się z goryczą. - Wierzę w troskę ojca, lecz kiedy przypomnę 

sobie, jak pan mnie potraktował, nie mogę wyzbyć się obaw. Pana zdaniem cieszy mnie, że 

muszę prosić o ratunek człowieka, który skradł mi niewinność? Zrobi pan, co uzna za słuszne. 

Proszę  kierować  się  dumą  i honorem,  ale  nie  liczyć  na  to,  że  w łatwy  sposób  oczyści  pan 

sumienie. Przekroczenie progu tego domu  to  za mało, wasza lordowska mość, żeby pozbyć 

się wyrzutów sumienia! 

Stephen zacisnął usta, a jego oczy błysnęły. 

- Radziłbym  uważać  na  słowa.  -  Pochylił  się  lekko  ku  niej.  -  Nie  musiałem  tu  dziś 

przychodzić.  Mogłem  zasłaniać  się  brakiem  pamięci  ze  względu  na  mój  nietrzeźwy  stan 

i oznajmić ojcu pani, iż jest w błędzie. 

Delfina nie miała ochoty na dyplomację. 

- Tak,  pamiętam  pańskie  opilstwo.  -  Uśmiechnęła  się  drwiąco.  -  Przypominam  sobie 

również uroczy pieprzyk na pańskim... 

- Dość! - zagrzmiał Stephen, rozgniewany jej bezczelnością. 

Obserwowała, jak tracił nad sobą kontrolę. Jego oczy pociemniały i przez chwilę nie 

był  w stanie  wydobyć  z siebie  ani  słowa.  W końcu  jednak  opanował  się  i dodał  nieco 

spokojniej: 

- Mogę  tylko  przeprosić  za  swoje  zachowanie  i zaoferować  rekompensatę.  Mówiłem 

pani ojcu, że gotów jestem się ożenić i ma moje słowo, że będzie pani utrzymywana w sposób 

background image

przystający pani pochodzeniu. 

Uśmiech  Delfiny  przypominał  raczej  grymas  niesmaku.  Wyczuwała,  że  Stephen  był 

zły na siebie za to, iż dał się wmanewrować w małżeństwo. 

- Cóż za wspaniałomyślność, wasza lordowska mość. Od czego zaczniemy? 

- Wystarczy. - Ojciec popatrzył na nią zimno. - Jesteś zbyt impertynencka. Zachowuj 

się,  proszę,  jak  na  damę  przystało.  To  właśnie  przez  twoje  nieposłuszeństwo  i niechęć  do 

respektowania zasad obowiązujących młode damy znalazłaś się w takiej sytuacji. Czy dociera 

do ciebie, że jesteś zbrukana? Wszyscy uznają cię za zhańbioną. Jeśli twój romans z lordem 

Fitzwaring  ujrzy  światło  dzienne  i ludzie  dowiedzą  się,  że  pozbawił  cię  cnoty,  zamkną  się 

przed tobą wszystkie drzwi w Londynie. 

- Papo, to nie był romans - oznajmiła z oburzeniem. - Przecież... 

- Milcz.  Twoja  matka  i ja  zawsze  powtarzaliśmy,  że  nic  z ciebie  nie  będzie,  i ten 

ostatni wyczyn dowodzi naszej racji. Robię to z prawdziwym niesmakiem, jednak dla twojego 

dobra muszę nalegać, by lord Fitzwaring stanął z tobą przed ołtarzem. 

Delfina czuła się całkowicie upokorzona. Ojciec próbował zmusić ją do zmiany życia. 

Tak niewiele widziała, prawie wcale nie znała mężczyzn. Była wraz z matką tylko na kilku 

nudnych  spotkaniach,  kilku  tańcach  i wieczorkach.  Nie  obracała  się  w towarzystwie,  jak 

większość  dziewcząt  w jej  wieku,  a Stephena  Fitzwaringa  mogła  porównywać  jedynie 

z mężczyznami, którzy adorowali jej siostry bliźniaczki  Rose i Fern. Wszyscy oni  wydawali 

się jej nudni i zupełnie nieatrakcyjni. Stephen ani trochę ich nie przypominał. 

- Ale ja nie mam ochoty wychodzić za lorda Fitzwaring - oświadczyła. 

- To nie podlega dyskusji. Pułkownik się zgodził, choć Bóg mi świadkiem, że gdybym 

był  raptusem,  obiłbym  go  batem.  Jeśli  nie  załatwi  się  tego  w odpowiedni  sposób,  będziesz 

wystawiona na publiczne pośmiewisko i narazisz się na skandal, który cię zrujnuje. Dlatego 

właśnie już za dwa dni dostaniecie specjalną dyspensę na małżeństwo. 

Zaskoczona Delfina szeroko otworzyła oczy. 

- Skąd ten pośpiech? - zapytała słabym głosem. 

- Obowiązki wzywają mnie natychmiast do Hiszpanii - poinformował ją Stephen. 

- Czyżby? - Dumnie uniosła głowę. - Hm, wcale nie jestem rozczarowana. 

Zirytowany Stephen zmrużył oczy. 

- Odzywa  się  pani  do  mnie  bez  należytego  szacunku  -  wycedził.  -  Gdy  zostanę  pani 

mężem, to się z pewnością zmieni. 

Jego  słowa  wcale  jej  nie  zdenerwowały.  Uśmiechnęła  się  z rozbawieniem  i lekką 

pogardą, tak jak to miał w zwyczaju jej ojciec. Delfina dobrze wiedziała, że to doprowadza 

background image

ludzi do szału. 

- Kiedy  zostanie  pan  moim  mężem,  będę  modliła  się,  by  wojna  z Francją  trwała  jak 

najdłużej  i by obowiązki  w Hiszpanii nie pozwalały panu wrócić do kraju  - zapewniła go.  - 

A do  tego  czasu  będę  tak  uprzejma  w stosunku  do  pana,  jak  pan  w stosunku  do  mnie. 

Zazwyczaj  przychodzi  mi  to  naturalnie,  chyba  że  spotykam  się  z przypadkiem 

nieumiarkowania w piciu i zachowaniu. 

- Dość - przerwał jej ojciec. - Przejdźmy do rzeczy. Czeka nas sporo przygotowań. 

- Myślę,  że  w tych  okolicznościach  najlepiej  będzie,  jeśli  Delfina  zostanie  tutaj  do 

mojego powrotu z Hiszpanii - oświadczył Stephen. - Wtedy zabiorę ją do domu w Kornwalii. 

- Nic  podobnego,  wasza  lordowska  mość  -  oświadczył  lord  Cameron.  -  Po  ślubie 

miejsce mojej córki będzie w pańskim domu, i tam proszę ją zawieźć. Jestem pewien, że bez 

większego opóźnienia dołączy pan do swojego pułku. 

Stephen zmierzył przyszłego teścia lodowatym spojrzeniem. 

- Naturalnie, jeśli tak na tym panu zależy. - Uniósł brwi. 

- A i owszem. 

- Niech i tak będzie. Wyjeżdżam jednak niemal natychmiast i zabraknie mi czasu, by 

pomóc się jej rozgościć. 

- Doskonale dam sobie radę bez pana - oświadczyła Delfina butnie. 

Stephen spojrzał na nią spokojnie. 

- Z pewnością.  Proszę  jednak  pamiętać,  że  w tym  małżeństwie  utkwi  pani  do  końca 

swoich dni - zauważył. 

- Zapomniał  pan  o wojnie,  wasza  lordowska  mość?  Pochłania  tak  wiele  ofiar.  To 

wielce prawdopodobne, że pan nie wróci. 

Stephen zaśmiał się lekceważąco i popatrzył na nią chłodno. 

- Bez obaw, Delfino. Nie mam zamiaru tak wcześnie pani opuścić. 

- Musimy również porozmawiać o posagu Delfiny. Gotów jestem okazać hojność. 

- Proszę zatrzymać pieniądze - wycedził Stephen. - Niczego od pana nie chcę. 

Delfina  omal  nie  jęknęła  ze  zdumienia,  a jej  zdezorientowany  ojciec  wpatrywał  się 

w pułkownika. 

- Czy dobrze pana zrozumiałem, wasza lordowska mość? - spytał po chwili. 

- Owszem - odparł zimno Stephen. - Nie chcę żadnej zapłaty za ten ożenek. 

- Przecież taki jest zwyczaj. 

- Ja  go  nie  pochwalam.  Stać  mnie  na  to,  by  zaspokoić  potrzeby  Delfiny  i bez  pana 

wsparcia. 

background image

- Nie  zamierzam  być  dla  pana  obciążeniem,  panie  pułkowniku  -  wtrąciła  Delfina.  - 

Ani  towarzyskim,  ani  finansowym.  Proszę  wziąć  pieniądze,  przynajmniej  dzięki  temu 

zachowam resztki godności. 

- Jako  moja  żona  nie  zdoła  się  pani  utrzymać  bez  mojej  pomocy.  -  Popatrzył  na  nią 

zimno. - Wkrótce sama się pani o tym przekona. 

Po  tych  słowach  skinął  głową  i wyszedł.  Delfina  zdążyła  jeszcze  zerknąć  na  jego 

arystokratyczny profil, gdy zatrzymał się na chwilę, by oświadczyć, że nie spóźni się na ślub. 

Ceremonia  szybko  się  skończyła.  Delfina  poślubiła  lorda  Fitzwaring  i po  wyjściu 

z kościoła była blada jak płótno. Teraz szykowała się do opuszczenia Londynu. 

Nie mogąc się doczekać, aż upadła córka zniknie z miasta, lord i lady Cameron bardzo 

przyśpieszyli  bieg  spraw.  Nie  było  pięknej  sukni  ślubnej  ani  druhen,  tylko  mąż,  który  jej 

nienawidził za to, że został przymuszony do małżeństwa, i najbliższa rodzina. 

Po  przysiędze  Stephen  wsunął  obrączkę  na  palec  Delfiny,  po  czym  pocałował  jej 

zimne  usta,  patrząc  na  nią  z drwiącym  uśmiechem.  Zaczerwieniła  się  po  czubki  uszu, 

świadoma, że z niej kpił, ale niosła dumnie głowę. 

- Gdybym była mężczyzną, nie uszłoby to panu płazem - wycedziła. 

Stephen uśmiechnął się szerzej i powiedział bardzo cicho: 

- Gdybyś była mężczyzną, nie znaleźlibyśmy się w tej sytuacji, skarbie. 

Zdenerwowana  Delfina  usiłowała  oswobodzić  rękę.  Zebrani  zapewne  uważali,  że 

Stephen  czule  trzyma  dłoń  oblubienicy,  pannie  młodej  jednak  uścisk  kojarzył  się  raczej 

z żelazną obręczą, która zaciskała się tym mocniej, im energiczniej próbowała się uwolnić. 

Stephen pochylił głowę, a jego ciepły oddech owiał jej policzek. 

- Nie uciekniesz ode mnie, Delfino - szepnął, tak jakby bawił się jej smutkiem. - Mam 

bardzo  zaborczą  naturę.  Teraz  jesteś  moja,  już  na  zawsze,  więc  uśmiechaj  się  i pokaż 

wszystkim, jak cieszy cię ten ślub. 

Delfina czuła się prawdziwie upokorzona. Odebrano jej niezależność i znalazła się na 

łasce i niełasce porywczego człowieka. 

- Jest pan najobrzydliwszą ropuchą, jaką kiedykolwiek widziałam - syknęła. 

Stephen  nie  wydawał  się  ani  zdumiony,  ani  obrażony.  Uniósł  tylko  brwi,  a w jego 

oczach błysnęło rozbawienie. 

- To  przełomowy  moment,  skarbie.  Wyrażano  się  już  o mnie  w nader  niepochlebny 

sposób,  ale  dotąd  nikt  nie  nazwał  mnie  ropuchą.  -  Zachichotał  i z Delfiną  u boku  ruszył  ku 

wyjściu z kościoła. 

Uczta weselna przebiegała w napiętej atmosferze i szybko dobiegła końca, a państwo 

background image

młodzi  rozpoczęli  przygotowania  do  wyjazdu  do  Kornwalii.  Stojąc  w holu,  Delfina 

pomyślała,  że  niewątpliwie  śni  przerażający  koszmar.  Tylko  dwie  z jej  sióstr,  Rose  i Fern, 

pojawiły się na uroczystości. Od nocy spędzonej z lordem Fitzwaring właściwie nie widywała 

bliźniaczek. Była pewna, że matka celowo trzyma je od niej z daleka, aby najmłodsza siostra 

przypadkiem  nie  zaraziła  ich  niemoralnością.  Dwie  starsze  siostry  Delfiny,  mężatki, 

mieszkały zbyt daleko, aby zdążyć na pośpieszny ślub. Bliźniaczki były zupełnie zaskoczone, 

gdyż nie miały pojęcia, co zaszło między ich siostrą a przystojnym żołnierzem. Rose i Fern 

wyglądały  jak  piękne  lalki,  delikatne  i kruche,  o jasnych  włosach  i bladej  skórze,  obie 

w identycznych  sukniach  koloru  kości  słoniowej.  Niewinne  dziewczęta  miały  nienaganne 

maniery i stanowiły całkowite przeciwieństwo Delfiny. 

Lord  i lady  Cameron  uwielbiali  swoje  śliczne,  jednakowe  córeczki.  Przez  całe  życie 

Delfina  marzyła  o tym,  żeby  rodzice  patrzyli  na  nią  tak,  jak  na  Rose  i Fern.  Teraz  ich 

pośpiech, by pozbyć się jej z domu, wywołał ból niemal nie do zniesienia. 

Pożegnała służących, którzy zebrali się w holu, aby złożyć jej życzenia. O dziwo, nie 

obyło się bez łez. Ze szczególnym smutkiem żegnała się z ciotką Celią, świadoma, że starszej 

pani będzie brakowało jej pomocy w ochronce. Ta przytomna kobieta, opanowana w niemal 

każdej sytuacji, została wtajemniczona w okoliczności poprzedzające pośpieszne małżeństwo. 

Teraz na twarzy damy pojawił się szeroki uśmiech, a oczy zaszły łzami. 

- Niech  cię  Bóg  błogosławi,  moja  droga.  -  Czule  przytuliła  Delfinę.  -  Będę  za  tobą 

tęsknić z wielu powodów. Jestem z ciebie bardzo dumna... 

- Dumna?  -  powtórzyła  Delfina.  -  Jak  możesz  odczuwać  dumę,  skoro  okryłam  was 

wszystkich hańbą? 

Celia uśmiechnęła się do niej łagodnie. 

- Co  za  nonsens  -  oznajmiła.  -  Czasem  kobieta  nic  nie  może  poradzić  na  to,  co  się 

dzieje. Pada ofiarą okoliczności. 

- Albo żołnierza - wymamrotała Delfina. 

- I owszem.  -  Celia  zaśmiała  się  cicho.  -  Przynajmniej  pułkownik  Fitzwaring  jest 

niesłychanie  przystojny.  Kiedy  mój  drogi  brat  opowiedział  mi  o twojej  sytuacji  i dodał,  że 

winnym  jest  pułkownik  w armii  Wellingtona,  naszły  mnie  poważne  obawy.  Bardzo  się 

zmartwiłam,  gdyż  wyobrażałam  sobie  pomarszczonego  brzydala  i okrutnego  lubieżnika. 

Ulżyło mi, kiedy się przekonałam, że jest zupełnie inaczej. To uroczy człowiek, a jego datek 

na przytułek był naprawdę szczodry. 

Delfina  zdumiała  się  na  tę  wieść.  Gdy  Stephen  zaoferował  jej  zapłatę  za  usługi 

i zaproponowała donację na ochronkę, była pewna, że to zignoruje. 

background image

- Nie miałam pojęcia - wyznała. - Ale wstyd mi, gdy pomyślę, skąd ten datek. 

- Przestań. Co się stało, to się nie odstanie, a życie toczy się dalej. - Celia uścisnęła ją 

raz jeszcze. - A teraz idź już, czeka cię długa podróż. Obiecaj, że napiszesz tuż po przyjeździe 

do Kornwalii. Chcę dowiedzieć się wszystkiego o twoim nowym domu. 

- Obiecuję.  Proszę,  pisz  do  mnie  o dzieciach.  I uważaj  na  Maisie,  dobrze,  ciociu 

Celio? 

- Oczywiście. 

- Gdyby  coś  się  stało...  Gdybyś  zobaczyła  coś  niepokojącego,  niezwłocznie  daj  mi 

znać - nalegała. 

- Dobrze.  A teraz  ruszaj  w drogę.  Jestem  pewna,  że  jakieś  biedne  dusze w Kornwalii 

potrzebują twojej troski, drogie dziecko. 

Delfina  z trudem  panowała  nad  sobą.  Czuła  suchość  w gardle,  bolało  ją  serce. 

Wyściskała  siostry  i pożegnała  się  z rodzicami,  którzy  wciąż  patrzyli  na  nią  chłodno.  Nie 

ucałowali jej ani nie zapewnili o swojej miłości czy choćby trosce. Odwróciła się pośpiesznie 

i odeszła do męża, który czekał przed domem. 

W powozie  czuła  się  nieszczęśliwa  i samotna,  a gdy  wyjeżdżali  z Londynu,  zapiekły 

ją oczy. Dotąd dusiła w sobie wszystko,  ale dłużej  już nie mogła. Miała  ochotę wybuchnąć 

płaczem,  jednak opanowała smutek i po chwili poprzysięgła sobie, że za nic na świecie nie 

zaleje się łzami. 

Stephenowi najwyraźniej nie uśmiechała się perspektywa jazdy z Delfiną w powozie, 

gdyż postanowił podróżować wierzchem, w towarzystwie pana Oakleya. 

Po kilku godzinach powóz wtoczył się na kamienne łby przed gospodą, w której mieli 

spędzić  noc.  Stephen  zeskoczył  z karego  konia  i poinstruował  woźnicę,  by  był  gotów  do 

podróży o wpół do dziewiątej następnego ranka, po czym wręczył wodze stajennemu. 

- Mój Boże - mruknęła Delfina do pana Oakleya, który pomógł jej wysiąść z powozu. 

-  Mój  mąż  wydaje  się  zupełnie  wytrącony  z równowagi.  Bez  wątpienia  wini  mnie  za 

opóźnienie  w podróży  do  Portsmouth.  Muszę  być  dla  niego  strasznym  ciężarem  -  dodała 

oschle, patrząc na pana Oakleya z przyganą. - Jeśli któreś z nas zechce winić kogokolwiek za 

to, co się stało, nie musimy daleko szukać, prawda, proszę pana? 

Opanowanie pana Oakleya było godne podziwu. Adiutant tylko skinął głową i ruszył 

wraz z Delfiną przez podwórze. 

- Obawiam  się,  że  ma  pani  rację,  lady  Fitzwaring.  Można  to  nazwać  fatalnym 

w skutkach 

nieporozumieniem.  Błędnie  oceniłem  sytuację  i poczuwam  się  do 

odpowiedzialności.  Mogę  tylko  przeprosić  za  to,  co  pani  wycierpiała  z powodu  mojej 

background image

pomyłki, i prosić panią o wybaczenie. 

Delfina uśmiechnęła się do niego. Nie potrafiła się gniewać na tego miłego poczciwca. 

- Wybaczam panu - odparła. - Czy wybaczę mężowi, to jednak całkiem inna sprawa. 

Pułkownik nie lubi kobiet, prawda? 

- Na  pewno  pani  nie  skrzywdzi,  lady  Fitzwaring.  Przez  lata  przekonałem  się,  że 

kobiety  odgrywają  niewielką  rolę  w jego  życiu,  choć  mnóstwo  dam  chętnie  obdarzyłoby 

miłością tak przystojnego i godnego podziwu oficera. 

- Z pewnością nie byłoby to odwzajemnione uczucie - mruknęła domyślnie, wpatrzona 

w wyprostowane plecy Stephena, który właśnie znikał w głębi gospody. 

- Obawiam  się,  że  ma  pani  rację.  Pułkownik  jest  przede  wszystkim  żołnierzem 

i człowiekiem czynu, więc brak mu cierpliwości do czarowania dam. Trudno też odgadnąć, co 

czuje,  bowiem  skrzętnie  skrywa  swe  emocje.  Najlepiej  sprawdza  się  w ogniu  walki,  gdy 

ojczyzna wzywa, tak jak teraz przeciwko Napoleonowi. Po wielu  godzinach w siodle często 

dokonuje  przeglądu  regimentu  i zleca  wszelkie  zmiany,  które  uważa  za  niezbędne.  Potem 

długo  pisze  rozkazy  dla  podkomendnych  albo  planuje  nowe  strategie.  Często  pracuje  aż  do 

wczesnego poranka i w końcu zasypia z wyczerpania. 

- Pańska lojalność wobec niego jest chwalebna, panie Oakley, lecz ja nie dam się tak 

łatwo udobruchać. Przyznaję jednak, że wyczerpanie może tłumaczyć, dlaczego nieustannie 

jest  rozwścieczony  i naburmuszony,  niczym  niedźwiedź  z rozbitym  łbem.  -  Dotarłszy  do 

gospody,  przystanęła  i popatrzyła  na  towarzysza,  w którego  oczach,  a także  uśmiechu, 

dostrzegła  niezwykłe  ciepło  i inteligencję.  -  Bardzo  pan  lubi  mojego  męża,  panie  Oakley, 

prawda? 

- Jak  wspomniałem,  lady  Fitzwaring,  od  dawna  jesteśmy  razem,  na  dobre  i na  złe. 

Nieważne, co się o nim mówi, to człowiek honoru, ma żarliwe serce, a także namiętność do 

życia...  takiego  życia,  jakie  mógł  znaleźć  tylko  w armii.  Od  wczesnych  lat  wiedział,  czego 

pragnie, i konsekwentnie do tego dążył. 

- Kosztem  wszystkiego  innego,  panie  Oakley  -  zauważyła.  -  W tym  żony,  gdyż  nie 

może się doczekać, aż ją porzuci i powróci do Hiszpanii. 

I do hiszpańskiej señority, miała ochotę dodać, ale ugryzła się w język. Nie udało się 

jej jednak ukryć rozgoryczenia w głosie. 

- Obawiam się, że to prawda, ale... - W oczach pana Oakleya pojawił się wesoły błysk. 

- Podejrzewam również, że przy pani zmieni się nie do poznania. 

Kiedy  Delfina  zastanawiała  się,  co  odrzec,  pojawił  się  Stephen.  Gdy  przypomniała 

sobie, że będzie dzielić z nim pokój, jej serce zaczęło szybciej bić, a na policzkach pojawił się 

background image

rumieniec. Wcześniej właściwie nie zastanawiała się nad tym, że utknie z tym mężczyzną na 

całą  noc,  teraz  jednak  nie  mogła  o tym  nie  myśleć.  Przecież  to  była  noc  poślubna.  Noc, 

w którą panna młoda powinna połączyć się z mężem. 

Westchnęła  z niepokojem,  ale  jednocześnie  poczuła  dziwny  entuzjazm.  Zwykle 

kobiety  były  przerażone  perspektywą  pierwszej  wspólnej  nocy,  gdyż  nie  miały  pojęcia,  co 

dokładnie się z tym wiąże. Delfina jednak spędziła już jedną namiętną chwilę ze Stephenem 

Fitzwaringiem  i dobrze  wiedziała,  czego  się  spodziewać.  Jej  zdradliwe  ciało  nie  mogło  się 

doczekać  najbliższych  godzin.  Postanowiła  zatem  jak  najlepiej  panować  nad  swoimi 

pragnieniami. 

Po wspólnym posiłku w zatłoczonej sali stołowej w końcu oboje udali się do pokoju. 

Na  korytarzu  Stephen  zatrzymał  się  przed  drzwiami  i puścił  Delfinę  przodem.  Z chwili  na 

chwilę  traciła  pewność  siebie.  Nie  mogła  uwierzyć,  że  zaledwie  tydzień  temu  spędziła  całą 

noc ze Stephenem w gospodzie „Pod Modrym Niedźwiedziem”. 

Gdy  weszła  do  pomieszczenia,  natychmiast  zerknęła  na  łóżko.  Nie  było  specjalnie 

duże. 

Delikatny rumieniec na jej policzkach nie uszedł uwadze Stephena. 

- O co  chodzi,  Delfino?  -  Uśmiechnął  się  do  niej.  -  Wspominasz  wspólne  chwile? 

W końcu całkiem niedawno dzieliliśmy łoże? 

Delfina  już  miała  przygotowaną  ciętą  ripostę,  ale  ugryzła  się  w język.  Wzruszyła 

ramionami i powiedziała: 

- Po  prostu  nie  spodziewałam  się,  że  będziemy  musieli  się  przytulać...  Tak  mało  tu 

miejsca. 

- Wtedy  przytulałaś  się  do  mnie  i zupełnie  ci  to  nie  przeszkadzało.  O ile  pamiętam, 

moje karesy nie były ci wstrętne. - Podszedł i dotknął palcem policzka młodej żony, po czym 

wyzywająco spojrzał jej w oczy. - Jesteś blada, moja droga. Czyżby perspektywa dzielenia ze 

mną łoża wydała ci się niemiła? Bo widzisz, tak się składa, że musimy skonsumować nasze 

małżeństwo... 

Delfina  omal  nie  czmychnęła  w popłochu,  ale  zebrała  się  w sobie  i dumnie  uniosła 

głowę. 

- Mam  tego  świadomość,  wasza  lordowska  mość  -  odparła  sztywno.  -  Nie  jestem 

jednak gotowa na ponowną bliskość. - Skłamała, ponieważ ciało łaknęło kolejnego dotyku. - 

Nie czuję się jeszcze pańską żoną. Nasz ślub był żałosną ceremonią, więc nie będę go czule 

wspominać. Dotąd nie myślałam o zamążpójściu, gdyż nie znałam nikogo, kogo chciałabym 

poślubić.  Jednego  wszakże  byłam  pewna,  a mianowicie,  że  gdy  wyjdę  za  mąż,  będzie  to 

background image

radosne wydarzenie, a małżeństwo zacznie się śmiechem, a nie płaczem. 

Stephen przeszedł obok niej i poluzował fular z twarzą niezdradzającą emocji. Po tych 

słowach jednak poczuł wyrzuty sumienia, gdyż zdawał sobie sprawę, że każda kobieta marzy 

o wspaniałym  ślubie,  który  wspomina  się  latami.  Nie  podobało  mu  się  jednak,  że  Delfina 

udaje niechętną dziewicę, skoro oboje znali prawdę i pamiętali pierwsze spotkanie. 

- Dobrze  wiem,  że  nie  chciałaś  za  mnie  wyjść,  i zapewniam  cię,  że  będę  się 

zachowywał z większym szacunkiem i godnością, niż się spodziewasz - oświadczył. 

- Moja  niechęć  do  ślubu  wynika  z niechęci  do  pana  młodego  -  poinformowała  go 

lodowatym  głosem.  -  Gdybym  miała  wybór,  inaczej  bym  postąpiła.  Pańskie  wyczyny 

i gorliwość, z jaką pozbyli się mnie rodzice, jednak przesądziły o moim losie. 

- Nic  się  nie  martw,  mój  skarbie.  Nie  zamierzam  kochać  się  z tobą  ani  dzisiaj,  ani 

w najbliższej  przyszłości.  No  chyba  że  nie  będę  mógł  ci  się  oprzeć,  naturalnie  -  dodał 

ironicznie.  -  Gdy  zechcę  zażyć  z tobą  rozkoszy,  zrobię  to.  Twój  ojciec  dostał,  czego  chciał, 

więc i ja to dostanę. 

- Nie rozumiem - odparła Delfina ze zdumieniem. 

- Nie  udawaj  niewiniątka.  Nie  jestem  dumny  ze  swojego  zachowania  tamtej  nocy, 

Delfino.  Zrujnowałem  życie  niewinnej,  młodej  kobiecie.  Gdybym  wiedział,  że  jesteś  córką 

szanowanego  arystokraty,  odnalazłbym  cię  i przeprosił,  choć  twój  ojciec  miałby  prawo 

wyzwać  mnie  na  pojedynek.  Zachowałaś  się  bardzo  niemądrze,  wyznając  mu,  co  między 

nami zaszło. Niepotrzebnie skłoniłaś go, żeby mi groził. Wiesz dobrze, co planował uczynić, 

gdybym nie zgodził się na małżeństwo? 

Patrząc na niego z oszołomieniem, pokręciła głową. 

- Nie wiem, o czym pan mówi. 

- No tak. - Zaśmiał się z goryczą. - Może rzeczywiście nie wiesz... 

Wyciągnął rękę i pogłaskał Delfinę po policzku. 

- Naprawdę jesteś niewinna, prawda? - spytał cicho. - A do tego piękna i fascynująca. 

Jesteś dokładnie tak słodka, jak to zapamiętałem. - Pochylił głowę i musnął wargami to samo 

miejsce, gdzie przed chwilą był jego palec. 

Delfina  się  nie  sprzeciwiała.  Pocałunek  był  łagodny,  a jeśli  Stephen  nie  zamierzał 

robić nic więcej, nie chciała ryzykować i budzić jego złości, odmawiając takiej błahostki. 

- Wasza  lordowska  mość,  proszę  powiedzieć,  co  takiego  uczynił  mój  ojciec  - 

odezwała się w końcu, zawstydzona lekkim drżeniem głosu. 

Jego  usta  zbliżyły  się  do  ucha  Delfiny,  a kiedy  pocałował  ją  w szyję,  poczuła 

rozpływające się po całym ciele ciepło. Odsunęła się szybko z obawy, że świeżo poślubiony 

background image

małżonek nie dotrzyma słowa. 

- Proszę powiedzieć... - powtórzyła. 

Wyprostował się. Sprawiał wrażenie doskonale opanowanego. 

- Skoro to dla ciebie takie ważne, dowiedz się, że ojciec twój zagroził mi oskarżeniem 

o gwałt,  jeśli  nie  przystanę  na  ślub.  W ustach  powszechnie  szanowanego  arystokraty 

wywołałoby  to  ogromny skandal,  nie tylko w Londynie, ale również w angielskim  korpusie 

ekspedycyjnym w Hiszpanii. Sprawa zbrukałaby nazwisko mojej rodziny oraz zniszczyła mi 

karierę, a tobie reputację. Usunięto by mnie z armii oraz wtrącono do więzienia. 

Delfina patrzyła na niego z przerażeniem. 

- To doprawdy okropne. Ja... - Zająknęła się. - Naprawdę nie wiedziałam. Musi mi pan 

uwierzyć! 

Popatrzył na nią uważnie, po czym skinął głową i ujął żonę pod brodę. 

- Dlaczego?  -  Pogłaskał  ją  kciukiem  po  wargach.  -  I dlaczego  po  spędzonej  z tobą 

nocy  czuję  się  tak,  jakby  ktoś  wymierzył  mi  cios  w brzuch?  Mam  jednak  awersję  do 

przymusu, gdyż kłóci się on z moimi przekonaniami. Twój ojciec nie myślał o tobie, kiedy mi 

groził.  Nie  interesowało  go,  że  oskarżenia  najbardziej  dotknęłyby  ciebie.  Zrozumiałem,  że 

niewiele dla niego znaczysz. 

- Nie - szepnęła. - Dobrze o tym wiem, zawsze wiedziałam. Moje szczęście nigdy nie 

liczyło się dla rodziców. 

Słysząc, że jej głos ponownie się załamał, Stephen głęboko się zamyślił. 

- Rzeczywiście...  Odniosłem  wrażenie,  że  nie  jesteś  ich  ulubioną  córką  -  powiedział 

cicho i opuścił dłoń. 

Wściekła na siebie za okazanie słabości, Delfina podniosła wzrok i uświadomiła sobie, 

że Stephen patrzy na nią ze współczuciem, a nawet z litością. 

- Na  pewno  widział  pan moje  siostry  bliźniaczki.  -  Uśmiechnęła  się  z goryczą.  -  Nie 

wątpię, że nie mógł pan oderwać od nich wzroku. Jestem najmłodsza z piątki dziewcząt. Dwie 

najstarsze to mężatki z dziećmi, Rose i Fern też wkrótce wyjdą za mąż. Są doskonałe: piękne, 

delikatne i skromne. Krótko mówiąc, są moim przeciwieństwem. 

- Nie  przypominasz  ich  z wyglądu,  ale  nie  bądź  dla  siebie  niesprawiedliwa.  Jesteś 

piękniejsza  od  sióstr.  Brak  im  twojej  energii  i ducha,  a właśnie  te  cechy  podziwiam 

w kobietach najbardziej. 

- Przyznam,  że  nie  jestem  przyzwyczajona  do  takich  komplementów...  ale  nie  mogę 

też być pewna ich szczerości - powiedziała chłodno. 

- Mogę nie być najszlachetniejszym z ludzi, Delfino, ale nigdy nie kłamię. 

background image

Jej policzki znów poróżowiały. 

- Ciocia  Celia  wspomniała  mi  o sporym  datku  na  ochronkę  -  oznajmiła  z wahaniem, 

chcąc jak najszybciej zmienić temat. - Bardzo za to dziękuję. Mam nadzieję, że było warto - 

dodała oschle. - Nie jestem dumna ze sposobu, w jaki uzyskałyśmy te pieniądze. 

Stephen zmrużył powieki i pokiwał głową. 

- Tak,  Delfino,  byłaś  warta  każdego  pensa,  a nawet  znacznie  więcej  -  powiedział.  - 

Kobieta, która woli angażować się w działalność dobroczynną niż bezużyteczne towarzyskie 

rozrywki, wzbudza we mnie najszczerszy podziw. 

- Nie  jestem  święta.  Wręcz  przeciwnie,  o czym  pan  dobrze  wie.  Rodzice  mówią,  że 

nie  zachowuję  się  jak  dama  i mam  okropny  zwyczaj  sprzeciwiania  się  w każdej  sytuacji. 

Uchodzę raczej za kłótliwą osobę. 

Nagle  poczuła  się  ogromnie  zmęczona.  Odwróciła  się  do  niego  tyłem  i wyciągnęła 

szpilki  z włosów,  rozczesując  je  palcami.  Stephenowi  zaschło  w ustach,  kiedy  patrzył,  jak 

spływają  po  plecach.  W świetle  lampy  i księżyca  za  oknem  widział  wszystkie  odcienie 

włosów Delfiny. Po dziesięciu latach w armii reagował z szybkością błyskawicy, teraz jednak 

nie mógł się ruszyć ani myśleć. Jego zdradliwe serce zaczęło bić szybciej. Poczuł przypływ 

pożądania  i zapragnął  jej  smakować,  głaskać  palcami  jedwabistą  gęstwinę  rudych  włosów. 

Nie był pewien, czy wytrzyma do powrotu z Hiszpanii. Chciał posiąść Delfinę tu i teraz. 

W tej  samej  chwili  odwróciła  się  i spojrzała  na  niego  przez  ramię.  Wyglądał 

niesłychanie  atrakcyjnie  w szytym  na  miarę  mundurze.  Poczuła,  jak  jej  policzki  pąsowieją, 

a pożądanie rozpala zmysły. 

Chcąc ukryć zakłopotanie, Stephen zaklął pod nosem i ruszył do drzwi. 

- Zostawiam  cię, żebyś  mogła przygotować się  do snu  -  oświadczył.  -  Porozmawiam 

z Oakleyem. Nie czekaj na mnie, nie będę ci przeszkadzał. 

Lekko marszcząc czoło, popatrzyła na niego. 

- A pan gdzie będzie spał? 

- W fotelu. - Zerknął na duży skórzany mebel przy kominku. 

- Przywykłam  do  niewygód  -  poinformowała  go,  myśląc  o nocach,  które  usiłowała 

przespać na krześle w ochronce. - Jeśli pan chce, ja zajmę fotel. 

Stephen popatrzył na nią z ironicznym wyrazem twarzy. 

- Cieszę się, że trafiła mi się taka zgodna i troskliwa żona, ale to ja podejmuję decyzje. 

Jestem  żołnierzem,  fotel  wystarczy.  Wierz  mi,  to  luksus  w porównaniu  z miejscami, 

w których spałem. Wkrótce wrócę. 

Po tych słowach zniknął za drzwiami. 

background image

Delfina  jeszcze  nigdy  nie  widziała  morza,  więc  gdy  powóz  wjechał  na  wzgórze 

i ujrzała  bezkres  oceanu,  odebrało  jej  mowę.  Świeciło  piękne  słońce,  a podróż  przebiegała 

w nieco  żwawszym  tempie  niż  poprzedniego  dnia.  Stephen  pragnął,  żeby  Delfina  mogła 

podziwiać piękne widoki podczas jazdy z Devon do Kornwalii i na ostatnim odcinku podróży 

rozsmakować się w widoku morza. 

Gdy  podjechali  bliżej,  wychyliła  się  i spytała  Stephena,  czy  mogliby  przystanąć. 

Chcąc  sprawić  jej  przyjemność,  kazał  woźnicy  podjechać  na  plażę.  Delfina  natychmiast 

wyskoczyła  z powozu  i raźno  podbiegła  na  sam  brzeg.  Jej  oczy  lśniły,  policzki  miała 

zaróżowione. Czuła się tak, jakby znienacka trafiła do Krainy Czarów. 

- Co  za  piękny  widok!  -  wykrzyknęła  i spojrzała  na  Stephena  szeroko  otwartymi 

oczami, po czym wybuchnęła śmiechem jak dziecko.  - Pewnie myśli pan, że oszalałam, ale 

nigdy jeszcze nie widziałam morza. - Znów popatrzyła na fale przed sobą. - Och, Stephenie, 

dziękuję - westchnęła, zupełnie nieświadoma tego, że po raz pierwszy zwróciła się do niego 

po imieniu. - To najpiękniejszy widok na świecie! 

Morze  w szczególny  sposób  okazało  się  wpływać  na  jej  zmysły.  Stała  jak 

zaczarowana,  choć  słońce  nieznośnie  przypiekało  i świeciło  w oczy.  Szumiące  na  wietrze 

drzewa rosły  gęsto  aż do samego skraju  jasnej,  piaszczystej plaży, a mech okrywał  zielenią 

pobliskie skały. Morze było niebieskozielone i błyszczące, na falach migotały srebrne i złote 

iskry. W powietrzu baraszkowały hałaśliwie mewy. 

Delfina odwróciła się i spojrzała na męża. Po raz pierwszy nie był ubrany w mundur, 

tylko w granatowy płaszcz ze sztywnym kołnierzem, haftowany złotą nicią. Jego śnieżnobiała 

koszula  lekko  pachniała  wodą  kolońską.  Prezentował  się  doskonale.  Nadal  czuła  złość,  że 

została zmuszona do małżeństwa, jednak nie było sensu się kłócić. Musiała ułatwić życie im 

obojgu.  Nieoczekiwanie  poczuła  dotyk  ręki  na  ramieniu  i zamarła,  po  czym  zmieszana 

odwróciła wzrok. 

Chwila  ta  okazała  się  równie  poruszająca  dla  Stephena.  Przyglądał  się  uważnie 

profilowi  młodej  żony,  gdy  patrzyła  przed  siebie;  jej  kręconym  włosom,  niezwykle  długim 

rzęsom i miękkim ustom. Miała na sobie dopasowaną do ciała suknię w pastelowym odcieniu 

zieleni, z lekko bufiastymi rękawami, która pięknie podkreślała wszystkie krągłości. Stephen 

wcale  się  nie  zdziwił,  uświadomiwszy  sobie,  że  chętnie  odnowiłby  bliższą  znajomość  ze 

świeżo poślubioną kobietą. 

- Czy twój dom znajduje się nieopodal morza? - spytała z wahaniem. 

- Tak, bardzo blisko. Czy to dobrze? 

- O tak! Jesteśmy szmat drogi od Londynu, a tak bardzo chciałabym sprowadzić tutaj 

background image

dzieci  z ochronki.  Część  z nich  przez  cale  życie  widziała  tylko  brudne  ulice,  na  których  się 

urodziła. 

- Twoja  troska  przynosi  ci  chlubę  -  powiedział  szczerze.  -  Mam  nadzieję,  że  dzieci 

doceniają to, co dla nich robisz. 

Delfina przyjęła tę uwagę z uśmiechem. 

- Twój  datek  znacznie  bardziej  im  się  przyda  niż  ja  -  odparła.  -  Bądź  pewien,  że 

zostanie należycie spożytkowany. To, co robimy dla dzieci, to ich jedyna szansa. Są od nas 

zależne,  nie  mają  nikogo.  Gdybyśmy  nie  pomagały  chłopcom  zdobywać  przyzwoitych 

zawodów,  z pewnością  błąkaliby  się  po  ulicach,  a w końcu  przyłączyliby  się  do  tych 

brutalnych  band.  Jeszcze  gorszy  los  czekałby  dziewczęta.  Zapewne  skończyłyby 

w przybytkach  pokroju  tego,  w którym  zastał  mnie  pan  Oakley.  Właściwie  nie  wiem, 

dlaczego ci to mówię - zirytowała się nagle. - Jak mógłby to zrozumieć człowiek, który nigdy 

nie był w sierocińcu? Nie masz pojęcia, jak tam jest... 

- Nie  mam  -  przyznał.  -  Mówiłaś  mi,  że  trafiłaś  do  domu  uciech  w poszukiwaniu 

zaginionego dziecka. Znalazłaś je? 

- Tak.  -  Skinęła  głową.  -  To  mała  dziewczynka  o imieniu  Maisie.  Jej  matka  pracuje 

u pani Cox. 

- I pewnie właśnie tam skończy córka. 

- Mowy nie ma! - Oczy Delfiny rozbłysły determinacją. - Zrobię wszystko, co w mojej 

mocy,  by  do  tego  nie  dopuścić.  Maisie  to  śliczna  dziesięciolatka  ale,  niestety,  już  zwróciła 

uwagę mężczyzny, który uparł się posłać ją w ślady matki. To zły człowiek, nieustannie szuka 

młodziutkich  dziewcząt,  aby  sprowadzać  do  burdelu.  Jest  znany  z brutalności  i uważa,  że 

skoro  budzi  strach  słabszych  od  siebie,  może  robić,  co  mu  się  żywnie  podoba.  W tym 

skorumpowanym świecie ma znaczne wpływy i władzę. 

- Jak się nazywa? 

- Will Kelly. - Znów spojrzała na morze. - Nienawidzę go z całego serca - szepnęła. 

- I zostawiłaś 

to  nieszczęsne  dziecko  w lupanarze?  -  Spojrzał  na  nią 

z powątpiewaniem. - Czy to rozsądne? 

- Jej  matka  obiecała  mi,  że  Maisie  wróci  do  ochronki  następnego  ranka.  Wierzę,  że 

dotrzymała słowa, zależy jej na córce. Spotkałam pana Oakleya, gdy wychodziłam. 

- Tamtego  dnia  właśnie  przybyłem  do  miasta  -  powiedział  Stephen.  -  Zamierzałem 

spędzić  nie  więcej  niż  trzy  dni  w Londynie,  potem  pojechać  do  Portsmouth  i wyruszyć 

statkiem  do  Lizbony.  Tak  właśnie  zrobię,  kiedy  już  pokażę  ci  Tamarę...  twój  nowy  dom. 

Miałem  krótki  urlop,  a sprawy  natury  militarnej  zatrzymały  mnie  w zeszłym  miesiącu 

background image

w Akademii  Wojskowej  w Woolwich,  gdzie  uczestniczyłem  w ćwiczeniach  oficerów 

artylerii.  Tego  wieczoru,  gdy  się  poznaliśmy,  czułem  się  niespokojny,  więc  poprosiłem 

Oakleya  o jakąś  rozrywkę.  Nadal  nie  przestaje  mnie  zdumiewać,  że  dostarczył  mi  dziewicę, 

córkę wyjątkowo bogatego i wpływowego ojca. Byłem zaskoczony pośpiechem, z jakim lord 

Cameron nakazał mi ożenić się z tobą. Wkrótce powrócę do swojego pułku w Hiszpanii, i to 

zapewne dlatego wszystko odbyło się w takim pośpiechu. 

- Nie  wspominając  o tym,  że  papa  chciał  się  mnie  jak  najszybciej  pozbyć  -  wtrąciła 

Delfina ze smutkiem.  -  Moja buntownicza natura powodowała wiele spięć w naszym  domu. 

Nie  dbam  o opinię  londyńskiej  śmietanki  towarzyskiej  i bardziej  pragnę  przebywać  z ciotką 

Celią  oraz  osobami,  które  poznałam  dzięki  pracy  charytatywnej.  Lubię  pomagać  biednym, 

głodnym  i samotnym,  i robię  to  najlepiej,  jak  potrafię.  Dzięki  temu  mam  cel  w życiu,  poza 

tym  kocham  towarzystwo  dzieci.  Uwielbiam  patrzeć,  jak  radość  rozjaśnia  ich  twarze,  gdy 

dostają smakołyk albo zabawkę. 

- To, co robisz dla wszystkich sierot i potrzebujących, jest naprawdę godne pochwały. 

Czy rodzicom nie odpowiada twoja działalność dobroczynna? - zaciekawił się 

- Och,  mama  też  utrzymuje  instytucje  dobroczynne,  podobnie  jak  wiele  innych  dam 

o jej pozycji. W końcu dobre traktowanie słabszych i biedniejszych jest pozytywnie oceniane 

na salonach - zauważyła z ironią w głosie. - Nie podoba się jej tylko to, że zaangażowałam się 

w to  osobiście.  Rodzice  już  dawno  postanowili  wydać  mnie  za  pierwszego  lepszego 

mężczyznę,  który  mi  się  oświadczy,  ale  kandydatów  brakowało,  gdyż  nie  bywam  ani  na 

balach,  ani  na  wieczorkach  muzycznych,  tak  bardzo  uwielbianych  przez  mamę  i siostry. 

Mama  podobno  przy  kilku  okazjach  wspominała,  że  mógłby  mnie  poślubić  tylko  bardzo 

odważny dżentelmen. 

- No  to  masz  szczęście,  gdyż  za  takiego  uchodzę...  -  zauważył  z uśmiechem.  -  I nie 

mam nic przeciwko temu, że lubisz pracę w ochronce. 

- Tak, jest ogromnie satysfakcjonująca. Nie do końca brakuje mi dobrych manier czy 

umiejętności  prowadzenia  domu,  ale  nie  zwracam  uwagi  na  to,  jak  wyglądam  -  przyznała 

Delfina z zakłopotaniem. - Biedna mama nad tym ubolewa i gani mnie za to przez cały czas. 

Umiem  haftować,  grać  na  pianinie  i prowadzić  rozmowy  towarzyskie  podczas  przyjęć,  ale 

i tak  najbardziej  lubię  dobroczynność...  zapewne  równie  mocno,  jak  ty  lubisz  armię.  Jedyna 

różnica między nami jest taka, że ja nie zabijam ludzi. 

- W czasie  wojny  zabijanie  to  konieczność  -  powiedział  cicho  Stephen.  -  Poza  tym 

wcale  tego  nie  lubię.  Kiedy  będzie  po  wszystkim,  odejdę,  i osiądę  na  wsi,  by  zapomnieć 

o przemocy. 

background image

- Jeśli  zdołasz  -  mruknęła  z powątpiewaniem  w głosie.  -  Będzie  ci  brakowało 

żołnierskiego życia. 

- A tobie pracy w ochronce. 

