background image

Wiech

Maniuś Kitajec i jego ferajna

I.

Opóźniony pociąg osobowy ze Szczecina wjedzie na tor drugi, peron piąty, powtarzam...
Na   placyku   przed   drewnianym   barakiem,   imitującym   Dworzec   Główny,   dramatyczny   baryton 

płynący z megafonu wywołał spore poruszenie.

Kilku przechodniów przyśpieszyło kroku, bagażowi ociężałym starczym truchtem ruszyli w stronę 

furtki   prowadzącej   na   perony.   Kierowcy   kilkunastu   mniej   lub   więcej   odrapanych   taksówek 
warszawskich, gawędzący dotąd grupkami, rozbiegli się jak podcięci batem.

- Chłopaki, Szczecin - chodu! - krzyknął do dwóch kolegów, zagapionych na przystojną dziewczynę  

z nartami kierowca szarej warszawy, starszawy, krępy, korpulentny szatyn. I poważnie, lekko tylko 
przyśpieszywszy kroku ukrył się wraz ze wszystkimi szoferami w hali dworcowego baraku.

Po  chwili   przez drzwi   furtki,   oddając  po  drodze  bilety,   trzymane  czasem  w  zębach,  zaczęli   się 

wysypywać na placyk zmęczeni, niewyspani podróżni. Pierwsi z nich dopadli zamkniętych na głucho 
taksówek, niespokojnymi oczami poszukując na próżno nieobecnej obsługi. Objuczeni jak wielbłądy 
bagażowi rzucili się w stronę jakiejś nadjeżdżającej właśnie z miasta de-kawki, ale za obie jej klamki 
trzymali   już,   galopujący   z   szybkością   40   km   na   godzinę,   czterej   kandydaci   na   pasażerów.   Piąty 
cwałował z tyłu z łóżkiem polowym na głowie. Taksiarz dodał gazu, trzej zawodnicy odpadli od klamek, 
czwarty trzymał się jednak kurczowo. Jeszcze jeden zryw maszyny i ten ostatni potoczył się w stronę 
chodnika,   dostał   jednak  po   drodze   w  plecy  polowym   łóżkiem   i   wraz   z  jego   właścicielem   wywinął 
efektownego kozła.

Zanim się pozbierali, bagażowy ładował już do opróżnionego wehikułu walizki jakiejś flegmatycznej 

damy z pieskiem na ręku.

W tej chwili wlokąc za sobą łóżko zjawił się posiniaczony szybkobiegacz.
- Panie, co to za porządki? Ja pierwszy złapałem za klamkę, już na Towarowej!
-   Mało   z  tem,   w  biegu   pasażerów   nie   zmieniam,   to   nie   cyrk,   tylko   samochodowa   komunikacja 

pasażerska. Zresztą i tak się pan nie nadajesz z tą maszynerią. Pluskwy mnie pan chcesz w wozie  
zaprowadzić, żebym się potem z niemi użerał?

- To nowe łóżko.
- Nowe nie nowe, bierz pan sałatę. Koniec rozmowy.
W zrozpaczony tłum podróżnych wjeżdżać zaczęli sałaciarze, czyli ostatni Mohikanie wspaniałego 

ongi cechu konnych dorożkarzy warszawskich.

Mohikanie byli, jak przystało na wymierające plemię, mocno zaniedbani. Brzytwa  dawno już nie 

tknęła   ich   policzków,   zamiast   przepisowej   granatowej   liberii   mieli   na   sobie   wylatane   marynarki, 
gdzieniegdzie   puszczające   pod   pachami.   Konie   dawno   już   nie   widziały   zgrzebła   i   szczotki.   O 
dorożkach też trudno by było powiedzieć coś pochlebnego. W oczach sałaciarzy paliły się jednak 
szczątki dawnej fantazji. Niektórzy strzelali z batów wołając:

- Na Wschodni, za cztery dychy, na Wschodni, bagaż i dzieci darmo!
Radzi nieradzi pasażerowie, chociaż niechętnie, zaczęli się sadowić w dorożkach. Inni pociągnęli 

do  tramwaju.   Kiedy  się  trochę  przerzedziło   na  placyku,  z dworca   wyszli   pojedynczo   taksówkarze. 
Postali   chwileczkę   na   schodach,   poobserwowali   niedobitki   pasażerskie   i   zbliżyli   się   wreszcie   do 
upatrzonych.

- A pan szanowny właściwie gdzie chce jechać?
- Na Saską Kępę.
- Odpada. Mogie pana podrzucić na Bielany, do domu jadę.
- Ależ, panie, co ja będę robił na Bielanach?

- 1 - 

background image

- Zaraz, koleżka tu posuwa na Grochów, może pana zabrać. Właściwie jest zamówiony na berliński 

pociąg,   ale   144   minuty  opóźnienia   i  nie   chce   w   taki   sposób   dłużej   czekać.   Felek,   zabieraj   pana  
derektora!

Powoli placyk pustoszał. Kiedy zażywny kierowca szarej warszawy zjawił się na stopniach dworca, 

na podjeździe nie było już prawie nikogo, jeśli nie liczyć wysokiego, szczupłego starszego mężczyzny 
w podniszczonej mocno jesionce. Kapelusz typu „Eden", też mocno wyrudziały, zdradzał długie lata 
wiernej służby.  Pasażer trzymał w ręku sporą walizkę upstrzoną gdzieniegdzie szczątkami starych 
hotelowych nalepek ,,Grand... Venezia", „Albergo Vittoria Napoli", „Hotel Waldorff... Astoria... New..."

Kierowca ujrzawszy go przymrużył małe, sprytne, lekko skośne oczy, uśmiechnął się i trącił łokciem 

stojącego obok blondynka w wyszmelcowanym pulowerze.

- Wacuś, widzisz tego starszego faceta w zbankretowanej jesionce i przegranem kapeluszu? Dawaj 

go do mnie.

- Coś ty, to jakiś hrabia de Nędza.
- Zgadłeś, ale dawaj - powiedział i szybkim, energicznym krokiem poszedł w stronę swego szarego  

samochodu.   Rozejrzał   się.   Szybko   otworzył   drzwiczki,   „złamał"   chorągiewkę   z   napisem   „wolny", 
zapuścił   motor   i   podjechał   w   stronę   Wacusia   idącego   już   ze   starszym   panem   o   podniszczonym 
wyglądzie.

Pasażer wsiadł, rzucił mimochodem: „Na Stare Miasto", i wydobywszy z kieszeni kamizelki monokl 

na czarnym sznureczku umieścił go w oku i z zaciekawieniem patrzył na ulicę.

Taksówkarz przyglądał mu się w przydymionym lusterku wozu, uśmiechał się od czasu do czasu, a 

wreszcie rzekł:

- A co tam, panie hrabio szanowny, w Kozichdupkach słychać?
Pasażer drgnął, wypuścił monokl z oka.
- Przepraszam, a pan skąd mnie zna?
- Ma się trochę znajomości w wyższych sferach miarodajnych. Jak się ma baronowa Kalafonia fon 

Butersznyt, czy jeszcze na chodzie? Co porabia hrabia Pestka, czy ciągle taki cykoryjny?

- Wie pan, że nie rozumiem...
- Jak to, nie poznaje pan hrabia swojego  rodzonego lokatora? A kto u pana z całą ferajną po 

powstaniu, jako spalony warszawiak, w Kozichdupkach zamieszkiwał? Z kiem pan Cafe „pod minogą" 
w swojem pałacu prowadził? Z gienierałem Kuropatkinem? Do kogo ta mowa!

-   Och,   excusez-moi...   rzeczywiście...   jak   mogłem   nie   poznać,   przecież   to   pan   Maniuś,   pan 

Chińczyk, n'est-ce pas?

- Nie śpisz pan, to nie senne marzenie, mnie pan hrabia masz zaszczyt widzieć w osobistej osobie, 

tylko nie Chińczyk, a Kitajec koleżki mnie nazywają, nieduża różnica, ale jest.

-   Je   vous  prie   de  m'excuser,   panie   Marianie,   ale   bardzo   się   ucieszyłem   z  tego   spotkania   -  tu 

pasażer przechyliwszy się uścisnął rękę szoferowi nieomal wyrywając mu kierownicę.

- Zaraz, wolnego, bo się wyszykujem do Dzieciątka Jezus na chirurgiczne sale albo i do parku 

sztywnych.   Nie   mam   teraz   czasu   na   pieszczoty.   Trzeba   uważać,   cholerna   motoryzacja   w   tej 
Warszawie. No i publika chodzić nie umie. Najgorsze to te świeże warszawiacy z Garwolina, latają po  
jezdni jak byki po polu.

Nagle   kierowca   przyhamował   ze   zgrzytem   zmienianych   biegów.   Zajechała   mu   drogę   ogromna 

supernowoczesna amerykańska limuzyna z żółtym zagranicznym numerem.

-   Te,   gdzie   się   pchasz   z   tem   kredensem!   -   krzyknął   przez   okienko   prowadzącemu   ją 

cudzoziemcowi.

Tamten   pokazał   w   uśmiechu   wielkie   końskie   zęby,   pokiwał   ręką   i   przejechał   wolno.   Maniuś 

popatrzył za nim.

- Powariowali, jak pragnę zdrowia, z temi wozami, co jeden to większy. Nie na Warszawę taka 

armata. Obracać się z nią nie można i garażować musi pod gołębiamy.

- Jak to pod gołębiami?
-   Na   ulicy,   znaczy   się.   Ale   pies   z   niem   tańcował.   Mów   pan   lepiej,   co   słychać?   Jak   się   panu 

szanownemu powodzi, w dyplomacji się pan może zatrudniasz, bo parasol odpowiedzialny jest. A 
słyszałem, że hrabiowie znowuż teraz górą.

- Naturellement! Oczywiście. Ja na przykład dostałem świetną posadę. Byłem dyrektorem PGR-u 

pod Szczecinem, znakomite stanowisko,  zwłaszcza  przez ostatnie półtora roku. Pełne utrzymanie, 

- 2 - 

background image

mieszkanie, żadnych kłopotów i żadnej, ale to absolutnie żadnej pracy... Aż mi żal było opuszczać to  
miejsce.

- I dlaczegoś pan opuścił?
- Po prostu ogłoszono amnestię.
- Znaczy się państwowy wikt i opierunek w mam-rze?
-   Tak   się   to   nazywało   w   gwarze   moich   przygodnych   towarzyszy   półtorarocznych,   w   gwarze 

złodziejskiej.

- I za co żeś hrabia te „półtora kalendarza" zarobił?
-   Zarobiłem   dwa,   odsiadka   trwała   rok   i   pół,   za   brak   dozoru   w   zarządzaniu   państwowym 

gospodarstwem rolnym.

- A co, stonka wam kartofle wtroiła?
- Gorzej, krowy nam pozdychały.
- Wiadomo, jeść trzeba stworzeniu dawać, krowa nie urzędnik, sama nie dokradnie.
- Istotnie, być może, że przeoczyliśmy ten moment, chociaż moja wina nie była największa...
-   Dostałeś   pan   najwięcej,   bo   pod   względem   socjalistycznego   pochodzenia   pasowałeś   pan   do 

paragrafu jak ta lala.

- Właśnie prokurator był tego samego zdania.
- Ale co tam, rok nie wyrok, dwa lata jak dla brata. Każden powinien się troszkie przesiedzieć dla 

życiowego doświadczenia. Rozchodzi się o to, co teraz zamiarujesz hrabia robić? Gront, żeby nie 
wpaść drugi raz... Uważaj, ślepa komendo!

- Czy jednak nie przesadza pan w tej trosce o moją przyszłość? Będę uważał, ale tę „komendę" 

sobie wypraszam - powiedział pasażer z godnością poprawiając w oku monokl.

- Zaraz, chwileczkie, przecież ja nie do pana. Jakaś łamaga pod wózek mnie się pchała tu na rogu. 

Nie widziałeś pan?

- Nie zwróciłem uwagi. Otóż jeśli idzie o najbliższą przyszłość, przyjechałem tu do Juliana. Pamięta 

pan chyba mego kamerdynera z Koziedubek?

-   Wiadomo,   że   pamiętam   -   sztywny   Lulian.   Jak   dzisiaj   go   widzę   za   pańskiem   krzesłem.   Nie 

przepadał   on   za   naszą   ferajną   ze   Starówki.   Razem   zresztą   z   ciotką   Kalafonią   Butersznyt   i 
Szpicbródką lubili nas jak sól w oku.

-   Bośoie   im   dokuczali,   no   i  nowe   porządki   zaprowadziliście   w  pałacu   nie   licząc   się   zupełnie   z 

etykietą, do której oni bardzo byli przywiązani...

- No to teraz już chyba się odzwyczaili.
- Oczywiście, bo bratowa moja hrabina Kala von Buttenberg od trzech lat już nie żyje.
- Co pan mówisz - szkoda jednakowoż ciotki Kalafonii. Chociaż sztorcowała nasz po francusku, ale 

nie była zła kobieta, tylko że charakter miała wredny, niech z Bogiem spoczywa. No a Szpicbródką 
żyje?

- Hrabia Agenor Trestka - to o nim, zdaje się, chce pan mówić?
- Niech będzie hrabia Pestka, rzecz jasna, że o niem mówię.
- Hrabia Trestka żyje i niech pan sobie wyobrazi, mieszka nawet w moim dawnym pałacu.
- W Kozich... - zawołał zdziwiony szofer.
-   ...dubkach...   -   dokończył   za   niego   pasażer.   -   Jest   teraz   sekretarzem   prezesa   Samopomocy 

Chłopskiej, która mieści się obecnie właśnie w starej siedzibie mego rodu.

- Hrabia Pestka chłopskim pisarzem, niech ja skonam, niech ja skonam, a nie zalewasz hrabia?
-   Nie   ma   w   tym   nic   dziwnego.   Bardzo   wielu   przedstawicieli   arystokracji   pracuje   w   ludowych 

instytucjach. Niektórzy nawet prowadzą szkolenie ideologiczne.

- Skarż mnie Bóg! Szpicbródka socjalistą się został, a to hasena, jak pragnę zdrowia! No dobrze, a 

jakżeż on ankietę wypełnił na szczot urodzenia?

- Podał się za syna kolejarza. Istotnie ojciec jego, śp. hrabia Alfons Trestka, był w swoim czasie  

austriackim ministrem kolei.

-   No   to   faktycznie   się   zgadza,   za   dużo   nie   zalał.   W   każdem   bądź   razie   jak   opowiem   o   tem  

Piskorszczakom, poprzewracają się ze śmiechu!

- A to panowie Piskorscy są w Warszawie? Cóż porabiają?

- 3 - 

background image

- Gdzie mają być jak nie w Warszawie? Warszawskie rodacy są oba z dziada pradziada. Co mają 

porabiać,   oba  za   kółkiem  siedzą,   szoferaki  od   urodzenia,   taksówkarze   z przyzwyczajenia.   Staśka 
musiałeś pan widzieć na dworcu parę minut temu nazad podczas tej draki z połowem łóżkiem.

- Owszem, widziałem z daleka jakieś zamieszanie i łóżko w powietrzu. Tym energicznym kierowcą  

był właśnie pan Piskorski?

-   Nie   można   pasażerom   dać   sobie   wejść   na   głowę.   Całe   jednorodzinne   domki   zaczęliby 

taksówkami   przewozić.   Stasiek   nie   da   sobie   podgrymaszać   zanadto.   Jego   braciszek,   tak   zwany 
Szmaja,   któren   z  Murzynem   Karaluchem   za   zmiennika   na   szewrolecie   lata,   już  jest   inny  -   ciepła 
klucha.

- To i ten Murzyn został w Warszawie i też jest taksówkarzem?
- Jest, ale tylko w nocy jeździ, żeby paniki nie wywoływać i zabradziażenia spokoju na ulicach. W 

dzień dzieciaki za niem latają i przejeżdżająca przez Warszawę ludność małorolna się płoszy... No, 
jesteśmy na miejscu.

Taksówka   z  fasonem  podjechała  pod  kamieniczkę   na  Starym   Mieście,  gdzie  jeden  ze   sklepów 

zajmował mały antykwariat. Przez okratowane okna widać było jakieś stylowe meble, stare obrazy w 
poczerniałych ramach. Na skromnej wystawce, wśród porcelanowych figurek, oparty o srebrną pogiętą 
cukiernicę stał mały szyldzik, na którym niebieskie litery opiewały:

WARSZTAT ANTYKWARYCZNY

NAPRAWA STARYCH MEBLI I PORCELANY

Prof. Julian Kijanka

Pasażer wysiadł.
- Ile się należy? 
Kierowca podał mu walizkę.
- Nic się nie należy.
- Ależ ja tak nie mogę.
- Ja też nie mogie i niech się pan hrabia nie upiera, bo obsztorcuje po warszawsku na perłowo ze 

szlaczkiem.

- No to... panie Marianie, ja się tu zatrzymam na dłużej, niech mnie pan odwiedzi.
- Wiadomo, że odwiedzę, i to nie sam, przywieze ze sobą „kilo i to, co po błocie chodzi".
- Nie rozumiem.
- No, litra i gięś, porozmawiamy o „Minodze" i Kozich...
- ...dubkach, przez be.
- Tak jest, będę w tem tygodniu. Ukłony dla profesora Luliana Kijanki.
Pasażer spojrzał na sklep, uśmiechnął się i zniknął w drzwiach. Kierowca nacisnął starter, ruszył, 

obejrzał się raz jeszcze i rzekł do siebie:

- Profesor, niech ja skonam, niech ja nic dobrego nie mam! Pokażę mu profesora!
Kiedy   szara   warszawa   dojeżdżała   do   Miodowej,   z   Senatorskiej   wypadł   zielony   opel,   z   którego 

wyjrzały dwie głowy. Jedna miała twarz śmiertelnie bladej kobiety, druga była głową Murzyna. Dwa  
zrozpaczone głosy zawołały jednocześnie:

- Maniek... Szmaja zabity!
Szara warszawa omal nie wpadła na latarnię. Szofer zahamował gwałtownie. Zacisnął kurczowo 

przybladłą dłoń na sygnale. Odezwał się długi, żałosny dźwięk syreny...

- 4 - 

background image

II.

Z bezustannym wyciem syren ciągnął przez most Poniatowskiego nie kończący się sznur taksówek; 

kiedy czoło tego dziwnego konwoju okrążało już Rondo Waszyngtona, koniec jego ginął gdzieś w 
okolicach Żelaznej. Taksówki szły wolno, na pierwszym biegu, grając swój przeraźliwy hymn.

Używanie sygnałów przez pojazdy mechaniczne jest w Warszawie surowo wzbronione, mimo to 

napotykani milicjanci nie zatrzymywali ich, tylko stawali na baczność, długo, poważnie salutując. Może 
dlatego, że na pierwszej taksówce umieszczona była wśród wieńców i wiązanek stalowa trumna, a 
zapalone latarnie wszystkich wozów osłaniały welony czarnej krepy.

Tak,   był   to   pogrzeb   zabitego   przez   bandytów   kierowcy.   Trzeciego   w   ciągu   ostatnich   tygodni. 

Pogrzeb   demonstracyjny,   wyrażający  protest   przeciwko   bezradności  milicji,  nie   mogącej  zapewnić 
bezpieczeństwa kierowcom taksówek podczas ich ciężkiej pracy... Tak pisała prasa.

W kondukcie wzięli tłumny udział szoferzy i właściciele wozów z rodzinami. Oni to widoczni byli w 

swych pojazdach, odświętnie odziani, z minami pełnymi smutku, godności i protestu.

Za   pierwszą   olimpią,   wiozącą   rodzinę   nieboszczyka,   jechała   szara   warszawa   pana   Mariana 

Kondrackiego, zwanego Maniusiem Kitajcem, prowadzona osobiście przez właściciela, obok którego 
siedział blady, z obandażowaną głową, pan Wacław Piskorski, czyli młodszy Piskorszczak, zwany w 
szerokich   kołach   towarzyskich   Starówki   Szmaja,   ponieważ   wbrew   przyjętemu   powszechnie 
zwyczajowi w najważniejszych czynnościach zamiast prawej ręki używał lewej. Jednym słowem, był 
mańkutem. Na tylnym siedzeniu warszawy spoczywały dość ciasno stłoczone trzy damy. Jedną z nich 
była małżonka cenionego przed wojną na Starym Mieście właściciela restauracji, pana Konstantego 
Aniołka,   pani  Serafina   Aniołkowa,   obok   niej  dorodna,   choć   może   nieco   nadmiernie   gdzieniegdzie 
zaokrąglona   skutkiem   skłonności   do   wyrobów   cukierniczych,   pani   Władysławowa   Sobczykowa, 
niegdyś po prostu Sabcia, wychowanica państwa Aniołków. Trzecią była pani Rypalska, wdowa po 
inwalidzie, eks-narzeczona również inwalidy śp. Śmieciuszki, który zginął na Starówce w powstaniu, 
strzelając do ostatka z karabinu maszynowego. O pani Rypalskiej mówiono, że również zginęła na 
Nowomiejskiej, ale widocznie nie było to prawdą, bo skąd by się wzięła teraz w taksówce Maniusia 
Kitajca.

A wzięła się w sposób zupełnie zwyczajny. Po opłakaniu śmierci śp. Śmieciuszki pani Rypalska 

zagięła   parol   na   Maniusia.   Otoczyła   go   tak   skomplikowaną   siecią   serdeczności   i   troskliwości,   że 
właściwie  się nie obejrzał,  jak został czymś w rodzaju  następnego jej narzeczonego. Pan Maniuś 
bronił się zaciekle przed utratą swej kawalerskiej niezależności, faktycznie  jednak był już w dużej 
gospodarczej zależności od pani Rypalskiej, która wbrew jego woli prowadziła mu jego jednoosobowy 
dom. Prała i cerowała bieliznę, tępiła pluskwy, gotowała czasem obiady, zrobiła mu korniszony i gąski 
w occie i doglądała go w grypie, słowem, postępowała jak wzorowa narzeczona, na razie dochodząca.  
I   zdaniem   bliższych   znajomych   zmiana   nazwiska   Rypalska   na   Maniusiowa   Kitajcowa   była   tylko 
kwestią czasu. Wszyscy byli tego pewni.

Jedyną osobą, która zaprzeczała kategorycznie tej możliwości, był sam obiekt westchnień i nadziei 

pani Rypalskiej, pan Maniuś. Niemniej jednak na pogrzebie pani Rypalska figurowała w warszawie  
Maniusia, miała miejsce przy prawej szybie i całe miasto to na własne oczy widziało. Pan Maniuś 
widział to także i szlag go trafiał. Swój zły humor wyładowywał na Szmai.

- Powiedz mnie nareszcie, do ciężkiej grypy, jak to było z tem napadem, ilu ich faktycznie było tych 

oprychów i dlaczego Jumbo Karaluch za karakuły szarpany powiedział mnie na Miodowej, że zostałeś 
zabitem?

- A co, żal masz, że to nie mój pogrzeb?
- Właśnie, pan Maniuś tak mówi, jakby pretensje wnosił - wtrąciła się z tylnego siedzenia wdowa po  

dwóch inwalidach.

Kitajec nie odwracając głowy odrzekł:
- Pani Rypalska będzie uprzejma przymknąć się trochę i nie rozmawiać z kierowcą, kiedy on nie ma 

życzenia, dobrze? - po czym zwrócił się do Piskorszczaka:

- Czy ja mam żal, czy nie mam, to jest rzecz druga. Żalu nie mam, ale denerwuje mnie pic na wodę,  

zwłaszcza w życiu pozagrobowem. Mówmy, że ja z miejsca uwierzyłem i jako twój starszy koleżka 
daje lekrame do gazet, że tak i tak, że świętej pamięci Szmaja...

- Świętej pamięci Wacław Piskorski - poprawił młodszy Piskorszczak.
- Wszystko jedno, że jednym słowem znajdujesz się w tak zwanem gronie aniołków.
- Tylko nasz niech pan, panie Marian, nie narusza. Nie chcę mieć nic z tem wspólnego - odezwała 

się z głębi wozu pani Aniołkowa.

- 5 - 

background image

- Co jest, jak pragnę zdrowia, do słowa nie może człowiek dojść w swojem własnem wózku. Czy ja 

pani osobę biere pod uwagie albo pani małżonka, o aniołkach się mówi ze skrzydełkamy. Ani mąż, ani 
pani  do lotniczej  branży się  nie  nadajecie.  Słyszałem,   że   pani  szanowna  do  rybnych   delikatesów  
więcej pasuje.

Była to zjadliwa aluzja do epitetu „minoga", jakim ochrzczono kiedyś panią Aniołkową na Starówce i 

od którego jej restauracja na Zapiecku wzięła swoją nieoficjalną nazwę Cafe „pod minogą".

Dla pani Serafiny przypomnienie o tym stanowiło kamień najcięższej obrazy, toteż w pierwszym 

odruchu   zamierzyła   się   na   pana   Maniusia   parasolką,   potem   usiłowała   zemdleć,   a   w   rezultacie 
krzyknęła rozdzierająco:

- Wysiadam! Zatrzymać to pudło! - I poczęła bić pięścią w szybę.
-   Pudło   nie   pudło,   zatrzymać   teraz   nie   możem,   bo   w   żałobnem   orszaku   się   znajdujem   parę 

kilometrów długości. Uroczystość zakłóciem, korek zrobiem i możem być narażone przez to na różne 
przykrości   do   mordobicia   włącznie.   Siedź   pani   spokojnie,   na   cmentarzu   panią   wysadziem..   A 
detalicznie nie masz się pani tak bardzo co obrażać. Minoga obecnie artykuł zagraniczny, dewizowy.

Wszyscy obecni poparli pana Maniusia udowadniając, że właściwie on nic takiego nie powiedział. 

W rezultacie pani Serafina zdecydowała się pozostać w samochodzie, ale wyłącznie przez wzgląd na 
powagę chwili. Na Bródnie jednak natychmiast wysiądzie, złapie przez telefon pana Aniołka, a ten już 
potrafi załatwić tę sprawę. Gdyby nie potrafił, pani Serafina obleci się sama i z mężem, i z tym, który ją 
tak   ciężko   obraził.   Towarzystwo   jednogłośnie   zaakceptowało   ten   plan,   wobec   czego   pan   Maniuś 
podjął przerwaną rozmowę ze Szmają.

- Więc o czem to żeśmy mówili?
- O mojem nekrologu.
- Właśnie. Jakbym taką nekrologię kazał wydrukować - leżałbyś jak neptek. Znajomi na twój widok 

by nawiewali, niejeden mógłby naprawdę na serce zakitować, jakby cię znienacka na pustej ulicy albo  
na   schodowej   klatce   spotkał.   Niezależnie   od   tego   parę   lat   w   charakterze   ducha   po   różnych 
narodowych radach i blokowych komitetach byś się nachodził, zaczem za żywego zostałbyś uznanem. 
Trzeba się trochę namyśleć przed wstawieniem ludziom takiego bajeru.

- Ja nic nikomu nie wstawiałem, to Karaluch wszystko pokręcił. Jakżem po tem wypadku przyszedł 

do przytomności i dotaskałem się do komisariatu na Powązkach, dzwonię do niego w nocy, że tak i 
tak, mówię, że napad miałem, że zostałem się postrzelonem - to on się pyta drżącem głosem, skąd ty 
właściwie dzwonisz, to ja mówię, że z Powązek, to on, uważasz, rzucił słuchawkie i zemglał. Jak go 
Apolonia docuciła, to jej powiedział, że jestem zastrzelony i dzwonię z cmentarza.

- To ciemna masa, jak pragnę zdrowia.
- Co ty chcesz, on ma prawo, na puszczy wychowany, ale że ona, że Karaluchowa uwierzyła!
- Z nerw wszystko, nie miała się czasu opamiętać, na miasto wyskoczyli razem i namięszali. Ale żeś 

ty pojechał z jakiemś ciapciakiem w nocy na Powązki z Warszawy, to tyż by cię trzeba za to fest 
przebierzmować.

- Kiedy, mówię ci, nie robił wrażenia. Mały, blondynek, zyzowaty, z jakiemiś kalafiorami w siatce...  

do domu jadzie, spóźnił się na autobus, manto go czeka od żony.- takie mnie przypowiastki zasuwał. 
Nawet   sempatyczny,   owszem,   nie   mogie   powiedzieć,   przyjemnie   nam   się   jechało,   ja   byłem 
zadowolniony, że on taki mowny, bo spać mnie się chciało, druga noc za kółkiem. Dopieru jakżeśmy 
na miejsce zajechali, on wyjmuje, uważasz, „kopyto" i z innej beczki. ,,A teraz dawaj forsę" - mówi. Ja 
się zaczęłem śmiać, bo myślałem, że on tak do pucu, a on mnie kopytem pod żebro. „No, już - mówi - 
dawaj". A ja mówię: „Nie dam, bo nie mam, pierwszy kurs" - i sięgam ręką po klucz francuski. Myślę 
sobie, jak go z lewej zaprawię, nie spodzieje się, bo ty wiesz, że jako...

- Szmaja - wtrącił Kitajec.
- Naukowo mańkut się nazywam.
- Jaka różnica?
- Nie zdążyłem jeszcze  namacać klucza, kiedy czuję, że jakoś słodko mnie się robi i straciłem 

nieprzytomność.

- Dał ci w czapę?
- Tak jest, z bliska, ale kula tylko mnie drasła. Kiedy odzyskałem zmysły, patrzę, leżę w rowie, wozu  

nie ma, jego tyż, ma się rozumieć, nie ma, ale czterysta złotych targu w skarpetce mam.

- Tak, ale szewroletę cholera wzięła.
- Ja ją znajdę.

- 6 - 

background image

-   Co   ty   znajdziesz,   wszyscy   będziem   szukać   -   szoferaki   całej   Warszawy   dzisiaj   na   Bródnie 

przysięgie mają składać zemsty na bandziorach. Wszyscy za jednego, jeden za wszystkich.

- Rzecz jasna, ale ja niezależnie od ogólnej zemsty swoich detalicznych strat będę na blondynku z 

siatką kalafiorów poszukiwał.

- A ja ci w tem dopomogę i cała nasze ferajna. Grabula!
- Grabula! - Szmaja wyciągnął do Kitajca lewą rękę, ale ten zgromił go wzrokiem i zapytał:
- Co ty podajesz? Przysięgie, Szmaja, będziesz składał! Dawaj prawidłową końcówkie.
Speszony Piskorszczak niezgrabnie podał mu swą prawą dłoń.
W ten sposób  na pogrzebie zamordowanego  kolegi ferajna Maniusia  Kitajca za  pośrednictwem 

dwóch   swych   członków   złożyła   ślubowanie   jak   najszybszego   odnalezienia   czarnej   szewrolety   i 
pomszczenia cierpień fizycznych oraz katuszy moralnych Wacusia Piskorszczaka, zwanego potocznie 
Szmają.

Działalność   detektywna   zaczęła   się   zaraz   następnego   dnia.   Maniuś   Kitajec,   Szmaja   i   Jumbo 

wyruszyli warszawą Kitajca w wywiadowczą podróż po Polsce.

Tegoż popołudnia dopędzili na szosie pod Częstochową pierwszą czarną szewroletę.
- Mój wózek, niech ja skonam! - krzyknął Jumbo na widok maszyny.
- Nasz, niech ja nic dobrego nie mam! Mamy ją!
- Jak to wasz, jak to macie ją, przecież ona na zagranicznych numerach jedzie!
- Nie wiesz, że to złodziejski tryk? 
- Ach, ty frajerze, numera lipne!
- Daj, Maniuś, gazu i zajedź mu drogie! - wołali jeden przez drugiego Jumbo i Szmaja.
Czarna szewroleta usiłowała z początku nie dać się minąć, ale Maniuś wycisnął gaz do dechy, 

warszawa z jękiem i świstem zerwała się do gonitwy i wzięła szewroletę o parę długości, wyraźnie  
starając się zagrodzić jej drogę. Kierowca czarnego samochodu robił jeszcze wysiłki, żeby się wyrwać 
z  matni,  spostrzegłszy  jednak,  że  grozi  to  niebezpieczną  kraksą,  zwolnił  bieg,  a  potem raptownie 
zatrzymał wóz.

- Ręce do góry! - krzyknął Szmaja, celując z dużego czarnego browninga.
Dwie   ręce   w   jasnożółtych   zamszowych   rękawiczkach   uniosły   się   lekko   nad   kierownicą. 

Jednocześnie Szmaja ujrzał wymierzony w siebie mały srebrny rewolwer, trzymany przez wąską rękę 
w białej dziurkowanej rękawiczce.

III.

W czarnym aucie siedziały dwie osoby: za kierownicą lekko szpakowaty pan z krótko przyciętymi 

wąsami, elegancki, w ciemnym garniturze, nieskazitelnie białej koszuli, z czerwonym goździkiem w 
klapie. Obok niego zajmowała miejsce szczupła pani we wzorzystej sukni, w kapelusiku z białych  
piórek. Ona to trzymała w ręku mały rewolwer, wyraźnie biorąc na muszkę Szmaję. Ale Piskorszczak 
nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Podszedł blisko raz jeszcze, krzyknął: „Ręce do góry", i zapytał  
pana za kierownicą:

- Skąd pan masz ten samochód?
- I do not understand - odpowiedział starszy pan kręcąc głową.
i- Nie odstawiaj pan lorda. Anglik z Bazaru Różyckiego. Już pan gadaj, skąd pan masz ten wózek,  

od zyzowatego?

Automobilista znowu pokręcił głową i rzekł:
- I am sorry...
- Tylko nie szoruj, dobrze? Ja cię tu zaraz nauczę grzecznie odpowiadać, jak się ciebie grzecznie 

pytają, no już, wysiadka z wózka, a ty, Fela, schowaj ten breloczek, bo jeszcze wam doleci parę lat za 
opór z bronią palną.

Pasażerowie  auta patrzyli na siebie bezradnie, wzruszając ramionami. Pan wyraźnie  zaczął  się 

niecierpliwić, pani nadal zachowywała spokój, nie przestając mierzyć z pistolecika prosto między oczy 
Szmai.

- 7 - 

background image

W tej chwili nadbiegł Maniuś z Murzynem Jumbo, który trącił Szmaję łokciem w bok i powiedział:
- Słuchaj, ty, to nie nasz wóz.
- W jaki sposób nie nasz? Zaprawił cię w zeszłem. miesiącu budowlany star w prawy tylny błotnik?,
- No zaprawił.
- Miałeś pęknięte szkiełko sygnałowe?
- Miałem.
- A tu jest pęknięte?
- Jest, ale tapicerka jest szara, a nasza była zielonkowata.
- Przerobili, idyjoto.
- I kapcie są nowe, a nasze byli zdarte.
- Przełożyli, zresztą co będziem się kłócić, zajrzem pod spód na sprzęgło, niech mnie tylko ten 

paser puści za kółko. Bo to paser z Brzeskiej ulicy, od bandziorów samochód kupił, a teraz Anglika 
struże.

- Zdaje się, żeś ty, łachmyto, niewinnego człowieka zaczepił, i to na żółtych numerach i z blachą  

„CD". Ciężko się nam będzie z tego wypucować. Raptus, cholera, z gnatem od razu do pierwszego 
lepszego gościa na szosie skacze. Karaluch, pobałakaj z facetem, przecież jako bywszy Amerykan 
coś niecoś władasz po angielsku - wtrącił Maniuś.

- Zupełnie prawie zapomniałem.
- Przypomnisz sobie, jak wszystka trzech po parę lat mamra za napad na cudzoziemca zarobiem.
Murzyn podrapał się w głowę, podszedł do przedniej szyby samochodu i kłaniając się grzecznie 

czapką powiedział:

- How do you do!
Starszy pan drgnął, najwidoczniej się ucieszył i odrzekł:
- How are you! Do you speak English?.
- Not well.. - odrzekł Jumbo.
- Who is this gentleman? - powiedział znowu automobilista, wskazując na Szmaie.
Wymachując rękami, zacinając się i pocąc, długo coś tam wyjaśniał Jumbo pasażerom czarnego 

auta, wreszcie zwrócił się do swoich przyjaciół:

- Chłopaki, leżem niemożebnie, to jest sam sekretarz ambasady, samochód jest jego własny. Ma 

papiery i żąda satysfakcji za zatrzymanie na szosie.

- Powiedziałeś mu, że nam ukradli samochód?
-   Powiedziałem,   ale   mówi,   że   jego   to   nic   nie   obchodzi.   I   ciągle   się   pyta   o   Szmaję,   co   to   za  

dżentelmen.

-  Powiedz  mu,  że   wariat,   a  my jesteśmy  łapiduchy  i  odwoziem   go   do   szpitala  -  zaproponował 

Maniuś.

- Nie uwierzy.
- A ja bym się nie dał zrobić na sekretarza, tylko zobaczyłbym sprzęgło. Po niem w piekle naszą 

szewrolete poznam.

Tu już Kitajec nie wytrzymał.
- Masz szczęście, że nie lubię się na noc denerwować, bo tak bym cię gwizdnął, boża krówko, w 

kinola,   żeby  ci   pasażer   wyskoczył.   Obraża   łachudra   ambasadora   na   szosie   i   zaczem   przeprosić, 
jeszcze się chce do niego stawiać.

- A sprzęgło i tak będziesz mógł sprawdzić, bo oni chcą z namy koniecznie jechać na milicję, żeby 

protokół zestawić.

-  Co  ty  mówisz,  to  krewa,   protokół  będzie  dyplomatyczny,   czyli  ze  trzy  razy  gorszy.  Po  dychu 

dostaniemy jak jeden grosz.

- Co tu robić?
- Nie ma innej rady, tylko musisz ich jeszcze raz przeprosić, że nic się takiego nie stało, że nie  

mamy   żadnej   pretensji,   po   prostu   drobnostkowe   nieporozumienie   towarzyskie.   A   potem   prędko 
wskoczyć na wózek i chodu.

- Nic nie pomoże, już zapisali twój numer. Ambasadziak dałby się może zblatować, ale ta chuda 

gidia z maszyną mówi, że nie daruje. Musiem jechać.

- 8 - 

background image

- No to jadziem, chłopakom z milicji się wszystko wytłumaczy. Już oni na pewno wiedzą o naszem  

samochodzie - pocieszał się Szmaja.

I obydwa samochody pozornie w najlepszej zgodzie ruszyły w drogę do najbliższego posterunku 

milicji.

W drodze Maniuś Kitajec roztaczał przed kolegami najgorsze czekające ich perspektywy.  Jeżeli 

nawet wyjdą po dziesięciu latach z mamra, co raczej jest wątpliwe, Apolonia Karaluch się już postara  
o drugiego męża. Murzynów teraz w Warszawie nie brakuje. Na samej politechnice studiuje ich coś 
piętnastu,   a   wiadomo,   że   studenciaki  to   głodny  naród   i  na   koryto   każdy   poleci.   I   to  jakie   koryto, 
kulinarne talenty pani Apolonii znane są i w Afryce. Więc osobiście on, Maniuś, jest spokojny, że 
następca Jumby w sercu jego małżonki będzie się poprawiał i. zyskiwał na wadze z każdym dniem. 
Liczba jego kakaowych dzieci, których ma dotąd siedmioro, wzrośnie wprost proporcjonalnie do ilości 
lat odsiadki.

Jumbo wyraźnie był struty tymi proroctwami, choć szczerzył wszystkie zęby w uśmiechu, na który  

przykro było patrzeć. Kiedy Maniuś chciał się zająć z kolei losem Szmai, ten odparł:

- A może tak byś o sobie z parę słów zaznaczył i pani Rypalskiej?
- Owszem, ja jeden będę wygrany, bo pani Rypalska nie wytrzyma tyle lat i zaręczy się chociażby z 

Konfiteorem.

-  A  ja  bym  wam  radził   nabrać  troszkie  powagi,   bo  wjeżdżamy do  Bocianowa   i  nie  wiemy,   czy 

tutejsze milicjanci to równe chłopaki z samopoczuciem wolnego żartu i kącikiem humoru.

- W przeciwnym wypadku możem tu pomieszkać czas jakiś bez krawatów i szelek.
Kiedy   auta   zajechały   przed   budynek   posterunku   milicji   w   Bocianowie   i   z   czarnej   szewrolety 

wysiadła   strojna   chuda   dama   z  rewolwerem   w   ręku,   dyżurny  milicjant   z  niezwykłą   przytomnością 
umysłu wskoczył do środka, zatrzaskując za sobą ciężkie, okute blachą drzwi i przez zakratowane 
okienko   obserwował   dalszy   bieg   wypadków.   A   gdy  w   polu   widzenia   oprócz   kobiety   uzbrojonej   w 
rewolwer   ukazał  się   jeszcze   Murzyn,   czujny  funkcjonariusz  zatrzasnął  dodatkową   grubą   pancerną 
klapę zamykającą okienko. Przybyli zaczęli się dobijać do drzwi, ale odpowiedział im tylko tupot nóg 
na schodach wewnątrz posterunku. Po kilku minutach jednak ktoś otworzył okno na pierwszym piętrze  
i ukazały się trzy głowy w urzędowych czapkach.

- Halo! Co jest? O co się rozchodzi?
- Dobry wieczór panom, cześć władzy. Prosimy tylko bez cykorii do nasz na dół. Rozchodzi się o 

załatwienie pewnej chwestii międzynarodowej - wyjaśnił patrząc w górę Maniuś Kitajec,

- Jakiej kwestii?
- Rozchodzi się o napad na szosie.
- Co, znowu napad? A kto was napadł, ta obywatelka z rewolwerem?
- Nie, to myśmy na nią napadli - wtrącił Murzyn.
- Co ty barłożysz,  nikt na  nikogo nie napadł, tylko  samochodu się szuka. No, zejdź na dół,  to  

wszystko po porządku opowiemy. Nie będę przecież krzyczał tu pod ścianą, i tak się całe miasto 
obudziło. Na pożar już dzwonią denerwował się Maniuś.

Rzeczywiście, gdzieś niedaleko w bocznej ulicy odezwał się dzwon na trwogę.
Przed   budynkiem   zebrało   się   już   sporo   ludzi,   gdy   otwarto   drzwi   posterunku   i   ukazał   się   sam  

komendant. Przeszył Maniusia zimnym wzrokiem i zapytał sucho:

- Kto tu składa zameldowanie?
- My składamy.
- Kto został napadnięty?
- Ci państwo.
- Przez kogo?
- Przez nas.
- Co to za żarty?
- To nie są żadne żarty. O to się rozchodzi, że te państwo składa na nas zameldowanie, że my na 

nich napadliśmy.

- A my na nich wcale nie napadliśmy, tylko my samochodu szukamy.
- Dobrze, ale dlaczego oni nic nie mówią?
- Z powodu, że nie władają po polsku, zagraniczne ambasadorzy są.

- 9 - 

background image

- I w taki sposób, my w zastępstwie zmuszone jesteśmy złożyć te zameldowanie na nasz samych.
Komendant popatrzył na Maniusia jeszcze surowiej i powiedział:
- Z kogo wy właściwie duraka odwalacie, z władzy na szczeblu powiatowym? Komu wy chcecie  

wstawić takie gadkie, przyjechaliście tu, żeby się własnoręcznie oskarżyć, do kogo ta mowa? 

- A jednakowoż tak jest.
- Dlaczego tak jest?
- Bo oni numer zapisali i jak złożą zameldowanie na szczeblu wojewódzkim w Warszawie, to czem 

większy szczebel, będzie większy klops, dlatego właśnie chcemy tu na miejscu całe rzecz załatwić.

- No to składajcie.
- Właśnie jechaliśmy szosą poszukując skradzionego nam kilka tygodni temu nazad samochodu w 

kolorze czarnem, marki Chevrolet Fleetmaster.

- Znaczy się tego? - zapytał milicjant.
-   O   właśnie,   sam   pan  komendant   się   naciął,   to   my  nie   mogliśmy  się   naciąć?   Okazało   się,   że  

samochód kropka w kropkie podobny, nawet prawe tylne sygnałówkie ma zbite, a okazuje się nie ten.

- To trzeba było przeprosić tych państwa i spokój.
- Kiedy nie dają się przeprosić.
- No bo pewno nie mogliście się porozumieć nie władając językami.
- Owszem, koleżka nasz Murzyn włada po amerykańsku. Ten pan nawet był do zgody, tylko ta 

zgaga z piórkami na głowie mu nie pozwala.

-   Obywatelu   Murzynie,   zapytajcie   się   jeszcze   raz   w   mojej   obecności   obywatelki   z   piórkami, 

dlaczego nie chce wam darować tej pomyłki.

Jumbo zwrócił się raz jeszcze do stojących obok w milczeniu cudzoziemców i ponowił przeprosiny. 

Pan   powtarzał   tylko:   „Yes!   Yes!",   pani   schowała   wprawdzie*   rewolwerek   do   torebki,   ale   wołała 
poirytowanym głosem: „No, no, no!", i zgłaszała gwałtowny protest.

- Karaluch, przetłomacz komendantowi, co ta zołza mówi - dlaczego nie chce darować.
- Mówi, że nie może darować, bośmy ją w korpus obrazili.
- Skarż mnie Bóg, zalewa kolejkie, nikt się jej do korpusu nie dotknął, kto by chciał zresztą.
-   Ona   mówi,   że   to   się   stało   za   pomocą   pogróżek   rewolwerem   i   że   ona   zażąda   satysfakcji   w  

zagranicznem   ministerstwie.   Jako   że   z  przyjęcia   we   francuskiej   ambasadzie   na   spacer   z  mężem 
wyjechała, została napadnięta w lesie...

Komendant potroił czujność.
- Ach, no tak, nareszcie się dowiedziałem, to wy członków obcej ambasady rewolwerem na szosie 

straszycie... A pozwolenie u was jest?

- Nie ma pozwolenia, nie ma i rewolweru - wtrącił się w tym miejscu Maniuś Kitajec.
- Jak to nie ma, kiedy obywatelka z piórkami stwierdza, że był.
- Był, ale straszak - wodniak.
- Jaki wodniak?
- Zaraz, Szmaja, dawaj no tu tego grata. Widzicie, komendancie, na oko wygląda to jak zwyczajny 

brauling, a jest śmigusówka. Naciskamy na cyngiel i wylata nam...

Maniuś nacisnął spust tak niefortunnie, że rewolwer wystrzelił strumieniem wody wprost w twarz 

komendantowi;  zrywając  mu urzędową  czapkę. Przerażony Maniuś skierował broń w bok pakując 
nowy strumień wody wprost w pierś sekretarza ambasady, aż mu goździk wyskoczył  z klapy, i w 
jednej   chwili   zamienił   wytwornego   dyplomatę   w  topielca   co   najmniej   tydzień   przebywającego   pod 
wodą.

I wtenczas nastąpiło coś nieoczekiwanego; dama w piórkach spojrzała na męża, wykrzywiła się 

spazmatycznie, zakryła sobie oczy i zaniosła się burzą niepohamowanego śmiechu. Ale w tej chwili 
Szmaja usiłując wyrwać rewolwer Maniusiowi skierował na nią prąd wody. W jednej chwili piękna 
jedwabna toaleta została przeobrażona w mokrą ścierkę, oblepiającą chudą figurę sekretarzowej, że 
wyglądała jak w kostiumie kąpielowym. Mimo to dyplomatka nie przestała się śmiać ocierając sobie 
twarz chusteczką.

Szmaja zatrzymał wreszcie jakoś strumień wody bijący z rewolweru jak z sikawki.
Komendant podniósł czapkę i chciał przystąpić do spisywania protokołu zajścia, kiedy sprzeciwiła 

się temu zmoczona dama. Oświadczyła przez Jumbę, że nie ma najmniejszej pretensji, bo w życiu się 

- 10 - 

background image

tak nie bawiła. Chciałaby tylko wiedzieć, gdzie można w Warszawie dostać taki pistolet z taką ilością  
wody i z taką siłą prądu.

- Nigdzie nie można dostać - wyjaśnił Maniuś - bo to jest wynalazek koleżki Szmai. Leworwer za 

pomocą szlaucha jest połączony z pięciolitrowym  podłużnem naczyniem, które koleżka  posiada w 
prawej nogawce spodni. Z tą chwilą, kiedy naciskamy spust, woda uderza nam na zewnątrz z siłą 
dwóch koni parowych na zasadzie syfonu z wodą sodową, czyli tyż selcerską.

To rzekłszy Maniuś wydobył giewonta, włożył sobie go w usta i chciał zapalić, ale nie doszło do  

tego:   mokra   dama   szybko   otworzyła   torebkę,   wyjęła   zeń   swój   srebrny   rewolwer,   przystawiła   go 
Maniusiowi niemal do twarzy i nacisnęła spust. Rozległ się słaby trzask, w lufie rewolweru ukazał się 
płomyk. Maniuś zapalił giewonta i z galanterią pocałował damę w rękę. Wówczas pani z dyplomacji 
klepnęła go poufale w plecy wołając:

- Hallo, boy!
Niewiele się namyślając Maniuś odwzajemnił się jej klepnąwszy ją serdecznie w prawy pośladek. 

Dama zaśmiała się, wsiadła z mężem do samochodu i odjechała.

Maniuś popatrzył za nimi chwilę, po czym rzekł z uznaniem:
- Równa babka, ale za chuda, duży palec sobie wybiłem.

IV.

Maniuś mieszkał w Alejach Jerozolimskich w wytwornym siedmiopokojowym apartamencie. Cztery 

pokoje były całkowicie wypalone podczas powstania, na równi z całym zresztą domem, z którego  
został właściwie tylko żelazobetonowy szkielet i to w połowie ocalałe mieszkanie na piątym piętrze. Tu 
właśnie zaraz w pierwszych dniach po powrocie do stolicy z popowstaniowej wędrówki ulokował się 
Kitajec. Odgrodziwszy się deskami od spustoszonej ogniem części apartamentu, zajął ocalałe trzy 
pokoje, kuchnię oraz łazienkę.

Lokal  był   naprawdę  luksusowy  jak  na  ówczesne  stosunki  warszawskie,   aczkolwiek  miał  pewne 

mankamenty. Mianowicie jeden z zajętych przez Maniusia pokoi był pozbawiony sufitu, drugi miał 
sufit,   brakowało   mu   jednak   czwartej   ściany.   Piękna   łazienka   wyłożona   zieloną   majoliką   była   w 
zupełnym porządku, miała pełne wyposażenie do kąpieli i zabiegów hydropatycznych, nawet w oknie 
firankę   pomalowaną   w   białe   mewy,   tylko   podłoga   była   nieobecna   i   wanna   oraz   wszystkie   inne 
aparatury wisiały w powietrzu, nad pięciopiętrową przepaścią, na dnie której widać było kłębiące się  
życie wielkiego miasta z tramwajami, autobusami itd.

Nowy lokator wyszukawszy z wielkim trudem ten apartament nie zraził się drobiazgami. Pokój bez 

sufitu   przeobraził   w   obszerny   taras,   drugi   bez   ściany   tworzył   wygodną   werandę   z   cudowną 
perspektywą na odbudowującą się stolicę. W oddali widać było stąd nawet błękitną wstęgę Wisły i 
zielony parawan okolicznych lasów. Ostatni pokój i kuchnia za to były w całkowitym porządku, miały 
nawet   częściowe   umeblowanie,   jak   piękny,   kremowym   lakierem   pociągnięty   kredens   kuchenny, 
biurko, bibliotekę złożoną głównie z dzieł medycznych, pozostawionych przez poprzedniego lokatora, 
prawdopodobnie lekarza, oraz niewątpliwie również do niego należący szkielet ludzki. Kościotrup był 
spreparowany w pozycji stojącej i wraz z biblioteką nadawał całemu wnętrzu trochę może surowy 
wygląd   pracowni   naukowej.   Reszta   jednak   umeblowania,   stanowiąca   już   własność   Maniusia, 
rozładowywała ten nastrój. Była to różowa bieliźniarka z lustrem do połowy rozbitym, polowe łóżko i  
nad nim dywan, przedstawiający tygrysa pożerającego antylopę, przy czym tygrys miał minę, jakby mu 
ten   wykwintny   posiłek   absolutnie   nie   smakował.   Kościotrup,   ubrany   w   świąteczny   garnitur   pana 
Maniusia i jego jesionkę, spełniając funkcję podręcznego wieszaka, stracił też wiele ze swej powagi 
anatomicznego   preparatu.   Toteż   pan   Maniuś   bardzo   szybko   zaaklimatyzował   się   w   swej   nowej 
siedzibie i było mu tam jak w raju. Na nieszczęście odwiedziła go kiedyś pani Rypalska i od tej pory  
zaczęła przychodzić stale i zaprowadzać nowe porządki w jego kawalerskim życiu. Co drugi dzień 
robiła   sprzątanie,   wietrzenie,   przepierki,   czyszczenie   ubrania,   przestawianie   mebli   z   wyjątkiem 
kościotrupa, którego jednak odwracała do ściany. W ogóle widać było, że planuje przeniesienie się do  
pana Maniusia na stałe. To go zatrwożyło. W dodatku pewnego dnia zjawił się jakiś facet z nakazem  
urzędu kwaterunkowego na zajęcie - w ramach tzw. zagęszczenia - jednej izby z używalnością kuchni 
i łazienki. Żeby go zniechęcić, Maniuś pokazał mu pokój bez sufitu i drugi bez ściany, ale kandydata 
na współlokatora zupełnie to nie zdegustowało. Łaził już sam po mieszkaniu, namyślając się, co zająć  
- pokój czy kuchnię.

- A co tu jest? - zapytał wreszcie gospodarza.

- 11 - 

background image

- Łazienka, ale tam pan nie wchodź, bo będziesz pan żałował - ostrzegł go Maniuś.
- Co mam żałować, nie boję się takich strachów.
I zanim się Maniuś zorientował, wszedł do łazienki i zawisł na klamce nad przepaścią. Kitajec z 

wielkim trudem zdołał go wyratować, wciągając za kołnierz do pokoju.

Cudem uratowany kandydat, nie powiedziawszy nawet „dziękuję", jak szalony wybiegł z mieszkania 

i więcej się nie pokazał.

To jednak przechyliło szalę, pan Maniuś postanowił „zagęścić" się dobrowolnie i własnoręcznie. W 

dwa dni chyba po zajściu z ambasadorską szewroletą, zaproponował braciom Piskorskim wspólne 
zamieszkanie. Obaj gnieździli się gdzieś kątem, jeden na Targówku, drugi w Jelonkach, zgodzili się 
więc chętnie i jeszcze tego samego dnia nastąpiła przeprowadzka.

Stasiek   i   Szmaja   zajęli   kuchnię,   Maniuś   został   w   pokoju,   odgrodzony   teraz   całkowicie   od   pani 

Rypalskiej.   Dla  większego   bezpieczeństwa   Piskorszczaki  ustawili   jeszcze  w  drzwiach   ubranego  w 
prześcieradło kościotrupa, nazwanego nie wiadomo właściwie przez kogo Ko-stkiem. Bardzo dobrze 
żyło się trzem kolegom w wytwornym mieszkaniu. Ustało wprowadzające tyle zamieszania sprzątanie, 
a jakoś porządek był.

Zresztą współlokatorzy rzadko się na ogół widywali. Maniuś i Stasiek tyrali na swoich wozach. Jeśli 

nawet nie mieli jazdy,  to zawsze  trzeba coś było dłubać przy samochodach. Szmaja wiecznie był 
zajęty   z   Murzynem   poszukiwaniem   śladów   zrabowanej   szewrolety.   Jeździli   też   na   pożyczonych 
taksówkach jako zmiennicy, żeby zarobić na życie.

Przeszło tak znowu parę tygodni. Aż tu pewnej nocy zaszło coś, co przewróciło do góry nogami 

ustalony porządek w apartamencie w Alejach.

Pan   Maniuś  jechał   wolno   Marszałkowską   „na   strzelca",   to   znaczy   szukając   pasażera   w   stronę 

Ochoty, gdzie garażował. Ale na ulicy było pusto, zacinał deszcz.  Koło Wilczej co prawda jakichś 
dwóch   fagasów   w   beretach   i   przemoczonych   płaszczach   płóciennych   chciało   jechać   do   wsi   Las, 
niedaleko Falenicy, ale Maniuś odpowiedział:

- Owszem, do lasu mogie jechać, ale jutro od rana. Dzisiaj pogoda się nie nadaje.
- A jak my wezwiem władzę, to będziesz pan musiał jechać.
- Owszem, z władzą pojadę, ale sam nie.
- Co, pan masz nasz za element, czy jak?
- Nie wiem, nie znam się na tem, przesądny jestem, w nocy za miasto nie jeżdżę. Dobranoc. - I 

Kitajec dodał gazu. Zwolnił jednak przy przystanku tramwajowym, gdzie oparta o słupek stała młoda 
kobieta, w przemoczonej sukience w kwiaty, na której miała żakiet od ciemnego kostiumu. W ręku 
trzymała plastykową torbę, wyładowaną jakąś paczką owiniętą w gazetę.

Maniuś podjechał i zawołał z głębi wozu:
- Laleczka do domu, dzisiaj już po karierze.
Dziewczyna   patrzyła   przed   siebie   jakby   nic   nie   widzącymi   oczami.   Była   z   gołą   głową,   deszcz 

poprzylepiał jej kosmyki jasnych włosów do czoła, uszu i nosa. Zastanowił Maniusia jej nieruchomy  
wzrok, wpatrzony w jeden punkt jakby na drugiej stronie ulicy. Spojrzał tam również - nic nie było  
widać prócz strug załamującego się w świetle jarzeniowych lamp deszczu.

Pomedytował chwilę, wychylił się wreszcie z samochodu i zawołał:
- Panienko... proszę pani!
Nie odpowiadała. 
- Na co pani czeka? Dzisiaj już tramwaju nie będzie, może podwieźć gdzie?
Milczała. Zdawało mu się, że twarz jej drgnęła i że oprócz kropli deszczu spływają jej po policzkach 

łzy.

Zjechał na bok, wysiadł i podszedł blisko.
- Bardzo przepraszam, to może rzecz nie moja, ale nie mogie patrzyć, jak pani tak moknie, jak  

pragnę zdrowia. Podrzucę, gdzie pani chce. Jak pani nie ma moniaków, trudno się mówi, odda pani  
kiedy indziej, albo do „Expressu"„.

- Niech pan mnie zostawi w spokoju.
- Za mokro na spokój, moja panienko... Już proszę wsiadać do samochodu. Jakbym się uparł i znał 

mamusię, mógłbym być pani ojcem.

Dziewczyna rozpłakała się głośno.

- 12 - 

background image

- Ja nie mam dokąd jechać...
- O, takie buty... ale to nic, na deszczu nie będziem gadać, wsiadamy.
Posadził ją obok siebie i wolno ruszył, skręcili w Aleje, zatrzymał wóz koło ulicy Pankiewicza i podjął 

znowu zaczętą rozmowę.

- To panienka nietutejsza, z prowincji i nie ma nikogo w Warszawie?
- Nie mam... przyjechałem z daleka... co ja teraz zrobię... co ja teraz zrobię... - mówiła jakby do 

siebie, wytężając wzrok, jakby chciała przebić nim jakieś straszliwe ciemności losu.

- Zaraz, zaraz, wolnego, może coś wykompinujem. Po co pani przyjechała do Warszawy, panno 

Krysiu?

Spojrzała na niego i jakby lekko się uśmiechnęła.
- Danka mam na imię.
- Nie szkodzi, myślałem, że trafię i wygramy w totolotka. Otóż więc po co pani odwiedziła naszą  

kochaną stolicę?

- Przyjechałam z narzeczonym... Mieliśmy kupić mieszkanie...
- I narzeczony nawiał z forsą.
Rzuciła mu spojrzenie pełne zdumienia i przestrachu:
- Skąd pan wie... skąd pan wie... czy zna go pan może?
- Nie, ale życie znam, panieneczko, i narzeczonych różnych się widziało. W Warszawie to stary 

numer przedwojenny, sprzed japońskiej wojny. Kazał pani czekać przed bramą, a sam poszedł na  
górę wpłacić pieniądze, sam, bo tamten gość obawiałby się przy świadkach przyjąć, z powodu że 
handel mieszkaniami jest pod kodeksem... 

