background image

AGATHA CHRISTIE

PIERWSZE,

DRUGIE...

ZAPNIJ MI OBUWIE

TŁUMACZYLI JAN S. ZAUS, IRENA 

CIECHANOWSKA-SUDYMONT

TYTUŁ ORYGINAŁU ONE, TWO, BUCKLE MY SHOE

SCAN-dal

Nowe releasy

Dorocie North,

która lubi powieści kryminalne i śmietanę,

w nadziei, że te pierwsze zastąpią brak

tej drugiej!

background image

WSTĘP
PIERWSZE, DRUGIE, ZAPNIJ MI OBUWIE

I

Pan Morley nie był w najlepszym humorze w czasie śniadania.
Narzekał na boczek, zastanawiał się, dlaczego kawa musi wyglądać jak płynne błoto, i zrobił 
uwagę, że płatki zbożowe są coraz gorsze.
Pan   Morley   był   szczupłym   mężczyzną   o   mocno   zarysowanej   szczęce   i   wojowniczym 
podbródku. Siostra, która prowadziła mu dom, była  rosłą kobietą podobną do grenadiera. 
Spojrzała z troską na brata i spytała, czy woda do kąpieli była znów zimna.
Pan Morley niechętnie odparł, że nie.
Zerknął do gazety i stwierdził, że rząd zdaje się przechodzić ze stanu niekompetencji do 
rzeczywistego upośledzenia na umyśle.
Panna Morley rzekła basowym głosem, że to haniebne.
Jako prawdziwa kobieta zawsze twierdziła, że bez względu na to, jaki rząd był właśnie przy 
władzy, był on wyraźnie użyteczny. Nalegała więc, aby brat wyjaśnił dokładnie, dlaczego 
uważa,   że   obecna   polityka   rządu   jest   niezdecydowana,   idiotyczna,   kretyńska   i   otwarcie 
samobójcza.
Kiedy pan Morley wyczerpująco wypowiedział  się w powyższych  sprawach, wziął drugą 
filiżankę   tej   znienawidzonej   kawy   i   zrzucił   z   siebie   ciężar   swego   prawdziwego 
niezadowolenia.
-   Te   dziewczyny   -   powiedział   -   wszystkie   54   takie   same!   Niesolidne,   egocentryczne,   w 
żadnym razie nie można na nich polegać.
Panna Morley zapytała:
- Gladys?
- Dostałem właśnie wiadomość, że jej ciotka miała udar i ona musiała pojechać do Somerset.
- Rozumiem, że cię to denerwuje, mój drogi, ale to przecież nie jest jej wina - zauważyła 
panna Morley.
Pan Morley ze smutkiem pokiwał głową.
- A skąd mogę  mieć  pewność, że jej ciotka  dostała  udaru? Może cała  ta sprawa została 
zaaranżowana pomiędzy dziewczyną a tym bardzo niemiłym młodzieńcem? To najbardziej 
nie pasujący do niej człowiek, jakiego kiedykolwiek widziałem. Prawdopodobnie zaplanowali 
sobie na dzisiaj jakąś wycieczkę.
- O nie, mój drogi. Nie sądzę, aby Gladys zrobiła coś podobnego. Przecież zawsze uważałeś 
ją za bardzo sumienną.
- Tak, tak.
- Dziewczyna inteligentna i oddana swej pracy, mawiałeś.
-  Tak,  tak,   Georgino,  ale  to  wszystko   było,  zanim  pojawił  się   ten  młodzieniec.   Ostatnio 
zupełnie się zmieniła... zupełnie się zmieniła... stała się roztargniona... nerwowa.
Kobieta westchnęła ciężko i powiedziała:
- No cóż, Henry, ostatecznie dziewczyny się zakochują. Na to nie ma rady.
Morley warknął:
- Nie powinna pozwolić, aby wpłynęło to na jej wydajność jako mojej sekretarki. Dziś jestem 
szczególnie zajęty! Mam kilku niezmiernie ważnych pacjentów. To bardzo męczące!
-   Wiem,   że   to   musi   być   dla   ciebie   nadzwyczaj   irytujące,   Henry.   A   przy   okazji,   jak   się 
zapowiada ten nowy służący?
Morley odparł ponuro:
-  Gorszego   jeszcze   nie   miałem!   Nie   może   zapamiętać   żadnego   nazwiska   i   ma   potworne 

background image

maniery. Jeżeli się nie zmieni, wyrzucę go i spróbuję przyjąć innego. Doprawdy, nie wiem, co 
dobrego daje dzisiejsza edukacja. Wytwarza kolekcję półgłówków, którzy nie rozumieją, co 
się do nich mówi, i tym bardziej tego nie pamiętają.
Spojrzał na zegarek.
- No, trzeba się zbierać. Mam zapełniony ranek i jeszcze muszę wcisnąć gdzieś tę pannę 
Sainsbury Seale, ponieważ ma bóle. Zaproponowałem jej, żeby poszła do Reilly'ego, ale ona 
nie chciała nawet o tym słyszeć.
- Oczywiście, że nie - powiedziała Georgina lojalnie.
- Reilly jest bardzo zdolny... rzeczywiście bardzo zdolny. Ma dyplom z wyróżnieniem. Leczy 
według najnowszych metod.
- Ręce mu się trzęsą - rzekła panna Morley. - Według mnie on pije.
Jej brat roześmiał się, wrócił mu dobry humor.
- Wrócę na kanapkę jak zwykle o wpół do drugiej.

II

W hotelu "Savoy" pan Amberiotis dłubał wykałaczką w zębach i uśmiechał się do siebie. 
Wszystko układało się bardzo dobrze. Miał jak zwykle szczęście. I kto by pomyślał, że opłaci 
nam się kilka uprzejmych słów, które powiedział tej idiotycznej kwoce. Och, no więc "rzucę 
chleb   na   wody   płynące".   Zawsze   był   szczodry,   Wizje   dobroczynności   płynęły   mu   przed 
oczami. Mały Dimitri... I dobry Constantopopolus, męczący się ze swoją małą knajpką... Jaka 
to będzie przyjemna niespodzianka dla nich.
Pan Amberiotis drgnął, wepchnąwszy za głęboko wykałaczkę. Różowe wizje zbladły, dając 
miejsce obawom o najbliższą przyszłość. Delikatnie badał ząb językiem i wyjął z kieszeni 
notes. "Godzina 12, Queen Charlotte Street 58".
Starał się przywołać poprzedni, radosny nastrój. Niestety, na próżno. Horyzont skurczył się 
do sześciu pustych słów: "Queen Charlotte Street 58, godzina 12".

III

W   hotelu   "Glengowrie   Court",   w   South   Kensington,   śniadanie   dobiegło   końca.   W   holu 
siedziała panna Sainsbury Seale, rozmawiając z panią Bolitho.
Zajmowały przylegające do siebie stoliki w części obiadowej i zaprzyjaźniły się w dzień po 
przyjeździe panny Sainsbury Seale, a więc tydzień temu.
Panna Sainsbury Seale powiedziała:
- Wiesz, moja droga, naprawdę przestało boleć! Już nie rwie! Myślę, że może zatelefonuję...
Pani Bolitho przerwała stanowczo:
- Nie bądź niemądra, moja droga. Musisz iść do dentysty i pozbyć się tego.
Pani Bolitho była wysoką, imponującą, energiczną kobietą, obdarzoną niskim głosem. Panna 
Sainsbury Seale miała około czterdziestu lat, niechlujnie ułożone włosy, ufarbowane na blady 
jasny kolor. Jej ubranie było bezkształtne i raczej artystyczne, a pince-nez stale jej spadały. 
Była bardzo gadatliwa.
Powiedziała teraz tęsknie:
- Ale naprawdę, wierz mi, to już zupełnie nie boli.
- Nonsens, sama mówiłaś mi, że ostatniej nocy nie zmrużyłaś oka.
- No tak... rzeczywiście nie spałam... Ale może teraz nerw jest już martwy.
- Tym bardziej należy iść do dentysty - oświadczyła  stanowczo pani Bolitho. - Wszyscy 
lubimy odkładać te sprawy, ale to po prostu tchórzostwo. Lepiej zdecydować się i pozbyć 
tego kłopotu.
Wargi panny Sainsbury Seale drgnęły. Był to buntowniczy szept: "Tak, ale to nie jest twój 

3

background image

ząb!"
Jednak powiedziała tylko:
- Sądzę, że masz rację. Pan Morley jest niezwykle delikatny.

IV

Zebranie   Rady   Nadzorczej   Dyrektorów   dobiegło   końca.   Minęło   zupełnie   gładko. 
Sprawozdanie było zadowalające. Nie powinno tam być żadnego zgrzytu. Jednak wrażliwemu 
panu   Samuelowi   Rothersteinowi   zdawało   się,   że   był   jakiś   podtekst   w   zachowaniu 
przewodniczącego. Raz czy dwa zjawiły się w tonie jego głosu szorstkość i cierpkość, których 
procedura nie wymagała.
Może miał jakieś ukryte zmartwienie? Ale Rotherstein jakoś nie umiał połączyć ukrytego 
zmartwienia   z   Alistairem   Bluntem,   który   był   człowiekiem   pozbawionym   emocji,   takim 
bardzo normalnym. Brytyjczykiem do szpiku kości.
Mogła   to   być   oczywiście   wątroba...   Jemu,   Rothersteinowi,   wątroba   od   czasu   do   czasu 
sprawiała trochę kłopotów. Ale nigdy nie słyszał, aby Alistair Blunt skarżył się na wątrobę. 
Zdrowie Alistaira było tak solidne jak jego umysł i jego znajomość spraw finansowych. Miał 
dobre zdrowie, ale się nim nie afiszował.
A   jednak...   Jednak   było   coś,   co   spowodowało,   że   ręka   przewodniczącego   parę   razy 
wędrowała ku twarzy. Siedział, podpierając podbródek. To nie była jego normalna pozycja. I 
kilka razy wydawał się rzeczywiście roztargniony.
Wyszli z pokoju konferencyjnego i skierowali się na schody.
Rotherstein powiedział:
- Sądzę, że nie ma potrzeby odwiezienia pana? Alistair uśmiechnął się i potrząsnął głową.
- Czeka na mnie samochód. - Spojrzał na zegarek. - Nie wracam do miasta. Wybieram się do 
dentysty.
Tajemnica została wyjaśniona.

V

Herkules   Poirot   wysiadł   z   taksówki,   zapłacił   szoferowi   i   nacisnął   dzwonek   przy   Queen 
Charlotte Street pod numerem 58. W chwilę później drzwi otworzył poważnie zachowujący 
się rudy i piegowaty służący w uniformie gońca.
Poirot zapytał:
- Zastałem doktora Morleya?
W duszy miał śmieszną nadzieję, że pan Morley jest nieobecny lub chory i że dziś nie będzie 
mógł przyjmować pacjentów... Daremnie. Służący cofnął się, Herkules Poirot przekroczył 
próg i drzwi spokojnie zamknęły się za nim ze stanowczością nie dającego się odmienić losu.
Służący zapytał:
- Pańskie nazwisko?
Poirot podał nazwisko. Drzwi po prawej stronie holu otworzyły się nagle szeroko i Poirot 
wszedł do poczekalni.
Był to pokój umeblowany ze smakiem, lecz Herkulesowi Poirot wydał się nieopisanie ponury. 
Na lśniącym  stole w stylu Sheratona (podrobionym)  leżały starannie poukładane gazety i 
czasopisma.   Na   bocznym   bufecie   w   stylu   Hepplewhite'a   (podrobionym)   stały   dwa 
platerowane, sheffieldzkie lichtarze i patera. Na gzymsie kominka stał zegar z brązu i dwa 
brązowe wazony. Okna okrywały błękitne, aksamitne kotary. Krzesła obite były materiałem 
w deseń z czerwonych ptaków i kwiatów z okresu Jakuba I.
Na jednym z krzeseł siedział wyglądający na wojskowego dżentelmen o żółtawej cerze, ze 
srogimi   wąsami.   Spojrzał   na   Poirota   takim   wzrokiem,   jakby   badał   szkodliwego   owada. 

background image

Wyglądał, jakby pragnął mieć przy sobie nie tyle swój rewolwer, ile rozpylacz na insekty. 
Poirot przyjrzał mu się z obrzydzeniem i mruknął do siebie: "Zaprawdę, niektórzy Anglicy, są 
tak   nieprzyjemni   i   śmieszni,   że   powinno   im   się   oszczędzić   istnienia".   "Wojskowy" 
dżentelmen, po przydługim wlepianiu wzroku w Poirota, porwał ze stołu "Timesa", usuwając 
na bok krzesło, i zatopił się w czytaniu.
Poirot wziął "Punch".
Przeczytał go dokładnie, ale nie znalazł żadnych śmiesznych dowcipów.
Do pokoju wszedł służący i rzekł:
- Pułkownik Arrowbumby? - I dżentelmen o wyglądzie wojskowego został wyprowadzony.
Poirot zastanawiał się nad możliwością istnienia takiego nazwiska, gdy otworzyły się drzwi i 
do   poczekalni   wszedł   młody   mężczyzna   około   trzydziestki.   Kiedy   stanął   przy   stole, 
niespokojnie   przerzucając   tygodniki,   Poirot   patrzył   na   niego   z   ukosa.   "Jakiś   niemiły   i 
niebezpiecznie wyglądający młodzieniec - pomyślał - niewykluczone, że to morderca". W 
każdym razie wyglądał bardziej na mordercę niż ci wszyscy zbrodniarze, których Herkules 
aresztował w ciągu całej swej kariery.
Otworzyły się drzwi i służący wymówił w przestrzeń:
- Pan Peerer.
Domyślając się, że to wezwanie jest skierowane do niego, Poirot wstał. Służący zaprowadził 
go na koniec holu, skręcili za narożnik i weszli do małej windy, która zawiozła ich na drugie 
piętro. Tam poprowadził go wzdłuż korytarza, otworzył drzwi prowadzące do niewielkiego 
przedpokoju, zapukał do drugich drzwi i, nie czekając na odpowiedź, otworzył je i cofnął się 
odrobinę, aby przepuścić Poirota.
Wchodząc Poirot usłyszał szum bieżącej wody i, obszedłszy drzwi, ujrzał pana Morleya z 
zawodowym zapałem myjącego ręce w umywalce, umieszczonej na ścianie.

VI

W życiu największych ludzi zdarzają się czasem upokarzające momenty. Mówi się, że nikt 
nie jest bohaterem dla swego służącego. Niech mi będzie wolno dodać, że niewielu ludzi stać 
na bohaterstwo w momencie, gdy stają oko w oko z dentystą.
Herkules Poirot był chorobliwie świadom tego faktu.
Był człowiekiem przyzwyczajonym mieć o sobie dobrą opinię. On był Herkulesem Poirot, 
przewyższającym innych prawie we wszystkim. Lecz w tym momencie nie był w stanie czuć 
się, niestety, w niczym doskonalszy od innych i wewnętrznie wydawał się sobie kompletnym 
zerem. Był zwykłą, tchórzliwą figurą, człowiekiem bojącym się dentystycznego fotela.
Pan Morley skończył myć ręce i powiedział w swój zachęcający, zawodowy sposób:
- Jest tak ciepło, jak powinno być o tej porze roku, prawda?
I łagodnie wskazał drogę prowadzącą na spotkanie - z Fotelem! Zręcznie regulował wysokość 
zagłówka, podnosząc go, to znów opuszczając.
Poirot zaczerpnął głęboko powietrza, wdrapał się na fotel i poddał głowę sprawnym dłoniom 
pana Morleya.
- Teraz - rzekł pan Morley z obrzydliwą radością - jest panu całkiem wygodnie, prawda?
Grobowym głosem Poirot odparł, że jest mu zupełnie wygodnie.
Pan   Morley   przysunął   bliżej   stoliczek,   następnie   chwycił   małe   lusterko   i   zaczął 
przygotowywać narzędzia do pracy.
Herkules Poirot ścisnął kurczowo poręcze fotela, zamknął oczy i otworzył usta.
- Jakieś specjalne kłopoty? - spytał pan Morley.
Z niewyraźnych dźwięków, ze względu na "trudność w wymawianiu spółgłosek z powodu 
otwartych ust, można było zrozumieć, że Herkules Poirot nie ma specjalnych kłopotów. Aby 
właśnie nie mieć tych kłopotów, co pół roku, z poczucia obowiązku i porządku, musiał znosić 

5

background image

podobne męczarnie. Być może obędzie się bez komplikacji, może nie będzie nic, co by... Pan 
Morley może jednak ominie ten drugi ząb od tyłu, od którego promieniował ból... Może... 
chociaż to prawie nieprawdopodobne dla tak doświadczonego dentysty jak pan Morley.
Pan Morley przechodził  wolniutko  z  zęba  na  ząb  pukając,  sondując  i  mrucząc  do  siebie 
następujące komentarze:
- Ta plomba jest trochę zniszczona od spodu, jednak to nic poważnego. Dziąsła w dobrym 
stanie, jestem z nich zupełnie zadowolony. - Przerwał przy tym podejrzanym i skręcił sondą 
w   bok...   Ale   nie!   Spróbował   jeszcze   raz...   Fałszywy   alarm!   Przeszedł   na   dolną   część... 
Pierwszy, drugi, może na trzecim? Nie... "Jak pies - pomyślał Poirot, łącząc dwa przysłowia - 
którego wytropił królik!"
- A tu mały kłopot. Nie boli? Hm, jestem zaskoczony - Sonda badała dalej.
Kończąc pan Morley cofnął się z zadowoleniem.
- Nic poważnego. Kilka plomb, a poza tym niewielki ubytek w górnym zębie trzonowym. 
Możemy to wszystko wykonać jeszcze dzisiaj.
Włączył  wiertarkę, która zaczęła cicho pomrukiwać, zdjął prostnicę z uchwytu i z uwagą 
wmontował na jego końcu wiertło.
- Proszę dać mi znak - rozkazał krótko i zabrał się do swojej strasznej roboty.
Poirot nie musiał korzystać z pozwolenia, by podnosić rękę, krzywić się lub nawet krzyczeć. 
W odpowiednim momencie pan Morley zatrzymał wiertło i powiedział rozkazująco:
- Spłukać. - Założył mały tampon, wybrał świeże wiertło i rozpoczął na nowo. Rzecz jasna, że 
te wszystkie zabiegi były bardziej przerażające niż bolesne.
W czasie gdy pan Morley przygotowywał plombę, zaczęli znów rozmawiać:
- Dziś przed południem wszystko muszę robić sam - wyjaśnił. - Panna Nevill wyjechała. 
Pamięta pan pannę Nevill?
Poirot przytaknął niezgodnie z prawdą.
- Wyjechała na wieś do chorej krewnej. Że też zdarzyło się to w tak zajętym dniu. Mam już 
zaległości. Pacjent przed panem spóźnił się. Coś takiego wywraca cały ranek do góry nogami. 
A do tego będę jeszcze musiał przyjąć dodatkową pacjentkę z silnym bólem zęba. Zawsze 
mam   w   rezerwie   kwadrans   na   takie   nieprzewidziane   wypadki.   Tym   bardziej   muszę   się 
spieszyć.
Pan Morley zajrzał do małego mieszadełka, aby sprawdzić; czy .dobrze się miesza. Następnie 
dodał:
- Powiem panu coś, panie Poirot. Zauważyłem, że wielcy ludzie. - znani ludzie - są zawsze 
punktualni. Nigdy na nich nie czekam! Na przykład członkowie rodziny królewskiej. Bardzo 
dokładni. Tak samo ci wielcy ludzie interesu z City. Dziś przychodzi bardzo ważny człowiek 
- Alistair Blunt!
Pan Morley wypowiedział to nazwisko triumfująco.
Poirot nie mógł mówić z powodu kilku tamponów z ligniny i szklanej rurki wetkniętej pod 
język. Wydał tylko jakiś nieokreślony gulgot.
Alistair Blunt! To było  nazwisko, które obecnie wszystkich  przejmowało  dreszczem.  Nie 
książęta, nie hrabiowie, nawet nie premierzy. Ale po prostu pan Alistair Blunt. Człowiek, 
którego twarz była prawie nieznana, człowiek, o którym tylko od czasu do czasu były jakieś 
małe wzmianki. Żadna nadzwyczajna postać. Spokojny, nieskazitelny Anglik, człowiek, który 
był szefem największego banku angielskiego. Człowiek niezmiernie bogaty. Człowiek, który 
może powiedzieć "tak" lub "nie" rządowi. Żył spokojnie, nigdy nie występował na forum 
publicznym,  nigdy nie przemawiał. A jednak był to człowiek skupiający w swych rękach 
najwyższą władzę. Pan Morley powiedział poważnym tonem, stojąc nad Poirotem i ubijając 
plombę:
- Zawsze przychodzi na spotkanie absolutnie punktualnie. Często odsyła swój samochód i 
wraca   do   biura   pieszo.   Przyjemne,   spokojne   i   bezpretensjonalne   chłopisko!   Lubi   golfa   i 

background image

zajmuje   się   ogrodem.   Nigdy   by  pan   nie   przypuszczał,   że   on   mógłby   kupić   pół   Europy! 
Wygląda tak jak pan albo ja.
W momencie kiedy połączył te dwie osoby, chwilowe oburzenie poderwało Poirota z miejsca. 
Pan Morley był dobrym dentystą, w Londynie było wielu dobrych dentystów, ale Herkules 
Poirot był tylko jeden.
- Proszę wypłukać - rzekł pan Morley.
- Wie  pan to jest  odpowiedź,  dla  tych  wszystkich  Hitlerów, Mussolinich  i  całej  reszty - 
kontynuował  pan   Morley,   zajmując   się  drugim   zębem.   -  My  się  tu  tak   nie  wygłupiamy. 
Spójrzmy,   jacy   demokratyczni   są   nasi   król   i   królowa.   Oczywiście,   taki   Francuz   jak   pan 
przywykł do idei republikańskich.
- Ja... chch... ne... ne-estem... Franchhh... Jes... Belgh... em.
- Spokojnie... spokojnie - przerwał pan Morley niecierpliwie. - Nie można zaślinić otworu, 
który wywierciłem. - Następnie dokładnie przedmuchał ząb strumieniem ciepłego powietrza. 
Potem ciągnął dalej: - Nie wiedziałem, że jest pan Belgiem. Bardzo ciekawe. Jak słyszałem, 
król Leopold to bardzo sympatyczny człowiek. Ja osobiście jestem wielkim zwolennikiem 
tradycji monarchistycznych.  Dobrze ich ćwiczą. Proszę przypomnieć sobie, jak doskonale 
pamiętają nazwiska i twarze. A wszystko to jest wynikiem ćwiczeń. Oczywiście, niektórzy 
mają do tego wrodzone zdolności. Jeżeli o mnie chodzi, to zapominam nazwiska, ale, co jest 
nadzwyczajne, nigdy nie zapominam twarzy. Na przykład pewnego dnia miałem pacjenta i 
zaraz przypomniałem sobie, że gdzieś go już widziałem. Jego nazwisko nic mi nie mówiło, 
zadałem sobie jednak pytanie, czy go już gdzieś widziałem?  Nie pamiętałem,  ale coś mi 
zaczęło świtać, powoli nabierałem pewności... Proszę wypłukać.
Po wypłukaniu pan Morley spojrzał krytycznie w usta pacjenta.
- Dobrze, mam wrażenie, że teraz  jest już wszystko  w porządku. Proszę zamknąć  usta... 
bardzo ostrożnie. Czy plomba nie przeszkadza? Proszę jeszcze raz otworzyć. Nie, wydaje się, 
że wszystko doskonale pasuje.
Stoliczek wrócił na swoje miejsce, fotel zakręcił półkole.
Poirot nareszcie był wolny.
-   Pięknie,   do   zobaczenia,   monsieur   Poirot.   Mam   nadzieję,   że   nie   odkrył   pan   żadnego 
kryminalisty w moim domu?
Poirot odparł z uśmiechem:
- Zanim tu wszedłem, każdy wydawał mi się kryminalistą! Teraz być może będzie inaczej.
- O tak, to wielka różnica między przedtem a teraz! W istocie, my dentyści, nie jesteśmy tak 
straszni, za jakich nas kiedyś uważano. Czy mam zadzwonić po windę dla pana? - Nie, nie, 
wolę zejść schodami.
- Jak pan woli, winda jest tuż przy schodach. Poirot wyszedł. Zamykając za sobą drzwi, 
usłyszał szmer odkręcanego kurka.
Zszedł już dwa piętra i gdy mijał ostatni zakręt, ujrzał wychodzącego pułkownika z Indii. Nie 
wyglądał   już   tak   strasznie,   co   Poirot   skonstatował   z   prawdziwą   przyjemnością. 
Prawdopodobnie celnie strzelał i zabił w Indiach mnóstwo tygrysów. Pożyteczny człowiek - 
jedna z prawdziwych podpór Imperium!
Wszedł do poczekalni i zabrał pozostawioną tam laskę i kapelusz. Zaskoczony zauważył, że 
nerwowy młodzian jeszcze tam był. Inny pacjent czytał "Fielda".
Poirot przyjrzał się teraz łaskawiej młodemu człowiekowi. Wydawał mu się nadal bardzo 
zdenerwowany - zupełnie tak, jakby chciał popełnić morderstwo - "lecz nie wygląda już jak 
prawdziwy morderca" - pomyślał życzliwie Poirot. Bez wątpienia wkrótce i ten młodzieniec 
zejdzie schodami zupełnie odmieniony,  szczęśliwy i uśmiechnięty, nikomu nie życząc nic 
złego.
Wszedł służący i oznajmił wyraźnie i z patosem:
- Pan Blunt.

7

background image

Człowiek czytający "Fielda" odłożył go i wstał. Był średniego wzrostu, w średnim wieku, ani 
otyły, ani szczupły. Dobrze ubrany, spokojny.
Poszedł za służącym.
Jeden z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi w Anglii - musiał iść do dentysty jak 
każdy inny i niewątpliwie czuł się jak każdy człowiek w podobnej sytuacji!
Z tymi  myślami Poirot włożył kapelusz na głowę, ujął laskę i skierował się ku drzwiom. 
Obejrzał się jeszcze i pomyślał  ze zdumieniem,  że tego młodego  człowieka  rzeczywiście 
muszą bardzo boleć zęby.
W holu Poirot przystanął przed lustrem i przygładził wąsy, nieco wzburzone zabiegami pana 
Morleya. Właśnie kończył, zadowolony, gdy znów zjechała winda i z głębi holu wynurzył się 
pogwizdujący   fałszywie   służący.   Na   widok   Poirota   przerwał   i   podbiegł   otworzyć   drzwi 
frontowe.
Przed domem zatrzymała się taksówka, a z niej wysunęła się stopa, którą Poirot obejrzał z 
uprzejmym  zainteresowaniem. Zgrabna kostka w eleganckiej pończosze... Całkiem niezła! 
Lecz, niestety, w brzydkim bucie! Takich butów Poirot nie lubił. Nowe lakierki, na których 
połyskiwała duża klamerka. Potrząsnął głową.
-   Nic   szykownego   -   bardzo   prowincjonalne!   Wysiadając   z   samochodu   kobieta   zahaczyła 
drugą nogą o drzwi. Oderwana klamerka upadła z brzękiem na chodnik. Poirot podskoczył z 
galanterią i podniósł ją, podając z ukłonem właścicielce.
Niestety!   Była   to   kobieta   bliżej   pięćdziesiątki   niż   czterdziestki.   Pince-nez.   Niechlujnie 
ułożone   żółtosiwe   włosy.   Niegustowne   ubranie   w   jakimś   przygnębiającym 
artystycznym .stylu! Dziękując, upuściła pince-nez, a potem torebkę.
Poirot, nadal uprzejmy, lecz już nie szarmancki, podniósł to wszystko.
Weszła po stopniach do drzwi pod numerem 58, Queen Charlotte Street, a Poirot przerwał 
pełne zdegustowania zamyślenie kierowcy taksówki nad małym napiwkiem.
- Halo, jest pan wolny? Taksówkarz odrzekł ponuro:
- O tak, jestem wolny.
- Tak jak i ja - rzekł Poirot. - Wolny od trosk! Taksówkarz przyglądał mu się podejrzliwie.
- Nie, mój przyjacielu, nie jestem pijany. Byłem dziś u dentysty i nie muszę tam wracać przez 
sześć miesięcy. To cudowna myśl!

TRZECIE, CZWARTE, ZAMKNIJ DRZWI OTWARTE
I

Telefon zadzwonił na kwadrans przed trzecią.
Herkules Poirot siedział w wygodnym fotelu i spokojnie trawił wspaniały lunch.
Nie podszedł do telefonu, czekał, aż odbierze wierny George.
- Eh bien?* - rzekł, kiedy George, ze słowami "chwileczkę, sir" wręczył mu słuchawkę.
- To nadinspektor Japp, sir.
- Tak?
Poirot przytknął słuchawkę do ucha.
- Eh bien, mon vieux* - powiedział. - Jak ci idzie?
- Czy to ty, Poirot?
- Naturalnie.
- Słyszałem, że dziś rano byłeś u dentysty. Czy to prawda?
Poirot zamruczał:
- Scotland Yard wie wszystko!
- Człowiek nazwiskiem Morley, ulica Queen Charlotte 58?
- Tak. - Głos Poirota zmienił się. - Dlaczego pytasz?
- Czy byłeś tam jako pacjent? Nie poszedłeś tam chyba po to, żeby go wystraszyć?

background image

- Oczywiście, że nie. Jeżeli chcesz wiedzieć, to zaplombował mi trzy zęby.
- Czy zachowywał się tak jak zwykle?
- Naturalnie. Ale o co chodzi?
Głos Jappa stał się sztucznie bezbarwny i urzędowy.
- Ponieważ trochę później pan Morley się zastrzelił.
- Co?
Japp zapytał:
- Czy to cię zaskoczyło?
- Szczerze mówiąc, tak.
Japp rzekł:
-   Jeśli   o   mnie   chodzi,   też   nie   jestem   tym   uszczęśliwiony...   Muszę   koniecznie   z   tobą 
porozmawiać, przypuszczam, że nie będziesz miał nic przeciwko temu?
- Gdzie jesteś w tej chwili?
- Na ulicy Queen Charlotte. Poirot rzekł:
- Zaraz tam będę.

II

Policjant, który otworzył drzwi pod numerem 58, przywitał Poirota z szacunkiem.
- Monsieur Poirot?
- We własnej osobie.
- Nadinspektor jest na górze. Drugie piętro - zna pan drogę?
- Byłem tu dziś rano - powiedział Poirot.
W pokoju było trzech mężczyzn. Japp, ujrzawszy wchodzącego Poirota, rzekł:
-   Cieszę   się,   że   cię   widzę,   Poirot.   Właśnie   go   mamy   wynieść.   Chciałbyś   go   najpierw 
zobaczyć?
Klęczący mężczyzna z aparatem fotograficznym wstał. Poirot podszedł bliżej. Ciało leżało 
blisko kominka.
Po śmierci Morley wyglądał prawie tak samo jak za życia. Tylko niewielka dziura czerniła się 
poniżej prawej skroni. Mały pistolet leżał na podłodze obok odrzuconej w bok prawej ręki.
Poirot powoli pokręcił głową.
- Możecie go zabrać - rzekł Japp.
Wyniesiono ciało pana Morleya. Japp i Poirot pozostali sami.
- Ukończyliśmy już wszystkie  rutynowe  badania - powiedział  Japp. - Zebraliśmy odciski 
palców i tak dalej...
Poirot usiadł.
- Opowiadaj - rzekł.
Japp zacisnął wargi. Po chwili rzekł:
- On mógł się sam zastrzelić. I prawdopodobnie zrobił to. Na pistolecie znaleźliśmy tylko 
jego odciski palców, ale to mnie nie przekonuje.
- Jakie są twoje zastrzeżenia?
- Otóż wydaje mi się, że nie miał żadnego powodu, aby popełnić samobójstwo... Cieszył się 
dobrym zdrowiem, dobrze zarabiał i - o ile wiemy - nie miał kłopotów. No i wreszcie: nie był 
związany z kobietą...
- Japp poprawił się ostrożnie: - Naturalnie, według informacji, jakie posiadamy... Nie był w 
stanie depresji i zachowywał się jak zazwyczaj. Dlatego byłem ciekaw usłyszeć, co ty sądzisz 
o tym wszystkim. Widziałeś go dziś rano i mam nadzieję, że coś spostrzegłeś.
Poirot potrząsnął głową.
- Absolutnie nic. Mógłbym powiedzieć, że zachowywał się zupełnie naturalnie.
- To tym dziwniejsze? Poza tym kto by przypuszczał, że zabije się, że się tak wyrażę, w 

9

background image

godzinach urzędowania? Nie mógł poczekać do wieczora? Byłoby to bardziej naturalne.
Poirot zgodził się.
- Kiedy wydarzyła się ta tragedia?
- Dokładnie nie wiadomo. Nikt nie słyszał strzału. Jednak nie sądzę, aby można go było 
usłyszeć. Pomiędzy korytarzem a gabinetem są podwójne drzwi, do tego uszczelnione filcem. 
Wyobrażam sobie, że po to, aby zagłuszyć krzyki ofiar fotela dentystycznego.
- Tak, to możliwe. Pacjenci zachowują się czasami bardzo głośno.
- Istotnie. Ponadto na ulicy jest duży ruch i musiałbyś mieć dużo szczęścia, żeby dotarły do 
ciebie odgłosy z gabinetu.
- Kiedy odkryto, że Morley nie żyje?
-   Około   pierwszej   trzydzieści.   Odkrył   to   służący,   Alfred   Biggs.   Chłopak   pod   każdym 
względem   nierozgarnięty.   O   dwunastej   trzydzieści   pewna   pacjentka   mocno   hałasowała   i 
denerwowała się, że musi tak długo czekać. Około pierwszej dziesięć chłopak podszedł do 
drzwi gabinetu i zapukał. Nie otrzymał odpowiedzi i widocznie nie śmiał wejść do środka. 
Dostał  już przedtem  nieco  po nosie od Morleya,  był  zdenerwowany i  bał się zrobić  coś 
niewłaściwego. Zszedł znów na dół, a pacjentka, poirytowana, wyszła o pierwszej piętnaście. 
Nie można jej się dziwić, gdyż czekała trzy kwadranse i nie jadła lunchu.
- Kim była ta pacjentka? Japp uśmiechnął się.
- Według relacji służącego była to panna Shirty - lecz według książki pacjentów nazwisko jej 
brzmiało Kirby.
- Jaki był system wprowadzania pacjentów na górę?
- Kiedy Morley był gotów na przyjęcie następnego pacjenta, naciskał na dzwonek i chłopak 
przyprowadzał pacjenta na górę.
- O której Morley nacisnął dzwonek po raz ostatni?
- Pięć minut po dwunastej. Chłopiec zaprowadził na górę kolejnego pacjenta. Według książki 
pacjentów był to pan Amberiotis z hotelu "Savoy".
Na wargach Poirota zaigrał słaby uśmiech.
- Ciekawe, jak przerobił to nazwisko! - zamruczał.
- Ładny pasztet, można by powiedzieć. Ale jeśli chcemy się pośmiać, to możemy go o to 
zapytać.
- Po jakim czasie ten Amberiotis wyszedł? - zapytał Poirot.
- Chłopiec nie wyprowadził go, więc nie wie... Większość pacjentów schodziła schodami bez 
korzystania z windy i później wychodzili sami.
Poirot przytaknął. Japp kontynuował:
- Dzwoniłem do hotelu "Savoy". Pan Amberiotis był dokładny. Powiedział, że spojrzał na 
zegarek, zamykając drzwi frontowe. Była wtedy dwunasta dwadzieścia pięć.
- Czy mógł powiedzieć ci coś istotniejszego?
- Nie, wszystko, co mógł mi powiedzieć, to fakt, że dentysta wydawał się zupełnie normalny i 
zachowywał się zupełnie spokojnie.
- Eh bien - rzekł Poirot. - To wydaje się zupełnie jasne. Pomiędzy dwunastą pięć a wpół do 
pierwszej coś się wydarzyło - przypuszczalnie bliżej dwunastej dwadzieścia pięć.
- Oczywiście. W przeciwnym bowiem razie...
- W przeciwnym razie zadzwoniłby po następnego pacjenta.
-   Zgadza   się.   Wykazało   to   również   badanie   lekarskie.   Chirurg   zbadał   ciało   o   drugiej 
dwadzieścia. Nie mógł dać jednak wiążącej odpowiedzi - zawsze tak robią w dzisiejszych 
czasach   -   mówią,   że   w   grę   wchodzi   zbyt   wiele   indywidualnych   czynników.   Lekarz 
powiedział jednak, że Morley nie mógł zostać zastrzelony później niż o pierwszej, że musiało 
to nastąpić prawdopodobnie wcześniej, ale nie może tego określić z większą dokładnością.
Poirot powiedział w zamyśleniu:
-   Zatem   dwadzieścia   pięć   minut   po   dwunastej   nasz   dentysta   jest   normalnym   dentystą, 

background image

wesołym,  uprzejmym,  kompetentnym.  A potem co? Desperat... nieszczęśliwiec... co tylko 
chcesz... i strzela do siebie.
- To zabawne - rzekł Japp. - Musisz przyznać, że to zabawne.
- Zabawne - powiedział Poirot - to nie jest właściwe słowo.
- Wiem, że niewłaściwe... ale jedyne, które oddaje sytuację. A zatem, to dziwne, jeśli bardziej 
ci to odpowiada.
- Czy to był jego pistolet?
- Nie, nie jego. Nie posiadał pistoletu. Nigdy go nie miał. Zgodnie z oświadczeniem jego 
siostry, niczego takiego w tym domu nie było. Tak jak w większości domów. Oczywiście 
mógł go kupić, jeśli nosił się z zamiarem skończenia ze sobą. Jeśli tak, to wkrótce będziemy o 
tym wiedzieli.
Poirot spytał:
- Czy jeszcze coś cię niepokoi?
Japp wytarł nos.
- Tak, pozycja, w jakiej leżał. Nie twierdzę, że człowiek nie może upaść w ten sposób... ale 
jakoś   nie   wyglądało   to   jak   należy!   Na   dywanie   były   dwa   wyraźne   ślady...   jakby   coś 
wleczono.
- To zdecydowanie coś sugeruje.
-   Tak.   Chyba,   że   ten   przeklęty   chłopak   przesunął   ciało   w   momencie,   gdy   je   znalazł. 
Oczywiście z uporem temu zaprzecza, ale był przerażony. To taki rodzaj oślęcia. Zawsze 
popełnia jakieś omyłki, przeklina się go za to, i dlatego kłamie niemal odruchowo.
Poirot uważnie oglądał pokój.
Umywalka na ścianie za drzwiami, wysoka, wypełniona szafka po drugiej stronie drzwi. Fotel 
dentystyczny   i   otaczające   go   narzędzia   stojące   blisko   okna,   dalej   kominek   i   miejsce,   w 
którym leżały zwłoki, i drugie drzwi w pobliżu kominka.
Japp podążał za jego wzrokiem.
- Tam jest małe biuro. - Otworzył drzwi.
Był to, jak powiedział, mały pokoik, w którym znajdowały się: biurko, stół z maszynką do 
gotowania herbaty oraz kilka krzeseł. Poza drzwiami do gabinetu nie było innego wyjścia.
- Tu pracowała jego sekretarka - wyjaśnił Japp. - Panna Nevill. Zdaje się, że jest dzisiaj 
nieobecna.
Spotkał wzrok Poirota.
- Przypomniałem sobie, że mówił mi o tym - powiedział Poirot. - Czy to ma coś wspólnego z 
samobójstwem?
- Myślisz, że została w ten sposób usunięta?
Japp przerwał. Po chwili dodał:
-   Jeżeli   to   nie   było   samobójstwo,   w   takim   razie   został   zamordowany.   Ale   dlaczego? 
Morderstwo  jest  tak  samo   niezrozumiałe   jak  samobójstwo.  Morley wydawał  się  zupełnie 
spokojny i zrównoważony. Kto chciałby go zamordować?
Poirot powiedział:
- Kto mógł go zamordować? Japp odparł:
- Odpowiedź brzmi: prawie każdy!  Mogła zejść z góry jego siostra i zastrzelić go, mógł 
przyjść ktoś ze służby i zastrzelić go, mógł go zastrzelić jego wspólnik, Reilly. Alfred też 
mógł go zastrzelić. Mógł to wreszcie zrobić któryś z pacjentów - Przerwał i dodał: - Również 
mógł go zastrzelić Amberiotis... on najłatwiej że wszystkich.
Poirot skinął głową.
- Tak, ale w tej sprawie... musimy zadać sobie pytanie, dlaczego?
- Istotnie.  Wróciliśmy  do zasadniczego  problemu.  Dlaczego? Amberiotis  zatrzymał  się w 
"Savoyu". Dlaczego bogaty Grek miałby przyjeżdżać tu po to, aby mordować spokojnego 
dentystę?

11

background image

- I o to właśnie się potkniemy. Motywy!
Poirot wzruszył ramionami i dodał:
- Wydaje się, jakby śmierć zupełnie bez. fantazji wybrała niewłaściwą ofiarę. Tajemniczy 
Grek, Bogaty Bankier, Znany Detektyw - jakże naturalne byłoby zamordowanie jednego z 
nich! Tajemniczy obcokrajowcy mogą być zamieszani w szpiegostwo, ze śmierci bogatych 
bankierów płyną korzyści finansowe, znani detektywi mogą być niewygodni dla przestępców.
- Podczas gdy nasz biedny, stary Morley nie był dla nikogo niebezpieczny - zauważył ponuro 
Japp.
- Coś mi przyszło na myśl.
Japp szybko odwrócił się do Poirota.
- Co tam znów ukrywasz?
- Nic. Przypadkowa uwaga.
Powtórzył Jappowi słowa, które Morley wypowiedział o rozpoznawaniu twarzy i wzmiankę o 
pacjentach. Japp nie był przekonany.
-   Sądzę,   że   to   możliwe,   ale   trochę   naciągane.   Musiałby   to   być   ktoś,   kto   nie   chciał   być 
rozpoznany i kto chciałby trzymać się w cieniu. Czy tego przedpołudnia widziałeś jeszcze 
jakichś pacjentów?
Poirot zamruczał:
- Zauważyłem w poczekalni młodzieńca, który wyglądał dokładnie jak morderca!
Japp wytrzeszczył oczy.
- Co takiego?! Poirot uśmiechnął się.
- Mon cher*, to było zaraz po moim przybyciu tutaj! Byłem zdenerwowany, nadwrażliwy... 
enfin*, uległem nastrojowi. Wszystko wydawało mi się ponure: poczekalnia, pacjenci, nawet 
dywan na schodach! Teraz sądzę, że tego młodego człowieka po prostu bardzo bolały zęby. I 
to wszystko!
- Tak, wiem, co to może być - rzekł Japp. - Mimo wszystko musimy przesłuchać tego twojego 
"mordercę". Musimy przesłuchać wszystkich, bez względu na to, czy to było samobójstwo, 
czy nie! Myślę, że pierwszą rozmowę odbędziemy z panną Morley. Dotychczas zamieniłem z 
nią tylko parę słów. To był, oczywiście, dla niej szok, ale należy do kobiet, które szybko 
odzyskują równowagę. Pójdziemy teraz do niej.

III

Wysoka i ponura Georgina Morley słuchała, co do niej mówili dwaj mężczyźni i odpowiadała 
na ich pytania. Powiedziała z emfazą:
- Absolutnie nie mogę w to uwierzyć - nie wierzę, że mój brat popełnił samobójstwo!
Poirot spytał:
- Widzi pani jakieś inne rozwiązanie, mademoiselle?
- Pan ma na myśli morderstwo. - Przerwała i dodała wolno: - To prawda, taka alternatywa 
wydaje się prawie tak niemożliwa jak samobójstwo.
- Ale niezupełnie tak niemożliwa?
- Nie, ponieważ... O, w pierwszym wypadku, widzi pan, mówię o tym, co wiem... to znaczy, o 
stanie umysłu mego brata. Wiem, że niczym się nie martwił i wiem, że nie było żadnego 
powodu... w ogóle żadnego powodu, aby odbierał sobie życie!
- Pani widziała się z nim dziś rano... przed rozpoczęciem pracy?
- Tak, przy śniadaniu.
- I był normalny jak zwykle, nie był wyprowadzony czymś z równowagi?
- Był wyprowadzony z równowagi, ale nie tak, jak pan myśli. Był po prostu rozdrażniony!
- Dlaczego?
-   Miał   w   perspektywie   bardzo   pracowity   ranek,   a   do   tego   wyjechała   jego   sekretarka,   a 

background image

zarazem asystentka.
- Panna Nevill?
- Tak.
- Czym zajmowała się panna Nevill?
- Oczywiście prowadziła całą korespondencję, a poza tym książkę pacjentów i wypełniała ich 
kartoteki.   Ponadto   zajmowała   się   sterylizowaniem   narzędzi,   przygotowywała   materiał   na 
plomby i podawała mu go, gdy plombował zęby.
- Jak długo u niego pracowała?
-   Trzy   lata.   To   godna   zaufania   dziewczyna   i   jesteśmy...   byliśmy   oboje   bardzo   z   niej 
zadowoleni.
Poirot wtrącił:
- Została wezwana do swojej chorej krewnej, jak powiedział pani brat.
- Tak, otrzymała telegram, że jej ciotka dostała udaru. Wczesnym pociągiem pojechała do 
Somerset.
- I to właśnie tak bardzo rozdrażniło pani brata?
- Ttt... tak. - W jej 'głosie dało się odczuć lekkie wahanie, po czym szybko dodała: - Pan... 
Niech pan nie sądzi, że mój brat pozbawiony był uczuć. On tylko myślał... że właśnie w tym 
momencie...
- Tak, panno Morley?
- Otóż, on myślał, że panna Nevill może celowo opuściła pracę. Och, proszę mnie źle nie 
zrozumieć... Jestem głęboko przekonana, że Gladys nigdy by tego nie zrobiła! Powiedziałam 
to Henry'emu. Ale rzecz w tym,  że zaręczyła  się z raczej nieodpowiednim młodzieńcem. 
Henry był tym bardzo wzburzony i przypuszczał, że ten młody człowiek mógł ją namówić do 
wyjazdu.
- Czy to było możliwe?
- Nie, jestem pewna, że nie. Gladys to bardzo sumienna dziewczyna.
- Ale to było coś, co ten człowiek mógłby jej zasugerować?
Panna Morley bąknęła:
- Sądzę, że to zupełnie prawdopodobne.
- Czym się zajmuje ten młody człowiek, przy okazji, jak on się nazywa?
-   Carter,   Frank   Carter.   Zdaje   się_,   że   on   jest...   a   raczej,   że   był   urzędnikiem 
ubezpieczeniowym. Kilka tygodni temu stracił pracę i nie może dostać innej. Henry mówił, a 
ja uważam, że miał rację, że to zupełny nicpoń. Gladys nawet pożyczyła mu trochę pieniędzy 
z własnych oszczędności i Henry był bardzo zagniewany.
Japp wtrącił nagle:
- Czy pani brat próbował ją namawiać, aby zerwała zaręczyny?
- Tak, wiem, że tak.
- Wobec tego, całkiem możliwe, że ten Frank Carter mógł mieć żal do pani brata?
Kobieta odparła stanowczo:
-   Nonsens...   pan   sugeruje,   że   Frank   Carter   zastrzelił   Henry'ego.   Henry   odradzał   tej 
dziewczynie Cartera, ale ona nie przyjęła jego rad... jest ślepo oddana Frankowi.
- Czy przychodzi pani na myśl jeszcze ktoś, kto mógłby żywić urazę do brata?
Panna Morley potrząsnęła głową przecząco.
- Czy był w dobrych stosunkach ze swoim wspólnikiem, panem Reillym?
Panna Morley odrzekła kwaśno:
- W tak dobrych, jak tylko można kiedykolwiek mieć nadzieję, że się je ma z Irlandczykiem!
- Co pani przez to chce powiedzieć, panno Morley?
- Irlandczycy mają gorący temperament i lubią awanturować się o byle głupstwo. Pan Reilly 
lubił spierać się w sprawach politycznych.
- To wszystko?

13

background image

- Tak, to wszystko. Pan Reilly jest niedoskonały pod wieloma względami, lecz w opinii mego 
brata był bardzo zręcznym fachowcem.
Japp podchwycił.
- Pod jakimi względami jest niedoskonały?
Parma Reilly zawahała się i powiedziała z niesmakiem:
- Za dużo pije... Tylko proszę tego dalej nie powtarzać.
- Czy były jakieś nieporozumienia pomiędzy nim a pani bratem?
- Henry uczynił  mu  kilka uwag w sprawach zawodowych  - kontynuowała  panna Morley 
tonem nauczycielki. - Niezbędne są spokojne ręce, a i oddech przepojony alkoholem nie 
wzbudza zaufania.
Japp skinął głową z aprobatą, po czym powiedział:
- Czy może nam pani coś powiedzieć o sytuacji finansowej pani brata?
- Henry dobrze zarabiał  i miał  pewne oszczędności.  Każde z nas  miało  trochę  własnych 
pieniędzy ze spadku po ojcu.
Japp   mruknął   z   lekkim   chrząknięciem:   -   Nie   wie   pani   przypadkiem,   czy   brat   zostawił 
testament?
- Tak, i mogę panu powiedzieć, co zawiera. Zapisał sto funtów Gladys Nevill, a całą resztę - 
mnie.
- Rozumiem. Teraz...
Ktoś gwałtownie zastukał do drzwi. Ukazała się twarz Alfreda. Jego wytrzeszczone oczy 
badawczo przyglądały się gościom, wreszcie wykrztusił:
- Jest panna Nevill! Wróciła. Jest w kiepskim nastroju. Chce wiedzieć, czy może wejść?
Japp skinął głową, a panna Morley powiedziała:
- Powiedz jej, że może tu przyjść, Alfredzie.
- Okay - rzekł Alfred i zniknął.
Panna Morley westchnęła i powiedziała tak, jakby każde słowo podkreślała wielką literą:
- Ten Chłopak To Ciężka Próba Cierpliwości.

