background image

K

AROL 

M

AY

 

 
 
 

P

RZEZ 

DZIKIE 

G

RAN 

C

HACO

 

 

N

A PODSTAWIE WYDANIA Z 

1924

 ROKU

 

background image

R

OZDZIAŁ 

W

ESOŁA ZABAWA I JEJ SMUTNY KONIEC

 

 
W  odległości  22  km  od  punktu,  w  którym  sześćdziesiąty 

stopień na zachód od Greenwich przecina Rio Pilcomayo, leży 
fort  Yuquirenda.  Obwarowania  jego  składają  się  z  rowu  i  z 
glinianego wału, wysokości dwóch łokci, który deszcz naruszył 
nieco  na  rogach.  Wał  ten  jednak  nie  stanowi  wielkiej 
przeszkody  dla  młodzieży  miasteczka,  która  nie  zawsze 
opuszcza  fort  przez  jedną  z  dwóch  istniejących  bram. 
Przestrzeń w obrębie wałów podzielona jest  na osiemdziesiąt 
prawie „manzanas”, z których ledwie połowa jest zabudowana. 
Budynki  wzniesione  są  z  tzw.  „adobe”  —  czyli  z  gliniastej 
ziemi,  zmieszanej  ze  słomą  i  wysuszonej  na  słońcu.  Tego 
rodzaju  cegły  stanowią  w  tej  okolicy  jedyny  materiał 
budowlany. 

Domy  w  większości  posiadają  ściany  bez  okien  i  nie  mają 

pięter;  na  dziedzińcu  stoi  kuchnia,  urządzona  w  stylu 
„enramada”,  tj.  składa  się  z  dachu  uplecionego  z  gałęzi  i 
podpartego  palami  z  czterech  stron.  Pozostałe  trzy  boki 
podwórza tworzą „galpones”, służące jako magazyny. Dłuższe 
ściany  tych  magazynów  sięgają  prawie  ziemi,  węższe 
natomiast  są  wolne  i  rzadko  tylko  zakryte  pewnego  rodzaju 
zasłoną. 

Udogodnienia  w  tych  domach  na  granicy  Chaco  (wym.: 

„czako”) polegają na osławionych legowiskach, które wszyscy 
bez  wyjątku  europejscy  podróżnicy  opisują  jako  osobliwe 
narzędzia  tortur,  dręczące  zmęczonego  jazdą  konną  i  upałem 
człowieka.  Na  ogół  odpowiadają  koszarowym  pryczom  i 
spoczywają  z  przodu  na  niższych  a  z  tyłu  na  wyższych 
podporach.  Twarda,  wyschła  skóra  krowia  nie  bardzo 
powiększa wygody takiego legowiska. 

background image

Potrawy spożywa się zazwyczaj na starannie wygarbowanej 

skórze  koźlej,  rozpostartej  na  ziemi.  Tylko  bardzo  wytworni 
„caballeros” pozwalają sobie na zbytek stołu, przy czym kloce 
drewniane  odpowiedniej  wysokości  służą  za  krzesła.  Lecz 
nawet tego rodzaju krzeseł bardzo rzadko używają mieszkańcy 
Gran Chaco. Zarówno „caballeros” jak i „senoras” i „senoritas” 
najczęściej  siedzą  na  siodle  lub  leżą  na  wyżej  opisanych 
legowiskach, zabijając czas i nudę paleniem papierosów. 

W  owym  zapomnianym  miasteczku,  w  dniu,  w  którym 

zaczyna  się  nasze  opowiadanie,  obchodzono  radosną 
uroczystość.  W  ratuszu  zebrały  się  wszystkie  znakomitości 
gminy,  a  więc  kapitan  dragonów  stacjonujących  tutaj,  jego 
dwudziestu  kawalerzystów,  burmistrz  i  sędzia;  prócz  tego 
pozostali mieszkańcy wraz ze swoimi damami, byłoby bowiem 
krzywdą  i  obelga  wykluczać  z  tego  rodzaju  publicznego 
zebrania  choćby  tylko  jednego  z  mieszkańców  miasteczka. 
Zebrani tańczyli ochoczo i wytrwale mimo dusznego wieczoru 
przy dźwiękach najrozmaitszych instrumentów, a często gęsto 
orzeźwiali  się  wódką,  którą  co  chwila  napełniano  szklanki  i 
kieliszki. 

Powszechną  radość  i  zapał  wzbudziła  słynna  ekspedycja 

inżyniera  Bergmana,  która  nazajutrz  rano  miała  wyruszyć  w 
głąb  Gran  Chaco  Boreal,  aby  zrobić  plany  dla  projektowanej 
linii kolejowej z La Sabana w Argentynie do Matto Grosso w 
Brazylii. Linia ta miała także przechodzić między Yuquirenda, 
a źródłami rzeki Rio San Rafael. Północna cześć, od Rio San 
Rafael począwszy, do Matto Grosso, jak również południowa, 
od  Yuquirenda  aż  do  La  Sabana,  prowadziła  przez  znane 
przeważnie  i  częściowo  zamieszkałe  okolice  i  mogła  być 
pozostawiona  innym  inżynierom.  Dr  Bergman  zarezerwował 
dla  siebie  część  środkową,  która  należy  do  okolic 
najniebezpieczniejszych  na  całej  kuli  ziemskiej.  Tutaj 
zamierzał  wypróbować  swój  genialny  wynalazek,  którym 

background image

zadziwił  cały  świat  przed  kilku miesiącami,  i  dzięki  któremu 
zjednał  sobie  względy  jednego  z  największych  bogaczy 
Ameryki Północnej. 

W  ratuszu  była  obecna  tylko  jedna  z  głównych  osób,  dla 

których  urządzono  zabawę.  Inne  osoby  nie  zjawiły  się, 
rzekomo  dlatego,  aby  się  po  raz  ostatni  należycie  wyspać  i 
wypocząć przed uciążliwym wymarszem w pustynne okolice; 
w  rzeczywistości  pragnęły  one  uniknąć  burzliwych  scen  i 
momentów, którymi w owych krajach bardzo często kończą się 
publiczne  uroczystości.  Zjawił  się  tylko  Mr  James  Bopkins, 
człek  łysy,  o  ostrym  nosie,  ozdobiony  żółtawą,  w  zielony 
odcień  wpadającą  kozią  bródką.  Był  on  przedstawicielem 
południowoamerykańskiego  Towarzystwa  Kolejowego,  w 
którego  służbie był  doktor  Bergman.  Bopkins  miał  pracować 
dla  rzeczonego  Towarzystwa,  był  jednak  potajemnie  z 
pewnych względów zaciekłym wrogiem naczelnika ekspedycji. 
Teraz oparł się o tzw. bufet, nasunąwszy szary cylinder głęboko 
na  kark  i  spoglądał  przez  okulary  w  złotej  obwódce  na 
zgiełkliwy i ruchliwy tłum. Ręce trzymał głęboko schowane w 
kieszeniach spodni, o ile nie był zmuszony pić szklanki wódki z 
jakimś  dostojnym  dżentelmenem.  Zresztą  tego  rodzaju 
przymus  nie  był  mu  wcale  niemiły.  Wprawdzie  wraz  z 
upływem czasu stawiał coraz bardziej zastraszające wymagania 
swemu  żołądkowi,  ale  tutaj  trzeba  było  przecież  zastąpić 
Towarzystwo,  a  gdzie  chodziło  o  interes,  tam  Mr  James 
Bopkins o nic się nie troszczył, a już najmniej o swój żołądek. 

Mimo to jednak jego poświęcenie dla Towarzystwa omal nie 

zostało  uwieńczone  bardzo  niepożądanym  wynikiem.  Mr 
Bopkins 

był 

przyzwyczajony 

do 

tego, 

że 

South–American–Railway–Company  uważano  wszędzie  za 
potęgę, przed którą każdy musi się ugiąć, toteż uważał za swój 
obowiązek opierać się o ścianę, jak posąg bóstwa, i odpowiadać 
wyniosłym  skinieniem  głowy  na  propozycję  wychylenia 

background image

kieliszka wódki. Południowi Amerykanie są jednak rycerzami 
wobec dam, choćby to nawet były brudne Kreolki, i mają dla 
nich cześć większą nawet niż dla pieniędzy. Jankes przyjmował 
poczęstunki, jako hołd jemu należny, jako coś zwykłego, co się 
samo  przez  się  rozumie,  tymczasem  zebrani  chcieli,  aby  te 
hołdy  ofiarował  damom  w  podzięce  i  pił  do  nich.  Mr  James 
Bopkins nie myślał jednak o tym i nie miał zamiaru postąpić 
według  życzeń  swoich  gospodarzy.  Z  tej  przyczyny  już  na 
samym  początku  zabawy  wśród  zgromadzonych  dało  się 
zauważyć  niezadowolenie,  które  jednak  nie  występowało  w 
zbyt jaskrawych barwach na tle ogólnej wesołości. Im bardziej 
jednak  taniec  i  wódka  podniecały  humory,  tym  wyraźniej 
odczuwano niegrzeczne zachowanie się gościa i tym bardziej 
wyzywające stawały się spojrzenia zebranych. 

Nagle,  około  godziny  jedenastej,  gdy  wszyscy  się  znużyli 

tańcem i muzyką i odczuwali potrzebę zmiany, niezadowolenie 
doszło  do  punktu  przełomowego.  Byłoby  rzeczą  niemożliwą 
ustalić,  kto  wymówił  pierwsze  słowo.  Krótko  mówiąc, 
znienacka ze wszystkich ust buchnął zgodny okrzyk: „Zabijcie 
go!” 

Spojrzenia dam, które stały pod ścianami, wachlując się, były 

jeszcze  bardziej  groźne  i  gniewne,  niż  błyskawice,  świecące 
pod krzaczastymi brwiami mężczyzn. 

Poczciwy  jankes  stał  wciąż  na  swoim  miejscu,  nie  mając 

najmniejszego pojęcia o tym, co się działo. Nie wiedział nawet 
o  tym,  że  brak  wychowania  trzeba  maskować  w  ten  sposób 
przynajmniej, że się ręce trzyma poza obrębem kieszeni. Nagle 
przystąpił  doń  barczysty  caballeros  i  bez  wstępu  strącił  mu 
cylinder  z  głowy,  następnie  chwycił  go  za  kołnierz  surduta  i 
pchnął na środek sali. 

— I protest! (ja prostestuję!) — krzyczał Mr James Bopkins, 

oburzony  do  największego  stopnia  tym  nieoczekiwanym 
napadem. 

background image

Lecz  zanim  zdołał  wymówić  dalsze  słowa,  porwał  go  cały 

tuzin 

innych 

rąk. 

Reprezentanta 

South–American–Railway–Company 

byłby 

niewątpliwie 

spotkał  bardzo  smutny  koniec,  gdyby  nie  zaszedł  nowy 
wypadek, który odwrócił od niego powszechną uwagę. 

Z zewnątrz, z oddali, doszedł stłumiony grzmot i trzask, jak 

gdyby  tam  wrzała  nocna  bitwa.  Wszyscy  zgromadzeni 
wybiegli, 

chcąc 

zbadać 

przyczynę 

niezwykłych 

zatrważających  odgłosów.  Mr  Bopkins,  uwolniony  tym 
sposobem od prześladowców, podniósł się z ziemi i zwrócił się 
do  posługacza  bufetowego,  który  właśnie  jako  ostatni 
zamierzał wybiec: 

— Oświadczam,  że  znieważono  tutaj  wolnego  obywatela 

Stanów  Zjednoczonych  i  będę  żądał  zadośćuczynienia  przy 
pomocy mego rządu! 

Służący, na wpół cywilizowany Indianin, nie zrozumiał z tej 

pięknej przemowy ani słowa, ale Mr Bopkins nie pytał o to. Był 
zadowolony, że wypowiedział swój protest, wyłowił swój szary 
cylinder  poza  bufetem,  wyczyścił  go  rękawem  surduta,  po 
czym umocnił go na swej łysiejącej głowie. Na koniec opuścił 
salę, aby zaspokoić ciekawość wespół z innymi. 

Niezwykły  huk  obudził  ze  snu  doktora  Bergmana  i  jego 

towarzyszy; wszyscy razem nadeszli. 

Znajdowali się już tutaj dwaj przedstawiciele państw, przez 

które miała przechodzić nowa kolej, a mianowicie don Alfonso 
Rocca z Paragwaju i pułkownik Juan Iquite z Boliwii; oprócz 
nich  obaj  asystenci  dra  Bergmana,  inżynierowie  Hellwald  i 
Römer;  wreszcie  ich  służący  Jan  Jungreitmeier,  który  służył 
swego czasu w wiedeńskim pułku piechoty i tęsknił do przygód 
wszelkiego rodzaju. 

Dr Bergman podszedł do burmistrza i do kapitana dragonów, 

z  których  każdy  uważał  się  za  wyłącznego  przedstawiciela 
miasta Yuquirenda, po czym spytał ich, co właściwie zaszło. 

background image

— Niestety,  obaj  jednakowo  nic  nie  wiemy  —  odparli  — 

dlatego też prosimy pana, abyś łaskawie zechciał dopomóc nam 
w  zbadaniu  tego  tajemniczego  i  niepokojącego  zjawiska. 
Zapraszamy także pańskich towarzyszy. 

Dr  Bergman  i  jego  towarzysze  natychmiast  byli  gotowi  do 

drogi.  Wszyscy  mężczyźni,  nie  wyłączając  Mr  Bopkinsa 
dosiedli  koni  i  ruszyli  wśród  ciemnej  nocy  w 
południowo–wschodnim  kierunku,  w  tę  stronę,  skąd 
nieustannie dochodził huk wystrzałów. Nie obawiali się wcale, 
że  zbłądzą,  gdyż  od  czasu  do  czasu  ponad  domniemanym 
polem walki pojawiały się kule świetlne i rakiety. 

Jazda  była  trochę  niebezpieczna,  albowiem  Rio  Pilcomayo 

wylewa  w  miesiącach  zimowych  od  grudnia  do  lutego, 
wydrąża głębokie wyrwy na swoich brzegach, a po powrocie 
do  łożyska  pozostawia  błotniste  kałuże  rozmaitej  wielkości, 
które  niedoświadczonego  jeźdźca  mogą  wprowadzić  w 
rozpaczliwe  powożenie.  Lecz  żołnierze  byli  od  dawna 
przyzwyczajeni  do  tego  rodzaju  nocnych  wypraw,  a  ponadto 
kapitan  prowadził  grupę  jeźdźców  tak  świetnie,  że  jazda 
przeszła gładko, bez wypadku. 

Raz  tylko  gniewne  złorzeczenie  wyrwało  się  z  ust  Mr 

Bopkinsa,  ponieważ  jednak  z  powodu  nieznajomości  jazdy 
konnej  pozostał,  jechał  na  końcu,  przeto  słowa  te  usłyszeli 
tylko  ostatni  ludzie  z  karawany.  Byli  to  żołnierze  ze  straży 
granicznej,  którzy  mało  się  interesowali  złorzeczeniami 
cudzoziemca i brakiem taktu z jego strony wobec ich dam. 

Kapitan jechał prosto do miejsca, gdzie rozlegały się strzały, 

nie troszcząc się wcale o zakręt, który zakreśla Rio Pilcomayo 
na  południe  od  Yuquirenda.  Gdy  orszak  jeźdźców  na  krótko 
przed  północą  zbliżył  się  znów  do  rzeki,  kapitan  kazał  się 
zatrzymać i wysłał przodem kilku wywiadowców dla zbadania 
sytuacji, nie było bowiem wykluczone, że większa horda Indian 
napadła na rzece okręt, pragnąc go obrabować. 

background image

Wysłani  żołnierze  wrócili  po  upływie  pół  godziny  i 

oznajmili, że bez przeszkody dotarli aż do rzeki. Tutaj znaleźli 
niewielki  statek  parowy,  z  którego  bez  widocznego  powodu 
strzelano  z  dział  i  wyrzucano  kule  świetlne.  Kapitan  wraz  z 
towarzyszami pokiwał głową ze zdziwienia, po czym ruszył w 
dalszą drogę. 

Gdy  wkrótce  potem  dotarli  do  Rio  Pilcomayo,  znaleźli 

wszystko tak, jak żołnierze donieśli. Na środku rzeki stał mały 
parowiec. Załogi jego nie było widać, na pokładzie znajdowali 
się tylko dwaj ludzie, szaro odziani, w szkockich czapkach na 
głowie.  Jeden  z  nich  obsługiwał  dwie  małe  armatki,  które  w 
krótkich  odstępach  czasu  głośno  strzelały,  drugi  siedział  na 
zwoju lin koło masztu i wypuszczał wytrwale rakietę za rakietą 
oraz  świetliste  kule,  jedną  za  drugą,  czerpiąc  je  z  wielkiego 
kosza,  który  stał  po  prawej  stronie.  Hałas  i  huk  mącił  ciszę 
uśpionego lasu i wypłaszał stada małp i papug. 

— Hallo,  senores!  —  zawołał  kapitan  po  hiszpańsku  do 

dwóch mężczyzn. — Czy panowie pragną pomocy? 

— I  don’t  understand  —  odparł  zagadnięty  spod  masztu  i 

znów wypuścił w powietrzu wspaniałą, świetlistą smugę. 

Dr  Bergman  powtórzył  pytanie  po  angielsku,  po  czym 

usłyszał odpowiedź: 

— Oh, no! Szukam dra Bergmana, który tu musi przebywać 

w pobliżu; pragnę się z nim rozmówić. 

Przy tych słowach znów strzeliły obie armaty. 
— Jestem  właśnie  tym,  którego  pan  szuka  —  odparł  dr 

Bergman  zdumiony  w  najwyższym  stopniu.  —  Czym  mogę 
panu służyć? 

Człowiek,  siedzący  przy  maszcie,  zerwał  się  z  miejsca  i 

zawołał do towarzysza, strzelającego z armat: 

— John, dość! Mamy go! 
Obaj  natychmiast  wskoczyli  do  łodzi,  tkwiącej  u  boku 

parowca, po czym popłynęli w stronę brzegu. Tutaj osobliwy 

background image

kanonier  wydobył  z  portfela  fotografię,  porównał  ją  z 
obliczami  mężczyzn,  cisnących  się  dokoła  niego,  na  koniec 
podał dłoń doktorowi Bergmanowi i rzekł: 

— Jestem sir Allan Bendix i cieszę się nad wszelki wyraz, że 

pana w końcu spotkałem. 

Dr Bergman szybko przedstawił panów ze swego otoczenia, a 

potem spytał: 

— Czy mogę spytać, z jakiego powodu pan pragnie ze mną 

pomówić  w  tej  dzikiej  okolicy  i  dlaczego  pan  z  tym  celem 
połączył tę nocną kanonadę? 

— To bardzo proste — odparł sir Bendix. — Chciałbym wraz 

z  panem  podróżować  przez  Gran  Chaco  i  byłbym  chętnie 
jeszcze  tej  nocy  popłynął  do  Yuquirenda,  skąd  pan,  jak 
wiedziałem,  miał  zamiar  jutro  wyruszyć,  lecz  ci  przeklęci 
łotrzy,  kapitan  okrętu  i  załoga,  przerwali  nagle  pracę, 
oświadczając,  że  muszą  się  koniecznie  przespać.  Wówczas 
postanowiłem  zwrócić  pańską  uwagę  za  pomocą  strzałów 
armatnich  i  świetlnych  kul,  które  zabrałem  ze  sobą  jakby  w 
przeczuciu tego, co nastąpi. 

— Pańskie zaproszenie przyjmujemy ze śmiechem odparł dr 

Bergman.  —  Zaiste,  bez  kanonady  według  wszelkiego 
prawdopodobieństwa  nie  zdołałbyś  pan  nawiązać  łączności  z 
Yuquirendą. 

— A więc weźmie mnie pan ze sobą? — zawołał uradowany 

sir Bendix. 

— Nie  mogę  tego  panu  z  miejsca  przyrzec  —  odparł  dr 

Bergman,  zachowując  ostrożność  w  postępowaniu.  — 
Przedsięwzięcie  nasze  jest  bardzo niebezpieczne,  więc  trzeba 
mi tylko doświadczonych towarzyszy. 

— Pod tym względem, mam nadzieję, że pana w zupełności 

zadowolę — rzekł sir Bendix. — W Afryce strzelałem do lwów 
i słoni bez żadnego towarzystwa, a w Indiach do tygrysów… 

background image

— Groźne  niebezpieczeństwa  przyrody  —  przerwał  dr 

Bergman  —  zejdą  prawdopodobnie  na  drugi  plan  w  naszej 
podróży wobec niebezpieczeństw, grożących ze strony dzikich 
mieszkańców  Gran  Chaco.  Nie  wiem,  czy  pan  zna  bliższe 
okoliczności,  ale  bez  przesady  wszyscy  stawiamy  na  jedną 
kartę  nasze  życie,  co  można  usprawiedliwić  tylko  wysokim 
celem naszego przedsięwzięcia. 

— I mnie także ten wzniosły cel pędzi w dzikie ostępy Grand 

Chaco  —  z  ożywieniem  przerwał  sir  Bendix  i  mówił  dalej  z 
zapałem:  —  Cel  ów  wspaniale  się  wyróżnia  spośród 
wszystkich innych! Największe duchy ludzkości i stulecia całe 
poświęcały mu trud dni i nocy! Imię pańskie na wieki wyryte 
zostanie  na  tablicach  historii,  a  korzyść,  jaką  cały  świat 
odniesie  z  pańskiej  pracy  nie  pozostanie  w  tyle  poza 
największymi  i  najważniejszymi  zdobyczami  ostatnich trzech 
stuleci! 

— Czy mogę spytać, w jakiej dziedzinie pan studia odbywał? 

— spytał dr Bergman. 

— Jestem zbieraczem owadów — odparł dumnie sir Bendbc, 

nie zauważywszy wcale, że dr Bergman na te słowa z trudem 
powstrzymał  wybuch  śmiechu.  —  W  Afryce  odkryłem 
dwadzieścia trzy nowe gatunki, w Azji dwadzieścia dziewięć, 
w  Australii  siedemnaście,  a  nawet  w  Europie  trzy,  chociaż 
tutaj,  zdawało  się,  wszystkie  gatunki  już  poznano.  Lecz 
poprzysiągłem  sobie,  że  muszę  dosięgnąć  do  stu,  zanim 
powrócę  do  Anglii,  a  ponieważ  nie  ma  na  świecie  bardziej 
niezbadanych okolic niż Gran Chaco, dlatego też pospieszyłem 
tutaj,  skoro  tylko  rozeszła  się  wieść  o  pańskiej  śmiałej 
wyprawie, aby dzielić wraz z panem sławę lub zagładę! 

— Miejmy  nadzieję,  że  czeka  nas  to  pierwsze  —  rzekł  dr 

Bergman i krzepko uścisnął dłoń Anglika. 

Początkowo  miał  zamiar  odrzucić  z  miejsca  propozycję 

przybysza; okazało się jednak, że ów przybysz choć miał bzika, 

background image

ożywiony był wielkim zapałem, który wszystko poświęca dla 
raz  obranego  celu  i  niczego  się  nie  przeraża.  Tacy  ludzie 
potrzebni byli dr Bergmanowi. 

Ponieważ  nie  było  wielkiej  różnicy  między  spędzeniem 

reszty  nocy  na  twardych  legowiskach  w  Yuquirendzie  lub  na 
gołej ziemi przeto postanowiono oczekiwać nad rzeką wschodu 
słońca.  Żołnierze  i  mieszkańcy  Yuquirendy  cofnęli  się  znad 
brzegu  rzeki  w  głąb  pampasu,  gdzie  mniej  ich  dręczyły 
moskity. Tutaj zsiedli z koni i rozciągnęli się na trawie. Trzej 
inżynierowie  i  ich  służący  udali  się  na  pokład  okrętu,  dokąd 
zaprosił 

ich  Anglik.  Tutaj  znajdowały  się  siatki, 

zabezpieczające od moskitów, bez których żaden Europejczyk 
nie  odważy  się  podróżować  w  tych  okolicach.  Nikt  nie 
zauważył,  że  Mr  James  Bopkins  odłączył  się  od  orszaku  i 
gdzieś znikł. 

Gdy ranek zaświtał, dr Bergman i jego towarzysze pożegnali 

się na razie z nowym znajomym, który nie chciał pozostawić 
swoich  pakunków  na  okręcie,  po  czym  połączyli  się  z 
żołnierzami  i  obywatelami  z  Yuquirendy,  siodłającymi  już 
konie. Jechali wśród radosnych blasków słońca rozmawiając o 
osobliwym Angliku, aż wreszcie spostrzegli w oddali ochronne 
wały Yuquirendy. 

Nagle bystre oczy kapitana spostrzegły na boku samotnego 

konia,  który  gryzł  gałązki  niskiego  krzewu.  Ponieważ  był 
osiodłany,  zatem  było  jasną  rzeczą,  że  jeździec  uległ 
nieszczęśliwemu 

wypadkowi. 

Przypomniał 

mu 

się 

przedstawiciel  South–American–Railway–Company,  więc  dr 
Bergman wyraził przypuszczenie, że tu zaszło coś poważnego. 
Jeźdźcy  przytrzymali  konia  i  spostrzegli,  że  był  całkowicie 
zabłocony.  Wszyscy  rozpoczęli  gorliwe  poszukiwania  na 
wszystkie  strony  idąc  śladami  konia,  widocznymi  na  mokrej 
trawie.  Ślady  te  prowadziły  do  małego  rozlewiska,  które 
utworzył ostatni wylew. 

background image

Gdy  jeźdźcy  doszli  do  stromego  brzegu  ujrzeli  dziwny 

widok. Na środku szaro–zielonego rozlewiska sterczała głowa 
Mr  Jamesa  Bopkinsa,  pozbawiona  zupełnie  aureoli 
jakiejkolwiek godności. Jego błyszcząca zazwyczaj łysina była 
pokryta czarną krostą, błota, która ciągnęła się aż do nosa; żółta 
bródka tonęła w wodzie. Dumny cylinder pływał  w pobliżu i 
zdawał  się  cierpliwie  czekać  na  jakiś  stanowczy  krok  swego 
właściciela. 

— Na miłość Boską, szanowny panie Bopkins! — zawołał dr 

Bergman zeskakując z konia. — W jaki sposób dostał się pan 
tutaj i dlaczego pan nie usiłował wydostać się z tej jamy? 

— W jaki sposób? — jęknął boleśnie nieszczęśliwy jankes. 

— Przeklęte błoto sięga mi po szyję i trzyma mnie w miejscu, 
jak żelazna śruba. Wyciągnij mnie pan, panie doktorze, bo już 
mdleję! 

Na szczęście  można było natychmiast przystąpić do dzieła. 

Mieszkaniec pampasów rzadko dosiada konia bez „bolą”. Są to 
okrągłe  kamienie,  obszyte  skórą  i  po  dwoje  spojone  długim 
rzemieniem.  Myśliwy  umie  rzucać  nimi  z  zadziwiającą 
zręcznością,  jeśli  pragnie  oszczędzić  prochu  lub  nie  chce 
wystrzałem dziurawić skóry zwierzęcia na polowaniu. „Bola” 
pada z zadziwiającą celnością, a kamienie okręcają się dokoła 
nóg zwierzyny i chwytają ją niejako w sidła. 

Żołnierze wzięli ze sobą bolą na domniemaną bitwę. Pewną 

ilość  połączyli  razem  tak,  że  rozciągnęły  się  w  poprzek 
„madrechonu”  po  czym  kilku  mężczyzn  wspólnymi  siłami 
wyciągnęło  Mr  Bopkinsa  z  błotnej  kąpieli.  Trzewiki  jego 
utknęły jednak w gęstej glinie, lecz cylinder musieli żołnierze 
wyłowić. 

Ledwie Mr Bopkins objął go na nowo w posiadanie, nasadził 

go natychmiast na, łysinę, po czym z chmurną miną przystąpił 
do kapitana. 

background image

— Sir  —  rzekł  —  protestuję  przeciwko  gwałtowi  jakiego 

dopuścili się pańscy ludzie wobec wolnego obywatela Stanów 
Zjednoczonych i zażądam satysfakcji ze strony mego rządu! 

Kapitan  sądził,  że  jankes”  podziękuje  za  pomoc  w 

nieszczęściu.  Lecz  gdy  doktor  przetłumaczył  mu  te  słowa  na 
język hiszpański, ściągnął groźnie brwi i zawołał gniewnie: 

— Do kata, senor, trzymaj pan język za zębami! Nikt panu 

nie kazał jechać z nami, a jeśli pan jeszcze coś powie, każę pana 
z  powrotem  strącić  do  rozlewiska!  Może  pan  potem 
protestować wobec żab i salamander! 

Aby zapobiec dalszej sprzeczce, dr Bergman zwrócił się do 

jankesa z upomnieniem: 

— Byłoby  panu  trudno  wskazać  tutaj  żołnierza,  który 

zawinił. Pan, panie Bopkins, pojechał dobrowolnie … 

— Dobrowolnie?  —  przerwał  jankes.  —  Tylko  poczucie 

obowiązku  zmusiło  mnie  do  tego,  że  wsiadłem  na  tę  szkapę. 
Albowiem jestem reprezentantem  Towarzystwa,  któremu pan 
służy  i  muszę  być  obecny  przy  każdym  pańskim  kroku. 
Zamiast dawać na  mnie baczenie, pozostawił mnie pan w tej 
oto dziurze, aby móc w międzyczasie działać na własną rękę. Z 
tego  właśnie  powodu  protestuję  przeciwko  wszystkiemu,  co 
pan tam nad rzeką zdziałał! 

— Protest pański jest troszeczkę spóźniony — odparł doktor 

z  uśmiechem.  —  Myśmy  tam  tylko  spali  i  tego  faktu  nie 
możemy  już  zmienić,  choćbyśmy  nawet  chcieli.  Niech  pan 
zatem zgodzi się z tym, co konieczne (jankes przy tych słowach 
gwałtownie  zaprzeczył  ruchami  głowy)  i  niech  pan  jak 
najprędzej zrzuci z siebie mokre ubranie, bo dostanie pan febry 
i przymusowo pozostanie w Yuquirendzie. 

Ta  ewentualność  przeraziła  troszkę  Mr  Bopkinsa,  który 

natychmiast dosiadł konia. Jechał na końcu orszaku, tłumiąc w 
sobie wybuchy gniewu, ale towarzysze się o niego wcale nie 
troszczyli, zabawiając się wesołą rozmową. 

background image

W Yuquirendzie Mr Bopkins rozpoczął poszukiwania osoby, 

która by mu wyprasowała cylinder, ale spotkał się z odmową z 
powodu  zajścia  z  poprzedniego  wieczoru.  Nie  pozostało  mu 
zatem  nic  innego,  jak  tylko  odbywać  dalszą  podróż  w 
potwornie  zniekształconym  nakryciu  głowy.  Miałoby  to  być 
złym znakiem? 

Aby  czytelnikowi  umożliwić  zrozumienie  przebiegu 

dalszych wypadków, musimy wyjaśnić uboczne okoliczności. 

Pewnego dnia w domu South–American–Railway–Company 

w Nowym Jorku odbywało się zgromadzenie, które ściągnęło 
na  siebie  uwagę  nie  tylko  wszystkich  obywateli  Stanów 
Zjednoczonych,  ale  także  całego  cywilizowanego  świata. 
Walne  zgromadzenie  akcjonariuszy  miało  rozstrzygnąć,  czy 
ma być zbudowana linia kolejowa Matto Grosso Plata, czy też 
nie. 

Już  przy  otwarciu  posiedzenia  bystry  obserwator  mógł 

zauważyć,  że  wśród  zgromadzonych  akcjonariuszy  nie  ma 
zgody ani jednomyślności. Od szeregu lat ponosili same ofiary 
więc chcieli wreszcie osiągnąć poważne zyski. Niektóre głosy 
utrzymywały  nawet,  że  Towarzystwo  tylko  dlatego  buduje 
wciąż  nowe  linie,  bo  się  obawia  ostatecznego  zamknięcia 
rachunków, które by wykazało olbrzymie straty. 

Mimo to wśród zgromadzenia pojawił się naczelnik Zarządu, 

ożywiony pogodną myślą. Referenci, wybrani przezeń w celu 
obrony  jego  planów,  zaczęli  gorąco  przekonywać  o 
korzyściach  kolejowej  linii  Matto  Grosso  Plata.  Pierwszy 
mówca wskazał na to, że Towarzystwo dotychczas miało same 
sukcesy a pozwolić komu innemu wybudować tę linię, znaczy 
wyrzec się najwspanialszego wieńca laurowego. Drugi mówca 
mówił  o  wielkich  zyskach  i  wspomniał,  że  miasto  Matto 
Grosso, które niedawno jeszcze było wioską, obecnie stało się 
potężnym centrum handlowym. Tutaj się skupia cały przemysł 

background image

kauczukowy  południowozachodniej  Brazylii  i  wschodniej 
Boliwii, który obraca setkami milionów dolarów. 

— Zapewniam was, moi panowie — kończył  mówca — że 

gdyby nawet szyny linii kolejowej Matto Grosso Plata były ze 
srebra,  a  drewniane  progi  kolejowe  z  mahoniu,  to  i  w  takim 
razie to przedsięwzięcie przyniosłoby podwójne zyski! 

Lecz mimo tej pięknej obrony zdawało się, że akcjonariusze 

stracili już całą cierpliwość. Jeden mówca za drugim stawał na 
trybunie  i  ostrymi  słowami  krytykował  plany  naczelnika 
Zarządu. Gdy na koniec przystąpiono do głosowania, los linii 
Matto Grosso Plata zdawał się być już przypieczętowany. 

Nagle 

nastąpił 

nieoczekiwany 

zwrot. 

Najbardziej 

wpływowym  rzecznikiem  partii  przeciwników  planu  budowy 
był  stary  Mr  Smitson,  który  z  ulicznego  czyścibuta  stał  się 
bajecznym  bogaczem.  Prowadził  on  atak,  nie  występując 
osobiście  do  walki.  Nagle  na  sali  pojawił  się  jego  tajny 
sekretarz i wręczył mu jakieś listy. Mr Smitson przeczytał je, 
po  czym  podniósł  się  z  miejsca  i  postawił  wniosek,  aby 
głosowanie  przeprowadzić  w  cztery  dni  później.  Jego 
zwolennicy,  którzy  już  czekali  na  walne  zwycięstwo,  byli 
zdumieni tym niespodziewanym zachowaniem, ale mimo to nie 
sprzeciwiali się jego wnioskowi. Zgromadzeni rozeszli się do 
domów, rozmawiając z ożywieniem. Wszyscy zastanawiali się, 
co takiego mogło zajść? 

Lecz ciekawość przeciwników nie została zaspokojona nawet 

w kilka dni później. Dowiedziano się tylko, że pewien młody 
inżynier, nazwiskiem Bergman, stanął w hotelu Astor i jeszcze 
tego  samego  wieczoru  przeniósł  się  w  charakterze  gościa  do 
wspaniałego pałacu Smitsona. 

Gdy  wreszcie  znów  otworzono  walne  zgromadzenie,  w 

olbrzymiej sali posiedzeń wrzało, jak w ulu. Przed budynkiem 
na  ulicy  Mrowił  się  wielotysięczny  tłum,  który  z  napięciem 
czekał  na  rozstrzygnięcie  sprawy  niezmiernej  wagi  dla  całej 

background image

Ameryki.  Liczne  dzienniki  głosiły,  że  cześć  Stanów 
Zjednoczonych  Ameryki  Północnej  jest  zachwiana.  Ameryka 
Południowa  może  łatwo  skorzystać  ze  sposobności  i  zdobyć 
przewagę  nad  Stanami  Zjednoczonymi,  skoro  wybuduje  linię 
kolejową, 

która 

odstrasza 

nawet 

tak 

niezmiernie 

przedsiębiorczego ducha jankesów. 

Gdy  naczelnik  Zarządu  pojawił  się  na  sali,  przyjęto  go 

gwizdaniem i sykaniem. Przewodniczącemu z trudem udało się 
przywrócić spokój. Lecz burza wybuchła z podwójną siłą, gdy 
Mr Smitson wystąpił jako pierwszy mówca. 

Gdy się uciszyło, przemówił w te słowa: 
— Panowie, stary Samuel Smitson, którego dotychczas nikt 

nie uważał za głupca, oświadcza wam krótko i węzłowato: linia 
kolejowa Matto Grosso Plata będzie wybudowana! 

Partia  przeciwników  podniosła  ogłuszającą  wrzawę.  Znany 

nam  już  Mr  James  Bopkins,  cały  czerwony  z  gniewu  i 
oburzenia, krzyczał: 

— A  nasze  pieniądze?  Kto  nam  zabezpieczy  nasze 

pieniądze? 

— Ja! — odparł spokojnie Smitson. 
— Swoim  własnym  majątkiem?  —  pytał  Mr  Bopkins 

zachrypłym głosem. 

— Całym  moim  majątkiem!  —  potwierdził  Smitson, 

rozwijając  wielki  pergamin.  —  Tu  jest  dokument  który 
wystawiłem bankowi państwa! 

Te słowa podziałały, jak oliwa wylana na fale wzburzonego 

morza.  Partia  przeciwników,  ochłonąwszy  ze  zdumienia,  nie 
śmiała  protestować,  co  więcej  zgodziła  się  na  projekt  Mr 
Smitsona.  Gdy  przewodniczący  przystąpił  do  głosowania,  nie 
słuchano  go  już.  Sama  partia  przeciwników  wystąpiła  z 
wnioskiem,  aby  głosować  przez  zgodny  okrzyk.  Tak  też 
uczyniono. Budowa linii kolejowej Matto Grosso Plata została 
uchwalona. 

background image

Telegraf i telefon rozniósł tę wiadomość na wszystkie strony 

świata  i  dzień  ten  obchodzono  uroczyście  we  wszystkich 
miastach Stanów Zjednoczonych. 

Szczególny  entuzjazm  wzbudził  miody  niemiecki  inżynier, 

który  takiego  chytrego  lisa,  jak  Smitson,  w  okamgnieniu 
skłonił  do  tego,  że  poparł  projekt  całym  swoim  majątkiem, 
liczącym  kilkaset  milionów  dolarów.  Wszystkie  dzienniki 
zamieściły  jego  fotografię.  Ogromne  artykuły  informowały 
publiczność,  co  on  je,  jak  sypia,  a  nawet  ile  wykałaczek  do 
zębów zużył w ciągu całego życia. 

Wobec niego zniknął nieomal sam stary Smitson, nie mówiąc 

już  o  czcigodnym  panu  Bopkinsie,  chociaż  ten  został 
mianowany przedstawicielem Towarzystwa i miał towarzyszyć 
doktorowi  w  śmiałej  i  niebezpiecznej  wyprawie.  Ta 
okoliczność nie ujęła tego chciwego człowieka ani trochę. W 
skrytości  serca  poprzysiągł  nieubłaganą  zemstę  Niemcowi, 
który, jak mniemał jankes, skradł mu cześć i poważanie. 

Ekspedycja  stanęła  zatem  na  progu  olbrzymiego  i  nie 

zbadanego  kraju,  który  na  przestrzeni  pięciuset  tysięcy 
kilometrów kwadratowych nie ma żadnych prawie wyniosłości 
i przez który przepływają dwie gigantyczne rzeki, Rio Bermejo 

Rio 

Pilcomayo. 

Kierunek 

tych 

arterii 

wodnych, 

wypływających  z  Andów,  odpowiada  na  ogół  naturalnemu 
nachyleniu tej kolosalnej płaszczyzny, która ledwie widocznie 
opada  w  kierunku  południowowschodnim  i  jest  krainą 
odwiecznych wylewów. Obie potężne rzeki od tysięcy lat niosą 
namuł z niebotycznych gór, wznoszących się na zachodzie. Nie 
spoczywają one jeszcze i dziś w swoich stałych łożyskach, lecz 
wędrują,  chociaż  w  sposób  niewidoczny,  ku  południowi,  co 
nowsi geologowie niejednokrotnie wykazali. 

Ponieważ równiny, zalane wylewem, tylko na powierzchni są 

pokryte warstwą humusu, pod którą rozciąga się gruby podkład 
gliny,  nieprzepuszczającej  wody,  przeto  podróżnik,  wędrując 

background image

po tej  dziewiczej  krainie  jest  świadkiem  ciekawego  zjawiska: 
oto kraj cały tonie po prostu w czasie wylewów od grudnia do 
lutego. Lecz wody, jak szybko pojawiają się, tak szybko nikną. 
Przez  osiem  miesięcy  panuje  bezlitosna  posucha,  która  w 
straszliwy  sposób  dręczy  zarówno  ludzi  jak  i  zwierzęta  i 
pozwala im wlec nędzny żywot tam tylko, gdzie w wyschłych 
moczarach i bagnach pozostały resztki drogocennej wilgoci. 

Do  tych  okropności  trzeba  dodać  hordy  wałęsających  się 

Indian,  stojących  na  najniższym  szczeblu  kultury  i  nie 
ustępujących  pod  względem  dzikości  najstraszniejszym 
szczepom Ameryki Północnej. Indianie ci uciekają wprawdzie 
przed  białymi,  nawet  jeśli  są  w  liczebnej  przewadze,  ale  na 
samotnego  i  nic  nie  przeczuwającego  podróżnika  umieją 
napadać  z  zasadzki.  Ani  łagodność  ani  srogość  nie  działa  na 
nich. Pieniądze i prośby równie mało wpływają na ich krwawe 
zbrodnie  jak  i  zaprzysiężone  traktaty.  Często  Hiszpanie,  a 
później Argentyńczycy urządzali na nich wyprawy, zakrojone 
na większą skalę, lecz po pierwszych nieznacznych potyczkach 
Indianie za każdym razem znikali w nieprzebytych puszczach, 
by  zacząć  na  nowo  dawną  grę,  skoro  tylko  zwycięzcy 
rozpoczęli odwrót z Gran Chaco. 

A teraz oto nieznany inżynier odważył się kłaść tor kolejowy 

wśród  tej  dzikiej,  pustynnej  głuszy,  która  we  wszystkich 
wzbudzała  strach!  Odważył  się  na  przedsięwzięcie, 
odstraszające nawet najśmielszych amerykańskich inżynierów. 

Nie  można  było  nawet  myśleć  o  układach  z  Indianami. 

Trzeba było im odebrać przemocą każdą piędź ziemi, a potem 
toczyć z nimi przez całe dziesiątki lat zaciekłą wojnę. Do tego 
należy  dodać  jeszcze  olbrzymie  przeszkody,  które  przyroda 
kraju  stawiała  budowie  kolei:  bezdenne  bagna,  ciągnące  się 
milami,  regularnie  powtarzające  się  powodzie,  zupełny  brak 
kamieni  i  szutru,  stanowiącego  podłoże  szyn,  nieprzeliczone 

background image

rojowiska  mrówek,  niszczących  drewniane  podkłady,  na 
koniec setki innych niebezpieczeństw. 

A  jednak  mimo  wszystko,  młody  inżynier  pozyskał  sobie 

starego  Smitsona  i  przyrzekł  mu  jeszcze  tego  roku  w  jesieni 
rozpocząć wstępne prace! Co mu dodawało odwagi? Nikt nie 
umiał tego wyjaśnić. Tylko głucha wieść biegła z ust do ust, że 
ów  Niemiec  wynalazł  maszynę  o  tajemniczej  i  niesłychanej 
sile, która ma zniweczyć wszystkie straszne niebezpieczeństwa 
i przeszkody Gran Chaco. 

background image

R

OZDZIAŁ 

II 

W

YJAZD Z 

Y

UQUIRENDY

 

 
Z  powodu  przybycia  Anglika  musiał  dr  Bergman  odłożyć 

wyjazd  na  dzień  następny.  Kiedy  po  południu pojawił  się  sir 
Bendix, kazał pakunki swe dołączyć do doktorskich, a potem 
wynagrodził  kapitana  okrętu,  który  natychmiast  odpłynął. 
Następnie z pomocą doktora kupił konie, którymi zaopiekował 
się John, jego służący. 

Przy wspólnej wieczerzy pojawił się także Mr Bopkins który 

tymczasem  należycie  się  wyspał  i  wyczyścił.  Gdy  usłyszał  o 
zamiarach  sir  Bendixa,  przybrał  bardzo  poważną  minę  i  z 
wyrzutem odezwał się do doktora: 

— Pan  działa  zbyt  samowolnie,  sir!  Muszę  uroczyście 

zaprotestować przeciw temu, by dołączali do naszego orszaku 
ludzie  nie  będący  ani  urzędnikami  ani  funkcjonariuszami, 
którzy jedynie tylko zamierzają dla własnej korzyści wyzyskać 
nasze kosztowne przygotowania. 

Sir Bendix chciał wybuchnąć przy tych słowach, lecz doktor 

Mrugnął nań oczyma i odparł spokojnie: 

— Pan zapomina, Mr Bopkins, że na mocy układu wolno mi 

przyjmować do oddziału takich ludzi, którzy są mi pożyteczni. 
Sir  Bendix  jest  taką  właśnie  osobą  i  ja  proszę  pana,  abyś  to 
raczył przyjąć do wiadomości. 

Mr Bopkins wzruszył ramionami. 
— Uczyniłem,  co  mi  nakazuje  obowiązek  —  rzekł  — 

odpowiedzialność musi pan ponieść. 

Następnie  w  milczeniu  spożył  obiad,  nie  troszcząc  się  o 

rozmowę pozostałych. 

Pakunki sir Allana nie były wielkie. Składały się tylko z dużej 

ilości  amunicji  do  jego  karabinu  i  służącego,  prócz  tego  z 
zestawu do zbierania i preparowania owadów, umieszczonego 

background image

w  ozdobnej  skrzynce.  Resztę  zapasu  rakiet  i  kul  świecących 
podarował  mieszkańcom  Yuquirendy,  którzy  nimi  mieli 
uświetnić  uroczystość  pożegnania.  Mr  Bopkins  z  poważną 
miną przypatrywał się ogniom sztucznym, lecz zamiast po raz 
wtóry  wziąć  udział  w  zabawie  w  ratuszu,  uznał  za  stosowne 
przespać  się  porządnie  wraz  z  pozostałymi  uczestnikami 
ekspedycji. 

Nazajutrz rano dr Bergman ustawił swój orszak w należytym 

porządku;  porządek  ten  mieli  wszyscy  nadal  zachowywać  w 
czasie  drogi.  Prócz  wyżej  wymienionych  osób  należało  tutaj 
jeszcze  dwudziestu  „peones”  tj.  silnych  i  wypróbowanych 
ludzi,  którzy  przedtem  służyli  w  dragonach  granicznych  i 
których  dr  Bergman  starannie  wybrał.  Mieli  oni  powierzone 
sobie  wozy  z  prowiantem  na  dwa  miesiące,  tudzież 
najrozmaitsze  przedmioty,  niezbędne  w  czasie  wyprawy. 
Należał  także  do  nich  składany  balon  wraz  z  gondolą,  który 
miano napełnić wodorem. Jego wielkość była tak obliczona, że 
mógł  on  unosić  przez  cały  dzień  jednego  człowieka  na 
wysokości 2000 metrów. Na drugim wozie były złożone flaszki 
z  hydrolem,  który  miał  dostarczyć  wodoru  w  odpowiedniej 
ilości. Ów hydrol został niedawno wynaleziony przez słynnego 
chemika  Jouberta.  Na  trzecim  wozie  spoczywał  karabin 
maszynowy,  a  na  czwartym  owa  tajemnicza  maszyna,  która 
przezornego  Mr  Smitsona  niespodzianie  nastroiła  tak 
przyjaźnie dla linii kolejowej Matto Grosso Plata. Miała ona na 
zewnątrz  wygląd  silnej,  drewnianej  skrzyni,  mniej  więcej 
dwumetrowej długości. Wnętrza jej nie widział nikt prócz dra 
Bergmana;  nawet  dwaj  asystenci  znali  tylko  jej  niesłychane 
działanie, ale nie zbadali jej urządzenia. Na razie stanowiła ona 
tylko  balast,  wymagający  troskliwej  opieki  i  dużo  starań. 
Dopiero  gdy  stanie  w  tym  punkcie,  który  dr  Bergman  obrał, 
miała się objawić jej nadprzyrodzona moc. Wówczas też miały 

background image

się  urzeczywistnić  wszystkie  nadzieje,  które  pokładał  w  niej 
wynalazca i naczelnik South–American–Railway–Company. 

Gdy  orszak  przygotował  się  już  do  drogi,  dr  Bergman 

podziękował  burmistrzowi  za  gościnność,  z  której  korzystał 
przez  dwa  tygodnie.  Mieszkańcy  Yuquirendy  strzelili  na 
pożegnanie  trzykrotnie  z  karabinów,  po  czym  miał  nastąpić 
wymarsz kolumny, której kapitan wraz z dragonami miał przez 
jeden dzień towarzyszyć. Lecz zaledwie dr Bergman wyjechał 
na czoło orszaku, gdy znienacka zatrzymało go dwóch ludzi. 
Jednym z nich był Mr James Bopkins, który rzekł: 

— Mr  Bergman,  po  raz  wtóry,  a  tym  razem  w  obecności 

władzy  urzędowej,  protestuję  przeciwko  temu,  by  pan 
niepotrzebnie  powiększał  wydatki  na  ekspedycję,  przyjmując 
w skład jej członków tego zbieracza owadów  z  Anglii  i  jego 
sługę. 

— Sir,  ja  wypraszam  sobie  tego  rodzaju  wyrażenia!  — 

krzyknął sir Bendix. — Pan uważa, zdaje się, kolekcjonowanie 
owadów  za  zajęcie  głupców,  czego  ja  znieść  nie  mogę,  jako 
jego żarliwy zwolennik! Jeśli pan naprawdę jest gentelmenem, 
da mi satysfakcję tu na miejscu! 

To  mówiąc  sir  Allan  oddał  kapelusz  służącemu,  odwinął 

rękawy surduta i stanął w pozycji do boksowania. 

Mr Bopkins za młodu przez dłuższy czas służył w cyrku jako 

parobek  do  koni,  gdzie  go  pewien  klown  nauczył  sztuki 
boksowania. Z tego też powodu przyjął wezwanie Anglika. 

Zanim  dr  Bergman  zdołał  wypowiedzieć  pierwsze 

mitygujące  słowo,  pięści  bokserów  zderzyły  się.  Po  upływie 
pięciu  sekund  pięknie  wyczyszczony  cylinder  Mr  Bopkinsa 
zakreślił łuk w powietrzu i padł na ziemię. Wkrótce potem jego 
właściciel otrzymał taki „blow” w zęby, że ujrzał przed oczami 
gwiaździsty deszcz. 

Sir  Allan  był  z  tego  na  razie  zadowolony,  a  także  i  Mr 

Bopkins  nie  miał  zamiaru  przedłużać  walki.  Podniósłszy 

background image

cylinder z ziemi, wrócił się do doktora. — Powtarzam panu po 
raz  ostatni  —  zawołał  groźnie  —  że  nie  ścierpię  obecności 
niepowołanych  w  naszym  orszaku,  a  jeśli  pan  nie  uwzględni 
mego protestu, na mocy  mej  władzy odejmę panu kredyt!  W 
takim  wypadku  może  pan  wytyczyć  linię  kolejową  na  swój 
własny rachunek! 

Ta  groźba  zaniepokoiła  doktora.  Zgodził  się  na  dodanie 

przedstawiciela w tym mniemaniu, że tu chodzi jedynie tylko o 
prostą  formalność,  i  nie  przypuszczał,  że  ten  człowiek  w  ten 
sposób może pojmować swoje pełnomocnictwo. 

Poza tym jankes nie działał jedynie tylko z zawiści, miał on 

swój  obmyślany  i  omówiony  plan.  Smitson,  stary  lis, 
przydzielił go doktorowi z tym poleceniem, aby przy pierwszej 
lepszej  sposobności  protestował  przeciwko  prowadzeniu 
ekspedycji.  Prawdopodobnie  doktor  nie  troszczył  się  o  te 
wymówki. Tak samo postąpiłoby Towarzystwo, w razie, gdyby 
osiągnął zamierzony cel. Lecz gdyby musiał wracać z drogi, w 
takim  wypadku  naczelnik  Zarządu  mógłby  się  powołać  na 
protest  Mr  Bopkinsa  i  doktor  musiałby  z  własnej  kieszeni 
zapłacić koszta wyprawy. 

Ten  był  daleki  od  tego,  by  go  podejrzewać  o  podstęp, 

niemniej jednak upór jankesa wprawił go w kłopot. 

Nagle z pomocą przyszedł mu sir Allan, który zawołał: 
— Kochany  doktorze,  nie  troszcz  się  o  gderanie  tego 

miłośnika  rozlewisk!  Jeśli  mi  pan  pozwoli  wyjechać  z  bram 
Yuquirendy  na  czele  naszego  orszaku,  oddam  panu  do 
dyspozycji cały mój  majątek, który w każdym razie jest dość 
wielki,  aby  uchronić  pana  od  strat.  Jeśli  ten  gentleman  dalej 
będzie  się  oburzał,  pozostawimy  go  po  prostu  na  miejscu,  a 
wycieczkę odbędziemy na własny rachunek! 

Mister  Bopkins  nie  miał  zamiaru  dłużej  oponować,  był 

zadowolony,  że  wykonał  swój  obowiązek.  Karawana  mogła 

background image

wreszcie  ruszyć  w  drogę;  minęła  zatem  bramę  miasta,  a  na 
czele orszaku jechał sir Allan Bendix. 

W pierwszych dniach podróżnicy nie obawiali się przeszkód 

w  podróży.  Dragoni,  stacjonując  w  Yuquirendzie,  odbywali 
często objazdy inspekcyjne, a gdzie się tylko ci groźni jeźdźcy 
graniczni  pojawili,  tam  dzicy  Indianie  nie  mieli  odwagi 
wychylić się z gęstwiny palm, nawet  w takim  wypadku, jeśli 
byli  w  dziesięciokrotnej  liczebnej  przewadze.  Z  tego  też 
powodu  eskorta  dragonów,  towarzysząca  karawanie  przez 
jeden  dzień,  była  tylko  objawem  grzeczności,  którą  kapitan 
Artigas  chciał  okazać  inżynierowi.  Gdy  nazajutrz  rano 
żołnierze szykowali się do powrotu kapitan uścisnął silnie dłoń 
doktora i rzekł: 

— Smuci mnie to bardzo, kochany doktorze, że bardziej nie 

mogę się oddalać od garnizonu i muszę pozostawić cię samego 
w  tej  bezludnej  okolicy.  W  Yuquirendzie  nie  mamy  nawet 
stacji  iskrowego  telegrafu,  za  pomocą  którego  mógłby  pan 
mnie przywołać na pomoc na wypadek nieszczęścia. Lecz za to 
będę  słuchał  uważnie  wszystkich  wieści,  przychodzących  z 
głębi Gran Chaco, które dla znawcy tutejszych stosunków nie 
są  zbyt  trudne  do  zrozumienia.  Gdyby  pański  genialny  plan 
miał  się  nie  udać,  nic  sobie  nie  będę  robił  z  rozkazów 
rządowych  i  wsadzę  moich  dragonów  na  koń,  a  wtedy  biada 
czerwonoskórym,  którzy  by  chcieli  zastąpić  panu  drogę! 
Doktor  serdecznie  podziękował  mu  za  te  uprzejme  słowa. 
Żołnierze  odjechali  na  południe,  a  ekspedycja  pozostała 
samotnie wśród rozległych pampasów, by rozpocząć  walkę  z 
dziką  naturą  oraz  jej  jeszcze  dzikszymi  dziećmi.  Czy 
zwycięży? 

background image

R

OZDZIAŁ 

III 

N

A GRANICY KRAJU 

I

NDIAN

 

 
Gran Chaco, aż do 23 stopnia szerokości południowej, było 

już  zbadane  tak  dobrze,  że  dr  Bergman  dokonał  tylko  kilku 
nieznacznych  poprawek  na  mapie,  chcąc  zaznaczyć  bieg 
przyszłej linii kolejowej. Piątego dnia dotarli do miejsca, gdzie 
na  mapie  zaczyna  się  owa  biała  plama,  która  sięga  do 
osiemnastego  stopnia.  Wprawdzie  także  i  we  wnętrzu  tego 
niezbadanego obszaru była zaznaczona pewna ilość pagórków i 
jezior,  ale  ich  położenie  określono  na  podstawie  opowiadań 
Indian,  którzy  byli  w  tych  okolicach.  Jak  niepewne  są  tego 
rodzaju 

wiadomości, 

tym 

niestety 

geografowie 

niejednokrotnie  się  przekonali.  Często  się  zdarzało,  że  gdy 
podróżnik  przybył  do  takiego  punktu  znajdował  bagna  i 
równiny na miejscu łańcuchów górskich, które ciągnęły się o 
sto  i  więcej  kilometrów  na  wschód  lub  zachód  od  miejsc, 
zaznaczonych na mapach. 

