background image

 

 

Nicola Cornick 

 

Kobieta z zasadami 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Kwietniowe  słońce  poraziło  go  niczym  wybuch  prochu,  a  hałas 

odsuwanych  stor  zabrzmiał  jak  odległy  huk  ognia  artyleryjskiego. 

Przez moment Jack, markiz Merlin, był pewien, że  znów  wysłano go 

na  wojnę  na  Półwyspie  Iberyjskim.  Przewrócił  się  na  wznak  i  z 

trudem rozwarł powieki. 

- Hodges? 

- Tak, milordzie? 

Markiz  zdołał  wreszcie  spojrzeć  na  służącego  i  nie  było  to 

spojrzenie przyjazne. 

-  Hodges,  która  godzina?  -  Głos  również  nie  wróżył  niczego 

dobrego. 

- Kilka minut po dziewiątej - padła beznamiętna odpowiedź. 

- Rozumiem, że po dziewiątej rano? - upewnił się markiz. 

- W rzeczy samej, milordzie. 

Markiz przeciągnął się, prezentując wspaniałe muskuły. 

- O ile sobie przypominam, kazałem obudzić się o dwunastej, nie 

wcześniej. Nie widzisz tu jakiejś rozbieżności? 

- Oczywiście, milordzie. - Hodges otworzył garderobę i wyciągnął 

wytworny niebieski surdut z najprzedniejszego materiału.  

Bogiem  a  prawdą  służący  odetchnął,  stwierdziwszy,  że  jego  pan 

jest  w  domu  i  do  tego  sam:  w  obecnym  położeniu  był  to  niezwykle 

pomyślny  zbieg  okoliczności.  Markiz  aż  nazbyt  często  przesiadywał 

po  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę  u  White'a,  wpadał  do  domu 

background image

jedynie po to, by się przebrać, pomiędzy jednym a drugim rozdaniem 

kart do gry w faraona.  

Nieraz bywało, że Hodges rano znajdował kolejną z cheres amies 

swego  pana  w  łóżku  u  boku  jego  lordowskiej  mości.  Był  to  widok, 

który mógłby zbić z pantałyku niejednego mniej wytrawnego sługę.  I 

bez wątpienia znacznie skomplikowałby sprawy akurat tego dnia. 

- Cóż zatem, Hodges? Czekam na wyjaśnienia. 

-  Czy  mógłbym  zachęcić  waszą  lordowską  mość  do 

podźwignięcia  się  z  pościeli?  -  Zostało  to  wypowiedziane  głosem 

całkowicie  bezbarwnym,  pozbawionym  jakichkolwiek  emocji.  - 

Książę i księżna Merlin oczekują pana w zielonym salonie. 

Jack zaklął i usiadł na łóżku, pomacał ręką głowę, w której tysiące 

złośliwych  karzełków  zrodzonych  przez  wczoraj  wypitą  brandy 

szeptało  mu,  by  umościł  się  na  powrót  w  bezpiecznym  przytulisku  z 

pościeli. 

-  Diabli  nadali!  Moi  rodzice,  powiadasz?  Tutaj?  Cóż,  na  Boga, 

przywiodło  ich  o  tak  nieprzyzwoitej  porze?  Chyba  nie  chcą  mi 

przedstawić  kolejnego  źle  wybranego  obiektu,  który  miałbym 

obdarzyć afektem? 

-  Jego  książęca  wysokość,  pański  ojciec,  nie  dzieli  się  ze  mną 

takimi  informacjami.  -  Hodges  pozwolił  sobie  na uśmiech.  -  Księżna 

natomiast  wspomniała  coś  o  twoim  kuzynie,  panu  Pershorze,  który 

znajduje w dość trudnym położeniu. 

Jack  przerwał  mu,  mierzwiąc  przy  tym  i  tak  już  rozczochraną 

czarną czuprynę. 

background image

- Co, znowu? 

- Tak, milordzie. Chodzi o przebiegłą kobietę i pospieszny ślub, o 

ile dobrze zrozumiałem. Wspominano coś o wsi. 

Markiz  zaklął.  Który  to  już  raz  jego  nieodpowiedzialny  kuzyn, 

Bertie Pershore, pakuje się w tarapaty? 

- Diabli nadali, tego już naprawdę za wiele! Czemuż Pershore nie 

może zawrzeć swojego poronionego związku w mieście, jak normalny 

człowiek? Teraz znów będę musiał się za nim uganiać po Oxfordshire, 

by okazać, jak bardzo troszczę się o rodzinę. 

-  W  rzeczy  samej,  milordzie.  -  Hodges  kończył  czyścić  surdut.  - 

Książę raczył dodać coś jeszcze. 

- Cóż takiego? 

-  Powiedział,  że  jeżeli  wasza  lordowska  mość  nie  zjawi  się  na 

dole w ciągu pół godziny, on pofatyguje się na górę. 

Jack spuścił nogi na podłogę i sięgnął po koszulę, rzucając okiem 

na zegar.  

- Kiedy to było? 

-  Nieco  ponad dwadzieścia pięć  minut  temu.  -  Lokaj  uśmiechnął 

się  pod  nosem.  -  Pozwoliłem  sobie  budzić  pana  wcześniej,  ale  pan 

nawet  nie  drgnął.  Byłem  już  prawie  gotów  użyć  dzbana  z  wodą. 

Sposób może radykalny, ale daje murowany efekt, milordzie. 

-  Bóg  ci  wynagrodzi,  żeś  tak  nie  postąpił.  -  Jack  przyjrzał  się 

uważnie  twarzy  wiernego  służącego,  potem  spojrzał  na  trzymany 

przez  Hodgesa surdut i ciężko westchnął. - Niech to diabli!  Wygląda 

na to, że muszę... 

background image

- Tak - potwierdził lokaj. 

 

-  Theo  -  zaczęła  poważnie  panna  Clementine  Shaw,  taksując 

starszą  siostrę  bacznym  spojrzeniem.  -  Czy  ty  wychodzisz  za  pana 

Pershore'a  dla  pieniędzy?  Z  pewnością  jest  bardzo  bogaty,  czyż  nie 

tak?  Nie  mogę  wprost  uwierzyć,  że  wydajesz  się  za  mąż  z  miłości! 

Właśnie ty. To niepodobna. 

Theodosia  Shaw  odłożyła  robótkę,  którą  była  zajęta.  Wygładziła 

gorset  ślubnej  sukni  przyozdobionej  brukselskimi  koronkami, 

odprutymi  od  starej  matczynej  kreacji,  która  leżała  w  kufrze  na 

strychu i ciągle pachniała lawendą. 

Koronki  były  piękne,  lecz  zdążyły  mocno  pożółknąć  ze  starości. 

Jutro w kościele zaproszeni goście będą jak nic szeptać, że donasza po 

kimś strój. Wzruszyła ramionami. Cóż to ma za znaczenie, skoro i tak 

wszyscy  w  okolicy  Oakmantle  wiedzą,  jak  opłakana  jest  jej  sytuacja 

finansowa. 

-  Gemmie,  przede  wszystkim  musisz  nauczyć  się,  że  nie  wolno 

zadawać  takich  pytań  -  skarciła  siostrę,  która  nie  przyswoiła  sobie 

sztuki  wytwornej  konwersacji,  a  jej  bezpośredniość  mogła  zrazić 

nawet najbardziej zatwardziałego zalotnika. - Szanowny pan Pershore 

jest idealnym kandydatem na męża, doprawdy trudno o lepszego. On 

jest...  -  Urwała,  usiłując  za  wszelką  cenę  dodać  coś  jeszcze  do  opisu 

wybranka.  -  Jest  dżentelmenem  w  każdym  calu:  uprzejmy,  dobrze 

urodzony... no, w każdym calu... 

background image

-  Powtarzasz  się  -  zauważyła  Clementine.  Posłała  Thei  kolejne 

baczne  spojrzenie,  a  miała  takie  same  niebieskie  oczy  i  ten  sam 

przenikliwy  wzrok  jak  siostra.  -  Nie  będziemy  tu  roztrząsać,  czy  jest 

miły.  Czyż  nie  zaproponował  ci,  że  po  ślubie  zajmie  się  nami 

wszystkimi?  -  Zaczęła  wyliczać  na  palcach.  -  Ned pojedzie  na  studia 

do  Oxfordu,  Harry  do  Eton,  ja  zacznę  bywać  w  towarzystwie,  Clara 

ma swoje lekcje gry na harfie, Daisy...  

-  Przestań,  na  litość  boską!  -  przerwała  jej  siostra  nieco 

gwałtowniej, niż zamierzała.  

Wyliczanie  przez  Theę  wszystkich  korzyści  materialnych 

związanych  z  małżeństwem  wpędzało  ją  w  poczucie  winy,  bo 

rzeczywiście  wychodziła  za  Bertiego  Pershore'a  dla  pieniędzy  i  nie 

mogła  temu  zaprzeczyć.  Chciałaby,  żeby  było  inaczej,  wydawało  się 

jej, że młodzieniec zasługiwał na coś więcej.  

Niemniej  jednak  była  zdesperowana,  a  on  na  tyle  rycerski,  by 

wydobyć  ją  z  tarapatów.  Przypomniała  sobie  dzień,  kiedy  złożył 

niespodziewaną  deklarację,  i  uśmiechnęła  się.  Na  poły  ze  smutkiem, 

na poły z rezygnacją. 

- Wiesz przecież, że  za tobą szaleję, moja staruszko - powiedział 

wtedy Bertie. Popatrzył na Theę brązowymi oczyma zupełnie tak jak 

jej ulubiony spaniel. - Nie mogę dłużej znieść, że butwiejesz w takim 

otoczeniu,  w  tej  starej  ruderze.  Pewnego  dnia  będzie  mi  potrzebna 

odpowiednia żona, a ty nie jesteś w ciemię bita. Zawrzyjmy układ. Co 

ty na to? 

background image

Thea nie od razu dała mu odpowiedź. Wstała i podeszła do okna, 

za  którym  świeciło  wczesnowiosenne  słońce.  Drzewa  wciąż  były 

bezlistne,  ale  na  trawnikach  tu  i  ówdzie  pokazały  się  już  pierwsze 

przebiśniegi  i  żółte  akonity,  zwane  też  tojadami.  W  sumie  ładny 

widok,  ale  nie  był  w  stanie  rozproszyć  przygnębiającej  atmosfery 

unoszącej się nad Oakmantle Hall. 

Thea odwróciła się do swojego nieoczekiwanego konkurenta, nie 

wiedząc, czy ma się śmiać, czy płakać. Byli tacy, którzy twierdzili, że 

szlachetnie  urodzony  pan  Pershore,  arbiter  elegancji,  dba  tylko  o 

swoje  jedwabne  fulary  i  buty  z  najlepszej  skóry,  nic  więcej  go  nie 

obchodzi.  

Jednak  Thea  znała  go  jeszcze  z  dzieciństwa  i  wiedziała,  że  ma 

złote  serce  i  jest  z  gruntu  dobrym  człowiekiem.  Właśnie  złożył  jej 

wspaniałomyślną, choć niezbyt romantyczną propozycję. 

- Ach, Bertie, jesteś taki szlachetny, ale ja wiem doskonale, że nie 

palisz  się  do  małżeństwa  z  osobą  taką  jak  ja.  Gdyby  nie  chodziło  o 

resztę  mojej  rodziny,  nie  zawracałabym  sobie  tym  głowy  ani  przez 

chwilę. Poza tym ci wstrętni strażnicy twojej wolności wezmą nas na 

języki, powiedzą, że poślubiasz kobietę bez grosza, bez perspektyw, z 

wieloma zobowiązaniami... 

Zaprzeczał, energicznie kręcąc głową i robiąc żałosną minę. 

-  Nie  patrz  na  to  z  perspektywy  Merlinów!  Jestem  już  dorosły  i 

mogę się żenić, z kim zechcę.  

Thea  westchnęła  i  powiedziała  to,  co  dyktowało  doświadczenie 

dwudziestu przeżytych lat. 

background image

-  Bertie,  zastanów  się  tylko,  jakich  to  przysporzy  kłopotów. 

Książę  Merlin  nigdy  nie  zaaprobuje  takiego  nierozważnego  kroku, 

choćby chodziło i o najdalszego kuzyna. Wyobrażasz sobie, co może 

zrobić? 

-  Prawdopodobnie  przyśle  Jacka.  -  Bertie  się  skrzywił.  -  Jack 

zawsze  wybawia  mnie  z  kłopotów.  Mówiłem  ci  o  tym,  jak  znalazł 

mnie u madame Annet, kiedy wyrzucili mnie z Eton... 

-  Tak  -  przerwała  mu  szorstko,  krzywiąc  się  bardziej  na 

wzmiankę,  że  ich  potencjalne  małżeństwo  ma  być  kolejnym 

„kłopotem",  niż  na  pikantne  wspomnienie  o  londyńskich  domach 

rozpusty. 

Bertie  od  piątego  roku  życia  opowiadał  jej  o  wielbionym 

bałwochwalczo  kuzynie  Jacku  Merlinie  z  takim  skutkiem,  że  Thea 

powzięła  zdecydowaną  antypatię  dla  markiza.  Nie  spotkała  go,  ale 

wyrobiła  sobie  opinię:  Jack  to  arogancki  arystokrata,  który  od  życia 

otrzymał  wszystkie  przywileje,  ale  nie  ceni  tego  i  jest  nawet  nieco 

znudzony własną sytuacją.  

Bertie  zapewniał  ją,  że  Jack  to  prawdziwy  pistolet  i  pies  na 

kobiety,  co  też  nie  przysporzyło  kuzynowi  Merlinowi  sympatii  w  jej 

oczach. Wiedziała tylko, że Jack Merlin to hulaka i nicpoń, i nawet w 

położonym z dala od świata Oakmantle słyszało się to i owo na temat 

jego reputacji. 

Bertie stropił się. 

-  Przepraszam,  Theo,  nie  powinienem  o  tym  wspominać.  Nie 

przystoi. 

background image

Westchnęła.  Poczuła  lekką  irytację.  Uważała  znanego  od  lat 

młodzieńca za nieco denerwującego młodszego brata. To czyniło jego 

propozycję matrymonialną jeszcze bardziej absurdalną. 

Thea miała na utrzymaniu pięcioro rodzeństwa i nikłą nadzieję, że 

pojawi  się  kandydat  pragnący  szóstego  dziecka.  Ojciec  odszedł, 

pozostawiwszy  po  sobie  przygniatającą  ją  górę  długów,  rozpadającą 

się siedzibę rodową, braci i siostry, którymi musiała się zaopiekować. 

A zalotnicy jakoś nie walili drzwiami i oknami do Oakmantle Hall...  

Thea porzuciła te myśli i wróciła do teraźniejszości. Nie ma sensu 

rozpamiętywać sytuacji. Podjęła decyzję i jutro klamka zapadnie. 

-  Clemmie,  musisz  zrozumieć,  że  nie  wszyscy  decydują  się  na 

małżeństwo z miłości. 

-  Czemuż  to?  Mama  zawsze  powtarzała,  że  nie  wolno  iść  na 

kompromis z pryncypiami. 

Pani  Shaw  była  sawantką  z  kręgu  pani  Montagu,  przywiązywała 

wielką  wagę  do  wykształcenia  i  niezależności  kobiet.  Wpoiła 

dzieciom ideał romantycznej miłości; wspaniały, to prawda, ale kiedy 

nie  starcza  na  utrzymanie  rodziny,  górnolotne  koncepty  stają  się 

niedostępnym luksusem. 

Dopiero  po  śmierci  ojca  Thea  zorientowała  się,  jak  bardzo  są 

biedni. Pan Shaw był naukowcem i dżentelmenem nieprzywiązującym 

wagi  do  tak  przyziemnych  spraw  jak  pieniądze.  Mieszkali  w  starym 

domu  w  Oakmantle,  odkąd  sięgała  pamięcią,  ale  dopiero  po  śmierci 

ojca  okazało  się,  że  to  miejsce  do  nich  nie  należy,  a  teraz  właściciel 

zaczął grozić podniesieniem czynszu. 

background image

Nie  mieli  stałego  źródła  dochodu.  Thea  nie  zarabiała 

wystarczająco  dużo  jako  guwernantka  bądź  nauczycielka,  aby 

utrzymać ich szóstkę. Co prawda, Ned rozwodził się szeroko na temat 

perspektyw  pracy  w  londyńskim City,  ale  miał  dopiero  siedemnaście 

lat  i  nikogo,  kto  by  go  ulokował  na  dobrej  posadzie.  Żyli  dzięki 

hojności  przyjaciół  i  dalszych  krewnych;  na  dłuższą  metę  potrzebne 

było inne rozwiązanie. Bertie Pershore to rozwiązanie jej podsuwał. 

Przyjrzała się krytycznie swojej kreacji. Jej duma cierpiała, bo za 

suknię zapłacił Bertie, a ona teraz musiała doszywać do niej pożółkłe 

koronki. Westchnęła, niemal gotowa wepchnąć suknię na spód kufra, 

a bodaj i wrzucić ją do ognia. 

- Nigdy nie miałam zdolności do szycia, ale zrobiłam co w mojej 

mocy. Trzeba tylko będzie przeprasować ją gorącym żelazkiem. 

Clementine  zamknęła  książkę  i  pochyliła  się,  by  zdmuchnąć 

jedyną świeczkę. 

-  Ta  kreacja  wymaga  znacznie  więcej.  Nie  przejmuj  się,  Theo! 

Nie  masz  może  wprawy  w  robótkach  ręcznych,  ale  możesz 

dyskutować  z  panem  Pershore'em  przy  filiżance  popołudniowej 

herbaty o filozofii, poezji oraz historii starożytnej. 

Thea  skrzywiła  się,  lecz  nie  skarciła  siostry.  Clementine,  bystra 

obserwatorka,  jak  zwykle  trafiła  w  sedno.  Pershore  był  kochany,  ale 

nie  zaliczał  się  do  intelektualistów.  Myśl,  że  przez  najbliższe 

czterdzieści  lat  albo  i  więcej  będzie  wiodła  z  nim  trywialne 

konwersacje, była dość przerażająca. Thea poczuła się nie w porządku 

background image

wobec Bertiego. Przecież to cena, którą musiała zapłacić za finansowe 

zabezpieczenie, i to znowu nie tak wygórowana. 

 

Ceremonia  dopiero  co  się  zaczęła,  a  Thea  już  miała  serdecznie 

dość.  Od  samego  rana  pojawiały  się  złe  wróżby,  które  starała  się 

ignorować.  Podczas  krótkiej  jazdy  z  Oakmantle  Hall  do  kościoła 

mżyło,  przemókł  jej  welon,  przyczepione  do  stanika  róże  wyglądały 

naprawdę żałośnie. W kościele było  zimno, pachniało kurzem i Thea 

trzęsła  się  w  swojej  cienkiej  jedwabnej  sukni.  Clementine,  Harry, 

Clara i Daisy stali w szeregu w pierwszej ławce, wyglądali schludnie, 

ale miny mieli markotne. 

Ładnie  się  prezentowała  jej  rodzina:  wszyscy  mieli  te  same 

chabrowe  oczy,  te  same  jasne  włosy.  Za  to  ubrania  stare  i 

podniszczone,  wyszykowane  specjalnie  na  tę  okazję  przez  panią 

Skeffington,  zarazem  kucharkę  i  gospodynię.  Thea  pomyślała,  że 

Harry  w swoim najlepszym czarnym surducie wygląda jak pomocnik 

grabarza.  Clara  i  Daisy  trzymały  się  za  ręce  i  miały  żałosny  wyraz 

twarzy. 

Bertie  Pershore  stał  przed  ołtarzem  z  mocno  wystraszoną  miną. 

Przemknęło  jej  przez  głowę,  że  może  zmienił  zdanie,  lecz  honor  nie 

pozwala mu się wycofać. 

-  Drodzy  wierni...  -  rozpoczął  proboszcz,  taksując  pannę  młodą 

surowym  spojrzeniem.  Znała  go  od  dziecka,  chrzcił  ją  i  jej 

rodzeństwo, pół roku temu pochował jej ojca. 

background image

Ci  sami  wieśniacy,  którzy  byli  tu  wtedy  z  szacunku  dla  pana 

Shaw,  wiercili  się  teraz  i  szeptali  w  kościelnych  ławach,  komentując 

konsternację  pana  młodego  i  biedną  suknię  ślubną.  Nikt  z  rodziny 

Bertiego się nie pojawił i Thea nie była do końca pewna, czy jest jej z 

tego powodu przykro, czy wręcz przeciwnie. 

Proboszcz  rozwodził  się  nad  sensem  małżeństwa,  mówił  o 

prokreacji,  dzieciach.  Thea  nie  myślała  o  nocy  poślubnej  i  nagle 

została  skonfrontowana  z  tym  problemem:  ona  i  Bertie  leżą  obok 

siebie w staroświeckim łożu z baldachimem w Oakmantle. 

Należało,  oczywiście,  brać  pod  uwagę  doświadczenie,  jakiego 

Bertie nabył pod skrzydłami madame Annet, Thea jednak była w tym 

względzie  znacznie  mniej  obeznana.  Myśl  o  małżeńskim  łożu  była  z 

gruntu  odpychająca.  Tak,  Bertie  był  miły,  lecz  nie  wydawał  się  jej 

dość  atrakcyjny,  żeby  pozwoliła  sobie  na  marzenia.  Kiedyś  miała 

nadzieję, że poślubi mężczyznę, który rozpali w niej namiętność. 

-  Po  drugie,  dla  uniknięcia  grzechu  cudzołóstwa...  -  ciągnął 

proboszcz,  spoglądając  groźnie  na  wiernych,  kręcących  się 

niespokojnie w ławkach.  

Bertie  zapatrzył  się  na  swoje  wyglansowane  buty,  odchrząknął 

nerwowo. Boże ty mój, pomyślała Thea. 

-  Bardzo  mi  przykro,  ale  zaszło  straszliwe  nieporozumienie  i 

sądzę, że muszę już iść - powiedziała grzecznie, lecz stanowczo. 

Zapadła  grobowa  cisza,  która  zdawała  się  trwać  całą  wieczność. 

Pastor  otwierał  i  zamykał  usta,  nie  wydając  dźwięku,  niczym  ryba 

background image

wyrzucona  na  brzeg,  Bertie  bladł  i  czerwieniał  na  przemian,  wierni 

szemrali, połapawszy się szybko, że coś jest nie tak. 

Thea obróciła się na pięcie i pobiegła wzdłuż nawy, podtrzymując 

dłonią  suknię  i  stukając  głośno  obcasami.  Nie  patrzyła  ani  w  prawo, 

ani  w  lewo,  ignorując  zaciekawione  spojrzenia  wieśniaków.  Słyszała 

za sobą głosy brzmiące w jej uszach jak szum morza, ale już dobiegła 

do  drzwi.  Mocowała  się  z  klamką,  nie  od  razu  mogła  otworzyć,  tak 

trzęsły się jej ręce. Czuła się lekka i wyzwolona i wiedziała, że musi 

uciekać. 

Wreszcie  drzwi  ustąpiły,  owiało  ją  chłodne  wiosenne  powietrze. 

Rzuciła  się  naprzód,  prawie  nic  nie  widziała  przez  welon  i  przez  łzy 

zalewające oczy. Pomyślała, że nie dotrze do bramy, że zaraz upadnie, 

gdy  wtem  poczuła,  iż  ktoś  wyciąga  pomocną  dłoń.  Znalazła  oparcie, 

odzyskała równowagę i wyprostowała się. 

- Co, u diabła! - odezwał się męski głos.  

Welon  został  brutalnie  zerwany  i  stanęła  twarzą  w  twarz  z 

mężczyzną, który ją podtrzymywał. 

Thea zdołała dojrzeć, że jej wybawca ma ciemnoniebieskie oczy, 

nienaturalnie  długie  rzęsy,  surowe  rysy,  kwadratowy  podbródek  i 

wąskie  zaciśnięte  usta  znamionujące  bezkompromisowość.  Poczuła 

delikatny zapach cytrynowej wody kolońskiej i skóry.  

To  wszystko,  w połączeniu z chłodnym powietrzem, sprawiło, iż 

zrobiło  jej  się  ponownie  słabo,  ale  było  to  inne  doznanie  niż 

poprzednio.  Ugięły  się  pod  nią  kolana,  ale  on  mocno  trzymał  ją  w 

ramionach. 

background image

Na  czoło  opadał  mu  ciemny  pukiel  i  Thea  instynktownie  chciała 

doprowadzić do porządku jego czuprynę. Już prawie  wyciągała dłoń, 

gdy  nagle  otrząsnęła  się,  szarpnęła  do  tyłu  i  oswobodziła  jednym 

zdecydowanym ruchem. 

-  Proszę  poczekać.  -  Mężczyzna  bezskutecznie  usiłował  ją 

zatrzymać. 

Zignorowała  go.  Biegła  przed  siebie,  nie  zważając  na  deszcz  i 

śliskie kamienie kościelnego dziedzińca, plątała się w ślubnym stroju, 

uciekała, jakby od tego biegu zależało jej życie. 

 

Jack dostrzegł kobietę, gdy tylko przekroczył obrośniętą pnączem 

i omszałą bramę,  wiodącą na dziedziniec kościoła. Pędziła wprost na 

niego  i  mógłby  przysiąc,  że  go  nie  zauważyła.  Niemal  płynęła  w 

powietrzu,  tak  zaabsorbowana  sobą,  że  na  nic  nie  zwracała  uwagi, 

niczego nie dostrzegała.  

Raptem poślizgnęła się na mokrym bruku; instynktownie złapał ją 

za  rękę,  chwycił  w  ramiona,  powstrzymując  przed  upadkiem.  Te 

włosy przesłonięte welonem, wspaniała figura skryta pod jedwabiem, 

zmysłowe  usta,  bliskość  jej  ciała,  zapach  lawendy  i  łąki  skoszonej  o 

wiosennym poranku...  

Jeszcze  nigdy  kobieta  nie  obudziła  w  Jacku  Merlinie  podobnych 

doznań. Nic dziwnego, że jej pożądał, ale czemu był tak wstrząśnięty? 

- Poczekaj! - rzucił odruchowo, bezwiednie, kiedy wyrwała się  z 

jego ramion.  

background image

Gnana  przed  siebie  jakąś  potężniejszą  od  niej  samej  siłą,  nie 

zwróciła uwagi na ten okrzyk. Zdążył tylko dostrzec, że drżą jej ręce, 

zauważył  pożółkłe  koronki  ozdabiające  suknię  ślubną.  Pobiegła  ku 

zarośniętej bluszczem bramie; całe spotkanie nie trwało nawet minuty. 

Jack  wciągnął  głęboko  powietrze,  powoli  uchodziło  z  niego 

napięcie.  Za  plecami  słyszał  gwar  dochodzący  z  kościoła,  osiągający 

stopniowo  crescendo.  Spojrzał  raz  jeszcze  w  kierunku,  w  którym 

pobiegła kobieta. Nic nie rozumiał poza tym, że panna młoda uciekła. 

Nie  wiedział,  czy  przedtem  małżeństwo  zostało  zawarte,  czy  też 

nie,  w  głębi  serca  żywił  jednak  nadzieję,  że  prawdziwa  jest  ta  druga 

ewentualność. Ostatnie, co przyszłoby mu do głowy, kiedy wyjeżdżał 

z Londynu, było to, że pozazdrości kuzynowi. Jak widać małżeństwo 

Bertiego było czymś znacznie bardziej skomplikowanym, niż mógł się 

spodziewać. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

-  Przynajmniej  ja  nie  miałem  problemu  -  ironizował  Jack.  - 

Czułbym się jak skończony idiota, gdyby proboszcz zapytał, czy nikt 

nie zna przeszkód w zawarciu sakramentu, a ja musiałbym zabrać głos 

i sprzeciwić się twojemu małżeństwu. 

- Nie doszło do tego - odparł kwaśno Bertie Pershore, podszedł do 

kominka,  przy  którym  wygrzewał  się  Jack,  i  podał  kuzynowi 

szklaneczkę  brandy.  -  Jack,  do  diaska!  Zrobiła  ze  mnie  durnia  na 

oczach całej wsi. Zostawiła mnie przed ołtarzem. 

background image

Siedzieli  w  prywatnym  saloniku  gospody  „Pod  Owcą  i 

Królikiem",  gdzie  Jack  pozostawił  godzinę  wcześniej  swój  ekwipaż. 

Hodges  spędził  pracowite  chwile,  sprawdzając,  czy  wszystko  jest  w 

należytym  porządku.  Jack,  sącząc  brandy,  pomyślał  z  uznaniem,  że 

zaiste trafił mu się istny książę pośród lokajów. 

Po  ucieczce  panny  młodej  Jack  zrywał  boki  ze  śmiechu,  widząc, 

jak  jego  kuzyn  wręcza  finansową  rekompensatę  proboszczowi  i 

przekonuje  go,  że  narzeczona  potrzebowała  zaczerpnąć  świeżego 

powietrza. Nikt nie ośmielił się tego zakwestionować. 

Jack wzruszył ramionami, moszcząc się wygodniej w fotelu. 

-  Staruszku,  być  może  panna  Shaw  nieoczekiwanie  znalazła 

lepsze rozwiązanie. Jakiś dobry szlachecki tytuł i do tego fortunka... 

