background image

 

1

Marek Hłasko 

 

Pamietasz, Wanda 

 

Daleko  w  ciemno

ść

  wybiega  ulica.  Jest  to  wła

ś

ciwie  taka  sama  ulica,  jakich 

dziesi

ą

tki  s

ą

  w  naszym  i  innym  mie

ś

cie,  a  jednak...  Jej  domy  ze  zmrokiem  trac

ą

 

swój  zarys,  w  dzie

ń

  wrzynaj

ą

  si

ę

  w  jasne  niefrasobliwe  wiosenne  niebo;  w 

podwórkach  na  balkonach  wisz

ą

  kolorowe  bety...  wi

ę

c  wła

ś

nie  taka  normalna 

zwykła ulica, nie ma w niej nic zgoła nadzwyczajnego: ani ładna – ani brzydka. 

Cz

ę

sto  pytam:  co  mnie  tak  wi

ąŜ

e  z  t

ą

  zwykł

ą

  ulic

ą

?  Nie  umiem  sobie  na  to 

odpowiedzie

ć

.  Dalekie 

ś

wiatł

ą

  Dworca  Gda

ń

skiego  mrugaj

ą

  niepewnie:  zielone, 

niebieskie. 

Wyje  gdzie

ś

  daleko  parowóz,  rozdziera  gwałtownie  cisz

ę

  wieczorn

ą

  tak 

niespodziewanie, 

Ŝ

e a

Ŝ

 drgn

ę

ła

ś

 i przytuliła

ś

 si

ę

 silniej do mnie. Teraz ju

Ŝ

 wła

ś

nie 

wiem, wła

ś

nie teraz, gdy idziemy razem, gdy widz

ę

 twój łagodny profil z zadartym 

noskiem, jasne włoski, które rozwiewa wieczorny wiatr – wiem, dlaczego kocham 

t

ę

  zwykła  ulic

ę

,  dlaczego  kot  miauczy  przyja

ź

nie,  dlaczego  przykro  mi  jest,  gdy 

widz

ę

 płacz

ą

ce dziecko, jak podnosi brudne pi

ą

stki do oczu – to wszystko wła

ś

nie 

dzi

ę

ki Tobie. 

Mo

Ŝ

e  nawet  sama  si

ę

  nie  domy

ś

lasz,  gdy  tak  idziesz  koło  mnie  w  swojej 

powiewnej  sukieneczce,  machaj

ą

c  zerwan

ą

  gał

ą

zk

ą

.  Nie,  nie  mo

Ŝ

esz  si

ę

 

domy

ś

la

ć

,  jak  bardzo  Ci

ę

  kocham.  Ciebie,  twoje  włosy,  ki

ść

  bzu  w  Twojej  r

ę

ce. 

Czuje  łagodne  ciepło  Twojego  ramienia,  przytulam  policzek  do  Twoich  jasnych, 

mi

ę

kkich  włosów,  chłon

ę

  nozdrzami  ich  delikatny,  cierpki  zapach,  w  milczeniu 

ś

ciskam  Twoj

ą

  mał

ą

,  ciepł

ą

  dło

ń

.  Kochamy  si

ę

,  jest  nas  dwoje,  a  przecie

Ŝ

 

tworzymy jednego człowieka, my

ś

limy razem, czujemy razem: jest nam dobrze. 

Idziemy  razem  przytuleni  do  siebie,  nie  widzimy  mijaj

ą

cych  nas  ludzi, 

wyskakujemy  spod  przeje

Ŝ

d

Ŝ

aj

ą

cych  samochodów;  ten  mały  grubas,  który  wpadł 

na nas, jest taki zagniewany. Ze zło

ś

ci

ą

 poprawia okulary, mruczy co

ś

 pod nosem, 

dlaczego? 

Ś

miejemy si

ę

 troch

ę

 z niego – troch

ę

 do siebie. Stajemy na wiadukcie 

Gda

ń

skiego Dworca, szepczesz: 

„Wyjmij r

ę

k

ę

 z kieszeni”.  

background image

 

2

Wpatrujemy  si

ę

  w  migoc

ą

ce  kolorowe 

ś

wiatła  semaforów,  stoimy  cichutko 

przytuleni  do  siebie,  a

Ŝ

  spłoszył  nas  znowu  j

ę

kliwy  ryk  parowozu.  Schodzimy  na 

dół; mija nas grupa robotników z metra: chudy i wysoki jak tyka chmielowa zajrzał 

Ci w twarz i cmokn

ą

ł z uznaniem, ładna jeste

ś

. Przytulasz oburzona do mnie, a ja 

ch

ę

tnie  ucałowałbym  go.  Ludzie  patrz

ą

  za  nami  z  sympati

ą

,  znajomy  dozorca 

kłania nam si

ę

, przez chwil

ę

 rozmawiamy z nieznajomym łysym panem, który prosi 

mnie o ogie

ń

. On uchyla kapelusza, ja w zakłopotaniu targam swoj

ą

 rozwichrzon

ą

 

czupryn

ą

 i znów, idziemy razem. 

Pomy

ś

l  sobie,  jak  to  cudownie, 

Ŝ

e  nie  czujemy  si

ę

  obco  i  wrogo  w

ś

ród  tych 

wszystkich  ludzi,  spaw,  maszyn. 

ś

e  wszystko  jest  nasze  chłodny  asfalt  ulicy,  po 

którym  idziemy,  niebo,  które  ma  teraz  kolor  Twoich  oczu,  drzewo,  z  którego 

zerwała

ś

  przed  chwil

ą

  gał

ą

zk

ę

  akacji  i  wró

Ŝ

ysz  z  niej:  „Kocha  nie  kocha...” 

wyrywam ci j

ą

 z r

ę

ki – kocha, przecie

Ŝ

 kocha. 

Ś

miejesz si

ę

 i ja si

ę

 

ś

miej

ę

. Czeka 

nas  nasz  dom,  w  którym  wszystko  jest  pi

ę

kne,  nawet  ten  mały  kulawy  stolik, 

któremu  codziennie  przybijamy  nog

ę

.  Zamek  w  drzwiach  chrobocze  tak  swojsko. 