- Oczywiście, że tak - oznajmiła. - Dzieci są dla mnie bardzo ważne. Praca była moim 

życiem. 

Stephen już się nie uśmiechał. Delfina widziała przed sobą jego opaloną, surową twarz 

i poważne oczy, które w blasku słońca przybrały barwę stali. 

- Pewnego dnia i tak musiałabyś wyjść za mąż. Czekałoby cię to prędzej czy później. 

Wierz mi, będziesz miała czym się zająć w Tamarze. 

- To  prawda,  ale  nic  już  nie  będzie  takie  jak  dawniej.  -  Odwróciła  się  i powolnym 

krokiem wróciła do powozu. 

 

background image

  ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

 

Zachodzące  słońce  wisiało  nisko  nad  drzewami,  kiedy  dotarli  do  Tamary.  Stephen 

wyjaśnił Delfinie, że posiadłość nazwano tak na cześć nimfy, od której  wzięła nazwę rzeka 

Tamar.  Dom wzniesiony został w spokojnej  dolinie z widokiem na morze, rozciągającej się 

między  ścianami  poszarpanych  urwisk.  Jeden  z bogatych  przodków  Stephena  zbudował 

Tamarę  z solidnego  kornwalijskiego  granitu  jeszcze  w piętnastym  wieku.  Ten  rycerz 

zamieszkał w Kornwalii, do której nie sięgało wtedy prawo i tutejsi ludzie sami musieli dbać 

o siebie. 

Delfina  pomyślała,  że  z tej  odległości  budynek  wydaje  się  zimny  i wyniosły,  a nie 

przytulny  i pogodny,  ale  szybko  zmieniła  zdanie,  gdy  wyłożonym  kocimi  łbami  podjazdem 

wjechali na dziedziniec. Tutaj wszystko wydawało się łagodniejsze i delikatniejsze, zwłaszcza 

okna  z epoki  Tudorów,  wycięte  w grubym  granicie,  oraz  niewielka  kaplica  z uroczą 

wieżyczką. Z podziwem przyglądała się otoczeniu i od razu doszła do wniosku, że zarośnięte 

trawniki oraz bluszcz pełzający po ścianach domu należy jak najszybciej przystrzyc. Uznała, 

że mimo zaniedbania Tamara to naprawdę piękne miejsce. 

Woźnica  zatrzymał  powóz  u podnóża  niskich,  kamiennych  schodów.  Służba  została 

uprzedzona  o przybyciu  państwa  młodych,  nikt  jednak  nie  wyszedł  im  na  powitanie. 

W związku z tym  pan Oakley pospieszył  do środka, by rozeznać się w sytuacji, Stephen zaś 

wziął Delfinę pod ramię i uroczyście wprowadził do domu. 

Stojąc na środku obszernego holu o ścianach wyłożonych dębiną, z niedowierzaniem 

rozejrzała się wokoło. Ścisnęło się jej serce i poczuła ogromne rozczarowanie. 

- Boże drogi, cóż to za okropne miejsce! - krzyknęła, nim zdążyła ugryźć się w język. 

Pod drewnianym sufitem przestronnego holu wisiały ogromne pajęczyny. Mimo upału 

na  zewnątrz  było  zimno,  a nieprzyjemna  wilgoć  zdawała  się  przenikać  aż  do  kości. 

W powietrzu  unosił  się  zapach  stęchlizny  i Delfina  od  razu  pomyślała,  że  warto  byłoby 

napalić  w ogromnym  kominku.  Nie  była  pewna,  czy  na  twarzy  Stephena  dostrzega  smutek, 

czy irytację. 

- Muszę  cię  przeprosić  za  stan  domu,  moja  droga  -  powiedział  po  chwili.  -  Nie  było 

mnie  tu  od  pewnego  czasu...  Niemal  od  dwóch  lat,  mówiąc  ściślej,  i jak  widzę,  sprawy 

wymknęły się spod kontroli. 

- Łagodnie powiedziane - zauważyła i przejechała palcem przez grubą warstwę kurzu 

na stole. - Od razu widać, że nie wydajesz na dom zbyt wiele. Jest tu jak w grobie! 

background image

- Poczekaj,  majordomus  Chambers  na  pewno  jest  gdzieś  w pobliżu.  Poszukam  go 

i sprawdzę, co się stało. 

Stephen  ruszył  do  drzwi,  a stukot  jego  butów  rozniósł  się  echem  po  pomieszczeniu. 

Świeżo  upieczona  panna  Fitzwaring  odwróciła  się,  kiedy  z pokoju  po  drugiej  stronie  holu 

wyłoniła się kobieta, na oko dwudziestokilkuletnia. Spod jej czepka wymykały się potargane 

brązowe włosy, a pulchną talię opasała fartuchem. Podejrzliwie popatrzyła na Delfinę. 

- A pani to kto? - zapytała niegrzecznie. 

- Lady Fitzwaring, nowa pani domu - odparła pewnym głosem. 

Służąca szybko zamrugała oczami i coś mruknęła. Wydawała się bardzo podejrzliwa. 

- Jak się nazywasz? - zapytała Delfina. 

- Alice Duncan... jaśnie pani - dodała z ociąganiem dziewczyna. 

- Gdzie  majordomus,  który  miał  się  zajmować  posiadłością?  Niejaki  pan  Chambers, 

o ile  dobrze  pamiętam.  Lord  Fitzwaring  wysłał  notę  z informacją  o naszym  przyjeździe. 

Gdzie zatem się podziewa? 

- Leży w grobie od sześciu tygodni... jaśnie pani. 

- Ach, rozumiem. - Delfina zawahała się, lecz po chwili oznajmiła:  - No cóż, bardzo 

mi przykro. W takim razie proszę sprowadzić ochmistrzynię. 

- Pani  Crouch  poszła  do  wioski  odwiedzić  siostrę.  Późno  wróci.  Jestem  tylko  ja,  no 

i Davy. 

- Davy? 

- Ano mój młodszy brat. Rąbie drewno na ogień. 

Delfina  nie  spodziewała  się  takich  problemów,  i to  na  samym  początku.  Już  miała 

zganić służącą, ale powstrzymała się. 

- Mój mąż oczekiwał, że dom będzie dziś w pełni gotowy do otwarcia. Obawiam się, 

że nasze przybycie spowoduje dużo zamieszania po tak długim czasie. - Wskazała drzwi, za 

którymi  zniknął  Stephen.  -  Lord  Fitzwaring  poszedł  tamtędy.  Podróż  była  długa  i męcząca 

i chętnie coś zjemy. Dobrze byłoby również napalić w kominku. - Delfina potarła zziębnięte 

ręce. - Dopilnujesz tego, Alice? 

Nauczono  ją  okazywać  respekt  służbie,  ale  nagle  zrozumiała,  że  musi  się  wykazać 

większą stanowczością, jeśli ma sobie poradzić w nowym domu. 

Nie  czekała  na  odpowiedź,  tylko  powoli  ruszyła  przez  hol,  rozglądając  się  wokół 

siebie.  Było  tu  naprawdę  ponuro,  nawet  promienie  słońca  wpadające  przez  wysokie  okna 

nieszczególnie poprawiały nastrój wnętrza. Na górę prowadziły szerokie, dębowe schody. 

Stephen powrócił do holu i uśmiechnął się smutno. 

background image

- Wiadomość o naszym  zbliżającym  się przybyciu najwyraźniej nie dotarła. Niestety, 

stary Chambers umarł - westchnął. - Wiem, Delfino, że nie do takich warunków przywykłaś, 

ale z czasem się przyzwyczaisz. 

- Mam  taką  nadzieję.  -  Pokiwała  głową.  -  W tym  momencie  nie  jest  tu  ani  miło,  ani 

przytulnie. 

Stephen stanął przed żoną i popatrzył na nią uważnie. 

- Widzę  twoje  rozczarowanie  i doceniam  szczerość.  Może  jednak  dasz  temu 

domostwu szansę i raczysz obniżyć nieco swoje wysokie standardy? 

Delfina zamarła i odruchowo uniosła głowę, słysząc drwinę w jego głosie. 

- Moje  standardy  zostały  ostatnio  tak  skutecznie  obniżone,  że  w niczym  nie 

przypominają tych z czasów mojej młodości. Obawiam się, że to część procesu dorastania  - 

dodała  łagodniej.  -  Za  dojrzałość  płaci  się  czasem  wysoką  cenę  rezygnacji  z wartości 

i marzeń. 

Stephen uśmiechnął się do niej ze szczerą sympatią. 

- Trafne  spostrzeżenie,  moja  droga  -  przyznał.  -  Posłałem  już  do  wioski  po  panią 

Crouch.  Wkrótce  dostaniemy  coś  do  jedzenia,  a tymczasem  oprowadzę  cię  po  domu,  choć 

jeśli stan innych pomieszczeń przypomina stan holu, raczej nie przypadną ci do gustu. 

Tak  właśnie  było,  lecz  Delfina  musiała  przyznać,  że  mimo  zaniedbania  dom 

urządzono  ze  smakiem.  W każdym  pokoju  wisiały  częściowo  wypłowiałe  ze  starości 

flamandzkie  gobeliny,  przedstawiające  scenki  z podań  ludowych  i greckiej  mitologii.  Piętra 

znajdowały  się  na  różnych  poziomach,  więc  wędrówka  po  domu  oznaczała  nieustanne 

wchodzenie i schodzenie. 

Po powrocie do holu Stephen popatrzył na żonę. 

- I co sądzisz o domu, Delfino? - zapytał. - Myślisz, że będziesz tu szczęśliwa? 

Nie odpowiedziała od razu. W milczeniu podeszła do kominka, w którym tajemniczy 

Davy na szczęście zdążył już napalić. 

- To piękny dom, nie przeczę, ale jest tu dużo do zrobienia - odezwała się w końcu. - 

Wszystko  doprawdy  straszliwie  zaniedbano.  Oczywiście,  nim  udamy  się  na  spoczynek, 

należy solidnie przewietrzyć pościel oraz materace. 

- Pani  Crouch  się  tym  zajmie.  -  Stephen  stanął  obok  niej,  plecami  do  kominka.  - 

Najwyraźniej po mojej ostatniej wizycie większość służby odeszła. 

- Był ku temu jakiś powód? 

Zerknął na nią, a na jego ustach pojawił się tajemniczy uśmieszek. 

- Och, tak - potwierdził grobowym głosem. - Duchy. 

background image

- Duchy? - powtórzyła Delfina, szeroko otwierając oczy. - Żartujesz sobie? 

- Nigdy nie żartuję w tak poważnej materii jak duchy - odparł z rozbawieniem. 

- Chcesz powiedzieć, że ten dom jest nawiedzony? 

- Tak mówią. - Skinął głową. - Ci, którzy tu nocowali, często słyszeli rozmaite dziwne 

hałasy.  W tych  stronach  ludzie  wierzą  w niespokojne  duchy,  wędrujące  po  okolicy.  Istoty 

nadprzyrodzone często zajmują się tym samym, co robiły, nim weszły w krainę cieni. Każdy 

dom  w Kornwalii,  zwłaszcza  te  stare,  ma  własną  zjawę...  Ja  jednak  nigdy  żadnej  nie 

widziałem. Masz coś przeciwko duchom? 

Delfina z uśmiechem pokręciła głową. 

- Nie  -  oznajmiła.  -  Przypomina  mi  się  wigilia  Wszystkich  Świętych,  kiedy  starsze 

dzieci z ochronki straszą młodsze opowieściami o goblinach, duchach i upiorach. Ja też nigdy 

niczego  nie  widziałam  i nawet  nie  wiem,  czy  w to  wierzyć...  Szczerze  mówiąc,  nie 

zastanawiam się nad tym. Uważam bowiem, że żywi powodują znacznie więcej kłopotów niż 

zmarli. 

- Podzielam  twoje  zdanie.  Podejrzewam,  że  dziwne  hałasy  mają  więcej  wspólnego 

z jaskiniami pod domem i morzem, które je wypełnia wraz z przypływem... nie wspominając 

o silnych  wiatrach.  Po  odejściu  służby  pani  Crouch  miała  ogromny  kłopot  z najęciem 

kogokolwiek.  Została  tylko  Alice  Duncan  z młodszym  bratem  Davym.  Tu  się  urodzili,  ich 

rodzice  pracowali  dla  mojego  ojca.  Uważają  Tamarę  za  swój  dom  i nie  boją  się  duchów. 

Kiedy rozejdzie się wieść, że posiadłość ma nową panią, znalezienie służby nie sprawi nam 

trudności. Wszyscy w okolicy będą chcieli ci się przyjrzeć... 

- Mam szczerą nadzieję, że szybko kogoś zatrudnimy, bo naprawdę jest sporo pracy - 

westchnęła. - Czy w pobliżu znajdują się jakieś kopalnie? 

- Kilka. 

- Któreś z nich należą do ciebie? 

- Trzy.  Wszystkie  działają  i przynoszą  zyski.  Jedna  rozciąga  się  pod  morskim  dnem. 

Tutejsi ludzie w większości żyją z wydobywania cyny i miedzi. Oczywiście innym głównym 

przemysłem  Kornwalii  jest  przemyt.  Lepiej  żebyś  z góry  o tym  wiedziała.  Przemytnicy 

wykorzystują  jedną  z jaskiń  w Tamarze  do  przechowywania  kontrabandy,  więc  jeśli  którejś 

nocy obudzi cię tętent końskich kopyt, odwróć głowę i idź spać. Nie zadawaj żadnych pytań. 

Nie zaczepiaj ich, a zostawią cię w spokoju. 

- Mam ich nie zaczepiać, chociaż to, co robią, jest złe? - Uniosła brwi. 

- Oczywiście - przytaknął Stephen. - Kto się wtrąca, naraża się na niebezpieczeństwo 

i ściąga  na  siebie  kłopoty.  W wielu  gospodach  i domach  na  wybrzeżu  znajdują  się  głębokie 

background image

piwnice  i przejścia,  w których  szmuglerzy  mogą  bezpiecznie  trzymać  towar  z przemytu. 

Korzystają nawet z jaskiń. To część ich życia. 

- Ale przecież popełniają przestępstwo. 

- Należy  za  to  winić  rządowe  podatki,  nałożone  na  sprowadzane  i wywożone  dobra. 

Przemytnicy  są  tutaj  traktowani  jak  miejscowi  bohaterowie,  a rzecz  nie  dotyczy  tylko 

biedaków. Szmuglem parają się duchowni, lekarze, ziemiaństwo, ba, nawet  lokalne władze. 

Często  sami  celnicy  biorą  udział  w tym  procederze.  Wszyscy  przymykają  oko  w zamian  za 

baryłkę brandy od czasu do czasu. 

- Na litość boską, moje życie naprawdę przybrało dziwny obrót. Przemytnicy i duchy! 

- Pokręciła głową. - A niech mnie, w porównaniu z Kornwalią Londyn wydaje się straszliwie 

nudny! 

Stephen uśmiechnął się do niej. 

- Przyzwyczaisz się do tego... Wierzę, że do domu także. 

- Nie miałam pojęcia, że jest taki duży i wymaga tyle pracy... 

- Pani Crouch i Alice Duncan nie poradziły sobie same. 

Kompetentna  pani  Crouch  zrobiła  na  Delfinie  wrażenie  już  od  pierwszej  chwili. 

Wysoka i szczupła kobieta w czarnej sukni wydawała się niezłomna jak skała. Mimo prawie 

sześćdziesięciu  lat  mogła  się  pochwalić  nieskazitelną  skórą.  Największe  wrażenie  robiły  jej 

oczy, ciemne i głębokie, kontrastujące z białymi jak śnieg włosami. Jej głos brzmiał łagodnie 

i rzeczowo. Panie od razu się polubiły. 

Stephen  i Delfina  zasiedli  na  fotelach  po  obu  stronach  wielkiego,  kamiennego 

kominka, popijając wino, podczas gdy pani Crouch przygotowywała wieczerzę. Po pewnym 

czasie Stephen zdecydował się przerwać milczenie. 

- Postanowiłem  opuścić  Tamarę  pojutrze,  Delfino  -  oznajmił.  -  Muszę  udać  się  do 

Portsmouth. I tak zbyt długo odkładałem powrót do Hiszpanii. Gdyby twój ojciec wysłuchał 

mojej  prośby  i zatrzymał  cię  w Londynie  do  mojego  powrotu,  wszystko  inaczej  by  się 

ułożyło.  Teraz  będziesz  musiała  radzić  sobie  sama.  Na  pewno  znajdziesz  tutaj  dużo  zajęć, 

a gdy  miejscowe  ziemiaństwo  dowie  się  o tobie,  nie  opędzisz  się  od  gości.  Pani  Crouch 

i Alice rozumieją, że teraz ty zarządzasz całym gospodarstwem. 

Delfina z westchnieniem zmarszczyła brwi. 

- Już tylko to mnie onieśmiela - przyznała. - Gdy dorastałam, mama bardzo starała się 

nauczyć mnie jak najwięcej, ale niestety, marna ze mnie gospodyni... 

- Pani  Crouch  z pewnością  udzieli  ci  wszelkiej  niezbędnej  pomocy.  Ma  niezwykłe 

zdolności organizacyjne i nie boi się ciężkiej pracy, więc chętnie wyręczy cię we wszystkim, 

background image

z czym nie dasz sobie rady. Ważne jest, abyś była tu szczęśliwa. - Popatrzył na nią z uwagą. - 

Tamara  to  piękny  dom,  a teraz  należy  do  ciebie.  Pod  moją  nieobecność  postępuj  wedle 

upodobania. Masz moją pełną zgodę na wprowadzanie wszelkich zmian. 

- Naprawdę? - Z uwagą rozejrzała się po ponurym holu. - Jak daleko idących zmian? 

- Którym tylko podołasz - zaśmiał się. - Możesz rozjaśnić jego purytańską surowość, 

wprowadzić wszelkie wygody... Cokolwiek sobie zażyczysz. 

- Czy  wolno  mi  powiesić  nowe  zasłony  w oknach?  -  zapytała  z wahaniem,  po  czym 

dodała zdecydowanie śmielszym głosem: - I jeszcze chciałabym zlecić obicie sof oraz krzeseł 

inną tkaniną. 

- Oczywiście.  -  Stephen  uśmiechnął  się  szeroko,  wyraźnie  zachwycony  jej 

nieoczekiwanym entuzjazmem. 

- Pragnęłabym jeszcze rozjaśnić pokoje żyrandolami oraz położyć orientalne dywany 

na podłogach. 

- Co tylko zechcesz. 

Nagle na jej twarzy pojawiło się przejęcie. 

- Muszę  przyznać,  że  arytmetyka  nigdy  nie  była  moją  mocną  stroną  i nie  mam 

żadnego doświadczenia w prowadzeniu ksiąg. - Była wyraźnie zawstydzona. - Nie obawiasz 

się, że doprowadzę cię do ruiny? 

- Myślę, że jakoś sobie poradzę z nieoczekiwanymi wydatkami - odparł pobłażliwie. 

- Naprawdę chcesz mi zaufać i powierzyć tak odpowiedzialne zadanie? Stać cię na to? 

- Oczywiście,  że  tak  -  zapewnił  ją.  -  Jestem  oficerem,  bogatym  ziemianinem 

i właścicielem  kopalń,  Delfino.  Pieniądze  nie  stanowią  żadnej  przeszkody.  Ostatnie  zmiany 

w Tamarze  wprowadzono  na  długo  przed  śmiercią  mojej  matki.  Najwyższy  czas  tchnąć 

w posiadłość  nowe  życie.  W każdym  razie  nie  kłopocz  się  niczym  poza  sprawami  domu. 

Kwestie  ziemi,  kopalni  i ludzi,  którzy  są  od  nas  zależni,  pozostają  w rękach  kompetentnych 

zarządców. 

- A jeśli, nie daj Boże, coś złego spotka cię w Hiszpanii? Przecież to niewykluczone, 

biorąc pod uwagę niebezpieczeństwa, z którymi stykasz się codziennie. 

- To  jest  możliwe  -  przytaknął.  -  W wypadku  mojej  śmierci  posiadłość  przejdzie 

w ręce mojego kuzyna. 

- A jeśli urodzę dziecko? 

- Niezależnie od płci, dziecko odziedziczy Tamarę. W przeciwieństwie do większości 

dużych  majątków,  w tym  wypadku  nie  tylko  mężczyźni  zostają  spadkobiercami.  Jeśli  nie 

będzie dziecka, też nie musisz się martwić, na pewno nie pozostaniesz bez środków do życia. 

background image

Napisałem  do  prawnika  w Falmouth,  by  doradzał  ci  pod  moją  nieobecność  i poinformował 

bank o twoich upoważnieniach. 

- Rozumiem - powiedziała sztywno, unikając jego spojrzenia. 

Nie była pewna, dlaczego poczuła ogromne rozczarowanie. Jego wyjazd nie powinien 

ją smucić - jakkolwiek patrzeć, nie wyszła za niego z własnej i nieprzymuszonej woli. 

- Wydajesz się przygnębiona. - Stephen przyjrzał się jej z zaciekawieniem. - Dlaczego, 

Delfino? Dopóki trwa wojna w Hiszpanii, muszę być ze swoim pułkiem, przecież wiesz. To 

dla mnie ważne. 

- Tak jak dla mnie ważna była moja praca - burknęła. - Wszystko, co znałam, obróciło 

się w proch, i to tylko przez tę jedną jedyną chwilę szaleństwa. Będzie mi brakowało tego, co 

utraciłam. 

- Wiem,  i naprawdę  mi  przykro.  Ale  przecież  zawsze  miałaś  świadomość,  że  będę 

musiał  powrócić  do  pułku.  -  Zadowolony  i zrelaksowany,  położył  dłonie  na  kolanach 

i wyciągnął długie nogi, krzyżując je w kostkach. - Przykro ci, bo będziesz za mną tęskniła? - 

Popatrzył  na  nią  uważnie  i po  raz  pierwszy  poczuł  wyraźną  niechęć  do  wyjazdu.  -  Jeśli 

rzeczywiście  tak  jest,  zawsze  możesz  dołączyć  do  mnie.  Jest  wiele  kobiet,  które  nie  chcą 

rozstawać się ze swoimi mężczyznami nawet podczas wojny. 

- Co?  -  Spojrzała  na  niego  z nieskrywanym  rozbawieniem.  -  Miałabym  być 

markietanką, która ciągnie za pułkiem? Nie, Stephenie, raczej nie skorzystam. Ale dziękuję za 

propozycję. 

- Dlaczego? Moglibyśmy częściej się widywać. 

- Raz jeszcze dziękuję, ale nie chcę być ci kulą u nogi. Zresztą po co miałabym wlec 

się  do  dalekiej  Hiszpanii,  skoro  mam  tu  śliczny  nowy  dom,  którym  muszę  się  zająć,  na 

dodatek  za  twoje  pieniądze?  -  zażartowała,  choć  przez  chwilę  kusiło  ją,  żeby  porzucić 

wszelkie troski i wyruszyć wraz z nim na Półwysep Iberyjski. 

- Wobec tego nie będę strzępił sobie języka, namawiając cię do zmiany planów. 

- Będę też musiała pojechać do Londynu na śluby sióstr - przypomniała sobie. - Masz 

coś przeciwko temu? 

- Ależ nie - odparł. - Twoje piękne siostry bliźniaczki czułyby się urażone, gdybyś się 

nie zjawiła? 

- Nie  wiem  -  odparła.  Nie  zdołała  ukryć  goryczy  w głosie,  gdyż  tak  naprawdę  była 

w pełni świadoma, że jeśli nie pojedzie na śluby, nikt za nią nie zatęskni, ani siostry, ani tym 

bardziej  rodzice.  -  Gdy  się  urodziłam,  rodzice  nie  mogli  mi  wybaczyć,  że  nie  okazałam  się 

upragnionym synem. Na dodatek moja brzydota tylko pogłębiła ich rozczarowanie. 

background image

- Jesteś  o wiele  piękniejsza  niż  wszystkie  twoje  siostry  razem  wzięte,  Delfino  - 

powiedział cicho. - Co prawda, nie spotkałem tych dwóch starszych, ale wyzwę na pojedynek 

każdego,  kto  temu  zaprzeczy.  Poza  oryginalną  urodą  masz  w sobie  blask  i energię,  których 

brakuje tym bliźniaczkom. 

Delfina  zmusiła  się  do  uśmiechu,  wzruszona  jego  staraniami.  Była  świadoma,  że  to 

tylko puste słowa i że Stephen po prostu nie chciał, by użalała się nad sobą i źle czuła w tym 

nowym,  dziwnym  otoczeniu.  Zastanawiała  się,  czy  za  chwilę  usłyszy,  że  jest  czarująca 

i uwodzicielska jak sama Kleopatra. 

- Nigdy  nie  sądziłam,  że  cierpisz  na  krótkowzroczność,  Stephenie  -  powiedziała.  - 

Mam  za  duże  usta  i zbyt  wysokie  kości  policzkowe.  Moje  oczy  nie  są  błękitne,  a koloru 

włosów na pewno nikt mi nie zazdrości. 

- Powiem ci tylko tyle, że traktujesz się niesprawiedliwie, a poza tym z całą pewnością 

nie cierpię na krótkowzroczność - odrzekł. - Rzeczywiście, nie jesteś niebieskooką blondynką 

o delikatnych  rysach.  Trudno  cię  nazwać  pięknością  w banalnym,  konwencjonalnym 

rozumieniu tego słowa. Masz w twarzy zbyt dużo charakteru, zbyt dużo inteligencji w oczach. 

- Sam widzisz, że się ze mną zgadzasz. - O dziwo, poczuła ukłucie rozczarowania. 

- Pozwól mi dokończyć. - Uniósł rękę. - Przede wszystkim twoje usta nie są za duże, 

tylko  pełne  i zmysłowe,  o przepięknym  kształcie,  a wystające  kości  policzkowe  dodają  ci 

patrycjuszowskiego  uroku,  którego  na  próżno  by  szukać  u większości  arystokratek.  Oczy 

i barwa włosów są doprawdy  fascynujące i przykuwają uwagę. Jak widzisz, jesteś po prostu 

piękna. 

Nieco zawstydzona Delfina bezwiednie oblała się rumieńcem. 

- Dziwi mnie twoja nagła skłonność do komplementów - bąknęła. 

- Nie  jestem  pochlebcą,  moja  droga.  Tak  właśnie  uważam.  -  Miał  poważną  minę, 

a Delfina dostrzegła w jego oczach szczerość, która ją zaskoczyła. Stephen przyglądał się jej 

uważnie, zastanawiając się, dlaczego tak bardzo go pociągała. Nie chodziło tylko o twarz ani 

o ciało. Z minuty na minutę coraz bardziej ujmowały go jej łagodność i jednocześnie wielka 

siła charakteru. Uśmiechnął się i dodał: - Jakież jednak szanse ma prosty żołnierz u pięknej, 

młodej kobiety, tak zakochanej w działalności dobroczynnej? 

Pamiętając o wcześniejszych nieprzyjemnych wydarzeniach, zbyła jego słowa. 

- Moja  działalność  dobroczynna  nie  ma  z tym  nic  wspólnego  -  odparła.  -  Uwielbiam 

czymś  się  zajmować,  a ty  nie  jesteś  prostym  żołnierzem,  lecz  pułkownikiem  w armii 

Wellingtona i powinieneś być z tego dumny. 

Stephen przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią w milczeniu, co ją zaskoczyło, gdyż 

background image

zwykle nie zwlekał z ripostą. Nie mogła jednak nie dostrzec podziwu w jego spojrzeniu. 

- Dziwna z ciebie istota, Delfino - powiedział w końcu. - Kiedy już mi się wydaje, że 

cię znam, pokazujesz mi się z jeszcze innej strony. 

- O rety! - Zaśmiała się lekko. - Za nic w świecie nie chciałabym być przewidywalna. 

- I pewnie nigdy nie będziesz, w tym twój urok. Nie przeszkadza ci, że wyjeżdżam? 

- Wiem, że musisz. Nie oczekuję przecież, że po ślubie zdezerterujesz. Poza tym, jak 

mniemam, nie będziesz tam narzekał na brak damskiego towarzystwa... 

Stephen zacisnął usta. 

- Jak widzę, już mnie zaszufladkowałaś jako libertyna - mruknął z niezadowoleniem. 

Delfina zaczerwieniła się po czubki uszu, ale odparła dzielnie: 

- Chyba wiesz dlaczego. 

- Potępiasz mnie ze względu na tamtą noc? 

- Wcale  cię  nie  potępiam.  Wszystko  zdarzyło  się  bardzo  szybko,  a ta  sytuacja  jest 

całkiem  nowa  dla  nas  obojga.  Nie  wątpię,  że  lubisz  towarzystwo  dam.  Tym  bardziej  że  na 

pewno cię uwielbiają, choć zdobycie twojego serca i odciągnięcie cię od wojska z pewnością 

byłoby trudnym zadaniem... 

- Może tak było w przeszłości... Teraz mam żonę, więc to mnie nie dotyczy. 

W tym  samym  momencie  Delfina  doszła  do  wniosku,  że  nikt  na  świecie  nie  ma 

piękniejszych  oczu  niż  te,  które  się  w nią  wpatrywały.  Nietrudno  było  sobie  wyobrazić,  że 

Stephen  potrafił  oczarować  niemal  każdą  przedstawicielkę  płci  pięknej,  nim  jeszcze 

wypowiedział choćby jedno słowo. 

- Dziękuję, Stephenie - odezwała się po chwili. - Te słowa wiele dla mnie znaczą. 

Już pożałowała lekkomyślnej uwagi o innych kobietach. Bardzo pragnęła mu ufać, ale 

przecież prawie nic o nim nie wiedziała... ani o jego życiu. Roześmiała się, żeby rozładować 

napięcie i popatrzyła na niego zmrużonymi oczami. 

- Myślę,  że  nasz  posiłek  jest  już  gotowy.  Nie  wiem  jak  ty,  ale  umieram  z głodu  - 

powiedziała nieco zbyt radośnie. - Pozwolisz, że się przebiorę i zaraz do ciebie dołączę. 

Pomyślała,  że  Stephen  chyba  nie  miał  ochoty  tak  szybko  kończyć  rozmowy,  gdyż 

wydawał się nieco zirytowany. Delfina wstała, po czym żartobliwie złożyła mu głęboki ukłon. 

- Pozwolę sobie opuścić waszą lordowską mość - zażartowała. 

Omiótł  spojrzeniem  gorset  jej  sukni,  który  wyraźnie  uwydatniał  kształt  piersi.  Na 

widok błysku w jego oczach zawstydzona Delfina położyła rękę na dekolcie, aby choć trochę 

go zasłonić. 

- Do czorta, droga żono! - zaklął Stephen. - Nie kuś mnie, bo prędko się przekonasz, 

background image

że  nie  jestem  z kamienia.  Przewiduję,  że  nasz  związek  okaże  się  sprawdzianem  siły 

i wytrzymałości. Jedno z nas niewątpliwie wkrótce znajdzie się na skraju... 

- Powstrzymaj  się.  -  Roześmiała  się  pogodnie.  -  Mówią,  że  celibat  jest  dobry  dla 

duszy. 

Gdy w końcu zasiedli do posiłku, Delfina przekonała się, że pani Crouch jest nie tylko 

znakomitą  ochmistrzynią,  ale  również  doskonałą  kucharką.  Mając  pod  ręką  zaledwie  kilka 

składników, zdołała przygotować wyborną baraninę z warzywami, a na deser pieczone jabłka 

z gęstą śmietaną. 

Państwo  młodzi  zasiedli  do  posiłku  po  obu stronach  długiego  stołu  w holu.  Podczas 

kolacji Delfina była aż nadto świadoma uważnych spojrzeń Stephena. Przez większość czasu 

udawało  mu  się  prowadzić  niezobowiązującą  konwersację,  w której  trakcie  bawił  ją 

opowieściami  o dzieciństwie  w Tamarze  i wydarzeniach  z Hiszpanii,  ale  Delfina  czuła 

napięcie  za  każdym  razem,  gdy  napotykała  jego  poufałe,  dziwnie  leniwe  spojrzenie.  Po 

głównym daniu zapadła cisza, gdyż Stephen uświadomił sobie, że nie ma apetytu na jedzenie, 

tylko na własną żonę. Wyglądała wręcz nieznośnie uroczo, a jej rude włosy lśniły w blasku 

świec. 

Nie mogąc dłużej milczeć, Delfina odłożyła nóż i popatrzyła na męża. 

- Powiedz,  proszę,  co  ci  chodzi  po  głowie  -  odezwała  się.  -  Wydajesz  się  bardziej 

zainteresowany mną niż pysznym posiłkiem przyrządzonym przez panią Crouch. Zamieniam 

się w słuch. 

Usta Stephena drgnęły, ale nadal wpatrywał się w nią w milczeniu. Gdyby zdradził jej 

swoje myśli, bez wahania uciekłaby wstrząśnięta i zbulwersowana z powrotem do Londynu. 

Delfina była coraz bardziej niespokojna. Podejrzewała, że to, co miał powiedzieć, nie 

przypadnie jej do gustu, i dlatego tak się ociągał. 

- Wolałabym, żebyś tego nie robił - odezwała się. 

- Czego? 

- Wpatrywał  się  we  mnie  tak  uważnie.  Czuję  się,  jakbyś  mnie  kroił  wzrokiem  na 

kawałki. 

Stephen popatrzył na nią z zadziornym uśmiechem. 

- Wobec  tego  solennie  obiecuję,  że  postaram  się  zadbać  o maniery  i nie  onieśmielać 

cię wzrokiem... choć będzie to trudne. Z rozpuszczonymi włosami wyglądasz uroczo. 

Delfina poczuła, jak jej tętno przyśpiesza. 

- Nie  uwierzę,  że  coś  równie  trywialnego  jak  włosy  mogłoby  cię  zainteresować  - 

wymamrotała. 

background image

Stephen odchylił się na krześle, ale nie odrywał od niej wzroku. Naprawdę wyglądała 

prześlicznie. 

- Dla  mężczyzny  kolor  włosów  kobiety  to  bynajmniej  nie  jest  nic  trywialnego  - 

zauważył. - Mogą stać się obsesją... Dobrze pamiętam, kiedy leżały rozrzucone na poduszce. 

Delfinie zrobiło się gorąco na wspomnienie tamtej chwili. Jednocześnie przypomniała 

sobie jego obojętność na jej uczucia oraz ból, co skutecznie zgasiło żar pożądania. 

- Czy  wszyscy  mężczyźni  zwracają  uwagę  głównie  na  wygląd  kobiety?  -  zapytała.  - 

Nie interesuje ich nic poza tym? 

Uśmiechnął się do niej leniwie, odsłaniając piękne, białe zęby. 

- Jeśli chodzi o kobiety, nie wszyscy mężczyźni są skłonni patrzeć w ich głąb - odparł. 

Delfina uniosła brew i popatrzyła na niego z niesmakiem. 

- Widzę, że nie masz najlepszej opinii o swojej płci, Stephenie. 

- To prawda - przyznał. - Miłość zamienia niektórych w kompletnych idiotów. 

- Dlaczego wyrażasz się o miłości w tak nieprzychylny sposób? 

- Doprawdy?  Wybacz,  Delfino,  ale  tego  rodzaju  dyskusje  budzą  we  mnie  najniższe 

instynkty. 

- Wobec  tego  zakończmy  rozmowę  -  zaproponowała  i podniosła  się  z miejsca.  - 

Chyba udam się na spoczynek. To był długi dzień i jestem bardzo zmęczona po podróży. 

Stephen westchnął teatralnie, udając rozczarowanie. 

- Jaka szkoda - powiedział. - Bardzo podobała mi się pogawędka. 

- Mamy jeszcze jutro - odparła. - Szczerze mówiąc, dziwi mnie, że rozmowa ze mną 

sprawia ci przyjemność. 

- Za to nie możesz mnie winić - oświadczył. - Naprawdę postanowiłaś poddać próbie 

moją powściągliwość... 

- Powściągliwość? Nie zauważyłam u ciebie tej cechy - odparła ironicznie. 

- Gdybyś wiedziała, co myślę, uznałabyś mnie za łotra. 

- Już dawno uznałam cię za łotra. 

Popatrzyła  na  niego  i zamarła.  Jej  serce,  rzekomo  z kamienia,  znalazło  się 

w prawdziwych tarapatach... Jak dobrze byłoby dać się porwać mu w ramiona i trafić do jego 

łoża, pomyślała. 

Nie  mogła  zapomnieć  reakcji  na  jego  bliskość  i wciąż  czuła  z tego  powodu  wstyd. 

Stephen  obudził  w niej  coś  cudownego  i nie  wyobrażała  sobie  większej  satysfakcji  niż  ta, 

której doświadczyła przy nim wtedy. 

Zawstydzona tymi myślami i spojrzeniem Stephena odwróciła się i niemal wbiegła na 

background image

schody. 

Po  bezsennej  nocy  i pełnym  zajęć  dniu,  który  spędziła  na  sporządzeniu  listy 

najbardziej palących spraw do załatwienia w domu, Delfina poczuła niepokój i potrzebowała 

świeżego powietrza. Zeszła więc do skalistej groty, gdzie zapach morza szybko poprawił jej 

humor.  Przysiadła  na  dużym,  płaskim  kamieniu,  rozejrzała  się  wokół  i z ulgą  uświadomiła 

sobie, że plaża jest zupełnie pusta. 

Grota  znajdowała  się  w urwisku  skalnym,  a otaczająca  ją  plaża  była  upstrzona 

wielkimi  głazami.  Podczas  przypływu  fale  z hukiem  rozbijały  się  o skały,  wypełniając 

jaskinie wodą, lecz teraz trwał odpływ, a morze było spokojne i lśniące. 

Nagle Delfina usłyszała  ciche kroki  na kamieniach za sobą, lecz nie wystarczyło  jej 

odwagi,  aby  powitać  męża.  Dopiero  po  chwili  lekko  odwróciła  głowę.  Uśmiechnęła  się 

i przyglądała,  jak  się  zbliża.  Był  boso,  spodnie  podwinął  do  kolan,  a jego  rozpięta  koszula 

powiewała na łagodnym wietrze. 

- Widziałem,  jak  wychodzisz  z domu  i byłem  pewien,  że  tu  cię  znajdę  -  oświadczył 

pogodnie, gdy stanął obok niej. 

- Nie  mogłam  się  oprzeć.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego.  -  Poza  tym  jest  taki  piękny 

dzień. - Jej spojrzenie powędrowało ku grze świateł na horyzoncie, ponad głębokim granatem 

morza. 

Stephen  wolał  patrzeć  na  Delfinę  i obserwować,  jak  promienie  zachodzącego  słońca 

wydobywają niezliczone kolory z jej włosów. Wyglądała tak niewinnie i świeżo. 

- Wydajesz  się  zatopiona  w myślach  -  zauważył  cicho,  opierając  się  o skałę.  -  Mam 

nadzieję, że ci nie przeszkadzam. 

Delfina westchnęła i pokręciła głową. 

- Nie.  Masz  rację,  rzeczywiście  rozmyślałam.  O tym,  że  jeśli  kiedyś  będę 

potrzebowała wyciszenia i spokoju, to powinnam przyjść tutaj. 

- Tego właśnie teraz potrzebujesz? 

- Tak.  -  Skinęła  głową.  -  Ślub  bardzo  odmienił  moje  życie.  Znacznie  bardziej,  niż 

mogłabym podejrzewać. 

- Mam nadzieję, że na lepsze. 

- Poczekamy,  zobaczymy.  -  Znów  się  uśmiechnęła.  -  Przykro  mi,  Stephenie.  Pewnie 

uważasz,  że  jestem  dziwna.  Zawsze  pragnęłam  w życiu  czegoś  więcej,  a jednocześnie 

żywiłam  przekonanie  graniczące  z pewnością,  że  wielu  rzeczy  nie  dostrzegam.  Nie  jestem 

specjalnie posłuszna i trudno pogodzić mi się z biedą tylu ludzi... Nie mogłabym... Przez całe 

życie miałam wszystkiego aż nadto. To, co robię w domu i w ochronce, zawsze wydawało się 

background image

sprzeczne. 

- Mówisz jak mistyczka - odparł z uśmiechem. 

- Wcale  tego  nie  chciałam.  Nie  jestem  szczególnie  praktyczna,  ale  nie  brak  mi 

trzeźwości  osądu.  Powinnam  postępować  zgodnie  z zasadami,  pragnę  jednak  być  wolna 

i buntować  się  na  każdym  kroku.  Chciałam  pomagać  ludziom  i o nich  dbać...  a przede 

wszystkim o dzieci w ochronce. Cokolwiek jednak  zrobiłam, i tak nie wystarczało. Pożądam 

w życiu  także  piękna  i namiętności,  ale  jedno  i drugie  mi  umyka.  Nie  wiem  nawet,  jakimi 

słowami to wyrazić... 

- Przecież właśnie to zrobiłaś - zauważył. 

- Wiem.  -  Wzruszyła  ramionami.  -  To  dziwne.  Wciąż  jednak  uważam  cię  za  obcego 

człowieka...  Może  dlatego  dobrze  mi  się  z tobą  rozmawia...  Zawsze  łatwiej  jest  rozmawiać 

z nieznajomymi. 

- Może masz rację. Zapamiętam, co mi dzisiaj powiedziałaś. 

- Naprawdę? Zobaczymy - westchnęła, wyciągając nogi przed siebie. - Widziałam, jak 

dzisiaj pływałeś. 

- W Tamarze  codziennie  rano  pływam,  niezależnie  od  pogody  -  przyznał.  - 

W dzieciństwie  lubiłem  obserwować  przepływające  statki.  Marzyłem,  że zostanę  żeglarzem, 

pokonam Atlantyk, opłynę przylądek Horn, dotrę do Mórz Chińskich. 

- Ale zostałeś żołnierzem. Celowo wybrałeś taką drogę życia? 

- Mój ojciec był żołnierzem. Skierowano mnie do tego samego regimentu. 

- Jesteś podobny do ojca? 

- Pod wieloma względami - odparł. - Byłem jedynakiem i bardzo mu na mnie zależało, 

więc często ze mną rozmawiał... Dzielił się swoją mądrością, doświadczeniem. Wychowywał 

mnie  nie  tylko  słowami,  ale  i przykładem.  Pokazał,  co  naprawdę  oznaczają  obowiązek 

i honor. Nauczył, że współczucie, sprawiedliwość i prawość to cechy nie tylko żołnierza, ale 

i dżentelmena... że trzeba dzielnie dźwigać na barkach ciężar odpowiedzialności, nawet jeśli 

wydaje się przytłaczająca. 

- Musiał być porządnym człowiekiem - szepnęła. 

- Był. Ze wszech miar. Najporządniejszym, jakiego znałem. 

- Jest dla mnie oczywiste, że życie żołnierza ci odpowiada. Niemal poślubiłeś armię - 

zauważyła ze smutkiem. 

- Tak naprawdę to... - Westchnął. - Lubię przygody, silne przeżycia, ale nie jest miło, 

gdy  kule  zaczynają  świstać  człowiekowi  nad  głową.  Kiedy  wojna  w Hiszpanii  się  skończy, 

ustatkuję  się  i założymy  rodzinę,  tak  jak  każdy.  Pragnąłbym  w spokoju  dożyć  swoich  dni 

background image

w Tamarze. 

- A co z miłością? - ośmieliła się zapytać. 

- Miłość jest dla głupców - odrzekł natychmiast. 

- Nie wszyscy zgodziliby się z tobą. Moje siostry zakochały się w swych wybrankach 

od pierwszego wejrzenia i po miesiącu oświadczyły, że chcą za nich wyjść. 

- A więc  życzę  im  szczęścia,  ale  ta...  sercowa  przypadłość,  którą  ludzie  nazywają 

miłością, to zwykła żądza przyodziana w zacne szmatki. To pułapka, by pojmać  mężczyznę 

i zakuć w okowy małżeństwa. 

- Nie  wierzysz,  że  miłość  ma  cokolwiek  wspólnego  z małżeństwem?  -  Delfina  nie 

rozumiała jego cynizmu.  - Zgadzam  się, że małżeństwo to  umowa. Ale  miłość daje solidne 

podstawy w postaci zaufania i wierności. 

- Miłość  jest  niekonsekwentna,  to  sprzeczność  emocji,  a pożądanie  przynajmniej  jest 

uczciwe - upierał się Stephen. 

Delfina energicznie pokręciła głową. 

- Pożądanie i namiętność nie trwają wiecznie. Prawdziwa miłość oznacza oddanie się 

drugiej  osobie  bez  żadnych  warunków  i korzyści.  Zapominam  jednak,  że  jesteś  żołnierzem, 

twardym  i niewrażliwym.  Niewątpliwie  nauczyłeś  się  w armii,  że  mężczyzna  powinien  ufać 

wyłącznie sobie, a kobiet... używać dla przyjemności. 

- Cóż, wygląda na to, że poślubiłem niepoprawną romantyczkę - oświadczył Stephen 

z uśmiechem.  - Zgadzam się, że pożądanie czy namiętność, nazywaj  to,  jak chcesz, są miłe, 

gdy trwają, lecz niekiedy okazują się płoche i ulegają nudzie. 

Delfina  nie  odpowiedziała  od  razu.  Stephen  nie  mógłby  jaśniej  zadeklarować,  co 

czuje, tym bardziej zatem skłonna była strzec swojego serca. W jego słowach dało się słyszeć 

przestrogę,  by  nie  oczekiwała  więcej,  niż  był  gotów  jej  dać.  Teraz  już  nie  miała 

najmniejszych  wątpliwości  co  do  jego  uczuć.  Nie  chciała  stać  się  dla  niego  ciężarem, 

niechcianym, lecz cierpliwie znoszonym, więc ukryła ból wywołany jego słowami i spokojnie 

spojrzała mu w oczy. 

- Jesteś niezwykle szczery, Stephenie - oświadczyła cicho. - To słowa zatwardziałego 

kawalera  albo  człowieka,  który  został  skrzywdzony  przez  miłość  i teraz  to  uczucie  go 

przeraża. - Jego chmurny wyraz twarzy świadczył o tym, że trafiła w sedno, i szybko dodała: - 

Wybacz, naprawdę nie chciałam być wścibska. 

- Czy  to  już  koniec  przesłuchania?  -  spytał  drwiącym  tonem.  -  Czy  może  chciałabyś 

wiedzieć coś więcej? 

- Jeśli tylko zechcesz mi o sobie opowiedzieć... - zaczęła łagodnie. 

background image

- Nie  zawsze  łatwo  mi  mówić  o tym,  co  myślę  i czuję,  Delfino.  Nie  przywykłem  do 

obnażania duszy, przed nikim. Może to przyjdzie z czasem. 

To, co go spotkało, pozostawiło po sobie głębokie blizny. Czuła, że ożywiła bolesne 

wspomnienia,  i pożałowała  swojej  ciekawości.  Zaczęła  myśleć  o kobiecie  wzmiankowanej 

wcześniej przez pana Oakleya, ale choć miała ochotę o nią zapytać, nie mogła z obawy przed 

jego gniewem. 

- Uważaj na siebie - ostrzegła go cicho. - Pewnego dnia możesz za bardzo zbliżyć się 

do miłosnych płomieni i się poparzyć. 

- Bardzo w to wątpię. 