IV

Gladys Nevill była Wysoką, ładną, trochę anemiczną dziewczyną, około dwudziestu ośmiu 
lat. I chociaż wyraźnie była zdenerwowana, wyglądała na bystrą i inteligentną.
Pod pretekstem przejrzenia papierów Morleya, Japp wraz z Poirotem opuścili pannę Morley i 
udali się z panną Nevill na dół, do jej małego biura przy gabinecie dentystycznym.
Powtarzała bez końca:
- Ja po prostu nie mogę w to uwierzyć! To zupełnie nieprawdopodobne, żeby pan Morley 
mógł zrobić taką rzecz!
Podkreśliła, że Morley nie wydawał się ani zmartwiony, ani zaniepokojony.
- Czy wyjechała pani dziś rano na wezwanie, panno Nevill... - zaczął Japp.
- Tak - przerwała mu - i okazało się, że był to złośliwy dowcip! Że też ludzie mogą robić takie 
okropne żarty. Tak, naprawdę dziwię się.
- Co pani chce przez to powiedzieć, panno Nevill?
- Otóż zastałam ciotkę zupełnie zdrową. Nigdy nie czuła się lepiej. Nie rozumiała, dlaczego 
tak nagłe się u niej zjawiłam. Byłam oczywiście bardzo z tego zadowolona, ale równocześnie 
i wściekła. Już przedtem ten telegram wyprowadził mnie z równowagi.
- Czy ma pani ten telegram, panno Nevill?
- Wyrzuciłam go, pewnie na dworcu. Ale pamiętam treść: "Twoja ciotka dostała ostatniej 
nocy udaru. Proszę natychmiast przyjechać".
- Czy jest pani całkowicie pewna... no... - Japp delikatnie kaszlnął - że nie nadał go pani 
przyjaciel, pan Carter?

background image

- Frank? W jakim celu? O, rozumiem, pan myśli, że... umówiliśmy się na spotkanie? Nie, 
inspektorze... żadne z nas nie zrobiłoby czegoś podobnego.
Jej oburzenie wydawało się dostatecznie szczere i Japp miał trochę kłopotu, aby ją uspokoić. 
Dopiero   pytanie   o   pacjentów,   którzy   byli   umówieni   na   to   szczególne   przedpołudnie, 
przypomniało jej o obowiązkach.
- Wszyscy są zapisani w książce. Sądzę, że pan już czytał. Znam większość z nich. Godzina 
dziewiąta, pani Soames - miała mieć wstawioną protezę. Godzina dziesiąta trzydzieści, lady 
Grant   -   to   starsza   pani   -   mieszka   przy   Lowndes   Square.   Godzina   jedenasta,   monsieur 
Herkules Poirot, on przychodzi regularnie... Och, oczywiście, przecież to pan, przepraszam, 
monsieur Poirot, ale jestem taka zdenerwowana! Jedenasta trzydzieści, pan Alistair Blunt - 
jak   panowie   wiedzą   -   jest   bankierem   -   krótka   wizyta,   ponieważ   pan   Morley   wcześniej 
przygotował plombę. Następnie panna Sainsbury Seale - ona dzwoniła dziś - dostała ataku 
bólu i pan Morley zgodził się ją dodatkowo przyjąć. Straszliwa z niej gaduła, nigdy nie może 
przestać. I ciągle narzeka. Następnie mamy godzinę dwunastą, pan Ąmberiotis - to nowy 
pacjent, uzgodnił wizytę z hotelu "Savoy". Pan Morley przyjmował wielu obcokrajowców, 
nawet   Amerykanów.   Godzina   dwunasta   trzydzieści,   panna   Kirby.   Ona   przyjeżdża   z 
Worthing.
Poirot spytał:
- Kiedy przyszedłem, był tu taki wysoki dżentelmen, wyglądający na wojskowego. Kto to 
mógł być?
- Przypuszczalnie jeden z pacjentów pana Reilly'ego. Czy mam pójść po spis jego pacjentów?
- Bardzo proszę, panno Nevill.
Wróciła po kilku minutach. Trzymała w ręku książkę podobną do tej, w której znajdowały się 
nazwiska pacjentów pana Morleya.
Zaczęła czytać:
-   Godzina   dziewiąta,   Betty   Heath   (dziewięcioletnia   dziewczynka).   Godzina   jedenasta   - 
pułkownik Abercrombie.
- Abercrombie! - mruknął Poirot. - C'etait ça*!
- Jedenasta trzydzieści, pan Howard Raikes. Godzina dwunasta, pan Barnes. I to już wszyscy 
pacjenci pana Reilly'ego. Jest ich oczywiście mniej niż u pana Morleya.
- Czy może nam pani coś powiedzieć o pacjentach pana Reilly'ego?
- Pułkownik Abercrombie jest pacjentem od dłuższego czasu i wszystkie dzieci pani Heath 
przychodzą   do   pana   Reilly'ego.   Nie   mogę   nic   powiedzieć   o   panu   Raikesie   ani   o   panu 
Barnesie, chociaż wydaje mi się, że już słyszałam te nazwiska. Odbieram wszystkie telefony, 
więc...
Japp powiedział:
- Sami możemy o to spytać pana Reilly'ego. Chciałbym się z nim zobaczyć jak najszybciej.
Panna Nevill wyszła i Japp powiedział do Poirota:
- Wszyscy byli starymi pacjentami Morleya. Z wyjątkiem Amberiotisa. Teraz chciałbym jak 
najszybciej udać się na interesującą rozmowę z panem Amberiotisem. Wygląda na to, że on 
ostatni widział Morleya żywego i musimy uzyskać całkowitą pewność, że Morley wtedy żył.
Poirot powiedział wolno, potrząsając głową:
- Pamiętaj, że musisz znaleźć motyw.
- Wiem. I to będzie nasz największy kłopot. Może mamy coś o Amberiotisie w Scotland 
Yardzie. - Przerwał i dodał szybko: - Widzę, że o wszystkim myślisz, Poirot!
- Zastanawiałem się nad czymś.
- Nad czym?
Poirot odparł ze słabym uśmiechem.
- Dlaczego nadinspektor Japp?
- Hm?...

15

background image

-   Powiedziałem:   dlaczego   nadinspektor   Japp?   Dlaczego   tak   wysoko   postawiona   osoba 
zajmuje się sprawą samobójstwa?
- Po prostu byłem w tym czasie w pobliżu, u Lavenhama, przy ulicy Wigmore. Mieli tam 
przypadek z wyjątkowo pomysłowym oszustwem. Zatelefonowano tam po mnie, abym tu 
przyszedł.
- Ale dlaczego telefonowano akurat po ciebie?
- O, to zupełnie jasne. Alistair Blunt. Jak tylko inspektor okręgowy dowiedział się, że on tu 
był  dziś  rano,   natychmiast  skontaktował  się  z   Yardem.  Pan  Blunt   należy  do  osób,  które 
otaczamy w tym kraju specjalną ochroną.
- Przypuszczasz, że są ludzie, którzy chcieliby go... usunąć?
- Mogę się o to założyć. Przede wszystkim komuniści, a także nasi sympatycy .faszystów. 
Blunt   i   jego   stronnicy   to   ludzie,   którzy   stanowią   solidną   podporę   obecnego   rządu.   Są 
zabezpieczeniem   finansowym   dla   konserwatystów.   Jeżeli   dziś   rano   zdarzyło   się   coś,   co 
mogłoby mu w najmniejszym stopniu zagrażać, musieliśmy to dokładnie zbadać.
Poirot skinął głową.
- Tak, i ja też mniej więcej się tego domyślałem. Czuję jednak - zamachał nerwowo rękoma - 
że to mogła być... pomyłka i że właściwą ofiarą miał być... Alistair Blunt. Albo jest to tylko 
początek... początek kampanii, czy coś takiego? Czuję... - wciągnął powietrze przez nos - w 
tym wszystkim wielkie pieniądze!
Japp odparł:
- Jesteś trochę zbyt pewny.
- Sugeruję, że ce pauvre* Morley był tylko pionkiem tej grze... Być może coś wiedział... 
może coś powiedział Bluntowi... albo oni bali się, że mógłby coś powiedzieć Bluntowi...
Przerwał w chwili, gdy do pokoju weszła Gladys Nevill.
- Pan Reilly zajęty jest wyrywaniem zęba - powiedziała. - Będzie wolny mniej więcej za 
dziesięć minut. Czy to panom odpowiada?
Japp wyraził zgodę. Tymczasem poprosił o powtórną rozmowę z Alfredem.

V

Stan   psychiczny   Alfreda   oscylował   pomiędzy   uczuciem   zdenerwowania,   radości   i 
chorobliwego strachu przed obwinieniem go za wszystko, cokolwiek się stało! Był u Morleya 
dopiero od dwóch tygodni. W tym czasie ciągle i niezmiennie wszystko robił źle. Ta stała 
kompromitacja poderwała w nim zaufanie do samego siebie.
- Być może był bardziej roztrzęsiony - odpowiedział a pytanie Alfred - poza tym nic nie 
pamiętam. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że mógłby do siebie strzelić!
-   Musisz   nam   opowiedzieć   wszystko,   co   przypominasz   sobie   z   tego   przedpołudnia.   - 
Wmieszał się Poirot. - Jesteś bardzo ważnym świadkiem i twoje wspomnienia mogą mieć dla 
nas ogromne znaczenie.
Twarz Alfreda pokryła się silnym rumieńcem, zaczerpnął tchu i wypiął pierś. Już przedtem 
zdał   Jappowi   krótką   relację   z   porannych   wypadków.   A   teraz   będzie   mógł   się   wygadać. 
Zaczęło go ogarniać przyjemne uczucie ważności.
- Mogę panom wszystko dokładnie opowiedzieć - rzekł. - Tylko pytajcie.
- Na początek: czy dziś rano zdarzyło się coś niezwykłego?
Alfred zastanawiał się przez minutę i odpowiedział żałosnym głosem:
- Nie mogę powiedzieć, żeby coś się zdarzyło. Wszystko było jak zwykle.
- Czy do domu nie przyszedł nikt obcy?
- Nie, sir.
- Nawet ktoś spośród pacjentów?
- Nie wiem, jakich pacjentów ma pan na myśli. Nie było nikogo, kto nie byłby uprzednio 

background image

umówiony, jeśli o to panu chodzi. Wszyscy byli zapisani w książce.
Japp przytaknął.
- Czy z zewnątrz mógł wejść ktoś nie zauważony? - spytał Poirot.
- Nie, nie mógł. Chyba że miałby własny klucz.
- Jednak wyjść z domu, bez zwrócenia uwagi, było łatwo?
- O tak, proszę pana, wystarczyło chwycić za klamkę, otworzyć drzwi i zatrzasnąć je za sobą. 
Większość z nich tak robiła. Często schodzili po schodach, podczas gdy ja wjeżdżałem windą 
na górę z następnym pacjentem, rozumie pan?
- Rozumiem. A teraz powiedz. nam, kto pierwszy przyszedł dziś rano i tak dalej. Opisz ich, 
jeśli nie pamiętasz nazwisk.
Alfred zastanawiał się przez minutę, potem powiedział:
- Jakaś pani z dziewczynką do pana Reilly'ego i pani Soap, czy coś takiego, do pana Morleya.
- Zgadza się. Dalej - ponaglił Poirot.
-  Potem  taka  starsza   dama...   pewnie  gruba  ryba...   Przyjechała  daimlerem.  Kiedy  wyszła, 
przyszedł wysoki facet, sztywny niczym wojskowy, a zaraz po nim pan. - Wskazał na Poirota.
- Dobrze.
- Następnie przyszedł ten Amerykanin...
- Amerykanin? - przerwał szybko Japp.
- Tak, sir. Młody facet. To był  na pewno Amerykanin, poznałem po akcencie. Przyszedł 
wcześniej, chociaż był umówiony dopiero na jedenastą trzydzieści albo trochę później. Mogła 
być jedenasta czterdzieści i wtedy go nie było, pewnie się wystraszył i uciekł. - Po czym 
dodał z miną znawcy: - Czasem tak robią.
- A zatem musiał wyjść wkrótce po mnie? - zapytał Poirot.
- To prawda, sir. Zanim pan wyszedł, zajęty byłem gościem, który przyjechał rollsem. Klasa! 
To   był   samochód!   A   więc   pan   Blunt   -   jedenasta   trzydzieści.   Potem   zszedłem   na   dół, 
wypuściłem   pana  i  wpuściłem  jakąś   panią.   Panna  Some  Berry Seal,  czy  coś  takiego...   a 
potem... Tak, następnie po prostu skoczyłem na dół wziąć moje drugie śniadanie z kuchni i 
kiedy tam byłem, usłyszałem dzwonek - dzwonek pana Reilly'ego - wróciłem więc na górę i 
zobaczyłem,  że ten Amerykanin dał nogę. Powiedziałem o tym panu Reilly'emu  i on jak 
zwykle zaklął.
- Dalej - ponaglił Poirot.
-   Chce   pan   wiedzieć,   co   było   dalej?   A   więc   pan   Morley   zadzwonił   po   tę   pannę   Seal, 
zaprowadziłem   więc   tę,   jak   tam   się   nazywa,   do   windy.   Kiedy   znów   zjechałem   na   dół, 
przyszło   dwóch   dżentelmenów   -   jeden   mały,   ze   śmiesznie   skrzeczącym   głosem   -   nie 
pamiętam   jak   się   nazywał.   Przyszedł   do   pana   Reilly'ego.   Drugim   był   jakiś   gruby 
obcokrajowiec do pana Morleya.  Panna Seal nie była  długo - najwyżej  piętnaście  minut. 
Wyprowadziłem ją, a następnie zaprowadziłem na górę owego grubego obcokrajowca, bo 
tego drugiego dżentelmena, jak tylko przyszedł, zaprowadziłem do pana Reilly'ego.
- Wobec tego nie widziałeś, jak ten obcokrajowiec wychodził? - spytał Japp.
- Nie, sir, nie mogę powiedzieć, że widziałem. On musiał wyjść sam. Nie widziałem, jak ci 
dwaj wychodzili.
- Gdzie byłeś od godziny dwunastej?
- Zawsze siedzę w windzie, czekam, aż ktoś zadzwoni do drzwi frontowych lub na jeden z 
dzwonków dentystów.
- I prawdopodobnie coś czytałeś - wtrącił Poirot.
Alfred znów spłonął rumieńcem.
- To przecież nie jest zabronione. Nie wiem, co innego mógłbym w tym czasie robić.
- Dobrze. A co czytałeś?
-   "Śmierć   o   11.45".   Taką   amerykańską   powieść   kryminalną.   Naprawdę   ciekawa,   sir.   O 
rewolwerowcach!

17

background image

Poirot uśmiechnął się lekko i powiedział:
- Czy z tego miejsca mogłeś słyszeć odgłos zamykania drzwi frontowych?
- Wtedy, gdy ktoś wychodził? Nie sądzę, sir. Myślę, że mogłem nie zwrócić na to uwagi. 
Winda mieści się z tyłu holu i trochę za narożnikiem. Wszystkie dzwonki są za windą. I te, 
naturalnie, słychać bardzo dobrze.
Poirot skinął głową i Japp zapytał:
- Co było dalej?
Alfred ściągnął brwi w ogromnym wysiłku pamięci.
- Została tylko ostatnia pacjentka, panna Shirty. Czekałem na wezwanie pana Morleya, ale nic 
się nie działo i o godzinie pierwszej ta pani zaczęła się trochę denerwować.
- Czy nie przyszło ci do głowy, aby pójść tam i zobaczyć, czy pan Morley jest gotowy?
Alfred stanowczo potrząsnął głową.
- Naturalnie, że nie, sir. Nawet mi się to nie śniło. Wiedziałem, że jest u niego pacjent i 
musiałem   czekać   na   dzwonek.   Oczywiście,   gdybym   wiedział,   że   pan   Morley   rąbnął   do 
siebie...
Alfred potrząsnął głową z niezdrową rozkoszą.
- Czy dzwonek wzywający odzywał się, zanim pacjent zszedł z góry, czy też było na odwrót? 
- spytał Poirot.
- To zależy. Zwykle pacjenci woleli schodzić po schodach i wówczas słyszałem dzwonek 
później. Jeżeli jednak zdecydowali się jechać windą, wówczas być może dzwonek odzywał 
się w momencie, gdy wiozłem ich na dół. Ale to nie było dokładnie ustalone. Czasem pan 
Morley   chciał   mieć   kilka   minut   wolnego   czasu   przed   następnym   pacjentem.   Jeżeli   się 
spieszył, to dzwonił natychmiast po wyjściu pacjenta z gabinetu.
- Rozumiem... - Poirot przerwał i po chwili ciągnął dalej: - Alfredzie, czy samobójstwo pana 
Morleya zaskoczyło cię?
- Całkowicie mnie ogłupiło. Nie mogę sobie wprost wyobrazić, aby miał powód to zrobić, 
chyba że... O! - Oczy Alfreda zrobiły się okrągłe. - O... on chyba nie został zamordowany.
Poirot przerwał Jappowi, który zamierzał właśnie odpowiedzieć:
- Przypuśćmy, że został zamordowany. Czy to cię mniej zaskoczyło?
- No, nie jestem pewien. Nie wiem, kto mógłby zamordować pana Morleya. Był przecież... 
no, był zwyczajnym dżentelmenem, sir. Czy on naprawdę został zamordowany, sir?
Poirot odparł poważnie:
- Bierzemy pod uwagę każdą możliwość. Oto dlaczego liczę na to, że ty, jako bardzo ważny 
świadek, postarasz się przypomnieć sobie wszystko, co się wówczas wydarzyło.
Silnie zaakcentował ostatnie słowa i Alfred ściągnął brwi, wysilając pamięć.
- Nie mogę już sobie nic więcej przypomnieć. Naprawdę, sir nie mogę.
Głos Alfreda był żałosny.
- No dobrze już, Alfredzie. Jesteś całkiem pewny, że dziś przed południem, poza pacjentami, 
nie było tu nikogo?
-   Nie   było   nikogo   obcego,   sir.   Do   panny   Nevill   przyszedł   jej   przyjaciel   i   był   bardzo 
zawiedziony, że jej nie zastał.
- Kiedy tu był? - spytał szybko Japp.
- Krótko po dwunastej. Kiedy powiedziałem mu, że panna Nevill wyjechała na cały dzień, 
wydawał się tym bardzo zaskoczony i oświadczył, że zaczeka, aby zobaczyć się z panem 
Morleyem. Powiedziałem mu, że pan Morley jest aż do lunchu bardzo zajęty, ale on na to 
odparł: "Nieważne, zaczekam".
Poirot spytał:
- I czekał?
We wzroku Alfreda pojawiło się zdumienie.
- Nnn... nie pomyślałem o tym! - odparł. - Wszedł do poczekalni, ale potem już go tam nie 

background image

było. Może znudziło mu się czekanie i postanowił przyjść kiedy indziej.

VI

Kiedy Alfred zniknął za drzwiami, Japp powiedział z wymówką do Poirota:
- Myślisz, że dobrze zrobiłeś, sugerując temu chłopakowi myśl, że to było morderstwo?
Poirot wzruszył ramionami.
- Myślę, że dobrze. Pod wpływem takiej sugestii mógł sobie przypomnieć coś, co widział lub 
słyszał, i będzie baczniej zwracał uwagę na wszystko, co się tu dzieje.
- Mimo wszystko nie chcemy, żeby to za wcześnie się rozeszło.
-   Mon   cher,   nie   rozejdzie   się,   Alfred   czyta   powieści   kryminalne   -   jest   zakochany   w 
kryminałach. Cokolwiek mu się wymknie, zostanie przypisane jego chorobliwie wybujałej 
wyobraźni.
- Niech będzie, może masz rację, Poirot. Teraz porozmawiajmy z Reillym.
Gabinet i biuro Reilly'ego znajdowały się na pierwszym piętrze. Gabinet był tak samo duży, 
lecz ciemniejszy i nie tak bogato urządzony jak ten, który znajdował się piętro wyżej.
Wspólnik   pana   Morleya   był   wysokim,   młodym   człowiekiem,   z   czarną,   bujną   czupryną 
opadającą w nieładzie na czoło. Miał miły głos i przenikliwe oczy.
- Miałem nadzieję, panie Reilly - powiedział Japp po przedstawieniu się - że będzie pan w 
stanie rzucić trochę światła na tę sprawę.
- Mylą się panowie, ponieważ nie będę mógł - odparł Reilly. - Mogę tylko stwierdzić, że 
Morley był ostatnim człowiekiem, który targnąłby się na swoje życie. Ja mógłbym to zrobić, 
ale nie on!
- Dlaczego pan mógłby to zrobić? - spytał Poirot.
- Ponieważ mam morze zmartwień! - odrzekł. - Po pierwsze, kłopoty finansowe! U mnie 
nigdy jeszcze nie zgadzały się wydatki z dochodami.  Natomiast  Morley był  człowiekiem 
roztropnym. Nie miał długów, nie miał kłopotów finansowych. Tego jestem pewien.
- A może jakaś sprawa miłosna? - podsunął Japp.
- Morley? On w ogóle nie zajmował się takimi sprawami! Biedny chłop, był pod pantoflem 
siostry!
Japp zapytał Reilly'ego o jego porannych pacjentów.
- O, sądzę, że wszyscy są poza podejrzeniami. Mała Betty Heath to miła dziewczynka - leczę 
ją, tak jak i całą rodzinę. Pułkownik Abercrombie - to też mój stały pacjent.
- Co pan wie o Howardzie Raikesie? - zapytał Japp.
Reilly uśmiechnął się szeroko.
- To ten, który uciekł przede mną? Nigdy przedtem nie był u mnie. Nic o nim nie wiem. 
Zatelefonował do mnie i umówił się na wizytę dziś rano.
- Skąd telefonował?
- Z hotelu "Holborn Pałace". Przypuszczam, że to Amerykanin.
- Alfred też tak twierdzi.
- Alfered powinien wiedzieć - odparł Reilly. - Ten nasz Alfred to kinoman.
- A inni, pańscy pacjenci?
- Barnes? Śmieszny, mały pedant. Jest emerytowanym urzędnikiem państwowym. Mieszka 
gdzieś w Ealing.
Japp milczał przez chwilę, po czym spytał:
- Co może nam pan powiedzieć o pannie Nevill?
Reilly uniósł brwi.
-   Ta   ładna   blond   sekretarka?   Nic   szczególnego.   Jej   stosunki   ze   starym   Morleyem   były 
zupełnie niewinne... Tego jestem pewien.
- Nie sugerowałem panu, że było inaczej - powiedział Japp, rumieniąc się lekko.

19

background image

- Mój błąd - powiedział Reilly. - Może mi pan wybaczyć sprośne myśli? Sądzę jednak, że na 
pańskim miejscu próbowałbym w myśl zasady cherchez la femme*.
- Proszę mi wybaczyć, że posługuję się pańskim ojczystym językiem - dodał, zwracając się do 
Poirota. - Mam piękny akcent, prawda? To skutki wychowania przez zakonnice.
Japp niecierpliwie przerwał te wynurzenia i spytał:
- Czy wie pan coś o tym młodym człowieku, z którym zaręczona jest panna Nevill? Nazywa 
się Carter, Frank Carter.
- Morleyowi nie bardzo się podobał - odrzekł Reilly.
- Próbował odciągnąć od niego pannę Nevill.
- To znaczy, że mogło to zdenerwować Cartera?
- Prawdopodobnie bardzo go to zdenerwowało. - Wesoło zgodził się Reilly.
Przerwał i dodał po chwili:
- Proszę mi wybaczyć, ale chciałbym wiedzieć, czy panowie przesłuchują mnie w sprawie 
samobójstwa czy morderstwa?
Japp odpowiedział szybko:
- A jeżeli to byłoby morderstwo, to miałby pan jakieś podejrzenia?
-   Nie!   Ale   chciałbym,   żeby   to   była   Georgina!   To   ponura   kobieta,   ma   bzika   na   punkcie 
wstrzemięźliwości. Ale, niestety,  obawiam się, że Georgina jest pełna moralnej prawości. 
Oczywiście,  ja sam mogłem  wejść  na górę i  zastrzelić  starego  Morleya,  jednak tego  nie 
zrobiłem. Nawet nie mogę sobie wyobrazić, że ktoś chciałby go zamordować albo że sam się 
zastrzelił.
I dodał zmienionym głosem:
- Jeżeli chodzi o ścisłość, to jest mi bardzo przykro... Proszę mi wybaczyć moje zachowanie. 
Jestem bardzo zdenerwowany. Czułem słabość do starego Morleya i będzie mi go brakować.

VII

Japp odłożył słuchawkę i obrócił się do Poirota. Jego twarz przybrała ponury wyraz.
- Amberiotis nie czuje się zbyt dobrze - powiedział - i wolałby dziś po południu z nikim się 
nie   spotykać.   Ale   zobaczy   się   ze   mną...   i   nie   wykręci   się   od   tego   spotkania.   Mamy   w 
"Savoyu" naszego człowieka, który będzie miał na niego oko, gdyby chciał prysnąć.
- Myślisz, że Amberiotis zastrzelił Morleya? - spytał Poirot w zamyśleniu.
- Nie wiem. Jednak był ostatnią osobą, która widziała Morleya żywego. Ponadto był jego 
nowym pacjentem. Zgodnie z jego relacją rozstał się z Morleyem o dwunastej dwadzieścia 
pięć. Może to prawda, może i nie. Jeżeli Morley wtedy żył, wówczas musimy zrekonstruować 
to, co wydarzyło się potem. Panowała tam przez pięć minut cisza, zanim przyszedł następny 
pacjent. Czy ktoś wszedł i widział się z nim w ciągu tych pięciu minut? Powiedzmy Carter? 
Albo Reilly? Co się wydarzyło? Możemy założyć, że po dwunastej trzydzieści, a co najmniej 
trzydzieści pięć, Morley już nie żył  - gdyby było  inaczej, mógłby nacisnąć dzwonek lub 
posłać na dół słówko do panny Kirby, że nie może jej przyjąć. Nie, w tym czasie został 
zastrzelony albo ktoś powiedział mu coś takiego, że popełnił samobójstwo. Przerwał i dodał:
- Chciałbym porozmawiać z każdym pacjentem, który widział się z nim dziś rano. Istnieje 
możliwość,   że   Morley   coś   powiedział   jednemu   z   nich,   co   mogłoby   naprowadzić   nas   na 
właściwy trop.
Spojrzał na zegarek.
- Alistair Blunt oświadczył, że może poświęcić mi kilka minut o czwartej piętnaście. Udamy 
się więc najpierw do niego, na Chelsea Embankment. Następnie, po drodze do Amberiotisa, 
wstąpimy do panny Sainsbury Seale. Zanim jednak zabierzemy się za tego Greka, chciałbym 
dowiedzieć się wszystkiego, co tylko możliwe. Potem chciałbym zamienić kilka słów z tym 
Amerykaninem, który według ciebie wyglądał jak morderca.

background image

Poirot potrząsnął przecząco głową.
- Nie jak morderca... jak człowiek cierpiący na ból zęba.
- Nieważne, tak czy inaczej musimy się widzieć z tym Raikesem. Jego zachowanie było, 
delikatnie   mówiąc,   dziwne.   Potem   trzeba   sprawdzić   ten   telegram   panny   Nevill,   jej 
narzeczonego i chorobę ciotki. Prawdę mówiąc, musimy sprawdzić wszystko i wszystkich.

VIII

Alistair Blunt nie był postacią ogólnie znaną. Być może dlatego, że prowadził spokojny tryb 
życia, a może dlatego, że przez wiele lat pełnił raczej funkcje księcia małżonka niż króla.
Rebecca   Sanseverato,   z   domu   Arnholt,   przybyła   do   Londynu   jako   pozbawiona   iluzji, 
czterdziestopięcioletnia kobieta. Po rodzicach odziedziczyła królewskie wprost bogactwo. Jej 
matka była spadkobierczynią europejskiej rodziny Rothersteinów. Ojciec był głową wielkiego 
amerykańskiego banku Arnholtów. Rebecca Arnholt po tragicznej śmierci obu braci i kuzyna 
w katastrofie lotniczej stała się jedyną spadkobierczynią olbrzymiej fortuny. Wyszła za mąż 
za europejskiego arystokratę o znanym nazwisku, za księcia Felipe di Sanseverato. W trzy 
lala później, po spędzeniu dwóch okropnych lat z dobrze wychowanym łajdakiem, którego złe 
zachowanie było ogólnie znane, otrzymała rozwód i przyznano jej opiekę nad dzieckiem z 
tego małżeństwa. W kilka lat później dziecko zmarło.
Rozgoryczona cierpieniami, Rebecca Arnholt zainwestowała swoje niewątpliwe zdolności w 
sprawy finansowe - co zresztą miała we krwi. Przyłączyła się do swego ojca-bankiera.
Po jego śmierci postanowiła godnie go zastąpić w świecie finansjery.  Kiedy przybyła  do 
Londynu,   przysłano   do   niej,   do   Clarige'a   młodszego   wspólnika   z   filii   londyńskiej   z 
dokumentami. W sześć miesięcy później świat zelektryzowała wieść, że Rebecca Sanseverato 
poślubiła Alistaira Blunta, człowieka młodszego od niej o prawie dwadzieścia lat!
Jak zwykle w takich wypadkach ludzie śmiali się i szydzili. Rebecca - mówili jej przyjaciele - 
była   nieuleczalnie   szalona,   jeśli   chodzi   o   mężczyzn.   Pierwszy,   Sanseverato...   a   teraz   ten 
młodzieniaszek! Rzecz jasna, żenił się z nią wyłącznie dla pieniędzy! Oczywiście, grozi jej 
drugie   nieszczęście!   Jednak,   ku   powszechnemu   zaskoczeniu,   to   małżeństwo   okazało   się 
udane. Ludzie, którzy prorokowali, że Alistair Blunt przepuści jej pieniądze na inne kobiety, 
mylili się. Pozostał jej wierny do końca. W dziesięć lat po jej śmierci, kiedy odziedziczył jej 
ogromny majątek, sądzono, że ożeni się powtórnie. Nie zrobił tego, pozostał wdowcem. Żył 
samotnym, spokojnym i zamkniętym życiem. Po śmierci żony Alistair Blunt nie przestawał 
zajmować się sprawami finansowymi, którym poświęcał wszystkie swoje, wybitne zdolności, 
nie ustępując w tym zmarłej żonie. Jego posunięcia były zawsze rozsądne, a uczciwość nie 
budziła   wątpliwości.   Kierował   interesami   Arnholtów   i  Rothersteinów   z  właściwym   sobie 
talentem.
Bardzo mało udzielał się towarzysko, miał domy w Kent i Norfolku, gdzie spędzał weekendy 
- nie na wesołych przyjęciach, lecz w niewielkim gronie dystyngowanych przyjaciół. Lubił 
grać w golfa, chociaż grał przeciętnie. Ponadto zajmował się ogrodem.
Taki był człowiek, do którego zmierzali teraz nadinspektor Japp i Herkules Poirot, trzęsąc się 
w rozklekotanej taksówce.
Gothic   House   był   dobrze   znanym   budynkiem   przy   Chelsea   Embankment.   Wewnątrz 
urządzony był luksusowo, zarazem z kosztowną prostotą. Nie był nowoczesny, ale niezwykle 
wygodny.
Alistair Blunt nie kazał na siebie-czekać. Przyszedł prawie natychmiast.
- Nadinspektor Japp? - spytał.
Japp   zrobił   krok   naprzód   i   przedstawił   Herkulesa   Poirot.   Blunt   przyjrzał   mu   się   z 
zainteresowaniem.
- Znam, oczywiście, pańskie nazwisko, monsieur Poirot. Z pewnością... Gdzieś... Zupełnie 

21

background image

niedawno... - Przerwał i zmarszczył brwi.
- Spotkaliśmy się dziś rano w poczekalni ce pauvre monsieur* Morley - przypomniał Poirot.

Czoło Alistaira Blunta wygładziło się.
- Oczywiście - rzekł. - Przypominam sobie. Wiedziałem, że gdzieś już pana widziałem. - 
Zwrócił się do Jappa: - Czym mogę panu służyć? Z prawdziwą przykrością usłyszałem o 
biednym Morłeyu.
- Był pan zaskoczony, panie Blunt?
- Bardzo. Oczywiście, znałem go bardzo słabo, ale myślę, że był człowiekiem, do którego 
samobójstwo nie pasuje.
- Czy wydawał się tego ranka zdrów i miał dobre samopoczucie?
- Myślę, że... tak. - Alistair Blunt przerwał, a następnie powiedział z chłopięcym uśmiechem: 
- Prawdę mówiąc, bardzo się boję chodzić do dentysty. Przede wszystkim nienawidzę tego 
piekielnego wiertła, z którym się na człowieka rzucają. Oto dlaczego nie zwracałem na nic 
uwagi. Przynajmniej dopóty, dopóki stamtąd wyszedłem. Muszę jednak stwierdzić, że Morley 
wydawał się całkowicie naturalny. Wesoły i pracowity.
- Często go pan odwiedzał?
- Wydaje mi się, że to była moja trzecia albo czwarta wizyta. Aż do ubiegłego roku nie 
miałem kłopotów z zębami. Ale teraz wygląda na to, że się już rozpadam.
Herkules Poirot spytał:
- Kto panu polecił Morleya?
Blunt ściągnął brwi koncentrując się.
- Chwileczkę... Bolało mnie... Ktoś mi mówił, że Morley przy Queen Charlotte Street jest 
dentystą, do którego powinienem pójść, ale... ale chyba nigdy w życiu nie przypomnę sobie, 
kto mi to poradził. Bardzo mi przykro.
- Jeśli jednak przypomni pan sobie, to proszę nas zawiadomić - powiedział Poirot.
Alistair Blunt spojrzał na niego uważnie.
- Oczywiście, że to zrobię - rzekł. - Ale dlaczego? Czy to ma jakieś znaczenie?
- Mam pewne podejrzenie, że to może mieć wielkie znaczenie - stwierdził Poirot.
Kiedy wychodzili, przed domem zatrzymał się samochód. Był to mały samochód sportowy, z 
gatunku tych, z których można się wydostać jedynie ruchem węża.
Dziewczyna, która wydostała się z samochodu, składała się przede wszystkim z rąk i nóg. 
Kiedy ruszyli ulicą, wreszcie stanęła na chodniku i nagle krzyknęła:
- Halo!
Nie sądząc, by to wołanie skierowane było pod ich adresem, nie odwrócili się, ale dziewczyna 
powtórzyła:
- Halo! Halo, wy tam!
Zatrzymali się i rozejrzeli dookoła pytająco. Dziewczyna podeszła ku nim. To wrażenie rąk i 
nóg pozostało. Była wysoka, bardzo szczupła, o inteligentnej, żywej twarzy,  co łagodziło 
pewne braki w urodzie. Miała ciemne włosy i była bardzo opalona.
Zwróciła się do Poirota:
- Wiem, kim pan jest... Jest pan detektywem i nazywa się Herkules Poirot! - Miała ciepły i 
niski głos ze śladem amerykańskiego akcentu.
- Do usług, mademoiselle - odpowiedział Poirot.
Jej oczy spoczęły na towarzyszu Poirota.
- To nadinspektor Japp.
Oczy jej rozszerzyły się. Wydawało się, że jest przestraszona. W głosie zabrzmiało lekkie 
wahanie.
- Po co panowie tu przyszli!... Czy coś się stało... wujkowi Alistairowi?
- Dlaczego pani tak myśli, mademoiselle? - szybko spytał Poirot.

background image

- Więc nie? To dobrze!
Japp podtrzymał pytanie Poirota.
- Dlaczego przypuszczała pani, że mogło coś się stać panu Bluntowi, panno...?
Przerwał wyczekująco. Dziewczyna odparta odruchowo:
- Olivera. Jane Olivera. - Zaśmiała się bez przekonania. - Detektywi na progu raczej sugerują 
obecność bomby na strychu, prawda?
-   Dzięki   Bogu,   nic   takiego   nie   przydarzyło   się   panu   Bluntowi.   Miło   mi   to   pani 
zakomunikować, panno Olivera.
Znów spojrzała na Poirota.
- Wezwał pana w jakiejś sprawie?
-   To   my   chcieliśmy   się   z   nim   widzieć,   panno   Olivera   -   odparł   Japp   -   ponieważ 
spodziewaliśmy się, że rzuci trochę światła na sprawę samobójstwa, które wydarzyło się dziś 
rano.
- Samobójstwo? Kto? Gdzie? - pytała szybko.
- Dentysta nazwiskiem Morley, Queen Charlotte Street 58.
- Och! - powiedziała bezbarwnie Jane Olivera.
- Och!... - Patrzyła przed siebie, marszcząc brwi. Nagle rzuciła: - Ależ to absurd! - Odwróciła 
się szybko na pięcie i bez pożegnania, wyjmując klucz, pobiegła w kierunku drzwi Gothic 
House.
- Tak! - stwierdził Japp, patrząc w ślad za nią.
- Nadzwyczajne stwierdzenie.
- Interesujące - zauważył łagodnie Poirot.
Japp opanował się, spojrzał na zegarek i machnął ręką na taksówkę.
- Mamy jeszcze trochę czasu, żeby w drodze do "Savoyu" wstąpić do panny Sainsbury Seale.

IX

Panna   Sainsbury  Seale,   siedząc   w   mrocznej   sali   hotelu   "Glengowrie   Court"   piła   właśnie 
herbatę.   Była   zakłopotana   pojawieniem   się   oficera   policji   w   cywilnym   ubraniu,   ale   jak 
zauważył, podniecenie, jakiego doznała, było jednocześnie przyjemne. Poirot stwierdził ze 
smutkiem, że nadal nie przyszyła klamerki do buta.
- Doprawdy, panie oficerze - zapiszczała panna Sainsbury Seale, rozglądając się dookoła - 
doprawdy nie wiem, gdzie moglibyśmy spokojnie porozmawiać. Wszędzie tłok... Jest właśnie 
pora herbaty, ale może pan też się napije i... i pański przyjaciel?
- Ja nie, madame - odparł Japp. - To jest monsieur Herkules Poirot.
- Naprawdę? - mówiła panna Sainsbury Seale. - Jest pan pewien, że żaden z panów nie napije 
się herbaty? Może wobec tego przejdziemy do salonu, chociaż często jest tam pełno... O, 
widzę tam w kąciku, we wnęce. Właśnie zwalniają stolik. Chodźmy tam...
Zaprowadziła ich do odosobnionej kanapy i dwóch krzeseł stojących w zacisznej alkowie. 
Poirot i Japp szli za nią, a Poirot podniósł i wręczył jej szal i chustkę do nosa, które zgubiła po 
drodze. ,
- O, dziękuję, jestem taka roztrzepana. Proszę, panie inspektorze, a może nadinspektorze? 
Proszę pytać mnie o wszystko, o co pan tylko zechce. To takie przykre. Biedny człowiek... 
Sądzę, że był czymś przejęty. W jakich strasznych czasach żyjemy!
- Czy wydawał się pani czymś zmartwiony?
- No... - Panna Sainsbury Seale zastanawiała się i ostatecznie powiedziała niechętnie: - No, 
wie pan, nie mogę powiedzieć, żeby był czymś zmartwiony! Ale, być może, nie zauważyłam 
tego...   nie   w   tych   okolicznościach.   Jestem   bardzo   bojaźliwa,   a   nawet   tchórzliwa...   No, 
rozumie pan! - Panna Sainsbury Seale zachichotała i poprawiła fryzurę podobną do ptasiego 
gniazda.

23

background image

- Czy mogłaby nam pani powiedzieć, kto jeszcze był wtedy w poczekalni?
- Chwileczkę... Więc gdy weszłam, był tam tylko jakiś młody człowiek. Wydawało mi się, że 
bardzo go bolą zęby, ponieważ stale coś do siebie mruczał i wyglądał tak dziko. Przez jakiś 
czas bezmyślnie przewracał leżące na stole magazyny. Nagle zerwał się i wybiegł. Widocznie 
dostał ataku bólu.
- Nie wie pani przypadkiem, czy kiedy wybiegł z pokoju, opuścił również dom?
-   Niestety,   tego   nie   wiem.   Przypuszczam,   że   nie   mógł   już   dłużej   wytrzymać   i   musiał 
natychmiast dostać się do dentysty. Chyba to niemożliwe, żeby poszedł do pana Morleya, 
ponieważ służący wezwał mnie w kilka minut później.
- Czy przed wyjściem z domu wchodziła pani jeszcze do poczekalni?
-   Nie.   Ponieważ   już   na   górze   w   gabinecie   pana   Morleya   włożyłam   kapelusz   i 
uporządkowałam  włosy.   Niektórzy  -  panna  Sainsbury Seale   kontynuowała   swój  ulubiony 
t6mat - zdejmują kapelusze i zostawiają na dole w poczekalni, ale ja tego nigdy nie robię. 
Moja przyjaciółka naraziła się kiedyś z tego powodu na spory kłopot. Proszę sobie wyobrazić, 
że zostawiła swój nowy kapelusz na krześle, a kiedy wróciła na dół, siedziało na nim dziecko! 
Ruina! Kompletna ruina!
- Katastrofa - zgodził się uprzejmie Poirot.
-   Według   mnie,   winę   za   to   ponosiła   wyłącznie   matka   -   mówiła   dalej   panna   Seale 
autorytatywnie. - Matki powinny pilnować swoich dzieci. Te rozkoszne maleństwa nie robią 
szkody celowo, ale trzeba je pilnować!
- A więc ten młody człowiek z bolącymi zębami - powiedział Japp - był jedynym pacjentem, 
którego spotkała pani przy Queen Charlotte Street 58?
- Był tam jeszcze jeden dżentelmen. Widziałam, jak schodził po schodach. Wyszedł w chwili, 
gdy szłam do pana Morleya... O, teraz sobie przypomniałam! Gdy wchodziłam do domu, 
opuszczał go jakiś szczególny mężczyzna wyglądający na obcokrajowca.
Japp zakaszlał. Poirot powiedział z godnością:
- To byłem ja, madame.
- O, mój Boże! - Panna Sainsbury Seale patrzyła na niego z przerażeniem. - Tak, to był pan. 
Proszę mi wybaczyć. Tu jest tak ciemno, a ja mam krótki wzrok! - tłumaczyła się speszona. - 
Tak naprawdę to pochlebiam sobie, że mam wielki dar zapamiętywania twarzy. Ale światło 
jest tu takie przyćmione... Proszę wybaczyć mi tę niefortunną omyłkę!
Uspokoili ją i Japp spytał:
- Czy pani jest zupełnie pewna, że pan Morley nie wspominał na przykład, że spodziewa się 
jakiejś kłopotliwej rozmowy, wtedy, przed południem? Czy może coś w tym rodzaju?
- Nie, jestem pewna, że nic takiego nie mówił.
- A może wspomniał o pacjencie nazwiskiem Amberiotis?
- Nie, nie. On naprawdę nic nie mówił... To znaczy mówił, ale tylko to, co zwykle mówi 
dentysta do pacjenta.
Poirot pomyślał błyskawicznie: "Wypłukać. Proszę otworzyć trochę szerzej. Teraz delikatnie 
zamknąć."
Japp wreszcie chciał posunąć się krok naprzód. Być może zaistnieje potrzeba, aby panna 
Sainsbury Seale zeznawała w czasie śledztwa.
Po   pierwszych   piskach   i   okrzykach   niezadowolenia   panna   Seale   wydawała   się   tym 
zainteresowana. W wyniku wstępnego dochodzenia Japp wydobył z panny Sainsbury Seale 
całą historię jej życia.
Z jej opowieści wynikało, że sześć miesięcy temu, przyjechała z Indii do Anglii. Mieszkała w 
różnych hotelach i pensjonatach, aż wreszcie wylądowała w hotelu "Glengowrie Court", gdzie 
czuła się dobrze, ponieważ znalazła domową atmosferę. W Indiach przeważnie mieszkała w 
Kalkucie, gdzie pracowała na rzecz misji i udzielała lekcji wymowy.
- Najważniejsza jest prawidłowa wymowa. Pan nadinspektor rozumie,  o co mi chodzi? - 

background image

Panna Sainsbury Seale mówiła krygując się. - Jako dziewczyna występowałam na scenie. 
Och, no wie pan, tylko w małych rólkach. I to na prowincji! Miałam jednak wielkie ambicje. 
Stały teatr. Potem pojechałam w świat - Szekspir, Bernard Shaw. - Westchnęła. - Kłopotem 
dla   nas,   biednych   kobiet,   jest   serce   -   jesteśmy   na   jego   łasce.   Pochopne,   impulsywne 
małżeństwo.   Niestety!   Potem   prawie   natychmiast   rozstaliśmy   się.   Oszukał   mnie   w 
pożałowania   godny   sposób.   Wróciłam   do   mojego   panieńskiego   nazwiska.   Pewna   moja 
przyjaciółka dała mi niewielki kapitał, z którym rozpoczęłam prowadzenie szkoły wymowy i 
pomogłam stworzyć niewielki, dobry zespół dramatyczny. Muszę pokazać panom niektóre 
recenzje.
Nadinspektor Japp wiedział, jakie w tym tkwi niebezpieczeństwo. Chciał już przerwać, ale 
panna Sainsbury Seale brnęła dalej:
- ... i jeśliby,  przypadkiem, moje nazwisko mogło ukazać się w prasie - jako świadka w 
śledztwie,   oczywiście   -   to   chciałabym   być   pewna,   że   wydrukują   je   poprawnie.   Mabelle 
Sainsbury Seale - Mabelle, literując: M.A.B.E.L.L.E i Seale: S.E.A.L.E. Jeżeli będą uważali 
za stosowne, to proszę, żeby wspomnieli, że grałam w Jak wam się podoba w teatrze w 
Oksfordzie...
- Oczywiście, oczywiście... - przerwał delikatnie nadinspektor Japp.
W taksówce westchnął i otarł pot z czoła.
-   Jeżeli   okaże   się   to   konieczne,   będziemy   musieli   sprawdzić,   czy   wszystko,   co   nam 
opowiadała, było zgodne z prawdą - zauważył. - Chyba że to były kłamstwa... Ale w to akurat 
nie wierzę!
Poirot pokiwał głową.
- Kłamcy - powiedział - nie są ani tak drobiazgowi, ani tak nielogiczni. Japp kontynuował:
- Obawiałem się, że będzie utrudniała śledztwo... Tak jak większość panien w średnim wieku. 
Jednak jej przeszłość aktorska może tłumaczyć tę gorliwość. W pewnym sensie byłaby to 
reklama!
- Ty naprawdę chcesz, aby uczestniczyła w śledztwie? - zdziwił się Poirot.
- Prawdopodobnie nie. To zależy... - Przerwał i dodał: - Ale jestem więcej niż pewny, że to 
nie było samobójstwo, Poirot.
- A motyw?
- Chwilowo nie możemy jeszcze go znaleźć. Przypuśćmy, że Morley kiedyś uwiódł córkę 
Amberiotisa?
Poirot   milczał.   Próbował   wyobrazić   sobie   pana   Morleya   w   roli   uwodziciela   pięknookiej 
Greczynki, ale ten obraz stał się żałośnie groteskowy.
Przypomniał Jappowi, jak Reilly mówił, że jego wspólnik nie zaznał radości życia.
-   O,   nigdy   nie   wiadomo,   co   w   trawie   piszczy!   -   powiedział   niejasno   Japp   i   dodał   z 
satysfakcją: - Będziemy więcej wiedzieli po rozmowie z tym facetem.
Zapłacili za taksówkę i weszli do hotelu "Savoy".
Japp zapytał o Amberiotisa. Portier spojrzał na niego dziwnie.
- Pan Amberiotis? - spytał. - Przykro mi, ale obawiam się, że nie będzie pan mógł się z nim 
widzieć.
- Mylisz  się, mój  przyjacielu  - rzekł chłodno Japp. Odepchnął  portiera  na bok i pokazał 
legitymację służbową.
- Pan mnie nie zrozumiał. Pan Amberiotis nie żyje już od pół godziny!
Poirotowi wydawało się, że jakieś drzwi zamknęły się delikatnie, lecz stanowczo.