Stoimy  teraz  obok  siebie  na  balkonie,  ogarniam  Ci

ę

  ramieniem,  odsuwasz  si

ę

 

łagodnie  szepcz

ą

c:  „Csss,  Malinowska  patrzy”:. 

Ś

miej

ą

c  si

ę

  całuj

ę

  twoje  ciepłe 

usta, na s

ą

siednim balkonie Malinowska mru

Ŝ

y oczy. 

Pod  nami  miasto  usypia.  Ko

ń

  grzechocze  podkowami  po  bruku,  dozorca  ze 

zgrzytem  zamyka  nasz

ą

  bram

ę

,  m

ąŜ

  Malinowskiej  w

ś

lizguje  si

ę

  jak  piskorz,  aby 

nie płaci

ć

 nocnego. 

Kierowca  kln

ą

c  zamyka  mask

ę

  nawalonego  samochodu  i  patrzy  w  niebo, 

jakby stamt

ą

d oczekiwał pomocy w naprawie. Zapada noc, pomału wykre

ś

la z pola 

naszego  widzenia  ulice  i  place,  pachnie  słodko  bez,  dentysta  gra  na  pianinie  i 

ś

piewa swym becz

ą

cym głosem. 

Gwiazdy,  które  zapalaj

ą

  si

ę

  na  niebie,  migoc

ą

  w  Twoich  oczach.  Milczymy. 

Silnik zaskoczył, kierowca z zadowoleniem trzaska drzwiami, 

Ŝ

ona woła dentyst

ę

 

na kolacj

ę

, dziecko s

ą

siadki zaczyna swoj

ą

 cowieczorn

ą

 serenad

ę

. A nasza miło

ść

 

nie  ko

ń

czy  si

ę

  o 

ś

wicie,  b

ę

dzie  trwa

ć

  wiecznie,  b

ę

dzie  mocna  jak  ci  ludzie,  z 

którymi  pójdziemy  rano  do  pracy,  prawda?  A  pami

ę

tasz?  Widz

ę

Ŝ

e  pami

ę

tasz, 

przytulasz si

ę

 w milczeniu do mnie, czuj

ę

Ŝ

e nie chcesz tych wspomnie

ń

Ŝ

e nie 

chcesz  psu

ć

  tego  wieczoru  pachn

ą

cego  bzami.  Słyszysz  ten  daleki 

Ŝ

abi  rechot, 

bzykanie koników polnych? No dobrze, nie b

ę

dziemy wspomina

ć

background image

 

3

Rustecki  pobiegł  w  po

ś

piechu  do  okienka.  Gdy 

ś

pieszył  si

ę

  i  biegał  po 

podwórku,  jego  kulawa  noga.  Zataczaj

ą

ca  niezdarne  kr

ę

gi,  działała  nader 

sprawnie. 

- Wszyscy ju

Ŝ

 wyjechali? – wyrzucił z siebie jednym tchem. 

Dyspozytor  Kokoszka,  stateczny,  powolny,  o  obwisłym  brzuchu,  spojrzał  na 

tablic

ę

- Jeszcze Stefana nie ma. 

Techniczny zakl

ą

ł. 

- Pewno znowu si

ę

 zachlał. To jest człowiek, jak boga kocham. 

- Zaraz nadejdzie – mrukn

ą

ł dyspozytor. 

W tej chwili w okienku pojawiła si

ę

 głowa Stefana. 

- Sto siedem – podał numer wozu. 

Rustecki  spojrzał  na  jego  blad

ą

,  pomi

ę

t

ą

  twarz  z  podpuchni

ę

tymi  oczami  i 

tr

ą

cił Kokoszk

ę

 w bok. 

- A co nie mówiłem? Znowu po pija

ń

stwie. 

- No i co mu pan zrobisz? – pyta oboj

ę

tnie Kokoszka. 

- Wyrzuc

ę

, na zbity pysk 

Kokoszka wzruszył ramionami. 

- Nie wolno mu? 

Stefan  podszedł  do  wozu.  W  głowie  szumiało  mu  jeszcze  po  wczorajszej 

pijatyce , pod powiekami czuł piasek. Bł

ę

dnie sprawdził oliw

ę

, zapu

ś

cił silnik i nie 

czekaj

ą

c na rozgrzanie ruszył z miejsca. Rustecki spojrzał za nim ze zło

ś

ci

ą

- On zapiłuje tego d

Ŝ

emsa – zobaczysz pan. 

Dyspozytor u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 zgry

ź

liwie. 

- Chcecie młodzie

Ŝ

 – macie młodzie

Ŝ

Stefan  leciał  przez  puste  jeszcze  ulice.  Z  bazy  na  port  handlowy  miał  ładne 

par

ę

 kilometrów. Spojrzał na zegarek: dochodziła szósta. Był ju

Ŝ

 spó

ź

niony, dodał 

gazu,  a

Ŝ

  dono

ś

ny  gong  silnika  przeszedł  w  jednostajny  bucz

ą

cy  j

ę

k.  Opu

ś

cił 

przedni

ą

  szyb

ę

  –  powietrze  silnym  strumieniem  uderzyło  mu  w  twarz  i  potargało 

włosy. Mo

Ŝ

e otrze

ź

wiej

ę

 troch

ę

 – pomy

ś

lał. – Ile tego wczoraj było, cholera. I jak to 

było potem? Stasiek ju

Ŝ

 całkiem trup, Henek kupił jeszcze flaszk

ę

, a dalej? Dalej 

rozwiewało  si

ę

.  Czyje

ś

  zamazane  twarze,  skrzecz

ą

ce  głosy,  dobiegaj

ą

ce  przez 

mgł

ę

, obcy własny głos, ranne przebudzenie w butach, w ubraniu. 

background image

 

4

Z  nieprzepisow

ą

  szybko

ś

ci

ą

  wjechał  na  teren  portu,  a

Ŝ

  stra

Ŝ

nik  na  branie 

zachłysn

ą

ł  si

ę

  z  oburzenia.  Podstawił  wóz  pod  ramp

ę

  i  ruszył  na  poszukiwanie 

Henka. Znalazł go w k

ą

cie magazynu, jak zlewał pod kranem swoje jasne, a

Ŝ

 do 

przesady  barankowe  włosy.  Uderzył  go  w  plecy,  a

Ŝ

  tamtemu  woda  poleciała  za 

koszul

ę

- No jak, Heniu, kak pa

Ŝ

ywajesz? 