Patrzyła na niego z zabobonnym strachem.
- Zgadza się co do grosza, prawda?
- Tak, tak, wszystko tak było.
- Pani czekała trzy godziny, myślała pani, że może go napadli, może aresztowali, może zemglał 

gdzie na schodach. Obeszła pani wszystkie klatki schodowe i pokazało się, że dom jest przechodni...

- Boję się pana, pan jest jasnowidz... czarodziej...
-   Jaki   tam   czarodziej,   warszawski   szofer  jestem   i   niejedną   taką   kołomyjkę   widziałem   w   swojej 

karierze. No i widzi pani, nie ma czego płakać, nie pani pierwsza, nie pani ostatnia. Mogło być gorzej.  
Trafiają się czasem narzeczeni takie, jak ten Mazurkiewicz, czytała pani, życie odebrać może.

- On mi więcej odebrał niż życie. On mi zabrał wszystko, dom... rodziców, przyjaciół, ja nie mogę 

tam wrócić.

- Pieniążki byli tatusia?
Znowu spojrzała na niego z przerażeniem.
- Tak.
- Sam sobie winien, że trzyma w domu, a nie w Pekało, a dużo tego było?
- Dwadzieścia tysięcy.
- I to znowu nic takiego... A duże to miało być te mieszkanie, że taka taniocha?
- Dwa pokoje z kuchnią.
-  To  darmo.  Trzy  izby  taniej  jak za   sześćdziesiątaka  w  Warszawie   nie   przechodzą.  Faktycznie 

szkoda takiej okazji.

- Pan sobie żarty ze mnie stroi.
- Płakać nie ma czego. Ja pani coś doradzę Zawieze panią teraz do hotelu.
- Nie, nie, ja do hotelu nie pojadę. Pan nie zna mego ojca, znajdzie mnie i zabije.
- No, nie tak łatwo zabija się niegrzeczne dzieci za byle co. Ale jak pani nie chce, to nie. Zresztą i  

tak nie ma pokoi. W warszawskich hotelach nigdy nie ma pokoi... Co tu faktycznie zrobić? Żeby to był  
dzień, tobym paniusie gdzie u znajomych umieścił, ale w nocy mokrego kociaka ludziom do łóżka 
podrzucać nie wypada. Mam jedne myśl, tylko nie wiem, czy się pani zgodzi. Zawiózłbym panią do 
siebie do domu. Mieszkam z dwoma koleżkami.

Dziewczyna chwyciła za klamkę.
-   Zaraz,   niech   się   pani   nie   boi.   Daję   pani   oficerskie   słowo   honoru,   że   nie   ma   się   pani   czego 

obawiać. Oficerem nigdy nie byłem, ale to jest podobnież słowo honoru w najlepszem gatunku. My z 

- 13 - 

background image

koleżkami zanocujemy w kuchni, a pani zajmie na tę noc pokój, wejście jest oddzielne, przez taras.  
Klucz pani otrzyma samodzielny. Jutro pomyślemy, jak załatwić tatusia. No co, zgoda? Jakie pani ma 
inne wyjście, panno Danusiu?

Dziewczyna moment łamała się ze sobą, wreszcie opuściła głowę.
Pan Maniuś nacisnął gaz i warszawa pomknęła Alejami rozbryzgując wokoło strumienie brudnej 

deszczówki. Zajechali po chwili przed dom, w którym znajdował się apartament. Maniuś zostawił wóz 
na   ulicy,   szarmancko   chwycił   Dankę   pod   rękę   i  przez   wypaloną   bramę   poprowadził   zmoczonego 
gościa na frontowe schody.

- Jak pani widzi, wejście niekrępujące, bo ciecia nie trzymam, z powodu że dom jest jednorodzinny i 

nie opłaca się.

Danka patrzyła na gołe, poczerniałe od pożogi mury ogromnej klatki schodowej, na popękane w 

ogniu   stopnie   marmurowych   schodów,   na   czeluście   mieszkań   bez  drzwi   i  widoczne   przez  otwory 
okien, miarowo kołysane wiatrem, uliczne latarnie. Strach brał ją coraz większy, kilka razy chciała 
wyrwać swą rękę z uścisku nieznanego mężczyzny i uciekać. Ale gdy sobie przypomniała, co ją czeka 
na ulicy, szła dalej. Na piątym chyba piętrze Maniuś zatrzymał się przed jednymi z dwojga drzwi,  
zaopatrzonych w surowe, pobejcowane tylko skrzydła, wydobył z kieszeni klucz, otworzył i powiedział 
do Danki z dworskim niemal ukłonem:

- Prosiemy.
Dziewczyna   weszła,   krzyknęła  przeraźliwie   i  prawie  zemdlona  padła w ramiona idącego  za   nią 

Maniusia. W słabym świetle kieszonkowej latarki Kitajca stał w białym prześcieradle kościotrup z fajką 
w zębach.

- O przepraszam, najmocniej przepraszam... ale to nic, to tylko Kostek. Spokojny chłopak, chociaż 

troszkie mizerny. Widzi pani, on tu pilnuje mieszkania... Ale zaraz go tu nie będzie, już go zabieram. 
No, zjeżdżaj stąd.

Wystawił szkielet na klatkę schodową, sam zakrzątnął się po pokoju, przygotował łóżko dla Danki i 

wyszedł wręczając jej klucz. Usiadła na krzesełku oddając się znowu swoim rozpaczliwym myślom.

Za drzwiami wiodącymi do  kuchni słyszała   jakieś  szepty.  Ktoś tam  chodził,  skrzypiała  podłoga, 

wreszcie doleciało ją wyraźnie dziwne zdanie wypowiedziane półgłosem:

- W. razie czego ręka, noga, mózg na ścianie! Kape!

V.

Łomot spadającego na podłogę jakiegoś ciężkiego przedmiotu obudził Dankę z niespokojnego snu. 

Półprzytomna   usiadła   na   posłaniu   rozglądając   się   przerażonym   wzrokiem   po   nieznanym   pokoju, 
oświetlonym na różowo przez wschodzące słońce.

Na  razie  nie  mogła  sobie przypomnieć,  skąd  się  tu wzięła.   Ale  usłyszała  rozmowy  płynące  jak 

gdyby zza zamkniętych drzwi, które wiodły - widocznie - w głąb mieszkania.

- Co się stało? - pytał jakiś rozespany męski głos.
- Szmaja ze stołu zleciał - odpowiedział mu drugi równie senny organ.
- Ach-że ty, aflego, boża krówko, musisz się we śnie rzucać jak ryba w balii? Co ci się śniło, że  

turecki maharadża jesteś, na podwójnej otomanie z wałkamy kimasz? Piruety na stole odprawiasz,

- I mnie na łeb spadł, uważasz, a tak mnie przyiwanił kolanem w ucho, że na lewe stronę nic nie  

słyszę - wtrącił głos drugi.

-   Chciałem   się   przewrócić   na   drugi   bok,   a   tu   wąsko   jak   cholera   -   tłumaczył   się   ktoś   trzeci 

podniesionym nieco tonem.

- Ciiiicho! Żłobie bez salonowego samopoczucia. Obudzisz ją - przejmującym szeptem przywiódł go 

do porządku głos pierwszy, po którym Danka poznała swego wczorajszego opiekuna.

Żywo   stanął   jej   przed   oczyma   cały   wczorajszy   straszny   dzień   i   jego   epilog   w   postaci   noclegu 

zaofiarowanego przez nieznajomego szofera. Pamiętała, jak tu weszła, jak usiadła na krzesełku, nie  
wiedziała tylko, kiedy położyła się w ubraniu na polowym łóżku. Zerwała się zeń teraz, chcąc uciekać 
stąd, biec gdzieś przed siebie... Tak, ale dokąd? Usiadła na krzesełku, machinalnie wyjęła z torebki 
lusterko i przeraziła się spojrzawszy na siebie. Szybko wydobyła grzebień, puder, puszek i oddała się 
całkowicie ratowaniu swego wyglądu.

- 14 - 

background image

Za drzwiami panowała cisza przerywana od czasu do czasu krótkim szeptanym dialogiem w takim 

mniej więcej rodzaju:

- Maniek, można wstać?
- Leeeż!
- Kiedy ja czasu nie mam, na szóste z Szuwaksem, się umówiłem, mamy lecieć do Radomia, tam 

jest podobnież nasz samochód.

- To polecicie o siódmej.
- No... dobra... - odpowiedział ktoś inny z westchnieniem.
Po chwili rozmowa zaczęła się na nowo:
- Marian, a na stole można się położyć?
- Nie, znowuż wygruzisz się na mordę, rabanu narobisz i jeszcze za bratobójcę się zostaniesz. 

Kimaj na podłodze.

- Kiedy tu strasznie twardo i karaluchy w nos mi włażą.
Danka słyszała te rozmowy, chciała dać do zrozumienia gościnnemu gospodarzowi, że już nie śpi i  

ruch w sąsiednim pokoju absolutnie jej nie będzie przeszkadzał. Wstała więc z krzesła, przeszła się 
kilkakrotnie po pokoju, lekko odkaszlnąwszy.

Ale skutek był wprost przeciwny jej zamierzeniom. Głos pierwszy wyraźnie wzburzony szeptał:
- No, widzisz,  cóżeś narobił, ćwoku z samego środka wsi, obudziłeś ją, przespać się nie dałeś  

dziewczynie po takiem nieszczęściu, ale ja z tobą się oblecę, niech tylko jedną skargie usłyszę.

- A cóżeś ty się zakochał w niej z miejsca na tem deszczu, jak pragnę zdrowia?
Rozmowę przerwał taki odgłos, jakby ktoś w kogoś butem rzucił.
Po czym zaczął się za drzwiami przytłumiony szum poranny.
Po dłuższym czasie do drzwi frontowych ktoś zapukał. Danka otworzyła z klucza, wszedł Maniuś.
- Dzień dobry, no jak się pani spało? Co słychać, weselsza pani troszkie?
- Owszem, lepiej się czuję. Było mi bardzo dobrze, tylko mam wyrzuty sumienia, że panów, to jest 

pana i kolegów, naraziłam na niewygody.

- Nasz na niewygody? W jaki sposób? Spaliśmy jak lalki. Stasiu, Wacuś, chodźcie no tu - zawołał 

pan Maniuś w stronę drzwi kuchennych.

Po chwili weszli szurając lekko nogami obaj bracia.
-   Pani   pozwoli   się   poznać.   Panowie   Piskorskie   Stanisław   i   Szmaja   -   prezentował   ich   z   miłym  

uśmiechem.

- Słuchajcie, chłopaki, pani nasz tu zagina, że myśmy się przez nią wymęczyli i temuż podobnież - 

tu spojrzał groźnie na obydwu współlokatorów. - Powiedzcie no, czy wam się źle spało?

Bracia, na których uroda Danki zrobiła najwyraźniej duże wrażenie, zaprzeczyli z wielką energią.
- Komu? Nam? Niech ja skonam, w życiu tak nie spałem - powiedział jeden.
- Skarż mnie Bóg, braciszek prawdę mówi. Pierwszy raz w życiu tak spaliśmy - dodał drugi.
- Mamy w kuchni trzy tapczany - szybko wyjaśnił Maniuś.
- I stół - powiedziała z lekkim uśmiechem Danka.
- I, rzecz jasna, stół - powiedział Maniuś nie bardzo rozumiejąc, dlaczego Danka o tym mówi. Ale 

nagle połapał się, speszył lekko, spojrzał groźnie na Szmaja

- A może pani szanowna słyszała ten hałas, faktycznie koleżka ze stołu zleciał, ale nie dlatego, że 

pani u nasz nocowała, tylko on zawsze na stole sypia, taki honorowy, lubi się wywyższać.

Danka podała Szmai rękę uśmiechając się doń przepraszająco.
- Niech się pan na mnie nie gniewa,  ale to pierwszy i ostatni  raz  przeze  mnie musiał pan się 

wywyższać. Zaraz stąd odchodzę.

Młodszy Piskorszczak ściskając ją za rękę bełkotał:
-   Jakie   wywyższać...   co   tam   pan   Kitajec  barłoży..,   jakie   znowuż   zaraz   odchodzę...   do   kogo   ta 

mowa?

- Faktycznie o odchodzeniu nie będziem na razie mówić - podjął Maniuś - aż się czegoś jak się 

należy nie wykompinuje.

- 15 - 

background image

- To my leciem do roboty, a pani się tu zostanie, fest sobie wypocznie, ochajtnie się, tylko broń 

Boże do łazienki niech pani nie wchodzi - woda jest w kuchni, maszynka gazowa i temuż podobnież.  
Koledzy się spieszą, to ja chwilowo podam pani tutej śniadanko, my już jedliśmy, i wszystko będzie  
korekt.

Bracia Piskorscy wyszli   z wytwornymi  ukłonami,  a Maniuś,  mimo zapewnień  Danki, że   nie  jest 

głodna, że nic by przełknąć nie mogła, wypadł do kuchni.

Wrócił stamtąd po chwili niosąc patelnię jajecznicy chyba z sześciu jaj oraz na talerzu pęto kiełbasy 

na gorąco. Następnym kursem przytaszczył gościnny gospodarz chleb, masło i imbryk z herbatą.

Danka patrzyła na to wszystko z przerażeniem i wreszcie zapytała:
- Dla kogo pan to szykuje?
- Jak to dla kogo? Wiadomo - na zmartwienie nie ma lepszego lekarstwa, jak przetrącić coś niecoś.
- Przecież ja przez rok bym tego wszystkiego nie zjadła.
. - Nie znam się na tem, w Warszawie pani się znajduje. U leguralnego warszawiaka gość nie ma 

prawa być głodny, taki jest przepis wykonawczy, nic na to nie poradziem. Trzeba siadać i wiosłować  
jajecznicę.

Tu   Maniuś   wręczył   Dance   dużą   łyżkę   i   szybko   wyszedł.   Po   chwili   wrócił   i   zrobił   jej   piekielną 

awanturę,   że   zjadła   tyle   co   kot   napłakał.   Oświadczył,   że   w  tych   warunkach   nie   może   się   podjąć 
dalszego matkowania i natychmiast odwiezie ją do ojca.

Z trudem przełknęła jeszcze łyżkę jajecznicy, a on tymczasem wtajemniczał ją w plan działania, jaki  

sobie wytknął.

Jeżeli nie chce zawiadomić rodziców o miejscu swego pobytu, może chwilowo tego nie robić, trzeba 

jednak napisać do nich list z przeprosinami i „żalem za grzechy".

- Po paru dniach, jak się stary pogodzi już troszkie z losem, skopiuje się drugi list z objaśnieniem, 

co i jak było, i można w nim będzie nadmienić, że narzeczony przy bliższem poznaniu okazał się 
skończonym draniem i wystawił nasz do wiatru - mówił Maniuś z przejęciem. - I jak tatuś sobie życzy, 
możem przyjechać do domu, a możem tyż skoczyć do Wisły. Do pucu tak napiszem - rzecz naturalna.  
Nie ma ojca, któren dla dwudziestu patyków chciałby zobaczyć córkie w prosektorium na Oczkach. A 
o wiele taki by się znalazł, to pies z niem tańcował, nie warto mu przebaczać i tylko należy żałować, że 
tych forsiaków nie było więcej. Chociaż z drugiej znowuż strony inaczej wychodzi - narzeczony więcej 
by się obchapał. Jednem słowem list się pchnie i będzie się czekało odpowiedzi na poste restante. 
Dobrze wykompinowane, co?

Chociaż Danki nie zachwycił wcale ten plan, zgodziła się na wysłanie listu, powiedziała jednak, że 

do domu wrócić na razie nie będzie mogła. Chce pracować, będzie jadła suchy chleb i piła czystą 
wodę, ale musi odłożyć pieniądze, które zabrała, i zwrócić je ojcu...

- Owszem, myśl nie jest zła, tylko że przy naszych pensjach musiałoby to potrwać troszkie dłużej, 

jakieś sto dwadzieścia lat, i ojczulek mógłby się nie doczekać. Ale spróbować możem. Tak czy siak list 
trzeba skopiować, a za robotą się rozejrzeć. - Tu Maniuś obiecał poruszyć natychmiast swoje szerokie  
stosunki potrzebne przy wyszukaniu jakiejś posady.

Na razie musi Danka pozostać tu jednak i poczekać, z czym on wróci z miasta. Gdyby się nudziła, 

może sobie coś przeczytać. Książek tu nie brakuje, są co prawda przeważnie doktorskie, ale można 
cóś wybrać.

Sięgnął Maniuś do szafy, wziął z półki pięknie oprawiony w półskórek tom, ale zaraz go odłożył, 

tytuł bowiem brzmiał „Choroby pęcherza i gruczołu krokowego". Drugi też nie zapowiadał się zbyt  
interesująco, traktował bowiem o leczeniu schorzeń powstałych na tle nadużycia alkoholu. Najgorszy 
był trzeci, bo nosił tytuł „Sposoby stosowane przez samobójców". Pan Maniuś wsunął go pospiesznie 
pod bibliotekę i powiedział: - O, najlepiej, jak pani sobie przeczyta  „Przekrój". Z zeszłego roku co 
prawda, ale bardzo ciekawy numer.

Zaprowadził   Dankę   do   kuchni,   wtajemniczył   ją   we   wszystkie   urządzenia   i   instalacje   i   wyszedł 

zapowiadając swój powrót z dobrymi nowinami za kilka godzin. Dziewczyna podeszła do okna, chwilę 
patrzyła  na poruszających  się w głębi przepaści ludzi jak mrówki i tramwaje  podobne do pudełek 
zapałek,   zakryła   sobie   oczy   i   cofnęła   się   do   kuchni.   Potem   dla   zabicia   czasu   zaczęła   z   grubsza 
sprzątać kawalerskie królestwo swoich gościnnych gospodarzy.

Pozmywała   przede   wszystkim   stertę   naczyń,   zgromadzoną   pod   tapczanem,   z   kredensu   wyjęła 

wtłoczoną tam siłą pościel, odnalazła w bieliźniarce czyste powleczenie, przyszyła brakujące guziki i 
postanowiła   przeprać   nie   pierwszej   świeżości   ręczniki   rozwieszone   na   krześle.   W   poszukiwaniu 
większego kawałka  mydła otworzyła  drzwiczki trójkątnej spiżarki umieszczonej w rogu koło okna i 

- 16 - 

background image

odskoczyła   z   przeraźliwym   krzykiem.   Ze   spiżarki   wypadł   na   nią   kościotrup   ubrany   tym   razem   w 
skórzaną szoferską kurtkę.

Ledwo żywa wbiegła do pokoju, przekręciła za sobą klucz w zamku. Chciała uciec na dół, między 

ludzi, ale po dłuższej walce z sobą otworzyła z powrotem drzwi kuchni i spojrzała przez szparę.

W słonecznym świetle szkielet leżący na podłodze w kurtce Maniusia wydał jej się mniej straszny.
„To tylko Kostek, porządny chłopak, chociaż troszkę mizerny" - przypomniała sobie słowa szofera. 

Weszła, zamknęła oczy i namacawszy pręt, na którym Kostek był zawieszony, wyniosła go w głąb 
apartamentu na taras, to znaczy do pokoju pozbawionego sufitu.

Zamknąwszy   za   nim   starannie   drzwi,   wzięła   się   do   szorowania   podłogi,   nie   poddawanej   temu 

zabiegowi od niepamiętnych czasów.

Przy  tej mokrej  pracy zastał  ją   powracający  z  miasta  Maniuś.  Ujrzawszy,  co   się  święci,   prawy 

właściciel tych pieleszy wpadł w straszny gniew.

- Co pani wyprawia, jak pragnę zdrowia. Wielkanoc czy jak, kto pani pozwolił do czyjejś podłogi się 

dotykać. Ze brudna, no to co, a może my właśnie mamy takie życzenia, a może taka cieplejsza, bo 
mrozu nie przepuszcza. Już niech pani to zostawia, umyje rączki, buziuchne, podszykuje się troszkie i 
odjazd. Na obiad jedziem.

I nie zwracając uwagi na protesty Danki, wyeskpediował ją do pokoju, sam dokończył szorowania 

podłogi i poczekawszy, aż się dziewczyna ubierze, sprowadził ją na dół.

Tam wsiedli w szarą warszawę i pojechali na obiad do „Oazy" na Targową. Maniuś dwoił się i troił, 

żeby obiad wypadł najokazalej.

Były nawet sardynki na przystawkę i dwie tabliczki czekolady „Stołecznej" fabryki im. „22 Lipca" na 

deser. Jednak ku wielkiemu zmartwieniu fundatora Danka jadła bardzo mało.

Po obiedzie rozpoczął się rajd w poszukiwaniu posady i odpowiedniego locum dla młodej panny 

bez rodziców.

Najpierw złożono wizytę Sabci Sobczakowej, obecnie kierowniczce cukierni WZG „Ślicznotka" na 

Muranowie. Sabcia odniosła się bardzo serdecznie do Danki, okazała jej wiele współczucia w związku 
z kantem, jaki jej zrobił narzeczony „zawijając fraka" z pieniędzmi na mieszkanie, ale konkretnie nic 
pomóc nie mogła.

Sama, jak pan Marian wie, gnieździ się z Władkiem i dziećmi w pokoju z kuchnią, tak że tam już 

palca nie da się zmieścić, a nie dopiero takiej osoby. Sprawa mieszkania więc odpada. Jeżeli chodzi o 
posadę, to owszem, jest wakans na lodach w oknie wystawowym na ulicy. Ale teraz letnią porą WZG i 
tak lodów na-starczyć nie może, no i przeróbka okna wystawowego musi potrwać, to prędzej jak w 
połowie   grudnia   tych   lodów   nie   da   się   otworzyć,   chociażby   się   człowiek   nie   wiadomo   jak 
gimnastykował.   Ale   Sabcia   pomyśli,   co   z   tym   fantem   zrobić,   i   jak   tylko   „wykompinuje"   coś 
odpowiedniego, zaraz da znać przez Władka.

- Jednem  słowem  czekaj  tatka  latka,  jak zobaczysz  Władka - powiedział  Maniuś z  przekąsem, 

pożegnał się i odjechał ze swą podopieczną na Służewiec do państwa Karaluchów.

Pani Apolonia spojrzawszy tylko raz na Dankę orzekła, że nie może jej przyjąć nawet na jedną noc,  

tak ma ciasno w mieszkaniu. Chodziło jej wyraźnie o to, że Jumbo jest niezmiernie łasy na blondynki.

Jeździli   jeszcze   do   pana   Konfiteora,   dyrektora   technicznego   spółdzielni   pracy   „Wieczny 

Odpoczynek". Pan  Konfiteor przyjął  ich  z otwartymi  rękami,  obiecał  wystarać  się  o posadę, ale z 
noclegiem   i   tu   było   gorzej,   gdyż   właśnie   wczoraj   rozebrano   ruinę,   w   której   dotąd   mieszkał.   Ma 
wprawdzie obiecany piękny dwupokojowy lokal z nowego budownictwa, ale za parę miesięcy, na razie  
tu w zakładzie sypia w trumnie. Może służyć bardzo ładną jasną, wygodną „czwóreczką" ze złotymi 
okuciami, ale nie  wie,  czy panna Danusia będzie  chciała  nocować tu sam na  sam z mężczyzną. 
Maniuś   odrzucił   tę   propozycję   stanowczo,   w   sprawie   posady   obiecał   jednak   jeszcze   zajrzeć. 
Przygnębieni wrócili w Aleje.

I   w   ten   sposób   stało   się,   że   Danka   została   na   razie   w   apartamencie.   Mimo   protestów 

współlokatorów ujęła całe gospodarstwo we własne, jak się okazało, energiczne ręce.

Sprzątała,   prała,   wprowadziła   przymusowe   obiady,   na   które   szoferzy   musieli   przyjeżdżać   z 

oddalonych   nawet   dzielnic,   narażając   się   na   wymyślania   pasażerów   za   odmowę   jazdy.   Usiłowali 
trochę nawet się buntować, ale Danka przeprowadzała w końcu zawsze to, co chciała. Największa 
awantura wynikła przy przenosinach mężczyzn do pokoju z kuchni, niepodzielnie zajęła ją bowiem 
młoda gosposia.

Najgłośniej protestował Maniuś, wodząc za nią rozkochanym wzrokiem.

- 17 - 

background image

-   Co   jest   za   granda,   jak   pragnę   zdrowia,   żeby   bezpłatna   pomoc   domowa   państwem   rządziła! 

Państwo nie mają życzenia spać w pokoju, tylko w kuchni, do wielki Anielki, i proszę się nie sprzeczać, 
bo wymówiem miejsce od pierwszego.

Danka   przyjmowała   te   protesty   śmiechem   i   robiła   ze   swoimi   „państwem",   co   tylko   chciała, 

wyręczając się często szoferami w różnych sprawach gospodarskich. Prawą, a właściwie lewą jej ręką  
był jednak Szmaja. Chodził z nią do magla, stał za nią w ogonkach, obierał jej kartofle albo majstrował  
coś przy stałym remoncie apartamentu.

Oczywiście w chwilach wolnych od jazdy i poszukiwań szewrolety.
Bo poszukiwania trwały nadal, aczkolwiek bez rezultatu. Jumbo i Szmaja „co i raz" otrzymywali jakiś 

cynk, po którym znikali z Warszawy na parę dni. Wracali źli i przygnębieni. Wtenczas Danka musiała  
pocieszać i rozweselać Szmaję, choć i jej wcale nie było ,do śmiechu. Na obydwa listy ojciec nie  
odezwał   się   nawet   słowem.   Z   posady   też   nic   na   razie   nie   wychodziło.   Sytuacja   stawała   się 
beznadziejna.

Wtedy Jumbo i Szmaja poznali Szerloka.
A zaczęło się to tak.

VI.

Długi rząd taksówek stał wzdłuż prawego chodnika na Hożej zaraz za Marszałkowską. Chorągiewki 

przy licznikach opiewały, że pojazd jest „wolny", ale nie miało to żadnego praktycznego znaczenia dla 
kandydatów na pasażerów, którzy podchodzili niecierpliwymi, spieszącymi się krokami, zaglądali do 
taksówek, machali rękami i szli dalej lub rozglądali się wokoło, czy nie nadchodzi który z nieobecnych  
kierowców.

Byli tacy, co pytali o nich siedzącego w porannym słońcu na ławeczce przed bramą starszego pana 

o wyglądzie stylowego warszawskiego gospodarza domu, dawniej dozorcy, a jeszcze dawniej stróża, 
recte ciecia. Nie odpowiadał od razu, zaciągał się dymem fajki, spluwał daleko przed siebie, po czym 
dopiero wyjaśniał niechętnie:

- A gdzie mają być - na flakach.
- Daleko stąd?
- A co mają być daleko. U „Flisa".
- A gdzie ten „Flis"?
- Coś pan ze wsi, czy jak? A o - „Flis". - I ruchem fajki pokazywał o dwa, trzy sklepy dalej buchające  

parą i specyficznym jakimś zapachem wejście do gastronomicznego lokalu pod szyldem WZG. - Fla-
czarnia „Flis".

- A długo oni tam siedzą zwykle u tego „Flisa"?
- Coś pan do szkoły nie chodził, wiadomo, że długo, od ogonka zależy, raz dłuższy, raz krótszy. 

Dzisiaj krótszy, czasem to aż do Marszałkowskiej.

- To dobre tam muszą być flaki.
- Co mają być dobre, flaki są. A gdzie indziej nie ma. Dobre flaki to byli, uważasz pan, przed tamtą  

wojną   na  Podwalu,   flaczarnia   przy  flaczarni,   sześć  groszy,   czyli   trzy   kopiejki   porcja   z  pulpetamy, 
kiszką z krakowskiej kaszki i bułką mularką. Także samo trąbizupka jeździła po mieście z flakamy, 
stanęli   na   rogu,   zagrali   na   trąbie,   ludzie   z   garnkami   z   dziesiątej   ulicy   lecieli.   Ale   to   byli   flaki   te 
dawniejsze   -   na   palec   grubości,   na   rosole.   U   tego   „Flisa"   nie   wiem,   nie   jadłem,   może   i   niezłe. 
Warszawiacy   lubieją   flaki,   to   dobre   niedobre   młócą   na   potęgie.   Gości   z   powożącego   fachu   tam 
najwięcej.

Istotnie, zakład gastronomiczny „Flis" stanowi tak jakby warszawski „Rotary Club" dla zawodowych 

automobilistów, pełno tam właścicieli praw jazdy I i II kategorii. Konsumpcja odbywa się systemem 
samoobsługowym   -   w   pozycji   stojąco-chodzącej,   co   również   jest   miłym   urozmaiceniem   dla   ludzi 
siedzących cały Boży dzień za kółkiem. Przyjemnie też jest pogadać sobie w ogonku do kasy czy do  
kuchni ze spotkanym przypadkowo koleżką. Można też tam złapać czasem jakiś luksusowy kurs na 
wesele   albo   do   innego   miasta.   Toteż  zarówno   Maniuś  Kitajec,   jak  i  wszyscy   jego   przyjaciele   nie 
pomijali okazji, by wpaść tu na porcję flaków.

- 18 - 

background image

I dlatego nie zdziwił się wcale Kitajec, wchodząc pewnego dnia do „Flisa", kiedy przy pierwszym  

stojaku na prawo ujrzał obu braci Piskorskich i Murzyna Jumbo zajętych ożywioną rozmową z jakimś 
nieznanym osobnikiem o dziwnie węszącym wyrazie twarzy. Spiczasty nos wyciągnięty przed siebie, 
jak gdyby wietrzył niewiadomą zdobycz, małe, bystre oczki, cyklistówka w kratkę i fajka składały się na 
obraz typowego detektywa z przedwojennych powieści zeszytowych. Kłóciła się z nim może trochę 
nowoczesna egzystencjalistyczna broda okalająca całą twarz. Przed każdym z uczestników dyskusji 
stała wystygła porcja flaków, ważna więc to musiała być rozmowa. Maniuś podszedł, przywitał się z 
kolegami, nieznajomy również wyciągnął do niego rękę, przedstawiając się:

- Szerlok.
- Arsen Lupin - odrzekł bez mrugnięcia okiem Maniuś.
- To nie jest przecież pańskie nazwisko.
- Nie jest, ale ja Szerloka znam osobiście z czytania, pan jesteś podobny, ale ciut-ciut za młody.
- Szerlok to moje pseudo.
- A Lupin znowuż moje i jesteśmy kwit. 
Nieznajomy popatrzył przeciągle na Maniusia, a potem zwrócił się do jego przyjaciół:
- Może panowie wyjaśnią koledze, kim jestem i co jest tematem naszej konferencji.
- Maniek, nie strugaj wariata, tylko posłuchaj, co i jak jest. Pan Szerlok jest prywatnym dede...
- Detektywem.
- Znaczy się tajniak na prywatnych papierach. Bardzo mnie przyjemnie. I o czym wy tu tak z panem  

Szerlokiem barłożycie?

- Rozchodzi się o to, że pan detektyw chce nam wykapować, gdzie się znajduje nasza szewroleta, i 

pomoże ją odebrać.

- No to pierwszorzędnie. Idziem po milicję.
- To nie jest takie  proste.  Pan  rozumie, że  my  tajni detektywi jesteśmy solą w oku  milicji  jako  

konkurencja.   Jesteśmy  po   prostu   tępieni.   I   dlatego   tę   całą   sprawę   mogę   poprowadzić   tylko   poza 
zasięgiem milicji.

- Do bandziorów chce pan iść z gołemi rękami?
- A kto panu powiedział? Ja posiadam broń.
- Ja także samo zabiere swojego braulinga - wtrącił się Szmaja.
- Tylko bez tego prysznica, dobrze? Do dzisiaj jeszcze mam katar i dreszcze mnie trzęsą po tem  

śmigusie z ambasadorami. Mowy nie ma.

-   Kiedy   to   w   ogóle   będzie   zbyteczne.   Moje   uzbrojenie   zupełnie   wystarczy   na   odebranie   im 

samochodu. Idzie tylko o to, że panowie jako właściciele zrabowanego wozu muszą być na miejscu, 
żeby stwierdzić jego identyczność. Reszta już do mnie należy.

- A ja się nie zgadzam. Po pierwszem stwierdzeniu o mały figiel do mamra w Bocianowie żeśmy się 

nie dostali, drugie stwierdzenie też ciut-ciut na państwowem wikcie  i opieronku się nie skończyło, 
bośmy się nacięli na wóz wiceministra. Trzeci raz na biskupa metodystów żeśmy się nadziali, a za 
czwartem chcieliśmy aresztować derektora „Motozbytu".

- No to sami widzicie,  panowie,  że to niezdrowa  zabawa,  którą trzeba czym prędzej skończyć. 

Samochodu nie znajdziecie, a sami się narażacie. Zresztą niepotrzebnie na próżno tracicie czas, bo 
gdzie jest wasz wóz, wiem tylko ja, detektyw amator. Szerlok nr 2.

- No to w taki sposób powiedz pan nareszcie, gdzie jest.
- Owszem, powiem wam, ale musimy przedtem omówić warunki.
- Jakie warunki?
- No co ja będę miał za swoją pracę i ryzyko?
- Dostaniesz pan patyka - wyrwał się Szmaja.
- Ha, ha, ha, he, he! - zaśmiał się szatańsko detektyw. - Patyka. Czy pan wie, do kogo pan to 

mówi? Za patyka to ja bym nie chciał pańskiej teściowej zaginionej w Cedecie szukać. Jak nie dacie  
dziesięciu tysięcy, palcem nie ruszę.

- Właściwie to jakbyśmy się chcieli z panem sprzeczać, to za darmo byś nam wyśpiewał tę swoją 

tajemnicę.

- A to jakim sposobem?

- 19 - 

background image

- Zwyczajnym sposobem. Milicja się może pana o to zapytać. Jako prawidłowy obywatel, znający ze  

słyszenia   odpowiedzialne   artykuła   karalnego   kodeksu,   nie   mógłbyś   pan   władzy   ludowej   takiej 
drobnostki odmówić - wtrącił się starszy Piskorszczak.

-   No   jeśli   panowie   z   tej   beczki   zaczynają,   to   proszę   bardzo,   możemy   pójść   i   tą   drogą,   tylko  

zapewniam panów, że wówczas nie tylko samochodu nie dostaniecie, ale nawet jednej opony, nawet 
dziurawej kichy nie zobaczycie na oczy.

- Daj spokój, Stasiek, nie denerwuj pana Szerloka. My rozumiemy, że masz pan koszta własne, i 

nie chcemy pańskiej krzywdy.

- Ale dziesięć patyków!
- Pięć możem dać. Bądź pan człowiekiem, już trzy tygodnie wozu nie mamy, nic się nie zarabia. Z 

gotówki żyjem - tłumaczył Jumbo.

- Dobrze, niech ja stracę. Niech będzie piątka. Ale pod warunkiem, że po odzyskaniu wozu będę 

miał raz na tydzień prawo do bezpłatnej jazdy.

- No nie, panie. Może pan się każesz do Krakowa co tydzień wozić.
- Nie, nie, w obrębie Warszawy.
- A, w obrębie to i owszem, proszę bardzo, możem pana wozić i dwa razy na tydzień, tylko znajdź 

pan wózek.

- Przystąpimy do tego jutro rano. Muszą panowie przygotować sobie benzyny na 1200 kilometrów,  

zapasowe koła, a przede wszystkim wziąć mocny wóz.

- To gdzie pan chcesz lecieć, do Berlina?
- Niezupełnie, ale w tamtym kierunku. Benzyny musi starczyć na powrotną drogę. - Tu Szerlok 

pochylił się nad stojakiem i wyszeptał: - Wóz jest w Szczecinie.

- W Szczecinie. Taki kawał świata - zdziwił się starszy Piskorszczak.
- To panowie nie wiedzieli, że bandyci zawsze odrzucają od siebie dowód rzeczowy jak najdalej. 

Chyba nie za daleko dla was, jeżeli chodzi o odzyskanie takiego samochodu.

- No rzecz jasna, że niedaleko. Dwa kroki. Nie przeszkadzaj, Stasiek, panu Szerlokowi kompinować 

- skarcił brata Szmaja.

- No i co dalej! No, jedziem do tego Szczecina i co tam będziem robić? - podjął Jumbo.
- Reszty dowiecie się na miejscu. Ale, ale, kto jedzie ze mną?
- Wszyscy jak tu jesteśmy, cała ferajna.
- Ale skądże znowu, to by mogło obudzić czujność bandytów.
- Pojadą ze mną tylko obaj właściciele wozu. Na pana - tu detektyw zwrócił się do Jumba - godzę  

się dość niechętnie, gdyż może pan zwracać uwagę swoją nieco ciemniejszą cerą, ale jakoś sobie 
poradzimy.

- Może będzie go można upudrować - wyrwał się z radą Szmaja.
- Coś ty, będzie wyglądał jak kominiarz w mączarni - zgasił go Kitajec.
-   Nie,   po   prostu   przy   przejeździe   przez   miasta   będzie   się   pan   kładł   na   tylnym   siedzeniu   albo  

zasłaniał sobie twarz gazetą.

- No to git. Jutro spotykacie się o ósmej rano, tu, przed „Flisem", a teraz chodu, panowie, bo ogonek 

na stojaka czeka. Żywo wiosłujem te flaki i zmiatamy.

Zjedli  szybko,  chociaż Maniuś  radził  zrobić po jednem dziecinnem z  pieprzem, bo na  delikatny 

warszawski żołądek nie ma gorszej cholery jak zimna potrawa. Ale w tej chwili za oknami „Flisa" 
ukazał się baloniarz z całą chmurą różnokolorowych, chwiejących się na kiju baloników.

Jumbo trącił Kitajca w bok i powiedział:
- Daj spokój, chcesz dmuchać w balonik. Napijmy się lepiej orenżady.
To przypomnienie milicyjnych probówek, służących do badania trzeźwości kierowców, wystarczyło 

zupełnie.   Towarzystwo   wyniosło   się   z   baru   bez   rozgrzania   subtelnych   warszawskich   organów 
trawienia. Na ulicy detektyw szybko się pożegnał i wsiąkł w tłum. Szoferzy stanęli z Maniusiem obok 
jego taksówki omawiając jutrzejszą podróż.

- Chcecie, to lećcie moją dekawką, chociaż nie mogie powiedzieć, żeby ten Szerlok specjalnie mnie 

się podobał. Albo hyś, albo kanciarz i uważajcie, żebyście nie wpadli w jeszcze jedną karamuche - 
powiedział do brata i do Jumby starszy Piskorszczak. 

Maniuś Kitajec zaciągnął się papierosem i dodał:

- 20 - 

background image

- E, bać się nie ma czego. Szerlok jest troszkie faktycznie „nie po kolei", wygląda, jakby u niego nie  

wszyscy byli w domu, ale spróbować trzeba. Każdy detektyw jest podobnież troszkie kopnięty, ale 
czasem udają jem się różne numera.

- Żeby się tylko nie okazał oprycha samochodowem i skoku na was nie szykował.
-  Tak  nie  możem   mówić,   musicie  mieć  do  niego   zaufanie,  tak jak o  to  prosił,   ale   łamigłówkie,  

zawiniętą ładnie w gazetę, Karaluch powinien posiadać. Połóż ją koło siebie na tylnem siedzeniu i miej 
pod ręką. Jakbyś w razie czego zauważył, że do kieszeni sięga w niebezpiecznem celu, znaczy się po 
maszynę albo nóż, zaprawiaj go z miejsca w arbuz. Ale dekawka Staśka odpada, szewrolety nią nie 
dogonicie,   zakicha   się,   zasmarcze   i   stanie.   Przecież   to   jest   ostatni   model   z   roku   1958   przed 
narodzeniem Chrystusa Pana, już moja warszawa będzie lepsza, bierzcie ją.

Szmaja poszedł do domu, Stasiek wziął jakiś kurs na Pragę. Maniuś odwiózł Jumba na Służewiec, 

gdzie Murzyn miał piękne dwupokojowe mieszkanie spółdzielcze z łazienką i telefonem. Kupili je sobie 
kilka lat temu dzięki zapobiegliwości pani Apolonii i pomocy brata Jumby z Ameryki, który oprócz tego 
przysłał im jeszcze ową szewroletę na taksówkę.

Podzieliwszy   się   z   żoną   ostatnimi   nowinami,   Jumbo   poszedł   do   swego   garażu   na   podwórzu, 

spojrzał na puste miejsce po samochodzie i łzy jak groch pociekły mu po hebanowych policzkach. 
Potem wyszukał wśród narzędzi sporą rurę żelazną, owinął ją starannie, owiązał sznurkiem i zabrał ze  
sobą do mieszkania. Była to owa „łamigłówka" na jutrzejszą podróż do Szczecina.

Punktualnie  o  ósmej  zjawił   się   pod  „Flisem"  Maniuś  ze   swoją   warszawą  i  ze   Szmają.  Wkrótce 

nadjechał Jumbo. Maniuś puścił Szmaję za kółko, pożegnał się i ze znajomym szoferem odjechał na 
Floriańską do wydziału „Ruchu Kołowego", gdzie miał coś do załatwienia.

Dwaj wspólnicy długo czekali na Szerloka, już nawet zwątpili, czy przyjdzie, ale zjawił się wreszcie  

w za długim płaszczu burberry, z wielkim parasolem pod pachą. Zajął miejsce obok Szmai, dał znak 
parasolem i odjechali po benzynę na plac Unii. Natankowawszy paliwa, ile się tylko dało, do baku i  
paru kanistrów, ruszyli Polną, Alejami Jerozolimskimi, Towarową do Wolskiej, w drogę na Szczecin.

Szerlok, jak na znakomitego detektywa przystało, był zamyślony, ale spokojny. Jumbo i Szmaja, 

przeciwnie, objawiali dość duże podniecenie. A specjalnie Jumbo. Ilekroć znakomity detektyw zrobił 
jakiśkolwiek  ruch  sięgając do kieszeni po tytoń  do  fajki czy po  chusteczkę,  Jumbo  brał  w  rękę  z 
siedzenia podłużny pakiet zawinięty w gazetę i unosił go w górę.

Dziwne manipulacje zwróciły w końcu uwagę Szerloka, który zapytał:
- Co pan tam piastuje w tym pakunku, panie - przepraszam - jak nazwisko?
- Karaluch.
- Ładne nazwisko, trzeba przyznać, trafnie dobrane. Otóż panie K., co tam jest w tym zawiniątku? 

Sucha kiełbasa na drogę?

- Nie, to jest łamigłówka.
- Łamigłówka? Dla dzieci?
- Nie, to więcej dla starszych.
- Taka trudna?
- W każdem bądź razie dosyć ciężka.
- Lubię rozrywki umysłowe. Jak nam się będzie nudziła możemy się nią pobawić.
- Jak pan będzie chciał koniecznie, to proszę bardzo. Jednakowoż wolałbym jej nie używać.
- To prezent?
- Owszem, niespodziewanka.

VII.

Mrok   otulał   już   Szczecin,   kiedy   od   strony   Dąbia   wjechała   do   miasta   zakurzona   warszawa   z 

Warszawy.   Detektyw   musiał   znać   dobrze   stary   gród   książąt   szczecińskich,   bo   kierując   się   jego 
wskazówkami Szmaja ominął ludne ulice i dotarł do byłych dzielnic portowych, gdzie całe kilometry 
domów leżały w gruzach. Stanęli w ponurej, wypalonej do szczętu uliczce. Tu Szerlok kazał im czekać 

- 21 - 

background image

z   wygaszonymi   światłami.   Sam   rozejrzawszy   się   bacznie   dookoła,   zniknął   za   rogiem   najbliższej 
przecznicy,  skąd długo było słychać zgrzyt  rozdeptywanych przez niego kawałków szyb. Po chwili 
zapanowała cisza kompletna, tylko gdzieś z oddali dolatywało dzwonienie tramwajów i pohukiwanie 
puszczyka. Szmaja przeżegnał się nabożnie. Jumbo zrobił za nim to samo. Czekali tak z pół godziny.

- Ładna miejscowość.  Taka więcej  spokojna:  jakby nam kto  tu dał na sen,  miesiąc by  nas nie 

znaleźli albo w ogóle by się obyło bez kosztów pogrzebu, szczury by nas wtroili - odezwał się wreszcie  
półgłosem Piskorszczak.

- Cichoo. Zdaje się, że ktoś idzie.
Istotnie, trzeszczenie szkła oznajmiło czyjeś zbliżanie się. Szmaja przekręcił kluczyk. Jumbo wziął 

w rękę łamigłówkę.

Na szczęście był to detektyw. Bez słowa zajął swoje miejsce i dał Szmai znak odjazdu. Ruszyli  

wolno wymarłymi zaułkami, wymijając większe kupy gruzu i pogiętego żelastwa. Ruiny zdawały się nie 
mieć   końca.   Wreszcie   po   długim   krążeniu   wyjechali   na   jakieś   z   grubsza   uporządkowane   ulice. 
Gdzieniegdzie w pojedynczych domach paliło się światło. W pewnym momencie Szerlok psyknął i 
kazał  Szmai  zatrzymać.   Stanęli  na rogu   ulicy  obok  jakiegoś  parkanu.  Szerlok  trzymając  palec na 
ustach, dawał im szeptem nowe instrukcje.

- Tu stoicie, nie wychodząc z wozu, z nogą na sprzęgle. Kiedy rozlegnie się szczekanie psa, to  

będzie znak, że oni jadą.

- Naszem wozem?
- Jasne.
- No dobrze, a gdzie masz pan tego psa? 
- Jakiego psa?
- No, tego, co będzie szczekał.
- To ja będę szczekał, osobiście.
- A jakiem głosem?
- No, psim głosem.
- Właśnie się pytam, za jakiego psa pan będziesz? Za wilka, cwajnosa, jamnika czy może latrelka?
- To wszystko jedno.
- Wcale nie wszystko jedno. Wilk szczeka poważnie: Hau! hau! hau! Cwajnos sznapsbarytonem z  

chrypką, a latrelek jazgocze.

- Więc ja poważnie, jak wilk.
- Dobra, chociaż pan więcej na szpica wyglądasz, ale co dalej?
- Jak usłyszycie szczekanie i na przecznicy pokaże się wóz, wyjeżdżać i gonić go. 
- No a pies? 
- Jaki pies?
- No pan.
- Ja wsiadam w biegu, jak tylko wyjedziecie z tej uliczki.
- I ganiamy.
- Tak jest. Uważać, nie zaspać. - Detektyw odszedł.
- Kto by tam spał - powiedział Szmaja, kiedy zostali sami - chociaż Bogiem a prawdą kimać mnie  

się chce niemożebnie.

- I mnie też.
- No to czekaj, opowiem ci coś o psach, żeby sen przepłoszyć. Mój wujo, niejaki Kaczor Ambroży, 

był znanem na Starówce psiem fryzjerem, no przed wojną, rzecz jasna. Klientelia zjeżdżała się do 
niego z całej Warszawy. Najwięcej strzygł pudli na lewka. Korpus deliktus musiał być ładnie maszynką 
wybrany do skóry, to samo nóżki, na których się bransoletki tylko zostawiało. Co się tyczy ogona, to 
cały również także samo musiał być obstrzyżony, tylko na samem końcu kitka miała prawo figurować. 
Ale  za  to na szyi  i główce  wszystkie  włosy  musieli się pozostać.  To dopiero  można było   poznać 
prawdziwe sztukie piękne, czyli tak zwany pur buar. Ondulacje wieczne i wodne wujo uskuteczniał,  
loki robił kręcone po abisyńsku albo także samo gładkie. Każda jedna sztuka, która z wuja interesu 
wyszła, zaszczyt na ulicy właścicielowi przynosiła. I dlatego pomimo kryzysu niemożebną forsę wujo 
robił. Inna sprawa, że robota wymagała zimnej krwi, pewnej ręki, spokojnych nerw, bo była o wiele 
niebezpieczniejsza, aniżeli takie, powiedzmy, męskie fryzjerstwo.

- 22 - 

background image

- Dlaczego?
- Jak to dlaczego? Jeżeli wszak fryzjer męski zatnie gościa, takowy w najgorszym razie obsztorcuje 

go na perłowo ze szlaczkiem, a psi klient w takiem wypadku od razu ugryzie fryzjera w łokieć, a nieraz  
cały fartuch podrze na niem w kawałki. To samo się zdarzało przy pedikurze i manikurze, które wujo  
także   samo   uskuteczniał.   Czyszczenie   zębów   za   pomocą   specjalnej   szczoteczki   zamawiała   tylko 
klientelia z najbogatszych domów, bo to była rzecz kosztowna z powodu, że przeważnie przy jednem 
zabiegu trzy do czterech szczoteczek zostawali się pogryzione w drobny mak. Sam na własne oczy to 
widziałem, bo nieraz pomagałem wujowi i trzymałem klienta za uszy. Raz pamiętam, mieliśmy wyżła...

- Cicho... szczeka...
- Kto szczeka?
- No, Szerlok szczeka.
- Faktycznie, i światła widać.
- Ale to nie jest wilk, tylko foksterier.
- Szerlok tyż nie jest pies, mógł się pomylić, zapalaj, wyjeżdżamy.
Rękami   trzęsącymi   się   z   wrażenia   Szmaja   przekręcił   kluczyk,   włączył   bieg,   nacisnął   sprzęgło, 

włączył gaz i ruszył z miejsca w główną ulicę, w ślad za oświetlonym wozem, który szybko przeleciał 
im przed maską.

- Czekaj, gdzie Szerlok? Miał wskoczyć - denerwował się Murzyn. 
Szmaja zwolnił. W pobliżu słychać było głośne ujadanie.
- Szczeka i szczeka drań, zaczem wsiadać.
- Nie wsiada, pies z niem tańcował. Jedź! Gazu!
-  Zaraz,  spokojnie,  kogo   my  właściwie   goniemy.   Przecież  to   autobus.   -  Tu Szmaja   gwałtownie 

zahamował.

- Faktycznie - autobus. Niech go jasna krew zaleje! Człowiek zgłupiał z tej gorączki, tu szczekanie, 

tu światło. Ale kto to faktycznie szczeka?

Szczekanie zbliżało się coraz bardziej i wreszcie ukazał się w świetle latarni człowiek w pidżamie z 

białym pieskiem w czarne łaty na smyczy.

- A nie mówiłem ci, lebiego, niewidymko, że to foksterier szczeka. - Szmaja chciał wyładować na 

kimś swój zły humor, więc zaczął sztorcować faceta w pidżamie.

- Przymknij pan tego swojego buldoka, bo jak nie, to my go przymkniem. Co raban po nocy toczy,  

pieska jego niebieska mieszana mamusia była.

- Tylko nie mieszana, tylko nie mieszana, to rasowy pies, nagrodzony medalami.
- Dosyć. Nie trać z draniem zdrowia, dawaj do tyłu, wjeżdżaj w Starego Zygmonta.
Warszawa wprowadzona tylnym biegiem w uliczkę znowu zamarła w bezruchu. Zaczęły się długie 

godziny czekania i obaj szoferzy, zmęczeni zajściem z foksterierem, nie wiadomo kiedy zasnęli.

Nagle obudziło Szmaję szarpanie za ramię.
- Coście wy się pospali? Ja szczekam i szczekam, a wy nie wyjeżdżacie - mówił podenerwowanym 

szeptem wódz wyprawy.

- Kto szczekał? Foksterier szczekał.
- Jaki foksterier? To ja szczekałem.
- Ale mieli być światła.
- Nie będzie świateł, pojechali inną ulicą. Jazda, gonić, bo uciekną. Na prawo. - Szerlok z trudem  

wpakował się na swoje miejsce, przeszkadzał mu bowiem duży rulon owinięty w papier.

Szmaja pędził przez ciemny Szczecin według wskazówek detektywa, ale nigdzie nie było widać 

czerwonych   świateł   poszukiwanej   szewrolety.   Minęli   zaledwie   jedną   nędzną   dekawkę.   Detektyw 
przynaglał. Wypadli wreszcie na szosę, w ciemną noc. Warszawa rwała ciągle szybko, ale ścigający 
nieco już ochłonęli.

- Gdzie leciem? - spytał wreszcie Szmaja.
- Na Warszawę. Tam podobno pojechali. Szewroleta przemalowana na żółto. Mają kupca, wzięli 

zadatek.

- Gazu! Szmaja!
- A co pan masz w ruronie?

- 23 - 

background image

- Mapy. Nie wiadomo, gdzie jeszcze przyjdzie nam szukać. Pędźmy.
I znowu pędzili tak kilka godzin. Zaczęły ich ogarniać wątpliwości. A może bandyci skręcili gdzieś w 

boczną drogę? Może zostali w jakimś miasteczku?

- Trzeba by popytać się ludzi, czy nie widzieli gdzie naszej szewrolety.
Ale na szosie nie widziało się żywej duszy.  Dopiero pod Poznaniem ujrzeli stojącą nad rowem 

warszawę. Kierowca majstrował coś pod otwartą maską. Przystanęli.

- Panie szanowny, czy nie leciała tam przed nami szewroleta w... żółtem kolorze.
- Nie, nie leciała. Widziałem tylko dwie warszawy i wartburga. Ale spytajcie się panowie troszkie  

dalej. Tam stoi lotna, sprawdzają wszystkie  wozy,  to wam powiedzą. Nie macie panowie kawałka  
kabla? Prądnica mi, psiakrew, nawaliła.

- Nie mamy - krzyknęli razem Szmaja i Jumbo wskakując do wozu.
- No, panie Szerlok, ładuj się pan żywo! 
Ale detektyw nie kwapił się z wsiadaniem.
- Ja nie jadę.
- Jak to pan nie jedziesz?
-   Zostaję.   Dzisiaj   i   tak   już   nic   z   pogoni.   Musieli   pojechać   inną   drogą.   Muszę   zebrać   nowe  

wiadomości. Spotkamy się za dwa dni u „Flisa".

- No i co, w lesie pan zostaniesz, jak pragnę zdrowia?
- Mam tu znajomych niedaleko. Do widzenia. A lotnej nic o mnie nie mówcie, bo sami będziecie 

musieli szukać swojej szewrolety. Oni ogromnie nie lubią prywatnych detektywów. Cześć.

Tu z wielką zręcznością przesadził rów i znikł w gęstym, wysoko podszytym lesie.
Jumbo i Szmaja stali chwilę na szosie, głowiąc się, co robić. Wreszcie ruszyli w kierunku Poznania.
Istotnie, o dwa kilometry dalej spotkali lotny patrol na motocyklu. Milicjanci zatrzymali warszawę, 

sprawdzili prawo jazdy, książkę wozu, kazali sobie zapalić światła kierunkowe, a potem zapytali, co 
warszawska taksówka robi pod Poznaniem.

-   Rąbniętej   szewrolety   szukamy,   za   bandziorami   latamy   po   całej   Polsce,   panie   władzo.   Czy 

panowie nie spotkali czasem teraz po drodze nawiewającego naszego wózka?

Milicjanci,   przyglądający   się   cały   czas   z   wielkim   zainteresowaniem   mówiącemu   po   polsku 

Murzynowi, powiedzieli, że nie mijała ich dzisiaj żadna szewroleta, ale zwrócą uwagę, jeżeli trafią na 
nią, oczywiście zatrzymają. Cześć. Zgnębieni poszukiwacze już wolniej ruszyli w stronę Warszawy, 
przetrawiając z goryczą doznaną porażkę.

- Ten cały Szerlok zaczyna mnie się nie podobać. Co on się tak boi tej milicji jak diabeł święconej  

wody?

- A ty się nie boisz?
- Jak mam wóz w porządku, szybkości nie przekraczam, na bańce nie jestem, to co się mam bać.
- To się tak mówi, zawsze się coś znajdzie na nieduży mandacik i nikt nie lubi, jak mu milicjant każe 

na bok zjeżdżać. A ty lubisz?

- Lubić nie lubię, ale do lasu nie nawiewam, jak ten Szerlok - powiedział Szmaja nachylając się do  

deski,   -   Zaraz,   czekaj,   co   to?...   To   on   zgubił,   z   ruronu   musiało   mu   wypaść...   Co   to   jest?   Jakiś 
landszaft!!!

- Goła kobieta z różą.
-   Przecież   on   nas   zagiął   jak   zwyczajnych   żłobów   z   prowincji.   Parasoli,   balonów   z   nasz, 

warszawiaków z dziada pradziada, wystrugał. Sieroty, boże krówki za wieczną ondulację szarpane, 
bite i kopane kaczki z nas uskutecznił.

- Dobrze, ale co mu z tego przyszło?
- Ach-że, ty ciemna maso, z samego środka puszczy, jeszcześ się nie pokapował, że to zwyczajny,  

debetowy gość bez pokrycia, któren chciał do znajomej mężatki w Szczecinie doskoczyć i znalazł 
frajerów,  które  go  tam dowieźli.   Za  nasze  pieniądze  to załatwił  i jeszcze  fotografie  w  naturalnych 
kolorach na pamiątkie otrzymał.

Przyjaciele znowu popatrzyli na malowidło.
- Trzeba przyznać, że gust łobuz ma. Podstawna.
- Ciut, ciut może przygruba.

- 24 - 

background image

- Nie przeszkadza - stwierdził Jumbo z zapałem.
- Wiesz, co mnie przyszło do głowy?
- Nie wiem.
- Że podług tej fotografii możem odszukać te facetki i poprosić o adres Szerloka. Albo o opłata za  

kurs do Szczecina i nazad.

- Po co masz go tak szukać? Przecież powiedział, że będzie pojutrze u „Flisa".
- Ach-że, ty afrykańska aflego za karakuły szarpana, to jeszcze nie wierzysz, że zobaczysz go jak  

własne ucho. Dziesięć lat możesz u „Flisa" siedzieć i na niego się nie doczekasz. Musiem jechać do 
tej mężatki.

- No wiesz, Szmaja, nie możem jej tego zrobić. Mąż się dowie, sąsiadki ją obszczekają, może jej 

nadużył tak jak nasz. Za ofiarę miłosnego szału się została, jak ta Lolita, cośmy ją w kinie Praha w 
zeszłym tygodniu widzieli.

- Może masz i rację, sprzedamy ją na Bazarze Różyckiego Miętusowi.
- A może ja ją wezmę.
- Daj spokój, już widzę, jak twoja na nasz obojgu po schodach na dół wyjeżdża. Widoczek się nie 

nadaje   do   prywatnego   mieszkania.   Gdzieś   u   fryzjera   można   by   to   z   bidą   powiesić.   Sprzedajem 
Miętusowi. On już tam znajdzie sobie na nią kupca. A nam się może chociaż za benzynę w jedną 
stronę zwróci.

- No to sprzedajem - odrzekł Jumbo z głębokim westchnieniem zwijając obraz w trąbkę.

VIII.

Hrabia Roger Mokrobrodzki rozsunął ciężkie brokatowe zasłony stylowego osiemnastowiecznego 

łoża z baldachimem, poprawił się na poduszkach, ziewnął dyskretnie i rozejrzał się po komnacie. 
Blady promień słońca, odbiwszy się w poczerniałym wielkim lustrze w suto złoconych ramach, pełgał 
po antycznych meblach, zapełniających wnętrze. Zatrzymał się na ciemnych twarzach bizantyjskich 
świętych, patrzących surowo ze srebrnych ikon, to znowu kładł się delikatną poświatą na pięknych 
mahoniowych komódkach i sekre-tarzykach, inkrustowanych drzewem różanym. Pieścił przez chwilę 
złotą nić słuckich pasów, rozwieszonych na ścianie. Zaglądał do masywnej gdańskiej biblioteki, gdzie 
rzędem stały kolorowe kryształowe kielichy do wina, srebrne puchary, patery i lichtarze. Zlustrował  
następnie nagromadzone w jednym kącie stylowe stoły, krzesła, biureczka i fotele. Odpoczął czas 
jakiś na stercie dywanów i znikł w bocznych  drzwiach. Po chwili zjawił się w nich wysoki,  chudy, 
szpakowaty lokaj w sztuczkowych  spodniach i liberii,  będącej czymś pośrednim  między frakiem  z 
epoki   stanisławowskiej   a   mundurem   biletera   przedwojennego   kina   „Stylowy"   na   Marszałkowskiej. 
Służący skłonił z szacunkiem głowę i zameldował:

- Jaśnie panie hrabio, kąpiel gotowa.
Hrabia Roger troszkę się ociągając wstał z łóżka, włożył podany mu przez lokaja tatarski szlafrok i 

przez maje boczne drzwi wyszedł z komnaty. Prowadziły one przez wąski korytarzyk do sąsiedniego 
pomieszczenia, pozbawionego zupełnie okna. Mała żarówka zawieszona pośrodku sufitu na zwykłym 
pendlu oświetlała trzon kuchenny na dwie fajerki Stał w tej chwili na jednej z nich duży garnek, na 
drugiej czajnik z imbryczkiem na wierzchu. Obok na stole leżały jajka, chleb, masło, kilka pomidorów. 
Na terakotowej posadzce stała zwykła, blaszana miska, na haczyku podtrzymującym żarówkę wisiała 
duża, zielona ogrodnicza konewka. Hrabia Roger stanął na misce, ujął w ręce mydło i powiedział:

- Julianie, wody...
- Słucham jaśnie pana hrabiego. 
Lokaj pociągnął za sznurek przy konewce, która się przechyliła, przez sitko trysnął strumień wody  

jak z prysznica. Lekko poparskując hrabia umył się, po czym wierny Julian zawinął go w turecką 
serwetę w złote półksiężyce i starannie wytarł. Następnie zapytał:

- Czy śniadanie jaśnie pan hrabia życzy sobie spożyć w myśliwskim gabinecie, czy też w sypialni?
- A wiesz, niech będzie w sypialni. Przed śniadaniem popracuję jeszcze w łóżku.
- Słucham jaśnie pana hrabiego. Jajka mają być sadzone po wiedeńsku czy też atoli jajecznica, 

jaśnie panie hrabio?