- Ona nie jest z takich! - zaprotestował gwałtownie Bertie. - Fakt, 

przygnębiła mnie ta przygoda, ale mijasz się z prawdą, kuzynie. Thea 

i ja znamy się od lat, z całego serca chciałem jej pomóc. 

- Na przyszłość poskramiaj rycerskie zapędy - poradził Jack. - Nie 

winię  cię,  Bertie.  Panna  Thea  Shaw  jest  diablo  pociągającą  kobietą, 

więc  nie  dziwota,  że  uległeś  jej  czarowi,  ale  żeby  od  razu  składać 

takie propozycje... 

Pociągającą? 

Bertie 

przyglądał 

się 

kuzynowi 

niedowierzaniem.  -  Thea?  Przyznaję,  że  ta  dziewczyna  nieźle  się 

prezentuje,  całkiem  gładka,  ale  żeby  to  była  piękność?  Czy 

rozmawiamy o tej samej kobiecie? 

Jack nie miał wysokiego mniemania o gustach kuzyna względem 

kobiet, ale żeby być aż tak ślepym? I to wobec czarującej osoby, którą 

background image

zamierzał  poślubić.  Nie  jemu  wytykać  błędy  Bertiemu,  bo  w  ten 

sposób sam mógł upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. 

Miał  pewność,  że  do  małżeństwa  już  nie  dojdzie,  i  mógł 

zaplanować  pannie  Thei  Shaw  całkiem  inną  przyszłość.  W  dodatku 

dobrze wiedział, jak to zorganizować. 

Przez  godzinę,  która  upłynęła  od  spotkania  przed  kościołem, 

Jackowi  udało  się  uporządkować  nieoczekiwane  i  zaskakujące 

odczucia,  które  nim  owładnęły.  Oczywiste,  że  panna,  niezależnie  od 

tego, co twierdził Bertie, polowała na posag.  

Była więc szansa, że przystanie na inną propozycję, może nie tak 

szarmancką jak ta kuzyna, ale za to bardzo atrakcyjną finansowo. Jack 

uśmiechnął  się  cynicznie.  Był  pewien,  że  potrafi,  tak  czy  inaczej, 

zaspokoić pragnienia zarówno swoje, jak i niedoszłej panny młodej. 

-  Rozumiem,  że  nie  zamierzasz  ponawiać  oferty  wobec  panny 

Shaw?  -  spróbował  wysondować  kuzyna  i  poczuł  ulgę,  widząc  jego 

wściekłość. 

-  Niech  mnie  diabli,  jeżeli  mi  przyjdzie  coś  takiego  do  głowy! 

Chciałem  jedynie  jej  pomóc  ze  względu  na  długoletnią  przyjaźń... 

Myślałem,  że  przynajmniej  będzie  wobec  mnie  uczciwa.  Lepiej 

zrobię,  wystrzegając  się  kobiet.  Do  diaska  z  nimi!  Nigdy  nie  można 

ich rozgryźć. - Bertie z ponurą miną wpatrywał się w ogień płonący w 

kominku. 

-  Nie  ty  jeden,  staruszku,  nie  potrafisz  ich  rozgryźć.  To 

przypadłość  całego  męskiego  rodu.  Cóż...  -  Jack  się  podniósł  -  złożę 

background image

wizytę  pannie  Shaw.  Wolałbym,  żeby  jej  humory  nie  przysparzały 

kłopotów również w przyszłości, trzeba ją ułagodzić. 

Bertie pokręcił głową z dezaprobatą. 

-  Jack,  jesteś  w  błędzie.  Thea  nie  będzie  zadowolona,  że  się 

wtrącasz.  Czemu nie  zostawić  sprawy  tak, jak jest?  Odwołany  ślub... 

Możesz  być  pewien,  że  nie  będę  spieszył  się  z  następnymi 

oświadczynami.  Nieźle  się  już  sparzyłem!  Na  razie  wystarczy  mi 

doświadczeń matrymonialnych. 

-  Mimo  wszystko  będę  spokojniejszy,  wyjaśniając parę  kwestii  z 

panną Shaw - odrzekł Jack. - To nie potrwa długo. 

-  Czuję,  że  chcesz  ją  przekupić.  Popełniasz  wielki  błąd.  Prosisz 

się o kłopoty. Sam się przekonasz, mój drogi. 

-  Mam  kilka  propozycji  dla  panny  Shaw  -  rzucił  niedbale  Jack, 

zakładając płaszcz. - Zobaczymy, która najbardziej przypadnie jej do 

gustu. 

 

- Nie mogę uwierzyć, że zachowałam się tak podle! - Thea kuliła 

się  w  fotelu  w  salonie.  Zmieniła  już  ślubną  suknię  na  prosty 

muślinowy  strój  i  rozpuściła  loki.  -  Biedny  Bertie.  Nigdy  mi  nie 

wybaczy. Sama sobie nie mogę tego darować. Powiedzieć „nie" przed 

ołtarzem! Jak mogłam tak postąpić?! 

-  Rzeczywiście,  zachowałaś  się  fatalnie  - przyznała  Clementine  - 

ale może lepsze to niż poślubić dziś pana Pershore'a, a zdanie zmienić 

jutro. - Wcisnęła siostrze do ręki kieliszek. - Masz, wypij, na frasunek 

najlepszy trunek, zawsze tak uważałam. 

background image

-  Nie  rozumiem  doprawdy,  jak  to  możliwe,  że  w  twoim  wieku 

znasz  się  na  takich  lekarstwach  -  odrzekła  Thea,  zapominając  na 

chwilę o swoim przygnębieniu. 

Czasami  miała  wrażenie,  że  bardzo  nieudolnie  zastępuje  siostrze 

matkę,  ale  Clementine  była  krnąbrna  i  nie  sposób  było  nad  nią 

zapanować. Upiła łyk madery i umościła się wygodniej w fotelu. 

- Clemmie, co działo się w kościele, kiedy wybiegłam? 

-  Nic  wielkiego  -  odparła  siostra,  klęcząc  przy  kominku,  jako  że 

dokładała właśnie polan do ognia. - Proboszcz apelował do  wiernych 

o spokój, ale to jakby chcieć powstrzymać rzekę Oak! Zaczęli gadać i 

plotkować,  gdy  tylko  znalazłaś  się  w  drzwiach.  -  Pochwyciwszy 

spojrzenie  siostry,  dodała  pospiesznie:  -  Umilkli,  zanim  jeszcze 

powiedziałaś to swoje „nie". 

-  Wielkie  dzięki!  -  Thea  przyjrzała  się  siostrze.  -  A  tak  na 

marginesie:  jesteśmy  tak  samo  biedni  i  w  opłakanym  położeniu  jak 

poprzednio. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. 

-  Słusznie  postąpiłaś.  -  Clementine  wstała,  otrzepując  dłonie 

ubrudzone  popiołem.  -  Nieważne,  że  pan  Pershore  jest  naprawdę 

bogaty. Jako mąż nie jest zbyt atrakcyjny. 

Thea  odwróciła  głowę.  Czuła  się  rozbita.  Wiedziała,  że  znalazła 

się  na  zakręcie,  i  rozumiała,  że  już  nic  nie  można  poradzić  na  to,  co 

stało się w kościele, i potem, gdy zeń wybiegła. Nie zauważyła nawet 

tego  nieznajomego  na dziedzińcu,  póki nie pochwycił  jej  w  ramiona. 

Irracjonalne i głupie uczucie, ale gdzieś  w głębi serca poczuła, że on 

mógłby być jej przewodnikiem, że za nim poszłaby wszędzie. 

background image

- Czy jakiś dżentelmen pojawił się w kościele po mojej ucieczce? 

Wydaje mi się, że widziałam kogoś zmierzającego do wejścia. 

-  O  tak!  -  rozpromieniła  się  Clementine.  -  Zapomniałam  ci 

powiedzieć.  To  był  najwyraźniej  kuzyn  pana  Pershore'a,  ale  nie 

zdążyłam  go  poznać,  bo  natychmiast  porwał  gdzieś  Bertiego. 

Zauważyłam jedynie, że jest niebywale przystojny. 

-  Kuzyn  Bertiego,  powiadasz?  Nie,  niemożliwe,  żeby  to  był 

markiz  Merlin  we  własnej  osobie.  Właśnie  w  takim  krytycznym 

momencie!  Więc  to  w  jego  ramionach  się  znalazłam,  to  on  mnie 

uchronił przed upadkiem. - Odstawiła kieliszek, pojmując, że sytuacja 

jeszcze bardziej się pogmatwała. 

Clementine  przysiadła  na  piętach  i  przyglądała  się  siostrze 

podejrzliwie. 

-  To  był  markiz  Merlin?  Czy  ten,  który  cieszy  się  taką  fatalną 

reputacją?  Ten  hulaka?  Łotr,  który  uciekł  z  lady  Spence,  a  potem  ni 

stąd,  ni  zowąd  doszedł  do  wniosku,  że  woli  jej  młodszą  siostrę 

właśnie poślubioną lordowi Raistrickowi? 

- Tak - odrzekła Thea, zastanawiając się, skąd młodsza siostra zna 

takie gorszące plotki.  

Jedno  nie  ulegało  wątpliwości:  Jack  Merlin  był  rozpustnikiem  i 

człowiekiem niebezpiecznym, a ona krótko, bo krótko, ale przebywała 

w jego objęciach. Nie chciała jednak przyznać się przed siostrą, że nie 

było to niemiłe. 

-  Jest  bosko  przystojny.  Ach,  jakże  chciałabym  go  poznać!  - 

Clementine westchnęła. 

background image

Thea  rozmyślała  właśnie,  że  siostra  oprócz  trzeźwego 

usposobienia po matce ma skłonność do romantycznych uniesień, gdy 

zobaczyła  postać  wyłaniającą  się  zza  węgła  domu.  Tak,  to  bez 

wątpienia  on,  choć  poprzednio  widziała  go  bardzo  krótko.  Markiz 

Merlin  postanowił  złożyć  im  wizytę.  Thea  chciała  rzucić  się  do 

ucieczki,  pobiec  na  górę,  gdy  rozległo  się  natarczywe  pukanie  do 

drzwi. 

-  Możesz  teraz  naprawić  swoje  niedopatrzenie  -  powiedziała 

ledwie słyszalnym głosem. - Markiz u bram. Pojęcia nie mam, czego 

on u nas... - Urwała i wygładziła nerwowym ruchem suknię.  

Że  też  musiała  włożyć  akurat  dzisiaj  ten  stary  szary  muślin!  Już 

po  raz  drugi  markiz  będzie  miał  okazję  zobaczyć  ją  byle  jak  ubraną, 

kiedy  ona  potrzebowała  tej  pewności  siebie,  jaką  daje  tylko  modna 

suknia. Prawdę mówiąc, nie miała żadnej modnej sukni, więc... 

-  Przepraszam,  panienko.  -  W  drzwiach  salonu  pojawiła  się 

gospodyni,  pani  Skeffington,  mocno  wzburzona  i  czemuś  wyraźnie 

niechętna.  Thei  przemknęło  przez  głowę  szalone  podejrzenie,  że 

markiz  z  nią  flirtował.  -  Przyszedł  markiz Merlin.  Pyta,  czy  pani  jest 

w domu. 

-  Wprowadź  go!  -  zawołała  Clementine,  omal  nie  podskakując  z 

podniecenia. 

Thea posłała jej spojrzenie z serii „uspokój się, z łaski swojej". 

-  Dziękuję,  Skeffie.  Przyjmę  lorda  Merlina  tutaj.  Clementine  - 

zwróciła  się  do  siostry  -  myślę,  że  będzie  lepiej,  jeśli  zostawisz  nas 

samych. 

background image

-  O  nie!  -  sprzeciwiła  się  Clementine  zasadniczym,  surowym 

tonem,  który  tak  często  przybierała  wobec  niej  siostra.  -  To  nie 

wypada. 

-  Lord Merlin, proszę pani - mruknęła przez zaciśnięte zęby pani 

Skeffington, po czym dygnęła i wycofała się majestatycznie, co miało 

oznaczać, o ile to możliwe, jeszcze większą dezaprobatę dla gościa. 

Do  pokoju  wszedł  markiz  Merlin.  Thea  wzięła  głęboki  oddech, 

musiała  się  opanować.  Serce  jej  biło  gwałtownie,  i  to  nie  tylko  ze 

zdenerwowania.  Miała  wreszcie  sposobność  dokładniej  przyjrzeć  się 

zmierzającemu właśnie ku niej markizowi i odkryła z zakłopotaniem, 

że mogłaby przyglądać mu się bez końca. 

Był nie tylko bosko przystojny, jak to raczyła ująć Clementine, ale 

to  akurat  rzucało  się  od  razu  w  oczy  i  nie  ulegało  najmniejszej 

wątpliwości.  Było  w  nim  jednak  także  coś  znacznie  bardziej 

intrygującego  niż  męska  uroda.  Nagle  Thea  uświadomiła  sobie,  że 

przyjęła  Bertiego,  ponieważ  był  nieskomplikowany,  szczery, 

prostolinijny. Przy nim mogła czuć się bezpiecznie. 

Jacka Merlina prawie nie znała, ale już ta ich krótka, acz bogata w 

wypadki  znajomość  wskazywała,  że  markiz  jest  przeciwieństwem 

Bertiego.  Silny,  niezależny,  niebezpieczny  -  stanowił  wyzwanie  i 

Thea  nie  była  pewna,  czy  jest  gotowa  to  wyzwanie  podjąć.  Te  myśli 

nie wpływały wcale uspokajająco. 

Clementine wbiła nieruchome spojrzenie w markiza i Thea wcale 

się  jej  nie  dziwiła.  Merlin  był  wysoki,  miał  wyraziste  rysy  i  pewien 

nonszalancki  wdzięk,  który  przyciągał  wzrok.  Gęste,  ciemne  włosy 

background image

nosił  rozwichrzone.  Biedny  Bertie  nigdy  nie  osiągnąłby  tego  nieładu 

na głowie przy pomocy najlepszego lokaja. 

Ukłonił się nieskończenie wytwornie. 

- Panno Shaw? 

Niski,  ciepły  głos  przyprawił  Theę  o  lekki  dreszcz.  Skinęła 

sztywno głową. 

- Witam, lordzie Merlin. 

Na twarzy Jacka pojawił się leciutki uśmiech. 

-  Jak  się  pani  miewa?  Bardzo  się  cieszę,  że  widzę  panią 

ponownie. 

Thea  puściła  mimo  uszu  czytelną  aluzję  do  ich  poprzedniego 

spotkania i wskazała na Clementine: 

- Lordzie Merlin, pozwoli pan, że przedstawię moją siostrę: panna 

Clementine Shaw. 

Jack skłonił głowę. 

- Do usług, panno Clementine. 

Zachowanie  siostry  zirytowało  Theę;  Clementine  dygnęła  jak 

największa  skromnisia  i  natychmiast  uśmiechnęła  się  uwodzicielsko. 

Nigdy  nie  stosowała  kobiecych  sztuczek  wobec  żadnego  z  ich 

znajomych, a tu masz. Thea miała ochotę potrząsnąć siostrzyczką, ale 

markiz  przedsięwziął  kroki  w  celu  uwolnienia  się  od  towarzystwa 

Clementine. 

-  Mam  nadzieję,  że  wybaczy  mi  pani,  ale  chciałbym  zamienić 

słowo  z  pani  siostrą  w  cztery  oczy,  panno  Clementine  -  mówił 

background image

właśnie,  trzymając  drzwi  do  salonu  otwarte.  -  Bardzo  mi  było  miło 

panienkę poznać. - Wypraszał ją najzwyczajniej w świecie. 

Thea  posłała  siostrze  spojrzenie,  w  którym  było  i  błaganie,  i 

rozkaz, ale Clementine pozostała ślepa na jej wezwania. Nie ociągając 

się, wyszła z salonu i Jack zamknął za nią drzwi. 

Thea odchrząknęła i powiedziała: 

- Napije się pan czegoś, lordzie Merlin? Dla odświeżenia? 

Jack spojrzał na jej kieliszek. 

-  Chętnie  wypiję  kieliszek  madery  dla  dotrzymania  pani 

towarzystwa. 

Thea nalała mu wina, starając się opanować drżenie rąk. W Jacku 

Merlinie było coś denerwującego. To jego prawie natrętne spojrzenie 

ciemnoniebieskich  oczu!  Od  chwili  gdy  wszedł  do  salonu,  nie 

spuszczał z niej wzroku. Do tego aura władczości. Thea wolałaby nie 

mieć  z  nim  nic  wspólnego,  a  jednak  w  głębi  duszy  bardzo  tego 

pragnęła... 

Podała mu wino, uważając, by ich palce się przy tym nie zetknęły. 

Ciągle miała żywo w pamięci niefortunne spotkanie przed kościołem i 

jej  równowaga,  już  mocno  zachwiana,  nie  zniosłaby  kolejnego 

zawirowania.  Wróciła  na  swoje  miejsce,  starając  się  przybrać 

swobodną pozę, i wskazała Jackowi fotel naprzeciwko. 

Usiadł, usilnie się w nią wpatrując. 

-  Mam nadzieję,  że  doszła  już pani do  siebie.  Kiedy  spotkaliśmy 

się  przed  kościołem,  zrobiła  pani  na  mnie  wrażenie  trochę... 

background image

wytrąconej z równowagi. Pomógłbym pani, gdyby tylko dała mi pani 

po temu sposobność. 

Powiedział to tak ciepłym tonem, jakby łączyła ich zażyłość. Thea 

poczuła, że oblewa się rumieńcem. Przypomniała sobie, jak chwycił ją 

w  ramiona.  Było  to  bardzo  miłe,  znaleźć  się  na  moment  pod  opieką 

silnego mężczyzny, miłe i ekscytujące. 

Thea  wygładziła  suknię  nerwowym  gestem.  Nie  była  w  stanie 

spojrzeć mu w oczy. 

- Dziękuję, milordzie. Doszłam już do siebie. 

- To dobrze. - Ton Jacka zmienił się ledwo zauważalnie, zniknęła 

delikatność.  -  Panno  Shaw,  proszę  mi  wybaczyć  bezpośredniość,  ale 

chciałbym  porozmawiać  z  panią  o  ślubie.  Dlaczego  zostawiła  pani 

Bertiego?  Skoro  już  przekonała  go  pani  do  małżeństwa,  nie  mogę 

zrozumieć, dlaczego odrzuciła pani tak korzystną partię. Chyba że - w 

jego  głosie  pojawiła  się  ironiczna  nuta  -  ma  pani  na  widoku  coś 

znacznie bardziej atrakcyjnego. 

Thea  poderwała  głowę.  Nie  tracił  czasu  na  miłe  słówka, 

konwencjonalne  uprzejmości.  Mówił  wprost,  co  myśli.  Nie  rozumiał 

jej zachowania i wyraźnie potępiał. 

- Obawiam się, że myli się pan, i to w kilku kwestiach - odrzekła 

wyniośle. - Po pierwsze, nie musiałam wywierać żadnego wpływu na 

pana  Pershore'a,  by  mi  się  oświadczył.  Uczynił  to,  ponieważ  jest 

moim przyjacielem i bardzo rycerskim... 

Przerwała, widząc, że Jack poruszył się niespokojnie. 

background image

-  I  dlatego,  że  jest  rycerski,  zostawiła  go  pani  przed  ołtarzem?  - 

zapytał z naciskiem. - Tak się nie postępuje, panno Shaw. 

Thea  przygryzła  wargę.  Chciał  ją  wprawić  w  zakłopotanie,  to 

oczywiste.  Doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  że  nie  ma  nic  na  swoją 

obronę.  Potraktowała  biednego  Bertiego  w  sposób  niewybaczalny,  to 

prawda,  ale  nie  zamierzała  wysłuchiwać  reprymend  z  ust  Jacka. 

Spojrzała na niego hardo. 

-  Wolałby  pan,  żebym  wyszła  za  pana  kuzyna,  lordzie  Merlin? 

Proszę  wybaczyć,  ale  pańską  obecność  w  Oakmantle  odczytałam 

zupełnie  odwrotnie.  Odniosłam  wrażenie,  że  raczej  chce  pan 

przeszkodzić  w  ślubie,  niż  tańczyć  na  naszym  weselu.  A  może  się 

mylę  i  przyszedł  pan,  by  pomimo  wszystko  skłonić  mnie  do 

poślubienia Bertiego? 

Jack zaśmiał się. 

-  Skądże,  panno  Shaw.  Mój  kuzyn  wtajemniczył  mnie  trochę  w 

pani  położenie  i  teraz  widzę  jasno,  że  byłby  to  ze  wszech  miar 

niepożądany związek. Nie ma pani pieniędzy, stosunków, nie ma pani 

żadnych  atutów  oprócz...  -  Urwał  i  zmierzył  ją  pełnym  aprobaty 

spojrzeniem, które nie pozostawiało najmniejszych wątpliwości co do 

jego niedopowiedzianej opinii. 

Thea wstała. Nie mógł jej bardziej obrazić. 

-  Jest  pan  impertynentem.  Najwyraźniej  majątek  i koneksje  mają 

dla  pana  wielkie  znaczenie.  Wobec  tego  wiedz,  że  moja  rodzina  jest 

równie  stara  i  godna  szacunku  jak  pańska,  nawet  bardziej.  Przy  tym 

zachowujemy  się  godniej.  -  Widząc,  że  Jack  się  uśmiecha,  dodała 

background image

ostrym tonem: - Proszę się nie obawiać, nie będę nalegała na Bertiego, 

by  dał  mi  drugą  szansę.  Jeśli  o  mnie  idzie,  pański  kuzyn  jest 

bezpieczny. 

-  Miło  mi  to  słyszeć  -  mruknął  Jack.  On także  się  podniósł i  stał 

teraz denerwująco blisko Thei. Zbyt blisko. 

Przez moment miała wrażenie, że czuje ciepło jego ciała, zapach 

cytrynowej  wody  kolońskiej,  ten  sam,  który  zapamiętała  z  ich 

pierwszego spotkania. Cofnęła się gwałtownie i omal nie przewróciła 

stolika,  na  którym  stały  kieliszki.  Jack  chwycił  ją  za  łokieć,  aby  ją 

podtrzymać, ale Thea wyszarpnęła ramię, wstrząśnięta, że jego dotyk 

potrafił przyprawić ją o dreszcz. 

-  Myślę,  że  nie  mamy  sobie  nic  więcej  do  powiedzenia,  lordzie 

Merlin - oznajmiła zimno, podchodząc do dzwonka. Chciała wezwać 

gospodynię. - Muszę pana pożegnać. 

Jack podniósł dłoń, by ją powstrzymać. 

- Przeciwnie - powiedział z lekką kpiną w głosie. - Mam jeszcze 

wiele do powiedzenia. Proszę, by pani usiadła, panno Shaw. 

Przez  chwilę  w  napięciu  mierzyli  się  wzrokiem,  po  czym  Thea 

ostentacyjnie  podeszła  do  okna.  Nie  będzie  siadała  tylko  dlatego,  że 

on jej każe. 

-  Równie  dobrze  mogę  wysłuchać  tego,  co  ma  pan  mi  do 

powiedzenia, kiedy będę stała - odparła Thea poirytowana. 

- Jak pani sobie życzy, panno Shaw. Miałem tylko na uwadze pani 

wygodę. 

background image

-  Słucham  -  rzuciła  niecierpliwie.  Była  tak  zła,  że  zapomniała  o 

dobrych manierach. 

Jacka nic nie mogło wytrącić z równowagi. 

-  Bardzo  dobrze.  W  uznaniu  dla  pani  słowności  i  rzetelności 

chciałbym  uczynić  pewną  propozycję.  Jeśli  zobowiąże  się  pani,  że 

nigdy  więcej  nie  zobaczy  się  z  Bernem,  jestem  gotów 

zrekompensować  tę  stratę.  -  Rozejrzał  się  po  wywołującym  dość 

przygnębiające wrażenie salonie. - Pomoże to pani zadbać o siebie do 

czasu, aż znajdzie pani kolejnego konkurenta, mam nadzieję... 

Thea  wyprostowała  się.  Nie  uważała  się  za  osobę  porywczą  i 

wybuchową,  ale  też  nigdy  dotąd  nie  została  sprowokowana  przez 

markiza Merlina. 

- Chce mnie pan przekupić? Czy dobrze zrozumiałam? - zapytała 

lodowatym tonem. - Myli się pan, jeśli uważa, że przyjmę propozycję. 

Zamierzam  zobaczyć  się  z  Bertiem,  choćby  tylko  raz  i  tylko  po  to, 

żeby  go  przeprosić.  Przyjaźnimy  się  czy  też  przyjaźniliśmy  od  wielu 

lat. 

-  Moja  droga,  to  pani  się  myli,  a  właściwie  mami  -  powiedział 

Jack tonem tyleż znudzonym co rozbawionym, co doprowadziło Theę 

do  jeszcze  większej  wściekłości.  -  Może  to  i  umniejsza  wyrzuty 

sumienia, kiedy pani udaje, że układ z Bertiem wynikał z rycerskości 

bądź też przyjaźni, czy jak tam chce to sobie pani przedstawić. Prawda 

wygląda  tak,  że  była  to  najzwyklejsza  w  świecie  transakcja,  niczym 

się nieróżniąca od tej, którą ja proponuję. 

Na moment zaległa cisza. 

background image

- Nie dam się przekupić - oznajmiła Thea sztywno. - Moje słowo 

powinno wystarczyć. 

Jack wzruszył ramionami. 

-  Słowo  kobiety  z  zasadami?  -  Przyglądał  się  jej  z  cynicznym 

błyskiem w oku. - Bardzo chciałbym w to wierzyć, panno Shaw. 

Wyjął  z  kieszeni  zwitek  banknotów,  rozwinął,  położył  od 

niechcenia  na  gzymsie  kominka,  na  nich  ułożył  jeszcze  kolumienkę 

złotych gwinei, jakby bał się, że banknoty mogą sfrunąć w przeciągu. 

Thea  patrzyła  na  to  wszystko  w  osłupieniu.  Tyle  pieniędzy... 

Więcej,  niż  przez  całe  życie  zdołałaby  zarobić  jako  nauczycielka; 

dość,  by  sześcioosobowa  rodzina przez  wiele  lat  żyła  wolna  od  trosk 

materialnych... 

-  Widzi  pani,  panno  Shaw  -  głos  Jacka  brzmiał  niezwykłe 

łagodnie - zasady są dla głupców. Pieniądze są pani... 

Gwałtownym  ruchem  ręki  Thea  strąciła  rulon  gwinei,  tak  że 

potoczyły się z głośnym brzękiem na wszystkie strony, w cztery kąty 

pokoju,  wpadając  pod  meble.  Jedna  trafiła  w  wyjątkowo  paskudną 

rzeźbę, która kiedyś należała do ojca Thei, i odtrąciła jej nos. 

Jack wziął banknoty, zwinął na powrót i schował do kieszeni, po 

czym uśmiechnął się szeroko. 

- Rozumiem, że pani odmawia? 

Thea trzęsła się z oburzenia, ale zdołała powiedzieć spokojnie: 

- Jest pan niezwykle przenikliwy. 

-  Kobieta  z  zasadami,  rzeczywiście.  Jeśli  koniecznie  chce  pani 

oszczędzić mojemu ojcu wydatków, nie będę nalegał. - Zrobił krok w 

background image

jej stronę. - Tylko proszę nie przychodzić w przyszłości, by żebrać o 

pieniądze, i nie próbować grozić skandalem. 

Thea musiała zmobilizować całą siłę woli, żeby nie zdzielić go na 

odlew w twarz. Pohamowała się i odpowiedziała: 

- Nie zamierzam. Być może pan lubi tak postępować, milordzie... 

W oczach Jacka zabłysło złośliwe rozbawienie i Thea bezwiednie 

cofnęła się o krok niczym ofiara przed drapieżnikiem. 

- Jeśli już pani pyta, pokażę, jak lubię postępować, panno Shaw. 

Objął  ją  mocno  i  pocałował.  Zrobił  to  tak  błyskawicznie  i  tak 

zręcznie, że nie zdążyła zareagować. 

Kiedy  poczuła  jego  wargi  na  swoich,  nie  miała  siły  się  oburzać, 

ogarnęła  ją  słodka  słabość  zapierająca  dech  w  piersiach,  zapowiedź 

budzącego się pożądania. Nie miał dla niej litości. Thea ledwie mogła 

się  rozeznać  w  swoich  doznaniach,  a  on  całował  ją  dalej,  wprawnie, 

zaborczo,  nieustępliwie.  Zachwiała  się  lekko  i  ze  zdumieniem 

stwierdziła,  że  tuli  się  do  niego  mocniej,  ośmielona  nieoczekiwanie 

przez własne pragnienia. 

Poruszyła  się  lekko  i  wyczuła  pod  stopą  coś  twardego.  Złota 

gwinea.  Ocknęła  się  natychmiast  i  odepchnęła  Jacka,  oburzona  i 

przerażona tym, co się stało. Puścił ją od razu. 

Cofnęła się i powiedziała drżącym głosem: 

- To było... 