Tutaj więc zaczynało się właściwe zadanie ekspedycji, która 

miała dokładnie oznaczyć najmniejsze wzniesienia, biegi wód i 
większe puszcze i bory, a przede wszystkim zbadać, czy grunt 
nadaje się do przeprowadzenia linii kolejowej. Tutaj również 
zaczynał  się  obszar,  gdzie  błąkały  się  dzikie  hordy  Indian, 
którzy  w  poprzednich  stuleciach  zamieszkiwali  przestrzeń  aż 
do  Santa  Fe  i  dopiero  po  zażartych  walkach  cofnęli  się  na 
północ,  pałając  śmiertelną  nienawiścią  do  białych  intruzów. 
Wypierani  ze  wschodu,  zachodu,  północy  i  południa  przez 
nieustanny  pochód  cywilizacji,  postanowili  z  wytężeniem 
wszystkich sil, z odwagą rozpaczy, bronić reszty niepodległych 
obszarów. 

Dr Bergman musiał więc zachować jak największą czujność i 

ostrożność, jeśli całe przedsięwzięcie nie miało być narażone 

background image

na  największe  niebezpieczeństwo.  Z  tego  powodu  już  w 
Yuquirendzie  ćwiczył  swoich  „peones”,  aby  w  razie  napadu 
Indian  wiedzieli  natychmiast  co  mają  począć  z  ciężkimi 
wozami. Najmniejsze bowiem zamieszanie mogło sprowadzić 
niechybną  zagładę.  Ludzie  byli  pouczeni,  że  na  pierwszy 
rozkaz mają wozy ustawić w koło, a zwierzęta wziąć w środek. 
Tym sposobem konie były zabezpieczone, a mężczyźni mogli 
strzelać  z  ukrycia,  spoza  wozów.  Karabin  maszynowy, 
umieszczony  na  wieżyczce  pancernej  w  środku  tej  ruchomej 
twierdzy,  mógł  łatwo na wszystkie strony siać śmiercionośne 
pociski. 

W  ten  sposób  także  urządzano  wieczorem  obozowisko. 

Ustawiano  czterech  strażników  po  zewnętrznej  stronie 
pierścienia, którzy mieli czuwać nad snem towarzyszy i bronić 
ich przed wszelkim niebezpieczeństwem. 

A jednak mimo wszelkich środków ochronnych już szóstego 

dnia podróży spotkała ekspedycję bardzo niemiła przygoda; oto 
w nocy jakaś nieprzyjacielska ręka poprzecinała lejce i uprząż u 
wszystkich wozów. 

Bez  wątpienia  śmiałym  intruzem  był  jeden  człowiek, 

wskazywały na to ledwo widoczne ślady. Strażnicy byli czujni 
— kilka osób nie mogłoby ujść ich uwagi. 

Ten  wypadek  nie  przyniósł  karawanie  większych  szkód, 

mimo  to  jednak  bardzo  przykro  dotknął  doktora.  Wolałby, 
gdyby Indianie otwarcie napadli na jego obóz. Bardziej mógł 
ufać  odwadze  i  dzielności  swoich  ludzi  niż  ich  cierpliwości. 
Gdyby  ta  cierpliwość  się  wyczerpała,  dręczona  codziennymi 
przykrościami,  wówczas  krewcy  „peones”  łatwo  mogliby 
popełnić jakąś nieostrożność, która nie dałaby się naprawić. 

Mimo  tych  zgryzot,  doktor  okazywał  pogodną  twarz, 

przyjaźnie  rozmawiał  z  ludźmi,  którzy  wśród  przekleństw 
naprawiali  uprząż,  na  koniec  kazał  przygotować  balon,  gdyż 
zamierzał z góry śledzić niewidzialnego wroga. 

background image

Gdy unosił się wysoko w górze w swej gondoli i za pomocą 

lunety  przeglądał  obszar  ziemi  aż  do  horyzontu,  nie  mógł 
nigdzie nic podejrzanego zauważyć. A zatem poprzedniej nocy 
do obozowiska wdarł się albo szpieg, który szedł daleko przed 
swymi towarzyszami, albo też ci ostatni ukryli się przezornie w 
zaroślach,  ponieważ  znali  rolę  balonu  i  nie  chcieli  zdradzać 
swej  obecności  obserwatorowi  w gondoli. W takim  wypadku 
musi 

być 

prawdziwa 

wieść, 

rozpowszechniana 

pogranicznych  miastach  Gran  Chaco  przez  misjonarzy, 
mianowicie, że na czele połączonych szczepów indiańskich stoi 
człowiek,  który  młodość  swą  spędził  w  Buenos  Aires,  gdzie 
poznał  zdobycze  cywilizacyjne  Europejczyków,  a  obecnie 
postanowił  śmiertelnych  wrogów  swej  rasy  zwalczać  ich 
własną bronią. 

Bliższe  szczegóły,  dotyczące  tego  człowieka,  były 

następujące:  nazywa  się  Juan,  czyli  zdrobniale  Joaosigno  i 
należy  do  szczepu  Caduve,  który  ongiś  miał  swoje  obszary 
myśliwskie  na  lewym  brzegu  Paragwaju,  między  rzekami 
Miranda  i  Apa  i  należał  do  najdzikszych,  najokrutniejszych 
szczepów  indiańskich.  Pewien  młody  włoski  artysta, 
nazwiskiem  Boggiani,  poznał  tego  człowieka  w  r.  1892  w 
czasie  swej  wycieczki  do  Nachiche,  ówczesnej  głównej 
siedziby  szczepu  Caduve.  Juan  wrócił  właśnie  wówczas  z 
Buenos  Aires  i  biały  gość  zauważył,  że  między  nim  a  jego 
naczelnikiem Mbaya istnieje ukryta nienawiść, ponieważ Juan 
czuł, że go znacznie przewyższa wiadomościami i wrodzonymi 
zdolnościami. 

Nienawiść  ta  istotnie  wybuchła  w  kilka  lat  później  i  Juan 

musiał  na zawsze opuścić ojczyste strony. Wrócił do Buenos 
Aires i rządowi argentyńskiemu oddał wiele cennych usług w 
czasie powstań krajowców, jako doskonały znawca kraju. Lecz 
i tutaj jego ambicja nie znalazła zadowolenia, gdyż biali, mimo 
wszystkich  korzyści  jakie  zeń  mieli,  widzieli  w  nim  zawsze 

background image

tylko Indianina, stojącego na bardzo niskim szczeblu kultury. 
Pewnego  dnia  zniknął  nagle  z  Buenos  Aires,  przeżarty  do 
szpiku  kości  śmiertelną  nienawiścią  do białych.  A  teraz  miał 
stanąć  na  czele  wszystkich  szczepów  indiańskich  w  Gran 
Chaco? Jeśli  wiadomość ta  miałaby się potwierdzić,  w takim 
razie  musiałby  on  dokonać  czegoś  niesłychanie  doniosłego, 
jeśli Indianie dawnego zdrajcę nie tylko przyjęli w swe szeregi, 
lecz  ponadto  wybrali  go  naczelnym  wodzem,  na  którego 
skinienie zginali się pokornie. 

O tym wszystkim myślał dr Bergman, obserwując z gondoli 

balonu  olbrzymią  równinę,  pokrytą  niskimi  zaroślami, 
wysokopiennym lasem i miłymi polanami. Nigdzie nie widać 
było ani jednej ludzkiej istoty. Po dwóch godzinach obserwacji 
zrobił  kilka  zdjęć  fotograficznych  okolicy,  ciągnącej  się  na 
północy, po czym dał znak, aby balon ściągnięto. 

Nie ściągnięto jeszcze stalowej liny do połowy, gdy doktor 

usłyszał  pod  sobą  niepokojący  hałas  i  wyjrzał  ciekawie  z 
gondoli.  Ujrzał  na  ziemi  szamocących  się  dwóch  ludzi, 
zajętych zażartą walką; był to prawdopodobnie Mr Bopkins i 
sir  Allan.  Inni,  nie  zajęci  ściąganiem  balonu,  stali  dokoła, 
śmiejąc się z całego serca. 

Gdy doktor wreszcie wyskoczył z gondoli na ziemię, zjawił 

się właśnie w chwili gdy Mr Bopkins z rozsrożoną miną po raz 
czwarty czyścił rękawem swój nieszczęsny cylinder. Sir Allan 
zniknął tymczasem pod dachem swego wozu, ściskając dłonie, 
w których prawdopodobnie trzymał jakiś przedmiot. 

Dwaj młodzi inżynierowie z humorem opowiedzieli swemu 

szefowi przebieg całej sprawy. 

Sir Allan szukał w okolicy obozowiska owadów i natknął się 

na zupełnie nieznany okaz, który umykał przed nim z głośnym 
brzękiem.  Anglik  biegł  za  nim  z  wysoko  wzniesioną  siatką  i 
zauważył,  że  owad  usiadł  na  szarym  cylindrze  Mr  Bopkinsa, 

background image

który  prawdopodobnie  wydawał  mu  się  odłamem  skały, 
ogrzanej słońcem. 

Sir Allan zbliżył się ostrożnie i szybko uderzył zieloną siatką 

jankesa  w  głowę,  przy  czym  drewniane  kółko  niezbyt  mile 
połechtało  jego  spiczasty  nos.  Mr  Bopkins  skoczył,  jak 
oparzony,  głęboko  dotknięty  w  swej  godności  reprezentanta. 
Gdy  w  napastniku  poznał  znienawidzonego  Anglika,  który 
niedawno znieważył go boleśnie w obecności zgromadzonego 
społeczeństwa Yuquirendy, ogarnęła go wściekłość i rzucił się 
nań  z  zaciśniętą  pięścią.  W  pośpiechu  zapomniał  wyciągnąć 
głowę z siatki, stąd też sir Allan od pierwszej chwili miał nad 
nim  przewagę.  Widzowie  oczywiście  nie  mieli  najmniejszej 
ochoty  mieszać  się  do  tej  walki.  Skończyło  się  na  tym,  że 
jankes  musiał  cierpliwie  poczekać,  dopóki  sir  Allan  nie 
wydobył  z  jego  brody  tajemniczego  owada  i  nie  włożył  do 
flaszeczki ze spirytusem. 

Doktor  musiał  z  całej  siły  panować  nad  sobą,  aby  pod 

wpływem tego opisu się nie roześmiać. Zrobił taką minę, jak 
gdyby  to,  co  zaszło,  dotknęło  go  w  przykry  sposób.  Jankes 
przystąpił doń i zawołał: 

— Mr Bergman, powinien pan się wstydzić, że pan także i w 

tym wypadku stoi po stronie tego bezwstydnika, chociaż w mej 
osobie jest znieważone całe Towarzystwo, a zatem i pan sam! 
Protestuję  przeciwko  temu  i  oznajmiam,  że  po  powrocie  do 
Nowego  Jorku postaram  się,  by  pana  ukarano! Pan działa  na 
szkodę 

Towarzystwa 

jego 

upełnomocnionego 

przedstawiciela. 

Sir Allan tymczasem schował swój drogocenny łup i zjawił 

się  w chwili, gdy Mr Bopkins wymawiał ostatnie słowa. Był 
gotowy bronić doktora. 

— Co pan tu pieje, panie kogucie?  — spytał, zaglądając  w 

oczy jankesowi. — Ma pan tak słabą pamięć? Zdaje się, że pan 
zapomniał już, iż protestował przeciw tej ekspedycji w chwili 

background image

wyjazdu  z  Yuquirendy.  Byłby  pan  uniemożliwił  tę  wyprawę, 
gdybym doktorowi nie dopomógł swym majątkiem. Z tego też 
powodu dzielny doktor jest obecnie w służbie u mnie i tylko z 
litości pozwalam panu podróżować wraz z nami! 

— Protestuję  przeciw  takiemu  postawieniu  kwestii!  — 

przerwał  jankes, wyciągając z  kieszeni  ogromny kontrakt.  — 
Mr  Bergman  nie  może  tak  prędko  porzucić  służby  w 
Towarzystwie! Według dosłownego brzmienia umowy musi na 
pół roku przed wystąpieniem wymówić… 

— Jeśli  chce  dobrowolnie  ustąpić!  —  odparł  sir  Allan.  — 

Lecz pan go wyrzucił za drzwi w imieniu Towarzystwa, a on 
znalazł  człowieka,  który  jego  zasługi  stokrotnie  lepiej  umie 
ocenić! Nie wierzy pan, panie doktorze? 

Przy  tych  słowach  sir  Allan  ujął  doktora  pod  ramię  i 

odprowadził go na bok, na co ten się chętnie zgodził, byle tylko 
nie słyszeć nudnego gderania jankesa. 

— Czy pan nie zastanowił się jeszcze poważnie nad tym — 

spytał  doktor,  gdy  za  nim  jeszcze  raz  rozległo  się  głośne: 
„protestuję!” — aby wyrzucić po prostu Towarzystwo z Gran 
Chaco i linię kolejową samemu zbudować? 

— Zupełnie nie! — odparł ze śmiechem sir Bendix. — Mam 

ważniejsze  sprawy  na  głowie  niż  kłopotać  się  akcjami 
kolejowymi.  Lecz  nie  mogę  ścierpieć  tego,  że  ten  błazen 
traktuje pana jak Murzyna, i ostrzegam, że on zadręczy pana na 
śmierć swoimi wiecznymi protestami! 

— Ale ja pana proszę — odparł doktor z głębokim ukłonem 

— aby pan był bardziej wyrozumiały dla tego człowieka. Mimo 
wszystko  jest  on  reprezentantem  i  przedstawicielem  mego 
Towarzystwa, a nawet mały uczeń w szkole nie pozwoli sobie 
bezkarnie zarzucić sieci na głowę. 

— Ba! — rzekł sir Allan, wzruszając ramionami — Rzadki 

okaz „Cryptocephalus” czyli „Tritona” jest sto razy więcej wart 

background image

niż  ten  błazen.  Najważniejszą  sprawą  jest  to,  aby  nasze 
naukowe prace raźnym krokiem szły naprzód! 

Zawołał  służącego  Johna  i  kazał  mu  podać  nową  siatkę. 

Tymczasem  doktor  poszedł  wywoływać  fotografie,  aby  na 
dzień następny ustalić kierunek marszu. 

Dalsza  droga  nie  przedstawiała  większych  trudności,  gdyż 

teren w dalszym ciągu był płaski i pozbawiony znaczniejszych 
arterii  wodnych.  Karawana  mogła  posuwać  się  ku  północy 
prawie w linii prostej. Raz tylko należało obejść większy las i 
przebić się przez niniejszy, wyrąbując drogę dla wozów. Poza 
tym nic nie stało na przeszkodzie w posuwaniu się naprzód. 

background image

R

OZDZIAŁ 

IV 

S

IMARRONE

 

 
Nazajutrz  rano  trzej  inżynierowie  wykonywali  potrzebne 

pomiary, sir Allan tymczasem opuścił obozowisko, aby łowić 
w  pobliżu  owady.  Niebawem  spostrzegł  wspaniały  okaz 
świetlika (tuccho) i począł go ścigać. Gdy po upływie godziny, 
ścigany owad znikł bez śladu, znakomity przyrodnik zauważył, 
że się znajduje sam jeden wśród rozległej prerii i że nie ma ani 
śladu po towarzyszach, jak daleko okiem sięgnąć. 

— Hm — Mruknął po tym niemiłym odkryciu — jeśli teraz 

zabłądzę,  to  będzie  najmniejszym  jeszcze  nieszczęściem. 
Wprawdzie Indianie ostatniej nocy pozostawili nas w spokoju, 
ale  bez  wątpienia  szpiegują  nieustannie  dokoła  obozu.  Jeśli 
mnie  teraz  złapią,  będę  musiał  być  i  z  tego  zadowolony. 
Powinienem był przynajmniej wziąć ze sobą Johna i karabin! 

Szybkim  krokiem  wrócił  w  stronę  obozowiska  kierując  się 

według własnych śladów. Nie oddalił się jeszcze zbytnio, gdy 
nagle jego przypuszczenia się sprawdziły. Z pobliskich zarośli 
wyskoczyło  kilkanaście  brunatnych  postaci,  które  w  długiej 
linii  poczęły  biec  ku  niemu.  Gdy  się  odwrócił,  aby  w 
przeciwnym kierunku szukać kryjówki w zaroślach, spostrzegł, 
że  i  z  tej  strony  zbliża  się  pędem  gromada  dzikich  Indian. 
Moment  był  bardzo  groźny,  lecz  sir  Allan  nie  stracił  zimnej 
krwi. Widząc, że ucieczka byłaby bezowocna, wyjął rewolwer, 
który na szczęście miał przy sobie, zatrzymał się w miejscu i 
pomyślał: 

— A  więc  chcą  na  mnie  polować,  jak  na  zająca!  Lecz  tym 

razem  zajączek  potrafi  się  obronić.  Złości  mnie  tylko  ta 
okoliczność,  że  jeśli  mnie  zabiją,  będę  się  musiał  zadowolić 
siedemdziesięciu  trzema  gatunkami  nowoodkrytych  owadów, 
zamiast spodziewanych stu. Istotnie, mam pecha w życiu! 

background image

Indianie  zbliżyli  się  tymczasem  na  odległość  stu  kroków. 

Nagle  jeden  z  tych,  którzy  zbliżali  się  od  wschodu,  wydal 
przeraźliwy  krzyk  i  wskazał  ręką  na  zachód  z  widocznymi 
oznakami  przerażenia.  Z  ust  do  ust  krążyło  jakieś  słowo, 
którego  Anglik  nie  mógł  zrozumieć.  Indianie  zawrócili  w 
miejscu i uciekli do lasu tak szybko, jak tylko mogli. 

Przestraszony  sir  Allan  również  rzucił  spojrzenie  w  tym 

kierunku  i  zobaczył  nowe  niebezpieczeństwo,  zagrażając  mu 
stamtąd: był to stary byk, zbiegły z jakiejś zagrody. 

Zwierzęta te, zwane „simarrones” przez hiszpańską ludność, 

szybko  dziczeją  na  zupełnej  wolności,  i  są  bardzo 
niebezpieczne  zarówno  dla  ludzi,  jak  i  dla  zwierząt.  Nawet 
jaguar  ucieka  przed  nimi  i  szuka  schronienia  na  pierwszym 
lepszym drzewie. Najmniejsza przyczyna doprowadza takiego 
„simarrone” do wściekłości. W takim wypadku rzuca się prosto 
przed siebie z podniesionym wysoko ogonem, szarpie rogami i 
depcze wszystko przed sobą, dopóki mu nie zabraknie oddechu 
lub kula nie przyniesie końca jego szalonemu życiu. 

Byka, który pędził wprost na sir Allana, musiał wypłoszyć z 

głuszy  leśnej  krzyk  Indian.  Dzielny  Anglik  nie  stracił  ani 
sekundy,  lecz  począł  biec,  dobywając  wszystkich  sił,  w  tym 
kierunku,  w  którym,  jak  sądził,  jest  obozowisko.  Poza  sobą 
słyszał straszliwe dudnienie kopyt. Ledwie skoczył poza pień 
grubego drzewa, gdy nagle rozwścieczone zwierzę uderzyło w 
to drzewo z taką siłą, że aż zadrżało w posadach. 

Byk  stał  przez  chwilę  w  miejscu,  —  widocznie  silne 

uderzenie musiało go ogłuszyć — wówczas sir Allan zręcznie 
skoczył  poza ogromny dąb, który  go całkowicie zakrył. Lecz 
byk spostrzegł go mimo to i rzucił się niezwłocznie na niego. 
Zaczęła się dzika gonitwa dokoła drzewa, jakiej sir Allan nigdy 
dotychczas nie przeżył. 

Wprawdzie mógł uskoczyć na bok za każdym razem, gdyby 

„simarrone” chciał go przebić rogami — lecz zrozumiał, że w 

background image

ten sposób szybko wyczerpie wszystkie swe siły. Trzeba więc 
było znaleźć lepszą osłonę, niż dąb. Najlepiej byłoby wdrapać 
się  na  drzewo,  ale  na  to  rozwścieczone  zwierzę  nie  dało  mu 
czasu. 

Nagle  w  niewielkiej  odległości  zauważył  drzewo,  podobne 

do palmy, które Hiszpanie nazywają „pało briaco”, a Indianie 
„yuchan”.  Botaniczna  jego  nazwa  jest:  „Chorisia  insignis”. 
Pień podobny jest do rozdętej flaszki, o średnicy dwóch łokci i 
pięciu łokci wysokości. Drzewa tego gatunku rosną licznie na 
polach Gran Chaco. Indianie często je wydrążają, nie ścinając 
ich  wcale,  i  we  wnętrzu  umieszczają  popioły  zmarłych.  To 
drzewo, które sir Allan spostrzegł, musiało niechybnie służyć 
do  tego  celu,  gdyż  było  obumarłe,  a  górna  jego  część,  gdzie 
przedtem rosły liście, była odcięta. Gdyby ścigany wdrapał się 
na to drzewo, byłby niewątpliwie uratowany. 

Zdecydował  się  szybko.  Gdy  „simarrone”  znów  się  nań 

rzucił, strzelił  mu spoza drzewa  z rewolweru  w nozdrza. Dla 
byka była to nieznaczna rana, lecz musiała go zaboleć okrutnie, 
gdyż zatrzymał się w biegu i ryknął tak potężnie, że innemu, 
bardziej  tchórzliwemu  człowiekowi,  krew  ścięłaby  się  w 
żyłach.  Sir  Allan  liczył  na  takie  właśnie  działanie  kuli.  Ze 
zręcznością wiewiórki wdrapał się na drzewo i zniknął w jego 
wnętrzu. 

Byk  zauważył  tę  ucieczkę.  Przekrwionymi  ślepiami  śledził 

ruchy  Anglika.  Ledwie ten zniknął  we  wnętrzu wydrążonego 
drzewa,  gdy  rogi  rozwścieczonego  zwierzęcia  poczęły  bóść 
„yuchan”. Korzenie jego zbutwiały od dłuższego czasu, toteż 
drzewo  pod  potężnymi  ciosami  z  głuchym  trzaskiem  runęło 
wraz z martwą i żywą zawartością. 

W  dalszym  swoim  życiu  sir  Allan  daremnie  nieraz  starał 

sobie  wyobrazić  to,  co  przeżył  w  następnym  kwadransie. 
Wściekłość  byka  osiągnęła  swój  szczyt.  Przed  sobą  widział 
tylko  olbrzymią,  naturalną  flaszkę,  która  urągała  jego 

background image

wysiłkom  i  nie  chciała  rozpaść  się  na  drzazgi.  Kilkakrotnie 
zderzyła  się  z  innymi  drzewami,  następnie  przypadkowo 
wysunęła się na otwartą prerię, która nie stawiała przeszkód jej 
ruchom.  Pod  uderzeniami  rogów  byka  poczęła  się  toczyć 
naprzód,  to  znów  obracać  się  dokoła  własnej  osi,  jednym 
słowem  ruchy  jej  przypominały  podskoki  piłki  futbolowej 
którą  kopią  niezręczni  chłopcy.  Sir  Allan  trzymał  się 
wszystkimi siłami wewnętrznej ściany drzewa, z obawy, aby, 
nie być wyrzucony na zewnątrz. Na szczęście wydrążenie było 
wąskie; natomiast pył nie miał wyjścia, więc sir Allan uczuł, że 
go  w  nosie  i  w  krtani  coś  drapie.  W  innych  okolicznościach 
byłby niewątpliwie kichał bez przerwy przez całe dwadzieścia 
cztery  godziny  —  tutaj  jednak  wściekłe  uderzenia 
rozjuszonego „simarrone” przeszkadzały mu w kichaniu. Mógł 
tylko  kaszleć  i  pluć  wokoło.  Pod  wpływem  gwałtownych 
ruchów  żołądek  jego  począł  się  burzyć,  a  w  dodatku 
chropowata powierzchnia drzewa podarła mu ubranie i skórę w 
jednakowy sposób. Mimo wszystko znosił wszystkie te tortury, 
jak długo mógł. Lecz w końcu płuca i mięśnie odmówiły mu 
posłuszeństwa. Usłyszał tylko głuchy huk, jak gdyby wystrzał 
karabinowy, po czym stracił przytomność. 

Gdy  się  ocknął  z  omdlenia,  ujrzał  nad  sobą  klęczącego 

doktora,  który  trzymał  mu  przed  nosem  flaszeczkę  o 
niezmiernie  silnym  zapachu.  Obok  niego  spostrzegł  twarz 
swego  Johna,  który  spoglądał  nań  okiem  pełnym  głębokiej 
troski.  Pół  tuzina  „peonów”  stojących  dokoła  i  opartych  o 
karabiny,  miało  poważne  oblicza,  ale  można  też  było 
zauważyć,  że  ci  ludzie bardziej są  skorzy  do  śmiechu  niż  do 
płaczu. 

— Doktorze,  na  miłość  Boską,  wody!  —  jęknął  sir  Allan 

słabym głosem. — Moje gardło płonie, jak gdyby wjechał weń 
cały pociąg towarowy, pełen czerwonego pieprzu! 

background image

Obóz  był  bliżej  położony  niż  sądził,  dlatego  też  usłyszano 

tam  wystrzał  rewolwerowy.  Doktor  wyruszył  natychmiast  na 
pomoc  wraz  z  kilku  ludźmi.  Idąc  śladami,  widocznymi  na 
trawie,  przyszli  jeszcze  w  porę,  aby  móc  położyć  byka  kilku 
celnymi strzałami. 

Sir  Allan,  głęboko  wzruszony,  serdecznie  uścisnął  dłonie 

swoich wybawców. Lecz przez dwa następne dni musiał leżeć 
w  wozie  na  miękkich  skórach,  gdyż  straszna  przygoda  i 
nadludzki wysiłek omal nie przyprawiły go o chorobę. 

Wszyscy w obozie współczuli miłemu i zawsze uprzejmemu 

Anglikowi. Jeden tylko człowiek okazywał tu i ówdzie szczerą 
radość  z  cudzego  nieszczęścia  —  a  był  nim  Mr  Bopkins.  W 
przygodzie  sir  Allana  widział  wyraźny  palec  Boży  i  był 
najgłębiej  przekonany,  że  to  jest  zasłużona  kara  za  to,  iż 
znieważył pełnomocnika Towarzystwa. 

background image

R

OZDZIAŁ 

Ś

MIAŁA WYCIECZKA

 

 
Rozumie się samo przez się, że sir Allan zaraz po przybyciu 

do  obozu  oznajmił,  że  zetknął  się  z  Indianami.  Z  tego  też 
powodu  dr  Bergman  wysłał  bezzwłocznie  czterech  konnych 
peonów, którzy mieli iść śladami za nieprzyjacielem, jak tylko 
daleko  mogli,  ale  bez  niepotrzebnego  narażania  się  na 
niebezpieczeństwo.  Mógł  im  powierzyć  to  zadanie  bez 
skrupułów,  albowiem  były  to  prawdziwe  dzieci  tego 
dziewiczego kraju, które wzrosły wśród niebezpieczeństw i nie 
przestraszyłyby  się  nawet  samego  „Ducha  Pampasów”  we 
własnej osobie. 

Peonowie zarzucili karabiny na plecy i ruszyli w drogę z tą 

beztroską  pewnością  siebie,  która  cechuje  mieszkańców 
pampasów. Gdy dojechali do łąki, na której sir Allan przeżył 
okropną przygodę, znaleźli ślady Indian. 

W  owej  chwili  zachowanie  czterech  jeźdźców  zmieniło  się 

zupełnie. Zachowując najgłębsze milczenie, jechali dalej lekko 
pochyleni  w  siodle,  z  ręką  na  zamku  karabinów.  Ich  czarne, 
błyszczące  oczy  śledziły  wszystko  bacznie  dokoła,  a  uszy 
chwytały najlżejsze szmery. 

Wjechać  konno  w  gęstwinę  leśną  nie  wydawało  im  się 

roztropną i odpowiednią rzeczą, albowiem w lesie znaleźliby w 
najlepszym  razie  tylko  nieliczne  i  ledwo  widoczne  ścieżyny, 
wydeptane  przez  Indian;  dlatego  też  po  naradzie  postanowili 
parami w lewo i w prawo objechać ten kawał boru, gdzie znikli 
napastnicy sir Allana. 

W  otwartym  polu,  gdzie  byli  pewni  szybkości  swych 

rumaków  i  celności  swych  karabinów,  nie  potrzebowali  się 
obawiać  napadu  czerwonoskórych.  Gdyby  Indianie  odważyli 
się  ich  napaść,  licząc  na  swoją  przewagę  i  zmusili  ich  do 

background image

odwrotu mogliby w przeciągu pół godziny galopem wrócić do 
obozowiska  —  bo  gdzieżby  kiedykolwiek  peon  zbłądził  w 
stepie pod otwartym niebem! 

Stało  się  tak,  jak  jeźdźcy  przypuszczali.  Gdy  po  upływie 

dwóch  godzin  znów  się  zjechali  na  końcu  lasu,  oznajmili  ci 
dwaj peonowie, którzy objechali wschodnią stronę boru, że na 
krótko, przed spotkaniem natknęli się na wyraźne ślady stóp. 

Wszyscy czterej niezwłocznie pojechali tam razem i zbadali 

uważnie  odciski  licznych  nóg.  Większość  ich  była  świeżego 
pochodzenia i mówiła wyraźnie, że tędy spiesznie uchodziła na 
północ  większa  ilość  dzikich.  Liczba  Indian  wynosiła 
pięćdziesiąt głów do stu. Przy dokładnym badaniu znaleziono 
starsze odciski stóp, pochodzące sprzed dwóch lub trzech dni, 
ale zwrócone w przeciwnym kierunku. 

Czterej  jeźdźcy  zrozumieli  natychmiast  znaczenie  tych 

śladów Indianie przed kilku dniami zbliżyli się do obozu, bez 
wątpienia,  aby  w  nocy  urządzić  napad.  Sposobność  do  tego 
nadarzyła  się  im  prędko  wskutek  nieostrożności  sir  Allana,  a 
osoba jego byłaby dla nich bez wątpienia nader cennym łupem. 
Zamiar ich jednak spełznął na niczym wskutek pojawienia się 
„simarrone”. Czerwonoskórzy obawiali się prawdopodobnie że 
biali będą ich natychmiast ścigać i mścić się, dlatego też uciekli 
na północ. 

Teraz  należało  zbadać,  czy  Indianie  tego  dnia  jeszcze 

obozowali,  czy  też  uciekli.  Peonowie  wbili  ostrogi  w  boki 
swych koni i galopem popędzili na północ. 

Leżąca przed nimi preria nie miała prawie żadnych zarośli. 

Tu  i  ówdzie  tylko  rosły  większe  krzewy.  Dopiero  po 
dwugodzinnej  jeździe  wyłoniła  się  przed  nimi  ciemna  linia, 
zwiastująca większe zarośla. 

Gdy  jeźdźcy  dotarli  do  tych  zarośli,  spostrzegli,  że  ślady 

dzikich  rozdzielają  się  na  pojedyncze,  które  zbiegają  się  pod 
gęstą  i  zbitą  ścianą  boru.  Te  znaki  przekonały  peonów,  że 

background image

Indianie  tym  razem  istotnie  zaprzestali  nieprzyjacielskich 
kroków  i  wrócili  do  swojej  „tolderie”  (wsi).  W  przeciwnym 
bowiem razie z pewnością rozbiliby obóz tutaj na skraju lasu. 

Ponieważ  słońce  zniżyło  się  tymczasem  mocno  ku 

zachodowi,  wywiadowcy  postanowili  wrócić  do  swoich. 
Ruszyli  prosto  w  kierunku  zachodniego  brzegu  lasu  i  mijali 
właśnie  niewielkie  zarośla,  leżące  mniej  więcej  w  odległości 
stu  metrów,  gdy  wtem  ich  czujne  konie  poczęły  zdradzać 
niepokój, jak gdyby zwietrzyły w pobliżu niebezpieczeństwo. 
Jeźdźcy wzięli natychmiast w ręce karabiny, gotowe do strzału. 
Trzej  z  nich  zatrzymali  się  w  miejscu,  czwarty  natomiast 
ostrożnie zbliżył się do gęstwiny, aby zbadać, co spowodowało 
niepokój koni. 

Zamierzał  właśnie  uchylić  gałęzie,  gdy  nagle  po  drugiej 

stronie  wyskoczyła  z  zarośli  jakaś  ciemna  postać,  która 
ogromnymi  susami  poczęła  biec  do  pobliskiego  lasu.  Bez 
wątpienia  był  to  szpieg  indiański  który  spodziewał  się,  że 
będzie mógł stąd spokojnie obserwować ruchy nieprzyjaciół. 

Na widok umykającego Indianina pojawił się uśmiech pełen 

zadowolenia na twarzach peonów. Jeden z nich wydobył spod 
siodła  swe  „bola”,  zakręcił  nimi  kilkakrotnie  ponad  głową  i 
rzucił na Indianina. Dokładnie w tym miejscu, w które celował 
bola, okręciły się dokoła nóg uciekiniera. Czerwonoskóry runął 
na trawę i nie podniósł się już więcej. 

Peonowie  ruszyli  ku  niemu,  chcąc  go  schwytać.  Nagle  w 

pobliskim  lesie  rozległo  się  ogłuszające  wycie  i  z  ciemnych 
głębin  wyłoniła  się  ogromna  horda  Indian,  uzbrojonych  w 
dzidy  i  łuki.  Bez  wątpienia  mieli  zamiar  ocalić  swego 
towarzysza od niewoli. 

Peonowie  zrozumieli,  że  teraz  trzeba  szybko  działać,  jeśli 

chcą  jeńca  schwytać.  Ale  przyzwyczajeni  do  tego  rodzaju 
wypadków  nie  stracili  zupełnie  zimnej  krwi.  Dwaj  z  nich 
rzucili  się  w  stronę  Indian,  aby  powstrzymać  ich  na  chwilę 

background image

szybkim ogniem karabinowym. Istotnie — udało im się to. Ten 
lub  ów  runął,  brocząc  krwią,  inni  padli  na  ziemię,  aby 
przyczołgać  się  w  stronę  czterech  jeźdźców  pod  osłoną 
wysokiej trawy. 

Tymczasem  dwaj  inni  peonowie  związali  swoje  „caronas” 

(skórzane  koce),  tak,  że  wyglądały  jak  hamak  okrętowy,  po 
czym  przymocowali  je  między  siodłami  swoich  koni. 
Następnie  gwizdnęli  na  dwóch  pozostałych  towarzyszy,  a  ci 
zbliżyli się, zeskoczyli z koni na ziemię, związali rzemieniami 
nieprzytomnego  jeńca  i  umieścili  go  na  skórzanych  kocach. 
Wskoczywszy na siodła, wszyscy czterej pomknęli galopem w 
południowym kierunku. 

Wprawdzie Indianie natychmiast zerwali się na równe nogi i 

posłali  strzały  za  uciekającymi,  lecz  odległość  już  była  zbyt 
wielka.  Chcąc  nie  chcąc  musieli  szpiega  pozostawić  w  mocy 
białych. 

Około  północy  przybyli  do  obozowiska.  Doktor,  któremu 

niepokój spędzał sen z powiek, wyszedł naprzeciw nich i był 
niezmiernie  zdumiony,  gdy  peonowie  rzucili  mu  jeńca  pod 
nogi. Doktor pochwalił dzielnych jeźdźców za ich śmiałość, a 
gdy wysłuchał raportu, rzekł: 

— Niepotrzebnie  narażaliście  się  na  niebezpieczeństwo  z 

powodu  tego  człowieka.  Nie  jest  on  wcale  tak  wybitną 
osobistością, abyśmy go mogli użyć jako cennego zakładnika. 
Będzie dla nas tylko ciężarem. 

— O,  senior  —  rzekł  najstarszy  spośród  peonów  — 

sądziliśmy,  że  ten  jeniec  nam  wyjaśni,  co  jego  towarzysze 
knują przeciwko nam. 

— Nie sądzę, byśmy zdołali coś z niego wydobyć — odparł 

doktor. — Zaciętość Indian jest znana… 

— Jeśli pan pozwoli, my go już poprosimy, aby przemówił 

— rzekł jeden z peonów. 

— Za żadną cenę — poważnie odparł doktor. 

background image

Nieustanna, krwawa wojna, którą w tych okolicach od setek 

lat toczyli biali z czerwonoskórymi, z biegiem czasu rozogniła 
obustronną nienawiść do tego stopnia, że wrogowie nie cofali 
się  nawet  przed  najstraszniejszym  okrucieństwem.  Często 
zdarzały się wypadki torturowania bezbronnych pod wpływem 
żądzy zemsty, czego zresztą po stronie białych usprawiedliwić 
nie można. 

Doktor  wiedział  o  tym  doskonale,  toteż  pragnął  swoim 

ludziom  wyjaśnić,  że  pod  żadnym  warunkiem  nie  ścierpi  w 
swoim obozie tego rodzaju zajść. Z tego też powodu kazał na 
razie  między  kołami  wozu  przywiązać  jeńca,  który  w 
międzyczasie  oprzytomniał.  Peonowie  nakarmili  znużone 
konie, następnie napoili je, po czym położyli się przy nich na 
dobrze zasłużony spoczynek. 

Gdy  nazajutrz  rano  poczęto  badać  jeńca,  okazało  się,  że 

doktor miał słuszność. Indianin miał hardą minę i nie wyrzekł 
ani jednego słowa, chociaż doktor przy pomocy tłumacza pytał 
go  w  językach  Quichua,  Chiriguano  i  Guaicuru.  Ustawiono 
zatem przy nim straż i przestano się o niego troszczyć. 

Ponieważ  zachodziła  obawa,  że  Indianie  będą  się  starali 

uwolnić  swego  szpiega  z  niewoli  u  białych,  przeto  doktor 
następnego  dnia  wysłał  kilku  jeźdźców  na  zwiady,  lecz  ci 
wrócili  niebawem  i  powiedzieli,  że  nigdzie  nie  znaleźli 
podejrzanych śladów. 

background image

R

OZDZIAŁ 

VI 

J

AŚ NA KRZYWEJ DRODZE

 

 
Sir  Allan  wypoczywał  tymczasem  na  miękkim  legowisku, 

pielęgnowany na przemian przez swego Johna lub przez Jasia. 
Gdy  się  podniósł  wreszcie  z  łoża  boleści  i  po  raz  pierwszy 
zszedł z wozu, podziękował byłemu austriackiemu żołnierzowi 
tak  wymownym  uściskiem  dłoni,  że  ten  aż  podskoczył  z 
radości  i  począł  szukać  odtąd  sposobności,  aby  zacnemu 
Anglikowi okazać swą wdzięczność. 

Jaś  zauważył  doskonale,  jakie  uczucia  ukrywa  Mr  Bopkins 

dla  sir  Allana  pod  maską  niewzruszonej  powagi.  Ile  razy 
przechodził koło jankesa, ściskał pięści w kieszeniach spodni, 
gdyż otwarcie nie miał odwagi wystąpić. Zarazem poprzysiągł 
sobie w duchu, że mu sowicie wynagrodzi tę wstępną radość z 
cudzej  niedoli,  nie  narażając  przy  tym  wcale  swojej  własnej 
osoby na szwank. 

Jaś  należał  do  tych  osób,  które  w  Wiedniu  noszą  nazwę 

„dobrych ziółek”. Osoby te lubią niezmiernie płatać przeróżne 
figle  i  psikusy”.  Chociaż  Jaś  posiadał  pełne  zaufanie  swego 
pana i starał się go na każdym kroku zadowolić, to jednak teraz, 
gdy  jankes  prześladował  sir  Allana,  postanowił  się  zemścić, 
choćby miał ściągnąć na siebie gniew dra Bergmana. 

Niedługo  czekał  na  sposobność.  W  Ameryce  Południowej 

żyje pewien gatunek drobnych, lecz bardzo kąśliwych mrówek, 
które  tam  nazywają  „arrieros”.  Mrówki  te  pojawiają  się 
zazwyczaj w wilgotnej porze roku i znikają natychmiast, skoro 
nadejdzie  sucha  pora  lub  gdy  ludzie  zaczną  uprawiać  dany 
obszar  ziemi.  Niekiedy  budzi  się  w  nich  pęd  do  wędrówki  i 
wówczas łączą się w olbrzymie gromady i biada temu domowi, 
który leży na ich drodze. Z niesamowitą żarłocznością niszczą 
w  mgnieniu  oka  wszystko,  co  się  da  pożreć.  Nawet  drób  na 

background image

podwórzu nie jest bezpieczny przed ich mocnymi  szczękami. 
Mieszkańcy  napadniętego  „rancho”  starają  się  jak  najprędzej 
usunąć  z  drogi  małym,  brunatnym  wrogom,  bo  wiedzą 
doskonale,  że  wszelka  walka  z  nimi  jest  daremna  i  że  ciągle 
będą się pojawiały nowe roje, jak gdyby wyrastały spod ziemi. 

Dla  usprawiedliwienia  Jasia  musimy  dodać,  że  nie  znał  on 

zjadliwości  „arrieros”,  lecz  uważał  je  za  równie  niewinne 
żyjątka, jak europejskie mrówki. Dlatego też w dniu, w którym 
sir  Allan  poczuł  się  zdrowy,  napełnił  kieszeń  swego  surduta 
miałkim cukrem i udał się do lasu z tajemniczym uśmiechem na 
ustach. 

Niedługo szukał. Czuć było zbliżającą się mokrą porę roku 

po wilgoci w powietrzu, która w postaci obfitej rosy osiadła na 
roślinach  w  nocy.  Także  i  mrówki  odczuły  zmianę  w 
przyrodzie i ocknęły się ze snu letniego, który je obezwładnił 
na  długie  miesiące.  Bystre  oczy  Jasia  spostrzegły  wkrótce 
wejście do ogromnego mrowiska i jego małych mieszkańców 
kręcących się we wszystkich kierunkach. 

Na ten widok Jaś Mrugnął z zadowoleniem oczami, wydobył 

scyzoryk  i  zrobił  nim  mały  otwór  w  kieszeni,  tak,  że  cukier 
mógł się cienką strugą wysypywać na ziemię. Następnie wrócił 
do  obozowiska,  gdzie  usiadł  na  dyszlu  wozu  Mr  Bopkins  i 
czekał  tak  długo,  dopóki  cukier  zupełnie  się  nie  wysypał.  W 
końcu  z  niewinną  miną  przystąpił  do  swoich  codziennych 
zajęć, jako kucharz ekspedycji. 

Trzeba zaznaczyć, że Mr Bopkins twierdził, że absolutnie nie 

może spać na gołej ziemi, chociaż za młodu spędził wiele nocy 
w  cyrku  między  kopytami  koni,  powierzonych  jego  pieczy. 
Doktor  i  inni  panowie  wraz  z  peonami  spali  na  ziemi,  pod 
gołym  niebem,  ponieważ  tutaj,  w  wielokilometrowym 
oddaleniu od bagien i moczarów, nie było moskitów, dlatego 
też  spoczynek  nocny  na  wolnym  powietrzu,  był  daleko 

background image

przyjemniejszy,  niż  w  dusznym  wozie,  zbudowanym,  jak 
wagon kolejowy. 

Mr  Bopkins  oświadczył,  że  tego  rodzaju  spoczynek  jest 

godny  chamów  i  absolutnie  nie  da  się  pogodzić  z 
dostojeństwem 

pełnomocnika 

South–American–Railway–Company.  Dlatego  też  wóz  swój 
zamienił na pewnego rodzaju wędrowny dom na kołach. Tutaj 
mógł  swobodnie  spoczywać  na  miękkich  poduszkach  i 
spożywać w ukryciu smakołyki, ciastka i likiery. To łakomstwo 
miało się na nim zemścić. Jak przewidział Jaś, mrówki odkryły 
niebawem ślad cukru na trawie i poczęły się posuwać naprzód 
tą  słodką  ścieżyną.  Gdy  mężczyźni  zabawiali  się  wesołą 
rozmową  przy  ognisku,  małe,  zjadliwe  stworzonka,  nie 
zauważone przez nikogo, dotarły do wozu jankesa. Ich instynkt 
obudził  się.  W  niedługim  czasie  zwietrzyły  nagromadzone  w 
wozie słodycze. Poczęły się natychmiast wdrapywać po kołach 
i  zwisających  linach,  na  koniec  spadły  na  liczne  pakiety, 
których  zawartość  nie  mogła  się  długo  opierać  ich  mocnym 
szczękom.  Co  więcej,  przegryzły  nawet  korki  flaszek  z 
likierem. 

Mr Bopkins nadszedł niebawem, wdrapał się na swój wóz, po 

czym położył się na legowisku. Po ciemku wyciągnął rękę po 
flaszkę  ze  słodkim  likierem,  która  stała  w  kącie  na  małej 
deszczułce.  Ledwie  ją  przyłożył  do  warg,  gdy  nagle  usta  i 
gardło  zaczęło  go  palić,  jak  ogniem.  Ten  ogień  lotem 
błyskawicy  rozlał  się  po  całej  szczęce  i  szyi.  Jankes  z 
wrzaskiem trwogi rzucił flaszkę na ziemię. 

Jak  gdyby  to  było  umówionym  znakiem  do  szturmu,  setki 

tysięcy innych mrówek rzuciły się na pożałowania godnego Mr 
Bopkinsa, który począł skakać i rzucać się jak szalony. Mrowie 
podrażnionych  żyjątek  biegało  po  całym  jego  ciele,  kłując  i 
gryząc gdzie tylko mogły. 

background image

Krzyk  zwabił  ludzi,  którzy  nadbiegli  z  płonącymi 

pochodniami  i  latarniami.  Gdy  peonowie  spostrzegli,  jacy 
nieprzyjaciele  zaatakowali  jankesa,  natychmiast  zaprzęgli 
konie do wozów i popędzili spiesznie na północ. Zatrzymali się 
po pięciu minutach i rozbili nowy obóz. 

Na  dawnym  miejscu  pozostał  wóz  jankesa,  tudzież  dr 

Bergman  z  innymi  osobami.  Europejczycy  chcieli  wejść  do 
wozu i podać pomocną rękę Mr Bopkinsowi, lecz Don Rocca i 
pułkownik Iquite powstrzymali ich słowami: 

— Proszę tego nie czynić! Pan musiałby, podzielić los senora 

Inglesa  i  nie  przyniósłby  mu  pan  najmniejszej  ulgi  w 
cierpieniu.  Powiedz  mu  pan  raczej,  by  wyskoczył  z  wozu  i 
tarzał  się  po  trawie  tak  długo  dopóki  wszystkich  swoich 
dręczycieli nie rozgniecie. Innego sposobu nie ma. 

Mr Bopkins nie kazał sobie dwa razy powtarzać tej rady i po 

pięciu minutach mógł już lżej odetchnąć. Także inni musieli się 
trzymać  w  przyzwoitym  oddaleniu  od  nieszczęsnego  wozu, 
gdyż  rozsrożone  mrówki  po  ucieczce  jankesa  poczęłyby  ich 
atakować.  Obaj  Hiszpanie  opowiedzieli  im  potem  rozmaite 
nieprawdopodobne  wprost  historie  o  domach  napadniętych 
przez wędrowne mrówki. 

— Lecz  w  jaki  sposób  wypędzimy  nieproszonych  gości  z 

wozu? — spytał na koniec dr Bergman. — Przecież go tu nie 
pozostawimy? 

— Musimy poczekać — odparł pułkownik Iquite — dopóki 

„arrieros” same dobrowolnie nie odejdą. Stanie się to na pewno 
wówczas, gdy już nic nie będą miały do zjedzenia. Senor Ingles 
musi sobie to nieszczęście sam przypisać, ponieważ zabrał ze 
sobą  mnóstwo  słodyczy,  a  zmysł  węchu  u  tych  owadów  jest 
niesłychanie rozwinięty. 

— Hm — pomyślał sobie doktor — ten wypadek wydaje mi 

się  dziwny.  Wozimy  przecież  z  sobą  ogromną  ilość  środków 
żywnościowych,  a  niektóre  mają  daleko  silniejszą  woń  niż 

background image

cukierki  i  likiery  Mr  Bopkinsa.  Dlaczego  mrówki  wybrały 
właśnie jego wóz? 

Nie  miał jednak czasu do dalszego zastanawiania się,  gdyż 

trzeba było zająć się Mr Bopkinsem, który podniósł się z trawy 
jęcząc  i  biadając  z  bólu.  Towarzysze  podróży  ujęli  go  pod 
ramiona  i  zaprowadzili  do  obozowiska  peonów.  Sir  Allan 
zapomniał  o  waśni  i  zaopiekował  się  szarym  cylindrem 
jsCnkesa,  o  którym  właściciel  zupełnie  zapomniał  w 
nieszczęściu. 

W obozie wydobył doktor flaszeczkę z amoniakiem i natarł 

Mr  Bopkinsowi  całe  ciało,  co  mu  przyniosło  znaczną  ulgę. 
Następnie  przygotowano  mu  posłanie  z  miękkich  skór.  Lecz 
minął długi czas, zanim swędzenie ustało i jankes mógł oddać 
się błogiemu spoczynkowi. 

Tymczasem  figlarnego  Jasia  dręczyły  okrutne  wyrzuty 

sumienia; z całego serca żałował swego nierozważnego kroku. 
Gdy  ujrzał  paniczną  ucieczkę  peonów  i  gdy  zrozumiał 
przyczynę tej ucieczki, wówczas byłby chętnie wziął na siebie 
cierpienia jankesa. Lecz to nie było możliwe. Musiał grać rolę 
bezczynnego widza, jeśli nie chciał się niepotrzebnie zdradzić. 
W skrytości serca poprzysiągł sobie, że przy pierwszej lepszej 
sposobności stokrotnie wynagrodzi Mr Bopkinsowi te straszne 
cierpienia. 

background image

R

OZDZIAŁ 

VII 

P

OWAŻNE SKRUPUŁY

 

 
W  następnych  dniach  wykonano  cały  szereg  zdjęć  i 

pomiarów. Kolumna posuwała się tymczasem powoli naprzód. 
Doktor znów wzbił się w przestworza balonem, lecz nie odkrył 
żadnych  godnych  uwagi  przeszkód  w  kierunku  marszu.  Na 
przemian rozciągały się lasy i  płaskie równiny, lecz zarówno 
bory  jak  i  łąki  powoli  przywdziewały  zielone  szaty  pory 
deszczowej. 

Nie napotkano nigdzie ani śladu Indian. Doktor dziwił się, że 

krajowcy, którzy nie obawiają się kilkutygodniowych marszów 
i  setki  razy  narażają  swoje  życie,  aby  zanieść  do  ojczyzny 
zwłoki towarzysza, poległego na obczyźnie, teraz nie starają się 
wcale  uwolnić  z  niewoli  u  białych  schwytanego  szpiega, 
chociaż  z  uwagi  na  bogato  utatuowane  ciało,  musiał  to  być 
znakomity  wojownik  lub  może  nawet  i  kacyk.  Ponieważ 
peonowie,  pilnie  wyjeżdżający  na  zwiady,  także  nie  odkryli 
niczego  podejrzanego,  dlatego  też  nikt  nie  żywił  obawy  o 
bezpieczeństwo karawany. Lecz miało się okazać, że podróżni 
byli w błędzie. W dniu, w którym balon wzbił się w powietrze 
rozbito  obóz  u  skraju  lasu,  zarosłego  gęstymi  krzakami, 
ponieważ  tutaj  trawa  była  bujniejsza,  niż  na  otwartym 
pampasie  i  lepiej  smakowała  koniom.  Prócz  tego  mężczyźni, 
nie  biorący  udziału  w  pomiarach,  mogli  pod  gęstą  koroną 
drzew  znaleźć  osłonę  przeciw  palącym  promieniom  słońca, 
które tego dnia bardziej piekło niż kiedykolwiek. 

Następnej nocy — mogła być wówczas trzecia godzina nad 

ranem  —  zbudził  uśpionych  znienacka  alarmowy  strzał 
jednego  z  peonów,  po  którym  rozległ  się  przeraźliwy  krzyk 
bojowy Indian. 

background image

Wszyscy chwycili za broń i ruszyli bronić obozu, tymczasem 

doktor rozniecił duże ognisko. Płomienie jaskrawymi blaskami 
rozświetlały  dokoła  ciemności,  więc  biali  mogli  zobaczyć,  z 
której strony następuje atak wrogów. 

Prawdopodobnie  przyczołgali  się  oni  w  nocy  aż  do  brzegu 

lasu  i  teraz  usiłowali  śmiałym  napadem  zawładnąć  obozem, 
licząc  zarazem  na  przerażenie,  które  musi  owładnąć  białymi 
przy tak niespodzianym ataku. 

Istotnie,  wozy  z  jednej  strony  były  zanadto  przysunięte  do 

zarośli;  tylko  dlatego,  że  peonowie  mimo  ciemności 
instynktownie  tutaj  się  zbiegli,  mogli  stawić  silny  opór 
napastnikom.  Bitwa  przybrałaby  gorszy  obrót,  gdyby  z  tyłu 
napadł na obóz drugi, silniejszy oddział Indian. 

Z tego też powodu dr Bergman spiesznie wskoczył do wozu, 

na  którym  znajdował  się  karabin  maszynowy.  Nacisnął 
dźwignię  i  wieżyczka  pancerna  natychmiast  podniosła  się  o 
dwa  metry  w  górę,  tak,  że  doktor,  siedząc  wewnątrz  mógł 
widzieć całe pole bitwy, jak na dłoni. 

Nastąpiło to, czego się obawiał. Oddział Indian, w sile około 

dwudziestu  ludzi,  przeciął  po  stronie  południowej  liny  i 
rzemienie, którymi wozy były związane, odsunął dwa z nich na 
bok, po czym z dzikim i przeraźliwym wrzaskiem wtargnął do 
wnętrza obozowiska. 

Sir Allan wraz z Jasiem nadbiegł natychmiast. Obaj poczęli 

ostrzeliwać  napastników  z  karabinów.  Tymczasem  Indianie 
mieli czas uwolnić swego towarzysza z niewoli, lecz musieli za 
to ciężko zapłacić, gdyż z wieży pancernej spadł na nich istny 
grad  pocisków,  któremu  by  się  nie  oparł  nawet 
dziesięciokrotnie liczniejszy oddział europejskich żołnierzy. 

Indianie umknęli z szybkością błyskawicy, zabierając ze sobą 

rannych,  po  czym  połączyli  się  z  towarzyszami  swoimi, 
walczącymi po drugiej stronie. Lecz i ci rzucili się do panicznej 
ucieczki,  gdy  karabin  maszynowy  począł  ich  ostrzeliwać.  Dr 

background image

Bergman  zadowolił  się  tym,  ponieważ  brzydził  się 
niepotrzebnym  rozlewem  krwi  i  pragnął  go  o  ile  możności 
uniknąć. 

Peonowie rozumowali w sposób mniej ludzki i poczęli ścigać 

uciekających nieprzyjaciół. Lecz las był oddalony najwyżej o 
sto kroków, dlatego też ledwie Indianie zniknęli wśród gałęzi. 
Zrozumieli,  że  przedłużanie  walki  narazi  ich  tylko 
niepotrzebnie  na  niebezpieczeństwo.  Po  chwili  wrócili  do 
obozu i  wśród rozmaitego rodzaju przekleństw przystąpili  do 
naprawy przełamanego wału obronnego. 

Gdy  zauważyli  ucieczkę  jeńca,  na  nowo  w  ich  sercach 

zawrzała żądza zemsty, a doktor z trudem zdołał zapobiec, by 
nie popełnili nowego głupstwa. Nawet don Rocca i pułkownik 
byli bardzo rozsrożeni. 

— Ja,  przeciwnie,  panowie,  jestem  bardzo  uradowany  — 

rzekł doktor — żeśmy się szczęśliwie pozbyli tego człowieka i 
że nikt z nas nie odniósł poważniejszej rany. Pilnowanie jego 
było bardzo kłopotliwe, więc nieraz zastanawiałem się nad tym, 
czy  by  go  nie  uwolnić.  Zachowywał  się  tutaj,  jak  człowiek 
głuchy i niemy, toteż nie przedstawiał dla nas żadnej istotnej 
wartości. 

— Mógłby  się  nam  przydać  jako  zakładnik  —  rzekł 

pułkownik.  —  Musiał  należeć  do  dostojników  swego 
plemienia, czego dowodzi choćby ta okoliczność, że inni z taką 
pogardą śmierci narażali się dla jego ocalenia. 

— Temu  nie  przeczę  —  rzekł  doktor  —  lecz  ponieważ  nie 

znaliśmy  jego  znaczenia,  zatem  nie  mogliśmy  z  tego  mieć 
korzyści. 

Trzej  panowie  rozeszli  się.  Ponieważ  peonowie  wkrótce 

ukończyli pracę, w obozie zapanował zaraz spokój, którego aż 
do rana nic nie zakłóciło. 