- Nie męcz mnie, Julianie, i tak przecież dasz po wiedeńsku.

- 25 - 

background image

- Według rozkazu, jaśnie panie hrabio. 
Hrabia   wrócił   do   komnaty   z   łożem,   odwinął   się   z   serwety,   przebrał   się   w   połataną   niebieskim 

jedwabiem żółtą piżamę i położył do łóżka. Lokaj z uroczystą powagą podniósł serwetę, nakrył nią 
jeden ze stolików, po czym przyniósł z biurka teczkę oraz wieczne pióro. Hrabia otworzył teczkę, wziął 
pióro w rękę i wpadł w zadumę.

- Jak myślisz, Julianie, piłka nożna - trzynaście, a skok w dal... siedem?
-   Słucham   pana   hrabiego.   Oczywiście   trzynaście   i   siedem.   Jednak   ośmielę   się   zauważyć,   że 

trzynastka według wierzeń gminu jest cyfrą nieszczęśliwą. Nam też szczęścia nie przyniosła, chociaż 
pan hrabia w każdym tygodniu umieszcza ją łaskawie w toto-lotku. To samo, gdybym śmiał oponować 
panu hrabiemu, mógłbym powiedzieć o siódemce - odpowiedział z kuchni Julian.

- Właśnie dlatego musi wreszcie wyjść. Umieszczam te dwie cyfry, Julianie.
- Według rozkazu pana hrabiego.
Nagle rozległ się głos dzwonka, przypominający sygnaturkę kościelną.
- Kto to być może? Czyżby klienci? Przecież wywiesiłem kartkę z napisem „remanent".
- Wszystko jedno, wpuść ich.
- Ośmielę się zauważyć, że nie jedliśmy jeszcze śniadania.
Dzwonek odzywał się niezwykle gwałtownie...
- Trudno, poczekamy.
- Zobaczę, kto to dzwoni tak natrętnie. 
Po chwili lokaj wrócił.
- To do pana hrabiego. Kazał się zameldować jako profesor Sztechnicki. Czy pan hrabia zna kogoś  

o tym nazwisku?

- Nie przypominam sobie, ale w każdym razie wpuść go.
- Ośmielam się zauważyć, że śp. ojciec pana hrabiego, hrabia Saturnin Mokrobrodzki, u którego 

również miałem zaszczyt służyć, nie przyjmował nigdy nikogo przed śniadaniem.

- Tak, ale on nigdy nie mieszkał w sklepie z antykami. Wpuść profesora.
- Poza tym ośmielam się zauważyć, jakobym tę osobę kiedyś znał pod innych nazwiskiem. Jednak 

przez kratkę w drzwiach nie widziałem jej dokładnie.

- Więc otwórz, to go sobie lepiej obejrzysz. - Tu hrabia zapuścił karmazynowe firanki łoża. Julian 

skłonił głowę, choć nieznacznie wzruszył ramionami, i poszedł otworzyć. 

Po chwili w sionce sklepowej rozległ się dziwnie znajomy hrabiemu głos.
- Co jest, do wielki Anielki, dosztukać się do was nie można. Remanent na drzwiach wywieszacie  

jak w państwowem sklepie. Prywatna inicjatywa nie ma prawa się takiem szyldem posługiwać. To jest 
nadużycie władzy i można sobie za to w razie czego posiedzieć. No, panie Lulian, coś pan tak oczy na  
mnie postawił. Prefesor prefesora nie poznaje?

- No, owszem, poznaję, pan Kitajec, ale muszę zaznaczyć, że pan hrabia jeszcze nie przyjmuje...
- Mnie przyjmie. Dawaj pan hrabiego.
Tu  Maniuś wszedł  do komnaty,  rozglądając  się  z zaciekawieniem.  W tej  chwili  hrabia  rozsunął 

zasłony i wyciągnął do niego rękę.

- Ależ oczywiście, dla pana zawsze jestem, chociaż nie ubrany, witam serdecznie.
Maniusia trudno było czymś zadziwić, ale ta postać pojawiająca się nagle w rozsuniętych firankach 

archaicznego łoża wprawiła go w zdumienie.

- Co się hrabia w chowankie bawisz czy jak? Urząd skarbowy miał przyjść po podatek? Niezły 

numer, niech ja skonam.

- Ależ nie - zawołał hrabia ściskając mu rękę. - Tylko widzi pan, to jest jednocześnie i sklep, i nasze 

mieszkanie. Julian, zacna dusza, sypia tam pod stołem na dywanach, mnie zaś odstąpił to łóżko.  
Traktuje mnie troszkę jak rekonwalescenta.

- Po tem sanatorium państwowem.
- Właśnie. I gospodarujemy tu razem. Tu jest sypialnia, w tamtym kącie pod jelenimi rogami gabinet  

myśliwski. Dalej pałacowa kuchnia łącznie z łazienką.

- Prawie jak na Kozichdupkach.

- 26 - 

background image

- Przez be, przez be, panie Marianie... Rzeczywiście różnica niewielka, tylko że klienci przerywają 

czasem normalny tryb życia. Ale i na to jest rada, chowam się do łoża, zasuwam firanki i jakby mnie 
nie   było.   Ale   niech   pan   czeka,   zaraz   wstanę   i   zjemy   razem   śniadanie,   bo   właśnie   się   do   niego 
zabieraliśmy.

- Ale nigdy w świecie, leż hrabia spokojnie w łóżku, ja tylko chwilowo wpadłem, żeby porozmawiać, i 

zaraz zmiatam.

- O, co to, to nie. Julianie, przygotuj nakrycie dla pana.
Julian wyraźnie zgorszony patrzył na to, co się dzieje, ale odrzekł tylko:
- Słucham pana hrabiego - i z dumną miną wyszedł do kuchni.
- No i co, jak panu hrabiemu leci?
- Na razie nic jeszcze nie robię, rozglądam się za jakąś pracą. Julian mnie nie wypędza, to i siedzę.  

Mówi, że moja obecność przypomina mu młodość. Wprowadził tu nawet dworski ceremoniał, który 
mnie czasem śmieszy i irytuje, ale jego to bawi, więc mu nie przeszkadzam.

- No pewnie, niech tyra. Zwłaszcza że jak się daje zauważyć, są tu pewne pamiątki z Kozichdupek, 

które pan Lulian, można powiedzieć, przykaraulił.

- A nie, niech pan tak nie mówi. Nic złego nie dam na Juliana powiedzieć. Owszem, wyniósł z 

majątku trochę rzeczy,  za moją zgodą oczywiście. Znikoma część moich zbiorów i mebli stała się 
zaczątkiem tego antykwariatu. Ale rozlicza się ze mną bardzo skrupulatnie. Wiele tego nam co prawda 
nie   zostało.   Niemcy   zabrali   co   cenniejsze   obrazy,   porcelanę   meissenowską,   trochę   rosenthali. 
Sprzedajemy coś od czasu do czasu, czasem coś się kupi, odnowi  i żyjemy jakoś. Najgorzej,  że 
jesteśmy słabo zaopatrzeni w garderobę. Chodzimy częściowo w muzealnych eksponatach.

- No tak, widzę, że szlafroka pan dodziera po królu Sobieskim.
- Nie, tak dobrze nie jest. Jest to istotnie szata nieco starożytna, ale z późniejszej znacznie epoki. 

To   chałat   jednego   z   chanów   tatarskich,   do   sprzedania   zresztą.   Jak   wszystko   tutaj.   O,   mamy   i 
śniadanie.

Wszedł   Julian   z   miną   wyraźnie   obrażoną,   wnosząc   na   srebrnej   tacy   jajka   po   wiedeńsku   w 

kryształowych pucharach, ser i masło na cieniutkiej sewrskiej porcelanie, obok której stał zwyczajny 
gliniany garnek z mlekiem, gdyż ostatni dzbanek śniadaniowy został kilka dni temu sprzedany.

- A nie, o wiele tak, to i ja muszę dołożyć tu swoją dolę - zerwał się ujrzawszy te przygotowania 

Maniuś. - Powiedziałem, że przyniese „kilo i to, co po błocie chodzi", proszę, jest.

Wyciągnął z trzymanej dotąd pod pachą paczki dwie półlitrowe butelki czystej wyborowej i całą gęś  

pieczoną.

- Ośmielę się zauważyć, że gęś i spirytualia nie nadają się do naszego menu śniadaniowego - 

oświadczył sucho Julian.

Ale hrabia wystąpił w obronie prezentów Maniusia.
- Ogromnie to ładnie z pana strony, panie Marianie, że zechciał pan pomyśleć o urozmaiceniu 

naszego powitalnego śniadania. My z Julianem o tak wczesnej porze napojów wysokoprocentowych 
nie używamy. Jeżeli idzie jednak o gęś pieczoną, to należała ona podobno do ulubionych przystawek  
śniadaniowych króla angielskiego Edwarda, kiedy był księciem Walii.

- No właśnie, mógł Edek rąbać gięś na śniadanie, możem i my. Mógł książę Wanilii, może hrabia na  

Kozichdupkach. Ale o wiele ja słyszałem, ten Edward Siódemka nigdy przy żadnem śniadaniu od 
jednego głębszego się nie odkażał, boby mu się poddane poobrażali.

- Oczywiście, nie ma żadnych przeszkód, by pan, panie Marianie, wypił, o ile, naturalnie, nie boi się  

pan narazić milicji w związku z prowadzeniem wozu.

- Nie, nie prowadzę. Wolny dzień sobie zrobiłem, wychodnie mam dzisiej.
- A co z samochodem?
- Na mojej warszawie Szmaja dzisiej lata. Musiałeś hrabia słyszeć o tem nieszczęściu, jakie jego 

maszynę i Jumbego spotkało.

- Nie słyszałem.
-   Niemożliwe.   Wszystkie   gazety   o   tem   pisali,   i   to   w   ten   sam   dzień,   kiedy   pana   na   Głownem  

spotkałem po przyjeździe z mam... to jest, chciałem powiedzieć, z państwowego pensjonatu. Napad 
mieli.   Szmaja   został  skaleczonem   i   wóz   stracili,   nową   szewroletę.   Na   pożyczanycn   gratach   teraz 
jeżdżą i stale, i wciąż tych bandytów i swojego wózka szukają. No, żeby jem się szczęśliwie szukało i  
żeby koniec końców znaleźli.

- 27 - 

background image

Tu pan Maniuś napełniwszy zręcznie trzy filiżanki czystą wyborową usiłował się stuknąć z hrabią i 

Julianem.  Julian  jednak  stanowczo   odmówił,   hrabia   pociągnął  nieduży  łyk.   Rozmowa   z  wolna   się 
ożywiała.   Maniuś   z   coraz   większym   zainteresowaniem   rozglądał   się   po   antykwariacie   profesora 
Kijanki. Najwięcej uwagi poświęcił antycznemu łożu z karmazynowymi firankami.

- Niech ja skonam, niech ja skonam, przecież to jest ten warsztat, w którem spała ciotka Kalafonia  

w   tem   dniu,   kiedy   ja   za   Białe   Damę   się   przebrałem   i   tyle   cykorii   nieboszczce,   niech   z   Bogiem 
spoczywa, narobiłem.

- Tak, to to samo łóżko. Biedna Kala tak się przelękła, że niezwłocznie wyjechała. Nie było to ładnie 

z pana strony, panie Marianie.

- Siła wyższa, rozchodziło się o to, żeby za wszelką cenę „Minogie" w Kozichdupkach założyć, a 

ciotula się nie zgadzała. Trzeba ją było wystraszyć. Zdolny facet z pana profesora, że potrafił to łóżko  
z pałacu wyszabrować i tu przewieźć. Medal się za to należy. Ciach go pałaszem, panie profesorze.

-   Panie   hrabio,   ośmielam   się   zauważyć,   że   zostałem   obrażony   nie   po   raz   pierwszy,   za   życia 

hrabiego Saturnina nigdy by mnie to nie spotkało. Zresztą... - i Julian wyszedł do kuchni.

Maniuś, nie zwracając na to uwagi, ciągnął dalej:
- O i brandmajster jest zdrów i cały, tylko rama w jednym miejscu wyszczerbiona - tu wskazał na  

portret rycerza w hełmie i szyszaku, jednego z antenatów hrabiego Mokrobrodzkiego. Portret pamiętał 
Maniuś z pałacu w Koziedubkach.

-   Tylko   tej  gołej   blondyny   przy   kości  nad   sadzawką   z   różą   w   zębach   nie   widzę,   co   koło   tego 

strażaka wisiała.

- Mówi pan o „Damie z tulipanem" van der Helsta. Niemcy w ostatnim dniu swojej ucieczki zrabowali 

mi ją z pałacu. Jakiś znawca ją zabrał. Wróciła potem do Polski w związku z rewindykacjami.

- Uśmiejesz się hrabia, ale ja te damę miałem w ręku.
- Kiedy?
- Parę dni temu nazad. Może to nie całkiem ta sama, ale kubek w kubek podobna. Widocznie ten 

pański van Houten parę tych sztuk namachał.

Tu pan Maniuś opowiedział hrabiemu o tym, jak Jumbo i Szmaja zostali nabrani przez cwaniaka 

debetowego pasażera, który ich do Szczecina pogonił, za kurs nie zapłacił, tylko obraz w taksówce 
zostawił. Właśnie taką damę z tulipanem. Hrabia na razie puszczał całą opowieść mimo ucha, myśląc 
o czym innym. Ale nagle zaczął się zastanawiać.

- Jak pan powiedział? Gdzie to było?
- Gdzie miało być? W Szczecinie było.
- Zaraz, zaraz, niech pan poczeka - tu hrabia zerwał się z łoża i pobiegł do gabinetu myśliwskiego,  

gdzie na biurku leżała sterta gazet. Długo tam przewracał, szukał czegoś, wreszcie krzyknął „jest" i 
przybiegł z lekka kulejąc do Maniusia.

- To bardzo ciekawy zbieg okoliczności... niesłychanie ciekawy... chyba niemożliwe, ale kto wie? - 

powtarzał półgłosem.

- O niedobrze, zaczynasz hrabia do siebie mówić. Trzeba się leczyć, bo to może być nerwowe. 

Dawno już pan to ma?

- Co takiego?
- No, tego kotka.
- Jakiego kotka?
- Z tem mówieniem do siebie.
- Ja nie do siebie mówię, tylko do pana. Niech pan słucha:
«Dzisiejszej nocy nieznani sprawcy zakradli się do Muzeum Miejskiego w Szczecinie, wycięli z ram 

i zrabowali trzy cenne obrazy z cyklu sztuki obcej. Między innymi łupem zuchwałych rabusiów stała się 
słynna „Dama z tulipanem". Dochodzenie trwa».

Tak brzmiała sucha notatka w gazecie.
- A teraz niech pan powie dokładnie, kiedy pańscy koledzy przywieźli ten obraz ze Szczecina.
- W czwartek, trzy dni temu nazad.
- Zgadza się. Czy był w ramach?
- Nie całkiem, tak jakby wycięty, brzegi miał nierówne.
- To moja „Dama".

- 28 - 

background image

- No dobrze, ale skąd ona się wzięła w Szczecinie?
- Takie obrazy stanowią własność państwową. „Dama" po powrocie z zagranicy została włączona 

do zbiorów państwowych i umieszczona w Muzeum Szczecińskim.

- I stamtąd rąbnięta przez Szerloka.
- Tak to wygląda. A co pańscy koledzy z nią zrobili?
- Sprzedali Miętusowi.
- Jakiemu Miętusowi?
- Tu jednemu Miętusowi, któren za Matejajkie na. Bazarze Różyckiego się zatrudnia.
- Nie rozumiem.
- No, obrazamy swojej roboty na bazarze handluje. Matejajko go nazywają.
- Musiałbym koniecznie zobaczyć ten obraz, bo to może być jednak zbieg okoliczności. Czy może 

pan gdzieś spotkać tych swoich kolegów?

- Wiadomo, że mogie.
- To niech pan zaraz to zrobi, panie Marianie. Odbierzcie obraz od pana jak on...
- Miętus-Matejajko.
- Od tego Matejki z bazaru i przywieźcie go tu. Tylko jeszcze dziś, bo to może być dla pańskich 

kolegów niebezpieczne. No i dla „Damy" też.

Pan Maniuś wypił strzemiennego, powiedział „Do widzenia" i wybiegł. Ale wrócił się jeszcze z ulicy.
- A tego zaczętego literka niech pan Lulian wstawi temczasem w zimną wodę.

IX.

Bazar   Różyckiego,   uboższy   brat   i   spadkobierca   słynnego   przedwojennego   letniego   domu 

towarowego Warszawy - Kercelaka, starał się z początku utrzymywać jego wspaniałą tradycję. Można  
tu   było   dostać   wszystko   od   najwykwintniejszej   kradzionej   w   najelegantszych   domach   garderoby 
męskiej, damskiej  i  dziecinnej,  przez świetnie  podrobione  miękkie,  czyli  banknoty dolarowe,  lekko 
opiłowane kółka, czyli twarde, to znaczy złote monety USA, aż do małosolnych ogórków.

Oczywiście  jak  najszerszy  asortyment  broni palnej  długiej  i  krótkiej rozumie się  sam  przez się. 

Wszelkie  tak  zwane   deficytowe,  a  więc  najbardziej  pożądane   towary importowe   zjawiały  się  tu  w  
godzinę   po   kompletnym   ich   wyprzedaniu   w   CDT,   PDT,   MHD,   WSS  itd.,   a   często   nawet   jeszcze 
wcześniej,   to   znaczy   przed   zaczęciem   sprzedaży   w   tych   oficjalnych   siedzibach   uspołecznionego 
handlu. Trzeba przyznać,  że  ten  stan  rzeczy był  bardzo  wygodny  zarówno  dla pełnych  inicjatywy 
sprzedawców,   jak   i   dla   klienteli   nie   rozporządzającej   czasem   na   wystawanie   w   ogonku,   a   nie 
przywiązującej specjalnej wagi do rozpiętości cen. Życie toczyło się w najzupełniejszej harmonii, ale 
cóż, człowiek potrafi zniweczyć wszystko. Częste przeczesywania, naloty wszelkich istniejących władz 
i urzędów osłabiły bardzo bujny powojenny rozkwit bazaru.

Po paru latach pozostało tylko wspomnienie. Długie szeregi budek częściowo upaństwowionych, 

handlujących nudnymi artykułami do nabycia w pierwszym lepszym sklepie na mieście, zalegają ze 
smutkiem duży prostokąt położony między Ząbkowską, Targową i Brzeską. Aleja pełna kwiatów tak 
ogrodowych, jak i polnych, ustawionych szeregiem w słojach, kubłach i konewkach jeszcze ten smętek 
podkreśla. Tylko w soboty lub w wigilie  większych świąt  kościelnych i narodowych bazar zaczyna  
kipieć, ale na krótko, naturalnym, przyrodzonym mu życiem.

Wylęgają   na   te   krótkie   momenty   przedstawiciele   zabronionego   tu   surowo   handlu   ręcznego. 

Pojawiają się artykuły mniej szablonowe, jak na przykład małpa z ogrodu zoologicznego, wiewiórki, 
psy czy syjamskie koty. Ale w poniedziałek czy dzień poświąteczny zaczyna się normalny handel. 
Znudzeni właściciele   budek siedząc przed  swymi  magazynami pojadają bez  apetytu  pyzy gorące, 
wątróbkę z cebulką czy flaki „z pulpetamy" roznoszone przez przedstawicieli podziemnego przemysłu 
gastronomicznego. Niejakie ożywienie wnosi tu tylko nieśmiały głos reprezentantki handlu owocami 
południowymi.

- Cytryny, pomarańcze, cytryny!
Ostatnie zdobycze przodującej wiedzy w dziedzinie opanowania kosmosu znajdują swoje odbicie w 

następującej reklamie.

- 29 - 

background image

- Skarbonka Łajka, piesek, który zginął na polu nauki, za jedyne trzy złote!
W ten sposób składa cześć pośmiertną ofiarnej, historycznej już dziś suczce sprzedawca glinianych 

puszek na bilon w kształcie foksterierka ze szparą między uszami.

Prawdziwymi jednak Mohikanami oryginalnego bazarowego handlu są przedstawiciele genialnego 

środka przeciwko odciskom i kilka salonów sztuki oferujących dzieła nieznanych na ogół mistrzów 
pędzla.

- Człowiek myślący logicznie patrząc na te rozłożone tu przed namy odciski różnej wielkości wie, że 

tego nikt nie wyhodował w żadnej cieplarni, w żadnej sztucznej wylęgarni ani w żadnych inspektach, 
że ludzie to w swojem własnem ciele wychowali - mówi wysoki, szczupły, szpakowaty reprezentant 
firmy walczącej z nagniotkami, trzymając w jednym ręku pincetkę, w drugim szkło powiększające w 
bakelitowej oprawie, po czym prowadzi wykład dalej:

- Bierzemy tu pierwszy lepszy odcisk z naszego zapasu. O, niech będzie ten. Ten odcisk został  

odzyskany   przez   nas   w   Sarnakach.   Przychodzi   jeden   pan   i   wręcza   go   nam.   „Co,   pan   w  kopalni 
pracuje?" „W jakiej tam kopalni, nic nie robię, na kolei przy szlabanie stoję. A co szlaban otworzę, to 
pcham nogę do rowu, bo wytrzymać nie mogę z bólu". Ten odcisk tu państwo widzą. Tak on wygląda 
z wierzchu, a tak od spodu, przez powiększające szkło widać ten korzeń, ten rdzeń. - Tu demonstrator 
przyłożył szkło powiększające do eksponatu. Widok jest tak przerażający, że widzowie z bliższych 
szeregów odskakują w tył.

Zademonstrowawszy   w   ten   sposób   jeszcze   kilka   imponujących   nagniotków   przedstawiciel 

uniwersalnego „atomowego" środka mówi na zakończenie:

- Nie jest to żadne oszustwo, na każdym naszym pudełku figuruje zezwolenie Ministra Zdrowia, 

proszę   państwa,   numer,   proszę   państwa,   data   produkcji,   proszę   państwa,   tego   nikt   dobrowolnie 
napisać sobie nie może, bo za to można się znaleźć tam, gdzie ani sobie, ani nikomu nikt nie powinien  
życzyć!

Dowód rzeczowy przełamuje ostatnie opory i znakomity lek po 10 złotych pudełko idzie jak woda.
Znajdzie się czasem jakiś oponent, który na zachętę do kupna odpowie rymem:

Lipa z sosną razem rosną

Ale na to nie zwraca się większej uwagi.
Jakże inaczej reklamowano podobny płyn na odciski przed wojną na Kercelaku...
Bez pincetki, bez powiększającego szkła, sztucznej stopy i całego naukowego aparatu sprzedawca 

wołał po prostu:

-  Nogi   nie   uliki,   żeby  jeich   w  wodzie   moczyć,   kiedy  mamy  górnośląski  zajzajer   do  wywabiania 

odcisków, brać i wybrać, panowie, 50 groszy sztuka! 

Ale to były czasy przed rozbiciem atomu. 
Obok   stoiska   z   medycznym   wynalazkiem   znajduje   się   salon   sztuki   prowadzony   przez   pana 

Konstantego   Miętusa,   znanego   tu   lepiej   pod   kryptonimem   Matejajko.   Galeria   pana   Miętusa   ma 
charakter przenośny, to znaczy jest rozwieszana na dzień na tyłach budek z warzywami i końskim  
mięsem, wieczorem odjeżdża  wraz z właścicielem do jego prywatnej siedziby przy ulicy Zakątnej, 
gdzie mieści się również pracownia artystyczna mistrza.

Trzeba bowiem wyjaśnić, że pan Miętus jest nie tylko tak zwanym Kunsthandlerem, ale w lwiej 

części twórcą sprzedawanych na bazarze arcydzieł.

Prawdziwą jego dumę stanowi fakt, że salon nie prowadzi handlu oleodrukami, jak to robią liczni na 

bazarze konkurenci.

Wszystkie   obrazy   są   malowane   ręcznie   na   prawdziwym   żyrardowskim   płótnie,   zagranicznymi 

olejnymi farbami, że ,.można ryżową szczotką i szarem mydłem myć i farba nie ma prawa w żadnem 
miejscu nam puścić". Tak mistrz zwykł reklamować swoje chef d'oeuvre'y. Jeżeli chodzi o tematykę 
obrazów, nie jest ona zbyt rozległa. Najczęstszy motyw stanowi jeleń pijący wodę z ultramarynowego 
źródełka   na   tle   grynszpanowozielonego   lasu,   z   przekradającym   się   za   drzewami   myśliwym   z 
granatową brodą - wszystko to oświetlone na pomidorowo przez słońce zachodzące za śnieżnobiałe 
szczyty gór.

Następną serię tego samego obrazu, jakby ciąg dalszy, stanowi płótno z identycznym plenerem, ale 

akcją już po postrzeleniu jelenia, rzucającego ostatnie pełne wyrzutu spojrzenie na zbliżającego się z 
wielkim kordelasem myśliwego. Mały ten cykl powieszony razem robi wrażenie wstrząsające.

- 30 - 

background image

Treść dalszych obrazów jest może nieco szablonowa, ale wysoka technika wykonania zjednywa im 

chętnych nabywców.

Taka „Cicha noc księżycowa" pana Miętusa albo „Przejażdżka gondolą po kanałach Wenecji" czy 

też   „Zamek   nad   jeziorem"   z   poszóstną   karetą   wiozącą   młodą   parę   w   królewskich   koronach   pod 
niesłychanie stromą górę, mogą stanowić prawdziwą ozdobę najwykwintniejszego nawet mieszkania 
na MDM-ie, Muranowie lub osiedlu Praga 2.

To, że mistrz nie rozprasza się na poszukiwanie nowych tematów, lecz od lat powtarza te same 

ciągle wersje,  doprowadziło   jego pędzel do szczytów doskonałości. Trzeba jeszcze  dodać, że  nie 
maluje   on   nigdy   jednego   obrazu,   ale   od   razu   co   najmniej   pół   tuzina   płócien   tej   samej   treści   - 
systemem   taśmowym.   Powiedzmy,   kolejno   sześć   jeleni,   sześciu   myśliwych,   sześć   słońc 
zachodzących itd., itd. Zyskuje w ten sposób jednolitość barwy na wszystkich obrazach, jednakową na 
nich   siłę   światła,   skraca   sobie   znakomicie   czas   produkcji   i   klientom   zapewnia   nabycie   obrazów 
naprawdę identycznych. Nikt nie może się uważać za nabranego.

Te   zalety   są   należycie   oceniane   przez   odbiorców   i   mimo   niewątpliwego   kryzysu   w   dziedzinie 

zbywania dzieł sztuki pan Miętus absolutnie go nie odczuwa w przeciwieństwie do większości naszych 
mniej sumiennych plastyków.

Toteż ruch w salonie jest znaczny i Maniuś Kitajec przyjechawszy na Bazar Różyckiego wraz ze 

Szmają i Murzynem musiał dłuższą chwilę poczekać, zanim Miętus załatwił wcześniejszych klientów z 
prowincji.

Zbywszy po krótkim targu dwa „Zamki nad jeziorem" do Garwolina oraz do Serocka „Wazon z róża-

my", każda wielkości dużej główki czerwonej kapusty - mistrz przywitał się wreszcie z kierowcami:

- No, czem można panom szanownem służyć?
- Przyjechaliśmy po blondynkie - zagaił Maniuś.
- Po jakie blondynkie?
- No po te, coś pan od tych chłopaków kupił.
- A, po tego grata. To jak, chcecie go nazad odkupić?
- Tak mniej więcej nam wychodzi. Masz pan ją jeszcze?
- No mam, chociaż zadatkowana - z pewnym wahaniem powiedział Miętus.
- Jak tak, no to fest. Szmaja, oddaj panu Matejajce dwie stówy, zabieraj widoczek i posuwamy.
- Zaraz, zaraz, wolnego, nie tak galopkiem, jak to dwie stówy? Jeszcześ się pan nie zapytał, ile 

obraz kosztuje, i już pan chcesz płacić. Nie bądź pan taki wyrywny.

- Kosztuje tyle, ile za niego zapłacone - odrzekł Maniuś zimno. - Trzy dni temu nazad przyjąłeś pan 

obraz, a dzisiej my jesteśmy zmuszone go zabrać, to przecież nie mógł podrożyć.

- Nic nie podrożało, jedne bileta kolejowe i kaszka krakowska. Obrazy stoją w miejscu - poparł 

Szmaja.

- Stoją czy nie stoją, ten kosztuje 500 złotych.
- Czego? Za co?
- Za grontowne przeróbki.
- Jak to za przeróbki?
- Odnowienie czy jak?
- Toś pan przerobił blondynkie na co, na gienierała Kuropatkina czy na Churchilla? - pytali nerwowo  

jeden przez drugiego trzej szoferzy.

- Czy jest przeróbka i jaka, można się naocznie przekonać. Obraz tu wisi. Poznajecie go?
- Nie... jakoś go tu nie widać - powiedział Maniuś po szybkim przejrzeniu galerii. Jego przyjaciele  

też nie poznali.

- No co? Nie do poznania, prawda? - powiedział mistrz z tryumfem. - Przecież tu wisi.
Kierowcy spojrzeli we wskazanym kierunku i otworzyli usta.
- Faktycznie. Jak nie ten sam.
- Żebyś pan palcem nie pokazał, rok i sześć niedziel można by się na niego patrzyć - i nie znaleźć.
-   Włożone   jest   troszkie   roboty   i   materiału.   Ale   teraz   to   jest   obraz   -   dodał   z   dumą   plastyk, 

przecierając rękawem dół suto złoconej ramy, w którą była oprawiona „Dama z tulipanem".

Istotnie, poznać ją było prawie niepodobieństwem. Jak pamiętamy, obraz przedstawiał nagą kobietę 

leżącą nad strumieniem z tulipanem w ręku. Za tło służyła jej zieleń drzew i murawy.

- 31 - 

background image

Obecnie   blondynka   przy   kośoi   ubrana   była   w   kostium   kąpielowy   w   niebieskie   paski   i   plażowe 

pantofle, w ręku trzymała cały bukiet tulipanów. Strumień zmienił się w rzekę, po której pływały dwa 
piękne   łabędzie.   Na   zapleczu   damy   widniał   wspaniały   łuk   mostu   Poniatowskiego   z   tramwajami   i 
autobusami, a w oddali rysowała się biała strzelista sylweta Pałacu Kultury i Nauki.

Trzej przyjaciele patrzyli z niemym podziwem, jaki wywołuje tylko naprawdę wielkie dzieło sztuki. 

Mistrz Miętus przerwał po chwili to milczenie powtarzając:

- Teraz to jest obraz. W przedszkolu może wisieć. A najpierw musiałem go odwracać frontem do 

budki, żeby zgorszenia dzieci i młodzieży w szkolnem wieku nie uskuteczniał. Interes w publicznem 
miejscu się znajduje i nie ma prawa trzymania obrazów z cielesną treścią. Na razie zamiarowałem ją  
przerobić na Marię Magdalenę Samozwaniec albo na Genowefę na puszczy, ale nie chciałem robić 
nieuczciwej   konkurencji   koleżce,   któren   tam   troszkie   dalej   religijnem   artykułem   handluje.   Nie   rób 
drugiemu, co tobie nieprzyjemnie.

Maniuś otrząsnąwszy się z wrażenia powiedział wreszcie:
- Tak czy siak, w kostiumie czy bez kostiumu bierzem ją nazad. Tylko powiedz pan, za co pan  

chcesz taki majdan pieniędzy. Robota, nie można powiedzieć, staranna, ale za co trzysta złotych?

- Wiesz pan, żeby nie to, że znamy się te parę lat, powiedziałbym panu parę słów prawdy i w ogóle  

nie chciał rozmawiać o sprzedaży. Za drogo, niech wisi, przyjdzie większy frajer, to kupi. Ale po starej 
znajomości, chociaż bebechy już mnie się przewracają i każdemu innemu dawno bym już stąd kota  
pognał i nie chciałbym się z łachudrą męczyć, panu zrobię renament. Za co liczę  300 złotych? A 
łabędzie to pies?

- No to ile pan liczysz za sztukie?
- 25 złotych. To drogo? Dwa łabędzie - 50 złotych, chociaż sam cynkwajs więcej mnie kosztował. 

Poniatoszczak tak jak leci - tramwai i autobusu nie liczę - 50 złotych.

- No to sto, a gdzie jeszcze 200?
- A Pałac Kultury i Nauki - 45 pięter bez pucu, lipy i zalewania kolejki. Każden może przeliczyć, czy  

się zgadza - 100 złotych to drogo?

- To setkie za bukiet, któren facetka trzyma w ręku, pan liczysz?
- Bukiet w ogóle masz pan źa darmo. Ale nie możesz pan chyba do wielkiej cholery żądać, żebym  

panu  podwójne   złocone  stylowe   rame  od  lustra,  co  u  „Ewarysta"   na Marszałkowskiej   w  męskiem 
salonie dziesięć jat do samego powstania wisiała, w prezencie dał?

- Przyznaję się bez bicia, o ramie faktycznie zapomniałem. Ale rama nam niepotrzebna -  tak jak był  

zwinięty w trąbkie, żądamy go nazad.

- A ja bez ramy nie mogie. Kto mnie za oprawę zwróci?
Maniuś wreszcie się zirytował, ale na zimno. Mrugnął na pana Miętusa i powiedział szeptem:
- Chodź pan tu troszkie na bok, bo tu za duża ferajna na Murzyna się patrzy, i posłuchaj pan, co ja 

panu powiem.

- No, proszę, gadaj pan - mowa trawa - gięsty grzebień.
- Trawa nie trawa, grzebień nie grzebień, radzę panu z duszy serca, odrzuć pan jak najprędzej ten 

lanszaft od siebie.

- Dlaczego?
- Przez delikatność. 
- Względem kogo?
- Względem milicji obywatelskiej.
- Tryfny?
- Jeszcze jak, zamiast pięciu stówek, piątala możesz pan otrzymać na państwowem wikcie.
- Panie Maniuś, to taka sprawa?
- Zagraniczna, naszem chłopakom jakiś lepszy oprycha ten lanszaft w wózku porzucił i teraz żywo 

musiem go zwrócić. A może pan masz życzenie sam go do Komendy Głównej odnieść?

- Nie, nie, ja nie czasowy.
- Tak jest, tam czasem mogą kazać troszkie posiedzieć. I tak nie wiem, czy jem się spodobają 

przeróbki.

- Komu się mogą nie spodobać, przecież jest jeszcze ładniejszy, jak był.

- 32 - 

background image

- No tak, ale nie każden się zna. Masz pan tu swoje dwieście złotych, wyjmuj pan blondynkie z ram i  

cześć: odjazd.

Pan Miętus szybko uwinął się z obrazem i trzej przyjaciele pojechali na Starówkę. W antykwariacie 

profesora Kijanki zastali jakichś klientów kupujących stół, musieli więc poczekać, zwłaszcza że hrabia 
podczas tej transakcji siedział ukryty za firankami antycznego łoża, gdyż był jeszcze nie ubrany.

Po wyjściu nabywców stołu ukazał się w całej okazałości w swoim tatarskim szlafroku i nastąpiły 

serdeczne powitania z Jumbą i Szmają.

Profesor Kijanka zimno, bez słowa podał im rękę i zniknął w kuchni.
Towarzystwo tak się zagadało, że zapomniało na razie o głównym powodzie wizyty. Nagle Maniuś 

stuknął się w czoło i rozwinął trzymany dotąd pod pachą rulon.

Hrabia założył monokl, spojrzał na obraz i jak podcięty kosą runął w głąb łoża.
- Co to jest? Co to jest? - jęknął zbielałymi usty.
- Mała przeróbka Miętusa - wyjaśnił Maniuś - prawda, że z pojęciem facet, most i pałac jak żywe.
- Istotnie... tak, ale trzeba by go za to ze skóry obedrzeć... kołem łamać, czy ja wiem wreszcie, co  

temu kretynowi zrobić.

- Można by spuścić manto, jeżeli faktycznie zasłużył.
- Zasłużył? To zbrodniarz, zniszczył „Damę z tulipanem".
- Faktycznie zniszczona ona nie jest, tylko ubrana, ale i tak dosyć cienko, tak że szczegółowa 

autonomia damskiego ciała gdzieniegdzie jest widoczna.

- Cała nadzieja, że może to paskudztwo uda się jakoś zmyć fachowcom od renowacji obrazów. W 

przeciwnym razie strata byłaby niepowetowana.

- W każdym bądź razie, to jest ta Fela z Kozich...? - zapytał Maniuś.
- ...dubek - dokończył za niego hrabia. - Oczywiście, że to jest ten sam obraz i trzeba co prędzej 

zwrócić go właściwym władzom.

- No i dobrze, Felę się rozbierze, pałac i most także samo, łabędzie wont i lanszaft znowuż będzie  

wisiał   w   muzeum.   Chociaż   po   mojemu   do   muzeum   teraz   jest   lepszy,   bo   tam   młodzież   w   wieku  
chuligańskiem uczęszcza. No, było nie było, po tem ganianiu za tą Felą możem zrobić po jednem 
dziecinnem.

Hrabia   wydał   odpowiednie   zarządzenia.   Julian   bardzo   niechętnie   ustawił   kilka   kryształowych 

kieliszków na inkrustowanym stoliku, rozdzielił gęś i spełniono pierwszy toast na cześć cudownego 
ocalenia „Damy z tulipanem".

Przy trzecim toaście odezwał się długi dzwonek przy drzwiach wejściowych, zamkniętych uprzednio 

przez Juliana.

Na   razie   nie   otwierano,   ale   gdy   dzwonka   nie   ustawały,   coraz   dłuższe   i   bardziej   stanowcze,  

właściciel antykwariatu zdecydował się zobaczyć,  kto to taki. Ucztujące towarzystwo  dla pewności 
ukryło się w łóżku zabierając ze sobą gęś i butelkę.

Tymczasem weszło do sklepu dwóch ciemno ubranych panów. Jeden, o przenikliwym spojrzeniu 

stalowych oczu, wydobył długą wąską legitymację i pokazał ją Julianowi:

- Jesteśmy z milicji.

X.

Wylegitymowawszy się starszy z przedstawicieli milicji zmierzył lekko speszonego Juliana zimnym 

spojrzeniem i«zapytał tonem pozornie obojętnym:

- Obywatel jest właścicielem tego przedsiębiorstwa?
- Jestem.
- Czy obywatelowi nie proponował kto ostatnio nabycia starych obrazów?
- Nie, nie proponował.
- To znaczy, że obywatel takowych nie kupił?
- Naturalnie, że nie.

- 33 - 

background image

- Dziękuję.  Dla formalności jednak musimy przeprowadzić mały przegląd  dzieł sztuki, jakie pan 

posiada. Czy mam okazać nakaz rewizji?

- Nie, nie... ale co znowu... Ale dlaczego rewizja... przecież ja...
Za   zasłoną   antycznego   łoża,   gdzie   dotąd   panowała   absolutna   cisza,   zaczął   się   jakiś   ruch, 

chrząkanie, szepty.

Julian zbladł.
Przedstawiciele   milicji   spojrzeli   w   tym   kierunku   z   pełnym   czujności   zainteresowaniem.   Zasłona 

rozchyliła   się   lekko,   w   otworze   ukazała   się   ręka   we   wzorzystym   wschodnim   rękawie   trzymająca 
zwinięty w trąbkę obraz. Ktoś powiedział uprzejmym tonem:

- Julianie, proszę pokazać to panom i zapytać, czy tego szukają?
Trzęsąc się wyraźnie i potykając o starożytne meble profesor Kijanka zbliżył się do łoża, odebrał 

obraz i wręczył go jednemu z reprezentantów władzy. Ten rozwinął rulon, rzucił nań okiem, na obliczu 
jego odmalowało się zdumienie, po czym powiedział surowo:

- To się okaże. A teraz proszę odsunąć firanki.
Gdy temu żądaniu stało się zadość, oczom organów śledczych ukazało się wnętrze rodowego łoża 

hrabiów Mokrobrodzkich, a w nim ciasno stłoczona grupa złożona z czterech mężczyzn, z których 
jeden był Murzynem. Dwaj z białych trzymali w rękach kryształowe puchary, trzeci butelkę opatrzoną  
kartką z napisem „czysta wyborowa". Murzyn dzierżył ostrożnie półmisek z poćwiartowaną gęsią.

Na   ten   niecodzienny   widok   milicjanci   cofnęli   się   dwa   kroki   w   tył,   zrobili   jakiś   ruch   w   kierunku 

kieszeni, ale opanowali się, po czym starszy zapytał:

- Co panowie tu robią?
- Nic nie robimy, wódkie się pije - odparł Maniuś.
- Dobrze, ale dlaczego w łóżku?
- Może nie wolno? Jak my mamy takie życzenie.
-   Panowie   pozwolą,   że   złożę   krótkie   wyjaśnienie   -   rzekł   hrabia,   bo   jak   wiemy   z   poprzedniego 

rozdziału, on to właśnie był ubrany we wzorzysty szlafrok. - Po prostu odbywa się małe przyjęcie  
powitalne dla przyjaciół, których się spotkało po długich latach niewidzenia. Panowie są moimi gośćmi. 
Ulokowaliśmy   się   w   łóżku,   żeby   nie   przeszkadzać   właścicielowi   sklepu   w   załatwianiu   transakcji 
handlowych. Czy to wystarczy?

- No, niezupełnie. Co jest na przykład z tym obrazem?
- O ile się zorientowałem, panowie szukają obrazów skradzionych w muzeum w Szczecinie i proszę 

sobie   wyobrazić,   macie   szczęście.   Ten   właśnie,   to   zrabowany   tamże   van   der   Helst,   niestety 
przemalowany nieco przez miejscowego plastyka z Bazaru Różyckiego.

- To już teraz więcej van de Miętus - wtrącił Maniuś wyłażąc z łóżka.
Jumbo   zrobił   za   nim   to   samo.   Szmaja,   żeby   się   nie   wyróżniać,   poszedł   ich   śladem.   Usiedli 

swobodnie przy stoliku. Maniuś nalał nawet kolejkę, ale milicjant przywołał ieh do porządku.

- Może panowie z tym poczekają, aż załatwimy sprawę urzędową.
- Co tu jest do załatwienia, już załatwione. Zabierajcie panowie widoczek i szukajcie tych oprychów,  

którzy go dziabnęli z muzeum.

- Właśnie to robimy. Skąd macie obraz?
Maniuś   dopiero   teraz   uprzytomnił   sobie,   że   właściwie   milicja   nie   wie   jeszcze,   jakim   sposobem 

„Dama z tulipanem" znalazła się w ich rękach. Opowiedział więc przy pomocy Szmai i Jumba dzieje  
owej   szalonej   podróży   do   Szczecina   i   zobrazował   dalszy   bieg   wypadków   aż   do   ostatniej   chwili. 
Milicjanci potakiwali z uśmiechem, jeden coś notował, po czym rzekł: 

- Dziękuję.
- Prosiemy bardzo. Moje uszanowanie. Idźcie panowie z Bogiem - żegnał ich uprzejmie Kitajec.
Milicjanci jednak nie odchodzili. Jeden usiadł nawet przy stole, otworzył teczkę i powiedział: 
- A teraz prosimy o dowody osobiste.
- A co, za świadków chcecie nas podać?
- Chwilowo tak.
- Jak to chwilowo?
- Tak, do czasu zakończenia śledztwa.

- 34 - 

background image

- A potem?
- Potem będzie akt oskarżenia.
- Jak to oskarżenia, przeciwko komu? - zaniepokoił się hrabia.
- Przeciwko winnym. Pański dowód! 
Hrabia   bardzo   speszony   wręczył   mu   swój   paszport,   z   którego   wyleciała   jakaś   kartka.   Agent 

podniósł ją.

- Oho, zwolnienie z więzienia. W porządku. Wszystko się zgadza.
Zabrawszy wszystkie dowody agent schował je do teczki i powiedział.
- No to idziemy.
- Gdzie idziemy?
- Do komisariatu.
- Po co?
- Panowie chyba żartują.
- My do komisariatu?
- To ładna polka.
- To jakieś bolesne nieporozumienie! - wołali jeden przez drugiego.
-   Niech   mi   pan   chociaż   wyjaśni,   o   co   chodzi   -   oburzał   się   hrabia.   -   Przecież   samiśmy   obraz 

ściągnęli z bazaru i właśnie mieliśmy odesłać go do panów.

- Tylko szkoda, żeście nie zdążyli. No, dosyć tego bajeru. W komisariacie będziecie się tłumaczyć. I 

nie próbować oporu, bo na ulicy jest obstawa.

-  Jakiego   oporu?  Kto  by się  z  panamy  szanownemi  kłócił,   to  za  drogo  kosztuje.  Iść  to   iść.  W  

komisariacie nasz przeprosicie. Wezwijcie tylko Miętusa-Matejajkie - odgrażał się Kitajec.

- Wezwiemy każdego, kogo tylko wskażecie. Ale na razie marsz.
Wyszli   pod   opieką   agentów.   Julian,   zamykając   na   zasuwy   i   kłódkę   swoją   siedzibę,   mówił   do 

hrabiego:

- Ja ostrzegałem pana, panie hrabio, że nic dobrego nie wyjdzie z przyjmowania tej hołoty. Na 

nieszczęście miałem rację.

- Żadnego nieszczęścia nie ma. Wszystko się zaraz wyjaśni.
- Daj Boże!
Ale się nie wyjaśniło. Można powiedzieć, że nawet skomplikowało. W wyniku dwukrotnych jeszcze  

badań   władze   śledcze   zdecydowały,   że   sprawa   jest   bardzo   niejasna,   i   dla   dobra   dochodzenia 
zdecydowały zatrzymać w areszcie wszystkich oprócz Maniusia Kitajca. Jumbę i Szmaję jako tych, 
którzy   obraz   przywieźli   ze   Szczecina,   hrabiego   jako   dawnego   właściciela   „Damy"   chcącego,   być 
może, w ten przestępczy sposób ją odzyskać.

Profesor   Julian   Kijanka,   właściciel   antykwariatu,   wprowadził   w   błąd   prowadzących   śledztwo, 

wypierając się posiadania obrazu w swoim przedsiębiorstwie.

Zwolnienie   ich   mogło   utrudnić   odzyskanie   pozostałych   dwóch   zrabowanych   ze   szczecińskiego 

muzeum   arcydzieł   malarstwa   flamandzkiego.   Właściwie   namyślano   się   nawet   długo,   czy   zwolnić 
Maniusia,   ale   nie   było   żadnej   nici   wiążącej   go   bezpośrednio   z   przedmiotem   zrabowanym   oprócz 
udziału w uczcie na puchach stylowego łoża. Ten powód był niedostateczny do zatrzymania. Wypić 
każdy lubi, zwłaszcza szofer warszawski w dniu wolnym od pracy.

Wyszedł więc Maniuś na ulicę nie wiedząc nic o tym, że roztoczono nad nim dyskretną opiekę.
Bardzo   strapiony   stanął   na   przystanku   w   alei   Świerczewskiego   na   wprost   zabytkowej   studni 

warszawskiej, zwanej „Grubą Kaśką", i oddał się ponurym rozmyślaniom.

- Co robić? Gdzie lecieć? Jak pomóc chłopakom. Że Lulian troszkie posiedzi, to właściwie mu nie 

zaszkodzi, może przestanie ważniaka strugać. Ale hrabiego szkoda, samochcąc Maniuś wpakował go 
w ten cały bajc, przywożąc obraz. Ale kto mógł się spodziewać po naszej milicji, że tak prędko zaczną 
szukać po antykwariatach. Faktycznie ta Fela z tulipanem musi być z droższych lanszafcików, że tak 
się za tę sprawę złapali. No tak, ale co dalej? Z hrabią jest jeszcze o tyle niedobrze, że miał niedawno 
odsiadkie. Na takiego jest już większa poruta - myślał Kitajec i głowił się nad znalezieniem sposobu 
ratunku.

- 35 - 

background image

Nagle spojrzał raz jeszcze na stojącą na środku ulicy „Grubą Kaśkę" i przypomniał sobie, jak to stąd 

w   czasie   okupacji   zabierał   karawan   pana   Konfiteora,   pozostawiony   po   akcji   przez   żołnierzy 
konspiracji. Jak to potem zajechał nim na Zapiecek „Pod Minogę" do pana Aniołka.

-   Prawda,   jest   przecież   Aniołek,   do   niego   trzeba   skoczyć   poradzić   się,   porozmawiać.   Facet 

niedzisiejszy z dużą smykałką, nie tracący zimnej krwi nie w takich tarapatach. Tylko Aniołek może mi 
pomóc.   Szemrany   na   wszystkie   strony,   cwaniak   na   dwadzieścia   cztery   fajerki.   No   i   chody   ma 
wszędzie.

- Zasuwamy do Aniołka! - postanowił Maniuś i po chwili już siedział obok znajomego szofera w 

zatrzymanej skinieniem ręki taksówce.

- Gdzie lecisz, Mieciu?
- Na Pragie.
- No to posuwaj - odparł Maniuś i zwrócił się do siedzącego w wozie pasażera - pan pozwoli, że 

koleżka na Targowe mnie podrzuci.

- Proszę bardzo.
- Dziękuję. Do Aniołka, uważasz, jadę w pewnem interesie osobistem, chociaż nie swojem. Szmaję 

znasz?

- Jasne. To ten, co z Karaluchem na szewrolecie lata.
- Latał.
- Prawda, rąbnęli jem ten wóz.
- Nie tylko dlatego. W ogóle ma utrudnienie poruszania się po świecie. Korzystać może tylko z 

krótkich spacerów po podwórku.

- Wmamrzony? 
- Tak jest.
- Za co?
- Dużo trzeba o tem mówić, ale to już drugą razą. Teraz chcę cię, Mietuchna, prosić o grzeczność.  

Jakbyś wiózł w razie czego pasażera z obrazem, a zwłaszcza poniekąd dwoma, zapisuj dla mnie 
adres, gdzieś go odstawił.

- W ramach?
- W ramach czy zwinięty w trąbkie, rzecz obojętna.
- A jak będzie jechał z lustrem?
- Z lustrem odpada. I jeżeli cię można prosić jeszcze o większą uprzejmość, to powtórz tę moją 

prośbę wszystkim chłopakom. Starajcie się odnosić ludziom te obrazy do mieszkania, żeby zapisać 
numer.

-   To   niemożliwe,   przestraszą   się,   pomyślą,   że   warszawscy   szoferzy   powariowali   -   nie 

przyzwyczajone.

- Możecie jem tłumaczyć, że to tydzień grzeczności, że to przejdzie.
- Można spróbować. No... Targowa, gdzie wysiadasz?
- Może być tu. Dorożkarzu, zatrzymajcie te bryczkie.
I   uścisnąwszy   koledze   rękę   oraz   złożywszy   ukłon   pasażerowi   pan   Maniuś   wysiadł   i   szybkim 

krokiem skręcił z Targowej w boczną brukowaną kocimi łbami uliczkę, gdzie na rogu mieścił się w 
nowym bloku zakład gastronomiczny pod szyldem: WZG Bar „Piramidon", kuchnia egipska.

Kierownikiem   „Piramidonu"   był   właśnie   pan   Aniołek.   Tu   musimy   pokrótce   skreślić   dzieje 

znakomitego gastronoma po wyzwoleniu. Z początku „Minoga", przedwojenna prywatna restauracja 
pana Aniołka, odżyła, chociaż w innym lokalu, jako spółdzielnia pracy pod jego kierownictwem, ale gdy 
szyld zmieniono na „Gospodę ludową nr 113" i wprowadzono recepty na bigos, krupniczek i zrazy z 
kaszą, kierownik podał się do dymisji.

Zmieniał   później   posady   kilkakrotnie.   Był   nawet   przez   czas   jakiś   dyrektorem   Państwowego 

Przedsiębiorstwa Widowiskowego „Artos", skąd przeszedł na stanowisko kierownika rzeźni miejskiej w 
Brzegu na Śląsku, ale po roku wrócił do resortu kultury i sztuki, objąwszy odpowiednie funkcje w 
Państwowym Przedsiębiorstwie Imprez „Estrada". Pracował z dużym zapałem i miał piękne wyniki, ale 
gdy pewnego razu pani Aniołkowa przyłapała go za kulisami, jak pomagał ubierać baletnice, musiał 
się pożegnać ze sztuką. Proponowano mu potem zajęcie kierownika „Salonu Pana" w Galluxie, ale 
przyszły  czasy  powrotu  do  pogardzanej  przedtem  fachowości  i  pan  Aniołek znalazł   się  znowu   za 

- 36 - 

background image

bufetem   zakładu   gastronomicznego.   Nie   była   to   zwykła   restauracja,   ale   zakład   kategorii   S, 
specjalizujący się w daniach narodowej kuchni egipskiej.

Pan   Aniołek   bronił   się   przeciwko   nazwie   i   charakterowi,   jaki   WZG   usiłowały   mu   narzucić,   ale 

wreszcie musiał się zgodzić i nawet przez czas jakiś chodził po lokalu w czerwonym fezie.

Nie   harmonizowało  to  jednak  tak bardzo  z  jego   rumianą  twarzą,   ozdobioną  staropolskim  blond 

wąsem, z oczami jak niezapominajki moczone w spirytusie, że wreszcie dyrekcja zwolniła go z tego 
obowiązku i pan Aniołek kazał sobie zrobić z fezu parę wygodnych pantofli za bufet.

Pracował w „Piramidonie" bardzo wydajnie i ku ogólnemu zadowoleniu. Sam jednak daleki był od  

niego. Gniewało go zwłaszcza, gdy klienci nazywali go faraonem.

- Jakiżeż ja faraon, ja nawet egipskiego zapalenia oczów nigdy nie przechodziłem. Firma jest do 

kitu i musiem koniecznie to zmienić.

W   ten   właśnie   sposób   żalił   się   pan   Aniołek   Maniusiowi,   gdy   ten   zajechał   do   niego   w   sprawie 

ratunku dla hrabiego i kolegów.

- Muszę koniec końców to przeprowadzić, żeby interes nazywał się po ludzku „Pod Minogą", i już  

bym przeprowadził, tylko że moda na zagraniczne interesa gastronomiczne nastała. Powiedzieli mnie 
w derekcji: Jest na MDM-ie „Szanghaj" ze schaboszczakiem w bambusowym sosie. Jest na Starówce  
„Samson" ze schaboszczakiem z farfelkami, musi być na Pradze knajpa egipska. Lepsze kraje już 
zajęte,   za   późno   pan   do   nasz   nastałeś.   To   co   miałem   robić?   Pracuję,   jak   się   da.   Wynalazłem 
schaboszczaka po faraońsku z ramzesikami à la krokodyl, bo tam podobnież krokodyle po ulicach 
chodzą. I tak się męczem.

Pan Maniuś wysłuchawszy cierpliwie wyżaleń pana Aniołka i przekąsiwszy rzeszowską kiełbasę po 

kairsku, obwieścił mu fatalną nowinę.

Pąn Konstanty aż podskoczył na krzesełku. - Co pan mówisz, panie Maniuś, całe towarzystwo w 

mamrze i to przez głupi widoczek? Ale najgorzej drefić. Musiem znaleźć jakąś radę.

XI.

Pan Maniuś wrócił do domu struty. Właściwie nic nie załatwił u Aniołka. Pan Konstanty przyrzekł mu 

wprawdzie zająć się losem aresztowanych przyjaciół, ale nic konkretnego nie obiecał. Toteż Maniuś 
nie   mógł   sobie   znaleźć   miejsca.   Łaził   po   pokoju,   wziął   z   półki   książkę   pt.   „Terapia   wyrostka  
robaczkowego". Przeczytał dwie strony i rzucił dzieło na podłogę. Potem zapalił papierosa, poleżał 
chwilę na łóżku, nagle zerwał się i zapukał do kuchni.

Danka jeszcze nie spała, siedząc przy kominie cerowała skarpetki. Przysiadł się z drugiej strony,  

pomilczał chwilę, wreszcie rzekł:

- Była pani dzisiaj na poczcie?
- Byłam.
- Nie ma listu?
- Nie ma. Właściwie już nie czekam... Ale niech się pan nie martwi... nie będę panom długo już  

zawadzała. Byłam też dzisiaj u pana Konfiteora, powiedział, że...

- Panno Danusiu, jak pragnę zdrowia, jeszcze jedno takie słowo i obrażę się na cement... Komu to 

pani   zawadza,   co   to   za   mowa,   pytałem   się   o   list,   bo   chciałbym,   żeby   pani   się   koniec   końców 
przeprosiła z tatusiem, ale dla mnie może pani tu mieszkać do samej mojej śmierci,  niech ja nic 
dobrego nie mam.

- Wiem, panie Marianie, wiem, że pan dobry, ale ja muszę nareszcie iść do pracy. Właśnie chciałam 

powiedzieć,   że   pan   Konfiteor   już   wystarał   się   dla   mnie   od   pierwszego   o   miejsce   w   „Wiecznym 
Odpoczynku". Mają otworzyć nową filię na Pradze. Ma być pokoik przy kantorze, mogę tam mieszkać.

- Co, pani z temi sosnowemi jesionkami ma mieszkać? Nigdy się na to nie zgodziem. Chyba, że 

pani tu źle z nami,

- Wie pan, tak się tu już przyzwyczaiłam mieszkać z Kostkiem, że mi to nie robi żadnej różnicy.
- Kostek co innego, Kostek swój chłopak, cichy, orzeczny, ale te futerały Konfiteora - nerwowe. 

Chyba, że pani tu źle z nami.

- Nigdy w świecie... Tylko że dla panów to może krępujące, no i ciasno może.
- Jakie tam ciasno... Najgorsze to to, że dzisiaj jeszcze luźniej się zrobiło.

- 37 - 

background image

- Jak to luźniej?
- Szmaja nie będzie nocował... przez parę dni.
- Jak to nie będzie nocował... Wyjechał, gdzie? Bez pożegnania...
- Właściwie to nie wyjechał, tylko że trudno mu przyjść do domu... Słyszała pani o tej Feli?
- O jakiej Feli?... Nie słyszałam - tu zdawało się Maniusiowi, że Danka lekko przybladła.
- No o tej Feli z tulipanami, o tem lanszafcie ze Szczecina.
- Widziałam nawet ten obraz... pan Wacław pokazywał mi, co prawda samą głowę tylko, nie chciał 

dalej odwinąć.

- Bo ta cizia była, jak się to mówi, bez krawata, a Szmaja chłopak taki więcej skromny.
- No tak, ale jaki to ma jedno z drugim związek... dlaczego nie może przyjść?
- Bo Fela okazała się rąbnięta.
- Nie rozumiem.
- No przykaraulona.
- Jak to?
- Po prostu dziabnięta.
- Naprawdę nie wiem, o czym pan mówi.
- No przyuważona z muzeum.
- Skradziona... - tu Danka zerwała się z krzesła - to nieprawda, to niemożliwe... pan Wacław nie 

mógł tego zrobić...