- Wyjątkowe. 

background image

Co takiego było  w tym mężczyźnie, że zmieniała się przy nim w 

absolutnie  bezwolną  istotę?  Nie  była  przecież  głupią  dziewką 

podkuchenną, żeby tracić głowę dla pięknych markizów.  

-  Moja  droga panno  Shaw.  -  Jack ujął  właśnie  jej  dłoń, na  nowo 

rozbudzając  wszystkie  te  odczucia  i  sensacje,  które  Thea  chciała 

koniecznie  w  sobie  zdusić.  -  Czy  wolno  mi  zaproponować 

rozwiązanie  alternatywne  oparte  na...  zadziwiającej  harmonii,  którą 

właśnie,  jak  się  zdaje,  osiągnęliśmy?  W  rewanżu  za  twe  względy 

jestem gotów wybawić cię z kłopotów finansowych... 

Chwilę trwało, zanim Thea zrozumiała sens słów Merlina, a kiedy 

już  to  się  stało,  reakcją  był  szok  tak  silny,  że  z  trudem  oddychała. 

Odwróciła się i machinalnym ruchem poprawiła kilka drobiazgów na 

gzymsie kominka. 

-  Rozumiem,  że  chce  pan  uczynić  ze  mnie  swoją  kochankę, 

lordzie Merlin? - Była zdumiona, że tak spokojnie to powiedziała. - A 

może  się  mylę  i  interesowałaby  pana  tylko  krótka,  ale  rozkoszna 

przygoda? Pytam wyłącznie przez czystą ciekawość.  

Odwróciła  się  tak  gwałtownie,  że  jeden  z  dekoracyjnych 

drobiazgów, urocza porcelanowa pastereczka, spadł i roztrzaskał się o 

podłogę.  

-  W  obu  wypadkach  odpowiedź  brzmi:  nie!  Dziękuję  uprzejmie. 

Najpierw usiłuje mnie pan przekupić, w chwilę później proponuje mi 

pan haniebny kontrakt! Pańska arogancja, bezczelność, zarozumiałość 

przekraczają wszelkie granice. Żądam, by opuścił pan ten dom, zanim 

sama pana wyrzucę! 

background image

-  Dała  pani  piękny  pokaz  urażonej  godności,  ale  zapytajmy,  czy 

aby  słusznie  tak  się  pani  gniewa?  Czy  przed  chwilą  nie  zareagowała 

pani  nader  żywo  na  mój  pocałunek?  -  Zmierzył  ją  bezczelnym 

spojrzeniem,  które  zatrzymało  się  na  piersiach.  -  Jak  często 

odwoływała  się  pani  do  swoich  niezaprzeczalnych  wdzięków,  aby 

wybrnąć  z  trudnej  sytuacji?  Wszak  to  jedyna  karta,  jaką  może  pani 

rozgrywać, prawda? 

Thea nie odpowiedziała. Przeszła obok Merlina i otworzyła drzwi 

salonu,  po  czym  wyszła  do  holu,  minęła  wystraszoną  gospodynię  i 

otworzyła  szeroko  drzwi  wejściowe  do  Oakmantle  Hall.  Zrobiła  to  z 

takim  impetem,  że  uderzyły  w  ścianę,  aż  huk  poniósł  się  po  całym 

domu. 

Jack  wyszedł  za  nią  do  holu,  odbierał  właśnie  płaszcz  od  pani 

Skeffington,  która  miała  minę  tak  pełną  dezaprobaty,  jakby  Jack  nie 

był markizem, tylko najgorszą szumowiną ludzką. Thea, z najwyższą 

niechęcią,  musiała  jednak  przyznać,  że  Merlin  przyjął  wyproszenie  z 

twarzą. Ukłonił się jej nawet. 

- Zrozumiałem, panno Shaw. 

Thea  nie  odpowiedziała.  Patrzyła  w  grobowym  milczeniu,  jak 

Merlin  schodzi  po  szerokich  schodach,  po  czym  zatrzasnęła  drzwi  z 

takim hukiem, że wypłoszyła wszystkie ptaki z dębów na podjeździe. 

 

Jack  szedł  żwirową  aleją  pochłonięty  rozmyślaniami  o  pannie 

Thei  Shaw.  „Arogancja,  bezczelność,  zarozumiałość"...  Skrzywił  się. 

Od dawna nikt, być może z wyjątkiem ojca, nie oskarżał go o podobne 

background image

bezeceństwa.  Może  w  tym  właśnie  tkwił  cały  kłopot.  No,  połowa 

kłopotu. 

Wiedział doskonale, że wszystko zrobił nie tak, jak powinien, ale 

wiedział  też,  że  uczynił  tak,  po  części  przynajmniej,  z  rozmysłem. 

Chciał  poddać  pannę  Shaw  próbie,  przekonać  się,  czy  rzeczywiście 

jest kobietą z zasadami, jak sama o sobie powiedziała.  

Właściwie  ledwie  wszedł  do  salonu  i  zaczął  rozmowę,  miał  już 

pewność,  że  Thea  nie  przyjmie  ani  pieniędzy,  ani  awansów.  Thea 

miała  w  sobie  niewinność,  prostolinijność  i  uczciwość;  transakcja, 

którą jej zaproponował, była brudna i poniżająca, to jasne. Spotkał się 

z reakcją, na jaką w pełni zasłużył. 

Nie  posłuchał  własnej  intuicji  i  wbrew  wszystkiemu  wystawił 

Theę na próbę, a Thea dowiodła mu niezbicie, że nie mylił się co do 

niej.  I  była  to  myśl  bardzo  przyjemna.  Zasępił  się  trochę.  Byłoby 

znacznie łatwiej dać jej pieniądze i zapomnieć albo zrobić sobie z niej 

kochankę i czekać, aż fascynacja minie i Thea najzwyczajniej mu się 

znudzi.  Tymczasem  on  cieszył  się,  że  jest  uczciwa.  Prawdę  rzekłszy, 

chciał, żeby była uczciwa. 

Do  tej  pory  niewinność  szczególnie  go  nie  pociągała.  Kobiety, 

które  obdarzały  go  względami,  były  doświadczone  i  bardzo  mu  to 

odpowiadało,  nie  tęsknił  za  innymi.  Tym  razem  było  jednak  inaczej. 

Jack  zaczął  fantazjować,  wyobrażając  sobie,  jak  by  to  było 

wprowadzać Theę w tajniki zmysłowych rozkoszy.  

Zareagowała  na  jego  pocałunek  z  autentyczną  pasją  i  było  to 

bardzo  podniecające.  Powiedzmy,  że  osiągnie  efekt  dziesięciokrotnie 

background image

silniejszy...  Łatwo  sobie  wyobrazić,  jak  potężny  płomień  wtedy 

buchnie... 

Arogancki, zarozumiały... Owszem był i arogancki, i zarozumiały, 

pragnąc  Thei  Shaw  wyłącznie  dla  siebie.  Mało  tego,  był  pewien,  że 

mając  czas  i  sposobność,  mógłby  przekonać  ją  do  swojego  punktu 

widzenia, nawrócić ją, by tak rzec, na swój sposób myślenia.  

Istniało mnóstwo pilnych powodów, by jak najszybciej wracać do 

miasta, już ten choćby, że nienawidził życia na wsi. Panna Thea Shaw 

będzie musiała pozostać jedną z tych dam, które mu się wymknęły... 

Jack był zawiedziony. Nie rozumiał, dlaczego się  zawahał, kiedy 

panna  Shaw  powiedziała  mu  wprost,  co  o  nim  myśli.  Gdyby  nie 

bardzo  bolesny  fizyczny  dyskomfort,  śmiałby  się  z  żartu  losu.  Jack 

Merlin,  bezwzględny  drań,  do  bólu  pragnął  kobiety,  której  nie  mógł 

mieć.  

Aby  oderwać  myśli  od  niemiłego  tematu,  rozejrzał  się  po 

posiadłości  Oakmantle  i  stwierdził,  ku  własnemu  zdziwieniu,  że  ma 

ona  swój  urok:  zaniedbane  ogrody,  dom  ze  złotego  piaskowca,  z 

wysokimi  kominami  i  spadzistym  dachem,  otoczony  fosą,  teraz 

przepełnioną  po  ostatnich  deszczach,  rozległe  trawniki,  park  z 

kępkami  żonkili  pod  drzewami,  świeże  powietrze.  Jednym  słowem 

sielsko. 

Jack zatrzymał się na brzegu fosy. Na prawo znajdował się padok, 

na  którym  pasł  się  kucyk.  Doskonałe  miejsce  na  stajnie  hodowlane. 

Jack  mówił  czasem  w  żartach,  i  tylko  w  żartach,  że  gdyby  już  miał 

mieszkać  na  wsi,  hodowałby  konie  i  założył  stajnie  wyścigowe  z 

background image

prawdziwego  zdarzenia,  takie,  które  mogłyby  konkurować  z 

najlepszymi w kraju. 

Gdzieś  z  oddali  dochodziły  głosy  dzieci,  być  może  młodsze 

rodzeństwo Thei bawiło się w parku. Pomyślał, że chętnie poznałby te 

dzieci,  i  zaraz  się  zasępił.  Jedna  po  drugiej  naszły  go  zupełnie 

nietypowe dla niego myśli. Być może powietrze  w Oakmantle tak na 

niego  działało,  że  mieszało  mu  w  głowie.  Powinien  czym  prędzej 

wracać do gospody i ruszać do Londynu. Szybko. 

Tuż  obok  rozległ  się  krzyk,  Jack  odwrócił  się  gwałtownie,  ale 

było  już  za  późno.  Otrzymał  potężny  cios  w  ramię,  który  powalił  go 

na ziemię. Poczuł jeszcze uderzenie czymś ostrym w głowę i zgasł jak 

zdmuchnięta świeczka. 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Zabiłam go! Zabiłam markiza! 

Thea  ustawiała  w  salonie  poprzewracane  bibeloty,  zbierała 

rozsypane  gwinee  i  usiłowała  zapomnieć  o  Jacku  Merlinie. 

Zapominanie polegało na tym, że przepowiadała sobie w myślach całą 

ich  rozmowę,  wrzała  słusznym  gniewem,  wracała  do  pocałunku  i 

czuła  się  wyprowadzona  z  równowagi.  Fakt,  że  przez  całe  dziesięć 

minut  nie  potrafiła  myśleć  o  niczym  innym  poza  Jackiem  Merlinem, 

był  wystarczającym  powodem  do  rozpaczy,  ale  tu  była  zupełnie 

bezradna. 

- Thea! 

background image

Głos Clementine przedarł się wreszcie przez natłok poświęconych 

Jackowi  myśli  i  Thea  pobiegła  ku  drzwiom,  w  holu  zderzając  się  z 

siostrą. Clementine była blada, patrzyła błędnym wzrokiem. Chwyciła 

siostrę za mankiet i niemal zaciągnęła do drzwi frontowych. 

- Thea, zabiłam go... 

- Słyszałam twoje krzyki. - Thea starała się mówić spokojnie. W 

kącie  przy  drzwiach  dostrzegła  łuk.  Uściskała  siostrę,  przerażona  jej 

stanem. Clementine była na granicy histerii. 

-  Uspokój  się,  na  pewno  nie  jest  aż  tak  źle.  Prowadź  mnie  do 

niego. 

Popołudnie  było  ładne,  ciepłe,  ale  w  powietrzu  czuło  się  już 

zapowiedź deszczu. Kiedy wyszły na podjazd przed wozownią, oczom 

Thei ukazał się straszliwy widok.  

Jack  Merlin  leżał  na  żwirze  tuż  koło  fosy,  z  głową  na  jednym  z 

kamieni,  które  wyznaczały  granice  podjazdu.  Z  ramienia  sterczało 

pióro strzały, twarz miał białą jak pergamin. Był nieprzytomny. 

Thea  podbiegła,  przyklękła  przy  Jacku  i  zaczęła  szukać  pulsu. 

Żwir  boleśnie  wbijał  się  w  kolana  przez  cienki  materiał  sukni. 

Jackowi  zapewne  nie  jest  wygodnie  tak  leżeć,  pomyślała  trochę  bez 

sensu, ale wiedziała, że nie powinna go ruszać, dopóki nie stwierdzi, 

jakie ma obrażenia. 

- Gemmie, poślij Neda po doktora Rylanda - rzuciła przez ramię. - 

Potem idź do kuchni, każ pani Skeffington zagotować garnek wody, a 

sama poszukaj bandaży. 

- Czy on nie żyje? 

background image

-  Żyje!  -  Thea  uśmiechnęła  się  do  siostry,  próbując  dodać  jej 

otuchy. - Aż tak dobrą łuczniczką nie jesteś, moja droga. Strzała tkwi 

płytko, ale wygląda na to, że upadając, uderzył się w głowę. 

- Wszedł mi prosto na linię strzału - poskarżyła się Clemmie. 

Thea uścisnęła jej dłoń. 

- Teraz to nie ma znaczenia. Jeśli chcesz mu pomóc, szybko poślij 

po doktora. 

Patrzyła, jak siostra biegnie trochę niepewnym krokiem w stronę 

krzewów,  za  którymi  Ned  i  Harry  prawdopodobnie  w  dalszym  ciągu 

grali  w  krykieta.  Jakieś  pięćdziesiąt  jardów  dalej  na  podjeździe  stała 

tarcza  łucznicza.  Thea  westchnęła.  Od  czasu  kiedy  Clementine 

przestrzeliła  kapelusz  chłopcu  od  rzeźnika,  obawiała  się  czegoś 

podobnego.  

Teraz miała dowód, że jej niepokój był w pełni uzasadniony. To, 

że  strzała  ugodziła  aroganta  markiza,  było  pewną,  acz  niewielką 

pociechą.  W  dodatku  Thea  odkryła,  że  widok  nieruchomego  ciała 

raczej przejmuje ją troską, niż napawa poczuciem triumfu. 

Spojrzała ponownie na Jacka. Jego twarz ciągle była blada, zimna 

i  lepka  od  potu,  ale  puls  był  wyraźnie  wyczuwalny,  a  oddech 

regularny.  Nie  było  z  Merlinem  tak  tragicznie,  jak  mogłoby  się  na 

pierwszy rzut oka wydawać. 

Położyła  sobie  jego  głowę  na  kolanach,  uważając,  by  nie 

podrażnić  ramienia.  Merlin  ciągle  był  nieprzytomny  i  Theę  zdjęła 

przemożna chęć, żeby odgarnąć mu włosy z czoła. Po chwili wahania 

rzeczywiście to zrobiła. Były miękkie i jedwabiste, dokładnie takie w 

background image

dotyku, jak sobie wyobrażała. Chciała przesunąć po nich palcami raz 

jeszcze,  jakby  dla  utrwalenia  wrażenia,  ale  napomniała  się  ostro  w 

duchu i cofnęła rękę. 

Siedziała tak z jego głową na kolanach i podziwiała długie rzęsy, 

linię  policzków...  Bliskość  Jacka  budziła  w  Thei  dziwne  uczucia: 

zapierała  dech  w  piersiach,  ale  i  wywoływała  serdeczne  odruchy 

opiekuńcze.  Poruszyła  się  nieznacznie,  szukając  wygodniejszej 

pozycji, i zamarła, bo Jack jęknął. Wstrzymała oddech, ale ranny nie 

otworzył oczu. 

Zaczęło  padać.  Thea  pomyślała,  że  znowu  będzie  miała  mokre 

włosy.  Jedna  kropla  spadła  na  policzek  Jacka  i  Thea  wytarła  ją 

ostrożnie.  Jack  zmarszczył  nos,  widać  deszcz  przywracał  mu 

przytomność. Otworzył oczy i spojrzał na Theę.  

Przez chwilę patrzył na nią błędnym  wzrokiem, otępiały z bólu i 

od  uderzenia.  W  końcu  chyba  ją  rozpoznał  i  coś  zaświtało  mu  w 

głowie, bo usiłował usiąść. 

- Co, do dia... - Urwał, jęknął, kiedy ból przeszył ramię, zamknął 

oczy  i  natychmiast  otworzył  je  na  powrót.  -  Co  się,  na  litość  boską, 

dzieje, panno Shaw? 

Thea  położyła  mu  dłoń  na  zdrowym  ramieniu,  powstrzymując 

przed dalszymi próbami podnoszenia się. 

-  Niech  pan  leży  spokojnie,  Merlin.  Miał  pan  wypadek,  ale 

posłałam już brata po doktora i zaraz przeniesiemy pana do domu. 

Jack,  nie  bez  trudu,  sięgnął  prawą  dłonią  do  ramienia,  szukając 

powodów bólu. 

background image

-  Co  to  jest?  Strzała?  -  W  jego  głosie  zabrzmiało  zdumienie, 

biorąc górę nad bólem. - Na litość boską, czy mierzyła pani do mnie z 

łuku, aby ratować swoją cześć? Zapewniam, że jeśli o mnie idzie, nie 

musiała pani posuwać się do tak drastycznych środków. 

- Nie błaznuj pan - zgasiła go Thea. - Moja siostra akurat ćwiczyła 

z  łukiem,  a  pan  wszedł  jej  na  linię  strzału.  Niezwykły  przypadek.  A 

potem, upadając, uderzył pan głową o kamień. 

- Prawdziwy łańcuch wypadków. - Jack westchnął i potarł czoło. - 

Niech to wszyscy diabli, czuję się słaby jak nowo narodzone kocię, a 

łeb tak mnie boli, jakby zaraz miał pęknąć. - Poruszył się znowu. - Ta 

strzała w moim ramieniu... 

- Doktor Ryland ją wyjmie, jak tylko się pojawi. - Thea rozejrzała 

się z niejaką desperacją.  

Poczciwy doktor długo kazał na siebie czekać. Miała wrażenie, że 

wieki  minęły  od  momentu,  kiedy  wydała  Clementine  odpowiednie 

polecenie,  ale  była  to  zapewne  kwestia  paru  minut.  Tymczasem 

rozpadało  się  na  dobre,  a  Jack  na  razie  musiał  tkwić  na  podjeździe, 

wystawiony  na  deszcz.  Co  gorsza,  pot  wystąpił  mu  na  czoło  i 

wstrząsały nim dreszcze. Thea zaczęła się niepokoić. 

-  Gdybym  mógł  ją  dobrze  chwycić,  sam  bym  wyciągnął  -  orzekł 

Jack,  po  czym  usiadł  i  spróbował  dosięgnąć  indeksu  strzały.  Bez 

skutku. Zyskał tylko tyle, że jęknął z bólu. 

- Niech pan się nie rusza - poprosiła Thea. - Jedynie pogarsza pan 

swoje położenie. Jeśli czuje się pan na siłach, moglibyśmy spróbować 

przejść do domu. 

background image

Jack  popatrzył  na  nią  spod  zmrużonych  powiek,  próbując  się 

skupić. 

-  Chętnie  bym  poszedł,  ale  nie  mogę  spacerować  ze  strzałą  w 

ramieniu,  panno  Shaw.  To  diabelnie  niebezpieczne,  mógłbym  i  pani 

zrobić  krzywdę,  gdybym  się  przewrócił.  Może  pani  spróbowałaby  to 

wyjąć... 

-  Och,  nie,  za  nic  -  przeraziła  się  Thea.  -  Nawet  gdybym  się 

odważyła, to zbyt ryzykowne. 

W oczach Jacka błysnęła kpina. 

-  Ma  pani  szansę  zadania  mi  bólu  i  nie  chce  z  niej  skorzystać, 

panno  Shaw?  A  może  mdleje  pani  na  widok  krwi?  Zapewniam,  że 

krwi będzie niewiele, a wyświadczy mi pani nieocenioną przysługę. 

Zapadła  cisza.  Thea  zbladła.  Jack  nieznacznie  skinął  głową, 

wpatrując  się  w  nią  wyczekująco  nieruchomym  spojrzeniem. 

Zacisnęła usta. Robiło się jej niedobrze na myśl, że ma zadać mu ból. 

Wiedziała,  że  musi  to  zrobić,  ale  niezwykle  trudno  było  zebrać  jej 

potrzebną do tego odwagę. 

Wzięła  głęboki  oddech,  zacisnęła  dłoń  na  indeksie  strzały  i 

szarpnęła z całych sił. Usłyszała, jak Jack syknął, ale to wszystko. Nie 

wydał  żadnego  innego  dźwięku:  krzyku  czy  jęku.  Strzała  wyszła  z 

ramienia  gładko,  na  zielonym  płaszczu  z  najdelikatniejszej  wełny 

pojawiła się w tym miejscu niewielka plama krwi, znacznie mniejsza, 

niż Thea się obawiała. 

- Jedno z najpiękniejszych dzieł Westona zrujnowane - zauważył 

Jack  obojętnie.  -  Nigdy  mi  tego  biedak  nie  wybaczy.  Panno  Shaw, 

background image

użyczyłaby  mi  pani  kawałka  halki  dla  zatamowania  krwi?  To  bodaj 

jedyna okazja, kiedy śmiem prosić, żeby pani dobrowolnie pozbyła się 

części ubrania... 

Thea powściągnęła uśmiech. Pokpiwania Jacka sprawiły, że czuła 

się znacznie raźniej i pewniej, były widomym znakiem, że Merlin nie 

zamierza żegnać się z życiem. 

- Bardzo się cieszę,  że doszedł już pan do siebie, skoro stroi pan 

sobie  ze  mnie  żarty  -  powiedziała.  -  Chętnie  oddam  panu  kawałek 

halki, ale przecież nie całą, bo to jedyna, jaką mam. 

-  Kupię  pani  inną,  jeśli  przyjmie  pani  ode  mnie  tak  osobisty 

prezent.  -  Jack  z  lekkim  uśmiechem  patrzył,  jak  Thea  podciąga 

spódnicę i pospiesznie odrywa pasek materiału z halki. - Proszę zrobić 

z jednego paska coś na kształt małej poduszeczki, przyłożyć do rany i 

owiązać drugim paskiem - instruował swoją sanitariuszkę. 

- Jest pan bardzo pomysłowy i zaradny, milordzie - pochwaliła go 

Thea, idąc za wskazówkami.  

Bardzo  ją  zaskoczył,  ale  tego  nie  chciała przyznać  głośno.  Takie 

trzeźwe,  nacechowane  rozsądkiem  postępowanie  zupełnie  nie 

pasowało  do  wizerunku  światowego  nicponia  i  łajdaka,  za  jakiego 

miała Merlina. 

-  Nauczyłem  się  radzić  sobie  w  potrzebie,  kiedy  wojowałem  na 

Półwyspie  Iberyjskim.  Pani  halka  to  doskonały  materiał  na  szarpie, 

panno  Shaw,  w  porównaniu  z  tym,  czym  musiałem  zadowalać  się 

wówczas. 

background image

-  Był  pan  na  półwyspie?  -  zapytała  Thea,  tym  razem  nie  kryjąc 

zdumienia. - Nie przypuszczałam... Bertie o tym nie wspominał. 

Jack  odwrócił  głowę  i  patrzył,  jak  Thea  niewprawnymi  ruchami 

opatruje  mu  ramię.  Musnął  niechcący  jej  dłoń  i  Thea  omal  nie 

skoczyła  na  równe  nogi,  ale  szybko  się  opanowała  i dalej  walczyła  z 

opatrunkiem.  Nie  chciała,  żeby  zbyt  szybko  i  łatwo  przejrzał  jej 

słabości. 

- Trochę mocniej, jeśli mogę prosić, panno Shaw. 

Na  szczęście  Jack  nie  dostrzegł  chyba  jej  zmieszania,  chociaż 

wyjątkowo  dużo  widział  jak  na  człowieka,  który  właśnie  został 

ugodzony  strzałą,  a  potem  uderzył  głową  o  kamień,  tracąc 

przytomność. Wpatrywał się  w  Theę przez cały czas, nie spuszczał z 

niej ani na chwilę wzroku. Było bardzo to krępujące i denerwujące. 

-  Wielu  rzeczy  jeszcze  o  mnie  pani  nie  wie,  panno  Shaw.  Czy 

Bertie często o mnie opowiadał? 

-  Bez  przerwy  -  odparła  Thea  żywo,  wiążąc  przy  tym  bandaż.  - 

Wręcz  zanudzał  nas  opowieściami  na  pański  temat.  Gotowe.  Teraz 

spróbujemy przejść do domu. Niech pan oprze się na moim ramieniu. 

Przykro mi, ale nie mamy służących, którzy mogliby pana zanieść... 

-  Nie  ma  potrzeby,  panno  Shaw  -  odparł  Merlin.  -  Aczkolwiek 

dziękuję za dobre chęci. Aha, coś mi się wydaje, że poczciwy doktor 

przyjechał. Widzę, że jest z nim mój lokaj, Hodges. 

Thea podniosła głowę. Przez podjazd szedł szybkim krokiem Ned, 

prowadząc  doktora  Rylanda  i  krępego  mężczyznę  o  cierpiętniczym 

wyrazie  twarzy,  który  niósł  torbę  podróżną.  Thea  odniosła  wrażenie, 

background image

że  lokaj  zwykł  znajdować  swojego  pana  w  rozmaitych  nietypowych 

sytuacjach, 

rozważał 

właśnie, 

jak 

tym 

razem 

ratować 

nieobliczalnego markiza. 

Ned  podał  jej  rękę  i  Thea  dźwignęła  się  z  ziemi,  prostując 

zesztywniałe  członki.  Doktor  Ryland  i  Hodges  pomogli  Merlinowi 

podnieść  się,  po  czym  poprowadzili  go  powoli  w  stronę  Oakmantle 

Hall. 

Dziwnie było Thei patrzyć, jak Jack wraca do tego samego domu, 

z  którego  zaledwie  dwadzieścia  minut  wcześniej  wyrzuciła  go  z 

hukiem.  Prawdę  mówiąc,  nie  wiedziała,  czy  ma  się  cieszyć,  czy 

smucić, że tak trudno jej uwolnić się od Merlina. Jednego była pewna: 

musi się go pozbyć raz jeszcze, i to szybko. 

Nie  chciała,  by  odgadł,  jak  bardzo  wstrząsnął  nią  fatalny 

wypadek,  ani  żeby  odkrył,  że  obudziła  się  w  niej  opiekuńczość. 

Naprawdę musiała wziąć się na odwagę, żeby wyciągnąć mu strzałę z 

ramienia,  i  tym  bardziej  podziwiała  Jacka  za  stoicką  postawę,  z  jaką 

przyjmował  jej  niezdarne  zabiegi,  mające  przynieść  mu  ulgę  w 

cierpieniu. 

Nie,  Jack  Merlin  na  pewno  nie  był  światowym  ladaco. 

Rzeczywiście niewiele o nim jeszcze wiedziała i nie była pewna, czy 

zgłębianie wiedzy na temat markiza jest zajęciem bezpiecznym. 

W  domu  czekał  ją  kolejny  dylemat.  Doktor  Ryland  uparł  się,  że 

markiza  należy  bezzwłocznie  położyć  do  łóżka.  Thea,  chcąc  nie 

chcąc,  oddała  mu  własną  sypialnię,  innego  wyjścia  nie  było. 

Zaprowadziła panów na górę, po czym poszła szukać Clementine.  

background image

Chciała sprawdzić, czy siostra już się uspokoiła po wypadku, czy 

też  nadal  biadoli.  Zastała  Clemmie  w  kuchni;  panna  raczyła 

gospodynię opowieścią o tym, jak to ustrzeliła z łuku markiza. Kiedy 

Thea weszła, przerwała stropiona. 

-  Napije  się  pani  herbaty?  -  zaproponowała  pani  Skeffington 

skwapliwie i przesunęła dzbanek w stronę Thei. 

Przyda  mi  się  łyk  herbaty  po  tych  dramatycznych  przejściach, 

pomyślała  Thea,  siadając  za  stołem  i  przyjmując  z  wdzięcznością 

filiżankę  z  rąk  gospodyni.  Clementine  wróciła  do  swojej  opowieści. 

Trajkotała  jak  najęta.  Thea  się  nie  wtrącała.  Wiedziała,  że  siostra  w 

ten  sposób  odreagowuje  wstrząs,  i  postanowiła  pozwolić  jej  się 

wygadać, odkładając na później burę, na którą Clemmie bez wątpienia 

zasłużyła. 

Wsparła  brodę  na  dłoni  i  siedziała  w  milczeniu.  Czuła  się 

zmęczona i rozbita. Całe zajście z markizem obudziło w niej poczucie 

bezradności czy też bezbronności. Nie chciała Jacka Merlina w swoim 

domu, ale nie dlatego, że żywiła doń antypatię. Owszem, wiedziała, że 

powinna  go  znienawidzić  po  tym,  co  zaszło  między  nimi  tego 

popołudnia. Tymczasem odkryła, że zaczyna lubić tego człowieka, i to 

zupełnie wytrąciło ją z równowagi. 

Jack był zbyt atrakcyjny, a jego obecność zakłócała spokój ducha 

Thei.  Powinien  jak  najszybciej  wyjechać  z  Oakmantle.  Jak  tylko 

doktor  skończy  go  badać,  Thea  zażąda,  żeby  markiz  albo  wracał  do 

gospody  „Pod  Owcą  i  Królikiem",  albo  jechał  prosto  do  Londynu. 