P

ę

kała wyszczerzył w u

ś

miechu swoje drobne mysie z

ę

by. 

- Daj ty spokój, ale było tego wczoraj. Chyba ze dwa litry. A Stasiek – trup. 

- Nie ma go dzisiaj w robocie? 

- A sk

ą

d. Szewski poniedziałek sobie zrobił. A ty jak si

ę

 czujesz? 

Kami

ń

ski usiłował si

ę

 u

ś

miechn

ąć

- Jak złoto. Ale trzeba b

ę

dzie si

ę

 chyba zaprawi

ć

, co? 

Wysupłali z kieszeni ostanie drobne. Henek skrzywił si

ę

- Starczy? 

- Musi. Na czterdziestk

ę

 starczy, skocz, Heniu. 

Wstrz

ą

saj

ą

c  si

ę

  pili  ukryci  w  koncie  magazynu  .Zaprawka  nale

Ŝ

ała  do 

codziennego rytuału. 

- Co dzisiaj wozimy? 

- Warzywo 

- O cholera, znowu po fajrant. 

Pami

ę

tasz?  Tak  było  codziennie.  Ci

ą

gle  bez  grosza,  ci

ą

gle  pijany. 

Przemykałem  si

ę

  chyłkiem  pod  obstrzałem  ludzkich  pogardliwych  spojrze

ń

Patrzyli  rozmaicie;  jedni  z  u

ś

miechem  pełnym  pobła

Ŝ

liwo

ś

ci:  „Trudno  musi  pi

ć

  – 

alkoholik”,  drudzy  wr

ę

cz  z  pogard

ą

,  gdy  czasami  prosiłem  o  po

Ŝ

yczk

ę

Organizacja  kazała  mi  si

ę

  leczy

ć

.  Brałem  antabusy  przez  par

ę

  tygodni,  a  potem 

znowu,  po  kamary

ń

sku.  Heniek  mówił:  „Stefan  łamiesz  si

ę

?”  –  Nie,  nie  łamałem 

si

ę

. Zacz

ą

łem unika

ć

 ludzi, zamykałem si

ę

 w sobie. Nocami przychodziły rozmaite 

postacie bez głów i r

ą

k. Straszyły, rozrywały moje ciało, chichotały obł

ą

ka

ń

czo. 

Wtedy  zacz

ę

ło  si

ę

  ze  mn

ą

  dzia

ć

  co

ś

  dziwnego.  Twarze  ludzkie  były 

jednakowe – wszystkie młode, stare , brzydkie. Wtedy sam spróbowałem przesta

ć

 

pi

ć

 – ale ju

Ŝ

 nie mogłem. 

background image

 

5

Wtedy Ty zacz

ę

ła

ś

 u nas pracowa

ć

. Było chyba lato – prawda? Była

ś

 opalona 

na  taki  złocisty  kolor;  twój  nosek  był  obsypany  piegami.  Na  fartuszku  miała

ś

 

znaczek zetempowski. 

Siedziała

ś

 w swojej centralce telefonicznej, przychodzili

ś

my razem do pracy, 

jeszcze wtedy na szóst

ą

. Nie znali

ś

my si

ę

. Dopiero wtedy, jak przechodz

ą

c obok 

Ciebie  zatoczyłem  si

ę

,  spojrzała

ś

  ze  zdumieniem.  My

ś

lała

ś

  pewnie, 

Ŝ

e  to 

zaczepka.  Dopiero  Rustecki  podszedł  do  Ciebie  i  powiedział  Ci  na  ucho  – 

zrozumiała

ś

.  Widziałem  jak  machn

ą

ł  r

ę

k

ą

,  wiedziałem  dobrze,  co  Ci  powiedział 

„Tłumaczyli

ś

my wszyscy – nic nie pomaga. Trzymamy go przez ...” 

Wła

ś

nie przez co? 

Sam  cz

ę

sto  zastanawiałem  si

ę

:  przecie

Ŝ

  powinni  mnie  dawno  wyrzuci

ć

Wszyscy  pokazywali  mnie  palcami,  te  stare  paniusie  z  ksi

ę

gowo

ś

ci  a

Ŝ

  oczy 

przymykały,  gdy  przechodziłem  obok  nich.  Cała  baza  wiedziała, 

Ŝ

e  takich  jak 

Kami

ń

ski  to  „  nie  ma  ,  nie  było  i  nie  potrzeba”,  jak  mówił 

Ŝ

artobliwie  Kokoszka. 

Niektórzy  mówili:  „Wyrzu

ć

cie  go,  do  cholery,  co  to  –  szpital  dla  alkoholików?” 

Wła

ś

nie tego dnia po pracy podeszła

ś

 do mojego d

Ŝ

emsa. Zacz

ę

li

ś

my rozmawia

ć

Chwil

ę

  milczała

ś

,  zakłopotana  wpatruj

ą

c  si

ę

  w  moje  przekrwione  białka  (  im 

zawdzi

ę

czam  przezwisko  „Angor”).  Twój  fartuszek  miał  na  łokciu  tak

ą

  male

ń

k

ą

 

cer

ę

. Pami

ę

tasz Wanda? 

Pal

ą

c  papierosa  przygl

ą

dał  si

ę

,  jak  robotnicy  ko

ń

czyli  l

ą

dowa

ć

  wóz. 

Samochód  był  naładowany  warzywami  pod  sam

ą

  plandek

ę

,  nawet  na 

opuszczonym na ła

ń

cuchach borcie stały kosze z warzywami. 

-  Nakitowali  chyba  z  pi

ęć

  ton  –  pomy

ś

lał  i  schylił  si

ę

Ŝ

eby  zobaczy

ć

,  czy 

resory  nie  siadły.  Nie.  Pot

ęŜ

ny  d

Ŝ

ems  wytrzymywał  takie  ładunki.  Zgniótł 

niedopałek  papierosa  i  ruszył  szuka

ć

  konwojenta.  Zobaczył  go,  jak  kłócił  si

ę

  z 

magazynierem  o  towar.  Magazynier,  z  w

ś

ciekło

ś

ci  purpurowy,  wymachiwał 

tamtemu przed nosem plikiem kwitów. 