Delfina postanowiła jak najszybciej zmienić temat rozmowy. 

- Nauczysz mnie pływać? - zapytała nieoczekiwanie. 

Spojrzał na nią ze zdumieniem, po czym roześmiał się głośno. 

- Zamarzłabyś na śmierć - odparł. 

- Ty  nie  zamarzłeś.  Dlaczego  ja  bym  miała?  Jestem  bardzo  pojętną  uczennicą  i na 

pewno szybko się nauczę. 

- Ani  trochę  w to  nie  wątpię,  ale  pływanie  w tych  okolicach  bywa  niebezpieczne. 

Prądy w zatoce są silne, zwłaszcza podczas pływów. 

- Nie boję się niebezpieczeństwa. 

- Tak myślałem - mruknął. - Nie boisz się, że może przyjść wielka fala i cię porwać? 

- Ani trochę. - Pokręciła głową. 

- Po co chcesz uczyć się pływać? 

- Bez  żadnego  konkretnego  powodu.  Po  prostu  mam  na  to  ochotę.  Nie  pochwalasz 

tego? 

- Bynajmniej.  -  Przez  chwilę  w milczeniu  patrzył  na  morze.  Wyglądał  tak,  jakby 

podejmował ważną decyzję. - Dobrze, Delfino - powiedział. - Po powrocie z Hiszpanii nauczę 

cię pływać. 

- Obiecujesz? 

- Obiecuję, choć nie daję gwarancji, że moje wysiłki zaowocują sukcesem. 

Wiatr  ustał,  zachodzące  słońce  grzało  coraz  słabiej.  Delfina  wiedziała,  że  wkrótce 

zniknie  za  horyzontem,  a świat  pogrąży  się  w ciemności,  lecz  ten  moment  był  wyjątkowo 

przyjemny.  Za  niewypowiedzianą  zgodą  porzucili  wszystkie  trudne  tematy  i nie  rozmawiali 

już o niczym konkretnym, ciesząc się swoim towarzystwem. 

- Mój Boże, jestem koszmarnie głodny - oznajmił Stephen w pewnej chwili. - Chodź, 

nadeszła pora kolacji. 

background image

Delfina podała mu rękę, a on pomógł jej zejść ze skały. Dopiero kiedy stanęła przed 

nim, spojrzała mu w oczy. Miał na wpół opuszczone powieki i poczuła, że słowa uwięzły jej 

w gardle. Zawahała się, po czym powoli odwróciła głowę ku domowi. 

-...tak, chyba powinniśmy już wracać. 

Stephen  popatrzył  na  nią  uważnie,  a następnie  odwrócił  ku  sobie  i ujął  jej  twarz 

w dłonie. 

- Czy wiesz, jak trudno jest mi ukryć napięcie, które przy tobie czuję, Delfino? 

- Napięcie?  Nie  mam  pojęcia,  o czym  mówisz  -  wymamrotała,  nie  mogąc  oderwać 

spojrzenia od jego ust. 

- Bardzo się staram zachowywać jak dżentelmen i nie korzystać z moich małżeńskich 

praw. 

Zaśmiała się nerwowo, czując, jak różowieją jej policzki. 

- Nie  bardzo  rozumiem,  dlaczego  to  miałoby  być  takie  trudne  -  odparła  z pozorną 

beztroską.  -  Przecież  nie  walczę  z tobą,  Stephenie,  a zmuszanie  kobiety  do  pocałunku  na 

plaży to niezbyt dżentelmeńskie zachowanie. 

Ton jej głosu sugerował, że raczej nie ma mu tego za złe i cieszy ją jego bliskość. 

- Zmuszanie? - powtórzył. - Ależ o tym nie ma mowy. Jeśli pragniesz odejść, możesz 

to zrobić w każdej chwili. Nie powstrzymam cię. 

Delfina  dopiero  teraz  zdała  sobie  sprawę,  że  od  dłuższej  chwili  wstrzymuje  oddech. 

Była w pełni świadoma pożądania, które ogarnęło ją niczym mgła znad morza, rozbudzając 

zmysły i skupiając jej uwagę na przystojnej twarzy, czarnych lokach i miękkim, aksamitnym 

głosie. 

- Tego właśnie chcesz? - wyszeptała. 

- Nie, bo gdybyś odeszła, nie mógłbym... zrobić właśnie tego... 

Umilkł  i pocałował  ją  delikatnie,  ale  pewnie,  jakby  się  spodziewał,  że  ta  pieszczota 

będzie mile widziana. Delfina przywarła do niego i rozchyliła usta, a wtedy językiem zaczął 

ją drażnić, kusić i wabić. 

Podczas pocałunku oboje czuli, że płoną. Po długiej, niekończącej się chwili Stephen 

bardzo  powoli  odsunął  się  od  żony.  Usiłując  zapanować  nad  sobą,  wypuścił  ją  z objęć,  ale 

gdy się odezwał, jego głos był niski i zachrypnięty. 

- Wracaj do domu, Delfino. Ja za chwilę przyjdę. 

Spojrzała na niego pytająco, nieco zdziwiona nagłą zmianą nastroju. 

- Jak sobie życzysz - odparła, po czym powoli ruszyła w kierunku posiadłości. 

Stephen  patrzył,  jak  odchodziła,  nie  odwracając  się  za  siebie.  Odetchnął  głęboko 

background image

i przeniósł  spojrzenie  na  słońce,  które  właśnie  skrywało  się  za  horyzontem.  Westchnął 

i przesunął czubkiem języka po wargach. Pocałunek Delfiny był tak podniecający i erotyczny, 

jak to zapamiętał. 

Nieczęsto  wstydził  się  swoich  reakcji,  ale  teraz  doszedł  do  wniosku,  że  sam  diabeł 

podkusił  go,  by  odezwał  się  tak  ostro  do  żony.  Nie  podobało  mu  się,  że  budziła  w nim 

opiekuńcze uczucia. Odpowiadało mu życie, które wiódł przed pojawieniem się Delfiny. Nie 

miał  żadnych  zobowiązań  i niczego  nie  żałował,  a przede  wszystkim  nie  był  zaangażowany 

emocjonalnie. 

Poczuł  znajomy  ból  w sercu.  Poprzysiągł  sobie  nigdy  więcej  nie  zaufać  kobiecie. 

Kiedyś był  zdolny do miłości, właśnie takiej,  o jakiej  tak żarliwie i z przekonaniem mówiła 

Delfina. Nie wątpił w szczerość jej opinii i niepotrzebnie ją wyśmiewał, oceniając żonę przez 

pryzmat innej kobiety. 

Nowa  lady  Fitzwaring  w niczym  nie  przypominała  tej  zdradliwej  poczwary  Marii. 

Stephen  pokręcił  głową,  żeby  odsunąć  od  siebie  wspomnienie  pięknej,  perfidnej 

i wyrachowanej señority, w której zakochał się w Hiszpanii. Na samą myśl o tej kobiecie czuł 

gorycz  w ustach.  Już  dawno  temu  usunął  ją  ze  swojego  życia  z postanowieniem,  że  nigdy 

więcej nie popełni tego błędu i nie zaufa kobiecie. 

 

background image

  ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

 

Gdy  Delfina  szła  do  domu,  w jej  głowie  kłębiły  się  rozmaite  myśli.  Pomimo 

najszczerszych wysiłków, by trzymać Stephena na dystans, czasami czuła, że nie potrafi mu 

się oprzeć. Jego nagła zmiana nastroju bardzo ją jednak wytrąciła z równowagi. 

Poczuła  rozczarowanie,  kiedy  nie  zszedł  na  wieczerzę.  Czekała  na  niego  długo,  na 

próżno jednak. Urażona i świadoma, że jej mąż rankiem wyjeżdża do Portsmouth, z niechęcią 

udała  się  na  spoczynek.  Liczyła  na  to,  że  noc  przyniesie  zapomnienie,  gdyż  tylko  we  śnie 

mogła uwolnić się od bólu i dezorientacji, które jej nie opuszczały od pierwszego spotkania ze 

Stephenem. 

Leżała  w łóżku  niespełna  dziesięć  minut,  kiedy  drzwi  się  otworzyły.  Delfina 

odwróciła  głowę,  oślepiona  nagłym  blaskiem.  W progu  stał  Stephen.  W uniesionej  dłoni 

trzymał świecę, która rzucała rozdygotane cienie na jego twarz. Wszedł do pokoju, delikatnie 

zamykając  za  sobą  drzwi.  Ubrany  był  w rozpiętą  koszulę  i czarne  spodnie,  które  obciskały 

jego  muskularne  nogi.  Bezszelestnie  zbliżył  się  do  łóżka  i nad  nim  pochylił,  potężny 

i niebezpieczny. 

Serce  Delfiny  mocno  waliło  ze  strachu,  jednak  poczuła  również  podniecenie.  Gdy 

zdumiona usiadła, jej włosy rozsypały się na ramiona, zaś na policzki wystąpiły rumieńce. 

- Stephenie? - wyszeptała z wysiłkiem. - Proszę cię, wyjdź. 

Zignorował jej słowa. W milczeniu postawił świecę na nocnym stoliku przy łóżku, po 

czym rozebrał się do naga i wsunął pod kołdrę. Jego zapach był oszałamiający i zmysłowy, 

wyczuwała w nim woń świeżego powietrza. 

- Stephenie... - powtórzyła. 

Nie miała pojęcia, co takiego go skłoniło do odwiedzenia jej sypialni. 

- Niech  cię  diabli,  kusicielko  -  mruknął  szorstko.  Ujął  dłonie  Delfiny  i zajrzał  jej 

w oczy. - Z tymi włosami i szeroko otwartymi oczyma wyglądasz jak anioł - dodał i dotknął 

wargami jej ust. 

- Ale... 

- Nie teraz... 

Zamknął  jej  usta  stanowczym  pocałunkiem,  jakby  w ten  sposób  chciał  uciszyć 

protesty. Było jasne, że pożądanie wzięło górę. Oderwawszy wargi od ust Delfiny, Stephen 

sięgnął  do  wstążek  jej  nocnej  koszuli.  Miała  ciepłą  i jedwabistą  skórę,  a od  jej  zapachu 

zakręciło mu się w głowie. 

background image

Drżała, gdy ściągał z niej koszulę i oddychał ciężko, delektując się jej nagością. Jego 

przyśpieszony  oddech  był  największym  komplementem,  jaki  kiedykolwiek  spodziewała  się 

usłyszeć. Wbrew sobie jęknęła, gdy pocałował ją delikatnie w szyję poniżej ucha. 

- Cicho, Delfino, mój aniele... - mruknął, przerywając na moment, aby spojrzeć w jej 

wielkie  oczy,  w których  ujrzał  pożądanie.  -  Dobrze  wiem,  że  pragniesz  tego  równie  mocno, 

jak ja. 

Miała  świadomość,  co  robi  Stephen.  Ponownie  rzucał  na  nią  urok  swoimi 

magnetycznymi oczami i aksamitnym głosem, przez co traciła siły i nie mogła się oprzeć. 

Przywarła do niego mocniej, kiedy obsypywał pocałunkami jej czoło, szyję i policzki. 

Nie protestowała, akceptując bliskość i dominację. Gdy dotknęła jego piersi, wyczuła mocne, 

przyśpieszone bicie serca i jęknęła cicho. Dłońmi zaczął pieścić jej piersi. Przesuwał nimi po 

żebrach  i biodrach,  aż  dotarł  do  brzucha.  Delfina  krzyknęła,  gdy  jego  pocałunki  stały  się 

jeszcze  bardziej  zaborcze.  Całkowicie  poddała  się  namiętności,  oszołomiona  jej  mocą. 

Otoczyła rękami szyję Stephena, przytuliła się do niego i wyczuła jego męskość. Kiedy uniósł 

jej biodra, posiadł ją stanowczo, bez wahania. Był wygłodniały i tak ogarnięty pożądaniem, że 

nic nie mogło go powstrzymać. 

Delfina  dostosowała  się  do  jego  rytmu,  czerpiąc  wręcz  bezwstydną  przyjemność. 

Pragnęła  rozładować  nieznośne  napięcie,  ale  Stephen  jej  nie  pozwalał,  odwlekał  chwilę 

spełnienia,  aby  czuła  to  samo  co  on.  Miała  zamknięte  oczy  i oddychała  ciężko,  pożądliwie, 

spragniona  czegoś,  czego  nie  rozumiała.  Bała  się  to  utracić  i zarazem  nie  wiedziała,  jak  to 

przyjąć.  Potem  nagle  poczuła  się  tak,  jakby  ogarnęły  ją  płomienie,  i oboje  jednocześnie 

szczytowali tak intensywnie, że niemal zapomnieli, kim i gdzie są. 

Na  ich  skórze  lśniła  cienka  warstwa  potu,  gdy  leżeli  spleceni  w uścisku.  Stephen 

pomyślał, że poślubił cudowną kobietę. 

- Zmieniłaś  o mnie  zdanie,  skarbie?  -  spytał  cicho,  kryjąc  twarz  w jej  pachnących 

włosach. 

- Co masz na myśli? - szepnęła. 

- Już mnie nie nienawidzisz? 

Zaśmiał się, a ona poczuła na twarzy jego ciepły oddech. 

- Nigdy nie mówiłam, że cię nienawidzę, Stephenie - zauważyła. 

- Więc może dzięki tym igraszkom łóżkowym polubisz mnie nieco bardziej?  - spytał 

z ciekawością. 

- Powiem ci jutro - wyszeptała i go przytuliła. - Ranek jeszcze daleko, więc masz dużo 

czasu na dowiedzenie swej wartości. 

background image

Stephen  zachichotał  i obrócił  się,  przytrzymując  Delfinę  w taki  sposób,  że  usiadła 

okrakiem na jego biodrach. Gdy się pochyliła, aby pocałować go w usta, dostrzegła, że z jego 

twarzy  znikło  napięcie,  zaś  w oczach  pojawił  się  łagodny  blask.  Nie  wypowiedział  ani 

jednego  czułego  słowa,  ale  też  wcale  go  nie  oczekiwała.  Sama  również  wolała  milczeć 

w oczekiwaniu  na  to,  co  nastąpi.  Kiedy  jednak  przesunęła  się  i przytuliła  policzek  do  jego 

piersi,  zareagował  w jednej  chwili.  Poruszyła  się,  najpierw  powoli,  potem  bardziej 

zdecydowanie. Wreszcie kolej na jej dominację - tym razem to ona miała okazję dostarczać 

rozkoszy temu enigmatycznemu mężczyźnie. 

Świt  jeszcze  nie  nastał,  kiedy  Stephen  otworzył  oczy.  Płomień  świecy  drżał 

w przeciągu, rzucając na sufit dziwne, złowróżbne cienie. Delfina leżała obok, przytulona do 

jego ramienia, a jej włosy zakrywały poduszkę. Spojrzał z czułością na żonę i poczuł w sercu 

ukłucie bólu. 

Gdy  przyszedł  do  sypialni  Delfiny,  powodowała  nim  żądza,  teraz  jednak  pragnął 

jedynie się o nią troszczyć. Przypomniał sobie, jak reagował na jej dotyk. Była tak szczodra 

w okazywaniu uczuć, tak otwarta w pieszczotach, jak w każdej innej dziedzinie życia. 

Stephen  jako  zdrowy  mężczyzna  o wrzącej  krwi  ulegał  pokusom,  ale  dotąd  nie 

doświadczył tego, co właśnie zaczynał czuć do Delfiny. Nigdy nie otrzymał od żadnej kobiety 

miłości, która by nie miała nic wspólnego z pożądaniem:  ani  od piastunki,  ani  od kurtyzan, 

a już  na  pewno  nie  od  Marii.  W tej  samej  chwili  uświadomił  sobie,  że  od  zawsze  drzemał 

w nim głód bliskości z kobietą - nie tylko fizycznej, ale również uczuciowej i duchowej. 

Zakręciło  mu  się  w głowie.  Czuł  się  jak  umierający  z pragnienia  człowiek,  któremu 

ofiarowano pierwszy łyk zimnej wody. Poprzysiągł sobie wcześniej, że nie dotknie Delfiny, 

póki nie wróci z Hiszpanii, ale wystarczył pocałunek na plaży, by od razu stracił panowanie 

nad sobą. Zawstydzony, z irytacją pokręcił głową. Coś musiało być z nim nie tak! 

Stracił  szacunek  do  siebie.  Dał  się  złapać  w pułapkę,  całkiem  jak  pierwszy  lepszy 

młodziak, który nie potrafi zapanować nad żądzą. Z chwili na chwilę coraz lepiej uświadamiał 

sobie, jak podatny jest na wpływ Delfiny. Zrozumiał, że wkrótce straci resztki panowania nad 

cielesnymi  apetytami  i stanie  się  niewolnikiem  tej  kobiety,  a to  go  niewątpliwie  zniszczy. 

Nawet  nie  chciał  o tym  myśleć.  Przynajmniej  nie  teraz,  kiedy  powinien  całą  uwagę  skupić 

wyłącznie na wojnie. 

Nagle  jednak  perspektywa  powrotu  do  Hiszpanii  straciła  swój  urok  i wiedział,  że 

Delfina  częściowo  za  to  odpowiada.  Postanowił  zatem  w żadnym  razie  nie  zwlekać 

z wyjazdem do Portsmouth, skąd miał wyruszyć do Lizbony. 

Delfina obudziła się w wielkim łóżku. Otwierając oczy, zatrzepotała rzęsami, a na jej 

background image

ustach pojawił się uśmiech satysfakcji. Wyciągnęła rękę, ale jej palce natrafiły wyłącznie na 

miękkie prześcieradło  i brzeg materaca. Była sama, Stephen zniknął. Na wspomnienie nocy 

znów  poczuła  pożądanie.  Wciąż  miała  usta  nabrzmiałe  po  pocałunkach,  czuła  zapach  jego 

skóry. Pomyślała, że Stephen na pewno zaraz wróci, uśmiechnie się do niej, a potem będą się 

kochać. 

Nie  wrócił  jednak.  W końcu  zaniepokojona  Delfina  wstała  i zaczęła  się  ubierać. 

W domu w Londynie pokojówka przyniosłaby jej śniadanie, odsunęła zasłony i przygotowała 

kąpiel.  W Tamarze  jednak  brakowało  służących,  więc  chwilowo  musiała  robić  wszystko 

sama. 

Natknąwszy  się  w holu  na  Alice,  Delfina  spytała  o Stephena.  W odpowiedzi 

dziewczyna wzruszyła ramionami. 

- Wyjechał, jaśnie pani - odparła. - Bardzo wcześnie. 

- Wyjechał? - zdumiała się Delfina. - Niby dokąd? 

- Z powrotem do Hiszpanii. 

- Do Hiszpanii! - wykrzyknęła. 

Poczuła się tak, jakby wymierzył jej policzek. Nie pojechał do sąsiadów ani nie wrócił 

do Londynu, by odwiedzić przyjaciół, co i tak byłoby okropne. Nie! Porzucił żonę, gdy tylko 

dostał od niej to, na czym mu zależało. Bez pożegnania zostawił ją całkiem samą i pojechał 

do obcego kraju. 

Stała  w holu,  nie  zwracając  uwagi  na  przeciąg  i próbując  opanować  wzburzenie. 

Zabrakło mu nawet przyzwoitości, by się pożegnać i zapewnić ją o rychłym powrocie! 

- Okropny,  samolubny  łajdak  -  wymamrotała,  nie  mogąc  znaleźć  odpowiednio 

dosadnych słów. 

Gdyby  teraz  wszedł,  z pewnością  kusiłoby  ją,  żeby  uderzyć  go  w głowę  jakimś 

odpowiednio  ciężkim  przedmiotem.  Kiedy  jednak  trochę  się  uspokoiła,  zmuszona  była 

przyznać, że Stephen nie zrobił nic złego. Przecież uprzedził ją, że wyjedzie przed świtem do 

Portsmouth.  W trosce  o jej  dobro  i wygodę  pragnął  pozostawić  ją  w Londynie,  gdzie 

przebywałaby wraz z rodziną w oczekiwaniu na jego powrót. To ojciec Delfiny nie wyraził na 

to  zgody.  To  przez  niego  tkwiła  teraz  w zimnym,  pełnym  przeciągów  domu,  niemal  sama, 

jeśli nie liczyć garstki nieznajomych służących. 

Wędrowała  po  pustych  pokojach  i korytarzach  nowego  domu,  czując  się  bardzo 

samotna i opuszczona. Nie chciała pragnąć Stephena, ale tak właśnie było i nic nie mogła na 

to  poradzić.  Dlaczego  jej  to  zrobił?  -  wciąż  zadawała  sobie  pytanie.  Czemu  ją  zostawił 

i właściwie z jakiego powodu tak bardzo się tym faktem przejęła? Przecież nie znała go - tyle 

background image

tylko że bez niego czuła się teraz bardzo osamotniona. 

Delfina  postanowiła  więc  zrobić  najodważniejszą  rzecz  w całym  swoim  krótkim 

życiu,  a mianowicie  stawić  czoło  perspektywie  zamieszkania  na  stałe  w Tamarze 

i skoncentrować  się  na  chwili  obecnej.  Stephen  był  żołnierzem  i nie  mogła  oczekiwać,  że 

zrezygnuje z tego dla niej, a już na pewno nie podczas wojny. Nie była jedyną kobietą, która 

pozostała w kraju, podczas gdy mąż walczył z Bonapartem. W takiej sytuacji do jego powrotu 

musiała jakoś sobie radzić, a potem... 

Doszła do wniosku, że nad tym zastanowi się później. 

Nadeszła pora, by zapomnieć o przeszłości i skupić się na najlepszych chwilach, które 

życie  miało  jej  do  zaoferowania.  Z tym  mocnym  postanowieniem  skoncentrowała  się  na 

nowych obowiązkach. Do powrotu służby musiała sama zajmować się wieloma sprawami. 

I tak  po  wielu  tygodniach,  gdy  każda  deska  podłogowa  i każdy  mebel  były 

pieczołowicie wypolerowane, Delfina w końcu poczuła się częścią Tamary. Pojawili się nowi 

przyjaciele,  którzy  chętnie  zapraszali  ją  tu  i tam,  a ona  szczerze  ich  polubiła.  Zawsze 

pokazywała  im  spokojną  i beztroską  twarz  pani  domu,  której  największe  zmartwienia  to 

wydawanie poleceń służbie, wizyty towarzyskie, przymiarki u krawcowej, a także wszelkiego 

typu rozrywki i imprezy dobroczynne. 

Odludna  Tamara  stała  się  dla  niej  bezpieczną  przystanią  podczas  burzliwej  wojny 

napoleońskiej. Chociaż Delfina często pisała do męża o codziennym życiu, jego odpowiedzi 

przychodziły zdecydowanie zbyt rzadko. W jednym z pierwszych nadesłanych listów prosił, 

aby się na niego nie gniewała za to, że nie pisze częściej, ale pułk nieustannie zmienia miejsce 

stacjonowania. Przynajmniej była pewna, że  wszystko u niego w porządku i że o niej myśli. 

Niestety, w krótkich wiadomościach nie padło ani jedno słowo o pożądaniu, które okazał jej 

podczas ostatniej wspólnej nocy w Tamarze. 

Wieczorami walczyła z samotnością, zdumiona tęsknotą za niemal nieznanym mężem. 

Nie chciała wspominać rozkoszy i intensywności  doznań tamtej nocy,  gdyż sprawiało  jej to 

ból, ale im bardziej starała się nie myśleć o Stephenie, tym  częściej jego obraz pojawiał się 

w jej pamięci. 

Po  kilku  tygodniach  w Tamarze  uświadomiła  sobie,  że  jest  w ciąży.  Wieść 

o zbliżających  się  narodzinach  potomka  wzbudziła  entuzjazm  całej  służby.  Gdy  minął 

początkowy  szok,  Delfina  roześmiała  się  głośno,  uradowana  myślą,  że  urodzi  dziecko 

Stephena. Ciąża stała się dla niej również doskonałym pretekstem do uniknięcia wyjazdu na 

śluby  Rose  i Fern,  zapowiadanych  jako  niebywale  wystawna,  podwójna  uroczystość  -  tak 

przynajmniej wynikało z listów matki. 

background image

Tuż  po  urodzeniu  córki  świat  Delfiny  odzyskał  radosne  barwy,  gdyż  z miejsca 

zapałała  gorącym  uczuciem  do  maleńkiego,  bezbronnego  niemowlęcia.  Było  idealne, 

o miękkiej i różowej cerze, delikatnych, lekko nadąsanych ustach i oczach w kolorze nocnego 

nieba.  Dziewczynka  wyglądała  jak  kopia  Stephena.  Delfina  przepełniona  była  całkowitym 

oddaniem  i bezwarunkową  miłością.  Nadała  córce  imię  Lowenna,  co  jak  wytłumaczyła  jej 

Alice, po kornwalijsku oznaczało radość. 

Delfina poinformowała męża o narodzinach córki, wysłała również list do rodziny. Po 

dwóch tygodniach nadeszła odpowiedź od matki, nalegającej, żeby przyjechała do Londynu 

z wizytą, kiedy tylko poczuje się na siłach podróżować. Nie miała nic przeciwko temu, gdyż 

bardzo  pragnęła  zobaczyć  ciotkę  Celię.  Od  przyjazdu  do  Tamary  otrzymała  od  niej  wiele 

listów na temat sytuacji w ochronce. Z jednego z nich dowiedziała się, że matka Maisie, Meg, 

nie  żyje.  Niestety,  ciotka  nie  podała  żadnych  szczegółowych  informacji  dotyczących 

okoliczności  tego  tragicznego  zdarzenia.  Było  jasne,  że  Celia  martwi  się  o Maisie,  która 

musiała  uporać  się  ze  stratą  matki  i strachem  przed  Willem  Kellym.  Ten  niebezpieczny 

człowiek nieustannie kręcił się w pobliżu, usiłując porwać dziewczynkę z ochronki. 

Delfina modliła się żarliwie, żeby nigdy do tego nie doszło. Bardzo pragnęła pomóc 

i napisała  do  ciotki,  proponując,  że  zabierze  małą  z sierocińca  do  Tamary,  gdzie  na  pewno 

znajdzie jej jakieś zajęcie. 

Lowenna szybko stała się ulubienicą całego domu. Jej  uśmiech był niczym  promień 

słońca. Dziewczynka radośnie gaworzyła i spokojnie przyjmowała hołdy otoczenia. W wieku 

dziesięciu  miesięcy  zaczęła  chodzić  i mówić  w swoim  dziecięcym  języku,  i od  tego  czasu 

chwiejnym krokiem przemierzała cały dom na krótkich, tłustych nóżkach. 

Te szczęśliwe dni przyćmiewał jedynie fakt, że list, w którym Stephen pisał o radości 

z narodzin córki, był ostatnią wiadomością od niego. Delfina tłumaczyła sobie, że szwankuje 

poczta  polowa,  gdyż  regimenty  nieustannie  się  przemieszczają,  lecz  gdy  po  szesnastu 

miesiącach  nadal  nie  otrzymała  żadnej  wiadomości,  nie  mogła  już  ignorować  niepokoju. 

Zdumiewał ją lęk, który czuła na myśl o tym, że Stephenowi stała się krzywda. To było nie do 

zniesienia. 

Nie  zdążyła  dobrze  poznać  męża,  a jednak,  gdy  mijały  tygodnie  i miesiące,  już  nie 

wydawał się jej obcy. Nosiła jego wizerunek w sercu i czuła, że pozostanie tam na zawsze. 

Przez  resztę  życia  Stephen  nie  był  w stanie  dokładnie  przypomnieć  sobie,  co  robił 

i dokąd  się  udał  po  oblężeniu  Badajoz  siódmego  kwietnia.  Zajadła  batalia  okazała  się  jedną 

z najkrwawszych  podczas  wojny  na  Półwyspie  Iberyjskim.  Miasto  okupowane  przez 

Francuzów  zostało  przejęte  przez  wojska  sprzymierzone.  Z nadejściem  poranka  wyszła  na 

background image

jaw cała groza masakry. Zwłoki żołnierzy leżały w stosach, a krew spływała niczym rzeka. 

Potem jednak nastąpiła druga rzeź. Brytyjczycy wyrwali się spod kontroli dowódców, 

i,  powodowani  chęcią  odwetu,  zaczęli  w odrażający  sposób  terroryzować  hiszpańskich 

mieszkańców  miasta.  Niewinni  ludzie  padli  ofiarą  grabieży,  morderstw  i gwałtów.  Zabito 

cztery tysiące Hiszpanów, głównie kobiety i dzieci. 

Tego  Stephen  nie  przewidział  i nie  miał  pojęcia,  jak  wpłynie  na  niego  dramat  tych 

ludzi.  Czym  innym  było  prowadzenie  żołnierzy  do  bitwy  i honorowa  walka,  czym  innym 

patrzenie 

na 

tych 

samych 

podkomendnych, 

zorganizowanych, 

odważnych, 

zdyscyplinowanych  i posłusznych,  jak  zamieniają  się  w bandę  zdziczałych  bestii  i atakują 

cywilów,  których  przecież  mieli  wyzwolić.  Krew  była  wszędzie  -  cały  świat  wydawał  się 

skąpany we krwi. 

Stephen dużo później uświadomił sobie, że wiele razy otarł się o śmierć, gdy na wpół 

otępiały  ze  zmęczenia  wędrował  po  ulicach  Badajoz,  nie  zważając  na  ogień  z muszkietów, 

krzyki kobiet i dzieci ani na płonące budynki. Sam nie rozumiał, jak to możliwe, że wyszedł 

z tego bez szwanku. 

Po  powrocie  do  obozu  usiadł  i ukrył  twarz  w dłoniach.  Lojalny  Oakley  bez  chwili 

zwłoki stanął obok, gotów spełnić każde życzenie. 

- Na litość boską, Oakley, takie rzeczy postarzają człowieka o dwadzieścia lat w kilka 

minut - wychrypiał Stephen. -  Kula w łeb byłaby miłosiernym uczynkiem.  - Podniósł głowę 

i popatrzył  na  adiutanta.  Twarz  miał  umorusaną  prochem  strzelniczym,  a usta  wykrzywione 

z goryczą.  - Wiesz, jaki dziś dzień, Oakley? Pierwsze urodziny mojej  córki. Ma rok, a ja jej 

nawet nie widziałem. A teraz każdego roku w jej urodziny będę wspominał ten dzień. 

Po  Badajoz  Stephen  walczył  na  wzgórzach  rozciągających  się  na  południe  od 

Salamanki  i został  postrzelony  w pierś.  Gdyby  nie  troskliwa  opieka  Oakleya  i pewnej 

życzliwej Hiszpanki, z pewnością by nie przeżył. 

Bitwa  rozegrała  się  w dławiącym  kurzu  i koszmarnym  upale.  Francuskie  wojska  nie 

zdołały już się podźwignąć po klęsce i niedobitki powlokły się przez Pireneje z powrotem do 

Francji.  Dzięki  zwycięstwu  armia  Wellingtona  dotarła  do  Madrytu,  a po  dwóch  miesiącach 

wycofała się do Portugalii, skąd Stephen wyruszył do ojczyzny. 

Lord  Fitzwaring  stał  na  dziobie  i ani  trochę  nie  bał  się  wypaść  za  burtę,  gdy  statek 

nurkował  w falach  wzburzonego  morza.  Wracał  do  Anglii  przepełniony  nie  triumfalną 

radością, lecz narastającym rozczarowaniem. 

W całym swoim życiu przykładał wagę wyłącznie do służby w armii, to ona nadawała 

sens wszystkiemu, co robił. Teraz jednak utwierdził się w przekonaniu, by osiąść w Tamarze 

background image

na stałe i wieść normalne rodzinne życie. 

Zamrugał raptownie, usiłując trzeźwo myśleć. Czekała na niego młoda kobieta, którą 

poślubił  i której  prawie wcale nie znał.  Przypomniał sobie rudowłosą dziewczynę o wrogim 

spojrzeniu i tę samą dziewczynę, patrzącą na niego z namiętnością tuż po tym, jak się kochali. 

- Delfina. Moja żona - wyszeptał z żalem na wspomnienie nocy, kiedy wziął ją niemal 

siłą w pijanym widzie. 

Jego  czyn  doprowadził  do  pośpiesznego  małżeństwa  z kobietą,  z którą  dzielił  łoże 

tylko dwa razy. Na myśl o tym, że niedługo ją ujrzy, poczuł przypływ entuzjazmu. Wiele razy 

ganił się za sposób, w jaki ją zostawił. Wykradł się w środku nocy niczym złodziej, gdyż nie 

czuł  się  na  siłach  pożegnać  się  i po  raz  ostatni  spojrzeć  jej  w oczy.  Wspominał  wtedy 

poprzedni związek ze zdradliwą, nieczułą kobietą, który pozostawił po sobie bolesne, do dziś 

niewygojone rany. Gdy patrzył na śpiącą Delfinę i cudowną grzywę jej ciemnorudych włosów 

na poduszkach, dojrzał w niej coś, co poruszyło jego serce. 

Widok kornwalijskiego wybrzeża na horyzoncie pokrzepił Stephena i na jego twarzy 

pojawił  się  uśmiech.  Nie  mógł  się  doczekać,  kiedy  po  raz  pierwszy  weźmie  córkę  na  ręce. 

Zastanawiał  się,  co  też  jego  powrót  do  domu  będzie  oznaczał  dla  Delfiny.  Czy  powita  go 

z otwartymi  ramionami,  czy  też  pod  jego  nieobecność  stała  się  tak  niezależna,  że  będzie 

niezadowolona? 

Odetchnął  głęboko  i ruszył  na  poszukiwania  Oakleya.  Morze  było  wzburzone,  wiatr 

głośno świstał mu w uszach i dlatego Stephen nie usłyszał ostrzegawczych krzyków jednego 

z marynarzy, przerażonego, że urwała się lina mocująca bom, który zaczął groźnie przewalać 

się przez statek. Kiedy  gruba kłoda drewna rąbnęła Stephena  w głowę,  przeszył  go upiorny 

ból, a on sam osunął się na pokład. 

Zapadły  ciemności,  gdy  Delfina  postanowiła  udać  się  na  spoczynek.  W sypialni  na 

piętrze  ogarnęły  ją  jednak  dziwne  przeczucia,  więc  podeszła  do  okna  i wyjrzała.  Gałęzie 

drzew, skąpane w blasku księżyca, tworzyły dziwne, poplątane cienie na ziemi. Wpatrywała 

się  w nie  uważnie,  podświadomie  spodziewając  się,  że  lada  chwila  coś  się  wydarzy.  Nagle 

zobaczyła dwa konie, a intuicja podpowiedziała jej, że na jednym z nich jedzie Stephen. 

Unosząc  suknię,  zbiegła  po  schodach  i wypadła  na  dziedziniec.  Za  nią  pędziła  pani 

Crouch.  Jeden  z jeźdźców,  w którym  Delfina  rozpoznała  pana  Oakleya,  zsiadł  z konia.  Jej 

spojrzenie  powędrowało  do  drugiego  mężczyzny,  który  siedział  w siodle  mocno 

przygarbiony, ze zwieszoną głową. Poczuła nagły ból w piersi, serce zabiło mocniej. Zrobiło 

się jej słabo, gdy uświadomiła sobie, że to Stephen. Pobiegła ku niemu, przerażona widokiem 

krwi, spływającej po jego twarzy spod naprędce opatrzonej rany na głowie. Miał zamknięte 

background image

oczy, a jego śniade oblicze wydawało się śmiertelnie blade. 

- Stephenie? - Nie uzyskawszy odpowiedzi, odwróciła się do równie pobladłego pana 

Oakleya. - Co się z nim dzieje? 

- Kilka  mil  stąd  stracił  przytomność  -  wyjaśnił.  -  Jestem  zdumiony,  że  tak  długo 

utrzymał się w siodle. 

- Ale... Czy jest chory? Ranny? 

- Ranny. 

- Jak ciężko? 

- Trudno powiedzieć. Ma ranę na głowie po mocnym uderzeniu bomem na pokładzie 

statku,  którym  wracaliśmy  do  Anglii.  Nie  stracił  przytomności  i pozwolił  mi  opatrzyć  ranę. 

Nie chciał robić zamieszania. 

- Od dawna jedziecie? 

- Zeszliśmy na ląd w Plymouth. 

Delfina odwróciła się do jednego ze stajennych. 

- Biegnij  do  wioski  po  doktora  Jenkinsona  -  nakazała  mu.  -  Niech  zjawi  się 

natychmiast! 

Potem poinstruowała dwie pokojówki, by pędziły przygotować komnatę pana, a także 

gorącą wodę i ręczniki. Ulżyło jej, kiedy z domu wypadł Davy. 

- Szybko - powiedziała. - Zanieś go do środka. Jeden ze stajennych zajmie się końmi. 

Pan Oakley i Dave wspólnie ściągnęli Stephena i zanieśli go do łóżka w jego pokoju. 

Delfina  otrząsnęła  się  z początkowego  szoku  i wszystkiego  doglądała.  Pod 

nieobecność  męża  nieustannie  miała  przed  oczami  jego  twarz:  długie  rzęsy,  drobne 

zmarszczki  w kącikach  ust  i czarne  loki,  na  skroniach  przetykane  szronem.  Zapamiętała 

każdy szczegół oblicza Stephena, a teraz czuła, że mogłaby patrzeć na niego przez całe życie 

i nigdy nie mieć dość. 

Nagle  zamrugał  oczami,  po  czym  je  otworzył  i znowu  zamknął.  To  wystarczyło,  by 

Delfina  poczuła,  jak  jej  ciało  ogarnia  żar.  Było  jej  wszystko  jedno,  czy  ktoś  to  zauważył. 

Spędziła  tak  dużo  czasu  z dala  od  męża,  tak  długo  i bezskutecznie  starała  się  odsunąć  od 

siebie uczucie do niego, że teraz powitała je z radością. 

Pan  Oakley  rozpiął  płaszcz  Stephena.  Ranny  nadal  miał  zamknięte  oczy,  ale  jęknął, 

gdy adiutant go podniósł i zdjął z niego wierzchnie odzienie. 

- Jak  poważna  jest  ta  rana?  -  spytała  Delfina,  nie  odrywając  oczu  od  twarzy  męża.  - 

Proszę powiedzieć mi prawdę. Myśli pan, że on umrze? 

Pan Oakley popatrzył na nią z powagą. 

background image

- Naprawdę nie znam  odpowiedzi  -  odrzekł  po  chwili.  -  Widziałem  wielu  mężczyzn, 

którzy  po  uderzeniu  bomem  doszli  do  siebie  bez  żadnych  problemów.  Mąż  pani  był 

kilkakrotnie  ranny,  między  innymi  dostał  w klatkę  piersiową  pod  Salamanką  podczas 

ostatniej bitwy. Chirurg uznał obrażenie za poważne, ale na szczęście pułkownik doszedł do 

siebie  i wydobrzał.  Obawiam  się  jednak,  że  to  go  osłabiło.  Niemal  natychmiast  po  tym 

zrezygnował ze służby wojskowej. 

Delfina wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. 

- Zrezygnował ze służby? - powtórzyła. 

Pan Oakley z powagą skinął głową. 

- Nie  zdrowiał  tak  szybko,  jak  powinien.  Całkiem  jakby  coś  go  powstrzymywało, 

jakby z czymś walczył. Nie chodziło tylko o infekcję. Coraz głębiej wpadał w melancholię. 

- A jaka  jest  pańska  opinia,  panie  Oakley?  Zna  pan  mojego  męża  lepiej  niż 

ktokolwiek. Skąd ta melancholia? 

- Splot  wielu  wydarzeń  -  mruknął  adiutant  i ze  znużeniem  wzruszył  ramionami.  - 

Osobiście  uważam,  że  chodzi  o to,  czego  świadkiem  był  w Badajoz.  To  był  okropny  czas 

zarówno dla żołnierzy, jak i cywilów. Czas, by zajrzeć głęboko w duszę i zadać sobie pytanie, 

czemu służy ta wojna. Właśnie to... a także utrata chęci do walki skłoniły go do opuszczenia 

armii.  Poza  tym,  lady  Fitzwaring,  wydaje  mi  się,  że  pułkownik  tęsknił  za  domem  i rodziną. 

Samo to wystarczyłoby, żeby skłonić go do powrotu. 

Z czułością,  której  nigdy  nie  okazywała  żadnemu  mężczyźnie,  Delfina  zajęła  się 

mężem, żywiąc nadzieję, że Stephen rzeczywiście pragnął wrócić do domu, do niej i dziecka. 

Ostrożnie zdjęła opatrunek z rany i zmyła krew, po czym położyła chłodną, mokrą ściereczkę 

na jego czole. 

Była  bardzo  przejęta  stanem  męża.  Nie  odzyskał  przytomności,  a rana  obficie 

krwawiła. Cienka strużka krwi spływała z jego czoła na policzek aż do kącika ust, a co jakiś 

czas jego twarz przeszywał spazm bólu. 

Gdy pani Crouch wprowadziła doktora Jenkinsona, Delfina zerwała się z miejsca, aby 

go powitać. 

- Panie doktorze! - wykrzyknęła uradowana. - Jestem zobowiązana, że przybył pan tak 

szybko. Mąż wymaga pilnej pomocy. Dostał cios w głowę, a rana nadal krwawi. Bardzo się 

martwię, że nadal nie odzyskuje przytomności. 

Doktor Jenkinson niezwłocznie przystąpił do badania. 

- Nie  ma  pęknięcia,  kości  są  całe  -  oświadczył  w końcu.  -  Ale  pękło  naczynie 

krwionośne. 

background image

- Co więc pan zrobi? 

- Przypalę ranę i w ten sposób zapieczętuję żyłę. 

- Czy pozostanie po tym blizna? - zaniepokoiła się. 

- Mimo  silnego  ciosu  rana  jest  niewielka.  Ledwie  jej  dotknę,  żeby  nie  pozostawiać 

zbyt dużego oparzenia, a włosy przykryją bliznę. 

Doktor  Jenkinson  zdjął  płaszcz  i wyciągnął  z torby  lśniące  instrumenty,  po  czym 

wybrał  jeden  z nich.  Starannie  wytarł  go  szmatką,  na  którą  nalał  kilka  kropli  płynu  o ostrej 

woni,  i włożył  instrument  do  małego  metalowego  kociołka  z gorącymi  węglami.  Po  chwili 

pan  Oakley  i Davy  przytrzymali  Stephena,  a medyk  pewną  ręką  dotknął  rany  koniuszkiem 

rozżarzonego do czerwoności metalu. 

Stephen  wzdrygnął  się  gwałtownie.  Delfina  zamknęła  oczy  i zacisnęła  pięści,  gdy 

usłyszała jego okrzyk bólu i poczuła zapach palonej skóry oraz włosów. 

- I już  -  powiedział  doktor  Jenkinson,  wprawnym  okiem  oceniając  swe  dzieło.  - 

Naczynie  zasklepione.  Teraz  nałożę  maść  i opatrzę  ranę.  Za  kilka  dni  się  wygoi.  -  Jak 

powiedział,  tak  zrobił,  po  czym  uniósł  powieki  Stephena  i zbadał  mu  puls.  Wydawał  się 

usatysfakcjonowany.  -  Niech  śpi  -  oświadczył  i włożył  płaszcz.  -  Będzie  potrzebował  sił, 

kiedy się ocknie. 

Delfina była wdzięczna losowi za czas spędzony w ochronce. To dzięki naukom ciotki 

nie  była  ignorantką  w kwestii  balsamów  i medykamentów,  do  tego  umiała  się  zajmować 

rannymi oraz chorymi. 

Pani  Crouch  i pan  Oakley  błagali  ją,  by  poszła  do  siebie  i odpoczęła,  ale  nie  chciała 

o tym słyszeć. 

- Posiedzę  przy  nim  -  oświadczyła  stanowczo.  -  Przygotujemy  panu  pokój,  panie 

Oakley, wydaje się pan wyczerpany. Może pan udać się na spoczynek ze świadomością, że 

pułkownik jest bezpieczny. 

Nie widząc potrzeby sprzeciwu, pan Oakley natychmiast ustąpił. 

Delfina poprawiła kołdrę i dotknęła gorącego czoła Stephena. Spojrzała na niesforny, 

czarny  lok,  który  zawisł  koło  ucha  i sięgał  do  szyi.  Dotknęła  go  ręką  i pogłaskała, 

zachwycając się jego miękkością, po czym z westchnieniem usiadła koło łóżka. Wspominała, 

co się wydarzyło  między  nimi  przed jego wyjazdem.  Mimo  sposobu,  w jaki się zeszli, oraz 

pełnych złości i goryczy słów, nie mogli zwalczyć tego, co do siebie czuli. To nie była zwykła 

namiętność,  ale  najprawdziwsze  pożądanie.  Na  dodatek  z ich  związku  narodziło  się  piękne 

dziecko, które Stephen miał dopiero poznać. 

A teraz nareszcie wrócił do domu. 

background image

Nagle  wymamrotał  coś  w gorączce  i zaczął  rzucać  głową  z boku  na  bok.  Delfina 

obmyła  męża  zimną  wodą.  Zrobił  się  niespokojny  i coś  bełkotał,  a ona  szeptała  do  niego 

cicho, kojąco,  głaszcząc po czole, póki  się nie uspokoił.  Niewiele mogła zrobić, więc tylko 

czekała i modliła się o to, by wkrótce odzyskał świadomość. 

Nagle krzyknął ochryple, jakby coś go przeraziło, a jego długie palce zacisnęły się na 

kołdrze. Delfina pochyliła głowę, próbując zrozumieć, co mówił. Na jego twarzy pojawił się 

grymas  bólu,  oczy  otworzył  szeroko.  Patrzył  zupełnie  nieprzytomnie,  najwyraźniej  jej  nie 

dostrzegając. 

- Do diabła? Co mam zrobić, by usunąć cię z mej pamięci? - zapytał z bólem w głosie. 

- Liczę dni, liczę miesiące - wymamrotał i zacisnął powieki. 

Potem  już  tylko  bezsensownie  bełkotał.  Delfina  pomyślała,  że  ból  musi  mu  mocno 

dawać się we znaki, gdyż Stephen wyglądał, jakby bardzo cierpiał. Czujnie wsłuchiwała się 

w niskie, pełne niepokoju pomruki, nieustannie przemywała czoło i robiła, co mogła, żeby go 

uspokoić,  jednak  na  niewiele  się  to  zdało.  Gdy  znów  zaczął  mówić,  coraz  głośniej  i coraz 

bardziej  nerwowo,  próbowała  go  uspokoić  i pogłaskać,  ale  wzdrygnął  się  nieoczekiwanie 

i odsunął,  jakby  miał  do  czynienia  z samym  diabłem.  Wtedy  uświadomiła  sobie,  że  tkwił 

w jakimś koszmarze. 

- Niech  diabli  porwą  ciebie  i twoje  płoche  serce!  Boże  drogi,  Oakley,  tyle  krwi 

i śmierci...  Ta  dziewka  mnie  oślepiła!  Jej  twarz  jest  wyryta  w mojej  duszy.  Drwi  ze  mnie, 

uwodzi  mnie  i dręczy,  a im  częściej  ją  mam,  tym  bardziej  jej  pragnę.  Myślałem,  że  się 

uwolnię  i ucieknę,  ale  nawet  mimo  bitew  i śmierci  nie  mogę  przestać  jej  pragnąć.  Brak  mi 

własnej  woli.  -  Jego  głos  się  załamał  i Stephen  zakrył  oczy  ręką.  Kiedy  znów  się  odezwał, 

mówił tak cicho, że ledwie go słyszała. - Tak, Oakley, kiedy o niej myślę, myślę o miękkości, 

o cieple, widzę jej błyszczące, czułe oczy. A potem zasnute gniewem, który spowodowałem. 