- Rzecz naturalna, że tego nie zrobił. Szerlok Felę nawalił. Pamięta pani, jak jeździli z Karaluchem 

do Szczecina i pasażer jem nawiał... i ten lanszaft w taksówce zostawił?

- A więc był to włamywacz?
- No nareszcie pokapowała się pani... Tak jest. Chłopaki sprzedali widoczek niejakiemu Miętusowi 

na   bazarze.   A   jakieśmy   się   dowiedzieli,   że   kradziony,   chcieliśmy   go   oddać   milicji   i   zostaliśmy 
przedwcześnie nakryte.

- Więc pan Wacław aresztowany?
-   Aresztowany   to   podobnież   jeszcze   nie   jest,   tylko   chwilowo   zatrzymany.   Ale   jemu   to   nie   robi 

większej różnicy, czy tak, czy siak, zamiast firanek ma kratkie w oknie.

- Jak pan może dowcipkować jeszcze, panie Marianie, jak pan może!
- Już sam nie wiem, co mówię. Zły jestem jak wielkie nieszczęście.
- To czego pan siedzi, trzeba biec ratować go...
- Jak to, czego siedzę... pół dnia ganiałem w tej sprawie... u Aniołka byłem, u Karaluchowej... jak 

mnie zaczęło siedem Murzyniaków płakać, myślałem, że mnie szlag tam na miejscu trafi. Byłem tyż u 
adwokata... jużem sobie mordę wystrzępił od gadania, języka nie czuję, a pani, że ja siedzę...

- Przepraszam, panie Marianie, przepraszam pana bardzo, ale tak mi żal pana Wacka... tak mi go 

żal, on taki poczciwy, ale taki trochę bezradny...

- Jaki on tam bezradny, cwaniak z wolskiej zastawy, tylko że Szmaja, że lewą ręką się posługuje... 

ale widzę, że mimo tego może się podobać... co narzeczony na to powie, jak się wróci?...

- Niech mi pan o nim nie mówi... nie chce więcej o nim słyszeć... Tak lubię pana Wacka... Zresztą  

tak jak i pana, jak i pana Stanisława. Byliście dla mnie jak bracia.

- Tak, tylko że najmłodszy braciszek zawsze najwięcej się spodoba.
- Panie Marianie, niech pan tak nie mówi... Musimy go ratować w tym nieszczęściu... musimy mu 

pomóc... A o tym moim narzeczonym więcej nie wspominajmy, chcę go wymazać zupełnie ze swego 
życia.

Tu Danka podbiegła do kredensu, otworzyła szufladkę, wydobyła stamtąd swoją torebkę, otworzyła, 

wyjęła z niej jakieś listy i ze złością zaczęła drzeć w kawałki i rzucać na podłogę.

Maniuś mimo woli spojrzał na dół, na leżący obok nogi tapczanu fragment fotografii i krzyknął:
- Zaraz... chwileczkie...
Błyskawicznie podniósł papier i wpił się w niego wzrokiem.
- Kto to jest? - zapytał.
- Jak to kto? Karol, mój eks-narzeczony.

- 38 - 

background image

Maniuś przewiercał po prostu fotografię wzrokiem i mówił do siebie:
- Te same oczy, ten sam spiczasty kinol... tylko baczki i bródka nieobecne... Tak... tak, niech ja 

skonam, niech ja skonam to... Szerlok!

Danka przestała drzeć listy i pobladłymi, drżącymi jeszcze z gniewu wargami spytała:
- Co za Szerlok? Jaki Szerlok? Co to znaczy?
- To znaczy - zaperzył się Maniuś - że ten pani iks-narzeczony to nie tylko kanciarz mieszkaniowy,  

któren   facetki   z   prowincji   na   „ślub"   robi,   ale   fachowy   klawisznik   na   duże   roboty   z   technicznem 
przygotowaniem. On muzeum w Szczecinie załatwił, on rudą Felę z tulipanem Szmai i Szuwaksowi w 
taksówce zostawił. Przez niego chłopaki i hrabia z LuManem za niewinność teraz cierpią. Skąd pani 
takiego   ancymonka   wytrzasła,   jak   pragnę   szczęścia?   To   trzeba   ze   świecą   w   biały   dzień   takiego  
narzeczonego sobie wyszukać! 

Danka spojrzała na Maniusia błagalnie.
- Panie Marianie, niech pan się nie znęca, sama nie wiem, jak to się stało... opętał mnie.
Maniuś zawstydził się wyraźnie swoich słów.
-   Panno   Danusiu,   niech   się   pani   nie   gniewa,   ale   faktycznie   nagła   krew   mnie   zalewa   na   tego  

drania...   Ale   co   się   faktycznie   dziwić,   że   panią   wykołował,   kiedy   z   nasz   czterech   warszawskich  
szoferaków  zwyczajnych   indyków  zrobił.   Za   ciemniaków  żeśmy  się   u  niego   zostali,   którem,   jakby 
chciał, Króla Zegmonta na rozbiórkie mógłby sprzedać albo tramwaj na chodzie opędzlować. W taki  
sposób   mam   zaszczyt   uroczyście   panią   przeprosić,   uważając   się   za   ciapciaka.   Cafam   wszystkie 
gorzkie słowa co do jednego i nie kłóćmy się. Raz jeszcze...

- No już dobrze, dobrze, ale czy to na pewno on, czy się pan nie myli?
- Nie mylę się, wszędzie bym go poznał... Ta sama mordka... wykapany Szerlok, szkoda mrugać... - 

mówił   Maniuś   wpatrując   się   w   fotografię   -   zresztą,   co   się   będziem   sprzeczać,   o,   słyszę,   Stasiek 
przyszedł, zaraz go zawołam.

Istotnie z pokoju dobiegał odgłos czyjegoś krzątania się. Maniuś zawołał głośno:
- Stasiu, czy możem cię tu prosić na chwileczkie?
Piskorczczak zjawił się w drzwiach natychmiast:
- Kitajec, jesteś tu, no to dobrze, co ze Szmają... bo Aniołek mówi, że siedzi.
- Wiadomo, że siedzi, ale to nieważne. 
- Jak nieważne? Co ty mówisz?
- Ważne, tylko nie w tej chwili. Rzuć tu okiem - odparł Maniuś podsuwając mu pod nos podartą  

fotografię.

- Znasz tego faceta? 
Piskorszczak spojrzał.
- Wiadomo, że znam.
Maniuś spojrzał z triumfem na Dankę, ale pytał dalej.
- To wiesz, kto to jest?
- No chyba, że wiem.
- Od razu poznałeś, co?
- Z miejsca.
- Ale powiedz kto?
- Kto ma być - Hitler!
- Ktooo?
- No, Hitler, po wąsikach i ząbku go poznałem. 
Z oczu Maniusia tryskały błyskawice oburzenia.
- Ach-że, ty ślepa komendo, jaki Hitler? Przyjrzyj się dobrze.
Piskorszczak speszony nieco wziął fotografię w rękę.
- A co, nie on? Może i nie on... czekaj... czekaj, mam... wiem już. To jest pan Edzio, fryzjer z 

Targowej.

- Ach-że, ty lebiego niewidymko, krótkowzroczna ofiaro losu - tu Maniuś wyrwał mu z ręki fotografię.
- Tylko bardzo cię proszę, nie wyrażaj się - obraził się Piskorszczak.

- 39 - 

background image

- Już ja bym ci tu inaczej na imię trafił, żeby nie to, że w damskiem towarzystwie się znajdujem. 

Przetrzyj sobie oczy. Nie widzisz, że to Szerlok?!

- Szerlok, gdzie! Szerlok miał bródkę i baczki.
- Zapuścił sobie, idyjoto. Ale oczy, oczy te same i kinol ten sam.
- Ja mu się tam w oczy nie patrzyłem.
- Jak ty możesz na taksówce latać, kiedy nic nie widzisz. Rzuć kółko i zapisz się na Służewiec na  

wyścigi, słomę taczkamy ze stajni wywozić.

- Panie Marianie, dosyć tego - wtrąciła się Danka - niech pan da panu Stasiowi spokój... Może to  

naprawdę i nie on.

- Jak tak, to ja już głupi jestem, co o tem myśleć. Ale pozostaję się przy swojem. Jutro wyrobię 

sobie widzenie ze Szmają i Szuwaksem, pokażę jem to i zobaczy pani, czy nie poznają. Na razie 
spokój, mówmy o czem innem. Tylko, panno Danusiu, jeszcze jedne zapytanie. Jak on się nazywał, 
ten cały Karol?

- Wiśniewski.
- Wiśniewski się nazywał... O... to leżem, nie znajdzie się go. W Polsce na każdej ulicy każdego 

miasteczka mieszka co najmniej dwóch Wiśniewskich. Wiśniewski to prawie Kowalski. Całe szczęście, 
że nazwisko jest lipne.

- Jak to, fałszywe?
- No rzecz jasna, że fałszywe. Taki zawodowy kanciarz nigdy nie ma papierów na swoje właściwe  

nazwisko, wyłącznie lipą się posługuje. Ale to nic i tak go znajdziem. A teraz może panna Danusia 
nam powie, gdzie go pani właściwie zapoznała?

- Po co to panu potrzebne?
- Jak to, po co? Musiem go nakryć. Już nie w sprawie mieszkania za 20 kawałków na MDM, ale w 

sprawie lanszaftów, za które siedzi dwóch szoferaków, jeden hrabia i jeden lokaj-profesor.

- Maniuś, bij w mordę - odezwał się siedzący dotąd w milczeniu Piskorszczak. - Ja nic nie rozumię, 

co ma Karol do lanszaftów i dlaczego Hitler ma się nazywać Wiśniewski. Powiedz nareszcie, co jest 
ze Szmają?

- Przecież od godziny o niczem innem nie mówiemy, tylko o tem. Fotografia jest Karola, ale pasuje 

po mojemu do Szerloka, czyli Karol to Szerlok, a Szerlok to bandzior, któren z muzeum rudą Felę 
nawalił i podrzucił ją twojemu braciszkowi w samochodzie. I teraz milicja ma żal do Szmai, że to z 
Szuwaksem do Szczecina pojechał i tam widoczki nawalił. Jednem słowem, chcąc Szmaję z mamra 
oswobodzić, musiem Karola znaleźć, bo któś musi w tej sprawie siedzieć. Takie jest rzymskie prawo. 
Kapewu?

- No, mniej więcej, chociaż jeszcze nie detalicznie.
- To się nie odzywaj, tylko słuchaj, a może ci się koniec końców w globusie rozjaśni. Więc, panno 

Danusiu, gdzie go pani zapoznała?

- U nas w miasteczku.
- A jakie to miasteczko?
- Orlikowo, to pod Wrocławiem. Ojciec mój prowadzi tam zakład fotograficzny. Właściwie to jest 

pracownia portretów z fotografii. Agenci jeżdżą w teren i przywożą zamówienia. Karol... to jest... ten 
Wiśniewski był takim agentem... Przyjeżdżał do nas często... przywoził dużo zamówień, ale tatuś go 
nie lubił...

- Córeczka owszem!
- Tak, ja go polubiłam, był taki jakiś inny... niż ci wszyscy agenci, marzyciel... Ciągle mówił, że 

przeniesie się do Warszawy, że się ożeni i otworzy zakład na siebie...

- I dała się pani zbajerować.
- Panie Marianie, czy pan wie, jak nudno jest w Orlikowie w październiku...
- W listopadzie musi być jeszcze gorzej... Teraz wszystko rozumiem. Więc on, znaczy się, przywoził 

te fotografie, tatuś machał z nich portreta, a on potem odwoził do klientów. A czy pani, panno Danusiu,  
nie pamięta tak z paru adresów tej klienteli.

- Nie, skąd! Zresztą te adresy nas bardzo nie obchodziły. Agenci towar zabierali.
- Ale w interesie się to gdzieś tam zapisywało?
- No owszem, ja nawet prowadziłam taki kwitariusz.

- 40 - 

background image

- Ale nie zabrała go pani ze sobą wtenczas?... 
Danka spuściła głowę zawstydzona.
- Przepraszam - podjął znowu Maniuś - faktycznie, po co był pani taki kwitariusz w Warszawie. A 

teraz by się przydał. Jak pani myśli, panno Danusiu, gdzie on teraz może być?

- Karol?
- Nie, kwitariusz.
- Jest oczywiście u tatusia.
Maniuś zerwał się z krzesełka, klepnął Piskorszczaka w plecy i zawołał:
- Stasiek, idziem spać. Jutro wstajem rano i odjazd do Orlikowa.
- Po co? - zapytali jednocześnie Danka i Piskor-szczak.
- Do tatusia po kwitariusz.
- Po cholerę ci ten kwitariusz? - zapytał Stasiek Kitajca, zdejmując buty, gdy już znaleźli się w  

pokoju.

- Zobaczysz, frajerze.

XII.

Orlikowo,   małe   dolnośląskie   miasteczko   nie   opodal   Wrocławia,   z   aleją   lipową,   z   wypalonym 

podczas   działań   wojennych   kwadratem   dawnego   rynku   drzemało   cicho   w   jesienne   słoneczne 
popołudnie.

Mało kto chodził po sennych ulicach starego piastowskiego książęcego grodziszcza, a nie jeździł  

nikt zupełnie. Mimo to na każdej prawie uliczce widniały niebieskie okrągłe tablice z ostrzegawczym  
napisem   „Ruch   jednokierunkowy".   Chodziło   prawdopodobnie   o   to,   żeby   się   krowa   z   krową   nie 
zderzyła, bo samochód był tu chyba niezwykłą rzadkością.

Tak właśnie sformułował swój krytyczny pogląd na to zarządzenie ojców miasta Orlikowa Maniuś 

Kitajec kołując swoją warszawą w poszukiwaniu ulicy „Księcia Bolka XVII".

Siedzący obok niego starszy Piskorszczak ziewnął przeciągle, skrzywił się i powiedział:
- Tak detalicznie żebym miał powiedzieć, to właściwie nie wiem, po jaką nagłą śmierć żeśmy tu 

przyjechali. Jak się nawet uda rąbnąć staremu Danki kwitariusz, to co będziem z tego mieli?

-   Ile   razy   mam   ci,   żłobie   nie   heblowany,   tłumaczyć,   ze   w   ten   właśnie   deseń   możem   nakryć 

Szerloka. Po mojemu jest on zawodewem narzeczonem, to znaczy, że co i raz się z jakąś ciziulą  
zaręcza, w taki czy inny sposób posag inkasuje i wiater. W tem właśnie celu za tego agienta od  
portretów się zgodził, frajerska łapo. Po całej Polsce rozjeżdża, po mieszkaniach chodzi i patrzy, gdzie  
jaka dziewczyna do sakramentu małżeńskiego tęskni. Taką w bajer na dozgonne miłość bierze, w trzy 
tygodnie moniaki do kieszeni i jazda dalej. Teraz na pewno się schował u jakiejś kolejnej narzeczonej.  
Toteż o wiele dostaniem adresy klientów starego Danki i wybierzem się do nich, dojdziem po nitce do  
kłębka i Lolka gdzieś na zaręczynach nakryjem.

- Jakiego Lolka?
- Nie wiesz - Karol - Karolek - Lolek, imię spieszczone.
- Ach, ja bym jego popieścił.
- Dlatego też właśnie musiem dostać ten kwitariusz.
- No dobrze, a czy nie lepiej by było, zaczem nam samem szukać, cały ten twój plan odstąpić po 

cenie kosztu milicji?

- I Danusię chcesz przy tem zakapować? 
- W jaki sposób?
- A w taki, orczyku jeden, że milicja zacznie całą rzecz rozbierać, sprawki przeprowadzać i nakryje u 

nasz Dankie jak amen w pacierzu.

- No faktycznie.
- A po drugie jak rozlepią list gończy z fotografią, że taki a taki Wiśniewski z paragrafem numer taki 

a taki jest poszukiwany i prosiemy zgłaszać informacje o takowem do komendy wojewódzkiej, to on  

- 41 - 

background image

tak się schowa, że go ludzkie oko nie zobaczy albo nawet za granicę nawieje. A Szmaja nam w tem 
czasie wykituje w więzieniu. Do tego chcesz doprowadzić?

- Skarz mnie Bóg, nie, posuwamy do starego.
-   Czekaj,   to   już   gdzieś   niedaleko.   Patrz,   jest   „Bolek   siedemnastka"   -   Maniuś   wskazał 

Piskorszczakowi tabliczkę na rogu ulicy.

- Wózek tu zostawiemy, a same przejdziem się piechotą, żeby się nie połapał, że to taksówka i że 

jesteśmy z Warszawy. Pamiętaj, co ci powiedziałem: ja jestem hrabia Pestka, a ty jesteś mój lokaj 
Ambroży. W ogóle mało się udzielaj, mów tylko: „Tak jest, szanowny panie hrabio" albo „Padam do 
nóg panu hrabiemu szanownemu".

- Nie mogie, nie idę.
- Dlaczego?
- Zacznę się śmiać...
Maniuś spojrzał groźnie na przyjaciela.
- Możesz zacząć, owszem, ale cię uprzedzam, że skończysz się śmiać w szpitalu miejskim nr 1 na 

tamtej ulicy, cośmy przed chwilą przejeżdżali.

Wysiedli   z   samochodu,   który   Maniuś   starannie   zamknął,   i   z   dumną   miną,   jak   na   arystokratę 

przystało,   ruszył   w   drogę   do   zakładu   fotograficznego.   Miał   na   sobie   przyciasny   trochę   smoking 
wypożyczony   od   członka   orkiestry   „Oazy",   do   tego   bryczesy   pepita   oraz   długie   buty.   Rękawiczki 
pekari i kapelusz myśliwski z piórkiem uzupełniał ten strój.

Dwa   kroki   za   nim   postępował   Piskorszczak   w   długim   surducie   pana   Konfiteora,   dźwigając   z 

nabożeństwem parasol hrabiego.

Szli długą ulicą mijając kino, dom kultury, restaurację „Pod Gryfem" z kartką na drzwiach „od 1-3 

zamknięte   -   przerwa   obiadowa".   Potem   był   „Komis",   „Delikatesy"   z   trzema   puszkami   soku 
cytrynowego i śpiącym kotem na wystawie i wreszcie mały sklepik pod szyldem: Foto Rubens, portrety 
z fotografii, zdjęcia ślubne i pogrzebowe.  Do dowodów na poczekaniu. Maniuś z Piskorszczakiem 
zatrzymali się przy wystawie, gdzie stało kilka portretów karbowanych pań i panów, przeważnie w 
strojach weselnych, z chorobliwymi rumieńcami. Stasiek spojrzał raz jeszcze na szyld i powiedział:

- Patrz, to ona się nazywa z domu Rubens, a mówiła, że Raczek.
- To tatuś zalał kolejkie na szyldzie. Rubens to był, uważasz, staroświecki fotograf i pod te firmę 

stary   Danki   się   podmazuje!   Ona   prawdę   powiedziała,   nazywa   się   Raczkówna.   A   w   ogóle   niech 
Ambroży się przymknie, bo wchodziem do interesu.

Weszli do obszernego, dość ciemnego sklepu, gdzie na sztalugach stały jeszcze liczniejsze portrety 

niż   na   wystawie.   Wisiały   też   na   ścianie   obok   mnóstwa   fotografii   formatu   pocztówkowego   i 
gabinetowego.  W głębi, nakryty czerwonym pokrowcem, stał staroświecki,  politurowany na mahoń 
drewniany   aparat   do   zdjęć   w   atelier.   Uzupełniały   umeblowanie   bambusowy   stolik   z   pluszowymi 
bąbelkami, nieduża lada pokryta szkłem, za którym też tkwiły fotografie.

Maniuś rozejrzał się bacznie dokoła, ale zdawało mu się, że nikogo nie ma. Chrząknął więc głośno i  

zawołał:

- Pardon, czyż wszak jest tu ktoś, czy atoli nie?
- Proszę, jestem - zza aparatu wyszedł szczupły starszy facet w okularach. Długie szpakowate 

włosy oraz czarny krawat zawiązany w szeroki fontaź nadawały mu wygląd staroświeckiego artysty, 
zabłąkanego w nasze stulecie z XIX wieku.

-   Bonżur,   haudu   judu,   zdrastwujtie   -   powiedział   Maniuś   wyciągając   doń   rękę.   -   Nazywam   się 

Waldemaras   Pestka,   z  fachu   jestem   hrabia,   rzecz   jasna   w   obecnem   czasie   rozparcelowany,   i   tu 
niedaleko   w   jednem   pegeerze   zatrudniam   się   za   prezesa.   Ambroży,   krzesło   dla   pana   hrabiego, 
Ambroży nie widzi, że pan hrabia stoi?

Tu Maniuś spojrzał wyniośle na Piskorszczaka, który ze słowami:
- Padam do nóg szanownemu panu hrabiemu - podsunął mu zdezelowany fotel pokryty czerwonym 

pluszem.

Kitajec usiadł, rozpiął z przyjemnością za ciasny smoking, wydobył wielki, zatłuszczony portfel, a z 

niego fotografię przedstawiającą niemowlę baraszkujące na niedźwiedziej skórze. Podał fotografowi i 
mówił dalej:

- Małoletni dzieciak, którego masz pan zaszczyt widzieć na tem dywaniku, to moja nieboszczka 

córka, hrabina Kalafonia. Mam życzenie zrobić sobie z tego portret naturalnej wielkości w złotej ramie i 
z haczykiem do powieszenia na ścianie. O koszta mnie się nie rozchodzi, bo cóż znaczy brzęcząca 

- 42 - 

background image

mamona przeciwko pamiątce po jedynem dziecku dla ojca w starszem wieku. W każdem bądź razie w 
kant uderzyć się nie dam i przy karkulacji musisz pan to wziąć pod uwagie.

Fotograf, który z pewnym zdziwieniem słuchał monologu Maniusia, na dźwięk słowa córka drgnął 

wyraźnie, a potem obejrzawszy dokładnie zdjęcie zwrócił je i rzekł:

- Niestety, z tego powiększenia zrobić się nie da, fotografia jest bardzo wytarta, niewyraźna.
- Mało z tem, zrobić pan musisz. Wyraźna, niewyraźna, pamiątka będzie.
- Ja się tego nie podejmuję, mój zakład jest prowadzony na poziomie i fuchy wypuścić nie mogę. To  

się do niczego nie nadaje.

- Z tego widać,   że  jesteś pan człowiekiem  bezdzietnem  - podjął znowu  Maniuś - i dlatego  nie 

zdajesz pan sobie sprawozdania, czem dla rodzonego ojca może być córka utracona na wieki wieków, 
ament.

Na twarzy fotografa odmalował się jakby ból.
- Ja nie wiem - powiedział cicho, dramatycznym głosem - ja nie wiem, ha! ha! ha! - i zaśmiał się 

gorzko.

- Czyżbyś pan również także samo posiadał potomstwo płci żeńskiej w grobie rodzinnem? - pytał ze 

współczuciem hrabia Pestka, czyli Maniuś Kitajec, kopnąwszy nieznacznie w kostkę Piskorszczaka, 
gdyż wydawało mu się, że ten dusi się ze śmiechu. 

Twarz fotografa przybrała wyraz niezwykłej zaciętości.
- W grobie? O nie!... Moja córka żyje... chociaż ma pan rację, dla mnie umarła... Nie chcę o niej nic 

wiedzieć, nic!

- Przepraszam, że się wtajemniczę, ale my dziecinni ojcowie musiem się nawzajem wspomagać w 

ciężkich chwilach życia. Czyżby pańska córeczka splamiła rodowe nazwisko Foto Rubens i puściła 
się, powiedzmy, ze strażakiem z miejscowej ochotniczej straży pożarnej albo z gajowem okolicznych 
lasów państwowych?

- Gorzej, z łapserdakiem, z włóczykijem, oszustem bez czci i wiary uciekła i mnie, mnie, swego  

ojca, doszczętnie okradła.

-   No,   doszczętnie   jak   doszczętnie,   znowuż   nie   przesadzajmy.   Sklep   jest,   urządzenie   nieliche, 

towarek także samo Widzę, no i między namy tatusiamy mówiąc, jakiś tam przyzwoity zaskórniaczek 
na czarną godzinę się został - tu Maniuś trzepnął poufale fotografa palcami prawej ręki w sztuczkową 
kamizelkę.

Ten nie zauważył nawet tego gestu, pochłonięty przez nową falę wzburzenia.
-   I   za   co   mnie   to   spotkało?   Czyż   nie   byłem   dla   niej   wzorowym   ojcem,   czyż   nie   dałem   jej  

podstawowego   wykształcenia,   czyżbym   jej   nie   wyposażył,   gdyby   wychodziła   za   mąż   za   jakiegoś 
godziwego obywatela Polski Ludowej. Muszę panu powiedzieć, że sam kierownik „Komisu" o nią się 
starał. A czy pan wie, co jest dzisiaj „Komis"? A ona tak się zhańbiła, nie ma już powrotu, przeklęta na 
wieki!

- Zaraz, tatusiu, tylko spokojnie, bez nerw. A czy pan myślisz, że moja Kalafonia mniejszą grandę 

mnie zrobiła? Nie tylko wszystkie  hrabiowslcie pamiątki z dawnych  czasów z,  domu wyniesła, jak 
korony, berła, stare pałasze, portreta przodków, swoje ciuchy, trzy osobiste moje fraki, ale trójfazowy 
telewizor marki „Belweder" i nową skodę po trzech tysiącach kilometrów z kompletem zapasowych 
kapci zabrała. I z kiem uciekła, z muzykantem z „Oazy", parasolem, któren nawet II kategorii prawa  
jazdy nie posiadał i zaraz za Warszawę te skodę w drebiezgi o drzewo rozbił. Na mokrem asfaldzie  
łachudra skręcał przy osiemdziesiątce na zegarze. Takie bywają narzeczeni. Jak już samochodu nie 
było i pałasze w „Desie" opędzlowali, do wiatru ją wystawił, a sam do Koszalina prysnął. Pisała do 
mnie dwa listy, a ja się nic nie odzywałem jako potomek, czułem się obrażonem. Za nieboszczkie u 
mnie jest - powtarzałem dzień i noc. Aż pierwszego grudnia o godzinie dwunastej w południe do Wisły 
z mostu Poniatowskiego skoczyła i fajrant, szlus, alleluja. Nawet ciała nie znaleziono.

Tu   stary   hrabia   wyjął   chusteczkę   ocierając   cisnące   mu   się   do   oczu   łzy,   przy   czym   nowym 

kopniakiem zmuszony był przywołać do porządku wiernego sługę Ambrożego, bo ten dostał czkawki z 
długo tłumionego śmiechu.

Ale fotografa ta pełna bolesnych akcentów opowieść wcale nie zdawała się wzruszać. 
Mimo to stary arystokrata ciągnął dalej:
-   Dopiero   po  tem  wypadku   sprzytomniałem.   Dopiero   zobaczyłem,   co   to   znaczy   stracić   dziecko 

jedyne. Na razie wpadłem w alkoholizm, ale znudziło mi się to, bo ile pan możesz wypić przy tych  
obecnych zakąskach, literka i co dalej? Od tej pory miejsca sobie znaleźć nie mogie, chodzę jak 

- 43 - 

background image

błędna owca po świecie i koniec końców na jakiem skrzyżowaniu wpadnę pod samochód. Żeby nie 
wierny lokaj mój, Ambroży, któren już nieraz wyciągał mnie spod różnych wózków, dawno kwiatki by 
na  mnie  rośli.  Nawet  leguralnej  fotografii swojego  dziecka  nie posiadam, oprócz tej dziecinnej na 
baranku. Nie odmawiaj pan ostatniej prośbie starszego hrabiego z Kozichdupek pod Krakowem.

Fotograf całkowicie już opanowany oświadczył chłodno, że ostatecznie po namyśle zdecydował się 

zrobić to powiększenie, ale nie ręczy absolutnie za podobieństwo hrabianki Kalafonii.

- Trudno się mówi, niech nie będzie za mocno podobna, i tak mam ciemne mieszkanie, to się nie 

będę zanadto przyglądał.

Omówiono cenę. Stary fotograf wydobył gruby kwitariusz i począł wpisywać zamówienie.
- Czy adres także samo potrzebny? - zapytał Maniuś wykładając 50 złotych zaliczki.
- No naturalnie - odparł fotograf.
- I od wszystkich pan bierze adresy? Bo słyszałem, że z całej Polski agenciaki obstalunki dla pana 

przysyłają.

- Tak, mam klientów w różnych województwach.
-   I   do   tego   kwitariusza   pan   wszystko   zapisuje?   -   pytał   dalej   Maniuś,   patrząc   znacząco   na 

Piskorszczaka.

Gdy kwit został już wypisany i kwitariusz znalazł się w szufladzie, Kitajec odciągnął fotografa od 

biurka w stronę umieszczonych na wystawie portretów, wybierając długo format i technikę, w jakiej 
miał   być   wykonany   portret   małej   hrabianki   z   fotografii,   pożyczonej   poprzedniego   dnia   od   pani 
Aniołkowej, a przedstawiającej Sabcię w wieku niemowlęcym.

Gdy lokaj Ambroży dyskretnie odkaszlnął na znak, że jest już gotów, hrabia Pestka uścisnął rękę 

właściciela firmy Foto Rubens i rzekł:

- W taki sposób za dwa tygodnie przyjadę po odbiór. Adie, orewuar, mersi. Ale jako żałobny ojciec  

raz jeszcze pana szanownego ostrzegam, odpisz pan do dziecka póki czas, żeby czasem nie zmieniło 
adresu na ulicę Świętego Wincentego.

- A co tam jest?
- Cmentarz Bródzieński.
- Nigdy, nigdy, jej nie przebaczę - wrzasnął ponury fotograf ze złym błyskiem w oczach.
- No do widzenia i... pies z panem tańcował, poradziem sobie inaczej.
Oczywiście  drugą część zdania wypowiedział Maniuś do Piskorszczaka, gdy znaleźli się już na 

ulicy. Po czym zapytał krótko:

- Masz?
- Jasne.
- No to chodu, zaczem się połapie.
- Mamy czas, jakeśmy wychodzili, zabrał się do roboty przy aparacie.
Mimo to przyspieszyli kroku, ale gdy wsiadali do wozu w uliczce „Bolka XVII", rozległ się jakiś krzyk. 

Za chwilę słychać już było wyraźnie:

- Trzymaj, trzymaj złodziei!
Maniuś zapalił błyskawicznie, nacisnął gaz i warszawa jak wicher ruszyła przez pusty rynek.
Cudem wydostali się na szosę. Nikt ich nie gonił. Mimo to Maniuś wyciskał setkę. Gdy oddalili się 

znacznie od Orlikowa, powiedział:

- W każdem bądź razie to nieprzyjemnie, że nazwał nasz złodziejami za głupi kwitariusz.
Piskorski nic na to nie odpowiedział, siedział nad otwartą książką zamówień firmy Foto Rubens i 

mamrotał:

- O rany gorzkie, o rany gorzkie... co teraz będzie!
- Co się stało?
- Patrz... forsa.
Między kartkami kwitariusza czerwieniło się kilka stuzłotowych banknotów.
- Krewa, co tu robić?
- Ganiamy nazad!
- Wariat, nie uwierzą, zaczem się zdążem wytłomaczyć, już będziem mieszkać w mamrze.
- A jak nas nakryją na szosie?! Tam już telefon na pewno poszedł na wszystkie strony.

- 44 - 

background image

- O sześćset złotych takiego rabanu narobią?
- Tu nie Warszawa - sześć stówek duży pieniądz!
- Posuwamy na najbliższą pocztę, trzeba odesłać forsę telegraficznie.
- Może zdążemy!
- Gazu! Gazu!

XIII.

Szara warszawa pędziła na skrzydłach wiatru, pojękując tylko cicho z emocji, a może ze strachu, 

jaki odczuwali  jej pasażerowie  przed ewentualnym pościgiem. Powinien dawno już się rozpocząć, 
jeżeli   alarm   podniesiony   przez   fotografa   poruszył   głęboko   władze,   czuwające   nad   porządkiem 
publicznym w mieście Orlikowie.

Ale odskoczyli już chyba z 50 kilometrów, znaki drogowe zapowiadały zbliżanie się Bolkowa, za 

którym leżała Świdnica, gdzie zamierzali zanocować, i nikt ich jakoś nie gonił. Nagle Piskorszczak 
zastrzygł prawym uchem jak zając i krzyknął:

- Lecą!
- Kto?
-. Lotna. Słyszę harleya i jego gang.
- Widać ich? - zapyta! Maniuś naciskając mocniej gaz.
- Na razie nie. Muszą być za zakrętem. Zjeżdżaj do lasu, może się nie pokapują.
Maniuś prawie na miejscu zrobił pół obrotu kierownicą, aż opony zaśpiewały, i wjechał w leśny dukt. 

Ukryli samochód w gąszczu młodej olszyny i poprzez gałęzie patrzyli na szosę. Stukot motoru harleya 
słychać już było teraz zupełnie wyraźnie. Wkrótce zza zakrętu wypadł motocykl. Stasiek, który cały 
czas trzymał Maniusia kurczowo za łokieć, rozluźnił nagle pałce i zawołał uradowany:

- Ciało!
- Co za ciało?
- Ciało wiezie facet na ksiuty. Wycieczka w celu matrymonialnem.
Istotnie, przemknął motocykl, wiozący na, tylnym siodełku pasażerkę w białej powiewnej sukience w 

czerwone grochy.

- No, na razie po strachu. Zapylamy dalej.
Wjechali   na   szosę.   Wkrótce   minęli   osadę   o   symbolicznej   w   tym   wypadku   nazwie   Lipa.   Gdy 

przejeżdżali przez następną, która nazywała się Pogwizdowo, Piskorszczak wyraźnie się ucieszył:

- No, chwilowo możem sobie na fotografa pogwizdać.
- Nie gwiżdż koło domu, bo nagwiżdżesz i... tak dalej - odpowiedział na to Maniuś.
- Zaczem nie zdamy na poczcie forsy i kwitariusza, w każdej chwili możem fatalnie leżyć.
Na setce prawie wjechali do Bolkowa i porwawszy z ulicy jakiegoś chłopaka w charakterze języka, 

wkrótce stanęli przed urzędem pocztowym. Była już prawie ostatnia chwila. Urzędowanie się kończyło. 
Maniuś szybko wypisał przekaz telegraficzny na 600 zł, dla „Foto Rubens" w Orlikowie i stanął w 
ogonku   przed   okienkiem.   Piskorszczak   tymczasem   nerwowo   przerzucał   kwitariusz,   wypisując   zeń 
adresy klientów, zamawiających i portrety za pośrednictwem agenta nazwiskiem Wiśniewski. Był w 
połowie   roboty,   gdy   nagle   zaszła   rzecz   przerażająca.   .Maniuś   miał   przed   sobą   tylko   jednego 
interesanta, wpłacającego 1832 zł samymi dwójkami, jako utarg dzienny miejscowego sklepu teksty 
mego   Samopomocy   Chłopskiej,   kiedy   urzędnik   zatrzasnął   gwałtownie   okienko.   Jednocześnie   za 
drewnianym   przepierzeniem,   oddzielającym   funkcjonariuszy   od   publiczności,   rozpoczął   się   dziwny 
ruch,   przesuwanie   stołów,   przewracanie   krzeseł,   padały   jakieś   okrzyki.   Wreszcie   w   oszklonych 
mrożonymi szybkami drzwiach,  wiodących  za  to przepierzenie, ukazał  się  starszy  pan  z zielonym 
tekturowym daszkiem nad okularami i w satynowych czarnych zarękawkach, naciągniętych na rękawy 
granatowej,   dość   sfatygowanej   marynarki.   Obrzucił   salę   badawczym   spojrzeniem   i   rozstawiwszy 
szeroko nogi, począł podnieconym tonem wydawać pospieszne rozkazy:

- Panie Ciukajłło, zamknąć drzwi, nikogo nie wypuszczać ani nie wpuszczać. Panna Dziunia pod 

jedno okno, pan Piszczkiewicz pod drugie. Sałata przy telefonie. Jazda! Zaczynamy kocioł!

- 45 - 

background image

Zgodnie z tymi rozkazami do drzwi podbiegł kłusem siwowąsy staruszek w mundurze pocztowca, 

przekręcił klucz w zamku i stanowczym ruchem położył rękę na klamce. Jednocześnie bojowe pozycje  
pod   oknami   zajęli   blondynka   w   zielonym   swetrze   i   młody   człowiek   w   zetempowskiej   koszuli.  
Interesanci skupieni pod okienkiem patrzyli na to wszystko ze zdziwieniem i zainteresowaniem, ale 
Maniuś i Piskorszczak spoglądali na siebie przerażeni. Stasiek szepnął zbielałymi usty:

- Klops... musieli już dostać telefon.
- Leżem, co tu robić... Rzuć kwitariusz do kosza. 
- Nic nie pomoże... znajdą.
- Czekaj, może ten wypisany przekaz nasz wyratuje - podjął decyzję Maniuś.
Podszedł do siwego pocztowca i powiedział z irytacją:
-   Panie   szanowny,   co   to   za   porządki,   pieniądze   chciałem   nadać   do   Orlikowa,   wszystko   mam 

gotowe, a tu okienko zamknięte, jakiem prawem, za dziesięć szósta dopiero? Co się tu dzieje?

- Nie widzisz pan - kura!
- Jak to kura! Co za kura?
-   Kura   naczelnikowi   uciekła   z   mieszkania   z   jajkiem,   to   i   łapiemy   -   odrzucił   stary   pocztowiec  

śpiewnym wileńskim akcentem. - Nie złapiesz, jajko na ulicy zniesie i naczelnik stratny będzie. A tak  
kurę złapawszy, okienko się otworzy, wszystkich załatwi i nikomu szkody nie będzie. Jasne?

Maniuś   odetchnął   głęboko   i   wziął   wraz   z   Piskorszczakiem   na   ochotnika   udział   w   obławie   na 

dorodną   kokoszkę,   która   przefrunąwszy   w   tym   momencie   przepierzenie   szybowała   jakiś   czas   w 
powietrzu,   aż   usiadła   wreszcie   naczelnikowi   na   głowie,   po   czym   sfrunęła   na   podłogę   i   gdacząc 
rozpoczęła spacer dookoła wysokiego pulpitu. Uczestnicy obławy, w której wzięli teraz udział wszyscy  
obecni   na   poczcie,   wołając   chórem   „siedzieć,   siedzieć",   usiłowali   zapędzić   kurę   z   powrotem   za 
przepierzenie. Po długich zabiegach, po zastosowaniu wielu chwytów strategicznych kwoka znalazła 
się wreszcie w sąsiadującym z biurem mieszkaniu naczelnika i wznowiono tok urzędowania. Maniuś 
pierwszy stanął przy okienku telegrafu i błyskawicznie nadał pieniądze, które po prostu parzyły mu 
ręce. W tymże czasie Stasiek Piskorski uporał się z listem poleconym, zawierającym kwitariusz oraz 
krótkie usprawiedliwienie przykrej pomyłki,- polegającej na zabraniu go z lady wraz z rękawiczkami 
„hrabiego Pestki". Dwaj przyjaciele odetchnęli głęboko, pozbywszy się tych dowodów rzeczowych, i 
zaczęli nawet podżartowywać sobie nieco z naczelnika poczty i jego hodowlanych zamiłowań.

- Dobrze, że pan szanowny byka w stołowem pokoju nie trzyma, bo mógłby wykończyć całe pocztę  

razem z interesantami.

Naczelnik   spiorunował   ich   wzrokiem   i   zatrzasnął   okienko,   oznajmiając   w   ten   sposób   koniec 

urzędowania.   To   im   przypomniało,   że   dzień   ucieka,   a   do   Świdnicy   mają   dobrych   kilkadziesiąt 
kilometrów. Ruszyli więc naprzód szybko, ale bez dotychczasowego nerwowego pośpiechu. Maniuś 
prowadził jedną ręką wóz, pogwizdywał sobie nawet „wiokonika".

- Jak zajedziem do tej całej Świdnicy,  a pora nie będzie jeszcze specjalnie spóźniona, możem 

poszukać jeszcze z jednego albo ze dwóch klientów tatusia Rubensa - podjął po chwili Piskorszczak.

- A masz tu jakiego?
- Wiadomo, że mam. Jest ich tu parę sztuk do wyboru, do koloru - odrzekł Stasiek, przeglądając 

notatki. - O, masz, tu na przykład Koziołek Eugeniusz, Świdnica, ulica Drzymały 160 albo ten... Pawlak 
Tadeusz, Marksa 18, albo...

- Zaczniem od Koziołka, kolejno trzeba ich przebadać.
- Tak jest. Ale wiesz, że do tej pory ręce mnie troszkie drygają, jak sobie przypomnę te pocztę. Jak 

te urzędnicy doskoczyli do okien - pomyślałem sobie - kapota, sześć miesięcy bez zawieszenia mamy 
w kieszeni. Patrzeć, a tu wchodzi kura.

- Trzeba mieć niedużego szmergla, żeby w mieście kury w mieszkaniu chować.
- Co ty chcesz, jak u nasz na Muranowie świnie ludzie w wannach hodują, a ty sam, Maniek, nie  

trzymałeś jeszcze niedawno gołębi?

- Gołąb drób rozrywkowy, sportowego zadowolnienia dostarcza.
- Patrz, Maniuś, już Świdnica, niech ja nic dobrego nie mam.
Istotnie, warszawa wpadła już między słabo oświetlone ulice miasta. Z dość dużą trudnością udało 

się przyjaciołom odszukać ulicę Drzymały i dom, w którym mieszkał obywatel Eugeniusz Koziołek. Na 
pukanie do jego parterowego mieszkania odpowiedział młody kobiecy głos.

- Zaraz... zaraz... pali się? 

- 46 - 

background image

Maniuś trącił Piskorszczaka łokciem:
- Dobra nasza. Jest jakaś cizia. Tyż na pewno „zrobiona na narzeczoną".
W uchylonych drzwiach ukazała się głowa niebrzydkiej szatynki.
- Panowie do kogo?
- Właśnie do pani szanownej, w sprawie osobistej - odpowiedział Maniuś.
- A detalicznie rozchodzi się nam o obywatela Wiśniewskiego - wyjaśnił Piskorszczak.
- Co za Wiśniewskiego? Nie znamy żadnego Wiśniewskiego.
- Niech pani szanowna wpuści nasz do mieszkania, to wyłuszczem co i jak - odrzekł nieco stropiony 

Kitajec.

Dziewczyna   wahała   się   chwilę,   ale   kiedy   Maniuś   dodał:   -   A   portrecika   u   Rubensa   tyż   się   nie 

zamawiało? - ustąpiła z drzwi.

Weszli   do   obszernego   przedpokoju,   w   którym   stała   beczka,   sądząc   po   zapachu,   z   kwaszoną 

kapustą   oraz   wisiała   na   ścianie   duża   cynkowa   balia.   Reszta   przedmiotów   ginęła   w   półmroku, 
rozjaśnionym tylko światłem, padającym przez uchylone drzwi z dalszych części mieszkania.

Szatynka, obrzuciwszy przybyłych niechętnym spojrzeniem, zawołała nie odwracając nawet głowy:
- Tato, tu jakieś panowie od tego portretu.
W odpowiedzi na to rozległ się z głębi mieszkania jakby ryk znienacka ugodzonego niedźwiedzia. 

Prawie jednocześnie drzwi z trzaskiem się rozwarły i ukazał się w nich ogromny mężczyzna w grubym 
narciarskim swetrze oraz ciepłych kalesonach. W ręku trzymał dubeltówkę i biorąc kolejno na muszkę 
to Kitajca, to Piskorszczaka, wrzeszczał:

- Zabiję... zabiję... łobuzów!

XIV.

Kitajec   i   Piskorszczak   na   widok   wymierzonej   przeciwko   sobie   broni   z   początku   stracili   rezon   i 

zaczęli się cofać ku wyjściu. Ale Maniuś opanował się pierwszy i zapytał wzburzonego Właściciela 
mieszkania rzeczowo:

- Panie szanowny, co jest z panem? Na kaczki w gaciach się pan wybierasz, a do niewinnych ludzi 

śrutem chcesz pan strzelać? O co się rozchodzi!

- Możeś pan wariat, to powiedz pan otwarcie, będziem wiedzieli, czego się trzymać - poparł go 

Stasiek.

- Ja wam pokażę! Ja was nauczę! - pienił się facet z dubeltówką.
- Nic pan nie pokazuj, nie jesteśmy ciekawe... i tak zresztą widać. Włóż pan lepiej spodnie, bo w 

tych desusach całe powagie pan tracisz. Przychodziem człowieka od nieszczęścia ratować, a on do 
nasz z rurą wyskakuje.

-   Od   jakiego   nieszczęścia?   Co   wy   tu   za   gadkie   zasuwacie?   -   szalał   jeszcze   nieco   obywatel 

Eugeniusz Koziołek, ale flintę opuścił na dół. - Podobnież portreciarze jesteście?

- Nie jesteśmy portreciarze, ale pokątnie i o portrecie chcieliśmy pomówić.
- Widziem jednak po tej dubeltówce, że pretensje do jakiegoś portreciarza pan wnosisz.
- Pretensje? Ja bym go żywcem ze skóry obdarł, łachudrę!
- Czyżby córeczki panu nadużył? - zapytał Maniuś poufnie ściszając głos.
- Jak to córeczki? Mnie osobiście załatwił i moją żonę.
-   Pana   szanownego   i  małżonkie,   to   chyba   niemożliwie   -  tu   Maniuś   z  najwyższym   zdumieniem 

spojrzał na Piskorszczaka, który też wzruszył ramionami.

- Od pół roku po nerwowem systemie temi portretami nas łomocze.
- Ale w jaki sposób?
-   W   zwyczajny   sposób.   Jako   spalone   warszawiacy   od   45   roku   tu,   w   Świdnicy,   na   emigracji 

zamieszkujem. Żona zawsze rozpaczała, że ślubny portret razem z Warszawą nam się spalił. Totyż 
jak tu jednego  dnia  przyjechał  portreciarz  zbierać obstalunki  na  te  arcydzieła   sztuki - daliśmy się 
namówić.

- Wiśniewski!

- 47 - 

background image

- Co Wiśniewski?
- No Wiśniewski się nazywał ten agent?
- Może on i Wiśniewski, cholera jego wi. Jednem słowem zbajerował nas, że z każdego jednego 

starszego faceta nawet mocno rąbniętego tak zwanem zębem czasu w dwa tygodnie pana młodego, a  
z jego małżonki, troszkie nawet przez mole nadgryzionej, oblubienice prosto od ślubu podejmuje się 
wykonać. Rzecz jasna na kolorowanem portrecie.

„Tylko że ja - mówię - nie posiadam czarnego świątecznego garnituru do ślubnej fotografii". Na to 

agient   powiedział,   żeby  się   nie   martwić,   bo   on   całe   ślubną   galanterię   dla   młodej  pary  z  frakiem, 
welonem i lakierkami już z góry na tych portretach ma odrobioną, od nasz weźmie tylko główki.

No   to   daliśmy   mu   swoje   paszportowe   zdjęcia   i   pojechał.   Za   dwa   tygodnie   miało   być   gotowe. 

Faktycznie, nie mogie powiedzieć, przyjechał punktualnie, co do minuty. I portret przywieźć przywiózł.  
Żona nawet ładnie wyszła w tem welonie, jak panienka się przedstawiała. Tylko że mnie tam nie było. 
Obok   mojej   żony   we   fraku   i   celindrze   figurował   kierownik   spółdzielni   szewsko-kamaszniczej 
„Dobrobut", niejaki Ajzensztok, któren zresztą dawno już ze Świdnicy do Izraela wyjechał.

Troszkie było mnie nieprzyjemnie, ale cóż, pomyłka ludzka rzecz, przeprosił mnie portrecista, zabrał 

lanszaft   i  pojechał.  Z  miesiąc  ani  dychu,  ani  słychu.   Aż nareszcie   przychodzi   listonosz  i  przynosi 
paczkę. To był ten portret.

- No i tą razą żeś pan już chyba figurował?
- Owszem, jeszcze nawet ondulacje gratisowo mnie dorobili i kolorki na policzkach. Ale zamiast 

żony przytulała do mnie główkie nasza sąsiadka Mordzielakowa. Myślałem, że mnie krew zaleje.

- A co ona taka wredna, urody nie wykazuje, dziobata może?
- Wprost przeciwnie i właśnie dlatego zaczął się sądny dzień i piekło gorące. Żona Mordzielakowej 

nie znosi, jak portret zobaczyła, padła bez zmysłów. Potem zerwała się z ziemi i dawaj mnie tłuczkiem  
wałkować   i   krzyczyć:   „Skąd   oni   wiedzą,   że   ty   do   Mordzielakowej   oko   na   schodach   puszczasz?  
Dlatego ciebie z nią razem na widoczku odrobili. Jak dwa gołąbki się do siebie przytulacie... ale ja was 
w bite kopane kaczki zamienię", i tłuczkiem mnie z wierzchu.

„Hela - ja na to mówię - a ty do Ajzensztoka żeś się nie przytulała?" „Tak, ale Ajzensztoka nie ma, a  

Mordzielakowa jest!" - krzyczy żona. „Hela, zastanów się, jaka to różnica?" - tłomaczę żonie. A ona 
mnie pokazała, że jest różnica, i to poważna: Pogotowie córka musiała wołać.

- Chwileczkie, panie szanowny - przerwał mu pan Maniuś - jak widziem, pan jest mężczyzna nie 

ułamek, w taki sposób nadziwić się nie możem, że da się pan swojej pani tak kołować, zaczem za kok 
troszkie złapać i nauczyć szaconku dla konsystorskiego towarzysza życia. Czyżby ona była wyższa od 
pana?

- Skąd, o połowę mniejsza, tylko że nerwowa, a mnie znowuż salonowe otrzaskanie nie pozwala  

podnieść ręki na kobietę, nawet pomimo że to moja żona.

- No tak jest, ale wszystko ma swoje granice i czasem powinieneś się pan poświęcić dla jej dobra i  

spuścić jej nieduże manto, bo może się kiedy fatalnie naciąć.

- Co racja, to racja, ale nie mogie się jakoś zdecydować i już sześć miesięcy tak cierpię. Bo na 

dobitek Hela pokazała portret Mordzielakowi. Uśmiał się z tego, bo na trzeźwo to chłop do rany, ale 
jak mało wiela mordę zamoczy - siekiery na mnie łapie. To panowie się dziwicie, że złapałem na wasz 
dubeltówkie!

- Teraz już się nie dziwiem i pretensji nie wnosiem i wprost przeciwnie, także samo za pana mamy  

życzenie się na Wiśniewskiem odegrać. Właśnie po to żeśmy tu z Warszawy przybyli, żeby go pan 
nam pomógł złapać.

- A co, panom tyż główki pomieszał?
- Gorzej, za dużo nie będziem tu w sieni mówić, ale krótko zaznaczamy, że miałeś pan jeszcze 

garbate szczęście. Coś pan dostał, toś pan dostał. Ktoś tu niedaleko inny nie tylko dziecko przez  
niego   stracił,   ale   i   dwadzieścia   patyków.   W   Warszawie   trzech   ludzi   w   mamrze   z   jego   poręki   za  
niewinność cierpi.

- To dlatego go szukacie!
- No właśnie, i chcemy panu zaproponować, żeby to zrobić na spółkie. Jak go złapiem, będziesz  

pan miał możność przetrzeć mu oczy, żeby główek nie mylił.

- No, jak tak, to zmuszony jestem faktycznie przeprosić panów szanownych za te dubeltówkie. Ale  

nie możecie się dziwić, że zrobiłem się raptus - zaczął się gęsto usprawiedliwiać pan domu.

- Ale kto by się dziwił - przerwał mu Maniuś. - I tak z pana spokojny człowiek.

- 48 - 

background image

- Jeżeli tak, jeżeli panowie faktycznie nie mają do mnie żalu za tych „łobuzów", to może byśmy 

przetrącili cóś niecoś. Bo właśnie zamiarowaliśmy z córką siadać do kolacji, kiedyście zadzwonili - 
zapraszał serdecznie pan Koziołek, odstawiwszy w kąt dubeltówkę.

Maniuś i Stasiek oświadczyli,  że  o żalu  nie może być mowy,  nie  są wprawdzie  głodni, ale  dla 

towarzystwa dał się Cygan powiesić, wobec czego chętnie przetrącą z tak gościnnymi osobami coś 
lekkiego. Zwłaszcza że trzeba było bliżej omówić szczegóły planu przyłapania Wiśniewskiego.

Zaproszeni do pokoju, gdzie stał duży stół nakryty ceratą w niebieskie róże i wielki gdański kredens 

z wyłamaną galeryjką, zasiedli ze swobodą na wysokich poniemieckich krzesłach. Okazało się, że 
zdezelowany kredens zawierał prawdziwe skarby w postaci znakomitych nalewek domowej roboty. 
Podróżni nie wzbraniali się zbytnio przed wypróbowaniem kolejno wszystkich będących w zapasie 
gatunków.   Trzeba   przyznać,   że   pan   domu   dawał   gościom   wzorowy   pod   tym   względem   przykład, 
podczas gdy jego córka odsmażała w kuchni kaszankę na słonince.

Zanim   ta   ulubiona   przez   rasowych   warszawiaków   przekąska   została   przyrumieniona,   tak   żeby 

skórka  chrupała, panowie  byli już po  brudziu. Poszło  to tym  łatwiej,   gdy się okazało,  że  państwo 
Koziołkowie   aż   do   upadku   Powstania   mieszkali   na   Freta   niedaleko   Cafe   „pod   minogą"   i   znali 
doskonale rodzinę Aniołków.

Na wspomnienie Starówki pan Eugeniusz zalał się łzami i począł złorzeczyć losowi, który go rzucił 

tak daleko od miłych rodzinnych kątów. On siedzi w Świdnicy, kiedy po stołecznym mieście rozbijają 
się przybysze z prowincji, którym „sieczka w brzuchu dzwoni", a warszawiaków udają.

- Warszawiak, a po metrykie cały dzień koleją jedzie i trzy dni wołami - mówił z goryczą.
- Czyli, że tak daleko ma do miejsca urodzenia.
- Właśnie, a ja warszawiak z dziada pradziada tęsknotą żyję do Starówki. Tam było wesoło, od rana 

szewcy tak młotkami zaiwaniali, że aż się dymiło. Kataryniarz przyszedł, magicy z dywanikiem albo 
orkiestra dęto-rżnięta. Stanęli na podwórku i „rżnij Walenty - Bóg się rodzi". A jakie sprzeczki, jakie 
nieporozumienia   przez   okna   między   sąsiadkami   bywali.   Z   przyjemnością   godzinami   można   było 
słuchać.

- Nie ma już tamtych rozrywek, nie ma tamtych lokatorów. Same, uważasz pan, doktorzy, artyści 

mieszkają na Starówce. Dzika się jakaś dzielnica zrobiła - podchwycił z żalem Piskorszczak.

- A ja nie powiem - zaoponował Maniuś - owszem, przyciszyła się troszkie Starówka, ale tylko w 

powszedni dzień i w zimę. Bo w lato, a zwłaszcza w niedzielę od piątej rano nikt już oka nie zmruży - 
wycieczki nie pozwolą. Co się dotyczy sprzeczek, to tyż nie jest tak ostatnio, jak mówicie. Miałem  
któregoś dnia kurs na Nowomiejskie i dało mnie się słyszeć, jak dwie doktorowe zaczęli się przez okno 
sztorcować. Było co posłuchać. I małpa zielona była, i wydra Sobieskiego, i ruda peja, i niewiniątko 
króla Heroda, i sykomora, i szantrapa na gięsich nogach, i owieczka za wieczną ondulacje szarpana. 
Z powojennych nowości słyszałem tylko stonkie ziemniaczane i sierotę po giestapowcach. Tak, że nie 
jest tak źle ze Starówką.

- Źle czy dobrze, muszę tam wrócić chociaż na rok przed śmiercią - załkał gościnny gospodarz. Ale 

po chwili pokrzepiwszy się nowym mikadkiem nalewki na czarnych porzeczkach rzekł:

- Chociaż i Świdnicy żal by mnie było. Dziesięć lat już tu mieszkam, przyzwyczaiłem się. Starych 

warszawiaków więcej tu jak w Warszawie. Mieszkanie mam ładne, na polowanie sobie jeżdżę. Chyba 
sie zostanę. Ale na święta do ciebie, Maniuś, i do ciebie, Stasiu, przyjadę, niech ja skonam. 

- Przyjeżdżaj, Gieniuś, departament w Alejach mamy, wygodny, dwa wejścia, taras, łazienka i w 

ogóle luks-torpeda.

- I zająca przywieze,
- Chcesz, przywieź, nie chcesz, nie przywoź. Pies z niem tańcował i z zającem. W Warszawie z 

głodu nie zginiesz - nie było wypadku.

-   Ale   przedtem   Wiśniewskiego   musisz   przytracić.   On   się   tu   z   pewnością   gdzieś   kręci.   Jak   go 

nakryjesz, zwiąż i do piwnicy. Masz piwnicę?

- Jasne.
- Wsadź go do piwnicy i telegrame pchaj do nasz. Tego samego dnia przyjedziem. Bez nasz nie rób 

żadnych kroków.

- No, ale mordę mu troszkie zbić można?
- Troszkie  możesz,  ale nie zanadto, żebyśmy go rozpoznać mogli. No, a teraz adie, dobranoc,  

idziemy kimać.

- Gdzie idziecie kimać?

- 49 - 

background image

- No do hotelu.
-   Do   hotelu?   A   delegacje   obywatelowie   macie,   a   zawiadomiliście   hotel   piśmiennie   na   tydzień 

naprzód? 

- No... nie.
- Jak nie, to miejsca nie dostaniecie. Zresztą my się na to nie zgadzamy. Tutaj śpicie, u mnie, w 

mojem małżeńskiem łóżku i szkoda każde słowo.

-   No   dobrze,   a  twoja   pani,   Geniuś,   nie   wyskoczy   do   nasz  z  pyskiem,   nie   wyjedzie   na   nasz  z  

mieszkania!

- Niech spróbuje! Ja jej pokaże! Zresztą jest u siostry we Wrocławiu, wraca we wtorek.
- Jak tak, to co innego. Ale wózek musiem gdzieś wprowadzić.
- Jaki wózek, co wy? Z dzieckiem jesteście? No to dać mu mleczka...
- Komu ty chcesz dać mleczka - samochodowi?
- Jakiemu samochodowi?
- No naszemu, stoi na ulicy.
- To wyście samochodem przyjechali? Jak tak, to możecie go wprowadzić do podwórka. Chociaż i 

na ulicy może stać, nawet otwarty. Tu nic nie zginie. Jednej opony nikt nie zdejmie, nawet głupich  
wycieraczek nikt nie odkręci. Tu nie Warszawa.

- Możliwe, w każdem bądź razie wolę go wprowadzić w podwórko - rzekł chłodno Maniuś.
- No to daj mnie kluczyki, ja go wprowadzę - zaofiarował się Piskorszczak. - A gdzie te podwórko?
- Na lewo, to jest nie... na prawo od sieni.
- No dobrze, a kto mnie bramę otworzy, już po jedenastej?
- Tu się bramy nie zamyka - Zachód!
- No dobra, to idę.
- A my temczasem spróbujem jeszcze brzoskwiniówki, delicja, mówię ci.
Nie zdążyli Maniuś z Koziołkiem nawet ust umoczyć w brzoskwiniówce, gdy drzwi gwałtownie się 

otworzyły i stanął w nich blady jak trup Piskorszczak:

- Maniek... nie ma samochodu!
- Co ty za bomby tu wstawiasz? Jak to - nie ma samochodu?
- No, pusta ulica, ktoś nam rąbnął wóz!
Bez słowa potykając się jak ranny jeleń wyskoczył Maniuś na ulicę. Koziołek i Stasiek truchtem 

wybiegli za nim.

Martwo stały wygaszone domy w świetle rzadkich latarni. Było cicho i pusto. Na miejscu, gdzie  

Maniuś zostawił swoją  szarą  warszawę,   stała niewielka   kałuża  wody,  po  której pływały  tłuste  oka 
oliwy.