- Waga jest – krzyczał – jest! No to czego? 

- Oho, Henek robi go na wadze – przemkn

ę

ło Stefanowi przez my

ś

l. 

Wskoczył na ramp

ę

- Co jest, panie Zdzisiu? – zapytał magazyniera. 

Stary odwrócił si

ę

- No co, wariata szuka! Ma wag

ę

 i fartu szuka! 

background image

 

6

Henek u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 krzywo, odsłaniaj

ą

c spróchniałe pie

ń

ki. 

- Nie krzycz pan. Czego pan krzyczysz? Ile pan tary daje? 

Malinowski  miał  starcz

ą

,  pomarszczon

ą

  twarz,  bezz

ę

bne  zakl

ęś

ni

ę

te  usta, 

spod  których  wystoperczał  podbródek:  ostry,  obro

ś

ni

ę

ty  siwo  brudn

ą

  szczecina. 

Gdy zdenerwował si

ę

, nie mo

Ŝ

na go było zrozumie

ć

: słycha

ć

 było pomlaskiwanie 

bezz

ę

bnej szcz

ę

ki. Krzycz

ą

c wyrzucał z siebie strugi 

ś

liny. Malinowski bryzgn

ą

ł na 

Stefana, a

Ŝ

 ten odskoczył, wycieraj

ą

c twarz r

ę

kawem. 

- Ile twój wóz wa

Ŝ

y? 

D

Ŝ

ems  wa

Ŝ

ył  cztery  osiemset,  ale  bez  „bli

ź

niaków”  waga  malała  o  przeszło 

trzysta kilo. 

- Cztery osiemset – skłamał bez zaj

ą

kni

ę

cia. 

Stary a

Ŝ

 podskoczył. 

- Wariata szukacie? – klapn

ą

ł – tłumacz

ę

 wam przecie

Ŝ

... 

-  Nie  tłumacz  pan  –  przerwał  mu  Henek.  Swojej  przyjaciółce  mo

Ŝ

esz  pan 

tłumaczy

ć

Ŝ

eby  si

ę

  nie  martwiła,  ze  wiesz  pan  co.  Stefan,  daj  no  ksi

ąŜ

k

ę

Kami

ń

ski wyci

ą

gn

ą

ł ksi

ąŜ

k

ę

Napisane było czarno na białym cztery osiemset. 

- No i co? – podsun

ą

ł mu pod nos. 

Malinowski westchn

ą

ł. Zakl

ę

sły podbródek opadł 

Ŝ

ało

ś

nie. 

-  Chłopaki  –  powiedział  -  nie  róbcie  mnie  na  wadze.  Nie  mam  z  czego 

dokłada

ć

, a ju

Ŝ

 raz wpadłem. 

W  głosie  jego  zabrzmiały  błagalne  nutki.  Stefan  odwrócił  głow

ę

.  Porwała  go 

zło

ść

  na  Henka.  Co  ten  stary  człowiek  mógł  poradzi

ć

  przeciw  bandzie  złodziei, 

która  go  zgodnie  okradała?  Z  czego  miał  dokłada

ć

?  Wiedział  dobrze, 

Ŝ

e  Henek 

zrobił go na ładne par

ę

 złotych. 

Ale Henek pokwitował ju

Ŝ

 towar. 

- Odje

Ŝ

d

Ŝ

aj. Stefan. 

Stefan ruszył z miejsca. Henek w biegu wskoczył do szoferki i waln

ą

ł Stefana 

w plecy. 

- No? 

To  „no”  miało  by

ć

  zaczepk

ą

  do  pochwały  ze  strony  Stefana  „Globus”  Henka 

dobrze pracował. Ale Stefan nic nie odpowiedział. 

- Z czego on doło

Ŝ

y my

ś

lał Stefan – z czego? 

background image

 

7

Nie były to wyrzuty sumienia. Nie po raz pierwszy „kombinowali” z Henkiem. 

Fors

ę

 mieli zawsze, wódka , dziwy, oko. Pili razem od trzech prawie lat: dzie

ń

 

w dzie

ń

A  –  pomy

ś

lał  –  gówno  mnie  to  obchodzi.  Jak  frajer  –  niech  dokłada.  Bi

ć

 

frajerów – to była 

Ŝ

yciowa zasada i Stefan trzymał si

ę

 jej nogami i r

ę

kami. 

W ostatnim sklepie w Falenicy sprzedał kierowniczce sklepu lewy towar. 

Henek  od  razu  kupił  wód

ę

,  zagrych

ę

.  Od  długiego  czasu  obsługiwał  wu-es-

esy na trasie Warszawa – Falenica, była to tak zwana „zielona Warszawa”. Tu było 

najlepiej: gliny nie łapali, z wu-es-esu te

Ŝ

 nikt nie zagl

ą

dał. I wypi

ć

 mo

Ŝ

na było czy 

jaki

ś

 lewy kurs... 

Wracaj

ą

c  do  bazy  zatrzymywali  si

ę

  za  Miedzeszynem.  Wyci

ą

gn

ę

li  z  wozu 

siedzenia  i  rozło

Ŝ

yli  si

ę

  wygodnie  na  trawie.  Jednym  pchni

ę

ciem  dłoni  Henek 

otworzył flaszk

ę

 i podał Stefanowi. 

- Masz, ci

ą

g. 

Stefan si

ę

gn

ą

ł po butelk

ę

, zawahał si

ę

 chwil

ę

 i oddał Henkowi z powrotem: 

- Pij, pij. Ja potem wypij

ę

. Dzisiaj lotna łapie na mie

ś

cie – skłamał. Nie bał si

ę

 

lotnej kontroli z MO. Czuł si

ę

 po prostu nie sosie... 

Henek  palcem  naznaczył  lini

ę

  na  flaszce  i  podniósł  j

ą

  do  ust.  Pił  na  otwarte 

gardło;  wódka  przelatywała  z  gulgotem.  Wypił  co  do  jednego  milimetra:  tyle  dla 

mnie – tyle dla Stefana. 

Stefan  le

Ŝ

ał  na  wznak.  Niebo  było  czyste,  daleko  ganiały  si

ę

  małe. 

