background image

ROZDZIAŁ 

Charlie Whitman pracował w agencji reklamowej Wood-son & Meyers zaledwie od dwóch 

dni,  a  już  dostał  zaproszenie  na  bal  bożonarodzeniowy,  wyprawiany  rokrocznie  dla  stałych 

klientów  firmy.  Taki  bal  powinien  nastręczać  okazję  zarówno  do  załatwiania  spraw 

zawodowych,  jak  i  do  miłego  spędze¬nia  wieczoru.  Elegancki  hotel  na  Manhattanie  to 

odpowiednie miejsce, w sam  raz dla zamożnych ludzi z koneksjami, któ¬rych karykatury z 

telewizyjnych seriali wydawały się bardziej prawdziwe niż oni  sami. Podano dobre trunki i 

wykwintne  jedzenie:  po  takim  wieczorze  niezawodnie  paru  dżentelme-nów  odholują  do 

taksówek.  Niejedna  wytworna  dama  znaj¬dzie  tu  nowego  kochanka.  Nie  żeby  Charlie  był 

cynikiem, po prostu wiedział, na czym to polega. Reklama, choć ucieka się do niespodzianki, 

żywi się tym, co doskonale przewidywalne, i to też Charlie dobrze wiedział. Jedyny problem 

polegał  na  tym,  że  niespokojny  duch,  jakim  był  Charlie  Whitman,  za¬wsze  przedkładał 

niespodziankę nad to, co przewidywalne. 

I  wtedy  zobaczył  właśnie  ją.  Była  wysoka,  miała  jasne  włosy  do  ramion  i 

nieprawdopodobnie  niebieskie  oczy.  Oczy,  w  których  mógłby  utonąć.  W  falującym  tłumie 

wystrojonych  i  obwieszonych  biżuterią  kobiet,  w  swojej  prostej  czerwonej  sukience  stała 

niczym latarnia morska! Sprawiała wrażenie 

  
 

kogoś, kto trwa na straży tych wszystkich beztrosko mrowią¬cych się ludzi z kieliszkami 

w ręku. 

Nieświadoma,  że  Charlie  ją  obserwuje,  kobieta  w  czer¬wonej  sukience  z  ożywieniem 

rozmawiała  z  wyfraczonym  i  przypominającym  nieco  pingwina  kierownikiem  sali. 

Wska¬zywała  coś    na  stole,  a  sądząc  z  jej  rumieńców,  było  oczywiste,  że  nie  jest  to 

przyjacielska pogawędka. 

Nie była ani najbardziej elegancką, ani nawet najpiękniej¬szą kobietą na tej sali. A jednak 

było w niej coś, co przyciąga¬ło wzrok Charliego jak magnes. Bardzo atrakcyjna i  chyba z 

charakterem, pomyślał. A to może oznaczać kłopoty, dopo-wiedział sobie w duchu. Na ogół 

starał się unikać zdecydowa¬nych, energicznych kobiet - irytowały go. Tymczasem nie mógł 

oderwać od niej wzroku. Mimowolnie uśmiechnął się do siebie. 

W agencji pracował  od  dwóch dni,  ale w branży  był od lat, na tej sali  znał  więc prawie 

wszystkich, którzy zajmowali się reklamą. Ale jej nie. Na razie. 

Kim  jest  ta  wieża  z  kości  słoniowej?  -  zagadnął  znajo-nego,  który  akurat  się 

napatoczył. 

Ehmm? Uhm? - Joe Mancini przełknął kęs kurzego ud¬ka i nadstawił ucha, bo z rogu 

sali dochodziła głośna wrzawa i salwy śmiechu. 

Niski i krępy, z wąsami, które zakrywały mu połowę twa¬rzy, Joe był geniuszem myślenia 

obrazem,  ale  jak  wielu  pla¬styków,  nie  traktował  języka  jako  odpowiedniego  narzędzia 

ekspresji.  W  tym  tandemie,  bo  zdarzyło  im  się  razem  praco¬wać,  to  Charlie  był 

odpowiedzialny za słowo. 

Pytam o tę kobietę w czerwonym. Co to za jedna? 

Joe zatrzymał rękę z udkiem na wysokości ust i spojrzał we wskazanym przez Charliego 

kierunku. 

Ach... To Cassie Armstrong. Analityczka - powiedział, 

a potem wpakował sobie w usta następną porcję mięsa. 
  
 

Charlie westchnął z rezygnacją. Przydałoby mu się nieco więcej informacji, tym bardziej 

że w światku reklamiarzy wszyscy, prawie wszystko wiedzieli o wszystkich. Joe Manci-ni nie 

był jednak osobą, od której można by się czegokolwiek dowiedzieć. 

Ale co jeszcze? Jakieś szczegóły, Joe... Szczegóły  - nie poddawał się Charlie. - Jaka 

ona jest? Z kim sypia? Jakie ma upodobania? Czego nie lubi... No wiesz... 

Jest  specjalistką  od  bilansów.  Ma,  zdaje  się,  jakiegoś  chłopaka.  Miła...  -  wykrztusił 

Joe. 

Wiadomość  o  tym,  że  ma  chłopaka,  nie  zrobiła  na  Charliem  wrażenia.  Natomiast  cała 

reszta wprawiła go w szczere zdumie¬nie. Specjalizuje się w rachunku zysków i strat i jest 

miła?  Jak  to  możliwe?  Dla  niego,  jak  dla  każdego  artysty,  księgowi  to  były  przyziemne 

background image

stwory, wymyślone jedynie po to, by przeliczać fajerwerki wyobraźni na pieniądze i utrudniać 

pracę twórczym jednostkom takim jak on. Musiał jednak przyznać, że dziewczy¬na wygląda 

na sympatyczną osobę. Ta ostatnia konstatacja spro¬wokowała go do ostatniego już pytania. 

A dla kogo pracuje? 

Dla nas. Opracowuje właśnie projekt dla Majik Toys. 

Charlie znowu się uśmiechnął. Czuł, że polubi swoją nową 

pracę. 

Nikt  nie  posądziłby  Charliego  o  altruizm,  natomiast  całkiem  inaczej  było  z  jego 

impulsywnością. Z tego akurat słynął. Zastanawiając się, jak rzecz rozegrać, ruszył przez salę. 

A ty dokąd? - krzyknął za nim Joe. 

Idę z pomocą tej młodej damie - odkrzyknął przez ramię Charlie. 

Ehmm... Hmm - skomentował Joe we właściwy sobie sposób. 

  
 

Charlie zbliżył się na tyle, żeby słyszeć rozmowę. 

Już pani mówiłem, że nie ja robiłem tę rzeźbę z lodu 

- powiedział gniewnym tonem kierownik sali. - Mam tu¬ 

taj inny zakres obowiązków! Może pani zgłaszać pretensje 

do jakości jedzenia, napojów, ale rzeźby z lodu to nie moja 
sprawa! 

Potem usłyszał podniesiony głos Cassie Armstrong. 

Ale tymczasem rozpuściła się i cały stół jest zalany! 

Charlie  spojrzał  w  kierunku  najbliższego  stołu.  Rzeczywi¬ście,  resztki  tego,  co  było 

lodowym łabędziem, a teraz przypo¬minało osowiałą kaczkę, stały na półmisku, pod którym 

wid¬niała wielka mokra plama. 

Niech pan to stąd zabierze, zanim moja sałatka z cykorii całkiem spłynie ze stołu! 

Pani sałatka nic a nic mnie nie obchodzi. 

Kiedy  wymiana  zdań  zaczęła  się  przekształcać  w  zwyczaj¬ną  pyskówkę  w  stylu 

nowojorskim, Charlie postanowił wkro¬czyć do akcji. 

Może mógłbym wtrącić tu swoje trzy grosze i podpo¬ 

wiedzieć rozwiązanie? 

Spoczęły na nim dwie pary oczu pałających żądzą mordu. 

A pan kim jest, u diabła? - skrzywił się wyfraczony je¬ 

gomość. 

To  dobre  pytanie,  pomyślała  Cassandra  Armstrong.  Może  znalazł  się  wreszcie  w  tym 

całym  hotelu  ktoś  przytomny.  Zna¬ła  większość  zgromadzonych  na  sali  osób,  ale  tego 

wyso¬kiego, krótko ostrzyżonego mężczyznę ze śmiejącymi się, szarymi oczami widziała po 

raz  pierwszy.  Na  pewno  zapamię¬tałaby  to  szare  spojrzenie.  Miało  jakiś  szczególny, 

łobuzerski błysk. 

Jest pan naszym gościem? - spytała, modląc się w du¬ 

chu, żeby ten świadek awantury nie okazał się którymś z waż¬ 
nych kontrahentów firmy. 
  
 

Wypluj to słowo, kobieto! 

Powiedział  to  z  takim  przerażeniem,  że  gdyby  nie  była  zdenerwowana,  wybuchnęłaby 

śmiechem. 

Powiedzmy, że jestem tutaj stroną całkowicie neutralną. 

Jak nie przymierzając jakaś Szwajcaria... 

Cassie i kierownik sali spojrzeli po sobie. Charlie zoriento¬wał się po ich minach, że jego 

pojawienie zbiło ich z tropu. Postanowił zatem pójść za ciosem. 

Widzisz, Tom... - zaczął, odczytując z plakietki w kla¬ 

pie smokingu imię- myślę, że nie ma się co unosić. Wiem, że 

związek zawodowy dekoratorów nie będzie zachwycony, jeśli 

się w to wtrącisz, ale cóż się w końcu stanie, jeśli usuniesz ze 

stołu to okropieństwo w stanie półpłynnym? 

Kierownik  spojrzał  na  niego  niezdecydowany.  Niewiele  w  gruncie  rzeczy  ryzykował  i 

widać było, że rozważa pro¬pozycję. 

background image

Pięćdziesiąt dolców - mruknął. 

Niech  będzie  -  zgodził  się  Charlie.  -  Powiedzmy,  że  przykry  szelest  banknotów 

przepłoszył łabędzia. 

Kiedy  umierający  łabędź  wędrował  do  kuchni,  Cassie  zda¬ła  sobie  sprawę,  że  oto  temu 

mężczyźnie  udało  się  załatwić  w  pół  minuty  to,  z  czym  ona  nie  potrafiła  się  uporać  od 

dobre¬go kwadransa. Musiała mieć bardzo zdziwioną minę, bo jej wybawca patrzył na nią z 

wyraźnym rozbawieniem. 

Jest mi pani winna pięćdziesiąt dolarów. O dozgonnej wdzięczności już nie wspomnę 

- rzekł z czarującym uśmie¬chem. - Ale jeśli pani zgodzi się ze mną zatańczyć, puszczę dług 

w niepamięć. 

Dać w łapę! To takie proste.  - Cassie kręciła głową. Wyglądała na niezadowoloną z 

siebie. - Dlaczego na to nie wpadłam? 

Bo jest pani za uczciwa - zaśmiał się. - Ma pani zasady. Tu jest pies pogrzebany. 

  
 

Czy my się znamy? - Cassie popatrzyła spod oka. 

Nie. Jeszcze nie... Ale co z tym tańcem? 

Dopiero teraz przyjrzała mu się naprawdę. Musiała przy¬znać, że robi wrażenie. Wysoki 

brunet z krótko przyciętymi włosami i smukłą sylwetką miał w sobie coś z chłopca, jednak 

trudno byłoby go nazwać ładnym chłopcem. Był przystojnym mężczyzną i tyle. I ten błysk w 

oczach...  Skrzyły  się  w  nich  wesołość  i  inteligencja.  Cassie  nie  miała  nic  przeciwko  tym 

dwóm cechom, nawet jeśli występowały u mężczyzn, ale czy powinna przystać na propozycję 
nieznajomego? 

Taniec? O, nie, dziękuję - powiedziała. - Nie mogę. 

Mam tu pewne obowiązki... 

Musiał  tego  nie  dosłyszeć  w  panującym  wokół  gwarze,  bo  wyjął  z  jej  rąk  torebkę  i 

postawił  na  stole,  a  potem  ujął  za  rękę  i  pociągnął  ku  sobie.  Orkiestra  grała  właśnie  „You 
Made Me Love You" i Cassie nagle zdała sobie sprawę, że kołysze się z nim w takt muzyki. 

Naprawdę nie mogę - spróbowała jeszcze raz. 

Niech pani na chwilę zapomni o obowiązkach. - Przy¬ciągnął ją mocniej. 

Skłamałaby, gdyby uznała, że taniec nie sprawia jej przy¬jemności. 

Teraz pani nie pracuje... Proszę się odprężyć. Już mówi¬ 

łem: nie jestem kontrahentem firmy, której interesy pani tu tak 
dzielnie reprezentuje - uśmiechnął się ponownie. 

Wysunęła się z jego objęć: dystans między nimi stawał się niebezpiecznie bliski. 

Czy to znaczy, że pracujemy w jednej firmie? 

Proszę się rozluźnić. To polecenie służbowe - odpowie¬dział Charlie, przyciągając ją 

do siebie. - Niech pani potraktu¬je taniec jako rodzaj terapii. 

Cassie znowu odsunęła się i spojrzała na klapę jego ma¬rynarki. 
  
W LABIRYNCIE UCZUĆ»   11 

Nie ma pan plakietki z nazwiskiem. A my wszyscy mamy. 

Nie lubię być zaetykietkowany. 

Aha - Pokiwała głową. Jego odpowiedź troche ją ziry¬towała. Można by pomyśleć, że 

ona niby lubi. 

Charlie roześmiał się i okręcił ją w tańcu. 

A  poza  tym,  widzę,  że  pani  jest  ogromnie  poważna.  Proszę,  niech  pani  za  mną 

powtórzy: „Pracujemy w reklamie, a to nie jest poważne zajęcie". 

Reklama to nie jest poważne... - zaczęła posłusznie. - Jak to nie jest? - Zmarszczyła 

brwi. 

Pewnie,  że  nie  -  przytaknął.  -  To  sztuka.  Sztuka  wma¬wiania  ludziom  rozmaitych 

rzeczy, ale na pewno nie jest to chirurgia mózgu. 

Po  raz  pierwszy  tego  wieczoru  Cassie  parsknęła  śmiechem.  Charlie  z  zadowoleniem 

zajrzał jej w oczy. Mógł sobie pogra¬tulować. 

Wiedziałem, że wreszcie się pani uśmiechnie. 

Jej niebieskie oczy miały odcień chabrowy, co Charliemu nasunęło skojarzenie z ogrodami 

w stylu angielskim i cele¬browaniem popołudniowej herbaty. 

Jak pani tu trafiła? 

background image

Dobre  pytanie,  pomyślała  Cassie.  Tak  jak  trafiała  dotąd  wszę¬dzie  w  swoim  życiu. 

Przypadek?  Dla  niej  samej  nie  było  to  jasne.  Fakt,  że  ona,  absolwentka  anglistyki  znanego 

uniwersytetu,  ko¬bieta  dobiegająca  trzydziestki,  pracowała  w  agencji  reklamowej,  ciągle  ją 

dziwił, choć mijał już przecież szósty rok. 

Udało im się mnie przekonać, żebym wzięła tę pracę. 

Przekonywanie to ich zawód. 

Wiem. - Lekko wydęła usta. - Teraz już wiem - dodała 

i to przypomniało jej, że obowiązki czekają. 

Muszę już iść, zobaczyć, co się tam dzieje. 

Spróbowała wysunąć się z jego ramion, ale nie pozwolił jej 
na  to. 
  
 
  
 
  
 
  
- Jeszcze chwilę, proszę. 

Szare oczy patrzyły z taką ufną pewnością, że Cassie nie potrafiła zdobyć się na sprzeciw. 

Hmm...-Spojrzała niepewnie. 

Lekko wzmocnił uścisk. 

Proszę tylko spojrzeć. Wszyscy są tak zajęci, że można 

im podać lody z musztardą i nawet tego nie zauważą. 

Rozejrzała  się  po  sali.  Musiała  przyznać  mu  rację.  Obok  nich  reklamiarz  sieci  barów 

szybkiej obsługi pracowicie ob-tańcowywał spikerkę lokalnej stacji telewizyjnej. Zauważyła, 

że jego ręka spoczywa na pośladku zadyszanej kobiety. 

Dziwię się, że agencja nie żąda jeszcze od pracowników, żeby prywatnie załatwiali jej 

interesy. 

Otóż właśnie. - Charlie skrzywił się z uśmiechem. 

 

To akurat mąż i żona - powiedziała Cassie. - Szkoda tylko, że czyjś mąż i czyjaś żona 

- dodała z przekąsem. 

Rozumiem, że to się pani nie podoba? 

Nie, dlaczego? Nie ma w tym nic złego, jeśli ktoś jest 

żonatym mężczyzną albo zamężną kobietą - uśmiechnęła się 
Cassie. 
- Nie widzę w tym nic pociągającego - odpowiedział i znowu przycisnął ją lekko do siebie. 

- Ale co robi tu taka piękna dziewczyna jak pani? 

Tajemnica zawodowa. 

Nie... Pytam poważnie. - Charlie znowu zajrzał jej w oczy. 

Odpowiedź jest prosta. Jestem, podobnie jak ci wszyscy 

tutaj - wskazała głową w stronę grupki' gości - kimś z branży 
i z miasta. 

Akurat! - pokręcił głową. - Z tymi oczami i tak wytwor¬ 

nym typem urody? Pani oczy mówią, że pani jest inna. 

Czyżby? - Cassie zmusiła się, by nie uciec spojrzeniem. 

Charlie zachichotał. Naprawdę urocza, pomyślał. Joe miał 
  
 

rację. Musnął podbródkiem jej włosy i poczuł ich zapach Pachniały trochę jak letnie siano. 

Wydała mu się uosobieniem niewinności. Ale zabawy i przyjemności, na jakie chętnie by ją 

namówił, wcale nie byłyby niewinne. Znowu przyciągnął  ją nieco do siebie i zsunął dłonie w 

dół talii, tak że ich biodra i uda na moment się zetknęły. 

Cassie nerwowo przełknęła ślinę. Przemknęło jej przez głowę, że jeśli dłużej będą tańczyli 

w  ten  sposób,  to  sama  popłynie  niczym  nieszczęsny  Jodowy  łabędź.  Nie  lubiła  tracić 

panowania nad sobą, a już zwłaszcza nie będąc pewna, w co się tak naprawdę pakuje. Była 

background image

rozważna i ostrożna. Na pewno nie należała do kobiet, którym dopiero co poznany mężczyzna 

potrafi zawrócić w głowie. 

Odsunęła się i spojrzała mu w twarz. 

Ciągle jeszcze mi się pan nie przedstawił. Ładna, ale zasadnicza, pomyślał Charlie. 

Czy zawsze musi pani mieć wszystko tak uporządkowane? 

Zawsze - padła odpowiedź. 

Charlie poczuł, że powinien zmienić taktykę. 

Tak myślałem. To mi bardzo pasuje do Cassie Armstrong, 

opracowującej projekt Majik Toys, miłej i atrakcyjnej kobiety, 

która, niestety, jak niesie wieść, ma jakiegoś chłopaka. 

Nie omylił się. Była wyraźnie zaskoczona. 

Skąd pan to wie? Ja pana nie znam,.. 

Charlie zlitował się nad nią i postanowił skończyć tę zaba¬wę w kotka i myszkę. 

Powiedział mi to jeden mały ptaszek. Taki cichutki i nie 

wadzący nikomu. - Skinął głową w stronę Joe. 

Podążyła za jego spojrzeniem. 

Ach, już rozumiem. Mam przed sobą Charlie Whitmana! 

Jest pan naszym nowym pracownikiem  Powinnam była od razu się domyślić. 
- We własnej osobie. - Charlie błysnął zębami w uśmiechu. 
  
 

Mam nadzieję, że nie będzie pan przysparzał mi kłopo¬ 

tów? - wyrwało jej się. 

Nie była to mądra uwaga, zważywszy, że właśnie przed chwilą to on wybawił ją z kłopotu. 

Doprawdy nie mam pojęcia, o czym pani mówi - uśmie¬chnął się szelmowsko. 

Już  ja  wiem.  -  Cassie  brnęła  dalej.  -  Słyszałam  o  panu  co  nieco.  Ma  pan  opinię 

ogromnie  utalentowanego  autora,  ale  zanadto  lubiącego  chadzać  własnymi  drogami.  Dla 
kogoś ta¬kiego jak ja ktoś taki jak pan to może być zmora. 

Wyrzuciła z siebie to ostatnie zdanie i poczuła, że może się nieco zagalopowała. 

Wybaczy mi pan moją szczerość? 

Teraz  pani  rozumie,  dlaczego  nie  znoszę  etykietek?  -odpowiedział  pytaniem  na 

pytanie. 

Co  więcej  -  ciągnęła  -  cieszy  się  pan  również  sławą  kogoś  wybitnie  nie 

ustabilizowanego,  kto  nigdzie  nie  może  zagrzać  miejsca.  Pracował  pan  już  w  pięciu 

agencjach. Nazy¬wają pana „Charlie Na Chwilę Whitman". 

Mogłaby  powiedzieć  jeszcze  coś.  Mogłaby  powiedzieć,  że  uchodzi  za  niepoprawnego 

uwodziciela i że, mając trzydzieści sześć lat, ciągle jest kawalerem. Nie chciała jednak robić 
zbyt osobistych wycieczek. 

Zgadza się, panie Whitman? 

Nic a nic. Jestem wybitnie nie ustabilizowany? Niech pani sama się przekona: proszę 

wyjść za mnie i mieć ze mną dzieci. 

Była to tak nieoczekiwana odpowiedź, że Cassie nie mogła powstrzymać się od śmiechu. 

Nie wierzy mi pani? - Zrobił minę rozczarowanego. 

No cóż. Może i jestem miła, ale nie urodziłam się wczo¬raj. Swoje wiem. 

Jasne - zgodził się pojednawczo. - Ale co by pani po- 

  
 

wiedziała na jakiś banalny romans, po którym  przez parę tygodni  unikalibyśmy siebie w 

pracy? 

Zdaje mi się, że przemawia przez pana duże doświad¬czenie? 

To tylko pozory - pokręcił głową. - No więc jak? 

Ciekawa  propozycja,  ale  jak  sam  pan  zauważył,  nie  je¬stem  z  gatunku  tych 

romansujących. 

Trudno  z  panią  dojść  do  ładu  -  westchnął  Charlie.  -  Ale  dobrze,  zatem  już  ostatnia 

niegodziwa propozycja: a gdyby¬śmy wypili drinka przed snem? 

Cassie roześmiała się. Spodziewała się istotnie czegoś gor¬szego, ale w twarzy Charliego 

było coś takiego, że szybko przestała się śmiać. 

Mamy stąd wyjść? - zapytała, nie będąc pewna, czy 

background image

dobrze go zrozumiała. 

Teraz on się roześmiał. 

Tak, mniej więcej to miałem na myśli. A więc? 

Była zbyt zaskoczona, by odpowiedzieć. Nigdy by nie powie¬działa, że jest w jego typie. 

Co więcej, on również nie był jej typem mężczyzny. Ale czuła się dziwnie podekscytowana. 

Nie  proponuję  pani  małżeństwa,  tylko  drinka  -  uśmiech¬nął  się.  -  Czekam  na 

odpowiedź. 

Ale już jestem z kimś umówiona. 

Ach, tak! - skinął głową. - Więc pani chłopak zamierza się zmaterializować? 

Mogła powiedzieć, że Jeff Paulson nie jest wcale jej chło¬pakiem, ale nie powiedziała. 

Ale nie jest pani mężatką, prawda? 

Nie, nie jestem. 

Zaręczona? 

Nie. 

Ale już z kimś związana? 

Cassie przygryzła wargi. 
  
 

Nie o to chodzi. Nie mam zwyczaju umawiać się z dwie¬ 

ma osobami w tym samym czasie. 

Charlie uniósł brwi. 

To  mi  się  podoba:  mieszka  pani  w  Sodomie  i  Gomorze  nad  rzeką  Hudson.  Pracuje 

pani w firmie, gdzie chodzenie ze sobą do łóżka to coś w rodzaju sportu. Ale nie umawia się 
pani z dwoma facetami w jednym czasie. Tak? 

Mniej  więcej  -  mruknęła.  -  Poza  tym  nie  umawiam  się  na  ogól  z  mężczyznami,  z 

którymi pracuję. 

Jasne  -  potwierdził  skinieniem  głowy.  -  Rzeczywiście,  jest  pani  kobietą  z  zasadami. 

To się może źle skończyć. 

Niewykluczone, że to się źle skończy - dla niej, zdała sobie raptem sprawę. Poza nimi na 

parkiecie nie było już nikogo. Nawet nie zauważyła, że muzycy zeszli z podium, a oni tańczą 

dalej. Tymczasem kelnerzy już zaczęli roznosić kolację. 

O Boże! - odepchnęła go. - Moje przekąski! Muszę iść! 

Tym razem nie przytrzymał jej. Patrzył z rozbawieniem, 
jak biegnie w kierunku kuchni. 

Panno Armstrong! - zawołał. - To nie oddział chirurgii 

mózgu! 

Ale już zniknęła za drzwiami. 

Mimo  jej  obaw  przyjęcie  przebiegało  jak  należy.  Sam  szef  agencji  jej  gratulował.  Był 

wprawdzie wstawiony, ale i tak mogła być z siebie zadowolona. 

Jeszcze  dwukrotnie  widziała  Charlie  Whitmana  tego  wie¬czoru.  Pierwszy  raz  to  ona 

wpadła na niego. 

O, to znowu pan! - powiedziała, gdy szedł, niosąc z baru dwie szklaneczki. - Właśnie 

się rozglądałam za panem. 

Doprawdy - poczuła na sobie uważne spojrzenie sza¬rych oczu - a myślałem, że wcale 

panią nie obchodzę. 

Wyciągnęła z kieszeni żakietu plakietkę. 
  
 

Proszę  to  przypiąć.  I  niech  pan  nie  ośmieli  się  tego  zdej¬mować  przed  końcem 

przyjęcia. 

Tak  jest,  kochanie.  -  Posłusznie  wypiął  pierś  i  objął  ją  w  talii,  gdy  przyczepiała  mu 

plakietkę. Zaśmiał się cicho, gdy Cassie strąciła jego ręce. 

Spokojnie! Zważywszy, że nie ma tu trzeźwej osoby, mogłaby pani nawet się rozebrać 

i nikt by nie był tym poru¬szony. Zakład? - Posłał jej łobuzerskie spojrzenie. 

Niech mnie pan nie denerwuje. Już jestem wystarczająco zdenerwowana. 

Będę grzeczny. 

Ma pan miejsce przy panu Bertollim, prezesie Majik Toys. Nie wiem, co strzeliło mi 

do głowy, żeby pana tam posadzić. Jeszcze pana wtedy nie znałam. 

background image

Charlie uśmiechnął się od ucha do ucha. 

Słowo harcerza: będę uosobieniem wdzięku i dobrych 

manier. 

Cassie  nie  wyglądała  wcale  na  przekonaną.  Kiedy  już  sama  usiadła,  raz  po  raz  rzucała 

nerwowe  spojrzenia  w  kierunku  Whit-mana.  Z  roztargnieniem  słuchała  tego,  co  mówili  do 

niej  jej  sąsiedzi.  Cordon  bleu  stygł  na  jej  talerzu,  żałośnie  opuszczony.  Ze  zdziwieniem 

musiała stwierdzić, że martwi się niepotrzebnie. Z chwili na chwilę prezes zdawał się coraz 

bardziej zadowolony ze swego sąsiada przy stole. Raz po raz wybuchał śmiechem i z uwagą 

słuchał perorującego Charliego. Nie pamiętam, żeby śmiał się tak przy mnie, poczuła ukłucie 

zadrości.  Ona  sama,  dziewczyna  z  małego  miasta,  na  co  dzień  była  zbyt  spięta,  aby 

zachowywać się swobodnie i żartować. Charlie Whitman zdawał się typem mężczyzny, który 
nigdy nie traci dobrego humoru. A może tajemnica jego sukcesów leżała w tym, że nigdy się 

niczym nie przejmował? Zobaczymy, czas pokaże, pomyślała, zabierając się do zimnego już 
kurczaka. 

  
 

Po  raz  drugi  to  Charlie  wpadł  na  nią.  Przyjęcie  miało  się  ku  końcowi.  Na  sali  pozostali 

nieliczni goście i obsługa zaczyna¬ła już znosić talerze. 

Gratuluję - wyciągnął rękę z uśmiechem. - Nadzwyczaj 

udane przyjęcie. Przeszła pani chrzest bojowy jako organiza¬ 

torka i może pani być z siebie dumna. Jak się pani czuje? 
Zadowolona? 

Uśmiechnęła się znużona. 

Jestem półżywa, więc nie miałam czasu się nad tym zasta¬ 

nawiać. Jeśli w przyszłym roku zwalą na mnie organizację balu 

bożonarodzeniowego, niech pan wyświadczy mi tę uprzejmość 

i zastrzeli mnie albo udusi, żebym nie musiała się męczyć. 

Czuła takie znużenie, że nie protestowała, kiedy pomagał jej włożyć płaszcz. 

Jakie wrażenie zrobił na panu prezes Majik Toys?- spy¬tała, zapinając guziki. 

Stary Vince? 

Cassie  uniosła  brwi  ze  zdziwieniem.  Szef  Majik  Toys  nie  zwykł  się  fraternizować  przy 

kieliszku. 

Wygląda na starego mafioso. - Charlie uśmiechnął się krzywo. 

To  twardy  facet  -  przyznała.  -  Zabawne,  w  pewien  spo¬sób  jesteście  do  siebie 

podobni. On też w ciągu ostatnich pięciu lat pracował w kilku firmach, zanim wylądował na 
fotelu prezesa. Obawiam się, że jeszcze da nam się we znaki... A przy okazji - zwróciła się do 
Charliego - dostał pan moją notatkę na temat kroju czcionki haseł, nad którymi pra¬cujecie? 

Tak.  -  Spojrzał  nieco  zawiedziony  jej  uporem,  z  jakim  trzymała  się  tematów 

zawodowych. - Dostałem również dane demograficzne i plan na przyszły rok. 

Prawdę mówiąc, nawet do nich nie zajrzał: nie lubił zawra¬cać sobie głowy wytycznymi i 

całą tą firmową makulaturą. 

  
 

Nie  zdążyłem  jeszcze  się  z  nim  zapoznać.  Jestem  tu  dopiero  od  dwóch  dni  - 

powiedział  z  poważną  miną.  -  Ale  pani  już  zdążyła  zawiadomić  mnie  o  swoim  istnieniu  - 

uśmie¬chnął się. - Jest pani piekielnie pracowitą osobą, panno Arm¬strong. 

Pracujemy jak wściekli i bawimy się jak wściekli - od¬wzajemniła uśmiech. To było 

jedno z haseł jego autorstwa. 

Wyciągnął rękę, chcąc żartobliwie trącić ją palcem po no¬sie, ale w porę odchyliła głowę. 

Czy nie może pani przez chwilę nie mówić o pracy? 

Zaczęła się bronić, ale w końcu wzruszyła ramionami. 

Może i ma pan rację - przyznała z westchnieniem. - Je¬ 

stem dziś zbyt zmęczona. Powinnam dać spokój. 

Rzeczywiście wyglądała na zmęczoną. Więcej: na wyczerpa¬ną. Niebieskie oczy patrzyły 

z pobladłej twarzy. Z jakiegoś nie znanego sobie powodu Charlie poczuł sympatię zmieszaną 
ze  współczuciem.  Sam  był  tym  zaskoczony.  Kiedy  wyszli  z  holu  hotelowego  w  zimną, 

grudniową noc, usłyszał swój głos: 

Może panią odwieźć do domu? Z uporem pokręciła głową. 

background image

To miło z pana strony, ale dziękuję. 

Nie chcę nigdzie pani porywać, panno Armstrong. Od¬ 

wiozę panią prosto do domu. 

No cóż... Jeśli tak... Spojrzała spod oka na Charliego. 

Gdzie zaparkował pan samochód? 

Zabawne. Właśnie zamierzałem panią zapytać o to 

samo. 

Spojrzała na niego ze zdumieniem. 

Weźmiemy taksówkę. Oczywiście na spółkę. Ja usiądę 

z przodu - powiedział takim tortem, jakby to było zupełnie 
oczywiste. 

Była zbyt zmęczona, żeby protestować. 
  
 

Mieszkam w Upper East. 

Jasne, gdzieżby indziej - pokiwał głową. - Ja sam mie¬szkam po drodze, w SoHo. Co 

za przypadek. 

Jasne. Przypadek. To bardzo ciekawa dzielnica. Pomie¬szanie z poplątaniem. 

To lubię. 

Vive lapetite difference - dodała z uśmiechem. 

Machnął na przejeżdżającą taksówkę, a kiedy zatrzymała 

się przy nich, otworzył drzwi szerokim gestem. 

Powóz czeka, mi lady. 

  
ROZDZIAŁ 

Dwa  tygodnie  później  siedziała  ze  słuchawką  przy  uchu  i  rozmawiała  z  Vince'em 

Bertollim. Przez uprzejmość nie przerywała wypowiadanej władczym tonem litanii poleceń. 

Vince  z  pewnością  nie  należał  do  ludzi  dobrze  wychowanych.  Przypomniała  sobie,  co 

powiedział o nim Charlie Whitman. Mógłby być mafijnym bossem, to prawda. 

Skrzywiła się, spoglądając na zegarek. Czekało jeszcze na nią sprawozdanie z konferencji, 

musiała  też  wydrukować  na¬pisane  wcześniej  projekty.  Nie  chciała  jednak  zniechęcać  tak 

ważnego  klienta,  jakim  dla  firmy  Woodson  &  Meyers  był  prezes  Majik  Toys.  W  końcu 

płacono jej także za uprzejmość. Za uprzejmość oraz za udane kampanie reklamowe. Jedno 

łą¬czyło  się  z  drugim.  Akurat  w  przypadku  Vince'a  jedno  z  dru¬gim  było  niełatwe  do 
pogodzenia. Może i był dobrym mene¬dżerem, ale na reklamie się nie znał. 

- Proszę się nie martwić. Przyślemy panu projekty haseł do piątku. 

Z ulgą odłożyła słuchawkę. Odsunęła klawiaturę kompute¬ra, wstała od biurka i ruszyła do 

pokoju  Charlie  Whitmana.  Od  tamtego  wieczoru  go  nie  widziała.  Była  zbyt  zajęta.  On 

pew¬nie zresztą też, pomyślała. 

W pokoju Charliego był bałagan, ale nie to ją nieprzyjmnie 
  
 

zaskoczyło.  Jej  natura  zbuntowała  się,  kiedy  zobaczyła  pracowi¬cie  przygotowane  przez 

nią  dokumenty  rozrzucone  bezładnie  na  stercie  innych  papierów  zaścielających  biurko 

Charliego. Dwie kartki leżały nawet pod biurkiem. Najbardziej jednak zdumiało ją, że zamiast 

przy pracy, zobaczyła go w wesołym tłumku kole¬gów. Siedzieli i plotkowali, nie miała co 

do tego cienia wątpliwo¬ści. Niektórzy rzucali kulami zmiętego papieru do miniaturowe¬go 

kosza, zawieszonego na ścianie pokoju. Ten kosz-zabawka to była nowość. Wcześniej go tu 

nie zauważyła. 

A słyszeliście o tamtej z pokoju przy windzie? - dobiegł 

ją wesoły głos Charliego. 

No nie, pomyślała. Facet jest tu od dwóch tygodni. Co się stanie z tą firmą za miesiąc? 

Charlie  okręcił  się  w  fotelu  i  ich  spojrzenia  spotkały  się.  Twarz  rozjaśnił  mu  szeroki 

uśmiech. Ruszyła w jego kierun¬ku, trzymając w dłoniach duży notatnik niczym tarczę. 

Ho, ho. Inspekcja zjawia się w samo południe. Czuję, że 

będzie gorąco - zażartował. 

Spojrzała na niego surowo. 

background image

Witam, panie Whitman. Widzę, że demoralizuje mi pan 

zespół. 

Charlie zrobił minę urażonego niewiniątka. 

Ja? Właśnie opowiadałem tym młodym ludziom, jak 

poważnym i odpowiedzialnym zajęciem jest reklama. Ale oni 

nie chcą mnie słuchać - westchnął. 

Cassie odczekała, aż zebrani opuszczą pokój. 

Ciekawa byłam, co u pana słychać. Widzę, że w nowym 

dla siebie miejscu nie cierpi pan na samotność. 

Charlie założył ręce na kark i uśmiechnął się szelmowsko. 

Proszę się o mnie nie martwić. Już pani mówiłem. Ale to 

miło, że nie zapomniała pani o mnie. Proszę, niech pani spocznie 
- wskazał ręką krzesło. - Wygląda pani na przepracowaną. 
- Może i wyglądam, ale nie przyszłam tu odpoczywać, 
  
 

tylko ustalić krój czcionki haseł dla Majik Toys. Jak pan wie, slogany reklamowe mają być 

gotowe na piątek. 

Na piątek! To znaczy, że zostało nam już bardzo mało czasu. - Załamał ręce z udaną 

rozpaczą. 

Właśnie. - Spojrzała z naganą w stronę kosza-zabawki. - Czas ucieka, a pan się bawi. 

Od razu sobie pomyślałem, że ta zabawa się pani spodo¬ba!  - wykrzyknął. - Proszę, 

niech pani spróbuje. - Rzucił jej papierową kulę. 

Z  podziwem  gwizdnął  przez  zęby,  gdy  złapała  kulę,  która  już  miała  wylądować  jej  na 

piersiach. 

Niezły chwyt. I piękne dłonie. Zapraszam do mojej dru¬żyny. 

Dzięki za zaproszenie, ale niech pan nie zmienia tematu. 

To znaczy? 

Hasła na piątek. Ma je pan już?   i 

Muszę jeszcze postawić kropkę nad i. - Rzucił celnie do kosza. - Nie lubię pokazywać 

półproduktów. 

Oczy Cassie zwęziły się. 

Nawet nie zaczął pan nad nimi pracować! Charlie, niech 

pan posłucha... - Przechyliła się przez krawędź biurka. 

Spojrzał na nią z lekkim zniecierpliwieniem. 

Panno  Armstrong,  proszę  przestać  się  martwić,  dobrze?  Hasła,  jak  sama  pani 

powiedziała, mają być gotowe na piątek. Mamy dopiero poniedziałek, prawda? To znaczy... 

To nic nie znaczy  -  przerwała mu.  -  W piątek musimy przedstawić je klientowi.  Ale 

żebym mogła z nim rozmawiać, muszę się przygotować... 

 

Przygotować się, żeby móc rozmawiać? Spojrzała ze zdziwieniem. 

Oczywiście. A pan się nie przygotowuje do spotkań? Charliemu nigdy coś podobnego 

nie przyszło do głowy. 

Przygotowywać się do rozmowy? 
  
 

Uważam, że nie należy przesadzać. Traktuję to bardziej 

naturalnie niż pani. 

Spojrzała na niego jak na wariata. 

Może to się panu wydać dziwne, panie Whitman, ale my 

tu serio traktujemy naszą pracę. Ja na przykład nie pracuję na 
niby! 

Charlie popatrzył na nią w milczeniu. Robiła surową minę, ale nie wyglądała zbyt groźnie: 

raczej na zmartwioną niż zagniewaną. 

No dobrze, zgoda - westchnął. - Przekonała mnie pani. Przestańmy się męczyć. Zaraz 

pani napiszę te slogany. 

Zaraz? Jak to zaraz? - Cassie nie posiadała się ze zdu¬mienia. 

Po prostu. Teraz. 

background image

Ach, tak! Po prostu teraz... 

Charlie zaśmiał się. Z tą swoją miną wyglądała doprawdy zabawnie. 

Teraz. Robię to tylko dlatego, że jest pani  taka  ślicz¬na, a ja nie chcę,  żeby dostała 

pani zmarszczek ze zmartwie¬nia... 

To bardzo miło z pana strony. Już myślałam, że sobie z tym nie poradzę.  - Skrzywiła 

się z przekąsem. 

Niech pani da mi... - spojrzał na zegarek, po czym gwizdnął z niedowierzaniem - no, 

no...  Czy  wie  pani,  która  to  już  godzina?  Widzę,  że  będę  musiał  zostać  po  godzinach,  a  to 

kłóci się z moimi zasadami. Jeżeli to zrobię, to tylko dlatego, że pani uroda rzuciła mnie na 
kolana. - Posłał jej powłóczyste spojrzenie. 

Cassie odpowiedziała spojrzeniem ironicznym. 

Czyżbym się przesłyszała? Czy powiedział pan, że coś 

kłóci się z pana zasadami? Nie sądziłam, że ma pan jakieś 
zasady. 

Teraz Charlie popatrzył na nią spod zmrużonych powiek. 
  
 

Lepiej niech mnie pani nie prowokuje, panno Arm- 

strong. To może się źle skończyć. 

W  jego  oczach  było  coś,  co  sprawiło,  że  postanowiła  obró-  cić  wszystko  w  żart  i 

zakończyć rozmowę. 

Och, przepraszam! Już nie będę. Obiecuję. 

Za  późno  -  powiedział  teatralnym  tonem  i  przechylając  się  szybko  przez  biurko, 

wyrwał jej z rąk notatnik. 

 

Co pan wyprawia? Proszę mi to oddać! Charlie uniósł rękę z notesem w górę. 

Proszę zatem tu przyjść i sobie wziąć. 

 

To  wcale  nie  jest  zabawne  -  zaprotestowała.  Nie  znała  się  na  żartach,  gdy  w  grę 

wchodziły sprawy służbowe. 

Niech się pan nie zachowuje jak sztubak. 

Niestety,  apele  do  mojej  powagi  nie  skutkują.  Zbyt  wie¬le  się  ich  w  życiu 

nasłuchałem. Proszę znaleźć lepszy ar¬gument. 

Chyba nie sądzi pan, że będę pana goniła po korytarzu? 

A niby dlaczego? 

Tym razem to Charlie dostrzegł w oczach Cassie błysk gniewu. 

Jeżeli mi pan zaraz tego nie odda... 

To co? Zadzwoni pani do mojej matki? 

Mimo woli uśmiechnęła się. Nie jest tak źle, pomyślał. 

Widzi pani, takie dorosłe osoby jak pani zawsze mnie fascynowały. Ciekawe, co też 

wypisują  w  swoich  notatkach.  -  Przewrócił  kartki.  -  O,  tu  mamy  coś  interesującego.  - 

Kiw¬nął głową, a potem zaczął udawać, że czyta: - Pamiętać, żeby się rano ubrać. Co to by 

było,  gdyby  zgubiła  pani  swoje  notatki  i  wyszła  nago  na  ulicę?  Pojawiłaby  się  pani  z  gołą 

pupą na Broadwayu? 

Tam nie ma niczego takiego. - Cassie nie mogła po¬wstrzymać się od śmiechu. 

To go jedynie ośmieliło. 
  
 

A tutaj coś jeszcze ciekawszego. Pamiętać o rannym 

prysznicu. Społeczeństwo docenia pani poświęcenie, panno 
Armstrong. 

Ciągle  roześmiana,  Cassie  skoczyła  naprzód,  próbując  wy¬rwać  mu  notes,  ale  chybiła. 

Zaklęła pod nosem. 

Ach, jakich strasznych słów używa stateczna pracowni¬ 

ca poważnej firmy! I to w miejscu pracy! 

Ponowiła próbę. Tym razem udało jej się schwycić róg notesu. Zwycięstwo wydawało się 

prawie  pewne,  gdy  znowu  wyrwał  jej  trzymany  kurczowo  skrawek  zeszytu.  Straciła 

rów¬nowagę i wpadła na niego całym ciałem. 

background image

Zaraz, chwileczkę! - krzyknął, unosząc notatki nad gło¬ 

wą. Drugą ręką schwycił ją w talii i przytrzymał. - Dobrze 

pomyślane, ale nic z tego. 

Nic z tego? - Desperacko złapała go za włosy i szarpnęła. Spojrzał zaskoczony. 

Aj! Boli! To nie fair! 

I będzie bolało! Nie darmo miałam trzech braci. Oddaj 

notes! 

Skrzywił się z bólu, ale nie dawał za wygraną. 

A myślałem, że z ciebie taka łagodna owieczka! 

Owieczka?-Szarpnęła mocniej. 

Auu! Co za dziewczyńskie metody. 

Bo jestem dziewczyną! - prychnęła. 

Nie kłamie, pomyślał Charlie. Była krągła tam, gdzie po¬winna być krągła, i miękka tam, 

gdzie powinna być miękka. 

Właśnie zauważyłem - wycedził przez zęby, sycząc 

z bólu. 
Od  pierwszej  chwili  wyczuwał  pomiędzy  nimi  jakieś  przy¬ciąganie.  I  teraz  również  to 

czuł,  podobnie  zresztą  jak  Cassie.  Opuścił  rękę  z  notatnikiem  i  objął  ją  mocniej  w  pasie 

obiema rękami. Cassie puściła jego włosy i oparła mu dłonie na ra¬mionach. 

  
 
Notatnik upadł na biurko. Stali naprzeciw siebie, za¬dyszani bardziej z podniecenia niż z 

wysiłku.  Ich  oczy  spot¬kały  się.  Przez  głowę  przemknęła  jej  szalona  myśl,  że  oto  zaraz  ją 

pocałuje. I jeszcze bardziej szalona: że nie będzie się broniła. 

Ale  nic  takiego  się  nie  stało.  Kroki  na  korytarzu  i  hałas  głośnej  rozmowy  sprawiły,  że 

nastrój  prysł.  Cassie  zaczerpnꬳa  powietrza  i  wysunęła  się  z  jego  objęć.  Spuściła  wzrok  i 

cią¬gle zarumieniona, zrobiła dwa kroki w głąb pokoju. 

Charlie  popatrzył  na  nią  i  dostrzegając  jej  zmieszanie,  nie  potrafił  powstrzymać  się  od 

komentarza. 

Ostatnio widziałem kobietę, która się rumieni, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym 

roku. Nie, zaraz - chyba w sześćdziesiątym szóstym. 

Wcale się nie rumienię- zaprotestowała. - A jeśli nawet, to z wściekłości. 

Ciekawe - zauważył. - Bo to wygląda na klasyczny ru¬mieniec. Pąs, jak to się kiedyś 

mówiło. 

Dawaj  ten  notatnik,  bo  naprawdę  przestanę  żartować  -  wyciągnęła  rękę.  -  Proszę  - 

dodała, widząc, że się waha. 

No  cóż,  skoro  już  padło  to  magiczne  słowo...  -  Wzru¬szył  ramionami  i  podał  jej 

notatnik. 