PIĄTE, SZÓSTE,
DOBIERZ PATYCZKI PROSTE
I

25

background image

Dwadzieścia cztery godziny później Japp zatelefonował do Poirota. W głosie nadinspektora 
wyczuwało się gorycz.
- Klapa! Nic z tego nie wyszło!
- Co masz na myśli, drogi przyjacielu?
- Morlcy rzeczywiście popełnił samobójstwo. Mamy motyw.
- Jaki?
- Mam już orzeczenie lekarskie w sprawie śmierci Amberiotisa. Nie chce przekazywać ci go 
w urzędowym żargonie, ale, mówiąc potocznie, zmarł na skutek przedawkowania adrenaliny i 
nowokainy. Spowodowało to atak serca i zgon. Kiedy ten nieszczęśnik mówił wczoraj po 
południu, że źle się czuje, była to prawda. No i teraz jesteśmy już w domu! Adrenalina i 
nowokaina wchodzą w skład zastrzyku znieczulającego. Morley popełnił pomyłkę, stosując 
za dużą dawkę. Amberiotis wyszedł i dentysta uświadomił sobie, co zrobił, nie chcąc ponosić 
konsekwencji - palnął sobie w łeb!
- Z broni, której nigdy nie posiadał? - powątpiewał Poirot.
- Jednak mógł ją mieć! Krewni nie wiedzą o wszystkim. Byłbyś zaskoczony, dowiadując się o 
rzeczach, o których oni nie wiedzieli.
- Tak, to prawda.
- No i jesteśmy w domu - powtórzył Japp. - To jest właśnie jedyne, logiczne wyjaśnienie całej 
naszej sprawy.
- Wiesz co, mój drogi - rzekł Poirot - mnie ono nie przekonuje. To prawda, że pacjenci mogą 
reagować alergicznie na miejscowe znieczulenie. Uczulenie na nowokainę jest ogólnie znane. 
Nawet niewielka dawka może wywołać wstrząs. Ale lekarz, który stosuje te leki, normalnie 
nie przejmuje się aż tak bardzo, aby potem popełnić z tego powodu samobójstwo!
- Tak, mówisz o wypadkach, kiedy podano normalną dawkę. I nie można o to obwiniać 
poszczególnych lekarzy. Ale w naszej konkretnej sprawie wyraźnie mamy do czynienia z 
przedawkowaniem. Eksperci nie doszli jeszcze do tego, jaka była wielkość dawki, a to może 
jeszcze   potrwać   całą   wieczność   -   stwierdzili   na   razie,   że   była   to   dawka   większa   niż 
dopuszczalna. Wynika z tego, że Morley z pewnością popełnił omyłkę.
- Nawet jeżeli to była pomyłka - rzekł Poirot - to przecież nie była to zbrodnia!
- Oczywiście, że nie, ale na pewno nie wyszłoby mu to na dobre w jego karierze zawodowej. 
Byłby   skończony.   Nikt   nie   poszedłby   do   dentysty,   który   z   powodu   roztargnienia   zabija 
swoich pacjentów!
- Przyznaję, że byłoby to dziwne.
- Oczywiście, takie rzeczy zdarzają się lekarzom czy farmaceutom... Można być dokładnym i 
ostrożnym przez lata, aż nagle, jeden moment nieuwagi i... nieszczęście gotowe. Morley był 
człowiekiem   wrażliwym.   W   wypadku   lekarza   współwinnymi   lub   winnymi   są   zwykle 
farmaceuta   lub   aptekarz.   W   przypadku   Morleya   -  tylko   on   jeden   był   odpowiedzialny   za 
wszystko.
Poirot zastanawiał się.
- Dlaczego jednak nie pozostawił jakiejś notatki mówiącej o tym, co zrobił? Wyjaśniającej, że 
nie był w stanie ponieść konsekwencji? Żadnego liściku do siostry.
-   Nie,   ja   to   widzę   tak:   nagle   zorientował   się,   co   się   stało,   zawiodły   go   nerwy   i   wybrał 
najprostsze wyjście z sytuacji.
Poirot milczał.
- Znam cię, stary - rzekł Japp. - Jeśli raz uczepisz się tego, że to jest morderstwo, to chciałbyś, 
żeby to było morderstwo! Przyznaję, że to ja jestem winien. Tak cię nastawiłem. Przyznaję, 
że popełniłem pomyłkę. Przyznaję bez bicia.
- Wciąż jeszcze uważam, że może istnieć jakieś inne rozwiązanie - oświadczył Poirot.
- Nie wątpię, że istnieje mnóstwo innych rozwiązań. Myślałem o nich, ale wszystkie są zbyt 
fantastyczne.   Przypuśćmy,   że   Amberiotis   zastrzelił   Morleya,   poszedł   do   siebie,   poczuł 

background image

wyrzuty sumienia i popełnił samobójstwo, używając do tego celu lekarstw, które ukradł z 
gabinetu Morleya. Ty sądzisz, że to ma sens, ja zaś stwierdzam, że jest to całkowicie bez 
sensu. Dostaliśmy z Yardu dane o Amberiotisie. Są całkiem interesujące. Karierę rozpoczął 
jako hotelarz w Grecji, potem zaplątał się w politykę. Szpiegował na rzecz Niemiec i Francji, 
zarobił na tym sporo pieniędzy. Niestety, tą drogą nie dorobił się tak szybko pieniędzy, jakby 
chciał,  i mówi się o nim,  że kilka  razy próbował szantażu. Niezbyt  miły facet, ten nasz 
Amberiotis! W ubiegłym roku przebywał w Indiach, gdzie, jak się sądzi, bez żenady wydoił 
jakiegoś   miejscowego   księcia.   Nie   można   było   mu   nic   udowodnić.   Śliski   jak   węgorz! 
Wyłania się inna możliwość. Powiedzmy, że z jakiegoś powodu szantażuje Morleya, ten zaś, 
mając wspaniałą okazję, faszeruje go dawką adrenaliny i nowokainy, wierząc, że uznane to 
zostanie   za   nieszczęśliwy   wypadek   uczulenia   na   nowokainę.   Jednak   zaraz   po   wyjściu 
pacjenta Morleya napadły wyrzuty sumienia i skończył ze sobą. To jest, oczywiście, możliwe, 
ale nie mogę jakoś wyobrazić sobie Morleya  jako wyrachowanego mordercę. Nie, jestem 
prawie pewny tego, co powiedziałem na wstępie - to była prawdziwa omyłka, którą popełnił 
tego ranka, gdy był  przepracowany.  Zostawmy to wyjaśnienie  jako zadowalające,  Poirot. 
Rozmawiałem z szefem i on też jest tego zdania.
- Rozumiem - powiedział Poirot z westchnieniem - rozumiem...
- Wiem, co czujesz, stary - rzekł Japp uprzejmie.
- Jednak nie można mieć tak na zawołanie pięknego, soczystego morderstwa! No, to na razie. 
Wszystko, co ci mogę jeszcze powiedzieć na moje usprawiedliwienie to "Przepraszam, że 
sprawiłem ci kłopot!"
Z tymi słowami odłożył słuchawkę.

II

Herkules   Poirot   usiadł   przy   swoim   okazałym,   nowoczesnym   biurku.   Lubił   nowoczesne 
meble. Ich proste linie i trwałość bardziej mu odpowiadały niż miękkie kształty starszych 
modeli.
Przed nim leżał arkusz papieru z nagłówkami i komentarzami. W tekście było dużo znaków 
zapytania.
Pierwszy:
Amberiotis. Szpiegostwo. Czy w tym celu przebywał w Anglii? W minionym roku był w 
Indiach podczas rozruchów i niepokojów. Mógłby być agentem komunistycznym.
Potem była spacja i następny tekst:
Frank   Carter?   Morley   wyraził   się   o   nim   nieprzychylnie.   Niedawno   zwolniony   z   pracy. 
Dlaczego?
Następne nazwisko zaopatrzone było tylko znakiem zapytania.
Howard Raikes?
Poniżej napisana była następująca sentencja:
Ale to absurd
Poirot pochylił głowę z powątpiewaniem.
Za oknem ptaszek niósł w dziobie gałązkę do wicia gniazda. Poirot, ze swoją jajowatą głową 
przechyloną teraz na jedną stronę, też wydawał się ptakiem.
Nagle drgnął i napisał kolejne nazwisko.
Barnes?
Przerwał i dopisał poniżej:
Gabinet Morleya? Ślad na dywanie. Różne możliwości.
Przez chwilę zastanawiał się nad ostatnim zapisem.
Potem wstał, kazał podać sobie laskę i kapelusz, i wyszedł.

27

background image

III

Trzy   kwadranse   później   Poirot   opuścił   stację   metra   przy   Ealing   Broadway   i   po   pięciu 
minutach dotarł do celu - Castlegardens Road 88.
Stał tu mały domek dwurodzinny, od frontu poprzedzony czystym i schludnym ogródkiem, na 
widok którego Poirot skinął z zachwytem głową.
- Wspaniała symetria - mruknął do siebie.
Pan Barnes był w domu i Poirota zaprowadzono do małej, pedantycznie czystej jadalni. Po 
chwili wszedł pan Barnes.
Był  to niewysoki  mężczyzna  z bystrymi  oczkami  i prawie całkowicie  łysą  głową. Ponad 
opuszczonymi   okularami   spojrzał   z   zaciekawieniem   na   gościa,   potem   spuścił   wzrok   na 
wizytówkę, którą Poirot uprzednio wręczył pokojówce.
Barnes powiedział wysokim, prawie piskliwym głosem:
- No, no, monsieur Poirot? Naprawdę, bardzo jestem zaszczycony.
- Proszę mi wybaczyć to nagłe, niespodziewane najście - powiedział ceremonialnie Poirot.
- To najlepszy sposób - powiedział Barnes - i czas również jest odpowiedni. Kwadrans do 
siódmej to najlepsza pora, aby zastać kogoś w domu. - Skinął ręką.
-   Proszę   siadać,   monsieur   Poirot.   Jestem   pewny,   że   ma   pan   ze   mną   wiele   spraw   do 
omówienia, zapewne chce pan rozmawiać o sprawie z Queen Charlotte Street 58?
-   Pańskie   przypuszczenie   jest   słuszne,   lecz   dlaczego   zakłada   pan,   że   przyszedłem   w   tej 
sprawie? - zapytał Poirot.
- Drogi panie - odparł pan Barnes - już dość długo jestem emerytowanym urzędnikiem Home 
Office, ale jeszcze do reszty nie zardzewiałem. Jeśli tkwi w tym jakaś tajemnica, to lepiej nie 
mieszać w to policji. To tylko ściąga nadmierną uwagę!
-   Muszę   panu   wobec   tego   zadać   jeszcze   inne   pytanie   -   powiedział   Poirot.   -   Dlaczego 
przypuszcza pan, że może w tym tkwić jakaś tajemnica?
- A tak nie jest? - spytał Barnes. - Jeżeli nie jest, to powinno tak być! - Pochylił się i stuknął 
swoim pince-nez w poręcz fotela. - W Secret Service praca nie polega na łapaniu płotek, tylko 
grubych  ryb  na szczycie,  ale, aby je złapać,  trzeba być  ostrożnym  i nie alarmować  tych 
małych płotek.
- Wydaje mi się, panie Barnes, że pan wie więcej ode mnie - powiedział Poirot.
- Nie wiem nic więcej ponad to - odparł gospodarz - że można dodać dwa do dwóch.
- A jednym z tych dwóch jest...?
- Amberiotis - odrzekł pan Barnes szybko. - Pan zapomniał, że siedziałem przez kilka minut 
naprzeciw   niego   w   poczekalni.   On   mnie   nie   znał.   Zawsze   byłem   niepozornym   i   nie 
rzucającym się w oczy facetem. Czasem to się przydaje. Jednak ja znałem go doskonale i 
mogłem się domyślić, dlaczego przyjechał do Anglii.
- I cóż to było?
Pan Barnes błysnął żywiej oczami.
-   Jesteśmy   narodem   nieznośnym.   Jesteśmy   konserwatystami,   jak   pan   wie,   i   to 
konserwatystami do szpiku kości. Na wszystko narzekamy, ale tak naprawdę to nie chcemy 
rozwalić naszego demokratycznego rządu i nie pragniemy nowomodnych eksperymentów. To 
właśnie stoi kością w gardle wszelkim obcym agitatorom. Całe ich zmartwienie polega na 
tym - z ich punktu widzenia - że jesteśmy krajem niezwykle niezależnym finansowo, jak 
obecnie żaden inny kraj w Europie! Zachwiać równowagę Anglii - zachwiać w sposób istotny 
- można tylko poprzez finanse... i na tym to polega! Jednak nikt nic nie zrobi 'tak długo, jak 
długo przy finansowym sterze stoi taki człowiek jak Alistair Blunt.
Pan Barnes przerwał na chwilę, po czym kontynuował:
- Blunt jest tego rodzaju człowiekiem, że w życiu prywatnym zawsze płaci rachunki i nie żyje 
ponad stan. Obojętnie, czy rocznie zarabia dwa pensy, czy kilka milionów funtów! Jest to 

background image

właśnie tego rodzaju typ człowieka! I dlatego też uważa, że nie ma powodów, aby kraj nie 
robił   w   podobny   sposób!   Żadnych   kosztownych   eksperymentów.   Żadnych   szalonych 
wydatków   na   wszelkie   możliwe   utopie.   Oto   więc   dlaczego...   -  przerwał   na   chwilę   -   oto 
dlaczego pewni ludzie uważają, że Blunt musi odejść.
- Ach - rzekł Poirot. Pan Barens skinął głową.
- Tak - powiedział. - Wiem, co mówię. Niektórzy z nich są całkiem porządni - długie włosy, 
płonące oczy i głowy pełne idei o lepszym świecie. Inni nie są tak porządni, raczej wstrętni. 
To   brodate,   skryte,   szczurze   plemię,   ich   angielszczyzna   pełna   jest   obcych   akcentów.   Są 
jeszcze inni, w typie Wielkich Tyranów. Jednak wszyscy oni chcą tego samego: Blunt musi 
odejść!
Odchylił się wraz z krzesłem i opadł z powrotem.
- Wymieść precz stary porządek! Torysów, konserwatystów, tych, którzy nie chcą się poddać 
oraz nieufnych, twardych biznesmenów. Oto cele, w które mierzą. Być może ci ludzie są w 
porządku - tego nie wiem - natomiast wiem jedno: należy dać ludziom coś w zamian za 
zlikwidowany stary  porządek,  konkretnego,  a  nie  tylko  piękne   słowa.  No, ale   o tym  nie 
mówmy. Mamy do czynienia nie z abstrakcyjną teorią, lecz z konkretnymi faktami. Jeżeli 
usuniemy podpory, runie cały budynek. Blunt stanowi właśnie jedną z podpór istniejącego 
porządku.
Znów się pochylił.
-   Oni   stanowczo   chcą   usunąć   Blunta.   Tego   jestem   pewny.   Według   mnie,   wczoraj   przed 
południem prawie już się do niego dobrali. Mogę się mylić, ale przypuszczam, że próbowano 
tego już przedtem. Mam na myśli metodę.
Przerwał,   a   następnie   powoli   i   ostrożnie   wymienił   trzy   nazwiska.   Niezwykle   zdolnego 
ministra  skarbu, postępowego i dalekowzrocznego  przemysłowca  i obiecującego polityka, 
który   zdobył   sobie   sympatię   społeczeństwa.   Pierwszy   zmarł   na   stole   operacyjnym,   drugi 
zapadł na ciężką, zbyt późno rozpoznaną chorobę, trzeci zginął pod kołami samochodu.
- To było bardzo proste - mówił dalej pan Barnes. - Anestezjolog partaczy swoją robotę, co 
się zdarza. W drugim przypadku lekarz domowy ma problemy z postawieniem właściwej 
diagnozy.  W trzecim  stroskana matka  pędzi samochodem do chorego dziecka,  po drodze 
wypadek. Smutna sprawa - sąd uniewinniają całkowicie!
Przerwał i podjął po chwili:
-   Wszystko   odbyło   się   bardzo   naturalnie   i   niebawem   poszło   w   zapomnienie,   lecz   teraz 
opowiem panu, co się naprawdę stało z tymi trzema osobami, które były zamieszane w te 
wypadki. Anestezjolog otrzymał za darmo do dyspozycji wspaniale wyposażone laboratorium 
doświadczalne, ten lekarz domowy wycofał się z praktyki, otrzymał jacht i piękną posiadłość 
w Broads. Matka daje wszystkim swoim dzieciom pierwszorzędne wykształcenie, kucyki w 
czasie wakacji, piękny dom na prowincji, z pięknym ogrodem i paddockiem.
Pokiwał wolno głową.
- W każdym zawodzie, w każdej sferze, zawsze jest ktoś, kto ulegnie pokusie. Nasz kłopot 
polega na tym, że Morley nie uległ pokusie, prawda?
- Sądzi pan, że tak było? - spytał Herkules Poirot.
- Tak myślę - odrzekł Barnes. - Chyba rozumie pan, że niełatwo dotrzeć do któregokolwiek z 
tych   wielkich   ludzi;   są   dobrze   pilnowani.   Na   przykład   wypadek   z   samochodem   był 
ryzykowny,   takie   zadania   nie   zawsze   uwieńczone   są   sukcesem.   Jednak   na   fotelu 
dentystycznym ludzie są bezbronni.
Zdjął pince-nez, przetarł i znów założył.
- Taka jest moja teoria! - oświadczył. - Morley nie chciał tego zrobić! Wiedział zbyt wiele, 
musieli go usunąć.
- Oni? - zapytał niecierpliwie Poirot.
- Kiedy mówię oni, mam na myśli organizacje, która za tym stoi. Ale, ma się rozumieć, 

29

background image

obecnie działa tylko jedna.
- Konkretnie, kto?
- Mogę tylko zgadywać - powiedział pan Barnes - ale to tylko domysły. Mogę się mylić.
Poirot rzekł cicho:
- Reilly?
- Oczywiście! Tylko on mógł być tą osobą. Prawdopodobnie nigdy nie prosili Morleya, aby 
robotę wykonał osobiście. Morley miał w ostatniej chwili przekazać Blunta Reilly'emu. Miał 
nagle poczuć się źle czy coś w tym sensie. To Reilly powinien był to załatwić - i znów 
nastąpiłby   godny   ubolewania   wypadek:   śmierć   znanego   bankiera.   Nieszczęsny,   młody   i 
niedoświadczony dentysta byłby tak roztrzęsiony, że z pewnością dostałby niski wymiar kary 
lub  zostałby  przez   sąd  uniewinniony.   Później  prawdopodobnie   rzuciłby  praktykę   i  osiadł 
gdzieś na prowincji z ładnym rocznym dochodem kilku tysięcy funtów.
Barnes spojrzał na Poirota.
- Proszę nie myśleć, że mam zbyt wybujałą fantazję - powiedział. - Takie rzeczy się zdarzają.
- Tak, tak, wiem, że się zdarzają.
Pan Barnes kontynuował, stukając palcem w książkę sensacyjną, która leżała przed nim na 
stole.
- Czytałem mnóstwo takich szpiegowskich historii. Niektóre są wręcz fantastyczne! Czasem 
jednak rzeczywistość je przerasta! Zdarzają się piękne awanturnice, podejrzane, ciemne typy 
z   obcym   akcentem,   międzynarodowe   gangi   i   superoszuści!   Rumieniłbym   się,   gdybym 
zobaczył to w książce - nikt by w to nie uwierzył ani przez chwilę!
- Jaka jest według pana rola Amberiotisa w tej historii? - zapytał Poirot.
-   Nie   jestem   zupełnie   pewien.   Myślę,   że   Amberiotis   miał   być   kozłem   ofiarnym. 
Niejednokrotnie brał udział w podwójnej grze i mogę się domyślać, że został w coś wrobiony. 
Ale jest to tylko przypuszczenie, oczywiście.
- Zakładając,  że  pańskie  domysły  są prawdziwe  - rzekł  Poirot  cicho  - co teraz  powinno 
wydarzyć się dalej?
Pan Barnes potarł nos.
- Spróbują go znów dostać - powiedział. - O, tak. Spróbują jeszcze raz. Czasu jest mało. 
Założę się, że Blunt ma ludzi do ochrony. Muszą teraz specjalnie uważać. To nie będzie 
człowiek ukryty w krzakach z rewolwerem w ręku. Takie prymitywne zagranie nie wchodzi 
w   rachubę.   Trzeba   ostrzec   go   przed   zwykłymi   ludźmi,   przed   krewnymi,   służbą,   ludźmi 
związanymi z medycyną, sprzedawcami win, którzy będą chcieli zaopatrzyć jego piwnicę i 
tym   podobnych.   Sprzątnięcie   Blunta   jest   gratką   dla   wielu,   a   to   zadziwiające,   co   ludzie 
potrafią zrobić dla pieniędzy, na przykład za cztery tysiące na rok...
- Aż tyle?
- Może nawet więcej...
Poirot milczał przez chwilę, po czym powiedział:
- Od samego początku brałem pod uwagę Reilly'ego.
- Jest Irlandczykiem? Może to IRA?
- Nie jestem pewien. Na dywanie znalazłem ślad, który wskazywał na to, że zwłoki były 
przesuwane.   Jeżeli   Morleya   zastrzelił   któryś   z   pacjentów,   mógł   to   zrobić   w   gabinecie 
lekarskim   i   nie   musiałby   ruszać   zwłok.   Dlatego   też   od   początku   podejrzewałem,   że 
zastrzelono go w sąsiednim pokoju, a następnie zwłoki przesunięto do gabinetu. Tak więc 
sądzę, że to nie pacjent go zastrzelił, ale ktoś z domowników.
- Zręcznie - powiedział pan Barnes z uznaniem. Herkules Poirot podniósł się i wyciągnął 
rękę.
- Dziękuję - powiedział. - Bardzo mi pan pomógł.

IV

background image

Po drodze do domu Poirot odwiedził hotel "Glengowrie Court".
W wyniku tej wizyty zadzwonił następnego ranka do Jappa.
- Bonjour, mon ami. Będzie dziś przesłuchanie czy nie?
- Tak. Będziesz obecny?
- Nie sądzę.
- Przypuszczam, że nic ciekawego dla ciebie nie zostało.
- Czy wezwałeś już na świadka pannę Sainsbury Seale?
-   Piękna   Mabelle...   Dlaczego   nie   pisze   swego   imienia   jako   Mabel?   Takie   kobiety 
wyprowadzają mnie z równowagi! Nie, nie wezwałem jej. To już niepotrzebne.
- Czy kontaktowała się z tobą?
- Nie, a czy powinna?
-   Po   prostu   zastanawiałem   się   -   powiedział   Poirot.   -   Może   cię   zainteresuje,   że   panna 
Sainsbury Seale wyszła z hotelu "Glengowrie Court" przedwczoraj wieczorem i dotąd nie 
wróciła.
- Co? Prysnęła?
- Zupełnie możliwe.
- Ale dlaczego? Przecież sam wiesz, że była w porządku. Była szczera i nikogo nie udawała. 
Depeszowałem do Kalkuty jeszcze przed wykryciem przyczyn śmierci Amberiotisa, inaczej 
bym się tym nie trudził. Wczoraj wieczorem otrzymałem odpowiedź. Wszystko się zgadza. 
Znali ją tam od lat i to, co o sobie opowiedziała, jest prawdą. Za wyjątkiem tej mętnej papki o 
jej niezbyt szczęśliwym małżeństwie z hinduskim studentem, który już przedtem był kilka 
razy   żonaty.   Tak   więc   wróciła   do   panieńskiego   nazwiska   i   podjęła   pożyteczną   pracę. 
Współpracuje z misjonarzami, uczy wymowy i pomaga amatorskim zespołom dramatycznym. 
Mógłbym nazwać ją okropnym babskiem, ale jest poza wszelkimi podejrzeniami o wplątanie 
się w morderstwo. A teraz oświadczasz  mi,  że ona zwiała! Tego nie mogę  zrozumieć.  - 
Przerwał na chwilę, po czym dodał z powątpiewaniem: - Może po prostu miała dosyć tego 
hotelu, bo ja na jej miejscu miałbym.
- Zostawiła bagaż w hotelu. Niczego ze sobą nie zabrała - odparł Poirot.
Japp zaklął.
- Kiedy wyszła?
- Za piętnaście siódma.
- Co o tym mówią w hotelu?
- Są bardzo zmartwieni. Szczególnie kierownictwo wydawało się bardzo przejęte.
- Dlaczego nikt nie zawiadomił policji?
- Ponieważ, mon cher, przypuśćmy, że pewna pani chciała gdzieś zostać na noc poza hotelem 
(chociaż, sądząc z jej wyglądu, jej to chyba nie dotyczyło) i usprawiedliwione byłoby jej 
oburzenie,   gdyby   po   powrocie   dowiedziała   się,   że   wzywano   w   jej   sprawie   policję.   Pani 
Harrison, kierowniczka, kiedy dowiedziała się o jej zniknięciu, zaczęła dowiadywać się o nią 
w   różnych   szpitalach,   sądząc,   że   może   wydarzył   się   jakiś   wypadek.   Prawie   była   już 
zdecydowana   wezwać   policję,   gdy   ja   się   pojawiłem.   Moje   przybycie   wydawało   jej   się 
odpowiedzią na modlitwy. Zająłem się wszystkim i wyjaśniłem, że postaram się o pomoc ze 
strony jakiegoś dyskretnego urzędnika policji.
- A tym dyskretnym urzędnikiem policji jest, jak sądzę, moja skromna osoba?
- Dobrze sądzisz.
Japp jęknął.
- W porządku, po zakończeniu śledztwa spotkam się z tobą w hotelu "Glengowrie Court".

V

31

background image

Kiedy czekali na kierowniczkę, Japp pomrukiwał:
- Dlaczego ta kobieta zniknęła?
- A więc jednak przyznajesz, że to dziwne? Nie mieli jednak czasu na dalsze dociekania. 
Zjawiła się właścicielka hotelu "Glengowrie Court", pani Harrison.
Cały czas mówiła i była bliska płaczu. Martwiła się zniknięciem panny Sainsbury Seale. Co 
mogło   się   z   nią   stać?   Szybko   zaczęła   wyliczać   wszystkie   możliwe   nieszczęścia:   utrata 
pamięci, nagła choroba, krwotok, wypadek omnibusu, napaść rabunkowa...
Przerwała, aby zaczerpnąć tchu, i wreszcie wyszeptała:
- Taka miła kobieta... i wydawała się tutaj taka szczęśliwa.
Na prośbę Jappa zaprowadziła ich do jej sterylnej sypialni. Wszędzie panowała czystość i 
porządek. Suknie wisiały w szafie, nocna koszula leżała przygotowana na łóżku. W rogu 
pokoju stały dwie skromne walizki. Pod toaletką stał rząd butów - niektóre z nich mocne, 
praktyczne,   sznurowane,   dwie   pary   błyszczących   butów   na   niskich   obcasach,   przybrane 
skórzanymi   kokardami,   oraz   prawie   nowe   buty   wieczorowe   z   czarnego   atłasu   i   para 
mokasynów. Poirot zauważył, że buty wieczorowe były o numer mniejsze od pozostałych, co 
mogło wypływać z próżności panny Sainsbury Seale. Zastanawiał się, czy, zanim wyszła, 
miała czas przyszyć oderwaną klamerkę. Miał nadzieję, że tak. Niedbałość w ubraniu zawsze 
go denerwowała.
Japp zajęty był przeglądaniem listów, które leżały w szufladzie nocnego stolika. Herkules 
Poirot ostrożnie wysunął szufladę komody. Była pełna bielizny. Zamknął ją pośpiesznie z 
zażenowaniem, mrucząc pod nosem, że panna Sainsbury Seale lubi nosić wełnianą bieliznę, i 
otworzył następną szufladę, w której znalazł tylko pończochy.
- Znalazłeś coś, Poirot? - spytał Japp.
-   Tanie,   błyszczące,   jedwabne   pończochy,   w   cenie   około   dwóch   szylingów   i   jedenastu 
pensów - odparł ponuro Poirot, dyndając w powietrzu pończochami.
- Nie wyceniasz rzeczy dla spadkobierców, stary - rzucił Japp. - Ja znalazłem dwa listy z Indii 
oraz   kilka   pokwitowań   od   jakiejś   organizacji   charytatywnej.   Żadnych   rachunków.   Nasza 
panna Sainsbury Seale to szacowna osoba.
- Lecz o bardzo złym guście w sprawach ubioru - powiedział ze smutkiem Poirot.
- Pewnie myślała, że strojenie się jest sprawą zbyt przyziemną... - Japp spisywał adres z 
koperty listu sprzed dwóch miesięcy. - Ci ludzie mogą coś o niej wiedzieć. Adresowany do 
Hampstead. Wygląda na to, że byli dobrymi znajomymi.
W hotelu "Glengowrie Court" nie znaleźli już niczego więcej, poza stwierdzeniem przykrego 
faktu, że panna Sainsbury Seale, opuszczając go, nie była w żadnym stopniu podniecona lub 
zaniepokojona i widać było wyraźnie, że zamierzała wrócić, aby spotkać się w holu ze swoją 
przyjaciółką,   panią   Bolitho,   ponieważ   oświadczyła:   "Po   obiedzie   nauczę   cię   pasjansa,   o 
którym tyle ci opowiadałam".
Próci   tego   w   hotelu   "Glengowrie   Court",   panował   zwyczaj   informowania   w   jadalni   o 
nieobecności na posiłkach. Panna Sainsbury Seale nie przekazała takiej informacji. Wobec 
tego wydawało się, że miała zamiar wrócić na obiad, który podawano między godziną siódmą 
trzydzieści a ósmą trzydzieści.
Jednak nie wróciła. Poszła w kierunku Cromwell Road i zniknęła.
Japp   wraz   z   Poirotem   udali   się   pod   adres,   który   figurował   na   liście   wysłanym   z   West 
Hampstead.
Odnaleźli tam miły i sympatyczny dom, który zamieszkiwała liczna rodzina Adamsów. Wiele 
lat mieszkali w Indiach i z dużą sympatią wyrażali się o pannie Sainsbury Seale. Niestety, w 
niczym nie mogli pomóc.
Nie   widzieli   jej   od   miesiąca,   to   znaczy   od   czasu,   gdy   wrócili   z   wielkanocnego   urlopu. 
Mieszkała wtedy w hotelu niedaleko Russell Square. Pani Adams dała Poirotowi adres tego 
hotelu i adres jakichś innych przyjaciół panny Sainsbury Seale z Indii, którzy teraz mieszkali 

background image

w Streatham.
Jednak w obu tych miejscach spotkał ich zawód. W hotelu pamiętano ją słabo, była spokojna i 
mieszkała za granicą. Ludzie w Streatham też nie wnieśli nic nowego. Nie widzieli jej od 
lutego.
Pozostała więc tylko możliwość, że uległa wypadkowi, ale i to okazało się nieprawdziwe. 
Żaden ze szpitali nie przyjął ofiary wypadku, która odpowiadałaby opisowi.
Panna Sainsbury Seale rozpłynęła się w przestrzeni.

VI

Następnego ranka Poirot udał się do hotelu "Holborn Pałace" i zapytał o Howarda Raikesa. 
Nie   byłby   wcale   zaskoczony,   gdyby   usłyszał,   że   pan   Raikes   również   wyszedł   pewnego 
wieczoru i więcej nie wrócił.
Jednak pan Howard Raikes nigdzie nie zniknął i siedział w hotelu "Holborn Pałace" przy 
śniadaniu.
Wydawało się, że widok Poirota przy jego stole sprawił mu wątpliwą przyjemność.
Chociaż nie wyglądał już tak morderczo jak wtedy, gdy Poirot ujrzał go po raz pierwszy, 
jednak pozostało mu ponure spojrzenie. Teraz uporczywie wpatrywał się w niepożądanego 
gościa.
- Co, u diabła?
Herkules Poirot przysunął krzesło od sąsiedniego stolika.
- Pan pozwoli?
- A mam inne wyjście! Siadaj pan i czuj się jak u siebie w domu! - odrzekł pan Raikes.
Poirot z uśmiechem skorzystał z zaproszenia. Pan Raikes powiedział niegrzecznie:
- No, czego pan chce?
- Przypomina mnie pan sobie, panie Raikes?
- Nigdy w życiu pana nie widziałem.
- Myli się pan. Nie dawniej jak trzy dni temu przez pięć minut znajdowaliśmy się w tym 
samym pokoju.
- Nie pamiętam, kogo spotykam na takim czy innym cholernym przyjęciu.
- To nie było przyjęcie - odparł Poirot. - To było w poczekalni u dentysty.
W   oczach   Raikesa   mignęło   kilka   błysków   zaniepokojenia,   ale   zaraz   przygasły.   Jego 
zachowanie uległo zmianie. Teraz nie był już taki niecierpliwy. Stał się nagle czujny. Przeszył 
wzrokiem Poirota i rzucił krótko:
- I co?
Poirot, zanim odpowiedział, przez chwilę przypatrywał mu się uważnie. Uświadomił sobie z 
całkowitą   pewnością,   że   ten   młody   człowiek   jest   niebezpieczny.   Chuda,   czujna,   twarz, 
agresywny   podbródek,   oczy   fanatyka.   Była   to   twarz,   którą   kobiety   mogłyby   uważać   za 
pociągającą. Ogólnie jednak nie przedstawiał pociągającego widoku; był brudny, niechlujnie 
ubrany, jadł niedbale i żarłocznie, co dla Poirota była znamienne.
Poirot podsumował go w myślach: "To wilk z ideałami..."
- Co pan, u diabła, sobie myśli, nachodząc mnie w ten sposób? - rzucił szorstko Raikes.
- Czy moja wizyta jest dla pana niemiła? -. Nawet nie wiem, kim pan jest?
- Bardzo przepraszam.
Poirot zręcznie wyjął bilet wizytowy i szybko przesunął go po stole.
Na chudej twarzy Raikesa znów .odbiły się emocje, których Poirot nie mógł zdefiniować. Nie 
był to strach, raczej odruch agresji. Nieoczekiwanie wpadł w gniew.
- Ach, to pan? - odrzucił wizytówkę. - Słyszałem o panu.
- Zna mnie wielu ludzi - powiedział skromnie Poirot.
- Jest pan prywatnym szpiclem, prawda? Z gatunku tych drogich. Najmują was ludzie, dla 

33

background image

których pieniądze nie mają znaczenia i którzy chcą ratować swoją nędzną skórę!
- Jeżeli nie wypije pan kawy - zauważył Poirot - to będzie zupełnie zimna.
Powiedział to z uprzejmą stanowczością. Raikes wbił w niego wzrok.
- Niech mi pan powie, jakiego rodzaju jest pan robakiem?
- Kawa w tym kraju jest i tak bardzo zła... - kontynuował Poirot.
- Zgadzam się z panem! - rzucił z zapałem Raikes.
- ...a jeżeli jest zimna, to praktycznie nie do picia - dokończył Poirot.
Młody człowiek nachylił się do Poirota.
- O co panu chodzi? Co to za pomysł, aby tu przychodzić?
Poirot wzruszył ramionami.
- Chciałem po prostu widzieć się z panem.
- O, czyżby? - zapytał sceptycznie pan Raikes.
- Jeżeli chodzi o forsę - zmrużył oczy - to trafił pan pod niewłaściwy adres! Nie należę do 
ludzi, którzy mogą sobie kupić to, na co mają ochotę. Lepiej niech pan wraca do tego, kto 
panu płaci.
Poirot westchnął.
- Nikt mi za nic nie zapłacił... Jeszcze.
- Pan mi to mówi! - rzekł Raikes.
- To prawda - powiedział Poirot. - Tracę mnóstwo mojego cennego czasu bez wynagrodzenia. 
Chcę po prostu zaspokoić swoją ciekawość.
- I pewnie właśnie dlatego był pan tamtego dnia u tego przeklętego dentysty? - spytał Raikes.
Poirot zaprzeczył ruchem głowy.
-  Pan  przypuszczalnie   wówczas  nie   spostrzegł  w  poczekalni   mojej  skromnej   osoby z   tej 
prostej przyczyny, że czekający w takim miejscu myślą tylko o swoich zębach.
- A więc i pan tam po to przyszedł? - spytał z pogardliwym niedowierzaniem Raikes. - Czekał 
pan, aby dentysta obejrzał pański ząb?
- Oczywiście.
- Proszę mi wybaczyć, ale ja w to nie wierzę.
- Czy w takim razie wolno mi spytać, panie Raikes, co pan tam robił?
Pan Raikes nagle zaśmiał się i rzekł:
- Teraz pana mam! No cóż, ja też czekałem na to, aby dentysta obejrzał moje zęby.
- A więc zapewne bolał pana ząb? -' Zgadza się.
- Ale równocześnie wyszedł pan od dentysty, zanim pana zbadał?
- A jeśli nawet? To moja sprawa.
Przerwał i po chwili dodał agresywnym tonem:
- Och, co, u diabła, znaczy to całe przepytywanie? Był pan tam, aby pilnować tej swojej 
grubej ryby, prawda? Nic mu się nie stało. Nic się nie stało temu pańskiemu drogocennemu 
Alistairowi Bluntowi. Nic pan na mnie nie ma.
- Dokąd pan poszedł po swym nagłym wyjściu z poczekalni?
- Wyszedłem z budynku, oczywiście.
- Ach! - Poirot spojrzał w sufit. - Ale nikt nie widział, jak pan wychodził, panie Raikes.
- Czy to ma jakieś znaczenie?
- Może. Pamiętajmy, że niedługo potem ktoś w tym domu stracił życie.
Raikes rzucił niedbale:
- Myśli pan o tym dentyście?
Poirot odparł twardo:
- Tak, miałem na myśli tego dentystę.
-  Próbuje  pan  przyczepić   się  do  mnie?  -  Zdenerwował  się  pan   Raikes.  -  Co  jest   grane? 
Dobrze,   ale   to   się   panu   nie   uda.   Przeczytałem   właśnie   sprawozdanie   z   wczorajszego 
przesłuchania.   Ten   nieszczęśnik   popełnił   samobójstwo,   bo   popełnił   błąd   w   miejscowym 

background image

znieczuleniu i jeden z jego pacjentów zmarł.
Poirot niewzruszenie ciągnął dalej:
- Czy może pan udowodnić, kiedy opuścił pan dom? I czy jest ktoś, kto mógłby potwierdzić, 
gdzie pan był pomiędzy godziną dwunastą a pierwszą w południe?
Oczy Raikesa zwęziły się.
- Więc jednak próbuje pan zwalić to na mnie? Przypuszczam, że to Blunt pana napuścił.
Poirot westchnął i rzekł:
- Proszę mi  wybaczyć,  ale wygląda  na to, że ma  pan obsesję: uporczywie  powtarza  pan 
nazwisko   Alistaira   Blunta.   Nie   jestem   i   nigdy   nie   byłem   przez   niego   zatrudniony.   Nie 
obchodzi mnie jego bezpieczeństwo, lecz śmierć człowieka, który był dobrym fachowcem i 
wykonywał swój zawód bez zarzutu.
Raikes potrząsnął głową.
- Żałuję - powiedział - ale nie wierzę panu. Pan jest na pewno prywatnym szpiclem Blunta. - 
Twarz mu pociemniała, kiedy pochylił się nad stołem. - Ale pan go nie ocali, wie pan. On 
musi   odejść   -   on   i   wszystko,   co   reprezentuje!   Wali   się   stary,   skorumpowany   system 
finansowy,   my   wprowadzimy   nowy  ład   społeczny,   zniszczymy   tę   przeklętą,   pajęczą   sieć 
bankierów,   która   oplata   cały   świat.   Muszą   zniknąć.   Osobiście   nie   mam   nic   przeciwko 
Bluntowi, lecz on należy do ludzi, których nienawidzę. To zadufana w sobie miernota. Należy 
do gatunku tych, których można usunąć tylko dynamitem. Twierdzi, że "nie wolno rozbijać 
fundamentów cywilizacji". A według pana, nie można? Poczekamy, zobaczymy! Blunt jest 
przeszkodą dla postępu i dlatego musi zostać usunięty. W dzisiejszym świecie nie ma miejsca 
dla ludzi pokroju Blunta... ludzi, którzy kurczowo trzymają się przeszłości... ludzi, którzy 
nadal chcą żyć tak jak ich ojcowie i dziadowie! Ma pan ich pełno w Anglii - zaskorupiałe, 
zawzięte staruchy... Zużyte, wytarte symbole upadłej epoki. I, na Boga, oni muszą odejść! 
Teraz zaczyna się nowy świat! Rozumie pan... Nowy świat!
Poirot westchnął i wstał.
- Widzę, panie Raikes, że jest pan idealistą.
- I cóż z tego?
- Zbyt wielkim idealistą, aby martwić się z powodu śmierci dentysty.
Pan Raikes odparł pogardliwie:
- Jakie ma znaczenie śmierć marnego dentysty?
- Może to dla pana nic nie znaczy - odparł Poirot. - Ale znaczy dla mnie. Tym się właśnie 
różnimy.

VII

Po przyjściu do domu Poirot dowiedział się od George'a, że czeka na niego jakaś dama.
- Ona jest... hmm, trochę zdenerwowana, sir - powiedział George.
Ponieważ nie podała nazwiska, więc Poirot mógł swobodnie zgadywać. Mylił się jednak w 
przewidywaniach, gdyż młodą kobietą, która zerwała się z kanapy na jego powitanie, była 
sekretarka Morleya, panna Gladys Nevill.
- O, drogi monsieur Poirot, jest mi tak przykro, że pana niepokoję i doprawdy nie wiem, skąd 
wzięłam tyle  odwagi, aby tu przyjść...  Boję się, że pomyśli  pan, iż jestem zbyt  śmiała... 
Równocześnie nie chciałabym zabierać zbyt wiele czasu tak zajętemu człowiekowi jak pan... 
bo wiem, że pański czas jest bardzo cenny. Ale, doprawdy, jestem taka nieszczęśliwa... I 
zapewne pomyśli pan, że to tylko strata czasu...
Znając dobrze Anglików, Poirot zaproponował natychmiast filiżankę herbaty. Reakcja panny 
Nevill była taka, jakiej się spodziewał.
- Ależ, naturalnie, monsieur Poirot, to bardzo miło z pańskiej strony. Wprawdzie nie minęło 
dużo czasu od śniadania, ale filiżanka herbaty nigdy nie zaszkodzi, prawda?

35

background image

Poirot, przystosowując się do sytuacji, zgodził się kłamliwie, George otrzymał polecenie i w 
cudownie krótkim czasie Poirot ze swoim gościem siedzieli nad tacą z filiżankami gorącej 
herbaty.
- Muszę się usprawiedliwić - powiedziała panna Nevill, odzyskując pod wpływem napoju 
zwykłą pewność siebie - ale tak naprawdę bardzo się przejęłam tym wczorajszym śledztwem.
- Wcale się temu nie dziwię - zgodził się uprzejmie Poirot.
- Pod moim adresem nie było żadnych pytań. Czułam jednak, że ktoś powinien pójść z panną 
Morley. Był tam oczywiście pan Reilly... ale ja byłam przekonana, że to powinna być kobieta. 
Poza tym panna Morley nie lubi Reilly'ego. Pomyślałam więc, że powinnam spełnić mój 
obowiązek i pójść tam.
- To było bardzo uprzejme z pani strony - zgodził się zachęcająco Poirot.
- Nie o to chodzi, ja po prostu czułam, że powinnam tak zrobić. Widzi pan, pracowałam u 
pana Morleya trzy lata... i teraz doznałam takiego szoku... i, oczywiście, to przesłuchanie 
pogorszyło jeszcze sytuację.
- Obawiam się, że musiało. Panna Nevill powiedziała poważnie.
- Ale to wszystko się nie zgadza, monsieur Poirot. To wszystko naprawdę się nie zgadza.
- Co się nie zgadza, mademoiselle?
- Po prostu tak się to nie mogło stać... Nie w ten sposób, w jaki oni to tłumaczyli... Myślę o 
przedawkowaniu środka znieczulającego.
- Sądzi pani, że nie?
- Jestem tego pewna. Czasem pacjenci odczuwają jakieś sensacje, ale tylko dlatego, że serce 
mają chore. Ponadto jestem pewna, że przedawkowanie zdarza się bardzo rzadko. Widzi pan, 
lekarze   nabywają   pewnego   odruchu   i   działają   absolutnie   mechanicznie.   Normalna   dawka 
znieczulenia stosowana jest całkowicie automatycznie.
Poirot skinął głową z aprobatą.
- Ja też tak myślę.
- Widzi pan, tu wszystko jest znormalizowane. Nie tak jak u farmaceuty produkującego w 
różnym czasie różne dawki lub zwiększającego dozowanie, kiedy pomyłka może wkraść się 
w   chwili   nieuwagi.   To   samo   lekarz,   który   musi   wypisywać   wielką   ilość   recept.   Lecz   u 
dentysty sprawa wygląda zupełnie inaczej.
Poirot spytał:
- Czy mogłaby pani osobiście przekazać te uwagi na rozprawie u koronera?
Gladys   Nevill   potrząsnęła   głową.   Niezdecydowanie   splatała   palce.   Wreszcie   wyrzuciła   z 
siebie:
- Widzi pan... - przerwała na chwilę - ...nie chciałabym wszystkiego pogorszyć. Oczywiście, 
ja wiem, że Morley nie zrobiłby tego, ale ktoś mógłby pomyśleć, że... że zrobił to celowo.
Poirot skinął głową. Gladys Nevill mówiła dalej:
- Dlatego też przyszłam do pana, monsieur Poirot. Z panem mogę porozmawiać nieoficjalnie. 
Sądzę, że ktoś powinien wiedzieć, jak... Jak nieprzekonywające jest to wszystko!
- Nikt tego nie chce wiedzieć - odrzekł Poirot.
Spojrzała na niego zdumiona.
Poirot powiedział:
- Chciałbym jeszcze dowiedzieć się czegoś więcej o telegramie, który spowodował tego dnia 
pani wyjazd.
- Prawdę mówiąc, nie wiem, co o tym myśleć, monsieur Poirot. To wszystko wydaje mi się 
takie   dziwne.   Musiał   go   wysłać   ktoś,   kto   wszystko   wiedział   o   mnie   i   o   ciotce...   Gdzie 
mieszka, w ogóle wszystko.
- Tak, istotnie wydaje się, że musiał być wysłany przez jednego z pani bliskich przyjaciół lub 
przez kogoś, kto mieszka w "tym samym domu i wie o pani wszystko.
- Żaden z moich przyjaciół nie zrobiłby tego, monsieur Poirot.

background image

-   A   poza   tym   nikt   nie   przychodzi   pani   do   głowy?   Dziewczyna   zawahała   się,   następnie 
powiedziała wolno:
- W pierwszej chwili, kiedy dowiedziałam się, że pan Morley się zastrzelił, pomyślałam, że to 
on sam wysłał ten telegram.
- Myśli pani, że zrobił to dlatego, aby pani tam nie było?
Dziewczyna przytaknęła.
- Niestety, jednak ta hipoteza wydaje się zbyt nieprawdopodobna, nawet gdyby nosił się z 
zamiarem popełnienia tego ranka samobójstwa. Tak, to naprawdę bardzo dziwne. Frank - to 
mój przyjaciel, jak pan wie - całkowicie odpada. Oskarżał mnie, że udałam się na spotkanie z 
kimś innym, jakby przypuszczał, że mogę coś takiego zrobić.
- A jest ktoś jeszcze?
Panna Nevill zarumieniła się.
- Nie, oczywiście,, że nie ma. Ale ostatnio Frank tak się zmienił, stał się ponury i podejrzliwy. 
Wszystko   dlatego,   że   stracił   pracę   i   nie   mógł   dostać   innej.   Bezczynność   źle   wpływa   na 
mężczyznę. Bardzo się martwiłam o Franka.
- Czy był zdenerwowany, kiedy stwierdził, że wyjechała pani tego dnia?
- Tak, widzi pan, przyszedł  mi powiedzieć,  ze dostał nową pracę... wspaniałą pracę... za 
dziesięć   funtów   tygodniowo.   Nie   mógł   się   doczekać,   a   chciał,   żebym   się   dowiedziała 
natychmiast.   Poza   tym,   przypuszczam,   że   chciał   również,   aby  dowiedział   się   o   tym   pan 
Morley, ponieważ czuł się dotknięty jego wrogim nastawieniem do niego i podejrzewał pana 
Morley'a o to, że próbuje wpłynąć na nasze stosunki.
- A czy to była prawda?
- O tak, w pewnym sensie tak było! Oczywiście, Frank stracił już mnóstwo dobrych posad i 
nie był, jak to się mówi, solidny! Teraz jednak miało się to zmienić. Myślę, że można wiele 
osiągnąć, wpływając na kogoś, prawda monsieur Poirot? Jeżeli mężczyzna czuje, że kobieta 
wiele   się   po   nim   spodziewa,   próbuje   dorównać   stworzonemu   przez   nią   ideałowi.   Poirot 
westchnął. Nie próbował spierać się z tym twierdzeniem. Znał setki kobiet przedstawiających 
ten   sam   argument   z   taką   samą   ślepą   wiarą   w   zbawczą   siłę   kobiecej   miłości.   Cynicznie 
zakładał, że mogło to być prawdą raz na tysiąc.
- Chciałbym spotkać się z pani przyjacielem - powiedział tylko.
- Ja również chciałabym go panu przedstawić, monsieur Poirot. Ale teraz jedynym wolnym 
dniem dla niego jest niedziela. Przez cały tydzień przebywa na wsi...
- Aha, to ta nowa praca. A jakież to jest zajęcie?
- No, tego dokładnie nie wiem. Wydaje mi się, że jest jakby sekretarzem, albo pracuje gdzieś 
w rządowej administracji. Wysyłam listy na jego londyński adres, a potem są one przesyłane 
dalej.
- Czy to nie jest trochę dziwne?
- Ja też tak myślałam, ale Frank wyjaśnił mi, że obecnie często tak się praktykuje.
Poirot przez chwilę patrzył na nią w milczeniu.
- Jutro jest właśnie niedziela, prawda? - powiedział ostrożnie. - Może moglibyście zrobić mi 
przyjemność   i   zjeść   ze   mną   lunch   w   "Logan   Corner   House"?   Chciałbym   z   wami 
przedyskutować tę przykrą sprawę.
- Dziękuję panu, monsieur Poirot. Jestem pewna, że z wielką przyjemnością zjemy z panem 
lunch.

VIII

Frank Carter był przystojnym, młodym człowiekiem średniego wzrostu. Ubrany był z tanią 
elegancją. Mówił szybko i płynnie. Jego blisko siebie osadzone oczy w chwilach zakłopotania 
stawały się niespokojne. Był usposobiony podejrzliwie, nieomal wrogo.