Strz

ę

piaste  obłoczki.  Lekki  wiatr  przynosił  ze  sob

ą

  zapach  ziemi,  bzu,  trawy.  Nie 

doko

ń

czona flaszka walała si

ę

 na trawie. 

Henek zacz

ą

ł 

ś

piewa

ć

: tak ni z ego ni z owego. Głos miał wysoki, wibruj

ą

cy 

nabrzmiały  z  t

ę

sknoty  do  własnych  piosenek.  Ach,  pod  ten  głos  mandolina  albo 

guzikówka. 

Ujrzałem j

ą

 po

ś

ród firanek okna, 

Ujrzałem, gdy w obj

ę

ciach trzymał j

ą

Z rozpaczy swej chwyciłem za rewolwer, 

By skaza

ć

 j

ą

 za straszn

ą

 podło

ść

 jej... 

Strzeliłem raz, trupem padli oboje, 

Mierzyłem tak, by prosto w serce jej... 

Ach, Bo

Ŝ

e mój, naraz zabiłem dwoje... 

background image

 

8

Wpatrywali si

ę

 w niebo, w jasne i pogodne niebo. Ziemia pachniała upajaj

ą

co, 

powietrze było czyste, łagodne. I sk

ą

d tu nagle ten głos: przepity, płaski, chrypi

ą

cy 

Ŝ

ało

ś

nie. 

Wysoko nad głow

ą

 

ć

wierkotały wróble, za laskiem zaklekotał bociek. 

O  kim,  o  czym  tedy  my

ś

lałem  –  nie  wiem.  Mo

Ŝ

e  o  swoim  brudnym 

Ŝ

yciu,  a 

mo

Ŝ

e ... o Tobie? Dalekie wspomnienia powracały z bardzo daleka, krystalizowały 

si

ę

  we  mgle  jaki

ś

  zdarze

ń

,  wspomnie

ń

.  Wypływały  na  wierzch,  to  znów,  to  znów 

nie mogłem ich odszuka

ć

: zacierały si

ę

 w perspektywie lat, gubiły w gmatwaninie 

spraw  ludzkich.  Henek  zawodził  swoim  podwórzowym  głosem  „Szesna

ś

cie  lat 

wi

ę

zienia si

ę

 nie bije, szesna

ś

cie lat to fraszka dla mnie jest”. Wtedy na skrawku 

zmi

ę

tej  trawy  pod  Miedzeszynem,  zrodziło  si

ę

  we  mnie  pragnienie,  pragnienie 

czego

ś

 lepszego, pi

ę

kniejszego od tamtej na wpół wypitej butelki i zdartej piosenki 

o  nieszcz

ęś

liwym zabójcy. Uczepiłem si

ę

 tego, ale nie wiedziałem, co robi

ć

, jak? 

Angor,  Angor,  Angor,  Rustecki,  baza,  nawet  ten  stary  d

Ŝ

ems  z  demobilu.  My

ś

li 

ę

biły  mi  si

ę

  pod  czaszk

ą

,  wybiegały  i  wracały  z  powrotem.  I  wiesz,  wtedy 

wła

ś

nie, wtedy pomysłem o tobie. Dlaczego? – nie wiem. Mo

Ŝ

e o

Ŝ

ywiaj

ą

ca ziemia 

pachniała  tak  upajaj

ą

co,  a  mo

Ŝ

e  niebo  miało  kolor  Twoich  oczu?  Powracał  do 

mnie Twój obraz – takiej, jak

ą

 zobaczyłem Ciebie pierwszego dnia: w tym czarnym 

fartuszku z male

ń

k

ą

 cer

ą

. I wiesz co? 

Wtedy,  tak  –  wła

ś

nie  zrozumiałem,  no  po  prostu, 

Ŝ

e  Ci

ę

  kocham.  Wtedy 

zrozumiałem,  ze  musze  jako

ś

  inaczej,  jako

ś

  lepiej 

Ŝ

y

ć

.  Była  wtedy  wiosna: 

pachn

ą

ca, niefrasobliwa. 

Poderwałem  si

ę

,  kopn

ą

łem  butelk

ę

,  a

Ŝ

  potoczyła  si

ę

  do  płytkiego  rowu, 

skoczyłem  do  wozu  tak  gwałtownie, 

Ŝ

e  Henek  dopadł  mnie  w  biegu  i  rwałem  do 

Ciebie.  Och,  gdyby  d

Ŝ

ems  mógł  nad

ąŜ

y

ć

  za  moimi  my

ś

lami,  za  pragnieniem 

zobaczenia Ciebie. Strzałka biła pi

ęć

dziesi

ą

t mil, silnik rozdzierał powietrze swoim 

wysokim rykiem. Blady ze strachu Henek łapał mnie za r

ę

ce.... Chciałem tylko ci

ę

 

zobaczy

ć

,  usłysze

ć

  Twój  głos...  Stan

ą

łem  jak  głupi  przed  drzwiami  Twojej 

centralki, Henek latał po placu i krzyczał, 

Ŝ

e Angor zwariował. 

Stałem  minut

ę

,  dwie,  piec,  w  ko

ń

cu  zapukałem.  U

ś

miechn

ę

ła

ś

  si

ę

  do  mnie, 

ten  u

ś

miech  przyniósł  ze  sob

ą

  i  bł

ę

kit  nieba  pod  Miedzeszynem,  i  zapach  pól... 

wtedy w my

ś

li nazwałem Ci

ę

 – Wiosenk

ą

background image

 

9

- Ja ci

ę

 wi

ę

cej broni

ć

 nie b

ę

d

ę

 – powiedział Stolarczyk – chcesz to chlaj. Ale 

wtedy ja pierwszy -waln

ą

ł kułakiem w pier

ś

 – postawi

ę

 wniosek: wywali

ć

 na zbity 

łeb.  Rozumiesz?  I  to  ty młodzie

Ŝ

owiec, cholera, zamiast da

ć

 przykład, to... ech... 

gada

ć

 si

ę

 nie chce, pomocników rozpijasz, wóz haratasz... 

- Tylko nie wóz – warkn

ą

ł Kami

ń

ski. 