Lekko się chwiejąc, trzej mężczyźni bezradnie patrzyli na siebie.

XV.

Pierwszy wyrwał się z odrętwienia Maniuś.
- Gieniek, gdzie tu jest u was milicja? - zapytał Koziołka.
- Milicja, po co ci milicja? - zdziwił się ten półprzytomnie.
- Jak to po co? Zameldowanie trzeba złożyć, jako że samochód został skradziony z ulicy sprzed 

domu...

-   Co   ci   to   pomoże   -   wtrącił   pesymistycznie   Piskorszczak.   -   Karaluch   i   Szmaja   dwa   tysiące 

zameldowań składali, a szewrolety jak nie mają, tak nie mają.

- A właśnie, że pomoże - z nagłym entuzjazmem oświadczył Koziołek. - Wy nie znacie tutejszej 

milicji. Oni jeszcze przed kradzieżą złodzieja potrafią złapać. Tu nie Warszawa, tu Zachód.

-   Co   ty   tam   z   tem   Zachodem.   Mieli   nam   nawet   wycieraczki   tu   nie   nawalić,   a   cały   samochód  

przykaraulili.

- 50 - 

background image

- Nie wiem, co się stało. Może z Warszawy kto się przyplątał. W każdem bądź razie milicja to  

załagodzi. Posuwajmy, to tu niedaleko, na tej samej ulicy.

I wziąwszy  się pod ręce, dla większej równowagi,  trzej przyjaciele  lekko balansującym krokiem 

pospieszyli w stronę komisariatu.

W bramie natknęli się na sierżanta, do którego Koziołek zawołał z wyrzutem:
-   No   tak,   to   ja   was   tu   lekramuje   na   wszystkie   strony,   jak   mleczną   margarynę,   a   wy   tak 

bezpieczeństwa pilnujecie? Głupiego samochodu na parę minut zostawić nie można, to się nazywa 
MO?

- Zaraz, o co się rozchodzi?
- O to się rozchodzi, że wóz nam tu rąbnęli i chcemy złożyć zameldowanie.
- Jakiej marki był ten samochód?
- Warszawa.
- W kolorze?
- Szarem.
Milicjant pomyślał chwilę, a potem ukazując kciukiem prawej ręki za siebie zapytał:
- A może to ten?
Interesanci spojrzeli we wskazanym kierunku i oniemieli z radości. W podwórzu stała ich warszawa.
- Niech ja skonam, niech skonam, cud! - krzyknął Stasiek.
- Panie władzuchno, buzi! - usiłował uściskać przedstawiciela milicji Maniuś. - Ale jak się to stało, 

odebraliście go złodziejom tak prędko?

- Jeszcze go nie ukradli, nie zdążyli, przedtem zabraliśmy go z ulicy.
- A widzisz, Maniuś, nie mówiłem ci, jaka nasza świdnicka milicja. Jeszcze towar nie ukradziony, a 

już odzyskany! - puszył się w regionalnym patriotyzmie Koziołek.

- Faktycznie trzeba przyznać, że bezpieczna obsługa tu taka więcej błyskawiczna. Tylko że troszkie 

cykorii właścicielom samochodów dostarcza.

- Lepiej się na razie pomartwić niż samochód stracić. Zresztą sami jesteście sobie winni, po coście  

go na całą noc na ulicy zostawili. Musieliśmy go ściągnąć do komisariatu.

- Było nie było, bardzo dziękujem i zabieramy wózek.
- Na razie jeszcze długo nie - zimno odrzekł sierżant.
- Jak to nie? Dlaczego nie?
- Dlatego, że obywatele znajdujecie się pod alkoholem. Osobnik w tym stanie nie ma prawa siadać  

za kierownicą.

- Panie władzo, kiedy my jesteśmy zupełnie trzeźwe!
- A ja wam mówię, że jesteście na bańce.
- A my mówimy, że jesteśmy w zupełnem porządku. Jak nowo narodzone dzieci.
- Mam przynieść baloniki?
- No, nie... Wierzymy panu na słowo.
- Wyśpijcie się i przyjdźcie rano. Zapłacicie mandat i pojedziecie.
-   Trudno,   siła   przed   prawem,   przyjdziemy   rano!   -   z   goryczą   powiedział   Maniuś   i   wyszedł   z 

towarzyszami z bramy komisariatu.

Nocleg u  pana  Koziołka  był  bardzo  wygodny,  ale  trwał  krótko. Nad ranem  przyjechała  bowiem 

niespodziewanie małżonka pana Koziołka z Wrocławia. Wobec czego trzęsąc się cały jak liść osiki 
musiał on ewakuować swych gości przez okno na podwórko. Niewiele mu to pomogło. Kiedy Maniuś 
ze Staśkiem opuszczali podwórze, z mieszkania swego nowego przyjaciela słyszeli krzyki i głuche 
odgłosy uderzeń jakimś drewnianym przedmiotem.

Szybko załatwili przykre formalności w komisariacie i opuścili Świdnicę kierując się na Wrocław i 

Warszawę.

- Tak, jak to jest na świecie. Koziołkowa nieduża podobnież kobieta i sucha jak wiór, daje mu radę,  

chociaż on kawał chłopa. Taka pluskawa, a jeździ na niem jak na łysej kobyle - mówił Piskorszczak  
sennym głosem, rozmarzony monotonnym szumem opon na asfaltowej szosie. - I powiem ci, że sam 
miałem   mojra,   jak   Koziołek   krzyknął,   żeby   wytykać,   bo   Hela   przyjechała.   Obydwie   nogi   w   lewe 
nogawkie żem wpakował i patrzę, nie mogie iść, zlękłem się, że mnie sparaliżowało.

- 51 - 

background image

- Co ty chcesz, nie za nasz się zaczęło, nie za nasz się skończy. Nie takich kozaków jak Gieniek 

małe kobietki po mordzie walili, aż się dymiło. Weź pod uwagie takiego Adama, dlaczego, myślisz, te 
jabłko z zakazanego drzewa wtroił!  Że mu smakowało? Broń Boże, nie chciał się z babą cholerą  
przekomarzać. To samo było z Samsonem, za atletę najcięższej wagi pracował, a jedna zgaga włosy  
mu obstrzygła i starozakonnem glinom go wydała. Co będziem zresztą tak daleko szukać, u nasz w  
Warszawie nie było takiego wypadku? Znasz chyba pieśń o Felku Zdankiewiczu.

- Słyszałem kiedyś, Aniołek to lubił śpiewać, ale nie pamiętam detalicznie.
- A ja na pamięć umię. Nieboszczyk ojciec zawsze nam to śpiewał i na pedałowej harmonii sobie 

podgrywał. Stara to jest historia sprzed japońskiej wojny. A zaczynało się to, uważasz tak:

Feluś Zdankiewicz chłopak wojskowy 
Przyszedł na urlop sześciotygodniowy, 

Urlop się kończy, czas do pułku wrócić, 
Ale Felusiowi żal koleżków rzucić. 

Nie tak kolegów, jak swojej kochanki,
U której przebywał wieczory i ranki. 

Wreszcie go schwytali grudnia trzynastego 
I go zawieźli do biura śledczego. 

A z biura śledczego wypuścić nie chcieli, 
Felka Zdankiewicza pod kluczyk zamknęli.

-   Wszystko   jedno,   ale   ty   głos   masz   Mamuś   pierwszorzędny.   Za   artystę   mógłbyś   się   zgodzić, 

dekoracje w teatrze przenosić. Śmiech śmiechem, żart żartem, ale Fogg przy tobie wysiada.

- Teraz już nie tak, bo na świeżem powietrzu się pracuje, no i wypiło się już prawie swoją dolę - 

usprawiedliwiał się trochę zażenowany Maniuś.

- No faktycznie, troszkie to jest tzw. sznapsbaryton, ale jeszcze możesz zasuwać.
- W taki sposób nie przeszkadzaj i słuchaj dalej o Zdankiewiczu, to bardzo pouczające.
I odchrząknąwszy śpiewał Maniuś dalszy ciąg słynnej pieśni:

Lecz Feluś nie gapa, już nóż otwiera, 
Przebił Czajkowskiego, na Fuchsa naciera, 

Ledwo wyskoczył za bramę Ratusza, 
Wsiada do derożki, na Warszawę rusza. 

A w tej derożce miał czasu troszkie, 
Więc kazał się zawieźć aż na Czerniakowskie. 

A z Czerniakowskiej do domu swojego, 
Żeby opowiedzieć Mańce coś nowego. 

Połóż się, Feluś, boś ty jest pijany, 
Połóż się, Feluś, boś ty niewyspany. 

Kładzie się Feluś do snu kamiennego, 
A kochanka jego do biura śledczego. 

- 52 - 

background image

Panowie agieńci, prędko pospieszajcie, 
Felka Zdankiewicza na łóżku schwytajcie.

- Widzisz, jaka cholera, zupełnie jak ta Samsonowa.
- Czekaj. Zobaczysz, jak się skończyło. - Maniuś zapalił papierosa, pociągnął dwa dymy, przymknął 

oczy i znowu śpiewał:

Panowie agieńci prędko pospieszyli, 
Felka Zdankiewicza z nogami nakryli. 

Jedzie kibitka wąską ulicą, 
A koledzy jemu szczęścia, zdrowia życzą. 

Ach wy koledzy, czyż wy nie żyjecie? 
Czy wy mojej Mańce życie darujecie? 

Nie martw się, Feluś, my jeszcze żyjemy 
I tą twoją Mańkę smykiem posuniemy. 

Młoda Felusiowa już w grobie spoczywa, 
A my na te konto gruchniem sobie piwa.

Gdy przebrzmiały ostatnie akordy tragicznego utworu, Piskorszczak zaznaczył:
- Tak, tak, bywali przed wojną pierwszorzędne wyroby literackie, nie to, co dzisiej. W tej pieśni 

mamy wszystko  detalicznie podane z nazwiskamy agienciaków i datą wypadku. Braków wtenczas 
nawet poeci nie wypuszczali.

-   A   swoją   szosą   ta   klawiuchna   Maniusia   warta   była   swojego   losu.   Kochanka   w   pościeli   lignąć 

nieładnie. Bo co on ostatecznie takiego zrobił, że dwóch carskich hintów troszkie gierlachem podrapał 
- to prywatna sprawa między niem i policją - na tle nerwowem.

-   Tak   czy   siak,   miał   Feluś   rację   czy   nie   miał,   nie   będziesz   się   w   to   teraz   poniewczasie 

wtajemniczać, w każdem bądź razie najdroższego zakapowała niehonorowo.

- Ja ci powiem, historia o tem co prawda nie wspomina, ale ta owa Mania musiała już mieć kogoś 

inszego na oku i dlatego Felka przehandlowała.

- Miała nie miała, tak się nie robi - brak wychowania. Taka na przykład nasza Danka w żadnem  

wypadku by czegoś podobnego nie uskuteczniła. Niby tyż to podarła fotografie Wiśniewszczaka, niby 
tyż słyszeć o niem więcej nie chce, ale czy ty wiesz, co do mnie powiedziała w sieni, jak żeśmy tu 
wyjeżdżali - z tajemniczą miną rzekł Maniuś.

- No?
- „Róbcie jak uważacie, ale pamiętajcie o tem, że ja się mścić nie chcę".
- Co ty powiesz? Tak nadmieniła? To dziwne. Czy ona czasem jeszcze do niego mięty nie czuje?
- Daj spokój. Życie jej złamał. Dwadzieścia posagowych „kafli" zabrał, w jednej sukienczynie na 

deszczu zostawił, przez niego pod paragraf podpada, ukrywać się musi i miałaby go drania jeszcze w 
sercu nosić? Niemożliwe.

- Maniuchna, ja cię szanuję jako szoferaka, koleżka  też jesteś w dechę, ale na miłości się nie 

znasz, do kina nie chodzisz.

- Co ma wspólnego?
-   Ma   dużo   wspólnego   -   przekonałbyś   się,   są   różne   kobiety.   Są   takie,   że   za   parę   nylonów 

narzeczonego opędzlują, a są inne, którem ukochany mężczyzna slipki co wieczór podfonarza, na róg 
wysyła, zarobek co do grosza odbiera, a oni za niem świata nie widzą. Ja już przed wojną widziałem w  
kinie „Albatros" taki obraz pod tytułem „Królowa półświatka, czyli w szponach apasza".

- 53 - 

background image

-   Słuchaj,   Stasiek,   ja   mam   do   ciebie   jedne   prośbę.   Jeżeli   ty  nie   masz   życzenia,   żebyśmy   się  

posprzeczali, żebym cię tu na szosie z podfonarzonem lewem oczkiem z maszyny wysadził, to Danusi 
z kontrolnem półświatkiem nie równiaj, dobrze?

- Maniek, coś ty? Ja nie równiam, tylko przykładowo zaznaczam.
- Jeżeli przykładowo, to co innego, ale w każdem bądź razie szanuj się. Danusia, jeżeli o wiele 

zaznaczyła, że mścić się na Wiśniewskiem nie zamiaruje, to nie przez miłość, tylko dlatego, że miętkie  
serce posiada i wyższe wykształcenie podstawowe. Może masz i rację, w każdem razie „gruchniem 
pod to piwa". Boś mnie tą piosenką na duże jasne z charakterem apetytu narobił. Podjeżdżaj pod 
budkie,

Stanęli właśnie na rynku jakiegoś miasteczka. W pozornej zgodzie wypili piwo, ale potem już nie 

zamienili prawie słowa. Dopiero zjadłszy jaką taką obiadzinę w Łowiczu, ożywili się trochę i poczęli  
omawiać sprawy czekające ich w Warszawie.

Przede wszystkim trzeba będzie zdać Danusi sprawę z wizyty u jej ojca, nic nie mówiąc oczywiście  

o nieprzejednanym stanowisku starego Rubensa. Potem trzeba będzie się postarać o widzenie ze 
Szmają   i   resztą   więźniów,   żeby   ich   pocieszyć,   że   coś   się   jednak   robi.   Że   odszukanie   Szerloka  
Wiśniewskiego jest tylko kwestią czasu. A nie wiadomo, może i Aniołek zdołał już uruchomić swoje  
chody, mające na celu zwolnienie uwięzionych.

Do   Warszawy   dotarli   już   o   gęstym   zmroku.   Podjechali   pod   mieszkanie   w   Alejach   i   jak   młodzi 

chłopcy przeskakując po parę stopni wdrapywali się na swoje piąte piętro.

- Tylko, Stasiek - ostrzegał Piskorszczaka po drodze Maniuś - nic nie dziamaj o tych setkach, co 

były w kwitariuszu. Później sie jej powie.

- No dobra. A może ze wszystkim nie mówić, żeśmy kwitariusza pożyczali?
- Powiedzieć trzeba, bo skąd adresy. Masz pojęcie, jak się Danka uśmieje, jak się dowie, żeśmy 

hrabiego ze służącem odstawiali? Sami nie otwieramy. Sztukamy do drzwi, jak ona się zapyta, kto  
tam, ja mówię: „Hrabia Pestka", a ty „I jego lokaj Ambroży".

Maniuś, z filuternym uśmiechem zastukał zgiętym wytwornie palcem w drzwi. Nikt się nie odezwał. 

Po chwili ponowił pukanie już znacznie energiczniej. Znowu odpowiedziało mu milczenie. Spojrzał na 
Staśka.

Ten tylko wzruszył ramionami. Kitajec poruszył kilkakrotnie klamką. W mieszkaniu panowała głucha 

cisza. *

- Wyszła gdzie?
- O tej porze jest już zawsze w domu. Co się mogło stać, jak pragnę zdrowia?
- Otwieraj.
Stasiek wydobył   klucz,   ale  jakoś  nie   mógł  nim  trafić  do dziurki.  Maniuś  wyrwał   mu  go   szybko, 

otworzył   i   obaj   prawie   równocześnie   stukając  się   po   drodze   głowami   wpadli   do   pokoju.   Nie   było  
nikogo.   Zajrzeli   do   kuchni   -   pusto.   Maniek   wybiegł   na   teras,   Piskorszczak   wpadł   nawet   w   drzwi  
łazienki, ale w ostatniej chwili uchwycił się oburącz futryny.

Danki nie było nigdzie.
- Nie ma jej - bąknął Kitajec i usiadł ciężko na podłodze.
- Nie tylko jej nie ma... ale... i naszych rzeczy także samo nie... ma - powiedział wolno Piskorszczak 

zajrzawszy do szafy.

- Co ty barłożysz, pijany jesteś czy jak? - zerwał się z fotela Maniuś.
- Co mam barłożyć, zobacz sam.
Maniuś spojrzał i zbladł. W szafie było pusto.
-   Wszystkich   trzech   świątecznych   jesionek   nie   ma.   Garnitury   nieobecne...   Koszule   wyszli... 

Zostaliśmy się obtłoczeni do zera... Nawet twoja skóra z Kostka zdjęta - mówił ponuro Piskorszczak. 
Maniuś spojrzał w stronę stojącego obok biurka kościotrupa, który istotnie świecił kompletną nagością 
i jakby z zażenowaniem się uśmiechał.

Stali na środku pokoju patrząc na siebie niezmiernie zdziwieni i przygnębieni.
- Nie ma co mówić - ocknął się wreszcie Piskorszczak - mieliśmy trafne z tą Danusią. Udała ci się, 

Marian, ta sierotka znaleziona na deszczu, niech ja skonam!

- Ona nie mogła tego zrobić! - wybuchnął Maniuś, ale nagle przygasł, bo Stasiek mówił dalej:
-   Sama,   rzecz   jasna,   nie   mogła,   nie   dałaby   rady,   narzeczony   jej   pomagał.   Ach,   bić   nasz,   bić 

frajerów jak w kaczy kuper! My go na Ziemiach Odzyskanych szukaliśmy, a on może pod sukienką u 

- 54 - 

background image

tej   swojej   cizi   siedział   i   czekał,   aż   wyjedziem,   żeby   nam   ciuchy   podkręcić.   W   ogóle   nam   fart 
przyniesła, od niej się to wszystko zaczęło. Jak tylko się tu pokazała, zaraz zaczęła się polka z tem  
Szczecinem, z temi obrazami, z tem Szerlokiem. A teraz co, braciszek w więzieniu, ja bez jesionki. Ja  
ci mówię, że kto wie, czy to nie ona na nasz tego Szerloka swojego napuściła.

-   A   ja   ci   mówię,   zamknij   mordę!   -   stracił   cierpliwość   Maniuś.   -   Jedno   z   drugiem   nie   ma   nic  

wspólnego. Mogło być tak, że wyszła z mieszkania, a klawisznicy to wykapowali i w tem czasie nasz 
zrobili na pasówkie, bo włamania nie widać. Tylko patrzeć, jak Danka wróci.

- Daj ci Boże. Ale ja bym nie czekał, tylko leciał już do komisariatu.
- A ja mam życzenie poczekać. Ona lada chwila może się pojawić, nie wiedząc o niczem. Mogła  

pójść do Konfiteora w sprawie tej pracy. Może u Sabci siedzi, a może u Aniołków. Tylko patrzeć, jak 
nadleci.

Ale Danka nie nadleciała tego wieczoru. Nie zjawiła się też następnego dnia.

XVI.

Już  na  schodach  komisariatu  Maniuś zatrzymał  się,  spojrzał   na Staśka,  machnął ręką i począł 

schodzić w dół.

- Maniek, co ty robisz? - zdziwił się Piskorszczak.
- Idziem, Stasiu, nazad. Jakoś, wiesz, nie mam smaku do tego meldunku. Lignąć kogoś łatwo, a 

potem   trudniej   wypucować,   poczekamy   jeszcze   dzień,   dwa.   Danka   musi   się   odnaleźć.   Na   razie  
przejadziem się po bazarach, jesionek i garniturów poszukać. Po mojemu już powinni być w handlu.  
Chociaż teraz to nic nie wiadomo. Przed wojną był porządek. Jak ci dzisiaj ukradli, już na drugi dzień  
mogłeś wszystko znaleźć na Kiercelaku czy na Wołówce i niedrogo odkupić. A nawet z trzeciej ręki od 
frajera za darmo odebrać. Z fachowcami się miało do czynienia i życie było ułatwione. A dzisiaj... 
Pamiętam granatowe świąteczne ubranie rąbnęli mnie jak raz w czwartek, w sobotę idę na Kiercelaka  
i już na rogu Chłodnej i Wroniej spotykam jakiegoś lebiegie w swojem garniturze. Mrugłem na niego 
okiem i zaznaczam: „Te, lancuś, rozbieraj się".

- Dlaczego?
- Co będziem dużo mówić, rozbierasz się dobrowolnie czy chcesz, żeby ci gliny pomogli.
Troszkie pyskował, że legalnie kupił, chociaż ledykimacji nie sprawdzał, ale usiadł nad rynsztokiem i 

przebrał   się   w   swoje   stare   ciuchy,   które   miał   pod   pachą   w   papierze.   Pakiet   z   forsą   i   papierami 
doliniarze   ci   podwędzili,   już   nazajutrz   mogłeś   odebrać   bumagi   w   urzędzie   śledczym,   bo   fachowy 
złodziej wrzucał ich do skrzynki, a poczta na Daniłowiczowskie odsyłała. To było życie. Organizacja. 
Można było pracować na tych waronkach! - wspominał z rozrzewnieniem przedwojenne czasy pan  
Maniuś,   prowadząc   swoją   warszawę   na   Pragę,   gdzie   przy   ulicy   Lubelskiej   znajdowały   się   nowe 
przeniesione z placu Szembeka „Warszawskie ciuchy".

Piskorszczak również był roztkliwiony do tego stopnia, że z życzliwością spoglądał na wsiadających 

do tramwaju pasażerów.

- Przerzuć, Maniuś, na luz i przystańmy troszkie. Ta starsza pani cykorie odczuwa, boi się przejść.
- Prosiemy uprzejmie, niech pani szanowna zasuwa.
- Nie bądź taki za grzeczny, bo się natniesz, jak ja pare dni temu w tył. Koło Kruczej przy Cedecie 

jakaś staruszka chciała przejść przez ulice. To ja zwalniam i czekam, a ona tyż czeka, zaczęli się  
ceregiele,  a koniec  końców jak mnie rugnie, oko mnie zbielało: „No,  jedźże  ty,  taka  twoja pieska  
niebieska przez Poniatoszczaka dokoła Ronda ganiana mamusia była, czego mnie denerwujesz?" 
Takie mnie założyła wiązankie, że zapomniałem języka w gębie, chociaż, jak ci wiadomo, umiem się 
wysłowić. Gront, że wyglądu nie miała. Blada hrabinia w żałobie.

- To musiała być lepsza cizia na emeryturze.
- Z całą pewnością, ale teraz jak zobaczę sędziwe staruszkie, daję gazu, żeby się nie narażać.
Nieswojo   czują   się   sprzedawcy   na   nowym   targowisku   przeznaczonym   dla   przeniesionych   z 

Grochowa ciuchów. Porządek idealny, asfalt, estetyczne budki, wygodne stoiska, a razem nie to co na  
starym miejscu. Klimatu brak. Z niesmakiem przeglądał Maniuś rozwieszoną na wieszakach używaną 
garderobę męską, damską i dziecinną, krajową i pochodzenia zagranicznego.

- 55 - 

background image

- I tu mają mieć tryfne rzeczy? W jaki sposób? Parodia losu, nie Kiercelak! Jadziem dalej. - I już  

raczej z nałogu  przystanął wraz z przyjacielem  przy stoliku radiofonii,  gdzie  sprzedawca   oferował 
klientowi o prowincjonalnym wyglądzie odbiornik starszego typu, uruchomiony za pomocą baterii.

Kandydat   na   nabywcę   słuchał   czas   jakiś   chrapliwej   muzy   li   konkretnej,   ale   krzywił   się   jakoś 

niechętnie.

- Czy panu szanownemu cóś poniekąd szwankuje, zły odbiór? Nie słychać?
- Owszem słychać, grać, grają, ale więcej nic.
- A cóś pan chciał, żeby panu zryć przez głośnik dali?
- Nie o to, ale po mojemu gramofon lepszy. Takie płytę nastawiam, jakie mam życzenie. Smutno 

mnie - l marsza pogrzebowego zaiwaniam, chce się śmiać - polkie galopkie zapuszczam.

- Poniekąd masz pan rację, ale cóś trzeba zrobić dla ogółu. Nie możesz pan chyba wymagać, żeby 

milion radiosłuchaczy w Warszawie i na prowincji marsza nieboszczyka Chopina słuchało, dlatego że 
pan szanowny od żony po mordzie dostał i jesteś pan smutny. Ale gramofon rzecz staroświecka i tylko  
do tańca się nadaje. A przez radio cały świat pan słyszysz, Brukselie, Raszyn, Berlin, Paryż i w ogóle 
wszystkie   części  świata,  wiedzy  pan  nabierasz,   z  przeproszeniem   pańskiej  osoby,  ze  żłoba,  czyli  
chomonta uczonem człowiekiem się pan możesz zostać. Meterologiczne pogodę dla samolotów z dnia 
na dzień pan znasz jak pacierz,  chmury na metry mpżesz pan .odmierzać, śpiewać „Kukułeczkie" 
pana nauczą, parle franse, a także samo stosunki towarzyskie pan nawiązujesz z rodziną Matysiaków. 
Niezależnie królowie i prezydenci do pana mówią.

- No faktycznie, ale 15 złotych miesięcznie trzeba płacić.
- A co pan chcesz, żeby angielska królowa z miasta Londynu darmo do pana pod Garwolin gardło 

zrywała?

- Rzeczywiście, masz pan racje, każden musi żyć. A co kosztuje taka sztuka?
- Ostatnio, czy do targu?
- Rzecz jasna, że ostatnio, nie mam czasu na targi, pociąg o 5,15 odchodzi.
- Jak tak, to bierz pan te całą superhetorodyne za 12 złotówek.
- Co, tysiąc dwieście złotych? Ja telewizor taniej dostanę.
-   Zaraz,   czekaj   pan,   mam   tu   dla   pana   cóś   innego.   Mały   aparacik   przenośny,   na   zwyczajnych 

kieszonkowych  bateryjkach. W polu przy kopaniu kartofli czy innem sianokosie możesz pan sobie 
ustawić. Robota pod muzyczkie. Krowy pod wiedeńskiego walczyka więcej mleka dają.

- Weź pan te „Szarotkie", cały bajer 400 złotych. Taniej leci, bo uczciwie zaznaczam, że rączka  

uszkodzona, ale do obory czy w pole i tak pod pachą będziesz ją pan nosił. No bierzesz pan?

Piskorszczak jak urzeczony wpatrywał się w aparat, demonstrowany przez kupca, po czym nachylił 

się do Maniusia i powiedział przejmującym szeptem:

- Maniek, to nasza „Szarotka".
- Wariat, w jaki sposób, przecież nasza leży w szufladzie.
- Już widocznie nie leży, skoro jeżeli ten ciapciak trzyma ją w ręku. Zaglądałeś do szuflady.
- Nie.
-   No   to   rąbnięta   razem   z   ciuchami,   tylko   żeśmy   nie   zauważyli.   Może   w   ten   deseń   znajdziesz  

złodzieja. Rób go na szaro.

Właściciel radiowego kiosku nie doszedłszy z klientem do ładu, odstawił wreszcie „Szarotką" na 

stół, mówiąc:

- I ta za droga, to kup pan sobie organki. 
Tymczasem Maniuś wziął aparat w ręce, gruntownie go obejrzał i zapytał obojętnym tonem:
- Dawno już pan masz te „Szarotkie"?
- Dawno niedawno, nie pańskiej babci zamazany interes!
- A kto wie, może i mojej.
- W jaki sposób?
- A w taki, że to moja „Szarotka".
- Może i była pańska, chwilowo jest moja i postaw pan instrument na miejscu.
- A jak nie?
- No to możem się posprzeczać.

- 56 - 

background image

- Tego bym już panu nie radził, bo milicja może wasz pogodzić - wtrącił się Piskorszczak.
- Co tu ma milicja do roboty?
- Jak się uprze, to znajdzie.
- Co będziem zresztą w bajer się brać i ogródkiem chodzić, towar jest tryfny i pochodzi z kradzieży.  

A teraz odpowiedz nam pan, czy chcesz pan dobrowolnie odpowiedzieć, kiedyś pan to kupił i od kogo, 
czy bezpieczna władza ma się pana o to zapytać!?

Handlowiec przymrużył oczy, uśmiechnął się i wycedził obojętnie:
- Nie strasz pan starej baby kijem, żebym ja na pana władzy tu czasem nie sprowadził za najście 

interesu.   Firma   placowe   opłaca,   na   legalnych   papierach   pracuje   i   odskocz   pan   od   kupca   i 
przemysłowca, zaczem nerwy mnie opuszczał

Stropiony nieco Maniuś nie dawał jednak za wygrane.
- Zaraz, panie szanowny, tylko nie basem, dobrze, bo ja też nie jestem od macochy. Zwłaszcza że 

o swoje się upominam. Ta „Szarotka" dwa dni temu nazad została mnie się skradziona.

- I ledykimacje pan sprawdziłeś?
- Rzecz jasna, ja kupuję tylko po okazaniu ledykimacji służbowej albo paszportu. Nazwisko, imię, 

numer i adres do kajetu się wciąga. Ziuta, zajrzyj no tam do buchalterii, od kogo ta „Szarotka" wzięta, 
bo   ten   pan   jest   ciekawy   -   zwrócił   się   poirytowany   handlowiec   do   swej   połowicy   pełniącej   w 
przedsiębiorstwie funkcje kasjerki.

Pulchna   blondynka   odstawiła   na   chwilę   talerz   pełen   pyzów   ze   słoninką,   spojrzała   wyniośle   na 

szoferów,  po czyni"  wydobywszy  z kieszeni płaszcza  zgięty na  pół,  podniszczony zeszyt  szkolny, 
wertowała   go   chwilę,   aż   wreszcie   wyrecytowała   wyniośle:   „Szarotka"   sprzedana   przez   Danutę 
Raczek,   zamieszkałą   w   Orlikowie   ul.   Bolka   XVII.   Dowód   osobisty   nr   00785   wystawiony   przez 
Komisariat Milicji we Wrocławiu.

- Wystarczy panu, czy jeszcze chcesz się pan czego dowiedzieć?
- Wystarczy... przepraszam - wyszeptał Maniuś zbielałymi wargami i odszedł szybko pociągając za 

sobą Staśka. Szli w milczeniu przez plac. Maniuś unikał wyraźnie wzroku  towarzysza, do którego 
odezwał się dopiero wsiadając do taksówki.

- No tak, to żeśmy się nareszcie dowiedzieli.
- Ja ci od razu mówiłem, co to za numer. Szkoda, żeśmy zameldowania nie złożyli, już byśmy mieli 

może nazad swoje ciuchy. Teraz już chyba jadziem prosto do komisariatu.

-   Jak   chcesz.   Chcesz,   melduj...   mnie   się   właściwie   nie   opłaci...   parę   lat   po   sądach   latać,   za  

świadka... Jesionka miała przetarte rękawy, a garnitur był za ciasny... Banca dostałem i marynarka się 
nie dopinała...

Wyglądała   jak   z   młodszego   brata.   Nie   opłaci   mnie   się   -   mówił   Maniuś,   jakoś   zbyt   wytężonym 

wzrokiem wpatrując się w ścielącą się przed taksówką, dobrze mu znaną jezdnię ulicy Targowej.

Piskorszczak obserwował go chwilę spod oka, a wreszcie rzekł:
- Przetarta nie przetarta, zima idzie i jesionki są potrzebne. Nie można w mróz w samem swetrze za 

narciarza ganiać. Mnie się tam opłaci i namyślam się, czy się nie wrócić na ciuchy porozmawiać z tem 
radiarzem. Może wie także samo, kto komu inne nasze rzeczy opędzlował.

- Chcesz, to się wróć - przyhamował Maniuś ze złością. - Ja się spieszę do Aniołka. Może się już  

cóś niecoś dowiedział na szczyt zwolnienia Szmai i hrabiego. A w ogóle dajcie mnie do cholery spokój 
z tem całem kramem. Za robotę trzeba się złapać i zacząć zarabiać, bo inaczej z głodu pozdychamy. 
Tylko patrzyć, jak podatki przyjdą do płacenia.

- Czego się szarpiesz, pracuj, kto ci broni. Ja muszę łachów szukać - i nasunąwszy cyklistówkę na 

oczy wysiadł.

Pan Maniuś pomknął jak strzała na Brukową. Ale w egipskiej restauracji „Piramidon" nie zastał pana 

Aniołka. Królująca za bufetem w zastępstwie męża pani Aniołkowa oświadczyła kwaśno, że nie wie, 
gdzie się ten włóczykij bradziaży. Okazję sobie znalazł, żeby się urwać z interesu pod pozorem jakichś 
tam starań o wypuszczenie z mamra tych ancymonków. Jak tak dalej pójdzie, sam będzie przymknięty 
za manko w restauracji. Tylko nie wiadomo, kto za nim będzie wtenczas po prokuratorach latał.

Maniuś zniósł spokojnie wszelkie dwuznaczniki pani Serafiny, dowiedział się jeszcze, że nic jej nie 

wiadomo o Dance, pożegnał się ozięble i pojechał do Konliteora.

I trumniarz również nie miał żadnych konkretnych wiadomości.

- 57 - 

background image

Nad wieczorem skoczył jeszcze na Starówkę, ale już tramwajem, bo wózek zostawił na Chmielnej u 

elektryka,   ponieważ   prądnica   wysiadła.   Nikogo   jednak   nie   zastał   na   Starym   Mieście.   Warsztat 
antykwaryczny   profesora   Juliana   Kijanki   zamknięty   był   na   głucho.   Tylko   widoczne   przez   kratki 
figurynki z saskiej porcelany pokryły się grubymi kożuchami kurzu.

Zgnębiony ostatecznie Kitajec zjeżdżał ruchomymi schodami na dół na Mariensztat, kiedy nagle 

usłyszał znajomy głos:

- Panie Marian, czekaj pan! 
Maniuś spojrzał i drgnął.
Na   sąsiednim   sunącym   z   głuchym   łoskotem   w   górę   trapie   schodów   stała   wymachując   wielką 

gospodarską torbą wdowa po dwóch inwalidach pani Rypalska, roszcząca sobie, jak wiadomo, jakieś 
sercowe pretensje do pana Maniusia.

Bez namysłu ruszył Kitajec w dół schodami przeskakując po kilka stopni, by znaleźć się jak najdalej 

od romantycznej wdówki. Wybiegł na ulicę i zziajany stanął na przystanku u wylotu tunelu, oczekując 
na   trzydziestkę,   podczas   gdy   jego   prześladowczym   powinna   się   znajdować   już   na   Krakowskim 
Przedmieściu.

Nie docenił jednak, jak się okazało, siły uczucia drzemiącego we wdowim sercu.
Nie zdążył jeszcze wsiąść do tramwaju, gdy pani Rypalska pojawiła się przed nim.
- Dzień  dobry,  panie  Marian,  co  słychać!  Słyszałam, że   podobnież  te  niewiniątko  króla  Heroda 

okradło was do nitki. Zresztą spodziewałam się tego. Od razu wiedziałam, że to ziółko diabelskie.

- Pani Rypalska szanowna, czy okradła, czy nie, tego nie wiem. Nie wiem także samo, gdzie się 

obecnie znajduje, i wiedzieć nie chcę. Odmelduj się pani ode mnie, bo mnie tramwaj ucieknie - i 
postawił nogę na stopniu trzydziestki.

- Zaraz, zaraz, nie tak na gorąco. Czekaj pan, może ja coś o niej wiem.
Pan Maniuś zeskoczył ze stopnia.

XVII.

Wdowa po dwóch inwalidach przytuliła się do Maniusia i patrząc mu w oczy z oddaniem poczęła  

prowadzić go z powrotem w kierunku ruchomych schodów.

- Zaraz,  pani Rypalska.  Gdzie  mnie pani ciągniesz,  z tramwaju   mnie  pani zdjęłaś.  Miałaś pani  

zaznaczyć coś na konto Danusi, a teraz spacerów się pani zachciewa! Może do Łazienek na ksiuty się 
udamy?!

- Z panem, panie Marian, na koniec świata bym poszła, pan to dobrze wie. Ale ja znowuż wiem  

swoje,   że   ta   przybłęda   całkiem   pana   zawojowała.   Czy   to   panu   pasuje?   Pan,   jako   mężczyzna  
średniowieczny, innej wygody, innej opieki potrzebuje. Nie mówiąc już o tej kradzieży, jak ona tam te 
gospodarstwo u pana prowadziła! Zmizerniałeś pan strasznie. Wyglądasz pan jak Piotrowin, a koszula 
na   panu   jak  psu   z   gardła   wyciągnięta.   Nie   tak  to   bywało,   kiedy  ja   w   Aleje   doglądać  mieszkania  
przychodziłam. Ale nie mam żalu, powiedz pan jedno słowo, a się wrócę.

Maniuś kilkakrotnie usiłował przerwać rozkochanej wdowie ten namiętny monolog, ale nie dała mu 

przyjść do słowa. Wreszcie energicznym ruchem oswobodził jakoś swoje ramię i rzekł:

- Pani Rypalska, co jest? Publikie na ulicy pani wywołujesz, ludzie się na nasz patrzą. Wyglądam 

jak zagazowany mąż,  którego żona  do  domu  z knajpy prowadzi.  A ja  kawaler  jestem.  Kawaler z 
dziada pradziada i nie zamiaruję w najbliższym czasie na zapowiedzi dawać. Także samo przestań się 
pani zajmować moją koszulą i w ogóle galanterią domową, bo w tramwaj wskoczę i więcej w życiu 
mnie pani nie zobaczysz. Czegoś się pani właściwie do mnie przyczepiła, jak pragnę; zdrowia? Idź 
pani do związku inwalidów, może tam trzeci frajer się dla pani znajdzie, ale ja jeszcze chodzę o swojej  
sile i nie potrzebuję protezy.

Pani Rypalska primo voto Smieciuszko żachnęła się na to słowo a chciała odpowiedzieć jakimś 

równie ozdobnym epitetem, uczucie jednak przemogło, ujęła pana Maniusia poważnie pod ramię i 
rzekła łagodnie:

- Niech pan się nie obraża, panie Marian, ja tylko dla pańskiego dobra.
- No dobra już, dobra - udobruchał się frapujący mężczyzna. - Miała pani zaznaczyć parę słów o...  

tej kradzieży.

- 58 - 

background image

- O, to dłuższa historia, na ulicy nie będziem mówić, chodźmy gdzie do restauracji.
Pan   Maniuś   znając   ułomność   swej   natury   wrażliwej   na   roztkliwiającą   atmosferę   zakładów 

gastronomicznych oparł się energicznie.

- Mowy nie ma. Po co? Nie piję od wczoraj.
- No to wejdziem do mlecznego baru. 
- Pieluchamy czuć, ale trudno się mówi. 
Ruchome schody wniosły wkrótce pogodzoną parę na plac Zamkowy. Poszli Podwalem poszukać 

przybytku mlecznych rozkoszy. Koło Kapitulnej pani Rypalska zatrzymała się i wskazując na pomnik 
Kilińskiego zagadnęła:

- Jak się panu, panie Maniuś, podoba Kiliński na nowem miejscu?
- No owszem, do twarzy mu tu jest. Bo to tak naprzeciwko Rzemieślniczej Izby i na Szeroki Dunaj - 

gdzie pod piątem warsztat szewski, jak nam wiadomo, prowadził - także samo niedaleko.

- No i słup ma lepszy.
- Faktycznie, wyższy i cały marmurowy. Nie można powiedzieć, wygląda odpowiedzialnie z tem 

podniesionem pałaszem. Jakby wejścia na Starówkie bronił.

- Przed kim?
- Widzisz pani, Kiliński niezależnie od tego, że był pułkownikiem z chęci szczerej, jako szewc do 

majstrów pierwszej kategorii się zaliczał. No, to kto go wie, może nie chce, żeby mu MHD skórzanych 
bubli i krzywych kurpi na Starówkie nawrzucało?!

- Pan Maniuś jak już co powie, to faktycznie do śmiechu - zachichotała przymilnie wdówka.
W barze mlecznym usiedli pod ścianą, na której widniał wielki konterfekt krowy w laurowym wieńcu  

przetykanym złotymi literami napisu: „Nasz twarożek świadczy o nas".

Wdowa zerwała się po chwili z krzesła i zdobyła w kilku nawet niedługich kolejkach dwa duże mleka 

w wyszczerbionych  kubkach przypominających  apteczne  naczynia  do rozrabiania maści,  mnóstwo 
bułek z masłem oraz dużą porcję leniwych pierogów.

Pan Maniuś z miejsca odsunął pierożki, nie spojrzał nawet na bułki, musiał jednak na błagania 

fundatorki wypić pół kubka mleka - po czym zapytał niecierpliwie:

- No powiedzże pani nareszcie, co pani wiesz!
- Panie Marian, spróbuj pan chociaż jednego pierożka, delicja, mówię panu...
- Pani Rypalska szanowna, jeżeli o wiele jeszcze raz wspomnisz mnie pani o pierożku, to chociaż 

jestem   na   czczo   duszy   pod   względem   ankoholicznem,   stolik   przewrócę   i   w   ogóle   przeprowadzę 
„remont"  całego  mlecznego  lokalu,  jakbym  na dużych  obrotach  się  znajdował.  Do  komisariatu  się 
dostaniem   jako   wybryki   natury   za   pijackie   rozróbkie   pod   wpływem   nadużycia   nabiału.   Nie 
wyprowadzaj mnie pani lepiej z nerw i weź pani ten widelec.

Pani Rypalska cofnęła widelec z pierożkiem trzymany na wysokości ust pana Maniusia.
- No to już nie, to nie... Przecie ja tylko dla pańskiego dobra, serce mnie się kraje patrzyć, żeś pan  

taki mizerny... Ale mniejsza o to - nie chcesz się pan poprawić, nie poprawiaj się pan. Nie chcesz pan 
słuchać o swojem zdrowiu, posłuchaj pan o swoich spodniach.

- O jakich znowuż spodniach?
- Tych w paseczki, świątecznych.
- Znaleźli się?
- Owszem, są na ciuchach w trzeciej budce na lewo. Można ich kupić za 150 złotych. A wiesz pan, 

kto ich tam sprzedał? Niejaka Danuta Raczek.

- No dobrze, ale skąd żeś się pani o tem dowiedziała?
- Godzinę temu nazad spotkałam na Pradze pana Piskorskiego.
- Staśka?
-: Jego. Lata jak kot z pęcherzem po wszystkich bazarach i melinach. Do tych pór oprócz „Szarotki", 

o czem panu już podobnież wiadomo, znalazł tylko te pamiątkowe spodnie, reszta - kamień, woda,  
kamfora!

- Czy to już wszystko, coś mnie pani miała zakomunikować?
- A to mało, żeś pan się dowiedział, że nie tylko radio, ale i inne pańskie nieruchomości galanteryjne  

ta uciśniona niewinność po publicznych targowiskach i prywatnych paserach opyla?

- 59 - 

background image

- I to dlatego na wycieczkie krajoznawczą po Starówce, na spożycie gorącego mleczka w uroczem 

towarzystwie mnie pani napuszczasz, żeby mnie powiedzieć to, co już dawno wiem? Pani Rypalska 
szanowna, żeby nie to, że  nie lubię publicznem słowem się posługiwać przy młodzieży szkolnej i 
pracującej inteligencji, która się tu obok nasz znajduje, taką litanie bym pani wyczytał, że byś się pani 
prędko nie pozbierała.

Tu pan Maniuś wstał, sięgnął po czapkę i zamierzał najpoważniej opuścić bar bez pożegnania.
Nagle jednak przybladł mocno i osunął się znowu na krzesło krzywiąc się przy tym boleśnie.
Wdowa patrzyła nań przerażona.
- Co się panu stało, panie Marian?
- Nie wiem, nic takiego... ale cholerne boleści mnie złapali. O rany, jak mnie kręci!
- Może ja do apteki skoczę po inoziemcowe krople? 
Pan Maniuś nie odpowiedział, gdyż wił się na krześle, a kroplisty pot wystąpił mu na czoło.
Równie blada z przerażenia wdowa usiłowała mu wy-masować żołądek, ale krzyknął na nią:
- No leć już pani do tej apteki - bo skonam z tych boleści!
- Nie, nie mogie pana samego zostawić, to cóś poważnego, czy tyfus miałeś pan szczepiony?
- Jaki tam tyfus, ciepłe mleko z nóg mnie zwaliło. Organizm mam nie przyzwyczajony.
- Nie ma innej rady, musiem jechać do Pogotowia, tam panu dadzą zapstrzyk! Panie Marian, oprzyj 

się pan na mnie mocno, zaprowadzę pana do taksówki!

Na nieszczęście przed barem nie było taksówki, znalazła się jedynie konna dorożka. Pan Maniuś 

na razie nie chciał o tym słyszeć.

- Ze wstydu przed kolegami bym się musiał spalić, jakby mnie któren zobaczył. Pomyślą, że jestem  

zabalsamowany w trupa. Ja, stary szofer warszawski,  „sałatą" się posługuję - to się w głowie nie 
mieści...

Jednak wzmagające się bóle zmusiły wreszcie pana Maniusia do zajęcia miejsca w dorożce. Z 

nasuniętą   na   oczy   cyklistówką,   z   twarzą   schowaną   w   skunksowy   kołnierz   wdowy,   wsparty   na   jej 
ramieniu, jechał Kitajec na Hożą do Pogotowia, dodatkowo zasłaniając się ręką przy mijaniu każdej 
taksówki.

Po   krótkim   badaniu   w   ambulatorium   lekarz   dyżurny   zaaplikował   panu   Maniusiowi   jakieś   środki 

uspokajające i polecił sanitariuszowi zawieźć go windą na I piętro. Tam go przebrano w szlafrok i 
został umieszczony na sali o kilkunastu łóżkach. Był to podręczny szpitalik Pogotowia, o którym jakiś 
obandażowany pasażer opowiadał kiedyś panu Maniusiowi w następujących słowach:

„Nowość w Pogotowiu zaprowadzili: na stacji własny szpital posiadają, w którem chory przez parę 

dni może sobie leżeć, zaczem go gdzieś nie upchną. I Pogotowie nie potrzebuje już z taką ofiarą losu  
po całej Warszawie jak z nieświeżem jajkiem jeździć i wszędzie być przeganianem - z powodu tak 
zwanego braku miejsc. Dawniej zdarzali się wypadki, że zmuszone było podrzucić chorego szpitalowi i 
chodu".

W tym to właśnie szpitalu przebywał pan Maniuś jako nowy „żołądek", leżał teraz na białym łóżku, 

rozglądał się po czysto utrzymanej wesołej nawet salce i rozmyślał, co tu właściwie robi. Bóle żołądka 
zupełnie już minęły i mógłby śmiało iść do domu. Jednak salowa, energiczna szatynka herkulesowej 
budowy ciała, z sypiącym się ciemnym wąsikiem pod nosem, oświadczyła mu niedawno stanowczo,  
że ma leżeć i czekać na doktora naczelnego. On jeden tylko jest władny go zwolnić.

Maniuś poleżał jeszcze jakiś czas, ale, czując całkowity już powrót do zdrowia, znowu zagadnął 

przechodzącą przez pokój salową:

- Pani szanowna, a kiedy ten doktór przyjdzie...
- Obchód jest między dziewiątą i dziesiątą rano. 
Pan Maniuś usiadł na łóżku.
- Jak to - jutro?
- No naturalnie, że jutro, dzisiaj już dziewiątej rano chyba nie będzie.
- Co pani mnie tu głodne kawałki opowiada. Jak tak, to nie czekam na żadne badanie i idę, proszę  

oddać ubranie!

- Tylko doktór może pana wypisać. Inaczej magazyn ubrania nie wyda.

- 60 - 

background image

- Ale jak to tak może być? Ja mam za godzinę pociąg do Szczecina. Żona będzie na dworcu z  

sześciorgiem dzieci! - koloryzował Maniuś, pragnąc za wszelką cenę wydostać się ze szpitala, gdyż  
założył sobie, że odbierze wóz od elektryka i pojeździ dzisiaj na noc.

- Nic na to nie poradzę, taki przepis.
Leżący na sąsiednim łóżku pacjent, szczupły brunet ze skomplikowanym złamaniem nogi, nachylił 

się do pana Maniusia i powiedział przejmującym szeptem:

- Panie „żołądek", na tę salową tylko ostro i z góry, inaczej nic pan nie zrobisz!
Kitajec zerwał się z łóżka i przydeptując sobie troki od za dużych szpitalnych kalesonów krzyknął na 

salową:

- Dawać ubranie, tylko już,  co jest za  granda! Jestem wolnem i nieprzymuszonem obywatelem 

Polski Ludowej, nikt nie ma prawa bez dania racji spodni mnie zabierać! Ja tu z wami zaraz zatańczę! 
Ja wam pokażę!

Atletyczna salowa spojrzała na Maniusia zimnym wzrokiem i odrzekła:
- Niech pan się uspokoi, bo dostanie pan kaftan!
- Jaki kaftan? 
- Wariacki!
Maniuś usiadł na łóżku. Salowa wyszła spokojnym krokiem.
- Nie udało się - ona dzisiaj jakoś nie w sztosie. Wobec tego daj pan spokój. Bo kaftan, uważasz  

pan, mogą dać - odezwał się sąsiad, który tylko co doradzał Maniusiowi energiczne wystąpienie.

- Trudno się mówi, panie „żołądek", poleżysz pan do rana. Krzywdy nie będziesz pan tu miał, bo  

oprócz tak zwanej starannej opieki i koryto daje Pogotowie bardzo przyzwoite. Wyobraź pan sobie,  
wczoraj przynieśli tu faceta z 40 stopniami gorączki, to jak zobaczył ten obiad, po pół litra chciał posłać 
- dorzucił, sąsiad ze strony przeciwnej.

- Ale na razie muszę pana szanownego trochę przyogolić - nachylił się nad Maniusiem z pędzlem w  

ręku, a z mydelniczką w drugim jakiś facet z baczkami à la książę Józef.

- Golić? Po co mam się golić? - cofnął głowę Kitajec.
-   Przez   wzgląd   na   estetykie   i   dla   dobra   kuracji,   czysto   ogolona   buźka   to   połowa   zdrowia,   a 

natomiast morda zarośnięta przedwczorajszą szczeciną pogarsza stan psychologiczny. Niezależnie 
od tego szpital w centrum Warszawy się znajduje, co na nas nakłada pewne obowiązki względem 
savoir viveru, czyli grzeczności ilustrowanej na co dzień. W Mrozach czy Cegłowie taka twarzyczka jak 
pańska by uszła, w stolicy niestety nie. Proszę leżeć spokojnie. - Tu fryzjer esteta z wielką wprawą i 
rozmachem namydlił panu Maniusiowi twarz i począł zręcznie golić go mówiąc jednocześnie:

-   Nie   potrzebuję   nadmieniać,   że   obsługa   jest   czysto   honorowa,   aczkolwiek   używam   wyłącznie 

najlepszych   dodatków   i   posługuję   się   prawdziwą   angielską   brzytwą   od   szwagra   z   Londynu. 
Aczkolwiek jestem tu również tylko pacjentem, uważam za swój obowiązek doprowadzać codziennie 
do stanu idealnej świeżości wygląd wszystkich obywateli chorych, co jest chyba widoczne na pierwszy  
rzut oka.

Pan Maniuś rzucił okiem po łóżkach i zauważył, że istotnie twarze wszystkich towarzyszy niedoli 

były   wytwornie   wygolone.   Głowy,   uczesane   przeważnie   na   poleczkę   z   przedziałkiem,   lśniły   od 
fiksatuaru. W powietrzu unosił się przenikliwy zapach heliotropu. Toteż Maniuś poddał się już biernie  
dalszym zabiegom fryzjera, obmyślając ciągle sposoby wydostania się na wolność.

Przeszkodził mu jednak po chwili nowy incydent towarzyski. Odsuwając grzecznym ruchem fryzjera 

składającego swoje przybory, zbliżył się do łóżka wysoki barczysty pacjent z lewą ręką umieszczoną w 
wielkim gipsowym opatrunku i zawieszoną na drewnianym temblaku.

- Pan pozwoli się zapoznać. Słodzikowski jestem - tu pan Słodzikowski podał Maniusiowi prawicę i 

potrząsnął nim z taką siłą, że zadzwoniły sprężyny w szpitalnym łóżku.

Po czym, złożywszy głęboki ukłon, oddalił się do następnych łóżek wszędzie dokonując uroczystej 

prezentacji. Pod oknem długo nie mógł się dobudzić jakiegoś staruszka, który wreszcie otworzył oczy i 
patrzył na niego z nieopisanym przerażeniem, przysłaniając sobie ręką ucho.

- Słodzikowski jestem! - wrzasnął pan Słodzikowski.
- Proszę? - krzyknął jeszcze głośniej staruszek i usiadł na łóżku.
Co dalej było, nie zdążył już Maniuś zaobserwować, bowiem w drzwiach ukazała się atletyczna 

salowa i zawołała:

- Pan Marian Kondracki! Brat do pana przyszedł. Może pan wyjść na korytarz.

- 61 - 

background image

Pan Maniuś zerwał się i galopem wybiegł z sali.
W   korytarzu   przy   drzwiach   ubikacji   męskiej   stał   Stasiek   Piskorszczak.   Po   krótkiej   rozmowie 

szeptem obaj panowie zniknęli kolejno w drzwiach opatrzonych symbolicznym trójkątem.

A po pięciu minutach jakiś mężczyzna pośpiesznym krokiem opuszczał gmach Pogotowia przy ulicy 

Hożej.

Był to Maniuś Kitajec w za długich nieco spodniach starszego Piskorszczaka. Reszta garderoby 

pasowała jak ulał.

XVIII.

Stasiek Piskorszczak wszedł nonszalanckim krokiem na szpitalną salę, poszukując oczami pustego 

łóżka, z którego przed kilku minutami wstał Maniuś.

Przykrótki szlafrok i reszta szpitalnego ekwipunku, pozostawiona mu przez Kitajca w zamian za 

ubranie,   krępowała   go   trochę,   ale   nadrabiał   miną   i   ze   sztuczną   nieco   swobodą   zmierzał   do 
dostrzeżonego wreszcie łóżka. Towarzyszył mu w tej krótkiej wędrówce pełen najwyższego zdumienia 
wzrok wszystkich chorych.

Kiedy zaczął wygodnie się układać, sąsiad z prawej strony powiedział doń trochę niepewnie:
- To łóżko zajęte, proszę pana...
- Nie szkodzi, pogodziem się z braciszkiem, bo to mój brat tu leżał. On musiał chwilowo wyskoczyć  

na   miasto,   w   sprawach   rodzinnych,   to   ja   go   temczasem   zastąpię.   I   żeby   się   nam   nie   nudziło, 
przyniosłem tu niedużą witaminową zagrychę. A także samo buteleczkie odgrypiacza.

Tu Stasiek wydobył z przyniesionego zawiniątka litrową butelkę oraz kilka pomarańczy.
- Poproszę tylko wszak atoli o jakieś szkiełka i możem zacząć kurację.
Wśród   pacjentów   szpitala   Pogotowia   towarzyskie   talenty   Piskorszczaka   oraz   jego   ujmująca 

propozycja wywołały prawdziwy entuzjazm. Chorzy chodzący poczęli podchodzić do jego łóżka, ze 
szklaneczkami, kubeczkami, a nawet wazonikami od kwiatów. Pozbawieni swobody ruchów przysyłali 
z najdalej nawet położonych łóżek swoje kieliszki od lekarstw, jajeczniki itd.

Napełniając jeden z jajeczników złocistym płynem Piskorszczak rzekł:
-   Faktycznie,   jajeczko   na   miętko   nigdy   jeszcze   żadnemu   choremu   nie   zaszkodziło.   Ciach   go 

pałaszem! Po wykonaniu prosiemy przysłać jeszcze raz, bo według przepisów szpitalnych należą się 
każdemu pacjentowi, dwa jajka.

Kiedy już wszystkie zastępcze kielichy zostały sprawiedliwie napełnione, pan Słodzikowski, który 

pierwszy oczywiście przedstawił się Piskorszczakowi, wzniósł toast na cześć miłego fundatora i jego 
nieobecnego chwilowo brata.

- O nie - zaprotestował Stasiek - o tem nie może być mowy. Pierwszą kolejkie musiem trzasnąć na 

cześć gmachu, w którem się właśnie znajdujem, czyli że wypić za zdrowie Warszawskiego Pogotowia 
Ratunkowego.   Kto  ratuje   Warszawę   w  każdem   nieszczęśliwem   wypadku  -  Pogotowie.   Kto  płucze 
Warszawie żołądki po każdem większem święcie tak kościelnem, jak i narodowem - Pogotowie! Komu 
zawdzięczamy, obywatelowie, że znajdujem się w tej chwili w tem eleganckiem pomieszczeniu, pod 
staranną   opieką   lekarską,   w   wyborowem   towarzystwie   -   rzecz   jasna   -   Pogotowiu!   Jako   leguralny 
przedwojenny warszawiak pamiętam wszystkie  dawniejsze  karetki Pogotowia: „Józef", „Kazimierz", 
„Jadwiga" i temuż podobnież. Wiedziałem nawet, która z nich najmniej trzęsie. Pamiętam nawet z łat 
dziecinnych tak zwaną antrakcję konną. Rzecz jasna, że co koń, to nie skoda czy nawet warszawa, 
ale  kochana   nasza   stolica  uważała  zawsze   swoje   Pogotowie   i  nawet   została   się   na  te  pamiątkie  
ułożona specjalnie masowa pieśń w te mniej więcej słowa:

Jedzie, jedzie Pogotowie, 
Trąbi tu i tam. 
Koło pękło, koń się z..., 
Chory został sam!

W związku, jak się to mówi, z powyższem, odjazd na żeberko! Niech żyje Pogotowie!

- 62 - 

background image

- Niech żyje! - wykrzyknęli z entuzjazmem wszyscy chorzy wznosząc wysoko kielichy.
Po   spełnieniu   toastu,   zagryzieniu   go   cząstką   pomarańczy,   dokładnie   nie   wiadomo,   przez   kogo 

zainicjowana wstrząsnęła murami zasłużonej instytucji przytoczona wyżej przez Piskorszczaka pieśń 
masowa.

Jedzie, jedzie Pogotowie, 
Trąbi tu i tam...

śpiewali pełnymi żaru i siły głosami nawet złożeni obłożną niemocą pacjenci.
Nagle pieśń skonała na ustach przynajmniej połowy chorych, którzy ujrzeli w drzwiach wyniosłą 

postać salowej. Miotając pioruny z czarnych oczu, salowa momentalnie ogarnęła sytuację, podbiegła 
do łóżka Staśka i krzyknęła groźnie:

- Co pan tu robi? Skąd się pan wziął, gdzie jest chory Kondracki? W ogóle co się tu dzieje?
Chorzy, jak spłoszone kuropatwy, rozbiegli się po łóżkach. Piskorszczak zaś spokojnie zakorkował 

butelkę, włożył ją pod poduszkę i uniósłszy się nieco na posłaniu, skłonił z uszanowaniem głowę.

- Może pani szanowna spocznie na chwileczkie na tem krzesełku. Staranne wychowanie domowe 

nie   pozwala   mnie   rozmawiać   w   stanie   leżącem   ze   stojącą   kobietą,   a   podnieść   się   nie   mogie,   z  
powodu, że szlafrok mam przy krótki...

- Co pan tu za głupstwa opowiada? Skąd się pan tu wziął?! A prawda, to pan jest tym bratem 

Kondrackiego! - szalała salowa.

- Właśnie, zgadła pani szanowna. Ale o wiele pani nie spocznie, żadnych objaśnień nie udzielę. 

Salonowe alibi przede wszystkim, a potem wytłumaczenie.

- No to niech pan mówi - wrzasnęła wreszcie salowa, siadając gwałtownie na krzesełku.
-  Jak  tak,   to   co   innego.   Jak  pani  szanowna   słusznie   zauważyła,   nie   jestem  chorem   Marianem 

Kondrackiem, ponieważ jestem jego bratem, zresztą przyrodniem z innego ojca. Dowiedziawszy się 
od   wspólnej  znajomej,   że   braciszek   mój  rozchorował   się   na   mieście   i  znajduje   się   w   Pogotowiu, 
przyszłem go odwiedzić. Przyzna pani szanowna chiba, że było to mojem obowiązkiem. Było czy nie 
było?