Niech się zabiera w diabły, wszystko jedno dokąd. 

background image

Jack  należał  do  ludzi,  którzy  pochwycą  całą  rękę,  gdy  dasz  im 

palec, i wypadek na pewno nie osłabił w nim tej cechy. 

-  Nic  wielkiego  -  uspokajał  doktor  Theę,  kiedy  pół  godziny 

później usiedli  we  dwoje  w  bibliotece.  -  Guz  na  głowie  i  płytka  rana 

od  strzały,  poza  tym  żadnych  obrażeń.  Nie  ma  wstrząśnienia  mózgu, 

wszystko w normie, o ile mogłem się zorientować. Pod pani troskliwą 

opieką w tydzień stanie na nogi. 

Thea patrzyła na doktora bez słowa. Nie pomyślała, że Jack może 

zaziębić  się  na  deszczu.  Niepotrzebnie  czekała,  zwlekała.  Ale  żeby 

miał teraz kurować się w jej domu, w dodatku w jej własnym łóżku! 

- On nie może tu zostać! - zawołała wzburzona. - Drogi doktorze 

Ryland, to nie przystoi! W domu nie mieszka nikt poza moją rodziną i 

panią  Skeffington.  Niech  pan  dopilnuje,  żeby  przeniósł  się  do 

gospody. 

Doktor Ryland dopił wino i odstawił kieliszek na stolik, po czym 

pokręcił głową. 

- Teraz nie wolno go przenosić, moja droga. Po pierwsze rana po 

strzale,  po  drugie  głowa,  po  trzecie  deszcz.  Nie,  wszystko  to  razem 

sprawia,  że  markiz  musi pozostać  w  łóżku  i  na  razie nie  ruszać  się  z 

Oakmantle. Przenosiny mogłyby wpłynąć na pogorszenie jego stanu. 

- Co w takim razie robić? 

-  Pozostawić  go  przez  kilka  dni  w  spokoju  i  obserwować,  jak 

szybko  wraca  do  zdrowia  -  odparł  doktor.  -  Poza  tym,  czy 

powierzyłaby  pani,  droga  panno  Shaw,  lorda  Merlina  opiece  pani 

Prosper? Wie pani przecież, że ta kobieta ma dwie lewe ręce, niczego 

background image

nie  potrafi  zrobić  jak  należy,  na  niczym  się  skupić.  Zmarnowałaby 

biedaka w tydzień. 

Thea  uśmiechnęła  się  niewesoło.  Pani  Prosper,  osoba  niezwykle 

prostacka,  świetnie  nadawała  się  na  szynkarkę  i  wiedziała,  jak  sobie 

radzić  z  wiejskimi  pijaczkami,  ale  to  były  wszystkie  jej  talenty.  Nie 

miała za grosz cierpliwości i gotowała wręcz okropnie. 

Mimo wszystko Thea czuła się niezręcznie. Nie chciała okazać się 

niegościnna, ale nie mogła wytłumaczyć doktorowi Rylandowi, że jej 

opory  wobec  perspektywy  zatrzymania  Jacka  w  Oakmantle  nie 

wypływały ani z poczucia, co wypada, a co nie wypada, ani z obawy 

przed kosztami. Chodziło o samego Jacka i o to, jakie uczucia w niej 

wywoływał. 

-  Poza  tym  -  ciągnął  doktor  pogodnie,  zbierając  się  do  wyjścia  - 

będzie  pani  miała  do  pomocy  lokaja  markiza,  Hodgesa.  Wydaje  się 

bardzo  poukładany.  Jest  na  służbie  u  markiza  od  dziesięciu  lat.  - 

Ramiona  mu  zadrgały  jak  od  tłumionego  śmiechu.  -  Do  pioruna, 

czego on musiał się przez ten czas napatrzyć. 

Thea  odprowadziła  doktora  do  drzwi,  odebrała  od  niego  solenną 

obietnicę,  że  zajrzy  następnego  dnia,  po  czym  poszła  na  górę 

zobaczyć,  jak  się  miewa  jej  nieproszony  i  niechciany  gość.  Już 

podniosła  dłoń,  by  zapukać  do  drzwi,  kiedy  z  sypialni  doszły  ją 

podniesione głosy. Zamarła i zaczęła nasłuchiwać. 

-  I  co  myślisz  o  tym  domu,  Hodges?  -  rozległ  się  głos  Jacka, 

rześki,  jakby  nie  zdarzył  się  wypadek.  -  Malowniczo  tu,  co?  Chyba 

zmienię zdanie na temat wsi. 

background image

- Bardzo miłe miejsce, milordzie - przytaknął lokaj zgodnie.  

- Tak jak i sama panna Shaw - dodał Jack. - Te jej staroświeckie 

poglądy, ta cudaczna suknia, zupełnie jak z balu przebierańców! 

Thea  spojrzała  po  sobie.  Zrozumiałaby,  że  Jack  mógł  wziąć 

suknię ślubną za kostium, ale szary muślin? Zjeżyła się. 

-  Wydaje  się  bardzo  miłą  i  dobrze  ułożoną  damą  -  powiedział 

Hodges. 

Thea usłyszała przeciągłe ziewnięcie Jacka. 

- A jaka przy tym śliczna, chociaż z opowiadań Bertiego wnoszę, 

że sytuacja przedstawia się cokolwiek inaczej, niż to sobie wyobrażał 

mój ojciec. 

-  W  rzeczy  samej,  milordzie.  -  W  głosie  lokaja  zabrzmiała 

wyraźna  dezaprobata.  -  Trudno  sobie  wyobrazić,  by  taka  dama  jak 

panna Shaw chciała usidlić dżentelmena i zmuszać go do małżeństwa. 

Thea  wciągnęła  gwałtownie  powietrze,  oblała  ją  fala  gorąca.  A 

więc  oto,  co  pomyślał  książę  Merlin,  kiedy  usłyszał  o  jej  ślubie  z 

Bertiem. Zrobiło się jej jeszcze bardziej gorąco, gdy skonstatowała, że 

książę wcale nie był daleki od prawdy. 

Usłyszała  hałas,  oprzytomniała  i  zapukała  głośno.  Głosy 

natychmiast  zamilkły  i  Hodges  otworzył  drzwi.  Miała  wrażenie,  że 

jest trochę speszony. 

-  Witam,  proszę  pani.  -  Przemknął  obok  niej.  -  Przepraszam, 

zostawię  panią  samą  z  jego  lordowską  mością.  Zapewne  woli  pani 

rozmawiać z nim w cztery oczy. 

background image

Thea zdecydowanie nie wolała, ale było za późno, żeby zatrzymać 

Hodgesa;  był  już  na  schodach.  Weszła  do  pokoju,  zostawiając  drzwi 

szeroko otwarte.  

Jack  siedział  w  łóżku,  oparty  o  poduszki.  Wyglądał  trochę 

komicznie w starej koszuli ojca Thei. Najwidoczniej nie miał w torbie 

podróżnej  rzeczy  tak  niezbędnej  jak  nocne  odzienie.  Być  może  w 

ogóle  nie  używał  czegoś  takiego,  przemknęło  Thei  przez  głowę,  lecz 

natychmiast odgoniła tę nieprzyzwoitą myśl. 

Niestety, 

stara 

koszula 

niewiele 

skrywała, 

przeciwnie, 

uwydatniała  tylko  imponującą  muskulaturę  lordowskiego  torsu.  Thea 

szybko odwróciła wzrok, mówiąc sobie w duchu, że nie muskulatura 

Jacka powinna ją obchodzić, tylko jego stan ogólny oraz temperatura. 

Tymczasem to jej podnosiła się temperatura w obecności Jacka. 

Uśmiechnął się do niej i Thei zrobiło się jeszcze bardziej gorąco. 

Najchętniej  okręciłaby  się  teraz  na  pięcie  i  uciekła;  z  trudem  się 

powstrzymała, by tego nie uczynić. 

-  Przykro  mi,  że  jestem  dla  pani  ciężarem,  panno  Shaw  - 

przemówił  grzecznie  Jack.  -  Postaram  się  sprawiać  jak  najmniej 

kłopotów. 

Thea bardzo w to wątpiła. 

-  A  mnie  przykro,  że  moja  siostra  pana  trafiła  -  odparła  tym 

samym poprawnym tonem. - Doprawdy fatalny wypadek. 

Jack uśmiechnął się. 

-  Tak,  trochę  nietypowe  zachowanie,  strzelać  do  gości,  ale  nie 

powinno  mnie  to  dziwić,  jesteście  nietypową  rodziną.  -  Uśmiech 

background image

zniknął  z  ust  Jacka  i  Thea  miała  wrażenie,  że  dostrzegła  na  jego 

twarzy zakłopotanie. - Mówiłem zupełnie poważnie, panno Shaw. Nie 

chcę sprawiać kłopotów, przede  wszystkim zaś nie chcę być dla pani 

ciężarem...  finansowym.  -  Spojrzał  jej  w  oczy  i  szybko  odwrócił 

wzrok. - Proszę wybaczyć, że poruszam tak delikatny temat. 

-  Nie  trzeba  przepraszać,  milordzie  -  rzuciła  Thea  ostro.  -  Nie 

minęły  dwie  godziny  od  czasu,  gdy  proponował  mi  pan  pokaźną 

sumę.  Gwinee,  które  pan  zostawił,  pokryją  z  naddatkiem  wszystkie 

koszty  związane  z  pobytem  w  Oakmantle.  Jest  tego  dość,  żeby 

zapewnić najlepszą opiekę medyczną. 

Jack skrzywił się. 

-  Touche,  panno  Shaw.  Jeszcze  raz  proszę  o  wybaczenie.  Nie 

miałem  prawa  wyobrażać  sobie,  że  znam  pani  cenę.  Wykazałem 

karygodny brak delikatności.  

Thea  zmrużyła  oczy.  Nie  podobały  się  jej  implikacje  tego 

stwierdzenia. 

- Wydaje mi się, że jasno się wyraziłam, milordzie. Nie jestem do 

kupienia. 

-  Proszę  tak  nie  mówić,  panno  Shaw.  Może  być  pani  cenniejsza 

od  brylantów,  ale  każdą  rzecz  można  kupić,  nawet  niewinność.  To 

tylko kwestia znalezienia odpowiedniego środka płatniczego. 

- Mam rozumieć, że znajdzie pan odpowiedni... środek płatniczy? 

Jest pan o tym przekonany? 

Jack zaśmiał się. 

background image

- To nie powinno nastręczać specjalnych trudności. Bertie trochę 

mi  opowiadał  o  pani  położeniu.  Mówił,  że  dla  rodziny  gotowa  jest 

pani  uczynić  wszystko.  Weźmy  pani  brata...  Ned,  jeśli  się  nie  mylę? 

Chce zostać żołnierzem. Przydałoby się znaleźć mu miejsce w dobrym 

regimencie,  a  na  to  trzeba  mieć  wpływy  i  pieniądze.  Z  moimi 

koneksjami jestem w stanie załatwić mu to od ręki. - Kpił sobie z niej 

w żywe oczy. - Widzi pani, panno Shaw, jak łatwo jest znaleźć słabe 

punkty i umieć je wykorzystać... 

Thea  trzęsła  się  ze  złości.  Najpierw  zaplotła  dłonie,  po  chwili 

jednak założyła ręce do tyłu. Nie uderzy przecież rannego. 

-  Przekupstwo  zawsze  pozostanie  przekupstwem,  lordzie  Merlin, 

jakkolwiek  by  pan  je  nazywał.  To  na  mnie  nie  działa.  I  wątpię,  by 

cokolwiek  komukolwiek  był  pan  w  stanie  załatwić,  jeśli  przyduszę 

pana poduszką. 

Jack  uśmiechnął  się  jeszcze  szerzej.  Nachylił  się  lekko  w  stronę 

Thei. 

- Bardzo dobrze, panno Shaw. Co powie pani na zakład? Żadnego 

przekupstwa, żadnego szantażu. Tylko moje doświadczenie przeciwko 

pani zasadom. 

Thea posłała mu pełne wzgardy spojrzenie. 

-  To  będzie  łatwe,  milordzie.  Pański  urok  nie  jest  aż  tak 

nieodparty. 

Jack przechylił głowę. 

-  Chciałbym  bardzo,  żeby  mi  pani  tego  dowiodła  -  rzekł  lekkim 

tonem. - Jakie to pikantne, niewzruszona cnota przeciwko... 

background image

- ...zepsuciu - dokończyła za niego Thea. - Nie mogę uwierzyć, że 

jest  pan  całkiem  wyzuty  z  zasad  moralnych,  milordzie.  Jakież  to 

przykre. 

Jack zaśmiał się. 

-  Może  pani  mnie uratuje  i nawróci na drogę  cnoty,  moja  słodka 

Theodosio. 

-  Widzę,  że  już  zaczyna  pan  batalię  -  powiedziała  Thea  ostrym 

tonem - ale ostrzegam, mam się na baczności, milordzie. 

- To dobrze. - Nie wiedziała nawet, kiedy Jack ujął jej dłoń i jego 

dotyk uczynił poważne wyłomy w pozycjach obronnych Thei.  

Wyrwała rękę i poprawiła pościel, choć wcale tego nie wymagała. 

Thea  po  prostu  musiała  się  czymś  zająć,  by  pokryć  zmieszanie. 

Liczyła  na  to,  że  Jack  wreszcie  się  zmęczył  i  nie  będzie  ciągnął 

rozmowy, niestety, wypadek nie osłabił go ani trochę. 

-  Bardzo  nietypowe  domostwo  -  zmienił  temat.  -  Nikt  starszy  z 

wami nie mieszka? Jacyś krewni, opiekunowie? 

Thea przybrała pełną godności minę. 

-  Nie,  milordzie.  Jestem  wystarczająco  dorosła,  żeby  być  panią 

domu. 

-  W  świetle  naszej  konwersacji  myślałem  raczej  o  względach 

przyzwoitości... 

-  Och,  wszyscy  w  okolicy  znają  mnie  jako  szanującą  się  starą 

pannę - oznajmiła Thea z przekonaniem. 

Jack się zaśmiał. 

background image

-  Nie  wątpię,  ale  koronkowy  czepeczek  nie  czyni  pani  starą, 

chociaż  jesteś  ewidentnie  panną.  Musiała  pani  zawzięcie  się  bronić 

przed nieodpowiednimi adoratorami. 

- Wcale nie, mój panie. - Thea z nadmierną energią zabrała się za 

wzruszanie poduszek. - W każdym razie nie musiałam, dopóki pan się 

tu  nie  pojawił.  Żyjąc  na  wsi,  nie  wystawiam  się  na  niepotrzebne 

niebezpieczeństwa  i,  jak  już  powiedziałam,  cieszę  się  w  okolicy 

nieposzlakowaną  opinią.  Poza  tym  mam  panią  Skeffington  i  jej 

wsparcie. 

-  Ach,  ta  straszna  kobieta,  która  jest  gospodynią?  Nie  znalazłem 

chyba uznania w jej oczach? 

- I trudno się dziwić - odparła Thea kąśliwie. - Skeffie to kochana 

osoba. Opiekuje się nami od śmierci naszego ojca. 

- Tak... - Jack na moment spoważniał, opuściła go wesołkowatość. 

-  Słyszałem,  że  pan  Shaw  zmarł  ledwie  sześć  miesięcy  temu.  Moje 

wyrazy współczucia. 

Słowa Jacka zabrzmiały szczerze i Thea poczuła bolesny ucisk w 

gardle.  Żałowała,  że  w  ogóle  poruszyła  ten  temat.  Jack  zbijał  ją  z 

tropu:  raz  nie  do  zniesienia  arogancki,  to  znów  delikatny  i  pełen 

wyczucia.  Podejrzewała  mgliście,  że  to  element  jego  strategii 

uwodzenia. 

Chce uśpić jej czujność, wmówić jej, że ostatecznie nie jest wcale 

taki  zły,  jak  się  wydaje.  Chce  przebić  się  przez  jej,  już  mocno 

nadwątlone,  pozycje  obronne,  przypuścić  atak  na  zasady,  w  końcu 

uwieść bez skrupułów.  

background image

Theę  przeszedł  dreszcz  na  samą  tę  myśl  i  nie  był  to  dreszcz 

zgrozy.  Zaczęła  z  niezwykłą  gorliwością  porządkować  rzeczy 

ustawione na szafce nocnej. 

- Dziękuję, milordzie. 

-  Wypadek  na  polowaniu,  jak  rozumiem  -  ciągnął  Jack.  -  Proszę 

wybaczyć, jeśli mój własny wypadek obudził bolesne wspomnienia. 

Thea  spojrzała  na  niego  i  szybko  odwróciła  wzrok.  Nie  chciała 

mówić,  że  dlatego  tak  trudno  było  jej  wyciągnąć  strzałę  z  ramienia 

Jacka, bo pamiętała jeszcze aż nazbyt dobrze, jak usiłowała tamować 

krew  płynącą  z  ojcowskich  ran.  Nie chciała  się  przed nim  wynurzać, 

opowiadać  o  sprawach  najbardziej  osobistych.  Gwałtownie  przeszła 

na inny temat: 

- Wygodnie panu tutaj, milordzie? 

Jack  gładko  przyjął  zmianę  przedmiotu  rozmowy,  chociaż  Thea 

czuła,  że  doskonale  zdaje  sobie  sprawę  z  powodów  tej  zmiany. 

Wpatrywał  się  w  nią  tym  swoim  przenikliwym  wzrokiem,  który 

zdawał  się  przeszywać  ją  na  wskroś.  Powinna  mieć  się  na  baczności 

przed tym wszystkowidzącym spojrzeniem.  

Raptem  w  oku  Jacka  zapaliły  się  przekorne  iskierki,  co  jeszcze 

bardziej wytrąciło ją z równowagi. 

- Dziękuję, bardzo mi wygodnie. To niezwykle miły pokój. Pani, 

jak się domyślam. Jeśli chce pani go ze mną dzielić... 

Thea  zacisnęła  usta.  Jack  flirtujący  był  tak  samo  niebezpieczny  i 

denerwujący jak Jack przenikliwy. 

background image

-  Zabiorę  tylko  najpotrzebniejsze  rzeczy,  milordzie  -  odparła  z 

naciskiem - i zostawię pana samego. Może uda się panu zasnąć. 

Cały  czas  czuła  na  sobie  jego  spojrzenie,  kiedy  krzątała  się  po 

pokoju.  Zbierała  flakoniki  z  toaletki,  wyjmowała  ubrania  z  szafy. 

Zawahała  się  przez  moment,  czy  otworzyć  komodę,  gdzie  trzymała 

bieliznę,  ale  nie  miała  wyboru.  Z  naręczem  rozmaitych  fatałaszków, 

pończoch i koszulek przemknęła koło łóżka, zmierzając ku drzwiom. 

-  Nie  ma  się  czego  wstydzić,  panno  Shaw,  że  zobaczyłem  kilka 

sztuk  bielizny  -  odezwał  się  Jack.  -  Widziałem  już  w  życiu  rzeczy 

bardziej wstrząsające. 

-  W  to  nie  wątpię,  mój  panie  -  prychnęła  Thea,  usiłując  ukryć 

garderobę za plecami, co skończyło się fatalnie, bo większość rzeczy 

rozsypała się na dywaniku koło łóżka. 

-  Pani  bielizna  jest  o  wiele  przyzwoitsza  niż  ta,  którą  zwykłem 

widywać  -  ciągnął  Jack.  -  Chociaż  mogę  sobie  łatwo  wyobrazić,  jak 

by pani wyglądała w czymś... bardziej prowokującym. 

-  Proszę  nie  wysilać  tak  swojej  wyobraźni.  -  Thea  posłała  mu 

lodowate spojrzenie. - To zachowanie jest oburzające, mój panie. 

-  Z  panią  tak  uroczo  można  się  przekomarzać.  Czuję,  że  długo 

będę wracał do zdrowia, na tyle długo, że zanim całkiem ozdrowieję, 

zdołam  panią  nakłonić,  byś  podzieliła  ze  mną  nie  tylko  swoje 

bieliźniane sekrety... 

- Prędzej będzie pan dzielił fosę z łabędziami niż łoże ze mną. 

Thea  dała  ujście  złości,  wychodząc  szybko  z  pokoju  i  trzaskając 

drzwiami.  Zaczęło  jej  to  wchodzić  w  nawyk,  a był  to  nawyk  groźny, 

background image

bo  dom  był  stary,  zaniedbany  i  za  którymś  trzaśnięciem  drzwiami 

ściany mogły popękać. 

Słyszała  jeszcze  na  korytarzu  denerwujący  śmiech  Jacka  i  z 

przygnębieniem  myślała  o  tym,  że  jeszcze  przez  tydzień  będzie 

musiała znosić jego obecność. Coś jej mówiło, że  lord Merlin będzie 

bardzo trudnym pacjentem, a do tego ten zakład. 

Thea  zatrzymała  się,  oparła  o  ścianę,  zamknęła  oczy.  To,  że 

przyjęła zakład, nie miało absolutnie żadnego znaczenia, bo Jack i tak 

próbowałby  ją  uwieść.  Dla  zabawy,  dla  samej  przyjemności 

polowania.  Thea  zwiesiła  bezradnie  ramiona.  Nie  była  pewna,  czy 

potrafi mu się oprzeć. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Nie utrzymasz lorda Merlina zbyt długo w łóżku. 

Thea  drgnęła,  książka  zsunęła  się  jej  z  kolan.  Clementine  nie 

mogła  o  tym  wiedzieć,  ale  jej  słowa  natychmiast  wywołały 

najrozmaitsze wizje w umyśle starszej siostry. 

Thea od trzech dni pielęgnowała Jacka i był to absolutny czyściec, 

nawet  nie  dlatego,  że  był  trudnym  pacjentem,  czego  wcześniej  się 

obawiała,  ale  dlatego,  że  jego  obecność  fatalnie  na  nią  działała, 

odbierała  jej  spokój  i  przytłaczała.  Sprawdzały  się  jej  najczarniejsze 

obawy, ba, było jeszcze trudniej, niż mogła wcześniej przypuszczać. 

Jack  rzeczywiście  się  przeziębił,  trochę  gorączkował,  ale  kiedy 

temperatura  spadła,  własne  towarzystwo  zaczęło  go  nudzić  i  stał  się 

ogromnie  rozmowny.  Zasypywał  Theę  dociekliwymi  pytaniami  na 

background image

każdy niemal temat, wystawiając na ciężką próbę jej poglądy, opinie i 

przekonania.  Od  śmierci  ojca  przed  nikim  nie  musiała  się  tak 

opowiadać jak teraz przed nim. 

Ich potyczki słowne przypominały jej dyskusje, które odbywała z 

ojcem,  były  jednak  o  wiele  bardziej  stymulujące  i  ekscytujące. 

Dawała  się  wciągać  w  konwersację,  żywo  argumentowała,  a  kiedy 

pierwszy  ferwor  mijał  i  podnosiła  głowę,  napotykała  spokojne, 

uważne 

spojrzenie 

Jacka. 

Obserwował 

ją 

niczym 

badacz 

eksperymentator.  

Traciła  wtedy  wątek,  myśli  się  gmatwały,  oblewała  się  pąsem,  a 

markiz  nie  przestawał  wpatrywać  się  w  nią,  jakby  czytał  w  jej 

myślach.  Ona  też  poznawała  Jacka.  W  pewnym  momencie 

zorientowała  się,  że  założenia,  jakie  sobie  poczyniła  na  temat  jego 

osoby  i  stylu  życia,  nie  są  warte  funta  kłaków:  żadne  się  nie  ostało. 

No,  z  wyjątkiem  jednego.  Nadal  była  głęboko  przekonana,  że  jest 

niebezpieczny  i  że  przy  pierwszej  nadarzającej  się  okazji  pokazałby 

prawdziwe oblicze. 

Cały  czas  pamiętała  o  zakładzie.  Nie  wracali  do  tego  w 

rozmowach,  ale  niepokojąca  myśl  pozostawała,  zawsze  obecna, 

dręcząca.  To,  że  Jack  nie  próbował  jej  uwodzić,  nie  wykonał  w  tym 

kierunku żadnego gestu, wzmagało tylko jej niepokój. Nie mogła mu 

ufać. 

Sama obecność markiza nastręczała jej nie lada rozterek. Szybko 

zrezygnowała  z  pielęgnowania  go,  zostawiając  ten  obowiązek 

Hodgesowi, który jak nikt potrafił zadbać o swojego pana, a przy tym 

background image

z  wyjątkową  łatwością  zadomowił  się  w  Oakmantle.  Stał  się  niemal 

członkiem rodziny. 

Zaprzeszłej  nocy  Thea  usłyszała  jakiś  odgłos  dochodzący  z 

korytarza.  Pewna,  że  to  Daisy  znowu  chodzi  we  śnie,  wstała,  by 

sprawdzić,  co  się  dzieje.  Natknęła  się  na  rozgorączkowanego  Jacka. 

Gdyby  nie  chwyciła  go  w  porę,  spadłby  niechybnie  ze  schodów. 

Musiała działać błyskawicznie, nie zdążyłaby zawołać Hodgesa.  

Odprowadziła  chorego  do  łóżka.  Padł  na  pościel  na  wpół 

przytomny  i  pociągnął  ją  ze  sobą.  Dobrą  chwilę  trwało,  zanim 

uwolniła  się  z  jego  ramion,  ale  też  czyniła  w  tym  kierunku  dość 

umiarkowane  wysiłki,  bo  bliskość  Jacka  okazała  się  bardzo 

podniecająca. 

Ten incydent wytrącił ją jeszcze bardziej z równowagi. Gdyby nie 

wiedziała,  że  Jack  gorączkuje,  mogłaby  przysiąc,  że  zrobił  to 

umyślnie. Jednak markiz był  w malignie, nie miał świadomości tego, 

co  się  z  nim  dzieje,  ani  kiedy  padał  na  łóżko,  ani  potem,  gdy 

obmywała mu delikatnie twarz zimną wodą. 

Thea  wróciła  do  siebie  i  długo  potem  leżała,  nie  mogąc  usnąć, 

dręczona  wspomnieniem  jego  dotyku  i  zapachu  skóry,  ciepła  jego 

ciała. Po tym zajściu przez dwa dni nie zaglądała do Jacka, nie miała 

odwagi. Nachyliła się, podniosła książkę i spojrzała znad okularów na 

siostrę. 

-  Co  masz  na  myśli,  Clemmie?  Nie  trzymam  markiza  Merlina  w 

łóżku przemocą.... 

background image

-  Phi.  -  Clementine  wyraziła  swoją  opinię.  Thea  nawet  nie 

próbowała  zwracać  jej  uwagi.  -  Akurat.  Przekonałaś  Hodgesa,  że 

markiz powinien jeszcze leżeć, chociaż doktor Ryland powiedział, że 

może  już  wstać.  Zamknęłabyś  go  na klucz,  gdybyś  mogła.  Boisz  się, 

co  będzie,  kiedy  markiz  podniesie  się  z  łóżka  i  zacznie  buszować  po 

domu, ot co. 

-  Przedziwnego  języka  używasz,  siostrzyczko.  Nie  wiem,  czy  to 

najlepsze  określenie,  zważywszy  reputację  markiza  -  odparła  Thea, 

powstrzymując  chichot.  - Mówisz  o  nim  jak  o dzikim  zwierzu,  który 

zagraża bezpieczeństwu domowników. 

- Tylko twojemu, siostro - stwierdziła Clementine najspokojniej w 

świecie. - Wiesz, że ma cię na oku. 

-  Nic  mi  o  tym  nie  wiadomo  -  obruszyła  się  Thea,  zachodząc  w 

głowę,  jak  Clemmie  odgadła  prawdę.  -  Nie  chcę  tylko,  żeby  lord 

niepotrzebnie  się  forsował.  Powinien  oszczędzać  siły.  Kiedy 

wydobrzeje, wyjedzie stąd natychmiast. Proste. 

Clemetine mruknęła coś pod nosem, co brzmiało jak „banialuki", 

jeśli nie gorzej, ale Thea udała, że nie słyszy, i z pełną godności miną 

wróciła  do  czytania.  Po  chwili  westchnęła  i  opuściła  książkę  na 

kolana. 

-  To  śmieszne!  Czytam  i  czytam  o  różnych  sposobach 

zdobywania pieniędzy i w każdym widzę błąd. Jeśli tak dalej pójdzie, 

Harry  zostanie  kominiarczykiem,  Clara  i  Daisy  będą  sprzedawać 

kwiaty na ulicy, ja i ty będziemy uczyć rozpuszczone bachory czytać i 

pisać, a Ned zostanie kancelistą u podejrzanego prawnika. 

background image

Clementine  odłożyła  książkę  na  cokolik,  na  którym  stała  jedna  z 

licznych rzeźb, tak ukochanych przez nieboszczyka pana Shaw. Rzecz 

ciekawa, była to powieść pani Kitty Cuthbertson „Santo Sebastiano", 

a  nie  ulubiona  rozprawka  Clementine  pióra  Mary  Wollstonecraft 

„Prawa kobiet". 

Theę  zaintrygowało,  że  siostra  nagle  zagustowała  w  romansach, 

miała  jednak  nadzieję,  że  ta  zmiana  upodobań  nie  wynika  z 

zainteresowania 

Clemmie 

markizem, 

bo 

to 

dodatkowo 

skomplikowałoby  już  i  tak  trudną  sytuację.  Z  własnymi 

niepożądanymi emocjami Thea jeszcze była w stanie sobie poradzić, z 

uczuciami Clementine nie miała siły się zmierzyć. 