37

background image

- Nie miałem pojęcia, że będziemy mieli przyjemność zjeść z panem lunch, monsieur Poirot. 
Gladys nie uprzedziła mnie o tym.
Mówiąc to, rzucił jej karcące spojrzenie.
-   Ustaliliśmy   to   dopiero   wczoraj   -   wyjaśnił   Poirot   z   uśmiechem.   -   Panna   Nevill   jest 
wstrząśnięta   okolicznościami   śmierci   pana   Morleya   i   sądzę,   że   jeżeli   połączymy   nasze 
wysiłki...
Frank Carter przerwał niegrzecznie:
- Śmierć Morleya? Mam już dosyć gadania o tej sprawie. Czy nie możesz o tym wreszcie 
zapomnieć, Gladys? Nie widziałem w nim nic takiego wspaniałego.
- Ależ Frank! Myślę, że nie powinieneś tak mówić. Przecież zostawił mi sto funtów. Wczoraj 
wieczorem dostałam list w tej sprawie.
- To w porządku - przyznał niechętnie Frank. - A dlaczego nie miał tego zrobić? Przecież 
pracowałaś dla niego jak Murzyn... i kto napychał jego pękatą kabzę? No więc, zrobił to!
- No dobrze, ale on... on bardzo dobrze mi płacił.
- Według mnie, nie tak znów dobrze! Gladys, moja mała, jesteś zbyt skromna, pozwalasz, 
żeby cię wykorzystywano. Ja go dobrze rozgryzłem. Wiesz przecież tak samo dobrze jak ja, 
że nakłaniał cię do tego, abyś się mnie pozbyła.
- On tego nie rozumiał.
-   Rozumiał   wszystko   bardzo   dobrze.   Teraz   nie   żyje,   ale   gdyby   żył,   to   wiedz,   że 
powiedziałbym mu parę słów prawdy.
- Czy odwiedził go pan w dniu jego śmierci? - spytał ostrożnie Poirot.
Frank Carter rzucił ze złością:
- Kto to powiedział?
- A zatem był pan tam czy nie?
- Jeżeli tak, to co z tego? Chciałem się widzieć z panną Nevill.
- Ale powiedziano panu, że ona wyjechała.
- Tak, i to właśnie wydało mi się dość podejrzane. Powiedziałem temu rudemu idiocie, że 
zaczekam, aby zobaczyć się z Morleyem osobiście. Ta sprawa podburzania Gladys przeciwko 
mnie ciągnęła się już zbyt długo. Chciałem oznajmić Morleyowi, że nie jestem bezrobotnym 
nicponiem, że dostałem teraz dobrze płatne zajęcie i że nadszedł czas, aby Gladys wręczyła 
mu wymówienie i pomyślała o wyprawie.
- Jednak ostatecznie nie powiedział mu pan tego?
- Nie, gdyż znudziło mnie czekanie w tym ponurym grobowcu i wyszedłem.
- O której godzinie pan wyszedł?
- Nie przypominam sobie.
- A zatem, o której godzinie pan przyszedł?
- Nie wiem. Wydaje mi się, że krótko po dwunastej.
- I czekał pan pół godziny... krócej czy dłużej?
- Nie wiem. Nie należę do ludzi, którzy wiecznie patrzą na zegarek.
- Czy wtedy oprócz pana w poczekalni był jeszcze ktoś?
- Kiedy wychodziłem, był tam jakiś gruby facet, ale wkrótce wyszedł. Potem byłem już sam.
- A zatem musiał pan wyjść przed dwunastą trzydzieści, ponieważ o tej godzinie przyszła 
pacjentka.
- Być może. Mówiłem już panu, że to miejsce działało mi na nerwy.
Poirot patrzył na niego w zamyśleniu.
Ten krzykacz był niespokojny... i to, co mówił, nie brzmiało zbyt prawdziwie. A może ten 
jego niepokój spowodowany był tylko zdenerwowaniem?
Poirot powiedział niemal przyjaźnie:
- Panna Nevill mówiła mi, że miał pan wielkie szczęście i znalazł bardzo dobrą pracę.
- Dobrze mi płacą.

background image

- Mówiła mi, że dziesięć funtów tygodniowo.
- Zgadza się. Jeszcze nie zardzewiałem, prawda? Jak chcę, to mogę pokazać, na co mnie stać. 
- Przechwalał się.
- Tak, istotnie. I ta praca nie jest zbyt męcząca? Frank Carter odparł krótko:
- Niezbyt.
- Ale interesująca?
- O tak, bardzo interesująca. A mówiąc już o pracy, to zawsze byłem ciekaw, jak właściwie 
pracują prywatni detektywi. Myślę, że w dzisiejszych czasach, niestety,  nie ma spraw dla 
Sherlocka Holmesa. Chyba większość spraw dotyczy rozwodów?
- Ja nie zajmuję się rozwodami.
- Doprawdy? Nie rozumiem więc, z czego pan żyje?
- Daję sobie jakoś rade, przyjacielu, daję sobie radę.
-   Jednak   jest   pan   na   szczycie,   jeśli   chodzi   o   pański   zawód,   monsieur   Poirot?   -   wtrąciła 
Gladys. - Pan Morley zwykle tak mówił. Przypuszczam, że pracuje pan dla wywiadu, może 
dla jakiegoś księcia lub nawet rodziny królewskiej.
Poirot uśmiechnął się.
- Pochlebia mi pani - powiedział.

IX

Poirot, tonąc w myślach, wracał do domu pustymi ulicami. Ledwo wszedł, chwycił słuchawkę 
i zatelefonował do Jappa.
- Wybacz,  że cię niepokoję, drogi przyjacielu,  ale chciałbym  wiedzieć,  czy odkryłeś, kto 
wysłał ten telegram do Gladys Nevill?
- Z uporem ciągle wracasz do tego tematu? Ale, rzeczywiście, zbadaliśmy to. Ten telegram... 
był   w   pewnym   sensie   sprytny.   Ciotka   mieszka   w   Richbourne,   które   leży   w   Somerset, 
natomiast telegram nadano w Richbarn, jak wiesz, z przedmieścia Londynu.
Poirot zauważył z uznaniem:
-   Istotnie   sprytne...   Tak,   to   było   sprytne.   Jeżeli   odbierający   telegram   spojrzy   na   miejsce 
nadania, to Richbarn może wystarczająco wyglądać jak Richbourne.
Przerwał na chwilę.
- Wiesz, o czym myślę, Japp?
- O czym?
- Że to wszystko jest dobrze przez kogoś przemyślane.
- A Herkules Poirot chce, żeby to było morderstwo, więc to musi być morderstwo.
- Jak wyjaśnisz ten telegram?
- Zbieg okoliczności. Ktoś chciał zrobić dziewczynie kawał.
- Dlaczego?
- O mój Boże, Poirot! Nie wiesz, po co ludzie robią czasem kawały? Dowcip, żarty... żart w 
złym guście, i to wszystko.
- I właśnie ktoś miał ochotę na żart w dniu, w którym Morley pomylił dawkę leku?
- Mógł się pomylić z powodu tego telegramu. Ponieważ panna Nevill wyjechała, Morley był 
bardziej zajęty niż zwykle i w konsekwencji mógł łatwiej popełnić błąd.
- To mnie ciągle jeszcze, nie przekonuje.
- Wybacz, ale nie rozumiem, do czego zmierzasz? Jeżeli ktoś celowo wysłał pannę Nevill, to 
był   nim   prawdopodobnie   sam   Morley.   W   takim   przypadku   śmierć   Amberiotisa   była 
zaplanowana i nie był to wypadek.
Poirot milczał.
- Rozumiesz? - spytał Japp.
- Amberiotis mógł zostać zamordowany w jakiś inny sposób - stwierdził Poirot.

39

background image

- Niestety nie. Nikt nie odwiedzał go w "Savoyu". Zjadł lunch w swoim pokoju. Lekarze 
stwierdzili, że przyczyną śmierci było coś, co zostało wyraźnie wstrzyknięte, a nie coś, co 
zostało zjedzone. W żołądku niczego nie wykryto. Ta sprawa jest jasna.
- W każdym razie my tak sądzimy.
- W każdym razie A.C. jest zadowolony.
- A czy twój szef jest również zadowolony z powodu zniknięcia naszej damy?
- Myślisz o pannie Seale? Nie, nad tą sprawą jeszcze pracujemy. Ta kobieta musi gdzieś być. 
Niemożliwe, aby ktoś zniknął bez wieści, spokojnie spacerując ulicą.
- Jednak wydaje się, że tak właśnie się stało.
-   Chwileczkę.   Przecież   gdzieś   się   wreszcie   odnajdzie,   żywa   lub   martwa,   chociaż   nie 
przypuszczam, żeby była martwa.
- Dlaczego nie?
- Ponieważ do tej pory znaleźliby już jej ciało.
- Och, Japp, czy ciała zawsze tak szybko się znajdują?
- Przypuszczam, że według ciebie została zamordowana, a ciało znajdziemy pokrojone na 
kawałki w kamieniołomach, tak jak w przypadku pani Ruxton?
- Przede wszystkim, mon ami, to ty masz takie zaginione osoby, których dotychczas jeszcze 
nie możesz odnaleźć.
- Bardzo rzadko, stary. Istotnie, dużo kobiet znika, lecz zazwyczaj szybko je odnajdujemy. W 
dziewięciu wypadkach na dziesięć w grę wchodzi stary, dobry seks. Wówczas odnajdujemy je 
gdzieś z mężczyznami. Myślę jednak, że to raczej naszej Mabel nie dotyczy, prawda?
-   Nigdy   nie   wiadomo   -   ostrożnie   zauważył   Poirot.   -   Jednak   i   ja   sądzę,   że   to 
nieprawdopodobne. Jesteś pewien, że ją odnajdziecie?
- Z całą pewnością. Opublikowaliśmy już rysopis w prasie i podaliśmy w radiu.
- Hm... - mruknął Poirot. - Już wyobrażam sobie skutek.
- Nie martw się, staruszku. Znajdziemy twoją zaginioną piękność. Całą i zdrową, razem z jej 
wełnianą bielizną.
Z tymi słowami odwiesił słuchawkę.
Do pokoju wszedł, jak zwykle cicho, George. Postawił na małym stoliku parująca filiżankę 
gorącej czekolady i kilka biszkoptów.
- Czy potrzeba jeszcze czegoś, sir?
- Jestem w wielkim kłopocie, George.
-   Naprawdę,   sir,   przykro   mi   to   słyszeć.   Herkules   Poirot   wypił   trochę   czekolady   i   w 
zamyśleniu mieszał ją w filiżance.
George, pełen szacunku, uważnie obserwując Poirota czekał na jakiś znak. Była to jedna z 
tych chwil, w których zazwyczaj Poirot lubił dyskutować ze służącym o swoich sprawach. 
Twierdził zawsze, że komentarze George'a są mu bardzo pomocne.
- Zapewne dowiedziałeś się już, George, o śmierci mojego dentysty?
- Pana Morleya, sir? Tak, sir. To bardzo przykre. Jak zrozumiałem, popełnił samobójstwo.
- Tak się przyjmuje. Jeżeli jednak nie zastrzelił się sam, to ktoś go zamordował.
- Tak, sir.
- Pytanie brzmi, jeśli został zamordowany, to kto go zabił?
- Właśnie, sir.
- Jest tylko pewna liczba osób, George, które mogły to zrobić. Myślę o tych, którzy faktycznie 
wówczas byli lub mogli być w domu.
- Właśnie, sir.
- Tymi ludźmi są: kucharka i pokojówka obie sympatyczne, i jest wysoce nieprawdopodobne, 
aby któraś z nich mogła zrobić coś takiego. Również nie wchodzi w rachubę oddana siostra. 
Nie można jednak pominąć faktu, że to ona dziedziczy majątek brata. Dalej mamy zdolnego i 
pracowitego wspólnika, u którego nie znajdujemy motywów. Jest jeszcze ten cymbał, służący, 

background image

miłośnik tanich kryminałów, i wreszcie Grek o cokolwiek wątpliwej przeszłości.
George chrząknął.
- Ci cudzoziemcy, sir...
- Istotnie, całkowicie się z tobą zgadzam. Na tego Greka należy zwrócić uwagę. Ale widzisz, 
George, Grek też nie żyje i wszystko wskazuje na to, że zamordował go Morley. Czy dokonał 
tego rozmyślnie, czy też w wyniku nieszczęśliwej pomyłki, tego nie możemy być pewni.
- Może, sir, jeden zamordował drugiego. Przypuszczam, że planowali zabić się wzajemnie, 
chociaż żaden z nich nie był świadomy zamiarów tego drugiego.
Herkules   Poirot   mruknął   z   aprobatą:   -   Bardzo   pomysłowe,   George.   Dentysta   morduje 
nieszczęsnego pacjenta, który siedzi w jego fotelu, nie zdając sobie sprawy, że jego ofiara w 
tym samym momencie zastanawia się, kiedy wyjąć pistolet. Mogło tak być, ale mnie wydaje 
się to zupełnie nieprawdopodobne. Jednak nie doszliśmy jeszcze do końca naszej listy. Są 
jeszcze   dwie   osoby,   które   prawdopodobnie   były   w   tym   czasie   w   domu   Morleya.   Każdy 
pacjent przed Amberiotisem był widziany w chwili, gdy opuszczał dom, oprócz jednego, a 
był nim młody Amerykanin. Opuścił on poczekalnię mniej więcej dwadzieścia minut przed 
dwunastą, lecz faktycznie nikt nie widział, jak wychodził z domu. Musimy więc uważać go za 
podejrzanego.  Innym  możliwym  podejrzanym  jest Frank Carter, który nie był  pacjentem. 
Przyszedł krótko po dwunastej i chciał się widzieć z Morleyem. Nikt również nie widział, jak 
wychodził z domu. Takie, mój drogi George'u, są fakty. Co o nich sadzisz?
- O której godzinie popełniono morderstwo, sir?
- Jeżeli zamordował go Amberiotis, to musiał dokonać tego pomiędzy dwunastą a dwunastą 
dwadzieścia pięć. Jeżeli ktoś inny, uczynił to po dwunastej dwadzieścia pięć. Inaczej bowiem 
Amberiotis zauważyłby zwłoki.
Spojrzał zachęcająco na George'a.
- A teraz, mój drogi George'u, powiedz, co sądzisz o tej sprawie?
George zamyślił się i powiedział:
- Mam wrażenie, sir...
- Tak, George?
- Że będzie pan musiał sobie poszukać nowego dentysty, aby w przyszłości leczył pańskie 
zęby, sir.
- Przeszedłeś sam siebie, George! - zdumiał się Poirot. - Tego aspektu sprawy nie wziąłem 
jeszcze pod uwagę!
George opuścił pokój wyraźnie zadowolony z siebie.
Herkules Poirot popijał czekoladę  i rozmyślał  o nakreślonych  właśnie faktach.  Odczuwał 
satysfakcję, że wszystko było tak, jak to przedstawił. Z kręgu osób, które wymienił, działała 
tylko jedna ręka i nieważne było, kto ją do tego czynu popchnął.
Uniósł   brwi,   doszedłszy   do   wniosku,   że   lista   jednak   nie   jest   kompletna.   Opuścił   jedno 
nazwisko.
Nikt nie mógł zostać pominięty - nawet, gdyby to był ktoś zupełnie nieprawdopodobny.
W czasie popełnienia morderstwa w domu była jeszcze jedna osoba.
Napisał:
Pan Barnes.
George zaanonsował:
- Jakaś pani prosi pana do telefonu, sir. Tydzień temu Poirot mylnie odgadł, kto się chce z 
nim skontaktować, teraz poznał bez trudu.
- Monsieur Herkules Poirot?
- Przy telefonie.
- Mówi Jane Olivera.
- Słucham, panno Olivera.
- Czy mogę pana prosić, aby przyszedł pan do Gothic House? Czuję, że jest coś, o czym 

41

background image

powinien pan wiedzieć.
- Naturalnie. Która godzina pani odpowiada?
- Wpół do siódmej.
- Dobrze.
Zawahała się na chwilę, na moment znikł autokratyczny ton w jej głosie.
- Ja... spodziewam się, że nie przeszkadzam panu w pracy?
-   Absolutnie.   Spodziewałem   się   pani   telefonu.   Odłożył   słuchawkę   i   odszedł   od   telefonu 
uśmiechając się. Zastanawiał się, jaką znajdzie wymówkę na to zaproszenie.
Po przybyciu do Gothic House został zaprowadzony prosto do olbrzymiej biblioteki, której 
okna wychodziły na rzekę. Przy biurku siedział Alistair Blunt, z roztargnieniem bawiąc się 
nożem do otwierania listów. Miał wygląd człowieka,  któremu za bardzo dopiekła  żeńska 
strona rodziny.
Jane Olivera stała oparta o gzyms  kominka. W chwili gdy Poirot wszedł do pokoju, tęga 
kobieta w średnim wieku mówiła rozdrażnionym głosem:
- ...i, oczywiście, Alistair, myślę, że moje uczucia powinny być  wzięte pod uwagę w tej 
sprawie.
-   Tak,   Julio,   oczywiście,   oczywiście   -   mówił   uspokajająco   Blunt,   podnosząc   się   na 
przywitanie Poirota.
- Jeżeli chcecie mówić o tej makabrycznej sprawie, to ja wychodzę! - dodała ta dostojna 
jejmość.
- I ja bym na twoim miejscu tak zrobiła, mamo - powiedziała panna Olivera.
Ale pani Olivera opuściła już pokój, łaskawie nie zwracając uwagi na Poirota.
- To uprzejme z pańskiej strony, że pan przyszedł - rzekł Alistair Blunt. - Myślę, że pan już 
zna pannę Olivera? To ona właśnie zaprosiła tu pana...
Jane szybko przerwała:
- Chodzi o tę zaginioną kobietę, o której tyle pisały gazety, o pannę Something Seale.
- Sainsbury Seale? Tak?
- To takie pompatyczne nazwisko, że trudno je zapamiętać. Ja mam mówić, czy ty zaczniesz, 
wujku?
- Mów ty, to twoja historia, kochanie.
Jane jeszcze raz odwróciła się do Poirota.
- Być może jest to zupełnie bez znaczenia, ale sądziłam, że powinien pan o tym wiedzieć
- Tak?
- Było to w dniu, kiedy wujek Alistair udał się do dentysty. Nie mówię o tym niedawnym 
dniu, ale mniej więcej trzy miesiące temu. Pojechałam z nim rollsem na Queen Charlotte 
Street.   Potem   miałam   spotkać   się   z   przyjaciółmi   w   Regent   Park   i   wrócić   po   niego. 
Zatrzymaliśmy   się   pod   numerem   58   i,   w   chwili   gdy   wujek   wysiadał,   z   domu   pod   tym 
numerem wyszła jakaś kobieta w średnim wieku, o pretensjonalnej fryzurze i ubrana raczej 
oryginalnie. Podbiegła prosto do wujka i powiedziała (tu głos Jane zmienił się i zaskrzeczał 
sugestywnie):   -   "O,   panie   Blunt,   pewnie   mnie   pan   nic   pamięta!"   Oczywiście,   zaraz 
dostrzegłam   na   twarzy   wujka,   że   absolutnie   nic   sobie   nie   przypomina...  Alistair   Blunt 
westchnął.
- Ja nigdy nie pamiętam. Ludzie zawsze zaczynają od tego...
- Przybrał szczególny wyraz twarzy - kontynuowała Jane - który dobrze znam. Było to coś w 
rodzaju   uprzejmego   udawania,   na   które   nie   dałoby   się   nabrać   nawet   dziecko.   Potem 
powiedział   bez   przekonania:   "Och,   tak,   oczywiście".   Ta   straszna   kobieta   mówiła   dalej: 
"Byłam wielką przyjaciółką pana żony!"
- To też zwykle mówią - uzupełnił Alistair Blunt głosem jeszcze bardziej przygnębionym.
Potem; uśmiechnął się żałośnie.
- To zawsze kończy się w taki sam sposób. Chcą, żebym dał na to i owo jakiś datek. Tym 

background image

razem wykupiłem się pięcioma funtami na jakąś Misję Zenana czy coś takiego. Tanio.
- Czy ona rzeczywiście znała pańską żonę?
- Sądzę, że tak, ponieważ ona też interesowała się tą Misją Zenana. A jeżeli tak było, to 
musiały   spotkać   się   gdzieś   w   Indiach.   Byliśmy   tam   około   dziesięciu   lat   temu.   Ale, 
oczywiście, nie była to żadna wielka przyjaciółka mojej żony. Inaczej musiałbym ją znać. 
Prawdopodobnie spotkały się raz na jakimś przyjęciu.
- Nie wierzę, aby kiedykolwiek spotkała ciocię Rebeccę - powiedziała Jane. - Myślę, że to był 
tylko pretekst, żeby się do ciebie dostać.
Alistair Blunt odparł pobłażliwie:
- Tak, to całkiem możliwe. Jane powiedziała:
- Wydaje mi się, że to dość dziwna metoda odnawiania znajomości, prawda, wujku?
Alistair Blunt odrzekł tak samo tolerancyjnie:
- Ona tylko chciała, żebym dał jakiś datek.
- Czy później próbowała to jakoś kontynuować? - spytał Poirot.
Blunt potrząsnął głową.
- Nigdy już o niej więcej nie myślałem. Nie pamiętałem nawet jej nazwiska. Dopiero Jane 
zauważyła je w gazecie.
Powiedziała trochę niepewnie:
- Myślałam, że monsieur Poirot powinien o tym wiedzieć!
- Dziękuję pani, mademoiselle - rzekł uprzejmie Poirot i dodał: - Nie chcę panu zajmować 
więcej czasu, panie Blunt. Jest pan z pewnością bardzo zapracowany.
Jane wtrąciła szybko.
- Wyjdę razem z panem.
Herkules Poirot uśmiechnął się do siebie pod wąsem. Na parterze Jane zatrzymała się nagle i 
powiedziała:
- Chodźmy tutaj!
Weszli do małego pokoju tuż obok holu. Odwróciła się twarzą do niego.
- Co miał pan na myśli, mówiąc przez telefon, że spodziewał się, iż do niego zadzwonię?
Poirot uśmiechnął się i rozłożył ręce.
-   Tylko   to,   co   powiedziałem,   mademoiselle.   Spodziewałem   się   tego   telefonu...   i   pani 
zadzwoniła.
-   Chce   pan   przez   to   powiedzieć,   że   wiedział   pan,   iż   będę   telefonowała   w   sprawie   tej 
Sainsbury Seale?
Poirot potrząsnął przecząco głową.
- To był pretekst. Z pewnością znalazłaby pani inny, gdyby to było potrzebne.
- A dlaczego, u diabła, miałabym do pana dzwonić?
- A dlaczego chciała mi pani przekazać tę drobną informację o pannie Sainsbury Seale? Mnie, 
a nie Scotland Yardowi? Przecież informacje tego rodzaju przekazuje się zwykle policji.
- Więc dobrze, panie Wiem Wszystko, ale ile dokładnie pan wie?
- Wiem, że interesuje się pani moją osobą od chwili, gdy usłyszała pani o mojej wizycie, którą 
złożyłem w hotelu "Holborn Pałace" parę dni temu.
Poirot zauważył, że zbladła do tego stopnia, iż go to zdumiało. Nie uwierzyłby, że tak bardzo 
opalona skóra może przybrać taki zielonkawy odcień.
- Sprowadziła mnie pani tutaj, aby coś ze mnie wyciągnąć - kontynuował cicho i spokojnie. - 
Chyba się nie mylę, prawda? Chciała się pani dowiedzieć czegoś o Howardzie Raikesie.
- A kto to w ogóle jest? - zapytała, ale nie wypadło to przekonująco.
- Nie musi pani mnie podpytywać, mademoiselle - odparł Poirot. - Mogę pani powiedzieć 
wszystko, co wiem... albo raczej, co zgaduję. Tego dnia, kiedy byliśmy tu z nadinspektorem 
Jappem,   była   pani   zaskoczona   widząc   nas,   a   nawet   zaniepokojona.   Sądziła   pani,   że   coś 
przydarzyło się wujowi. Dlaczego?

43

background image

- Widzi pan, on jest tego rodzaju człowiekiem, że zawsze coś może mu się zdarzyć. Dostał 
kiedyś bombę w przesyłce pocztowej; było to po udzieleniu pożyczki Hercosłowacji. Ponadto 
otrzymuje wiele listów z pogróżkami.
-   Nadinspektor   Japp   -   mówił   dalej   Poirot   -   powiedział   pani,   że   zastrzelono   dentystę 
nazwiskiem   Morley.   Czy   przypomina   pani   sobie   swoją   reakcję   na   tę   wiadomość?   Otóż 
wykrzyknęła pani wtedy: "Ależ to niemożliwe!"
Jane zagryzła usta i powiedziała:
- Ja? To raczej absurdalne z mojej strony, prawda?
- To była ciekawa uwaga, mademoiselle. Wskazywała na to, że wie pani o istnieniu pana 
Morleya, i że raczej spodziewała się pani jakiegoś wydarzenia - niekoniecznie, aby wydarzyło 
się coś jemu - ale możliwe, że chodziło tu o jakieś wydarzenie w jego domu.
- Lubi pan wyobrażać sobie różne historie, prawda? Poirot, nie zwracając na to uwagi, ciągnął 
dalej:
-  Pani  spodziewała  się,  a   raczej   obawiała,  że   coś  może  wydarzyć   się  w   domu   Morleya. 
Obawiała się pani, że to coś mogło się przytrafić pani wujkowi. Jednak jeśli tak było, to 
wtedy musiała pani wiedzieć o czymś, o czym my nie wiedzieliśmy. Zastanawiałem się nad 
wszystkimi, którzy byli w tym dniu w domu Morleya i znalazłem wreszcie jedną osobę, która 
mogła mieć powiązania z panią. Tą osobą był młody Amerykanin - Howard Raikes.
- To brzmi jak powieść w odcinkach. A jaki jest ten następny, wstrząsający odcinek?
- Poszedłem zobaczyć się z panem Raikesem. To niebezpieczny, ale zarazem pociągający 
młody człowiek...
Poirot przerwał dwuznacznie. Jane powiedziała w zamyśleniu:
- Jest taki, prawda? - Uśmiechnęła się. - Więc dobrze! Wygrał pan! Byłam bardzo przerażona.
Nachyliła się w jego stronę.
- Właśnie o tym  chciałam z panem pomówić, monsieur Poirot. Nie należy pan do ludzi, 
których można wodzić za nos. Wolę raczej o tym mówić sama, niż żeby pan za tym węszył... 
Kocham   tego   człowieka,   kocham   Howarda   Raikesa.   Szaleję   za   nim.   Matka   jest   temu 
przeciwna i usiłuje trzymać mnie od niego z daleka. Częściowo z tego powodu, a częściowo 
też   dlatego,   że   ma   nadzieję,   iż   wujek   Alistair   mógłby   polubić   mnie   wystarczająco,   aby 
zostawić mi swoje pieniądze po śmierci.
Mówiła dalej:
-  Moja  matka  jest   jego  siostrzenicą   poprzez  małżeństwo.   Jej   matka   była   siostrą   Rebecki 
Arnholt.   Blunt   jest   więc   moim   dziadkiem   stryjecznym.   Tylko   że   on   nie   ma   bliższych 
krewnych i moja matka nie widzi powodu, dla którego nie mielibyśmy wszystkiego po nim 
odziedziczyć. Dlatego też śmiało doi go, ile się tylko da. Widzi pan, jestem z panem zupełnie 
szczera, monsieur  Poirot. Teraz pan wie, do jakich ludzi  należymy.  Ściśle mówiąc,  sami 
mamy   dość   pieniędzy.   Zgodnie   z   przekonaniami   Howarda   tak   dużo,   że   aż   wstyd   -   ale 
równocześnie nie należymy do tej samej sfery co wuj Alistair.
Przerwała i uderzyła ze złością ręką w poręcz fotela.
- Jak mam to wyrazić, żeby mnie pan dobrze zrozumiał? Zasady, zgodnie z którymi zostałam 
wychowana i w które wierzyłam, są dla Howarda obrzydliwe i on chce je zniszczyć. Ale 
czasem, rozumie pan, czasem czułam to samo co on. Lubię wuja Alistaira, jednak niekiedy 
działa   mi   na   nerwy.   On   jest   taki   sztywny   jak   prawdziwy   Anglik,   taki   ostrożny   i... 
konserwatywny. Sama zaczęłam odnosić wrażenie, że tacy ludzie powinni zniknąć, ponieważ 
są hamulcem postępu. Że dopiero bez nich będziemy mogli coś osiągnąć!
- Zatem została pani wyznawczynią ideologii Raikesa?
- Zostałam i nie zostałam. Howard jest... Jest bardziej szalony niż jego zwolennicy. Myślę o 
ludziach, którzy... którzy zgadzają się z Howardem, ale tylko do pewnego stopnia. Chętnie 
spróbowaliby wcielić w życie idee Howarda, gdyby wuj Alistair i jego zwolennicy zgodzili 
się na to. Ale oni tego nigdy nie zrobią! Siedzą cicho, kiwają głowami i mówią: "Nie możemy 

background image

tego nigdy ryzykować". Albo "To nie jest uzasadnione ekonomicznie". Lub: "Musimy brać 
pod uwagę odpowiedzialność". Czy wreszcie: "Spójrzcie na bieg historii". Ja jednak sądzę, że 
nie   trzeba   patrzeć   na   bieg   historii.   To   jest   oglądanie   się   wstecz.   Należy   zawsze   patrzeć 
naprzód.
Poirot powiedział uprzejmie:
- Widać tam jakąś atrakcyjną wizję? Spojrzała na niego karcąco.
- Pan również tak mówi!
- Być może dlatego, że jestem stary. Starzy ludzie mają marzenia - tylko marzenia, rozumie 
pani?
Przerwał, następnie zapytał oficjalnym tonem:
- Dlaczego Howard Raikes udał się na to spotkanie na Queen Charlotte Street?
- Ponieważ to ja chciałam, aby spotkał się tam z wujem Alistairem i nie mogłam tego urządzić 
inaczej. On nienawidzi wuja, tak bardzo go... Miałam więc nadzieję, że gdy się spotkają, to... 
To przekona się, że wuj jest miłym i bezpośrednim człowiekiem i... i może zmieni o nim 
zdanie.   Nie   mogłam   zaaranżować   inaczej   tego   spotkania,   ponieważ   moja   matka   zawsze 
wszystko psuła.
- Jednak po zaaranżowaniu tego spotkania przestraszyła się pani?
Oczy dziewczyny rozszerzyły się i pociemniały.
- Tak - powiedziała. - Ponieważ... Ponieważ Howard czasami jest nieopanowany. On... On...
Herkules Poirot przerwał:
- On chce wszystko przyspieszyć. Chce wytępić, Jane Olivera krzyknęła:
- Nie! Niech pan nie kończy!

SIÓDME, ÓSME, UŁÓŻ JE PROSTO
I

Czas płynął. Minął już ponad miesiąc od śmierci Morleya, a o pannie Sainsbury Scale wciąż 
nic było żadnych wieści.
Japp stawał się na tym punkcie coraz bardziej rozdrażniony.
- Niech to diabli, Poirot! Przecież ta kobieta musi gdzieś być!
- Niewątpliwie, mon cher.
- Obojętnie, żywa czy martwa. Jeżeli nie żyje, to gdzie jest ciało? Przypuśćmy na przykład, że 
popełniła samobójstwo...
- Następne samobójstwo?
- Nie zaczynaj znowu, Poirot. Ty ciągle jesteś przekonany, że Morley został zamordowany, a 
ja twierdze, że to było samobójstwo.
- Czy doszedłeś do tego, czyj to był pistolet?
- Nie, to jakiś zagraniczny wyrób.
- To jednak coś sugeruje, prawda?
- Nie to, co myślisz. Morley przebywał za granicą. Jeździł razem z siostrą na wycieczki. 
Każdy, kto mieszka na Wyspach Brytyjskich, jeździ na jakieś zamorskie wycieczki. Mógł 
kupić go za granicą. Wielu ludzi lubi mieć broń, kiedy są za granicą. Lubią wyobrażać sobie, 
że pędzą niebezpieczne życie. Przerwał i dodał po chwili:
- Ale nie zmieniajmy tematu, Poirot. Mówiłem, że jeżeli - zwróć uwagę, że mówię tylko jeżeli 
- ta przeklęta baba popełniła samobójstwo, jeżeli powiedzmy utopiła się, to woda powinna 
wyrzucić ciało na brzeg. Jeżeli została zamordowana, to samo.
- Nie wtedy, gdyby do ciała przywiązano jakiś ciężar przed wrzuceniem do Tamizy.
-   I   wrzucono   je   z   jakiejś   piwnicy   w   Limehouse,   jak   sądzę?   Mówisz   tak,   jak   w   jakimś 
dreszczowcu napisanym przez babę.
- Wiem, wiem. Sam się wstydzę, mówiąc takie rzeczy!

45

background image

- A w dodatku została wykończona przez jakiś gang międzynarodowych oszustów?
Poirot westchnął i rzekł:
- Niedawno dowiedziałem się, że takie rzeczy zdarzają się naprawdę.
- Kto ci to powiedział?
- Pan Reginald Barnes z Castlegardens Road, z Ealing.
-   Tak,   on   może   coś   o   tym   wiedzieć   -   powiedział   Japp   niepewnie..-   Stykał   się   z 
cudzoziemcami, kiedy pracował w Home Office.
- Ale ty się z tym nie zgadzasz?
- To nie moja branża. Nie przeczę, że zdarzają się takie rzeczy,  ale są to raczej sprawy 
wyjątkowe.
Przez chwilę panowało milczenie; Poirot podkręcał wąsa. Wreszcie Japp powiedział:
- Mamy trochę nowych informacji. Przypłynęła z Indii na tym samym statku co Amberiotis. 
Płynęła drugą klasą, a on pierwszą. Nie sądziłem, aby w tym coś było, jednak pewien kelner z 
"Savoyu" ma wrażenie, że widział ich razem na lunchu, mniej więcej na tydzień przed jego 
śmiercią.
- A zatem mógł istnieć między nimi jakiś związek?
- Może... ale nie przypuszczam, żeby to było prawdopodobne. Nie mogę sobie wyobrazić, aby 
taka misjonarka mogła być zamieszana w jakieś podejrzane sprawy.
- Czy Amberiotis był zamieszany w jakieś podejrzane sprawy, jak to określiłeś?
- Tak. Kręcił z naszymi przyjaciółmi z centralnej Europy. Takie szpiegowskie awantury.
- Jesteś tego pewny?
- Tak. On sam nie wykonywał żadnej brudnej roboty i nie bylibyśmy w stanie go ruszyć. 
Zajmował się organizacją i przekazywaniem raportów. - Japp przerwał i po chwili ciągnął 
dalej: - To wszystko jednak nie pomaga nam w sprawie Sainsbury Seale. Ona nie mogła być 
zamieszana w szpiegowskie awantury.
- O ile pamiętam, mieszkała w Indiach. W ostatnim roku panował tam niepokój.
- Amberiotis i wspaniała panna Sainsbury Seale - jakoś nie mogę skojarzyć ich w jednym 
zespole.
- Czy wiesz, że nasza panna Sainsbury Seale była bliską przyjaciółką zmarłej żony Alistaira 
Blunta?
- Kto to powiedział? Nie wierzę. To nie ta sama strefa.
- Ona tak mówiła.
- Komu?
- Panu Alistairowi Bluntowi.
- O, takie bzdury... On na pewno jest do tego przyzwyczajony. Sądzisz, że Amberiotis chciał 
użyć jej w ten sposób? To by się nie udało. Blunt pozbyłby się jej dając datek. Na pewno nie 
zaprosiłby jej na weekend czy coś w tym rodzaju. Nie jest taki lekkomyślny.
Była to bezsporna prawda, z którą Poirot musiał się zgodzić.
Po chwili Japp podsumował sprawę Sainsbury Seale:
- Przypuśćmy, że jej ciało zostało wrzucone przez jakiegoś szalonego naukowca do zbiornika 
napełnionego kwasem - jest to rozwiązanie często stosowane w powieściach! Jednak daję 
słowo, że to zwykłe, babskie gadanie. Jeśli nie żyje, została po cichu zakopana.
- Tak, ale gdzie?
- Właśnie. Zniknęła w Londynie. Nikt tu nie ma odpowiedniego ogrodu. Samotna, kurza 
farma - oto miejsce, jakiego mi potrzeba!
"Ogród!"   W   umyśle   Poirota   błysnął   nagle   czysty,   schludny   ogródek   w   Ealing   z   jego 
geometrycznymi klombami. Jak fantastyczna wydawała się myśl, że ciało tej kobiety zostało 
tam pochowane! "Nie bądź niedorzeczny" - powiedział do siebie.
- A jeżeli ona żyje - kontynuował Japp - to gdzie się podziała? Minął już miesiąc, jej opis 
zamieszczono w gazetach i rozesłano po całej Anglii...

background image

- I nikt jej nie widział?
- Ależ oczywiście, praktycznie wszyscy ją widzieli! Nie masz pojęcia, ile wyblakłych kobiet 
w   średnim   wieku   nosi   kostiumy   z   dzianiny   koloru   oliwkowego.   Widziano   ją   na 
wrzosowiskach   Yorkshire,   w   hotelach   Liverpoolu,   w   pensjonatach   Devon   i   na   plaży   w 
Ramsgate! Moi ludzie stracili dużo czasu, cierpliwie sprawdzając te wszystkie doniesienia, 
jednak dotąd niczego nie zdziałali, oprócz tego, że zdenerwowali mnóstwo godnych szacunku 
dam w średnim wieku.
Poirot cmoknął ze współczuciem.
- A jednak - mówił dalej Japp - ona jest osobą całkowicie realną. Czasem można natknąć się 
na kogoś, kto udaje, że jest kimś innym, kogoś, kto przyjeżdża gdzieś i udaje, na przykład 
pannę Spinks - podczas gdy żadna panna Spinks nie istnieje. Ale ta kobieta jest autentyczna - 
ona miała przeszłość i pochodzenie!. Wiemy o niej wszystko, począwszy od dzieciństwa! 
Prowadziła zupełnie normalny tryb życia i... nagle znikła jak kamień w wodzie!
- Musi być jakiś powód tego zniknięcia - stwierdził Poirot.
- Ona nie zastrzeliła Morleya, jeśli o to ci chodzi. Amberiotis widział go żywego, gdy ona już 
wyszła, a my sprawdziliśmy każdy jej ruch po wyjściu z domu przy Queen Charlotte Street.
Poirot powiedział niecierpliwie:
- Nawet przez moment nie sugeruję, że zastrzeliła Morleya. Oczywiście, że nie! Niemniej...
Japp przerwał:
- Jeżeli nie mylisz się w sprawie Morleya, wówczas jest prawdopodobne, że mógł jej coś 
powiedzieć,   coś,   co   nie   podejrzewała,   że   ma   jakieś   znaczenie,   ale   co   było   kluczem   do 
wykrycia jego mordercy. W takim wypadku ona mogłaby zostać usunięta z premedytacją.
- To wszystko wciąga do tej sprawy jakąś organizację, jakiś wielki koncern, co nie pasuje do 
śmierci spokojnego dentysty z Queen Charlotte Street - stwierdził Poirot.
- Więc nie wierz w to wszystko, o czym ci mówił Reginald Barnes! To śmieszny, stary facet, 
w głowie mu tylko szpiedzy i komuniści.
Japp wstał.
- Dasz mi znać, kiedy będziesz miał coś nowego? - zapytał Poirot.
Kiedy Japp wyszedł, Poirot usiadł przy stole i zmarszczył brwi.
Miał nieodparte uczucie, że na coś czeka. Tylko na co?
Przypomniał sobie, że niedawno, też siedząc przy stole, skreślił na papierze kilka na pozór nie 
związanych ze sobą faktów i kolekcję nazwisk. Za oknem latał ptaszek z gałązką w dziobku.
I on także dobierał odpowiednie patyczki... "Piąte, szóste, dobierz patyczki proste..."
Miał   swoje   patyczki   -   teraz   było   już   ich   sporo.   Miał   je   w   swoim   logicznym   umyśle 
odpowiednio   posegregowane,   ale   jak   dotąd   nie   próbował   ułożyć   ich   w   odpowiednim 
porządku. To będzie następny krok, teraz trzeba je równo i prosto ułożyć.
Co go powstrzymywało? Znał odpowiedź na to pytanie. Czekał na coś.
Coś   nieuniknionego,   coś,   co   się   musi   wydarzyć,   następne   ogniwo   w   łańcuchu.   Kiedy 
nadejdzie, wtedy... wtedy uczyni kolejny krok.

II

Tydzień potem, późnym wieczorem, nadeszło wezwanie.
W słuchawce telefonicznej usłyszał szorstki głos Jappa:
-   Czy   to   ty,   Poirot?   Znaleźliśmy   ją!   Lepiej   zaraz   tu   przyjedź.  King   Leopold   Mansions, 
Battersea Park. Mieszkanie numer czterdzieści pięć.
W kwadrans później Poirot wysiadł z taksówki przed King Leopold Mansions.
Był   to   duży   budynek   czynszowy   z   mieszkaniami   wychodzącymi   na   Battersea   Park. 
Mieszkanie   numer   czterdzieści   pięć   znajdowało   się   na   drugim   piętrze.   Drzwi   otworzył 
osobiście Japp.

47

background image

Na jego twarzy malowało się ponure skupienie.
-   Wejdź   -   rzekł.   -   Nie   jest   to   szczególnie   przyjemne,   ale   przypuszczałem,   że   zechcesz 
zobaczyć.
Poirot spytał krótko:
- Nie żyje?
-   Ty   byś   określił,   że   jest   absolutnie   martwa!   Poirot   podniósł   głowę   na   znajomy   dźwięk 
dochodzący od drzwi umieszczonych po prawej stronie.
- Tam jest portier - wyjaśnił Japp. - Wymiotuje do zlewu. Musiałem .go tu ściągnąć, aby 
przeprowadzić identyfikację zwłok.
Skierował się wzdłuż korytarza, a Poirot podążył za nim, krzywiąc nos.
- Niezbyt przyjemne - rzekł Japp. - Ale czego się spodziewałeś? Nie żyje już ponad miesiąc.
Pokój, do którego weszli, był niewielką rupieciarnią i składzikiem bagaży. Na środku stała 
wielka metalowa skrzynia, w jakiej przechowuje się futra. Wieko było otwarte.
Pfcirot podszedł bliżej i zajrzał do środka.
Najpierw ujrzał stopę i zniszczony but z ozdobną klamerką. Zapamiętał tę klamerkę, gdy 
pierwszy raz zetknął się z panną Sainsbury Seale. Jego wzrok powędrował dalej. Dojrzał 
zieloną, wełnianą marynarkę, spódnicę, aż wreszcie zatrzymał się na głowie.
Poirot wydał nieartykułowany okrzyk.
-   Tak   -   powiedział   Japp   -   to   naprawdę   przerażające.   Twarz   była   zmasakrowana   nie   do 
poznania.   Doszedł   do   tego   proces   rozkładu   i   nic   dziwnego,   że   obaj   mężczyźni   ze 
zmienionymi twarzami odwrócili się ze zgrozą.
- No tak - powiedział Japp - w ciągu naszych pracowitych dni zdarzają się takie rzeczy. 
Czasami nasza praca jest niewątpliwie obrzydliwa. W przyległym pokoju znajdziesz trochę 
brandy. Dobrze ci zrobi.
Salon, do którego teraz weszli, umeblowany był  elegancko i nowocześnie, z dużą ilością 
chromowanych mebli obitych beżowym materiałem w geometryczne wzory.
Poirot odszukał karafkę i nalał sobie brandy. Gdy wypił, stwierdził:
- Okropne! A teraz opowiedz mi, mój drogi, wszystko o tej sprawie.
Japp odrzekł:
- To mieszkanie należy do pani Chapman. Jak ustaliłem, jest to dość zamożna, elegancka 
blondynka, w wieku około czterdziestu lat. Płaci regularnie rachunki, czasem lubi pograć w 
brydża z sąsiadami, ale raczej żyje samotnie. Bezdzietna. Jej mąż, Albert Chapman, podróżuje 
w jakiś sprawach handlowych.
- Sainsbury Seale przyszła do niej wieczorem tego samego dnia, w którym przeprowadziliśmy 
z nią rozmowę. Było to około siódmej piętnaście. Przyszła tu prawdopodobnie prosto z hotelu 
"Glengowrie Court". Portier poinformował mnie, że przedtem już raz tu była. Była to więc, 
jak widzisz, normalna wizyta u przyjaciółki. Portier zaprowadził pannę Sainsbury Seale do 
windy. Ostatni raz widział ją, jak stała na wycieraczce przed drzwiami tego mieszkania i 
naciskała dzwonek.
- Dobrze to wszystko zapamiętał, mimo upływu czasu! - skomentował Poirot.
-   Niestety,   potem   miał   jakieś   kłopoty   żołądkowe   i   poszedł   do   szpitala,   a   w   tym   czasie 
zastępował go ktoś inny. Dopiero tydzień temu przypadkowo przeczytał w starej gazecie o 
"poszukiwanej kobiecie" i powiedział do żony: "Wygląda na to, że to jest to stare czupiradło, 
które przyszło do pani Chapman na drugie piętro. Miała zielony, wełniany kostium i buty z 
klamerkami". Potem dodał po jakiejś godzinie: "Jakoś tak nazywała się, co brzmiało «jak 
something». O, do licha, to było - panna Something czy jakoś tak podobnie i potem Seale!"
- Następnie - kontynuował Japp - w jakieś cztery dni później, kiedy wreszcie pozbył  się 
swojej   naturalnej   nieufności   do   policji,   udał   się   tam   i   podzielił   z   nimi   swoimi 
spostrzeżeniami.
My oczywiście, nie sądziliśmy, że to do czegoś doprowadzi. Nie masz pojęcia, ile mieliśmy 

background image

takich fałszywych alarmów. Posłałem jednak sierżanta Beddoesa - tego bystrego, młodego 
człowieka. Ukończył zbyt ekskluzywne szkoły, ale to nie jego wina. Teraz to modne. Beddoes 
miał przeczucie, że wreszcie na coś trafiliśmy. Pierwsza rzecz, która nas zastanowiła, to fakt, 
że nie widziano już od miesiąca pani Chapman. Wyjechała, nie podając adresu. Było to trochę 
dziwne. Właściwie wszystko, czego dowiedział się o pani Chapman, było dziwne. Od portiera 
dowiedział się, że on nie widział, jak pani Sainsbury Seale wychodziła. W tym jednak nie 
było nic niezwykłego. Mogła przecież zejść po schodach i opuścić dom, nie będąc zauważona 
przez portiera. Jeżeli chodzi o panią Chapman, to portierowi wydaje się, że wyjechała dość 
nagle. Następnego ranka na drzwiach wisiała kartka: "MLEKA NIE TRZEBA. POWIEDZ 
NELLIE, ŻE WYIECHAŁAM".
Nellie to dochodząca służąca, która u niej pracowała. Pani Chapman już przedtem wyjeżdżała 
niespodziewanie dwa razy i dziewczynie nie wydawało się to dziwne. Niemniej dziwny był 
fakt, że nie zadzwoniła po portiera, aby pomógł jej znieść bagaże i przywołał taksówkę.
W  każdym   razie  Beddoes  zdecydował   się odwiedzić   to  mieszkanie.   Otrzymaliśmy   nakaz 
rewizji   i   klucz   od   administratora.   Nie   znaleźliśmy   nic   ciekawego   z   wyjątkiem   łazienki. 
Wyraźnie było widać, że została pospiesznie sprzątnięta. Na linoleum pozostał jednak mały 
ślad krwi. Znaleźliśmy go w narożniku, gdzie przeoczono go podczas zmywania podłogi. 
Następnym problemem było odnalezienie ciała. Pani Chapman nie mogła wyjść z bagażem, 
nie będąc  zauważona  przez  portiera.  Wobec  tego ciało  musiało  znajdować się  jeszcze  w 
mieszkaniu! Znaleźliśmy tę skrzynię na futra, która, jak wiesz, jest hermetyczna! To było 
dobre miejsce. Klucze były w szufladzie toaletki. Otwieramy więc skrzynię i... znajdujemy w 
niej naszą zaginioną! Wszystko jak należy.
- A co z panią Chapman? - zapytał Poirot.
- Istotnie, co z nią? Co z Sylwią (ma na imię Sylwia), gdzie ona jest? Jedno jest pewne. 
Sylwia lub jej przyjaciele zamordowali naszą damę i wsadzili do skrzyni.
Poirot skinął głową i spytał:
- Ale dlaczego zmasakrowali jej twarz? To okropne.
- Dlaczego tak zrobili - można tylko zgadywać. Być może jest to akt zemsty. A może starali 
się w ten sposób ukryć tożsamość tej kobiety?
Poirot skrzywił się i rzekł:
- Ale przecie? to w niczym nic przeszkodziło w jej identyfikacji.
- Nie, ponieważ otrzymaliśmy dokładny opis, w co była ubrana w chwili zniknięcia. Poza tym 
w skrzyni znaleźliśmy torebkę, a w środku stare listy adresowane do hotelu przy Russell 
Square.
Poirot nagle wyprostował się.
- Ależ to... To nie ma sensu!
- Tak, to naprawdę nie ma sensu. Przypuszczam, że to było przeoczenie.
- Istotnie, to mogło być przeoczenie. Chociaż... Poirot wstał i zapytał:
- Zbadałeś już całe mieszkanie? r
- Dość dokładnie. Nie ma tu nic, co mogłoby rozjaśnić nasze mroki.
- Chciałbym jeszcze obejrzeć sypialnię pani Chapman.
- Dobrze, chodźmy.
W sypialni nie było żadnych śladów pospiesznego wyjazdu. Panował ład i porządek. W łóżku 
nikt nie spał, choć było przygotowane do snu. Wszystko pokryła gruba warstwa kurzu.
-   Dotychczas   nie   znaleźliśmy   żadnych   odcisków   palców.   Tylko   kilka   na   naczyniach 
kuchennych, jednak przypuszczam, że pozostawiła je służąca pani Chapman - wyjaśnił Japp.
- To oznacza, że po popełnieniu morderstwa dokładnie wytarto kurz?
- Tak
Wzrok Poirota błądził po pokoju. Sypialnia, tak jak i salon, były umeblowane nowocześnie. 
Pomyślał, że mieszkał tu ktoś średnio zamożny. Wszystkie przedmioty były kosztowne, lecz 

49

background image

nie   zanadto   kosztowne.   Okazałe,   lecz   nie   pierwszej   jakości.   Dominował   kolor   różowy. 
Przyjrzał się wbudowanej szafie i zaczął przeglądać ubrania - eleganckie ubrania, ale znów 
nie pierwszego gatunku. Potem skierował wzrok na buty. Były to głównie modne obecnie 
sandały   niektóre   na   grubej   korkowej   podeszwie.   Podniósł   jeden,   zanotował   fakt,   że   pani 
Chapman nosiła piątkę, i odłożył go na miejsce. W innej szafie znalazł stos upchniętych futer.
Japp zauważył jego spojrzenie i wyjaśnił:
- Wyjęte ze skrzyni. Poirot skinął głową.
Chwycił pierwsze futro i stwierdził ze zdumieniem: "Skóry w najlepszym gatunku". Weszli 
do łazienki.
Tu rzucał się w oczy szeroki asortyment kosmetyków. Poirot obejrzał je z zainteresowaniem. 
Puder, róż, krem, balsam do ciała, dwie butelki płynu do układania i farbowania włosów.
- Stąd właśnie wnioskuję, że nie była naturalną, platynową blondynką - powiedział Japp.
- Po czterdziestce, mon ami - mruknął Poirot - włosy wielu kobiet zaczynają siwieć, ale nasza 
pani Chapman nie poddawała się prawom natury.
- A zatem prawdopodobnie stosowała farby do włosów i obecnie dla odmiany może być ruda.
- Ciekawe...
- Co cię niepokoi, Poirot? - spytał Japp. - Cóż to takiego?
-   Ależ   tak,   jestem   zaniepokojony.   Jestem   poważnie   zaniepokojony.   Widzisz,   mój   drogi, 
stanąłem przed problemem, którego nie potrafię wyjaśnić.
Zdecydowanym krokiem skierował się do rupieciarni na kufry.
Chwycił bucik na nodze nieżyjącej kobiety, z trudem go zdjął, przyjrzał się klamerce. Była 
przyszyta niedbale - od ręki.
Herkules Poirot westchnął i rzekł:
- Chyba mi się śni!
Japp zapytał zaciekawiony:
- Co znów kombinujesz, Poirot? Chcesz to jeszcze bardziej zagmatwać?
- Dokładnie tak.
- Przecież to zwykły lakierek z klamerką. Coś ci się w nim nie zgadza? - spytał Japp.
- Nic... absolutnie nic - odparł Poirot. - Ale, mimo wszystko... nie rozumiem tego.