- Mniejsza z tym. Nie chcemy – poło

Ŝ

ył nacisk na tym słowie – pi-ja-ków. I to 

ja – pacn

ą

ł si

ę

 dłoni

ą

 w czoło – dawałem słowo, gwarantowałem, 

Ŝ

e Kami

ń

ski nie 

b

ę

dzie  pił.  Do  przychodni  za  r

ą

czk

ę

 

Ŝ

e

ś

my  ci

ę

  wszyscy  po  kolei  prowadzili  – 

chodzisz? 

- Nie – mrukn

ą

ł. 

- Dlaczego? 

- Nie mam czasu. 

-  A  co  robisz  po  pracy  –  wstrzymał  krótk

ą

  pauz

ę

  –  chlasz?  No  to  faktycznie 

nie masz czasu. 

- A po choler

ę

 b

ę

d

ę

 chodził? Ju

Ŝ

 i tak wszyscy wiedz

ą

Ŝ

e pije, co? Ju

Ŝ

 i tak 

ka

Ŝ

dy:  Kami

ń

ski  opój,  do  cholery,  nie  potrzebuj

ę

  niczyjej  łaski,  Zreszt

ą

:  po  co  ta 

mowa? 

Stolarczyk  ochłon

ą

ł. Popatrzył przez chwil

ę

 na Kami

ń

skiego, odwrócił si

ę

 na 

pi

ę

cie i odszedł. 

-  Jak  sobie  chcesz  -  rzucił  na  po

Ŝ

egnanie.  Kto

ś

  Stefana  uj

ą

ł  za  rami

ę

Odwrócił si

ę

 - Henek. 

- Stefan ty wisz. Niech oni ci

ę

 w dup

ę

 przez bibułk

ę

 pocałuj

ą

. My

ś

li, 

Ŝ

e jak jest 

przewodnicz

ą

cym  Rady  Zakładowej,  to  ju

Ŝ

  mu  wszystko  wolno?  Niech  si

ę

  nie 

wchrzania w nie swoje sprawy... 

Stefan popatrzył chwil

ę

 w 

Ŝ

ółte kocie 

ź

renice tamtego. Targn

ę

ła nim zło

ść

- Ty si

ę

 nie wchrzaniaj w nie swoje sprawy. Odejd

ź

... 

- Angor, co

ś

 ty głupi - łamiesz si

ę

- Tylko nie Angor. Won, no ju

Ŝ

 - krzykn

ą

ł prawie. 

A

Ŝ

 zatrz

ą

sł si

ę

 ze zło

ś

ci. 

Rzuc

ę

 ten cały bajzel w choler

ę

 – my

ś

lał, id

ą

c do wozu – łask

ę

 robi

ą

 czy co? 

Robot

ę

 wsz

ę

dzie znajd

ę

Ale  zrobiło  mu  si

ę

  nagle 

Ŝ

al  tego  szeregu  samochodów  stoj

ą

cych  na  placu, 

hałasów dobiegaj

ą

cych z warsztatu, kulawej postaci Rusteckiego biegaj

ą

cego po 

background image

 

10

placu,  gor

ą

czkowego  rytmu  wyt

ęŜ

onej  pracy  w  bazie,  a  wreszcie  swego 

Ŝ

ycia, 

zmarnowanego,  brudnego,  przepitego  w  bramach  i  gruzach.  Przypomniał  mu  si

ę

 

ten dzie

ń

 w lasku pod Miedzeszynem, czyste wiosenne niebo, Wanda. 

- Czy pan musi pi

ć

? - Zapytała wtedy. 

A

Ŝ

 czubki uszu zrobiły mu si

ę

 purpurowe ze wstydu. Chwil

ę

 stał w milczeniu, 

patrz

ą

c t

ę

po przed siebie, zanim wykrztusił: 

- Nie. 

Potem unikał jej. Dziwna to był

ą

 miło

ść

: ukryta w sobie, gorzka, przeklinana to 

znów  czczona  jak  sakrament.  Smukła  dziewczyna  z  centralki  była  symbolem 

czego

ś

  lepszego,  nieosi

ą

galnego.  Krótko  wtedy  rozmawiali.  Siedział,  jak  zwykle, 

milcz

ą

cy,  skryty,  ze  wzrokiem  wbitym  w  ziemi

ę

.  Czuł  si

ę

  w  jej  obecno

ś

ci  jak 

niepotrzebny mebel w pokoju, próbował 

Ŝ

artowa

ć

: nie wychodziło. Potem widział j

ą

 

kiedy

ś

  id

ą

c

ą

  ulic

ą

,  ale  nie  miał  odwagi  podej

ść

.  Uczucie  beznadziejno

ś

ci, 

zniech

ę

cenia  pot

ę

gowało  si

ę

  z  dnia  na  dzie

ń

.  Na  to  nie  było  rady,  nie  pomagała 

ju

Ŝ

 butelka i prze

Ŝ

arty głos Henka. 

Po co wtedy poszedłem do Ciebie? Czego chciałem? Rozmawiali

ś

my krótko 

na oboj

ę

tne tematy, natarczywe dzwonki przerywały nam co chwila – pami

ę

tasz? 

Potem  wyszli

ś

my  razem  z  bazy:  była  ju

Ŝ

  jesie

ń

.  Szli

ś

my  oboje  w  ten  smutny, 

mglisty  dzie

ń

.  Deszcz  si

ą

pił  bezustannie,  spływał  nam  po twarzach, kału

Ŝ

e wody 

rozpluskiwały si

ę

 pod nogami. 

Taki mglisty, deszczowy dzie

ń

. Ile 

Ŝ

e

ś

my sobie wtedy powiedzieli radosnych i 

smutnych rzeczy. Wła

ś

nie w ten dzie

ń

Podłu

Ŝ

ne, 

Ŝ

ółtawe 

ś

wiatła  latar

ń

  kładły  si

ę

 przez cał

ą

 długo

ść

 jezdni. Opony 

przemykaj

ą

cych samochodów syczały na mokrym asfalcie. W takim monotonnym, 

uporczywym  deszczu  wszystko  traci  swój  zarys;  drzewa,  ulice,  ludzkie  sprawy. 

ą

dz

ą

ce  bez  celu  w  labiryncie  zamokłych  ulic  zaw

ę

drowali  a

Ŝ

  na  Ciepł

ą

.  Stefan 

zatrzymał si

ę

 na chwil

ę

 przed jakimi

ś

 zgliszczami. 