-  Może  to  nie  takie  straszne  pracować  na  własne  utrzymanie  - 

odezwała  się  Clementine.  -  Tyle  że  Harry  jest  już  za  duży  na 

kominiarczyka  i  ani  chybi  utknąłby  w  kominie,  a  Clara  zaczyna 

kichać na sam widok kwiatów... 

- Bierzesz moją opinię zbyt dosłownie - zauważyła Thea. - Coś na 

pewno  wymyślę,  nawet  jeśli  miałyby  to  być  tylko  poduszeczki  z 

lawendą  albo  galaretki  owocowe.  Och,  gdybyśmy  miały  coś 

wartościowego, co mogłybyśmy sprzedać.  

Wzięła głęboki oddech. Za nic nie chciała dawać siostrze do ręki 

dodatkowych  argumentów  na  potwierdzenie  opinii,  jakoby  obecność 

markiza w ich domu wytrącała ją z równowagi. Ponownie zerknęła na 

książkę.  

-  Co  myślisz  o  pisarstwie  pani  Cuthbertson,  Clemmie?  Zwykle 

czytasz znacznie poważniejsze rzeczy. 

background image

-  Całkiem  przyjemna  lektura.  Hodges  mi  ją  polecił.  On  bardzo 

lubi  czytać  współczesne  romanse,  ale  dla  mnie  za  dużo  tu 

sentymentalnych  partii.  -  Zaśmiała  się.  -  Bohater  nic  tylko  pada  do 

stóp  heroinie.  W  takiej  pozycji  musi  być  okropnie  niewygodnie. 

Moim  zdaniem przecenia  się  romanse.  Wiesz,  dochodzę  do  wniosku, 

że jednak powinnaś była wyjść za pana Pershore'a. 

Jack  obudził  się  nagle,  nie  bardzo  wiedząc,  gdzie  się  znajduje. 

Przez chwilę leżał bez ruchu, wpatrując się w mdły płomień świecy i 

zniszczone kotary przy łóżku. Za oknem zapadał zmierzch. 

Markiz uświadomił sobie, że przebywa w Oakmantle Hall prawie 

od  tygodnia.  Co  prawda,  gorączka  go  nie  zmogła,  ale  głodowa  dieta 

gotowa go wykończyć. Lada dzień. 

Pierwszego  wieczoru  po  wypadku  Thea  posłała  mu  przez 

Hodgesa  talerz  kleiku,  który  natychmiast  odesłał  z  powrotem  do 

kuchni,  żądając  butelki  porto  i  porządnego  kawałka  wołowiny. 

Dziesięć  minut  później  kleik  pojawił  się  znowu,  tym  razem 

przyniesiony osobiście przez  Theę: powiedziała mu jasno i wyraźnie, 

że musi zjeść, co przygotowała, jako że nic innego nie dostanie. 

Chcąc  nie  chcąc,  Jack  przełknął  kleik.  Następnego  dnia  było 

niewiele  lepiej:  dostał  cienką  zupkę.  Jeszcze  następnego  musiał 

zadowolić się chlebem z serem i już zaczął się zastanawiać, czy Thei 

nie  stać  na  nic  więcej,  pomimo  że  jego  złote  gwinee  zasiliły  budżet 

domowy Oakmantle. 

Hodges  wyjaśnił  mu,  że  tak  właśnie  pani  Skeffmgton  wyobraża 

sobie  zdrową  dietę  dla  rekonwalescenta,  ale  ten  argument  go  nie 

background image

przekonał.  W  każdym  razie,  czy  to  z  powodu  nader  skromnych 

posiłków,  do  czego  jego  organizm  nie  był  przyzwyczajony,  czy  to  z 

racji obrażeń odniesionych w wypadku, nie był w stanie podnieść się z 

łóżka i ta jego słabość napełniała go prawdziwym niesmakiem. 

Był  też  mocno  rozczarowany,  bo  Thea  od  dwóch  dni  się  nie 

pokazała.  Odprowadzała  doktora  na  górę,  kiedy  ten  przychodził  z 

wizytą,  Jack  słyszał  ich  głosy  z  korytarza,  ale  nie  wchodziła  do 

pokoju. 

Nie  pojawiała  się  od  tamtej  nocy,  kiedy  to  w  ostatniej  chwili 

uratowała go przed upadkiem ze schodów. Pomimo że miał gorączkę, 

pamiętał  tamto  spotkanie  w  każdym  szczególe:  miękkość  ciała  Thei 

pod jego ciężarem, słodki zapach lawendy bijący z jej sukni i włosów, 

jej powolne, jakby niechętne uwalnianie się z jego ramion...  

Uśmiechnął  się  nieznacznie.  Był  zbyt  chory,  żeby  wykorzystać 

sytuację,  a  szkoda, ale  nie  aż  tak  chory,  by  nie  docenić  uroku  tamtej 

chwili. Tyle tylko, że Thea od tamtej pory już się u niego nie pojawiła. 

Może  uznała,  że  nie  wypada,  a  może  była  zbyt  zakłopotana  tym,  co 

zaszło między nimi.  

Bez  względu  na  powód,  Jack  czuł  się  mocno  zawiedziony. 

Pragnął ją widzieć, chciał z nią rozmawiać. Tęsknota zaiste niezwykła 

u  nicponia  i  hulaki. Musiał  jednak  przyznać,  jeśli  chciał  być  ze  sobą 

szczery,  że  brak  mu  bardzo  ich  dyskusji,  w  których  poruszali 

najrozmaitsze  tematy,  od  życia  towarzyskiego  londyńskiej  socjety  po 

dramaty Szekspira. 

background image

Nigdy  wcześniej  nie  stawał  do  słownych  potyczek  z  kobietą 

myślącą  niezależnie,  wyedukowaną  i  stwierdzał,  że  to  bardzo 

stymulujące  doświadczenie,  prawie  tak  stymulujące  jak  trzymanie 

Thei  w  ramionach.  Może  przyniesie  mu  jedzenie  dzisiejszego 

wieczoru... 

Na  myśl  o  jedzeniu  aż  usiadł  i  przetarł  oczy.  W  nogach  łóżkach 

siedział aniołek. Jack przez sekundę zastanawiał się, czy przypadkiem 

nie umarł we śnie i czy anioł nie jest bezpośrednim efektem spożycia 

pewnej  ilości  brandy  z  butelki,  którą  na  jego  wyraźnie  żądanie 

przeszmuglował do pokoju Hodges. 

Kiedy  uważniej  przyjrzał  się  aniołkowi,  zauważył,  że  niebiańska 

istota  ściska  w  dłoniach  mocno  sfatygowaną  wełnianą  owieczkę  i 

wygląda na jakieś pięć lat. Bardzo przy tym podobna do Thei, można 

rzec  -  jej  miniaturowa  wersja:  te  same  mocno  skręcone  loki, te  same 

ogromne  błękitne  oczy.  Być  może  Thea  tak  właśnie  wyglądała  jako 

dziecko, a może dziecko Thei tak właśnie będzie wyglądało.  

Jack poczuł ucisk w piersi na tę myśl. Dziecko z jasnymi lokami i 

uśmiechem cherubinka... 

Skrzywił się. Choroba uczyniła go obrzydliwie sentymentalnym. 

- Hej - powiedział anioł. 

- Hej - odpowiedział Jack. 

-  Thea  mówi,  że  z  tobą  są  same  kłopoty  -  oznajmił  anioł  z 

powagą,  utkwiwszy  w  nim  błękitne  spojrzenie.  -  Powiedziała,  że  nie 

wolno nam tu przychodzić. 

background image

Jack  poczuł  się  głęboko  dotknięty.  Czy  Thea  rzeczywiście  miała 

go za potwora, przy którym jej rodzeństwo może być narażone na Bóg 

wie jakie niebezpieczeństwa? Jego siostry twierdziły, że jest aż nazbyt 

pobłażliwym  wujem,  chociaż  nigdy  nie  myślał  o  własnym 

przychówku. Aż do tej chwili. 

Uśmiechnął się do dziewczynki. 

- Ty pewnie jesteś Daisy. 

Skinęła  głową  i  dalej  się  w  niego  wpatrywała,  jakby  próbowała 

ocenić, z kim ma do czynienia. 

- Skoro siostra zabroniła ci przychodzić do mnie, co tutaj robisz? 

Milczenie, chwila zastanowienia. 

- Chciałam sama się przekonać - oznajmiła Daisy z powagą. 

Jack  uśmiechnął  się  szeroko.  Najwyraźniej  nie  tylko  Clementine 

przejęła  filozofię  niezależności  od  matki.  Thea  prawdopodobnie  nie 

zdawała  sobie  sprawy,  że  jej  obecne  kłopoty  z  siostrami  to  drobiazg 

wobec tego, co czekało ją w przyszłości. 

- I co myślisz? 

Daisy  nie  spieszno  było  dzielić  się  opinią.  Nie  przestawała 

wpatrywać się w Jacka błękitnymi jak chabry oczami. 

- Ładnie wyglądasz - stwierdziła w końcu Daisy, uśmiechnęła się 

słodko i przysunęła do Jacka. - Przytulanko - zażądała. 

Jack  zdębiał,  przez  chwilę  nie  rozumiał,  o  co  chodzi,  po  czym 

przygarnął  małą  do  siebie  zdrowym  ramieniem.  Złote  loki  łaskotały 

go  po  policzku,  łapka  z  wełnianą  owieczką  wylądowała  na  piersi. 

Teraz  widział,  że  owieczka  jest  mocno  nadjedzona  przez  mole  i 

background image

wycmokana.  Najwyraźniej  w  domu  państwa  Shaw  zabawki 

przechodziły z dziecka na dziecko; tu się ich nie wyrzucało.  

Daisy ziewnęła szeroko, powieki jej opadły. 

-  Bajka  -  padło  następne  żądanie  i  Jack  poczuł  obezwładniającą 

pustkę w głowie.  

Był rzeczywiście dobrym wujkiem, ale jego dobroć nie sięgała aż 

tak  daleko,  żeby  miał  opowiadać  siostrzenicom  i  siostrzeńcom  bajki 

na  dobranoc.  W  końcu  nie  była  to  jego  rola.  Bajki  opowiadały 

dzieciom niańki i opiekunki, a tych w domach sióstr nie brakowało. 

Daisy otworzyła oczy i spojrzała na niego z głębokim wyrzutem. 

- Bajka - powtórzyła, tym razem nieznoszącym sprzeciwu tonem. 

Jack poczuł, że ogarnia go panika. Zerknął na drzwi, ale panowała 

za nimi cisza, nic nie zwiastowało nadejścia rychłej pomocy. 

- Eee... Thea opowiada ci bajki? - zagadnął, grając na zwłokę. 

Daisy kiwnęła głową i złote loki połaskotały Jacka w nos. 

-  Opowiada  mi  o  wróżkach  i  duszkach.  One  mieszkają  w 

ogrodzie. 

Wróżki i duszki. Jack wciągnął głęboko powietrze. Sam zaczynał 

wierzyć w czary. 

- Mieszkają w ogrodzie, ale ich nie możesz zobaczyć, prawda? 

- Prawda. - Daisy umościła się wygodnie. - One są zaczarowane. 

Jack  odetchnął.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  jest  na  dobrym 

tropie.  Próbował  wysilić  pamięć  i  przypomnieć  sobie,  co  właściwie 

wie  o  ogrodach  Oakmantle.  Szkoda,  że  nie  obejrzał  ich  sobie 

dokładnie. Rosły tam drzewa, to jasne, i była fosa... 

background image

- A czy Thea opowiadała ci o wodnych duszkach, które mieszkają 

w fosie? - zapytał. 

Daisy pokręciła głową. 

-  No...  -  głosik  miała  senny,  ale  najwyraźniej  zamierzała  dać 

Jackowi szansę - opowiedz. 

Ostrożnie  rozpoczął  opowieść  o  wodnych  duszkach,  które 

mieszkały  w  fosie  razem  z  łabędziami  i  kaczkami.  Wymyślił 

podwodny  zamek  i  złe  chochliki  ze  starego  dębu,  z  którymi  duszki 

prowadziły odwieczny spór.  

Historia  była  magiczna  i  bardzo  poplątana.  Miał  już  zacząć 

opowiadać o zaczarowanej królewnie, która najpierw została porwana, 

potem uratowana przez dobre duszki, kiedy zorientował się, że Daisy 

smacznie usnęła wtulona w jego ramię. 

Przestał mówić i przyjrzał się małej: zaróżowione policzki, lekko 

rozchylone usta. Poczuł na ramieniu ciepło i wilgoć: mała musiała się 

trochę ślinić przez sen. Siedział sztywno, bojąc się, że lada ruch może 

ją  obudzić.  Zastanawiał  się,  dlaczego  jego  siostry  nie  opowiadają 

dzieciom bajek na dobranoc, kiedy to taka przyjemność.  

To doprowadziło go do kolejnych pytań, dlaczego ludzie światowi 

wychowują dzieci na odległość i czy wiedzą, co tracą. Śpiąca na jego 

ramieniu  Daisy  przepełniła  go  miłością.  Prawie  już  postanowił,  że 

sam chciałby mieć dzieci, ale szybko tę myśl odrzucił, przerażony jej 

implikacjami. 

background image

Daisy,  Gara,  Harry,  Ned  i  Clementine.  Serce  mu  się  ścisnęło. 

Biedna  Thea,  robiła  wszystko,  co  mogła,  by  zastąpić  rodzeństwu 

matkę. Gdyby mógł jej pomóc... 

Pokręcił  głową.  Kolejna  szalona  myśl,  której  należy  pozbyć  się 

jak najszybciej. Tak właśnie wpływa na człowieka wiejskie powietrze; 

nie  darmo  twierdził,  że  mąci  umysł  i  ogłupia.  Oto  miał  najlepszy 

dowód.  

Usłyszał  kroki  na  korytarzu,  po  chwili  ktoś  zapukał,  drzwi  się 

otworzyły i w progu stanęła Thea w białym fartuchu, z wypiekami na 

twarzy, w czepku, spod którego wymykały się niesforne kosmyki. 

-  Och.  -  Zobaczyła  uśpioną  siostrę  w  ramionach  Jacka  i  zniżyła 

głos  do  szeptu.  -  Przepraszam.  Wszędzie  jej  szukam.  Zdarza  się  jej 

chodzić we śnie... 

-  Chciała,  żebym  opowiedział  jej  bajkę  na  dobranoc  -  wyjaśnił 

Jack. 

Thea  spojrzała  mu  w  oczy,  ale  nic  nie  było  w  stanie  wyczytać  z 

tego spojrzenia. 

- I co? 

Opowiedziałem. 

Wróżki, 

duszki, 

chochliki, 

porwane 

księżniczki... 

- Sama chętnie bym posłuchała. 

- Z przyjemnością opowiem pani bajkę na dobranoc, panno Shaw. 

Kiedy tylko pani zechce. 

Zaczerwieniła  się,  ale  nie  odpowiedziała.  Nachyliła  się,  żeby 

wziąć  od  niego  Daisy,  i  musnęła  rękawem  jego  policzek.  Poczuł  jej 

background image

zapach,  lawendowy  i  różany,  delikatny,  ulotny.  Poruszył  się,  niby  że 

rozprostowuje  zesztywniałe  ramiona.  Może  to  z  głodu  zakręciło  mu 

się w głowie, a może przyczyna leżała zupełnie gdzie indziej. 

-  Nie  zagląda  pani  do  mnie  -  zauważył  niby  od  niechcenia, 

przyglądając się, jak Thea zgrabnie układa sobie Daisy w zagłębieniu 

ramienia. - Mógłbym tu umrzeć i nawet by o tym pani nie wiedziała. 

-  Gdyby  tak  się  stało,  Hodges  na  pewno  by  mnie  zawiadomił  o 

tym  smutnym  fakcie  -  odpowiedziała  rzeczowo,  a  potem 

nieoczekiwanie  uśmiechnęła  się  i  Jack  poczuł,  że  serce  zabiło  mu 

gwałtowniej.  

To  uparte  przeziębienie,  powiedział  sobie,  chyba  że  i  w  tym 

przypadku przyczyna leżała zupełnie gdzie indziej. 

-  Tak  czy  inaczej,  cieszę  się,  widząc,  że  do  śmierci  panu daleko, 

milordzie - dokończyła Thea. 

-  Naprawdę?  Dlaczego  w  takim  razie  mnie  pani  unika,  panno 

Shaw? 

- Muszę iść - oznajmiła, nagle się spiesząc. - Daisy się obudzi i... 

-  Nie  odpowiedziała  pani  na  moje  pytanie  -  obruszył  się  Jack.  - 

Chyba nie boi się pani przebywać ze  mną sam na sam, panno Shaw? 

Milczała przez chwilę. 

-  Nie  boję  się,  jeśli  mam  być  ścisła,  milordzie  -  odpowiedziała 

powoli  -  ale  zbyt  dobrze  pamiętam,  jaką  reputacją  pan  się  cieszy.  A 

teraz, jeśli pan pozwoli... 

-  Chwileczkę.  -  Jack  dotknął  jej  dłoni  i  Thea,  która  już  miała 

odejść,  zatrzymała  się.  -  Dlaczego  powiedziała  pani dzieciom,  że  nie 

background image

powinny  do  mnie  przychodzić?  -  Jego  głos  zabrzmiał  poważniej, 

niżby sobie życzył. - Jestem aż tak zepsuty, że trzeba trzymać dzieci z 

daleka ode mnie? 

- Och! - Thea aż się zatchnęła na to przypuszczenie. - Nie miałam 

nic  takiego  na  myśli,  lordzie  Merlin.  Po  prostu  nie  chciałam,  żeby 

panu  przeszkadzały.  Powinien  pan  odpoczywać,  dzieci  mogłyby 

przeszkadzać... 

- Pozwoliła pani Bertiemu na odwiedziny - zauważył Jack. 

- To co innego. Poza tym sama chciałam zobaczyć się z Bertiem, 

przeprosić go. 

- I dlatego tyle uwagi mu pani poświęca, a mnie ani trochę? 

Daisy poruszyła się przez sen, coś mruknęła. 

- Muszę iść - powtórzyła Thea.  

Jack opuścił rękę i odprowadził ją spojrzeniem do drzwi. 

- Panno Shaw? 

Zatrzymała się w progu. 

- Tak, lordzie Merlin? 

Jack uśmiechnął się szeroko. 

- Dzisiaj na kolację znowu kleik? 

Dojrzał  w  oczach  Thei  wesołe  iskierki,  które  błysnęły  i 

natychmiast zgasły. 

- Nie. Pani Skeffington przygotowuje dla pana pożywną potrawkę 

z baraniny. Ach, jeszcze jedno, lordzie Merlin... 

- Panno Shaw? 

background image

-  Skonfiskowałam  butelkę  brandy,  którą  przyniósł  pański  lokaj. 

To  niezdrowe.  Jeśli  będzie  pan  grzeczny,  pozwolę  wypić  kieliszek 

domowego wina z czarnego bzu - oznajmiła i zamknęła cicho drzwi. 

Jack  oparł  się  o  poduszki,  uśmiech  błąkał  się  na  jego  ustach. 

Theodosia Shaw. Teraz, kiedy leży złożony niemocą, panna Shaw jest 

górą,  ale  markiz  postanowił  następnego  dnia  podnieść  się  z  łóżka,  a 

wtedy trudniej jej będzie go unikać.  

Zawrze  bliższą  znajomość  z  panną  Shaw.  Już  nie  mógł  się 

doczekać. 

 

-  To  jasne  jak  słońce,  że  unikasz  markiza  Merlina  -  oznajmiła 

Clementine,  nie  bawiąc  się  w  subtelności.  Pomagała  Thei  zbierać 

żonkile, które właśnie ścięły na bukiety do domu. - Zaprzeczałaś cały 

czas, ale sama dobrze wiesz, że to prawda i że unikasz go dlatego, że 

go lubisz. 

Thea zatrzymała się z koszem kwiatów w dłoni. Był piękny ranek 

i zdecydowała się wreszcie wyjść do ogrodu. Tkwienie w domu tylko 

wzmagało  niepokój, który  ją  dręczył  od  pewnego  czasu.  Clementine, 

bystra  obserwatorka,  bez  trudu  rozpoznała  przyczynę  stałego 

podenerwowania siostry - był nią oczywiście markiz Merlin. 

Prawdę  powiedziawszy,  Thea  nie  miała  żadnych  argumentów  na 

odparcie  słów  siostry:  rzeczywiście  unikała  Jacka,  szczególnie  od 

momentu, kiedy wreszcie podniósł się z łóżka i w każdej chwili mógł 

pojawić się w dowolnym miejscu. 

background image

Wiedziała,  że  poszukuje  jej  towarzystwa,  i  wytrącało  ją  to  z 

równowagi,  tym  bardziej  że  nie  pozostawała  obojętna  na  te  jego 

przenikliwe, gorące spojrzenia i odkrywała, z niejakim przerażeniem, 

że  wbrew  wszystkim zastrzeżeniom wobec osoby Jacka i ona chętnie 

go widzi.  

Niemniej  czuła  się  jak  zwierzyna  łowna.  Markiz  na  nią  polował 

spokojnie,  cierpliwie,  ale  z  uporem  i  te  jego  łowy  budziły  w  niej 

podniecenie pomieszane z fascynacją. Wiedziała, że Merlin wciąga ją 

w  pułapkę  i  że  powinna  się  strzec,  jednak  strzec  się  wcale  nie  miała 

ochoty. 

-  Myślę,  że  markiz  też  cię  bardzo  lubi  -  stwierdziła  Clementine 

ostrożnie i Thea spiekła raka, mocno poruszona tym stwierdzeniem. 

-  Markiz  jest  uprzejmy  i  miły  w  obejściu  dla  każdego  - 

powiedziała,  starając  się  nadać  głosowi  obojętne  brzmienie.  Ruszyły 

powoli  przez  trawnik  w  kierunku  domu.  -  Pokazuje  Harry'emu,  jak 

należy grać w krykieta.  

- Rozmawia z Clarą o muzyce. 

- Opowiada Daisy bajki na dobranoc. 

-  Prowadzi  dyskusje  kulinarne  ze  Skeffie  -  dokończyła 

Clementine ze śmiechem. - Kochana Skeffie zupełnie zmieniła o nim 

zdanie i teraz wychwala go pod niebiosa. 

Thea się zaśmiała. 

-  W  tym  wypadku  podejrzewam  markiza  Merlina  o  czystą 

interesowność.  Nasza  kuchnia  jest  dla  niego  zbyt  uboga,  tęskni  za 

porządnym, krwistym stekiem i butelką dobrego porto. 

background image

Stanęły na skraju parku i omiotły spojrzeniem dom otoczony fosą. 

Jasny  kamień,  z  którego  wzniesiono  Oakmantle  Hall,  złocił  się  w 

słońcu, po fosie pływały kaczki, łabędzie wyciągały długie szyje. 

-  Markiz  Merlin  rozmawiał  też  z  Nedem  -  powiedziała  Thea  z 

wahaniem - o jego zamiarach wstąpienia do wojska, wiesz? 

- Kapitalnie. - Clementine aż podskoczyła. - Ned zawsze marzył, 

żeby zostać żołnierzem. Jeśli markiz może mu pomóc... 

-  Ned  powinien  pójść  na  studia  -  rzuciła  Thea  kategorycznym 

tonem. - I nie mów „kapitalnie", Clemmie, dama nie powinna używać 

takich słów. 

-  E  tam!  -  prychnęła  Clementine.  - Wiesz,  że  Ned  nie  ma  głowy 

do książek, jego interesuje tylko wojsko i wszystko, co się z wojskiem 

łączy. Gdyby tata nie umarł tak niespodziewanie... 

-  Nie  pozwolę,  żeby  markiz  Merlin  wykupił  dla  Neda  rangę  w 

wojsku.  -  Słowa  same  popłynęły  z  ust  Thei.  -  Nie  chcę  mu  nic 

zawdzięczać.  -  Nie  mogła  powtórzyć  Clementine  rozmowy,  którą 

przeprowadziła z Jackiem pierwszego dnia, zaraz po  wypadku, kiedy 

powiedział,  że  wszystko  można  kupić,  i  przywołał  sytuację  Neda  na 

potwierdzenie  swoich  racji.  Dowodziło  to  tylko,  że  nie  miał 

uczciwych intencji. 

Clementine spojrzała na siostrę z zainteresowaniem. 

-  Dlaczego  nie?  Jest  ustosunkowany.  Zastanów  się  dobrze,  co 

mówisz. Nie tak łatwo będzie znaleźć innego sponsora dla Neda. 

Thea zacisnęła dłoń na koszyku. 

- Markiz Merlin jest inny. On... ja... On może oczekiwać...  

background image

- Podzięki za swoją wielkoduszność? 

- Clemmie! 

Clementine  zsunęła  kapelusik  na  plecy,  tak  że  trzymał  się  teraz 

tylko na wstążkach. Okropność, pomyślała Thea z niesmakiem. Coraz 

częściej  czuła  się  bezradna  wobec  dezynwoltury  drogiej  siostrzyczki, 

jej lekceważenia manier. 

- Chcesz powiedzieć, że markiz Merlin sugerował ci coś takiego? 

- Tak, sugerował! - wyrzuciła z siebie Thea. - Po wielokroć. 

Clementine zrobiła wielkie oczy. 

- Niesamowite. Ty to masz szczęście. 

- Clementine Shaw! 

-  Muszę  cię  zostawić.  Radź  sobie  sama  z  markizem  Merlinem. 

Właśnie  zmierza  w  naszym  kierunku.  Wybacz,  że  nie  zostanę  i  nie 

będę cię chronić przed jego niecnymi zakusami. - Wyjęła Thei z ręki 

koszyk z żonkilami i pobiegła w stronę domu. 

Thea  odwróciła  głowę.  Rzeczywiście  Jack  szedł  w  jej  stronę, 

obok  biegł  jeden  z  domowych  spanieli.  Dopóki  żył  ojciec,  w 

Oakmantle była cała zgraja psów, z której pozostały tylko trzy.  

Jackowi  towarzyszył  najbardziej  wiekowy,  artretyczny  staruszek. 

Thea zauważyła, że Jack celowo zwalnia, by pies mógł dotrzymać mu 

kroku,  i  uśmiechnęła  się.  Naprawdę  dobry  z  niego  człowiek, 

pomyślała.  Dobry  i  przez  tę  swoją  dobroć  jeszcze  bardziej 

niebezpieczny. 

Nadal  wyglądał  blado,  ale  niezwykle  elegancko:  wysokie  czarne 

sztylpy,  śnieżnobiała  koszula  i  doskonale  skrojona  myśliwska  kurtka 

background image

czyniły go uosobieniem dobrego smaku. Głowę miał odkrytą i na jego 

ciemnych włosach igrały złotawe refleksy słońca. 

Thea postanowiła, że musi być stanowcza, nie może dopuścić, by 

zniszczył ze szczętem jej pozycje obronne. 

- Dzień dobry - powiedziała, gdy podszedł. - Z góry wyekwipował 

się  pan na dłuższy  pobyt  na  wsi  czy  też  kazał  przysłać  sobie  kufry  z 

Londynu? 

W  odpowiedzi  Jack  uśmiechnął  się  i  ujął  dłoń  Thei.  Próbowała 

cofnąć  rękę, ale  Jack na to  nie  pozwolił,  włożył  ją  sobie  pod  ramię  i 

tak razem ruszyli. 

-  Prawdę  powiedziawszy,  Hodges  jest  taki  przewidujący.  Jemu 

zawdzięczam,  że  mam  się  w  co  ubrać.  Gdyby  nie  jego  zaradność, 

pewnie musiałbym pożyczyć bieliznę i kaftany od Bertiego. 

-  Wątpię,  by  pasowały  na  ciebie...  -  zaczęła  Thea,  nie 

zastanawiając się, co mówi, i pokraśniała niczym piwonia.  

Poniewczasie uświadomiła sobie, że porusza temat, któremu dama 

nie powinna poświęcać myśli, a tym bardziej o nim mówić. Owszem, 

nie mogła nie dostrzec widomych zalet fizycznych Jacka, ale zdradzać 

się  z  tym,  że  widzi  i  docenia?  Dojrzała  uśmiech  w  jego 

ciemnoniebieskich  oczach  i  sklęła  się  w  duchu  za  to,  że  nie  trzyma 

języka za zębami. Godny potępienia brak kontroli. 

- Pochlebia mi, że tyle uwagi poświęca pani mojej osobie, panno 

Shaw  -  powiedział  z  naciskiem,  tak  by  nie  miała  najmniejszych 

wątpliwości,  że  każda  sposobność,  jaką  mu  stworzy,  zostanie  przez 

background image

niego  wykorzystana  natychmiast  i  do  końca.  -  Gdyby  chciała  pani 

przeprowadzić dokładniejsze obserwacje, jestem na pani usługi. 

Thea postanowiła, że nie da się zbić z pantałyku kpinami. 

