background image

RACHEL CAINE

NIEZNANA

Przekład

Małgorzata Samborska

Ewa Ratajczak

background image

To, co odeszło w przeszłość.

Mam na imię Cassiel, kiedyś byłam dżinnem, istotą równie odwieczną, jak Ziemia, 

wspieraną   jej   mocą.   Niewiele   dbałam   o   małe   zabiegane   ludzkie   istoty,   zajęte   swoimi 

nieważnymi sprawami.

Wszystko  się zmieniło.  Teraz ja jestem małą,  zabieganą ludzką istotą. W każdym 

razie, jeśli chodzi o postać. Sprzeciwiłam się Ashanowi, przywódcy prawdziwych dżinnów. 

Teraz  mogę się  utrzymać  przy życiu  tylko  dzięki życzliwości  Strażników  - ludzi,  którzy 

nadzorują oddziaływanie otaczających nas żywiołów, takich jak wiatr i ogień. Strażnik, z 

którym się związałam, Luis Rocha, rozporządza mocami żywej Ziemi.

W   swoim   krótkim   życiu   w   ludzkiej   postaci   popełniłam   wiele   błędów.   Złożyłam 

obietnice, których nie mogłam dotrzymać. Utraciłam tych, których nauczyłam się kochać. Nie 

pozwolę, aby to się powtórzyło.  Nawet jeśli intuicja mi podpowiada, że będę musiała to 

zrobić.

background image

1.

Tyle zaginionych dzieci.

Patrzyły na mnie z plakatów i ulotek przymocowanych pinezkami do długiej tablicy 

wiszącej na wprost rzędu krzeseł - smutny przegląd jeszcze smutniejszych przypadków.

Kilka   małych   dziewczynek   o   kasztanowych   włosach   i   nieśmiałym   uśmiechu 

spoglądało   na   mnie   ze   ściany,   lecz   nie   było   wśród   nich   Isabel   Rochy.   Trochę   mnie   to 

pocieszyło.   Znajdę  cię,   przyrzekłam   jej  tak,  jak   przyrzekałam   codziennie.  Przysięgam  na 

dusze twojej matki i ojca, znajdę cię.

Pozwoliłam, aby jej rodziców zamordowano. Nie dopuszczę, aby Isabel podzieliła ich 

los.

Siedziałam obok Luisa Rochy w holu biurowca FBI. Wyjaśnił mi dokładnie, dlaczego 

w   tym   miejscu   nie   mogę   pod   żadnym   pozorem   sprawić   mu   kłopotów.   Nie   potrafiłam 

zrozumieć, czym ten właśnie hol różni się od innych holi w Albuquerque, ale zgodziłam się z 

Luisem, choć nie bez irytacji.

Luis nie miał ochoty ze mną dyskutować.

- Zrób to! - warknął, a potem zapadł w ponure, niespokojne milczenie. Patrzyłam, jak 

krąży przede mną, a gdy ogarnął mrocznym spojrzeniem ścianę z fotografiami, na jego twarzy 

pojawiły się napięcie i odraza. Zatrzymał się. Zmarszczył brwi. Wskazał palcem ulotkę.

- To syn Bena Hessiona. Ben jest Strażnikiem Ognia. Skinęłam głową, ale wątpię, czy 

to zauważył. Opuścił palec i zacisnął dłonie w pięści, co uwydatniło wytatuowane na jego 

ramionach, wijące się w górę języki ognia. Raz jeszcze zastanawiałam się nad jego wyborem. 

Luis Rocha panował nad Ziemią, nie nad Ogniem. Był w tym podobny do Manny'ego, choć 

jego moc wielokrotnie przewyższała możliwości brata.

Manny był moim partnerem - Strażnikiem. Przydzieliły mi go najwyższe władze jego 

organizacji. Miał mnie nauczyć żyć w ludzkiej postaci i pożytecznie wykorzystywać moce, bo 

wciąż je miałam, choć nie zostało ich wiele w porównaniu z tymi, którymi mnie obdarzono 

jako   dżinna.   Miałam   także   zostać   samodzielną   Strażniczką.   Manny   okazał   się   miłym, 

cierpliwym człowiekiem, który był gotów poświęcić siebie, aby utrzymać mnie przy życiu.

A   ja   pozwoliłam  mu  umrzeć.  Teraz   opieka  nade   mną  spadła   na  barki   Luisa.  Nie 

mogłam dopuścić, aby sytuacja się powtórzyła.

Z pokoju wyszedł znużony mężczyzna w pogniecionym garniturze i przywołał nas 

gestem. Gdy uniósł rękę, odchyliła się poła marynarki, odsłaniając kolbę broni w kaburze 

przypiętej do paska. Na chwilę przeniknął mnie chłód, zjawiło się niechciane wspomnienie, 

background image

ogarnęło   mnie   uczucie   zaskoczenia   i   wściekłości,   znów   widziałam,   jak   kule   trafiają 

Manny'ego i Angelę...

Nie mam ochoty wracać do tych wspomnień.

Wyraz   mojej   twarzy   lub   postawa   musiały   się   nagle   zmienić,   bo   mężczyzna 

natychmiast zaczął zachowywać się inaczej. Spojrzał na mnie uważnie, przysunął rękę do 

ciała. Bliżej broni.

Zerknęłam w bok, na Luisa.

- On ma broń - stwierdziłam.

- Jest z FBI - odparł i skrzyżował ramiona na piersi. - Musi ją nosić. Dla niego to 

narzędzie pracy.

- To mi się nie podoba - powiedziałam. Wzruszyłam ramionami.

-   Taki   układ.   Człowiek   z  FBI   nie   odrywał   ode   mnie   oczu,   jakby  moje   słowa   go 

zaniepokoiły. Przeniósł spojrzenie na Luisa.

- Luis Rocha? Luis przytaknął i podszedł do niego. Wstałam i ruszyłam za nim.

- To Cassiel - przedstawił mnie. - Być może o niej słyszałeś.

- Słyszałem - potwierdził człowiek z FBI. - Nie chciałem w to uwierzyć. Chyba jednak 

nie   żartowali.   -  Kiwnął   mi   głową.   Nie   było   to  powitanie,   jedynie   potwierdzenie   mojego 

istnienia. Dokładnie powtórzyłam jego gest. - Wejdźcie - poprosił. - Nie chcę rozmawiać na 

korytarzu.

Spojrzał w prawo, potem w lewo, jakby ktoś mógłby nas słyszeć. Nikogo jednak nie 

było  w pobliżu oprócz milczącej,  smutnej ściany z fotografiami.  Luis pierwszy ruszył w 

stronę gabinetu.

Zatrzymałam   się   na   chwilę.   Znów   skrzyżowałam   spojrzenia   z   agentem   FBI.   Był 

wysoki, choć zaledwie dwa, trzy centymetry wyższy ode mnie, chudy i żylasty. Miał nijaką, 

spokojną   twarz   i   ciemne,   dziwnie   puste   spojrzenie,   jakby   próbował   ukryć   przede   mną 

wszystko, czego nie powinnam zobaczyć. Ubrany był również bez wyrazu - w zwyczajną 

koszulę, ciemny garnitur oraz krawat.

- Do środka - powtórzył. - Proszę.

Wyczuwałam   w   nim   jakąś   głęboką   ukrytą   odmienność,   której   nie   potrafiłam 

wytłumaczyć. W końcu zrozumiałam, gdy zatrzasnął za mną drzwi, zamykając nas troje w 

zwyczajnym ciasnym pomieszczeniu ze ścianą z przyciemnionego szkła. Odwróciłam się do 

niego.

- Jesteś Strażnikiem - stwierdziłam.

-   W   ukryciu   -   przyznał.   -   Dobrze   mieć   kilku   naszych   w   różnych   agencjach 

background image

zbierających dane wywiadowcze. Dzięki temu mamy najświeższe wiadomości. Pierwszy raz 

jednak   skontaktowano   się   ze   mną   bezpośrednio.   -   Znów,   na   krótko,   zwrócił   na   mnie 

spojrzenie. - I pierwszy raz spotykam się bezpośrednio z dżinnem.

- Nie spotkałeś go jeszcze - wtrąciłam. - Już nie jestem dżinnem. Te słowa wciąż 

bolały.

- Nie jesteś też człowiekiem, przynajmniej według mojej definicji człowieczeństwa. 

Wystarczająco   jednak   przypominasz   człowieka,   żeby   wzbudzić   zainteresowanie   władz   - 

stwierdził i wskazał gestem krzesła stojące po drugiej stronie zwyczajnego biurka. Sam usiadł 

w zniszczonym fotelu. - Dlaczego przyszliście do mnie?

- Bo FBI prowadzi śledztwo w sprawie zaginionych dzieci. A nam właśnie zaginęło 

dziecko - dokończyłam.

- Wam - powtórzył z wolna. - Wam dwojgu. Luis odchrząknął i opierając łokcie na 

kolanach, pochylił się do przodu.

- Tak, zaginiona dziewczynka to moja bratanica. Cassiel jest zainteresowaną stroną. I 

moją partnerką. - Przerwał na chwilę, a potem dodał: - Nie w tym sensie, rozumiemy się?

-   W   porządku   -   powiedział   człowiek   z   FBI   z   kamiennym   wyrazem   twarzy.   Na 

tabliczce stojącej na jego biurku było napisane: „Agent specjalny Ben Turner”. - Powiedzcie 

wszystko, co wiecie.

Pozwoliłam   Luisowi   mówić   to,   co   uważał   za   stosowne,   o   porwaniu   niedawno 

osieroconej bratanicy.  Opowiedział o naszym pościgu, o odkryciu, że porywane są dzieci 

Strażników i w ukrytym miejscu poddawane treningowi.

Turner nie przerywał. Ani razu. Słuchał, prawie nie mrugając, a kiedy Luis w końcu 

przerwał, wreszcie się odezwał:

- O kim właściwie mówisz? Jaki ten ktoś ma cel? Luis spojrzał na mnie.

- Przewodzi im... Ona kiedyś była  dżinnem - powiedziałam.  - Można ją nazywać 

Perłą. Ona... jest niezwykle niebezpieczna. Szalona. Wydaje mi się, że dzieci, cała ludzkość, 

nie mają dla niej znaczenia. Stawia sobie bardziej dalekosiężne cele.

-   Dalekosiężne   -   powtórzył   Turner   i   pokręcił   głową.   -   To   przekracza   moje 

kompetencje. Niech dżinny ją powstrzymają.

- Nie mogą - odparłam. - I tego nie zrobią. Znalazła dostateczne poparcie w tym 

świecie. Zniszczy każdego dżinna, który zanadto się do niej zbliży. Jestem przekonana, że 

pragnie   zgładzić  wszystkie  dżinny  i  zastąpić   je  w   uczuciach   Matki.  Z  radością  przyjmie 

otwartą wojnę. Dlatego Ashan rozkazał mi usunąć źródło jej mocy.

Turner uniósł brwi.

background image

- To chyba niezły plan. Co jest źródłem jej mocy?

- Wy. Ludzkość. Jak pan ocenia teraz ten plan? - Poczekałam chwilę w milczeniu. - 

Odmówiłam. Turner powoli usiadł na fotelu. Nie odrywał ode mnie oczu, a potem zerknął na 

Luisa.

- Mam potraktować to poważnie?

- Jak przypadek raka - stwierdził Luis. - To dla niej nadal podstawowe rozwiązanie, 

jeśli nie opanujemy sytuacji i nie znajdziemy sposobu powstrzymania Perły.

- To jeszcze bardziej przekracza moje kompetencje - wymruczał Turner, kręcąc głową. 

- Nawiązaliście kontakt z kwaterą główną? Z Lewisem?

Wszyscy znali Lewisa Orwella, przywódcę organizacji Strażników. Podobnie wszyscy 

zakładali, że Lewis ma magiczną różdżkę. Wystarczy go poprosić, aby uzyskać pożądany 

rezultat. Bzdury! Być może Lewis dysponował wyjątkową mocą, ale był tylko człowiekiem. 

Sprawa   przekraczała   nie   tylko   jego   możliwości,   lecz   także   możliwości   wszystkich 

Strażników. Tak, Perła wykorzystała  ich, ale nie interesowali jej, być  może jedynie  jako 

środek nacisku służący do skierowania świata na wybraną przez nią drogę.

- Nie można się skontaktować z większością Strażników wysokiego rzędu, także z 

Orwellem   -   przyznał   Luis.   -   Tam   nie   znajdziemy   odpowiedzi.   Musimy   sami   poszukać 

rozwiązania, a to znaczy, że trzeba coś wymyślić. Po to tu jestem.

Im dłużej trwała rozmowa, tym bardziej Turner sprawiał wrażenie zaniepokojonego.

- Jeśli twoja bratanica trafiła do systemu jako zaginione lub porwane dziecko, to już 

zajmują się nią wszystkie struktury FBI i lokalne służby porządkowe.

-   Zajmij   się   nią   sam   -   zaproponował   Luis.   -   Jesteś   Strażnikiem.   Chodzi   o   dzieci 

Strażników. Dam ci listę zaginionych dzieci, które udało nam się zidentyfikować, ale może 

być ich dużo więcej. O wiele więcej. Jeśli przebywały w rodzinach zastępczych lub zostały 

osierocone, to nikt nie będzie ich szukał. Jest jeszcze coś. Przynajmniej w jednym, znanym 

nam przypadku, któreś z rodziców brało udział w porwaniu. Oni rekrutują fanatyków i to z 

dużym powodzeniem. Wyobraź sobie terrorystów obdarzonych mocami Strażników.

- Chryste - wyszeptał Turner i przymknął oczy. - Nie macie pojęcia, jak się pociłem 

nocami   ze   strachu   przez   ostatnich   dziesięć   lat,   myśląc   właśnie   o   czymś   takim. 

Przygotowywaliśmy różne plany awaryjne, ale wątpię, aby coś pomogły w obecnej sytuacji. 

Na nic się nie zdadzą w przypadku tak poważnego zagrożenia. - Znowu popatrzył na mnie 

uważnie i zapytał: - Co możesz mi powiedzieć o ich organizacji?

- Dobrze uzbrojona. W każdym razie paramilitarna. Werbują Strażników, którzy się 

zbuntowali i odeszli. Możliwe też, że sztucznie zwiększyli moce ludzi, których dar był zbyt 

background image

mały, aby zostali Strażnikami.

- Tak jak Ma'atowie.

Skinęłam głową. Ma'atowie tworzyli osobną organizację, cień organizacji Strażników. 

Należeli do niej ludzie, u których wykryto ślady uśpionej mocy, lecz była ona zbyt słaba, aby 

przeszkolono ich na Strażników. Uznano również, że nie są oni niebezpieczni, dlatego nie 

poddawano   ich   typowej   procedurze   stosowanej   u   odrzuconych,   to   znaczy   zabiegowi 

chirurgicznemu usunięcia mocy przeprowadzanemu na mózgu. Ma'atowie odkryli, że można 

łączyć   moce   kilku   osób,   zwłaszcza   jeśli   włączy   się   w   to   jakiś   dżinn,   aby   przywrócić 

równowagę   siły   Ziemi.   Strażnicy   bardzo   często   zapominali   utrzymywać   te   siły   we 

właściwych proporcjach.

W   pewnym   sensie   Ma'atowie   zajmowali   się   konserwacją   otaczającego   nas 

nadprzyrodzonego świata. Zawsze miałam dla nich szacunek za ich wysiłki. Niewielki, czyli 

taki sam, jakim obdarzałam wszelkie ludzkie działania.

-   To   następny   punkt  na   naszej   liście   -   powiedział   Luis.  -   Chcemy   odwiedzić   ich 

przywódców. Zobaczymy, czy uda się zorganizować większe siły do rozwiązania tej sprawy.

Turner wzruszył ramionami.

- Życzę powodzenia. Powiem wam, co zrobię. Wezmę od was listę. Zacznę szukać 

informacji. Sprawdzę, czy istnieją jakieś powiązania między zaginionymi dziećmi. Jeśli macie 

rację, to może ich być o wiele więcej, niż FBI namierzyło do tej pory. Jak bardzo mam się w 

to zaangażować?

- Bardzo i szybko - stwierdził Luis. Wstał i wyciągnął rękę na pożegnanie. - Jeśli ta 

sprawa ma się pomyślnie zakończyć, będzie nam potrzebne wszelkie wsparcie.

Turner znów zerknął w moją stronę. Wiedziałam, co mu przeleciało przez głowę. Nie 

dlatego, że czytałam jego myśli, lecz dlatego, że rozumiałam obawy.

- Nie - odpowiedziałam na niezadane pytanie. - Luis nie może mnie powstrzymać w 

chwili,   gdy   postanowię   wykonać   rozkaz   Ashana   i   zgładzić   waszą   rasę.   Nikt   mnie   nie 

powstrzyma. Wystarczy, że to zrobię, a odzyskam swoje dawne moce dżinna. Tak brzmiała 

umowa. Nikt nie mógłby mnie powstrzymać, być może oprócz wroga, którego najbardziej się 

obawialiśmy. Perły.

Turner nie próbował skomentować moich słów.

- Sprawa twojej bratanicy będzie dla mnie najważniejsza - obiecał i wyprowadził nas 

ze swojego gabinetu. Ruszyłam korytarzem za Luisem w stronę wind, mijając po drodze 

milczące, zapadające w pamięć fotografie. Nacisnął guzik, ale ja poszłam dalej, w stronę 

tabliczki wskazującej wejście na klatkę schodową. Westchnął i ruszył za mną.

background image

- Powinniśmy porozmawiać o twojej klaustrofobii.

-   Nie   cierpię   na   klaustrofobię   -   odparłam.   -   Nic   nie   obchodzą   mnie   ciasne 

pomieszczenia,   poruszające   się   dzięki   cienkim   kablom   i   pomysłom   inżynierów   Takimi 

klitkami bez trudu mogą zawładnąć moi wrogowie.

Drzwi trzasnęły i zamknęły się za jego plecami. Odgrodziły nas od świata w cichej, 

chłodnej  klatce  schodowej.   Odwróciłam  się   do  niego.  Staliśmy  na  szerokim,  betonowym 

półpiętrze.

Wyglądał trochę inaczej niż przy naszym pierwszym spotkaniu. Silny i szczupły, o 

skórze barwy karmelu i zagadkowym  spojrzeniu ciemnych  oczu. Trochę za długie włosy 

okalały   ostro   zarysowaną   twarz.   Wytatuowane   na   muskularnych   ramionach   płomienie 

migotały niewyraźnie w przyćmionym świetle.

- Jak myślisz, pomoże? - zapytałam. Luis wzruszył ramionami.

- Nie mam bladego pojęcia. Ale musimy pociągnąć za wszystkie sznurki, do których 

możemy dosięgnąć.

- A jeśli pracuje dla Perły i jej ludzi?

- Wtedy się dowiedzą, że poważnie traktujemy tę sprawę. Nie sądzę, aby to było coś 

złego. Już się przekonali, że nie zamierzamy  zrezygnować. Niech wie, że jeśli będziemy 

zmuszeni, zastosujemy drastyczne środki, aby ją powstrzymać.

Tylko że Luis w to nie wierzył. W głębi ducha nie wierzył, że mogłabym porzucić 

ludzką postać i jako dżinn zgładzić ludzkość.

Luis w ogóle mnie nie znał.

- A więc jedziemy do Ma'atów - powiedziałam i zeszłam kilka stopni w dół. Czekało 

nas jeszcze sześć pięter. - Samolotem?

- Tak będzie szybciej - odparł. - Mam nadzieję, że dziś nikt nie spróbuje nas zabić.

- To byłaby pewna odmiana. A tak naprawdę podejrzewałam, że ktoś podejmie próbę 

zabicia nas, może  nawet w ciasnej  klatce schodowej  z betonu i stali.  Ale bez przeszkód 

dotarliśmy do wyjścia na parterze i znaleźliśmy się w otwartym holu.

Przy kontuarze ochrony zwróciliśmy identyfikatory, minęliśmy ciężkie opancerzone 

drzwi i wyszliśmy na popołudniowe słońce Albuquerque. W suchym powietrzu unosiły się 

zapach   palonego   w   kominkach   aromatycznego   jadłoszynu,   ostra   woń   sosny   oraz   tłusty, 

wszechobecny   smród   spalin.   Nad   naszymi   głowami   wzbijał   się   w   niebo   odrzutowiec, 

pomalowany na niebiesko i pomarańczowo, zostawiając za sobą smugę.

Ruszyliśmy do odległego parkingu, na którym zostawiliśmy dużą furgonetkę Luisa - 

czarną, z krzykliwymi plamami kolorowych płomieni z obu stron karoserii. Właśnie oddał ją 

background image

do umycia i woskowania, więc lśniła w słońcu jak heban. Zatęskniłam za swoim motocyklem, 

który   z   niechęcią   zostawiłam.   Wolałam   prostotę   i   swobodę   tego   środka   transportu   od 

zamkniętej   przestrzeni ciasnego   metalowego   pudła.  Na szczęście   okna  dało  się opuścić  i 

chociaż zrobiło się chłodniej, jeszcze nie było zimno.

Już wkrótce miało się ochłodzić.

Zanim dotarliśmy do samochodu, drogę zastąpiło nam dwóch ludzi - wysoki i dobrze 

zbudowany   oraz   niższy   z   ciemniejszą   cerą.   Wyciągnęli   w   naszą   stronę   czarne   skórzane 

pochewki ze złoconymi odznakami identyfikacyjnymi.

Policja.

Zerknęłam spod oka na Luisa, gdy oboje się zatrzymaliśmy. Wiedział, o co pytam: 

podporządkować się czy walczyć i uciec? Przedstawiciele władz nie robili na mnie wrażenia, 

choć   zdawałam   sobie   sprawę,   że   mogą   utrudnić   mi   zdolność   działania   w   już   i   tak 

skomplikowanych okolicznościach ludzkiej egzystencji. Więzienie byłoby mi nie na rękę.

Luis   pokazał   mi   gestem   dłoni,   żebym   zaczekała.   Byłam   gotowa  wykonywać   jego 

polecenia.

- Detektywi - powiedział i skinął głową w stronę obu mężczyzn. - Czym możemy 

służyć?

- Możesz ruszyć tyłek  i odwrócić  się w stronę furgonetki  - odezwał  się niższy. - 

Oprzeć się łapami o maskę. Stopy szeroko. Ty też, Różowiutka.

Domyśliłam się, że chodzi mu o wyblakły kolor różowej farby, jaki wciąż pozostał na 

moich jasnych włosach. Jeszcze nie podjęłam decyzji, czy mam się jej do końca pozbyć, czy 

ufarbować od nowa na gorący odcień purpury. Odnosił się do mnie z taką pogardą, że miałam 

ochotę odwrócić się i zamienić jego włosy w płonące różowe ognisko.

Być może dosłownie.

Postąpiłam inaczej, uśmiechnęłam się i tak jak Luis położyłam dłonie na chłodnej, 

gładkiej powierzchni maski i rozsunęłam stopy na szerokość ramion. Niższy z detektywów 

stanął za moimi plecami, żeby mnie obszukać.

- Nie lubię, kiedy ktoś mnie dotyka - uprzedziłam cicho.

- Ona nie żartuje - wtrącił Luis. - Lepiej jej nie drażnić.

- Muszę was obmacać, czy nie macie broni - powiedział detektyw. - Jeśli się będziesz 

opierać, złapię cię za ten chudy albinoski tyłek i zaciągnę do więzienia okręgowego. Czy to 

jasne?

- Rany, człowieku. - Luis westchnął. - Skończ z tym wreszcie, dobrze? Sądziłam, że 

Luis mówi raczej do mnie niż do detektywa. Nie byłam pewna, czego po mnie oczekuje, ale 

background image

domyśliłam się, że chce, żebym nic nie robiła, gdyż patrzył na mnie długo i uporczywie.

Dlatego,   z   ogromnym   niesmakiem,   pozwoliłam,   żeby   obcy   położył   na   mnie   ręce, 

przesunął   nimi   wzdłuż   ciału,   po   plecach,   w   dół,   po   nogach   i   do   góry   między   nogami. 

Spokojnie,   powtarzałam   sobie.   Zachowaj   spokój.   Okazało   się   to   o   wiele   trudniejsze,   niż 

przewidywałam. Ale nie odrywałam spojrzenia od ciemnych oczu Luisa i dzięki temu do 

pewnego  stopnia   zachowałam   panowanie   nad   sobą.   Detektyw   zrobił   krok   do  tyłu.   -  Jest 

czysta. Teraz twoja kolej, Rocha. Luis uśmiechnął się szeroko, jakby był przyzwyczajony do 

takiego traktowania.

- Nie ma sprawy. Wiem, że lubicie takie rzeczy. Jego słowa pozbawiły nieznajomego 

detektywa resztek dobrego humoru. Uderzając przedramieniem Luisa w kark, pchnął go do 

przodu i gwałtownie  przygniótł do maski furgonetki. Odchyliłam  się do tyłu,  przenosząc 

ciężar ciała na pięty.

- Ja bym tego nie robiła.

- Zamknij się, ścierwo - powiedział starszy, mocniej zbudowany mężczyzna. - Ręce na 

maskę! Ręce na maskę!

- Dlaczego? - Nie chciałam się podporządkować. Nie znosiłam dotyku obcych ludzi i 

traktowania z pogardą, ale moją wściekłość rozpaliła przemoc wobec Luisa, a nie wobec 

mnie.   Niższy   z   detektywów   oklepywał   Luisa   z   dużo   większą   siłą   niż   mnie.   -   Co   złego 

zrobiliśmy?

- Sądzisz, że potrzebuję powodu, żeby zatrzymać łajzę od Norteño? - wybuchnął. - 

Lepiej się zastanów.

- Nie mam nic wspólnego z Norteño - zaprzeczył Luis przez zaciśnięte zęby. Tamten 

wciąż przyciskał jego twarz do maski. - Od lat do nich nie należę. Niech pan przeczyta nowe 

instrukcje, detektywie.

- Jeśli nie należysz do Norteño, to dlaczego gang zastrzelił twojego brata i bratową? 

Dla zabawy?

-   Odszedłem.   To   im   się   nie   spodobało.   Dopiero   wróciłem   do   miasta.  Możecie   to 

sprawdzić. Starszy z mężczyzn skinął głową młodszemu, który puścił Luisa i zrobił krok w 

tył. Luis wyprostował się, odwrócił od furgonetki i stanął przed detektywami.

- O co chodzi? - zapytał.

- Ty. - Starszy wskazał palcem na mnie. - Nazwisko!

- Leslie Raine - odparłam. Dobre nazwisko, jak każde inne. Miałam wyprodukowany 

przez Strażników dowód tożsamości potwierdzający, że naprawdę tak się nazywam.

- Skąd jesteś?

background image

- Stąd.

- Tak, rzeczywiście wyglądasz jak cholerny tubylec. - Odprawił mnie gestem i zwrócił 

się do Luisa: - Dlaczego się kręcisz wokół budynku władz federalnych?

-   Wcale   się   nie   kręcę   -   zaprzeczył   Luis.   -   Przed   chwilą   wyszliśmy   z   biura   FBI. 

Rozmawialiśmy z agentem specjalnym Turnerem. Na pewno to potwierdzi.

Mężczyźni wymienili szybkie, niezrozumiałe dla nas spojrzenia. - Jak taka łajza jak ty 

zasłużyła na rozmowy z FBI?

- Nie wasza sprawa - powiedziałam z chłodną wyższością dżinna. Obaj mężczyźni 

dłuższą chwilę uważnie mi się przyglądali.

- Kim ty właściwie jesteś? Pracujesz dla federalnych? A Rocha jest informatorem? 

Uśmiechnęłam się leniwie.

- Naprawdę chcecie o tym rozmawiać tutaj? - zapytałam. - Na ulicy?

Przejeżdżający   obok   ludzie   zwalniali,   żeby   nam   się   przyjrzeć.   Przed   sklepem   po 

drugiej stronie ktoś stał i fotografował nas komórką. Wysłałam impuls mocy i rozgniotłam 

metal   oraz   szkło.   Telefon   wydał   z   siebie   smutne,   ciche,   elektroniczne   beknięcie   i   padł. 

Mężczyzna z ponurym zaskoczeniem przyglądał się zepsutemu urządzeniu. Potrząsnął nim 

bezradnie,  jakby  próbował  przywrócić   mu  życie.  Po chwili,   widząc  wyraz   mojej twarzy, 

szybko ruszył przed siebie. Nie lubię, kiedy ludzie się na mnie gapią.

Nie   miało   znaczenia,   czy   policjanci   mi   uwierzyli.   Obaj   postanowili   zachować 

ostrożność.   Starszy   z   nich   kiwnął   głową.   Młodszy   podszedł   do   stojącego   w   pobliżu 

nieoznakowanego szarego sedana i otworzył tylne drzwi.

- Wsiadać! - rozkazał.

- Jesteśmy aresztowani?

- A zrobiliście coś, za co powinniśmy was zatrzymać?

Wzruszyłam ramionami i wsiadłam. Luis wsiadł po przeciwnej stronie. Dwoje drzwi 

głośno zamknięto, a policjanci podeszli do przodu wozu. Natychmiast poczułam się jak w 

pułapce. Samochód nie pachniał tak jak większość aut. Unosiła się w nim nieprzyjemna woń 

plastiku, rozgrzanego metalu, niemytych ciał i nieświeżego jedzenia. Przyjrzałam się uważnie 

drzwiom od wewnętrznej strony. Nie było klamek. Pocieszyła mnie myśl, że nam dwojgu by 

to w niczym nie przeszkodziło, gdybyśmy postanowili wysiąść. Strażników Ziemi nie tak 

łatwo uwięzić, a dżinny, nawet głęboko upokorzone i wyklęte, jeszcze trudniej. Posiadanie 

takich mocy miało jednak wady. Na przykład nie zawsze można było znaleźć pożyteczny 

sposób ich zastosowania. Aż do teraz.

Policjanci wsiedli do samochodu. W środku było ciepło, lecz nie nadmiernie. Mimo to 

background image

poczułam,   że   zaraz   się   uduszę,   i   zaczęła   mnie   ogarniać   panika.   Zacisnęłam   powieki   i 

skoncentrowałam się na oddychaniu. Starałam się oddychać  równo, miarowo, usiłowałam 

sobie nie wyobrażać, czym jest pozbawienie powietrza, odebranie oddechu.

- Co się dzieje z twoją przyjaciółką? - zapytał niższy detektyw. Nie otworzyłam oczu. 

- Chyba nie zamierzasz się porzygać, co? W razie czego to ty sprzątasz.

- Ona nie lubi samochodów - wyjaśnił Luis. - Zwłaszcza takich, które cuchną jak po 

wczorajszej balandze. Tutaj żaden wścibski nas nie usłyszy. Czego, u diabła, od nas chcecie?

Wyższy detektyw odwrócił się do nas i położył rękę na tyle oparcia.

- Jesteś Strażnikiem Ziemi, zgadza się? Słysząc to, otworzyłam szeroko oczy. Luis w 

ogóle nie zareagował. Ani szybszym biciem serca, ani przyśpieszonym oddechem.

- Nie mam pojęcia, o czym mówicie - odparł. - Zajmuję się ochroną środowiska. Teraz 

zarabia się na tym grubszą forsę, wiecie o tym? Na zielonym myśleniu i tak dalej...

- Nie wciskaj mi kitu. Jesteś Strażnikiem. Luis nic nie odpowiedział, tylko patrzył. 

Wyższy detektyw w końcu westchnął i przesunął kwadratową ręką po twarzy.

- Wszystko o tym wiem - przyznał. - Cholera, teraz o was ciągle mówią w telewizji? 

Poza   tym   moja   bratowa   jest   Strażnikiem   Pogody.   Beatrice   Halley.   Pracuje   w   Chicago, 

zajmuje się jeziorami.

Luis usiadł wygodniej.

- Znam Beę Halley - powiedział. - Musisz być  Frank Halley. Wspominała, że jej 

szwagier jest gliną.

- Nie przepada za mną, ale to uczucie wzajemne. Wszystko jedno, nie o to chodzi.

- To o co?

- Mam dla was robotę - powiedział Halley. - Chorego dzieciaka.

Przez   twarz   Luisa   przesunął   się   cień.   Wiedziałam,   jak   nie   znosi   odmawiać. 

Jednocześnie Strażnicy Ziemi na ogół nie zgadzali się uzdrawiać zwykłych ludzi. Była to 

przykra konieczność. Gdyby się rozeszło, co potrafią, do ich drzwi zaczęłyby szturmować 

tłumy chorych. Uniemożliwiłoby im to wykonywanie ważniejszych obowiązków.

- Wiem, że tego zazwyczaj nie robicie - przyznał Halley. - Ale ta mała jest niezwykła. 

Znaleziono   ją   na   wpół   zagłodzoną,   odwodnioną,   z   ostrą   infekcją.   Nie   ma   rodziny,   nie 

zgłoszono jej zaginięcia. Ma najwyżej pięć lat.

W oczach Luisa zapłonęła nadzieja. Wiedziałam, że musiała się pojawić również na 

mojej twarzy.

- Bez nazwiska?

- Jest zbyt chora, żeby coś powiedzieć.  Byłam  przekonana,  że Halley celowo  nie 

background image

zdradza   dokładniejszych   szczegółów.   Pozwalał,   aby   zrozpaczony   Luis   sam   sobie   resztę 

dośpiewał.

Wydawało mi się, że znam powód takiego postępowania.

- Ta dziewczynka - zaczęłam. - To nie jest Isabel Rocha. Chciałbyś, żebyśmy tak 

myśleli, bo to skłoniłoby Luisa do bezpośredniego kontaktu z nią.

-   Tak,   to   prawda   -   przyznał   Halley.   -   Zrozumcie,   ta   mała   jest   w   ciężkim   stanie. 

Próbowali już wszystkiego. Nawet podawali jej dożylnie antybiotyki. Ona umiera. Jesteście 

jej jedyną szansą, chyba że święty Józef uczyni cud. - Przerwał i spojrzał na Luisa. - Jesteś 

człowiekiem wierzącym?

- Byłem parę razy na mszy. - W rzeczywistości był bardziej religijny, niż chciał to 

przyznać. Kilkakrotnie słyszałam jego modlitwy o odnalezienie Isabel. Albo żeby mógł się 

zemścić, jeśli Ibby nie żyje. - Dlaczego pytasz?

Halley wzruszył ramionami.

-   Zawsze   mnie   to   zastanawiało.   Wy,   Strażnicy,   praktycznie   jesteście   bogami. 

Potraficie rzucać piorunami i uzdrawiać chorych. Bea nie jest religijna. Po prostu to mnie 

zdziwiło.

- Nie jesteśmy żadnymi bogami, pisanymi wielką czy małą literą - powiedział Luis. - 

Nawet nie jesteśmy aniołami, stary. Jesteśmy zwykłymi ludźmi. Bystry Strażnik wie o tym 

lepiej od innych. Kiedy udajesz Boga, ludzie umierają.

Halley miał taką minę, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, ale wtedy się wtrąciłam.

- Jeśli dziewczynka jest tak chora, jak mówisz, to nie powinniśmy marnować więcej 

czasu. Obaj policjanci spojrzeli na mnie ze zdumieniem, ale szybko odzyskali panowanie nad 

sobą.

- Pojedziesz? - zapytał Halley i uruchomił silnik.

- Oczywiście, że pojedzie - potwierdziłam, nawet nie spoglądając na Luisa. Łącząca 

nas więź była tak silna, że nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. Nie mogłam ich mieć. 

Właśnie tak Luis by postąpił, bez względu na to, czy byłoby to rozsądne. - Wystarczyło tylko 

poprosić.

Halley przewrócił oczyma.

- Tak, powinienem o tym pomyśleć.

Dziewczynka przebywała w szpitalu. Nigdy przedtem nie byłam w szpitalu, chociaż 

wiedziałam, że istnieją. Nie musiałam nikogo odwiedzać. Kiedy postrzelono Manny'ego i 

Angelę,   rany   okazały   się   śmiertelne.   Gdyby   nawet   zabrano   ich   do   szpitala,   a   przecież 

mogłoby   tak   się   siać,   nic   położono   by   ich   na   jednym   z   tych   łóżek   o   skomplikowanej 

background image

konstrukcji, nie podłączono by do maszyn, nie zredukowano do roli bezwładnego, obolałego 

worka umierającego mięsa.

Ten szpital mi się nie spodobał.

Dziecko było takie małe. Mniejsze od Isabel, ale w ogóle do niej niepodobne. Jasne 

włosy, różowa cera, delikatne, przypominające pączek róży usta. Nie widziałam koloru jej 

oczu. Była nieprzytomna.

Miała pozbawione barwy i mocno posiniaczone kończyny - na skutek infekcji, o której 

wspominał   detektyw   Halley,   a  nie   z   powodu   pobicia.   Dziecko   było   chude,   zaniedbane   i 

walczyło z bezwzględnym wrogiem.

Pokój cuchnął odorem śmierci. Zatrzymałam się w progu, przełknęłam nerwowo ślinę. 

Halley stanął za mną.

- Smutne - powiedział. - Prawda? Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na Luisa. Wszedł 

do sterylnego pomieszczenia niespiesznie, z powagą, jakby się lękał, że przestraszy dziecko, 

które nie mogło się nawet domyślać jego obecności. W porównaniu z tą drobną dziewczynką 

był   potężnym,   muskularnym   mężczyzną.   Przyszło   mi   do   głowy,   że   człowiek,   który 

przypadkiem zajrzałby do pokoju szpitalnego, mógłby pomyśleć, że Luis jest zbrodniarzem, 

pragnącym skrzywdzić dziecko.

Dopóki nie zobaczyłby wyrazu jego twarzy i spojrzenia. Luis rozczulająco delikatnym 

gestem dotknął wierzchem dłoni czoła dziewczynki i przycupnął na łóżku obok niej. Miał 

duże ręce, ale przesunął lekko palcami po włosach dziecka, jakby dziewczynka mogła poczuć 

pociechę, którą jej chciał przynieść.

- Cass? - powiedział. - Jesteś mi potrzebna. Podniósł wzrok i spojrzał mi w oczy. 

Poczułam niemal fizyczny wstrząs. Był to rozkaz, ale płynący z serca, w dobrym celu.

Poczułam o wiele więcej. Skomplikowaną mieszankę potrzeby i pragnienia, niepokoju 

i   zatroskania.   Przez   jedną   pełną   zamętu   chwilę   spojrzałam   na   siebie   jego   oczami   i 

dostrzegłam wysoką, chudą kobietę, obojętną i z pozoru pozbawioną wszelkich związków ze 

światem ludzi.

Z pozoru.

Nagle   zyskałam   świadomość   własnego   ciała,   wszystkich   jego   części,   o   złożonej   i 

fascynującej  budowie. Poczułam na skórze powiew  chłodnego powietrza  i patrzyłam,  jak 

pojawia się na niej gęsia skórka. Moje serce biło mocniej, zmieniało rytm. Zaschło mi w 

ustach. Nie podjęłam żadnej świadomej decyzji. Zrobiłam pierwszy krok, a potem następne, 

dopóki nie znalazłam się po drugiej stronie łóżka dziecka, naprzeciw Luisa Rochy.

Wyciągnął   w   moją   stronę   prawą   rękę.   Lewą   nadal   delikatnie   dotykał   czoła 

background image

dziewczynki.   Ścisnęłam   palcami   jego   dłoń.   Czysta   rozkosz   płynąca   z   naszego   dotyku 

odebrała mi dech w piersi. Poczułam mrowienie impulsu przypływającego najpierw między 

nami, a po chwili przez niego. Czerpałam ze źródła ukrytego w głębi Ziemi - mocy powolnej, 

cichej, potężnej. Wystarczyło, że poczułam ją krążącą w moich żyłach i płynącą do Luisa, aby 

natychmiast   wróciły   wspomnienia   innych   czasów,   innych   miejsc,   innego   życia.   Nigdy 

wcześniej nie byłam człowiekiem, ale bardzo, bardzo długo byłam dżinnem i teraz dotykałam 

przedwiecznego...

Westchnęłam niepewnie, prawie jęknęłam i zaczęłam kształtować moc, nadawać jej 

formę złotego strumienia, który Luis dzięki swojej wiedzy kierował w głąb kruchego ciała 

dziecka. Tylko część dżinnów to potrafiła. Nigdy nie interesowałam się uzdrawianiem, ale 

zafascynowała mnie precyzja, z jaką Luis pracował. Zupełnie nie pasowała do jego postaci. 

Przyglądanie się mu sprawiało mi przyjemność.

Luis   pracował   w   ogromnym   skupieniu.   Trwało   to   bardzo   długo,   kilka   godzin. 

Policjanci wyszli, wrócili i znowu wyszli. Lekarze i pielęgniarki pojawiali się i znikali, ale 

nikt  nam  nie  przeszkadzał.  Zastanawiałam   się,  dlaczego tak   się dzieje,  aż  uświadomiłam 

sobie, że wszyscy musieli dojść do porozumienia i wspólnie wyrazić zgodę na tę ostatnią 

próbę. Nic już nie mogło zaszkodzić.

Sińce pod skórą powoli zaczęły blednąc. Luis przerwał na chwilę, żeby złapać oddech. 

Nalałam mu szklankę wody z karafki stojącej obok łóżka. Wypił szybko, zachłannie. Wtedy 

zauważyłam, że ma koszulę mokrą od potu i kropelki skapują mu z włosów. Jego mięśnie 

drżały z wysiłku.

Położyłam bladą, suchą dłoń na spoconym ramieniu, na tatuażu w kształcie płomienia.

- Wystarczy - powiedziałam.

- Nie - zaprzeczył Luis i wyciągnął w moją stronę szklankę, prosząc gestem o dolanie 

wody z karafki. - Wciąż krążą w jej  krwi te małe dranie, ale już się do nich  dobrałem. 

Oczyściłem większość jej organów wewnętrznych. Jeśli jednak nie usunę tego świństwa z jej 

krwi, wtedy zakażenie zacznie się od nowa... - przerwał, żeby się napić. - Masz dość mocy na 

dalszy ciąg?

Czy miałam?   Zaskoczyło  mnie   to pytanie.  Szybko   skupiłam  uwagę  na sobie.  Nie 

byłam zmęczona, nie osiągnęłam granicy ludzkiego wyczerpania, ale miał rację. Drżałam, 

ograbiona z energii. Poczułam palące pragnienie. Wzięłam od niego szklankę, napełniłam 

wodą i wypiłam ją jednym haustem.

- Dobrze się czuję - odpowiedziałam. Wziął karafkę, potrząsnął, wzruszył ramionami, 

wyjął korek i wypił kilka ostatnich łyków. Odstawił pustą na stolik.

background image

- Do roboty. Przytrzymałam go za ramię.

- Luis? - Nie musiałam nic więcej mówić. On też niczego nie musiał mi tłumaczyć. 

Wystarczyło,  że pokręcił głową, nie przyjmując do wiadomości mojego zaniepokojenia. - 

Dobrze - powiedziałam.

Miałam wrażenie, że poparzyłam sobie palce, dotykając jego skóry. Był rozgrzany, tak 

gorący, że zwróciło to moją uwagę. Wysiłek i moc niszczyły go od środka.

Nie zamierzał przerwać. Doskonale go rozumiałam.

Słońce właśnie chowało się za horyzontem, kiedy Luis wreszcie westchnął, zdjął rękę 

z czoła dziewczynki i spróbował wstać, lecz bez powodzenia. Chwyciłam go za ramię, gdy 

zaczął   się   osuwać   z   łóżka.   Nie   zdołałam   go   utrzymać,   ale   nie   pozwoliłam   mu   upaść 

bezwładnie, tylko pomogłam mu się osunąć w pozycji siedzącej na podłogę. Ktoś napełnił 

karafkę wodą. Chwyciłam ją i ruszyłam w stronę Luisa. Kolana pode mną drżały. Musiałam 

się zatrzymać i na chwilę oprzeć się o ścianę, bo przed oczami pojawiły mi się czarne plamy. 

Zebrałam resztki sił i opadłam na podłogę obok Luisa.

Nie rozlałam wody.

- Dobrze się czujesz? - odezwał się słabym, ochrypłym głosem. Podałam mu karafkę, 

wypił do połowy, nie odrywając od niej ust. - Musimy coś zjeść. Białko i węglowodany. Im 

więcej, tym lepiej.

Zabrałam mu wodę i wypiłam do końca.

- A dziewczynka? - zapytałam głosem, który z trudem rozpoznałam. Luis uśmiechnął 

się powoli, miał bardzo zmęczoną twarz.

- Wyzdrowieje - powiedział. Ciepły i słodki uśmiech szybko zniknął. - Przynajmniej 

fizycznie. Nie mam pojęcia, co mogło ją doprowadzić do takiego stanu. Uraz może hyc o 

wicie głębszy i nie poradzimy sobie z nim tak łatwo jak z objawami fizycznymi.

Jeśli to było łatwe, to nie potrafiłam sobie wyobrazić walki z trudnym przypadkiem. 

Chciałam się podnieść, ale nogi nie zareagowały. Luis wziął mnie za rękę.

Nie pozwoliłam na to, ale nawet osłabiony, był ode mnie silniejszy.

- Nie - sprzeciwiłam się. - Za dużo oddałeś energii.

-   Potrzebujesz   jej   bardziej   ode   mnie.   Ostatnie   zapasy   mocy   wlały   się   we   mnie, 

przeniknęły ciepłem moje nerwy, wzbudzając fale rozkoszy. To była zaledwie namiastka. 

Niewiele mógł mi dać, ale to wystarczyło, aby podtrzymać mnie na siłach przez dzień, dwa, 

aż sam odzyska siły.

Jeśli wcześniej nierozważnie nie zużytkuję swojej mocy. Nie chciałam tego zrobić, ale 

moja dłoń poruszyła się, jakby kierowana własną wolą. Wyrwała się z jego uścisku i uniosła, 

background image

aby dotknąć jego twarzy.

Luis spojrzał na mnie rozszerzonymi nagle oczami. Przez ułamek sekundy patrzyliśmy 

na siebie. Zniknęły wszelkie przeszkody, wszelkie dzielące nas mury.

Nagle opuściłam dłoń, z trudem się podniosłam i ruszyłam na poszukiwanie białka i 

węglowodanów, których jego organizm tak bardzo potrzebował. W holu spotkałam detektywa 

Halleya. Właśnie szedł do naszego pokoju z tacą pełną jedzenia. Były tam hamburgery, hot 

dogi i jakiś gulasz w misce.

- Wyjdzie z tego? - zapytał Halley, trzymając tacę mocno w rękach.

- Nie dasz nam jedzenia, jeśli umrze? Zamrugał, pokręcił głową i podał mi tacę.

- Próbowaliście. Chyba nie można prosić o nic więcej.

- To się cieszę, bo Luis uważa, że ona wyzdrowieje. - Ruszyłam przed siebie, żeby 

zanieść jedzenie do pokoju, gdy odwróciłam się i zapytałam: - Skąd wiedziałeś?

- Niby co?

- No, że będziemy tego potrzebować. Wzruszył ramionami.

- Zapytałem bratową. Powiedziała, że jeśli przez to przejdziecie, będziecie głodni jak 

wilki. Uznałam, że mimo wszystko Halley będzie miał prawo żyć.

Dziewczynka obudziła się po głębokim, bo naturalnym, śnie.

Najważniejsze   było   to,   jak   się   obudziła...   z   płaczem,   krzykiem,   przerażeniem   i 

rozpaczą. Jej udręka wywołała w pokoju pożar.

Wszystko stało się bardzo szybko.  Dziecko krzyczało  z przerażenia, a za moment 

pościel, w której leżała, wybuchnęła pomarańczowym płomieniem. Zajęły się poduszki na 

stojących w pobliżu krzesłach i wesołe żółte zasłony wiszące w oknach. Kolorowe rysunki na 

ścianach gwałtownie pociemniały.

To   było   najgorsze,   co   mogło   się   stać.   Moce   Luisa   pochodziły   z   Ziemi.   Strażnik 

Pogody   szybciej   mógłby   znaleźć   sposób   zgaszenia   płomieni,   ale   dla   Strażnika   Ziemi   to 

bardzo trudne zadanie.

Moje moce były ograniczone przez moce Luisa, ale mogłam je wykorzystać bardziej 

twórczo.   Błyskawicznie   zmieniłam   strukturę   naszej   skóry   i   płuc,   żebyśmy   się   stali 

ognioodporni, ale nie mogłam uczynić nas ogniotrwałymi. Dobrze zrobiłam, bo Luis rzucił się 

w płomienie, chwycił dziecko, ściągnął je z łóżka i przytulił do siebie. Gdyby był normalnym 

człowiekiem, poparzyłby się straszliwie.

W   chwili,   gdy   dziewczynka   znalazła   się   w   ramionach   Luisa,   płomienie   zaczęły 

gasnąć,   z   sykiem   i   strzelaniem,   kiedy   zadziałał   umieszczony   w   suficie   system 

przeciwpożarowy. Z góry polała się woda i włączył się alarm. Odcięłam przepływ mocy. Luis 

background image

i ja wróciliśmy do poprzedniego stanu.

-   Co   u   diabła...?   Przy   drzwiach   do   pokoju   zebrał   się   spory   tłumek,   przez   który 

przedarło się do środka dwóch mężczyzn. Sprawiali wrażenie ludzi pełniących ważne funkcje. 

Ten w białym  fartuchu był lekarzem, za nim przeciskał się detektyw Halley.  I to Halley 

odezwał się pierwszy.

- Co się tu stało? Lekarza nie interesowały takie szczegóły i ruszył, żeby odebrać 

dziewczynkę z rąk Luisa.

- Nie - sprzeciwił się Luis. - Zły pomysł.

- Muszę obejrzeć jej poparzenia.

- Nic jej się nie stało. Jest tylko wystraszona.

- I niebezpieczna - dodałam. - A także zdezorientowana. Luis spojrzał na mnie. Tak 

jak  ja  wiedział,  co  jej  dolega:  moce  dziecka  powinny zostać   uśpione  do  czasu,  kiedy  w 

organizmie   dziewczynki   wykształcą   się   odpowiednie   kanały,   przez   które   bezpiecznie 

popłyną. Była o wiele za mała - o wiele za mała - aby udźwignąć taki ciężar. Nawet w okresie 

dorastania nie poradziłaby sobie z tak ogromnymi wrodzonymi zdolnościami, których próbkę 

nam dała.

- Jak to się stało? - spytałam cicho. Luis tulił dziecko w ramionach, a ono przywarło 

do niego, otoczyło ramionkami jego szyję i patrzyło szeroko otwartymi, pełnymi przerażenia 

niebieskimi  oczami. Wyciągnęłam  z szafy gruby, ciepły pled. To było  jedyne  miejsce  w 

pokoju, do którego nie miały dostępu płomienie ani woda z sufitu. Podałam pled Luisowi. 

Szczelnie owinął nim dziewczynkę.

- Nie chciałam - szepnęła z poważną miną. - Naprawdę nie chciałam.

- Wiem, mija - powiedział. - Nie martw się, nikt cię nie obwinia. Jestem Luis. A ty jak 

masz na imię? Zastanawiała się dłuższą chwilę, zanim odpowiedziała:

- Pammy.

- Pammy, a nazwisko?

- A twoje? - zapytała. Luis się uśmiechnął.

- Rocha.

- Śmieszne.

- Być może. Hiszpańskie. A twoje jest śmieszne?

-   Gegenwaller   -   oznajmiła   z   dumą.   -   To   niemieckie   nazwisko.   Luis   zerknął   na 

detektywa   Halleya,   który   skinął   głową   i   przepchnął   się   przez   tłum   wciąż   stojący   przy 

drzwiach. Dostał potrzebną informację i mógł rozpocząć poszukiwania.

- Pammy Gegenwaller - powiedział Luis. - Gdzie są twoi rodzice? Jej twarz nagle 

background image

przybrała   zimny   wyraz,   przeobraziła   się   w   nieruchomą,   pustą   maskę.   Robiła   wrażenie 

doświadczonej staruszki, a nie dziecka.

- Nie mają żadnego znaczenia - stwierdziła. - Tak mówiła pani.

- Pani - powtórzyłam. - Kim ona jest? Pammy odwróciła buzię, przytuliła się do szyi 

Luisa.

- Hej! - zawołał i delikatnie zakołysał dzieckiem. - To Cassiel. Jest miła. Nie zrobi ci 

krzywdy. - Zrobi - powiedziała Pammy. - Tak jak pani.

W końcu personel medyczny otrząsnął się z osłupienia i wszyscy wtargnęli do środka, 

jakby   nagle   zniknęła   niewidoczna   bariera   na   progu,   zagradzająca   wejście   do   pokoju. 

Pielęgniarka   wyrwała   Pammy   z   ramion   Luisa.   Gdy   dziewczynka   krzyknęła,   protestując 

przeciwko temu, zauważyłam nagły grymas bólu i lęku na jego twarzy.

-   Zaczekaj!   -   warknął.   Pielęgniarka   przystanęła,   zmarszczyła   brwi,   usiłując 

powstrzymać machające rękami dziecko. Luis położył dłoń na czole Pammy. - Teraz zaśniesz, 

kochanie - wymruczał. - Jesteś bezpieczna. Musisz zaufać tym ludziom. Im zależy, żebyś 

wyzdrowiała. Dobrze?

Używał swojej mocy zdecydowanie, lecz subtelnie. Zastosował ją jako formę środka 

uspokajającego.   Moc   przeniknęła   dziewczynkę   i   rozluźniła   jej   ciało.   Pammy   zamrugała 

oczami i zamknęła powieki. Oparła głowę na ramieniu pielęgniarki. Luis odsunął rękę.

- Powinna spać przez jakiś czas - powiedział. - Niech ktoś stale będzie przy niej. 

Przekazałem jej sugestię, że ma wam zaufać, ale jeśli się wystraszy, to może się zmienić. 

Dbajcie o jej spokój, a nie powinniście mieć z nią kłopotów. Nie zostawiajcie jej samej. - 

Sięgnął do kieszeni, wyjął mały notes, zanotował coś szybko i podał kobiecie kartkę. - Proszę 

zadzwonić   pod   ten   numer.   To   numer   alarmowy   do   Strażników.   Wyznaczą   kogoś   o 

odpowiednim profilu mocy,  żeby wam pomógł. Jeśli nie znajdą nikogo, wtedy tu wrócę. 

Zapisałem też numer do siebie.

-   Przenieśmy   ją   do   innego   pokoju!   Niech   ktoś   ściągnie   konserwatora   budynku! 

Zadzwońcie do straży pożarnej, muszą spisać raport! - ryknął naczelny lekarz. Pielęgniarka 

zabrała Pammy i wyszła z pokoju. Ruszyliśmy za nią z Luisem, ale gdy znaleźliśmy się na 

korytarzu, od razu przystanął. Powietrze tutaj nie cuchnęło dymem i roztopionym plastikiem. 

Odetchnęłam kilka razy z ulgą.

- Rozumiesz coś z jej słów? - zapytał. - Wiesz, co się przed chwilą stało?

- Dziecko jest uśpionym Strażnikiem - powiedziałam. - Ktoś obudził jej moce, ale zbyt 

wcześnie, aby to było bezpieczne. Jakaś kobieta. Ktoś podobny do mnie.

- Dżinn - stwierdził Luis. - Chyba oboje wiemy, o kogo chodzi. O Perłę. Pammy była 

background image

na Ranczu, gdzie Perła szkoliła porwane dzieci Strażników. Ale w jakim celu to robiła? Co 

miałyby uczynić?

-   Pammy   odrzucono   -   domyśliłam   się.   Widzieliśmy   już   inne   podobne   przypadki. 

Dzieci przywiezione na Kanczo, do oceny lub na szkolenie, które nie spełniły nieznanych 

nam wymagań Perły, były albo odrzucone, albo wykorzystywane  jako strażnicy pilnujący 

granic Rancza, które stało się ich twierdzą.

Pammy uciekła lub ją wypędzono, bo się rozchorowała i stała się bezużyteczna.

- Perła musiała zmienić miejsce pobytu - dodałam. - Być może zmieniła także taktykę. 

Znaleźliśmy   kryjówkę   Perły   w   Kolorado.   Zanim   zebraliśmy   odpowiednie   siły,   żeby   ją 

zaatakować, kryjówkę zniszczono. Zostali w niej tylko zbędni sojusznicy - ludzie. Dzieci 

zabrała ze sobą.

Poświęciliśmy kilka tygodni na poszukiwanie tropów, które by nam wskazały, dokąd 

uciekła.

- Może taki właśnie jest jej cel - zastanawiał się Luis. - Może Pammy wcale nie 

zawiodła. I dokładnie spełnia wymagania Perły. Jest małą bombą zegarową.

Zastanowiłam się przez chwilę i pokręciłam przecząco głową.

- Nie. Perlą nie jest zainteresowana przypadkowymi zniszczeniami. Ona ma cel, choć 

jeszcze nie wiemy dokładnie jaki. Ale jeśli pozbyła się tego dziecka, to tylko dlatego, że 

Pammy nie spełniła jej oczekiwań.

Oczy Luisa zapłonęły ponurym blaskiem.

- Chryste! - szepnął. - Ta mała mogłaby wysadzić szpital w powietrze, gdyby się 

zezłościła. Czyżby miała jeszcze za mało mocy?

- Pewnie dla Perły za mało - powiedziałam. Westchnął.

- Muszę wypić trzy szklaneczki whisky i przespać się z półtorej doby. Nie możemy 

tak walczyć dalej. Pora trochę zwolnić tempo.

Nie chciałam niczego zwalniać, ale też poczułam zmęczenie i słabe drżenie mięśni. 

Mój słabnący mózg interpretował obrazy i dźwięki na przemian jako zbyt wolne, ciemne i 

ciche   lub   zbyt   szybkie,   jasne   i   głośne.   Musiałam   odpocząć,   a   jeśli   ja   potrzebowałam 

odpoczynku, Luis potrzebował go stokroć bardziej.

- Do domu? - spytałam.

- Do domu - odparł. - Natychmiast.

background image

2.

Domem był domek jego brata, Manny'ego i jego żony Angeli, który Luis postanowił 

zatrzymać po ich śmierci. Częściowo chodziło o zapewnienie małej Isabel poczucia ciągłości, 

przebywania   w   znajomym   otoczeniu,   chociaż   liczenie   na   jej   powrót   niewiele   miało 

wspólnego z logiką, było raczej zwykłym uporem i determinacją. Chodziło też o wygodę. 

Luis   niedawno   przeprowadził   się   z   Florydy   i   nie   zdążył   wynająć   mieszkania,   zanim 

zamordowano jego brata.

Miałam mieszkanie, lecz traktowałam je jak przechowalnię, gdzie trzymałam swoje 

rzeczy, spałam i się myłam.

Dom Rochów był czymś... więcej.

-   Powinienem   cię   odwieźć   do   twojego   mieszkania   -   powiedział   Luis,   otwierając 

frontowe   drzwi   do   małego,   schludnego   domku.   Potrwało   to   dłuższą   chwilę,   ponieważ 

zamontował   nowe   zamki   i   system   alarmowy.   Mówił   to   bez   przekonania,   dlatego 

zlekceważyłam  jego  słowa  i ruszyłam  korytarzem  do znajomego  saloniku. Był wygodnie 

umeblowany, pełen przedmiotów, które nie do końca do siebie pasowały - ślad po ludziach, 

którzy kupowali rzeczy przez lata, z miłości, nie dla mody. W przeciwieństwie do brata i 

bratowej Luis utrzymywał w domu ład. Panowała w nim atmosfera spokoju. Porządku. Może 

smutku.

Dzięki niej zniknęło z mojej duszy uczucie zmęczenia, niepokoju.

Zamknęłam drzwi za sobą i usiadłam na kanapie. Luis spojrzał na mnie bez słowa i 

poszedł do kuchni. Wrócił z dwiema szklankami, ozdobionymi postaciami z kreskówek, i 

butelką bursztynowego płynu, którą postawił na stoliczku do kawy, a potem osunął się obok 

mnie z westchnieniem świadczącym o krańcowym wyczerpaniu.

- Drinka? - zapytał.

- Nie wiem - odpowiedziałam. - Mam się napić? Nalał mi odrobinę, tak że alkohol 

tworzył cienką kreskę na dnie szklanki.

- Spróbuj.

Upiłam ostrożnie łyk i wydałam z siebie zduszony okrzyk, gdy palący, dymny smak 

ogarnął mój język i podniebienie. Luis pochylił się do przodu i nalał do swojej szklanki o 

wiele hojniejszą porcję, uniósł ją niedbale w moją stronę i powiedział salud, a potem wypił 

wszystko, pociągając dwa długie łyki. Upiłam nieco więcej. Za drugim razem płyn już tak nie 

palił i miał wyraźniejszy smak.

Luis znowu napełnił sobie szklankę. Powoli skończyłam swoją porcję i poczułam, jak 

background image

ogarnia mnie dziwny spokój. Lek uspokajający w postaci chemicznego destylatu. Zaczęłam 

rozumieć, dlaczego ludzie czasem uciekają się do tego środka.

Luis odstawił pustą szklankę, uzupełnił zawartość mojej i dolał sobie trzecią porcję.

- Ostatnia kolejka - postanowił i zakręcił butelkę. - Co powiesz?

- Ciekawe - mruknęłam. Nie byłam do końca pewna, czy podobają mi się zmiany w 

moim organizmie, ale ta dezaprobata pozostała tylko w sferze teorii. Teraz w moich żyłach 

krążyło ciepło. Poczułam się odprężona, mniej skrępowana. Już nie byłam taka czujna.

Pojawiły   się   niebezpieczne   wspomnienia   z   czasów,   kiedy   byłam   wolna,   potężna, 

zupełnie  inna   niż  teraz.  Luis   przyglądał  mi   się  znad   krawędzi  szklanki  i   pił,  tym   razem 

wolniej, tak jak ja.

- Byłaś dziś dobra - stwierdził. - Oboje okazaliśmy się dobrzy.

Nie zdarzało się to zbyt często. Nie znaliśmy się z Luisem tak jak z Mannym. Przy 

nim   czułam   się   swobodnie.   Rozumiałam   charakter   naszych   relacji,   niemal   wyłącznie 

zawodowych.

A Luis był... skomplikowany. Reagowałam na niego dużo intensywniej, dotyczyło to 

zarówno   mocy   przepływającej   między   nami,   jak   i   kontaktów   czysto   fizycznych.   Odkąd 

zostałam   człowiekiem,   moje   ciało   wielokrotnie   sprawiało   mi   niespodziankę   i   wciąż 

podejmowało tajemnicze działania, które, jak mi się wydawało, były oderwane od chłodnej 

logiki moich myśli. Nie byłam pewna, jak ludzie łączą te sfery. A także, jak robią to dżinny. 

Nigdy nie należałam do tych, które udawały zwykłych śmiertelników. Niektóre, jak David, 

prawie   były   ludźmi.  Inne,   jak   Ashan,   używały   ludzkiej   postaci   jedynie   jako   zewnętrznej 

powłoki, niczego więcej.

Nie miałam pewności, który z opisów lepiej do mnie pasował, wydawało się, że moja 

sytuacja wciąż się zmienia.

Westchnęłam i oparłam głowę o poduszki kanapy.

- Jak sądzisz, czy ona wyzdrowieje? - zapytałam, obejmując szklankę palcami. Luis 

wypił ostatni łyk whisky.

- Nie chodzi o powrót do zdrowia - wyjaśnił. - Nauczy się z tym żyć albo będzie coraz 

bardziej   nieprzewidywalna   i   niezrównoważona.   A   jeśli   do   tego   dojdzie,   Strażnicy   będą 

musieli usunąć jej moce. Niech Bóg pomoże temu, komu się trafi to zadanie. Z dorosłym to 

ogromne ryzyko.

Istniał niewielki, elitarny oddział Strażników zajmujący się tropieniem ludzi, którzy 

stali się niebezpieczni. Stosowano wobec nich procedurę przypominającą zabieg chirurgiczny 

na   mózgu,   wykonywany   jedynie   przez   najbardziej   doświadczonych   Strażników   Ziemi. 

background image

Istniały duże szanse zranienia lub okaleczenia psychicznego, obłędu, a nawet śmierci. Mimo 

to część Strażników decydowała się na takie ryzyko. Nie chcieli już dłużej być niebezpieczni 

dla otoczenia. W niektórych przypadkach przeprowadzano zabieg pod przymusem.

- Mam nadzieję, że to nie będzie konieczne - powiedziałam. Odstawiłam szklankę na 

stolik i poczułam spokój ogarniający całe moje ciało. Zwinęłam się w kłębek na kanapie, 

zwrócona w kierunku Luisa. Głowę opierałam o poduszki.

- Tak - zgodził się ze mną Luis. Zawahał się, a potem pochylił się do przodu i odstawił 

szklankę. - Chcesz jeszcze jednego drinka?

Zerknęłam na butelkę. - Nie - odparłam. - A ty?

- Nie mogę - powiedział. - Znam granice swoich możliwości i ściśle ich przestrzegam. 

Granice.   Koncepcja   nieznana   większości   dżinnów;   niewiele   nas   ograniczało,   tych   kilka 

zakazów narzuciły nam niezmienne prawa wszechświata. Mimo to dobrze go rozumiałam; 

sama przyjęłam za swoje pewne zasady, po prostu zgadzając się na życie w ludzkiej postaci, 

zamiast zginąć jako wyklęty dżinn.

Część tych ograniczeń narzuciłam sobie sama.

Po chwili uświadomiłam sobie, że siedzimy w milczeniu, bez ruchu i patrzymy na 

siebie.   Zauważyłam,   że   ludzie   zazwyczaj   nie   patrzyli   sobie   w   oczy,   chyba   że   dążyli   do 

starcia. Częściej tylko uprzejmie i przelotnie zerkali w swoją stronę.

Teraz było inaczej. Luis wpatrywał się we mnie tak, jakby zapomniał o mruganiu. 

Spojrzeniu towarzyszyły myśli, ale nie potrafiłam ich do końca rozszyfrować, ponieważ od 

niedawna byłam człowiekiem.

Mimo   to   zrozumiałam   swoją   reakcję.   W   głębi   mojego   ciała   pojawiło   się   ciepło, 

rozpływało  się we wszystkie strony,  a krew szybciej  krążyła  w żyłach. Zaczęłam głębiej 

oddychać. Domyślałam się, że rozszerzyły się także moje źrenice.

Pobudzenie - głębokie, gwałtowne i pierwotne.

I ogromnie przyjemne.

- Powinienem cię odwieźć do domu - odezwał się w końcu. Jego głos brzmiał inaczej - 

głębiej, nieco ochryple, jakby zmuszał się do wypowiedzenia tych słów.

- Nie możesz prowadzić - stwierdziłam i spojrzałam na butelkę stojącą na stoliku. - 

Trzy drinki to za dużo, zgadza się? Tylko że jako Strażnik Ziemi mógł szybko się tym zająć. 

Mógł   usunąć   alkohol   z   organizmu,   działając   jednym   impulsem   mocy   lub   przynajmniej 

zminimalizować jego skutki.

Gdyby zechciał.

- To prawda - potwierdził obojętnym tonem. - Powinienem trochę odczekać. Podniósł 

background image

butelkę do góry i spojrzał na nią ciemnymi, zmrużonymi oczami, a potem powoli odkręcił 

zakrętkę i wlał chlust pomarańczowego płynu najpierw do swojej szklanki, a potem do mojej. 

Nic nie powiedział. Ja też milczałam. Popijaliśmy whisky, nagle odkryliśmy obecność tej 

drugiej osoby w pokoju, a kiedy odstawiłam szklankę, poczułam, że jestem rozgrzana, spięta, 

świadoma istnienia każdego nerwu mojego ciała.

Wyprostowałam się gwałtownie, ściągnęłam z siebie jasną, skórzaną kurtkę i rzuciłam 

z   rozmachem   na   stojący   w   pobliżu   fotel.   Pod   spodem   miałam   cienką,   bladoróżową, 

bawełnianą koszulkę bez rękawów. Nie zawracałam sobie głowy noszeniem niewygodnego 

stanika. Moja budowa sprawiała, że stanik nie był niezbędnym elementem stroju, chociaż 

czasem nosiłam go, aby spełnić wymogi towarzyskiej etykiety.

Ale nie dziś.

Usiadłam znowu na kanapie, moja skóra była zaróżowiona i wilgotna. Luis zerknął na 

mnie z boku. Nie na moją twarz. Na cienką bawełnianą tkaninę, pod którą sterczały moje 

sutki, stwardniałe pod wpływem chłodniejszego powietrza i pod wpływem jego gwałtownego 

zainteresowania.

Nadal nic nie mówiłam. On też milczał. Uniósł brwi i upił ostatni łyk trunku, a potem 

odstawił szklankę.

- Cass - powiedział miękko. - Nie jestem pewien, czy powinniśmy to robić.

- Dlaczego? - zapytałam. Ułożyłam się bokiem na miękkich poduszkach i spojrzałam 

mu prosto w oczy. - Chcesz, żebym była człowiekiem, ale się opierasz, kiedy próbuję.

Luis roześmiał się niepewnie.

- Tak, opieram się z całych sił. Akurat! Proszę pani, gdybym się opierał, nie piłbym 

tyle whisky i wykopał cię do diabła z mojego domu.

Zmarszczyłam   brwi,   próbując   dokładnie   zrozumieć   jego   słowa,   niejasne   poprzez 

ciepłą, nieuchwytną błogość, która krążyła w moim ciele.

- Ale tego nie zrobiłeś.

- Zauważyłaś.

- Ale nie jesteś pewien...

- Niezdecydowanie to ludzka cecha, Cass. Musisz się do niej przyzwyczaić. Wyrzucą 

mnie na zbity pysk z Klubu dla Facetów, jeśli będę teraz udawał cnotliwego przy pijanej 

gorącej kobiecie, która usiłuje zedrzeć mi spodnie.

Powiedział „przy kobiecie”, nie „przy dżinnie”. Miało to dla mnie znaczenie. Zniknęła 

jakaś   bariera   między   nami,   o   której   istnieniu   ledwie   miałam   pojęcie.   Nie   wiedziałam, 

dlaczego tak się stało. Oczywiście mógł to być wpływ alkoholu, ale mogła to być również 

background image

konsekwencja  wielogodzinnego maksymalnego  skupienia na ratowaniu małego  dziecka w 

szpitalu... albo, po prostu, od pewnego czasu oboje o tym myśleliśmy, lecz nie chcieliśmy się 

do tego przyznać.

Zsunęłam się z kanapy i tak gwałtownie odepchnęłam stolik do kawy, że otwarta 

butelka whisky zatańczyła chwiejnie na blacie; wyciągnęłam rękę, żeby ją złapać i postawić, 

zanim się wyleje. Podniosłam ją do ust i przechyliłam, cały czas patrzyłam Luisowi prosto w 

oczy. Jedwabiste, płynne ciepło rozlało mi się w ustach. Przytrzymałam je tam przez chwilę, 

zanim połknęłam.

Odstawiłam butelkę i usiadłam okrakiem na udach Luisa. Opadłam całym ciężarem na 

jego napięte ciało i oparłam się wygodnie o niego. Trwaliśmy blisko siebie, tak naprawdę 

nigdy jeszcze nie byłam aż tak blisko niego.

Wydał z głębi gardła okrzyk zaskoczenia. Poczułam, jak napinają się jego mięśnie, 

jakby całym sobą walczył z własnymi pragnieniami.

- Jeśli uważasz mnie za nieatrakcyjną - powiedziałam - to każ mi odejść.

Było oczywiste, że go pociągam. Przyciskałam całym ciężarem jego biodra. Trudno 

byłoby zaprzeczać prawdzie. Zamknął oczy i odetchnął głęboko. Czułam, jak mocno bije mu 

serce. Widziałam pulsowanie żyłki na skroni. Kropla potu spłynęła w dół po lśniącej skórze 

krtani. Patrzyłam, jak się zsuwa w pośpiechu i zdecydowanie. Przez chwilę zastanawiałam 

się, czy jej nie zlizać.

-   Przemawia   przez   ciebie   whisky   -   stwierdził.   -   Jutro   znienawidzisz   nas   oboje. 

Roześmiałam się cicho.

- Nie potrzebuję whisky, żeby kogoś znienawidzić - odparłam. - Nienawiść to mój 

normalny stan ducha. Bardzo dobrze o tym wiesz.

Luis dwukrotnie uderzył tyłem głowy w poduszki kanapy, a potem otworzył oczy i 

spojrzał na mnie. Wydawało mi się, że odległość między nami maleje, choć żadne z nas się 

nie poruszyło.

-   Przedtem   chciałem   cię   znienawidzić   -  powiedział.   -   Próbowałem.   Kiedy  Manny 

umarł... Miał prawo, aby mnie przeklinać. Widziałam, jak padają Manny i Angela, oboje 

śmiertelnie   ranni.   Zamiast   tak   jak   Luis   rzucić   im   się   na   pomoc,   aby   ratować   ich   życie, 

pobiegłam   za   krzywdzicielami   moich   przyjaciół.   Wybrałam   zemstę   zamiast   litości. 

Posłuchałam instynktu dżinna i pozostawiło to w mojej duszy wciąż niezagojoną ranę.

Ból   zwielokrotniała   świadomość,   że   nawet   gdybym   postąpiła   tak   jak   Luis,   nawet 

gdybym   wykorzystała   wszystkie   swoje   umiejętności   i   moce,   moi   ranni   przyjaciele 

najprawdopodobniej i tak by umarli. Luis dobrze o tym wiedział.

background image

- Chciałem cię znienawidzić - powtórzył miękko. - Ale nie mogłem. Po prostu zbijasz 

mnie z tropu...

- Zbijam cię z tropu? - powtórzyłam.  Podobało  mi się to określenie.  - Dlaczego? 

Próbuję mówić to, co myślę.

- Co ty powiesz? - Jęknął, gdy zatoczyłam koło biodrami, ocierając się o niego. - 

Święci pańscy! Nie rób tego!

- Protestujesz, bo chciałabym cię dotykać? Zdjąć ci ubranie i wszędzie cię dotknąć? 

Dokładnie cię poznać? - Nie byłam pewna zasad, jakie obowiązują ludzi w tej materii, ale 

Luis nie wyglądał na obrażonego. Pochyliłam się bliżej, powoli i objęłam ramionami jego 

szyję. Skóra była gorąca i napięta. - Czy dlatego, że chcę poczuć twoje ciało na swoim? 

Twoje pragnienia przelewające się w moje żyły?

- Cass - powiedział niepewnie, a potem wziął głęboki oddech i odezwał się zupełnie 

innym tonem: - A co tam, do diabła! Wszystko jedno...

I pocałował mnie.

Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać po tym spotkaniu skóry, ale moje ciało 

wiedziało za mnie. W jednej chwili w moim umyśle zapłonęło białe światło, nie myślałam o 

niczym, o niczym oprócz ciepłego, wilgotnego dotknięcia jego warg. Chwycił mnie mocno w 

pasie   i   gwałtownie   przyciągnął   do   siebie.   To   był   pojedynek.   To   była   kapitulacja. 

Oszałamiająca mieszkanka instynktu, potrzeby i emocji. Zadrżałam i rozchyliłam wargi pod 

naciskiem jego języka. Przesuwał dłoń powoli wzdłuż mojego kręgosłupa, musnął delikatną 

skórę na karku i objął tył głowy w pierwotnej pieszczocie.

Lekko unosiłam się nad jego ciałem. Nagle moje kolana rozsunęły się, jakby z własnej 

woli, i zniknął ten ostatni dzielący nas centymetr. Luis jęknął bez tchu w moje usta, a ja, 

ocierając się o niego, zaczęłam przesuwać biodrami w przód i w tył. Czysty, dziki instynkt 

kierował moim ciałem, zapisany na stałe w DNA przez setki tysięcy lat współżycia ludzi. Ja 

też traciłam oddech.

Pocałunek   stawał   się   coraz   głębszy,   czas   zwolnił,   mierzony   coraz   szybszymi 

uderzeniami serca. To wszystko było dla mnie nowe. Głaskałam go, szukałam miejsc, gdzie 

jest   gorętszy,   zimniejszy,   delikatniejszy,   jędrniejszy.   Zbadałam   jego   długie   ramiona, 

dotykałam twardych mięśni.

Nagle poczułam poruszające się we mnie nieznane ciepło. Nie pochodziło od moich 

przebudzonych   nagle   ludzkich   pragnień,   lecz   od   niego,   przenikało   przez   ogniwo,   które 

podtrzymywało moje życie i moc. Wpływało przez rozżarzoną do białości siatkę nerwów, 

gromadziło   się  i wywoływało   rozkosz, która   sprawiła,   że  jęczałam  wprost  w   usta  Luisa. 

background image

Byłam zagubiona i na wpół świadoma. Ogarnęła mnie niezwykła błogość - niebezpieczna nie 

dlatego, że docierały do mnie pochodzące od Ziemi moce Luisa, ale z powodu załamywania 

się jego samokontroli.

-   Zawsze   tak   jest?   -   zapytałam   między   gwałtownymi   oddechami.   Dłuższą   chwilę 

trwało, zanim znalazł właściwe słowa.

- Czasem - z trudem odpowiedział. - Między bardzo silnymi Strażnikami, ale inaczej. 

Nie było to do końca dla mnie zrozumiałe, ale zaciekawiło mnie. Przesunęłam czubkiem 

palca   wzdłuż   jego   ramion   i   nagle   zobaczyłam   moc   przepływającą   między   nami,   na   tyle 

potężną, że zostawiła złoty ślad w miejscu dotknięcia.

Roześmiałam się, ujęłam w palce kołnierzyk koszuli Luisa i ściągnęłam mu ją przez 

głowę, odsłaniając jego pierś. Miał skórę koloru ciemnego miodu, a mięśnie mocne i napięte. 

Odkryłam   na   jego   torsie   więcej   tatuaży   niż   na   ramionach,   chociaż   symbole   plemienne 

niewiele dla mnie znaczyły, zwróciłam tylko uwagę, że były w intensywnym kolorze indygo i 

kontrastowały z resztą ciała.

Nagle poczułam na sobie dłonie Luisa. Gładził mnie niespokojnie, dłużej zatrzymując 

się w talii.

Przesunął ręce w górę i do środka. Przykrył moje drobne piersi, ogrzewając je przez 

cienki materiał koszulki.

Nie uciekając przed skupionym spojrzeniem ciemnych oczu Luisa, ściągnęłam z siebie 

koszulkę i rzuciłam na podłogę na jego koszulę. Zaskakiwała różnica odcieni naszej skóry. 