Gdy wzeszło słońce, doktor wysłał połowę swoich peonów, 

aby  śledzili  Indian  w  okolicy.  Gdy  wywiadowcy  wrócili 

background image

wieczorem,  donieśli,  że  Indianie  także  i  tym  razem,  jak  sir 
Allan przypuszczał, bez zatrzymania się uciekli w północnym 
kierunku. 

Ponieważ inżynierom przy topograficznych zdjęciach zawsze 

towarzyszyło kilku peonów, którzy służyli im jako strażnicy i 
pomocnicy,  przeto  tego  dnia  pomiarów  nie  dokonywano,  bo 
obóz i tak był prawie pusty wskutek wysłania wywiadowców. 

Doktor wykorzystał tę pauzę w ten sposób, że skontrolował 

dotychczasowe zdjęcia i obliczenia. Zarazem zwrócił uwagę na 
pewną  okoliczność,  która  mogła  wywołać  rozdźwięki  i 
nieporozumienia wśród członków wyprawy. 

Granica  między  Boliwią  i  Paragwajem  nie  była  jeszcze 

definitywnie  ustalona,  chociaż  sprzeczano  się  z  tego  powodu 
już  od  pięćdziesięciu  lat.  Geografowie  przyjmują  na  swoich 
mapach  jako  granicę  albo  szerokość  Rio  Apa  (22°  5’  szer. 
połudn.) albo linię, która łączy Fuerte Olimpo na Rio Paragwaj 
z pewną wysepką na Rio Pilcomayo, dwadzieścia kilometrów 
poniżej Fuerte Campero. 

Ta  linia  przecina  sześćdziesiąty  stopień  długości  także  pod 

22°5’. Lecz Paragwaj  wystąpił nagle z pretensjami do całego 
Gran Chaco Boreal aż do gór pomiędzy Sta. Cruz delia Sierra i 
Santiago  w  poblidla  pułkownika  Iquite  lub  dla  jego 
przełożonych dowodem, iż rezygnują z pretensji mego kraju do 
Gran Chaco. 

— Pułkownik  Iquite  jest  „caballero”  —  rzekł  doktor.  — 

Jestem najmocniej przekonany, że jeśli mu wyjawimy pańskie 
skrupuły, wówczas znajdzie się taki środek zaradczy, że ani pan 
ani pański rząd szkody nie poniesie. 

Don Rocca zgodził się na to. Obaj panowie udali się zatem do 

pułkownika Iquite, który ich słów uważnie wysłuchał, a potem 
rzekł: 

background image

— Zgadzam  się  na  pański  powrót,  don  Rocca,  przy  czym 

zaznaczam,  że  obecnie  stan  układów  w  sprawie  Gran  Chaco 
między naszymi rządami nie będzie naruszony. 

— Czy  mogę  poprosić  pana,  abyśmy  w  tym  celu  spisali 

protokół? — spytał don Rocca. 

— Oczywiście. Lecz musi mi pan ze swej strony dać pisemne 

oświadczenie, że Paragwaj nie zyska żadnych uprawnień, gdy 
pan  potem  przyjdzie  nam  na  pomoc  z  silnym  oddziałem 
uzbrojonych jeźdźców. 

— Wątpię bardzo, czy mój rząd uzna za słuszny tego rodzaju 

krok z mej strony. Lecz w interesie ekspedycji wezmę na siebie 
za to odpowiedzialność. 

Spisano  oba protokoły,  które  jako  świadkowie  podpisali dr 

Bergman, sir Allan i Mr Bopkins. Następnie don Rocca wybrał 
peona, który miał mu towarzyszyć w drodze, a następnego dnia 
rano odjechał w południowym kierunku. 

Dr Bergman spędził cały ten dzień aż do wieczora w balonie, 

aby obserwować odjazd towarzysza podróży. Prócz tego liczył 
także  na  wrażenie,  jakie  balon  musi  wywierać  na  Indianach. 
Bez  wątpienia  czerwonoskórzy  musieli  go  uważać  za 
przerażającego potwora, gdyż trwożliwie kryli się w lasach tak 
długo, jak długo unosił się w przestworzach powietrznych. 

background image

R

OZDZIAŁ 

VIII 

W

ALKA Z MAŁPAMI

 

 
Mr Bopkins od czasu przygody z mrówkami popadł w czarną 

melancholię.  Czy  przygnębiło  go  tyle  nieszczęść,  tak  szybko 
następujących po sobie, czy ukąszenia zjadliwych owadów tak 
fatalnie  podziałały  na  jego  system  nerwowy,  czy  też  żałował 
tak  boleśnie  utraty  słodkich  likierów  i  smakołyków  —  nie 
wiadomo — dość, że dał spokój swoim protestom, cofnął się w 
zacisze  samotności  i  nie  troszczył  się  o  to,  co  się  dzieje  w 
obozie. Nawet napad Indian nie wywabił go z wozu. 

W  dniu,  w  którym  odjechał  don  Rocca,  podjęto  na  nowo 

prace przy pomiarach; peonowie znów wyjechali na zwiady i 
oznajmili,  że  w  najbliższej  okolicy  nie  ma  Indian,  więc  Mr 
Bopkins  zdecydował  się  wyjść  na  przechadzkę.  To  była 
pierwsza  oznaka,  że  czarna  melancholia  jankesa  zaczyna 
ustępować. 

Wolnym krokiem szedł pampasem, nasunąwszy sobie szary 

cylinder głęboko na czoło. Wszedłszy do cichego gaiku, usiadł 
sobie  w  idyllicznym  miejscu,  w  cieniu  olbrzymiej  palmy. 
Dzień  był  duszny,  a  chłód  pod  dachem  liści  działał  tak 
orzeźwiająco, że Mr Bopkins sam nie wiedział, kiedy zapadł w 
głęboki sen. 

Ów lasek był szczególnie bogaty w palmy i algaroby, których 

owoce służą za jedyny pokarm wielu zwierzętom. Znajdowało 
się  również  tutaj  mnóstwo  wielkich  i  małych  małp,  które 
bardzo rzadko widywały ludzi. 

Wprawdzie  małpy  i  ich  nieodłączne  towarzyszki, 

wielobarwne  papugi,  oniemiały  ze  zdumienia,  gdy  jankes 
wkroczył  do ich spokojnego królestwa, lecz  gdy nieproszony 
gość nie zdradzał wojowniczego usposobienia, zarówno małpy 

background image

jak  i  papugi  znów  odzyskały  werwę.  Tu  i  ówdzie  rozległ  się 
chrapliwy okrzyk małpy lub skrzeczenie papugi. 

To  były  ostatnie  głosy,  które  Mr  Bopkins  usłyszał,  zanim 

słodko  zasnął.  Gdyby  przeczuł, co  niebawem  miało  nastąpić, 
byłby  się  strasznie  oburzył  na  sposób  postępowania 
czwororękich  obywateli  Ameryki  Południowej  wobec 
pełnomocnika South–American–Railway–Company. 

Małpy  nie  były  wcale  przerażone,  lecz  prawdopodobnie 

uważały  czcigodnego  Mr  Bopkinsa  za  okaz  szczególnie 
wielkiej  i  nigdy  nie  widzianej  małpy,  którą  obserwowały  z 
rosnącą  ciekawością.  Jak  gdyby  tajemniczym  nakazem 
przywołane zeszły się ze wszystkich zakątków lasku i usiadły 
gęsto  na  gałęziach  okolicznych  drzew  oraz  na  wachlarzach 
palm, tak, że te zginały się aż do ziemi, nie mogąc unieść tak 
wielkiego ciężaru. 

Przez dłuższy czas małpy gwarzyły i chichotały między sobą, 

aż  wreszcie  pewien  stary  i  silny  „edjeati”  (gatunek  małpy) 
zebrał się na odwagę i zeskoczył z gałęzi na ziemię. Przycupnął 
o pięć kroków od jankesa, przypatrując mu się z taką głęboko 
poważną  miną,  jak  gdyby  był  królem  Edypem  i  usiłował 
rozwiązać zagadkę Sfinksa. Równocześnie naśladował jankesa, 
który we śnie ustawicznie kiwał głową; niekiedy obaj składali 
głęboki ukłon, a wtedy w szeregach małp, rozlegał się śmiech, 
pełen zadowolenia, jak gdyby cieszyły się z tego powodu, że 
ich  przedstawiciel  tak  doskonale  się  porozumiewa  z 
przedstawicielem South–American–Railway–Company. 

Na  koniec  staremu  „edjeati”  wydała  się  tego  rodzaju 

wymiana  myśli  zbyt  monotonna;  zarazem  szczególne 
zaciekawienie  wzbudził  w  nim  przedmiot,  który  nieznajomy 
nosił na głowie. Przysunął się ostrożnie, zdjął delikatnie szary 
cylinder z głowy uśpionego, po czym szybkim ruchem włożył 
na  własną  dostojną  głowę.  Mr  Bopkins,  w  błogim  śnie 
pogrążony, nic o tym zdarzeniu nie wiedział, chociaż wszystkie 

background image

małpy  podniosły  głośny  wrzask  radości  na  widok  wielkiej 
zdobyczy najstarszego członka stada. 

Lecz  „edjeati”  nie  dzielił  wcale  zapału  swoich  towarzyszy. 

Cylinder  zsunął  się  mu  przez  uszy  aż  na  szyję  i  pozbawił 
widoku światła dziennego, dlatego też zdjął go czym prędzej, a 
ponieważ na razie nie umiał go inaczej użyć, przeto usiadł na 
nim, jak na krześle. Lecz cylinder nie ucieszył się tym wcale. Z 
głębokim  westchnieniem  skurczył  się,  tak,  że  „edjeati” 
wywrócił koziołka i z gniewnym pomrukiem odskoczył. 

Tego rodzaju zachowanie się cylindra musiały małpy uważać 

za  zachowanie  nieprzyjazne,  toteż  ich  chrapliwe  głosy 
rozlegały się coraz donośniej. Na koniec kilka szalonych małp 
zerwało  garść  w  pobliżu  rosnących  orzechów  i  poczęło  nimi 
ciskać w błyszczącą łysinę jankesa. 

Obudzony boleśnie ze słodkiego snu, jankes skoczył w górę, 

a  gdy  się  przekonał,  z  jakiego  rodzaju  napastnikami  ma  do 
czynienia, uczuł się głęboko dotknięty tą hańbą. Ponieważ na 
razie nie miał innego środka, podniósł leżące dokoła orzechy i z 
najwyższym oburzeniem począł rzucać nimi w małpy. Sądził, 
że uciekną — tymczasem bezczelne te stworzenia, ufne w swą 
liczebną  przewagę,  przyjęły  walkę  i  na  pociski  odpowiadały 
pociskami. 

Wkrótce  na  jankesa  spadł  taki  deszcz  wszelkiego  rodzaju 

owoców, że ten stracił zapał wojenny i myślał, w jaki sposób 
można  by  zabezpieczyć  się  przed  bolesnymi  uderzeniami.  W 
tym celu wciągnął surdut na głowę i rękoma zacisnął wokoło 
szyi, tak, że wąska szczelina pozostała mu tylko dla oddechu. 
Małpy  doskonale  zrozumiały  znaczenie  tych  ruchów,  toteż 
podniosły chóralny, zwycięski wrzask radości i podwoiły ilość 
pocisków. Jankes nie miał innego wyjścia, jak tylko stłumić w 
sobie wybuchający gniew i znosić cierpliwie grad uderzeń. 

Nagle  usłyszał,  że  małpy  wśród  ogłuszających  wrzasków 

umykają  na  wszystkie  strony.  Jankes  ostrożnie  wysunął  oko 

background image

spod  kołnierza  surduta,  ale  nie  miał  już  czasu  zbadać,  jaki 
wypadek  uwolnił  go  od  małpiego  oblężenia.  Silne  ramiona 
obaliły  go  nagle  na  ziemię.  Spostrzegł  jeszcze,  że  jakieś 
brunatne  oblicza,  pełne  nienawiści,  pochylają  się  nad  nim  a 
potem  naciągnięto  mu  na  głowę  gęsty  worek,  a  usta 
zakneblowano.  Ramiona  i  nogi  skrępowano  sznurami… 
Schwytali go Indianie!… 

Gdy  uczestnicy  wyprawy  tego  dnia  wieczorem  siedzieli 

wokoło ogniska i wspólnie spożywali wieczerzę, dr Bergman 
zauważył  brak  jankesa.  W  mniemaniu,  że  śpi  on  w  swym 
wozie, posłał Jasia, aby obudził i przyprowadził śpiocha. Wóz 
był  jednak  pusty,  co  wśród  członków  ekspedycji  wzbudziło 
niepokój. Doktor kazał wystrzelić kilka razy, aby Mr Bopkins 
mógł odnaleźć kierunek, jeśli zbłądził. Ponieważ nie zjawił się 
nawet po upływie godziny, niepokój wzrósł, tym bardziej, że 
szukanie  zaginionego  w  nocy  było  bezcelowe.  Mimo  to  dr 
Bergman  kazał  aż  do  północy  przeszukiwać  otoczenie  obozu 
przy pomocy pochodni, nie było bowiem  wykluczone, że Mr 
Bopkinsa ukąsił wąż i teraz leży gdzieś bez przytomności. Lecz 
i  te  poszukiwania  okazały  się  daremne.  Nie  pozostało  nic 
innego, jak tylko czekać następnego dnia. 

Dr  Bergman  przewracał  się  przez  całą  noc  bezsennie  na 

posłaniu. Ledwo poczęło szarzeć kazał sześciu peonom siadać 
na koń, aby wraz z nimi na nowo rozpocząć poszukiwania. 

Było  rzeczą  nad  wyraz  trudną  odnaleźć  ledwo  widoczne 

ślady Mr Bopkinsa wśród mnóstwa śladów, które pozostawili 
po sobie peonowie w czasie nocnych poszukiwań. Lecz mimo 
to  odnalazły  je  niebawem  bystre  oczy  peonów,  którzy  doszli 
wkrótce  do  miejsca,  gdzie  rozegrała  się  wiekopomna  bitwa 
między małpami a Mr Bopkinsem. Tutaj znaleźli liczne ślady 
pobytu  jankesa;  chociaż  nie  można  było  wyjaśnić,  dlaczego 
dookoła leży tyle owoców, to jednak w każdym razie nie mógł 

background image

tu  zajść  samotnie  cylinder,  który  teraz  leżał  na  trawie 
opuszczony i zdeptany. 

Prócz  tego  ślady  stóp  indiańskich  dały  się  doskonale 

rozpoznać. 

Lecz  gdy  wywiadowcy  stanęli  na  brzegu  małego  lasku, 

przedstawił  się  im  taki  sam  beznadziejny  widok,  jak  już 
dwukrotnie  poprzednio.  Indianie  uciekli  w  kierunku 
północnym, unosząc ze sobą biednego Mr Bopkinsa. Od tego 
momentu  upłynęło  już  dwanaście  godzin,  musieli  więc  być 
bardzo  daleko.  Nie  było  żadnych  dowodów  na  to,  że 
zamordowali na miejscu nieszczęsnego jankesa. 

Peonowie  chcieli  natychmiast  ścigać  rabusiów,  lecz  doktor 

zauważył,  że  tym  razem  chodzi  o  poważny  pościg,  który  na 
czas  nieokreślony  zmniejszy  jego  siłę  zbrojną.  Z  tego  też 
powodu  wyraził  życzenie  zasięgnięcia  zdania  pozostałych 
towarzyszy  i  namówił  rozsrożonych  peonów  do  powrotu  do 
obozu. 

Chociaż Mr Bopkins uczynił wszystko, aby stracić sympatię 

członków ekspedycji, ci ostatni nie wątpili, iż należy uczynić 
wszystko co możliwe, aby jeńca wyrwać z rąk Indian. Chodziło 
tylko o to, kto ma kierować akcją ratunkową, gdyż każdy był do 
tego gotów. 

Wybrano  dra  Bergmana.  Jako  głowa  ekspedycji  musiał 

pozostać w obozie, aby go bronić, a przede wszystkim nie mógł 
się rozłączyć z karabinem maszynowym, z którym wiązały się 
wszystkie nadzieje członków wyprawy. 

Z  trudem  skłoniono  sir  Allana  do  pozostania.  Tylko  ta 

okoliczność, że nie był w stanie bez tłumacza porozumieć się z 
peonami, skłoniła go do zgody, gdyż w razie walk z Indianami 
ta niemożność porozumienia się byłaby dla wszystkich kulą u 
nogi. 

Na  koniec  ustalono,  że  pułkownik  Iquite  na  czele  pięciu 

peonów ma podjąć próbę uwolnienia jeńca z niewoli. 

background image

— Prawdopodobnie  będzie  pan  niebawem  z  powrotem  — 

rzekł  dr  Bergman,  gdy  pułkownik  zaopatrywał  się  w  broń  i 
amunicję. 

— Spodziewam  się,  że  pan  ze  sobą  przywiezie  naszego 

jankesa i z tego powodu nie będzie mógł rozwinąć zwyczajnej 
szybkości.  Jest  zresztą  nie  lada  zadaniem  dogonić 
uciekających,  chociaż  mamy  konie.  Indianie  w  pampasach 
odbywają marsze ze zdumiewającą szybkością. 

Pan musi istotnie nie dać się obezwładnić znużeniu — rzekł 

doktor.  W  dzień  nie  da  się  nawet  cienia  ich  spostrzec  z 
wysokości  balonu.  Lecz  aby  w  ciągu  krótkich  nocy,  jakie 
obecnie  mamy,  przebyć  takie  ogromne  przestrzenie,  na  to 
trzeba mieć mięśnie ze stali. 

— Trzeba się do tego przyzwyczaić od wczesnej młodości — 

rzekł pułkownik. — Indianie używają koni tylko jedynie jako 
zwierząt  jucznych,  które  w  czasie  ich  wypraw  rabunkowych 
niosą im pożywienie i łupy, sami natomiast wraz z kobietami i 
dziećmi  idą  obok  pieszo.  Jak  nagle  się  pojawiają,  tak  nagle 
znikają,  co  sam  niejednokrotnie  zauważyłem.  Tak,  tak,  ich 
piesze wędrówki są niezrównane! 

Tymczasem  pułkownik  ukończył  przygotowania.  Podał 

pozostającym  rękę  na  pożegnanie,  dosiadł  konia,  po  czym 
sześciu jeźdźców pogalopowało w północnym kierunku. 

Odszukali  oczywiście  miejsce,  gdzie  Mr  Bopkins  został 

napadnięty.  Potem  cwałem  ruszyli  szeroką  ścieżką,  która  od 
tego miejsca począwszy, prowadziła dalej. 

background image

R

OZDZIAŁ 

IX 

J

ENIEC

 

 
Jechali  na  przemian  przez  otwarty  step,  to  znów  wśród 

gęstych zarośli; niekiedy z trudem przedzierali się przez stary 
las, przy czym musieli się razem trzymać, by nie ulec w razie 
nagłego  napadu  Indian.  Chociaż  cały  dzień  spędzili  w  ten 
sposób w siodle, mieli wieczorem wrażenie, że się nie bardzo 
zbliżyli do uciekających. 

Noc spędzili pod otwartym niebem na prerii, przy czym dwaj 

spośród  nich  na  przemian  trzymali  straż.  Rano  ruszyli  z 
zapasem  świeżych  sił  na  nowo  w  dalszą  drogę,  idąc  zawsze 
śladem, który ciągle prowadził ich w północnym kierunku. 

Dopiero w południe wydało się pułkownikowi, który jechał 

na  czele,  że  na  skraju  lasu  spostrzega  w  oddali  niewielką 
„tolderję”. Natychmiast rozkazał wszystkim zeskoczyć z koni, 
aby ludzie z osady ich nie spostrzegli. Jeźdźcy, trzymając konie 
za cugle, udali się w zachodnim kierunku, zakreślając ogromny 
łuk,  aby  móc  się  przyczołgać  do  „tolderji”  z  tej  strony  nocą. 
Gdy ciemność zapadła, dosiedli znów koni i spiesznie ruszyli w 
drogę,  kierując  się  blaskiem  ognisk;  płonących  w  osadzie 
Indian. 

Gdy pułkownik dotarł w pobliże wsi, polecił swoim ludziom 

zsiąść z koni i położyć się na spoczynek. Sam objął straż i kazał 
dopiero  koło  godziny  pierwszej  w  nocy  zastąpić  się  innemu, 
będąc  przekonany,  że  Indianie  ich  nie  zauważyli  i  nie 
przygotowują nieprzyjacielskich kroków. 

Gdy  poczęło  szarzeć,  wszyscy  sześciu  dosiedli  koni  i 

pogalopowali w kierunku wsi, która cicho spoczywała u skraju 
lasu.  Miękka  trawa  tłumiła  prawie  zupełnie  tętent  kopyt 
końskich, a ponieważ Indianie lubią długo spać, zatem jeźdźcy 

background image

spodziewali  się  dotrzeć  niepostrzeżenie  do  wsi  i  napaść  jej 
mieszkańców, pogrążonych w głębokim uśpieniu. 

Nie wzięli jednak pod uwagę czujności psów. Biali nie byli 

nawet  oddaleni  o  pięćset  kroków  od  najbliższych  chat,  gdy 
nagle  rozległo  się  wycie  i  szczekanie,  które  w  całej  wsi  w 
jednej chwili wywołało paniczny popłoch. 

Widowisko, jakie teraz ukazało się oczom jeźdźców, byłoby 

wśród innych okoliczności komiczne. Indianie wypadali z chat 
z  zaspanymi  oczami,  wydawali  dzikie  wrzaski  na  widok 
nieprzyjaciół, chwytali za broń, gdy tymczasem kobiety wraz z 
dziećmi uciekały w pole. W kilka sekund potem cała gromada 
znikła w głębi pobliskiego lasu. 

Lecz  nie  tylko  dwunożni  mieszkańcy  „tolderji”  szukali 

ratunku  w  lesie;  rozmaite  choć  niezbyt  liczne  zwierzęta 
domowe poszły śladami swoich panów, jak gdyby były w tym 
celu tresowane. Przede wszystkim umknęły dwa czy trzy konie; 
psy wyły najpierw i szczekały przeraźliwie, lecz potem również 
zniknęły wśród gęstych zarośli. Za nimi pobiegły beczące kozy, 
potem świnie i owce, na koniec nawet i kury. Gdy jeźdźcy w 
chwilę potem zatrzymali przed chatami  swe konie, „tolderja” 
wyglądała jak gdyby od Bóg wie ilu lat była opróżniona. 

Pułkownik nie miał zamiaru ścigać Indian w lesie, zauważył 

bowiem, że Indianie nie wlekli ze sobą żadnego białego. Albo 
więc Mr Bopkins był ukryty w jednej z chat, albo tylko główny 
oddział Indian wrócił do „tolderji”, gdy tymczasem kilku wraz 
z jeńcem udało się na bok w zarośla, lecz wywiadowcy tego nie 
zauważyli. To ostatnie było niestety najprawdopodobniejsze. 

Pułkownik  Iquite  zaproponował,  aby  niezwłocznie 

przeszukać poszczególne chaty. Czego się obawiał, to okazało 
się prawdą: nie było ani śladu Mr Bopkinsa. Lecz jak gdyby los 
chciał  ich  wynagrodzić  za  gorzkie  rozczarowanie,  odkryli  na 
koniec coś, czego się najmniej spodziewali. 

background image

Przy chacie, większej i starannie zbudowanej, w porównaniu 

z  innymi,  pozostał  ogromny  pies,  uwiązany  na  silnym 
rzemieniu, który warczał i pokazywał zęby peonom, gdy chcieli 
wejść do wnętrza „toldy”. Już zamierzali zastrzelić to zwierzę, 
gdy  nagle  w  niskich  drzwiach  ukazał  się  mieszkaniec 
osobliwego domku. 

Na widok tego człowieka peonowie cofnęli się ze zdumienia, 

gdyż mimo długiej brody i zdziczałego wyglądu łatwo można 
było  poznać,  że  należy  on  do  rasy  białej.  Także  i  on  uległ 
silnemu wzruszeniu na widok przybyłych. Wyciągnął ramiona, 
z trudem zaczerpnął tchu i z radością wyrzekł słowa: 

— Nareszcie wolny! Wolny!! 
Następnie  zakrył  twarz  dłońmi,  runął  na  ziemię,  a  z  piersi 

jego wyrwało się łkanie, od którego trzęsło się całe ciało. 

Pułkownik  spiesznie  nachylił  się  nad  nim,  pragnąc  go 

podnieść. 

Po długiej dopiero chwili wydało mu się, że rozumie słowa 

tajemniczego  człowieka.  Gdy  począł  odpowiadać  na  liczne 
zapytania,  okazało  się,  że  to  był  Hiszpan,  który  w  niewoli, 
trwającej  już  szereg  lat,  zapomniał  prawie  zupełnie  swojej 
mowy ojczystej. 

Musiał  się  zastanawiać  nad  każdym  słowem,  nad  każdym 

zdaniem,  zanim  pojął  ich  znaczenie.  Lecz  pamięć  i 
wspomnienia  wracały.  Po  upływie  pół  godziny  mógł  już 
opowiedzieć swoje smutne dzieje. 

Pochodził  z  Buenos  Aires  i  udał  się  na  Gran  Chaco,  gdzie 

zamierzał  zakupić  u  „stancierów”  (właścicieli  wielkich  stad 
bydła) większe zapasy skór. Mimo licznych ostrzeżeń dotarł aż 
do Rio Bermejo. Tutaj napadli go Indianie, należący do szczepu 
„Tobą”, zamordowali towarzyszy, a jego samego zawlekli do 
wsi, aby tutaj poddać go okrutnym torturom. 

Już  był  pewien,  że  czeka  go  niechybna  śmierć,  gdy  nagle 

zakochała  się  w  nim  córka  kacyka.  Darowano  mu  życie  pod 

background image

warunkiem, że tę dziewczynę pojmie za żonę i  w ten sposób 
stanie się członkiem plemienia „Tobą”. Zgodził się na to, byle 
tylko ocalić życie i od siedemnastu lat żył wśród dzikich, jako 
im  równy.  Dzielił  wszystkie  losy  szczepu  i  chociaż  pozornie 
był wolny, pilnowano go czujnie, aby nie uciekł. Indianie cofali 
się  krok  za  krokiem  przed  ciągłym  postępem  kultury;  jeniec, 
chcąc nie chcąc, musiał im towarzyszyć i w ten sposób dostał 
się tak daleko na północ. 

Przez dłuższy czas Indianie obchodzili się z nim łagodnie, ale 

gdy  poczęły  się  toczyć  coraz  okrutniejsze  walki  z  białymi  i 
krajowcy  stracili  ogromny  obszar  ziemi,  wówczas  ogólna 
nienawiść  do  bladej  twarzy  spotęgowała  się  niezmiernie.  Z 
biegiem czasu zmarła jego czerwonoskóra żona i jej ojciec, a na 
czele  plemienia  stanął  inny  kacyk,  który  uważał  go  za 
niewolnika  i  wyzyskiwał  w  najrozmaitszy  sposób.  Musiał 
zbierać  drwa  i  owoce,  czego  żaden  z  wojowników  nigdy  nie 
czynił,  musiał  uprawiać  niewielkie  pole  kukurydzy,  a  gdy 
nadeszła pora wielkich łowów, musiał  iść z  wojownikami  do 
lasu,  aby  na  swym  grzbiecie  dźwigać  upolowaną  zwierzynę. 
Pozostawiono mu tylko psa, bo zwierzę to było przyuczone na 
hiszpański sposób do tropienia dzikich zwierząt. 

Od  lat  stracił  nieszczęśliwy  człowiek  wszelką  nadzieję,  by 

mógł jeszcze kiedykolwiek ujrzeć białą twarz. Owładnęła nim 
apatia,  która  uczyniła  go  obojętnym  na  wszelkiego  rodzaju 
katusze. Indianie nie powlekli go ze sobą do lasu tylko dlatego, 
że wybawcy zjawili się nagle i zupełnie niespodziewanie. Od 
dłuższego czasu członkowie plemienia „Tobą” mówili między 
sobą, że w najbliższym czasie  muszą go zaprowadzić w głąb 
Gran Chaco, albowiem niedługo może nastąpić wielka bitwa z 
białymi. 

O Mr Bopkinsie nie umiał nic powiedzieć, gdyż Indianie od 

dłuższego czasu w jego obecności nic nie mówili o sprawach 
plemienia.  Wojownicy  tej  osady  wrócili  świeżo  z  wyprawy 

background image

przeciwko  białym.  Gdyby  więc  inni  z  jankesem  udali  się  w 
drugą stronę, musieliby to być mieszkańcy odrębnej „tolderii”. 

Oczywiście członkowie wyprawy postanowili wziąć ze sobą 

nieszczęśliwego człowieka — nazywał się Miguel Rodilla — z 
powrotem do obozu. Ponieważ w opuszczonej osadzie nie było 
już  nic  do  roboty,  a  więc  pułkownik  kazał  swoim  ludziom 
siadać  na  koń,  jeden  z  peonów  wziął  ocalonego  na  swego 
rumaka, po czym wszyscy razem pogalopowali na południe, w 
stronę obozu. Pies Miguela biegł wesoło za swoim panem, jak 
gdyby pojmował radosną zmianę jego losu. 

W czasie powrotnej drogi nie trzymali się już śladów. Było 

jasną rzeczą, że Indianie, jeśli istotnie przedtem się oddzielili i 
jeńca swojego uprowadzili, wykorzystali w tym celu gęstwinę, 
aby  o  ile  się  da  ukryć  rozdwojenie  tropów  przed  oczami 
ścigających.  Z  tego  też  powodu  członkowie  wyprawy 
objeżdżali dokoła rozmaite kompleksy lasów, zamiast iść przez 
środek,  i  istotnie  jeszcze  tego  dnia  wieczorem  udało  się  im 
odkryć szukany ślad. W międzyczasie stał się on tak trudny do 
rozpoznania,  że  zauważył  go  tylko  Miguel,  który  w  ciągu 
długich lat niewoli sam się stał Indianinem i umiał wnioskować 
na  podstawie  niedostrzegalnych  prawie  oznak.  Nawet  sam 
pułkownik  i  peonowie  byliby  minęli  to  miejsce,  nie 
zauważywszy niczego. 

Tego  dnia  szli  za  śladami  tak  długo,  dopóki  nie  zapadły 

ciemności.  Noc  spędzili  znów  na  otwartym  pampasie,  a 
nazajutrz rano ze świeżymi siłami prowadzili pościg dalej. Tym 
razem  ku  swej  radości  już  po  dwóch  godzinach  mogli  się 
przekonać,  że  ślady  stają  się  oraz  wyraźniejsze  —  był  to 
niezawodny znak, że się zbliżają coraz bardziej do czerwonych 
rozbójników. 

Mimo to tego dnia jeszcze nie dotarli do nich. Lecz ślady były 

tak  wyraźne,  że  silna  rosa  nocna  nie  mogła  ich  zatrzeć. 
Członkowie ekspedycji mogli zatem udać się na spoczynek z tą 

background image

świadomością, że w najbliższym dniu Indianie wpadną w ich 
ręce.  Mieli  się  jednak  jeszcze  raz  zawieść.  Po  czterech 
godzinach jazdy zbliżyli się znów do gaju palm i  algarobów. 
Siady  prowadziły  wprawdzie  do  jego  wnętrza,  lecz  chociaż 
wywiadowcy natężali wzrok, nigdzie nie znaleźli oznak, które 
by wskazywały, którędy czerwonoskórzy wyszli z lasku. 

Dzielni jeźdźcy śmiało wtargnęli pod zielony dach liściasty. 

Lecz  ku  swemu  niepomiernemu  zdumieniu  nie  odkryli 
najmniejszego  żyjątka  między  pniami  drzew.  Przeszukali 
zarośla  kilkakrotnie  we  wszystkich  kierunkach,  podnosili 
nawet  gałęzie,  szukając  ukrytych  opryszków,  lecz  trud  był 
daremny.  Wszystkie  wskazówki  mówiły,  że  czerwonoskórzy 
wraz z jeńcem nagle stąd umknęli. 

Rozczarowani  i  przygnębieni  jeźdźcy  wrócili  na  pampas  i 

usiedli  na  ziemi,  tworząc  zamknięte  koło,  aby  się  naradzić 
wspólnie, co należy teraz począć. 

— Gdyby ślady na przebytej przestrzeni nie były tak wyraźne 

— rzekł Miąuel Rodilla — można by przypuszczać, że oni stąd 
wrócili  po  swoich  własnych  śladach,  aby  nas  w  błąd 
wprowadzić. Lecz jak sami widzieliście, wszystkie odciski stóp 
zwrócone są w północno–zachodnim kierunku, ani jeden nawet 
w  przeciwnym.  Pozostałoby  tylko  przypuszczenie,  że  oni 
maszerowali  tyłem,  co  jednak  wydaje  mi  się  w  najwyższym 
stopniu nieprawdopodobne. 

— Musieliby prawie milę iść tym marszem, godnym raków 

— przerwał pułkownik — ponieważ tyle wynosi odległość do 
najbliższego lasu i… 

— Mnie coś przyszło na myśl — zauważył jeden z peonów. 
— Co? Mów! — żywo zawołał pułkownik. 
— Pan mnie zapewne wyśmieje — mówił dalej peon — ale 

jeśli  uwzględnimy  przygodę,  jaką  nasz:  senor  Ingles  miał  ze 
„simarronem”,  wówczas  moja  myśl  nie  da  się  zupełnie 
odrzucić. 

background image

— Ach,  tobie  chodzi  o  obumarłe  pnie  „Juchan”,  które 

znajdują się w znacznej ilości wśród zarośli? 

— Tak jest, panie — odparł peon. — Jest rzeczą możliwą, że 

Indianie, widząc, że się zbliżamy, ukryli się wraz z jeńcem w 
pustych pniach. 

— Nie mogę się z tą myślą zgodzić mimo najlepszych chęci 

—  rzekł  pułkownik,  kiwając  głową  z  powątpiewaniem.  — 
Wiecie wszyscy doskonale, z jaką czcią przechowują Indianie 
szczątki  zmarłych  przodków  i  jak  bardzo  dbają  o  całość  ich 
grobów. Jakże więc możliwe, by oni w ten sposób bezcześcili 
popioły,  które  uważają  za  święte?  Sądzę,  że  naraziliby  się 
raczej  na  beznadziejną  walkę,  niż  na  tego  rodzaju  zbrodnię, 
uwłaczającą ich religii. 

— Proszę  mi  wybaczyć,  senor,  że  się  pańskiemu  zdaniu 

sprzeciwię  —  przerwał  Miguel  Rodilla.  —  Teraz,  gdy  nasz 
przyjaciel  poruszył  tę  sprawę,  uważam  ją  za  możliwą.  Znam 
wprawdzie  doskonale  cześć  Indian  dla  grobów  członków 
własnego plemienia,, 

lecz  wyłącznie  tylko  dla  własnych  grobów  żywią  tego 

rodzaju  uczucia,  gdy  tymczasem  groby  nieprzyjacielskich 
szczepów  wyszukują  i  burzą,  aby  zawładnąć  ukrytymi 
wewnątrz szczątkami, które są u nich czarodziejskimi trofeami 
zwycięstwa.  Powinien  pan  także  wiedzieć,  że  zwyczaj 
grzebania zmarłych we wnętrzu drzew „juchan” właściwy jest 
tylko Indianom plemienia „Chiriono”. Lecz to plemię jest już 
prawie na wymarciu. Pozostali przy życiu przed mniej więcej 
dziesięciu  laty  przyłączyli  się  do  innych  plemion,  a  w 
szczególności  do  „Chiriguano”.  Nasi  przeciwnicy  należą  do 
„Tobą”, którzy od dawna słyną z dzikości, dlatego też uważam 
za rzecz możliwą, że istotnie ukryli się w pniach „juchan”. 

— Jeśli  takie  jest  pańskie  zdanie  —  odparł  pułkownik, 

podnosząc się z miejsca — w takim razie możemy zbadać tę 
sprawę.  Lecz  musimy  się  wszyscy  razem  trzymać  i  mieć 

background image

ustawicznie  palec  na  cynglu,  gdyż  jeśli  ich  odkryjemy,  rzucą 
się na nas bez wątpienia z odwagą rozpaczy. 

Pojechali  niezwłocznie  z  powrotem  do  lasu  i  odszukali 

obumarły  pień  „juchan”,  który  stał  nieco  na  uboczu.  Tutaj 
pułkownik  narwał  garść  suchej  trawy,  zapalił  ją,  po  czym 
płonącą  wiązkę  wrzucił  do  otworu  suchego  pnia;  siedząc  na 
koniu, mógł go łatwo dosięgnąć wyciągnąwszy rękę w górę. 

Wewnątrz  drzewa  rozległ  się  natychmiast  przeraźliwy 

wrzask  bólu  i  trwogi.  Zaraz  potem  ze  środka  wyskoczył 
tygrysim susem ogromny Indianin, który z nożem w ręce rzucił 
się na pułkownika. 

Z  jednym  przeciwnikiem  biali  nie  mieli  wielkiego  kłopotu, 

lecz  krzyk  jego  usłyszeli  inni  członkowie  plemienia.  Gdy 
pułkownik  wraz  z  towarzyszami  się  odwrócił,  spostrzegł,  że 
większość innych obumarłych „juchanów” nagle ożyła. 

Około dwudziestu Tobasów, uzbrojonych w maczugi i noże, 

zeskoczyło na ziemię i rzuciło na białych z dzikim wrzaskiem i 
płonącymi z wściekłości oczyma. Wszczęła się walka, trwająca 
minutę, która dla białych była dość niebezpieczna, gdyż mogli 
użyć  jedynie  tylko  rewolwerów,  a  konie  ich  nie  mogły  się 
swobodnie  poruszać  wskutek  gęstwiny.  Ostatecznie  jednak 
Indianie  ugięli  się  pod  przewagą  lepszej  broni.  Ci,  którzy 
mogli,  zniknęli  z  szybkością  błyskawicy  w  zaroślach,  gdy 
rozległ się przeraźliwy gwizd wodza. 

Peonowie,  według  swego  zwyczaju,  chcieli  ścigać 

uciekających,  lecz  pułkownik  donośnym  głosem  ich 
powstrzymał.  Nie  było  wykluczone,  że  Indianie  wywabią  za 
sobą  jeźdźców  z  gęstwiny,  aby  w  międzyczasie  wywrzeć 
zemstę  na  jankesie,  który  w  każdym  razie  także  musiał  być 
ukryty  w  jednym  z  drzew.  Dlatego  też  pułkownik  rozkazał 
przede wszystkim jego szukać. 

Uczyniono  to.  Po  dłuższych  poszukiwaniach  usłyszeli  z 

radością,  że  na  ich  pukania  z  głębi  jednego  pnia  odpowiada 

background image

głuchy  pomruk.  Jeden  z  peonów  wdrapał  się  na  to  drzewo  i 
zaświecił zapałkę. W głębi ujrzał biednego Mr Bopkinsa, który 
z  trwogą  wytrzeszczał  nań  oczy,  skrępowany  mocno 
powrozami i z kneblem w ustach. Peon ostrożnie spuścił się na 
dół,  rozciął  więzy  nieszczęśnikowi,  po  czym  dopomógł  mu 
wyjść z więzienia. 

Gdy Mr Bopkins stanął na ziemi, nie mógł się utrzymać na 

nogach z osłabienia i padł  zemdlony. Wlano mu natychmiast 
nieco rumu w usta. Jankes po chwili przyszedł na tyle do siebie, 
że  mógł  patrzeć  na  swoich  wybawców.  Gdy  spostrzegł 
pułkownika, czoło jego pokryło się chmurnymi zmarszczkami i 
spytał krótko: 

— Czy jesteśmy na boliwijskim terytorium, pułkowniku? 
Pułkownik  Iquite  dzięki  dwóm  przedostatnim  słowom 

zrozumiał  treść  pytania,  więc  skinął  potakująco  głową. 
Wówczas  Mr  Bopkins  z  gniewem  podniósł  rękę  i  zawołał  z 
oburzeniem: 

— Ja  protestuję,  sir  przeciwko  niepoczytalnym  zbrodniom, 

jakich dopuścili się na mnie mieszkańcy tego kraju! Mój rząd 
nie omieszka zażądać pełnego zadośćuczynienia od pańskiego 
rządu! To rzecz niesłychana, istotnie niesłychana, na co sobie 
tutaj  ludzie  pozwalają  wobec  wolnego  obywatela  Stanów 
Zjednoczonych Ameryki Północnej! 

Na szczęście pułkownik nie zrozumiał tej pięknej przemowy, 

gdyż  byłby  prawdopodobnie  pozostawił  na  miejscu  tego 
człowieka  wraz  z  jego  osobliwymi  uczuciami  wdzięczności  i 
byłby z gniewem odjechał. Miał wrażenie, że jankes gniewa się 
na  Indian,  dlatego  też  uczynił,  co  tylko  mógł,  aby  ocalonego 
pocieszyć. 

Gdy  jankes  odzyskał  nieco  sił,  wszyscy  jeźdźcy  ruszyli  w 

dalszą  drogę  otwartym  stepem,  nie  troszcząc  się  wcale  o 
zbiegłych Indian. Tempo jazdy było powolne z uwagi na dwa 
konie, które niosły podwójny ciężar. Indian nie spotkali już po 

background image

drodze i po upływie dwóch dni dotarli szczęśliwie do obozu, 
gdzie wszyscy radośnie ich przyjęli. 

background image

R

OZDZIAŁ 

N

AD BRZEGAMI 

R

IO 

S

ALADO

 

 
Pominąwszy  drobne  wypadki,  los  na  ogół  sprzyjał 

ekspedycji,  która  miała  już  połowę  drogi  poza  sobą.  Gdyby 
pozostała część miała dziesięć razy więcej trudności spiętrzyć 
przed  członkami  wyprawy,  to  czego  dokonali,  było  niejako 
rękojmią  dalszego  powodzenia  i  miało  przede  wszystkim  tę 
dobrą  stronę,  że  z  dnia  na  dzień  w  małej  gromadce  dra 
Bergmana rósł zapał dla przedsięwzięcia. 

Wbrew  obawom  pora  deszczowa  jeszcze  nie  nadeszła. 

Pogoda pozostała nadal piękna, tak że pomiary nie ucierpiały 
wcale  wskutek  zwłoki.  Konie  wierzchowe  i  pociągowe  były 
zdrowe,  co  także  było  nie  bez  znaczenia;  często  bowiem 
zdarzało  się  w  Gran  Chaco,  że wielka  karawana  ginęła  tylko 
dlatego, że konie padły po drodze. Aby się uchronić od okrutnej 
śmierci  z  rąk  Indian,  musieli  podróżni  niejednokrotnie 
porzucać na pustkowiu wszystkie swoje rzeczy, sami natomiast 
piechotą  szukać  osad  na  granicach  Gran  Chaco  —  musieli 
odbywać  marsze,  trwające  tygodnie  całe,  znosić  trudy,  jakim 
tylko najsilniejsi mężczyźni byli w stanie sprostać. 

Gdy nasi podróżnicy ocknęli się ze snu nazajutrz po powrocie 

Mr  Bopkinsa,  spostrzegli,  że  niebo  okryło  się  szarymi 
chmurami. Wkrótce potem począł padać deszcz tak gwałtowny 
i  obfity,  że  w  niedługim  czasie  każde  zagłębienie  ziemi 
zamieniło  się  w  małe  jezioro.  Długo  oczekiwana  pora 
deszczowa pojawiła się wreszcie. 

Mimo  to  dr  Bergman  postanowił  ruszyć  w  dalszą  drogę. 

Prace pomiarowe zostały w najwyższym stopniu utrudnione, a 
marsz  dzienny  skrócony  do  połowy,  aby  koni  zbytnio  nie 
męczyć, gdyż skłonne są one niezmiernie do chorób w dniach 
przejściowych, odgraniczających porę suchą od mokrej. 

background image

Trudy pochodu były ogromne. Ziemia, wysuszona wskutek 

dziewięciomiesięcznych upałów, chciwie piła wodę. Zdawało 
się, że drogi są bezdenne. Koła wozów grzęzły ustawicznie aż 
po osie w błocie. Na pampasach zaczęła rosnąć szybko i obficie 
trawa, a ponieważ owijała się dokoła nóg koni i szprych kół, 
każdy krok wymagał kolosalnego wysiłku. 

Wszystko to wraz z deszczem i zimnymi nocami spędzanymi 

na mokrej ziemi, miało ten skutek, że popsuły się humory i to 
niemal  zupełnie.  Najpierw  u  peonów  dało  się  zauważyć 
przygnębienie, które szybko udzieliło się pozostałym członkom 
wyprawy.  Zwłaszcza  Jaś  złościł  się  z  powodu  wilgoci, 
albowiem  musiał  cały  swój  kunszt  wysilać,  aby  zapalić 
wilgotne drwa celem ugotowania obiadu. Lecz wszystkich pod 
tym  względem  przewyższał  Mr  Bopkins,  który  ustawicznie 
siedział  w  swym  wozie,  jak  nadęta  sowa  i  na  wszystkie 
zwrócone doń pytania odpowiadał głuchym pomrukiem. 

Deszczowa pora roku miała tę tylko dobrą stronę, że trzymała 

Indian  w  ich  wsiach,  skutkiem  czego  nie  trzeba  już  było 
obawiać się ich. 

W ten sposób upłynęło dziesięć dni. Ekspedycja zbliżyła się 

do brzegów Rio Salado; rzeka ta płynie przez niską i bagnistą 
płaszczyznę  i  wpada  do  Rio  Paragwaj  w  pobliżu  Puerto 
Formosa.  Tutaj  dr  Bergman  musiał  opuścić  sześćdziesiąty 
stopień  i  zwrócić  Paat  de  Kilma  i  Paat  de  Piapuk  dojść  do 
łańcucha wzgórz, z którymi związał swoje najśmielsze plany. 
Nowy  rok  przyniósł  naszym  podróżnikom  małą  satysfakcję. 
Gdy  w  południe  z  wielkim  trudem  dotarli  do  szczytu 
niewielkiej wyniosłości, ujrzeli w oddali obszerne równiny nad 
brzegami  Rio  Salado.  Szeroka  wstęga  tej  rzeki  błyszczała 
wspaniale;  w  czasie  suchej  pory  roku  można  ją  co  najwyżej 
nazwać  strumieniem,  gdyż  miejscami  ginie  zupełnie  wśród 
gęstych  zarośli.  Lecz  obecnie  mierzyła  co  najmniej  pół 
„leguny”  (hiszpańska  mila)  szerokości,  ponieważ  wystąpiła  z 

background image

brzegów, tak, że wierzchołki drzew sterczały z fal, jak liczne 
wysepki. 

Po  obu  brzegach  ciągnęły  się  niezliczone  moczary,  kałuże, 

stawy  i  laguny  o  najrozmaitszych  kształtach  i  rozmiarach. 
Zwłaszcza  ku  północy  nizina  była  podobna  do  olbrzymiej 
płaszczyzny 

morskiej, 

ginącej 

poza 

horyzontem. 

Nieprzeliczone  stada  ptaków  wodnych,  najrozmaitszych 
gatunków,  unosiły  się  wśród  bagien;  niektóre  z  nich  łowiły 
ryby,  drugie  unosiły  się  gromadnie  w  powietrzu,  inne  znów 
wypoczywały na pniach drzew, aby czyścić sobie mokre pióra 
lub zerwać się nagle z głośnym  wrzaskiem trwogi, gdy tylko 
orzeł lub jastrząb pojawił się w obłokach. 

Tego  dnia  pogoda  okazała  się  po  raz  pierwszy  łaskawa  dla 

naszych  podróżników.  Na  miejscu ulewy  pojawił  się  drobny, 
ledwo  odczuwalny  deszczyk;  tu  i  ówdzie  pokazał  się  nawet 
skrawek błękitu wśród chmur. 

Około południa kazał doktor rozbić obóz i ugotować poncz w 

celu uczczenia nowego roku. Poncz pochłonął prawie połowę 
zapasów rumu, lecz za to doktor po raz pierwszy od czternastu 
dni widział koło siebie pogodne, uśmiechnięte oblicza, a nawet 
Mr Bopkins wyszedł na spacer w szarym cylindrze na głowie. 

Lecz ten śmiały krok miał go drogo kosztować. 
Ponieważ  mimo  pory  deszczowej,  ekspedycja  wciąż  się 

obawiała napadu Indian, przeto dr Bergman wydał rozkaz, aby 
nieustannie  dokoła  obozu  czuwały  straże.  Z  uwagi  na  to,  że 
dotychczas  nie  zauważono  nic  podejrzanego,  czujność  ta 
okazała się wysiłkiem, który wkrótce przerodził się w pewnego 
rodzaju 

zniecierpliwienie. 

To 

nerwowe 

wyczerpanie 

wystawione  na  poważną  próbę  musiało  wywołać  ogólne 
zamieszanie. A okazją było święto, które uczczono ponczem. 

Dla ochrony przed deszczem doktor kazał ustawić przy sobie 

dwa  wozy  i  rozpiąć  między  nimi  wielką  nieprzemakalną 
zasłonę. Stąd też towarzystwo mogło siedzieć razem i  raczyć 

background image

się  znakomitym  trunkiem,  nie  obawiając  się,  że  go  deszcz 
rozwodni.  Zabawiano  się  wesołą  rozmową.  Co  więcej,  Mr 
Bopkins zapomniał na chwilę o swoich protestach i wniósł toast 
za pomyślność wyprawy. 

Zaledwie  jednak  zaczął,  gdy  nagle  z  zachodniej  strony 

nadbiegł jeden ze strażników, z daleka wołając przeraźliwym 
głosem: 

— Indianie nadchodzą! Indianie! 
Z największym pośpiechem zerwali się wszyscy, chwycili za 

broń  i  pobiegli  w  tym  kierunku,  skąd  zagrażało 
niebezpieczeństwo. Mr Bopkins jednak zawarł z Indianami tak 
nieprzyjemną  znajomość,  że  odtąd  przeklinał  każdą 
sposobność, która go zmuszała do jej odnowienia. 

Pobiegł  czym  prędzej  do  swego  wozu,  aby  się  tam  ukryć. 

Właśnie w chwili, gdy zamierzał wślizgnąć się do wozu, wzrok 
jego  padł  na  pustą  beczkę,  która  stała  trochę  na  uboczu,  w 
pewnym  oddaleniu  od  obozu.  Zawierała  przedtem  przeróżne 
zapasy i teraz po opróżnieniu miano ją zostawić, jako zbędny 
ciężar. Ledwie Mr Bopkins zauważył ten przedmiot, obudziła 
się  w  nim  myśl,  że  tam  najlepiej  będzie  się  ukryć,  bo 
najchytrzejszy  nawet  Indianin  nie  będzie  go  tam  szukał.  Nie 
zastanawiając się dłużej, pobiegł do beczki, wlazł do wnętrza i 
chciał przycupnąć na jej dnie. 

Nie zauważył, że ta beczka stoi na nieco pochyłym miejscu; 

skoro  więc  równowaga  została  zachwiana,  przesunął  się  jej 
punkt  ciężkości  i  baryła  poczęła  się  toczyć  z  coraz  większą 
szybkością po stoku do małego jeziorka, które utworzyło się u 
stóp wzgórka wskutek wylewu Rio Salado. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XI 

J

AŚ SIĘ ODPŁACA

 

 
Pozostali  zbyt  byli  zajęci  przygotowaniami  do  obrony,  by 

którykolwiek  z  nich  mógł  zauważyć  ten  drobny  wypadek. 
Dopiero gdy wyszło na jaw, że pojawili się tylko dwaj Indianie, 
prawdopodobnie szpiedzy, którzy płynęli czółnem w znacznej 
odległości  od  obozu,  wówczas  dr  Bergman  zauważył 
nieobecność 

pełnomocnika 

South–American–Railway–Company.  Począł  go  wołać,  ale 
gdy  się  nie  odezwał,  rozpoczął  poszukiwania  przy  pomocy 
innych. 

Trud  ich  był  daremny,  chociaż  przeszukali  starannie 

wszystkie zakątki. Doktor ze strachem pytał się w duchu, czy 
czerwonoskórzy nie porwali go ze środka obozu? Dopiero gdy 
peonowie zauważyli brak beczki, domyślili się, że stoczyła się 
do  jeziorka.  Istotnie  na  środku  jeziora,  w  dość  znacznym 
oddaleniu  od  brzegu,  spostrzegli  czarny  owal,  z  którego 
sterczał szary cylinder. 

Beczka wskutek szczęśliwego wypadku wyprostowała się w 

wodzie,  zanim  wlało  się  do  niej  tyle  wody,  by  zatonęła.  Mr 
Bopkins  na  razie  wyszedł  cało,  pominąwszy  doznane 
przerażenie i zimny tusz. Mimo to położenie jego było groźne. 
Ledwo dostrzegalny prąd porwał beczkę i niósł ją nieustannie, 
chociaż powoli, w stronę miejsca, gdzie jezioro zlewało się z 
rzeką.  Gdyby  tam  się  dostała,  nieszczęsny  jankes  byłby 
zgubiony bez ratunku. 

Peonowie pobiegli do wozów, aby przygotować wszystko do 

akcji  ratunkowej.  Jaś  tymczasem  wyprzedził  wszystkich 
krzyknąwszy: 

— To  sposobność  w  sam  raz  dla  mnie!  Zrzuciwszy  surdut, 

pobiegł  do  brzegu,  skąd  bez  namysłu  rzucił  się  w  rzekę. 

background image

Daremnie  doktor  wołał  za  nim,  że  usiłowania  jego  są 
bezowocne  i  niebezpieczne  —  dzielny  Jaś  żył  jedną  tylko 
myślą: zmazania swych win wobec Mr Bopkinsa. Nie słysząc 
wcale okrzyków ani wołań, dzielnie pruł fale rzeki bo chciał za 
wszelką cenę zbliżyć się do nieszczęśliwego. 

Nie oddalił się jeszcze na dziesięć metrów od rzeki, gdy nagle 

wydał głośny wrzask bólu i skoczył z wody w górę. Następnie 
zwrócił się gwałtownymi ruchami w stronę brzegu, wołając o 
pomoc. 

Doktor  pobiegł  ku  niemu,  zdumiony  wielce,  gdyż  nic  w 

wodzie nie zdradzało obecności kajmanów. Gdy Jaś się zbliżył, 
podał mu rękę. Nieszczęsny pływak począł rękoma drapać swe 
ciało, jak gdyby chciał się uwolnić od napastliwych mrówek. 
Lecz ubranie jego w wielu miejscach było rozdarte, jak gdyby 
cierniami,  a  na  ramionach  widać  było  liczne  małe  ranki  z 
których powoli ciekła krew. 

Jeden  rzut  oka  na  miejsce,  z  którego  Jaś  wrócił  na  brzeg 

pouczył doktora, co było przyczyną osobliwego wyglądu jego 
kucharza.  W  wodzie  roiło  się  od  małych,  niesłychanie 
kąśliwych  rybek,  które  plemię  Caduwrów  nazywa 
„nogoyegi–arikaellio” i obawia się może więcej niż jaguara lub 
krokodyla.  Rybki  te,  długości  zaledwie  palca,  mają 
niesłychanie  ostre  uzębienie,  które  wdziera  się  w  ciało,  jak 
stalowa piłka, i z łatwością wycina trójkątne kawałki mięsa. Na 
wielkie drapieżniki ludzie mają broń, ale na te malutkie, żądne 
krwi żyjątka nie ma żadnych środków, ponieważ zawsze żyją w 
wielkich stadach i już po kilku minutach śmiertelnie wyczerpią 
każdego pływaka, który dostanie się między nie. 

Peonowie  w  inny  sposób  poczęli  ratować  Mr  Bopkinsa. 

Wydarli  z  wozów  pewną  ilość  długich  desek,  przywiązali  je 
sznurami i pokryli kilku nieprzemakalnymi płachtami, tak, że w 
okamgnieniu  pod  ich  zręcznymi  dłońmi  wyrosła  tratwa, 
mogąca unieść dwóch ludzi. 

background image

Gdy  ją  umieszczono  na  wodzie,  stanęli  na  niej  dwaj 

peonowie. W rękach trzymali długie tyki od pomiarów, które w 
tej chwili spełniały rolę wioseł. W ten sposób płynęli w stronę 
beczki,  chociaż  bardzo  wolno.  Wkrótce  widzowie  na  brzegu 
zrozumieli, że Mr Bopkins dostanie się na otwartą rzekę, zanim 
wybawcy zdołają dotrzeć do beczki. 