Salowa pominęła to pytanie milczeniem.
-   Przyniosłem   nawet,   jak   nasz   do   tego   zmusza   savoir   viver,   czyli   salonowy   kodeks   karny,   w 

paragrafie dotyczącym odwiedzin w szpitalu - kilo pomarańcz.

- I wódkę? - zerwała się z krzesła oburzona funkcjonariuszka.
- Przepraszam, tylko nie wódkie, tylko nie wódkie. To jest grypolin, spirytus pół na pół z miodem na 

aspirynie.

- No dalej, dalej...
-   Ponieważ   że   braciszek   doszedł   już   w   zupełności   do   siebie,   a   był   nieczasowy,   bo   żona   w 

Szczecinie z drobnemi dziećmi na stacji będzie czekać, przebraliśmy się w klozecie, znaczy się on 
wziął moje garderobę, a ja się ubrałem we własność szpitalne i zostałem się w jego zastępstwie.

- Pan wie, co pana za to czeka?
- Nie wiem, może płukanie żołądka, może lewatywa rumiankiem, trudno, poświęcę się dla brata.
- Sprawę sądową pan będzie miał i przykre następstwa.
- No, to się posiedzi. A w ogóle nie przyszło nam do głowy,  że pani zrobi to większą  różnicę. 

Byliśmy pewne, że rozchodzi się tylko o to, żeby renament się pani zgadzał. Z wielu chorych musi się 
pani tu faktycznie wyliczyć?

- Dosyć tego, niech pan się zabiera stąd, pójdziemy do kancelarii.
-   Uprzejmie   proszę   -   tylko   niech   się   pani   szanowna   na   chwileczkie   odwróci,   bo   ten   mój   frak 

faktycznie za krótki - powiedział Stasiek wstając.

A kiedy salowa choć niechętnie się odwróciła, zręcznym ruchem przerzucił butelkę z grypolinem 

pod poduszkę sąsiada z prawej strony.

Przytrzymując   starannie   poły  szlafroka,   Stasiek  skłonił   się   pięknie   chorym   i  życząc   im   szybkiej 

poprawy zdrowia, owacyjnie żegnany, wyszedł za salową.

Po   załatwieniu   formalności   i   spisaniu   groźnego   protokołu   za   wprowadzenie   w   błąd   władz 

sanitarnych, otrzymał ubranie Maniusia i został zwolniony ze szpitala.

- 63 - 

background image

W parę minut później idąc szpitalnym korytarzem pod czujną strażą dwóch sanitariuszy, zerknął 

Piskorszczak okiem w otwarte drzwi jakiejś dwuosobowej separatki i... zdrętwiał tak, że kroku nie mógł  
zrobić.

- No chodź pan już - zawołali niecierpliwie dwaj sanitariusze. Ale Stasiek nie ruszał się z miejsca, 

wpijając się coraz bardziej wzrokiem w twarz leżącej na jednym z łóżek dziewczyny. Była uderzająco 
podobna do Danki. Nie - to była Danka. Jasne loki rozrzucone na poduszce otaczały matowo bladą jej  
twarzyczkę.   Oczy   miała   zamknięte,   nierówny   oddech   wznosił   jej   dziewczęce   piersi   rysujące   się 
wyraźnie pod prześcieradłem, którym była nakryta. Stasiek z trudem opanowawszy pierwsze wrażenie 
chwycił za rękę jednego z sanitariuszy i zapytał urywanym głosem:

- Panie szanowny... powiedz pan, co jej jest? Co się jej stało?... W jaki sposób, jak rany, ona się tu  

znalazła?

- Zamach samobójczy przez utopienie. Skok z mostu wywołał wstrząs mózgu i dlatego wciąż jest 

nieprzytomna - poinformował go fachowo funkcjonariusz, po czym zapytał:

- Znasz pan ją może?
- Wiadomo, że znam... Chociaż właściwie nie, tylko z widzenia, w kinie ją spotykałem.
- Szkoda, bo żadnych papierów nie miała przy sobie, nie wiadomo, kogo zawiadomić. Musi być z 

prowincji, bo nikt się do nas nie zgłasza. Chociaż to już dwa dni. Przez gazety trzeba będzie szukać 
rodziny.

- Może ja w tem dopomogę, tylko powiedz mnie pan, będzie cóś z niej? 
- Jasne, wyliże się - młoda!
Nie   powiedziawszy   nawet   do   widzenia,   ruszył   Stasiek   schodami   na   dół   i   wypadł   na   ulicę.   Na 

szczęście na rogu Poznańskiej stała taksówka. Wskoczył w nią błyskawicznie, przyjrzał się szoferowi i 
zamówił:

- Panie kolego, posuwaj pan na Pragie, tylko ostro. 
Wjechali na Marszałkowską. Siedzący przy kierowcy
Stasiek jeszcze raz bacznie obrzucił go kątem oka i zapytał:
- Kitajca pan znasz?
- Kogo?
- Mańka Kondrackiego!?
- Nie przypominam sobie, a kto to taki?
- Mniejsza z tem! Dawno pan na taksówce latasz?
- Już przeszło trzy miesiące.
-W   porządku.   Masz   pan   prawo   nie   znać   króla   warszawskich   szoferów.   Daj   pan   światło 

ostrzegawcze, muszę zaczepić te taksówkie, co w nasze stronę jedzie.

Zamigotał reflektor. Szofer nadjeżdżającej z przeciwka taksówki wychylił się przez okno pytająco.
- Burakowszczak! - krzyknął do niego Stasiek. - Kitajca gdzie nie spotkałeś?
- Dzisiaj nie!
- Słuchaj, ważna sprawa, musiem użyć krótkofalówki.
- No dobra, a jaka ma być telegrama?
- Trzy słowa: Kitajec do Aniołka.
- Przyjęte. Zrobione. Odjazd. Cześć.
Obie taksówki ruszyły jednocześnie. Kilka razy jeszcze zatrzymywał Stasiek wynajęty przez siebie 

wóz, komunikując mijanym szoferom „depeszę" dla Maniusia.

Już po dziesięciu minutach w dalekich nawet dzielnicach wielkiej Warszawy po wymianie świetlnych 

salutów, przekazywały sobie taksówki krótkofalową depeszę: Kitajec do Aniołka.

Stasiek   dotarł   tymczasem   na   Brukową.   W   egipskiej   restauracji   panował   ożywiony   ruch.   Pani 

Aniołkowa   prezydowała   za   bufetem,   doglądając   jednocześnie   kuchni   i   kontrolując   kelnerów 
markujących pobierane potrawy, wódkę i zakąski. Zupełnie jak kiedyś w Cafe „pod minogą".

Pan Aniołek również jak dawniej na Starówce siedział przy stoliku w towarzystwie  kilku stałych 

gości oraz przybyłego  w odwiedziny pana Konfiteora. Rozmowa  dotyczyła  trudności, na jakie pan 
Aniołek   mimo   swoich   kolosalnych   stosunków   natrafiał   przy   staraniach   o   zwolnienie   przyjaciół 
wplątanych w nieszczęsną aferę skradzionych w Szczecinie obrazów.

- 64 - 

background image

- Żeby się rozchodziło o jakieś nawet spore manko, w państwowem czy spółdzielczem handlu, o 

kant   w   komisie,   a   nawet   nieduże   zabójstwo   w   uniesieniu,   dawno   wszystka   czterech   byliby   na 
wolności. Ale z lanszaftamy nic się nie poradzi. Sprawa już wtenczas międzynarodowa i każda jedna 
narodowość może Polsce podgrymaszać, dlaczego Szmaja nie siedzi, z jakiego powodu Karaluch czy 
hrabia z Lulianem zostali wypuszczeni z pudła.

- Wiesz pan, że ja tego nie mogie zrozumieć, jakiem prawem takie na przykład Anglicy mogą się 

wtrącać do moich widoczków, czy ja ich mam w mojem muzeum, czy mój własny narodowy, polski,  
znaczy się, złodziej ich ukradł. To jest sprawa domowa, taka więcej rodzinna i żaden zagraniczny rząd 
nic tu nie ma do dziamania - wywodził jeden ze starych gości.

-   To   się   panu   tak   tylko   zdaje   -   jako   lejkowi,   czyli   człowiekowi   nieoświadomionemu.   Każden 

prokurator czy sędzia z miejsca pana obetnie, że nie masz pan racji. Każde jedne arcydzieło sztuki 
stanowi własność całego świata i nie ma prawa być kradzione przez osoby prywatne. W czasie wojny  
owszem, jedna narodowość może drugiej podkręcić takie obrazy czy inne rzeźby, ale pod waronkiem, 
że okaże się zwycięzcą. W przeciwnem razie takie państwo bierze się jak zwyczajnego złodzieja za 
mordę i artystyczny towarek odbiera nazad. W pokojowem czasie międzynarodowa mieszana policja 
czuwa  nad tem,  żeby  obrazy o  ile  możności  nie  zmieniali  bezpłatnie  swoich   właścicieli.   I właśnie 
poniekąd przez ten paragraf Anglicy czy Francuzi mogą się nie zgodzić na wypuszczenie z mamra 
Szmai, aż się tamte dwa pozostałe lanszafta znajdą. Takie już rzymskie prawo.

- No a w tej policji mieszanej nie masz pan, panie Aniołek, chodów? - zapytał ze zdziwieniem pan 

Konfiteor.

- Do tych pór jeszcze nie, ale przychodzi tu jeden z „Orbisu", któren co tydzień do Paryża jeździ, i 

przez niego zaczynam tam robić niejakie znajomości.

- No to w taki sposób nie pozostaje się nic innego, tylko szukać reszty widoczków.
- Totyż się szuka. Maniek Kitajec i Stasiek Piskorszczak nic innego nie robią, tylko po całej Polsce  

za   niemi   latają.   O,   jest   Stasiek...   widzisz   pan,   jaki   zaganiany   -   mówił   pan   Aniołek   kiwając   na 
Piskorszczaka z lekka ręką.

- Chodź pan tutaj, panie Stanisław, no masz pan coś nowego?
- Mam - odrzekł Piskorszczak z trudem łapiąc powietrze - Danka się znalazła, i to wiecie gdzie? W 

Pogotowiu, w szpitalu.

Tu   Stasiek   opowiedział   całemu   towarzystwu   dzieje   ostatnich   czterdziestu   ośmiu   godzin, 

zakończone „zrobieniem balona z Pogotowia".

- No nie mieliśmy wprost innego wyjścia, Maniek przyhaltowany przez łapiduchów, elektryk nie chce 

wydać mnie wózka,  a  tu pojeździć w nocy trzeba, bo  moniaki zupełnie wykończyli  nam się w  tej 
podróży i wskutek właśnie dlatego zmuszone byliśmy wystawić do wiatru kochane Pogotowie.

- No tak, ale żeby nie ta chwestia, w dalszym ciągu nie wiedzielibyśmy, co się z tą „jasną trójeczką"  

dzieje - wtrącił pan Konfiteor.

- Zaraz, wiemy już, co z nią jest obecnie, ale w dalszem ciągu jesteśmy baranamy, jak doszło do  

tego samobójstwa? - zastanawiał się pan Aniołek.

- Po mojemu musiało być tak. Wiśniewszczak, czyli jej narzeczony, dowiedział się, gdzie ona się 

znajduje, i korzystając z naszej nieobecności wziął ją jakoś w bajer, przeprosił za nieporozumienie i 
namówił do nowego skoku tą razą na nasze ciuchy i „Szarotkie".

- No dobrze, ale dlaczego w taki sposób do Wisły skikła.
- Bo drugi raz ją wykantował,  kazał czekać znowuż gdzieś w bramie, zaczem naszą galanterie 

spienięży. Rzecz jasna nie pokazał się więcej. Rubensówna wpadła w rozpacz i rzuciła się do Wisły.

- No dobrze, ale jakżeż to możliwe, żeby drugi raz ją zrobił na szaro w identyczny deseń! Jak u 

mnie raz trumnę na kredyt wzięli, nie ulegurowali i przenieśli się do konkurencji, kazałem w sklepie 
napis wywiesić: „Dasz na kredyt, stracisz klienta" i od tamtych pór, żeby sam nieboszczyk przyszedł i 
na kolanach mnie prosił, towar wydaję tylko za gotówkie - oświadczył pan Konfiteor.

- Co pan, panie, takie rzeczy mówisz? Co innego trumna, a co innego miłość. Kobietę na miłość 

możesz pan trajlować trzy do czterech razy. W ciemno na nią leci. I rzecz jasna, że to Wiśnieszczak  
Dankie do tego namówił - upierał się Stasiek.

- A ja ci mówię, ty się przymknij do czasu, aż ją znajdziemy - wyłonił się niespodziewanie zza jego 

pleców Maniuś, którego szoferska „krótkofalówka" odszukała gdzieś aż na Zaciszu.

- Ja już ją znalazłem - zareplikował Piskorszczak.
- Co, gdzie, jak?

- 65 - 

background image

- W Pogotowiu, przez ścianę z tobą leżała, ciapciaku, a tyś nic nie wiedział.
Chaotycznie,   urywanymi   zdaniami,   wszyscy   razem   opowiedzieli   Maniusiowi   odnalezienie   Danki, 

dodając własne hipotezy dotyczące jej samobójstwa.

Maniuś przerwał to energicznym ruchem i powiedział:
- Później o tem będziem gadać, teraz ktoś musi jechać do szpitala porozmawiać z doktorami, co i 

jak jest. Ja osobiście nie mogie się już tam pokazać, to samo Stasiek jest spalony. Ale pan, panie  
Aniołek, nie wybrałbyś pan się z małżonką?

Po krótkich ceregielach pani Serafina zgodziła się jechać, powierzywszy kasę zastępczyni.
Nie upłynęło nawet pół godziny, gdy państwo Aniołkowie wchodzili do gmachu Pogotowia, a w głębi 

ulicy Poznańskiej czekał na nich we własnej taksówce Maniuś wraz z Piskorszczakiem.

Żeby czas im się za bardzo nie dłużył, kłócili się zawzięcie i rzeczywiście nawet się nie spostrzegli, 

gdy za szybą taksówki ukazała się wyniosła postać pani Serafiny i korpulentna figura pana Aniołka.

Jak tylko wsiedli, pan Aniołek rozpoczął relację:
- Widzieliśmy ją, ta sama. A nawet się rozmówiliśmy.
- Kto się rozmówił?! - zapytała sucho pani Serafina.
- Ty, rzecz jasna, że ty, królowo mojej piękności - skwapliwie wycofał się pan Aniołek.
- Ta osoba straciwszy nieprzytomność poznała nas i wtenczas ja się zapytałam: „Jak to było, panno 

Danusiu".   „Otrzymałam   gryps   z   więzienia   od   pana   Wacława   Piskorskiego,   żeby   się   wstawić   na 
Targówku,  na ulicy Świętego  Wincentego".  No  to  ja  się  pytam:  „Kto  podał pani  ten gryps,  panno 
Danusiu?" - Odpowiedziała mnie w te słowa: „Młody nieznajomy facet".

-   I   dalej   cóś  mówiła   pod   nosem   do   siebie,   ale   nic   już   nie   można   było   zrozumieć,   bo   znowuż  

zemglała. A doktór kazał nam opuścić szpital - uzupełniał relację żony pan Aniołek.

Maniuś pomyślał chwilę, po czym rzekł:
- Gryps od Szmai. Musiem się z niem zobaczyć. Panie Aniołek, czy możesz mnie pan załatwić na 

jutro widzenie? 

- Moooowa!

XIX.

Zgodnie   z   obietnicą   pan   Aniołek   poruszył   nazajutrz   wszystkie   swoje   chody,   by   uzyskać   dla 

Maniusia, Staśka oraz Apolonii Karaluchowej widzenie z więźniami. Już, już wszystko było załatwione 
i nagle chody jakoś się urwały, sąd odmówił. Pan Aniołek zgnębiony, skompromitowany, klnąc w żywy 
kamień pewnego gościa, który mu obiecał załatwienie tego, jak mówił, drobiazgu i zjadł oraz wypił w  
związku z tym w „Piramidonie" za przeszło 160 złotych, postanowił użyć pomocy adwokata.

-  Najlepiej  bym  wolał  Maślankie  albo   Nowogródzkiego,  nie  takich   oni  oskarżonych   jak  nasze   z 

mamra   za   uszy   wyciągali   -   mówił   gastronom   po   dwóch   dniach   do   Kitajca.   -   Ale   cóż,   byłem   u 
obydwóch, kradnie się jeszcze troszkie w Polsce, nie mogą, nieczasowe, dlatego też poszłem koniec 
końców do spółdzielni adwokackiej na Chmielne i zgorzejesz pan, panie Marian, jak panu powiem, 
kogo tam spotkałem. Jak pan myśli, kto z naszych znajomych ze Starówki jest teraz za adwokata?

- Nie wiem - odrzekł niechętnie Kitajec.
- No pomyśl pan troszkie, kto by do tego fachu pasował? No kto?
- Nie męcz mnie pan, panie Aniołek, dobrze? Zły jestem jak nagła krew, sprawa na miejscu stoi, a 

pan mnie krzyżówkie każesz rozwiązywać. Powiedz pan, kto, i spokój.

- Nie, musisz pan zgadnąć.
- Żeby nie to, że szanuje pański łysy włos, że się te parę lat znamy i że sprawa jest nie cierpiąca 

zwłoki, tobym pana szanownego przebierzmował, żebyś się pan nie pozbierał.

- No to już, nie szarp się pan - redaktor jest adwokatem.
- Co za redaktor?
- Jak to, nie pamiętasz pan Zagórskiego? 
Maniuś zerwał się z krzesła.
- Andrzej jest za adwokata? To niemożliwe, nie wierzę. Śmichy, chichy pan sobie robisz.

- 66 - 

background image

- Jak mówię, że tak, to tak, zresztą sam się pan przekonasz, bo wybierzem się dzisiaj razem do 

niego. Co tu zresztą w tem dziwnego. Ja nie byłem derektorem „Artosu"? Ja baletnic nie ubierałem? - 
tu  pan Aniołek obejrzał  się  w  stronę  bufetu, ale  pani Serafina zajęta  była  odmierzaniem  wódki.  - 
Każden szuka lepszego fachu, większego szmalcu. Gazeta kosztuje dzisiaj 50 groszy, a za sprawę 
można wziąć i parę patyków, to miał się namyślać. Szkoły posiadał, to się i przerzucił.

- Wiesz pan, że faktycznie wierzyć się nie chce. I jego żeś pan zgodził do tej sprawy?
- Tak jest, z początku spłakaliśmy się jak dzieciaki z radości, a potem przyjął sprawę, bez nikakich, 

za frajerskie, czyli hondrowo dla starych znajomych.

- Zawsze był porządny chłop, ale jak on jest z gadką, nie wiem. Da sobie radę?
- Tyż bym wolał Maślankie, ale nie mamy wyjścia. Starowny będzie.
Pan   Maniuś   zaakceptował   wreszcie   wybór   obrońcy   i   obaj   panowie   niezwłocznie   pojechali   do 

mieszkania pana mecenasa Zagórskiego.

Powitanie   z   Andrzejem   i   Hanią   było   niezwykle   wzruszające.   Mecenasowa,   jak   zawsze   bardzo 

piękna, przedstawiła starym znajomym trójkę swych ślicznych dzieci. Maniuś i Aniołek po załatwieniu 
sprawy   urzędowej   zostali   na   kolacji.   Wspomnieniom   nie   było   końca.   Okupacyjne   przeżycia   na 
Zapiecku stanęły wszystkim przed oczyma jak żywe. Państwo Andrzejowie twierdzili stanowczo, że 
przetrwanie powstania i swoje szczęście zawdzięczają Aniołkom, Maniusiowi i jego ferajnie.

Szurając  nogami  z zażenowaniem   goście   późną   nocą  opuścili   gościnny  dom  umówiwszy  się   z 

mecenasem na dzień następny w zespole.

Andrzej stanął na wysokości zadania, uzyskał dla Piskorszczaka widzenie z bratem, a dla pani 

Apolonii z mężem Janem Karaluchem, czyli Jumbem.

Podczas odwiedzin w więzieniu na przemian płacząc i śmiejąc się mieszana para rzucała się sobie  

w objęcia. Pani Apolonia zapewniona przez Andrzeja, że wkrótce uda mu się uzyskać zwolnienie dla  
wszystkich podejrzanych, pocieszała swego hebanowego małżonka, jak tylko mogła.

Stasiek wprost przeciwnie, zaraz po czułym przywitaniu powsiadł na brata ostro.
- Kogoś ty, oiapciaku, przysłał do Danki?
- Ja, do Danki? Skarż mnie Bóg.
- Jak to? Nie przysłałeś do niej jednego młodziaka, żeby się wstawiła na Targówku, na ulicę Św. 

Wincentego?

- Niech ja zmarnieję, nikogo nie przysyłałem, to jakaś granda!
- Wiadomo, że granda. Wszystkie rzeczy nam zgrandzili! I „Szarotkie"!
- Czekaj, już wiem, to chyba Felek Sznurowane Buty musiał być.
-. Co za Sznurowane Buty?
- To jeden klawisznik tak się nazywał, pod jedną celą siedzieliśmy. Parę dni temu nazad zwolniony.  

On nasz widocznie obtłoczył.

- Ale skąd wiedział, gdzie, co i jak?
- Rozmawiało się troszkie, jak to w więzieniu - schylił głowę zawstydzony Szmaja.
-   Ach-że,   ty   .baranie,   baranie,   klawisznika,   złodzieja   mieszkaniowego   do   rozmówek   żeś   sobie 

znalazł!

- Nudziło się człowiekowi.
- Teraz się będziesz bawił na mrozie bez kapoty - palancie! Ale to wszystko frajer, najgorszego nie 

wiesz! Danusia do Wisły przez to skoczyła! 

Szmaja zbladł jak papier.
- Co... co... jak to skoczyła? Co ty za bomby wstawiasz?
- Całe szczęście, że odratowana. Już teraz wiem, jak to musiało być. Wyprowadzili ją na Targówek,  

kazali czekać i bez ten czas zrobili nasz na perłowo.

Szmaja gryzł palce z bezsilnej wściekłości, ale w końcu zawołał:
- A gdzie wyście przez ten czas byli? Jak pozwoliliście?
- Z Orbisem na wycieczce w Bułgarii, łachu! - obraził się Stasiek. - Przecież ci mówię, że na Śląsk  

jeździliśmy Szerloka nakryć.

- No i macie go?
- Mamy - ucho od śledzia i rękawy od kamizelki... Ale nic, nic, dostaniem go w swoje ręce.

- 67 - 

background image

- Niech tylko ja wyjdę, inaczej to poleci.
- Tak jest, od razu  go złapiesz,  na  Marszałkowskiej  samochód znajdziesz,  lanszaftla i ciuchy - 

zaśmiał się z gryzącą ironią Stasiek, ale żal mu się brata zrobiło, więc poklepał go po ramieniu.

- Gront nie drefić - wszystko jeszcze będzie dobrze.
- Ale żeby ona dla tych piaru ciuchów życie postradać chciała - mówił jakby do siebie Szmaja.
- Co ty chcesz, honorowa dziewczyna, a że już raz w życiu zrobiła „siódme", chociaż to własnemu  

ojcu,   myślała,   że   na   nią   będzie   poruta.   No   i   faktycznie   ja   byłem   pewny,   że   znowuż   się   z   tem 
narzeczonem spotkała i oboje do wiatru nas wystawili. Zwłaszcza że i poniekąd za jej paszportem 
„Szarotka" i portki Kitajca zostali na ciuchach sprzedane.

- Widocznie Felek Sznurowane Buty i ten paszport razem z rzeczami zabrał.
- Teraz już wiadomo, stale w kuchni w szufladzie go trzymała razem z różnymi kwitami. Teraz się  

dopiero pokapowałem, wstyd mnie pali i będę musiał parę pączków od Gajewskiego do szpitala jej 
zanieść.

- Co tam pączki, kwiatami trzeba ją obsypać, na kolanach przeprosić.
- To już musisz załatwić osobiście za siebie i za tego Felka - Żelowane Kamasze.
- Sznurowane Buty. Już ja go osobiście zasznuruję.
- Najsampierw siebie odsznuruj, żebyś miał swobodę ruchu.
- Zagórszczak obiecał, że na dniach już wszyscy będziem w domu.
- Daj ci Boże, Wacuś... My w każdem bądź razie z Kitajcem szukamy Szerloka dalej.
- Widzenie skończone!... - zawołał funkcjonariusza więzienny i zadzwonił przepisowo kluczami. 
Jumbo i Szmaja wrócili do celi, a Stasiek wyszedł na ulicę z popłakującą ukradkiem Karaluchową.
Przed gmachem czekała na nich warszawa Maniusia Kitajca z właścicielem za kierownicą.
Pojechali wprost na Pragę do „Piramidonu" dla odbycia narady wojennej, której jednak jedynym  

rezultatem było to, że  zarówno  Maniuś, jak i  Stasiek nie mogli  już tego  dnia zasiąść za  kółkiem. 
Warszawę   musiał   pilotować   sprowadzony   specjalnie   Władek   Sobczyk,   który   odstawiwszy   ich   do 
domu, zaprowadził samochód do garażu.

Od następnego jednak dnia życie potoczyło się normalnym trybem. Maniuś od rana wyjechał na 

miasto na całe 24 godziny, to samo zrobił Stasiek na swojej dekawce. Postanowili w ogóle jeździć bez 
przerwy, żeby załatać jakoś dziury w budżecie wywołane przestojami w pracy.

Warszawa   i   dekawka   miały   latać   teraz  na   okrągło,   w  tym   celu   właściciele   zaangażowali   sobie 

„zmienników", z którymi wymieniali się co dobę.

Nie   przestali   jednak   interesować   się   zarówno   zdrowiem   Danki,   jak   i   losem   sprawy   o   kradzież 

obrazów. Maniuś co parę dni wpadał do zespołu lub do mieszkania adwokata Zagórskiego. Państwo  
Aniołkowie regularnie bywali w szpitalu Pogotowia, skąd przynosili wieści o stale poprawiającym się 
stanie zdrowia niedoszłej samobójczyni.

Pewnego   jednak   dnia   zaszło   coś,   co   na   nowo   wstrząsnęło   tym   pozornie   uregulowanym,   choć 

tymczasowym trybem życia Maniusia Kltajca i jego ferajny.

Oto ze Świdnicy nadeszła w Aleje Jerozolimskie depesza następującej treści:
„Mam Wiśniewszczaka. Siedzi w piwnicy. Przyjeżdżajcie. Gieniek".
Już  po  siedmiu  godzinach Maniuś Kitajec ze   Staśkiem  zajeżdżali  przed  dom pana  Eugeniusza 

Koziołka przy ulicy Drzymały w Świdnicy.

Pan Eugeniusz wyskoczył do nich błyskawicznie, jak gdyby oczekiwał ich przyjazdu co najmniej w 

oknie swego mieszkania. Po krótkim, ale serdecznym powitaniu pomógł im wprowadzić samochód w 
podwórko mówiąc gorączkowo:

- No co, nie powiedziałem, że go nakryję. Koziołek się nazywam!
- Maładziec jesteś, Gieniuś. Szkoda każdego słowa!
- Ale jak żeś to zrobił? - dziwili się przyjaciele.
- Sam mnie wleciał w rękie. Nie od razu, rzecz jasna. Z początku gdzie ja go nie szukałem! W  

Wałbrzychu, w Dzierżoniowie, w Bielawie, majątek na kolej wydałem. Nawet u starego Rubensa w 
Orlikowie byłem, nie mówiąc, ma się rozumieć, o co się rozchodzi. Cholerował na niego strasznie, ale  
nic bliższego  mnie nie  powiedział.   Nadmienił tylko,  że  byli u niego  jakieś łobuzy z Warszawy,  za 
hrabiów przebrane, że oraz kwitariusz i 600 złotych gotówką mu nawalili, ale potem odesłali przez 
pocztę. Widocznie przez niego nasłane.

- 68 - 

background image

- No dobra, dobra - przerwał mu Maniuś - ale powiedzże wreszcie, jak żeś go przykaraulił?
- Pod samą Świdnicą na polowaniu. Wyszłem, uważacie mnie, na zające. Idę sobie przez łączkie  

pod lasem, rozglądam się, czy jakiego kota gdzie  nie widać, patrzę i oczom własnym nie wierzę,  
wąską ścieżką idzie sobie portreciarz. Wzrok mam dobry, poznałem go od razu, ale myślę sobie, 
trzeba się przekonać i krzyczę:

- Panie Wiśniewski!
Stanął, obejrzał się, ale po chwili jak nie ruszy do lasu. A ja go na muchę i krzyczę:
- Stój, bo strzelam!
Dalej już poszło łatwo. On się troszkie trzęsie ze strachu, ale się pyta, czego ja chcę. No to ja 

mówię,  że  mniejsza  już  o te portreta  z pozamienianemi głowami,  chociaż i o  tem  będzie jeszcze 
później mowa. Ale pewne moje znajome z Warszawy mają z niem życzenie porozmawiać o jednej 
miłosnej tragedii za 20 patyków. A także samo o paru osobach, które z jego poręki w mamrze cierpią.

Na razie zaczął się szarpać, że o niczem nie wie i żeby mu dać spokój, ale jak się go zapytałem,  

gdzie woli z wami porozmawiać, czy u mnie w domu, czy u prokuratora we Wrocławiu, zgodził się 
dobrowolnie tu przyjść.

- A że ci, Gieniuś, nie najechał po drodze?
- Szlem za niem z dubeltówką, a niezależnie ciężko by mu było, bo niósł zające.
- Jakie zające?
- No te cztery moje, co żem ich przedtem potrącił.
- Niech cię drzwi ścisną, a toś go przerobił.
- Dla mnie na prowincji nie ma mądrego. No, ale chodźmy do niego do piwnicy. 
Gdy zeszli, pan Koziołek otworzył wielką cuhaltową kłódkę i wpuścił szoferów do wysokiego lochu.  

Tu na pierzynie rozesłanej na workach kartofli, siedział zakutany w watową kołdrę wysoki szatyn z  
baczkami à la książę Józef.

Właściciel piwnicy zamknął szczelnie za sobą drzwi i powiedział:
- No, to są te panowie z Warszawy, teraz możecie sobie porozmawiać.
Maniuś,   wytężając   wzrok   w   półmroku   piwnicy,   przyglądał   się   chwilę   ze   zdumieniem   więźniowi, 

potem spojrzał na stropioną minę Staśka i powiedział sucho do pana Koziołka:

- Zaraz. Wyjdziemy jeszcze stąd na chwileczkie, papierosów zapomniałem.
- Ja mam, będziesz moje palił.
- Ja cudzesów nie palę, proszę cię, wyjdźmy stąd. 
Kiedy znaleźli się za drzwiami, Kitajec chwycił Koziołka za rękę z przejmującym szeptem:
- Gieniek, coś ty zrobił, to nie ten.
- Jak nie ten?
- No nie ten, którego szukamy, nie Szcrlnk".
- Może on i nie Szerlok, ale portreciarz od Rubensa, Wiśniewski.
- Niemożliwe, przecież Wiśniewski, co Danusię skrzywdził, i Szerlok, ten od kradzieży obrazów w 

Szczecinie, to jedna i ta sama osobistość.

- Ja nic z tego wszystkiego nie rozumie. Nie znam Szerloka, kazałeś mnie przytracić portreciarza 

Wiśniewskiego, masz go i daj mnie święty spokój. Żadnych lekramacji nie przyjmuje - oświadczył 
lekko urażony Koziołek.

-   Z   tego   widać,   że   Szerlok   co   innego   i   lipny   narzeczony   Danki   co   innego,   tak   jak   ci   Maniek  

mówiłem, a tyś się uparł jak osioł w kapuście - triumfował Stasiek.

- Na fotografii pokazywał mnie się indentyczny.
- To cóż my teraz zrobiem?
- Co  mamy zrobić,  nie nakryliśmy co  prawda  jeszcze   Szerloka,  ale jakby połowę  jego  mamy i  

musiem to wykorzystać.

- Ale w jaki sposób?
- Przede wszystkim niech odda moniaki. Danka odeśle ich staremu i jakoś całą sprawę zagałuszy.
- Po co, przecież to można załatwić służbowo, milicyjnie.
- Tak jest, ale jak się zaczną instancje i depozyty, stary Rubens za parę lat forsę dostanie, i to o 

wiele nic nie zalega urzędowi skarbowemu, a powiedz mnie, kto nie zalega?

- 69 - 

background image

- Faktycznie, tak będzie prędzej. Idziem do niego. 
Trzej przyjaciele weszli ponownie do piwnicy. Aresztant podniósł się przez ten czas z pierzyny i  

nerwowo spacerował okryty kołdrą.

Pierwszy zabrał głos Maniuś.
- Jak tam panie szanowny z tem mieszkaniem?
- Z jakim mieszkaniem?
- No z tem na Emdeemie za dwadzieścia kawałków dwa pokoje z kuchnią?
- Nie wiem, o czym pan mówi.
- Nie wiesz, łachudro, o czem ten pan mówi, a wystawić dziewczynę do wiatru, na deszczu jej 

kazać stać i czekać, a samemu zwiać przez przechodniaka, toś wiedział - jakbym ci dał fangie, tobyś 
sobie od razu przypomniał - wybuchnął niespodziewanie Stasiek.

Ale Kitajec umitygował go z miejsca:
- Tylko grzecznie, Stasiu, nie fatyguj się, na wszystko przyjdzie swój czas. Na razie musiem omówić 

sprawę handlową.

Po czym zwrócił się znowu do portreciarza:
-   Ponieważ   że   pan   szanowny   wtenczas   nie   wrócił   do   narzeczonej,   możem   przypuszczać,   że 

mieszkanie pan już kupił, trzeba by w taki sposób zwrócić mamonę.

- Nie wróciłem, bo zdarzył się wypadek, zgubiłem te pieniądze.
- Wiadomo, ale teraz musisz pan znaleźć, bo inaczej pójdziesz pan do mamra - wtrącił się znowu  

Stasiek.

- Panowie, ja nie mam.
- Pożycz pan sobie.
- Od kogo?
- Od nasz w każdem bądź razie nie.
- Może ja za tydzień się postaram i przyniosę tu temu panu...
- O nie, ganiać po Polsce już pana nie będziem albo płacić, albo siedzieć, nie mówiąc o innych  

jeszcze poważnych przykrościach.

- Co ja mam robić, skąd ja wezmę - tu więzień w bezsilnej rozpaczy opadł na kartofle.
- No, dosyć tego bajeru. Leć, Gieniuś, po milicję - powiedział zimno Maniuś.
Koziołek chwycił za klamkę.
Wiśniewski zerwał się nagle z kartofli, odrzucił kołdrę, w oczach zapaliła mu się wściekłość.
- Niech was cholera weźmie, idziemy do żony!
- Toś pan żonaty?
- Co to was obchodzi, szantażyści, psiakrew!
- No no, panie szanowny, tylko nie od kolegów, dobrze? Bo możem się jeszcze rozmyśleć i forsy 

nie przyjąć.

Aresztant umilkł i pokornie już wyszedł ze Staśkiem i Maniusiem. Ostatni opuścił piwnicę gospodarz 

dźwigając pierzynę i kołdrę.

- Muszę to wyprać - mówił na schodach do Kitajca - bo strasznie podpięcia węglem się uświnili. 

Całe szczęście, że Hela znowu wyjechała, ale nie mogłem drania w zapalenie płuc wpędzić.

Na podwórzu wszyscy jak gdyby w najlepszej zgodzie wsiedli do warszawy i samochód wyjechał na 

ulicę.

- Gdzie jedziem? - zapytał Maniuś.
- W prawo. Wieś Ciupy Piastowskie. Dom Eulalii Psztyk - rzucił gniewnie Wiśniewski.
- Jak to? Mówiłeś pan, że do żony?
- Bo do żony, ja jestem Karol Psztyk.
- Psztyk? A Wiśniewski?
- Wiśniewski to mój pseudonim.
Spojrzeli na niego z bezgranicznym zdumieniem, z wyjątkiem tylko Staśka, który powiedział do 

Mamusia:

- 70 - 

background image

- A widzisz, nie mówiłem ci, że to może być lipne nazwisko?
Maniuś pokręcił głową i zauważył:
-   Wiesz   pan,   panie   Psztyk,   że   za   taki   pseudonim   można   dostać   po   krzyżu   od   wszystkich 

Wiśniewskich w Polsce, a orientujesz się pan chyba, że jest ich u nasz prawie tyle co Kowalskich. Za 
takie   nadużycie   szanownego   nazwiska   do   kantu   powinieneś   pan   niezależnie   od   różnych   innych 
paragrafów dostać „półtora kalendarza" bez zawieszenia.

Psztyk nic na to nie odpowiedział, w ponurej zadumie wyglądał przez okno, ale w miarę zbliżania 

się auta do Ciup Piastowskich zaczęło go ogarniać coraz większe zdenerwowanie. Parę razy zrywał 
sdę, jakby chcąc próbować ucieczki, ale Koziołek przywołał go do porządku za pomocą zimnych luf 
dubeltówki.

Kiedy zajechali przed dom Eulalii Psztyk, na progu ukazała się tęga rudowłosa rozłożysta niewiasta 

o płonącej twarzy i wściekłym wejrzeniu.

Ujrzawszy wysiadającego z auta męża, jak olbrzymia kula potoczyła się w jego kierunku.
Koziołek odruchowo zasłonił go strzelbą, ale odtrąciła ją energicznie. Rozłożyła ramiona, chwyciła 

Psztyka w objęcia krzycząc:

- Loluś, Loluś, jesteś nareszcie, a już myślałam, że znowuż ode mnie uciekłeś.
Eskorta patrzyła na to z nieopisanym zdziwieniem.
- I nie leje go? - rzekł po chwili do Kitajca Stasiek, kręcąc głową.
- Jeszcze nic nie wie. Czekaj, już my to załatwiem.

XX.

-   No   dosyć   tych   pieszczot   małżeńskich.   Nie   przyjechaliśmy   tu   na   uroczystość   rodzinne,   tylko 

interesownie,   gdzie   możem   pomówić   z   panią   szanowną?   -   przerwał   wreszcie   Maniuś   radosne 
powitanie państwa Psztyków.

Uszczęśliwiona żona, wycisnąwszy jeszcze jeden długi pocałunek na policzku odnalezionej zguby, 

przetarła ręką oczy, jakby budząc się z letargu, i zapytała:

- Prawda, co panowie tu robią, co panowie chcą od męża?
- Wszystko pani szanownej detalicznie objaśniemy, ale może gdzieś w czterech ścianach, bo tu już 

pół wsi się zleciało.

Istotnie, zwabieni widokiem warszawskiej taksówki mieszkańcy wylegli przed okoliczne domy. Kilku 

chłopców zajęło się samochodem, usiłując najwyraźniej wypuścić powietrze z opon.

- Jak tak, to proszę do mieszkania - mówiła pani Psztykowa patrząc na męża pytającym, ale pełnym  

czułości wzrokiem.

Maniuś   wszedł   ostatni   za   całym   towarzystwem,   zamknąwszy   starannie   wóz   i   przygroziwszy 

chłopakom pięścią.

W   dużym   pokoju   zastawionym   gęsto   najrozmaitszymi   gratami   ogólną   uwagę   zwracało   wielkie 

akwarium,   w   którym   pływały   dorodne   ogórki   w   towarzystwie   plasterków   cebuli   i   całych   wiązek 
sczerniałego kopru.

Na ścianach zawieszonych barwnymi oleodrukami, przedstawiającymi „Stworzenie świata", „Sąd 

Ostateczny" oraz „Wygnanie z raju", centralne miejsce zajmował wielki podwójny kolorowy portret, na 
którym   łatwo   można   było   rozpoznać   oboje   państwa   Psztyków   w   strojach   ślubnych.   Było   to 
niewątpliwie dzieło Rubenśa z Orlikowa.

Pan Maniuś, przyjrzawszy się podejrzliwie biblijnym obrazom, zasiadł ostentacyjnie pod „Sądem 

Ostatecznym" i zagaił zebranie, jak następuje:

- Co będziem długo kołować i czarować się wzajemnie. Mąż pani szanownej jest nam winien pewną 

sumkę   pieniędzy,   z   którą   chcielibyśmy   się   zobaczyć   jeszcze   dzisiaj,   bo   jesteśmy   przyjezdne   i 
spieszem się do Warszawy...

Pani Psztykowa spojrzała bystro na męża, ale rzekła z zupełnym spokojem:'
- Jednem słowem, Loluś, znowuż się gdzieś zaręczyłeś?
Pan Psztyk opuścił oczy i kręcił na stole dwoma palcami gałkę z okruchów chleba. Maniuś wyręczył  

go w odpowiedzi.

- 71 - 

background image

- Tak jest, ale mniejsza z tem, rozchodzi się o to, że małżonek zaliczkie na posag zainkasował. 

Chciałem   o   sercowej   stronie   tego   interesu   nie   wspominać,   ale,   jak   widzę,   pani   szanowna   jest 
przyzwyczajona i możem mówić szczerze. Mąż lubi się zaręczać?

- Pasjami, co i raz mnie to robi.
- To musi być u niego nerwowe. Zdarzają się tacy mężczyźni i nic nie ma w tem nadzwyczajnego. 

Tylko jeden, mogie powiedzieć, że wyjątkowo trafił na żone. Panią szanowną za przykład można by 
stawiać inszem kobietom, bo się przeważnie w takiem wypadku gorączkują i dają to mężom odczuć za 
pomocą różnych szczegółów urządzenia domowego, jak na przykład tłuczek od moździerza, fajerka 
albo dusza na sznurku, nie mówiąc rzecz prosta o zwyczajnem wałku. A pani szanowna nad podziw  
spokojna.

- A spokojna jestem, spokojna, bo Loluś nic temu nie winien.
- A kto?
- Te wydry, te zdziry, te kociudrapy, co mu przejść spokojnie przez ulicę nie dają. Każda ślipiami za  

niem zamiata. Z którą słowo zamieni, już na zapowiedzi gotowa dawać. Loluś jest mężczyzna jak róży 
kwiat, w koIorkach, i wykształcenie posiada - w Warszawie szkołę braci Sobiszewskich ze złotym  
medalem ukończył i nic dziwnego, że lecą na niego jak ćmy na świece. To co on winien, że się  
czasem musiał zaręczyć? A najgorzej było, jak z temi portretami jeździł. To jak suki za niem latały.  
Taki piękny i artysta!

- Co temu winien Zygmuś, że jest taki śliczny? Że ma taki dźwięk choleryczny! - zanucił nagle  

Stasiek.

- On nie Zygmuś, on Lolek, Karolek!
- Wiemy o tem, ale ta piosenka się dotyczy jednego Zygmusia. Też był taki twarzowy - przed wojną  

w „Morskim Oku" na Jasnej o niem śpiewali.

- Możliwe, ale gdzie mu tam do Loleczka. Dlatego jestem spokojna, bo on nie winien, że ma takie 

wzięcie: każdy na jego miejscu byłby już dziesięć razy żonaty.

- A mężulek?
- A on tylko trzy, ma jeden ślub parafialny, jeden magistracki i jeden w Kościele Narodowym.
- Lalka, przestań - próbował powstrzymać zwierzenia jednej ze swych żon pan Psztyk.
- Dlaczego mam nie mówić, kiedy wiem, że tylko mnie kochasz, że tamto to był pusty szał dla 

zdobycia kapitału obrotowego na hodowlę norek.

- Lalka! - wrzasnął pan Psztyk.
- To pani szanowna za te lalkie? - zainteresował się Maniuś.
- Oczywiście, że ja, Eulalia, Lala, Lalka.
- No to, Lalunia, jak będzie z forsą?
Pani Psztyk była trochę zdziwiona tą poufałością, ale odpowiedziała z entuzjazmem:
- Wszystko, wszystko za niego ureguluję, taka jestem kontenta, że do mnie wrócił, że mam go znów 

przy sobie. Bo niech panowie sobie wyobrażą, że dopiero dwa miesiące temu cudem znalazłam go w 
Warszawie i wyrwałam ze szponów córki jednego fotografa, a przedwczoraj znowuż mi zniknął jak sen  
jaki złoty, a wyszedł tylko na spacer. Gdzieś to był właściwie, Lolek?

-   Niech   pani   szanowna   będzie   spokojna,   mąż   znajdował   się   pod   dobrą   opieką,   o   nowych 

zaręczynach nie mogło być mowy. A teraz, kiedy pani chce legurować należność, to w ogóle nie ma o  
czem mówić.

- Powiedziałam, że zapłacę, to zapłacę. Ile tego jest?
- Nie tak dużo. Dwadzieścia patyków.
- Dwadzieścia... czego? - spytała rudowłosa lekko blednąc.
- Patyków, no... kafli.
- Jakich kafli?
- No, karasków, co pani po polsku nie rozumie, jak pragnę zdrowia?
- Dwadzieścia tysięcy złotych?! Co to, żarty?
- Jakie tam żarty, a pani ile myślała?
- Ja myślałam, że z pięćset, no tysiąc... dwa... ale dwadzieścia tysięcy... dwadzieścia tysięcy - 

powtarzała pani Psztyk coraz gwałtowniej. Nagle zrobiła się czerwona jak pomidor i z okrzykiem: - 
„Dwadzieścia patyków!" - rzuciła się na swego pięknego męża, schwyciła go za krawat i ściągnęła mu  

- 72 - 

background image

go na szyi jak pętlę. Oczy wyszły mu z orbit, z ust dobywało się rzężenie. Obecni skoczyli na pomoc 
nieszczęsnemu nędznikowi. Maniuś dopadł Laluni pierwszy, wydarł jej z rąk krawat, a wręczając w to 
miejsce porwaną z wieszaka trzepaczkę zawołał:

- Tern go z wierzchu, pani szanowna, tem! Ale nie za grzdykie, przecież facet się prawidłowo udusi.
- Co to pana obchodzi, to mój mąż - wołała rozwścieczona małżonka, wymachując trzepaczką.
- Tak jest, pani mąż, ale nasz dłużnik, nasze dwadzieścia kafli! Jak go pani udusi, gdzie kto będzie  

czego szukał? Manto spuścić mu trzeba, ale trupem kłaść nie wolno, bo jeszcze koszta pogrzebu 
doskoczą.

Ten  argument  zaważył,   pani Eulalia   katowała   męża   przez  czas  jakiś  wyłącznie  trzepaczką.  Po 

dłuższej chwili Maniuś wstrzymał egzekucję, mówiąc:

- No, na razie starczy mu. Niech się pani szanowna go teraz zapyta, gdzie podział te moniaki.
- Zgubiłem - jęknął Lolek, ocierając krew płynącą mu z nosa.
Maniuś bez słowa wręczył Laluni ponownie odebraną jej przed chwilą trzepaczkę.
I wówczas nastąpił cud: pan Psztyk przypomniał sobie nagle, że rzeczywiście te pieniądze zgubił,  

ale   je   następnie   znalazł   i   ma   tu   ukryte   w   drewutni.   Po   chwili   przyniósł   je   istotnie,   eskortowany 
oczywiście w jedną i drugą stronę przez pana Koziołka z dubeltówką.

Reszta   formalności   zajęła   już   niewiele   czasu.   Wystawiono   kwit,   na   którym   podpisali   się   trzej 

reprezentanci interesów Danki i jej ojca i pan Maniuś rzekł:

- No, wszystko w porządku. Teraz pocałujcie się państwo na zgodę, a my jedziem.
-   Zaraz,   jeszcze   nie   wszystko,   jest   jeszcze   do   ulegurowania   rachunek   za   taksówkę   - 

niespodziewanie odezwał się Stasiek.

- Za jaką taksówkę?
- Za naszą, którą żeś pan tu przyjechał. Należy się za dwa kursy z Warszawy do Świdnicy.
- To ja mam płacić?
- A kto, ksiądz? Nie możesz pan chyba żądać, żebyśmy w pańskiej sprawie darmo dwa razy tu  

latali. Należy się 1800 zł po 3.00 za kilometr.

- A czy ja was tu prosiłem, grandziarze? - niespodziewanie wyrwał się pan Psztyk.
- Panie, tylko nie z tej beczki, bo cała ta transakcja może się jeszcze nie udać.
- No dobrze, ja zapłacę za męża.
- Dla pani to już zrobię, że policzem się podług pierwszej taksy. Chociaż i druga mocno by się pani 

opłaciła.

- Dlaczego?
- Dlatego, że jakbyśmy tu nie przyjechali, paninemu Lolkowi forsy nie odebrali, lada dzień by pani 

gdzieś prysnął, a tak musi się wpierw troszkie odkuć.

- A panu, panie ładny, jak pan będziesz się chciał jeszcze raz zaręczać, z duszy serca radziem, 

unikaj pan Warszawy. Bo jakbyśmy, nie daj Boże, na takiej robocie znowu pana nakryli, przez lejek do 
trumny trzeba by pana wlewać. A szkoda takiego przystojnego faceta. Szanuj się pan.

Tu   Stasiek   zainkasował   wypłacone   mu   przez   panią   Eulalię   pieniądze   za   jazdy   i   ucałowawszy 

szarmancko jej rączki wyszedł z koleżkami.

-   Aleś   go,   Stasiu,   przerobił   -   w   drodze   powrotnej   mówił   Maniuś   kręcąc   z   podziwem   głową   - 

przyznam się bez bicia, że nie przyszłoby mnie do głowy żądać za te nasze jazdy.

- A z jakiej-że racji mamy do niego dokładać? Że zwrócił dziabnięte pieniądze, to nie jego byli, że  

dostał troszkie trzepaczką, także samo mało poczuł. Ale już o tych naszych kursach będzie pamiętał.

Odwieźli   pana   Koziołka   do   Świdnicy,   zjedli   z   nim   wystawny   obiad   w   paradnej   sali   restauracji 

„Świdniczanka" i po zapewnieniu o dozgonnej wdzięczności, obdarowani dwoma zającami, zostawili 
go w domu nad balią, w której prał pośpiesznie zabrudzone w piwnicy podpięcia. Pani Hela mogła 
przyjechać lada chwila.

- Tak, tak, my rządziem światem, a namy kobiety, jak podobnież miał zwyczaj mawiać król Sobieski 

otrzymawszy wcire od Marysieńki - zauważył filozoficznie Maniuś, kiedy po raz już drugi w stosunkowo 
krótkim czasie opuszczali gościnną Świdnicę.

- Nie ma na nich mądrego. Sobieski leżał, Koziołek leży, nawet taki Psztyk, chociaż najlepiej daje 

sobie z niemy radę, tyż manto otrzymał - dodał w zadumie Piskorszczak.

- 73 - 

background image

- „Ach, wy kobiety, ach, wy szakale, kto was pokochał, zgubiony wciąż. Kobieta daje szczęście  

przez chwilę, a potem gryzie jak leśny wąż" - zaśpiewał Kitajec wyciskając gaz do dziewięćdziesiątki.

Ale przerwał, bo zauważył, że Piskorszczak dziwnie się jakoś uśmiecha i za chwilę powie: „Czyś ty  

się nie zamazał w krem, Maniuchna?", albo coś w tym rodzaju.

Chcąc więc odwrócić uwagę od niebezpiecznego tematu zapytał:
- Widziałeś te obrazy na ścianach u tego Lolusia?
-   Owszem,   widziałem,   takie   więcej   nabożne.   Archanioł  popędza   kotka   z  raju   Adamowi   i  Ewie,  

najwyższy sąd nad grzesznymi duszami i temuż podobnież.

-   Faktycznie,   treść   religijna   i   dlatego   wydali   mnie   się   podejrzliwe,   bo   te   ze   Szczecina   tyż   się 

odznaczali religijną treścią.

- Wiesz, Maniuś, nie obraź się, ale ty masz niedużego króla z temi obrazami, wszędzie ich widzisz.
- A ty się dziwisz? Ze mnie się nabijasz, chcesz, żeby ci brat zgnił w ulu? Tyż ci powinno zależeć i 

tyż powinieneś szukać. Faktycznie, od czasu, jak żem przeczytał w Expressie, co było namalowane na 
tych dwóch brakujących do tych pór lanszaftach, mocno się przyglądam każdemu jednemu arcydziełu  
sztuki malarskiej.

- A co tam właściwie było namalowane?
- Obydwa dotyczyli Starego Destamentu. Na jednem był odstawiony Józef sprzedający zboże.
- Jaki znów Józef?
- Coś ty do szkoły nie chodził, nie słyszałeś o Józefie, opędzlowanem przez rodzonych braci za  

trzydzieści złotych do egipskiej niewoli?

- Jakoś nie dało się mnie słyszeć, może nie byłem tego dnia w szkole, a może nie uważałem na 

lekcji.

- Mniejsza o to. Otóż musisz wiedzieć, że ten Józef dzięki smykałce do wróżenia samego faraona w 

bajer wziął i został się koniec końców ministrem tamtejszych PGR-ów. On właśnie jest odrobiony na 
tem rąbniętem przez Szerloka widoczku, jak sprzedaje ludności zboże z miarek i odsypów.

- To musiał być duży przytomniak. U nas przed wojną Wacław Pyffello, Bednarska 19, z wróżenia 

willę w Kaczem Dole sobie postawił, ale żeby aż ministrem zostać... no... no...

- Widocznie jeszcze cwańszy i umiał się wkręcić do wyższych sfer miarodajnych. Ale pies z niem 

tańcował, słuchaj o drugiem obrazie. Na tem drugiem był niejaki Dawid, zawodnik wagi piórkowej na 
meczu na mokro z Goliatem (waga najcięższa). Otóż więc ten Dawid zwyciężył Goliata za pomocą 
szemranego kantu. Do zwarcia nie dopuścił, tylko kamieniem z procy na dystans go potrącił. Czy te 
zwycięstwo   zostało   uznane,   detalicznie   nie   wiadomo,   w   każdem   bądź   razie   malarze   ściennych 
obrazów  już  paręset   lat   z  tego   żyją,  machając  okolicznościowe  serie  widoczków,   czyli   tak  zwane  
komiksy. Te właśnie dostali się do muzeów w Szczecinie.

- A powiedz mnie faktycznie, Maniuś, po co na tych wystawach wieszają takie różne stare drogie  

malowidła, zaczem gdzieś w kasie ogniotrwałej ich trzymać? Żeby ludzi kusić, złodzieja z niejednego 
zrobić?

- Widzisz, rozchodzi się o to, żeby się obecnie malarze uczyli, jak trzeba płótno grontować i jak  

pędzlem robić, żeby farba nawet po paruset latach nie odlatała.

- No jeżeli o wiele tak, to faktycznie.
- Ale zmartwienie mamy z tem, i to nie tylko my, a także samo policja na całem świecie. W Paryżu  

jest podobnież nieduży nawet obrazek, portrecik niejakiej Monny Lizak, któren osiągnął największą 
cenę   na   licytacji.   A   taki   jest   poręczny   do   wyniesienia   nawet   pod   marynarką,   że   specjalny   glina  
francuski w perelince dzień i noc naprzeciwko na krzesełku siedzi i z oka go nie spuszcza. A mimo  
tego już parę razy był przyuważony przez złodziei i potem odebrany. Tak że koniec końców naprawdę  
nie wiadomo, czy to ten sam, czy nadzwyczaj staranna podróbka. Ale glina siedzi i patrzy.

- Jednakowoż ten, nie ten, ale mówisz, że parę razy był już odbierany. To może i te nasze się  

znajdą.

- Jest nadzieja, ale trzeba szukać bez przerwy i wszędzie kontrol przeprowadzać, tak jak ja to robię.
Rozmowa o sztuce epoki odrodzenia tak pochłonęła przyjaciół, że ani się spostrzegli, kiedy minęli 

granice wielkiej Warszawy, o czym świadczył między innymi wzmożony ruch aut na szosie. Maniuś 
musiał   dobrze   uważać,   aby   nie   dać   się   potrącić   jadącym   na   łeb,   na   szyję   wołgom,   simcom,  
wartburgom, skodom.

- 74 - 

background image

- To te łodziaki tak zapychają na całe pare do Warszawy - mówił Maniuś obrzucając pędzące auta  

niedobrym spojrzeniem. - Chwalą się potem jeden przez drugiego, któren prędzej doleciał w te albo  
we wte. Wiozłem jednego takiego derektora parę dni temu nazad, to jak mnie zaczął świcić, że cały 
czas do Krakowa na octawii setkę zawsze posuwa, mówię do niego: „Tak, tak, niech pan zaprycza, ile  
się da - Gruca będzie   miał robotę  na cztery godziny".  „Jaką  robotę,  gdzie?"  - on mnie pyta.  ,,W 
szpitalu, żeby pana szanownego  nazad do kupy złożyć.  Żeby mu się tylko opłaciło robić". Jak to  
usłyszał, przestał mnie zalewać kolejkie - zaśmiał się Kitajec.

Ale nagle śmiech skonał mu na ustach. Maniuś obejrzał się i trącił łokciem Piskorszczaka.
- Widziałeś tego fiata, cośmy go dopiero minęli?
- Tego niebieskiego?
- Jego. Coś zauważył?
- Nic. A co?
- A to, że rurony wiezie.
- Jakie rurony?
- Zrolowane obrazy. Może naszego Józefa targa albo Dawida. Zatrzymujem go.
- Idźżeż ty, to może być cerata albo linoleum.
- Musiem to sprawdzić, nigdy nie wiadomo.
Tu   Maniuś   zwolnił   i   zaczął   tańczyć   przed   fiatem,   nie   chcąc   go   przepuścić.   Kierowca,   tęgawy 

blondyn  w baskijskim berecie, z fajką w zębach, usiłował wyminąć warszawę,  ale widząc,  że  jest 
celowo blokowany, zatrzymał wreszcie swoje auto i wysiadł.

- Słuchaj, będzie klops, to jakiś Anglik - rzekł do niego Piskorszczak.
- Coś ty, Anglik na tej „lodówce", a zresztą, niech będzie - sprawdzić muszę.
- Co panowie wyprawiają? Czy wam czego potrzeba? - zapytał trochę poirytowanym tonem blondyn 

w berecie podchodząc blisko. Piskorszczak odetchnął, a Maniuś wysiadł.

- Owszem, mamy życzenie obejrzeć te obrazy, co ich pan wiezie.
- Moje obrazy, a to jakim prawem?
- Czy pan nie ma czasem Józefa?
- Jakiego Józefa?
- Sprzedającego zboże!
- Co to za kawały? To Eryk Lipiński panów do tego namówił?
- Nie znamy żadnego Ruryka, pokaż pan lanszafty.
- To są moje obrazy. Jestem plastykiem, nazywam się Zaruba.
- Zaruba nie Zaruba, fotoplastikon nie fotoplastikon, dawaj pan ruron.
Tu Maniuś wyrwał blondynowi duży arkusz zwiniętego w rurkę bristolu.

XXI.

Mistrz Zaruba oburzony był na razie postępowaniem Mamusia, ale dowiedziawszy się, że w tym 

niesamowitym incydencie na szosie idzie o poszukiwanie skradzionych z muzeum obrazów, z całą 
gotowością   udostępnił   rewidentom   wnętrze   swego   auta.   Pokazał   im   nawet   zawartość   opasłego 
plecaka   z   końskiej   skóry,   w   którym   oprócz   butelki   jałowcówki   i   wermutu   Istra   oraz   paru   pudełek 
sardynek była ćwiartka cielęciny oraz dwie długie barowe bułki.

Maniuś, rzuciwszy na to pobieżnie okiem, wziął się do skrupulatnego przeglądania leżących na 

tylnym   siedzeniu   oryginałów   barwnych   ilustracji   do   „Szpilek"   oraz   szkiców   do   słynnych   kukiełek 
mistrza, przygotowanych dla telewizyjnej szopki.

- To są kalikatury do śmiechu, czyli tak zwane pikasy,  i to prosto spod pędzla, a my szukamy 

smutnych używanych obrazów olejnych - rzekł po ukończeniu przeglądu. - W taki sposób pozostaje 
się nam grzecznie pana szanownego przeprosić za tak zwane kwo wadis.