Wydawała mi się piękna... Moja mleczna na tle jego miodowej. Moja skóra zaczęła pulsować 

opalizującymi kolorami, jakie chyba nie istniały w świecie ludzi. Spojrzał na swoje dłonie 

przykrywające moje piersi. Kciukami musnął stwardniałe sutki. Nagle przeszył mnie dreszcz, 

który pojawił się gdzieś głęboko we mnie.

Ciała. Instynkty. Brak kontroli nad nimi przerażał mnie.

- Cass - wyszeptał. Wyczułam w jego głosie, że z trudem panuje nad tym samym 

impulsem, który także i mnie zadręczał. - Cassiel...

Pocałowałam   go   i   nagle   staliśmy   się   jednością,   nieprzerwaną   ekstazą   światła   i 

dźwięku, mocy, ciał. Wiedziałam, że to jeszcze nie wszystko. Moje ciało pragnęło czegoś 

więcej, żądało, wołało o to.

Luis się przekręcił i jednym, gwałtownym ruchem położył mnie na kanapie. Moje 

dłonie   pośpieszne   szarpały   zapięcie   spodni,   bo   wiedziałam   tylko   jedno,   liczyło   się   tylko 

pragnienie, aby poczuć jego skórę na sobie, gorącą i wilgotną.

Nagle wokół nas powiało zimnem. Usłyszałam trzask energii, który przebił się nawet 

background image

przez   otaczającą   nas   mgłę   pożądania.   Stało   się   tak,   jakby  całe   ciepło   zostało   usunięte   z 

powietrza i skupione w jednym miejscu. Poczułam to wcześniej od Luisa i zdołałam zepchnąć 

go z punktu uderzenia, przerzucając go przez oparcie kanapy.

Krzyknął ze zdumienia. Zanim upadł na podłogę z drugiej strony, przetoczyłam się w 

innym  kierunku, z kanapy na podłogę, po drodze odsuwając  gwałtownie stolik do kawy. 

Butelka whisky przewróciła się i wylała.

Błyskawica   przecięła   pokój,   powodując   eksplozję   wszystkich   kontaktów 

elektrycznych i uderzyła w kanapę. Było to jednorazowe uderzenie; moce skierowane przez 

linie   energetyczne   spowodowały   natychmiastowe   zwarcie   i   wysadzenie   korków,   ale   atak 

przeprowadzony   z   czterech   stron   zostawił   na   całej   długości   kanapy   głębokie,   dymiące 

wypalone dziury.

Zanim zniknęły białoniebieskie powidoki, przekręciłam się i wstałam. Zerknęłam na 

płonącą kanapę, pochyliłam się i sięgnęłam po koszulkę. Wciągnęłam ją na siebie, a potem 

zarzuciłam na plecy skórzaną kurtkę. Luis powoli wstawał po drugiej stronie kanapy, ciężko 

oddychał i rozglądał się oczami szeroko otwartymi ze zdumienia.

- Ktoś właśnie próbował nas zabić - stwierdziłam.

- Żartujesz. Naprawdę? - Obszedł kanapę, podniósł koszulę z podłogi i włożył przez 

głowę. - Strażnik Pogody, zgadza się?

- Prawdopodobnie.

- To nie będzie jedyna próba. - Zerknął na kanapę, popaloną i dymiącą, a potem na 

poczerniałe kontakty w ścianach. Oczywiście, w domu nie było prądu. - Cholera! Mogę się 

pożegnać z wypłatą z polisy ubezpieczeniowej. Ustaliłaś, gdzie może być ten dureń?

Bez   najmniejszego   trudu   przeszliśmy   od   intymności   do   profesjonalnej   czujności. 

Poczułam, jak Luis usuwa ze swojej krwi alkohol. Po chwili zrobił to samo z moją krwią. 

Dopilnował,   abyśmy   oboje   byli   gotowi   do   walki.   Podeszłam   bokiem   do   okna,   ale   nie 

zauważyłam na ulicy niczego niepokojącego; Luis przeniósł swoją świadomość z ciała na 

wyższą płaszczyznę rzeczywistości, którą Strażnicy i dżinny nazywają sferą eteryczną. Byłam 

z nim związana, dlatego mogłam za nim podążyć. I tak przeniosłam się do egzystencji słabiej 

umocowanej w zwyczajnej rzeczywistości, a bardziej związanej ze sferą mocy. Wszystkie 

elementy składowe świata ludzi są do pewnego stopnia obdarzone mocą. Czy jest to iskra, czy 

potop, zależy od ich historii i dziedzictwa. Ludzie objawiają się wyraźnie w eterze; w końcu 

poprzedzają ich w historii długie linie przodków. Wielu z nich było obdarzonych niezwykłą 

energią,   choć   ich   potomkowie   często   o   tym   nie   wiedzą.   Objawiają   się   tam   również 

nieświadomie.   Zatem   postać   w   eterze   więcej   mówi   o   prawdziwej   naturze   człowieka   niż 

background image

postać fizyczna.

Luis eteryczny niewiele się różnił od swojego zwykłego ciała, tylko tatuaże ognia na 

ramionach płonęły czerwienią i poruszały się jak prawdziwe płomienie. Uderzyło mnie, że w 

sferze   eterycznej   bardzo   przypominał   dżinna.   Zaskakiwało   jego   poczucie   mocy   i 

zdecydowanie. Ostatnio zwiększył swoje moce, ale nie potrafiłam powiedzieć, czy stało się 

tak dzięki związkowi ze mną, czy na skutek osobistej tragedii.

Jako   dżinn   ukazywałam   się   w   eterze   mniej   wyraziście,   ale   byłam   umocowana   w 

ludzkim ciele, a więc musiałam mieć i tutaj jakiś kształt. Sama nie mogłam go zobaczyć, a na 

tej płaszczyźnie nie było luster. Domyślałam się, że wyglądam tak jak w świecie ludzi. W 

końcu ten kształt był do pewnego stopnia skutkiem mojego własnego wyboru.

Unosiłam  się blisko Luisa,  a jego  eteryczna  postać  ujęła  mnie  za  rękę. Poczułam 

nieokreślone  zespolenie łączącej  nas mocy  i poszybowaliśmy  razem  w górę,  wysoko,  ku 

budzącym zawrót głowy przestworzom. Albuquerque znalazło się pod nami, rozłożone jak 

mapa, ale płonęło nie fizycznym światłem, lecz energią eteryczną. Historia gromadziła się i 

świeciła w starszych budynkach fioletem i zielenią. Stare bitwy i zbrodnie plamiły mapę ostrą 

czerwienią. Łatwo było znaleźć cel naszych poszukiwań mimo zamieszania.... Iskrę mocy w 

jedynym, niepodobnym do innych kolorze. Strażnika idącego ulicami. Widziałam także biały 

blask naszych postaci. Atakujący Strażnik był blisko, lecz nie na tyle blisko, aby znaleźć się 

w zasięgu naszego fizycznego wzroku. Strażnicy Pogody często bywali niewidoczni.

Przyglądaliśmy mu się, gdy Strażnik  sięgnął po moc, zebrał ją z otaczającego  go 

świata, zwinął w czarny wir i rzucił za siebie, uderzając dokładnie w cel. Nie był nim dom, w 

którym pozostały nasze fizyczne postaci.

Skierował cios do góry, w ciepły, stabilny, pokrywający miasto front atmosferyczny. 

Niewiele znalazło się w nim mocy, którą Strażnik mógłby wykorzystać, ale wszystkie chmury 

zawierały zgromadzoną energię i znajdowało się tam jej dość, aby wszystko zmienić.

Strażnik z trzaskiem wywoływał burzę, pracował w prymitywy, brutalny sposób, który 

zdradzał niedostatki wyszkolenia. Wydawało się nam to dziwne, ponieważ Strażnicy Pogody 

działali   bardzo   dokładnie;   musieli   być   precyzyjni,   wykorzystywali   bowiem   ogromne   i 

zmienne siły, które błyskawicznie mogły się wymknąć spod kontroli nawet obdarzonego dużą 

mocą użytkownika.

Luis   w   milczeniu   wskazał   miejsce,   w   którym   znajdował   się   Strażnik.   Oboje 

poszybowaliśmy w dół poprzez migoczące warstwy mocy i barw. Powrót do naszych ciał był 

jak budzący zawrót głowy upadek. Przez chwilę poczułam się zdezorientowana, a potem 

osiadłam w swoim ciele, odwróciłam się i pobiegłam za Luisem do tylnych drzwi małego 

background image

domku.   Uderzył   w   nie   pierwszy,   wyłamując   je   z   trzaskiem,   tak   że   zakołysały   się   na 

zawiasach. Zeskoczył po trzech betonowych  schodkach, które prowadziły na podwórko z 

ubitej ziemi z rzadka porośniętej trawą. Z tyłu zamiast ogrodzenia wisiał metalowy łańcuch, a 

za nim dostrzegliśmy uciekającą postać w czarnym płaszczu.

Nad   naszymi   głowami   kłębiły   się   szare,   niespokojne   chmury.   Przeszywały   je 

błyskawice,  na razie zbyt przypadkowe,  aby były  niebezpieczne,  ale stopniowo nabierały 

mocy, która już mogła okazać się groźna. Zwróciłam uwagę na ryzyko, ale nie mieliśmy 

dużego   wyboru;   Strażnik   Pogody   mógł   z   chirurgiczną   precyzją   zburzyć   dom   stojący   za 

naszymi plecami, a my niewiele mogliśmy zrobić, żeby go powstrzymać. Moce Luisa miały 

służyć przywracaniu spokoju, życiu, uzdrawianiu; mogło mu ich zabraknąć, żeby złagodzić 

działanie bardziej zmiennych, niszczących mocy powietrza i wody.

Z tyłu była furtka zamknięta na kłódkę. Luis wyciągnął rękę i prawie bez wysiłku ją 

zmiażdżył, wcześniej jednym impulsem mocy sprawił, że metal stał się kruchy i łamliwy. 

Wybiegliśmy w boczną alejkę. Walały się tu stosy śmieci - pudeł, puszek i plastikowych toreb 

czekających na wywiezienie przez służby miejskie. Panował porażający odór. Po pierwszym 

duszącym   oddechu   przysięgłam   sobie,   że   przestanę   oddychać   do   chwili,   gdy   minę   te 

wyziewy. Przysięga była pozbawiona sensu, ale sprawiła, że poczułam się lepiej.

Luis znakomicie biegał, szybko mnie wyprzedził, omijał śmiecie i cuchnące kałuże 

pojawiające się od czasu do czasu na naszej drodze. Zacisnęłam zęby i zmusiłam się do 

większego wysiłku. Błyskawicznie zmniejszyłam dzielący nas dystans. Dogoniłam Luisa w 

chwili,   gdy   znaleźliśmy   się   na   końcu   alejki.   Przestałam   wstrzymywać   oddech   i   nagle 

zaczerpnęłam tchu, wciągając do płuc słodkie, czyste powietrze. Rozejrzeliśmy się oboje po 

ulicy, szukając śladów Strażnika, którego ścigaliśmy.

Stał nieruchomo przecznicę dalej i wpatrywał się w niebo. Dotknęłam ramienia Luisa, 

żeby   zwrócić   jego   uwagę,   wtedy   Strażnik   wyciągnął   rękę   w   górę   we   władczym   geście. 

Różowa   błyskawica   wyskoczyła   z   niskich   szarych   chmur,   wylądowała   na   lewej   dłoni 

Strażnika i ruszyła z prawej dłoni... prosto na nas.

- Na dół! - krzyknął Luis i oboje padliśmy na chodnik, gdy energia z sykiem pomknęła 

w naszą stronę. Mieliśmy niewielką przewagę: Strażnik nie do końca panował nad energią, 

chociaż, miał jej w nadmiarze. Nie potrafił zmienić kierunku uderzenia. Energia ominęła nas, 

trafiła   natomiast   i   zwęgliła   metalową   wiatę   za   naszymi   plecami,   wytapiając   na   środku 

szeroką, dymiącą dziurę.

Luis, nie odrywając spojrzenia od Strażnika, uderzył o chodnik otwartą dłonią tuż 

obok  swojej   głowy.  Linia  mocy   rozdarła   ziemię,   unosząc   ją   jak   wzburzoną   falę   oceanu, 

background image

rozbijając chodnik i usuwając wszystko na swojej drodze. Szarpnęła chodnik, na którym stał 

Strażnik, podrzuciła go i przewróciła, potoczyła nim na rzadki trawnik na czyimś podwórku. 

Trawa nie dawała dużych możliwości, była cienka, krucha i źle podlewana. Wlałam w nią 

energię, zmuszając do wyrośnięcia długich, śliskich pnączy, które owinęły się wokół bijących 

powietrze nóg Strażnika. Nie mogły go przytrzymać, lecz powinny spowolnić jego bieg.

Luis   rozmiękczył   ziemię  w  grzęzawisko,   które  pochwyciło  nogi  Strażnika,   tak  by 

górna część ciała, nie zatonęła. Po kilku chwilach Strażnik ugrzązł, stopy i łydki zapadły się 

w miękkie błoto, a gdy stwardniało, znalazł się w pułapce. Luis podał mi rękę i pomógł wstać. 

Przeszliśmy   przez   ulicę   do   miejsca,   w   którym   bezradny   Strażnik   Pogody   tkwił, 

unieruchomiony   przez   ziemię.   Dyszał   ciężko.   Nie   mógł   mieć   więcej   niż   dwanaście   lat. 

Spojrzeliśmy   na   siebie.   Nie   wiem,   jaki   miałam   wyraz   twarzy.   Luis   wydawał   mi   się 

przerażony. To tylko chłopiec, mówiły jego oczy.

Chłopiec, który dwukrotnie usiłował nas zabić. Byłam mniej od Luisa przerażona, a 

bardziej zainteresowana powodem ataku.

Przykucnęłam   obok   chłopca   i   dokładnie   mu   się   przyjrzałam.   Był   typowym 

dwunastolatkiem:   o   zbuntowanym   spojrzeniu   i   dziecinnej,   pozbawionej   wyrazu   twarzy. 

Czarne oczy, czarne włosy, w odcieniu bardzo podobnym do tego, który miał Luis. - Jak masz 

na  imię?  - zapytałam.   Odpowiedział  po  hiszpańsku. Łatwo  było  się  domyślić  treści   jego 

tyrady, zwłaszcza że słowom towarzyszył agresywny gest ręki. Poczułam, że znów zbiera 

moc z chmur wiszących nad naszymi głowami.

Wyciągnęłam rękę, stuknęłam palcem wskazującym w jego czoło i przerwałam mu 

próbę skoncentrowania się. Moc zawirowała chaotycznie, a dziecko zaskoczone spojrzało na 

mnie i zamrugało oczami.

- Imię - powtórzyłam.

- Candelario - powiedział. - Puta. Uniosłam brwi.

- Candelario - powtórzyłam za nim. - Domyślam się, że to drugie słowo nie jest twoim 

nazwiskiem. Luis odezwał się zza moich pleców.

- Nie, chyba że nazywa się dziwka. Znów stuknęłam w czoło dziecka-Strażnika.

-   Przestań.   Mogę   cię   zabić,   jeśli   będę   chciała.   Wiesz   o   tym?   Rozwiało   się   jego 

skupienie. Poczułam, jak rozpływają się zbierane przez niego moce.

- Co z tego? - spytał wyzywająco. - Zabij mnie, to nieistotne. Zadrzesz z nią. Dobrze 

wiedziałam, że mówi o Perle. O mojej dawnej siostrze, dżinnie. O moim wrogu. O mojej 

zdobyczy.

Przynajmniej   kiedyś   tak   myślałam.   Perła,   obłąkana   i   drapieżna,   kiedyś   w   ataku 

background image

zazdrości i szaleństwa zmiotła z powierzchni Ziemi całą rasę prymitywnych ludzi. Już dawno, 

zgodnie z prawem, powinna zostać zgładzona, zniknąć z Ziemi. Zadbałam o to. Mimo to żyła 

dalej, czerpała jak pasożyt od Strażników coraz większe siły i moc. Od wszystkich porwanych 

dzieci.

Candelario   przypominał   Pammy.   Był   ofiarą,   choć   prawdopodobnie   nic   o   tym   nie 

wiedział i nigdy by się z tym nie zgodził. Wierzył, że został wybrany jako specjalny, zaufany 

żołnierz   do   prowadzenia   wojny   ze   złem.   Perła   przekonała   wielu.   Była   to   częsta   słabość 

ludzkiego   charakteru.   Ludzie   łatwo   dawali   się   oszukiwać   tym,   którzy   im   źle   życzyli. 

Rozkładali się od środka pod wpływem przekonania o własnej cnocie.

- Gdzie ona jest? - zapytałam chłopca. Splunął na mnie. - Wykorzystuje cię. Nie jest 

twoją opiekunką.

- Nie masz o niczym pojęcia! - krzyknął. - Puśćcie mnie albo ona was wszystkich 

pozabija!

- Wątpię - odpowiedziałam. - Już by to zrobiła, gdyby mogła. Coś poruszyło się we 

wnętrzu chłopca. Zmiana była tak silna, że wydawało nam się, że chłopiec zaczął rosnąć.

Wyostrzyły się rysy jego twarzy, wydoroślały. Stały się teraz podobne... do kogoś 

innego.

-   Wątpisz?   -   rozległ   się   zupełnie   inaczej   brzmiący   głos,   choć   do   mówienia 

wykorzystywał struny głosowe chłopca. - Naprawdę w to wątpisz, moja siostro? Myślałam, że 

lepiej mnie znasz.

Perła.   Perła   wcieliła   się   w   dziecko.   Wstrzymałam   oddech.   Poczułam   ciepłe   palce 

Luisa   zaciskające   się   na   moim   ramieniu.   Położyłam   dłoń   płasko   na   rozgrzanej   ziemi, 

czerpałam moc i przekazywałam dalej poprzez łączące nas ogniwo. Przygotowywałam się na 

zbliżające się uderzenie.

Oczy chłopca wciąż były czarne, ale znikł z nich gniew podrostka. Było  tam coś 

gorszego. Skoncentrowana złośliwość. Prawdziwe zło.

- Wysyłasz swoje wojska bez przygotowania - powiedziałam jej. - Wiesz, że jego atak 

był niedokładny.

-   Nie   interesuje   mnie   subtelność   -   stwierdziła   Perła.   -   Powinnaś   już   to   o   mnie 

wiedzieć, Cassiel. Wiedziałam. Aż za dobrze.

- Dlaczego nie przyjdziesz po prostu do mnie? Ja jestem twoim wrogiem, nie ten 

człowiek.

- Mylisz się - powiedziała, a w jej słowach zabrzmiał tak głęboki, odwieczny gniew, 

że zadrżałam. - Wszyscy są moimi wrogami. Nie wątp we mnie, siostro moja. Zniszczę ten 

background image

świat i wszystko, co w nim żyje. Jesteś głupia, jeśli sądzisz inaczej.

Mówiąc   to,   zniknęła.   Po   prostu...   zniknęła,   nie   zostawiając   po   sobie   śladów.   Nie 

wytłumaczyła   swojego   postępowania.   Nigdy   nie   tłumaczyła   i   nie   miała   takiego   zamiaru. 

Musiałam się, domyślać mrocznych motywów, którymi kierowała się, realizując swoje plany. 

Ale musiały one wziąć swój początek tak jak dawniej z nienawiści i zazdrości.

Wszyscy to odczuliśmy, gdy uderzyła w owianych mgłą zapomnienia czasach. Zabiła 

w jednym ułamku sekundy prawie milion myślących istot. Było to morderstwo w boskiej 

skali; milion dusz krzyczało z bólu i przerażenia. To wydarzenie zniszczyło umysł Perły, a 

raczej   resztki,   które   z   niego   zostały.   Rozrywała   na   strzępy   otaczający   nas   wszechświat, 

niszczyła   to,   co   nigdy   nie   powinno   zostać   zniszczone.   To,   czemu   brakowało   zdolności 

samowyleczenia.

Zgładziłam   Perlę,   a   raczej   tak   mi   się   wydawało.   Byłam   wśród   dżinnów   pierwszą 

morderczynią. Pierwszą, która zabiła jedną z nas.

Jak na ironię, ocalały resztki nasienia Perły,  w jakiś sposób zapuściły korzenie w 

nowym gatunku, który wypełnił pustkę powstałą na planecie po jej zbrodni. Perła ukryła się 

wśród ludzkich istot. Ludzkość stała się źródłem jej mocy.

Dlatego Astuin, przywódca prawdziwych dżinnów, rozkazał mi powtórzyć nie moją 

zbrodnię, lecz Perły. Zgładzając ludzkość, zniszczyłabym raz na zawsze Perłę. Wierzył w to i 

prawdopodobnie miał rację.

Gdybym  wykonała rozkaz, stałabym  się potworem. Gdybym  nie podjęła działania, 

Perła mogłaby wykorzystać moc wyssaną z ludzi, aby zniszczyć mój lud. Wybory.

Candelario powrócił do nas i nadal spoglądał buntowniczo. Zrozumiałam, że nie miał 

żadnego pojęcia, co przed chwilą powiedział, a raczej co powiedziała ukryta w nim Perła. 

Wykorzystała go jak zdalnie sterowane narzędzie. Chowała się w nim, w nich wszystkich, jak 

wirus.

Wtedy   sobie   uświadomiłam,   że   nie   był  to   prawdziwy  atak.   Candelario   okazał   się 

prymitywnym   instrumentem,   choć   potężnym,   to   słabo   przygotowanym.   Został   pewnie 

sklasyfikowany   jako   nieudana   próba.   Perta   spisała   go   na   straty.   Wysłała   do   mnie, 

spodziewając się, że zostanie zniszczony.

Spojrzeliśmy   z   Luisem   na   siebie.   Podłożyłam   dłoń   pod   głowę   chłopca.   Udawał 

odważnego, ale cały aż się spocił. Poczułam na palcach lepką wilgoć.

- Śpij - rozkazałam, wzięłam od Luisa niewielką ilość mocy i skierowałam w nerwy 

Candelaria. Chłopiec się rozluźnił, jego głowa zaciążyła na mojej dłoni. Luis rozmiękczył 

ziemię wokół jego stóp, a ja wyciągnęłam go z grzęzawiska. Trawa uporczywie owijała się 

background image

dookoła nóg chłopca, ale w końcu udało mi się ją przekonać, aby go puściła. Położyłam 

Candelaria plecami na trawie i spojrzałam na Luisa.

- Co teraz? Chłopiec był  przeciwnikiem,  którego raczej nie należało zostawiać na 

tyłach. Może nie grzeszył bystrością, ale czułam, że mógł się okazać nieprzejednany. Gdyby 

nawet nie zdołał skrzywdzić nas, zagroziłby ludziom z naszego otoczenia. Niewinni dostaliby 

się pod ostrzał mocy, którego przyczyn by nie rozumieli. Luis milczał przez chwilę.

- Zadzwonię do Marion - powiedział po namyśle. Marion Braveheart. Wiedziałam, co 

to oznacza. Była potężną, działającą samodzielnie Strażniczką. Zostawiono ją do kierowania 

nieliczną ekipą adeptów, którzy pozostali w terenie, gdy tymczasem większość Strażników 

zajmowała się innym zagrożeniem. Nie miałam pojęcia jakim ani nic mnie to nie obchodziło. 

Nie była to moja sprawa.

Marion   Braveheart   kierowała   również   oddziałem   Strażników   nadzorujących   ludzi 

obdarzonych mocami. Byli policją, sądem, ławą przysięgłych i w razie potrzeby oddziałem 

egzekucyjnym.

Nie mieliśmy wielkiego wyboru. Musieliśmy ją zawiadomić. Tylko jej oddział mógł 

sobie poradzić z chłopcem, bez konieczności zabicia go.

Luis odwrócił się, żeby zadzwonić przez komórkę, a ja dokładniej przyjrzałam się 

leżącemu na ziemi chłopcu. Był chudy, lecz nie chorobliwie. Nie zauważyłam ran ani sińców. 

Nie maltretowano  go albo robiono  to w  sposób,  który nie  pozostawiał  śladów. Mimo to 

wyczuwało się w nim jakąś rozpacz, ciemność. Zastanawiałam się, czy Candelario rozumie, 

jak niewiele znaczy dla tej, której rozkazy z taką gorliwością wykonuje.

Przeszukałam   kieszenie   jego   płaszcza,   wyciągając   paczkę   gumy,   mały   telefon 

komórkowy,   bilet   autobusowy   wskazujący,   że   chłopiec   niedawno   przyjechał   do   miasta, 

przybył do Albuquerque z Los Angeles, które, jeśli dobrze pamiętałam, leżało w Kalifornii. 

Wiele godzin drogi stąd. W innej kieszeni znalazłam chudy, całkiem nowy portfel z kartą 

biblioteczną z jakiejś miejscowości o nazwie San Diego i kilkoma zielonymi banknotami. Nie 

było  w nim rzeczy, które ludzie, tacy jak Luis, zazwyczaj  nosili w portfelach - żadnych 

plastikowych   kart,   skrawków   papieru,   paragonów   z   zakupów.   Tylko   gotówka   i   jedna 

zwyczajna karta.

Podałam ją Luisowi, gdy ten skończył rozmawiać. Przeczytał, marszcząc brwi.

- San Diego?

- Co jest w San Diego? - zapytałam.

- Wspaniałe wybrzeże, duża baza marynarki wojennej, piękna pogoda. Poza tym nie 

mam pojęcia. - Oddał mi kartę. - Marion wyśle zespół, który przejmie chłopca i zaopiekuje 

background image

się nim. Sprawdzą, co z nim zrobiono. Dwanaście lat to stanowczo za wcześnie na używanie 

takiej mocy, jaką on dysponuje. Mógł zrobić sobie krzywdę.

Nie miało to znaczenia, czy skrzywdziłby siebie. Mógł z całą pewnością nieuchronnie 

sprowadzić   tragedię   na   swoje   otoczenie.   Candelario   był   zbyt   potężny,   a   brakowało   mu 

szkolenia i opanowania dorosłego Strażnika. (Choć od czasu do czasu zastanawiałam się, 

jakie to miało znaczenie, skoro tak wielu Strażników zachowywało się jak rozkapryszone 

dzieci).

- Długo będziemy czekać na ich przyjazd?

- Żartujesz, prawda? Wszędzie brakuje ludzi. Marion musi wysłać zespół aż z Los 

Angeles. Wsiądą w samolot, ale mimo to dotrą tu najwcześniej jutro. A dopóki się nie zjawią, 

musimy go trzymać w lodzie.

Nie   zrozumiałam   wyrażenia   „w   lodzie”.   Dopiero   gdy   skonfrontowałam   je   z 

rzeczywistością, uznałam, że chodzi o to, by trzymać go pod kontrolą i powinien pozostać 

nieprzytomny.

- A czy to nie jest porwanie?

- Jasne, że jest - Luis zgodził się ze mną. - Jeśli ktoś zgłosił zaginięcie tego chłopca. 

Możliwe, że go szukają, ale nie powinniśmy go oddawać rodzicom w tym stanie. Przeszedł 

pranie   mózgu   tak   jak   pozostałe   dzieci   Perły.   Może   ludzie   Marion   będą   umieli   go 

przeprogramować   i   dezaktywować   jego   moce   do   czasu,   aż   do   nich   dorośnie.   Było   to 

pozytywne   rozwiązanie.   Istniało   jeszcze   inne,   prawdopodobne...   Może   okazać   się,   że 

Strażnicy będą musieli  całkowicie pozbawić mocy Candelaria, aby mieć pewność, że nie 

zrobi krzywdy sobie ani nikomu innemu.

Żadne   z   nas   nie   mogło   sobie   pozwolić   na   osobiste   zainteresowanie   rehabilitacją 

chłopca.   Isabel,   przypomniałam   sobie.   Isabel   musi   ocaleć.   Córka   Manny'ego   i   Angeli, 

bratanica Luisa. Było jeszcze coś, co dotyczyło  także mnie, choć z niechęcią się do tego 

przyznawałam. Nie miałam odwagi określić tego stanu dokładniej. Stwierdzałam tylko, że 

miałam kontakt z tym dzieckiem.

Coś więcej sugerowałoby istnienie więzi z tym pół-życiem w ludzkiej postaci, a nie 

byłam jeszcze gotowa na prawdziwe zbadanie głębi tych kontaktów.

Żadne rozważania nie rozwiązywały problemu chłopca leżącego u moich stóp.

- Co z nim zrobimy? Luis wzruszył ramionami.

- Chyba  zabierzemy go do domu - powiedział. - Możesz nas osłonić? - Myślał o 

osłonieniu   przed   wścibskimi   spojrzeniami.   Zrobiłam   to   już   wcześniej,   kiedy   sobie 

uświadomiłam, co mogliby sobie pomyśleć o nas przechodzący tędy ludzie. Nie staliśmy się 

background image

niewidzialni,   bo   przechodnie   nas   widzieli,   lecz   nie   zauważali.   Nie   zachowywali   o   nas 

żadnych wspomnień.

Na   moje   kiwnięcie   głową   Luis   wziął   na   ręce   bezwładnego   chłopca.   Przeszliśmy 

spokojnie przez ulicę, ruszyliśmy boczną alejką, gdzie znowu musiałam wstrzymać oddech i 

dotarliśmy na podwórko domu Luisa. Zamknęłam kłódkę na furtce, naprawiłam uszkodzenia i 

weszłam za Luisem do środka.

Zaniósł chłopca do pokoju Isabel. Nadal było w nim pełno gromadzonych przez nią 

skarbów   i   kolorowych   zabawek.   Położył   dziecko   na   łóżku,   na   pościeli   z   postaciami   z 

kreskówek. Zaskakująco delikatnie zdjął mu buty, postawił obok łóżka, a potem czubkami 

palców dotknął jego czoła. Wyczułam, że narzucony przeze mnie sen stał się głębszy.

Na pewno się nie obudzi przez kilka godzin.

-   Powinniśmy   go   związać,   jeśli   nie   zamierzasz   pilnować   go   przez   cały   czas   - 

powiedziałam.

- Świetnie! Porwanie i uwięzienie. Chyba mogliby nam doliczyć atak na nietykalność 

cielesną, ponieważ przez nas stracił przytomność.

- Próbował nas zabić. - Spojrzałam w kierunku saloniku. - I spalił twoją kanapę.

-   A   więc   wszystko   w   porządku.   -   Luis   westchnął   i   usiadł   na   kruchym,   białym 

stołeczku, ozdobionym drobnymi różowymi kwiatuszkami, który w ogóle się dla niego nie 

nadawał. - Mówię poważnie, Cass, stąpamy po cienkim lodzie. Ten mały mógłby pozwać nas 

za porwanie, odurzenie, uwięzienie. Jeśli nie będziemy ostrożni, możemy trafić na długo do 

więzienia.

- Zaatakował nas.

- Naprawdę sądzisz, że ktoś w to uwierzy? To znaczy ktoś, kto tego nie widział? - 

Pokręcił głową. - Musimy go stąd zabrać, zanim się obudzi.

- Jak to zrobimy, skoro Strażnicy dopiero jutro kogoś przyślą?

- Spotkamy się z nimi w pół drogi - zaproponował. - Położymy go na tylnym siedzeniu 

samochodu, przykryjemy kocem i ruszymy. Mam przeczucie, że jeśli tego nie zrobimy, przed 

wieczorem będziemy się pocić w celi.

Nie widziałam w tym nic groźnego; dysponowaliśmy takimi mocami, że w żadnym 

więzieniu   by   nas   nie   zatrzymano.   Przynajmniej   nie   w   więzieniu   zbudowanym   przez 

zwyczajnych ludzi.

background image

3.

- Trzymaj się! - krzyknął Luis i gwałtownie skręcił kierownicę, usiłując kontrolować 

poślizg. Furgonetka zatrzęsła się, koła zawirowały, ale w końcu tor jazdy się wyprostował. 

Zamrugałam i dla bezpieczeństwa przytrzymałam się klamki, gdyż siła ciążenia gwałtownie 

nami szarpała. Spojrzałam z trudem za siebie, żeby zobaczyć, co się stało.

Lód. Pokrywał całą drogę. Przy tej pogodzie było to niemożliwe. Panował lekki upał, 

nie było ani mżawki, ani szronu.

Mimo to warstwa lodu miała co najmniej dwa centymetry grubości i była śliska jak 

szkło. Furgonetka nie miała zimowych opon, więc koła kręciły się i ślizgały w daremnym 

poszukiwaniu przyczepności, a siła bezwładności pchała nas naprzód.

Z naprzeciwka nadjeżdżała ogromna ciężarówka. Kierowca był równie bezradny, jak 

my. Pojazd obrócił się, a naczepa połączona z wozem zaczęła się ślizgać, ustawiając się pod 

kątem do kabiny.

-   Strażnik   Pogody   -   stwierdziłam.   Luis   skinął   głową,   nie   odrywając   wzroku   od 

nadjeżdżającej ciężarówki. Był spięty, lecz się nie bał. Wykonywał wszystkie czynności bez 

pośpiechu. Wziął głęboki wdech i wyciągnął do mnie rękę. Ujęłam ją i poczułam gwałtowny 

przepływ energii między nami - wielowarstwowy, głęboki i coraz bardziej ogarniający.

-   Teraz   -   powiedział   i   odetchnął.   Wysłał   dokładnie   skupioną   falę   mocy,   która 

przeniknęła ciężarówkę, przecinając ją na dwie części. Połówki pomknęły w przeciwnych 

kierunkach, zawirowały, tracąc energię, a Luis skierował furgonetkę prosto w powstałą lukę.

Gdy mijaliśmy uszkodzoną ciężarówkę, zerknęłam za siebie i zobaczyłam splątane 

resztki jakiegoś dużego urządzenia gospodarstwa domowego, przeciętego na pół uderzeniem 

Luisa.

- Rany, dziś się piekielnie naraziłem agencjom ubezpieczeniowym - odezwał się z 

histerycznym   drżeniem   w   głosie.   Niezupełnie   żartował.   -   Trzymaj   się,   możemy   zacząć 

podskakiwać.

Lód stawał się coraz cieńszy, a po kilkudziesięciu metrach zniknął zupełnie. Opony 

wpadły na asfalt z głośnym sykiem, wóz się zakołysał na boki.

Luis nacisnął pedał gazu i pomknęliśmy do przodu. Spojrzałam przez ramię. Kierowca 

wysiadł z ciężarówki, stąpał ostrożnie po lodzie i kręcił ze zdumieniem głową, patrząc na 

zniszczenia, jakie powstały w jego ładunku. Prawdopodobnie w ogóle nie rozumiał, co się 

stało. Pomyślałam, że tak będzie dla nas najlepiej. Jechaliśmy w napięciu jeszcze przez kilka 

minut. Nic nie nadjeżdżało z naprzeciwka.

background image

- Co o tym sądzisz? - zapytał Luis. - Czy udało się jej nas wyprzedzić? Zastawić 

pułapkę? Wyczuwasz coś jeszcze?

- Tej nie wyczułam - stwierdziłam. - Ale jakoś... Nie, nie sądzę. To musiało pochodzić 

od... Od chłopca. Ta myśl nagle mnie uderzyła. Obejrzałam się gwałtownie za siebie. Oczy 

chłopca były szeroko otwarte, wpatrzone we mnie.

Czekałam, ale nie zamrugał. Na widok jego pustego spojrzenia przeniknął mnie chłód.

- Zatrzymaj się - powiedziałam do Luisa i rozpięłam pas. Przeszłam nad siedzeniami 

na tył samochodu i usiadłam obok chłopca, który leżał nieruchomo w kokonie z czerwono-

żółtego koca. Nie drgnął nawet ani nie spojrzał, aby śledzić moje poruszenia.

W jego oczach była pustka. Przycisnęłam palce do jego szyi. Szukałam pulsu. Nic. 

Nie znalazłam żadnej iskierki życia. Chłopiec był pusty. Candelario nie żył.

Luis wydostał się z siedzenia kierowcy, odsunął tylne drzwi i wsiadł z powrotem do 

wnętrza furgonetki. Patrzyłam, jak Luis przeprowadza te same czynności, co ja. Wkładał w 

nie więcej wysiłku i był bardziej niespokojny. Wysnuł te same wnioski, ale nie potrafił się z 

nimi   pogodzić.   Wyciągnął   chłopca   na   wolną   przestrzeń   między   siedzeniami   i   zaczął 

rytmicznie uciskać niereagującą na masaż serca klatkę piersiową. Spojrzał na mnie ze złością.

- Oddychaj za niego. Nie poruszyłam się.

-   Niech   cię   trafi   szlag,   Cassiel,   po   prostu   zrób   to!   Tym   razem   w   ogóle   nie 

odpowiedziałam. Jego spojrzenie powinno również i mnie pozbawić życia, ale wtedy Luis 

odwrócił się ode mnie, pochylił się nad chłopcem i zaczął wdychać powietrze w jego obwisłe 

wargi.

Zabrało mu dłuższą chwilę, zanim Strażnik Ziemi przyznał przed samym sobą to, co 

dla   mnie   było   oczywiste   od   samego   początku.   Siła   życiowa   chłopca   nie   chciała   w   nim 

pozostać. Już dawno zniknęła. Została zniszczona. Daremne były wszelkie wysiłki, aby mu ją 

przywrócić. Żaden cud go już nie obudzi.

Luis oparł się o metalową  ścianę furgonetki. Ciężko oddychał,  miał  nieprzytomne 

oczy. Nagle przycisnął pięści do oczu. Drżał. Chciałam wyciągnąć do niego ramiona, ale 

wiedziałam, że nie przyjąłby z wdzięcznością mojego gestu. Delikatnie zamknęłam otwarte 

oczy   chłopca.   Potem   podniosłam   ciężkie,   bezwładne   ciało   i   położyłam   z   powrotem   na 

siedzeniu.

Luis w końcu się odezwał, głosem chropawym i nierównym:

- Co to, u diabła, jest, Cass? Co się, do cholery, dzieje?

- Okazał się zbędny - odparłam. - Perła nas nie wyprzedziła. Wykorzystała go do 

ataku.   Kiedy   przestał   być   użyteczny,   odebrała   mu   moc,   aby   zbudować   warstwę   lodu   na 

background image

drodze. Liczyła, że nie unikniesz zderzenia, być może śmiertelnego w skutkach. Obdarła go z 

wszelkiej mocy, nie mógł tego przeżyć. Zabiła go, próbując dopaść nas.

- To rozumiem - powiedział chrapliwie. - Ale po co miałaby go zabijać? Dlaczego 

właśnie teraz? Wzruszyłam ramionami.

- Nie szanuje młodego życia tak jak wy. Traktuje was jak insekty, bez względu na 

okoliczności. Zabijanie nie budzi w niej żadnych emocji, choć czasem robi to dla zabawy. - 

Zrobiła to przynajmniej raz za mojej pamięci.

Przed tysiącami lat patrzyłam na Perłę, jak stała na czele fali zniszczenia. Wysoka i 

szalona,   ledwie   się   trzymała   rozmywającego   się   ludzkiego   kształtu,   połyskującego   i 

niknącego na wietrze. Przed nią rozciągała się szeroka, urokliwa dolina, porośnięta gęsto 

żółtymi kwiatami. Leżała tam osada istot, które nie były ludźmi, jak stwierdziliśmy później, 

ale miały tych samych co ludzie przodków.

Perła, dosiadając fali zniszczenia, wdarła się w dolinę ze wzgórza, zagarniając po 

drodze wszystko w huraganie popiołów i zagłady. Była straszna, piękna i obłąkana.

Perła   zniszczyła   ostatnią   osadę   tych   istot.   Zgładziła   wszelkie   życie.   Starła   ślad 

istnienia   tej   rasy   praludzi,   usunęła   dowody,   że   w   ogóle   się   pojawili.   Pozbyła   się   ich, 

pozostawiła za sobą czystą zieloną łąkę, kołyszące się na wietrze kwiaty. Przez jakiś czas 

Ziemia pozostała wyłączną własnością i miejscem zabaw dżinnów. Przed narodzeniem się 

ludzi.

Patrzyłam. Patrzyłam  i nic nie zrobiłam. Zaczęłam działać później, kiedy wszyscy 

sobie uświadomiliśmy, kim stała się Perła. Kiedy jej egoistyczne pragnienia okazały się tak 

odmienne od naszych.

Wtedy   popełniłam   ten   fatalny   w   skutkach   błąd.   Pokonałam   ją,   ale   nie   do   końca 

zniszczyłam.

- Nie ma swojej pełnej mocy - powiedziałam cicho, prawie do siebie. Perła z tych 

dawnych wspomnień była pierwotną potęgą, boginią, kimś, kto jeszcze teraz budził we mnie 

lęk. - Gdyby miała swoją moc, zgładziłaby nas bez namysłu. Nas, całe miasto, naród. Nie zna 

granic. Życie ludzkie nic dla niej nie znaczy.

- Świetnie - stwierdził Luis. - I ta wiedźma ma Isabel.

- Chce ją mieć żywą. Ibby jest w tej chwili o wiele bezpieczniejsza, niż gdyby była z 

nami. Przynajmniej dopóki nie odkryjemy celów Perły. - Być może powinniśmy zacząć się 

martwić o siebie.

- Możesz mi wierzyć, że się martwię. - Luis odwrócił bezwiednie wzrok do tyłu, w 

stronę chłopca. - Dlaczego nie zabiła nas w taki sam sposób jak jego?

background image

Nic sadze, aby mogła to zrobić - odparłam. - Chłopice musiał przejść szkolenie na 

Ranczu, na którym  przetrzymywała  dzieci. Prawdopodobnie  ma kontakt z ludźmi,  którzy 

ulegli jej woli, a nie ma dostępu do takich jak my, którzy jej się opierają. Ale jest potężna i z 

każdym dniem staje się coraz potężniejsza. Im więcej ludzi jej ulega... - Pokręciłam głową. 

Nie miało sensu dłużej się nad tym zastanawiać. Luis w pełni rozumiał mój niepokój.

- Jeśli zniszczyła swojego jedynego łącznika z nami, może dotrzemy do Las Vegas, 

zanim znajdzie następnego, gotowego podjąć atak.

-   Może   -   powiedziałam   powoli.   Coś   tu   się   nie   zgadzało.   Nagle   dokładnie 

zrozumiałam, co to może być. - Luis, musimy go zostawić.

W furgonetce zapadła długa, ciężka cisza. Wiatr sypał piaskiem w okna. Metalowa 

buda lekko zakołysała się pod naciskiem. Luis miał kamienną twarz. Ciemne oczy płonęły.

- Będę udawał, że tego nie powiedziałaś. Zdziwiłam się.

- Dlaczego?

-   Gdybym   poważnie   pomyślał,   że   chcesz   wyrzucić   tego   biednego   dzieciaka   na 

pobocze drogi jak śmieci...

- Luis! - przerwałam mu. - Pomyśl! Nie musiała go zabijać. Dlaczego to zrobiła? 

Znalazł się w idealnym miejscu, mógł nas zabić, gdybyśmy zostawili mu trochę czasu na 

zebranie   sił.   Poza   tym   był   dzieckiem,   dlatego   w   walce   z   nim   zawahalibyśmy   się   przed 

użyciem   pełnej   mocy.   Miałby   znaczącą   przewagę   nad   nami.   Poświęciła   pionka,   który 

zajmował doskonałą pozycję i mógł nas zgładzić. Dlaczego?

Tym   razem   nie   odpowiedział.   Wydawało   mi   się,   że   mnie   nie   zrozumiał,   więc 

postarałam się mu to wyjaśnić.

-   Co   zrobiła   Perła,   kiedy   wyśledziliśmy   Isabel   na   Ranczu,   na   którym   ją 

przetrzymywała? Otworzył usta, a potem zamknął. Zamyślił się. Nagle zacisnął oczy, jakby 

poczuł silny ból głowy.

- Wezwała gliniarzy i oskarżyła nas o porwanie - przypomniał. - Policja najszybciej 

reaguje, gdy chodzi o porwane dziecko w niebezpieczeństwie.

-   A   kiedy   przyjadą   -   powiedziałam   miękko   -   znajdą   z   tyłu   furgonetki   martwego 

chłopca. Wtedy zrozumiał, pochylił się i ukrył twarz w dłoniach. Miał już akta w policyjnej 

kartotece. Natychmiast stawał się podejrzanym. Poza tym zniknęła jego bratanica.

To nie mogło dobrze wyglądać. Mówiłam dalej tylko dlatego, żeby wszystko wyjaśnić 

do końca.

-   Zamierzała   nam   przeszkodzić.   Rozdzielić   nas.   Jak   już   wcześniej   wspomniałeś, 

policję można pokonać, ale przyjadą dużą grupą. Nie będziemy z nimi walczyć na równych 

background image

warunkach. Musimy uciekać, zostawiając za sobą chłopca.

-   Na   nic   to   się   nie   zda.   Są   jeszcze   patolodzy   i   laboratoria.   Nie   oglądasz   seriali 

policyjnych? Wcześniej czy później skojarzą mnie z tym dzieciakiem. Cholera, owinięty jest 

kocem Isabel, a moje DNA mają w kartotece.

Wzruszyłam ramionami.

- Mogę załatwić takie rzeczy. Zostawimy go, a ja usunę wszelkie ślady i łączące nas 

ogniwa, zarówno fizyczne, jak i eteryczne. Ale musimy działać szybko, natychmiast. Ona nie 

będzie czekała z realizacją planów. Wszystkie moje umiejętności na nic się nie zdadzą, jeśli 

policja przeszuka furgonetkę i znajdą chłopca w środku. Nie ukryję go skutecznie przed ich 

wzrokiem. Jest tu za mało miejsca.

Luis czekał dłuższą chwilę, a potem potarł dłonią czoło i skinął głową. Wyglądał na 

chorego. Nie wahałam się już; podniosłam chłopca, otworzyłam przesuwne drzwi furgonetki, 

zeskoczyłam na pobocze i wzbijając fontannę szarego kurzu, zsunęłam się w dół, znikając z 

drogi.

- Zaczekaj! - zawołał Luis. Rzucił się do otwartych drzwi. Przytrzymał się framugi, 

ściskał ją tak mocno, że aż zbielały mu kostki. - Nie rzucaj go... Nie porzuć go byle gdzie. Był 

dla   kogoś   ważny.   Tak   jak   Ibby   jest   ważna   dla   nas.   Proszę.   Błagam   cię.   Potraktuj   go... 

Potraktuj go tak, jakby ci zależało...

Jego słowa wiele mówiły o tym, co Luis o mnie wiedział. Wpatrywałam się w niego 

przez chwilę bez słowa, a potem odeszłam.

Pustynia ciągnęła się we wszystkich kierunkach, rozpalona i jałowa, usiana dziwnymi 

bryłami jedynych roślin, które znosiły surowe warunki. Ale pustynia nie była pusta; o nie, 

wypełniało ją skryte życie - brzęczące zawzięcie owady, przemykające króliki i czyhające, 

zwinięte w kręgi węże.

Trudno tu było zostawić dziecko.

Poczekałam, aż przeminie poczucie urażonej dumy. Skupiłam się na zadaniu. Nagle 

chłopiec stał się o wiele cięższy, niż był w istocie. Ruszyłam przed siebie równym krokiem, 

oddalając się coraz bardziej od drogi.

Nie obejrzałam się za siebie, ale usłyszałam ciche słowa Luisa:

- Przepraszam cię. Nie wiedziałam tylko, czy mówił do chłopca, czy do mnie.

Wykopałam   chłopcu   grób  na  stoku  wzgórza,  niedaleko   pachnącego  krzewu,  który 

rzucał lekki  cień. Rozciągał się stąd widok na dolinę niemal tęczową  od barw pustyni  - 

pomarańczy, rdzy, ochry, brązów, upstrzonych plamami żywej zieleni i z rzadka walczącymi 

o przetrwanie barwnymi kwiatkami. Była pusta, dzika i piękna. Mogłam ofiarować chłopcu 

background image

tylko przeprosiny, potwierdzenie słów Luisa, że gdzieś na świecie ktoś za nim tęsknił.

Zdjęłam z niego koc i używając małych ładunków mocy Luisa, starannie usunęłam 

wszelkie  ślady,  które mogłyby prowadzić od chłopca do nas. Potem ciasno owinęłam go 

kocem,   podświadomie   pragnąc,   aby   mu   było   wygodnie.   Pamiętałam,   że   czas   nas   goni. 

Wiedziałam, że nie mogę się ociągać, ale coś mnie do tego skłoniło.

Spojrzałam na cichą, pustą twarz chłopca, zanim ją zakryłam.

- Spoczywaj w pokoju, dziecko. Powstrzymam twoich krzywdzicieli - powiedziałam. 

Wyskoczyłam z grobu i spowodowałam, że ziemia osunęła się i go zakryła. Ziemia zadrżała i 

poruszyła się z głośnym tąpnięciem. Wzdrygnęłam się na ten dźwięk. Nie była to reakcja 

dżinna, lecz człowieka. Pierwotna świadomość, czym jest pogrzebanie w ziemi. Odejście z 

tego świata.

Ziemia znieruchomiała nad chłopcem, a we mnie pojawiła się myśl, która w ludzkim 

rozumieniu mogła być modlitwą. Poczułam powolny i spokojny ruch Matki pod stopami. Dar 

ofiarowany mi dzięki mojej więzi z Luisem, choć nawet on rzadko odczuwał tak wyraźnie Jej 

obecność. Zaledwie smużka, szept, westchnienie jak mruknięcie przez sen. To dotknięcie 

przelotne   i   słabe,   przeznaczone   nie   dla   mnie,   zmusiło   mnie,   bym   opadła   na   kolana   i 

przycisnęła   obie   dłonie   do   piasku.   Dyszałam   ciężko,   urywanie,   błagając   z   całej   duszy   o 

błogosławieństwo jej świadomości, jej uścisku.

Zapomniałam już, jaka jestem samotna, gdy na krótką, płomienną chwilę zostałam 

znaleziona. Potem to wrażenie zniknęło i znów byłam sama, zagubiona i przerażona. Znów 

byłam   człowiekiem.   Podniosłam   się,   oddech   sprawiał   mi   ból.   Otarłam   łzy   z   zakurzonej 

twarzy i ruszyłam z powrotem w stronę furgonetki.

- Już są - powiedział Luis niecałe pół godziny później, zerkając we wsteczne lusterko. 

- Pamiętasz procedurę, Cass. Zachowaj spokój.

Kiwnęłam głową. W furgonetce nie pozostał ani jeden ślad po chłopcu. Na pewno byli 

świadkowie, którzy widzieli chłopca w pobliżu domu rodziny Rochów, ale już wiedziałam, że 

sąsiedzi Luisa niechętnie pomagali policji.

Było mało prawdopodobne, aby któryś z nich sypał.

Zerknęłam w lusterko od strony pasażera, zobaczyłam migoczące niebiesko-czerwone 

światła i usłyszałam coraz głośniejsze wycie syreny. Luis natychmiast zwolnił i zatrzymał się 

na żwirowym poboczu drogi.

Radiowóz stanął z tyłu.

Wszystko przebiegło tak, jak Luis przewidział. Kazano nam wysiąść z furgonetki i 

oprzeć się o rozgrzaną metalową ścianę pojazdu. Policjanci - dwóch potężnie zbudowanych 

background image

mężczyzn, którzy trzymali ręce blisko kabur z bronią - przeszukali furgonetkę, a potem nas. 

Luis stał milczący i spokojny. Irytował mnie swobodny sposób, w jaki ośmielali się mnie 

dotykać, ale starannie to ukrywałam. Tego nauczyłam się od detektywa Halleya - traktować 

podobne naruszenia prywatności z dużą dozą samokontroli.

Wszystkie   dokumenty,   prawa   jazdy   i   rejestracje,   były   aktualne.   Tak   jak   się 

spodziewałam, policja nie miała powodu, żeby nas zatrzymać. Sprawdzali tylko anonimową 

informację. Nic konkretnego nie znaleźli, więc musieli nas puścić.

Nawet przez chwilę nie miałam wątpliwości, że wcale ich to nie cieszy.

Luis głęboko odetchnął, gdy radiowóz z wciąż migającymi światłami zniknął daleko 

za nami. Jechał teraz ostrożnie, przestrzegając wszystkich przepisów kodeksu drogowego i na 

następnym zjeździe zatrzymał się na parkingu obok baru, który polecał „kuchnię domową”. 

Unosiła się tam woń tłuszczu. Czułam ją nawet z odległości trzydziestu metrów.

- Zawracamy? - zapytałam. Szczerze liczyłam, że nie zatrzymujemy się wyłącznie na 

posiłek. Nie tutaj.

- Myślałem o tym - przyznał Luis, ale potem pokręcił przecząco głową. - Nie, to nie 

jest dobre rozwiązanie. Potrzebujemy informacji, a nie zdobędziemy ich, siedząc bezczynnie i 

czekając, aż Perła naśle na nas następnego dzieciaka. Ma'atowie wiedzą rzeczy, o których my 

nie mamy pojęcia. Sprawdźmy, co się uda od nich wyciągnąć.

Działanie. Uśmiechnęłam się szeroko i szczerze.

- Zapowiada się zabawa.

- Czasem martwi mnie twoja koncepcja zabawy. - Przez chwilę ciemne oczy Luisa 

przyglądały mi się badawczo. - Chcesz coś zjeść?

Wzdrygnęłam się.

- Nie tutaj.

- Jesteś pewna?

- Tak.

- Nie chcesz nawet ciasta? Przepadałam za ciastem. Spojrzałam w kierunku baru.

- Nie tutaj - powtórzyłam.

- Jesteś zbyt wybredna.

- Być może - potwierdziłam. - A może mam lepiej od ciebie wykształcony instynkt 

samozachowawczy. Zachmurzył się.

- Po prostu nie umiesz docenić drobiazgów. Nadal się uśmiechałam, a gorący powiew 

wpadł przez otwarte okno, rozpraszając ciężką woń przypalonego jedzenia.

- To dlaczego lubię ciasto? - zapytałam. - Albo dlaczego lubię ciebie?

background image

- Hej! Nie jestem drobiazgiem! Nikomu o tym nie mów!

- Wszystko jest małe - powiedziałem i mój uśmiech zniknął. - Wszystko. Nawet ja. - 

Wspomnienie muśnięcia Matki wywołało ostry ból w głębi serca, obudziło potrzeby uśpione 

od chwili skazania mnie na istnienie w ludzkim kształcie. A ja chciałam, pragnęłam...

Luis ujął mnie za rękę. Dotyk człowieka przyniósł zaskakujące ukojenie.

- Zostań ze mną, Cass. Wspólnie znajdziemy jakieś wyjście. Znałam wyjście. Nie 

odrywałam spojrzenia od pustyni przesuwającej się za szybą po stronie pasażera. Starałam się 

nie myśleć o zagładzie, która czekała wszystkich na tej drodze do zwycięstwa. Miałam go 

stracić.

Mimo   wygranej   miałam   stracić   wszystkich.   To   będzie   takie   zimne,   zawzięte 

zwycięstwo.   Powstanie   pusty,   nowy   świat   oczyszczony   z   zamętu   wprowadzanego   przez 

ludzkość. W taki sposób Perła już raz oczyściła świat. Dla dobra dżinnów. Przynajmniej tak 

wtedy udawaliśmy.

Nie było warto. I byłam daleka od twierdzenia, że warto robić to teraz.

Las Vegas okazało się oszałamiającą, cudowną krainą światła, która jak nic przedtem 

przypominała mi sferę eteryczną. Wypełniały je wirujące jaskrawe kolory, przenikające się 

nawzajem. Było ich zbyt wiele, aby oko mogło je odróżnić. Wydawało się, że wybuchają 

spod ziemi, tworząc fantastyczne formy. Były bardziej wyrazem buntu przeciw naturze niż jej 

dziełem.   W   Albuquerque   to   środowisko   nadawało   kształt   miastu.   Las   Vegas   świadomie 

ignorowało ziemię, na której wyrosło.

W   tym   oderwaniu   od   rzeczywistości   tak   dla   nas   oczywistej   było   sporo   głupoty. 

Ludzie. Nigdy do końca ich nie zrozumiem, nawet gdybym przetrwała w tym ciele sto lat. 

Zaczęłam   się   zastawiać...   Czy   się   zestarzeję?   Czy   poznam   dolegliwości   i   choroby?   Czy 

mogłabym dać życie tak, jak to robią ludzie? Życie, które pozostanie na Ziemi, gdy mój czas 

już minie?

Ta myśl  sprawiła, że bezwiednie spojrzałam na Luisa. Kierował furgonetką, jadąc 

przez zatłoczone ulice ze swobodą stałego bywalca tego miasta. Zerknął na mnie. - O czym 

myślisz? - zapytał.

- Wątpię, żebyś chciał wiedzieć - odparłam szczerze. Nie potrafiłam sobie wyobrazić 

Luisa, który spokojnie przyjmuje do wiadomości, że chcę mieć dziecko, tym bardziej że chcę 

też, aby to on został ojcem.

Chociaż, jeśli to, co działo się między nami wcześniej miało świadczyć o temperaturze 

jego uczuć, nie licząc przy tym prostej potrzeby fizycznego kontaktu wywołanej nadmiarem 

whisky, to... może. Nie był to jednak najlepszy czas, by dalej się zagłębiać w te rozważania.

background image

- W porządku - powiedział. - Spotkamy się z szefem Ma'atów. Będziesz pamiętała o 

właściwym zachowaniu?

Oczywiście. Wydał z siebie nieprzyjemny odgłos. Najwyraźniej mi nie wierzył. Być 

może zresztą całkiem słusznie.

-   Postaraj   się   niczego   nie   zepsuć.   Nie   zrób   wrogów   z   jedynych   prawdziwych 

sojuszników, jakich udało mi się znaleźć. Nie otaczają nas tłumy chętnych do pomocy.

Ma'atowie.   Wiedziałam   o   nich   tyle,   by   mieć   pewność,   że   w   tym   szczególnym 

przypadku   nie   są   najlepszymi   sojusznikami.   Wątpiłam,   czy   naprawdę   chcą   nam   udzielić 

pomocy. Byli  to ludzie, którzy choć posiadali pewne umiejętności  posługiwania  się tymi 

samymi  siłami co Strażnicy,  zostali zdyskwalifikowani  i odpadli z ich szeregów. Zwykle 

powodem   odrzucenia   była   zbyt   mała   potęga   mocy,   aby   miała   znaczenie.   W   kilku 

przypadkach   jednak   Ma'atowie   okazali   się   dość   potężni.   Udało   im   się   prześliznąć   przez 

skomplikowaną sieć identyfikującą młodych ludzi - przyszłych Strażników. Oznaczało to w 

konsekwencji, że żyli podwójnym życiem i zazdrościli Strażnikom ich tajemnic.

Ma'atowie byli też wyjątkowi pod tym względem, że od początku współpracowali z 

dżinnami,   nie   po   to,   by  tak   jak   niektórzy   Strażnicy,   zrobić   z   nich   swoich   niewolników. 

Szukali   wolnych   dżinnów,   zainteresowanych   sojuszem.   Okazało   się,   że   jest   ich   całkiem 

sporo. Prawie wszyscy należeli do nowych dżinnów, nie było wśród nich tak starej istoty jak 

ja. Znałam właściwie tylko jednego prawdziwego dżinna, który zainteresował się ludzkością. 

Była to Venna, która przyjmując ludzką postać, wybierała kształt dziecka. Venna pochodziła 

sprzed tysiącleci i dysponowała wyjątkowo potężną mocą. Domyślałam się, że kontrastująca z 

tą   mocą   postać   dziecka   miała   być   jakimś   skomplikowanym   żartem,   który   nie   do   końca 

potrafiłam zrozumieć.

Las Vegas zapłonęło obcymi  kolorami, gdy dotarliśmy do głównej części miasta - 

jaskrawymi zieleniami, zjadliwymi żółciami, płomiennymi czerwieniami i różami. Barwy i 

odcienie migotały, przeobrażały się w połyskliwe, hipnotyzujące wzory. Wpatrywałam się w 

nie   wprost,   nie   mrugając   oczami,   zafascynowana   tym   przedstawieniem   w   rzeczywistym 

świecie tego, co tak bardzo kochałam w sferach dostępnych tylko dla dżinnów. Może było to 

prymitywne, ale zachwyt, jaki ten pokaz wzbudzał w ludziach, wskazywał na związki między 

dżinnami a ludzkością, których nigdy nie podejrzewałam.

Prawie   nie   zauważałam   przeciskających   się   obok   nas   tłumów   obcych   ani 

przepływającej ulicami rzeki metalu na kółkach; nie zwracałam uwagi na ostrą woń spalin i 

gumy, która zawsze towarzyszyła zbiorowiskom ludzkim. Oto dowód, jak byłam zachwycona 

triumfalnym blaskiem otaczającego nas światła.

background image

Nagle,   zupełnie   nieoczekiwanie   stanęliśmy   przed   budowlami,   które   rozpoznałam, 

doznając przy tym niemal fizycznego wstrząsu. Szok szybko minął, ponieważ podobieństwo 

okazało się powierzchowne. Nie były to majestatyczny, kamienny sfinks ani wspaniała, pełna 

chwały   piramida.   Zobaczyliśmy   współczesne   imitacje,   którym   brakowało   wyrafinowania 

dawno zmarłych  rzemieślników oraz świętości przepełniającej dzieła, które powstały jako 

wyraz religijnego zapału.

Były to tanie kopie, zapakowane i sprzedawane dla zwykłej rozrywki. Gdy zbladł 

blask   świateł,   poczułam   złość.   Rozgniewałam   się   na   ludzi,   że   tak   nisko   cenili   historię   i 

literaturę. Byłam zła, że nawet największe swoje osiągnięcia potrafili tak strywializować.

Zastanawiałam   się,   co   by   się   wydarzyło,   gdybym   stopiła   fałszywego   sfinksa   w 

cuchnący stos pokrytego farbą żużlu, gdy nagle z żalem przypomniałam sobie, że obiecałam 

Luisowi niczego nie zniszczyć. A jednak. Istniał pewien sposób. Mogłabym twierdzić, że 

zrobiłam to w samoobronie.

- Dobrze - powiedział, parkując furgonetkę w pustym miejscu na rozległej, wylanej 

betonem płycie, zastawionej równymi rzędami błyszczących pojazdów. - Zrób coś dla mnie. 

Zachowaj milczenie i naśladuj mnie. Niczego sama nie zaczynaj.

Nie odrywałam wzroku od sfinksa. Wydawało mi się, że już coś się zaczęło.

Patrzył spokojnie w horyzont gdzieś daleko poza mną. Przynajmniej to jedno łączyło 

go ze starożytnym kuzynem.

Hol w hotelu przypominał jaskinię. Panował w nim mrok. Hotel także okazał się tanią 

podróbką, która niewiele miała wspólnego z historią, choć z pozoru miał oddawać cześć. 

Nieprzerwany   brzęk   żetonów   i   monet,   szmer   głosów   wywołały   we   mnie   drżenie. 

Zapragnęłam zmusić je do milczenia, do pozostawienia mnie w spokoju, ale zacisnęłam zęby 

i   dotrzymałam   obietnicy   danej   Luisowi.   Oni   nam   pomogą,   powiedziałam   do   siebie   z 

rozpaczą. Pomogą nam odnaleźć Isabel.

Dywany pod stopami były grube i miękkie. Wchłonęły miliony rozlanych drinków. 

Całe pomieszczenie przesiąknęło rozpaczą, stęchłym zapachem alkoholu i wonią płynów do 

czyszczenia.  Większość  ludzi   w  ogóle  niczego by  nie  zauważyła.   Starałam  się  oddychać 

płytko, zacisnęłam dłonie w pięści. Musiałam sprawiać wrażenie wściekłej, bo zauważyłam 

umundurowanych   członków   ochrony,   kobiety   i   mężczyzn,   którzy   śledzili   nasze   przejście 

przez hol. Jeden z nich podniósł do warg małe urządzenie i coś powiedział.

Luis podszedł do zwykłego telefonu wiszącego we wnęce. Na kartce zamocowanej 

powyżej   aparatu   napisano:   „wyłącznie   do   użytku   prywatnego”.   Nie   było   guzików,   tylko 

słuchawka i widełki. Podniósł słuchawkę i przyłożył do ucha.

background image

- Luis Rocha i Cassiel do Charlesa Ashwortha. Jesteśmy umówieni - oznajmił. Zanim 

odłożył słuchawkę, stanął za nami członek ochrony, osaczając nas we wnęce. Nie zrobił tego 

agresywnie i tylko to go uratowało, cel jego działania jednak był oczywisty.

-   Proszę   zaczekać   -   powiedział   i   przyjął   taką   postawę,   że   nie   mogłam   mieć 

wątpliwości,   że   bez   rozkazu   nie   ruszy   się   stamtąd.   Albo   bez   użycia   odpowiedniej   siły. 

Zerknęłam na Luisa i natychmiast zrozumiałam, że to nie czas ani miejsce na podejmowanie 

działania.

Niedaleko ktoś krzyknął, nie ze strachu ani z bólu, lecz z radosnym zdziwieniem. 

Usłyszałam   stłumiony   brzęk   monet.   W   odległości   kilkudziesięciu   metrów   od   nas,   wśród 

szeregów szumiących cicho automatów, zaczęły pulsować żółte światła.

- Rany - westchnął Luis. - Chciałbym mieć takie szczęście.

- Jesteś Strażnikiem Ziemi - przypomniałam mu. - Gdybyś tylko zechciał, mógłbyś 

wydobyć złoto spod ziemi.

- Wiem, ale tego nie robię, bo to byłoby niewłaściwe. Poza tym zwróciłoby uwagę 

innych Strażników. A więc nic z tego.

- Mógłbyś zmusić automaty, żeby wyrzucały wygrane. Przyjrzał mi się uważnie, jakby 

nigdy przedtem mnie nie widział.

-   Chcesz,   żebym   oszukiwał   w   kasynie   prowadzonym   przez   Ma'ata?   Naprawdę 

uważasz, że to dobry pomysł? Wzruszyłam ramionami.

- Zwracam ci po prostu uwagę, że twoje szczęście zależy wyłącznie od ciebie. Sam 

zdecydujesz, czy z niego skorzystać.

- Przestań nabijać mi głowę złymi pomysłami.

- A to robiłam? Spojrzeliśmy na siebie. Poczułam jego spojrzenie, ciepłe jak blask 

ognia z płonącego nieopodal ogniska.

-   Prawie   cały   czas.   Chciałam   się   uśmiechnąć,   ale   jakoś   opanowałam   ten   impuls. 

Nabierałam nowego zwyczaju powściągania impulsów.

Nie wiem, czy dzięki temu stawałam się szlachetniejsza, czy zwyczajnie głupia.

Po dłuższej chwili ochroniarz otrzymał wiadomość poprzez maleńki mikrofon ukryty 

w uchu. Cofnął się i stanął z boku.

- Tędy - powiedział. Grzecznie, lecz stanowczo. Poprowadził nas wzdłuż automatów, 

a potem obok gwarnego, jasnego baru, z rzędami barmanów nalewających drinki dziesiątkom 

klientów. W ścianie obok były zwyczajne drzwi z ciemnego drewna, niemal niewidoczne w 

mroku. Na umieszczonej na nich prostej złotej płytce wygrawerowano słowa: „pomieszczenie 

prywatne”.

background image

Ochroniarz otworzył szeroko drzwi i stanął obok, żeby nas przepuścić. Weszliśmy do 

słabo   oświetlonego   pokoju.   Ciemna   boazeria,   obrazy   w   skromnych   ramach,   natychmiast 

stwierdziłam, że to autentyki. W odległym krańcu pokoju stało ciężkie biurko, przed nim dwa 

fotele solidnej konstrukcji, ustawione pod tym samym kątem do blatu. W kącie stał pusty stół 

do pokera, pokryty zielonym suknem, otoczony wygodnymi krzesłami.

Za biurkiem siedział niewysoki, schludny mężczyzna. Starszy, o białych włosach i 

pobrużdżonej,   ostro   zarysowanej   twarzy.   Złożył   dłonie   na   pustej,   czystej   drewnianej 

powierzchni blatu. Obserwował nas z kamienną twarzą, ani przyjaźnie, ani podejrzliwie. Nie 

wstał, żeby nas powitać.

- Rocha - powiedział i skinął głową. - Przykro mi z powodu twojego brata i bratowej. 

Moje kondolencje.

- Dziękuję. - Luis zajął jeden z foteli obok biurka. Zastanawiałam się przez chwilę, czy 

nie   powinnam   usiąść   w   drugim   fotelu,   a   potem   postanowiłam   stanąć   ze   skrzyżowanymi 

ramionami za plecami Luisa. Kazał mi siebie naśladować, ale nie czułam się tam swobodnie. 

Kryła się w tym wnętrzu jakaś potężna siła, ale nie potrafiłam do końca jej określić.

- Jesteś Cassiel. - Te słowa sprawiły, że spojrzałam na starego człowieka. - Nazywam 

się Charles Spencer Ashworth. W tej chwili jestem przywódcą Ma'atów.

- W tej chwili? - zapytał Luis.

-   Powiedzmy,   że   nastąpiła   reorganizacja   kierownictwa.   Polityka   wewnętrzna.   Nie 

musicie   się   tym   zajmować.   Kawy?   -   Nie   czekał   na   odpowiedź,   tylko   nacisnął   guzik 

umieszczony w blacie biurka. - Chyba winni jesteście mi jakieś wyjaśnienie.

Wyraźnie dawał nam do zrozumienia, że czeka na naszą relację. Luis przez chwilę 

patrzył na niego bez słowa.

- Nie jestem pewien, czy powinienem panu cokolwiek wyjaśniać. Mówię to z całym 

szacunkiem, proszę pana. Wąskie wargi Ashworta poruszyły się, ale chyba nie można było 

tego grymasu uznać za uśmiech.

- Z całym szacunkiem, proszę pana - powiedział. - Uważam, że jeśli jesteście w moim 

hotelu,   otaczają   was   moi   ludzie,   a   w   rogu   pokoju   stoi   dżinn   gotów   wymusić   spełnienie 

wszystkich moich życzeń, to powinniście się nad tym zastanowić.

Odwróciłam się Bwullownio.

W najciemniejszym kącie pomieszczenia stał dżinn, żaden z tych, z którymi byłam 

związana braterstwem, ale nowy dżinn, narodzony z ludzkich przodków. Zawsze uważałam te 

dżinny za sztuczne twory. Za uzurpatorów.

Ten był wysoki, smukły, a jego ludzkie ciało miało niebieskawy, dymny odcień. Gdy 

background image

nasze spojrzenia się spotkały, lekko pochylił głowę. Jego oczy miały barwę intensywnego 

fioletu, a włosy wyblakłego złota. Był oszałamiająco piękny, choć nigdy kogoś takiego nie 

widziałam.

Jak na nowego dżinna wydawał się potężny.

- Cassiel - odezwał się. Magia nadała jego głosowi delikatne, ciepłe, głębokie i niosące 

pociechę   brzmienie.   -   Od   dawna   pragnąłem   cię   poznać,   choć   przyznaję,   nie   chciałem, 

żebyśmy   stanęli przed  sobą  na  polu bitwy. Przyjmij  moje   słowa  jako  dowód  głębokiego 

szacunku.

Z wdziękiem udawałam, że wciąż jestem kimś, kogo inny dżinn mógłby się obawiać. 

Niechętnie skinęłam mu głową.

- Jak masz na imię? - Kiedyś mogłabym je odczytać z otaczającej go aury. Kiedyś. Nie 

teraz.

- Rashid.

Odwróciłam się do Ashwortha.

- Należy do ciebie? - zapytałam. Była to celowa prowokacja. Usłyszałam cichy śmiech 

Rashida, rozbawiony, prawie kpiący, lecz bez urazy. Ashworth znów się uśmiechnął, tym 

razem prawdziwie.

-   Nikt   do   nikogo   nie   należy   -   stwierdził.   -   To   podstawowa   zasada   naszego 

towarzystwa. Do Ma'atów wstępują tylko ochotnicy i mogą odejść, kiedy zechcą.

-  Jak demokratycznie   - skwitowałam.   Nie  wymówiłam   tych  słów  ze  szczególnym 

naciskiem,   ale   przez   to   zaniechanie   zabrzmiały   sarkastycznie.   -   Słyszałam,   że   w   razie 

potrzeby używacie dżinnów. Teraz widzę, że to prawda.

- Korzystamy z pomocy wszystkich, którzy chcą z nami współpracować. W tym także 

z twojej, gdyby coś cię do tego skłoniło.

Pokręciłam   lekko   głową   i   spojrzałam   na   Luisa.   Moja   rozmowa   dała   mu   czas   na 

zastanowienie, jak ma postąpić. Domyśliłam się po sposobie, w jaki napiął ramiona, że zbiera 

siły do decydującego uderzenia.

-   Chłopiec,   którego   próbowaliśmy   ocalić,   nie   żyje   -   powiedział.   -   Robiliśmy,   co 

mogliśmy, ale ten, kto go do nas przysłał, w ostatnim ataku pozbawił go mocy. Nie udało nam 

się mu pomóc.

Ashworth uniósł nieznacznie gęste brwi, choć zachował kamienną twarz.

- Naprawdę? Słyszałem, że jesteś utalentowanym Strażnikiem Ziemi.

- Bo jestem. - Spojrzał na mnie. - Ona też.

- Dlatego uważam, że najpierw powinniście mi wyjaśnić, z jakiego powodu dziecko 

background image

was zaatakowało i dlaczego nie mogliście go powstrzymać, nie zabijając go przy tym.

Luis starał się, jak mógł, ale Ashworth przez całą jego opowieść nie zdradził, czy 

wierzy w choć jedno słowo. Kiedy Luis doszedł do chwili, gdy zostawiliśmy chłopca na 

pustyni, usłyszałam za plecami ciche syknięcie Rashida. Powstrzymałam chęć odwrócenia się 

do niego.

- Nie tak chciałam postąpić - przyznałam. - Ale to było konieczne. Zaplanowała, że 

zostaniemy przyłapani z trupem dziecka. Miała nadzieję, że nie zauważymy jego śmierci do 

chwili, aż będzie za późno. - Ona - powtórzył Rashid. - Podaj imię wroga. Nie usłuchałam. 

Prychnął znowu z niezadowoleniem.

Za tym atakiem nie stoi żaden wielki zbrodniarz, Ashworth. To tylko chora rozpacz 

kogoś, kto kiedyś był wśród nas królową. Nie wierz jej. Zmieniło ją upokorzenie, bo została 

zmuszona, by nosić skórę człowieka.

-   Uwierzę   w   to,   co   zechcę,   Rashidzie.   Dziękuję   za   twoją   uwagę.   -   Nigdy   nie 

słyszałam,   żeby   człowiek   udzielał   w   taki   sposób   dżinnowi   reprymendy,   stanowczo   i 

autorytatywnie. A nie był to człowiek, który mógł arogancko zakładać, że jako właścicielowi 

dżinna nie grozi mu jego zemsta. Agresja budziła we mnie złe, zimne instynkty, mimo że nie 

była skierowana przeciwko mnie. Zastanawiałam się, jak zareagował na nią Rashid. - Byłem 

na Ranczu - mówił dalej Ashworth. - Rozumiem, co wam się wydaje, że widzieliście.

- Nam nic się nie wydaje - powiedział Luis. - My wiemy. Ona istnieje. Nie zdołaliśmy 

jej jeszcze odnaleźć, ale ją znajdziemy. Odzyskamy też moją bratanicę, całą i zdrową.

Ashworth nic na to nie odpowiedział.

- Niewielu Strażników zostało. Część ściga duchy, inni się ukryli, a reszta próbuje nie 

dopuścić   do   rozpadu   świata.   Spora   grupa   zginęła,   walcząc   z   dżinnami   podczas   rebelii. 

Podobno wojna trwa dalej, wojna na wyczerpanie. Coraz mniej jest Strażników i coraz słabiej 

się bronią. Wrogowie wyłapują ich jednego po drugim.

- Ktoś powiedział, że Ma'atowie na tym skorzystają - wtrącił Luis.

Ashworth wykrzywił twarz z wyrazem znużenia.

- Ludzie prawie cały czas plotą głupstwa. Nie interesuje mnie, by zastąpić Strażników 

Ma'atami. Ty powinieneś to najlepiej wiedzieć. Świat potrzebuje Strażników. Gdyby nie byli 

potrzebni, toby ich nie było. Są częścią naturalnej hierarchii. Podobnie zresztą jak dżinny. Jak 

zwykłe   istoty   ludzkie,   zwierzęta,   rośliny,   owady,   pierwotniaki   czy   Ma'atowie.   Wszystko 

pozostaje w równowadze. Dlaczego tu przyjechaliście? Mogliście zawrócić i ruszyć prosto do 

domu. Nic was już nie zatrzymywało.

- Domyślam się, że wycieczka do Vegas nie jest dobrą wymówką. Próbka humoru 

background image

Luisa - nawet przedstawiona  bez przekonania - została  przyjęta  z chłodnym  milczeniem. 

Ashworth nie odpowiedział. Przeniósł spojrzenie na mnie.

- Ty szczerze wierzysz w istnienie tej istoty.

- Tak  - potwierdziłam.  - Bo istnieje. Jest zagrożeniem  dla  dżinnów. Prawdziwym 

zagrożeniem.   Dopóki   nie   odkryjemy   jej   kryjówki,   walczymy   z   cieniem.   Ona   może   nas 

namierzyć. Nam to się nie udaje.

Rashid znów prychnął. Odwróciłam się do niego. Skrzyżował ramiona na piersi.

- Tak? - zapytał. - Chcesz mi coś powiedzieć?

- Nie bardzo - zaprzeczyłam. - Przypuszczam, że gdy będziesz wrzeszczał, wydając 

ostatnie tchnienie, tak jak krzyczał Gallan, wtedy poważniej potraktujesz moje słowa.

Postarałam się, aby zabrzmiało to dwuznacznie. Musiał wiedzieć o śmierci mojego 

przyjaciela Gallana - śmierć dżinna nie mogła pozostać niezauważona, a Gallan należał do 

potężnych dżinnów. Po nagłym błysku jego oczu domyśliłam się, że Rashid nie słyszał, czy to 

ja byłam przyczyną tej śmierci. Dobrze wiedziałam, co podejrzewał.

- Już teraz traktuję cię poważnie - powiedział Rashid. - Uwierz mi.