I pamiętaj o tych sloganach, Charlie - rzuciła, przybiera¬jąc ton biurowej powagi. 

Znowu  zaczynasz  -  westchnął  zrezygnowany,  ale  w  duchu  odetchnął  z  ulgą,  że 

przynajmniej nie wróciła do oficjalnego „pan". - Ale dobrze. Daj mi pół godziny na te hasła. 

Za pół godziny spotykamy się w twoim gabinecie, zgoda? 

Jesteś bardzo pewny siebie, Whitman. 

Ktoś z nas musi być taki. - Znacząco podniósł brwi. 

Cassie pokiwała tylko głową i szybkim krokiem wyszła 

z pokoju. Zgodziła się, ale czy słusznie? Pół godziny to zawra- 
  
 

canie głowy, pomyślała. Ale jednak doprowadziła do tego, że zostanie w biurze po pracy... 

Na razie remis. 

Dokładnie  trzydzieści  minut  później  zjawił  się  w  jej  poko¬ju.  Zdumiona  popatrzyła  na 

niego znad biurka. 

Co, już? Gotowe? 

Zawodowcy pracują szybko - powiedział lakonicznie, ale zaraz ton jego głosu zmienił 

się. 

Ale  tu  masz  cholerny  porządek!  -  Spojrzał  z  niesma¬kiem  na  jej  biurko,  na  którym 

wszystko  było  tak  idealnie  poukładane,  jakby  nikt  na  nim  nie  pracował.  -  Co  ty, 

wynaj¬mujesz swoje biurko komuś po godzinach? 

background image

Co  w  tym  złego,  że  lubię  porządek?  -  żachnęła  się.  -Dlaczego  to,  co  inni  uznają  za 

zaletę, ty postrzegasz jako wadę? 

Taki już mam rzadki dar - westchnął. - Patrzę inaczej niż wszyscy. 

Znowu nie mogła się nie uśmiechnąć. 

Pokaż te hasła. 

Wręczył jej kilka kartek papieru. 

Czytaj. Nie musisz krzyczeć z zachwytu. 

Zaczęła czytać i ruchem dłoni wskazała krzesło. On jednak wolał nie siadać. Z rękoma w 

kieszeniach krążył po pokoju. Przystanął pod ścianą. Obok kilku fotografii wisiał jej uniwer-

sytecki dyplom. To jasne, że taka bystra dziewczyna musiała mieć wyższe studia. Jego uwagę 

przyciągnęła rodzinna foto¬grafia. Trzecia z prawej stała Cassie. Ładna, opalona nastolat¬ka, 

wraz z rodzicami i rodzeństwem. U nóg rozłożył się pies. 

Skąd pochodzisz? - rzucił przez ramię. 

Z Nowego Jorku - odpowiedziała, nie podnosząc oczu znad lektury. 

Charlie odwrócił się. 

Z Nowego Jorku? Niemożliwe! 

  
 

Nie zareagowała. 

To  znaczy  ze  stanu  Nowy  Jork,  tak?  Z  jakiegoś  małego  miasteczka?  Twój  ojciec 

pracował  w  banku,  a  matka  udzielała  się  w  miejscowym  towarzystwie  dobroczynnym, 

uprawiała ogródek. Co niedziela chodziłaś do kościoła. 

Skąd ci to przyszło do głowy! - Podniosła oczy znad kartki. - Ojciec prowadził sklep z 

artykułami  gospodarstwa  domowego,  a  matka  nie  miała  ani  chwili  dla  siebie.  Była  matką 

pięciorga dzieci! 

A  więc  przepraszam.  -  Poprawił  lekko  przekrzywioną  fotografię.  Lubiła  pamiątki 

rodzinne. On sam nie miał żad¬nych. - A gdzie jest mój konkurent? 

Znowu podniosła oczy znad kartki. Spojrzała roztargniona. 

Słucham? 

Pytam, gdzie jest zdjęcie twojego chłopaka. Gdzie zdję¬cie tego szczęśliwca w blasku 

zachodzącego słońca? 

Zdjęcie? Nie... Nie przeszkadzaj mi teraz. Usiądź, proszę. 

Interesująca propozycja. - Przysiadł na poręczy fotela. - Co ty tam robisz? Uczysz się 

tego na pamięć? 

Próbuję się skupić. Dasz mi chwilę spokoju czy nie? 

Wreszcie odłożyła kartki i wyprostowała się w fotelu. 

To dobre - oznajmiła. - Nawet bardzo dobre. Trafiasz 

w oczekiwania. Językowo bez zarzutu, sugestywne. Powie¬ 

działabym... 
 - .. .doskonałe, tak? To chciałaś powiedzieć? Nie zaprzeczyła. 

I napisałeś to w pół godziny? - spytała nieufnie. 

W dwadzieścia minut. Przez dziesięć minut szukałem długopisu. 

Dlaczego nie pisałeś na komputerze, jak wszyscy? 

To twoje przywiązanie do reguł! - Wzniósł oczy do góry. 

  
 

Cassie westchnęła. Nie ma sprawiedliwości, pomyślała. Ona siedzi w biurze po godzinach, 

zaharowuje  się,  a  taki  Charlie  lewą  ręką  pisze  hasła,  które  rzucą  wszystkich  na  kola-  na. 

Posłała mu szybkie spojrzenie znad biurka. Wpatrywał się w nią z uśmiechem niewiniątka. 

Więc jak będzie z tą nagrodą? Zjesz ze mną kolację? 

Poczuła, że mocniej bije jej serce. 

Domagasz się nagrody za coś, co należy do twoich obo- wiązków? 

Droga  panno  Armstrong!  -  zawołał  z  emfazą  -  Dlacze-  go  z  ciebie  taka  zasadnicza 

osóbka? Przecież musimy jeszcze nad tym posiedzieć! No więc, jak będzie? 

Wiedziała,  że  nie  powinna  się  godzić.  Przypomniała  sobie  tamten  taniec  -  omal  nie 

zakończył  się  pocałunkiem.  Nie  na¬leżała  do  kobiet,  które  szukają  przygód.  Ale  zdawała 

sobie też sprawę, że nie może teraz odmówić. Zresztą nie była taka  pewna, czy rzeczywiście 
chce. 

background image

Mam dużo pracy i ty też - spróbowała raz jeszcze. 

Ale przecież jest pora na kolację! Dobrze, zejdę na dół 

i przyniosę jakąś pizzę albo chińszczyznę. W ten sposób zje¬ 

my w pracy: i wilk będzie syty, i owca cała, odpowiada ci to? 

Nip miała na to kontrargumentu. Ale też specjalnie go nie szukała. 

Siedziała z kawałkiem pizzy w jednym ręku, a drugą uru¬chamiała drukarkę. Charlie nie 

spuszczał z niej oczu. 

Dlaczego siedzisz i nic nie robisz? - spytała, czując, że 

się rumieni. 

Rzeczywiście, od momentu gdy wrócił z restauracji, nie   napisał niczego. Patrzył na nią i 

snuł  fantazje.  Co  by  zrobiła,  gdyby  ją  nagle  pocałował?  Gdyby  to  była  jakaś  inna 

dziew¬czyna,  pewnie  by  się  nie  zastanawiał.  Zrobiłby  to  i  tyle.  Ale  miał  do  czynienia  z 
Cassie Armstrong. 

  
 

Jak  to  nic  nie  robię?  -  obruszył  się.  -  Ty  chyba  nie  wiesz,  na  czym  polega  proces 

twórczy. Czasem przeżywa się piekielne męki, a na zewnątrz wcale tego nie widać. 

Akurat!  -  pokiwała  głową.  -  Ty  i  męki  twórcze!  Piszesz  projekt  w  pół  godziny  i 

opowiadasz o swoich cierpieniach. 

No  dobrze.  Niech  ci  będzie  -  zgodził  się  skwapliwie.  -  Rzeczywiście,  teraz  nie 

pracowałem. Prawdę mówiąc, sie¬dzę tu i wyobrażam sobie, że się całujemy. 

Cassie omal nie zadławiła się pizzą. Poczuła, że cała oble¬wa się rumieńcem. Przełknęła z 

trudem i przybrała surowy wyraz twarzy. 

Postanowiłeś znowu sobie ze mnie pożartować, tak? 

Wcale nie żartuję. Podobasz mi się. Lubię cię. 

Tak mu się jakoś powiedziało: nie był teraz pewien, czy Cassie jednak się nie obraziła, bo 

gestem nauczycielki za¬mknęła leżący przed nią notatnik i wydęła usta. 

Myślę, że na dzisiaj dosyć tej pracy - powiedziała, odsu¬ 

wając się z krzesłem. 

Charlie zgarnął kartki. Podeszła do wieszaka i ściągnęła swój płaszcz. 

Pamiętaj,  że  potrzebne  są  jeszcze  trzy  propozycje  -  rzu¬ciła  w  jego  stronę,  gasząc 

światło przy drzwiach. 

Ale właściwie dlaczego? Ta nie wystarczy? Jest przecież bardzo dobra. 

Cassie westchnęła głęboko. 

Dlatego, że Vince Bertolli lubi sobie powybierać. 

Charlie pokręcił głową z niezadowoleniem. 

Bez sensu. Niby dlaczego ma wybierać? Dajemy najle¬pszy projekt i koniec. 

Wiem, Charlie. Vince to strasznie marudny facet. I z du¬żymi pieniędzmi. Lubi mieć 

ostatnie słowo. 

Sęk  w  tym,  że  Charlie  Whitman  też  lubił  je  mieć.  Przez  następne  cztery  dni  Cassie 

chodziła, prosiła, przekonywała, 

  
 

groziła - wszystko na próżno. Charlie był nieubłagany. Co-dziennie mówił wprawdzie, że 

przyniesie  je  następnego  dnia,  ale  brakujące  trzy  propozycje  pozostawały  ciągle  w  sferze 

zapowiedzi. Na dzień przed prezentacją zdybała go w holu. 

Gdzie one są? Tym razem już żadnych wymówek! 

Nie martw się. Będą. Na razie są jeszcze nie gotowe, ale będą. 

Jak mają być, to niech będą - warknęła. - I raczej niech będą dobre. Bardzo dobre. 

Nie martw. Spadniesz z krzesła, jak je przeczytasz. 

Umówili  się  rano  w  recepcji,  przy  windach.  Gdzie  on  się  podziewa?  Cassie  nerwowo 

skubała  rękawiczki,  spacerując  tam  i  z  powrotem.  Nagle  obrotowe  drzwi  poruszyły  się, 

usły¬szała czyjeś wesołe pogwizdywanie i zaraz potem Charlie Whitman stanął przed nią we 

własnej osobie. 

Wyglądał  bardzo  elegancko  w  wełnianej  marynarce  i  kra¬wacie.  Co  prawda,  dosyć 

ekstrawaganckim, ale zawsze. Nie dał jej jednak szans na kontemplowanie swego ubioru: rzut 

oka na jego minę upewnił ją w najgorszych przypuszczeniach. 

O Boże! -jęknęła. - Nie napisałeś! 

background image

Nie - odparł flegmatycznie. - Nie będą potrzebne. Twarz Cassie wykrzywiła się złości. 

Ja cię chyba zabiję! - wykrzyknęła. 

Jakiś przechodzący przez hol mężczyzna spojrzał na nią zdziwiony. 

Czekaj, jak tylko zostaniemy sami - rozejrzała się do¬okoła - rozerwę cię na strzępy. 

Obiecanki cacanki - roześmiał się Charlie. 

Cassie  posłała  mu  mordercze  spojrzenie.  Wiedziała,  że  tak  niczego  nie  wskóra.  Musi 

jednak znaleźć jakieś rozwiązanie. 

Odwołamy dzisiejsze spotkanie - rzuciła przez zęby. - 

Przełożymy je na przyszły tydzień. Powiemy, że się rozchoro- 
  
 

wałeś  albo  że  właśnie  złamałeś  nogę.  -  Spojrzała  na  niego  z  wściekłością.  -  Mogę  ci  to 

zaraz załatwić. 

Ruszyła w stronę wyjścia, gdy nagle złapał ją za rękę i po¬ciągnął w kierunku wind. 

Gdzie mnie prowadzisz? - szarpnęła się. 

Z uśmiechem nacisnął przycisk, przywołując windę. 

Tylko bez awantur, panno Armstrong. Przecież bez prze¬ 

rwy opowiadasz mi tylko o tym spotkaniu. Właśnie na 

nie idziemy i mamy do zaoferowania produkt najwyższej ja¬ 

kości. 

O nie! - zaprotestowała. - Ja wracam do agencji. 

Szarpnęła się ponownie, ale nie zwolnił uścisku. 

Chyba nie zamierzasz tu robić scen? - Popatrzył na nią 

z uśmiechem. 

Wiedziała, że on sam nie cofnie się przed awanturą. Przy windach stanęły teraz jakieś dwie 

kobiety  i  starszy  pan  w  ka¬peluszu.  Zacisnęła  gniewnie  usta.  Ale  kiedy  drzwi  windy 

za¬mknęły się za nimi, znowu wybuchła. Natarła na niego niczym tygrysica. 

To ty robisz awantury, drogi Charlie! A poza tym, czy 

zdajesz sobie sprawę, kim jest Vince Bertolli? On po prostu 
wyrzuci nas za drzwi! Dla niego to normalna rzecz! Może to 

dla ciebie nic nie znaczy, ale ja nie lubię być wyrzucana. Nie 

pomyślałeś, jakie to będzie miało konsekwencje dla naszej 

firmy? Przestanie u nas zamawiać kampanie promocyjne. 
A wiesz, co to znaczy dla mnie i dla ciebie? Wylatujemy 
z pracy, Charlie! 

Charlie nie wydawał się jednak wcale przejęty tą ponurą wizją. 

Nie rozumiem, jakim cudem możemy stracić pracę, da¬ 

jąc mu projekt, o którym sama powiedziałaś, że jest świetny. 

Cassie potrząsnęła głową. 

Nie znasz Vince'a. Już ci mówiłam: lubi mieć wybór 

  
 
- powtórzyła, ale z wyrazu twarzy Charliego odgadła, że rów¬nie dobrze mogłaby mówić 

do ściany. 

Trzy tygodnie! - westchnęła z rezygnacją. - Jesteś tu 

zaledwie od trzech tygodni i odgrywasz rolę eksperta! Prze¬ 

czuwałam, że to się tak skończy! Jak tylko cię zobaczyłam, 

wiedziałam, że będę miała kłopoty. 

Niespodziewanie  schwycił  ją  za  ramiona  i  potrząsnął.  To  podziałało.  Nadal  była 

wzburzona, ale przynajmniej spojrzała na niego uważniej. 

Posłuchaj. Vince Bertolli nie ma pojęcia, co jest dobre, 

a co złe. To akurat wiemy my. Od tego jesteśmy. I to, co 

możesz usłyszeć od niego, jest bez znaczenia. Twoja praca nie 

na tym polega, żeby dopieszczać klientów. Ty masz go utwier¬ 

dzić w przekonaniu, że ma cholerne szczęście, bo twoja firma 

zgodziła się przyjąć jego zamówienie. Rozumiesz? 

Jej oczy straciły gniewny blask. To nie był Charlie Whit-man, jakiego znała: nonszalancki, 

zadowolony z siebie żar-towniś. Miała przed sobą poważnego faceta, zawodowca. W tym, co 

background image

mówił,  było  sporo  racji.  Musiała  to  przyznać.  Ciągle  jednak  nie  mogła  się  pogodzić  z  jego 
bezceremonial-nością. 

Może w takim razie powiesz mi, co zamierzasz? - Ob¬ 

rzuciła go ciężkim wzrokiem. 

A jeśli ci powiem, zgodzisz się? 

Cassie wzruszyła niecierpliwie ramionami. 

Zaufaj mi - powiedział z naciskiem. - Pracuję w tej branży 

dłużej od ciebie. Nie zamierzam psuć szyków tobie i sobie. 

Winda zatrzymała się na trzydziestym piętrze. Cassie miała wrażenie, że jej serce również. 

Poczuła dłoń Charliego na swojej dłoni. Ścisnął ją znacząco. 

Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. 

Pokiwała głową z westchnieniem i wyszli z windy. 

Sekretariat Majik Toys mieścił się za wielkimi drzwiami ze 
  
 

szkła,  na  końcu  korytarza  wyłożonego  eleganckim  chodni¬kiem.  Na  ścianach  wisiały 

obrazy  w  masywnych  ramach  ni¬czym  w  muzeum,  co  w  przekonaniu  Vince'a  Bertollego 

miało wywrzeć wrażenie na klientach jego firmy. 

Vince chce uchodzić za kolekcjonera sztuki. - Spojrzała 

znacząco na Charliego. - Zresztą rzeczywiście ma mentalność 
kolekcjonera: ludzi i pieniędzy - dodała i zatrzymała się na¬ 
gle. - Słuchaj, Charlie, boję się, że popełnimy jakieś głupstwo. 
Wracajmy lepiej - poprosiła. 

W głębi duszy Charlie wcale nie był pewien, czy nie miała racji. Sądząc po wystroju tego 

korytarza, jego zapachu, bły¬skach niklu i miedzi, nazwiskach autorów obrazów, nie będzie 

to łatwa rozmowa. Jeżeli nie uda im się przejąć inicjatywy, może się to skończyć źle i dla nich 

samych,  i  dla  firmy.  Char¬lie  jednak  nie  zamierzał  rejterować.  Zrobił  pewną  siebie  minę  i 
prychnął przez nos. 

Nie ma mowy - powiedział twardo. - Klamka zapadła. 

Chodź, damy mu popalić. 

Vince  Bertolli  mógł  być  zmorą  każdej  agencji  reklamo¬wej.  Charlie  doszedł  do  tego 

wniosku  w  kilka  minut  po  prze¬kroczeniu  progu  jego  gabinetu.  Vince  był  człowiekiem 

całko¬wicie pozbawionym wyobraźni. Niestety, on sam uważał, że jest odwrotnie. Podobnie 

jak  wielu  ludzi,  którzy  dorobili  się  fortuny,  startując  od  zera,  był  apodyktyczny,  uparty  i 

nieufny. Elegancki garnitur, koszula, jedwabny krawat mogły na pier-wszy rzut oka zmylić, 

ale naprawdę pozostawał ciągle dziec¬kiem Brooklynu. Charlie pomyślał, że wyglądał trochę 

jak  lokalny  mafioso,  który  zatrzasnął  się  przypadkiem  w  cudzym  gabinecie  i  dziwnym 

zrządzeniem losu pozostał tam na re¬sztę życia. Jak ten facet o oczach bukmachera trafił do 

bran¬ży zabawkarskiej, pozostawało dla Charliego prawdziwą taje¬mnicą. 

  
 

Kiedy  usiedli,  twarz  Vince'a  skrzywiła  się,  co  prawdopo¬dobnie  miało  oznaczać  rodzaj 

przyjacielskiego uśmiechu. 

No, walcie - powiedział, dając tym samym znak, że czas 

zacząć prezentację. 

Charlie  spojrzał  na  Cassie  i  porozumiewawczo  zmrużył  oczy,  jakby  chciał  dodać  jej 

otuchy.  Z  miną  osoby  idącej  na  ścięcie  wzięła  głęboki  oddech  i  zaczęła  mówić.  Z  każdą 

chwi¬lą rozkręcała się coraz bardziej. Sama była zdziwiona, że strach może być tak dobrym 
stymulatorem. 

Wyrzucała z siebie daty, cyfry  i  fakty, roztaczała przed Vince'em  wizję oszałamiającego 

sukcesu,  za  sprawą  projektu  Charliego,  oczywiście.  Tylko  raz  zajrzała  do  rozłożonych  na 
kolanach notatek. 

I dlatego jesteśmy głęboko przekonani o trafności pro¬ 

ponowanej panu strategii - zakończyła na głębokim wydechu. 

Vince zrobił chytrą minę. 

Tak. To mi się podoba - przyznał. 

Cassie  omyła  orzeźwiająca  fala  ulgi,  zabierając  ze  sobą  strach  i  zmęczenie.  Ale  zanim 

zdążyła ucieszyć się z tego, Vince machnął ręką, jakby odganiał muchę i zapytał: 

background image

W porządku, a jak wyglądają pozostałe propozycje? Cassie nerwowo przełknęła ślinę. 

Pozostałe...Ja... 

Że jak? Nie rozumiem? 

 

One... To znaczy właśnie... - zaplątała się, spoglądając na Charliego. 

Co  niby  znaczy?  Mówi  pani  tak,  że  nic  nie  mogę  zrozu¬mieć.  -  Vince  spojrzał  ze 

zdziwieniem. - Przejdźmy teraz do rezerwowych, jak zwykle. 

No cóż... Rezerwowych nie ma - wyrzuciła z siebie Cassie. 

Bez  żartów.  Jak  to  nie  ma?  Co  znaczy  nie  ma?  -  skrzywił  się  Vince.  Przestraszona 

mina Cassie musiała go ośmielić, bo 

  
 

prychnął pogardliwie, zsuwając na bok przedłożony przez Cassie projekt i zmarszczył się z 

niezadowoleniem. 

Chyba zdaje sobie pani sprawę, że nie jesteście jedyną 

agencją w tym mieście? Co, znudziła się pani robota? Mam 

zadzwonić do pani szefa? 

Cassie uczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Dobrze wie¬działa o szalejącej recesji. Jeśli 

zostanie  bez  pracy,  będzie  musiała  zmienić  mieszkanie.  Z  zasiłku  nie  opłaci 
dotychcza¬sowego czynszu. 

Znowu trzeba będzie zwrócić się o pomoc do rodziców, dopóki nie znajdzie sobie miejsca 

w jakiejś szkole. A to nie było łatwe. 

Charlie, widząc, że kompletnie straciła pewność siebie, wkroczył do akcji. 

Nie potrzebuje pan żadnych dodatkowych proje¬ 

któw. I dobrze pan o tym wie, Vince - powiedział z uśmie¬ 

chem. Celowo zwrócił się do niego tak poufale. - Prawda, 
Cassie? 
No,  dalej  dziewczyno!  -  podpowiadał  jego  wzrok.  Nie  daj  się!  Przecież  sobie  świetnie 

poradzisz! 

Przez moment spoglądała na niego bezradnie. Ale tylko przez moment. Ma rację. Nie daj 

się, dziewczyno! 

Nie ma pozostałych projektów, panie Bertolli, bo nie są 

potrzebne. Ten jest optymalny i łączy w sobie wszystkie cele 

kampanii, którą zamierza pan przeprowadzić. A poza tym, 
jako wynajęci przez Majik Toys eksperci, podpisujemy się 

pod nim. Jeżeli panu to nie odpowiada, to może pan oczywi¬ 

ście zadzwonić do firmy, ale myślę, że dotychczasowa nasza 

współpraca daje panu gwarancję, że zapewniamy najlepszą 

obsługę. Jeśli chce pan ryzykować i szukać innych partnerów, 

może pan oczywiście próbować. Rzeczywiście, na rynku po¬ 

jawia się mnóstwo agencji reklamowych ... - zawiesiła głos, 

wydymając wargi. 
  
 

Na chwilę w pokoju zapanowała cisza. Cassie wydawało się, że słyszy, jak wali jej serce. 

Hmm. No tak... - Vince podrapał się w policzek. - Ten 

właściwie mi się podoba. 

Cassie opadła nieco w fotelu. Spłoszona, wyprostowała się gwałtownie. 

Vince  jednak  nie  zwrócił  na  to  uwagi.  Wstając  z  fotela,  rzucił  spojrzenie  w  stronę 

Charliego. 

To, zdaje się, pana koncepcja, młody człowieku? 

Niezupełnie.  O  tyle  moja,  że  kiedy  Cassie  ją  przejrzała,  powiedziała:  dobra!  -  ten  i 

koniec. 

Vince spojrzał teraz na Cassie. 

Tak... To trochę zmiana reguł, ale zgadzam się. To dobry 

pomysł. Przyznaję, że znacie się na swojej robocie. 

Cassie starała się ukryć zdziwienie. Wielokrotnie już oma¬wiała z Vince'em projekty, ale 

nigdy  nie  doczekała  się  takiego  komplementu.  Usłyszała  go  teraz,  gdy  naruszyła  utarte 

background image

zwy¬czaje  i  była  o  krok  od  zwolnienia.  Doprawdy,  w  tym  wariac¬kim  zawodzie  nie  ma 

żadnych reguł. 

Oczy Charliego śmiały się do niej. Widzisz? Dokonałaś tego! I kto miał rację? - zdawały 

się mówić. 

Ciągle na miękkich nogach zjechała z nim na dół. Już na ulicy, wciągając haust świeżego 

powietrza, odwróciła się i po¬wiedziała: 

Co to jest, Charlie, że nie wiem, czy mam cię zabić, czy 

pocałować? 

Spojrzał na nią z rozbawieniem. 

Pozwól, że pomogę ci się zdecydować. 

Przyciągnął  ja  do  siebie  i  pocałował  w  usta.  Cassie  pozwo¬liła  mu  na  to,  ale  kiedy 

próbował powtórzyć pocałunek, od¬chyliła lekko głowę. 

Dlaczego powiedziałeś mu, że to była moja decyzja? 

Wzruszył ramionami. 
  
 

A bo co? 

Popatrzyła na niego przez chwilę. 

To miłe. 

Tak, to było miłe, przyznał w duchu Chariie, ale miał na myśli coś zupełnie innego. Tak 

miłe,  że  aż  poczuł  się  nieswojo.  Ta  kobieta  ze  wzburzonymi  przez  wiatr  włosami  i 

błyszczący¬mi oczami może go wpędzić w tarapaty. Udał, że się rozgląda za taksówką. 

No cóż. Czasem sam siebie zadziwiam. 

W każdym razie dziękuję. 

Cała przyjemność po mojej stronie - uśmiechnął się. - Musimy to jakoś uczcić! Może 

wyskoczymy  razem  gdzieś  wieczorem?  Nie  co  dzień  zdarza  się  położyć  na  łopatki  kogoś 
takiego jak Bertolli. 

Zdawało mu się, że jej oczy jakby przygasły. 

Przykro mi, ale na dzisiejszy wieczór już się umówiłam. Na twarzy Charliego pojawił 

się na moment wyraz zawodu. 

Odwołaj to. 

Nie mogę - potrząsnęła głową. Charlie uśmiechnął się ze smutkiem. 

Naprawdę, strasznie z ciebie zasadnicza osoba, Cassie. 

Staję na głowie, żeby zrobić z ciebie zimnego, cynicznego 
zawodowca, a ty nie chcesz mi wcale pomóc. 

Myślisz, że nic ze mnie nie będzie? Spojrzał na nią z góry. 

Nie martw się. Nie dam ci zginąć. 

Sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej złożone kartki. 

Trzymaj. Nie będą już mi potrzebne. 

Cassie rzuciła okiem na podsunięte jej zadrukowane strony. 

Co? To przecież pozostałe projekty! Więc jednak je na¬pisałeś? - Spojrzała na niego 

szeroko otwartymi oczami. 

Jasne. Jestem może trochę dziwny, ale nie szalony -uśmiechnął się. 

  
  
 

Cassie wybuchnęła śmiechem. Naprawdę był dziwny. Nie, nie dziwny: był nietuzinkowy, 

wspaniały. W nagłym impulsie wspięła się na palce i pocałowała go w policzek. 

Dziękuję, Charlie - powiedziała, a potem odwróciła się 

i wbiegła do metra. 

Charlie Whitman stał i patrzył za nią, trzymając się za policzek. 

Zaczerwieniona z emocji na wspomnienie przeprawy z Bertollim, opowiadała przy kolacji 

Jeffowi Paulsonowi szczegóły rannego spotkania. 

Niezły zawodnik. - Jeff pokiwał głową, sięgając po kie¬liszek. 

Tak. To ktoś z charakterem - przyznała. 

Sądząc po tym, że mówisz tylko o nim przez cały wie-czór, to rzeczywiście musi być 

ktoś - uśmiechnął się Jeff. 

background image

Cassie zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Zmieszana pod¬niosła do ust filiżankę. Jeff ma 

rację. Cały wieczór mówi o Charliem. To niezbyt grzeczne. 

Przepraszam, Jeff. Nawet nie zapytałam, jak ci poszedł dzisiaj wykład. 

W porządku - machnął ręką. 

Jeff  był  bardzo  miłym,  dobrze  wychowanym  mężczyzną.  Wykładał  literaturę  w  City 

College. Poznali się blisko rok temu, kiedy Cassie uczyła na studiach wieczorowych. Mieli ze 

sobą  wiele  wspólnego:  zainteresowania,  podobne  poczucie  humoru.  Na  swój  sposób  był 

przystojnym  i  atrakcyjnym  m꿬czyzną.  Jasne  oczy  patrzyły  przyjaźnie  spod  srebrnych 

opra¬wek  okularów.  Dzisiejsze  spotkanie  wieńczyło  cały  szereg  wcześniejszych  i  Jeff  miał 

prawo  robić  sobie  nadzieje;  lecz  kiedy  wstali  od  stolika,  a  on  zaproponował,  by  wpadła 

jeszcze do niego na drinka, odmówiła grzecznie, choć stanowczo. 

Ta jej odmowa nie oznaczała pruderii. Cassie nie była 
  
 

dziewczyną,  co  to  nie  spojrzy  na  mężczyznę,  jeśli  ten  nie  zjawi  się  z  pierścionkiem 

zaręczynowym. W college'u miała wręcz kochanka. Jeffa lubiła, nawet bardzo, ale nie czuła 

do niego niczego więcej. A bez tego nie potrafiła i nie chciała wdawać się w bliższe związki. 
Taka  już  była  i  tyle.  To  pewnie  znowu  doszły  do  głosu  te  jej  przeklęte  zasady,  pomyślała  i 

znowu usłyszała śmiech Charliego. Dlaczego ciągle o nim myśli? 

  

ROZDZIAŁ 

 

-  Mężczyźni  to  dranie!  -  obwieścił  dramatycznie  od  drzwi  lekko  ochrypły  kobiecy  głos. 

Cassie  podniosła  głowę  znad  biur¬ka  zawalonego  konferencyjnymi  materiałami.  Ten 

zachrypnięty głos mógł należeć jedynie do Fran Gorham. Uśmiechnęła się. Przyzwyczaiła się 

już  do  tego,  że  Fran  zwykła  wypowiadać  się  z  emfazą.  Stała  teraz  przed  nią  we  wściekle 
różowej sukience mini i z tą swoją ekstrawagancką fryzurą. Jak zwykle zjawiła się u niej bez 

uprzedzenia. Fran miała w pogardzie wszelkie kon¬wenanse. 

Cassie Armstrong i Fran Gorham były od zawsze wielki¬mi przyjaciółkami, chyba w myśl 

zasady, że przeciwieństwa się przyciągają. Ich przyjaźń zaczęła się na studiach. Dzieliły ten 

sam  pokój  w  akademiku  na  Uniwersytecie  Nowojorskim.  Cassie  tuż  po  dyplomie  zaczęła 

pracować  w  agencji  rekla¬mowej.  Traktowała  to  jako  wakacyjną  przygodę:  na  jesieni 

zamierzała  podjąć  pracę  wykładowcy  literatury  angielskiej  w  jednym  z  college'ów.  To 

właśnie  Fran  namówiła  ją,  żeby  została  u  Woodsona  &  Meyersa.  Cassie  wciąż  nie  była 

pewna, czy powinna być jej za to wdzięczna. 

Fran była starsza o dwa lata od Cassie, ale zachowywała się czasem jakby była jej matką: 

sama  o  sobie  zwykła  mawiać,  że  urodziła  się  jako  trzydziestopięcioletnia  kobieta.  Była 
jedyna- 

  
  

czka.  córką  utalentowanego  prawnika,  który  odniósł  sukces  jako  właściciel  agencji 

reklamowej. Jej matka była zbyt zaab¬sorbowana wydawaniem pieniędzy męża i udzielaniem 

się  w  towarzystwach  dobroczynnych,  by  zająć  się  wychowaniem  dziecka.  Fran  wyrosła  na 

typową nowojorską yuppie była zdolna, przedsiębiorcza i bardzo samotna. 

Masz na myśli jakiegoś szczególnego mężczyznę czy mężczyzn w ogóle? - roześmiała 

się Cassie. 

W ogóle, ale Grady Harrimana w szczególności - po-wiedziała Fran. 

O  Boże!  -jęknęła  Cassie.  -  Znowu?  Przecież  ostatnio  mi  powiedziałaś,  że  nie 

zamierzasz więcej się z nim zadawać. 

Grady  pracował  w  agencji  jako  księgowy.  Był  inteligen-tnym  i  przystojnym,  ale 

samolubnym  i  dość  bezwzględnym  mężczyzną.  Może  dlatego  robił  w  firmie  taką  karierę. 

Cassie  uważała,  że  szkoda  dla  niego  Fran.  Chociaż  jej  przyjaciółka  nie  należała  do  kobiet, 

które można łatwo skrzywdzić. W agencji złośliwi mówili, że język Fran jest zarejestrowany 

na policji jako zabójcza broń. 

Fran machnęła ręką. 

Nie  przejmuj  się.  Już  ja  sobie  poradzę  z  tym  blond  manekinem.  Ale  chyba 

rzeczywiście z nim zerwę. Mam do-syć zakochanych w sobie facetów. W ogóle mam dosyć 
fa-cetów. 

background image

Daj spokój - uśmiechnęła się Cassie. - Niektórzy są cał¬kiem sympatyczni. 

Kto na przykład? 

Cassie westchnęła. Odbyła z Fran setki takich rozmów. 

Na przykład Jeff. 

Zgoda. Akurat ten jest rzeczywiście w porządku. 

 

Albo Joe Mancini. On też jest bardzo miły. Fran przez chwilę siedziała w milczeniu. 

Fakt. Joe jest całkiem miły - przytaknęła. 

  
 

A  Charlie  Whitman?  Cassie  nie  odważyła  się  zadać  tego  pytania.  Wiedziała,  co  na  to 

powie Fran. 

No  widzisz.  Mamy  już  dwóch  miłych.  Na  pewno  są  jeszcze  inni.  Tylko  nie  trafiłaś 

jeszcze na tego swojego. 

Ty  jesteś  taka  cholernie  pozytywna.  To  nie  do  zniesienia  -  wykrzywiła  się  Fran  i 

rozpierając się w fotelu, wyciągnęła swoje długie, piękne nogi. 

A propos Jeffa: umówiłaś się z nim na dziś wieczór? 

Cassie potrząsnęła przecząco głową. 

Dziś wieczorem ma wykład o „Wpływie angielskich ro- 

mantyków na rozwój ludzkiego ducha". Zacytowałam ci tytuł 

dokładnie. 

Fran zrobiła nabożną minę. 

Uderzył w górne tony - powiedziała z przekąsem. 

Nawet mnie zapraszał - powiedziała Cassie - ale per-spektywa spędzenia piątkowego 

wieczoru na wykładzie jakoś mnie nie pociąga. 

Co  to  się  wyrabia  z  tymi  facetami?  Inteligentni  ludzie  zachowują  się  jak 

rozkapryszone szczeniaki... Chyba nie po¬zostaje nam nic innego, jak pójść do jakiejś miłej 

restauracyjki w Upper East Side i poszukać tego właściwego mężczyzny al¬bo iść do mnie i 

popełnić spokojnie samobójstwo. W tej chwi-li mam większą ochotę na to drugie. 

Dziś wieczorem wyświetlają w telewizji „Casablance". Mogłybyśmy kupić sobie lody! 

Będziemy  jeść  lody,  aż  zrobimy  się  takie  grube,  że  rand¬ki  przestaną  być  naszym 

problemem. Bardzo mi to odpowia¬da. Po co w ogóle nam mężczyźni? 

W drzwiach pojawił się wysoki brunet z błyskiem w sza¬rych oczach. 

Przepraszam, czy to zamknięty seans nienawiści do 

mężczyzn, czy można się przyłączyć? 

Na jego widok Cassie uśmiechnęła się szeroko. Kolekcja 
  
 

koszulek Charliego znana była całej agencji. Dzisiaj miał na sobie z pływakiem na desce 

surfingowej i napisem: „Żyj na fali!" 

No  nie!  -  jęknęła  tymczasem  Fran.  -  A  tak  było  przy¬jemnie...  Znowu  Charlie 

Whitman! 

Och,  Fran!  Gdybym  wiedział,  że  cię  tu  spotkam,  to  raczej  wsiadłbym  do  tego 

samolotu,  co  to  spadł  do  morza  trzy  dni  temu  -  roześmiał  się  Charlie.  Cassie  i  Fran! 

Przyjaciółki! Nigdy by na to nie wpadł. 

To,  zdaje  się,  ty  właśnie  obgadywałaś  mnie  przed  Cassie,  i  tobie  też  zawdzięczam 

swoje przezwisko? - zwrócił się do Fran. - Brawo, Fran! Uważaj, żebyś się kiedy nie ugryzła 

w język, bo się otrujesz! 

Przez te docinki przebijał ton rywalizacji dwójki najwyżej notowanych w agencji autorów 

haseł.  Może  nie  przepadali  za  sobą,  ale  mieli  dla  siebie  szacunek  jak  bokserzy,  którzy 

potra¬fią docenić przeciwnika. 

No cóż, moje drogie, chętnie bym dalej słuchał obelg 

pod adresem rodzaju męskiego, ale jest piątek wieczór, a to 

oznacza, że powinniśmy udać się do baru co najmniej na małe 
niewinne piwo. 

Zwrócił się wprawdzie do obu, ale patrzył jedynie na Cassie. 

Cassie  zawahała  się.  Miała  na  to  ochotę,  ale  jako  lojalna  przyjaciółka  nie  chciała  psuć 

wieczoru Fran. 

background image

Spływaj, Whitman - warknęła Fran. - Mamy lepszy po¬mysł. A poza tym, Cassie ma 

chłopaka. Tracisz czas. 

Zrobiłyśmy pewne plany na wieczór - powiedziała Cas¬sie wymijająco. 

Charlie wyczuwał, że z Cassie nie pójdzie mu łatwo. Wie¬dział, że musi się starać bardziej 

niż  z  innymi  dziewczynami  z  agencji.  Korciło  go,  by  zapytać  o  adoratora  Cassie,  ale 

obe¬cność Fran go deprymowała. 

  
 

No  cóż,  łamiecie  mi  serce.  Zdaje  się,  że  pozostaje  mi  tylko  praca  po  godzinach.  - 

Rzucił na biurko Cassie kilka zadrukowanych kartek. 

To kopia dla ciebie. Wolałem to zrobić przed końcem tygodnia, bo pomyślałem sobie, 

że będziesz się zamartwiała podczas weekendu albo przyjdzie ci do głowy ścigać mnie przez 

policję. 

Tylko tydzień spóźnienia! - zauważyła Cassie. - Dopra¬wdy, robisz postępy, Charlie. 

Jeśli będziesz miała z tym jakieś problemy, to ja, albo Joe... - Spojrzał za siebie przez 

drzwi i żachnął się, widząc, że Joe kryje się na końcu korytarza - Daj spokój, Joe! Chodź tu, 

one nie gryzą. Może jedna trochę kopie, ale da się wytrzymać. 

Wyszedł za próg i w chwilę potem pojawił się znowu, pchając przed sobą przyjaciela. 

Przywitaj się z paniami, Joe. 

Joe wtoczył się do pokoju z westchnieniem. 

Jak się masz, Fran - powiedział. 

Cześć, Joe. Co u ciebie? Dawno cię nie widziałam... 

Na pozór była to zdawkowa wymiana zdań, ale Cassie 

i Charlie, znając tych dwoje, spojrzeli po sobie zdumieni. Czy to możliwe? - odczytała w 

spojrzeniu  Charliego.  Czyja  do¬brze  słyszę?  -  mówiła  mina  Cassie.  Fran  i  Joe  mają  się  ku 
sobie? 

Charlie postanowił skorzystać z okazji. Jeśli to prawda, może uda się spławić Fran. 

Może jednak zmienicie swój plan i wyskoczymy gdzieś we czwórkę? 

Bo ja wiem... - Cassie spojrzała niepewnie na przyja¬ciółkę. - Co o tym sądzisz, Fran? 

Ku jej zdziwieniu Fran z uporem wpatrywała się w czubki swoich pantofli, jakby oglądała 

je po raz pierwszy. 

  
 

Hmm... Czemu nie - powiedziała po chwili. - Jeśli masz ochotę, Joe - dodała. 

Świetnie! - odparł Joe bez wahania. - Uważam, że to dobry pomysł. 

Słyszałeś?  -  spytała  Cassie,  gdy  Fran  i  Joe  wyszli  po  płaszcze.  -  Fran  i  Joe?  Nigdy 

bym na to nie wpadła. To prze¬cież jak ogień i woda. 

Tak jest zawsze- wzruszył ramionami. 

Nie rób z siebie cynika. 

W oczach Charliego tańczyły iskierki śmiechu. 

Przeciwieństwa się przyciągają, Cassie. Jeszcze tego nie zauważyłaś? - Spojrzał na nią 

znacząco. 

Przyciągają się? Doprawdy? Skąd o tym wiesz? 

Z poważnego źródła. 

To znaczy? 

Z programu Winnie Oprah, oczywiście - powiedział z kamienną twarzą. 

Cassie parsknęła śmiechem. 

Nie powiesz mi chyba, że masz czas oglądać program Winnie Oprah. 

Zawsze staram się oglądać jej program. 

No dobrze, więc co teraz? - spytała, biorąc płaszcz. 

Jak  to  co,  będziemy  się  teraz  starali  połączyć  naszych  przyjaciół.  Jakie  to  piękne  i 

wzruszające - westchnął. 

- Czy zamierzasz żartować ze mnie przez cały wieczór? 

Kto wie... A co, przeszkadza ci to? 

Po prostu chcę wiedzieć, co mnie czeka. 

Charlie Whitman również bardzo był  ciekaw, co go czeka tego wieczoru. Wcisnął guzik 

windy. - A co porabia twój przyjaciel? 

Ma wykład - odparła, wchodząc do windy. 

background image

Przez  chwilę  chciała  mu  opowiedzieć  o  Jeffie,  ale  pomyśla¬ła  sobie,  że  to  wypadnie 

idiotycznie. 

  
 

Charlie spojrzał ze zdumieniem. 

Wykład? W piątek wieczorem? To jakiś bardzo poważny facet. 

Tak. 

Co on właściwie robi? 

Jest profesorem - odrzekła z westchnieniem. 

. - Czego? 

Literatury angielskiej. Wykłada w City College. Ma do¬ 

ktorat. Nazywa się Jeff Paulson. Mieszka na Long Island. Ma 

tam nieduży dom. Dlaczego on cię tak interesuje? 

Drzwi windy otworzyły się i to mu pozwoliło uniknąć odpowiedzi. Na dole czekali już na 

nich Fran i Joe. 

Idziemy do baru „U Cronina" - zadecydował Charlie. 

Bar „U Cronina" stanowił ulubione miejsce spotkań pracow¬ników agencji reklamowych. 

W  piątki  wieczorem  było  tu  rojno  i  gwarno  jak  w  ulu.  Przy  barze,  jak  zwykle,  tłoczyli  się 

sami starzy bywalcy. Kiedy Charlie pchnął drzwi, puszczając obie kobiety przodem, od razu 

w ich kierunku posypały się powitalne okrzyki i dwóch albo trzech mężczyzn ruszyło w ich 
stronę. Zawrócili dopiero, gdy zobaczyli Joe. 

Co za sępy! - Charlie wykrzywił się z niesmakiem. 

Jakiś brodacz zaczął klepać go po ramieniu i przywitał się 

z nim kordialnie. Charliemu jednak udało się jakoś wykręcić od dłuższej rozmowy. 

Czego się napijesz? - zwrócił się do Cassie. 

Kiedy  już  Cassie  i  Fran  wybrały  drink,  razem  z  Joe  ruszył  do  baru,  zostawiając  je  przy 

stoliku, który cudem właśnie się zwolnił. 

To ty mnie w to wrobiłaś  - powiedziała Fran, spogląda¬jąc na Cassie z wyrzutem.  - 

Nie próbuj się wykręcać. 

Przepraszam, Fran. Wiem, że nie powinnam, ale to przez tego Charliego... On zawsze 

wpakuje mnie w jakieś tarapaty. Bardzo jesteś na mnie wściekła? 

  
 

Wściekła? Nie, skąd... 

Cassie uśmiechnęła się przepraszająco. 

Powiedz mi, naprawdę lubisz Joe? 

Tak...  -  odparła  Fran  w  zamyśleniu.  -  On  jest  taki  inny...  Przeciwieństwa  się 

przyciągają, pomyślała Cassie, patrząc 

w stronę baru, przy którym stał teraz Charlie. 

Jest taki nieśmiały... Taki delikatny. Ale powiedz lepiej  - spytała Fran, podążając za 

spojrzeniem Cassie - co jest między tobą a Whitmanem? 

Jak to co? - żachnęła się Cassie. - Nic. Po prostu pracu¬jemy razem i tyle. 

Nie bujaj. Za dobrze cię znam. - Fran zrobiła znaczącą minę. 

To prawda, znamy się, jakbyśmy były siostrami, przyznała w duchu Cassie. 

Sama nie wiem - powiedziała z ociąganiem. - Nie wiem, co się ze mną dzieje. 

Aż  tak?  Tego  się  właśnie  obawiałam  -  westchnęła  przy¬jaciółka.  -  Słuchaj,  lubię 

Charliego, ale... 

Daj spokój - przerwała jej Cassie. 

Posłuchaj! - niemal krzyknęła Fran. 

Zrezygnowana Cassie przyzwalająco skinęła głową. 

Lubię go, chociaż nieraz miałam z nim na pieńku. I znam go bardzo dobrze, lepiej, niż 

myślisz  -  powiedziała,  a  widząc  szeroko  otwarte  oczy  Cassie,  dodała  szybko:  -  Nie  w  taki 
spo¬sób, nie. Ale wiem, że potrafi prawić komplementy i niezły z niego uwodziciel. Słuchaj, 
kochanie... 

Wiem, co chcesz powiedzieć. Że to playboy i że nie jest w moim typie. Że nie traktuje 

tych spraw poważnie, zupełnie inaczej niż ja. Że powinnam raczej trzymać się Jeffa. Ale czy 

nie mogę czasem się zabawić? 

Możesz, oczywiście, że możesz. Jasne. Zrozum: ja tylko nie chcę, żeby cię skrzywdził. 

background image

  
 

Nie martw się. Nie dam sobie zrobić krzywdy. Fran skrzywiła się sceptycznie. 