- Doprawdy, milordzie? Będę miała szansę? Byłam pewna, że pan 

wyjeżdża. Wszak doszedł pan już do siebie po wypadku. 

-  Niestety,  panno  Shaw,  w  moim  stanie  podróż  mogłaby  się 

okazać zgubna, jestem jeszcze bardzo osłabiony.  

W opinii Thei Jack na pewno nie sprawiał wrażenia osłabionego. 

Wszystko, tylko nie to. Już prędzej niebezpieczny hultaj i nicpoń. Ale 

osłabiony? Doprawdy śmieszne. 

-  Przykro  mi,  że  ciągle  pan  słabuje  -  powiedziała  uprzejmie.  - 

Może powinien pan wrócić do domu i trochę odpocząć? Nie trzeba się 

przemęczać. Dalszy spacer może tylko zaszkodzić. 

-  Och,  nie.  Codziennie  będę  starał  się  dłużej  pozostawać  na 

nogach,  panno  Shaw  -  stwierdził  Jack  z  zabójczym  uśmiechem.  - 

Dzisiaj  jeszcze  nie  osiągnąłem  założonego  celu.  A  propos  celu,  czy 

może  pani  siostra  ćwiczy  strzelanie  z  łuku?  Jeśli  tak,  chętnie 

obejrzałbym  w  pani  towarzystwie  herbarium,  tam  powinniśmy  być 

bezpieczni. 

Thea spojrzała na niego podejrzliwie, nie bardzo wiedząc, skąd u 

Jacka  to  nagle  zainteresowanie  ogrodnictwem.  Była  pewna,  że  to 

pretekst, ale odmówić byłoby niegrzecznie, szczególnie że Clementine 

zabrała  koszyk  z  kwiatami,  pozbawiając  w  ten  sposób  siostry 

wymówki, która pozwoliłaby jej wrócić niezwłocznie do domu. 

background image

Przeszli przez drewniany mostek przerzucony przez fosę i znaleźli 

się  w  tej  części  ogrodu,  która  kiedyś  była  chlubą  i  wizytówką 

Oakmantle,  i  gdzie  Thea  niedawno  przycinała  stare  krzewy  różane, 

przygotowując je na nadejście nowego sezonu. 

Markiz  otworzył  furtkę  i  podał  Thei  dłoń.  Dotknął  jej  lekko, 

musnął  zaledwie,  ale  to  wystarczyło,  by  Theę  przeszedł  gwałtowny 

dreszcz,  przenikający  całe  ciało  od  stóp  do  głów.  Jack  nie  spuszczał 

wzroku z jej twarzy. 

- Latem zbieramy tu płatki róż - zaczęła opowiadać, chcąc pokryć 

zmieszanie.  -  Suszymy  je  i  potem  robimy  z  nich  potpourri  do  szaf  z 

ubraniem  i  bieliźniarek  i...  w  ogóle.  Hodujemy  zioła  na  przyprawy  i 

zioła  zapachowe,  szczególnie  lawendę.  -  Wiedziała,  że  mówi  zbyt 

szybko, nerwowo i chaotycznie.  

Następne  słowa  Jacka  wprawiły  ją  w  jeszcze  większe 

pomieszanie. 

- Teraz rozumiem, dlaczego pościel pachnie lawendą - powiedział 

miękko i zniżył głos. - Pani też... 

Theę oblała fala gorąca. Wokół unosił się zapach lawendy, ledwie 

wyczuwalny, niemniej niepokojący. 

- Nie powinien pan mówić takich rzeczy, milordzie. 

-  Nie  powinienem?  -  Głos  Jacka  zmienił  się,  brzmiał  teraz 

chropawo.  -  Zapamiętałem  dobrze  pani  zapach,  kiedy  trzymałem 

panią w ramionach w dniu niedoszłego ślubu. I później... 

Thea  ruszyła  ścieżką  wśród  lawendy.  Serce  biło  jej  jak  oszalałe. 

Jack  szedł  tuż  za  nią,  żwir  chrzęścił  pod  jego  stopami.  Theę  nagle 

background image

zdjęło  irracjonalne  pragnienie,  by  rzucić  się  do  biegu  i  uciec  jak 

najdalej.  Niestety,  ścieżka,  którą  szli,  kończyła  się  przy  oczku 

wodnym. 

Gdyby  Thea  chciała  uciec,  musiałaby  się  przedzierać  przez 

zarośla,  co  wyglądałoby  i  śmiesznie,  i  żałośnie.  Niezrozumiały  atak 

paniki  minął  i  zdrowy  rozsądek  wziął  górę.  Nie  grozi  jej  przecież 

niebezpieczeństwo,  w  każdej  chwili  może  zawrócić  i  iść  do  domu. 

Myśl  ta  wydała  się  jej  tak  sensowna,  że  zatrzymała  się,  by  spojrzeć 

markizowi odważnie w twarz. I znieruchomiała. 

Dzieliły  ich  zaledwie  dwa  kroki.  Jack  stanął  i  w  jego  pozie  było 

coś,  co  stanowiło  dla  Thei  ostrzeżenie:  wiedziała,  co  się  za  chwilę 

musi wydarzyć. Jack ją pocałuje, a ona... 

Resztki zdrowego rozsądku, które przed chwilą z takim wysiłkiem 

udało  się  jej  przywołać  na  pomoc,  pierzchły,  kiedy  wargi  markiza 

dotknęły  jej  ust.  Jack  wykorzystał  okazję,  pozwalając  sobie  na długi, 

głęboki  pocałunek,  który  obudził  w  Thei  dreszcz  najczystszego, 

pożądania, przenikający ciało od stóp do głów. 

Otoczył  ją  ramionami.  Smakował  świeżym  powietrzem  i  czymś 

trudnym do określenia, co uderzało do głowy, a jego skóra pachniała 

drzewem  sandałowym.  Po  chwili  Thea  zorientowała  się,  że  zarzuca 

mu ręce na szyję i przyciąga go do siebie.  

Pocałunek,  choć  długi  i  głęboki,  był  delikatniejszy  niż  ten  w 

salonie, raczej skłaniał Theę do reakcji, niż jej żądał. A jednak pod tą 

łagodnością kryła się i groźba, i obietnica. Jack konsekwentnie parł do 

background image

celu, to się czuło, a Thea doskonale zdawała sobie sprawę, co jest tym 

celem. 

Uwolnił ją po bardzo długiej chwili, podtrzymując jeszcze, kiedy 

się  odsunęła  trochę  chwiejnie.  Zachmurzona  usiłowała  zebrać  myśli, 

uporządkować  chaos  panujący  w  głowie.  Spojrzała  na  Jacka. 

Odpowiedział  spojrzeniem  pozbawionym  wyrazu,  z  którego  nic  nie 

była w stanie wyczytać. 

-  To  sprzeczne  z  moim  sposobem  bycia,  ale  zapytam,  chce  pani, 

żebym przeprosił za swoje zachowanie, panno Shaw? 

- Nie. - Thea została wychowana na osobę prawdomówną i teraz 

przechodziła trudny test. - Trudno tu mówić o winie... 

Dłoń Jacka zacisnęła się na jej ramieniu i przez moment myślała, 

że znowu przyciągnie ją do siebie. 

- Zatem o przyjemności, jeśli nie o winie? 

- Nie! - Thea cofnęła się gwałtownie. - To jest... tak, ale... 

-  Ale  nikt  dotąd  tak  pani  nie  całował  i  własna  reakcja  panią 

zdumiała?  -  Z  tonu  Jacka  biło  obrzydliwe  wręcz,  rażące  uszy 

samozadowolenie, nawet jeśli w jego słowach była prawda. 

-  Rzeczywiście  nigdy  dotąd  nie  całował  mnie  hultaj.  Jeśli  nie 

liczyć, oczywiście, pierwszego pocałunku, mój panie. 

- I podobało ci się? 

Thea nasrożyła się. 

- Niech pan nie zadaje trudnych pytań. Jeśli wolno prosić. 

-  A  więc  podobało  się.  Chciałaby  pani  powtórzyć  to 

doświadczenie? 

background image

- Nie! - Thea zrobiła kolejny krok do tyłu.  

Było  to  pierwsze  oczywiste  kłamstwo,  jakie  zdarzyło  się  jej 

wypowiedzieć od bardzo, bardzo dawna i natychmiast zrozumiała, że 

Merlin jej nie uwierzył. Chwycił ją za ręce i przycisnął je do piersi. 

-  Och,  panno  Shaw.  -  Wpił  w  nią  to  swoje  ciemnobłękitne, 

przenikliwe  spojrzenie.  -  Miałem  cię  za  osobę  absolutnie 

prawdomówną,  a  teraz  widzę,  że  zmusiłem  cię  do  kłamstwa. 

Wystawiłem  twoją  niewinność  na  cięższą  próbę,  niż  mogłem 

przypuszczać. 

Thea wiedziała, że musi natychmiast się uwolnić. Nie była jednak 

w  stanie  wykonać  żadnego  ruchu.  Tym  razem  Jack  bardzo  powoli 

nachylił  głowę,  zamknął  jej  usta  pocałunkiem  słodkim  i  pełnym 

pożądania, pocałunkiem, który domagał się odpowiedzi.  

Thea  rozprostowała  palce,  którymi  dotykała  piersi  Jacka.  Pod 

opuszkami czuła bicie jego serca. Rozgrzewało ją słońce i żar bijący z 

wewnątrz.  Traciła  kontrolę  nad  sobą,  nie  wiedziała  już,  co  się  z  nią 

dzieje. Bliskość Jacka działała jak narkotyk. 

Uwolniła  się  w  końcu  z  jego  objęć;  puścił  ją  niechętnie,  z 

oporami.  Oddychał  ciężko,  w  jego  oczach  było  pragnienie,  które 

widziała w nich już wcześniej. 

-  Wracam  do  domu,  drogi  panie.  Muszę  pomyśleć  o  tym,  co  się 

stało, a w pańskiej obecności nie mogę się skupić. 

-  Przeceniamy  myślenie,  są  o  wiele  przyjemniejsze  sposoby 

spędzania  czasu  -  powiedział  Jack,  przeciągając  słowa,  ale  ruszył  za 

background image

nią w stronę domu. - Czy w ogóle warto myśleć, droga panno Shaw? 

Nie moglibyśmy zająć się czym innym? 

Thea uniosła dłoń, jakby chciała go odepchnąć. Nie była w stanie 

rozmawiać  z  Jackiem,  nie  teraz,  kiedy  straciła  swoje  savoir  faire. 

Cokolwiek  powiedziałaby  w  tej  chwili,  pogorszyłoby  tylko  jej 

położenie.  Nie  mogła  dłużej  pozostać  w  przesyconym  zapachem 

kwiatów ogrodzie, obecność Jacka stanowiła zbyt wielką pokusę.  

Dla niego to była tylko gra, aż nazbyt dobrze zdawała sobie z tego 

sprawę.  Merlin  po  prostu  krok  po  kroku  zmierzał  do  wygrania 

zakładu,  chciał  jej  dowieść,  że  osiągnie  to  bez  trudu.  Musi  być 

nieprzejednana,  stanowcza.  Byłaby  największą  idiotką  w  całym 

chrześcijańskim  świecie,  gdyby  wpadła  w  ramiona  tego  nicponia, 

który chciał zabawić się jej kosztem. 

-  Wybacz,  milordzie  -  powiedziała  lodowatym  tonem,  obracając 

się na pięcie. - Czekają na mnie domowe obowiązki. 

Tym  razem  Jack  nie  próbował  iść  za  Theą.  W  jej  głowie  kłębiły 

się sprzeczne myśli na jego temat, nie  wiedziała, jak go oceniać: zły, 

dobry,  przewrotny,  zepsuty  do  szpiku  kości?  Zrobiła  cztery  kroki  i 

zatrzymała  się.  Było  coś,  o  co  od  dawna  chciała  go  zapytać.  Teraz 

nadeszła pora... 

-  Markizie  Merlin  -  zaczęła  powoli  -  odpowie  mi  pan  na  jedno 

pytanie? 

Jack nieznacznie wzruszył ramionami. 

- Jeśli będę potrafił. 

background image

-  W  czasie  naszej  pierwszej  rozmowy  zaproponował  mi  pan 

pieniądze  i  powiedział,  że  zasady  są  dla  głupców.  Naprawdę  tak  pan 

uważa? 

Ich  spojrzenia  się  spotkały  i  Thea  nagle  poczuła  się  tak,  jakby 

stała  na  skraju  niezgłębionej  przepaści,  która  zaraz  ją  wciągnie  na 

zawsze, bez ratunku. Jack westchnął głęboko. 

-  Panno  Shaw,  jak  nikt  potrafi  pani  przywołać  człowieka  do 

porządku  -  zauważył  z  wyrzutem.  -  Jeśli  koniecznie  chce  pani  znać 

prawdę,  była  to  jedna  z  najbardziej  nieprzemyślanych  moich 

wypowiedzi. Nie, wcale nie uważam, żeby zasady były dla głupców. 

Na twarzy Thei odmalowała się widoczna ulga, pobladłe policzki 

zaróżowiły się uroczo. 

- Dziękuję - szepnęła. 

Jack  patrzył  za  nią,  dopóki  jej  sylwetka  nie  zniknęła  za  węgłem 

domu,  po  czym  wsadził  dłonie  w  kieszenie  i  ruszył  tą  samą  drogą, 

pogwizdując cicho pod nosem. Dobry Boże, co się  z nim dzieje? Jak 

to  się  stało?  Panował  nad  sytuacją,  był  o  krok  od  wygrania  zakładu,  

tymczasem  panna  Theodosia  Shaw  niemal  rzuciła  go  na  kolana  tą 

swoją przerażającą szczerością połączoną z niewinnością.  

Nie  miał  pojęcia,  jak  do  tego  doszło,  ale  nie  mógł  dłużej  się 

oszukiwać,  musiał  spojrzeć  prawdzie  w  oczy.  Mógł  oczywiście 

walczyć,  ale  wynik  jawił  mu  się  bardzo  niepewny.  Poczuł  się  jak 

nicpoń i hultaj bliski nawrócenia na drogę cnoty. 

Pokręcił  nieznacznie  głową.  Gdyby  ktoś  przepowiedział  mu  coś 

podobnego jeszcze kilka dni temu, wyśmiałby tego kogoś. Rodzice od 

background image

pięciu lat nalegali, żeby się ożenił, on nawet słyszeć o tym nie chciał, 

wolał przelotne przygody z kobietami, które postępowały według tych 

samych  co  on  reguł:  obie  strony  szukały  przyjemności,  unikając 

zobowiązań. 

Teraz,  nie  wiadomo  jak,  nie  wiadomo  kiedy,  odstąpił  od 

wyznawanych dotąd zasad. Jeśli czegokolwiek nauczył się w życiu, to 

tego,  że  nie  należy  walczyć  z  losem,  przeciwstawiać  się  mu.  Miał 

przeczucie, że tym razem dosięgło go jego przeznaczenie. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

-  Wybacz  mi,  moja  staruszko,  ale  to  diabelnie  trudne.  -  Bertie 

poruszył  się  niespokojnie  na  kanapie  obitej  brokatem.  Unikał 

zawzięcie wzroku Thei. - Chciałbym ci pomóc, ale muszę wyjechać. - 

Przymknął  oczy.  -  Mówiłem  ci  przecież,  jadę  do  Yorkshire.  Nie 

będzie mnie przez całe dwa tygodnie. 

Thea nie wierzyła ani słowu. Bertie nie potrafił kłamać i teraz też 

wykręcał  się  nieumiejętnie.  Sprawę  niefortunnego  ślubu  już  sobie 

wyjaśnili i znowu byli dobrymi przyjaciółmi, niemniej Thea czuła, że 

Bertie coś przed nią ukrywa. Postanowiła poddać go małemu testowi. 

-  Przecież  markiz  Merlin  jest  twoim  kuzynem,  Bertie.  Przez 

wzgląd  na  uczucia  rodzinne  mógłbyś  zaproponować  mu  gościnę  w 

Wickham... 

-  Z  rozkoszą.  Gdybym  nie  musiał  wyjechać,  na  pewno  bym  go 

zaprosił. Niestety, mam zobowiązania, muszę być w Yorkshire. 

background image

- Ciągle usiłuje pani pozbyć się mnie, panno Shaw -  rozległo się 

od drzwi. 

Thea  drgnęła.  Nie  słyszała,  jak  Jack  wchodzi,  i  teraz  stanęła  w 

pąsach,  zakłopotana,  że  ją  podsłuchał.  Podszedł  powoli  do 

marmurowego  kominka,  tu  stanął  w  nonszalanckiej  pozie,  opierając 

rękę  na  gzymsie,  a  tak  się  ustawił,  by  patrzyć  wprost  na  Theę. 

Poruszyła  się  niespokojnie  w  fotelu  pod  jego  uważnym  spojrzeniem, 

rumieniec na jej twarzy jeszcze się pogłębił. 

Przy obiedzie, w towarzystwie Bertiego i Clementine, udawało się 

jej  unikać  spojrzeń  Jacka,  chociaż  nie  przestawała  o  nim  myśleć. 

Doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  że  w  czasie  całego  posiłku 

zachowywała się tak, jakby jej nie było przy stole.  

Dla  reszty  towarzystwa  musiało  to  być  wysoce  irytujące,  nie 

potrafiła  jednak  się  skupić.  Jack  obserwował  ją  z  niejakim 

rozbawieniem, ale i z uwagą, co jeszcze bardziej ją rozstrajało. Kiedy 

wspominała pocałunki, które wymienili tego popołudnia... 

Dość tego, powtarzała sobie stanowczo, nie będzie dłużej do tego 

wracać.  Chyba  że  chce  własnej  zguby.  Thea  przywykła  do  tego,  że 

jest  panią  swojego  serca.  Panowała  nad  uczuciami,  podobnie  jak 

musiała panować nad domem i kierować losami rodziny. Fascynacja, 

jaką  budził  w  niej  Jack,  wydawała  się  niebezpieczna  i  wprowadzała 

chaos w jej uporządkowane życie. 

- Przykro mi, że nie mogę uwolnić pani od swojego towarzystwa, 

panno Shaw - powiedział Jack gładko. - Doktor Ryland mówi, że nie 

powinienem  ruszać  w  drogę  przed  końcem  tygodnia,  a  ja  zamierzam 

background image

zastosować  się  do  jego  wskazówek.  Obiecuję  wyjechać,  kiedy  tylko 

dostanę pozwolenie od doktora. 

-  Zapomniałem  powiedzieć,  że  wszyscy  jesteśmy  zaproszeni  na 

piątkowy bal do Pendle Hall - odezwał się Bertie, uszczęśliwiony, że 

Thea wreszcie zostawiła go w spokoju. - Lady Pendle bardzo nalegała, 

chociaż  mówiłem  jej,  że  jesteś  jeszcze  bardzo  osłabiony,  Jack. 

Twierdzi, że nic tak nie uświetni jej balu jak twoja obecność. 

Jack skrzywił się. 

-  Skoro  muszę,  pojadę.  Byłbym  niewdzięcznikiem  bez  manier, 

gdybym  odmówił.  Poczciwa  lady  codziennie  przysyła  mi  kwiaty  ze 

swojej oranżerii z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. 

Thea  w  skupieniu  piła  herbatę.  W  jej  oczach  lady  Pendle  była 

wiedźmą  bez  wychowania,  a  za  jej  troską  o  Jacka  stały  motywy  aż 

nazbyt czytelne i dalekie od bezinteresownych. 

Pendle'owie  od  lat  odnosili  się  do  Thei  z  lekceważeniem.  Raz 

tylko  była  na  balu  w  ich  domu  i  był  to  koszmarny  wieczór,  bo 

wszyscy  tam,  szczególnie  młodzi  Pendle'owie,  traktowali  ją  z 

protekcjonalną  wyższością.  Od  tego  czasu  konsekwentnie  odrzucała 

wszystkie ich zaproszenia. 

-  Ja nie  pojadę  -  oznajmiła  z  miejsca.  -  Ty,  Bertie,  też  chyba nie 

przyjmiesz zaproszenia, wszak wyjeżdżasz niebawem... 

Bertie zrobił się czerwony jak burak. 

- Och, prawda, zapomniałem. Wyjeżdżam do Lancashire... 

background image

- Do Yorkshire - sprostowała Thea delikatnie i Bertie skwapliwie 

skinął głową. - Dobranoc, Bertie. Dziękuję, że zechciałeś zjeść z nami 

obiad. Życzę miłej podróży i baw się dobrze w Yorkshire. 

Jack otworzył przed nią drzwi. 

- Przykro mi, że mój kuzyn nie może pomóc, panno Shaw. 

Thea  dojrzała  w  jego  oczach  podejrzanie  wesołe  iskierki,  które 

zdawały się mówić, że nie jest mu ani trochę przykro. 

-  Przeciwnie  -  odparła  słodkim  tonem.  -  To  raczej  mnie  jest 

przykro.  Serdecznie  współczuję  wizyty  w  Pendle  Hall.  Dostanie  pan 

za  swoje,  jak  panny  Pendle  zaczną  się  do  pana  umizgać.  Ani  chybi 

któraś rada by pana usidlić. 

Jack posłał jej wiele mówiące spojrzenie. 

- Dziękuję za troskę, panno Shaw. Może jednak pojechałaby pani 

ze mną, dla ochrony? 

Thea uśmiechnęła się. 

-  Czy  nicpoń  potrzebuje  ochrony  przed  uczciwymi,  godnymi 

szacunku damami? Jestem pewna, że sam świetnie pan sobie poradzi. 

Jack chwycił ją za rękę i wyciągnął do tonącego w półmroku holu, 

zatrzaskując za sobą drzwi prowadzące do salonu. 

- Nie bądź tego taka pewna, panno Shaw. - Wyprostował się. - A 

teraz  mówmy  poważnie.  Naprawdę  chce  pani,  żebym  wyjechał  z 

Oakmantle? 

Thea oblała się rumieńcem. 

-  Przykro  mi,  że  usłyszał  pan  moje  słowa,  milordzie.  Nie 

chciałabym  wydać  się  niegościnna...  -  Urwała,  nie  wiedząc  co 

background image

powiedzieć.  Jak  wytłumaczyć  Jackowi,  że  powinien  wyjechać  z  tej 

prostej  przyczyny,  że  przestał  jej  być  obojętny?  Nie  mogła  przecież 

wyznać mu prawdy i zdradzić się ze swoimi uczuciami. 

-  Chodzi  o  zachowanie  przyzwoitości,  jak  rozumiem?  -  zapytał 

ostrożnie.  -  Moja  obecność  w  Oakmantle  sprzeciwia  się  dobrym 

obyczajom. 

-  Tak.  -  Thea  skwapliwie  chwyciła  się  podsuniętej  przez  Jacka 

wymówki. - Niewiele sobie robię z plotek, ale... 

- .. .ale wolałaby pani nie dawać do nich powodów. Doskonale to 

rozumiem. 

Thea zachmurzyła się. Jack podejrzanie ułatwiał jej sytuację.  

- Oczywiście, wolałabym... 

- Oczywiście - przytaknął. - Pomimo nieskazitelnej reputacji, jaką 

pani  cieszy  się  w  okolicy,  mimo  tego  śmiesznego  koronkowego 

czepka  starej  panny  i  tego  okropnego  fartucha,  który  uparła  się  pani 

nosić. 

Thea dopiero teraz uświadomiła sobie, że Jack nadal trzyma ją za 

rękę. Próbowała wyrwać dłoń, ale on nie zwolnił uścisku. 

- Jeśli chce pan sobie stroić ze mnie żarty, drogi panie... 

- Wręcz przeciwnie. Próbuję zachować się jak należy chociaż raz. 

Dotąd nie zaprzątałem sobie głowy takimi sprawami. 

-  W  to  akurat  chętnie  wierzę  -  rzuciła  Thea  ostrym  tonem  i  raz 

jeszcze próbowała uwolnić dłoń z uścisku Jacka. Bez rezultatu. 

background image

-  Może  dojdziemy  do  kompromisu,  panno  Shaw?  -  ciągnął.  - 

Wyjadę z Oakmantle jutro. Przeniosę się chwilowo do  Wickham pod 

warunkiem, że pozwoli pani towarzyszyć sobie na piątkowym balu. 

Thea zmarszczyła czoło. 

- Skoro zamierza pan opuścić Oakmantle, może pan wracać prosto 

do Londynu. Nie rozumiem, dlaczego miałby pan zwlekać? 

Nie  była  w  stanie  niczego  wyczytać  z  ukrytej  w  cieniu  twarzy 

Jacka. Jego głos brzmiał chłodno. 

- Może nie chcę wracać do Londynu. Proszę o odpowiedź, panno 

Shaw. 

- Jeśli nie zgodzę się pojechać na bal, nie opuści pan Oakmantle, 

czy tak? 

-  Jeśli  nie  zgodzi  się  pani  pojechać  na  bal,  ja  nie  opuszczę 

Oakmantle. 

-  Potrafi  pan  być  naprawdę  niemożliwy.  Dziwny  koncept, 

doprawdy, bardzo dziwny. Już mówiłam, że nie ulegnę szantażowi. 

-  Nazwijmy  rzecz  perswazją,  panno  Shaw,  może  to  określenie 

lepiej panią do mnie usposobi. 

Thea pokręciła głową. 

-  Dziwny  koncept  -  powtórzyła  uparcie  -  ale  nikomu  nie 

zaszkodzi. Zgadzam się przez wzgląd na moją reputację. 

-  Oczywiście.  -  Jack  ucałował  jej  dłoń.  -  Dziękuję.  Pomówię  z 

Bertiem  o  koniecznych  przygotowaniach.  -  Podał  jej  lichtarzyk 

stojący na stoliku przy schodach.  

- Dobranoc. 

background image

- Chwileczkę, panno Shaw. 

-  Tak?  -  Thea  zdała  sobie  sprawę,  że  stoi  zbyt  blisko  Jacka  i 

cofnęła się szybko, wywołując uśmiech na jego twarzy. 

-  Chciałem  tylko  powiedzieć,  że  jeśli  nie  znajdzie  pani  innego 

rozwiązania  problemów  finansowych,  zawsze  może  pani  sprzedać 

rzeźby  z  salonu.  Dwie  przynajmniej  są  dłuta  Johna  Edwarda  Carew. 

Warte  kilka  tysięcy  funtów  każda,  chociaż  ta  z  odłamanym  nosem 

znacznie  straciła  na  wartości.  -  Ukłonił  się  z  przesadną  kurtuazją  i 

cofnął się do drzwi salonu. - Dobranoc, panno Shaw. 

 

W salonie Bertie dopijał właśnie porto i zbierał się do wyjścia. 

-  Muszę  już  jechać,  przygotować  się  do  podróży  -  oznajmił 

ponuro  na  widok  Jacka.  -  Nie  rozumiem,  dlaczego  akurat  Yorkshire, 

jakbym  nie  mógł  wybrać  miejsca  bliżej  cywilizacji.  Mam  chyba 

nierówno pod sufitem, że się zgodziłem na ten wariacki plan. 

- Dzięki, Bertie. Jestem twoim dłużnikiem. 

-  Tak,  mam  udawać,  że  wyjeżdżam,  żebyś  ty  mógł  zostać  w 

Oakmantle. Niech cię diabli, Jack, nie umiem oszukiwać. Thea wie, że 

kręcę,  zapamiętaj  sobie  moje  słowa.  Przed  tą  dziewczyną  nic  się  nie 

ukryje. 

-  Nie  musisz  już  oszukiwać,  Bertie.  Zawarliśmy  z  panną  Shaw 

kompromis. Ja obiecałem, że przeniosę się jutro do Wickham, a ona w 

rewanżu pojedzie ze mną na bal do Pendle Hall. 

Bertie nasrożył się. 

background image

- Po co były moje opowieści o podróży do Yorkshire? Na próżno 

się wygłupiałem? 

-  Zawsze  możesz  powiedzieć,  że  w  ostatniej  chwili  odwołałeś 

wyjazd  -  poradził  Merlin  polubownym  tonem.  -  Wcale  się  nie 

wygłupiałeś  i  na  pewno  nie  na  próżno,  Bertie.  Chyba  że  moje 

szczęście nic dla ciebie nie znaczy. 

- A w czym widzisz swoje przyszłe szczęście, Jack? Martwi mnie 

twoje  zachowanie.  Niech  to  dunder  świśnie.  Skończ  te  zabawy, 

proszę.  Chętnie  ci  pomogę,  ale  jeśli  w  jakikolwiek  sposób 

skrzywdzisz Theę... 

Jack spojrzał poważnie na kuzyna. 

-  Miej  do  mnie  trochę  zaufania,  Bertie.  Na  pewno  jej  nie 

skrzywdzę. 

-  Oby.  W  każdym  razie  uważaj,  bo  będziesz  miał  ze  mną  do 

czynienia. Kobiety cię lubią, ale zasady są ważniejsze niż... 

-  Niż  instynkt  samozachowawczy?  -  Jack  zaśmiał  się.  -  Nie 

oskarżaj  mnie  zbyt  pochopnie,  Bertie.  Wiem,  że  moja  reputacja 

świadczy przeciwko mnie, ale zamierzam poprosić pannę Shaw, żeby 

za mnie wyszła. 

- Wyszła za ciebie? Nie wierzę. Kpisz sobie ze mnie. 