- Ale głupstwo - powiedział dobrotliwie malarz siadając za kierownicą. - Nie ma o czym mówić.
- Wprost przeciwnie, jest o czym nie tylko pomówić, ale jeszcze trzeba całą rzecz, jak to się mówi,  

formalnie załatwić. Jak żem zauważył po tem plecaku, pan szanowny spodziewa się niedługo gości.

- 75 - 

background image

- Owszem, ma być u mnie parę osób - z uśmiechem przyznał rozbawiony plastyk.
- Właśnie i dlatego chcieliśmy, żebyś pan przyjął to od nasz na pasztet.
Tu pan Maniuś wydobył ze swej taksówki jednego z otrzymanych od Koziołka zajęcy i z miłym 

uśmiechem usiłował włożyć go przez okno do fiacika.

- Ależ nic podobnego, ja nie mogę tego przyjąć, za co? - bronił się znakomity karykaturzysta.
- Za nadużycie pańskiej osoby i stratę czasu.
- Zresztą ja nie lubię pasztetu.
- Może być i w śmietanie. Zwracam pańską uwagie, że pod jałowcówkie nie wynaleziono dotąd nic 

lepszego, niż comberek z zająca.

- No dobrze, ale panom samym potrzebny!
- Mamy jeszcze drugiego, zresztą nie prowadziem gospodarstwa. Zając może nam się najwyżej 

przydać na czapki à la Mościcki, jak się teraz w Warszawie nosi. Ale niech pan się spojrzy, jak by  
koleżka   w   takiej   papasze   wyglądał,   jak   tatarski   hrabia.   Chętnie   byśmy   panu   oddali   jeszcze   tego 
drugiego. Dawaj go, Stasiek.

- O nie, nie. Ostatecznie mogę wziąć jednego, ale oczywiście za zwrotem kosztów.
- Teraz znowuż my się możem obrazić. Zajęcamy handluje centrala „Las" na Koszykach, zresztą 

grosza nas nie kosztował, otrzymaliśmy w prezencie.

Nie   było   rady,   rozbawiony   artysta   ulokował   sobie   zająca   pod   nogami   i   zaprosiwszy   nowych 

znajomych do siebie do Anina na niedzielę ruszył w dalszą drogę.

Wkrótce rozdzielił ich czerwony sygnał na skrzyżowaniu. Kitajec z Piskorszczakiem niezwłocznie 

pojechali do Aniołka na Pragę. Dowiedzieli się tam, że minione dwa dni przyniosły rewelacyjne zmiany 
w sytuacji.

Danka została wypisana ze szpitala, a hrabia z Julianem wypuszczeni za kaucją z więzienia.
Niestety Jumbo i Szmaja pozostali za kratkami. Zagórskiemu udało się tylko przyspieszyć termin 

rozprawy, która miała się odbyć za kilka tygodni. Wszyscy czterej zostali bowiem postawieni w stan 
oskarżenia.

Nie były to wieści specjalnie wesołe, ale nikt nie tracił nadziei, że wyroki zapadną uniewinniające z 

braku dowodów.

Maniuś nie podzielał jednak ogólnego optymizmu.
- W sądzie tylko prokurator może być pewny, że po sprawie pójdzie do domu. Nie mówiąc już o 

oskarżonych, świadkowie często idą siedzieć. A nawet się zdarzało, że adwokat razem z klientem 
szedł do mamra za nadużycie żywego słowa i podstawienie lewych świadków.

To powiedziawszy, odwzajemniając się za nowiny zdał sprawę z akcji na Śląsku. Zdemaskowanie i 

ukaranie,   chociaż   niezwykle   łagodne,   matrymonialnego   aferzysty   Psztyka   wzbudziło   duże 
zadowolenie obecnych.

Przy tej okazji  wyrażono  serdeczne gratulacje  dwóm  nie znającym  się  zresztą  zupełnie  panom 

Wiśniewskim,   obecnym   w   restauracji,   z   powodu   zmycia   plamy,   jaką   rzucało   na   ich   niezwykle 
popularne a zacne nazwisko podszywanie się pod nie tego rodzaju ciemnego typa.

Panowie Wiśniewscy postawili z powodu tej okazji dwie kolejki i sprawę uznano za wyczerpaną.
Maniuś już na boku zwierzył się panu Aniołkowi, że całą sumę odebraną kanciarzowi ma przy sobie 

i   nie   bardzo   wie,   co   z   nią   zrobić.   Zacny   gastronom   przyjął   pieniądze   na   przechowanie   do   dnia 
następnego,   kiedy   to   wraz   z   małżonką   i   Maniusiem   obiecał   odwiedzić   Dankę,   przebywającą   na 
rekonwalescencji   w   mieszkaniu   Karaluchów   pod   troskliwą   opieką   pani   Apolonii.   Z   wielkim 
wzruszeniem   powitała   nieszczęśliwa   dziewczyna   tę   wizytę,   siedząc   w   łóżku   w   otoczeniu   siedmiu 
Mulaciąt, które na wyścigi starały się urozmaicić jej pobyt w ich mieszkaniu na Służewcu.

Mamy Karaluchowej nie było w domu, pojechała z wałówką dla tatusia, na Rakowiecką. Ale Maniek, 

Stasio, Wacuś i Andrzejek oraz Hania, Sabcia i Serafinka, dzieci państwa Jumbów, noszące takie 
imiona   dla  uczczenia   serdecznych   przyjaciół   mamusi  i  tatusia,  wyręczały  nieobecnych   rodziców  z 
niezwykłą serdecznością i energią. Starsze co chwila przynosiły jej z kuchni herbatkę i kleik, podawały 
lekarstwo, a najmłodsze, prześliczne czekoladowe stworzonko, siedząc za nią na poduszce usiłowało 
wielkim grzebieniem czesać jej złote loki.

Na taką właśnie scenę trafili przybyli goście. Danka na widok Maniusia nie mogła się powstrzymać 

od łez. Kitajec też jakoś dziwnie przełykał ślinę, mówiąc, że to wszystko właściwie „mięta z bubrem",  
że nie warto o tem wspominać na razie, ale jeszcze się na niej niemożebnie odegra za ten „numer".

- 76 - 

background image

- To się tak robi, to się nie czeka, aż wróciem, i tylko takie jakieś głupie rzeczy uskutecznia jak z 

iluzjonu albo opery „Halki". I o co koniec końców, o pare starych wyrośniętych ciuchów.

- To przecież nie o to chodziło.,, ja się tak wstydziłam... co pan... co wy wszyscy o mnie sobie 

pomyślicie.

- Panno Danusiu, jak pragnę zdrowia, przecież nikt by sobie nie zdążył nic pomyśleć, bo ja bym  

go... ręka, noga, mózg na ścianie.

Danka wzięła go za rękę mówiąc:
-   Ja   wiem,   panie   Marianie,   że   pan   by   nie   uwierzył.   Ale   szłam   potem   przez   most   i   tak   jakoś 

przypomniałam sobie... to całe moje życie - zakryła oczy dłońmi i cicho załkała.

Maniuś zerwał się z krzesła.
- No już dosyć tego, nie mówiem o tem więcej. Zobaczy pani, że wszystko będzie pierwszorzędnie. 

Tatusia się obrobi, pieniądze już są.

- Jak to pieniądze są, skąd?
- No ten... pan nam zwrócił!
- Jak to, dobrowolnie? 
- Prawie... że.
- Widocznie go sumienie ruszyło.
- Przypuszczalnie tak poniekąd jest.
- Gdzieście go spotkali, jak? A czy obrazy też oddał?
- Z obrazamy zaszła pomyłka. To nie on nawalił. Nie on był Szerlokiem, ktoś inny, podobny.
- Nie on. Chociaż to nie on - mówiła jakby do siebie Danka - a gdzie go znaleźliście, co mówił?
-   Panno   Danusiu,   co   by  nie   mówił,   w  tej  chwili   jest   nieważne.   Kiedyś   drugą   razą   za   parę   dni  

wszystko detalicznie pani opowiem. Na razie musiem się zastanowić, co zrobić z forsą tatusia, ale tyż 
niekoniecznie zaraz.

- Jednak oddał... może on... nie jest...
- Nic nie jest, łobuz jest - wtrąciła się milcząca dotąd pani Aniołkowa. - Co tu dużo ogródkiem  

chodzić i w bawełnę owijać, łobuz jest trzy razy żonaty. Jeden ma ślub konsystorski, drugi cywilny, 
trzeci w tureckim kościele. A ile dzieci - jeszcze nie wiadomo. Za pani pieniądze z czwartą  żoną  
hodowlę królików chciał sobie założyć. Wystarczy pani?

- Nie królików, tylko norek czy jakichś tam innych szczurów - to lepszy interes - poprawił żonę pan 

Aniołek.

- Wszystko jedno, kajdaniarz, którego święta ziemia nie powinna nosić, i wybij go sobie panna raz 

na zawsze z głowy.

Danka opadła na poduszki jakby w omdleniu.
- Po coś pani to wszystko teraz mówiła, jak rany koguta, był czas później, zaszkodzić jej może - 

wniósł pretensję do Aniołkowej Maniuś.

- Pan mnie nie ucz, jak te rzeczy załatwiać. Niech wie, co to za ancymonek, bo inaczej ciągle 

będzie myśleć, że on może nie taki zły, tylko nie mógł inaczej. A tak napije się wody i przejdzie jej.

Istotnie   dziewczyna   wypiwszy   łyk   jakiegoś  płynu,   podanego   jej   razem   przez   cztery   Mulaciątka, 

przyszła do siebie.

Nadeszła na to z miasta pani Apolonia, spłakana i z zaczerwienionym nosem. Była w więzieniu, 

podała paczkę i „Jak się to wszystko skończy, nie wiadomo" - narzekała szykując kolację.

- Wszystko musi się dobrze skończyć, bo oni siedzą za niewinność i Zagórski powiedział, że musi  

wygrać tę sprawę.

- No tak, ale ja już nerw nie mam czekać. Co spojrzę na te dzieci, to łzamy się zalewam. Jeszcze  

dobrze, że ta panna Danusia tu jest, to jakoś mnie raźniej, we dwie sobie płaczem.

Pocieszywszy, o ile to tylko było możliwe, obydwie, państwo Aniołkowie uzyskali zgodę Danki na 

złożenie odzyskanych pieniędzy na nazwisko jej ojca w PKO i wraz z Maniusiem odjechali.

Na placu Teatralnym Kitajec zatrzymał samochód i wysiadłszy wraz ze swoimi gośćmi odbył z nimi 

małą turystyczną wycieczkę dookoła gmachu budującej się Opery.

Stało się to zresztą na specjalne życzenie pana Aniołka, który nie był tu już z parę lat, „a jako 

leguralny warszawiak lubiał wiedzieć, co się w mieście dzieje".

- 77 - 

background image

- Na razie pustynia - mówił patrząc na plac, gdzie kiedyś stały Kanoniczki i warszawski ratusz.
- Dlaczego się tego nazad nie stawia, jak na przykład Nowy Świat czy Krakowskie?
- Urbanistyka nie pozwala, musi być luz, świeże powietrze i w ogólności tak zwane tereny zielone. A 

niezależnie ratusz był podobnież brzydki, a na dobitek jakiś książę Jabłkowski go kiedyś wybudował w 
stylu odrodzenia, czyli że w dzisiejszym czasie niemodnem.

- Może i brzydki, może i niemodny, ale mnie się tam podobał. Ładnie było, co będziem dużo gadać.  

Tu na rogu miałeś pan firmę Brun z żelaznem wyrobem, koło niego mieścił się Ludwik Spiess i Syn, a 
cukiernia Forkasiewicza to zła była? Po drugiej stronie miałeś pan Pulsa, Fuchsa czekoladki, Bank 
Skowronka, nie było tale brzydko, nie.

I  znowuż  z  tą  ciasnotą  tyż  nie   było  tak  ostatnio.  Wszystko  się  jakoś  mieściło.  Z Nalewek  i  na 

Nalewki   kupcy   stale   i   wciąż   tam   i   nazad   zapychali.   Publika   z   kin,   teatrów,   z   knajp   wychodziła. 
Tramwaje, autobusy z Pragi i na Pragie, na Starówkie, na Żaliborz, wszystko tędy szurało i jakoś nie 
dało   się   słyszeć,   żeby   komuś   żebra   połamali.   Od   kiedy   to   takie   delikatne   francuskie   pieski   się  
zrobiliśmy, że tyle luzu potrzebujem.

Po mojemu  ratusz jak nic by się zmieścił,  a także  samo  Kanoniczki.  A tak, co tu będzie, sam 

wiater?

- Tu, uważasz pan, stanie pomnik Bohaterów Warszawy.
- A to przepraszam, to co innego.
- Tylko że nie każdemu się spodoba.
- Skąd pan możesz wiedzieć, przecież go jeszcze nie ma.
- Nie przeszkadza, już można go zobaczyć w małem na razie formacie.
- Gdzie?
-   Ja,   jak   pan   wiesz,   stale   i   wciąż   szukam   tego   Józefa   ze   zbożem   i   Dawida   z   procą,   no   to 

uczęszczam do wszystkich muzeów i na wystawy obrazów.

- No, tam ich pan chyba nie znajdziesz?
-   Dlaczego,   nieświadomie   mogą   kupić,   nie   wiedząc,   że   kradzione.   Jednem   słowem   weszłem 

któregoś dnia do Zachęty na Królewskie. Obejrzałem obrazy, ani Józka, ani Dawidka nie było, ale nic, 
zasuwam do jeszcze jednej sali, weszłem i zgorzałem. Na ziemi, na stołkach stojeli różne wyroby 
gipsowe. Jakieś takie krzesełka o trzech nogach, szpikulce albo coś w rodzaju takiego rogala, jak to 
dawniej w piekarni „Nowości" można było kupić, tylko że także samo z gipsu. Pokazało się, że to 
właśnie byli te projekty pomnika, była tam też Syrena w stanie spoczynku.

- Jak to w stanie spoczynku?
- Bo leżąca. Na razde myślałem, że to jest szczupak na talerzu, bo zaszłem od tyłu i widzę tylko  

ogon i dzwonko. Ale przyglądam się, są plecy, ręce, głowa i pałasz, znaczy się, Syrena. A ludzie 
różnie zgadywali. Jedni mówili kałamarz, inni suszka, to znowuż minoga.

- A panu się spodobała?
- Owszem, tylko że dziobata i bez piersi, ale kalotechnikie można wygładzić, a biust doflekować i  

obleci.

- A wiesz pan, po mojemu to nawet dobrze, że w kształcie podługowatym - więcej miejsca zajmie i 

ta pustka nie będzie tak dokuczać. Chociaż najporęczniejszy byłby w tem miejscu ratusz, taki jak był 
przed powstaniem, z zegarem i strażakiem na wieży.

- Szkoda faktycznie, że go rozebrali, dałby się jeszcze elegancko odremontować. Ale cóż, jeżeli  

stylistyka się nie zgadzała - nie było faktycznie wyjścia.

Po krótkiej inspekcji urbanistycznej pan Maniuś odwiózł państwa Aniołków do „Piramidonu", a sam 

zajechał na stację przed Wileńskim Dworcem troszkę pozarabiać wieczorową porą.

Ale ruchu nie było żadnego, jak to przed pierwszym. Szoferzy kilku oczekujących na podjeździe  

taksówek skupili się koło wozu Maniusia, pogadując o swych sprawach bytowych.

- Tak, do pierwszego mortus przygniótł Warszawę. Dopiero po wypłacie jednodniowe milionerzy 

wyskoczą na miasto i troszkie ruchu zrobią - mówił gruby kierowca w skórzanej kurtce.

- I w sklepach też na razde luz. Szynek, baleronów, serdelków pełno i nikt ich sobie na razie nie 

wyrywa.

- To znowuż jak gdzie, ja wczoraj na Grochowie chciałem kupić w tem nowem sklepie „Mięso i 

wędliny" kawałek flejchu na obiad, wchodzę, sklep jak kościół, marmury, jarzynowe światło, lodówki, a 
na hakach parę kilo kości. Ekspedientki zebrali się koło kasy i rajcują na sto dwa. Myślę sobie, było nie 

- 78 - 

background image

było, wezmę te kości, krupnik się zrobi na parę dni. Trzy razy żem się kłaniał ekspedycji, a dopiero za 
czwartym mnie zauważyli. Kierowniczka zła jak nieszczęście, że jej rozmowę przerwałem, tu mnie 
załatwia,   a tam dalej opowiada,  co  było  wczoraj  w kinie.  Ale koniec końców dostałem ten  towar. 
Przyjeżdżam do domu, a „mama" do mnie z pyskiem, coś ty przywiózł, mebel na krupnik? Pokazało 
się, że razem z kośćmi wieszak na rzeczy mnie w wędliniarni zapakowali. Tak się cholery zagadali.

- Co ty chcesz, jak nie ma ruchu, my też teraz tu rajcujem.
- No tak jest, tylko kto to będzie te podatki płacił. A konkurencja coraz większa. Nawet prywatniaki 

łebki wożą. Jest jeden inżynier, któren na swojej osobistej ifie dorabia, łebki po ciemku wozi. Czapkie 
opuszcza   na   oczy,   kołnierz   stawia   i   zasuwa.   Żeby   go   znajomi   nie   poznali.   A   i   tak   na   swojego 
naczelnika się nadział. Teraz oba w nocy jeżdżą, bo tamten ma syrenkie.

- Co ty chcesz, muszą jakoś te zredukowane premie wyrobić.
- Ja jem nie żałuję, ale nam chleb odbierają. A koszta własne coraz większe. Jeszcze z Bogiem  

sprawa, jak ktoś ma nowy wózek, ale ja co i raz w te swoje „skarbonkie" forsę ładować muszę. A to 
klamka się urwie, a to hamulce wysiądą.

- To jeszcze nic, ja całą tapicerkie musiałem nową robić.
- U kogo?
- U Kurkiewicza na Ochocie. Nie dosyć, że wóz ma przestoje, jeszcze musiałem siedzieć i na ręce 

mu patrzeć, żeby nie knocił. A przy tej okazji żem zobaczył, jak ludzie szmukiel za granice wożą.

- No?
- W walizce, uważasz, z podwójnem dnem.
- To zależy, jak co można w ten sposób przewieźć.
- Wszystko, forsę, obrazy.
- Idźże, kto by tam obrazy woził!
- Frajerska łapo, obraz czasem tyle kosztuje, co nowy mercedes...
- E, to znowuż żeś zalał kolejkie...
- Zapytaj się znawców.
-   Zaraz...   czekaj...   -   wtrącił   się   nagle   Maniuś.   -   O   czem   ty   Franus   mówisz...   coś   ty   widział.  

Szmuklowane obrazy... gdzie?

- No przecież mówię, u Kurkiewicza, tapicera.
- Jakie to byli obrazy, przypomnij sobie!
- Na sto procent nie wiem, czy to byli obrazy, ale oko widziałem.
- Jakie oko,, co za oko?
- To, uważasz,  było tak. Do Kurkiewicza  przyszedł jakiś klient z walizką, żeby mu ją w środku 

nowem jedwabiem wykleił. Przy mnie to właśnie było. Ja patrzę, że po bokach jedwab dobry, tylko 
same dno jest wykłejone jakiemś innem kolorem. Ale myślę sobie, co to przeszkadza, i tak jest ładnie. 
To samo zaznaczył mu zresztą Kurkiewicz. A ten gość mówi, że chce jednostalnie, bo za granice 
wyjeżdża i nie ma życzenia Polski Ludowej, uważasz, kompromitować taką łataniną. Wydało mnie się 
to troszkie podejrzane, nie miałem co robić i tak czekam na swoje górne poduszki, i tak czekam.

- No dobrze, i co dalej? - niecierpliwił się Maniuś.
- No to jak Kurkiewicz z tem facetem odwrócili się do półki, żeby jedwab wybrać, naddarłem troszkie  

tego spodu i tak był nierówno przyklejony, patrzę, a tam jakieś oko i jakby kawałek brody, obraz czy  
coś takiego.

- Jak wyglądał ten facet?
- Średniego wzrostu, w średniem wieku, nos średni.
-  Oko  średnie   -  znaków  szczególnych   brak  -  dokończył   za   niego   ze   złością   Kitajec.   -  A  może 

chociaż wiesz, czy Kurkiewicz zna tego gościa?

- Skąd mogie wiedzieć?
Maniuś   machnął   niecierpliwie   ręką,   odwrócił   się   na   pięcie,   wsiadł   do   swego   wozu,   zapalił,   z 

impetem ruszył w stronę mostu Śląsko-Dąbrowskiego.

- Co mu się stało? - pytał kolegów ze zdziwieniem kierowca opowiadający przed chwilą o walizie z 

podwójnym dnem.

- A kto jego wie, może mu walizkie rąbnęli? - odpowiedział jeden.

- 79 - 

background image

- Nie, to sprawa poważniejsza - rzekł drugi. - W każdym bądź razie pojechał do Kurkiewicza.

XXII.

Nie udało się jednak Maniusiowi od razu dojechać na Ochotę do tapicera Kurkiewicza. Po drodze 

musiał zabrać jeszcze z Zygmuntowskiej dwóch pasażerów, niosących trzeciego.

Kitajec   wprawnym   okiem   z   miejsca   ocenił   sytuację   i   odmówił   jazdy,   ale   panowie   dźwigający 

bezwładne ciało wezwali milicjanta, który zmusił szofera do zabrania całego towarzystwa.

- Ten człowiek jest chory, musisz go pan wziąć - pod opieką ma się rozumieć tych obywateli - 

zawyrokował przedstawiciel władzy.

- Rzeczywiście, on musi mieć co najmniej 45 stopni gorączki monopolowej i kto będzie płacił koszta 

dezynfekcji?

- To nie jest nic zaraźliwego, zaręczam panu - wystąpił w obronie chorego jeden z opiekunów.
- Mówię o myciu wozu, jak mnie go obhaftuje.
- Nic podobnego, kolega jest za dobrze wychowany... na takie rzeczy... zresztą już jest po... tym 

wszystkim.

- No to ładujcie go, panowie. A gdzie pojedziem? Chyba do Muzeum Narodowego.
- Dlaczego do Muzeum?
- Bo on jest całkowicie zabalsamowany. Za mumie pod ścianą można by go postawić.
- Tylko proszę bez takich żartów... to jest prezesi
- Tam króle stoją, faraoni, totenkomeni. Ale jak nie, to nie, wszędzie mogie jechać.
- Na Muranów, blok 101.
- Na Muranów nie.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że jak się zakopiem w te bloki - mogiła ciemna. Do rana się nie wygrzebiem. Tak jakoś  

do winkla nie po numerach są ustawione, że wolałbym pasażera po labiryncie w lunaparku wozić  
aniżeli po tem Muranowie.

- Nie ma obawy, my znamy drogę... jak pacierz na pamięć...
- No to wio!
Rzeczywiście, korzystając z informacji jednego z pasażerów siedzącego na przodzie, Maniuś po 

trzykrotnym   tylko   gubieniu   drogi   wylądował   swoją   warszawą   wprost   pod   blokiem   101.   Kiedy 
opiekunowie prezesa wydobyli go jakoś z taksówki, powstały nowe trudności. Okazało się, że nie mają 
odwagi odprowadzić go do mieszkania ze względu na nerwowe usposobienie prezesowej. Zaczęli 
prosić Maniusia, żeby ich w tym zaszczytnym, a niebezpiecznym obowiązku wyręczył.

- Nie ma tak dobrze, to panowie zaprawiliście się fachowo na mieście razem z koleżką, a ja mam 

dostać wazonem w głowę? Odpada.

-   Ależ   nic   podobnego,   pani   Dziunia   słowa   panu   nie   powie...   przecież   pan   niejako   urzędowo 

wystąpi... my co innego.

Dał się Maniuś wreszcie przekonać i wspólnymi siłami zawlekli prezesa jakoś na trzecie piętro, pod 

drzwi   mieszkania   nr  444.   Maniuś  oparł  go   o  ścianę   i  przytrzymując  jedną   ręką   za  bródkę,   drugą 
zadzwonił. Po dłuższej chwili zachrobotał klucz w zamku i skrzypnęły drzwi.

Na   to   hasło   obaj   koledzy   zaczadzonego   pasażera,   stojący   dotąd   o   parę   stopni   niżej,   ruszyli 

schodami w dół koziołkując do samego parteru. W drzwiach ukazała się wyniosła postać w czerwonej 
ludowej chustce na głowie, gospodarskim fartuchu z falbankami i z wałkiem do ciasta w ręku.

-   Dobry   wieczór.   Coś   pani   przywiezłem.   Zaraz   wstanie   -   powiedział   Kitajec   szybko   i   ująwszy 

usztywnionego pasażera wpół, zręcznym ruchem przerzucił go do przedpokoju opierając o wiszące na 
ścianie palta.

Wyniosła postać odłożyła na krzesełko wałek i ku wielkiemu zdziwieniu Maniusia uchwyciwszy jak 

piórko prezesa pod pachy, wystawiła go z powrotem na korytarz. Po czym zatrzaskując drzwi rzekła  
głębokim basem:

- Dobranoc. Ten pan tu już nie mieszka.

- 80 - 

background image

W momencie zamykania Maniuś zauważył, że spod fartucha z falbankami wystawały dwie nogi w 

spodniach w paski i dużych męskich bamboszach.

Chwilkę   się   zastanawiał,   wreszcie   puknął   się   palcem   w   czoło   i   energicznie   stukając   do   drzwi 

zawołał:

- Panie Ludwiku, otwórz pan na chwileczkie. Chcę się tylko coś dowiedzieć... Ja jestem taksówkarz. 

Panie Ludwik, nie bój się pan, na siłe go panu nie wrzucę,  skarż mnie Bóg! To uparty charakter 
człowieka, jak pragnę zdrowia. Lutek, otwórz!... - wołał Maniuś poruszając bez przerwy klamką.

Wreszcie  drzwi  lekko  się  uchyliły  i w szparze   ukazała  się  gniewna  szeroka  twarz w czerwonej 

chustce, zawiązanej nisko nad oczami w kształcie tak zwanego motylka.

- Przede wszystkim co za Lutek? Dlaczego mnie pan Ludwikiem nazywa?
- No bo sądząc po głosie i żakietowych spodniach jesteś pan chyba za „Ludwika do rondla", czyli 

męża, któren w charakterze konsystorskiej pomocy domowej przy gospodarstwie się zatrudnia, żeby 
żona manikuru sobie nie niszczyła.

- Bez głupich żartów, czego pan chce jeszcze? - warknęła twarz w czerwonym motylku.
- Chcę się zapytać, co mam zrobić z tem pijanem facetem. Tu mnie go kazali zostawić.
- Powiedziałem panu, że on tu już nie mieszka od roku. Ile razy się zaleje, tu przyjeżdża. Dość tego.
- Jak dosyć, to dosyć. Ale może pan wie, gdzie on teraz zamieszkuje i jak się nazywa. Od niego nic 

się nie dowiem, w bambus pijany.

- Nie wiem, gdzieś na Bielanach. Nazywa się Perpendykiel...
- Zaraz, czekaj pan chwileczkie, przewrócił mnie się cholera...
Maniuś posadził prezesa pod ścianą i znowu wrócił do drzwi.
- Co ja mam robić, jak pragnę zakwitnąć?
- Niech go pan zostawi na dole - doradził „Ludwik".
- A kto mnie za kurs z Pragi zapłaci? Koleżki uciekli.
- Może go pan zrewidować, chyba musi mieć pieniądze i paszport z adresem.
- A już, żeby potem powiedział, że miał sto tysięcy dolarów i złoty zegarek z brylantami, na to mnie 

pan nie napuścisz.

- No to daj już mnie pan święty spokój - zawieź go pan do milicji - powiedział zniecierpliwony 

fartuszek z falbankami i zatrzasnął drzwi na dobre.

Maniuś postał chwilę, wreszcie podniósł prezesa, zarzucił go sobie na plecy i zszedł na dół. Przy  

taksówce oczywiście nikogo nie było. Plac między blokami był pusty, ciemny, w dodatku zaczął padać 
deszcz ze śniegiem.

Maniuś posadził prezesa na tylnym siedzeniu, usiadł obok niego i prawą swoją dłonią energicznie  

roztarł mu nos. To czasem pomaga. Ale skutek był tylko taki, że pasażer zaczął wyglądać jak pijany 
kominiarz. Zapomniał bowiem Maniuś, że niedawno zaglądał pod maskę, bo świecę mu zarzuciło, i nie 
zdążył jeszcze umyć rąk.

Wyjął więc z kieszeni wozu najczyściejszą szmatkę, skropił ją trochę oliwą i wytarł pijakowi całą 

twarz. Ale osiągnął tylko tyle, że nos pasażera istotnie wybielał, natomiast policzki bardziej jeszcze 
poczerniały, nadając mu wygląd czarownika plemienia ludożerców w obrzędowej charakteryzacji. Gdy 
go Maniuś zobaczył przy zapalonym na chwilę świetle, złapał się za głowę.

- A niech go wyrok spali, jak on wygląda! Jakżeż ja mogę zawieźć do komisariatu taką mazepę?  

Powiedzą, że go przejechałem - pomyślał.

W dodatku od czasu tej sprawy z obrazami, w którą bądź co bądź był wmieszany, nie bardzo chciał 

się narzucać milicji.

Toteż postanowił jechać do tapicera, może jeszcze dziś dowie się czegoś o tej walizce. A kto wie,  

może i pasażer obudzi się wreszcie i przypomni sobie swój aktualny adres.

Nasunął   więc   Maniuś   kapelusz   na   usmarowaną   twarz   i   ruszył   Lesznem   do   trasy   N-S.   Nagle 

ucieszył się niezmiernie, prezes bowiem odezwał się doń najtrzeźwiejszym tonem:

- Dobry wieczór panu!
- Dobry wieczór, jak się spało? - odpowiedział Maniuś z lekkim sarkazmem.
- Świetnie, co u pana dobrego? - mówił pasażer lekko ziewając - bo ja jestem wypoczęty pierwsza  

klasa. Teraz tylko ogolonko i do „Kamery". Panie Zdzisiu, jak zawsze masażyk... trochę brylantynki... 
na przedziałek... w ogóle komplecik.

- 81 - 

background image

Maniuś obejrzał się gwałtownie. Pasażer siedział wygodnie z odchyloną w tył głową, istotnie jak we 

fryzjerskim fotelu. Kitajec zatrzymał wóz, uniósł się na siedzeniu i zawołał:

-   Jak   ja   ci,   moczymordo,   dam   komplecik,   to   cię   rodzona   żona   nie   pozna.   No   już,   wstawaj, 

wychowańcu monopolowy, dokąd będziesz kimał! - Zaczął szarpać prezesa za kołnierz palta.

Ten uniósł głowę, spojrzał szklanymi oczami, uśmiechnął się i powiedział:
- Dziunia, daj buzi i nie gniewaj się - po czym opadł na siedzenie i za chrapał z przygwizdem.
Zrezygnowany Maniuś rzucił pod jego adresem jakiś niepochlebny a skomplikowany epitet i ruszył  

w   drogę.   Zajechawszy   przed   dom   tapicera   zamknął   wóz   z   uśpionym   pasażerem   i   poszedł   do 
warsztatu. Było jeszcze otwarte. Kurkiewicz przykrawał zieloną obiciową dermę, imitację skóry.

- Dobry wieczór, majster. Co, jeszcze się robi?
- Tak, mam małą partaninkę na jutro. A skąd żeś się pan wziął o tej porze?
- Przejeżdżałem jak raz, to myślę sobie, trzeba zajrzeć, jak tam Kurkiewicz ląduje. Ale słyszałem, że  

przerzuciłeś się pan na walizki.

- Na jakie znowuż walizki, kto to panu powiedział?
- Od chłopaków wiem. Zresztą nie będę pana kołował, za dawno się znamy. Rozchodzi się mnie o 

tego faceta, któremuś pan parę dni temu w tył walizkie w środku niedwabiem wyklejał. Kto jest ten 
gość, znajomy?

- Pierwszy raz go na oczy widziałem, a dlaczego to pana interesuje?
- I nie wiesz pan nawet, jak się nazywa i gdzie mieszka?
- Panie, jak gość przynosi za parę złotych robotę na poczekaniu, nie będę się go o godność pytał, 

co mnie to obchodzi.

- I koniecznie chciał na poczekaniu? Zależało mu, żebyś pan w jego obecności mu to zrobił?
- Oka ze mnie cały czas nie spuszczał. Ale powiedz pan nareszcie, o co się rozchodzi?
- Rozchodzi się o to, że walizka miała podwójne dno, że on tam pod tem niedwabiem coś umieścił,  

„na eksport", uważasz pan?

- Dla mnie to rzecz obojętna, mógł tam nawet pana osobę wkitować i do Ameryki wysłać, żebym ja 

tylko nie widział. Moje prawo usługie wykonać i reszta mnie nie obchodzi.

-   Nie   można   tak   mówić,   obywatelu,   obowiązkiem   naszem   jest   nie   tylko   nie   pomagać   w 

przestępstwie, ale w miarę możności nakryć i doprowadzić do władzy. W przeciwnem razie można 
sobie wcale nieźle posiedzieć w charakterze wspólnika. Takie jest rzymskie prawo.

- Może takie jest rzymskie prawo. Ale ja nic nie widziałem.
- Ale jak wyglądała ta walizka, toś pan chyba widział?
- Czarna lakierowana, z żółtymi winklami, duża, czeska.
- A nalepek jakich nie miała?
- Jakich nalepek?
- No takich hotelowych, jak to goście zagraniczne mają.
-   No   owszem,   było   tam   troszkie   takich   podrapanych   malowanek.   Chciałem   mu   nawet   zmyć   to 

wszystko i wierzch jak się należy odnowić, bo wstyd mnie było z warsztatu taką gangrenę wypuścić, 
ale wyrwał mnie towar z ręki.

- A jak on wyglądał?
- Dosyć młody, nos taki więcej spiczasty, nogi pająkowate.
- A jak się nosił?
- Miał, uważasz pan, na sobie taką bundlę z wierblądziej sierści, z kapturem, jak to zakonniki noszą. 

Z przodu szamerowana, zapinana na sosnowe guziki.

- Nie pytałeś go pan, gdzie wyjeżdża, że się tak spieszy?
- Sam mnie powiedział, że z Orbisem jedzie do Wiednia na jakąś wystawę czy coś w tem rodzaju. 

Czekaj pan, może nie do Wiednia, tylko do Paryża, a może do Brukseli.

- A może do Moskwy! - przerwał mu ze złością Maniuś i widząc, że niczego się więcej nie dowie,  

pożegnał się z tapicerem postanawiając nazajutrz przeprowadzić dalsze śledztwo w Orbisie.

Wyszedł na ulicę... i zdrętwiał. Jego taksówka stojąca przy chodniku była wewnętrz oświetlona i 

otoczona przez tłum ludzi.

- 82 - 

background image

Pędem   podbiegł,   roztrącił   gapiów   i   ujrzał   widok,   od   którego   włosy   stanęły   mu   na   głowie.   Na 

siedzeniu leżał prezes ze zmasakrowaną twarzą. Krew pomieszana ze smarem pokryła mu oblicze 
straszną maską. Na pół otwarte oczy zastygły jakby w jakimś śmiertelnym przerażeniu.

- Panowie, czego stoicie? Trzeba dzwonić po Pogotowie! - wolał ktoś z zaglądających do taksówki.
- Po co, nie widzisz pan, że nie żyje - powiedział inny.
- I to już ze dwie godziny.
- Trup, szkoda mrugać.
- Milicję wołać!
- Gdzie jest szofer?
- Przejechał człowieka, wsadził do taksówki, a jak zobaczył, że trup, to uciekł - rozległy się głosy  

dokoła.

Maniuś stał jak sparaliżowany, słowa nie mógł przemówić ani kroku zrobić.
I nagle nieboszczyk się poruszył. Otworzył szeroko oczy, rozłożył ręce i zaśpiewał silnym, ciepłym 

barytonem:

Dzieci, dzieci, raz się żyje! 
Dzieci, dzieci, ja się z wami dziś upiję! 
Ole!

Zerwał się ogólny śmiech.
- Oliwa! Pijany w kolyskie! W peche załatwiony! A to nas przerobił! Tylko gdzie sobie tak mordę  

ufarbował? - denerwowały się wesołe już teraz głosy.

Maniuś oprzytomniał natychmiast, otworzył warszawę, usiadł za kółko, zgasił wewnętrzne światło i 

krzyknął do tłumu:

- No i czego, zaflitowanego gościa żeście nie widzieli? Ustąpić się, bo rozjadę którego. Odsuń się 

pani,   bo   garaż   z   pierwszej   krzyżowej   zrobię!   -   To  ostatnie   zdanie   było   skierowane   do   jedynej   w  
towarzystwie damy.

- Panie, on jest nie tylko pijak, ale i ranny - krzyknęła w odpowiedzi.
- Właśnie do szpitala go wiezę - nacisnął gaz Maniuś i przebił się czym prędzej przez rozweselony 

tłumek warszawski.

Jadąc  Grójecką   błyskawicznie   myślał,   skąd   się   wzięło   światło   w  taksówce   i  ta   krew  na  twarzy 

pasażera, który skończywszy z lżejszym repertuarem śpiewał teraz arię z kurantem ze „Strasznego 
dworu".

- Te, śpiewak nieznany, przymknij się nareszcie, bo ja cie koniec końców, mantyko, zabiję. Za co ja  

się tak z tobą męczę, boża krówko na spirytusowej mieszance.

Alkoholik odśpiewawszy bezbłędnie całe solowe wyjśoie Stefana z pierwszego aktu, zasnął znowu 

smacznie.

- Gdzie ja się z niem pokażę? Gdzie ja go, drania, umyję? Czem sobie ryja rozkrwawił? - medytował 

w dalszym ciągu Kitajec i sam nie wiedział, kiedy znalazł się przed swoją kamienicą w Alejach. Nie 
było   się   co   dłużej   namyślać,   wysadził   prezesa   z   samochodu   i   zataszczył   go   na   pierwsze   piętro. 
Następnie pobiegł na górę, obudził śpiącego już Staśka i zanieśli razem bezwładny już zupełnie obiekt  
do swego apartamentu. Tam złożyli z Piskorszczakiem krótkie konsylium i orzekli, że krew na twarzy  
chorego pochodziła z rozbitego nosa, który sobie prawdopodobnie rozkwasił, pętając się po taksówce 
podczas nieobecności Maniusia. Wtedy to właśnie mimo woli musiał zapalić światło.

Poza   tym   w   podsumowaniu   dyskusji   Maniuś   doszedł   do   wniosku,   że   pacjentowi   pomóc   może 

jedynie płukanie żołądka lub długotrwały sen. Nie mając jednak w domu urządzeń potrzebnych do 
pierwszego zabiegu, wrzucili prezesa pod stół w kuchni, po czym Maniuś położył się w pokoju, Stasiek  
zaś objął do rana służbę na warszawie.

Długo rozmyślał Kitajec leżąc na tapczanie o planach na najbliższe dni. Jak znaleźć Szerloka i 

odebrać mu walizkę, w której będzie usiłował przemycić przez granicę cenne obrazy? Bo że to był  
Szerlok, nie miał Maniuś najmniejszych wątpliwości. Jakkolwiek według rysopisu, ustalonego przez 
tapicera, zgadzał się tylko nos.

- 83 - 

background image

- Ale mój nos mnie mówi, że to był on - bo kto by jak raz szmuklował za granicę obrazy. A przecież 

obrazy widział ten szoferak pod podwójnem dnem walizki. Trzeba dać cynk chłopakom, żeby uważali 
na   czarną   czeską   walizkie   z   żółtemi   winklami   -   powiedział   do   siebie   Maniuś   zasypiając.   W 
apartamencie   zaległa   cisza,   przerywana   chwilami   chrapaniem   dochodzącym   z   kuchni.   Po   paru 
minutach Maniuś przyłączył się do swego gościa i chrapanie odbywało się już w zgranym duecie.

W kuchni ustało jednak wcześniej i zastąpiły je jakieś dziwne jęki, westchnienia i nagle straszny 

krzyk obudził gospodarza lokalu. W kuchni działo się coś niedobrego, ktoś przewracał meble, walił 
pięściami w drzwi i krzyczał:

- Ja nie chcę do nieba, nie chcę, nie chcę!...
Maniuś wpadł do kuchni, zapalił światło i ujrzał prezesa klęczącego przed drzwiami prowadzącymi 

na korytarz. Jedną ręką zasłaniał sobie oczy, a drugą tłukł zapamiętale w dolny filong.

Maniuś chwycił go za kark.
- Co ty znowu rozrabiasz, bradziago? Wstawaj!
- Nie, nie, tam śmierć! - wołał drżąc na całym ciele nieszczęsny pasażer, obejmując Maniusia za  

kolana.

- Jaka śmierć, gdzie? - Kitajec obejrzał się, zobaczył w rogu Kostka, uśmiechającego się wszystkimi 

swoimi białymi zębami i wyciągającego przed siebie nagie piszczele ramion.

Maniek roześmiał się wesoło i zawołał:
- Nie bój się pan, panie Kizior, to nie żadna śmierć, tylko tak zwana pomoc naukowa, specjalnie 

wytrybowany szkielet, własność doktora, któren tu przed nami mieszkał. Kostek jest spokojny chłopak 
i palca na pana nie skrzywi. No już, podnieś się pan z ziemi i umyj sobie mordę, bo sam dopieru 
wyglądasz jak prawdziwy nieboszczyk, prosto z kraksy samochodowej.

Prezes   wstał,   rozglądał   się   dookoła   nic   nie   rozumiejącymi   oczami,   badawczo   wpatrywał   się   w 

Maniusia, na próżno usiłując pojąć, gdzie się znajduje i skąd się tu wziął.

- Przepraszam... co to wszystko znaczy... to ja żyję, nie umarłem, gdzie jestem?
-   Żyjesz   pan,   żyjesz   i   ludziom   pan   żyć   nie   dajesz.   U   mnie   pan   jesteś,   u   warszawskiego 

taksówkarza, któren nie wiedział, co z panem robić, gdzie pana odwieźć... Masz pan szczęście, że 
jestem kawaler.

- Dobrze, przepraszam, a gdzie Rysiek, Włodek, całe towarzystwo?
- Najechali, a mnie pana podrzucili, co ja mam dalej z panem robić?
- Przede wszystkim pić, pić... umieram z pragnienia.
- To już, pij pan - rzekł Maniuś stawiając przed prezesem dzbanek z wodą i szklankę. - A potem 

podszykuj się pan troszkie i zejdź mnie nareszcie z oczów.

Prezes   drżącymi   rękami   nalewał   sobie   wodę   szklankę   po   szklance   i   wypijał   łapczywie, 

przepraszając Maniusia za" wszystko - mówił zupełnie przytomnie, dziękował, obiecywał natychmiast 
zapłacić, ile się tylko należy, pił, pił bez przerwy.

- Daj pan spokój, bo raki się panu w brzuchu zalegną - zaśmiał się Maniuś i nagle uśmiech skonał  

mu na ustach, bowiem prezes padł przed nim na kolana i zalewając się łzami, zawołał:

- Dziuniu, królowo moja, przysięgam, że to się nie powtórzy!... Ja kolejkę... Rysiek kolejkę... Wojtek 

kolejkę... Dziuńka, kupię ci papachę, tylko nie bij...

Maniuś chwycił się za głowę.
- O, ndech go wyrok spali, znowuż pijany. Wodą się zabalsamował. Zabiję tego łobuza albo się sam 

powieszę!   Ja   się   tu   z   niem   w   niańkie   bawię,   a   temczasem   Szerlok   z   czarną   walizką   pryśnie   za 
granicę!

XXIII.

Na szczęście nowy atak zamroczenia alkoholowego, jakiemu uległ prezes po wypiciu większej ilości 

wody, nie trwał zbyt długo.

Nowe opary, powstałe w jego organizmie na skutek rozcieńczenia wodą spirytusowych reliktów, 

obezwładniły mu władze umysłowe na czas stosunkowo krótki.

- 84 - 

background image

Otrzymawszy   od   Maniusia   dwa   siarczyste   policzki   -   prawdziwe   ciosy   miłosierdzia,   nocny   gość 

podniósł się z kolan, spojrzał zupełnie przytomnie na gospodarza, uścisnął mu z wdzięcznością rękę i 
powiedział:

- Dziękuję.  Zachowałem  się  istotnie  jak  idiota.  Bardzo   przepraszam pana,  panie kierowco.   Czy 

pozwoli mi pan umyć się nieco i oczyścić?

- Po to tu pana przywiezłem. Proszę, myj się pan. A tu jest szczotka.
Podczas gdy prezes drżącymi nieco rękami dokonywał porannych ablucji i doprowadzał do jakiego 

takiego  ładu  garderobę,  Maniuś rozmawiał  z  Piskorszczakiem,  bo  ten właśnie   nadjechał z miasta 
zrobiwszy parę niezłych kursów.

Opowiedział mu raz jeszcze szczegółowo o swoich planach schwytania Szerloka razem z czarną 

walizką i obrazami, ukrytymi w podwójnym dnie.

- Nie ma innej rady, tylko musiem wszystkim chłopakom podać cynk, że jak zobaczą gdzie taką  

czarną walizkie z żółtemi winklami i faceta w bundzie z kapturem, jakie noszą kapucyni, niech zaraz 
jeden drugiemu odpala: „wiadomość dla Kitajca: kapucyn jest tu a tu".

- I ty wieszysz w cuda, wierzysz, że go znajdą i ciebie zdążą zawiadomić - powątpiewał Stasiek.
- Przepraszam, to pan się nazywa Kitajec? Zabawne - wtrącił się nagle do rozmowy prezes.
- To jest moje pseudo - obejrzał się Maniuś i nagle jak dźgnięty szydłem doskoczył do prezesa i 

wydarł mu szklankę, z której ten stojąc przy kranie pił wodę.

- Tu już pan się nie zagazujesz, dosyć tego! W domu się będzie piło wodę.
- Trudno, chociaż umieram z pragnienia. Wobec tego pozwoli pan, że ureguluję należność za te 

jazdy, opiekę, no i to czyszczenie.

- Należy się za dwa kursy na Muranów i tu. Co do mycia i temuż podobnież to jesteś pan mojem  

gościem. Jak pan chce, koleżka może pana podrzucić do domu. Będzie się należało za trzy kursy.

Prezes był trochę speszony.
- Bardzo przepraszam, nie chciałem pana urazić. Wobec tego dziękuję pięknie i jedziemy. Chociaż 

chętnie bym tu pozostał.

- Rozumiem. Dziunia!
- A skąd pan zna moją żonę? - zdziwił się niezmiernie prezes.
- Sam mnie pan dużo dzisiaj w nocy o niej opowiadał.
- Możliwe - powiedział smutnym głosem prezes, uścisnął dłoń Maniusiowi i wyszedł za Staśkiem z 

opuszczoną głową.

- Zresztą pojade z wami, czego tu będę siedział. I tak już nie usnę, nerwy mnie na to nie pozwolą.  

Już, teraz, zaraz, chciałbym lecieć szukać tej walizki, tego łobuza w zakonnem kapturze.

Siedząc już w taksówce prezes Perpendykiel podał kierowcom adres:
- Bareicka. Bielany. 
Maniuś obejrzał się.
- Ale czy na pewno?
- Czy na pewno Bielany?
- Nie, czy na pewno pan tam jeszcze mieszka. Bo podobnież lubi się pan przeprowadzać.
-   No   tak,   tu   mieszkam   stosunkowo   niedawno   i   czasem   się   mylę.   Ale,   ale   -   powiedział   chcąc 

zagadać   niemiłą   kwestię   -   panowie   coś   mówili   o   cynku,   czy   macie   jakieś   możliwości   na   blachę 
cynkową, bobym wziął trochę. O przydział trudno, a ja potrzebuję stale dla spółdzielni, której jestem 
prezesem.

- Nasz „cynk" nie nadaje się do lewych transakcji. To jest, uważasz pan, znak, wiadomość, można 

powiedzieć, którą u nas jeden szoferak drugiemu na mieście odpala, aż dojdzie do tego, kogo się 
szuka.

- Tak, teraz zrozumiałem - powiedział porezes, pogrążając się w ponurej zadumie.
Było to prawdodpodobnie związane ze zbliżaniem się do Bielan, gdzie na ulicy Barcickiej stał cały  

szereg domków jednorodzinnych.

Prezes   wskazał   jeden   z   nich,   zapłacił   i   z   ciężkim   westchnieniem   zniknął   za   furtką.   Nie   zdążył  

Maniuś   zapuścić   motoru,   gdy   z   wnętrza   ślicznego   różowego   domku,   o   wesołych   zielonych 
okiennicach, rozległ się huk jakby rozbitej doniczki.

- 85 - 

background image

-   Oho,   prezes   przekroczył   barierę   dźwięku.   Już   łomot   od   Dziuni   dostaje   -   zauważył   spokojnie 

Piskorszczak.

- Nic nie szkodzi, wart tego pijaczyna Boża. Dał mnie wczoraj w kość. No, pojechali! - dodał Kitajec i  

ruszyli.

Na Żoliborzu wsiadło trzech spieszących się do biura urzędników. W lusterku widział Maniuś, jak  

robili cichą składkę na opłacenie kursu.

Na   rogu   Miodowej   urzędnicy   wysiedli   i   jak   spłoszone   stadko   wróbli   rozbiegli   się   w   różnych 

kierunkach. Stasiek poszedł na plac Teatralny, gdzie na ósmą umówił się ze swoim zmiennikiem, żeby 
odebrać dekawkę i kasę.

Maniuś   stanął   na   stacji   przed   Domem   Literatów   i   rozmarzył   się   o   zającu   w   śmietanie.   Miał   w 

niedzielę do wyboru aż dwa. Na jednego zaprosił go do Anina wesoły malarz, drugiego przygotować 
miała Karaluchowa. Nie wiedząc nic o sławie kulinarnej mistrza Zaruby, był stanowczo zdecydowany 
skorzystać z drugiego zaproszenia.

„Zawsze co kucharka, to kucharka, u malarza może być zając na pokoście. Kto jego tam wie" - 

myślał.

Ale w cichości ducha przyznawał się sobie, że inna jeszcze przyczyna zdecydowała o wyborze. Co  

tu dużo gadać, u Karaluchowej była Danka.

Dwa   dni   do   niedzieli   zleciały   Maniusiowi   jak   z   bicza   strzelił.   Jazdy   było   dużo,   Warszawa   po 

pierwszym zamieniła się na trzy dni w prawdziwe miasto milionerów. Szoferzy zaczęli przebierać w 
pasażerach   jak   w   ulęgałkach.   Mimo   tego   ruchu   nie   zapomniał   Kitajec   ani   na   chwilę   o   tropieniu 
Szerloka. Wszystkim kolegom opowiedział już o czarnej walizce i prosił o „dawanie baczenia".

W niedzielę  wyświeżeni  jak lalki  pojechali razem  z Piskorszczakiem  na Służewiec o drugiej  na 

obiad. Mieli dla Danki butelkę czerwonego wina i pakę ciastek dla dzieciaków.

Niestety,   los   zgotował   im   zrtowu   fatalną   niespodziankę.   W   mieszkaniu   zastali   lekarza,   który 

zbadawszy Dankę orzekł obustronne zapalenie płuc i doradził możliwie najszybsze przewiezienie do 
szpitala.

Wystąpiły komplikacje spowodowane prawdopodobnie ową zimną kąpielą w Wiśle. Chora miała 

wysoką gorączkę. Chwilami majaczyła, wzywając ojca. Nie jedli nawet obiadu. Tyle tylko, że Apolonia 
zawinęła im w papier pół pasztetu.

Wymościwszy   pierzynami   warszawę,   otuloną   w   kołdrę   Dankę   zawieźli   do   szpitala   Akademii, 

dawniej Dzieciątka Jezus, na ulicę Lindleya. Dzięki wymowie Maniusia udało im się umieścić ją od 
razu, i to w czteroosobowym pokoiku. Stasiek pojechał do Aniołków powiedzieć, że tak a tak. Kitajec 
został na korytarzu. Chodził tam i z powrotem nie mogąc sobie znaleźć miejsca.

Po   godzinie   nadjechali   Aniołkowie.   Odbyli   konferencję   z   młodym   sympatycznym   lekarzem 

dyżurnym, po czym pan Konstanty wziąwszy na bok Maniusia powiedział:

- Może być klops. Po mojemu trzeba pchnąć telegramę po starego.
- Nie uwierzy,-nie przyjedzie.
- Szpital musi wysłać.
- Chyba że tak.
Ponieważ jednak lekarz dyżurny nie zgodził się na wysłanie urzędowej depeszy, załatwili to sami. Z 

poczty na Poznańskiej odszedł wkrótce do Orlikowa pilny telegram. „Córka u Dzieciątka Jezus. Jest 
niedobrze, przyjeżdżaj pan zaraz, bo będziesz pan żałował. Główny ordynator doktor Aniołek".

- Może jeszcze dodać, że forsa się znalazła - doradził Maniuś.
- Nie, jeżeli nie przyjedzie tak, to zwierz, nie człowiek i nie ma sobie z niem co zawracać głowy.
Ale widocznie powaga naukowego tytułu, a możei przebudzony wreszcie głos ojcowskiego serca 

sprawiły, że stary fotograf przyjechał. Zjawił się w szpitalu z groźną i ponurą co prawda miną, ale na 
widok   leżącej   na   łożu   nieprzytomnej,   spalonej   gorączką   córki   załamał   się,   łzy   jak   groch   wielkie 
potoczyły mu się po policzkach i zatrzymały się na staroświeckim czarnym krawacie zawiązanym w 
artystyczny, fantazyjny fontaź.

I wówczas stał się cud, Danka otworzyła oczy, wyciągnęła do niego rękę i szepnęła:
- Tatusiu!
Tego nie wytrzymał, upadł na kolana obok jej łóżka i począł tulić małą wychudłą rączkę,
Przeczekawszy dyskretnie tę scenę za drzwiami Maniuś i Aniołek, którzy byli właśnie w szpitalu, 

zbliżyli się do łóżka.

- 86 - 

background image

- Pan pozwoli się zapoznać. Aniołek się nazywam.
Fotograf uścisnął mu dłoń serdecznie.
- A to pan doktór... Bardzo dziękuję.
- Doktór nie doktór, gront, że jest lepiej, a o to się właśnie rozchodziło.
- Bardzo, jestem wdzięczny za opiekę nad moim dzieckiem - mówił wzruszony ojciec, ocierając 

oczy, i nagle poznał Maniusia.

-  Zaraz...   przepraszam,  a  to  kto?  Przecież  to  ten  był  z  drugim  jeszcze   w moim  zakładzie...  to  

oszust... pieniądze ukradł... kwitariusz...

- Chwileczkie, panie szanowny - przerwał mu Aniołek. - Czy te rzeczy zostali odesłane?
-   No   tak,   ale   mimo   to   było   oszustwo,   nabrali   mnie.   Jakaś   tajemnicza   machlojka...   Ja   go   każę  

aresztować!

- Ależ, tatusiu, pan Marian to dla mnie... - słabym głosem zawołała z łóżka chora.
-   Tatuśku,   tylko   spokojnie,   zaraz   wszystko   panu   wytłomaczę,   tylko   wyjdziemy   do   sieni,   bo   nie  

można tu krzyczeć w obecności chorych - gorączka jem się od tego może podnieść - łagodził Maniuś.

Z trudnością wyprowadził wreszcie starego na korytarz i tam mówił dalej:
- Nawet dużo nie będę opowiadał. Tylko zaznaczę, że jakbyśmy nie zrobili z pana szanownego z 

koleżką   tak   zwanego   indyka,   tobyś   pan   dostał   swoje   dwadzieścia   patyków   może   na   sądzie 
ostatecznym, i to nie na pewno, A tak, proszę.

Tu Maniuś podał książeczkę oszczędnościową.
- Co to jest?
- PKO. Pewność i zaufanie, książeczka na pańskie nazwisko. A w niej proszę rzucić okiem - wpłata 

20 kawałków. Zgadza się?

- No dobrze, ale co to znaczy, co to za pieniądze?
- Odebrane Psztykowi.
- Jakiemu Psztykowi! Nie znam żadnego Psztyka.
- A Wiśniewskiego pan znasz? To jest właśnie Psztyk. Bo Psztyk nadużył nazwiska Wiśniewskiego. 

I chcąc nakryć Psztyka musieliśmy znaleźć Koziołka.

- Jakiego znowu Koziołka?
- No tego, coś mu pan główki pozamieniał, a żeby znaleźć Koziołka, któren nam pomógł złapać 

Psztyka   i   odebrać   pieniądze,   musieliśmy   mieć   adresy.   A   żeby'   mieć   adresy,   musieliśmy   dostać 
kwitariusz. A żeby dostać kwitariusz, byliśmy zmuszone z pana szanownego parasola zrobić. Jasne?

- Nic a nic z tego wszystkiego nie rozumiem.
- Nie takie ważne, rozchodzi się o to, że forsa jest nazad w domu, czyli że do córeczki nie możesz 

pan   mieć   najmniejszej   pretensji   materialnej.   Trudno   -   wleciała,   w   bajer   ją   wziął,   a   muszę   panu 
powiedzieć, że to był duży pod tem względem artysta, dwanaście razy żonaty, dwadzieścia cztery 
zaręczony. To pan chciałby, żeby panna Danka była cwańsza od trzydziestu sześciu innych kobiet, w 
tem licznych wdów i rozwódek? W jaki sposób to było możliwe? Ale mniejsza o nie. Ten sinobrody, 
czyli czterdzieści razy żonaty, został przez nas uziemniony i w Warszawie się nie pokaże.

- Zabiliście go? - spytał ponuro fotograf.
- Nie, to znowuż byłaby przesada. Dostał przyzwoite manto i grzywnę.
- Szkoda.
- Sami żałujemy, ale dosyć o niem. Przebaczasz pan córeczce i możesz pan przyobiecać więcej o  

tem z nią nie rozmawiać?

Stary Rubens stał milcząco z wzrokiem wbitym w ziemię.
Maniek wyciągnął doń rękę.
- No, faterek, blat i idziem do Danusi.
- Jeszcze  jedno, chciałbym się nareszcie dowiedzieć, skąd pan, skąd wy wszyscy znacie moją 

córkę? - zatrzymał się na progu.

- To już ona panu osobiście kiedy opowie, bo to dłuższa historia w czterech tomach z prologiem i 

epilogiem - odparł Maniuś przepuszczając go w drzwiach.

- 87 - 

background image

W chorobie Danki nastąpił w dniu przyjazdu ojca przełom. Groźne niebezpieczeństwo minęło, ale 

fotograf nie wyjechał tak zaraz do Orlikowa. Został w Warszawie przez cały tydzień i, co najciekawsze, 
zamieszkał w Alejach u Maniusia.

Dał się na to namówić stosunkowo łatwo, przede wszystkim jako stary prowincjał nie uznawał hoteli, 

w obcym mieście nocując zawsze u krewnych lub znajomych.

O miejsce w hotelu nie było zresztą łatwo. A poza tym nie cierpiał niepotrzebnych wydatków.
Czuł się w szoferskim mieszkaniu doskonale, zaprzyjaźnił się z obydwoma lokatorami i na swój 

ponury sposób okazywał im wdzięczność. W głębi duszy nie mógł im jednak darować tego bobrowania 
po szufladach kantorka w Orlikowie i irytował go zwłaszcza Stasiek, którego stale nazywał Ambrożym.

Gdy po tygodniu wyjeżdżał, Danka była już rekonwalescentką i za parę dni miała się przenieść z 

powrotem do Karaluchowej, a po całkowitym dojściu do zdrowia objąć posadę w zarządzanym przez  
Konfiteora zakładzie pogrzebowym. O powrocie do Orlikowa ze względu na miejscowych plotkarzy nie 
było   na   razie   mowy.   Właściciel   „Foto   Rubens"   zostawił   więc   córce   trochę   pieniędzy   i   wyjechał 
zabierając nienaruszoną książeczkę oszczędnościową.

Życie znowu potoczyło na naprzód. Szoferzy jeździli, Maniuś prowadził dalsze poszukiwania, ale 

mimo   starannych   obserwacji   dworców   i   lotniska   na   Okęciu   przez   grono   kolegów   nikt   z   nich   nie 
zauważył nigdzie czarnej walizki z żółtymi winklami.