Wracają  -  ostrzegła,  spoglądając  znad  głowy  Cassie.  Kiedy  Fran  i  Joe  odeszli 

uzupełnić zamówienie, bo Fran 

nagle  zapragnęła  lodu  do  swego  koktajlu,  Cassie  rzuciła  Cha-rliemu  porozumiewawcze 

spojrzenie. 

Mieliśmy rację. Fran go bardzo lubi. 

A on ma kota na jej punkcie - roześmiał się. - To co 

pomożemy im w tym? Zgoda? 

Wyciągnął  rękę  w  jej  stronę  i  Cassie  ją  uścisnęła.  Zrobiła  to  niemal  bezwiednie  i  zaraz 

poczuła,  że  jej  serce  przyśpieszyło  rytm.  Nawet  zwykły  uścisk  ręki  w  zatłoczonym  barze 
przy-prawia ją o takie sensacje! Spróbowała cofnąć dłoń,  ale Char-lie ją przytrzymał. Bawił 

się tylko jej palcami, a Cassie czuła, że przechodzą ją ciarki. Musi się opanować, nie może 

zacho¬wywać się jak mała dziewczynka. 

Mam nadzieję, że im się uda. Fran zasługuje na to - po- 

wiedziała nienaturalnym głosem. - Ona jest taka dobra. 

Charlie, widząc, że na jej policzki wpełza rumieniec, par¬sknął śmiechem. 

Mógłbym  użyć  wielu  przymiotników,  by  opisać  Fran,  ale  przymiotnika  „dobra"  na 

pewno nie. 

Właśnie, że jest. Kiedyś bardzo mi pomogła. 

 

Zawsze widzisz ludzi od ich najlepszej strony. Ich spojrzenia spotkały się. 

Może po prostu jestem sprawiedliwa. 

Ach, tak? - powiedział, ciągle bawiąc się jej palcami 

i przyprawiając ją o emocje, których dawno już nie doświad¬ 

czyła. - A co w takim razie powiesz o mnie? 
Cassie przełknęła nerwowo ślinę i zaśmiała się. 

Ciągle nie jestem pewna. Pokiwał głową. 

Czuję, że poczciwa Fran ostrzegała cię przede mną. 

  
 

Skąd wiesz? 

Już  ja  ją  znam.  I  co  ci  o  mnie  powiedziała?  Że  je¬stem  Piotrusiem  Panem,  Złym 

Wilkiem i Casanovą w jednej osobie? 

Mniej więcej. 

Co mogę powiedzieć? I tak jej uwierzysz. To przecież twoja przyjaciółka. I w dodatku 

bardzo bystra osoba. 

Czy mam rozumieć, że i ty mnie ostrzegasz przed sobą, Charlie? 

Charlie uśmiechnął się. 

Być może. 

Takie stawianie sprawy jedynie zjednywało jej sympatię. Co mogła poradzić na to, że go 

lubi? Teraz postanowiła trochę się z nim podroczyć. 

Już myślałam, że jesteś człowiekiem bez zasad. A może 

to ja jestem niebezpieczna i to ty powinieneś się strzec? 
Szare oczy na moment stały się czujne. 

Porzuć nadzieję - roześmiał się. 

Cassie chciała dać mu kuksańca, ale nadal więził jej rękę w swojej dłoni. 

Nie, dla mnie nie ma ratunku. Więc jak, Cassie? Chcesz wdać się w maleńką awanturę 

bez żadnych zobowiązań? 

Oddaję się w ręce mistrza. 

No  to  jazda.  Napij  się  i  idziemy  stąd.  Znam  pewne  miejsce,  które  na  pewno  będzie 

odpowiadało  naszym  przyjaciołom  -  ski¬nął  w  stronę  Fran  i  Joe  zajętych  rozmową  przy 
barze. 

  

ROZDZIAŁ 

background image

Bilard?  -  wykrzyknęła  Cassie,  gdy  taksówka  zatrzymała  się  przy  krawężniku.  - 

Przywiozłeś nas na bilard? Charlie, czyś ty zwariował? 

Nie  denerwuj  się-  szepnął  jej  do  ucha.  -  To  dobre  miej¬sce  do  takich  rzeczy.  Nie 

trzeba  dużo  mówić,  a  widok  gra¬jących  daje  dużo  do  myślenia.  Działa  na  wyobraźnię. 
Za¬ufaj mi. 

Co mogła zrobić? Przecież zdali się na jego wybór. Nie była przekonana, ale gdy spojrzała 

na swoją opiętą sukienkę, zrozumiała, co miał na myśli. 

Wnętrze lokalu zdumiało ją. Florescencyjne światła nada¬wały zadymionej sali charakter 

jakiejś  niesamowitej  spelun¬ki.  Wszystko  wyglądało  jak  na  filmie.  Na  szczęście  nie  by¬ło 

tłoku, ale i tak na widok zebranych tu osób Cassie mia¬ła ochotę rzucić się do wyjścia. Nawet 

Joe zdawał się zaszo-kowany. 

Kiedy zasiedli na zdezelowanych krzesłach przy kiwają¬cym się stoliku, próbowała robić 

dobrą minę do złej gry. 

Hmm. Bardzo... szczególny lokal - uśmiechnęła się nie¬wyraźnie. 

Zawsze  chciałam  znaleźć  się  w  miejscu  spotkań  Hell  Angels  -  powiedziała  z 

przekąsem Fran. - To doprawdy miło 

  
 

z twojej strony, Charlie, że pomogłeś mi spełnić moje naj¬skrytsze marzenie. 

Podążając za wzrokiem przyjaciółki, Cassie dostrzegła dwóch długowłosych mężczyzn w 

skórzanych  kurtkach,  dżin¬sach  i  w  ogromnych,  kowbojskich  butach.  Jeden  z  nich,  w 

niedbałej pozie, w rozpiętej bluzie założonej na nagi, po-kryty tatuażem tors, trzymał w ręku 
kufel piwa. 

Cassie  z  niepokojem  zerknęła  na  przyjaciółkę  i  raz  jeszcze  omiotła  spojrzeniem  tych 

dwóch. 

Oni naprawdę wyglądają jak Hell Angels. 

Jeden z mężczyzn zauważył chyba wzrok Cassie, bo mrug¬nął do niej. Spłoszona uciekła 

oczami. 

Spokojnie.  Znam  gorsze  miejsca  -  oznajmił  Charlie  flegmatycznie.  -  Musicie  się 

trochę przyzwyczaić. Tak jest przecież zawsze: zjedzeniem, z winem, z papierosami... 

Z krostą na nosie... - podpowiedziała Fran, posyłając Charliemu mordercze spojrzenie. 

Ten tylko westchnął. 

Myślę, że tu można coś zamówić do picia. Joe, pójdzie¬my do baru? 

Tylko nie siedźcie tam długo - zaniepokoiła się Cassie, rzucając ukradkowe spojrzenie 

w stronę długowłosych. 

Ja wychodzę - oznajmiła Fran, gdy tylko Charlie i Joe oddalili się. - Co mamy robić w 

tej norze? Pić jakieś świń¬stwa? Sądząc po wyglądzie lokalu, nie ma na co liczyć. 

Uniosła się nieco z krzesła, ale Cassie przytrzymała ją za rękę. 

Poczekaj! Nie przesadzaj! Co z twoim zamiłowaniem do przygód? 

Lubię się włóczyć, ale po Upper East  Side. Pakuję Joe do taksówki  i  wracamy tam. 

Jedziesz z nami? 

Nie jadę. I ty też nigdzie nie jedziesz  - powiedziała Cas¬sie, zabierając jej torebkę i 

stawiając ją na wolnym krześle 

  
 
obok siebie. - Żyjmy niebezpiecznie, powiada filozof. Nie pamiętasz? 

Oczy Fran zwęziły się. 

I kto to mówi! Nie poznaję cię, Cassie. Co w ciebie dzisiaj wstąpiło? 

Nic.  Czy  nie  możemy  się  czasem  zabawić?  -  spytała  z  niewinną  miną.  Wiedząc 

jednak, że w tej roli nie wypada zbyt przekonująco, postanowiła zmienić temat. - Jak ci idzie 
z Joe? 

Ta taktyka zadziałała. Twarz Fran złagodniała. 

Myślę, że całkiem nieźle. Chociaż nie bardzo wiem, co powinnam zrobić. On jest taki 

nieśmiały. 

Zachowuj się naturalnie - poradziła Cassie. - Bądź sobą. 

Nie chciałabym wyjść na głupią. Albo skończyć tak jak moja matka. 

Cassie uścisnęła dłoń przyjaciółki. 

Nie martw się. Joe to przyzwoity facet. Sama przecież 

background image

wiesz. I lubi cię. Charlie mi to powiedział. Joe nie zrobi ci 
krzywdy. Ale musisz dać mu szansę, pozwolić mu zobaczyć, 

jaka jesteś naprawdę. 

Fran z głębokim westchnieniem zdobyła się na niepewny uśmiech. 

Wiem. Tyle że straszny ze mnie nerwus. Sama tego nie 

rozumiem: mam trzydzieści dwa lata, a zachowuję się, jakby 

to była moja pierwsza randka. 

Prawda  była  jednak  taka,  że  nie  tylko  Fran  się  denerwowa¬ła.  Przy  barze  toczyła  się 

podobna rozmowa. Charlie przyja-cielskim gestem położył dłoń na ramieniu Joe. 

Nie denerwuj się. Ona cię lubi. Przecież to widać. Wszy¬ 

stko będzie dobrze, tylko postaraj się być trochę bardziej 
rozmowny. 

Joe spojrzał na przyjaciela z rozpaczą. 

No dobrze - zgodził się Charlie. - Możesz grać rolę 

  
 

małomównego faceta, jeśli tak wolisz. Ale teraz już musimy do nich wracać. Czekają na 

nas. 

Kiedy jednak postawili drinki przed paniami i sami usiedli, przy stoliku zapadła cisza. Cała 

czwórka  w  milczeniu  sączyła  alkohole.  Charlie  robił  co  mógł,  ale  rozmowa  się  nie  kleiła. 

Kiedy  zeszła  na  pogodę,  Cassie  rzuciła  przyjaciółce  błagalne  spojrzenie.  Zawsze  ożywiona 
Fran siedziała jednak niczym kamienny posąg. 

Chyba nie będziemy tak siedzieć? Może byśmy zagrali 

w bilard? - zaproponował Charlie. - Grałyście już kiedyś? 

Fran  pokręciła  przecząco  głową.  To  się  dobrze  składa,  pomy¬ślał  Charlie,  pociągając 

wszystkich w stronę wolnego stołu. 

Proponuję, żeby Joe grał w parze z Fran, a ja z Cassie. 

Joe, pokaż Fran, jak się trzyma kij.     

Obstąpili  stół.  To  beznadziejne,  pomyślał  Charlie,  słuchając,  jak  Joe,  potykając  się  o 

własne  słowa,  cierpliwie  tłumaczy  Fran,  w  jaki  sposób  powinna  obchodzić  się  z  kijem 
bilardowym. 

Powiedziałem: pokaż! -jęknął, rzucając wymowne spo¬ 

jrzenie i popychając go w stronę Fran. 

No!  Trochę  lepiej!  -  westchnął  w  duchu,  widząc,  jak  jego  przyjaciel,  ustawiając  się  za 

Fran, manewruje nią, nachyloną nad stołem. Odwrócił się do rozbawionej Cassie. 

Teraz pani kolej, panno Armstrong. Pozwoli pani, że jej zademonstruję - powiedział, 

pochylając się nad Cassie. -A nie mówiłem? - szepnął jej do ucha. - Nic tak nie pomaga jak 
fizyczny kontakt. Gotowa do lekcji? - To ostatnie zdanie wypowiedział już głośno. 

Nie potrzebuję lekcji - roześmiała się. - Wiem, jak się w to gra. Mam przecież trzech 

braci, zapomniałeś już? Poka¬żemy im, gdzie raki zimują. 

Bardzo szybko okazało się, że składy są nader nierówne. Charlie - czego można się było 

spodziewać - był świetnym graczem, ale poziom gry Cassie zaskoczył wszystkich. 

  
 

No, no! Charlie z podziwem uniósł brwi, widząc, jak pewnym uderzeniem umieszcza dwie 

kule w łuzie w rogu stołu. Jeszcze jedna rzecz, której się nie spodziewałem, po¬myślał. 

Można by sądzić, że jesteś zawodowym graczem. 

Tam,  gdzie  się  wychowałam,  niewiele  można  było  ro¬bić  w  zimowe  wieczory  - 

powiedziała, unosząc głowę znad stołu. 

Cassie i  Charlie  w kilku kolejkach uporali się z przeciwni¬kami. Ale nie  to  przecież się 

liczyło.  Fran, ubawiona swoją niezdarnością, raz po raz zanosiła się od śmiechu  - nareszcie 

była w dobrym humorze. Joe skwapliwie asystował jej przy każdym ruchu. 

Poddaję się! - krzyknęła Fran, rzucając kij na stół. - Nie potrafię w to grać. 

Ależ skąd! Idzie ci świetnie - zaprotestował Joe. 

Naprawdę? 

Joe wyciągnął rękę, jakby chciał wzmocnić swoje słowa przyjacielskim uściskiem. Oboje 

poczerwienieli, gdy ich ręce się spotkały. 

Chyba zrobimy małą przerwę. - Fran, nie czekając na 

background image

odpowiedź, odeszła od stołu. Joe bezzwłocznie ruszył za nią. 

Charlie rzucił Cassie triumfalne spojrzenie. 

A co, nie mówiłem? W moim szaleństwie jest metoda - powiedział z przechwałką w 

głosie. 

Chytry plan - przyznała. - Jesteś mistrzem w tym fachu, Charlie. 

Dzięki za słowa uznania. Więc jak będzie? Zmierzysz się z mistrzem? Ale ostrzegam: 

w stosunku do przegranych je¬stem bezlitosny. 

Cassie nie zamierzała kapitulować. 

Zagramy z ósmą bilą? - Spojrzała na niego wyzywajଠ

co. - Jeszcze zobaczymy, kto wygra. 
  
 

Widzę, że się stawiasz - uśmiechnął się Charlie. - Do¬ 

brze, zagrajmy z ósmą bilą. Może ustanowimy jakiś zakład, 

aby gra była bardziej interesująca? 

Przegrany stawia drinka? 

Charlie potrząsnął przecząco głową. 

To zbyt banalne - skrzywił się. - Jesteś pewna, że wy¬grasz i nie boisz się przegranej ? 

Pewnie,  że  się  nie  boję  -  prychnęła  Cassie.  -  Jeżeli  wy¬gram,  to  będziesz  przynosił 

projekty w terminie i bez poga¬niania. Zgoda? 

Ciężkie warunki, ale zgoda. 

A jeśli ty wygrasz... To wprawdzie czysto teoretyczna możliwość, ale co wtedy? 

Charlie nie miał kłopotów z odpowiedzią. 

Wtedy mam prawo do randki z tobą. Spędzamy wieczór 

tylko we dwoje. 

Cassie poczuła, że jej puls przyśpieszył. 

Bo  ja  wiem...  Muszę  się  zastanowić.  Nie  umawiałam  się  do  tej  pory  z  mężczyzną, 

który jest i Piotrusiem Panem, i Ca¬sanovą, i Sinobrodym jednocześnie. 

Przykro mi, ale od tego warunku nie odstąpię. To ostate¬czna propozycja: możesz ją 

przyjąć albo odrzucić. 

Niech będzie. Ustawiaj bile - powiedziała z nagłą deter¬minacją i zaczęła smarować 

kredą koniec kija. 

Charlie  wygrał  losowanie:  zagrywał  jako  pierwszy.  Pochy¬lił  się  nad  stołem  i  zaczął 

przymierzać do uderzenia. 

Masz  szczęście.  Jak  to  początkujący  -  dogryzła  mu  Cassie.  Wzruszył  ramionami  i 

popatrzył na łobuzersko. 

Może mam silniejszą motywację? 

W  dodatku  sprzyjało  mu  szczęście.  Trzy  gry  rozegrał  po  mistrzowsku  i  Cassie  niemal 

pożegnała  się  z  nadzieją.  Na  szczęście  w  czwartej  chybił.  Teraz  była  jej  kolej.  Pierwsza 

rozgrywka wypadła słabo. 

  
 

Chyba nie robisz tego umyślnie - złośliwie skomento¬ 

wał jej uderzenie. 

Cassie dała mu sójkę w bok. 

Nie rozpraszaj mnie, dobrze? 

Dalej poszło już całkiem nieźle, ale cóż - był lepszy.   . 

No i co będzie? - zwrócił się do niej z ironicznym 

uśmieszkiem. - Przegrałaś. 
Cassie zdobyła się na smutną minę, ale nie przyszło jej to łatwo. 

Zagramy jeszcze raz? 

Nie  ma  mowy  -  uśmiechnął  się  szeroko.  Wyjął  kij  z  jej  rąk  i  odłożył  na  miejsce.  - 

Wygrałem  i  koniec.  A  zatem  ju¬tro.  U  ciebie.  O  siódmej.  Przygotuj  się  na  niezapomniany 
wieczór. 

Czego jak czego, ale pewności  siebie to  ci  nie brak.  -  Zmarszczyła brwi.  - Jutro nie 

mogę. 

Przykro  mi,  ale  tego,  że  już  się  z  kimś  umówiłaś,  nie  przyjmuję  do  wiadomości. 

Musisz odwołać spotkanie. 

background image

To nie jest żadna randka. Brat właśnie zdał egzaminy końcowe i w niedzielę rodzice 

wydają wielkie przyjęcie. Przyjdzie masa ludzi. Muszę im pomóc. 

Przez moment nawet zastanawiała się, czy go nie zaprosić, jednak nie zdecydowała się na 

to.  Chyba  byłoby  to  przed¬wczesne.  Poza  tym  Charlie  zdawał  się  nie  pasować  do 

towa¬rzystwa, jakie gromadzi się zwykle w domu jej rodziców. 

Naprawdę jutro nie mogę - dodała przepraszająco. - 

Zrobiłabym im świństwo. 

Sam  nie  wiedział,  czym  bardziej  czuł  się  teraz  poruszony:  czy  tym,  że  znowu  mu 

odmówiła,  czy  wiadomością,  że  są  jeszcze  domy,  w  których  celebruje  się  wszystkie 

uroczystości i okazje rodzinne. A może uświadomił sobie, że on sam nigdy nie miał takiego 

domu? Kiedy zdawał  egzaminy maturalne, jego  rodzice wybrali się do Europy. Nie było  to 
dla niego 

  
 
zaskoczeniem;  ledwo  pamiętali  o  jego  urodzinach,  a  i  to  nie  zawsze.  Jeśli  już  pamiętali, 

dawali mu w prezencie czek. Po prostu. 

Widzę, że mi nie wierzysz - powiedziała, biorąc cień emocji na jego twarzy za wyraz 

nieufności. 

Nie  o  to  chodzi.  Zdziwił  mnie  po  prostu  powód  -  powie¬dział,  zdobywając  się  na 

uśmiech. - Który to z braci? Bo jak pamiętam, mówiłaś, że masz ich trzech. Ten, co nauczył 

cię tak dobrze grać w bilard? 

Potrząsnęła głową z rozbawieniem. 

Nie. To nie ten. Chodzi o mojego najmłodszego brata, 

Timmy'ego. 

Na  samo  wspomnienie  jej  twarz  rozjaśniła  się  uśmiechem:  najmłodszy  z  całego 

rodzeństwa, miał takie śmieszne rude loczki i był w gorącej wodzie kąpany. 

Nie wykluczam, że urodził się trochę przez przypadek. 

Jest o pięć lat młodszy od mojej siostry, która jest po nim 

najmłodsza. Ale rodzice nie chcą o tym mówić. 

Cóż, takie rzeczy zdarzają się w niejednej rodzinie, zarów¬no dobrej jak i złej, tak jak w 

jego, pomyślał Charlie. 

Wrócili  do  stolika.  Na  widok  Fran  i  Joe  wtulonych  w  siebie  na  parkiecie  spojrzeli 

porozumiewawczo  po  sobie.  Usiedli  i  przez  dłuższą  chwilę  w  milczeniu  obserwowali 

tańczących. 

Opowiedz mi o swoim dzieciństwie - poprosił. 

Nie  ma  tu  wiele  do  opowiadania.  -  Upiła  trochę  piwa  ze  swojej  szklanki.  -  Miałam 

dzieciństwo całkiem zwyczajne. Jestem najstarsza z pięciorga rodzeństwa. 

To dlatego jesteś taka poważną i odpowiedzialną osobą. 

Odpowiedzialną?  Może  tak...  Po  mnie  jest  Frank.  Już  żonaty,  ma  troje  dzieci, 

prowadzi  sklep  wraz  z  moim  ojcem.  Potem  idzie  Thomas.  Też  wciąż  mieszka  w  Kingston, 

jest farmaceutą. Ma żonę i jedno dziecko. Dalej - moja siostra, Cathy. Wyszła za leśniczego i 

jest właśnie w ciąży. No i Tim- 

  
 

my,  o  którym  już  mówiłam.  Jeszcze  się  nie  ożenił,  za  to  nie¬ustannie  prowadza  się  z 

dziewczynami. 

Mieszkałaś w małym miasteczku? 

Nie w takim znowu całkiem małym - zaprotestowała. - Kingston to jakby brama stanu 

Nowy Jork. Ma dobre poło¬żenie. 

Wierzę, choć sam nigdy tam nie byłem. A dlaczego stamtąd wyjechałaś? 

Chciałam  studiować.  Skończyłam  szkołę  w  Albany,  to  sąsiednie  miasteczko,  tylko 

trochę  większe.  Potem  pojawi¬ła  się  możliwość  uzyskania  stypendium  na  Uniwersytecie 

Nowojorskim,  więc  się  zdecydowałam.  Mój  ojciec  ciągle  jesz¬cze  nie  może  wyjść  ze 

zdumienia.  Na  początku  nie  chciał  się  zgodzić  na  mój  wyjazd:  byłam  jego  oczkiem  w 

gło¬wie. Sam osobiście założył zamki w moim mieszkaniu. Wy¬daje mu się, że w Nowym 

Jorku na każdym kroku czają się zboczeńcy. 

Wcale nie ma takiej chorej wyobraźni. To, co mówisz, wiele mi wyjaśnia, ale ciągle 

jeszcze nie wiem, dlaczego zdecydowałaś się na pracę w agencji reklamowej. 

background image

To proste. Z powodu Fran. Mieszkałam z nią przez pe-wien.czas w akademiku, a jak 

wiesz, Fran nie jest osób której można coś wyperswadować, jeśli już się przy czym uprze. 

I za to ją wszyscy kochamy - westchnął znacząco Char-lie. - A zatem, zdrowie Fran. - 

Podniósł swoją szklaneczkę i spojrzał w kierunku tańczących. 

A jak było z tobą, Charlie? To niesprawiedliwe, że teraz ty wiesz o mnie wszystko, a 

ja o tobie nic. 

Ja też miałem całkiem zwyczajne dzieciństwo - powie¬dział, uciekając spojrzeniem w 

bok. 

Sama nie wiem dlaczego, ale wydaje mi, że nie mówisz mi prawdy. 

  
 

Charlie wzruszył ramionami. 

Cassie wypiła nieco piwa i przyjrzała mu się badawczo. 

Ja ci powiedziałam. Teraz twoja kolej - powtórzyła z na¬ 

ciskiem. 

Charlie zawahał się. Powiedzieć jej? Biedna dziewczyna nawet nie wie, że otwiera puszkę 

Pandory.  Westchnął  głęboko  i  przez  chwilę  wodził  palcem  po  blacie  stolika,  jakby 

zastana¬wiając się, co zrobić. 

Cóż mogę powiedzieć o sobie? Jestem jedynakiem. Wy¬ 

chowywałem się w Nowym Jorku. Zawsze mieszkaliśmy 

w śródmieściu. Mieliśmy letni domek w Connecticut, jak 

przystało na zamożnych mieszczuchów. Ze szkoły wyrzucali 

mnie cztery razy, aż wreszcie w piątej zrobiłem maturę. A i to 

tylko dlatego, że ojciec - jak podejrzewam - dał łapówkę. 

Moi nauczyciele zgadzali się co do tego, że jestem zdolny, ale 

kompletnie nieodpowiedzialny i wywieram zły wpływ na ko¬ 

legów. Masz pojęcie? 

Cassie zaśmiała się. 

Próbuję sobie wyobrazić ciebie jako nastolatka. A więc jesteś synalkiem jednej z tych 

zamożnych rodzin, o których czyta się w magazynach ilustrowanych? 

Przykro  mi,  że  muszę  ci  sprawić  zawód:  nie  jestem  tak  zupełnie  typowy.  Szybko 

wyszedłem  z  domu  i  uniezależniłem  się  całkowicie  od  rodziny.  Uważam  to  za  swój 
największy życiowy sukces. 

W  tym  stwierdzeniu  była  jakaś  gorycz  i  uśmiech,  z  jakim  zwykle  słuchała  opowieści  o 

dzieciństwie, zniknął z twarzy Cassie. 

A twoi rodzice? 

Rodzice? - Podniósł szklankę do ust i wypił spory łyk. - Chcesz, żebym ci opowiedział 

o Sylvii i Charlesie Benning-tonie Whitmanach... - powiedział w zamyśleniu. Im mniej, tym 

lepiej, zdecydował po chwili. - No cóż... Oboje są psy- 

  
 

chiatrami.  Bardzo  wziętymi.  Odnieśli sukces zawodowy  i,  co za tym  idzie, są zamożni  i 

mają silną pozycję. Ojciec jest freudystą, a matka zawsze skłaniała się ku behawioryzmowi w 

wydaniu  Skinnera.  To  może  ci  dać  obraz,  jak  byłem  wycho¬wywany.  Pobrali  się  późno, 

spłodzili  mnie  jeszcze  później.  Myślę,  że  moje  urodziny  były  dla  nich  niespodzianką.  Oni 

lubią dzieci, ale tylko teoretycznie. 

Parokrotnie  dali  mu  do  zrozumienia,  że  przytrafił  się  im  całkiem  nie  zaplanowany,  ale 

teraz głośno tego nie powie¬dział. Znowu dłuższą chwilę siedział w milczeniu, bełtając piwo 

w pustej już prawie szklance. 

Nie mieli dla mnie zresztą zbyt wiele czasu. Ich życie 

małżeńskie było, powiedzmy... - zawahał się, szukając słowa 
- dosyć burzliwe. Coś w rodzaju małżeństwa Liz Taylor z Ri- 

chardem  Burtonem.  Nawet  rozwiedli  się,  a  potem  pobrali  po-nownie.  Był  taki  rok,  że 

nieustannie  tylko  spotykali  się  z  ad¬wokatami  -  każde  ze  swoim.  Chyba  dalej  są 

małżeństwem;  ale  ponieważ  dawno  z  nimi  się  nie  widziałam,  więc  głowy  nie  dam  - 

uśmiechnął się z przymusem. 

background image

Cassie  również  się  uśmiechnęła.  W  jego  opowieści  nie  by¬ło  nic  wesołego,  nie  chciała 

jednak,  aby  jej  ponura  mina  utwierdzała  go  w  przekonaniu,  jak  bardzo  nieszczęśliwe  było 

jego dzieciństwo. 

Ale najzabawniejsze jest to - ciągnął dalej - że oboje 

uważali, że powinienem poddać się psychoanalizie. Zresztą 

nadal tak uważają. 

Potrafił  to  już  teraz  dobrze  sobie  wytłumaczyć:  oboje  chcieli  zepchnąć  ciężar  jego 

wychowania na kogoś innego. Po latach widział to z całą ostrością. 

Jak więc widzisz, moje dzieciństwo to nie była idylla. 

I chyba jakoś mnie naznaczyło. Ja wiem, że ze mnie lekko- 
duch. kobieciarz, że niczego nie traktuję poważnie. Taki już 
jestem. Pewnie jestem najgorszym facetem, z jakim kiedy- 
  
 

kolwiek rozmawiałaś. Twój ojciec byłby przerażony, gdyby wiedział, z kim się zadajesz. I 

co  gorsza,  miałby  chyba  rację.  Charlie  nie  powiedział  o  sobie  i  swojej  przeszłości  wszy-

stkiego, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że wyjawił Cassie więcej niż jakiejkolwiek innej 

kobiecie. Przynajmniej do dnia dzisiejszego. Czuł ulgę, jednocześnie był zmieszany. Dopijał 

teraz piwo i patrzył uparcie w stół.    - Teraz sama widzisz, jak różne może być dzieciństwo 

podsumował. 

Ze współczuciem położyła dłoń na jego ręce. 

Ja wcale nie uważam cię za potwora. Przeciwnie, wyda¬ 

jesz mi się całkiem miły. 
 - Miły? - Spojrzał na nią z zaskoczeniem. - Nie dotarło do ciebie to, co ci opowiedziałem? 

Dostrzegam u ciebie bar¬dzo silną potrzebę wiary w przyrodzoną dobroć ludzi, droga panno 
Armstrong  -  uśmiechnął  się  z  przekąsem.  -  Wolałbym,  żebyś  traktowała  moje  ostrzeżenia 

poważnie - dorzucił, posy¬łając jej znaczące spojrzenie. 

Ale dlaczego mam być przesadnie ostrożna? 

 - Ktoś może cię zranić. Sama się przekonasz. 
sn  -  Zawsze  jest  jakieś  ryzyko.  Życie  niesie  rozmaite  niebez¬pieczeństwa  -  stwierdziła, 

rozkładając ręce, i zaraz zawsty¬dziła ją banalność tej uwagi. Komu to mówię? - przemknęło 

jej przez głowę. - Mówisz jak ktoś, kto nigdy naprawdę się nie sparzył... 

Pokiwał głową. - Ale po co prowadzimy takie poważne 

rozmowy? Jest przecież piątek wieczór. To wszystko przez 
ciebie. - Spojrzał na nią z udanym wyrzutem. - Chyba muszę 

cię upić. 

Wziął dzban z piwem i napełnił jej szklankę.  - Napijmy się, bo zacznę opowiadać o moich 

ekscesach z czasów dzieciństwa. 

Nie protestowała, kiedy nalewał: mimo że mówił o spra- 
  
 

wach  bardzo  osobistych,  nie  czuła  się  wcale  zakłopotana.  Wyczuwała,  że  mają  dobry 

kontakt, jak może nigdy dotąd. Nie chciała, aby tak dobrze zapowiadająca się rozmowa zmie-

niała się w jakiś błahy flirt. 

Słuchałam  cię  bardzo  uważnie  i  nadal  utrzymuję,  że  je-steś  całkiem  sympatycznym 

facetem - uśmiechnęła się. - Sam wiesz dobrze, jak bardzo mi pomogłeś z Vince'em. A teraz 

robisz coś dobrego dla Fran i Joe. To chyba wszystko coś znaczy? 

Otóż mylisz się - wycedził. 

Niespodziewanie  ujął  jej  podbródek  i  przyciągnął  do  sie¬bie,  zaglądając  jej  prosto  w 

twarz. Miał  teraz przed  sobą czy¬ste, niebieskie oczy. Przez chwilę wpatrywał  się w nie  w 
mil-czeniu.  Zauważył,  że  na  policzki  Cassie  wypełza  rumieniec,.  Musnął  palcem  po 

zaróżowionym policzku. 

Nigdy nie zrobiłem w życiu niczego bez powodu. 

Cassie poczuła lekkie mrowienie na karku; napięcie, jakie 

zawsze  wyczuwała  między  nimi  obojgiem,  przybrało  postać  podniecającego  dreszczu. 

Wnętrze lokalu zasnuła mgła. Miała teraz przed sobą tylko jego twarz, oczy wpatrujące się z 

nią z intensywnością, która budziła lęk i fascynację. 

Widzę, że znowu robisz się zła - powiedział z uśmiechem. 

background image

Wcale nie. 

Wypowiedziała  to  niemal  bezgłośnie.  Czuła,  że  traci  pano¬wanie  nad  sobą.  Chwytając 

głośno powietrze niczym tonący, wyszeptała: 

I co zamierzasz teraz zrobić? 

Przybliżył swoją twarz tak blisko, że poczuła na ustach jego gorący oddech. 

Zamknij oczy, bo mam zamiar cię pocałować. 

Wiedziała, że jeśli to zrobi, przepadnie. Nie mogła jednak 

zdobyć się na protest. Była jak w letargu. 

Wyrwał ją z niego głos Fran. 

 

  
 

Słuchajcie no, wy dwoje. Idziemy stąd! 

Nastrój prysł. Charlie i Cassie jak na komendę odsunęli głowy od siebie. 

Ona powinna reklamować budziki - warknął Charlie. 

Jest jak anioł stróż - roześmiała się Cassie z przymusem. Ten ton przymusu w głosie 

Cassie nie uszedł jego uwagi. 

Charlie  skrzywił  się  z  satysfakcją.  Jej  niezadowolenie  tym  razem  przynajmniej 

korespondowało z jego pożądaniem. 

Coś mi się zdaje, że twoja przyjaciółka mnie nie lubi. 

Fran do tej pory nie miała ochoty przekomarzać się z Char- 

liem  ani  wdawać  się  w  utarczki  słowne,  ale  słysząc  tę  uwagę,  zmieniła  decyzję.  W 

taksówce zarządziła taki kurs, by naj¬pierw wysadzić Joe i Cassie i zostać z Charliem sam na 
sam. 

Do zobaczenia - szepnęła Cassie, gdy Charlie wysiadł 

z taksówki, by podprowadzić ją do bramy. - Postaram się przy 

najbliższej okazji jakoś dać do zrozumienia Fran, by raczej 

pilnowała swego nosa, ale wiesz, jaka ona jest... 
 -  Pamiętaj:  jesteś  mi  winna  randkę!  Mam  nadzieję,  że  po  tym,  co  ci  o  sobie 

opowiedziałem, nie będziesz mnie unikać? 

Nie ma obawy. - Uśmiechnęła się serdecznie. - Tak ła¬ 

two się teraz ode mnie nie odczepisz. 

Miał wielką ochotę ją pocałować, ale coś w jej oczach go powstrzymało. 

To był bardzo miły wieczór - powiedział i uśmiechnął się. Nie musiał niczego udawać 

- naprawdę tak uważał. 

Bardzo miły - zgodziła się Cassie. 

 Mimowolnie  postąpili  ku  sobie,  stali  teraz  bardzo  blisko  siebie,  niemal  się  dotykając. 

Znowu poczuł pożądanie i znowu powróciła natrętna myśl, by jednak ją pocałować. 

Charlie! - Z taksówki dobiegł okrzyk Fran. 

Co za potwór - westchnął Charlie. - A zatem do naszego spotkania we dwoje. 

  
 

Cassie uśmiechnęła się niepewnie. 

Jeśli starczy ci cierpliwości, by się na nie doczekać. 

Wszyscy spece od reklamy wiedzą, że najlepszą formą 

obrony  jest  szybki  atak:  również  Charlie,  gdy  już  znalazł  się  na  powrót  w  taksówce, 

postanowił wziąć byka za rogi. 

No  więc  co  takiego  chciałabyś  mi  powiedzieć,  Fran?  -  zapytał,  zdobywając  się  na 

uprzejmy ton. 

W co ty grasz, Charlie? - warknęła Fran z tylnego sie¬dzenia. 

O co ci chodzi, Fran? 

Już  ty  dobrze  wiesz.  Te  miny  niewiniątka  zachowaj  dla  swoich  nimfetek.  Ja  się  nie 

dam nabrać. 

Taka z ciebie twarda sztuka? - Charlie poczuł, że wzbie-ra w nim irytacja. 

Żebyś wiedział. Przeszłam twardą szkołę życia, podob¬nie jak ty. Ale Cassie jest jak 

dziecko. 

 

Wiedziałem, że zaraz padnie to imię. Jesteś jej aniołem stróżem? 

Aniołem stróżem nie, ale przyjaciółką - tak. I jako jej przyjaciółka mówię ci: zostaw ją 

w spokoju. Znajdź sobie inną ofiarę. Ona nie jest dla ciebie. 

background image

Charlie  ledwo  mógł  zapanować  nad  gniewem.  Może  dlate¬go  wyrzucił  z  siebie  to,  co 

myślał naprawdę. 

Otóż ja też ją lubię, Fran. Wiem, że mi nie wierzysz, ale 

tak właśnie jest. 

Fran popatrzyła na niego zimnym wzrokiem. Zdawało mu 

się, że jej spojrzenie, choć nieprzyjazne, straciło na stanow¬ 

czości. 

qa 

Mam nadzieję, że wiesz, co robisz - powiedziała sucho. 

Tak, wiedział. Akurat to wiedział bardzo dobrze. 
  

ROZDZIAŁ 

Kilkanaście  dni  później,  gdy  podmuchy  zimowego  wiatru  natarły  na  wieżowce 

Manhattanu,  Charlie  wszedł  do  gabinetu  Cassie.  Zaabsorbowana  pracą,  gryzła  długopis. 

Widok ten tak wzruszył Charliego, że zachodząc ją po cichu z boku, pocało¬wał leciutko w 

policzek.   Poderwała głowę. 

Charlie? A ty skąd się tu wziąłeś? 

-  Zabawne. Zawsze to samo pytanie zadawali mi rodzice 

zaśmiał się, przysiadając na krawędzi biurka. - A gdy już 

mowa o rodzicach: powiedz, jak się udało rodzinne przyjęcie? 
 Samo jego wspomnienie sprawiło, że twarz Cassie rozpro¬ 

mienił uśmiech. 

Było bardzo udane. Tim zwycięsko zakończył egzami¬ 

ny. Myślę, że rodzice odetchnęli z ulgą. 
 - To świetnie - pokiwał głową. 

Cassie spojrzała na niego uważnie. Już sam jego widok sprawił jej przyjemność. Był, jak 

to on zwykle, w dżinsach, skórzanych butach z cholewkami za kostkę i w zielono-czer-wonej 
koszulce z napisem „Czemu nie?". 

Domyślasz się, po co przyszedłem? Odebrać swój dług 

oznajmił. - Jesteś mi ciągle winna randkę. A zatem dziś 

wieczorem? Nie przyjmuję do wiadomości żadnej odmowy... 
  
 
-  Gestem  dłoni  oznajmił  zamknięcie  dyskusji.  -  Pomyślałem  sobie,  że  moglibyśmy 

pojechać na plażę. 

Na plażę? W lutym? - Spojrzała w okno. - Zobacz, przecież pada śnieg z deszczem. 

Owszem, pada. - Schwycił ją za przegub. - A taka pogo¬da zaprasza, by zaszyć się w 

jakimś ciepłym,  cichym  kątku  osłoniętym  od wiatru. Rozumiesz: to  wymusza ten pożądany 

bliski kontakt, o którym już kiedyś mówiłem. 

Cassie słuchała z rozbawieniem, ale kiedy skończył, po-kręciła głową. 

Ale ja już umówiłam się na dzisiejszy wieczór! 

Westchnienie, jakie wydał z siebie, musiało być słychać na 
całym  Manhattanie.  Skrzyżował  ręce  na  piersiach  i  spojrzał  na  nią  z  wyrzutem.  W  jego 

oczach były żal i determinacja. 

Kto tym  razem  jest tym  szczęśliwcem? Ten profesor,? Brat? A może dziś spotykasz 

się z siostrą? 

Nie zgadłeś. Dzisiaj jest wtorek, a we wtorki uczę. 

Charlie  zdawał  się  całkiem  zbity  z  tropu.  Gdyby  powie¬działa,  że  leci  wieczorem  na 

Księżyc, miałby chyba mniej zdziwioną minę. 

Uczysz? 

Teraz z kolei jego spojrzenie powędrowało za okno. 

Wieczorem? 

Widząc jego osłupiałą minę, Cassie nie mogła powstrzy¬mać się od uśmiechu. 

Nie uczę dzieci, tylko dorosłych. Uczę angielskiego na 

kursach wieczorowych w City College. 

Aż gwizdnął z przejęcia.     ' 

 

Proszę, proszę. Można by cię stawiać za wzór. To co ty robisz w chwilach wolnych? 

Współpracujesz z Matką Teresą? Służysz do mszy przebrana za chłopca? 

background image

Przestań ze mnie żartować. 

Wydawało mu się, że dla niego, trzydziestosześcioletniego 
  
 

mężczyzny,  kobiety  przestały  być  tajemnicą,  ale  Cassie  Arm¬strong  ciągle  go 

zaskakiwała. Była inna niż wszystkie jego znajome. Nie była ani typem dziecka, ani lalki, ani 

nudnej kury domowej, ani zimnej profesjonalistki goniącej za karierą nie pasowała do żadnej 

ze znanych mu kategorii. W niczym nie przypominała mu nauczycielki - a ten rodzaj kobiet 
szcze¬gólnie  dobrze  zapamiętał  ze  swoich  szkolnych  czasów.  Dlate¬go  był  teraz  tak 

zdziwiony. Z każdym tygodniem bardziej przekonywał się, że Cassie Armstrong jest kobietą 

jedyną w swoim rodzaju: potrafi być poważna, a zarazem ma wielkie poczucie humoru, jest 

piękna i elegancka w jakiś szczególny, wytworny sposób. Charlie najchętniej adorowałby ją 

od  rana  do  wieczora.  Była  niepowtarzalna,  poza  jakąkolwiek  klasyfi¬kacją,  i  to  może 

stanowiło dla niego najsilniejszy bodziec, a raczej wyzwanie. 

Mam dwie godziny zajęć i chyba nie będzie już ci się 

chciało zapraszać mnie na drinka tak późnym wieczorem? 

Sama  była  zaskoczona  swoimi  słowami.  Nie  żeby  powiedzia¬ła  rzecz  niewłaściwą: 

zdawała  sobie  sprawę,  że  dziś  kobieta  może  spokojnie  zaproponować  coś  podobnego 

mężczyźnie.  Jednak  po  zajęciach  wracała  dość  zmęczona  i  teraz  była  zdziwiona  tą  swoją 

nagłą gotowością do wieczornych eskapad. 

Charlie  był  nie  mniej  zdziwiony.  Teraz  z  kolei  on  poczuł,  że  serce  zaczyna  mu  bić 

mocniej. 

Czy ja dobrze słyszę? Chcesz, żebyśmy umówili się na wieczór? I do tego późny? No 

nie  wiem...  -  udał  zasępione¬go.  -  Muszę  się  chwilę  zastanowić.  Rozumiesz,  że  to  dość 

nieoczekiwana propozycja... A poza tym, muszę ci się przy¬znać, że nie umawiałem się do tej 

pory z Florence Nightingale, Clarą Barton i Joanną d'Arc w jednej osobie. 

Trudno.  Zapomnij  o  tym,  Charlie.  Ja  nic  nie  mówiłam,  zgoda?  -  Uśmiechnęła  się, 

wstając od biurka i sięgając do szafy po płaszcz. 

  
 

Charlie, również śmiejąc się, podszedł, by jej pomóc. 

Mam pewien pomysł. Pójdę z tobą na zajęcia. Cassie zamarła. 

Będziesz przysłuchiwał się, jak prowadzę lekcję? 

Nie martw się. Nie będę przeszkadzał. 

Nie o to jej chodziło. Obawiała się, że w jego obecności będzie spięta. Co prawda, miała 

już dużą rutynę, mogłaby zaryzykować. 

Charlie widział, że bije się z myślami. 

Co ci szkodzi? A po drodze moglibyśmy porozmawiać 

na temat strategii, jaką przyjmiemy w kampanii reklamowej 
dla Majik Toys - nęcił. 

Spojrzała na niego z niedowierzaniem. 

Chcesz rozmawiać o strategii po godzinach pracy? Czy 

ja się przesłyszałam? Bujać to my, ale nie nas, Whitman. 

Charlie jednak uznał to za zgodę i zanim się zorientowała, już wychodzili razem z agencji. 

Chyba nie twierdzisz, że się nie przykładam do roboty nad tym projektem? Siedzę nad 

nim  ostatnio  nie  mniej  od  ciebie  Sama  przyznaj!  Powinni  mi  dać  premię!  -  perorował, 

otwierając przez nią drzwi. 

Dobrze  już,  dobrze  -  machnęła  ręką,  jakby  się  opędzała  od  dokuczliwej  muchy.  - 

Przyznaję. 

Znaleźli się na ulicy tuż przy zejściu do metra. 

Potrafisz tak odkręcić kota ogonem, że wolę już się 

zgodzić niż wdawać z tobą w dyskusję - powiedziała. - I jak 

będziesz siedział w ławce, to przynajmniej nie będziesz stra¬ 

szyć w mieście. To ja powinnam dostać nagrodę od burmistrza 
- uśmiechnęła się. 

Siedział  w  ostatniej  ławce  i  widział,  że  się  denerwuje.  Ła¬pał  od  czasu  do  czasu 

spojrzenia,  jakie  rzucała  ukradkiem  w  jego  stronę.  Dopiero  po  jakimś  kwadransie  jego 

obecność 

background image

  
 

przestała jej przeszkadzać. Charlie patrzył i z każdą chwilą nabierał dla niej respektu. 

Miała osiemnastu uczniów. W większości byli to dorośli. Zwłaszcza oni przykładali się do 

nauki. Z uwagą śledzili jej słowa i wykonywali polecenia. 

Dziękuję panu, panie Nguen - zwróciła się do Wietnam¬ 

czyka, jak mógł wnosić z wyglądu. - A teraz, niech mi ktoś 

odpowie na pytanie „Jak się pan miewa?" Jakiego zwrotu 

używamy najczęściej? 

Lekcja toczyła się z ożywieniem. Cassie pozwalała sobie od czasu do czasu na jakiś żart, 

nigdy jednak nie kpiła z ucznia dukającego czy biedzącego się z angielską składnią. 

Charlie przysłuchiwał się temu ze szczerym zacieka¬wieniem. 

Jesteś dobrym nauczycielem - orzekł, gdy już wra¬ 

cali metrem po zajęciach. - Naprawdę, to nie jest czczy kom¬ 
plement. 

Spodziewał  się,  że  będzie  się  krygowała,  albo  nawet  za¬przeczy,  tymczasem  Cassie 

spojrzała mu spokojnie w oczy i powiedziała: 

Wiem o tym. Bardzo lubię uczyć. Tak naprawdę, ci lu¬ 

dzie dają mi więcej, aniżeli ja im mogę ofiarować. Dają mi 

poczucie, że robię coś prawdziwego i pożytecznego. To coś 

zupełnie innego niż praca w reklamie. 

Charlie popatrzył na nią z udaną naganą. 

Uważasz, że praca w reklamie jest jakimś niegodnym 

" zajęciem? 

W każdym razie na pewno nie jest to chirurgia mózgu 

- zareplikowała. 

Dlaczego więc nie uczysz w pełnym wymiarze godzin, 

 na etacie? 