Obaj  peonowie  musieli  to  samo  zauważyć,  gdyż  ze 

wszystkich sił pracowali drągami, ,aby jak najprędzej przyjść 
nieszczęsnemu jankesowi z pomocą. Rozumieli doskonale, że 
jeśli tratwa dostanie się na rzekę, rozbije się i utonie z wszelką 
pewnością. Lecz trud ich był daremny. Oddaleni byli zaledwie 
dwadzieścia metrów od beczki, gdy ta nagle zaczęła się żywiej 
poruszać i obracając się zwolna dokoła własnej osi, wpłynęła 
do głównego łożyska rzeki. 

Trzeba  się  było  teraz  zdobyć  na  szybki  i  energiczny  krok. 

Peonowie  złożyli  długie  tyki  i  wzięli  w  ręce  lassa  które 
połączyli  ze  sobą.  Następnie  jeden  z  nich  stanął  na  tratwie, 
szeroko  w  rozkroku,  aby  spróbować  trudnego  rzutu. 
Trzykrotnie  okręcił  się  powróz  nad  jego  głową,  potem, 
zakreśliwszy ogromny łuk, spadł na beczkę. Rozległ się głośny 
okrzyk  radości,  gdy  pętla  dokładnie  chwyciła  baryłkę,  którą 
peon natychmiast począł ciągnąć. 

Mr  Bopkins  był  uratowany  i  zachowywał  się  spokojnie,  z 

obawy, aby beczka pod wpływem nieostrożnego ruchu się nie 
wywróciła.  Wielkie  niebezpieczeństwo,  które  mu  zagrażało, 
uczyniło  go  roztropnym.  Szybkim  ruchem  chwycił  rzemień  i 
umocnił go z obawy, aby nie ześliznął się. 

Tymczasem  peonowie  doprowadzili  do  równowagi  tratwę, 

którą zachwiał rzut lassa. Jeden z nich wiosłował z całych sił, 
drugi tymczasem ciągnął ostrożnie beczkę z przedstawicielem 
South–American–Railway–Company.  Po  kilku  minutach 
napięcia oba statki prawie równocześnie uderzyły o brzeg i Mr 
Bopkins stanął na suchej ziemi. 

background image

Przede  wszystkim  podziękował  serdecznie  obu  peonom  za 

ratunek,  po  czym  udał  się  do  obozu,  aby  doktorowi 
opowiedzieć  o  swej  przygodzie.  Lecz  gdy  się  dowiedział  od 
niego, że nie było mowy o jakimkolwiek napadzie i że ogólne 
zamieszanie  spowodował  zbytni  pośpiech  straży,  wówczas 
zachmurzyła się jego twarz. 

— Ja  protestuję  —  rzekł  —  by  mnie  uważano  za  cel 

wszystkich głupich dowcipów! A pan jeszcze wykorzystuje to 
wszystko!  To  będzie  pana  drogo  kosztowało,  Mr  Bergman! 
Przysięgam panu na to, jakem Bopkins! 

Daremnie  doktor  usiłował  wyjaśnić  mu  prawdę.  Jankes 

stracił doszczętnie humor i zamknął się w swoim wozie. 

Pozostali członkowie wyprawy przestali się troszczyć o niego 

i zasiedli razem do przerwanej uczty. Doktor niebawem kazał 
napełnić balon, bo zamierzał z góry zbadać, czy obaj Indianie 
nie byli zwiastunami większego oddziału czerwonoskórych. 

Podczas gdy wykonywano jego rozkazy, udał się raz jeszcze 

do  swego  kucharza,  aby  go  obandażować,  o  ile  to  się  okaże 
niezbędne.  Ten  tymczasem  wykąpał  się  w  czystej  wodzie 
deszczowej  i  siedział już w wozie kuchennym, gdzie właśnie 
pół  metra  plastra  angielskiego  pociął  na  małe  kwadraciki, 
którymi pozalepiał niezliczone ranki na całym ciele. 

Doktor na ten widok wybuchnął głośnym śmiechem. 
— Podoba  się  to  panu,  panie  doktorze!  —  zawołał  Jaś  na 

dźwięk  jego  głosu.  —  Zaiste  muszę  teraz  wyglądać,  jak 
wędrowny  aptekarz.  Ale  jak  te  podłe  bydlątka  mnie  kąsały! 
Zdawało mi się, że chcą befsztyk ze mnie zrobić… A wtedy nie 
miałem  najmniejszej  ochoty  do  śmiechu!  Co  tam,  wszystko 
mija na świecie, więc i to minie! Będę jeszcze zdrów, jak ryba! 
Choć swoją drogą nigdy we śnie nawet nie przeszło mi przez 
głowę, by mnie mogło coś takiego spotkać! Tak, tak, to stara 
prawda, że wszystko mści się na świecie! 

background image

— A więc — odparł doktor na tę filozoficzną uwagę swego 

służącego  — widocznie nagrzeszyłeś tyle, że ci  sumienie nie 
daje spokoju. 

Jaś  spostrzegł,  że  się  mimo  woli  zdradził  i  niespokojnie  z 

boku zerknął na doktora. 

— Mam  coś  istotnie  na  sumieniu  —  rzekł  —  ale  mam 

nadzieję,  że  mi  pan  doktor  łaskawie  już  nie  zaleje  sadła  za 
skórę, którą ta banda wściekłych ryb tak pięknie podziurawiła! 

— No,  no!  —  odparł  doktor.  —  Uwzględniając  twoje 

poświęcenie  i  brawurową  odwagę,  przebaczę  ci  wszystko  z 
góry, lecz pod tym warunkiem, że wyznasz otwarcie, co ciebie 
gnębi. 

— Widzi pan doktor — mówił Jaś z widoczną ulgą — gdy 

ten angielski  baron miał przygodę z bawołem, ten drugi  pan, 
który  jest  przedstawicielem  jakiegoś  tam  Towarzystwa, 
potajemnie  począł  się  zeń  wyśmiewać…  To  mnie  poczęło 
złościć,  więc  pomyślałem  sobie:  „Jasiu,  ty  mu  za  to  musisz 
dosolić, musisz mu zapłacić!” Więc kiedy w kilka dni później 
znalazłem te mrówki… 

— A ty drabie! — przerwał mu doktor z udanym gniewem. 

—  Mnie  od  razu  przyszło  na  myśl,  że  mrówki  z  własnego 
popędu nie znalazły drogi do obozu! Ale w jaki sposób, u licha, 
urządziłeś ten kawał? 

— To nie jest takie trudne, jakby się zdawało — odparł Jaś i 

opowiedział, w jaki sposób użył miałkiego cukru. 

— Doktor rzekł: 
— Przyznasz sam, że zasłużyłeś przez to na surową karę. 
— Tak  —  przyznał  się  Jaś.  —  Pomyślałem  sobie  to  samo, 

gdy  się  przekonałem  na  własne  oczy,  że  mrówki  w  tutejszej 
okolicy  to  także  zjadliwe  istoty.  Wówczas  postanowiłem 
naprawić krzywdę temu amerykańskiemu panu, i dlatego dziś 
wskoczyłem za nim do wody, gdzie mnie te przeklęte ryby tak 
pokąsały. 

background image

— Właściwie  powinieneś  Mr  Bopkinsa  poprosić  o 

przebaczenie — odparł doktor ze śmiechem. 

— Nie! Nie! — zaprotestował żywo Jaś. — To by było dla 

mnie  upokorzeniem!  To  by  uwłaczało  memu  honorowi!  Źle 
byłoby,  gdyby  każdy  mógł  prośbą  o  wybaczenie  wszystko 
naprawić!  Kto  jest  prawym  człowiekiem,  ten  musi  sam, 
własnym czynem, wynagrodzić wyrządzoną szkodę! 

— Ze  względu  na  twą  odwagę  tym  razem  wszystko 

pokryjemy milczeniem. 

Po tych słowach doktor wydobył z podręcznej apteczki kilka 

wielkich bandaży, którymi owinął całe ciało swego służącego, 
aby plastry nie odklejały się od ran wskutek tarcia o ubranie. 
Jaś  zadowolony  z  takiego  obrotu  sprawy,  zabrał  się  do 
przyrządzenia wieczerzy, gwiżdżąc sobie wesołą piosenkę. 

Doktor  wyszedł  z  wozu.  Ponieważ  balon  był  już  gotów  do 

powietrznej  podróży,  zatem  wsiadł  do  gondoli  i  uniósł  się  w 
powietrze. Niestety daremnie wypatrywał Indian. Zdawało mu 
się  tylko,  że  daleko  na  zachodzie,  na  jednej  z  odnóg  rzeki, 
poruszają  się  ciemne  podłużne  przedmioty.  Ponieważ  słońce 
stało  już  bardzo  nisko  nad  horyzontem,  a  więc  nawet  przy 
pomocy  lunety  nie  był  w  stanie  zobaczyć  nic  wyraźnego. 
Musiał 

tylko 

zadowolić 

się 

ustaleniem 

dalszej 

najwygodniejszej  drogi.  Następnie  wrócił  do  obozu,  gdzie 
usiadł przy ognisku wraz z towarzyszami  podróży i  zabawiał 
się wesołą rozmową. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XII 

P

IERWSZE SPOTKANIE

 

 
Drugiego dnia po nowym roku o świcie cały obóz wyrwał z 

objęć słodkiego snu okrzyk strażnika: 

— Baczność! Nadchodzą! 
Nasi  podróżnicy  spiesznie  zerwali  się  na  równe  nogi  i 

chwycili za broń. Zdążyli jeszcze na czas, w momencie kiedy 
Indianie  poczęli  szturmować  wzgórze  równocześnie  z  trzech 
stron, zbici w gęste grupy, liczące około dwustu wojowników. 
Europejczycy powitali ich strzałami karabinów. 

Czy Indianie wykorzystali noc, aby się zbliżyć do obozu od 

tej  dalekiej  odnogi  rzecznej,  gdzie  ich  zauważył  doktor  z 
balonu? A może już od dłuższego czasu kręcili się w okolicy, 
lecz strażnicy ich nie zauważyli? Doktor nie miał czasu się nad 
tym  zastanawiać.  Wśliznął  się  czym  prędzej  do  pancernego 
wozu,  pułkownik  tymczasem  objął  komendę  nad  pozostałą 
załogą. 

Niestety,  dr  Bergman  nie  mógł  włączyć  się  do  walki, 

albowiem  nie  miał  pola  ostrzału.  Ponieważ  napastnicy 
wdzierali  się  na  stoki  wzgórza,  przeto  wozy  znajdowały  się 
wciąż  pomiędzy  nimi  a  wieżą  pancerną,  chociaż  doktor 
podniósł  ją  tak  wysoko,  jak  tylko  mógł.  To  było  bardzo 
niepomyślną okolicznością dla jego towarzyszy. Mimo swoich 
repetowanych  karabinów  nie  mogli  zyskać  przewagi  nad 
szturmującymi Indianami, którzy zbliżali się z każdą sekundą 
coraz bardziej. 

Doktor  krzyknął  coś  w  kierunku  pułkownika,  który 

natychmiast  zrozumiał  rzucone  słowa  i  wydał  odpowiednie 
rozkazy. Obrońcy odciągnęli na bok dwa wozy, w ten sposób, 
że  w  tym  miejscu  powstała  obszerna  luka.  Następnie  skupili 
swe siły celem obrony punktów obwodu. 

background image

Gdy Indianie spostrzegli to słabe pozornie miejsce — leżało 

ono  na  wschodniej  stronie  —  uderzyli  w  tym  kierunku  w 
znacznej  liczbie  i  szybko  wydostali  się  na  szczyt  wzgórza. 
Wówczas doktor kazał przemówić karabinowi maszynowemu, 
który  pobłogosławił  napastników  tak  boleśnie,  że  w 
okamgnieniu  stracili  odwagę  i  uciekli  wśród  powszechnego 
zamieszania. 

Peonowie  powitali  ten  odwrót  okrzykami  radości,  którym 

odpowiedziało wściekłe wycie czerwonoskórych. Z kolei biali 
odsunęli  na  bok  także  inne  wozy  tak,  że  doktor  mógł 
ostrzeliwać  cały  stok  z  południowej  i  zachodniej  strony. 
Takiemu gradowi pocisków nie mogli się oprzeć Indianie mimo 
podziwu  godnego  męstwa.  Wkrótce  zniknęli  wśród  gęstych 
zarośli.  Obóz  był  ocalony.  Doktor  zszedł  z  wieży  pancernej, 
aby z innymi panami naradzić się, co należy począć w obecnym 
położeniu. Wszyscy przywitali go okrzykami radości. 

— Wspaniale,  panie  doktorze!  —  zawołał  jeden  z peonów. 

— Nauczył ich pan rozumu! Teraz ruszymy w ślad za nimi i 
przetrzepiemy im  skórę, zanim ochłoną po tym ogłuszającym 
ciosie!  Adelante!  —  krzyknął,  zwróciwszy  się  do  innych  i 
chciał biec do swego konia. 

— Stój!  —  krzyknął  doktor,  chwytając  go  za  „poncho” 

(rodzaj płaszcza) — nie możemy zbytnio opróżniać obozu! Kto 
wie czy inni nie czatują w ukryciu? 

— Nie sądzę — przerwał pułkownik. — Czerwonoskórzy nie 

dorośli  jeszcze  do  takich  wyżyn  taktycznej  sztuki.  Jeśli  nie 
udało  im  się  zdobyć  obozu,  pozostawią  go  na  jakiś  czas  w 
spokoju,  dopóki  nie  nadarzy  się  sposobność  do  nowego 
napadu.  Sądzę,  że  nie  zaszkodzi  krótki  pościg,  który  nie 
zaprowadzi nas daleko od obozu. 

— Zgoda  —  rzekł  doktor  —  Niech  pan  weźmie  połowę 

naszych ludzi  i  rozpocznie pościg. Dla bezpieczeństwa pójdę 

background image

znów  na  wieżę,  aby  panu  zabezpieczyć  odwrót,  jeśli  to  się 
okaże konieczne. 

Pułkownik machnął dłonią na znak, że to nie potrzebne. W 

kilka chwil potem wraz z sir Allanem i pięciu peonami zjechał 
po stoku i znikł w zaroślach, w których ukryli się Indianie. 

Ranni,  o  ile  mogli  biec,  spiesznie  uciekali  przed  nimi, 

dobywając wszystkich sił. Biali poczęli ich ścigać, tymczasem 
w odległym zakątku lasku zebrało się około pięćdziesięciu nie 
ranionych  dotychczas  wojowników,  którzy  z  rozmachem 
uderzyli na swych wrogów. 

Doktor nic nie wiedział o tym wypadku, bo gałęzie i  liście 

zakrywały  przed  jego  oczami  zarówno  przyjaciół,  jak  i 
nieprzyjaciół. Gdy walka przeniosła się w krótki czas potem na 
otwartą łąkę, spostrzegł  najpierw uciekających Indian, którzy 
na  ślepo  rozproszyli  się  na  wszystkie  strony,  a  za  nimi 
pułkownika  z  towarzyszami.  Ledwie  ci  przebyli  przestrzeń 
trzydziestu  kroków,  gdy  nagle  pojawił  się  silny  oddział 
czerwonoskórych,  którzy  z  dzidami  w  ręku  poczęli  biec  za 
nimi, dorównując koniom pod względem szybkości. 

Przerażony  doktor  zrozumiał  niebezpieczeństwo  swoich, 

więc zadął w róg alarmowy, aby ich ostrzec, a potem skierował 
karabin  maszynowy  na  Indian.  Skoro  pułkownik  usłyszał 
sygnał, obejrzał się i kazał zatrzymać się swoim. Teraz trzeba 
było przełamać linię, oddzielającą ich od obozu, jeśli nie mieli 
być odcięci. 

Czerwonoskórzy, którzy dotychczas biegli za białymi w dość 

szerokiej  linii,  zrozumieli  natychmiast  zamiar  pułkownika  i 
zbiegli się w tym punkcie, gdzie prawdopodobnie miał nastąpić 
przełom.  Wprawdzie  ponieśli  oni  ostatnio  świeże  straty 
wskutek  ognia  karabinu  maszynowego,  ale  doktor  musiał 
niebawem przestać strzelać, jeśli nie chciał razić swoich ludzi. 
Tym sposobem ci ostatni byli skazani na własne siły. 

background image

Pułkownik i peonowie byli na tyle zaznajomieni ze sposobem 

wojowania  Indian,  aby  wiedzieć,  jak  się  mają  zachować. 
Zwartym szykiem rzucili się na wrogów, którzy czekali na nich 
z  nastawionymi  dzidami.  Z  pięciu  kroków  strzelili  w  sam 
środek  czerwonoskórych  z  rewolwerów,  tak,  że  wielu  z  nich 
padło i otworzyła się luka w ich szeregach. Lecz nie była ona 
tak wielka, by wszyscy jeźdźcy mogli w nią wtargnąć. Dlatego 
też błyskawicznie w ostatniej chwili utworzyli klin i śmiałym 
skokiem  znaleźli  się  w  środku  wrogów,  którzy  zmieszali  się 
bezładnie.  Śmiały  krok  poskutkował.  Czerwonoskórzy 
rozbiegli się w popłochu na wszystkie strony, a dzielni jeźdźcy 
wrócili wśród zwycięskich okrzyków do obozu. 

Niestety, w gorączce walki zapomnieli, że sir Allan nie miał 

takiej umiejętności jazdy konnej. Pozostał o kilka łokci w tyle 
za  innymi  i  ta  krótka  zwłoka  wystarczyła,  aby  spowodować 
jego nieszczęście. 

Indianie  znaleźli  czas,  aby  ochłonąć  z  przerażenia  po 

przełomie  i  rozpoczęli  atak  na  ostatniego  jeźdźca.  Pół  tuzina 
oszczepów przeszyło konia Sir Allana, który runął, jak gromem 
rażony.  Czerwonoskórzy  przyskoczyli,  porwali  jeźdźca, 
ogłuszonego  upadkiem,  i  szybko  zawlekli  go  w  głąb  zarośli. 
Tutaj skrępowali go powrozami, za pomocą gwizdów dali znać 
rozproszonym  Indianom,  gdzie  się  mają  zebrać,  na  koniec 
rozbiegli  się  po  lesie  we  wszystkich  kierunkach,  aby 
uniemożliwić  wszelki  pościg.  Przy  jeńcu  pozostało  tylko 
dwóch,  którzy  zmusili  go,  by  się  udał  z  nimi  w  zachodnim 
kierunku, i to tak szybko, jak tylko mógł. 

Pułkownik  Iquite  i  peonowie  spostrzegli  brak  sir  Allana 

dopiero  w  obozie,  gdyż  nie  zrozumieli  znaków,  które  już  z 
daleka  dawał  im  doktor.  Chcieli  z  miejsca  wracać,  aby 
naprawić  błąd.  Lecz  za  namową  dra  Bergmana  dali  spokój 
temu zamiarowi. Było rzeczą aż nazbyt jasną, że Indianie raczej 

background image

zabiją  jeńca,  niż  go  wydadzą.  Jeśli  nie  uda  się  uwolnić 
biednego entomologa z niewoli, będzie zgubiony. 

Właśnie  biali  zamierzali  rozpocząć  naradę,  w  jaki  sposób 

uwolnić nieszczęsnego jeńca, gdy nagle usłyszeli głośny płacz. 
Gdy  się  odwrócili,  spostrzegli  przy  jednym  z  wozów  Johna, 
służącego sir Allana, który zakrył sobie twarz dłońmi i łkał, jak 
małe dziecko. 

— John,  bądź  mężczyzną!  —  upomniał  go  doktor, 

przystąpiwszy doń i położywszy mu dłoń na ramieniu. 

— My  uczynimy  wszystko,  co  leży  w  naszej  mocy,  aby 

uwolnić twego pana! 

— O,  niech  pan  to  uczyni,  Mr  Bergman!  —  zawołał  John, 

składające ręce, jak do modlitwy. — Jeśli  mój  pan nie wróci 
żywy z tej niewoli, to i ja jestem stracony! 

— Przecież  nikt  cię  z  tego  powodu  nie  będzie  pociągał  do 

odpowiedzialności! — rzekł doktor. 

— O,  pan  nie  wie  wszystkiego  —  biadał  John,  płacząc 

gorzko. — Gdyśmy wyjeżdżali z domu, lord, który jest wujem 
mego  pana,  wziął  mnie  na  bok  i  rzekł:  „John!  pilnuj  mego 
siostrzeńca! Jeśli  mu się coś złego stanie, lub jeśli sam jeden 
wrócisz, każę ci ściągnąć skórę, jak mnie tu żywego widzisz!” 

— Ściągnąć skórę? — spytał zdumiony doktor. — Co to ma 

znaczyć? 

— Ja nie wiem, sir — biadał John, kiwając głową. — Lecz 

lord  będzie  wiedział,  a  jeśli  on  coś  wie,  to  musi  to  być  coś 
okropnego!  A  ja  za  nic  w  świecie  nie  chciałbym  być 
obciągnięty ze skóry! 

Doktor  począł  się  śmiać,  przekonawszy  się,  że  rzekome 

przywiązanie  sługi  do  pana  jest  tylko  zwyczajną  obawą  o 
całość własnej skóry. Wrócił potem do pułkownika i rzekł: 

— Co za przeklęte położenie! Indianie z pewnością rozbiegli 

się  we  wszystkich  kierunkach  tak,  że  tylko  z  najwyższym 
trudem  moglibyśmy  wpaść  na  ślad  sir  Allana.  Nie  ulega 

background image

najmniejszej wątpliwości, że wszyscy Indianie po jakimś czasie 
zbiorą  się  w  pewnym  oznaczonym  punkcie.  Wszystkie 
przejścia  do  tego  miejsca  będą  z  pewnością  pilnie  strzeżone 
tak,  że  o  nagłym  napadzie  na  czerwonoskórych  nie  można 
nawet  myśleć.  Musimy  zatem  podejść  ich  z  tyłu  i  poznać 
dokładnie  położenie  punktu  zbornego.  Okolica  tutejsza  jest 
niezbadana, porosła gęstym lasem tak, że nawet  z balonu nie 
można by niczego zobaczyć. Dlatego też nie można się nawet 
domyślić, gdzie się Indianie zgromadzą. Nie mam pojęcia, w 
jaki sposób wywikłać się z tego trudnego położenia. 

— Może ja to panu ułatwię — rzekł Miguel Rodilla. 
Wszyscy  obsypali  go  stu  najrozmaitszymi  pytaniami,  na  co 

tenże rzekł z uśmiechem: 

— Senores, czy nie bylibyście łaskawi poczekać, aż skończę? 
Inni umilkli, Rodilla zaś mówił dalej: 
— Słyszeliście może panowie, że Indianie porozumiewają się 

za pomocą gwizdania. Otóż te gwizdy są u pewnych plemion 
tak  wykształcone,  że  częściowo  zastępują  mowę.  Dają  sobie 
tego  rodzaju  znaki  na  polowaniach,  bo  one  mniej  płoszą 
zwierzęta, niż głos ludzki. Stąd też mają odrębny znak na każde 
zwierzę, a także wiele innych słów oznaczają gwizdem, jak: w 
lewo,  w  prawo,  wschód  i  zachód  słońca,  rzeka,  góra  i  tym 
podobne. Musiałem się tego wszystkiego wyuczyć, bo w czasie 
polowań  używano  mnie  często  do  stania  na  czatach,  stąd  też 
rozumiałem  także  gwizdy,  rozlegające  się  po  lesie,  gdzie 
Indianie znikli, a wraz z nimi senor Ingles. 

— Mów  pan  prędzej!  —  krzyknął  doktor.  —  To  byłoby 

nieocenioną  zdobyczą,  gdybyśmy  mogli  wiedzieć,  dokąd 
czerwonoskórzy zawlekli pana Bendixa. Lecz chodzi o to, czy 
te sygnały u wszystkich plemion są jednakowe. 

— To  proste  —  odparł  Miguel  Rodilla.  —  Żyłem  wśród 

członków plemienia „Toba”, a ci czerwonoskórzy, którzy nas 
napadli  należą  także  do  tego  plemienia,  chociaż  skądinąd 

background image

pochodzą.  Plemię  „Toba”  wchłonęło  szczep  „Montacco”, 
swoich  dawnych  sąsiadów  i  przyjęło  wiele  ich  zwyczajów,  a 
przede  wszystkim  sposób,  w  jaki  stroją  się  na  wyprawę 
wojenną. Twarz i  częściowo ciało malują sobie czarną  farbą, 
mierzwią sobie włosy, aby tym straszniej wyglądać, wreszcie 
zdobią się czerwonymi i żółtymi piórami. 

— W  ten  sposób  właśnie  wyglądali  nasi  napastnicy  — 

potwierdził doktor.  —  Stąd  też mógł  pan  zrozumieć  owe  tak 
ważne dla nas sygnały. 

— Nie  wątpię  w  to  —  odparł  Rodilla.  —  Pierwszy  znak, 

rozkazujący wszystkim rozbiec się, słyszałem często wówczas, 
gdy  jakaś  grupa  myśliwych  natknęła  się  niespodzianie  na 
jaguara lub pumę i chciała pozostałych ostrzec. Potem nastąpiły 
dwa  wysokie,  przeraźliwe  pogwizdy,  oznaczające  „dwa”  — 
następnie przeciągły gwizd, oznaczający dzień, na koniec znak 
dla  cichej  wody,  bagna  i  krokodyla.  Z  tego  wnioskuję,  że 
chwilowo  się  rozproszyli,  aby  potem  zebrać  się  po  dwóch 
dniach nad bagnem krokodyli. To bagno musimy odszukać. 

— To odkrycie jest istotnie drogocenne — zawołali doktor i 

pułkownik. 

Ostatni mówił dalej: 
— Istotnie  będzie  trudną  sprawą  ustalić  położenie  tego 

bagna.  Ponieważ  ono  zowie  się  bagnem  krokodyli,  stanowi 
niewątpliwie  ulubione  miejsce  tych  potworów,  którego  znów 
starannie unikają ptaki wodne. Ten fakt możemy z góry ustalić, 
nie badając, gdzie znajduje się najwięcej krokodyli. Nasuwa się 
tylko pytanie, czy to bagno łączy się z Rio Salado przynajmniej 
w czasie wylewów, czy też jest moczarem, leżącym na uboczu, 
wśród pierwotnego boru. W takim wypadku to zagadnienie nie 
byłoby nie do rozwiązania. 

— To 

ostatnie 

przypuszczenie 

uważam 

za 

nieprawdopodobne  —  odparł  doktor.  —  Indianie  umieją 
doskonale  oceniać  dodatnie  strony  dróg  wodnych.  Marsz 

background image

wyczerpuje  i  odbiera  członkom  ciała  świeżość,  potrzebną  do 
napadu,  tymczasem  na  czółnach  można  się  daleko  szybciej 
posuwać  naprzód.  Z  tego  też  powodu  także  i  tym  razem 
czerwonoskórzy  wrócą do Rio Salado, nie sądzę bowiem, by 
dzisiejszy  napad  miał  być  ostatni,  ani  też,  by  się  zadowolili 
jednym tylko jeńcem. 

— Temu nie mogą zaprzeczyć. Stąd też będzie najlepiej, jeśli 

wsiądziemy w czółno i rozpoczniemy poszukiwania w górnej 
części rzeki. 

— Przypominam  sobie  —  rzekł  doktor  —  że  wczoraj 

wieczorem  zauważyłem  osobliwy  ruch  na  odnodze  rzeki, 
położonej na zachodzie. Niestety złe oświetlenie przeszkodziło 
mi dokładniej zaobserwować to zjawisko. Lecz gdy zestawię to 
spostrzeżenie  z  dzisiejszym  napadem,  mam  wrażenie,  że 
Indianie wczoraj wieczorem z tego miejsca wyruszyli i w ciągu 
nocy wodą dopłynęli aż w pobliże naszego obozu. 

— Pokaże mi pan to miejsce? — spytał pułkownik. 
— Natychmiast  — odparł  dr Bergman i  kazał  przygotować 

balon. 

Gdy to zrobiono, obaj panowie wsiedli do gondoli, a doktor 

pokazał swemu towarzyszowi podejrzane miejsce. Tym razem 
oświetlenie było lepsze, ponieważ światło padało ze wschodu. 
Luneta  pokazała  dokładnie  ramię  rzeki,  samotnie  leżące 
między zalesionymi  brzegami. Czy tam są ptaki  wodne, tego 
nie można było ustalić. 

— Nasuwa się pytanie — rzekł pułkownik, gdy znów stanęli 

na  ziemi  —  kto  podejmie  się  uwolnić  naszego  towarzysza  z 
niewoli. Rozumie się samo przez się, że pan, panie doktorze, 
musi pozostać w obozie. Dlatego też wezmę sam na siebie to 
zadanie, o ile mi pan da pełne swoje zaufanie. 

— Nie znam nikogo lepszego od pana — odparł doktor. — 

Sam jestem, niestety, zbyt związany z obozem, bym mógł na 
własną  rękę  rozpocząć  poszukiwania  przyjaciela.  Indianie  z 

background image

pewnością  pozostawili  szpiegów  tutaj  w  pobliżu i  uderzyliby 
jeśli by się od nich dowiedzieli, że rozdzieliliśmy nasze siły. 

— Nie mam zamiaru brać ze sobą wielu towarzyszy — rzekł 

pułkownik.  —  Ten  Miguel  Rodilla,  który  zna  doskonale 
wszystkie kroki czerwonoskórych, odpowiada mi najbardziej. 
Prócz  tego  we  dwóch  łatwo  się  ukryjemy  przed  ciekawymi 
oczami  czerwonych  szpiegów.  Teraz  trzeba  nam  szybkiego 
czółna, albowiem moim zdaniem tego rodzaju przedsięwzięcie 
na  lądzie  jest  wykluczone.  Przyszlibyśmy  za  późno  i  już  na 
początku Indianie odkryliby nas. Spytam naszych peonów, czy 
potrafiliby do wieczora sporządzić szybkie i lekkie czółenko. 

Istotnie  peonowie  na  czas  zbudowali  lekką  łódź,  która 

odpowiadała w zupełności wymaganiom pułkownika. 

Gdy  doktor  spytał  Miguela,  czy  się  odważy  na  tak  śmiałą 

wyprawę, ten położył dłoń na swych piersiach i rzekł szczerze: 

— Senor,  panu  zawdzięczam,  że  się  znów  mogę  nazywać 

chrześcijaninem.  Dlatego  też  gotów  jestem  do  największych 
ofiar.  Poza  tym  znam  zbyt  dobrze  straszliwy  los,  jaki  czeka 
pana Allana w razie, jeśli go na czas nie wyrwiemy ze szponów 
czerwonoskórych. Bez wahania jestem gotów życie dla niego 
poświęcić ! 

Doktor serdecznie uścisnął  dłoń śmiałemu człowiekowi, po 

czym  wraz  z  pułkownikiem  omówił  rozmaite  szczegóły, 
zwłaszcza,  w  jaki  sposób  mają  dać  znać  obozowi,  w  razie 
odkrycia miejsca, gdzie się sir Allan znajduje. 

Gdy  nastał  wieczór,  obaj  odważni  ludzie  pożegnali  się  z 

przyjaciółmi, zsunęli czółno na wodę i odpłynęli. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XIII 

N

A CZATACH

 

 
Wkrótce dopłynęli do rzeki. Dotychczas pułkownik i Rodilla 

z trudem walczyli z prądem, teraz zaś szybko płynęli naprzód. 
Przepłynąwszy  połowę  przestrzeni,  ukryli  się  pod  liściastym 
dachem  drzew,  wyrastających  z  wody.  Tutaj  spędzili  cały 
dzień. 

Skoro noc poczęła otulać cały świat Mroczną zasłoną, zaczęli 

dalej płynąć, wiosłując dzielnie, aby jeszcze przed wschodem 
słońca dotrzeć do tej odnogi rzecznej, którą doktor oznaczył. 

Skoro  tam  wpłynęli,  zauważyli  ku  swej  radości  po  drugiej 

stronie laguny błyszczące ognisko. Był to bez wątpienia znak, 
że się znajdują na właściwym miejscu. 

Dopóki  było  ciemno,  wiosłowali  ostrożnie,  unikając 

zdradzieckiego  plusku  wody.  Potem  skręcili  na  lewo,  pod 
zwisającymi gałęziami, które otaczały moczar krokodyli. Że się 
na  tym  moczarze  znajdowali,  przekonali  się  kiedy  pierwszy 
brzask  obielił  okolice.  Ani  jeden  ptak  nie  trzepotał  się  nad 
obszerną płaszczyzną wodną. Natomiast dokoła łodzi, choć w 
przyzwoitym  oddaleniu,  sterczało  z  wody  pół  tuzina 
straszliwych paszcz krokodylich. 

Obaj wywiadowcy przywiązali tutaj swoje czółno, po czym 

wydostali się na dość stromy brzeg. Dokoła nie było ani śladu 
wrogów.  Tylko  na  zachodnim  krańcu  laguny  błyszczało 
ognisko, gasnące jednak wskutek blasku wstającego dnia. 

Ponad głowami obu mężczyzn obudziła się skrzydlata rzesza. 

Słychać było pogwizdy, śpiewy, nawoływania, tudzież wrzaski 
małp,  skaczących  z  drzewa  na  drzewo  w  poszukiwaniu 
owoców. 

Miguel Rodilla znajdował się w swoim żywiole. Przydało mu 

się znakomicie to, czego wyuczył się w czasie niewoli u Indian. 

background image

Bez  szelestu,  jak  Indianin,  wyrosły  wśród  lasów  i  stepów, 
przesuwał się w gęstwinie. Pułkownik szedł za nim, naśladując 
jego  ruchy.  Kilkakrotnie  spotkali  w  gęstwinie  wąskie,  ledwo 
widoczne  ścieżki  indiańskie,  musieli  także  przechodzić przez 
małe strumienie. Kilkakrotnie zatrzymali ich przechodzący w 
pobliżu  Indianie.  Spieszyli  oni  do  punktu  zbornego,  ale  na 
szczęście posuwali się w gęstwinie dość nieuważnie, albowiem 
mniemali, że są zupełnie bezpieczni. 

W ten sposób upłynęło pięć godzin. Pułkownik przestał się 

orientować  i  już  nie  wiedział,  w  którym  kierunku  obaj  się 
posuwają.  Na  szczęście  nie  zdarzyło  się  to,  czego  Miguel 
Rodilla najwięcej się obawiał: nie natrafili ani na jaguara ani na 
żadne  inne  niebezpieczne  zwierzę.  W  tym  wypadku  bowiem 
musieliby się bronić karabinami, a przez to strzałami zwrócić 
na siebie uwagę Indian. 

Wreszcie  Miguel  Rodilla  zatrzymał  się  i  dał  znak 

pułkownikowi.  Obaj  wyjrzeli  przez  szczelinę  w  gęstwinie. 
Widok,  jaki  ujrzeli,  ucieszył  serce  oficera.  Przed  nimi  leżał 
punkt  zborny  Indian,  w  odległości  pięćdziesięciu  zaledwie 
kroków.  Na  legowiskach  spoczywało  czterech  wodzów, 
wspaniale zdobionych. Byli to prawdopodobnie wodzowie tych 
wojowników, którzy mieli się zjawić w ciągu dnia. Leżeli bez 
ruchu, milcząc i paląc fajki. 

Przed  nimi  spoczywało  na  ziemi  w  malowniczych  pozach 

około  pięćdziesięciu  wojowników.  Jedni  naprawiali  broń, 
drudzy  spali  lub  palili  fajki.  Nigdzie  nie  można  było  odkryć 
strażników:  widocznie  Indianie  tutaj  czuli  się  zupełnie 
bezpieczni i nie zastosowali żadnych środków ostrożności. 

Miguel Rodilla cofnął się wraz z towarzyszem znów w głąb 

puszczy  i  wielkim  łukiem  okrążył  całe  obozowisko.  Tutaj 
spostrzegł ogromne drzewo, na które obaj się wspięli. Usiedli 
na mocnym konarze i poczęli obserwować obozowisko Indian. 

background image

Nie  mogli  wybrać  sobie  lepszego  miejsca.  Obóz 

czerwonoskórych leżał pod nimi, jak na dłoni. Sytuacja w nim 
nie zmieniła się ani trochę. Tylko co jakiś czas nadchodzili z 
głębi  puszczy  nowi  Indianie,  którzy  pozdrawiali  wodzów  i 
kładli się na trawie, aby palić fajki lub spać. 

Dopiero  po  południu  ujrzeli  obaj  wywiadowcy  to,  na  co 

cierpliwie czekali. Na polance ukazał się sir Allan, prowadzony 
przez  dwóch  dobrze  uzbrojonych  wojowników.  Był  bardzo 
wyczerpany  długotrwałym  marszem  przez  gęsty  las.  Włosy 
spadły  mu  w  nieładzie  na  czoło,  a  ubranie  było  w  wielu 
miejscach podarte. 

Stanął  przed  wodzami,  którzy  przemawiali  doń  po 

portugalsku  i  hiszpańsku.  Lecz  sir  Allan,  jako  prawdziwy 
Anglik, umiał tylko po angielsku mówić, toteż nie mógł im dać 
żadnych wyjaśnień. Wodzowie kazali go odprowadzić na bok i 
przywiązać  do  drzewa.  Dotychczasowych  jego  strażników 
zastąpiono innymi. 

— Na  razie  nie  możemy  nic  uczynić  dla  uratowania  go  — 

szepnął  Miguel  Rodilla  do  ucha  pułkownika.  —  Ale  gdy  się 
ściemni, zejdę z drzewa i spróbuję się przedrzeć do niego. 

— Gdyby nie było tych strażników! — westchnął pułkownik. 
— Nie troszczę się o nich — odparł Miguel Rodilla. — Mam 

nadzieję,  że  czerwonoskórzy  poczekają  tutaj  do  jutra.  Odbyli 
długi marsz i muszą porządnie wypocząć. Gdy wszyscy zasną, 
będziemy mogli strażników zabić, a sir Allana uwolnić. Ale jak 
z nim uciekniemy? 

— Istotnie — rzekł pułkownik — jest śmiertelnie znużony i 

w tym stanie nie będzie mógł biec. 

— I na to znajdzie się rada — odparł tamten. — Po prostu na 

przemian  będziemy  go  nieśli.  Lecz  jak  mi  wiadomo, 
czerwonoskórzy  zmieniają  co  dwie  godziny  straż.  Do 
uwolnienia  jeńca  trzeba  nam  godziny.  Będziemy  chyba  go 
musieli ukryć, Indianie, gdy spostrzegą jego ucieczkę, będą z 

background image

pochodniami biegli za nami, a wobec tak wielkiej przewagi, nic 
nam  nie  pomoże  nawet  nasza  doskonała  broń.  Gdyby  te 
czerwone draby miały bodaj jedną łódź! 

— Nie  powinniśmy  byli  tak  daleko  pozostawić  naszego 

czółna. 

— Pomyliłem  się,  niestety,  w  ciemnościach  i  źle  w  nocy 

oceniłem  oddalenie  od  ognia.  Gdy  się  rozwidniło,  nie 
mogliśmy się już pokazać na wodzie, a nie można było płynąć 
wodą pod osłoną nadbrzeżnych zarośli. 

— A  gdyby  pan  spróbował  wrócić  po  nasze  czółno  i 

podpłynąć  na  nim  pod  osłoną  ciemności?  Na  dany  znak 
zszedłbym z drzewa i spotkalibyśmy się w pobliżu jeńca. 

— Myślałem już o tym. Lecz mamy jeszcze zaledwie dwie 

godziny dnia, a potem nikt się nie zorientuje w puszczy. 

Zanim pułkownik zdołał odpowiedzieć, nowy widok zwrócił 

uwagę  obydwu.  Indianie  podnieśli  się  gromadnie  z  trawy  i 
pobiegli  do  brzegu  laguny.  Prawdopodobnie  płynęły  ku  nim 
nowe posiłki. Istotnie po upływie dziesięciu minut ukazały się 
na  rzece  trzy  ogromne  czółna,  a  w  każdym  z  nich  siedziało 
dwudziestu wojowników. Za nimi posuwała się mniejsza łódź, 
w której siedziało tylko trzech ludzi, dwóch wioślarzy i stary 
wódz.  Ten  ostatni  nie  miał  wprawdzie  żadnych  oznak  ani 
ozdób, a nad czołem jego sterczało tylko jedno orle pióro, lecz 
jego  postawa  i  dumne  spojrzenie  mówiło  wyraźnie,  że  jest 
przyzwyczajony do rozkazywania. Był to niewątpliwie wódz i 
to jeden z najprzedniejszych. Gdy Indianie na brzegu poczęli 
wywijać bronią i wydawać okrzyki radości, stary kacyk skinął 
tylko niechętnie dłonią a uciszyło się natychmiast. 

Trzy  ogromne  łodzie  przybiły  do  brzegu.  Wówczas  można 

było zobaczyć broń nowoprzybyłych. Były to karabiny starego 
systemu, które handlarze niekiedy sprzedawali Indianom. 

Stary  kacyk  wysiadł  wśród  głębokiej  ciszy  na  brzeg  i  na 

powitanie podał dłoń czterem wodzom, którzy się doń zbliżyli. 

background image

Następnie jak monarcha, w otoczeniu dworzan, zbliżył się do 
legowiska,  na  którym  się  położył.  Przyniesiono  mu  tytoń, 
którym naładował fajkę, wiszącą u szyi. Pociągnął kilkakrotnie 
dymu po czym zwrócił się do wodzów z jakimś zapytaniem. 

— Muszę  koniecznie  usłyszeć,  o  czym  oni  rozmawiają  — 

szepnął Miguel Rodilla do ucha pułkownika. — Niech pan tu 
poczeka, nie ruszając się stąd wcale. Wrócę prawdopodobnie, 
gdy będzie ciemno. 

Zanim  pułkownik  mógł  się  sprzeciwić,  ześliznął  się,  jak 

wiewiórka z pnia, i w mgnieniu oka zniknął sprzed jego oczu. 
Oficerowi  nie  pozostało  nic  innego  poza  cierpliwym 
czekaniem,  jak  się  zakończy  śmiałe  przedsięwzięcie 
towarzysza. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XIV 

B

IAŁOWŁOSY KACYK

 

 
Dopiero  teraz,  gdy  Miguel  Rodilla  był  sam,  mógł  w 

zupełności  rozwinąć  swoją  umiejętność,  którą  nabył  w  ciągu 
długoletniego  pobytu  wśród  Indian.  Bez  najmniejszego 
szelestu, jak wąż, czołgał się wśród gęstwiny leśnej. 

W  kwadrans  potem  leżał  ukryty  w  pobliżu  obozowiska 

Indian i mógł słyszeć ich głosy. 

— ”Canniat  tizan”!  (najwyższy  kacyku!)  —  mówił  jeden  z 

wodzów.  —  Ty  znasz  przecież  owe  straszę  maszyny,  które 
„chihucle”  (biali)  budują  i  które  więcej  kul  wyrzucają,  niż 
wszyscy  twoi  podwładni  razem  wzięci.  Żyłeś  przecież  sam 
wśród nich i wiesz, że „ahot” (zły duch) wszystkiego tego ich 
uczy! 

— Wiem  o  tym  —  odparł  gniewnie  starzec  —  i  chętnie 

przyznaję, że nie mogło być mowy o zwycięstwie, gdy synowie 
Złego  Ducha  zwrócili  na  was  swoje  piorunowe  rury.  Nie 
ganiłem was, gdyście uciekli, bo to było najmądrzejsze, coście 
mogli uczynić. Lecz dlaczego nie posłuchaliście mego rozkazu 
i  rozpoczęliście  atak  o  świcie?  Gdybyście  byli  napadli  ich  w 
ciemnościach,  straże  spostrzegłyby  was  zbyt  późno  i 
zniszczylibyście nieprzyjaciół, zanim by chwycili za broń! 

— Panie  —  rzekł  inny  —  ty  wiesz  dobrze,  że  nasi 

wojownicy, nie śmią napadać  w  nocy, bo „ahot” unosi się w 
powietrzu i najmężniejsze serca napełnia trwogą. 

— To głupota! — wybuchnął najwyższy kacyk. — Wszędzie 

czujecie obecność upiorów i duchów zmarłych, chociaż ich nikt 
nigdy nie widział! To hańba, że dzielni wojownicy drżą przed 
szumem  wichru  i  szeptem  liści,  zamiast  bronić  kraju  ojców 
swoich przed tyranią białych! 

background image

— To właśnie im tłumaczyłem, ale oni mi odrzekli: „Cauniat, 

kacyk  Pailo  przed  czterema  tygodniami  odważył  się  na  atak 
nocny,  ale  poniósł  straszną  klęskę,  albowiem  „ahot”  gniewał 
się na niego i na czas obudził białych, swoich synów”. 

— Tak?!  —  krzyknął  starzec.  —  Nazywacie  to  klęską? 

Dlatego, że kilku odniosło rany? Ale nie liczycie tego, że przez 
to  uwolniono  jednego  z  naszych  najmężniejszych 
wojowników! Zaiste, życzę sobie, by wszystkie nasze wyprawy 
tak mało ofiar pociągały ze sobą! 

Zganiony wódz zamilkł. Dopiero po chwili inny zabrał głos i 

rzekł: 

— Panie  my  i  tym  razem  nie  odeszliśmy  bez  pewnej 

korzyści. Tam jest jeniec! 

— Zawdzięczacie  go  przypadkowi  —  odparł  rozgniewany 

starzec.  —  Posłańcy  przedstawili  mi  dokładnie  przebieg 
sprawy.  Gdyby  biali  nie  byli  tak  głupi,  że  się  odważyli  na 
wycieczkę, nie zdobylibyście nawet jednego włosa z ich koni! 
Lecz przywiedźcie jeńca przed moje oblicze! 

Kilku skoczyło spiesznie z miejsca i przywlokło sir Allana, 

który  na  groźne  spojrzenie  kacyka  odpowiedział  szyderczym 
uśmiechem  tak,  że  na  czole  starca  pojawiła  się  groźna 
zmarszczka. 

— My  ci  tu twoją  wesołość  szybko  wybijemy  z  głowy!  — 

krzyknął kacyk po hiszpańsku. 

Sir Allan ukłonił się i rzekł: 
— Mój panie, mów do mnie po angielsku, bo innego języka 

nie znam. 

Ku wielkiemu zdumieniu Miguela Rodilli starzec powtórzył 

groźbę  swoją  po  angielsku,  chociaż  we  wnętrzu  Ameryki 
Południowej  rzadko  słyszy  się  tę  mowę.  Z  tego  też  powodu 
przyczajony  Rodilla  nie  mógł  niczego  zrozumieć  z  dalszej 
mowy. 

background image

Stary  kacyk  kazał  na  koniec  odprowadzić  jeńca,  po  czym 

zwrócił się do wodzów: 

— Nie mogłem niczego wydobyć z tego człowieka. Albo jest 

na wpół szalony, albo udaje takiego, aby nas oszukać. Lecz my 
go  już  nauczymy  rozumu!  Wyobraźcie  sobie,  co  mi 
odpowiedział, gdy go spytałem czego właściwie szuka w kraju 
czerwonoskórych?  „Coyuyos”  (świerszczy),  „tucchos” 
(świetlików),  „arrieros”  (mrówek)  i  „garapatas”  (kleszczy)!! 
Jak  gdyby  każdy  się  nie  cieszył,  gdy  się  tych  pasożytów 
pozbędzie! 

— Przebacz, panie, jeśli ci  przerwę  — odezwał  się jeden z 

wojowników.  —  Ten  jeniec  może  powiedział  prawdę.  A 
przynajmniej wówczas, gdyśmy go po raz pierwszy usiłowali 
schwytać  i  gdy  przeszkodził  nam  „simarrone”,  człowiek  ten 
istotnie biegł za owadem! 

Stary kacyk potrząsnął z podziwem głową i rzekł: 
— My to jeszcze wyjaśnimy. W każdym razie musi być dziś 

w nocy pilnie strzeżony, a jutro wezmę go do Doliny Wężów. 
Musimy  bezwarunkowo  zbadać,  co  się  kryje  wewnątrz  tego 
wielkiego wozu, który karawana prowadzi ze sobą. Szpiedzy, 
którzy z północy przyszli do mnie, oznajmili mi, że tam „wśród 
ludzi  krążą  najrozmaitsze  wieści.  Ci  mężowie  tam  na 
wschodzie, którzy przy pomocy olbrzymiej kuli unoszą się w 
powietrzu  i  jak  jastrzębie  mogą  obserwować  wszystko  w 
górach  i  dolinach,  mają  także  ze  sobą  wieźć  jakąś  straszną 
maszynę, która siać będzie śmierć i zagładę wśród czerwonych 
wojowników,  skoro  tylko  stanie  na  swoim  miejscu.  Ich 
sprzymierzeńcy  koło  San  Jose  na  szczycie  Cerzo  Cochii 
ustawiają ze sztab żelaznych i z drutów ogromne rusztowanie, a 
nikt  nie  wie,  do  czego  to  ma  służyć.  Prawdopodobnie  w  tym 
tkwi  jakieś  tajemnicze  czarodziejstwo,  jak  to,  o  którym  już 
opowiadałem: oto w Buenos Aires po ulicach biegają wozy bez 
koni.  Musimy  zatem  wszystko  co  możliwe  uczynić,  aby  tę 

background image

maszynę  zniszczyć,  choćby  nawet  tysiąc  naszych  dzielnych 
wojowników miało to życiem przepłacić! 

— Rozkazuj, panie! — zawołali wszyscy obecni z zapałem. 

— Ty wiesz, że my się nie ociągamy, gdy głos twój woła do 
boju! 

Białowłosy  kacyk  zajrzał  swoim  wojownikom  głęboko  w 

oczy,  aby  zbadać,  czy  te  słowa  płyną  z  serca,  czy  dyktuje  je 
tylko  obawa  przed  jego  niełaską.  Lecz  to  nieme  zapytanie 
musiało  odpowiedzieć  jego  oczekiwaniom,  gdyż  z 
zadowoleniem skinął głową. 

Gdy słońce zaszło Indianie zapalili kilka ognisk, przy których 

poczęli  piec  ogromne  kawały  mięsa.  Z  hałasu  i  ruchu,  który 
powstał  przy  tych  przygotowaniach  do  wieczerzy,  skorzystał 
Miguel Rodilla i niepostrzeżenie wrócił do swego towarzysza 
na drzewie. 

— Dzięki  Bogu,  że  pan  znów  tutaj  jest!  —  szepnął 

pułkownik, gdy ujrzał Hiszpana. — Niepokoiłem się ciągle, że 
pana  schwytają.  To  nie  było  łatwą  sprawą  siedzieć  tutaj 
bezczynnie na tym konarze. Prawdopodobnie usłyszał pan coś 
ważnego. 

— Wiele, o ile chodzi o naszych przyjaciół w obozie i nasz 

dalszy marsz — odparł Miguel Rodilla — ale niestety bardzo 
mało,  o  ile  chodzi  o  nasze  bezpośrednie  zadanie.  Jest  tylko 
rzeczą pewną, że Indianie tutaj spędzą noc i jutro rano ruszą w 
drogę. Większość uda się na wschód, aby nam przeszkodzić w 
dalszym  posuwaniu  się  naprzód,  gdy  tymczasem  stary  kacyk 
weźmie ze sobą jeńca i wróci do Doliny Wężów. 

— Zna pan to miejsce? — ciekawie spytał pułkownik. 
— Nie słyszałem nigdy o nim; lecz prawdopodobnie leży tam 

„tolderja”, gdzie kacyk zazwyczaj przebywa. 

— Jak pan sądzi, kiedy możemy usiłować uwolnić naszego 

towarzysza?  Mnie  pali  się  wprost  pod  nogami  i  chciałbym 
natychmiast przystąpić do działania. 

background image

— Musi  pan  zaczekać,  aż  wszyscy  Indianie  zasną.  Na 

szczęście  nie  zanosi  się  na  to,  by  mieli  obchodzić  uroczyste 
święto zwycięstwa. Do tego niezbędnie potrzebna jest „aloja” 
(wódka),  a  nie  widziałem  beczek  z  wódką.  Gdyby  tak  było, 
siedzielibyśmy może jeszcze o świcie na tej gałęzi. 

— Może by lepiej było, gdyby Indianie mieli wódkę — rzekł 

pułkownik. — W takim wypadku mniej by było obawy, że się 
obudzą,  podczas  gdy  wśród  obecnych  okoliczności 
najmniejszy wypadek może uniemożliwić nasze zamiary. Czy 
pan już obmyślił jakiś plan? 

— W  najogólniejszych  zarysach  —  odparł  Miguel  Rodilla. 

—  Początek  rozumie  się  sam  przez  się:  zejdziemy  z  drzewa, 
przyczołgamy się aż do wartowników, a gdy uda się nam  ich 
zabić,  przetniemy  więzy  pana  Allana  i  uciekniemy.  Musimy 
czekać, co przyniesie bieg zdarzeń. Gdyby w tym jeziorze nie 
było krokodyli, popłynąłbym do czółen, przedziurawiłbym dno 
większego,  żeby  utonęło,  a  potem  mniejsze  doprowadziłbym 
do wygodniejszego dla nas miejsca. Nie wymagałoby to od nas 
większej pracy, bo łodzie zbudowane są ze skór, naciągniętych 
na drewniany szkielet. Potem moglibyśmy łatwo uciec, płynąc 
rzeką. Lecz, jak powiedziałem, z powodu krokodyli nie da się 
tego wykonać. 

— W takim razie musimy zniknąć w puszczy. 
— Tak, niestety, nic innego nie pozostaje nam do zrobienia. 

Lecz jeśli nas za wcześnie odkryją, sądzę, że najlepiej będzie, 
jeśli pan pobiegnie do łodzi, przez sam środek zgromadzenia 
czerwonoskórych i będzie się starał odpłynąć.  Może się panu 
przy  tym  uda  sprzątnąć  jednego  lub  dwóch  wodzów.  Jeśli 
zatem gwizdnę, niech pan o tym pamięta i  nie troszczy się o 
mnie. 

— Lecz co się z panem stanie? 
— Nie  ma  obawy!  Jeśli  tylko  mam  dbać  sam  o  siebie,  nie 

obawiam  się  czerwonoskórych.  Nawet  gdyby  ścigali  mnie  z 

background image

zapalonymi  pochodniami,  zajmie  to  im  sporo  czasu,  pan  zaś 
tymczasem  dobiegnie  do  naszego  czółna.  Najważniejsze,  że 
powszechna uwaga odwróci się od pana. 

— Nie  mogę  się  na  to  zgodzić  —  odparł  pułkownik. 

Powinniśmy się obaj narażać na jednakowe niebezpieczeństwo. 
Pańskie życie jest równie cenne jak moje, kochany przyjacielu. 

— A senor Ingles? — spytał Miguel Rodilla. — Niech pan 

pamięta, że tu przede wszystkim o niego chodzi i wobec tego 
faktu wszystkie uboczne sprawy znikają. Z panem odważyłbym 
się na ucieczkę przez lasy, lecz ten człowiek jest z pewnością 
tak  nieporadny,  że  w  przeciągu  pięciu  minut  ściągnąłby  nam 
czerwonoskórych na głowę. 

Pułkownik musiał się na to zgodzić. 
Minęły  dwie  godziny.  Nasi  podróżnicy  ciągle  obserwowali 

obóz  Indian,  gdzie  wszyscy  na  trawie  ułożyli  się  do  snu. 
Ogniska  pogasły  prócz  jednego,  które  podsycali  strażnicy 
Anglika. 

Trzeba było przystąpić do dzieła. Obaj nasi podróżnicy zleźli 

z drzewa na ziemię i poczęli się w najgłębszej ciszy przesuwać 
naprzód  wśród  zarośli.  Po  upływie  godziny  przeszli  dopiero 
połowę drogi, a teraz pozostała przed nimi najtrudniejsza część 
zadania. 

W  tej  chwili  po  raz  pierwszy  zmieniono  straż.  Ci,  którzy 

przyszli, nie zdawali się być bardzo zadowoleni z tego, że im 
przerwano sen. Zajmując miejsca poprzedników, Mruczeli coś 
niechętnie. Prawdopodobnie wszystkie owe środki ostrożności 
uważali za zbędne, ponieważ było rzeczą niemożliwą, by biali 
dotarli aż tak daleko, a to samotne i odosobnione miejsce znali 
tylko sprzymierzeńcy. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XV 

U

WOLNIENIE SIR 

A

LLANA

 

 
Obaj czatujący wyzyskali nieunikniony szmer przy zmianie 

straży w tym celu, aby najbardziej zbliżyć się do jeńca. Teraz 
byli  oddaleni  zaledwie  o  piętnaście  metrów  od  drzewa,  do 
którego był przywiązany, lecz musieli podwoić czujność, jeśli 
nie miano ich odkryć. 