-  Klnę  się  na  mój  honor,  że  to  prawda.  -  Jack  podał  kuzynowi 

karafkę  z  brandy.  -  Wypij  kieliszek  przed  wyjściem.  Wyglądasz  tak, 

jakbyś potrzebował jednego na wzmocnienie. 

Bertie usiadł na powrót. 

background image

- Ślub... Małżeństwo... - mruczał pod nosem. - Wszystkiego bym 

się spodziewał... 

- Wiem - powiedział Jack przepraszająco. - Smutny koniec hulaki 

i nicponia, ale obawiam się, że ją kocham. Nie ucieknę od tego. 

Bertie upił potężny łyk brandy. 

- Ona cię nie zechce. 

Jack znieruchomiał na te słowa. 

- Dlaczego tak myślisz? 

-  Ponieważ  ma  cię  za  hultaja  -  odparł  Bertie.  -  Nie  ufa  ci.  Co 

więcej  -  dodał  z  pełnym  przekonaniem  -  nie  wyjdzie  za  mąż  dla 

pieniędzy. Coś o tym wiem. 

Jack westchnął. Właśnie uświadomił Thei, że nie musi wychodzić 

za  mąż  dla  pieniędzy,  i  nie  mógł  dyskutować  ze  stwierdzeniem 

Bertiego. 

- Myślałem, że kobiety lubią sprowadzać nicponi na dobrą drogę - 

powiedział  smętnie.  -  Dobry  Boże,  całe  lata  broniłem  się  przed 

zakusami  matrymonialnie  usposobionych  panien,  przedkładając  nad 

małżeństwo  inne  przyjemności,  a  ty  mi  teraz  mówisz,  że  jedyna 

kobieta, której pragnę, nie będzie mnie chciała? To ja się pytam, gdzie 

jest sprawiedliwość na tym świecie? 

Bertie uśmiechnął się szeroko. 

-  Ktoś  wreszcie  powinien  dać  ci  nauczkę,  Jack.  Najwyższa  pora. 

Trafiłeś  wreszcie  na  godną  przeciwniczkę  -  stwierdził  bez  cienia 

złośliwości. 

Jack dopił brandy. 

background image

-  I  tutaj  muszę  się  z  tobą  zgodzić,  Bertie.  Rzeczywiście  trafiłem 

na godną przeciwniczkę. 

 

-  Ślicznie  panienka  wygląda,  panno  Shaw.  -  Pani  Skeffington, 

która tego wieczoru pozbyła się fartucha i przyjęła rolę pokojówki, ze 

łzami wzruszenia w oczach przyglądała się wystrojonej na bal Thei. - 

Markiz Merlin już przyjechał, panienko - dodała. - Czeka na panienkę 

w salonie. 

Thea  zawahała  się  i  raz  jeszcze  spojrzała  w  lustro.  Nie  martwiła 

się  swoim  wyglądem,  bo  miała  jedną  jedyną  suknię,  która  nadawała 

się  na  uroczysty  wieczór,  co  z  góry  eliminowało  wszelkie  rozterki 

dotyczące  wyboru  toalety.  Nikt  nie  nazwałby  jej  ostatnim  krzykiem 

mody, ale była prosta i elegancka. Problem zatem nie tkwił  w stroju, 

Theę  nagle  obleciał  strach.  Miała  ochotę  wycofać  się,  nie  jechać  z 

Jackiem na bal. 

Przez  ostatnie  dwa  dni,  od  chwili  gdy  opuścił  Oakmantle,  czuła 

się przygnębiona. Bardzo jej go brakowało. Dzieci też za nim tęskniły, 

nie  przestawały  o  nim  mówić.  Były  nieznośne  i  hałaśliwe,  to  znowu 

milkły i zamykały się w sobie. 

Kiedy próbowała rozmawiać z Nedem o tym, że powinien zacząć 

szukać  pracy  w  Londynie,  wpadł  w  złość  i  zniknął  na  kilka  godzin. 

Daisy  zaniosła  się  płaczem,  kiedy  usłyszała,  że  Jack  nie  będzie  już 

opowiadał jej bajek na dobranoc, a Clara przez cały dzień wygrywała 

na  starym  fortepianie  pieśni  żałobne.  Thea  miała  wrażenie,  że  głowa 

jej pęknie od tego brzdąkania i zacznie wrzeszczeć z rozpaczy. 

background image

Wszyscy tęsknili za Jackiem, ale ona najbardziej.  

I oto Jack pojawił się znowu w Oakmantle, czekał w salonie, żeby 

zabrać ją na bal, a ona nie miała odwagi zejść na dół. 

Wzięła  czarną  aksamitną  pelerynę,  torebkę  i  zaczęła  powoli 

schodzić  po  schodach.  W  rzeczywistości  Jack  wcale  nie  czekał  w 

salonie,  jak  powiedziała  pani  Skeffington.  Być  może  tam  go 

wprowadziła,  ale  teraz  stał  u  podnóża  schodów  i  mierzył  schodzącą 

Theę  uważnym  spojrzeniem,  od  czubka  głowy  i  starannej  fryzury  po 

atłasowe pantofelki.  

Obejrzawszy  ją  dokładnie,  zatrzymał  wzrok  na  jej  twarzy. 

Uśmiechnął się na ten swój sposób: niedbale, leniwie, a jednocześnie 

niebezpiecznie. Thea przestraszyła się, że jeszcze chwila i ten uśmiech 

pozbawi ją resztek zdrowego rozsądku. Zebrała wszystkie siły. 

- Dobry wieczór. 

Jack skłonił głowę. 

- Dobry wieczór, panno Shaw. To dla mnie wielka radość widzieć 

panią znowu. Wygląda pani doprawdy olśniewająco. Czarująco. 

W jego oczach pojawił się błysk, z którego mogła wnosić, że Jack 

zamierza  mącić  jej  w  głowie.  Thei  przemknęło  przez  myśl,  że  wcale 

nie  byłaby  od  tego,  i  przeszedł  ją  dreszcz.  Niedobrze.  Przecież 

uczyniła  wszystko,  by  pozbyć  się  markiza  z  Oakmantle;  jego 

obecność  była  zbyt  kłopotliwa.  Nie  po  to  włożyła  w  to  tyle  wysiłku, 

żeby teraz tracić rozum na jego widok niczym nieopierzona dzierlatka. 

Przyjęła  jego  ramię  i  Jack  poprowadził  ją  do  czekającego  na 

podjeździe  powozu.  Pendle  Hall  położony  był  zaledwie  o  dziesięć 

background image

minut  drogi  od  Oakmantle  i  Thea  nie  zastanawiała  się  wcześniej,  co 

będzie  oznaczać  to  krótkie  sam  na  sam  z  Jackiem  w  zamkniętym 

powozie. Dziesięć minut dla takiego nicponia to mnóstwo czasu, żeby 

uwieść kobietę.  

Thea  była  spięta,  ale  Jack  zachowywał  się  przez  całą  drogę  bez 

zarzutu, był  uprzedzająco uprzejmy,  wręcz  nadskakujący.  Pomógł  jej 

wsiąść  do  powozu,  siedział  w  przyzwoitej  odległości,  poruszał  w 

rozmowie  tematy  absolutnie  neutralne,  mówił  o  swoim  powrocie  o 

zdrowia,  wspomniał  coś  o  braciach  i  siostrach.  Thea  była 

rozczarowana. 

Kiedy  dotarli na  miejsce,  w  Pendle  Hall  rojno  już  było  od  gości. 

Lady  Pendle,  nie  tracąc  czasu,  zdążyła  zawiadomić  wszystkich 

znajomych  i  przyjaciół,  że  jej  bal  zaszczyci  sam  markiz  Merlin. 

Zgotowano  Jackowi  gorące  przyjęcie,  Theę  powitano  znacznie 

chłodniej.  Początkowo  myślała,  że  przesadza,  słysząc  wokół  kąśliwe 

uwagi,  widząc,  jak  damy  odsuwają  się  lub  odwracają  plecami  na  jej 

widok.  Nie,  nie  przesadzała,  i  wkrótce  miała  się  o  tym  boleśnie 

przekonać. 

Jack  został  porwany  do  tańca  przez  jedną  z  panien  Pendle,  a  ją 

otoczył wianuszek dam, a właściwie wiedźm. 

-  To  musiała  być  dla  ciebie  prawdziwa  przyjemność,  gościć 

markiza Merlina przez cały tydzień w domu, panno Shaw - natarła na 

nią  przybrana  w  fioletowe  aksamity  lady  Pendle.  Jej  słowa  wprost 

ociekały  jadem.  -  Taki  uroczy  człowiek  i  taki  okropny  wypadek. 

Doprawdy  nie  wiadomo,  co  bardziej  szokuje:  czy  szaleństwa  twojej 

background image

siostry, która nie potrafi panować nad łukiem, czy fakt, że zabawiałaś 

w swoim domu kawalera, nie mając przyzwoitki. 

Thea wzięła głęboki oddech. 

- Markiz Merlin był zbyt chory, żebyśmy miały go zabawiać, lady 

Pendle. Wracał do zdrowia i nie szukał rozrywek. 

Tu odezwała się kolejna matrona z otaczającego Theę kółka: 

- Wydaje się,  że  lord Merlin całkiem już wrócił do zdrowia. Bez 

wątpienia  to  twoja  zasługa,  wydaje  się,  że  musiałaś  go  bardzo 

starannie pielęgnować, panno Shaw, prawda? 

Któraś z dam zachichotała, skrywając twarz za wachlarzem. Thea 

potoczyła  spojrzeniem  po  zebranych  wokół  niej  damach.  Niektóre 

spoglądały  na  nią  z  niezdrową  ciekawością,  inne  z  otwartą  wzgardą, 

żadna z sympatią. Była osaczona, nie miała dokąd uciec.  

-  Moja  rodzina  z  radością  zaopiekowała  się  markizem  - 

powiedziała  bezbarwnym,  wypranym  z  emocji  tonem.  -  Robiliśmy 

wszystko co w naszej mocy, by jak najszybciej doszedł do siebie. 

-  Czy  markiz  Merlin  zamierza  długo  pozostać  w  Oxfordshire?  - 

zainteresowała się lady Pendle. 

-  Markiz  Merlin  nie  wtajemnicza  mnie  w  swoje  plany.  -  Thea 

starała  się  mówić  spokojnie,  ale  wzbierał  w  niej  gniew.  -  Myślę 

jednak, że niedługo zabawi w okolicy i wkrótce wróci do Londynu. 

- Cóż, bez wątpienia nacieszył się już przyjemnościami, jakie ma 

do zaoferowania Oakmantle -  zauważyła jedna z dam znacząco. - To 

człowiek, który szybko się męczy... 

background image

-  Każdy  szybko  się  męczy,  kiedy  jest  osłabiony  -  odparła  Thea 

tym  razem  już  ostrym  tonem.  Zaczynała  tracić  opanowanie.  Zrobiła 

krok,  gotowa  uwolnić  się  od  towarzystwa  wiedźm,  choć  nie  bardzo 

wiedziała,  gdzie  ma  szukać  przed  nimi  schronienia.  -  Zechcą  panie 

wybaczyć - rzuciła. 

-  Zatańczy  pani  ze  mną,  panno  Shaw?  -  Drogę  zagrodził  jej 

wielmożny  Simon  Pendle,  przystojny  młodzieniec,  który  zwykle 

spoglądał  na  nią  z  góry,  ale  tym  razem  Thea  chwyciła  się  jego 

propozycji niczym liny ratunkowej. 

- Dziękuję, panie Pendle. 

Wyszli  na  parkiet,  zostawiając  harpie  samym  sobie,  i  Thea 

odetchnęła  z  ulgą.  Niedługo  cieszyła  się  ledwie  odzyskanym 

spokojem, bo Simon Pendle trzymał ją w tańcu o wiele za blisko, niż 

wypadało. 

-  Jak  tam  układało  się  z  Merlinem,  panno  Shaw?  Wspaniały  z 

niego gość, nieprawdaż? I bardzo hojny, jak słyszę. 

Thea  zmrużyła  oczy.  Czuła,  że  jeszcze  chwila  i  wybuchnie. 

Chciała  wierzyć,  że  źle  odczytała  obraźliwe  słowa  Pendle'a, 

niewłaściwie zinterpretowała bezczelny ton głosu. 

-  Rzeczywiście,  lord  Merlin  był  bardzo  wielkoduszny  wobec 

mojej rodziny - odpowiedziała chłodno, celowo zmieniając „hojny" na 

„wielkoduszny". 

Pedle zarechotał głośno. 

background image

-  Zbytnia  skromność,  panno  Shaw.  Chciałbym  zamienić  z  panią 

później  kilka  słów,  omówimy  sobie  parę  kwestii.  -  Ścisnął  jej  ramię 

poufałym gestem. 

- Nie sądzę, żebyśmy mieli kwestie do omówienia, panie Pendle - 

powiedziała Thea zimno i odsunęła się. 

- Dajże spokój... - W kolejnej figurze tanecznej znowu zbliżyli się 

do  siebie  i  Pendle  niby  niechcący  przesunął  ręką  po  piersi  Thei. 

Wstrząsnęła  się  z  obrzydzenia,  rumieńce  wystąpiły  jej  na  policzki.  -

Mówią,  że  Merlin  jutro  wraca  do  miasta.  Może  po  jego  wyjeździe 

będzie pani bardziej skora rozmawiać ze mną. 

Thea  miała  ochotę  zdzielić  go  na  odlew  w  twarz,  na  pewno  nie 

rozmawiać. Odpowiedziała cicho, spokojnie, ale tonem lodowatym: 

- Jest pan w wielkim błędzie, sir. Nie mam nic do dodania. 

Pendle uśmiechnął się obleśnie. 

-  Patrzcie  no,  patrzcie,  jak  panna  zadziera  nosa.  Nie  będzie  pani 

taka harda, kiedy skończą się pieniądze Merlina... 

-  Sługa  uniżony,  Pendle.  Panno  Shaw,  mogę  prosić  o  następny 

taniec? - Głos Jacka uciął obelgi Pendle'a. 

Thea  nie  zdążyła  wypowiedzieć  ostrej  riposty,  którą  miała  na 

końcu  języka.  Głęboko  dotknięta  i  zła  nie  zauważyła  nawet,  kiedy 

orkiestra przestała grać i Jack do nich podszedł. 

Simon Pendle ukłonił się i dopiero teraz dostrzegła, że jest mocno 

pijany. 

background image

-  Dobry  wieczór,  Merlin.  Właśnie  mówiłem  pańskiej  uroczej 

inamorata,  że...  -  Urwał  wystraszony,  kiedy  Jack  zrobił  krok  w  jego 

kierunku. 

-  Myślę,  że  się  pan  myli,  Pendle,  i  że  panna  Shaw  zdążyła  już 

wyprowadzić  pana  z  błędu.  -  Głos  Jacka  brzmiał  groźnie,  jakby  ten 

miał lada chwila chwycić Pendle'a za gardło. -  Gdybyśmy nie byli  w 

domu  pańskich  rodziców,  pokazałabym,  jak  bardzo  pan  błądzi. 

Tymczasem  -  Jack  odstąpił  o  krok  -  puszczę  płazem  obrazę,  jeśli 

jednak zobaczę, że zbliża się pan do panny Shaw, będzie pan miał ze 

mną do czynienia. 

Podał  Thei  ramię  i  oddalili  się,  zostawiając  Pendle'a  z 

rozdziawionymi ustami. 

-  To  powinno  zapewnić  nam  spokój  na  resztę  wieczoru  - 

powiedział Jack, spoglądając na Theę. - Dobrze się pani czuje, panno 

Shaw? 

Thei  drżały  ręce,  Jack  uścisnął  mocno  jej  dłoń,  jakby  chciał  ją 

uspokoić.  Słyszała  szepty  wymieniane  przez  gości  Pendle'ów  na  ich 

temat.    Nie  mogła  dłużej  tego  znieść,  słowa  same  wyrwały  się  jej  z 

ust: 

- Chcę wracać do domu. Zaraz! 

- Nie powinna pani uciekać. - Jack chwycił ją mocno za ramię. - 

Chce  pani  tym  plotkarzom,  tym  złośliwcom  dać  satysfakcję?  Chce 

pani, by powiedzieli, że panią stąd wypłoszyli? Nie jesteś przecież aż 

tak słaba, panno Shaw. Nie wolno się poddawać. 

W oczach Thei zabłysł gniew. 

background image

-  Dobrze  panu  mówić,  markizie  Merlin.  Jestem  tylko  pańską 

kolejną zdobyczą. 

- Theo, wie pani, że to nieprawda. 

-  Ja  wiem,  ale  ci  wszyscy  ludzie  -  Thea  zatoczyła  gwałtownie 

dłonią - uwierzą we wszystko, co najgorsze. 

Orkiestra  znowu  zaczęła  grać  i  zanim  Thea  zdążyła  zejść  z 

parkietu,  Jack  porwał  ją  do  tańca.  Był  to  sprytny  ruch,  bo  w  trakcie 

menueta  Thei  trudno  było  się  z  nim  sprzeczać.  Spokojna  muzyka, 

wytworne  figury,  wszystko  to  wymagało  stosownego,  godnego 

zachowania. Dostojny taniec stał w żywej sprzeczności z burzą uczuć, 

która  ogarnęła  zdenerwowaną  Theę.  Ilekroć  otwierała  usta,  żeby 

zaatakować Jacka, rozdzielali się w kolejnych pląsach. 

- Dla pana to nic - zaczęła, kiedy znowu się spotkali. - Przyjeżdża 

pan sobie do Oakmantle i przysparza mi kłopotów. 

Tu  znowu  się  rozdzielili,  by  po  chwili  na  powrót  stanąć 

naprzeciwko siebie. 

-  Jest  pani  niesprawiedliwa  -  rzekł  Jack.  -  Pani  zaczęła,  kiedy 

wpadła  na  pomysł  poślubienia  Bertiego.  Trudno  wyobrazić  sobie 

głupszy plan. 

Trzymając się za ręce, okrążyli inne pary. 

- Niech pan nie zrzuca winy na mnie - powiedziała Thea z urazą. - 

Przyjechał pan do Oakmantle, żeby nie dopuścić do naszego ślubu. 

- W rzeczy samej - przytaknął Jack. - Działałem w dobrej sprawie 

i  wyjechałbym,  gdyby  pani  siostra  nie  postanowiła  ustrzelić  mnie  z 

łuku, zmuszając do pozostania u was. 

background image

Thea puściła mimo uszu niezaprzeczalną prawdę słów Merlina. 

-  A  teraz  próbuje  pan  odwrócić  uwagę  od  swojego  nagannego 

zachowania. 

Rozdzielili  się  na  moment  i  po  chwili  znowu  spotkali.  Jack 

uśmiechnął się szeroko. 

- Protestuję. Mojemu zachowaniu nic nie można zarzucić. 

-  Chce  pan  zaprzeczyć,  że  zaproponował  mi  pan  kontrakt?  - 

spytała  Thea.  -  I  że  najzwyczajniej  w  świecie  próbował  pan  mnie 

uwieść? 

Wykonali kolejną skomplikowaną figurę. 

-  Jeśli  chodzi  o  pierwszy  zarzut,  nie  zaprzeczę,  ale  drugi?  -  Jack 

uniósł  brew.  -  To  naprawdę  nie  w  porządku.  Nigdy  nie  próbowałem 

pani uwieść. 

-  Owszem,  próbował  pan.  Założył  się  pan  nawet,  taki  był  pan 

pewien sukcesu, ale to ja wygrałam zakład.  

Rozdzielili się i za moment znowu spotkali, łącząc dłonie. 

- Przyznaję, że wysunąłem taką propozycję - zgodził się Jack - ale 

odstąpiłem od zakładu po tym, gdy panią pocałowałem w ogrodzie. 

- Ciszej! - Thea ze zgorszeniem rozejrzała się wokół. - Jeszcze kto 

usłyszy. 

Jack  wzruszył  ramionami  i  Thea  natychmiast  wykorzystała  jego 

milczenie. 

- Mam zatem wierzyć, że wygrałam, bo pan w swojej łaskawości 

pozwolił mi wygrać, tak, markizie Merlin? Mam też uznać, że gdyby 

background image

próbował  mnie  pan  uwieść,  zauważyłabym  zmianę  w  pańskim 

zachowaniu? 

- Bez wątpienia. Co więcej... 

- Tak? 

-  Droga  panno  Shaw,  uległaby  mi  pani  bez  wątpienia.  Gotów 

byłbym postawić każde pieniądze, że tak właśnie by się stało.  

-  Och!  -  Thea  tupnęła  ze  złości  i  zakłopotana  zainteresowaniem 

sąsiadów z parkietu, zrobiła taką minę, jakby jej tupnięcie było celowe 

i należało do wykonywanej właśnie figury tanecznej. 

Ten  człowiek  doprowadzał  ją  do  furii,  szczególnie  że  miał  rację. 

Sapnęła  gniewnie,  dostrzegła  w  spojrzeniu  Jacka  rozbawienie  i  omal 

nie krzyknęła, zupełnie już wytrącona z równowagi. 

-  Markizie  Merlin,  nie  znam  większego  prowokatora.  Ja  próbuję 

się  z  panem  sprzeczać,  a  pan  bawi  się  cały  czas  moim  kosztem.  Nie 

widzę w tym nic śmiesznego. Pana tutaj fetują, a mnie obrażają. 

Jack skłonił głowę. 

-  Wiem  i  wyrzucam  sobie,  że  nie  przewidziałem  takiego  obrotu 

spraw. 

-  Zrujnował  pan  moją  reputację  -  rzuciła  Thea  porywczo.  Czuła, 

że przestaje panować nad sobą i nic z tym nie potrafiła zrobić. Emocje 

brały  górę.  -  Co  gorsza,  zdobył  pan  serca  mojego  rodzeństwa.  Teraz 

tęsknią za panem, są nieszczęśliwi. Ned marzy o tym, żeby zaciągnąć 

się do wojska, Harry, kiedy dorośnie, chce jak pan zostać nicponiem, 

a Daisy... domaga się nowego tatusia. Zawrócił im pan niepotrzebnie 

w głowach, a nie powinien był się wtrącać. 

background image

Przerwała,  czując,  że  za  dużo  powiedziała.  Jej  słowa  mogły  go 

zranić i chyba zraniły. Nadal mówił spokojnie, ale w jego głosie było 

tyle chłodu, że Thea w jednej chwili zapomniała o złości. 

-  Jeśli  naprawdę  pani  wierzy,  że  celowo  unieszczęśliwiłem 

rodzeństwo, masz prawo mnie łajać, panno Shaw. A jeśli tak się pani 

martwi o swoją reputację, radzę, żeby dobrze się pani zastanowiła, bo 

oto sama się przyczyniasz do własnego upadku swoim zachowaniem. 

Dopiero  po  tych  słowach  Thea  uświadomiła  sobie,  że  wszyscy 

goście  ich  obserwują,  złaknieni  skandalu.  Nie  mogła  uwierzyć,  że 

sama  z  własnej  woli  dostarcza  tym  ludziom  upragnionej  sensacji, 

pożywki  do  plotek.  Zapragnęła,  żeby  ziemia  się  rozstąpiła  i 

pochłonęła ją w jednej chwili.  

Gorszy  od  upokorzenia,  które  sama  sobie  zgotowała,  był  chłód 

bijący  z  zachowania  Jacka.  Podał  jej  sztywno  ramię  i  sprowadził  z 

parkietu.  Thea  wiedziała,  że  nie  zostawi  jej  na  pastwę 

rozplotkowanych harpii, ale czuła, że jej towarzystwo nie jest już mu 

miłe. Po prostu spełniał swój obowiązek. 

Nie  mogła  pojąć,  dlaczego  wypowiedziała  te  gorzkie  słowa. 

Owszem,  martwiła  się  o  rodzeństwo,  i  Jack  rzeczywiście  zawrócił 

dzieciom  w  głowie,  a  co  gorsza,  jej  także.  Dlatego  czuła  się  taka 

nieszczęśliwa. Zakochała się w nim i teraz mogła mieć pretensje tylko 

do siebie. 

Zamknęła oczy i zaraz je otworzyła, mając nadzieję, że przez ten 

krótki  moment  morze  ciekawskich  twarzy  zniknie,  czas  się  cofnie  w 

cudowny sposób, a ona otrzyma jeszcze jedną szansę.  

background image

Niestety, cud się nie zdarzył, twarze nie zniknęły, Jack odnosił się 

do  niej  z  dystansem.  Czuła  się  zupełnie  bezwolna,  bezradna, 

zagubiona.  Zdesperowana  zastanawiała  się,  czy  może  być  gorzej,  niż 

jest, kiedy drzwi do sali balowej otworzyły się nagle. 

Zaległa  cisza.  Lady  i  lord  Pendle  zostawili  przyjaciół,  z  którymi 

rozmawiali, i rzucili się w pośpiechu witać przybyłych. Jack odwrócił 

się, spojrzał i zaklął pod nosem. 

Thea  nawet  nie  zdążyła  się  zdziwić,  kto  przybywa  tak  późno  na 

bal,  wywołując  przy  tym  takie  zamieszanie,  kiedy  kamerdyner 

odchrząknął i oznajmił donośnym głosem: 

- Książę i księżna Merlin. 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Thea  wciągnęła  gwałtownie  powietrze.  Księżna  okazała  się 

kobietą  wysoką,  prawdziwą  grande  dame,  patrycjuszką  w  każdym 

calu. Odziana w złotogłów, zachowywała dystans. Książę, do którego 

Jack  był  uderzająco  podobny,  górował  nad  otoczeniem  i  wzrostem,  i 

dumną postawą. Książęcej parze towarzyszył Bertie Pershore, mocno 

zakłopotany, z niewyraźną miną. 

Thea  miała  ochotę  obrócić  się  na  pięcie  i  uciec,  gdzie  pieprz 

rośnie,  ale  było  już  za  późno.  Księżna  i  książę  uwolnili  się  wreszcie 

od nadskakujących im Pendle'ów i zmierzali  w stronę syna oraz jego 

towarzyszki.  Thea  chciała  się  cofnąć,  ale  Jack  zacisnął  dłoń  na  jej 

ramieniu. 

background image

-  Jack,  kochanie.  -  Ku  zdumieniu  Thei  surowe  oblicze  księżnej 

rozjaśnił promienny uśmiech. Ucałowała serdecznie syna w policzek i 

z  tym  samym  ciepłym  uśmiechem  zwróciła  się  do  Thei,  ujmując  jej 

dłonie.  -  Witaj,  panno  Shaw.  Bertie  wiele  nam  opowiadał  o  pani. 

Jesteśmy tacy szczęśliwi, że chcesz wyjść za naszego Jacka. 

-  Ja...  -  Thea  posłała  Bertiemu  mordercze  spojrzenie  i  jej  drogi 

przyjaciel  skulił  ramiona  w  poczuciu  winy.  -  Jestem  zaszczycona,  że 

mogę poznać Wasze Wysokości, obawiam się jednak, że... 

Zamilkła,  bo  Jack  ścisnął  jej  ramię  z  taką  mocą,  że  tchu  jej 

zabrakło. 

-  Proszę,  mamo,  nie  wprawiaj  panny  Shaw  w  zakłopotanie  - 

podjął  gładko,  gdzie  Thea  przerwała.  -  Nie  ogłosiliśmy  jeszcze 

zaręczyn. 

-  Rozumiem,  że  chciałeś,  byśmy  poznali  twoją  wybrankę,  zanim 

ogłosicie oficjalnie zaręczyny - odezwał się książę, po czym wymienił 

z  synem  uścisk  dłoni  i  zmierzył  Theę  bacznym  spojrzeniem. 

Uśmiechnął  się  serdecznie.  -  Proszę  wybaczyć  księżnej  niejaką 

popędliwość, ale spieszno jej powitać panią w rodzinie. 

- Oczywiście. - Zaszokowana Thea znalazła się nagle w objęciach 

pachnącej  księżnej.  -  Panno  Shaw,  Theo...  Mogę  mówić  do  ciebie 

Thea?  Będziesz  przecież  moją  córką.  Nie  mogłam  wprost  uwierzyć, 

kiedy  Bertie  mi  powiedział.  Taka  jestem  szczęśliwa!  -  Księżna 

zwróciła roziskrzone radością spojrzenie na Jacka. - Najwyższy czas, 

żebyś  wreszcie  się  ustatkował,  drogi  chłopcze.  Od  dawna 

powtarzaliśmy ci, że w twoim wieku... 

background image

-  Tak,  mamo  -  przerwał  Jack  pospiesznie  matczyny  monolog.  - 

Moglibyśmy później dokończyć tę rozmowę? 

- Bezwzględnie - odparł książę i zwrócił się do Thei z błyskiem w 

oku.  -  Czy  ja  też  mogę  ci  mówić  po  imieniu?  Proszę  o  taniec. 

Uświetnimy  bal  Pendle'ów.  Będą  zachwyceni,  że  pierwsi  usłyszą 

nowinę. Sprawmy im tę przyjemność. Niech potem opowiadają, że na 

ich oczach książę poprowadził przyszłą synową do tańca. 