III

Pani Merton zajmowała mieszkanie numer osiemdziesiąt dwa w King Leopold Mansions. 
Była, według informacji portiera, najbliższą przyjaciółką pani Chapman. Poirot i Japp udali 
się pod numer osiemdziesiąt dwa.
Pani Merton była gadatliwą kobietą z rozbieganymi, czarnymi oczkami i wymyślną fryzurą.
Nie potrzebowali zmuszać jej do mówienia. Była gotowa dostosować się do dramatycznej 
sytuacji.
- Sylwia Chapmann... O, tak. Oczywiście nie znam jej dobrze, nie byłyśmy zbyt  bliskim 
przyjaciółkami,  jak się to określa. Grałyśmy  kilka  razy przypadkowo w brydża,  byłyśmy 
razem w kinie i, oczywiście, czasem chodziłyśmy na zakupy. Ale, na litość boską, proszę mi 
powiedzieć, czy ona żyje.
Japp uspokoił ją.
- To dobrze. Z ulgą to słyszę! Ale właśnie ten listonosz był cały podniecony znalezieniem 
trupa w jakimś mieszkaniu, a czy można uwierzyć w połowę tego, co się słyszy? Ja nigdy nie 
wierzę.
Japp zadał następne pytanie.
- Nie, nie widziałam się z panią Chapman... od czasu, kiedy umówiłyśmy się, że pójdziemy na 
film   z   Ginger   Rogers   i   Fredem   Astaire'em.   Wówczas   nie   mówiła   mi,   że   chce   gdzieś 
wyjechać.

background image

Pani   Merton   nigdy   nie   słyszała   o   pannie   Sainsbury   Seale.   Pani   Chapman   nigdy   nie 
wymieniała przy niej tego nazwiska.
- A jednak, proszę pana, to nazwisko jest mi znane. Wydaje mi się, że wyraźnie skądś je 
znam. Ostatnio gdzieś je widziałam.
- W ostatnim tygodniu zamieszczono je we wszystkich gazetach - wyjaśnił sucho Japp.
- Oczywiście! To ta zaginiona kobieta, prawda? Przypuszcza pan, że pani Chapman mogła ją 
znać? Nie, jestem pewna, że Sylwia nigdy o niej nie wspominała.
- Czy może nam pani powiedzieć coś o panu Chapmanie?
Na twarzy pani Merton odmalował się wyraz zaciekawienia.
- O ile wiem, podróżował w sprawach handlowych. Tak sądzę z opowiadań pani Chapman. 
Podróżował za granicę w sprawach swojej firmy - jak mi się wydaje, chodziło o broń. Jeździł 
po całej Europie.
- Czy kiedyś go pani spotkała?
- Nie, nigdy. Bywał w domu rzadko, a kiedy przyjeżdżał, wówczas oboje nie przyjmowali 
nikogo. Zupełnie naturalne!
- Czy pani Chapman miała krewnych lub przyjaciół?
- Nic nie wiem o jej przyjaciołach. I nie sądzę, aby miała jakichkolwiek krewnych. Nigdy o 
nich nie mówiła.
- Była kiedyś w Indiach?
- Jeżeli była, to ja nic o tym nie wiem.
Pani Merton przerwała i po chwili wybuchnęła:
- Proszę mi powiedzieć, dlaczego panowie zadają mi te wszystkie pytania? Wiem, że panowie 
przyszli ze Scotland Yardu, ale musi być przecież jakiś specjalny powód.
- No cóż, pani Merton, i tak musi się pani o tym dowiedzieć. W mieszkaniu pani Chapman 
znaleziono zwłoki.
- Cooo...? - Przez moment pani Merton przypominała psa o oczach wielkości spodeczków.
- Zwłoki! Chyba nie pana Chapmana? Może to jakiś obcokrajowiec?
Japp odparł:
- To nie jest mężczyzna... To kobieta.
- Kobieta... - Pani Merton wydawała się jeszcze bardziej zaskoczona.
Poirot wtrącił łagodnie:
- Dlaczego sądziła pani, że to mógłby być mężczyzna?
- Och, nie wiem. Ale to wydawało mi się bardziej prawdopodobne.
- Dlaczego? Czy w zwyczajach pani Chapman było przyjmowanie mężczyzn?
- Och, nie... Oczywiście, że nie. - Pani Merton była  poruszona. - Absolutnie nie miałam 
czegoś takiego na myśli. Sylwia Chapman absolutnie nie należała do tego typu kobiet. To 
dlatego, że... pan Chapman... Myślę, że...
Przerwała.
- Wydaje mi się, madame, że pani wie coś więcej, niż nam powiedziała - rzekł Poirot.
Pani Merton odparła niepewnie:
- Doprawdy nie wiem, co powinnam zrobić. Chcę przez to powiedzieć, że nie chciałabym 
zdradzić zaufania i naturalnie nigdy nie powtórzyłabym tego, co mi Sylwia powiedziała, za 
wyjątkiem kilku zaufanych osób, o których wiedziałam, że będą naprawdę dyskretne... - Pani 
Merton przerwała dla zaczerpnięcia tchu. Japp skorzystał z tego i powiedział:
- Co pani Chapman powiedziała pani?
Pani Merton pochyliła się i powiedziała ściszonym głosem:
- Pewnego dnia wymknęło jej się. Widziałyśmy  film... o Secret Service i pani Chapman 
powiedziała mi, że ten, kto go zrobił, niewiele wiedział o tych sprawach. Potem wyjaśniła mi 
w  wielkiej   tajemnicy,  że   pan  Chapman,   jak  zrozumiałam,   pracuje   w  Secret  Service.   Ale 
kazała mi przysiąc, że zatrzymam to w tajemnicy. To, że pan Chapman jest w Secret Service, 

51

background image

było powodem, iż tak często wyjeżdżał za granicę. Firma, dla której pracował, była tylko 
parawanem. Panią Chapman bardzo niepokoił fakt, że nie może do niego pisać i że kiedy jest 
poza domem, nie może od niego otrzymywać listów. No i, oczywiście, to wszystko było 
strasznie niebezpieczne!

IV

Wrócili na dół, pod numer czterdzieści dwa. Japp rzucił z przejęciem:
- Cienie Phillipa Oppenheima, Valentine'a Williamsa i Williama le Queux. Ja chyba oszaleję!
Czekający na nich bystry młodzieniec, sierżant Beddoes, powiedział z szacunkiem:
- Niestety,  sir, nie udało mi  się wydobyć  nic istotnego  do służącej. Wydaje  się, że pani 
Chapman dość często zmieniała służbę. Ta pracowała u niej tylko miesiąc lub dwa. Ona 
mówi,   że   pani   Chapman   to   miła   kobieta,   lubiąca   słuchać   radia   i   ładnie   się   wyrażająca. 
Według opinii dziewczyny, pan Chapman był flirciarzem, ale pani Chapman nie podejrzewała 
tego. Czasami otrzymywała  zagraniczne listy - kilka z Niemiec, dwa z Ameryki, jeden z 
Włoch   i   jeden   z   Rosji.   Młodzieniec,   z   którym   dziewczyna   się   przyjaźni,   zbiera   znaczki 
pocztowe, a pani Chapman miała zwyczaj dawać jej znaczki po otrzymaniu listu.
- Czy znaleziono coś w papierach pani Chapman?
- Absolutnie nic, sir. Nie trzymała wielu dokumentów w domu. Kilka rachunków i kwitów - 
wszystkie miejscowe. Ponadto kilka starych programów teatralnych, kilka wyciętych z gazet 
przepisów kucharskich i ulotkę o Misji Zenana.
- Można bez trudu domyślić się, kto tu przyniósł tę ulotkę. Nie wydaje się, by popełniła 
zbrodnię, prawda? Jednak z drugiej strony wydaje się, że to zbrodnia. W każdym razie brała 
w niej udział. Czy tego wieczoru widziano tu jakiegoś obcego mężczyznę?
-   Portier   nie   przypomina   sobie   nikogo   -   ale   nie   przypuszczam,   aby   mógł   cokolwiek 
zapamiętać; ten blok ma wiele mieszkań, ludzie stale wchodzą i wychodzą. Mógł tylko ustalić 
datę przybycia panny Sainsbury Seale, ponieważ następnego dnia poszedł do szpitala, a tego 
wieczoru czuł się już źle.
- Może ktoś w innym mieszkaniu słyszał coś niezwykłego?
Młody człowiek potrząsnął głową.
- Zbadałem mieszkanie powyżej i mieszkanie położone piętro niżej. Nikt nie pamięta, żeby 
słyszał coś niezwykłego. Sądzę, że obaj sąsiedzi mieli włączone radia.
Z łazienki wyszedł chirurg, który właśnie umył ręce.
-   Bardzo   nieapetyczne   zwłoki   -   powiedział   wesoło.   -   Zabierzcie   ją,   gdy   tylko   będziecie 
gotowi, a wtedy będę mógł przystąpić do właściwej roboty.
- Może pan powiedzieć, jaka była przyczyna śmierci?
-   Nie   można   nic   powiedzieć   przed   dokonaniem   autopsji.   Twarz   jest   całkowicie 
zniekształcona, ale mogę stwierdzić, że dokonano tego dopiero po śmierci. Dokładne dane 
będę miał dopiero po przywiezieniu jej do kostnicy. Obecnie mogę tylko powiedzieć, że była 
to   kobieta   w   średnim   wieku,   zupełnie   zdrowa,   włosy   ufarbowane   na   blond   z   siwymi 
odroślami. Jeżeli na ciele nie będzie żadnych znaków szczególnych, wówczas trudno będzie z 
całą pewnością ustalić jej tożsamość Ach, panowie już wiedzą, kim ona jest? To wspaniale! 
Co? To ta zaginiona kobieta, o którą było tyle zamieszania? No tak, tylko że ja nigdy nie 
czytam gazet. Chyba że rozwiązuję krzyżówki.
- I co z tego rozgłaszania wyszło! - mruknął gorzko Japp, gdy lekarz wyszedł.
Poirot pochylił się nad biurkiem i podniósł mały, brązowy notes z adresami.
Niezmordowany Beddoes dodał:
-   Nie   ma   tam   nic   specjalnie   interesującego.   Sami   fryzjerzy,   modystki   i   tym   podobne. 
Wynotowałem wszystkie prywatne nazwiska i adresy.
Poirot otworzył notes na literze D.

background image

"Dr   Davis,   Prince   Albert   Road   17,   Drakę   i   Pomponetti   -   Handel   Rybami".  A   poniżej: 
"Dentysta. Morley, Queen Charlotte Street 58".
W oczach Poirota zabłysło zielone światło.
- Teraz nie będzie trudności w zidentyfikowaniu zwłok - powiedział.
Japp spojrzał zaciekawiony.
- Z pewnością... nie wyobrażasz sobie...? Poirot odparł dobitnie:
- Chcę być pewny.

V

Panna Morley wyjechała na wieś. Domek, w którym zamieszkała, stał niedaleko Hertford.
Przywitała Poirota przyjaźnie. Od śmierci brata poruszała się bardziej sztywno, jej twarz stała 
się   jeszcze   bardziej   ponura,   a   jej   stosunek   do   życia   stał   się   nieustępliwy.   Była   gorzko 
oburzona poderwaniem, w wyniku śledztwa dobrej opinii o jej bracie i jego pracy zawodowej.
Poirot - miała podstawy, aby w to wierzyć - podzielał jej zdanie, że werdykt rozprawy u 
koronera był niesłuszny. Po przedstawieniu jej takiego poglądu trochę zmiękła.
Odpowiadała teraz dość chętnie i wyczerpująco na jego pytania. Cała dokumentacja lekarska 
pana Morleya została starannie uporządkowana przez pannę Nevill i przekazana dentyście, 
który   objął   praktykę   po   Morleyu.   Niektórzy   pacjenci   przenieśli   się   do   Reilly'ego,   część 
przejął następca Morleya, a pozostali udali się do innych dentystów.
Po udzieleniu tych informacji panna Morley dodała jeszcze:
- A zatem znaleźliście tę zaginioną pacjentkę mojego brata... pannę Sainsbury Seale... i ona 
także została zamordowana?
To "także" brzmiało trochę wyzywająco. Wyraźnie zaakcentowała to słowo.
- Czy pani brat nigdy prywatnie nie wspominał o pannie Sainsbury Seale? -' zapytał Poirot.
- Nie, nie przypominam sobie jej. Zwykle niewiele rozmawiał ze mną o swojej pracy, czasami 
tylko wspominał jakiegoś pacjenta, jeżeli na przykład zdarzyło się coś zabawnego, co mogło 
mnie zainteresować. Był zadowolony, jeśli mógł choćby na chwilę oderwać się od medycyny. 
Czasem praca bardzo go męczyła.
- Czy wśród pacjentów brata słyszała pani nazwisko pani Chapman?
- Chapman? Nie, nie sądzę. Najlepiej w tej sprawie pomoże panu panna Nevill.
- Bardzo pragnąłbym się z nią spotkać. Gdzie teraz mogę ją znaleźć?
- Jak sądzę, pracuje u jakiegoś dentysty w Ramsgate.
- A zatem, jeszcze nie wyszła za mąż za tego młodego człowieka, za Franka Cartera?
- Nie. I mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Nie lubię tego młodzieńca, monsieur 
Poirot. Naprawdę nie lubię. Coś z nim jest nie tak. Ciągle czuję, że on naprawdę nie jest w 
porządku pod względem moralnym.
- Myśli pani, że to możliwe, aby on mógł zastrzelić pani brata? - zapytał Poirot.
Panna Morley powiedziała wolno:
- Przypuszczam,  że byłby do tego zdolny - miał gwałtowny charakter.  Jednak nie widzę 
żadnego motywu... nie miał też żadnej okazji, aby to zrobić. Widzi pan, przecież Henry'emu 
nie udało się nakłonić Gladys, aby z nim zerwała. Gladys nadal była mu wierna.
- A czy sadzi pani, że mógłby go ktoś przekupić?
- Przekupić? Żeby zamordować mojego brata? Co za szalony pomysł!
W tym momencie ładna, ciemnowłosa dziewczyna przyniosła herbatę. Kiedy wyszła, Poirot 
rzekł:
- Czy ta dziewczyna służyła u pani w Londynie?
- Agnes? Tak, była pokojówką. Kucharkę odprawiłam, bo nie chciała pojechać ze mną na 
wieś, więc Agnes spełnia teraz wszystkie czynności. Powoli staje się bardzo dobrą kucharką.
Poirot skinął głową.

53

background image

Dobrze   znał   służbę   i   dom   przy   Queen   Charlotte   Street   58.   Kiedy   zdarzyła   się   tragedia, 
wszystko   dokładnie   sprawdzili.   Morley   wraz   z   siostrą   zajmowali   dwa   najwyższe   piętra. 
Suterena  była  zamknięta   na cztery  spusty,  wyłączając   wąski  pasaż  biegnący od  ulicy do 
podwórka   położonego   z  tyłu   domu,   gdzie   znajdowała   się   osiatkowana   klatka   mieszcząca 
windę towarową prowadzącą na ostatnie piętro. Tą drogą różni kupcy dostarczali do domu 
swoje   towary.   Wewnątrz   klatki   znajdowała   się   również   tuba   dźwiękowa   służąca   do 
porozumiewania się z lokatorami górnych pięter. Jedyne wejście do budynku stanowiły drzwi 
frontowe, za które był odpowiedzialny Alfred. To pozwoliło policji stwierdzić, że tego ranka 
nikt nie zauważony nic mógł wejść do domu.
Kucharka i pokojówka służyły u Morleya od kilku lat i wydawało się, że są uczciwe. Chociaż 
teoretycznie możliwe było, że jedna z nich mogła wkraść się na drugie piętro i zastrzelić 
swego pana... Jednak nie brano poważnie tej możliwości pod uwagę; Podczas śledztwa żadna 
z nich nie była zdenerwowana ani wyprowadzona z równowagi. W żaden sposób nie można 
było ich łączyć ze śmiercią Morleya.
Niemniej, gdy Agnes podawała Poirotowi kapelusz i laskę, spytała go z niezwykle nerwową 
gwałtownością:
- Czy... czy ma pan jakieś nowe wiadomości o śmierci mojego pana, sir?
Poirot odwrócił się i spojrzał na nią.
- Nic nowego nic wyszło na jaw - powiedział.
- Czy to nadal jest całkiem pewne, że popełnił samobójstwo z powodu omyłki z lekarstwem?
- Tak. Dlaczego pytasz o to?
Agnes mięła w ręku fartuszek. Odwróciła głowę i powiedziała niepewnie:
- Pan... w to nie wierzy.
- A ty zgadzasz się z tym czy też może nie zgadzasz się?
- Ja? Ja nic nie wiem, sir. Chciałam się tylko... tylko upewnić.
Herkules Poirot odrzekł jak najuprzejmiej:
- Może sprawi ci ulgę, jak, powiem, że nie ma żadnej wątpliwości, iż to było samobójstwo?
- O tak, sir - szybko zgodziła się Agnes. - Naprawdę sprawiło mi to ulgę.
- Może masz jakiś specjalny powód?
Jej wystraszone oczy spotkały się ze wzrokiem Poirota. Cofnęła się.
- Ja... Ja nic o tym nie wiem, sir. Ja tylko tak pytałam.
"Jednak dlaczego pytała?" - zadał sobie pytanie Poirot, idąc ścieżką w kierunku furtki. Był 
pewny,   że   w   tym   domu   istnieje   odpowiedź   na   to   pytanie.   Ale   póki   co   nawet   nie   mógł 
zgadywać.
W każdym razie czuł, że posunął się krok naprzód.

VI

Kiedy Poirot wrócił do domu, czekał na niego niespodziewany gość.
Ponad oparciem krzesła widoczna była łysa głowa, a kiedy gość wstał, ukazała się drobna, 
schludna sylwetka pana Barnesa.
Z błyszczącymi jak zwykle oczami zaczął się oschle usprawiedliwiać.
Wyjaśnił, że przyszedł z rewizytą. Herkules Poirot odpowiedział, że bardzo się z tego cieszy.
George otrzymał polecenie przyniesienia kawy, chyba ze gość wolałby herbatę albo może 
whisky z wodą sodową?
- Kawa będzie na pewno wspaniała - rzekł pan Barnes. - Przypuszczam, że pański służący 
potrafi ją parzyć. Niestety, większość angielskiej służby nie robi tego dobrze.
Wkrótce, po wymianie kilku wstępnych uwag, pan Barnes lekko kaszlnął i rzekł:
- Chcę z panem pomówić szczerze, monsieur Poirot. Przywiodła mnie tutaj czysta ciekawość. 
Przypuszczam, że jest pan dobrze poinformowany o wszystkich detalach tej raczej ciekawej 

background image

sprawy. Czytałem w gazetach, że zaginiona panna Sainsbury Seale została odnaleziona i że 
śledztwo odroczono do czasu ustalenia nowych okoliczności. Stwierdzono, że przyczyną jej 
śmierci było przedawkowanie medinalu.
- To prawda - zgodził się Poirot.
Przez chwilę panowało milczenie, po czym Poirot spytał:
- Słyszał pan kiedyś o Albercie Chapmanie, panie Barnes?
- Ach, to mąż tej kobiety, w której mieszkaniu znaleziono zamordowaną pannę Sainsbury 
Seale? To jakaś nieuchwytna osoba, jak się wydaje.
- Albo raczej nie istniejąca?
- O nie - odparł pan Barnes. - On istnieje. Tak, tak, on istnieje... Albo istniał. Słyszałem, że 
już nie żyje. Proszę jednak nie brać zbyt poważnie tych plotek.
- Kim on był, panie Barnes?
- Nie sądzę, aby chcieli o tym mówić w śledztwie. Nie, o ile tylko będą mogli tego uniknąć. 
Będą tylko kręcić się wokół tych podróży związanych z firmą produkującą broń.
- A zatem on służył w Secret Service?
-   Oczywiście.   Jednak   nie   powinien   był   mówić   o   tym   żonie...   absolutnie   nie   powinien. 
Faktycznie powinien wycofać się z Secret Service w chwili, gdy zawarł związek małżeński. 
Tak, niestety, musi robić każdy, kto jest jednym z tych utajnionych.
- A Albert Chapman był jednym z takich?
-   Tak.   Q.X.912.   Pod   tym   kryptonimem   był   znany.   Używanie   własnego   nazwiska   jest 
niedopuszczalne. Oczywiście nie sadzę, żeby Q.X.912 był specjalnie ważny. Był pożyteczny, 
ponieważ nie rzucał się zbytnio w oczy; miał twarz, której się nie pamięta. Zwykle używano 
go jako kuriera, działał w Europie. Zapewne orientuje się pan, co robił. Oficjalny list wysłano 
via nasza ambasada w Rurytanii, a nieoficjalny, jak wyżej, zawierający brudne sprawy od 
Q.X.912 - to znaczy od pana Alberta Chapmana.
- Zapewne znał dużo cennych informacji?
- Prawdopodobnie nic nie wiedział - odrzekł wesoło pan Barnes. - Jego praca polegała na 
nieustannym przesiadaniu się z pociągu do pociągu, z samolotu na samolot, ze statku na 
statek i musiał zawsze mieć odpowiednią historyjkę, dokąd jedzie i dlaczego jedzie.
- I pan słyszał, że on nie żyje?
- Tak, słyszałem o tym - odparł Barnes. - Ale niech pan nie wierzy we wszystko, co pan 
usłyszy. Ja nigdy nie wierzę.
Poirot przez chwilę patrzył na pana Barnesa uważnie, wreszcie zapytał:
- Co, według pana, mogło się stać z jego żoną?
- Nic mam pojęcia - rzekł pan Barnes. Patrzył Poirotowi prosto w oczy. - A co pan o tym 
sądzi?
-   Mam   pewną   myśl...   -   powiedział   Poirot,   przerwał   i   powiedział   wolno.   -   To   bardzo 
zagmatwane.
Pan Barnes mruknął ze współczuciem:
- Coś pana martwi szczególnie? Herkules Poirot odparł wolno:
- Tak. Świadectwo moich własnych oczu...

VII

Japp wszedł do salonu Poirota i trzasnął kapeluszem o stół tak silnie, że ten aż się cały 
zatrząsł.
- Jak, do cholery, wpadłeś na to? - rzucił.
- Mój drogi, nie wiem, o czym mówisz. Japp odparł wolno i dobitnie.
- Co podsunęło ci myśl, że to ciało nie jest ciałem panny Sainsbury Seale?
Poirot spojrzał na Jappa z wahaniem, po czym rzekł:

55

background image

- Zaniepokoiła mnie jej twarz. Dlaczego tak zniekształcono twarz nie żyjącej już kobiety?
- Daję słowo, spodziewam się, że stary Morley jest tam, gdzie już o tym może wiedzieć. 
Możliwe, że usunięto go; aby nie mógł złożyć zeznań.
- Oczywiście, że byłoby lepiej, gdyby on sam mógł nam wszystko wyjaśnić.
- Musiałem posłużyć się jego następcą, który nazywa się Leatheran. To zdolny człowiek o 
nienagannych manierach i jego dowody są jednoznaczne.
Następnego dnia gazety przyniosły sensacyjną wiadomość. Martwe ciało, które znaleziono w 
mieszkaniu przy Battersea i które, jak sądzono, było ciałem panny Sainsbury Seale, zostało 
wreszcie zidentyfikowane jako ciało pani Chapman.
Pan Leathera - Queen Charlotte Street 58 - bez wahania stwierdził, że to była pani Chapman. 
Rozpoznał ją po zębach i szczęce, o których dokładne dane znajdowały się w kartotekach 
Morleya.
Ciało zostało przebrane w rzeczy panny Sainsbury Seale, a w skrzyni umieszczono również 
jej torebkę... Ale wobec tego, gdzie znajdowała się panna Sainsbury Seale?

DZIEWIĄTE, DZIESIĄTE, KURA TŁUSTA NA ZACHĘTĘ
I

Kiedy wyszli po śledztwie, Japp powiedział wesoło do Poirota:
- Odwaliliśmy kawał pięknej roboty. Daliśmy im sensację!
Poirot skinął głową.
- Ty wpadłeś na to pierwszy - kontynuował Japp - ale i mnie niepokoiło to ciało. Ta masakra 
twarzy musiała być  bardzo niemiłą robotą i dlatego domyśliłem się, że musiał być  jakiś, 
powód, aby to zrobić... I byt tylko jeden z możliwych: utrudnić identyfikację. - Przerwał i 
dodał uprzejmie. - Ale ja tak szybko nie wpadłem na to, że to była. inna kobieta.
Poirot rzeki z uśmiechem:
- A co do tego, mój przyjacielu, zasadniczy opis obu kobiet ogólnie zgadzał się. Chociaż pani 
Chapman była elegancka, przystojna, zadbana, modnie ubrana. Natomiast panna Sainsbury 
Seale była  niemodna  i nie tknięta  kosmetykami.  W rzeczywistości  jednak były do siebie 
podobne. Obie były po czterdziestce, obie tego samego wzrostu i tuszy,  obie miały siwe 
włosy ufarbowanc na blond:
- Oczywiście, wszystko wydaje się jasne, jeżeli się tak wytłumaczy, jak ty to robisz. Jedno 
musimy jednak przyznać: nasza cudowna Mabelle spłatała nam figla. A byłbym przysiągł, że 
ona rzeczywiście istniała.
- Ależ, mój drogi, ona rzeczywiście istniała. Przecież znamy jej całą przeszłość.
- Jednak nie wiedzieliśmy, że była zdolna popełnić morderstwo... a teraz wygląda na to, że to 
zrobiła. To nie Sylwia zamordowała Mabelle, to Mabelle zamordowała Sylwię.
Herkules   Poirot   pokiwał   ze   zmartwieniem   głową.   Nie   mógł   jakoś   pogodzić   pojęcia 
"morderca" z Mabelle Sainsbury Seale, chociaż w uszach ciągle jeszcze brzmiało mu zdanie 
wypowiedziane przez pana Barnesa: "Trzeba rozejrzeć się wśród ludzi uczciwych..."
Panna Sainsbury Seale należała przecież do ludzi uczciwych.
Rozmyślania te przerwał Japp, mówiąc z naciskiem:
- Chciałbym dotrzeć do sedna tej całej sprawy, Poirot. Ta kobieta mnie nie wykiwa.
Następnego dnia zatelefonował Japp. Jego głos był podekscytowany.
- Poirot, chcesz usłyszeć nowiny? Wszystko wyjaśnione! Ba!... Po prostu śmiechu warte!
- Pardon? Być może źle cię słyszę. Niezupełnie cię rozumiem...
- To koniec, stary. KONIEC. Możesz zostać w domu i kręcić młynka palcami!
Poirot spytał wyraźnie ze złością;
- Z czym jest koniec?
-   Z   całą   tą   cholerną   sprawą!   Pościg   za   zbrodniarzem!   Ogłoszenia!   No,   cały   ten   arsenał 

background image

różnych środków!
- Nadal nic nie rozumiem.
- A zatem posłuchaj. Słuchaj uważnie, ponieważ nie wolno mi wymieniać nazwisk. Znasz 
przebieg śledztwa? Wiesz, że przetrząsnęliśmy cały kraj w poszukiwaniu naszej tresowanej 
rybki?
- Tak, tak, oczywiście. Zaczynam rozumieć.
- Otóż wszystko odwołane. Wyciszone, gęba na kłódkę. Teraz rozumiesz?
- Tak, tak. Ale dlaczego?
- Polecenie z przeklętego Foreign Office.
- Czyż nie jest to niezwykłe?
- No cóż, zdarza się od czasu do czasu.
- Ale dlaczego stosują to w przypadku panny... tresowanej rybki?
- To nie chodzi o nią. To sprawa rozgłosu. Ona może naprowadzić na trop pani Ch. Zwłoki. 
To sprawa największej tajemnicy! Mogę tylko przypuszczać, że chodzi o tego cholernego 
męża... o pana A.Ch.... Kapujesz?
- Tak, tak. Prawdopodobnie jest gdzieś za granicą w kłopotliwym miejscu i oni nie chcą 
pokrzyżować mu planów.
- Tttak!
- Co mówisz?
- Wydałem, mon ami, odgłos wyrażający rozdrażnienie.
- Ach tak! Myślałem, że kichnąłeś. Rozdrażnienie, to dobrze powiedziane, ale ja użyłbym 
ostrzejszego słowa. Usunięcie tej kobiety z naszej sprawy podziałało na mnie jak czerwona 
płachta na byka.
Poirot powiedział bardzo łagodnie:
- Nie uda się jej z tego usunąć.
- Mówiłem ci już, że mamy związane ręce!
- Wasze ręce są związane... moje nie!
- Dobry, stary Poirot! A zatem, ty dalej chcesz się tym zajmować?
- Mais oui*... do śmierci.
- No, ale nie pozwól, żeby to była twoja śmierć, stary! Jeżeli ta sprawa będzie dalej tak się 
toczyła, to przypuszczalnie ktoś przyśle ci pocztą tarantulę!
Odkładając słuchawkę, Poirot mruknął do siebie:
- Dlaczego użyłem tak melodramatycznego zwrotu: do śmierci? Vraiment*, to absurd!

III

List przyszedł w wieczornej poczcie. Pisany był na maszynie, z wyjątkiem podpisu.

Szanowny monsieur Poirot
Byłbym wielce zobowiązany, gdyby zechciał pan jutro mnie odwiedzić. Może będę miał dla 
pana zajęcie. Proponuję dwunastą trzydzieści w moim domu w Chelsea. Jeżeli nie będzie to 
panu odpowiadało, to proszę o telefon i uzgodnienie innego terminu z moim sekretarzem. 
Przepraszam, że tak późno pana zawiadamiam.
Z poważaniem
ALISTAIR BLUNT

Poirot wygładził list i przeczytał go po raz drugi. W tym momencie zadzwonił telefon.
Herkulesa Poirot czasami ponosiła fantazja: był pewny, że wie, jaką wiadomość usłyszy przez 
telefon.
Teraz był przekonany, że ten telefon będzie miał duże znaczenie. Nie była to pomyłka, nie 

57

background image

dzwonił do niego żaden z jego przyjaciół.
Podniósł słuchawkę i powiedział uprzejmie w swoim rodzimym języku:
- Allô? Nieznany głos rzekł:
- Jaki jest pański numer?
- Whitchall 7272.
Nastąpiła przerwa, potem coś szczęknęło i głos mówił dalej:
- Monsieur Poirot? - Był to głos kobiety.
- Tak.
- Monsieur Herkules Poirot?
- Tak.
- Monsieur Poirot, albo już pan otrzymał... albo wkrótce otrzyma pan list.
- Kto mówi?
- Tego nie potrzebuje pan wiedzieć.
- No, dobrze. A więc, madame, w wieczornej poczcie otrzymałem dzisiaj osiem listów i trzy 
rachunki.
- Wobec tego wie pan, jaki mam list na myśli, Jeżeli będzie pan mądry, monsieur Poirot, to 
odrzuci pan zlecenie, które zostało panu zaoferowane.
- W tej sprawie, madame, sam zadecyduję.
Głos stał się chłodny.
- Ostrzegam pana, monsieur Poirot. Pańskie mieszanie się w te sprawy nie będzie dłużej 
tolerowane. Trzymaj się pan od tego z daleka.
- A jeżeli nie będę trzymał się z daleka?
- Poczynimy pewne kroki, aby nie mógł się pan wtrącać i nie sprawiał nam więcej kłopotów...
- To jest groźba, madame!
- Prosimy tylko, aby był pan rozsądny... To dla pańskiego dobra.
- Jest pani bardzo wspaniałomyślna!
- I tak nie zmieni to toku wypadków i tego, co zostało już ustalone. Niech się pan nie miesza 
w to, co pana nie dotyczy! Czy zrozumiał mnie pan?
- O tak, zrozumiałem. Ale uważam, że śmierć Morleya to moja sprawa.
Głos kobiety stał się szorstki.
-  Śmierć   Morleya   to   jedynie   drobny  incydent.   Morley  przeszkadzał   w   realizacji   naszych 
planów.
- Był jednak człowiekiem, madame, i umarł za wcześnie.
- On był bez znaczenia.
Głos Poirota stał się niebezpiecznie spokojny.
- Tu się pani myli...
- To była jego wina. Nie chciał być rozsądny.
- Ja też nie chcę być rozsądny.
- Wobec tego jest pan głupcem.
Coś szczęknęło i rozmowa została przerwana. Poirot rzekł: - Allô? - a następnie odłożył 
słuchawkę Nie trudził się nawet ustaleniem, skąd pochodził ten telefon, ponieważ wiedział 
doskonale, że telefonowano z kabiny publicznego telefonu.
Intrygował i zastanawiał go fakt, że głos, który mówił, był mu skądś znany. Wysilał pamięć, 
próbując sobie przypomnieć. Czyżby to był głos panny Sainsbury Seale?
Jeżeli dobrze pamiętał, głos Mabelle Sainsbury Seale był dość wysoki i brzmiał tak, jakby 
podlegał nieustannej ekscytacji, z przesadnym naciskiem na dobrą dykcję. Głos, który teraz 
słyszał, nie brzmiał identycznie, ale oczywiście, panna Sainsbury Seale mogła celowo starać 
się   go   zmienić.   Ostatecznie,   była   kiedyś   aktorką.   Prawdopodobnie   mogła   to   uczynić   z 
łatwością. W tym wypadku tembr głosu, który słyszał, był  bardzo podobny do tego, jaki 
pamiętał.

background image

Jednak takie wyjaśnienie nie zadowalało go. Nie, to był głos jakiejś innej, znanej mu kobiety. 
Ale   to  nie   był   głos,   który   dobrze   znał.   Był   jednak   całkowicie   pewny,   że   słyszał   go  już 
przedtem.
Dlaczego,   zastanawiał   się,   fatygowano   się   i   grożono   mu   przez   telefon?   Czy   ci   ludzie 
naprawdę wierzyli,  że w ten sposób mogą go zastraszyć?  Widocznie  tak. Cóż za nędzna 
psychologia!

IV

Poranna prasa przyniosła kilka sensacyjnych wiadomości:
"Wczoraj   wieczorem   strzelano   do   premiera,   kiedy   z   przyjacielem   opuszczał   dom   przy 
Downing Street 10. Na szczęście kula chybiła. Hindus, który strzelał, został aresztowany".
Po przeczytaniu tej informacji Poirot wziął taksówkę i pojechał do Scotland Yardu, gdzie 
natychmiast udał się do gabinetu Jappa. Ten powitał go serdecznie.
- Ach, to te nowe wiadomości z gazet przywiodły cię do nas. O ile wiem, żadna z nich nie 
wspomniała, z jakim to przyjacielem był premier na Downing Street?
- Nie. Kto to był?
- Alistair Blunt.
- Doprawdy?
- A ponadto - kontynuował Japp - mamy podstawy przypuszczać, że kula przeznaczona była 
dla Blunta, a nie dla premiera. Chyba, że zamachowiec był bardzo słabym strzelcem!
- Kim jest ten zamachowiec?
- To jakiś zwariowany hinduski student. Jak zwykle nie dopieczony.  Sądzę, że był  tylko 
narzędziem, a nie inicjatorem zamachu. - Po chwili Japp dodał: - Wyjątkowo dobra robota. W 
tamtym miejscu stoi zwykle grupka ludzi patrząc się na drzwi numer 10. Kiedy Hindus oddał 
strzał, jakiś młody Amerykanin chwycił małego człowieka z brodą. Trzymał go z całych sił i 
wzywał policję, krzycząc, że złapał zamachowca. Tymczasem ten Hindus spokojnie zaczął się 
wymykać... ale pochwycił go jeden z naszych ludzi.
- Kim był ten Amerykanin?-zapytał zaciekawiony Poirot.
- Młodzieniec nazwiskiem Raikes. Dlaczego... - przerwał, wpatrując się Poirota. - Co się 
stało?
Poirot odrzekł:
- Howard Raikes, zamieszkały w hotelu ,,Holborn Pałace".
- Zgadza się. Który... No oczywiście! To nazwisko od początku wydawało mi się znajome. To 
on   był   tym   pacjentem,   który   uciekł   z   poczekalni   w   dniu,   w   którym   Morley   popełnił 
samobójstwo.
Przerwał i dodał wolno:
- Stop. Ciągle powraca ta sprawa. Masz nadal swoje teorie o tej sprawie, Poirot?
Herkules Poirot odparł poważnie:
- Tak. Nadal mam swoje teorie...

V

W Gothic House Poirot został przyjęty przez sekretarza, wysokiego, słabowitego młodzieńca, 
o nienagannych manierach.
Był uprzejmie przepraszający.
-   Jest   mi   niezmiernie   przykro,   monsieur   Poirot...   pan   Blunt   prosi   o   wybaczenie.   Został 
wezwany na Downing Street. W rezultacie tego... hmmm... incydentu z ostatniego wieczoru. 
Telefonowałem do pana, ale niestety, już pan wyszedł.
Młody człowiek mówił szybko dalej:

59

background image

- Pan Blunt upoważnił mnie, abym spytał pana, czy mógłby pan spędzić weekend w jego 
posiadłości w Kent. Posiadłość leży w Exsham. Jeżeli wyrazi pan zgodę, to jutro wieczorem 
przyjedzie po pana samochodem.
Poirot zawahał się.
Młody człowiek dodał przekonująco:
- Pan Blunt naprawdę bardzo chciałby widzieć się z panem.
Herkules Poirot skinął głową i powiedział:
- Dziękuję. Zgadzam się.
- O, to wspaniale. Pan Blunt będzie zachwycony.  Jeżeli przyjedzie po pana za piętnaście 
szósta, to,.., o, dzień dobry, pani Olivera...
W   progu   ukazała   się   matka   Jane   Olivera.   Była   bardzo   elegancko   ubrana,   z   nisko 
opuszczonym na czoło kapeluszem na; starannej fryzurze.
- O, pan Selby. Czy pan Blunt dał panu jakieś instrukcje w sprawie krzeseł ogrodowych? 
Wczoraj wieczorem miałam z nim o tym pomówić, ponieważ wiem, że wybieramy się na 
weekend i...
Pani Olivera zauważyła Poirota i przerwała:
- Czy zna pan panią Olivera, monsieur Poirot?
- Miałem już przyjemność spotkać panią, madame.
Poirot skłonił się.
Pani Olivera powiedziała niewyraźnie:
- O? Witam pana. Oczywiście, panie Selby, wiem, że Alistair jest zawsze bardzo zajęty i że te 
drobne, domowe sprawy wydają mu się bez znaczenia...
- Wszystko jest w porządku, proszę pani - wtrącił sprawny pan Selby. - Mówił mi o tym i 
dzwoniłem już w tej sprawie do firmy Messrs Deevers.
- To świetnie, spadł mi kamień z serca. A teraz, panie Selby, może powie mi pan...
Pani Olivera gdakała. Poirot pomyślał  nagle, że gdacze jak kura. Duża, tłusta kura! Pani 
Olivera, nadal gdacząc, skierowała się majestatycznie w ślad za swoim biustem do drzwi.
- ...i jeżeli jest pan zupełnie pewny, że podczas tego weekendu będziemy zupełnie sami...
Pan Selby zakaszlał.
- Hmm... Monsieur Poirot również jest zaproszony na weekend.
Pani Olivera zatrzymała się, odwróciła i spojrzała na Poirota z wyraźnym obrzydzeniem.
- Czy to prawda?
- Pan Blunt był tak uprzejmy i zaprosił mnie - rzekł Poirot.
- No cóż, dziwię się... To dość dziwne zaproszenie. Proszę mi wybaczyć, monsieur Poirot, ale 
pan Blunt wyraźnie mi powiedział, że to będzie wyłącznie spokojny, rodzinny weekend!
Pan Selby wtrącił stanowczo:
- Pan Blunt specjalnie sobie życzy, aby przybył też monsieur Poirot.
- O, czyżby? Mnie o tym nic nie mówił.
W tym momencie otworzyły się drzwi i stanęła w nich Jane.
- Mamo, czy przyjdziesz wreszcie? - powiedziała niecierpliwie. - Spotykamy się na lunchu o 
pierwszej piętnaście!
- Już idę, Jane. Nie bądź taka niecierpliwa.
- No, ale na litość boską, pospiesz się... Hallo, monsieur Poirot!
Uspokoiła się nagle, jej rozdrażnienie uległo zamrożeniu, oczy stały się bardziej ostrożne. 
Pani Olivera powiedziała chłodno:
- Monsieur Poirot przyjeżdża do Exsham na weekend.
- O, rozumiem...
Jane Olivera cofnęła się, aby przepuścić matkę, po czym odwróciła się.
- Monsieur Poirot!
Jej głos brzmiał rozkazująco.

background image

Poirot przeszedł przez pokój i zbliżył się do niej.
- Pan przyjeżdża do Exsham? - zapytała cicho. - Dlaczego?
Poirot wzruszył ramionami i rzekł:
- Zgodnie z uprzejmą wolą pani wuja.
- Ale przecież  on nie może  wiedzieć...  on nie może...  Kiedy pana zaprosił? To przecież 
zupełnie niepotrzebne...
- Jane! - Dobiegło wołanie matki.
Jane powiedziała cichym, nalegającym głosem:
-   Trzymać   się   z   dala.   Proszę   nie   przyjeżdżać.   Wyszła.   Poirot   usłyszał   głosy   sprzeczki. 
Dobiegł go wysoki, narzekający, gdaczący głos pani Olivera:
- Ja naprawdę nie będę tolerowała twojego zachowania, Jane... Muszę zająć się tym, abyś 
przestała się wtrącać.
- A więc jutro przed szóstą, monsieur Poirot? - rzekł sekretarz.
Poirot odruchowo skinął głową. Stał jak człowiek, który zobaczył upiora. Lecz to nie oczy, 
lecz uszy spowodowały ten szok. Dwa zdania, które dotarły do jego uszu zza drzwi, były 
prawie identyczne z tymi, które usłyszał ostatniego wieczoru przez telefon i teraz wiedział, 
dlaczego tamten głos wydał mu się dziwnie znajomy.
Wyszedł na słońce i potrząsnął głową całkowicie zaskoczony.
Pani Olivera?
Ależ to zupełnie niemożliwe! Nie mogła telefonować do niego pani Olivera! Ta pusta, zimna, 
tępa,   zarozumiała   egoistka?   Jak   on   ją   nazywał   przed   chwilą?   Duża,   tłusta   kura?   "C'est 
ridicule*" - mruknął do siebie Herkules Poirot.
Pomyślał, że chyba uszy musiały go zawieść. A jednak...

VI

Krótko przed szóstą zajechał po Poirota rolls.
Pasażerami byli Alistair Blunt i jego sekretarz. Pani Olivera i Jane widocznie pojechały już 
wcześniej innym samochodem.
Droga   była   niezbyt   interesująca.   Blunt   mówił   mało,   przeważnie   o   swoim   ogrodzie   i   o 
niedawnej wystawie ogrodniczej.
Poirot pogratulował Bluntowi szczęśliwego uniknięcia śmierci, na co ten odpowiedział:
- Ach, to! Nie sądzę, aby ten człowiek strzelał specjalnie do mnie. W każdym razie biedak nie 
umiał   dobrze   celować.   To   jeden   z   tych   półobłąkanych   studentów,   oni   w   istocie   są 
nieszkodliwi.   Pewnie   wyobrażał   sobie,   że   taki   strzał   do   premiera   zmieni   historię.   To 
doprawdy patetyczne.
- Czy były jeszcze jakieś inne zamachy na pańskie życie?
- To brzmi całkiem melodramatycznie - rzekł Blunt z nikłym uśmiechem. - Niedawno ktoś 
przestał mi pocztą bombę. Ale nie była to skuteczna bomba. Pan chyba wie, że istnieją tacy 
faceci,   którzy   chcą   rządzić   światem.   Ludzie,   którzy   nie   potrafią   nawet   skonstruować 
skutecznie działającej bomby, chcą rządzić światem?
Potrząsnął głową.
- Zawsze to samo - długowłosi, nieprzytomni idealiści - bez krzty praktycznej  wiedzy w 
głowach. Ja nie należę do cwaniaków, ale umiem czytać, pisać i znam arytmetykę. Czy wie 
pan, co chcę przez to powiedzieć?
- Domyślani się, ale proszę mi to bliżej wyjaśnić.
- No, jeżeli czytam coś, co jest napisane po angielsku - wówczas rozumiem, co to znaczy - 
pod   warunkiem,   oczywiście,   że   nie   są   to   jakieś   abstrakcyjne   wynurzenia,   wzory   albo 
filozofia, tylko  napisane jest zwykłym,  potocznym  językiem.  Jednak wielu ludzi tego nie 
rozumie! Jeżeli chcę coś napisać - po prostu piszę to, co myślę, odkryłem jednak, że wielu 

61

background image

ludzi również i tego nie potrafi! A ponadto, jak już zaznaczyłem, znam arytmetykę. Jeżeli na 
przykład Jones miał osiem bananów, a Brown dostał z tego dziesięć, to ile bananów zostało 
Jonesowi? Wielu ludzi uważa, że istnieje na to prosta odpowiedź. Nie mogą dopuścić myśli, 
że po pierwsze, Brown nie mógł dostać dziesięciu bananów, a po drugie, że odpowiedź nie 
może dotyczyć ilości bananów wyrażonej znakiem dodatnim!
- Może ktoś wolałby, aby odpowiedź zawierała jakąś magiczną sztuczkę?
- Zgadza się. Właśnie takie błędy popełniają politycy. Ale ja zawsze kieruję się zdrowym 
rozsądkiem. W efekcie, rozumie pan, nie można tego podważyć.
Po chwili dodał z uśmiechem zakłopotania:
- Nie powinienem stale mówić o interesach. To złe przyzwyczajenie. Opuszczając Londyn, 
powinienem  zostawić   te  wszystkie  sprawy  za  sobą.  Już z  góry  cieszę  się,  że  będę  mógł 
usłyszeć kilka z pańskich przygód, monsieur Poirot. Czytam dużo dreszczowców i powieści 
kryminalnych. Czy uważa pan, że choć w części przypominają rzeczywistość?
Podczas   dalszej   podróży   rozmowa   upłynęła   na   wspominaniu   przygód   Herkulesa   Poirot. 
Alistair Blunt okazał się słuchaczem chciwym detali jak uczniak.
Tę miłą atmosferę przerwał chłód pojawienia się w Exsham, gdzie spoza swego masywnego 
biustu   pani   Olivera   promieniowała   mrożącym   niezadowoleniem.   Zignorowała   Poirota   tak 
dalece, jak to tylko było możliwe, zwracając się jedynie do gospodarza i pana Selby'ego.
Ten ostatni zaprowadził Poirota do jego pokoju.
Dom był przyjemny, chociaż niezbyt duży. Umeblowany ze smakiem, podobnie jak to Poirot 
stwierdził   w   londyńskiej   posiadłości   Blunta.   Wszystko   tu   było   kosztowne,   lecz   proste. 
Bogactwo wyrażało się jedynie poprzez tę niby-prostotę i spokój. Służba była  wspaniała, 
kucharz Anglik, nie z kontynentu, a wino podane do obiadu wznieciło u Poirota uczucie 
jeszcze większego zachwytu. Wspaniała, klarowna zupa, pieczona ryba, comber z jagnięcia z 
młodym groszkiem, a na deser truskawki z bitą śmietaną.
Poirot   był   tym   wszystkim   tak   zachwycony,   że   nawet   niezmienny,   lodowaty   chłód   pani 
Giwera i szorstkie zachowanie jej córki ledwo docierały do jego świadomości. Jane z jakiegoś 
powodu była wrogo do niego nastawiona. Przez cały czas, aż do końca obiadu, Poirot mętnie 
zastanawiał się, dlaczego!
Rozejrzawszy się po zgromadzonych przy stole, Blunt spytał z łagodną ciekawością:
- Helena dziś z nami nie je obiadu?
Usta Julii Olivera ściągnęły się w wąską linię.
- Droga Helena - powiedziała - przemęczyła się pracą w ogrodzie. Uważam, że lepiej zrobi, 
gdy pójdzie odpocząć do łóżka, zamiast trudzić się przebieraniem i przychodzeniem tutaj. 
Ona całkowicie podzieliła moje zdanie.
- Ach tak, rozumiem. - Blunt spojrzał niepewnie, trochę zaskoczony. - Sądziłem, że to trochę 
rozerwałoby ją w czasie weekendu.
- Helena jest taka skromna i lubi chodzić wcześnie spać - powiedziała stanowczo Julia.
Poirot przyłączył się do pań w salonie, a Blunt pozostał przez kilka minut z sekretarzem. 
Poirot usłyszał, jak Jane powiedziała do matki:
- Wuj Alistair nie bardzo lubi tego chłodnego sposobu, w jaki traktujesz Helen Montressor, 
mamo.
- Nonsens - odrzekła twardo pani Olivera. - Alistair jest zbyt beztroski i dobrotliwy, osobiście 
nic nie mam przeciwko biednym  krewnym... i to uprzejme z jego strony,  że pozwala jej 
mieszkać  za   darmo  w   tym   domku,   ale   myśl  o  tym,   że  siedziałaby   z  nami  przy każdym 
obiedzie   w   czasie   weekendów   to   absurd!   Ona   jest   tylko   dalszą   kuzynką.   Sądzę,   że   nie 
powinna wykorzystywać Alistaira!
- Ja myślę, że ona jest na swój sposób dumna - powiedziała Jane. - Bardzo dużo pracuje w 
ogrodzie.
- Uważam,  że  to stosowne  zachowanie  - stwierdziła  pani  Olivera  spokojnie. - Szkoci  są 

background image

zawsze bardzo niezależni i za to należy ich szanować.
Usiadła wygodnie na kanapie i, ciągle nie zwracając najmniejszej uwagi na Poirota, dodała:
- Kochanie,  przynieś  mi  "Low Down Review". Jest tam coś o Loisie van Schuyler  i jej 
Przewodniku po Maroku.
W drzwiach pojawił się Alistair Blunt.
- A teraz, monsieur Poirot - rzekł - poproszę pana do mojego gabinetu.
Sanktuarium Alistaira Blunta stanowił długi, niski pokój położony na tyłach  domu. Okna 
wychodziły na ogród. Pokój urządzony był  wygodnie i wyposażony w głębokie, miękkie 
fotele i kanapy, panował w nim miły nieład, czyniący go bardziej swojskim.
(Daremnie jednak sądzić, że przypadło to do gustu Herkulesowi Poirot - on wolał idealną 
symetrię!)
Po zaoferowaniu gościowi papierosa i zapaleniu fajki, Alistair Blunt natychmiast przeszedł do 
rzeczy.
- Mogę z całą pewnością stwierdzić - powiedział - że jest wiele rzeczy, z których nie jestem 
zadowolony.   Oczywiście,   dotyczy   to   tej   kobiety   o  nazwisku   Sainsbury  Seale.   Z   różnych 
przyczyn - powodów, które bez wątpienia są uzasadnione - władze odwołały poszukiwania 
jej. Nie wiem dokładnie, kim jest Albert Chapman ani też czym on się zajmuje, ale cokolwiek 
by   robił,   jest   to   dość   ważne   i   łatwo   mógł   się   znaleźć   w   przykrej   sytuacji.   Nie   jestem 
wystarczająco   poinformowany,   ale   premier   powiedział,   że   nie   wolno   pozwolić   na   żaden 
rozgłos   i   że   lepiej,   aby   cała   ta   sprawa   poszła   w   zapomnienie.   Taki   jest   oficjalny   punkt 
widzenia i oni wiedzą, co należy robić. Tak więc policja ma ręce związane. - Pochylił się do 
Poirota. - Ale ja chcę znać prawdę, monsieur Poirot. I pan jest tym człowiekiem, który ją dla 
mnie odkryje. Pana nie krępują żadne oficjalne więzy.
- Czego pan ode mnie chce, panie Blunt?
- Chcę, aby znalazł pan tę kobietę - Sainsbury Seale.
- Żywą czy umarłą?
Alistair Blunt uniósł brwi.
- Sądzi pan, że możliwe, aby ona nie żyła?
Herkules Poirot przez chwilę milczał, następnie powiedział powoli, ważąc słowa:
- Jeżeli chce pan wiedzieć, co ja o tym sądzę - a będzie to, proszę pamiętać, tylko moje 
własne zdanie - to przypuszczam, że ona nic żyje...
- Na czym opiera pan swoje przypuszczenia?
Poirot uśmiechnął się i rzekł:
- Być może, że to, co powiem, nie będzie miało dla pana sensu, ale przypuszczenie moje 
opieram na parze nowych pończoch w szufladzie.
Alistair Blunt spojrzał na detektywa z zaciekawieniem.
- Jest pan dziwnym człowiekiem, monsieur Poirot.
- Tak, jestem bardzo dziwny. I, jak to się mówi, jestem metodyczny, dokładny i logiczny. 
Nigdy nie dopasowuję faktów do teorii, nawet jeżeli to. co odkryję, jest niezwykłe!
- Ciągle myślę o tym wszystkim i dochodzę do wniosku - powiedział Alistair Blunt - że cały 
ten interes jest piekielnie niezwykły! Wydaje mi się, że ten dentysta, który się zastrzelił, ta 
pani Chapman wpakowana do własnej skrzyni na futra, ta zmasakrowana twarz - wszystko to 
jest obrzydliwe! Cholernie obrzydliwe! Nie mogę wyzbyć się myśli, że coś się za tym kryje.
Poirot skinął głową.
Blunt ciągnął dalej:
- I wie pan... im dłużej myślę o tej sprawie, tym bardziej jestem przekonany, że ta kobieta 
nigdy nie znała mojej żony. Był to tylko pretekst, aby ze mną rozmawiać. Tylko po co? Na co 
jej   się   to   mogło   przydać?   Nie   myślę   o   tym   małym   datku,   nie   robiła   tego   we   własnym 
interesie,   tylko   stowarzyszenia.   A   przecież   czuję,   że...   że   to   wszystko   było   sprytnie 
zaplanowane,   mam   na   myśli   to   przypadkowe   spotkanie   przed   domem.   To   było   zbyt 