Na twarzy Cassie pojawił się tajemniczy uśmieszek. 

Kto wie? Może któregoś dnia naprawdę tak zrobię? Jak 

  
 

spłacę  studia...  Uczenie  jest  miłym  zajęciem,  ale,  jak  wiesz,  nie  najlepiej  opłacanym. 

Musiałabym zresztą zrobić doktorat, a na razie nie mam ochoty przesiadywać w bibliotekach. 

Chcę trochę poznać życie. 

Charlie bawił się kosmykiem jej włosów i wpatrywał się w nią bezustannie. 

To się dobrze składa, bo akurat znam kogoś, kto mógłby ci w tym pomóc. 

Naprawdę? 

Pociąg  stanął  i  w  chwilę  później  wyszli  w  zimowy  chłód.  Przez  zatłoczone  i  mokre  od 

topniejącego  śniegu  ulice  przeta¬czał  się  kolorowy  tłum.  Było  wpół  do  dziesiątej.  Na 

wysoko¬ści  Pięćdziesiątej  Siódmej  Ulicy  zdecydował  się  wziąć  ją  za  rękę.  Dla  kogoś 

postronnego musimy wyglądać jak małżeń¬stwo, pomyślała Cassie. Poznała go zaledwie dwa 

miesiące temu, ale miała wrażenie, że zna go od wieków. Nigdy nie czuła takiej bliskości z 

żadnym  z  mężczyzn.  Nawet  ze  swym  kochankiem  z  czasów  studiów,  o  Jeffie  już  nie 

wspominając. Charlie był zupełnie inny. Lubiła jego towarzystwo, lubiła spędzać z nim czas, 

słuchać jego żartów. Nawet jeżeli niektóre wprawiały ją w zakłopotanie. Miłe zakłopotanie, 

dodała w myślach. Był taki błyskotliwy i taki nieobliczalny... To może najbardziej jej się w 

nim podobało. 

A ty jak trafiłeś do reklamy? 

Charlie odchylił swoją znoszoną, skórzaną kurtkę i wska¬zał napis na koszulce. 

„Czemu nie reklama"? - zapytał i wzruszył ramionami. 

To twoja życiowa filozofia? Czemu nie? Twoja recepta na wszystko? 

Gdy  zatrzymali  się  przed  wejściem  do  jej  domu,  położył  jej  ręce  na  ramionach.  Z 

błyszczącymi  oczami  i  zaczerwieniony¬mi  policzkami  wyglądała  niemal  jak  mała 

dziewczynka. Zno¬wu poczuł ochotę, by ją pocałować. 

  
 

A masz lepszą? 

background image

Jeszcze do niedawna zaczęłaby się z nim sprzeczać, ale teraz skłonna była sądzić, że może 

ma  rację.  Czasem  przycho¬dzi  w  życiu  taka  chwila,  że  trzeba  wskoczyć  obiema  nogami  w 

niewiadome. Czuła, że dla niej właśnie nadeszła, 

Więc jak? Przyjmujesz moje zaproszenie na drinka? 

Jasne - odpowiedział skwapliwie. 

Kiedy stali, czekając na windę, przyglądał jej się ukrad¬kiem. Była  jakaś inna niż zwykle. 

Jakby rozluźniona, pogodna i pewna siebie. Tak jak ktoś po podjęciu ważnej, choć nieła¬twej 
decyzji. 

Oparty o ścianę, z rozbawieniem obserwował, jak otwiera trzy potężne zamki. 

Nie spiesz się. Mamy mnóstwo czasu. Całą noc. 

Szamocząc się z zamkiem, lekkoodwrócona. mogła ukryć 

rumieniec. Czym skończy się ten dzisiejszy wieczór? 

Rozgość się - powiedziała, kiedy już drzwi ustąpiły i za¬ 

paliła światło. Charlie ruszył we skazanym kierunku. 

Mieszkanie  wyglądało  dokładnie  tak,  jak  sobie  wyobrażał.  Było  zadbane  tak  jak  jego 

właścicielka, ale nie sterylne. Miało w sobie coś przytulnego, może przez zauważalną w nim 

czy¬jąś  obecność,  czyli  odrobinę  bałaganu,  który  nadał  wnętrzu  charakter.  Nie  tak  jak 
maszyna do mieszkania moich rodzi¬ców, pomyślał Charlie. Na tapczanie okrytym indiańską 

kapą leżała wzorzysta poduszka. Na parapetach znajdowały się roz¬maite rośliny, pół ściany 

zajmowała półka z książkami i płyta¬mi. W rogu pokoju stało wiekowe pianino. Znad pianina 
uśmiechała się do niego  rodzina Armstrongów. Natychmiast  też zauważył, że w mieszkaniu 

nie  było  śladów  mężczyzny.  Cassie  odwiesiła  swój  płaszcz  i  kurtkę  Charliego  do  szafy. 

Widok  jego  zniszczonej,  w  niektórych  miejscach  już  poprze-cieranej  kurtki  niemal  ją 

rozczulił. Uśmiechnęła się do siebie. Przy swoich zarobkach mógł sobie pozwolić na nową. 

Już 

  
 

kiedyś  przy  innej  okazji  zauważyła,  że,  w  odróżnieniu  od  swoich  kolegów  z  agencji, 

Charlie nie przywiązywał przesad¬nej wagi do rzeczy. I za to go także lubiła. 

Czego się napijesz? Może być piwo albo wino? 

Niech będzie piwo - odpowiedział, stojąc przed jej bib¬lioteką. Książki zawsze dużo 

mówią  o  właścicielu.  W  jej  do¬mowym  księgozbiorze  trudno  było  dopatrzyć  się  jakiegoś 

klu¬cza.  W  tym  sensie  rzeczywiście  dobrze  oddawał  on  charakter  Cassie.  Obok  tomów 

klasyków stały popularne czytadła. Jed¬na z książek szczególnie rzucała się w oczy. Był to 

wybór  poezji  Roberta  Frosta.  Wyjął  ją  z  półki  i  zaczął  wertować.  Książka  nosiła  wyraźne 

ślady  czytania,  w  środku  tkwiły  licz¬ne  zakładki,  a  przy  jakimś  wierszu  był  nawet 

niewyraźny, zrobiony najpewniej ręką Cassie, dopisek. 

Odłożył tom, gdy weszła do pokoju. Zauważył jej zdziwio¬ne spojrzenie. 

Nie patrz tak na mnie. Używam głowy nie tylko do wymyślania hasełek reklamowych. 

Poza  tym  nie  zapominaj,  że  chodziłem  aż  do  pięciu  szkół,  więc  jakieś  nawyki  mi  jesz¬cze 

pozostały. 

Nie  o  to  chodzi.  -  Cassie  doskonale  zdawała  sobie  spra¬wę,  że  Charlie  jest  bardzo 

inteligentny,  może  nawet  bardziej  inteligentny  niż  ona.  A  już  z  pewnością  ma  bogatszą 

wyobraź¬nię  językową.  Tego  mu  rzeczywiście  zazdrościła.  -  Nie  przy-puszczałam,  że 
czytujesz poezje. Frost to mój ulubiony autor. 

Popatrz  tylko:  mój  także.  Jaki  ten  świat  mały,  prawda?  Może  jednak  mamy  coś  ze 

sobą wspólnego, jak sądzisz? 

Była tego pewna. Ale postanowiła trochę się z nim po- 

droczyć.   

Niby co takiego, jeśli nie liczyć wierszy pewnego poety? 

Na przykład oboje lubimy piwo. Skoro o tym mowa: napiłbym się chętnie. 

 

Chodź do kuchni. Wstawiłam je na chwilę do lodówki? 

  
 
Charlie ruszył za nią. 

Jaki tu porządek. - Rozejrzał się wokół. - Nie, zamiło¬wanie do porządku na pewno 

nie jest tym, co nas łączy. 

Wiem, wiem. Byłam przecież w twoim pokoju biu¬rowym. 

background image

Postanowił skorzystać z okazji. 

To jeszcze nic. Musisz zobaczyć moje mieszkanie. Cassie zatrzymała się w pół kroku. 

Czemu nie? Ciekawa jestem, jak mieszkasz. 

Charlie nie posiadał się ze zdumienia. Czy ona powiedziała to naprawdę, czy usłyszał te 

słowa we własnej wyobraźni? 

Zdajesz sobie sprawę? Po raz pierwszy jesteśmy sami. 

Tylko ty i ja. 

Cassie otworzyła lodówkę i wyciągnęła z niej dwie butelki piwa. 

Tak. Wiem - powiedziała cicho. Wyjęła z szuflady 

otwieracz i zdjęła kapsle. 

Charlie spojrzał na nią uważnie. 

Czyja cię denerwuję? 

Cassie odwróciła głowę w jego stronę. 

Nie. 

Pewnie  czasami  najchętniej  dałabyś  mi  takiego  kopa,  że  skonałbym  z  głodu  w 

powietrzu? 

Roześmiała się. Charlie objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Pochylił głowę i zanurzył 

usta  w  jej  włosach.  Czuł  ich  miodowy  zapach,  zapach  łąki  rozgrzanej  słońcem  letniego 

popołudnia. 

Tym razem Fran nie przyjdzie ci na pomoc - szepnął jej 

do ucha. 
   - Może wcale nie chcę pomocy? 

Obróciła się w jego ramionach i stanęli teraz twarzą w twarz. Tylko na to czekał. Przywarł 

ustami do jej ust. Cassie poczuła, że traci nad sobą panowanie. Znalazła się całkowicie 

  
 

we władzy jakiejś  nieznanej  siły. Po raz pierwszy  w życiu zlekceważyła  głos  rozsądku i 

poddała  się  czemuś,  co  wpra¬wiało  ją  w  popłoch  i  czego  zarazem  wyczekiwała  z  takim 

utę¬sknieniem. 

Charlie całował teraz delikatnie jej usta i przeczesywał palcami włosy. Poczuła, że uginają 

się  pod  nią  kolana.  Pragnꬳa  go  bardziej,  niż  mogła  przypuszczać.  Rozchyliła  wargi  i 

pozwoliła,  by  językiem  wdarł  się  w  jej  usta.  Całowali  się  jak  szaleni;  od  czasu  do  czasu 
wyrywał jej się tylko cichy jęk. 

To Charlie zakończył ten długi seans: odrzucając głowę, zajrzał jej oczy. 
- Warto było czekać - powiedział zadyszanym głosem. 

Nie miała doświadczenia w miłosnej grze, ale instynktow¬nie wiedziała, że nie kłamie. 

Nie  mogła  powiedzieć,  że  go  kocha.  Nie  wierzyła  w  miłość  od  pierwszego  wejrzenia. 

Miłość  była  dla  niej  jak  owoc,  który  dojrzewa,  musi  znaleźć  swój  czas.  Wiedziała  też,  że 

byłoby  z  jej  strony  naiwnością  sądzić,  że  to,  co  on  czuje  do  niej,  to  miłość.  Ale  coś  jej 

podpowiadało,  że  ma  przed  sobą  mężczyznę,  którego  mogłaby  pokochać.  Na  samą  myśl  o 

tym uśmiechnęła się. 

On  również  był  zmieszany:  raz  jeszcze  go  zaskoczyła.  Całowała  się  z  nim  z 

zapamiętaniem, o jakie by jej nigdy nie posądził. Miał ogromną ochotę pójść z nią do łóżka i 

robić to wszystko, co robił zwykle z tak wieloma kobietami, a zara¬zem nie potrafił myśleć o 

niej inaczej jak z tkliwą czułością. Nie kochał jej, ale czuł, że mógłby ją pokochać. 1 ta myśl 

trochę go trwożyła. 

Nie tego przecież chciał. Nie chciał zmian i niepotrzeb¬ 

nych komplikacji. Żył trzydzieści sześć lat jak wolny ptak 

i nie zamierzał wchodzić do klatki. Miłość oznacza cierpienie 
- taką wiedzę wyniósł z domu rodzinnego, z książek, z obser¬ 

wacji życia znajomych. Nie, nie warto kochać. Romans z Cas- 

sie może go wpędzić w tarapaty.   
  
 

Zdjął dłonie z ramion Cassie i odsunął się na bezpieczną odległość. Wbił ręce w kieszenie 

dżinsów. Spojrzał w bok, jakby czegoś szukał. 

Chyba muszę już iść - powiedział z niewyraźnym 

uśmiechem. 

background image

Nie patrzył na nią, ale czuł, że wprawił ją w zdziwienie i zakłopotanie. 

Jeszcze przecież całkiem wcześnie... 

Nie  chciałem  o  tym  mówić,  ale  jakoś  marnie  się  dzisiaj  czuję  -  skłamał.  -  Wczoraj 

zarwałem noc, pewnie dlatego. 

Ruszył  do drzwi. Kłamał, ale w tej samej chwili poczuł się rzeczywiście źle. Nagle zdał 

sobie sprawę, że robi mu się słabo i że zaczyna się pocić. Klaustrofobia, przypadłość, na którą 

cierpiał i która już zdawała się prawie zaleczona, ode¬zwała się znowu. Charlie zdenerwował 

się. Chciał jak naj¬szybciej znaleźć się na zewnątrz. 

Z zatroskaną miną, bo rzeczywiście wyglądał kiepsko, po¬dała mu kurtkę. 

Nic lepiej? 

To przejdzie - machnął ręką w drzwiach. I rzeczywiście przeszło, gdy tylko znalazł się 

na ulicy. 

Przez następne dni starał się naprawić gafę. Zachodził do niej do pokoju, żartował, prawił 

komplementy jak kiedyś. Ale w tym wszystkim był jakiś dystans, co wyczuwała. Trakto¬wał 

ją jak dobry kolega, przyjaciel nawet, ba! - starszy brat. W tym, co mówił i co robił, nie było 

już tego podtekstu, który sprawiał, że czuła się uwodzona i zdobywana. A może to wszystko 

tylko jej się zdawało? Może było tworem jej imagi-nacji, życzeń i nadziei? W każdym razie 
od tamtego wieczoru -był inny. Miły, ale inny. 

W  pierwszej  chwili  jego  dziwne  zachowanie  zasko¬czyło  ją  i  nie  potrafiła  go  sobie 

wytłumaczyć. Odtwarzała w myślach tę scenę dziesiątki razy i zadawała sobie pyta- 

  
 

nie,  czy  nie  zrobiła  niechcący  czegoś,  co  mogło  go  obra¬zić  czy  zrazić  do  niej.  Żaden 

powód nie przychodził jej do głowy. 

-  Co  się  dzieje,  Charlie?  -.  spytała  go  któregoś  dnia,  gdy  z  wymuszoną  wesołością 

opowiadał jej najnowszy do¬wcip. 

- Jak to: co się dzieje?  - wzruszył ramionami. - Dłaczego by się coś miało dziać? Czemu 

znowu  masz  taką  zmartwioną  minę?  -  Chariie  przeszedł  do  ataku.  -  Uważaj,  bo  ci  się 

poro¬bią zmarszczki! 

Nie miała ochoty na takie zabawy. 
- Wydaje mi się, że powinniśmy porozmawiać. Może dziś wieczorem? 

Przez chwiłę jakby się wahał. 
- Czemu  nie? Wybieramy  się dziś  w kilka osób  do baru. Może pójdziesz z nami. Chodź, 

będzie fajnie! 

Cassie  pokręciła  przecząco  głową.  Nie  o  to  jej  chodziło.  Z  wolna  narastały  w  niej 

rozgoryczenie  i  gniew.  Starała  się  unikać  Fran,  bo  wiedziała,  że  rozmowa  w  nieunikniony 
spo- 

sób  zejdzie  na  Charliego.  Już  słyszała  jej  triumfalne  „A  nie  mówiłam?".  Była 

wystarczająco  inteligentna,  by  domyślić  się,  że  przyczyny  muszą  być  głębsze,  niż  mogłoby 

się zdawać. To, co zaszło między nimi, nie było przypadkowe i powinno znaleźć prawdziwe 

wytłumaczenie.  Długo  biedziła  się  nad  nim  i  nic  jej  nie  przychodziło  do  głowy.  On  jest 
tchórzem.  -  pomyślała  sobie  wreszcie  któregoś  dnia.  Tak,  Charlie  Whit-man  to  po  prostu 
tchórz! 

Poradzi  sobie  i  bez  niego.  Postanowiła  więc  unikać  Char¬liego  i  nawet  umówiła  się 

parokrotnie z Jeffem. Ale nie mogła nie przyznać sama przed sobą, że jednak coś Charliemu 
za-wdzięcza.  Dzięki  niemu  dowiedziała  się  czegoś  o  sobie.  Mie¬dzy  innymi  tego,  że  nigdy 
nie pokocha Jeffa. 

  
 

Charlie  tymczasem  chodził  przygaszony  i  bez  humoru.  Po¬wtarzał  sobie  kilka  razy 

dziennie, jaki powinien być szczęśli¬wy, że wykaraskał się z trudnej sytuacji i znowu może 

prowa¬dzić  swój  niczym  nie  skrępowany  tryb  życia.  Rozumiał  to  doskonale,  ale  wcale  nie 

czuł się przez to szczęśliwszy. Starał się zagłuszyć w sobie smutek, rzucając się w wir życia 

towa¬rzyskiego,  ale  kończyło  się  to  nieodmiennie  zmęczeniem  i  iry¬tacją.  Napatoczyła  się 

wprawdzie  pewna  rudowłosa  dziewczy¬na  o  ciele,  którego  mogłaby  jej  pozazdrościć  Miss 
Ameryki  -  cóż,  miała  za  to  ptasi  móżdżek.  Mogłaby  zagrać  w  „Parku  jurajskim",  pomyślał 
Charlie. Blondynka o niebieskim spoj¬rzeniu ciągle nawiedzała jego myśli. 

background image

Próbował uciec w pracę, a nawet we własne pisanie. Za-wsze prowadził dziennik - robił to 

od  dziecka.  Słowa  przy-nosiły  ukojenie,  pozwoliły  przenosić  się  w  inną  rzeczywi-stość, 

rzeczywistość,  nad  którą  całkowicie  panował.  Które-goś  dnia,  jakby  dla  żartu,  zaczął  pisać 

powieść. Tytuł nasunął mu się sam: „W labiryncie uczuć". Choć w pracy używał komputera, 

w domu pisał na swojej wysłużonej maszynie do pisania. 

Pewnego  dnia  utknął  na  jakimś  zdaniu  i  wtedy  nagie  przy¬szło  olśnienie:  tęskni  za  nią. 

Tęskni za Cassie Armstrong. 

Chce, żeby znowu stała się częścią jego życia. Ba, ale jak? To takie proste, a zarazem tak 

skomplikowane! Musi nakłonić ją, aby jeszcze raz dała mu szansę. 

W  praktyce  okazało  się  to  jeszcze  trudniejsze,  niż  przypu¬szczał.  Cassie  unikała  go  jak 

ognia. Wreszcie, któregoś wie¬czoru nadarzyła się okazja. Stał za filarem w holu, na do¬le, 

gdy właśnie nadeszła. Była sama. Charlie postanowił spró¬bować. 

Już miał do niej podejść, gdy z kąta wyszedł jej na spotkanie jakiś mężczyzna. 

Ożywiany i uśmiechnięty, miał gładko zaczesane włosy, okulary na nosie 

i wyglądał jak wiel- 
  
 

ce  szanowany  członek  społeczeństwa.  Cholerny  profesorek!  Więc  jednak  nic  z  tego. 

Charlie  poczuł  ukłucie  w  sercu,  gdy  zobaczył,  jak  uśmiechnięci  witają  się  i  odchodzą.  Jak 

Barbie  i  Ken,  pomyślał  z  nienawiścią.  A  więc  dobrze,  niech  uwiją  sobie  gniazdko.  Może 

właśnie tego jej potrzeba. Odczekał dłuższą chwilę i sam ruszył do wyjścia. 

  

ROZDZIAŁ 

Kiedy Vince zażądał spotkania ze wszystkimi pracownika¬mi agencji, którzy brali udział 

w  przygotowaniu  kampanii  reklamowej  zabawek  Majik  Toys,  Cassie  poczuła  niepokój. 

Zwłaszcza że Vince z właściwą sobie bezceremonialnością długo zwlekał z ujawnieniem daty 

spotkania. Znając chara¬kter Vince'a i jego metody, spodziewała się najgorszego. Wprawdzie 

wyniki mieli dobre, ale nie wiadomo, co ten stary mafioso trzyma z zanadrzu. Kiedy stanęła 

przed  salą  konfe¬rencyjną,  poczuła  przykry  ucisk  w  żołądku. Jej  zdenerwowa¬nie  wzrosło, 

gdy  zorientowała  się,  że  ma  tam  wejść  w  razem  z  Charliem.  Nieszczęścia  chodzą  parami, 

pomyślała. 

Od  owego  spotkania  w  zimowy  wieczór  minął  właśnie  mie¬siąc.  Przez  cały  ten  czas 

właściwie nie rozmawiali ze sobą po¬ważnie. Przyzwyczaiła się do tego i dzisiaj już nie miała 

ochoty na taką rozmowę. Kiedy ujrzała go na korytarzu, próbowała go wyminąć i odejść na 

bok pod pretekstem, że chce nalać sobie kawy z automatu, ale Charlie zastąpił jej drogę. 

Co słychać, Cassie? 

W porządku - skłamała, uciekając spojrzeniem. Sama postanowiła o nic go nie pytać, 

Co ja to w końcu obchodzi? 

On sam akurat był zadowolony z takiego obrotu sprawy: u niego nic nie było w porządku. 
  
 

Zdaje się, że powinniśmy już wchodzić - powiedziała, 

wskazując głową drzwi. 

Ale nie usunął się z przejścia. Rozejrzał się szybko wokół i upewniwszy się, że nikogo nie 

ma, pochylił się do jej ucha. 

Chciałbym z tobą porozmawiać. 

Nie teraz, Charlie. Błagam, nie teraz! - pomyślała. Była i tak dostatecznie zdenerwowana. 

Udała, że nie zrozumiała, o co mu chodzi i spojrzała na niego pustym wzrokiem. 

Oczywiście. Zostaw mi wiadomość w gabinecie. Umó¬ 

wimy się któregoś dnia, bo ostatnio jestem zajęta - odparła 

beznamiętnym tonem. 

Spróbowała go wyminąć, ale schwycił ją za ramię. Jego dotyk sprawił, że zadrżała. 

Charlie poczuł jej drżenie, i postanowił kuć żelazo póki gorące. 

Musimy porozmawiać - szepnął z naciskiem. - Proszę! 

To jego „proszę" niemal ją rozbroiło, ale za wszelką cenę 

chciała trzymać fason. 

Dobrze. Powiedziałam już, zostaw mi wiadomość. 

background image

Tu nie chodzi o sprawy zawodowe. 

Nie? - Spojrzała z przesadnym zdziwieniem. - A niby o czym mielibyśmy mówić? 

O tym, co się stało. 

Po raz pierwszy w czasie tej rozmowy spotkały się ich spojrzenia. 

A co się stało, Charlie? Przecież nic się nie stało. Prze¬ 

praszam, muszę tam wejść, czekają na mnie. 

Tym  razem  nie  próbował  jej  zatrzymać.  Powiedziała  to  tak  zdecydowanym  tonem,  że 

skapitulował.  Przez  chwilę  postał  pod  drzwiami,  a  potem  wszedł  do  środka.  Jakiś 

masochistyczny  im¬puls  podpowiedział  mu,  by  usiąść  przy  stole  tuż  obok  niej.  Cassie 

spojrzała zniecierpliwiona i lekko odsunęła swoje krzesło. 

  
 

Szmer rozmów ucichł, gdy z impetem równym wkroczeniu dywizji pancernej wtargnął na 

salę  nieco  spóźniony  Vince.  Spotkanie  rozpoczęło  się  od  wybuchu  niezadowolenia  i  złości 
prezesa Majik Toys. 

Zwalniam was! - oświadczył na wstępie. - Rezygnuję 

z usług waszej agencji od zaraz! 

To  był  jego  straszak,  a  ich  zmora.  Groźba  wymówienia  współpracy  zawsze  wisiała  nam 

nimi  niczym  miecz  Damokle-sa.  Vince  robił  od  czasu  do  czasu  aluzje  do  możliwości 
zerwa¬nia kontraktu, nigdy jednak nie wypowiedział tego wprost. 

Milczeli zaskoczeni.  Większość  zgromadzonych  spojrzała  bezradnie  w  stronę  Cassie.  To 

ona odpowiadała za kontakty z kontrahentami.  Cassie poczuła się tak, jakby na jej ramiona 

spadł stupudowy ciężar. Była nie mniej zaskoczona tym, co usłyszała, niż inni. Wiedziała, że 

powinna coś powiedzieć i próbowała zebrać myśli. 

Jak to? Przecież mamy podpisaną umowę! - wykrzyknęła. 

Nie było to dobre zagranie. Vince popatrzył na nią ciężkim 
wzrokiem. 

No to zrywam ją. Moi prawnicy to załatwią - prychnął. 

Cassie postanowiła odwołać się do jego zmysłu praktycz¬nego. Znając Vince'a i wiedząc, 

że  w  interesach  nigdy  nie  kierował  się  emocjami,  uznała,  że  najlepszy  będzie  argument 
finansowy. 

Ale straci pan pieniądze. Akcja promocyjna zostanie 

przerwana, a to znaczy, że i nasza agencja poniesie straty, 

którymi będziemy musieli pana obciążyć. Proponuję, żeby nie 

działał pan pochopnie. Na pewno uda nam się znaleźć roz¬ 

wiązanie. 
Ku  zdziwieniu  Cassie  ten  sposób  rozumowania  tym  razem  jednak  do  niego  zupełnie  nie 

trafił. 

No to najwyżej stracę. Powiedziałem: mam tego dosyć. 

Ale co się stało? - Cassie nic nie rozumiała. Zdawała 

  
 

sobie sprawę, że niezależnie od tego, czy Bertolli ma rację czy nie, jeśli umowa zostanie 

zerwana, firma poniesie straty. -Proszę powiedzieć, w czym rzecz, na pewno coś wymyślimy. 

W końcu pracujemy razem od ładnych paru lat, to chyba coś znaczy. 

Vince  Bertolli  nie  reagował  na  podobne  zapewnienia  i  ape¬le.  Gdyby  tak  robił,  nie 

znalazłby się na miejscu, które teraz zajmował. 

Powiedziałem: koniec. 

Ale to przecież bez sensu - nie poddawała się Cassie. 

Vince  skrzywił  się  tylko  i  zamachał  rękami.  Wszyscy  ze¬brani  spoglądali  po  sobie 

skonsternowani. Sama Cassie zda¬wała się zupełnie zbita z tropu. 

Charlie siedział do tej pory bez słowa. Teraz jednak uznał, że najwyższy czas wkroczyć do 

akcji. Wiedział, że z Vin-ce'em perswazją niczego nie osiągnie. 

Myślę, że on ma rację! - powiedział mocnym głosem, 

rozglądając się po zebranych. 

Wszyscy, nie wyłączając Vince'a, obrócili się w jego stronę ze zdziwieniem. 

Powiem nawet więcej wszyscy jak tu jesteśmy zasługu¬ 

jemy na to, żeby nas zwolnić. 

background image

Co ty wygadujesz? - usłyszał z boku cichy szept Cassie. 

Siedzieli osłupiali, jedynie Vince patrzył na niego z zain¬ 
teresowaniem. 

Cassie i ja dyskutowaliśmy dwa dni temu ten projekt. 

Wiecie, do czego doszliśmy? 

Cassie popatrzyła na niego z przerażeniem. O czym on mówi? 

Brak synchronizacji - zawiesił głos i pokiwał głową. 

- Ten projekt cierpi na brak synchronizacji. Poszczególne je¬ 

go elementy funkcjonują osobno. To wszystko nie trzyma się 
kupy. Prawda, Cassie? 
  
 

Cassie ukradkiem spojrzała na Vince'a. Z zadowoleniem kiwał głową. Co za chytry lis!  - 

pomyślała. Dopiero teraz pojęła, do czego zmierza Charlie. 

Fakt - potwierdziła. - Może niezupełnie tak to określili¬ 

śmy, ale zasadniczo doszliśmy do takiego właśnie wniosku. 

Charlie obrócił się teraz do Vince'a. 

Wydaje mi się, że pan ma podobne zdanie. 

Bertolli skinął głową. 

Tak.  Cieszę  się,  że  rozumiecie,  o  co  tu  chodzi.  Wiecie,  że  jestem  w  gorącej  wodzie 

kąpany, więc jeśli powiadam, że zwal¬niam was, to nie bierzcie tego od razu tak dosłownie. 

Ale dziwi¬łem się, że grono fachowców może się czasem tak pogubić! Zupełnie jak dzieci. - 

Pokręcił głową. - Trzeba więc ten pro¬jekt... jakby tu powiedzieć... - urwał, spoglądając na 
Charliego. 

.. .zsynchronizować - podpowiedział mu. 

O właśnie! Zsynchronizować - przytaknął Bertolli. 

Wiedział, że nie opłaca mu się zrywać umowy. Ale mógł 

pogrymasić  i  wyjść  z  twarzą  z  tego  starcia,  ucierając  przy  tym  nosa  tym  mądralom.  Był 

zadowolony i usatysfakcjonowany. Postraszył ich, a teraz niech zabierają się do pracy. 

Właśnie pracujemy nad nową strategią - włączyła się 

Cassie. - Można ją nazwać strategią parasola. Wszystkie po¬ 
szczególne elementy będą miały punkty styczne i zarazem 

cała kampania będzie miała odniesienie do wszystkich rekla¬ 

mowanych produktów. Już za miesiąc będziemy mieli projekt 

gotowy, za trzy miesiące zobaczy pan efekty. 

Vince rozparł się w fotelu. 

Dopiero za miesiąc? 

Dwa tygodnie - poprawił Charlie. 

Tydzień - pokręcił głową Bertolli. - Od dziś za tydzień. 

Wszyscy spojrzeli po sobie. Vince Bertolli złożył im pro¬ 

pozycję nie do odrzucenia. 
  
 
  
 
  
 
  

Tylko  tydzień!  -  Cassie  nerwowo  potarła  czoło,  gdy  opuścili  już  gabinet  Vince'a  i 

zaczęli  omawiać  spotkanie  Miała  wrażenie,  że  odnieśli  iluzoryczne  zwycięstwo.  W  tak 

krótkim czasie nie sposób stworzyć projektu nowej kampanii reklamowej i dopracować go w 

szczegółach. 

Wyjedziemy  z  miasta,  zamkniemy  się  gdzieś  na  sześć  i  sześć  nocy  i  nie  będziemy 

robić  nic  innego  -  powiedział  Char-lie.  -  Nie  martwcie  się,  zdążymy.  -  Rozejrzał  się  po 
zebranych. 

Po  powrocie  do  agencji  poczuli  się  pewniej,  mimo  to  mieli  nietęgie  miny.  Zbyt  długo 

pracowali w tym zawodzie, by nie wiedzieć, że zamiar graniczył z niemożliwością. Z drugiej 

strony mieli pełną świadomość: wóz albo przewóz. Ale jak tu nagle wycofać się kompletnie z 

background image

życia na tydzień? Nie wszyscy są w tak komfortowej sytuacji jak Charlie. Mają narzeczone 

żony, rodziny, dzieci... 

Cassie  również  daleka  była  od  entuzjazmu.  Oprócz  podej-rzenia,  że  to  się  nie  uda, 

perspektywa  spędzenia  tygodni  z  Charliem  wcale  nie  wydawała  się  pociągająca.  Już  prawi 

zdołała odzyskać spokój... 

Jedyną zadowoloną osobą w tym towarzystwie wydawał się Charlie Whitman. 

Jeszcze  tego  wieczoru  cała  grupka  spotkała  się  w  ustron¬nym  hotelu,  oddalonym  o 

godzinę jazdy od Nowego Jorku. Rozlokowali się pospiesznie i po kolacji zasiedli do pracy. 

Charlie starał się trzymać blisko Cassie. Była chłodna i ofi¬cjalna, ale  przynajmniej mógł z 

nią rozmawiać. Już sam ten fakt wprawiał go w lepszy humor. Nie mógł się doczekać, kiedy 

skończą dzisiejszą sesję i zostanie im trochę czasu na filiżankę herbaty. 

-  Coś  jednak  dzisiaj  zrobiliśmy  -  powiedział  Charlie,  gdy  zaczęli  się  rozchodzić.  -  Co 

byście powiedzieli na małego drinka czy herbatę przed snem? 

  

Muszę zadzwonić do domu - mruknął Tom. Jego żona 

miała rodzić niebawem. 

Joe również rzucił się w stronę windy. 

A ja do Fran! 

Tym lepiej, pomyślał Charlie. 

A ty, Cassie? 

Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji. 

Dzięki, ale jestem zmęczona. 

Ruszyła spiesznie w ślad za Joe i Tomem. 

Odrobina piwa przed snem nie zawadzi - powiedział Scott. 

Akurat! - Charlie zrobił surową minę. - Jesteś za mło¬dy na piwo - krzyknął i popędził 

w stronę windy, zosta¬wiając zdumionego chłopaka. Zdążył, zanim drzwi się za¬mknęły. 

Cassie patrzyła w ścianę za nim, jakby był powietrzem. 

Zdawało  mi  się,  że  wybierałeś  się  na  drinka.  -  Joe  spoj¬rzał  na  niego,  nic  nie 

rozumiejąc. 

Odechciało mi się - warknął Charlie. Miał nadzieję, że Joe zostawi go w spokoju, ale 

kiedy winda zatrzymała się na drugim piętrze, przyjaciel spojrzał nań wyczekująco. 

To już nasze piętro-powiedział. 

Wiem  o  tym,  Joe.  Chcę  zwiedzić  hotel.  Wygląda  mi  na  całkiem  stary.  Chyba 

zbudowali go z pięćdziesiąt lat temu. 

Do Joe wreszcie dotarło, o co mu chodzi. 

Rozumiem! - Skinął głową i łypnął okiem na Cassie. 

Co za kretyn! - pomyślał Charlie. Bał się na nią spojrzeć. 

Joe puścił drzwi i winda znowu ruszyła. Cassie stała w milczeniu. 

Mogę z tobą podjechać? 

Wcale nie miała ochoty, ale nie chciała być niegrzeczna. 

To hotelowa winda w wolnym kraju. - Wzruszyła ra¬ 

mionami. 
  
 

Jesteś zadowolona z dzisiejszej sesji? 

Tak sobie. 

Charlie pomyślał, że musi zaryzykować. Nie ma sensu owijać w bawełnę; za chwilę będzie 

jej piętro i pozostanie mu tylko się pożegnać. 

Posłuchaj, Cassie. Przykro mi, że coś się między nami 

popsuło. Wiem, że to zabrzmi śmiesznie, ale po prostu się 

przestraszyłem. Nie gniewaj się, proszę. 

A więc jednak! - pomyślała Cassie. 

Charlie  zajrzał  jej  w  twarz,  starając  się  wyczytać  z  niej  reakcję  na  swoje  słowa,  ale 

pozostawała nieporuszona. Wy¬glądała dziś szczególnie atrakcyjnie i Charlie na myśl, że być 

może ominęła go okazja, poczuł niemal fizyczny ból. Jeśli przez swoją głupotę straci Cassie 
na zawsze, nigdy sobie tego nie daruje. 

background image

Nie zdawał sobie sprawy, ile ją kosztuje ten kamienny spokój. Cassie miała wielką ochotę 

zawołać: „Było, minęło, Charlie, wcale się nie gniewam i dalej cię bardzo lubię" albo coś w 
tym rodzaju. Zamiast tego powiedziało jej się coś zupeł¬nie innego. 

Tak to już jest: wszystko, co dobre, nie trwa długo, 

prawda? Musimy się z tym jakoś pogodzić, jesteśmy w końcu 

dorośli. 

Kiedy winda zatrzymała się na jej piętrze, wyskoczyła z niej jak z procy. Ale Charlie był 

człowiekiem  upartym.  Nie¬wiele  myśląc,  ruszył  w  ślad  za  nią.  Oboje  zatrzymali  się,  gdy 

stanęła przed drzwiami pokoju. 

W porządku, Charlie, nie gniewam się, ale teraz daj mi 

spokój - powiedziała i zaczęła przetrząsać torebkę w poszuki¬ 
waniu klucza. 

Ku  swemu  zdumieniu  czuł  w  głowie  kompletną  pustkę.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  nie 

wiedział, co powiedzieć. 

Cassie, mnie chodzi tylko o to, żebyś była szczęśliwa 

  
 
-  wykrztusił.  -  Jeżeli  będziesz  szczęśliwa  z  tym  profesorem,  to...  -  Dalsze  słowa  nie 

przeszły mu przez gardło. 

Mówi o Jeffie, ale myśli o sobie, przemknęło jej przez głowę. Chce się wycofać, ale tak, 

żeby nie było jej przykro. Cóż, niech i tak będzie. Tylko lepiej dla nich obojga. 

Nie martw się o mnie, Charlie. Jest mi dobrze. Dlaczego 

nie miałabym być szczęśliwa? 

To stawało się nie do wytrzymania. Nie była w stanie spoj¬rzeć mu prosto w oczy; bała 

się, że wyczytałby z nich, że kłamie. Wsunęła klucz w otwór zamku. 

Charlie  nie  potrafił  powstrzymać  westchnienia  zawodu.  Zrezygnowany  pokiwał  głową. 

Czego  w  końcu  oczekiwał?  Że  rzuci  mu  się  ze  szlochem  w  ramiona?  Dalsza  rozmowa 

stawa¬ła  się  bezprzedmiotowa.  Znalazła  sobie  kogoś,  z  kim  było  jej  dobrze.  Sama  przed 

chwilą przyznała. To koniec. Mówi się trudno. 

Cieszę się, że jesteś szczęśliwa... Czy moglibyśmy zo¬ 

stać przynajmniej przyjaciółmi? 

Wolała, żeby powiedział wszystko, tylko nie to. Jego słowa 

raniły ją niczym ostry nóż. 

 

Czemu nie - powiedziała z wysiłkiem. Czuła, że zaraz 

się rozpłacze. - Przepraszam, ale mam ważny telefon - po¬ 
wiedziała, pchając drzwi. 

Mieli  wyjaśnić  sobie,  co  się  wydarzyło  między  nimi,  a  tym¬czasem  rozmowa  tylko 

pogorszyła  sytuację.  Oboje  stracili  po  niej  nadzieję.  Teraz  wspólne  spotkania  stawały  się 

nieznośną torturą. I Charlie, i Cassie pracowali bez przekonania, snuli się osowiali z kąta w 

kąt i liczyli dni do powrotu. W końcu pobytu również koledzy mieli ich dość. Nie mogli pojąć 

przemiany, jaka się  w nich dokonała.  Zazwyczaj  tryskający  energią i  optymi-zmem Charlie 

zmienił  się  w  kogoś  zgryźliwego  i  apatycznego,  a  promieniejąca  spokojem  Cassie  w 

zdeklarowaną pesymistkę. 

  
 

Piątego  dnia  wieczorem  Charlie,  leżąc  na  łóżku,  gapił  się  bezmyślnie  w  sufit  swego 

pokoju. Joe, jego współlokator, westchnął tylko głośno. 

Zerwali ze sobą - powiedział. 

Słowa Joe zdawały się nie docierać do przyjaciela. 

Powiadam, że zerwali ze sobą - powtórzył głośniej. 

Kto? - Charlie spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem. 

Cassie i Jeff. 

Charlie uniósł się na łokciu. 

Kiedy? 

Joe wzruszył ramionami. 

Ze dwa tygodnie temu. Charlie już siedział na łóżku. 

Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? 

Fran zabroniła - oznajmił Joe. 

background image

Charlie skoczył na równe nogi, rzucił się do krzesła, na którym leżały jego dżinsy. Chwilę 

później  miał  je  już  na  sobie.  Może  więc  nie  powiedziała  mu  prawdy?  Wcale  nie  sprawiała 

wrażenia osoby zadowolonej z siebie i z życia... Włożył buty i skoczył do drzwi. 

A ty dokąd? 

Muszę zajrzeć do Cassie. 

Przecież już prawie północ. 

To co z tego? - Po raz pierwszy od kilku dni się uśmie¬ 

chnął. 

Kiedy usłyszała pukanie, ostatnią osobą której się spodzie¬wała, był Charlie Whitman. A 

jednak to on stał przed drzwia¬mi! Widziała go przez wizjer. 

Charlie? Czy wiesz, która godzina? - spytała przez za¬mknięte drzwi. 

 

Wiem. Za pięć dwunasta. Otwórz, musimy poroz¬mawiać. 

Już rozmawialiśmy. Daj mi spokój. 

  
 

Wpuść mnie. Proszę cię, to ważne- powiedział głośniej, stukając ponownie. 

Przestań. Obudzisz wszystkich dookoła. 

Być może. Ale nie odejdę stąd, dopóki nie porozma¬wiamy. 

Cassie stała przez chwilę niezdecydowana. 

Poczekaj chwilę. 

Miała  na  sobie  jedynie  cienką  nocną  koszulę.  Weszła  do  łazienki  i  zdjęła  z  wieszaka 

równie  skąpy  kąpielowy  szlafro¬czek.  Narzuciła  go  na  ramiona.  Podeszła  do  drzwi  i 

przekręci¬ła zasuwkę. Nie otworzyła ich jednak, jedynie lekko uchyliła, zakładając przedtem 

łańcuch. 

Co się takiego stało, że budzisz mnie w środku nocy? 

Prawdę mówiąc, wcale nie spała. Leżała na łóżku i liczyła 

kasetony na suficie. To było ostatnio jej stałe zajęcie: spała bardzo kiepsko. 

Otwórz, proszę. - Charlie usiłował zajrzeć przez szparę 

do środka. 

Najpierw  powiedz,  czego  właściwie  chcesz.  Nerwowym  ruchem  przeczesał  włosy 

palcami. 

To sprawa osobista. 

Cassie patrzyła na niego nieprzyjaźnie. 

Chyba nie będziemy tak stali i rozmawiali przez wpóło- 

twarte drzwi? Czy nie możesz wysłuchać, co mam ci do 
powiedzenia? 

Ona jednak nie ustępowała. Zastawiła drzwi sobą, gotowa je w każdej chwili zatrzasnąć. 

Charlie spojrzał na nią z desperacją. 

Dlaczego mi nie powiedziałaś, że z nim zerwałaś? 

Pytanie było jak piorun z jasnego nieba. Skąd on o tym 
wie? I jakim prawem pyta o takie rzeczy? 

I z tego powodu zrywasz mnie z łóżka? - spytała, czu¬ 

jąc, że się rumieni. 
  
 

Charlie dostrzegł jej zdenerwowanie. A więc jednak! Musi wykorzystać okazję i wytrącić 

ją z tego udanego spokoju. 

Ale dlaczego? 

Cassie  przygryzła  wargi.  Jego  bezceremonialność,  którą  zazwyczaj  skrycie  podziwiała, 

teraz wyprowadzała ją z rów¬nowagi. 

Nie twoja sprawa. Nie zamierzam o tym w ten sposób rozmawiać. 

Więc wpuść mnie! 

Wykluczone - powiedziała, próbując zatrzasnąć drzwi. 

Za późno. Charlie już wstawił nogę. 

Auu! - syknął z bólu. Miał na sobie lekkie mokasyny, i drzwi przycięły mu stopę. 

Należało ci się! - Naparła znowu na drzwi z całej siły. - Mam nadzieję, że złamana. 

Nie dawał jednak za wygraną. Trzymał drzwi i nie pozwa¬lał ich zamknąć. 

Powiedziałem: bez rozmowy nie odejdę. Lepiej otwórz! 

background image

Wiedziała, że sobie z nim nie poradzi. Odgłosy szarpaniny 

na  pewno  zaraz  przywołają  niepożądanych  świadków.  Przy¬trzymała  ramieniem  drzwi, 

zwolniła  łańcuch,  a  potem  puścił  drzwi,  odsuwając  się  na  bok.  Charlie  wpadł  do  środka,  z 

tru¬dem łapiąc równowagę. Cassie spokojnie zamknęła drzwi. 

No i co dalej? - Spojrzała na niego zimnym wzrokiem. 

Skrzyżowała ramiona i stała wyczekująco. 

Charlie  jednak  był  zupełnie  zbity  z  tropu.  Widok  jej  nagich  nóg,  świadomość,  że  ma  ją 

przed  sobą  prawie  rozebraną,  odebrały  mu  na  moment  mowę.  Patrzył  na  nią  i  czuł,  jak 

wzbiera w nim pożądanie. 

Dlaczego mi nie powiedziałaś, że z nim zerwałaś? - po¬wtórzył raz jeszcze. 

Nie twój cholerny interes - warknęła. 

Postąpił nagle krok do przodu i schwycił ją za ramię. 
  
 

Właśnie że mój. 

Wyrwała rękę i cofnęła się pół kroku. 

Pytasz dlaczego? A co za różnica dlaczego? Ty przecież 

nie chciałeś się w nic angażować. Nie chciałeś - więc proszę 
bardzo. Po co tu stoisz? Idź stąd. 

Zdenerwowana wskazała ręką drzwi. Charlie jednak nie ruszył się z miejsca. 

Tym razem nie wyjdę. Daj mi jeszcze raz szansę. O to 

właśnie chciałem cię prosić, ale źle zrozumiałem to, co mi 

powiedziałaś. Myślałem, że związałaś się z tym swoim profe¬ 
sorem. 

Nie  była  pewna,  czy  się  nie  przesłyszała.  Czy  chce  po¬wiedzieć,  że  mu  na  niej  zależy? 

Gniew ustąpił miejsca nie¬pewności. 

Ale skąd się dowiedziałeś? 

Nie mogę zdradzać źródła swoich informacji. - Rozło¬żył ręce. 

Joe! Mały Joe z długim jęzorem. - Pokiwała głową do¬myślnie. 

Joe  jest  moim  przyjacielem.  Widział,  jak  męczę  się  bez  ciebie  i...  -  wziął  głęboki 

oddech - i jak ty się męczysz beze mnie. 

Tego już było za wiele. 

Wcale  się  nie  męczę  bez  ciebie.  Nie  zamierzam  się  z  tobą  zadawać,  nawet  gdybyś 

jakimś cudem został jedynym m꿬czyzną na całej Ziemi. Nie dbam o to w ogóle! 

To czemu się tak wściekasz? 

Wcale się nie wściekam. - Spojrzała na niego, siląc się na obojętność. - Powiedziałam: 

nie dbam o to. 

Charlie zaśmiał się cicho. 

Akurat. Oboje wiemy, że to nieprawda. Ani ty nie jesteś 

mi obojętna, ani ja tobie. Spójrzmy prawdzie w oczy, Cassie. 