Niech mi Bóg przebaczy... i Angelet również. 

Ostatnie  słowo  wręcz  wydyszał,  a potem  umilkł  i opuścił  rękę.  Na  jego  twarzy 

malował się smutek. Delfinie zbierało się na płacz, więc pochyliła głowę. Kim była kobieta, 

o której  mówił?  Kobieta,  przez  którą  tak  strasznie  cierpiał,  która  omotała  go  pajęczyną 

i uwięziła? Kim była Angelet? 

Ledwie  widziała  przez  łzy  i czuła  dogłębną  rozpacz.  Stephen  nigdy  nie  mówił 

o kobietach,  które  znał  przed  nią,  ale  odniosła  wrażenie,  że  było  ich  bardzo  wiele. 

Niemożliwe,  by  tak  przystojny  mężczyzna  jak  Stephen  spędził  tyle  lat  w wojsku  i nie  znał 

kobiet. Nigdy nie uważała się za zaborczą, jednak zazdrość była niezwykle bolesna. 

Zastanawiała  się,  jak  bardzo  jej  mąż  przywiązał  się  do  owej  Hiszpanki.  Czy 

background image

tajemnicza kobieta troszczyła się o niego i nadal oczekiwała jego względów, choć dzieliły ich 

setki mil, a Stephen miał żonę i dziecko? 

Od tamtej nocy, gdy ją opuścił dwa lata temu, dzień po dniu czekała na wiadomości 

od niego. Przez cały czas czuła obawę, że został ranny albo nawet zginął. Takiego rozwoju 

sytuacji jednak nie przewidziała. Nie spodziewała się straszliwego cierpienia na myśl o jego 

miłości do innej kobiety. Kobiety, którą pan Oakley nazwał kiedyś piękną señoritą. 

Gdy w końcu poddała się smutkowi, łzy skapnęły na jej zaciśnięte na kolanach dłonie. 

Była wdzięczna niebiosom,  że Stephen spał i nie widział, jak bardzo ją zranił. Nigdy  dotąd 

nie  znała  żadnego  mężczyzny  tak  blisko  i tak  intymnie.  W tej  chwili  jednak  jej  uczucia 

zupełnie  się  zmieniły.  Wcześniej  cieszyła  się  na  wspólną  przyszłość,  teraz  mogła  jedynie 

zazdrościć kobiecie, która zajęła miejsce w jego sercu. 

Nie miała szansy zapanować nad emocjami, lecz potrafiła kontrolować siebie i swoje 

zachowanie. Poprzysięgła sobie, że póki nieznana Angelet ma władzę nad sercem Stephena, 

ona nie będzie dzieliła z nim łoża. Z drugiej jednak strony, Stephen był jej mężem. Jak mogła 

mu odmówić? Jak miała mu się oprzeć? 

Noc  powoli  mijała,  księżyc  cierpliwie  przemieszczał  się  po  niebie.  Delfina  odnosiła 

wrażenie,  że  upływające  godziny  zlewają  się  ze  sobą.  Kiedy  Stephen  nieco  się  uspokoił 

i zupełnie  nie  reagował  na  jej  obecność,  zwinęła  się  w fotelu  przy  łóżku  i zasnęła.  Potem 

obudziła się i znów czuwała. Tak właśnie minęła noc. 

O poranku drzwi się otworzyły i nad Delfiną stanęła pani Crouch. 

- Proszę  iść  do  pokoju  i odpocząć,  jaśnie  pani.  Na  nic  mu  się  pani  nie  zda,  jeśli  się 

pani nie prześpi. Niech pani już idzie, ja go popilnuję - upierała się. - A potem niech jaśnie 

pani weźmie kąpiel, ubierze się i dopiero wtedy wróci. 

Delfina nawet  nie miała siły się sprzeciwić. Wyczerpana poszła do swojego pokoju, 

w ubraniu rozłożyła się na łóżku i natychmiast zapadła w głęboki sen. 

Gdy przebudziła się po kilku godzinach, zdumiało ją, że nie czuje już przygnębiającej 

rozpaczy, chociaż smutek pozostał. Próbowała zrozumieć, co się dzieje, i uświadomiła sobie, 

że przez ostatnie dwa lata starała się być osobą, którą Stephen zapewne spodziewał się zastać 

po powrocie. Usiłowała przewidzieć każdą jego potrzebę, robiła co w jej mocy, by był dumny 

z Tamary. Desperacko chciała go zadowolić. 

A teraz, kiedy się zjawił się, okazało się, że jest zakochany po uszy w innej kobiecie. 

Była  głupia,  mając  tak  nierealistyczne  złudzenia.  Najbardziej  jednak  opłakiwała 

bolesną  utratę  nadziei  na  miłość  Stephena.  Powtarzała  sobie  uparcie,  choć  nie  do  końca 

szczerze, że kimkolwiek jest ta Hiszpanka, nie stanie jej na drodze. Stephen nie był  jednak 

background image

wolny, gdyż z Delfiną wiązały go święte więzy małżeńskie. 

Ta  okropna  sytuacja  miała  przynajmniej  jeden  pozytywny  aspekt,  a mianowicie 

Delfina dostrzegła w sobie coś,  czego nigdy wcześniej nie  widziała. Jako najmłodsza córka 

w bogatej  rodzinie,  nieustannie  ignorowana  przez  rodziców  i siostry,  marzyła,  by  być 

potrzebna, i usiłowała wypełnić pustkę w życiu działalnością dobroczynną, przede wszystkim 

pracą w ochronce. Tutaj, w Tamarze, starała się robić to samo. Teraz, gdy miała nadzieję, że 

wszystko  ułoży  się  po  jej  myśli,  nieznana  Angelet  ukradła  jej  Stephena.  Delfina  nie  mogła 

wypytywać męża o uczucie do tamtej kobiety, duma jej na to nie pozwalała. Czuła jednak, że 

teraz  Stephen  nigdy  nie  odwzajemni  miłości.  Jak  jednak  miała  się  zachowywać?  Nie 

wiedziała, co przyniesie przyszłość. 

Nalała lodowatą wodę do miski i zwilżyła twarz, czerpiąc siłę z przenikliwego zimna. 

Powrót do Londynu nie był dobrym wyjściem. Praktycznie zerwała kontakty z rodziną, więc 

musiała  budować  życie  w Tamarze.  Poślubiła  Stephena  i musi  ponieść  wszelkie 

konsekwencje.  Przecierając  twarz,  pomyślała  jednak,  że  już  nigdy  nie  będzie  przez  niego 

płakać. 

 

background image

  ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

 

Stephen  leżał  w łóżku,  z zamkniętymi  oczyma,  w błogim  stanie  zobojętnienia. 

Nareszcie  nie  czuł  bólu.  Kiedy  zdołał  znowu  uchylić  powieki,  przekonał  się,  że  jest  we 

własnym łóżku. Pamiętał jeszcze mary senne, ale powoli odzyskiwał przytomność umysłu. 

Uświadomił sobie, że jest ranny, ale nie potrafił wskazać przyczyny. Wspomniał, gdy 

półprzytomny  słuchał  głosów  wokół  siebie,  nie  rozumiejąc  jednak  ani  słowa.  Delfina 

opiekowała się nim, obmywała czoło zimną wodą. Ostrożnie uniósł dłoń i dotknął opatrunku 

na głowie. Choć złociste story były zaciągnięte, światło i tak raziło jego oczy. Zamrugał kilka 

razy, aż wreszcie wszystko wokoło zaczęło nabierać kształtów. 

Przede wszystkim uderzyła go panująca wokoło niezwykła cisza. Wyglądało na to, że 

był  sam,  ale  nagle  wyczuł  czyjąś  obecność,  więc  mimo  bólu  odwrócił  głowę.  Nie  widząc 

nikogo,  opuścił  wzrok  i wtedy  szerzej  otworzył  oczy.  Zobaczył  bowiem  małą  twarzyczkę 

otoczoną czarnymi lokami. 

Dziecko  patrzyło  na  niego  z ogromnym  zainteresowaniem.  Lowenna  była  bystrą 

dziewczynką,  kochaną  i rozpieszczaną  każdego  dnia  życia.  Lubiła  wszystko,  co  niezwykłe, 

a do tego pokoju zakradła się zaciekawiona, dlaczego jej mama wciąż stąd wychodzi i wraca. 

Nie  mogąc  oderwać  spojrzenia  od  dziecka,  Stephen  leżał  nieruchomo.  Domyślił  się, 

z kim ma do czynienia. Usta dziewczynki były różowe, cera złocista, oczy zaś niebieskie. 

Uniósł  wzrok,  gdy  do  pokoju  weszła  kobieta  i stanęła  za  dziewczynką.  Po  raz 

pierwszy od dwóch lat ujrzał przed sobą żonę. Miała włosy zaczesane do tyłu i była bardzo 

skromnie ubrana, jednak nawet brązowa wełna nie ujmowała jej urody. 

Gdy  przechodziła,  przez  pokój  zauważył,  że  porusza  się  z wrodzoną  gracją.  Nadal 

miała  w sobie  łagodną  niewinność,  która  tak  silnie  go  do  niej  przyciągała.  Pamiętał  jednak 

dobrze,  że  w głębi  duszy  jest  bardzo  namiętna.  Wspomniał,  jak  klęczała  na  łóżku,  a on 

wpatrywał  się  w jej  obfite  piersi,  czuł  na  plecach  jej  paznokcie,  a potem  słyszał  jej 

przepełniony ekstazą krzyk, gdy razem szczytowali. 

- To musi być Lowenna - szepnął. 

Nawet  gdyby  chciała,  Delfina  nie  mogłaby  zaprzeczyć,  gdyż  byli  do  siebie  zbyt 

podobni.  Lowenna  nawet  tak  samo  marszczyła  brwi,  uśmiechała  się  i złościła.  Z wyrazu 

twarzy Stephena wywnioskowała, że nie zaskoczył go widok córki. 

Teraz  spokojnie  ją  obserwował.  Nagle  poczuła  się  zupełnie  oszołomiona,  nie  mogła 

się ruszyć, oddychać ani sformułować żadnej rozsądnej myśli. Niebieski odcień jego oczu nie 

background image

spłowiał  ani  odrobinę.  Dwa  lata  ciężkiej  służby  w Hiszpanii  przydały  mu  urody  i teraz  był 

jeszcze  przystojniejszy.  Zapewne  tkwiłaby  tak  jak  posąg,  gdyby  nie  poczuła,  że  Lowenna 

ciągnie ją za sukienkę, domagając się atencji. Wzięła dziecko w ramiona i oparła na biodrze, 

po czym znów popatrzyła na męża. 

- Tak, Stephenie, to jest Lowenna - potwierdziła. - Twoja córka. 

- Nasza  córka  -  poprawił  ją.  -  Do  pojawienia  się  dziecka  trzeba  dwojga,  Delfino.  Ty 

i ja ją stworzyliśmy. 

Jego  spojrzenie  i dźwięk  głosu  sprawiły,  że  miała  ochotę  uciec  z pokoju,  jednak 

jednocześnie  jej  zdradliwe  ciało  kusiło  ją,  by  rzuciła  się  na  łóżko.  Pragnęła,  by  wziął  ją 

w ramiona  i mocno  przytulił.  Chciała  sprawić,  aby  kochał  ją  z taką  namiętnością,  że 

zapomniałaby  o wszystkim  innym.  Żyła  dla  dnia,  w którym  do  niej  powróci,  teraz  jednak 

świadomość, że inna kobieta włada jego sercem, chroniła ją przed napływem pożądania. 

Nie  odrywając  wzroku  od  dziewczynki,  Stephen  usiadł  z trudem  i skrzywił  się,  gdy 

poczuł ostre ukłucie bólu. Podparł się poduszkami, po czym wyciągnął ramiona. 

- Daj mi ją - poprosił. - Chcę potrzymać naszą córkę. 

Delfina  podała  mu  dziecko  i kamień  spadł  jej  z serca.  Lowenna  ufnie  wtuliła  się 

w ramiona Stephena, a on uważał, by nie tulić jej zbyt mocno. 

- Ty jesteś papa? - spytała dziewczynka. 

- Tak, kochanie - odparł głosem pełnym wzruszenia. 

Delikatnie ucałował jej różowy policzek, a ona zarzuciła mu rączki na szyję i mocno 

go uściskała. Potem jednak zaczęła się wiercić, gdyż jako małe dziecko szybko się nudziła. 

Zeskoczyła z łóżka, by pobiegać po pokoju, a Stephen patrzył na nią łagodnym wzrokiem. 

W sypialni  zrobiło  się  bardzo  cicho,  co  w końcu  zaczęło  denerwować  Delfinę.  Po 

chwili Stephen popatrzył na nią z podziwem i szacunkiem. 

- Dobrze sobie poradziłaś, Delfino. Lowenna przynosi ci chwałę. Gratuluję ci odwagi, 

że stawiłaś wszystkiemu czoło. Na pewno nie było ci łatwo. To, co przydarzyło ci się w ciągu 

ostatnich  dwóch  lat,  stało  się  za  moją  przyczyną,  a ty  ofiarowałaś  mi  w zamian  cudowną 

córkę... 

Delfina  patrzyła  na  niego  w milczeniu,  przepełniała  ją  satysfakcja.  Była  jednak 

świadoma, jak ulotne jest to uczucie. 

- Nie przeszkadza ci, że nie masz syna? - spytała. 

- Mój Boże, nie. Lowenna jest idealna. - Spojrzał na dziecko z miłością i dumą. 

- No cóż, cieszę się, że wreszcie się ocknąłeś - powiedziała. - Myśleliśmy, że zrobiłeś 

sobie od nas wolne. Pamiętasz w ogóle, co ci się przydarzyło? 

background image

- Pamiętam jakiś cios i ból głowy, a potem już nic. 

- Pan  Oakley  mówi,  że  uderzyłeś  się  w głowę  jakimś  elementem  takielunku,  który 

poluzował się podczas sztormu. 

- Długo byłem nieprzytomny? 

- Dwa  dni.  Doktor  Jenkinson  jest  przekonany,  że  w pełni  dojdziesz  do  siebie.  Pan 

Oakley  bardzo  się  o ciebie  martwił.  Powiedział,  że  niedawno  byłeś  ranny  w Hiszpanii  i że 

nadal cierpisz z tego powodu. Ulży mu, kiedy się dowie, że odzyskałeś przytomność. 

Stephen zmarszczył brwi i spojrzał na Delfinę zmrużonymi oczami. 

- A ty, Delfino? Martwiłaś się o mnie? 

Celowo nie patrzyła na niego, ale Stephen zauważył jej chłodną minę. 

- Oczywiście. Martwiłabym się o każdego, kto straciłby przytomność - odparła. 

- O każdego?  Ale  ja  nie  jestem  każdym,  Delfino.  Jestem  twoim  mężem... 

Spodziewałem się cieplejszego przyjęcia. 

- Doprawdy?  Szczerze  mówiąc,  Stephenie,  dziwię  się,  że  w ogóle  mnie  pamiętasz.  - 

Nie  umiała  ukryć  ironii  w głosie.  -  Tak  rzadko  pisałeś...  Wybacz,  jeśli  sądziłam,  że 

zapomniałeś o moim istnieniu. 

Stephen uśmiechnął się pod nosem. 

- Chyba trudno byłoby mi zapomnieć, że mam żonę. Wybacz mi milczenie. Myślałem 

o tobie niemal w każdej chwili. 

- Pan Oakley poinformował mnie, że zrezygnowałeś ze służby. - Usiłowała ignorować 

jego ciepły, pełen czułości wzrok. 

- W rzeczy  samej,  nie  wracam  do  wojska.  Teraz,  kiedy  wojna  na  Półwyspie 

Iberyjskim  już  się  skończyła,  odszedłem.  Muszę  jeszcze  co  prawda  pozałatwiać  pewne 

sprawy w Londynie, jednak dni walki mam już za sobą. 

- Muszę  przyznać,  że  jestem  zdumiona.  Wiem  przecież,  jak  ważne  było  dla  ciebie 

wojsko. Nie będziesz za nim tęsknił? 

Stephen westchnął i usiadł nieco wygodniej. 

- Rzeczywiście, armia zawsze była istotną częścią mojego życia, ale miałem mnóstwo 

czasu na myślenie o przyszłości - odrzekł. - Kiedy na świecie pojawiła się Lowenna, przybyło 

nam obowiązków. Postanowiłem osiąść w Tamarze razem z tobą i naszą córką. Nie wątpię, że 

chętnie przekażesz mi obowiązki związane z zarządzaniem majątkiem. 

Delfina zamarła. 

- Mam nadzieję, że nie zaczniesz mi rozkazywać, Stephenie - powiedziała po chwili. - 

Za długo byłam sama i samodzielnie podejmowałam decyzje, żeby teraz z tego rezygnować. 

background image

- Mój Boże, czy my nigdy... 

Zacisnął  usta  i popatrzył  na  młodą  żonę.  Setki  razy  wyobrażał  sobie  ich  spotkanie 

i myślał o tym, co jej powie. Nic jednak nie poszło zgodnie z planem. Pragnął wyznać jej, jak 

bardzo żałuje, że los zetknął ich w takich okolicznościach, ale znów wyszedł na potwora. 

- Czy my nigdy co? - zapytała. 

- Nieważne  -  uciął.  -  Przynajmniej  będę  mógł  cię  chronić  i zdjąć  z twoich  barków 

ciężar obowiązków związanych z zarządzaniem Tamarą. 

Próbował powiedzieć to nonszalancko, żartobliwie i jednocześnie szczerze, z ujmującą 

pewnością siebie, ale nie do końca mu wyszło. W tym momencie wyglądał tak, jakby nie był 

w stanie ochronić nikogo, ba, jakby sam potrzebował pomocy. Wydawał się bardzo znużony, 

wyczerpany  i ledwie  trzymał  otwarte  powieki.  Na  widok  tej  bezbronności  wrogość  Delfiny 

zaczęła słabnąć. 

Mimo zmęczenia Stephen z zachwytem wpatrywał się w żonę. Nie przestawał myśleć 

o tym,  jak ją posiądzie, rozbierze, jak dotknie jej nagiego ciała.  Zadecydował  już jednak, że 

tym razem będzie działał powoli i ostrożnie, nie zrobi nic na siłę. Zapragnął wziąć ją za rękę, 

lecz zabrakło mu odwagi. Nie chciał, by powrócił buntowniczy upór, który Delfina okazywała 

w dniu ślubu. 

- Nie  myśl  o mnie  źle  -  powiedział  cicho.  -  Bez  wątpienia  uważasz  mnie  za 

obrzydliwego łotra, gdyż cię uwiodłem, ale przysięgam, że wtedy naprawdę nie wiedziałem, 

iż mam do czynienia z szanowaną młodą damą. Byłaś tak prześliczna, że nie mogłem ci się 

oprzeć. Nienawidzę siebie za to, co ci zrobiłem. Dręczą mnie koszmarne wyrzuty sumienia. 

Słysząc niewątpliwą szczerość w jego głosie, Delfina pozwoliła sobie na uśmiech. 

- Nigdy nie miałam cię za łotra, a poza tym to już przeszłość, Stephenie. 

- W przyszłości postaram się kontrolować żądze. - Uśmiechnął się do niej łagodnie. - 

Co wcale nie będzie łatwe. - Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało, po czym Stephen 

dodał: - Obiecuję, że cię nie wykorzystam. Od teraz jesteś przy mnie całkiem bezpieczna. 

Delfina pomyślała, że Bóg jeden wie, jak bardzo nie chce być przy nim bezpieczna. 

Kiedy odwrócił głowę, zapragnęła błagać go, by ją pocałował tak jak przed wyjazdem, zmusił 

do uległości i zignorował szlachetne intencje. Mężczyzna, którego poślubiła, był libertynem - 

nie dbał o życie, kochał  niebezpieczeństwo. Teraz zaszła w nim wielka zmiana, zapewne ze 

względu  na  okropności,  które  widział  w Hiszpanii  podczas  wojny.  Początkowo  oboje 

ukrywali  uczucia,  kłócili  się  i walczyli  ze  sobą,  ale  i czuli  do  siebie  niezwykłe  pożądanie. 

Niestety znowu stali się sobie obcy i nie bardzo wiedzieli, co powiedzieć. 

- Miło mi to słyszeć - odparła. - Długo cię nie było. Potrzebujemy czasu, by się lepiej 

background image

poznać.  Powinniśmy  poczekać  i się  przekonać,  co  przyniesie  jutro.  -  Popatrzyła  na  niego 

spokojnie. - Na razie wolę sama kłaść się spać... Wiesz, o co mi chodzi. 

Stephen spojrzał na nią uważnie. Błogość, której doświadczył, gdy się obudził i oddał 

erotycznym marzeniom o żonie, szybko przerodziła się w rozdrażnienie. A więc tak to sobie 

zaplanowała.  Nie  mogłaby  wyrazić  się  jaśniej.  Nie  przyszło  mu  do  głowy,  że  piękna, 

niewinna  kusicielka,  która  oddała  mu  się,  nim  wyjechał  do  Hiszpanii,  i dorównywała  mu 

żądzą,  nie  będzie  już  tak  chętna.  Otoczyła  się  wysokim,  grubym  murem,  lecz  ani  przez 

sekundę nie sądził, że nie dałby sobie z nim rady. Wiedział, że Delfina jest ciepłą i namiętną 

kobietą,  i nie  wątpił,  że  trafi  do  jej  łoża,  gdy  tylko  tego  zapragnie.  Teraz  jednak  potwornie 

bolała go głowa i czuł się słaby jak kotek. 

Delfina wzięła Lowennę w ramiona i podeszła do drzwi. 

- Skoro  powróciłeś  do  żywych,  każę  przynieść  ci  jedzenie  i przyślę  pana  Oakleya  - 

oznajmiła.  -  Będzie  dbał  o twoje  potrzeby  podczas  rekonwalescencji.  Masz  niebywale 

lojalnego adiutanta, Stephenie. Obyś to docenił. Praktycznie nie odstępował cię na krok. 

Po  kolejnych  trzech  dniach  w sypialni,  doprowadzony  do  rozpaczy  nadskakiwaniem 

pani  Crouch  i Oakleya  -  ale  nie  Delfiny,  która  konsekwentnie  trzymała  się  na  dystans  - 

Stephen postanowił wreszcie wstać z łóżka. 

Gdy krążył po domu i z każdym dniem nabierał sił, Delfina patrzyła na niego z dumą 

i podziwem.  Choć  był  szczuplejszy,  niż  zapamiętała,  wydawał  się  zdrowy  i krzepki,  a jego 

ciemnoniebieskie oczy spoglądały już całkiem przytomnie. 

Z chwili  na  chwilę  więź  między  ojcem  a córką  się  wzmacniała.  Całkowicie 

oczarowany  pięknym  dzieckiem,  Stephen  nieustannie  zachwycał  się  Lowenną.  Gdy  z nią 

przebywał,  wydawało  się,  że  szybciej  wraca  do  zdrowia.  Delfina  często  zastawała  ich 

śpiących  razem  w fotelu.  Czasami  ten  uroczy  widok  doprowadzał  ją  do  łez  i idiotycznej 

zazdrości,  gdy  żałowała,  że  to  nie  jej  głowa  spoczywa  na  piersi  Stephena.  Był  tak  łagodny 

i cierpliwy,  że  dziewczynka  nie  miała  najmniejszych  trudności  z zaakceptowaniem 

nieznajomego dżentelmena w roli taty. Jednak w obecności Delfiny jego oczy zawsze miały 

czujny wyraz. Byli dla siebie uprzejmi,  nawet  mili,  oboje starali się jak najlepiej rozpocząć 

wspólne  życie  i stworzyć  bezpieczny,  szczęśliwy  dom  dla  Lowenny,  choć  okazało  się  to 

niełatwe.  Żadne  nie  wspomniało  o dwóch  wspólnych  nocach  przed  wyjazdem  Stephena  do 

Hiszpanii.  Delfina  nie  chciała,  by  Stephen  domyślił  się,  jak  bardzo  go  pragnęła.  Marzyła 

o tym,  by  odwzajemniał  jej  uczucia,  i nie  chciała  darzyć  go  nieszczęśliwą  miłością. 

Najwyraźniej jednak jego dotychczasowa czułość brała się wyłącznie z pożądania i nie kryło 

się za nią nic więcej. 

background image

Dzień  był  piękny,  a morze  połyskiwało,  gdy  Stephen  wrócił  z konnej  przejażdżki. 

Wszedł  do  domu  niespodziewanie  i Delfina,  która  właśnie  układała  kwiaty  w wazonie, 

zamarła  na  jego  widok.  Przystanął  w otwartych  drzwiach,  rzucając  długi  cień  na  podłogę 

w holu. Miał na sobie czarny frak i białą koszulę oraz fular. Odniosła wrażenie, że obecność 

męża rozjaśniła i ożywiła wnętrze. Teraz zdawał się pełen energii i wigoru, nie przypominał 

już bezbronnego mężczyzny, który jeszcze do niedawna leżał w łóżku. 

- Ładne. - Wskazał palcem złociste kwiaty. 

Omal nie wybałuszył oczu ze zdumienia, kiedy Delfina niespodziewanie uśmiechnęła 

się.  Ubrana  była  w jasnoniebieską  suknię,  a rude  włosy  przewiązała  ciemną  wstążką.  Nagle 

zapragnął  mocno  ją  przytulić.  Czuł,  że  ból  w jego  sercu  ustępuje,  gdy  ta  młoda  kobieta 

zaczynała wypełniać pustkę, z której istnienia nawet nie zdawał sobie sprawy. 

- Pomyślałam, że rozjaśnią hol - przytaknęła. - O, już. 

Wsunęła ostatni kwiatek do wazonu i cofnęła się o krok, żeby podziwiać swoje dzieło. 

- Gdzie  Lowenna?  -  zapytał,  rozglądając  się  wokół,  jakby  oczekiwał,  że  córka  nagle 

wyskoczy jak diabeł z pudełka. 

- Drzemie. 

- Mógłbym  przysiąc,  że  ładnieje  z dnia  na  dzień.  -  Uśmiechnął  się  szeroko.  -  Jest 

równie śliczna jak jej mama - dodał ciepło. - Jak królewna. 

Delfina poczuła, że się rumieni. 

- Lowenna  rzeczywiście  taka  jest,  ale  w ogóle  mnie  nie  przypomina  -  odparła.  -  To 

twoje lustrzane odbicie. 

- Mam najpiękniejszą żonę i najpiękniejszą córkę w królestwie. Każdy mężczyzna by 

mi zazdrościł. 

Podszedł do kominka i usiadł w fotelu, wyciągając przed siebie długie nogi w butach 

z wysokimi cholewami i kładąc je na osłonie paleniska. Nie spuszczał wzroku z Delfiny. Nie 

mógł  uwierzyć,  jak  dużo  zdziałała  w Tamarze.  Rzemieślnicy  odrestaurowali  posiadłość. 

Położyli  tynki  oraz  farbę  w wyłożonym  kamiennymi  płytami,  średniowiecznym  holu  oraz 

w długiej galerii, pełnej portretów przodków Stephena. Schody z rzeźbionego dębu, które od 

dawna wymagały naprawy, teraz były jak nowe, podobnie zresztą jak kominy. Każdy pokój 

był ciepły, komfortowy, wręcz luksusowy. W oknach wisiały piękne tkaniny, podłogi pokryto 

miękkimi dywanami o żywych kolorach. Wszystkie te zabiegi nie zmieniły jednak charakteru 

starego  domostwa.  Nawet  na  zewnątrz  wszędzie  natykał  się  na  zmiany  dowodzące,  że  jego 

żona spędziła mnóstwo czasu na dyskusjach z ogrodnikami o pielęgnacji roślin i architekturze 

krajobrazu. 

background image

- Chyba muszę ci pogratulować, Delfino - zauważył, kiedy usiadła naprzeciwko niego. 

- Dokonałaś prawdziwych cudów pod moją nieobecność, a ogrodnicy przeszli samych siebie. 

- Cieszę  się,  że  aprobujesz  to,  co  zrobiłam.  Pamiętaj,  że  dałeś  mi  carte  blanche  na 

wydatki. 

- Owszem,  i po  przejrzeniu  ksiąg  muszę  powiedzieć,  że  bardzo  rozsądnie 

gospodarowałaś naszymi finansami. 

- A jak oceniasz dobór mebli i wyposażenia wnętrza? 

- Masz doskonały gust i lubisz kolory, przynajmniej ich delikatne odcienie. 

Słysząc tę dyplomatyczną odpowiedź, Delfina roześmiała się. 

- Widzisz, nie jestem taka nudna, prawda? - spytała. - Wszystkie kobiety lubią kolory. 

Spojrzeniem zatrzymał się na jej ustach. 

- Lubię twój śmiech - mruknął. - Powinnaś częściej się śmiać. 

Delfina odwróciła głowę, żeby nie dostrzegł  jej rumieńców. Nie chciała, by był  taki 

rycerski  i romantyczny,  gdyż  obawiała  się,  że  mogłaby  uwierzyć,  iż  naprawdę  mu  na  niej 

zależy. Wiedziała, że w gruncie rzeczy pragnął tylko zaciągnąć ją do łóżka i zaspokoić dzikie 

żądze. Nie kochał jej, a ona nie zamierzała się oszukiwać. Czuła, że lada chwila zakocha się 

w nim bez pamięci. 

- Tamara od lat nie wyglądała tak dobrze - dodał. 

- Dziękuję  -  odparła  Delfina,  wzruszona  i uszczęśliwiona  pochwałą.  -  Nie  mogę 

jednak  przypisać  sobie  wszystkich  zasług.  Niczego  bym  nie  dokonała  bez  pomocy  pani 

Crouch  i Alice.  Bardzo  mi  ulżyło,  gdy  powrócili  inni  służący.  Inaczej  na  pewno  nie 

zdołalibyśmy zrobić tak dużo. 

- Nie wyjechałaś do rodziców do Londynu? 

- Nie, nie mogłam. Nie z małą Lowenną. A potem ciągle miałam dużo pracy. Ale... już 

postanowiłam tam pojechać - wyznała. 

- Kiedy? 

- Za  trzy  tygodnie.  Rodzice  bardzo  chcą  poznać  Lowennę.  Pomyślałam,  że  pojadę, 

póki drogi są przejezdne. Masz coś przeciwko temu? 

- A wzięłabyś pod uwagę moje zdanie? 

- Naturalnie.  Przecież  dopiero  zjawiłeś  się  w domu.  Doskonale  bym  zrozumiała, 

gdybyś  sprzeciwił  się  wyjazdowi.  -  Zmarszczyła  brwi  i spojrzała  na  niego  pytająco.  - 

A sprzeciwiasz się? 

- Bez obaw, Delfino, nie mam nic przeciwko temu  - uspokoił ją. - To zrozumiałe, że 

rodzice chcą cię zobaczyć, a także poznać wnuczkę. Sądzę, że i ty nie możesz doczekać się 

background image

wyjazdu po dwóch latach zesłania na głęboką prowincję. Mówiłem ci zresztą, że mam kilka 

spraw do załatwienia w Londynie, więc z przyjemnością będę ci towarzyszył. 

- Och... - Wstrzymała oddech. - Nie pomyślałam, że... 

- Że pojadę razem z tobą? - Uśmiechnął się. - Oczywiście, że chcę towarzyszyć żonie. 

Nawet  nie  miałem  szansy  oczarować  cię  przed  ślubem,  a teraz  nadarza  się  idealna  okazja. 

Udamy się na bal lub dwa i pokażemy Lowennie miasto, choć pewnie nadal jest na to trochę 

za  mała.  Zabiorę  cię  na  zakupy,  dostaniesz  nowe  suknie,  materiały  i klejnoty.  Wszystko, 

czego tylko zechcesz! 

Delfina zaśmiała się, słysząc te zapewnienia. 

- Na zakupy? - powtórzyła ze zdziwieniem. 

- A dlaczego  nie?  Chyba  nie  można  winić  mężczyzny,  że  chce  podarować  żonie 

klejnoty i pięknie ją ubrać? 

Czekał,  aż Delfina spyta:  „A czy mógłbyś mi kupić...?”, ale ona tylko  ponownie się 

roześmiała. 

- Jeśli  chcesz  szastać  pieniędzmi  w Londynie,  zostawiając  je  u złotników  i kupców, 

proszę bardzo. Nie oczekuj  jednak, że włożę wszystko  naraz. A poza tym  i tak mam już za 

dużo... 

- Tak, tylko że nie ja to wybierałem. 

Popatrzyła na niego z udawaną urazą. 

- Czy  chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  mój  gust  ci  nie  odpowiada?  -  Pogroziła  mu 

palcem. 

- Ależ skąd, masz doskonały gust, choć nieco zbyt praktyczny. Zauważyłem, że lubisz 

brązy  i szarości,  a także  inne  niezbyt  interesujące  kolory.  Za  dużo  czasu  spędziłaś  na 

oglądaniu  biednych i potrzebujących, przez co zaniedbałaś samą siebie, Delfino. Pora, żeby 

ktoś cię wreszcie porozpieszczał! 

- Nigdy  nikt  mnie  nie  rozpieszczał  i na  pewno  by  mi  się  to  nie  podobało  -  burknęła 

z niesmakiem. - Nie potrzebuję klejnotów. Uważam, że są tylko na pokaz, mają manifestować 

bogactwo, a dla mnie to nic nie znaczy. 

- Mimo to nalegam. 

- Proszę  bardzo.  Skoro  chcesz  bezmyślnie  trwonić  pieniądze,  dlaczego  miałabym  to 

potępiać? 

- Wolisz, aby wszyscy żałowali cię, że wyszłaś za skąpca? - zapytał. 

- Nie interesuje mnie aprobata obcych mi ludzi. 

- Tak,  w to  nie  wątpię.  -  Zaśmiał  się,  po  czym  dodał  czule:  -  W tobie  nie  ma  nic 

background image

zwyczajnego, wiesz? 

- Mam nadzieję. Przeszkadza ci to? 

- Ani  odrobinę.  Od  razu,  gdy  cię  ujrzałem,  spodobały  mi  się  twoje  nieokiełznanie 

i niezależność. Nie chciałbym, abyś się zmieniła... 

Ciepły ton jego głosu sprawił, że Delfina zarumieniła się po raz kolejny. 

- Na  pewno  nie  będziesz  nudził  się  w Londynie  -  powiedziała  szorstko,  by  ukryć 

zadowolenie. - Niewątpliwie jesteś bywalcem wszystkich klubów dla dżentelmenów i nieraz 

uprawiałeś w nich hazard. 

Stephen uśmiechnął się do niej szeroko. 

- Przyznaję,  że  nie  mam  nic  przeciwko  sporadycznemu  hazardowi.  Rzeczywiście 

bywałem i w przyzwoitych, i mniej  przyzwoitych londyńskich domach  gry.  A teraz powiedz 

mi, czy postanowiłaś, gdzie się zatrzymamy? 

- Ja...  -  Zająknęła  się.  -  Zatrzymam  się  u rodziców,  oczywiście.  Zrozumiem,  jeśli 

będziesz wolał inne miejsce. 

- Przyznaję,  że  niespecjalnie  podoba  mi  się  ten  pomysł.  Inna  rzecz,  że  nie  chcę  tak 

szybko  rozstawać  się  z tobą  i z Lowenną.  -  Zamyślił  się  na  chwilę.  -  Wyślę  Oakleya,  by 

poszukał  nam  nieruchomości.  Moglibyśmy  mieszkać  razem,  a ty  i tak  spotykałabyś  się 

z rodzicami. Czy to ci odpowiada? 

- Niezupełnie  -  odparła.  -  Rose  i Fern  też  zjawią  się  w Londynie,  a mama  bardzo  się 

cieszy, że wszystkie zamieszkamy u niej. 

Stephen długo milczał, po czym odetchnął głęboko. 

- No więc trudno, będziemy musieli ją rozczarować - oświadczył. - Nadal nie podoba 

mi  się  sposób,  w jaki  twój  ojciec  zmusił  mnie  do  małżeństwa,  i nie  jestem  gotów  udawać 

jednej wielkiej, szczęśliwej rodziny. Dlatego bądź łaskawa zarzucić ten pomysł, Delfino. 

Jego słowa brzmiały rozsądnie i wypowiedział je spokojnym, cichym tonem, ale i tak 

Delfina wyczuła jego zdenerwowanie. 

- Wyobraź  sobie,  że  nie  mam  zamiaru  tego  zrobić,  Stephenie  -  powiedziała  równie 

spokojnie.  -  Skoro  żywisz  awersję  do  pobytu  w domu  moich  rodziców,  wynajmij  sobie 

kwaterę, lecz ja i Lowenna zatrzymamy się u nich. 

Przyzwyczaiła  się  do  podejmowania  decyzji  pod  nieobecność  męża  i to  władcze 

podejście wyjątkowo się jej nie spodobało. 

Stephen zacisnął usta. Jego oczy pociemniały i po chwili błysnął w nich gniew. 

- Nic z tego - oznajmił. 

Delfina brnęła jednak dalej. 

background image

- Jak  chcesz  dyskutować,  skoro  za  każdym  razem,  kiedy  wspominam  rodziców,  ty 

przywołujesz pogróżki mojego ojca? 

- Tak szybko o nich zapomniałaś? 

- Owszem, nie miałam wyjścia - odparła, zdecydowana mówić prawdę. Zastanawiała 

się  jednocześnie,  czy  kiedykolwiek  będzie  w stanie  rozmawiać  z nim  o ojcu  w nieco  mniej 

napiętej atmosferze. - Nie widzisz, że ta sytuacja jest dla mnie niebywale niezręczna? Co niby 

mam zrobić? Przecież to naturalne, że za pewien czas rodzice zechcą przyjechać do Tamary 

i zobaczyć, jak żyje ich córka. 

- Mimo że przez całe życie cię zaniedbywali? - zapytał, umyślnie chcąc ją rozdrażnić. 

Delfina skinęła głową. Te wspomnienia wciąż sprawiały jej ból. 

- Muszę, Stephenie. Wiem, że ty i mój ojciec nigdy się nie zaprzyjaźnicie, jednak to, 

co mi uczyniłeś, też nie pomaga. 

- Coś  podobnego!  -  wycedził.  -  Naprawdę  mnie  zdumiewasz.  Mówię  poważnie, 

Delfino.  Kiedy  przybędziemy  do  Londynu,  zamieszkamy  razem,  i to  ja  zadecyduję  gdzie. 

Zrozumiano? 

- Pytasz, czy mi rozkazujesz? - spytała Delfina złowrogim tonem. 

- A co za różnica? 

- Bardzo duża. 

- Jestem  twoim  mężem  i ślubowałaś  mnie  słuchać  -  przypomniał  jej.  -  W tym 

wypadku  jednak  proszę  cię  o to.  Jesteś  winna  lojalność  przede  wszystkim  mężowi,  nie 

rodzicom. Pamiętaj o tym. Poza tym to ja podejmuję decyzje. Wynajęty dom bardziej będzie 

odpowiadał naszym potrzebom. 

Delfina wstała i przemówiła chłodnym tonem: 

- Traktujesz mnie jak jednego ze swoich podkomendnych, Stephenie. Nie ruszamy na 

wojnę  ani  nie  przygotowujemy  się  do  bitwy.  Ale  niech  będzie  tak,  jak  sobie  życzysz. 

Natychmiast powiadomię matkę o zmianie planów. 

Tamara  funkcjonowała  idealnie,  co  wielce  przypadło  Stephenowi  do  gustu.  Rzadko 

jednak  widywał  żonę.  Kiedy  nie  pracował  w gabinecie  ani  nie  spotykał  się  z zarządcami, 

spędzał dnie w kopalniach i objeżdżał posiadłość. Nie unikał Delfiny, bowiem nie kłócili się 

już, ale napięcie nie opadło ani odrobinę. 

Stephen  wciąż  nie  próbował  zbliżyć  się  do  żony.  Nie  oszukiwał  się  myślą,  że  go 

kochała  ani  że  wyszłaby  za  niego,  gdyby  jej  do  tego  nie  zmuszono.  Przeprosił  za  to,  że  ją 

zbałamucił, lecz cóż to mogło znaczyć wobec powagi występku? 

Najgorsze  było  to,  że  przed  wyjazdem  do  Hiszpanii  Stephen  spędził  z Delfiną 

background image

najbardziej namiętną noc życia, po czym nie starczyło mu przyzwoitości, żeby się pożegnać. 

Nic  dziwnego,  że  nie  chciała  widzieć  go  w swojej  sypialni.  Miał  wrażenie,  że  z każdym 

dniem  spędzonym  osobno  niechęć  Delfiny  pogłębiała  się,  a pragnął  jej  coraz  silniej.  Kiedy 

tylko ją widział, kusiło go, by wziąć ją w ramiona i zanieść do łoża. Marzył, by popatrzyła na 

niego  nieco  łaskawszym  okiem  i okazała  mu  choć  odrobinę  życzliwości.  Pod  jego 

nieobecność jednak Delfina stała się pewna siebie i samodzielna. 

Nie zamierzał jednak się poddać, bo wiedział, że w końcu mu ulegnie. 

Żeby  poprawić  żonie  humor  po  sprzeczce  o zakwaterowanie  w Londynie,  Stephen 

zaproponował wspólną konną przejażdżkę. 

Delfina już miała odmówić, ale słowa uwięzły jej w gardle, gdy lekko się uśmiechnął 

i spojrzał  błagalnie  błękitnymi  oczami.  Nagle  perspektywa  przejażdżki  po  wrzosowiskach 

wydała się bardzo kusząca. 

- Tak, bardzo chętnie - odparła. 

- Doskonale.  Zjemy lunch w gospodzie  „Pod Głową Saracena”, kilka mil  od Penryn. 

Mają tam najlepsze jedzenie po tej stronie rzeki. 

Poranek  był  łagodny.  Wiatr  od  morza  niósł  zapowiedź  pięknego,  letniego  dnia. 

Stephen  podszedł,  żeby  pomóc  Delfinie  wdrapać  się  na  siodło,  a ona  oparła  dłonie  na  jego 

ramionach. Mocno chwycił ją w talii i popatrzył jej w oczy. 

- Nigdy  nie  widziałem,  żebyś  jeździła  wierzchem  -  powiedział.  -  Dobrze  sobie 

radzisz? 

- Tak dobrze jak większość ludzi. Sam to ocenisz. 

Jechali ramię w ramię, podziwiając wiejski krajobraz. Świeży, chłodny wiatr przynosił 

zapach morza. Delfina co jakiś czas zerkała na męża, podziwiając, jak jego ciało kołysze się 

w rytm biegu rumaka. 

Stephen  także  ją  podziwiał.  Wdzięcznie  siedziała  w damskim  siodle  i bez  trudu 

pokonała  szeroki  rów.  Radziła  sobie  naprawdę  dobrze.  Nagle  popędziła  wierzchowca  i po 

chwili  ze  śmiechem  gnała  galopem  po  trakcie.  Humor  bardzo  się  jej  poprawił  i czuła  się 

o wiele lepiej niż w ostatnich dniach. 

Po przejechaniu kilku mil Stephen zatrzymał się przy nadmorskim urwisku. Zeskoczył 

z konia i pomógł żonie zsiąść. 

- Przejażdżka dobrze ci zrobiła - zauważył na widok jej rumieńca i błyszczących oczu. 

- Lubię jazdę wierzchem - odrzekła. - Często spaceruję tu wzdłuż wybrzeża a czasami 

wybieram się w głąb lądu, na wrzosowiska. 

- Dobrze, że zwiedzałaś okolice. To ważne, żeby poznać nowe miejsce zamieszkania, 

background image

zobaczyć je własnymi oczami. Ja jestem nieobiektywny, gdyż uwielbiam Kornwalię, ale nie 

wątpię, że ty również się w niej zakochasz. 

- To chyba już się stało - odparła, po czym przysiadła na dużej skale i uśmiechnęła się 

promiennie.  Ku  swojemu  zdumieniu  uświadomiła  sobie,  że  mówi  prawdę.  -  Nietrudno  było 

zakochać się w Tamarze i w tych okolicach. Lubię ludzi, którzy tu mieszkają. Ciężko pracują, 

są życzliwi, a odkąd przestałam być miejscową atrakcją, poczułam się nawet mile widziana. 

- Znalazłaś już jakieś sieroty i przybłędy, którymi mogłabyś się opiekować? 

Zmarszczyła brwi i spojrzała na niego. 

- Wszędzie  są  ludzie  w potrzebie.  Niektóre  rodziny,  zwłaszcza  górnicze,  żyją 

w przerażającej  biedzie.  Nadal  trudno  mi  się  pogodzić  z tym,  że  dzieci  i kobiety  tak  ciężko 

pracują. Robię, co mogę, by ułatwić im życie. 

- Och, nie wątpię w to. Ale dzieci pracujące u boku rodziców w kopalniach to tutejsza 

rzeczywistość i szybko się nie zmieni. 

Odwrócił się do niej plecami i powędrował na brzeg urwiska. Delfina zachmurzyła się 

lekko, gdyż dostrzegła, że Stephen pogrążył się w rozmyślaniach. Prawdopodobnie chciał od 

niej odpocząć. Bardzo zaskoczyło ją, że uszanował jej życzenie, by na razie sypiali osobno. 

Czuła jednocześnie ulgę i złość, czego zupełnie nie rozumiała. 

Patrzyła  na  niego  uważnie.  Jak  na  postawnego  mężczyznę,  poruszał  się  z gracją. 

Ubrany  był  w beżowy  płaszcz,  jasnobrązowe  spodnie  i wypolerowane  wysokie  buty.  Kiedy 

uniósł  rękę  i potarł  kark,  Delfina  przypomniała  sobie  nagle,  jak  zręcznie  te  same  palce 

pieściły jej ciało i jaką dawały rozkosz. 

Wezbrało  w niej  uczucie,  ale  sama  nie  wiedziała,  czy  był  to  podziw,  sympatia  czy 

miłość. Nie, na pewno nie, przecież nie mogłaby pokochać mężczyzny, którego serce należało 

do innej. Bardzo się starała zapanować nad pragnieniem, ale bezskutecznie. Cóż, ciotka Celia 

powiedziała kiedyś, że serce nie zawsze mądrze wybiera, gdy ciałem zawładną namiętności. 

Ze  złością  odsunęła  od  siebie  te  myśli.  Zachowywała  się  jak  idiotka,  fascynując  się 

Stephenem  tylko  dlatego,  że  był  pięknym  mężczyzną.  Uznała,  że  jest  głupią,  pozbawioną 

rozumu gąską, beznadziejnie oczarowaną kimś, kto na to nie zasługiwał. 

Cóż, nie mogła zaprzeczyć, że  go pożąda, podobnie jak nie mogła żałować tego,  co 

zrobiła.  Przez  krótką  chwilę  zaznała  rozkoszy  jego  pocałunków,  dotykała  nagiego  ciała. 