63

background image

przypadkowe. Podejrzanie przypadkowe! Tylko po co? Ustawicznie zadaję sobie to pytanie... 
dlaczego?
- Tak, to właściwe pytanie: dlaczego? Ja również zadaję sobie podobne pytanie i nie potrafię 
na nie odpowiedzieć. Tak, nie znam odpowiedzi.
- Nie ma pan żadnych teorii w tej sprawie?
Poirot z przygnębieniem machnął ręką.
- Moje teorie są całkowicie dziecinne. Może to był podstęp, aby pana komuś wskazać. Ale z 
drugiej   strony   to   absurdalne,   bowiem   jest   pan   znanym   człowiekiem   i   prościej   było 
powiedzieć: "Patrz, to on - ten, który właśnie wszedł tymi drzwiami".
- No dobrze, ale dlaczego ktoś miałby mnie komuś wskazywać? - zapytał Alistair Blunt.
- Panie Blunt, niech pan jeszcze raz wróci myślą do tego ranka, kiedy siedział pan w fotelu 
dentystycznym. Czy zauważył pan coś niezwykłego w zachowaniu Morleya? Czy przypomina 
pan sobie coś, co mogłoby naprowadzić nas na rozwiązanie zagadki śmierci dentysty?
Alistair Blunt ściągnął brwi w zamyśleniu. Następnie potrząsnął głową.
- Bardzo mi przykro, ale niczego takiego sobie nie przypominam.
- Jest pan całkiem pewny, że nie wspomniał nazwiska Sainsbury Seale?
- Nie.
- A może mówił coś o innej kobiecie... O pani Chapman?
- Nie... nie... w ogóle nie mówiliśmy o ludziach. Mówiliśmy o różach, o tym,  że ogrody 
potrzebują deszczu, o wakacjach... i to wszystko.
- Czy w czasie, gdy się pan tam znajdował, wchodził ktoś do gabinetu?
- Chwileczkę... nie, myślę, że nie. Pamiętam, że w czasie innej wizyty widziałem tam młodą 
kobietę, jasnowłosą dziewczynę. Ale wówczas jej tam nie było. Ach tak, przypominam sobie, 
że wtedy wszedł tam ten drugi dentysta... facet z irlandzkim akcentem.
- Co mówił albo co robił?
-   Zadał   Morleyowi   kilka   pytań   i   wyszedł.   Wydaję   mi   się.   że   Morley   był   tym   trochę 
zniecierpliwiony. Był tam tylko minutę czy coś koło tego.
- I nic więcej nie może pan sobie przypomnieć? Nic więcej?
- Nie. Zachowywał się zupełnie normalnie.
Herkules Poirot powiedział w zamyśleniu:
- Mnie również wydawał się zupełnie normalny. Nastąpiła dłuższa przerwa. Następnie Poirot 
powiedział:
-   Czy   przypadkowo   przypomina   pan   sobie   młodego   mężczyznę,   który   znajdował   się   w 
poczekalni na parterze owego dnia, kiedy i pan był u dentysty?
Alistair Blunt zmarszczył brwi.
- Zaraz, zaraz... Tak, był tam jakiś młodzieniec... zachowywał się dosyć niespokojnie. Ale 
dokładnie nie przypominam go sobie. Dlaczego pan pyta?
- Poznałby go pan, gdyby go pan zobaczył jeszcze raz? Blunt potrząsnął głową.
- Ledwo zwróciłem na niego uwagę.
- Nie próbował z panem rozmawiać?
- Nie. - Blunt patrzył z zainteresowaniem. - Jakie to ma znaczenie? Kim był ten młodzieniec?
- Nazywa się Howard Raikes.
Poirot niecierpliwie czekał na jakąkolwiek reakcję, ale zawiódł się.
- Czy powinienem znać to nazwisko? Spotkałem go gdzieś?
- Nie sądzę, aby go pan spotkał. To przyjaciel pańskiej siostrzenicy, panny Olivera.
- Och, jeden z przyjaciół Jane.
- Jej matka, jak sądzę, nie aprobuje tej przyjaźni. Alistair Blunt powiedział z roztargnieniem:
- Nie przypuszczam, aby to miało dla Jane jakieś znaczenie.
- Jednak matka potraktowała tę przyjaźń tak poważnie, że sprowadziła córkę ze Stanów, aby 
trzymać ją z dala od tego młodego człowieka.

background image

- Och! - Na twarzy Blunta pojawił się wyraz zaskoczenia. - Więc to ten facet?
- Tak, a zatem teraz bardziej się pan nim zainteresuje.
- Istotnie, to facet, którego, jak sądzę, w żaden sposób nie można tolerować. Jest zamieszany 
w wiele wywrotowych akcji.
-   Dowiedziałem   się   od   panny   Olivera,   ze   umówił   się   na   spotkanie   na   Charlotte   Street 
wyłącznie w tym celu, aby się panu przyjrzeć.
- I może spróbować, zdobyć moją akceptację?
- No, niezupełnie... Sądzę, że to raczej on miał pana zaakceptować.
- Co za cholerna bezczelność!
Poirot ukrył śmiech.
- Wydaje mi się, że pan swoją osobą przedstawia wszystko to, czego on właśnie nie aprobuje.
- Natomiast on z całą pewnością należy do tego rodzaju młodych ludzi, których ja nie mogę 
zaaprobować! Zamiast uczciwie pracować, trwoni czas na gadanie bredni!
Poirot przez chwilę milczał, po czym rzekł:
- Czy wybaczy mi pan, że zadam teraz niezbyt grzeczne pytanie natury osobistej?
- Niech pan pyta.
- Jakie pan wydał dyspozycje w razie pańskiej śmierci? Blunt spojrzał zaskoczony.
- Dlaczego chce pan to wiedzieć? - spytał ostro.
- Ponieważ istnieje duża możliwość - Poirot wzruszył  ramionami  - że to może mieć coś 
wspólnego z tą sprawą.
- Nonsens!
- Być może. Ale może też i nie.
Alistair Blunt powiedział chłodno:
- Sądzę, że pan jest niepotrzebnie melodramatyczny, monsieur Poirot. Nikt nie próbował mnie 
zamordować...
- A bomba na śniadanie, a strzał na ulicy...?
-   Ach   to!   Każdy   człowiek   zajmujący   jakieś   znaczące   miejsce   w   światowej   finansjerze 
narażony jest na napaści różnego rodzaju szalonych fanatyków!
- Jednak może znaleźć się ktoś, kto nie będzie ani fanatykiem, ani szaleńcem.
Blunt wlepił w niego wzrok.
- Do czego pan zmierza?
- Mówiąc szczerze, chcę wiedzieć, kto skorzystałby na pańskiej śmierci?
Blunt uśmiechnął się ironicznie.
-   Przede   wszystkim   Szpital   św.   Edwarda,   Szpital   Onkologiczny,   Królewski   Instytut   dla 
Ociemniałych.
- Ach!
- Dodatkowo zapisałem pewną sumę mojej siostrzenicy, pani Julii Olivera, i tyle samo jej 
córce, Jane Olivera, ale pod kuratelą. Ponadto wysoką kwotę zapisałem mojej jedynej żyjącej 
krewnej, kuzynce drugiego stopnia, Helen Montressor, która znalazła się w opłakanej sytuacji 
finansowej. Zamieszkuje mały domek stojący na terenie tutejszej posiadłości.
Po przerwie ciągnął dalej:
- Oczywiście, wszystko to panu mówię w całkowitym zaufaniu, monsieur Poirot.
- Naturalnie, monsieur, naturalnie.
Alistair Blunt dodał sarkastycznie:
- Przypuszczam, że nie sugeruje pan, iż Julia albo Jane Olivera czy też Helen Montressor 
planują zamach na mnie w celu uzyskania spadku?
- Niczego nie sugeruję... Ja w ogóle niczego nie sugeruję.
Zdenerwowanie Blunta nieznacznie opadło.
- Czy podejmie się pan wykonania proponowanego przeze mnie zadania? - zapytał Blunt.
- Mam odnaleźć pannę Sainsbury Seale? Tak, oczywiście, podejmę się.

65

background image

Alistair Blunt powiedział serdecznie:
- Porządny z pana gość.

VII

Opuszczając pokój, Poirot prawie zderzył się za drzwiami ze smukłą panną.
- Proszę mi wybaczyć, mademoiselle - przeprosił. Jane Olivera odsunęła się nieco na bok.
- Wie pan, co o panu myślę, monsieur Poirot? - spytała.
- Eh bien... mademoiselle...
Nie dała mu dokończyć. Jej pytanie w istocie miało wartość raczej retoryczną i wydawało się, 
że sama miała zamiar na nie odpowiedzieć.
- Jest pan szpiclem... Oto, kim pan jest! Nędznym, podłym, wścibskim szpiclem, który węszy 
dookoła i sprawia kłopot!
- Ależ zapewniam panią, mademoiselle...
- Dokładnie wiem, o co panu chodzi! I teraz wiem, że jest pan pospolitym łgarzem! Dlaczego 
pan się po prostu do tego nie przyzna? No dobrze, coś panu powiem - niczego pan tu nie 
znajdzie! Niczego! Tu nie ma niczego do znalezienia! Żaden włos nie spadnie z głowy mego 
wuja.   Jest   zupełnie   bezpieczny.   Zawsze   będzie   bezpieczny.   Bezpieczny,   pewny   siebie   i 
cieszący się powodzeniem... i piekielnie banalny! Typowy biznesmen - John Bull. Bez krzty 
wyobraźni lub fantazji.
Przerwała, a jej zwykle miły głos stał się teraz jadowity i głęboki.
- Brzydzę się pańskim mieszczańskim wyglądem - mówiła. - Ty przeklęty, mały detektywie!
Odwróciła się na pięcie, wirując kosztowną i modną suknią.
Herkules   Poirot   pozostał   na   miejscu   z   oczami   szeroko   otwartymi,   wysoko   uniesionymi 
brwiami i ręką troskliwie gładzącą wąsy.
Epitet "mieszczański", musiał przyznać, pasował do niego. Jego poglądy były właśnie typowo 
mieszczańskie, i zawsze takie były, ale teraz to określenie, wypowiedziane przez elegancką 
Jane Olivera, wywołało u Poirota zawrót głowy.
Stale o tym myśląc, skierował się do salonu.
Pani Olivera stawiała pasjansa.
Spojrzała   na   niego   tak   obojętnie,   jakby   miała   przed   sobą   rozdeptanego   chrabąszcza,   i 
zamruczała do siebie niejasno:
- Czerwony walet na czarną królową. Zmrożony Poirot cofnął się. Pomyślał ze smutkiem:
"Wydaje się, że nikt mnie tu nie lubi!"
Przez oszklone drzwi wyszedł do ogrodu. Wieczór był czarujący, pełen zapachu kwiatów. 
Poirot z rozkoszą wdychał ich woń i skierował się ścieżką między dwoma rzędami ziół.
Minął zakręt i dwie ciemne postacie odskoczyły od siebie. Chyba swoją obecnością zakłócił 
idyllę zakochanych.
Poirot pospiesznie zawrócił i podążył swoim śladem z powrotem.
Nawet tutaj, jak się wydawało, jego obecność była de trop*.
Mijając okna gabinetu Alistaira Blunta dostrzegł, że dyktuje on coś Selby'emu.
Zdawać by się mogło, że tylko jedno miejsce jest przeznaczone dla Herkulesa Poirot.
Skierował kroki do swojego pokoju.
Przez jakiś czas zastanawiał się nad różnymi fantastycznymi aspektami tej sytuacji.
Mylił się czy też nie, wierząc, że głos w telefonie był głosem pani Olivera? Niezawodnie 
hipoteza ta była absurdalna!
Następnie   przypomniał   sobie   melodramatyczne   rewelacje   flegmatycznego,   małego   pana 
Barnesa i zaczął spekulować na temat tajemniczych miejsc pobytu pana Q.X.912 alias Alberta 
Chapmana. Z dozą rozdrażnienia przypomniał sobie niepokój w oczach służącej Agnes...
Zawsze   to   samo;   ludzie   zawsze   coś   ukrywają.   Przeważnie   nic   nie   znaczące   rzeczy,   bez 

background image

których jednak niemożliwe jest odnalezienie drogi prowadzącej do wykrycia prawdy.
Teraz droga w żaden sposób nie prowadziła do wykrycia prawdy! Najbardziej nie dającą się 
wytłumaczyć przeszkodą na tej drodze był niezwykły problem zniknięcia panny Sainsbury 
Seale. Jednak, jeśli fakty, które zebrał Herkules Poirot, były prawdziwe - wówczas nic nie 
miało sensu!
- Czy to możliwe, żebym się już zaczął starzeć? - westchnął ze zdumieniem Poirot.

JEDENASTE, DWUNASTE, PUŁAPKI PRZEPASTNE
I

Po męczącej  nocy Poirot następnego dnia wsiał wcześnie. Ponieważ była  piękna pogoda, 
skierował kroki do miejsca, gdzie spacerował minionego wieczoru.
Dróżka wśród ziół przedstawiała piękny widok i chociaż Poirot wolał inny układ kwiatów, 
bardziej symetryczny,  czysty,  prawidłowy układ grządek szkarłatnego geranium, taki, jaki 
widział w Ostendzie - mimo wszystko przyznał, że oddano tu perfekcyjnie ducha angielskiego 
ogrodu.
Poszedł przez ogród różany, gdzie układ grządek zachwycił go, i krętą ścieżką zbliżył się do 
alpinarium, minął je i znalazł się w ogrodzonym murem ogrodzie warzywnym.
Dostrzegł tu masywną kobietę ubraną w tweedowy żakiet i spódnicę; miała czarne brwi i 
krótko   obcięte   czarne   włosy.   Zwracając   się   do   ogrodnika,   mówiła   wolno   i   dobitnie,   z 
wyraźnie szkockim, akcentem. Ogrodnik, jak zauważył Poirot, nie był zbyt zadowolony z tej 
rozmowy.
Sarkastyczne nuty w głosie Helen Montressor sprawiły, że Poirot zwinnie skręcił w boczną 
ścieżkę.
Ogrodnik, który, jak słusznie podejrzewał Poirot, prawdopodobnie dotąd odpoczywał wsparty 
na   łopacie,   teraz   rozpoczął   kopać   z   zapałem.   Poirot   podszedł   bliżej.   Młody   mężczyzna 
odwrócił się i kopał szybko, a Poirot stanął i obserwował go z zainteresowaniem.
- Dzień dobry - rzekł uprzejmie Poirot.
- ...dobry, sir - mruknął mężczyzna, nie przerywając pracy.
Poirot   był   zdumiony.   Z   doświadczenia   wiedział,   że   ogrodnicy,   chociaż   wydają   się   pełni 
ochoty do pracy, zagadnięci, przerywają i chętnie wdają się w rozmowę.
Pomyślał, że jego zachowanie wydaje się trochę nienaturalne. Poirot stał przez kilka minut, 
obserwując pracującego.  Czyżby  było  coś  znajomego  w  ruchach ramion  tego  człowieka? 
Czyżbym - pomyślał Poirot -zaczynał myśleć, że głosy i ramiona wydają mi się znajome, 
podczas   gdy   tak   nie   jest?   I   znów   Poirot   zadał   sobie   ze   strachem   pytanie,   podobnie   jak 
wczorajszego wieczoru: "Czyżbym już się starzał?"

W zamyśleniu opuścił ogród warzywny i zatrzymał się, patrząc na grupę bujnych krzewów.
Teraz, jajowata głowa Herkulesa Poirot zajaśniała na tle muru ogrodu warzywnego jak jakiś 
fantastyczny księżyc.
Jego   oczy   spoczęły   z   zainteresowaniem   na   twarzy   młodego   ogrodnika,   który   przerwał 
kopanie i wycierał rękawem mokre od potu czoło.
- Bardzo ciekawe i bardzo interesujące - mruknął Poirot, dyskretnie chowając głowę. Wyszedł 
zza krzaków i strzasnął ręką gałązki i liście szpecące wygląd jego ubrania.
Tak, to istotnie niezwykle ciekawe i interesujące, że Frank Carter, który niby to ma posadę 
sekretarza na prowincji, pracuje właśnie jako ogrodnik w służbie Alistaira Blunta.
Zastanawiając się nad tym, Poirot usłyszał dźwięk gongu. Odwrócił się i skierował w stronę 
domu.
Po drodze natknął się na gospodarza rozmawiającego z panną Montressor, która wynurzyła 
się z odległych drzwi warzywnego ogrodu.

67

background image

Jej głos dźwięczał jasno i wyraźnie.
- To uprzejmie z twojej strony, Alistairze. Jednak wolę nie przyjmować żadnych zaproszeń w 
tym tygodniu, kiedy przebywają tu twoi amerykańscy krewni!
Blunt odrzekł:
- Julia jest trochę nietaktowna, ale ona nie ma zamiaru cię...
Panna Montressor przerwała spokojnie:
- Według mnie, ona jest bezczelna, a ja nie pozwolę się obrażać jakimś Amerykankom... Ani 
nikomu innemu!
Panna   Montressor   zawróciła.   Poirot   podszedł   do   Blunta,   który   patrzył   pokornym   i 
przestraszonym  wzrokiem przed siebie, tak jak wszyscy ci, którzy mają kłopoty z żeńską 
połową swoich krewnych.
- Kobiety to prawdziwe szatany! - powiedział żałośnie Blunt. - Dzień dobry, monsieur Poirot. 
Wspaniały ranek, prawda?
Poszli w kierunku domu.
- Brak mi mojej żony - westchnął Blunt.
W jadalni zwrócił się do groźnej Julii:
- Obawiam się, Julio, że uraziłaś Helen.
Pani Olivera odparła ponuro:
- Szkoci zawsze są przewrażliwieni.
Alistair Blunt wyglądał nieszczęśliwie.
- Zauważyłem, że ma pan młodego ogrodnika - rzekł Poirot. - Przypuszczam, że jest tu od 
niedawna.
- Tak. Pewnie mówi pan o tym, którego przyjąłem przed trzema tygodniami, kiedy odszedł 
Burton, mój trzeci ogrodnik.
- Czy przypomina pan sobie, skąd przyszedł?
-  Nie   mam   pojęcia.   Zaangażował   go   MacAlister.   Zapewne   ktoś   zaproponował   mi,   abym 
przyjął go na próbę. Miał dobre rekomendacje. Byłem tym zaskoczony, ponieważ MacAlister 
twierdzi, że nie jest zbyt dobry. Chce go zwolnić.
- Jak się nazywa ten nowy ogrodnik?
- Dunning... Sunbury... czy coś takiego.
- Czy popełnię wielki nietakt, jeśli zapytam, ile mu pan płaci?
Alistair Blunt spojrzał rozbawiony.
- Ależ nie. Wydaje mi się, że otrzymuje dwa funty i piętnaście.
- Nie więcej?
- Nie, nie więcej... Może nawet mniej.
- Tak - rzekł Poirot. - To bardzo ciekawe. Blunt spojrzał na niego pytająco, lecz w tym 
momencie Jane zaszeleściła gazetą, przerywając rozmowę.
- Wydaje się, że wielu ludzi próbuje ci zaszkodzić, wujku Alistairze!
- O, widzę, że czytałaś sprawozdanie z debaty w parlamencie. Nie przejmuj się, wszystko jest 
w porządku. Tylko Archerton... On zawsze walczy z wiatrakami. Ma najbardziej zwariowane 
pomysły, jeśli chodzi o sprawy finansowe. Gdybyśmy postępowali zgodnie z jego radami, 
Anglia w ciągu tygodnia byłaby bankrutem.
- A czy ty nigdy nie chcesz spróbować czegoś nowego? - zapytała Jane.
- Nie, chyba że wyszłoby to na dobre staremu, moja droga.
- Ale nigdy nie pomyślałeś, że to mogłoby wyjść na dobre. Zawsze powtarzasz: "To i tak nie 
będzie działało" - i nigdy nie spróbujesz.
- Ci, którzy eksperymentują, mogą narobić wiele szkód.
-   Tak,   ale   jak   możesz   być   zadowolony   z   obecnego   stanu   rzeczy!   Z   całego   tego 
marnotrawstwa, z tej nierówności i niesprawiedliwości. Coś przecież trzeba z tym zrobić!
- Jakoś, mimo wszystko, dajemy sobie radę w tym kraju, Jane.

background image

Jane powiedziała ze złością:
- Potrzebujemy nowego nieba i ziemi! A ty tu siedzisz sobie i spokojnie zajadasz cynaderki!
Wstała i wyszła do ogrodu.
Alistair patrzył w ślad za nią, trochę zaskoczony i zakłopotany.
- Jane ostatnio bardzo się zmieniła - powiedział. - Skąd ona bierze te pomysły?
- Nie zwracaj uwagi na to, co mówi Jane - rzekła pani Olivera. - Jane to bardzo głupia 
dziewczyna. Wiesz, jakie one wszystkie są teraz. Chodzą na ekscentryczne przyjęcia, gdzie 
młodzieniec stroi się w zabawne krawaty, a potem przynoszą do domu setki nonsensów.
- Zgadzam się z tobą, ale Jane zawsze była raczej upartą, młodą kobietą.
- To tylko taka moda, Alistairze, obecnie tego rodzaju rzeczy unoszą się w powietrzu!
-   Tak,   oni   istotnie   bujają   w   obłokach   -   zgodził   się   Blunt.   Wydawało   się,   że   jest   trochę 
zaniepokojony.
Pani Olivera nagle wstała, Poirot otworzył jej drzwi, i, krzywiąc się do siebie, wyszła szybko.
- Wie pan, strasznie tego nie lubię! - powiedział nagle Blunt. - Wszyscy wygłaszają takie 
nadęte frazesy, pod którymi nic się nie kryje. Wszystko to puste gadanie! Ciągle muszę z tym 
walczyć - "Nowe niebo i nowa ziemia". Co to ma znaczyć? Tego nie potrafię wytłumaczyć! 
Upajają się takimi słowami.
Nagle uśmiechnął się trochę ze smutkiem.
- Widzi pan, ja należę do ostatnich przedstawicieli starej gwardii.
Poirot spytał z ciekawością:
- Jeżeli zostałby pan... usunięty, co wtedy może się stać.
- Gdyby mnie usunięto!! Dziwnie pan to określił! - Jego twarz nagle przybrała ponury wyraz. 
-   Powiem   panu.   Wielu   cholernych   głupców   chciałoby   zastosować   wiele   kosztownych 
eksperymentów.   Wtedy   koniec   ze   stabilizacją,   rozsądkiem   i   wypłacalnością.   W   istocie 
nastąpiłby wtedy koniec takiej Anglii, jaką znamy...
Poirot skinął głową. W zasadzie zgadzał się z opinią bankiera. On także pochwalał pełną 
wypłacalność. Zaczął teraz rozumieć, na czym naprawdę zależy Bluntowi. Barnes mówił mu 
już o tym, ale on wtedy zlekceważył jego słowa i nie zwrócił na nie uwagi. A teraz nagle 
zaczął się bać...

II

- Skończyłem pisać listy - rzekł Blunt, pojawiając się znów wczesnym przedpołudniem. - A 
teraz, monsieur Poirot, pokażę panu ogród.
Obaj mężczyźni wyszli z domu, a Blunt po drodze opowiadał z przejęciem o swoim hobby.
Skalny ogród z rzadkimi roślinami alpejskimi był jego oczkiem w głowie. Blunt zatrzymał się 
przed niektórymi, rzadkimi okazami i objaśniał z entuzjazmem.
Herkules   Poirot,   który   właśnie   miał   na   nogach   najlepsze   lakierki,   słuchał   cierpliwie, 
przestępując z nogi na nogę i krzywiąc się. Czuł, jak palące słońce zamienia jego stopy w 
gigantyczny budyń!
Gospodarz szedł wzdłuż szerokiej grządki, wskazując różne rośliny. Pszczoły brzęczały nad 
kwiatami, z boku dochodził monotonny odgłos nożyc strzygących warzywny żywopłot.
Wokoło panowała atmosfera sennego spokoju.
Blunt zatrzymał się na końcu grządki i obejrzał za siebie. Szczęk nożyc słychać było z bliska, 
ale nie widać było strzygącego.
-   Spójrz   pan   na   tę   perspektywę,   Poirot.   Goździki   brodate   udały   się   w   tym   roku.   Nie 
przypominam sobie, aby kiedyś były tak wspaniałe jak teraz. Łubiny Russela tworzą razem z 
nimi cudowny zestaw kolorów.
Trzask! Spokój poranka został brutalnie przerwany hukiem wystrzału. Coś groźnie świsnęło 
w powietrzu. Blunt odwrócił się, oszołomiony, w kierunku krzaków wawrzynu, skąd snuł się 

69

background image

wątły dymek.
Słychać było z tego kierunku okrzyki. W krzakach szamotało się dwóch mężczyzn. Wybijał 
się wysoki, piskliwy głos Amerykanina.
-   Mam   cię,   ty   cholerny   łotrze!   Rzuć   broń!   Walczący   wynurzyli   się   z   krzaków.   Młody 
ogrodnik, który wczesnym rankiem tak skrzętnie pracował, teraz wił się w silnym uścisku 
mężczyzny wyższego od niego prawie o głowę.
Poirot natychmiast rozpoznał tego drugiego, którego już przedtem poznał po głosie.
Frank Carter warknął wściekle:
- Zostaw mnie! Mówię ci, że to nie ja! Nigdy bym tego nie zrobił.
- O, czyżby? - mówił Howard Raikes. - Może polowałeś na ptaszki, co?
Przerwał i spojrzał na przybyłych.
-   Alistair   Blunt?   Ten   facet   właśnie   próbował   pana   zastrzelić.   Złapałem   go   na   gorącym 
uczynku.
Frank Carter krzyczał:
- On łże! Przycinałem żywopłot. Usłyszałem strzał i obok mojej lewej stopy upadła ta broń. 
Podniosłem ją... to chyba naturalne! A potem ten dzikus skoczył na mnie!
Howard Raikes powiedział ponuro:
- W chwili wystrzału ten pistolet znajdował się w twojej ręce i ty z niego strzelałeś!
Mówiąc to, rzucił pistolet Poirotowi.
- Zobaczymy, co ten szpicel powie o tym! Na szczęście chwyciłem go w porę. Przypuszczam, 
że można z tej broni oddać jeszcze kilka strzałów.
Poirot zamruczał:
- Zgadza się.
Blunt skrzywił  się ze złością  i powiedział  ostro:  - A więc, Dunnon... Dunbury...  Jak się 
nazywasz? Herkules Poirot przerwał, mówiąc:
- Ten człowiek nazywa się Frank Carter.
Carter odwrócił się z wściekłością;
- Wiedziałeś przez cały czas! Próbowałeś cały czas mnie wkopać! Przyjechałeś tu szpiegować 
mnie. Mówię ci, że to nieprawda. Nigdy do niego nie strzelałem.
Herkules Poirot odpowiedział grzecznie:
- Wobec tego, kto to zrobił? I dodał:
- Jak pan widzi, nie ma tu nikogo poza nami.

III

Ścieżką biegła Jane Olivera. Jej oczy były pełne strachu, włosy rozwiane. Dysząc wyszeptała:
- Howard?
Raikes wyjaśnił:
- Halo, Jane, właśnie ocaliłem życie twemu wujowi.
- Och! - zatrzymała się. - To ty zrobiłeś?
- Pańska interwencja istotnie przyszła w porę, panie... - Blunt zawahał się.
- To Howard Raikes, wujku.  Jest moim przyjacielem.  Blunt uśmiechnął  się i spojrzał na 
Raikesa.
- Tak? - rzekł. - Więc to pan jest adoratorem Jane? Muszę panu podziękować.
Z szumem lokomotywy na najwyższych obrotach pojawiła się Julia Olivera i wydyszała:
- Słyszałam strzał, Alistairze... Dlaczego... - zwróciła się do Raikesa: - Pan? Jak pan śmiał?
Jane powiedziała lodowato:
- Howard właśnie ocalił wujkowi Alistairowi życie, mamo.
- Co? Ja... Ja...
- Ten człowiek próbował zabić wujka Alistaira i Howard wyrwał mu broń z ręki.

background image

Frank Carter rzucił gwałtownie:
- Wszyscy jesteście cholernymi łgarzami!
Pani Olivera oniemiała.
- Och! - Przez chwilę zbierała siły, a następnie zwróciła się do Blunta: - Drogi Alistairze, 
jakie to okropne! Dzięki Bogu, jesteś bezpieczny. To musiał być dla ciebie straszny szok. 
Czuję... czuję, że robi mi się słabo. Wydaje mi się, że... że dobrze by mi zrobiło trochę 
brandy, prawda?
Blunt odrzekł szybko:
- Oczywiście. Wracamy do domu.
Uczepiła się jego ramienia, ciężko na nim zwisając. Blunt obejrzał się na Poirota i Howarda 
Raikesa.
- Może pan zająć się tym facetem? - zapytał. - Zatelefonujemy na policje i przekażemy go w 
ich ręce.
Frank Carter otworzył usta, ale nic nie powiedział. Był śmiertelnie blady, stał na uginających 
się nogach. Howard Raikes chwycił go brutalnie.
- Chodź ze mną - rzucił.
Carter mruknął bez przekonania ochrypłym głosem:
- To wszystko kłamstwo...
Howard Raikes spojrzał na Poirota.
- Tak mało ma pan do powiedzenia, mimo że jest pan takim znanym szpiclem? Dlaczego 
teraz się pan nie wymądrza?
- Zastanawiam się, panie Raikes.
- Sądzę, że ma pan nad czym! Twierdzę, że może pan nawet z tego powodu stracić pracę. To 
przecież nie dzięki panu Alistair Blunt ciągle jeszcze żyje.
- To już pański drugi dobry uczynek tego rodzaju, monsieur Raikes, prawda?
- Co, u diabła, ma pan na myśli?
- Dopiero wczoraj pochwycił pan człowieka, który, jak pan sądził, strzelał do pana Blunta i 
premiera?
Howard Raikes odrzekł:
- Hm... Tak. Wygląda na to, że weszło mi to w krew.
- Teraz jest jednak pewna różnica... - Herkules Poirot przerwał. - Mężczyzna, którego pan ujął 
wczoraj, nie był tym, który właśnie wtedy strzelał. Popełnił pan pomyłkę.
Frank Carter wtrącił posępnie:
- Teraz znów się pomylił.
- Uspokój się - rzekł Raikes.
Herkules Poirot mruknął do siebie:
- Ciekawe...

IV

Herkules Poirot, przebierając się do obiadu i starannie wiążąc krawat, skrzywił się, patrząc na 
swoje odbicie w lustrze.
Nie był zadowolony - jednak nie potrafiłby wytłumaczyć, dlaczego. Przyznawał, że sprawa 
wydawała się jasna. Frank Carter został złapany na gorącym uczynku. Nie chodziło o to, aby 
wierzył w oświadczenia lub żeby darzył sympatią Franka Cartera. Carter był, jak to mawiają 
Anglicy: nie na miejscu. Był szorstkim młodzieńcem, do którego kobiety czują pociąg i z 
trudem wierzą w jego wyraźnie widoczne, złe cechy.
Wszystko, co opowiadał Carter, miało wiele słabych punktów. Na przykład jego historyjka o 
tym, jak został zwerbowany przez agentów Secret Service - i że zaoferowano mu wyjątkowo 
intratną pracę. Miał pracować jako ogrodnik i donosić, co robią i mówią inni ogrodnicy. Taką 

71

background image

wersję łatwo zbić - nie było dostatecznych podstaw, aby była prawdziwa.
Była  to słaba historyjka  i Poirot doszedł do wniosku, że mógł  to wymyślić  właśnie taki 
człowiek jak Carter.
Nie było nic na potwierdzenie jego słów. Carter nie mógł dać innego wyjaśnienia, tylko takie, 
że to nie on strzelał. Bez przerwy powtarzał, że został wrobiony.
Tak, nie można było niczego powiedzieć w jego obronie. Poza tym, że wydawało się jednak 
dziwne, iż Howard Raikes akurat był obecny aż dwa razy pod rząd w momencie, gdy ktoś 
mierzył do Alistaira Blunta.
Może jednak nie miało to żadnego znaczenia. Przecież było całkowicie pewne, że Raikes nie 
strzelał na Downing Street, a teraz jego obecność była zupełnie uzasadniona - chciał być 
blisko swojej dziewczyny. Tak, jego historia była całkiem prawdopodobna.
Dla Howarda Raikesa była to oczywiście okoliczność szczęśliwa. Kiedy ktoś właśnie ocali cię 
od kuli, nie możesz mu zabronić bywania w twoim domu! Okażesz co najmniej mu przyjaźń i 
gościnność. Oczywiście, pani Olivera nie była z tego zadowolona, ale nawet i ona zdawała 
sobie sprawę, że nie może się temu przeciwstawić.
Niepożądany przyjaciel Jane wcisnął się do tego domu i teraz nie miał zamiaru go opuścić!
Poirot badawczo obserwował go przez cały wieczór.
Grał umiejętnie swoją rolę, nic nie mówił o swoich wywrotowych poglądach i trzymał się z 
daleka od polityki. Opowiadał zabawne historyjki o autostopie i wędrówkach po ostępach.
"Nie jest już wilkiem - pomyślał Poirot. - Nie, teraz założył owczą skórę. Ale co się pod nią 
kryje? Kto wie?..."
Przygotowując się do snu, Poirot usłyszał pukanie do drzwi. Zawołał: "Wejść!" i do pokoju 
wszedł Howard Raikes.
Zaśmiał się, widząc zaskoczenie Poirota.
-   Nie   spodziewał   się   pan   mnie?   Cały   wieczór   pana   obserwowałem.   Nie   podobał   mi   się 
sposób, w jaki pan na mnie patrzył. Był pan taki jakiś zamyślony.
- Dlaczego to pana niepokoi?
- Sam nie wiem, ale niepokoi mnie to. Może znalazł pan coś trudnego do strawienia.
- Eh bien? A jeżeli tak?
- Zdecydowałem zatem, że lepiej to wyjaśnić. Mam -na myśli to, co się wydarzyło wczoraj. 
Ta historia była w całości spreparowana! Czekałem na wyjście Ich Lordowskich Mości przy 
Downing Street 10 i ujrzałem, jak Ram Lal do niego strzela. Znałem Rama Lala i wiedziałem, 
że to dobry chłopak. Trochę pobudliwy, ale obecnie bardzo silnie odczuwa zło, jakie spotkało 
Indie. Nic się jednak nie stało. Ci cenni sztywniacy nie zostali uszkodzeni - kula minęła ich o 
całe   mile.   Zdecydowałem   się   więc   na   to   małe   przedstawienie,   w   nadziei,   że   Hindus 
wydostanie się z tego cało. Chwyciłem pierwszego lepszego oberwańca, który właśnie stał 
przy nim i krzyknąłem, że ująłem zamachowca. Przypuszczałem, że w ten sposób Ram Lal 
wywinie się z tego. Jednak tajniacy byli zbyt dobrzy. Złapali go błyskawicznie. Oto, jak się 
cała rzecz przedstawia. Rozumie pan?
Herkules Poirot odparł:
- A dzisiaj?
- Dzisiaj było inaczej. Dzisiaj nie było żadnego Rama Lala. Na miejscu był tylko Carter. To 
on strzelał! Ciągle jeszcze trzymał pistolet w ręku, kiedy go złapałem. Sądzę, że próbowałby 
strzelić po raz drugi.
- Bardzo się pan troszczy o bezpieczeństwo monsieur Blunta? - spytał Poirot.
Rakies uśmiechnął się czarująco.
- Po tym wszystkim, co powiedziałem wydaje się to panu, dziwne? O tak, ma pan rację, Blunt 
jest facetem, którego powinno się zabić - w imię Postępu i Humanitaryzmu. Tak właśnie 
uważam, a jednak, kiedy widzę, że ktoś wyciąga pistolet, staję w jego obronie. Teraz widzi 
pan, jak nielogiczny jest człowiek. Przecież to idiotyczne, prawda?

background image

- Istnieje ogromna przepaść między teorią a praktyką.
- Też tak twierdzę! - Pan Raikes wstał z brzegu łóżka, na którym przysiadł w czasie rozmowy. 
Uśmiechnął się teraz szczerze i poufale.
- Myślałem, że lepiej będzie - powiedział - gdy przyjdę i wyjaśnię to panu.
Wyszedł, starannie zamykając za sobą drzwi.

V

"Wybaw mię, Panie, od człowieka złego, strzeż mnie od gwałtownika!" - śpiewała trochę 
fałszywie, mocnym głosem pani Olivera.
Herkules   wyczuł   w   śpiewanych   przez   nią   słowach,   że   wciąż   tkwiło   w   niej   nieugięte 
przekonanie, że Howard Raikes jest złym człowiekiem.
Herkules Poirot towarzyszył swemu gospodarzowi i jego rodzinie w wyprawie do wiejskiego 
kościoła.
Howard Raikes zapylał trochę ironicznie:
- Pan zawsze chodzi do kościoła, panie Blunt?
Alistair zamruczał coś niewyraźnie o tym, że wszyscy na wsi oczekują tego od niego i że nie 
może   rozczarować   miejscowego   księdza.   Te   typowe   angielskie   sentymenty   wyraźnie 
oszołomiły młodego człowieka, co wywołało u Poirota uśmiech pełen zrozumienia.
Pani Olivera taktownie wtórowała Bluntowi i poleciła Jane, aby również to zrobiła.
"Ostre jak u węża ich języki - śpiewał chór piszczących chłopięcych głosów - a jad żmijowy 
pod ich wargami".
Tenory i basy wybiły się w górę z przejęciem:
"Od rąk grzesznika ustrzeż mię, Panie, zachowaj mnie od gwałtownika, od tych, co zamyślają 
z nóg mnie zwalić".
Herkules Poirot próbował włączyć się niezdecydowanym barytonem:
"Pyszni sidło na mnie skrycie zastawiają:
złoczyńcy rozciągają powrozy,
umieszczają pułapki na mojej drodze"*.
Jego usta pozostały otwarte.
Zobaczył to - zobaczył jasno pułapkę, w którą prawie wpadł!
Chytrze   zastawione   sidła   -   sieć   sznurów   -   pod   jego   stopami   otwiera   się   przepaść,   tak 
wymyślnie wykopana, aby mógł w nią wpaść.
Herkules Poirot był  jak w transie;  otwarte usta, wzrok wbity w  przestrzeń.  Pozostał tak, 
zesztywniały, choć najbliższe osoby zaczęły już powoli siadać. Jane chwyciła go za ramię i 
szepnęła: "Siadamy!"
Herkules Poirot usiadł. Wiekowy, brodaty duchowny zaintonował: "Tak zaczyna się piętnasty 
rozdział Pierwszej Księgi Samuela" i zaczął czytać.
Poirot nie słyszał jednak o pogromie Amaleka, dokonanym przez króla Samuela.
Był   oszołomiony   -   wspaniale   oszołomiony   wizją   faktów,   teraz   zgrabnie   ułożonych   na 
właściwych miejscach.
Był   to   prawdziwy   kalejdoskop   -   klamerki   na   butach,   pończochy,   zniekształcona   twarz, 
prymitywny gust czytelniczy Alfreda, działalność Amberiotisa i rola Morleya; wszystko to 
zajaśniało nagle, zakręciło się, aby znaleźć właściwe miejsce i zewrzeć w jednolitą, logiczną 
całość.
Po raz pierwszy Herkules spojrzał na sprawę z właściwej strony.
"Bo opór jest jak grzech wróżbiarstwa,
a krnąbrność jak złość bałwochwalstwa.
Ponieważ wzgardziłeś nakazem Pana,
odrzucił cię On jako króla"*.

73

background image

- I  tu  kończy  się Pierwsza  Księga  Samuela  -  drżącym  głosem,   jednym   tchem   zakończył 
duchowny. Herkules Poirot, jak we śnie, chwalił Boga w Te Deum.

TRZYNASTE, CZTERNASTE, DZIEWCZYNY ZALECAJĄ SIĘ
I

- Monsieur Reilly, prawda?
Młody Irlandczyk, zaskoczony, odwrócił się na dźwięk słów wypowiedzianych na wysokości 
jego łokcia.
Człowiek stojący za nim w biurze okrętowym był niski, nosił wielkie wąsy i miał głowę w 
kształcie jajka.
- Zapewne nie pamięta mnie pan?
- Pan jest dla siebie niesprawiedliwy, monsieur Poirot. Należy pan do ludzi, których niełatwo 
się zapomina.
Odwrócił się do urzędnika, który tymczasem cierpliwie czekał za kontuarem.
- Wybiera się pan za granicę na urlop - zamruczał głos przy jego łokciu.
- Nie jadę na urlop. A pan, monsieur Poirot? Mam nadzieję, że nie opuszcza pan naszego 
kraju?
- Czasami - odparł Herkules Poirot - jeżdżę na krótko do mojej ojczyzny, do Belgii.
- Ja jadę trochę dalej - rzekł Reilly. - Do Ameryki. - A następnie dodał: - I nie sądzę, abym tu 
kiedykolwiek wrócił.
-  Przykro   mi  to   słyszeć,  panie  Reilly.  A   zatem  zrezygnował  pan   z  praktyki   przy  Queen 
Charlotte Street.
- Jeżeli chciałby pan wyrazić się precyzyjniej, to raczej ta praktyka zrezygnowała ze mnie.
- Czyżby? To bardzo smutne.
-   Mnie   to   nie   martwi.   Jestem   szczęśliwym   człowiekiem,   gdy   pomyślę,   że   zostawię   tu 
wszystkie nie zapłacone długi.
Uśmiechnął się ujmująco.
- Nie należę do ludzi, którzy strzelają do siebie z powodu kłopotów finansowych. Zawsze 
mówię   sobie:   zostaw   je   za   sobą   i   zacznij   od   początku.   Potrafię   wykorzystać   moje 
kwalifikacje, a według mnie jestem dobrym fachowcem.
Poirot mruknął:
- Pewnego dnia widziałem się z panną Morley.
-   Chyba   nie   było   to   dla   pana   miłe?   Tak,   myślę,   że   nie.   Nigdy   nie   widziałem   bardziej 
skwaszonej kobiety. Często się zastanawiałem, jak by ona wyglądała, gdyby była zalana, ale 
tego chyba nikt nigdy nie zobaczy.
Poirot wtrącił:
- Czy zgadza się pan z werdyktem koronera dotyczącym śmierci Morleya?
- Oczywiście, że nie - odparł zdecydowanie pan Reilly.
- Myśli pan, że on popełnił błąd w zastrzyku?
- Jeżeli, jak twierdzą, Morley wstrzyknął temu Grekowi niewłaściwą dawkę, to musiał być 
albo pijany, albo zamierzał rzeczywiście zabić tego człowieka - oświadczył Reilly. - Jednak 
nigdy nie widziałem Morleya pijącego.
- Więc sądzi pan, że zrobił to rozmyślnie?
- Nie nazwałbym tego w ten sposób. Jest to poważne oskarżenie. Prawdę mówiąc, ja w to nie 
wierzę.
- Jednak musi istnieć jakieś wyjaśnienie.
- Istotnie, musi... ale jeszcze nie przyszło mi ono do głowy.
- Kiedy po raz ostatni widział pan Morleya żywego? - spytał Poirot. - Muszę się zastanowić... 
Zbyt dużo czasu minęło, żeby mnie o to .pytać. To mogło być poprzedniego wieczoru, może 

background image

za piętnaście siódma.
- Nie widział go pan w dniu morderstwa?
Reilly potrząsnął głową.
- Jest pan tego pewny? - naciskał Poirot.
- Och, tego nie mogę powiedzieć. Jednak nie przypominam sobie...
- Nie poszedł pan, na przykład, do jego pokoju o jedenastej trzydzieści pięć, wtedy gdy miał u 
siebie pacjenta?
- Tak, ma pan rację. Oczywiście. Była pewna techniczna kwestia, pytałem o narzędzia, które 
zamówiłem.   Telefonowali   do   mnie   w   tej   sprawie.   Byłem   tam   tylko   przez   minutę,   więc 
wyleciało mi to z pamięci. W tym czasie Morley miał pacjenta.
Poirot przytaknął i powiedział:
- Jest jeszcze inna sprawa, o którą zawsze chciałem pana zapytać. Pański pacjent, Raikes, 
zrezygnował z wizyty i uciekł. Co pan robił podczas półgodzinnej przerwy w przyjmowaniu 
pacjentów?
- To, co zwykle - przygotowałem sobie drinka. Poza tym, jak już panu mówiłem, był ten 
telefon i wpadłem na minutę do Morleya.
- Dowiedziałem się również - powiedział Poirot - że nie miał pan pacjentów od wpół do 
pierwszej, to jest po wyjściu Barnesa. A przy okazji, kiedy wyszedł Barnes?
- Właśnie tuż po wpół do pierwszej.
- A potem. Co pan robił potem?
- To samo, co przedtem. Przygotowałem sobie następnego drinka.
- I znów wpadł pan na chwilkę do Morleya?
Pan Reilly uśmiechnął się.
- Chce pan przez to powiedzieć, że poszedłem go zastrzelić? Kiedyś już panu mówiłem, że ja 
tego nie zrobiłem. Ale ma pan na to tylko moje oświadczenie.
- Co pan sądzi o pokojówce Agnes? - zapytał Poirot.
Reilly spojrzał ze zdumieniem.
- Teraz zadał pan dość zabawne pytanie.
- Chciałbym jednak, aby pan na nie odpowiedział.
- Mogę panu na nie odpowiedzieć. Nic o niej nie sądzę. Georgina miała służbę na oku - i 
miała zupełną rację. Ta dziewczyna nigdy nawet na mnie nie spojrzała - nie miała dobrego 
gustu.
- Czuję - rzekł Herkules  Poirot - że ona coś  wie. Spojrzał pytająco  na Reilly'ego,  który 
uśmiechnął się i potrząsnął głową.
- Niech pan mnie nie pyta - odparł Reilly. - Nic o tym nie wiem. Niestety, nie mogę panu 
pomóc.
Zabrał bilety, które leżały przed nim, skinął głową i wyszedł z uśmiechem.
Poirot wyjaśnił rozczarowanemu urzędnikowi, że jeszcze nie zdecydował się na wycieczkę 
morską do północnych stolic.