Wiem, że jesteś na mnie wściekła, i dlatego tak mówisz. Ro- 
  
 

zumiem  to.  Powiem  więcej: zasłużyłem  sobie na to. Jeżeli chcesz, możesz mnie walnąć. 

Bardzo proszę! - Nadstawił policzek. 

Chyba zwariowałeś. 

Ależ proszę, ulżyj sobie. 

Cassie posłała mu najbardziej pogardliwe spojrzenie, na jakie tylko było ją stać. 

Wiesz, kto ty jesteś? Jesteś tchórz i w dodatku głupek. 

Święta prawda. - Skinął głową. - Więc wal! 

Jego potulne przytakiwanie jedynie wzmagało irytację Cassie. Odnosiła wrażenie, że w ten 

sposób lekceważy ją, zmierza do tego, by jak najszybciej zakończyć rozmowę, którą nie ona 

przecież zaczęła. Jej dłoń zacisnęła się w pięść. 

Naprawdę mam czasem ochotę cię uderzyć. 

Nie krępuj się - uśmiechnął się. 

Ma  ją  za  idiotkę!  Uderzyła  z  całej  siły.  Trafiła  go  w  poli¬czek,  tuż  pod  okiem.  Charlie 

zachwiał się i runął do tyłu. Na szczęście miał ścianę tuż za sobą. 

background image

Spojrzała  na  niego  z  przerażeniem.  Była  tak  zażenowana,  że  nawet  nie  czuła  bólu 

stłuczonych kłykciów. Jak mogła tak się zachować? 

O Boże, Charlie, przepraszam! Zdaje się, że podbiłam ci 

oko! 

Charlie pomacał stłuczony i zaczerwieniony policzek. 

Niewykluczone. Jak to wygląda? - spytał, wystawiając go znowu w jej stronę. 

Lepiej nie mówić! - westchnęła. - Chodź, zrobię ci okład z lodu. 

Charlie machnął jedynie ręką. 

Cassie bezradnie usiadła na łóżku i ukryła twarz w dłoniach. 

Co ja mam z tobą zrobić, Charlie -jęknęła. 

Dać mi jeszcze raz szansę. Tylko tyle - odparł, przysia¬dając przy niej. 

  
 

Opuściła dłonie i złożyła je na kolanach. 

Naprawdę chcesz tego? - szepnęła. 

Zostań moją dziewczyną, proszę - powiedział, dobitnie akcentując każde słowo, jakby 

pragnął przydać im ważności. 

Problem  tylko  w  tym,  że  proponujesz  to  wszystkim  swo¬im  dziewczynom...-

westchnęła. 

Nie Tylko tym, które mnie biją- uśmiechnął się, krzy¬ 

wiąc się z bólu. - Przepraszam, ale nie mogę się śmiać, więc, 

proszę, nie żartuj sobie i nie rozśmieszaj mnie. 

Sytuacja  była  jednak  tak  komiczna,  że  Cassie  wybuchnęła  .  śmiechem.  Charlie  siedział 

obok, trzymając się za policzek 

i również się śmiał. 

 

Nagłe pukanie w ścianę sprawiło, że zamilkli jak na ko¬mendę. Spojrzeli po sobie. Charlie 

delikatnie pogłaskał ją po 

dłoni. 

Więc jak będzie? Zaryzykujesz? 

Cassie  zagryzła  wargi  i  nerwowo  pocierała  kolana,  To  wszystko  kosztowało  ją  już  tak 

wiele... 

Nie boisz się, że się zamęczymy? - Spojrzała na niego 

niepewnie. 

Być może - zgodził się. Znowu westchnęła. 

Nie wiem, czy pasujemy do siebie. 

Trzeba to sprawdzić. 

Cóż, raz kozie śmierć, prawda? 

Zmrużył oczy i skinął głową. Potem znowu pogłaskał ją po 

ręku i wstał. 

 

Gdzie się znowu wybierasz?-Cassie spojrzała zdziwiona. 

Uciekam. 

Stał  teraz  nad  nią  z  podbitym  okiem,  lekko  przestępując  z  nogi  na  nogę.  Można  by 

pomyśleć,  że  powrócił  z  jakiejś  bi¬jatyki.  Naprawdę  wyglądał  dość  zabawnie.  Cassie 

powstrzy¬mała jednak uśmiech. 

  
 

Nawet mnie nie pocałujesz? 

Spojrzał na nią z udanym przerażeniem. 

Nie ma mowy. Każdy kontakt z tobą to poważne niebez¬ 

pieczeństwo. Najpierw wykupię odpowiednią polisę. 

Ruszył do drzwi. Już z ręką na klamce odwrócił się. 

Ale zobaczysz, jutro będę już w lepszej formie. Nie pój¬ 

dzie ci tak łatwo jak dzisiaj. 
Cassie skinęła głową, uśmiechając się. 
  

ROZDZIAŁ 

background image

Rano  obudziło  ją  energiczne  stukanie.  Podbiegła  do  drzwi.  Nie  musiała  patrzeć  przez 

wizjer;  wiedziała,  kto  za  nimi  stoi.  Otworzyła  z  uśmiechem.  Można  powiedzieć,  że  nawet 
otwo-rzyła je ze zdumiewająco radosnym uśmiechem, zważywszy na to, jak niewiele spała tej 
nocy. 

Kogo ja widzę? Toż to Charlie Whitman we własnej 

osobie! 

Wszedł do środka, zamykając pieczołowicie za sobą drzwi, a potem wziął ją w ramiona. W 

półmroku przedpokoju wyda¬ło jej się, że wygląda niezwykle przystojnie. 

Muszę cię ostrzec: będę chciał nadrobić stracony czas 

- powiedział, całując ją w policzek. 

Już  miała  się  roześmiać,  ale  gdy  w  nieco  lepszym  świetle  zobaczyła  twarz  Charliego, 

zrobiła przerażoną minę. 

Boże, twoje oko! 

Charlie uniósł brwi, zdziwiony jej reakcją. 

Mówisz o moim oku? - Wydął usta. - Co chcesz od 

niego? Uważam, że wygląda całkiem normalnie. 

Czuł się tak szczęśliwy, że taki drobiazg jak podsiniaczone oko nie był w stanie pozbawić 

go dobrego humoru. 

Powiedziałbym nawet, że nawet tak podobam się sobie 

bardziej. Ten siniak daje do myślenia, intryguje... W ten spo- 
  
 

sób staję się jeszcze bardziej interesujący  - dodał.  - Ale nie przyszedłem tu  wcale po to, 

żebyś użalała się nade mną. 

Tak? A po co? - Cassie zrobiła niewinną minę. 

Zaraz się dowiesz - powiedział i przyciągnął ją do siebie. 

Cassie  przytuliła  się  mocno.  Zamarła  bez  ruchu.  Wstrzy¬mała  nawet  oddech.  Dłonie 

Charliego  zanurzyły  się  w  jej  włosy.  Rozgarniał  je  palcami,  gładził  ją  po  szyi  i  ramionach. 

Miała jeszcze pod powiekami resztki snu. Czuła się tak do¬brze, tak bezpiecznie. Wydawało 

jej  się,  że  cały  świat  ze  swymi  sprawami  odpływa  gdzieś  daleko,  traci  swe  ostre  kon¬tury, 

przestaje się liczyć. 

Pocałował ją delikatnie w usta. Pocałunek był nieśmiały, niczym przeprosiny. Ale Cassie 

nie czuła już gniewu, przeciw¬nie, owładnęła nią prawdziwa namiętność: chciała być z nim 

jak  najbliżej,  mieć  go  dla  siebie.  Nie  bez  jej  udziały  niewinny  pocałunek  przerodził  się  w 

długą pieszczotę, której oddawali 1 się z zapamiętaniem. 

Czuł przy sobie jej jędrne, rozgrzane snem ciało. Jak mógł 

sobie pomyśleć, że powinien trzymać się od niej z daleka? 

Ręka Charliego opadła, a potem powędrowała po jej ramieniu 

w górę, by spocząć na piersi Cassie. Zamknął ją w dłoni, 

czując, jak sutka twardnieje pod jego dotykiem. Cassie we¬ 

stchnęła. Przez jej ciało przebiegł dreszcz. Miała wrażenie, że 

od środka pali ją gorąco. Przytrzymała jego dłoń i spojrzała 
mu w oczy.  

Nie możemy teraz tego zrobić, Charlie. Wszyscy już są 

na dole, czekają na nas. 
Charlie zdawał się jednak nie słyszeć. Chciał, by ta chwila trwała. Nie chodziło mu nawet 

o  to,  by  pójść  z  Cassie  do  łóżka.  Chciał  po  prostu  z  nią  być,  czuć  jej  bliskość,  zapach,  jej 

dotyk. Było mu tak dobrze. Ale słyszał, oczywiście, co do niego powiedziała, i wiedział, że 

czeka na odpowiedź. 

  
 

Jesteś pewna? - szepnął. - Zrobię wszystko, co zech¬ 

cesz. Ale powiedz szczerze, chcesz tego? 

Z  jej  oczu  mógł  wyczytać  odpowiedź.  Patrzyły  na  niego  z  czułą  uwagą.  Widział  w  nich 

namiętność  i  odwagę.  Ale  to  spojrzenie  mówiło,  że  powinni  poczekać.  Ma  poddać  się 

pró¬bie, zasłużyć na to. 

To chyba ja powinnam cię o to zapytać. Ty odpo¬wiedz, czy naprawdę tego chcesz? 

Nie masz żadnych wąt¬pliwości? 

background image

Żadnych - odparł z przekonaniem. - Mam ci to udo¬wodnić? - zapytał z błyskiem w 

oku. 

Nie teraz, Charlie - uśmiechnęła się. - Musimy zejść na dół - powiedziała, wysuwając 

się z jego objęć. 

Charlie ujął ją za rękę i  spojrzał  z powagą, która ją zadziwi¬ła. Stał przyglądając się jej 

tak,  jakby  chciał  powiedzieć  coś  ważnego.  Cassie  spoważniała  i  patrzyła  na  niego  z 
wyczeki¬waniem. 

Ale wiesz... Ja nie potrafię... Ja nie wiem, czy potrafię 

- poprawił się. - Widzisz, związki uczuciowe to nie jest moja 

mocna strona. Czy możesz mi dać trochę czasu? 

Musiał się chyba zawstydzić tej szczerości, bo nagle zaczął mówić szybko i z przesadnym 

ożywieniem, jakby chciał ukryć zażenowanie. 

Rany  boskie!  Co  ja  wygaduję!  Stoję  w  pokoju  hotelo¬wym  z  prawie  nagą  kobietą  i 

opowiadam takie rzeczy. Do czego ty mnie doprowadziłaś! Armstrong, jak ty to robisz? 

Mam swój sposób... - uśmiechnęła się. - Wiem - doda¬ła poważniejąc. - Nie będziemy 

się spieszyć, Charlie... Ja na pewno nie będę się spieszyć - powiedziała, potrząsając jego ręką, 

jakby zawierali ugodę. - A teraz zostaw mnie, bo muszę się szybko ubrać. Spotkajmy się za 

dziesięć minut w jadalni. Co ty na to? 

Skinął głową. 
  
 

Dlaczego to wszystko musi być takie trudne? - wes¬ 

tchnął i kręcąc z dezaprobatą głową, ruszył do drzwi. 

Na dole wszyscy, oczywiście, pytali go o podbite oko. Żartom i żarcikom nie było końca. 

Jedynie  Cassie  studiowa¬ła  pilnie  hotelowe  menu,  tak  jakby  od  wyboru  między  jajkiem  na 

miękko a grzankami na szynce miała zależeć reszta jej życia. 

Wszystko jedno, co się stało - skrzywił się w końcu 

Charlie. - Ważne, że warto było. Prawda, Cassie? - pochylił 

się ku niej nieoczekiwanie. 

Cassie zachowała kamienną twarz, ale na moment wpadła w panikę. Co ma odpowiedzieć? 

Charlie zrobił tak wyraźną aluzję... Czuła na sobie wzrok wszystkich obecnych. Spoglą¬dali 

na nią z widocznym rozbawieniem. Przypomniała sobie, na szczęście,-że ludzie z reklamy nie 

traktują tego wszystkie¬go tak poważnie jak ona. 

Skoro ty tak uważasz - powiedziała, robiąc znaczącą 

minę. 

Wydawało jej się, że wszyscy odetchnęli z ulgą i wymienili pełne aprobaty spojrzenia. A 

może tylko jej się zdawało? 

Czuję, że wreszcie zaczniemy normalnie pracować - po¬wiedział Scott, odsuwając się 

z krzesłem od stolika. Joe mach¬nął w jej stronę przyjaźnie. W tej samej chwili do sali weszła 

hostessa, niosąc telefon. 

Telefon do pana Garnetta! 

Tom zerwał się od stołu i złapał słuchawkę. 

Urodziła... - szepnęła Cassie, składając ręce. Wszyscy 

na chwilę zamarli w oczekiwaniu. 
 -  Urodziło  się!  -  oznajmił  Tom  triumfalnie.  -  Tydzień  wcześniej!  -  Potoczył 

rozradowanym spojrzeniem po zgro¬madzonych. 

W sali wybuchł aplauz. Koledzy ruszyli z gratulacjami. 
  
 

Jedź  do  niej  natychmiast.  Poradzimy  sobie  bez  ciebie!  -  zawołała  Cassie,  ściskając 

trzęsące się z emocji ręce Toma. Młody ojciec uśmiechnął się z dumą. 

Wszystko dobre, co się dobrze kończy, prawda? - po¬wiedział Charlie, podchodząc do 

niej, gdy płaciła przy bufecie za śniadanie. 

Otóż  to  -  przytaknęła.  -  Więc  chodźmy  i  skończmy  wreszcie  nasz  projekt.  Zostało 

jeszcze sporo pracy. 

Gdy  szli  obok  siebie  korytarzem  w  kierunku  sali  konferen¬cyjnej,  miała  wrażenie,  że 

żadna  moc  nie  zdoła  zniweczyć  teraz  ich  zamiarów.  To,  co  do  tej  pory  wydawało  jej  się 

wątpli¬we  i  nieprzekonujące,  nagle  objawiło  się  jako  eleganckie  i  w  niezłym  stylu. 

background image

Zadziwiająca jest siła autosugestii, pomyśla¬ła. Nie może dać się ponieść emocjom. Vince na 

pewno będzie szukał dziury w całym. 

Poczuła dłoń Charliego na swojej dłoni. Mijający ich starsi państwo popatrzyli na nich z 

sympatią  i  zaraz  potem  z  zasko¬czeniem.  Cassie  zdała  sobie  sprawę,  jak  bardzo  siniak 
Charlie¬go musi rzucać się w oczy. 

Przepraszam, Charlie. - Porozumiewawczo ścisnęła go 

za rękę. - Naprawdę wstyd mi za siebie. Boli cię jeszcze? 

Rzucił jej szybkie spojrzenie. Zauważyła ten błysk w jego oku. 

Pocałuj, to będzie mniej bolało. 

Przystanął i nadstawił podsiniaczone miejsce. 

Daj spokój, Charlie. Ludzie patrzą! - Cassie rozejrzała 

się po korytarzu. - Sam mówiłeś, że jestem kobietą z zasada¬ 

mi. Żadnych czułości w miejscach publicznych! 

Czułość! - pomyślał. Oto właściwe słowo. I jeszcze jedno słowo, którego znaczenia dotąd 

chyba  nie  znał.  Z  każdym  dniem  wzbogaca  obszar  swoich  doświadczeń.  Czułość,  ale  i 

namięt¬ność,  to  było  to,  co  czuł  do  niej  właśnie.  Teraz,  kiedy  stała  przed  nim  lekko 

zarumieniona, wydała mu się piękna i taka bliska. 

  
 

Mogłabyś zrobić to dla swego poszkodowanego przyja¬ 

ciela. Przecież prosi cię o tak niewiele. 

Cassie  kiwnęła  głową  na  znak,  że  się  zgadza.  Już  miała  dać  mu  delikatnego  całusa,  gdy 

nagle Charlie schwycił ją i pode¬rwał w górę. 

Zwariowałeś? Natychmiast postaw mnie z powrotem! 

Okręcił się z nią raz i drugi, a potem śmiejąc się, postawił 

na  podłodze  i  zaczął  całować.  Ludzie  patrzyli  na  nich,  uśmie¬chając  się  życzliwie. 

Wyglądali  na  zakochanych,  to  było  jasne.  Kto  wie,  jak  by  się  to  skończyło,  gdyby  nie  Joe 

Mancini.  Wyszedł  z  przeciwległego  korytarza  i  wpadł  prosto  na  nich.  Spojrzał  surowo  i 

popchnął oboje w kierunku sali konferen¬cyjnej. 

Do roboty! - rzucił krótko i otworzył przed nimi drzwi 

szerokim gestem. 

Siedzieli cały dzień. Nie poszli nawet na lunch. Dopiero na późny obiad. Pracowali jeszcze 

po  kolacji,  którą  przełożyli  na  późny  wieczór.  Pogrążeni  w  pracy,  nawet  nie  zauważyli,  że 

dawno już zapadła noc. Pozostali, zrezygnowani, położyli się spać. 

Cassie  siedziała  z  nogami  wyciągniętymi  na  sąsiednim  fo¬telu.  Piła  kolejną  kawę,  nie 

pamiętała już, którą tego dnia. Patrzyła na Charliego, jak przemierzając pokój, przekonuje ją 

do swoich pomysłów. Że też ma jeszcze tyle energii, pomyśla¬ła. Ona sama nie była już w 

stanie skupić uwagi na tym, co mówił. 

Nie jestem pewna - powiedziała, odkładając długopis. 

- Mam wrażenie, że kręcimy się w kółko. Zostawmy to na 

razie. Może jutro, ze świeżą głową, uda nam się wymyślić coś 
lepszego. 

Ale  Charlie  był  nieustępliwy.  Skoro  wdał  się  w  tę  awantu¬rę,  musi  ją  doprowadzić  do 

końca. Zwłaszcza że to on właści¬wie sprowokował całą sytuację. 

  
 

Chcesz, żeby Vince powiedział: widzicie, miałem rację? 

Cassie z westchnieniem wzięła do ręki długopis. 

Musimy  przede  wszystkim  adresować  to  do  dziecia¬ków  -  powiedziała  zmęczonym 

głosem.  -  Co  ich  obchodzi,  że  Majik  Toys  to  firma  z  tradycjami.  Już  przecież  o  tym 

mó¬wiliśmy. 

Jasne.  To  oczywiste.  Ale  nie  możemy  zapominać,  że  dzieciom  zabawki  kupują 

rodzice. I tu warto się odwołać do hasła „Dajemy to, co najlepsze". 

Ze znużeniem kiwała głową. 

Wszyscy to robią. To się zdewaluowało. Przepraszam, że tylko krytykuję, ale musimy 

spojrzeć prawdzie w oczy. Trze¬ba znaleźć jakiś zupełnie inny, nowy sposób. A akurat o tej 

serii zabawek trudno powiedzieć coś nowego. 

background image

Jesteś niemożliwa. - Machnął niecierpliwie ręką. - Nie musisz mi mówić, na czym to 

polega. Lepiej... - Nagle za¬trzymał się w pół kroku i wbił w nią spojrzenie. - Zaraz, za¬raz, 

co powiedziałaś? 

Cassie była już tak zmęczona, że nie wiedziała, jak się nazywa. Wzruszyła ramionami. 

Stwierdziłam,  że  tu  nie  da  się  powiedzieć  nic  nowego.  Charlie  wyprostował  się 

raptownie. 

Mam! No jasne! Jesteś genialna! 

Cassie popatrzyła na niego znużonym wzrokiem. 

Pewnie, że jestem, i co z tego? 

Ze  wzburzonymi  włosami,  błyszczącymi  oczyma,  miotają¬cy  się  po  pokoju,  Charlie 

wyglądał teraz jak szalony nauko¬wiec z filmu komediowego. Stał przed nią i wymachiwał 

rę-kami w podnieceniu. 

Może powiesz wreszcie, o co ci chodzi? Uśmiechnął się triumfalnie. 

Powiedz, jaka jest pierwsza zasada reklamy? Cassie nie zastanawiała się długo. 

  
 

Jeśli nie możesz przekonać, musisz zadziwić. 

Właśnie. A druga? 

Jeśli  nie  wiesz,  co  powiedzieć,  to  zaśpiewaj  -  odpar¬ła  i  nagle  doznała  olśnienia.  - 

Oczywiście!  -  Uderzyła  się  w  czoło.  -  Masz  rację!  -  Podskoczyła  w  fotelu.  -  Reklama  bez 

słów! 

Otóż to! - Charlie klasnął w ręce. - Po prostu obraz: same zabawki. I do tego piosenka. 

Powiedzmy... - Tu za¬brakło mu na razie pomysłu. 

Na przykład „Magiczna chwila"? - podpowiedziała Cassie. 

Może być - zgodził się Charlie. 

A potem napis? 

Witajcie w świecie Majik Toys - na przykład. Jakąś spe¬cjalną czcionką, żeby jej krój 

zapadał w pamięć, prawda? 

A więc jednak! Wreszcie się udało - popatrzyli po sobie rozradowani. Charlie zwycięskim 

gestem wzniósł ramiona w górę. 

Hurra!  -  Zerwała  się  z  fotela  i  rzuciła  się  mu  na  szyję.  Mieli  poczucie,  że  odwalili 

kawał roboty. Skakali teraz oboje po pokoju, ciesząc się jak dzieci. 

Bardzo  dobre!  -  entuzjazmowała  się  Cassie.  -  Dzieciom  będzie  przemawiało  do 

wyobraźni, a muzyka tylko utrwali obraz. Nadaje się na formę promocji dla całej nowej serii 

zabawek.  I  nie  ma  w  niej  nic  agresywnego,  niczego,  co  mo¬głoby  wzbudzić  protesty 
Federacji Konsumentów. 

Jest jeszcze jedna wielka zaleta - roześmiał się Charlie. - Nawet Vince to zrozumie. 

Która to godzina? 

Charlie spojrzał na zegarek. 

Coś takiego! Dochodzi trzecia. Do spotkania z Vince'em 

mamy więc osiem godzin. Co najmniej godzinę zajmie nam 
dojazd. 
  
 

Najważniejsze, że mamy pomysł. Chodź, obudzimy re¬ 

sztę. 

Ruszyli długim korytarzem. 

Joe może spróbować to rozrysować. 

A Scott niech jedzie do Tower Records i kupi płytę z pio¬senką, o którą nam chodzi - 

zaproponował, przyciągając ją do siebie. 

O  pół  do  dziesiątej  spotkali  się  w  recepcji  Majik  Toys.  Scott  był  pierwszy.  Machał 

triumfalnie płytą. Joe na kolanie robił ostatnie retusze na swoim rysunku. Rozluźnieni ruszyli 

do windy i  wkrótce  razem  przekroczyli próg gabinetu Vince'a  Bertollego. Nie było  po nich 

widać ani śladu zmęczenia. 

Projekt  zreferowała  Cassie.  Vince'owi  od  razu  się  spodo¬bał.  Na  stół  wjechała  kawa, 

ciasteczka  i  czekoladki.Vince  nie  byłby  jednak  sobą,  gdyby  nie  zaznaczył  swojej  w  tym 
wszy¬stkim roli. 

background image

-'  Masz  tupet,  dziewczyno  -  zwrócił  się  do  Cassie.  -  Moż¬na  by  pomyśleć,  że  o  niczym 

innym  nie  myślicie,  tylko  o  tym,  jak  by  mi  tu  dogodzić.  A  to  przecież  ja  musiałem  was 

zdopin¬gować. Ale nic, lubię zdolnych ludzi. Z takimi tylko pracuję. Szykujcie się: wkrótce 
dostaniecie nowe zlecenie. 

A więc odnieśliśmy zwycięstwo nad siłami ignorancji i złego gustu! - powiedziała sobie w 

duchu  Cassie.  I  obronili  pozycję  firmy.  Uratowali  też  pewnie  swoje  posady.  Nieźle  jak  na 

jeden tydzień. Dla niej samej w tym tygodniu też wiele się zdarzyło. 

Po powrocie do agencji czekała ich jeszcze jedna wiado¬mość: córeczka Toma Garnetta 

ma się dobrze, waży trzy i pół kilograma. Słowem, same dobre nowiny. 

Kiedy została w pokoju tylko z Charliem, padli sobie w ra¬miona. 

I co, zadowolona? 

  
 

Chyba tak: udało mi się znokautować pewnego faceta, obronić posadę, wyrobić sobie 

opinię  osoby  zdolnej  i  na  doda¬tek  przebojowej,  to  chyba  nieźle?  -  Roześmiała  się, 

poprawia¬jąc mu koszulę. - A miałam się nie spieszyć... - dokończyła, zawieszając głos. 

Czy ja dobrze rozumiem? Jakieś pretensje? 

Żadnych - odpowiedziała, zamykając mu usta pocałun¬kiem. 

  

ROZDZIAŁ 

Kelnerzy  bezszelestnie  krążyli  po  przyciemnionej  sali,  pia¬nista  leniwie  grał  pasaże  z 

powracającym  jak  echo  refrenem,  jakby  chciał  zahipnotyzować  siedzących  przy  stolikach 

gości. 

Charlie stuknął kieliszkiem w kieliszek Cassie. 

Za naszą małą rocznicę! To już sześć tygodni! - podkre¬ślił, zaglądając jej w oczy. - 

Może  dla  kogoś  innego  nie  jest  to  imponująco  długi  okres  -  powiedział,  widząc  uśmiech 
Cassie. -Ale dla mnie jest. 

Przyznaję,  że  świetnie  sobie  radzisz  w  tej  roli.  Nie  mogę  się  skarżyć.  -  Cassie 

usiłowała przybrać wyraz powagi. 

Cały  niemal  koniec  kwietnia  i  początek  maja  spędzili  razem,  jak  papużki  nierozłączki. 

Okazja po temu nastręczyła się sama:  znowu pracowali przy wspólnym  projekcie. Również 
Charlie-mu, który jeszcze kilka miesięcy temu uznałby taki rodzaj więzi za nazbyt dla siebie 

niebezpieczny,  ta  sytuacja  nie  tylko  wydawa¬ła  się  najzupełniej  normalna,  ale  nawet 

sprawiała mu przyje¬mność. Mógł teraz stale cieszyć się jej obecnością. 

Za powolny rozwój wydarzeń. - Wzniósł kieliszek po¬ 

wtórnie. 

Cassie upiła nieco ze swego kieliszka, a potem spojrzała na niego uważnie. 

Może jest jednak nazbyt powolny. Nie uważasz? 

  
 

Spędzali  ze  sobą  tyle  czasu:  na  rozmowie,  na  spacerach,  w  restauracjach,  ale  w  ciągu 

wszystkich tych tygodni nie ko-chali się ani razu. 

Oczy Charliego pociemniały, ale nie odpowiedział nic Choć raczej umarłby, niż przyznał 

się do tego, czuł jakiś strach. Dlatego sam nie robił niczego, żeby to przyśpieszyć. Przeciwnie, 

odwlekał i ta gra na zwłokę sprawiała mu dziwną przyjemność. Wiedział, że Cassie nie jest 

kobietą, która lekko traktuje takie rzeczy, teraz z zaskoczeniem przekonywał się, że on myśli 
podobnie. 

Cassie nie spuściła z niego spojrzenia. 

Chodźmy  dzisiaj  do  ciebie,  Charlie  -  powiedziała  wolno.  Charlie  poczuł,  że  serce 

zaczyna mu bić szybciej. 

Mam w domu straszny bałagan. 

Na Cassie jego ostrzeżenie nie zrobiło jednak wrażenia. 

Nie szkodzi. 

Jak na komendę wstali od stolika. Charlie położył banknot przy prawie pełnym kieliszku i 

wyszli  w  wiosenną  noc.  Pro¬wadził  ją,  obejmując  ciasno.  Śmieli  się  i  dowcipkowali,  ale 

oboje czuli zdenerwowanie. Dla Cassie była to radosna nie-pewność, ale Charliego trawił nie 

background image

znany  mu  dotąd  niepokój,  z  którym  nie  bardzo  potrafił  sobie  poradzić,  i  to  odbierało  mu 

pewność siebie. 

Wyciągnęłam cię tak nagle... Może jednak zajdziemy gdzieś po drodze na kolację? Aż 

tak bardzo się nie spieszę - powiedziała z uśmiechem. 

Ja już zacząłem się spieszyć - odparł i zamachał na prze¬jeżdżającą taksówkę. 

W  taksówce  zaczął  ją  całować.  Nigdy  dotąd  nie  całowała  się  w  taksówce,  ale  teraz  nie 

wzbraniała się przed tym. 

Wcale nie miałam ochoty na kolację - powiedziała, wtu¬ 

lając się w jego ramię po kolejnym pocałunku. 
  
 

Och, Charlie! - wykrzyknęła, gdy przekroczyła próg je- 

go mieszkania. - Co tu się stało? 

Bałagan to nie było słowo, które oddawało właściwie stan  rzeczy. Charlie uśmiechnął się 

przepraszająco. 

Kobieta, która tu sprzątała, zdaje się, złożyła mi wymó¬ 

wienie. Nie wiem dlaczego, ale nie pojawiła się od dwóch 
tygodni. - Wzruszył ramionami i podniósł z podłogi skarpet¬ 

kę. Drugiej nie było widać. Nie bardzo wiedząc, co z nią 

zrobić, włożył ją do kieszeni. 

Cassie spojrzała na niego spod oka. 

Może  kobieta,  która  tu  sprząta,  wcale  nie  złożyła  wymó¬wienia.  Może  leży  gdzieś 

tutaj, pogrzebana pod stertami tego wszystkiego.  - Bezradnie machnęła ręką, rozglądając się 
po pokoju. 

Znowu uparłaś się, żeby ze mnie żartować? Ostrzegałem cię, że moja cierpliwość ma 

swoje granice. 

Co ty powiesz? A czym mi to grozi? 

Zamknął jej usta pocałunkiem, a potem uwięził ją w moc¬nym uścisku. 

Naprawdę nie przeszkadza ci ten bałagan? - szepnął jej we włosy. 

No cóż... - Rozejrzała się dookoła. Pomimo panującego nieporządku samo mieszkanie 

i sposób, w jaki było urządzo¬ne, podobały jej się. Przestronne wnętrze pełne zakamarków, z 

dużymi  oknami  wychodzącymi  na  zarośnięty  chwastami  ogródek,  podłogą  z  desek 
pomalowanych  na  mat,  stare,  wy¬szperane  na  targu  staroci  meble  -  wszystko  to  sprawiało 

miłe wrażenie. 

Wzięła go za rękę i pociągnęła na tapczan, zarzucony stertą gazet i czasopism. Widać było, 

że nie pełni roli jego łóżka, lecz raczej legowiska. Uśmiechnęła się dostrzegając, jak Charlie 

dyskretnie usiłuje schować za siebie but wystający spod jednej z gazet. 

  
 

Jesteś moim dobrym duchem. Szukałem tego buta od 

tygodnia - wyjaśnił, dostrzegając jej spojrzenie. 

Patrząc  mu  prosto  w  oczy,  zagryzła  lekko  wargi  i  pchnęła  go  zdecydowanym  ruchem  w 

tył.  Leżał  teraz  wsparty  na  ło¬kciu  i  przyglądał  się  jej  ze  zdziwieniem.  Oto  jeszcze  jedna 

Cassie Armstrong, której nie znał. 

Tylko, proszę, obchodź się ze mną delikatnie.- spróbo¬wał zażartować. 

Akurat! 

Charlie westchnął i przełknął ślinę. 

Pochyliła się nad nim i systematycznie zaczęła rozpinać guziki jego koszuli. 
Co za kobieta! - pomyślał. Leżał i czekał cierpliwie na bieg wypadków. Sytuacja rozwijała 

się w bardziej ekscy¬tujący sposób, aniżeli się spodziewał. Kiedy jednak pochy¬liła się, by 

rozpiąć  ostatni  guzik,  nie  mógł  się  oprzeć  chęci  dotknięcia  jej.  Wyciągnął  rękę  i  pogłaskał 

Cassie  po  po¬liczku.  Ześlizgnął  się  dłonią  po  jej  szyi,  rozpiął  najwyższy  guziczek  bluzki  i 

zaczął  gładzić  jej  obojczyk  i  ramię.  Cassie  przymknęła  oczy  i  zamruczała  jak  kot.  Zamarła 

bez  ruchu.  Zaraz  potem  poczuł,  jak  zadrżała.  Dotyk  Charliego  spra¬wiał  jej  niewymowną 

rozkosz. Nigdy jeszcze nie była tak świadoma swego ciała i nigdy tak spragniona, by ktoś się 

nim zajął. 

Natychmiast  rozpiął  następny  guziczek  i  wsunął  dłoń  za  miseczkę  stanika.  Czul  teraz  w 

dłoni  ciężar  piersi  i  sutkę  twardniejącą  pod  palcami.  Przez  rozchyloną  bluzkę  dostrzegł 

background image

zapinkę  stanika.  Pomógł  sobie  drugą  ręką,  ale  zapinka  stawia¬ła  opór.  Biedził  się  z  nią 

dłuższą  chwilę  i  Cassie  wreszcie  postanowiła  przyjść  mu  z  pomocą.  Wprawnym  ruchem 

roz¬pięła ją i Charlie uwolnił jej piersi. 

Gładził  je,  delektując  się  ich  jędrną  krągłoscią,  by  po  chwili  przypaść  do  nich  ustami. 

Całował je i drażnił wysepki sutek 

  
 

wyprężonym językiem - Cassie miała wrażenie, że za chwilę zemdleje z rozkoszy. 

Nie padło między nimi ani jedno słowo - w pokoju słychać było tylko ich przyśpieszone 

oddechy. 

Drżącymi  palcami  wyciągnęła  mu  koszulę  ze  spodni,  ściągnꬳa  z  niego  i  odrzuciła  na 

podłogę. Potem powoli zdjęła swoją bluzkę i w ślad za nią stanik. Objęła Charliego za szyję i 

osunęła się z nim na tapczan. 

Charlie  czuł  teraz  na  sobie  jej  ciężar;  nagie  piersi  Cassie  ugniatały  jego  tors,  jej  biodra 

spoczęły na jego biodrach. 

Nieźle - mruknęła, rozchylając usta do pocałunku. 

Charlie uniósł głowę na spotkanie jej ust. Spojrzał w oczy 

Cassie i zobaczył w nich coś, co kazało mu się zatrzymać. Cofnął się. Zauważyła to. 

Co się stało? 

Ja... Po prostu... - Przerwał zmieszany, nie wiedząc, jak 

właściwie jej o tym powiedzieć. Nieoczekiwanie dla samego 

siebie nie mógł znaleźć odpowiednich słów, on, który żył z ich 

układania. 

Widok jego przestraszonej twarzy tylko ją rozśmieszył. 

Charlie, nie bój się! Nie jestem dziewicą. 

Nie o to chodziło, ale zdobył się na zabawny grymas, który miał wyrażać uczucie ulgi. 

Ja też nie jestem - rzucił. 

I zabezpieczyłam się. 

Wolał nie brnąć dalej, by nie komplikować sytuacji: już raz popsuł sprawę. 

Nie o to chodzi - powiedział i spojrzał na nią bezradnie. 

Więc o co? Boisz się, że cię wykorzystam i sobie pójdę? - Roześmiała się znowu. 

Jemu jednak wcale nie było do śmiechu. 

Nie... To znaczy tak. Nie... Już sam nie wiem, co ja 

mówię- żachnął się niezadowolony z siebie. Co on wyprawia, 
  
 

u diabła? Ma obok siebie na wpół rozebraną i chętną kobietę, która mu się podoba. Więcej: 

ma na nią wielką ochotę. Dlacze¬go zachowuje się tak dziwacznie? Czy nie lepiej powiedzieć 

sobie, niech będzie, co ma być, i zrobić to wreszcie? Nie zastanawiać się, co będzie jutro, ale 

korzystać z chwili, tak jak to zawsze robił? 

Tym razem było jednak inaczej. Lubił Cassie i życzył jej jak najlepiej. Była dla niego kimś 

więcej niż tylko atrakcyjną kobietą, z którą ma się ochotę pójść do łóżka. Wiedział, że jest nie 

tylko  inteligentna,  ale  i  wrażliwa  -  łatwo  ją  zranić.  Zasłu-guje  na  coś  więcej  niż  przelotny 

romans, po którym może być trudno jej się pozbierać. 

Wsparty  na  łokciu,  delikatnie  wodził  palcem  po  jej  policz¬ku,  brodzie,  ramieniu.  Jej 

spojrzenie upewniało go, że czeka na więcej. 

Cassie, nie wiem, jak nazwać to, co jest między nami... 

Boję się, że mogę ci niechcący zadać ból, i wiem, że sam też 

mogę przez to cierpieć. 

Słowa  zabrzmiały  nieco  podniośle,  ale  Cassie  tym  razem  nie  uśmiechnęła  się.  Sama 

myślała  podobnie.  Kochała  go  i  wiedziała  o  tym,  że  go  kocha.  Aż  sama  była  zdziwiona: 

kochała go wtedy, kiedy się wygłupiał i gdy był poważny, jak teraz. Kiedy nie było go przy 

niej, tęskniła za nim. Ale najbar¬dziej wzruszały ją chwile takie jak ta właśnie, kiedy odrzucał 

maskę  wesołego  chłopca  i  widziała  jego  prawdziwą  twarz,  twarz  czułego  i  wrażliwego 

mężczyzny.  Kogoś,  komu  może  ufać  i  na  kim  może  polegać.  To  nie  był  ten  beztroski, 

błyskot¬liwy i piekielnie przystojny Charlie, z którym kobieta, nawet taka jak ona, może się 

zapomnieć. Takiego Charliego niegdyś poznała. Co więcej: taki Charlie też jej się podobał. 

To ktoś jeszcze inny. 

background image

Czy wiesz, co mam na myśli? - zapytał. 

Tak - szepnęła. Co mogła jeszcze powiedzieć? Że w ży- 

  
 
ciu nie ma nic pewnego? Że czasem lepiej zawierzyć własnym uczuciom, pójść w ślad za 

marzeniem?  I to  miałaby  powie¬dzieć ona właśnie jemu? Co za nieoczekiwana zmiana ról, 

pomyślała.  Chociaż  właściwie  nie  ma  w  tym  nic  dziwnego:  w  partnerskim  związku  nie  ma 
sztywnego  podziału,  praw,  obowiązków.  Każdy  bierze  coś  od  kochanej  osoby  i  daje  coś  w 
zamian.  Pomaga  i  oczekuje  pomocy,  doznaje  rozkoszy  i  da¬je  rozkosz,  uwodzi  i  jest 

uwodzony. Tak jak chociażby ona sama teraz. 

I co? - Rzucił jej szybkie spojrzenie. Cassie spojrzała mu głęboko w oczy. 

Charlie, ty chyba lubisz się zamartwiać? 

Nie  takiej  odpowiedzi  się  spodziewał,  ale  uśmiechnął  się.  Cassie  odpowiedziała 

uśmiechem. 

Żartujesz ze mnie? 

Wcale nie. Może najwyżej uwodzę cię, Charlie. A ty mi nie pomagasz. 

Mam nadzieję, że się poprawię - powiedział i poszukał ustami jej ust. 

Niczego bardziej nie pragnęła. Chciała, żeby ją całował i dotykał, niech ją weźmie - chce 

tego. Teraz, na tym  zarzuco¬nym  gazetami  tapczanie. Nie dał  jej odetchnąć, teraz przypadł 
ustami do jej piersi. Z początku pieścił je delikatnie, potem ssał i lekko gryzł, aż usłyszał jej 

cichy jęk. Powoli, uważaj, upomniał samego siebie, ale zdało się to na nic, bo poczuł, jak w 

ramiona wbijają się mu paznokcie Cassie. 

Jęknęła  znowu  i  odepchnęła  go,  ale  po  to  tylko,  by  sięgnąć  do  suwaka  jego  dżinsów. 

Niewiele  myśląc,  zrobił  to  samo:  z  zamkiem  błyskawicznym  przy  jej  spódnicy  poszło  mu 

lepiej niż z biustonoszem. Tymczasem ona wcale nie czekała: szarp¬nęła w dół jego spodnie. 

Nie zwracając uwagi na to, co z nią robi, wpatrywała się w jego obnażoną męskość. W chwilę 

potem, już bez jej pomocy, uporał się z tym, co jeszcze miała 

  
 

na sobie. Kiedy ją tam dotknął, była wilgotna, gorąca i goto¬wa. Przewróciła go na plecy i 

przykryła sobą. Gdy tylko się połączyli, poczuł, jak wstrząsa nią dreszcz orgazmu, ale to jej 

nie zatrzymało i w kilka chwil potem, gdy już ich biodra kołysały się miarowo w miłosnym 

zwarciu, poczuł następny spazm. I kolejny, gdy wreszcie udało mu się ją dogonić. 

Powoli  wracali  do  rzeczywistości,  jakby  wynurzali  się  z  ja¬kiejś  przepastnej,  głębokiej 

studni.  Pokój  tonął  w  mroku.  Le¬żała  na  nim,  z  głową  wtuloną  w  jego  szyję.  Charlie 

westchnął , i zanurzył dłoń w jej włosy. Poczuł usta Cassie na swoim przegubie. 

Jak się czujesz? - zapytał. 

Wspaniale - mruknęła w jego ramię. - A ty? 

Spocony, zmęczony i zużyty - uśmiechnął się w cie¬mności. Uniósł głowę i pocałował 

ją w czoło. - Było cudow¬nie. Dziękuję. 

Domyślała się, że czeka, by mu powiedziała, czy było jej dobrze, chociaż nie musiała go 

wcale  o  tym  zapewniać,  wie¬dział  i  tak.  Ale  nie  powinno  być  między  nimi  niedomówień. 

Skoro chce, żeby mu sama o tym powiedziała... 

Było jak nigdy. Właściwie to po raz pierwszy... - sze¬pnęła. 

Jak to? Naprawdę? 

Tak.  Tamto,  co  było,  to...  -  Wzruszyła  ramionami,  nie  kończąc  zdania.  Co  mogła 

powiedzieć? Była już z chłopa¬kiem w łóżku, ale okazało się to pomyłką. Dzisiaj się o tym 

upewniła. 

Wiesz, potrafię być jeszcze lepszy! 

Powiedział to żartem, ale w chwilę potem udowodnił jej, że to szczera prawda. Kochali się 

z takim zapamiętaniem, że nawet nie zauważyli, kiedy nagle znaleźli się oboje na podłodze. 

  
 

Pocałował ją za uchem, a potem, mokrej i zadyszanej, od¬garnął włosy z oczu. 

Myślę, że teraz powinniśmy coś zjeść. Jeszcze zemdle¬ 

jesz po naszych harcach. Strasznie cię wymęczyłem. 

Objęła go za szyję, zbyt wyczerpana, by ruszyć się z miej¬sca. Czuła na sobie jego ciężar i 

było jej dobrze. 

background image

Wymęczyłeś mnie? - szepnęła rozleniwionym głosem. 

-To chyba ja ciebie. 

Charlie patrzył na nią z czułym podziwem. Była niezwyk¬ła. Cassie Armstrong to kobieta 

nieobliczalna.  Może  nie  oka¬zała  się  jego  najbardziej  doświadczoną  kochanką,  ale  nadra-

biała to po stokroć entuzjazmem, z jakim oddawała się miło¬ści. Robiła to jak w natchnieniu. 

Im bardziej go kochała, tym bardziej miał na nią ochotę i z tym większą pasją starał się jej dać 
rozkosz. 

Jeśli zaraz nie wstaniemy, to obawiam się, że nie zrobi¬ 

my tego prędko - powiedział ostrzegawczym tonem i dźwig¬ 

nął się w górę. 

Przyjęła to jękiem zawodu, ale kiedy podał jej rękę, by pomóc wstać, wstała posłusznie i 

przysiadła  na  tapczanie,  rozglądając  się  za  swymi  porozrzucanymi  rzeczami.  Podnios¬ła 

bluzkę i narzucając ją na siebie, ruszyła za nim do kuchni. Po drodze wzięła z podłogi jeszcze 

jego koszulkę i spodenki, o których on sam zdawał się nie pamiętać. 

Na jej widok, z wyciągniętą w jego stronę ręką ze spoden¬kami, roześmiał się. 

Masz tu jeszcze koszulkę, żebyś mi się nie przeziębił. 

Jesteś mi potrzebny tylko w dobrej formie. - Spojrzała na 

niego łobuzersko. - To też lepiej nałóż, bo nie będę mogła się 

skupić przy mieszaniu sałaty. 

Ciągle się śmiejąc, zrobił, co mu kazała, ale jej spojrzenie sprowokowało go, by podejść i 

objąć ją. Bluzka Cassie pod¬niosła się na niebezpieczną wysokość. 

  
 

Charlie! - szepnęła z naganą w głosie. 

Zostaniesz na noc? 

Spojrzała zaskoczona. On sam też był zdziwiony własnym pytaniem. I złapał się na tym, 

że wcale nie jest pewien, czy dobrze robi. Z doświadczenia wiedział, że wieczory i noce to 

całkiem co innego niż poranki. Te potrafiły być ciężkie. 

Chcesz, żebym została? 

Przez chwilę wahał się, co odpowiedzieć. Dłużej, niż był powinien - domyślił się, widząc 

jej rumieniec. 

Tak, chcę - odparł. 

Nie było to namiętne wyznanie uczuć, ale słowa wypowie¬dziane niskim, ciepłym głosem 

sprawiły, że znowu poczuła drżenie kolan. 

Więc zostanę - powiedziała, spoglądając mu w oczy. 

Przełknął ślinę i zanim cokolwiek powiedział, na wszelki 

wypadek  uśmiechnął  się.  Czuł,  że  serce  mu  bije,  jakby  mijał  metę  w  maratonie 

bostońskim. 

To świetnie. 

Rozejrzał  się  po  kuchni  niezbyt  przytomnym  wzrokiem;  można  by  przypuszczać,  że 

znalazł się w niej po raz pierwszy. 

Na co masz ochotę? Może jajko? 

Widziała,  że  jest  zmieszany.  Chciała  go  od  tego  uwolnić.  Nie  bardzo  umiała.  Tam,  na 

tapczanie, było - paradoksalnie -jakoś łatwiej. 

Prawdę mówiąc, nie jestem głodna. 

To zabawne - skrzywił się. - Bo ja też nie. Przez chwilę stali w milczeniu. 