Posunęli  się  znowu  naprzód  o  dwa  metry.  Nagle  jakaś 

gałązka  zatrzeszczała  pod  stopami  pułkownika.  Strażnicy 
zerwali  się  w  okamgnieniu  i  poczęli  bystro  obserwować 
miejsce,  skąd  dał  się  słyszeć  podejrzany  szelest.  Obaj  biali 
powstrzymali  oddech  w  płucach  i  zamienili  się  w  dwa 
nieruchome  posągi.  Lecz  czujność  strażników  nie  została 
uśpiona. Jeden z nich zapalił w ognisku odłam konara, po czym 
obaj  przy  blasku  pochodni  ruszyli  w  zarośla,  aby  szukać 
domniemanego nieprzyjaciela. 

Odkrycie obu białych zdawało się nieuniknione. Lecz i tym 

razem  dawny  jeniec  szczepu  „Tobą”  umiał  znaleźć  sposób 
ratunku. W kieszeni miał kilka pustych orzechów, więc wyjął je 
i począł nimi uderzać o kolbę karabinu, tak, że zdawało się, że 
to  odgłos  grzechotnika.  Obaj  strażnicy  z  cichym  okrzykiem 
trwogi  uciekli  na  dawne  miejsce.  Tutaj  sądzili,  że  są 
bezpieczni, bo grzechotnik zazwyczaj spokojnie przepędza noc 
w swej kryjówce. 

Mimo  to  jednak  owo  zdarzenie  stokrotnie  pogorszyło 

możliwość  uwolnienia  jeńca.  Indianie  nieustannie  spoglądali 
na miejsce, w którym rzekomo ukrywał się grzechotnik. 

Biali  musieli  cierpliwie  czekać,  dopóki  straż  ponownie  nie 

zostanie  zmieniona.  Stało  się  to  wreszcie.  Odchodzący 
strażnicy  nic  nie  powiedzieli  swoim  następcom,  bo  sądzili 
zapewne, że grzechotnik znów usnął. Nowi strażnicy usiedli na 

background image

ziemi,  twarzami  zwróconymi  do  ogniska,  a  plecami  do 
ukrytych wrogów. 

Miguel  Rodilla  znów  począł  się  czołgać.  W  pół  godziny 

potem  leżał  wraz  z  pułkownikiem  tuż  za  czerwonoskórymi. 
Obaj biali podnieśli się powoli, a zaraz potem strażnicy padli 
bez jęku pod uderzeniami kolb. 

Miguel  Rodilla  porozcinał  w  jednej  sekundzie  więzy  sir 

Allana.  Anglik  w  pierwszym  momencie  był  niepomiernie 
zdumiony, ale gdy poczuł, że ma ręce i nogi wolne, szepnął do 
ucha Hiszpana: 

— Dziękuję panu! — Co teraz mam czynić? 
Rodilla  go  nie  zrozumiał  i  skinął  dłonią,  by  milczał. 

Tymczasem zbliżył się pułkownik i spytał, jak Anglik: 

— Co teraz? 
— Musimy iść lasem aż do brzegu — szepnął w odpowiedzi 

Miguel  Rodilla.  —  Tam  zaczekamy,  aż  ogień  wygaśnie,  po 
czym wsiądziemy do małego czółna. 

Objąwszy przewodnictwo, prowadził dwóch pozostałych aż 

do brzegu, do którego szczęśliwie dotarli. Tutaj położyli się na 
ziemi  i  czekali.  Ognisko  przygasło  zwolna.  Po  upływie  pół 
godziny pozostały tylko szczątki. Biali musieli ostatni kawałek 
drogi przebyć w zupełnych ciemnościach, lecz i to im się udało. 
Znaleźli małe czółno i wsiedli doń. 

Lecz gdy pułkownik chciał wiosło zanurzyć w wodzie, trafił 

nim  w  bok  wielkiej,  obok  leżącej  łodzi.  Głuche  uderzenie 
obudziło kilku Indian, śpiących na brzegu. Gdy spostrzegli, że 
ognisko wygasło, krzyknęli głośno i pobiegli natychmiast, by je 
rozniecić. Miguel Rodilla zrozumiał, że teraz trzeba wszystko 
postawić  na  jedną  kartę.  Wydał  umówiony  gwizd  i  pchnął 
silnie stopą łódź z towarzyszami na wodę, sam zaś skoczył do 
Indian,  którzy  właśnie  rozdmuchiwali  ognisko.  Obydwu 
uderzył tak silnie, że padli w sam środek rozżarzonego popiołu, 
który  rozprysnął  się  na  wszystkie  strony.  Następnie  począł 

background image

uciekać  przez  sam  środek  obozowiska.  Rozbudzeni  Indianie 
wzięli go w ciemnościach za swojego z powodu jego na wpół 
indiańskiego ubioru. Rodilla znikł tymczasem w lesie. 

Podstęp udał się. Indianie sądzili, że wrogowie w tym właśnie 

kierunku  uciekają,  więc  pospieszyli  za  nim  z  głośnymi 
wrzaskami. Krzyki te i hałasy przygłuszyły szmer,  wywołany 
odjazdem  pułkownika  i  sir  Allana.  Jedni  Indianie  ścigali 
Rodillę, drudzy rozdmuchiwali ognisko, obaj biali tymczasem 
przepłynęli łodzią spory kawał drogi, a gdy pierwsze płomienie 
zabłysły  na  brzegu,  ukryli  się  na  lewym  brzegu  laguny  pod 
zwisającym listowiem. 

Zamieszanie wśród czerwonoskórych nie trwało długo. Stary 

kacyk  obudził  się  również.  Jego  rozkazujący  głos  grzmiał 
donośnie. Indianie dali spokój bezcelowemu ściganiu i skupili 
się dokoła niego. Gdy ogień znowu błysnął, zapalili pochodnie, 
aby  wytropić  ślady  białych.  Gdy  znaleźli  obu  martwych 
strażników,  wydali  znów  okrzyk  wściekłości,  z  którego 
skorzystał szczwany Rodilla. 

W  międzyczasie  szedł  naprzód,  zakreślając  ogromny  łuk. 

Teraz wrócił do wielkiego drzewa, na które się wdrapał. Przy 
blasku  jasno  płonącego  ogniska  wydostał  się  na  bardzo 
odstającą gałąź. Stąd skoczył na wierzchołek pobliskiej palmy, 
a  następnie  posunął  się  jeszcze  dalej  i  w  końcu  ukrył  się  w 
koronie gęsto ulistnionego drzewa. 

Tego  rodzaju  małpie  sztuczki  powodowały  głośny  trzask, 

lecz przygłuszały go rozlegające się nieustannie głośne wrzaski 
Indian.  Czerwonoskórzy  zauważyli  niebawem  brak  jednego 
czółna  i  powiedzieli  sobie,  że  część  wrogów  uciekła  wodą. 
Wreszcie kacykowi udało się uspokoić wzburzoną bandę. Mógł 
się zacząć regularny pościg za zbiegiem. 

Znaleziono  niebawem  jego  ślady,  zarówno  przy  zabitych 

strażnikach, przy czółnach, jak i przy drzewie, na którym obaj 

background image

biali spędzili południe. Lecz tutaj czerwonoskórzy stanęli przed 
nową zagadką. 

Z początku sądzili, że zbieg znajduje się na gałęziach, więc 

kilku Indian wspięło się aż na szczyt, lecz go oczywiście nie 
znaleźli. Wodzowie zeszli się na krótką naradę. Nie pozostało 
nic innego, jak tylko przeszukać las we wszystkich kierunkach 
przy blasku pochodni. 

Każdy z czterech wodzów zebrał swoich ludzi i zabrał się do 

dzieła.  Ponieważ  oddalali  się  coraz  bardziej  od  obozu,  więc 
pozostał w nim tylko stary kacyk, który usiadł przy ognisku i 
nieruchomo spoglądał na ruchliwe płomienie. 

Na  to  czekał  Rodilla.  Gdy  ścigający  oddalili  się  opuścił 

kryjówkę,  przyczołgał  się  z  tyłu  do  starca  i  ogłuszył  go 
uderzeniem  kolby.  Potem  pobiegł  do  czółen,  dwom  z  nich 
przebił dna, a trzecim najspokojniej odpłynął. 

Teraz  Rodilla  zamierzał  naśladować  krzyk  mewy,  lecz  to 

było niepotrzebne, gdyż pułkownik ze swej  kryjówki  widział 
przebieg  zdarzeń  w  obozie  i  właśnie  wynurzył  się  z  zarośli. 
Skoro obie łodzie się spotkały. Rodilla przesiadł się na tamtą. 
Wielkie czółno zatopiono, a mniejsze szybko odpłynęło. 

— Pan jest chytrym lisem, senor Rodilla — rzekł pułkownik, 

wiosłując z zapałem. — Niech pan nam opowie w jaki sposób 
wodził za nos czerwonoskórych. Mogłem zaobserwować tylko 
ostatnie momenty zdarzenia. 

Zagadnięty  opowiedział  w  krótkich  słowach  przebieg 

wypadków,  po  czym  nastała  cisza,  którą  przerywały  tylko 
miarowe uderzenia wioseł. 

W  dwie  godziny  potem  biali  dotarli  do  miejsca,  gdzie 

poprzedniego  ranka  pułkownik  i  Rodilla  ukryli  swoją  łódź. 
Znaleziono  ją  po  krótkich  poszukiwaniach  i  przywiązano  do 
tej, którą płynęli. 

Wieczorem dotarli szczęśliwie do obozu przyjaciół. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XVI 

J

OHN JAKO MŚCICIEL SWEGO PANA

 

 
Ekspedycja  znajdowała  się  ciągle  na  tym  wzgórzu,  które 

Indianie zająć chcieli szturmem. 

Gdy nazajutrz po odejściu pułkownika i Miguela Rodilli nie 

uczyniono  żadnych  przygotowań  do  dalszego  marszu,  Mr 
Bopkins przyszedł do doktora i spytał go ostrym tonem, jaka 
jest przyczyna zwłoki. 

— Bardzo  prosta  —  wyjaśnił  dr  Bergman.  —  Teraz 

musielibyśmy  się  przebijać  poprzez  dziewiczą  puszczę. 
Spodziewam się że obaj senores wrócą, więc byliby narażeni na 
wielkie niebezpieczeństwo, gdyby nas tutaj nie zastali i musieli 
nas szukać w puszczy. 

— Pozwoli  pan,  że  postawię  jedno  tylko  pytanie  —  rzekł 

jankes, ściągając groźnie brwi. — Czy szczęśliwy wynik naszej 
wyprawy zależy istotnie od obecności tego Anglika? 

— Niekoniecznie… 
— W  takim  razie  oświadczam  panu  kategorycznie,  że 

protestuję przeciw temu zwlekaniu! — krzyknął jankes. — Pan 
jest  zobowiązany  kontraktem  do  jak  najrychlejszego 
zakończenia wyprawy i nie ma pan prawa całe dnie i tygodnie 
spędzać  na  jednym  i  tym  samym  miejscu  z  tego  jedynie 
powodu, że komuś tam podoba się biegać po lesie! To znaczy 
żołd peonów rzucać w błoto!… 

— Kochany Mr Bopkins — rzekł doktor z przyjazną miną. — 

Gdyby  nawet  sir  Bendix  był  takim  człowiekiem,  jak  go  pan 
zazwyczaj dosadnie określa, to nawet i w tym wypadku zwykły 
ludzki  odruch  kazałby  nam  wyrwać  go  ze  szponów 
czerwonoskórych. 

— Nikt mu nie nakazał być ciężarem dla naszej ekspedycji! 

background image

— Nikt  z  nas  nie  określił  go  dotychczas  w  ten  sposób,  jak 

pan, a jest to dowód, że my wszyscy cenimy go jako dzielnego 
towarzysza. Zresztą chodzi tutaj także o pułkownika, którego 
przynależności do ekspedycji nie może pan kwestionować! 

— Odszedł  od  nas  własnowolnie,  więc  sam  musi  ponieść 

odpowiedzialność!  W  każdym  razie  doniosę  Towarzystwu,  w 
jaki sposób pan postępuje i postaram się, aby te niepotrzebne 
wydatki potrącono panu z pensji! 

— Mam  nadzieję  —  odparł  doktor  z  lekkim,  szyderczym 

uśmieszkiem na ustach — że ci panowie w Nowym Jorku inne 
będą  mieli  poglądy  na  tę  sprawę.  Lecz  gdybym  nawet  był 
przekonany,  że  jest  inaczej,  nie  zmieniłbym  mego  sposobu 
postępowania. 

— Niech pan robi, co pan uznaje za stosowne!  — krzyknął 

rozgniewany  jankes.  —  Lecz  niech  pan  pamięta,  że  ja 
uroczyście  protestuję  przeciw  temu  zwlekaniu!  To  jest 
prawdziwy  skandal,  że  u  pana  mniej  znaczy  przedstawiciel 
pańskiego Towarzystwa, niż jakiś tam przybłęda! 

Po  tych  słowach  odszedł  wściekły  do  swego  wozu,  lecz 

zadowolony  w  duchu,  że  w  ten  sposób  ochronił  prawa 
South–American–Railway–Company. 

Inaczej jednakże ocenili zachowanie się jankesa peonowie, a 

przede  wszystkim  John.  Wieść  o  rozmowie  Mr  Bopkinsa  z 
doktorem rozniosła się szybko po obozie. Gdy John to usłyszał 
wpadł  we  wściekłość.  Przede  wszystkim  był  duszą  i  ciałem 
oddany  dobrotliwemu  panu,  a  poza  tym  wyobrażał  sobie 
widocznie, że ten z powodu Mr Bopkinsa teraz jest zgubiony 
bez ratunku, i że jemu samemu, Johnowi, zagraża straszna kara 
ściągnięcia skóry. 

Wydał przeto morderczy okrzyk i pobiegł do wozu jankesa, 

aby  mu  zapłacić  za  swego  pana.  Gdy  Mr  Bopkins  usłyszał 
wrzask,  wystawił  ciekawie  głowę  przez  okienko.  Ujrzawszy 

background image

groźne  spojrzenie  Irlandczyka,  krzyknął  z  przerażenia  i  jak 
najspieszniej wydrapał się na dach swego wozu. 

Mylił się jednak, jeśli sądził, że tam będzie bezpieczny. John 

puścił się za nim w pościg, zręczny, jak wiewiórka, a po drodze 
chwycił tęgi kij w rękę. Mr Bopkins musiał przed nim zmykać. 

Wozy stały obok siebie, tworząc koło, więc jankes, niewiele 

myśląc skoczył na sąsiedni dach. 

Dach  ten  był  zrobiony  z  napiętej  skóry,  był  zatem 

niezmiernie  elastyczny.  Mr  Bopkins  odskoczył,  jak  piłka  i 
spadł na ziemię. Zaraz za nim wylądował na łące Irlandczyk. 
Aby  uniknąć  niebezpiecznego  sąsiedztwa,  jankes  wdrapał  się 
na trzeci wóz, lecz John poszedł jego śladem. Przy  czwartym 
wozie w ten sam sposób obaj znaleźli się na ziemi. 

Dwukrotnie  tym  samym  sposobem  okrążyli  cały  obóz 

dokoła, ku nieopisanej wesołości peonów, którzy trzymali się 
na uboczu i śmiali się z całej duszy. Tak samo zachowywali się 
obaj młodzi inżynierowie, jedynie doktor biegł za skoczkami i 
usiłował  ich  namówić  do  zgody.  Lecz  Irlandczyk,  raz 
wyprowadzony  z  równowagi,  widział  przed  sobą  tylko 
domniemanego mordercę swego pana. 

Na  koniec  Mr  Bopkins  uczuł,  że  zapas  jego  sił  się 

wyczerpuje. Musiał się postarać o jakąś kryjówkę. A więc gdy 
znalazł się przy swoim wozie, wskoczył do wnętrza, wśliznął 
się  do  wielkiej  skrzyni,  w  której  przedtem  znajdowały  się 
słodycze i przytrzymywał ze wszystkich sił wieko. 

John starał się przez dłuższy czas ją otworzyć, ale daremnie. 

Z  tego  też  powodu  usiadł  na  niej,  wydobył  z  kieszeni  nóż  i 
poprzysiągł  sobie,  że  nim  oskrobie  ze  skóry  jankesa,  skoro 
tylko wyjdzie ze skrzyni. 

Daremnie doktor starał się odwieść go od tego zamiaru. John, 

jako  nieodrodny  syn  swej  ojczyzny,  był  twardogłowy  i  na 
wszelkie argumenty odpowiadał stale: 

background image

— Muszę  go  obciągnąć  ze  skóry!  On  zamordował  mego 

pana! 

Wszystkie  błagania  i  prośby  okazały  się  bezskuteczne. 

Wówczas doktor rozkazał peonom przemocą oderwać Johna od 
skrzyni.  Lecz  ci  zazwyczaj  tak  posłuszni  chłopcy  potrząsnęli 
głowami, a jeden z nich rzekł: 

— Pan wie dobrze, że my byśmy za panem w ogień poszli. 

Ale tu chodzi o naszą cześć. Dlatego musimy panu oświadczyć 
z  prawdziwym  żalem,  że  my  podzielamy  zapatrywanie  tego 
sługi. 

— Co z tym ma wspólnego wasza cześć? — spytał zdumiony 

doktor. 

— Senor  Ingles  wskutek  naszej  winy  wpadł  w  ręce  Indian. 

Naszym  obowiązkiem  było  postarać  się  o  jego  uwolnienie. 
Powstrzymało  nas  tylko  od  tego  wyjaśnienie  pułkownika,  że 
ten  krok  zaszkodzi  wyprawie.  Natomiast  ten  „Americano” 
żąda,  abyśmy  sir  Allana,  pułkownika,  jak  też  senora  Rodillę 
pozostawili ich okrutnemu losowi. Pan doktor sam przyzna, że 
to dla nas jest obrazą i że my tego „Americano” na własną rękę 
musimy pociągnąć do odpowiedzialności. Damy jednak temu 
spokój  tylko  ze  względu  na  pana  doktora  i  całą  sprawę 
pozostawimy  służącemu,  który  słusznie  może  się  domagać 
zadośćuczynienia. Lecz pan doktor niczego więcej nie może od 
nas wymagać. Poza tym uważalibyśmy to za nieprzyjacielski 
krok wobec nas, gdyby miano gwałtem zmusić służącego, by 
poniechał swoich pretensji wobec jankesa. 

Doktor nie śmiał sprzeciwić się zdaniu peonów, dlatego też 

musiał pozostawić jankesa swemu losowi. 

Skrzynia,  w  której  siedział  Mr  Bopkins  na  szczęście  miała 

kilka  małych  otworków,  które  przedtem  służyły  jako 
wentylatory  i  które  swego  czasu  ułatwiły  atak  mrówkom. 
Wskutek  tego  Mr  Bopkins  był  zabezpieczony  przed 

background image

uduszeniem się. Znajdował się jednak w położeniu okropnym, 
siedział zgięty i pokurczony. 

Z  biegiem  czasu  żołądek  jego  począł  się  buntować,  a 

ponieważ  John  nie  usunął  się  od  skrzyni,  począł  się  z  nim 
układać. 

— Słuchaj, John — jęknął — mam ci coś do powiedzenia. 
— Co takiego? — spytał Irlandczyk. 
— Odejdź  trochę  od  wieka,  abyśmy  lepiej  mogli  ze  sobą 

porozmawiać — mówił dalej Mr Bopkins. 

John  zastanawiał  się  przez  chwilę  po  czym  podniósł  się  ze 

skrzyni  i  stanął obok z nożem w dłoni. Mr Bopkins podniósł 
troszeczkę wieko, aby łyknąć nieco powietrza. Ledwie jednak 
spostrzegł błyszczącą klingę noża, wydał okrzyk przestrachu i 
zatrzasnął wieko. John pokiwał głową i znów usiadł na skrzyni. 

Minęło  kilka  godzin,  zanim  jankes  znów  odważył  się 

rozpocząć układy. 

— John  —  rozległ  się  jego  głuchy  głos  —  kochany  John, 

chcesz mnie zabić? 

— Co  też  panu  przychodzi  do  głowy!  —  odparł  oburzony 

sługa. 

— Czemu zatem trzymasz nóż w ręce? 
— Muszę pana obciągnąć ze skóry, sir! 
— Co takiego? spytał przerażony jankes. 
— Nie  wiem,  sir  —  odparł  Irlandczyk  —  ale  już 

sprawiedliwie załatwię tę sprawę, gdy pana będę miał w swej 
garści! 

Mr Bopkins milczał przez chwilę, po czym zaczął prosić: 
— Odejdź  troszeczkę  od  skrzyni,  John,  muszę  z  tobą 

naprawdę poważnie pomówić! 

John  znów  podniósł  się  ze  skrzyni,  a  Mr  Bopkins  uchylił 

nieco wieka. Widział wprawdzie znów przed sobą straszliwą, 
lśniącą klingę, lecz tym razem opanował trwogę w swym sercu 

background image

i  ofiarował  Irlandczykowi  dolara,  jeśli  odejdzie  i  da  spokój 
całej sprawie. 

— Co  też  panu  przychodzi  do  głowy!  —  odparł  oburzony 

John.  —  Muszę  pana  obciągnąć  ze  skóry,  jak  ja  sam  będę 
oskrobany, jeśli wrócę do domu bez mego pana, a pan mi za to 
ofiarowuje  dolara?  Nie  byłbym  sługą  prawdziwego 
dżentelmena, gdybym to przyjął! 

Mr Bopkins ofiarował mu całego dolara i dziesięć centów, ale 

z tym samym skutkiem. Chociaż w ciągu najbliższej godziny 
posunął  się  aż  do  dwóch  dolarów  i  siedemdziesięciu  pięciu 
centów,  nie  mógł  skłonić  upartego  Johna  do  zmiany 
postanowienia. 

Zrezygnowany zatem, zamknął wieko i postanowił czekać na 

jakiś wypadek, który by go uwolnił z więzienia. Zarazem żywił 
nadzieję, że jego przeciwnik zmęczy się i pójdzie spać. Tę samą 
nadzieję  miał  także  i  doktor,  który  kilkakrotnie  usiłował 
dobrym słowem uciszyć gniew Irlandczyka. 

Niestety, mylili się. John nie myślał o śnie, lecz usiadł sobie 

na skrzyni, a ponieważ mu się nudziło, śpiewał sobie przeróżne 
piosenki. 

Po  upływie  osiemnastu  godzin  doszedł  Mr  Bopkins  do 

przekonania,  że  zbytnio  lekceważył  sobie  cierpliwość 
Irlandczyka,  a  ponieważ  żołądek  zbyt  już  dawał  mu  się  we 
znaki, więc w inny sposób postanowił sobie poradzić. 

Zaproponował Johnowi nową rozmowę i poprosił go aby mu 

przyniósł coś do zjedzenia. 

To  żądanie  do  tego  stopnia  zdumiało  Irlandczyka,  że 

otworzył szeroko usta. Wszak liczył na to właśnie, że jankes, 
zmuszony głodem, wyjdzie ze skrzyni i wpadnie mu w ręce! 

Mr  Bopkins,  uważał  zachowanie  się  jego  widocznie  za 

pomyślną oznakę, gdyż rzekł: 

background image

— John!  Dam  ci  za  to  całych  dziesięć  centów!  Zważ,  za 

maleńki  kawałeczek  chleba,  który  można  kupić  za  jednego 
centa! 

— Sir  —  odparł  oburzony  John  —  pan  mnie  znów  chce 

obrazić! 

— Well  —  rzekł  dobrodusznie  jankes  —  a  więc  dam  ci 

piętnaście centów! Za kawałeczek chleba! 

John potrząsnął głową. 
— Dwadzieścia! — rzekł Mr Bopkins i westchnął boleśnie na 

myśl o tak olbrzymim wydatku. 

— Jestem sługą dżentelmena i nie dam się przekupić ! 
Mr  Bopkins  sądził,  że  John  w  ten  sposób  chce  więcej 

pieniędzy  z  niego  wycisnąć,  więc  po  ciężkiej  walce 
wewnętrznej spytał z drżeniem w głosie: 

— A więc za ile centów uczyniłbyś to, John? 
— Nie uczyniłbym nawet i za tysiąc! — odparł zagadnięty. 
Mr  Bopkins  znów  westchnął.  Zapomniał  na  jakiś  czas  o 

głodzie  pod  wpływem  myśli,  że  ktoś  może  żądać  dziesięciu 
dolarów za kawałeczek chleba. Lecz niebawem głód odezwał 
się w jego żołądku ze zdwojoną siłą. Jankes  musiał  na nowo 
zaczynać po cało—godzinnym rozważaniu. 

— John! — rzekł. — A więc daję ci jedenaście dolarów, to 

jest o dziesięć procent więcej, niż sam zażądałeś! 

John nie dał na to żadnej odpowiedzi. Mr Bopkins sądził, że 

rozmyśla  on  nad  tą  wielce  korzystną  propozycją,  więc  przez 
dłuższy  czas  przemawiał  żarliwie  do  jego  sumienia.  Lecz 
Irlandczyk  milczał  dalej  uparcie,  aż  wreszcie  jankes  przestał 
mówić. 

W  ten  sposób  kilkakrotnie  ponawiały  się  pertraktacje,  aż 

wreszcie pan Bopkins, dodając cent do centa, doszedł z biegiem 
czasu aż do czterdziestu dwóch dolarów. Tymczasem zaświtał 
już drugi poranek i doktor nie mógł się nadziwić wytrwałości 
Irlandczyka, który ani na chwilę nie zmrużył oka. Mr Bopkins 

background image

stracił  nadzieję,  że  w  ugodowy  sposób  można  tę  sprawę 
załatwić i w milczeniu oczekiwał jakiejś pomyślnej zmiany w 
swoim położeniu. 

Wreszcie trzeciego dnia wieczorem usłyszał głośne okrzyki 

radości. Jankes spróbował uchylić wieko, lecz John siedział na 
nim. Mr Bopkins musiał się więc uzbroić w cierpliwość. Nagle 
rozległ się głos uratowanego Mr Bendixa, który wołał: 

— John, na miłość Boską, co ty wyrabiasz?! 
Gdy  John  na  własne  oczy  ujrzał  ukochanego  pana,  wydał 

dziki  wrzask  radości  pobiegł  doń  natychmiast  i  gorąco 
ucałował jego dłoń. 

— O, sir! — wybełkotał wśród łkania. — Sądziłem, że pan 

już  jest  zamordowany  przez  tego  Amerykanina,  dlatego  też 
chciałem go za karę obciągnąć ze skóry. Ale on nie wylazł ze 
skrzyni! 

Sil  Allan  odsunął  wiernego  sługę  i  pobiegł  do  wozu  Mr 

Bopkinsa. 

Tymczasem  jankes  z  westchnieniem  prawdziwej  ulgi 

wydobył  ze  skrzyni  swą  niezmiernie  cenną  osobę.  Lecz  nie 
potrafił stanąć prosto na nogach. Długie siedzenie w skurczonej 
postawie obezwładniło wszystkie jego członki. Do tego trzeba 
dodać  osłabienie  wskutek  głodu.  Musieli  go  dwaj  peonowie 
wyprowadzić  z  wozu,  po  czym  rozciągnął  się,  jak  długi,  na 
trawie. 

Tymczasem pułkownik i sir Allan opowiedzieli towarzyszom 

podróży  swoje  przeżycia.  Ten  ostatni  zwrócił  się  do  swego 
sługi. 

— John — rzekł — jestem ci wdzięczny za twoją wierność. 

Lecz nie mogę ci podarować twego postępowania wobec tego 
dżentelmena. Muszę ci wyrazić ostrą naganę z tego powodu i 
żądam, abyś natychmiast przeprosił tego pana! 

John był tak uradowany z powodu ocalenia swego pana, że 

bez wahania podał rękę Mr Bopkinsowi. Jankes jednak nie był 

background image

z tego zadowolony. Z miejsca wypalił długą filipikę, najeżoną 
protestami,  przeciwko  całej  ekspedycji,  a  w  szczególności 
przeciwko doktorowi. Zagroził mu nawet srogą karę z ramienia 
naczelnej rady Towarzystwa. 

— Będzie  to  pana  kosztowało  dziesięć  tysięcy  dolarów, 

jakem Bopkins! — zakończył, zgrzytając zębami z wściekłości. 
—  Zapłaci  mi  pan całą tę sumę, choćby pan musiał  zastawić 
ostatni swój krawat! 

Po  tych  słowach  wrócił  do  swego  wozu,  aby  się  posilić  i 

przespać należycie. 

Doktor  wzruszył  ramionami,  a  inni  panowie  śmiali  się. 

Peonowie  jednak  oburzyli  się  na  widok  niewdzięczności 
jankesa i postanowili wyleczyć go przy najbliższej sposobności 
z samolubstwa. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XVII 

M

B

OPKINSA OBLEGAJĄ KROKODYLE

 

 
Nazajutrz  ruszono  w  dalszą  drogę.  Wprawdzie  doktor 

dowiedział się od pułkownika i Miguela Rodilli, jakie zamiary 
mają Indianie wobec ekspedycji, ale był pewny, że ten plan nie 
będzie wykonany, bo go podsłuchano. 

Natomiast  zaniepokoiła  go  wiadomość  o  starym  kacyku. 

Ledwie pułkownik się obudził, natychmiast zgłosił się doń dr 
Bergman, aby z nim omówić bardzo ważną sprawę. 

— Nie ulega wątpliwości — rzekł — że Indianie Gran Chaco 

złączyli  się  w  jeden  wielki  związek  i  wybrali  jednego 
naczelnego wodza. Ponieważ mówi on po angielsku, przeto nie 
ulega wątpliwości, że przebywał w okolicy, w której mówią po 
angielsku. Z tego też powodu musi on być identyczny z owym 
Joaosigno, który przebywał ongiś w Buenos Aires. Najbardziej 
dziwi mnie ta okoliczność, że wieść o mej maszynie dotarła aż 
do dzikich. 

— W każdym razie musimy z podwójną uwagą czuwać nad 

tym  drogocennym  przedmiotem  —  odparł  pułkownik.  — 
Gdybyśmy  przynajmniej  mieli  przed  sobą  otwarte  pampasy! 
Ale wśród tych zarośli zdążać do celu, to trud nad trudy! 

— W  każdym  razie  raczej  porzucę  karabin  maszynowy, 

balon, a nawet  wóz z żywnością, niż moją  maszynę.  Od niej 
zależy  cel  naszej  wyprawy,  a  może  nawet  nasz  osobisty 
ratunek.  Gdyby  don  Rocca  był  już  gotów  ze  swoimi 
przygotowaniami,  poprosiłbym  go  za  pomocą  iskrowej 
depeszy,  aby  ruszył  nam  na  pomoc  z  jak  największym 
pośpiechem.  To  wzgórze  jest  może  w  całej  okolicy 
najdogodniejszym  miejscem,  skąd  można  się  bronić  przed 
czerwonoskórymi.  Lecz  zanim  don  Rocca  z  Buenos  Aires 
otrzyma  aparaty  i  zanim  zbierze  jeźdźców,  miną 

background image

prawdopodobnie całe tygodnie. A tak długo nie możemy tutaj 
czekać. 

— Mam nadzieję — pocieszał go pułkownik — że tam dalej 

znajdziemy  również  miejsca  obronne.  Najgorsze,  jak 
powiedziałem, są te zarośla, przez które będziemy musieli się 
przebić w najbliższych dniach. 

Istotnie wozy z niesłychanym trudem przebijały się przez te 

gęste, nieprzeniknione zwały roślinności. Lecz las dokoła był 
pusty. Indianie nie pokazywali się, choć biali byli przekonani, 
że otaczają ich roje czerwonych szpiegów. Wiedzieli dobrze, że 
nie dotrą do zamierzonego celu bez ponownego zetknięcia się z 
Indianami. 

11  stycznia  karawana  przybyła  do  zachodniego  krańca 

puszczy. Przed naszymi podróżnikami znów leżały olbrzymie 
pampasy. Była to chwila głębokiej radości, chociaż otworzyły 
się upusty niebieskie i deszcz lał jak z cebra. 

Nazajutrz  doktor  wzbił  się  balonem  w  przestworza.  Z 

zadowoleniem stwierdził, że płaski otwarty teren ciągnie się na 
północy  aż  do  horyzontu.  Natomiast  próba  połączenia  się  z 
Yuquirendą za pomocą telegrafu iskrowego spełzła na niczym 
Don  Rocca  nie  ukończył  zatem  jeszcze  budowy  stacji 
odbiorczej. 

Ekspedycja  zwróciła  się  w  kierunku  północnym.  Podróż 

odbywała się w szybszym tempie, chociaż droga wiodła przez 
rozmiękły step i koła wozów zapadały niekiedy aż po osie w 
błoto. 

13  stycznia  podróżnicy  ujrzeli  wspaniały  widok.  W 

odległości  około  dwu  kilometrów  wznosiły  się  ruiny  starego 
klasztoru, dokoła którego widniały porozwalane, stare budynki. 
Służyły one ongiś zapewne jako mieszkania wiernych lub jako 
magazyny.  Jest  znaną  rzeczą,  że  po  odkryciu  Ameryki 
Południowej Jezuici zajęli się bardzo gorliwie, jako misjonarze, 
nawracaniem  mieszkańców  tego  kraju.  W  osiemnastym 

background image

stuleciu  było  mnóstwo  misji  tego  rodzaju,  między 
Kordylierami  i  Rio  Paragwaj,  lecz  w  strasznych  walkach 
między  białymi  i  Indianami  większość  ich  padła  w  gruzy. 
Tylko smutne resztki  mówiły tu i  ówdzie wśród bezkresnych 
obszarów o tych śmiałych pionierach cywilizacji. 

Tego  rodzaju  pozostałością  z  lepszych  czasów  były  także 

ruiny, na które natrafiła ekspedycja dr Bergmana. 

Ten  ostatni  wraz  z  sir  Allanem  i  pułkownikiem  podjechał, 

aby bliżej obejrzeć ruiny. 

Kwitnące  ongiś  gniazdo  leżało  obecnie  w  gruzach.  Na 

wszystkich  murach  rozwinęła  się  bujna  roślinność 
podwzrotnikowa.  Dawne  ścieżki  zniknęły  pod  gęstym 
kobiercem  roślinności.  Obok  zwalisk  świadczyły  i  inne 
pozostałości,  że  to  miejsce  także  i  w  późniejszych  czasach 
miało  swoich  mieszkańców.  Do  potężnych  murów  tuliły  się 
nędzne  lepianki  i  drewniane  domki,  które  ucierpiały  wielce 
wskutek  działania  atmosfery.  Zmurszałe  belki,  stoczone 
robactwem, ledwo się trzymały. 

— Zdaje się, że znajdujemy się tutaj przy tej „toldefji”, która 

na  niektórych  kartach  oznaczona  jest  jako  „Pampa  de  la 
Desolation” — oznajmił doktor swoim towarzyszom. 

Sir Bendix grzebał tymczasem między zmurszałymi belkami, 

aż nagle  wyciągnął  palcami  jakiegoś owada, którego pokazał 
swoim towarzyszom z blaskiem niesłychanej radości w oczach. 

— Wspaniały  okaz!  —  wykrzyknął  dumnie.  —  Nowy 

nieznany 

dotychczas 

gatunek! 

Istotnie, 

niezmiernie 

interesujące! Muszę koniecznie zdobyć kilka takich okazów! 

Schował  swoją  zdobycz  do  torby,  po  czym  okutym  kijem 

począł  rozbijać  zmurszałe  drewno.  Doktor  i  pułkownik 
uśmiechali się troszeczkę na ten widok, lecz dopomogli mu w 
tych wysiłkach, aż wreszcie udało im się złowić pół tuzina tych 
drogocennych owadów dla zbiorów sir Bendixa. 

background image

19  stycznia  pojawiło  się  w  oddali  ogromne  bagno,  które 

zowie  się  na  mapach  „Paat  de  Kilma”  i  uchodzi  za  główne 
źródło  Rio  Salado.  Tutaj  miano  przez  jeden  dzień  odpocząć, 
aby dać wytchnienie zdrożonym koniom. Tutaj to Mr Bopkinsa 
spotkała nowa niemiła przygoda. 

Ekspedycja zatrzymała  się na stromym brzegu, a peonowie 

ustawiali  wozy  w  półkole  —  nagle  pojazd  Mr  Bopkinsa 
zachwiał  się,  gdyż  z  osi  jednego  koła  wypadła  śruba.  Nie 
można stwierdzić, czy to był tylko przypadek, czy też złośliwy 
figiel jednego z peonów. 

W czasie przesuwania wozów, jeden z nich uderzył z boku w 

pojazd jankesa, który, jak zwykle, leżał wewnątrz i spał. Tylne 
koło odpadło z osi, wóz zaś zsunął się po stromej pochyłości do 
bagna,  gdzie  się  wyprostował,  tak,  że  tylko  mały  kawałek 
przedniej części dachu sterczał z wody. Cały wóz napełnił się 
natychmiast  wodą,  a  Mr  Bopkins  miał  tylko  tyle  wolnego 
miejsca, że mógł nos trzymać ponad topielą. 

Na  szczęście  miał  przy  sobie  nóż  i  uczynił  to,  co  mógł 

najroztropniejszego  w  swoim  położeniu  uczynić.  Lewą  ręką 
chwycił się jakiejś deski, a prawą wyciął otwór w skórzanym 
dachu,  dość  duży,  aby  móc  wysunąć  głowę  z  cylindrem  na 
zewnątrz.  Lecz,  niestety,  jakiż  przerażający  widok  ukazał  się 
jego oczom! 

Paat  nie  wysycha  nawet  w  czasie  najgorętszych  miesięcy, 

dlatego też zawsze w nim przebywa mnóstwo krokodyli. Gdy 
te  potwory  usłyszały  plusk,  spowodowany  upadkiem  bardzo 
ciężkiego  przedmiotu,  nadbiegły  ze  wszystkich  stron,  aby 
pożreć upragnioną zdobycz. Ledwie więc Mr Bopkins wysunął 
głowę  przez  otwór,  gdy  ujrzał  dokoła  siebie  cały  szereg 
rozwartych, straszliwych paszcz, uzbrojonych w potężne zęby. 

Mr Bopkins cofnął się tak gwałtownie, że aż woda trysnęła 

przez otwór, lecz natychmiast wysunął się znów cylinder. Jeden 
z  krokodyli  musiał  ten  przedmiot  uznać  za  soczystą  pieczeń, 

background image

gdyż przypłynął  bliżej  i  chwycił zębami  szarą rurę, która tak 
nęcąco  wyglądała  przez  otwór.  Mr  Bopkins  przeczuwał  coś 
takiego,  albowiem  cofnął  się  w  głąb  tak  daleko,  jak  mógł, 
trzymając zarazem kurczowo za koniec swą ukochaną ozdobę 
głowy. 

Tymczasem jego towarzysze przynieśli karabiny i starali się 

strzałami przepłoszyć żarłoczne bestie. Lecz krokodyle nie dały 
się  tak  łatwo  nastraszyć.  Mr  Bopkins  po  każdym  strzale 
wyobrażał sobie, że jest ocalony, więc musiał kilkakrotnie jak 
kominiarz wychylać się ze swej dziury i cofać się z powrotem. 
Dopiero  gdy  pół  tuzina  żarłocznych  potworów  przeniosło  się 
do lepszych światów, pozostałe straciły odwagę. Cofnęły się w 
głąb  bagna,  więc  przerażony  Mr  Bopkins  mógł  ostatecznie 
odetchnąć spokojniej. 

Teraz trzeba go było z wozu przenieść na wysoki brzeg. Na 

razie  nie  mógł  opuścić  swego  schronienia,  bo  zachodziła 
obawa,  że  krokodyle  wrócą,  lekceważąc  wszelkie 
niebezpieczeństwo, skoro zobaczą go w wodzie. Na wystający 
dyszel  zarzucono  lasso  i  w  końcu  po  długich  i  ciężkich 
cierpieniach  udało  się  jankesa  wraz  z  wozem  wyciągnąć  na 
suche miejsce. 

Ledwie  ujrzał  się  w  bezpiecznym  miejscu,  skoczył  do 

doktora i krzyknął: 

— Pan jest mordercą, sir! 
— Co? — zawołał zdumiony doktor, cofając się mimo woli. 
Obecni byli nie mniej zdumieni. 
— Oczywiście!  —  powtórzył  jankes,  mierząc  go  groźnym 

spojrzeniem. — Pan jesteś podłym, podstępnym skrytobójcą i 
skoro tylko wrócę do Nowego Jorku, złożę skargę. 

— Zdaje się, że zimna kąpiel zaszkodziła pańskiej głowie! — 

odparł  drwiąco  doktor.  —  W  przeciwnym  bowiem  razie  nie 
mógłby  pan  uważać  za  usiłowanie  morderstwa  tego,  że  pana 
uchroniliśmy od strasznej śmierci! 

background image

— Protestuję  przeciwko  takiemu  przekręcaniu  faktów!  — 

ryknął  wściekle  jankes.  —  Zaiste,  gdyby  ktoś  chciał  panu 
wierzyć, musiałby pana ozdobić złotym medalem za ratunek! 
Lecz ja przeniknąłem cały ten spisek! Na pański rozkaz wyjęto 
śrubę  z  tylnego  koła  mego  wozu,  skutkiem  czego  musiałem 
runąć w bagno! A gdym nie utonął na miejscu, chciał pan całą 
tę sprawę w innym świetle przedstawić i odpędził pan strzałami 
te  straszne  bestie!  Lecz  nie  oszukasz  pan  tym  żadnego 
rozumnie myślącego człowieka i jeżeli sędziowie będą wątpili 
w pańską winę, pokażę im ten oto cylinder, jako niezachwiany 
dowód  zbrodni,  jaką  popełniłeś!  To  jest  wymowny  znak 
wszystkich tych katuszy, jakie wycierpiałem od chwili wyjazdu 
z  Yuquirendy!  I  dlaczego?  Tylko  dlatego,  że  protestowałem 
przeciwko przyjęciu tego angielskiego poszukiwacza owadów 
— i jeszcze teraz protestuję, jak w ogóle protestuję przeciwko 
wszystkiemu i rozkazuję panu natychmiast stąd wracać i stawić 
się przed sędzią w Nowym Jorku! 

Głośny  śmiech  wszystkich  uczestników  wyprawy  był 

odpowiedzią  na  ten  stek  słów,  wypowiedzianych  w 
najwyższym gniewie. 

Mr  Bopkins  nie  mógł  dłużej  wytrzymać.  Z  wrzaskiem 

wściekłości  rzucił się na swego osobistego nieprzyjaciela, sir 
Bendixa. Ten jednak zręcznie odskoczył na bok i dał jankesowi 
serdeczny  cios  pięścią,  tak,  że  ten  znalazł  się  nagle  wśród 
śmiejących  się  do  rozpuku  peanów.  Ludzie  ci  w  lot  ocenili 
znakomitą sposobność, więc puścili  w ruch swoje kułaki. Mr 
Bopkins  przez  jakiś  czas  poruszał  się  gwałtownie,  we 
wszystkich  kierunkach,  na podobieństwo  piłki  futbolowej,  aż 
wreszcie runął z wysokości stromego brzegu i na przeciąg kilku 
sekund zniknął w głębokim rozlewisku. 

Gdy  się  podniósł,  podobny  był  kubek  w  kubek  do  walca 

drogowego,  który  na  przestrzeni  kilometra  przeorał  szlam. 
Wściekłość jego doszła do ostatecznych granic. 

background image

— Ja protestuję!  — wycharczał  jeszcze, podnosząc groźnie 

zaciśniętą pięść w kierunku peonów. 

Następnie  zniknął  w  swoim  wozie,  gdzie  ogromną  łatą 

zasklepił  ranę  swego  okaleczonego  cylindra.  Nieszczęsne 
nakrycie głowy wskutek tej operacji przybrało wygląd komina 
blaszanego,  zgniecionego  uderzeniem  gwałtownego  wichru, 
lecz Mr Bopkins uważał zewnętrzną oznakę swej godności za 
tak  niesłychanie  ważną,  że  za  żadną  cenę  nie  rozstałby  się  z 
cylindrem. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XVIII 

W

ROGOWIE DOKOŁA

 
W  czasie  pobytu  ekspedycji  nad  brzegami  Paat  de  Kilma, 

doktor znów wzbił się balonem w powietrze i po raz pierwszy 
spostrzegł oznaki aktywności Indian. Daleko na północy, tam, 
gdzie pampasy ginęły wśród pagórków i zarośli, pokazały się 
małe  grupki  czerwonoskórych,  które  poruszały  się  w  trzech 
różnych kierunkach, częściowo pieszo, częściowo konno. Bez 
wątpienia  Indianie  gromadzili  się  tam,  aby  w  ogromnej  sile 
zaatakować białych. 

Niestety, także i tym razem drzewa nie pozwoliły dokładnie 

obliczyć  liczby  wrogów.  Mimo  to  doktor  nie  obawiał  się 
pochodu,  dopóki  ekspedycja  znajdowała  się  na  otwartej 
przestrzeni. 

21 stycznia ruszyła ekspedycja w dalszą drogę i w dwa dni 

potem  dotarła  do  Paat  de  Piapuk.  W  kierunku  wschodnim  i 
zachodnim  ciągnęły  się  nieprzejrzane  obszary  bagien  i 
pierwotnych puszcz. 

Indianie  kryli  się  trwożliwie  w  zaroślach  i  zdawało  się,  że 

nieustannie cofają się przed białymi. Dopiero gdy ekspedycja 
24  stycznia  była  o  kilometr  oddalona  od  ciasnego  miejsca 
między  górą  a  jeziorem,  pampasy  i  zarośla  dokoła  przybrały 
nagle złowrogi wygląd. 

Z gęstwiny, jak na tajny znak, wyłoniły się ogromne tłumy 

Indian,  tak,  że  brzegi  lasów,  jak  daleko  okiem  sięgnąć,  były 
obsadzone czerwonymi wojownikami. 

Nasi podróżnicy byli w przeciągu kwadransa ze wszystkich 

stron  otoczeni.  Było  rzeczą  nader  wątpliwą,  czy  zdołają 
przełamać  ten  zwarty  pierścień  mimo  lepszego  uzbrojenia, 
albowiem  czerwoni  Wojownicy  mogli  razem  liczyć  dwa  do 
trzech  tysięcy  ludzi.  Rzecz  dziwna,  czerwonoskórzy  nie 

background image

myśleli jeszcze uderzać na tabor wozów, który oczywiście się 
zatrzymał,  lecz  leżeli  na  trawie,  nie  troszcząc  się  o  deszcz, 
lejący strumieniami. 

Doktor  kazał  natychmiast  przygotować  balon  i  wraz  z 

pułkownikiem  wzbił  się  w  przestworza.  Przede  wszystkim 
przekonali się obaj, że zbyt nisko oceniali siły Indian, których 
główna  grupa  stała  na  północy,  prawdopodobnie  z  tym 
zamiarem, aby wszelkimi sposobami przeszkodzić wrogom w 
dalszym posuwaniu się naprzód. 

— Przeklęta historia!  —  Mruknął  pułkownik na ten widok. 

— Nie możemy tych czerwonych drabów rozbić nawet naszym 
karabinem maszynowym, ponieważ na lewo są zakryci gęstymi 
szuwarami,  a  na  prawo  krzakami.  Na  dodatek  prawie  trzecia 
część jest uzbrojona w karabiny. Nie zdołamy się przebić! 

— Lecz  w  każdym  razie  nie  cofniemy  się!  —  rzekł  doktor 

dobitnym tonem. — Tylko kilka dni drogi dzielą nas od Cerro 
San Miguel. Będąc tak blisko celu, nie ustąpię za żadną cenę! 

— Brawo!  —  zawołał  pułkownik.  —  Pan  jest  dzielnym 

człowiekiem  i  umie  wielką  ideę  wcielać  w  czyn!  Raczej  na 
wszystko  się  odważyć,  niż  wracać!  Niestety,  sama  odwaga 
niewiele  nam  pomoże.  Wyznam  panu  szczerze,  że  nie 
próbowałbym  przemocą  utorować  sobie  drogi  na  północ, 
choćbym  nawet  miał  trzy  razy  tyle  jeźdźców,  ile  obecnie 
mamy.  Gdybyśmy  nawet  czerwonoskórych  kładli  pokotem, 
pozostałoby ich tyle, że szybko zapełniliby luki i uderzyliby na 
nas w dostatecznej liczbie. Dziwię się w ogóle, że pan tak długo 
zwleka. 

— Aureola, która otacza białego człowieka w oczach dzieci 

natury, ma ten skutek, że Indianie otwarcie napadają na białych 
tylko  w  razie  ostatecznej  konieczności.  Dlatego  też  byłbym 
spokojny, mimo groźnego położenia i oszańcowałbym się tutaj, 
gdzie  stoimy,  czekając,  dopóki  don  Rocca  nie  przyjdzie  z 
pomocą. Lecz napełnia mnie troską stary kacyk, ten Joaosigno. 

background image

Człowiek  ten  posiada  ogromne  poważanie  u  swoich,  dlatego 
też musimy w każdej chwili być przygotowani na atak. 

— Nie  dalibyśmy  mu  rady  tutaj  w  pampasach  przy  takiej 

liczbie  wrogów  —  odparł  pułkownik.  —  Musimy  zatem 
znaleźć takie miejsce, które daje naturalną osłonę z kilku stron i 
przez to ułatwia obronę. 

— Zastanawiałem się nad tym — odparł doktor z poważnym 

skinieniem  głowy.  —  Może  odpowiednim  będzie  w  tym 
wypadku Cerro Cristian. Co pan powie o tej przepaści, która 
otwiera się tam, na południowo—wschodnim stoku? 

Pułkownik  natychmiast  skierował  lunetę  w  tym  kierunku  i 

obserwował to miejsce z wytężoną uwagą. 

— Ma pan słuszność! — rzekł wreszcie, odejmując szkła od 

oczu.  —  Zdaje  się,  że  to  jest  najodpowiedniejsze  miejsce  dla 
nas  w  całej  okolicy.  Otwór  przepaści  jest  bardzo  szeroki,  a 
wewnętrzne  ściany  dość  strome,  aby  uniemożliwić  Indianom 
zejście na dół. Należałoby zatem bronić wyjścia z przepaści, do 
czego wystarczy nieomal sam karabin maszynowy. 

Lecz  czy  znajdziemy  tam  wodę,  która  niezbędnie  jest 

potrzebna dla naszych zwierząt? — spytał doktor. 

— Bez wątpienia jest tam strumień — odparł pułkownik. — 

W  jakiż  zresztą  sposób  powstał  ten  głęboki  wąwóz,  jeśli  nie 
przez potok górski? 

— Miejmy nadzieję, że pan ma słuszność. Chodzi teraz tylko 

o to, czy się tam zdołamy przebić. 

— Musimy się właśnie o to postarać — rzekł pułkownik, po 

czym obaj panowie wrócili do swoich towarzyszy. 

Zarówno  sir  Bendix,  jak  obaj  młodzi  inżynierowie  i 

peonowie zgadzali się na to, że należy z bronią w ręku przebić 
się  do  wzmiankowanej  przepaści.  Jeden  tylko  Mr  Bopkins 
protestował,  jak  zwykle,  i  twierdził,  że  przede  wszystkim 
należy  rozpocząć  rokowania  z  Indianami,  aby  na  tej  drodze 

background image

skłonić ich do ustąpienia. Lecz nikt go nie słuchał. Musiał w 
końcu odejść wraz z protestem i cylindrem. 

Ustawiono  wozy  w  nowym  porządku,  gdyż  każdy  woźnica 

musiał być przygotowany do walki. Wóz pancerny i maszynę 
doktora  wzięto  w  środek,  pozostałe  wozy  uszeregowały  się 
dokoła.  Doktor  na  wszelki  wypadek  usiadł  przy  karabinie 
maszynowym.  Inni  panowie  wraz  ze  służącymi  i  peonami, 
którzy nie byli zajęci w charakterze woźniców, jechali po obu 
bokach karawany, z karabinami gotowymi do strzału. 

Skoro Indianie zobaczyli pochód białych, natychmiast dał się 

zauważyć  silny  ruch  wśród  oddziałów  na  północy. 
Poszczególne  grupy  utworzyły  długie,  głębokie  rzędy,  które 
połączyły brzegi jeziora ze stokiem góry. Poza nimi trzymały 
się  znaczne  oddziały  jeźdźców,  gotowe  w  stosownym 
momencie uderzyć na białych. 

Lecz gdy karawana zamiast wprost na północ, zwróciła się ku 

północnemu  wschodowi,  główna  siła  Indian  nie  zmieniła 
swego położenia, lecz tylko mała grupka czerwonoskórych, do 
których obecnie biali się zbliżali, cofnęła się do lasu. 

— Aha, oni nie chcą nas puścić, tylko w prostym kierunku 

naprzód  — zawołał pułkownik do doktora, zauważywszy ten 
manewr. — To dla nas bardzo dogodne! 

— O ile za tym nie kryje się jakiś nowy podstęp  — odparł 

doktor z lekkim niepokojem. 

— Teraz tylko jak najszybciej naprzód, abyśmy jeszcze przed 

wieczorem dotarli do wąwozu! — zawołał pułkownik. 

Zwierzęta poczęły ze zdwojoną siłą ciągnąć wozy, jak gdyby 

przeczuwały, że czeka je niebawem dłuższy odpoczynek. 

Im bardziej karawana zbliżała się do wąwozu, tym wyraźniej 

wychodziło na jaw, że Indianie umyślnie otworzyli jej wolną 
drogę  w  północno–wschodnim  kierunku.  Drobne  oddziałki 
czerwonoskórych,  które  tu  i  ówdzie  kryły  się  w  zaroślach, 
cofały się teraz w lewo i w prawo. 

background image

Przed zachodem słońca podróżnicy nasi, jak się spodziewali, 

wjechali do wąwozu. Ujście jego było krótkie i wąskie; wozy z 
trudem przeciskały się między pionowymi ścianami. 

W głębi otwierała się ogromna przestrzeń, owalnego kształtu, 

która  mogła  mieć  kilometr  szerokości  i  trzy  razy  większą 
długość.  Dokoła  sterczały  olbrzymie,  pionowe  ściany  skalne, 
mogące  mieć  dwieście  stóp  wysokości.  Było  zupełnie 
wykluczone,  by  Indianie  mogli  po  tych  spadzistych  stokach 
zejść na dno wąwozu. Prócz tego także ich stare karabiny nie 
mogłyby na dole wielkich szkód wyrządzić, gdyby próbowali z 
góry strzelać. 

Na tylnym końcu wąwozu widniało małe, ciemne, cudownie 

piękne jeziorko, którego odpływ wił się na dnie parowu. 

— Najpiękniejsza  twierdza  świata!  —  zawołał  radośnie 

pułkownik,  ogarniając  spojrzeniem  cały  ten  widok.  —  Daj 
Boże,  żebym  przez  całe  życie  miał  tak  łatwą  pozycję  do 
obrony! 

— Lecz to jest także więzienie, którego nie możemy opuścić 

bez cudzej pomocy — odparł poważnie doktor. Co się z nami 
stanie, jeśli don Rocca nie dotarł wcale do Yuquirendy, lecz po 
drodze wpadł w ręce Indian? 

— Bieda! — zawołał pułkownik, podnosząc brwi wysoko w 

górę.  —  O  tej  możliwości  nie  myślałem  wcale.  W  takim 
wypadku  siedzielibyśmy  w  pułapce.  Lecz  mam  nadzieję,  że 
pańskie czarne przypuszczenia się nie spełnią. 

Rozumie  się  samo  przez  się,  że  u  wejścia  do  wąwozu 

pozostało  dwóch  peonów,  którzy  mieli  obserwować  dalsze 
ruchy  Indian.  Doktor  wydał  rozkaz  zsiadania  z  koni  i 
urządzenia  obozu,  pułkownik  pojechał  tymczasem  do  tej 
placówki, aby naocznie się przekonać, o stanie rzeczy. 

Spostrzegł,  że  Indianie  szybko  się  zbliżyli  i  ogromnym 

łukiem  zamknęli  wejście  do  wąwozu.  Nadbiegły  również 
spiesznie nawet te oddziały, które przedtem zamykały białym 

background image

drogę  od  południa  i  wzmocniły  szeregi  czerwonych 
wojowników,  co  zresztą  było  zupełnie  niepotrzebne.  Siły, 
zamykające  wejście  do  wąwozu  liczyły  kilka  tysięcy  ludzi, 
więc  członkowie  ekspedycji  i  tak  nie  odważyliby  się  narazić 
swego życia wobec tak wielkiej przewagi. 

Gdy  zapadły  ciemności,  w  liniach  nieprzyjacielskich 

rozbłysły liczne ogniska. Widać je było także na stokach góry. 

Nie  ulega  wątpliwości,  że  Indianie  umyślnie  zapędzili 

białych  do  wąwozu,  z  którego  nie  było  wyjścia,  aby  ich 
wygłodzić i tym sposobem zmusić do poddania się. 