Wcześniej jej serce i ciało  oczekiwało  w uśpieniu na iskrę, która roznieci  ogień. Gdyby nie 

Stephen,  być  może  przez  całe  życie  nie  zaznałaby  silnej  namiętności.  Niestety,  odkąd 

zasmakowała  odurzającej  słodyczy  miłości  cielesnej,  była  świadoma,  że  nie  ma  ona  nic 

wspólnego z tym, czego pragnęła najbardziej - z bliskością serc. 

background image

Przeszła  kilka  kroków  i spojrzała  na  Stephena.  Odkąd  zaczęła  pojawiać  się 

korespondencja  z Hiszpanii,  coraz  częściej  zatapiał  się  w myślach.  Nigdy  nie  rozmawiał 

o wojnie. Delfina zastanawiała się, czy milczał, gdyż tęsknił za ukochaną, czy też nie chciał 

wspominać okropności wojny. 

Gdy  powrócił  do  Tamary,  a Delfina  ujrzała  okropną,  czerwoną  bliznę  na  piersi,  jej 

serce  ścisnęło  się  z bólu  na  myśl  o cierpieniu,  którego  zaznał.  Pan  Oakley  powiedział,  że 

Stephen  był  tak  ciężko  ranny  pod  Salamanką,  że  lekarz  nie  dawał  mu  większych  szans  na 

przeżycie. Udało mu się dojść do siebie, ale jego umysł pozostał niespokojny. 

Każdego  ranka  porzucał  ciepło  łóżka  dla  chłodu  morza,  całkiem  jakby  jakiś 

nienazwany koszmar mógł zniknąć wyłącznie dzięki porannej kąpieli. Delfina starała się nie 

myśleć  o tym,  co  pragnął  z siebie  zmyć,  ale  te  starania  najwyraźniej  nie  skutkowały,  gdyż 

niepokój  w jego  oczach  nie  znikał.  Zawsze  pojawiał  się  w domu  przed  śniadaniem,  ale 

obawiała się, że pewnego poranka nie wróci. A jeśli wypłynie zbyt daleko albo da się porwać 

prądowi?  Wolała  nie  myśleć  o tym,  że  morze  mogłoby  go  pochłonąć,  a potem  wyrzucić 

martwego na skały. 

- O czym myślisz? - spytała cicho. 

Patrzył  przed  siebie,  jakby  jej  nie  słyszał.  Oczyma  duszy  widział  twarze  mężczyzn 

rozerwanych  na  kawałki  przez  kulę  armatnią  albo  paskudnie  okaleczonych  ranami. 

Mężczyzn, których znał bardzo dobrze... Przyjaciół, dowódców i zwykłych żołnierzy. Kiedy 

wreszcie  dotarł  do  niego  głos  żony,  popatrzył  na  nią,  po  czym  znów  utopił  spojrzenie 

w bezkresie morza. 

- Myślałem o Hiszpanii. - Wzruszył ramionami. 

- O wojnie? 

Pragnęła go zapytać, czy myślał o Angelet, ale bała się. Nie była pewna, czy zniosłaby 

odpowiedź. 

- A niby o czym? - odparł obcesowo. 

- Dlaczego nigdy nie mówisz o tym, co wydarzyło się w Hiszpanii? 

Jego oczy zasnuła mgła melancholii. Delfina poczuła lęk, choć tak bardzo chciała, by 

się przed nią otworzył. 

Stephen  nie  chciał  rozmawiać  o Hiszpanii  -  o tym,  dlaczego  odniósł  tyle  ran,  ani 

o tym,  jak  pragnął  umrzeć  od  rany  pod  Salamanką  i od  tamtej  pory  przeklina  los,  który  go 

oszczędził,  nie  będąc  łaskawym  dla  towarzyszy  broni.  Wcześniej  jego  rozterki  były 

racjonalne:  czy  ta  lub  inna  taktyka  zadziała,  jak  naprawi  uszkodzone  uzbrojenie,  jak  zniesie 

brak  snu,  niewygodę  spania  na  mokrej  ziemi  oraz  marszrutę  o pustym  żołądku  z powodu 

background image

skąpych racji żywieniowych. Przy tych wszystkich codziennych niepokojach i trudach zawsze 

miał  pewność,  że  mężczyźni,  dzielni  na  polu  bitwy,  nauczeni  wojskowej  dyscypliny,  dadzą 

sobie radę ze wszystkim.  Jednak to,  co widział w Badajoz... tę bezmyślną rzeź niewinnych, 

ten straszliwy zanik ludzkich uczuć, zaszokował go i przeraził do głębi. 

To jednak była przeszłość, jakby inne życie. Chciał zapomnieć o ostatnich miesiącach 

w Hiszpanii, lecz nie potrafił. Wiedział, że to, czego był świadkiem, będzie go prześladowało 

do końca życia. 

- Nie  chcę  o tym  mówić  -  wycedził  przez  zaciśnięte  zęby,  starając  się  mówić 

pozbawionym emocji głosem. - Nie było cię tam. Nie zrozumiałabyś. 

- Co  za  nonsens  -  obruszyła  się.  -  Może  gdybyś  mówił,  ból  by  ustąpił.  Jestem 

przekonana, że powinieneś o tym opowiedzieć. Dlaczego tak się opierasz? 

- Z konieczności - odparł. 

Delfina szczerze mu współczuła. 

- Chciałabym, żebyś ze mną porozmawiał. Naprawdę pragnę wiedzieć, co przydarzyło 

się w Hiszpanii - dodała cicho, z troską. - Jak inaczej zrozumiem? 

Natychmiast  w duchu  przeklęła  siebie  i swoją  niezaspokojoną  ciekawość.  Nigdy 

jeszcze nie widziała, żeby miał taki gniew w oczach. 

- Nie proszę cię o zrozumienie - burknął, po czym ściągnął brwi. 

Delfina poczuła, jak ściska się jej serce, ale nie dała tego po sobie poznać. 

- Wybacz.  Nie  powinnam  być  taka  ciekawska  -  oznajmiła.  -  Ale  skoro  musisz 

wyładować na kimś swoją złość i frustrację, to najlepiej na mnie, twojej żonie. 

- Wybacz, Delfino. - Popatrzył na nią chłodno. - Nie chciałem cię przygnębić... 

Urażona  protekcjonalnym  zachowaniem  i zmęczona  tygodniami  napięcia  całkiem 

straciła  panowanie  nad  sobą.  Przekonana,  że  myślał  o Hiszpance,  postanowiła  zachowywać 

się tak, jakby nie miało to dla niej najmniejszego znaczenia. 

- Nie jestem ani trochę przygnębiona - powiedziała obojętnym tonem i odsunęła się od 

niego.  -  Pytałam  tylko  z uprzejmości.  Chciałam  być  miła,  ale  skoro  tak,  daruję  sobie  dalsze 

pytania. 

- Bardzo cię o to proszę. Tak jak mówiłem, nie chcę o tym dyskutować. 

- Wobec  tego  nie  będę  cię  dłużej  denerwowała.  Coś  ci  jednak  powiem.  -  Uniosła 

głowę. - Z pewnością bardzo cierpiałeś w Hiszpanii, podobnie jak inni, którzy wyruszyli na 

wojnę, i bardzo mi przykro z tego powodu. Nie zapominaj jednak, że to był twój wybór. Nikt 

cię nie zmuszał, byś wstąpił do wojska. 

Twarz Stephena pozostała bez wyrazu. 

background image

- Wiem o tym - odparł. 

- Być może jesteś oficerem brytyjskiej armii i lordem, ale nie jesteś słońcem, dookoła 

którego kręci się świat. Wręcz przeciwnie - dodała z wyższością w głosie. 

- Z pewnością  nie  jestem  słońcem,  wokół  którego  ty  się  kręcisz,  moja  droga.  - 

Zmrużył oczy. - Gdybym nie powrócił z Hiszpanii, opłakiwałabyś moją śmierć? Myślisz, że 

zdołałabyś uronić choć łzę, choć dwie? Modliłabyś się za spokój mojej duszy, czy też szybko 

znalazłabyś sobie kogoś innego? 

Nie mógł bardziej się mylić. 

- Dość! - Głos Delfiny załamywał się od złości. - Nie miałam najmniejszego zamiaru 

tak postąpić... ty... ty arogancki hipokryto. - Wzdrygnął się, ale ona tylko odetchnęła głęboko 

i dodała:  -  Właściwie  to  jesteś  największym  egoistą,  jakiego  kiedykolwiek  widziałam. 

Zupełnie nie interesują cię uczucia innych, a do tego uważasz, że twój tytuł upoważnia cię do 

takiego zachowania! 

Stephen był zaskoczony tym wybuchem i poczuł się nieco zdezorientowany. Nie tylko 

dlatego, że odzywała się do niego w ten sposób, ale po raz pierwszy od jego powrotu okazała 

emocje.  O co  jej  chodziło  z tym  hipokrytą?  -  zastanowił  się  i otworzył  usta,  by  ją  zganić  za 

bezczelność, ale ona zdążyła już się wrócić do konia. 

- Delfino, poczekaj! - zawołał. 

- A po co? 

Potrząsnęła gniewnie  głową, jednocześnie  powtarzając sobie w duchu, że zachowuje 

się idiotycznie. Po co to robiła? Dlaczego chciała go sprowokować? Nie to było jej intencją, 

ale teraz nie mogła już cofnąć czasu. 

- Nie  musisz  mi  niczego  opowiadać,  bo  niby  dlaczego?  Jestem  tylko  twoją  żoną. 

W końcu masz swoje życie. Daję ci słowo, że już nigdy nie zapytam cię o tę przeklętą wojnę. 

Właściwie  byłabym  zachwycona,  gdybym  do  końca  życia  nie  słyszała  już  ani  jednej 

wzmianki  o Hiszpanii.  A teraz  jedźmy  już,  gospoda  nie  może  być  daleko.  Zgłodniałam  po 

przejażdżce. 

 

background image

  ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

 

Delfina  siedziała  już  w siodle,  zanim  Stephen  zdążył  jej  pomóc,  i popędziła  konia 

ostrogami. Jechała przed mężem, ale przez cały czas czuła na sobie jego przenikliwe, gniewne 

spojrzenie. Wyładowała na nim wzbierającą od dłuższego czasu irytację i choć nie doczekała 

się reakcji, było jasne, że jej słowa trafiły w sedno, i to poprawiło jej humor. 

Gdy zsiedli z koni przed gospodą „Pod Głową Saracena”, Stephen wciąż nie doszedł 

do  siebie  po  wybuchu  żony.  Miał  ponure  oblicze,  ale  zanim  zdołał  się  do  niej  odezwać, 

podjechał  niezadaszony  powóz,  z którego  wysiedli  mężczyzna  w średnim  wieku  i kobieta. 

Byli  to  Christopher  i Mary  Fieldingowie,  dobrzy  znajomi  Stephena  z St.  Austell.  Delfina 

spotkała  się  z nimi  przy  kilku  okazjach  i bardzo  lubiła  ich  towarzystwo.  Pan  Fielding  był 

jowialnym  ziemianinem  i uśmiechał  się  ujmująco  do  każdej  niemal  kobiety,  nieustannie 

komplementując wygląd swoich rozmówczyń. Tym razem także nie uczynił wyjątku. 

Stephen  postanowił  chwilowo  nie  myśleć  o utarczce  z żoną,  choć  nie  puścił 

w niepamięć  jej  ostrych  słów.  Zaśmiał  się  i klepnął  przyjaciela  w plecy,  gdy  wchodzili  do 

gospody. 

- Widzę,  że  jesteś  złotousty  jak  zawsze,  Christopherze  -  odezwał  się.  -  Obdarzaj 

komplementami własną żonę, moją zostaw w spokoju. Przyjechaliśmy tutaj, żeby skorzystać 

z gościnności karczmarza i coś przekąsić. Może ty i twoja pani się do nas przyłączycie? 

- Z wielką  przyjemnością  -  odparł  Fielding.  -  Jest  taki  piękny  dzień,  że 

postanowiliśmy przejechać się do Helston i wpaść do córki i jej rodziny. Aby nie sprawić im 

kłopotu, doszliśmy do wniosku, że najpierw wstąpimy na posiłek. 

Gospoda  „Pod  Głową  Saracena”  była  szanowanym  przybytkiem,  który  często 

odwiedzali kapitanowie statków oraz kupcy z pobliskiego Falmouth. Przed budynkiem stało 

kilka  powozów,  a kłębiący  się  wewnątrz  tłum  świadczył  o tym,  że  interesy  szły  naprawdę 

dobrze.  Karczmarz  był  pogodnym  jegomościem  o krągłej,  spalonej  słońcem  twarzy  i szarej 

brodzie,  przez  co  bardziej  przypominał  wilka  morskiego  niż  właściciela  gospody. 

Rozpoznawszy  lorda  Fitzwaring,  jednego  z najważniejszych  dżentelmenów  w okolicy, 

zaprowadził całą czwórkę do spokojnej alkowy, by mieli odrobinę prywatności. 

- Czy  mogę  zaproponować,  by  do  posiłku  uraczyli  się  państwo  znakomitym  winem 

oraz brandy, sprowadzonymi z Francji? - zapytał. 

- Zdumiewające, że mamy dostęp do takich luksusów, zważywszy na fakt, iż Brytania 

i Francja  walczą  ze  sobą  od  tylu  lat  -  oznajmiła  Delfina,  sadowiąc  się  wygodnie  obok  pani 

background image

Fielding i starannie unikając spojrzenia męża. 

- Tę  wojnę  toczą  zwykli  żołnierze  w imieniu  polityków  -  zauważył  właściciel 

gospody. 

- A my, Kornwalijczycy, nigdy nie pozwolimy, by takie drobiazgi przeszkadzały nam 

w handlu, prawda, karczmarzu? - Stephen mrugnął do niego porozumiewawczo. 

- Na Boga, nigdy! Z korzyścią dla wszystkich. 

Pani Fielding pochyliła się ku Delfinie. 

- Czy  widziała  pani  coś  dziwnego  w Tamarze,  lady  Fitzwaring?  -  spytała  cicho.  - 

Chodzi mi na przykład o przemytników. 

- O tak  -  odparła  Delfina  równie  dyskretnie.  -  Niekiedy  nad  ranem  budziły  mnie 

dziwne  dźwięki,  a gdy  dyskretnie  zerkałam  zza  zasłony,  mogłam  zauważyć  objuczone 

towarami kuce, zmierzające ku wrzosowiskom. 

- I co pani wtedy robiła? 

- A cóż  mogłabym  robić?  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Zresztą  wcale  nie  chcę 

interweniować.  Odkąd  przybyłam  do  Kornwalii,  zrozumiałam,  że  o tym  procederze  nie 

dyskutuje  się  tu  otwarcie.  Wieśniacy  milczą  jak  zaklęci.  Ludzie  zamieszani  w nielegalny 

handel mają reputację bardzo brutalnych i nierozsądnie byłoby wchodzić im w paradę. 

- To zasłużona reputacja - zauważył Stephen i zmrużył oczy. - Nie szanują nikogo, kto 

wejdzie im w drogę, i brak im skrupułów. 

- Wobec tego to dobrze, że nie wchodzę im w paradę - odrzekła lodowato. - Sądzisz, 

że są aż tak bezlitośni, że skrzywdziliby dziecko? Lowenna nie skończyła jeszcze dwóch lat. 

Pani  Fielding  pisnęła  z udawanym  przerażeniem  i szybko  zaczęła  się  wachlować. 

Stephen uśmiechnął się pod nosem. 

- Spokojnie,  Mary.  -  Podniósł  kieliszek  czerwonego  wina.  -  Moja  żona  raczyła 

żartować,  rzecz  jasna.  -  Znowu  popatrzył  na  Delfinę.  -  Zapewniam  cię  jednak,  że 

przemytników  nie  należy  lekceważyć.  Czuję  się  odpowiedzialny  za  bezpieczeństwo  ludzi 

żyjących  na  mojej  ziemi,  a już  zwłaszcza  za  rodzinę.  Bądź  spokojna  o dobro  Lowenny 

i o swoje. 

- Miło  mi  to  słyszeć.  -  Delfina  popatrzyła  na  posługaczkę,  która  stawiała  na  środku 

stołu półmiski z parującymi warzywami. - Jako łatwowierna i niemądra kobieta zastanawiam 

się, jak na Boga zdołałam przetrwać ostatnie dwa lata bez mężczyzny, który by mnie chronił. 

- Poradziłaś sobie znakomicie - oświadczył Stephen złowieszczo spokojnym tonem. 

- A poza  tym  nie  ma  w pani  nic  niemądrego,  moja  droga  -  zauważył  Christopher 

Fielding, nakładając sobie na talerz obfitą porcję ziemniaków. - Chociaż prędzej czy później 

background image

każdy z nas popełnia jakieś głupstwo, prawda, Stephenie? 

- Czyżby? - mruknął Stephen. - Jakoś sobie nie przypominam. 

- Wobec  tego  masz  bardzo  kiepską  pamięć  -  wtrąciła  cicho  Delfina,  patrząc  na 

soczystą pieczeń wołową na swoim talerzu. - Albo tak ci wygodniej. 

Stephen ostrożnie odstawił kieliszek na stół. 

- Właściwie co masz na myśli, moja droga? - zapytał. 

Delfina była zadowolona, że państwo Fieldingowie zajęli się nakładaniem warzyw na 

talerze. 

- Ależ nic takiego - skłamała. 

Wszyscy  zabrali  się  do  jedzenia  i zamiast  o przemytnikach,  zaczęli  rozmawiać 

o końcu wojny oraz sprawach z okolicy. Delfina wpatrywała się w palce Stephena zaciskające 

się na nóżce kieliszka i podejrzewała, że żałował, iż to nie jej szyja. 

Humor Stephena zaczął  się poprawiać w miarę jedzenia i popijania wina. Gdy jedna 

z posługaczek przyszła posprzątać, usiadł wygodniej na krześle i powiódł wzrokiem po ciele 

dziewczyny. 

W jej oczach zamigotały iskry. Odrzuciła brązowe loki, śmiało zerknęła na Stephena, 

po  czym  wyciągnęła  rękę  po  pusty  talerz,  celowo  muskając  dłoń  arystokraty,  a wtedy  nóż 

spadł na blat. 

Stephen  podniósł  sztuciec  i położył  go  na  talerzach  w rękach  posługaczki.  Nie 

przestawał  się  uśmiechać,  a kiedy  spojrzał  na  żonę,  zauważył,  że  marszczy  brwi.  Siedziała 

sztywno w krześle i patrzyła na dziewczynę wyjątkowo nieprzyjaznym wzrokiem. 

Gdy posługaczka zorientowała się, że Delfina gromi ją spojrzeniem, uśmiechnęła się 

jeszcze zuchwalej, po czym rozkołysanym krokiem przeszła przez izbę, zostawiając po sobie 

zapach taniego pachnidła. 

Kiedy  powróciła  po  puste  półmiski,  spojrzała  prosto  w oczy  Stephena  i bezczelnie 

wydęła umalowane usta. Jej pełne piersi zachęcająco wylewały się spod rozchełstanej bluzki. 

Rozluźniony  i pewny  siebie  Stephen  mrugnął  do  niej  i zachichotał,  a gdy  odchodziła, 

prowokacyjnie kołysząc biodrami, nie odrywał od niej wzroku. 

Upokorzona  Delfina  z bezsilną  złością  patrzyła  na  to  widowisko.  Najbardziej  na 

świecie  pragnęła  pobiec  za  dziewczyną  i wydrapać  jej  oczy,  ale  po  prostu  odwróciła  się 

i udawała, że ten incydent nie zrobił na niej najmniejszego wrażenia. 

- Moje  gratulacje,  Stephenie.  -  Christopher  Fielding  zaśmiał  się  dobrodusznie.  - 

Oczarowałeś tę dziewkę. Co ja bym dał, żeby mieć trzydzieści lat mniej na karku! 

- Proszę nie brać tego na poważnie - dodała pani Fielding z uśmiechem. - To taka gra. 

background image

Karczmarz nalega, aby te dziewczęta uszczęśliwiały klientów. Gdy wyjdziemy, posługaczki 

będą uśmiechać się równie zachęcająco do innych dżentelmenów. 

Stephen  zerknął  na  Delfinę,  która  siedziała  w milczeniu,  oszołomiona  bezczelnym 

zachowaniem  dziewczyny  i wściekła  na  siebie  za  dziką  zazdrość.  Nigdy  nie  sądziła,  że  jest 

tak zaborcza, nie miała okazji, by się o tym przekonać. Stephen był jednak jej mężem i żadnej 

innej kobiecie nie wolno było tknąć go palcem. 

Stephen zachichotał i pochylił się ku niej. 

- Chyba  powinienem  był  cię  przestrzec  przed  dziewczętami  w tej  gospodzie  - 

zauważył wesoło na widok jej lodowatego spojrzenia.  - Po prostu są przyjazne i nikogo nie 

chcą obrazić. 

Delfina zaśmiała się z wysiłkiem. 

- Mój  Boże,  Stephenie,  to  naprawdę  bez  znaczenia  -  oświadczyła  lekceważącym 

tonem. - Sama widzę, że ta posługaczka jest przyjazna. Proszę, nie sądź choćby przez jedną 

sekundę, że jestem zazdrosna o byle ladacznicę z gospody. 

Poczuła, że jej policzki czerwienieją. Być może państwo Fieldingowie nie zauważyli 

pełnego  pogardy  tonu,  Stephen  jednak  zwrócił  na  niego  uwagę  i popatrzył  na  nią 

z niesmakiem. 

- Nie  zachowuj  się  tak  protekcjonalnie,  Delfino  -  powiedział  półgłosem.  -  Gdy 

przypomnę  sobie  twoje  zaangażowanie  w pomoc  nieszczęśliwcom  w Londynie,  myślę,  że 

akurat ty powinnaś rozumieć, jak wielce to nie przystoi. 

Delfina  dobrze  wiedziała,  że  to  zazdrość  o natrętną  dziewczynę  skłoniła  ją  do 

wygłoszenia tych słów, jednak nie miała najmniejszego zamiaru się do tego przyznać. Była 

świadoma pełnych zakłopotania spojrzeń, które rzucali sobie państwo Fieldingowie, słusznie 

domyślając  się,  że  sprawy  między  lordem  Fitzwaring  i jego  żoną  nie  układają  się  najlepiej. 

Postanowiła się wycofać, przynajmniej chwilowo, gdyż nie chciała, aby posiłek skończył się 

w tak nieprzyjemnej atmosferze. 

Westchnęła demonstracyjnie. 

- Masz  absolutną  rację,  kochanie  -  zwróciła  się  do  Stephena.  -  Niestety,  tak  się 

niefortunnie  składa,  że  wszystko  widzę  i obserwuję  z uwagą.  Nikt  nie  zaprzeczy,  że  młode 

kobiety  zatrudniane  przez  karczmarza  są  niesłychanie  urodziwe.  Nie  wątpię,  że  dzięki  nim 

interes kwitnie, a do tego jedzenie jest tu znakomitej jakości. Prawda, droga pani Fielding? - 

Odwróciła się do starszej kobiety. 

Po  raz  pierwszy  nazwała  Stephena  „kochaniem”,  chociaż  nie  było  w tym  krztyny 

uczucia  i oboje  o tym  wiedzieli.  Nadal  nie  mogła  zrozumieć,  dlaczego  jej  uwaga  tak  go 

background image

rozzłościła.  Dlaczego  nie  bronił  jej,  tylko  strofował  przy  towarzyszach  posiłku?  Czemu  po 

prostu  nie  wzruszył  ramionami?  Z jakiego  powodu  nie  chwalił  jej  nieokiełznania 

i niezależności, tak jak to uczynił zaledwie dzień wcześniej? Od jego powrotu nic się między 

nimi  nie  układało,  a teraz  wciąż  ją  atakował,  całkiem,  jakby  to  ona  zawiniła  zaistniałej 

sytuacji. 

Było jasne, że pani Fielding ulżyło, iż kłopotliwa chwila minęła. Delfina odetchnęła, 

gdy  wstali  od  stołu.  Pożegnawszy  się  z towarzyszami,  wraz  ze  Stephenem  ruszyła  w stronę 

koni. 

- Dotąd nie byłaś tak nadęta - zauważył. - Mam nadzieję, że to nie jest cecha twojego 

charakteru, którą dotąd starannie ukrywałaś. 

Delfina  wzięła  głęboki  oddech.  Nadzieja,  że  zapomną  o nieprzyjemnym  incydencie, 

prysła niczym bańka mydlana. 

- Jak śmiesz odzywać się tak do mnie? - wycedziła. - Nie musiałeś demonstrować, jaki 

jesteś  ze  mnie  niezadowolony.  Wiem,  że  niepotrzebnie  powiedziałam  to,  co  powiedziałam. 

Jeśli  chcesz  wiedzieć,  bardzo  tego  żałuję,  ale  naprawdę  musiałeś  mnie  strofować  przed 

Fieldingami? 

- Nie jestem z ciebie niezadowolony. Ja też żałuję. 

Spojrzała na niego uważnie. Słońce nie świeciło już tak oślepiająco jak wcześniej, ale 

wciąż nie mogła dostrzec wyrazu jego oczu. 

- Żałujesz, że mnie poślubiłeś, tak? - Musiała o to spytać. 

- Żałuję, że cię zraniłem. 

- Odpowiedz! 

- Jak mogę żałować, że cię poślubiłem, skoro dałaś mi Lowennę? 

- Proszę  bardzo,  Stephenie,  unikaj  tematu...  Ale  niezależnie  od  tego,  co  powiesz, 

wiem, że tak właśnie myślisz - oświadczyła lodowato. 

Nie odpowiedział na pytanie, ale postanowiła odpuścić. Jak mógł  nie żałować, że ją 

poślubił, skoro stała na przeszkodzie związkowi z kobietą, której naprawdę pragnął? Jak mógł 

być  tak  okrutny,  żeby  skazywać  ją  na  życie  z kimś,  kto  nie  szanował  jej  uczuć  i otwarcie 

flirtował w jej obecności? 

Nie straciła szacunku dla samej siebie tylko dlatego, że nie powiedziała mu nigdy, jak 

bardzo  jej  na  nim  zależy.  Dobrze,  że  o tym  nie  wiedział  -  wtedy  upokorzenie  byłoby 

ostateczne. 

- Zawsze  byłam  wobec  ciebie  całkowicie  szczera.  -  Popatrzyła  na  niego  znacząco.  - 

Możesz powiedzieć to samo? Niczego przede mną nie ukrywasz? 

background image

Jeśli  liczyła  na  to,  że  Stephen  zaniepokoi  się  po  tych  słowach,  spotkał  ją  ogromny 

zawód. 

- Tu nie chodzi o mnie, Delfino - odpowiedział tylko. 

- I owszem.  -  Zatrzęsła  się  ze  złości.  -  Jak  śmiesz  w taki  sposób  spoglądać  na 

posługaczkę? Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała znosić podobnego upokorzenia. 

Stephen znowu na nią popatrzył. 

- Nie sądziłem, że to cię w ogóle obejdzie - mruknął lekceważąco, a w oczach Delfiny 

błysnęło oburzenie. 

- Owszem,  obeszło  mnie.  Doskonale  rozumiem,  że  kiedy  żołnierze  są  z dala  od  żon 

przez  długi  czas,  przytrafiają  się  im  miłostki.  Oczywiście,  oczekuje  się  od  nich  dyskrecji 

w tych sprawach. Kiedy jednak na oczach żony demonstrujesz zainteresowanie inną kobietą, 

postępujesz  w sposób  upokarzający  i bolesny.  Nie  wątpię,  że  jeśli  powrócisz  tu  sam,  ta 

dziewka będzie czekała  na ciebie z otwartymi  ramionami. Przecież zawsze dostajesz, czego 

chcesz, nieprawdaż? 

- Zazwyczaj  -  odparł  spokojnie  Stephen.  -  Może  dlatego,  że  jestem  aroganckim, 

nieczułym egoistą. Tak przynajmniej mi mówiono. 

Delfina nie lubiła, gdy ktoś cytował jej słowa podczas kłótni. Dumnie uniosła głowę. 

- Nie licz na przeprosiny - oznajmiła. 

- Piekło  i szatani!  -  warknął.  -  Nie  chcę  przeprosin.  Ani  myślę  też  zaznajamiać  się 

z posługaczką.  Zapamiętaj  sobie  coś  jeszcze,  moja  droga,  dopóki  mieszkasz  pod  moim 

dachem, będziesz dzieliła ze mną łoże. 

- Zmusisz  mnie?  -  zapytała  z niesmakiem.  -  Jak  łatwo  zapomniałeś  o swoich 

obietnicach, złożonych po powrocie z Hiszpanii. Zgodziłeś się dać mi czas. 

Stephen niecierpliwie wyrzucił ręce w górę. 

- Niech to diabli! Przecież cię nie zgwałcę, o ile w ogóle mógłbym coś takiego zrobić 

jako twój mąż. Dostałaś wystarczająco dużo czasu. 

Początkowo  chciał  uszanować  wolę  Delfiny,  dopóki  nie  przywyknie  do  jego 

obecności  w domu,  by  cieszyć  się  później  nieskrępowaną  bliskością.  Miał  już  jednak  dość 

czekania. 

- Powiedz  mi  tylko  jedno  -  dodał  z frustracją.  -  Kim  jestem  dla  ciebie?  Zabawką? 

Marionetką?  Myślisz,  że  będę  tańczył,  jak  mi  zagrasz,  po  czym  pójdę  w odstawkę,  gdy  się 

rozzłościsz lub znudzisz, i będę spokojnie czekał, aż ponownie najdzie cię ochota i każesz mi 

siebie zabawiać? Niech cię diabli! Żadna kobieta nie będzie mną rządzić. Małżeństwo rządzi 

się swoimi prawami. Przywyknij do tego! 

background image

- Nie! Dopóki nie będę gotowa - oznajmiła z uporem. 

Wyraz jego oczu sprawił, że mimowolnie cofnęła się o krok. 

- Owszem, dostosujesz się - oświadczył szorstko. - Jesteśmy małżeństwem od dwóch 

lat.  Ile czasu jeszcze ci  trzeba? Uważam  się za żonatego mężczyznę, nie za mnicha. Mamy 

dziecko  i chcę,  żeby  wkrótce  doczekało  się  rodzeństwa,  więc  musimy  wyjaśnić  wszelkie 

nieporozumienia i pójść dalej. Może gdybyś zechciała mi wyjaśnić... 

Patrzyła na niego zimno, wciąż wściekła o flirt z posługaczką. W końcu odezwała się 

beznamiętnym głosem. 

- Zostałam  sama  na  bardzo  długo,  Stephenie.  Na  tak  długo,  że  niemal  całkiem 

zapomniałam, jak wygląda ojciec mojego dziecka. Wychodząc za ciebie, niewiele wiedziałam 

o małżeństwie,  a jeszcze  mniej  o macierzyństwie.  Nie  zdążyłam  doświadczyć  tego 

pierwszego,  a po  twoim  powrocie  poprosiłam  o jedno:  żebyś  dał  mi  czas,  aż  przywyknę  do 

ciebie.  Nie  ma  chyba  w tym  nic  niezwykłego.  Jeśli  chcesz,  żebyśmy  żyli  w zgodzie, 

powinieneś na to przystać. 

- Ile czasu? - zapytał. - Miesiąc? Pół roku? Rok? 

- Jesteś zły, Stephenie. Chyba powinniśmy porzucić ten temat. 

- ”Zły”  to  nieodpowiednie  określenie.  „Szaleńczo  wściekły”  bardziej  by  pasowało. 

Wątpię  jednak,  żebym  kiedykolwiek  umiał  ignorować  twoją  obecność.  Gdybyś  chociaż  nie 

była  taka  piękna!  Że  też  ze  wszystkich  kobiet  w Londynie  Oakley  musiał  wybrać  właśnie 

ciebie. Dziewicę. Ba, królową dziewic, zasiadającą na tronie i otoczoną morzem czystości! 

- Przeklinaj dziewice, jeśli chcesz, ale wziąłeś mnie bez skrupułów, kiedy pod ręką nie 

było nikogo innego - warknęła. 

Odwróciła się, chcąc odejść, lecz natychmiast  Stephen chwycił ją za rękę. Odwrócił 

do siebie i położył dłonie na jej ramionach, boleśnie wbijając palce. Jego twarz wykrzywiona 

była złością. 

- Ostrzegam  cię,  Delfino  -  zaczął.  -  Jesteś  moją  żoną.  Źle  cię  potraktowałem,  to 

prawda, więc zemścij się wreszcie, skoro musisz, ale skończ z tym i przestań do tego wracać. 

Kusisz mnie i prowokujesz za każdym razem,  gdy na ciebie spojrzę, a potem odmawiasz mi 

małżeńskich praw. 

Z chwili na chwilę była coraz bardziej wściekła. Wyrwała się z uścisku i spiorunowała 

Stephena wzrokiem. 

- Skoro  czujesz  się  taki  skrzywdzony,  może  powinieneś  wrócić  do  dawnych 

zwyczajów i poszukać sobie miłostki na ulicy - syknęła bez lęku. - Zainteresowałeś się mną, 

bo  byłam  pod  ręką.  Czego  oczekujesz,  Stephenie?  Że  będę  pokornie  czekać,  a kiedy 

background image

pstrykniesz palcami, wskoczę ci  do łóżka niczym  dobrze wyszkolona nierządnica? Myślisz, 

że spędzę życie na spełnianiu twoich zachcianek, kiedy akurat będziesz się nudził bez żadnej 

innej kobiety pod ręką? 

Stephen ze złością przeczesał włosy palcami. 

- Zaczynam  podejrzewać,  że  lubisz  się  ze  mną  droczyć,  bo  robisz  to  lepiej  niż 

ktokolwiek inny. - Zmarszczył brwi, jakby nagle coś mu przyszło do głowy. - Chyba się mnie 

nie boisz, prawda, Delfino? 

- Nie  -  odrzekła.  -  To  zwykła  ostrożność.  Jestem  samodzielną  kobietą  i mam  swoją 

dumę. 

Stephen  patrzył,  gdy  odchodziła,  podziwiając  jej  grację,  i poczuł  znajome 

podniecenie. Pomyślał, że dłużej nie zniesie tego narzuconego celibatu. 

Nie od razu ruszył za nią. Słowa Delfiny wprawiły go w osłupienie. Czyżby naprawdę 

sugerowała, żeby z dala od domu zaspokajał żądzę? - zastanawiał się. Dlaczego więc czuła się 

zraniona, gdy publicznie adorował inną kobietę? Ni w ząb nie mógł ogarnąć kobiecej logiki, 

więc  tylko  pokręcił  głową.  Nie  przewidział,  że  po  powrocie  do  Tamary  przyjdzie  mu  się 

zmierzyć z lodowym  murem,  którym  otoczyła się jego żona. Jeśli jednak sądziła, że będzie 

w nieskończoność  trzymać  go  na  dystans,  była  w błędzie.  Ze  względu  na  długie  rozstanie 

szanował dotąd jej prośbę i nie tknął jej nawet palcem. Tyle tylko, że wciąż była jego żoną, 

a on nie zamierzał do końca swoich dni żyć we wstrzemięźliwości. 

Jechali  do  domu  w nerwowym  milczeniu.  Delfina  powtarzała  sobie,  że  to  bez 

znaczenia,  że  gdy  brali  ślub,  nie  łączyła  ich  miłość.  Dlaczego  jednak  tak  cierpiała  na  samą 

myśl  o tym,  jak  Stephen  całuje  tamtą  kobietę?  Czemu  myśl  o tym,  jak  kochał  się  z inną, 

wypełniała ją taką rozpaczą, że pragnęła umrzeć? 

Dom, który wynajął dla  nich pan Oakley na czas pobytu  w Londynie, należał  do sir 

Johna  Kiligrew,  wdowca,  piastującego  ważne  stanowisko  w Kompanii  Wschodnioindyjskiej 

i obecnie  przebywającego  w Indiach.  Ulokowany  w samym  sercu  Mayfair  budynek  był 

całkiem biały, jego wnętrze zaś urządzono z przepychem odzwierciedlającym gust sir Johna. 

W posesji roiło się od służby. 

Kiedy  przybyli  na  miejsce,  zapadł  już  zmrok.  Delfina  położyła  śpiącą  Lowennę  do 

łóżka  w pokoju  dziecięcym,  ulokowała  jej  nianię  tuż  obok,  a że  była  zbyt  zmęczona,  by 

cokolwiek zjeść, postanowiła od razu udać się na spoczynek. 

Stephen wyszedł do jednego z wytwornych klubów dla dżentelmenów przy St. James. 

Bywał  tam  często  podczas  pobytu  w Londynie.  Wypił  z przyjaciółmi  kilka  kolejek  brandy 

i zagrał w karty, po czym powrócił do samotnego łóżka. 

background image

Od tamtego dnia w gospodzie małżonkowie byli sobie niemal obcy. Dopiero podczas 

podróży  do  Londynu  napięta  atmosfera  między  nimi  nieco  zelżała  i Delfina  doszła  do 

wniosku, że jeśli oboje postarają się być dla siebie uprzejmi, jakoś zniosą najbliższe dni - pod 

warunkiem że Stephen nie będzie usiłował się do niej zbliżyć. Nie ufała swemu ciału w jego 

obecności i właśnie to leżało u podstaw jej oporu. 

Dzień  po  przybyciu  Delfina  zabrała  Lowennę  na  popołudniową  wizytę  u dziadków. 

Zupełnie  zaskoczyła  ją  ich  radość  z jej  przybycia.  Łagodnie  przyjęli  też  wyjaśnienie,  że 

Stephen pojechał do Woolwich w sprawach wojskowych i wróci następnego dnia. 

Rose  urodziła  syna  Thomasa,  który  miał  teraz  trzy  miesiące,  a Fern  dopiero 

spodziewała  się  dziecka.  Obie  siostry  wyglądały  kwitnąco  i jak  zwykle  nieustannie  paplały 

o niczym.  Lowenna  natychmiast  zapragnęła  obejrzeć  pokój  dziecięcy,  w którym  jak  dotąd 

wychowały się dwa pokolenia Cameronów, więc niania Thomasa ją tam zaprowadziła. Gdy 

zniknęły,  Delfina  zapytała  Fern,  czy  podoba  jej  się  życie  w Hertfordshire.  Bliźniaczka 

z miejsca  zaczęła  się  zachwycać  cudownym  domem  i jego  luksusami,  a także  wielką 

posiadłością, należącą do męża, wicehrabiego Falkener. 

Delfina  została  mu  przedstawiona  jeszcze  przed  własnym  ślubem.  Jej  zdaniem 

wicehrabia  był  słabym,  niezbyt  interesującym,  choć  miłym  osobnikiem  o złocistych  lokach 

i rumianych  policzkach.  Było  jasne,  że  Fern  okręciła  go  sobie  wokół  palca,  tak  że  spełniał 

każde jej życzenie. Godził się na to bez szemrania, jeśli tylko wolno mu było strzelać, łowić 

ryby i polować, jak często tego zapragnie. 

Gdy wróciły do domu, podekscytowana Lowenna trajkotała o wszystkich zabawkach, 

którymi  mogła  się  bawić  w pokoju  dziecięcym  i o ślicznym  bobasie,  śpiącym  w kołysce. 

Delfina  zaś  w pewnym  momencie  zaczęła  się  zastanawiać,  czy  zamieniłaby  swojego 

żywiołowego,  fascynującego  i niewiarygodnie  przystojnego  męża  na  młodego,  poczciwego 

hrabiego, za którego wyszła Fern. 

Nigdy!  -  powiedziała  pod  nosem.  Mimo  nieznośnego  napięcia,  które  zapanowało 

między  nią  a Stephenem,  nie  zamieniłaby  go  na  innego  mężczyznę.  Owszem,  był 

skomplikowanym, silnym człowiekiem, który rzadko okazywał uczucia, ale musiała szczerze 

przyznać, że nie znała go zbyt dobrze. Wtedy w gospodzie kochał się z nią z taką pasją, że na 

pewno  niczego  nie  udawał,  nie  była  jednak  aż  tak  naiwna,  by  wierzyć,  że  żywił  do  niej 

głębsze  uczucie.  Przecież  nie  wiedział,  kim  była,  nie  znał  jej  i najwyraźniej  nadal  nie  miał 

ochoty poznać. 

Czuła jednak, że bez Stephena jej życie stałoby się puste. Choć przed jego wyjazdem 

spędzili ze sobą bardzo mało czasu i tak z trudem pogodziła się z rozstaniem. Nie wiedziała, 

background image

jak  przebrnie  przez  nadchodzące  dni,  ale  musiała  znaleźć  na  to  sposób.  Stephen  obudził 

w niej  coś,  co  dotąd  pozostawało  w głębokim  uśpieniu.  Mimo  gorzkich  słów  wiedziała,  że 

nadal jej pragnął. Bardzo chciała zapomnieć o zazdrości o nieznaną kobietę, ustąpić i paść mu 

w ramiona. Była zmęczona niby życiem, które wiodła, i czuła, że jeśli to małżeństwo ma być 

szczęśliwe i trwałe, musi coś z tym zrobić. Postanowiła sprawić, by zapragnął jej bardziej niż 

tamtej Hiszpanki; by zapomniał o niej i już nie chciał do niej powrócić. 

Następny  dzień  upłynął  pod  znakiem  spełniania  zachcianek  Lowenny.  Delfina  już 

spała,  gdy zjawił się Stephen, więc spotkali się dopiero rankiem  w holu,  kiedy on powrócił 

z porannej  przejażdżki  po  parku,  a ona  wychodziła.  Powóz,  który  miał  ją  zawieźć  do 

ochronki, już czekał. 

Zaskoczona jego widokiem, zamarła. 

- Stephenie, już wróciłeś? - zapytała niemądrze. 

Popatrzył na nią, spodziewając się niechęci i wyższości, które mu ostatnio okazywała. 

Od razu zauważył przygarbione ramiona i smutek w oczach. Chciał zapytać, o co chodzi, ale 

po chwili wyprostowała się i uniosła głowę. 

- Jak widzisz - odpowiedział tylko. 

Wszedł  do  holu,  rzucił  cylinder  na  stół  i ściągnął  płaszcz,  po  czym  poruszył 

ramionami,  by  je  rozluźnić.  Delfina  nie  mogła  oderwać  spojrzenia  od  jego  wspaniałej 

sylwetki. 

- Czy... dobrze się bawiłeś podczas przejażdżki? - zapytała. 

- Owszem,  chociaż  bez  wahania  zamieniłbym  Londyn  na  krajobrazy  i urwiska 

Kornwalii. Dzień jest ładny, powinnaś wyjść z domu. 

- Bardzo chętnie. 

Popatrzył  na  jej  skromniejszą  niż  zwykle  suknię  i kapelusz  na  starannie  uczesanych 

włosach. 

- Wychodzisz? - Zmrużył oczy. 

- Tak, właśnie... 

- Tak?  -  przerwał  jej  ostro.  -  Jeśli  zamierzasz  odwiedzić  rodziców,  powinienem  się 

przebrać i ci towarzyszyć. Prędzej czy później będę musiał stawić czoło twojemu ojcu. 

- Nie  zamierzałam  odwiedzać  dziś  rodziców.  Byłam  u nich,  gdy  pojechałeś  do 

Woolwich,  a ponownie  zajrzę  do  nich  jutro.  Pomyślałam,  że  zobaczę  się  z ciotką  Celią  - 

powiedziała z wahaniem. 

Nie od razu skojarzył prawdziwy powód spotkania z ciotką. 

- Szkoda  -  mruknął.  -  Sądziłem,  że  udamy  się  na  zakupy,  a może  nawet  zabierzemy 

background image

Lowennę  na  piknik  do  Hampstead  Heath.  Byłoby  miło,  gdyby  nasza  trójka  wybrała  się 

dokądś razem. 

Delfinie zrobiło się ciepło na sercu na myśl o tym, że chciał spędzić trochę czasu z nią 

i z Lowenną. Uśmiechnęła się szeroko. 

- Bardzo chętnie. Myślę, że mogę też mówić w imieniu naszej  córki.  Warto urządzić 

piknik, nim zrobi się zimno. - Popatrzyła na Stephena, który uśmiechał się lekko, gdyż po raz 

pierwszy pozwoliła mu zrobić coś dla siebie. 

W końcu  stawił  czoło  problemowi,  którego  nie  mógł  dłużej  ignorować:  jego 

pożądanie  ani  trochę  nie  osłabło.  Przez  dwa  lata  Delfina  walczyła,  aby  uczynić  z Tamary 

prawdziwy  dom,  urodziła  mu  także  dziecko.  W zamian  za  to  chętnie  zrobiłby  coś  dla  niej, 

obsypał  ją  wszystkim,  co  najlepsze;  co  chciałaby  mieć.  Postanowił  nawet,  że  odwiedzi  jej 

rodziców i postara się zapomnieć o niechęci do lorda Cameron. 

Jednak  w tej  chwili  nie  podobał  mu  się  wyraz  twarzy  żony.  Wydawała  się 

zniecierpliwiona i zdenerwowana. 

- Co się stało, Delfino? - zaniepokoił się. - Znów powiedziałem coś nie tak? 

W jego  głosie  pobrzmiewało  rozczarowanie.  Akurat  wtedy,  gdy  myślał,  że  wszystko 

się ułoży, znowu okazywała mu niechęć, a on nie rozumiał dlaczego. Ruszył więc nerwowo 

ku schodom. 

- Nie, tylko... 

Zatrzymał się i odwrócił do niej. 

- Tylko  co?  -  Nagle  na  jego  twarzy  pojawiła  się  podejrzliwość.  -  Wspomniałaś,  że 

idziesz do ciotki? Czy to nie jest przypadkiem ta sama ciotka Celia, która prowadzi ochronkę? 

Delfina  westchnęła  ciężko.  Pomyślała,  że  zaraz  zabroni  jej  odwiedzić  dzieci. 

Pocieszyła się jednak myślą, że być może zbyt surowo go ocenia. Dotąd przecież Stephen nie 

miał nic przeciwko jej działalności dobroczynnej. 

- No  cóż,  ta  sama  -  przyznała.  -  Pomyślałam  sobie,  że  sprawdzę,  jak  wszystko  się 

układa. 

- A dlaczego nie zaprosisz ciotki tutaj? Wtedy mogłaby opowiedzieć ci  o tym,  co się 

dzieje w przytułku, a jednocześnie zobaczyć  Lowennę. Przecież przyjechaliśmy do  Londynu 

zaledwie  na  kilka  dni.  Chciałbym,  żebyśmy  większość  tego  czasu  spędzili  wspólnie,  jak 

rodzina. Dam odpowiednio wysoki datek na ochronkę, jeśli to cię uspokoi, ale raczej nie jest 

to odpowiednia chwila, byś tam pracowała przed powrotem do Kornwalii. 

- Proszę,  nie  zabraniaj  mi  iść.  Nie  zamierzam  spędzić  tam  zbyt  dużo  czasu.  Może 

urządzimy piknik tego popołudnia? Jeśli chcesz, poproszę gospodynię, żeby przygotowała dla 

background image

nas  koszyk  piknikowy.  -  Powiedziała  to  niemal  błagalnie,  w nadziei,  że  nie  będzie  się  z nią 

kłócił. 