- Dość - warknął Ashworth. - Przestańcie, oboje! Nie będziecie w moim gabinecie 

wyrównywać   rachunków;   właśnie   skończyłem   remont.   Luis,   czego,   u   diabła,   chcesz   ode 

mnie? Nie mogę ci udzielić prawdziwej pomocy. Nie mam żadnych informacji.

- A jednak jest coś, co może pan dla nas zrobić. Pożyczyć mi dżinna - oświadczy! 

Luis.   Nagle   zapadła   pełna   zdumienia   cisza.   Ashworth   rzucił   spojrzenie   Rashidowi,   a   ja 

popatrzyłam na Luisa. Usiłowałam zrozumieć to, co właśnie powiedział.

Miał   dżinna.   Miał   mnie.   Nagle   ogarnęła   mnie   fala   gniewu   i   niepewności. 

Zastanawiałam się przez chwilę, czy to... zazdrość? Na pewno nie. Nie mogłam upaść tak 

nisko.

Zza   pleców  dobiegł  mnie  głos  Rashida.  Stał  tak  blisko,  że  czułam  tchnienie  jego 

oddechu na karku.

- Widocznie nie spełniasz jego oczekiwań - stwierdził. - Jakie to smutne. Odwróciłam 

się i uderzyłam otwartą dłonią w jego klatkę piersiową. Cios powinien go rzucić na drugą 

stronę pokoju, rozbić boazerię i rozkruszyć beton ściany, gdy o nią uderzy.

A on stał spokojnie, uśmiechając się do mnie, patrząc z przerażającym błyskiem w 

fioletowych oczach. Po chwili ujął mnie za rękę w przegubie i złamał mi ją.

Krzyknęłam,   gdy   kości   pękały,   skręcały   się   i   wbijały   w   mięśnie.   Przeszyła   mnie 

płonąca biała fala bólu. Zadrżały pode mną kolana, a ciemność zamigotała mi przed oczami.

- Rashid! - krzyknął Ashworth i zerwał się zza biurka. Luis był szybszy. Zanim jego 

background image

fotel   się   przewrócił   i   oparcie   dotknęło   dywanu,   był   już   przy   mnie.   Wycelował   palec   w 

Rashida. Przez ułamek sekundy widziałam, a może mi się tylko wydawało, czarne płomienie 

liżące jego ramiona. Mrugnęłam. Z pewnością było to oszołomienie wywołane bólem.

- Ty! - krzyknął Luis. - Puść ją! Natychmiast!

Rashid usłuchał. Nadal się uśmiechając, zrobił krok do tyłu. Luis ujął moją rękę w 

obie dłonie. Poczułam najpierw delikatny i ciepły dotyk, a potem zalewającą mnie gorącą 

kaskadę.   Moc   krążyła   wokół   złamania,   zataczając   ciasne   kręgi.   Zachwiałam   się,   gdyż 

zabrakło mi sił. Luis chwycił mnie i objął ramieniem, odsuwając jednocześnie złamaną rękę, 

gdyż cały czas trwało jej uzdrawianie.

- Przedstawiłem  swoje racje  - odezwał się Rashid, ze znudzeniem i przekąsem w 

głosie. - Nie jest lepsza od człowieka, prawda? Do niczego nam się nie przyda. Naprawdę 

potrzebujesz dżinna. Ale zastawiam się po co?

-   Potrzebuję   takiego,   który   się   uważa   za   niezniszczalnego   -   wycedził   Luis   przez 

zaciśnięte   zęby.   -   Świetnie   się   nadajesz.   Rashid   spochmurniał,   w   jego   spojrzeniu   znów 

pojawił się arogancki błysk. Nie tak wielki, by mieć jakieś znaczenie. W końcu zebrałam siły 

i opierając się na Luisie, wstałam. Miałam wrażenie, że moje ramię jest kruche i byle jak 

połatane.   Wiedziałam,   że   nie   powinnam   poddawać   go   próbie,   chociaż   proces   leczenia 

gwałtownie przyśpieszył. Stłumiony gniew palił się gdzieś w głębi mnie niskim, gorącym 

płomieniem, ale mniej mi się podobało uczucie, które go zastąpiło: strach. Czy tak właśnie 

żyli ludzie? W ciągłym strachu przed bólem, świadomi swojej kruchości i tymczasowości? To 

naprawdę mi się nie podobało.

-   Co   robisz?   -   zapytałam.   Luis   popatrzył   na   mnie   ponuro,   ostrzegawczo.   W   jego 

wzroku   dostrzegłam   wyraźne   żądanie,   żebym   zamilkła.   Powrócił   do   cichej   wojny   na 

spojrzenia   z   Rashidem,   który   w   końcu   skrzyżował   ramiona   na   piersi,   opuścił   brodę   i 

uśmiechnął się lubieżnie.

-   Sądzisz,   że   możesz   mi   rzucić   wyzwanie,   grozić   niebezpieczeństwem?   Mały 

człowieczku, nie wiesz, o czym mówisz.

- Jasne, za to ty jesteś wielki, potrafisz łamać ręce kobietom, nie dając im szansy na 

rewanż - stwierdził  Luis. - Lubisz sobie pogadać. Rozumiem.  Ale ja proszę o pomoc w 

sprawie wymagającej odwagi i rozumu. Może więc powinienem poszukać kogoś lepszego.

Oczy Rashida zapłonęły. Przez krótką, straszliwą chwilę myślałam, że po prostu spali 

Luisa na miejscu za te słowa. Mógł to zrobić.

- Dość! Obaj przestańcie! - krzyknął Ashworth. Nie mamy czasu na podobne luksusy! 

Rocha, powiedz mi, czego naprawdę chcesz. Nie masz się czego wstydzić. Mów.

background image

Odwrócenie się do Rashida plecami wymagało od Luisa wyjątkowej siły woli, ale 

jakoś mu się to udało. Dla bezpieczeństwa nie spuszczałam oczu z dżinna. Nie wierzyłam mu 

ani trochę. Przypominał szakala szukającego okazji do ataku. Nagle zrobiło mi się niedobrze, 

pierwszy raz w swoim długim życiu poczułam się jak ścigana ofiara.

- Potrzebuję dżinna, który może ustalić, skąd pochodził chłopiec - powiedział Luis.

- Ten zmarły?

- Tak. Czas ma ogromne znaczenie. Tropy nikną. Ale jest mi potrzebny ktoś, kto nie 

jest zwykłym krzykaczem i pyszałkiem.

Oczywiście, te słowa były specjalnie skierowane do Rashida. Patrzyłam na dżinna, 

który znów się zastanawiał, czy nas zabić. Gdyby postanowił działać, Ashworth niewiele 

mógłby zrobić, aby go powstrzymać. Choć Luis i ja podjęlibyśmy walkę, było wiadomo z 

góry, jak by się zakończyła.

Czyż nie tak?

Nie   wiem,   co   oznaczała   mina   Ashwortha,   gdy   oszacował   wszystkie   możliwe 

scenariusze, w tym także prawdopodobny zakres zniszczeń, do jakich musiałoby dojść w jego 

wyłożonym ciemną boazerią sanktuarium, gdyby doszło do walki na śmierć i życie między 

nami.

-   Wydaje   mi   się,   że   to   jest   do   załatwienia   -   powiedział   w   końcu   bez   nacisku.   - 

Jednakże udział dżinna musiałby być absolutnie dobrowolny. Taki mamy kodeks.

- Oczywiście - zgodził się Luis i zawahał na chwilę, zanim zaczął mówić dalej. - Na 

podstawie   wszystkiego,   co   wiemy   o   tej   sytuacji,   pójście   śladami   zmarłego   chłopca 

prowadzącymi   do   jego   mocodawców   może   być   niebezpieczne.   Nawet   dla   dżinna.   Nie 

chciałbym, żeby ktoś źle ocenił ryzyko z tym związane.

Rashid wciąż spoglądał na nas z niepokojącym uśmiechem drapieżcy.

- Za żadne skarby świata nie przegapiłbym takiej zabawy - odezwał się w końcu. 

Ashworth westchnął.

-   Ogłaszam   was   przyjaciółmi   i   sojusznikami   -   powiedział   tonem   zmęczenia   i 

zniechęcenia. - A teraz wynoście się wszyscy z mojego gabinetu i z mojego hotelu. Idźcie się 

pozabijać gdzie indziej, gdzie nie będę musiał przejmować się sprzątaniem.

background image

4.

Niewiele   wiedziałam   o   Rashidzie.   Moja   rasa   spoglądała   na   naszych   młodszych 

kuzynów   bez   szacunku.   Rzadko   poświęcaliśmy   czas,   aby   ich   poznać   czy   zbliżyć   się   do 

któregoś z nich.

Poza, oczywiście, Jonathanem. Nawet teraz, myśląc o nim, poczułam ciężar w sercu. 

Jonathan   spadł   na   nas   niespodziewanie   jak   czarna   nawałnica   mocy.   Żył   jak   człowiek 

śmiertelny i był pierwszym z tych, których nazywamy Strażnikami; jego więzi z Ziemią nie 

potrafili wyjaśnić ani sobie wyobrazić nawet ci, którzy pamiętali przedwieczną bezkształtną 

pustkę.   Jego   śmierć   wywołała   furię   Matki   Ziemi   i   rozpacz.   Zachowała   duszę   Jonathana, 

tworząc wokół niej nową formę. Nowy rodzaj życia.

Uczyniła go dżinnem, gromadząc umierającą siłę życia tysięcy,  którzy znaleźli się 

blisko niego. Tego dnia stworzyła  też inną istotę. Z przyjaciela Jonathana, Davida, który 

umarł razem z nim. Byli pierwsi z wielu, którzy pojawiali się po nich.

Ale to Jonathan oddał Matce serce. To Jonathan, mimo ludzkiego pochodzenia, był 

obdarzony mocą większą od dżinna, od wszystkich dżinnów, starych i nowych, jakie pojawiły 

się przedtem i potem.

Nigdy   go   nie   zaakceptowaliśmy,   ale   wszyscy,   choć   niechętnie,   spełnialiśmy   jego 

rozkazy. Przez tysiące lat prawdziwe dżinny pochylały karki przed tym, którym powinny na 

dobrą   sprawę   pogardzać.   Niektóre   nim   pogardzały,   ale   po   cichu.   Zawsze   jednak   nawet 

najbardziej   wojowniczy   spośród   dżinnów   go   szanował.   I   wszyscy   go   kochali.   Jonathan 

promieniał taką niewinnością, której nigdy nie mogłam zrozumieć ani nie miałam nadziei 

naśladować.

Rozpaczałam   po   nim,   kiedy   go   nam   odebrano.   Nigdy   już   nie   będzie   drugiego 

Jonathana, żadnego nowego dżinna, który dzięki serdeczności i sile uczyni z nas jeden lud. 

Prawdziwe   dżinny   zawsze   już   będą   stały   z   boku.   Jesteśmy   zbyt   aroganckie,   aby   inaczej 

postępować.

Między mną a Rashidem leżała przepaść i zawsze tak pozostanie.

Wyszliśmy z biura Ashwortha w gwarny półmrok kasyna. Żadne z nas nie odezwało 

się słowem. Rashid szedł obok mnie, a z drugiej strony maszerował Luis. Ludzie schodzili 

nam z drogi. Nie wiem, czy robili to świadomie. Dostrzegłam nasze sylwetki przesuwające 

się  na  monitorze   ochrony;  Luis   sprawiał  wrażenie  skupionego  i   niebezpiecznego;   Rashid 

złagodził   dziwny   odcień   skóry   na   tyle,   aby   nie   przyciągać   spojrzeń,   chociaż   w   tym 

niezwykłym miejscu prawdopodobnie nie było to konieczne.

background image

Moja blada, ponura twarz, białe włosy i jasna skóra lśniły blaskiem między nimi, 

jakby prowadzili ducha.

Wyglądaliśmy   tak...   że   żaden   ze   zdrowych   na   umyśle   ludzi   nie   próbowałby   nam 

stanąć na drodze. Głowy odwracały się, gdy przechodziliśmy przez tłum. Czułam spojrzenia 

oceniające mnie, pożądliwe.

Wydały mi się dziwnie interesujące.

Na zewnątrz gorący wiatr natychmiast osuszył delikatny ślad potu na mojej twarzy. 

Skóra Rashida pociemniała tylko trochę, aby lepiej pochłaniać ostre promienie słońca. Luis 

włożył   ciemne   okulary.   Staliśmy   w   cieniu   kopii   piramidy,   niedaleko   podroby   sfinksa. 

Patrzyliśmy na siebie bez słowa.

- Zawieźcie mnie tam, gdzie zostawiliście chłopca - odezwał się w końcu Rashid. Luis 

kiwnął głową i poszedł pierwszy w kierunku parkingu, na którym zostawiliśmy furgonetkę. 

Odsunął tylne drzwi i gestem zaprosił Rashida, aby wsiadł, ale dżinn nie ruszał się z miejsca, 

stał pochmurny, z zadartą głową. - Przyjechaliście tym?

- Oczywiście, nasz pojazd nie spełnia twoich wymagań? Ale i tak wsiadaj! - Rashid 

wykrzywił wargi, wsiadł do furgonetki i opadł na siedzenie z wyraźnym niesmakiem. Luis 

spojrzał na mnie i przewrócił oczami. - Myślałem, że ty jesteś kapryśna, ale widzę, że to 

cecha rodzinna dżinnów.

- Nie jesteśmy rodziną! - zaprzeczyłam równocześnie z Rashidem. Luis wybuchnął 

śmiechem.

- A mnie się wydaje, że jesteście. - Zanim zasunął drzwi, popatrzył na Rashida dłuższą 

chwilę i pochylił się w jego stronę. - Dotknij jeszcze raz Cassiel, zrób jej krzywdę, a skończy 

się to dla ciebie dużym bólem. Rozumiesz?

Rashid odwrócił głowę i spojrzał przed siebie. Nie dał po sobie poznać, że w ogóle 

usłyszał groźbę. Luis zatrzasnął drzwi i westchnął.

- Postarajmy się jakoś dogadać. Już jest nam wystarczająco ciężko. Nie potrzebujemy 

barowych bijatyk z naszymi domniemanymi sojusznikami.

Podobnie jak Rashid nie zawracałam sobie głowy potwierdzaniem, że słyszałam jego 

słowa, choć bez wątpienia były mądre.

-  Cholerne  dżinny -  usłyszałam,  jak  Luis  mruczy  do siebie,  obchodząc   samochód 

dookoła, żeby usiąść na miejscu kierowcy.

Uśmiechnęłam się. Leciutko.

Luis zawiózł nas tam, gdzie przedtem się zatrzymaliśmy. Poprowadziłam ich przez 

piasek i rzadkie krzaki, wprost w pustkę. Luis nieprzerwanie po cichu przeklinał, brnąc obok 

background image

nas. Chyba  nienawidził pustyni.  Z pewnością nie podobał mu się upał, choć ja i Rashid 

rozkoszowaliśmy   się   ciepłem.   Dżinny   są   stworzeniami   ognia.   Nawet   tak   odmieniona   i 

pozbawiona mocy, wciąż każdym nerwem czułam dreszcz ekstazy.

Luis się pocił.

Dotarliśmy na zbocze wzgórza, skąd rozciągał się widok na czerwonobrązowe parowy 

i rozpalone błękitne niebo. Tu pochowałam chłopca. Rashid przykucnął, przeciągnął długimi, 

smukłymi palcami po piasku i spojrzał na mnie ze zdumieniem. W jego oczach na ułamek coś 

zapłonęło, ślad szacunku, a potem zniknęło.

- Jak? - zapytał. Luis spojrzał na mnie ponuro.

- Co jak?

- Ona wie. Wiedziałam.  Pytał,  jak dotknęłam  Matki Ziemi,  tutaj, w  tym  miejscu. 

Wzruszyłam ramionami.

- Przyszła - wyjaśniłam. - Nie można jej wezwać. Wiesz o tym. Rashid rzeczywiście 

wiedział. Przyglądał mi się dłuższą chwilę, a potem skinął i znów przesiał piasek przez palce.

- Nie zabiliście chłopca - powiedział. - Przyznaję, że się pomyliłem.

- Przecież ci mówiłem - wybuchnął Luis. - Czy możesz się pośpieszyć i wyśledzić, 

skąd się wziął? Niektórym przydałaby się odrobina cienia.

W odpowiedzi Rashid wsunął rękę w piasek aż po łokieć, a po chwili gwałtownie ją 

wyszarpnął. Strzepnął piach i pokiwał głową. Jego oczy straciły blask. Patrzył nieobecnym 

wzrokiem.

- Trop jest wyraźny - stwierdził. - Ale zanika. Zostawię was i podążę za nim. Tak 

będzie szybciej.

- Rashidzie, zanadto się nie zbliżaj - ostrzegłam. Machnął zniecierpliwiony ręką.

- Nie boję się waszego widmowego wroga.

- Gallan też się nie bał - przerwałam mu. - Już go nie ma, Rashidzie. Nie lubię cię, ale 

nie pragnę twojej zagłady. Dlatego cię ostrzegam. Nie zbliżaj się zanadto!

Zwrócił uwagę, że mówię z dużym naciskiem, i w końcu, choć niechętnie, kiwnął 

głową. Wciąż mi się wydawało, że on nic nie rozumie. Postąpiłam o krok bliżej, dotknęłam 

jego ręki i spojrzałam wprost w jego płonące oczy.

- Kiedyś ona była jedną z nas. Była dżinnem. Zabije cię, jeśli tylko zdoła. Pokręcił 

głową, odrzucając samą myśl. Chyba tylko dlatego, że to ja go ostrzegałam. Opanowałam 

gniew.

-   Poproszę   cię   o   coś   innego   -   oznajmiłam.   Spojrzał   na   mnie   szeroko   otwartymi 

oczami. Zadarł głowę do góry, między brwiami pojawiła się zmarszczka.

background image

- O co?

- Znajdź rodzinę tego chłopca. Jego bliskich. Tych, którzy go stracili. Chciałabym im 

go zwrócić, jeśli to będzie możliwe.

Wpatrywał się we mnie bez słowa z kamienną twarzą, a potem kiwnął krótko na znak 

zgody. Nagle, po prostu... zniknął. Rozpłynął się. Dostrzegłam tylko drżenie eteru na jego 

drodze. Luis westchnął.

-   Przyjmuję   zakłady.   Czy   postąpiliśmy   właśnie   nadzwyczajnie   mądrze,   czy 

beznadziejnie głupio?

-  Niewykluczone  że  i  tak,  i  tak  -  stwierdziłam.   - Jak  wiemy,  pokłady  głupoty są 

niewyczerpane. W milczeniu oddaliśmy hołd martwemu dziecku, które znów opuszczaliśmy. 

Wróciliśmy do furgonetki, czekała nas długa droga do Albuquerque.

Zanim dojechaliśmy, natknęliśmy się na blokadę policyjną.

Przed   ustawionymi   w   poprzek   drogi   radiowozami   z   migającymi   światłami   stał   z 

ponurą miną agent FBI Ben Turner, Strażnik Ognia na pół etatu. Wyglądał tak, jakby w ogóle 

nie spał od naszego ostatniego spotkania. Luis zwolnił, zatrzymał się i odkręcił okno. Turner 

pochylił się, zajrzał szybko do środka furgonetki.

-   Musicie   pójść   ze   mną,   oboje,   natychmiast   -   zażądał.   Popatrzyliśmy   na   siebie   z 

Luisem. To nie wróży nic dobrego, mówiły nasze spojrzenia.

- Dlaczego? - zapytał Luis.

- Nie tutaj. Wysiądźcie i chodźcie ze mną. Zróbcie, co mówię. Policjanci wokół nas 

spokojnie wyciągali broń, choć jak na razie, nikt z nich do nas nie celował. Luis rzucił kilka 

szybkich spojrzeń i zauważył ich gesty. Spojrzał na Turnera.

- Proszę - nalegał Turner. Jego twarz przypominała kamienną maskę, ale było widać 

napięcie wokół oczu i ust, a znużenie w pochyleniu ramion. - Potrzebuję waszej pomocy.

Luis jakby usłyszał magiczne zaklęcie, skinął na mnie, oboje wysiedliśmy z furgonetki 

i stanęliśmy przed Turnerem na poboczu. Zapadał zmierzch, robiło się coraz chłodniej, ale 

nagrzany w ciągu dnia asfalt wciąż był gorący. Nieprzyjemnie grzał stopy i nogi.

Turner machnął ręką do policjantów, którzy pochowali broń i wsiedli do radiowozów, 

choć nie opuścili stanowisk.

- Chodzi o porwane dziecko - powiedział. - Pasuje do podanego przez was opisu. Mała 

ośmioletnia dziewczynka, porwana ze szkoły. Sprawdziłem. Jej matkę wyrzucono z programu 

Strażników.

Luis   rzucił   mi   spojrzenie.   Oboje   przypomnieliśmy   sobie   chłopca,   którego 

uratowaliśmy z Rancza. C. T Styles. Jego matka także opuściła Strażników. Miała do nich żal.

background image

- Mamusiu oczyszczona z zarzutów? - zapytał Luis.

Nic ma z tym nic wspólnego. Jest zdruzgotana. Bóg jeden wie, co się z nią stanie, jeśli 

to się źle skończy. Widzieliśmy po jego ponurej minie, że najwyraźniej liczy się z ryzykiem.

- A co z ojcem? - zapytałam.

- Wygląda na to, że jest w porządku. Nie ma żadnych powiązań ze Strażnikami. Nie 

udało mi się znaleźć nic podejrzanego. Chyba oboje są czyści.

- Być może to zaginięcie nie ma żadnego związku z naszą sprawą - stwierdziłam.

- Może nie ma. Ale zaginęła mała dziewczynka. Pomyślałem, że zechcecie się tym 

zająć. - Turner wyprostował się i spojrzał najpierw na Luisa, a potem na mnie. - Przydałaby 

mi się wasza pomoc. Jeśli jednak to porwanie wiąże się z innymi, to jest to nasz najświeższy 

ślad. Najlepsze miejsce, aby rozpocząć pościg.

- Ale my już...

- Ujmę to inaczej - powiedział Turner. W jego oczach zobaczyłam błysk hamowanego 

gniewu. - Pomożecie mi w tej sprawie albo znajdę mnóstwo powodów, żebyście pożałowali, 

że od razu tego nie zrobiliście. Zacznę od obrazy moralności, a skończę na oskarżeniu o 

terroryzm. Traficie do tak głębokiej dziury, że nigdy więcej nie zobaczycie słońca. Dajcie 

więc kluczyki od furgonetki jednemu z funkcjonariuszy. Odprowadzi ją do waszego domu. A 

wy jedziecie ze mną.

Pomyślałam   niespokojnie   o   Rashidzie.   Mógł   się   pojawić   w   każdej   chwili.   Byłam 

pewna, że Luisowi to samo przyszło do głowy. Rashid potrafiłby nas znaleźć wszędzie, ale 

nie sprawiał wrażenia kogoś, kto chciałby zachować incognito. Niewykluczone, że bawiłoby 

go   publiczne   ujawnienie   swojej   prawdziwej   natury.   Gdyby   policja   zaczęła   strzelać, 

moglibyśmy zostać ranni.

Rashid z pewnością uznałby to za bardzo zabawne.

-   Zaraz   wam   ułatwię   podjęcie   decyzji   -   powiedział   Turner.   -   Macie   wybór. 

Wsiądziecie ze mną do samochodu, wrócicie do Albuquerque i pomożecie mi odnaleźć tę 

dziewczynkę. Albo odwrócicie się do mnie plecami, żebym mógł was skuć, bo was o coś 

oskarżę.

- O co?

- Żartujesz, prawda? - zapytał. - Znam mnóstwo metod zamieniania życia w piekło, 

panie Rocha. Nie chcesz ich poznać. Mam ogromną inwencję.

Byłam pewna, że mówi poważnie.

Luis   wzruszył   ramionami   i   rzucił   stojącemu   najbliżej   policjantowi   w 

wykrochmalonym mundurze khaki kluczyki do furgonetki. Funkcjonariusz chwycił w locie 

background image

dźwięczący metal.

- Ubezpieczenie i rejestracja są w schowku - poinformował. - Mówię to na wypadek, 

gdyby zatrzymała was policja. Spodziewam się, że dolejecie benzyny do pełna. Przydałoby 

się też umyć wóz.

Funkcjonariusz nie miał zbyt radosnej miny.

Turner otworzył tylne drzwi sedana. Wsiedliśmy z Luisem i niespełna minutę później 

mknęliśmy z powrotem do Albuquerque.

Tam był dom, a mimo to miałam wrażenie, że zbliżamy się ku zabójczemu połączeniu 

rozpaczy i udręki. Chociaż ostatnio udręka stała się naszą nieodłączną towarzyszką.

Ben Turner prowadził bardzo szybko, z zapamiętaniem stróża prawa, wykonującego 

ważne zadanie. Nie przestrzegał też ograniczeń prędkości.

Siedziałam   z   tyłu,   z   trudem   opanowując   ataki   mdłości.   Samochód   Turnera   nie 

sprawiał   przyjemnego   wrażenia.   Na   siedzeniach   kiedyś   została   rozlana   krew.   Były   ślady 

wszelkiego   rodzaju   płynów   ustrojowych.   Czuło   się   tam   obecność   śmierci.   Samochód 

emanował   nią,   być   może   nie   w   sensie   fizycznym.   Ale   utrwaliło   się   tu   wrażenie   złej, 

przedłużającej się agonii. Kiedyś stało się tu coś strasznego, czego ślady pozostały.

Walczyłam z pragnieniem, aby wyrwać drzwi z zawiasów i wyskoczyć z samochodu. 

Powstrzymywała mnie tylko pewność, że gdybym tak postąpiła, ucierpiałby na tym Luis.

- Cholera! - wrzasnął nagle Turner i w tym samym momencie wbił nogę w hamulec. 

Opony zapiszczały, a oboje z Luisem gwałtownie wyciągnęliśmy ręce przed siebie, aby się 

przytrzymać. Maska sedana zakołysała się w dół, walcząc z siłą bezwładności.

To Rashid pojawił się na środku drogi, w odległości kilkudziesięciu metrów od nas. 

Skrzyżował ramiona, drapieżny uśmiech rozjaśniał mu twarz. Przyglądał się, jak samochód 

pędzi   w   jego   stronę   z   zabójczą   prędkością.   Turner   zbladł,   rozpaczliwie   walczył   z 

samochodem.

- Po prostu uderz w niego - powiedziałam przez zaciśnięte zęby. - To mu dobrze zrobi. 

Turner   nie   zwracał   uwagi   na   moje   światłe   rady.   Udało   mu   się   zatrzymać   samochód   z 

poślizgiem i piskiem opon pół metra od stojącego nieruchomo Rashida.

Przez chwilę nikt się nie poruszył.  W moje okno uderzył  biały cuchnący dym  ze 

spalonych   opon.   Zakrztusiłam   się   i   zaczęłam   kasłać.   Chmura   dymu   popłynęła   w   stronę 

Rashida, ale on rozpędził ją z uśmiechem.

Ben Turner spoglądał przez szybę  ze zdumieniem. W następnym  ułamku sekundy 

poczerwieniał i wybuchnął uzasadnionym gniewem. Otworzył drzwi i wrzeszcząc, wyskoczył 

na drogę.

background image

- Ty idioto! Przez ciebie mogliśmy wszyscy zginąć!...

Rashid   tylko   na   niego   spojrzał.   Trzeba   przyznać,   że   Turner   błyskawicznie   poznał 

swoją pomyłkę. Spostrzegł dziwny odcień skóry dżinna i blask jego oczu. Odwrócił się, żeby 

popatrzeć przez przednią szybę najpierw na Luisa, potem na mnie. A później odwrócił się do 

Rashida. Zacisnął wargi w cienką, gniewną linię.

- Dżinn. Domyślam się, że jest z wami - stwierdził. Rashid prychnął niegrzecznie.

- Nie jesteśmy razem, pod żadnym względem, zapewniam cię. Całkowicie się z nim 

zgadzaliśmy. Obszedł wóz i usiadł z przodu na miejscu pasażera. Zostawił Turnera stojącego 

na drodze i wpatrującego się w nas przez szybę. Wszyscy patrzyliśmy na niego.

- Słowo daję... - wymamrotał Turner. - On jest dżinnem. Rashid wyciągnął rękę i 

dotknął palcem stacyjki. Silnik zapalił, bez przekręcenia kluczyka, który tkwił w drżących 

palcach Turnera.

- Tak - szepnął. - Słowo daję. Zamrugał oczami, jakby stracił świat z oczu i pokręcił 

głową. Wsunął się na siedzenie kierowcy, spojrzał na kluczyk w ręku, a potem wrzucił go do 

schowka na napoje obok siebie. Ruszył i gwałtownie przyśpieszył. Obejrzałam się do tyłu. Na 

drodze pozostały czarne ślady hamowania i szybko zniknęły.

- Nie sądziłem, że się zjawisz - zwrócił się Luis do Rashida.

-   A   ja   wierzyłam.   -   Odwróciłam   głowę   do   tyłu.   Rashid   obserwował   mnie   z 

intensywnością drapieżcy. Czekał na najmniejszą oznakę słabości. Nie brakowało mi słabych 

stron, ale nie zamierzałam mu ich pokazywać.

- Znalazłeś coś - powiedziałam. - Zgadza się?

- Nie. Wróciłem, bo wasze towarzystwo działa inspirująco. - Zrobił grymas, który 

prawie przypominał uśmiech. - Odkryłem linię krwi tego chłopca. Jego krewni dawno odeszli 

z tego świata.

- Rodzeństwo?

- Nie, odległe pokrewieństwo. Nikogo bliskiego. Pokręciłam głową ze smutkiem i 

przetłumaczyłam relację Luisowi.

- Jego rodzice nie żyją. Nie miał braci, sióstr ani kuzynów.

- Tak - potwierdził Rashid. - Jego ojciec był Strażnikiem, zabitym podczas rebelii 

Ashana. Matka była zwykłą istotą ludzką. Zmarła na skutek choroby.

- Sierota - stwierdził Luis. - Sierota z uśpionymi mocami Strażnika.

- Był wymieniony w zwojach - powiedział Rashid. Obaj, Turner i Luis, rzucili mu 

zdziwione spojrzenie.

- Zwojach? - Turner był nieco szybszy od mojego partnera Strażnika. - Chcesz przez 

background image

to powiedzieć, że jest jakaś lista? Rashid powoli uniósł brwi.

-   To   wy   nie   macie   swojej   listy?   Co   za   zaniedbanie.   Jak   dopilnujecie,   aby   wasze 

potomstwo zostało właściwie wyszkolone, jeśli nie prowadzicie spisów ich talentów?

Luis otworzył usta, potem je zamknął i spojrzał na mnie.

-   Wyjaśnijmy   to   sobie,   żeby   nie   było   niejasności.   Dżinny   prowadzą   spis   dzieci 

obdarzonych mocami Strażników? - zapytał mnie.

Zawstydziłam się, ale musiałam wyznać prawdę.

- Nie wiem - odparłam. - Jeśli taki spis istnieje, nigdy nie miałam z nim do czynienia. 

Nie interesowałam się Strażnikami, a tym bardziej zwyczajnymi ludźmi.

Luis wpatrywał się we mnie bez słowa, a potem zwrócił się do Rashida:

- Możesz zdobyć dla nas tę listę?

- Po co?

- Bo wszystkim znajdującym się na niej dzieciom grozi ogromne niebezpieczeństwo. 

To jedyny sposób, żeby wyprzedzić tę wiedźmę i nie dopuścić do porwania kolejnych dzieci. 

Jeśli odnajdziemy wszystkie potencjalne ofiary...

-   Zapominasz   -   wtrąciłam   się   -   że   część   rodziców   dobrowolnie   brała   udział   w 

porwaniach. Nie mamy tylu Strażników do pilnowania.

- Mamy FBI i policję - odparł Luis. - Do diabła ze Strażnikami, oni w naszej sprawie 

nie kiwną palcem. Współpracujemy ze stróżami prawa, mamy odpowiednią siłę ognia. Nie 

sądzę,   żeby   zaplanowała   walkę   w   ten   sposób.   Spodziewa   się   oporu   magicznego,   a   nie 

fizycznego.

Musiałam przyznać Luisowi rację. Ale kiedy spojrzałam na Rashida, zobaczyłam, że 

siedzi z kamienną twarzą bez wyrazu. Nic nie odpowiedział. Luis westchnął.

- Daj spokój, stary. Rozumiem, jesteś draniem, nic cię to nie obchodzi. W porządku. 

Będę ci okazywał szacunek. Sam wybierzesz sposób. Tylko zdobądź mi tę cholerną listę.

- Nie mogę - odparł Rashid. - Choćbym nawet chciał to zrobić. Lista nie należy do 

mnie. Nie mogę jej dać.

- Tak? A z kim, do cholery, trzeba na ten temat porozmawiać? Wiedziałam z kim, 

ogarnięta złym przeczuciem, zanim Rashid w ogóle się odezwał.

- Z Wyrocznią Ziemi.

Rashid skinął krótko głową. Oczywiście. Moje ostatnie spotkanie z Wyrocznią Ziemi - 

archaniołem   wśród   aniołów   dżinnów   -   było   nieprzyjemne   i   w   swej   intensywności 

wstrząsające. Nie, to nie z jej winy. Wyrocznia po prostu jest. Nie ma istoty tak bliskiej 

dżinnom,   a   jednocześnie   tak   bardzo   związanej   z   umysłem   i   duszą   Matki   jak   ona.   Ani 

background image

Wyrocznia Ognia, ani dwie pozostałe panujące nad żywiołami wody i powietrza nie mogły 

się tym poszczycić. Wszystkie miały osobne, charakterystyczne moce i właściwości. Ale to 

Wyrocznia   Ziemi   była   spośród   nich   najbardziej   przystępna,   najbardziej   chętna,   by   nas 

zrozumieć i nam pomagać.

Urodziła się jako mieszaniec - córka dżinna Davida i jego ukochanej Strażniczki - 

Joanny. Nazywała się Imara. Była niezwykłą istotą. Nie miała swojego prawdziwego miejsca 

w świecie natury do chwili, gdy Ashan pogwałcił prawa dżinnów i zamordował ją na świętej 

ziemi świątyni Wyroczni Ziemi.

Imara   nie   tylko   przeżyła,   ale   stała   się   kimś...   więcej.   Kimś   innym.   Już   nie   była 

dżinnem pozbawionym części mocy. Miała teraz o wiele, wiele więcej mocy. A jednocześnie 

zachowała   ślady  swych   związków   z   ludzkością.   Miałam   w   sobie   jeszcze   dość   snobizmu 

dżinnów, by budziła moje zaniepokojenie.

Nie byłam pewna, czy Imara wciąż myślała o mnie z serdecznością. Nie pragnęłam 

więc kolejnego, prawdopodobnie mniej sympatycznego spotkania.

- Zdobądź ją dla nas - poprosiłam Rashida. Pokręcił przecząco głową. - Musisz być jej 

ulubieńcem, skoro wiesz o istnieniu listy.

- Wiem, ponieważ David mi o niej powiedział, a nie dlatego, że mam możliwości, by 

ją zdobyć. David. Zezłościłam się w duchu. Przewodził podobno połowie dżinnów, moim 

zdaniem, było ich znacznie mniej, ale i tak nie miałam ochoty wchodzić mu w drogę. Nie 

miałam   też   żadnego   z   nim   kontaktu.   Musiałabym   liczyć   wyłącznie   na   jego   dobrą   wolę. 

Kiedyś  okazał  mi  wiele  dobroci.  Właściwie  to  on  uratował  mi  życie,   kiedy  Ashan  mnie 

wyklął. Zatem wszystko było możliwe.

- To poproszę o nią Davida.

- Mogłabyś  to zrobić. Może nawet zechce ci ją dać. Wszyscy wiemy, że jest taki 

ustępliwy. - Rashid wykrzywił twarz, dając nam wyraźnie do zrozumienia, że nie pochwala 

tej cechy Davida. - Niestety, nie można go znaleźć.

Te słowa sprawiły, że na długą chwilę zamarliśmy, ja, Luis, nawet Turner.

-   Nie   możecie...   go   znaleźć.   Nie   do   pomyślenia.   David   był   przywódcą   nowych 

dżinnów. Opoką i źródłem ich mocy na ziemi i w eterze. Jak to się stało, że nie potrafili go 

znaleźć? Przypominało to niemożność znalezienia własnej kończyny.

- Ukrył się przed nami - wyjaśnił Rashid. - Zanim odszedł, uprzedził nas, że nikt nie 

będzie się mógł z nim skontaktować.

-   Musiał   zostawić   jakiegoś   zastępcę.   Kogoś,   kto   pilnuje,   aby   źródło   mocy   nie 

zamknęło się dla was. Rashid pochylił głowę, ale nie odpowiedział.

background image

- Rashid - powiedziałam. - Moja cierpliwość już się wyczerpała i za chwilę zupełnie 

się skończy. Chcę wiedzieć, kto zastępuje Davida!

Dżinny przepadają za zabawą, ale Rashid chyba zrozumiał, że ja już się przestałam 

bawić. Odwrócił się i spojrzał przed siebie. Patrzył na drogę. Samochód gnał po gładkiej 

powierzchni asfaltu, a mijany krajobraz zlewał się w smugę ochry, brązu i zieleni.

- Zapewne wolałby zrzucić tę odpowiedzialność na Rahel - stwierdził Rashid. - Ale z 

Rahel   też   nie   można   nawiązać   kontuktu.   Odgrodził   ją   i   siebie   od   nas,   aby   nas   chronić, 

ponieważ istnieje zagrożenie.

Warknęłam cicho, ale ten dźwięk aż zadudnił w metalowym wnętrzu pojazdu.

- Na razie powiedziałeś, kogo nie wybrał. A ja chcę się dowiedzieć, kogo postanowił 

wybrać.

- Wspomniałem o tym tylko dla jasności obrazu - zaznaczył Rashid. - Bo wszyscy 

jesteśmy przekonani, że rozumując logicznie, powinien wybrać Rahel. A on skazał nas na... 

Whitney.

W pierwszej chwili nie byłam pewna, czy dobrze usłyszałam.

- Whitney? Kto to jest?

-   Nasz   najmłodszy   dżinn   -   wyjaśnił.   -   Nie   zrobiłaby   na   tobie   żadnego   wrażenia. 

Przyznaję,   że   ta   decyzja   zupełnie   zbiła   mnie   z   pantałyku.   Może   kobieta,   z   którą   David 

przestaje,   w   końcu   doprowadziła   go   do   obłędu.   -   Rashid   przestał   sprawiać   wrażenie 

znudzonego,   był   wściekły.   Wydawało   mi   się,   że   jest   zazdrosny   i   niezbyt   wyrozumiały. 

Uważał się za spadkobiercę wszystkich potęg świata.

Na podstawie tego, co robił, można było wysnuć wniosek, iż miał rację, że tak uważał.

- Muszę się w takim razie zobaczyć z Whitney - stwierdziłam.

- To może sprawić ci pewien kłopot, bo David polecił Whitney, żeby nie opuszczała 

domu Jonathana. - Rashid rzucił mi spojrzenie pełne urazy. - Wątpię, abyś mogła do niej 

dotrzeć. Nie w tej postaci.

Miał rację. Ludzie - a trudno byłoby zaprzeczyć, że zostałam uwięziona w ludzkim 

ciele - nie mogli się przemieszczać poprzez poziomy istnienia, wybierając je tak, jak się 

wybiera zapadki szyfrowego zamka. Aby dotrzeć do nieprzestrzeni, w której ukryto warownię 

dżinnów...

miejsce   zmienne,   nieokreślone,   poza   płaszczyzną   pozostałych   rzeczywistości, 

musiałabym porzucić ludzkie ciało, a do tego potrzebowałabym mocy, której nie mogłabym 

wziąć   bezpiecznie   ani   od   Luisa,   ani   od   innego   śmiertelnika.   Dżinn,   który   znalazł   się   w 

środku, był bezpieczny od większości, a może nawet od wszystkich zagrożeń z zewnątrz. 

background image

Wszechświat musiałby zginąć, aby doszło do zniszczenia domu Jonathana.

Zwykły śmiertelnik zginie, usiłując się tam dostać. Wiedziałam tylko o jednej osobie, 

której to się udało - Joannę Baldwin, aroganckiej kochance Davida. Ale wtedy była dżinnem, 

więc to nie miało znaczenia. Nie odrywałam wzroku od oczu Rashida.

- Jeśli ja nie mogę tam pójść - oświadczyłam - to ty musisz to zrobić. Potrzebuję tej 

listy. Przekonaj Whitney, aby mi ją dała.

- Nie - odparł. - Sama ją poproś. Jeśli potrafisz. - Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając 

zęby.   - Albo  zwróć się  do  Wyroczni.  Ona  może  ci  ułatwić   dostęp   do listy. Oczywiście, 

Wyrocznia nie jest aż tak uległa jak kiedyś. Stała się... potężniejsza. Trudniej do niej dotrzeć.

Nie   wróżyło   to   dobrze   moim   zamiarom,   ale   biorąc   pod   uwagę   miejsce   pobytu 

Whitney i moje ograniczenia spowodowane uwięzieniem w ludzkim ciele, miałam jeszcze 

mniejsze szanse, żeby do niej dotrzeć.

- Pojadę do Sedony i zobaczę się z Wyrocznią - powiedziałam i spojrzałam na Luisa.

- Błąd - warknął agent Turner. - Nigdzie nie pojedziesz, chyba że ja cię tam zawiozę. 

Mówiłem wam, że potrzebuję waszej pomocy!

- Potrzebujesz pomocy - Luis zgodził się z nim. - I coś ci powiem. Ja pojadę z tobą. A 

jej pozwól jechać do Sedony. Dostanie listę potencjalnych  celów, a my wtedy będziemy 

mogli   zapobiegać   porwaniom,   zamiast   ścigać   zaginione   dzieci,   cierpiące,   a   może   nawet 

umierające. Dobrze?

Turnerowi   nie   podobała   się   ta   propozycja.   Domyślałam   się   tego,   patrząc   na   jego 

kamienną twarz. Mimo to wiedział, że Luis ma rację. Musiał zaryzykować, jeśli istniał jakiś 

sposób, aby zapobiec porwaniom dzieci, i chronić je przed śmiercią.

- Dobrze - odezwał się w końcu. - Jak to działa? Piknięcie czy...?

- O tak? - Rashid uśmiechnął się do niego złośliwie i zniknął tak nagle, że Turner 

niechcący zjechał na prawo i się zagapił. Powietrze z cichym klaśnięciem wypełniło pustkę w 

miejscu zajmowanym przedtem przez dżinna.

Turner spojrzał na mnie we wstecznym lusterku.

- Nie - powiedziałam ze znużeniem, oparłam się o poduszki siedzenia i zamknęłam 

oczy. - Nie w ten sposób. Już nie. Bardzo tego żałowałam.

Dotarliśmy do Albuquerque. Agent Turner wysadził mnie przed moim domem, przed 

którym   zostawiłam   motocykl   pod   małą   wiatą.   Chciał   jak   najszybciej   odjechać,   ale   Luis 

wysiadł ze mną, odprowadził mnie za róg budynku i zatrzymał. Wieczór był chłodny, jasny i 

suchy. W powietrzu unosił się zapach szałwii i sosen. Na północy wyrastała ledwo widoczna 

korona górskich szczytów,  zaznaczając  granice  niecki, w której leżała część miasta.  Nad 

background image

naszymi głowami, na rozległym pustym niebie połyskiwały gwiazdy.

To miejsce było piękne i oswojone tylko powierzchownie jak mężczyzna, który stał 

przede mną. Lekki podmuch wiatru rozwiewał mu włosy. Sztuczne światła połyskiwały na 

jego skórze, cienie ukryły oczy.

- Bądź ostrożna - powiedział. - Przypomnij sobie, co się wydarzyło ostatnim razem. 

Ostatnim razem Perła wysłała swoje oddziały za mną, gdy wracałam z Sedony. Złamała mi 

nogę. Omal mnie nie zabiła.

Udałoby jej się to, gdyby Luis nie pośpieszył mi z pomocą. Gdy o tym pomyślałam, 

poczułam   mrowienie   w   gojącym   się   ramieniu.   Kości   były   już   całe,   połączone   i 

wyprostowane, ale nerwy wciąż jeszcze dochodziły do siebie.

Skinęłam głową bez słowa. Nie byłam już pewna, jak mam z nim rozmawiać. Coś się 

zmieniło  między nami. Coś ważnego nam umknęło, usunął nam się grunt spod nóg. Nie 

wiedziałam,  czy sama  doprowadziłam  do tej  zmiany, a  może on to  zrobił,  a może  i tak 

wszystko by się zmieniło, bez względu na to, co byśmy zrobili.

Wiedziałam tylko, że czuję się inaczej. Rozstanie z nim sprawiało mi ból.

Luis   podniósł   rękę   i   delikatnie   dotknął   mojej   twarzy.   Skóra   jego   dłoni   na   moim 

policzku była ciepła. Bezwiednie zamknęłam oczy w nagłym drgnieniu rozkoszy. Poczułam 

moc płynącą w jego żyłach tak naturalnie jak krew.

- Weź, ile ci potrzeba - zaproponował. - Nie poślę cię w świat bez przygotowania i bez 

mocy.   Nie   wiedział,   o   czym   mówi.   Nie   zdawał   sobie   sprawy.   Wciągnęłam   gwałtownie 

powietrze do płuc i otworzyłam oczy.

Napotkałam jego spojrzenie.

- Czerpiąc zbyt szybko, mogłabym ci zrobić krzywdę. Nie chcę tego. Luis roześmiał 

się cicho, niewesoło. Pokręcił przecząco głową.

-   Nie   skrzywdzisz   mnie   bardziej   niż   inni   -   stwierdził.   -   Nie   dorastałem   wśród 

mięczaków,  chica.  Strzelano do mnie, sama wiesz. Walczyłem na noże. Dostałem solidne 

lanie kiedy trafiłem do gangu. Zrób to szybko, bo nasz, czas się kończy.

Zazwyczaj   czerpanie   mocy   trwało   dość   długo.   Prawie   zawsze   starałam   się   nie 

przekraczać pewnego poziomu, aby nie narażać go na ból ani tym bardziej na utratę życia. 

Tym  razem  czekał Turner, tykał  zegar  życia  porwanego dziecka.  Nie mieliśmy  czasu na 

subtelności, nawet gdyby agent FBI pozwolił nam działać bez pośpiechu.

Powoli położyłam rękę na dłoni Luisa dotykającej mojego policzka. Poczułam pod 

palcami gwałtowne przyspieszenie tętna Luisa.

-   Przepraszam   -   powiedziałam.   -   Postaram   się   nie   zrobić   ci   krzywdy.   Wtedy 

background image

uwolniłam swój głód. Chodziło nie tyle o czerpanie od niego, ile o usunięcie wszelkich barier; 

pustka   w   moim   wnętrzu,   zimna,   wygłodniała   próżnia,   którą   kiedyś   wypełniała   energia 

życiowa   dżinnów,   żarłocznie   wysysała   z   niego   strumienie   mocy.   Za   dużo,   za   dużo... 

Poczułam   się   zadziwiająco   wspaniale,   jakbym   skąpała   się   w   świetle,   ale   jednocześnie 

doznałam gwałtownego, szarpiącego bólu w przeładowanych nerwach. To był mój ból, ale 

także Luisa.

Luis   zadrżał,   ale   nie   odsunął   się   ode   mnie.   Cały   czas   wpatrywał   się   we   mnie 

ciemnymi, zapadającymi się oczami. Zapomniałam o oddychaniu, a on przelewał życie ze 

swojego ciała w moje. Była w tym bliskość przewyższająca intymność ciał, wynosiła nas w 

sfery ducha, czystego, idealnego życia.

Trudno   było   się   od   niego   oderwać.   W   końcu   odetchnęłam   głęboko   i   gwałtownie 

zatrzasnęłam dzielące nas bariery. Od dawna nie czułam się tak potężna i pełna życia. Trudno 

mi było rezygnować z tego daru. A jednak to bogate, intensywne oszołomienie było zaledwie 

cząstką   tego,   co   odczuwałam,   kiedy   byłam   dżinnem.   Mogłabym   czerpać   z   dziesiątków 

Luisów, nawet z setek, a nie zbliżyłabym się do utraconej doskonałości.

Właśnie taką karę wyznaczył mi Ashan, skazując mnie na byt w ludzkim ciele. Nie 

musiał mnie dręczyć. Wiedział, że za każdym razem, gdy zbliżę się do naturalnej przeszkody, 

wówczas sama będę się zadręczać, cierpiąc z głodu i tęsknoty za utraconymi darami.

Mniej   mnie   to   nękało,   niż   sądził.   Mogłabym   ulec   pokusie,   ale   byłam   z   natury 

praktycznym drapieżnikiem; zaczerpnięcie energii od setki Strażników spowodowałoby ich 

śmierć, a nawet wtedy nie zbliżyłabym  się do stanu, którym się kiedyś cieszyłam. Łatwo 

mogłam o tym zapomnieć, gdy walczyłam o przetrwanie, gdy energii ledwo mi wystarczało, 

aby utrzymać się przy życiu; gorzej było jednak wtedy, gdy poczułam smak mocy.

Luis drżał, ale wciąż trzymał dłoń przy moim policzku, w końcu zacisnęłam na niej 

blade, cienkie palce i odsunęłam ją na bok. Puls tętnił mu w skroniach, twarz gwałtownie 

pobladła pod warstwą miedzi. Nie podobało mi się, że oddychał z trudem, nierówno i za 

szybko. Wyciągnęłam rękę i położyłam płasko na jego piersi. Poczułam zbyt gorączkowe 

bicie serca.

- Nic mi nie jest - powiedział, zanim zdążyłam  się odezwać. Uśmiechnął  się, ale 

dostrzegłam ukryty ból. - Czy teraz jest ci lepiej?

Skinęłam głową, nie chcąc, a może nie mogąc przemówić. Wiedziałam, że moje oczy 

płoną. Rzadko mogłam sobie pozwolić na taki popis mocy, ale to leżało w mojej naturze. Nie 

miałam wątpliwości, że teraz wyglądam... inaczej.

Usiłowałam okiełznać moc, którą tak hojnie mi ofiarował. Zauważyłam  zmianę w 

background image

wyrazie jego twarzy. Nie do końca wiedziałam, co spowodowało tak silne napięcie. Lęk? Czy 

pożądanie?   A   może   jedno   i   drugie.   Zaskoczył   mnie,   odzywając   się   niskim,   chrapliwym 

głosem:

- Gdybyśmy nie musieli być teraz zupełnie gdzie indziej, zabrałbym cię do środka i 

wziąłbym się do roboty. Zamrugałam gwałtownie. - Nie rozumiem. Odetchnął głęboko, po 

chwili   westchnął   ciężko.   W   końcu   rozpoznałam   falę   płynących   od   niego   emocji, 

wywołujących we mnie drżenie. Były po prostu... niespodziewane.

-   Nie   -   powiedział.   -   Tak   mi   się   wydawało.   Uważaj   na   siebie,   Cassiel.   Mówię 

poważnie. Nadal trzymaliśmy się za ręce, spletliśmy palce z czystej, pierwotnej potrzeby.

- A ty... - zaczęłam, ale nie wiedziałam, co mam dalej powiedzieć. - Będę wiedziała, 

czy   mnie   potrzebujesz.   -   Natychmiast   uświadomiłam   sobie,   że   Luis   może   sobie   różnie 

tłumaczyć moje słowa i od razu się poprawiłam. - Czy potrzebujesz mojej pomocy.

Roześmiał się, i tym razem cicho, lecz bardziej radośnie.

- Tak, z pewnością - stwierdził. - Będę utrzymywał psychiczne połączenie ratunkowe. 

Jaki to numer? Trzeba wykręcić 666?

Podniósł moją dłoń do góry, jakby to był najbardziej naturalny gest na świecie. Przez 

krótką chwilę poczułam na skórze delikatny dotyk jego warg. A potem puścił moją rękę, 

cofnął się o krok i ruszył do sedana Turnera, pracującego na jałowym biegu.

Oparłam   się   plecami   o   nierówną,   ciepłą   ścianę   i   oddychałam,   oddychałam, 

oddychałam.

Potem weszłam do domu, wzięłam kask, wsiadłam na motocykl i ruszyłam do Sedony.

background image

5.

Jako człowiek nie doświadczyłam niczego bardziej wyzwalającego od szybkiej jazdy 

na motocyklu o dużej mocy. Taka jazda przypomina w pewnym sensie istnienie w postaci 

dżinna; jest w niej pęd, moc, poczucie ledwie kontrolowanej dzikości. Połączenie wiatru na 

przemian bijącego i pieszczącego; Ziemi ukrytej pod warstwą powierzchni zbudowanej przez 

człowieka, a mimo to zachowującej własną moc, własny związek z życiem.

Jazda   jest   hałaśliwa   i   męcząca.   Zanim   przebyłam   długą   drogę   międzystanową 

autostradą numer 40 biegnącą na zachód do Flagstaff, najadłam się tyle  pyłu  i kurzu, że 

wystarczyłoby na kilka ludzkich żywotów. Był środek nocy, prawie nic nie jechało oprócz 

wielkich ciężarówek, kursujących bez przerwy z towarami.

Zatrzymałam się na odpoczynek. Odczuwałam ludzkie potrzeby. Mogłam się obyć bez 

jedzenia, ale bez wody nie. Musiałam się jej napić i skorzystać  z toalety. A te na stacji 

benzynowej   sprawiły   mi   nieprzyjemną,   szokującą   niespodziankę.   Nigdy   przedtem   nie 

zastanawiałam się nad wadami tak nieporządnie sprzątanych pomieszczeń. Nie tolerowałam 

brudu, dlatego zanim skorzystałam z toalety, zmarnowałam ładunek energii, aby umywalki, 

podłogi i porcelanowy sedes lśniły nieskazitelną czystością. Uznałam, że to o wiele mniej 

radykalna   reakcja   od   prostego   starcia   tego   budynku   z   powierzchni   Ziemi.   Przyznaję,   że 

odczułam silną pokusę, aby tak postąpić, zwłaszcza po tym, jak sprzedawca zażądał słonej 

ceny   za   butelkę   zimnej   wody.   Mimo   to   zapłaciłam   bez   słowa   skargi.   Nauczyłam   się 

powściągliwości  po naszych  wcześniejszych  kłopotach ze stróżami prawa. Mogłabym  ich 

pokonać lub im umknąć, ale prościej było unikać zwracania na siebie uwagi.

Nie udało mi się jednak dotrzymać danego sobie słowa.

Przed stacją zatrzymała się hałaśliwie, z dudnieniem, flotylla motocykli, blokując mi 

wyjazd sprzed budynku. Miałam na sobie bladoróżową skórzaną kurtkę. Tamci motocykliści 

byli poubierani w czarne kurtki i spodnie nabijane gwoździami. Ich pojazdy wydawały się 

lepiej   utrzymane   od   nich   samych,   zarośniętych,   niedomytych   i   niezbyt   przyjaznych,   co 

sugerowały ich miny. Większość z nich to byli wysocy, potężnie zbudowani mężczyźni; kilku 

niższych, chudszych siłą kontrastu sprawiało wrażenie jeszcze gorszych twardzieli.

Otoczyli moją victory ciasnym kręgiem.

Zachowali   milczenie,   gdy   wyszłam   z   budynku   stacji,   wypijając   po   drodze   resztę 

wody. Nie zwróciłam na nich uwagi i przeszłam między motocyklami do mojej victory, która 

przypominała lśniącą wyspę spokoju na morzu niechęci.

Kiedy mnie zobaczyli, nie było już najmniejszych szans, aby to spotkanie dobrze się 

background image

skończyło. Spostrzegłam drapieżne uśmieszki, zmianę mowy ciała, błysk w oczach.

Mówiłam, oczywiście, o dobrym końcu dla nich.

Przełożyłam nogę przez siodełko, bez najmniejszego wysiłku wrzuciłam pustą butelkę 

do kosza stojącego w odległości dziesięciu metrów ode mnie.

- Ruszać się - powiedziałam po prostu. Roześmiali się.

- Świetna maszyna jak dla kobiety - odezwał się jeden z nich. - Na pewno dajesz sobie 

z nią radę? - Te słowa wywołały liczne propozycje, z czym jeszcze mogłabym lub chciałabym 

sobie poradzić.

Zamiast   odpowiedzi   odwróciłam   się   do   mówiącego   z   szerokim,   fałszywym 

uśmiechem.

- Ty również masz ładny rower. Ma przerzutki? - zapytałam. Kiedyś ktoś w ten sposób 

mnie  obraził. Zignorowałam obelgę.  Dopiero później  Luis wyjaśnił  mi ten  złośliwy żart. 

Teraz   już   rozumiałam,   dlaczego   dumna   istota   ludzka   może   się   poczuć   urażona   takim 

porównaniem. Dla mnie nic ono nie znaczyło.

Było jednak ważne dla tego człowieka, którego samoocena nierozerwalnie wiązała się 

z jego motocyklem. Motocykl był jego dumą, jego wizerunkiem.

- Coś ty powiedziała, suko?

- Chyba zaproponowałam, żebyście się ruszyli. - Może powinnam dodać „proszę”. Ale 

nie byłam w odpowiednim nastroju.

Człowiek, który ze mną rozmawiał, zsiadł z motocykla i zaczął przechadzać się wokół 

mnie. Nie odwróciłam głowy, żeby spojrzeć na niego, gdy stanął za moimi plecami. W takich 

sytuacjach,   w   obecności   takiego   stada   drapieżców,   lepiej   sprawiać   wrażenie   całkowitej 

swobody i spokoju niż choć na chwilę okazać słabość.

-  Nie   potraktowałem  z   pogardą  twojej   maszyny,  suko.  Dlaczego  musiałaś   obrazić 

moją? To harley softail superglide, a nie jakiś cholerny schwinn. Na czym  jeździsz? Na 

victory? Ten złom jeździ dopiero od niecałych dziesięciu lat. A mój harley jest w drodze 

dłużej, niż ty żyjesz.

Te słowa rozśmieszyły mnie.

- O, wątpię w to - powiedziałam i spojrzałam mu prosto w oczy. - Chcesz się ze mną 

bić? Teraz oni wybuchnęli  śmiechem,  szczerze  i spontanicznie.  Dało się w tym  śmiechu 

usłyszeć  cień  groźby, która  - skierowana do kogoś  innego  - musiałaby  wywołać  dreszcz 

strachu.

-   Och,   kotku,   nie   chcesz   tego   spróbować   -   powiedział.   -   Naprawdę   nie   chcesz. 

Uśmiechnęłam się.

background image

- Skoro nie jesteś na tyle dorosłym mężczyzną, żeby się bić, to chyba powinieneś 

wsiąść na rowerek i stąd popedałować.

Wesołość ucichła. Uśmieszki zniknęły. Pozostał zimny, twardy gniew tak wielki, jak 

niebo nad naszymi głowami.

-   Ostra   z   ciebie   sztuka,   suko   -   odezwał   się   przywódca   bandy   niskim   głosem.   - 

Powinienem ci sprawić solidne lanie. Nauczyć cię, że nie wolno pyskować.

Uniosłam brwi ze zdziwieniem.

-   Chcesz   mnie   przestraszyć?   -   zapytałam.   Kiedy   nie   zareagował   od   razu, 

podpowiedziałam mu: - Usiłuję tylko zrozumieć, o co wam chodzi. Jeśli liczysz, że mnie 

przestraszysz i dzięki temu poczujesz się ważniejszy, to oboje tracimy czas. Nie mogę sobie 

na to pozwolić. Śpieszę się. Jeśli będę musiała cię zabić, wolałabym to zrobić szybko.

Wpatrywał się we mnie uważnie przez chwilę. Potem jeden z jego ludzi trącił go w 

ramię i skinął głową, wskazując okap budynku. Znajdowała się tam kamera ochrony, o czym 

wiedziałam wcześniej. Przywódca spojrzał na nią, a potem zwrócił się do mnie:

-   Wiesz,   co?   Masz   dziurę   w   mózgu.   Lepiej   leć   do   swoich   kryształów,   promieni 

księżyca   i   piramid.   Przestań   się   wtrącać   do   rzeczywistego   świata,   bo   dostaniesz   solidną 

nauczkę, na którą sobie zasłużyłaś. - Uśmiechnął się fałszywie. - Życzę miłego, pieprzonego 

dnia!

Nastąpiła cisza. Tylko podmuch wiatru od pustyni chłodził moją skórę i zwiewał mi 

jasne włosy na twarz, ale nawet nie mrugnęłam okiem. Nie zrobił tego też stojący naprzeciw 

mnie motocyklista.

Ci ludzie nie przypadkiem przetrwali i osiągnęli status wędrownych drapieżników. 

Intuicja ostrzegała ich, że mówię śmiertelnie poważnie i nie jestem kimś, z kim można bez 

konsekwencji się zabawiać. Ponieważ był milczący świadek zajścia - kamera - mogli albo 

odpuścić, albo zaczekać na właściwy moment.

Przywódca spojrzał na kolegów, wzruszył ramionami i szybko kiwnął głową. Ludzie 

blokujący   mój   motocykl   wycofali   swoje   maszyny.   Te   skomplikowane   manewry   na 

niewielkiej powierzchni wykonali umiejętnie, z wdziękiem i sprawnie. Zostawili mi wolną 

drogę od mojej przedniej opony aż do autostrady.

- Dziękuję - powiedziałam. Obiecałam Luisowi, że częściej będę używała tych słów. 

Wydawało   mi   się,   że   to   odpowiednia   chwila,   żeby   spełnić   obietnicę.   Kopnięciem 

przywróciłam victory do życia, włożyłam kask, powoli wyprowadziłam motocykl na drogę, a 

gdy dotarłam do wolnej przestrzeni, otworzyłam przepustnicę do końca.

Za plecami usłyszałam gardłowy ryk. Zerknęłam we wsteczne lusterko, zobaczyłam 

background image

ruszającą za mną całą bandę odzianych w czerń motocyklistów.

To   tak.   W   końcu   jednak   uznali,   że   nadszedł   odpowiedni   moment.   Sami   wybrali. 

Wyraźnie   dałam  im   do   zrozumienia,   że   nie   mam   nastroju   do   zabaw,  żeby  poprawić   ich 

samoocenę.   Zastanawiałam   się,   jak   najlepiej   unieruchomić   ich   harleye,   aby   uniknąć 

niepotrzebnej przemocy; mogłabym na przykład bez kłopotu zniszczyć ich opony. Mogłabym 

też rozmiękczyć metalowe ramy motocykli, co spowodowałoby ich rozłamanie pod wpływem 

pędu. Albo mogłabym po prostu rozkręcić kilka ważnych śrubek, żeby stracili kontrolę nad 

maszynami.

Miałam aż za dużo pomysłów i przez kilka kilometrów zastanawiałam się, który z nich 

spowodowałby najmniejszą liczbę urazów. Zbliżali się coraz szybciej.

Przywódca wrzasnął coś w moim kierunku. Wyczułam w jego głosie szalone, dzikie 

podniecenie.   Zamierzał   odzyskać   swoją   potęgę,   naprawić   wizerunek,   który   mocno 

nadszarpnęłam w obecności jego ludzi. Chciał walczyć.

Nie byłam do końca przeciwna spełnieniu jego planów. .. gdy nagle poczułam wokół 

gwałtowny podmuch. Dzika energia pędziła przez sferę eteryczną w dół, w stronę realnego 

świata jak niewidoczne tornado!

- Nie zbliżajcie się do mnie! - krzyknęłam w stronę motocyklistów, którzy z rykiem 

silników  mnie  doganiali.  Przywódca   patrzył na  mnie   lubieżnie.  Pomyślał,   że  ja  się  boję. 

Idiota! - Zjeżdżajcie stąd albo zginiecie!

W odpowiedzi wyciągnął pistolet spod skórzanej kamizelki i wycelował we mnie.

- Nie groź mi, wiedźmo! Nie bałam się, ostrzegałam go.

Wszystko wydarzyło  się błyskawicznie, zanim któreś z nas miało szansę wykonać 

następny ruch w tej z góry przegranej partii szachów. Poczułam gorąco, nienaturalny żar, 

promieniujący ze zbiornika paliwa victory. Uświadomiłam sobie, że mój czas się skończył. 

Nie mogłabym zatrzymać wybuchu, ale ropa naftowa jest wytworem Ziemi i podlega mocom 

Strażnika   Luisa.   Musiałam   tylko   zobojętnić   paliwo   w   zbiorniku   mojego   motocykla. 

Poczułam, jak victory gwałtownie się przechyla, gdy zmienione paliwo dotarło do silnika, 

który zakasłał, zaczął przerywać i zgasł.

Motocyklista jadący blisko mnie, po prawej stronie, nie miał szczęścia. Jego maszyna 

po prostu eksplodowała. Szczątki rozleciały się na wszystkie strony, tworząc przerażająco 

piękną   kulę   jak   kwiat   o   sercu   z   metalu,   rozkwitający   zabójczymi,   skręconymi   płatkami. 

Człowiek kierujący motocyklem... po prostu przestał istnieć jako zwarta całość. Poczułam 

szarpnięcie, gdy wybuch rozdarł powietrze, ale nie miałam czasu, aby się temu przyglądać. 

Zeskoczyłam z chwiejącego się victory w chwili, gdy obok eksplodował kolejny motocykl. 

background image

Upadłam płasko na ziemię: smuga gorąca przetoczyła się nade mną. Rozchodząca się szeroko 

fala uderzeniowa wcisnęła mnie na chwilę w pobocze, a potem minęła. Miałam odrobinę 

szczęścia.   Victory   wziął   na   siebie   impet   uderzenia.   Latające   kawałki   metalu   rozszarpały 

piękną konstrukcję mojego motocykla i zniszczyły go. W krytycznej chwili ochronił mnie od 

najgorszego ciosu, przeleciał nade mną, kilkakrotnie przekoziołkował i rozbił się w rowie po 

przeciwnej   stronie   drogi.   Zwinęłam   się   w   kłębek.   Dobrze   zdawałam   sobie   sprawę   z 

zagrożenia, gdyż wszędzie wokół mnie kolejni motocykliści tracili panowanie nad swoimi 

maszynami; grube koło przemknęło centymetr od mojej twarzy, ale nie zrobiło mi żadnej 

krzywdy poza zostawieniem tłustych śladów na rękawie. Metal łamał się ze zgrzytem, ludzie 

krzyczeli, czułam woń płonącej gumy i odór poparzonych ciał.

Eksplodował kolejny zbiornik paliwa. Rozległ się głośny krzyk.

Przetoczyłam się na wolną przestrzeń. Poruszałam się szybko, wskoczyłam do rowu, 

w   którym   wylądował   mój   victory,   tworząc   smutny,   poskręcany   stos   metalu.   Postąpiłam 

słusznie, bo rozległy się kolejne wybuchy. W powietrzu nade mną latały na wszystkie strony 

kawałki metalu i ludzkie szczątki.

Ktoś   jeszcze   wylądował   w   rowie   obok   mnie...   przywódca   motocyklistów,   w 

poszarpanej i porozdzieranej skórzanej kamizelce. Skóra lśniła od krwi, szeroko rozwarte 

oczy   patrzyły   nieprzytomnie.   Nie   był   martwy.   Nawet   nie   został   ciężko   ranny,   był   tylko 

obryzgany   krwią.   W   przeciwieństwie   do   niektórych   jego   ludzi   nadal   miał   wszystkie 

kończyny.

- Jezu - wychrypiał zadyszany, podczołgał się i oparł plecami o brzeg rowu. - Jezu! 

Jezu! Jezu! Co to jest, u diabła?

- To nie na was polują - powiedziałam. Spojrzał na mnie zaskoczony, niczego nie 

rozumiejąc. - Radziłam, żebyście zostawili mnie w spokoju.

- Niech to szlag! Kogo tak strasznie wnerwiłaś? Cholerną piechotę morską?

- Chciałabym. - Nauczyłam się tego wyrażenia od Luisa, ale sądząc z zaskoczonej 

miny mężczyzny, nie byłam pewna, czy zastosowałam je właściwie. - Nie ruszaj się stąd.

- Na pewno się ruszę! Tam są moi bracia! Nie wiedziałam, czy rozumie te słowa 

dosłownie   i   mówi   o   swoich   krewnych,   czy   przenośnie;   nawet   w   bardziej   sprzyjających 

okolicznościach z trudem orientowałam się w relacjach między ludźmi.

-   Nie   ruszaj   się!   -   Tym   razem   prawie   warknęłam   na   niego,   chwyciłam   go   za 

poszarpaną skórzaną kamizelkę i ściągnęłam w dół, gdy próbował wychylić  głowę ponad 

poziom drogi. - To ciebie nie dotyczy!

Spojrzałam na żałosne szczątki mojej pięknej victory, westchnęłam i przygotowałam 

background image

się, żeby wyskoczyć z rowu na drogę.

Motocyklista z zaskoczenia uderzył mnie błyskawicznie hakiem w bok. Zrzucił mnie 

w dół, na ubitą ziemię, między rzadko rosnące chwasty w chwili, gdy kolejny motocykl, 

zataczając się jak pijany, ześlizgnął się z drogi i rozbił dokładnie w miejscu, w którym przed I 

chwilą stałam. Eksplozja rozdarła go na strzępy. Huk wybuchu dotarł do mnie stłumiony, co 

oznaczało,   że   mój   słuch   zaczął   się   wyłączać,   aby   mnie   odizolować   od   dramatycznych 

wydarzeń.

Harley   poza   powierzchownymi   wgięciami   i   odpryskami   nie   miał   żadnych 

poważniejszych   uszkodzeń.   Wpatrywałam   się   przez   chwilę   w   maszynę,   a   potem,   nie 

zwracając uwagi na głośne protesty motocyklisty, zepchnęłam go z siodełka. Odwróciłam się 

w   jego   stronę,   sięgnęłam   do  paska   niebieskich   dżinsów  i   wyciągnęłam   z   ukrytej   kabury 

półautomatyczny   pistolet.   Sprawdziłam   magazynek.   Był   pełen,   naładowany   pociskami   z 

wydrążonym wierzchołkiem. Wepchnęłam magazynek na miejsce i odbezpieczyłam pistolet.

- Zostań tam, na dole - powiedziałam miękko, lecz wyraźnie. Wsiadłam na harleya, 

który   nie   wiadomo   dlaczego   wciąż   pracował.   Drżenie   silnika   ogarnęło   mnie   ciepłą   falą. 

Odczucie   było   tak   intensywne,   że   przypominało   erotyczne   spełnienie.   Wzięłam   głęboki 

oddech i wycofałam harleya wzdłuż rowu, wyjechałam na górę i znów cofnęłam się o kilka 

metrów.

Na drodze była jatka. Leżały zmiażdżone ciała, niektóre jeszcze słabo się poruszały. 

Porozbijane maszyny. Krew i kości.

I nic więcej. Nie było wroga. Nie dostrzegłam twarzy mojego niedoszłego zabójcy.

Bez wsparcia Luisa trudno mi było dotrzeć do sfery eterycznej, w której zwyczajna 

rzeczywistość fizyczna nabierała zupełnie innego charakteru. Moje próby dotarcia do sfery 

eterycznej przypominały chęć latania z betonowym  klocem w rękach. Udawało mi się to 

zaledwie   na   kilka   sekund.   Na   płonące   wraki   motocykli,   trupy   i   pogodny,   oświetlony 

promieniami księżyca krajobraz nałożyłam fale i strumienie intencji, mocy i prawdy.

Większość leżących na drodze ludzi nie zyskała, gdy oświetliłam ich dusze. Zbrodnie, 

jakie  popełnili,  zniekształcały ich  ciała, nadając im odrażające  kształty, a spotworniałych 

twarzy nie można było rozpoznać. Nie zatrzymałam się zbyt długo na ich samookaleczeniu. 

Nad   zniszczonymi   motocyklami   unosił   się   słup   energii,   połyskujący   bladymi   barwami. 

Odnalazłam tam coś jeszcze.

Gorącą, aż palącą obecność dwóch Strażników, gromadzących właśnie moc.

Dostrzegłam, jak coś przebija się prosto przez eter w moim kierunku. Było tak silne, 

że przecinało wszystko na swojej drodze. Przypominałoby promień lasera, gdyby nie upiorna 

background image

czerwona barwa, nieistniejąca w rzeczywistym, fizycznym świecie.

Pośpiesznie zrobiłam barykadę z połamanych motocykli, budując stalową tarczę, która 

odgradzała mnie od pędzącego w moją stronę promienia. Uderzył w zaimprowizowaną osłonę 

i rozbił ją na drobne kawałki. Tarcza wchłonęła energię i rozproszyła ją tak, że się rozprysła 

na wszystkie strony i tylko stopiła oraz spaliła szczątki metalu w jedną kulę.

Otworzyłam przepustnicę pożyczonego harleya, aż zaryczał z potężną mocą. Opony 

wbiły   się  w   piasek,   a  potem   w   szuter.   Nagle   wyleciałam   w   powietrze,   gdy  impet  jazdy 

wyniósł mnie w górę, ponad rowem, prosto na powierzchnię drogi. Objechałam największe 

skupisko   wraków   i   skierowałam   motocykl   prosto   w   miejsce,   w   którym   wziął   początek 

promień.

Tym  razem  miałam do czynienia  z dorosłym  Strażnikiem, lecz młodym,  choć już 

dojrzałym mężczyzną, prawdopodobnie tylko kilka lat młodszym od Luisa. Był wystraszony, 

lecz   zdecydowany.   Gdy   podjeżdżałam   do   niego,   przygotowywał   się   do   obrony.   Nie 

zatrzymałam się. Przewróciłam go na plecy, a wtedy otworzyła się pod nim ziemia. Spadł 

kilkanaście metrów w dół. Gdy znalazł się na dnie, ściany szczeliny zamknęły się nad nim. 

Pogrzebały go żywcem. Przygniotły tonami ciężkiej ziemi. Zmiażdżyły go.

Umierał przez minutę, dusił się przysypany piachem, ale nie czekałam, żeby się temu 

przyglądać. To była wojna. Natura dżinna znów wzięła we mnie górę. Ta część mojej natury, 

którą niewiele obchodziło życie istot ludzkich.

Szukałam drugiego gorącego źródła mocy.

Postać w brązowym ubraniu wyskoczyła z kryjówki za niskimi skałami, oświetlona 

światłem płonących na drodze maszyn. Zamarłam na chwilę, ale gdy podjeżdżałam coraz 

bliżej, uderzyło mnie podobieństwo. Było za daleko, żebym mogła rozpoznać jej twarz, ale 

odkryłam znajome eteryczne odbicie jej obecności. Uczucie ciepła. Nie wiedziałam, że za nim 

tęsknię, dopóki nie powróciło, nie ogarnęło mnie, przynosząc ulgę.

To była Isabel. Ibby Córka Manny'ego i Angeli.

Moje dziecko, usłyszałam cichy szept.

Ibby   przestała   być   słodką,   uśmiechniętą   dziewczynką,   jaką   zapamiętałam.   Nie 

przypominała też tego zrozpaczonego dziecka, które patrzyło na śmierć rodziców, drżało i 

płakało   w   moich   ramionach.   Sprawiała   wrażenie   starszej,   chociaż   fizycznie   pozostała 

pięcioletnią   dziewczynką.   Było   w   niej   coś   nienaturalnego.   Patrzyła   z  chłodnym,   dalekim 

wyrazem   twarzy   osoby   dorosłej.   Poruszała   się   sprawnie,   z   pewnością   siebie   i 

wyrachowaniem, chociaż się bała.

Ale wyglądała jak Isabel.

background image

Perła. Perła ją tak zmieniła. Ogarnął mnie gniew, eliminując strach. W tym momencie 

mogłabym zniszczyć świat ludzi, co Perła z nim zrobiła, gdyby nie to, że oznaczałoby to 

także śmierć Isabel.

Puściłam przepustnicę motocykla. Ibby stała na poboczu drogi. Przyglądała mi się w 

napięciu. Gotowa do ataku. Gotowa do ucieczki.

Dlaczego? Dlaczego była właśnie tutaj?

Perła. Znowu. Perła potraktowała Ibby jako broń. Nie mogła z niej zrobić lepszego 

użytku niż wykorzystać ją przeciwko mnie.

Oh, Ibby! Nie zaatakowała mnie. Znalazła się tu jako zakładniczka lub uczennica, ale 

nie była jeszcze gotowa do walki z kimś takim jak ja. Była przecież jeszcze dzieckiem.

Została we mnie tylko wściekłość i rozpacz.

- Ibby - powiedziałam.  Nie miałam  wątpliwości,  że mnie usłyszy mimo  głuchego 

pomruku harleya. - Ibby, to ja. Cassiel.

Cóż   za   idiotyczne   słowa.   Wiedziała,   kim   jestem.   Dostrzegłam   prawdę   w   jej 

spojrzeniu, w ostrożnych ruchach i napięciu, w jej strachu. Jej strach przede mną rozdarł mi 

serce. Przedtem mnie lubiła, a nawet... kochała.

Postawiłam   motocykl   na   nóżkach,   zsiadłam   i   ruszyłam   w   jej   stronę.   Musiałam 

wyglądać przerażająco, brudna od dymu  i krwi. Przypominałam jej zapewne ten straszny 

dzień, w którym straciła oboje rodziców. Nie zareagowała, tylko przymrużyła oczy. - Ibby - 

wyszeptałam. Podeszłam bliżej. Poruszałam się powoli. - Och, moja dziewczynko.

Prosty brązowy strój służył za kamuflaż, był to żołnierski mundur, przerobiony tak, 

aby   pasował   na   dziecko.   Powinien   wyglądać   śmieszne,   jak   przebranie.   Ale   nosiła   go   ze 

straszliwą pewnością siebie.

Ma dopiero pięć lat, uświadomiłam sobie nagle i to uderzyło mnie mocno, poczułam 

się   tak,   jakbym   dostała   cios   pięścią.   Zapragnęłam   zatrzymać   czas,   odwrócić   wszystkie 

krzywdy, jakie jej zadano, wziąć ją w ramiona i kołysząc, ukoić ból i strach.

Nawet gdybym  tylko  ja  je  odczuwała.  - Mogę  ci pomóc  - powiedziałam  miękko. 

Postąpiłam   kolejny   krok   w   jej   stronę.   Zobaczyłam,   jak   się   przygotowuje   do   skoku. 