- Tu był kiedy

ś

 mój dom – powiedział. - Ciepła dziesi

ęć

Wanda  spojrzała  na  niego  z  boku.  Stał  jak  zwykle  lekko  przygarbiony, 

zacisn

ą

wszy usta w jakim

ś

 gorzkim wyrazie, kosmyk mokrych włosów opadł mu na 

czoło,  pochylony  do  przodu  patrzył  w  milczeniu  na  zwał  gruzu,  z  którego 

wystawały pokr

ę

cone tygle. 

background image

 

11

-  Tu  był  kiedy

ś

  mój  dom  –  powtórzyła  w  my

ś

li  usłyszane  słowa.  Co  kryło  w 

sobie  to  bezładne  rumowisko?  I  jakby  w  odpowiedzi  na  jej  my

ś

li  za  chwil

ę

 

powiedział, zataczaj

ą

c r

ę

ka łuk nad pogorzeliskiem. 

-  Wszyscy  zostali:  matka,  brat,  ojciec.  Ja  akurat  wyszedłem  po  wod

ę

Wszyscy. 

Chciała  mu  powiedzie

ć

  co

ś

  ciepłego,  co

ś

  bardzo  ludzkiego,  ale  słowa  nie 

chciały przej

ść

 przez gardło. Sam przerwał milczenie poci

ą

gaj

ą

c j

ą

 dalej. 

-  A  tu  szósty.  Podczas  okupacji  je

ź

dzili

ś

my  tu  z  chłopakami  na  sankach.  To 

ju

Ŝ

 w tedy było rozwalone. Chcesz zobaczy

ć

Potakn

ę

ła.  Podał  jej  r

ę

k

ę

.  Zacz

ę

li  przeskakiwa

ć

  po  kupach  gruzu  porosłego 

zielskiem. 

- O tu, widzisz? Robiło si

ę

 takie sanki ze starych skrzy

ń

, płozy na kant ojciec 

ś

cinał piłk

ą

, potem obijało si

ę

 płozy ta

ś

m

ą

, kładło si

ę

 na brzuch i z gruzów w dół. 

W  cale  nie  chciały  i

ść

,  takie  były  ci

ęŜ

kie  i  niezdarne. Tam z ceglanej przychodził 

do nas taki chłopiec. 

Jego  tata  był  lekarzem  czy  diabli  wiedz

ą

  kim.  On  miał  sanki;  lekkie,  długie, 

siedzenia wyplatane ze skóry, wszystkie chłopaki marzyli wtedy o takich sankach. 

A było nas na Ciepłej wtedy: Borkowszczaki, Jankowscy, Gienek Balcerzak. 

– Zacz

ą

ł wylicza

ć

 na palcach. 

-  A  wiesz,  w  lecie  to  kombinowało  si

ę

  dwa  ło

Ŝ

yska,  deski  zbijało  si

ę

 

rzemieniem – i hulajnoga. Sto metrów asfaltu w jedn

ą

 i sto w drug

ą

. Czasem ojciec 

dał  par

ę

  groszy,  to  szło  si

ę

  na  Pa

ń

sk

ą

.  Tam  mieszkał  taki  facet,  co  rowery 

wypo

Ŝ

yczał po dwadzie

ś

cia złotych za godzin

ę

, za legitymacj

ę

 albo kartki. 

To  była  najwi

ę

ksza  rado

ść

,  jechało  si

ę

,  z  tyłu  na  sznurku  biegł  chłopak 

wła

ś

ciciela.  Na  rogu  Twardej  był  taki  „lekarz  lalek”.  Od  niego  kupowało  si

ę

  takie 

zeszyty – „Ken Maynard”, „Zorro – je

ź

dziec w masce”’ „Lord Lister, czyli tajemniczy 

nieznajomy”,  „Jerzy  Rolicz,  bohaterski  chłopiec”.  Wszyscy  czytali  z  całego 

podwórka.  A  potem  zabawa:  szło  si

ę

  do  Haberbuscha  po  „kapsle”  od  butelek  i 

„nawalana” w kowboi. 

Przerwał  na  chwil

ę

  zdumiony  długo

ś

ci

ą

  własnej  oracji  i  spojrzał  na  ni

ą

Przykucn

ę

ła na stercie cegieł i patrzyła na niego. 

- No mów dalej – poprosiła. 

background image

 

12

Mówił bezładnie; to uciekaj

ą

c w przeszło

ść

, to si

ę

gaj

ą

c do dnia dzisiejszego. 

Dziwna  to  była  opowie

ść

  bez  pocz

ą

tku  i  ko

ń

ca.,  pogmatwana  jak 

Ŝ

ycie  tego 

chłopca; raz tragiczna, raz 

ś

mieszna, nierówna, przerywana, wyrzucana z pasj

ą

 z 

ę

bi duszy, to znów snuj

ą

ca si

ę

 leniwie, monotonna jak ten deszcz dzisiejszy. 

-  Podczas  powstania  wszystko  diabli  wzi

ę

li,  dom,  rodzin

ę

.  Z  obozu  z 

Pruszkowie  wyjechałem  do  znajomych  w  Mszczonowie.  Mieli  tam  młyn.  Je

ść

 

dostałem,  ale  tam  ju

Ŝ

  musiałem  harowa

ć

.  Po  wyzwoleniu  prysn

ą

łem  do  ciotki  do 

Wrocławia, chodziłem troch

ę

 do szkoły. Potem ciotka umarła i znowu sam. Wtedy 

zacz

ą

łem  pracowa

ć

.  „Arkadia-Dancing  Bar”.  W  nocy,  ju

Ŝ

  po  wszystkim 

froterowałem  posadzki,  myłem  zarzygan

ą

  toalet

ę

.  Na  razie  za  samo 

Ŝ

arcie, 

pieni

ę

dzy  nie  doczekałem  si

ę

.  Potem  w  hotelu  –  za  pikolaka.  Mundurek, 

czapeczka – a na noc go

ś

ciom dziwki sprowadzałem ze Stawowej. Po sto złoty od 

łebka. Rozumiesz? Przerwał i szarpn

ą

ł j

ą

 za r

ę

k

ę

- Wanda! 