 

Chodź, pokażę ci moją sypialnię. Tam jeszcze nie byłaś - powiedział nagle i widząc jej 

zaskoczenie, dodał: - Nie bój się, to prawdziwa sypialnia, nie żadna jaskinia. 

Nie wierzę. - Cassie spróbowała zażartować. 

Zaraz ci to udowodnię. 

Wziął ją za rękę i pociągnął za sobą. Sypialnia mieściła się 
  
 

na  antresoli  i  prowadziły  do  niej  dość  strome  schodki.  Puścił  ją  przodem  i  pogłaskał  po 

udzie, szepcząc do ucha: 

To nasze ubieranie się, Armstrong, to była tylko niepo¬ 

trzebna strata czasu. 

background image

Już  rano,  pomyślał,  widząc  promyki  słońca  wpadające  do  środka  przez  żaluzje.  Więc 

jednak  czeka  ich  wspólny  ranek.  Jak  on  sam  się  czuje  z  tym  wszystkim?  Ku  swemu 

zadowole¬niu  stwierdził,  że  wcale  dobrze.  Może  trochę  obolały  po  ich  wczorajszych 

ekscesach, na pewno zmęczony - bo zasnęli dopiero nad ranem. 

Popatrzył na twarz kobiety leżącej w jego łóżku. Była pogod¬na. W koronie rozrzuconych 

na poduszce włosów wyglądała znowu nie tylko pięknie, ale i majestatycznie. Wyciągnął rękę 

i przez chwilę bawił się, nawijając na palec pukiel włosów. 

Czy  to  miłość?  -  zapytał  sam  siebie,  przypatrując  się  śpią¬cej.  Czy  to,  co  czuje,  jest 

właśnie tym uczuciem? 

Charlie nigdy jeszcze nie popadł w tak dziwny stan jak dziś. Miał więc prawo zastanawiać 

się teraz, co to wszystko dla niego znaczy. Ogarnęła go niepewność, ale nie odczuwał strachu. 

Nagle, jakby jego myśli obudziły ją, Cassie otworzyła oczy. Zamrugała: światło dnia było 

już całkiem silne, a Char¬lie, w pośpiechu, nie spuścił wczoraj dokładnie żaluzji. 

Co się dzieje? - spytała, przeciągając się leniwie. 

Nic - zapewnił ją z uśmiechem. - Kompletnie nic. 

Zabrzmiało to dość dwuznacznie, ale wolał nie wdawać się 
w wyjaśnienia. Nie był  pewien, co powiedzieć. Bał się, że znowu wykona jakiś fałszywy 

ruch. 

Cassie spojrzała na niego i  nic nie powiedziała. Może nie powinniśmy o tym  zbyt  wiele 

mówić? - pomyślała. Zresztą słowa przyjdą same. Potem. W odpowiednim czasie. 

  
 
W poniedziałek Cassie weszła do agencji w nastroju eufo-rii. Czuła się tak, jakby spowijał 

ją obłok szczęścia. 

Co  za  cudowny  weekend  -  rzuciła  od  progu  do  Fran.  Przyjaciółka  spojrzała  na  nią 

znad biurka. 

Właśnie widzę - wycedziła zimno. Cassie popatrzyła na nią ze zdziwieniem. 

Co jest? Ty i Joe pokłóciliście się, czy co? 

Nie, skąd. - Fran wzruszyła ramionami. - Wszystko 

w porządku. A nawet lepiej. 

Wstała zza biurka i ruszyła do drzwi. 

Muszę kogoś o coś zapytać - powiedziała wychodząc. 

Ruszyła z impetem korytarzem i zatrzymała się dopiero 

przed  drzwiami  pokoju  Charliego.  Weszła  bez  pukania.  Wy¬starczyło,  że  zobaczył  jej 

minę. 

Wszystko w porządku. Zobacz tylko, tu jest zlecenie! 

- zawołał od swego biurka. 

Fran zawisła nad nim jak tornado. 

Jeżeli ją skrzywdzisz, zabiję cię! 

A więc o to jej chodziło! Cassie  Armstrong miała anioła stróża, że pozazdrościć.  Zanim 

zdążył cokolwiek odpowie¬dzieć, Fran odwróciła się i wymaszerowała z pokoju. 

Tego wieczoru Charlie wyciągnął z szuflady maszyno¬pis swojej powieści i wkręcił nową 

kartę do maszyny. Zajrzał do ostatniego rozdziału, a potem zrobił sobie drinka i zaczął pisać. 

  

ROZDZIAŁ 

Gdyby miała swój związek z Charliem do czegoś porów¬nać, to do akrobacji na linie. Nie 

raz  i  nie  dwa  miała  wrażenie,  że  stąpa  nad  przepaścią  i  że  jeden  nierozważny  krok  może 

spowodować  katastrofę.  Ale  zarazem  poczucie,  że  ta  arcytrud-na  sztuka  jej  się  udaje, 

napawało ją nie znaną dotąd radością. Cassie była szczęśliwsza niż kiedykolwiek. Szczęścia 

dopeł¬niała pewność, że Charliemu jest z nią równie dobrze. Z tygo¬dnia na tydzień czuli się 

coraz bardziej ze sobą związani. Każde miało teraz swoje rzeczy w mieszkaniu drugiego i ich 

życie zaczęło się z wolna splatać. Poznawała go coraz lepiej i odsłaniały się przed nią coraz to 
nowe  tajemnice  jego  osobo¬wości.  Był  bardziej  skomplikowany,  niż  jawił  się  jej  w  doty-

chczasowych,  codziennych  kontaktach.  Charlie  łapał  się  na  podobnych  myślach: 

przyzwyczaił się już do tego, że Cassie go zaskakiwała, ale teraz wiedział o niej coraz więcej. 
Obojgu  przypominało  to  układanie  skomplikowanego  puzzla,  zajęcie,  które  cieszyło  i 

intrygowało. 

background image

Traf  zdarzył,  że  szukając  długopisu,  natknęła  się  na  po¬wieść  Charliego.  Otworzyła 

szufladę biurka i jej uwagę zwró¬cił stosik zadrukowanych kartek. Mimowolnie przeczytała 

pierwszą.  A  była  to  strona  tytułowa.  Napis  głosił:  Charlie  Whitman,  „W  labiryncie  uczuć". 

Zaraz niżej zaczynał się 

  
 

tekst. Poczuła ogromną ochotę, by zacząć czytać. Ale myszko¬wanie w cudzych papierach 

nie było w jej stylu. Wzięła kartki i poszła do kuchni, gdzie Charlie pichcił właśnie kolację. 

Nie wiedziałam, że piszesz powieść! - powiedziała od 

progu. 

Charlie spojrzał zaskoczony. 

Ja? Nie piszę żadnej powieści - zaprzeczył i ruszył w jej 

stronę. - Taka tam pisanina... 

Wyciągnął rękę po tekst. Cassie nie dawała jednak za wy¬graną. 

To  wcale  nie  wygląda  na  jakąś  tam  pisaninę.  Raczej  właśnie  na  powieść.  Dlaczego 

nigdy mi nie powiedziałeś, że piszesz? 

Bo wcale nie piszę. 

Mogę przeczytać? 

Nie! 

Jego sprzeciw był tak zdecydowany, że Cassie tym bardziej zapragnęła poznać zapiski. Co 

w nich było, że tak bardzo się wzbraniał? 

Ponownie wyciągnął rękę i teraz oboje trzymali plik zadru¬kowanych stron. 

To takie pierwsze przymiarki. Nie ma co pokazywać. 

- Skrzywił się, ciągnąc kartki w swoją stronę. - Oddaj, bo 

będę musiał użyć siły - uśmiechnął się. 

Ale w nią wstąpił duch przekory. Wyrwała mu z ręki k; i schowała za siebie. 

Chcesz je? To proszę, weź je sobie. 

Nietrudno było przewidzieć, czym to się skończy. Nieco 

później,  gdy  już  leżała  w  jego  łóżku,  zmęczona,  ale  cudownie  odprężona,  spojrzała  na 

śpiącego  Charliego.  Pomyślała  zno¬wu  o  stosiku  zapisanych  przez  niego  kartek.  Czy  będą 

kiedyś tak blisko, że przestanie robić z tego tajemnicę? 

  
 

Tegoroczne  lato  pobiło  wszelkie  rekordy;  kroniki  miasta  nie  notowały  jeszcze  takich 

upałów.  Gdy  tylko  wrócili  po  całym  dniu  plażowania,  Cassie,  zmęczona  i  rozleniwiona 

słońcem,  wyciągnęła  się  na  tapczanie.  Charlie  włączył  klima-tyzację  i  przysiadł  obok. 

Odgarnął włosy Cassie i pochylił się nad nią, jakby zamierzał pocałować. 

Czy to rumieniec, czy opalenizna? 

Skóra Cassie opornie reagowała na słońce: stawała się różowa, a nie złocista. Pojawiały się 

też liczne piegi. Ostatnio stało się to przedmiotem nieustannych żartów między nimi. 

Zobaczysz jeszcze, kto będzie bardziej opalony! - po¬ 

wiedziała, otwierając jedno oko. 
Jasne! - pomyślał i uśmiechnął się chytrze. Zsunął na bok ramiączko kostiumu plażowego, 

niby to podziwiając kontrast. 

Masz rację. To piękny brąz. Jakbyś wróciła z Hawajów. 

Tylko w tym świetle ma taki różowy odcień. 

Uniosła się nieco, jakby szykowała replikę, ale po chwili opadła z powrotem na tapczan. 

Jest taki upał, że nie chce mi się z tobą kłócić - mruknęła 

tylko. 

Właśnie, ja też czuję się jakoś dziwnie rozgrzany - po¬ 

wiedział, kładąc dłoń na jej biodrze. 

Cassie czujnie spojrzała na Charliego. 

Jak mam to rozumieć? 

A  nie  domyślasz  się?  -  zapytał  głosem  drżącym  lekko  z  podniecenia.  Przeciągnął 

dłonią  po  jej  brzuchu,  a  potem  zsunął  drugie  ramiączko  stanika.  Pochylił  się  i  pocałował 

od¬słoniętą pierś. Pachniała słońcem i olejkiem do opalania. 

Cassie wydała z siebie głębokie westchnienie. 

background image

Podciągnął  się  nieco  w  górę  i  opadł  na  nią,  gdy  nagle  roz¬legł  się  dzwonek  telefonu. 

Charlie ani myślał odbierać, ale Cassie szarpnęła się i wyciągnęła rękę w stronę słuchawki. 

Nie odbierzesz? 

  
 

Nie - rzucił krótko i cmoknął ją w policzek, jakby przy- 

pieczętowując odpowiedź. - Nie widzisz, że jestem zajęty? 

Położył  głowę  między  jej  piersi  i  bawił  się  nimi,  całując  na  przemian.  Telefon  dzwonił 

uporczywie. Ktoś po drugiej stro¬nie linii był okropnie uparty. 

Charlie, nie włączyłeś sekretarki! Zostawiłam w agencji twój numer jako drugi. Może 

to coś ważnego? 

Akt  przerywany  to  nie  jest  akurat  to,  co  tygrysy  lubią  najbardziej.  -  Skrzywiony 

wychylił się po słuchawkę. 

Gdy tylko usłyszał znajomy głos, wiedział, że popełnił błąd. 

Mięśnie  policzków  napięły  się,  a  twarz  spochmurniała.  Cassie  patrzyła  na  niego 

zaniepokojona. Odpowiadał niechęt¬nie, monosylabami. Był wyraźnie rozdrażniony. 

Usiadł, odsuwając się od niej, jakby chciał pozostawać w stanie czujnej gotowości. Cassie 

nie zamierzała być mimo¬wolnym świadkiem wyraźnie przykrej dla niego rozmowy, zsunęła 

się  więc  z  tapczanu  i  ruszyła  do  kuchni  przygotować  coś  zimnego  do  picia.  Mówił  jednak 

podniesionym głosem i, chcąc nie chcąc, słyszała. 

Uhm. Przecież mówię: byłem zajęty... Po prostu zajęty 

i tyle... A co się stało, że nagle się tym zainteresowałaś? 

Gdzie? Kiedy?... Nie jestem pewien, czy mi się uda... Później 

zadzwonię... Powiedziałem: później... Do widzenia! -Usły¬ 

szała trzask odkładanej słuchawki. 

Cassie  weszła  z  powrotem  i  spojrzała  nań  pytająco.  Umie¬rała  z  niepokoju,  ale  wolała, 

żeby  to  on  pierwszy  się  odezwał.  Charlie  jednak  siedział  w  milczeniu,  patrząc  ponuro  w 

prze¬strzeń. Już chciała wrócić do kuchni, gdy wreszcie przemówił. 

Sylvia! - rzucił krótko. 

W pierwszej chwili nie pojęła, o kogo chodzi, ale zaraz uświadomiła sobie, że to imię jego 

matki. 

Twoja matka? 

  
 

Tak przynajmniej opiewa mój akt urodzenia - powie¬ 

dział z cierpkim przekąsem. - Ale czasami wydaje mi się to 

niemożliwe. 

Cassie wiedziała, że nie ma dobrego kontaktu z matką, mi¬mo to wzdrygnęła się, słysząc 

jego  słowa.  Wspomniał  o  niej  ledwie  dwa  albo  trzy  razy.  Za  każdym  razem  źle.  Nigdy  też 

przy niej do matki nie dzwonił ani nie odbierał telefonów od niej. Cassie wszystko to dziwiło 
-  nie  chciała  się  wtrącać,  ale  przyzwyczajona  była  do  czegoś  zupełnie  innego.  Ona  sa¬ma 

pozostawała w stałym, prawie codziennym kontakcie z ro¬dzicami. 

Widząc  jej  zakłopotanie,  Charlie  zdobył  się  na  uśmiech,  a  nawet  siląc  się  na  lekki  ton, 

powiedział: 

Co to myśmy robili, zanim nam przerwano? 

Nie zabrzmiało to jednak zbyt przekonująco. Nieoczekiwa¬ny telefon wyraźnie popsuł mu 

humor. 

Charlie,  nie  chcę  ci  niczego  narzucać,  ale  może  chciałbyś  ze  mną  o  czymś 

porozmawiać? - spytała. 

Nie  ma  o  czym  -  skrzywił  się.  -  To  są  ludzie,  którzy  nie  powinni  mieć  dzieci.  A  tu 

akurat ja im się przydarzyłem. Mieli pecha. Koniec. Kropka. Nie bądź taka smutna! W końcu 

nic takiego się nie stało - powiedział zmęczonym głosem. 

Wiedziała,  że  nie  mówi  prawdy.  Wyraźnie  to  go  bolało.  A  jego  zmartwienia  były  jej 

zmartwieniami.  Przecież  był  mężczyzną,  którego  kochała.  Poza  tym  miała  dobre  serce:  nie 

mogła znieść, kiedy ktoś cierpiał. Gdyby mogła za pomocą czarodziejskiego zaklęcia uczynić 

wszystkich ludzi szczęśli¬wymi, zrobiłaby to bez wahania. 

Zapraszają mnie, żebym przyjechał do nich na weekend. 

Masz pojęcie? - roześmiał się nerwowo. - Matka mówi, że 

background image

ojciec kiepsko się czuje. Jasne, a jak ma się czuć ktoś, kto 

ma taką żonę? Żaden normalny człowiek już by tego nie wy¬ 

trzymał. 
  
 

Cassie postanowiła zaryzykować. 

Może jednak powinieneś jechać? 

Spojrzał na nią zdziwiony. 

Jechać tam? A po co? To nie ma sensu: z góry wiem, czym to się skończy... Awanturą. 

Ale jeśli  twój  ojciec  zachorował...  A poza tym,  skąd wiesz, może tym  razem  będzie 

inaczej? 

Charlie pokiwał głową. 

Może tym razem się wzajemnie pozabijamy - powie¬ 

dział szyderczo. 

W głębi ducha jednak czuł, że Cassie ma rację. W końcu to był jego ojciec. Miał do nich 

żal, i było o co, ale rodziców się nie wybiera. 

Pojedziesz ze mną? 

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. 

Ale przecież oni wcale mnie nie zapraszają. 

Proszę cię.    

Nie mogła mu odmówić. Podeszła i usiadła tuż obok. Wzięła jego dłoń i uścisnęła mocno. 

Oczywiście, że pojadę, Charlie. I nie martw się, na pew¬ 

no nie będzie tak źle. 
 
  

ROZDZIAŁ 
10 

Za  oknem  krajobraz  zmieniał  się:  przeszklone  wieżowce  Manhattanu  ustąpiły  miejsca 

ruderom Bronksu, a potem zanu¬rzonym w zieleni domkom Connecticut. Charlie poruszył się 
niepokojnie za kierownicą. Wkrótce będą na miejscu. Zjechali na szosę, która biegła wzdłuż 

wybrzeża  oceanu.  Kiedy  skręcił  z  niej  w  boczną  drogę  i  przejechał  przez  masywną  bramę, 

za¬uważyła zbielałe palce zaciśnięte na kierownicy. Cassie po¬łożyła  rękę na jego kolanie. 

Oboje wymienili znaczące spoj¬rzenia. 

Dom Whitmanów widać było teraz jak na dłoni. Przed nim rozciągał się rozległy trawnik, 

którego środkiem biegła asfal¬towa ścieżka. Cassie westchnęła jedynie z podziwem. Trudno 

to  było  nazwać  domem:  miała  przed  sobą  olbrzymie  do-mostwo  w  stylu  Nowej  Anglii.  Z 

powodzeniem  mógł  zagrać  w  filmie.  Charlie  wspominał,  że  rodzice  są  zamożni.  Nie 

przy¬puszczała  jednak,  że  tak  bardzo.  Teraz  lepiej  zrozumiała,  skąd  się  wzięła  ta  jego 

pewność siebie. 

Za chwilę miała spotkać ludzi,  z którymi nie łączy ją  wiele lub nic zgoła. Przed oczami 

stanął jej dom rodzinny: wygodny i miły, ale zarazem przysparzający wielu bezsennych nocy 

jej  ojcu.  Dom,  w  którym  mieszkali,  był  już  dość  stary  i  wymagał  generalnego  remontu, 
tymczasem utrzymująca się przez kilka 

  
 

lat recesja wcale nie poprawiała sytuacji finansowej. Rodzin¬ny sklep prosperował nieźle, 

ale przecież nie była to kopalnia złota. 

Prawdziwy pałac! - powiedziała, gdy wjechali na pod¬ 

jazd. 

Charlie  zaparkował  wynajęty  samochód  i  popatrzył  na  nią  ukradkiem.  Ten  sam  podziw 

zmieszany  z  niechęcią  dostrzegał  w  spojrzeniach  kolegów  ze  szkoły,  gdy  zdarzało  mu  się 

przy¬wieźć ich tu na kilka dni ferii czy wakacji. 

Nie ma się znowu czym tak zachwycać - powiedział. . 

- Owszem, Whitmanowie znaleźli się wśród pierwszych 

osadników, a nawet i pasażerów „Mayflower", ale kolejne po¬ 

kolenia roztrwoniły rodzinną fortunę. Geny też odegrały swo¬ 

ją rolę. To, co tutaj widzisz, to resztki dawnej świetności. 

W ten dom akurat włożyła pieniądze rodzina matki. 

background image

Cassie  przysłuchiwała  się  jego  opowieści.  A  więc  był  po¬tomkiem  starego  rodu:  jego 

przodkowie byli pierwszymi ko¬lonistami! To jej imponowało bardziej aniżeli pieniądze. 

Rodzice poznali się na studiach - ciągnął. - Jak już ci 

mówiłem, oboje robili specjalizację psychiatryczną. I oto do¬ 

bry Bóg złączył węzłem małżeńskim leniwego i niczym nie 

wyróżniającego się młodego lekarza Charlesa Benningtona 

Whitmana, z piekielnie inteligentną i pozbawioną skrupułów 

Sylvią Rothmann, kobietą równie ekscentryczną jak bogatą, 

jedyną spadkobierczynią bankierskiej rodziny Rothmannów. i 

I spodobało mu się obdarzyć ich jedynym synem. 

Otworzył drzwi i wysiadł, a potem obszedł samochód i po¬mógł Cassie. 

Bardzo zdenerwowana? - spytał. 

Cassie równie dobrze mogłaby zapytać go o to samo. 

Nie, dlaczego... - Spróbowała się roześmiać. - Może 

tylko powinieneś był ich uprzedzić, że nie przyjedziesz sam... 

Charlie zrobił grymas, tajemniczy i przemyślny zarazem. 
  
 

Wobec Sylvii najlepiej działać z zaskoczenia - oznajmił. 

Charlie, po co te podchody? Przecież nie prowadzimy żadnej wojny. 

Tak sądzisz? - Uniósł brwi w górę. - Może chcesz się założyć? 

W  ten  sposób  wcale  jej  nie  dodawał  odwagi.  Westchnęła  tylko,  gdy  wziął  ją  za  rękę  i 

ruszyli w stronę wejścia. 

Nacisnął  dzwonek  i  niemal  natychmiast  drzwi  się  otwo¬rzyły,  tak  jakby  ktoś  na  nich 

czekał. Podstarzała Murzynka w stroju pokojówki wskazała im drogę do salonu. 

Dziękuję, znam drogę - powiedział Charlie. - Jestem 

synem państwa Whitmanów. 

Cassie  zdawało  się,  że  w  oczach  starej  kobiety  dostrzegła  jakby  cień  współczucia. 

Pokojówka dygnęła i zniknęła w ko¬rytarzu. 

Charakterystyczne, że nigdy nikogo tu nie ma: żadnych 

przyjaciół, rodziny. Napady złości mojej matki wszystkich 

skutecznie wystraszyły. 

Napady  złości?  Cassie  spojrzała  niepewnie  na  Charliego,  ale  już  o  nic  nie  zdążyła  go 

zapytać,  bo  weszli  do  salonu,  a  tam  już  czekali  na  nich  Whitmanowie.  Cassie  przełknęła 

nerwowo ślinę i wzięła głęboki oddech. 

Niezupełnie tak ich sobie wyobrażała. Ojciec sprawiał wra¬żenie starszego, niż można by 

wnosić z jego wieku. Był bar¬dzo wychudzony - eleganckie ubranie wisiało na nim niczym 

na  wieszaku.  Resztki  dawnej  urody  świadczyły,  że  musiał  być  niegdyś  bardzo  przystojnym 

mężczyzną.  Teraz  jednak  głębo¬kie  zmarszczki,  jakie  poorały  jego  twarz,  zapadnięte,  choć 

ciągle  błyszczące  oczy,  przerzedzone  siwe  włosy  nieubłaganie  potwierdzały  niszczycielski 

upływ  czasu.  Czy  to  możliwe,  żeby  Charlie  miał  kiedyś  tak  wyglądać?  -  zadała  sobie  w 

du¬chu pytanie i natychmiast odpędziła od siebie tę przykrą myśl. 

Wiek matki Charliego trudno było określić. Bez wątpienia 
  
 

była  to  ciągle  atrakcyjna  kobieta  -  właściwie  bardziej  przy¬stojna  aniżeli  piękna,  ale 

wyglądała imponująco. To określe¬nie nasuwało się samo. Miała może zbyt wąskie, cienkie 
usta  i  zbyt  grube  brwi,  by  uznać  ją  za  piękność,  ale  nadal  robiła  wrażenie.  Zadbana  i 

elegancka,  siedziała  w  fotelu  jak  na  tro¬nie.  Cassie  nie  mogła  opędzić  się  od  myśli,  że  to 

dosyć dziwna i nazbyt wystudiowana poza jak na tę okoliczność. Bądź co bądź, to spotkanie z 
synem po dłuższym czasie. W jej oczach była inteligencja, ale i  chytrość. Również  - jak się 

Cassie  zdawało  -  uprzejma  niechęć,  z  jaką  patrzyła  na  niedbale  ubra¬nego  Charliego:  w 

koszulce  i  wytartych  dżinsach  nie  pre¬zentował  się  widocznie  dość  godnie  jak  na  potomka 
rodu Whitmanów. 

W  swojej  naiwności  puszczała  dotąd  ostrzeżenia  Charliego  mimo  uszu.  Poza  tym  była 

przekonana, że będzie miała do czynienia z kulturalnymi i wykształconymi ludźmi. Może są 

nieco  oziębli,  nadmiernie  skoncentrowani  na  sobie  -  to  się  zdarza,  myślała.  Ale  wszystko 

background image

wydawało  się  jedynie  kwestią  czasu:  wystarczy  wola  porozumienia  -  przecież  są  rodziną. 

Teraz jednak i ona poczuła się zmrożona sposobem, w jaki przyjęli swego jedynego syna. 

To Charlie ruszył, by przywitać się z nimi. Wymienił z oj¬cem krótki uścisk ręki, a potem 

zwrócił się do matki. Ale nie pocałował jej ani nie uściskał - i to powitanie ograniczyło się do 

wymiany zdawkowych skinięć głową. Charlie zamachał jeszcze ręką w stronę matki, ale nie 

doczekał  się  z  jej  strony  nawet  podobnej  odpowiedzi.  Przez  chwilę  mierzyli  się  oboje 

spojrzeniami,  jak  gdyby  każde  oceniało  siły  swoje  i  przeciw¬nika.  Pomimo  upału  Cassie 

poczuła na plecach strużkę zimne¬go potu. 

Sylvia odezwała się pierwsza. 
- Proszę, nasz długo nie widziany syn - powiedziała bez¬namiętnie, jak gdyby to spotkanie 

nie było niczym niezwy- 

  
 

kłym. - A to kto? - Przeniosła wzrok na Cassie i popatrzyła na nią bez sympatii. 

Charlie zacisnął zęby. Tak, mówił jej, że ta wizyta nie ma sensu. Nie chciała mu wierzyć, 

teraz  będzie  mogła  się  przeko¬nać  na  własne  oczy,  jak  wyglądają  rodzicielskie  uczucia 

pań¬stwa Whitmanów, nie wspominając już o ich gościnności. 

Powiedzmy, że to Cassie - stwierdził krótko. Nie zamie¬ 

rzał zabiegać o ich względy, ani dla siebie, ani dla Cassie. Im 
szybciej stąd wyjadą, tym lepiej dla wszystkich. 

Co takiego? Co powiedziałeś? Jak? - wymamrotał ojciec. 

Cassie postąpiła pół kroku do przodu. 

Jestem Cassie. Cassie Armstrong - przedstawiła się, wy¬ 

ciągając rękę do matki Charliego. - Przyjechałam bez uprze¬ 

dzenia; mam nadzieję, że państwo nie mają mi tego za złe. 

Jej  wyciągnięta  ręka  zawisła  w  powietrzu.  Sylvia  Whitman  nie  zrobiła  najmniejszego 

ruchu, by się z nią przywitać. Cassie miała wrażenie, że nawet na nią nie patrzy. 

Co  ona  powiedziała?  -  Ojciec  Charliego  patrzył  na  syna  niezbyt  przytomnym 

spojrzeniem. 

Starość  nie  radość  -  skwitowała  krótko  Sylvia,  rzucając  mężowi  pogardliwe 

spojrzenie. 

Cassie  opuściła  rękę  i  popatrzyła  na  starszego  pana  ze  współczuciem.  Nie  wydawał  się 

obrażony.  Szare  oczy  patrzy¬ły  bez  wyrazu.  Może  był  przyzwyczajony  do  podobnych 

ko¬mentarzy,  a  może  go  wcale  nie  usłyszał.  To  drugie  wydało  jej  się  bardziej 
prawdopodobne. 

Wszyscy mężczyźni z tej rodziny starzeją się w przy¬ 

śpieszonym tempie - skrzywiła się Sylvia w stronę Cassie. 

Ten grymas to zapewne miał być uśmiech. 

Zanim Cassie zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, usłyszała głos Charliego. 

Jeśli chodzi o mnie, powinnaś być chyba zadowolona. 

Zawsze narzekałaś na moją niedojrzałość. 
  
 

Atmosfera stała się ciężka i kto wie, czym by się ta powi¬talna wymiana zdań zakończyła, 

gdyby  nie  pokojówka,  która  weszła  pytając,  co  komu  podać  do  picia.  Wszystko  jedno  co, 

byleby  to  była  podwójna  porcja,  pomyślała  Cassie.  Wiedząc  jednak,  że  zamawiając  o  tej 

porze  coś  mocniejszego,  nie  zro¬biłaby  na  rodzicach  Charliego  najlepszego  wrażenia, 

poprosi¬ła o mrożoną herbatę. Charlie nie miał takich skrupułów: po¬prosił o czystą whisky. 

Jego matka podniosła znacząco brew. 

Dziękuję, Stello. Myślę jednak, że od razu usiądziemy 

do lunchu. Przynieś drinki do jadalni. Już tam się napijemy 
- odprawiła ją władczym gestem. 

Lunch niewiele zmienił. Nastrój nie poprawił się ani na jotę. Cassie w milczeniu sączyła 

przez  słomkę  herbatę.  Sylwia  wyrzekała  na  kucharza:  nie  dość,  że  sos  winegret  zrobił  zbyt 
wodnisty, to jeszcze źle przyrządził solę, którą właśnie zjedli, i tym samym popsuł cały obiad. 

Ofuknęła  też  Stellę,  że  jest  zbyt  opieszała  i  ślamazarnie  zabiera  nakrycia  ze  stołu.  Ojciec 

Charliego znosił cierpliwie jej zrzędzenie, widać był już na nie uodporniony. 

background image

Dla  Cassie  lunch  był  prawdziwą  torturą:  niemal  podska¬kiwała  na  krześle  za  każdym 

odezwaniem  się  Sylvii.  Charlie  ze  współczuciem  przyglądał  jej  się  z  drugiego  końca  stołu. 

Uśmiechnął się do niej porozumiewawczo i szyderczym  ge¬stem wzniósł swój kieliszek do 

toastu. Matka spojrzała na niego z dezaprobatą. 

Widzę, że twoje maniery nadal pozostawiają wiele do życzenia. 

To samo mógłbym powiedzieć o tobie - zareplikował Charlie. 

Sylvia zacisnęła wąskie usta. 

Jak się do mnie odzywasz? Nie zapominaj, że jednak 

mówisz do swojej matki, która poświęciła ci najlepsze lata 

swojego życia! 
  
 

Co takiego? Chyba żartujesz? - prychnął Charlie. - Od¬ 

nosiłem raczej wrażenie, że z trudem przypominałaś sobie od 
czasu do czasu o moim istnieniu. 

Sylvia spojrzała zimno na syna. 

Miałam nadzieję, że wydoroślałeś, Charlie. Dlatego pro¬ 

siłam, żebyś przyjechał. Widzę, że się pomyliłam. 

Charlie z trzaskiem odstawił kieliszek. 

To  zabawne.  Bo  ja  właśnie  też  miałem  podobne  nadzie¬je.  Ale  widzę  tymczasem 

przed sobą tę samą kapryśną, egoi¬styczną, wiecznie zapatrzoną w siebie.... 

...Wspaniały lunch! - wtrąciła Cassie pospiesznie. -Dawno już nie jadłam tylu dobrych 

rzeczy.  Ale  obawiam  się,  że  już  musimy  wracać.  Prawda,  Charlie?  -  Spojrzała  na  niego 
wymownie. 

O  czym  wy  mówicie?  O  czym  tak  ciągle  gadacie?  Czy  może  mi  ktoś  wreszcie 

powiedzieć? - zdenerwował się starszy pan. 

Zamknij się, idioto - warknęła Sylvia. 

Charlie zerwał się z krzesła. 

Za dużo sobie pozwalasz! - powiedział z zimną niena¬wiścią. 

Tak,  naprawdę  bardzo  dobry  lunch.  Mam  nadzieję,  że  wkrótce  znowu  uda  się  nam 

spotkać. - Cassie odłożyła ser¬wetkę i wstała z miejsca. 

Sylvia także podniosła się z krzesła. Nie zamierzała odda¬wać pola. Należała do kobiet, 

które  zawsze  muszą  mieć  ostat¬nie  słowo.  Bez  względu  na  okoliczności  i  konsekwencje. 

Wbiła wzrok w syna i wycedziła: 

Żałuję, że cię urodziłam! 

Charlie z trudem powstrzymał się od wybuchu. 

Coś ci powiem, Sylvio. Akurat w tym jednym jesteśmy 

zgodni. Ja również żałuję, że to ty musiałaś być akurat tą 

kobietą. 
  
 
Cassie poczuła, że robi jej się słabo. W pierwszej chwili pomyślała, że zaraz się rozpłacze. 

W chwilę potem wściekłość na tę podłą i egoistyczną kobietę wzięła w niej górę. 

Jak pani może mówić coś takiego! Jak pani śmie! - 

krzyknęła zdławionym głosem. 
Charlie podszedł do niej i mocno objął ją ramieniem. 

Daj spokój, Cassie. Szkoda słów. Raczej powinnaś za¬ 

stosować swój prawy sierpowy, ale wtedy skoczyłaby ci do 

gardła zgraja adwokatów. Idziemy stąd. 

Kiedy wreszcie znaleźli się na zewnątrz, Cassie odetchnęła z ulgą. 

Myślisz, że możesz prowadzić? - spytała, gdy podeszli do samochodu. 

Oczywiście. Nie martw się. Dla mnie to nie pierw¬szyzna. 

Cassie przypatrywała mu się z niepokojem. Wyglądał dość marnie. Ale jak miał wyglądać? 

Ruszyli  z  piskiem  opon  i  wkrótce  byli  już  za  bramą  posiadłości  Whitmanów.  Charlie  nie 

zwalniał  ani  na  chwilę,  jak  gdyby  chciał  jak  najszybciej  znaleźć  się  daleko  od  miejsca,  w 
którym mieszkali ci przera-żający, obcy ludzie mieniący się jego rodzicami. 

Charlie. Przepraszam... - Cassie położyła rękę na jego 

dłoni zaciśniętej na kierownicy. 

background image

Zaśmiał się bezgłośnie. 

Ty mnie przepraszasz? Za co? To raczej ja powinienem 

przeprosić ciebie. 

Resztę  drogi  spędzili  niemal  w  milczeniu.  Na  wspomnienie  awantury  Cassie  czuła,  że 

serce  jej  pęka  z  bólu  i  żalu.  Jak  mogła  tak  powiedzieć?  Jak  matka  może  powiedzieć  coś 

takie¬go do swego syna? Siedziała jednak w milczeniu. Wiedziała, że cokolwiek powie, i tak 
niczemu nie zaradzi. 

Charlie  również  nie  miał  ochoty  na  rozmowę.  Najchętniej  zaszyłby  się  gdzieś  w  jakimś 

barze, upił się i przeczekał. Wie- 

  
 

dział jednak, że to byłaby zwykła ucieczka. Jeszcze niedawno tak by właśnie postąpił. 

Nagle zjechał na pobocze i przystanął. 

Mój Boże! - westchnął. - Gdyby była alkoholiczką albo 

jakoś chora... Wtedy mógłbym to przynajmniej zrozumieć. 

Mówiłbym sobie: biedna kobieta... Zastanawiałbym się, jak 

mogę jej pomóc. Ale ona jest normalna! To jest najstraszniej¬ 
sze. - Potrząsnął głową. 

Cassie gładziła jego rękę w milczeniu. 

Wiesz, jak byłem mały - ciągnął, opierając głowę na 

oparciu fotela i zamykając oczy - myślałem sobie, że jak będę 

grzeczny i będę dobrze się uczył, to mnie pokochają. Ale 

bardzo szybko zorientowałem się, że dla nich nie ma żadnego 
znaczenia, jaki jestem. 

Pamiętał  ten  dzień,  jakby  to  było  wczoraj.  Był  maj,  miał  jedenaście  lat,  a  na  sobie  strój 

szkolnej drużyny baseballowej. Bardzo był z siebie dumny. Tak bardzo pragnął ich uznania. 

To  była  ich  pierwsza  wizyta  w  szkole,  a  on  tymczasem  już  awansował  do  szkolnej 
reprezentacji. 

Wisiałem na telefonie przez całe dnie. Prosiłem, żeby 

przyjechali, zobaczyli, jak gram. Przeżywali wtedy okres sza¬ 

leńczych awantur, rozstań i powrotów. Wreszcie przyjechali. 

Zamknęli się w pokoju w hotelu i nawet ich nie zobaczyłem. 

Zadzwonili po meczu już z dworca kolejowego, że właśnie 

odjeżdżają... Że innym razem. 
Na dworcu kolejowym byli akurat jego koledzy. Odprowa¬dzali swoich rodziców. Jeden z 

nich opowiedział mu potem, że widział dwoje dziwnych ludzi, mężczyznę i kobietę, jak stali 
na  peronie  i  wrzeszczeli  na  siebie,  nie  zważając  na  ludzi  dookoła.  „A  co  będzie  z  moją 

karierą?!" - krzyczała kobieta. „To ty chciałeś koniecznie mieć syna! Ja chciałam usunąć tę 

ciążę! Może nie pamiętasz? To teraz się nim zajmuj!" Od tamtego dnia 

przestał dzwonić do domu. Tamtego dnia coś 
  
 

w  nim  umarło.  Przestał  przychodzić  na  treningi,  przestał  się  uczyć.  Zmieniał  kolejne 

szkoły. Zamknięty w sobie, choć na zewnątrz kpiarz i nieledwie chuligan, lekkoduch, który 

myśli jedynie o tym, jak najmilej spędzić czas. 

Od  tamtej  pory  żył  jak  w  pancerzu.  Nikt  nie  mógł  go  skrzywdzić,  bo  nikt  naprawdę  nie 

miał do niego dostępu. I tak było do niedawna. 

Nigdy  do  tej  pory  nie  opowiedział  nikomu  tej  historii.  Kiedy  skończył  i  otworzył  oczy, 

zobaczył przed sobą Cassie. 

Po jej policzkach płynęły łzy. 

Mój Boże! Biedny Charlie - załkała. 

Spróbował wszystko obrócić w żart. 

Nie martw się, dziewczyno. Jak widzisz, od tego się nie 

umiera. 

Ale przecież nie była to prawda: kiedyś ktoś, kto też nazy¬wał się Charlie Whitman, był 

świetnym  uczniem,  chlubą  szko¬ły  -  ten  ktoś  przecież  umarł.  I  nagle  zrobił  coś,  co  mu  się 

nigdy nie zdarzyło, a już na pewno nie przy kobiecie. Charlie wybu¬chnął płaczem. 

background image

Płakał  nad  sobą,  nad  tym  biednym  chłopcem,  którego  dzie¬ciństwo  mogło  być  takie 

szczęśliwe,  a  okazało  się  koszmarem.  Płakał  za  tym  ufnym,  wesołym  dzieckiem,  które 

kochało i chciało być kochane. 

Kocham cię - zaszlochał nagle. 

Stało się to tak nieoczekiwanie, że przez chwilę sam nie był pewien, czy to na pewno on 

wypowiedział te słowa. Zmiesza¬ny, podniósł na nią oczy i westchnął. 

Strasznie dawno nikomu tego nie powiedziałem, 

wiesz? 

Cassie, przełykając łzy, potrząsnęła głową. 

Wiem. Ja też ciebie kocham, Charlie. Charlie uśmiechnął się niepewnie. 

Naprawdę? 

  
 

Ona również się uśmiechnęła, ocierając wierzchem dłoni oczy. 

Naprawdę. 

To zamieszkajmy razem. 

Teraz Cassie się zawahała. Kocha go z całego serca, to pewne. Wiedziała, że niełatwo było 

mu  zdobyć  się  na  to  wyznanie.  Ale  to  nie  była  propozycja,  na  jaką  czekała.  Nie  o  takim 

jedynie związku myślała, wtedy - kiedy szła z nim do łóżka, i teraz, gdy wyznali sobie miłość. 

Pozwól, że się nad tym zastanowię - powiedziała. 

  

ROZDZIAŁ 
11 

Masz pojęcie, co się stało? 

Zadyszana  Fran  stała  zaaferowana  przed  biurkiem  przyja¬ciółki.  Najwyraźniej  pilno  jej 

było podzielić się z Cassie jakąś arcyważną wiadomością. 

Cassie, zaskoczona nagłą wizytą, spojrzała na Fran ze zdzi¬wieniem. To nie była ta sama 

Fran, zazwyczaj przybierająca pozę rozczarowanej życiem kobiety. Radośnie podniecona, ze 

śmiejącymi się oczyma, najwyraźniej miała jej do zakomuni¬kowania jakąś dobrą nowinę. I 

jeżeli z tym zwlekała, to pew¬nie tylko dlatego, że chciała, aby jej nastrój udzielił się także 
samej Cassie. 

Co takiego? Wygrałaś na loterii? - zażartowała. Do¬myślała się już, w czym rzecz, ale 

wolała sama to od niej usłyszeć. 

Lepiej! - Twarz Fran opromienił szeroki uśmiech. 

Jeszcze lepiej? A co może być lepszego niż wygrana na loterii? - Cassie splotła dłonie 

i spojrzała spod oka na przy¬jaciółkę. 

Fran skrzywiła się ze zniecierpliwieniem. 

Czekaj! Już wiem. Rzuciłaś robotę w agencji, bo posta¬nowiłaś wreszcie zacząć robić 

coś sensownego. 

Ciepło. Ale niezupełnie o to chodzi. Spróbuj jeszcze raz. 

  
 

Spojrzała wyczekująco na Cassie. Nie zwlekała jednak dłu¬go: zbyt chciała podzielić się 

wiadomością z przyjaciółką. 

Postanowiliśmy  się  pobrać,  Joe  i  ja!  -  wykrzyknęła  i  nie  czekając  na  reakcję  Cassie, 

mówiła  dalej:  -  Sama  w  to  nie  mogę  uwierzyć!  Ja  mam  wyjść  za  mąż?  Ale  spójrz,  tu  jest 
dowód  -  powiedziała,  wysuwając  rękę  w  kierunku  Cassie  i  błyskając  zaręczynowym 
pierścionkiem. - Widzisz? 

Wspaniała wiadomość! - Cassie wyszła zza biurka, by 

ją uściskać. -Gratuluję! Zawsze uważałam, że jesteście świet¬ 

ną parą. 

Fran  w  tym  momencie  wcale  nie  trzeba  było  o  tym  przeko¬nywać.  Podekscytowana 

zamachała rękami. 

Zaprosimy na ślub mnóstwo osób i zrobimy wielkie 

przyjęcie! Ma być wszystko: uroczysta ceremonia, ślubna 

suknia, świadkowie... Wiesz, cały ten kram! Nigdy bym nie 

powiedziała, że przez to przejdę! Ale co tam, raz się wychodzi 

za mąż! To znaczy mam nadzieję, że raz - dodała, śmiejąc się 

background image

łobuzersko. 

Cassie zachichotała, a tymczasem Fran trajkotała dalej. 

Problem w tym, że mamy na to wszystko mało czasu. 

Tylko dwa miesiące! Joe postawił taki warunek. Powiedział, 

że dłużej nie chce czekać... Ja zresztą też. Rozumiesz więc, że 

będę potrzebowała twojej pomocy. Mam nadzieję, że pomo¬ 

żesz mi to wszystko zorganizować. Jak o tym pomyślę, to 

przechodzą mnie ciarki: trzeba wynająć restaurację, zamówić 
jedzenie, kwiaty, fotografa... 

Cassie  już  chciała  powiedzieć,  że  dla  dwóch  inteligentnych  kobiet,  które  na  co  dzień 

obracają milionami dolarów i orga¬nizują rzeczy na wielką skalę, przygotowanie uroczystości 

weselnej  dla  jednej  z  nich  to  będzie  cicha  msza  przy  bocznym  ołtarzu,  ale  na  szczęście  w 

ostatniej  chwili  ugryzła  się  w  ję¬zyk.  Zdała  sobie  sprawę,  że  byłoby  to  nietaktem. 

Rzeczywi¬ście. .. Ślub bierze się raz. 

  
 

Fran tymczasem mówiła o wizycie u jubilera. Nigdy by nic przypuszczała, że wybieranie 

pierścionka zaręczynowego może być takie emocjonujące. Boi się pomyśleć, co to będzie, jak 

pójdzie  kupować  suknię  ślubną!  A  może  powinna  ją  uszyć?  To  musi  być  coś  bardzo 
specjalnego! 

Cassie  słuchała  tego  wszystkiego  spokojnie,  z  życzliwym  uśmiechem,  poczuła  jednak 

drobne  ukłucie  zazdrości.  Ach,  jak  by  to  było,  gdyby  ona  sama...  Szybko  jednak  zdusiła  w 

sobie  tę  natrętną  myśl.  Powinna  cieszyć  się  szczęściem  Fran.  Tym  bardziej  że  przyjaciółka 

zasługuje na to, by mieć. wreszcie dobrego męża. Czy mało razy martwiła się o Fran? Zawsze 

była taka nieustępliwa i z taką wrogością mówiła o mężczyznach. O tych sprawach myślały 

obie  zupełnie  ina¬czej.  I  proszę!  -  Cassie  poczuła  znowu  zazdrość  -  oto  Fran  wychodzi  za 

mąż... 

...i naturalnie, to się chyba rozumie samo przez się, 

chcielibyśmy, żebyście byli, ty i Charlie, świadkami. W końcu 
to wasza zasługa. 

Skończyła mówić i teraz stała, patrząc na nią wyczekująco. 

Postanowiliśmy  razem  zamieszkać  -  powiedziała  Cas¬sie.  Nie  była  to  może 

odpowiedź na pytanie, ale Cassie wie¬działa, że jej przyjaciółka chciała i o to ją zapytać. 

Tak myślałam - skinęła głową Fran.  - Jestem pewna, że będzie wam razem dobrze  - 

orzekła, ale jakoś bez przekonania. 

Zdawało mi się, że tego nie pochwalasz - uśmiechnęła się Cassie. 

Nie, dlaczego - wzruszyła ramionami Fran. 

Przecież wiem.  Nie udawaj.  Zawsze  byłyśmy ze sobą szczere.  Za to właśnie tak cię 

lubię. Więc powiedz: uważasz, że robię błąd? 

Fran przygryzła wargi. Otworzyła usta, ale zaraz je za¬mknęła. 

No, powiedz! - nalegała Cassie. 

  
 

Nie powinnam się wtrącać. 

Proszę... 

Ale  nie  będziesz  na  mnie  zła?  Chcę,  abyś  wiedziała,  że  to,  co  mówię,  nie  jest 

przeciwko tobie. 

Mów  śmiało.  Nie  będę  zła.  Przyrzekam  -  powiedziała  Cassie,  choć  w  głębi  duszy 

pomyślała sobie, że może to nie¬rozważne. 

No  dobrze  -  westchnęła  Fran.  -  Widzisz,  trudno  kogoś  zmienić,  Cassie.  Ja 

przynajmniej nie wierzę w cuda. 

Ale on mnie kocha! 