Zatrzymałam się. Rozluźniłam dłonie i opuściłam swobodnie wzdłuż ciała. Spróbowałam się 

uśmiechnąć. - Chcę ci pomóc, Ibby. Nie wierzysz w to?

Poczułam ciche tchnienie w sferze eterycznej, muśnięcie mocy. Ona mnie czytała. To 

było... niemożliwe. Isabel była małym dzieckiem. Jeszcze wiele lat powinna dojrzewać, aby 

dysponować taką mocą i operować nią z taką dokładnością, nawet gdyby urodziła się z tak 

niezwykłymi   zdolnościami.   Czytanie   prawdy   należało   do   mocy   Ziemi,   podobnie   jak 

background image

uzdrawianie.

Wyczułam w niej jeszcze jedną moc, delikatną i znajomą. Ogień.

Pięciolatka,   a   już   obarczona   dwoma   rodzajami   mocy   Strażników.   Mogło   ją   to 

zniszczyć, rozbić jak szkło. Albo jeszcze gorzej, zdeformować, przeobrazić w potwora nie do 

rozpoznania, bez nadziei na odwrócenie zmian.

W   tamtej   chwili   znienawidziłam   Perłę   tak   czystą   i   gorącą   nienawiścią,   z   tak 

całkowicie bezradną pasją, że zaczęłam drżeć i zamknęłam oczy, aby ta nienawiść się ze mnie 

nie wylała.  Proszę,  pomyślałam.  Proszę,  pozwól  mi znaleźć  sposób,  żeby zgładzić  Perłę, 

zetrzeć ją z powierzchni Ziemi. Ona niszczy wszystko, czego dotyka. Ibby wybrała tę chwilę, 

żeby odpowiedzieć.

- Moja mamusia chce, żebym to robiła - powiedziała z przekonaniem. Otworzyłam 

szeroko oczy. Poczułam, jak braknie mi tchu.

- Co? - wyszeptałam. Mamusia mówi, że muszę być  silniejsza - odparła Isabel. - 

Inaczej źli ludzie zwyciężą. Źli ludzie, którzy ją skrzywdzili, tacy jak ty. - W jej ciemnych, 

szeroko   otwartych   oczach   pojawił   się   błysk.   Coś   okropnego.   -   Nie   pozwolę   ci   znów 

skrzywdzić mojej mamusi, Cassie. Nie pozwolę.

Gdy dotarło do mnie znaczenie jej słów, omal nie przewróciłam się na ziemię. Perło, 

coś ty zrobiła? Nie potrafiłam ocenić, czy to pod ciężarem nadnaturalnych mocy Isabel już 

traciła   zmysły,   czy   to   był   skutek   podłych   manipulacji   Perły,   ale   uświadomiłam   sobie   z 

przerażeniem, że Isabel sądziła, iż chroni swoją zmarłą matkę. Matkę, którą uważała za żywą. 

Żadne   dziecko   nie   cofnie   się   przed   tym.   A   na   pewno   nie   zrobi   tego   dziecko   takiej 

wojowniczej pary jak Manny i Angela.

Rozłożyłam   szeroko   ręce   i   uklęknęłam   na   zakurzonej   drodze.   Od   pustyni   powiał 

gorący wiatr, ale ja nie odrywałam wzroku od Isabel.

- Możesz mnie zabić - powiedziałam. - Ibby, jeśli naprawdę myślisz, że mogłabym 

kiedyś skrzywdzić ciebie, twoją matkę lub ojca, to powinnaś mnie zabić. Ale ja bym tego nie 

zrobiła. I nigdy nie zrobię. - Nie mogłam ich skrzywdzić. Oboje, Manny i Angela, byli już na 

zawsze uwolnieni od wszelkiego bólu, jaki mogłabym im zadać.

Wciąż   mnie   czytała.   Czułam   delikatne,   złote   dotknięcia   i   wiedziałam,   że   pozna 

prawdę moich słów. Nie do końca panowałam nad strachem i usprawiedliwionym gniewem.

- Ktoś cię okłamuje - dodałam. - Ale nie ja. Proszę, zastanów się nad tym. Jeszcze 

przez kilka długich sekund zastanawiała się nade mną, a potem przechyliła głowę na bok i 

wyciągnęła w moim kierunku pulchną rączkę.

-   Śpij   -   powiedziała.   Ciemność   ogarnęła   mnie,   uderzyła   jak   spadający   młot. 

background image

Walczyłam z nią, sięgnęłam po swoje zapasy mocy, ale gdy to zrobiłam, uświadomiłam sobie, 

że Ibby w ten sposób okazuje mi łaskę. Gdybym  z nią walczyła, skorzystałaby z innych 

środków, a wtedy musiałabym zabić albo zginąć.

Lepiej przegrać. O wiele lepiej.

Zsunęłam   się   pod   powierzchnię   ciemności.   Pomyślałam   o   Luisie,   co   by   zrobił, 

gdybym nie dotrzymała obietnicy i nie wróciła.

Rozpaczałam nie nad swoją śmiercią, lecz nad jego żalem.

Kiedy się ocknęłam, leżałam na szutrze na poboczu drogi, a Isabel zniknęła. Nigdzie 

wokół   nie   było   jej   śladu.   Wydarłam   się   z   ludzkiej   powłoki,   aby   poszukać   jej   w   sferze 

eterycznej, ale i tam nie znalazłam żadnych tropów, nawet najlżejszego cienia jej obecności.

Objęłam ramionami  obolałe żebra. Czułam pustkę i zamęt. Tak blisko, byłam  tak 

blisko. Widziałam ją. Mogłam ją ocalić.

Albo ją zabić. Nie do końca był oczywisty wynik tego starcia.

Niewiele czasu upłynęło, może kilka chwil. Gwiazdy nadal świeciły nad głowami. 

Ogień wciąż płonął. Ludzie jęczeli i wołali o pomoc.

Gdzieś daleko rozległo się ciche wycie policyjnych syren. Bez wątpienia przyciągnęły 

je   śmierć,   dym   i   płomienie   wciąż   szalejące   za   moimi   plecami.   Jak   mogłabym   to 

wytłumaczyć? Poczułam przypływ frustracji i bezradności, z największym trudem wstałam.

W   rowie   zaryczał   motocykl   i   wyjechał   na   drogę.   Przywódca   grupy   opuścił 

pokonanych   towarzyszy,   otworzył   przepustnicę   i   przemknął   obok   mnie   w   niewyraźnym 

błysku   inclulu   i   skóry,   nie   zatrzymał   się   nawet   na   chwilę,   żeby   mnie   zabić,   choć   bez 

wątpienia bardzo tego pragnął. Nie winiłabym go, gdyby podjął taką próbę. Znalazł jeszcze 

jeden   niezniszczony  motocykl.  Ten,  który zabrałam  wcześniej,  wciąż   stał  na   nóżkach  na 

środku drogi, kilkadziesiąt metrów ode mnie i pracował na jałowym biegu. Podeszłam do 

niego, wsiadłam, stanęłam na podpórkach, żeby zrównoważyć dużą masę pojazdu, a potem 

odpaliłam silnik. To nie była victory, harley warczał w zupełnie innym tonie, dudnił basem 

przy zmianie  biegu. Zgubiłam kask, ale teraz to nie miało żadnego znaczenia. Musiałam 

zadbać o to, abym nie spędziła reszty dnia, a może życia, w pokoju przesłuchań, na udzielaniu 

odpowiedzi   na   pytania   policji.   Musiałam   dotrzeć   do   Sedony.   Skierowałam   harleya   na 

właściwą drogę i pozwoliłam mu frunąć, ścigałam tylne światła motocyklisty jadącego przede 

mną. Oboje, choć z odmiennych powodów, uciekaliśmy przed stróżami prawa.

Jazda   na   harleyu   okazała   się   dla   mnie   zupełnie   nowym   doświadczeniem.   Była   to 

wspaniała maszyna, chociaż trudniejsza, mniej łagodnie znosząca nierówności terenu, mniej 

precyzyjna w prowadzeniu niż victory. Wady równoważyła czystą mocą i chociaż w miarę 

background image

zbliżania   się   do   Sedony   ruch   gęstniał,   nie   miałam   trudności   w   kierowaniu   maszyną   w 

gorączkowo   poruszającym   się   strumieniu   wolniejszych   samochodów,   ciężarówek   i 

furgonetek. Otaczająca Sedonę pustynia lśniła w świetle gwiazd. To surowe, subtelne piękno 

budziło   we   mnie   nieznane   uczucia.   Pragnienie   spokoju.   Łagodność.   Osamotnienie.   Na 

wschodnim horyzoncie pojawiła się różowa smuga. Wstawało słońce. Nowy dzień. Świeży 

dzień.

Dzień, w którym, być może, znajdę swoje własne odkupienie.

Nie, nie znajdę, dopóki trwa ta potworność, powiedziałam do siebie. Dręczył mnie 

obraz Ibby, zmuszanej do przyjęcia mocy przekraczającej jej możliwości, niszczonej przez 

lojalność   wobec   zmarłej   matki.   Ogarnęła   mnie   tak   wielka   wściekłość,   że   zrobiło   mi   się 

niedobrze. Przestałam się zastanawiać nad ucieczką w spokój.

Uratuję cię, Ibby Zrobię to.

Jeśli zostało z niej coś, co warto było ratować.

Jako dżinn nigdy nie brałam pod uwagę przegranej; udawało się lub nie, rzadko się 

zdarzało, że nie mogłam osiągnąć wytyczonego celu. Tymczasem w ludzkiej postaci sprawy 

się miały inaczej. Możliwość porażki istnieje z każdym  uderzeniu serca, w sekundzie, w 

podjętej ryzykownej decyzji.

Nie, nie zawiodę. Nie w tej sprawie.

Nie miałam nic prócz woli, by jechać dalej. Musiałam wierzyć, że to wystarczy.

Musiałam uwierzyć w siebie, choć wydawało się to paradoksem.

Wyprzedziłam   wóz   terenowy   na   numerach   z   Wirginii,   uniknęłam   zderzenia 

czołowego z ciężarówką z przyczepą. A po kolejnym kwadransie zobaczyłam zjazd w stronę 

kościoła.   Mój   harley   zostawiał   za   sobą   chmurę   spalin   i   ogłuszający   ryk,   budzący   ciche 

miasteczko   tuż   przed   świtem.   Przez   chwilę   zastanawiałam   się,   czy   nie   zmarnować   kilku 

cennych kropli mocy, aby stłumić hałas.

Jednak  zrezygnowałam.  Poświęciłam  je   na  naprawę  ubrania,  oczyszczenie  skóry   i 

włosów, bo chciałam lepiej wyglądać na spotkaniu, którego się obawiałam.

Kaplica   Świętego   Krzyża   była   celem   licznych   pielgrzymek,   zwłaszcza   o   świcie. 

Zatrzymałam   harleya   na   szerokim   płaskim   parkingu,   zobaczyłam   kilkanaście   ciężarówek, 

popularnych przyczep kempingowych, z których gramolili się ziewający pasażerowie, turyści 

trzaskający fotki i pielgrzymi przybywający nu modlitwę i medytację. Ich obecność była mi 

nie na rękę, ale nie mogła mi przeszkodzić.

Zostawiłam harleya. Zatrzymałam się na dłuższą chwilę, żeby zebrać myśli i wreszcie 

ruszyłam długą ścieżką do kaplicy. Po drodze miałam dość czasu, aby się zastanowić, co chcę 

background image

powiedzieć. Nie potrafiłam określić, dlaczego tym razem idąc na spotkanie z Wyrocznią, tak 

bardzo się denerwuję; już tu byłam, a ona przyjęła mnie, jeśli nie ciepło, to co najmniej 

przyjaźnie. Co się zmieniło? Chodziło oczywiście o ostrzeżenia Rashida, ale było coś jeszcze.

Czułam spoczywający na moich barkach większy ciężar.

Do   pewnego   stopnia   wiedziałam,   dlaczego   tak   jest.   Stawałam   się   coraz   bardziej 

człowiekiem.   Pojawił   się   we   mnie   lęk,   instynktowny   strach   przed   czymś,   nad   czym   nie 

mogłam  zapanować. Nie byłam  nawet pewna, czy Wyrocznia  mnie teraz usłyszy;  a jeśli 

nawet usłyszy, to czy zechce spełnić najmniejszą z moich próśb.

Nie miałam wyboru, musiałam spróbować. Zbyt  wielu ludzi straciło życie, żebym 

mogła dotrzeć tak daleko.

Różniłam się od pozostałych osób zmierzających do kaplicy; stało się to dla mnie 

oczywiste, gdy przechodzący obok mnie ludzie rzucali na mnie spojrzenia - pełne podziwu, 

podejrzliwe, oburzone, zatroskane, dziwnie uległe. Nie przyglądałam się nikomu, skupiona na 

własnej drodze. Słońce wynurzyło się zza horyzontu. Zdawałam sobie sprawę, że z bladą 

cerą, białymi włosami i jasnymi oczami, w wyzywającym skórzanym stroju wyglądam jak kot 

wśród gołębi odzianych w szorty i bawełniane koszulki.

Nie   przypominałam   ani   turystki,   ani   pątniczki.   Wyglądałam   jak   ktoś,   kto   sprawia 

kłopoty.   Przed   drzwiami   do   kaplicy   przechadzał   się   ksiądz.   Uśmiechał   się   i   ściskał   ręce 

wchodzących   osób;   zawahał   się,   kiedy   mnie   zobaczył,   ale   szybko   się   opanował.   Był   w 

średnim   wieku,   szczupły   i   schludny.   Jedynie   nieznacznie   zaokrąglona   linia   szczęki   i 

opadające dolne powieki zdradzały, że może być starszy, niż się wydawało. Promieniował 

energią   i   swego   rodzaju   satysfakcją,   którą,   jak   się   domyślałam,   czerpał   z   zachowywania 

czystości. Nie wzbudził we mnie sympatii ani antypatii, ale przypuszczałam, że mu się nie 

spodobałam od pierwszego wejrzenia, i to bez żadnych wątpliwości.

Rozpoznał istotę nadprzyrodzoną. Nie mogło go to zaskoczyć; tu przenikały się święte 

miejsca, musiał więc często widywać dżinny, nawet jeśli do końca nie rozumiał, z czym ma 

do czynienia. Skinął mi głową, lecz nie podał ręki.

Nie obeszło mnie to. W środku kaplica wyrastała wysoko, aż kręciło się w głowie, 

ściany wzniesiono ukośnie. Panowała tam ciepła poświata, nie złota ani pomarańczowa, ale w 

odcieniu   pośrednim,   o   połysku   przypominającym   żywą   skórę.   Było   to   niewielkie 

pomieszczenie, zdominowane przez ogromne okno, które ukazywało majestatyczną panoramę 

kanionu. Gdy przyglądałam się krajobrazowi, w tle pojawił się orzeł. Szybował z wdziękiem, 

zataczał koła i nagle obniżył lot, żeby spaść na swoją ofiarę. Wokół mnie kłębił się tłum 

turystów, modlił się jakiś pątnik. Wszyscy rozmawiali szeptem, czując obecność czegoś... 

background image

nadludzkiego. Bo tam było.

Na dalekim krańcu ławki przy ścianie kaplicy dostrzegłam Wyrocznię. Ludzie jej nie 

widzieli, a ja musiałam się bardzo skupić, żeby nie uleciała mi sprzed oczu. Gdy patrzyłam na 

nią, podniosła powieki - tęczówki miały kolor, którego nie potrafiłam określić. Spojrzała 

wprost na mnie. Jej śliczna, nieruchoma twarz pozostała obojętna. Tak jak jej matka, Joannę 

Baldwin, Wyrocznia Ziemi miała piękne kształty, ale Joannę ożywiały poczucie humoru i 

swego rodzaju bezwzględna determinacja, a Imara była... uduchowiona. Wyczuwało się w 

niej spokój podobny spokojowi skał pod nami, ducha samej Ziemi.

Długie, ciemne włosy Imary opadały miękko na ramiona, otaczając jej bladą twarz. 

Miała na sobie poruszającą się czerwoną suknię, która ani na chwilę nie przyjęła ostatecznego 

kształtu. Wydawało się, że Wyrocznia jest odziana w czerwony piasek, miękki jak jedwab, 

falujący wokół niej jak powiewająca na wietrze zasłona.

Wyciągnęła z wdziękiem jasną dłoń i poklepała palcami drewnianą ławkę obok siebie.

Nie poruszyłam  się przez dłuższą  chwilę, a potem niechętnie  przecisnęłam się do 

ławki i usiadłam trochę dalej, niż mi wskazała. Pochyliłam głowę, oddając cześć potędze tego 

miejsca. Dżinny rozumieją Boga inaczej niż ludzie, ale nie jesteśmy z Nim połączone tymi 

samymi więzami; wszystko się ze sobą splata, ale my jesteśmy osnową, a nie wątkiem tej 

materii. Być może Imara, odgrywająca rolę Wyroczni, rozumiała to lepiej. Była ogniwem 

łączącym wszystkie sfery. Zapewne wyczuwała i widziała to, co dla mnie jest niedostępne.

- Cassiel - powiedziała Imara spokojnym, lekko rozbawionym tonem. - Nie miej takiej 

zmartwionej miny. Nie odgryzę ci głowy.

Imara była teraz bardziej pewna siebie, niż kiedy widziałyśmy się ostatnim razem. 

Przedtem z trudem radziła sobie z tak ogromną mocą przepływającą  w tym  tak ważnym 

miejscu. A teraz, nieoczekiwanie, wbrew ostrzeżeniom Rashida, potraktowała mnie prawie 

jak człowieka.

Prawie tak, jak postąpiłaby jej matka. Jak kiedyś postąpiła.

- Wyrocznio - powiedziałam. Wokół nas tłoczyli się śmiertelnicy, podążając dokądś w 

swoich nieważnych sprawach. Można by odnieść wrażenie, że żaden z nich nas nie zauważył, 

nawet mojego nagłego zniknięcia ze świata, w którym jeszcze przed chwilą tak bardzo się 

wyróżniałam. - Dziękuję, że zechciałaś się ze mną zobaczyć.

-   Jak   mogłabym   cię   nie   zauważyć?   Nie   rozpływasz   się   w   tłumie.   -   Jej   słowa 

przywodziły na myśl jej matkę: uszczypliwą, z poczuciem humoru, a jednocześnie unikającą 

obrazy wprost. - Cieszę się, że zwracasz się do mnie. Przykro mi, że poprzednim razem nie 

mogłam ci pomóc, ale wtedy znalazłam się... w trudnej sytuacji. - Znów zaczęła mówić, a 

background image

potem przerwała i pokręciła głową. Piasek na jej sukni przesunął się i poruszył, ukazując 

kryjący się pod spodem wąski pasek jasnej skóry. - Ashan jest naprawdę na ciebie zły. Nigdy 

jeszcze nie widziano go tak rozgniewanego.

Bezwiednie wykrzywiłam wargi.

- Zdaję sobie z tego sprawę.

- Byłam tego pewna. Nakazał wszystkim dżinnom, nad którymi sprawuje władzę, aby 

cię unikały. Gdybyś  się do nich zwróciła, mają cię ignorować. Bardzo go zabolała utrata 

Gallana. Ogromnie.

Rozumiałam   to,   choć   jednocześnie   czułam   odrazę.   To   Ashan   zmusił   mnie   do 

morderstwa, a teraz nawet nie chciał mi pomóc. Na pewno, patrząc z jego perspektywy, 

postępował logicznie. Wciągnęłam do gry Gallana, a Perła go zniszczyła. Ashan nie mógł 

sobie pozwolić na podobne straty.

A co się dzieje z Davidem? - zapytałam i ośmieliłam się spojrzeć w dziwne, mieniące 

się oczy Ich moc była tak potężna, iż wydawało mi się, że zaglądam w sam środek stosu 

atomowego, w którym wszelkie barwy nikną. - Czy może mi pomóc? Zapytam inaczej, czy 

mi pomoże?

- Tata - powiedziała Imara i westchnęła. Odwróciła głowę, w kierunku okna, choć nie 

byłam pewna, co ona tam naprawdę widzi. - Mój ojciec znalazł się w kłopotliwym położeniu, 

podobnie jak ty. Nie wiem, czy długo wytrzyma w tym miejscu. Przewodzenie innym nie leży 

w jego naturze. Woli zajmować się osobami z najbliższego kręgu. Nie jestem też pewna, czy 

wszystkie nowe dżinny są wobec niego naprawdę lojalne. Trudno stwierdzić, którym z nich 

ojciec lub ty możecie do końca ufać.

- A Rashidowi? - zapytałam. - Mogę mu ufać? Imara uśmiechnęła się ponuro.

- Jest dżinnem tak jak ty kiedyś  - odparła. - Bardziej niż ja kiedykolwiek  byłam. 

Postąpi tak, jak postępują dżinny.

- Odpowiedź zatem jest przecząca.

- Odpowiedź jest taka sama dla wszystkich, nad którymi będziesz się zastanawiała. 

Nieograniczone   zaufanie   nie   istnieje.   W   pewnym   momencie   wszystkie   istoty   obdarzone 

wolną wolą mogą cię zdradzić i zdradzą cię, kiedy przestaniecie dążyć do tych samych celów.

- Niezbyt mi pomogłaś. - Po chwili uświadomiłam sobie, że w moim głosie dało się 

słyszeć urażoną dumę. Ta dziewczynka pouczała mnie, choć byłam potęgą na Ziemi, zanim 

jeszcze   ona   jako   Wyrocznia   zaistniała   w   formie   myśli.   A   może   ta   dziewczynka   była 

wyjątkowo potężna. Obdarowana niezwykłymi mocami. Ale... mimo wszystko... - Perła ma 

plan. Do jego realizacji wykorzystuje dzieci Strażników. Widziałam... - Nieoczekiwanie mój 

background image

głos się załamał. Zmusiłam się, żeby mówić dalej. - Po drodze do ciebie widziałam Isabel 

Rochę.

Ona...

- Wiem - przerwała  mi  łagodnie Imara.  Dotknęła  ręką mojej  dłoni. Jej  dotyk  był 

ciepły, uspokajał. - Czuję ją. Czuję je wszystkie.

- Wszystkie dzieci?

-   Wszystkich   ludzi   na   tej   planecie   -   odpowiedziała   ze   smutnym   uśmiechem.   - 

Wszystkich, którzy żyją, cierpią, cieszą się, umierają. Wybranie jednego spośród tak wielu 

jest prawie niemożliwe. Jeszcze mi się to nie zawsze udaje, ale poczułam to, co ty czułaś. 

Wiem, jak jesteś rozgniewana. Jak bardzo czujesz się winna.

Nie zasugerowała mi, że powinnam się przestać gniewać albo się nie obwiniać. Bez 

wątpienia, wiedziała, że gdyby nawet chciała mi to nakazać, nie miało to żadnego znaczenia.

- Przychodzisz po co innego - powiedziała Imara, a jej delikatnie ironiczny ton znów 

zabrzmiał   echem   głosu   jej   matki,   Joannę   Baldwin.   -   Nie   chodziło   ci   o   pocieszenie   i 

pogaduszki, Cassiel. - Ludzkie słowa dziwnie brzmiały w ustach Wyroczni i to wydawało mi 

się zrozumiałe. Nie rozumiałam natomiast, dlaczego Imarę wybrano na Wyrocznię.

Poruszyłam   się,   próbując   się   skupić   na   celu,   w   jakim   przybyłam   do   kaplicy. 

Promieniowała spokojem tak subtelnym i uwodzicielskim, że rozpraszała uwagę. Poczułam, 

że tylko tutaj mogę zapomnieć o swoich lękach, poczuciu winy i troskach.

To było złudzenie. Jeślibym odsunęła się o metr od niej, odczułabym znów to samo. 

Gdyby działo się inaczej, oznaczałoby to, że jest ze mną coś nie tak. Imara ofiarowywała 

spokój przeznaczony dla dżinnów. Nie dla mnie. Już nie dla mnie.

Rashid   powiedział   mi,   że   masz   listę   -   zaczęłam.   -   Wykaz   dzieci   obdarzonych 

uśpionymi mocami, dzięki którym pewnego dnia będą mogły zostać Strażnikami.

Pokiwała   powoli   głową,   ale   na   jej   twarzy   pojawił   się   wyraz   zamyślenia   i 

powątpiewania.

- Istnieje lista - potwierdziła. - Ale nie w formie, w której mogłabyś jej użyć. - Co to 

znaczy?

- To znaczy... - Imara przerwała, jakby szukając odpowiedniego słowa, a potem oparła 

się o ławkę, układając jedną rękę na drugiej. Piasek zadrżał, zaszeptał w otaczających jej 

postać, mieniących się jedwabistych fałdach. - Sporządzono ją na materii świata. Ja ją widzę. 

Nie została spisana tak, jak ty to rozumiesz.

- Możesz ją przepisać? Imara ze zdziwieniem zamrugała. Zaskoczyłam Wyrocznię. To 

wydawało się... niezwykłe.

background image

- Chyba tak - odrzekła, a potem spochmurniała. - Wiąże się z tym jednak duże ryzyko.

- Ryzyko?

- Taka  lista  powinna być uniwersalna,  zmienna.  Jeśli ją sporządzę,  musi pozostać 

odbiciem rzeczywistości. Nie jest trwała w danym punkcie czasu. Będzie się zmieniać wraz 

ze zmianą okoliczności. Może się też stać celem... interwencji. Rozumiesz?

- W czasie rzeczywistym - powiedziałam. - Rozumiem.

- Nie, nie rozumiesz - Imara przerwała mi i na chwilę zamknęła oczy. A kiedy znów je 

otworzyła, zapytała: - Znasz Księgę Przodków?

Był to kodycyl wszystkiego, co dotyczy dżinnów, przechowywany przez Wyrocznie, 

rzadko pokazywany w formie fizycznej. Ale powstały nielegalne kopie. Konsekwencje tego 

były...  przykre. Prawie katastrofallic. Gdyby dzieła Wyroczni trafiły w niepowołane ręce, 

mogłyby stać się śmiertelnym zagrożeniem. Zrozumiałam, dokąd zmierza.

- Jeśli sporządzisz listę, będzie ona miała osobną moc.

- Pozostanie połączona bezpośrednio ze mną - powiedziała. - A przeze mnie z materią 

rzeczywistości. Inaczej nie mogę tego zrobić. Nie da się chwycić za pióro i spisać wszystkich 

nazwisk;   tę   planetę   zamieszkują   miliardy   ludzi,   nawet   jeśli   niewielu   z   nich   rodzi   się 

obdarzonych mocami... Lista nie jest statyczna.

- Rozumiem. - Wzięłam głęboki oddech. - Skąd Perła wie, które dzieci wybrać, jeśli 

nie ma tej listy?

- Perła upodobniła się do mnie - stwierdziła Imara. - Przypomina Wyrocznię, choć nią 

nie jest. Jest... okaleczona, ale natrafiła na źródło obcej mocy, pochodzącej nie z tego świata, 

lecz mimo to do niego należącej. Stała się o wiele potężniejsza od dżinnów. Ma dostęp... do 

różnych sił. Nie możemy jej powstrzymać. Nie możemy jej przeszkodzić, nie uciekając się do 

bezpośredniego starcia. Jeśli do niego dojdzie, ona może postąpić z nami tak, jak postąpiła z 

Gallanem. Może zniszczyć Wyrocznie.

Perła   nie   potrzebowała   listy.   Bo   tak   jak   Imara   wyczuwała   dzieci,   których   moce 

zaczynały   się   dopiero   wykształcać.   Mogła   uderzyć   wszędzie,   zawsze.   Nie   dało   się 

przewidzieć jej kolejnych ruchów. Imara znów spojrzała mi w oczy. Zadrżałam.

- Ashan może mieć rację. Kto wie czy jedynym sposobem powstrzymania Perły nie 

jest usunięcie fundamentów jej mocy. Pozbycie się ludzi ze świata. Rozumiesz mnie? Usunąć 

ludzi,   a   świat   ozdrowieje.   Będziemy   po   nich   rozpaczać.   Stworzymy   więcej   dżinnów. 

Stworzymy życie, aby zastąpić to utracone, tak jak kiedyś już się stało. Jeśli jednak zgładzisz 

dżinny,   usuniesz   Wyrocznie,   zaatakujesz   serce,   mózg   i   krew   Ziemi.   Zniszczysz   ją.   A   to 

właśnie Perła chce uczynić.

background image

Zamierza zostać morderczynią całego tego świata. Jej plan ma niewiele wspólnego ze 

Strażnikami. Jej chodzi o ciebie, o nią samą i Ashana. I o dżinny. O nienawiść.

Przerażał mnie nacisk, z jakim do mnie przemawiała. Imara pochodziła od ludzi. Jej 

matka była człowiekiem. Strażniczką. A mimo to w jej głosie zabrzmiał pozbawiony emocji 

żal, z jakim pogodziła się ze zniknięciem ludzkości jako gatunku.

Była   bardziej   niewrażliwa   na   ich   los   niż   ja,   mimo   mojej   całej   domniemanej 

obojętności. Wciągnęłam głęboko powietrze do płuc.

- Nie pozwolę na to - powiedziałam. - Tak jak wcześniej do tego nie dopuściłam. 

Teraz też nie dopuszczę. Znajdę sposób, żeby ją powstrzymać.

- Tak, to z pewnością dobry pomysł - stwierdziła Imara. - Ale musisz się śpieszyć, 

jeśli   chcesz   to   zrobić.   Jeśli   nie   zaczniesz   działać,   Wyrocznie   zostaną   zmuszone   do 

samoobrony. Sama Ziemia się przebudzi, a ludzkość tego nie przeżyje. Rozumiesz?

Groziła kataklizmem, którego wszyscy Strażnicy się obawiali od czasu, kiedy zaczęli 

poznawać siłę i potęgę otaczającej ich natury - celowego, przemyślanego planu, aby siłami 

planety   zniszczyć   ludzką   rasę,   usunąć   wszelki   ślad   po   niej.   Doprowadzić   do   tego,   aby 

wymarła. Jeśli ja tego nie zrobię... Wyrocznie były gotowe podjąć działanie.

Przełknęłam ślinę.

-   Dasz   mi   tę   listę?   -   zapytałam.   -   Jeśli   nie   mogę   znaleźć   Perły,   muszę   chociaż 

spróbować chronić dzieci, które porywa i w ten sposób pokrzyżować jej plany. Do tego celu 

potrzebuję wykazu dzieci. Musisz dać mi szansę, Imaro. Daj nam szansę. Proszę.

Uśmiechnęła się do mnie ciepło.

- Nam - powtórzyła i roześmiała się lekko. Śmiech przeobraził ją w istotę tak piękną, 

że musiałam zacisnąć powieki i zwalczyć w sobie drżenie ekstazy. - Och, Cass. Posłuchaj 

swoich słów. Jak daleko zaszłaś. - Zmieniła ton. Spoważniała. - A jak daleko musisz jeszcze 

zajść. Ty i ja jesteśmy w tym podobne do siebie. A ja dopiero postawiłam kilka kroków na 

mojej drodze.

Zgasło opromieniające ją światło. Zamilkła, spochmurniała. Spojrzała mi w oczy, a ja 

poczułam ogarniający mnie lęk.

- Jeśli to zrobię - powiedziała - dam ci coś, co nie było przeznaczone dla ludzkich 

oczu. Coś, co jest zbyt potężne nawet dla dżinna. Rozumiesz? Gdy wypuszczę tę moc z moich 

rąk, na Ziemi pojawi się swobodna, dzika moc. Takie rzeczy mogą zniszczyć, Cassiel. Nawet 

jeśli chce się ich użyć w najlepszych zamiarach.

Przełknęłam ślinę.

- To jedyny sposób, aby odnaleźć te dzieci.

background image

- Zatem musisz wziąć na siebie całą odpowiedzialność  - powiedziała. - Zachowaj 

ostrożność. Gdy będziesz korzystała z listy, tak jak ja możesz się stać celem ataku.

- Zatem jak powinnam jej używać?

- Lista poda ci nazwiska i lokalizacje - wyjaśniła. - Nie dotykaj powierzchni zwoju. 

Rób to jedynie w przypadku najwyższej konieczności. Wtedy się włączysz w bieg wydarzeń. 

Rozumiesz? Dotykanie słów zapisanych na liście jest niebezpieczne. Możesz stać się celem 

ataku.

Przytaknęłam kiwnięciem głowy.

-   Przysięgnij   na   swoje   życie,   Cassiel,   na   swoje   życie,   że   nikomu   nie   pozwolisz 

dotknąć listy. Zniszcz ją, zanim ktokolwiek jej dotknie.

Zaszeptał   piasek,   poczułam   jakiś   ruch.   Zaskoczona,   otworzyłam   szeroko   oczy   i 

zauważyłam,   że   Imara   zniknęła   z   ławki.   Trwało   to   sekundę,   może   mniej.   Oprócz   kilku 

ziarenek czerwonawego piasku na drewnie nie było żadnych śladów jej obecności. Poza tym, 

że teraz stała na tle okien, na odległym krańcu kaplicy. Turyści podświadomie odsuwali się 

od niej, wychodząc grupkami z kaplicy. Nie bali się, nie... tylko nagle postanowili pójść inną 

drogą. Po krótkiej chwili w kaplicy było pusto. Pozostałyśmy w niej tylko ja i Imara, która 

szeroko rozłożyła ramiona.

Piasek spiralami osypywał się z jej ciała, tworząc gęstą zasłonę czerwonego dymu, 

zakrywając, a potem odsłaniając jasną nieskazitelną skórę. Długie, ciemne włosy powiewały 

w   podmuchu   niewidocznego   wiatru.   Odwróciła   twarz   w   kierunku   wschodzącego   słońca. 

Ogarnęła ją łuna, a po chwili przeświecała przez jej skórę, zamieniając biel w złoto, w jarzący 

się płomień energii.

Piasek nagle wybuchnął z głośnym hukiem. Upadłam na podłogę, gdy ziarna sypnęły 

się w moją stronę. Przez krótką chwilę Imara stała przede mną, naga i płonąca. Wtem powoli 

opadła na kolana, złożyła dłonie razem, a potem je rozsunęła tak, jakby coś rozwijała.

Między jej dłońmi ukazał się zwój, ciągnąca się długa płachta czystej bieli. Po chwili 

dostrzegłam na niej drobne, czarne litery. Nagle z trzaskiem zwój się zamknął w lewej dłoni 

Imary i utworzyła się szkatuła. W Kaplicy zabrakło powietrza, zrobiło się duszno, jakby na 

skutek gwałtownego wydatku mocy, ale już przy następnym oddechu, wrażenie minęło.

Imara   klęczała   na   podłodze,   przyciskając   zwój   mocno   do   siebie.   Dłuższą   chwilę 

pozostawała   w   bezruchu.   Potem   zamknęła   płonące   oczy.   Ziarenka   piasku   pośpieszyły   z 

szelestem ze wszystkich kątów kaplicy, otoczyły ją wirem i znów utworzyły poruszające się 

fałdy jedwabiu.

Czułam się tak, jakby świat na chwilę wstrzymał oddech.

background image

Imara wstała z kolan i stała nieruchomo. Zrozumiałam, że to ja muszę do niej podejść. 

Podniosłam się i ruszyłam środkiem kaplicy, aby pokonać dzielące nas kilka metrów.

Było to... o wiele trudniejsze, niż powinno. Jakbym musiała się przedrzeć przez kilka 

poziomów sfery eterycznej, choć przecież w obecnej postaci nie mogłabym  tego uczynić. 

Imara trzymała zwój w obu dłoniach, a kiedy w końcu do niej dotarłam, bezwiednie opadłam 

na jedno kolano, zanim wyciągnęłam do niej ręce.

Ceremoniał. Był chyba nawet ważniejszy dla dżinnów niż dla ludzi.

Ciepły   ciężar   zwoju   opadł   w   moje   dłonie.   Poczułam   błysk   ognia,   który   ledwie 

zdołałam wytrzymać. Przeniknęła mnie fala wewnętrznego przymusu, ale tak intensywna, że 

pozbawiona kształtu. Moje palce zacisnęły się konwulsyjnie na szkatule. Zadrżałam.

Imara puściła zwój. Usłyszałam, jak wzdycha głęboko i nierówno. Podniosłam wzrok 

w górę i zobaczyłam, że patrzy na mnie zamglonymi, prawie ludzkimi oczami.

Dotknęła mojej twarzy palcami, pogładziła na pożegnanie i nagle... rozsypała się w 

wirujący słup pyłu. Zniknęła. Zostałam w kaplicy sama.

Klęczałam   na   jednym   kolanie,   ściskałam   zwój   w   drżących   dłoniach.   W   końcu 

wstałam.   Otworzyłam   szkatułę   i   rozwinęłam   kawałek   zwoju,   zobaczyłam   gęsto   zapisane 

linijki nazwisk i adresów. Dotknęłam jednego. Zapłonęło i natychmiast zrozumiałam, jak 

odnaleźć to dziecko. Nie musiałam myśleć o poszukiwaniach. Dziecko po prostu tam było. 

Kiedy odsunęłam palec, blask zniknął i zapomniałam wszystko, czego się dowiedziałam.

Wyrocznia mnie ostrzegała, ale rzeczywistość oszałamiała. Zwój był nie tylko listą, 

ale też łącznikiem z poziomem rzeczywistości, do którego nie miałam dostępu nawet wtedy, 

gdy byłam dżinnem. Skrót do świata Wyroczni.

Zastanawiałam się bardzo poważnie, czy uczyniłam coś dobrego, czy wprowadziłam 

do świata nowy i wyjątkowo niebezpieczny element, który zagraża równowadze świata.

Odwróciłam   się,   żeby   wyjść   z   kaplicy.   Przy   tylnej   ścianie   stał   szczupły   ksiądz, 

schludnie ubrany, miał czarną marynarkę, spodnie i koloratkę.

Patrzył na mnie tak, jakbym była bezbożnicą.

Prawdę mówiąc, niewykluczone, że byłam. - Dziękuję - powiedziałam, przechodząc 

obok niego. - To błogosławione miejsce. Nic nie odpowiedział, ale odniosłam wrażenie, że 

uznał, iż beze mnie będzie ono bardziej błogosławione.

background image

6.

Imara nie zwróciła na to szczególnej uwagi, ale nie miałam żadnych wątpliwości, że 

zwój, który otrzymałam, nie tylko był najlepszym zbiorem danych wywiadowczych, ale w 

niepowołanych rękach mógł stać się ogromnym zagrożeniem. Powierzyła mi skarb o wiele 

cenniejszy niż wszelkie bogactwa ludzkości.

Nie byłam pewna, czy sama potrafię go ochronić.

Gdy pędziłam autostradą na harleyu, wykorzystywałam stale strumień mocy,  który 

miał mnie osłonić przed ciekawskimi oczami. Nie wystarczyłby,  aby oszukać dżinna, ale 

mógł mnie ukryć przed zwykłymi szpiegami, ludźmi, których Perła wybrała do swojej służby. 

Nie miałam pewności co do przeszkolonych przez nią dzieci-Strażników. Ich moce wydawały 

się   znacznie   zwielokrotnione.   Było   więc   całkiem   prawdopodobne,   że   zdołałyby   mnie 

wyśledzić bez względu na zastosowane środki osłaniające.

Niewykluczone również, że musiałabym użyć przeciw nim metod... ekstremalnych. 

Nie myślałam z przyjemnością o takiej perspektywie.

Z   Sedony   pojechałam   inną   trasą.   Wracałam   bocznymi   drogami,   opuszczonymi, 

samotnymi   nitkami   asfaltu,   mijając   tylko   jaszczurki   i   kojoty.   Nie   miałam   ochoty   nawet 

przypadkiem narażać się stróżom prawa; wypadki ostatniej nocy nauczyły mnie, jak cenna 

jest anonimowość. Ranek wstał pogodny. W południe na bezchmurnym niebie wisiała tylko 

paląca,   pomarańczowa   kula   słońca.   Wdychałam   zapach   jałowej   ziemi,   napawając   się 

wolnością pustej przestrzeni.

Wtedy zadzwonił mój telefon komórkowy, najpierw poczułam jego wibracje. Ukryłam 

go pod kamizelką na piersi. Chciałam mieć pewność, że go usłyszę mimo ryku silnika.

Zahamowałam   na   poboczu   drogi,   zatrzymałam   się   gwałtownie,   z   poślizgiem   na 

szutrze  i  wyłączyłam  silnik.  Gdy  umilkł,  ciszę  upalnego   dnia  wypełniły  krzyki  ptaków  i 

bzyczenie owadów. Prawie słyszałam, jak ziemia upaja się słońcem.

Otworzyłam klapkę komórki i przyłożyłam aparat do ucha.

- Tak? - spytałam.

- Spróbuj kiedyś zacząć od powitania - powiedział Luis. - To by cię nie zabiło.

- Może - odparłam. - Staram się zmniejszać poziom zagrożenia. Westchnął.

- Masz?

- Tak - powiedziałam. - A dziewczynka? - Jesteś mi potrzebna. Nie wygląda to zbyt 

dobrze. - Przerwał na chwilę, a potem zapytał ostrożnie: - Wszystko w porządku? Masz jakieś 

kłopoty?

background image

Z   ukłuciem   żalu   przypomniałam   sobie   o   śmierci   i   zniszczeniu,   jakie   wczoraj 

zostawiłam   za   sobą.   O   rozbitym   victory,   chociaż   pomyślałam,   że   nie   powinnam 

przyrównywać utraty motocykla do śmierci ludzi. Ale to był bardzo porządny motocykl.

- Niewielkie - odparłam.

- Jak małe?

- Teraz mam harleya. Wyglądało na to, że Luis bardzo dobrze mnie znał.

- Święci pańscy! - zawołał. - Co się stało?

- Wiele rzeczy - odpowiedziałam. - Ale ja żyję.

- Nie mogę pozwolić, abyś sama wyruszała w drogę. Uśmiechnęłam się, choć może 

trochę gorzko, na ten dowód nadopiekuńczości.

- Gdybyś był ze mną, mógłbyś już nie żyć.

-  Chica,   zakładasz,   że   byłbym   kompletnie   bezradny.   Sprawdź   swój   program.   Nie 

jestem bezradną damulką. Zastanowiłam się przez chwilę nad jego słowami.

- Następnym razem pozwolę ci toczyć za mnie bitwy. - Wtedy nagle z przerażeniem 

przypomniałam sobie pyzatą buzię Isabel i jej nienaturalne spojrzenie. - Luis?

-   Tak,   wciąż   tu   jestem   -   odrzekł.   -   Słucham?   Nie   chciałam   mu   powiedzieć 

wszystkiego, ale jakoś udało mi się znaleźć odpowiednie słowa.

- Widziałam Isabel - oznajmiłam. - Była tu, z jednym z agentów Perły, który mnie 

zaatakował.

Przez długą, lodowatą chwilę Luis nic nie mówił. Kiedy wreszcie się odezwał, jego 

głos był cichy i niezwykle napięty.

- Powiedz, że nie zaatakowałaś jej w odpowiedzi na atak.

- Nie - odparłam. - Nie skrzywdziłam jej, ale...

- O Boże! Ale co? Co? Teraz ja zamilkłam, szukając znowu odpowiednich słów.

- Perła ją wykorzystuje - powiedziałam w końcu. - Isabel jest za młoda. To ją okaleczy 

bez względu na to, co zrobię. Nie chcę tego, Luisie. Proszę, uwierz mi. Pragnę oszczędzić jej 

bólu, ale nie jestem pewna, czy mi się to uda. Czy komukolwiek to się uda.

- Cholera! - Luis splunął, a potem popłynął strumień hiszpańskich przekleństw, płynny 

ogień w słowach. - Widziałaś ją? I pozwoliłaś jej odejść? Co ci się, u diabła, stało?

- Nie miałam wyboru - tłumaczyłam się. - Przepraszam. - Trudno mi było się nie 

bronić. I trudno też nie mieć poczucia winy. - Nie skrzywdziłam jej.

Milczał tak długo, że nie byłam pewna, czy po prostu nie przerwał połączenia.

- Czy dostałaś to, po co tam pojechałaś? - zapytał nagle wprost.

- Tak.

background image

- To migiem zbieraj się do nas, słyszysz? Migiem! Kopnięciem przywróciłam harleya 

do życia. Rozległ się głuchy warkot.

- Już jadę - powiedziałam, przerwałam połączenie, wsunęłam telefon z powrotem za 

kamizelkę na piersi. Tym razem, gdy otworzyłam przepustnicę, wsparłam ją ładunkami mocy, 

zmuszając maszynę do największego wysiłku.

Gdy   dotarłam   do   Albuquerque,   motocykl   był   wykończony   prawie   tak   jak   ja. 

Zwolniłam, ponieważ nawet w osłonie z mocy, którą zachowałam, zwyczajna jazda w ruchu 

miejskim wymagała ostrożności także i wtedy, gdy już przestałam się obawiać, że policja 

zwróci na mnie uwagę.

Wyciągnęłam telefon, wystukałam numer jedną ręką.

- Przyjechałam. Gdzie jesteś?! - krzyknęłam.

-   Chryste?   Czym   ty   teraz   jeździsz?   Czołgiem?   Przyjedź   do   domu.   Dom   nie   był 

bezpieczny, ale Luis dobrze o tym wiedział. Może oczekiwał z nadzieją na następny atak. 

Wyczułam, że jest wściekły, a więc nie było to takie nieprawdopodobne.

- Ruszam - odpowiedziałam i wyłączyłam telefon. Kierowanie ciężkim motocyklem w 

nocnym ruchu było dość proste, bo drogę oświetlała łuna sodowożółtych i krzemowobiałych 

latarni. Dotarłam na cichą uliczkę, przy której stał dom Manny'ego i Angeli, a obecnie Luisa. 

Wyłączyłam   silnik   i   dotoczyłam   się   do   chodnika.   Zsiadłam   z   motocykla   i   byłam   już   w 

połowie drogi do domu ze zwojem w ręku, zanim nóżki maszyny dotknęły betonu.

Luis  natychmiast  otworzył drzwi.  Obrzucił   mnie  szybkim  spojrzeniem  od stóp  do 

głów. Zrobiło mi się ciepło na sercu, gdy w jego oczach mignął wyraz zatroskania. Kiwnął mi 

głową na powitanie i stanął z boku, żeby mnie wpuścić do środka. Zamknął drzwi za moimi 

plecami.

Na   zniszczonej   wygodnej   kanapie   siedział   agent   Ben   Turner.   Był   chyba   bardzo 

zmęczony. Trzymał w ręku kubek z parującym płynem, który sądząc z rozchodzącego się po 

pokoju zapachu, musiał być kawą. Podobnie Luis miał kubek stojący na stoliku, a trzeci 

kubek   już   nalano   dla   mnie.   Wzięłam   go   i   usiadłam   na   przeciwnym   końcu   kanapy   i   z 

wdzięcznością   upiłam   łyk.   Kofeina   pomogła   mi   stłumić   fizyczne   potrzeby,   choć   nie 

zaspokoiła żadnej z potrzeb, ukrytego w ludzkim ciele osłabłego dżinna.

- Wspomniałaś, że widziałaś Ibby - zaczął Luis, wbijając we mnie uważne spojrzenie 

ciemnych oczu. - Co się stało? Opowiedz o wszystkim.

Zerknęłam na agenta Turnera.

- O wszystkim? Turner westchnął.

- Niczego nie ukrywaj ze względu na mnie. Tkwię w tym łajnie po uszy, to pewne jak 

background image

śmierć i podatki.

-   Możesz   odmówić   płacenia   podatków   -   skwitowałam.   -   A   śmierć   rzadko   pyta   o 

zdanie. Luis żachnął się ze zniecierpliwieniem. Podniosłam rękę, żeby go powstrzymać.

-   Wiem   -   powiedziałam.   -   Zaraz   wszystko   ci   opowiem.   -   Nie   przyniosło   to   ulgi 

żadnemu z nas, ale niczego nie zataiłam. Turner zakrztusił się kawą, gdy usłyszał o jatce 

wśród motocyklistów, ale nie odezwał się ani słowem.

Luis poruszył tę sprawę.

- Będziesz miał problemy? - zapytał.

- Chodzi ci o to, czy będę musiał coś z tym zrobić? Nie - odparł Turner. - To sprawa 

lokalna,  nie   federalna.  Dopóki  federalni  jej  nie   przejmą,  jestem  tylko...  zainteresowanym 

widzem.

- Nawet jeśli to działanie przestępcze?

-   Na   czym   polega   to   przestępstwo?   Na   tym,   że   ktoś   wyszedł   z   opresji   żywy   po 

zaatakowaniu przez uzbrojony gang? - Pokręcił przecząco głową. - Nie moja sprawa. Mnie to 

nie dotyczy.

Ja też niezbyt się tym zmartwiłam, ale Luis musiał się przejmować, skoro po słowach 

Turnera rozluźnił się, usiadł wygodnie w fotelu z wytartą tapicerką i spokojnie zaczął popijać 

kawę.

- Ale nic jej nie jest? - zwrócił się do mnie. - Ibby? Fizycznie? - Szukał cienia nadziei, 

którego mógłby się trzymać. Chętnie mu go wskazałam.

- Wyglądała zdrowo - odpowiedziałam. - Nie była ranna. Uświadomiłam sobie, że nie 

mogę mu powtórzyć słów Ibby o matce. To niepotrzebnie by go zraniło; bo w tej chwili nic 

nie mógł poradzić. Nie mógł zmniejszyć ani udręki Ibby, ani własnej. Postanowiłam dłużej 

ponieść za niego ten ciężar.

- Powiedziałaś, że dostałaś to, po co tam pojechałaś - podjął Turner, odstawił kubek z 

kawą na stoliku, pochylił się do przodu, wbijając łokcie w pogniecione spodnie na kolanach. - 

Listę?

-   Dostałam.   -   Nie   poruszyłam   się   jednak,   żeby   mu   ją   pokazać.   Najpierw   szybko 

złączyłam się z ciepłą, spokojną istotą wewnętrzną Luisa i uniosłam w sferę eteryczną. Tam 

zaczęłam się przyglądać Turnerowi.

Nie   miałam   powodu,   żeby   mu   nie   ufać.   Przeciwnie.   Ale   zapamiętałam   słowa 

Wyroczni, że nikomu nie mogę ufać do końca.

Na niewyraźne kontury kształtu fizycznego nakładały się linie eteryczne, napędzane 

podświadomymi pragnieniami oraz potrzebami serca i umysłu. Czasem ludzie mieli kształty 

background image

eteryczne zupełnie inne od fizycznych. Niekiedy okaleczone i spotworniałe tak, jak niektórzy 

z motocyklistów, którzy zginęli na drodze.

Istota duchowa agenta Turnera była... zwyczajna. Sprawiała wrażenie identycznej z 

fizyczną. Może był nieco wyższy i szerszy, potężniejszy duchem niż ciałem. Jak większość 

Strażników, promieniował falami energii, chociaż były one słabe w porównaniu z bogatym, 

lśniącym promieniowaniem istoty Luisa.

Przyglądałam się uważnie. Czasem w sferze eterycznej można było wykryć kłamstwa, 

przekręty i lęki. Ale nic nie zauważyłam.

Agent Turner sprawiał wrażenie zwyczajnie... zmęczonego.

Powróciłam   do   mojej   cielesnej   powłoki   i   skinęłam   głową   Luisowi.   Sięgnęłam   do 

wewnętrznej kieszeni ciężkiej skórzanej kurtki i wyjęłam ciepłą ciężką szkatułę ze zwojem.

-   To   jest   to?   -   Turner   pochylił   się   jeszcze   bardziej,   prawie   przyciskając   klatkę 

piersiową do kolan. - To lista wszystkich dzieci z mocami Strażników?

- Tak - potwierdziłam. - Na całym świecie. Bez przerwy aktualizowana. - Wyciągnął 

rękę, by wziąć zwój ode mnie. - Nie. Nikt nie może go dotknąć oprócz mnie.

Spochmurniał i przez chwilę pomyślałam, że każe mi, abym mu go oddała. On jednak 

tylko wzruszył ramionami i rozparł się wygodnie w fotelu.

- Znajdź dziecko, którego właśnie szukamy. To ostatnia zaginiona - powiedział. - 

Gloria Jensen. Rozwijałam zwój, dopóki nie znalazłam litery J. Były dwie Glorie Jensen.

- Kalifornia? - zapytałam. Turner pokręcił przecząco głową. - New Jersey? Na jego 

twarzy pojawił się wyraz rozczarowania.

- Tylko tyle masz?

- Tak - przytaknęłam i puściłam zwój tak, że się zwinął. - Dwie o tym nazwisku; jedna 

w Kalifornii, a druga w New Jersey.

- Tę dziewczynkę porwano stąd, z Nowego Meksyku.

-   Chwileczkę   -   wtrącił   się   Luis.   -   Czy   lista   pokazuje   miejsce,   z   którego   dzieci 

pochodzą,   czy   miejsce,   w   którym   przebywają?   Postawił   znakomite,   zaskakujące   pytanie. 

Imara mi tego nie wyjaśniła. Nie wiem.

- To do czego ta lista służy, do cholery? - warknął Turner.

Istniał sposób, dzięki któremu mogłabym  się co do tego upewnić, ale Imara mnie 

ostrzegła i to bardzo wyraźnie, że mogę się odsłonić i stać się celem ataku. Tak naprawdę nie 

było żadnego wyboru, jeśli lista miała się nam na coś przydać. Wzięłam głęboki oddech, 

otworzyłam zwój, przesunęłam czubkiem palca po nazwisku pierwszej Glorii Jensen.

Była w szkolnej sali gimnastycznej. Miała na sobie strój gimnastyczny, krzyczała, gdy 

background image

piłka   przelatywała   przez   obręcz   kosza;   widziałam   ją   wyraźnie,   słyszałam   echo   jej 

młodzieńczego entuzjazmu i radości.

- To nie ona - powiedziałam. - To nie New Jersey. Przesunęłam palcem po drugim 

nazwisku. Ciemność. Lęk. Ból.

Gwałtownie wciągnęłam powietrze i cofnęłam palec, bezwiednie podnosząc go do ust, 

jakbym się oparzyła. Serce zaczęło mi bić. Poczułam gwałtowny impuls, żeby odrzucić zwój i 

więcej tego nie czuć.

- Cass? - Luis położył ręce na moich ramionach, mocne i uspokajające. - Wszystko w 

porządku?   Skinęłam   twierdząco   głową,   wciąż   oddychałam   za   szybko,   ale   jeszcze   raz 

rozwinęłam   zwój.   Ciemność.   Lęk.   Ból.   Samotność.   Dudnienie   silnika,   ciągłe   podskoki, 

drżenie. Zapach rdzy i benzyny.

-   Jest   w   samochodzie   -   oznajmiłam.   -   W   bagażniku.   Samochód   znajduje   się   w 

Kalifornii. To ta, którą porwano.

- Gdzie?! - krzyknął Turner ostrym, pełnym napięcia głosem. - Potrzebuję dokładnych 

szczegółów, do cholery!

- Wiem - wyszeptałam i gestem pokazałam, że chcę pisać. Luis zniknął na chwilę i 

wkrótce   wrócił.   Wcisnął   mi   w   prawą   rękę   pióro.   Palcem   wskazującym   lewej   dłoni 

utrzymywałam   nadal   kontakt   z   Glorią   Jensen.   Notowałam   wszystkie   informacje,   które 

docierały do mojej świadomości, choć nie rozumiałam, ani skąd tam się wzięły, ani skąd 

pochodzą. Było to szaleńcze, nie do opanowania uczucie wywołane przez strumień danych. 

Miałam   wrażenie,   jakbym   chwyciła   za   ogon   tornado,   ogarnęło   mnie   coś,   nad   czym   nie 

potrafiłam   zapanować.   Nade   wszystko   pragnęłam   stamtąd   uciec,   ale   zmusiłam   się   do 

zachowania   koncentracji.   Utrzymać   kontakt.   Pióro   skrzypiało,   poruszało   się   bez   mojego 

świadomego udziału, a potem się zatrzymało i wysunęło się z mojej dłoni, a wtedy palec 

odskoczył od zwoju. Nie potrafiłam się zmusić do zachowania kontaktu z dzieckiem, choćby 

jeszcze przez chwilę. - Nie mogę jej pomóc - usłyszałam, jak mówię bez udziału własnej 

woli. - Mogę tylko czuć. Tylko czuć. - Palce paliły mnie, jakbym je poparzyła, ale to było 

tylko   wrażenie,   tak   właśnie   moje   nerwy   interpretowały   psychiczny   ból,   jaki   sama   sobie 

zadałam. W głębi ducha słyszałam krzyk przerażenia. Czy coś takiego czuła Wyrocznia? 

Imara powiedziała, że czuje ich wszystkich... ich radość, ból, lęk. To samo razy miliard. Razy 

sześć miliardów.

A ja nie potrafiłam znieść podobnych uczuć tylko jednego dziecka. Poznałam, czym 

zajmuje się Wyrocznia. I choć trwało to tylko chwilę, uświadomiłam sobie, ile trudu ją ta 

praca kosztuje i jakiej wymaga odpowiedzialności. Do tego jest niezbędna siła charakteru.

background image

Luis wysunął kartkę spod mojej drżącej dłoni i przeczytał. Turner wstał i spojrzał mu 

przez ramię.

- La Jolla - przeczytał Luis. - To lista przecznic. Daje nam wyraźne wskazówki.

Możesz   mi   podać   markę   samochodu?   -   zapytał   Turner,   sięgając   po   komórkę. 

Pokręciłam przecząco głową. - Ale ma bagażnik. - Duży?

- Mały - odpowiedziałam. Dziewczynka leżała skulona i przerażona, walczyła o każdy 

oddech. Było jej gorąco, spociła się i jęczała z bólu. - Ma złamaną rękę.

- Chryste! - powiedział Luis. - Wezwij Rashida. Może będzie mógł...

- Co będzie mógł? - Rashid stanął bez ostrzeżenia za nami, przykucnął przy ścianie. W 

sztucznym   świetle   jego   skóra   straciła   dymny   odcień,   a   nabrała   koloru   indygo.   Wyglądał 

nienaturalnie,   ale   bardzo   pięknie.   Pod   powierzchnią   skóry   połyskiwało   srebro,   poświata 

przypominała blask księżyca. - Pomóc ci? Mógłbym. A co dasz mi w zamian?

Turner wzdrygnął się, ale trzeba mu przyznać, że się nie cofnął.

- To zależy. Czego chcesz?

Rashid rozchylił wargi w prawdziwym uśmiechu.

-   Za   uratowanie   dziecka   Strażnika   od   jej   dręczyciela?   Czy   za   przyniesienie   wam 

dręczyciela całego i zdrowego?

- Jedno i drugie! - zawołali Turner i Luis jednocześnie. Nic nie odpowiedziałam. 

Przyglądałam się uważnie Rashidowi. Obaj mężczyźni wymienili spojrzenia, a Turner mówił 

dalej. - Twoja pomoc nie będzie nic warta, jeśli się nie pośpieszysz. Za dziesięć minut dotrą 

tam gliniarze.

- Ale możecie oszczędzić dziecku dziesięciu minut bólu i strachu - stwierdził Rashid z 

jakąś straszliwą satysfakcją. - W tym czasie może się tak wiele wydarzyć, prawda? Niedawno 

okaleczyłem człowieka w niecałą sekundę. Wyobraźcie sobie, co on mógłby zrobić, gdyby 

miał tak dużo czasu i tak wiele możliwości. Zwłaszcza gdyby go ostrzeżono, że nadchodzicie.

Czas zwolnił, czołgał się jak po lodzie. Czułam każde wolne uderzenie serca. Całą 

uwagę skupiłam tylko na nim. Na tym dżinnie, który ośmielił się mówić takie rzeczy.

Ty też byś tak postąpiła, kiedyś, usłyszałam szept w głębi ducha. W każdym razie 

mogłabyś   tak  postąpić.  Ich  ból,  ich  płacz,  ich  strata,  przez  tysiące   lat  nic  dla  ciebie  nie 

znaczyły.. A teraz wiesz, co czują.

Tak. Ale stworzono mnie dżinnem, nie pochodziłam z ludzkiej rasy tak jak Rashid. 

Rashid powinien wiedzieć lepiej. Nie mogłam do tego dopuścić.

- Jeśli zrobisz to - wyszeptałam - nad czym się teraz zastanawiasz, rozerwę cię na 

strzępy. Przysięgam. Spojrzał na mnie z kpiącym uśmieszkiem, nieporuszony.

background image

- Jak to ludzie mówią? Ty... a gdzie twoja armia? - Przytoczył to wyrażenie nie jak 

gość   nieznający  języka,   ale   jak  ktoś  z  obcej  planety.  Tak   właśnie  było:  nie   znał   ludzi  i 

kompletnie go nie interesowali. Dlatego miało to znaczenie dla przebiegu naszej rozmowy.

- A co ze mną? - zapytał Luis wprost. - Co ze Strażnikami? Ze wszystkimi cholernymi 

Strażnikami na Ziemi? Chcesz iść z nami na wojnę, Rashid, to zacznijmy od razu! Wykręcisz 

taki numer, to sam David ci nie pomoże. Nikt palcem nie kiwnie. Będziesz tylko ty i my. Jak 

teraz ocenisz swoje szanse?

Nie   podobała   mu   się   taka   perspektywa.   Zauważyłam,   że   się   nie   boi,   tylko   jest 

ostrożny. Nie był do końca pewny, czy David, który został przywódcą nowych dżinnów, za 

takie postępowanie nie zwróci się przeciw niemu.

Ja byłam pewna. Znałam dostatecznie dobrze Davida, żeby wiedzieć, że taki postępek 

Rashida nie pozostanie bez kary. Nie miało znaczenia, co Rashid przejął od dżinnów. Nie 

mógł mieć wątpliwości, że gdyby dopuścił się czegoś takiego, Strażnicy zaczęliby na niego 

polować. Potrafiłam sobie wyobrazić furię Lewisa Orwella. Albo Joannę. Rashid nie miał 

dużych szans. Kiedy to sobie uświadomił, wzruszył ramionami.

- To tylko pomysł - stwierdził. - Czysto teoretyczny. Chcecie, żebym uratował dziecko 

i powstrzymał zbrodniarza? Mogę to zrobić, ale nie za darmo. Wybierajcie, co chcecie.

- Zaczekaj - powiedziałam. - A skąd możemy wiedzieć, czy porywacz dziewczynki nie 

jest wysłannikiem Perły? Jeśli podejmiemy interwencję natychmiast, możemy stracić szansę 

na ustalenie celu jego podróży.

Luis patrzył na mnie oszołomiony.

- Chcesz użyć dziecka jako przynęty? Jezu, Cassiel! Jesteś równie podła, jak on. To 

zabolało.

- Nie - odparłam. - Po prostu stawiam pytanie. - Jak Rashid, pomyślałam, ale nie 

powiedziałam  tego głośno. - To może  być  nasza jedyna  szansa na znalezienie  Ibby oraz 

innych dzieci. Nie musielibyśmy czekać na kolejne porwanie.

- Jesteś pewna, że nie możesz znaleźć Ibby lub innych za pośrednictwem listy? - chciał 

wiedzieć Luis. - Próbowałaś? Spojrzałam na zwój i znów poczułam ten niemal zwierzęcy 

strach.   Dotknięcie   zwoju   uczyniło   w   moim   wnętrzu   jakąś   wyrwę,   którą   chciałam   jak 

najszybciej naprawić. Czułam się bezbronna, a tacy jak ja nienawidzą czuć się w podobny 

sposób.

Luis musiał dostrzec moje zaniepokojenie, a może wyczuł je przez łączące nas więzi. 

Jego twarz złagodniała, pochylił się w moją stronę.

- Pozwól mi spróbować - powiedział cicho. Pokręciłam przecząco głową.

background image

- Nie, nikomu poza mną nie wolno dotknąć zwoju, a zwłaszcza nie może tego zrobić 

człowiek. Nie wiem, jakie poniósłby konsekwencje. Nie wolno nam ryzykować.

- Ale musimy się dowiedzieć. Jeśli w ten sposób uda nam się ją znaleźć, powinniśmy 

spróbować. Natychmiast - Luis mówił niepewnie, przepraszająco, ale miał rację. Musieliśmy 

wiedzieć. Jeśli mogłam zakończyć tę sprawę, to bez względu na ból, nie wolno mi się było 

uchylać od podjęcia działania.

Rozwinęłam zwój, żeby znaleźć Isabel Rochę.

Obok jej nazwiska nie było adresu. Już to samo w sobie wydawało mi się dziwne. 

Wyczuwałam,   że   coś   jest   nie   w   porządku.   Dodatkowo   zaniepokoiło   mnie   naprzemienne 

pulsowanie i zanikanie liter składających się na jej imię i nazwisko. Jakby coś usiłowało je 

bezskutecznie zatrzeć. Do chwili, gdy dotknęłam jej imienia czubkiem palca. Łuna zapłonęła, 

lecz nie dotarły do mnie, tak jak przedtem wiadomości o miejscu pobytu dziecka, przerażenie 

i strach. Po dotknięciu imienia Ibby poczułam tylko żarłoczną, wygłodniałą ciemność. Zawyła 

w moim wnętrzu jak wicher.

Pułapka. Imara mnie ostrzegała. Jeśli dotkniesz słów zapisanych na liście, możesz stać 

się   celem   ataku.   Powiedziała   mi,   że   Perła   stała   się   kimś   w   rodzaju   najwyższej   władzy, 

Wyroczni,   kimś,   kto   ma   moc   bezpośredniego   dotykania   biegu   czasu,   przestrzeni   i 

rzeczywistości.   I  ma   moc   zakłócania   tego   biegu.   Głośno   wciągnęłam   powietrze   do  płuc. 

Usiłowałam oderwać rękę od zwoju, ale ciemność runęła na mnie, lizała nerwy, żyły, mięśnie. 

Zobaczyłam,  jak czernieje mi paznokieć, a potem na palcu pojawiają się linie w kolorze 

indygo. Szybkie jak oddech ogarnęły moją lewą dłoń, tworząc ciemnogranatowe ażurowe 

wzory, przynoszące ze sobą lodowate, śmiertelne odrętwienie.

Perła wlała swe szaleństwo, potęgę i zapiekłe pragnienie zemsty w czarną truciznę, 

którą sporządziła, dla mnie. Imara o tym wiedziała. Znała ryzyko, a mimo to pozwoliła mi je 

podjąć. Próbowała tylko mnie ostrzec, że może być niebezpieczne.

Zacisnęłam  zęby i skupiłam się, usiłując zablokować  atak Perły. Wyczuwałam  jej 

mroczną radość, jej triumf! To działo się szybko, przerażająco szybko. Wszystkie inne bodźce 

docierały do mnie jakby z dużej odległości. Luis jęknął ze zgrozą i szybko ruszył w moim 

kierunku, gdy się zorientował, że dzieje się coś złego. Za późno. Już nie mógł mi pomóc.

Wtem moja dłoń została odepchnięta od zwoju. Papier upadł na podłogę i potoczył się, 

zwijając się i zamykając w ciasnej ochronnej szkatule, która wyglądała jak wypolerowana 

kość. Gładka i delikatnie połyskująca. Turner zawahał się, a potem sięgnął po nią.

- Nie! - krzyknęłam. - Nie dotykaj!

Znów   się   zawahał,   a   po   chwili   wycofał   rękę,   pozostawiając   zwój   na   podłodze   w 

background image

miejscu, w którym upadł.

Wpatrywałam się w bezwładną lewą dłoń. Leżała na moich kolanach poczerniała i 

drętwa. Martwa.

- Mądre - szepnął Luis. Lekko mnie popchnął, a potem uklęknął przede mną. Ujął 

moją okaleczoną dłoń w obie ręce. Zobaczyłam błysk wychodzącej z niego mocy, szukającej 

wejścia. Poczułam zwodnicze migotanie ciepła w tkankach.

Coś z nim walczyło. To był gwałtowny atak przeprowadzony z wnętrza mojej dłoni. 

Zadano Luisowi cios. Oderwał się ode mnie, dysząc ciężko. Spojrzał na mnie przerażony, 

ogarnięty grozą.

-   Nie   mogę   -   wybełkotał.   -   Nie   mogę   tego   powstrzymać.   Nawet   nie   mogę   tego 

dotknąć. Musisz coś zrobić. I to szybko, Cass.

- Nie mogę. - Mój głos brzmiał równo i spokojnie, jakże nienaturalnie. - Dostała się do 

mojego wnętrza. Dłużej nie dam rady zatrzymać jej w ręce. Moja moc pochodzi od ciebie. 

Jeśli ty nie umiesz jej powstrzymać, to ja tym bardziej. Ta bitwa już została przegrana.

Chciałam, aby zrozumiał, że zbliża się moja śmierć. Nic już nie można było zrobić. 

Żadna   magia   nie   mogła   mi   pomóc.   Turner   patrzył   wstrząśnięty   i   zdezorientowany.   Nie 

mogłam liczyć na jego pomoc. Była niemożliwa. Spojrzałam na Rashida.

Uśmiechnął się do mnie. Nadal siedział w kucki w kącie pokoju.

- Nic za darmo, mój balansujący na krawędzi aniele. To cię będzie kosztować.

-   Czego   chcesz?   -   zapytałam.   Zaschło   mi   w   ustach.   Moja   skóra   napięła   się   i 

zwilgotniała. Bałam się, ale wiedziałam, że okazanie rozpaczy może być niebezpieczne.

- Naprawdę masz tyle czasu, żeby się targować? - Zadarł głowę do góry i wpatrywał 

się we mnie nieludzkimi,  bezdusznymi  oczami. - Moim zdaniem twój czas się skończył. 

Mogę ten proces zatrzymać. Powiedz, że się zgadzasz.

- Na co?

Jego uśmiech stał się brutalny.

- Na wszystko, co tylko zechcę, oczywiście. - Jego ton zdradzał wszelkie możliwe 

lubieżne   aluzje,   ale   oczy...   zerkały   w   stronę   promieniującego   mocą   zwoju.   Bezpośredni 

kontakt   z   Wyroczniami.   A   może   z   samą   Ziemią.   Niezmierzona   potęga,   zwłaszcza   w 

posiadaniu dżinna.

Obiecałam Imarze, że nigdy nie wypuszczę zwoju z rąk.

Westchnęłam ciężko i zadrżałam.

-   Nie   -   powiedziałam.   Nie   miałam   ochoty   podejmować   tego   konkretnego   ryzyka. 

Nawet za cenę mojego życia. Rashid był dziki i nieobliczalny Lista w jego rękach mogła 

background image

równie dobrze przynieść niezmierzone zło, jak i ogromne dobro.

Poczułam,   jak   bariera,   którą   zbudowałam,   aby   odgrodzić   moją   zatrutą   rękę,   pęka 

niczym tama pod naporem czarnego przypływu. Coraz większa ciemność rozlewała się po 

mojej ręce i zaczynała się rozszerzać.

- Tak - zawołał Luis. - Do cholery, zrób to, Rashid! Zrób to! Ratuj ją! Rashid uniósł 

pytająco brwi i nie odrywał ode mnie wzroku.

- Ona musi to powiedzieć - stwierdził. - Nikt inny nie może jej w tym zastąpić. No i 

jak, Cassiel? Umowa stoi? Oblizałam wargi. Czułam, jak ciemność zaczyna się burzyć pod 

moją skórą, bulgocząc jak jakiś lepki kwas. Nie bolało, jeszcze nie, ale tylko dlatego, że 

trucizna po drodze zniszczyła już nerwy. Kiedy jednak w końcu dotrze do ośrodków mocy, 

czeka  mnie  męka  nie do opisania.  Wtedy mnie  pożre i  całkowicie zniszczy moją  duszę, 

usuwając mnie ze świata.

Gdzieś, w głębi mnie, poruszyła się tamta Cassiel. Lodowato zimny rdzeń mnie - moja 

nieludzka istota, która przyglądała się płonącym gwiazdom, widziała śmierć miliardów, była 

świadkiem okrucieństwa i cudów z tym samym całkowitym brakiem zainteresowania.

Tamta Cassiel wiedziała, co zrobić, gdy zwykły człowiek zawiódł. Poczułam jej chłód 

w moim sercu, zaczęłam myśleć tak jasno jak ona. Miałam wybór. Ale moje ludzkie ja nie 

potrafiło go dokonać.

Tylko dżinn mógł to zrobić.

- Nie - powtórzyłam, bardzo dobitnie. - Nie przyjmuję twojej propozycji, Rashidzie. 

Nie, nie za taką cenę. Podeszłam kilka kroków do małego stolika, na którym stała rzeźba z 

brązu   przedstawiająca   dwie   złożone   do   modlitwy   dłonie.   Należała   do   Angeli,   była   to 

pamiątka droga dla niej przez całe życie. Wzięłam rzeźbę do ręki i usłyszałam szept modlitw 

Angeli i jej próśb, które spłynęły w ten metal. Jej historię.

Pomóż mi, dodaj mi sił, wyszeptała ludzka część mojej osoby. Pomóż mi postąpić 

właściwie. Pomóż mi pokonać strach.

Dżinn   we   mnie   w   ogóle   nie   odczuwał   strachu,   tylko   zimną,   pozbawioną   uczuć 

konieczność działania.

Zwiększyłam ładunek mocy i przeobraziłam metal. Stopił się w mojej prawej dłoni w 

lśniącą kałużę, która po chwili się wydłużyła i stwardniała.

Uformowała w topór o długim ostrzu.

Zanim Luis lub Ben Turner mogli mnie powstrzymać, położyłam dłoń na drewnianym 

blacie stołu, uniosłam topór do góry i uderzyłam z całej siły w przegub ręki. Musiałam to 

zrobić za pierwszym razem.

background image

Dla   umysłu   dżinna   było  to  czysto   akademickie  ćwiczenie   -  obliczanie   wszystkich 

kątów i niezbędnej siły.

Ludzka część mojej natury zniknęła. Tak było najlepiej. Usłyszałam krzyk Luisa, ale 

już było za późno. Teraz.

Ostrze uderzyło prosto w niezakażone ciało, o dwa centymetry powyżej miejsca, w 

którym  zatrzymała   się  trucizna.  Przecięło   skórę,   mięśnie  i  grubą  kość.  Zatopiło   brzeg  w 

drewnianym blacie.

Po   wykonaniu   pracy   ukryty   we   mnie   dżinn   wycofał   się   w   czujne   milczenie, 

usatysfakcjonowany precyzją i silą swoich dokonań.

Ludzka część mojej natury obudziła się ze zgrozą. Krzyknęłam. Ból był prawie nie do 

zniesienia,  gorący,   czerwony  podmuch,  który  groził,  że  przewróci  mnie   nieprzytomną  na 

ziemię.   Musiałam   skupić   wszystkie   swoje   siły,   aby   zachować   świadomość.   Natychmiast 

doznałam wstrząsu. Krew z kikuta przestała nagle płynąć strumieniem, zmieniła się w cienkie 

strużki. Odrąbana dłoń wyglądała dziwnie obco, jakby nigdy przedtem do mnie nie należała, 

jakby tylko mi się śniło, że coś podobnego może być przymocowane do mojego ciała.

Rashid przed chwilą obojętnie stwierdził, ile strasznych rzeczy może się wydarzyć w 

ciągu kilku sekund. Miał rację.

- Nie! - krzyczał Luis. Chwycił mnie, wytrącił mi topór z ręki i rzucił na podłogę. 

Narzędzie poleciało z poślizgiem, rozpryskując krople krwi. - Dios, nie!

Wysyczał coś jeszcze, czego zupełnie nie rozumiałam otulona mgłą, która zasnuła mi 

oczy. Ujął mocno kikut ręki. Może zamierzał spróbować przyłączyć dłoń. Strażnicy Ziemi 

słynęli z podobnych cudów. Dłoń miała jednak inne zamiary.

Odrąbana   ręka   konwulsyjnie   się   rozkurczyła,   a   po   chwili   zaczęła   się   ruszać   jak 

osobna,   żywa   istota.   Początkowo   niepewnie   i   sztywno   poruszyła   poczerniałymi   palcami, 

nagle wbiła paznokcie w drewno i się zwinęła. Przypominała pająka przygotowującego się do 

skoku.

Rashid, który nie zareagował, gdy odrąbywałam sobie rękę, teraz kiedy poczerniała 

dłoń ruszyła w moją stronę po stole, nagle wstał szybko, wyprostował się i wyciągnął rękę. 

Nóż o szerokim ostrzu pofrunął z kuchennego blatu i wpadł w jego palce. Rashid w trzech 

susach znalazł się obok stolika i błyskawicznym ruchem wbił nóż w wierzch mojej odrąbanej, 

pełzającej   ręki,   przygważdżając   ją   do   blatu.   Walczyła   przez   chwilę,   drapała   czarnymi 

paznokciami, a potem znieruchomiała. Nie zwiotczała.

Po prostu... znieruchomiała. Czekała.

-   Niech   to   szlag!   -  wyszeptał   Turner   i   wzdrygnął   się   nagle.   -   Trzeba   zatamować 

background image

krwawienie i to szybko. Luis oderwał wzrok od dłoni przybitej nożem do stołu. Zobaczyłam, 

jak ogromnym wysiłkiem woli się opanowuje.

- Rozumiem - powiedział. - Cass? Słyszysz mnie?

- Słyszę - odezwałam się jakby z daleka. Luis miał kamienną twarz, ale w jego oczach 

dostrzegłam zatroskanie. Wydawał się taki bezbronny.

- Nie będę cię okłamywał. To będzie piekielnie bolało, dlatego na chwilę wyłączę 

nerwy. Trzymaj się, dobrze? Pokiwałam głową spokojnie. Nagle znalazłam się na podłodze. 

Nie wiem, jak. Tak, jakby życie na krótko wyskoczyło z szyn; jakby kilka najważniejszych 

sekund mojego istnienia brutalnie usunięto i całkowicie zniszczono.

Nie miało znaczenia, jaki ból poczułam, te sekundy zniknęły, utracone na zawsze. 

Czasem ludzki mózg tak się broni, że tworzy fałszywy obwód. Tak właśnie postąpił Luis. 

Uruchomił   tę   ostateczną   ochronę,   coś   w   rodzaju   stanu   uśpienia,   w   którym   mózg   się 

przeprogramowuje.

Nie miałam żadnych wspomnień, bo dla mnie te chwile nie istniały. Nigdy miały nie 

istnieć.   Ręcznik   ciasno   owijał   koniec   mojego   ramienia,   które   kończyło   się   nagle   pustką. 