II

Poirot złożył znów wizytę w Hampstead. Pani Adams była tym jakby trochę zaskoczona. 
Chociaż został, jak t to się mówi, polecony przez nadinspektora Scotland Yardu, uważała go 
za dziwnego, małego  obcokrajowca i nie brała jego pretensjonalności zbyt  serio. Jednak, 
mimo   wszystko,   była   chętna   do   rozmowy.   Po   pierwszych,   sensacyjnych   doniesieniach 
dotyczących   identyfikacji   ofiary,   sprawa   znów   nabrała   pewnego   rozgłosu.   Najbardziej 
sensacyjna okazała się omyłka w rozpoznaniu zwłok; ciało pani Chapman pomyłkowo wzięto 
za zwłoki panny Sainsbury Seale. To było wszystko, co podano do publicznej wiadomości. 
Nie został podkreślony fakt, że panna Sainsbury Seale była prawdopodobnie ostatnią osobą, 

75

background image

która widziała żywą nieszczęsną panią Chapman. Prasa nie uczyniła żadnej aluzji, że panna 
Sainsbury Seale mogłaby być poszukiwana przez policję w sprawie morderstwa.
Pani   Adams   przyjęła   z.   ulgą   wiadomość,   że   odnalezione   w   tak   dramatycznych 
okolicznościach ciało nie należało do jej przyjaciółki. Wyglądało iż nie miała pojęcia, że 
można podejrzewać Mabelle Sainsbury Seale.
- Jednak to jej nagłe  zniknięcie  wydaje  się zupełnie  niezwykłe.  Jestem pewna, monsieur 
Poirot, że ona musiała stracić pamięć.
Poirot odparł, że to bardzo prawdopodobne. Znał już podobne wypadki.
- Tak, przypominam sobie przyjaciółkę mojego kuzyna. Chorowała i miała dużo kłopotów. 
To spowodowało u niej amnezję. Zdaje się, że tak to się nazywa.
Poirot zgodził się, że to chyba właściwy termin.
Po chwili przerwy spytał, czy pani Adams słyszała kiedykolwiek, aby panna Sainsbury Seal 
mówiła o pani Chapman?
Nie, pani Adams  nie pamięta,  żeby jej przyjaciółka wspominała kiedyś  to nazwisko. Ale 
przecież to niemożliwe, aby panna Sainsbury Seale wymieniała nazwiska wszystkich swoich 
znajomych.   Kim   była   ta   pani   Chapman?   Czy   policja   ma   już   jakiś   pomysł,   kto   ją   mógł 
zamordować?
- Niestety, to ciągle jeszcze jest tajemnicą, madame.
- Poirot potrząsnął głową i zapytał panią Adams, kto polecił Morleya, jako dentystę, pannie 
Sainsbury Seale.
Pani Adams nie mogła na to udzielić odpowiedzi. Sama chodziła do Frencha na Harley Street, 
a gdyby Mabelle chciała, żeby jej kogoś polecić, to z pewnością skierowałaby ją do pana 
Frencha.
Możliwe, zauważył Poirot, że to pani Chapman poradziła pannie Sainsbury Seale, aby poszła 
do   Morleya.   Panna   Adams   zgodziła   się   z   tym.   Ale   czy   u   dentysty   nie   wiedzieli,   kto   ją 
skierował?
Poirot pytał już o to pannę Nevill, ale i ona niczego nie widziała albo nie przypominała sobie. 
Natomiast przypomniała sobie panią Chapman, ale nie słyszała, aby wspomniała ona o pannie 
Sainsbury Seale. Nazwisko to było tak charakterystyczne, że gdyby je słyszała, na pewno by 
je zapamiętała.
Poirot uparcie trzymał się tematu. Czy pani Adams po raz pierwszy zetknęła się z panną 
Sainsbury Seale w czasie swego pobytu w Indiach? Pani Adams potwierdziła.
Czy parii Adams, wiedziała, że panna Sainsbury Seale znała lub kiedykolwiek spotkała w 
Indiach panią lub pana Blunta?
- O, nie sądzę, monsieur Poirot. Ma pan na myśli tego wielkiego bankiera? Przed kilku laty 
zatrzymali   się  u   wicekróla   i   przypuszczam,   że   gdyby   ich   tam   spotkała,   to   by  mi   o  tym 
wspomniała lub pochwaliła się tym. Obawiam się - dodała z lekkim uśmiechem pani Adams - 
że każdy z nas wspomniałby o spotkaniu wybitnych ludzi. W głębi duszy wszyscy jesteśmy 
snobami.
- Czy ona w ogóle nigdy nie mówiła o Bluntach... przede wszystkim o pani Blunt?
- Nigdy.
Był piękny, letni dzień i Poirot patrzył pobłażliwym okiem na wdzięczące się do chłopców, 
chichoczące   niańki,   podczas   gdy   w   tym   czasie   pulchne   pociechy   wykorzystywały   ich 
nieuwagę.
Psy ujadały i goniły się po parku.
Mali chłopcy puszczali na stawie łódki.
Pod najbliższym drzewem siedziała przytulona para...
- Ach! Jeunesse, jeunesse - mruknął Herkules Poirot, przyjemnie wzruszony tym widokiem.
Londyńskie dziewczęta miały chic. Mimo niegustownych sukienek.
Ubolewał jednak nad niedoskonałościami ich budowy. Te powabne postacie wzbudzały w 

background image

nim bolesne wspomnienia. Gdzie podziały się te bogate krzywizny, te fascynujące linie, tak 
kiedyś kuszące oczy?
Och, Herkules Poirot pamiętał kobiety... Szczególnie tę jedną kobietę, tę cudowną postać... 
Rajski Ptak... Wenus...
Która współczesna kobieta mogłaby przyćmić olśniewające piękno hrabiny Very Rossakoff? 
Prawdziwa rosyjska arystokratka, arystokratka od stóp do głów! A poza tym pamiętał ją jako 
znakomitą złodziejkę... Jedna z tych autentycznie genialnych kobiet...
Poirot z westchnieniem oderwał myśli od tego cudownie błyszczącego obiektu swych marzeń.
Pod drzewami Regent Parku zalecały się nie tylko niańki i im podobne. Była tam również pod 
lipą dziewczyna  w kreacji od Schiaparellego;  młodzieniec,  który pochylał  ku niej  głowę, 
błagał ją o coś z przejęciem.
Nie ustępuj zbyt szybko! Miał nadzieję, że dziewczyna wie o tym. Cała przyjemność polega 
na tym, aby gonitwę przedłużyć o tyle, o ile to możliwe...
I tak patrząc na te dwie postacie, nagle zdał sobie sprawę, że wydają mu się znajome.
A więc to Jane Olivera przyszła do Regent Parku, aby spotkać się z młodym amerykańskim 
rewolucjonistą?
Jego twarz ze smutkiem spochmurniała. Po chwili wahania przeszedł trawnik i podszedł do 
nich. Zdejmując kapelusz, skłonił się przesadnie i powiedział:
- Bonjour, mademoiselle.
Zauważył,   że   Jane   Olivera   nie   była   niezadowolona   z   tego   spotkania.   Natomiast   Howard 
Raikes wyraźnie był rozdrażniony.
- Och, to znowu pan! - warknął.
- Dzień dobry, monsieur Poirot - powitała go Jane.
- Zawsze zjawia się pan tak niespodzianie?
- Jak diabeł z pudełka - rzekł Raikes, nadal mierząc Poirota chłodnym spojrzeniem.
- Nie przeszkadzam? - spytał niewinnie Poirot.
Jane Olivera odpowiedziała uprzejmie:
- Absolutnie nie.
Howard Raikes milczał.
- Znaleźliście państwo miłe miejsce - zauważył Poirot.
- To było miłe miejsce - rzekł Raikes.
- Uspokój się, Howardzie - powiedziała Jane. - Powinieneś nauczyć się lepszych manier!
- A co to są dobre maniery? - parsknął Raikes.
- To jest coś takiego, co pozwoli ci do czegoś dojść - odparła Jane. - Ja sama nie mam 
żadnych,   ale   mnie   to   nie   dotyczy,   jestem   bogata,   względnie   ładna   i   mam   wpływowych 
przyjaciół... Nie mam też żadnych z tych nieszczęsnych braków, o których tak otwarcie pisze 
się w dzisiejszych ogłoszeniach, więc dam sobie radę bez dobrych manier.
- Nie mam nastroju na takie gadanie, Jane - rzucił Raikes. - Chyba lepiej się zmyję.
Wstał i, rzuciwszy nieuprzejme kiwniecie głową w kierunku Poirota, odszedł.
Jane Olivera odprowadziła go wzrokiem, opierając na dłoniach podbródek.
Poirot powiedział z westchnieniem:
- Niestety, przysłowia mówią prawdę. Gdzie dwoje się zaleca, trzeci jest intruzem.
- Zaleca? Co za słowo!
- Ależ tak, jest to właściwe słowo, prawda? Czyż nie zalotami nazywamy adorację młodej 
kobiety przez mężczyznę przed oświadczynami o jej rękę? Czy, jak to mówią, nie nazywa się 
to zalotami?
- Pańscy przyjaciele, jak się wydaje, mówią zabawne rzeczy.
Herkules Poirot zacytował łagodnie:
- "Trzynaste, czternaste, dziewczyny zalecają się". Proszę spojrzeć, wszyscy dookoła właśnie 
to robią. Jane powiedziała ostro:

77

background image

- Tak... a ja przypuszczalnie również należę do tego tłumu...
Nagle odwróciła się do Poirota.
- Muszę się przed panem usprawiedliwić. Wtedy pomyliłam się. Myślałam, że przyjechał pan 
do Exsham szpiegować Howarda. Potem wuj Alistair wyjaśnił mi, że zaprosił pana w celu 
zlecenia wyjaśnienia sprawy tej zaginionej kobiety... Sainsbury Seale. Czy to prawda?
- Całkowita.
- Wobec tego przepraszam pana za to, co powiedziałam tamtego wieczoru, ale na początku 
wyglądało to inaczej. Myślałam, że zajmuje się pan śledzeniem Howarda i mnie.
-   Nawet   gdyby   była   to   prawda,   mademoiselle,   to   mimo   woli   stałem   się   wspaniałym 
świadkiem tego, jak pan Raikes cudownie ocalił życie pani wuja, rzucając się na napastnika i 
zapobiegając w ten sposób oddaniu drugiego strzału.
- Pan ma taki zabawny sposób wyrażania się, monsieur Poirot. Nigdy nie wiem, kiedy mówi 
pan poważnie, a kiedy pan kpi.
Poirot odparł poważnie:
- W tej chwili mówię zupełnie serio, panno Olivera.
Jane powiedziała lekko drżącym głosem:
- Dlaczego pan tak na mnie patrzy, jakby... Jakby było panu mnie żal?
- Może dlatego, madmemoiselle, że wkrótce będę musiał pani zrobić...
- A więc niech pan tego... nie robi!
- Niestety, mademoiselle, jednak muszę...
Przez chwilę patrzyła na niego uważnie, po czym rzekła:
- Czy... czy odnalazł pan tę kobietę?
- Powiedzmy... że wiem, gdzie ona jest.
- Nie żyje?
- Tego nie powiedziałem.
- A więc żyje?
- Tego też nie powiedziałem.
Jane patrzyła na niego poirytowana, wreszcie wybuchnęła:
- No dobrze, jest albo żywa, albo martwa, ale gdzie ona jest?
- Odpowiedź na to pytanie nie jest obecnie taka prosta.
- Sądzę, że lubi pan piętrzyć trudności!
- Czasami tak. o mnie mówią - przyznał Herkules Poirot.
Jane zadrżała.
- Czy to nie zabawne? Taki piękny, gorący dzień, a jednak nagle zrobiło mi się zimno... - 
Może lepiej będzie, gdy wróci pani do domu, mademoiselle?
Jane wstała. Przez chwilę stała niezdecydowana, a potem powiedziała nagle:
- Howard chce, abym za niego wyszła. Natychmiast. I żeby nikt o tym nie wiedział. On 
mówi....   On   mówi,   że   to   jedyny   sposób,   w   jaki   to   mogę   zrobić...   Że   jestem   słaba...   - 
Przerwała,  chwyciła  ramię  Poirota ze  zdumiewającą  siłą  i dodała  ku jego zaskoczeniu:  - 
Monsieur Poirot, niech mi pan poradzi, co mam robić?
- Dlaczego mnie pani prosi o radę? Są inni, bardziej pani bliżsi!
- Matka? Na samą tylko myśl o tym rozwaliłaby krzykiem cały dom. Wuj Alistair? On byłby 
ostrożny i roztropny. "Masz dużo czasu, moja droga. Musisz się upewnić. Ten twój młody 
człowiek jest trochę dziwny. Nie ma sensu się spieszyć..."
- A pani przyjaciele? - podsunął Poirot.
- Nie mam przyjaciół. Tylko bandę głupców, z którymi piję, tańczę i wymieniam banały! 
Howard jest jedynym prawdziwym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek spotkałam.
- Jednak... dlaczego pani mnie prosi o radę, panno Olivera?
- Ponieważ z pańskiej twarzy wyczytałam - odrzekła Jane - że jest panu z jakiegoś powodu 
przykro... Jakby wiedział pan, że coś... że... że coś nastąpi...

background image

Przerwała.
- No? - naciskała. - Co pan na to?
Jednak Herkules Poirot potrząsnął tylko w milczeniu głową.

IV

Kiedy Poirot wrócił do domu, George oznajmił:
- Czeka nadinspektor Japp, sir.
Japp przywitał Poirota szerokim, skruszonym uśmiechem.
- A więc jestem, stary. Czyż nie jesteś cudowny? Jak ty to zrobiłeś? Jak ty to robisz, że ci to 
wszystko przychodzi do głowy?
- O czym ty mówisz?... Ale, pardon, może się czegoś napijesz? Soku? A może whisky?
- Najlepiej zrobi mi whisky.
W kilka minut później podniósł szklaneczkę i zauważył:
- Zdrowie Herkulesa Poirot, który ma zawsze rację!
- Nie, nie, mon ami.
- Mieliśmy wspaniały przypadek samobójstwa. H.P. powiedział, że to było morderstwo... i 
niech mnie licho porwie, to jest morderstwo!
- Ach? Więc nareszcie się ze mną zgadzasz?
- Tak, i nikt nie może  powiedzieć,  że jestem głupio uparty.  Nie będę się upierał  wobec 
dowodów. Cały kłopot leżał w tym, że dotychczas nie było żadnych dowodów.
- A teraz są?
- Właśnie przyszedłem cię przeprosić i, jak to się mówi, oddać honor, oraz podać ci je na 
srebrnym półmisku.
- Jestem oszołomiony, mój drogi.
- Dobrze. A więc uwaga. Ten pistolet, z którego Frank Carter próbował w sobotę zastrzelić 
Blunta, jest bliźniakiem tego, z którego zastrzelono Morleya.
- Ależ to nadzwyczajne! - wykrzyknął zdumiony Poirot. - Tak. Sprawa wygląda raczej czarno 
dla pana Franka.
- To jeszcze nie dowód.
-   Nie,   ale   to   pozwoliło   nam   powtórnie   rozważyć   werdykt   o   samobójstwie.   Pistolet   jest 
pochodzenia zagranicznego i raczej rzadko u nas spotykany!
Herkules milczał. Jego brwi przypominały dwa półksiężyce. Wreszcie powiedział:
- Frank Carter? Nie... na pewno nie!
Japp westchnął z rozpaczą.
-   Co   się   z   tobą   dzieje,   Poirot?   Przecież   ty   pierwszy   stwierdziłeś,   że   Morley   został 
zamordowany i że to nie było samobójstwo. A teraz, kiedy przychodzę ci powiedzieć, że 
miałeś rację, zaczynasz kręcić nosem, tak jakby ci się to nie podobało.
- Ty naprawdę wierzysz, że Morleya zamordował Frank Carter?
- To najbardziej prawdopodobne. Carter żywił urazę do Morleya...  a my przez cały czas 
wiedzieliśmy o tym. Przyszedł tamtego ranka na Queen Charlotte Street, a potem udawał, że 
chciał powiedzieć swojej dziewczynie, że ma pracę. Teraz wiemy, że żadnej pracy wtedy nie 
dostał. Otrzymał ją dopiero po południu. Sam się do tego przyznał. Było to zatem kłamstwo 
numer jeden. Nie może wyjaśnić, gdzie był po godzinie dwunastej dwadzieścia pięć. Mówił, 
że szedł przez Marylebone Road, ale jedyne, co mógł udowodnić, to fakt, że pił w pubie o 
godzinie pierwszej pięć. Barman powiedział, że był w fatalnym stanie, trzęsły mu się ręce, a 
twarz miał białą jak kreda!
Herkules Poirot westchnął i potrząsnął głową.
- To by się nie zgadzało z moimi teoriami - mruknął.
- A jakie są te twoje teorie?

79

background image

- To, co mi powiedziałeś, bardzo mnie zaniepokoiło. Bardzo zaniepokoiło. Ponieważ, jeżeli ty 
masz rację, to...
Uchyliły się drzwi i George z szacunkiem wyszeptał:
- Proszę mi wybaczyć, sir, ale...
Nie  zdążył  więcej   powiedzieć.   Panna Gladys   Nevill  odepchnęła   go na  bok  i  podniecona 
wtargnęła do pokoju.
- Och, monsieur Poirot...! - wykrzyknęła z płaczem.
- No, będę uciekał... - rzekł Japp i szybko wyszedł z pokoju.
Gladys Nevill skwitowała jego wyjście jadowitym spojrzeniem.
- To był ten... ten straszny nadinspektor Scotland Yardu? To on wymyślił tę całą historię 
przeciwko biednemu Frankowi.
- Spokojnie, spokojnie, nie wolno się pani denerwować.
- Ale to prawda. Najpierw sugerowali, że próbował zamordować tego Blunta, a teraz jeszcze 
im tego mało i chcą go oskarżyć o zamordowanie biednego pana Morleya.
Herkules Poirot zakaszlał.
- Jak pani wie, byłem w Exsham, kiedy strzelano do Blunta - rzekł.
Gladys Nevill oświadczyła nieco zmieszana, używając zaimków:
- Ale nawet jeśli zrobił to Frank... Jeżeli popełnił taką szaloną rzecz... i jeżeli nawet jest 
jednym z tych "Imperialnych Koszul", no wie pan... tych wywrotowców, którzy maszerują z 
chorągwiami i oddają te idiotyczne pozdrowienia, to... Oczywiście, żona pana Blunta była 
bardzo znaną Żydówką,  a to oni właśnie tych  biednych  ludzi, takich  nieszkodliwych  jak 
Frank, doprowadzają do tego, aby myśleli, że mogą zrobić coś wspaniałego i patriotycznego.
- I właśnie w ten sposób broni się Frank Carter? - spytał Herkules Poirot.
- Och, nie. Frank przysięga, że tego nie zrobił i że nigdy przedtem nie widział tego pistoletu. 
Oczywiście, nie rozmawiałam z nim. Nie pozwolono mi. Ale powiedział to swemu obrońcy, a 
on powtórzył to mnie. Frank twierdzi, że to wszystko jest ukartowane i że chcą go wrobić.
- A adwokat uważa, że jego klient powinien wymyślić bardziej prawdopodobną historię? - 
mruknął Poirot.
- Prawnicy są tacy skomplikowani. Nigdy niczego nie mówią wprost. Jednak martwię się, 
ponieważ to jest oskarżenie o morderstwo. O, monsieur Poirot, jestem pewna, że Frank nie 
mógłby zabić pana Morleya. Twierdzę, że nie miał żadnego powodu.
- Jest prawdą - rzekł Poirot - że gdy wtedy przyszedł do Morleya, nie miał jeszcze załatwionej 
żadnej pracy.
- Istotnie, monsieur Poirot, ale co to za różnica czy dostał pracę przed, czy po południu?
- Ale mówił,  że specjalnie przyszedł powiedzieć  pani o swoim wielkim szczęściu. Teraz 
wydaje się, że wtedy jeszcze tego szczęścia nie dostąpił. Po co więc przyszedł?
-   Monsieur   Poirot,   ten   biedny   chłopak   był   przygnębiony,   rozstrojony   i,   prawdę   mówiąc, 
wydawało mi się, że trochę wypił. Biedny Frank zawsze miał słabą głowę. Po kieliszku był 
przygnębiony i nagle poczuł, że ma ochotę na kłótnię. Przyszedł na Queen Charlotte Street, 
by   wygarnąć   Morleyowi.   Ponieważ   Frank   jest   normalnie   bardzo   wrażliwy,   zdawał   sobie 
sprawę, że Morley go nie lubi i to go gnębiło.
- Zamierzał więc wszcząć awanturę w godzinach przyjęć?
- Tak... Przypuszczam, że miał taki zamiar. Oczywiście, to bardzo niewłaściwe ze strony 
Franka, że chciał coś podobnego zrobić.
Poirot patrzył w zamyśleniu na siedzącą przed nim zapłakaną, młodą kobietę.
- Czy wiedziała pani, że Frank miał pistolet... albo dwa pistolety?
- O, nie, monsieur Poirot! Przysięgam, że nic o tym nie wiedziałam. Nie wierzę też, że to 
może być prawda.
Poirot pokiwał wolno głową, zmieszany.
- Monsieur Poirot, proszę nam pomóc! Gdybym tylko czuła, że jest pan po naszej stronie...

background image

- Nie jestem po niczyjej stronie - rzekł Poirot. - Jestem tylko po stronie prawdy.

V

Po pozbyciu się dziewczyny Poirot zatelefonował do Scotland Yardu. Japp jeszcze nie wrócił, 
informacji udzielił mu sierżant Beddoes.
Policja nie miała jeszcze dowodu na to, że Frank Carter posiadał pistolet przed napaścią w 
Exsham.
Poirot odłożył słuchawkę i zamyślił się. Był to punkt dla Cartera. Ale na razie tylko jeden.
Od Beddoesa dowiedział się również kilku dalszych szczegółów o. pracy Cartera w Exsham. 
Upierał się przy swojej historyjce o pracy w Secret Service. Otrzymał zadatek i wysłano go 
do   głównego   ogrodnika,   pana   MacAlistera,   aby   mu   przedstawił   swoje   umiejętności   w 
zakresie ogrodnictwa.
Otrzymał   instrukcje,   aby   słuchać,   co   mówią   inni   ogrodnicy,   sondować   ich   "czerwone" 
poglądy polityczne i samemu udawać, że jest też "czerwony". Instrukcje dała mu kobieta, 
która oświadczyła, że ma kryptonim Q.H.56, i która twierdziła, że został jej polecony jako 
zdecydowany antykomunista. Rozmawiali w przyciemnionym świetle i nie przypuszcza, aby 
mógł ją rozpoznać. Była ruda i silnie umalowana.
Poirot jęknął. Poczuł powiew afer szpiegowskich z powieści Phillipa Oppenheima.
Miał ochotę skonsultować się na ten temat z panem Barnesem. Według pana Barnesa takie 
rzeczy się zdarzały.
W ostatniej poczcie znalazł list, który go jeszcze bardziej zaniepokoił. Była to tania koperta 
zaadresowana niewyraźnym charakterem pisma. Rozerwał ją i zaczął czytać:

SZANOWNY PANIE,
mam nadzieję, że wybaczy mi pan śmiałość, ale jestem bardzo zmartwiona i nie wiem, co 
robić.   W   żadnym   wypadku   nie   chcę   mieć   do   czynienia   z   policją.   Może   już   przedtem 
powinnam   była   powiedzieć   to,   co   wiem.   Mówiono   mi   jednak,   że   mój   pan   popełnił 
samobójstwo, więc nie chciałam, żeby ten chłopiec panny Nevill miał jakieś kłopoty. Nigdy 
nie wierzyłam, żeby mógł to zrobić. Teraz jednak, kiedy podniósł pistolet na tego bankiera, to 
może nie jest tak zupełnie w porządku ? Pomyślałam więc, że powinnam do Pana napisać. 
Jest pan przyjacielem mojej pani i wtedy wypytywał mnie Pan tak dokładnie, czy coś wiem. 
Teraz żałuję, że nie powiedziałam panu wtedy. Mam jednak nadzieję, że nie będę miała do 
czynienia z policją, bo jej nie lubię i moja mama też jej nie lubi. Ona jest zawsze bardzo 
zasadnicza.
Z poważaniem
AGNES FLETCHER

Poirot zamruczał:
-   Zawsze   wiedziałem,   że   ta   sprawa   dotyczy   pewnego   człowieka.   Myślałem   tylko   o 
niewłaściwym człowieku i to wszystko.

PIĘTNASTE, SZESNASTE, KUCHARKI CIEKAWSKIE
I

Rozmowa z Agnes Fletcher odbyła się w trochę zaniedbanej herbaciarni w Hertford. Agnes, 
wyzwolona spod krytycznego oka panny Morley, mówiła bez obaw.
Przez pierwszy kwadrans opowiadała o tym, jak wymagającą była zawsze jej matka. Potem, 
jak ojciec Agnes, właściciel sklepu z alkoholem, nigdy nie miał żadnych zatargów z policją i 
zawsze zamykał go dokładnie na czas. W istocie wydawało się, że rodzice Agnes byli ogólnie 

81

background image

szanowanymi   i   godnymi   naśladowania   ludźmi   w   obrębie   Little   Darlingham,   w 
Gloucestershire,   i   nikt   z   jej   rodzeństwa   (a   było   ich   sześcioro,   z   czego   dwoje   zmarło   w 
niemowlęctwie) nigdy nie sprawiało rodzicom najmniejszego kłopotu. I jeżeli teraz Agnes 
wplącze się w jakąś aferę z policją, to tatuś i mamusia nie przeżyją tego, ponieważ, jak już 
przedtem wspomniała, zawsze mogli dumnie nosić głowę i nigdy nie mieli w jakimkolwiek 
stopniu kłopotów z policją.
Potem powtórzyła wszystko da capo*  z różnymi dodatkami i wreszcie, powoli zaczynała się 
zbliżać do meritum sprawy.
- Nie chciałabym nic na ten temat mówić pannie Morley, proszę pana, ponieważ powinnam to 
była   zrobić   wcześniej.   Ale   ja   i   kucharka   stwierdziłyśmy   jednak,   że   to   nie   nasz   interes. 
Przecież przeczytałyśmy wyraźnie w gazecie, że nasz pan popełnił omyłkę przy podawaniu 
lekarstwa, a potem zastrzelił się i wszystko wydawało się jasne, prawda, proszę pana?
- Kiedy pani zmieniła zdanie? - Poirot miał nadzieję, że okrężnymi pytaniami przyspieszy 
wreszcie wyznania dziewczyny.
Agnes odparła szybko:
- Przeczytałam w gazecie o Franku Carterze, o tym znajomym panny Nevill. Kiedy czytałam 
o tym, że strzelał do tego dżentelmena, u którego był ogrodnikiem, pomyślałam, że może on 
ma bzika, ponieważ wiem, że tacy ludzie jak on mają kręćka. Wierzą, że są prześladowani i 
stale otoczeni wrogami. Niebezpiecznie takich trzymać w domu i trzeba ich zabrać do domu 
wariatów.   I   wtedy   pomyślałam,   że   może   Frank   Carter   należy   do   takich   ludzi,   ponieważ 
pamiętam, że stale gadał o panu Morleyu, że on był przeciwko niemu i próbował rozdzielić go 
z   panną   Nevill,   ale   ona   nie   chciała   go   słuchać.   Emma   i   ja   sądziłyśmy,   że   miała   rację, 
ponieważ nie można zaprzeczyć, że_ pan Carter jest przystojny i wygląda jak dżentelmen. 
Oczywiście żadna z nas nie myślała, że on mógłby coś zrobić panu Morleyowi, chociaż to, co 
robił, było trochę dziwne. Chyba rozumie pan, co mam na myśli?
Poirot powiedział cierpliwie:
- Co było dziwne?
- Tego przedpołudnia, proszę pana, kiedy zastrzelił się pan Morley, myślałam właśnie, czy 
zbiorę   się   na   odwagę,   żeby   zejść   na   dół   po   pocztę.   Przyszedł   listonosz,   ale   Alfred   nie 
przyniósł jeszcze listów. Zrobiłby to, gdyby były tam listy przeznaczone dla panny Morley 
lub pana Morleya. Jeżeli jednak były tylko dla Emmy lub dla mnie, to Alfred nie przyniósłby 
ich wcześniej niż w porze lunchu. Wyszłam więc na podest schodów i spojrzałam w dół. 
Panna Morley nie lubiła, gdy schodziło się do holu w godzinach pracy pana. Przypuszczałam 
jednak, że zauważę Alfreda prowadzącego pacjenta i będę mogła zawołać go, gdy będzie 
wracał. Agnes przerwała, zaczerpnęła tchu i mówiła dalej:
- Wtedy zobaczyłam jego - mam na myśli tego Franka Cartera. Był w połowie schodów, to 
znaczy naszych schodów, piętro wyżej niż gabinet naszego pana. Stał tam i czekał... czekał i 
patrzył   w   dół.   Czułam,   że   jest   w   tym   coś   podejrzanego.   Wydawało   mi   się,   że   bacznie 
nasłuchuje, rozumie pan, co przez to chcę powiedzieć?
- O której to było godzinie?
- Było to pewnie o wpół do pierwszej, proszę pana. Wtedy właśnie pomyślałam: to przecież 
Frank   Carter,   a   panna   Nevill   wyjechała   i   dziś   jej   już   nie   będzie,   a   on   będzie   tym 
rozczarowany.  Zastanawiałam się, czy nie powinnam zbiec na dół i zawiadomić go o jej 
nieobecności, żeby nie czekał, tym bardziej, że ten łobuz Alfred widocznie zapomniał mu o 
tym   powiedzieć.   Kiedy   tak   się   wahałam,   pan   Carter   wyraźnie   zastanawiał   się,   co   robić. 
Wreszcie   zbiegł   szybko   w   dół   i   wszedł   do   korytarzyka   prowadzącego   do   gabinetu   pana 
Morleya. Pomyślałam, że nasz pan nie będzie z tego zadowolony i może być awantura. Wtedy 
właśnie   zawołała   mnie   Emma   i   spytała,   gdzie   się   włóczę.   Kiedy   wróciłam   na   górę, 
dowiedziałam   się,   że   nasz   pan   popełnił   samobójstwo.   Było   to   tak   okropne,   że   wszystko 
wyleciało mi z głowy. Potem, kiedy odszedł już ten inspektor policji, oświadczyłam Emmie, 

background image

że nic nie powiedziałam o tym, że pan Carter był tego przedpołudnia u naszego pana. Ona 
spytała   mnie,   czy   był   tam   rzeczywiście?   Potwierdziłam,   a   ona   zdziwiła   się,   że   był,   i 
zauważyła, że może jednak powinnam była o tym powiedzieć. Ja jednak pomyślałam, żeby 
lepiej się nie spieszyć i ona się z tym zgodziła, ponieważ żadna z nas nie chciała, aby Frank 
Carter miał kłopoty. Potem, w czasie śledztwa, wyszło na jaw, że nasz pan popełnił omyłkę z 
lekarstwem, zdał sobie z tego sprawę i zabił się, więc nie było potrzeby nic mówić. Jednak 
dwa dni temu przeczytałam ten artykuł w gazecie... och, jak ja się tym wtedy przejęłam! 
Powiedziałam wtedy do siebie: jeżeli jest takim świrem, który myśli, że jest prześladowany i 
w jasny dzień strzela do ludzi, to może jednak zastrzelił naszego pana!
Jej oczy, pełne niepokoju i strachu, z nadzieją spoczęły na Herkulesie Poirot, który odezwał 
się najbardziej uspokajającym tonem, na jaki go było stać:
- Możesz być całkiem pewna, Agnes, że mówiąc mi o tym, zrobiłaś bardzo dobrze.
- Ale, widzi pan, przez cały czas powtarzałam sobie, że może powinnam była powiedzieć. Ale 
znowu, widzi pan, myślałam, że... wmiesza się w to policja i co by mama na to powiedziała? 
Ona zawsze jest taka wymagająca...
- Tak, tak - przerwał pospiesznie Poirot.
Miał już dosyć i czuł, że jak na jedno popołudnie wystarczy mu mamusi Agnes.

II

Poirot   wstąpił   do   Scotland   Yardu   i   spytał   o   Jappa.   Zaprowadzono   go   do   gabinetu 
nadinspektora.
- Chcę się widzieć z Carterem - oświadczył  Jappowi, który skrzywił się i, rzuciwszy mu 
szybkie spojrzenie, spytał:
- Co to znów za nadzwyczajny pomysł?
- Nie chcesz tego dla mnie zrobić?
Japp wzruszył ramionami.
- O, ja nie będę ci przeszkadzał. Byłoby niedobrze, gdybym to zrobił. Kto jest pieszczoszkiem 
naszego ministra? Ty nim jesteś. Kto połowę rządu trzyma w garści, uciszając ich skandale? 
Ty.
Poirot   uciekł   myślą   do   sprawy,   którą   nazwał   "Stajnie   Augiasza".   Mruknął   nie   bez 
zadowolenia:
- Musisz przyznać, że to było pomysłowe, prawda! Mieliśmy wtedy, że tak powiem, dużo 
wyobraźni.
- Nikt inny, tylko ty mogłeś na to wpaść! Czasem myślę, że ty w ogóle nie masz skrupułów, 
Poirot!
Twarz Poirota spochmurniała.
- Nieprawda - zaprzeczył.
- No dobrze, Poirot, nie chciałem cię urazić. Czasem jednak jesteś taki zadowolony z tej 
swojej cholernej pomysłowości. Czego chcesz od Cartera? Chcesz go spytać, czy naprawdę 
zamordował Morleya?
Poirot, ku zaskoczeniu Jappa, skinął głową i powiedział:
- Przypuszczam, że ty jesteś przekonany, iż on ci to powie?
Japp zaśmiał się. Ale Herkules Poirot pozostał nadal poważny.
- Może mi to powiedzieć... Tak.
Japp spojrzał na niego z zaciekawieniem.
- No wiesz, znam cię już tyle lat... pewnie ze dwadzieścia, co? W każdym razie coś koło tego. 
Ciągle jednak nie zawsze mogę nadążyć za tokiem twoich myśli. Wiem, że masz bzika na 
punkcie tego Cartera.
Z takiej czy innej przyczyny nie chcesz, aby to on był winny...

83

background image

Poirot energicznie potrząsnął głową.
- Nie, nie, mylisz się. Jest na odwrót...
- Sądziłem, że może robisz to na konto tej jego dziewczyny... tej blondynki? Czasem jesteś 
starym, sentymentalnym myszołowem...
Poirot był oburzony.
-   Ależ   to   nie   ja   jestem   sentymentalny!   To   słabostka   Anglików!   To   Anglicy   płaczą   nad 
młodymi zakochanymi, nad umierającymi matkami i poświęcającymi się dziećmi. Ja jestem 
tylko   logiczny.   Jeżeli   Frank   Carter   jest   mordercą,   wówczas   z   pewnością   nie   będę   tak 
sentymentalny, aby życzyć sobie jego małżeństwa z tą miłą, lecz banalną dziewczyną, która, o 
ile go powieszą, zapomni o nim za rok lub dwa i znajdzie sobie kogoś innego.
- Dlaczego w takim razie nie chcesz uwierzyć w to, że on jest winny?
- Ja właśnie chcę w to uwierzyć, że on jest winny!
- Sądziłem, że masz coś takiego, co mniej więcej pozwala ci udowodnić, że on jest niewinny? 
Dlaczego w takim- razie nie chcesz tego ujawnić? Powinieneś z nami prowadzić czystą grę, 
Poirot.
- Ależ nie, mylisz się, gram z wami czysto. Wkrótce będę mógł dać ci nazwisko i adres 
świadka, który może być dla ciebie bezcenny, po to, abyś mógł sformułować oskarżenie. Jego 
zeznanie powinno zamknąć sprawę przeciwko niemu.
- Ale... Wszystko mi teraz poplątałeś. Dlaczego jesteś taki niecierpliwy i tak nagle chcesz się 
zobaczyć z Carterem?
- Dla mojej własnej satysfakcji - odparł Poirot.
I więcej nie powiedział już ani słowa.

III

Frank Carter, wynędzniały, blady, ciągle jeszcze objawiający tendencje do histerii, patrzył na 
swego niespodziewanego gościa z nie ukrywaną niechęcią i powiedział opryskliwie:
- To ty... ty przeklęty, mały przybłędo? Czego ode mnie chcesz?
- Chciałem się z panem widzieć i porozmawiać
- No więc, widzisz mnie. Ale mówić nie będę. Nie będę mówić bez adwokata. A do tego 
chyba mam prawo. Temu nie możesz się sprzeciwić. Zanim powiem słowo, chcę, żeby był 
przy tym adwokat.
- Ależ oczywiście. Może pan posłać po niego, ale sądzę, że lepiej będzie, aby pan tego nie 
robił.
- Powiedzmy. Pan myśli, że powiem coś, co może mi zaszkodzić?
- Proszę pamiętać, że jesteśmy sami.
- To trochę niezwykłe, prawda? Nie wątpię, że pańscy kumple, gliny, podsłuchują.
- Myli się pan. To jest prywatna rozmowa pomiędzy panem i mną.
Frank Carter zaśmiał się. Miał chytrą minę i wyglądał nieprzyjemnie.
- Dość tego! Nie weźmie mnie pan na takie stare kawały!
- Pamięta pan dziewczynę o nazwisku Agnes Fletcher?
- Nigdy o niej nie słyszałem.
-  Myślę,   że   przypomni   ją  pan   sobie,   chociaż   nigdy  nie   zwrócił   pan   na  nią   uwagi.   Była 
pokojówką w domu przy Queen Charlotte Street 58.
- No i co z tego?
Herkules Poirot powiedział wolno:
- Przed południem, tego dnia, w którym został zastrzelony Morley, ta dziewczyna, patrząc 
przez   balustradę   schodów   na   najwyższym   piętrze,   widziała   pana   nadsłuchującego   i 
czekającego na schodach. Potem zobaczyła, że poszedł pan w kierunku gabinetu Morleya. 
Było to mniej więcej dwadzieścia sześć minut po dwunastej.

background image

Frank Carter nagle zadrżał. Na czoło wystąpił mu pot. Oczy stały się bardziej niespokojne i 
zaczęły nerwowo biegać.
- To kłamstwo! - wykrzyknął dziko. - To cholerne kłamstwo! Pan jej zapłacił... Policja jej za 
to zapłaciła... aby powiedziała, że mnie tam widziała.
- W tym czasie - kontynuował Herkules Poirot - według pańskiego oświadczenia, opuścił pan 
dom i szedł przez Marylebone Road.
- To prawda. Ale ta dziewczyna łże. Nie mogła mnie widzieć. To brudna zmowa. Gdyby to 
była prawda, to dlaczego nie powiedziała o tym przedtem?
Herkules Poirot odparł spokojnie:
- Wspominała  o tym  swojej przyjaciółce,  kucharce. Były zmartwione i zaskoczone, i nie 
wiedziały, co zrobić. Kiedy zapadł werdykt o samobójstwie, odetchnęły z ulgą i postanowiły, 
że nie ma potrzeby o tym mówić.
- Nie wierzę w ani jedno słowo! One to wymyśliły! Para brudnych łgarek...
Zaczął ordynarnie kląć. Herkules Poirot czekał.
Kiedy Carter wreszcie ucichł, Poirot zaczął znów tym samym, spokojnym tonem:
- Gniew i głupie obrażanie się nie pomogą panu. Te dwie dziewczyny złożą zeznania i jest 
więcej niż pewne, że im uwierzą, ponieważ to, co mają do powiedzenia, jest prawdą. Agnes 
Fletcher rzeczywiście widziała pana. Pan tam był, na schodach, i właśnie o tej godzinie. Nie 
wyszedł pan z domu, tylko poszedł pan do gabinetu Morleya.
Przerwał i spytał po chwili:
- Cóż więc tam się wydarzyło?
- To kłamstwo, mówię panu!
Herkules Poirot poczuł się bardzo zmęczony... bardzo stary. Czuł rosnącą niechęć do Franka 
Cartera.   W   jego   mniemaniu   był   on   oszustem.   Kłamcą,   łobuzem,   typem   młodzieńca,   bez 
którego świat mógłby znakomicie się obyć. On, Herkules Poirot, mógłby nie wtrącać się, 
poczekać i pozwolić temu młodemu człowiekowi obstawać przy swoich kłamstwach, a świat 
pozbyłby się jeszcze jednego, nieprzyjemnego typa...
- Twierdzę, że jednak powinien pan powiedzieć mi prawdę... - powiedział.
Jasno zdawał sobie ze wszystkiego sprawę. Frank Carter jest głupcem, ale nie aż takim, który 
nie dostrzega, że upór nie jest najlepszą i najbezpieczniejszą obroną. Jeżeli tylko raz przyzna 
się, że wchodził do gabinetu o dwunastej dwadzieścia sześć, to wdepnie przez to w poważne 
kłopoty. Ponieważ później, wszystko, co powie, będzie miało duże szansę być przyjęte za 
kłamstwo. Niech się na razie upiera przy swoich zaprzeczeniach, a wtedy Herkules Poirot 
byłby zwolniony ze swego obowiązku. A wówczas jego, Franka Cartera, prawdopodobnie 
powiesiliby za zamordowanie Henry'ego Morleya, co zapewne byłoby sprawiedliwe.
Frank Carter powiedział znowu:
- To kłamstwo!
Zapanowało milczenie. Herkules Poirot nie wstał i nie wyszedł, chociaż bardzo chciałby to 
zrobić. Niemniej został.
Pochylił się i powiedział głosem zawierającym całą moc jego silnej osobowości:
- Rozmawiam z panem szczerze. Proszę mi wierzyć. Jeżeli nie zamordował pan Morleya, to 
jedyna   pańska   nadzieja   leży   w   powiedzeniu   mi   szczerej   prawdy   o   tym,   co   zdarzyło   się 
tamtego przedpołudnia.
Ta podła, fałszywa twarz patrzyła na niego. Carter wahał się i stał się niespokojny. Zaczął 
szczypać wargę. Oczy miał dzikie, straszne, rozbiegane, jak u zwierzęcia.
Teraz wszystko się ważyło.
Potem, nagle, pod wpływem silnej osobowości Poirota, której nie mógł pokonać, Frank Carter 
poddał się.
- Więc dobrze... powiem panu. Niech pana Bóg przeklnie, jeżeli teraz mnie pan zawiedzie! - 
oświadczył ochrypłym głosem. - Wszedłem do... Wszedłem na schody i czekałem tam długo, 

85

background image

do czasu, gdy nabrałem pewności, że on jest sam. Czekałem na podeście powyżej gabinetu 
Morleya. Wyszedł jakiś facet i zszedł na dół. To był jakiś gruby facet. Już chciałem wejść, 
gdy   znów   jakiś   gość   wyszedł   od   Morleya   i   zbiegł   na   dół.   Wiedziałem,   że   muszę   się 
pospieszyć.   Szybko   podszedłem   i   wśliznąłem   się   bez   pukania   do   pokoju.   Raz   wreszcie 
chciałem   się   z   nim   wykłócić.   Niech   go   diabli...   Wtrącał   się...   Nastawiał   dziewczynę 
przeciwko mnie... Do diabła z nim...
Przerwał.
- I co dalej! - Głos Poirota był nadal ponaglający... zachęcający...
Głos Cartera załamywał się niepewnie.
- On tam leżał... martwy. I to jest prawda! Przysięgam, że to prawda! Leżał tak, jak to opisano 
w śledztwie. Najpierw nie mogłem uwierzyć. Nachyliłem się nad nim. Z całą pewnością nie 
żył.   Jego   ręka   była   lodowata,   a   w   głowie   zobaczyłem   dziurę   od   kuli   z   otaczającym   ją, 
czarnym skrzepem krwi...
Na to wspomnienie znów pot wystąpił mu na czoło.
-   Kiedy   to   ujrzałem,   zdałem   sobie   sprawę,   że   znalazłem   się   w   makabrycznej   sytuacji. 
Zrozumiałem, że teraz wezmą mnie za mordercę. Niczego nie dotykałem, za wyjątkiem jego 
ręki i klamki. Klamkę wytarłem z obu stron chusteczką, wymknąłem się i zbiegłem na dół tak 
szybko, jak tylko to było możliwe. W holu nie było nikogo, wybiegłem więc co sił z domu. 
To zrozumiałe, że wyglądałem wtedy dziwnie.
Przerwał. Skierował wystraszony wzrok na Poirota.
- To, co powiedziałem, jest prawdą. Przysięgam, że to prawda... Kiedy tam wszedłem, był już 
martwy. Musi mi pan uwierzyć!
Poirot wstał i powiedział zmęczonym i smutnym głosem:
- Tak, wierzę panu.
Podszedł do drzwi. Frank Carter krzyknął:
- Oni mnie powieszą!... Murowane, że mnie powieszą, kiedy dowiedzą się, że tam byłem!
- Dzięki temu, że powiedział mi pan prawdę, uchronił się pan od szubienicy - odrzekł Poirot.
- Ja nie jestem takim optymistą. Wszyscy powiedzą...
Poirot przerwał:
-   Pańska   relacja   potwierdziła   to,   co   ja   wiedziałem,   że   jest   prawdą.   Resztę   proszę   teraz 
pozostawić mnie.
Wyszedł. Był bardzo przygnębiony.

IV

Do pana Barnesa, do Ealing, dotarł o 6.45 po południu. Pamiętał, że Barnes uważał tę porę 
dnia za najlepszą.
Pan Barnes pracował właśnie w ogródku.
- Potrzebujemy deszczu, monsieur Poirot - powiedział Barnes na powitanie. Patrzył na gościa 
z troską. - Nie wygląda pan zbyt dobrze, monsieur Poirot?
- Czasami - odparł Herkules Poirot - nie lubię tego, co muszę zrobić.
Pan Barnes kiwnął głową ze zrozumieniem i powiedział:
- Wiem.
Poirot bezmyślnie rozglądał się dookoła, patrząc na ładny układ klombów.
- Bardzo ładnie rozplanowany ogródek. Wszystko odpowiednio dobrane. Mały, ale logiczny.
- Mając mało miejsca, trzeba je jak najlepiej wykorzystać. Nie można sobie pozwolić na 
błędy w planowaniu.
Herkules Poirot potwierdził ruchem głowy. Barnes kontynuował:
- Sądzę, że pan już ma swojego człowieka?
- Myśli pan o Franku Carterze?

background image

- Tak. Ale przyznaję, że jestem naprawdę zaskoczony.
- Pan nie sądzi, że to było, jak się mówi, morderstwo z motywów osobistych?
- Nie. Szczerze mówiąc, nie byłem o tym przekonany. Ponieważ to dotyczyło Amberiotisa i 
Alistaira Blunta... byłem pewien, że jest to jedna z tych pogmatwanych spraw dotyczących 
wywiadu i kontrwywiadu.
- Podczas mojej pierwszej wizyty też pan tak twierdził.
- Istotnie. Wtedy byłem tego zupełnie pewien.
Poirot powiedział wolno:
- Ale mylił się pan.
- Tak. Proszę mi tego nie przypominać. Całe zmartwienie w tym, że sugerujemy się własnymi 
doświadczeniami. Byłem zamieszany w tyle spraw szpiegowskich, że już wszędzie dopatruję 
się szpiegostwa.
-   Widział   pan   kiedyś,   jak   się   ciągnie   kartę?   W   sztuczkach   karcianych   nazywa   się   to 
podsuwaniem odpowiedniej karty.
- Tak, oczywiście.
- Teraz też tak się stało. Za każdym  razem, gdy ktoś myśli, że Morleya  zamordowano z 
pobudek osobistych, szybko podsuwa mu się odpowiednią kartę. Amberiotis, Alistair Blunt, 
niepewna sytuacja polityczna... kraju. - Wzruszył  ramionami. - I to być  może pan, panie 
Barnes, wprowadził mnie w błąd bardziej niż ktokolwiek inny.
- Och, monsieur Poirot, tak mi przykro. Sądziłem, że to prawda.
- Pan działa z pozycji znawcy przedmiotu. Pańskie słowa miały swoją wagę.
- Ależ ja wierzyłem w to, co mówię. To jedyne moje usprawiedliwienie.
Przerwał i westchnął.
- A przez cały czas to był tylko czysto osobisty motyw?
- Tak. Dużo czasu zabrało mi znalezienie przyczyny zbrodni... i raz dopisał mi łut szczęścia.
- Co to było?
- Naprowadził mnie na to fragment rozmowy. Gdybym tylko wtedy był wystarczająco mądry, 
żeby dostrzec jego znaczenie.
Pan Barnes podrapał się w zamyśleniu łopatką ogrodniczą po nosie, pozostawiając na nim 
trochę czarnej ziemi.
- To raczej zagadkowe, nie uważa pan? - zapytał.  Herkules Poirot wzruszył  ramionami  i 
powiedział:
- Być może jest mi trochę przykro, że nie był pan ze mną bardziej szczery.
- Ja?
- Tak.
- Drogi przyjacielu... Ja nigdy nie byłem przekonany, że Frank Carter jest winien. Jeżeli się 
dobrze orientuję, to opuścił dom na długo przed śmiercią Morleya. Podejrzewam, że ustalono, 
iż nie wyszedł wtedy, kiedy mówił, że to zrobił.
Poirot powiedział:
- Carter był w domu o godzinie dwunastej dwadzieścia sześć i widział mordercę.
- A zatem Carter nie...
- Carter widział mordercę, mówię panu!
Pan Barnes spytał:
- Czy... czy go rozpoznał?
Herkules Poirot powoli zaprzeczył ruchem głowy.