Dlaczego właściwie się tłumaczy? Czuła jednak, że ta roz¬mowa jest jej potrzebna. 

Jestem tego pewna - dodała. 

Nie  wątpię,  kochanie.  -  Fran  objęła  ją.  -  Kocha  cię,  bo  trudno  nie  kochać  kogoś 

takiego. Ale kocha cię na swój spo¬sób. Na tyle, na ile potrafi. Nie spodziewaj się zbyt wiele. 

Przez  twarz  Cassie  przebiegł  skurcz.  Fran  dostrzegła  to  i  natychmiast  zaczęła  się 

wycofywać. 

background image

Cassie, przepraszam. Nie chciałam zrobić ci przykrości. 

Nie powinnam była niczego mówić. Zresztą, może wcale nie 
mam racji. Ty go znasz lepiej. A poza tym, wiesz - jestem 
urodzonym cynikiem. Zawsze wszystkich podejrzewam o ja¬ 

kieś nieczyste intencje - więc się tym nie przejmuj. Trzeba 

zawsze robić to, do czego jest się przekonanym, tak uważam 
przede wszystkim. 

W pokoju rozdzwonił się telefon, ale Cassie nie zwracała na to uwagi. 

Co według ciebie powinnam zrobić? Kocham go i chcę 

być z nim, razem. 

Fran  nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć.  Zdawała  sobie  spra¬wę,  że  tutaj  nie  ma  mądrych. 

Kiedy ktoś kocha, nikt nie zdoła go przekonać. Nerwowo splotła palce i milczała. To Cassie 

przerwała tę ambarasującą ciszę. 

  
 

Czy Charlie już wie? O tobie i o Joe? 

Jeszcze  nie  -  westchnęła  Fran.  -  Prawdę  mówiąc,  nie  wiemy,  jak  mu  o  tym 

powiedzieć. Rozumiesz: on przyjaźni się z Joe, ale nie przepada za mną. 

Nie martw się. Ja mu to powiem. 

Dzięki. 

Kiedy  rozstały  się,  Cassie  usiadła  w  fotelu,  wyciągnęła  nogi  i  popatrzyła  w  okno.  Jak 

przekonać mężczyznę, którego kocha, że małżeństwo wcale nie jest pułapką? 

Postanowiła skorzystać z pretekstu i zacząć rozmowę już dzisiaj. Wracali razem z pracy, 

był  ciepły  wieczór  i  w  powie¬trzu  czuło  się  jakąś  rześkość.  Chodniki  były  pełne  ludzi,  a 

uli¬cą mknęły sznury samochodów. Nowojorczycy wracali z wa¬kacji. 

Fran i Joe zamierzają się pobrać, wiesz? - rzuciła nie¬ 

dbale przez ramię, kiedy przechodzili przez zatłoczone skrzy¬ 

żowanie. 

Charlie zatrzymał się w miejscu. 

Co? Naprawdę? 

Chodź, bo nas rozjadą. - Pociągnęła go za rękaw. - Na¬prawdę. Są bardzo szczęśliwi, 

sam chyba to zauważyłeś. 

Musiał jej przyznać rację. Fran i Joe promienieli szcz꬜ciem. Stanowili wspaniałą parę i 

to się rzucało w oczy. Mimo to nie potrafił sobie darować ironicznego komentarza. 

Jasne, na razie są szczęśliwi, ale poczekajmy trochę. 

Zobaczymy, jak długo potrwa ta idylla. 

Miłość to miłość, a małżeństwo to małżeństwo. Małżeń¬stwo wszystko zmienia, pomyślał. 

To  stara  prawda.  To  fakt,  że  on  sam  może  obserwował  to  na  bardzo  szczególnym 

przykła¬dzie.  Związek  jego  rodziców  trudno  uznać  za  typowy.  Znał  przecież  ludzi,  którzy 

żyli w małżeńskim stadle od lat i jakoś im to wychodziło. Na myśl, że miałby spędzić z jedną 

kobietą| 

  
 

całe życie, czuł przerażenie. Chybaby zwariował. Znał siebie. Chociaż zdarzają się rzeczy 

nieoczekiwane, on sam wolałby nie eksperymentować. 

I wiesz? Chcą nas prosić na świadków. - Cassie spojrza¬ła niepewnie na Charliego. 

O, nie! - zaprotestował. - Nie zamierzam się wygłupiać. 

Czegóż się nie robi dla uczczenia miłości. 

Byli teraz w samym środku SoHo, niegdyś dzielnicy arty¬stycznej bohemy, teraz prawie w 

całości  wykupionej  przez  zamożnych  inwestorów.  Dawne  fabryczki  i  czynszówki  zmieniły 

wygląd,  mieściły  się  w  nich  wytworne  apartamen¬ty,  studia  i  galerie.  Charlie  rozejrzał  się 

wokół z westch-nieniem. 

Powiedz mi, dlaczego zawsze wszystko musi się zmie¬ 

niać? - Popatrzył bezradnie na Cassie. 

Pytanie mogło  zabrzmieć dziwnie w ustach mężczyzny, którego życie było jedną wielką 

zmianą,  ale  Cassie  znała  już  Charliego  na  tyle  dobrze,  by  wiedzieć,  że  aprobuje  jedynie  te 
zmiany, których sam jest autorem, natomiast wcale nie prze¬pada za niespodziankami. 

Fran i Joe! - Charlie pokręcił głową z dezaprobatą. - Al¬ 

background image

bo znowu ta dzielnica! Sam jeszcze pamiętam czasy, kiedy 

kafeteria tutaj to była prawdziwa kafeteria, a nie odpicowana 
knajpka dla turystów albo gogusiów z Wall Street. 

Cassie obrzuciła go spojrzeniem i roześmiała się. 

Nie martw się, nikt cię nie weźmie za nowojorskiego 

yuppie. 

Charlie spojrzał na nią z rozbawieniem. 

A to co znowu, Armstrong? Gryząca ironia? Widzę, że 

robisz postępy, od kiedy wziąłem cię pod swoje skrzydła. 

Zmieniasz się w prawdziwą nowojorską spryciulę. 

Nieoczekiwanie zagarnął ją ramieniem i przytulił. Cassie nie protestowała. 
  
 

Chyba masz rację. I wiesz jeszcze, co ci powiem? Posta¬ 

nowiłam z tobą zamieszkać. 

Twarz  Charliego  zmieniła  wyraz:  uśmiech  pozostał,  ale  rozbawienie  ustąpiło  miejsca 

radości. Nie wierzył własnym uszom. 

Naprawdę? 

Naprawdę. 

Miał wielką ochotę ją pocałować, ale popatrzył tylko z czu¬łością i znowu się uśmiechnął. 

Nie pożałujesz - obiecał. 

Cassie  nie  miała  najmniejszych  wątpliwości.  W  ogóle,  kie¬dy  byli  razem,  nie  bała  się 

niczego i miała niczym nie zmąco¬ną pewność, że wszystko ułoży się dobrze. Dopiero gdy 

zosta¬wała sama, opadały ją wątpliwości i powracał niepokój. A je-śli Fran ma rację? 

Pozostawało  więc  wybrać  adres,  pod  którym  zamieszkają  -jej  albo  jego.  Długo  w  noc 

rozważali wszelkie za i przeciw. Każde z nich oczywiście obstawało przy swoim. 

Wiesz,  że  nie  przepadam  za  śródmieściem  -  powiedział  Charlie,  gdy  wreszcie 

zdecydowali się pójść spać. 

Ale moje mieszkanie jest trochę większe - stwierdziła rzeczowo. - Że już nie wspomnę 

o bałaganie, który tu panuje. - Rozejrzała się krytycznie dookoła. 

Wszyscy genialni ludzie byli bałaganiarzami - odciął się. 

Mój ty Einsteinie... - Parsknęła śmiechem i rozpostarła prześcieradło. 

Charlie cisnął w nią poduszką. Cassie nie pozostała mu dłużna. 

Chyba pozostanie nam rzucić monetą. Albo siłować się 

na ręce, ale obawiam się, że jestem bez szans - zaśmiał się. 
Cassie rzuciła drugą poduszką. 
  
 

Co za wojownicza kobieta! 

W kwestii wyboru mieszkania Cassie była nieugięta. Skoro zgodziła się z nim zamieszkać, 

do niej należy wybór. Teraz on powinien okazać dobrą wolę, ona już to zrobiła. 

Albo u mnie, albo wcale - krzyknęła wreszcie, trafiając 

go celnie jaśkiem. 

Charliemu opadły ręce. Na takie dictum nie miał argumentów. 

Dobrze. U ciebie - westchnął. - Trudno, niech już bꬠ

dzie śródmieście, jak nie może być inaczej. Ale jak zacznę 

wybiegać w nocy po zakupy albo ganiać z łomem taksówka¬ 

rzy i hałaśliwych przechodniów, to przeprowadzamy się do 
mnie, zgoda? 

Jak  na  ludzi  o  bardzo  różnych  usposobieniach  mieszkało  im  się  nadzwyczaj  zgodnie.  O 

dziwo,  udawało  im  się  unikać  sytuacji  konfliktowych.  Cassie  hamowała  się  w 
demonstro¬waniu pedanterii  i  nie robiła mu  wymówek z powodu niepo¬rządku, a Charlie z 

kolei starał się jak mógł, by robić jak najmniej bałaganu i przynajmniej sprzątać po sobie. Z 

pewno¬ścią nie byłoby to wszystko możliwe, gdyby nie ich miłość -a miłość, jak wiadomo, 
czyni cuda. 

Charlie, który nigdy jeszcze nie pozostawał w tak bliskim związku, znajdował w tej nowej 

sytuacji  nieoczekiwane  przy¬jemności.  Miło  jest  móc  zjeść  razem  śniadanie,  mieć  obok 

siebie  kogoś,  z  kim  można  podzielić  się  swymi  wątpliwościa¬mi  albo  radościami,  słowem, 

background image

kochać i wiedzieć, że samemu jest się kochanym. Szybko się do tego przyzwyczaił, ale zdał 

sobie wyraźnie z tego sprawę pewnego wieczoru, gdy Cassie wróciła do domu wzburzona po 
spotkaniu z Bertollim. 

Rzuciła teczkę na stolik w przedpokoju i gdy tylko zdjꬳa z jego pomocą płaszcz, opadła 

na  fotel.  Charlie  pogładził  jej  włosy,  a  potem  stanął  za  nią  i  delikatnie  zaczął  masować  jej 
kark. 

  
 

Jakieś kłopoty? 

Westchnęła ciężko. 

To mogłaby być całkiem miła praca, gdyby nie użeranie 

się z klientami. 

Jego dotyk przynosił ulgę. Czuła, jak pod palcami Charlie-go jej mięśnie rozluźniają się i 

opuszcza ją przykre napięcie. 

Przepraszam, że tak narzekam i zawracam ci głowę tym wszystkim. 

Po  to  tu  jestem.  -  Uśmiechnął  się  i  schylając  się,  pocało¬wał  ją  w  czubek  głowy.  - 

Lepiej? 

Cassie poklepała go po dłoni i uniosła się z fotela. 

Może coś zjemy i napijemy się trochę wina - zapropono¬ 

wał. - Zobaczysz, od razu poczujesz się lepiej. 

Trzymając  się  za  ręce,  weszli  razem  do  kuchni.  Ku  jej  zdumieniu  stół  był  już  nakryty. 

Charlie ustawił nawet świeczki w lichtarzykach. Z lubością wciągnęła woń dobiegającą ją z 
piekarnika. 

Jesteś niezrównany. Na domiar wszystkiego, potrafisz jeszcze gotować! 

Zwłaszcza podgrzać - roześmiał się. - Zamówiłem małe co nieco z tej restauracyjki na 

rogu. 

Kiedy dopiła drugi kieliszek wina, Charlie powrócił do tematu. 

A jeśli już chodzi o pracę w agencji, to dlaczego tego nie 

rzucisz i nie weźmiesz się jedynie za uczenie? Przecież to 

lubisz. Zrób tak, dobrze ci radzę. 
Cassie tylko westchnęła. 

Łatwo ci powiedzieć. Mam przecież co miesiąc rozmaite 

rachunki do zapłacenia. 

Charlie zastanawiał się tylko chwilę. 

Nie zapominaj, że masz przecież mnie. 

Zdziwiona  podniosła  oczy  znad  talerza.  Po  raz  pierwszy  powiedział  coś,  co 

niedwuznacznie wskazywało, że myśli 

  
 
O  ich związku jako o czymś stałym - o czymś, co ma przed 

sobą przyszłość. Do tej pory znała go jako kogoś, kto żyje 

jedynie dniem dzisiejszym. To, co od niego teraz usłyszała, 

tak ją zbiło z tropu, że nie wiedziała, co odpowiedzieć. 

Charlie zauważył jej zdumienie. 

Co się z tobą dzieje? Uważasz, że nie mogę pomóc ci 

w odrobinę inny sposób aniżeli dotąd? Wiesz, że jestem w tym 
dobry - żartował. 

Ona tymczasem, próbując ukryć zmieszanie, zaczęła zbie¬rać talerze ze stołu. Odwróciła 

się i położyła mu rękę na ramieniu. 

Dziękuję za dobre chęci, Charlie. Za to właśnie cię ko¬ 

cham. Po prostu trochę mnie zaskoczyłeś... Ale to też właści¬ 
wie nic nowego. Stale to robisz - powiedziała z uśmiechem. - 

za to też cię kocham. 

To się dobrze składa. - Roześmiał się i obejmując ją 

w pasie, przyciągnął do siebie. - Pomyśl o tym, Armstrong, 
dobrze? 

Niebieskie oczy patrzyły na niego z uwagą. 

Może oboje powinniśmy o tym pomyśleć? 

background image

Ale kiedy posadził ją sobie na kolanach i zaczął całować, już dłużej o tym nie mówili i nie 

myśleli. To, co się działo między nimi teraz, było zbyt ekscytujące. 

  

ROZDZIAŁ 
12 

Joe i Fran nie mogli sobie wymarzyć lepszej pogody. Dzień był piękny, świeciło słońce, a 

na  niebie  ani  jednej  chmurki.  Jedynym  człowiekiem,  który  tego  ranka  miał  do  życia 

preten¬sje, był Charlie. Niechętnie włożył elegancki garnitur. Na nie¬zadowolenie nakładało 

się  jeszcze  zdenerwowanie:  oto  miał  dzisiaj  poznać  rodziców  Cassie.  Fran  jako  najbliższa 

przyja¬ciółka Cassie, uchodziła u niej w domu niemal za członka rodziny, i zaprosiła na swój 

ślub państwa Armstrong i rodzeń¬stwo Cassie. Charlie, jakkolwiek wiedział, że spotka miłe i 

życzliwe światu osoby, na gruncie rodzinnych zebrań nie czuł się pewnie. Nerwowo wiązał 
krawat przed lustrem. 

A  jeżeli  im  się  nie  spodobam?  -  spytał,  popatrując  na  odbicie  Cassie,  która  za  jego 

plecami kończyła się czesać. 

Nie martw się. Spodobasz im się na pewno. Ciebie nie można nie lubić - uśmiechnęła 

się. 

Charlie  miał  jednak  pewne  wątpliwości:  co  innego  lubić  przyjaciela  córki,  a  co  innego 

mężczyznę, z którym córka mieszka bez ślubu. Państwo Armstrong, jak ich sobie wyobra¬żał 

z opowiadań Cassie, są to sympatyczni i mili ludzie, ale zapewne dość staroświeccy. 

Cassie,  jak  na  dobrą  córkę  przystało,  powiadomiła  oczywi¬ście  rodziców  o  swoich 

planach. 

  
 

Mamo, tato - powiedziała któregoś dnia w słuchawkę telefonu - widzicie, ja i Charlie... 

- zawiesiła  głos,  zastana¬wiając się, jak ma to  przekazać rodzicom. Najlepsze rozwią¬zania 

są najprostsze, zdecydowała. A poza tym, nie jest prze¬cież małą dziewczynką... 

Nie możemy doczekać się, kiedy go poznamy - usły¬szała w słuchawce głos matki. I 

zaraz potem włączył się ojciec: 

Właśnie, kochanie. Jesteśmy go bardzo ciekawi! 

Ta ich życzliwa ciekawość wcale nie ułatwiała sytuacji. Florence i Frank Armstrongowie 

na  pewno  nie  byli  parą  pru¬deryjnych  kołtunów.  Ale  nie  byli  też  parą  beztroskich 

postę¬powców,  co  to  uważają,  że  nieważne  ze  ślubem  czy  bez,  byle  szczęśliwie.  Formy  i 

tradycja  liczyły  się  dla  nich,  podobnie  zresztą  jak  dla  samej  Cassie.  Wiedziała,  że  matka 

przyjmie  wiadomość,  którą  za  chwilę  miała  poznać,  dość  spokojnie.  Raczej  obawiała  się 

reakcji  ojca:  była  przecież  jego  ukochaną  córeczką,  oczkiem  w  głowie.  Mogła  jednak 

pocieszać  się,  że  ojciec,  tak  stanowczy  i  nie  dopuszczający  matki  do  spraw  związanych  z 

prowadzeniem ich firmy, w sprawach rodzin¬nych polegał zwykle na jej zdaniu. 

Mam nadzieję, że polubicie Charliego... Bo widzicie, ja 

i Charlie, my już od jakiegoś czasu... mieszkamy razem. 

Kiedy  rzuciła  już  te  słowa  w  słuchawkę,  poczuła  ulgę.  Teraz  ich  ruch.  Nigdy  ich  nie 

okłamywała i nie chciała, żeby to się zmieniło. Miała nadzieję, że to docenią. 

Po drugiej stronie tymczasem zapanowała cisza. 

No tak... - usłyszała po chwili głos matki. - Cóż, wiem, 

że świat się zmienia i dzisiaj wszystko to wygląda inaczej niż 

wtedy, gdy ja i twój ojciec pobieraliśmy się. - Cassie słyszała, 

że głos matki lekko drży. - Dzisiaj wszyscy chcą żyć, jak to się 

mówi, nowocześnie, prawda, Frank? 

W słuchawce usłyszała chrząknięcie ojca. 
  
 

Tak... Tyle tylko, że nie wszystko co nowoczesne jest od razu dobre - powiedział. 

Kocham Charliego i on mnie też kocha. Jest nam razem bardzo dobrze. Chciałabym, 

żebyście zdawali siebie z tego sprawę. 

Usłyszała głośne westchnienie. To była matka. 

Ufamy  ci,  córeczko.  Wierzymy,  że  nie  robisz  głupstw.  Jeżeli  on  ciebie  kocha,  my  z 

pewnością pokochamy i jego, wiesz przecież. 

Dziękuję, mamo. Kocham was. 

background image

Właśnie. Wierzymy, że nie zrobisz głupstwa i że... -usłyszała w słuchawce głos ojca. 

W  porządku,  Frank  -  przerwała  mu  matka.  -  Powiedz¬my  zatem  naszej  córce  do 

zobaczenia. Wkrótce się spotkamy i będzie można spokojnie porozmawiać. 

Oto  mówi  moja  lepsza  połowa!  -  powiedział  ojciec  z  westchnieniem.  -  A  zatem  do 

zobaczenia, córeczko. 

Czuła  jednak  zdenerwowanie,  gdy  przedstawiała  Charliego  członkom  swojej  rodziny. 

Ponieważ Fran postanowiła w końcu brać ślub  w rodzinnym  Westchester, wszyscy spotkali 

się w ho¬telu. Charlie, na wszelki wypadek, choć niechętnie, wziął osobny pokój. W pokoju 

Cassie  tłoczył  się  teraz  tłum  Armstrongów,  którzy  zjechali  z  żonami,  mężami,  a  nawet  z 

dziećmi.  Charlie  stał  spokojnie  z  boku,  czekając,  aż  rytuałowi  powitań  stanie  się  za¬dość. 

Miał  przynajmniej  chwilę,  by  im  się  przyjrzeć.  Frank  Arm¬strong  wydawał  się 
sympatycznym, jowialnym mężczyzną. Pa¬trząc na matkę Cassie, Charlie zrozumiał, po kim 

córka  odziedzi¬czyła  siłę  charakteru.  Kiedy  już  wszyscy  wycałowali  i  wyściskali  Cassie, 

oczy zgromadzonych zwróciły się w jego stronę. 

Cassie podeszła do Charliego i wzięła go za rękę. 

Mamo, tato... Chcę wam przedstawić Charliego... 

Charlie, to moi rodzice. 
  
 

Florence ruszyła w ich stronę. 

A więc to pan jest tym młodym człowiekiem, o którym 

tyle słyszeliśmy - powiedziała i zamiast uścisnąć mu rękę, 

pocałowała go serdecznie w policzek. - Witaj, Charlie. Mam 

nadzieję, że nie masz mi za złe tej poufałości, ale sama nie 

wiem dlaczego odnoszę wrażenie, że znamy się nie od dziś. 

Cassie tyle nam o tobie opowiadała! 

Charlie bynajmniej nie miał jej tego za złe. Co więcej, był wzruszony. Tak wzruszony, że 

nawet  zapomniał  powiedzieć  jej  zawczasu  przygotowanego  komplementu:  to  wprost  nie-

możliwe, żeby była matką pięciorga dorosłych dzieci! 

Bardzo mi miło - rzekł przez ściśnięte gardło. - Ja także 

mam wrażenie, że znamy się od dawna. 

Teraz podszedł do niego ojciec Cassie. Ścisnął mu mocno rękę. Może nawet odrobinę za 

mocno, jak można było wnosić z nieco zdziwionej miny Charlicgo. 

Miło cię wreszcie poznać, synu. - Frank objął go serde¬ 

cznie i wycałował. 

A potem, z wesołym hałasem, ruszyła ku niemu cała chma¬ra Armstrongów. 

Byłeś wspaniały - szepnęła mu do ucha Cassie, gdy już 

wszyscy wyszli. Nie mieli jednak czasu, by wymienić uwa¬ 

gi, bo nadchodziła godzina ślubnej ceremonii. Udali się do 
kaplicy. 

Cassie  ze  wzruszeniem  patrzyła  na  przyjaciółkę.  W  długiej  białej  sukni  Fran  wyglądała 

trochę  jak  w  przebraniu,  ale  mu¬siała  przyznać,  że  przepięknie.  Oczy  Fran  błyszczały  z 

pod¬niecenia. Nerwowo przekładała z ręki do ręki ślubny bu¬kiecik. 

Cassie  podeszła  do  niej  i  uściskała,  jakby  jednocześnie  chciała  pogratulować  i  dodać 

otuchy. 

Wyglądasz wspaniale! - powiedziała i ukradkiem otarła 

łzę. 
  
 

Fran strzepnęła z sukni niewidzialny pyłek. 

Boże, sama nie wiem, co ja robię. Czy na pewno dobrze 

robię? - Spojrzała niepewnie na Cassie. - I ten cały tłum! 
- Rozejrzała się bezradnie wokół. - Najchętniej złapałabym 

Joe za rękę i gdzieś z nim uciekła. Czy to wszystko nie wyglଠ

da trochę śmiesznie? 

Cassie  uśmiechnęła  się  tylko,  dając  jej  jednocześnie  ocza¬mi  znak,  że  wszystko  jest  w 

najlepszym porządku. Potem ujęła ją za rękę i okręciła, jak w tanecznym pas. 

background image

Mam  ostatnią  szansę,  by  zobaczyć  pannę  Fran  Gorham.  Za  chwilę  już  staniesz  się 

panią Mancini. 

Jakie to dziwne - pokiwała głową Fran. - Tyle się wyda¬rzyło w tym ostatnim roku. I 

w moim życiu, i w twoim. 

Same tego chciałyśmy - roześmiała się Cassie. 

Cassie...  -  Fran  nagle  spoważniała.  -  Słuchaj,  cokol¬wiek  złego  mówiłam  ci  o 

Charliem... 

 

Daj spokój - machnęła ręką Cassie. - Już zapomniałam. Na dalsze rozmowy nie było 

już czasu. 

Trzymaj się - uśmiechnęła się Cassie. 

Ceremonia  była  krótka  i  radosna.  Potem  huknęły  korki  od  szampana,  a  na  głowy 

nowożeńców posypał się ryż i deszcz drobnych monet. 

Wieczorem w lokalnym klubie odbyło się wesele. W weso¬łym gwarze przy zastawionych 

stołach i na zatłoczonym par¬kiecie wszyscy świętowali radosny dzień Fran i Joe. 

Bardzo przepraszam - powiedziała Cassie do gromadki 

otaczających ją kuzynów i znajomych. - Wydaje mi się, że to 
nasza piosenka i nasz taniec! - Skinęła głową przez tłum 

w stronę Charliego. 
Cassie  w  sukience,  którą  sobie  specjalnie  kupiła  na  tę  oka¬zję,  i  Charlie  w  swoim 

garniturze stanowili razem piękną pa¬rę, nic więc dziwnego, że na parkiet odprowadzały ich 

życzli¬we i pełne podziwu spojrzenia. 

  
 

Już wkrótce tańczyli, jakby nie zauważali świata wokół siebie. 

Czy mówiłem ci już dziś, jak pięknie wyglądasz? - za¬pytał. 

Może dwa albo trzy razy. Ale ostatnio już dobre pół godziny temu. 

Uśmiechnął  się  z  zadowoleniem.  Wyglądała  bardzo  efe¬ktownie  w  swojej  prostej,  a 

zarazem  wytwornej  sukience.  Za¬równo  panna  młoda,  jak  i  jej  druhna  wybrały  pełną 

elegancji dyskrecję: żadnych koronek, falbanek, welonów. 

A więc pozwól mi trochę cię pozanudzać: wyglądasz 

niebywale. Wspaniale! 

I tak też się czuła. 

Ty też wyglądasz nieźle. - Prztyknęła palcem w klapę 

jego marynarki. 

Charlie  roześmiał  się  głośno  i  zawirował  z  nią  dookoła,  choć  akurat  rytm,  w  jakim 

tańczyli, wcale do tego nie zapra¬szał. Był jednak dziś taki szczęśliwy. 

Masz bardzo fajnych rodziców, wiesz? Już ich lubię. 

Cassie uśmiechnęła się z rozmarzeniem. 

Oni też cię lubią. Wiem, że się denerwowałeś - powie¬ 

działa, przytulając się do niego. - Ale teraz nie ma żadnego 

powodu: naprawdę są tobą zachwyceni. 

Charlie przytulił policzek do jej skroni. 

Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? 

Jak mogłabym zapomnieć? 

To  była  ta  piosenka.  „You  Made  Me  Love  You"  -  za¬mruczał  jej  do  ucha  i 

przyciągnął do siebie. - Kocham cię, Cassie. 

Ja też cię kocham, Charlie. 

Kiedy  przytuleni  krążyli  po  parkiecie,  pomyślała  sobie,  że  nigdy  nie  czuła  się  tak 

szczęśliwa  jak  dziś.  Rozejrzała  się  ukradkiem  po  sali:  chciała  zapamiętać  jak  najwięcej 
szczegó- 

  
 

łów. Niech ta magiczna chwila zapisze się w jej pamięci na zawsze. 

Ale moment  zadumy nie trwał  długo, bo nagle zjawił się przy nich ojciec Fran. Po jego 

czerwonej,  nabrzmiałej  twarzy  widać  było,  że  nie  unikał  toastów  za  zdrowie  młodej  pary. 

Objął Charliego za ramię i zaczął mówić o tym, jak lubi Cas-sie i jak zawsze cieszył się, że to 

ona jest najbliższą przyjaciół¬ką Fran. Potem nieoczekiwanie zmienił temat. 

background image

Ładna z was para. Coś czuję, że niedługo spotkamy się 

na waszym weselu. Mam rację, Cassie? - Zatoczył się lekko. 

W każdym razie, gdybym to ja był na twoim miejscu, mój 

chłopcze, nie czekałbym z tym długo - powiedział i mrugnął 
do Charliego. 

Czar  prysł,  stali  zażenowani,  nie  wiedząc,  co  odpo¬wiedzieć.  Na  szczęście  orkiestra 

przestała  grać  i  ktoś  wzniósł  kolejny  toast.  Wszystkie  spojrzenia  skierowały  się  na 

nowo¬żeńców. Fran i Joe pocałowali się. Zewsząd rozległy się okrzyki i gruchnęły gromkie 

brawa.  Kiedy  Fran  ruszyła  kroić  tort  weselny,  udało  im  się  jakoś  zgubić  pana  Gorhama  w 

tłoku. 

Nic przejmuj się jego gadaniną. - Cassie spojrzała spod 

oka na Charliego. - On taki już jest: zawsze lubi się wtrącać 

i dawać wszystkim rady. 

Wcale się nie przejmuję - wzruszył ramionami. 

Cassie wiedziała jednak, że nie mówi prawdy. Kiedy nad¬ 

szedł moment, w którym Fran - jak nakazywał zwyczaj 

miała rzucić swój ślubny bukiecik między niezamężne ko¬ 

biety, Cassie mimowolnie zajęła miejsce przed balko¬ 

nem, na którym stanęła Fran. W tej samej chwili zdała sobie 

sprawę z tego, co zrobiła. „Błagam - nie! Fran - nie" - mod¬ 

liła się spojrzeniem. Fran musiała chyba zrozumieć jej 

niemą prośbę, bo rzuciła bukiecik w drugi kąt sali. Cassie 

odetchnęła z ulgą. Jak się okazało, przedwcześnie. Bukie- 
  
 

cik  złapał  jej  dziesięcioletni  bratanek  i  teraz  stał  przed  nią  z  wyciągniętą  ręką, 

uśmiechnięty i bardzo z siebie zado¬wolony. 

Ciociu, proszę! - krzyknął na tyle głośno, że najbliżej 

stojący, i nie tylko, popatrzyli w jej stronę. - Cioci i wujkowi 
Charliemu to chyba może się przydać! 

Cassie poczuła, że czerwienieje. 

Dziękuję, kochanie - odparła ze słodką miną. 

Spuściła oczy i usunęła się na bok, ale tam już czekały 

rozwrzeszczane dziewczyny. Cassie ukradkiem rozejrzała się po sali. Na szczęście nigdzie 

nie dostrzegła Charliego. 

Uroczystość dobiegała końca. Na sali zostali jedynie nieli¬czni goście. 

Musisz  koniecznie  przyjechać  do  nas  na  święta.  -  Matka  Cassie  długo  i  wylewnie 

żegnała się z Charliem. 

Tak, przyjedź do nas! - zawtórował jej mąż. - Teraz przecież jesteś prawie członkiem 

naszej rodziny! 

W  drodze  powrotnej  oboje  milczeli.  Charlie  zdawał  się  wyraźnie  zdeprymowany  tymi 

oznakami rodzicielskiej czuło¬ści państwa Armstrongów. 

Chrząknął i włączył radio w samochodzie. Cassie poczuła, że powinna coś powiedzieć. 

Przepraszam. 

Spojrzał na nią z bladym uśmiechem. 

Za co? To było wspaniałe wesele. Ja przynajmniej bawi¬ 

łem się świetnie. 

Wiedziała, że się wykręca. 

Charlie, zrozum mnie dobrze: to tylko takie tam gada¬ 

nie... Nie chcę, żebyś czuł się zobowiązany. 

Przez dłuższą chwilę milczał, wpatrując się w drogę. 

Nie o to chodzi, Cassie. Widzisz, ja nie zasługuję na 

ciebie. Tak naprawdę, to wiesz chyba o tym, co? 

Zmusiła się do uśmiechu. 
  
 

Wiem, Charlie. Oczywiście, że wiem - w poczuciu bez¬ 

radności, spróbowała obrócić ich rozmowę w żart. 

background image

Charlie ujął ją za rękę. 

Musisz  zdobyć  się  na  trochę  cierpliwości.  Zrobisz  to?  -  Rzucił  w  jej  stronę  szybkie 

spojrzenie. 

Nie martw się. Masz to u mnie - uśmiechnęła się z cie¬mności i uścisnęła lekko jego 

dłoń. 

  

ROZDZIAŁ 
13 

Nadeszły  wielkimi  krokami  najpierw  Święto  Dziękczynie¬nia,  zaraz  potem  Boże 

Narodzenie. Charlie od dziecka niena¬widził świąt. Za każdym razem oznaczało to bowiem 

dla niego, że musi spędzić samotnie czas, w którym wszyscy są zawsze razem. Już w szkole 

zdarzyło  mu  się  raz  czy  dwa  zostać  samemu  w  internacie.  Kilkakrotnie  uratowały  go 

za¬proszenia  od  rodzin  kolegów.  Był  lubianym  chłopcem  i  wszy¬scy  chcieli  się  z  nim 

przyjaźnić. Dorośli byli  bardzo mili i  starali się stworzyć mu  namiastkę  domu, ale przecież 

nieraz widział ich współczujące spojrzenia. 

Jako  dorosły  znosił  to  już  dużo  lepiej,  a  nawet  czerpał  ze  swego  wyobcowania  niejasną 

przyjemność.  Patrzył  na  ludzi  kłębiących  się  w  sklepach  podczas  świątecznych  zakupów  i 

czuł  się  inny.  Inny  niż  wszyscy,  niczym  przybysz  z  obcej  planety,  podpatrujący  dziwne, 

niezbyt zrozumiałe obyczaje i zachowania. W tym roku jednak miało być inaczej. Cassie za 

nic nie zgodzi się, aby spędzał święta samotnie. 

-  Charlie,  a  co  zamierzasz  robić  w  Święto  Dziękczynie¬nia?  -  zapytała  go  któregoś 

listopadowego dnia. - To już za tydzień. Pojedziesz ze mną do moich rodziców? 

Cassie nie lubiła siebie w roli przesadnie opiekuńczej ko¬biety reżyserującej cudze życie, 

ale wiedziała, że on sam 

  
 

nigdy nie wystąpi z podobną inicjatywą czy propozycją. A nie miała najmniejszej ochoty 

zostawać w Nowym Jorku. Święta nieodparcie kojarzyły jej się z domem rodzinnym. Ale tym 

razem  chciała  mieć  przy  sobie  mężczyznę,  którego  kocha.  Charlie  tymczasem  leżał  na 

tapczanie i czytał gazetę. 

Bo ja wiem - mruknął. - Jeszcze się nad tym nie zasta¬ 

nawiałem. 

Ona jednak nie dawała za wygraną. Chciała rzecz dopro¬wadzić do końca. 

Czy musimy o tym mówić teraz? - westchnął Charlie. - Przecież jeszcze dużo czasu. 

Jak  to  dużo  czasu?  -jęknęła  Cassie.  -  A  poza  tym,  py¬tam  cię  już  nie  pierwszy  raz. 

Niedługo zrobi się w sklepach świąteczny tłok. Powiedz mi, dlaczego nie chcesz iść ze mną 

na zakupy? Przecież kupowanie prezentów to takie miłe! 

Nie lubię robić zakupów. 

Niczego nie lubisz - ucięła Cassie. - A co będzie z wy¬jazdem na Boże Narodzenie? 

Muszę coś wiedzieć! 

Charlie rzucił gazetę na tapczan. Był najwyraźniej zły. 

Daj mi spokój, dobrze? Dlaczego się uparłaś, żeby aku¬ 

rat dzisiaj to zdecydować? Zależy ci na tym, żebyśmy się 

pokłócili? 
Cassie była zrozpaczona. 

Nie. Wcale nie chcę się z tobą kłócić. Pytam cię o to, bo cię kocham. Nie rozumiesz 

tego? 

Ja też cię kocham - westchnął. - Ale czego ty ode mnie chcesz? Chcesz, żebym udawał 

przed tobą i sobą, jak bar¬dzo się cieszę, że nadchodzą święta? Otóż ja nie lubię świąt i tyle! 

Była w kropce. Nie miała cienia wątpliwości, że jeżeli przyjmie jego argumentację, to ze 

wspólnego  wyjazdu  nic  nie  wyjdzie.  Z  drugiej  strony,  nie  chciała  awantury.  A  tym  razem 

zanosiło się na nią na dobre. 

  
 

Takie odwlekanie decyzji nie prowadzi do niczego - po¬ 

wiedziała spokojnie. - Nie możesz też wmawiać sobie, że nie 

ma czegoś takiego jak święta. 

A dlaczego nie? Do tej pory jakoś sobie z tym radziłem. 

background image

Udała, że nie słyszy tego tonu sarkazmu w jego głosie. Nie 
może teraz zrezygnować. Jeżeli ustąpi, Charlie utrwali jedynie  w sobie odruch niechęci i 

potem będzie coraz trudniej przeko¬nać go, by zmienił swoje zwyczaje. 

Czy wiesz, Charlie, na czym polega twój problem? 

Popatrzył na nią z irytacją. 

Nie wiem, ale jestem pewien, że dowiem się tego od 

ciebie. 

Cassie przygryzła wargi. Nie była wcale przekonana, że powinna mu powiedzieć. Chciała 

to zrobić już parokrotnie, ale za każdym razem coś ją powstrzymywało. I dziś znowu nie była 

to najlepsza sposobność. Ale tym razem za daleko już zabrnęli w tej rozmowie. 
 

Problem polega na tym, że twoi rodzice nadal sprawują 

nad tobą władzę. To może wydawać ci się paradoksalne, ale 

tak jest. Ciągle jesteś od nich uzależniony, bo ciągle myślisz 

w kategoriach urazów, jakie wyniosłeś z dzieciństwa. 

Powiedziała  to  i  przestraszona  własną  odwagą,  wstrzymała  oddech,  czekając  na  efekt 

swoich słów. A ten był chyba sil¬niejszy niż cios, jaki mu niegdyś wymierzyła. Charlie zbladł 

i odwrócił się do ściany. Zdawał się zupełnie zbity z tropu. Czuł się wściekły i obrażony, a 

zarazem uświadomił sobie, że w tym, co powiedziała, coś przecież jest - inaczej nie byłoby to 
dla niego takie bolesne. 

Pomyśl o tym, Charlie - powiedziała z westchnieniem. 

Charlie czuł, że wszystko się w nim gotuje. Jakim prawem 

orzeka, kim jest i jakie powinno być jego życie? Nazywa go emocjonalnyn kaleką i chce 

go leczyć przez zmuszanie do jakiegoś idiotycznego biegania po sklepach. 

  
 

Co ty sobie właściwie wyobrażasz? Wiedziałem, że to 

się tak skończy. 

Ale  Cassie  już  nie  było  w  pokoju.  Charlie  usiadł  na  tap¬czanie,  podparł  brodę  pięścią  i 

myślał. Kiedy popełnił błąd? Bo niewątpliwie popełnił... Pewnie wtedy, gdy zapomniał, że w 

życiu  obowiązuje  tylko  jedna,  podstawowa  reguła.  Za-dajesz  cios  albo  przyjmujesz  ciosy. 
Przez jakiś czas starał się o niej zapomnieć, ale to teraz obracało się przeciwko niemu. Chciał 

unieważnić tę regułę i co? Wpadł w pułapkę. Dlaczego ma przestać być sobą? Czego ona od 

niego chce? Chce go zmienić. Ale czy potrafi? I czy on sam chce się zmienić? 

Kiedy Cassie  wróciła ze spaceru, przez dłuższą chwilę nie odzywali się do siebie. Każde 

czekało  na  to,  co  zrobi  drugie.  Charlie  udawał,  że  ogląda  telewizję.  Ona  -  że  krząta  się  po 

mieszkaniu,  jak  co  dzień.  Byli  w  tym  samym  pokoju  -  ale  osobno.  To  stawało  się  nie  do 

zniesienia.  Wychodząc  z  łazien-ki  i  zamykając  za  sobą  drzwi,  Cassie  spojrzała  na  niego  ze 
smutkiem. 

Charlie, przepraszam. Nie chciałam cię dotknąć. 

Widział rozpacz w jej oczach i zrobiło mu się żal. Chociaż 

był  zirytowany,  to  przecież  nie  chciał  sprawiać  jej  przykrości.  Kiedy  siedział  sam  w 

mieszkaniu, miał czas, by ochłonąć z gniewu. Podniósł się z tapczanu i ruszył w jej stronę. 

Jeśli mam być szczera, to nie żałuję tego, co powiedzia¬ 

łam, i gdybym musiała to powtórzyć, zrobiłabym to. - Cassie 

spojrzała na niego wyczekująco. 

Charlie zatrzymał się w pół kroku. 

W porządku. - Skinął głową i jakby zmieniając zamiar, 

poszedł do kuchni nalać sobie szklankę soku grejpfrutowego. 

Tego  wieczoru  żadne  z  nich  nie  wróciło  do  rozmowy.  Z  po¬zoru  wszystko  było  jak 

zawsze,  a  jednak  coś  się  zmieniło.  Czuli,  że  jest  między  nimi  jakieś  napięcie  zamiast 
wzajemnej 

  
 

bliskości.  Smutni,  snuli  się  z  kąta  w  kąt.  I  wtedy  zadzwonił  telefon.  Charlie  podniósł 

słuchawkę. 

Cześć, stary! Jak leci? - usłyszał wesoły głos po drugiej stronie. 

background image

Rick! - krzyknął Charlie. - Rick, to ty? Tyle lat! Skąd masz mój numer?  - Trzymając 

słuchawkę, kręcił głową ze zdumieniem. 

Jakim cudem wiedział, że ma go szukać u Cassie? 

Fakt,  nie  było  łatwo  cię  znaleźć.  Obdzwoniłem  prawie  wszystkich  wspólnych 

znajomych. Co się tak ukrywasz? 

To długa historia. 

Rick  Morissey  był  jego  najlepszym  przyjacielem  ze  szkol¬nej  ławy.  Przez  jakiś  czas 

pracowali razem, potem ich drogi się rozeszły, ale wspominał go mile. Przyjaciel, na którego 

za¬wsze  można  było  liczyć  w  potrzebie.  Te  ich  szalone  wyprawy  do  Nowego  Jorku  na 

dziewczyny!  Ach,  dużo  by  opowiadać.  Wiedział,  że  Rick  miał  za  sobą  już  dwa  rozwody. 

Teraz podo¬bno ożenił się po raz trzeci, mieszka w Kalifornii i prowadzi interesy. Chętnie by 

się z nim zobaczył, powspominał stare czasy. 

Nie do wiary! Rick, ty stary draniu... Co u ciebie słychać? 

Wszystko  w  najlepszym  porządku  -  zaśmiał  się  Rick.  -  Mam  teraz  własną  agencję. 

Interes  idzie  nieźle,  a  nawet,  powiedziałbym,  nadspodziewanie  dobrze.  I  właśnie  dlatego 

dzwonię. Potrzebuję wspólnika. Kogoś, kto umie grać w te klocki. Słowem, kogoś takiego jak 
ty. 

Co? - Teraz Charlie się roześmiał. - Chyba nie mówisz poważnie. 

Tym razem jednak Rick mówił poważnie. 

Naprawdę, Charlie. Chciałbym, żebyś został moim 

wspólnikiem. Pomyśl: ty i ja -jak za dawnych czasów. Tylko 

że teraz będziemy swoimi szefami, bez żadnego nadzoru, 
  
 

rozliczania się, pisania raportów. Będziemy robić to, co będzie się nam podobało. Czy to 

nie podniecające? 

Charlie przysiadł ze słuchawką na tapczanie. Drugą ręką nerwowo pocierał czoło. 

Rozumiem, że musiałbym przeprowadzić się do Kali¬fornii. 

Brawo!  Całkiem  dobrze  kombinujesz.  Wiedziałem,  że  mogę  liczyć  na  twoją 

inteligencję. - Rick parsknął w słucha¬wkę. - A co? Masz wątpliwości, czy warto? Wiesz, tu 

zawsze świeci słońce. 

Charlie podszedł do okna i odsłonił żaluzje. 

Tutaj akurat mży i jest dość ponuro. 

Sam widzisz... Pakuj się i przyjeżdżaj. 

Charlie chodził po pokoju ze słuchawką przy uchu. 

Coś ty taki w gorącej wodzie kąpany! Nie mogę przecież tak po prostu spakować się i 

wyjechać. 

Niby dlaczego? 

Dlaczego? Dobre pytanie. Jeszcze niedawno poleciałby najbliższym samolotem... Ale teraz 

wszystko się zmieniło. 

To  także  jakiś  sprawdzian,  pomyślał.  Gdyby  Rick  zadzwo¬nił  wczoraj,  Charlie 

podziękowałby  uprzejmie  staremu  przy¬jacielowi  i  odłożył  słuchawkę.  Ale  po  dzisiejszej 

rozmowie z Cassie wcale nie miał ochoty odkładać decyzji - a przynaj¬mniej nie był pewien, 
czy powinien. 

Dzięki za pamięć, Rick. To miło z twojej strony, że pomyślałeś właśnie o mnie. Ale 

widzisz... Ja nie jestem sam. 

Ożeniłeś się, stary byku? 

W głosie Ricka słychać było szczere zdumienie. 

Nie... Skąd! - zaprzeczył skwapliwie. - Po prostu mie¬ 

szkam z pewną kobietą. Pracuje w tej samej agencji co ja, tyle 

że w dziale ekonomicznym. 

Rick aż gwizdnął z wrażenia. 

Jakoś zupełnie nie mogę sobie tego wyobrazić. Ty w sta- 

  
 

łym  związku?  I jeszcze z kobietą z działu ekonomicznego? Świat  się kończy... No cóż... 

Przyjeżdżajcie więc razem. Dla niej też znajdzie się praca. Tu jest co robić! 

background image

Charlie przez momennt wyobraził sobie Cassie w Kalifor¬nii, pośród palm i eukaliptusów. 

Nie,  to  jakoś  do  niej  nie  pasuje.  Nie  mówiąc  o  tym,  że  znalazłaby  się  trzy  tysiące 

kilo¬metrów  od  swoich  rodziców...  Sam  zresztą  nie  był  pewny,  czy  to  dobra  propozycja. 

Oczywiście,  może  się  zdarzyć,  że  zarobią  duże  pieniądze.  Na  pewno  oznacza  to 

samodzielność. Przyjemnie jest robić coś tylko na własny rachunek... Ale z drugiej strony, tu, 

w Nowym Jorku, ma już wyrobioną pozy¬cję. Tam znowu musiałby zaczynać od początku, a 

przecież nie jest już taki młody... 

Słuchaj, Rick. Muszę się zastanowić. Daj mi trochę czasu. 

Zastanów się, chłopie. Ale nie każ mi czekać długo, dobrze? 

Jasne. Odezwę się za kilka dni... Cześć. Dzięki za te¬lefon. 

Pierwszym  błędem  popełnionym  przez  Charliego  było  to,  że  wbił  sobie  do  głowy 

propozycję Ricka i nie mógł o niej przestać myśleć. Drugim - że nie powiedział o niej Cassie. 