Podniosłam rękę do góry, wpatrywałam się dłuższą chwilę, zastanawiając się, co się stało z 

moją dłonią. Wciąż ją czułam, czułam, jak kurczą się fantomowe mięśnie. Co się wydarzyło? 

Wiedziałam, a jednocześnie nie miałam pojęcia. W głowie mi się kręciło. Nie mogłam się 

skupić. Oddychałam głęboko i dygotałam. Czułam ramię obejmujące mnie przez plecy.

- Spokojnie - odezwał się Luis drżącym, zbyt wysokim głosem. Brzmiał fałszywie. - 

Oddychaj! Proszę oddychaj. Przecież oddycham, pomyślałam, czując, jak nagle ogarnia mnie 

irytacja. Nawet Rashid przyglądał mi się ze skupieniem. Turner i Luis sprawiali wrażenie 

wstrząśniętych i przerażonych. Ach, tak, oczywiście. Odrąbałam sobie rękę. Ich reakcja miała 

więc uzasadnienie.

- Dobrze się czuję - powiedziałam.  Rzeczywiście,  tak było.  Ból minął, a zawroty 

głowy też zaczynały przechodzić. Odcięcie się od szturmującej ciemności dało mi niczym 

nieusprawiedliwione poczucie siły. - Udało wam się powstrzymać krwawienie? - Moje słowa 

zabrzmiały tak, jakbym pytała o samopoczucie dalekiej krewnej albo o pogodę. O coś, co nie 

miało żadnego wpływu na to, czy przeżyję tę noc.

Luis przełknął ślinę. Jego skóra wydawała się kremowobiała pod brązową opalenizną.

-   Nie   krwawisz   -   potwierdził.   -   Zabezpieczyłem   nerwy   i   posklejałem   naczynia 

krwionośne. Ale nie jest dobrze, Cass. Chryste, dlaczego?

- Perła - odpowiedziałam. - Gdybym nie zareagowała, zniszczyłaby mnie. Musiałam to 

zrobić.

background image

- Mogłem ci pomóc - wtrącił się Rashid. Rzuciłam mu dłuższe spojrzenie. - Być może.

- Nic by to nie zmieniło - powiedziałam. - Chciałeś zdobyć listę. Nie wolno mi jej dać 

nikomu. Nie miałam podstaw, by ci wierzyć, Rashidzie. A może chciałbyś powiedzieć, że 

mimo wszystko rzuciłbyś mi się na pomoc?

Nie odpowiedział. Nie musiał. Wyczuwałam w nim chciwość i czyste, egoistyczne 

pożądanie. Kiedyś byłam Rashidem, kimś bardzo do niego podobnym.

- To był jedyny sposób - oceniłam i z pewnych powodów zabrzmiało to nawet miło. 

Celowo nadałam swojemu głosowi twarde brzmienie. - Jeśli chcesz odpokutować swój błąd, 

Rashidzie,   możesz   zacząć   od   razu.   Dziewczynka.   Gloria.   Idź   po   nią.   Nie   będziemy   się 

targować. Zrobisz to, bo ja ci każę.

Rashid spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami. Zerknął na stół, na którym moja 

poczerniała ręka leżała przybita do blatu. Nie była martwa. Czuwała.

- Jeśli uratuję ją teraz - zaczął - zgubicie trop do tych, których szukacie. Mogę ich 

śledzić i odebrać im dziecko, zanim bardziej je skrzywdzą.

- Jest sama - powiedziałam. - Cierpi z bólu. To dziecko. Każda minuta coraz bardziej 

ją okalecza. Zrób to, Rashidzie. Jesteś mi to winien.

Namyślał się przez moment, bezwiednie pochylając głowę. A potem zniknął. Po jego 

zniknięciu zapadła cisza.

- Odrąbałaś sobie rękę. Jezu Chryste! Własną rękę. Odrąbałaś!

- To nie była już moja ręka - stwierdziłam. - Już nie należała do mnie. Nie można jej 

było  ocalić. Turner miał taką minę, jakby mu było niedobrze. Wpatrywał  się uważnie  w 

nieruchomy czarny przedmiot, który skulił się, przygwożdżony do blatu stołu. Nie sprawiał 

wrażenia martwego. Wyglądał tak, jakby czekał na okazję, na chwilę naszej nieuwagi. Nie do 

końca   byłam   przekonana,   czy   przy   odrobinie   wysiłku   z   jego   strony   nóż   go   przytrzyma, 

chociaż Rashid wbił go głęboko w drewno.

- Tak - zaczął cicho Turner. - Rozumiem, o co ci chodzi. A więc... Co z tym teraz 

zrobimy?

- Jesteś Strażnikiem Ognia, prawda? - zapytałam. - Spal to. Proszę. Spojrzał na mnie z 

ukosa, z niedowierzaniem, a potem po cichu spytał Luisa o zgodę. Luis krótko, w milczeniu 

skinął głową. Turner wziął głęboki oddech, skupił energię. Drewno stołu w sporej odległości 

wokół odrąbanej dłoni wybuchnęło płomieniem.

Dłoń  zaczęła  walczyć  z nożem,  próbując  uciec,  szarpała  się  i  kaleczyła  na  ślepo. 

Wspólnie   z   Luisem   otworzyliśmy   śluzy   mocy   i   zalewaliśmy   nią   drewno,   którego   dłoń 

dotykała. Część jeszcze nie płonęła, lecz skręcała się, zawijała wokół palców, więżąc je jak w 

background image

pułapce. Ogień, metal, ziemia. Dłoń krępowały połączone siły, prócz powietrza, które zasilało 

ogień.

Próbując   się   uwolnić,   dłoń   podskakiwała   szaleńczo,   a   wreszcie,   z   trzaskiem 

pękających kości i skwierczącego mięsa, zwiotczała i opadła. Była martwa.

Z odrąbanego nadgarstka popłynęła czarna, lepka maź, zmieniając drewno w pylisty, 

cuchnący popiół wszędzie tam, gdzie go dotknęła. Zgasiła płomienie. Ale nie żyła długo poza 

ciałem swojego gospodarza i zmieniła się w czarny, tłusty dym, który szybko rozwiał się w 

powietrzu.

Turner   podtrzymywał   ogień   tak   długo,   aż   z   dłoni   pozostała   tylko   koronka 

jaskrawobiałych, kruszących się kości. Dopiero wtedy pozwolił płomieniom zgasnąć.

Zerwał się i niepewnym krokiem pośpieszył do łazienki. Zatrzasnął za sobą drzwi. 

Patrzyłam bez słowa, jak wychodzi. Luis, poruszając się jak człowiek postrzelony w brzuch, 

minął mnie, wszedł do kuchni, otworzył lodówkę i wyjął piwo. Zerwał kapsel, wciąż patrząc 

ze zgrozą przed siebie, podniósł butelkę i pił, dopóki na dnie nie została tylko piana. Potem 

pochylił się do przodu i przyłożył do czoła zimne, puste szkło.

Stałam, chwiejąc się z utraty krwi i wstrząsu. Podniosłam brązowy topór z karminowej 

kałuży   na   podłodze.   Wytarłam   go   starannie   o   ręcznik   owinięty   wokół   mojego   lewego 

przegubu, a potem usiadłam na kanapie i zaczęłam rozwiązywać ciasne węzły bawełnianego 

sznurka, którym obwiązano ręcznik, żeby się nie zsunął.

- Co ty, do diabła, wyrabiasz? - zapytał Luis ze znużeniem w głosie. Próbował mnie 

powstrzymać. Odepchnęłam go zdrową ręką, przytrzymałam; szarpałam postrzępiony sznurek 

zębami, aż rozluźniłam go na tyle, by zsunąć ręcznik z ręki.

Kontrolowałam   swoje   ciało   na   tyle,   żeby   utrzymywać   zamknięte   naczynia 

krwionośne, a nerwy znieczulone. Owinęłam rękę dwukrotnie sznurkiem i przyglądałam się 

uważnie brązowemu toporowi leżącemu w prawej dłoni.

- Cass! - Głos mu się załamywał. - Cass, co ty wyrabiasz, do diabła? - Uświadomiłam 

sobie,   że   się  boi,   że   kompletnie   oszalałam   i  że   za   chwilę   znów  bez   powodu   zacznę   się 

okaleczać.

- Ciii... - Uciszyłam go i wysłałam ładunek energii. Metal topora zmiękł, roztopił się, 

uformował w złożoną i delikatną konstrukcję. Zbudowałam ją, posługując się instynktownym 

rozumieniem   świata   dżinnów,   mojego   pięknego,   precyzyjnie   zaprojektowanego   ciała   i 

wzajemnych  połączeń wszystkich  rzeczy.  Sądzę, że Luis do pewnego stopnia miał rację. 

Ogarnęło   mnie   dziwne   szaleństwo.   Moje   postępowanie   wydawało   mi   się   całkowicie 

racjonalne od chwili, kiedy uświadomiłam sobie, że mam wybór, którego nikt, nawet Perła, 

background image

nie przewidział. Odrąbać dłoń. Spalić szczątki.

Ale ten sam bezwzględny, zimny instynkt dżinna podpowiadał mi, żebym z broni, 

która stała się narzędziem mojego ocalenia, zrobiła sobie nową rękę.

Zaczęłam   od   zbudowania   twardych   metalowych   kości,   a   potem   przykryłam   je 

drobnymi,   cienkimi   przewodami,   układając   tak,   jakby   to   było   lustrzane   odbicie   mięśni   i 

ścięgien   prawej   dłoni.   Wszystko   osłoniłam   lekką,   elastyczną   skórą   z   brązu.   Palce.   Z 

delikatnie zaostrzonymi paznokciami, nieco spiczastymi jak po starannym manikiurze.

Przyłożyłam  skomplikowany mechanizm  do odsłoniętego  kikuta ręki  i połączyłam 

poszczególne części, nie zwracając specjalnej uwagi, co jest metalem, a co ciałem. Zlały się z 

sykiem ze sobą. W powietrzu rozszedł się odór palonego mięsa. Zaczęłam poruszać palcami, 

a Luis patrzył z niedowierzaniem, szeroko otwartymi oczami.

Zwinęłam moją nową brązową dłoń w pięść, rozprostowałam palce i położyłam na 

kolanach.   Dłoń   była   perfekcyjna   w   każdym   widocznym   szczególe.   Nawet   połysk   skóry 

przypominał żywe ciało. Wyglądało to tak, jakbym zanurzyła rękę w ciekłym metalu.

Usłyszałam szum wody w łazience. Drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Turner, 

ocierając usta ręcznikiem.

- Musimy wezwać dla ciebie karetkę... Co to jest, do diabła? - powiedział tonem 

znużonego zrezygnowanego człowieka, którego nic już nie zaskoczy.

Wyciągnęłam przed siebie metalową rękę.

- Nie będzie karetki. Ani szpitala. - Poruszyłam szybko palcami, żeby pokazać mu, że 

pracują, a potem opuściłam dłoń i zamknęłam oczy. - Teraz chce mi się spać.

Nie wiem tego na pewno, ale wyobrażam sobie, że Turner i Luis wymienili długie 

spojrzenia.   Po   prostu   odpłynęłam   w   półprzytomny   sen   wywołany   szokiem,   napięciem   i 

autentycznym, prawdziwym wyczerpaniem.

Wydawało   mi   się,   że   spałam   tylko   kilka   minut,   zanim   się   ocknęłam.   Dygotałam. 

Spokój i wstrząs minęły. ()puściła mnie również chłodna pewność siebie dżinna. Pozostała 

tylko świadomość, co zrobiłam ze swoim delikatnym ludzkim ciałem.

Luis siedział naprzeciw mnie na kanapie. Patrzyłam na niego niema, oczy miałam 

zamglone zimnymi, zapomnianymi łzami. Objął mnie i przycisnął wargi do mojej skroni.

-   Dzięki   Bogu!   Dzięki   Bogu,   że   wróciłaś   -   wyszeptał.   Wróciłam.   W   chwili,   gdy 

uświadomiłam sobie, że mam wybór, zniknęła osoba, która zamieszkiwała moje ciało. Tamta 

Cassiel została wypędzona do najdalszych jego zakamarków, gdzie znów się zaczaiła.

- To ona, prawda? - zapytał. - Ta Cassiel, którą byłaś w świecie dżinnów? Ta podła 

istota,   o   której   mi   opowiadałaś.   -   Ta,   która   w   razie   konieczności   podjęłaby   decyzję   o 

background image

zagładzie całej rasy ludzkiej.

Przytaknęłam   kiwnięciem   głowy   i   ukryłam   twarz   w   jego   koszuli.   Nie   mogłam 

opanować drżenia. Ani powstrzymać łez. Głaskał mnie po włosach, raz za razem, zwierzęcy 

sposób uspokojenia i bliskości, pragnęłam tylko... zapomnienia. Choćby na krótką chwilę.

- Miałaś rację - powiedział. - Ona jest przerażająca. Dla mnie też.

Następne kilka długich minut milczeliśmy. Słychać było tylko, jak Turner pije wodę, 

znowu nalewa do szklanki, i znowu pije, jakby chciał opłukać się od środka do czysta. Kiedy 

się   zastanawiałam,   czy   też   nie   powinnam   poprosić   o   wodę,   Luis   podał   mi   szklankę   i 

delikatnie zachęcił mnie do picia.

Nie zdawałam sobie sprawy, jak jestem spragniona, do chwili gdy woda dotknęła 

moich warg. Wypiłam ją, duszkiem do dna. Luis dolał mi wody do szklanki, usiadł obok mnie 

i głaskał nerwowo moje włosy. Piłam już spokojniej.

- Taka jest moc - powiedział. - Odbiera siły fizyczne. A ty... - Zerknął na metalową 

rękę, leżącą na moich kolanach. - Nie mam pojęcia, jak to zrobiłaś.

- Co takiego?

- Tam, do diabła! Wszystko! Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Zupełnie jak z 

jakiegoś wysokobudżetowego filmu fantastycznonaukowego. - Wpatrywał się w moją dłoń z 

hamowaną fascynacją. - Jesteś pewna, że ta dłoń jest dobra?

- Czy jest dobra? - Zaskoczona, podniosłam ją do góry i zaczęłam zginać metalowe 

palce. - Dlaczego miałaby być zła?

- Chyba żartujesz. Przecież to metalowa ręka.

-   Uważam,   że   moja   poprzednia   dłoń   była   o   wiele   gorsza.   -   Złączyłam   palce. 

Panowałam nad nimi, ale kiedy metal się zetknął z metalem, rozległ się dziwny brzęk.

Luis nie odrywał ode mnie spojrzenia.

- Czujesz coś przy dotknięciu?

- Tak.

- Jak?

Zaskoczona, spojrzałam na niego. Takie pytanie w ogóle nie przyszło mi do głowy. 

Przesunęłam metalowymi  palcami po tkaninie kanapy,  po gładkiej skórze mojej kurtki, a 

potem delikatnie dotknęłam skóry Luisa.

Wszystkie wrażenia były odmienne. Takie, jakie powinny być. Takie, jakie znałam z 

doświadczenia.

- Metal - odpowiedziałam zdziwiona - jest składnikiem żywej Ziemi. Twoje moce 

kontrolują metal, dlatego potrafię zinterpretować wrażenia.

background image

- Czy to boli?

- Nie - odparłam. Przyłożyłam metalową dłoń do jego ciepłego policzka. - Czy czujesz 

się dziwnie? Miał zaskoczoną minę. Podniósł rękę i przykrył  nią moją dłoń z brązu. Nie 

zdążył mi odpowiedzieć, gdy nagle rozdzwonił się mój telefon komórkowy, dygotał tuż przy 

mojej skórze jak uwięziony w siatce owad. Wysunęłam go i otworzyłam. Na wyświetlaczu 

nie pojawiło się nic prócz przypadkowych smug światła. Przyłożyłam słuchawkę do ucha.

- Ludzka technologia. - To był Rashid. W jego głosie usłyszałam niesmak i odrobinę 

zadowolenia z siebie. - Marnotrawstwo, ale ciekawe.

- Nie wszyscy możemy być tacy jak ty - powiedziałam. - Czy znalazłeś dziecko?

- Oczywiście. I zanim zapytasz, odpowiem, że mężczyzna kierujący pojazdem jeszcze 

nie wie, że dziewczynka zniknęła. Zabrałem ją, gdy stanął na światłach.

- Widział cię?

- Oczywiście, że nie. Jest przekonany, że ona nadal jest zamknięta w jego bagażniku. - 

Głos Rashida zabrzmiał ostrzej. - Zanim zapytasz, tak, śledzę go.

- Co z dziewczynką? Na pewno nic jej nie jest?

- Czyż nie powiedziałem...

- Tak. - Zamknęłam oczy i spróbowałam się skoncentrować. Widząc ponaglający gest 

Luisa,   przełączyłam   telefon   na   tryb   głośnomówiący,   żeby   wszyscy   mogli   słyszeć   naszą 

rozmowę. - Co z nią zrobiłeś?

- Nie jestem bez serca. Nie porzuciłem jej na poboczu drogi. Znalazłem policjanta i 

przekazałem   ją,   jest  bezpieczna.   Poczułam  gwałtowną   ulgę.  Dopiero  teraz   uświadomiłam 

sobie, jak się niepokoiłam.

- Gdzie teraz jesteś? W bagażniku jego samochodu - odparł Rashid. - Pomyślałem, że 

to byłoby niegrzecznie odebrać mu coś i niczego nie zostawić w zamian.

-   Musisz   się   stamtąd   wynieść!   -   warknął   Turner.   -   Wysiadka!   Jeśli   zabrałeś 

dziewczynkę, to skończyłeś robotę! Zostaw to!

- Nie! Turner nie ma racji! - krzyknęłam. - Zostań z nim, Rashidzie. Ale pamiętaj, jeśli 

jedzie do Perły, musisz uważać, żeby się wycofać na czas. Nie wolno ci się za bardzo do niej 

zbliżyć. Widziałeś, co potrafi.

- Widziałem - zgodził się ze mną. - Będę się do was odzywał.

Zerwał   połączenie   bez   pożegnania,   ale   go   się   nie   spodziewałam.   Turner   już 

wystukiwał   numer   w   swojej   komórce,   odwracając   się   do   nas   plecami.   Mówił   szybko   i 

niecierpliwie. Po pięciu minutach wrócił do nas. Był blady i wyczerpany, ale chyba odczuł 

ogromną ulgę.

background image

- Mają dziewczynkę - powiedział. - Jest pod opieką policji. Wiozą ją do szpitala z 

uzbrojoną eskortą. Na miejscu spotka się z nią Strażnik. Będą jej pilnować.

- A jej rodzice?

-   Właśnie   do   nich   jadę   -   rzucił.   -   Takie   dobre   wieści   lubię   przekazywać   sam.   - 

Podniósł   marynarkę   od   garnituru,   która   była   równie   pognieciona,   jak   spodnie   i   koszula. 

Włożył na siebie, unikając naszych spojrzeń. - Chcecie pojechać ze mną? - zapytał.

-   Nie   jestem   pewien.   Ona   nadal   nie   wygląda   najlepiej   -   stwierdził   Luis   z 

powątpiewaniem w głosie, ale ja już zaczęłam się podnosić. Podtrzymał mnie, ujmując jedną 

ręką za łokieć. Poczułam tylko lekki zawrót głowy. Rzeczywiście, wstrząs mijał.

Na pewno dotyczyło to wstrząsu fizycznego. Nie potrafiłam jeszcze powiedzieć, jakie 

emocje   czuję   ani   co   będę   czuła   jutro.   Tak   głębokie   okaleczenie   było   dla   mnie   nowym, 

nieznanym doświadczeniem. Zwłaszcza że okaleczyłam się sama, z własnego wyboru.

- Chcę z tobą jechać - powiedziałam. - Jeśli się na to zgodzisz. Wszyscy spojrzeliśmy 

w tym samym kierunku, na wypaloną na stole plamę, pokryty sadzą nóż i białe kości, które 

były jedynymi szczątkami, jakie pozostały z mojej dłoni. Turner zadrżał.

- Tak - zaczął. - Chyba masz prawo w tej chwili zrobić, co zechcesz. W porządku. 

Luisowi się to nie spodobało, ale tylko pokręcił z niezadowoleniem głową. Dotknął mojego 

ramienia, dając mi do zrozumienia, że chce, abym się do niego odwróciła.

-   Hej!   Chcesz   więcej?   -   pytał,   czy   potrzebuję   więcej   mocy.   Nie   miałam   odwagi 

sprawdzić jej poziomu, a w tej chwili uświadomiłam sobie, że potrzebuję tak samo energii, 

jak przed chwilą potrzebowałam wody.

Kiwnęłam głową. Westchnął i ujął moją prawą dłoń. Stanął przede mną.

- Gotowa? - zapytał. Spojrzałam na niego i znowu skinęłam twierdząco.

Wpłynęła we mnie jego energia. Strumień powiększył się, rozlewając się i pulsując w 

moich żyłach. Moja skóra zaczęła płonąć. Poczułam, że - przez kontrast - połączenie metalu z 

ciałem   staje  się   zimniejsze,   moja   nowa  ręka   była   jak  fantomowa  kończyna   z  lodu.  Moc 

krążyła   we   mnie,   naprawiając   uszkodzenia,   a   potem   zgromadziła   się   w   moim   wnętrzu. 

Odsunęłam   się   od   Luisa,   lecz   najpierw   posłałam   impuls   wdzięczności   i   dopiero   wtedy 

zobaczyłam znużenie na jego twarzy, a w oczach cierpienie.

Zadawałam   mu   ból.   Był   bardzo   zmęczony   i   niespokojny;   widział,   jak   robię   coś 

strasznego, i nie mógł mnie ani powstrzymać, ani uratować przed konsekwencjami. Przecież 

tyle już przeżył. A teraz na dodatek zabierałam resztki jego cennych zapasów sił. Ale się nie 

cofnął.   Ani   na   chwilę.   Pocałowałam   go.   Nie   wiem   dlaczego.   Popełniłam   błąd.   To   była 

niewłaściwa   chwila,   niewłaściwe   miejsce.   Musiałabym   uznać   moje   postępowanie   za 

background image

całkowicie irracjonalne i błędne, gdyby nie gwałtowne zawirowanie, które ogarnęło mnie, 

gdy poczułam delikatnie dotknięcie warg Luisa. Napięcie jego ciała i pochylenie w moją 

stronę, sposób, w jaki przesunął dłońmi po moich ramionach, sprawiły, że zadrżałam.

Luis   odsunął   się   nagle   ode   mnie,   a   jego   policzki   zapłonęły   czerwienią.   Rzucił 

spojrzenie w stronę Turnera, który się zatrzymał z ręką na klamce i stał, wpatrując się w nas.

- Na co się gapisz? - zapytał Luis. Turner pokręcił przecząco głową. - Wynoś się stąd, 

do cholery! Nigdy nie widziałeś, jak się ludzie całują? Ruszaj!

Turner gwałtownie zamknął usta i wyszedł z domu. Luis wyciągnął lewą rękę i ujął 

moją prawą dłoń. Przycisnął na chwilę czoło do mojej głowy.

- Hej! - powiedział. - Później, dobrze? Musimy o tym porozmawiać.

- Tak - zgodziłam się. - Później. Jeśli istniało jeszcze jakieś „później”. Wzięłam zwój, 

zamknęłam w emaliowanej szkatule, która wydawała się ciepła. Wsunęłam ją pod kurtkę i 

wyszliśmy.

Wnętrze sedana FBI nie było tym razem przyjemniejsze niż przedtem, ale na szczęście 

nie jechaliśmy zbyt długo. A może byłam za bardzo zmęczona i oszołomiona, aby zwracać 

uwagę lub koncentrować się na różnych przykrych woniach i niewygodach. Zaczęły mnie 

boleć   wszystkie   mięśnie,   był   to   efekt   niekończącego   się   napięcia   wywołanego   strachem. 

Uświadomiłam   sobie,   że   potrzebuję   wypoczynku.   Snu.   Jedzenia.   Podstawowych   rzeczy 

podtrzymujących ludzkie życie.

Ale najpierw musiałam doprowadzić tę sprawę do końca. Takie postępowanie nie było 

logiczne, lecz niezbędne.

- Dlaczego napadła na ciebie? - zapytał  Luis. - Atakuje  cię coraz częściej,  wciąż 

próbuje. Jakby chciała cię zabić, ale niezbyt się starała.

Postawił znakomite pytanie. Miałam zamknięte oczy, poprawiłam się na siedzeniu, 

aby złagodzić ból krzyża.

- Widziałeś kiedyś walkę byków?

- Rany, to, że jestem Latynosem, nie oznacza...

- Mówię o pikadorach - przerwałam mu. - Byka trzeba rozwścieczyć przed walką. 

Dlatego pikadorzy dręczą zwierzę, kłują je, wywołując jego furię, dopóki nie będzie gotowe 

do szarży. Dzięki temu przedstawienie jest lepsze.

Milczał przez chwilę. Czułam, że patrzy na mnie uważnie. Nie spojrzałam na niego.

- Jestem bykiem - wyjaśniłam. - Ofiarą. Ona chce stoczyć ciekawszą walkę.

- A jaką funkcję w tej walce pełnią Strażnicy? Wzruszyłam ramionami.

- Zabije każdego, kto stanie jej na drodze. Ale nie zamierza walczyć z wami. Chodzi o 

background image

mnie. O dżinny.

- Sądziłem, że to ty jesteś matadorem, chica. Uśmiechnęłam się leniwie.

- Czasem jesteś matadorem, a czasem bykiem - powiedziałam. Przespałam się krótko 

w czasie drogi. Ocknęłam się, kiedy Turner zwolnił na ulicy na przedmieściu, przed domem 

jakich   wiele.   Podobnym   do   domu   Luisa,   tylko   że   trochę   starszym.   Uliczkę   wypełniały 

zaparkowane samochody, policyjne radiowozy i duże przemysłowe ciężarówki, dźwigające 

niezgrabne   anteny.   Było   też   pełno   zwyczajnych   gapiów,   których   przyciągały   niezwykłe 

wydarzenia, jeśli tylko nie dotyczyły ich bezpośrednio. Turner machnął ręką i wjechaliśmy za 

bariery. Tu wskazano mu puste miejsce na podjeździe.

- Drzwi kuchenne - powiedział. - Idźcie za mną. Nie podchodź do tłumu. Kamery 

wszystko rejestrują. Stałabyś się sensacją dnia.

Odwracałam się plecami do zgromadzonych dziennikarzy. Błyskały flesze, zapłonęły 

białym światłem reflektory kamery, wykrzykiwano za nami pytania. Szybko obeszliśmy róg 

domu, zostawiając za sobą reporterów i gapiów. Ruszyliśmy wąską ceglaną ścieżką przez 

zadbane,   nieduże   podwórko.   Dotarliśmy   do   drzwi   z   siatki,   a   za   naszymi   plecami   nagły 

wybuch hałaśliwego zainteresowania zgasł, słychać było tylko pomruk rozczarowanych.

Dom   był   oświetlony   ze   wszystkich   stron,   bez   wątpienia   po   to,   żeby   zniechęcić 

ciekawskich   lub   najbardziej   zdeterminowanych.   Na   ganku   leżał   przewrócony   na   bok 

dziecinny rowerek, a obok wrotki, ochraniacze na kolana i łokcie, różowy kask. Rękawica 

bejsbolowa i kij. Piłka nożna. Gloria była aktywnym dzieckiem. Turner nie zwrócił uwagi na 

sprzęt. Pewnie już go wcześniej widział. Musiał tu być.

W   środku,   gdy   wszedł   Turner,   policjanci   znieruchomieli   i   spojrzeli   na   niego 

wyczekująco.   Było   ich   trzech:   dwóch   w   zwykłych   garniturach,   jeden   w   mundurze.   Nie 

rozpoznałam żadnego z nich, ale oni najwyraźniej rozpoznali mnie i Luisa. Popatrzyli na nas 

z kamiennymi twarzami i kiwnęli krótko głowami.

Na kanapie siedziało dwoje ludzi, z dala od siebie, a jednak bez wątpienia razem. W 

ich oczach  była...  pustka. Udręka i  zagubienie, wywołane  strachem  i napięciem.  Kobietę 

otaczało migotanie mocy jak mgła w sferze eterycznej;  przypomniałam  sobie, jak Turner 

mówił   o   niej,   że   chciała   być   Strażniczką.   Straciła   moc,   którą   kiedyś   posiadała,   lub 

przynajmniej wolę jej używania. Była chudą kobietą w średnim wieku, pochodziła z Afryki. 

Miała delikatne, wysoko osadzone kości policzkowe i skórę koloru ciemno palonej kawy. 

Piękna, lecz znużona i pod wpływem strachu krucha.

Mężczyzna był wyższy, o nieco jaśniejszej cerze i oczach uderzającej jasnozielonej 

barwy. Spojrzał na nas bez słowa. Żałośnie. Z błyskiem nadziei.

background image

Na stoliku przed nimi leżało kilkanaście fotografii, wyjętych z ramek, które bezładnie 

zrzucono w jednym miejscu na dywan. Na każdej fotografii widniało ich dziecko - Gloria - 

uśmiechnięta, nieustraszona, silna. Życie rozłożone w schludny ciąg ujęć.

Przypomniałam sobie przerażenie i ból uwięzionego w bagażniku dziecka. Poczułam, 

jak ogarnia mnie wściekłość. To była Gloria - pewność siebie, siła, możliwości. Tamta druga 

nigdy nie powinna zaistnieć, nie w tym wieku. Nigdy.

Przymglone oczy kobiety nagle rozjaśnił czujny błysk. Coś odczytała z mowy ciała 

Turnera, coś dostrzegła w wyrazie jego twarzy. Wstała powoli, spięta jeszcze bardziej. Jej 

mąż również wstał, tylko wolniej i ostrożniej, jakby groziło mu załamanie, gdyby poruszał się 

szybciej.

- Żyje - powiedziała pani Jensen. Nie zgadywała. Zobaczyłam, jak nagle wypełnia ją 

radość, niczym fala wypływająca z pękniętej tamy. Już nie wydawała mi się ani krucha, ani 

zmęczona. Teraz zrozumiałam, po kim Gloria odziedziczyła siłę i energię. - Ona żyje!

Klasnęła w ręce i rzuciła się mężowi w ramiona. Mężczyzna wpatrywał się nad jej 

głową w agenta Turnera oczami pełnymi nadziei i lęku do chwili, gdy Turner się uśmiechnął.

- Nic jej nie jest. Mamy ją. Jedzie do szpitala w La Jolla. Za pół godziny możecie się 

znaleźć w samolocie. Wkrótce ją zobaczycie, obiecuję.

Mężczyzna zadrżał i zamknął oczy. Ukrył twarz we włosach żony. Przytulili się do 

siebie   i   rozpłakali.   Opadli   na   kanapę,   łkając   z   ulgą.   Gdy   napięcie   minęło,   w   pokoju 

zapanowała   inna   atmosfera.   Przypominała   czyste,   rześkie   powietrze   po   burzy.   Chwila 

spokoju.

Wszystko się zmieniło, a najważniejsze były właśnie takie chwile. Jako dżinn nigdy 

tego   nie   rozumiałam.   W   świecie   dżinnów   wszystko   było   odwieczne.   Teraz   uczyłam   się 

rozpoznawać te niezwykłe momenty, przeżywałam je, jak mogłam najintensywniej.

Czułam się szczęśliwa ze względu na tych obcych ludzi. Po prostu... szczęśliwa.

-   Chcę   wam   kogoś   przedstawić   -   mówił   dalej   Turner.   -   To   Luis   Rocha,   cywilny 

konsultant, współpracujący z nami, a to jego partnerka... - zawahał się na chwilę.

- Leslie - podpowiedziałam. - Leslie Raines.

- Tak, oczywiście. - Zawstydziło go na chwilę to potknięcie. Nie powinien odczuwać 

wstydu. Zaimponował mi, że nie nazwał mnie bezwiednie Cassiel. - Odegrali rolę narzędzi w 

bezpiecznym odebraniu Glorii mężczyźnie, który ją porwał.

Narzędzie. Cóż to za dziwna rola - być narzędziem. Uznałam, że chyba miał rację, 

określając mnie w ten sposób. Wykorzystywano mnie... robił to Ashan, Strażnicy, nawet sam 

Turner. W jego przypadku, być może chodziło o wyższy cel.

background image

A jednak. Nie podobało mi się, że jestem wykorzystywana, nawet przez Boga.

Luis zerknął na moją lewą dłoń, wypolerowaną i błyszczącą. Wsunęłam ją do kieszeni 

kurtki, zanim Jensenowie ją mogli zauważyć i zacząć się zastanawiać nad jej odmiennością. 

Pani Jensen siąknęła nosem, otarła oczy, zmusiła się do uśmiechu i wyciągnęła do mnie rękę. 

Potrząsnęłam nią z poważną miną, potem wymieniłam uścisk dłoni z jej mężem. Luis zrobił 

to samo. W ich wdzięczności była jakaś bezbrzeżna bezradność. Trudno mi było spojrzeć w 

ich przepełnione łzami oczy. Nagle poczułam się niegodna ich szacunku. Przypomniałam 

sobie propozycję wykorzystania ich dziecka jako przynęty. To wspomnienie wywołało we 

mnie poczucie winy.

- Dopadliście go? - zapytał Jensen. - Człowieka, który porwał moje dziecko? Policja 

była   przygotowana   na   to   pytanie.   Uświadomiłam   sobie,   że   ja   nie   umiem   odpowiedzieć. 

Spojrzałam na Luisa, a on z kolei zerknął na Turnera. Turner nie zmienił wyrazu twarzy.

- Ścigamy go - powiedział. - Nie umknie nam. Trafi do aresztu, zanim wasz samolot 

wyląduje w Kalifornii.

- Oddajcie go mnie - zaproponował Jensen. - Oddajcie go mnie, a już nie będziecie 

musieli się nim przejmować. Niewiele zostanie z niego do pogrzebania.

Wiedziałam, co czuje. Czułam to samo. Zastanawiałam się przez chwilę, zupełnie bez 

związku z toczącą się rozmową, czy Rashid również zaczął odczuwać nienawiść, gdy trzymał 

w ramionach płaczącą z bólu dziewczynkę. Jeśli tak, to Jensen nie będzie miał się na kim 

zemścić.

Miałam nadzieję, że tak właśnie się stanie. Rashida by to rozbawiło, a Jensenowi 

oszczędziło... późniejszych kłopotów.

- Skupmy się teraz na Glorii - zaproponował Turner. Jego słowa odwróciły uwagę 

rodziców od planów zemsty, przynajmniej na jakiś czas. - Proszę się spakować. Zabierzmy 

też rzeczy Glorii. Dzięki temu poczuje się w szpitalu jak w domu. Proszę wziąć ubrania i 

zabawki. Sądzę, że lekarze będą chcieli zatrzymać ją na noc na obserwacji.

Oboje kiwnęli głowami. Pragnęli coś robić, nieważne co. Zrobiło mi się przykro, że 

muszę im przeszkodzić.

- Zanim państwo wyjdą, muszę państwu zadać kilka pytań - zaczęłam. Jensenowie 

zatrzymali się przytuleni do siebie i utkwili we mnie uważne spojrzenia.

- Czy ktoś z państwa był w miejscu nazywanym Ranczem? Nie spodziewałam się 

odpowiedzi wprost na pytanie, ale liczyłam, że zauważę w sferze eterycznej ślad zaskoczenia. 

I tak też się stało. U pana Jensena dostrzegłam słabe, lecz wyraźne zakłócenie wywołane 

zaskoczeniem.

background image

- Na jakim ranczu? - zapytała pani Jensen, marszcząc brwi. - Mam kuzynów farmerów 

w Indianie... Spojrzałam w szeroko otwarte jasnozielone oczy pana Jensena.

- Pan chyba wie, o czym mówię. Nie odpowiedział. Zauważyłam błyski paniki w jego 

sferze eterycznej, jaskrawe gorące gwiazdy wybuchające i rozpryskujące się w jego aurze. 

Był  to dziwnie  piękny widok. Czułam, że Luis i Turner też przyglądają  się mężczyźnie. 

Wszyscy,   korzystając   z   superwzroku,   nakładaliśmy   na   świat   realny   eteryczny   wzorzec   i 

szukaliśmy różnic.

-   Panie   Jensen   -   powiedział   Turner.   -   Muszę   zamienić   z   panem   kilka   słów   na 

osobności. Pani Jensen, może pani spakować rzeczy, o których mówiłem? Powinniśmy się 

pośpieszyć. Chciałbym, aby Gloria mogła się z państwem jak najszybciej zobaczyć.

Pani Jensen najwyraźniej wiedziała, że coś jest nie w porządku, ale skupiła się na 

jednej rzeczy, która ratowała ją przed zamętem - na pewności, że zobaczy córkę. Mąż patrzył 

za nią, jak odchodzi. Sprawiał wrażenie zagubionego i bardzo wystraszonego.

Turner zaprowadził nas do małego pomieszczenia tuż obok saloniku. Była to pralnia. 

Znalazło się tam dość miejsca dla nas czworga. Pachniało proszkiem do prania i płynami 

zmiękczającymi   tkaniny. Dziwne  miejsce,  aby oskarżyć kogoś   o współpracę   w  porwaniu 

córki.

- Ranczo - zaczął Turner, kiedy tylko zamknął drzwi. - Rozpoznał pan tę nazwę.

- Może myślałem o czymś innym - odparł Jensen. Wysunęłam z kieszeni lewą dłoń i 

opuściłam swobodnie. Była brązowa, lśniąca, wyraźnie obca. Zdumiony, przyglądał się jej, a 

potem zadarł głowę. - Myliłem się. Nie wiem, o co państwu chodzi.

-   Naprawdę  pan   nie   wie?   -   zapytałam   i   powoli   poruszyłam   metalowymi   palcami. 

Poczułam fantomowy ruch mięśni. Wrażenie było dziwne. - Pan tam był, panie Jensen, i 

zabrał pan ze sobą Glorię. Do oceny?

Zaczął się pocić, w blasku żarówki wiszącej u sufitu zalśniły na jego czole drobne 

kropelki wilgoci. Nagle atmosfera zrobiła się duszna i ciężka.

- To był letni obóz - przyznał. - Obóz dla inteligentnych i utalentowanych. Ale Glorii 

tam się nie spodobało, dlatego wróciliśmy do domu. To wszystko.

- Nie wszystko - poprawiłam go. - Widział pan różne rzeczy, prawda? Rzeczy, których 

pan nie potrafił zrozumieć ani sobie wyjaśnić.

Jensen wzdrygnął się i odwrócił wzrok. W końcu zrozumiałam. Ona nigdy mu nic 

powiedziała - zwróciłam się do Turnera i do milczącego, obserwującego przebieg wypadków 

Luisa, który oparł się o zlew, a ramiona skrzyżował na piersi. - Żona mu nie zdradziła, że 

mogła być  Strażniczką. Nie wspomniała  też, że córka mogła odziedziczyć  jej talent. Nie 

background image

wiedział, co widzi ani co się działo na Ranczu.

Oczy Jensena wypełniły się łzami.

- To ktoś stamtąd  ją porwał?  Tamci  ludzie? Na litość  boską, to miało  miejsce w 

zeszłym roku, zwyczajny obóz letni dla dzieciaków. To było co innego? Dlaczego? Dlaczego 

mieliby zrobić coś takiego?

Luis i Turner spojrzeli na mnie. Mogłam mu powiedzieć tylko jedno.

- Bo pańska córka ma potencjalną moc. A oni tego szukają. Od tej chwili trzeba będzie 

jej strzec. Niech pan porozmawia z żoną. I przyzna, że pan wie, że wasza córka ma zdolności 

Strażniczki. Żona też będzie miała panu wiele do powiedzenia.

Mówiąc   to,   musiałam   skrzywdzić   tych   ludzi.   Żyli   w   świecie   fałszywym,   lecz 

szczęśliwym. Teraz go zatruwałam prawdą. Ale i tak nie było końca zmianom.

Życie jest zmianą, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos. Powoli zwinęłam 

w   pięść   chłodne,   metalowe   palce   mojej   lewej   dłoni.   Dłoni,   której   nie   straciłam   dla   ich 

dziecka, lecz dla Ibby. Dla dziecka, które... kochałam.

Życie jest zmianą.

- Musi  nam  pan opowiedzieć  o wszystkim  z  najmniejszymi  szczegółami  - Turner 

zwrócił się do Jensena. - Skąd pan otrzymał zaproszenie, żeby przywieźć córkę na ten obóz, 

gdzie się mieścił, kogo pan tam spotkał, co pan tam robił. Po prostu wszystko. Rozumie pan?

Jansen skinął głową, a łzy spływały mu po policzkach.

- To moja wina - powiedział. - Naraziłem ją na niebezpieczeństwo. Naraziłem ją na 

niebezpieczeństwo ze strony tych zboczeńców. O Boże!

- Nie - zaprotestował Luis, który odezwał się pierwszy raz. - Gdyby pan jej do nich nie 

zawiózł, wdarliby się do pańskiego domu i też by ją porwali. Tak właśnie działają. - Ogarnął 

go gniew, na twarzy pojawiły się ostre linie, a w sferze eterycznej zajarzyły się jaskrawo-

czerwone fale. - Właśnie tak zrobili z moją bratanicą, Ibby. Nadal ją mają.

Jensen otarł twarz rękawem koszuli.

- Przepraszam - wymamrotał. - Nic jej nie jest? Patrzyliśmy na siebie z Luisem przez 

chwilę bez słowa.

-   Zrobię   wszystko   co   w   mojej   mocy,   aby   nic   jej   się   nie   stało.   Turner   pozwolił 

Jensenowi pójść do żony. Zostaliśmy we trójkę w milczeniu, w ciepłej pachnącej pralni. Na 

wierzchu suszarki stał kosz ze schludnie poskładanym praniem. Jasne kolorowe ubrania małej 

dziewczynki, przygotowane z miłością.

- No cóż - zaczął Turner. - Wybieracie się dokądś?

- Tak - potwierdziłam. - Lecimy z tobą do Kalifornii. Turner uśmiechnął się krzywo, 

background image

lecz bez zdziwienia.

- Zbierzcie swoje rzeczy. Spotkamy się na lotnisku.

Ze zdumieniem odkryłam, że Turner zażądał samolotu Strażników, z oznaczeniem 

widocznym  jedynie  w sferze  eterycznej.  Tylko  Strażnicy  mogliby  zidentyfikować  ukryty, 

stylizowany   symbol   słońca   na   ogonie.   Był   to   mały   prywatny   samolot,   smukły   i   lśniący, 

przeznaczony jedynie dla kilkunastu pasażerów, zapewniający im dość luksusowe warunki 

lotu. Turner dopilnował, żeby Jensenowie wygodnie usiedli, a ich bagaż trafił do luku. Potem 

zadbał o mnie i Luisa. Nie potrzebowaliśmy pomocy; wzięliśmy po małej torbie, którą łatwo 

można było schować. Byłam głodna, ale czułam, że nie jest to odpowiednia pora na jedzenie. 

Luis poprosił o piwo. Widząc moje zdziwione spojrzenie, wzruszył ramionami.

- Posłuchaj, jestem Strażnikiem Ziemi. Nie mam zamiaru się upić. Nie mogę, chyba że 

na   to   sobie   pozwolę   -   mówił   tak,   jakby   się   bronił.   Pokiwałam   głową,   zamknęłam   oczy. 

Opuściłam   głowę   na   skórzane   oparcie   fotela.   Lot   był   krótki.   Dla   odmiany,   nic   się   nie 

wydarzyło. Nie zanotowano turbulencji ani napastników, którzy by znienacka zaatakowali nas 

z nieba.

Zaskakująco inaczej.

Osunęłam   się   w   sen,   pełen   krwi   i   wijących   się   czarnych   przedmiotów, 

przemykających w mroku i rzucających mi się do gardła. Kiedy się ocknęłam, zauważyłam, 

że moja metalowa lewa dłoń jest zaciśnięta jak mocno zawiązany węzeł. Nie budziła żadnych 

uczuć. Czułam tylko tamtą, fantomową, nieistniejącą dłoń, która jakby wciąż mnie jeszcze 

bolała.   Rozluźniłam   metalowe   palce,   wtedy   ból   zelżał.   Fantomową,   czy   nie,   dłoń   bolała 

naprawdę.   Odczucie   tkwiło   przede   wszystkim   w   głowie.   Jeśli   mózg   wciąż   otrzymywał 

sygnały od nieistniejących nerwów, nie miało znaczenia, jakim sposobem docierały do celu. 

Ból to ból.

Luis kończył właśnie piwo. Przyglądał się, jak prostuję dłoń.

- Wciąż ją czujesz? Swoją rękę? Odgadł zaskakująco trafnie. Przytaknęłam.

- Nie ma w tym  nic niezwykłego - stwierdził. - Ludzie, którzy tracą kończyny w 

dramatycznych okolicznościach, często mówią, że wciąż je czują. Niekiedy całymi latami po 

zdarzeniu. Ma to coś wspólnego z postrzeganiem ciała w sferze eterycznej.

Nie mogłam ujrzeć siebie w eterze ze wszystkimi szczegółami.

-   Jak   wyglądam?   -   zapytałam   go.   -   Widzisz   mnie   superwzrokiem?   -   Zadawanie 

takiego   pytania   Strażnikowi   było   niegrzeczne.   Nie   wypadało   zadawać   go   wprost.   Ale   ja 

bardzo chciałam zrozumieć.

Jego spojrzenie na chwilę straciło ostrość. Dotknął kilkakrotnie szyjką butelki warg, a 

background image

potem uniósł dnem do góry, żeby spłynęło kilka ostatnich kropli piwa. Wreszcie odstawił 

butelkę na bok.

- Mówisz o ręce? Wciąż tam jest. Twoja istota eteryczna nadal ma obie dłonie.

- Jaki kształt przyjmuję? Luis lekko się uśmiechnął.

- Piękny! Płoniesz jak reaktor jądrowy. Dżinny nie wyglądają tak dobrze jak ty.

- Bo jestem uwięziona w ciele - przypomniałam. - Bo już nie jestem dżinnem. Pochylił 

głowę, przyjmując mój punkt widzenia.

- Dosłownie rzecz biorąc, nie. Ale jesteś kimś więcej niż Strażnik lub człowiek. Nie 

oszukuj się, Cass.

- Cassiel.

- Cass.

- Przestań.

- Zmuś mnie - powiedział niższym i jakby serdeczniejszym tonem. Stwierdziłam, że 

nie mogę oderwać wzroku od kształtu jego warg, gdy wymawiał te słowa, i nie jest dla mnie 

istotne to, co mówi. Musiałam się otrząsnąć, odsunąć uczucia, których trudno byłoby uniknąć.

- Nie ten czas, nie to miejsce - przypomniałam mu. - Wątpię, aby w tych warunkach 

Turner docenił takie przedstawienie.

Moje słowa natychmiast go otrzeźwiły.

- Albo Jensenowie - zgodził się ze mną. Odstawił butelkę na bok. Oparł łokcie na 

kolanach i pochylił się w moją stronę. - Cass, teraz pytam poważnie. Czy z Ibby wszystko w 

porządku? Muszę to wiedzieć. Opowiedz mi jeszcze raz dokładnie, co się wydarzyło.

Pragnął wiedzieć, a ja nie chciałam mu tego wszystkiego mówić, choć wyczuwałam 

jego cierpienie. Już został skrzywdzony, zarażony lękiem i nadmiarem wyobraźni.

- Wyglądała dobrze - powiedziałam i spuściłam wzrok na obie dłonie - tę z metalu i tę 

z ciała. Bez zastanowienia, w naturalny sposób splotłam palce obu dłoni. - Nie zauważyłam 

żadnych śladów bicia lub głodzenia.

- Ale? Wzięłam głęboki oddech.

- Ale nie mówiła swoim głosem. Opowiadała o swojej matce tak, jakby Angela nadal 

żyła. Miałam wrażenie, że Ibby była przekonana, że robi to wszystko dla niej, żeby ją chronić. 

- Przyszła mi do głowy przerażająca myśl. - Albo... jakby wierzyła, że Perła jest jej matką. - 

Budziło to grozę.

Luis odchrząknął niewyraźnie. Opuścił głowę, żeby ukryć twarz. Nie powiedział nic 

wyraźnego.

- Wydaje mi się... - zawahałam się, ale potem gwałtownie wyrzuciłam wszystko z 

background image

siebie: - Uważam, że Perła wykorzystuje obraz Angeli. Po to, żeby Ibby uwierzyła, że jej 

matka   życzy   sobie,   aby   ona   się   szkoliła,   ścigała,   zabijała.   Zmusza   ją   do   robienia   tego 

wszystkiego wbrew wrodzonej łagodności Ibby.

Luis uniósł głowę. Miał kamienny wyraz twarzy, tylko w oczach pojawił się mrok.

-   Ta   suka   wykorzystuje   zmarłą   osobę?   -   odezwał   się   nieswoim   głosem.   Słowa 

przypominały warkot. Nigdy nie widziałam go tak rozgniewanego. - Wykorzystuje Angie, 

żeby dopaść jej dziecko?

- Tak sądzę - odparłam. - Wydaje mi się, że Isabel chce sprawić satysfakcję matce, bo 

z całego serca pragnie ją odzyskać. Perła może to wykorzystać przeciwko niej. Nie sprawi jej 

to trudności.

Położyłam prawą dłoń na zaciśniętej pięści Luisa. Starałam się, aby dotyk był jak 

najdelikatniejszy.

- Nie - powiedziałam. - Posłuchaj mnie uważnie. Jeśli zetrzesz się bezpośrednio z 

Perłą, Ibby będzie walczyła dla niej. Będzie musiała, żeby bronić matki. Rozumiesz? Musimy 

pójść inną drogą. Lepszą.

Pokręcił mocno głową, aż rozsypały się ciemne włosy. Na chwilę znów ukrył twarz w 

dłoniach. Kiedy po jakimś czasie się wyprostował, wziął głęboki oddech. Zapanował nad 

wzburzeniem. Nadal gniew w nim kipiał, ale Luis go kontrolował.

- W porządku - powiedział. - Czy mam pozwolić, aby ta sytuacja trwała dalej, do 

cholery? Najchętniej od razu rozwaliłbym  tej suce łeb i odebrał Ibby. Brakuje mi jednak 

pomysłu, jak to zrobić.

- Tak jak mnie - przyznałam. - Ale jeśli zetrzemy się z nią bezpośrednio, Ibby ucierpi, 

a my nie osiągniemy naszego celu. Dlatego proszę, nie pozwól Perle wykorzystać dziecka, 

żeby cię wciągnąć do walki na jej warunkach.

Wpatrywał się we mnie dłuższą chwilę bez słowa.

- Mówisz teraz o taktyce? - zapytał.

- Mówię o wyborze.

- O takim wyborze jak odrąbanie sobie ręki? - mówił rozgniewanym głosem. Jego 

gniew nie był skierowany we mnie. Po prostu... nie potrafił znaleźć dla niego ujścia.

- Coś w tym rodzaju - przytaknęłam. - Perła myślała, że dała mi wybór: albo, albo. 

Umrzeć   od   trucizny   płynącej   przez   ogniwo   albo   przyjąć   propozycję   Rashida.   Ja   jednak 

wybrałam zmianę gry.

- Myślisz, że Rashid jej w tym pomaga? - zapytał Luis..

- Myślę, że Rashid jest dzikim, nieoswojonym dżinnem. I jeżeli jest przekonany, że 

background image

może coś dla siebie ugrać, bez żadnych ludzkich skrupułów podejmie się działania. Chciał 

zdobyć listę. Nadal będzie usiłował znaleźć sposób, żeby ją przejąć, bo jest w niej wielka 

moc,   a   żaden   dżinn   nie   potrafi   się   jej   oprzeć.   -   Uśmiechnęłam   się   mimowolnie.   -   Czy 

ucięłabym sobie rękę? Gdyby znowu zaistniała taka okoliczność, zaryzykowałabym. Wierzcie 

mi.

-   Więc   nie   możemy   ufać   Rashidowi?   Przypomniałam   sobie,   co   powiedziała   mi 

Wyrocznia.

- Nie ma czegoś takiego jak bezgraniczne zaufanie - odparłam. - Możemy ufać mu do 

momentu, w którym stanie się to niemożliwe. Jak każdemu innemu.

Luis wskazał brodą Turnera, siedzącego z Jensenami.

- Jak jemu?

- Jak każdemu - powtórzyłam. - Nawet tobie. Nawet mnie. Bo przy końcu gry, Luis, 

mnie też nie będziesz w stanie zaufać. Ani ja tobie.

Pokręcił głową, jakby nie potrafił się z tym pogodzić, ale ja wiedziałam, że mu się to 

uda. W głębi duszy był pragmatyczny. Znał ludzką naturę.

Reszta podróży upłynęła w pełnym zamyślenia milczeniu.

Wylądowaliśmy w Kalifornii wcześnie rano. Było cicho, chociaż miałam wrażenie, że 

rasa   ludzka   nigdy   na   długo   nie   milknie.   Światła   migotały,   samochody   poruszały   się   po 

drogach. Tu i ówdzie sklepiki były otwarte. Wzięliśmy bagaże i z Jensenami wysiedliśmy za 

agentem Tunerem z samolotu do czekających na nas dwóch czarnych sedanów FBI. Jeden z 

ubranych   na   czarno   kierowców   sprawdził   nasze   dokumenty   i   zaprosił   Jensenów   do 

pierwszego samochodu, a agenta Turnera i nas dwoje - do drugiego. Ku mojemu zaskoczeniu 

samochód FBI pachniał nowością, która lekko drażniła powonienie, jak większość innych 

pojazdów,   z   których   dotąd   korzystałam.   Czułam   się   mniej   klaustrofobicznie   niż   zwykle. 

Przejażdżka niemal sprawiła mi radość. Niemal.

Wóz FBI krążył po śpiącym mieście, a mnie migał przed oczami przepastny, ciemny 

ocean, niestrudzone fale dopływające do brzegu. Zatrzymaliśmy się przed olbrzymim, dobrze 

oświetlonym, starym budynkiem szpitala.

- Chodź, w którymś pokoju jest Gloria - oznajmił Turner. Wysiedliśmy z samochodu i 

ruszyliśmy   do   wejścia   do   szpitala.   Usłyszałam   zbliżające   się   wycie   syren   -   karetka, 

przewożąca   chorego   na   oddział   ratunkowy   na   tyłach   budynku.   Źródłem   nieustannego 

zadziwienia było dla mnie to, że ludzie, mimo całej swojej skłonności i talentu do stosowania 

przemocy, potrafili zbudować coś tak rozsądnego jak system ochrony chorych czy rannych i 

poświęcić temu tyle czasu i energii.

background image

Usłyszałam   nagły   pisk   opon,   kiedy   karetka   zmieniła   kierunek.   Rozejrzałam   się   i 

zobaczyłam   masywny   metalowy   pojazd   wpadający   na   chodnik,   dziko   podskakujący, 

kierujący się wprost na nas.

Mocno odepchnęłam Luisa i Turnera na bok. Nie miałam nawet czasu zerknąć, gdzie 

wylądowali, bo karetka gwałtownie skręciła i ruszyła w moją stronę. Za szybą widziałam 

kierowcę, który szaleńczo starał się zatrzymać  samochód albo skręcić kierownicą, ale nie 

panował nad pojazdem. Podobnie jak pasażer z tyłu i drugi ratownik był zdany całkowicie na 

łaskę siły, która zawładnęła jego samochodem.

Odwróciłam  się i puściłam pędem po czarnym  asfalcie. Na szczęście nie było  po 

drodze samochodów, a ja, kiedy nie miałam  wyjścia, potrafiłam osiągać  prędkości, które 

nawet dla mnie samej były zaskakujące. Karetka została w tyle, ale nagle usłyszałam ryk 

silnika, kiedy zaczęła przyspieszać. Dzieląca nas odległość zmniejszała się. Słyszałam ponury 

huk oceanu i jeszcze głośniejsze dudnienie mojego serca. W biegu dmuchnęłam mocą we 

wszystkie cztery koła. Rozległo się potworne „bum!” Karetka w jednej chwili wylądowała z 

hukiem na nagich metalowych felgach, a popękana guma rozprysnęła się we wszystkie strony 

pod wpływem siły pędu. Auto straciło prędkość, ale wyczuwałam, że to, co gna je do przodu, 

nie podda się łatwo.

Ja też nie.

Dotarłam do końca parkingu. Znajdowało się tam ogrodzenie z siatki, na szczycie 

stromego stoku porośniętego  kocim pazurem; wspięłam się na trzymetrowe  wzniesienie  i 

zaczęłam się wspinać na płot.

Kiedy znalazłam się na jego szczycie, karetka wjechała na krawężnik i siłą ruszyła na 

wzgórze  w  moją  stronę.  Jednak  bez  opon metalowe  felgi   zaryły   w  ziemi.  Nie  znajdując 

oparcia, samochód zaczął się ześlizgiwać w dół. Słychać było tylko ryk silnika.

Zeskoczyłam   z   płotu   na   dach   karetki.   Ukucnęłam   i   z   tego   dogodnego   punktu 

obserwacyjnego rozejrzałam się w ciemności.

- Jesteś blisko - wyszeptałam. - Wiem to.

Wystawiając się na cel, miałam nadzieję, że namierzę atak, zanim nastąpi. W ułamku 

sekundy poczułam, jak eter zaczyna zalewać siła, czerwono-czarny puls, kierujący się w moją 

stronę i z całych sił starałam się określić rodzaj ataku. Tym razem nie były to ziemskie siły.

Ogień.

Pojawił się jako gorący strumień światła, wielki jak ludzka głowa, lśniący rozpaloną 

bielą, niosący płomienie i dym. Prawą dłonią wyczułam miejsce, gdzie dach karetki łączył się 

z przednią szybą i go oderwałam. Następnie zeskoczyłam na ziemię przy tylnych drzwiach. 

background image

Zdarłam dach całkowicie, otwierając karetkę jak wielką puszkę sardynek. Dach karetki spadł 

na ziemię z donośnym hukiem. Nadal był jednak połączony z karetką u samej góry, tworząc 

osłonę nad moją głową.

Wzmocniłam   tę   osłonę,   zanim   w   sam   jej   środek   zdążyła   uderzyć   ogniowa   kula. 

Dwadzieścia centymetrów od mojej twarzy metal zalśnił przytłumioną błotnistą czerwienią, a 

ja   wyczułam   przepływające   fale   gorąca.   Ponieważ   zdawałam   sobie   sprawę,   że   metalowa 

osłona   nie   powstrzyma   takiego   ataku,   wzbiłam   w   górę   fontannę   wilgotnej   ziemi,   która 

opadając, najpierw stłumiła ogniową kulę, a potem ją zasypała.

Usłyszałam syk, kiedy ogień zaczął wygasać.

Wyłoniłam się zza barykady i spojrzałam w stronę, z której nadszedł atak.

Dobiegł mnie przeraźliwy, krótki krzyk, a później, dopiero po długiej chwili, wołanie 

Luisa:

- Cass! Mam ją!

Ją. Serce mi stanęło i znów ruszyłam biegiem, osiągając jeszcze większą prędkość niż 

przedtem. Ibby?

Luis wyłonił się z ciemności i stanął w świetle latarni. Miał na rękach dziecko.

Nie była  to Isabel, lecz inna dziewczynka,  ubrana w  taki sam paramilitarny strój. 

Miała długie złote warkocze, które spływały po ręce Luisa jak sznury. Poczułam, że ściska 

mnie w żołądku, i zwolniłam kroku.

Dostrzegłam   na   jego   twarzy   ten   sam   wyraz   pełnego   troski   bólu.   -   Musiało   ją   to 

wykończyć - powiedział. - Tak jak inne dzieciaki. Ktoś napromieniował ją mocą, i to nieźle. 

Ta moc ją wypala. Do diabła, musimy to powstrzymać. Ile jeszcze więzi tych dzieciaków?

-   Tyle,   żeby   rzucać   nimi,   kiedy   tylko   nadarza   się   okazja,   aby   nas   zniszczyć   - 

odparłam. - Zauważyłeś zmianę?

Zmarszczył brwi, spoglądając na twarz śpiącej dziewczynki, którą trzymał na rękach.

- Jest czystsza. Zdrowsza. Nie jest ubrana w łachmany, jak te dzieci z Kolorado.

- Ma na sobie mundur - zauważyłam. - I jest wytrenowana. Armia Perły staje się 

faktem. Przypuszczam, że nie jesteśmy na celowniku.

Nadbiegający   zadyszany   agent   Tuner   usłyszał   ostatnią   część   zdania.   Natychmiast 

wyjął telefon, wybrał numer i odwrócił się, żeby porozmawiać. Kończąc rozmowę, odwrócił 

się znów do nas.

- Macie rację - oznajmił, zamykając telefon. - Kwatera główna Straży ma doniesienia 

o pojedynczych atakach wszędzie. Dzieciaki atakują dorosłych Strażników. Strażnicy są zbici 

z tropu, nie wiedzą, co się dzieje.

background image

- Wyjaśnij im wszystko - poleciłam. - Powiedz im, że mamy poważny problem i żeby 

byli w gotowości.

- Chcesz, żeby przygotowali się do walki z dzieciakami?

- Nie żeby przygotowali się obrony - powiedziałam. - Te dzieciaki będą zabijać nas 

bez   wahania.   Zostały   wyszkolone   tak,   żeby   nie   drgnęła   im   powieka.   Jeżeli   któryś   ze 

Strażników się zawaha, zginie.

Nowe   gierki   Perły.   Czasami   jesteś   kretynką,   pomyślałam.   Wykorzystała   dzieci 

Strażników w roli pikadorów, drażniąc nas, wykrwawiając, doprowadzając do furii, którą 

mogła manipulować.

Ale może jednak władza Perły nie była tak doskonała, jak jej się wydawało. Isabel nie 

uderzyła we mnie ze śmiertelną siłą. Powaliła mnie i się wycofała.

Braki w wyszkoleniu? Czy wolna wola?

Nie mogłam za długo się nad tym zastanawiać.

Następnym razem, kiedy spotkam się z Ibby... może będę musiała ją zniszczyć.

Ją, inne dzieciaki... Strażników... ludzką rasę.

Owładnęła mnie chęć zniszczenia, promieniująca jak trucizna.

Ale jeżeli zrobię ten krok, ten ostateczny krok, na pewno nie zadecyduje o tym Perła. 

Będzie to wyłącznie moja decyzja.

Przyglądałam   się   blondynce   śpiącej   w   ramionach   Luisa.   Sprawiała   wrażenie   tak 

niewinnej. Tak kruchej. Miała nie więcej niż osiem, dziewięć lat, była w wieku Glorii Jensen, 

z którą przyjechaliśmy się tutaj spotkać. Zastanawiałam się, kto stracił to dziecko i jak dawno 

temu.

- Potrafię ją powstrzymać. Zabierzmy ją do szpitala, żeby się upewnić, czy nic jej nie 

jest. Poszłam za Luisem i agentem Turnerem w stronę wejścia do szpitala, skąd wybiegli 

właśnie   ochroniarze   i   ratownicy,   pędząc   w   stronę   karetki   stojącej   na   odległym   krańcu 

parkingu. Nie rozbiła się, choć na pewno nie była to przyjemna jazda, miałam jednak litość. 

Robiłam, co mogłam, żeby ochronić pasażerów i żeby nie stało się im nic złego.

Pewnie   się   będą   zastanawiać,   jak   wyjaśnić   brak   dachu   oraz   powstanie   metalowej 

barykady i stosu wilgotnej ziemi wokół niej.

Miałam ważniejsze rzeczy na głowie.

background image

7.

Gloria   Jensen   niewiele   mogła   nam   powiedzieć.   Była   senna   od   środków 

przeciwbólowych, starannie zabandażowana, a złamaną rękę miała na plastikowym temblaku. 

Państwo   Jensen   nie   wiedzieli,   co   zaszło   na   przyszpitalnym   parkingu.   Zdążyli   się   już 

wylewnie przywitać z córką. Usiedli po obu stronach łóżka i co chwila dotykali Glorii, jakby 

nie chcieli spuścić jej z oka nawet na chwilę.

Gloria otworzyła szeroko oczy, gdy mnie zobaczyła. Weszłam sama, Turner i Luis 

zostali na korytarzu z naszą małą napastniczką. Luis utrzymywał ją w sztucznej śpiączce, aby 

powstrzymać dziewczynkę przed dalszym niszczeniem siebie albo wszystkiego dookoła, a 

Turner, jak przypuszczam, wolał nie wchodzić mi w paradę. Coraz baczniej mi się przyglądał.

Gloria nie powiedziała mi nic istotnego. Została zabrana ze szkoły. Usiłowała walczyć 

z   mężczyzną,   który   ją   porwał.   Złamał   jej   rękę,   aby   nad   nią   zapanować,   związał   ją, 

zakneblował i wrzucił do bagażnika swojego samochodu.

- Później, po bardzo długim czasie pojawił się drugi mężczyzna - powiedziała. - Nie 

wiem, jak się tam dostał. Po prostu bagażnik nagle się otworzył, a on wydostał mnie stamtąd i 

oddał policjantowi, a potem znów zniknął. Później przywieźli mnie tutaj.

Rashid. Ściszony ton głosu Glorii potwierdzał, że wyczuła, iż mężczyzna, który ją 

uratował, jest w jakimś sensie inny.

- Ten pierwszy mężczyzna - zagadnęłam. - Znałaś go? Widziałaś go wcześniej? Gloria 

skinęła głową, a małe warkoczyki podskoczyły jej przy twarzy.

- Był na obozie zeszłego lata - odpowiedziała. - Nazywał się Holden. Nie podobało mi 

się tam, więc tata zabrał mnie do domu. Ale Brianna została.

- Brianna - powtórzyłam. - To twoja przyjaciółka?

-   Tak.   Jej   rodzice   dużo   podróżują.   Spędza   ze   mną   wiele   czasu.   Ale   jej   się   tam 

podobało.   -   Zaspana   twarz   Glorii   przybrała   wyraz   niechęci.   -   Starali   się   być   mili,   ale 

widziałam, że nie są. Powiedziałam tacie, że chcę wracać, i mnie zabrał. Bri-Bri nie chciała 

jechać.

- Brianna jest w twoim wieku? - zgadywałam. - Ma jasne włosy splecione w dwa 

warkocze? Gloria była tak zaskoczona, jakbym nagle machnęła czarodziejską różdżką i z 

powietrza wyczarowała słonia.

- Tak, to Bri! Skąd wiesz?

-   Magia   -   wyjaśniłam   z   poważną   miną,   a   ona   uśmiechnęła   się   rozpromieniona.   - 

Glorio, chcę, żebyś coś zrozumiała. Ty i twoi rodzice nie jesteście bezpieczni. Ci ludzie mogą 

background image

przyjść po ciebie znowu. Moim zdaniem będą próbowali. Musisz być uważna, zgoda? I... - 

Spojrzałam na matkę Glorii. - I musisz zostać przeszkolona, żebyś rozumiała, co cię czeka.

Matka Glorii skrzywiła się, a potem skinęła głową. Delikatnie poklepała córkę po 

ramieniu.

-   To   dlatego,   że   jesteś   wyjątkowa,   skarbie   -   powiedziała.   -   Tak   jak   ja   kiedyś. 

Wytłumaczę ci, co to oznacza. Gloria spojrzała na nią przez ramię.

- Ja już to wiem, mamo - stwierdziła spokojnie. - Oglądałam wiadomości. To magia, 

prawda? Jak ci ludzie, którzy potrafią wywołać deszcz.

-   Tak.   -   Matka   Glorii   westchnęła   ciężko.   -   Mniej   więcej   się   zgadza,   twoja   moc 

prawdopodobnie   będzie   związana   z   pogodą.   Tak   jak   moja.   -   Pani   Jensen   znowu   ostro 

spojrzała w moją stronę. - Czy Strażnicy będą ją chronić?

- Obawiam się, że Strażnicy w tej chwili nie są w stanie ochronić samych siebie - 

powiedziałam. - Musicie pilnować jej sami.

Ruszyłam do wyjścia, ale powstrzymał mnie błagalny wzrok Glorii Jensen.

-   Jesteś   dzielna,   Glorio   Jensen   -   powiedziałam,   ujmując   jej   drobną   dłoń.   -   Nie 

pozwolisz, żeby to cię zatrzymało. Wiem, jak się bałaś tam, w samochodzie, wyczuwałam to. 

I wiem, jak cierpiałaś. Ale jesteś silna. Na pewno któregoś dnia staniesz się wspaniałym 

Strażnikiem.

- Ale nie teraz?

- Nie - odparłam. - Nie teraz. I nie powinnaś pozwolić, żeby ktoś cię do tego zmuszał. 

Ścisnęłam ją za rękę i wlałam w nią trochę uzdrowicielskiej siły Luisa, która wyzwoliła w jej 

oczach blask i w pewnym stopniu pokonała strach i ból. Później ukłoniłam się jej rodzicom i 

wyszłam.

Wcześniej jednak przyszło mi do głowy jeszcze jedno pytanie, które zadałam jej ojcu. 

Odpowiedź nie zaskoczyła mnie wcale.

Brianna,   według   listy,   którą   dokładnie   przestudiowałam,   nazywała   się   Kirksey   i 

znajdowała   się   w   szpitalu   w   La   Jolla,   czyli   tu,   gdzie   właśnie   byliśmy.   Kiedy   Turner 

skontaktował się z funkcjonariuszami głównej kwatery Strażników, dowiedział się, że rodzice 

Brianny  niezupełnie  podróżowali...  Nie  żyli.  Zginęli   w   niedawnej   potyczce  Strażników   z 

czymś na Florydzie, nie wiadomo, czy to coś miało naturę paranormalną. Ale nie ulegało 

wątpliwości, że oboje zginęli. Ich ciała znaleziono niedawno.

- Myślisz, że zabijają rodziców? - zapytał spięty Luis. - Po to, żeby zabierać te dzieci, 

które okażą się przydatne? - Nie miałam wątpliwości, że mówi o śmierci Manny'ego i Angeli. 

Ja jednak miałam wrażenie, że za tym atakiem nie stała Perła. Według mnie był on raczej 

background image

wynikiem porachunków między ludźmi.

- Może to zwykły wypadek - zastanawiał się Turner. - Biedny dzieciak. Jest sierotą i 

nawet o tym nie wie. Myślicie, że przez cały ten czas była na Ranczu?

- Wątpię - powiedziałam. - Szkoła zgłosiłaby jej zaginięcie, chyba że powiadomiono 

ją o przeprowadzce. Może ktoś ukrył sprawę, informując władze, że jest... jak to się mówi? 

Nauczana w domu.

- Jeśli tak, mogli mieć ją przez cały ten czas. - Turner jęknął. - A Jensen mógł zabrać 

to dziecko do domu.

-   To   nie   jego   wina.   -   Kiedy   dwaj   mężczyźni   spojrzeli   na   mnie,   wzruszyłam 

ramionami. - Chciała zostać. Pan Jensen nie mógł więc jej stamtąd zabrać. Miał to być obóz i 

przypuszczam, że Brianna miała wtedy pozwolenie rodziców.

- Ile? - zapytał Luis. - Ile dzieciaków było na tym obozie? Właśnie to pytanie zadałam 

ojcu Glorii, wychodząc z jej pokoju.

-   Setki   -   odpowiedziałam.   -   A   obóz   zorganizowano   tutaj,   w   Kalifornii,   nie   w 

Kolorado.

Obóz znajdował się w Kolorado, kiedy go odkryliśmy, ale zniknął bez śladu, zanim 

Strażnicy i Ma'atowie zdążyli  się zjawić, żeby dokończyć  zadanie. Perła zatarła wszelkie 

ślady.

Nie byłam teraz już pewna, czy to było jedyne miejsce, w którym przetrzymywali 

dzieci. Może mieli takich miejsc dziesiątki, porozrzucanych po całym świecie. Perła nie była 

już fizycznie obecna na Ziemi jak Wyrocznia. Mogła znajdować się gdziekolwiek. Wszędzie. 

Jak pająk na środku mrocznej, delikatnej pajęczyny mocy. Atak Branny był rodzajem kpiny z 

nas.

Patrz, mogę zabrać dziecko z twojego rodzinnego miasta, wyszkolić je i wysłać za 

tobą,   dokądkolwiek   mi   się   zamarzy.   Przecież   Perła   mogła   wykorzystać   jakieś   dziecko   z 

Kalifornii. Ale celowo zadała sobie trud, sprowadzając tu Briannę i posługując się nią ze 

świadomością, że dowiemy się, kim jest.

Miałam listę i środki, żeby wytropić dzieci, ale ona pozastawiała na mnie pułapki. 

Każde nazwisko, którego dotykałam w nadziei, że odnajdę dziecko, stawało się kanałem, 

przez który mogłam spodziewać się ataku. Z pewnością nie w każdym przypadku tak było, 

wiedziałam, że może zaatakować jedynie przez połączenie z dzieckiem, które znajdowało się 

pod   jej   kontrolą.   Ale   nie   miałam   możliwości,   aby   się   dowiedzieć,   które   drzwi   można 

bezpiecznie otworzyć, dopóki rzeczywiście ich nie otworzę i nie zobaczę, co czeka po drugiej 

stronie.   Miły   dylemat,   który   z   pewnością   ma   związek   z   jej   po   -   I   czuciem   ironii. 

background image

Przechytrzyłam   Perłę,   zdobywając   listę.   I   Ale   ona   przechytrzyła   mnie,   niszcząc   jej 

przydatność.

- Setki dzieciaków - powtórzył jak echo Turner, był przerażony. - Myślicie, że to 

wszystkie dzieciaki Strażników?

- Możliwe, że nie. Prawdopodobnie porywa też inne dzieciaki, żeby nas zmylić. Nawet 

dzieci, które mają moc, są nią obdarzone w różnym stopniu. Perła zatrzyma tylko te, które 

okażą   się   najcenniejsze.   Pozostałe...   Pozostałe   są   zbędne.   -   Spojrzałam   na   Briannę   i 

pomyślałam o Ibby, jej miniaturowym mundurze i trucicielskiej ciemności w oczach. Czy 

Ibby też jest zbędna?

Nie.

- O czym myślisz? - spytał mnie Luis. Delikatnie dotykał czoła Brianny, nadzorując 

jej sen, ale jednocześnie odczytywał wyraz mojej twarzy.

-   Myślę   o   historii   -   powiedziałam.   -   O   twojej   historii,   nie   mojej.   Dzieci   były 

wykorzystywane   do   walki   w   wielu   epokach.   I   są   wykorzystywane   nadal,   w   niektórych 

częściach twojego świata. Łatwo je wyszkolić, łatwo je zastąpić. Raczej nie można mieć 

wątpliwości, że dla Perły stały się przydatne do walki z ludzkością, ale dżinny... dżinny, 

ogólnie rzecz biorąc, nie mają skrupułów. Oczywiście, znajdą się i tacy, którym żal będzie 

ludzi, zwłaszcza  wśród  nowych  dżinnów. Ale dla innych  ludzie niezależnie od wieku są 

zbędni.   W  kategoriach   zagrożenia  dziecko  nie   różni  się   niczym   od  dorosłego  człowieka. 

Rozumiesz?

- Nie - odpowiedział.

- Dzieci są bronią przeciwko Strażnikom - wyjaśniłam. - Nie przeciwko dżinnom. A 

ona walczy przecież z dżinnami. Luis westchnął ciężko.

- Chcesz powiedzieć, że ma w zanadrzu coś jeszcze. Coś gorszego.

- Myślę - zaczęłam, przyglądając się niewinnej twarzy śpiącej Brianny - ... że musimy 

powstrzymać Perłę, zanim uda jej się dokończyć batalię ze Strażnikami i rozpętać prawdziwą 

wojnę, bo inaczej moje możliwości nie wystarczą.

- Aby powstrzymać dżinny przed zrobieniem tego, co Ashan polecił tobie?

- Tak - odpowiedziałam łagodnie. - Czuję się jak zwierzę w pułapce, Luis. Co jeszcze 

będę musiała sobie odciąć, żeby przeżyć?

Bezwiednie powędrował wzrokiem ku mojej dłoni, a potem go odwrócił. Zacisnęłam 

metalowe palce, metal był  zimny w dotyku. Uniosłam pięść i rozpostarłam ją. Na brązie 

znajdował   się   delikatny   szkic   linii   i   spirali   moich   odcisków   palców,   a   wzory   na   moich 

dłoniach były odbiciem tego, kim byłam w cielesnej postaci. Potarłam palcami o siebie i 

background image

poczułam moją fantomową dłoń.

- Czy zbadał ją lekarz? - spytałam. Luis skinął głową. - Więc musimy ją obudzić. 

Ostrożnie. Możesz zablokować jej dostęp do mocy?

-   Niewykluczone,   że   tak   -   odpowiedział.   -   To   zależy.   Mogę   spróbować. 

Niebezpiecznie   było   przebywać   ze   Strażnikiem   Ognia   w   szpitalu,   gdzie   tyle   kruchych   i 

delikatnych istnień mogło zostać narażonych na ryzyko. Wiedziałam, jak Brianna się czuje. 

Mogliśmy   nad   nią   zapanować,   ale   niezupełnie.   I   nie   bez   wysiłku.   Istniały   zasady 

zablokowania,   a   nawet   odebrania   mocy,   ale   były   trudne   i   czasochłonne,   wymagały   też 

wyjątkowo   delikatnych   działań.   Mimo   największej   staranności,   pewien   procent   osób   im 

poddanych zostawał kalekami, szaleńcami lub ginął.

Przeprowadzenie takich zabiegów na dziecku wydawało mi się nie do pomyślenia. 

Wiedziałam, że Luis postara się, żeby interwencja okazała się jak najmniej inwazyjna. Trzeba 

ją było uciszyć. Mimo wszystko jednak przedsięwzięcie wydawało się ryzykowne.

Choć mniej ryzykowne niż pozostawienie jej w spokoju, aby mogła uderzyć, kiedy 

zechce.

Skinęłam   głową   i   Luis   zdjął   blokady,   które   utrzymywały   Briannę   w   sztucznej 

śpiączce. Wybudziła się tak szybko, jakby ją popychała jakaś dodatkowa siła. Dziewczynka 

otworzyła   oczy   -   były   surowe   i   skupione.   Żadnej   dezorientacji,   tylko   bystre,   czujne 

spojrzenie.