Pułkownik przyrzekł obu peonom, że ich niebawem zastąpi 

innymi,  po  czym  wrócił  do  doktora,  aby  podzielić  się  z  nim 
swoimi spostrzeżeniami. 

— Gdyby  ten  Joaosigno  wiedział  —  odparł  doktor,  gdy 

pułkownik  skończył  —  że  można  rozmawiać  z  odległymi 
miejscowościami  także  i  bez  znanych  mu  drutów 
telegraficznych,  byłby  lepiej  wykorzystał  sytuację  dziś  po 
południu.  Lecz  teraz  jest  już  za  późno.  Jeśli  don  Rocca 
szczęśliwie dotarł do Yuquirendy będzie musiał odejść z nosem 
spuszczonym na kwintę. 

— Racja  —  przyznał  pułkownik  —  gdyż  daremnie 

usiłowałby wziąć szturmem wejście do wąwozu. To miejsce da 
się łatwo obronić nawet bez karabinu maszynowego. 

— Mimo  to  niczego  nie  zaniedbamy  —  odparł  doktor.  — 

Wprawdzie  zgadzam  się  z  pańskim  zdaniem,  że  na  razie  nie 
potrzebujemy obawiać się żadnego napadu, lecz zabezpieczyć 
się  nigdy  nie  zaszkodzi.  Dlatego  też  proponuję  natychmiast 
posłać ludzi do ujścia wąwozu i urządzić tam zasieki. Należy to 
uczynić choćby tylko dla bezpieczeństwa naszych placówek. 

Pułkownik zgodził się na to i sam i poprowadził ludzi, aby 

pokierować ich pracą. Wybudowano z gliny i z łoziny cztery 
wały,  posiadające  tylko  wąskie  przejście  dla  jednej  osoby. 
Najdalszy  wał  dochodził  aż  do  potoku,  a  przed  nim  kazał 

background image

pułkownik  następnego  dnia  wykopać  głęboki  rów,  który 
szybko napełnił się wodą. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XIX 

U

KŁADY POKOJOWE

 

 
Nazajutrz  po  zamknięciu  parowu  doktor  znów  wzbił  się 

balonem  w  powietrze  i  usiłował  połączyć  się  telegraficznie  z 
Yuquirendą,  lecz  nadaremnie.  Zmartwiło  go  bardzo  to 
niepowodzenie,  gdyż  widział,  że  zapasy  hydrolu  muszą  się 
skończyć niebawem. W najlepszym  wypadku mogły  starczyć 
na siedem, do ośmiu wzlotów. 

Po  długiej  naradzie  z  asystentami  i  z  pułkownikiem  (sir 

Bendix  interesował  się  wyłącznie  tylko  owadami,  a  Mr 
Bopkins  protestował  zasadniczo  przeciw  wszelkim  narodom) 
postanowiono  tylko  raz  tygodniowo  telegrafować  do 
Yuquirendy.  Zyskano  przez  to  okres  dwóch  miesięcy.  W 
przeciągu tego czasu don Rocca musiał bez wątpienia ukończyć 
budowę stacji iskrowej, o ile oczywiście dotarł da Yuquirendy. 

Upłynęło  pięć  dni,  w  ciągu  których  zarówno  biali  jak  i 

czerwonoskórzy  zajęci  byli  urządzaniem  swoich  obozów  na 
dłuższy pobyt. 

Szóstego dnia rano jeden z Indian pojawił się u wejścia do 

wąwozu,  wywijając  zieloną  gałęzią  ponad  głową.  Był  to 
niezawodnie  parlamentariusz.  Naprzeciw  niego  wyszedł 
pułkownik.  Indianin  zgiął  się  przed  nim  i  zapytał  łamanym 
hiszpańskim językiem: 

— Czy  jesteś  pułkownik  Iquite,  który  rozkazuje  —tam  w 

obozie białych? 

— Nazywam się tak istotnie — odparł pułkownik — lecz nie 

ja jestem wodzem. 

— To nie — odparł „Tobą” — posłano mnie do ciebie, abym 

ci  przyniósł  słowa  naszego  najwyższego  kacyka.  Są  one 
następujące;  „Chiacutak,  najwyższy  wódz  wszystkich 
czerwonych  wojowników  Gran  Chaco,  zwraca  się  do 

background image

pułkownika  Iquite  z  następującym  zapytaniem:  Czy  jesteś 
gotów  rozpocząć  układy  z  wodzem  Chiacutak  i  czy  na  czas 
układów zapewniasz mu nietykalność?” 

— Jestem  gotów  na  to  —  odparł  pułkownik  —  choć  nie 

wiem, o co właściwie wasz kacyk chce się ze mną układać. 

— Senor — rzekł Indianin — ja jestem tylko ustami, przez 

które  Chiacutak  do  ciebie  przemawia.  On  pyta  cię  jeszcze: 
„Czy jesteś gotów dać mu pisemne zapewnienie, że mu się nic 
złego nie stanie gdy przyjdzie do ciebie bez broni i eskorty?” 

— Chiacutak  będzie  tutaj  tak  bezpieczny,  jak  we  własnym 

namiocie.  Na  to  wystarczy  moje  słowo.  Lecz  jeśli  woli  mieć 
pisemne zapewnienie, stanie się zadość jego woli. Zaczekaj tu 
chwilę, ja tymczasem napiszę. 

Czerwonoskóry  skinął  głową  i  usiadł  na  trawie,  pułkownik 

wrócił  tymczasem  do  swoich  przyjaciół  i  opowiedział  im 
wszystko.  Następnie  napisał  żądany  dokument  i  zaniósł  go 
Indianinowi,  który  pismo  przyjął  w  milczeniu,  po  czym  się 
oddalił. 

Gdy  wrócił  do  swoich,  powstało  tam  widoczne  poruszenie, 

następnie rozstąpiły się szeregi i ukazał się stary kacyk, którego 
pułkownik  widział  już  nad  bagnem  krokodyli.  Kroczył  przez 
pampas powoli i dumnie, jak przystało naczelnemu kacykowi. 

Pułkownik  pozdrowił  go  wojskowym  ukłonem,  na  który 

Indianin  uprzejmie  odpowiedział.  Potem  usiedli  obaj 
naprzeciw siebie. 

— Mój  poseł  powiedział  mi  —  zaczął  kacyk  mówić  po 

hiszpańsku — że pan nie jest jedynym wodzem swoich ludzi. 
Czy  mógłbym  poznać  tych  „senores”,  którzy  dzielą  władzę 
wraz z panem? 

— Owszem! — odparł pułkownik,»po czym zawołał jednego 

z peonów i kazał mu oznajmić doktorowi życzenie kacyka. 

Po odejściu peona, pułkownik spytał kacyka: 

background image

— Pan żądał ode mnie zapewnienia bezpieczeństwa, a więc 

pan mnie zna? 

— Wiele lat przepłynęło nad moją głową — odparł kacyk — 

i w przeciągu tego czasu poznałem wielu białych i czerwonych 
ludzi. Między nimi pułkownik Iquite należał do tych niewielu, 
którym bezwarunkowo można zaufać. 

Pułkownik skinął głową na znak podziękowania za te wielce 

zaszczytne słowa, po czym spytał: 

— Czy mógłbym się dowiedzieć, czy wielki wódz Chiacutak 

nazywał się dawniej Joaosigno? 

Indianin drgnął mimo woli, a oczy jego do połowy nakryły 

się powiekami. Mimo to odparł spokojnie: 

— Padres,  którzy  mnie  ochrzcili  za  dni  mego  dzieciństwa, 

nazywali mnie w ten sposób. Lecz to już było dawno i ja to imię 
prawie zapomniałem, jak również cierpienia i zawody, które mi 
przyniosło. 

— Niezupełnie  jednak  —  rzekł  pułkownik  z  lekkim 

uśmiechem  —  gdyż  teraz  zebrał  pan  wszystkich  niemal 
czerwonych  wojowników  Gran  Chaco,  aby  nam  zagrodzić 
dalszą drogę i zgotować zagładę. 

— Bronię  tylko  praw  mego  ludu  —  dumnie  odparł 

Chiacutak. — Wyście tutaj przyszli, aby nam wydrzeć ostatni 
skrawek ziemi ojczystej, dlatego też spełniam swój obowiązek, 
jeśli chcę temu zapobiec wszystkimi siłami. Nie odgrywa tutaj 
żadnej roli moja osobista niechęć. Jestem za stary, aby żywić 
nienawiść, a ona może podżegać tylko młode serce. 

Nadszedł dr Bergman wraz ze sir Allanem i Mr Bopkinsem. 

Kacyk  podniósł  się  z  miejsca,  aby  ich  pozdrowić,  potem 
wszyscy  pięciu  usiedli,  a  Indianin  rzucił  na  każdego  z  nowo 
przybyłych długie, badawcze spojrzenie. 

Na koniec zwrócił się znów do pułkownika i spytał: 
— Czy jeden z tych panów jest wodzem całego oddziału, czy 

też wszyscy czterej równomiernie dzielicie się władzą? 

background image

— Ten  senor,  dr  Bergman,  jest  właściwym,  czy  też  raczej 

jedynym  wodzem  —  wyjaśnił  pułkownik.  —  Jestem  tutaj 
obecny  tylko  jako  przedstawiciel  boliwijskiego  rządu,  a  ten 
senor tutaj przyłączył się dobrowolnie do wyprawy dla celów 
naukowych.  Senor  Bopkins  wreszcie  jest  przedstawicielem 
Towarzystwa, które ponosi koszta naszej ekspedycji. 

Gdy  Mr  Bopkins  usłyszał  te  słowa,  ł  zmarszczył  groźnie 

czoło i krzyknął: 

— Ja 

protestuję 

przeciwko 

takiemu 

fałszywemu 

przedstawieniu  rzeczy!  Jedynym  wodzem  całej  wyprawy 
jestem 

ja, 

tylko 

ja, 

reprezentant 

South–American–Railway–Company!  Jeśli  ten  czerwony 
dżentelmen  chce  z  nami  pertraktować,  ma  się  zwracać 
wyłącznie tylko do mnie! Albowiem jedynie tylko moja wola 
tutaj rozstrzyga! Każda inna umowa będzie nieważna! 

Chiacutak,  który,  jak  wiemy,  dobrze  znał  angielski  język, 

zmierzył protestującego od stóp do głów po czym zwrócił się 
znów do pułkownika i spytał po hiszpańsku: 

— Czy jest tak istotnie, jak twierdzi ten senor? 
— Wcale nie — odparł pułkownik. — Naszym szefem jest dr 

Bergman. Ten senor nie ma właściwie tutaj nic do gadania, bo 
już  w  Yuquirendzie  protestował  przeciwko  wyjeździe 
ekspedycji,  która  mogła  ruszyć  potem  w  drogę  na  mocy 
gwarancji tego drugiego pana. Pan go zna, o ile się nie mylę? — 
spytał  robiąc  tym  samym  aluzję  do  niewoli  i  uwolnienia  sir 
Allana. 

— Owszem — rzekł spokojnie kacyk — i żałujemy mocno, 

że  mu  się  nasze  towarzystwo  tak  mało  podobało.  Lecz  nie 
spotkaliśmy  się  tutaj,  aby  mówić  o  minionych  sprawach. 
Chciałbym zasięgnąć pańskiego zdania, co do kilku punktów i 
spodziewam się że pan je sprawiedliwie osądzi? 

— Z miłą chęcią, senor. Proszę tylko zacząć odparł uprzejmie 

dr Bergman. 

background image

— Proszę  mi  powiedzieć  —  spytał  Chiacutak ostro  patrząc 

inżynierowi w oczy — do kogo należy ziemia, na której tutaj 
siedzimy? 

— Nie należy do nikogo — wtrącił szybko pułkownik — ale 

właściwie jest częścią wolnej republiki Boliwii. 

— Pan  się  myli!  —  rzekł  kacyk  z  mocą.  —  Prawdziwi 

dziedzice  i  posiadacze  Gran  Chaco  zawsze  bronili  się 
przeciwko jakiemukolwiek związkowi  z białymi! Świadczą o 
tym walki naszych wielkich przodków, Abiponów, aż po dziś 
dzień.  Nigdy  nie  udało  się  waszym  żołnierzom  ujarzmić 
czerwonych  wojowników.  Dlatego  też  pretensje  Boliwii  do 
Gran  Chaco  są  tylko  fikcją,  jeśli  nie  nawet  Mrzonką.  Lecz 
dajmy pokój tym teoretycznym drobiazgom i zwróćmy się do 
praktycznych kwestii i praw. Według tych praw ten człowiek, 
który rzecz ma w swej mocy jest obecnym posiadaczem i to tak 
długo,  dopóki  nie  zostanie  ostatecznie  rozstrzygnięte,  czy 
roszczenia innych nie są prawomocne. Pan mi przyznaje rację 
senor? 

— W tej formie ma pan słuszność — odparł dr Bergman, do 

którego kacyk się zwrócił. 

— Dobrze  —  rzekł  zadowolony  Indianin.  —  Czerwoni 

wojownicy obecnie mają Gran Chaco w swej mocy, dlatego też 
są  jego  posiadaczami,  a  każdy  zamach  na  ich  kraj  musi  być 
nazwany zamachem na cudze prawa. 

Doktor chciał przerwać, lecz kacyk ciągnął dalej: 
— Jeśli  pan  zatem  chce  podróżować  przez  nasz  kraj,  musi 

pan przedtem postarać się o nasze pozwolenie. Ale nie tylko, że 
się  to  nie  stało,  co  więcej,  wtargnął  pan  do  naszego  kraju 
uzbrojony  po  zęby.  Nie  zaprzeczy  pan  zatem,  że  pańskie 
działanie jest krokiem wojennym; tym bardziej, że już stoczono 
kilka potyczek. 

— Można by tutaj przytoczyć kilka odmiennych poglądów, 

mających  taką  samą  wartość  —  odparł  doktor.  —  Lecz  aby 

background image

obalić  najbliższe  twierdzenie,  zapewniam  pana,  że  nie 
zrobilibyśmy użytku z naszej broni, gdyby wasi wojownicy nie 
wystąpiliby wrogo przeciwko nam i gdyby nie usiłowali wziąć 
do niewoli niektórych z nas. 

— Broniliśmy własnego domu — rzekł kacyk — zupełnie tak 

samo,  jak  by  pan  podniósł  broń  na  człowieka,  który  by  bez 
pańskiego zezwolenia wtargnął do pańskiego domu lub który 
by chciał przemocą przywłaszczyć sobie plony pańskich pól! 

— Nie zaatakowałbym go — wtrącił pułkownik — gdyby on 

szedł na przełaj przez moje pola, chcąc sobie skrócić drogę. 

— Być  może  —  odparł  kacyk.  —  Lecz  pan  nie  przyszedł 

tutaj po to, aby sobie tylko oszczędzić drogi. W tym wypadku 
moi ludzie byliby prawdopodobnie was zatrzymali i ochronili 
was przed krzywdą. Lecz jak nam z pewnego źródła wiadomo, 
przyszliście tutaj po to, aby wytyczyć nową kolej, która ma biec 
przez  całe  Gran  Chaco.  To  są  przygotowania,  które  mają  na 
celu  zajęcie  na  własność  części  naszego  obszaru.  Każdy 
rozumnie  myślący  człowiek  przyzna  nam  zupełną  słuszność, 
jeśli my to uważamy za napad wojenny. Co więcej, w istocie 
rzeczy  chodzi  tutaj  o  coś  znacznie  większego,  niż  o  wąską 
ścieżynę,  gdyż  obok  linii  kolejowej  szybko  wyrosną  miasta  i 
osady.  Gdybyśmy  pozwolili  na  to,  wówczas  czerwoni 
wojownicy zostaliby wyparci coraz dalej, a w niedługim czasie 
biali  intruzi  wydarliby  im  ostatnią  piędź  ziemi!  Dlatego  też 
rozumie  się  samo  przez  się,  że  my  bronimy  się  zawczasu, 
dopóki jeszcze zło można pokonać. 

— Tak  jest,  to  się  rozumie  samo  przez  się  —  przyznał 

pułkownik  —  i  dlatego  właśnie,  z  góry  to  przewidując, 
zaopatrzyliśmy się w dobrą, skuteczną broń! 

— Która jednak nie przyniesie panu spodziewanego skutku 

— odparł kacyk. — Lecz dajmy temu spokój. Chciałem tylko z 
ust pańskich usłyszeć, że znajdujemy się obustronnie na stopie 

background image

wojennej,  a  więc,  co  za  tym  idzie,  silniejszy  ma  prawo 
pokonanemu podyktować warunki. 

— Na razie to zagadnienie nie jest jeszcze rozstrzygnięte — 

rzekł doktor. 

— Lecz mnie się zdaje, że tak — odparł kacyk. — Jesteście 

zamknięci  w  wąwozie,  z  którego  nie  ma  wyjścia.  Jest  tylko 
jedna  droga,  ale  przed  nią  czuwa  trzy  tysiące  dzielnych, 
czerwonych  wojowników,  którzy  udaremnią  wszelką  próbę 
przełamania  linii  bojowej.  Jesteście  zatem  zamknięci  ze 
wszystkich  stron  i  zginiecie  z  pewnością  z  głodu,  jeśli  się 
dobrowolnie  nie  zdacie  na  łaskę  lub  niełaskę,  i  jeśli  nie 
przyjmiecie naszych warunków. 

— Czy możemy spytać, jakie one są? — zagadnął doktor. 
— Oczywiście  —  odparł  kacyk.  —  Po  pierwsze,  wydacie 

nam  całą  broń  i  amunicję,  a  także  tę  strzelającą  wieżę,  którą 
wozicie  z  sobą.  Po  drugie,  zniszczycie  ową  latającą  kulę,  za 
pomocą której wznosicie się w przestworza, aby obserwować 
ruchy  czerwonych  wojowników.  Po  trzecie,  zniszczycie  ową 
niebezpieczną maszynę, w której wiemy to bardzo dobrze  — 
czyha śmierć i zagłada dla całego czerwonego ludu, skoro tylko 
zacznie działać. 

— A co otrzymamy w zamian? — spytał pułkownik z lekkim 

szyderstwem. 

— Przyrzekam  wam  w  nagrodę  za  wasze  ustępstwo,  że 

wrócicie bezpiecznie do brzegów Rio Pilcomayo. Oczywiście 
przedtem  musicie  złożyć  uroczystą  przysięgę,  że  nigdy  nie 
wrócicie do naszego kraju. 

— Co pan na to powie? — zwrócił się pułkownik do doktora. 
— Że się nie cofnę ani na krok! — odparł tenże po prostu i 

stanowczo.  —  Będę  walczył  do  ostatniej  kropli  krwi,  aby 
osiągnąć zamierzony cel! 

— Brawo! — krzyknął pułkownik. — I mogę zapewnić, że 

wszyscy w obozie tak samo myślą! 

background image

— Hola! — przerwał nagle Mr Bopkins, gniewnym ruchem 

przesuwając cylinder na tył głowy. — Jak widzę, przemawiasz 
w  imieniu  innych  ludzi,  nie  pytając  ich  przedtem  o  zdanie! 
Niestety,  zauważyłem  już  dawno,  że  pan  mnie  przy  każdej 
sposobności uważa za zupełne zero, za co mi pan jeszcze drogo 
zapłaci! Oświadczam panu zatem, że ja w imieniu swoim oraz 
w  imieniu  mego  Towarzystwa  przyjmuję  warunki  tego 
czerwonego dżentelmena, aby wreszcie zakończyć tę szaleńczą 
wyprawę,  która  tylko  pochłania kolosalne  sumy  i  do niczego 
nie prowadzi! Widzieliśmy to dotychczas doskonale! 

— Niech pan łaskawie zamknie swój dostojny dziób, sir — 

uprzejmym  tonem  poprosił  go  sir  Allan.  —  Każdemu 
wiadomo,  że  od  chwili  pańskiego  protestu  w  Yuquirendzie 
wyprawa  odbywa  się  na  mój  koszt  i  że  pozwalamy  wlec  się 
panu  z  nami  jako  tzw.  piąte  koło  u  wozu  tylko  dlatego,  że 
chętnie chcielibyśmy mieć na końcu kogoś, kogo by serdecznie 
zmartwiło nasze ostateczne zwycięstwo. Ja zaś, jako ten który 
daje  potrzebny  kapitał  ekspedycji,  zgadzam  się  zupełnie  na 
oświadczenie doktora, a jeśli panu to się nie podoba, może pan 
na swój własny rachunek zawrzeć przyjaźń z Indianami. Może 
znajdzie pan u nich posadę jako chłopak kuchenny lub parobek, 
do  czego  pan  się  bez  wątpienia lepiej  nadaje  niż  do  tego, by 
wobec dżentelmenów grać rolę przedstawiciela dżentelmenów! 
A zresztą rób pan, co się panu podoba! 

Mr  Bopkins  przeszył  sir  Allana  wzrokiem  żbika,  lecz  nie 

odważył się go zaatakować, pamiętał bowiem bardzo dobrze, 
że niedawno źle wyszedł w podobnym wypadku. 

Stary  kacyk  przysłuchiwał  się  tej  ostrej  wymianie  zdań  ze 

stoickim  spokojem.  Żaden  znak nie  zdradził,  co  myśli  o  tym 
wszystkim. Po chwili zwrócił się do doktora z zapytaniem: 

— A więc pan odrzuca moje warunki, senor? 
— Oczywiście! 
— Niech pan pomyśli, że czeka was straszna śmierć! 

background image

— Mnie się zdaje, że ona nie jest zupełnie pewna. 
— Jesteście zewsząd zamknięci! 
— Możemy poczekać, aż ten pierścień sam pęknie. 
— Czekanie  nie  przyniesie  wam  ocalenia,  bo  ostatecznie 

muszą się skończyć wasze zapasy żywności. Musicie zginąć z 
głodu albo się poddać, a wówczas nasze warunki będą daleko 
twardsze, co się zresztą samo przez się rozumie. 

— To się okaże, kto prędzej straci cierpliwość. 
— Przypuszczam, że oczekujecie pomocy od waszych braci 

na  południu  lub  północy.  Lecz  ja  was  mogę  zapewnić,  że 
dokoła całego Gran Chaco pilnie czuwają nasi strażnicy, tak, że 
nawet mysz się nie prześliźnie bez mojej wiedzy. 

— Pan nie przypuszcza chyba — zimno odparł doktor — że 

zapoznam  pana  ze  wszystkimi  danymi,  na  których  opieramy 
nasze  nadzieje.  Z  zupełnym  spokojem  oczekujemy  dalszych 
wypadków.  Odwagi  dodaje  nam  ta  okoliczność,  że  mimo 
wszystkich wysiłków nikogo z nas nie udało się panu na stałe 
pojmać do niewoli. 

— Tak jest, niestety, udało wam się zawsze jeńca uwolnić z 

niewoli.  Lecz  wtedy  mieliście  do  czynienia  z  pomniejszymi 
kacykami  i  z  niewielkimi  siłami  bojowymi.  Tutaj  zaś  ja 
rozkazuję i zapewniam was, że żadnemu z was nie uda się cało 
i zdrowo prześliznąć przez pierścień oblężenia. 

— Nie  będziemy  sobie  rozbijali  głowy  o  zwarty  mur 

czerwonych  wojowników.  Lecz  ostrzegamy  zarazem,  że 
wszelki atak na nasz obóz będzie krwawo odparty. 

— Nie myślę słać moich wiernych i dzielnych wojowników 

na  oczywistą  śmierć.  Myśmy  pozwolili  wam  dojść  aż  tutaj 
umyślnie, bo wiedzieliśmy doskonale, że stąd nie ma ucieczki i 
że  musicie nam  wpaść  w ręce bez rozlewu krwi. Dlatego też 
pytam was po raz trzeci i ostatni: przyjmujecie moje warunki? 

— Nie! — odrzucił warunki doktor, podnosząc się z miejsca. 

background image

— W  takim  razie  odpowiedzialność  za  wszystko,  co  się 

stanie, spada na pana! — odparł kacyk, wzruszając ramionami. 

Podniósł się z miejsca, skinął dumnie głową na pożegnanie i 

odszedł. 

— Sądzi pan może, że on wykona swe pogróżki?  — spytał 

pułkownik. 

— Wcale  nie  —  odparł  doktor.  —  Osiągnął  właśnie 

przeciwieństwo  tego,  co  zamierzał.  Chciał  nas  nastraszyć,  a 
tymczasem dał nam pewność, że możemy liczyć na pomyślny 
wynik sprawy. 

— Jak to? — spytali zdziwieni panowie. 
— Niech panowie sobie przypomną, że on wygadał się mimo 

woli, że nikogo z nas nie ma w niewoli. 

Z tego wynika jasno, jak na dłoni, że don Rocca szczęśliwie 

dotarł  do  Yuquirendy,  gdzie  pracuje  nad  naszym  ocaleniem. 
Chodzi teraz tylko o to, aby się z nim telegraficznie połączyć i 
przywołać go na pomoc. Jeśli opatrzność pozwoli, nie będzie to 
długo trwało. 

— Miejmy  nadzieję,  że  wszystko  się  skończy  dla  nas  jak 

najpomyślniej! — odparli dwaj inni panowie. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XX 

M

B

OPKINS UCIEKA

 

 
Wszyscy  byli  zdecydowani  bronić  się  do  ostatniej  kropli 

krwi. Mieli tę świadomość, że od ich wytrwałości zależy, czy 
ten  obiecujący  kawałek  ziemi  weźmie  cywilizacja  pod  swą 
opiekę, czy też będzie on przez dziesiątki lat oddany na pastwę 
najdzikszemu barbarzyństwu i zamknięty dla całego świata. 

Tylko  jeden  Mr  Bopkins  miał  inne  zdanie.  Każdego  dnia 

zjawiał się regularnie przed obliczeni doktora i wnosił protest 
przeciw  dalszemu  pobytowi  w  wąwozie,  domagając  się 
zarazem, aby niezwłocznie zawarto pokój z Indianami. Te rady 
i  żądania  rozbijały  się  oczywiście  o  twardy  opór  wszystkich 
członków ekspedycji. 

Rozgniewany  Mr  Bopkins  codziennie  siadał  nad  brzegami 

małego  jeziorka  i  rozmyślał  nad  niegodzi—wością  ludzi, 
którzy  nie  mają  szacunku  nawet  dla  reprezentanta 
South–American–Railway–Company. 

W ten sposób upłynął cały tydzień. Gdy doktor znów wzbił 

się balonem w powietrze i zatelegrafował do Yuquirendy, znów 
nie otrzymał żadnej odpowiedzi. 

Następnego  dnia  rano  Mr  Bopkins  siedział  sobie  nad 

brzegiem jeziorka, pogrążony w głębokich rozmyślaniach. 

Nagle usłyszał uderzenie, jak gdyby jakiś ciężki przedmiot z 

wysokości  upadł  na  ziemię.  Nie  daleko  od  miejsca,  gdzie 
siedział,  spostrzegł  kamień,  wielkości  pięści,  do  którego 
przywiązany  był  kawałek  papieru.  Podniósł  szybko  oczy  w 
górę  i  ujrzał  na  szczycie  wąwozu  oblicze  jakiegoś  Indianina, 
który dawał mu znaki — po czym znikł. 

Mr Bopkins ze zdumieniem pokiwał swą dostojną głową, po 

czym  rzucił  spojrzenie  na  obóz;  nikt  go  nie  obserwował. 

background image

Następnie podniósł kamień, aby się przekonać, czego Indianie 
chcą od niego. 

Doszedł  do  przekonania  że  autorem  tego  pisma  mógł  być 

tylko  Chiacutak,  gdyż  spośród  wszystkich  Indian  on  jeden 
umiał władać piórem. Mr Bopkins oderwał kartkę od kamienia, 
rozwinął ją i zagłębił się w treści. 

List  wywierał  wrażenie,  jak  gdyby  go  pisał  dorożkarz,  do 

tego stopnia lekceważył wszystkie zasady ortografii. 

Treść  jego  była  następująca:  Chiacutak,  który  w  czasie 

układów w obozie poznał zapatrywania jankesa, zaproponował 
mu,  aby  przyszedł  do  obozu  Indian  i  zawarł  z  nimi  pokój  na 
znanych warunkach. W tym wypadku doktor, chcąc nie chcąc, 
będzie musiał poddać się konieczności. Lecz gdyby nawet się 
nie  poddał,  Mr  Bopkins  nie  poniesie  przez  to  najmniejszej 
szkody. Co więcej, Indianie przyrzekli odstawić go pod eskortą 
do  zamieszkałych  granic,  jeśli  pozostawi  swoich  towarzyszy 
nieuniknionemu losowi. Lecz w tym wypadku, jeśli będzie się 
wzbraniał  przyjąć  propozycję  kacyka,  czeka  go  szczególnie 
straszny koniec. 

Mr Bopkins przestraszył się nie na żarty. Lecz w następnej 

chwili przyszło mu na myśl, że dzięki tej sposobności może się 
wspaniale zemścić na znienawidzonym doktorze. 

Smutne  myśli  jankesa  zniknęły  w  okamgnieniu.  Wrócił  do 

obozu  w  wyśmienitym  humorze,  lecz  starał  się  oczywiście 
niczym nie zdradzić, że zmienił swoje zamiary. Udawał jeszcze 
bardziej rozsrożonego i obrażonego niż zwykle. Jego mrukliwe 
odpowiedzi  trudno  było  odróżnić  od  warczenia  buldoga, 
któremu  ktoś  na  ogon  nadepnie.  Lecz  wszyscy  panowie  nie 
zwracali na niego szczególniejszej uwagi. 

Gdy  nastała  noc,  szlachetny  jankes  wyśliznął  się  ze  swego 

wozu  i  boso,  z  trzewikami  pod  pachą,  udał  się  nad  brzeg 
jeziora. Tutaj zapalił na sekundę zapałkę, czego w obozie nie 

background image

zauważono.  Zamienił  się  cały  w  słuch  i  czekał,  czy  ten  znak 
spostrzeżono na górze. 

Po  chwili  usłyszał,  że  jakiś  przedmiot  spadł  u  stóp  ściany 

skalnej. Zbliżył się niezwłocznie i przekonał się po omacku, że 
jest to lina, mająca na końcu pętlę. Mr Bopkins umieścił w tej 
pętlicy obie stopy, po czym dał znak, by go wyciągnięto. 

Poczciwy  jankes  przeżył  chwilę  panicznego  strachu,  gdy 

zawisł w powietrzu nad przepaścią, ale niebawem chwyciło go 
kilkoro rąk, które go postawiły na twardym gruncie. 

Czterej  Indianie  wzięli  go  między  siebie  i  poprowadzili  w 

ciemność. Idąc, Mr Bopkins śmiał się w duchu na myśl, jaką 
paradną minę zrobią jego dotychczasowi towarzysze wyprawy, 
gdy spostrzegą jego nagłe a niespodziewane zniknięcie. Lecz 
ten  wesoły  nastrój  duszy  jankesa  nie  miał  trwać  długo.  Gdy 
zszedł ze stoku Cerro Cristian i znalazł się na równinie, uczuł 
nagle, że jakieś twarde i drapieżne szpony chwytają go za kark. 
Obalono  go  na  ziemię,  związano  ręce  i  zakneblowano  usta. 
Następnie  czerwonoskórzy  postawili  go  na  nogi  i  potężnymi 
uderzeniami pięści zmusili do dalszej drogi. Z daleka błyskały 
liczne ogniska. Szlachetny jankes wpadł w pułapkę! 

Po chwili przywiązano go do drzewa i postawiono przy nim 

straż. Nazajutrz rano odwiązano go i zaprowadzono do starego 
kacyka,  który  przywitał  go  szyderczym  śmiechem.  Zamiast 
spodziewanego  radosnego powitania,  usłyszał  słowa:  głupiec, 
tchórz, zdrajca! 

Jeśli  Mr  Bopkins  dotychczas  miał  nadzieję,  że  te  straszne 

przejścia  polegają  na  jakimś  nieporozumieniu,  to  teraz  ta 
nadzieja  rozwiała  się,  jak  senne  marzenie.  Poznał  okrutną 
rzeczywistość.  Przekonał  się  ze  zgrozą,  że  jest  zgubiony  bez 
ratunku,  o  ile  podle  zdradzeni  towarzysze  po  raz  wtóry  nie 
wybawią go z niewoli. 

Stary  kacyk  począł  go  przesłuchiwać.  Zagroził  mu 

najstraszniejszymi  torturami,  o  ile  jego  słowa  okażą  się 

background image

kłamliwe.  Mr  Bopkins  przestraszył  się  nie  na  żarty  i  począł 
mówić szczerą prawdę. Opowiedział dokładnie, w jaki sposób 
pułkownik obwarował obóz, opisał karabin maszynowy i balon 
wraz  z  wszystkimi  urządzeniami,  na  koniec  dobrowolnie 
wyznał, że ekspedycja spodziewa się pomocy z Yuquirendy. 

Chiacutak  zbladł  formalnie  na  tę  wiadomość.  Wiedział 

doskonale,  jaki  postrach  wzbudza  kapitan  Artigas  wśród 
wszystkich Indian w Gran Chaco, wiedział że uważają go za 
demona, któremu nie podobna się oprzeć. Kacyk obawiał się, 
by  wiadomość  o  tym  nie  rozniosła  się  wśród  jego  własnych 
wojowników,  bo  odebrałaby  im  odwagę,  tak  niezbędną  w 
walce; na szczęście można było to łatwo uczynić, gdyż on sam 
jeden umiał po angielsku, a Mr Bopkins nie znał innego języka. 

Chiacutak  począł  się  zastanawiać,  w  jaki  sposób  mógłby 

zapobiec grożącemu niebezpieczeństwu; nagle przyszła mu do 
głowy pocieszająca myśl. 

Zagadnął jankesa: 
— Powiedziałeś, że kapitan Artigas wówczas dopiero ruszy 

na pomoc na czele swoich dragonów, gdy twoi przyjaciele go 
zawezwą? 

Mr Bopkins skinął potakująco głową. 
— A więc — mówił dalej kacyk — postaram się, by nawet 

mysz nie wymknęła się z wąwozu, aby zanieść wiadomość do 
Yuquirendy. 

— To nie wystarczy — odparł dzielny jankes. — Mylisz się, 

wielki wodzu, jeśli sądzisz, że twoi wrogowie w tym wypadku 
będą się posługiwali posłańcem. 

— Wiem dobrze — przerwał Indianin — że wy biali, umiecie 

posyłać w dal wiadomości za pomocą drutów. Lecz w tym celu 
trzeba je najpierw rozpiąć… 

— Mylisz  się,  wodzu  rzekł  Mr  Bopkins  —  od  dawna  nie 

posługujemy  się  już  drutami  przy  wysyłaniu  wiadomości  do 
odległych miejscowości. 

background image

Chiacutak  zaniepokoił  się  i  zażądał  bliższych  wyjaśnień. 

Jeniec  starał  się  wytłumaczyć  całą  istotę  rzeczy,  jak  umiał 
najlepiej,  lecz  kacyk  nie  posiadał  warunków,  które 
umożliwiłyby  mu  zrozumienie  całej  sprawy,  dlatego  też 
pokiwał na koniec głową i rzekł: 

— Nie mogę wprawdzie wszystkiego zrozumieć, ale wierzę 

ci  mimo  to. Mówisz  więc,  że  ta  latająca  kula  jest  niezbędnie 
potrzebna, jeśli się chce rozmawiać z ludźmi, mieszkającymi w 
odległości setek mil? 

— Oczywiście.  Bez  kuli  twoi  wrogowie  będą  odcięci  od 

całego świata. 

— Dobrze  —  rzekł  kacyk.  —  Wyślę  moich  najlepszych 

strzelców, którzy zestrzelą tego latającego potwora, skoro się 
tylko ukaże. 

— To nic nie pomoże — odparł Mr Bopkins. — Takie małe 

otworki  można  szybko  zalepić.  One  mogą  co  najwyżej 
spowodować  krótką  zwłokę.  Musicie  raczej  starać  się 
zniszczyć tę masę, która dostarcza gazu do wypełniania balonu. 

Tutaj  znów  utknęła  pojętność  kacyka.  Wyjaśnienia  Mr 

Bopkinsa  nie  doprowadziły  do  celu.  Tyle  tylko  pojął 
Chiacutak,  że  w  wozie  z  zapasami  hydrolu  drzemie  główne 
niebezpieczeństwo, dlatego też począł się zastanawiać, w jaki 
sposób można by je zniszczyć. 

Wrócił do swego namiotu, a jeńca kazał znowu przywiązać 

do drzewa mimo jego gwałtownych protestów. 

Wróćmy teraz do naszej ekspedycji, zamkniętej w wąwozie. 
Gdy  dr  Bergman  zbudził  się  nazajutrz  rano  po  ucieczce 

jankesa, zdziwił się niezmiernie, że Mr Bopkins nie zjawił się, 
jak zwykle, ze swoim cylindrem i protestem. Podzielił się tym 
spostrzeżeniem z pułkownikiem, który rzekł: 

— Może  on  zrozumiał  wreszcie,  że  gra  śmieszną  rolę, 

strzelając głupstwo za głupstwem? 

background image

— Nie  sądzę  —  odparł  doktor.  —  Prawdopodobnie  śpi 

jeszcze. 

— Lub  może  zbiera  siły  na  protest  o  podwójnej  wadze  — 

roześmiał się pułkownik. 

Gdy  upłynęło  kilka  godzin  i  jankes  się  nie  zjawił, 

zaniepokojony  doktor  udał  się  do  jego  wozu.  Ten  był  pusty. 
Doktor  zwrócił  się  do  peonów  z  zapytaniem,  czy  jankes  nie 
opuścił  obozu.  Lecz  nikt  nie  widział  go  do  poprzedniego 
wieczora  i  nie  znaleziono  go,  chociaż  przeszukano  starannie 
cały wąwóz. 

— To dziwne — rzekł pułkownik, gdy peonowie wrócili po 

bezowocnych  poszukiwaniach.  —  Przecież  on  nie  mógł 
odlecieć jak jaskółka! Balon leży nietknięty na wozie! 

Zazwyczaj  przesiadywał  nad  jeziorem  —  zauważył  doktor. 

— Może pośliznął się w ciemnościach i utonął, zanim zdołał 
zawołać o ratunek. W takim wypadku musiałby przynajmniej 
jego  słynny  cylinder  pływać  po  powierzchni.  Muszę  sam 
zbadać tę sprawę. Pójdzie pan ze mną. 

Doktor zgodził się. Obaj panowie zbadali przede wszystkim 

najbliższe otoczenie wozu Mr Bopkinsa, szukając śladów, lecz 
zatarł je deszcz. Były widoczne tylko ślady peonów. 

Dopiero  w  pobliżu  jeziora  sokole  oczy  pułkownika 

zauważyły, że na żwirowisko, które tam pierwotnie stanowiło 
powierzchnię  ziemi,  spadł  ledwo  widoczny  pokład  piasku, 
zmieszanego  ze  źdźbłami  trawy.  Podejrzane  miejsce  mogło 
mieć około dwóch łokci średnicy. 

Pułkownik  wydobył  natychmiast  lunetę  i  począł 

przypatrywać  się  górnemu  brzegowi  skalnej  ściany, 
wznoszącej się naprzeciw niego. Po chwili zauważył wyraźną, 
prostopadłą linię, którą wytarł w skale sznur przy wyciąganiu 
jankesa.  Pułkownik  Iquite  bez  słowa  wskazał  na  ten 
zdradziecki znak i podał lunetę swemu towarzyszowi. 

background image

— Tak,  tak,  kochany  doktorze  —  wybuchnął  wreszcie 

oburzony  oficer.  —  Ten  łotr  podstępnie  rzucił  się  w  ramiona 
czerwonoskórym… 

— Niech pan nie oburza się na tego człowieka — próbował 

go doktor uspokoić. — On będzie żałował tego kroku, a może 
już wśród katuszy myśli o naszym bezpiecznym wąwozie. 

— Nic  mi  na  tym  podłym  zbiegu  nie  zależy  —  odparł 

pułkownik Iquite. — Przeciwnie, dopiero teraz mamy spokój i 
jesteśmy  zabezpieczeni  przed  jego  idiotycznymi  protestami! 
Lecz  obawiam  się,  że  go  tam  przemocą  zmuszą  do  zeznań. 
Zamiast  żeby  don  Rocca  miał  ze  swoimi  ludźmi  uderzyć 
niespodziewanie na Indian, teraz przygotują się oni gruntownie 
na jego przyjęcie. W każdym razie ten Joaosigno czy Chiacutak 
zbierze wszystkie siły, aby odeprzeć cios. Bądź co bądź ma na 
swoje  rozkazy  dwadzieścia  tysięcy  wojowników!  Przeciw 
takiej  armii  nic  nie  poradzi  nawet  niezrównany  Artigas  ze 
swoimi jeźdźcami. 

— Wątpię — rzekł doktor — by Indianie zrozumieli jankesa, 

choćby  nawet  im  zdradził,  jakimi  środkami  pomocniczymi 
rozporządzamy.  Oni  nie  zrozumieją  nigdy,  że  można 
rozmawiać za pomocą fal elektrycznych. 

— Zapomina pan, że kacyk przez dłuższy czas przebywał w 

Buenos Aires, gdzie się zapoznał z telegrafem. 

— Tak,  ale  tylko  z  telegrafem,  posługującym  się  drutem,  a 

nie  z  iskrowym.  Z  tego  też  powodu  kacykowi  wyda  się 
nieprawdopodobną rzeczą, byśmy mogli przywołać na pomoc 
naszych  przyjaciół  z  Yuqirendy.  Natomiast  inna  okoliczność 
wzbudza we mnie niepokój. 

— Jaka? — spytał pułkownik. 
— Ja myślę tak: jak tutaj wyciągnięto człowieka w górę, tak 

można innych ludzi spuścić za pomocą lin w głębinę wąwozu. 
Jeśli  zatem  nie  będziemy  dość  czujni,  pewnej  pięknej  nocy 

background image

przybędzie kilkuset czerwonoskórych — i to nas zgubi, bo nie 
będziemy mieli nawet czasu chwycić za broń! 

Pułkownik zastanawiał się przez chwilę. 
— Sądzę,  że  pańska  obawa  jest  płonna  —  rzekł.  —  O  ile 

znam Indian, wiem dobrze, że stale unikają otwartego napadu. 
Prócz  tego  nasz  karabin  maszynowy  nauczył  ich  rozumu.  Z 
tego więc powodu będą czekali, aż się dobrowolnie poddamy. 
W każdym jednak razie musimy zachować wszelką ostrożność 
i nocą palić ogniska wzdłuż ścian skalnych. Nie brak  nam na 
szczęście materiału palnego. 

Obaj panowie wrócili do obozu i natychmiast wysłali peonów 

w  celu  zbierania  chrustu.  Ludzie  ci  kiedy  dowiedzieli  się  o 
ucieczce jankesa, poprzysięgli mu srogą zemstę. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XXI 

O

DCIĘCI

 
Chiacutak  począł  się  zastanawiać,  w  jaki  sposób  mógłby 

skorzystać  z  zeznań  jeńca.  Po  namyśle  postanowił  ułożyć 
odpowiedni  plan.  W  tym  celu  wieczorem  udał  się  na  brzeg 
wąwozu, gdzie przez kilka godzin leżał na czatach, aż wreszcie 
zaznajomił  się  dokładnie  ze  sposobem  sprawowania  warty 
przez  wrogów.  Teraz  już  wiedział,  kiedy  zmienia  się  straż, 
czuwająca nad bezpieczeństwem obozu. 

Nazajutrz zawezwał do siebie kilku najlepszych wojowników 

i  spytał  ich,  czy  są  gotowi  poświęcić  życie  dla  dobra  swego 
ludu.  Wszyscy  oświadczyli,  że  są  gotowi.  Lecz  gdy  kacyk 
zaznajomił ich ze swoim planem, opuściła ich odwaga;  tylko 
dwaj  z  nich  oświadczyli  gotowość  do  podjęcia  się 
niebezpiecznego zadania. Chiacutak zaznajomił ich dokładnie 
ze  swoim  planem  i  przyrzekł  im,  że  nagrodzi  wysokim 
odznaczeniem w razie powodzenia. Obaj czerwonoskórzy udali 
się  o  zachodzie  słońca  w  drogę,  otoczeni  całym  tuzinem 
towarzyszy broni i położyli się na czatach u brzegu wąwozu w 
tym miejscu, skąd jego wyjście dokładnie można było widzieć. 

Nagle przy ognisku obozowym podniosła się jakaś wyniosła 

postać, otulona w poncho, która odeszła wraz z psem w stronę 
wyjścia z wąwozu. Był to Miguel Rodilla wraz ze swoim psem, 
Picarem. 

Teraz  należało  szybko  działać.  Indianie  spuścili  w  głębinę 

długą linę, przy pomocy której dwaj nieustraszeni wojownicy 
w  krótkim  czasie  stanęli  na  dnie  wąwozu.  Dostali  się 
szczęśliwie do jeziorka i przepłynęli je, starając się wywoływać 
jak  najmniejszy  hałas.  Stanąwszy  na  skalistym  brzegu, 
rozejrzeli się uważnie dokoła, starając się przekonać, czy nie 
ma  tu  któregoś  z  białych.  Usłyszeli  tylko  głęboki,  miarowy 

background image

oddech uśpionych i kroki straży. Szybkim, zwinnym skokiem 
dostali  się  do  wozu,  zawierającego  zapasy  hydrolu.  Drzwi 
otworzyły  się  bez  szelestu.  Obaj  czerwonoskórzy  wyjęli  ze 
skrzyń flaszki cynkowe, w których znajdował się drogocenny 
płyn.  Szybko  wyciągnęli  zatyczki,  a  zawartość  wylali  na 
podłogę.  Hydrol  zniszczył  się  przez  to  bezpowrotnie.  Mr 
Bopkins pod wpływem strachu wszystko to dokładnie im opisał 
i  dał  pouczające  wskazówki.  Stąd  też  śmiały  czyn  udał  się 
Indianom nadspodziewanie. 

Obaj  wojownicy  opuścili  wóz,  po  czym  przy  pomocy  liny 

znaleźli się niebawem  wśród swoich. Wkrótce potem Miguel 
Rodilla  wrócił  do  obozu.  Nagle  jego  pies,  począł  warczeć  i 
głośno  szczekać.  Hałas  obudził  śpiących,  którzy  wybiegli  z 
namiotów  i  wozów.  Zapalono  pochodnie  i  przy  ich  blasku 
spostrzeżono nieszczęście. 

Wprawdzie rozsrożeni peonowie pobiegli natychmiast w ślad 

za psem do jeziorka, lecz śmiali wojownicy znajdowali się już 
w  bezpiecznym  schronieniu.  Tylko  szyderczy  śmiech  rozległ 
się  na  szczycie  wąwozu  —  i  to była  jedyna  wskazówka,  jaką 
peonowie otrzymali. 

Tymczasem  doktor  i  jego  asystenci,  przygnębieni 

nieszczęściem,  stali  nad  opróżnionymi  flaszkami,  pułkownik 
zaś 

przeklinał 

dosadnymi 

słowami 

przedstawiciela 

South–American–Railway–Company. 

Wszyscy 

rozumieli 

doskonale, że tylko on mógł wyjaśnić Indianom, w jaki sposób 
mogą najboleśniej ugodzić swoich śmiertelnych wrogów. 

— W tym jest bezdenna nienawiść, połączona z bezgraniczną 

złośliwością!  —  rzekł  pułkownik.  —  W  ten  sposób  nas 
zdradzić, nas, którzy go tyle razy wybawialiśmy od śmierci! 

Dobroduszny  doktor  także  i  tym  razem  usiłował  bronić 

jankesa. 

— Sądzę,  że  tylko  gniew  ku  nam  popchnął  go  do  tego 

nierozważnego kroku — rzekł. — Chiacutak podczas pobytu w 

background image

naszym  obozie  poznał  dokładnie  jego  poglądy  i 
prawdopodobnie  musiał  mu  obiecać  złote  góry.  Z  tego  też 
powodu  jego  gniew  ku  nam  wzmógł  się,  więc  ostatecznie 
zbiegł  do  Indian.  Ci  oczywiście  musieli  wyśmiać  jego 
łatwowierność i groźbami wycisnąć z niego, co się tylko dało. 
Przypuszczam, że on teraz gorzko żałuje swej głupoty. 

Między  obu  biegunami  globu  ziemskiego  nie  było  w  tej 

chwili  nikogo,  kto  by  się  czuł  bardziej  nieszczęśliwy  niż 
dzielny  Mr  Bopkins  z  Nowego  Jorku.  Sterczał  w  miejscu 
nieruchomo  przywiązany  do  drzewa  i  moknął  w  strugach 
deszczu. Zarazem wzdychał do obozu białych i ze łzami tęsknił 
do  swego  wygodnego  wozu,  gdzie  mu  było  tak  rozkosznie. 
Najbardziej  dręczyły  i  torturowały  go  ryby,  upieczone  w 
gorącym popiele, którymi Indianie nieustannie go karmili. 

Tymczasem w obozie biali zastanawiali się poważnie, w jaki 

sposób mogliby zawezwać pomoc z Yuquirendy. Musiało to się 
stać szybko, jeśli nie miała ich spotkać ostateczna zagłada. 

Zapasy  żywności  mogły  starczyć  co  najwyżej  na  dwa 

tygodnie, potem aby żyć, trzeba by pozabijać konie pociągowe. 

Poczęto  się  zastanawiać,  w  jaki  sposób  można  by  zastąpić 

nieczynny balon. Że to było już możliwe, o tym na szczęście 
Mr Bopkins nie wiedział, więc co za tym idzie, nie mógł tego 
zdradzić Indianom. 

Doktor polecił Jasiowi zbudować duży latawiec i w przeciągu 

dwu  dni  arcydzieło  to  było  już  gotowe.  Szkielet  latawca  był 
bambusowy  i  powleczony  nieprzemakalnym  płótnem. 
Wysokość jego wynosiła dwa i pół metra. W razie pomyślnego 
wiatru musiał  zadanie swoje spełnić w zupełności. Podwójny 
drut  miedziany,  długości  sześciuset  metrów,  miał  służyć 
równocześnie jako sznur i przewód. 

Teraz chodziło tylko o to, aby latawiec puścić w powietrze. 

Wypuścić go z wąwozu było rzeczą niemożliwą, z uwagi na to, 
że tam było stale bezwietrznie, latawiec zaś wymagał silnego 

background image

ciśnienia wiatru zwłaszcza w chwili, gdy wzbijał się w górę. Z 
tego  też  powodu  trzeba  było  go  wynieść  na  prerię  i  stamtąd 
próbować puścić. 

Zadania  tego  podjął  się  dzielny  Jaś.  Rano  o  godzinie 

czwartej,  gdy  jeszcze  było  ciemno,  wziął  latawiec  na  plecy  i 
pomaszerował  odważnie  do  ujścia  wąwozu,  gdzie  ukryli  się 
konni peonowie, aby w razie niebezpieczeństwa przyjść mu z 
pomocą. 

Szum  deszczu  zagłuszył  jego  kroki.  W  odległości  dwustu 

metrów  zatrzymał  się,  aby  zaczekać  na  pomyślny  powiew 
wiatru. Nagle opodal usłyszał dwa głosy. Byli to bez wątpienia 
Indianie,  stojący  na  czatach.  Dzielny  Jaś  nadstawił  bacznie 
uszu, a wtedy mniej już uważał na latawiec. Znienacka zerwał 
się  silny  wiatr  i  wywrócił  latawiec  na  ziemię.  Hałas 
zaalarmował  Indian.  Głosy  ich  umilkły  od  razu.  Było  teraz 
rzeczą  jasną,  że  czerwonoskórzy  muszą  odkryć  Jasia,  mimo 
ciemności, jeśli mu się nie uda w jakiś sposób ich przepłoszyć. 

Ale dzielny Jaś nie stracił ani na chwilę przytomności umysłu 

ani zimnej krwi. Przed laty lubił często spędzać wolne chwile w 
menażerii  zamku  cesarskiego  w  Schönbrunnie.  Zwłaszcza 
klatki  z  lwami  i  tygrysami  wywierały  nań  niesłychany  urok. 
Począł naśladować dla zabawy głosy rozmaitych dzikich bestii 
i  doszedł  w  tym  do  prawdziwego  mistrzostwa.  Teraz  ta 
umiejętność 

miała 

go 

wyratować 

wielkiego 

niebezpieczeństwa. 

Skoro usłyszał kroki zbliżających się Indian, przycupnął na 

ziemi  i  wydał  krzyk  rozsrożonej  pumy.  Równocześnie 
kilkakrotnie  uderzył  czapką  o  ziemię,  jak  gdyby  to  był  ogon 
tego  niebezpiecznego  kota.  Było  to  do  tego  stopnia  łudząco 
podobne,  że  obaj  czerwonoskórzy  umknęli  z  głośnym 
okrzykiem przerażenia. 

Jaś  chwycił  latawiec  mocno  w  dłonie  i  postanowił  nie 

wypuszczać go już z rąk. 

background image

Jak  zwykle  bywa,  świt  przyniósł  ze  sobą  silny  powiew 

wiatru, który Jaś postanowił natychmiast wykorzystać. Zgięty 
palec włożył w usta i wydał umówiony gwizd, a gdy uczuł, że 
peonowie już ciągną za sznur, bez namysłu wyrzucił latawiec w 
górę. Latawiec chwiał się przez jakiś czas w lewo i w prawo, po 
czym szybko wzbił się w powietrze, a peonowie, ciągnąc drut, 
mogli powoli wrócić do obozu. 

Jaś  także  nie  pozostał  dłużej  na  miejscu.  Gwizd  usłyszeli 

Indianie,  więc  wkrótce  potem  gęsty  tłum  czerwonych 
wojowników  rzucił  się  do  ataku,  aby  schwytać  zuchwałego 
wroga, lecz było już za późno. Jaś znajdował się już w obozie. 

O  wypadku  tym  natychmiast  dowiedział  się  kacyk,  który 

kazał przyprowadzić jeńca. Miał nadzieję, że on rozwiąże mu 
nową  zagadkę.  Mr  Bopkins,  ujrzawszy  na  niebie  latawiec, 
który  osiągnął  już  prawie  najwyższy  punkt,  szybko  domyślił 
się, do jakiego celu służy i wyjaśnił kacykowi całą sprawę. 

Chiacutak w podzięce obrzucił jankesa stekiem złorzeczeń, a 

to  z  tego powodu,  że nie  pouczył  go  przedtem  o  możliwości 
zbudowania latawca, a potem kazał  go znowu przywiązać do 
drzewa.  Zawezwawszy  najdzielniejszych  swoich  strzelców, 
posłał ich kacyk na brzeg wąwozu i kazał im przestrzelić sznur, 
na  którym  latawiec  unosił  się  w  powietrzu.  Ten  sposób  był 
oczywiście  beznadziejny,  albowiem  tylko  przypadek  mógł 
przynieść pożądany skutek. 

Czerwoni  wojownicy  pobiegli  natychmiast,  a  Chiacutak  w 

gorączkowym  napięciu  czekał  na  posłańca,  który  by  mu 
oznajmił, że pragnienia jego się urzeczywistniły. 

W tym samym czasie panowało wśród członków ekspedycji 

nie mniejsze podniecenie. Wprawdzie latawiec stał wysoko na 
niebie,  wśród  chmur,  lecz  było  jeszcze  wątpliwe,  czy 
przyniesie wieść szczęśliwą, że sygnał alarmowy usłyszano w 
Yuquirendzie. 

background image

Drżącymi  ze  wzruszenia  palcami  stukał  doktor  w  aparat 

telegraficzny,  jego  towarzysze  tymczasem  z  zapartym 
oddechem  spoglądali  na  dzwonek,  który  miał  im  dać 
upragnioną odpowiedź. Nagle rozległo się donośne dzwonienie 
i  ze  wszystkich  piersi  wydarł  się  głośny  okrzyk  radości! 
Usłyszano ich! 

Doktor  wysłał  szybko  odpowiedź.  Nawiązała  się  ożywiona 

rozmowa,  której  treść  doktor  wyjaśniał  zgromadzonym  w 
krótkich słowach. 

Don Rocca szczęśliwie dotarł do Yuquirendy i Assuncionu, 

gdzie  natrafił  na  pewne  trudności,  zanim  zdołał  wysłać  na 
miejsce aparaty telegraficzne. Następnie wrócił do Yuquirendy, 
aby tam wznieść wieżę iskrową. Dopiero przed dwoma dniami 
prace te zostały ukończone. 

Kapitan  Artigas  z  rozmaitych  „estancias”  zebrał  pokaźną 

liczbę jeźdźców, w większości dawnych żołnierzy granicznych, 
którzy  byli  gotowi  pod  jego  wodzą  uderzyć  na  Indian  Gran 
Chaco.  Oddział  ten  liczył  już  dwustu  ludzi  i  czekał  na 
wezwanie do czynu. 