Właściwie  dlaczego  miałby  jej  mówić  o  czymś,  co  pew¬nie  i  tak  nie  dojdzie  do  skutku? 

Naraziłby  ją  jedynie  na  stres,  a  może  nawet  więcej  -  na  zmartwienie.  Rick  ma  różne 

zwa¬riowane pomysły i nie wiadomo, czy to akurat nie jeden z nich. On sam nie jest pewien, 

czy ma ochotę w to wejść... Nie, stanowczo nie ma sensu rozmawiać z Cas¬sie. A poza tym 

był na nią zły i to również go powstrzy¬mywało. 

Rzecz jednak w tym, że trudno mu było gniewać się na kogoś takiego jak Cassie. Przecież 

wszystko, co mówiła, mó- 

  
 

wiła w najlepszej wierze. Znał ją już na tyle, że nie miał wątpliwości: była przekonana, że 

robi  to  dla  jego  dobra.  I  ran¬kiem  w  Święto  Dziękczynienia  nieoczekiwanie  dla  niej 

wy¬nurzył się z garderoby w garniturze i krawacie. 

Cassie  właśnie  przypinała  klipsy  przed  lustrem.  Na  jego  widok  otworzyła  usta  ze 

zdumienia. 

Charlie? A ty dokąd się wybierasz? 

Przecież  jedziemy  na  świąteczny  obiad  do  twoich  rodzi¬ców.  Oczywiście,  jeżeli 

podtrzymujesz zaproszenie. 

Och, Charlie! - Rzuciła mu się w ramiona. 

Pocałował ją namiętnie. Stęsknił się za nią przez te kilka 

dni,  kiedy  przestali  się  kochać.  Teraz,  gdy  poczuł  przy  sobie  jej  ciało,  zrozumiał  jak 

bardzo. 

Cassie odsunęła głowę i przyjrzała mu się z trwożną uwagą. 

Charlie, chyba nie robisz tego z musu? 

Jej szczerość zawsze go wzruszała. I teraz też poczuł, jak ogarnia go wzruszenie na widok 

zakłopotanej  twarzy  i  tych  niebieskich  oczu,  które  patrzyły  w  niego  z  takim  przejęciem. 

Przyciągnął ją do siebie i mruknął: 

Chyba za dużo gadasz... 

Ujął ją pod kolana i wziął na ręce. Nie zważając na prote¬sty, złożył na łóżku. 

Charlie, przecież dopiero co wstaliśmy - zachichotała. 

Jak się okazuje, zupełnie niepotrzebnie. - Spojrzał na nią 

wymownie. 

To,  co  zobaczyła  w  oczach  Charliego,  sprawiło,  że  zadrża¬ła.  Nie  wyjadą  tak  prędko  - 

teraz  była  już  tego  pewna.  Wy¬rwało  jej  się  westchnienie,  ale  nie  było  to  bynajmniej 
wes¬tchnienie żalu. 

Uniósł jej biodra nieco w górę, podciągając sukienkę. 

Kocham cię, Charlie. 

Ja bardziej - szepnął. 

  
 

W drodze do Kingston rozmawiali z ożywieniem. 

A co zamierzasz na Boże Narodzenie? - zagadnęła 

w pewnej chwili Cassie. 

Zdecydowała  się  znowu  poruszyć  ten  temat  nie  po  to,  aby  wymóc  zgodę  na  spędzenie 

świąt w domu jej rodziców. Chcia¬ła go po prostu lojalnie uprzedzić, że jeśli zdecyduje się na 
pozostanie  w  Nowym  Jorku  -  ona  wyjedzie.  Nie  wyobrażała  sobie  Bożego  Narodzenia 

spędzanego  inaczej  niż  w  kręgu  rodzinnym.  Cała  ta  atmosfera  -  ubieranie  choinki, 

background image

szykowa¬nie  kolacji,  wręczanie  sobie  prezentów  -  wprawiała  ją  w  ra¬dosny  nastrój,  jak  w 

dzieciństwie.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  dla  niego  może  to  być  bolesne  przeżycie: 

wspomnienia  huczą¬cego  od  gwaru  i  śmiechu  pokoju,  zasłanego  ozdobnymi  papie¬rami  i 

wstążkami po rozpakowanych prezentach, nie były jego wspomnieniami. I dziś także nie miał 

powodu,  by  roztkliwiać  się  nad  urokami  życia  rodzinnego.  Od  czasu  ostatniego, 
nie¬fortunnego spotkania rodzice Charliego nie odezwali się. Być może oznacza to ostateczne 

zerwanie więzów. Żadna ze stron nie przejawiała dobrej woli  - przeciwnie, ze strony Sylvii 

widziała jedynie otwartą niechęć. 

Pytam, bo chciałabym coś zaplanować. Co ty na to, żebym 

na Wigilię pojechała do domu i wróciła pierwszego dnia świąt? 

Charlie rzucił jej szybkie spojrzenie, odrywając na chwilę wzrok od szosy. 

Naprawdę? Zrobisz to dla mnie? 

Tak, Charlie - odpowiedziała bez chwili zastanowienia. 

Sam jeszcze nie wiem... Może jednak lepiej spędzić święta z twoją rodziną? 

Cassie spojrzała na niego zaskoczona. 

Myślę, że mogłoby być całkiem miło... - dodał. - Tak 

czy inaczej, na pewno będziemy razem. - Sięgnął po jej rękę 

i lekko ją uścisnął. 
  

W sobotę rano, nieprzyzwoicie obżarci gigantycznymi porcjami 

indyka, o co zadbała matka Cassie, ogrzani ciepłem 
domowego ogniska rodziny Armstrongów, wrócili do domu. 

Cieżko opadli oboje na tapczan.Cassie chciała trochę odpocząć, 

a potem iść po choinkę. 
- To nasza rodzinna tradycja: zawsze ustawiamy choinkę 

tuż po Święcie Dziękczynienia. 

Charliemu jednak nie chciało się ruszać. 
- Ale nie rodziny Whitmanów - Wyciągnął się wygodnie 

na tapcznie. W jego rodzinie trudno byłoby mówić o jakichkolwiek 

tradycjach. No może z wyjątkiem jednej: tradycji 
zapiekłej wojny domowej. 

Ale, oczywiście, ani nie mógł, ani nie chciał odmawiać 

jej tej przyjemności, i w trzy godziny poźniej biedzili się, 

by zmieścić drzewko w windzie i wwieźć na czwarte 

piętro. 
- Ma chyba ze dwa i pół metra. Myślisz, że się zmieści 
u ciebie w pokoju? - spytał Charlie, gdy wreszcie stanęli 
przed drzwiami. 

Cassie, wciągając choinkę do środka, w przelocie pocałowała 
go w usta. 
- Zobaczysz, jak będzie pięknie wyglądała. Na pewno nie 

będziesz żałował! Musimy tylko kupić mnóstwo bombek i ozdób. 
- Ale już chyba nie dzisiaj? - Pochwyciła przerażone 
spojrzenie Charliego. 
- Zgoda. Jutro. - odpowiedziała ze śmiechem. 
Mozolnie taszczyli drzewko przez przedpokój. 
- Więc gdzie chcesz postawić tego drapaka? - wysapał. 

Cassie rozejrzała się po pokoju i pokazała miejsce przed 
oknem loggii. 
- Myślę, że tu będzie najlepiej. 
- Już się robi, szefowo. 
  
 

Pociągnął choinkę w kąt pokoju, a tymczasem Cassie podeszła  
do stolika z telefonem. 
- Odsłuchiwałeś sekretarkę? 

Charlie, szamocząc się z choinką, mruknął coś niewyraźnie, 

więc wcisnęła przycisk. 

background image

- Jak się masz stary! Pozdrowienia ze słonecznej Kalifornii. 

Tu jest dziś dwadzieścia sześć stopni... 

Charlie zostawił choinkę, skoczył jak tygrys w kierunku 

telefonu i wyłączył urządzenie. Zobaczył zdziwione spojrzenie 
Cassie. 
- Słuchaj, czy mogłabyś mi trochę pomóc? - krzyknął, 

starając się odwrócić jej uwagę - Cały czas tylko ja zajmuję 

się tą choinką! Jak mi nie pomożesz, to będę pierwszą ofiara 

świąt Bożego Narodzenia w tym mieście. 
- Co się stało Charlie? - Cassie stała stropiona. Nie mogła 

nie zauważyć jego zdenerwowania, mimo że starał się je ukryć 

przed nią - Kto to był? 
- Nikt. Przyjaciel - wzruszył ramionami - To jak, pomożesz mi? 

Po jego oczach widziała, że coś się stało. Ale co? Podeszła 

do niego i zwichrzyła mu włosy, a potem pogłaskała go. Nawet 

jeśli jej teraz nie powie, prędzej czy później to z niego  

wyciągnie. Już ona znajdzie sposób... Ale jej natura podpowiadała, 

że najlepiej kuć żelazo póki gorące. 
- Co się dzieje, Charlie? 
- Nic. To po prostu mój przyjaciel z dawnych czasów. 

Mieszka teraz w Kalifornii. Założył tam własną agencję i namawia 

mnie, żebym został jego wspólnikiem - Rzucił szybkie 

spojrzenie, starając się wysondować jej reakcję. 
- Oczywiście, powiedziałem nie - dodał - I tyle. To cała 
historia. No to jak? Ustawimy choinkę? 

Cassie jednak to nie wystarczyło. 
- Dlaczego ni nie wspomniałeś?  
  
 

Bo nie było o czym. 

Więc dlaczego znowu dzwoni? - spytała rezolutnie. 

Skąd mogę wiedzieć? Zawsze był uparty - wzruszył ramionami. 

Może dlatego, że wcale nie powiedziałeś mu nie. 

Nie chciał kłamać. Jeden rzut oka wystarczył jej, by wie¬działa, że ma rację. A tym razem 

bardzo nie chciała mieć racji. Westchnęła głęboko i ze smutkiem pokiwała głową. 

Może naprawdę chcesz jechać do Kalifornii? Może masz 

mnie już dosyć i szukasz sposobu, żeby jakoś z tego wybrnąć? 

Nie! - Charlie niemal krzyknął. - To nie tak. 

Zdenerwowany zaczął przemierzać pokój tam i z po¬ 
wrotem. 

To prawda: nie odmówiłem w sposób zdecydowany. Ale też nie powiedziałem mu tak. 

Obiecałem  oddzwonić  i  nie  zrobiłem  tego.  Ktoś  inny  dawno  by  się  zniechęcił.  Ale  -  już 

mówiłem  -  Rick  to  uparty  facet.  A  poza  tym,  zadzwonił  aku-rat  wtedy,  kiedy  się 

pokłóciliśmy. 

Tak? I co z tego? Czy to znaczy, że gdy następnym razem się pokłócimy, dostanę od 

ciebie kartkę z Acapulco? 

Charliem aż zatrzęsło. 

Przecież nigdzie jeszcze nie wyjechałem. I wcale nie 

zamierzam. Zresztą, pytałem go też o pracę dla ciebie. 

To wcale nie było dla niej tłumaczenie. 

A  nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  powinieneś  był  zapytać  przede  wszystkim  mnie? 

Postanowiłeś zdecydować za nas oboje? 

To wcale nie tak - skrzywił się. - No dobrze. Przyznaję: popełniłem błąd. Przepraszam. 

Ale nie przesadzaj i nie rób z tego Bóg wie czego! 

Dla  niej  nie  była  to  wcale  błaha  sprawa.  To  klasyczny  styl  Charliego.  Najpierw  zrobi 

głupstwo, a potem rozpa¬czliwie się wycofuje, starając się wykręcić kota ogonem. Mo- 

  
 

background image

że  to  Fran  miała  rację.  W  pewnym  wieku  ludzie  już  się  nie  zmieniają.  Tak  naprawdę 

przecież  ona  także  się  nie  zmieniła.  Gdziekolwiek  się  znajdzie,  zawsze  pozostanie  naiwną 

dziew¬czyną  z  małego  miasteczka  -  dziewczyną,  która  ceni  sobie  stałe  uczucia,  życie 

rodzinne, lojalność, wierzy, że jeśli już z kimś się zwiąże, to na dobre i złe, i jak to mówią - 

do grobowej deski. A może raczej zawsze w to wierzyła. Aż do dzisiaj. 

Czuła, że oto w tej chwili waży się  całe jej życie. Nagle uświadomiła sobie tę prawdę z 

całą mocą. Tak, to przełomowy moment. Spojrzała Charliemu prosto w oczy. 

Powiedzmy, że przyjmiemy ofertę twojego przyjaciela. Przeniesiemy się do Kalifornii. 

I co dalej? 

O co ci chodzi? Wcale nie powiedziałem, że chcę jechać do Kalifornii.   

I co będziemy dalej robić? Żyć od przeprowadzki do przeprowadzki? 

Czego ty ode mnie chcesz? Mam ci dać gwarancję na resztę życia, że wszystko będzie 

cudownie? 

Tak, Charlie - odpowiedziała twardo, nie spuszczając wzroku. - Tego właśnie chcę. 

Nie rozumiem. To co mamy zrobić? Mamy się pobrać? O to ci chodzi? 

I  wtedy  właśnie  poczuła,  że  coś  w  niej  pęka.  Dotych¬czas  myślała,  że  takie  sytuacje 

zdarzają  się  w  książkach,  fil¬mach,  ale  w  prawdziwym  życiu  nie.  Pomyliła  się.  Charlie  ją 

kocha, ona kocha Charliego, ale rację ma jednak Fran. Kochają, ale nie taką miłością, na jaką 

ona zasługuje. Nagle uprzytomniła sobie, na czym to polega. Charlie jest po prostu wytworem 

swego  środowiska,  tak  jak  ona  swojego.  Poczuła,  że  nie  chce  już  dłużej  żyć  tak  jak  do  tej 

pory.  Nie  zamierza  brać  udziału  w  tym  wyścigu;  ma  dosyć  pracy  w  agencji  rekla-mowej. 

Wróci do szkoły. Zamieszka sobie gdzieś w małym 

  
 
domku  z  ogródkiem,  a  w  tym  ogródku  będzie  hodowała  róże.  Będzie  miała  rodzinę.  Tak 

bardzo  chciała,  żeby  to  Charlie  był  ojcem  jej  dzieci  -  bo  przecież  kocha  Charliego.  Do  tej 

pory wierzyła, że on się zmieni, wydorośleje, zrozumie. Aż do dzisiaj święcie w to wierzyła. 
Ale oto przychodzi chwila opa¬miętania. Miała na oczach łuski. On się nie zmieni, bo nie jest 

w stanie się zmienić. Jednak to nie Charlie będzie tym m꿬czyzną. Nie on. 

Słuchaj, ja naprawdę przepraszam. Oczywiście: pobie¬ 

rzemy się. 

Może  naprawdę  tego  chce,  pomyślała.  Dzisiaj.  Ale  jutro  może  dojść  do  wniosku,  że 

wmanewrowała go w to małżeń¬stwo. Lepiej spojrzeć prawdzie w oczy: ich związek nie ma 

przyszłości. 

Nie, Charlie. Myślę, że powinieneś pojechać do Kalifor¬nii. Ale sam. 

Co takiego? Jak to? - Spojrzał zdumiony. - Jak mam to rozumieć? Zrywasz ze mną? 

Cóż... Chyba tak, pomyślała. Nigdy nie czuła się gorzej. Jeśli nie weźmie się w garść, za 

chwilę zemdleje. Musi jeszcze trochę wytrzymać. 

Tak, Charlie. To rozstanie. Byłabym ci wdzięczna, gdy¬ 

byś wyprowadził się ode mnie jeszcze dzisiaj. 

Charlie zakręcił się w miejscu. 

Ależ to nonsens! Przecież się kochamy! Właśnie popro¬ 

siłem cię, żebyś za mnie wyszła! 

Cassie chciała, żeby ta rozmowa skończyła się jak najszyb¬ciej. Jeszcze chwila, a gotowa 

się wycofać. 

Dobrze. Więc to ja na tę noc przeniosę się do Fran i Joe. 

Podeszła  do  telefonu  i  wykręciła  numer  przyjaciółki.  Roz¬mowa  była  bardzo  krótka. 

Wrzuciła nieco rzeczy do torby i wyszła bez słowa. 

  
 
 

Przez kilka następnych dni wydzwaniał do niej co parę godzin. Tłumaczył, prosił, zaklinał 

-  na  próżno.  Cassie  była  nieugięta.  Charlie  nie  poddawał  się.  Nie  chciał  się  wyprowa¬dzić; 

wiedział, że jeśli to zrobi, to jakby przypieczętowywał ich rozstanie. W tydzień później zjawił 

się u niej w biurze z maleńkim pudełeczkiem od jubilera. 

Cassie, błagam cię. Wyjdź za mnie. Kocham cię. 

Po  raz  drugi  poczuła,  jak  coś  się  w  niej  załamało.  Brylant  jarzył  się  w  świetle  dnia  jak 

obietnica szczęśliwego życia. Przełknęła ślinę i powiedziała nieswoim głosem: 

background image

Charlie, jeżeli mnie kochasz, jeżeli kochasz mnie napra¬ 

wdę-odejdź. 

Wreszcie  Charlie  poczuł,  że  nie  ma  wyboru.  Tu,  w  Nowym  Jorku,  po  ich  rozstaniu,  nie 

mógł  sobie  znaleźć  miejsca.  Spa¬kował  się  i  wyleciał  do  Kalifornii.  Ale  kiedy  samolot 

dotknął płyty lotniska, wiedział, że zrobił największy błąd w swoim życiu. 

Tymczasem  Cassie  snuła  się  po  mieszkaniu.  Było  smutne  i  opuszczone.  Teraz,  bez  jego 

rzeczy,  wydawało  się  jakby  większe.  Na  tym  krześle  wisiała  zwykle  jego  skórzana  kurtka. 

Spojrzała na puste krzesło i rozpłakała się. 

  

ROZDZIAŁ 
14 

Jeszcze niedawno miasto  takie jak  Los  Angeles powinno mu  się podobać. Przecież lubił 

takie  miejsca,  w  których  dużo  się  dzieje.  Teraz  wszystko  go  irytowało.  Ciągnące  się 

dziesiąt¬kami  kilometrów  autostrady  miejskie,  gaje  pomarańczowe,  upał,  długowłose 

blondynki  z  uśmiechem  jak  spod  sztancy,  a  przede  wszystkim  nowa  praca.  Firma  była  w 

rozruchu,  co  owocowało  nieustannymi  wielogodzinnymi  zebraniami  i  stre-sem,  jakie 

pociągało  podejmowanie  decyzji,  z  których  każda  mogła  być  brzemienna  w  skutki.  Nagle 

poczuł  idiotyzm  swo¬jej  pracy.  Wymyślał  reklamy  promujące  rzeczy,  których  ludzie  tak 

naprawdę  wcale  nie  potrzebowali  albo  na  które  nie  mogli  sobie  pozwolić.  Reklama  to  nie 

chirurgia mózgu, ale pranie mózgu, myślał, siadając z niechęcią za biurkiem. 

Czuł  się  rozdrażniony  i  samotny.  Nawet  towarzystwo  Ri-cka  nie  było  pocieszeniem.  Jak 

mógł postąpić tak głupio? Zniszczył swoje szczęście własnymi rękami. Pewnie, że chciał się z 

nią ożenić. Dziś wiedział, że niczego nie pragnął bardziej. Czym teraz będzie jego życie bez 

niej?  Tego  nie  potrafił  sobie  nawet  wyobrazić.  Tak  bardzo  strzegł  swojej  wolności...  I  co? 

Jego przyszłe życie rozciągało się teraz przed nim jak jałowe pole. 

Z rozpaczy powrócił do pisania powieści. Porzucony w po- 
  
 

łowie  i  rozgrzebany  tekst  stanowił  dobrą  metaforę  jego  ży¬cia.  Nie  ma  w  nim  nic 

skończonego,  wszystko  jest  zapowie¬dzią.  Co  on  naprawdę  wie  o  prawdziwym  życiu,  o 
prawdzi-wych  uczuciach.  Zawsze  był  jak  ktoś,  kto  stoi  w  progu,  nie  może  się  zdecydować. 

Najwyższy czas wreszcie się coś po¬stanowić. 

Siedział  teraz  przy  maszynie  do  pisania.  Komputer  go  mę¬czył  i  zniechęcał.  Dopisywał 

zdanie do zdania, wykręcał kar¬tkę i wyrzucał do kosza. Zaczynał od nowa. Wreszcie złapał 

rytm.  Z  każdym  dniem  rósł  stosik  zapisanych  stron.  Z  nich  z  wolna  wyłaniał  się  jego 

autoportret, a raczej portret kogoś, kim on sam mógłby być. 

Drugą rzeczą, która trzymała go przy życiu, były jego telefoniczne rozmowy z Fran, która 

stanowiła teraz jedyne źródło wiadomości o Cassie. 

Proszę, Fran, nie odkładaj słuchawki. 

A powinnam. Jesteś zwykła świnia, Charlie. 

Niech  myśli  o  nim,  co  chce.  Wykłócanie  się  z  Fran  było  ostatnią  rzeczą,  jaką  miał  w 

głowie. 

Jak ona się miewa? 

Miewa się dobrze. 

To  akurat  nie  była  prawda.  Cassie  chodziła  blada  i  apatycz¬na.  Fran  bała  się,  że  jej 

przyjaciółka wpadnie w depresję. Z pozoru funkcjonowała w pracy normalnie, ale każdy, kto 

ją znał dobrze, widział, że jest jakby nieobecna duchem. 

Opiekuj się nią, dobrze? 

Mam to niby robić dla ciebie? - szyderczo zapytała Fran. - Co za tupet! 

Charlie z westchnieniem odłożył słuchawkę i powrócił do maszyny. 

Zadzwonił ponownie w Boże Narodzenie. 

Jak ona się czuje? - zapytał bez żadnych wstępów. 

  
 

Cassie spędzała święta z rodziną i Fran rozmawiała z nią tylko przez telefon. Jutro miała 

wrócić do Nowego Jorku. 

Jesteś tam jeszcze? - zapytała. - Jakoś marnie cię słychać. 

Charlie czuł się marnie. Przez ostatnie dwie noce pisał 

background image

i poza wszystkim był wyczerpany. 

Dużo pracowałem. Wczoraj ukończyłem powieść - 

uśmiechnął się w słuchawkę. - Naprawdę... Jutro wysyłam ją 
do pewnej agencji literackiej w Nowym Jorku. Tu nie mam 

jeszcze żadnych kontaktów.... O czym? Jak by ci tu powie¬ 

dzieć? Najkrócej mówiąc, o związkach uczuciowych... Nie 

śmiej się. Właśnie tak jak powiedziałem. Co ja mogę o tym 

wiedzieć? Otóż dowiedziałem się całkiem sporo. Prawdę mó¬ 

wiąc, chciałbym, żebyś i ty to przeczytała i powiedziała mi, co 

o tym sądzisz. 

Fran  nie  była  pewna,  czy  wyrażając  zgodę,  nie  postąpi  nielojalnie  wobec  przyjaciółki. 

Zasłoniła ręką mikrofon słu¬chawki i zwróciła się do Joe. 

Dzwoni Charlie - powiedziała szeptem. - Jest jakiś nie¬ 

wyraźny. Mówi, że napisał powieść o związkach uczucio¬ 

wych. Masz pojęcie? Chce mi ją przysłać do czytania. Co 

mam robić? 

Joe wzruszył ramionami. W systemie znaków Joe był to gest aprobaty. 

Dobrze - powiedziała w słuchawkę Fran. - Przyślij mi ją. 

Przesyłka z maszynopisem przyszła po dwóch dniach. 

Fran otworzyła brązową kopertę i przysiadła na chwilę na fotelu, by rzucić okiem na tekst. 

Z fotela przeniosła się na kanapę i nie wstała z niej, dopóki nie przeczytała wszystkiego do 

końca.  Łzy  spływały  jej  po  policzkach.  Nie  zważając  na  pytające  spojrzenie  Joe,  narzuciła 

płaszcz  i  pognała  do  Cassie.  Kiedy  Cassie  otworzyła  drzwi,  Fran  wyciągnęła  w  jej  stro¬nę 

rękę z maszynopisem. 

Masz. Czytaj. Charlie napisał powieść. O was. To zna- 

  
 

czy  o  sobie  i  o  tobie.  I  proszę,  przeczytaj  do  końca.  To  niesa¬mowite.  Nie  mogę  w  to 

uwierzyć. 

Cassie spojrzała na nią ze zdziwieniem. 

Rozmawiałaś z nim? Nic mi o tym nie mówiłaś. 

Trudno to nazwać rozmową. Dzwonił do mnie kilka razy. 

Niecierpliwym gestem wręczyła Cassie maszynopis. 

Czytaj. Potem porozmawiamy. 

Na stronie tytułowej widniała dedykacja. „Dla Cassie za¬wsze i wszędzie". Cassie poczuła 

skurcz w gardle. Wolno  wróciła w głąb mieszkania. Usiadła na  fotelu  i  ręką wskazała Fran 

drugi, stojący obok. 

Czytaj - przynaglała Fran. 

Cassie pokręciła głową. 

Nie mogę - westchnęła bezradnie. - Ty czytaj. - Podała 

maszynopis przyjaciółce i rozpłakała się. 

Fran nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Odchrząk¬nęła i zaczęła czytać. 

„Wypatrzył ją w tłumie na sali balowej. Siedział przy 

barze i leniwie ślizgał się wzrokiem po licznie zgromadzo¬ 

nych gościach, którzy pracowicie uwijali się przy bufecie, 

gawędzili, wybuchając co chwila kaskadami śmiechu, flirto¬ 

wali w tańcu albo załatwiali interesy. Zwykły, sympatyczny 

tłum, jaki zawsze wypełnia sale bankietowe. Stała kilka me¬ 

trów od niego. Miała na sobie prostą, czerwoną sukienkę, 

włosy przycięte do ramion i niebieskie oczy. Oczy, w których 

mógłbyś się zatracić. Nie znał nawet jeszcze jej imienia, a już 

wiedział, że odtąd nic w jego życiu nie będzie takie jak daw¬ 
niej". - Fran przerwała i spojrzała rozpaczliwie na przyjaci󳬠

kę. - Cassie, ja też nie mogę. Chcesz, to powiem ci, jak to się 

kończy. - Nie czekając na odpowiedź, mówiła dalej: - W koń¬ 

cu bohaterowie pobierają się. Rozumiesz? On naprawdę się 

zmienił! To nie do wiary, ale to prawda. Powiedział mi przez 
  

background image

 

telefon, że wraca do Nowego Jorku. Nie może bez ciebie żyć. Co ty na to? 

Cassie milczała. Fran wpatrywała się niecierpliwie w przy¬jaciółkę, jakby to jej własny los 

zależał od odpowiedzi Cassie. 

Powiedz, co zamierzasz? 

Cassie przygryzła wargi i nie odpowiadała. 

Lepiej  będzie,  jak  przeczytam  ci  zakończenie  -  machnꬳa  ręką  Fran.  Przewróciła 

stertę kartek. Miała zacząć czytać, ale oto na twarzy Cassie pojawił się tajemniczy uśmiech. 

Charlie przecież wcale nie wie, jak to się skończy - po¬wiedziała. 

Jak to? - Fran zdezorientowana rozłożyła ręce.  - To zna¬czy, że nie zamierzasz się z 

nim  spotkać?  Słuchaj,  wiesz  prze¬cież, że  masz przed  sobą  ostatnią  osobę,  która  powie,  że 

Charlie jest w stanie się zmienić. Ale tak się jednak stało! 

Uśmiech znów rozjaśnił twarz Cassie. 

Nie tylko Charlie się zmienił. 

Fran patrzyła na nią nierozumiejącym wzrokiem. 

Czy mogłabyś wyrażać się jaśniej? 

Ale  były  rzeczy,  o  których  Cassie  nie  chciała  mówić  nawet  najlepszej  przyjaciółce. 

Przynajmniej na razie. W każdym ra¬zie nie przed rozmową z Charliem. 

  

ROZDZIAŁ 
15 

Charlie powracał pełen poczucia winy. Skruszony, stał przed drzwiami mieszkania Cassie i 

nie  mógł  się  zdecydować,  by  zapukać.  Razem  spędzili  tu  tyle  wspaniałych  chwil.  Gdyby 

miało  się  teraz  okazać,  że  tamten  niedawny  czas  należy  do  przeszłości,  odczułby  to  jako 

niesprawiedliwość losu. Wyda¬rzenia ostatnich tygodni bardzo go zmieniły. Kiedyś był ślepy 

i głupi. Teraz powraca jako ktoś zupełnie inny. Będzie ją błagał, żeby wyszła za niego. Zrobi 

wszystko, by ją przeko¬nać; musi mu się udać. 

- Wejdziesz czy zamierzasz tak stać całą noc? - usłyszał nagle jej głos. 
Odwrócił się zaskoczony. Stała za nim; widocznie musiała nadejść z miasta i, zamyślony, 

nie usłyszał jej kroków. 

Minęła go, otworzyła drzwi i zrobiła zapraszający gest. Zdawało mu się, że na jej twarzy 

dostrzegł cień uśmiechu. Charlie na miękkich nogach wszedł do środka. Zdjął płaszcz i stał 

teraz, patrząc na nią bez słowa. Od tamtego dnia minął miesiąc. 

Gdyby  powiedział,  że  wyglądała  nieźle  -  skłamałby.  Wy¬glądała  po  prostu  ślicznie. 

Właśnie  tak,  jak  sobie  ją  wyobrażał  przez  te  wszystkie  dni  rozłąki.  Charlie  poczuł  również 

delikat¬ny zapach jej perfum i nagle zapragnął jej, jak chyba nigdy 

  
 
  

dotychczas. Ona również przyglądała mu się w milczeniu. Już otworzył usta, by zadać jej 

pytanie, z którym tu przyszedł, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu. Czekał, patrząc na nią w 

upojeniu. Bał się, że gdy się odezwie, głos mu się załamie i czar pryśnie. 

Na  szczęście  Cassie  domyślała  się,  w  jakim  jest  stanie  ducha,  i  postanowiła  przejąć 

inicjatywę. 

Dostaliśmy nagrodę, Charlie. Nasz projekt kampanii re¬klamowej Majik Toys wygrał 

w konkursie. 

Tak? - Zdobył się na nikły uśmiech. - To chyba znaczy, że tworzymy zgraną parę? 

Cassie  również  się  uśmiechnęła.  Ale  z  jej  twarzy  nie  potra¬fił  wyczytać,  na  ile  był  to 

uśmiech zdawkowy, na ile zaś wyraz sympatii. 

bieskimi oczami. - Chyba już lepiej. 

Jak się miewasz, Charlie? Okropnie! - wszystko w nim krzyczało. 

Dzięki. Jakoś sobie radzę - powiedział lekko. - A ty? Spojrzała na niego tymi swoimi 

nieprawdopodobnie nie- 

Taka już była. Wielu osobom, które znały ją powierzchow¬nie, mogłoby się wydawać, że 

jest wrażliwą, podatną na stres kobietą. Trochę tak było w istocie. Zarazem jednak drzemała 

w niej siła i zdolność mobilizacji, o które nikt nigdy by jej nie podejrzewał. Gdy było trzeba, 

była  twarda  jak  diament.  Wie¬działa,  że  teraz  właśnie  powinna  się  wykazać  tymi 

przymiota¬mi. Choć wszystko w niej popychało ją w jego ramiona - naj¬chętniej przytuliłaby 

background image

się i powiedziała, że nie chce już, nie potrafi się na niego gniewać - zdawała sobie sprawę, że 

musi się powstrzymać. Należy porozmawiać, aby wszystko między nimi było jasne.  I to on 

powinien jakoś zacząć tę rozmowę. Na razie, by mu ją ułatwić, będzie grała na zwłokę. 

- Odzywałeś się do rodziców albo oni do ciebie, Charlie? 
  
 
 

Tak, rozmawiał z nimi. Któregoś dnia nagrali mu się na sekretarkę i zostawili wiadomość. 

Dzwonił  ojciec,  ale  Charlie  wiedział,  że  nie  zrobiłby  niczego,  czego  nie  zaaprobowała¬by 

matka. Oddzwonił do nich z Los Angeles. Nie była to jakaś szczególnie miła rozmowa, ale 

zawsze  rozmowa.  Prawdę  mó¬wiąc,  zupełnie  się  tego  nie  spodziewał,  widać  jednak  nie 

chcieli  zrywać  kontaktu.  Ich  stosunki  więc  wróciły  do  normy,  uśmiechnął  się  smutno,  ale 
dobre i to. 

Na twarzy Cassie znowu pojawił się uśmiech. To go nieco ośmieliło. 

Podobno czytałaś moją powieść? Kiwnęła głową. 

Tak, Charlie, czytałam. 

Wiedział to już od Fran. Na niecierpliwość Fran zawsze można było liczyć. Czasami, jak 

w tym wypadku, dawało to dobre rezultaty, pomyślał. 

I co? 

Całe jego życie zależało teraz od tego, co za chwilę usłyszy. 

Jest bardzo dobra, Charlie. Zrobiła na mnie wielkie wra¬ 

żenie. 

To nie była odpowiedź, na którą czekał. Nerwowo przecze¬sał ręką włosy. 

Cieszę się, ale nie chodzi mi o to, czy jest dobrze napisa¬ 

na. Ma dla mnie znaczenie przede wszystkim w innym wy¬ 
miarze. Nie rozumiesz?! - wybuchnął z desperacją. - Do 

diabła! - westchnął i decydując się nagle, popatrzył jej prosto 
w oczy. - Cassandro Elaine Armstrong, czy możesz mi odpo¬ 

wiedzieć na jedno pytanie? 

Cassie skinęła głową. 

Czy wyjdziesz za mnie? 

Cassie poczuła, że wypełnia ją jeden wielki okrzyk: Tak! Charlie, tak! Ale nie krzyknęła 

owego „tak". Zamiast tego 

spuściłą oczy. 
  
 

Widzisz, Charlie, ja... Chyba musimy najpierw poroz¬ 

mawiać. 

Ale  przecież  nie  robimy  niczego  innego,  przemknęło  mu  z  kolei  przez  myśl,  ale  nie 

powiedział  tego  głośno.  O  co  jej  chodzi?  Poczuł,  że  oblewa  go  zimny  pot.  Czy  to  oznacza 

wstęp do odmowy? 

Cassie,  ja  się  bardzo  zmieniłem...  Czy  ty  tego  nie  wi¬dzisz?  -  Spojrzał  na  nią 

błagalnie. - Jestem teraz kimś innym. Już teraz mam pewność... Przestałem się bać o siebie. 

No może boję się jednego: przeraża mnie myśl, że miałbym spę¬dzić resztę życia bez ciebie, 
Cassie.  

Wiem, Charlie. Zmieniłeś się. Ale widzisz ja też się zmieniłam. 

Już  go  nie  kocha!  Więc  o  to  chodzi.  Charlie  czuł,  że  wszy¬stko  w  nim  martwieje. 

Przełknął  z  wysiłkiem  ślinę.  Nie  może  na  to  pozwolić.  Nie  odejdzie  stąd  z  niczym.  To  dla 

niego oznacza koniec. Po co miałby dalej żyć? 

Cassie, proszę, daj mi szansę. Zobaczysz, że... 

Jestem w ciąży, Charlie - przerwała mu. 

.. .że... Co? Co powiedziałaś? 

Widziała, jakie piorunujące wrażenie wywarła na nim ta wia¬domość. Ale czy można to 

zakomunikować  inaczej?  Czy  kobieta  może  powiedzieć,  że  jest  w  ciąży,  rozkładając  to  na 
raty? 

W jego oczach widziała jedynie bezgraniczne zdumienie, tak jej się przynajmniej zdawało. 

Nie  dziwiła  się  temu:  ona  sama  omal  nie  spadła  z  krzesła,  kiedy  lekarz  pokazał  jej  testy. 

Radość i duma przyszły potem. Kiedy to już do niej dotarło, poczuła się tak, jakby jej życie 

background image

rozpoczynało  się  na  nowo.  Jak  zareaguje  na  to  Charlie?  Niczego  na  świecie  nie  pragnęła 

bardziej niż tego, by cieszył się razem z nią. 

Stała teraz i czekała na jego reakcję. To jej dziecko i nie pozbędzie się go za żadne skarby. 

Niech się dzieje, co chce, urodzi je! Jest taka szczęśliwa. 

  
 

Słyszałeś, Charlie? 

Charlie stał jak sparaliżowany. Jest w ciąży... Z nim... Kiedy to się stało? Co teraz będzie? 

Czy nic jej nie grozi? Cassie skinęła głową, jakby czytała w jego myślach. 

To drugi miesiąc, a dokładnie ósmy tydzień. Wszystko jest 

w najlepszym porządku. Ciąża rozwija się normalnie - powie¬ 

działa, nie mogąc przy tym powstrzymać się od uśmiechu. 

Ósmy tydzień! To znaczy, że to stało się u jej rodziców... W Święto Dziękczynienia. Czuł, 

że tamtej nocy kochał ją jakoś inaczej, z czułością, jakiej wcześniej nie doświadczył. 

Cassie znowu domyślnie skinęła głową. 

Nagle  poczuł  się  tak,  jakby  poraził  go  prąd.  Czemu  tak  stoi  jak  słup?  To  cudownie!  To 

przecież wspaniale... Roześmiał się i złapał za głowę. Nie zdawał sobie sprawy, że można się 

poczuć tak szczęśliwym! 

Cassie  patrzyła  na  niego,  nic  z  tego  nie  rozumiejąc.  Czego  oznaką  jest  ten  śmiech? 

Dlaczego  nic  nie  mówi?  Nie  czuła  jednak  lęku.  Przecież  wygląda  jak  ktoś  szczęśliwy!  Tak 

śmiać się można tylko z radości! A więc cieszy się? Jak ona? Chyba tak... Choć z nim nigdy 

nie wiadomo... I za to go właśnie kocha. 

  

ROZDZIAŁ 
16 

Charlie otarł łzę szczęścia i przechwycił spojrzenie Cassie. Jej badawczy wzrok przywrócił 

go rzeczywistości. Zdał sobie sprawę, że ona oczekuje odpowiedzi. 

Cudownie! - wykrzyknął. - Nie masz pojęcia, jak się 

cieszę. Teraz już musisz wyjść za mnie. 

Cassie poczuła, że serce uderza jej mocniej. 

Co cię tak cieszy? Że teraz zmusisz mnie do mał¬żeństwa? 

To  także.  Bo  tak  się  składa,  że  kocham  cię  do  szaleństwa.  Więc  nic  lepszego  nie 

mogło się nam przytrafić. Dziecko to jak prezent od losu, który nam sprzyja. - Spojrzał na nią 

z czułością. - Więc jak, wyjdziesz za mnie? 

Cassie nie byłaby sobą, gdyby nie chciała się z nim trochę podroczyć. Ale czuła, że i tak 

jej radosna mina ją zdradza. Postanowiła więc już nie zwlekać z odpowiedzią. 

Chyba tak. Bo akurat tak się składa szczęśliwie, że i ja 

cię kocham. 

Przypadli do siebie i zaczęli się całować jak szaleni. 

Och, Cassie. - Charlie uderzył się w czoło. - Omal nie 

zapomniałem! - Sięgnął do kieszeni marynarki po pudełeczko 
  
 

od jubilera. Otworzył je, po czym wyjął z niego zaręczynowy pieścionek i wsunął na palec 

Cassie. 

Teraz wszystko już jest tak, jak być powinno. 

Cassie  początkowo  nastawała,  aby  to  była  skromna  uroczy¬stość,  na  którą  zaproszą 

jedynie najbliższych, ale Charlie się nie zgodził. 

Nie ma mowy. Będziesz miała ślub i wesele jak się pa¬trzy. W końcu człowiek żeni 

się tylko raz. Zostaw to mnie, już ja się wszystkim zajmę. Zrobimy bal na sto par! 

Charlie, nie mamy znowu tak wiele czasu. - Spojrzała na niego spłoszona. 

W odpowiedzi tylko ją pocałował. Wiedziała, że nie warto się z nim kłócić. Był tak uparty 

i zdecydowany, jak tylko on potrafił być. I oczywiście dopiął swego. Trzy tygodnie póź¬niej 

brali  ślub  i  wydawali  weselne  przyjęcie  w  sali  hotelowej,  w  której  spotkali  się  po  raz 
pierwszy. 

Co to  był  za ślub! Nie było chyba nikogo, kto  by  nie uronił łzy na widok panny młodej 

prowadzonej przez ojca do ołtarza. I panna młoda, w białej sukni w stylu hiszpańskim, i pan 

mło¬dy  w  szarym,  wełnianym  garniturze,  z  różą  w  klapie  marynar¬ki,  prezentowali  się 

background image

niezwykle  uroczyście.  Promieniało  z  nich  takie  szczęście,  że  radosny  nastrój  natychmiast 

udzielił się wszystkim, i nie opuszczał ich tego dnia już do końca. 

Kiedy stanęli przed ołtarzem, wymienili znaczące spojrze¬nia. Więc to wszystko prawda, a 

nie  sen?  Charlie  dyskretnie  uścisnął  jej  rękę.  Jeszcze  ciągle  nie  wierzyła  własnemu 

szcz꬜ciu. Więc jednak marzenia czasem się spełniają. 

I wtedy spojrzenie Cassie padło na buty Charliego. Nerwo¬wo spojrzała na Fran. Wzrok 

jej  świadka  powędrował  w  ślad  za  spojrzeniem Cassie.  Fran  omal  nie  parsknęła  śmiechem. 

Charlie miał na nogach adidasy! Teraz z kolei ich zdumione 

  
 

spojrzenia naprowadziły na stopy Charliego wzrok Joe i zaraz potem samego księdza. W 

chwilę  potem  rozległ  się  lekki  szmerek  i  już  wszyscy  w  kościele  stawali  na  czubkach 

pal¬ców, by zobaczyć, co się takiego dzieje. 

Charlie? Postanowiłeś pójść do ślubu w adidasach? - 

szepnęła Cassie, starając się nie roześmiać. 

Charlie spąsowiał. 

Przecież są czarne! - Pochylił się w jej stronę. -I zupeł¬ 

nie nowe. Kupiłem je specjalnie na tę uroczystość. 

Cassie i Fran wymieniły rozbawione spojrzenia. Po Char-liem Whitmanie zawsze można 

się wszystkiego spodziewać. 

Przepraszam, nie wiedziałem... - zaczął się tłumaczyć. 

Cassie machnęła lekko ręką. 

Daj spokój. Nawet mi się podobają. Teraz mam przynaj¬ 

mniej pewność, że wychodzę za Charliego Whitmana - sze¬ 

pnęła. - Kiedy zobaczyłam cię w tym garniturze, miałam 

przez moment wątpliwości. 

Dalej  wszystko  potoczyło  się  w  zgodzie  ze  scenariuszem,  co  najwyżej  niektórzy  goście, 

ośmieleni  fantazją  pana  mło¬dego,  wprowadzali  już  na  przyjęciu  weselnym  akcenty 

lekkie¬go,  zwariowanego  happeningu.  Pan  Gorham  uwodził  pra¬cowicie  kelnerki,  a  pani 

Gorham  udawała,  że  tego  nie  zau¬waża.  Rodzice  Cassie  biegali  po  sali  z  aparatem  i  robili 

dzie¬siątki zdjęć na wieczną pamiątkę. Kuzynki i siostrzeńcy wy¬czyniali w tańcu najdziksze 

figury i domagali się od orkie-stry, by grała tak głośno, jak tylko potrafi. Joe z niepokojem 

popatrywał na kryształowe żyrandole, które drżały w rytm muzyki. Nawet rodzice Charliego 

wydawali się całkiem do przyjęcia. 

Charlie  długo  się  zastanawiał,  czy  ma  ich  zaprosić.  Wresz¬cie  postanowił  puścić  w 

niepamięć to, co było. 

W takim dniu nawet oni nie są w stanie zrobić mi przy¬ 

krości - machnął ręką. 
  
 

Cassie, obserwując rozbawiony tłum, pocałowała go w po¬liczek. 

Czyj to był pomysł, żeby robić ten cały cyrk, Arm¬strong? - uśmiechnął się Charlie. 

Twój. I nie Armstrong, tylko Whitman. Whitman! Zapa¬miętaj to sobie. 

Dopóki śmierć nas nie rozłączy - roześmiał się Charlie. 

A to znaczy, że czeka cię jeszcze wiele, wiele lat. Ze mną. Nie boisz się? 

Kocham cię. I nigdy nie przestanę. - Charlie objął ją mocno. 

Siedem  miesięcy  później  pochylali  się  nad  kołyską  nowo  narodzonego  synka.  Szpital 

zapewniał niemal domowe wa¬runki i teraz wszyscy troje byli obok siebie i cieszyli się swoją 

obecnością. Z czułością wpatrywali się w małą pomarszczoną twarzyczkę, oglądali maleńkie 

paluszki  i  roztkliwiali  się  wraz  z  każdym  ziewnięciem  dziecka.  Charliego  szczególnie  za-

chwycały niebieskie oczy synka.' 

Zupełnie jak twoje. - Wprost nie posiadał się ze szczęścia. 

Ani Cassie, ani personel szpitalny nie chcieli go na razie 

wyprowadzać z błędu: przecież na początku wszystkie dzieci mają niebieskie oczy. 

Będzie  z  niego  niezły  chuligan  -  cieszył  się,  nasłuchując  płaczu  dobiegającego  z 

kołyski. - Ale tak czy owak, może być pewny, że zawsze będziemy go kochali. 

On już chyba o tym wie - uśmiechnęła się ciepło Cassie, patrząc porozumiewawczo na 

męża. 

background image

Po  wyjściu  ze  szpitala  czekała  ją  niespodzianka.  Charlie  kupił  dom  pod  miastem,  w 

Westchester.  W  kilka  tygodni  póź¬niej  zlikwidowali  swoje  nowojorskie  mieszkania  i 

przenieśli się tam wraz z małym Christopherem Armstrongiem Whitma- 

  
 
 
  
 

nem. Za oknem wieczorami śpiewały słowiki, a na klombie przed domem kwitły wspaniale 

krzaki róż. 

-  Jak  to  możliwe,  Charlie  -  spytała  Cassie,  biorąc  go  za  rękę  którejś  nocy,  gdy 

otworzywszy drzwi do pokoju dziecka, położyli się już do łóżka - żeby mężczyzna, który tak 

panicz¬nie bał się wszelkich związków, stał się przykładnym mężem i ojcem rodziny? Można 

powiedzieć: żywą reklamą męża i oj¬ca! - dodała z przekornym uśmiechem. 

Charlie położył jej palec na ustach i przyciągnął do siebie.