Luis przycisnął palce do jej skroni i zamarł z opuszczoną głową. Skupiał się. Źrenice 

Brianny rozszerzyły się, a jej zaczęło brakować tchu pod wpływem złości i frustracji. Dłonie 

dziewczynki   otwierały   się   i   zaciskały   w   pięści   konwulsyjnie,   ale   nie   wykonała   żadnego 

innego ruchu.

Wyczułam, że nie mogła.

-   Brianno   -   odezwałam   się,   siadając   na   brzegu   jej   małego,   wysokiego   łóżka   i 

spoglądając  jej  głęboko  w oczy. Dostrzegłam  w  nich odbicie... czegoś  więcej.  - Brianno 

Kirksey. Nazywam się Cassiel. Wiesz, kim jestem?

Nie miałam wątpliwości, że mnie zna. Nienawiść w jej oczach była zdumiewająca. 

Wykrzywiała jej twarz, wyginała ciało tak, jakby chciała się na mnie rzucić.

- Nienawidzę cię! - Jej przerażająco głośny krzyk odbijał się echem od surowych ścian 

i płytek, jakby co najmniej gromada dzieci wykrzykiwała te słowa. - Nienawidzę cię!

Pościel   zaczęła   dymić   i   agent   Turner   pojawił   się,   żeby   zdusić   ogień.   Jego   siła   z 

pewnością   nie   dorównywała   sztucznie   wywołanej   sile   małej   Brianny,   ale   był   w   stanie 

poradzić sobie z ubocznymi skutkami złości dziewczynki. Na razie.

background image

-   Wiem,   że   mnie   nienawidzisz   -   kontynuowałam.   -   Nienawidzisz   mnie,   bo 

powiedziano ci, że dopuściłam się potwornych rzeczy.

- Zabiłaś ich! - krzyknęła i opadła na poduszki pod uspokajającym wpływem Luisa, 

rzucając się w niekontrolowany sposób. - Zabiłaś moich rodziców! Widziałam to!

Aha.   To   w   ten   sposób   Perła   zapewniała   sobie   lojalność   swoich   żołnierzy, 

przynajmniej tych skierowanych przeciwko mnie; pokazywała im przerażający obraz ze mną 

jako czarnym charakterem w roli głównej. W rzeczywistości to Perła, a raczej któryś z jej 

zaufanych  podwładnych  zabił rodziców Brianny, upodabniając zabójcę do mnie. Całkiem 

możliwe,   że   Briannie   pokazano   odpowiednio   zmontowane   zdjęcia   albo   film,   z   których 

wynikało,   że   to   ja   jestem   wszystkiemu   winna.   Dzieci   przyjmowały   wszystko   bardzo 

dosłownie. Nie miała powodu sądzić, że ktoś ją okłamuje.

Nie było najmniejszego sensu przekonywać Brianny, a raczej usiłować jej przekonać, 

że to nie ja zabiłam jej rodziców. Przerwałam rozmowę i spojrzałam na Luisa i Turnera.

- Pójdę - powiedziałam. Skinęli głowami. Tunerowi najwyraźniej ulżyło, Luis miał 

zawziętą minę, ale przecież skupiał prawie wszystkie wewnętrzne siły na dziewczynce.

Słyszałam   jej   krzyki,   idąc   przez   korytarz,   później   jednak   umilkła.   Oparłam   się   o 

ścianę z zamkniętymi oczami i nasłuchiwałam jej głosu, łez i złości.

Nie   jestem   twoim   wrogiem,   posłałam   do   niej   myśl,   chociaż   Brianna   ani   jej   nie 

usłyszała,   ani   nie   chciała   usłyszeć.   Została   dogłębnie   zraniona,   jeżeli   nie   fizycznie,   to 

psychicznie. Jej ból był ceną za determinację Perły, aby usunąć mnie ze swojego równania.

Uśmiechnęłam się dziko. Zobaczymy, siostro, pomyślałam. Zobaczymy, kto wygra.

Wyjęłam szkatułkę z listą z kurtki i przytrzymałam ją w prawej dłoni. Tym razem 

zaskakująco trudno było ją otworzyć protezami palców lewej dłoni. W końcu mi się udało, 

chwyciłam listę i zaczęłam przeglądać rząd nazwisk. Tylu nazwisk. Tylu dzieci, z których 

każde narażone było na wielkie ryzyko.

Na pewno jest coś, co mogę zrobić. Kiedy dotykałam nazwisk metalowym palcem, 

poczułam   odległe   echo.   Nie   był   to   ten   sam   intensywny   kontakt,   jakiego   doświadczyłam 

wcześniej, przypominał bardziej szept, coś na krawędzi świadomości.

Metal wytwarzał barierę obojętności pomiędzy mną a mocą listy. Poczułam przypływ 

zainteresowania,   niemal   nadziei   i   z   trudem   nad   nim   zapanowałam.   Nie   ma   dowodów, 

pomyślałam. Dopóki Perła nie zaatakuje i nie uda jej się mnie dotknąć.

Usiadłam   na   pobliskiej   ławce   i   spróbowałam   jeszcze   raz,   dotykając   pierwszego 

nazwiska, a potem kolejnego. Doświadczyłam pogmatwanych, niewyraźnych odczuć. Zwykłe 

życie, pomyślałam. Nic, co mogłabym bez trudu wychwycić. Przesuwałam palcem po liście, 

background image

dopóki nie wyczułam czegoś niezwykłego.

Intensywne,   dzikie   wrażenie.   Zawładnęło   mną   na   chwilę,   a   później   poczułam 

wyraźnie. Wściekłość. Strach. Przerażenie.

Zerknęłam na nazwisko pod palcem.

Alex Carter. La Jolla, Kalifornia. Działo się to tutaj, dokładnie tutaj.

Wzięłam oddech i położyłam palec wskazujący prawej, cielesnej ręki na nazwisku 

Alexa i wzdrygnęłam się, kiedy przetoczyła się przeze mnie fala odczuć, przenikając moje 

nerwy do żywego. Wraz ze strachem i bólem przyszła świadomość, pewna i instynktowna.

Wiedziałam, gdzie jest. I nie był wcale daleko.

Zatrzasnęłam   listę,   zamknęłam   szkatułkę   i   wsunęłam   do   kieszeni   kurtki.   Ciągle 

słyszałam zaspany, wściekły głos Brianny, przerywany głosem Luisa albo Turnera.

Nie, pomyślałam. Ta sprawa należy do mnie, do mnie.

Jak   na   zawołanie,   kiedy   kierowałam   się   do   wyjścia,   zadzwonił   mój   telefon 

komórkowy. Odebrałam, nie patrząc na wyświetlacz.

- Rashid - powiedziałam. Żadnej reakcji. - Rashid, gdzie jesteś? Cały czas śledzisz 

faceta,  który uprowadził  Glorię?  Przywitał  mnie   szum  zakłóceń,   zakłóceń  wśród  których 

usłyszałam głos dżinna.

- ...pomocy... - Nie był już dumny. Nie był już pewny siebie. Bał się. A w każdym 

razie takie sprawiał wrażenie.

- Powiedz mi gdzie. Nie odezwał się, ale na wyświetlaczu pojawił się plik danych z 

mapą i pulsującym punktem.

-   Jadę   -   powiedziałam   i   wybiegłam   w   ciemność.   Na   specjalnym   parkingu   przed 

szpitalem stało kilka motocykli.  Włożyłam do stacyjki kawałek drutu i roztopiłam go, po 

chwili płynna masa zastygła, zamieniając się w idealny kluczyk.

To   był   harley   -   najwyraźniej   bardzo   popularna   marka.   Wydawał   mi   się   jeszcze 

większy niż ten, którym jechałam ostatnio, cały chromowany, z ciężkimi sakwami z czarnej 

skóry. W jego liniach dostrzegłam agresję. Złość.

Od razu go polubiłam. Pasował do mojego nastroju.

Otwarłam przepustnicę i motocykl rykiem ruszył sprzed szpitala. Skierowałam się w 

stronę,   gdzie   według   maleńkiej   mapy   znajdował   się   Rashid.   Różany   Kanion   -   nie 

przypadkowo,   nie   miałam   wątpliwości   -   w   tym   samym   miejscu   wyczułam   obecność 

męczonego   dziecka   Strażników,   aleja   Cartera.   Naciskałam   gaz   coraz   mocniej   i   mocniej. 

Światła wokół mnie zlały się w jedną smugę. Pędziłam niebezpiecznie szybko, za szybko 

nawet jak dla dżinna, którym już nie byłam. Ale rzeczywistość była nieubłagana - Rashid 

background image

znalazł się w pułapce, a Alex Carter cierpiał. Groziło mu niebezpieczeństwo. A ja byłam 

przekonana, że jeśli się pośpieszę, mogę im pomóc.

Nie udało mi się.

Skręciłam w boczną uliczkę, skupiona całkowicie na mapie, na tym, żeby znaleźć 

jakąś drogę na skróty. Ciemne budynki migały obok mnie jak czarne plamy.

I nagle coś uderzyło mnie od tyłu. Było to jak silny cios pięści giganta. Motocykl 

ruszył do przodu w niekontrolowanym poślizgu, potem poczułam, że lecę w powietrzu, a 

świat   zawirował   wokół   mnie.   Usłyszałam   brzęk   tłuczonego   szkła   i   rozbijanego   metalu   i 

zobaczyłam odbicie swojej twarzy w lustrze. Nie, nie w lustrze, w szybie okiennej ciemnego 

budynku, w który wbiłam się z prędkością niemal stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, 

rozbijając  szybę   z  taką  siłą,  że  duża  jej   część  zamieniła   się niemal  w  proch.  Krawędzie 

szklanej tafli okazały się jednak śmiertelnie ostre i poczułam, że szarpią moje ciało jak zęby 

rekina, tyle że przez jedną krótką chwilę. Potem uderzyłam w ścianę i poleciałam do tyłu. W 

miejscu, w które wcześniej uderzyłam, dostrzegłam plamę krwi ... a potem leżałam na ziemi, 

nieruchomo,   widziałam   tylko   w   górze   kołyszące   się   światła.   Usłyszałam   odgłos   butów 

miażdżących szkło.

Spoglądał na mnie dżinn. Rashid. Przystojny, egzotyczny i zupełnie beznamiętny.

- Jesteś ciężko ranna - stwierdził. - Co obetniesz sobie tym razem, żeby się uratować, 

Cassiel? Głowę? Byłoby zabawnie.

Odwróciłam się na brzuch i próbowałam powoli wstać, podpierając się na rękach i 

kolanach.

Ciężki but Rashida wbił mi się w plecy, wgniatając mnie twarzą w potłuczone szkło. 

Być może krzyknęłam. Czułam jednak spokój i usiłowałam logicznie myśleć. Ale nie mogłam 

się podnieść.

-   Rashid   -  powiedziałam   i  odwróciłam   twarz   na   bok,  spoglądając   na   niego   przez 

splamione krwią jasne włosy. - Wcale nie wyglądasz, jakbyś potrzebował pomocy. - W moim 

głosie było coś dziwnego. Lekkość, beztroska, niemal obojętność. Mój wewnętrzny dżinn 

wyłaniał się jak potwór z ciemności.

Rashid spojrzał na mnie z góry. Powoli uniósł brwi i otworzył szerzej oczy. - Od 

ciebie? - spytał i ziewnął, ukazując ostre jak igły zęby. - Ja miałbym potrzebować pomocy? 

Nie. Nigdy.

- Ktoś do mnie zadzwonił - wytłumaczyłam. - Ktoś, kto podszywał się pod ciebie. 

Dostałam mapę. Przyjechałam, żeby cię ratować.

- Zabawne - skwitował. - Ale bez znaczenia. Nie jestem aż tak przeczulony, żeby się 

background image

tym przejmować, żeby obrażać się o coś, co nawet mnie nie dotyczyło.

-   A   powinieneś   -   powiedziałam.   -   Jeżeli   nie   zostałeś   stworzony   przez   Perłę. 

Wykorzystuje cię, żeby mnie do siebie zwabić. Czy to cię nie obraża?

Ciężar jego buta na moich plecach zelżał. Rashid niemal kocim ruchem przysiadł na 

piętach obok mnie i wpatrywał się we mnie z nieludzką intensywnością.

- Nie jestem przez nikogo stworzony.

- Tak mi się właśnie wydawało - podjęłam. - A jednak mnie zaatakowałeś. - Byłam 

ranna, co prawda nie śmiertelnie, ale nie chciałam, żeby zobaczył jak bardzo. - Skoro nie 

należysz do niej, to dlaczego mnie zaatakowałeś?

-   Nie   zaatakowałem   cię.   -   Rashid   wzruszył   ramionami.   -   Tylko   zobaczyłem   twój 

wypadek. Dlaczego miałbym na ciebie napadać? Co ja mam z tym wspólnego?

Przewróciłam się na bok w miazdze potłuczonego szkła i spojrzałam na niego w górę. 

Uniósł brew.

- W takim razie, czyja to sprawka?

- Masz naprawdę imponującą liczbę wrogów - zauważył. - Jednak ja niekoniecznie się 

do nich zaliczam. Przyszedłem zobaczyć, czy jesteś martwa, to wszystko. Byłem ciekaw.

Ciekawy. Akurat. Poczułam przypływ zimnej, chorobliwej złości, ale stłumiłam ją. 

Złość nie pomoże mi poradzić sobie z Rashidem ani z żadnym innym dżinnem, chyba że 

mogłabym walczyć.

- Dziękuję, że sprawdziłeś - powiedziałam, nie mogąc ukryć sarkazmu w głosie. - 

Skoro nie ty...?

- Jakiś człowiek - powiedział to tak, jakby wszyscy byli jednakowi. Z jego punktu 

widzenia najprawdopodobniej tak to właśnie wyglądało.

- Pomóż mi wstać - poprosiłam.

- Będzie boleć.

- Wiem, dziękuję. Pochylił się, wsunął mi rękę pod ramię i podciągnął mnie, żebym 

mogła stanąć. Przytrzymałam się ściany. Krew ciekła ze mnie i plamiła podłogę. Skupiłam się 

mocno na tym, żeby powstrzymać krwotok z ran - z setek ran, małych i śmiertelnych nacięć, 

od których mogłabym wykrwawić się na śmierć.

-   Stoisz   -   zdumiał   się   Rashid.   Był   najwyraźniej   zaskoczony.   Otworzyłam   oczy   i 

spojrzałam na niego. - Cóż, być może chwilowo.

-   Posłuchaj   mnie   -   powiedziałam.   -   Ta   wojna   nie   toczy   się   przeciwko   ludziom, 

rozumiesz?   To   wojna   przeciwko   dżinnom.   Przeciwko   tobie.   Możesz   walczyć   teraz   albo 

później, kiedy Perła będzie o wiele silniejsza. Wybór należy do ciebie.

background image

- Proponujesz mi, żebym walczył po twojej stronie? Biorąc pod uwagę, jak dobrze ci 

idzie do tej pory? Jestem zaszczycony. - Spojrzał w ciemność, jakby nasłuchiwał czegoś w 

oddali. - Coś po ciebie jedzie. Powinnaś uciekać.

- Rashid - prychnęłam. - Walcz ze mną albo zejdź mi z drogi raz na zawsze. Nowe 

dżinny muszą być zawstydzone, że jest wśród nich taki tchórz.

Zamarł,   twarz   mu   znieruchomiała,   oczy   zapłonęły,   a   później   usłyszałam   głuche 

warknięcie,   które   narastając,   odbiło   się   echem   od   ścian.   Szkło,   które   jeszcze   się   nie 

roztrzaskało, pękło w tej chwili z ostrym, głośnym brzękiem.

Później Rashid odwrócił się i oparł przy mnie plecami o ścianę.

- Jeżeli zginiesz - odezwał się - ... nie będzie mi zbyt przykro. Ale nie pozwolę, żebyś 

przeżyła i opowiadała swoje kłamstwa o moim tchórzostwie.

-   Uwierz,   że   mnie   też   nie   będzie   przykro,   jeżeli   ty   zginiesz   -   powiedziałam   i 

zakaszlałam. Krew zrosiła powietrze delikatną mgłą, ale poczułam się lepiej. - Kto po nas 

jedzie?

- Nie kto, tylko: co - sprostował.

Ulica  eksplodowała  z hukiem rozpadającej  się skały. W gejzerze  dymu  oraz pyłu 

fruwały kawałki metalu i kamienia, i coś... podniosło się z gruzów.

Nie.   Powstało   z   gruzów.   Kawałek   po   kawałku,   kamień   po   kamieniu.   Z   bardzo 

niewyraźnie   przypominającym   głowę   głazem.   Ze   straszliwie   powykręcanym   metalem   w 

miejsce   rąk,   zakończonych   ostrymi   pazurami,   które   iskrzyły   od   przepływającego   prądu 

elektrycznego   z   podziemnych   linii   napięcia.   Ciało   ukształtowane   z   gorącego   asfaltu 

naszpikowanego   śmieciami,   metalem   i   krzycząca   twarz   wtopiona   w   tors,   była   to   twarz 

pechowego przechodnia schwytanego w to szaleństwo w chwili śmierci. Kolejna dusza na 

moim sumieniu.

Bestia odwróciła głowę w naszą stronę. Kiedy zaczęła się toczyć z łoskotem w stronę 

budynku, uderzyła w poskręcany wrak harleya, którym wcześniej jechałam, odkształciła go 

jeszcze bardziej i zdeformowała, a potem pochłonęła, wzmacniając swoją zbrojną szatę.

Bestia przypominała golema, którego ktoś wskrzesił. A golem będzie się odradzał bez 

przerwy, dopóki nie zostanie zniszczone nasienie, z którego powstał.

Ale szukanie nasienia przypominałoby szukanie igły w stogu siana.

- Nie jest dobrze - powiedział Rashid. - Wiesz, jak to powstrzymać?

- Teoretycznie.

- Poza teorią nie masz nic - prychnął. - Przyjdzie po jedno z nas i nie zwróci uwagi na 

drugie; niezależnie od tego, które z nas wybierze, drugie musi podjąć działania. I żadnego 

background image

gadania o tchórzostwie czy hańbie, bo inaczej odetnę ci drugą rękę i cię nią nakarmię.

Miałam wrażenie, że nie żartuje.

- Jeżeli upadnę... - zaczęłam.

- To nie żyjesz - odpowiedział. - A ja mogę odejść, nie dając powodu do dalszych 

obelg na temat mojej odwagi. Wydaje mi się zatem, że byłoby lepiej, gdybyś  nie umarła, 

jeżeli chcesz, żebym walczył z tobą przeciw twoim wrogom.

Uśmiechnęłam się do niego, pokazując zakrwawione zęby.

Rashid, z powodów, których nie byłam w stanie pojąć, roześmiał się i odsunął ode 

mnie,   wychodząc   naprzeciw   czekającego   potwora.   Z   każdym   krokiem   robił   się   coraz 

większy. Rósł w oczach, mając za nic jakiekolwiek ludzkie zasady.

Kiedy znalazł się tuż obok golema, był mu prawie równy.

Uchylił   się   przed   nikczemnymi,   wyszczerbionymi   szponami   bestii,   przystawił   mu 

ramię do piersi i pchnął go w tył z ogłuszającym zgrzytem metalu trącego o kamień. Golem 

cały   czas   się   formował,   cały   czas   uczył   się   siły   i   równowagi,   które   zmieniały   się,   gdy 

pochłaniał coraz nowsze szczątki, nową masę ze zniszczonej ulicy. Kiedy uderzył o smukły 

metalowy słup latarni, światło rozbłysnęło, zamigotało i cała konstrukcja zgięła się i skręciła, 

oplatając golema jak winorośl. Przez sekundę myślałam, że jest w pułapce, że to Rashid go 

spętał, ale golem po prostu wchłonął metal, wyrywając słup z betonowych fundamentów.

Zmylił Rashida ogłuszającym hukiem, jakby walącej się budowli, a kiedy Rashid się 

cofnął, golem odwrócił się i podbiegł do mnie wstrząsającym ziemią truchtem. Jednak to ja 

byłam jego prawdziwym celem. A golema nie dało się po prostu zabić.

Jak powiedział wcześniej Rashid: ponieważ to mnie chciał zniszczyć golem, jedynym 

moim zadaniem było przeżyć. Rashid natomiast miał tak wykorzystać nastawiony na jeden 

cel umysł golema, żeby go zniszczyć. Teoretycznie powinnam doznać ulgi na myśl o tym, że 

kiedy uciekałam i walczyłam o życie, był ktoś, kto wysilał się, żeby zapewnić mi przeżycie.

A ponieważ tym kimś był Rashid, nie miałam żadnej gwarancji, że podejdzie do tego 

zadania z pełnym zaangażowaniem. Nie zachęcało mnie to do ryzyka.

Typowa   obrona,   jaką   mógłby   zastosować   człowiek,   żeby   odeprzeć   atak,   wobec 

golema byłaby bezużyteczna. Wszystko, czym rzuciłabym w golema, zostałoby przez niego 

wchłonięte   i   przyczyniłoby   się   do   tego,   że   urósłby   jeszcze   bardziej   w   siłę.   Dlatego 

postanowiłam,   że   będę   uciekać.   Wysadziłam   dziurę   w   ścianie   na   tyłach   zdemolowanego 

sklepu z ciuchami, jak sobie później uzmysłowiłam. W sklepie stały upiornie nieruchome 

figury manekinów, zamarłe w dziwacznych pozach. Wywołałam już spore zniszczenia, które 

jednak były niczym w porównaniu z tym, co zaraz miał zrobić golem, a ja nie mogłam zrobić 

background image

nic, żeby temu zapobiec, nawet gdybym chciała.

Czułam   się   teraz   niebezpiecznie   osłabiona   i   potrzebowałam   uzdrowienia.   Energia, 

którą zaczerpnęłam od Luisa, w normalnych  okolicznościach wystarczyłaby,  żebym sobie 

poradziła, ale te okoliczności były dalekie od normalnych. Potrzebowałam większej ilości 

energii.

Będzie go to bolało, ale musiałam ją mieć. W tej chwili od tego zależało moje życie.

Przystanęłam, oparłam się o ścianę i otworzyłam połączenie między nami, poszerzając 

je do maksimum. Napłynęła do mnie moc, zalewając moje żyły złotem, wymywając ból i 

zmęczenie. Rany się zagoiły, ale tylko na tyle, żeby zapobiec utracie krwi. Bliznami trzeba 

będzie   zająć   się   później.   Uniknęłam   złamań,   ale   miałam   kilka   wewnętrznych   urazów. 

Zrobiłam, co mogłam i zgromadziłam ostatni cenny zapas energii.

Wyczuwałam ból Luisa z powodu tego, co zrobiłam. Przepraszam, wyszeptałam przez 

połączenie. Zostawiłam go bezbronnego, niemal zniszczonego. Nie mógł mi dać nic więcej. 

Wykorzystałam następny wybuch mocy, żeby wysadzić w ścianie dziurę mniej więcej moich 

rozmiarów,   potem   jeszcze   wyważyłam   drzwi   w   kolejnej   ścianie   i   przedarłam   się   przez 

chmurę duszącego pyłu, potykając się o jedną z toczących się cegieł, i wyszłam z drugiej 

strony budynku, na wąską dróżkę na tyłach. Nad drzwiami wisiał odrapany, brudny szyld z 

nazwą firmy, tuż po lewej stronie stał wielki, zniszczony metalowy śmietnik. Przebiegłam 

uliczką najszybciej, jak mogłam, pognałam kolejną boczną ulicą niemal w zupełną ciemność. 

Nie zatrzymywałam się nawet na chwilę.

Słyszałam za sobą bezustanny chrobot golema, wchłaniającego wszystko, co stanęło 

mu na drodze. Gigantyczny metalowy kontener na śmieci wydał  niemal organiczny pisk, 

kiedy golem rozdzierał go, deformował i wykorzystywał do zbudowania swojego ciała. Z 

każdą chwilą potwór stawał się coraz większy, silniejszy, cięższy i bardziej niebezpieczny dla 

mnie oraz dla wszystkiego, co stanie mu na drodze. Pobiegłam w stronę szerszej, oświetlonej 

ulicy, którą przejeżdżały samochody. Wyskoczyłam na jednię tuż przed nadjeżdżający pojazd. 

Był  to van. Zahamował z piskiem opon, a spod przypalonych  opon wydobyła  się cienka 

smuga białego, cierpkiego dymu. Przez szybę dostrzegłam przerażoną twarz dobrze ubranego 

mężczyzny i o wiele młodszej dziewczyny, która niemal z pewnością nie była jego żoną. 

Szarpnęłam drzwi od strony kierowcy i otworzyłam.

- Wynocha - zwróciłam się do mężczyzny. Gapił się na mnie z szeroko otwartymi 

ustami, coś syknął,  a ja rozpięłam pas, którym  był przypięty,  chwyciłam  go za kołnierz, 

wywlokłam z samochodu i posadziłam na chodniku. Podniósł się i biegiem zniknął z drogi; 

dziewczyna siedząca na miejscu pasażera patrzyła za nim, a potem spojrzała na mnie szeroko 

background image

otwartymi oczami.

- Wisisz mi pięćdziesiąt dolców, suko - oznajmiła. - Jeszcze mi nie zapłacił.

-   Daruję   ci   życie   -   powiedziałam.   -   Możesz   uznać   to   za   napiwek,   na   który   nie 

zasługujesz. Wysiadła, kiedy ja zatrzaskiwałam drzwi kierowcy i zanim oddaliła się o krok, 

wcisnęłam pedał gazu, przyśpieszając gwałtownie. Opuściłam szyby i patrzyłam we wsteczne 

lusterko.   Widziałam   iskry,   kiedy   waliły   się   linie   wysokiego   napięcia,   niebieskobiałe 

płomienie, kiedy wybuchały za mną transformatory.

Golem był czarny, rzucał cień w blasku gwiazd, przerażający tym bardziej, że był taki 

bezkształtny.

Dojechałam   vanem   do   zakrętu   i   znów   przyspieszyłam,   kierując   się   na   północ. 

Rashidowi najwyraźniej nie udało się wykonać zadania - nie odnalazł i nie zniszczył nasienia, 

z którego golem czerpał moc, więc musiałam wymyślić plan awaryjny. I to szybko.

Świeża bryza przyniosła zapach oceanu i odgłos fal uderzających o brzeg.

Woda. Oczywiście.

Na   pierwszym   możliwym   zakręcie   na   zachód   ruszyłam   w   stronę   wybrzeża.   Na 

szczęście znajdowałam się blisko. Zerkając we wsteczne lusterko, zorientowałam się, że choć 

obszar poza mną spowijała ciemność, czarna jak atrament i nieprzenikniona, jednak widać 

było ruch. Błysk metalu. I nieustanny metaliczny zgrzyt, jakby potężny silnik za mną bez 

przerwy rozdzierał świat.

Nagle na siedzeniu pasażera pojawił się Rashid. Wiedziałam, że nie jest związany 

fizycznym ciałem. Jeśli dżinn został zraniony zbyt głęboko, aby to zranienie mogło zostać 

uleczone w eterycznym ciele, pozostawało ono widoczne w każdej fizycznej postaci, jaką 

przybierał.

Rashid wyglądał na... pokonanego. Na nagiej piersi w kolorze indygo  zobaczyłam 

długie rozcięcie, krew miał na twarzy, na dłoniach, rękach... i nie była to krew golema. Golem 

nie krwawi.

Siedział przez chwilę nieruchomo, z trudem łapiąc oddech, a w końcu odchylił głowę i 

oparł o zagłówek.

- Nie mogę się do niego przebić. Jest za silny.

- Poddajesz się - skwitowałam. - Ty. Rashid potężny. Rashid butny.

-   Daruj   sobie   -   powiedział   i   poirytowany   otarł   krew   z   twarzy,   a   później   zrobił 

zniesmaczoną   minę   i   wyczyścił   purpurowe   plamy   z   siedzenia   vana.   -   Masz   potężnych 

wrogów jak na kogoś, kto już odpadł. Dlaczego tak strasznie chcą cię zabić?

- To cały mój urok.

background image

- Ach, to wiele wyjaśnia. - Rashid lekko zadrżał, a ja dostrzegłam, że rozcięcie na jego 

piersi   zrasta   się   w   paskudną   bliznę.   Zdrowiał,   ale   niezupełnie   w   takim   tempie,   w   jakim 

powinien   zdrowieć   dżinn.   Rana,   którą   odniósł,   musiała   być   głęboka   i   sięgać   poziomu 

eterycznego.   -  Musisz   opuścić   to   miejsce.   Golem   będzie   miał   ograniczony  zasięg.   Jeżeli 

odjedziesz...

-  Pójdzie  za  mną,  będzie  coraz  większy  i  zniszczy wszystko,  na  co  się natknie  - 

powiedziałam. - Nie jestem dżinnem. Nie mogę przeskoczyć z jednego miejsca w drugie, 

żeby zakłócić ślad. Wcześniej czy później mnie znajdzie, a im więcej czasu mu to zajmie, tym 

silniejszy się stanie.

- W takim razie nie masz szans, żeby wygrać. - Rashid na chwilę zamknął oczy.

- Nie poddam się.

- To jak zamierzasz... - Rashid zamilkł, kiedy skręciłam kierownicą, a samochód z 

piskiem opon niemal rozbił się o bok budynku, gdy pędziłam kolejną boczną uliczką. Była to 

ostatnia z przemysłowych  dzielnic. Za nią, wzdłuż morza, ciągnął się długi pas równego 

asfaltu. Dalej znajdowały się już tylko  parkingi, metalowe  barierki i skaliste wybrzeże  z 

szalejącym,   mrocznym   oceanem   w   tle,   rozświetlonym   blaskiem   księżyca.   -   Nie   mówisz 

poważnie.

- Trzymaj się - powiedziałam do Rashida i z głośnym hukiem i odgłosem ocierającego 

się metalu wjechałam na krawężnik, żeby dostać się na jeden z opustoszałych parkingów. 

Pomiędzy parkingiem a promenadą, po której w słoneczny dzień zapewne spacerują ludzie, 

napawając się pięknymi widokami, znajdowała się solidna metalowa barierka.

Wcisnęłam   gaz   do   dechy,   zwiększyłam   prędkość,   aż   silnik   zawył.   Samochód 

przyśpieszył, podskoczył, a jego masa i pęd pokonały metalową barierkę. Opony zaskoczyły i 

pchnęły nas do przodu, ponad zgniecioną stalą. Poczułam, że jedna  pęka i wybucha,  ale 

pozostałe wytrzymały. Za nami z ciemności wyłonił się golem, czaił się o krok za nami. Był 

teraz wysoki jak budynek w centrum miasta - chwiejąca się masa zdartej nawierzchni jezdni 

naszpikowana pochłoniętymi  odpadami, samochodami i pechowcami, którzy weszli mu w 

drogę. Koszmar wyciągał rękę w stronę vana i wymachiwał kończyną, która w niewielkim 

stopniu przypominała dłoń.

Metalowe kolce wielkości dźwigarów przebiły dach vana i przyszpiliły samochód do 

skały. W unieruchomionym vanie silnik zawył, opony płonęły, a ja uświadomiłam sobie, że to 

koniec. Nie przeżyjemy tego.

- Uciekaj! - krzyknęłam do Rashida i wyskoczyłam drzwiami po mojej stronie. Nie 

czekałam, żeby sprawdzić, czy mnie posłucha, wiedziałam, że nie mam czasu. Golema dzielił 

background image

ułamek sekundy od tego, by osiągnął swój cel i nie miał zamiaru się poddać. Nie teraz.

Pięść   z   kamienia   i   metalu   uderzyła   w   samochód,   zrównała   go   z   chodnikiem   i 

zniszczyła jakikolwiek ślad po nim.

Od skalistej krawędzi klifu dzieliło mnie półtora metra. O skałę poniżej uderzały fale.

Biegłam.

Golem - zmieniająca się nieustannie niszczycielska masa - ukucnął i pochłonął wrak 

samochodu. Nie widziałam Rashida, kiedy golem miażdżył  i deformował metal, plastik i 

szkło, ale wiedziałam, że nie mam czasu, żeby się gapić. Albo przeżyje, albo nie. I tak nie 

byłam mu w stanie pomóc.

Zebrałam resztki sił i puściłam się pędem do krawędzi klifu. Kiedy dotknęłam stopą 

ostatniej skały, pozwoliłam, żeby moja siła eksplodowała, wyskoczyłam w górę, by po chwili 

runąć w stronę oceanu.

Przebiłam się przez powierzchnię wyciągniętymi  w przód rękami i zanurzyłam się 

głęboko   w   wodzie.   Szok   wywołany   zimnem   był   na   tyle   duży,   że   przez   kilka   sekund 

przestałam   myśleć,   kiedy   pęd   niósł   mnie   głębiej,   a   wokół   mnie   rosło   ciśnienie.   Pod 

powierzchnią fal było tak ciemno, że poczułam się zagubiona, zawieszona w mroźnej nocy, a 

moje ciało niemal natychmiast zaczęło głośno protestować. Za zimno, zbyt duże ciśnienie, 

brak tlenu. Nie byłam Strażniczką Pogody, woda to nie moje środowisko. Miałam poczucie, 

że osaczają mnie pierwotne złe moce.

Nagle potężna fala wzburzyła wodę wokół mnie, sprawiając, że zaczęłam koziołkować 

w srebrzystym wirze pełnym bąbelków powietrza.

Na  dno  zaczęło   opadać   coś  olbrzymiego   i  ciemnego.   Co  ciekawe,   niosło  ze   sobą 

światło   -   były   to   reflektory   samochodów,   nadal   zasilane   akumulatorami,   uwięzione   w 

ogromnym, lepkim ciele golema.

Golemy są przerażająco silnymi bestiami, których nie można pokonać, ale mają jedną 

słabość.

Nie potrafią pływać.

Kończyny golema machały bezużytecznie, rozbryzgując wokół wodę. Olbrzymia ilość 

metalu i kamienia, która go utworzyła  i trzymała  przy życiu, i dzięki której stał się taki 

niepokonany, w wodzie była jak kotwica, a ja unosiłam się w wodzie, przyglądając się, jak 

mija mnie i opada coraz niżej i niżej, w głębię pode mną. Światłą samochodów cały czas 

świeciły, oświetlając jego zmagania.

Zebrałam siły i zaczęłam płynąć ku powierzchni. Lodowata woda pozbawiała mnie sił, 

a brak tlenu wkrótce wprawi w dezorientację i każe mi oddychać, chociaż tu nie ma czego 

background image

wdychać. Golem został unieszkodliwiony, pewnie na dobre, jeśli nie uda mu się wydostać z 

pułapki, zanim nasienie pod wpływem działania słonej wody się nie rozpuści. A wtedy golem 

zmieni się w bezkształtną masę odpadów porozrzucanych na dnie oceanu, stanowiąc zagadkę 

do rozwiązania przez przyszłych archeologów.

Ale znajdowaliśmy się blisko wybrzeża i mimo wszystko golemowi mogło się udać 

wydostać, gdyby ruszył dnem oceanu, wspinając się po skałach, zanim korozyjne działanie 

soli dotrze do jego serca.

Biała kometa siły rozdarła wodę i zdmuchnęła mnie na bok. W nieskoordynowanej 

plątaninie   kończyn  przyglądałam   się,   jak   opada   leniwym   spiralnym   ruchem   w   ciemność, 

gdzie słabo odbijał się blady blask oświetlenia golema. Nie miałam pojęcia, co to jest. Już 

mnie to nawet nie obchodziło.

Płuca zaczęły mnie boleć i kurczyć się, łaknąc powietrza. Nie mogłam czekać, nawet 

gdybym   chciała.  Wybiłam   się  w  stronę powierzchni,  z  całych  sił  przedzierając  się  przez 

ciemność, nie widziałam nic, co mogłoby mnie poprowadzić. W końcu namierzyłam blade 

światło   księżyca   przebijające   się   przez   fale   i   wystrzeliłam   w   stronę   powierzchni,   gnana 

ostatnim rozpaczliwym przypływem energii.

Myślałam, że się wynurzyłam i otworzyłam usta.

Oddech, który wzięłam, składał się w równej części z wody i powietrza, a ja zaczęłam 

pluć, krztusić się, kaszleć. Spróbowałam jeszcze raz, wiedząc, że jeżeli i tym razem mi się nie 

uda, nie starczy mi sił, by zachować przytomność.

A to oznaczałoby śmierć.

Do płuc napłynęło mi ciepłe, słodkie powietrze. Unosiłam się na powierzchni, kaszląc 

i nabierając niepewnie powietrza. Wokół mnie burzyła się woda, ciemna i zimna. Po golemie 

nie było śladu. Zniknął, jakby nigdy nie istniał. Nie pozostały po nim nawet bąbelki.

I nagle, głęboko pode mną, dostrzegłam jasne białe światło, które rozbłysło niczym 

wybuch, któremu nie towarzyszyła siła. Było tylko światło, które nie gasło - rozprzestrzeniło 

się i zniknęło w dole jak mały jasny punkcik. Zamieniło się w jasną kropeczkę. Błysk komety, 

gnającej w moją stronę.

Płynęłam z całych sił, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że jestem skazana na 

niepowodzenie   już   w   chwili,   kiedy   podjęłam   się   wysiłku.   Woda   pozbawi   mnie   moich 

ziemskich możliwości, nawet jeżeli posiadałam jeszcze energię do przygotowania obrony. 

Poruszałam się zaledwie z prędkością zmęczonego człowieka, nie miałam szans z tym, co 

mogłoby   wystąpić   przeciwko   mnie,   zwłaszcza   jeśli   byłby   to   Strażnik   Pogody,   który   ma 

władzę nad samą wodą.

background image

Woda dookoła mnie  przybrała  kolor lśniącego  błękitu, a później płomiennej  bieli, 

kiedy gnający kształt się zbliżał. Przebił powierzchnię wody trzy metry od mnie, a światło 

zamigotało, zblakło, a w końcu zgasło.

Na powierzchni wody leżał Rashid, a w jego oczach odbijał się księżyc. W jego blasku 

skóra Rashida, która zwykle miała barwę indygo, wyglądała blado, a jego ciało pokryte było 

ranami ciętymi, które się nie zabliźniły.

Podpłynęłam do niego, czując, że woda i chłód obezwładniają mnie jak czyjeś dłonie. 

Nogi   miałam   jak   z   waty,   bezsilne,   powoli   traciłam   czucie   w   rękach   i   dłoniach,   które 

niezdarnie odgarniały wodę.

- Bestia nie żyje - powiedział Rashid i rozpostarł lewą dłoń. Spoczywała w niej lśniąca 

metalowa kula. Wypaliła na jego dłoni czerwony krąg. - Nasienie. Trzeba je zniszczyć. Nie 

może tego zrobić dżinn.

Wzięłam je od Rashida, a on łapczywie zaczerpnął powietrza, co dobitniej niż jego 

mina powiedziało mi, jakiego cierpienia przysporzyło mu trzymanie nasienia golema. Rany 

zaczęły się powoli zasklepiać.

Nasienie było ciepłe w mojej dłoni i czułam jego wibracje, czułam, że jego moc znów 

się odnawia. Będzie nieszkodliwe tylko przez krótki czas.

Zamknęłam je w dłoni i zacisnęłam pięść.

Roztrzaskało   się   jak   szkło,   rozlewając   na   mojej   dłoni   coś   ciepłego   i   śliskiego, 

podobnego do oleju. Kiedy znów rozpostarłam palce, zobaczyłam tylko maleńką kropelkę i 

skrawek przesiąkniętego olejem papieru z kilkoma niewyraźnymi znakami.

Chwyciłam go dwoma palcami i zanurzyłam w wodzie. Błyskawicznie rozpuścił się, 

zamieniając się w pianę.

Zniknął.

Nie widziałam zniszczenia golema, ale pewnie nie było wcale dramatyczne - spójność 

rzeczy po prostu... ustała, a części składowe porozrzucała siła grawitacji. Możliwe, że główny 

rdzeń   istoty   pozostał,   ciężki   i   bezwładny,   ze   wszystkimi   pochłoniętymi,   oświetlonymi 

samochodami i martwymi ludźmi uwięzionymi wewnątrz. Wzdrygnęłam się lekko, myśląc, że 

to okropne mieć taki grób i zanurzyłam całą dłoń w wodzie, zmywając pozostałości oleju. 

Szczękałam zębami.

- Jedno ci powiem - oznajmił nieobecnym głosem Rashid. - Nie jesteś najnudniejszą 

ludzką istotą, jaką w życiu poznałem.

- Nie jestem ludzką istotą.

- Z każdą chwilą coraz bardziej się do niej upodabniasz - stwierdził i wzdychając, 

background image

wyprostował się w wodzie. Woda spływała po jego ciele i włosach srebrzystymi strugami, 

podkreślając nieskazitelny kształt torsu i linię mięśni poniżej. Jak na kogoś, kto zdecydowanie 

nie   jest   człowiekiem,   całkiem   nieźle   udało   mu   się   skopiować   formę,   by   człowieka 

przypominać. - Nie przeżyjesz długo w tej wodzie. Jest ci zimno.

Stwierdzał oczywistą prawdę. Popłynęłam w stronę skalistego wybrzeża, od którego 

bił blask świateł.  Ciągle byłam  niezdarna, obolała, ale zawzięta, żeby nie dać Rashidowi 

satysfakcji, że mnie uratował.

Rashid po chwili ruszył za mną, płynąc ze mną ręka w rękę. Wysiłek ogrzał moje 

ciało, oczyścił umysł i kiedy gramoliłam się w górę po kamieniach, omywana falami, miałam 

wrażenie, że może jednak przeżyję. Przekonanie to szybko się ulotniło, kiedy mokre ubranie 

przywarło do mojego ciała, odbierając mi całe ciepło, a do mnie dotarło, że nie mam czym 

dojechać do Różanego Kanionu, gdzie, jak pokazywała mapa, powinnam znaleźć Alexa, a 

może   też   inne   dzieci,   również   Ibby   Może   zapobiegłabym   w   ten   sposób   innym   atakom, 

szerzeniu się śmierci i cierpienia.

Gdybym tylko nie była tak bardzo zmęczona...

Rashid   wspiął   się   na   skały   zwinnie   jak   pantera   i   spojrzał   na   mnie   z   góry.   Był 

stuprocentowym dżinnem. Pięknym, doskonałym, butnym. Zaciekawiony przyglądał mi się, 

przechylając na bok głowę.

W końcu ukucnął i położył mi dłoń na ramieniu.

Ciepło zalało mnie jak powódź, przenikając do każdej komórki, przepływając przez 

nerwy   i   układ   krwionośny.   Budząc   we   mnie   senne   wrażenie   zaspokojenia   i   niemal 

obezwładniające odczucie wyczerpania. Chciałam oprzeć głowę na zimnych skałach i zasnąć.

Jakoś   pokonałam   tę   chęć,   zwykłym   uporem   dżinna,   ostatkiem   dziedzictwa 

niekończącego się życia, które nigdy nie poddawało się słabości. Odsunęłam się od Rashida i 

z trudem stanęłam na nogach. Ubranie miałam suche dzięki jego wysiłkom.

Z   przytłaczającym   poczuciem   przerażenia   uświadomiłam   sobie,   że   będę   musiała 

naprawdę mu podziękować. Za to, że mnie uratował. Wydawało mi się to niewiele lepsze niż 

przegrana z golemem.

Rashid   się   uśmiechnął   i   nie   wiem,   czy   celowo,   czy   nie,   uratował   mnie   przed   tą 

koniecznością.

- Kiedy następnym razem nazwiesz mnie tchórzem, wydrę ci kręgosłup i zbiję cię nim. 

Żeby była jasność.

- Idź. - Spojrzałam na niego groźnie.

- A ty nie potrzebujesz mojej pomocy.

background image

- Nie.

- Kłamczucha. - Jego oczy były lśniące i radosne. - Gdzie twoja ludzka maskotka? 

Strażnik?

- Tam, gdzie jest potrzebny. Co cię to obchodzi?

- W zasadzie wcale. Byłem po prostu ciekawy. Wydaje mi się... że jesteś do niego 

przywiązana. - Niesmak w jego głosie znów sprawił, że się zjeżyłam. - Dziwnie było widzieć 

cię tu samą.

- Nie jestem przywiązana - warknęłam. - Jestem... - Uśmiechnęłam się promiennie. - 

Po prostu ciekawa. Wyraz samozadowolenia zniknął z twarzy Rashida, który odsunął się ode 

mnie. Jego twarz znów wyglądała jak beznamiętna maska, ale oczy nadal mu płonęły.

- Nie widziałem chodzącego po Ziemi golema od kilku tysięcy lat - powiedział. - 

Ciekawe, że twoi wrogowie mają taką niezwykłą... pamięć, nie uważasz?

Pamięć i moc, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos. Stworzenia golema nie 

wymyśliłoby dziecko, a już z pewnością nie samo; dzieci Strażników wysyłane za mną do tej 

pory miały moc, ale była to rozproszona brutalna siła, nie precyzja. Nie tego rodzaju subtelna 

i ukierunkowana moc, niezbędna, żeby stworzyć coś takiego jak golem. Była to manifestacja 

ziemskiej mocy, ale tak wyjątkowa, tak bardzo drobiazgowa w swojej naturze, że niewielu 

mogło nauczyć się takiej sztuczki. Na przestrzeni całej historii zaledwie garstka ludzi.

I wszyscy oni, jeśli dobrze pamiętałam, od dawna byli martwi. Nikt już nie żył, nawet 

Lewis Orwell, który potrafił używać tak ukierunkowanej mocy.

- To Perła - powiedziałam. - Zbiera te wszystkie zapomniane talenty, zapomniane 

sposoby użycia, zbiera je przez dziesiątki tysięcy lat. Dzisiejsi Strażnicy posługują się mocą, 

która ma korzenie w nauce, w zrozumieniu otaczającego ich świata. Strażnicy przeszłości; nie 

mogli podeprzeć się nauką, ich moc miała swoje źródło w legendach, folklorze, religii. To 

zupełnie   co   innego.   -   Golem   wywodził   się   ze   wszystkich   trzech   źródeł.   Były   też   inne 

zjawiska, których nie widziano na Ziemi od setek, jeśli nie od tysięcy lat. Giganty i potwory. 

Strażnicy nie są przystosowani do walki z nimi, jeżeli Perła posłuży się tymi zjawiskami jako 

bronią. - Ona uczy porwane dzieci, jak kierować takimi zjawiskami.

Rashid nic na to nie odpowiedział, ale wyczuwałam, że jest zakłopotany. Podobnie jak 

Gallan, mój przyjaciel dżinn i czasami kochanek, nie wierzył mi, kiedy ostrzegałam, że grozi 

mu niebezpieczeństwo. Musiał je zobaczyć, doświadczyć na własnej skórze.

I w przypadku Gallana była to śmiertelna pomyłka. A ja nie mogłam go przed nią 

powstrzymać.

- Dość już zrobiłeś - powiedziałam łagodniej i wstałam. - Zadzwonię... - Głos mi 

background image

zamarł,   kiedy   wyciągnęłam   z   kieszeni   telefon   komórkowy,   otworzyłam   go   i   zobaczyłam 

pusty wyświetlacz. Z obudowy jednostajnym strumieniem ciekła woda.

Nienawidzę wody.

Rashid westchnął, wyciągnął rękę i pstryknął telefon jednym palcem. Woda przestała 

kapać, usłyszałam radosny muzyczny sygnał, a wyświetlacz błysnął kolorami, restartując.

- Zadzwonię do Luisa - powiedziałam, jakby nic się nie stało. - Poradzimy sobie z tym 

w gronie Strażników. Idź, Rashid.

- Poproś ładnie - wymruczał. W jego oczach lśnił szaleńczy błysk, uczucie dżinna, 

które rozpoznawałam i pamiętałam aż za dobrze.

Po prostu odwzajemniłam groźne spojrzenie w milczeniu, aż się wzdrygnął, odsłonił 

ostre zęby i zniknął, zostawiając mnie samą na skałach.

- Halo? - Głos Luisa w słuchawce był cichy i daleki. - Cass? Do cholery, gdzie jesteś? 

- Słychać było, że jest niespokojny. Właściwie przerażony.

-   Nic   mi   nie   jest   -   odpowiedziałam,   biorąc   głęboki   oddech.   Dźwięk   jego   głosu 

wypełnił we mnie małą, mroczną przestrzeń, która, chociaż sobie tego nie uświadamiałam, 

opróżniła się. Pragnienie. To była ludzka rzecz, pragnienie. Miałam wrażenie, że w każdej 

chwili życia odkrywałam w sobie coraz więcej ludzkich odczuć.

Co ciekawe, w dużym stopniu przypominały odczucia dżinnów. - Nie o to pytałem - 

warknął Luis. - Gdzie?

- Na wybrzeżu - odpowiedziałam. - Potrzebuję cię tutaj.

- A ja potrzebuję cię tutaj. Dios, kobieto, nie znika się tak bez słowa, zwłaszcza kiedy 

mamy tu dzieci w kłopotach! Co ty sobie wyobrażasz? - Wyczułam napięcie w jego głosie; 

miało dla mnie ogromne znaczenie, bo był to ten sam spięty, wściekły ton, jakim odzywał się 

po tym, jak zastrzelono jego brata i szwagierkę. Kiedy postanowiłam polować na zabójców, 

zamiast robić wszystko, żeby chronić życie  Manny'ego  i Angeli. - Jesteśmy Strażnikami. 

Naszym najważniejszym zadaniem jest ochrona życia! Tak trudno ci to zapamiętać?

-   Nie   -   zaprotestowałam.   Podmuch   mokrego   wiatru   odgarnął   mi   włosy   z   twarzy. 

Uniosłam głowę, spojrzałam w księżyc i westchnęłam. - Z Brianna mogłeś poradzić sobie 

sam. Pomyślałam, że zrobię coś pożytecznego. Na przykład odnajdę Isabel.

Puścił stek siarczystych przekleństw po hiszpańsku, sugestywnych z powodu furii, z 

jaką je wypowiadał, i precyzji określeń. Czekałam ze słuchawką odsuniętą od ucha, dopóki 

nie ucichł.

- Skończyłeś? - spytałam chłodno. - Bo nie pozwolę, żebyś się do mnie odzywał w ten 

sposób.

background image

- Boże, czasami przypominasz moją nauczycielkę z liceum! - Niemal się roześmiał, 

ale w jego głosie nie było wesołości. - Nienawidziłem tej suki.

Mówił... jakoś inaczej. Zmarszczyłam czoło.

- Luis - powiedziałam powoli. - Wiesz, że masz do mnie w ten sposób nie mówić.

- A co mnie obchodzi, czego ty chcesz? Jesteś pijawką! Trzymasz się mnie tylko po 

to, żeby móc wysysać moc za każdym razem, kiedy potrzeba ci sił. Nie przejmujesz się tym, 

że mało mnie nie załatwiłaś, wyciągając tyle mocy. Nie obchodzili cię Manny i Angela, nie 

obchodzi cię Ibby ani ja... - mówił, jakby... był pijany. Na granicy szaleństwa. Był wściekły, 

rozumiałam to, chociaż to bolało. Bardzo. Czy naprawdę tak o mnie myśli w mrocznych, 

sekretnych zakamarkach serca? Sądzi, że jestem zwykłym pasożytem, który udaje, że należy 

do jego świata?

Stało się to powodem niepokojącego, zimnego pytania. A jestem? Celowo trzymałam 

się z daleka. Celowo uważałam się za inną, lepszą, ważniejszą. Czy jednak przez to nie stałam 

się kimś gorszym?

Wysiliłam umysł - mój ludzki mózg, podlegający wszystkim zdradzieckim więzom 

uczuć i bólu - żeby się skupił. Luis nie był okrutny. Nie zrobiłam nic, żeby go aż do tego 

stopnia rozzłościć. Owszem, zostawiłam go, zrobiłam to bez uprzedzenia, ale jego reakcja 

wydawała mi się nieadekwatna do całego zdarzenia.

Zostawiłam go z Brianna. Małą Strażniczką, tą, którą Perła tak bardzo otumaniła. 

Kolejną napaloną małą zabójczynią, pozbawioną prawdziwego życia i celu.

Brianna. Ale Brianna była Strażniczką Ognia, nie Pogody, mogła sprawić, by stanęło 

w płomieniach pół szpitala, ale to, co słyszałam w głosie Luisa, wydawało mi się zupełnie 

innym rodzajem ataku.

Takiego, który zdradziecko wdarł się do jego wnętrza.

Strażnik Ziemi stworzył nasienie golema i powołał go do życia, a potem postawił go 

na mojej drodze.

Miałam wroga, który jeszcze się nie ujawnił. Takiego, który był na tyle blisko, żeby 

dotknąć i wypaczyć Luisa. Na tyle subtelnego, żeby Luis nawet tego nie zauważył.

Turner?   Ale   Turner   był   Strażnikiem   Ognia.   Tylko   Strażnikiem   Ognia?   Nie, 

niemożliwe,   żeby   to   Turner.   Patrzyłam   na   niego   w   sferze   eterycznej.   Widziałam   jego 

prawdziwe „ja”. Nie znalazłam w nim oszustwa. Jedynie wyczerpanie.

Chyba że był bardzo dobry. Na tyle dobry, żeby oszukać w sferze eterycznej moje 

ograniczone ludzkie zmysły. Z pomocą Perły...

Sięgnął po pudełko z listą, kiedy upadło na podłogę. To mógł być zwykły odruch.

background image

Ale   mógł   to   być  też   przemyślany   plan.   Perła   wysłała   go,   żeby   wykradł   mi   listę. 

Powstrzymałam go. Kiedy zobaczył, do czego jestem zdolna, nie odważył się na kolejny krok, 

nie wtedy.

Luis ciągle mówił, ale ja go już nie słuchałam. Nie wiedziałam, czy to prawdziwa 

złość, nie miałam też pewności, że zostawiłam go w bezpiecznym miejscu.

Nie wiedziałam już w ogóle, gdzie znajdę bezpieczne miejsce.

Wspięłam się po skałach, a potem przeskoczyłam przez barierkę i znalazłam się na 

promenadzie. Ruszyłam biegiem w stronę pobliskiej ulicy.

Musiałam znaleźć jakiś środek lokomocji i nie miałam zamiaru zbytnio przejmować 

się tym, jak to zrobić.

background image

8.

Zastanawiałam się, czy nie ukraść kolejnego pojazdu, ale wszystkie były zajęte; kiedy 

myślałam nad tym, jak zmusić któregoś z kierowców, żeby się zatrzymał i żebym mogła go 

wywalić - nie robiąc mu krzywdy - ku mojemu zaskoczeniu, po cichu przy krawężniku tuż 

obok mnie zatrzymał się biały sedan. Przyciemniona szyba się opuściła.

-   Hej,   masz   na   imię   Cassiel?   Zajrzałam   do   środka,   marszcząc   czoło.   Nie   znałam 

kierowcy.

- Wsiadaj - rzucił. Zamki otworzyły się, a on pochylił się ponad siedzeniem, żeby 

otworzyć drzwi. - Powiedziałem, żebyś wsiadała. Twoi przyjaciele przysłali mnie, żebym cię 

zabrał.

Był dość młody, pewnie w wieku Luisa, chociaż w oczach miał coś, przez co wydawał 

się   dużo   starszy.   Może   ciężkie   doświadczenia.   Samochód   był   czysty,   schludny,   pachniał 

dymem i narkotykami. Mężczyzna skinął do mnie głową, kiedy wsuwałam się na siedzenie 

pasażera i zapinałam pas bezpieczeństwa, a potem zatrzasnęłam drzwi. Szyba podniosła się, 

zamykając mnie w dymie o zapachu narkotyków. Włączył się w ruch i niespiesznie skierował 

na północ.

- Nie zapytasz mnie, dokąd trzeba mnie zawieźć? - Obserwowałam nieruchomo jego 

profil.

- Nie - odpowiedział. - Bo jedziesz tam, gdzie ja ci powiem. - Spod fotela kierowcy 

wyciągnął z pochwy nóż długości swojego przedramienia i położył go sobie na nodze. - Po 

prostu siedź cicho, dobra? Nie rób kłopotów.

- Kto cię przysłał?

- Zawsze na widok noża zadajesz tyle pytań? Zamknij się, do cholery i daj mi to.

- To? - powtórzyłam.

- Wiesz, o czym mówię. Nieznajomy chciał, żebym dała mu listę. Na ułamek sekundy 

stanął mi przed oczami zniszczony telefon komórkowy, kapiąca woda, zanim Rashid zechciał 

go naprawić.   Czy lista   też  się  zniszczyła?  Nie  zwracałam  uwagi  na człowieka  z  nożem, 

chociaż mówił coś jeszcze, pewnie groźby, żebym nie miała wątpliwości, dlaczego muszę być 

mu posłuszna. Sięgnęłam do kieszeni i wyjęłam szkatułkę ze zwojem listy. Nie nosiła śladów 

najmniejszych   zmian.   Nie   kapała   z   niej   woda.   Przejechałam   palcem   po   krawędzi   i 

otworzyłam ją. Odetchnęłam powoli z ulgą. Lista była sucha.

- Powiedziałem - odezwał się kierowca. - Daj mi to, bo inaczej cię skaleczę, suko. 

Twój wybór. Był nerwowy. Nieprzewidywalny. Zaciskał palce na kierownicy tak, że kostki 

background image

miał białe.

Zamknęłam   listę,   włożyłam   ją   z   powrotem   do   kurtki   z   uczuciem   chłodnej   ulgi   i 

oparłam głowę o pachnącą narkotykami  tapicerkę, a on przyśpieszył,  pewnie po to, żeby 

przekonać mnie, że nie mam szans na bezpieczną ucieczkę. Uniósł groźnie nóż. Chwyciłam 

jego dłoń, wykręciłam ją i wbiłam ostrze w jego prawą nogę.

-   Kto   cię   przysłał?   -   spytałam.   -   Kto   ci   powiedział,   gdzie   mnie   szukać?   Kto   ci 

powiedział, jak mam na imię? Kto wie, że mam listę? Czy to Turner?

Wrzasnął,   a   twarz   zrobiła   mu   się   śmiertelnie   biała.   Lewą   stopą   nacisnął   pedał 

hamulca, z hukiem i piskiem zatrzymując samochód na środku skrzyżowania. Ponad nami 

kołyszące się światła zmieniły się z zielonych, przez pomarańczowe na czerwone. Jęknął i 

wypuścił nóż, wpatrując się we mnie głupawo.

Pochyliłam się i wyciągnęłam go jednym, szybkim, skutecznym ruchem. Natychmiast 

zaczęła płynąć krew, która przesiąknęła przez dżinsy. Rana była głęboka, ale nóż ominął 

większe żyły. Nie planowałam tego zupełnie.

- Ty suko - zajęczał. - Ty suko, dźgnęłaś mnie!

- Z technicznego punktu widzenia, to nieprawda. Sam się dźgnąłeś. - Przyglądałam mu 

się   bez   najmniejszego   współczucia.   Być   może   jednak   pozostałam   dżinnem   w   większym 

stopniu, niż sądził Rashid. - A teraz odpowiedz mi na pytanie. Kto cię tu przysłał?

- Pieprz się.

Luis   byłby   pod   wrażeniem,   ale   go   tu   nie   było.   Zareagowałam   na   chamstwo 

mężczyzny, wciskając mu w ranę stalowy palec. Zawył na całe gardło i zaczął mnie okładać. 

Powstrzymałam go jednak, wciskając głębiej palec w ranę.

-   Dalej   -   odezwałam   się   dokładnie   tym   samym   tonem.   -   Do   kości   jest   jeszcze 

centymetr. Powiedz, kto cię przysłał.

-   Turner!   -   wrzasnął.   Jego   twarz   nabrała   koloru   zepsutego   mleka.   -   Ben   Turner. 

Wisiałem   mu   to!   Oparłam   się,   otarłam   krew   z   mojej   metalowej   dłoni   o   tapicerkę   jego 

samochodu i zastanowiłam się nad tym, co przed chwilą powiedział.

- Wysłał cię, żebyś mnie śledził.

- Tak. - Oddech miał krótki. - Miałem cię porwać i zabrać ci listę. To proste.

- A co się okazało? - zapytałam żartobliwie, nie oczekując odpowiedzi. - Skąd znasz 

agenta Turnera?

- Parę miesięcy temu odkrył tu wytwórnię amfy. Powiedział, że muszę wyświadczyć 

mu   drobną   przysługę,   jeżeli   nie   chcę   iść   do   paki.   -   Mężczyzna   zachichotał   szyderczo.   - 

Drobną przysługę, niezłe.

background image

- Nie ostrzegł cię przede mną? Wzruszył  ramionami,  jednocześnie obiema dłońmi 

ściskając krwawiącą nogę. Starał się nie patrzeć mi w oczy.

- Ach - powiedziałam, kiedy mnie oświeciło. - Nie słuchałeś. Ostrzegał cię, ale tobie 

się wydawało, że poradzisz sobie ze mną po swojemu. - Uśmiechnęłam się lekko. - I czym się 

to dla ciebie skończyło?

Nie   był   w   stanie   rzucać   przekleństw.   Zastanawiałam   się,   czy   nie   zostawić   go   na 

poboczu, ale wyciągnęłam rękę ponad nim, otworzyłam drzwiczki i rozpięłam mu pas.

- Obejdź samochód i wsiadaj na miejsce pasażera. Wpatrywał się we mnie szeroko 

otwartymi, dziwnie dziecinnymi niebieskimi oczami.

- Dlaczego?

-   Bo   jadę   do   szpitala   porozmawiać   sobie   z   agentem   specjalnym   Tunerem   - 

oznajmiłam. - I mogę cię zabrać ze sobą. Tyle chyba mogę zrobić.

Trzymałam nóż. Chyba dzięki niemu zyskałam przewagę. Mężczyzna patrzył na mnie 

przez sekundę.

- Nie zabieraj mi samochodu - powiedział w końcu. - Potrzebuję go. Mam pracę, 

rodzinę i gówno.

- W takim razie  współczuję  twojemu  pracodawcy i rodzinie. Przesiądź się, zanim 

zakrwawisz siedzenie. - Kazałam mu się szybko przesiąść nie dlatego, że przejmowałam się 

jego stanem, ale dlatego, że nie byłoby mi przyjemnie siedzieć na krwawej plamie. Kiedy 

wysiadł i pokuśtykał dookoła samochodu, ja zwinnie wsunęłam się na siedzenie kierowcy.

Zastanawiałam się, czy nie odjechać. Poważnie. Ale poczekałam, aż dokuśtykał do 

drzwi pasażera i wsiadł, łapczywie łapiąc oddech. Zostawił za sobą na chodniku szeroki, 

lśniący pas purpury, półkolem otaczający samochód.

-   Zapnij   pasy   -   nakazałam   i   sama   też   je   zapięłam.   Posłał   mi   zmęczone,   pełne 

niedowierzania spojrzenie. - Takie są przepisy.

Nie mógł się zdecydować,  czy ma się śmiać, czy płakać; widziałam obie reakcje, 

czające się w kącikach warg i w oczach.

Położyłam   sobie   nóż   na   udzie,   podobnie   jak   on   wcześniej.   Oczy   lśniły   mi   lekko 

ogniem dżinna. Wiem, bo widziałam dokładnie ich odbicie w jego szeroko otwartych oczach.

- Zapnij. Pasy - powiedziałam wyraźnie. Drżącymi  palcami wsunął klamrę pasa w 

zatrzask.  Skinęłam  głową  z  satysfakcją,  odpaliłam  samochód  i  odjechałam,   przekraczając 

ograniczenia prędkości i nie przejmując się żadnymi środkami bezpieczeństwa. Pędziłam na 

czerwonych światłach, przejeżdżałam pod prąd jednokierunkowymi ulicami i w rekordowym 

czasie znalazłam się przed izbą przyjęć szpitala, zaledwie siedem minut od chwili, kiedy 

background image

wsiadłam do samochodu.

Wysiadłam, wrzuciłam zakrwawiony nóż do najbliższego kubła na śmieci i weszłam 

do szpitala. Drzwi kierowcy zostawiłam otwarte.

- Ej! - wrzasnął mężczyzna z samochodu. - Ty stuknięta suko! Nie możesz sobie tak 

pójść!

Dyżurna pielęgniarka uniosła głowę znad biurka, marszcząc brwi. Wskazałam dłonią 

wyjście.

-   W   samochodzie   jest   mężczyzna   -   poinformowałam.   -   Krwawi.   Chyba   został 

dźgnięty. Wydaje mi się też, że jest pod wpływem narkotyków. Wygaduje głupoty.

Nie była wcale zaskoczona. Lekko skinęła głową, powiedziała coś w stronę dwojga 

ratowników, siedzących przy biurku w innym pomieszczeniu i wyszli we troje, żeby zająć się 

moim   nowym   znajomym.   Nie   wiedziałam   nawet,   jak   mu   na   imię.   Wcale   się   tym   nie 

martwiłam.

Weszłam po schodach do pokoju, gdzie zostawiłam Briannę z Luisem i Tunerem. Był 

pusty.   Puściłam   się   niezdarnym   biegiem,   mijając   przerażonych   pacjentów   i   lekarzy, 

pielęgniarki i techników. Wreszcie dotarłam do sali, w której zostawiliśmy Glorię Jensen z 

rodzicami. Nie było ich. Wszyscy - Jensenowie, Brianna, Luis i Turner - zniknęli, jakby nigdy 

w ogóle nie istnieli. Chwyciłam pielęgniarkę, przechodzącą obok pokoju Glorii.

- Ta mała Gloria Jensen - zagadnęłam. - Gdzie ją zabraliście?

-   Została   wypisana   -   powiedziała   pielęgniarka,   marszcząc   brwi   i   uwalniając   się   z 

mojego uścisku. - Czuje się dobrze. Wyczułam w niej coś dziwnego. Bardzo dziwnego. Kiedy 

przyjrzałam jej się wewnętrznym wzrokiem, dostrzegłam zniszczenie w jej aurze, psychiczne 

rany w miejscu, w którym ktoś brutalnie i zręcznie zakłócił jej wspomnienia. Będzie chora - 

najpierw fizycznie, później umysłowo, jeżeli nie upora się z tym wtargnięciem.

Nie mogłam jej pomóc. Nie miałam czasu. Istniała jeszcze szansa, że wyczuję Luisa, 

jeżeli jest blisko, więc odwróciłam się od niej na pięcie i skupiłam się na połączeniu z nim, na 

moich wspomnieniach.

Nie   wyczułam   nic  poza   narastającą   paniką,  nad   którą  najwyraźniej   nie  potrafiłam 

zapanować.

Oparłam się o ścianę, pochyliłam głowę i usiłowałam sobie przypomnieć, jak to było, 

kiedy Luis, za pomocą wszystkich swoich ziemskich sił, komunikował się ze mną bez słów. 

To nie to, co ludzie uważają za telepatię; było to dokładne odtwarzanie wzorów dźwięku, 

łącznie z intonacją. Skomplikowana robota, ale dość powszechna wśród Strażników Ziemi.

Skoro Luis to potrafił... to ja też. Ale nie zostałam wyszkolona, nie miałam pojęcia, 

background image

jak skierować energię do osoby, z którą chciałam rozmawiać.

Mogłam jedynie próbować.

Luis.

Nic. Skupiłam się na jego eterycznej istocie, na wszystkim, co o nim wiedziałam i co 

od niego wyczuwałam. Na połączeniu nadal między nami istniejącym - mocy i wzmagającym 

się, ogromnym odczuciu pragnienia.

Luis.

Nic. Zalewały mnie ogromna frustracja i bezradność. Skupiłam się jeszcze bardziej, 

odsuwając cały świat na bok.

Luis Rocha!

Z wielkiej odległości usłyszałam szept. Cass?

Ulga, przelotna i słodka, a po chwili znów brutalna rzeczywistość. Poczułam, że jest 

zamroczony, niepewny i słaby. Nigdy go takiego nie słyszałam.

Cass, uważaj, nie jest tak, jak myślisz...

Luis   nagle   wewnętrznie   krzyknął,   a   ja   poczułam,   że   połączenie   się   przerywa   nie 

dlatego, że ktoś je wykrył i zniszczył, ale przez jego ból, który nie pozwalał mu się skupić.

Otworzyłam   oczy   i   wpatrywałam   się   nieruchomo   w   ścianę,   w   przerażoną   twarz 

pielęgniarki stojącej kilka kroków ode mnie, która patrzyła na mnie z otwartymi ustami. - Idę 

- powiedziałam głośno. - Nie rozłączaj się. Tylko się nie rozłączaj. Ruszyłam biegiem.

Na parkingu miałam nieograniczony wybór, ale zamiast motocykla znalazłam karetkę, 

zaparkowaną i milczącą, na tyłach przy warsztacie. Zatknięta za wycieraczkę kartka mówiła, 

że wszystkie naprawy zostały wykonane, ale pojazd miał być zwrócony do użytku dopiero 

następnego dnia.

Medyczne wyposażenie może mi się przydać. Albo solidny transport dla paru osób. 

Karetka   była   idealna,   jeżeli   pominąć   nieuniknione   przerażenie,   jakie   czekało   mnie   na 

poziomie zmysłów. Chociaż została wysprzątana i wysterylizowana, nic nie było w stanie 

całkowicie usunąć zapachu krwi, potu, wymiotów i śmierci, które czyhały w tylnej części 

samochodu, choć niewykluczone, że wszystko to wyczuwałam na poziomie psychicznym.

Luis jakoś utrzymał połączenie, ale w niewielkim stopniu wskazywało mi kierunek. 

Nie   przestawał   miarowo   szeptać,   czasami   bardziej   gwałtownie,   co   uświadamiało   mi,   że 

zmaga   się   z   bólem.   Dwa   razy   połączenie   się   zerwało,   zostawiając   mnie   w   milczeniu   i 

rozpaczy, ale Luisowi udało się ponownie nawiązać kontakt.

Wiedziałam, że jestem jego kołem ratunkowym.

Tylko nie wiedziałam, czy zdążę go uratować.

background image

- Przyzywam dżinny - powiedziałam. - Chcę zawrzeć układ: przysługi i obowiązki w 

zamian za pomoc. Ja, Cassiel, to przyrzekam.

Było to oficjalne wezwanie pomocy, skierowane do dżinnów. Nigdy w życiu z niego 

nie korzystałam, uchodziło za przyznanie się do słabości wobec innych dżinnów. Skoro dżinn 

prosił o układ innego równego sobie lub wyższego statusem dżinna, przyznawał tym samym, 

że nie jest w stanie w inny sposób uzyskać od kogoś pomocy.

Nikt nie odpowiedział.

Nikt.

Nie oczekiwałam, że na wezwanie odpowie Ashan; jasno się wyraził, wyrzucając mnie 

ze swoich szeregów, żebym nigdy więcej się do niego zbliżała, chyba że na kolanach, a mimo 

to tylko  raz wypełniłam  misję, którą mi dał.  Inne prawdziwe dżinny nie odważą się mu 

sprzeciwić, może poza Venną, ale Venna miała swoje problemy, z tego co słyszałam.

Ale nowe dżinny powinny być zainteresowane na tyle, żeby chociaż zapytać, o co 

chodzi.

Krzyknęłam w ciemność, ale nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Nie odpowiedziało 

mi nawet echo.

Nagle poczułam, że ciężar karetki się zmienia.  Zerknęłam we wsteczne  lusterko i 

zorientowałam się, że mimo wszystko jeden dżinn odpowiedział na moje wezwanie.

- Interesujące - rozległ się z tyłu  głos Rashida. - Wiem, że jako człowiek musisz 

zarabiać na chleb, ale to chyba dość dziwna pora na to, żeby uczyć  się nowego zawodu 

lekarza?

Zerknęłam we wsteczne lusterko i zobaczyłam, że siedzi na czystych, pustych noszach 

z   tyłu,   bezmyślnie   zabawiając   się   przyrządami   lekarskimi.   Wyglądał   lepiej.   Nadal   był 

nieokreślony...   niezupełnie   podobny   do   siebie.   Walka   z   golemem   czegoś   go   pozbawiła. 

Będzie potrzebował czasu, żeby dojść do siebie. A ja nie miałam czasu.

- Dlaczego odpowiedziałeś? - spytałam go. - Nikt inny nie odpowiedział.

- Wypowiedziałaś magiczne słowo - wyjaśnił. - Układ.

- Jesteś jeszcze ranny - zauważyłam. Nie było to pytanie, a on nie dyskutował z nim na 

próżno. - A inne nowe dżinny?

- Nie przyjdą.

- Ani jeden?

- Whitney sprzymierzył się w tym z Ashanem. Żaden dżinn nie przyjdzie ci z pomocą, 

Cassiel. Żaden. - Uśmiechnął się przelotnie, ukazując lśniące zęby. - No, może jeden. Jeżeli 

wynagrodzisz mi mój czas.

background image

- Dlaczego? - Rzuciłam, wpatrując się w niego nieruchomo.

- Może po prostu lubię porządną walkę. - Uniósł wargi na moment. - Nie jestem po 

twojej stronie. Nie jestem po niczyjej stronie. Po prostu lubię, kiedy się coś dzieje.

- Rashid. - Usłyszałam rozpacz w swoim głosie i wiedziałam, że on też ją usłyszał, 

chociaż nie odrywał wzroku od zapieczętowanej paczki bandaży. - Zawrzyj ze mną układ.

- Dobrze. - Wyprostował się, skrzyżował nogi z taką wprawą, że mógłby być joginem, 

i oparł się o ścianę. - Układ.

- Chcę, żebyś pokierował mnie tam, gdzie jest przetrzymywany Luis Rocha, którego 

poznałeś,   Strażnik,   mój   partner   -   wyjaśniłam   szybko.   Byłam   kiedyś   dżinem.   To   byłaby 

pierwsza luka do złośliwego wykorzystania, jaką dostrzegłam. - Chcę, żebyś walczył po mojej 

stronie przeciwko  wszystkiemu,  cokolwiek zagrozi  życiu  Luisa  oraz innych  Strażników  i 

ludzi, których napotkamy. Idziesz na taki układ? Rashid zamknął na chwilę oczy, a później je 

otworzył. Lśniły opalizująco, zmieniając kolor.

-   Jeżeli   się   zgodzę   -   odezwał   się   w   końcu   -  ...   to   tylko   pod  jednym   warunkiem. 

Wiedziałam, czego chce. Ale nie mogłam wypuścić listy z rąk. Nie mogłam.

- Poproś o coś innego - powiedziałam.

- Wiesz, nie bardzo lubię, jak mi się rozkazuje. - Zęby Rashida zalśniły w smutnym 

uśmiechu. - W takim razie co proponujesz?

Nie były to próżne sprzeczki. Nie tym razem. Złożyłam oficjalną propozycję, a teraz 

prowadziłam pertraktacje... i a te dżinny uważały je za niezwykle ważne. Oczywiście była to 

cała sztuka negocjacji; dżinny uwielbiały szukać obejść i uników, które przechylą układ na 

ich korzyść, a na niekorzyść tych, z którymi  miały do czynienia. Taka paranormalna gra 

umiejętności i sprytu. Jednak mimo mojego wieku - a byłam przecież dżinnem o wiele dłużej 

niż Rashid - niezbyt  dobrze odnajdowałam się w tej grze. Do tej pory zawsze unikałam 

rodzaju ludzkiego.

Rashid był weteranem takich potyczek. Istniało bardzo realne niebezpieczeństwo, że 

co najmniej stracę grunt pod nogami.

- Zanim przejdziemy do dalszych kwestii, podaj mi kierunek, w jakim mam jechać - 

powiedziałam.

- Dlaczego?

- Bo mam mało czasu, chcę przynajmniej jechać w dobrą stronę!

- Jedź do Różanego Kanionu. - Zgodził się spokojnym skinieniem głowy. - Tak jak 

przypuszczałaś. Właściwie już jechałam w tę stronę. Poczułam, że ciężki kamień spadł mi z 

serca, tak że w końcu mogłam spokojnie odetchnąć.

background image

-   Co   proponujesz?   -   zapytał   Rashid.   Zerknęłam   znów   na   niego   we   wstecznym 

lusterku, ale z jego twarzy nic nie dało się wyczytać. Oczy miał znów zamknięte, a ciało 

rozluźnione. W tej pozycji mógł siedzieć i tysiąc lat, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie.

- Przysługi w przyszłości - powiedziałam. - Kiedy odzyskam pozycję...

- Głupi układ. - Pokręcił głową. - Cassiel, prawdopodobnie umrzesz jako człowiek. A 

nawet   jeżeli   uda   ci   się   odzyskać   postać   dżinna,   zmiana   formy   zwolni   cię   z   obowiązku 

dotrzymania obietnicy.

Miał rację, zgodnie z literą prawa dżinnów zmiana z człowieka w dżinna - konieczna, 

żebym   miała   szanse   na   odzyskanie   mojej   pozycji   -   będzie   oznaczać,   że   pozbędę   się   też 

wszelkich obietnic i zobowiązań, które przyrzekłam, żyjąc w śmiertelnym ciele. Mogłabym 

ich dotrzymać, gdybym chciała, ale nie miałabym takiego obowiązku.

Rzeczywiście kiepski interes dla niego. Byłby całkowicie zdany na moją łaskę.

-  W   takim  razie   co  mogę   ci  zaproponować   jako   człowiek,   co  miałoby  dla   ciebie 

jakąkolwiek wartość? - warknęłam. - Jestem istotą z krwi, kości i ciała. Jestem nikim.

Rashid szeroko otworzył oczy i w tej samej chwili zniknął. Nie było go. Nie.

Przeżyłam   chwilę   potwornego  przerażenia,   przekonana,   że   udało   mi   się   zniszczyć 

układ tym wybuchem złości - ale wrócił, siadając na fotelu pasażera obok mnie. Odwrócił się 

plecami do drzwi, żeby patrzeć mi w twarz. Cały czas miał skrzyżowane nogi. Zastanawiałam 

się, czy kazać mu zapiąć pasy, ale doszłam do wniosku, że nie ma sensu.

- Nikim - powtórzył. - Czy tak właśnie myślisz, że odkąd stałaś się śmiertelnikiem, 

jesteś nikim? W takim razie, kim jestem ja? Cieniem nicości? Duchem niczyjej przeszłości? - 

Wywołałam   ogień   w   jego   oczach,   pomarańczowoczerwony,   wystawiając   na   próbę   jego 

opanowanie. - Nic dziwnego, że stare i nowe dżinny toczą wojnę. Dżinny zawierały układy ze 

śmiertelnikami przez dziesiątki tysięcy lat. Skoro ludzie są nikim, jaki miało to sens?