Kiedy  patrzyła  na  niego  z niemą  prośbą  w oczach,  poczuł  przypływ  opiekuńczej 

czułości.  Marzył  tylko  o tym,  żeby  ją  przytulić,  i było  mu  wszystko  jedno,  czego  chciała. 

Pragnął, aby zawsze tak na niego spoglądała, lecz jednocześnie doszedł do wniosku, że nie da 

się tak łatwo oczarować. 

Podszedł bliżej do Delfiny i popatrzył na nią ponuro. 

- A jeżeli zabronię ci tam iść? - zapytał. 

Zamarła, a z jej oczu zniknęła cała słodycz. 

- Mam nadzieję, że tego nie zrobisz - odparła sztywno. 

- A to dlaczego? 

- Dlatego, że musiałabym okazać ci nieposłuszeństwo - powiedziała spokojnie, patrząc 

mu prosto w oczy. Wiedziała, że straciłaby cały szacunek do siebie, gdyby ustąpiła. - Nie dam 

się zastraszyć, Stephenie. 

- Wcale nie zamierzam cię zastraszać, wręcz przeciwnie. 

- Miło mi to słyszeć. - Szybko włożyła rękawiczki i poprawiła czepek. - Zupełnie nie 

rozumiem twoich obiekcji. 

- Nie powiedziałem, że mam obiekcje. 

To prawda, przyznała w duchu. 

- Wobec  tego  obiecuję,  że  wrócę  szybko.  Będzie  mi  towarzyszył  lokaj,  a także 

woźnica, więc nie grozi mi żadne niebezpieczeństwo, jeżeli tym się martwisz. 

Wiedząc, jak dużo to dla niej znaczy, i nie chcąc jej niczego zabraniać, skinął głową, 

choć  nie  był  zachwycony.  Nie  mógł  zapomnieć  o nieszczęściu,  które  ją  spotkało  z jego 

własnych rąk ostatnim razem, kiedy była w pobliżu Water Lane. 

Opuściwszy  bezpieczne  i tłoczne  Covent  Garden,  powóz  wjechał  w ciemny  labirynt 

wąskich  uliczek  i alejek.  Znajomy  smród  z rynsztoków  w tym  dziwnym  mrocznym  świecie 

był przytłaczający i odnowił najgłębsze lęki Delfiny. Znowu poczuła zapach biedy, okropny 

i nieznośny. 

Alejka  prowadziła  do  nieco  bardziej  gościnnej  Water  Lane.  Woźnica  sprawnie 

manewrował między powozami, zwierzętami i pieszymi. Gdy mijali gospodę „Pod Modrym 

Niedźwiedziem”, Delfina z niechęcią spojrzała na budynek, w którym straciła dziewictwo. Na 

wspomnienie swojego zachowania oblała się rumieńcem, bo to właśnie wstyd z powodu owej 

rozwiązłości kazał jej unikać Stephena, odkąd wrócił z Hiszpanii. 

Gdy  powóz  zatrzymał  się  u stóp  stromych  schodków  prowadzących  do  drzwi 

background image

ochronki, wysiadła i popatrzyła na lokaja. 

- To nie zajmie długo - zapowiedziała. 

Wyraźnie  nie  był  zachwycony,  że  jego  pani  kazała  się  wieźć  do  miejsca  pełnego 

łotrzyków najgorszego autoramentu. 

Delfina  przystanęła,  rozejrzała  się  wokoło,  zanim  weszła  na  schodki,  i szeroko 

otworzyła  oczy  na  widok  opartego  o ścianę  przytułku  mężczyzny.  Miał  kapelusz  nasunięty 

nisko  na  twarz,  więc  nie  mogła  rozpoznać  jego  rysów,  ale  w sylwetce  dostrzegła  coś 

znajomego.  Nagle  ogarnęły  ją  złe  przeczucia.  Jakby  wyczuwając  na  sobie  jej  badawcze 

spojrzenie,  mężczyzna  podniósł  głowę.  Ich  oczy  się  spotkały,  a dreszcz  przebiegł  jej  po 

plecach. 

Mężczyzna  oderwał  się  od  ściany  i zatoczył.  Po  chwili  stanął  przed  nią,  przesunął 

kapelusz na tył głowy i bezczelnie się uśmiechnął. Delfina była pewna, że rozkoszował się tą 

chwilą. 

- Proszę,  proszę  -  powiedział  szyderczo.  -  Znowu  się  spotykamy.  Czy  to  nie  panna 

Cameron?  A może  raczej  lady  Fitzwaring?  Wielka  dama!  Przyszła  kłuć  żebraków  w oczy 

swoim bogactwem. Dawnośmy się nie widzieli. 

- Za szybko się spotkaliśmy, Willu Kelly - odparła wrogo. 

Odwróciła  się,  by  go  wyminąć,  ale  zagrodził  jej  drogę.  Patrzył  na  nią  z bezczelnym 

podziwem, potoczył spojrzeniem po całym ciele i zatrzymał się na piersiach. Poczuła mdłości. 

Bała się tego odrażającego człowieka, jednak gniew stłumił te uczucia. 

- Usuń mi się z drogi - warknęła. 

- Bardzo chętnie... za buziaka tych ślicznych usteczek! 

- Prędzej pocałowałabym jadowitego węża. Z drogi, powiedziałam! 

Kątem  oka  Kelly  zauważył,  że  lokaj  idzie  w ich  kierunku,  więc  z ociąganiem  się 

odsunął. Delfina minęła go, uniosła nieco suknię i weszła do ochronki. 

 

background image

  ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

 

Życie w przytułku toczyło się jak dawniej. Jedyną różnicę stanowiło to, że teraz było 

tu  więcej  dzieci  -  chudych,  przygarbionych  i bladych  z niedożywienia.  Patrzyły  na  Delfinę 

z ciekawością i bardzo się wzruszyła, gdy kilkoro dzieci ją rozpoznało. 

Nie  mogła  nie  zauważyć,  jak  zmęczona  się  wydawała  ciocia  Celia,  gdy  zeszła  po 

schodach,  niosąc  na  rękach  małe  dziecko,  które  przekazała  jednej  z dziewczynek.  Na  jej 

twarzy troski wyżłobiły siateczkę nowych zmarszczek. 

- Moja  droga  Delfino.  -  Z szerokim  uśmiechem  wyciągnęła  przed  siebie  ręce.  - 

Naprawdę bardzo się cieszę, że cię widzę. 

- A ja bardzo się cieszę, że tu jestem. 

- Tak  ślicznie  wyglądasz.  -  Ciotka  przyjrzała  się  jej  z aprobatą.  -  Małżeńskie  życie 

i macierzyństwo ci służą. 

- Tak...  Choć  Stephen  dopiero  niedawno  wrócił  z Hiszpanii,  jak  zresztą  wiesz. 

Lowenna, nasza córka, to prawdziwy skarb. Musisz koniecznie nas odwiedzić. 

- Tak właśnie zrobię, obiecuję. 

Delfina westchnęła i rozejrzała się wokół. 

- Tyle czasu minęło od mojego wyjazdu, ciociu Celio, ale nieustannie myślę o tobie... 

was. Jak się miewasz? 

- Cóż,  to  i owo  mi  dolega  -  odparła  starsza  pani,  łagodnie  przeganiając  dwóch 

chłopców ze swojej drogi. - Ale całkiem dobrze się czuję. W ochronce nic się nie zmieniło, 

poza  tym,  że  jest  nas  więcej.  Wiele  z porzuconych  dzieci  choruje  albo  było  bardzo  źle 

traktowanych. Pracy nam nie brak. 

- Bardzo chciałabym pomóc - westchnęła Delfina. - Niestety, Kornwalia leży daleko, 

a ja wkrótce wyjeżdżam z Londynu. 

- Nie zaprzątaj sobie tym głowy, moja droga, jakoś dajemy sobie radę. Jest mnóstwo 

rąk  do  pomocy,  chociaż  drżę  na  samą  myśl,  co  się  stanie,  kiedy  zabraknie  nam  miejsca. 

Przecież te biedne istotki są całkowicie od nas zależne, nie mają nikogo. Szkoły dobroczynne 

przyjmą część z nich, są też inne ochronki, ale tak naprawdę potrzeba nam większego domu. 

Odkąd wyjechałaś, nieustannie o tym myślę. Apeluję o wsparcie do wszystkich... 

- Czy znalazłaś już coś odpowiedniego? - zainteresowała się Delfina. 

- O tak, miejsce jest idealne. To stara szkoła dla chłopców w Islington.  Pomieściłaby 

się  tam  cała  nasza  ochronka  i dużo  więcej  dzieci.  Do  szkoły  należy  też  trochę  ziemi,  co 

background image

oznacza, że moglibyśmy trzymać zwierzęta i uprawiać własne warzywa, ale posesja kosztuje 

bardzo dużo... Dość już o tym, nie przyszłaś wysłuchiwać moich skarg. Chodź zobaczyć się 

z Maisie. Nie może się ciebie doczekać, odkąd dowiedziała się, że przyjeżdżasz do Londynu. 

- Ciociu  Celio...  -  Delfina  odciągnęła  ciotkę  na  bok,  żeby  nikt  ich  nie  podsłuchał.  - 

Widziałam, że pod domem kręci się Will Kelly. Nadal chce zabrać Maisie? 

- Ach,  ten  paskudny  lubieżnik!  Oddałabym  wszystko,  żeby  konstable  zabrali  go 

wreszcie  i wsadzili  do  paki.  Ani  na  moment  nie  mogę  spuścić  Maisie  z oka.  Śpi  w pokoju 

opiekunek,  na  wypadek  gdyby  wdarł  się  tu  i próbował  zabrać  ją  siłą.  To  taka  kochana 

dziewczynka, wiesz? Bardzo nam pomaga. Nie wiem, jak długo uda mi się ją chronić... Will 

Kelly przychodzi codziennie. 

Delfina  odwróciła  wzrok.  Biorąc  pod  uwagę  czas,  jaki  Maisie  spędziła  z matką 

w lupanarze  pani  Cox,  pewnie  widziała  tam  niejedno,  ale  nie  znaczyło  to  przecież,  że  musi 

skończyć tak samo. 

- Nie dopuszczę do tego, by skończyła jak jej matka - dodała Celia. 

- Ależ,  kochana  ciociu,  przecież  mogę  zabrać  ją  ze  sobą.  Niech  wróci  ze  mną  do 

Kornwalii. To tak daleko, że Kelly na pewno jej tam nie dopadnie. 

- Naprawdę  byś  to  zrobiła?  -  Celia  spojrzała  na  nią  z nadzieją.  -  Sądziłam,  że  masz 

pełne ręce roboty, odkąd na świecie pojawiła się Lowenna. 

- Jeśli Maisie zechce zostawić Londyn, zawsze będzie mile widziana w Tamarze. 

- Och, kochana, nie masz pojęcia, jaki ciężar zdjęłaś mi z barków! 

Delfina uśmiechnęła się, ale po chwili posmutniała. 

- Ciociu Celio, jak zmarła Meg? - zapytała niepewnym głosem. 

- Spadła ze schodów i skręciła kark. Moim zdaniem ktoś ją zepchnął, ale nie sposób to 

udowodnić. Konstable mają ważniejsze rzeczy do roboty niż prowadzenie śledztwa w sprawie 

śmierci ladacznicy. 

- Pewnie masz rację, ale biedna Meg zasługiwała na lepszy los. Nie sądzisz, że za jej 

śmiercią stoi Will Kelly? 

Ciotka Celia popatrzyła na nią ponuro. 

- Owszem,  tak  właśnie  sądzę  -  przytaknęła.  -  Dręczył  Meg  dniem  i nocą,  żeby 

odebrała Maisie z sierocińca i przeniosła do pani Cox. Naturalnie, nie chciała o tym słyszeć. - 

Znużona Celia westchnęła i pokręciła  głową.  -  Wątpię, czy kiedykolwiek poznamy  prawdę. 

Możemy tylko chronić Maisie. Chodź, pójdziemy do niej. 

Na  widok  dziewczynki  Delfina  od  razu  zrozumiała,  jak  bardzo  śmierć  matki  nią 

wstrząsnęła. Była smutna i zamknięta w sobie. Na widok ukochanej „cioci”, za którą bardzo 

background image

tęskniła,  uśmiechnęła  się  jednak.  Choć  miała  na  sobie  bezkształtną,  poprzecieraną  sukienkę 

z wełny,  łatwo  było  dostrzec,  że  rośnie  na  prawdziwą  piękność.  Miała  nieodparty  urok.  Nic 

dziwnego, że Will Kelly tak się na nią zawziął. 

Delfina uścisnęła ją mocno. 

- Jak się miewasz, kochanie? - zapytała. - Myślałam o tobie. 

- Wszystko w porządku, panienko. 

- Niech na ciebie popatrzę. Ależ wyrosłaś! Niedługo będziesz równie wysoka jak ja. 

- Mam już dwanaście lat i potrafię pisać. Nie tylko swoje nazwisko - oznajmiła Maisie 

z dumą. 

Delfina uśmiechnęła się. 

- W to  nie  wątpię.  Jesteś  bardzo  mądra  -  zapewniła  ją.  -  Rozmawiałam  z ciocią 

i zastanawiałam się, co byś powiedziała na pracę dla mnie. 

Maisie szeroko otworzyła oczy. 

- W panienki domu? 

- Tak,  w Kornwalii.  To  śliczny  dom,  nad  morzem.  Co  ty  na  to?  -  Popatrzyła 

niepewnie. - Podobałoby ci się to? 

- O tak, panienko - potwierdziła gorliwie. - Na pewno. 

- Wobec  tego  możesz  jechać  ze  mną  już  teraz.  Na  razie  jeszcze  nie  wrócimy  do 

Kornwalii, ale do tego czasu na pewno znajdziemy ci jakieś zajęcie. 

- Jesteś  absolutnie  pewna,  moja  droga?  -  spytała  Celia,  gdy  uradowana  Maisie 

odbiegła w podskokach. 

- Całkowicie - zapewniła ją. - Kiedy ostatni raz widziałam Meg, przyrzekłam, że jeżeli 

cokolwiek jej się stanie, zajmę się Maisie. Czuję się za nią odpowiedzialna. 

- A twój mąż? Cóż on sobie pomyśli? 

Doskonale wiedziała, jak Stephen zareaguje, ale nie dbała o to w tej chwili. 

- Niewątpliwie  wpadnie  w szał...  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Ale  zawsze  wspominał 

z uznaniem o mojej pracy... Poradzę sobie. 

Kiedy wróciły do domu, jedna z pokojówek przygotowała dla Maisie pokój, pomogła 

w kąpieli  i znalazła  dla  niej  nowy  strój.  Nadeszło  wczesne  popołudnie.  Delfina  czekała 

u siebie  na  powrót  Stephena.  Czas  zdawał  się  niemiłosiernie  dłużyć,  a z każdą  minutą  była 

bardziej zdenerwowana, bo musiała pójść do jego sypialni. Nagle usłyszała kroki. Odczekała 

chwilę, wyszła z pokoju, niepewna, w jakim nastroju go zastanie, i zapukała. 

Na jej widok Stephen uśmiechnął się triumfalnie. 

W Tamarze  natłok  obowiązków  ułatwiał  mu  walkę  z pożądaniem  i frustracją,  ale 

background image

w Londynie  nie  miał  wielu  zajęć.  Tłumiona  żądza  rozdrażniała  go  do  tego  stopnia,  że  jadał 

wyłącznie w gospodzie albo z przyjaciółmi w klubie. 

Nie  chciał  już  jednak  unikać  żony.  Pragnął,  aby  znowu  mu  zaufała  i dzieliła  z nim 

łoże. 

- Co za niespodzianka  -  powitał ją, zdejmując frak.  -  Odwiedziłaś  mój pokój.  Co cię 

sprowadza?  Jeśli  wolno  wiedzieć,  rzecz  jasna.  Nie  będę  sobie  pochlebiał  myśląc,  że  się  za 

mną stęskniłaś. 

- Byłam dzisiaj w ochronce - przyznała Delfina, obawiając się spojrzeć mu w oczy. 

- Tak  właśnie  myślałem  -  powiedział  obojętnym  tonem  i wziął  do  ręki  stosik 

zapieczętowanych  listów,  które  dostarczono  rano.  -  Opowiedz  mi  o tym,  a potem  się 

przebierz, jeśli nadal pragniesz udać się do Hampstead. 

- O tak,  bardzo  chętnie.  Ale...  Przyprowadziłam  do  domu  jedną  z dziewcząt 

z przytułku. Pomyślałam, że mogłaby pojechać z nami do Tamary. Znajdę jej jakieś zajęcie. 

Stephen podszedł do okna, całkowicie pochłonięty jednym z listów. 

- Hm - mruknął. - Z Hiszpanii. - Otworzył list i zaczął czytać. - Ile ma lat? - spytał po 

dłuższej chwili. 

- Zaledwie  dwanaście.  Jest  bardzo  młoda,  wiem...  ale  ma  kłopoty.  -  Delfina  patrzyła 

na niego niepewnie. Wiedziała, że powinna była zapytać o zdanie męża,  zanim przygarnęła 

Maisie. Nie wiedziała jednak, jak inaczej mogłaby pomóc i obronić ją przed Willem Kellym. 

Stephen powoli odwrócił się do niej. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. 

- A któż to taki? - spytał. 

- Maisie. Opowiadałam ci o niej. Bardzo się do niej przywiązałam, kiedy pracowałam 

w przytułku. Nie jest tam teraz bezpieczna. 

Stephen wyprostował się i odłożył list. 

- Maisie  z przytułku?  -  powtórzył.  -  Pamiętam.  To  właśnie  z jej  powodu  poszłaś  do 

burdelu tamtej nocy, prawda. Jej matka jest nierządnicą. 

- To  nie  przesądza  o jej  losie!  -  wykrzyknęła  Delfina  i dodała  ciszej:  -  Jak  możesz 

potępiać dziecko za przewinienia matki... 

- Wcale jej nie potępiam. 

- Proszę, Stephenie... Pozwól jej zostać. Nie chcesz chyba, żeby wylądowała na ulicy? 

Wciąż miał beznamiętny wyraz twarzy. 

- Oczywiście,  że nie chcę. A nie mogłaby zostać pokojówką?  -  odrzekł.  -  Pokojówki 

zawsze znajdą zajęcie. 

- Dwunastolatka, bez wprawy? - zapytała. - Na ulicach Londynu codziennie porywają 

background image

dziewczynki,  by  je  wykorzystać  i zamknąć  w burdelach.  Matka  Maisie  nie  żyje,  biedactwo 

nie  ma  już  nikogo.  W posiadłości  znajdzie  się  dla  niej  zajęcie.  -  Westchnęła  ciężko.  - 

Posłuchaj, Stephenie, obiecałam jej matce, że jeżeli coś się jej stanie, zajmę się małą. Muszę 

dotrzymać obietnicy. 

- Oczywiście,  że  powinnaś.  Ale  idę  o zakład,  że  wkrótce  zlitujesz  się  nad  kolejną 

sierotą. Ani się obejrzę, a będziemy musieli opiekować się całą zagrają londyńskich przybłęd! 

- Chodzi  tylko  o Maisie.  Nie  obiecywałam  niczego  innym  dziewczętom.  Jeśli  jej  nie 

zabiorę,  Will  Kelly  położy  na  niej  swoje  brudne  łapska.  Też  ci  o nim  wspominałam,  ale 

pewnie nie pamiętasz... 

- Szczerze mówiąc, pamiętam. Twoja troska o dziewczynkę jest godna pochwały. 

Oparł  się  o ramę  okienną  i wsunął  ręce  do  kieszeni.  Musiał  przyznać,  że  znacznie 

bardziej  interesowała  go  żona  niż  to,  co  miała  do  powiedzenia.  W duchu  liczył  dni  od 

powrotu z Hiszpanii, dni, w których Delfina trzymała się z dala od niego. Zauważył zmiany, 

jakie  spowodowało  w niej  macierzyństwo.  Nie  była  już  czarującą,  niewinną  istotą,  którą 

zostawił.  Ta  przemiana  jednocześnie  go  denerwowała  i zachwycała.  Przepiękna,  skromnie 

ubrana 

kobieta 

z oczami 

płonącymi  wewnętrznym  żarem  mogłaby  błyszczeć 

w najwspanialszych  domach  Anglii.  Gdy  podeszła  nieco  bliżej,  poczuł  delikatny  zapach  jej 

perfum, a wtedy pomyślał, że musi ją mieć. 

- Bardzo zmienna z ciebie kobieta, Delfino. - Uśmiechnął się do niej. 

W jej oczach błysnęło oburzenie. 

- Zmienna? - powtórzyła z niedowierzaniem. 

Stephen zacisnął wargi,  żeby się nie roześmiać.  Nie mógł  oderwać oczu od gładkiej 

skóry na szyi żony. 

- Chodzi  mi  o to,  że  w jednej  chwili  jesteś  łagodną,  troskliwą  matką,  a w następnej 

zmieniasz się w lwicę - wyjaśnił. 

Wytrącona  z równowagi  Delfina  zauważyła  dziwny  wyraz  jego  oczu,  ale  myślała 

wyłącznie o tym, jak znakomicie się prezentował w ciemnych spodniach i białej koszuli. 

- Jeśli  rzeczywiście  tak  jest,  to  dlatego,  że  naprawdę  zależy  mi  na  tym,  co  robię  - 

oznajmiła.  -  Zapewniam  cię,  że  Maisie  nie  będzie  sprawiała  kłopotów.  Naprawdę  grozi  jej 

poważne niebezpieczeństwo. Świetnie sobie radzi z opieką nad małymi dziećmi w ochronce, 

a ciotka Celia nauczyła ją nawet podstaw czytania i pisania. 

- Tym bardziej się dziwię, że  ciotka Celia  chce się z nią rozstać. Może przyjęłaby ją 

jakaś szkoła? 

- Will Kelly od razu odnalazłby małą i ją porwał. Och, proszę cię, Stephenie - błagała. 

background image

-  Pozwól  jej  jechać  z nami  do  Tamary.  Zarobi  na  swoje  utrzymanie,  to  ci  mogę  obiecać. 

Maisie jest dobrą dziewczynką, niezależnie od zawodu matki. Bardzo mi na niej zależy, Meg 

również na niej zależało.  Myśl  o porzuceniu  Maisie jest dla mnie równie straszna, jak myśl 

o porzuceniu  własnego dziecka. Nie każ mi jej odprawiać. Muszę się nią zająć i przysięgam 

ci, że nie będzie sprawiała kłopotów. 

- A jeśli ten Will Kelly pojedzie za nami? Co wtedy? Pomyślałaś o tym? 

- I owszem  -  odparła  żarliwie.  Jej  serce  tłukło  się  w piersi,  gdy  pochyliła  się  ku 

mężowi, demonstrując piękny dekolt. Przez chwilę Stephen był zauroczony, do tego stopnia, 

że bryczesy zaczęły uwierać go w kroku. - Musimy mu się przeciwstawić - ciągnęła, zupełnie 

nieświadoma jego cierpień. - Wiesz, dlaczego ten człowiek chce Maisie. Setki obrzydliwych, 

zdeprawowanych  mężczyzn  zapłaciłyby  mu  za  nią  fortunę.  Stephenie,  to  przecież  dziecko! 

Daj  jej  szansę.  -  Gdy  nadal  milczał,  dodała:  -  Mam  nadzieję,  że  naprawdę  nie  każesz  mi 

odprowadzić jej do przytułku. To złamałoby mi serce. 

Stephen  zawahał  się,  niepewny,  co  odpowiedzieć,  podczas  gdy  Delfina  czekała 

z nadzieją  w sercu.  Tak  bardzo  pragnął  wziąć  ją  w ramiona  i wykrzyczeć,  jak  jej  pożąda! 

Chciał wyznać, że nie widzi świata poza nią i gdyby tylko zadeklarowała, że pragnie go tak 

bardzo jak on jej, mogłaby sprowadzić pod ich dach wszystkie dzieci z ochronki. 

- Niewątpliwie nakarmiłaś ją i wykąpałaś, przyodziałaś w nowy strój i usunęłaś wszy 

z jej włosów, tak? 

- Owszem, została wykąpana, ale nie miała żadnych wszy - odparła po chwili Delfina. 

- Stephenie, musisz pozwolić jej zostać. 

- Na  litość  boską!  -  Był  wyraźnie  poruszony  jej  przejęciem.  -  Czy  powiedziałem,  że 

tego nie zrobię? 

- Więc  mi  pomóż.  Will  Kelly  to  najbardziej  bezwzględny  i niebezpieczny  człowiek, 

jakiego  znam.  Uwodzi  i deprawuje...  gwałci...  kobiety,  których  zapragnie.  A teraz  pragnie 

właśnie Maisie. Dziecko! 

- Może  nie  tylko  z wyglądu  przypomina  mu  swoją  matkę  -  powiedział  Stephen,  nim 

zdążył się zastanowić, i w tej samej chwili poczuł się jak dureń. - Wybacz. - Postąpił o krok 

ku Delfinie. - To była bardzo niemądra uwaga. 

Spiorunowała go wzrokiem, nawet nie próbując ukrywać wściekłości. 

- Nie dopuszczę do tego, by Maisie została kurwą - wycedziła. 

Stephen się skrzywił. Słowo, którego użyła, zabrzmiało zbyt ostro w ustach tak czystej 

kobiety. Delfina nie była dziewicą, o czym dobrze wiedział, ale nigdy nie oddała się nikomu 

poza  nim.  Teraz  stała  nieruchomo  niczym  posąg,  z taką  pogardą  na  twarzy,  że  miał  ochotę 

background image

rzucić się jej do stóp i błagać o wybaczenie. 

- Zdumiewasz  mnie  -  wycedziła.  -  Powinieneś  się  wstydzić  tak  niechrześcijańskiego 

podejścia. Nie przypuszczałam, że potrafisz być brutalny i niewrażliwy. 

Stephen wyraźnie pobladł. Jej słowa były niczym strzały przeszywające serce. 

- Masz prawo tak myśleć - przyznał. - Tylko że... 

- I owszem,  mam  prawo  -  przerwała  mu  w gniewie.  Błędnie  sądziła,  że  pragnął 

odesłać  Maisie,  chociaż  w rzeczywistości  nie  miał  takiego  zamiaru.  -  Jestem  przerażona 

i głęboko  zaszokowana  twoim  zachowaniem.  Z jakiegoś  powodu  brałam  cię  za  innego 

człowieka.  Każę  ochmistrzyni  chwilowo  przydzielić  Maisie  do  pracy  w kuchni.  Do  czasu 

naszego wyjazdu do Tamary pozostanie pod opieką kucharki. Gdy będzie na tyle dorosła, by 

samodzielnie stanowić o swojej przyszłości, zrobi, co zechce, ale do tego czasu jestem za nią 

tak samo odpowiedzialna, jak za Lowennę. 

Delfina  dygotała  z wściekłości,  a Stephen  poczuł,  że  jeszcze  bardziej  jej  pożąda. 

Chciał  zedrzeć  z niej  ubranie,  rzucić  ją  na  łóżko  i poddać  swej  woli.  Była  cudowna  w swej 

furii, jednak wojsko nauczyło go dyscypliny i samokontroli. 

- Mylisz się - powiedział. - Lowenna to nasza odpowiedzialność. 

- A Maisie moja. 

Nie dała mu  okazji do odpowiedzi,  gdyż bez  słowa odwróciła się na pięcie i wyszła 

z pokoju. 

Stephen słyszał stukot jej kroków, a potem zapadła cisza. Kręcąc głową, popatrzył na 

list z Hiszpanii - list, który już zupełnie go nie interesował. 

Doszedł  do  wniosku,  że  da  żonie  chwilę  na  ochłonięcie,  zanim  porozmawia  z nią 

ponownie, i podszedł do okna. Uwaga o podobieństwie Maisie do matki była niemądra. Sam 

nie  rozumiał,  dlaczego  powiedział  coś  równie  niestosownego,  ale  nic  już  nie  mógł  na  to 

poradzić. Zwykle nie bywał tak niewrażliwy. 

Patrzył  pustym  wzrokiem  na  cichą  ulicę  i wciąż  nie  mógł  uwierzyć,  że  Delfina 

naprawdę sądziła, że odprawiłby to bezbronne dziecko. 

Nagle  zauważył  jakiś  ruch  pod  rozłożystym  bukiem  po  drugiej  stronie  ulicy. 

Zaciekawiony,  nie  spuszczał  oka  z tamtego  miejsca.  Po  chwili  wyłoniła  się  sylwetka 

mężczyzny,  który  poruszył  się  ukradkowo,  a na  sobie  miał  kolorowe,  prostackie  ubranie, 

całkowicie nie na miejscu w centrum Mayfair. Wyglądał na to, że obserwował dom. 

Stephen  uświadomił  sobie  ze  zdumieniem,  że  pojawienie  się  tego  mężczyzny  nie 

może  być  przypadkiem  i że  prawdopodobnie  jest  to  Will  Kelly.  Śledził  Delfinę  w drodze 

z ochronki. Miała rację, rzeczywiście był mocno zbudowany, z grzywą potarganych, jasnych 

background image

włosów pod źle dopasowanym kapeluszem. 

Nagle  problem  Maisie  stał  się  także  problemem  Stephena.  Delfina  miała  rację. 

Dziewczynkę należało chronić. Stephen zaczekał, aż mężczyzna zniknie za rogiem, a potem 

odwrócił się. 

Teraz  miał  ważniejsze  rzeczy  do  załatwienia.  Musiał  uspokoić  rozgniewaną  żonę 

i trochę się pokajać, skoro pragnął się z nią pogodzić. 

Pół  godziny  później  Delfina  nadal  gotowała  się  ze  złości,  ale  jeszcze  bardziej 

przejmował ją list z Hiszpanii. Ponownie owładnęła nią zazdrość o nieznaną kobietę. 

Siedziała przy toaletce, upinając włosy szpilkami, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. 

Wiedziała,  że  to  Stephen,  więc  zaprosiła  go  do  środka.  Gdy  wszedł,  uniosła  głowę 

i popatrzyła na niego dumnie. Przyzwyczaił się już do tego spojrzenia. W pokoju była obecna 

także pokojówka, ale nawet nie rzucił na nią okiem. Przez cały czas wpatrywał się w żonę. 

- Czy twój humor nieco się poprawił? - zapytał, unosząc brew. 

Jego  pozorny  spokój  połączony  z arogancją  doprowadzał  ją  do  szału.  Dopiero  po 

dłuższej chwili zdołała się opanować. 

- Tak - odparła. 

Usatysfakcjonowany  Stephen  podszedł  do  niej  bliżej,  a Delfina  zadrżała,  częściowo 

z obawy o cel jego wizyty, a częściowo z ulgi, że najwyraźniej nadal mu na niej zależało. Gdy 

stanął tuż obok, poczuła szaleńcze pożądanie. 

- Cóż  takiego  masz  mi  do  powiedzenia?  -  spytała  zimno,  próbując  nad  sobą 

zapanować. 

- Wyjdź,  proszę.  -  Popatrzył  na  pokojówkę,  która  dygnęła  z szacunkiem,  po  czym 

opuściła pokój. 

- Czego  chcesz,  Stephenie?  -  ponowiła  pytanie.  -  Zamierzasz  mnie  przeprosić,  czy 

potępić za sprowadzenie Maisie? Jeśli tak, oszczędź mi, proszę, reprymendy i odejdź. 

- Wcale  cię  nie  potępiam.  Jestem  od  tego  bardzo  daleki  i wytłumaczyłbym  ci  to, 

gdybyś tylko dała mi dojść do głosu. Powinniśmy o czymś porozmawiać. 

- O czymś porozmawiać? - zapytała, patrząc na niego z powątpiewaniem. 

- Tak. Zanim znowu wyciągniesz pochopne wnioski 

Delfina zmrużyła oczy i wstała od toaletki. 

- Pochopne?  Wszystko,  co  robię,  w kwestii  Maisie,  dobrze  sobie  przemyślałam. 

Wiedz, że postanowiłam nie dopuścić, by wpadła w łapska tego parszywego Willa Kelly’ego 

na długo przed wyjazdem do Kornwalii. Nie oskarżaj mnie więc o pochopność. 

- Wybacz mi. Proszę... - szepnął. 

background image

To zbiło ją z tropu. 

- Mówisz szczerze? 

- Całkowicie. 

- Dlaczego miałabym ci wierzyć? - Bała się okazać słabość. - Skąd mam wiedzieć, że 

to nie jest kłamstwo? 

- Mówię  prawdę  -  zapewnił  ją.  -  Dobrze  zrobiłaś,  zabierając  dziewczynkę,  a to,  co 

powiedziałem,  było  niesłuszne  i nieczułe  z mojej  strony.  Nie  życzę  takiego  losu  żadnemu 

dziecku.  Przepraszam  cię,  Delfino.  Jestem  gruboskórnym  prostakiem.  Maisie  może  zostać, 

jeśli tego pragniesz. Właściwie możesz wypełnić cały dom sierotami, o ile cię to uszczęśliwi. 

Delfina poczuła, jak przepełnia ją wdzięczność. 

- Dziękuję, Stephenie - szepnęła. - Nie mogłabym zostawić Maisie. 

- Nie  pozwolę  jednak,  byś  całkowicie  skupiła  się  na  dziewczynce  -  powiedział 

rozsądnie.  -  Masz  dobre  serce  i szczodrą  naturę.  Nie  potrafisz  odwrócić  się  od 

potrzebujących, za co cię podziwiam. Co zatem mam zrobić, aby zasłużyć na twoją uwagę? 

Mam udać się do ochronki na Water Lane i oświadczyć, że jestem sierotą? 

Delfina nie zdołała powstrzymać uśmiechu. 

- Na  to  jesteś  trochę  zbyt  przerośnięty  -  zauważyła.  -  Nawet  nie  wpuszczą  cię  do 

środka.  Chyba  że...  -  Popatrzyła  na  niego  chytrze.  -  Przyjdziesz  tam,  żeby  obdarować  ich 

hojnym datkiem. 

- Zrobię coś więcej - zadeklarował. - Kupię dzieciom w ochronce nowy budynek, o ile 

wybaczysz mi, że cię tak zmartwiłem. Powtarzam jednak, że nie miałem zamiaru wyrzucać 

Maisie na ulicę. 

Wpatrywała  się  w niego,  dostrzegając  łagodność  w ciemnoniebieskich  oczach 

i zastanawiając się, czy dobrze słyszy. 

- Mówisz  poważnie?  Naprawdę  chcesz  kupić  nowy  budynek?  -  upewniła  się.  - 

Zrobiłbyś to dla mnie? 

- W rzeczy samej. 

- Ale dlaczego? 

- Bo stać mnie i wiem, że to cię uszczęśliwi. 

- Nie chcę, żebyś to robił tylko dlatego. Chcę, żebyś to zrobił dla dzieci. Ciotka Celia 

będzie  przeszczęśliwa!  -  Uśmiechnęła  się  szeroko.  -  Ochronka  na  Water  Lane  jest 

przepełniona, a ciocia od dawna bezskutecznie próbuje zebrać fundusze na większy dom. 

- Jestem świadomy sytuacji. 

Zaskoczona Delfina patrzyła na niego w milczeniu. 

background image

- Ale... jak to? - wydusiła z siebie po chwili. 

Stanął tuż przed nią, uśmiechając się szeroko. 

- Albowiem,  moja  droga  żono,  sam  zainteresowałem  się  stanem  ochronki  na  Water 

Lane.  Jak  widzisz,  nie  jestem  aż  tak  bezduszny,  jak  sądzisz.  Ale  jeżeli  załatwię  tę  sprawę, 

musisz obiecać, że koniec z tą przesadną dobroczynnością. Nie będziesz przygarniać żadnych 

sierotek. Czy to jasne? 

- Tak, Stephenie. Dziękuję. 

- W Kornwalii  też  jest  mnóstwo  podrzutków  i biedaków,  którymi  należy  się  zająć  - 

zauważył. - Myślę, że docenią twój czas, tak samo jak londyńczycy. 

Delfina nie mogła powiedzieć ani słowa, tak bardzo się wzruszyła. Pragnęła zarzucić 

mężowi  ręce  na  szyję  i okazać  mu  wdzięczność,  ale  coś  nakazało  jej  się  powstrzymać. 

Później,  dużo  później,  gdy  myślała  o tamtej  chwili,  uświadomiła  sobie,  że  właśnie  wtedy 

naprawdę zaczęła go kochać. 

Uśmiechnęła  się  do  Stephena  i uświadomiła  sobie,  że  od  dawna  nie  czuła  się  tak 

dobrze.  Teraz,  gdy  miała  dowód  jego  hojności  wobec  zupełnie  obcych  ludzi,  w jej  sercu 

znowu odżyła nadzieja. Reszta dnia rysowała się w znacznie weselszych kolorach. 

- Maisie  może  pojechać  z nami  do  Kornwalii  -  powiedział  Stephen.  -  Do  tego  czasu 

jednak  musi  pozostać  w domu.  Miałaś  rację  co  do  Willa  Kelly’ego.  Wcześniej  jakiś 

nieciekawy  typ  o potarganych,  jasnych  włosach  obserwował  dom.  Czy  pasuje  do  twojego 

opisu? 

Delfina poczuła niepokój. 

- Tak, to pewnie on - potwierdziła. - Nadal jest w pobliżu? 

- Nie,  odszedł,  ale  spodziewam  się,  że  wróci.  Tacy  ludzie  są  bardzo  uparci.  Nie 

kłopocz się tym jednak, rozmawiałem już ze służbą. Wszyscy będą mieli go na oku. Maisie 

jest całkiem bezpieczna. 

- Wobec tego pójdę i sprawdzę... 

Chwycił ją za ramię, gdy ruszyła do drzwi. 

- Nie,  Delfino  -  powiedział.  -  Maisie  znajduje  się  pod  dobrą  opieką.  Oakley  się  nią 

zajął i zapewniam cię, że bardzo poważnie traktuje swoje obowiązki. 

Do jej oczu napłynęły łzy wdzięczności. 

- Wobec tego mam pewność, że jest bezpieczna. Dziękuję ci - powiedziała szczerze. - 

Maisie  miała  kiepskie  życie,  odkąd  matka  przywiozła  ją  do  Londynu.  Do  tego  śmierć  Meg 

okropnie na nią wpłynęła. Teraz niewątpliwie czeka ją lepsza przyszłość. 

Rysy Stephena złagodniały, gdy popatrzył na żonę. 

background image

- Widziałem,  jak  dobrze  zajmujesz  się  naszą  córką,  więc  nie  zdumiewa  mnie,  że 

starasz  się  pomóc  bezdomnej  sierocie,  której  potrzeba  miłości.  Jesteś  uosobieniem  dobroci, 

moje kochanie. 

Te czułe słowa chwyciły  Delfinę za serce.  Bardzo pragnęła, by były prawdziwe, ale 

jednocześnie złościła się na siebie za to, że zadowala się okruchami. 

- Przypomnę ci te słowa, jeśli kiedyś zdenerwujesz się na Lowennę - oznajmiła. 

Na jego ustach pojawił się wesoły uśmiech. 

- Może nie mam twoich godnych podziwu przymiotów, ale nigdy o nich nie zapomnę. 

-  Spojrzeniem  przeniósł  się  na  jej  piersi.  -  Nigdy  też  nie  zapomnę  tych  cudownych 

momentów,  kiedy  się  poznawaliśmy.  -  Na  widok  rumieńca  uśmiechnął  się  szeroko.  -  Czy 

teraz,  po  raz  pierwszy  odkąd  znaleźliśmy  się  w Londynie,  możemy  zapomnieć  o Maisie 

i o ochronce? Bardzo się cieszę, że to cię uszczęśliwia, ale pora spędzić trochę czasu razem. 

Mieliśmy jechać na piknik do Hampstead Heath, pamiętasz? Koszyk jest gotowy, a powóz już 

czeka. 

Delfina  zawahała  się,  lecz  po  chwili  doszła  do  wniosku,  że  warto  będzie  spędzić 

trochę czasu jako rodzina i nareszcie porozmawiać o niczym. 

Uśmiechnęła się promiennie. 

- Wobec tego brakuje nam tylko Lowenny - zauważyła. - Zaraz po nią pójdę. 

Popołudnie  było  piękne,  drzewa  połyskiwały  w słońcu  miedzianozłotymi  barwami 

jesieni.  Gdy  wsiedli  do  dwukółki  ciągniętej  przez  siwka,  Delfina  poczuła,  jak  jej  napięcie 

nareszcie ustępuje. Słońce świeciło prosto na nich, więc Stephen podniósł skórzany dach, aby 

mogli  podróżować  w cieniu.  Rozentuzjazmowana  Lowenna  siedziała  między  nimi  w białej 

koronkowej  sukni  z jaskrawoczerwoną  kokardą  i w czepku,  a kosz  piknikowy  był  mocno 

przypasany do tyłu powozu. 

Stephen  powoził  dwukółką  tak  dobrze,  że  zdawał  się  płynąć  po  ulicy,  gdy 

w spokojnym tempie opuszczali miasto. 

Delfina  włożyła  na  tę  okazję  suknię  z delikatnego  muślinu  koloru  kości  słoniowej, 

a do tego dopasowany kapelusik z białymi piórkami. 

Gdyby  byli  sami,  Stephen  zapomniałby  o ostrożności  i popędził  konia,  choćby  tylko 

po to, by usłyszeć udawany okrzyk przerażenia żony i zobaczyć, jak jej piękne oczy otwierają 

się szeroko i błyszczą z zachwytu. 

Kiedy  dotarli  do  Hampstead  Heath,  które  było  popularnym  miejscem  odpoczynku 

londyńczyków, z dala od wyziewów miasta, postanowili usiąść w cieniu wielkiego dębu tuż 

nad  stawem.  Stephen  niósł  duży  kosz,  Delfina  zaś  pilnowała  rozradowanej  Lowenny. 

background image

Rozłożyli  na  trawie  koc,  usiedli  i przyglądali  się  córce,  która  natychmiast  zaczęła  zrywać 

stokrotki. Mieli piękny widok na staw i byli zupełnie sami. 

- Jakie to śliczne miejsce - zauważyła. 

Zrzuciła kapelusz, wystawiła twarz do słońca i zamknęła oczy. 

- To prawda - przytaknął Stephen. - Zastanawiałem się, czy nie zabrać cię do ogrodów 

Vauxhall po drugiej stronie rzeki, ale pomyślałem, że Lowennie bardziej przypadną do gustu 

wiejskie okolice. 

- Tu  jest  znacznie  ładniej  niż  w Vauxhall  i nie  ma  tłumów.  -  Delfina  odetchnęła 

głęboko czystym powietrzem. - Poza tym masz rację, Heath ma bardziej wiejski charakter. 

Stephen uśmiechnął się szeroko. 

- Ostrożnie,  kochanie.  Jeszcze  trochę,  a moja  wyobraźnia  skupi  się  na  typowo 

wiejskich rozkoszach. 

- Co  masz  na  myśli?  -  zainteresowała  się.  -  Nigdy  nie  oddawałam  się  żadnym 

wiejskim rozkoszom, więc skąd miałabym wiedzieć, o czym mówisz? 

- Nie udawaj niewiniątka - powiedział cicho, po czym ściągnął frak i rzucił go na koc. 

- Przygotuj się na wiejskie uciechy. 

- To dosyć szerokie pojęcie, Stephenie.  -  Zaśmiała się.  - Nie jestem pewna, czy tutaj 

można oddawać się takim rozrywkom, a Lowennie na pewno nie spodobałoby się to, co masz 

na myśli. Może jednak trzeba było jechać do Vauxhall! 

- Naprawdę uważasz, że sprowadzając cię tutaj, kierowałem się niecnymi zamiarami? 

- Byłabym  zdumiona,  gdybyś  się  nimi  nie  kierował  -  odparła  szczerze.  -  Bądź 

spokojny, mam o tobie jak najgorsze mniemanie. 

Stephen  poluzował  fular  i oparł  ciężar  ciała  na  rękach,  po  czym  wbił  wzrok  w jej 

obleczone  pończochami  kostki.  Poczuł  ukłucie  pożądania  tak  silne,  że  musiał  usiąść 

i popatrzyć na wodę, by się opanować. 

- Niezależnie  od  tego,  czym  się  kierowałem,  kochanie,  to  naprawdę  miłe  miejsce  - 

powiedział. 

Delfina  musiała  się  z nim  zgodzić.  Kiedy  usiadł  nieco  bliżej,  jej  puls  wyraźnie 

przyśpieszył. Odwróciła głowę, żeby sprawdzić, co robi Lowenna. 

- Jakie masz plany na jutro? - spytał Stephen. 

- Po południu odwiedzimy rodziców, a rankiem jestem wolna. 

- To dobrze. Będziemy mieli sposobność, by pójść do sklepów. 

- My? - Popatrzyła na niego ze zdziwieniem. 

- Chyba nie sądzisz, że puszczę cię samą, prawda? - Uśmiechnął się. - Skoro jesteśmy 

background image

w Londynie,  chcę,  abyś  skompletowała  nową  garderobę.  W przyszłym  tygodniu  wybieramy 

się  na  dwa  bale,  na  które  potrzebujesz  dwóch  nowych  sukni.  Muszę  ci  towarzyszyć,  aby 

odwieść cię od pomysłu zamawiania czegokolwiek w brązie i w szarości. 

Spojrzała na niego z udawaną urazą. 

- Nie  wszystkie  moje  suknie  są  nudne.  Mam  jedną  różową  -  wyznała.  W jej  oczach 

pojawiło  się  rozmarzenie  na  myśl  o pięknej  kreacji,  której  nie  mogła  się  oprzeć,  gdy 

zobaczyła ją na wystawie jednego ze sklepów w Plymouth. W przypływie szaleństwa kupiła 

suknię i zamierzała ją włożyć po powrocie Stephena z Hiszpanii. - Sprawiłam sobie tę suknię, 

gdy wraz z panią Crouch pojechałam do Plymouth. 

Stephen ani w ząb nie rozumiał, jak coś równie banalnego mogło przywołać na twarz 

Delfiny  wyraz  rozkoszy,  niemniej  bardzo  mu  się  to  podobało.  Zobaczył  też,  że  się 

zaczerwieniła  i ze  wstydem  założyła  za  ucho  kosmyk  włosów.  Wyglądało  na  to,  że  jego 

skromna i praktyczna żona wcale nie była odporna na urok pięknych strojów. 

- Cieszę się, że to słyszę. Przywiozłaś ją ze sobą? - zaciekawił się. 

- Nie. - Pokręciła głową. - Została w garderobie w Tamarze. 

- Twoje impulsywne działanie nareszcie powiedziało mi coś o tobie, droga żono. 

- Mianowicie? 

- Nie potępiasz mody w czambuł, dzięki czemu nasza wyprawa do sklepów na pewno 

będzie przyjemna. 

Tę  miłą  wymianę  zdań  przerwała  Lowenna.  Trzymając  w rączce  kilka  wymiętych 

stokrotek, wręczyła bukiet zachwyconej mamie, po czym odbiegła zrywać następne kwiatki. 

Delfina pochyliła się nad stokrotkami. 

- Mówią, że kwiaty mają własny język - mruknęła cicho. - Wierzysz w to? 