Doktor w odpowiedzi na to opisał pokrótce główne przeżycia 

ekspedycji i jej obecny stan. Zarazem podał dokładnie miejsce, 
gdzie się w tej chwili znajduje. 

Rozmowa telegraficzna nie trwała jeszcze długo, gdy nagle 

obecni  przy  aparacie  usłyszeli  gwałtowny  ogień  karabinowy, 
rozlegający  się  na  krawędziach  wąwozu.  Szybko  chwycili  za 
broń,  aby  się  bronić.  Wówczas  pułkownik  za  pomocą  lunety 
spostrzegł,  że  nieprzyjacielskie  karabiny  podniesione  były  w 
górę. Roześmiał się serdecznie na ten widok i rzekł: 

— Chcą zabić naszego latawca! 
Towarzysze  jego  spuścili  karabiny  i  również  wybuchnęli 

wesołym śmiechem. Doktor rzekł: 

background image

— Mogą wykorzystać cały swój zapas amunicji, zanim trafią 

w  cienki  drut,  na  którym  unosi  się  nasz  latawiec.  Kto  wie 
zresztą, czy go zdołają odróżnić od szarych zwałów chmur. 

Ale  stało  się  jednak  to,  co  uważano  za  niemożliwe,  choć 

dopiero  po  dłuższej  chwili,  gdy  obustronnie  przesłano  sobie 
najważniejsze  wiadomości.  Nagle  pękł  silnie  napięty  drut, 
który  na  wietrze  brzęczał  cicho,  jak  drżąca  struna.  Latawiec 
wykonał potężny skok i spadł w oddali na ziemię. 

— Nic nie szkodzi! — pocieszył doktor swoich towarzyszy, 

którzy  z  przerażeniem  spoglądali  na  tę  katastrofę.  — 
Wysłaliśmy  już  najważniejsze  wiadomości  i  zyskaliśmy  tyle, 
że nasi wrogowie zepsuli część zapasów amunicji, które w tym 
bezludnym kraju nie prędko będą mogli uzupełnić. 

— Jeśli  kapitan  Artigas  umie  tak  jeździć,  jak  przedtem  — 

dodał  pułkownik  —  możemy  już  za  osiem  dni  ujrzeć  na 
południu jego jeźdźców! Sześćset kilometrów które ich dzielą 
od nas, są dla nich zabawką! 

— Prawdopodobnie  nasi  wrogowie  nie  odkryją  ich 

wcześniej,  dlatego  też  mogą  nagle  spaść  na  nich  jak  grom  z 
jasnego  nieba!  —  dodał  doktor,  z  zadowoloną  miną  pakując 
swoje aparaty. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XXII 

A

INAC CABUYU

,

 DIABEŁ KOŃSKI

 

 
Chiacutak, stary lis, nie dał się tak łatwo wywieść w pole, jak 

to  członkowie  ekspedycji  przypuszczali.  Wprawdzie  z 
gorączkowym  niepokojem  czekał  chwili,  w  której  kula 
uwolniła  latawca,  ale  gdy  to  nastąpiło,  natychmiast  odzyskał 
zimną  krew  i  starał  się  zbadać,  czy  biali  zdołali  w  ostatniej 
chwili zamiar swój urzeczywistnić. 

W tym celu kazał najpierw przyprowadzić nieszczęsnego Mr 

Bopkinsa, z którego starał się przy pomocy pogróżek wydobyć 
niezbędnie mu potrzebne zeznania. Lecz w końcu spostrzegł, że 
od  jeńca  niczego  więcej  się  nie  dowie.  Następnie  zawezwał 
przed  swoje  oblicze  tych  wojowników,  którzy  brali  udział  w 
zestrzeleniu latawca. 

Początkowo także i od tych nie mógł się niczego dowiedzieć, 

albowiem  oni  skierowali  całą  swoją  uwagę  na  latawca  i  nie 
obserwowali  wcale  białych.  Lecz  mimo  wszystko  kacykowi 
udało  się  w  końcu  ustalić  dwie  rzeczy,  które  potwierdzały 
poniekąd jego obawy: po pierwsze, że biali nie starali się wcale 
odpierać  ataku  na  latawca,  po  wtóre,  że  nie  byli  wcale 
zaniepokojeni, gdy w końcu odleciał. 

Z tego stary wódz wnioskował, że biali zdołali powiadomić 

swoich sprzymierzeńców na południu. Teraz zatem trzeba było 
rozpocząć  przygotowani  na  ich  przyjęcie.  Przede  wszystkim 
kacyk wysłał naprzeciw silny oddział, którego zadaniem było 
po wstrzymać po drodze zbliżającego się wroga, aby jeszcze na 
czas mogły przyjść posiłki, których się Indianie spodziewali. 

Po  te  posiłki  posłał  Chiacutak  posłańców,  którzy  ruszyli 

niezwłocznie  w  północno—zachodnim  kierunku.  Widział  ich 
przy pomocy lunety pułkownik Iquite, toteż niezwłocznie udał 
się do doktora, aby mu tę nowinę zakomunikować. Ujrzał, że 

background image

latawiec  zbyt  prędko  odleciał.  Było  rzeczą  niezbędną,  aby 
zbliżający  się  oddział  białych  jeźdźców  dowiedział  się  o 
pochodzie wszystkich czerwonych wojowników, jeśli nie miał 
się  narazić  na  spotkanie  z  olbrzymią  przewagą  liczebną, 
urągającą  wszelkiej  dzielności,  lub  może  nawet  być 
powstrzymany w odsieczy. 

Pierwsza  możliwość  wydała  się  pułkownikowi  mniejszej 

wagi, albowiem kapitan Artigas wzbudzał w całym Gran Chaco 
trwogę, jak bóg wojny, a samo imię jego znaczyło tyle, co mała 
armia.  Ważniejsza  byłaby  druga  możliwość:  powstrzymanie 
odsieczy  w  drodze.  To  mogłoby  się  łatwo  zdarzyć,  gdyby 
pomocnicze wojska szły prosto, w tym przekonaniu, że uderzą 
na przeciwnika zupełnie nieprzygotowanego. 

Z  tego  też  powodu  doktor  i  pułkownik  zamierzali 

początkowo zbudować nowego latawca. Plan ten jednak prędko 
zarzucono,  było  bowiem  jasne,  że  Indianie  tym  razem 
wszystkimi sposobami nie dopuszczą by wzbił się w powietrze. 
Trudno było o dobrą radę w tym wypadku. 

— Gdybyśmy  przynajmniej  wzięli  ze  sobą  kilka  gołębi 

pocztowych!  —  zawołał  doktor.  —  Lecz  któż  mógł 
przewidzieć,  że  nasza  pokojowa  ekspedycja  przemieni  się  w 
prawdziwą wojnę! 

— Lecz mimo to ponosimy winę — odparł pułkownik — bo 

powinniśmy przewidzieć wszelkie możliwe wypadki. 

— Dajmy spokój tym wzajemnym zarzutom — rzekł doktor 

— one i tak nie naprawią tego, co się stało, bo są spóźnione. 
Najlepiej  będzie  zapytać  senora  Rodillę  o  zdanie.  Może  on 
znajdzie jakiś sposób na ten nowy kłopot. 

Przywołano niezwłocznie Hiszpana i obaj panowie podzielili 

się  z  nim  swoimi  obawami.  Rodilla  zastanawiał  się  przez 
chwilę, po czym rzekł: 

— Znam  sposób,  który  by  nam  umożliwił  powiadomienie 

kapitana. Lecz nie mogę ręczyć, że on istotnie doprowadzi do 

background image

pożądanego celu. W każdym razie jest on jedyny i najlepszy, 
jaki w danych warunkach da się zastosować. 

— Niech pan mówi! — prosili obaj panowie. 
— Mam na myśli tajne poselstwo. Spełnię to zadanie ja sam, 

albo mój pies. 

Obaj panowie po krótkim wahaniu zgodzili się, więc Rodilla 

rozpoczął przygotowania do wyprawy. 

Przywołał do pomocy Jasia, który już przy budowie latawca 

okazał  swą  niepospolitą  przemyślność  i  zręczność,  po  czym 
obaj rozpoczęli spieszną i tajemniczą pracę. Tylko pułkownik i 
doktor znali jej cel, gdyż Hiszpan wtajemniczył ich w swój plan 
z najdrobniejszymi szczegółami. 

Miguel Rodilla był głęboko przekonany, że wśród zwykłych 

okoliczności nie zdoła się przedrzeć przez pierścień czujnych 
Indian.  Lecz  z  drugiej  strony  znał  doskonale  zabobony 
czerwonoskórych i z nimi łączył swe nadzieje. 

W  porze  deszczowej  pojawiają  się  mianowicie  między 

Andami  a  Rio  Parana  silne  mgły,  równie  gęste  i 
nieprzeniknione,  jak  słynne  mgły  londyńskie.  Krajowcy  te 
mgły (zwane przez nich „roe choveg”) uważają za złowrogich 
wysłanników złego ducha i wiążą z nimi następujące podanie: 
„Roe choveg jest oddechem brata Diabła. Jest biały jak piana i 
podnosi  się  z  przepastnych  głębin  bagien.  Te  mgły  nie 
pozwalają  widzieć  pól,  zanim  nie  wróci  „ainac  cabuyu”  (tj. 
diabeł na koniu), który krąży otulony gęstą chmurą. Koń jego 
straszliwie parska, a z nozdrzy jego buchają płomienie. Koń ten 
ma  długą  sierść,  czarny  ogon,  a  oczy  jego  błyszczą,  jak 
gwiazdy.  „Ainac  cabuyu”  walczy  z  dziełami  swego  pana  i 
brata,  który  mieszka  we  wnętrzu  olbrzymiego  jeziora. 
Krajowiec, który w takim mglistym dniu dosiądzie konia, może 
zostać  wciągnięty  wbrew  swej  woli  w  gwałtowny  wir 
powietrzny i może się znaleźć w zaczarowanej krainie, skąd już 
nie ma powrotu”. 

background image

Miguel  Rodilla  postanowił  skorzystać  z  tego  indiańskiego 

zabobonu. Przy pomocy Jasia zbudował z giętkich trzcin model 
tułowia  ludzkiego  podwójnej  wielkości  w  porównaniu  z 
naturalnym,  który  postanowił  potem  wdziać  na  siebie.  Z 
zewnętrznej  strony  model  ten pokrył  szarym  płótnem,  aby  w 
miarę możności niczym się nie wyróżniał z tła nocnych mgieł. 
Ozdobił  go  również  przeróżnymi  fantastycznymi  rysunkami, 
które  miały  wzmocnić  wizerunek  upiora.  Podobnie  straszną 
maskę sporządzono dla głowy konia. 

Aby nie brakło światła, o którym mówi podanie indiańskie, 

doktor  ofiarował  Hiszpanowi  mały  akumulator  i  cztery 
żarówki,  które  umieszczono  w  oczodołach  obu  masek.  Na 
koniec Rodilla owinął kopyta swego rumaka zwitkami trawy. 
Uczynił to ze względu na starego kacyka, który na pewno był 
daleko  mniej  zabobonny  niż  jego  wojownicy.  Chiacutak 
przyjąłby  ze  sceptycyzmem  wieść  o  pojawieniu  się 
straszliwego  „ainac  cabuyu”  po  czym  mógłby  rozpocząć 
poszukiwania.  Gdyby  nie  znalazł  żadnych  śladów  nocnego 
jeźdźca, być może, sam uwierzyłby w upiora. 

Po  ukończeniu  wszystkich  przygotowań  Miguel  Rodilla 

dosiadł  swego  rumaka  i  włożył  obie  maski.  Nowa  nadzieja 
napełniła serca jego towarzyszy. 

Na  wypadek,  gdyby  dzielny  Hiszpan  wpadł  w  ręce  Indian, 

doktor  napisał  odpowiedni  list  do  kapitana  Artigasa,  który 
przywiązano do obroży jego psa.  Miano nadzieję, że jeśli nie 
sam  Miguel  Rodilla,  to  przynajmniej  jego  wierny  pies 
dobiegnie do oddziału, spieszącego oblężonym na pomoc. 

Przez  cały  dzień  padał  deszcz,  który  ustał  dopiero 

wieczorem.  Powietrze  było  duszne,  a  z  ziemi  podniosły  się 
gęste mgły, które góry i doliny otuliły gęstą zasłoną. 

Pożegnawszy się serdecznie z towarzyszami, którzy gorąco 

życzyli  mu  szczęścia  w  niebezpiecznym  przedsięwzięciu, 
Miguel  Rodilla  ruszył  w  drogę.  Jak  długo  znajdował  się  w 

background image

wąwozie, nie miał potrzeby zachowywać wielkiej ostrożności, 
albowiem było rzeczą niemożliwą aby go z góry poprzez gęstą 
mgłę dostrzeżono. Lecz gdy się wydostał na wolną przestrzeń, 
skierował się ku zachodowi, aby o ile możności dostać się do 
brzegów Paat de Piapuk. 

Lecz nie mógł osiągnąć tego celu. Już po upływie pół godziny 

usłyszał  głosy  przed  sobą.  Mimo  miękkich  zwitków  trawy, 
którymi  były  owinięte  kopyta  konia,  musiały  czujne  uszy 
Indian usłyszeć stąpanie. Nagle we mgle jakiś głos zapytał, kto 
idzie. 

Miguel  Rodilla  natychmiast  zatrzymał  konia  i  nadstawił 

uszu.  Gdy  pytający  nie  otrzymali  żadnej  odpowiedzi, 
podejrzliwość  ich  wzrosła,  więc  zbliżyli  się.  Gdy  Hiszpan 
osądził,  że  już  są  dość  blisko,  ryknął  najgłębszym  basem  w 
języku krajowców, tak głośno, jak tylko mógł: 

— Nu a ilon la! Chcę cię zabić! 
Głos jego przetoczył się, jak grzmot, po okolicy. 
Gdy równocześnie zabłysły cztery żarówki i gdy pojawiły się 

w ciemnościach zarysy nocnego jeźdźca — Indianie krzyknęli 
strasznym  głosem  i  uciekli  tak  szybko,  jak  tylko  im  nogi 
pozwalały. Miguel Rodilla z przerażającym, tubalnym rykiem 
pędził jakiś czas za nimi, po czym skierował się na południe, 
puściwszy  konia  galopem.  Jeszcze  dwukrotnie  natknął  na 
indiańską straż i za każdym razem użył tego samego podstępu. 
Przerażająca, świetlana zjawa i straszliwy ryk zawsze odnosiły 
pożądany skutek. 

Teraz  miał  wolną  drogę  przed  sobą,  więc  mógł  koniowi 

swemu popuścić cugli. Zwitków trawy nie zdjął jednak z kopyt 
rumaka,  chociaż  to  zmniejszało  do  pewnego  stopnia  jego 
chyżość.  Było  to  niezbędnym  warunkiem  powodzenia  jego 
planów, chodziło o to, aby Indianie nie odkryli śladów po nim. 
W ten sposób galopował przez kilka godzin wśród nocy i mgły 

background image

na południe: raz tylko dał krótki odpoczynek swemu koniowi. 
Za nim biegł wierny Picaro, towarzysz niedoli. 

Nad ranem wynurzył się nagle z ciemności słaby blask, który 

szybko  się  rozjaśnił.  Zdumiony  Rodilla  powstrzymał  konia. 
Czy tak daleko na południu znajdowały się straże indiańskie? 
Lub może w ciemnościach zmylił kierunek i znów natknął na 
obozowisko  głównych  sił?  Lecz  nie  można  było  długo  się 
zastanawiać. Ludzie przy ognisku spostrzegli go już i zawołali 
nań. 

Był to oddziałek, złożony z trzydziestu wojowników, część 

tych sił, które Chiacutak poprzedniego dnia wysłał naprzeciw 
kapitana  Artigasa.  Mieli  oni  jak  najszybciej  posunąć  się  na 
południe  lecz  gdy  mgła  zapadła,  rozbili  swoim  zwyczajem 
obóz i nie śmieli ruszyć w dalszą drogę. 

Miguel  Rodilla  szybko  zaświecił  żarówki  i  ryknął 

przerażającym  głosem,  któremu  Picaro  zawtórował  dzikim 
wyciem,  a  potem  wspiął  konia  ostrogami  i  rzucił  się  w  sam 
środek wojowników. Indianie w śmiertelnym strachu rozbiegli 
się  na  wszystkie  strony,  skoro  tylko  zobaczyli  straszliwego 
potwora.  Zanim  zdołali  się  opamiętać,  zagadkowe  zjawisko 
zniknęło tak szybko, jak się pojawiło. Lecz nikt nie śmiał rzucić 
się za nim w pogoń. 

Kilkaset  kroków  dalej  Miguel  Rodilla  pohamował  nieco 

swego rumaka i zaśmiał się serdecznie. Cieszył się niezmiernie, 
że  udało  mu  się  tak  świetnie  wyprowadzić  w  pole  swoich 
śmiertelnych wrogów, którzy go tak długo trzymali w niewoli. 

Gdy nastał poranek i mgły poczęły się rozrzedzać, skierował 

swego  rumaka  do  gęstych  zarośli,  gdzie  zamierzał  spędzić 
dzień.  Nie  obawiał  się  napadu  w  czasie  snu;  nad  nim  miał 
czuwać Picaro, jego wierny towarzysz. 

Gdy  spoczywał  spokojnie  pod  osłoną  zielonych  liści,  w 

pobliżu przejechali ci Indianie, których przeraził kilka godzin 
temu.  Byli  wciąż  podnieceni  z  powodu  pojawienia  się 

background image

przerażającego  demona  i  żywo  omawiali  to  zdarzenie,  nie 
bacząc  zbytnio  na  drogę.  Nie  przeczuwali  wcale,  że  sprawca 
ich  przestrachu  leży  o  kilkaset  zaledwie  kroków  od  nich, 
pogrążony w głębokim śnie. 

Z  nastaniem  zmierzchu  Miguel  Rodilla  puścił  się  w  dalszą 

drogę i znów natknął się na tę samą grupę Indian. Tym razem 
jednak nie było  mgły,  więc już  z daleka  spostrzegł  ogniska  i 
musiał  je  ogromnym  łukiem  okrążyć,  jeśli  nie  chciał,  aby  go 
odkryto. 

Nazajutrz  rano  prześcignął  czerwonoskórych  o  znaczny 

kawał  drogi. Lecz tym razem nie myślał  o śnie, lecz zboczył 
nieco na lewo i w niedługim czasie dotarł do lasu. Tutaj spożył 
skromne śniadanie. Po krótkim odpoczynku zdjął z kopyt konia 
trawiaste  chodaki  i  ruszył  galopem  w  dalszą  drogę.  Chciał 
trzymać się stale w przyzwoitej odległości od Indian. 

Dopiero  gdy  dzielny  rumak  padał  już  prawie  ze  znużenia, 

jeździec zatrzymał go i pozwolił mu należycie wypocząć. Lecz 
o zachodzie słońca znów wskoczył na siodło i istotnie po takiej 
trzydniowej jeździe udało mu się na koniec dotrzeć do białych, 
spieszących  z  odsieczą.  Był  to  najwyższy  czas  zarówno  dla 
jeźdźca,  jak  i  dla  konia  i  psa,  bo  wszyscy  trzej  padali  już  z 
wyczerpania. 

Gdy  Miguela  Rodillę  postawiono  przed  obliczem  kapitana 

Artigasa, ten początkowo uważał go za szpiega z powodu jego 
półindiańskiego ubrania. Było okolicznością nader szczęśliwą, 
że  posiadał  legitymację  w  liście,  który  Picaro  nosił  na  swej 
szyi, w przeciwnym bowiem razie żołnierze odsieczy byliby się 
z  nim  szybko  rozprawili.  Tym  większa  przeto  była  radość 
wszystkich, gdy się dowiedzieli, z jaką tęsknotą czekają na nich 
na Cerro Cristian. 

Kapitan  Artigas  kazał  sobie  szczegółowo  przedstawić 

wszystkie  przeżycia  ekspedycji.  Przygody  Mr  Bopkinsa 
wywoływały  za  każdym  razem  wśród  przysłuchujących  się 

background image

gwałtowne  wybuchy  śmiechu.  Lecz  gdy  się  dowiedzieli,  że 
jankes  zbiegł  do  czerwonoskórych  i  zdradą  swoją  naraził 
ekspedycję na wielkie niebezpieczeństwo, wszyscy oburzyli się 
ogromnie i jednogłośnie poprzysięgli zdrajcy srogą zemstę. 

Gdy Miguel Rodilla skończył opowiadanie, kapitan Artigas 

wyciągnął  mapę,  aby  się  zastanowić,  którą  drogą  pospieszyć 
oblężonym na pomoc. Było jasną rzeczą, że nie miał potrzeby 
iść śladem ekspedycji. 

Najlepiej  byłoby  ruszyć  w  kierunku  północno–zachodnim, 

aby  od  zachodu  dotrzeć  do Paat  de  Piapuk.  W  tym  kierunku 
droga  prowadziła  nieprzerwanie  poprzez  płaskie  pampasy,  a 
zarośla, rozsiane tu i ówdzie, nie mogły stanowić poważniejszej 
przeszkody. Prócz tego teraz, w  porze deszczowej, nie groził 
im brak wody. 

Mimo wszystko doświadczony kapitan nie mógł zdecydować 

się na ten kierunek. Było rzeczą prawdopodobną, że w pobliżu 
Paat de Piapuk natrafi na posiłki, które Chiacutak zawezwał na 
pomoc.  W  tym  wypadku  musiałoby  dojść  do  rozstrzygającej 
walki,  zanim  by  się  połączyli  ze  swoimi  przyjaciółmi.  Mimo 
całego zaufania, jakie kapitan Artigas żywił dla swoich ludzi, 
wolał atak na Indian urządzić w ten sposób aby jego żołnierze 
mogli być wspomagani ogniem karabinu maszynowego. 

Z tego też powodu postanowił podjąć walkę z wrogimi siłami 

przyrody i przedrzeć się poprzez bagna nad Rio Salado. Pochód 
w tym kierunku trwałby dzień lub dwa dni  dłużej, lecz za to 
byłoby rzeczą wykluczoną, by czerwonoskórzy go oczekiwali z 
tej  strony.  W  tym  wypadku  mógłby  urządzić  nieoczekiwany 
napad, na który najbardziej liczył. 

Skoro Miguel Rodilla wraz ze swoimi zwierzętami należycie 

odpoczął,  kapitan  kazał  żołnierzom  wsiadać  na  koń  i  w 
szybkim tempie ruszył w północno–wschodnim kierunku. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XXIII 

W

ALKA Z 

I

NDIANAMI

 

 
Po sześciu dniach drogi oddział kapitana Artigasa ujrzał na 

koniec  na  północno—zachodnim  horyzoncie  szczyt  górski, 
który stopniowo powiększał  się  w  miarę, jak jeźdźcy  się doń 
zbliżali. Musiał to być bez wątpienia Cerro Cristian, albowiem 
w tej okolicy nie było drugiej takiej wyniosłości. 

Tego jeszcze wieczora dotarli do Paat–de Egip pepin, a więc 

od swoich przyjaciół byli oddaleni co najwyżej o dwadzieścia 
kilometrów.  Kapitan  dla  bezpieczeństwa  zabronił  tym  razem 
palić  ogniska,  więc  żołnierze  byli  zmuszeni  spać  na  zimnej  i 
wilgotnej  ziemi.  Oddział  był  oddzielony  od  obozu  Indian 
obszernym  pasmem  zarośli  i  nie  było  wykluczone,  że 
czerwonoskórzy także i z tej strony ustawili straże. 

O  świcie  kazał  kapitan  obudzić swoich  żołnierzy  i  miał  do 

nich krótkie przemówienie. Lecz, nie trzeba było wyjaśniać, iż 
oczy  całego  cywilizowanego  świata  skierowane  są  na  małą 
garstkę  nieustraszonych  pionierów  kultury,  aby  zachęcić  do 
walki tych zahartowanych w trudach mężczyzn. Większa część 
spośród  nich  miała  do  wyrównania  z  Indianami  rachunki  z 
poprzednich lat, a wszyscy pałali żądzą krwi i rzezi. 

Wódz  zakończył  mowę  swoją  wskazówką,  aby  wszyscy 

wystrzegali 

się 

zbytniego 

pośpiechu. 

Najmniejsza 

nieostrożność  mogła  zwrócić  uwagę  Indian  na  zagrażające 
niebezpieczeństwo i całemu oddziałowi przynieść zagładę. 

To  upomnienie  nie  było  daremne,  gdyż  Chiacutak  w 

międzyczasie nie zasypiał gruszek w popiele. 

Na wezwanie jego wysłańców zewsząd nadchodziły ogromne 

tłumy  czerwonych  wojowników,  aby  się  poddać  rozkazom 
najwyższego kacyka. Brakowało im wprawdzie broni, ale nie 

background image

brakowało silnej  woli, by ponieść największe nawet ofiary  w 
obronie ojczystej ziemi. 

Po  upływie  dziesięciu  dni  zebrało  się  około  sześć  tysięcy 

czerwonych wojowników. Oblężeni nie dostrzegli tymczasem 
najmniejszego  znaku,  który  by  im  oznajmił,  że  upragniona 
odsiecz  się  zbliża.  Czy  Indianie  schwytali  Miguela  Rodillę, 
mimo całej jego chytrości? 

Ciągła  niepewność  co  do  losów  zagrażających  ekspedycji, 

pozbawiła  doktora  jego  niezachwianego  dotąd  spokoju. 
Kilkakrotnie już zastanawiał się wraz z pułkownikiem, czy nie 
należałoby wysłać drugiego posła do kapitana Artigasa? 

Gdyby jednak mogli znać stan duchowy Chiacutaka, byliby 

się uspokoili. 

Gdy  straż  przyniosła  mu  wiadomość  o  pojawieniu  się 

nocnego upiora, wyśmiał początkowo posłańców z powodu ich 
zabobonu.  Lecz  kiedy  mimo  najdokładniejszych  poszukiwań 
nie  znaleziono  najmniejszych  śladów  nocnego  jeźdźca,  stary 
kacyk  nie  umiał  sobie  tego  zjawiska  wytłumaczyć  i  nie 
wiedział,  czy  ma  podzielać  zabobonny  strach  swoich 
wojowników, czy też nie. 

Potem  przyszła  wiadomość,  że  ów  domniemamy  „ainac 

cabuyu”  przeraził  także  oddział  wysłany  na  południe.  To 
powiększyło przestrach wszystkich czerwonych wojowników. 
Stary kacyk daremnie starał się wszelkimi sposobami wydobyć 
nowe  wyznanie  z  Mr  Bopkinsa.  Lecz  od  wywiadowców  na 
południu  nie  nadchodziła  wieść,  że  natrafiono  na  oddział 
zbliżających się wrogów. 

W  ten  sposób niepokój  kacyka  wzrastał  z  dnia na  dzień.  Z 

wysiłkiem tylko zdołał okazywać na zewnątrz obojętną minę. 
Ona jedna tylko podtrzymywała odwagę czerwonoskórych. 

Zaświtał  poranek  24  lutego.  Jasne,  wesołe,  pogodne  niebo 

zapowiadało, że smutna pora deszczowa zbliża się ku końcowi. 

background image

Chiacutak podniósł się właśnie z legowiska i kazał przywołać 

pozostałych kacyków. Chciał wraz z nimi się zastanowić, czy 
nie byłoby lepiej na Cerro Cristan pozostawić trzecią część sił, 
a z resztą ruszyć na południe, w kierunku wrogów. 

Nagle  nadbiegła  straż,  która  oznajmiła,  że  stamtąd  zbliżają 

się  posłańcy.  Chiacutak  na  tę  wiadomość  odetchnął  z 
prawdziwą  ulgą.  Posłańcy  nie  mogli  przynieść  innej 
wiadomości,  jak  tylko  tę,  że  ostatecznie  natknęli  się  na 
wrogów. 

Gdy ci ludzie zjawili się przed nim i przed gronem wodzów, 

stary kacyk spytał: 

— Odkryliście ich wreszcie? Posłańcy skinęli głową. 
— Opowiadajcie szybko! 
— Wodzu  —  zaczęli  —  przed  pięciu  dniami  nasi 

wywiadowcy  znaleźli  ślady  najmniej dwustu  jeźdźców,  które 
szły do Rio Pilcomayo. Na tym miejscu, gdzie je zauważyliśmy 
po raz pierwszy, jeźdźcy bez wątpienia musieli przez dłuższy 
czas obozować. Tam również przyłączył się do nich inny ślad, 
który  odkryliśmy  dzień  przedtem.  Był  to  ślad  samotnego 
jeźdźca i rozpoczynał się w zaroślach, leżących trochę na boku 
od drogi naszych ludzi. 

Na tę wiadomość stary kacyk poczerwieniał. 
— W  jakim  kierunku  posuwał  się  ten  pojedynczy  ślad?  — 

spytał szybko. 

— Prawie dokładnie z północy na południe. 
— A więc od naszego obozowiska? 
— Tak, wielki wodzu! 
Chiacutak  na  przeciąg  jednej  sekundy  przymknął  oczy,  tak 

silnie i nieoczekiwanie uderzyła go ta wiadomość. 

— A więc — wybuchnął wreszcie — wasz sławny „ainac” to 

był  tylko  poseł  białych  z  wąwozu!  Daliście  się  okpić!  Co 
więcej, przez całe cztery dni jechał przed wami i wyście go nie 

background image

odkryli! Gdybym był wysłał niemowlęta jako wywiadowców, 
byłyby się lepiej wywiązały z zadania! 

Teraz  spadł  istny  grad  wyrzutów  na  głowę  biednych 

wysłańców,  chociaż  nie  mogli  ponosić  odpowiedzialności  za 
błąd  wywiadowców.  Dopiero  po  pewnym  czasie  rozsrożony 
kacyk zapanował nad sobą i począł wypytywać się w dalszym 
ciągu. 

— Co uczynił oddział wrogich nam jeźdźców, gdy poseł się z 

nimi złączył? Dokąd się zwrócił? 

— W stronę Rio Salado. 
— Co?!  — krzyknął  zdumiony kacyk.  — Nie na zachód w 

stronę pampasów? 

— Nie,  panie.  Szliśmy  jeszcze  kawał  drogi  za  ich  śladami, 

dopóki nie znikły wśród bagien, graniczących z Rio Salado. 

— Chinasset–tach!  —  zwrócił  się  kacyk  do  jednego  z 

podległych  mu  wodzów.  —  Weź  natychmiast  dwustu 
najlepszych  wojowników!  Udasz  się  w  drogę  w  kierunku 
Paat–de  Kilma  i  Paat–de  Egip  pepin!  Jeśli  białych  prowadzi 
kapitan  dragonów  z  Yuquirendy,  jest  rzeczą  bardzo 
prawdopodobną,  że  będzie  się  starał  przedrzeć  przez  Salinas 
Guaranocas, a w takim razie pojawi się nagle tam, gdzie się go 
najmniej spodziewamy. Na szczęście wśród bagien ma tysiące 
przeszkód  do  pokonania, dlatego  też  nie  mógł  się  dotychczas 
zbyt  daleko  posunąć.  Mamy  jeszcze  dość  czasu,  aby  się 
przygotować. Na drodze pozostawisz wielu posłańców, abym 
natychmiast  mógł  otrzymać  wiadomość,  jeśli  nieprzyjaciel 
zostanie spostrzeżony. 

Wódz  pobiegł  natychmiast,  aby  zgromadzić  jak  najprędzej 

swoich  wojowników.  Podczas  gdy  ci  się  zbroili,  nagle  na 
wschodzie na skraju lasu pojawiła się długa, ciemna linia, która 
cwałem poczęła się zbliżać wśród ogłuszającego tętentu. 

background image

Straszliwy wrzask trwogi targnął szeregami Indian. Nie było 

wątpliwości:  stamtąd  podążają  jeźdźcy  słynnego  kapitana  z 
Yuquirendy. 

— Czerwonoskórzy wymieszali się, jak gdyby nagle jastrząb 

spadł na stado kur. Jeden tylko kacyk zachowywał zimną krew. 

— Stój! — zagrzmiał jego potężny głos. 
Podwładni mu wodzowie mieli taką minę, jak gdyby chcieli 

uciekać,  lecz  powstrzymało  ich  surowe  spojrzenie  starego 
kacyka.  Chiacutak  rozdał  im  odpowiednie  rozkazy,  więc  po 
kilku  minutach  zapanował  w  szeregach  Indian  porządek. 
Czerwonoskórzy gromadzili się dokoła swoich wodzów, więc 
nawet tchórze odzyskali odwagę. 

Lecz  Chiacutak  nie  mógł  już  złamać  przewagi,  którą  biali 

jeźdźcy  zyskali  swoim  nagłym  atakiem.  Wprawdzie  tak 
szybko, jak tylko mógł, wysłał przeciw nim swoich najlepszych 
wojowników, lecz ich brawurowa odwaga była daremna. Nie 
zmniejszając  ani  na  włos  swojej  szybkości,  żołnierze  mknęli 
dalej  i  otworzyli  z  siodeł  morderczy  ogień  który  szybko 
powstrzymał przeciwatak czerwonych wojowników. 

Ponieważ  wrogowie  zbliżali  się  w  długiej  linii,  przeto 

Chiacutak  sądził,  że  chcą  zdobyć  obóz.  Wojowników  swoich 
ustawił  również  w  długiej  linii,  aby  wzmocnić  szeregi 
walczących na przedzie. 

Lecz  kapitan  Artigas  był  zbyt  chytrym  człowiekiem,  aby 

narażać życie swoich żołnierzy dla zdobywania obozu Indian. 
Więc  gdy  prawe  jego  skrzydło  dotarło  prawie  do  wejścia  do 
wąwozu,  kazał  nagle  dać  sygnał  trąbką.  Jeźdźcy  według 
rozkazu  zwinęli  w  miejscu  konie,  nie  troszcząc  się  więcej  o 
Indian. W dziesięć minut później daleko rozciągający się front 
atakujących  przemienił  się  w  zwarty  kwadrat,  który  osłonił 
wejście do wąwozu i teraz mógł już kpić z wszelkich ataków 
czerwonoskórych.  Dzielny  kapitan  w  tym  wspaniałym 
manewrze nie stracił ani jednego żołnierza! 

background image

Chiacutak pienił się z wściekłości, gdy spostrzegł, że chytry 

przeciwnik  wywiódł  go  w  pole.  Lecz  miał  jeszcze  na  tyle 
rozwagi, że powstrzymał swych wojowników od dalszej walki. 
Powiedział  sobie  zupełnie  słusznie,  że  ci  nie  mogą  obecnie 
sprostać  wrogom,  gdyż  biali  mogą  się  oprzeć  o  stok  góry  i 
bronić się z jednej tylko strony. Musiał czekać, aż się zdecydują 
na dalszy pochód; jeśli opuszczą wąwóz, będzie mógł uderzyć 
na nich ze wszystkich stron. 

Oblężona ekspedycja powitała odsiecz głośnymi okrzykami 

radości. Zaraz po pierwszych wystrzałach pobiegli do wałów i 
byli świadkami wspaniałego ataku konnicy. 

Gdy kapitan Artigas pojawił się wśród nich, wszyscy poczęli 

się  doń  cisnąć.  Każdy  chciał  uścisnąć  jego  dłoń.  Nie  mniej 
wielbiono  Miguela  Rodillę  za  jego  poświęcenie.  Wszyscy 
żywili  w  sercach  niezgłębioną  wdzięczność  dla  dzielnego 
człowieka, który przyniósł im wybawienie z niewoli. 

Lecz  szybko  musieli  uciszyć  swoje  zapały,  gdyż  powaga 

sytuacji wymagała wytężenia wszystkich sił. Zdawało się, „że 
Indianie  energicznym  atakiem  pragną  się  wedrzeć  do  obozu 
białych. Z tego powodu doktor z peonami wrócił do wąwozu, 
aby  wyjechać  z  karabinem  maszynowym,  inni  zaś  rzucili  się 
tymczasem na zasieki, aby je zniszczyć, albowiem w tej chwili 
były tylko przeszkodami. Gdy doktor pojawił się przy wjeździe 
do  wąwozu  z  wozem  pancernym,  wrogowie  już  się  właśnie 
cofali.  Było  rzeczą  prawdopodobną,  że  chcą  zaniechać 
decydującego ciosu. Z tego też powodu kapitan rozkazał swoim 
ludziom zsiąść z koni, gdyż zarówno żołnierze, jak i zwierzęta 
musiały zebrać siły do ataku, który miał wyprzeć Indian z ich 
obozu i otworzyć drogę do dalszego marszu. 

Niebawem  wszyscy  żołnierze  siedzieli  na  ziemi  przy 

wjeździe  do  wąwozu  i  wesoło  opowiadali  sobie  ostatnie 
przeżycia.  Zwłaszcza  koło  wozu  pancernego  prowadzono 
szczególnie ożywioną rozmowę. Zebrali się tutaj wodzowie, a 

background image

Miguel  Rodilla  musiał  im  opowiedzieć  przebieg  swojej 
szaleńczej  wyprawy. Doktor spytał następnie, co porabia don 
Rocca. 

— Pozostał  w  Yuquirendzie  —  odparł  kapitan  Artigas.  — 

Wprawdzie przypuszczaliśmy natychmiast, że Indianie w jakiś 
sposób  przerwali  połączenie,  gdy  pańskie  depesze  nagle 
umilkły, było jednak możliwą rzeczą, że panu uda się po raz 
drugi  wypuścić  latawiec  w  powietrze.  Ponieważ  oddział 
budowlany nie przybył jeszcze z Buenos Aires do Yuquirendy, 
don Rocca, chcąc nie chcąc, musiał tam pozostać, jako jedyny 
człowiek, umiejący się obchodzić z aparatami iskrowymi. Lecz 
nie było mu to miłe, zapewniam pana. 

— Już choćby ze względu na mnie — rzekł pułkownik Iquite. 

— Lecz nie ma obawy. Nie mam zamiaru skraść Gran Chaco 
dla Boliwii. 

— Zdaje się jednak, że rząd Paragwaju mimo to obawia się 

czegoś podobnego — odparł kapitan. — A przynajmniej don 
Rocca po powrocie z Asuncion opowiadał, że jego przełożeni 
wyrzucali  mu,  iż  bez  osobnego  pozwolenia  odłączył  się  od 
ekspedycji. 

— Może  się  tym  wytłumaczyć  —  rzekł  pułkownik  —  że 

wszystko  byłoby  przepadło,  gdyby  nie  jego  stanowczy  krok, 
gdyż ten szanowny senor Bopkins z Nowego Jorku nawarzył 
nam zupełnie niestrawnego piwa! 

— Ach! — wykrzyknął żywo kapitan Artigas. — Dobrze, że 

pan  o  nim  wspomniał:  czy  on  wciąż  jeszcze  tkwi  wśród 
czerwonoskórych? 

— Niestety! — ze smutkiem odparł doktor. 
— Niestety, powiada pan? Poradziłbym mu tylko, aby się jak 

najprędzej  z  tej  okolicy  ulotnił.  Moi  ludzie  słyszeli  o  jego 
postępkach  i  są  strasznie  jego  zdradą  oburzeni,  więc  jeśli  go 
chwycą w swoje ręce ostro się z nim rozprawią. 

background image

— Nie przypuszczam  —  zawołał doktor z przestrachem  — 

aby pan, panie kapitanie, pozwolił na takie bezprawie! 

— Och, podzielam w zupełności poglądy moich żołnierzy — 

sucho odparł kapitan. — Prowadzimy wojnę, więc tutaj panuje 
prawo  sądów  doraźnych.  Nie  może  więc  być  mowy  o 
jakimkolwiek bezprawiu. 

Dobroduszny doktor próbował przedstawić w jak najlepszym 

świetle  postępek  Mr  Bopkinsa.  Nie  wskórał  tym  wiele,  gdyż 
pułkownik  także  domagał  się  surowego  ukarania  jankesa. 
Doktor  znalazł  się  w  bardzo  nieprzyjemnym  położeniu.  Mr 
Bopkins  mimo  wszystko  pozostał  przedstawicielem  swego 
Towarzystwa, chociaż tak źle się wywiązał z poruczonego mu 
zadania.  Ostatecznie  nie  mając  innego  wyjścia,  dr  Bergman 
uciekł się do próśb. 

— Senor  Bergman  —  rzekł  kapitan  —  my  się  znamy 

wprawdzie od niedawna, lecz mimo to zdaje mi się, że mogę się 
nazwać  pańskim  przyjacielem.  Ponieważ  sprzeciwia  się 
hiszpańskiej rycerskości, by Przyjaciel na próżno błagał, przeto 
obiecuję panu, że ten niecny jankes tym razem jeszcze ujdzie 
cało. Lecz trzeba mu koniecznie napędzić trochę strachu, aby 
zrozumiał należycie, co uczynił. 

Następnie  poczęto  się  wspólnie  zastanawiać  nad  planem 

ataku, który po południu miał być rozpoczęty. Ponieważ obaj 
oficerowie,  jako  znakomici  znawcy  kraju,  nie  różnili  się 
zbytnio  zdaniem,  ukończono  wkrótce  naradę.  Następnie 
wezwali żołnierzy do apelu, podzielili ich na kilka oddziałów, a 
potem pouczyli, jakie obowiązki na nich ciążą. 

Gdy  minęła  pora  obiadowa,  wszyscy  dosiedli  koni  i 

przygotowali się do walki. Wozy wytoczono z parowu. Teraz 
stały zaprzężone i gotowe do odjazdu. Następnie wóz pancerny 
z karabinem maszynowym wyjechał w pampasy na odległość 
tysiąca  kroków,  aż  do  miejsca,  z  którego  mógł  ostrzeliwać 
półokrągły obóz Indian, na całej jego rozciągłości. 

background image

Ledwo  czerwonoskórzy  spostrzegli  przygotowania  swoich 

wrogów, wybiegli tłumnie w oddziałach, z których każdy mógł 
liczyć dwa tysiące wojowników. Teraz można było zauważyć, 
że  Joaosigno  w  dawnych  latach  musiał  się  czegoś  nauczyć  z 
europejskiej sztuki wojennej, w której wyćwiczył swoich ludzi. 
Zawsze  na  przemian  posuwała  się  naprzód  tylko  połowa 
wojowników,  gdy  tymczasem  pozostali  leżeli  w  trawie  i 
obserwowali wrogów. 

Szyk bojowy białych wyglądał następująco. W środku stała 

wieża pancerna z karabinem maszynowym, a Tria prawo wozy, 
które otaczali peonowie. Na lewo ustawił się kapitan Artigas ze 
swoimi jeźdźcami. Doktor otworzył z karabinu maszynowego 
gwałtowny  ogień  na  wschodnie  skrzydło  czerwonoskórych. 
Gdy Indianie usłyszeli gwizd kul, rzucili się na trawę, nie mając 
odwagi iść naprzód. Wówczas kapitan uderzył na nich ze swoją 
jazdą,  jak  gdyby  chciał  ich  zatratować,  a  doktor  tymczasem 
obrócił wieżę pancerną i rzucił grad kul na zachodnie skrzydło. 

Chiacutak  sądził,  że  nieprzyjaciele  mają  zamiar  zmiażdżyć 

oba jego skrzydła, a mianowicie jedno jazdą, a drugie peonami, 
następnie zaś złamać centrum klinowym uderzeniem obu grup, 
których  działanie  byłoby  znacznie  wzmocnione  karabinem 
maszynowym. Z tego też powodu lewe skrzydło cofnął aż do 
Paat de Piapuk, prawemu zaś, któremu zagrażał sam straszliwy 
kapitan dragonów, posłał znaczne posiłki, było bowiem rzeczą 
niesłychanej wagi, aby to skrzydło nie zachwiało się i nie dało 
innym złego przykładu. 

Kapitan dał mu dość czasu do wykonania tych ruchów. Gdy 

spostrzegł,  że  jego  przypuszczenia  się  spełniają,  kazał  swoim 
ludziom zeskoczyć na ziemię i spoza koni otworzyć do Indian 
gwałtowny ogień. 

Chiacutak  uważał  to  za  znak,  że  wrogowie  tak  natknęli  na 

poważny opór, tym bardziej, że tam właśnie była większa część 
jego  strzelców  uzbrojonych  w  karabiny.  Z  tego  też  powodu 

background image

począł  punkt  ciężkości  coraz  bardziej  przesuwać  ku 
wschodniemu  skrzydłu.  Gdy  kapitan  Artigas  to  spostrzegł, 
uśmiechnął  się  z  zadowoleniem  i  kazał  swoim  jeźdźcom 
posunąć się naprzód o dwieście kroków. 

Po  tej  stronie  wrzała  zacięta  walka  i  bez  przerwy  grzmiały 

karabiny  Indian,  lecz  nie  wyrządzały  szkód,  gdyż  ich 
właściciele nie umieli się z nimi należycie obchodzić. Mimo to 
żołnierze  udawali,  że  się  boją  tej  strzelaniny  i  szli  krótkimi 
skokami  naprzód,  nie  dosiadając  wcale  koni.  Co  więcej,  z 
biegiem  czasu,  gdy  coraz  więcej  nieprzyjaciół  napływało, 
zatrzymali się w miejscu i zaczęli się cofać krok za krokiem. 

Chiacutak,  który  w  oddali  wspiął  się  na  drzewo  i  stamtąd 

kierował  walką,  zauważył  pozorne  cofanie  się  linii 
nieprzyjacielskich, więc zebrał wszystkie pozostałe siły i rzucił 
je na kapitana Artigasa, aby go zmiażdżyć. 

Ten na to tylko czekał. 
Karabin  maszynowy  tymczasem  bez  przerwy  ostrzeliwał 

zachodnie  skrzydło  Indian,  które  według  rozkazu  kacyka 
cofnęło się na południe, aż wreszcie znalazło się poza polem 
ostrzału. 

Gdy  to  się  stało,  pułkownik  dał  kapitanowi  znak 

chorągiewką. Ten włożył w usta gwizdek sygnałowy, po czym 
żołnierze jego szybko wskoczyli na siodła i cwałem ruszyli do 
wozu  pancernego,  pozostawiając  Indian  pogrążonych  w 
najgłębszym zdumieniu. 

Teraz  peonowie  popędzili  naprzód  swoje  zaprzęgi  i  cała 

karawana  ruszyła  w  drogę  mając  w  odwodzie  dzielnych 
żołnierzy kapitana Artigasa. Zanim Indianie zdołali zrozumieć 
manewr  przeciwnika,  biali  osiągnęli  szczęśliwie  przełom 
między Paat de Piapuk i Cerro Cristian. Teraz znów mieli przed 
sobą wolną drogę na północ, aż do Cerro San Miguel! 

Chiacutak, po raz drugi gorzko zawiedziony  we  wszystkich 

swoich  rachubach,  stracił  zupełnie  panowanie  nad  sobą.  W 

background image

największym  wzburzeniu zeskoczył  z drzewa i  począł  pędzić 
wszystkich  swoich  wojowników  w  ślad  za  białymi,  którzy 
natychmiast  odwrócili  się  do  walki,  skoro  tylko  zajęli  cały 
przełom. 

Teraz  wszczęła  się  zażarta,  krwawa  i  niezmiernie 

wyczerpująca  bitwa.  Czerwonoskórzy  ufali  swej  liczebnej 
przewadze  i  sądzili,  że  wrogowie  bronią  się  tylko  pod 
wpływem  zwątpienia  i  trwogi.  Zachęceni  rozkazami  swoich 
wodzów,  szturmowali  raz  za  razem  linie  obronne  białych, 
którzy leżeli nieruchomo na trawie poza końmi, strzelając bez 
przerwy. 

Była 

to 

walka, 

przypominająca 

czasy 

starych 

konkwistadorów,  kiedy  to  dwudziesto–  i  trzydziestokrotnie 
przeważające siły krajowców uderzały na garstkę śmiałych do 
szaleństwa Europejczyków, aby ostatecznie ulec lepszej broni i 
zgiąć kark pod obce jarzmo. 

Także i tutaj dzielność i poświęcenie Indian były bezowocne. 

Wrogowie nie cofnęli się ani na krok. Zażarte ataki rozbijały się 
o żelazny wał luf karabinowych, które siały śmierć i zagładę w 
szeregach czerwonych wojowników. 

Nic  nie  zdoła  opisać  wzburzenia  Chiacutaka,  gdy  jeden 

posłaniec za drugim przybiegał z frontu z hiobową wieścią, że 
tłumy wojowników kładą się pokotem pod strasznym ogniem 
białych.  W  bezsilnej  wściekłości  oparł  się  o  pień  drzewa  i 
zdawało się, że jego nabrzmiały żyły na skroniach pękną lada 
chwila. Ponure oczy obserwowały obszar płasko snujących się 
pampasów.  A  jednak  piorun  najstraszniejszego  nieszczęścia 
miał dopiero weń uderzyć! 

Gdy  kapitan  Artigas  po  kilkugodzinnym  boju  zauważył  w 

końcu, że ataki nieprzyjaciół stają się coraz słabsze, począł się 
zastanawiać,  czy  nie  należałoby  zdecydować  się  na 
rozstrzygający  cios.  Przeważyło  ostatecznie  zaufanie  w 
wypróbowaną dzielność jego żołnierzy. Dał znak do ataku. 

background image

Jeźdźcy zarzucali karabiny na plecy, błyskawicznie dosiedli 

koni 

podniesionymi 

szablami  rzucili  się  na 

czerwonoskórych. Ci już od dawna chwiali się pod wpływem 
trwogi. Teraz ich męstwo się załamało. Rzucili się do panicznej 
ucieczki, nie zważając na okrzyki wodzów. 

Daremnie  Chiacutak  osobiście  wybiegł  naprzeciw  nich, 

daremnie rozkazał swej gwardii przybocznej stawić ostateczny 
opór. Musiał skoczyć za drzewo, aby nie być rozdeptany przez 
tłum wojowników, uciekających w szalonej trwodze. 

Wreszcie z krwawiącym serem musiał całą sprawę uznać za 

straconą. Oniemiały z nadmiernego bólu, schronił się do lasu, 
otoczony  niewielką  garstką  wiernych  mu  do  ostatniego  tchu 
wojowników. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XXIV 

S

ĄD WOJENNY

 

 
Gdy  żołnierze  wtargnęli  do  opuszczonego  obozu  Indian, 

wstrzymali  spienione  konie.  Dalej  ścigać  tubylców  nie  miało 
żadnego  sensu;  w  ten  sposób  naraziliby  się  tylko  na  wielkie 
niebezpieczeństwo.  Z  tego  też  powodu  zebrali  się  znowu 
dokoła swego dzielnego wodza. 

— Halo! — krzyknął tenże z dala. — Nie widzieliście gdzieś 

tego zdrajcy, który zbiegł do Indian? 

Żołnierze zaprzeczyli ruchem głowy. 
— W  takim  razie  szukajcie  go  tutaj  w  obozie!  —  rozkazał 

kapitan. — Możliwe, że Indianie zapomnieli o nim w popłochu. 

Tak  też  było  istotnie.  Mr  Bopkins  skrępowany  powrozami, 

leżał  na  uboczu  pod  drzewem  i  szczękał  zębami  ze  strachu, 
przysłuchując  się  strzałom  karabinowym.  Gdy  ujrzał  znów 
europejskie twarze, uradował się niezmiernie. 

Lecz  radość  ta  znikła  niebawem.  Żołnierze  uwolnili  go 

wprawdzie  z  więzów,  lecz  wzięli  go  w  środek  i  z  groźnymi 
minami zaprowadzili do kapitana, który zmierzył go surowym 
spojrzeniem. 

Wahając  się  między  obawą  i  nadzieją  przebył  drogę  aż  do 

miejsca postoju wozów. Nikt nie zwrócił się doń z życzliwym 
słowem.  Tutaj  zwycięzców  powitano  radosnymi  okrzykami, 
lecz  jankes  wszędzie  spotykał  się  z  zimnymi  i  pogardliwymi 
spojrzeniami.  Obaj  inżynierowie  i  sir  Bendix  odwrócili  się 
nawet  doń  plecami.  Co  więcej,  gdy  zamierzał  zbliżyć  się  do 
swego wozu, pułkownik Iquite zastąpił mu drogę i rozkazał mu 
nie ruszać się z miejsca. Nie ulegało wątpliwości, że także jego 
towarzysze uważają go za jeńca! 

W czasie drogi powrotnej zastanawiał się nieustannie, czy nie 

będzie najlepiej poprosić doktora i innych o przebaczenie i w 

background image

ten  sposób  naprawić  błąd.  Lecz  teraz,  gdy  spotkało  go  to 
upokorzenie, ocknęła się w nim duma. Poczuł się nietykalny, 
jako pełnomocnik Towarzystwa, więc krzyknął na pułkownika, 
tocząc groźnie oczyma: 

— Ja  protestuję,  sir,  przeciw  takiemu  postępowaniu!  Gdy 

tylko  wrócę  do  Nowego  Jorku,  zażądam  przez  poselstwo,  by 
pana srogo ukarano! 

Pułkownik kazał sobie te słowa przetłumaczyć Jasiowi, który 

właśnie  nadbiegł,  wiedziony  nieprzezwyciężoną  ciekawością. 
Następnie, nie mówiąc ani słowa skinął na peonów. W minutę 
później  Mr  Bopkins  był  na  nowo  związany.  Położono  go  na 
ziemi  między dwoma żołnierzami, którzy byli obowiązani go 
pilnować. 

— Takiej  bezczelności  nie  widziałem,  jak  długo  żyję!  — 

zawołał pułkownik, przystępując do doktora, któremu właśnie 
kapitan  Artigas  opowiadał  o  ostatnich  epizodach  zwycięskiej 
bitwy. — Zaiste, gdybym nie miał szacunku dla samego siebie, 
kazałbym tego bezczelnego zdrajcę smagać tak długo, dopóki 
by nie padł na kolana, błagając o łaskę! 

Doktor z przestrachem dowiedział  się o nowym  wypadku i 

obawiał  się,  że  obaj  oficerowie  stracą  resztkę  cierpliwości. 
Lecz kapitan uspokoił go. 

— Senor Bergman — rzekł — słowo u mnie nie dym. Ten 

człowiek  tym  razem  ujdzie  z  życiem,  chociaż  nie  zasługuje 
zupełnie na względy. Lecz pan sam przyzna, że trzeba jednak 
go dotkliwie ukarać, aby wreszcie złamać jego zatwardziałość. 

Doktor wzruszył ramionami i zamilkł. Spostrzegł, że dalsze 

prośby nic już nie pomogą. 

Nie  było  obawy,  by  Indianie  mieli  znów  rozpocząć  atak. 

Przestrach  z  powodu  poniesionej  klęski  musiał  ich  dręczyć 
jeszcze  przez  kilka  dni.  Mimo  to  trzeba  było  zachować 
przezorność  i  otoczyć  obóz  kołem  straży,  czuwającej  nad 
ogólnym bezpieczeństwem. 

background image

Ponieważ  tymczasem  zapadła  ciemność,  zapalono  ogniska. 

Znużeni żołnierze położyli się na ziemię i spożywali wieczerzę. 

Po  kolacji  miano  się  zająć  sprawą  Mr  Bopkinsa.  Wszyscy 

żołnierze  zebrali  się  razem,  tworząc  koło.  Następnie 
pułkownik,  jako  przewodniczący,  kazał  przyprowadzić 
oskarżonego. 

Lecz  myliłby  się  ten,  kto  by  sądził,  że  Mr  Bopkins  okaże 

skruszoną minę. Przeciwnie, był jeszcze bardziej zuchwały, niż 
kiedykolwiek i ledwie zobaczył  doktora, wygłosił gwałtowny 
protest,  który  bezczelnością  swoją  przewyższał  wszystkie 
dotychczasowe  protesty;  na  koniec  zagroził  doktorowi 
dożywotnim więzieniem. 

Świadkowie  tej  sceny  z  zasępionymi  minami  słuchali  tych 

słów.  Tylko  doktor podniósł  się z  miejsca  i  oddalił  się. Miał 
nadzieję, że Mr Bopkins skruchą swoją umożliwi mu prośbę o 
względy i łaskę. Teraz jednak spostrzegł, że ten człowiek jest 
już zupełnie stracony i że cała sprawa musi się potoczyć swoim 
własnym  torem.  Mimo  to  nie  chciał  być  świadkiem 
upokorzenia jankesa, dlatego też oddalił się. 

Sir  Allan  poszedł  jego  śladem.  W  czasie  bitwy  złowił 

jakiegoś nieznanego owada, który był dlań stokroć ważniejszy, 
niż dwudziestu Mr Bopkinsów. 

Gdy jankes spostrzegł, że obaj panowie się oddalają, sądził, 

że to jest skutek jego zażartego protestu i fakt ten wytłumaczył 
sobie  na  swoją  korzyść.  Lecz  niebawem  miano  go 
wyprowadzić  z  błędu.  Gdy  skończył  mówić,  pułkownik 
oświadczył mu przez tłumacza, że każe mu zakneblować usta, 
jeśli nie pytany powie jedno choćby słowo. 