Zamrugałam.   Nie   byłam   przygotowana   na   wybuch   furii,   takiej   konkretnej, 

uzasadnionej złości. Ani na jej konsekwencje.

- Nadal nie rozumiesz - ciągnął Rashid. - Uwięziona w ludzkim ciele, nie czujesz się 

człowiekiem. Być może zmierzasz w tym kierunku, tu i ówdzie widzę pewne oznaki. Ale 

gdybyś była prawdziwym człowiekiem, wiedziałabyś, że to, co możesz mi zaoferować, jest 

cenne.   Ryzyko   i   prawdopodobieństwo   są   najwyższą   stawką.   Dżinny   niewiele   ryzykują. 

Ludzie, zawierając z nami układ, ryzykują wszystko.

- Chcesz ofiary z mojego życia?

- Nie - odpowiedział, a jego oczy nagle pociemniały. Przybrały tak głęboki odcień 

czerni, że miałam wrażenie, iż zaglądam w samo serce nocy. - Chcę poczuć twoje życie. Oto 

background image

moja   cena:   obiecaj,   że   zwiążesz   się   ze   mną   jako   kochankiem.   Dzięki   temu   znów   będę 

odczuwał emocje śmiertelników. Ich radości.

Rashid był samotny. Jakie to proste.

Chore, ale proste.

To,   o   co   prosił,   było   niepokojące,   ale   nie   nowe.   Istniały   dżinny,   które   miały 

kochanków wśród ludzi; obecnie najsłynniejszą taką parą byli David i Strażniczka Joannę. A 

Rashid wydawał mi się atrakcyjny, jako dżinn mógł stać się pociągającym mnie mężczyzną. 

Nie byłam w stanie stwierdzić, czy podobam mu się jako kobieta, czy fascynuje go moja 

eteryczna istota, czy to, że kiedyś posiadałam wielką moc.

- Możesz wybrać sobie jakiegokolwiek człowieka - odparłam. - Każdy byłby dobry. 

Wiesz, wiele kobiet skakałoby ze szczęścia, gdyby mogły stać się twoimi kochankami.

- Nie są takie jak ty - powiedział, a mnie dech zamarł w płucach. Było to zwykłe 

stwierdzenie, ale bardzo wymowne. On, jakby to wyczuł, odwrócił się do mnie. - Nie chodzi 

o ludzką miłość, Cassiel. Chodzi o podziw. Ty płoniesz. Mnie jest zimno. To wszystko.

Była to rozsądna cena. A jednak.

- Nie - odparłam po prostu. Nic więcej. Nic poza tym.  Tylko pozbawiona emocji 

odmowa.

- Powiedziałem ci, że nie proszę cię o miłość. - Oczy Rashida były cały czas czarne. - 

Nie chciałbym jej nawet.

- A ja ci jej nie mogę dać. W żadnej postaci. - Z trudem przełknęłam ślinę. - Wybierz 

coś   innego.   Milczał.   W   jego   ciele   zaszła   subtelna   zmiana.   Nadal   sprawiał   wrażenie 

spokojnego   i   medytującego,   ale   wyczułam   gotowość   ruchu,   działania,   niespokojny   głód, 

niepasujący do jego zewnętrznego spokoju.

- Jesteś pewna? Jeżeli to po prostu kwestia twoich skrupułów, mogę udawać łajdaka. 

Wymusić na tobie posłuszeństwo.

- Nie - powiedziałam krótko. - Nie ma układu.

-   Nawet   za   cenę   życia   tego,   kogo   kochasz?   -   Wiedział.   Rozumiał,   dlaczego 

odmówiłam. Stąd zimna ciemność w jego oczach. Dżinny nie rozumieją odrzucenia. Niezbyt 

dobrze je znoszą. - On teraz cierpi. I to bardzo. Niedługo umrze, i na co ci wtedy twoja 

moralność? To kwestia ciała, niczego więcej.

- Gdyby nie chodziło o nic więcej, to dlaczego miałbyś tego chcieć? - odparłam i 

dostrzegłam, że twarz mu się zmieniła. Oczy delikatnie zalśniły gorącym błękitem. - Wybierz 

coś innego, Rashid. Cokolwiek innego poza listą albo tym, żebym została twoją kochanką.

- Twój pierworodny. - Wzruszył ramionami. Na pewno żartował. Była to pradawna 

background image

ludzka opowieść. Dżinny nie zbierają dzieci, nie mają co z nimi zrobić. Myśl, że Rashid 

chciałby zrobić sobie maskotkę z mojego dziecka - zakładając w ogóle, że byłabym w stanie 

począć takie życie, a miałam wrażenie, że to niemożliwe - wydawała mi się niedorzeczna i 

zmroziła mi krew w żyłach.

- Mój pierworodny - powtórzyłam. - Nie mówisz poważnie.

- Owszem - odpowiedział. - Twoje pierworodne dziecko. Oddasz mi je. Przysięgnij.

- Nie.

- Odmówiłaś mi dwa razy. - Uniósł brwi. - Jeszcze raz i znikam.

- Więc zmień to, czego chcesz!

- Nie - powiedział. - Pierworodny. Albo znikam. Dla nas obojga był to głupi układ. Po 

pierwsze, nie ciągnęło mnie do tego, żeby zostać matką w pierwotny, ludzki sposób, chociaż 

małą Ibby darzyłam wielką czułością. Po drugie, nie mogłam sobie wyobrazić okoliczności, 

które skłoniłyby  Rashida do wyegzekwowania  swojej  części  układu, niezależnie  od tego, 

czego się domagał.

Minęłam   znak,   mieniący   się   w   światłach   reflektorów   na   zielono   i   biało,   który 

informował, że zbliżam się do Różanego Kanionu. Okolica sprawiała wrażenie wyludnionej, 

śpiącej w zimnym blasku księżyca. Drzewa kołysały się, chmury płynęły, ale nic poza nimi 

się nie poruszało.

Był to olbrzymi, pusty obszar. Bez pomocy Rashida nie zdążę znaleźć Luisa. I nie 

będę wystarczająco silna, żeby go uratować.

Rzeczywistość wyglądała tak, że Rashid był jednym dżinnem, który jeszcze chciał 

mieć ze mną do czynienia, a według zasad pertraktacje kończyły się po trzykrotnej odmowie.

To była moja ostatnia szansa. Całkiem ostatnia. I z nieodgadnionych przyczyn Rashid 

najwyraźniej obstawał przy swoim żądaniu.

- Tak - powiedziałam. - Moje pierworodne dziecko oddaję w zamian za to, żebyś 

doprowadził mnie do Luisa Rochy i za twoją pomoc w walce o ocalenie Strażników i ludzi. 

Zgoda?

- Zgoda - powiedział Rashid, a po jego skórze przemknął srebrzysty blask, który zalał 

jego oczy, aż zamrugał. - Skręć w lewo.

Przede mną był zjazd. Pojechałam nim, zjeżdżając z równej asfaltowej drogi na taką, 

która nadal była asfaltowa, ale już mniej równa - popękana, miejscami wybrzuszona, słabo 

załatana. Od razu przywołała wspomnienie ciszy i odosobnienia tej okolicy w Kolorado, którą 

Perła wcześniej wybrała na swoją fortecę - coś ledwie żywego w tym miejscu, jakby duch 

Matki był bliższy światu tutaj niż w innych zakamarkach Ziemi. Może po prostu z powodu 

background image

braku ludzkiej obecności, dzikości tej okolicy.

Jechaliśmy, wielka karetka podskakiwała  i skrzypiała,  kiedy prowadziłam ją przez 

wąskie, wijące się zakręty i przez most nad niewidocznym strumykiem. Nie było widać zbyt 

wielu szczegółów - blask księżyca pozwalał dostrzec niewyraźne zarysy kształtów, których 

subtelność znikała w świetle reflektorów samochodu. Zastanawiałam się, czy nie wyłączyć 

świateł, ale kiedy sięgnęłam ręką w stronę wyłącznika, zgasły bez mojego fizycznego udziału.

Rashid. Patrzył  teraz  przed siebie, w skupieniu obserwując  okolicę przez przednią 

szybę,   marszczył   przy   tym   brwi.   Zwolniłam   i   usiłowałam   przyzwyczaić   się   do   nagłej 

ciemności. Zerknął na mnie.

- Zmiana miejsc - oznajmił. - Ja poprowadzę. Skinęłam głową i przesiadłam się. Otarł 

się o mnie, a jego skóra była gorąca jak lato i bardziej niż skórę przypominała polerowany 

metal. Z przerażeniem uświadomiłam sobie, że była w dotyku taka, jak moja stalowa proteza 

lewej   ręki.   Miałam   wrażenie,   że   najlżejszy   jego   dotyk   wypali   na   mnie   ślad.   Poczułam 

mrowienie.

Samotne   pragnienie   Rashida   było   fizycznym   doznaniem,   które   promieniowało   od 

niego na mnie. Starałam się mu nie okazać, że to poczułam. Wcisnął gaz i karetka pognała do 

przodu. Opony trzymały się mocno nawierzchni, a silnik wył pod ciężarem, który musiał 

ciągnąć. Rashid jechał zbyt szybko jak na człowieka, zwłaszcza w ciemności, ale jako dżinn 

cechował   się   wyjątkowym   refleksem.   Byłam   bezpieczna,   wiedząc,   że   nic   nie   zyska, 

powodując wypadek.

Nie rozmawialiśmy. Znów skupiłam się na tym, aby odzyskać łączność z Luisem, ale 

chociaż słyszałam, jak nabiera tchu dziwnymi, niepewnymi haustami, nie próbował się ze 

mną porozumieć. Ani nawet krzyczeć. Strach zacisnął rozgrzane do białości pętle na moim 

żołądku i szyi. Pozostawało mi jedynie czekanie.

Po jakimś czasie Rashid dojechał do końca asfaltowej drogi, skręcił kierownicą i nagle 

wbił się karetką w kotłującą się zieloną masę listowia po prawej stronie.

Znajdowała się tam ukryta droga. Z początku żwirowa, potem piaszczysta - porządnie 

utrzymana, prawie płaska. Jej brzegi były dokładnie wytyczone, a poza krawędziami nie rosła 

trawa.

Była za bardzo dokładna jak na wytwór natury, co wskazywało na to, że o krajobraz 

dbają Strażnicy Ziemi. Wydawało się to idiotyczną stratą mocy, dopóki nie uświadomiłam 

sobie,   że   to   ćwiczenie   użyteczne   dla   kandydatów   na   Strażników   Ziemi   uczące   ich,   jak 

panować nad swoją mocą i ją wykorzystywać.  Strażnicy,  którzy potrafili starannie strzyc 

trawę, dbać, żeby drzewa i krzewy nie zarosły drogi, potrafili też - tymi samymi narzędziami - 

background image

szybko zablokować lub zniszczyć drogę.

A to oznaczało, że niełatwo nam będzie się stąd wydostać, kiedy zdadzą sobie sprawę 

z naszej obecności. Ale już to wiedziałam.

Droga wiła się w dół stromego zbocza jak wąż po zdradzieckiej krętej ścieżce. Rashid 

mknął   nią   z   szaloną   prędkością,   śmiejąc   się   przy   tym,   a   jego   oczy   błyszczały   czystą, 

ryzykancką radością.

- Uważaj. - Uśmiech na chwilę zniknął z jego warg. Tylko tyle zdążył powiedzieć, 

zanim zobaczyłam, jak ziemia przed nami wali się i znika w niespodziewanej, widowiskowej 

dziurze   niecałe   półtora   metra   od   maski   karetki.   Dziura   miała   co   najmniej   sześć   metrów 

szerokości i nie było szans, żeby się zatrzymać. Jeszcze mniejsze szanse mieliśmy na to, żeby 

ciężki, nieopływowy pojazd, taki jak karetka, jakimś cudem pokonał rozpadlinę.

Ale Rashidowi udały się obie te rzeczy. Zatrzymał samochód tak gwałtownie, że pęd 

uniósł tył samochodu do góry, wprawiając karetkę w szaleńcze, pełne, podwójne dachowanie. 

Chwyciłam się kurczowo deski rozdzielczej i rączki nad drzwiami, za wszelką cenę starając 

się nie wypuścić jej z rąk, kiedy siłą grawitacji leciałam najpierw w jedną stronę, a potem w 

drugą... a potem zobaczyłam, że po ostatnim koziołku pojawia się pod nami droga.

Jakimś   cudem   wylądowaliśmy   odpowiednią   stroną   do   góry.   Zanim   przednie   koła 

dotknęły ziemi, Rashid już wcisnął gaz.

Tylne   koła   zahaczyły   o   przepaść,   ale   pęd   i   chwyt   przednich   kół   wyciągnął   je   z 

hukiem, a wtedy znów się unieśliśmy, przemieszczając się tak szybko, że świat migał obok 

nas jak niewyraźna plama.

-  Pięć   sekund  -  powiedział  Rashid.  -  Przygotuj  się.  -  Był  nadzwyczaj   skupiony  i 

spokojny.   Ja   nadal   z   trudem   łapałam   oddech,   zadziwiona,   że   przeżyliśmy   ten 

nieprawdopodobny manewr. Zrobiłaś dobry interes, mówiła jakaś część mnie. Pewnie miała 

rację. Moja misja zakończyłaby się w tamtej rozpadlinie, gdybym nie schowała dumy i nie 

przyjęła pomocy Rashida.

Nie miałam pojęcia, co się stanie po zapowiedzianych pięciu sekundach, ale właśnie 

minęły.

Rashid wcisnął hamulce tak gwałtownie, że poleciałam do przodu, a potem do tyłu i 

zanim zdążyłam otworzyć drzwi, on stał już na zewnątrz i otwierał je, żeby mnie wyciągnąć. 

Kiedy to zrobił, karetka zniknęła. Oczywiście nadal tam była, ale jemu udało się ją ukryć, 

przenieść ją w czasie i przestrzeni. Była to rzadka umiejętność dżinnów, której ja nigdy nie 

nabyłam i nie wiedziałam, że Rashid potrafi takie rzeczy.

Dobrze, że potrafił. W kolejnej sekundzie, kiedy ciągnął mnie, żebym biegła z nim i 

background image

oddaliła się od miejsca, w którym znajdowała się karetka, z ciemności wyłoniła się biała 

kometa ognia, która w locie stawała się coraz większa, a potem wybuchnęła na trawie w 

miejscu, w którym wcześniej stał samochód. Zostałby doszczętnie zniszczony, a my razem z 

nim. Poczułam na plecach falę ciśnienia i gorąca i owionął mnie lekki zapach spalenizny, 

kiedy poczerniały mi końcówki włosów. Wpadłam na Rashida, który przytrzymał  mnie i 

pociągnął dalej, biegnąc przez zarośla. Smagały nas gałęzie i kłuły kolce, śledziło nas coś, co 

wyczuwałam pomiędzy drzewami, co biegało jak wataha czarnych psów. Nasi prześladowcy 

milczeli. Usiłowałam odwrócić się do nich przodem, ale Rashid mi nie pozwolił. Nie pozwolił 

mi nawet zwolnić, żebym mogła się rozejrzeć.

- Puść! - syknęłam na niego. Posłał mi palące spojrzenie lśniących oczu i nie usłuchał. 

Kiedy się potknęłam tak, że mało nie upadłam, skręciłam stopę w splątanych korzeniach, 

chwycił mnie i przerzucił sobie przez ramię, ręką przytrzymując mnie z tyłu za uda. Była to 

niedorzeczna, bezradna pozycja,  ale nie ośmieliłam się szarpać. Poruszał się zbyt szybko. 

Starałam się podnieść głowę, żeby zobaczyć, co dzieje się za nami, ale w ciemności, spoza 

zasłony moich rozwianych włosów, nie widziałam zupełnie nic.

Nagłe, dość niespodziewanie, ciało Rashida naprężyło się, dokładnie tak, jak ludzkie 

ciało pod wpływem wielkiego wysiłku, a ja poczułam, jak wypływa z niego niewiarygodna 

moc. Odbił się od ziemi i przelecieliśmy łukiem w powietrzu nad głęboką, pełną ostrych skał i 

zabójczych   spadów   przepaścią.   Była   zbyt   szeroka,   żeby   próbował   pokonać   ją   człowiek, 

choćby nie wiem jaki ryzykant. Gdybym była sama, zatrzymałabym się.

Spojrzałam na drugą stronę przepaści i dostrzegłam, jak nasi prześladowcy wyskakują 

z   zarośli   na   małą   polanę   pomiędzy   krzewami   a   klifem.   Byli   czarni   jak   cień,   kształtem 

przypominali psy, ale mieli siłę niedźwiedzia i prędkość pantery. Nic naturalnego. Chimery, 

stworzone przez wyjątkowo utalentowanych  i szalonych  Strażników Ziemi dysponujących 

potężną mocą. Dwie z nich, poruszające się szybciej niż pozostałe, schyliły się nad krawędzią 

klifu i spadły z ulewą kamieni i piachu na skały w dole. Obserwowałam to widowisko, kiedy 

Rashid po wylądowaniu z naprężonymi mięśniami nóg po drugiej stronie przepaści przystanął 

na ułamek sekundy, a potem znów ruszył biegiem.

Po kilku krokach zatrzymał się, pochylił i postawił mnie na ziemi. Cofnęłam się o 

krok, nie wiedząc, czy warknąć wściekle, czy okazać wdzięczność. Dopiero po chwili dotarło 

do mnie, dlaczego to zrobił.

- No i? - Spojrzał na mnie, unosząc brew. - Jestem na twoje rozkazy, śmiertelniczko. 

Chwilowo. Dobiegł nas zewsząd metaliczny odgłos przygotowywanej do wystrzału broni.

background image

9.

Rozbłysnęły światła, jasne jak poranek, oświetlając nas z obu stron, a ja dostrzegłam 

ludzi wychodzących spośród drzew - ubranych w ciemne spodnie, grube czarne kamizelki i 

granatowe wiatrówki. W większości byli uzbrojeni w strzelby. Pozostali mieli pistolety.

Wszystkie wycelowane były w nas dwoje. Dla Rashida nie wydawało się to wielkim 

wyzwaniem, ale dla mnie...

Z mroku wyłonił się agent Ben Turner. On pistolet miał w kaburze. Wyglądał na 

wyczerpanego, miał sińce pod oczami i był zły.

- Wy tam - odezwał się. - Na ziemię, ręce za głowy. Oboje. Natychmiast! - Przeszył 

Rashida gniewnym spojrzeniem. - Wiem, że ty się nami raczej nie przejmujesz, ale jeżeli nie 

posłuchasz rozkazu, zastrzelę ją. Zrozumiano?

Rashid skinął głową. Jego dziwnie rozbawiony uśmiech ani drgnął, kiedy klękał z 

wdziękiem dżinna i zakładał ręce za głowę.

Później spojrzał na mnie w górę, unosząc brwi.

-   Chyba   że   wolisz   śmierć   męczeńską   -   powiedział.   -   Oczywiście   wybór   należy 

wyłącznie do ciebie. Upadłam na kolana, spoglądając gniewnie na agenta Turnera. Który 

próbował   mnie   zabić.   Powoli   splotłam   palce   za   głową   -   cielesne   z   metalowymi   -   i 

przyglądałam się, jak skinął na grupę agentów FBI, którzy rzucili się do przodu, pchnęli 

Rashida  i   mnie,   skuli   nam  nadgarstki  zimną  stalą,  a   później  pociągnęli,  żebyśmy   wstali. 

Kajdanki miały w sobie coś dziwnego, badałam je, marszcząc czoło. Kiedy sięgnęłam po 

moc, aby je rozkruszyć, przeszył mnie ostry, bolesny wstrząs.

-   Nowość   -   powiedział   agent   Turner,   dziwnie   celnie   odczytując   z   mojej   twarzy 

zaskoczenie. - W ciągu kilku ostatnich lat opracowaliśmy parę sztuczek. Niektórzy z nas nie 

byli przekonani co do tego, że Strażnicy mają dla naszego kraju ogromne znaczenie. Za dużo 

w ich działaniu egoizmu, korupcji i niespodzianek. Opracowaliśmy środki zaradcze. To jeden 

z nich. Jeżeli zechcesz użyć swojej mocy, zostaniesz porażona. Im większa moc, tym większy 

wstrząs. Lepiej więc niczego nie próbuj. Wierz mi.

- My - powtórzyłam. - Nie jesteś zatem lojalny wobec Strażników.

- Podwójny agent. - Wzruszył ramionami. - Szpieguję Strażników dla FBI. I FBI dla 

Strażników. Ale tylko w jedną stronę robię to naprawdę i jest to FBI. Jeżeli chodzi o mnie, 

uważam, że gdyby jutro zniknęli wszyscy Strażnicy Ziemi, żyłoby się nam o niebo lepiej. A 

skoro już o tym mowa... - Wyciągnął rękę, pomacał grzbiet mojej skórzanej kurtki i znalazł 

listę.

background image

Nie!

Usiłowałam z nim walczyć, ale w kajdankach nic nie mogłam zrobić. Poddałam się, 

dysząc, a on wyjął szkatułkę z mojej kieszeni. Uśmiechnął się i zaczął szukać zamka, żeby ją 

otworzyć.

Zamka nie było. Zasklepił się sam w doskonałą, twardą skorupę, jak utwardzona kość 

słoniowa.   Po   chwili   bezowocnego   opukiwania   szkatułki,   Turner   wrzucił   ją   sobie   do 

wewnętrznej kieszeni kurtki.

- To sprawa dla techników - stwierdził. - Już oni wymyślą, jak się dostać do środka. A 

kiedy już będziemy mieli listę, zaczniemy tym wszystkim efektywnie kierować.

- Żeby powstrzymać uprowadzenia?

- Na początek - powiedział. - Poza tym możemy zacząć kierować Strażnikami zamiast 

pozwalać im korzystać z nieograniczonej pomocy rządowej i pieniędzy rządu.

Jego problemy ze Strażnikami, prawdę powiedziawszy, nie były moim zmartwieniem. 

Niech Lewis Orwell i Joannę Baldwin radzą sobie z politycznymi aspektami ich organizacji. 

Ja miałam o wiele bardziej przyziemny problem. I bardziej osobisty.

- Wysłałeś za mną człowieka.

- Człowieka? Ach, Glenna, tego z samochodem? Tak. Miał cię tylko zwabić i zabrać 

listę, jeśli mu się to uda. Skoro nadal ją masz, zakładam, że nie potrafił cię podejść. Zabiłaś 

go?

- A przejąłbyś się tym?

- Co, dziwne? - Turner uśmiechnął się lekko. - Tak, chciałbym tej operacji oszczędzić 

kosztów pogrzebu, jeśli to możliwe. A on wykonywał moje rozkazy. To oznacza, że jestem za 

niego moralnie odpowiedzialny.

Wzruszyłam ramionami, co nie było szczególnie łatwe z obiema rękami skutymi tuż 

za plecami.

-  On   nie   powinien  grozić   mi   nożem.  Ani  mnie  lekceważyć.   A   ty  nie  powinieneś 

rozprawiać na temat moralności. - Surowym wzrokiem spojrzałam mu w twarz. - Gdzie jest 

Luis?

- Nie tutaj - odparł Turner. - Więc się na mnie nie  wyładowuj.  Zresztą  to nie ja 

wpadłem na pomysł, żeby go wywieźć. - Nie drgnęła mu nawet powieka. - Jest bezpieczny.

- Nie - powiedziałam. - Nie jest. - Nie miałam od niego wiadomości, odkąd zostaliśmy 

z Rashidem uwięzieni i chociaż połączenie nie zostało przerwane i trwało między nami jak 

cichy,   statyczny   szum,   byłam   przekonana,   że   Luis   stracił   przytomność.   -   Stała   mu   się 

krzywda.

background image

- Nie, to niemożliwe. - Turner zmarszczył brwi. - Wiem... - przerwał, ale było za 

późno. Zdążył się przyznać, że wie o wiele więcej, niż chce mi powiedzieć. Czułam, jak rodzi 

się we mnie dziki pomruk, i wiedziałam, że oczy robią mi się coraz jaśniejsze, tworząc własne 

światło,   mocniejsze   niż   światło   skierowanych   na   mnie   halogenowych   latarek.   -   Jest 

bezpieczny.   Więcej   nie   musisz   wiedzieć.   Strażnicy   już   się   tym   nie   zajmują.   To   sprawa 

rządowa i my wszystko mamy pod kontrolą.

-   Doprawdy.   -   Zaśmiałam   się   z   czystym   niedowierzaniem.   Na   ramieniu   Turnera 

spoczęła dłoń innego mężczyzny, który wysunął się do przodu, całkowicie go przyćmiewając. 

Nie wielkością - Turner był bardziej barczysty, wyższy, miał bardziej imponujący wygląd. 

Jednak ten drugi mężczyzna sprawiał wrażenie niekwestionowanego przywódcy. Był drobnej 

postury, pod kuloodporną rządową kamizelką i wiatrówką miał drogie ubranie. Mógł mieć 

pomiędzy trzydziestką a pięćdziesiątką, jak się domyślałam, ale na jego ciemnych, starannie 

przystrzyżonych włosach nie było śladu siwizny. W wyrazistych ciemnych oczach widać było 

żal. Mężczyzna rozkazywał samym spojrzeniem. Na lewej ręce miał obrączkę z jasnego złota, 

a na prawej - sygnet z czerwonym kamieniem. Jak wszyscy pozostali agenci, przy uchu miał 

urządzenie łącznościowe. W odróżnieniu od innych, nie trzymał broni w widocznym miejscu.

-   Pani   Raine   -   odezwał   się.   -   Czy   lepiej,   żebym   zwracał   się   do   pani:   Cassiel? 

Wpatrywałam się w niego bez mrugnięcia powieką i bez słowa.

-   Nazywam   się   Adrian   Sanders.   Jestem   agentem   specjalnym,   który   dowodzi   tą 

operacją, we współpracy z Wewnętrzną Służbą Zapobiegawczą, Biurem do spraw Alkoholu, 

Tytoniu, Broni Palnej oraz Materiałów Wybuchowych i innymi agencjami rządowymi. Mam 

więc w tej chwili dużo na głowie, a na dodatek muszę się przejmować magią, a nie zwykłymi, 

porządnymi obywatelami, którzy zamierzają coś wysadzić w powietrze - mówił tak, jakby był 

lekko zdegustowany sytuacją. - Luis Rocha znajduje się pod naszą opieką w tajnym miejscu. 

Usiłował interweniować, kiedy zabieraliśmy kilka osób na przesłuchanie.

- Dzieci - powiedziałam. - Zabieraliście na przesłuchanie dzieci. Agent Sanders uniósł 

brew.

- Pani Raine, z tego co wiem, naszym podstawowym problemem są właśnie dzieci. 

Dlatego   zdecydowanie   muszę   przesłuchać   każdego,   kto   może   nas   doprowadzić   do 

rozwiązania sprawy. Dotyczy to także osób poniżej wieku wyborczego.

Wydawało się, że mówi rozsądnie, ale nie było nic rozsądnego w bólu, który odczuwał 

Luis.

- Chcę się zobaczyć z Luisem Rocha - oznajmiłam. - Natychmiast.

- Nie - odpowiedział kategorycznie Sanders. - Nie zobaczy go pani. Teraz usiądzie 

background image

pani na ziemi na tyłku, skrzyżuje nogi i nie wstanie, dopóki pani nie każemy. Poza panią mam 

większe problemy.

Wątpiłam w to.

Sanders odwrócił się i pociągnął za sobą Turnera. Naradzili się, stojąc plecami do 

mnie i Turner ruszył biegiem pomiędzy drzewami pod eskortą trzech innych mężczyzn.

- Jeszcze pani stoi? - spytał Sanders, nie patrząc na mnie. - Bo za dziesięć sekund tak 

czy siak znajdzie się pani na ziemi.

Nie   mogłam   zapanować   nad   całą   złością,   jaka   we   mnie   eksplodowała.   Wzbudzał 

wściekłość we mnie jako człowieku i jako dżinnie. Niczego nie pragnęłam tak bardzo jak 

tego,   żeby   uwolnić   dłonie   z   powstrzymujących   je   więzów   i   zalać   mężczyznę   mocą,   by 

pozostała   po   nim   jedynie   dymiąca   dziura   w   ziemi.   Wściekłość   była,   prawdę   mówiąc, 

przerażająca w swojej mocy, tym bardziej że w tej chwili czułam się zupełnie bezradna.

-  Zrobiłbym,   co każe   - wymruczał   Rashid, a  kiedy się  obejrzałam,   dżinn  siedział 

spokojnie   na   ziemi   ze   skrzyżowanymi   nogami   i   wyglądał   tak,   jakby   przybrał   pozę   do 

medytacji,   bynajmniej   nieonieśmielony.   -   Zabiją   cię.   Mają   rozkaz   strzelać,   dopóki   nie 

przestaniesz się ruszać.

Agenci stojący wokół nas celowali do mnie z broni. Rashid miał rację - żaden z nich 

nie wyglądał na takiego, co się zawaha, czy strzelić, jeżeli zajdzie potrzeba.

Usiadłam obok Rashida i skupiłam się na tym, żeby spokojnie oddychać i zapanować 

nad impulsem, który nakazywał mi próbować wykorzystać swoją moc. Kajdanki wywoływały 

coraz mocniejsze wstrząsy, wyczuwając wzbierającą we mnie energię, a ja miałam wrażenie, 

że   dłonie   i   ręce   mam   poparzone   i   tkliwe   od   ciągłych   ukłuć   bólu.   Siedziałam   zupełnie 

nieruchomo z zamkniętymi oczami. A obok mnie siedział Rashid, nieruchomy jak skała.

Czekał.

Luis.

Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi, poza szmerem bez słów. Żył, ale nie był zdolny 

do świadomej myśli. Najprawdopodobniej podano mu narkotyki. A może zrobili mu taką 

krzywdę, że jego ciało, w samoobronie, pozbawiło go świadomości wyrządzonych szkód. Tak 

czy siak, nie była to dobra wiadomość.

Turner nas zdradził i teraz mieliśmy o wiele większe zmartwienia. Poza Perłą groziły 

nam jeszcze agencje rządowe. Nie miałam wątpliwości, że agent Sanders był przekonany, że 

panuje nad sytuacją i dniem. Nie miał bladego pojęcia, jak bardzo usuwa im się grunt spod 

nóg, jemu i jego kolegom.

-   To   bez   sensu   -   zauważył   Rashid   po   piętnastu   minutach   zupełnego   milczenia. 

background image

Oderwałam się od swoich rozważań na temat doprowadzającej mnie do szału bezradności. - 

Zgodziłem się pomóc ci w walce, nie w poddawaniu się.

Stłumiłam moją pierwszą reakcję, czemu towarzyszyło  kolejne bolesne szarpnięcie 

kajdanek.

- Potrafisz zniknąć?

-   Gdybym   chciał.   -   Zamilkł   na   sekundę.   -   Nie   unieważniłoby   to   naszej   umowy. 

Zawarliśmy układ. To, że okazał się dla ciebie nieprzydatny...

- Nie ma znaczenia, wiem. Nie urodziłam się człowiekiem. - Usiłowałam panować nad 

sobą, żeby nie warczeć. - Możesz zabrać mnie ze sobą?

- Oczywiście - powiedział spokojnie Rashid. - Pytanie tylko, czy to przeżyjesz. Szanse 

nie   są   za   duże.   Nie   należę   do   tych   dżinnów,   które   potrafią   bezpiecznie   przeprowadzić 

człowieka przez sferę eteryczną i wyprowadzić go z tego żywego. Moja szybkość jest bez 

znaczenia, bo oni mają na to sposoby.

- Na przykład?

- Wśród nich są Ma'atowie - ciągnął. - Wystarczy jeden lub dwóch, nie na tyle silnych, 

żeby mogli się stać Strażnikami, ale silnych na tyle, żeby ci przeszkodzić, spowolnić cię. W 

tym  samym  czasie  mogą dosięgnąć  cię  kule. Moim zdaniem, jeżeli spróbuję  cię ze sobą 

zabrać, zginiesz.

Zastanawiałam się nad tym. Ramiona bolały mnie od więzów i chciało mi się pić. 

Byłam wyczerpana, potrzebowałam snu. Ale ponad wszystko chciałam wiedzieć, czy Luisowi 

nic nie jest.

- Wiem, że nie mogę zmienić układu - zaczęłam ostrożnie. - Więc tego nie próbuję. 

Chcę tylko  powiedzieć, że gdyby udało ci się opuścić to miejsce, nikt  nie potrafiłby cię 

powstrzymać.   I   chyba   nikt   nie   mógłby   cię   też   powstrzymać,   żebyś   zabrał   naszemu 

przyjacielowi, Turnerowi, listę.

- Albo, żebym go zniszczył jak małą pluskwę - zauważył Rashid.

-  Oczywiście.   Nie  ruszał   się.  Sądziłam,  że   na  samą   wzmiankę   o  tym,  że   mógłby 

położyć  ręce na liście, zniknie i pojawi się jako najgorszy  koszmar Turnera, ale siedział 

spokojnie, w milczeniu.

- Czekasz na coś? - spytałam.

- Nie - odpowiedział. - Ale nie ma wielkiego pośpiechu. Mogę zabrać mu listę, kiedy 

tylko zechcę. Nie jest jej prawowitym właścicielem. Dlatego mam prawo mu ją odebrać, pod 

warunkiem że oddam ją tobie.

Doprawdy? Tego nie wiedziałam. Ale uznałam, że według logiki dżinnów mogło mieć 

background image

to   sens.   Listę   podarowała   mi   Wyrocznia.   A   to   oznaczało,   że   lista   jest   moją   wyłączną 

własnością  do  czasu,   kiedy  dobrowolnie   ją  komuś  oddam.   Ludzie  nie   kierowali   się  tego 

rodzaju  prawami własności,  które wiązały się  z przekazaniem  mocy  w sferze  eterycznej, 

dlatego też Turner nie zastanawiał się dwa razy, czy mi ją zabrać.

Dotarło do mnie jednak, że lista sama w sobie nie była zwykłym zwojem papieru 

zamkniętym w szkatułce. Ona żyła.

Potrafiła reagować, jak na przykład wtedy, kiedy szkatułka się zasklepiła.

- A jeżeli znajdzie się w twoich rękach nie dlatego, że ci ją podarowałam, nie otworzy 

się, prawda? - Uśmiechnęłam się powoli. - To dlatego chciałeś ją wypertraktować, zamiast mi 

ją po prostu zabrać. Muszę ci ją dać, abyś mógł z niej skorzystać.

Rashid nie wysilał się, żeby zaprzeczyć.

- Dlatego odbierając ją twojemu  przyjacielowi,  panu Tunerowi, jestem jedynie  jej 

czasowym strażnikiem. Nie złodziejem.

- Żadnym złodziejem - przyznałam. - No dobra. - Mój uśmiech zbladł. - Kiedy ją 

będziesz miał, ty staniesz się celem. Cokolwiek by się działo, nie możesz pozwolić, żeby 

dostała się w ręce Perły ani tych, którym ona rozkazuje.

- Stawiasz mi warunki. - Rashid pokręcił głową. - Cassiel. Zrobię to, na co będę miał 

ochotę, i tak, jak będę miał ochotę, a ty musisz wierzyć, że także będziesz z tego zadowolona. 

- Spojrzał na mnie jasnymi, całkiem nieludzkimi oczami. - Czas ruszać.

Wyczuł coś, ale ja nie wiedziałam co. Skinęłam głową. To było całe nasze pożegnanie, 

innego nie potrzebowaliśmy, Rashid po prostu się rozpłynął jak szept na wietrze, a jego puste 

kajdanki spadły z trzaskiem na ziemię w miejscu, w którym wcześniej siedział.

To wywołało natychmiastową reakcję obserwujących nas agentów - szybko zacieśnili 

krąg wokół mnie.

-   Gdzie   on   jest?   -   warknęła   rudowłosa   kobieta   z   poważną   miną.   Mimo   tego,   co 

wiedzieli   na   temat   natury   Strażników   i   dżinnów,   cały   czas   tkwiło   w   nich   pierwotne 

przerażenie ludzi przeżywających konfrontację z nieznanym. Dostrzegłam ten lęk w napięciu 

ciała   funkcjonariuszki   i  błysku   niedowierzania   w   niebieskich  oczach.   Powtórzyła   pytanie 

głośniej, celując we mnie broń, grożąc mi w oczywisty sposób.

Nie   zwracałam   na   nią   uwagi,   zastanawiałam   się   bowiem,   co   skłoniło   Rashida   do 

nagłego zniknięcia. Nie zauważyłam  nic szczególnego - ten brzeg przepaści kontrolowali 

agenci   rządowi,   oddzieleni   od   terytorium   Perły   wyraźną   granicą,   którą   trudno   byłoby 

przekroczyć,   nie   zwracając   na   siebie   uwagi.   Owszem,   Perta   mogła   wysłać   tu   swoje 

wyszkolone do walki dzieci, ale nawet ona podlegała pewnym ograniczeniom. Nie sądziłam, 

background image

żeby chciała przypuścić szturm na uzbrojony oddział FBI. Jej uczniowie nie byli dżinnami, 

nie mogli za pomocą siły woli poruszać się w eterycznej przestrzeni. Zbliżyliby się jak ludzie, 

możliwe, że posłużyliby się siłami ponadnaturalnymi, ale na pewno nie potrafiliby użyć mocy 

dżinnów.

Nie wyczuwałam mocy, która zmierzałaby w eterze w naszą stronę. Natomiast, kiedy 

skupiłam   uwagę   na   obozie   Perły   po   drugiej   stronie   granicy,   czułam   skupioną   energię,   o 

potencjale bomby, była szczelnie zamknięta, dobrze osłonięta i ktoś ją wykorzystywał. Czy 

była tam Perła? Nie miałam pewności. Nie miałam też pewności, czy w ogóle gdzieś jest w 

fizycznym wymiarze. Jej uczniowie, owszem, ale sama Perła potrafiła objawiać się w sposób, 

który nie do końca rozumiałam, a to oznaczało, że nie dało się jej ściśle powiązać z jednym 

źródłem.

Jeszcze nie.

Nadal szukałam znaku, żeby zrozumieć, co skłoniło Rashida, aby zniknąć akurat w 

tym momencie. Właśnie wtedy agent Sanders wrócił na polanę. Był zmęczony i zły. Spojrzał 

na miejsce, w którym siedział Rashid, popatrzył gniewnie na agentów i na mnie. Wzruszyłam 

ramionami.

-   Dżinn   -   powiedziałam.   -   Znika,   kiedy   chce.   Naprawdę   niewiele   można   na   to 

poradzić.

- Twój przyjaciel niezbyt wysoko ceni twoje życie, prawda? - zapytał Sanders.

-   Nie   jest   moim   przyjacielem.   Łączy   nas   umowa,   nie   przyjaźń,   a   moje   życie   to 

wyłącznie moje zmartwienie.

- Dobrze zrozumiałaś. Dalej. Wstawaj. Ponieważ przez dłuższą chwilę siedziałam ze 

skrzyżowanymi   nogami   i   z   rękami   skutymi   za   plecami   kajdankami,   trudno   mi   było   się 

podnieść.   Sanders   trzymał   na   moim   ramieniu   dłoń,   kiedy   wyprowadzał   mnie   z   polany. 

Przechodziliśmy obok obserwujących nas agentów, a potem leśną ścieżką, która wiodła przez 

zarośla.

Gdy   wyszliśmy   na   otwartą   przestrzeń,   spostrzegłam,   że   rozbito   tu   namioty   z 

maskującego płótna. Agencje rządowe wykorzystywały pewnie te namioty do wszystkiego, 

od pomocy po katastrofach po walki. Były to wielkie konstrukcje. W jednym z namiotów 

znajdowały się miejsce do spania i wydzielona jadalnia, w drugim, do którego zaprowadził 

mnie Sanders, rozstawiono długie składane stoły - na nich rozłożono mapy, papiery, stały tu 

też komputery i urządzenia, których zastosowania nie mogłam się domyślić. Może służyły do 

komunikacji. W namiocie było co najmniej dziesięciu ludzi.

Nie zauważyłam wśród nich agenta Turnera.

background image

Sanders kazał mi usiąść na składanym krześle i spojrzał mi w oczy.

- Musi być pani niewygodnie - orzekł. - Z rękami skutymi z tyłu. Zakuję panią z 

przodu, ale musi mi pani obiecać, że nie zrobi pani nic głupiego. Nie jestem pani wrogiem. 

Wróg znajduje się tam. Po drugiej stronie tej przepaści.

Nie miałam ochoty na żadne układy z Sandersem, ale miał rację. Bolały mnie ramiona, 

ręce drżały mi z wysiłku, ponieważ stale usiłowałam złagodzić nieustające napięcie. Skinęłam 

głową.

- Rozepnę jedną część kajdanek  - powiedział. - A pani przesunie obie ręce przed 

siebie. Żadnych wyskoków. Niech pani spróbuje jakichś sztuczek, a mój przyjaciel, agent 

Klein, wlepi pani kulę, jasne?

Dla   agenta   Kleina   na   pewno   było   jasne.   Był   młodym   mężczyzną   z   kręconymi 

brązowymi włosami. Trzymał nieruchomo przed sobą półautomatyczny pistolet i celował w 

środek mojej klatki piersiowej.

-   Rozumiem   -   odparłam   i   spojrzałam   agentowi   Sandersowi   w   oczy.   -   Będę 

współpracować.   -   Na   razie.   Zrobił   dokładnie   to,   co   powiedział.   Stanął   za   mną   i   rozpiął 

kajdanki  z jednej  strony.  Przesunęłam obie ręce przed siebie,  lekko wzdychając z ulgą i 

wyciągnęłam   je,   przysuwając   nadgarstki   do   siebie.   Sanders   zatrzasnął   kajdanki,   a   ja 

poczułam,   że   przeszywa   mnie   iskra   -   nie   na   tyle   mocno,   żeby   sprawić   ból,   ale   na   tyle 

wyraźna, żeby upewnić mnie, że kajdanki nadal żyją. Położyłam ręce na kolanach.

-   Lepiej?   -   spytał.   Było   to   pytanie   retoryczne,   zapewne   jedyny   przejaw 

zainteresowania   moim   stanem,   więc   nie   odpowiedziałam.   Sanders   zresztą   chyba   nie 

oczekiwał   odpowiedzi.   -   Co   wiemy?   Wiemy,   że   ten   obóz   prowadzi   organizacja 

odszczepieńców, którzy w materiałach rekrutacyjnych lubią nazywać się Kościołem Nowego 

Świata. Mają swoją stronę internetową, zespoły redakcyjne, sieci społeczne i kanał YouTube, 

na którym  zamieszczają wszelkiego rodzaju stuknięte, żarliwe brednie o tym,  że musimy 

odnowić świat. Standardowe teksty, naprawdę, mój zespół śledzi tych kolesiów od lat.

Ale   w   ciągu   ostatnich   dwunastu   miesięcy   coś   się   w   nich   zmieniło.   Wcześniej 

opowiadali tylko o ideałach, a nagle się okazało, że mają pieniądze, prowadzą rekrutację, 

dysponują prawdziwymi ośrodkami treningowymi, o których wiemy, w co najmniej czterech 

stanach. Słucha mnie pani?

Przerwał,   żeby   napić   się   wody   z   butelki.   Kiedy   skinęłam   głową,   podszedł   do 

laminowanej   mapy   Stanów   Zjednoczonych,   na   której   czerwonym   mazakiem   kółkami 

zaznaczone było ich położenie. La Jolla, Kalifornia, gdzie znajdowaliśmy się teraz. Znak X 

znajdował   się   nad   kółkiem   w   Kolorado,   gdzie   umiejscowione   zostało   Ranczo,   które 

background image

odkryliśmy, szukając Ibby. Zaznaczone były jeszcze dwa miejsca. Na moje oko oba leżały na 

odludziu, z daleka od najbliższego dużego miasta.

Sanders uderzył skuwką zamkniętego mazaka w zakreślony okrąg wokół Kolorado. 

Ustalaliśmy   właśnie   nadzór   dla   tego   miejsca,   kiedy   wyważyliście   drzwi   z   tym   pani 

przyjacielem, Luisem, i rozpętaliście piekło. Swoją drogą, niezła robota. Mnóstwo zabitych, 

zaginione dzieci, jeden wielki bajzel, z którego mieliśmy się czegoś domyślić. Wielkie dzięki.

- Nikt mnie nie poinformował, że powinnam uzgodnić z panem moje plany uratowania 

porwanego dziecka.

- No to teraz już pani będzie wiedzieć.

- Na jak długo?

- Jak się pani podoba: na zawsze?

- Bardziej niż panu - zapewniłam go i uśmiechnęłam się przelotnie i srogo. - Nie 

obchodzą mnie pana problemy, agencie Sanders. Chcę zobaczyć Luisa Rochę. Chcę uratować 

dzieci. A na pana głowie zostawiam resztę, jeśli jest pan w stanie sobie z nią poradzić.

Sanders przeciągnął krzesło po nierównej ziemi, postawił je z hukiem przede mną i 

usiadł, opierając łokcie na kolanach i pochylając się do przodu.

- Sprawa nie wygląda zbyt dobrze. Jest to jakieś zamieszanie związane ze Strażnikami. 

I dżinnami. A my tkwimy w tym tylko dlatego, że wasi ludzie nie potrafią zająć się własnym 

gównem. Niech mnie więc pani wprowadzi, Cassiel. W tej chwili.

- Wprowadzić pana?

- Niech mi pani powie wszystko, co powinienem wiedzieć.

- To dość proste. Nic. Niech pan wycofa swoich ludzi. Zakończy operację. I wyjedzie. 

Sanders westchnął i oparł się na krześle, zakładając ręce na piersiach. Składane metalowe 

krzesło zaskrzypiało na znak protestu. Zerknął na agenta Kleina, który ciągle mierzył we mnie 

z pistoletu.

- Greg, może przyniósłbyś dla mnie i dla mojego gościa po kubku kawy? Pije pani 

kawę, prawda? - To ostatnie pytanie skierowane było do mnie. Nie odpowiedziałam. - Dwa. 

Dzięki. To trochę potrwa.

Klein z wystraszoną miną przez chwilę przyglądał się swojemu szefowi.

- Sir? Jest pan pewien?

- Tak. Rozumiemy się, Cassiel, prawda? Jeżeli spróbuje mi pani wywinąć jakiś numer, 

zakopię panią i pani przyjaciela Rochę tak głęboko, że sam prezydent i Połączone Kolegium 

Szefów Sztabów nie będą mieli wystarczających uprawnień, żeby dowiedzieć się, że w ogóle 

istnieliście. Myśli pani, że w Guantanamo było źle? To niewiele pani widziała.

background image

-   Chce   mnie   pan   wystraszyć?   -   Zamrugałam.   Byłam   szczerze   zaciekawiona,   bo 

usiłowano   mnie   już   kiedyś   zastraszyć.   A   takie   postępowanie   nie   pasowało   do   tego 

mężczyzny, ze wszystkimi jego zasadami. - Bo uważam, że mimo pozy, jaką pan przyjmuje, 

nie jest pan złym człowiekiem. Wydaje mi się, że pan się mnie boi. Niepotrzebnie. Dopóki nie 

będzie mi pan wchodził w paradę...

Parsknął śmiechem.

- Wchodzić pani w paradę? Proszę pani, odkąd wylądowała pani na Ziemi, robiła nam 

pani tylko jeden wielki syf. Teraz niech mi pani opowie to, co powinienem wiedzieć o tym, 

jaki związek z tym wszystkim mają Strażnicy i dżinny.

- Albo?

- Albo nie bardzo mnie pani polubi - odpowiedział. Nie lubiłam go już w tej chwili. 

Nie przypuszczałam, żeby się to mogło jakoś radykalnie zmienić.

Nie naciskał. Agent Klein wrócił z dwoma jednorazowymi kubkami pełnymi mocnej 

czarnej kawy. Wzięłam jeden i ujęłam go w obie dłonie, wdychając aromatyczny zapach. 

Agent Sanders pił swoją.

- Gdzie jest Turner? - spytałam.

- Odesłałem go dokąd indziej - powiedział Sanders. - Pomyślałem, że skoro tak panią 

sprzedał, może pani chcieć się zemścić. Może więc pani uznać, że został wyłączony z tej 

sprawy, jeżeli chodzi o panią. Dobrze?

- Turner opracowywał z wami środki przeciwko Strażnikom - odparłam. - Od jak 

dawna?

- A może nie będę z panią omawiał tajnych programów rządowych?

- Oj, zapewniam pana, że będzie je pan omawiał. Ze mną, z Lewisem Orwellem, z 

Joannę Baldwin, z Davidem, Ashanem, czy z paroma innymi, cóż, wybór należy do pana. Ale 

to będzie o wiele bardziej... dynamiczna rozmowa. Taka, która panu Turnerowi by się chyba 

nie spodobała.

- Turner jest nam potrzebny. Będziemy go chronić. Nie podobało mi się to, w którą 

stronę zmierza  rozmowa. W nieunikniony sposób zakończy się jednym  - wojną  domową 

pomiędzy zwykłymi ludźmi a Strażnikami. Dżinny nie muszą opowiadać się po żadnej ze 

stron, ale niektóre to zrobią. To wywoła gniew i zniszczenie. Jak powiedziałby Luis, gówno 

do kwadratu. Te rozważania sprowadziły moje myśli do tematu, którym byłam najbardziej 

zainteresowana.

-   Chcę   zobaczyć   Luisa   -   powiedziałam.   -   Teraz.   Sanders   stoczył   ze   mną   kolejny 

pojedynek na spojrzenia.

background image

- Przyprowadź go - nakazał w końcu Kleinowi, który stał nieopodal, ciągle trzymając 

dłoń w pobliżu broni.

- Sir...

- Przyprowadź go - powtórzył. Czekaliśmy w milczeniu, kiedy Klein odszedł. Upiłam 

łyk  kawy. Klein   zniknął  za  krawędzią  namiotu,   a  ja  usłyszałam  odgłos  uruchamianego  i 

odjeżdżającego pojazdu. Nie trzymali go tutaj, w swojej bazie dowodzenia, mieli gdzieś drugi 

obóz, ten, do którego zapewne w końcu i mnie zabiorą. Nie było sensu działać zbyt szybko. 

Poza tym kawa nawet mi smakowała.

Agent Sanders miał tyle rozsądku, żeby wiedzieć, że nie odezwę się, dopóki moja 

prośba nie zostanie spełniona, więc wstał, dopił swoją kawę i naradził się z innymi agentami 

siedzącymi w tym pomieszczeniu. Kiedy skończył, podszedł i stanął nade mną.

- Dostała się pani do środka - odezwał się. - Weszła pani na strzeżony teren. - Słychać 

było, że jest pod wrażeniem.

- Zgadza się - potwierdziłam. - Ale samo dostanie się do środka nie jest problemem. 

Są   zabezpieczenia.   Alarmy.   Strażnicy.   -   Pomyślałam   o   chimerach:   niedźwiedziach   i 

panterach,   krążących   stadem   pomiędzy   drzewami,   bardziej   skutecznych   niż   jakakolwiek 

ludzka siła. - Jeżeli zamierza pan wtargnąć na to terytorium, zostanie pan zniszczony.

-   Och,   nie   zamierzam   na   nie   wtargnąć   -   powiedział.   -   Jeszcze   nie.   Ale   bardzo 

interesuje mnie to, co właściwie pani tam zobaczyła.

- Nic - odpowiedziałam.  - Zadbaną ziemię.  Żwirową drogę. Olbrzymi  budynek  w 

kształcie łuku, od którego biło światło. Tylko tyle zdążyłam zobaczyć.

Chciał zadać mi więcej pytań, ale już powiedziałam mu wszystko, co miał ode mnie 

usłyszeć i w końcu pogodził się z tym faktem i zamilkł.

Piętnaście minut później usłyszałam warkot silnika, chrzęst kół, a później ciszę, kiedy 

kierowca zatrzymał samochód. Trzaśniecie drzwi.

Wstałam.   To   wywołało   zmianę   postawy   wszystkich   agentów   w   pomieszczeniu   - 

wyprostowali się, przygotowali, ich ręce powędrowały w stronę broni.

- Siadaj - warknął Sanders. Nie usłuchałam go, a on wyjął pistolet, ale nie wycelował. 

- Siadaj, Cassiel. Nie żartuję. Dostrzegłam wreszcie cienie w wejściu do namiotu. Agent 

Klein...   i   Luis   Rocha.   Zaparło   mi   dech,   bo   nieśli   go   na   noszach   dwaj   mężczyźni.   Był 

nieprzytomny.   Mężczyźni   położyli   nosze   na   jednym   ze   stołów   i,   na   skinienie   Sandersa, 

cofnęli się. Klein znów zajął swoje  stanowisko kilka kroków dalej, stał z odbezpieczoną 

bronią.

Przeniosłam wzrok z nieruchomej, bladej twarzy Luisa na Sandersa. Miałam wrażenie, 

background image

że wszystko jest czerwone, i nie mogłam oddychać.

- Żyje - powiedział Sanders, jakby w ogóle takie pytanie wchodziło w rachubę. - No, 

Cassiel, uspokój się trochę. Nic mu nie będzie. Strasznie się stawiał, musieliśmy go ostro 

potraktować, a później dali mu narkozę, żeby go wyleczyć. Za kilka godzin powinien się 

obudzić.

Dostrzegłam   krew   na   koszuli   Luisa.   Uniosłam   jej   brzeg   i   zobaczyłam   po   prawej 

stronie bandaż szerokości mojej dłoni. Pod nim wyczułam rozcięcie, długie i głębokie, które 

naruszyło organy i jelito. Lekarze naprawili zniszczenie za pomocą szwów, oczyścili rany i 

zostawili go, żeby dochodził do siebie.

-   Zdejmijcie   mi   to   -   poprosiłam   i   wyciągnęłam   skute   kajdankami   ręce   w   stronę 

Sandersa, nie spuszczając wzroku z Luisa.

- Nie mogę. Chciałam zastosować taki rodzaj groźby, jakiej użyłabym, gdybym była 

dżinnem: „Jeżeli mi odmówisz, zniszczę ciebie, twoich przyjaciół i wszelki ślad po twoim 

istnieniu”.   W   ludzkim   ciele   jednak   zrealizowanie   tej   groźby   byłoby   nie   tylko   niezwykle 

trudne   do   wykonania,   ale   mogłoby   się   skończyć   więzieniem   albo   zastrzeliliby   mnie   na 

miejscu.

- Mogę go uzdrowić - powiedziałam błagalnym tonem. Chyba niezbyt poskutkował. - 

Proszę. Pozwólcie, żebym mu pomogła. Inaczej będzie potrzebował wielu tygodni, żeby dojść 

do siebie i pojawi się ryzyko infekcji. - Nie dodałam tylko jednego oczywistego argumentu. 

Jeżeli Luis Rocha umrze z powodu ran lub wywołanych nimi komplikacji, to Sanders będzie 

za to odpowiedzialny. Nie tylko wobec mnie, ale także wobec swoich przełożonych. Wobec 

Strażników. A pewnie i wobec jednego czy dwóch dżinnów.

Sanders oczywiście wiedział, co ryzykuje.

Zmierzył  mnie długim, nieruchomym  spojrzeniem. Starałam się jak mogłam,  żeby 

wyczuwał ode mnie brak zagrożenia, chociaż takie sztuczki nie były moją mocną stroną.

- Dobrze. - Westchnął. - Ale jeżeli zrobisz coś, co mi się nie spodoba, agent Klein 

wystrzela na ciebie cały magazynek. Jasne?

Nie czekał na moją zgodę i rozpiął mi kajdanki na obu nadgarstkach. Spodziewałam 

się jakiejś małej technologicznej innowacji, ale nic interesującego nie dostrzegłam.

Sanders cofnął się o krok i skinął głową w stronę Luisa, leżącego nieruchomo na stole.

-   Czas   biegnie   -   powiedział.   -   Masz   pięć   minut.   Nie   miał   doświadczenia   ze 

Strażnikami poza Turnerem, nie ulegało wątpliwości. Pokręciłam głową i położyłam prawą 

rękę na czole Luisa. Było zimne i trochę lepkie. Lewą, metalową rękę trzymałam opuszczoną 

z boku. Nie byłam już pewna, czy potrafię kontrolować przepływ mocy przez nią na takim 

background image

poziomie, żeby przeprowadzić tego rodzaju zadanie.

Obrażenia   wewnętrzne   Luisa   okazały   się   zaskakująco   lekkie   i   zostały   naprawione 

przez zdolnych chirurgów. Właściwie nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo, potrzebował 

tylko zwykłej rekonwalescencji. Przynajmniej to było dość łatwo zorganizować, zastępując 

po prostu część jego utraconej energii moją, chociaż nie miałam jej za wiele, żeby się nią 

dzielić. Gdyby naprawdę był ciężko ranny, miałabym wątpliwości, czy potrafię go wyleczyć, 

dysponując moimi zasobami... ale to potrafiłam.

Kiedy przekazałam Luisowi energię - otworzył oczy. Przez chwilę były nieruchome, 

kiedy   jego   umysł   odzyskiwał   świadomość   i   zaczął   przetwarzać   informacje   w   tempie 

zaskakującym nawet dla dżinna - wspomnienia, dane zmysłowe, dane eteryczne. W końcu 

jego oczy ożyły i Luis spojrzał na mnie, nie poruszył się jednak.

Słyszysz   mnie?  Posłużyłam   się   sztuczką   Strażnika   Ziemi,   szepcząc   mu   te   słowa 

bezpośrednio do ucha za pomocą delikatnych wibracji wewnętrznej membrany.  Nie ruszaj 

się. Nie daj im poznać, że się wybudziłeś.

Pozostawał zupełnie nieruchomy, rozluźniony pod dotykiem moich dłoni.

Miło cię widzieć, powiedział. Nic ci nie jest?

To nie ja leżałam na stole z pozszywanymi ranami.

Oczywiście, że nie, odpowiedziałam. Jesteś na tyle silny, żeby zająć się połową broni? 

Lady, mogę zająć się całą bronią,  zaproponował Luis i zamrugał.  Są z FBI, prawda? O, 

ludzie. Czyżby się rozmyślił? Ale zajmiesz się bronią?

Jasne,  odpowiedział zrezygnowany.  Może dorobię się listu gończego ze mną w roli  

głównej.

Nie marnowałam czasu na dopytywanie się, co miał na myśli.

Teraz, wyszeptałam mu do ucha.

Usiadł   jednym   płynnym   ruchem,   a   kiedy   wszyscy   agenci   w   pomieszczeniu 

zastanawiali się, co robić, ja odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w kierunku agenta Sandersa.

Agent   Klein   nie   blefował.   Pociągnął   za   spust   pistoletu   i   nawet   nie   drgnął,   kiedy 

celował. Gdyby pistolet działał, poleciałabym na ziemię z dziurą w głowie.

Ale nie zadziałał. Pistolet oddał jałowy strzał. Klein zamrugał i natychmiast spróbował 

znowu. Rozległo się kolejne głuche kliknięcie. Do tego odgłosu dołączył metaliczny brzęk, 

kiedy pozostali agenci FBI zaczęli bezskutecznie strzelać.

Zrobiłam unik, gdy Anders próbował zadać mi cios pięścią. Chwyciłam go za gardło, 

rzuciłam nim do tyłu na jeden ze składanych stołów, który niebezpiecznie się zachwiał i zgiął, 

jakby   miał   się   zaraz   zarwać.   W   końcu   rzeczywiście   się   zarwał   -   nagle   metalowe   nogi 

background image

rozjechały   się   nienaturalnie,   a   stół   walnął   o   ziemię,   pociągając   za   sobą   Sandersa.   Ja 

poleciałam z nim, ale ukucnęłam, cały czas ściskając jego szyję.

Pozwoliłam, żeby dżinn zalśnił w moich oczach.

- Nie będą mi rozkazywać tacy jak pan, agencie specjalny Adrianie Sanders. - Prawie 

prychnęłam. - Nie bez powodu Strażnicy nigdy nie poddawali się kontroli rządu. Strażnicy są 

ponad narodami, ponad rządami, ponad zasadami i ograniczeniami waszego społeczeństwa. 

Muszą   być,   aby   móc   wykonywać   swoją   pracę.   Strzegą   swoich   i   nie   potrzebują   akurat 

waszego szczególnego nadzoru. - Luis zajął się kolejnym agentem, który śpieszył na ratunek 

Sandersowi,   prawdopodobnie   agentem   Kleinem.   Strażnicy   Ziemi   posiadali   zdolność 

pokonywania siły grawitacji. Dla agenta Kleina było to pewnie zaskoczeniem, bo westchnął 

przestraszony, kiedy obszar wokół niego nagle potroił siłę przyciągania w porównaniu z siłą 

przyciągania Ziemi, a on nagle w pół kroku z hukiem runął twarzą do ziemi. I mimo że ciągle 

próbował, nie był w stanie się podnieść.

Luis obrzucił spojrzeniem pozostałych agentów, którzy nadal stali z bronią w ręku 

przy swoich komputerach. Spojrzeli po sobie.

- Spokojnie - powiedział. - Nikomu nie zrobimy krzywdy. Wyluzujcie. Byłam raczej 

pewna, sądząc po minie Sandersa, że nie do końca uwierzył zapewnieniom Luisa. W zasadzie 

nie mogłam go winić. Nie mogłam mu też zagwarantować, że na pewno nikomu nic się nie 

stanie. A zwłaszcza jemu. Pochyliłam się bliżej, jasne włosy owiały mi twarz jak dym.

-   Jeżeli   jeszcze   raz   spróbuje   pan   zakuć   mnie   w   te   kajdanki,   panie   Sanders, 

porozmawiamy  sobie znowu, ale ta rozmowa nie zakończy się już w tak miły sposób. - 

Wypuściłam go, wstałam i podałam mu rękę. Lewą. Tę metalową.

Sanders wlepił wzrok w moją twarz, potem w rękę, a ja przez długą chwilę nie byłam 

pewna,   czy   przyjmie   te   zdawkowe   przeprosiny.   W   końcu   chwycił   moje   stalowe   palce   i 

wspierając się na mnie, wstał.

- Musimy pracować razem - powiedziałam. Luis stanął obok mnie. - Strażników jest w 

tej chwili niewielu. Dżinny są... w większości niezaangażowane. Ale ta walka dotyczy też 

was. Wasze dzieci, i nie ma to znaczenia, czy są to dzieci Strażników czy nie, są krzywdzone 

i zabijane. Musicie nam pomóc. - Patrzyłam prosto w jego ciemne oczy i zaangażowałam w tę 

chwilę całą moją szczerość. - Musicie. Niech pan pomyśli o swoich dzieciach i nam pomoże.

Cały czas trzymał mnie za rękę, a ja dostrzegłam, że w drugiej dłoni ukrywa tłumiące 

moc kajdanki. Jednym ruchem - który na pewno ćwiczył i wykonywał wiele razy - mógłby 

zakuć mnie w nie w ciągu paru sekund, pewnie zanim Luis zdążyłby interweniować.

Nie ruszył się. Po chwili mnie puścił i cofnął się o krok. Kajdanki wsunął z powrotem 

background image

do kabury przy pasku, pod wiatrówką.

- Tylko  mnie nie wkurz - powiedział. - Bo mam  zamiar  trochę wam zaufać. Ale 

niedużo i nie na długo. Jeżeli zrobicie coś, przez co zwątpię, że wam na tym zależy...

- Oczywiście, że nam zależy - zapewnił go Luis i skrzywił się lekko, siadając na 

krześle. Wyglądał na zmęczonego i obolałego. - Jezu, chyba nie może zależeć nam bardziej. 

Te dupki zabiły mojego brata, szwagierkę, bratanicę. Przeżyliśmy pół tuzina poważnych prób 

zabójstwa. Załatwiliście mnie, jej też daliście popalić, a my wam za to nie nakopaliśmy. 

Dlatego siedź cicho, człowieku, dobra?

Sanders nie wydawał się wielce obrażony.

- Dobra - powiedział. - Może wypuścisz teraz Kleina?

Luis nie spojrzał nawet na drugiego agenta, który ciągle prężył się, żeby podnieść się z 

ziemi, walcząc ze zwiększoną siłą grawitacji.

- Jasne. Nagle agent mógł podnieść się z ziemi i stanąć. Na jego czerwonej twarzy 

malowało się rozgoryczenie. Podniósł pistolet, sprawdził go i schował do kabury. Policzki 

ciągle mu płonęły,  a oczy były  nadal złe.  Kiedy zorientował się, że mu się przyglądam, 

odzyskał zimną krew i udawał obojętność wobec tego, co się działo.

Niezbyt mu się to udawało.

Sanders usiadł na krześle naprzeciwko Luisa.

- Powiedzmy, dla dobra sprawy, że wam wierzę. Do cholery, czego ode mnie chcecie? 

Jasne, mam zespół FBI. Mam cały nadzór, którego możecie chcieć. Mam oczy w niebie, a 

stopy na ziemi. Myślicie, że w tym miejscu nastąpi jakiś frontalny atak?

Nalałam   Luisowi   kawy  ze   stojącego   obok   czajnika   i   podałam  ją   mu.   Napił   się   z 

przyjemnością.

- Niech nam pan wyjawi, co pan wie.

- Wy najpierw.

- To proste - odpowiedział Luis. - Nie wiemy zupełnie nic. Jedynie to, co powiedziała 

panu   do   tej   pory   Cass.   Mnie   nawet   przy   tym   nie   było.   Ona   jest   jedynym   naocznym 

świadkiem. Pana kolej.

- Chodźcie za mną - powiedział Sanders i wyprowadził nas z namiotu. Zwolniłam, 

żeby iść z Luisem, dyskretnie sprawdzając jego sprawność.

Zorientował się, co robię i spojrzał na mnie krzywo.

- Co?

- Boli cię.

- Nic mi nie jest. Tak przeżywam uboczne skutki szybkiego zdrowienia. Nic mi nie 

background image

dolega. - Skinął na agenta Sandersa. - To teraz pan jest kim? Przywódcą stada?

Uśmiechnęłam się.

-   Ludzie   rzeczywiście   mają   tendencję   do   poruszania   się   w   grupach.   Zdominuj 

przywódcę, a zdominujesz też pozostałych.

- Cyniczne.

- Praktyczne. Sanders nie słyszał, bo porozumiewaliśmy się bardzo cichym szeptem. 

Poprowadził nas zboczem wzgórza w dół do kolejnego namiotu z zamkniętym  wejściem. 

Otworzył je i wszedł. Kiedy my także znaleźliśmy się w środku, zorientowałam się, że są tam 

kolejne   komputery,   nowi   ludzie   i   składane   tablice   pełne   zdjęć.   Niektóre   z   nich   były 

wyraźnymi zdjęciami satelitarnymi okolicy Różanego Kanionu, w którym się znajdowaliśmy. 

Najpierw   rozpoznałam   ciemne   rozcięcie   przepaści,   a   potem   wypielęgnowany   park 

obozowiska Perły po drugiej stronie. Namioty FBI wyglądały jak smugi, ale zaznaczono je na 

czerwono, żeby były bardziej widoczne.

Biały zaokrąglony budynek, który widziałam, wyglądał jak księżyc wkomponowany 

w zieloną, starannie opróżnioną przestrzeń. Otaczała go pustka, w odróżnieniu od Kolorado, 

gdzie były baraki, budynki, a nawet plac zabaw dla dzieci. To wydawało mi się bardziej... 

obce. Przyjrzałam się zdjęciom po kolei, wnikliwie, przeglądając całą przestrzeń tablic. Zajęło 

mi to trochę czasu. Luis skończył przede mną, ale wątpiłam, żeby zobaczył tyle, co ja. Był 

zmęczony.

- I co? - spytał Sanders. Założył sobie ręce na piersiach. - Widok na waszą dzielnicę?

- Nie jest jak w Kolorado - powiedziałam. - Wcale. To wygląda tak, jakby zostało 

zbudowane ludzkimi rękami.

- Bo zostało - odpowiedział Sanders. - Zbudowane przez Kościół Nowego Świata. Ich 

obóz szkoleniowo-inspirujący, nauczanie i gry wojenne w jednym. Ten cały Kościół Nowego 

Świata początkowo nie zaliczał się do kultów apokaliptycznych, został założony przez bandę 

hipisów, która chciała pokoju i miłości. Stopniowo zaczął w nim dominować coraz bardziej 

ekstremistyczny nurt. Ale mimo wszystko nie spodziewaliśmy się, że wpadną w industrialne 

szaleństwo. Byli... - Wzruszył ramionami. - Normalni. Jak na tego rodzaju działania.

- Aż do zeszłego roku - domyśliłam  się. Skinął głową. - A kiedy pojawiła  się ta 

budowla? - Dotknęłam białej bańki widocznej na zdjęciach.

- Około ośmiu miesięcy temu - powiedział. - Taka sama jak w Kolorado. Taka sama 

jak w dwóch innych miejscach, miejscach o których wiemy. Ta sama cholerna budowla. Ale 

ta jest największa. Ma wielkość zbliżoną do stadionu piłkarskiego, ale nie jest zbyt wysoka. 

Domyślamy się, że całe zaplecze znajduje się wewnątrz, szkolenie również odbywa się w 

background image

środku.

- Kto wjeżdża i wyjeżdża?

- Wjeżdżają samochody osobowe i ciężarówki, tych drugich nie za wiele. Większość 

zarejestrowana jest na członków Kościoła, parę należy do dostawców, którzy zrzucają towar i 

odjeżdżają.

- Kto po niego przychodzi? - spytał Luis.

-   Nikt   -   powiedział   Sanders.   -   Leży   tam   do   wieczora.   Monitorujemy   teren 

noktowizorem, ale nigdy nikogo nie widzieliśmy. Po prostu... znika.

Skinęłam głową. Teraz zrozumiałam.

- Będę potrzebowała listę tych... dostawców.

- Wszyscy się odhaczają. Usiłowaliśmy zamontować urządzenia śledzące w towarze. 

Na nic. Wszystko się blokuje, kiedy tylko znajdzie się w tej kopule. Chyba jakieś fale.

- Będzie mi potrzebna lista - powtórzyłam. - I broń. Może któryś z tych wielkich 

karabinów, które mieli pańscy agenci.

- Uhm - odezwał się Sanders, tonem bynajmniej niewskazującym na to, że zamierza 

spełnić moją prośbę. - A chcesz ją, bo...?

- Niech pan mi zaufa - powiedział Luis. - Chyba lepiej nie znać odpowiedzi na to 

pytanie.

- Muszę napisać raport - oznajmił Sanders. - Rządowi potrzebne są raporty. Dlatego 

potrzebuję tej odpowiedzi, zanim się zgodzę albo odmówię.

- Mam zamiar dostać się do budynku. - Wzruszyłam ramionami. - Teraz wiem, jak. I 

zamierzam   zabrać   broń,   ponieważ   może   będę   musiała   zastrzelić   tych,   którzy   zechcą   mi 

przeszkodzić w odbiciu Isabel i wszystkich innych dzieci.

- Zamierzasz wejść do środka. Zastrzelić ludzi. Uratować dzieci. - Sanders zamrugał.

- Tak.

- Taki masz plan.

- Zgadza się.

- Pomóż mi coś z tego zrozumieć. - Spojrzał na Luisa.

- Chyba musisz nad tym trochę popracować - powiedział Luis. - Zwłaszcza w kwestii 

tego, że  nie masz  żadnych  wstępnych  informacji,  co znajduje  się  w środku.  Cass,  wiesz 

przecież, że to jest jedna wielka pułapka na muchy, a tą muchą jesteś ty. Dostaniesz się do 

środka i może już nigdy stamtąd nie wyjdziesz. A przecież to ty mówiłaś, że jej chodzi o 

dżinna. Może po prostu na niego czeka?

- Nie jestem dżinnem - przypomniałam mu. - I z radością przyjmę od ciebie wszelkie 

background image

wsparcie.   I   od   wszystkich   innych   Strażników,   których   będziesz   w   stanie   zlokalizować   i 

szybko tu przysłać. Ale nie możemy czekać. Oni wiedzą, że tu jesteśmy. I nie będą mieli 

ochoty zbyt długo czekać.

- Na co? - spytał Sanders. Jego głos stal się cichy. Pozostali agenci, którzy uważnie, 

acz dyskretnie przysłuchiwali się rozmowie, nagle podnieśli głowy, wyczekując odpowiedzi 

na jego pytanie.

-   Niech   mi   pan   pokaże,   gdzie   znajdują   się   inne   kompleksy.   Zaskoczyła   go   moja 

prośba. Skinął na znajdującą się w pobliżu agentkę, która wpisała hasło na swoim komputerze 

i ściągnęła cztery kwadranty na lśniącym monitorze. Jeden był podpisany: „Różany Kanion, 

La   Jolla,   Kalifornia”,   tu   obecnie   się   znajdowaliśmy.   Drugi:   „Dogtown   Commons, 

Massachusetts” i wyglądał dokładnie jak ten z La Jolla. Pod trzecim widniał napis: „Adams, 

Tennessee”, a pod ostatnim: „Ohioville, Pensylwania”.

- Chcę to zobaczyć na mapie - powiedziałam. Ściągnęła mapę i podświetliła dla mnie 

wszystkie zaznaczone miejsca.

Wspomogłam się paranormalnym wzrokiem, przyglądając się przez eteryczny filtr i 

dostrzegłam upiorne rzeki mocy, przez niektórych ludzi nadal zwane liniami ley.

Każde z tych miejsc znajdowało się na połączeniu strumieni mocy. Tam znajdowały 

się Wyrocznie:  w Sedonie - Wyrocznia  Ziemi, w  Seacasket - Wyrocznia Ognia. Jedynie 

Wyrocznia Wody nie miała określonego miejsca, które można byłoby zidentyfikować.

Perła stała się naturalnym odpowiednikiem linii mocy, w najpotężniejszych miejscach, 

których nie zajęły Wyrocznie dżinnów.

I   wszystkie   te   miejsca   -   wszystkie   -   wyglądały   teraz   identycznie.   Starannie 

wypielęgnowany teren pozbawiony roślinności. Ta sama lśniąca kopuła. Były też otoczone 

tak ukształtowanym terenem, że utrudniał zbliżenie się do nich.

Zbudowała sobie sieć, system wspierania i sieć energetyczną.

- Linie ley - powiedziałam do Luisa. Skinął głową. - Widzisz, co robi?

-   Buduje   sobie   sieć   mocy?   Tak,   widzę.   Pytanie   tylko,   co   znajduje   się   pod   tymi 

kopułami. I w której z nich ukrywa się Perła.

- Nie jestem pewna, czy przebywa w którejkolwiek - rzuciłam. - A raczej nie jestem 

pewna, czy nie jest w nich wszystkich jednocześnie. Wydaje mi się, że Perła może istnieć 

jednocześnie w różnych miejscach.

- Czy nie dzieliłaby przez to mocy? - zapytał Luis.

-   Nie   wiem   -   przyznałam.   Możliwe   było,   że   mając   do   czynienia   z   liniami  ley 

przemieszczała się z jednego miejsca do drugiego, przenosiła świadomość niezauważalnie bez 

background image

większego, albo żadnego, opóźnienia. - Ile jeszcze punktów stycznych jest odsłoniętych?

- W tym kraju? Pewnie około dziesięciu. Myślisz, że te chce także zająć?

- Ośrodek w Ohioville, tu? - odezwała się agentka przy komputerze. - Pojawił się na 

naszym radarze około dwóch miesięcy temu. Miejscowi zarzekają się, że wcześniej go tam 

nie było. Obrazy satelitarne to potwierdzają.

Perła rozszerzała swoje wpływy. Była to infekcja, rodzaj choroby, przemieszczającej 

się po widocznych liniach mocy, krzyżujących się na powierzchni planety, służących także za 

kanał prowadzący bezpośrednio przez jej jądro. Budowle te mogły rozmnażać się jak grzyby 

po deszczu, bez uprzedzenia.

- Moim zdaniem - zaczęłam cicho - ... jeżeli uda jej się zdobyć wystarczającą ilość 

mocy, zajmie każdy punkt łączący linie mocy na świecie. Wyobraź sobie, że to pęcherze, w 

których czai się zakażenie. - Dotknęłam ekranu i białej kopuły. - Kiedy pękną...

Zapadła cisza. Wszystkie oczy były zwrócone na mnie. Luis wyglądał, jakby mu się 

zrobiło niedobrze.

- To znaczy, jak duży jest problem? Na tyle duży, że znów zostałam zmuszona do 

tego, żeby przypomnieć sobie rozkazy Ashana. „Zniszcz ich wszystkich.

Ona wzmacnia się poprzez ludzi. Jeżeli odetniesz ją od ludzi, pozbawisz ją połączenia 

z Ziemią i raz na zawsze będzie można ją zabić”.

Prowadziła   wojnę   przeciwko   dżinnom   i   to   prawda,   że   chciała   zniszczyć   ich 

wszystkich   i   wchłonąć   ich   eteryczną   moc,   ale   jej   serce   i   dusza   były   połączone   poprzez 

ludzkość, podobnie jak dżinny były połączone z Wyroczniami.

Nie chcę tego robić, szeptało  coś w  głębi mojej duszy. I naprawdę nie chciałam. 

Bałam   się   takiego   rozwiązania   z   całego   serca.   Aby   zniszczyć   ludzkość,   musiałabym 

odczuwać jej ból, jej śmierć i życie, przepływające przeze mnie, usuwane ze świata i żywe 

wspomnienie   Matki.   Musiałabym   zgładzić   Luisa   Rochę,   Isabel,   a   nawet   kruche   pomniki 

zmarłych, jak Manny i Angela.

Nie   mogłam.   Nie   mogłam  zmusić   się  do   takiego   posunięcia,   nawet   wobec   takich 

zagrożeń, mimo że tak niewiele czasu nam zostało, by im przeciwdziałać.

Czas jeszcze jest. Musi być jakiś sposób, żeby ją powstrzymać.

Musiałam   spróbować.   Dla   dobra   tych,   których   kochałam,   a   także   dla   dobra   tych, 

których nie kochałam, na przykład agenta Sandersa i jego nieznanej rodziny, musiałam nie 

tylko spróbować, ale i wygrać.