SIEDEMNASTE, OSIEMNASTE, DZIEWCZYNY PRZYJAZNE
I

Następnego dnia Herkules Poirot spędził kilka godzin ze znajomym agentem teatralnym. Po 

87

background image

południu pojechał do Oksfordu. Do miasta powrócił następnego dnia, późno. Zanim wyjechał, 
zatelefonował   do   Alistaira   Blunta   i   umówił   się   na   spotkanie   tego   samego   wieczoru.   O 
godzinie wpół do dziesiątej wieczorem zjawił się w Gothic House.
Alistair Blunt przyjął go sam w bibliotece. Spojrzał pytająco i powiedział:
- No więc?
Poirot wolno skinął głową.
Blunt spojrzał na niego prawie z niedowierzającym uznaniem.
- Znalazł ją pan?
- Tak, znalazłem.
Usiadł i westchnął Alistair Blunt zapytał:
- Jest pan zmęczony?
- Istotnie, jestem zmęczony. I to, co chcę panu powiedzieć, nie jest przyjemne.
- Czy ona nie żyje? - spytał Blunt.
- To zależy - odparł Poirot wolno - jak się na to spojrzy.
Blunt zmarszczył brwi.
- Drogi panie - rzekł. - Człowiek albo żyje, albo nie żyje. Panna Sainsbury Seale może tylko 
żyć lub nie.
- Ach, ale któż to jest panna Sainsbury Seale?
- Chyba nie myśli pan, że... że to jakaś istota niematerialna?
- Nie, nie. Ona była materialna. Mieszkała w Kalkucie. Uczyła tam poprawnej wymowy. 
Ponadto   zajmowała   się   różnymi,   pożytecznymi   pracami.   Wróciła   do   Anglii   na   statku 
"Maharanah", na tym samym, co Amberiotis. Chociaż oboje nie podróżowali tą samą klasą, 
pomógł jej w transporcie bagaży. W małych sprawach, jak się wydaje, potrafił być uprzejmy. 
Czasami taka drobna uprzejmość opłaci się w całkiem nieprzewidziany sposób. I tak właśnie 
było w przypadku Amberiotisa. Spotkał się znów przypadkowo z naszą damą na ulicy w 
Londynie. Miał szeroki gest, zaprosił ją wspaniałomyślnie na lunch do hotelu "Savoy". Była 
to   dla   niej   niespodziewana   przyjemność,   a   zarazem   niespodziewana   korzyść   dla   pana 
Amberiotisa. Ponieważ jego uprzejmość nie była obmyślona z premedytacją, nie sądził, że ta 
wyblakła kobieta w średnim wieku da mu w prezencie coś tak cennego jak kopalnia złota. 
Niemniej  zrobiła to, chociaż sama nie zdawała sobie z tego sprawy. Nigdy nie grzeszyła 
nadmierną inteligencją. Miała dobre serce, ale kurzy móżdżek.
- Zatem ona nie zabiła żony Chapmana? - spytał Blunt.
- Trudno mi się zdecydować, jak przedstawić tę sprawę. Sądzę, że zacznę od tego momentu, 
w którym rozpoczęła się ona dla mnie. Od buta! - powiedział wolno Poirot.
- Od buta? - spytał Blunt zaskoczony. Herkules Poirot skinął głową.
- Tak, od buta z klamerką. Wychodziłem od dentysty i stanąłem na schodach domu przy 
Queen   Charlotte   Street   58.   W   tym   momencie   przed   domem   zatrzymała   się   taksówka. 
Otworzyły   się drzwi  i  wyłoniła  się  kobieca   stopa. Należę   do mężczyzn,  którzy  zwracają 
uwagę na kobiece stopy i kostki. To była zgrabna stopa, z ładną kostką, obleczoną w drogą 
pończochę,   ale   nie   podobał   mi   się   but.   Był   to   nowy,   błyszczący   lakierek   z   -   ogromną, 
ozdobną klamrą. Ale nie był szykowny...! Wcale nie był szykowny! A kiedy patrzyłem na ten 
bucik, z taksówki wysiadła kobieta i, szczerze mówiąc, rozczarowałem się; była w średnim 
wieku, ubrana źle i niegustownie.
- Panna Sainsbury Seale?
- Zgadza się. Wychodząc, zahaczyła butem o drzwi i klamerka oderwała się. Na tym cały 
incydent się zakończył. Później, tego samego dnia, udałem się do niej na rozmowę razem z 
nadinspektorem   Jappem   (mimochodem   zauważyłem,   że   nie   przyszyła   jeszcze   zerwanej 
klamerki).   Tego   samego   wieczoru   panna   Sainsbury   Seale   wyszła   z   hotelu   i   zniknęła. 
Powiedzmy, że to koniec Części pierwszej. Cześć druga zaczyna się, kiedy nadinspektor Japp 
wezwał mnie do King Leopold Mansions. Tam, w mieszkaniu, znajduje się skrzynia na futra, 

background image

a w nim zwłoki. Wchodzę do pokoju, podchodzę do skrzyni i pierwszą rzeczą, jaką widzę, 
jest znoszony, podniszczony bucik!
- No i co z tego?
- Pan nie docenia tego odkrycia. To był but dobrze już zużyty! Przecież panna Sainsbury 
Seale   przyszła   do   King   Leopold   Mansions   wieczorem   tego   samego   dnia,   w   którym 
zamordowano Morleya. Rano buty były nowe... wieczorem stare. Jak w ciągu jednego dnia 
nowe buty nagle mogły stać się stare i zużyte. Rozumie pan?
Alistair Blunt odparł bez zainteresowania:
- Mogła mieć dwie identyczne pary.
- Mogła, ale tak nie było. Udaliśmy się z nadinspektorem Jappem do hotelu "Glengowrie 
Court" i przejrzałem w jej pokoju wszystkie rzeczy. Nie znalazłem tam podobnej pary butów. 
Może miała jakąś drugą parę starych butów, nie przeczę. Mogła je założyć i wyjść w nich 
wieczorem. Dlaczego jednak nie znaleźliśmy w hotelu tych nowych? Musi pan przyznać, że 
to dziwne, prawda?
Blunt uśmiechnął się lekko i rzekł:
- Nie sądzę, aby to było ważne.
- Nie, to nie jest ważne. To wcale nie jest ważne. Jednak ja nie lubię rzeczy, których nie 
potrafię wyjaśnić. Stałem więc przy tej skrzyni i patrzyłem na but. Klamerka przyszyta była 
od   ręki.   Muszę   przyznać,   że   miałem   przez   chwilę   wątpliwości.   Powiedziałem   do   siebie: 
Herkulesie Poirot, byłeś  rano trochę roztargniony.  Widziałeś  świat przez różowe okulary. 
Wziąłeś stare buty za nowe!
- Może to było właściwe wyjaśnienie?
- Niestety, nie! Wzrok mnie nie zawiódł. Badałem więc dalej zwłoki tej kobiety i nie byłem 
zadowolony   z   tego,   co   zobaczyłem.   Dlaczego   twarz   była   tak   strasznie   i   z   premedytacją 
zniekształcona, że na skutek tego nie można jej było rozpoznać?
Alistair Blunt poruszył się niespokojnie.
- Musimy do tego wracać? Wiemy, że...
Herkules Poirot przerwał stanowczo:
- To niezbędne. Chciałbym, aby towarzyszył mi pan w drodze, która wreszcie doprowadziła 
mnie do prawdy. Mówiłem zatem dalej do siebie: coś się tu nie zgadza. Leży przede mną 
martwa kobieta, ubrana tak jak panna Sainsbury Seale (może za wyjątkiem butów), z torebką 
panny Sainsbury Seale, jednak z twarzą nierozpoznawalną? Dlaczego? Może dlatego, że to 
nie jest twarz panny Sainsbury Seale? Natychmiast przyszło mi na myśl, że może to jest inna 
kobieta - kobieta, która zajmowała to mieszkanie. A potem zadałem sobie pytanie: może to 
właśnie   ta   kobieta   leży   tu   martwa?   Poszedłem   więc   obejrzeć   jej   sypialnię.   Próbowałem 
wyobrazić   sobie,   kim   ona   mogła   być.   Z   tego,   co   o   niej   słyszałem,   bardzo   różniła   się 
zewnętrznie od panny Sainsbury Seale. Elegancka, ubrana pretensjonalnie, dbająca o makijaż. 
Jednak w zasadzie były do siebie podobne. Włosy, budowa, wiek... Ale jest jedna różnica, 
pani   Chapman   nosiła   buty   numer   pięć.   Wiedziałem,   że   panna   Sainsbury   Seale   używała 
pończoch o numerze dziesięć, co odpowiada butom numer sześć. Pani Chapman miała zatem 
mniejszą   stopę   od   panny   Sainsbury   Seale.   Wróciłem   do   zwłok.   Jeżeli   moja   na   wpół 
uformowana hipoteza była słuszna i ciało pani Chapman zostało ubrane w kostium panny 
Sainsbury Seale, to buty na nogach musiały być za duże! Złapałem za jeden. Nie był luźny! 
Siedział   ciasno.   Wyglądało   więc   na   to,   że   jednak   to   są   zwłoki   panny   Sainsbury   Seale! 
Pozostał   jednak   problem,   dlaczego   zniekształcono   twarz?   Identyfikację   można   również 
przeprowadzić na podstawie torebki, którą można było zniszczyć, a jednak nie zrobiono tego.
To była zawiła zagadka. W odruchu desperacji zacząłem przeglądać notes pani Chapman. 
Jedyną osobą, która mogła definitywnie doprowadzić do identyfikacji, był dentysta. Jednak 
dentystą pani Chapman był również Morley. Morley nie żył, ale identyfikacja była jeszcze 
możliwa i pan zna jej rezultat. Ciało pani Chapman zidentyfikował przed sądem następca 

89

background image

Morleya.
Blunt wiercił się niecierpliwie, ale Poirot nie zwracał na to uwagi i kontynuował:
-   Teraz   pozostał   psychologiczny   aspekt   sprawy.   Jaka   właściwie   była   Mabelle   Sainsbury 
Seale?  Na to pytanie  były  dwie  odpowiedzi.  Pierwsza,  to ta  oczywista,  potwierdzona  jej 
całym życiem w Indiach i świadectwem jej bliskich przyjaciół. Opisali ją jako sumienną, 
skrupulatną, trochę głupiutką kobietę. Czy wobec tego była jeszcze inna panna Sainsbury 
Seale? Widocznie była. Była to kobieta, która jadła lunch z dobrze znanym agentem obcego 
wywiadu,   która   zaczepiła   pana   na   ulicy,   oświadczając,   że   należy   do   zamkniętego   kręgu 
przyjaciół pańskiej żony (stwierdzenie, które z pewnością było nieprawdziwe), kobietą, która 
opuściła dom dentysty na krótko przed popełnieniem tam morderstwa, kobietą, która złożyła 
wizytę   innej   kobiecie   wieczorem   tego   dnia,   w   którym   ta   prawdopodobnie   została 
zamordowana, i wreszcie kobietą, która zniknęła, chociaż zdawała sobie sprawę, że będzie jej 
szukała angielska policja. Czy to wszystko było zgodne z charakterystyką, jaką podali jej 
przyjaciele? Wydaje się, że nie. Dlatego też, jeżeli panna Sainsbury Seale nie była takim 
dobrym i miłym stworzeniem, jak się wydawało, to może była wyrafinowaną morderczynią 
albo   przynajmniej   wspólniczką   zbrodni.   Miałem   jeszcze   jedno  kryterium...   moje   osobiste 
wrażenie.   Rozmawiałem   przecież   z   Mabelle   Sainsbury   Seale.   Jakie   ona   na   mnie   zrobiła 
wrażenie? I to właśnie, monsieur Blunt, jest najtrudniejsze pytanie. Wszystko, co mówiła, 
sposób, w jaki się wyrażała, jej maniery, gesty, wszystko zgadzało się z opisem jej charakteru. 
Ale   również   zgadzałoby   się   to   z   rolą   graną   przez   zdolną   aktorkę.   A   właśnie   Mabelle 
Sainsbury Seale rozpoczęła karierę jako aktorka.
W pewnym sensie byłem pod silnym wrażeniem rozmowy z panem Barnesem z Ealing, który 
również   był   w   interesującym   nas   dniu   pacjentem   przy   Queen   Charlotte   Street   58.   Jego 
przekonująca   teoria   brzmiała,   że   śmierć   Morleya   i   Amberiotisa   były   przypadkowe,   a 
właściwą ofiarą miał być pan.
- To trochę naciągana teoria - wtrącił Alistair Blunt.
- Czyżby, monsieur Blunt?  Czy to nieprawda, że istnieją jeszcze różne grupy ludzi, którzy 
twierdzą, że powinien pan zostać usunięty, jak byśmy to określili? I że dłużej nie powinien 
pan wywierać wpływów?
- O tak, to chyba jest prawda - odparł Blunt. - Jednak dlaczego mamy to łączyć ze sprawą 
śmierci Morleya?
- Ponieważ jest w tym - jak to określić - pewna hojność. Koszty się nie liczą. Życie ludzkie 
nie ma znaczenia. Tak, jest w tym brak obawy o następstwa i... rozrzutność, co wskazuje na 
wielkie przestępstwo!
- Zatem nie sądzi pan, że Morley zastrzelił się na skutek popełnienia omyłki?
- Nawet przez chwilę tak nie sądziłem. Nie, Morley został zamordowany, Amberiotis został 
zamordowany   i   ta   zmasakrowana   kobieta   została   zamordowana.   Dlaczego?   Dla   jakiejś 
wielkiej korzyści. Według teorii Barnesa był ktoś, kto próbował przekupić Morleya albo jego 
wspólnika, aby usunął właśnie pana.
- Nonsens! - powiedział ostro Blunt.
- Czy to naprawdę nonsens? Powiedzmy, że ktoś ma zamiar kogoś usunąć. Lecz ten, który ma 
zostać usunięty jest ostrzeżony, przygotowany i trudno się do niego dobrać. Trudno jest zabić 
taką osobę, bez wzbudzania podejrzeń, a gdzie człowiek jest mniej podejrzliwy, jak nie na 
fotelu dentystycznym?
- No tak, sądzę, że to prawda. Nigdy nie pomyślałem o tym w ten sposób.
- To jest prawda. Wreszcie, kiedy zdałem sobie z tego sprawę, zaświtał mi w głowie pierwszy 
błysk prawdy.
- Zatem zaakceptował pan teorię Barnesa? A tak przy okazji, kim jest ten Barnes?
-   Barnes   to   pacjent   Reilly'ego,   który   był   zapisany   na   godzinę   dwunastą.   Emerytowany 
urzędnik Home Office, który mieszka w Ealing. Taki mały człowiek bez znaczenia. Jednak 

background image

myli się pan, mówiąc, że ja zaakceptowałem jego teorię. Nie, ja tylko przyjąłem jej pryncypia.
- Co pan ma na myśli?
Herkules Poirot odparł:
- Przez cały czas błądziłem po bezdrożach. Czasami nieświadomie, czasami rozmyślnie, a to 
wszystko po to, aby dojść do prawdy. Przez cały czas wmuszano we mnie coś, co można by 
nazwać zbrodnią publiczną. To znaczy, że pan, panie Blunt, skupiał na sobie uwagę jako 
osoba   publiczna,   będąc   bankierem,   człowiekiem   kontrolującym   finanse   i   jednocześnie 
podtrzymującym tradycje konserwatywne! Jednak każda osoba publiczna ma też swoje życie 
prywatne.   I   to   właśnie   było   moją   pomyłką,   zapomniałem   o   życiu   prywatnym.   Istniały 
prywatne powody do zabicia Morleya. Miał je na przykład Frank Carter. Mogły więc istnieć 
również prywatne powody zamordowania pana. Ma pan krewnych, którzy spodziewają się 
odziedziczyć po panu pieniądze. Są ludzie, którzy kochają i nienawidzą pana jako człowieka, 
a nie jako oficjalną, urzędową osobę. I oto doszedłem do tego, co ja nazywam podsuniętą 
kartą.   Był   to   rzekomy   atak   Franka   Cartera   na   pańską   osobę.   Jeżeli   byłby   prawdziwy   - 
mielibyśmy zatem do czynienia ze zbrodnią natury politycznej. Ale może istniało jakieś inne 
wyjaśnienie?   Otóż   mogło   być   inne   wyjaśnienie.   W   krzakach   znalazł   się   drugi   człowiek. 
Człowiek, który pojawił się nagle i powstrzymał Cartera. Człowiek, który sam łatwo mógł 
strzelić i podrzucić pistolet pod nogi Cartera, aby ten, z pewnością odruchowo, podniósł go i 
w ten sposób został ujęty z bronią w ręku...
Rozważałem problem Howarda Raikesa. Raikes był również w domu przy Queen Charlotte 
Street   tego   przedpołudnia,   kiedy   zabito   Morleya.   Raikes   był   człowiekiem,   który   mógł 
poślubić Jane, a wraz z pańską śmiercią Jane mogła odziedziczyć dość pokaźną sumę, chociaż 
zaaranżował pan to tak roztropnie, że nie mogłaby dysponować całym majątkiem.
Czy jednak cała ta sprawa była  prywatną zbrodnią - zbrodnią, która przyniosła  prywatną 
korzyść lub prywatną satysfakcję? Dlaczego więc myślałem o tym jako o zbrodni politycznej? 
Dlatego, że nie raz, ale wiele razy sugerowano mi tę myśl i w pewnym sensie wmuszono ją 
we mnie tak jak podsuniętą kartę...
Kiedy na to wpadłem, poczułem, że oświeca mnie pierwszy promień prawdy. Stało się to w 
chwili, gdy w kościele śpiewaliśmy psalmy. Było tam coś o sidłach z powrozów...
Sidła? Zastawiono je na mnie? Tak, mogło tak być... A jeśli tak, to kto je zastawił? Tylko 
jedna osoba mogła to zrobić... Ale to nie miało sensu... A może jednak? Czyżbym patrzył na 
tę sprawę ze złej strony? Pieniądze nie miały znaczenia? Zgadza się! Życie ludzkie się nie 
liczy? Znów zgadza się. Ponieważ stawka, o którą grał zbrodniarz, była ogromna...
Jednak jeżeli ta moja nowa, dziwna hipoteza jest. prawdziwa, to musi wszystko wyjaśnić. 
Musi, na przykład, wyjaśnić tajemnicę podwójnej osobowości panny Sainsbury Seale. Musi 
również rozwiązać zagadkę buta z klamerką. I musi odpowiedzieć na pytanie: Gdzie teraz 
znajduje się panna Sainsbury Seale?
Eh bien - ta hipoteza wyjaśniła to i jeszcze więcej. Pokazała, że panna Sainsbury Seale była 
początkiem, środkiem i końcem tej sprawy. Teraz nie dziwię się, że wydawało mi się, iż były 
dwie Mabelle Sainsbury Seale, bowiem istotnie były dwie Mabelle Sainsbury Seale. Jedna 
dobra, miła, głupiutka kobieta, za którą tak pewnie ręczyli jej przyjaciele. I była też druga - 
kobieta, która została zamieszana w dwa morderstwa, która kłamie i tajemniczo zniknęła.
Pamiętajmy, że portier z King Leopold Mansions oświadczył, że panna Sainsbury Seale była 
tam już przedtem raz...
Rekonstruując tę sprawę, ten pierwszy raz był jedynym razem. Ona nigdy nie opuściła King 
Leopold Mansions. Inna panna Sainsbury Seale zajęła jej miejsce. Ta inna Mabelle Sainsbury 
Seale, tak samo ubrana, z parą nowych butów z klamerkami na nogach. Ponieważ tamte były 
na nią za duże, udała się do hotelu przy Russel Square w czasie, gdy panował tam ruch. 
Zapakowała ubrania nieżyjącej, zapłaciła za pokój i opuściła hotel. Przeprowadziła się do 
hotelu "Glengowrie Court". Pamiętajmy, że od tego momentu żaden z jej dawnych przyjaciół 

91

background image

nigdy jej już więcej nie widział. Grała rolę Mabelle Sainsbury Seale przez ponad tydzień. 
Nosiła   ubrania   Mabelle   Sainsbury   Seale,   mówiła   jej   głosem,   musiała   jednak   kupić   parę 
mniejszych   wieczorowych   butów.   Potem   zniknęła;   po   raz   ostatni   pojawiła   się   znów, 
wchodząc do King Leopold Mansions wieczorem, w dniu, kiedy zamordowano Morleya.
- Próbuje pan powiedzieć - spytał Alistair Blunt - że to ciało jednak było zwłokami Mabelle 
Sainsbury Seale?
- Oczywiście, że było! To bardzo pomysłowy, podwójny bluff - zniekształcona twarz miała 
spowodować wątpliwości co do identyczności zwłok!
- A zeznanie dentysty?
- Ach! Doszliśmy właśnie do tego. Dowodu nie dostarczył dentysta osobiście. Morley nie żył. 
On nie mógł już dostarczyć żadnego dowodu. A tylko on wiedziałby, kim była zamordowana. 
Dowód na to był zapisany w jego kartach ewidencyjnych... i te karty zostały sfałszowane. 
Proszę pamiętać, że obie kobiety były jego pacjentkami. W kartach należało tylko zmienić 
nazwiska. Herkules Poirot przerwał i dodał po chwili:
- Teraz rozumie pan, co miałem na myśli, odpowiadając na pańskie pytanie, czy ta kobieta 
żyje. Odpowiedziałem wtedy: "To zależy". Kiedy bowiem powiedział pan "panna Sainsbury 
Seale",   to   nie   wiedziałem,   o   której   kobiecie   pan   mówi.   Tej,   która   zniknęła   z   hotelu 
"Glengowrie Court", czy o tej, którą naprawdę była Mabelle Sainsbury Seale?
Alistair Blunt powiedział:
- Wiem, monsieur Poirot, że cieszy się pan ogromną sławą. Muszę więc zaakceptować fakt, 
że   ma   pan   poważne   przesłanki   przemawiające   za   tym   niezwykłym   przypuszczeniem... 
ponieważ   jest   to   jedynie   przypuszczenie.   Lecz   ja   widzę   w   tym   tylko   nieprawdopodobną 
fantazję. Więc mówi pan, że Mabelle Sainsbury Seale została zamordowana z premedytacją i 
że   Morley   został   zamordowany,   aby   nie   móc   zidentyfikować   zwłok.   Jednak   dlaczego? 
Chciałbym wiedzieć, dlaczego? Przecież to kobieta zupełnie nieszkodliwa, kobieta w średnim 
wieku, mająca wielu przyjaciół, a równocześnie nie posiadająca wrogów. Dlaczego, na litość 
boską, uknuto taki przemyślny plan pozbycia się jej?
- Dlaczego? Tak, to dobre pytanie. Dlaczego?  Sam pan stwierdził, że Mabelle Sainsbury 
Seale była nieszkodliwą kobietą, która nie skrzywdziłaby nawet muchy! Dlaczego więc padła 
ofiarą tak potwornej i brutalnej zbrodni! Powiem więc panu, co ja o tym myślę.
- Tak?
Herkules Poirot nachylił się i rzekł:
- Mabelle Sainsbury Seale została zamordowana, ponieważ miała dobrą pamięć do twarzy.
- Co pan ma na myśli? Herkules Poirot kontynuował:
- Mamy podwójną osobowość. Mamy nieszkodliwą kobietę z Indii i drugą, która doskonale 
gra rolę tej nieszkodliwej kobiety z Indii. Istnieje jednak jedno wydarzenie, które różni te 
dwie role. Która to panna Sainsbury Seale rozmawiała z panem przed domem Morleya? O ile 
pamiętam, oświadczyła, że jest dobrą przyjaciółką pańskiej żony. Teraz, w świetle wyjaśnień 
jej przyjaciół, oświadczenie takie wydaje się nieprawdziwe. Możemy więc powiedzieć: "To 
było kłamstwo. Ale prawdziwa panna Sainsbury Seale nie kłamie". Tak więc to ewidentne 
kłamstwo wypowiedziane było przez oszustkę, dla osiągnięcia jej własnego celu.
Alistair Blunt przytaknął:
- Tak, to rozumowanie jest zupełnie jasne, chociaż nadal nie rozumiem, jaki był cel?
Poirot wyjaśnił:
- Ach, pardon - lecz najpierw spójrzmy na to z innej strony. Powiedzmy, że to jednak była 
prawda.   Powiedzmy,   że   to   była   prawdziwa   panna   Sainsbury   Seale.   A   zatem   to   jej 
oświadczenie jednak musiało być prawdą.
- Przypuszczam, że może pan to tak ująć... ale to wydaje się bardzo nieprawdopodobne...
- Oczywiście, że to jest nieprawdopodobne! Biorąc jednak tę drugą hipotezę za fakt... takie 
oświadczenie musiało być prawdą. A zatem znała ją dobrze. Wobec tego pańska żona musiała 

background image

być   w   typie   osoby,   jaką   panna   Sainsbury   Seale   mogła   dobrze   znać.   Była   kimś   z   jej 
środowiska. Anglo-Hinduska, misjonarka lub, cofając się wstecz - aktorka. A więc nie była to 
Rebecca Arnholt!
Teraz, monsieur Blunt, rozumie pan, co miałem na myśli, mówiąc o prywatnym i publicznym 
życiu? Jest pan wielkim bankierem, lecz równocześnie poślubił pan kobietę bogatą. Przed 
zawarciem   tego   związku   krótko   był   pan   wspólnikiem   w   firmie   mającej   siedzibę   pod 
Oksfordem.
Teraz rozumie pan, że wreszcie zacząłem patrzeć na tę sprawę z właściwego punktu widzenia. 
Pieniądze nie mają znaczenia? Naturalnie - dla pana. Niezwracanie uwagi na ludzkie życie - 
to też. Przez dłuższy czas był pan właściwie dyktatorem, a dla dyktatora jego życie staje się 
przesadnie ważne, a innych - nieważne.
Alistair Blunt rzekł:
- Co pan sugeruje, monsieur Poirot?
Poirot odparł spokojnie:
- Sugeruję, monsieur  Blunt,  że kiedy pan poślubił  Rebeccę  Arnholt, był  pan już żonaty. 
Zaślepiony   perspektywą   nie   tyle   bogactwa,   ile   siły   i   wpływów,   ukrył   pan   ten   fakt   i   z 
premedytacją popełnił bigamię. Pańska prawdziwa żona poddała się nowej sytuacji.
- A kto był moją prawdziwą żoną?
- Pani Chapman - pod tym nazwiskiem zajmowała mieszkanie w King Leopold Mansions. 
Była   pod   ręką,   nie   więcej   niż   pięć   minut   drogi   od   pańskiego   domu   przy   Chelsea 
Embankment.   Pożyczył   pan   nazwisko   od   prawdziwego   agenta   wywiadu.   W   ten   sposób 
zawsze   mogła   twierdzić,   że   jej   mąż   zajęty   jest   praca   wywiadowczą.   Pański   schemat 
funkcjonował wspaniale. Nie wzbudzał podejrzeń. W każdym razie jeden fakt nie wzbudza 
wątpliwości: pańskie małżeństwo z Rebeccą Arnholt nigdy nie było legalne i popełnił pan 
bigamię. Nigdy, po tylu latach, nie śnił pan nawet o grożącym mu niebezpieczeństwie. Nagle 
nadeszło ono pod postacią nudnej kobiety, która po blisko dwudziestu latach przypomniała 
sobie   pana,   jako   męża   jej   przyjaciółki.   Przypadek   sprowadził   ją   z   powrotem   do   Anglii, 
przypadek spowodował spotkanie z panem na Queen Charlotte Street. Przypadkowo Jane była 
wtedy z panem i słyszała, co ta kobieta powiedziała do pana. Gdyby stało się inaczej, nigdy 
nie wpadłbym na właściwy trop.
- Przecież sam panu o tym powiedziałem, drogi Poirot.
- Nie, to pańska siostrzenica domagała się, aby mi o tym powiedzieć, a pan nie mógł zbyt 
gwałtownie   protestować,   ponieważ   mogłoby   to   wzbudzić   podejrzenia.   Później,   po   tym 
spotkaniu, wydarzył się jeszcze jeden nieszczęśliwy wypadek (z pańskiego punktu widzenia). 
Mabelle Sainsbury Seale poszła  na lunch  z Amberiotisem i wypaplała  mu  o spotkaniu  z 
panem,  to znaczy z mężem  jej  przyjaciółki.  "Po tylu  latach  zestarzał  się oczywiście,  ale 
prawie się nie zmienił!" Przyznaję, oczywiście, że odgaduję treść tej rozmowy, ale wierzę, że 
tak było. Jestem przekonany, że Mabelle Sainsbury Seale nawet przez chwilę nie domyślała 
się, że pan Blunt, jej przyjaciel, ożenił się i stał się szarą eminencją świata finansjery. A poza 
tym pańskie nazwisko nie należy do rzadkości. Musimy jednak pamiętać, że Amberiotis, poza 
tym, że był zaangażowany w szpiegostwo, był  też szantażystą. Szantażyści mają nosa do 
tajemnic.   Amberiotis   zastanawiał   się.   Tak   łatwo   dowiedział   się,   kim   jest   ten   pan   Blunt! 
Następnie,   w   co   nie   wątpię,   napisał   do   pana   lub   zatelefonował...   O   tak,   to   była   dla 
Amberiotisa prawdziwa kopalnia złota...
Poirot przerwał i podjął po chwili:
- Jest tylko jedna skuteczna metoda pozbycia się doświadczonego szantażysty. Uciszyć go. To 
nie to, co sam sobie błędnie sugerowałem, że Blunt musi odejść. Było wprost przeciwnie, to 
Amberiotis   musiał   odejść.   Tylko   odpowiedź   była   ta   sama!   Najłatwiej   dostać   takiego 
człowieka wtedy, gdy jest bezbronny, a kiedy człowiek jest bardziej bezbronny, jeśli nie na 
fotelu dentystycznym?

93

background image

Poirot znów przerwał. Na jego wargach zaigrał słaby uśmiech.
-   Prawda   w   tej   sprawie   przekazana   była   bardzo   wcześnie.   Boy   Alfred   czytał   powieść 
kryminalną pod tytułem Śmierć o jedenastej czterdzieści pięć. Ten tytuł powinniśmy przyjąć 
jako  omen,   bowiem   mniej   więcej   o  tej   właśnie  godzinie  zamordowano  Morleya.   Pan  go 
zastrzelił, wychodząc z gabinetu. Potem nacisnął pan dzwonek, odkręcił kurki przy umywalce 
i wyszedł z gabinetu. Obliczył pan to tak, że mógł zejść po schodach w czasie, gdy Alfred 
usłyszał sygnał na wprowadzenie do windy następnego pacjenta, którym była fałszywa panna 
Mabelle Sainsbury Seale. Potem otworzył pan drzwi frontowe. Być może wyszedł pan, ale 
dopiero wtedy,  gdy trzasnęły drzwi windy i winda odjechała w górę. Potem natychmiast 
wśliznął się pan z powrotem do środka i wszedł na schody.
Na podstawie doświadczeń z moich poprzednich wizyt wiem, co Alfred robił, zabierając na 
górę   następnego   pacjenta.   Pukał   do   drzwi   gabinetu,   otwierał   je   i   cofał   się,   wpuszczając 
pacjenta do środka. Z gabinetu dochodzi szum wody płynącej z kranów nad umywalką - 
niezawodnie Morley właśnie myje ręce! Jednak Alfred nie może tego widzieć.
Kiedy tylko Alfred znów zjechał na dół windą, pan wśliznął się z powrotem do gabinetu. 
Razem   ze   wspólniczką   przenieśliście   zwłoki   do   sąsiedniego   pokoju.   Następnie   szybko 
przewertował pan rejestr pacjentów i zgrabnie sfałszował kartę pani Chapman i kartę panny 
Sainsbury   Seale.   Potem   założył   pan   biały   kitel   i   być   może   pańska   żona   zrobiła   panu 
niezbędną charakteryzację. Jednak nie było to konieczne. Następnym  pacjentem miał być 
Amberiotis i była to jego pierwsza wizyta  u Morleya. Ponadto nigdy pana nie widział, a 
pańskie   fotografie   rzadko   pojawiają   się   w   gazetach.   A   poza   tym,   dlaczego   miałby   coś 
podejrzewać? Szantażysta nie musiał obawiać się dentysty. Panna Sainsbury Seale schodzi na 
dół   i  Alfred   ją  wyprowadza.   Dzwonek   wzywa   na  górę   Amberiotisa.   Zastaje   on  dentystę 
myjącego ręce. Siada na fotelu. Wskazuje bolący ząb. Pan wypowiada zwykłe uwagi na ten 
temat. Stwierdza pan, że najlepiej znieczulić dziąsło. Nowokaina i adrenalina są pod ręką. 
Wstrzykuje   pan   śmiertelną   dawkę.   Amberiotis   nie   dostrzega   braku   wprawy   w   praktyce 
dentystycznej i opuszcza gabinet bez śladu podejrzeń.
Wciąga pan ciało Morleya z powrotem do gabinetu. Teraz wszystko musi pan robić sam. 
Wyciera pan pistolet i wkłada do jego ręki. Ściera pan odciski palców z klamki, aby nie były 
one ostatnimi. Użyte narzędzia wędrują do sterylizatora. Wychodzi pan z gabinetu, schodzi 
schodami i w odpowiednim momencie wymyka się z domu. To był najniebezpieczniejszy 
moment w całej tej akcji.
Wszystko poszło dobrze i powinno było się udać! Dwie osoby, które zagrażały pańskiemu 
bezpieczeństwu - nie żyją! Trzecia również nie żyje - ale to, z pańskiego punktu widzenia, 
było nieuniknione. I wszystko tak łatwo wyjaśnić! Samobójstwo Morleya wyjaśniała pomyłka 
z   Amberiotisem.   Te   dwa   morderstwa   można   było   uważać   za   załatwione.   Jeden   z   tych 
godnych pożałowania wypadków.
Niestety, niefortunnie dla pana, ja pojawiłem się na scenie. A ja mam wątpliwości. I ja się 
sprzeciwiam. Nie wszystko idzie tak gładko, jak się pan spodziewał. Teraz trzeba znaleźć 
drugą   linię   obrony,   a   jeśli   to   konieczne,   potrzebny   będzie   kozioł   ofiarny.   Uzyskał   pan 
dokładne informacje o domownikach Morleya.  Jest wśród nich pewien mężczyzna, Frank 
Carter, i on się nadaje. A zatem pański wspólnik aranżuje w tajemniczych okolicznościach 
zatrudnienie go w charakterze ogrodnika. Jeżeli później opowie taką idiotyczną historyjkę, 
nikt   mu   nie   uwierzy.   Następnie   zostanie   odkryte   ciało   w   skrzyni   na   futra.   Na   początku 
zostanie wzięte za zwłoki panny Sainsbury Seale, potem sięgnie się po dentystyczną kartę 
ewidencyjną. Wielka sensacja! Wydawało się, że to niepotrzebna komplikacja, ale okazuje 
się, że jednak była potrzebna. Pan nie może dopuścić, aby cała angielska policja szukała 
zaginionej pani Chapman. Pozwólmy umrzeć pani Chapman i niech to Mabelle Sainsbury 
Seale   poszukuje   policja,   ponieważ   i   tak   nigdy   jej   nie   znajdzie.   Poza   tym,   dzięki   swoim 
wpływom, może pan załatwić, aby w końcu zaniechano tych poszukiwań i zamknięto sprawę.

background image

Po tym, jak pan to zrobił, koniecznie musiał pan wiedzieć, co ja robię. Posłał pan po mnie, 
aby   mnie   skłonić,   żebym   pilnie   dla   pana   odszukał   zaginioną.   I   stale   kontynuuje   pan 
podsuwanie   mi   odpowiedniej   karty.   Pański   wspólnik   zatelefonował   do   mnie   z 
melodramatycznym ostrzeżeniem - ciągle to samo - szpiegostwo - w publicznym aspekcie. 
Pańska żona jest dobrą aktorką, lecz każdy głos ma zawsze naturalną tendencję do imitowania 
jakiegoś drugiego, określonego głosu. Pańska żona imitowała głos pani Olivera. Było to dla 
mnie w dużym stopniu zagadkowe.
Zostałem zawieziony do Exsham, gdzie odegrano ostatni akt przedstawienia. Jakże łatwo było 
rzucić nabity pistolet w krzaki wawrzynów tak, aby człowiek, który je przycinał, niechcący 
spowodował jego wystrzał. Czego potrzeba więcej? A potem pistolet upada mu pod stopy i 
podnosi   go,   oszołomiony.   Ujęto   go   na   gorącym   uczynku   z   idiotyczną   historyjką   i   z 
pistoletem, który jest bliźniaczo podobny do tego, z którego zastrzelono Morleya.
- Czy to już wszystko?
- Nie. Dziś po południu aresztowano Helen Montressor.
Alistair Blunt zadrżał, ale zaraz uspokoił się.
- To... właściwie wszystko przekreśla.
- Tak. Prawdziwa Helena Montressor, pańska daleka kuzynka, zmarła siedem lat temu w 
Kanadzie. Ukrył pan ten fakt i wykorzystał jako pomyślną okoliczność.
Na wargach Alistaira Blunta pojawił się słaby uśmiech. Powiedział lekko, jakby z chłopięcym 
zadowoleniem:
- No wie pan, Gerdę to wszystko podniecało. Chcę, żeby mnie pan dobrze zrozumiał. Jest pan 
wystarczająco bystrym facetem. Ożeniłem się z nią bez wiedzy mojej rodziny. W tym czasie 
grała  w teatrze.  Moja rodzina  bardzo  zwracała  uwagę  na takie  rzeczy.  Uzgodniliśmy,  że 
będziemy to trzymać w tajemnicy. Gerda nadal pracowała w teatrze, zastępowała tam kogoś. 
W tym  czasie do zespołu należała  też Mabelle  Sainsbury Seale. Wiedziała  o nas. Potem 
wyjechała za granicę na gościnne występy. Gerda otrzymała od niej kilka razy wiadomość z 
Indii. Potem przestała pisać, zaplątała się w znajomość z jakimś  Hindusem. Była  zawsze 
głupią, łatwowierną dziewczyną.
Teraz   chciałbym,   aby   pan   zrozumiał,   jak   doszło   do   mojego   spotkania   i   małżeństwa   z 
Rebeccą. Gerda to zrozumiała. Mogę to panu wyjaśnić tylko w jedyny sposób - było to dla 
mnie czymś w rodzaju wejścia do rodziny królewskiej. Miałem szansę ożenić się z królową i 
grać rolę księcia małżonka, a może nawet króla. Moje małżeństwo z Gerda miało charakter 
morganatyczny. Kochałem ją i nie chciałem się jej pozbyć. I to wszystko wspaniale działało. 
Niezmiernie   lubiłem   Rebeccę,   miała   wielkie   zdolności   finansowe,   a   i   ja   również   je 
posiadałem.   Stanowiliśmy   więc   zgraną   parę.   To   było   niezwykle   ekscytujące.   Była 
doskonałym partnerem i wydaje mi się, że dałem jej szczęście. Kiedy umarła, byłem szczerze 
niepocieszony. Ja i Gerda zaczęliśmy rozkoszować się dreszczem naszych tajemnych spotkań. 
Mieliśmy   mnóstwo   wspaniałych   pomysłów.   Była   z   natury   aktorką.   .Miała   w   swoim 
repertuarze siedem albo osiem ról - pani Chapman była jedną z nich. W Paryżu grała rolę 
amerykańskiej wdowy. Tam spotkałem ją w czasie mojej podróży służbowej. Często jeździła 
do Norwegii jako malarka, ja zaś jeździłem tam na ryby. Potem przedstawiłem ją jako moją 
kuzynkę   -   Helenę   Montressor.   Wspaniale   nas   to   bawiło,   a   zarazem,   jak   sądzę,   bardzo 
podniecało. Mieliśmy oficjalnie pobrać się po śmierci Rebecki, ale - nie chcieliśmy tego 
robić. Gerdzie trudno byłoby wtedy żyć moim oficjalnym życiem, i, oczywiście, mogłoby 
wówczas wyjść na jaw coś z naszej przeszłości, ale sądzę, że ten skryty, nieoficjalny związek 
był   bardziej   intrygujący   -   i   to   był   prawdziwy   powód.   Chcieliśmy   uniknąć   apatii   i 
codziennego, małżeńskiego życia.
Blunt przerwał. Po chwili mówił dalej twardym, zmienionym głosem.
- I nagle ta przeklęta, głupia kobieta wszystko popsuła. Rozpoznała mnie po tylu latach! 
Ponadto opowiedziała o tym Amberiotisowi. Pan rozumie - pan musi zrozumieć - że coś 

95

background image

trzeba było zrobić! Nie chodziło tu bowiem tylko o mnie. Nie tylko z egoistycznego punktu 
widzenia. Gdybym został zrujnowany i skompromitowany, ucierpiałby również ten kraj... mój 
kraj! ponieważ jednak coś zrobiłem dla Anglii, monsieur Poirot. Pomagałem jej utrzymać 
stabilizację i wypłacalność. Jest wolna od dyktatorów, od faszyzmu, od komunizmu. Ja w 
istocie nie dbam o pieniądze, w sensie dosłownym. Ale imponuje mi siła i władza, natomiast 
nie chcę tyranii. Mamy w Anglii demokrację, prawdziwą demokrację! Możemy narzekać, 
mówić, co myślimy, możemy śmiać się z naszych polityków. Jesteśmy wolni. To dla mnie 
wszystko -to była praca całego mojego życia. Jeżeli jednak będę musiał odejść - wie pan, co 
się wtedy prawdopodobnie stanie. Ja jestem potrzebny, monsieur Poirot. I ten cholerny oszust, 
łobuz i szantażysta, Grek, miał zamiar zniszczyć wszystko to, co zbudowałem. Coś trzeba 
było zrobić. Wiedziała też o tym Gerda. Żal mi było panny Sainsbury Seale, ale było to nie do 
uniknięcia. Musieliśmy ją uciszyć. Nie mogłem liczyć  na to, że będzie trzymała język za 
zębami.   Na   spotkanie   poszła   Gerda,   zaprosiła   ją   na   herbatę   i   powiedziała   jej,   że   kiedy 
przyjdzie,   to   ma   zapytać   o   panią   Chapman,   wyjaśniając   jej   równocześnie,   że   obecnie 
przebywa   w   mieszkaniu   pana   Chapmana.   Mabelle   Sainsbury   Seale   przyszła,   niczego   nie 
podejrzewając. Z niczego nie zdawała sobie sprawy - w herbacie rozpuszczony był medinal. 
To   było   zupełnie   bezbolesne.   Po   prostu   zasypia   się,   aby   więcej   się   nie   obudzić.   Twarz 
załatwiliśmy   później   -   to   była   straszna   robota,   ale   wiedzieliśmy,   że   to   konieczne.   Pani 
Chapman miała odejść z tego świata na dobre. Mojej kuzynce, Helen oddałem mój domek na 
wsi, aby mogła tam zamieszkać. Podjęliśmy decyzje, że po jakimś czasie weźmiemy jednak 
ślub.   Przedtem   jednak   trzeba   było   jeszcze   usunąć   Amberiotisa.   Udało   się   wspaniale,   nie 
podejrzewał,   że   nie   byłem   prawdziwym   dentystą.   Dawałem   sobie   znakomicie   radę   ze 
zwykłymi narzędziami, ale nie zaryzykowałem użycia maszynki do borowania. Na szczęście 
po zastrzyku nie bardzo wiedział, co wyczyniam wokół jego zęba. Prawdopodobnie dobrze, 
że tak się stało! Poirot zapytał:
- A pistolety?
- Faktycznie należały do mojego sekretarza, którego kiedyś  miałem w Ameryce. Kupił je 
gdzieś za granicą. Kiedy odszedł, zapomniał je wziąć ze sobą.
Zapadło milczenie i Alistair Blunt spytał:
- Chciałby pan coś jeszcze wiedzieć?
- A co z Morleyem - zapytał Poirot.
- Było mi go bardzo żal...
- Tak, rozumiem....
Znów zapadło milczenie, następnie Blunt powiedział:
- No więc, monsieur Poirot, jak będzie?
Poirot odpowiedział:
- Helena Montressor została już aresztowana...
- Teraz kolej na mnie?
- To właśnie miałem na myśli.
Blunt powiedział łagodnie;
- Jednak to pana nie uszczęśliwia, prawda?
- Nie, absolutnie mnie to nie uszczęśliwia.
- Zabiłem troje łudzi. W zasadzie powinienem zostać za to powieszony. Ale usłyszał pan 
jednak, co mam na swoją obronę?
- A dokładnie, na czym polega ta pańska obrona?
- Na tym, że wierzę z całego serca i duszy w to, iż jestem niezbędny, aby pracować nad tym 
trwałym spokojem i dobrobytem tego kraju.
Poirot przyznał:
- Być może... tak.
- Więc zgadza się pan ze mną czy nie?

background image

- Tak, zgadzam się z panem. Zgadzam się, że broni pan rzeczy, które i dla mnie są ważne. 
Broni pan zdrowego rozsądku, stabilizacji, równowagi i uczciwych interesów.
Alistair Blunt rzekł cicho:
- Dziękuję.
Następnie dodał:
- A zatem, co dalej?
- Sugeruje pan więc, że... że powinienem wycofać się z tej sprawy?
- Tak.
- A pańska żona?
- Mam duże wpływy. Przestawię sprawę jako pomyłkę w identyfikacji osoby.
- A jeżeli odmówię?
- Wtedy - rzekł po prostu Blunt - wpadłem.
Po czym dodał:
-   Wszystko   jest   w   pańskich   rękach,   monsieur   Poirot.   Wszystko   zależy   od   pana.   Jednak 
powiem panu - i nie jest to tylko mój instynkt samozachowawczy - że jestem potrzebny 
całemu   światu.   A   wie   pan   dlaczego?   Ponieważ   jestem   uczciwy.   I   ponieważ   kieruję   się 
zdrowym rozsądkiem i nie zamierzam przy tym upiec własnej pieczeni.
Poirot zgodził się. Dziwne, ale wierzył w to, co mówił Alistair Blunt.
-   Tak,   ale   to   jest   jedna   strona   medalu.   Jest   pan   właściwym   człowiekiem   na   właściwym 
miejscu. Posiada pan zdrowy rozsądek, jest pan sprawiedliwy i zrównoważony.  Lecz jest 
jeszcze i ta druga strona. Zostały zamordowane trzy osoby.
- Tak, ale przyjrzyjmy się im! Mabelle Sainsbury Seale - sam pan to stwierdził - kobieta o 
kurzym móżdżku! Amberiotis - oszust i szantażysta!
- A Morley?
- Mówiłem już przedtem. Było mi z tego powodu bardzo przykro. Jednak, chociaż on był 
bardzo dobrym dentystą, są jeszcze inni dentyści.
- Tak - rzekł Poirot - są jeszcze inni dentyści. A Frank Carter? Pozwoliłby mu pan umrzeć, 
bez żalu?
Blunt odparł:
- Dla niego nie mam żadnej litości. On nie jest nic wart. Zupełny zgniłek.
- Ale jest człowiekiem... - powiedział Poirot.
- O tak, wszyscy jesteśmy ludźmi...
- Tak, wszyscy jesteśmy ludźmi. O tym właśnie pan zapomniał. Powiedział pan, że panna 
Sainsbury Seale była głupim stworzeniem, Amberiotis - złym człowiekiem, Frank Carter - 
zgniłkiem, a Morley... Morley był tylko dentystą, a przecież są jeszcze inni dentyści. I właśnie 
w tym punkcie nie zgadzam się z panem. Dla mnie życie tych czworga ludzi jest tak samo 
ważne jak pańskie.
- Pan się myli.
- Nie, nie mylę się. Jest pan człowiekiem wielkiej, wrodzonej uczciwości i moralności. Zrobił 
pan tylko jeden fałszywy krok - z pozorów wygląda, że to na pana nie wpłynęło. Nadal 
publicznie   działa   pan   tak,   jakby   był   pan   uczciwy,   godny   zaufania   i   szacunku.   Jednak 
umiłowanie siły urosło u pana do przerażających rozmiarów. Poświęcił pan życie czworga 
ludzi, tak jakby nic nie znaczyli.
- Nie zdaje pan sobie sprawy, Poirot że bezpieczeństwo i szczęście całego narodu zależy ode 
mnie?
- Ja nie zajmuję się narodami, monsieur. Ja zajmuję się życiem zwykłych ludzi, którym nikt 
nie ma prawa dysponować.
Poirot wstał.
- A zatem taka jest pańska odpowiedź - rzekł Alistair Blunt.
Poirot potwierdził zmęczonym głosem:

97

background image

- Tak... Taka jest moja odpowiedź...
Podszedł do drzwi i otworzył je. Weszło dwóch mężczyzn.

II

Herkules Poirot zszedł do czekającej dziewczyny.  Twarz jej była  blada i zmęczona. Jane 
Olivera stała przy kominku. Obok niej stał Howard Raikes.
- I co? - spytała.
Poirot powiedział łagodnie:
- Już po wszystkim.
Raikes rzucił szorstko:
- Co pan ma na myśli?
- Alistair Blunt został aresztowany za morderstwo.
- Myślałem, że kupi pana... - rzekł Raikes.
- Nie - zaprzeczyła Jane - ja nigdy tak nie myślałam.
Poirot westchnął i powiedział:
- Świat jest wasz. Nowe Niebo i Nowa Ziemia. W waszym nowym świecie, moje dzieci, 
pozwólcie, żeby znalazły miejsce wolność i litość... To wszystko, o co was proszę. 

DZIEWIĘTNASTE, DWUDZIESTE, MOJE TALERZE SĄ PUSTE

Herkules Poirot wracał pustymi ulicami do domu. Z cienia wynurzyła się jakaś niepozorna 
postać i podeszła do niego.
- I jak? - spytał pan Barnes.
Poirot wzruszył ramionami i rozłożył ręce.
- Jaką przedstawił panu linię obrony? - zapytał pan Barnes.
- Przyznał się do wszystkiego i stwierdził, że jego czyny są usprawiedliwione. Powiedział, że 
ten kraj go potrzebuje.
- On ma rację - przyznał Barnes i po chwili dodał: - Pan tak nie myśli?
- Tak, zgadzam się z nim.
- No więc...
- Może się mylimy - rzekł Herkules Poirot.
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem - odparł Barnes. - Istotnie, może się mylimy.
Stali przez chwilę w milczeniu. Barnes zapytał ostrożnie:
- O czym pan teraz myśli? Herkules Poirot zacytował:
- "Ponieważ wzgardziłeś nakazem Panie odrzucił cię On jako króla".
- Hm... Rozumiem... - powiedział pan Barnes. - Samuel, po tej historii z Amalekami. Może to 
jest właściwe porównanie.
Przeszli kawałek i Barnes powiedział:
- Zejdę tu do metra, monsieur Poirot. Dobranoc... - Przerwał, a następnie dodał zakłopotany: - 
Jest coś, co chciałbym panu powiedzieć.
- Tak, mon ami?
- Czuję, że jestem panu to winien. Nieumyślnie  wprowadziłem  pana w błąd. Dotyczy to 
Alberta Chapmana, agenta Q.X.912.
- Tak?
- To ja jestem Albertem Chapmanem. Dlatego tak się interesowałem tą sprawą. Poza tym, 
widzi pan, ja nigdy nie byłem żonaty.
Szybko odszedł, chichocząc do siebie. Poirot stał oniemiały. Otworzył szeroko oczy, uniósł 
brwi i mruknął do siebie:
- "Dziewiętnaste, dwudzieste, moje talerze są puste". I poszedł do domu.

background image

* fr.I cóż?
* fr. Co tam, stary
* fr.Mój drogi
* fr.. W końcu
* fr. To jest to
* f r. Ten biedny
* fr. Szukajcie kobiety
* fr. Tego biednego pana Morleya
* fr. Ależ tak
* fr. Doprawdy
* fr. To śmieszne
* f r. Tu: zbyteczna
* Fragmenty Psalmu 140, Biblia Tysiąclecia, Poznań-Warszawa 1980.
* Biblia Tysiąclecia, I Sm, 15, 23.
* wł. Od początku

99