Podniosła na niego oczy. 

- Co? 

- Nie, nic – powiedział i za

ś

miał si

ę

 krótko. 

Ś

miech zabrzmiał nieszczerze jak zgrzyt metalu po szkle. Wanda zrozumiała 

go to było jak spowied

ź

. Odsłaniał przed ni

ą

 cał

ą

 zgryzot

ę

 swego 

Ŝ

ycia – 

Ŝ

ycia, o 

którym  nigdy  nikomu  nie  mówił.  To  wiedziała.  Przeszło

ść

  jego  był

ą

  nie  jasna, 

pogmatwana.  Był  zawsze  skryty,  milcz

ą

cy,  zamkni

ę

ty  w  sobie  i  pił  na  umór,  po 

szewsku z dnia na dzie

ń

, do ostatniego grosza. Przekrwione oczy – Angor. Unikał 

podnoszenia  r

ę

ki  –  dr

Ŝ

ały  mu  jak  starcowi.  Ka

Ŝ

dy  palec  podrygiwał  osobno, 

histerycznie.  Nie  usuwano  go  tylko  dlatego,,  ze  nie  miał  ani  rodziny,  ani  nikogo 

bliskiego. Mieszkał gdzie

ś

 katem u takiego samego pijaczyny jak on. 

Ludzi  ciekawiła  ta  posta

ć

  młoda,  zgarbiona,  zamkni

ę

ta  w  sobie,  z  wyrazem 

jakie

ś

  beznadziejno

ś

ci  wyrytej  na  twarzy.  Zamkni

ę

ty  milcz

ą

cy  –  a  teraz  ta 

spowied

ź

? Wanda wiedziała, 

Ŝ

e trzeba mu teraz da

ć

 co

ś

 ciepłego, jaka

ś

 matczyn

ą

 

pieszczot

ę

, której nie miał. 

Wstała  i  przytuliła  si

ę

  do  niego  swoim  gor

ą

cym,  dziewcz

ę

cym  ciałem.  Oczy 

ich spotkały si

ę

 na jeden krótki moment, przebiegły po sobie spojrzeniem. Całowali 

si

ę

 w

ś

ród ulewnego deszczu, w

ś

ród gruzów. Czuła na ustach słony smak jego łez 

spływaj

ą

cych ciurkiem po policzkach. 

background image

 

13

Nie mówili nic. Słowa były niepotrzebne. Ich szcz

ęś

cie pot

ę

gowało to wła

ś

nie, 

ze rozumieli si

ę

 bez słow. 

Szli potem razem, wtuleni w siebie, wymarłymi ulicami; na mokrych trotuarach 

rozmazywały  si

ę

  ich  cienie;  podłu

Ŝ

ne,  fantastyczne,  zmieniaj

ą

ce  si

ę

  w 

ś

wietle 

mijanych  latar

ń

.  Tak  ich  zastał  poranek,  który  wschodził  nad  domami  szary, 

mglisty. 

- Je

ź

dziłem na paj

ą

ka u prywatniaka – mówił - miał tward

ą

 r

ę

k

ę

. Bił o byle co.. 

Mieszkał w bursie w Legnicy. Ale nie mogłem ju

Ŝ

 znie

ść

, dostosowa

ć

 si

ę

 do 

tego rygoru. 

Zwiałem. Potem... 

Potem było rozmaicie. Tego wieczoru opowiedziałem Ci wszystko. Wszystko, 

co  od  lat  zamkn

ą

łem  w  sobie.  Słuchała

ś

  w  milczeniu, 

ś

ciskała

ś

  moja  r

ę

k

ę

wsłuchiwałem si

ę

 w bicie twojego serca, ju

Ŝ

 wtedy biły razem. 

ś

aden inny wieczór 

nie  był  taki  pi

ę

kny  jak  wła

ś

nie  te:  szary  i  rozpłakany.  Tak  strasznie  zmokli

ś

my. 

Pami

ę

tasz? 

Ile  razy  potem  wyci

ą

gała

ś

  mnie  z  tego  wszystkiego.  Gdy  potem  szli

ś

my  do 

personalnego, aby w podaniach o urlop napisa

ć

ś

lub – ludzie oszaleli. „Złamie Ci 

Ŝ

ycie”. „zabije Ci

ę

 po pijanemu”, „przepije wszystko”. Wtedy ju

Ŝ

 

ś

miała

ś

 si

ę

 z nich. 

Z tym wła

ś

nie u

ś

miechem weszła

ś

 w moje 

Ŝ

ycie. Twój radosny u

ś

miech był moim 

proporcem. 

Z  błota  nie  łatwo  si

ę

  wygrzeba

ć

.  Pomagali  mi  wszyscy.  Ty,  koledzy, 

organizacja.  Ka

Ŝ

da  cegiełka  nowego  domu  był

ą

  dla  mnie  drogowskazem.  Ka

Ŝ

da 

Wasza  r

ę

ka,  ka

Ŝ

da  cegiełka  tworzyła  te  sil

ę

.  Która  mnie  zwróciła  –  zreszt

ą

  czy 

tylko mnie? 

Kto

ś

 kiedy

ś

 powiedział, 

Ŝ

e nasze 

Ŝ

ycie, nasza praca, olbrzymie tempo, jakie 

to 

Ŝ

ycie  nadaje,  to  siła  brutalna.  Nie  przypominam  ju

Ŝ

  sobie,  gdzie  słyszałem  to 

zdanie.  Ale  je

ś

li  tak,  to  szlachetna  w  swojej  brutalno

ś

ci,  porywaj

ą

ca  jak  fala. 

Widzisz  teraz,  gdy  stoimy  na  balkonie  zawieszeni  nad  u

ś

pionym  miastem  –  te 

dalekie migoc

ą

ce 

ś

wiatła? To 

ś

era

ń

, Huta Warszawa, Wesoła, Ziemowit, Fabryki, 

domy, ulice, drzewa, dzieci, pola... to wszystko wła

ś

nie tworzy t

ę

 porywaj

ą

c

ą

 fal

ę

sił

ę

.  Która  czuwa  nad  nami  i  dzi

ę

ki  której  jeste

ś

my  szcz

ęś

liwi.  Kocham  Ci

ę

 

pami

ę

taj, Wanda!