-   Potrzebujemy   wszystkich   Strażników,   jakich   uda   się   znaleźć   -   powiedziałam.   - 

Wszystkich. Musimy zaatakować jednocześnie miejsca opanowane przez Perłę, zmusić ją do 

background image

walki na wielu frontach. Rozumiesz? - Odwróciłam się do agenta Sandersa. - Trafimy tam na 

ludzi, z którymi trzeba będzie walczyć i na takich, których trzeba będzie ratować. Możemy 

liczyć na to, że zrobi pan wszystko, co będzie trzeba?

- Chcesz, aby w każdym z tych miejsc był taki zespół?

- Czy to znaczy, że jeszcze ich tam nie ma? I nie dostarczają panu informacji? Milczał, 

przyglądając mi się, aż w końcu skinął lekko głową.

- Dobra - powiedział. - Kiedy?

-   Ja   sprawdzę   Strażników   -   zaproponował   Luis   i   poklepał   się   po   kieszeniach   z 

zakłopotaniem. - Gdzie jest moja komórka?

Agent Klein wstał i podał mu ją. Luis otworzył telefon i zaczął dzwonić. Ja przez ten 

czas przyglądałam się lśniącym, nijakim kopułom na ekranie.

Siostra, pomyślałam. Kiedyś byłyśmy siostrami. Tak do siebie podobnymi. Ale ona 

nauczyła   się   kochać   zabijanie,   a   ja   dzięki   Ashanowi   nauczyłam   się   szukać   czegoś 

przeciwnego.   Była   to   ciężka   lekcja,   której   Ashan   pewnie   nie   zamierzał   mi   zaserwować. 

Niemniej jednak, ceniłam ją.

Przyszło mi do głowy, że Perła spodziewa się, że postąpię zgodnie z tym, co chciał 

Ashan, niszcząc ludzkość, żeby odciąć ją od źródła mocy. To sprawiłoby, że stałabym się taka 

sama jak ona.

Myśl o tym doprowadzała mnie to do szaleństwa, bo zapewne wywołując tyle śmierci 

i cierpienia, zniszczyłabym siebie samą. Stałabym się kopią Perły.

Obsesyjnie chciałabym końca wszystkiego.

Zastanawiałam się, czy Ashan też o tym pomyślał. O tym, co by się stało, gdybym 

zamieniła się w istotę toksyczną jak Perła. Gdybyśmy obie chciały zniszczyć świat.

Mogłam tylko przypuszczać, że stary, sprytny Ashan na pewno brał pod uwagę taką 

ewentualność.

A   to   oznaczało,   że   gdybym   wykonała   jego   rozkazy...   zniszczyła   ludzkość...   coś 

czekałoby, żeby mnie także zniszczyć.

Byłoby to jedyne bezpieczne wyjście.

I nagle niewytłumaczalna obecność Rashida nabrała sensu. Był najemnikiem Ashana. 

Krążył przy mnie nie dlatego, że się mną interesował czy o mnie martwił, ale dlatego, że 

czekał.

Czekał na to, co on oraz Ashan uważali za nieuniknione.

Moje dłonie - cielesna i metalowa - zacisnęły się w pięści.

- Nie - wymruczałam. - To nie jest nieuniknione.

background image

- Słucham? - Agentka FBI, siedząca obok mnie, spojrzała na mnie, marszcząc czoło.

- Nic nie jest nieuniknione - powiedziałam. - Nawet śmierć. Została tam, zdumiona, a 

ja odwróciłam się, żeby wyjść przed namiot i odetchnąć świeżym, rześkim powietrzem. Było 

prawie nieskażone przez otaczające nas wielkie miasta, chociaż wyczuwałam odległy zapach 

wyczerpania   i spalin.  Oparłam  się  o twardy  pień  drzewa,  oddychając   głęboko,  a później 

ukucnęłam i obie dłonie położyłam płasko na ziemi. Wyczuwałam tu coś. To samo, co czułam 

na pustyni, gdzie pochowałam dziecko. Obecność, co prawda odległą i ulotną. Jej obecność.

-   Pomóż   mi   -   wyszeptałam.   -   Pomóż   mi   zrozumieć,   co   powinnam   zrobić.   - 

Skierowałam te słowa w górę, na zewnątrz, do większej mocy istniejącej poza wszechwładną 

mocą tego świata. - Pomóż mi ocalić ludzi.

Chłodna bryza, jak pieszczota, dotknęła mojej twarzy,  a ja zwróciłam się ku niej, 

zamykając   oczy.   Chwila   wydawała   się   pełna   spokoju,   niemal   czcigodna   w   swojej 

intensywności.   Miałam   wrażenie,   że   połączyłam   się   jeszcze   raz   z   życiem,   które   kiedyś 

wiodłam. Połączyłam się z wiecznością.

Nagle usłyszałam trzask gałęzi. Otworzyłam oczy i zobaczyłam agenta Bena Turnera, 

który odsuwając na bok krzewy, wyłonił się i stanął przede mną.

Nie był taki jak zwykle, nijaki. Stoczył walkę, ciężką walkę - na twarzy tworzył mu 

się siniak, a jedną dłoń miał tak spuchniętą, że wydawała się nie do użytku. Całkiem możliwe, 

że była złamana. Dyszał ciężko. Jego wiatrówka z logo FBI była rozdarta - nie, poszarpana - 

dostrzegłam też krew na koszuli. Wydawało mi się, że nie odniósł poważnych ran, ale wyraz 

jego oczu mówił, że on sądzi inaczej.

- Ty to zrobiłaś - powiedział. - Ty nasłałaś na mnie tego bydlaka. Rashida.

- Rashidem nikt nie kieruje - odparłam, co było zgodne z prawdą, chociaż w tym 

przypadku nie do końca. - Sam ściągnąłeś na siebie jego uwagę, zabierając listę. Wiedziałeś, 

że chce ją zdobyć. - Uniosłam brwi. - Masz ją jeszcze?

- A jak ci się wydaje? - warknął i uniósł spuchniętą dłoń. - Połamał mi palce, żeby ją 

dostać. To było całkiem do Rashida podobne.

- Nie spodobało mu się, że wystąpiłeś przeciwko nam. Mnie też nie. I przypuszczam, 

że innym Strażnikom też się to nie spodoba.

- Myślisz, że przejmuję się tym, co myślą o mnie Strażnicy? - wycedził Turner. - 

Zrobiłem to, co musiałem zrobić. Twoi ludzie wymknęli się spod kontroli. Patrz, co właśnie 

zrobili na Florydzie: Jezu Chryste, porwali cholerny statek rejsowy. Z niewinnymi ludźmi na 

pokładzie. Porwali ludzi i wiesz, że niektórzy z nich zginą w tej akcji. Nie muszę być lojalny 

wobec bandy dupków, którzy nie przejmują się szkodami, jakie spowoduje ich działanie. Nie, 

background image

dosyć tego. Strażnikom potrzebny jest ktoś, kto powie im, gdzie znajdują się granice, skoro 

sami tego nie wiedzą.

Była to długa przemowa i Turner zdążył się zasapać, zanim ją skończył. Pasja, z jaką 

mówił,   wyczerpała   go   emocjonalnie.   Zastanawiałam   się,   jakie   szkody   zobaczył   czy 

doświadczył na sobie. I czy przypadkiem on też nie ma krwi na rękach.

- Nigdy nie kochałam Strażników - powiedziałam, zgodnie z prawdą. Kiedy byłam 

dżinnem, uważałam ich za wrogów - niewolników mojego gatunku. Nie tylko nie byli lepsi 

niż ludzie... wydawali mi się gorsi niż ludzie. Kiedy rozpadł się pakt pomiędzy dżinnami i 

Strażnikami, uwalniając jeńców z niewoli, nikt nie odczuł z tego powodu takiej satysfakcji jak 

ja.

Ale wiedziałam też, że Strażnicy byli tacy, jacy byli, nie bez powodu. Bezwzględni, 

egocentryczni  i chorobliwie ambitni, zgadza się; ale kiedy trzeba, potrafili się zdobyć  na 

ofiarność i wielkoduszność. Rzecz jasna, stwierdzenia te nie mogły zastąpić obiektywnej, 

łatwej do sklasyfikowania analizy. Strażnicy, jak sama natura, nie byli ani dobrzy, ani źli. Po 

prostu trwali. A ich istnienie było konieczne dla dobra kruchego życia, które mieli chronić.

- Myślisz, że rząd jest w stanie ich kontrolować? - spytałam. - Myślisz, że masz dość 

woli i własnej mocy, żeby zmusić Strażników, żeby się mu poddali?

- Nie jestem sam - wyjaśnił. - Są też inni Strażnicy, przekonani, że sprawy zaszły już 

za daleko.

- To je cofnij. Ale jeżeli uważasz, że podporządkowanie Strażników woli polityków to 

dobry   pomysł,   to   moim   zdaniem   nienawiść   przesłania   ci   prawdziwą   rzeczywistość   - 

powiedziałam. - Ale to w tej chwili nie jest istotne. Będziemy potrzebowali twojej pomocy.

- Mojej pomocy? - Roześmiał się dzikim, mrocznym śmiechem. - Dlaczego, do diabła, 

miałbym pomagać komukolwiek z was?

- Bo nie jesteś złym człowiekiem. Bo przysięgałeś nieść pomoc, chronić i nie uciekać 

z pola walki, ale przede wszystkim dlatego, że ty, Ben Turner, chcesz sprawiedliwości. I 

pragniesz ocalić dzieci. Dostrzegłam to, kiedy zobaczyłam cię po raz pierwszy, Ben. Chcesz 

je ocalić. Musisz je ocalić.

Zamrugał, ale przynajmniej nie zaprotestował.

- W tamtym kompleksie są dzieci - powiedziałam. - Jest wśród nich Isabel Rocha. 

Widziałeś Briannę. Widziałeś Glorię. Widziałeś też inne. Wiesz, że nie możemy dopuścić do 

tego, żeby zostały zniszczone, bo stracimy honor.

Oparł się o inne drzewo po drugiej stronie polany i ujął zranioną rękę w zdrową dłoń. 

Wyglądał na zmęczonego, obolałego i lekko zagubionego.

background image

- Co zamierzasz zrobić?

- Dostać się do nich - oświadczyłam. - A ty pójdziesz ze mną.

- Tak, z tym. - Wyciągnął dłoń. - Chyba nie zdam się na wiele. Z namiotu wyszedł 

Luis, spojrzał na mnie, potem na agenta Turnera.

- Hej, mamy zamiar dowalić temu gościowi?

- Rashid chyba nas w tym wyręczył  - powiedziałam. - Trzeba tylko go wyleczyć, 

żebyśmy mieli z niego jakiś pożytek.

- Niech to. Zawsze omija mnie bijatyka, a trafia mi się tylko sprzątanie. Czasami do 

dupy jest być Strażnikiem Ziemi.

- Czasami - przyznałam z kamienną twarzą. Zajmiesz się tym?

- Oczywiście - odpowiedział zrzędliwie. - Ale nie będę marnował energii na leczenie 

bólu. Nie winiłam go za to. Z kolei mina Turnera zdradzała niepozbawioną obaw ulgę, jeśli 

coś takiego jest w ogóle możliwe.

Luis   podszedł   do   Turnera,   spojrzał   gniewnie,   a   potem   ujął   jego   okaleczoną   dłoń. 

Mówił prawdę - usłyszałam ciche trzaski i odgłosy prostujących się kości, które nabierały 

poprzedniego kształtu. Twarz Turnera zrobiła się sina i blada. Oparł głowę o pień drzewa i 

starał się stłumić w sobie chęć krzyku, powstrzymać się przed omdleniem czy wymiotami. 

Albo przed wszystkimi trzema rzeczami naraz. Jak sądzę, Luis, mimo wszystko, zablokował 

chociaż część nerwów. Nie był nadmiernie okrutny. Jedynie... w odpowiednim stopniu.

Zabieg wymagał kilku długich chwil skupienia, po których Luis wyswobodził Turnera 

i się cofnął.  Turner opuścił  rękę i wpatrywał  się w nią zadziwiony.  Spróbował poruszyć 

palcami i lekko się skrzywił.

- Tak, mięśnie przez jakiś czas będą protestować - powiedział Luis. - One też zostały 

uszkodzone. Ale kości będą się trzymały, jeśli nie zrobisz czegoś szalonego, na przykład nie 

będziesz się z nikim bił. To najlepsze, co mogłem zrobić w tak błyskawicznym tempie.

- Naprawdę jest lepiej - zdumiał się Turner. - Chyba wystarczy.

-   Będzie   musiało   -   skwitowałam.   -   Idziemy   do   ośrodka.   -   Co?   Kiedy?   -   Turner 

gwałtownie uniósł głowę i otworzył szeroko oczy.

- Jak tylko pozostałe zespoły będą na swoich miejscach - powiedziałam. - Luis ukryje 

naszą obecność przed zwykłymi ludźmi. Jeżeli są tam Strażnicy, może się to okazać nieco 

trudniejsze, ale damy radę.

O wiele większym wyzwaniem będzie to, jak wyprowadzić w pole Perłę. To dlatego 

poprosiłam o skoordynowane działanie we wszystkich miejscach. Jeżeli jej uwaga zostanie 

rozproszona, jeżeli uświadomi sobie, że jest zagrożona na każdym froncie, może nie zdąży 

background image

mnie trafić.

Może. A może po prostu, kiedy wyczuje moją obecność, wycofa się ze wszystkich 

pozostałych ośrodków i skupi się na tym, żeby mnie zabić.

Oczywiście, jeżeli zamierza mnie zabić. Tego nie byłam tak do końca pewna. Gdyby 

chciała mojej śmierci, miała już do tej pory okazję posłać porażającą siłę, która by sobie z 

tym poradziła. Nie, wydaje mi się, że chciała właśnie tego - chciała mnie tu zwabić.

Nie   sądziłam,   żeby   chodziło   jej   o   zwykłą   satysfakcję   patrzenia   na   moją   śmierć, 

chociaż śmiało mogłam brać to pod uwagę. Nie, chodziło raczej o coś innego. Coś, czego nie 

wiedziałam.

- Nic ci nie jest? - spytał Luis, który mnie obserwował.

- Nie - odpowiedziałam. - Co ze Strażnikami?

- Zwołałem wszystkich Strażników poza nowojorskimi, ale nie jest dobrze, bo nie 

mamy żadnych Strażników tutaj, będą to zdalne ataki, ale zrobią, co będą mogli. Mam ich w 

pogotowiu. Czekam tylko na twój sygnał.

-   My   już   wyruszamy   -   powiedziałam.   -   Zaatakujemy,   kiedy   zajmiemy   dogodną 

pozycję. Przygotuj się. Agent Turner uniósł brwi, ale nic nie powiedział. Wszedł do namiotu. 

Chwilę później wypadł stamtąd jego zwierzchnik z gradową miną.

- Oszalałaś?! - ryknął. - Nie pozwolę ci w tej chwili zabrać tam ludzi. Nie masz nawet 

osłony nocy!

- Nie miałaby żadnego znaczenia - odpowiedziałam. - Albo uda nam się ukryć, albo 

nie. Ciemność i jasność nie mają dla niej znaczenia. Ale jeżeli chcesz się na coś przydać, 

wywołaj zamieszanie, żeby skupiła się na swoich żołnierzach.

- Jakie zamieszanie?

- Skieruj atak na przepaść. Żeby wyglądało tak, jakby twoi ludzie mieli zamiar ją 

pokonać - odezwał się nieoczekiwanie Turner. - Odezwij się przez megafon. Powiedz im, że 

chcesz rozmawiać.

Przytaknęłam. Szczerze mówiąc, miałam na myśli jakąś bardziej brutalną akcję, ale 

ten pomysł też był dobry i narażał ludzi stąd na dużo mniejsze niebezpieczeństwo.

- Godzina - powiedziałam. - Tyle będzie nam trzeba, żeby przeprawić się na drugą 

stronę przepaści, uporać się ze wszystkimi zabezpieczeniami i dotrzeć do kopuły.

- Tak, żeby was nie odkryli  - zrozumiał Sanders. - Dobra, jasne. Nie był  to plan 

doskonały. I wiedziałam, po prostu wiedziałam, że umyka mi jakaś najważniejsza kwestia. 

Ale byłam przeświadczona, że nie mam czasu do stracenia, bo za chwilę sytuacja okaże się 

znacznie gorsza.

background image

10.

Luis, Turner i ja szybko włożyliśmy kamizelki kuloodporne - ja pod moją skórzaną 

kurtkę,   a   Luis   na   wierzch,   więc   zakleili   mu   znaczek   FBI   taśmą.   Turner   dostał   jeden   z 

kompaktowych   karabinków   szturmowych.   Luis   i   ja   odmówiliśmy   kategorycznie,   chociaż 

Sanders, na osobności, wsunął nam po jednym do ręki.

Przez chwilę patrzyłam w milczeniu na dwóch Strażników, stojących nad przepaścią. 

Powiew lekkiej bryzy na otwartej przestrzeni zaszeleścił liśćmi drzew.

-   To   będzie   niebezpieczne   -   oznajmiłam   otwarcie.   -   Bardzo   niebezpieczne.   Jeżeli 

chcecie się wycofać... Luis prychnął niegrzecznie:

-   Zamknij   się   i   ruszaj,   Cass.   Tam   jest   Ibby,   prawda?   Chcę   ją   odzyskać.   Dalej. 

Skinęłam głową i spojrzałam na Turnera, który wpatrywał się w dal, jakby przypominał sobie 

wszystkie decyzje, które doprowadziły go do tego, bądź co bądź, stresującego momentu. W 

końcu wzruszył ramionami.

- Wchodzę w to - powiedział. - Masz rację. To prawda, że nie mogę ścierpieć tego, co 

ostatnio wyprawiają Strażnicy, ale chodzi o dzieci, które potrzebują naszej pomocy.

Po tym stwierdzeniu ruszyliśmy zboczem w dół.

Uzgodniłam z Luisem, że będziemy oszczędzać moc na wszystkim, co się da, więc 

schodziłam, posługując się naturalnymi  ludzkimi siłami. Każdy krok stawiałam ostrożnie, 

napinając   mięśnie.   Czułam   wszechobecne,   nieustępliwe   zagrożenie   ze   strony   grawitacji   i 

drgający strach, od którego nigdy tak do końca nie można się było  wyzwolić.  Kamyki  i 

ziemia cały czas zgrzytały pod butami i chociaż szłam ostrożnie i bardzo powoli, ten sposób 

wykorzystania ludzkich umiejętności był dla mnie nowy. Na szlakach radziłam sobie całkiem 

nieźle, nawet tych  najbardziej stromych,  ale ten... ten miał inne nachylenie. Teoretycznie 

powinien być łatwiejszy. W praktyce okazało się, że zanim dno znalazło się na tyle blisko, 

żeby można było liczyć na przeżycie w razie upadku, zabrakło mi tchu i cała się trzęsłam.

W dole płynął mały, ale wartki strumyk. Przystanęliśmy, żeby obmyć twarze i szyje z 

potu.

- Nie pij tego - powiedział Luis i rzucił mi butelkę wody, którą wsunął do pustej 

kabury na pasku. Wzięłam kilka łyków i podałam butelkę Turnerowi. Luis napił się ostatni i 

schował do połowy opróżnioną butelkę. - Mogła zatruć strumyk - wyjaśnił. - Nie widzę tu 

żadnych ryb ani owadów.

Miał rację. Na dnie przepaści brakowało jakichkolwiek żywych stworzeń. Była tylko 

szemrząca woda.

background image

- Później - rzekł. Wiedział, że myślę  o tym,  żeby naprawić poczynione  przez nią 

szkody, jeżeli nie mylił się co do skażenia środowiska. - Pamiętasz, że mamy oszczędzać 

moc? - Pamiętałam, ale nie bardzo mi się to podobało. - Jak stoimy z czasem?

Ben Turner spojrzał na zegarek.

- Dwadzieścia minut - powiedział. - Czyli  zostaje nam dwadzieścia na podejście i 

dwadzieścia na to, żeby uporać się z tym, co zastaniemy na górze i zająć pozycje. Jesteś 

pewna, że to rozsądne, prawda?

Nie,   w   tym   przypadku   nie   można   było   mieć   żadnej   pewności.   Stanęłam   przed 

wzbijającą się w górę ścianą i zaczęłam się podciągać, robiąc jeden pełen wysiłku krok po 

drugim.

Znajdowaliśmy   się   w   połowie   drogi   do   góry,   kiedy   wyczułam   w   eterze   nagły 

przypływ mocy.

- Luis! - krzyknęłam gwałtownie, a on spojrzał w górę. - Ukryj nas! Wziął głęboki 

oddech i opuścił głowę. Zamarliśmy na skale, a kiedy znów spojrzałam w dół, dostrzegłam 

tylko trochę przypominające kształtem człowieka występy skalne.

Poleciały na nas kamyki, kiedy ktoś pochylił się nad przepaścią. Usłyszałam cichy 

raport, składany wysokim dziecięcym głosem, a później drugi, wyraźny głos dorosłej osoby.

- Mimo wszystko, wywołaj ją. To dla ciebie dobre ćwiczenie.

Oparłam czoło o skałę i starałam się nie przeszkadzać Luisowi w skupieniu. W tej 

chwili tylko ona chroniła nas od śmierci. Byliśmy zbyt wysoko, żeby podczas upadku nie 

odnieść poważnych obrażeń i zbyt daleko od szczytu, żeby móc skutecznie zaatakować. Nad 

nami stało jedno z dzieci-Strażników, nie mogliśmy więc atakować w ogóle.

Nagle pod nami zaczęło dziać się coś dziwnego. Szmer wody stał się głośniejszy, 

donośniejszy,  aż   w   końcu   przerodził   się   w   ryk.   Poczułam   powiew   ostrego   wiatru,   który 

uderzył mną o skałę i zimny prysznic strumyka, który gwałtownie wezbrał. Z oddali dobiegł 

mnie nagły grzmot pioruna, po którym niebo przeszyła błyskawica. Nad naszymi głowami 

zebrały się chmury, przyciągane niewiarygodną furią magii Strażnika, gęste i burzowe.

Mimo wszystko, wywołaj ją.

Strażnik  dostał polecenie, aby za pomocą  wiatru i wody oczyścić  całą przepaść z 

ewentualnych zagrożeń. Zastanawiałam się, jakie mamy możliwości. Nie było ich wiele.

Nagle usłyszałam w uchu szept Luisa, to szczególne bezgłośne porozumienie.

Przymocuję   nas   wszystkich,  powiedział.  Niebezpieczeństwem   jest   wiatr.   Woda   nie 

podniesie się na tyle, żeby nas zatopić.

Zgoda, odpowiedziałam.

background image

Skała pod moimi dłońmi nagle zmiękła i otoczyła moje ręce, a potem poczułam, że to 

samo dzieje się z butami. Skała stwardniała, więżąc moje dłonie i stopy w bezpiecznych 

kieszeniach. Teraz nie mogłam spaść.

Nie mogłam się też poruszyć z własnej woli, bez zwolnienia mocy, którą posłużył się 

Luis.

Wiatr się wzmógł i szalał w wąskiej przepaści. Z początku były to powiewy, które po 

chwili przerodziły się w ostre podmuchy, podrywając z ziemi odpady - najpierw lżejsze, a 

później większe kawałki drewna, płaskich kamieni, zardzewiałego metalu. Nie podnosiłam 

głowy, przyciskałam ją do skały, częściowo ukrywając ją pomiędzy rękami. Nic więcej nie 

mogłam zrobić.

Ponad   głowami   rozbłysła   upiornie   biała   błyskawica   i   w   chwili,   kiedy   miałam 

wrażenie, że wiatr zaraz swoim nieustępliwym uporem wyrwie mi ręce ze skalnych kieszeni, 

powiewy zaczęły słabnąć. Spadł deszcz, ciężki i srebrzysty, lodowato zimny. Westchnęłam i 

czekałam, aż przestanie.

Wzniosłam się w eter, przytrzymywana przez Luisa, który znajdował się kilka metrów 

ode mnie i obserwowałam blask dwóch Strażników, stojących na krawędzi przepaści ponad 

nami.   Jeden   z   nich,   dziecko,   lśniło   nieprawdopodobnymi   kolorami,   a   okropne   i   jawne 

zniszczenie było widać w osobowości, jaką promieniował na świat; skrzywiony mały gnom, 

pokiereszowany i zimny. Nauczono go tego. Zmuszono.

Kobieta stojąca przy nim wydawała się trochę lepsza, chociaż ciemność lśniła w jej 

żyłach jak trucizna. Był to jej własny wybór, nikt jej niczego nie narzucił. Posiadała własną 

moc, chociaż nie na tyle silną, żeby zostać Strażnikiem na własnych prawach. Być może 

kiedyś była jedną z Ma'atów.

Kiedy kobieta i dziecko przestali ingerować w energię burzy, rzeki i wiatru, wszystko 

niemal w jednej chwili ustało i zamieniło się w wielki, szalejący bałagan. Żadne z nich nie 

zadało sobie trudu, żeby zrównoważyć wyzwoloną moc. Było to niebezpieczne - eteryczna 

energia,   wyzwolona   i   pozostawiona   bez   nadzoru,   mogła   wywołać   wszelkiego   rodzaju 

katastrofy, zwłaszcza tu, w pobliżu niezwykle silnego źródła energii pochodzącego z linii ley, 

niewidzialnej energetycznej sieci, połączonej punktami stycznymi.

Zniknęli, powiedziałam Luisowi. Uwolnił skałę, która oswobodziła nasze ręce i nogi i 

powróciła   do   pierwotnego   kształtu.   Moje   mięśnie   wykorzystały   to   wsparcie   skał,   żeby 

odpocząć, dzięki czemu podchodziłam pod górę zdecydowanie szybszym krokiem.

Byłam blisko. Bardzo blisko. Wreszcie dotarłam.

Dotknęłam   dłońmi trawy na  górze.  Podciągnęłam  się,  przewróciłam  i  natychmiast 

background image

położyłam się płasko, twarzą do ziemi, żebym mogła ustanowić własną powłokę ochronną, 

przez co unosiłam się lekko w aksamitnej zielonej trawie. Nie widziałam Luisa ani Turnera, 

ale wiedziałam, że to mój partner zapewnił nam tę ochronę kameleona.

Bardzo   powoli   zaczęliśmy   przesuwać   się   na   brzuchach.   Nie   tak,   jak   pokazują   w 

filmach... Nie czołgaliśmy się, ale unosiliśmy się w powietrzu ponad trawą z wyciągniętymi 

rękami.   Sunęliśmy   po   trawie   brzuchami,   odpychając   się   rozpostartymi   dłońmi.   Był   to 

powolny sposób posuwania się do przodu, wymagający żmudnego wysiłku, ale wyjątkowo 

cichy,   właściwie   uniemożliwiający   wykrycie   nas,   nawet   na   otwartej   przestrzeni,   dzięki 

kamuflażowi, jakim się posłużyliśmy.

Ale ponieważ zmarnowaliśmy dużo czasu, martwiłam się, że nie zdążymy dotrzeć do 

kopuły,   zanim   Sanders   rozpocznie   działać,   a   tym   samym   ściągnie   obecnych   tu   ludzi 

bezpośrednio na nas.

I wtedy dostrzegłam jedną z chimer, wyłaniającą się spomiędzy drzew, która węszyła 

podejrzliwie i zaczęła dreptać po trawie, kierując się zapachem.

Cass, wyszeptał Luis. Widzę ją. Wyczuje nas.

Nie miałam co do tego wątpliwości. Już nas wyczuła, chociaż była zdezorientowana, 

nie mając widocznego dowodu naszej obecności. Dreptała wokół nas, okrążała nas powoli, 

pomarańczowymi oczami wpatrywała się w otwartą przestrzeń, kierowana zmysłem, który 

mówił jej, że tu właśnie jesteśmy, mimo że inne zmysły temu zaprzeczały.

Możesz ją wyeliminować? - spytałam Luisa. Być może, odpowiedział, jeżeli zbliży się 

wystarczająco. Ale nabawimy się wielkiego problemu, który każdy zauważy. A nie po to się  

skradamy.

Zamknęłam  oczy, wcisnęłam twarz w  czystą  wiosenną trawę i uruchomiłam  moje 

eteryczne zmysły, żeby znaleźć coś, cokolwiek, co mogłoby nam pomóc.

Wyczułam   jelenia.   Wspaniałego   młodego   byka,   ocierającego   się   porożem   o   pień 

drzewa tuż za linią drzew.

Przestraszyłam go pulsem ziemskiej mocy i wypłoszyłam na polanę, gdzie zamarł z 

przerażenia  na widok olbrzymiej,  drapieżnej postaci  chimery węszącej  w  pozornie  pustej 

trawie.

Chimera gwałtownie uniosła głowę, kiedy zapach widzialnej ofiary przytłumił ulotny 

ludzki zapach.

Biegnij, powiedziałam do jelenia i go uwolniłam. Odwrócił się i wbiegł z powrotem 

między drzewa, walcząc o życie.

Chimera rzuciła się za nim, pędząc na potężnie umięśnionych nogach. Odpowiedziało 

background image

mu wycie innych stworzeń dobiegające ze wszystkich stron - wyruszających na polowanie. 

Poczułam się źle, ale jeleń już wcześniej popełnił śmiertelny błąd, ja tylko wykorzystałam go 

na naszą korzyść.

Posuwaliśmy   się   tak   szybko,   jak   tylko   się   dało.   Zanim   dotarliśmy   do   kopuły, 

usłyszałam wycie silników samochodów po drugiej stronie przepaści. Agent Sanders robił 

hałas,   mnóstwo   hałasu.   Słychać   było   krzyki,   brzęk   metalu.   Przenosili   wszystkie   swoje 

namioty w widoczne miejsce. Skończyło się ukrywanie i zabawa w chowanego.

Usłyszałam   głos   Sandersa,   zamienionego   w   niski   krzyk  giganta,   przetaczający   się 

przez okolicę niczym fala.

- Wy w kopule - powiedział. - Chcę porozmawiać z przywódcą Kościoła Nowego 

Świata   w   tym   miejscu.   Żadnej   reakcji.   Uniosłam   głowę,   żeby   zrobić   rozeznanie.   Droga 

dojazdowa   znajdowała   się   niecałe   trzy   metry   przed   nami,   a   po   lewej   stronie   był   tylko 

odsłonięty otwarty teren, pokryty jedynie piachem tak starannie, jakby ukształtowała go sama 

natura.   Tu  dostarczano   zapasy.  To   znaczyło,  że   jest  tutaj  chociaż   jedno  wejście.  Ludzka 

natura i efektywność mówiły mi, że się nie mylę. Nie buduje się drogi i punktu dostaw, jeżeli 

wejście znajduje się po drugiej stronie budynku.

A   wiedziałam,   że  Perła  mogła   wybudować   wejście,   jakie   tylko  jej  się   zamarzyło. 

Chodźcie za mną,  wyszeptałam do Luisa i Turnera i okrążyłam punkt dostaw, niemal do 

samej   kopuły.   Później   już   tylko   czekaliśmy.   Trochę   to   trwało.   Agent   Sanders   w   kółko 

powtarzał prośbę w uprzejmy i denerwująco poprawny sposób. Kiedy się zmęczył, puścił 

ryczącą piosenkę, nagraną przez piosenkarza, który brakiem wyobraźni obrażał nawet moją 

ograniczoną wrażliwość.

Niemal po półgodzinie wejście otworzyło się i na zewnątrz wyszła jedna osoba.

Oczywiście nie była to Perła. Nie rozpoznałam tego człowieka. Był wysoki, opalony, 

szczupły i  miał   poważną   twarz.  Wyglądał  na  osobę  silną,  ale  niezbyt  miłą. On   też  miał 

megafon.

Wyszedł innym wejściem, znajdującym się dalej, za zakrętem kopuły.

- Kim jesteś? - spytał stanowczo głosem równie donośnym i niskim, jak głos Sandersa. 

- Czego na nas chcesz? Mężczyzna musiał wiedzieć, że w jego domu trzyma się uprowadzone 

dzieci. Zobacz, czy możesz otworzyć to wejście, wyszeptałam do Luisa i poczułam, jak czołga 

się obok mnie i dotyka dłonią kopuły tuż przy punkcie dostaw.

Kiedy   człowiek   Perły   i   Sanders   prowadzili   symulowane   negocjacje   -   i   nie   było 

żadnych wątpliwości, jak to się skończy - miejsce w kopule, na którym spoczęła dłoń Luisa, 

nagle zapadło się do środka i otworzyło się z chłodnym szeptem powietrza, tworząc okrąg. 

background image

Jak usta.

Zawahałam się, patrząc na to. Ostatnim razem, kiedy weszłam do kryjówki Perły, 

omal nie przypłaciłam tego życiem, ale wtedy byłam sama. Nie musiałam się martwić o życie 

dwóch innych osób, wlokących się za mną. Luis ruszył w stronę otworu, ale ja wyciągnęłam 

rękę i chwyciłam go mocno za ramię.  Nie,  powiedziałam.  Co jest, do licha? Czemu? Tutaj 

jesteśmy na widoku!

Tego   właśnie   chciała   Perła,   inaczej   nie   ściągnęłaby   mnie   tutaj.   Pikadorzy   i   byki. 

Otworzyła te drzwi, którymi chciała, żebym weszła. Perła mnie rozumiała. W pewnym sensie 

byłyśmy takie same - wyrzucone poza nawias, złe, mściwe. Ja poszłam jedną drogą, ona inną, 

ale były to drogi równoległe, nie przeciwstawne. Zamknęłam na chwilę oczy i zadrżałam. 

Zostańcie tu obaj, wyszeptałam. Leżcie. Otworzę je, żeby wyprowadzić dzieci. Luis przyglądał 

mi się przerażonymi, szeroko otwartymi oczami.  Nie możesz wejść sama. Nie będę sama,  

zaprzeczyłam. Zawsze jesteś ze mną.

Mimowolnie wyciągnął rękę w moją stronę, dotknął mojego policzka ciepłą, brudną 

dłonią, a na jego twarzy malowały się przerażenie, zawód i złość.

Zacznij atakować inne kopuły, poprosiłam.

Nie możesz tego zrobić,  odrzekł. Leżący obok niego Turner wykonywał ponaglające 

gesty.   Pozbawiony   talentu   Strażnika   Ziemi   do   porozumiewania   się   bez   słów,   nie   słyszał 

naszej rozmowy.

Tam będą czekały dzieci,  powiedziałam Luisowi.  Jeżeli wejdziemy grupą, na pewno 

ktoś zginie. Nie mogę do tego dopuścić.  Tego właśnie chciała Perła. Żebyśmy utknęli przy 

wejściu i walczyli o życie z dziećmi. Im więcej nas się tam znajdzie, tym więcej będzie ofiar 

w ludziach.

Nie możesz zrobić tego sama,  upierał się. Miał rację, ale ja rozumiałam też, że za 

zwycięstwo tutaj trzeba zapłacić, jak za każde.

A cena była za wysoka. Ona chciała, żeby była za wysoka.

Wejdź   za   mną,  zgodziłam   się.  Odczekaj   pięć   minut   i   wejdź   za   mną.   Jeżeli   będę  

martwa, rób, co się da.

Nie wdawałam się w sprzeczki z żadnym z nich. Po prostu rzuciłam się do środka, 

zatrzaskując za sobą otwór i zamykając go siłą mojej woli. Luis pokona go, ale zabierze mu to 

trochę czasu.

Wiedziałam, że ja mam niewiele czasu.

Kiedy się odwróciłam, stanęłam przed szerokim ciągiem organicznych, opalizujących 

ścian - jakby były z kamienia, kości i pereł. Zaokrąglone ściany naśladowały zewnętrzny 

background image

kształt kopuły. Pobiegłam ścieżką, szukając tego, co spodziewałam się znaleźć.

Wbiegłam za zakręt i odnalazłam Isabel.

- Ibby? Zwolniłam kroku, lewą, metalową ręką dotykając ściany. Spojrzałam na Ibby z 

intensywnością, którą rezerwowałam dla tych, których kochałam i dla wrogów. Nie byłam 

pewna, kim w tej chwili to dziecko jest dla mnie. Czy może nadal jednym i drugim.

Isabel miała  nadal ciało małej  pulchnej dziewczynki, ale nie zachowywała się jak 

dziecko. Stała nieruchomo, czujnie, obserwując mnie, jak się zbliżam. Za nią czaiło się troje 

innych dzieci, wszystkie starsze od niej. Ubrane były tak samo, w kamuflujące stroje, które, 

jak sobie teraz uświadomiłam, miały te same właściwości, które Luis wykorzystał, żeby nas 

ukryć - upodabniały się do otoczenia, a w tej chwili były lśniąco kremowe, jak jedwab.

- Ibby - powtórzyłam. Zatrzymałam się i zwróciłam do niej twarzą, bez ruchu, jak ona. 

- Przyszłam, żeby cię zabrać do domu.

Nie   odpowiedziała.   Wszystkie   milczały.   Po   prostu   wpatrywały   się   we   mnie 

uważnymi, złowrogimi oczami.

- Isabel, nie chcę z tobą walczyć. Chcę cię zabrać do domu. - To jest mój dom. - Isabel 

powoli pokręciła głową.

- Nie. Twój dom jest tam, gdzie mieszka twój wujek Luis. I ja, chciałam dodać, ale się 

nie odważyłam. - Czeka na ciebie. Strasznie za tobą tęsknił. Chyba pamiętasz wujka?

Jej ciemne oczy przez chwilę lśniły i wiedziałam, że sobie przypomina. Inne pytanie, 

co sobie przypomniała. Jeżeli Perle udało się zakłócić zmysły dziewczynki i jej wspomnienia, 

mogła przeżywać na nowo urojoną traumę albo prawdziwą. Perła zmanipulowała te dzieci, 

usiłowała wykorzystać ich rodzinne uczucia, żeby stworzyć bariery i wzbudzić nienawiść, ale 

mogła jedynie nimi manipulować, nie programować. One były bezbronne wobec takich prób.

- Wujek Luis nie żyje - powiedziała Ibby. - Zabiłaś go. To było potworne.

- Ona cię okłamuje - odparłam. Owszem, parę razy niewiele brakowało, żebym go 

zabiła, ale nie była  to najlepsza pora na to, żeby analizować dynamikę tej więzi. - Ibby, 

kobieta,   która   opowiada   ci   te   rzeczy,   nie   jest   twoją   przyjaciółką.   I   kłamie.   Chce   cię 

wykorzystać, chce wykorzystać was wszystkich. Nie obchodzi jej to, co się z wami stanie.

Isabel nie była głupia. Dostrzegłam, że się nad tym zastanawia. Jednak dzieci stojące 

za nią nie znały naszej historii. A może nie miały też tak elastycznego umysłu.

- Kłamczucha! Zła! - krzyknęło jedno z nich i klasnęło w dłonie. Przez wąski korytarz 

przetoczył się powietrzny młot, uderzył mnie i powalił na ziemię z taką siłą, że w oczach 

ukazały   mi   się   gwiazdy   i   poczułam   się,   jakbym   żegnała   się   z   tym   światem.   Dysząc, 

przewróciłam się na bok, żeby się podnieść. Chłopiec Strażnik Pogody znowu uderzył, tym 

background image

razem   mocniej,   popychając   mnie   twarzą   na   ścianę.   Osunęłam   się   po   niej,   niemal   bez 

świadomości, ale dostrzegłam,  że Isabel zrobiła krok do przodu. Atak ustał, chyba  tylko 

dlatego, że Strażnik Pogody, może ten sam, który usiłował nas zabić w przepaści, nie mógł 

atakować, mając na drodze Isabel.

Isabel przywołała ogień. Na jej dłoni pojawił się niebieskobiały płomień energii z 

migoczącymi czerwonymi brzegami, który odbijał się dziwnie w jej oczach, kiedy szła w 

moją stronę.

- Chciałaś ich śmierci - stwierdziła. - Moich rodziców. Wszystkich naszych rodziców. 

Zabiłaś wujka Luisa. Chcesz zabić mnie i moich przyjaciół. Chcesz zabić Panią.

Jedynie te słowa były prawdziwe - naprawdę chciałam zabić Perłę. I bez względu na 

to, jak do tego doszło, Manny i Angela Rocha zginęli, a Perła mogła przekręcać fakty, jak jej 

się podobało, ja zaś nic nie mogłam wskórać, próbując im zaprzeczać.

Ale Luis... Mogłam udowodnić, że kłamie w sprawie Luisa.

- Stój  - powiedziałam,  albo usiłowałam powiedzieć. W ustach miałam krew i nie 

byłam pewna, czy w ogóle się odezwałam. Drugie uderzenie było tak silne, że nie mogłam 

wstać, wykonywałam jedynie niezborne ruchy. - On żyje. - Zabrzmiało to niemal wyraźnie. - 

Twój wujek żyje.

- Kłamczucha - odparła Ibby. - Widziałam, jak go zabijałaś. Pani mi pokazała: zraniłaś 

go, zraniłaś go tak mocno, że umarł. A teraz się spalisz, tak samo jak spaliłaś jego.

Cofnęła dłoń.

Ja   wyciągnęłam   rękę   w   bezcelowym   geście   zaprzeczenia.   ..   i   poczułam   przypływ 

przerażenia tym, co zrobiono Ibby oraz innym dzieciom. Kazano jej patrzeć jak ktoś - nawet 

jeżeli nie był to wcale Luis - płonie. Bez względu na to, czy była to iluzja, czy rzeczywistość, 

przeżycie okazało się na tyle traumatyczne, żeby zostawić trwałe blizny. Zanim zdążyła mnie 

podpalić, krzyknęłam:

- Ibby, pomyśl! Jestem taka jak twój wujek! Nie umiem posługiwać się ogniem! Ibby 

zamrugała. Stała tuż na granicy przemocy, z ogniem migoczącym i syczącym w jej dłoni.

- Twój wujek jest Strażnikiem Ziemi - wypaliłam. - Mam taką samą moc, jak on. 

Jestem Strażnikiem Ziemi. Nie mogłabym  go spalić, nawet gdybym chciała, rozumiesz? I 

nigdy bym tego nie zrobiła, Ibby Kocham go, tak samo jak ciebie.

Było to trudne do zrozumienia dla dziecka w jej wieku, ale już wcześniej musiała 

obcować z sytuacjami przekraczającymi  jej możliwości pojmowania. Rozumiała, na czym 

polega natura mocy, dlatego że Perła ją tego nauczyła.

Ibby zgasiła kulę ognia,  zaciskając dłoń. Zostawiła w  powietrzu  smugę gorzkiego 

background image

dymu.   Dziewczynka   spoglądała   na   mnie   szeroko   otwartymi,   zdezorientowanymi   oczami, 

marszcząc brwi.

- Ale przecież widziałam... - wyszeptała. - Widziałam, jak to robiłaś. Wiem, że to 

zrobiłaś. Dzieci biorą wszystko dosłownie i Perła to wykorzystywała.

-   Nie,   kochanie   -   powiedziałam   łagodnie   i   usłyszałam   we   własnym   głosie   żal   i 

czułość. - Nie zrobiłam tego. I nie skrzywdzę ani jego, ani ciebie. Masz moje słowo.

Poczułam za sobą ruch powietrza, chłodną bryzę, która poruszyła moimi włosami, i 

usłyszałam, że ktoś biegnie.

- Ibby? - odezwał się Luis. W pierwszej chwili pojawił się szok, potem strach. Ona 

widziała,   jak   umierał.   To   wymagało   bolesnego   i   trudnego   przewartościowania   jej 

postrzegania świata.

Później zobaczyłam pełne rozkoszy olśnienie. Jej oczy otworzyły się szerzej, podobnie 

jak idealnie wykrojone usta w kształcie  pączka róży i w tej  jednej chwili  wyglądała  jak 

dziecko, którym była.

Tio Luis? - Jej głos był drżący i niepewny. Przyklęknął.

- Jestem, mi hija. Jestem tutaj. Zrobiła krok naprzód, a później gwałtownie pokręciła 

głową i cofnęła się do bezpiecznego schronienia pośród innych dzieci.

- Nie - powiedziała. - Nie, to sztuczka. Robisz sztuczkę. Luis nie poruszył się, nie 

drgnął mu ani jeden mięsień. Nawet na mnie nie spojrzał.

Mija, to nie sztuczka. Jestem tu, żeby zabrać cię do domu. Przecież chcesz jechać do 

domu, prawda? Wiem, że zmusili cię, żebyś nas opuściła. To nie twoja wina. Nic, co się 

zdarzyło, nie jest twoją winą.

Wzięła drżący oddech, a ja dostrzegłam łzy, lśniące w jej ciemnych oczach. Była taka 

mała, taka krucha.

- Isabel - wyszeptał Luis. - Kocham cię. Proszę, wróć do domu.

- Nie - odpowiedział mały Strażnik Pogody, ten, który cisnął mną o ścianę. Był zimny 

i zupełnie nad sobą panował. Chwycił Ibby za ramię, kiedy ruszyła w naszą stronę. - Ona 

nigdzie nie pójdzie. Już więcej jej nie skrzywdzicie.

- Nie mam zamiaru jej krzywdzić - Luis mówił cicho i tak łagodnie, jak tylko mógł. - 

Nie zrobię krzywdy nikomu z was. Wszyscy możecie z nami pójść.

- Po co, żebyście nam odcięli głowy? Zrobili z nas zombie? - Uścisk chłopca musiał 

być   dla   Ibby   bolesny,   bo   zauważyłam,   że   się   skrzywiła.   -   Tak   właśnie   robicie,   wiemy 

wszystko.   Zabieracie   nas   do   waszego   szpitala,   tniecie   nas   i   zamykacie.   Nie   pozwolimy, 

żebyście zrobili to nam. Ani nikomu innemu, już nigdy więcej. Powstrzymamy was.

background image

Dzieci były przekonane, że są bohaterami.

Co   gorsza,   w   tym,   co   mówił   chłopiec,   było   ziarno   prawdy,   jak   we   wszystkich 

skutecznych   kłamstwach.   Strażnicy   rzeczywiście   operowali   tych,   których   moc   była   zbyt 

niebezpieczna,   niemożliwa   do   kontrolowania.   Niektórzy   nie   przeżywali   takich   operacji. 

Niektórym udawało się przeżyć, ale doznawali poważnych uszkodzeń. Perła o tym wiedziała.

Podała im te informacje jako pewnik. Dzieci były przekonane, że niechybnie czeka je 

taki los. Zrobiła z nas złych, drapieżnych łajdaków.

Mali Strażnicy mieli zamiar walczyć. W porządku. Walczyć na śmierć i życie, bo byli 

najbardziej bystrzy, najsilniejsi i najodważniejsi.

Zwróciła naszych przyszłych bohaterów przeciwko nam.

- Ibby. - Zakaszlałam i odwróciłam się, wspierając się na dłoniach i kolanach. - Ibby, 

proszę, nie. Pozwól sobie pomóc.

- Nie - zaprotestował chłopiec, kiedy Isabel usiłowała się wyswobodzić. Stanął przed 

nią   i   znów   klasnął   w   dłonie,   ściągając   na   nas   ścianę   mocy.   Upadłam   na   ziemię,   zanim 

wywołana przez niego energia mnie uderzyła, chroniąc się najlepiej jak umiałam, ale mimo to 

siła rażenia niemal pozbawiła mnie przytomności.

Luisa pchnęła do tyłu. Przejechał korytarzem trzy metry z okrzykiem bólu.

- Nie! - krzyknęła Isabel i odsunęła chłopaka. - Nie rób mu nic złego!

- To twój wróg, idiotko! - wrzasnął i znów stanął przed nią. - Taka jesteś słaba? 

Niczego się nie nauczyłaś? To pewnie wcale nie on!

- To on - powiedziała Isabel i odwróciła się do Luisa. - To on. Kiedy ruszyła w naszą 

stronę, chłopak usiłował ją chwycić, ale tym razem Ibby była na to przygotowana. Wymknęła 

mu się z rąk i przebiegła obok mnie do swojego wuja. Luis wstał, lekko się chwiejąc, a ona 

padła mu w ramiona.

Cofnął się o krok, ale utrzymał  ją.  Na jego twarzy pojawił się wyraz  bólu, który 

szybko   zastąpiło   uczucie   ulgi.   Pocałował   jej   lśniące   ciemne   włosy,   przytulił   ją   i   zaczął 

pośpiesznie  szeptać kojące słowa po hiszpańsku, z których  tylko  połowę byłam  w  stanie 

usłyszeć. Zapewniał, że ją kocha. Zapewniał, że będzie ją chronić.

Miałam nadzieję, że to prawda.

- Pani skłamała - zdołałam powiedzieć Isabel i innym stojącym cały czas przed nami 

dzieciom. - Okłamała was. Rozumiecie? Usiłowała was skłonić do tego, żebyście krzywdzili 

niewinnych ludzi. Wiem, że tego nie chcecie. Nie jesteście źli.

Jeden   z   chłopców   oniemiał   z   przerażenia.   Widać   było,   że   zastanawia   się   nad 

wszystkim, co zobaczył, nad wszystkim, co usłyszał. Na jego twarzy malowały się poważne 

background image

powątpiewanie i prawdziwy ból. Był niewiele młodszy od Strażnika Pogody.

Ten natomiast nie miał cienia wątpliwości, wydawał się święcie przekonany, że ma 

rację, podobnie jak stojąca obok niego dziewczynka.

- To wy kłamiecie! - krzyknęła, a ja odczułam przeraźliwie silną ziemską moc, która 

usiłowała zacisnąć palce na moim sercu. Odparłam atak i podniosłam się z ziemi, ocierając 

krew z warg. Z ziemskimi mocami mogłam walczyć.

Strażnik Pogody nadal był groźny. Chciał zabijać. Palił się do tego. Wyczekiwał tylko 

odpowiedniej chwili. Chciał ocalić Ibby, chociaż nie wiem, czy nie poświęciłby jej, gdyby 

zaszła potrzeba. - Zabierz ją - powiedziałam do Luisa. - Idź, szybko.

Zawahał   się.   Isabel   zwróciła   na   mnie   swoje   lśniące,   zbyt   dorosłe   oczy,   a   ja 

dostrzegłam w nich cień, dojrzałe zrozumienie. Moc.

Perła sprawiła, że dziecko dojrzało zbyt szybko. Kazała jej oglądać i robić rzeczy, 

które zniszczyłyby kogoś, kto o wiele lepiej zna świat.

Nagle straciłam pewność, czy po raz kolejny nie zostaliśmy zmanipulowani, ale nie 

mieliśmy   wyjścia.   Nie   mogliśmy   zostawić   Ibby,   skazując   ją   na   dalsze   cierpienie.   Nie. 

Niemożliwe. Musieliśmy spróbować, bo inaczej nie było w tym żadnego sensu.

- Zabierz ją - powtórzyłam. - Musisz ją uratować, bo inaczej nic nie ma sensu. Dalej, 

Luis, idź. Skinął głową i zaczął się cofać tunelem. Na jego miejscu w szerokim rozkroku 

stanął agent Ben Turner, blokując ewentualny pościg, który mógłby wyruszyć za Luisem i 

Ibby Był zmęczony  i  posiniaczony,  ale   skupiony i  bardzo  zręczny.   We  dwoje  mogliśmy 

odeprzeć próby ataku.

Ale żadne z nas nie potrafiło się bronić przed atakiem Strażnika Pogody.

Ze   wszystkich   stron   tunelu   wzbiły   się   łuki   błyskawic,   tworząc   sieć   energetyczną, 

celując w nas oboje. Ja zdołałam się uchylić, padając w przód, ale Turner został trafiony. 

Zamarł, rażony siłą, ale wchłonął ją i zamienił w energię ognia. Przeobraził ją. Błyskawice i 

ogień były bliskimi krewnymi i chociaż moc go poraziła, nie zabiła go. Zachwiał się, padł na 

zakrzywioną ścianę tunelu, zdarł z siebie wiatrówkę FBI, której spalony, roztopiony materiał 

skapywał po rękawach gęstymi strużkami.

Ja runęłam na gładką ścianę tunelu z prędkością Strażnika Ziemi. Płonąca energia 

wirowała teraz z zawrotną szybkością. Błyskawice wypełniały tunel, ale ja zmniejszyłam mój 

czas reakcji i dlatego, mimo że ocierały się o mnie, nie zdołały mnie trafić.

Dzieci wycofały się. Chłopak znów zmienił rodzaj ataku, tym razem odpychając mnie 

falą gorącego wiatru, a mała Strażniczka Ziemi wyskoczyła do przodu, żeby uderzyć mnie 

pięścią w pierś.

background image

Uderzenie   trafiło   mnie   z   porażającą   siłą   pędzącego   pociągu.   Strażnik   Ziemi 

potrzebował wielu lat, żeby posiąść tego rodzaju siłę, a jednak to dziecko wyzwoliło ją w 

jednej chwili, a ja poczułam, jak mnie rozdziera, niszcząc wszystko po drodze - żebra, płuca i 

ledwie omijając serce. Zakaszlałam, zakrztusiłam się, a w moich piersiach rozszalał się ból.

- Cassiel! - wrzasnął Turner i skierował obok mnie kulę ognia, zmuszając Strażniczkę 

Ziemi, żeby się wycofała, kiedy chciała mi zadać drugi, zabójczy cios. - Jezu, wracaj!

Nie mogłam. Byłam ranna i wiedziałam, że jeżeli ja szybko nie zakończę tej walki, 

zrobią to oni. Nie zwracając uwagi na ból, przetoczyłam się przez prawe ramię, ukucnęłam z 

wyciągniętymi  rękami i uderzyłam obiema dłońmi dwoje dzieci w czoło, wysyłając  moc, 

która miała przeciążyć ich umysły, pozbawiając ich przytomności. Teoretycznie. Jedno padło. 

To, którego dotknęłam metalową ręką, Strażnik Pogody, również się zachwiał, ale tak jak się 

obawiałam, metal nie przewodził mocy eterycznej tak samo skutecznie jak ciało.

Przekonałam się o tym w zupełnie niefortunnym momencie.

Chłopak był  równie pozbawiony skrupułów i litości, jak dziewczyna  stojąca  obok 

niego,   która   teraz   w   jednej   chwili   zasnęła   i   upadła   na   ziemię.   Uderzył   mnie   bezlitośnie 

niewidzialnym ostrzem utwardzonego powietrza, wbijając je głęboko. Była to stara forma 

ataku, którą Strażnicy dawno zarzucili; Strażnicy Pogody nie wdawali się w walki wręcz, a 

kiedy już im się to zdarzało, unikali śmiertelnych ciosów.

Temu... niewiele brakowało, aby był śmiertelny. Bardzo, bardzo niewiele.

Poleciałam do przodu, wyciągając prawą rękę, i uderzyłam go w czoło. Miał słodką, 

dziecięcą   twarz   z   widocznymi   rysami   azjatyckich   przodków,   i   jedwabiste   czarne   włosy, 

niedbale postrzępione wokół twarzy.

Zdążyłam   mu   jeszcze   przesłać   impuls   mocy.   Runął   I   na   ziemię,   a   ja   na   niego. 

Krwawiłam. Nie byłam w stanie oddychać. - Cassiel! - usłyszałam odległy krzyk. Poczułam, 

że coś mnie ciągnie, chociaż znajdowało się bardzo daleko. Nagle poczułam spokój. Ktoś 

mnie odwrócił, chwycił dwoje nieprzytomnych dzieci i odepchnął je. Leżałam, obserwując 

czerwoną kałużę mojej krwi, rozlaną na czystej jasnej podłodze.

Poczułam budzącą się w tym miejscu żądzę krwi. Ktoś chciał mojej krwi.

Siostro. Głos Perły odezwał się echem w mojej głowie, nieprzyjemny w tym błogim 

stanie,   jaki   osiągnęłam.  Nie,   to   się   nie   uda.   Nie   pozwolę,   żebyś   oddala   swoje   życie.   To 

niczemu nie służy.

Przykro   mi,   że   muszę   cię   rozczarować,  odpowiedziałam.   Czułam   się   teraz... 

zdystansowana.   Jakbym   była   Wyrocznią,   oddzieloną   od   zmartwień   tego   świata. 

Przypomniałam sobie, jak bardzo tęskniłam za spokojem, samotnością, ciszą.

background image

Odnajdowałam je z każdym oddechem. Niedługo ogarną mnie całkowicie.

Zostawisz tego mężczyznę? - zapytała Perła. Trudno mi w to uwierzyć. Stałaś się tak  

ludzka. Tak związana z ciałem. A on już cię pokochał. Tak jak to dziecko. Niełatwo było ją 

zwrócić przeciwko tobie. Musiałam skrzywdzić ją wiele razy, żeby się udało.

Poczułam przypływ nienawiści, echo emocji, które mnie niepokoiły. Tutaj nie było na 

nią miejsca, bo zostawiałam wszystko za sobą.

Czerwona kałuża rozlewała się coraz bardziej, przybierając rozmiary jeziora.

Na korytarzu zostało jeszcze jedno dziecko - to, które wycofało się z walki, kiedy 

Isabel została zabrana. Chłopiec mógł mieć dziesięć lat. Dostrzegłam w nim cień mężczyzny, 

którym być może stanie się pewnego dnia, jeżeli to wszystko przeżyje - jeżeli przeżyje nas 

wszystkich, stając się prawdziwym Strażnikiem.

Będzie z niego następny Lewis Orwell. Dostrzegłam w nim światło, światło...

Wyciągnął rękę i dotknął mnie, rozpościerając dłoń na otwartej mokrej ranie, którą 

zostawił po sobie powietrzny nóż.

- Nie  - wyszeptałam.  - Nie rób tego.  - Bo znalazłam  się tak  blisko krawędzi,  że 

mogłam   pociągnąć   go   ze   sobą.   A   nie   chciałam   wciągać   go   w   ciemność.   -   Puść   mnie. 

Wszystko w porządku.

Ćśśś... powiedziała w moim umyśle Perła kojącym głosem. Och, moja siostro, mogę 

go oddać, bo jest mój. I daję tobie ten dar. Nie jestem jeszcze gotowa, żeby pozwolić ci  

odejść. Jeszcze nie czas.

- Nie! - krzyknęłam, ale było za późno.

Chłopiec nie panował nad swoimi czynami. To dziecko, to cudowne i piękne dziecko, 

które wyrosłoby na wspaniałego i pięknego mężczyznę, znajdowało się całkowicie pod jej 

wpływem. Wbrew własnej woli chłopiec wlał we mnie moc, opróżniając wszystkie swoje 

zapasy Moc wtargnęła we mnie gorącą, rozgrzaną do białości kaskadą, wypaliła moje nerwy, 

zalewała okaleczone tkanki. Uzdrowiła. Połączyła porozcinane żyły. Zmusiła rany, żeby się 

zasklepiły.

Uratowała mnie, niszcząc siebie.

- Nie! - wyszeptałam, ale nie mogłam już tego procesu powstrzymać. Nie mogłam 

zerwać połączenia. Byłam zbyt słaba i być może, na jakimś pierwotnym poziomie, także za 

bardzo się bałam. Bałam się śmierci.

Opróżniła go ze wszystkiego. Z każdego najmniejszego skrawka mocy, nawet z tych 

małych cząsteczek energii, które trzymały przy życiu jego komórki. Zabiła go, żeby mnie 

uratować.

background image

- Nie! - mój ostry krzyk z samej głębi duszy wypełnił wąski korytarz.

Chwyciłam   upadającego   chłopca,   ale   za   późno.   Został   opróżniony   przez   Perłę   i 

wyrzucony jak śmieć. Byłam słaba, blada i potwornie poraniona, ale nie znajdowałam się już 

na krawędzi życia i śmierci. On poszedł beze mnie w ciemność.

Nie z własnej woli.

Usłyszałam w oddali głosy, krzyki pomieszane z odgłosem kroków biegnących osób. 

Powinnaś już iść, siostro,  powiedziała Perła.  Nie chciałabym, żeby mój dar się zmarnował. 

Ale   nie   pozwolę,   żebyś   zabrała   inne   moje   dzieci.   Są   mi   potrzebne   na   nasze   następne  

spotkanie.

- Powstrzymam  cię - odezwałam się rozwścieczonym  głosem. - Powstrzymam  cię 

przed tym. Powstrzymam cię. Wiesz, jak, powiedziała Perła. Wystarczy tylko, żebyś zabrała 

się   do   dzieła.   Ale   wtedy   śmierć   tego   dziecka   będzie   pierwszą   z   milionów.   Ale   jeżeli   nie 

zechcesz   działać,   zrobię   to   samo   z   dżinnami,   Wyroczniami,   z   niewierną   Matką,   która 

odwróciła się ode mnie. Co wolisz?

Niech dżinny same się o siebie martwią. Nie mogłam zmierzyć się teraz z kolejną 

śmiercią, a tym bardziej ze śmiercią milionów dzieci.

Ale na pewno musiał istnieć jakiś sposób.

- Powstrzymam cię - powtórzyłam. - Tak jak będzie trzeba. Wzięłam na ręce martwe 

dziecko. Moja krew wsiąkała w ubranie chłopca. Zachwiałam się i oparłam się o ścianę, 

zamroczona   z   wysiłku   i   nagłego,   dojmującego   uczucia   niepokoju.   Jestem   temu   winna, 

pomyślałam.   Winna   zniszczenia   czegoś   zdumiewającego.   Mogłabym   go   powstrzymać, 

gdybym miała wystarczająco dużo siły. Jego życie za moje życie. Nie był to sprawiedliwy 

układ.

Musiałam znaleźć sposób, żeby nabrał sensu. I musiałam stawić czoło jego rodzicom, 

spojrzeć im w oczy i wytłumaczyć, dlaczego zawiodłam ich syna.

Byłam mu to winna.

Ciemny   kształt   pojawił   się   w   odległym   końcu   skośnego   korytarza,   w   zakolu 

naprzeciwko wyjścia. Nie było to dziecko, ale dorosły. Wysoki i barczysty,  uzbrojony w 

strzelbę.   Celował   w   moim   kierunku.   Nie   miałam   czasu   na   subtelności,   roztopiłam   lufę 

strzelby w chwili, kiedy pociągał za spust. Eksplodowała mu w rękach, a impet rzucił go na 

mężczyznę   stojącego   za   nim.   Ten   odsunął   krwawiącego,   krzyczącego   kolegę   na   bok   i 

wyciągnął swoją strzelbę, a następnie oddał dwa szybkie strzały. Właściwie chybił, dzięki 

mojej szybkiej reakcji i adrenalinie, ale korytarz był wąski i jedna z kul trafiła mnie nisko w 

bok, w kamizelkę kuloodporną.

background image

Odwróciłam się, a on rzucił się naprzód, krzycząc prowokująco, a za nim cały szereg 

jego kolegów.

Puściłam się biegiem w stronę wyjścia. Martwy chłopiec ciążył mi na rękach jak ołów, 

co krok miałam wrażenie, że lada moment upadnę, ale skręciłam za róg, wyprzedzając wroga 

o trzy metry...

...   i   okazało   się,   że   drzwi   są   zamknięte.   Trzasnęłam   dłonią   w   opalizującą 

powierzchnię, chcąc, żeby się otworzyły, ale nie miały zamiaru.

Nie powiedziałam, że ci to ułatwię, siostro, roześmiała się Perła w mojej głowie. Chcę, 

żebyś cierpiała. Przez bardzo, bardzo długi czas, tak jak ja cierpiałam przez ciebie. Chcę  

zakopać na zawsze w ziemi tę małą cząstkę ciebie, uwięzioną, krwawiącą i świadomą. Chcę,  

żebyś czuła swoje krzyki niosące się przez wieczność. Zasługujesz na to.

Oparłam   się   plecami   o   gładką   ścianę,   w   której   powinny   znajdować   się   drzwi. 

Dyszałam ciężko i przyglądałam się nowym żołnierzom zalewającym korytarz, blokującym 

każdą możliwą drogę ucieczki. Usłyszałam metaliczne kliknięcia, kiedy wycelowali we mnie 

broń, ale mężczyzna na czele uniósł zaciśniętą pięść i żaden z nich nie nacisnął spustu.

- Połóż go - powiedział mężczyzna. - I uklęknij z rękami za głową. Nie byłam w stanie 

rozbroić tylu strzelb. A nawet gdybym mogła, mieli inną broń i wyczułam, że kilku z nich, a 

może i wielu, posiadało inną moc, której mogli użyć przeciwko mnie.

Znalazłam się w pułapce.

Ale nie miałam zamiaru oddać chłopca.

Ani klękać.

Nie teraz. Nie przed nimi. Nigdy.

Przywódca sił ochrony musiał to wyczuć, bo skinął ostro głową, przyłożył broń do 

ramienia, westchnął i strzelił. Raz.

Trafił mnie w nogę, roztrzaskując kość udową, a ja krzyknęłam i mało nie upadłam.

Zaczął celować w drugą nogę. Kiedy posłałam moc, próbując unieszkodliwić jego 

broń, coś mnie zablokowało - on albo któryś z jego ludzi.

Ściana zmiękła pod moimi plecami, wybrzuszyła się na zewnątrz pod moim ciężarem, 

a ja runęłam, kiedy z trzaskiem rozchyliła się jak dziwne, okrągłe wargi.

Tym razem mnie wypluta.

- Cassiel! - krzyknął Luis. Chwycił mnie za rękę i wciągnął za łuk kopuły. Klepnął 

dłonią w jej powierzchnię, nakazując jej się zamknąć na oczach przywódcy ochrony.

- O Boże, do cholery... W okolicy panował jeden wielki chaos. Agenci FBI zjechali ze 

zbocza opancerzonymi ciężarówkami i wdali się w regularną walkę ogniową z oddziałem 

background image

strażników   Perły,   a   inni   odpierali   atak   chimer   -   niedźwiedzi   i   panter.   Wszystko   było 

oświetlone piekielnym, intensywnym blaskiem płonących wokół nas koron drzew.

Turner podbiegł do nas, dysząc. Zatrzymał się jeszcze po drodze, wymieniając strzały 

z ochroniarzami Perły. Chwycił mnie za jedną rękę, Luis za drugą, żeby mnie odciągnąć. 

Martwy chłopiec upadł na ziemię.

-   Nie!   -   krzyknęłam.   -   Zabierzecie   go!   Zabierzecie   go!   -   Wyrywałam   im   się   jak 

szalona, chwytając ciało chłopca. Luis zorientował się, że wszyscy zginiemy, jeżeli mi nie 

pomoże, więc przerzucił sobie chłopca przez ramię i pociągnął mnie, kulejącą na jedną nogę, 

w stronę opancerzonego pojazdu.

Wsadzili mnie do środka, gdzie czekał lekarz. W samochodzie  zobaczyłam  dwoje 

śpiących   dzieci-Strażników   oraz   Isabel,   zwiniętą   w   kłębek   w   rogu,   obserwującą   walkę 

przerażonymi   oczami.   Spojrzała   na   mnie,   zakrwawioną,   bladą,   dziką   i   rzuciła   mi   się   w 

ramiona, a ja opadłam na miejsce obok niej.

Chciałam   ją   przytulić,   ale   świat   wirował   wokół   mnie   ociężale,   ból   zalewał   mnie 

falami, przesłaniając wszystko.

- Nie ruszaj się - usłyszałam słowa lekarza, a później zapadłam w ciemność.

Nie słyszałam nawet odgłosów wystrzałów.

background image

11.

Obudziłam   się   w   ciszy,   w   słonecznym   świetle,   we   własnym   łóżku,   w   moim 

mieszkaniu. Leżałam pod kołdrą i czułam się wyczerpana, rozpalona, obolała.

Ludzka, i z tego powodu przegrana.

Poczułam   zapach   parzonej   kawy,   a   pełny   pęcherz   zmusił   mnie,   żebym   poszła   do 

łazienki. Wtedy dostrzegłam parę kul opartych o ścianę i pokuśtykałam, wspierając się na 

nich, do małej kuchni, w której zastałam dzbanek kawy na podgrzewaczu. Nalałam sobie do 

kubka i wypiłam, a później dolałam, nie siadając.

- Lepiej się czujesz?  - dobiegł mnie  głos Luisa, siedzącego na kanapie w małym 

salonie.

- Teraz  już  tak  - powiedziałam  i wypiłam  jeszcze  jeden  kubek kawy, aż  do dna, 

odstawiłam   go   i   niezdarnie   poczłapałam   do   kanapy,   żeby   usiąść   obok   niego.   Kule 

zabrzęczały, uderzając o podłogę.

Luis   wyglądał...   jak   zwykle.   Owszem,   był   posiniaczony   i   zmęczony,   ale   nie 

zauważyłam żadnych poważniejszych ran ani sińców. Szczęściarz, pomyślałam. Albo lepiej 

niż ja potrafił się z nimi uporać.

- Dziękuję za kawę - powiedziałam.

- Nie ma za co. Zrobiłem ją dla siebie. Ty skorzystałaś przy okazji. Odwrócił się z 

ręką na oparciu kanapy i przyjrzał mi się z troską. Nie spojrzałam mu w oczy. Przesunęłam 

palcami po nodze.

- Nie pamiętam... - stwierdziłam - żeby mnie na to leczyli.

- Nie możesz pamiętać. Znieczulili cię. Rzucałaś się jak lew zamknięty w klatce. Ale 

wszystko w porządku. Usztywnienie jest tylko po to, żebyś nie zrobiła czegoś głupiego. Kości 

są całe. - Przerwał na chwilę. - To głupota tak się z tobą związać.

Westchnęłam i oparłam głowę o kanapę.

- Przecież nie chciałam, żeby coś mi się stało - tłumaczyłam. - Nie jestem masochistką 

z natury. To ludzka przypadłość.

- Nie, jesteś sadystką, po prostu. Wiesz, jak to jest być blisko ciebie, Cassiel? Wiesz, 

jak to jest czuć się tak... bezradnym? Patrzeć, jak sobie to robisz? - Zamilkł i potarł dłonią 

twarz. - Cholera. Wiem, że to nie twoja wina. Po prostu nie mogę tego ścierpieć. Nie znoszę 

tego. Jakim cudem to się tak potoczyło?

- Powoli - powiedziałam. - Nikt tego nie chciał. - Skrzywiłam się dziwnie i w końcu 

spojrzałam mu w oczy. - A Isabel?

background image

- Nic jej nie jest - nie mówił tego zbyt pewnym głosem, ale raczej tak, jakby sam starał 

się w to uwierzyć.  - Na pewno nic jej  nie będzie. Zrobili tym  dzieciakom niemiłosierną 

krzywdę. Kazali im myśleć same najgorsze rzeczy. Wykorzystali iluzję, żeby je przekonać, że 

ludzie, którym powinny ufać, są źli. Oświadczam ci w tej chwili, że tym ludziom należy się 

głęboki dół.

- A co z jej mocą? - spytałam.

-   Sprawdzamy   -   powiedział   łagodnie   Luis.   -   Otrzymała   podwójny   talent.   Albo 

otrzymałaby. Strażnicy nie chcą tego stracić. Ale nie mogą pozwolić, żeby biegała z tamtymi 

dzieciakami i posługiwała się niekontrolowaną mocą. Ja też nie. Chociaż ją kocham. Ale nie 

wiem, jak... Nie wiem, jak mam im pozwolić tak ją zneutralizować.

Poczułam, że te słowa przeszywają mnie jak piorun.

- Zneutralizować?

- Wiesz, zrobić operację. Całkowicie odebrać jej moc. To niebezpieczny zabieg i może 

się okazać śmiertelny, jeżeli coś spieprzą. Mało tego, nie zawsze daje rezultaty. Część jej 

mocy może pozostać nienaruszona i ujawnić się później, a wtedy w jej rękach stanie się 

jeszcze bardziej niebezpieczna.

Nie wspominając o tym, jaką krzywdę wyrządzi samej Isabel. Niektórym Strażnikom 

udawało   się   utrzymać   bezpiecznie   swoją   moc.   Inni...   inni   wykradali   się,   zakrwawieni   i 

wściekli. Jeszcze inni zrobiliby wszystko, żeby cofnąć podjętą decyzję.

Isabel nie należała  do Strażników, którym  udałoby się odejść. Wiedziałam  to już, 

dostrzegłam to w niej. Miała potężną moc i miała stać się jeszcze potężniejsza.

Albo bardziej zniszczona.

Albo i jedno, i drugie.

Był   to   koszmar,   który   obiecała   im   Perła,   i   oto   się   spełniał   jako   przerażająca 

możliwość. Obiecałam. Obiecałam im...

- I co zrobisz? - spytałam go. Spojrzał na swoje dłonie i rozprostował palce, jakby go 

bolały.

- Nie wiem - odpowiedział. - Chociaż cholernie tego żałuję. Myślę... myślę, że muszę 

zaryzykować, żeby czasowo zablokowali jej moc. To niebezpieczne i nie zawsze się udaje, 

ale przynajmniej nie jest... nieodwracalne. Jeżeli możemy opóźnić bieg spraw o jakieś sześć 

czy siedem lat, osiągnie przynajmniej fizyczną dojrzałość na tyle, żeby poradzić sobie z tym, 

co będzie się działo w jej ciele pod wpływem ziemskich mocy. To będzie odpowiedni wiek, 

żeby zacząć ujawniać swoje zdolności. Inne dzieci nie są w aż tak złym stanie.

Skinęłam głową. Mnie też wydawało się to lepszym rozwiązaniem.

background image

- Chce cię zobaczyć - powiedział Luis. - Wyjaśniłem jej, że teraz nie może, bo musisz 

mieć czas, żeby wyzdrowieć. - Z trudem przełknął ślinę. - A ja muszę spytać, co się stało z 

tym chłopcem. Z tym, który umarł.

- Musisz spytać oficjalnie.

- Tak.

- Zabiłam go. - Zamknęłam oczy. Nastąpiła cisza. Z zewnątrz dobiegały mnie odgłosy 

toczącego się życia - ktoś kosił trawę, dzieci się śmiały, radio i telewizja walczyły o uwagę 

przez otwarte okna. Warkot samolotu w górze. Silniki samochodów na ulicy w dole.

- Nie podejrzewam  cię  o to, Cass. Zbadałem ciało. Był wysuszony, podobnie jak 

chłopiec, którego wieźliśmy samochodem. Wiem, że nie zrobiłabyś tego. To Perła. - Zamilkł 

na kilka sekund. - Opowiedz mi, co się stało.

Opowiedziałam mu wszystko po kolei, bez większych emocji w głosie. W tej chwili 

niewiele   byłam   w   stanie   czuć.   Jedynie   wyczerpanie.   Bezsens.   Kiedy   skończyłam,   Luis 

wyciągnął rękę, ukrył moją dłoń w swojej i mocno ją ścisnął.

- Och, kochanie. Tak mi przykro.

- To była moja decyzja, żeby wejść do środka. Myślałam, że miałam rację.

- Bo miałaś. Odzyskaliśmy Ibby i dwoje innych dzieci. Nie rozumiał. Perła dostała 

dokładnie to, czego chciała.

Isabel   wróciła   do   nas,   a   my   nie   mieliśmy   pojęcia,   co   właściwie   jej   zrobiono. 

Wątpiłam, żeby Perła pozwoliła nam tak po prostu ją zabrać, gdyby nie krył się za tym jakiś 

głębszy cel. Jakaś cząstka mnie spłonęła przy tym doszczętnie - ta najważniejsza cząstka, 

łącząca mnie z ludzką rasą.

- A co się stało z ciałem chłopca? - zapytałam.

- Zabraliśmy je ze sobą - powiedział Luis. - Sam je zbadałem. Jego rodzice nie żyją. 

Był sierotą. Zniknął z rodziny zastępczej kilka lat temu. Nikt poza nami go nie opłakuje.

Nie polepszało to sytuacji.

- Ona mnie wykorzystuje - odezwałam się. - Pikadorzy i byki. Wabi mnie w stronę 

czegoś   i   wkrótce   nie   będę   miała   wyjścia,   Luis.   Niedługo   będę   musiała   zniszczyć   to,   co 

kocham albo stracę wszystko inne. Nie ma innego wyjścia. Obmyśliła wszystko. Nie mogę...

- Możesz - przerwał mi. - Cassiel. Ashan wybrał cię nie bez powodu. Wybrał ciebie, 

bo byłaś jedynym  dżinnem, który potrafi tego dokonać. Który może stawić czoło Perle i 

wygrać. Nawet on nie był w stanie tego zrobić. Jeszcze nie przegrałaś. Nie przegraliśmy.

- Jestem zmęczona tym polowaniem na nią - stwierdziłam. - Muszę znaleźć sposób, 

żeby ją wyprzedzić.

background image

- Znajdziemy go.

- Tak po prostu.

- Tak, mniej więcej. Co mają ze sobą wspólnego te wszystkie miejsca, które pokazało 

nam FBI? Poczułam, że budzi się we mnie coś na kształt zainteresowania. Nadziei.

- Tamtędy biegną linie ley - powiedziałam. - Ośrodki znajdowały się w miejscach linii 

ley.

- My też pójdziemy ich śladem. Zaczniemy zajmować miejsca, do których Perła może 

pójść. Zaczniemy ją wabić, zmuszać, żeby zaczęła grać na naszych warunkach Czułam na 

twarzy ciepłą dłoń Luisa. - Spójrz na mnie.

Otworzyłam   oczy   i   utkwiłam   w   nim   wzrok.   Był   blisko,   a   intensywny   blask   jego 

spojrzenia zaskoczył mnie.

- Nie pozwól, żeby ściągnęła cię na dno. Znam cię, Cass. Widziałem cię. Jesteś częścią 

mnie, a ja częścią ciebie. Tak jest, prawda? Nie możesz mi wciskać kitu, bo wiem swoje. Nie 

ma   znaczenia,   kim   byłaś,   jakim   beznadziejnym   dżinnem.   Teraz   jesteś   jedną   z   nas. 

Człowiekiem. Istotą kruchą. Wrażliwą. W uczuciach nie ma nic złego.

Poczułam, że łzy napływają mi do oczu. Prawdziwe łzy, gorące od udręki, z frustracji, 

potwornego strachu. Paliły mnie w oczy jak ogień dżinnów. Otarł je kciukami.

- Nie pozwól, żeby ona zrobiła z ciebie łajdaczkę - poprosił i mnie pocałował. - Bo nie 

chcę być zakochany w łajdaczce. Przywarłam do niego, czując moje łzy na jego wargach, 

rozkoszując się ciepłym jasnym światłem jego miłości. Mówił poważnie.

I   przez   chwilę   -   przez   krótką   chwilę   -   czułam   spokój,   ten   łagodny   cichy   szept 

pochodzący z samej Ziemi. Nie byłam jednak sama. Było nas dwoje w tej oazie spokoju. I to 

na razie wystarczyło.

Ciąg dalszy nastąpi...


Document Outline