- A dlaczego nie? Niektórzy wierzą do tego stopnia, że napisali o tym książki. Nie to, 

żebym je czytał, ale bardzo modne jest okazywanie uczuć poprzez wręczanie odpowiednich 

kwiatów. To bardzo piękny sposób. 

Na jej ustach pojawił się uśmiech. 

- Te stokrotki to pierwszy bukiet, jaki kiedykolwiek dostałam - wyznała. 

- Lowenna jest równie sentymentalna jak jej mama. A zatem lubisz kwiaty? 

- Bardzo, zwłaszcza te, które słodko pachną. Ciekawe, co oznacza stokrotka. 

- Nie  znam  symboliki  kwiatów,  ale  sądzę,  że  może  oznaczać  cokolwiek,  co  zechce 

ofiarodawca.  -  Sięgnął  po  jedną  ze  stokrotek,  a Delfina  wstrzymała  oddech,  gdy  wsunął 

kwiatek  w jej  włosy.  -  No  proszę,  teraz  naprawdę  jesteś  stokrotkową  damą  -  zażartował.  - 

Chyba pójdę w ślady naszej córki i zacznę codziennie obsypywać cię kwiatami. Może dzięki 

background image

temu wreszcie uda mi się podbić twoje serce. 

- Chcesz podbić moje serce? - Popatrzyła na niego uważnie. 

- Jak  najbardziej  -  zapewnił  ją  z powagą.  -  Aby  je  zmiękczyć,  zacznę  od  róż.  Potem 

dam ci lilie, by oszołomić cię ich zapachem, a następnie dostaniesz passiflorę, byś wiedziała, 

z jaką pasją jestem ci oddany. To niezwykłe kwiaty i kojarzą się z namiętnością. 

Delfina odwróciła twarz, by nie dostrzegł kolejnego rumieńca. 

- Nigdy  nie  widziałam  passiflory,  więc  nie  rozpoznałabym  jej,  nawet  gdybyś  mi  ją 

ofiarował. 

- Rozpoznałabyś, bo od razu bym ci powiedział, co to za kwiat. Podobno jeśli zje się 

owoc  passiflory,  może  zdarzyć  się  wszystko  -  wyszeptał  uwodzicielskim  głosem.  -  Istnieje 

niebezpieczeństwo,  że  całkowicie  stracisz  zahamowania  i staniesz  się  zupełnie  inną  osobą. 

Nie poznasz samej siebie. 

Nagle przypomniała sobie wszystkie jego gorące pocałunki i pieszczoty. 

- Mój Boże - oznajmiła bez tchu. - To poważne objawy. - Czuła się zawstydzona, więc 

uznała,  że  zamaskuje  zakłopotanie  żartem.  -  Ależ  Stephenie,  czyżbyś  próbował  sprowadzić 

mnie na złą drogę, przekupując egzotycznymi podarkami? 

- Jeśli  tylko  w taki  sposób  zdołam  zaciągnąć  cię  do  łoża,  kochanie,  dopilnuję,  byś 

zjadała passiflorę każdego dnia na śniadanie - odparł całkiem poważnie. - Walczymy ze sobą 

o władzę,  Delfino.  Kiedy  wróciłem  z Hiszpanii  i dałaś  mi  do  zrozumienia,  że  mam  się  do 

ciebie nie zbliżać, gotów byłem uszanować to życzenie i trzymać się z dala od twojej sypialni. 

W ten  sposób  torturowałabyś  mnie  niewypowiedzianą  obietnicą,  że  w końcu  mnie  do  siebie 

zaprosisz.  Za  dobrze  jednak  pamiętam  twą  namiętność  i żar.  Wiem,  że  ogień  nadal  w tobie 

płonie. Naprawdę nie widzisz, jaką masz nade mną władzę? 

Zerknęła  na  niego,  zastanawiając  się,  czy  mówił  prawdę,  czy  tylko  ją  prowokował. 

Czuła, że w tej walce nie jest dla niego równym przeciwnikiem. 

- Nie sądzę, bym miała nad tobą jakąkolwiek władzę - odrzekła. - Wręcz przeciwnie. 

Delikatnie dotknął jej policzka. 

- Za kogo ty mnie masz? Naprawdę nie widzisz, jaki jestem udręczony? Dzień w dzień 

zbliżam się do ciebie, ale nie wolno mi cię dotknąć. Już od tygodni przemykasz obok mnie 

niczym  cień.  Jako  mężczyzna  mam  swoje  potrzeby  i nie  mogę  ot  tak  przestać  cię  pragnąć. 

Naprawdę uważasz, że jestem z kamienia? 

Delfina poczuła, że słabnie po tym wyznaniu, więc odwróciła wzrok. 

- Chcesz powiedzieć, że moja prośba była niesprawiedliwa i irracjonalna? 

- Owszem. Popatrz na mnie, Delfino. - Delikatnie obrócił jej twarz ku sobie. - Jeśli cię 

background image

uraziłem,  bardzo  mi  przykro.  Ale  ty  też  mnie  zraniłaś  i teraz  oboje  odczuwamy  ból.  Wciąż 

możemy się ranić albo przestać i zacząć się uzdrawiać. Co wolisz? 

Patrząc  mu  w oczy,  uświadomiła  sobie,  że  mówił  szczerze.  Czuła  się  zupełnie 

bezradna i niepewna. W końcu oznajmiła: 

- Nigdy nie chciałam z tobą walczyć, Stephenie. 

Patrzył na nią jeszcze przez chwilę, po czym wziął ją za rękę i delikatnie ucałował. 

- To dobrze - powiedział. - To załatwia sprawę. 

- Tak - szepnęła. - Sprawa jest załatwiona. 

W tym  samym  momencie  Lowenna  wepchnęła  się  między  nich  z chichotem,  gdyż 

niesłychanie  rozbawił  ją  widok  mamy  ze  stokrotką  we  włosach.  Potem  Delfina  zaplotła 

stokrotkowy  wianek  i włożyła  go  córce  na  głowę  niczym  koronę.  Dziewczynka  była  tak 

zachwycona,  że  nie  ośmieliła  się  ruszyć,  aby  wianek  nie  spadł.  Kiedy  jednak  jej  oczy 

rozjaśniły  się  na  widok  małej  łódeczki,  którą  ze  sobą  przywieźli,  ku  rozbawieniu  rodziców 

zupełnie zapomniała o kwiatkach. 

- Papo, chodź, pożeglujemy. - Pociągnęła go z całej siły za rękę. 

- Idźcie. - Delfina roześmiała się. - Pobawcie się, a ja tymczasem rozpakuję kosz. 

Stephen wstał, ale nie od razu odszedł. Pochylił się i szepnął żonie do ucha: 

- Kiedy będę zabawiał naszą córkę, kochanie, może zastanowisz się nad tym, o czym 

przed  chwilą  rozmawialiśmy.  Choć  pod  żadnym  względem  nasze  małżeństwo  nie  jest 

zwyczajne,  pomyśl,  jak  szczęśliwa  będzie  nasza  córka,  a wraz  z nią  my  oboje,  kiedy 

obdarzymy ją braciszkiem lub siostrzyczką. 

Niczym  w transie  Delfina  patrzyła,  jak  Stephen  bierze  Lowennę  za  rękę  i zmierza 

z nią w kierunku stawu. Już dawno zastanawiała się nad tym, czy wpuścić Stephena do łoża. 

Wciąż  jednak  nie  była  pewna,  czy  mogli  zapomnieć  o różnicach  i zachowywać  się  jak 

normalne małżeństwo. Nie chciał już walczyć, ale czy mogła oddać się mężowi, dopóki inna 

kobieta zajmowała miejsce w jego sercu? Czy powinna tak łatwo zapomnieć? - zastanawiała 

się. A może dzięki wspólnym nocom szybciej odzyska męża i sprawi, że zapomni o pięknej 

Hiszpance? 

 

background image

  ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

 

Gdy  Delfina  rozłożyła  na  kocu  smakołyki  przyrządzone  przez  kucharkę,  przez 

następne  pół  godziny  odpoczywała,  obserwując,  jak  Stephen  i Lowenna  klęczą  nad  stawem 

i spuszczają na wodę niewielką dwumasztową łódeczkę. Łódka przywiązana była do sznurka, 

którego koniec Stephen mocno trzymał w dłoni. Dziewczynka patrzyła, jak zabawka kołysze 

się w płytkiej wodzie, a Delfina była oczarowana tą sceną. Ojciec i córka trzymali głowy tak 

blisko  siebie,  że  nie  sposób  było  odróżnić  ciemnych  loków  Lowenny  od  włosów  Stephena. 

Czasem  mówił  coś,  na  co  dziewczynka  wybuchała  śmiechem  tak  zaraźliwym,  że  i ona  się 

uśmiechała. 

W końcu  Lowenna  znudziła  się  łódką  i usiadła  obok  ojca,  żeby  obserwować  dwa 

majestatyczne  łabędzie,  które  przepływały  nieopodal.  Delfina  z zainteresowaniem  słuchała, 

jak  Stephen  opowiada  szczerze  zaciekawionej  córce  o pirackich  statkach  i zakopanych 

skarbach. 

Gdy już zjedli, puścili kolorowy latawiec, a Lowenna klaskała w dłonie i tańczyła. 

- Wyżej, papo - prosiła nieustannie. - Niech poleci wyżej, do samego nieba. 

Delfina  zasłoniła  oczy,  żeby  popatrzeć,  jak  latawiec  wzbija  się  pod  niebo.  Kiedy 

jednak  wiatr  ustał,  latawiec  nagle  spadł  na  ziemię  z trzaskiem.  Dziewczynka  podniosła  go 

i rzuciła  z powrotem  w niebo,  ale  wiatr  był  zbyt  słaby,  żeby  go  utrzymać.  Śmiejąc  się 

z rozczarowania córki i próbując ją pocieszyć, Stephen złapał dziewczynkę i posadził sobie na 

barana,  po  czym  oświadczył,  że  jeśli  będzie  grzeczna,  po  drodze  do  domu  wstąpią  do 

herbaciarni Guntera na lody. 

Lokal  Guntera  na  Berkley  Square  był  popularnym  miejscem  spotkań  beau  monde

a ludzie  przychodzili  tam  delektować  się  lodami  i sorbetami.  Ta  zapowiedź  uciszyła 

Lowennę, która bez słowa skargi wsiadła do dwukółki. 

Następnego dnia Stephen z entuzjazmem porwał Delfinę na zakupy. Powóz grzechotał 

na  kocich  łbach,  gdy  jechali  w kierunku  Bond  Street.  Gdy  przystanęli,  kazał  woźnicy 

zaczekać  na  końcu  ulicy,  po  czym  zeskoczył  i pomógł  żonie  wysiąść,  a następnie  ruszyli 

wzdłuż eleganckich sklepów. 

Bond  Street  pełna  była  modnych  zakładów  kapeluszniczych,  pasmanterii,  znanych 

pracowni  krawieckich  i drogich  salonów  jubilerskich.  Gdy  w końcu  Stephen  zatrzymał  się 

przed jednym ze sklepów z sukniami, Delfina uniosła brwi. 

- Dlaczego wybrałeś właśnie ten? - spytała zaskoczona, omijając dwóch fircyków. 

background image

- Słyszałem,  że  pracownia  madame  Lasalles  jest  najlepsza  w mieście  -  odparł.  - 

Madame ma tu sklep od wielu lat i słynie z wyczucia stylu oraz prawdziwej elegancji. 

Delfina  spojrzała  na  niego  ze  zdziwieniem  i rozbawieniem  jednocześnie.  Nawet  do 

głowy jej nie przyszło, że mąż może okazać się znawcą damskiej mody. 

- A skąd masz tę informację, Stephenie? 

Uśmiechnął się do niej szeroko. 

- Moja matka zawsze ceniła madame Lasalles - wyznał. 

Choć  nie  gustowała  w zakupach,  czasem  towarzyszyła  mamie  i siostrom.  Teraz, 

u boku pełnego niespodzianek męża, poczuła się dziwnie podekscytowana. 

Madame Lasalles z uśmiechem powitała przystojnego dżentelmena i jego piękną żonę. 

Okazało się, że wciąż pamięta matkę Stephena, która słynęła z wyjątkowo dobrego gustu. Po 

wymianie uprzejmości przeszli do interesów. 

- Moja  żona  musi  dysponować  kompletną  garderobą.  Jestem  pewien,  że  krawcowa 

z pani  doświadczeniem wie,  co to  oznacza  -  oświadczył  Stephen i rozsiadł się w wygodnym 

fotelu. 

Oui, oczywiście, monsieur. 

Madame  uśmiechnęła  się  z przyjemnością,  patrząc  na  Delfinę,  i pomyślała,  że  w tej 

atrakcyjnej,  świeżej  kobiecie  jest  coś  niewinnego,  lecz  przy  tym  sprawia  ona  wrażenie 

kusicielki. Oczyma duszy madame widziała suknię, która idealnie pasowałaby na jej smukłą, 

a jednak  bardzo  kobiecą  sylwetkę.  Przyglądała  się,  jak  rudowłosa  dama  z gracją  przechadza 

się  po  sklepie  i przygląda  belom  materiałów  na  półkach,  a także  zerka  na  szkic  sukni  na 

sztaludze,  całkowicie  nieświadoma  ukradkowych  spojrzeń,  które  przyciągała.  Kiedy  zaś 

madame  popatrzyła  na  przystojnego  męża  młodej  damy,  trudno  było  jej  powiedzieć,  które 

z nich bardziej zachwyca otoczenie. 

- Ma pan niezwykle piękną żonę, wasza lordowska mość - oznajmiła. 

Oczy Stephena rozbłysły. 

- Zgadzam  się  z panią,  madame.  To  najpiękniejsza  kobieta,  jaką  poznałem.  Ale  jako 

jej mąż oczywiście, z pewnością nie jestem obiektywny - dodał żartobliwie. 

Couteriere podeszła do Delfiny. 

- Proszę  tędy,  lady  Fitzwaring  -  poprosiła.  -  Przejdziemy  do  przymierzalni,  gdzie 

zdejmę  z pani  miarę.  Potem  zadecydujemy  o stylu  sukni  i dobierzemy  potrzebne  materiały. 

Wybierzemy to, co przypadnie do gustu obojgu państwa. 

- Zdaję się na panią, madame - wtrącił Stephen. - Proszę wybrać to, co uważa pani za 

najlepsze. 

background image

- Myślę,  że  wasza  lordowska  mość  powinien  udać  się  z nami.  Mam  kilka  uroczych 

szkiców najświeższych fasonów. 

Delfina  nie  była  w stanie  sprzeciwić  się  obecności  Stephena,  więc  posłusznie 

podreptała za madame do małego pokoju na zapleczu sklepu. W pomieszczeniu roiło się od 

szkiców  i materiałów.  Krawcowa  wskazała  Stephenowi  krzesło,  a następnie  popatrzyła  na 

Delfinę. 

- Proszę zdjąć suknię, a ja panią zmierzę. 

Odwróciła się, a madame rozpięła jej suknię. Pomieszczenie było tak małe, że ledwie 

mieścili się we trójkę. Podczas gdy madame mierzyła, rozebrana do halki Delfina podnosiła 

ręce  i obracała  się,  głośno  przy  tym  oddychając.  Wykonując  te  wszystkie  czynności, 

mimowolnie ocierała się o Stephena. 

Jego  obecność  krępowała  ją,  tak  że  czuła  się  niczym  mucha  w pajęczej  sieci.  Gdy 

zauważyła swoje odbicie w zwierciadle, wstrzymała oddech z przerażenia, gdyż jej biust był 

ledwie ukryty pod cienkimi koronkami. Krągłe piersi prześwitywały przez delikatną tkaninę, 

a ona nawet nie mogła się zasłonić. 

Była  tak  zakłopotana,  że  nie  odważyła  się  spojrzeć  na  męża.  Kiedy  jednak 

podchwyciła  jego  spojrzenie  w lustrze,  poczuła,  że  jej  skóra  płonie.  Zacisnęła  usta 

i spiorunowała go wzrokiem, po czym wbiła spojrzenie w podłogę. 

Madame Lasalles przysiadła na piętach, podniosła wzrok na Delfinę i uśmiechnęła się. 

- Jest pani ideałem, lady Fitzwaring - oznajmiła. - Miło szyć garderobę dla kogoś o tak 

pięknej  figurze.  Co  za  wspaniałe  ciało!  Pełne  piersi,  wąska  talia,  a te  nogi  i biodra...  Mon 

Dieu! Prawda, wasza lordowska mość? 

Popatrzyła na Stephena, który pożerał żonę wzrokiem. 

- Zdecydowanie się z panią zgadzam, madame - przytaknął. 

Delfina  zamknęła  oczy,  zażenowana  swobodą,  z jaką  couteriere  rozprawiała  o jej 

ciele.  Tymczasem  madame  Lasalles  opuściła  głowę  i uśmiechnęła  się  do  siebie.  Wiele  razy 

widywała taki wyraz twarzy u mężczyzn w tym pomieszczeniu. Jego lordowska mość marzył 

o tym, by stąd wyjść i zaciągnąć młodą żonkę do łóżka. 

- Pochlebia  mi  pani,  madame.  Zawsze  uważałam,  że  jestem  przeciętna.  -  Odetchnęła 

z ulgą. - Mam cztery starsze siostry, które są o wiele piękniejsze. 

- Wobec tego proszę przysłać je do mnie, bym ubrała je wszystkie. - Madame Lasalles 

ze  śmiechem  podniosła  się  z kolan  i zawiesiła  taśmę  mierniczą  na  szyi.  -  Przygotuję  szkice 

rozmaitych fasonów do obejrzenia. Proszę włożyć suknię.  - Zerknęła na Stephena i jej oczy 

rozbłysły. - Mąż na pewno pomoże pani ją zapiąć. 

background image

Po tych słowach wyszła. Stephen zaczął zapinać guziczki z tyłu, a ona poczuła się tak, 

jakby jego palce były rozgrzane do czerwoności. Złościła się na siebie za to zdenerwowanie, 

więc  kiedy  się  odsunął,  odetchnęła  z ulgą.  W tym  samym  momencie  jednak  Stephen 

znienacka pocałował ją w szyję tuż pod uchem. 

- To  było  bardzo  satysfakcjonujące  doświadczenie  -  szepnął  zuchwale.  -  Chyba 

jeszcze nigdy nie byłem tak poruszony widokiem rozbierającej się damy. 

Na widok niespodziewanego podziwu Delfina oblała się rumieńcem i pochyliła głowę, 

by poprawić suknię. Jej zdenerwowanie nie uszło uwadze Stephena, który zaśmiał się cicho, 

wpatrzony w dekolt. 

- Dlaczego  się  denerwujesz?  -  Uśmiechnął  się  od  ucha  do  ucha.  -  Przecież  tylko 

pomogłem zapiąć guziczki. 

Delfina w milczeniu wyprostowała się i poprawiła gorset. 

- Niczym  się  nie  przejmuj,  najdroższa,  jesteś  bardzo  przyzwoicie  ubrana  -  dodał.  - 

Poza tym tylko ja na ciebie patrzę. 

- Zamilknij, Stephenie - poprosiła go w końcu. - Madame Lasalles usłyszy. 

W tym  samym  momencie  couturiere  weszła  do  pomieszczenia  ze  szkicami 

w dłoniach.  Lady  Fitzwaring  natychmiast  pochyliła  się  nad  rysunkami.  Były  znakomite 

i w większości bardzo w jej stylu. Stephen również nie wahał się wyrazić swojej opinii. Część 

projektów odrzucił, a wybrał te, które podobały się zarówno madame Lasalles, jak i Delfinie. 

Posunął  się  do  tego,  że  nawet  zasugerował  odpowiednie  tkaniny,  wprawiając  żonę 

w zdumienie.  Gdy  skończyli,  do  każdego  szkicu  zostały  przypięte  kawałki  materiału  - 

jedwabiów, atłasów, aksamitów i miękkiej wełny. Jedną z kreacji Stephen wybrał na pierwszy 

bal.  Była  to  suknia  w odcieniu  czerwieni,  stylowa  i elegancka,  łącząca  prostotę 

z wyrazistością luksusowej tkaniny. 

Kiedy  przyszło  do  płacenia,  Delfina  pobladła,  słysząc,  jaki  będzie  koszt  nowej 

garderoby. 

- Powiedziałam ci wcześniej, że nie zamierzam oszczędzać, kochanie - szepnął do niej 

Stephen, świadomy dylematu. - Nie wahaj się wydawać pieniędzy. Szkice, które wybrałaś, są 

wspaniałe  i bardzo  mi  się  podobają.  Podziwiam  twój  gust,  więc  jeżeli  jesteś 

usatysfakcjonowana,  chodźmy  sprawdzić,  co  ma  do  zaoferowania  reszta  Bond  Street.  - 

Odwrócił  się  do  właścicielki.  -  Chciałbym,  żeby  dwie  suknie  były  gotowe  za  dwa  dni, 

madame  Lasalles.  Bardzo  krótko  zabawimy  w Londynie.  Najważniejsza  jest  ta  czerwona 

suknia. 

- Ależ  wasza  lordowska  mość,  niemożliwe  jest  ukończenie  sukni  w dwa  dni!  - 

background image

wykrzyknęła madame. - Potrzeba na to co najmniej tygodnia. 

- Bardzo  mi  przykro,  madame,  ale  za  trzy  dni  musimy  się  zjawić  na  balu 

u Chevingtonów, a żona nie przywiozła ze sobą żadnej sukni odpowiedniej na takie wyjście. 

- Ale moje najbardziej doświadczone szwaczki nie poradzą sobie w dwa dni. 

- Proszę zatrudnić więcej dziewcząt. 

Stephen  uśmiechnął  się  do  niej  czarująco  i wypisał  bankowe  polecenie  wypłaty.  Na 

widok sumy madame wybałuszyła oczy. 

- To bardzo hojna zapłata - powiedziała rozmarzonym głosem. 

- Powinna pokryć koszty. - Doskonale wiedział, że to znacznie więcej. - Naturalnie, za 

dobrze  uszyte  suknie  otrzyma  pani  dodatkowe  wynagrodzenie.  Podejmie  się  pani  tego 

zlecenia? 

Madame  Lasalles  zastanawiała  się  przez  chwilę.  Matka  lorda  Fitzwaring  była  jedną 

z najlepszych  i najbogatszych  klientek,  więc  krawcowa  nie  mogła  zawieść  jej  syna.  Bal 

u Chevingtonów miał być wydarzeniem towarzyskim sezonu i chciała skorzystać z okazji, by 

zaprezentować jedną ze swych kreacji na pięknej lady Fitzwaring, nawet jeśli oznaczało to, że 

wszystkie  szwaczki  będą  zmuszone  pracować  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę.  Lord 

Fitzwaring nie tylko potrafił docenić modę i piękne tkaniny, ale także znał się na interesach. 

Było jasne, że przywykł do wydawania rozkazów. Należało go podziwiać za to, że gustował 

wyłącznie w tym, co najlepsze. 

Oui, monsieur - odparła po chwili. - Zrobię, co w mojej mocy. 

- Dziękuję, madame Lasalles. 

Po lekkim lunchu wyruszyli do rodziców Delfiny. Lowenna była bardzo podniecona 

perspektywą  spotkania  z dzieckiem  cioci  Rose,  ciotecznym  bratem  Thomasem,  a także 

zabawą w dawnej bawialni mamy. 

Jej papa nie podzielał tego zachwytu. Stephen z rozdrażnieniem czekał na nieuchronną 

konfrontację z teściem. Musiał jednak stawić mu czoło i nic nie dało się na to poradzić. 

Wyczuwając jego nastrój, Delfina postanowiła rozluźnić atmosferę. 

- Postaraj się nie denerwować - szepnęła. - Na pewno wszystko będzie dobrze. 

Mimo irytacji Stephen poczuł wdzięczność za ciepłe słowa. 

- Dziękuję,  moja  droga,  wątpię  jednak,  by  potraktowano  mnie  jak  dawno 

niewidzianego kochanego członka rodziny  - odparł. - Chcę jak najszybciej mieć to za sobą. 

Nie wątpię, że lord Cameron miał  sporo do powiedzenia na mój temat,  gdy odwiedziłaś go 

razem z Lowenną. 

- Nic  szczególnego,  choć  rzeczywiście  i on,  i mama,  wyrażali  pewne  obawy  - 

background image

przyznała. 

- W kwestii? 

- Chodziło o mnie. Chcieli być pewni, że o mnie dbasz. 

- Co im powiedziałaś? 

- Że mężczyźnie trudno zadbać o żonę, kiedy przebywa w innym kraju. 

- Rozumiem. - Pokiwał głową. - Wobec tego muszę przekonać ich, że jest inaczej. 

Gdy  jedna  ze  służących  zabrała  Lowennę  do  pokoju  dziecięcego,  Stephen  i Delfina 

przeszli  do  salonu,  gdzie  rodzina  właśnie  zamierzała  wypić  popołudniową  herbatkę. 

Gospodarze  w różny  sposób  zareagowali  na  ich  przybycie.  Na  twarzy  lady  Cameron 

malowała  się  ulga,  że  mąż  córki  zechciał  wreszcie  złożyć  im  wizytę.  Bliźniaczki,  jedna 

w różowej,  druga  w błękitnej  sukni,  wydawały  się  zafascynowane  i otwarcie  podziwiały 

przystojnego szwagra, ojciec zaś spoglądał nieufnie na zięcia. 

Delfina z radością przekonała się, że ciotka Celia wpadła z nieoczekiwaną wizytą, aby 

spotkać się z bratanicą i jej małżonkiem. 

- Lordzie  Cameron  -  przywitał  się  Stephen  głębokim,  melodyjnym  głosem 

i uśmiechnął do zebranych. - Lady Cameron. - Pochylił głowę, a następnie wypróbował swój 

urok na bliźniaczkach, całując je po rękach. 

- Miło  nam  pana  widzieć,  lordzie  Fitzwaring  -  powiedziała  lady  Cameron, 

przyglądając się zięciowi. Zupełnie zapomniała, jaki jest przystojny. - Dużo się zmieniło od 

naszego ostatniego spotkania. Bardzo się cieszymy, że w końcu mamy  okazję poznać naszą 

cudowną wnuczkę. 

- Lowenna rzeczywiście jest cudowna, lady Cameron. Wszyscy są nią oczarowani, a ja 

najbardziej. 

Zadowolona, że lord Fitzwaring najwyraźniej nie ma pretensji o sposób, w jaki został 

przymuszony do małżeństwa z Delfiną, lady Cameron wskazała ręką sofę. 

- Proszę  siadać  i opowiedzieć  nam  o Hiszpanii  oraz  miejscach,  które  zdążył  pan 

odwiedzić od naszego ostatniego spotkania. 

- Mamo - powiedziała szybko Delfina, gdy Stephen usiadł tuż obok niej. - Mówisz tak, 

jakby Stephen wyjechał na wyprawę, a nie na wojnę. Był zbyt zajęty, by podziwiać widoki. 

Stephen uśmiechnął się do teściowej. 

- Tak czy inaczej, Hiszpania to wyjątkowo piękny kraj, choć lato bywa tam męczące. 

Bardzo różni się od tego, do czego przywykliśmy w Anglii. 

Podczas  gdy  lady  Cameron  zajmowała  się  nalewaniem  herbaty,  którą  roznosiły 

bliźniaczki, Delfina niespokojnie popatrzyła na męża. 

background image

- Mogę się odsunąć, jeśli potrzebujesz więcej miejsca, Stephenie - powiedziała cicho. 

Uśmiechnął się zawadiacko i wziął ją za rękę. 

- Nie  ma  takiej  potrzeby.  Zapewniam  cię,  że  jest  mi  bardzo  wygodnie,  najdroższa  - 

mruknął i pochylił się ku niej, żeby poczuć zapach jej włosów. 

Omal  nie  zamknęła  oczu  na  tę  niespodziewaną  pieszczotę.  Wyglądało  na  to,  że 

wszystkie  jej  wysiłki,  by  utrzymać  dystans  do  męża,  zostały  zniweczone  przez  palące 

potrzeby  ciała,  które  narastały  z dnia  na  dzień.  Podniosła  wzrok  i dostrzegła,  że  jej  ojciec 

bacznie ich obserwuje. 

- Lordzie  Fitzwaring,  ostatni  raz  widzieliśmy  się  na  pańskim  ślubie  z moją  córką  - 

odezwał się. - Ufam, że dobrze pan o nią dba. Na pewno rozumie pan naszą troskę - Delfina 

mieszkała  tak  daleko,  podczas  gdy  pan  walczył  w Hiszpanii.  Niedobrze  się  złożyło,  że...  - 

Odkaszlnął. - Że zareagowałem tak ostro, jednak nie mogłem zignorować tamtej sytuacji, tak 

jak nie mogę puścić tego, co zaszło, w niepamięć. Wraz z żoną zawsze dawałem dzieciom jak 

najlepsze  rady.  Córka  najwyraźniej  nie  wzięła  ich  sobie  do  serca,  a przecież  była  już 

dostatecznie dorosła, by wiedzieć, jak postąpić. 

- Pewnie  nie  uświadamiała  sobie,  że  ma  ojca,  któremu  tak  na  niej  zależy  -  zauważył 

Stephen. 

Przypomniał  sobie,  jak  lord  Cameron  zrugał  go  dwa  lata  wcześniej  i teraz, 

z perspektywy czasu, musiał przyznać, że mu się należało. O dziwo, przez chwilę czuł podziw 

dla teścia, zatroskanego, choć zdystansowanego ojca o surowych zasadach, człowieka, który 

wymagał,  by  ludzie  z jego  otoczenia  zachowywali  się  przyzwoicie.  Żałował  jednak,  że  ten 

dumny arystokrata nie okazywał Delfinie stosownej miłości i troski, gdy dorastała. 

- Może  pan  spać  spokojnie,  lordzie  Cameron  -  dodał.  -  Zapewniam  pana,  że  strzegę 

żony  i ją  uwielbiam.  Prawda,  kochanie?  -  Pocałował  ją  w rękę,  po  czym  uśmiechnął  się  do 

teścia.  -  Delfina  niczego  nie  pragnie  dla  siebie.  Teraz,  gdy  powróciłem  z wojny,  dopilnuję 

szczęścia ukochanej. Przy mnie zawsze będzie bezpieczna. 

- Nikt nie może tego obiecać - odezwała się cicho. 

- Dołożę wszelkich starań - powiedział Stephen z czułym uśmiechem. 

- Delfina niewątpliwie poczuła ulgę, gdy powrócił pan do domu, lordzie Fitzwaring  - 

wtrąciła  lady  Cameron.  -  To  oczywiste,  że  bardzo  pana  ceni.  Czy  dobrze  się  pan  bawi 

w Londynie? 

Stephen pogodnie skinął głową. 

- Dzisiaj  rano  udaliśmy  się  na  bardzo  wyczerpującą  wyprawę  na  zakupy. 

Podejrzewam, że szybko nie wydobrzeję bez rekonwalescencji. 

background image

- Byliście na zakupach? - Fern wyraźnie się ożywiła. 

Cały  jej  świat  kręcił  się  wokół  najmodniejszych  ulic  w Londynie,  gdzie  mogła 

kupować wszystko bez ograniczeń. 

- Całą garderobę - odrzekł Stephen. - Może pani to sobie wyobrazić? 

- To  ty  twierdziłeś,  że  jest  mi  niezbędna  -  oświadczyła  Delfina  z udawanym 

oburzeniem.  -  Mnie  wystarczały  ubrania,  które  już  mam.  Można  by  pomyśleć,  że  padłeś 

ofiarą mojego ataku! 

Stephen popatrzył na nią, po czym odchylił głowę i zaśmiał się głęboko i szczerze. 

- A ja  mógłbym  powiedzieć,  że  gdy  mężczyzna  ma  taki  skarb,  nie  wypada,  aby 

targował się o kilka funtów - oznajmił. 

- Straszny z ciebie diabeł, wiesz? - Jej oczy zalśniły. 

- Nadal jednak mogę odkupić winy, najdroższa - mruknął, patrząc na nią łobuzersko. 

- Nigdy nie mówiłam, że to wada. 

- No cóż, Delfino - odezwała się lady Cameron, nieco zdumiona demonstracją uczuć. 

Po  dwóch  latach  zamartwiania  się  o córkę,  która  zbłądziła,  z radością  przekonała  się,  że 

małżeństwo to jest niezwykle udane i nie brakuje w nim głębokich uczuć. - Cieszę się, że lord 

Fitzwaring pozwolił wyciągnąć się do sklepu. Pamiętam, że zawsze miałam z tym trudności. 

Słyszałam,  że  wybieracie  się  na  bal  u lorda  i lady  Chevington.  To  nie  lada  zaszczyt.  - 

Uśmiechnęła się do Stephena.  - Delfina nigdy nie lubiła bywać  w towarzystwie  - wyjaśniła 

i spojrzała na córkę. - Cieszę się, że przynajmniej się starasz, moja droga. Musisz udawać, że 

dobrze się bawisz, nawet jeżeli tak nie będzie. 

- Otóż to. Nieustannie była skupiona wyłącznie na tej nieszczęsnej ochronce - burknął 

lord Cameron.  - Mogła  o niej opowiadać dniami  i nocami. Zastawiła wszystkie wartościowe 

rzeczy, by móc wpłacać pieniądze na przytułek. Zawsze była bardzo uparta, więc to na pewno 

się nie zmieniło. 

- Ależ ja wcale nie chcę tego zmieniać - powiedział cicho Stephen. - To anioł. Zawsze 

tak  uważałem  i kocham  ją  taką,  jaka  jest.  Cieszę  się,  że  poślubiłem  kobietę,  która  myśli  nie 

tylko  o sobie,  ale  wszystkim  dzieli  się  z potrzebującymi.  Jej  odwaga  i wrażliwość  budzą  we 

mnie podziw i szacunek. 

Delfina  wpatrywała  się  w niego,  zdumiona  tymi  słowami.  Powiedział,  że  ją  kocha, 

i wspomniał,  że  jest  aniołem?  Niestety,  od  razu  pomyślała  o Angelet  i dobry  nastrój  prysł. 

Próbowała  sobie  przypomnieć,  co  dokładnie  powiedział  kilka  tygodni  temu,  kiedy  zaczęli 

oddalać się od siebie. 

- Czy coś cię martwi, moja droga? - Łagodny, cichy głos wyrwał ją z zamyślenia. 

background image

Delfina popatrzyła życzliwie na ciotkę Celię. 

- Cieszę się, że tu przyszłaś, ciociu - wyznała. - Mamy ci do przekazania nowinę, która 

sprawi, że przestaniesz się zamartwiać. 

Starsza pani uśmiechnęła się. 

- Bardzo  się  cieszę,  najpierw  jednak  powiedz  mi,  czy  Maisie  już  się  zadomowiła. 

Dzieci za nią tęsknią, lecz najważniejsze, że jest bezpieczna. 

- Świetnie  sobie  radzi  -  zapewniła  ją  Delfina.  -  Była  przeszczęśliwa,  kiedy  po  raz 

pierwszy włożyła na siebie nowe ubrania. Tak dobrze radzi sobie z Lowenną, że zastanawiam 

się, czy nie powinna zostać jej opiekunką. Wracając do sprawy... chcemy, byś wiedziała, że 

Stephen kupi ten budynek starej szkoły w Islington, jeśli nadal jest na sprzedaż. 

Celia szeroko otworzyła oczy ze zdumienia. 

- Ależ...  lordzie Fitzwaring, to  niesłychanie hojny  dar...  -  Zająknęła się.  -  Doprawdy, 

zupełnie  nie  wiem,  co  powiedzieć.  -  Była  tak  przejęta,  że  jej  blada  twarz  okryła  się 

rumieńcem. 

- Nic  nie  musi  pani  mówić  -  zapewnił  ją  Stephen.  -  Delfina  opowiadała  mi,  jak 

rozpaczliwie  szuka  pani  datków  na  ochronkę  i jak  bardzo  dzieci  potrzebują  nowego, 

odpowiedniejszego  miejsca.  Chętnie  przekażę  pieniądze  na  tak  szlachetny  cel,  skłonię 

również przyjaciół, by coś dołożyli. 

Celia wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. 

- To... byłoby cudownie. - Nie mogła przestać się jąkać. 

- Rzecz jasna, osobiście obejrzę wybraną przez panią nieruchomość, żeby się upewnić, 

czy to najlepszy wybór na sierociniec - dodał. - Udamy się tam razem i przy okazji powie mi 

pani,  co  należy  zrobić,  aby  dostosować  budynek  do  potrzeb  dzieci  oraz  personelu.  Jak 

najszybciej  umówię  się  z pełnomocnikiem  i powiadomię  panią,  kiedy  będziemy  mogli 

obejrzeć dom. 

Przejęta Celia dyskretnie otarła łzy chusteczką. 

- Tak bardzo dziękuję. To wiele dla mnie znaczy, a jeszcze więcej dla dzieci. 

- Ależ to nic takiego. Cieszę się, że mogłem pomóc. 

Potem  rozmowa  zeszła  na  inne,  błahsze  tematy.  Przez  następną  godzinę  Stephen 

zdołał  oczarować  domowników,  a kiedy  przyszła  pora  się  zbierać,  lord  i lady  Cameron 

zgodnie  doszli  do  wniosku,  że  mimo  ponurych  okoliczności,  które  doprowadziły  do 

małżeństwa, wszystko się dobrze ułożyło. 

Wieczorem  w dniu  balu  u Chevingtonów,  Delfina  poprawiła  na  ramionach  czerwoną 

suknię. Bez pokojówki nie była jednak w stanie zapiąć haftek na plecach. 

background image

Gdy Stephen wszedł, na jej widok zamarł. Stała w przepięknej sukni empire i nie była 

tą samą uroczą, młodą kobietą, do której przywykł. Jej przemiana jednocześnie wytrąciła go 

z równowagi  i oczarowała.  Zapierająca  dech  w piersiach  młoda  kobieta  wyglądała  niczym 

księżniczka i mogłaby się pojawić na największych dworach świata. Jej gęste loki spływały 

na plecy, a dekolt uwypuklał pełne piersi. 

Gdy przed nim stanęła, Stephen uśmiechnął się z podziwem. 

- Podoba ci się suknia? - zapytał, nie mogąc oderwać wzroku od jej dekoltu. 

- Przyznam, że nie jest  to odcień, który bym  dla siebie wybrała, ale rzeczywiście mi 

się podoba. 

- To dobrze, choć zaczynam żałować, że idziesz na bal akurat w tej sukni. 

- Naprawdę? - Zaniepokoiła się. - Czy nie od początku takie było twoje życzenie? 

- Już budzi się we mnie zazdrość - wyjaśnił cicho. - Także i inni mężczyźni będą mieli 

tę przyjemność. Wzbudzisz sensację. 

- Och, mam nadzieję, że nie - odparła ze śmiechem. 

- Może  powinnaś  włożyć  tę  drugą  kreację,  którą  przygotowała  ci  madame  Lasalles? 

Jest skromniejsza. 

- Nie,  myślę,  że  włożę  właśnie  tę.  -  Delfina  roześmiała  się.  -  Chociażby  tylko  po  to, 

żebyś nie spuszczał ze mnie oka. 

- Nie  spuszczę  cię  z oka  niezależnie  od  tego,  w co  się  ubierzesz  -  odparł.  -  Dobrze, 

pozwolę ci w niej iść, ale koniecznie włóż do niej pelerynę. 

- Jak sobie życzysz. Czy mógłbyś pomóc mi ją zapiąć? - zapytała cicho, nie mogąc się 

doczekać jego dotyku. - Pokojówka musi być bardzo zajęta... 

Odwróciła  się  do  niego  tyłem  i nagle  poczuła,  jak  jego  palce  dotykają  nagiej  skóry, 

a ciepły oddech owiewa szyję. Gdy dopiął ostatnią haftkę, Delfina była cała w pąsach. 

- No i jak? - szepnęła. 

Stephen przechylił głowę i popatrzył na żonę, mrużąc oczy. 

- Idealnie - powiedział. - Niemal. Czegoś jednak brakuje. 

Wpatrywał się w nią jeszcze przez chwilę, a potem nagle wypadł z pokoju. Wrócił po 

chwili z wesołym uśmiechem na ustach i czarnym pudełeczkiem w dłoni. Gdy je otworzył, jej 

oczom ukazał się przepiękny sznur pereł i kolczyki do kompletu. 

- Och - westchnęła. - Obawiam się, że się rozpłaczę. 

- Nie podobają ci się? - zaniepokoił się Stephen. 

- Są piękne, ale na nie nie zasłużyłam. 

Stephen nie krył zadowolenia z jej reakcji. 

background image

- Pozwól, że sam to ocenię - oświadczył. 

Wyjął naszyjnik z pudełka, delikatnie odgarnął włosy i zapiął perły, po czym podał jej 

kolczyki.  Delfina  widziała  zaborczy  błysk  w jego  oku  i nagle  oświeciło  ją,  że  patrzy  na  jej 

fryzurę. Przypomniała sobie, że musi się uczesać. 

- Moja pokojówka zjawi się lada moment i ułoży mi włosy - wyjaśniła szybko. 

- Zostaw je tak, wyglądają naprawdę ślicznie - poprosił Stephen. - Wiesz przecież, że 

wolę rozpuszczone. 

- Widzę, że uparłeś się mnie oczarować tego wieczoru, Stephenie - westchnęła. - Coś 

niewątpliwie się za tym kryje. 

- Czyżby  mąż  nie  mógł  już  bezinteresownie  komplementować  własnej  żony?  - 

obruszył się. 

- Naturalnie, że może, ale musi być świadom, iż mężatkom nie przystoi pojawiać się 

na balach z rozpuszczonymi włosami. 

Raz jeszcze popatrzył z uznaniem na piękne włosy i kształtne piersi. 

- Może  powinnaś  ustanowić  precedens  i śmiało  zaprezentować  swoje  wdzięki?  - 

zaproponował. 

- Co  takiego?  -  Spojrzała  na  niego  ze  zdumieniem.  -  Wszystkie?  -  Zaśmiała  się 

z rozbawieniem,  odsłaniając  białe  zęby.  -  Nie  zapominaj,  że  Ewa  skusiła  Adama  właśnie 

swoimi wdziękami, Stephenie. 

- Zawsze mi się wydawało, moja droga, że to jabłko skusiło Adama, a jego upadek był 

spowodowany zwykłym łakomstwem. - Lekko pocałował ją w szyję. 

- Mogłam  się  domyślić,  że  wszystko  przekręcisz.  -  Popatrzyła  na  niego  z udawanym 

potępieniem. 

- A zatem  postanowione?  Zaszokujesz  towarzystwo,  zostawiając  włosy  bez  żadnych 

upiększeń? Chcę, żebyś się dobrze bawiła, kochanie - dodał z powagą. - Pragnę w przyszłości 

częściej zabierać cię do Londynu, więc to ważne, byśmy obracali się w kręgach towarzyskich. 

Denerwujesz się? 

- Nie, nie jestem zdenerwowana. - Delfina naciągnęła długie, eleganckie rękawiczki. - 

Jak wiesz, nigdy nie byłam  entuzjastką balów ani  przyjęć, które tak ekscytują moje siostry. 

Dwa  lata  w Kornwalii  tego  nie  zmieniły,  jednak  jako  żona  tak  ważnej  osoby  zdaję  sobie 

sprawę  z tego,  że  muszę  ulec,  i nie  narzekam.  Postanowiłam  dobrze  się  dzisiaj  bawić, 

a wieczór zapowiada się obiecująco. 

Stephen uniósł brwi i popatrzył na nią z rozbawieniem. 

- Podoba  mi  się,  że  użyłaś  słowa  „ulec”,  najdroższa.  Czy  mogę  mieć  nadzieję,  że 

background image

ulegniesz również w innych aspektach naszego małżeństwa, nim przeminie noc? 

Delfina zaśmiała się lekko i podała mu pelerynę. 

- Pomóż  mi,  proszę,  udrapować  ją  na  ramionach  -  powiedziała.  -  A co  do  twojego 

pytania... Obawiam się, Stephenie, że będziesz musiał poczekać, aby się przekonać. 

W drodze do powozu Stephen wybiegł myślami do chwili, gdy nacieszy się pięknym 

ciałem żony. 

Kiedy  wychodzili  z domu,  na  końcu  ulicy  pojawiła  się  jakaś  postać,  milcząca  jak 

zjawa, i po chwili zniknęła na schodach do piwnicy. 

Czarny  powóz  pędził  przez  ulicę,  czwórka  karych  koni  zarzucała  łbami  w strugach 

deszczu. Światła z lamp migotały na pozłacanych elementach pojazdu, w środku słychać było 

dudnienie kropli o dach. Stephen był w dziwnym nastroju, gdy uważnie przyglądał się żonie. 

Jednak euforia zdawała się w nim narastać w miarę zbliżania się do celu. Nie mógł się 

doczekać, kiedy pojawi się na balu z Delfiną u boku. Odkąd wrócił z Hiszpanii, marzył o tym, 

by się popisać żoną, a czy istniało miejsce lepsze na spełnienie tego marzenia niż Chevington 

House?  Bal  w tak  wspaniałej  posiadłości  na  Piccadilly  uważany  był  za  najważniejsze 

wydarzenie towarzyskie roku. 

Powód, dla którego Stephen tak pragnął pojawić się z żoną u boku, nie był dla niego 

do  końca  jasny.  Powtarzał  sobie,  że  po  dwóch  latach  małżeństwa  nadeszła  pora,  by  ludzie 

zobaczyli  ich  razem,  ale  nie  chodziło  tylko  o to.  Delfina  miała  w sobie  prowokującą 

zmysłowość,  naturalne  wyrafinowanie,  a on  chciał,  aby  wszyscy  wokoło  wiedzieli,  że  ta 

piękna kobieta należy tylko do niego. 

Powóz zwolnił, zbliżając się do celu. Kiedy zatrzymali się, niezwłocznie podbiegł ku 

nim  lokaj  z parasolem.  Otworzył  im  drzwi,  po  czym  odprowadził  ich  aż  do  wejścia  do 

budynku.  Gdy  znaleźli  się  w środku,  niemal  oślepił  ich  blask  niezliczonych  żyrandoli  oraz 

świec w kryształowych kandelabrach. 

Zostali  zaanonsowani,  a następnie  zaczęli  krążyć  po  zatłoczonym  holu.  Kilka  osób 

zerknęło  na  nich  z ciekawością,  nim  uświadomiły  sobie  one,  kto  przyszedł.  Wszyscy  znali 

Delfinę ze względu na jej rodzinne koneksje, ale oszałamiająco przystojny lord Fitzwaring od 

dawna nie pojawiał się w towarzystwie. Zewsząd dały się słyszeć szepty, a Stephen władczo 

trzymał  żonę  za  ramię,  zachwycony,  że  spełniła  jego  prośbę  i tylko  przewiązała  włosy 

dopasowaną do sukni wstążką. Bez pośpiechu wspięli się po schodach prowadzących do sali 

balowej.  Po  drodze  Stephen  przechwycił  dwa  kieliszki  czerwonego  wina  z tacy 

przechodzącego lokaja w liberii i podał jeden Delfinie. 