Po   dwóch   mniej   więcej   tygodniach   adwokat   Zagórski   zawiadomił   Maniusia   i   wszystkich 

zainteresowanych,  że  został wyznaczony termin rozprawy głównej ó kradzież obrazów z Muzeum 
Szczecińskiego.

Zagotowało  się w szoferskim  światku.  Maniuś i Piskorszczak  jeździli  teraz bez przerwy  między 

zespołem a „Piramidonem", między warsztatem antykwarskim profesora Kijanki na Starówce i galerią 
obrazów Miętusa na Bazarze Różyckiego, montując obronę, instruując świadków dotychczasowych i 
zdobywając nowych.

Niestety, byli to wszystko świadkowie na okoliczność moralnego oblicza oskarżonych. Ich alibi nikt 

nie mógł ustalić. Bez znalezienia prawdziwych sprawców włamania nie było ono do ustalenia.

Nadszedł wreszcie dzień rozprawy. Ulica Leszno przed sądami zatłoczona była całkowicie przez 

taksówki   zarówno   prywatne,   miejskie,   jak   i   spółdzielczego   przedsiębiorstwa   przewozu   pasażerów. 
Oskarżeni wszędzie mieli sympatyków, świadkowie stawili się również przeważnie swoimi pojazdami. 
Trudno było tego dnia na mieście o taksówkę.

Na sali zasiadł sam kwiat branży komunikacyjnej, liczni przedstawiciele sfer handlowych Bazaru 

Różyckiego   ze   względu   na   osobę   mistrza   Miętusa,   kilka   osób   z   byłej   arystokracji   rodowej,   które  
sprowadzała   obecność   na   ławie   oskarżonych   hrabiego   Rogera   Mokrobrodzkiego,   eks-właściciela 
klucza majątków Koziedubki (przez be).

Na   obszernym   korytarzu   oczekiwała   rzesza   doborowych   świadków   odwodowych   z   państwem 

Aniołkami na czele.

Adwokaci w togach wchodzili i wychodzili z sali. Nagle przy wejściu zaczął się jakiś większy ruch. 

Pod eskortą milicji weszli oskarżeni, doprowadzeni z więzienia, to jest Jumbo i Szmaja. Obok nich 
zasiedli   odpowiadający   z   wolności   lekko   pochylony,   uśmiechający   się   do   znajomych   hrabia   oraz 
sztywny, uroczysty, wyraźnie obrażony profesor Julian Kijanka.

Na widok Jumby poruszyły się wszystkie głowy, a z trzeciej ławki dał się słyszeć donośny głos 

kobiecy:

- Jasiu, nic się nie bój, ja tu jestem!
To wołała żona Jumby, czyli pani Apolonia Karaluchowa, która dodawszy otuchy mężowi opadła na 

ławkę zalewając się łzami. Siedząca obok niej elegancko ubrana, bardzo przystojna pani przygarnęła 
ją bardzo serdecznie do siebie i zaczęła usilnie pocieszać. Była to mecenasowa Zagórska, czyli po  
prostu Hania. Hania kryła się nieco za siedzące przed nią osoby, żeby nie peszyć męża podczas 
obrony.

Andrzej, świetnie się prezentujący w czarnej eleganckiej todze, zajął wraz z jakimś młodym kolegą  

miejsce przed oskarżonymi i udawał, że z całym spokojem oczekuje wejścia sądu.

Wreszcie rozległ się dzwonek.
- Proszę wstać, sąd idzie - zawołał sakramentalnie stary, dostojny woźny.
Sąd  zasiadł i przewodniczący rozpoczął  czytanie  aktu,  mocą  którego  wszyscy  czterej podsądni 

oskarżeni byli o dokonanie, działając w zmowie, zaboru trzech cennych obrazów olejnych itd.

- 88 - 

background image

Na pytanie, czy przyznają się do winy, wszyscy kolejno odpowiedzieli: „nie". Z wyjątkiem Szmai, 

który zawołał:

- Do kogo ta mowa?!
Zgromiony   przez   sędziego   wyraził   skruchę   i   wytłumaczył   się,   że   „nie   zna   tutejszej   ustawy,   bo 

pierwszy raz znajduje się pod paragrafem, i to w dodatku za nie jadł, nie pił".

Po wyczerpaniu tego incydentu i załatwieniu szeregu różnych formalności przystąpiono do badania 

świadków. Jednym z pierwszych był pan Miętus, któremu oskarżeni sprzedali pochodzący z włamania 
do Muzeum obraz, przedstawiający „Damę z tulipanem".

- Czy oskarżeni, powierzając świadkowi ten obraz, domagali się przeróbek, jakie świadek potem 

uskutecznił w postaci domalowania różnych elementów? - zapytał go prokurator.

- Niczego się nie domagali, bo wcale o tem nie wiedzieli, panie szanowny odpowiedział z godnością 

pan Miętus.

- Wobec tego, po cóż świadek te elementy domalowywał?
- Po pierwsze, żadnych elementów nie domalowywałem, bo dopieru bym leżał, panie szanowny.
- Proszę mówić do wysokiego sądu - zwrócił mu uwagę prokurator, wskazując na trybunał.
- Proszę bardzo - zgodził się chętnie Miętus i odchrząknąwszy wygłosił następujące przemówienie:
- Wysoka Obdukcjo, o wiele  bym domalował do gołej kobiety, która leżała na tem obrazie, tak 

zwany   element,   to   znaczy   się   oprychę,   chuligana   czy   innego   bikiniarza,   otrzymałbym   obraz 
niedozwolony pod względem niemoralriości publicznej i mógłbym mieć poważne przykrości milicyjne, 
bo interes mój znajduje się w miejscu publicznem, dostępnem dla dzieci i uczącej się młodzieży.  
Dlatego   tyż   żadnego   elementa   nie   domalowałem,   tylko   Pałac   Kultury,   dwa   łabędzie,   most 
Poniatowskiego, parę kwiatków i temuż podobnież.

- Więc w jakim celu pan to w ogóle robił?
- W zwyczajnem celu, żeby mieć spokój w interesie. Goła kobieta tyż czasem wystarczy na dobry 

protokół.   Przed   wojną   o   mały  figiel  nie   wpadłem  przez  Adama   i   Ewe.   Wystawiłem   na  Kiercelaku 
olejodruk religijny pod tem tytułem. Z przodu Adam i Ewa, z tyłu aniołowie z trąbamy. Obraz był bez  
zarzutu z tem wyjątkiem, że Adam był zanadto detalicznie odrobiony. Ewa miała listek, a o Adamie 
drukarnia   zapomniała.   Przodownik   się   przyczepił   i   musiałem   mocno   całą   sprawę   przez   bufet 
przeprowadzić,   zaczem   protokół   podarł.   Jako   człowiek   z   życiowem   doświadczeniem   wolałem   tej 
damie z tulipanem domalować jeszcze także samo kostium kąpielowy i czepek, żeby już mieć pełną  
gwarancję.

-   Dobrze,   a   w   jaki   sposób   obraz   tak   przez   świadka   przerobiony   znalazł   się   następnie   w  

antykwariacie, stanowiącym własność oskarżonego Kijanki?

- Tego nie mogę wiedzieć, pana Pijawki nie znam. Przyszedł do mnie pan Szmaja z obywatelem 

Murzynem oraz z panem Kitajcem, oddali mnie moje pieniądze i te dane arcydzieło sztuki zabrali 
nazad.

- Ja nie mam więcej pytań - skłonił się sądowi prokurator.
- Ja również - zrobił to samo adwokat Zagórski.
- Proszę wezwać świadka Kondrackiego - podniósł głowę znad papierów przewodniczący.
Woźny wyszedł, wśród publiczności rozległy się szepty:
- Kitajec... Kitajec... Teraz Kitajec gadkie założy. 
Po chwili woźny zjawił się z powrotem.
- Świadek Kondracki nieobecny, wysoki sądzie.
- Ale był!
- Był,  wysoki sądzie,  parę minut temu  wyszedł  pospiesznie  ze  świadkiem Piskorskim, podobno 

otrzymał jakąś ważną wiadomość.

Wśród publiczności zawrzało. 
- Uciekli, uciekli oba. Zdrefili.
- Jakie tam „uciekli"! Kitajec musiał dostać cynk! 
Rozprawa potoczyła się dalej. Zeznawał świadek odwodowy Aniołek.
A   tymczasem   Maniuś   ze   Staśkiem   przekraczając   ustawicznie   dozwoloną   szybkość   pędzili   na 

Bracką do Orbisu.

- 89 - 

background image

XXIV.

Prezes Perpendykiel, stojąc wśród grona podróżnych czekających na autokar do Wiednia, w lokalu 

Orbisu na MDM-ie z nudów odczytywał nalepki na ustawionych pod ścianami walizkach. Niektóre mu 
imponowały jak np. „Grand Hotel, Sidney, Australia", czy „Ermitage - Montevideo", choć podejrzewał, 
że pochodziły ze znanej kolekcji wyciętej z „Przekroju". Inne go zadziwiały, jak „Hotel Ambasador - 
Kutno", ale jedna szczerze rozśmieszyła: biały napis na czerwonym tle opiewał „Polish Ham" „With 
natural   Juices".   Nalepka   była   okazała   i   stanowiła   etykietę   zdjętą   z   kilowej   puszki   polskiej   szynki 
eksportowej. Barwna jej podobizna królowała wśród innych motywów skomplikowanego rysunku. Na 
czarnym   lakierowanym   lśniącym   tle   walizki,   wśród   podniszczonych   szarawych   nalepek   hoteli 
bułgarskich i rumuńskich szynka wyglądała wspaniale i prezes, który z powodu męczącego go dotąd 
fatalnego kaca był bez śniadania - nie mógł oderwać od niej oczu. Przyglądał się czarnemu lakierowi 
walizki, jej żółtym narożnikom i paskom i jak przez mgłę sobie przypominał, że ktoś nie tak dawno mu  
o takiej walizce  mówił.  Ktoś ze znajomych jej poszukiwał,  ale kto to był, ani rusz nie mógł sobie  
przypomnieć.   Żeby   się   nie   męczyć,   prezes   odszedł   w   drugi   koniec   sali   i   zajął   się   studiowaniem 
wiszącego na ścianie rozkładu jazdy pociągów podmiejskich węzła warszawskiego.

Ale   walizka   ciągnęła   go   ku   sobie   z   jakąś   tajemniczą   nieprzepartą   siłą.   W   pewnym   momencie 

odwrócił głowę i ujrzał obok niej wysokiego szatyna na lekko- wygiętych nogach, ubranego w brązową 
węgierską burkę z kapturem.

I nagle przypomniał sobie, że przecież o takiej walizce, o takim facecie „na pająkowatych nogach" z 

zakonnym kapturem mówili, ci sympatyczni szoferzy, u których nocował wtedy w Alejach.

Prezes był  uszczęśliwiony,   bo  od dawna  trapiła  go  obawa  utraty pamięci,  przepowiadana  stale 

przez żonę.

A tu proszę, przypomniał sobie taki drobiazg jak czarna walizka z żółtymi winklami. Z pewną dozą  

sympatii zaczął się przyglądać podróżnemu w płaszczu z kapuzą.

Ale raz odzyskana pamięć zaczęła mu podsuwać nowe szczegóły. Przecież szoferzy mieli jakąś 

pretensję do tego człowieka. On tę walizkę, zdaje się, im ukradł i umawiali się, że kto by go gdzie 
spotkał, ma dać „cynk" taksówkarski do „Japończyka".

A ten „Japończyk" to bardzo porządny facet, nie zostawił go na ulicy, nie dopuścił do co najmniej  

okradzenia. Trzeba dać mu ten cynk.

Zachwycony sprawnością swego  umysłu wybiegł na ulicę i rozpoczął gorączkowe  poszukiwanie 

taksówki. Udało mu się to wreszcie. Rozpaczliwymi ruchami zatrzymał przejeżdżającą nową paradną 
wołgę z pasażerem i przypadł do kierowcy:

- Panie drogi, czy pan zna szofera „Japończyka"?
- Nie znam takiego.
- Zaraz, może ja się myle... może Pekińczyka?
- Takiego tyż nie znam.
- To straszne... jak on się nazywał... może Chińczyk?
- A nie Kitajec czasem? - pytał lekko już zniecierpliwiony szofer.
- O właśnie, Kitajec, jaki pan inteligentny. Otóż drogi panie, idzie o to, żeby pan przez kolegów 

przekazał mu wiadomość: „Żółta walizka jest w Orbisie na Brackiej". To dla niego bardzo ważne.

- Cynk dać mogie, ale czy dojdzie, nie zaręczam.
- Właśnie o cynk chodzi, tylko o cynk.
Wołga odjechała, a prezes dumny z siebie wracał do Orbisu i myślał: A Dziunia mówi, że ja cierpię 

na zanik pamięci. Jednego tylko Kitajca nie zapamiętałem.

Nie spuszczał z oka podróżnego z czarną walizką przez cały czas pobytu w Orbisie, stanął obok  

niego na ulicy podczas załadowania, obserwował go wewnątrz autokaru, wyglądając co chwilę na 
ulicę, ale Kitajec nie nadjeżdżał.

Upłynęła godzina, zbliżał się czas odjazdu, Kitajca nie było.
Prezes zastanawiał się nawet, czy samemu nie wezwać milicji, ale zorientował się, że właściwie nic 

nie wie konkretnego, a może w ogóle się pomylił.

Wreszcie przyszła jego pora i autokar ruszył w drogę do Katowic,  a stamtąd dalej do Wiednia, 

wioząc  wycieczkę   z Polski na festiwal muzyki symfonicznej. Prezes  wprawdzie  udawał się  tam w 

- 90 - 

background image

sprawie   kiszek   baranich   dla   swojej   spółdzielni,   ale   obiecywał   sobie,   że   jeden   wieczór   poświęci 
muzyce, na „Wesołej wdówce" w wiedeńskiej Operetce.

Kierowca wołgi dotrzymał słowa, puścił w ruch cynk dla Maniusia, ale zanim depesza przez piąte 

usta dotarła na Leszno do kuluarów sądu, autobus dawno już minął Rawę Mazowiecką.

Aczkolwiek telegram mówił o żółtej walizce, Maniuś złożył to na karb normalnych zniekształpeń, 

jakim depesze ulegają w drodze, i bez namysłu skinął ręką na Staśka. Wybiegli pędem z sądu, wsiedli 
w warszawę i w kilka minut znaleźli się na Brackiej.

Żadnych waliz tam nie było, ale Maniuś szybko rozpytał się po okienkach i zdobył informację, że  

podróżni z bagażem odjeżdżają zwykle z oddziału na MDM.

Wpadli na MDM, też pustka, jednak ognista brunetka z działu Pensjonaty i Hotele poinformowała 

ich, że odszedł niedawno stąd autokar do Wiednia przez Katowice, zabierając wycieczkę z walizkami.

Skoczyli   do   wozu,   klnąc   po   drodze   w   żywy   kamień   różnych   prywatnych   „baranów",   którzy   im 

zagradzali drogę, znaleźli się wreszcie na szosie, ale żaden z mijanych PKS-ów nie wiózł wycieczki do 
Wiednia. Minęli Tomaszów i nic.

A tymczasem na Lesznie rozprawa toczyła się dalej. Zeznania pana Aniołka nie wniosły co prawda 

nic  nowego   do   sprawy,   ale   starał   się   on   w   jak  najbardziej   jasnych   kolorach   odmalować   moralne 
sylwety oskarżonych.

Ponieważ   usłyszał   kiedyś   w   przemówieniu   jakiegoś   adwokata   zwrot,   że   „sąd   jest   najwyższym 

ekspertem", zeznanie swoje zaczął od słów:

- Najwyższa Ekspertyzo! Wszystkich czterech oskarżonych znam detalicznie i na wylot. Jeżeli się 

rozchodzi  o takiego na przykład  obywatela  Wacława  Piskorskiego,  czyli Szmaję,  jak sama  nazwa 
wskazuje, jest on jednostką upośledzoną. Znaczy się, zamiast prawej ręki posługuje się lewą swoją 
końcówką górną. Rzecz jasna, że nie przeszkadza mu to w prowadzeniu samochodu, forsę także 
samo lewą ręką przejąć można. Jak nasz poucza kultura i nauka, czyli tak zwana wiedza ścisła, lewą 
ręką nawet pisać kaligraficznie można. Był, proszę Wysokiej Ekspertyzy, przed wojną w Warszawie 
hrabia Plater, który urodził się bez rąk i nogami pisał, grał na fortepianie, gotował na gazie, robił na 
drutach.

- Do czego właścicie świadek zmierza, cóż to ma wspólnego z oskarżonym Piskorskim?
- To ma wspólnego, najwyższy sądzie, że tak jak hrabia Plater nie mógłby do muzeum w Szczecinie  

włamać się nogami, nie mógł tego zrobić Szmaja lewą ręką. Otwarcie precyzyjnego zamka na cztery  
cuhalty zwyczajnem wytrychem to nie jest gra na fortepianie, proszę wysokiego sądu, to wymaga 
nadzwyczajnego   wyczucia   w   palcach,   a   co   lewa   ręka,   żeby   nie   wiem   jak   wyrobiona,   to   zawsze  
jednakowoż lewa.

- Niech świadek wyciąganie tego rodzaju wniosków pozostawi sądowi. Proszę mówić, co świadek 

wie o dotychczasowym prowadzeniu się oskarżonych.

- Są wyjątkowo nieporuszne. Może najwyższy sąd całą swoją pensję zostawić tu na tem sądowym  

bufecie   i   wszyscy   możem   wyjść,   złotówka   nie   zginie,   ja   odpowiadam.   Dotyczy   się   to   jednakowo  
oskarżonego   Szmai,   jak   i   Jumba,   czyli   Jana   Chrzciciela   Karalucha.   Murzyni   są   w   ogóle   mało 
kradnące, a Jumbo tyle zarabiał, że mógłby każdego z nasz kupić. Jako właściciel taksówki miał dobry  
dochód z licznika i poważne boki.

- Panie  Aniołek,  żebym  ja  pańskich boków z restauracji na  Pradze  nie policzyła   - odezwał  się  

wzburzony głos kobiecy spośród publiczności.

- Proszę o spokój - surowo powiedział sędzia. - Kto to się tam odzywa?
- To pani Karaluchowa, żona oskarżonego - wyjaśnił z pełnym politowania uśmiechem świadek. - 

Jako kobieta nie rozumie, że tu się rozchodzi o alibi dla męża.

- Tak, alibi, alibi, a potem z alibiego przyjdzie domiar.
- Proszę być cicho, bo każę opuścić salę. Niech świadek mówi dalej.
-   Co   się   dotyczy   bywszego   hrabiego,   to   znam   go   od   powstania.   Restaurację   żeśmy   razem   w 

Kozichdupkach prowadzili - kasa zawsze nam się zgadzała. Potem podobnież jako derektor PGR-u 
troszkie siedział, ale który derektor nie siedział?! Ja o takiem nie słyszałem. Pan obywatel Kijanka 
także   samo   bardzo   porządny   człowiek.   Kiedyś   się   zatrudniał   u   hrabiego   w   charakterze   męskiej 
pomocy domowej i podobnież cygara za prędko hrabiemu wychodzili, ale za rękie nikt pana Luliana  
nigdy nie złapał. Zresztą co cygara, to nie obrazy olejne. A w ogólności, proszę sądu wysokiego, czy  

- 91 - 

background image

opłacałoby się jem dla paru lanszaftów tłuc się w nocy do Szczecina, czy nie mamy w Warszawie 
swojego Muzeum, z którego dałoby się chyba na upartego coś niecoś wybrać, nawet na zagraniczny 
eksport? Sam tam widziałem nieduży nawet obrazek - „Kobieta z wiewiórkom" zdaje się.

- Wystarczy, dziękuję - powiedział przewodniczący. - Czy strony mają pytania dla świadków?
- Ja mam - podniósł dłoń- prokurator. - Niech świadek powie sądowi, czy widział kiedy osobnika 

nazywanego Szerlokiem?

- Widzieć go nie widziałem, ale znam go detalicznie ze słyszenia.
- I od kogóż to świadek o nim słyszał? Pewnie od oskarżonych, bo tylko oni go widzieli. I nikt więcej! 

- dodał prokurator z ironicznym uśmieszkiem.

- Jak  to  nikt  więcej,   a Kitajec, a  Stasiek?  - zawołał  oburzony pan  Aniołek patrząc  pytająco  na 

adwokata Zagórskiego.

Obrońca wstał i zwrócił się do sądu:
- Wobec nieobecności ważnych bardzo świadków Kondrackiego i Piskorskiego Stanisława, mam 

zaszczyt prosić o odroczenie rozprawy.

Przewodniczący pochylił się do ławników, chwilę z nimi poszeptał, po czym oświadczył:
- Co do tego wniosku obrony sąd poweźmie decyzję po wysłuchaniu świadków, którzy się stawili w  

dniu dzisiejszym. Świadek Śmieciuszko-Rypalska.

Pani Rypalska weszła na salę ubrana jak królowa mody zimowej.
Różowy, krótko strzyżony nylonowy miś opinał z trudem jej bujne kształty. Szyję otaczała etola w 

postaci żółtego lisa, trzymającego w chytrej, błyskającej rubinowymi oczami mordzie własny ogon.

Pod wielką papachą z dwóch co najmniej ostrowłosych terierów i jeżozwierza widniała twarz, na 

której czerwone wypieki walczyły zwycięsko z ceglastym różem „Przodownik" wyrobu Państwowych 
Zakładów Tłuszczowych w Zeglinku pod Radomiem.

Obrzuciwszy   półprzytomnym   wzrokiem   salę   pani   Rypalska   złożyła   głęboki   ukłon   przed   ławą 

oskarżonych i stanęła bokiem do sądu.

Woźny bez słowa ustawił świadka we właściwym kierunku, po czym padło sakramentalne pytanie:
- Co świadkowi wiadomo w tej sprawie?
Pani Rypalska przyglądała się sędziemu z wielkim roztargnieniem, nic nie odpowiadając.
- Co świadek Śmieciuszko chce powiedzieć sądowi? - powtórzył sędzia głośniej.
Pani Rypalska rozejrzała się dokoła i odpowiedziała wreszcie z wielkim zdziwieniem:
- Śmieciuszko już dawno nie żyje, proszę sądu najwyższego.
Sala wybuchnęła śmiechem.
- Proszę o spokój - rzekł surowo sędzia.
- Przecież pani się nazywa Smieciuszko-Rypalska, tak?
- Tak, proszę najwyższego sądu. Śmieciuszko to mój pierwszy nieboszczyk, a Rypalski drugi.
- Jest więc pani tu świadkiem, proszę mówić, co pani wie o tej sprawie.
- Wszystko, wszystko powiem, jak na świętej spowiedzi. Spodnie są te same, w piekle bym ich 

poznała. Co do „Szarlotki" to nie wiem, bo się na radiach nie znam. I po mojemu pan Kondracki źle 
zrobił, że nie dał znać do milicji, bo wszystko już by mieli, i jesionki, i garnitura, a tak sami szukają i co  
z tego? Ale bo to chciał mnie słuchać?

Sędzia słuchał zeznania świadka z coraz większym zdziwieniem, wreszcie przerwał:
-   Co   tu   świadek   opowiada   o   jakichś   spodniach,   o   radiu.   W   sprawie   nie   ma   mowy   o   takich 

przedmiotach.

- To nie o tę kradzież sprawa, a o co? Może o samochód? Jak o samochód, to ja nic nie wiem, bo  

mnie wtenczas w Warszawie nie było.

-   Nie   o   samochód,   tylko   o   „Damę   z   tulipanem"!   Czy   świadek   widziała   ją   kiedy   w   mieszkaniu 

oskarżonych?

-   Owszem,   raz   widziałam,   jak   przyszłam   po   wyżymaczkie,   a   potem   okazyjnie   na   ulicy   i   raz   u  

Aniołków.

- I u Aniołków też? - zainteresował się sędzia.
- Jak pana sędziego tu widzę, jak ten sądowy najwyższy kontuar mam tu przed sobą. Ale jaka ona  

tam dama! Ani to z pierzu, ani to z mięsa. Dziewczynina, powiadam panu sędziemu, z prowincji, z 

- 92 - 

background image

wiochy, że na oko trzech groszy zliczyć nie potrafi. Ale to ziółko diabelskie, przez nią się to wszystko 
porobiło, przez nią ten samochód zginął.  Przez nią Wacek Piskorski z Murzynem do tego całego  
Berlina pó obrazy pojechali. Niby to Szerlok ich napuścił, a kto jest Szerlok, jej narzeczony! Teraz 
chcą   ją   z   tego   wszystkiego   wypucować,   ale   ja   nie   dopuszczę,   ja   wszystko   wyświetlę.   Rubensa 
sprowadzę!

Sędziemu udało się wreszcie powstrzymać potok wymowy wdowy po dwóch mężach.
- Chwileczkę, świadek bardzo chaotycznie zeznaje. Czy tam były również obrazy Rubensa?
- Obrazów nie było, ale córka była.
- Sąd nic z tego wszystkiego nie rozumie, może strony zechcą zadawać pytania. Panie obrońco, to 

pański świadek.

Andrzej wstał, poprawił na sobie togę i zwrócił się do pani Rypalskiej.
-   Może   świadek   powie   wyraźnie   wysokiemu   sądowi,   jaką   to   damę   widział   w   mieszkaniu 

oskarżonych, kiedy przyszedł po wyżymaczkę. Czy to był obraz?

- Ale, obraz, nie wisz czasem!!! Święty obrazek niedługo z niej zrobią. Wszystkiem wam głowy 

zawróciła, wszyscyście charosze. I Wacka opętała, i pana Mariana, a teraz widzę, że jeszcze jest parę  
takich mężczyzn. Panie Zagórski, niech mnie pan za język nie ciągnie, żebym się czasem nie dała 
pociągnąć. Żona jest na sali.

Znowu rozległy się śmiechy wśród publiczności. Adwokat się zaczerwienił i rozłożył ręce.
Sędzia uderzył ręką w akta.
- Jak się świadek zachowuje, co to są za odezwania do adwokata!
- Panie sędzio kochany, wiem, co mówię. Pan Zagórski się na mnie nie obrazi, bo go znałam, jak 

jeszcze   tej   adwokackiej  pereliny  nie   nosił.   Sąsiadami  byliśmy  z  jednego   podwórka   na   Szerokiem 
Dunaju. Jeszcze do szkoły chodził, a ja już mężatką byłam. Wszystkich chłopów ta Rubensówna, jak 
chce, naobkoło palca obwija. Mnie tam nic do tego, ale o prawdę mnie się rozchodzi.

Bardzo  speszony Andrzej odstąpił świadka swemu koledze  i ten drogą  skomplikowanych   pytań 

zdołał wreszcie wyciągnąć z pani Rypalskiej wyraźne zeznania, że obrazu pt. „Dama z tulipanem" ani 
też żadnego z pozostałych dwóch nie widziała w mieszkaniu podsądnych. Miała na myśli wyłącznie 
ich   sublokatorkę   Danutę   Raczek,   którą   nazywa   Rubensówna,   tylko   z   tego   powodu,   że   ojciec   jej 
prowadzi zakład fotograficzny pf. „Foto Rubens".

Pani Rypalska jeszcze raz usiłowała wygłosić dłuższe przemówienie, żeby udowodnić demoniczny 

wpływ Raczkówny na tok wypadków, ale sędzia odebrał jej głos.

- Jak tak, to ja odraczam sprawę i na drugi raz sprowadzę handlarza z ciuchów, tego, co kupił od  

niej spodnie pana Mariana.

Ale sąd nie pozwolił się wyręczyć w prowadzeniu rozprawy, nie zaakceptował tego zarządzenia, a 

jego autorce kazał niezwłocznie opuścić salę.

Kiedy obrażona wdowa odgrażając się biegła z impetem do wyjścia, jakiś głos spośród publiczności 

zawołał za nią:

- Nie spiesz się pani tak, bo pani dno wyleci. 
Był to, zdaje się, głos pana Aniołka.
Po wyczerpującym wszystkich zeznaniu pani Rypalskiej sąd ogłosił godzinną przerwę, poświęconą 

głównie drugiemu śniadaniu.

Publiczność zmieszana ze świadkami wypełniła kuluary żywo komentując dotychczasowy przebieg 

procesu.

A tymczasem na szosie toczył się nadal dramatyczny pościg za autokarem pędzącym do Wiednia. 

Maniuś   denerwował   się   strasznie,   według   jego   obliczeń   dawno   już   warszawa   powinna   dogonić 
ciężkiego leylanda wiozącego wycieczkę. A tu już zbliżali się do Częstochowy, a na szosie ani widu,  
ani słychu.

- Zdaje się, będziemy się musieli pomodlić do Bozi, żeby chłopaki dostali wyrok z zawieszeniem, i  

to wszystko - mówił rozgoryczony Stasiek.

- Co ty barłożysz, musiem ich dogonić, chyba że pojechali na Radom - Kraków - denerwował się 

Maniuś.

- W jakiem celu?
- A bo ja wiem, może szofer ma narzeczoną w Pacanowie?

- 93 - 

background image

- A może to w ogólności lipa. Może zostaliśmy napuszczone na wode przez kogo. Bo tak fakt 

faktem, to faktycznie nie wiemy, kto podał ten cynk.

- Pewnie który z chłopaków.
- Może jaki dowcipny.
-   Za   taki   kącik   humoru   można   sobie   ze   sześć   miesięcy   poleżeć   na   chirurgicznej   sali   u 

Przemienienia Pańskiego.

- No tak, ale musiałbyś go najpierw znaleźć.
-   Nie   denerwuj   mnie,   dobrze?   Ta   czarna   Orbisiaczka   też   na   lipę   powiedziała,   że   autobus   do  

Wiednia niedawno odjechał?

-   Odjechał   na   pewno,   tylko   nie   wiadomo,   czy   tam   jest   walizka   z   Józefem,   opylającym   zboże  

Filistynom, i Dawidek?

- Złapmy tylko autobus - powiedział Maniuś i nagle puścił kierownicę i prawą ręką ścisnął Staśka za 

kolano.

- Jest! Jest!
Daleko przed nimi ciężko gramoląc się pod górę, jak gruby niebiesko-żółty żuk, ukazał się pekaes.
- Gazu!!!
Maniek aż się położył na kierownicy wyduszając z warszawy ostatni dech. Odległość zaczęła się 

zmniejszać błyskawicznie.

Widać już było, że autobus jest nowy, elegancki, na dachu pod plandeką ma całą górę bagażu.
- Już jest nasz! - powiedział Maniuś i nagle nadstawił ucha, po czym zbladł jak płótno.
- Kicha! - szepnął bezdźwięcznie. - Wypluj te słowo.
- Nie pomoże. Siedziem. - Zaczął gwałtownie hamować. Ale za późno. Warszawa z jękiem opon 

zarzuciła na mokrej szosie. Zakręciła się dwa razy w miejscu jak bąk i wyskoczyła z szosy koziołkując  
po zaoranym podmarzniętym polu.

Autobus zniknął za kolejnym podczęstochowskim pagórem.
Jakiś rowerzysta, który to wszystko widział, podjechał. Stanął na skraju szosy, spojrzał i zasłonił 

sobie oczy.

XXV.

Rowerzysta,   to   odsłaniając   sobie   oczy,   to   znowu   zakrywając   je   ręką,   w   obawie   przed 

przerażającym obrazem, jaki tam ujrzy, zbliżał się powoli do leżącej na prawym boku warszawskiej 
taksówki.

O dziwo, samochód mimo dwukrotnego koziołka był cały, ale nikt z niego nie wychodził. Cyklista, 

odwracając co chwilę głowę, podszedł zupełnie blisko i wtedy ujrzał na pierwszym siedzeniu wozu  
dwa leżące, na sobie ciała. Przy czym ciało znajdujące się na wierzchu machało w jego stronę ręką,  
jakby przyzywając pomocy.

Dopadł do drzwi i wtedy stwierdził, że i drugie ciało żyje, bowiem wołało:
- Nie bój się pan, do cholery, nasz, otwórz nam drzwi, bo od dołu nie możem dać rady.
Ośmielony,   ucieszony   właściciel   stalowego   rumaka   wdrapał   się   na   karoserię   i   usiłował 

bezskutecznie walczyć z zatrzaśniętymi, leżącymi na płask drzwiami. Na szczęście nadjechała szosą 
ciężarówka z przyczepą wioząca robotników z jakiegoś PGR-u.

W   chwilę   później  ekipa   silnych   chłopów  podniosła   warszawę,   jak  trochę   tylko   cięższe   piórko,   i 

postawiła  na kołach. Okazało  się, że właściwie  miał miejsce autentyczny cud. Ani warszawie,  ani 
pasażerom nic, ale to nic absolutnie się nie stało.

Było tylko trochę kłopotu z wyciągnięciem maszyny z ornego pola, ale i temu za pomocą łańcucha i 

życzliwego kierowcy ciężarówki dano szybko radę.

Wyczęstowawszy parę paczek ekstramocnych wśród swoich wybawców, Maniuś i Stasiek szybko 

zmienili   przednie   koło   z   zupełnie   zharatanym   „kapciem"   i   ze   zdwojoną   energią   wznowili   szalony 
pościg.

- 94 - 

background image

Jadąc cały czas setką dogonili już prawie autokar pod Kłomnicami. Maniuś już wydawał Staśkowi 

instrukcje,   co   ma   zrobić   po   zatrzymaniu   leylanda,   gdy   nagle   po   bokach   szosy   wystrzeliły   słupki 
malowane w czerwone ukośne pasy z trójkątem zaopatrzonym w symboliczny czarny parkanik.

- Niech cię nagła krew, przejazd. Żeby nam tylko szlabanu nie zamkli.
- Zdaje się, że w złą godzinę żeś to powiedział, Maniuś, cieć podchodzi do kołowrotka.
- Może przeskoczem.
Widzieli, jak autobus przejechał przez otwarty tor. Potem na ich oczach dróżnik począł kręcić korbą 

i wielka drewniana zapora zaopatrzona u spodu żelazną kratą wolno, ale bez ustanku opuszczała się 
w dół. Zapadła prawie przed maską warszawy. Maniek wyskoczył na jedna stronę. Stasiek na drugą. 
Podbiegli do kolejarza.

- Panie szanowny, pociąg jeszcze daleko, podnieś pan na chwilkie tego patyka. Zdążem jeszcze.
Dróżnik nic na to nie odpowiedział, odwrócił się tyłem i majestatycznie zaczął się oddalać.
- Panie szanowny, my złodziei ganiamy, otwórz pan, damy dwie dychy.
- Za setkę tyż nie otworze, co pan chcesz mięsa przy poniedziałku narobić. Raz pociąg wyszedł ze 

stacji, szlaban ma być zamknięty, taki jest przepis wykonawczy.

- A daleko od tej stacji?
- Pięć kilometry.
- To byśmy zdążyli śpiewający. A jaki to pociąg ekspres, lux-torpeda?
- Towarowy - powiedział dróżnik i schował się do budki.
Pociąg był istotnie towarowy i jak twierdził Maniuś, składał się ze 120 wagonów. Przez cały czas  

jego przelotu Maniuś biegał wzdłuż szlabanu i układał niezmiernie misterne wiązanki z wyszukanych 
wyrazów obraźliwych. W bukietach tych było mnóstwo nowotworów językowych, obok archaizmów 
dawno wyszłych z użycia, jako też całych zwrotów zapożyczonych z bratnich języków słowiańskich.

Pociąg powoli przechodził, a kiedy ukazały się wreszcie ostatnie wagony, przyjaciele wsiedli do 

samcihodu.

Maniuś włączył motor i czekał szykując się każdym napiętym nerwem do skoku. Ale zapora się nie 

podnosiła.

Nagle Kitajec złapał się prawą ręką za czoło, pochylił się i wyjęczał - skandując każdą sylabę:
- ...O... ra-ny... gorz-kie..!
- Co się stało?
- On się cafa!
Istotnie tylne wagony zatrzymały się ze zgrzytem hamulców i szczękiem buforów, po czym zaczęły 

się wolniutko toczyć w przeciwnym do poprzedniego kierunku.

Maniuś   przestał   panować   nad   nerwami.   Za   każde   ze   słów,   jakie   teraz   wykrzykiwał,   profesor 

Bronisław Wieczorkiewicz, autor „Słownika wyrazów zelżywych", oddałby majątek.

Nic to jednak nie pomogło, pociąg przedefilował w całej swojej okazałości tylnym biegiem, potem 

postał   dobre   parę   minut   blokując   w   dalszym   ciągu   przejazd,   aż   wreszcie   gwiżdżąc   pogodnie   i 
beztrosko odjechał w siną dal.

Maniuś już teraz zupełnie się nie spiesząc spokojnymi zautomatyzowanymi gestami uruchomił swój 

wóz i wolno przejeżdżał przez przejazd.

Tylko mijając dróżnika wyjrzał przez okno i rzucił mu jakiś straszny epitet, po którym tamten zwinął 

się w kłębek jak ugodzony grotem w serce, po czym szofer błyskawicznym ruchem korbki podniósł 
szybę, żeby nie słyszeć odpowiedzi, i mocniej nacisnął gaz.

Pogoń rozpoczęła się znowu i tym razem szczęście sprzyjało obrońcom słusznej sprawy.
Na parę kilometrów przed Częstochową ujrzeli stojący z boku szosy autokar. On teraz zmieniał 

koło.

Maniuś   minąwszy   strategicznym   manewrem   unieruchomiony   pekaes,   zatrzymał   swój   wóz   w 

przyzwoitej odległości i wolno podchodził ze Staśkiem do gromady podróżnych, którzy w oczekiwaniu 
końca naprawy porozłazili się po szosie.

Tylko oczy, patrzące bystro spod cyklistówek obydwu szoferów, świadczyły,  że usilnie kogoś tu 

poszukuje.

Istotnie, wypatrywali  Szerloka wpijając się wzrokiem  w każdą mijaną twarz.  Nie było go jednak 

nigdzie widać.

- 95 - 

background image

Natomiast   nagle   podszedł   do   nich   nieduży   grubawy   facet   z   bródką   w   podróżnym   płaszczu 

włożonym   najwidoczniej   na   futro,   z   aparatem   przewieszonym   przez   ramię   i   nosem   mocno 
zaczerwienionym, prawdopodobnie z zimna.

Obejrzał się na wszystkie strony, przyłożył znacząco wskazujący palec do ust i szepnął:
- Stop!
Maniuś zmierzył go od stóp do głów.
- Dlaczego stop? Czego pan sobie właściwie życzy?
- Jak to, czego sobie życzę! Nie poznajecie mnie, patałachy?
- Derektor! - przypomniał sobie nagle Maniuś. - Kurs na Muranów, pod gazem, a potem na Bielany.  

Co pan tu robi?

- Co ja tu robię? Na was czekam.
- W jaki sposób?
- Co za tumany. Przecież to ja nadałem cynk. Myślałem, że już nie zdążycie.
- Gdzie on jest? - Maniuś odzyskał nagle całą sprawność umysłu po tym zaskoczeniu.
- Siedzi w autobusie.
- Walizka?
- Ma przy sobie.
- Dobra. Stasiek, stań przy tylnich drzwiach. Derektor idzie ze mną.
- Nie, ja się nie chcę mieszać.
- Musisz go pan nam pokazać. Jak ubrany?
- Tak, jak żeście wtedy mówili, w burce z kapturem.
- Za zakonnika? No to ten sam.
Maniuś, przepraszając stojących przy wejściu pożywiających się kanapkami pasażerów, wszedł do 

autobusu. Mniej więcej pośrodku siedział podróżny w burce, wyjmując właśnie z leżącej przed nim 
otwartej walizki duży termos.

Maniuś poznał go mimo braku brody i jak gdyby wyskubanych gęstych  dawniej brwi. Był to na 

pewno Szerlok.

Kitajec stanął nad nim i powiedział nagle:
- Smacznego. Co to, kawusia? Na flakach już pan nie bywasz?
Szerlok drgnął, zamknął walizkę i spytał zdumionym a zarazem obrażonym tonem:
- Co to znaczy, na jakich flakach?
- No, u „Flisa". Taksówki do Szczecina pan czasem nie potrzebujesz?! Tak się tylko pytam, bo 

jestem tu jak raz wozem i możem się przejechać.

Szerlok zbladł jak płótno, ale mimo to udawał w dalszym ciągu zdziwienie.
- To jest nieporozumienie, pan mnie bierze za kogoś innego.
- Ja cię dopiero wezmę za coś innego, łobuzie. Gdzie są lanszafta?
Szerlok zerwał się z fotela i wrzasnął:
- Napad! Bandyta!
-   Owszem,   bandyta,   ale   nie   tu,   tylko   tu!   -   powiedział   Maniuś   do   zbiegających   się   zewsząd 

pasażerów.

- Panie kierowco, niech pan tu poprosi przewodnika wycieczki - wołał pieniąc się pasażer w burce.
Przewodnik zjawił się natychmiast.
- O co chodzi, co pan tu robi w wozie? Kim pan jest?
-   Pan   pozwoli,   panie   szanowny,   że   ja   najsampierw   tego   pana   zarekomenduję.   To   jest   oprych, 

włamywacz, któren wywozi za granicę rąbnięte z muzeum obrazy. Niech pan go zrewiduje.

- To do mnie nie należy.
- To ja sam zrobię rewizję!
- Pan też nie zrobi, od tego są władze. Na razie proszę opuścić wóz.
- Nie, nie opuszczę, w takim razie jedziem razem do władzy.

- 96 - 

background image

- Maniuś, nie potrzeba, władza przyjechała do nasz. Pan pozwoli, panie kapral - odezwał się z 

otwartych drzwi Stasiek, przepuszczając przed sobą milicjanta.

Na   widok   przedstawiciela   władzy   Szerlok   stracił   wyraźnie   na   minie,   ale   jeszcze   nie   dawał   za 

wygraną.

- Panie milicjancie, proszę mnie wziąć w obronę. Zostałem napadnięty przez wariata.
- O co chodzi? - zapytał spokojnym tonem milicjant. 
Ale podczas gdy przewodnik Orbisu udzielał mu odpowiedzi, zaszło coś nieoczekiwanego. Maniuś 

wywrócił czarną walizkę do góry dnem, wysypał z niej garderobę oraz większą ilość suchej kiełbasy i 
jednym mocnym ruchem wydarł jedwab, którym była wyklejona.

Szerlok rzucił się na niego, ale Stasiek chwycił go z tyłu za ręce. Milicjant dopadł Kitajca pragnąc go 

obezwładnić, ale Maniuś podał mu w tej chwili wydobyte spoci podwójnego dna walizki dwa obrazy 
olejne.

- Proszę, kto miał rację? Ten pan zamiarował wywieźć za granice te arcydzieła sztuk pięknych. 

Pochodzą z kradzieży z włamaniem, z muzeum w Szczecinie. Proszę aresztować tego pana.

Wśród   podnieconych   pokrzykujących   pasażerów   zapanowała   nagła   cisza.   Szerlok   siedział   z 

opuszczoną głową zupełnie złamany.

Milicjant zastanawiał się chwilę, co robić, wreszcie powiedział do orbisowca:
- Muszę zabrać ten cały klops do Częstochowy, niech ich tam rozbierają.
- Dobrze, możemy was podrzucić, koło już gotowe.
- No tak, ale ja tu jeszcze mam coś do załatwienia w okolicy.
- My czekać nie możemy, i tak mamy spóźnienie.
- Zaraz, już po zmartwieniu - wtrącił się do rozmowy Maniuś. - Ja jestem wozem warszawą, zabiere 

całe towarzystwo razem z walizką.

- No to idziemy.
Milicjant zabrał Szerloka. Piskorszczak wyniósł czarną walizkę. Leyland ruszył w drogę, z jednego z 

okien kiwał szoferom dyskretnie ręką prezes Perpendykiel.

Przedstawiciel władzy, który przejeżdżał tędy podwodą, miał do załatwienia w jednej z pobliskich  

wiosek sprawę dochodzenia o kradzież świni. Zlecił przeto Maniusiowi popilnowanie zatrzymanego w 
samochodzie mniej więcej przez pół godziny i skręcił furmanką w polną drogę.

Dochodzenie potrwało trochę dłużej, ale nie więcej niż godzinę, jednak kiedy podwoda wróciła na 

szosę, warszawskiej taksówki już na niej nie było. Zniknęli z nią razem szoferzy oraz podejrzany i 
dowody rzeczowe.

Milicjant zdziwił się trochę, poczekał parę minut, ale doszedł do wniosku, że widocznie sami udali 

się do władz śledczych w Częstochowie, i kazał woźnicy jechać do domu, na posterunek.

Tymczasem warszawa minęła już Piotrków i rwała jak na skrzydłach do stolicy.
Maniuś siedział za kółkiem, Piskorszczak rozpierał się wygodnie na tylnym siedzeniu przytrzymując 

kolanami   Szerloka,   który   jakkolwiek   związany,   z   zakneblowanymi   ustami,   ustawicznie   usiłował 
podnieść   się   z   podłogi   i   wszcząć   alarm.   Albowiem   po   odjeździe   milicjanta   Maniuś   zmienił   plan   i 
postanowił dostarczyć Szerloka oraz obrazy wprost do sądu na rozprawę.

Według   swoich   obliczeń   doszedł   do   wniosku,   że   powinni   zdążyć   na   Leszno   jeszcze   przed 

ogłoszeniem wyroku. Stasiek sprzeciwił się na razie, będąc zdania, że wszystko należy zrobić drogą 
legalną, przecież teraz niewinność oskarżonych wyjdzie i tak na jaw. Jeżeli nawet zapadnie wyrok  
skazujący, musi on być skasowany.

- To już, bracie, nie to samo. Co innego człowiek w ogóle nie karany, a co innego ze skasowanem 

wyrokiem. To jest tak jak nowy wózek, a to jak odlakierowany po kraksie. Rysa pod spodem jest.

Ten argument zaważył i ruszyli do Warszawy, a ponieważ Szerlok zaczął się stawiać, z przykrością 

musieli go związać linką.

Na   Lesznie   tymczasem   wznowiony  po   obiadowej   przerwie   proces  dobiegał   końca.   Zbadani  już 

zostali wszyscy świadkowie, tak dowodowi, jak i zgłoszeni przez obronę. Sąd postanowił zrezygnować 
z przesłuchania Kondrackiego i Piskorskiego, odczytać ich zeznania złożone w śledztwie i ukarać za 
samowolne opuszczenie gmachu sądu grzywną po zł 500.

- 97 - 

background image

Sprawa nie wyglądała dla oskarżonych zbyt różowo. Prokurator uważał oskarżenie za udowodnione 

i domagał się surowej kary.

Po nim zabrał głos przedstawiciel powoda cywilnego, w tym wypadku poszkodowanego muzeum, 

który popierał oskarżenie żądając przysądzenia symbolicznej złotówki, co pozwoliłoby w przyszłości 
wystąpić przeciwko skazanym o zwrot choćby części strat.

- Jasne jest jak słońce, proszę sądu wysokiego - grzmiał przybyły specjalnie ze Szczecina adwokat, 

wnoszący  powództwo  -  że  ci czterej osobnicy siedzący przed  nami  dokonali  tej wstrętnej zbrodni 
wobec   kultury.   Nie   mówiąc   już   o   zbeszczeszczeniu   przez   barbarzyńskie   przeróbki   „Damy   z 
tulipanem".   Oni   zabrali   naszemu   miastu   takie   skarby   jak   „Józef   sprzedający   zboże"   i   „Pojedynek 
Dawida z Goliatem". Oni i li tylko oni!!

- A o ile pan się założysz, że nie oni, panie mecenasie? - zawołał jakiś głos przy wejściu i zanim 

woźny   zdążył   zareagować,   Maniuś  wyszedł   na   środek   sali.   Skłonił   się   sądowi   i   rozwijając   rulony 
trzymanych pod pachą obrazów - powiedział:

- I cóż tu widziem, najwyższy sądzie? To wszak jest Józef handlujący żytem! A teraz rzuciem okiem  

na drugi lanszafcik. Jest Dawid? Jest. Jest proca? Jest. Jest kamień i dziura w głowie? Jest. To na co  
ta mowa? - Tu Maniuś spojrzał z ironią na powoda cywilnego.

Wśród   ogólnej   konsternacji,   a   potem   wybuchu   radości   na   ławie   oskarżonych,   sala   przyjęła 

oświadczenie Maniusia gromkimi oklaskami.

- Proszę o spokój - zabrzmiał surowy głos sędziego. - Co to ma znaczyć, kto pan jest?
- Ja jestem świadek Kondracki.
- A dlaczego to świadek Kondracki nie stawił się na rozprawę?
- Byłem pod Częstochową, proszę wysokiego sądu. Obrazy odebrać i Szerloka złapać. Proszę, tu 

są obrazy. A Szerloka mam w taksówce!

W tej chwili powstał adwokat Andrzej Zagórski i postawił wniosek o przerwanie rozprawy i ponowne  

przeprowadzenie śledztwa z powodu ujawnionych nowych okoliczności.

Sąd udał się na naradę, a Maniuś podbiegł do ławy oskarżonych usiłując ich wycałować. Ale milicja 

nie dopuściła do tego. Wtedy Kitajec zwrócił się do Andrzeja:

- Co tu się naradzać, jak pragnę zdrowia, naszych chłopaków trzeba puścić do domu, a Szerloka na 

„skamiejkie", zasunąć mu piątaka, bo uczciwie na niego zarobił, i niech idzie do mamra!

- Wszystko to będzie, panie Marianie, ale we właściwej kolejności, na razie dziękuję panu i gratuluję 

serdecznie detektywistycznych zdolności. Niechże pan opowie, jak to było.

Ale gwar i szum wśród publiczności, która mimo ostrzeżeń woźnego usiłowała podrzucić Maniusia 

w górę, nie dał im przyjść do słowa. Dopiero dzwonek na wejście sądu przerwał tumult.

Wniosek obrony został przyjęty. Sprawa powędrowała do ponownego śledztwa. Ale oskarżeni nie 

byli jeszcze tego dnia zwolnieni, rewelacje Maniusia musiały znaleźć urzędowe potwierdzenie.

I na razie sprawa wyglądała tak, że obok Szmai i Jumba znalazł się w areszcie ten, który ich tam 

zaprowadził, to jest Szerlok, czyli Teofil Kurzajka - były plastyk, włamywacz amator.

Po kilku jednak dniach zwolnienie nastąpiło, a w ślad za tym umorzenie postępowania w stosunku 

do niewinnych grzeszników.

Dzień   ten   państwo   Aniołkowie   postanowili   uczcić   wielką   ucztą   w  salonach   egipskiej   restauracji 

„Piramidon".

Od frontu lokal był zamknięty już od południa. Pan Aniołek osobiście wykonał i umieścił na drzwiach 

wielki napis „Renament". Ale za to w środku wrzało życie towarzyskie z udziałem grona doborowych  
gości. Obok jednego z bohaterów procesu, hrabiego Rogera Mokrobrodzkiego, zajmowała miejsce 
dostojna gospodyni, pani Aniołkowa. Co prawda co chwil parę zrywała się od stołu, żeby dopilnować 
należytego funkcjonowania kuchni i obsługi gości, ale wynagradzała to hrabiemu siedząca z drugiej 
jego strony urocza mecenasowa Zagórska. Dalej siedział pan Konfiteor ze swoją urzędniczką i pupilką 
panną Danka Raczkówną, troszkę jeszcze, mizerną po znanych wszystkim przejściach i chorobie. 
Przy   Dance   posadzono   pana   Maniusia,   a   naprzeciwko   Wacusia   Piskorskiego,   który   ustawicznie 
zagadywał do niej przez stół, ciągle odstawiając przegradzające ich stale butelki.

- Nie ruszaj, Szmaja, wciąż tego szkła - powiedział wreszcie do niego Kitajec - nie widzisz, że 

panna Danusia celowo się ze mną za butelki chowa, żebyś nas nie męczył.

- Ależ nic podobnego - zaśmiała się lekko Danusia. - Niech pan nie wierzy!
- Niech się pani nie tłomaczy, on i tak nie wierzy. Każden zresztą tu widzi, że woli pani towarzystwo 

z przeciwka, jak to z lewej strony.

- 98 - 

background image

Danka ujęła go za rękę.
- Niech mi pan nie dokucza, panie Marianie, przecież pan wie, że kocham pana... jak brata, jak  

ojca...

- Jak dziadka Mroza - dokończył za nią z melancholią Maniuś. - Ech, panno Danusiu, żeby nie ten  

licznik...

- Jaki licznik?
- No ten, co tyle lat mnie nabił... I karoseria troszkie porysowana.
- Ależ, panie Marianie, pan wygląda jak młody chłopiec i niejedna z zamkniętymi oczami by za 

panem poszła.

- Owszem, jedna taka jest, pani Rypalska.
- O, nie tylko ona!
- Panno Danusiu, było nie było, jakby przyszło co do czego i Wacek by panią skrzywdził, to ręka, 

noga...

Nie dokończył, bo Danka przysłoniła mu lekko usta paluszkami.
Zresztą   przy   drugim   końcu   długiego   stołu,   gdzie   królował   pan   Aniołek   w   otoczeniu   państwa 

Karaluchów,   Andrzeja   Zagórskiego,   Sabci   z   Władkiem   i   uroczystego,   z   wielkopańską   wyższością 
patrzącego  na to wszystko  profesora  Kijanki,  wybuchła  burza  toastów.  Rej wodził   oczywiście  pan 
Aniołek, który wreszcie uciszywszy jako tako zebranych, za pomocą dłuższego dzwonienia widelcem 
o kieliszek, wygłosił następujące przemówienie:

- Kochane goście! Dwadzieścia lat temu nazad, w interesie mojem Cafe „pod minogą" na Starówce  

odbywali się zaręczyny mojej wychowanicy Sabci z obecnem tu także samo jej mężem przysięgłem, 
Władkiem  Sobczykiem.  Dwadzieścia  lat temu nazad  przy takiem samem stole  byliśmy obecne,  w 
takiem   samem   prawie   towarzystwie.   Udało   nam   się   wyjątkowo.   Niewąsko   się   wtenczas   jadło, 
niewąsko piło i co z tego wyszło - wojna!

A dlaczego, bo zaręczyny dla Warszawy uroczystość nieprzepisowa, totyż zwracam się do obecnej 

tu pary młodych, które przez butelki zjadają się oczami, zastanówcie się przed czynem decydującem, 
jak się ogłaszał przed wojną optyk Dreyzer na Nowem Mieście, nie róbcie żadnych zaręczyn, tylko od 
razu wesele!

- Albo chrzciny! - podchwycił pan Konfiteor.
Danka przybladła, Wacuś Piskorski zaczerwienił się po uszy. A pani Aniołkowa powsiadła na męża:
- Co ty, stary,  za  głupstwa  tu wygadujesz,  pan Konfiteor także samo jako osobistość z branży  

żałobnej   powinien   mieć   większą   powagie   i   byle   czego   nie   barmotać.   Jeszcze   do   wesela   daleko, 
jeszcze się nawet nie oświadczył, a oni tu już chrzciny chcą wyprawiać. Idź lepiej, zobacz, kto tak w 
kraty wali, bo jeszcze szybę zbije!

Istotnie, od pewnego czasu słychać było łomotanie do zamkniętych drzwi wejściowych. Pan Aniołek 

poszedł i po chwili wrócił prowadząc z sobą ojca Danki.

Stary   fotograf   zjawił   się   w   palcie,   z   walizką   w   ręku,   nie   tylko   jak   zawsze   ponury,   ale   jeszcze 

ciskający z oczu gromy wściekłości.

Nie zwracając uwagi na serdeczne powitanie przez córkę i hałaśliwy entuzjazm ze strony gości, 

odwołał na bok Maniusia i warknął:

-   Coście   wy   zrobili?   Wszystkie   pieniądze   przepadły   przez   głupie   dowcipy!   Żartów   z   walutą 

państwową im się zachciało. Psiakrew! Po całej Warszawie ich szukam, a oni sobie tu piją, cholera 
ciężka!

- Jakich żartów, o co się rozchodzi? - zapytał podbiegając pan Aniołek.
- Niech ja skonam, nie wiem nic o żadnych dowcipach - poparł go Maniuś.
- Jak to nie wiesz pan, a to co? - wrzasnął fotograf podając mu książeczkę oszczędnościową. -  

Czytaj pan, na jakie nazwisko żeście ją wystawili!

Maniuś otworzył książeczkę i przeczytał:
- Celestyn Rubens - w porządku!
- W jak najlepszem - potwierdził Aniołek.
- Jaki Rubens, jaki Rubens? - pienił się fotograf - ja się nazywam Raczek, Celestyn Raczek!
- Rzeczywiście, wyszło nam z głowy i wpisaliśmy firmę. Ale co za różnica?!

- 99 - 

background image

- Taka różnica, że PKO pieniądze wypłaci tylko Celestynowi Rubensowi, a Celestyna Rubensa nie 

ma na świecie!

- Zaraz, tatuśku, bez nerw, bez cholerowań, mamy na miejscu w rodzinie adwokata, któren nam to 

załatwi.

Istotnie Andrzej podjął się wyjaśnić w PKO to nieporozumienie zaraz nazajutrz. Wobec tego Aniołek 

rozebrał i posadził uspokojonego nieco fotografa na honorowym miejscu mówiąc:

- Zaczem pan będziesz musiał posag wypłacić, forsa już będzie w portfelu.
- Jaki posag, co za posag, gdzie, komu, za kogo, nic o tym nie wiem!!!
- Nie szkodzi, dowiesz się pan w swojem czasie. A teraz zdrowie kochanego tatusia z prowincji.  

Najlepszy fotografista na całych Ziemiach Odzyskanych, Celestyn Rubens, niech żyje!

Raczek spiorunował go wzrokiem, ale wobec ogólnego szału, z jakim toast przyjęli wszyscy goście,  

musiał skapitulować i wypić własne zdrowie.

Zabawa potoczyła się dalej i trwała do białego rana.

Rano, ale dopiero po trzech dniach, udało się adwokatowi Zagórskiemu załatwić pomyślnie sprawę 

w PKO. Fotograf przepisał książeczkę na swoje prawdziwe nazwisko i wyjechał.

Co było dalej? Właściwie co będzie dalej, bo opisane tu wypadki toczą się jeszcze dziś na naszych  

oczach.

Czy   Danka   wyjdzie   za   Szmaję,   czy   kocha   go   naprawdę,   czy   też   po   prostu   jest   to   egzaltacja,  

wywołana przeżyciami, znalezieniem się w nowym, obcym, trochę dziwnym środowisku? Kto wie, czy 
to wszystko wytrzyma próbę zwyczajnych, szarych warszawskich dni?

Czy Maniuś Kitajec długo jeszcze będzie się mógł bronić przed zakusami pani Rypalskiej?
W Każdym  razie  po wyprowadzeniu się Danki do sublokatorskiego pokoju na Pragę, w pobliżu 

miejsca pracy, wdowa po dwóch inwalidach z powrotem zaczęła sprzątać kawalerskie mieszkanie w 
Alejach, ku wielkiemu niezadowoleniu Kostka, który znowu został odwrócony buzią do ściany.

Czy Jumbo odzyska swoją szewroletę?
- Na razie mamy już Lolka i Szerloka, forsa odebrana, obrazy są, złapał się także samo Felek 

Sznurowane Buty i Kryska Wiatraczek, która za Danki paszportem nasze rzeczy opędzlowała. Czy 
jednakowoż   uda   się   nakryć   koniec   końców   blondynka   z   kalafioramy   i   znaleźć   szewroletę,   to 
przypuszczam, że wątpię.

Tylko   w   iluzjonie   „Czary"   na   Chłodnej   przed   wojną   i   w   zeszytach   „Stefan   Wankie,   znakomity 

dedektyw, i jego przygody" samochody się zawsze znajdowali, a przestępca obowiązkowo trafiał do 
ula. W życiu bywa różnie - powiedział któregoś dnia Maniuś Kitajec i ferajna skończyła poszukiwania.

Jumbo   zresztą   dostał  nowy   zastrzyk   od   brata,   połączył   go   z  własnym   zaskórniakiem   i  wziął   z 

Motozbytu warszawę, jeżdżą teraz ze Szmają „na podmianę".

- 100 - 


Document Outline