Mr Bopkins przestraszył się, lecz inni nie troszczyli się o to, a 

pułkownik zagaił obrady. 

Przede  wszystkim  krótko  przedstawił  dotychczasowe 

zachowanie  się  jankesa,  a  na  jego  ucieczkę  do  Indian  rzucił 
bardzo  niekorzystne  światło.  Następnie  oskarżony  musiał 

background image

wyznać wszystko, co zdradził Indianom, a obaj inżynierowie w 
interesie zarówno swoim jak i dr. Bergmana zażądali spisania 
protokołu z tych zeznań. Protokół ten miał być bronią w razie, 
gdyby South–American–Railway–Company wystąpiła przeciw 
nim na mocy protestów Mr Bopkinsa. 

Trwało  to  dość  długo,  zanim  uparty  jankes  zdecydował  się 

podpisać 

własnoręcznie 

protokół. 

Ponieważ 

groźby 

pułkownika  brzmiały  prawie  jeszcze  groźniej  niż  starego 
kacyka, więc zgodził się ostatecznie. 

Następnie  postawiono pod  głosowanie  pytanie,  co  do  winy 

oskarżonego. Jednomyślny sąd orzekł, że oskarżony jest winny 
zdrady 

wojennej 

współdziałania 

usiłowanym 

zamordowaniu wszystkich członków ekspedycji. 

Mr Bopkins z rosnącym niepokojem przysłuchiwał  się tym 

mowom.  Z  poważnych  min  sędziów  wyczytał,  że  tym  razem 
nie ma do czynienia z żartami, dlatego też począł próbować się 
bronić. Lecz jego wyjąkane słowa nie wzruszyły wcale sędziów 
i nie było już najmniejszej wątpliwości, że sprawa jego źle stoi. 

Jęcząc i szczękając zębami, czekał końca obrad, które miały 

rozstrzygnąć kwestię kary. 

Jego najczarniejsze obawy spełniły się. Sąd doraźny orzekł 

wyraźnie i stanowczo, że należy z nim postąpić jak ze zdrajcą i 
dezerterem. 

Gdy  oznajmiono  mu  wyrok  i  gdy  prysła  ostatnia  nadzieja, 

zmiękł  jego  hardy  upór  i  duma  pełnomocnika  Towarzystwa. 
Padł  na  kolana,  przyczołgał  się  do  obu  oficerów  i  wśród  łez 
począł ich błagać o łaskę. Niech go raczej zaprzęgną do wozu, 
jako bydlę pociągowe, on zniesie wszystko, lecz niech się nad 
nim ulitują! 

Z niezgłębioną pogardą spoglądali oficerowie i żołnierze na 

tego nędznika wijącego się w piasku u ich stóp. 

— Senores!  —  zawołał  w  końcu  pułkownik.  —  Byłoby 

prawdziwą  hańbą  dla  nas,  gdybyśmy  wykonali  wyrok  sądu 

background image

doraźnego  na  tym  podłym  człowieku!  Sąd  doraźny 
przeznaczony jest dla mężczyzn, a nawet  o zdrajcy i  szpiegu 
należy myśleć, że weźmie na siebie skutki swego czynu. Lecz 
ten oto człowiek stoi jeszcze niżej niż najpodlejszy zdrajca. Co 
więcej,  trudno  by  mi  było  znaleźć  odpowiedni  przykład 
podobnie  nędznego  tchórzostwa.  Dlatego  stawiam  wniosek, 
aby  karę  zamienić  na  inną,  lepiej  odpowiadającą  jego 
charakterowi. Z własnej woli uczynił się niewolnikiem Indian, 
a niewolnicy zazwyczaj  noszą piętno swoich panów. Dlatego 
też  niech nosi  na  sobie  piętno  tych  czerwonych  drabów,  tym 
bardziej,  że  uczynił  się  dobrowolnie  ich  sprzymierzeńcem  i 
podżegał ich przeciwko nam! 

Szmer  zadowolenia  przebiegł  przez  szeregi  żołnierzy. 

Niektórzy tylko starali się upierać przy karze śmierci. 

Skoro Mr Bopkins spostrzegł ten nagły zwrot, wydał głośny 

okrzyk radości, po czym przyczołgał się na kolanach do tych 
niewielu, którzy upierali się przy wyroku. Ci jednak, gdy się do 
nich  zbliżył,  ze  wzgardą  kopnęli  go  nogą.  Ostatecznie 
jednogłośnie przyjęto wniosek pułkownika. 

Ponieważ Chiacutak właściwie należał do Caduvrów, przeto 

postanowiono zdrajcę napiętnować znakami tego szczepu. Mr 
Bopkinsa wzięto w środek koła i posadzono na pęku chrustu. 
Dwaj  peonowie  przytrzymali  go  mocno,  trzeci  zaś  ogolił  mu 
brodę i brwi niezbyt ostrą brzytwą. Delikwent towarzyszył tej 
operacji  bardzo  wyrazistą  grą  twarzy,  lecz  nie  odważył  się 
stawiać oporu z obawy, by sędziowie jeszcze bardziej się nie 
rozgniewali. 

Z kolei miał otrzymać osobliwy tatuaż Caduvrów. Penowie 

spalili nad ogniem kawałek sadła tapira, po czym tłustą sadzą 
umieścili  w  słynnym  cylindrze,  który  Jaś  uratował  i  oddał 
prawowitemu  właścicielowi.  Po  zmieszaniu  sadzy  z  oliwą, 
jeden z żołnierzy, znający się na rzeczy, pomalował jankesowi 

background image

pierś,  ramiona  i  twarz  przerażającymi  ornamentami,  ku 
nieopisanej wesołości wszystkich widzów. 

Gdy  Mr  Bopkinsowi  na  koniec  przylepiono  pęk  piór  za 

uszami,  wsadzono  mu  przemocą  reprezentacyjny  cylinder  na 
głowę.  Teraz  jankes  mógł  udać  się  bez  przeszkód  do  swego 
wozu  wśród  hałaśliwego  śmiechu  wszystkich  obecnych, 
których  gniew  z  powodu  zdrady  już  minął.  Nie  próbujemy 
nawet  opisać,  wśród  jakich  uczuć  i  myśli  zacny  Mr  Bopkins 
spędził noc. Nie zMrużył wcale oka aż do rana i życzył sobie, 
aby słońce nie wzeszło, zanim nie uwolni się od niepożądanych 
ozdób.  W  każdym  razie  poprzysiągł  sobie,  że  nie  prędzej 
opuści wóz, aż odzyska swój dostojny wygląd. 

Nagle  pojawił  się  w  jego  wozie  Jaś.  Dzielny  ten  chłopiec 

wciąż  jeszcze  czuł  się  winnym  wobec  jankesa  z  powodu 
mrówek.  Poprzedniego  dnia  z  cichym  współczuciem 
przypatrywał  się,  jak  go  karano.  Tej  karze  nie  mógł 
przeszkodzić, choć w gruncie rzeczy uznawał, że jest słuszna. 
Teraz  jednak,  gdy  wszystko  minęło,  postanowił  dopomóc 
upokorzonemu człowiekowi. 

Wśliznął  się  do  jego  wozu  i  przede  wszystkim  starał  się 

pocieszyć go w strapieniu. Następnie przyrzekł mu, że zadba o 
środek, przy pomocy którego można będzie usunąć rysunki z 
piersi, ramion i twarzy. 

Poszukawszy  swego  serdecznego  przyjaciela  Johna,  Jaś 

poprosił go o flaszkę terpentyny, którą sir Bendix miał w swej 
skrzyni  z  chemikaliami.  Wróciwszy  z  nią  do  Mr  Bopkinsa, 
począł go oczyszczać. 

Po  dwugodzinnej  pracy  sadza  ustąpiła  prawie  zupełnie.  Jaś 

oczyścił także cylinder, chociaż ten utracił już prawie zupełnie 
swoją pierwotną elegancję. 

W  ten  sposób  zniknęły  przynajmniej  duchowe  cierpienia 

jankesa.  Lecz  ich  miejsce  zajęły  fizyczne  dolegliwości. 
Terpentyna,  którą  Jaś  nacierał  skórę,  wywołała  bolesne 

background image

swędzenie, tym trudniejsze do zniesienia, że tego dnia słońce 
zabłysło na niebie w pełnej okazałości. Z tego też powodu Mr 
Bopkins  siedział  w  wozie  znękany  i  milczący.  Gdy  później 
przyszedł  doń  doktor,  aby  go  pocieszyć,  odpowiedział  mu 
niechętnym pomrukiem. Krótko mówiąc, nie myślał już wcale 
ani o protestach ani o zastrzeżeniach. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XXV 

N

A ŚMIERĆ I ŻYCIE

 

 
Aby wykorzystać pomyślny czas po rozbiciu Indian, doktor 

kazał zwinąć obóz i rozpocząć dalszy marsz. 

Niestety,  znów  się  pojawiły  gęste  puszcze.  Lecz  zanim 

zaczęła  się  walka  z  nimi,  dzielnym  żołnierzom  ukazał  się  w 
oddali radosny i niezmiernie piękny widok. Na północy, ponad 
ciemną  zielenią  lasów,  sterczał  nagi  wierzchołek  skalny, 
podobny  do  piramidy,  wznoszącej  się  wśród  piaszczystej 
równiny. Był to Cerro San Miguel, cel wyprawy. 

Odległość  do  tego  punktu  mogła  w  prostej  linii  wynosić 

jeszcze trzydzieści kilometrów. 

Ten kawał drogi był bardzo trudny do przebycia. Kraina była 

pokryta  niezmiernie  bujną  roślinnością.  Aby  otworzyć  drogę 
wozom,  trzeba  było  obalać  stare  pnie  drzew  i  przecinać 
niezliczone zwoje lian. Piły i topory ustawicznie pracowały w 
gęstwinie. Teraz dopiero nasi podróżnicy mogli w całej pełni 
ocenić  straszną  klęskę,  jaką  ponieśli  Indianie.  Gdyby  nie  ta 
klęska,  ekspedycja  nigdy  nie  mogłaby  się  zagłębić  w  lasy  w 
obecności  silnych  nieprzyjacielskich  oddziałów.  Musiałaby 
załamać  się  mimo  swoich  repetowanych  karabinów  i  wozu 
pancernego.  W  obecnych  jednak  okolicznościach  Chiacutak 
dopiero  po  upływie  trzech  lub  czterech  dni  mógł  zebrać 
rozproszone oddziały i ściągnąć niezbędne posiłki. Z tego też 
powodu  nie  był  w  stanie  skorzystać  z  jedynej  sposobności, 
która mogła wyrównać różnicę uzbrojenia po obu stronach. 

Biali pracowali dniem i nocą, wreszcie czwartego dnia dotarli 

do  otwartej  płaszczyzny,  która  się  słała  aż  do  Cerro  San 
Miguel. Ten miał kształt regularnego stożka i był pokryty wątłą 
trawą,  która  nie  mogła  bujnie  się  rozwinąć  na  skalistym 
podłożu. 

background image

— Teraz jeszcze dwa dni — zawołał doktor na ten widok — a 

moja maszyna będzie na szczycie! Wówczas może się zjawić 
nie pięć tysięcy ale pięćdziesiąt tysięcy czerwonoskórych! 

— Caramba!  —  krzyknął  zdumiony  pułkownik.  —  Pańska 

maszyna  ma  wartość  całego  korpusu  armii!  Muszę  się 
przekonać na własne oczy, senor Bergman, zanim będę mógł w 
to uwierzyć! 

Doktor  nic  na  to  nie  odpowiedział,  tylko  uśmiechnął  się 

tajemniczo. 

Ponieważ wszyscy byli mocno znużeni, dlatego jeszcze przed 

południem  rozbito  obóz,  który  leżał  mniej  więcej  pośrodku 
między puszczą a Cerro San Miguel. Wszyscy byli w radosnym 
usposobieniu. Gdy nastał  gorący i  pogodny wieczór, dały  się 
słyszeć wesołe piosenki kastylijskie. 

Najszczęśliwszy  ze  wszystkich  był  stanowczo  sir  Bendix. 

Miał  bardzo  bogaty  zbiór  owadów,  a  do  stu  nowoodkrytych 
gatunków zabrakło mu tylko jednego! 

Następny dzień miał przynieść poważny zwrot w położeniu 

naszych podróżników. 

Karawana nie była jeszcze nawet od godziny w drodze, gdy 

nagle nadjechał na koniu jeden z żołnierzy i oznajmił, że lasy 
znów  ożyły.  On  sam  i  jego  towarzysz  w  różnych  punktach 
zarośli  widzieli  indiańskich  szpiegów.  Towarzysz  jego 
pozostał, aby dalej obserwować czerwonoskórych. 

Wkrótce  na  spienionym  rumaku  nadjechał  drugi 

wywiadowca z podobną wieścią. Po dziesięciu godzinach jeden 
z  peonów  przyniósł  zupełnie  pewną  wiadomość,  że  Indianie 
znów  gotują  się  do  walki.  Na  zachodzie  odkrył  wielkie 
oddziały  czerwonoskórych,  którzy  zbliżali  się  pospiesznym 
marszem. 

— Teraz  trzeba  zwyciężyć  albo  zginąć  —  rzekł  doktor  do 

obu oficerów. — Chiacutak wyciągnął odpowiednie wnioski z 
ostatniej walki i teraz wraca z podwójną lub potrójną siłą. Za 

background image

pierwszym  razem  mogliśmy  się  obronić  przed  hordą  Indian, 
lecz tym razem oni nas zgniotą, jeśli na czas nie uda się nam 
umieścić mojej maszyny na szczycie góry. 

— Czy to konieczne? — spytał pułkownik. 
— Bezwarunkowo!  Tutaj  na  równinie  może  rozwinąć 

zaledwie  setną  część  swej  siły  i  byłaby  tylko  kosztowną 
zabawką. 

— Hm  —  Mruknął  pułkownik  —  to  zadanie  nie  lada, 

wtoczyć  ją  na  Cerro!  Nachylenie  stoku  wynosi  jakieś 
czterdzieści stopni! Konie nam padną z nadmiernego wysiłku. 

— Gdyby  nawet  sto  koni  miało  paść,  maszyna  musi  się 

znaleźć na szczycie!  — zdecydowanym głosem rzekł  doktor. 
—  A  stanie  się  to  jeśli  pan  będzie  przez  jakiś  czas  trzymał 
Indian  w  przyzwoitym  oddaleniu.  Niech  mi  pan  dopomoże 
tylko w tym ostatnim wypadku ! 

— Jak długo senor Bergman? — spytał kapitan Artigas. 
Doktor zastanawiał się przez chwilę. 
— Najmniej  dwanaście  godzin  —  rzekł.  Nieustraszony 

żołnierz zmarszczył czoło. 

— Pan nie żąda drobnostki, senor — zawołał. — Gdybyśmy 

mieli  przynajmniej  suchą  porę  roku!  W  takim  wypadku 
moglibyśmy  podpalić  pampasy  i  tym  sposobem  przepłoszyć 
czerwonoskórych. Lecz obecnie trawy są soczyste i na próżno 
tylko  psulibyśmy  zapałki.  W  obecnych  warunkach  walka 
przeciągnęłaby się aż do nocy i dopiero wtedy przegralibyśmy. 
Czerwonoskórzy  całymi  tuzinami  czołgaliby  się  wśród 
wysokiej  trawy  i  uderzyliby  na  nas,  zanim  zdołalibyśmy 
podnieść ramię do obrony. 

— Nie  ma  nawet  chrustu  —  biadał  pułkownik  —  którego 

ogień  mógłby  nam  dostarczyć  niezbędnego  oświetlenia!  Nie 
mam nadziei, by wynik mógł być szczęśliwy! 

Kapitan Artigas mężnie i dumnie podniósł głowę. 

background image

— Co  do  nas,  uczynimy  wszystko  co  możliwe,  aby  jak 

najdłużej  powstrzymać  nieszczęście.  Może  pan  na  to  liczyć, 
senor Bergman! 

— Jestem  o  tym  najgłębiej  przekonany  —  odparł  doktor  i 

serdecznie uścisnął dłonie obu żołnierzom. — Prócz tego może 
uda mi się usunąć pańską troskę co do oświetlenia. 

— Tym lepiej! — rzekli obaj żołnierze. — A teraz niech pan 

nam powie, na co mamy głównie zwracać uwagę. 

— Indianie przede wszystkim nie śmią zawładnąć szczytem 

góry. 

— To wiemy. 
— Prócz  tego  dziś  rano  wysłałem  jednego  żołnierza  do 

podnóża  góry,  który  mi  przyniósł  upragnioną  wiadomość,  że 
tam  jest  małe  rozlewisko.  Musimy  więc  zapewnić  sobie 
połączenie  między  tym  rozlewiskiem  a  szczytem,  tak  długo 
przynajmniej, dopóki balon nie zostanie napełniony. 

— Rozumiem — odparł kapitan Artigas. Skoro zatem balon 

wzniesie się w powietrze, możemy w razie niebezpieczeństwa 
porzucić nawet wóz pancerny? 

— Możecie  to  uczynić,  gdyż  wówczas  amunicja  będzie 

prawdopodobnie zupełnie wyczerpana. Obawiam się w ogóle, 
że nasze zapasy amunicji są zbyt skąpe. 

— To  prawda,  niestety  —  potwierdził  kapitan.  —  Tam  na 

dole,  koło  Cerro  Cristian,  strzelaliśmy  zanadto  w  powietrze, 
aby  nastraszyć  Indian,  stąd  też  musimy  oszczędnie  się 
obchodzić z tymi kilku ładunkami, które nam pozostały. Lecz 
nie  troszcz  się,  kochany  doktorze,  o  te  drobnostki.  Staraj  się 
tylko, aby maszyna wydostała się na szczyt, o innych sprawach 
my już pomyślimy. 

Podali sobie jeszcze raz dłonie. Było to nieme przyrzeczenie, 

że  każdy  z  nich  wytrwa  do  ostatniego  tchu  na  swoim 
stanowisku, a także, że jeden pokłada w drugim bezgraniczne 

background image

zaufanie.  Następnie  rozeszli  się  i  każdy  udał  się  do  swojej 
pracy. 

Kapitan  Artigas  zwołał  swoich  żołnierzy  i  w  krótkich 

słowach przedstawił im obecne położenie, jak również zadanie, 
które  mają  spełnić.  Następnie  ruszył  w  drogę  na  czele  swej 
kolumny jeźdźców, aby powstrzymać napór Indian. Po upływie 
pół  godziny  pozostali  usłyszeli  w  zachodniej  i  południowej 
stronie  żywy  ogień  karabinowy.  Mr  Bopkins  pod  wpływem 
zniechęcenia  do  świata  i  do  ludzi  pojechał  naprzód  i  siedział 
właśnie  samotnie  na  szczycie  Cerro  San  Miguel.  W  oddali 
widział zwinne postacie, które się wzajemnie ścigały. Potyczka 
jazdy trwała. 

Pułkownik dojechał tymczasem do rozlewiska i ustawił wozy 

w  kształcie  koła.  Tylko  maszyna  dra  Bergmana  pozostała  na 
zewnątrz. Wóz z balonem stał tuż nad wodą. 

Pozostało  trzydziestu  żołnierzy,  którzy  mieli  pomagać 

peonom. Pułkownik kazał im zsiąść z koni i wykopać dookoła 
wozów podwójny pierścień rowów strzeleckich. 

Tymczasem  peonowie  sprzęgli  podwójny  szereg  koni  i 

popędzili je na szczyt Cerro San Miguel i z powrotem na dół, 
aby  je  zapoznać  z  zadaniem.  Chodziło  o  to,  aby  w 
najważniejszej  chwili  nie  zaczęły  się  płoszyć  i  stawać  dęba. 
Gdyby  kosztowna  maszyna  się  przewróciła,  mogłaby  się  tak 
uszkodzić,  że  stałaby  się  zupełnie  nieużyteczna.  A  w  tym 
wypadku los ekspedycji byłby przypieczętowany. 

Zaprzężono  konie  do  wozu. Początkowo  szły  pampasem,  a 

potem poczęły się wspinać po stromym stoku na szczyt Cerro 
San Miguel. Droga nie była tu wprawdzie zbyt wyboista, lecz 
wóz kołysał się silnie wskutek szybkiego ruchu. Doktor, który 
przypatrywał się temu z dołu, obawiał się przez chwilę, że jego 
maszyna  się  wywróci  i  rozbije  w  drzazgi.  Lecz  właśnie  to 
szarpanie  uchroniło  ją  od  upadku  i  na  koniec  szczęśliwie 
dostała się na szczyt. 

background image

Doktor  wraz  z  dwoma  inżynierami  przybiegł  szybko  i 

odśrubował  boczne,  drewniane  ścianki,  które  zakrywały 
maszynę. Zbadał jej wnętrze, lecz nie odkrył nic podejrzanego. 
Teraz chodziło o to, aby pomocnikom objaśnić wynalazek. 

Tymczasem  Jaś  i  sir  Bendix  zajęci  byli  inną  robotą. 

Zbudowali latawiec, który był większy i lżejszy, niż poprzedni. 
Po chwili przyszedł do nich doktor i przymocował druty. 

Po  upływie  godziny  zerwał  się  wiatr,  dość  silny,  aby  móc 

unieść  latawiec  w  powietrze.  W  międzyczasie  linia  bojowa 
zbliżyła  się  do  góry.  Było  rzeczą  widoczną,  że  żołnierze 
zmagają się z przeważającymi siłami i pod ich naporem musieli 
się cofnąć. 

Doktor idąc powoli na szczyt, kilkakrotnie z głęboką troską 

spojrzał  na  walczących.  Lecz  na  razie  nie  mógł  przyjść  im  z 
pomocą. Całą uwagę skupił na latawcu, którego sznur druciany 
trzymało  w  ręku  kilku  peonów,  stojących  na  szczycie  góry. 
Doktor  kazał  im  drut  przywiązać  do  tylnego  koła  wozu,  po 
czym  połączył  przewód  z  telegrafem  iskrowym.  Następnie 
usiadł na krzesełku polowym i drżącymi ze wzruszenia rękami 
nadał w przestworza następującą depeszę: 

— Dotarliśmy szczęśliwie na szczyt Cerro San Miguel. Czy 

może pan wysłać mi prąd? 

Upłynęła  długa  jak  wieczność  minuta,  po  czym  przyszła 

odpowiedź: 

— Wszystko  gotowe.  Za  pięć  minut  służę!  Głośny  okrzyk 

radości wydarł się z piersi inżynierów, kamień młyński spadł z 
ich serc! 

Doktor  szybko  przyśrubował  przewody  do  innych  części 

maszyn.  Następnie  oczy  wszystkich  z  wytężeniem  poczęły 
obserwować skalę woltomierza. 

Po  chwili  wskazówka  poruszyła  się  i  po  kilku  wahaniach 

stanęła na cyfrze pięciu tysięcy. 

background image

Obaj młodzi inżynierowie ze zdumieniem spojrzeli na szefa. 

Ten uśmiechnął się spokojnie i rzekł: — Tak jest istotnie, jak 
przypuszczałem. Nasz aparat jest za skromny, aby chwytać całą 
wysłaną nam energię. Lecz to, czego dostarcza, wystarczy, aby 
wytworzyć  wodór  dla  naszego  balonu.  Balon  uniesie  w 
powietrze specjalnie skonstruowany aparat, który dostarczy mi 
dość silnego prądu dla moich celów. 

Po  tych  słowach  otworzył  dolną  komorę  wozu  i  wydobył 

zwój kabli, których koniec przymocował do aparatu. Następnie 
zwój potoczył się po stoku góry i zatrzymał się u jej podnóża. 
Doktor  udał  się  tam  i  drugi  koniec  kabla  przyśrubował  do 
aparatu, rozkładającego wodę na pierwiastki, który natychmiast 
zaczął pracować. Wodór potężnymi falami począł się podnosić 
i napełniać balon, który pęczniał i wzdymał się coraz bardziej. 

Był czas najwyższy! Bój już się toczył w pobliżu! 
Trzydziestu  peonów,  którzy  się  połączyli  ze  swoimi 

towarzyszami, zostało przyjętych z entuzjazmem, jako posiłki 
niezmiernie pożądane. 

Indianie rzucali się raz za razem do szturmu, nie troszcząc się 

ogromnymi stratami, wyrządzanymi kulami żołnierzy kapitana 
Artigasa. Ich niesłychane męstwo i pogarda śmierci napełniała 
zdumieniem  nawet  samego  kapitana.  Jego  ludzie  byli  już  w 
najwyższym stopniu wyczerpani, więc pytał się samego siebie, 
jak długo jeszcze mogą stawiać opór. 

Lecz  jeszcze  raz  można  było  przerwać  bitwę. 

Czerwonoskórzy  wojownicy  dostali  się  w  pole  ostrzału 
karabinu  maszynowego.  Pułkownik,  który  siedział  na  wieży 
pancernej, lepiej umiał ocenić przewagę takiej świetnej  broni 
niż doktor. Jego sokole oko poznało natychmiast słabe miejsce 
w  szeregach  strzelców,  więc  skierował  tam  ogień,  aby  nie 
dopuścić do przełamania linii. Walka toczyła się w ten sposób 
bez rozstrzygnięcia aż do południa. 

background image

A  teraz  w  kilku  słowach  wyjaśnimy  konstrukcję  maszyny 

doktora. 

Słynny  fizyk  Hertz  wykazał,  jak  wiadomo,  że  każde 

wyładowanie  elektryczne  jest  punktem  wyjścia  dla  fal,  które 
rozchodzą się w przestrzeni, jak fale świetlne. Próby, związane 
z  tym  odkryciem,  umożliwiały  na  przełomie  XX  wieku 
wynalezienie aparatu do telegrafii bezprzewodowej. 

Wielu ludzi żywiło na tej podstawie nadzieję, że niebawem 

będzie  można  wysyłać  do  odległych  miejscowości  energię 
elektryczną  bez  pośrednictwa  metalowych  przewodników. 
Lecz do tego była jeszcze daleka droga. Dużo wody upłynęło, 
zanim uczony niemiecki dr Bergman zdołał wynaleźć sposób 
przenoszenia  prądu  o  wysokim  napięciu.  Ten  genialny 
wynalazek  postanowił  wykorzystać  przy  budowie  linii 
kolejowej Matto Grosso Plata. 

Obfite  zasoby  wodne  prowincji  boliwijskiej  Cochabamba 

zamieniono  w  energię  elektryczną  i  skierowano  na  jeden  ze 
szczytów górskich Santa Cruz. 

Tutaj zamieniono ją według systemu dra Bergmana w prąd o 

niezwykle  wysokim  napięciu,  którego  fale  za  pomocą 
specjalnie  skonstruowanych  reflektorów  wysyłano  dalej  w 
kierunku  Cerro  San  Miguel,  gdzie  maszyna  dra  Bergmana 
wytwarzała  równoległy  prąd  o  niesłychanej  sile.  Maszyna  ta 
składała  się  przede  wszystkim  z  odbieracza,  który  chwytał 
wysłaną  mu  energię.  W  drugiej  części  maszyny,  w 
transformatorze,  energia  ta,  według  potrzeby,  mogła  się 
przemienić  w  prąd  o  wysokim  napięciu  albo  też  w  trzeciej 
części  ulec  dalszej  przemianie,  która  właśnie  dowodził,  jak 
cudowny i genialny był wynalazek dra Bergmana. Działanie tej 
trzeciej części poznamy niebawem. 

background image

R

OZDZIAŁ 

XXVI 

C

ZARODZIEJSKIE ŚWIATŁO

 

 
Wróćmy  do  ludzi,  którzy  stali  dokoła  balonu,  obserwując 

niecierpliwie,  jak  się  jego  powłoka  powoli  napełnia.  Gdy 
ciemności zapadły był zaledwie do połowy napełniony i trzeba 
było czekać co najmniej dwie godziny, zanim będzie gotowy 
do  napowietrznej  podróży.  W  każdym  razie  doktor  mógł  już 
teraz  dopomóc  nieco  znużonym  obrońcom  obozu.  Wrócił  na 
szczyt Cerro San Miguel i część prądu wpuścił do reflektora, 
który był umieszczony na przedniej części maszyny. Działanie 
było prawie natychmiastowe. 

Chiacutak umyślnie nie rozpoczął ataku od razu wszystkimi 

siłami. Wiedział, że jego wojownicy niewiele wskórają wobec 
dalekosiężnych  karabinów  białych,  jak  długo  ci  mogą 
spokojnie  i  bez  przeszkody  celować.  Z  tego  też  powodu 
postanowił w miarę możliwości znużyć wrogów. W nocy mógł 
swoje  rezerwy  rzucić  na  wycieńczonych  żołnierzy,  którzy  w 
ciemnościach  nie będą  w  stanie odróżnić  celu,  a  tym  samym 
muszą szybko ulec w walce wręcz. 

Skoro  słońce  skłoniło  się  ku  zachodowi,  obaj  inżynierowie 

spostrzegli  ze  szczytu  góry,  że  z  ciemnych  głębin  lasu 
wyłaniają się przerażająco wielkie tłumy, które biegną cwałem 
w  kierunku  pola  walki.  Lecz  w  tym  momencie  wmieszał  się 
doktor, który przeczuł tego rodzaju rozwój wypadków i puścił 
w ruch reflektor. 

Indianie, którzy byli już pewni zwycięstwa, spostrzegli nagle 

z  przerażeniem  oślepiający  stożek  światła,  które  oświetlało 
olbrzymie  przestrzenie  równiny.  W  zabobonnym  strachu 
wyobrazili  sobie,  że  jakiś  przepotężny  demon  przyszedł  z 
pomocą białym wrogom. Ogarnęło ich straszliwe przerażenie. 
W dzikim popłochu, w bezładnym chaosie, poczęli uciekać na 

background image

wszystkie strony. Ogień białych, który osłabł, teraz wzmógł się 
znacznie i raził szczególnie tych, którzy właśnie się znajdowali 
w oświetlonym polu. 

Przez  jakiś  czas  zdawało  się,  że  sam  reflektor  starczy,  by 

wszystkich Indian zmusić do ucieczki. Lecz Chiacutak nie dał 
się tak łatwo oszukać, a ponieważ kapitan Artigas nie mógł ze 
swoimi znużonymi żołnierzami go ścigać, udało mu się znów 
zebrać swoje zastępy. 

Głucho zagrały w oddali rogi, w które stary kacyk kazał dąć, 

aby swoim wojownikom oznaczyć punkt gdzie się mają zebrać. 
Za pomocą gróźb i zachęcających mów udało mu się opanować 
ich  trwogę  i  nakłonić  do  odwrotu.  Co  więcej  umiał  nawet 
znaleźć  wyjaśnienie  dla  tego  niesamowitego  światła,  które 
czerwonoskórzy przynajmniej częściowo pojęli. 

To zmniejszyło ich niewiarygodną trwogę. Wkrótce zdołali 

nawet  wykorzystać  pewną  okoliczność.  Oto  zauważyli,  że 
ogień nieprzyjaciół skierowany jest tylko na te oddziały, które 
stoją  w  świetle;  ci  wojownicy  musieli  się  rzucić  na  ziemię, 
chcąc ujść morderczym kulom, gdy tymczasem ich towarzysze, 
znajdujący się w ciemnościach, mogli bez przeszkód posuwać 
się naprzód. 

To było powodem, że żołnierze, którzy już z ulgą odetchnęli, 

ujrzeli  nagle  znów  wrogów  tuż  przed  sobą,  więc  musieli, 
zaciskając zęby, nabijać karabiny i strzelać, a także coraz dalej i 
dalej cofać się; bardziej węższe stawało się ich koło. 

Wreszcie wycofali się aż do rowów strzeleckich. Doktor już 

nie  miał  potrzeby  poruszać  reflektora.  Mały  obóz  leżał  w 
środku koła świetlnego u stóp góry, a dokoła było pole ostrzału, 
oświetlone na przestrzeni trzystu kroków. 

Osobliwą  i  dla  obu  oficerów  wprost  niezrozumiałą 

okolicznością  było  to,  że  czerwonoskórzy  całą  swoją 
wściekłość skierowali przeciwko wozom u podnóża góry, a o 
łup na szczycie góry zdawali się zupełnie nie troszczyć. Gdyby 

background image

ze  wszystkich  stron  zaatakowali  górę,  byłoby  dla  obrońców 
mimo całego męstwa niemożliwą rzeczą utrzymać się na dole 
nad rozlewiskiem. 

Powód był dwojaki. 
Przede  wszystkim  Indianie  mimo  wyjaśnień  wodzów  nie 

dowierzali  reflektorowi  i  nie  mieli  ochoty  się przekonać,  czy 
ten płomień zapaliły ręce ludzi czy demonów. Chiacutak zaś z 
drugiej strony tym razem nie miał jeńca który by mu zdradził 
słabe strony przeciwników. Ponieważ wiedział doskonale, jak 
niebezpieczny jest balon i zauważył, że ta latająca kula na nowo 
jest  napełniona,  doszedł  do  przekonania,  że  w  razie  jej 
zniszczenia nieprzyjaciele muszą bezwarunkowo zginąć. 

Z tego też powodu rozpoczął generalny atak na wozy. 
Na  razie  położenie  białych  było  krytyczne.  Żołnierze 

niedługo jeszcze bronili  się z rowów strzeleckich, gdy nagle, 
karabin  maszynowy  zamilkł,  bo  zabrakło  amunicji.  Indianie 
podsunęli się tak blisko, że strzałami  razili  już konie, stojące 
poza  wozami.  Ranne  zwierzęta  rzucały  się  jak  szalone  i 
szerzyły  wśród  pozostałych  popłoch.  Ludzie  stojący  dokoła 
balonu  obawiali  się  ustawicznie,  by  nie  zostali  stratowani 
kopytami. 

Wówczas  jeden  z  inżynierów  zdecydował  się  przerwać 

wytwarzanie  wodoru,  chociaż  balon  był  dopiero  w  jednej 
trzeciej  napełniony.  Powiedział  sobie,  że  w  tym  stanie  może 
wysłać  w  górę  przynajmniej  odbieracz  fal  elektrycznych  i 
utrzymać go przez kilka godzin, gdy tymczasem byłoby rzeczą 
nader  wątpliwą,  czy  zdołaliby  go  zanieść  na  górę,  gdyby 
jeszcze dłużej pozostali na tym miejscu. 

Inżynier zawiadomił o tym pułkownika i skinął na peonów, 

aby balon wynieśli na wysokość góry. Ci byli już wyćwiczeni 
w tym i z zimną krwią wytrawnych robotników przystąpili do 
pracy. 

background image

Ledwo  czerwonoskórzy  spostrzegli,  że  owa  straszliwa 

latająca  kula  lada  chwila  może  im  uciec,  z  dzikim  rykiem 
rzucili się na rowy strzeleckie. 

Kapitan  Artigas  szybko  wezwał  do  odwrotu  swoich 

żołnierzy,  którzy  cofnęli  się  za  ,wozy,  skąd  mogli  się  bronić 
przed napierającą falą nieprzyjaciół. Dowódca ich zdawał sobie 
doskonale  sprawę,  że  ten  ostatni  szaniec  może  się  utrzymać 
tylko kilka Szybko kazał odsunąć kilka wozów. Wówczas jego 
żołnierze się cofnęli i batami uderzyli konie, które skoczyły w 
wyłom.  Rozjuszone  zwierzęta  rzuciły  się  na  Indian,  którzy 
właśnie  atakowali  z  ogłuszającym  wrzaskiem  radości,  pewni 
zwycięstwa. W następnym momencie dokoła wozów utworzył 
się  rozszalały  chaos  spłoszonych  koni  i  wrzeszczących, 
biadających  lub  przeklinających  ludzi.  Nie  można  sobie 
wyobrazić nic dzikszego i bardziej przerażającego. 

Dla  białych  była  to  niezmiernie  oczekiwana  pauza,  mogli 

bowiem  tymczasem  pobiec  za  balonem,  który  dotarł  już  do 
polowy  wysokości  Cerro  San  Miguel.  Tutaj  przystanęli,  aby 
przyjąć Indian, jeśli tylko ochłoną z przerażenia i znów rzucą 
się naprzód do ataku. 

Lecz ta przerwa trwała dłużej, niż się spodziewali. Indianie 

przede  wszystkim  rzucili  się  na  wozy  i  zapasy  pozostawione 
przy  rozlewisku  i  jak  szaleńcy  poczęli  wszystko  rozbijać. 
Nawet  żelazne  płyty  wagonu  pancernego  poczęły  ustępować 
pod  ich  wściekłymi  ciosami.  Dopiero  gdy  Chiacutak  wysłał 
posłańca,  który  ich  surowo  zgromił  z  powodu  zwłoki, 
przypomnieli  sobie właściwe zadanie i  zaczęli atakować stok 
góry. 

Balon  tymczasem  szczęśliwie  dostał  się  na  szczyt  góry. 

Doktor  z  westchnieniem  ulgi  przymocował  do  dolnego 
pierścienia siatki, aparaty odbiorcze. Lina poczęła się szybko 
odwijać  od  kołowrotka.  Balon  wzbił  się  w  przestworza  i 
wkrótce nie można go było odróżnić od zachmurzonego nieba. 

background image

Teraz  doktor  dał  umówiony  sygnał.  Wszyscy  dzielni 

obrońcy,  ledwo  dysząc  ze  znużenia,  rzucili  się  na  ziemię  na 
płaskim  szczycie  góry.  Lufy  ich  karabinów  sterczały  nad 
stromym zboczem. Huknęły wystrzały. Amunicja była już na 
wyczerpaniu,  co  więcej,  niektórzy  z  dzielnych  żołnierzy, 
wystrzeliwszy  ostatnią  kulę,  trzymali  w  garści  ciężki  pałasz, 
chcąc życie sprzedać jak najdrożej. 

Lecz los miał im oszczędzić tej ostatniej, strasznej walki. 
Ledwie odwinęła się zupełnie lina na której się unosił balon, 

gdy  nagle  doktor  zamknął  dźwignię,  łączącą  przewodniki 
odbieracza  z  maszyną.  Następnie  trzej  inżynierowie  znów 
pochylili  swe  głowy  nad  woltomierzem,  którego  wskazówka 
szybko poczęła się posuwać, aż wreszcie stanęła na cyfrze sto 
tysięcy.  Maszyna  skoncentrowała  w  sobie  prawie  całą  tę 
potężną energię elektryczną, którą wysłano z Andów! 

Dr Bergman szybko zamknął i otworzył kilka innych dźwigni 

i zasuwek. Wówczas ze środka tajemniczego wozu wysunął się 
w górę pewnego rodzaju maszt żelazny, który na szczycie miał 
ołowiany  cylinder  o  średnicy  dwudziestu  centymetrów  i 
potrójnej długości. 

Cylinder  ten  unosił  się  na  wysokości  mniej  więcej 

dwudziestu  metrów  ponad  wozem.  W  środku  biegł  dokoła 
otwór szerokości palca, z którego strzelały jaskrawe promienie 
świetlne. 

Zdawało  się,  że  we  wnętrzu  podwójnego  cylindra  znajduje 

się potężna lampa łukowa, której  oślepiająca jasność rozlewa 
się na wszystkie strony w kształcie kręgu. 

Kręcąc  śrubą,  można  było  otwór  w  cylindrze  zniżyć, 

skutkiem  czego  z  kręgu  świetlnego  powstał  stożek  światła, 
którego promienie padały dokoła na stoki góry, gdy tymczasem 
ludzie na szczycie góry byli pogrążeni w ciemnościach. 

Teraz  doktor  rozejrzał  się  uważnie  dokoła,  chcąc  się 

przekonać,  czy  któryś  z  jego  ludzi  nie  został  porażony 

background image

światłem.  Dopiero  gdy  się  pod  tym  względem  uspokoił, 
krzyknął do nich silnym głosem: 

— Nie ruszajcie się z miejsca, jeśli wam życie miłe! 
Po  tych  słowach  nacisnął  jakąś  sprężynę  w  maszynie. 

Oślepiający stożek świetlny znikł, lecz na jego miejscu poczęła 
działać jakaś tajemnicza siła, tak straszna, że nadsłuchującym 
ludziom krew ścięła się prawie w żyłach. 

Reflektor  jeszcze  oświetlał  znaczną  część  stoku  góry,  więc 

można było spostrzec, że Indianie już przebyli dwie trzecie tej 
przestrzeni.  Nagle  ci,  co  byli  na  przedzie  jak  gdyby 
nadnaturalną  siłą  porażeni,  wyciągnęli  w  biegu  zdrętwiałe 
ramiona i runęli na ziemię. W następnej sekundzie biegnących 
poza nimi, spotkał taki sam los — a potem jeden szereg Indian 
za  drugim  padał  pokotem,  aby  się  już  więcej  nie  podnieść. 
Coraz dalej i głębiej biegła ta potworna, niewidzialna potęga, 
która  gasiła  wszelkie  życie.  Dosięgła  podnóża  góry,  a  potem 
poczęła  szaleć  na  równinie,  posuwając  się  coraz  dalej. 
Oślepiający  blask  reflektora  pozwalał  widzom  obserwować 
straszliwe skutki nieznanej siły. 

Jeszcze  nie  upłynął  nawet  kwadrans,  a  zdawało  się,  że  na 

równinie ani jeden czerwony wojownik nie pozostał przy życiu. 
Leżeli oni w okropnym bezładzie porozrzucani na stoku góry i 
na  pampasie.  Broń  wypadła  z  ich  rąk.  Tam,  gdzie  niedawno 
rozlegały  się  radosne  okrzyki  zwycięstwa,  teraz  panowało 
milczenie śmierci. 

— Straszne!  —  wykrzyknął  pułkownik  i  z  przerażeniem 

spojrzał  na  człowieka,  który  jednym  poruszeniem  sprężyny 
mógł zabić tysiące ludzi. 

Kapitan  Artigas  i  inni  byli  niemniej  wstrząśnięci  tym 

okropnym zjawiskiem. 

— Uspokójcie  się,  moi  panowie!  —  zawołał  doktor  z 

pogodnym  uśmiechem  na  ustach.  —  To  wszystko  nic  nie 
zaszkodzi  naszym  czerwonym  przyjaciołom.  Oni  są  tylko 

background image

porażeni  na  przeciąg  kilku  godzin,  zależnie  od  tego,  czy 
znajdowali się bliżej czy dalej od mej maszyny. 

— Dzięki  Bogu,  że  pan  nas  tym  pocieszył  —  odparł 

pułkownik,  ścierając  sobie  zimny  pot  z  czoła.  —  Jestem 
wprawdzie  starym  żołnierzem,  lecz  tego  straszliwego 
kwadransa nie zapomnę nigdy! 

— Ma  pan  słuszność  —  rzekł  kapitan  Artigas.  —  Jestem 

przyzwyczajony od młodości do walk i bitw, przeżyłem dużo 
okropnych chwil w niezliczonych wyprawach na Indian, ale ten 
widok był niemożliwy do zniesienia nawet dla zahartowanych 
wilków  z  pampasów!  Ludzie  padali,  jak  kłosy  pod  kosą 
żniwiarza, a przy tym tak cicho, tak bez widocznej przyczyny, 
jak  gdyby  sąd  ostateczny  nastał!  Niechże  pan  nam  wreszcie 
wyjaśni, co jest przyczyną tego przerażającego zjawiska. Może 
pan  nam  to  śmiało  powiedzieć,  bo  nie  sądzę,  by  obecnie 
ktokolwiek  odważył  się  nie  dowierzać  pańskim  słowom  i 
wątpić w pański geniusz. 

— O,  proszę  bardzo,  niech  mnie  pan  nie  zawstydza!  — 

odparł doktor. — Wpadłem tylko na dobry pomysł, na który stu 
innych  ludzi  łatwo  mogło  wpaść.  Wyjaśnienie  jest  bardzo 
proste. 

Opisał swoją maszynę i jej działanie, co już znamy, po czym 

tak mówił dalej: 

— Jeśli  otrzymaną  energię  skieruję  do  trzeciej  części  mej 

maszyny wówczas wynaleziona przeze mnie lampa na szczycie 
masztu może wytwarzać albo zwyczajne białe światło albo też 
według  życzenia  pewnego  rodzaju  czarne  promienie  o 
niezwykłych właściwościach, do których odkrycia doszedłem 
na  podstawie  następującego  rozumowania.  Dawno  już 
spostrzeżono,  że  długotrwałe  oświetlanie  za  pomocą  lampy 
łukowej wywołuje niekiedy — podkreślam: tylko niekiedy! — 
ciężkie  zapalenie  oczu  lub  nawet  uszkodzenie  mózgu. 
Zazwyczaj  przypisywano  działanie  to  okoliczności,  że  owe 

background image

lampy łukowe wysyłają szczególnie wielką ilość fioletowych i 
ultrafioletowych promieni, które wywołują znaczne przemiany 
chemiczne. Lecz te promienie właściwie tylko niszczą tkanki 
organiczne, podobnie jak promienie Röntgena, tak, że mi  nie 
wystarczały  do  bezpośredniego  wyjaśnienia  owych  porażeń 
mózgowych i nerwowych. Zarazem uderzyło mnie to, że małe 
żyjątka, np. mrówki, okazują osobliwy niepokój we fioletowym 
świetle i zdawało mi się, że to musi mieć przyczynę nie tylko 
chemiczną ale i fizjologiczną. 

Nagle  sir  Allan  sięgnął  szybko  ręką  do  kieszeni  i  wydobył 

swój obszerny notes. Dotychczas dość obojętnie przysłuchiwał 
się  wyjaśnieniom  doktora,  lecz  gdy  teraz  kolej  przyszła  na 
owady,  uczuł  nagle  nieprzezwyciężone  zainteresowanie  dla 
odkrycia  dra  Bergmana  i  począł  spiesznie  pisać  w  swej 
książeczce. 

Gdy dr Bergman spostrzegł ten niespodziewany zapał, lekki 

uśmieszek przesunął się po jego ustach i tak mówił dalej: 

— Rozpocząłem 

długie 

żmudne 

badania 

nad 

najrozmaitszymi  źródłami  światła  i  po  wieloletnich  trudach 
udało mi się wykazać, że owo porażenie systemu nerwowego 
występuje  wskutek  domieszki  pewnych  obcych  ciał  w 
błękitnym świetle. Lecz nie tylko to! Skonstruowałem aparat, a 
jeśli  wolicie  to  lampę,  która  wytwarzała  wyłącznie  tylko 
promienie, działające na system nerwowy. Przy silnym prądzie 
elektrycznym  promienie  te  były  tak  intensywne,  że  mogły 
system  nerwowy  człowieka  i  wielkich  ssaków  na  miejscu 
obezwładnić,  a  przy  dłuższym  działaniu  zupełnie  zniszczyć  i 
sprowadzić  śmierć.  Stąd  też  ostrzegałem  panów,  abyście  się 
spokojnie zachowywali. 

Spośród przysłuchujących się tylko dwaj asystenci byli dość 

wykształceni,  aby  te  wyjaśnienia  należycie  zrozumieć.  Inni  z 
podziwem  potrząsali  głowami,  a  wśród  peonów  i  żołnierzy 

background image

niektórzy  może  nawet  uważali  doktora  za  potężnego 
czarodzieja, którego rozkazów słuchają piekielne moce. 

Dr  Bergman  przerwał  działanie  lampy  w  ołowianym 

cylindrze  i  zapalił  łukową  lampę,  która  miłym,  łagodnym  i 
jasnym  światłem  oblała  całe  Cerro  San  Miguel  i  kawał 
pampasów. Następnie wszyscy rzucili się na zapasy żywności, 
uratowane  przed  zwierzęcą  żarłocznością  Indian,  i  zaspokoili 
dotkliwy  głód.  Czas  był  najwyższy  gdyż  pusty  żołądek,  po 
długotrwałych trudach i walkach, Mruczał nie na żarty. 

Wkrótce  potem  członkowie  ekspedycji  zauważyli,  że 

przepowiednia  doktora  zaczyna  się  urzeczywistniać.  Jeden 
Indianin za drugim począł się podnosić z ziemi, budząc się z 
letargu. Każdy z nich przez kilka chwil patrzył błędnie przed 
siebie, a potem z dzikim przerażeniem rzucał się do ucieczki, 
albowiem  widział,  że  cały  obszar  ziemi  dokoła  zasłany  jest 
rzekomymi trupami towarzyszy. 

Zwycięscy  biali  ze  szczytu  góry  z  wesołą  ciekawością 

obserwowali to nigdy nie widziane widowisko i raz za razem 
wybuchali  głośnym  śmiechem,  gdy  ten  lub  ów  spośród 
przebudzonych  w  sposób  zbyt  komiczny  się  zachowywał  i 
najdziksze skoki wykonywał. 

Liczba nieprzyjaciół leżących na polu walki zmniejszała się z 

każdą chwilą. Gdy zaświtał poranek leżało tylko kilka tuzinów 
wojowników na zboczach góry. 

Doktor  kazał  spośród  nich  związać  kilku,  którzy  mu  się 

wydawali  kacykami.  Mieli  oni  mu  służyć  jako  zakładnicy  i 
pośrednicy  pokojowi  między  czerwonoskórymi  a  białymi.  Z 
wyjątkiem tych niewielu i  poległych 2 marca rano w okolicy 
nie było widać ani jednego Indianina. 

Zwycięstwo  było  zupełne.  Lecz  biali  na  razie  nie  mogli 

myśleć o świętowaniu. Z wozów pozostały tylko bezużyteczne 
szczątki,  amunicja  stopniała  niemal  od  zera,  a  przede 
wszystkim  brakło  żywności.  Trzeba  było  jak  najprędzej 

background image

postarać  się  o  żywność,  dopóki  Indianie  przygnębieni  byli 
klęską.  Mimo  wszystko  było  możliwą  rzeczą,  że  Chiacutak 
znów ich zgromadzi i poprowadzi do walki. 

Około trzydziestu żołnierzy zabrało całą amunicję i udało się 

pieszo do małego słodkowodnego jeziorka na północ od Cerro 
San  Miguel.  Tutaj  rozpoczęli  połów  ryb  przy  pomocy 
najrozmaitszych  narzędzi  i  rzeczywiście  udało  im  się 
wieczorem przywieźć do obozu pokaźny łup. Część upieczono 
natychmiast  na  wieczerzę,  część  uwędzono  i  schowano  na 
wypadek potrzeby. 

Oddział  jeźdźców  wyruszył  w  poszukiwaniu  koni  które 

zbiegły w czasie nocnych walk. Udało im się jednak tylko część 
schwytać:  większość  rozproszona  po  lasach,  nie  pojawiła  się 
już więcej i przepadła na zawsze. 

Doktor wysłał dwóch Indian, którzy mieli staremu kacykowi 

przedłożyć  warunki  pokojowe.  Wrócili  po  trzech  dniach  i 
oznajmili,  że  Chiacutak  ma  zamiar  przybyć  niebawem.  Stary 
wódz przekonał się, że męstwo jego wojowników jest złamane 
na długi czas, jeśli nie na zawsze, stąd też okazał się skłonny do 
rozpoczęcia układów. Zapewniono mu zupełne bezpieczeństwo 
i nietykalność, czemu zaufał. 

Układy nie trwały długo. Jedynym żądaniem białych było to, 

by  żaden  czerwony  wojownik  nie  zbliżał  się  w  przyszłości 
więcej,  niż  na  jeden  dzień  marszu,  do  Cerro  San  Miguel,  a 
Chiacutak nie miał żadnego powodu, by żądanie to odrzucić. 

W  ten  sposób  zawarto  pokój  z  nim  samym  i  z  kilku  jego 

wodzami, po czym odeszli wszyscy, a także i jeńcy. 

Zanim stary kacyk zniknął wśród zielonych zarośli puszczy, 

odwrócił głowę raz jeszcze i rzucił długie spojrzenie na górę, u 
której stóp rozstrzygnął się los jego ludu. 

Straszliwa  nienawiść  żarzyła  się  w  tym  spojrzeniu.  Lecz 

widniało w nim także coś, jak gdyby podziw dla śmiałej garstki 
białych  pionierów,  którzy  potęgą  swego  ducha  zdobyli  dla 

background image

cywilizacji  ostatni  zakątek  południowoamerykańskiej  ziemi. 
Ponad szczytem Cerro San Miguel unosił się balon, jak gdyby 
symbol zwycięstwa — niemy, a jednak tak wymowny świadek 
przewagi białej rasy. 

Chiacutak wolnym krokiem i ze spuszczoną głową wszedł do 

lasu. Nie ujrzał go odtąd nikt. 

W  obozie  dra  Bergmana  panował  ożywiony  ruch.  Już  na 

pierwszą  wieść  o  tym,  że  ekspedycja  szczęśliwie  dotarła  na 
szczyt  Cerro  San  Miguel,  wyruszyły  z  San  Jose  znaczne 
oddziały budowlane, aby dostarczyć szyn z rzeczonego miasta 
przez północną część Gran Chaco. 

Wkrótce  potem  mógł  don  Rocca  donieść  z  Yuquirendy,  że 

południowy oddział budowlany  dotarł do Yuquirendy i  że na 
Rio  Pilcomayo  urządzono  regularną  żeglugę  parową  między 
Rio  Plata  i  Buenos  Aires.  Teraz  już  można  było  bez  zwłoki 
rozpocząć budowę linii kolejowej Matto Grosso — Plata. 

Doktor i obaj jego asystenci mieli dużo roboty. Doktor wziął 

na siebie zadanie wysyłania do oddziałów budowlanych energii 
elektrycznej, dostarczonej mu z Andów. Za pomocą tej energii 
można  było  uruchomić  pociągi  z  materiałami,  warsztatami, 
maszynami i narzędziami. 

Obaj  oficerowie  i  żołnierz  spędzali  czas  na  polowaniu  i 

rybołówstwie.  Ponieważ  pogoda  była  piękna,  przeto  łup  był 
obfity. Jaś piekł i gotował w nowo urządzonej kuchni od rana 
do  wieczora,  jak  gdyby  swą  sztuką  chciał  sobie  zasłużyć  na 
nieśmiertelność. 

Sir  Allanowi  udało  się  wynieść  cało  drogocenny  zbiór  z 

zamętu  bojowego  i  umieścić  na  szczycie  Cerro  San  Miguel. 
Teraz mógł bez przeszkody rozkoszować się widokiem swoich 
ukochanych wielonogów. 

A  Mr  Bopkins?  Temu  doświadczonemu  człowiekowi, 

zawdzięczającemu karierę samemu sobie, doskonale posłużyła 
ostatnia  bolesna  nauka.  Wszystkimi  siłami  dążył,  by 

background image

towarzysze podróży zapomnieli o jego przeszłości i na każdym 
kroku starał się być im pożyteczny. Ponieważ jednak znał się 
tylko na sztuce robienia pieniędzy i na niczym więcej, przeto 
wpadł na pomysł, aby dopomóc sir Allanowi w spełnieniu jego 
najgorętszych  życzeń.  Szukał  owadów  we  wszystkich 
możliwych  zakątkach  i  chował  do  kieszeni  wszystko,  co 
zdawało  się  mieć  więcej  niż  sześć  nóg.  Po  upływie  kilku 
tygodni  jankes  pod  kierunkiem  sir  Allana  wykształcił  się  na 
nienagannego poszukiwacza owadów. 

Wreszcie  zdarzył  się  wielki  i  długo  oczekiwany  wypadek! 

Gdy pewnego wieczora Mr Bopkins wypróżnił swoją blaszaną 
puszkę  na  owady,  znalazł  się  setny  nowy  okaz!  Radość  i 
szczęście sir Allana nie miały granic! Uściskał  gorąco swego 
dawnego  przeciwnika  i  przy  najbliższej  wieczerzy 
wypowiedział  płomienne  przemówienie  na  temat  jego 
poprawy.  W  ten  sposób  znikł  ostatni  rozdźwięk  w  gronie 
członków  ekspedycji  i  w  obozie  zapanowała  pogodna 
atmosfera. 

Dwa  lata  jeszcze  upłynęły  na  gorączkowej  pracy,  po  czym 

pierwszy pociąg pomknął z San Jose do Yuquirendy. Zabrał on 
także  naszych  bohaterów,  którzy  zatęsknili  już  do  swojej 
ojczyzny.  John,  służący  sir  Allana, dźwigał  za  swoim  panem 
dwa  ogromne  pakunki.  Znajdowały  się  w  nich  manuskrypty, 
opisujące  sto  nowo  odkrytych  gatunków  owadów,  gdyż 
niestrudzony badacz o każdym napisał osobne dzieło. 

Miejmy  nadzieję,  kochany  czytelniku,  że  Królewskie 

Towarzystwo  Naukowe  nie  zakwestionuje  mu  żadnego  z 
okazów, z takim trudem zdobytych.