- Dla kurażu. - Uśmiechnął się. - Może być potrzebny. 

background image

Gdy  weszli  do  sali  balowej,  stanęli  pod  jedną  z kilku  kolumn,  by  wypić  wino 

i popatrzeć  na  tancerzy.  Byli  świadomi,  że  setki  głów  odwracają  się  w ich  stronę  i niemal 

natychmiast  ludzie zaczęli gromadzić się wokół  nich. Nie kryli zachwytu, gdy przedstawiał 

im Delfinę, a na odchodnym serdecznie zapraszali pułkownika wraz z żoną do siebie. 

- Wolałabym, żeby ludzie nie gapili się tak na nas - wyszeptała, gdy nagle, cudownym 

zrządzeniem losu, zostali sami. 

Wyczuwała  małostkową  zazdrość  w oczach  wielu  dam,  które  otwarcie  podziwiały 

Stephena zza wachlarzy, przyciągane otaczającą go aurą władzy i męskiej witalności. 

Stephen rozejrzał się dookoła i znowu popatrzył na żonę. 

- Przeszkadza ci to? - zapytał. 

- Nie, ale nie lubię być obiektem zainteresowania. 

- Wobec tego zatańczmy, nim znów ktoś do nas dołączy. 

Odstawiwszy kieliszki, wyciągnął do niej rękę, którą Delfina natychmiast przyjęła. Od 

bardzo dawno nie tańczyła, ale jakoś dała sobie radę, gdy zaczął prowadzić ją przez pierwsze 

kroki  walca.  Przytulona  do  muskularnego  ciała  męża,  pomyślała,  że  Stephen  tańczy 

z niespodziewaną lekkością i gracją. 

Dwie  godziny  później,  przetańczywszy  z mężem  każdego  walca  i wypiwszy  więcej 

szampana niż kiedykolwiek, Delfina czuła się radosna i oszołomiona. 

- Podobał  mi  się  nasz  piknik  -  powiedział  nagle  Stephen,  wpatrując  się  w nią 

z narastającym pożądaniem. - Jakie masz plany na jutro? 

- Nie  miałam  czasu  o tym  pomyśleć.  Zaproponuj  coś,  co  moglibyśmy  zrobić  razem 

i co oboje lubimy. 

Serce Stephena zabiło mocniej. 

- Pozwolisz, że zasugeruję coś, co moglibyśmy zrobić wcześniej? - szepnął poufale. - 

Coś, co oboje lubimy? 

Zadrżała ze szczęścia, czując jego ciepły oddech na policzku. Dobrze wiedziała, czego 

pragnął. Rzuciła mu spojrzenie spod rzęs i postanowiła udawać niewinną. 

- Dobrze. Możemy zagrać w karty albo w szachy. - Uśmiechnęła się radośnie. - Jestem 

w tym świetna. 

- Ty  lisico  -  mruknął  z rozbawieniem.  -  Nie  wątpię  w twoje  umiejętności,  lecz  jeśli 

pamięć mnie nie myli, jesteś też świetna w czymś innym. 

- Taaaak? A co masz na myśli? 

- Doskonale wiesz. 

Nie mogła mu  się oprzeć. Czuła, że jej ciało samo  ofiarowuje się temu mężczyźnie, 

background image

pośrodku sali balowej, na oczach londyńskiej elity. 

- Pragnę cię - wyznał. - Chodźmy do domu. 

Westchnęła głęboko i zatrzymała się. 

- Na co czekamy? - Uniosła brwi. 

Stephen  skłonił  ciemną  głowę  i sprowadził  żonę  z parkietu,  a już  po  chwili  siedzieli 

w powozie. 

- Czy tu jest lepiej? - Wziął ją za rękę. 

Jego  głos  był  uwodzicielski,  a oczy  lśniły  w blasku  księżyca.  Delfina  czuła  zapach 

skóry i włosów Stephena, przyciągał  ją niczym  magnes. Nie  chciała się  opierać, nie mogła. 

Nagle Stephen dotknął jej włosów. 

- Nareszcie jesteś tam, gdzie zawsze powinnaś być, najdroższa - szepnął. 

- A z waszej lordowskiej mości jest prawdziwy hultaj - oznajmiła przekornie. - Zdaje 

pan sobie z tego sprawę? 

- Nie zaprzeczam. 

- Byłabym niemądra, gdybym pozwoliła się wykorzystać. 

- No  to  bądź  niemądra  -  błagał,  dotykając  ustami  jej  szyi.  -  Kiedy  dojedziemy  do 

domu, wypijemy więcej szampana. 

- Pewnie myślisz, że będzie ci łatwiej mnie zdobyć, jeśli się upiję. 

- Źle  mnie  zrozumiałaś  -  zaprotestował.  Jego  zawadiacki  uśmiech  był  czarujący.  - 

Chcę cię ożywić, abyś nie zasnęła. Przed nami długa noc. 

- Byłeś w stosunku do mnie bardzo cierpliwy, Stephenie. 

- Cieszę się, że to nie umknęło twojej uwadze. Nie chciałem cię pośpieszać. Chciałem, 

żebyś była pewna. 

- Jestem pewna, Stephenie - oświadczyła. - Całkowicie pewna. 

Rzeczywiście,  była  pewna,  dopóki  nie  weszli  do  domu,  gdzie  już  czekał  na  nich 

wytrącony  z równowagi  pan  Oakley.  Z najwyższym  niepokojem  natychmiast  poinformował 

ich, że Maisie zniknęła. 

Została porwana. Tylko tak można było wyjaśnić jej nieobecność, pomyślała Delfina. 

 

background image

  ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

 

Delfina pogrążyła się w rozpaczy. Na jej obliczu malowały się szok i ból. Zamknęła 

oczy, próbując nie myśleć o najgorszym. 

- O, nie. Nie - jęknęła. - To robota Kelly’ego. Ma ją, jestem tego pewna. 

Przez chwilę stała całkiem nieruchomo, usiłując się uspokoić. Myśl o niewinnej, małej 

Maisie  w rękach  tego  zbira  była  wprost  nie  do  zniesienia.  Postanowiła  jak  najszybciej  udać 

się do burdelu pani Cox. Niewiele myśląc, ruszyła do drzwi. 

- A dokąd to? - usłyszała. 

Odwróciła się i popatrzyła na Stephena. 

- Odnaleźć Maisie - odparła. - Na Boga, Stephenie, musimy ją znaleźć. Jak on wszedł 

do domu? Dlaczego nikt go nie widział? Trzeba się dowiedzieć, dokąd ją zabrał. 

W oczach Stephena pojawił się gniewny błysk. 

- Do pani Cox? 

- To  byłoby  zbyt  proste.  -  Zamyśliła  się.  -  Na  pewno  wie,  że  to  pierwsze  miejsce, 

w którym zaczniemy szukać, i jednocześnie jedyne, do którego możemy się udać. Jeśli mamy 

odnaleźć  Maisie,  potrzeba  nam  pomocy.  Możesz  być  pewien,  że  Kelly  dobrze  ją  ukrył. 

Potrzebny  nam  włamywacz,  ktoś,  kto  potrafi  niepostrzeżenie  wedrzeć  się  do  budynku  i zna 

zwyczaje Kelly’ego; miejsca, w których ten łajdak bywa. Znam takiego człowieka i mogę cię 

zapewnić o jego lojalności, choć pewnie cię to zaszokuje. Nazywa się Fergus Daley i pracuje 

jako odźwierny u pani Cox. 

- Masz rację, jestem zaszokowany - potwierdził Stephen zimno. - Nie przypuszczałem, 

że moja żona ma znajomych wśród pospolitych kryminalistów. 

- Fergus  zawsze  był  dla  mnie  miły,  kiedy  chodziłam  szukać  Maisie  w lupanarze,  no 

i nienawidzi  Kelly’ego.  Troszczył  się  o Maisie  i nie  ucieszy  się  na  wieść,  że  ten  łajdak 

w końcu ją dorwał. Na pewno nam pomoże. Natychmiast musimy udać się do pani Cox. 

- Nie, Delfino. Ty zostaniesz tutaj. 

Z furią obróciła się na pięcie. 

- Nie mów mi, co mam robić, Stephenie Fitzwaring - powiedziała lodowatym tonem. - 

Maisie to moja podopieczna, ja za nią odpowiadam. Udamy się tam razem. 

- Nie. Bezwzględnie ci tego zabraniam - zaczął, ale ona tylko pokręciła głową. 

- A niby jak mi zabronisz, Stephenie? Powinieneś już wiedzieć, że zawsze robię to, co 

chcę. 

background image

Stephen zaklął pod nosem. Wiedział, że kłótnia z nią jest bezcelowa, a poza tym ona 

lepiej orientowała się, gdzie znaleźć dziewczynkę. 

- Jak sobie życzysz - ustąpił. - Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. 

Położył  dłonie  na  ramionach  żony  i delikatnie  pomasował,  po  czym  ją  przytulił. 

Chciała  dać  się  pocieszyć,  pragnęła  przylgnąć  do  niego  i zapłakać;  obawiała  się  jednak,  że 

stracą cenny czas, więc szybko się odsunęła. 

- Muszę ją znaleźć, Stephenie - powtórzyła. - To jeszcze dziecko, nie mogę dopuścić, 

żeby ten... 

- Dość - przerwał jej. - Nie wolno ci myśleć o najgorszym. Spójrz tylko na siebie, cała 

drżysz. Zaraz każę podstawić powóz, a tymczasem się przebierzmy. Te stroje przyciągnęłyby 

niepotrzebną uwagę. 

Włożyli na siebie najciemniejsze, najzwyklejsze ubrania, żeby nie rzucać się w oczy 

podczas  poszukiwań  Maisie.  Na  Water  Lane  dotarli  godzinę  po  północy.  Nawet  o tej  porze 

kręciło  się  tam  mnóstwo  ludzi.  Pijacy  podpierali  wejścia  do  budynków  lub  chwiejnym 

krokiem rozchodzili się do domów. 

Stephen  zapukał  do  drzwi  burdelu  pani  Cox.  Po  chwili  dał  się  słyszeć  łoskot 

odciąganej zasuwy, drzwi się otworzyły i na progu stanął Fergus. Na widok Stephena, którego 

niewątpliwie wziął za klienta, wyraźnie się odprężył, ale gdy ujrzał Delfinę, zmarszczył brwi. 

Po chwili na jego ustach wykwitł szeroki uśmiech. 

- Panna Cameron? A niech mnie. Co panią sprowadza o tej godzinie? - Ponownie się 

zachmurzył. - Na pewno nic dobrego. 

- Masz rację, Fergusie - przytaknęła. - Ogromnie potrzebujemy twojej pomocy. Kilka 

dni  temu  zabrałam  z ochronki  małą  Maisie.  Obawiam  się,  że  Kelly  dostał  się  do  naszego 

domu  i ją  porwał.  Musimy  znaleźć  to  nieszczęsne  dziecko,  nie  mam  jednak  pojęcia,  gdzie 

zacząć szukać. Wiesz może, gdzie mógł ją zabrać? 

Fergus zmrużył oczy, a jego wielkie dłonie zacisnęły się w pięści. 

- Ma  Maisie,  powiada  pani?  -  wycedził.  -  No  to  niech  Bóg  ma  go  w swojej  opiece, 

kiedy  go  dorwę.  Pokłócił  się  z panią  Cox  i od  miesięcy  tu  nie  bywa.  Ma  własny  lokal, 

niedaleko Fleet Street, bliżej rzeki. 

- Wiesz, gdzie to jest? - dopytywała się Delfina. - Myślisz, że tam właśnie ją zabrał? 

- Bardzo prawdopodobne. 

- Zaprowadzisz nas? 

Skinął głową i popatrzył na powóz. 

- Tak to się nie da, ulice za wąskie - mruknął. - Musimy iść piechotą. 

background image

Delfina  od  razu  poczuła  się  lepiej.  Teraz  przynajmniej  wiedzieli,  jakim  tropem 

podążać, a wnioskując z wyrazu twarzy Fergusa, Kelly mógł się szykować na najgorsze. 

Zostawiwszy  powóz  na  Fleet  Street,  ruszyli  w kierunku  rzeki.  Okolica  słynęła 

z kryjówek  rozmaitych  kryminalistów  i z podejrzanych  burdeli,  co  jasno  świadczyło  o tym, 

jak nisko stoczył się Will Kelly. Szukali miejsca zwanego Dziewiczy Zakątek, którego nazwa 

zdawała  się  wskazywać  na  charakter  przybytku.  W powietrzu  wisiał  gęsty  dym  z kominów 

wymieszany  z mgłą.  Budynki  wznosiły  się  tak  ciasno,  że  wokół  panowały  niemal 

nieprzeniknione  ciemności.  Delfina  trzymała  się  blisko  Stephena.  Krążyli  po  labiryncie 

krętych,  wyłożonych  kocimi  łbami  alejek,  identycznych  i zdających  się  prowadzić  donikąd. 

W końcu  dotarli  do  Dziewiczego  Zakątka,  brudnego  i cuchnącego  miejsca  obok 

przepełnionego  odrażającymi  ściekami  rynsztoka.  Z niektórych  okien  sączyło  się 

przyciemnione  światło.  Fergus  wskazał  lupanar  w zaułku,  zadziwiająco  czysty  i zadbany 

w porównaniu z innymi domami. 

Na twarzy Fergusa pojawiła się nadzieja, jednak po chwili znów zmarszczył brwi. 

- Jak Kelly tu będzie, to go złapiemy na gorącym uczynku - mruknął. 

Delfina  poczuła,  że  cała  się  trzęsie.  Zastanawiała  się,  czy  Kelly  widział  ich  z okna 

i czy przypadkiem nie próbuje właśnie w tej chwili wymknąć się z Maisie tylnymi drzwiami. 

- Nie możemy czekać - oznajmił Fergus. - Trzeba wchodzić od razu. 

Z tymi  słowami  przeszedł  przez  placyk,  a Stephen  i Delfina  podążyli  za  nim.  Mimo 

potężnych rozmiarów wykidajło poruszał się bardzo lekko, praktycznie bezgłośnie. 

Will  Kelly  siedział  sam  w tandetnie  umeblowanym  pokoju,  w którym  śmierdziało 

tanimi  pachnidłami  i alkoholem,  i właśnie  nalewał  sobie  dżinu  z butelki.  Kiedy  wpadli  do 

pomieszczenia, chwiejnie wstał. 

- Co jest? - wybełkotał. 

Żądny zemsty Fergus od razu chwycił go za gardło. Will był dobrze zbudowany, ale 

Fergus i tak górował nad nim rozmiarami. 

- Niech cię diabli - zaklął Will. - Mogłem się domyślić, że mnie znajdziesz. 

Fergus już miał uderzyć, ale w tym samym momencie wkroczył Stephen i odsunął go 

stanowczo.  Wykidajło  zaprotestował,  jednak  widząc  w dłoni  Stephena  pistolet  wycelowany 

w Kelly’ego, zrobił krok do tyłu. 

- Gdzie jest dziewczynka, draniu? - warknął Stephen. - Na Boga, jeśli ją skrzywdziłeś, 

pożałujesz dnia, w którym przyszedłeś na ten świat. 

- Jest  tam,  gdzie  jej  nigdy  nie  znajdziecie  -  syknął  Will.  Kiedy  jednak  poczuł  zimną 

stal na piersi, strach wziął górę nad brawurą. - No dobra - mruknął. - Jest tu, na górze. 

background image

Stephen  nawet  nie  drgnął,  tylko  nakazał  Fergusowi  sprowadzić  konstablów 

i powiedzieć im, że lord Fitzwaring potrzebuje ich w Dziewiczym Zakątku. Fergus posłuchał 

go z prawdziwą niechęcią, gdyż bardzo pragnął zostać i osobiście wymierzyć sprawiedliwość 

Kelly’emu. 

Nie  chcąc  czekać  ani  chwili  dłużej,  Delfina  natychmiast  zaczęła  się  wspinać  po 

wąskich  schodach,  oświetlonych  jedynie  pojedynczymi  kandelabrami  na  obskurnych 

ścianach. Na górze sprawdzała pokój po pokoju - w każdym siedziały skąpo odziane kobiety, 

dzięki  którym  Kelly  zarobił  fortunę.  Kiedy  już  zaczęła  się  denerwować,  znalazła  Maisie 

w ostatnim, brudnym i zimnym pokoju. 

Zwinięta  w kłębek  dziewczynka  leżała  na  łóżku,  twarzą  do  ściany.  Wydawała  się 

bardzo maleńka i bezbronna. 

- Maisie? 

Dziecko odwróciło głowę. Na widok znajomej twarzy Maisie krzyknęła i zerwała się 

z łóżka, po czym rzuciła się jej w ramiona. 

- Znalazła  mnie  panienka!  -  zaszlochała,  a Delfina  przytuliła  ją  mocno.  -  Niech 

panienka nie pozwoli mu mnie zabrać! Tak bardzo się boję. 

- Nic ci nie zrobi, daję słowo - odsunęła dziewczynkę na długość ramienia i spojrzała 

jej w oczy. - Powiedz mi, on cię skrzywdził? 

Maisie stanowczo pokręciła głową. 

- Nie, ale okropnie się bałam - odparła. 

Przepełniona ulgą Delfina znów ją przytuliła. 

- Och, kochanie, jak to dobrze, że w porę cię znaleźliśmy! A teraz chodź, zabieram cię 

do domu. 

Razem  zeszły  po  schodach.  Stephen  wciąż  trzymał  Kelly’ego  na  muszce.  Opryszek 

bał się ruszyć, świadom, że jeśli spróbuje uciec, Fitzwaring nie zawaha się strzelić. 

- Co z Maisie? Zrobił jej krzywdę? - spytał Stephen ponuro. - Bo jeśli tak... 

- Nie, jest tylko przestraszona - odparła natychmiast. 

W tej samej chwili do pomieszczenia wszedł Fergus w towarzystwie dwóch konstabli. 

Stephen  z ulgą  przekazał  im  więźnia,  tłumacząc,  że  Kelly  porwał  dziewczynkę 

i prawdopodobnie zamordował jej matkę. Gdy konstable zabrali zbira, Stephen wziął żonę za 

rękę i ją ucałował. Po chwili pocałował ją w policzek. 

- Jestem z ciebie bardzo dumny, kochanie - powiedział. - Większość kobiet dostałaby 

histerii na samą myśl o wejściu do takiego miejsca. 

- Nikomu  nie  przyniosłoby  to  pożytku.  Bardzo  się  bałam,  że  Kelly  ją  skrzywdził.  - 

background image

Popatrzyła na Fergusa. - Dziękuję, Fergusie. Na szczęście konstable się nie ociągali. 

- Nie musiałem ich długo szukać. Mam nadzieję, że zamkną go na długo i nie będzie 

już  sprawiał  kłopotu  Maisie  ani  żadnym  innym  dziewczynkom.  -  Spojrzał  na  Maisie.  -  Co 

z małą? - spytał z niepokojem. 

- Jest tylko okropnie przestraszona, ale nic się nie stało. Znaleźliśmy ją w samą porę. 

- To  i dobrze  -  burknął  Fergus.  Widać  było,  że  czuje  wielką  ulgę,  ale  nie  chce  tego 

okazać. - To ja wracam do pani Cox. Strasznie się pogniewa, jak zobaczy, że zniknąłem. 

- Jestem  pewna,  że  jeśli  wyjaśnisz  jej,  dokąd  się  udałeś,  potraktuje  cię  łagodnie  - 

zauważyła Delfina. - Nie zapominaj, że pani Cox zawsze miała słabość  do Meg. Na pewno 

nie życzyłaby źle jej córce. 

Podziękowawszy  Fergusowi,  wcisnęli  mu  trochę  pieniędzy  w rękę,  a potem  wraz 

z nim przeszli do czekającego powozu. 

W drodze  powrotnej  Delfina  siedziała  cicho  w kącie,  z Maisie  w ramionach, 

i wyglądała przez okno. Stephen widział, że jest bardzo zmęczona. Miała cienie pod oczami 

i pobladłą  twarz.  Po  balu  u Chevingtonów  zamiast  cudownej  nocy  miłości  przeżyli  istny 

koszmar. 

Na  szczęście,  szybko  się  uspokoiła.  Stephen  podziwiał  jej  wrażliwość.  Potrafiła 

odłożyć  własne  sprawy  na  bok,  żeby  zająć  się  ludźmi,  którzy  jej  potrzebowali.  Podziwiał 

również jej niezależność i inteligencję, a także łagodność. Była uosobieniem wszystkiego, co 

podobało  mu  się  w przedstawicielkach  odmiennej  płci.  Była  kobieca,  ale  nie  bezradna, 

dumna, ale nie wyniosła, zdecydowana, ale nie agresywna. Nic nie mógł poradzić na to, że się 

w niej zakochał. 

Przez  ciężkie,  aksamitne  zasłony  w głównej  sypialni  nie  wpadał  ani  jeden  promień 

światła, gdy dwie osoby w środku zdjęły z siebie ubrania. Powoli, z wprawą, Stephen rozpiął 

suknię Delfiny, pomógł jej wysunąć ręce z rękawów i powoli opuścił materiał na jej biodra. 

Oboje  bez  wahania  pozbyli  się  reszty  odzieży  i wkrótce  leżeli  w śnieżnobiałej  pościeli. 

Stephen oparł ręce po bokach żony, podziwiając jej urodę. 

Kiedy  uniosła  dłoń  i pogłaskała  go  po  czarnych  lokach,  mruknął  z aprobatą. 

Pocałował  ją  w usta  delikatnie,  z wyczuciem,  a ona  oddała  pocałunek.  Stephen  odetchnął 

głęboko i przesunął głowę niżej, ku jej gładkiej szyi i piersiom. Jęknęła i się wyprężyła. 

- Proszę cię, Stephenie - westchnęła, wodząc dłońmi po jego muskularnych plecach. - 

Nie wytrzymam dłużej. Jeszcze chwila, a zemdleję. 

Ponownie pocałował ją w usta, tym razem mocniej. Miała wrażenie, że jej ciało jest 

dla  niego  stworzone,  zupełnie  jakby  powstało  wyłącznie  po  to,  by  dawać  mu  rozkosz 

background image

i przyjmować ją od niego. 

Przetoczyli się na bok, a wtedy wyciągnął ręce, żeby pieścić jej biodra i uda. Ostrożnie 

dotknęła  jego  piersi,  na  co  docisnął  jej  dłoń,  by  lepiej  poczuła,  jak  mocno  bije  mu  serce. 

Zanim  się  zorientowała,  ponownie  leżała  na  plecach,  lecz  tym  razem  Stephen  znalazł  się 

między  jej  nogami.  Zachichotał,  wyczuwając  jej  narastające  zniecierpliwienie,  a następnie 

posiadł ją stanowczo. Delfina przywarła do niego, wyprężała się, aby być jeszcze bliżej jego 

ciała, aż po chwili oboje pogrążyli się w ekstazie. 

Przez  całą  noc  zasypiali  i budzili  się  tylko  po  to,  żeby  uprawiać  miłość,  już  nie  tak 

gwałtownie,  lecz  delikatnie  i długo,  delektując  się  każdym  dotykiem  i pocałunkiem. 

Wiedzieli, że odtąd będą mogli cieszyć się sobą każdego dnia i każdej nocy. 

Rankiem,  kiedy  blade  światło  słońca  zajrzało  do  pokoju,  uśmiechnęli  się  do  siebie. 

Delfina poczuła, że Stephen znowu nabiera ochoty na igraszki, więc ochoczo wsunęła się pod 

niego. 

Gdy później kąpali się razem  w długiej miedzianej  wannie, Stephen głaskał żonę po 

jasnej skórze, kontrastującej z jego śniadą karnacją. 

- Wydajesz się rozkojarzona, najdroższa - zauważył, gryząc ją lekko w ucho. 

- To  prawda,  kochanie  -  przyznała.  -  Obawiam  się,  że  dekoncentruję  się  za  każdym 

razem,  gdy  jesteś  w pobliżu.  Mam  nadzieję,  że  nie  eksponujesz  swych  wdzięków  przed 

innymi paniami z taką swobodą, jak przede mną. 

- To,  co  widzisz,  należy  tylko  do  ciebie  -  zapewnił  ją.  -  Zawsze  zakładałem,  że  aby 

miłość  fizyczna  była  zadowalająca,  potrzebne  jest  doświadczenie.  Okazuje  się  jednak,  że 

byłem w błędzie. Nigdy i z nikim nie delektowałem się taką rozkoszą, jak z tobą. 

- Ja  również  się  nią  delektowałam.  -  Uśmiechnęła  się,  patrząc  na  niego  z miłością.  - 

Szkoda, że zmarnowaliśmy tyle czasu. 

- To  ty  nie  pozwoliłaś  się  dotykać,  pamiętasz?  Ze  względu  na  okoliczności,  które 

zmusiły cię do małżeństwa ze mną, postanowiłaś wcielić się w anioła zemsty, a ja musiałem 

uszanować twoje życzenie i bezradnie patrzeć, jak rozgrzewasz mi serce i nie tylko. Kołysałaś 

biodrami,  uśmiechałaś  się,  zarzucałaś  włosami,  aż  oczy  wychodziły  mi  z orbit.  Byłaś  tak 

kusząca, że wiele razy omal nie wziąłem cię siłą. 

Oparła policzek na ramieniu Stephena i leniwie pogłaskała jego pierś. 

- To nie ma nic wspólnego z tym, co zdarzyło się w Londynie, Stephenie - szepnęła. - 

Pogodziłam się z tym, kiedy walczyłeś w Hiszpanii. 

Wydawał się zdumiony. 

- Może  raczysz  mnie  oświecić,  bo  w tej  chwili  nie  bardzo  rozumiem  twoją  potrzebę 

background image

celibatu - powiedział powoli. 

- Po  nocy,  którą  spędziliśmy  razem  w gospodzie  „Pod  Modrym  Niedźwiedziem”, 

obudziły się we mnie uczucia, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić. 

- Jakie uczucia? 

- Namiętność  -  wyznała.  -  To  mnie  zaszokowało.  Nie  mogłam  sobie  ufać,  gdy  byłeś 

w pobliżu.  Właśnie  pożądanie,  a nie  gniew,  tkwiło  u korzeni  mojego  oporu.  Poza  tym 

myślałam, że kochasz inną kobietę, z którą byłeś blisko w Hiszpanii. Mówiłeś mi kiedyś, że 

nienawidzisz  tego,  co  romantycy  nazywają  miłością,  ja  zaś  czułam,  że  nie  tylko  muszę 

kochać, ale również być kochana. - Westchnęła ciężko. - Wpadłam w pułapkę własnej natury. 

Bo widzisz, nie mogłam znieść myśli, że cię stracę. 

Z twarzy Stephena zniknął uśmiech. Poczuła, że ma napięte mięśnie, każde jej słowo 

było niczym cios nożem w jego serce. Teraz Delfina przypominała mu skrzywdzone dziecko. 

- Traktujesz  mnie  bardzo  niesprawiedliwie,  moja  droga,  uważając,  że  mógłbym 

kochać  inną,  będąc  jednocześnie  twoim  mężem.  Nie  ma  żadnej  innej.  Kiedy  jednak  po  raz 

pierwszy  pojechałem  do  Hiszpanii,  spotkałem  tam  dziewczynę  o imieniu  Maria.  Znałem  jej 

ojca  i zdarzało  mi  się  bywać  u nich  w domu.  Ten  człowiek  poważnie  chorował,  martwił  się 

o przyszłość  córki  i pchnął  nas  ku  sobie.  Maria  była  piękna,  wydawała  się  też  niewinna 

i nieśmiała. Sądziłem, że ją kocham, oświadczyłem się jej. Szanując niewinność Marii, nawet 

jej  nie  tknąłem,  jednak  w przeddzień  naszego  ślubu  odkryłem,  że  jest  w ciąży  z innym 

mężczyzną, żonatym. Powiedziała mi, że nadal będzie z nim sypiać, nawet po naszym ślubie. 

Zostawiłem ją, ale potem napadła mnie grupa opryszków i zbiła do nieprzytomności. Nadal 

słyszę  jej  śmiech,  gdy  odchodzili  w przekonaniu,  że  już  nie  żyję.  Znaleźli  mnie  przyjaciele 

i w końcu jakoś doszedłem do siebie. Może teraz zrozumiesz, dlaczego straciłem wiarę w to, 

co nazywasz miłością. 

Delfina pobladła. Gdy w końcu się odezwała, jej głos był pełen smutku. 

- Stephenie, dlaczego nie powiedziałeś mi tego na początku? Rozumiem twój cynizm, 

ale to naprawdę nie ma z nami nic wspólnego. 

- Teraz też zdaję sobie z tego sprawę - przyznał. - Przez cały ten czas szokowało mnie, 

jak bliski utraty kontroli jestem. Poprzysiągłem sobie, że już nigdy nie dam się zwieść żadnej 

kobiecie. Nie chciałem mieć do czynienia z zakłamaniem i niegodziwością. 

- Przecież ja nie jestem Marią. 

- Nie,  i Bogu  za  to  dzięki.  Ani  trochę  jej  nie  przypominasz.  Kocham  cię  do 

nieprzytomności,  Delfino  Fitzwaring,  jednak  twoje  przekonanie,  że  cię  oszukuję,  dużo 

wyjaśnia.  Wystarczy  wspomnieć  twoje  zachowanie  w gospodzie  „Pod  Głową  Saracena”. 

background image

Mam wrażenie, że bardzo cię wtedy dotknąłem. 

Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. 

- Owszem. Żałuję teraz, że duma nie pozwoliła mi zbliżyć się do ciebie. 

- Dlaczego podejrzewałaś, że jest w moim życiu inna kobieta? - chciał wiedzieć. 

- Chodzi  o to,  co  powiedział  pan  Oakley,  gdy  się  poznaliśmy.  Wiedziałam,  że  jakaś 

kobieta  była  przy  tobie,  gdy  zostałeś  ranny  pod  Salamanką.  Kiedy  wróciłeś,  zaczęły 

przychodzić  listy  z Hiszpanii  i często  bywałeś  rozkojarzony,  unikałeś  mnie.  Gorączkując, 

mówiłeś o swojej miłości do kobiety o imieniu Angelet. Było jasne, że dużo dla ciebie znaczy 

i że ją kochasz. 

- Angelet?  -  Zmarszczył  brwi.  -  Nie  znam  żadnej  kobiety  o tym  imieniu.  Jeśli 

w gorączce  mówiłem  o miłości,  musiało  chodzić  o ciebie.  Angelet  to  kornwalijskie  słowo 

oznaczające anioła. Zawsze uważałem cię za swojego anioła. Jestem zdumiony, że tak łatwo 

uwierzyłaś,  iż  mógłbym  kochać  inną,  choć  rozumiem  już,  dlaczego  kiedyś  nazwałaś  mnie 

hipokrytą,  kiedy  oświadczyłem,  że  gdybym  nie  wrócił  z Hiszpanii,  pewnie  wyszłabyś 

ponownie za mąż. 

- Nigdy bym tego nie zrobiła - obruszyła się. 

- Może  i nie,  ale  nie  miałabyś  powodu  tkwić  w Tamarze,  gdybym  zginął  w bitwie. 

Listy  dotyczyły  spraw  wojskowych.  Może  i zrezygnowałem  ze  służby,  ale  nadal  pozostało 

sporo  spraw  do  załatwienia.  Stąd  mój  wyjazd  do  Woolwich,  kiedy  byliśmy  w Londynie. 

A kobieta,  która  pomagała  Oakleyowi  w opiece  nade  mną,  to  niesłychanie  poczciwa  istota, 

ale gruba, niepiękna, a na dodatek z dziesiątką wnuków. 

Serce Delfiny zabiło mocniej i wypełniło się radością. Stephen właśnie wyznał, że nie 

ma żadnej innej i że to ona jest jego ukochaną. Przez chwilę nie mogła wydobyć z siebie ani 

słowa. 

- Jaka byłam niemądra - westchnęła w końcu. - Teraz to widzę. Ale to dlatego, że tak 

bardzo cię kocham. Czasem nie potrafiłam sobie z tym poradzić. 

- Bardzo mi przykro, skarbie. Jeśli wydawałem się rozkojarzony, to tylko ze względu 

na to, co widziałem. 

- Opowiedz mi o tym - poprosiła cicho. - Dlaczego postanowiłeś odejść z wojska? 

- Szczerze  mówiąc,  najdroższa,  nie  wiem,  kiedy  dokładnie  to  się  stało,  jednak  po 

moim powrocie do pułku wszystko zaczęło układać się inaczej. Tęskniłem za tobą i czułem 

niechęć  do  armii  za  to,  że  trzyma  mnie  z dala  od  ciebie.  W Badajoz  moje  rozczarowanie 

sięgnęło zenitu. W styczniu straciliśmy tysiąc ludzi w Ciudad Rodrigo, a potem wyruszyliśmy 

do Badajoz. Tam zginęło ponad pięć tysięcy naszych. Właśnie wtedy wszystko stało się zbyt 

background image

realne  i nagle  musiałem  stawić  czoło  przerażającej  prawdzie.  Dzielni  i honorowi  mężczyźni 

ulegli szaleństwu i zaczęli się zachowywać niczym dzikusy. Francuskich jeńców traktowano 

jak  należy,  jeśli  jednak  chodzi  o miejscową  ludność...  Dość  powiedzieć,  że  ludzie,  których 

przyszliśmy  wyzwolić,  byli  bici,  gwałceni,  zabijani  i ograbiani.  Wtedy  zrozumiałem,  że  dla 

mnie  to  za  dużo.  Później  dodatkowo  uświadomiłem  sobie,  że  moja  córka  skończyła  rok 

w dniu bitwy. 

W oczach  Delfiny  pojawiły  się  łzy.  Słuchając,  jak  opowiadał  o cierpieniu,  czuła  ból. 

Niewiele  mogła  zrobić,  by  pocieszyć  męża.  Miała  tylko  nadzieję,  że  jego  udręka  zelżeje 

z biegiem czasu. 

- Nie  chciałam  naciskać,  więc  nie  prosiłam,  żebyś  opowiadał  mi  o Hiszpanii  - 

odezwała  się.  -  Bałam  się  zburzyć  kruchą  równowagę  między  nami.  To  wydawało  mi  się 

ważniejsze  niż  odpowiedzi  na  moje  pytania.  Teraz  jednak  chcę  wiedzieć,  dlaczego  nie 

opowiedziałeś  mi  o tym  wszystkim,  kiedy  pytałam  cię  w dniu  naszej  przejażdżki  i posiłku 

w ”Pod Głową Saracena”? 

- Wolałem się nie zwierzać - odparł szczerze. -  Nie chciałem cię przygnębiać ani też 

odsłonić się jako człowiek, który czuje rozczarowanie. 

- Bardzo mi przykro. Wiem przecież, jakie to było dla ciebie ważne. Teraz rozumiem, 

jak musiałeś się czuć. Chyba oboje zachowaliśmy się głupio. 

Stephen uniósł palcem brodę żony i popatrzył na nią uważnie. 

- To  prawda.  Widzę,  że  nasze  małżeństwo  było  pełne  nieporozumień  -  mruknął.  - 

Błędnie  sądziłaś,  że  w moim  życiu  jest  inna  kobieta  i że  już  cię  nie  pragnę,  ja  zaś  byłem 

pewien, że nie możesz znieść mojego dotyku i że walczyłabyś, gdybym próbował cię wziąć 

siłą.  Dziwne,  jak  nasze  umysły  wystąpiły  przeciwko  nam.  Powinniśmy  kierować  się 

instynktem.  -  Pocałował  jej  ramię.  -  Ale  to  już  za  nami,  pora  na  nowe  rozdanie.  Jesteś 

szczęśliwa, kochanie? 

- Bardzo - wyznała. 

- Masz zaróżowione policzki, a twoje oczy lśnią. Promieniejesz. 

- To dzięki tobie. 

- Dzięki mnie? - Uniósł brew. 

- Bo jesteś cudownym mężczyzną. 

- Jestem szczęściarzem - poprawił ją z uśmiechem. 

- Nieprzyzwoitym szczęściarzem.  - Popatrzyła znacząco na pewną część jego ciała.  - 

Chociaż czarującym. 

W tej samej chwili ktoś zapukał do drzwi. Oboje byli głodni, więc wyszli z wanny na 

background image

śniadanie. 

Delfina  z zapałem  przygotowywała  listę  rzeczy  potrzebnych  do  nowego  przytułku. 

Najważniejsza była pościel, dzieci należało też ubrać, nakarmić i znaleźć dla nich porządnych 

opiekunów.  Ciotka  Celia  postanowiła  otworzyć  szkołę  -  budynek  był  bardzo  duży,  a dzięki 

ogromnym sumom pieniędzy od przyjaciół Stephena wystarczyło na książki, tabliczki, kredę 

i wszystko,  co  potrzebne  w edukacji.  Nie  zabrakło  również  lekarstw  oraz  ziołowych 

medykamentów, gdyż wychowanków nieustannie trawiła gorączka oraz katar. 

W dniu  otwarcia  wszystko  szło  idealnie,  a każdy  zaangażowany  w prowadzenie 

dawnej  ochronki  kręcił  się  w pobliżu,  gotów  zaoferować  pomoc.  Wiele  dzieci  nigdy  nie 

widziało  nic  poza  ponurymi  uliczkami  St.  Giles,  więc  nowy  dom  i okolica  wprawiły  je 

w zachwyt. Błyskawicznie zaczęły ścigać się po otoczonym murem ogrodzie. 

Pod  wieczór  wszyscy  ostatecznie  rozstali  się  z Water  Lane.  Uściskawszy  wzruszoną 

ciotkę Celię, Delfina, Stephen i mała Maisie wyruszyli do londyńskiego domu. 

W nocy wyczerpana Delfina przytuliła się z całych sił do męża. 

- Dziękuję  ci  -  szepnęła.  -  Bez  ciebie  to  by  się  nie  wydarzyło.  Dzieci  nadal 

mieszkałyby przy Water Lane. 

- Cieszę  się,  że  mogłem  pomóc.  Uświadomiłaś  mi  coś,  co  wiedziałem,  lecz 

przechodziłem  nad  tym  do  porządku  dziennego.  Gdzieś  są  inni,  którym  brakuje  nie  tylko 

jedzenia, ubrań oraz miejsca do spania, ale co gorsza nadziei. Piękna z ciebie kobieta, szczera, 

oddana i namiętna. A także dobra, troskliwa, kochająca i silna. - Pocałował czubek jej głowy. 

- Dziwisz się, że się w tobie zakochałem? 

- Ogromnie się z tego cieszę, bo ja tak bardzo cię kocham, że nie zniosłabym, gdybyś 

nie odwzajemniał mojego uczucia. 

- Będę  cię  wspierał  i szanował  do  końca  życia.  Mam  szczęście,  choć  nie 

uświadamiałem  sobie,  jak  wielkie,  dopóki  nie  zobaczyłem  na  własne  oczy  przytułku  przy 

Water  Lane.  W dzieciństwie  niczego  mi  nie  brakowało.  Myślę,  że  dzieci  będą  szczęśliwe 

w nowym domu. Gdy starsze zaczną się przyuczać do zawodów, zrobi się miejsce dla innych 

osieroconych maluchów. 

- Niestety,  zawsze  będzie  przybywać  porzuconych  dzieci  -  westchnęła.  -  Szkoda,  że 

nie da się wszystkim zapewnić domów. 

- Wszystkimi  nie  zdołasz  się  zaopiekować,  najdroższa.  Kiedy  zawiozłem  cię  do 

Tamary,  powiedziałaś,  że  zawsze  pragnęłaś  w życiu  czegoś  więcej,  a jednocześnie  żywiłaś 

głębokie przekonanie, że wielu rzeczy nie dostrzegasz, choć bardzo byś chciała. 

Delfina popatrzyła na niego z niedowierzaniem. 

background image

- Jestem zdumiona, że to pamiętasz - szepnęła. 

- W Hiszpanii  często  myślałem  o tobie  i o tych  słowach.  Dzięki  temu  życie  było 

bardziej znośne. Powiedz mi zatem, Delfino, znalazłaś to, czego szukałaś? 

- Znalazłam  to  w chwili,  gdy  wróciłeś  z Hiszpanii.  -  Spojrzała  na  niego  z miłością.  - 

Dzięki tobie świat stał się lepszy i piękniejszy. Możemy już jechać do domu, do Tamary? 

Stephen z uśmiechem przytulił ją mocno. 

- Czego sobie tylko życzysz, najdroższa. 

 

background image

  EPILOG 

 

 

Przebywali  w Tamarze  już  od  pół  roku.  W końcu  zrobiło  się  cudownie  ciepło 

i pierwszego słonecznego dnia Delfina zdołała wyciągnąć męża na plażę. Od razu wskoczyła 

do zimnej wody. 

- Obiecałeś, że nauczysz mnie pływać, pamiętasz? - Popatrzyła na niego. 

- Jak mógłbym zapomnieć? Od powrotu z Londynu regularnie mnie nękasz. 

- Nigdy cię nie nękam. - Delfina udała stosowne oburzenie. 

Stephen uważnie przyjrzał się spokojnemu morzu, zastanawiając się jednocześnie, od 

czego zacząć naukę. 

- Przecież woda jest koszmarnie zimna. 

- Dam  sobie  radę.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego  zuchwale.  -  A może  to  ty  boisz  się 

zimna? Tak, Stephenie? 

Żeby go podrażnić, ruszyła przed siebie, a gdy woda sięgnęła jej do kolan, pochyliła 

się i ochlapała męża. 

Nie potrzebował dodatkowej zachęty. Śmiejąc się głośno, natychmiast  wbiegł za nią 

do wody, ona zaś, w samej halce, ze śmiechem rzuciła się do ucieczki. Stephen był rozebrany 

do  pasa,  a czarne  spodnie,  podwinięte  do  kolan,  opinały  go  niczym  druga  skóra.  W końcu 

złapał  ją  i przyciągnął  do  siebie.  Przytulona  do  szerokiego  torsu  męża,  pocałowała  go, 

delektując  się  słonym  smakiem.  Choć  woda  była  zimna,  obojgu  zrobiło  się  ciepło.  Gdy 

w końcu oderwał wargi od jej ust, uśmiechnął się szeroko. 

- Rozgrzałaś się, moja słodka? - zapytał. 

- Na pewno nie jest już tak zimno jak wcześniej. 

- Masz  rację  -  odrzekł  Stephen.  -  Jeśli  chcesz  nauczyć  się  pływać,  przygotuj  się  na 

pierwszą lekcję. 

- Co mam zrobić? 

- Patrz  na  mnie.  -  Zademonstrował  ruchy  pływackie,  żeby  wiedziała,  jak  należy 

jednocześnie machać rękami i nogami, żeby nie pójść na dno. 

Zauroczona  patrzyła,  jak  mąż  pruje  przez  toń,  ale  trudno  jej  było  się  skupić,  gdyż 

widok  silnego,  muskularnego  ciała  zupełnie  ją  rozpraszał.  Po  chwili  Stephen  zanurkował, 

wynurzył się i podszedł do niej. 

- Obserwowałaś moje ruchy? - Był wyraźnie zadyszany. 

- Wyglądałeś jak żaba! - Zaśmiała się histerycznie. 

background image

- Otóż to. 

- To nie było specjalnie dystyngowane. 

- Nikt nie mówił, że będzie. Teraz ty to zrobisz. Podtrzymam cię. 

- Nawet nie próbuj mnie podtapiać - ostrzegła go. 

- Nie zamierzam. 

Delfina  pochyliła  się  i wyciągnęła  przed  siebie  ręce.  Czując,  jak  ramiona  Stephena 

podtrzymują ją pod piersiami i brzuchem, uniosła nogi i próbowała poruszać rękami. 

- Nogi szerzej - poinstruował ją. 

- Jestem  gotowa  rozłożyć  nogi  na  każde  życzenie  waszej  lordowskiej  mości.  - 

Roześmiała się. 

- Przestań  natychmiast,  kocico  -  upomniał  ją.  -  Myśl  o pływaniu.  Leż  poziomo 

i poruszaj  rękami.  O tak.  -  Udało  się  jej  machnąć  kilka  razy  rękami  i przesunęła  się  trochę, 

ciągnąc za sobą rozpuszczone włosy. - Wyglądasz jak piękna syrena. 

- Mam nadzieję, że wkrótce będę pływać jak ona. 

- Jesteś zdecydowana się nauczyć, prawda? 

- Całkowicie. 

Kiedy tylko Delfina wypowiedziała ostatnią sylabę, Stephen nieoczekiwanie ją puścił 

i poszła na dno niczym  kamień. Otworzyła usta, wypiła wielki łyk morskiej wody, po  czym 

wyłoniła się na powierzchnię, wymachując rękami, krztusząc się i walcząc o oddech. 

- Puściłeś mnie! - wrzasnęła z oburzeniem. 

Stephen znowu się zaśmiał. 

- Jeszcze  nieraz  opijesz  się  wody,  nim  się  nauczysz.  Trzeba  ćwiczyć,  dużo  ćwiczyć. 

Mamy na to całe lato, więc teraz chodź, odpoczniemy. 

Mimo zimnej wody i przemoczonej halki Delfina czuła się rozgrzana i wręcz upojona 

wolnością. 

- Nie,  nie  zrezygnuję,  dopóki  się  nie  nauczę,  choćby  odrobinę  -  oświadczyła.  -  I nie 

puszczaj mnie, dopóki ci nie rozkażę. 

- Jak sobie życzysz, moja pani. 

Próbowali jeszcze długo, aż w końcu Delfinie udało się samodzielnie przepłynąć kilka 

metrów. Uświadomiwszy to sobie, stanęła w wodzie i zaczęła piszczeć z radości. 

- Udało się! Nie zatonęłam! Widziałeś? 

- Brawo,  kochanie.  Teraz  już  nic  cię  nie  powstrzyma,  ale  nie  próbuj  tego  sama, 

przynajmniej dopóki nie zostaniesz dobrą pływaczką. 

Wziął  ją  w ramiona  i ruszył  ku  brzegowi.  W tym  samym  momencie  uświadomili 

background image

sobie,  że  na  plaży  mają  trzyosobową  widownię.  Maisie  i młody  Davy,  który  stał  się  jej 

uniżonym sługą, odkąd znalazła się w Tamarze, siedzieli obok siebie, śmiejąc się do rozpuku. 

Lowenna zaś, która dotąd bawiła się w piasku,  wstała na widok mamy i papy  i pobiegła ku 

nim z rozpostartymi rękami. Jej mała twarzyczka lśniła z radości, a czarne loki podskakiwały. 

- Papo, naucz mnie pływać jak mamę! - krzyczała. - Też chcę być syrenką! 

Stephen postawił żonę na piasku i chwycił córkę w ramiona. 

- I nią  zostaniesz,  moje  słonko,  a wtedy  papa  będzie  miał  dwie  piękne  syrenki.  - 

Posadził  ją  na  biodrze,  drugą  ręką  zaś  objął  żonę.  -  Tylko  obiecajcie,  że  nie  połączycie  sił 

i nie odpłyniecie w siną dal. 

Delfina odchyliła głowę i spojrzała na niego z wesołym błyskiem w oku. 

- Nigdy  -  zapewniła  go.  -  Chyba  że  zamienisz  się  w syreniego  króla  i popłyniesz 

z nami. 

- Znakomity  pomysł.  -  Uśmiechnął  się  szeroko  i złożył  na  ustach  żony  czuły 

pocałunek. 

 

background image

 

 

background image

 

 


Document Outline