Thea  szybko  zrozumiała,  że  jest  to  nie  tyle  zaproszenie,  ile 

rozkaz.  Jack  też  tak  odebrał  słowa  ojca,  bo  posłał  jej  markotny 

uśmiech,  ucałował  jej  palce  w  taki  sposób,  że  Thei  jeszcze  bardziej 

zakręciło się w głowie, i podał ramię matce. 

- Może napijesz się czegoś, mamo? A potem opowiesz mi, jakim 

sposobem się tu znaleźliście, bo trochę się pogubiłem. 

Thea też bardzo chciała wysłuchać opowieści księżnej, ale książę 

czekał.  Nieśmiało  przyjęła  jego  ramię.  Była  przekonana,  że  ta 

komedia pomyłek zaraz się skończy. Książę położył dłoń na jej dłoni i 

ten gest, co ją niepomiernie zdziwiło, dodał jej otuchy. 

- Nie rób takiej przerażonej miny, moja droga - rzekł. - Naprawdę 

łagodny ze mnie człowiek, chociaż ludzie nie chcą w to wierzyć. 

Thea zaśmiała się niepewnie. 

-  Nie  wątpię,  Wasza  Wysokość,  jeśli  jednak  odkryje  pan,  że 

pańska  łagodność  została  wystawiona  na ciężką próbę...  że  zaistniało 

nieporozumienie... 

Merlin  utkwił  w  Thei  spojrzenie  ciemnobłękitnych  oczu,  tak 

podobnych do oczu Jacka. 

background image

-  Ale  tak  nie  jest,  prawda,  droga  panno  Shaw?  O  żadnym 

nieporozumieniu nie może być mowy. Mówiono mi, że jesteś idealną 

partią dla  mojego  syna,  co  więcej,  widzę,  że  będzie  to  małżeństwo  z 

miłości.  

Thea  milczała.  Prawdę  mówiąc,  nie  wiedziała,  co  miałaby 

odpowiedzieć.  Książę  Merlin  zdawał  się  człowiekiem  zbyt 

inteligentnym, by miał fałszywie odczytać sytuację, ale dla sobie tylko 

wiadomych  powodów  zinterpretował  ją  po  swojemu.  W  jego  głosie 

zabrzmiało  tak  wyraźne  ostrzeżenie,  że  Thea  wolała  nie  ciągnąć 

rozmowy,  w  każdym  razie  nie  przy  tylu  świadkach.  Byłaby  szalona, 

gdyby się upierała. 

Przybycie  księcia  i  księżnej  radykalnie  odmieniło  jej  położenie: 

jeszcze  przed  chwilą  okryta  odium  skandalu,  teraz  triumfowała. 

Kąśliwe  uwagi,  które  słyszała  dotąd  wokół  siebie,  zamieniły  się  w 

pełne zazdrości poszeptywania. 

-  Zaręczona  z  markizem  Merlinem...  Dlaczego  nie  powiedziała 

nic  wcześniej...  Droga  Thea  ma  w  sobie  tyle  wrodzonej  delikatności, 

tyle  skromności...  Nic  dziwnego,  że  książę  jest  zachwycony  swoją 

przyszłą synową... 

Rzeczywiście,  książę  okazuje  mi  względy,  otacza  serdeczną 

uwagą, pomyślała oszołomiona Thea. Prowadził z nią lekką rozmowę, 

ale  komplementy  płynęły  prosto  z  serca,  kiedy  mówił,  że  przyszła 

synowa  tańczy  zachwycająco.  Na  koniec  zaś  powiedział  głośno,  tak 

by wszyscy ciekawscy mogli go słyszeć: 

background image

-  Dziękuję,  moja  droga.  To  była  prawdziwa  przyjemność,  ale 

muszę  zwrócić  cię  mojemu  synowi,  bo  gotów  zrobić  mi  awanturę. 

Każdy powinien mu zazdrościć takiej uroczej narzeczonej. 

Jack rzeczywiście nie spuszczał z Thei wzroku. Ulotnił się chłód, 

który  wyczuwała  w  nim  zaledwie  pół  godziny  wcześniej.  Wpatrywał 

się  w  nią  tak  intensywnie,  że  poczuła  się  przez  moment  znacznie 

pewniej, ale zaraz przyszła myśl, że Jack odgrywa tylko narzuconą mu 

rolę w tym qui pro quo i skonfundowała się jeszcze bardziej. 

Książę  przekazał  ją  synowi,  a  ten  ujął  jej  dłoń  w  taki  sposób, 

jakby chciał wszystkim wokół pokazać, że Thea należy do niego. 

-  Jeśli  nie  jesteś  zmęczona,  moja  kochana,  zatańczysz  ze  mną 

ostatniego walca? Teraz, kiedy wszyscy znają nasz sekret, nie musimy 

się ukrywać. 

Thea  zmrużyła  oczy.  Jack  zbyt  łatwo  i  gładko  przeszedł  od 

oficjalnego  „panno  Shaw"  do  „moja  kochana".  W  jego  oczach 

pojawiły się wesołe iskierki, które zdawały się oznaczać, że zamierza 

grać do końca rolę szczęśliwego narzeczonego. 

Korciło ją, żeby zepsuć mu zabawę, w pełni na to sobie zasłużył, 

ale  księżna  i  książę  przyglądali  się  im  z  zachwyconymi  uśmiechami, 

więc się pohamowała. Jack objął jej kibić i poprowadził na parkiet. 

- Markizie - zaczęła, kiedy rodzice Jacka nie mogli ich słyszeć. 

-  Jack.  Jesteśmy  zaręczeni,  musisz  zwracać  się  do  mnie  po 

imieniu... Theo! 

background image

- Nie jesteśmy zaręczeni - szepnęła. - Nic mi o tym nie wiadomo, 

żebym przyjęła twoje oświadczyny, i nie planuję wychodzić za ciebie 

za mąż... 

-  Cicho.  -  Jack  położył  jej  palec  na  ustach  i  Thea  natychmiast 

umilkła.  Żadne  słowa  tak  by  jej  nie  uciszyły  jak  ten  intymny  gest.  - 

Koniecznie  chcesz  walczyć  z  dobrym  losem?  Jeszcze  pół  godziny 

temu  wyrzucałaś  mi,  że  zrujnowałem  twoją  reputację.  Teraz 

triumfujesz i chcesz to przekreślić? 

Zabrzmiała  muzyka  i  zaczęli  wirować  w  walcu.  Thea  z 

przyklejonym uśmiechem, jaki pasował, w jej mniemaniu, do młodej, 

szczęśliwie zakochanej kobiety. 

- Tak, mój panie. 

- Jack. 

-  Doskonale  rozumiem,  ale  cena  takiego  położenia  wydaje  mi 

się... 

- ...za wysoka? 

Jack  przygarnął  ją  w  tańcu  i  Thea  chyba  jeszcze  nigdy  nie  czuła 

tak bardzo, tak dojmująco jego bliskości. Wszystkie jako tako trzeźwe 

myśli  pierzchły  w  jednej  sekundzie.  Spojrzała  mu  prosto  w  oczy  i 

poczuła,  że  zaczyna  drżeć,  tyle  w  nich  było  nieskrywanej,  jawnej 

zmysłowości. 

- Jesteś pewna, Theo? - Poczuła ciepły oddech Jacka na policzku i 

znowu  przeszedł  ją  dreszcz.  Wargi  markiza  musnęły  jej  usta. 

Usiłowała  myśleć  jasno,  przywołać  resztki  zdrowego  rozsądku, 

background image

uwolnić się z pajęczyny pożądania, która oplątywała ją coraz mocniej. 

Nie było to łatwe i nic nie wskazywało na to, że odniesie sukces. 

- To komedia, milordzie - powiedziała bez tchu. - Gra tylko. Nie 

wierzę,  żebyś  chciał  się  ożenić.  Już  choćby  z  racji  swojego 

usposobienia zupełnie nie nadajesz się do małżeństwa. 

- Zapewniam cię, że coraz bardziej skłaniam się ku małżeństwu. 

Jack  położył  jej  dłoń  na  karku  i  jeszcze  bliżej  przygarnął  do 

siebie.  Tańczyli  teraz  mocno  przytuleni,  niemal  spleceni:  doznanie 

było tak silne, tak obezwładniające, że Thei zabrakło tchu. 

- Jack! 

- Tak jest znacznie lepiej. - W głosie Jacka zabrzmiała nuta, która 

mogła  zupełnie  rozbroić  Theę,  istniało  w  każdym  razie  takie 

niebezpieczeństwo.  Nie  ukrywał,  że  jej  pragnie.  Słyszała  to  w  jego 

tonie, czuła w jego dotyku. - Musisz pogodzić się z faktami - ciągnął 

cicho.  -  Moi  rodzice  pochwycili  nas  w  pułapkę,  a  zrobili  to  tak 

zgrabnie  i  sprytnie,  że  jestem  pełen  podziwu  dla  ich  strategii.  Od 

dawna  nalegali,  żebym  się  ożenił,  i  wreszcie  dałem  im  okazję. 

Skorzystali  i  wymusili  na  mnie  swoją  wolę,  a  ja  ani  trochę  tego  nie 

żałuję. 

-  Musimy  odwołać  te  fikcyjne  zaręczyny.  -  Thea  szukała 

odpowiedzi w jego twarzy. Nie wierzyła, by Jack chciał kontynuować 

coś,  co  zaczęło  się  od  sprytnego  podstępu  księżnej  i  księcia.  -  Nie 

ożenisz się przecież ze mną. 

Jack spojrzał na nią z czułością. 

- Dlaczego nie? Jesteś zachwycająca, będziesz wspaniałą żoną. 

background image

-  Ale...  -  Thea  wykonała  pełen  desperacji  gest.  -  Robisz  dobrą 

minę do złej gry,  lecz nie przypuszczam, żebyś chociaż mnie lubił, o 

małżeństwie  już  nie  wspomnę.  Po  tym,  co  ci  powiedziałam 

wcześniej... 

Uśmiech zniknął z twarzy Jacka. 

- Mówiłaś poważnie, Theo? 

Odwróciła wzrok. Spojrzenie Jacka było zbyt przenikliwe.  Kiedy 

tak na nią patrzył, czuła się zupełnie bezbronna. Wiedziała jednak, że 

paskudnie się z nim obeszła i winna mu jest przeprosiny. 

-  Nie.  Wybacz  mi  moje  słowa.  To  prawda,  że  zawróciłeś  nam  w 

głowach, ale nie podejrzewam cię o złe intencje. 

-  Dziękuję  ci  z  całego  serca.  Zatem  jesteśmy  pogodzeni  i 

zaręczeni... moja ukochana. 

Thea  spłoniła  się,  tyle  było  ciepła  w  jego  głosie.  Jack  zręcznie 

omijał wszelkie jej obiekcje, ale Thea potrafiła być równie uparta jak 

Clementine,  kiedy  chciała  przeprowadzić  swoją  wolę.  Zachmurzyła 

się. 

- Ale... 

Jack objął ją mocniej. 

- Jeszcze jedno zastrzeżenie, a pocałuję cię tutaj, zaraz. 

Thea uśmiechnęła się niepewnie. 

- Och, Jack... 

- Chyba mimo wszystko cię pocałuję... 

- Bądź poważny. Zostałeś pochwycony w pułapkę... 

background image

-  Owszem,  zostałem  pochwycony  w  pułapkę  i  nie  mam  nic 

przeciwko temu. A ty? 

Thea  odwróciła  wzrok,  uciekając  od  jego  przenikliwego 

spojrzenia. 

- Nie wiem. - Wiedziała tylko tyle, że kocha Jacka, a zarazem lęka 

się tak poważnej decyzji.  

Bała  się,  czy  wzajemna  fascynacja,  która  niewątpliwie  między 

nimi  istniała,  stanowi  wystarczająco  silną  podstawę  do  zbudowania 

trwałego  związku.  Styl  życia  Jacka  był  całkowicie  odmienny  od  jej 

własnego i wcale nie była pewna, czy potrafi odnaleźć się w wielkim 

świecie. Ponadto zdawała sobie sprawę, że prawie go nie zna. Kochała 

go, to pewne, ale nie śmiała mu tego powiedzieć. 

- Nie wiem - powtórzyła cicho. 

Nie  spostrzegła  przelotnego  grymasu,  który  przemknął  przez 

twarz Jacka. Rozluźnił uścisk. Taniec i tak dobiegł końca. 

- Odwiozę cię do domu - powiedział chłodno. 

Przez  całą  drogę  do  Oakmantle  księżna  mówiła  coś  do  Thei  w 

wielkim podnieceniu: było to ujmujące, ale zbijało z tropu. Jack, który 

dobrze  znał  swoją  matkę,  wiedział,  że  teraz  księżna  już  nie  popuści, 

będzie parła do celu z siłą żywiołu. 

Kiedy  zaczęła  rozprawiać  o  terminie  ślubu,  o  wyprawie,  a  Thea 

zbywała  ją  wymijającymi  odpowiedziami,  Jack  stracił  ducha  walki. 

Miał  potwierdzenie  tego,  co  Thea  powiedziała  mu  wcześniej:  wcale 

nie była pewna, czy chce wyjść za niego za mąż. 

background image

Kręcił się niespokojnie na ławce w powozie i milczał. Klął się w 

myślach  za  to,  że  nie  wyjawił  swoich  uczuć,  zanim  księżna  i  książę 

pojawili  się  na  balu.  Teraz  byli  zaręczeni  niejako  niezależnie  od 

własnej woli i Thea nigdy nie uwierzy, że on naprawdę chce się z nią 

ożenić. 

Nie  oświadczył  się  wcześniej,  bo  przestraszył  się  tego,  co 

powiedział Bertie, że Thea nie będzie go chciała. Reputacja nicponia i 

rozpustnika to poważna przeszkoda, myślał gorzko, kiedy człowiek po 

raz  pierwszy  w  życiu  chce  postąpić  uczciwie,  w  zgodzie  z  własnym 

sercem. 

Nie  wyjdzie  za  niego  dla  pieniędzy.  Wiedział  o  tym,  jeszcze 

zanim  powiedział  Thei,  ile  warte  są  rzeźby  zgromadzone  przez  jej 

ojca. Uśmiechnął się do siebie w ciemnościach. Musi ją przekonać, że 

jego  uczucia  są  szczere.  Będzie  się  do  niej  zalecał  z  zachowaniem 

całego  dekorum,  tak  jak  robi  to  zakochany  mężczyzna  wobec 

ubóstwianej kobiety.  

Kłopot w tym, że zaloty to rzecz czasochłonna, a on nie należał do 

cierpliwych. Poza tym nie miał gwarancji, że ją przekona i zdobędzie 

jej  serce.  W  takim  razie  pozostawało  mu  uwieść  Theę.  Na  tę  myśl 

przeszedł  go  dreszcz  pożądania.  Znowu  poruszył  się  niespokojnie  i 

spróbował skupić myśli. 

Czy Thea da się przekonać? Kobieta wyemancypowana, sawantka 

o  otwartym,  chłonnym  umyśle  powinna  być  podatna  na  argumenty 

natury  intelektualnej.  Na  razie  tkwiła  w  przeświadczeniu,  że  on  chce 

się z nią ożenić wbrew swej woli, na przekór własnym inklinacjom, a 

background image

skoro raz nabrała takiego przekonania, odwieść ją od niego nie będzie 

łatwo. Czy naprawdę chciał, żeby uznała jego argumenty? 

Spojrzał  na  jej  twarz  oświetloną  migotliwym  światłem  latarni 

powozu  i  uśmiechnął  się  znowu.  Myśl  o  przekonywaniu  jej  była 

całkiem miła, ale pomysł uwiedzenia nieporównanie ciekawszy. 

 

-  Bardzo  cię  przepraszam,  staruszko,  ale  co  mogłem  zrobić?  - 

Bertie  rozłożył  bezradnie  ręce.  Wyglądał  jak  zbity  spaniel.  - 

Merlinowie koniecznie chcieli wiedzieć, co się dzieje, a ja... 

-  Ty?  Ty  miałeś  być  w  Yorkshire,  nie  w  Londynie,  mój  drogi.  - 

Thea zerwała się z ławki ogrodowej. - To jakiś absurd, Bertie. Coś ty 

nagadał  księżnej  i  księciu,  że  przyjechali  tutaj  przekonani,  że  Jack 

chce się ze mną żenić? 

Bertie zrobił nieszczęśliwą minę. 

-  Ślepy  by  zauważył,  co  się  dzieje  między  tobą  a  Jackiem.  Jak 

opowiedziałem  księciu  trochę  o  tobie,  a  potem  jeszcze  nadmieniłem, 

że  Jack  zapałał  do  ciebie  niejakim  afektem,  Merlin  zupełnie  się 

rozkrochmalił. Jeszcze nigdy nie widziałem staruszka w takim stanie. 

Thea spiorunowała przyjaciela wzrokiem. 

- Podałeś mu na talerzu to, na co czekał. Och, Bertie! Doskonale 

wiedziałeś,  że  książę  od  pięciu  lat  nalega  na  Jacka,  żeby  się  ożenił, 

więc postanowiłeś pomóc mu okiełznać syna. 

-  Nie  widzę  w  tym  nic  złego  -  odparł  Bertie  z  godnością  i 

przesunął palcem po fularze, jakby ten był za ciasno związany. - Nie 

rozumiem,  z  czego  robisz  problem.  Myślałem,  że  będziesz 

background image

zadowolona,  w  końcu  pomogłem  ci  w  tym  gnieździe  żmij. 

Wiedziałem, jak przyjmą cię u Pendle'ów, czułem, że cię tam żywcem 

zjedzą. 

-  To  nie  ma  nic  do  rzeczy.  -  Thea  uniosła  ręce  w  geście  pełnym 

desperacji.  -  Jack  nie  chce  nawet  słyszeć  o  zerwaniu  zaręczyn,  moja 

przyszła teściowa ustala datę ślubu... 

-  I  bardzo  dobrze.  -  Bertie  podniósł  się  z  ławki.  -  Wystarczający 

powód,  żebyś  wyszła  za  Jacka.  Twoje  rodzeństwo  jest  zachwycone. 

Ned nie dalej jak wczoraj mówił, jak bardzo się cieszy. 

-  Jasne,  że  się  cieszy.  Teraz  będzie  miał  sponsora  i  będzie  mógł 

wreszcie wstąpić do tej swojej wymarzonej armii. 

Bertie spojrzał na nią z umiarkowaną sympatią. 

- Wiesz, co ci powiem, Thea? Cieszę się, że nie wyszłaś za mnie. 

Byłaś  taką  kochaną  dziewczyną,  a  teraz  zmieniłaś  się  w  wiedźmę. 

Może Jack oprzytomnieje, zanim będzie za późno. 

Thea  przestała  chodzić  w  tę  i  z  powrotem  i  zapatrzyła  się  na 

Bertiego.  Miał  rację.  Pamiętała  te  czasy,  kiedy  mało  co  potrafiło 

wyprowadzić  ją  z  równowagi.  Nigdy  nie  była  taka  jędzowata  i 

nieznośna  jak  teraz.  Wszystkiemu  winien  był  Jack  Merlin.  To  przez 

niego się zmieniła, on namieszał w jej życiu tak bardzo, że już nigdy 

nie  miało  być  takie  jak  niegdyś.  Usiadła  z  powrotem  na  ławce  z 

ciężkim westchnieniem. 

-  Och,  wszystko  mnie  denerwuje,  zaraz  się  złoszczę.  Okropna 

jestem. 

Bertie poklepał ją po dłoni. 

background image

- Nie przejmuj się. Nie wszystko stracone. Może uda ci się jeszcze 

poprawić.  Szczególnie  wobec  Jacka. Jemu  naprawdę  na tobie  zależy. 

Sam mi to powiedział. 

I  to  była  ostatnia  kropla,  która  przepełniła  kielich  goryczy.  Thea 

zalała  się  łzami.  Bertie  aż  się  cofnął  z  wyrazem  zgrozy  na  skądinąd 

smętnym obliczu. 

- Nie płacz, na litość boską! - zawołał. - Nie trzeba. 

-  Przepraszam,  Bertie.  -  Thea pociągnęła  nosem  i  zaczęła  szukać 

chusteczki,  próbując  jednocześnie  zapanować  nad  sobą.  Chlipnęła 

jeszcze raz. - Zaraz będzie mi lepiej - obiecała. 

Wysiąkała  energicznie  nos,  walcząc  z  ogarniającą  ją  żałością. 

Czuła się okropnie. Paskudnie. Kłóciła się z Jackiem przez bite sześć 

dni. Od balu do dzisiejszego ranka. Przyjeżdżał codziennie, zabierał ją 

na  przejażdżki,  zalecał  się  zgodnie  z  wszelkimi  regułami  i  rodzice 

Thei mogliby tylko tym zalotom przyklasnąć.  

Zachowywał  się  nienagannie,  był  uosobieniem  dobrych  manier, 

łagodnie  sprzeciwiał  się  wszelkim  próbom  zerwania  zaręczyn.  Nie 

tracił  ani  na  chwilę  pogody  ducha  i  spokoju,  a  przy  tym  był  tak 

wytrwały, że Thea miała ochotę wyć z rozpaczy. 

Właśnie tego ranka próbował raz jeszcze ustalić z nią datę ślubu, 

na  co  Thea  prychnęła,  że  nigdy  nie  wyjdzie  za  niego  za  mąż.  Przez 

twarz  Jacka  przemknął  grymas  bólu,  ale  zniknął  tak  szybko,  że  nie 

była pewna, czy sobie tego nie wyobraziła.  

W  każdym  razie  zyskała  tyle,  że  Jack  odwrócił  się  bez  słowa  i 

odjechał,  a  ona  pobiegła  do  swojego  pokoju  i  rozpłakała  się,  nie 

background image

bardzo  wiedząc,  dlaczego  tak  rozpacza.  Potem  zajęła  się  domowymi 

sprawami  i  jakoś  przetrwała  aż  do  przyjazdu  Bertiego.  Teraz  znowu 

się rozbeczała. 

Bertie rzucił jej spłoszone spojrzenie. 

-  Mam  zawołać  twoją  siostrę?  -  zapytał  z  nadzieją  w  głosie.  - 

Kobiety znają się na łzach i w ogóle - mamrotał. 

Thea pokręciła głową. 

-  Nikogo  nie  ma  w  domu.  Ned  i  Harry  grają  we  wsi  w  krykieta, 

Skeffie  zabrała  Daisy  i  Clarę,  żeby  przyjrzały  się  rozgrywkom, 

Clementine  pojechała  z  wizytą  do  księżnej.  -  Thea  rozpogodziła  się 

nieco,  wytarła  oczy.  -  Wiesz,  Bertie,  co  mówi  księżna?  Że  z 

Clementine  jeszcze  może  być  dama.  W  przyszłym  sezonie  chce  ją 

wprowadzić w świat. - Znowu posmutniała. - Ale przecież nie wyjdę 

za Jacka... 

Bertie prychnął. 

-  Wyjdziesz  za  niego  czy  nie  wyjdziesz,  tu  już  przesadziłaś. 

Clementine i dama! Już to widzę. Z małpy prędzej zrobiłby damę niż 

z tego postrzeleńca. 

Thea zachichotała przez łzy. 

-  Może  masz  rację.  Zbyt  wygórowane  nadzieje.  Och,  Bertie  - 

uściskała go serdecznie - jesteś najlepszym z najlepszych przyjaciół, a 

ja jestem dla ciebie taka okropna. 

Kiedy  Bertie  odjechał,  Thea  włożyła  fartuch  na  suknię  z 

błękitnego muślinu i poszła do herbarium. Był piękny wiosenny dzień, 

w  słońcu  pod  murem  z  czerwonej  cegły  zieleniły  się  kępki  mięty, 

background image

pietruszki,  tymianku.  Thea  minęła  grządki  z  hyzopem,  rozmarynem  i 

zatrzymała się przy lawendzie. Wyjęła z kieszeni niewielki nóż, ścięła 

kilka młodych roślinek i wróciła do domu. 

W  Oakmantle  Hall  panowała  niezwykła  cisza.  Thea  weszła  na 

piętro,  do  swojej  sypialni,  gdzie  zaczęła  składać  świeżo  upraną 

pościel,  by  schować  ją  do  skrzyni  z  bielizną.  Między  poszczególne 

sztuki wkładała lawendę, a kiedy skończyła, zamknęła wieko. 

Zapach lawendy został na palcach i przypomniał jej tamten dzień 

w  ogrodzie,  kiedy  Jack  trzymał  ją  w  ramionach.  Być  może  w  ogóle 

już  nie  wróci,  była  dla  niego  taka  okropna.  Na  tę  myśl  łzy  znowu 

napłynęły  jej  do  oczu.  W  ostatnich  dniach  zrobiła  się  z  niej  straszna 

beksa, i to jeszcze bardziej wytrącało ją z równowagi. 

Nie  usłyszała,  że  ktoś  otwiera  frontowe  drzwi,  że  idzie  po 

schodach.  Dopiero  kiedy  rozległy  się  kroki  na  korytarzu  przed 

sypialnią,  odwróciła  się  i  zobaczyła  Jacka.  Stanął  w  drzwiach i  oparł 

się  o  framugę.  Nie  odezwał  się,  po  prostu  stał  i  przyglądał  się,  a 

spojrzenie miał takie, że Thei zaparło dech w piersiach. 

- Jack. 

- Thea? 

Wyprostował  się  i  podszedł.  Dwie  myśli  równocześnie 

przemknęły jej przez głowę. Pierwsza, że nigdy dotąd nie byli sami w 

opustoszałym domu. Druga, że Jack jest nicponiem i hultajem. 

Ledwie  to  pomyślała,  zrozumiała,  z  jakimi  intencjami  on 

przychodzi, i serce zaczęło  walić jej jak oszalałe. Cofnęła się o krok, 

zgniatając  kwiat  lawendy,  który  upadł  na  podłogę.  Rozszedł  się 

background image

intensywny  zapach,  Jack  zbliżył  się  jeszcze  bardziej,  oczy  mu 

pociemniały. 

- Muszę z tobą porozmawiać - szepnęła Thea w panice.  

Jack nawet się nie zatrzymał. 

- Później porozmawiamy. 

- Ale... 

Thea  zrozumiała,  że  Jack  nie  zamierza  tracić  czasu  na  próżne 

dyskusje.  Wolał  ją  pocałować.  Nachylił  się  i  otoczył  ją  ramieniem. 

Ledwie musnął jej wargi, a jednak Thea poczuła to najdelikatniejsze z 

muśnięć  w  całym  ciele.  Położyła  mu  dłoń  na  piersi  i  zdobyła  się  na 

ostatni wysiłek, odchyliła się nieco do tyłu. 

- Jack... Co ty robisz? 

I znowu to spojrzenie, przed którym nie potrafiła się obronić. 

-  Zamierzam  uwieść  cię,  Theo.  Zalecałem  się  do  ciebie  według 

wszelkich reguł, próbowałem przemówić ci do rozumu, ale jeśli tylko 

w ten sposób mogę cię przekonać, że naprawdę chcę się z tobą ożenić. 

- Och, już jestem przekonana. 

Jack pokręcił głową. 

-  Za  późno.  Jeśli  teraz  odstąpię,  wymyślisz  kolejny  powód,  żeby 

mi odmówić. Tylko w ten sposób mogę uczynić cię wyłącznie swoją... 

„Uczynić  wyłącznie  swoją..."  Thei  znowu  zabrakło  słów,  nie 

mogła mówić, ledwie oddychała. 

Pocałunek  był  gorący,  namiętny,  pełen  żądzy.  Zagarnęła  ją 

potężna  fala,  której  nie  potrafiła  się  oprzeć.  Nawet  nie  próbowała. 

Rozum  mówił  jej,  że  nie  ma  powodów,  by  się  opierać,  że  Jack 

background image

naprawdę  jej  pragnie  dla  niej  samej  -  nie  dlatego,  by  ratować  jej 

reputację  czy  pomóc  jej  rodzinie,  ale  dlatego,  że  „chce  uczynić  ją 

swoją", zdobyć jej ciało i duszę. 

Drżąca pozwoliła pociągnąć się na łóżko.  Kolejny pocałunek był 

bardzo  długi,  słodki,  niespieszny,  ale  równie  zapierający  dech  w 

piersiach.  W  końcu  Jack  oparł  się  na  łokciu,  ściągnął  jej  z  włosów 

koronkowy czepek i odrzucił. 

-  Od  dawna  chciałem  to  zrobić  -  rzekł.  -  Jeśli  zaś  chodzi  o  ten 

koszmarny fartuch... - Odnalazł tasiemki i już je rozwiązywał. 

Thea  próbowała  cicho  protestować,  ale  Jack  zamknął  jej  usta 

kolejnym  pocałunkiem.  I  znowu  nie  była  w  stanie    wypowiedzieć 

słowa. 

- Theo... Chciałem ci powiedzieć, że tamtego dnia, kiedy wpadłaś 

prosto  w  moje  ramiona  w  kościele,  poczułem  do  ciebie  coś,  czego 

nigdy jeszcze nie czułem wobec żadnej kobiety. 

Zręcznie  rozpinał  jej  guziki  przy  sukni.  Thea  obserwowała  jego 

poczynania z nikłym uśmiechem na ustach. 

- Czy to nie było pożądanie, Jack? - szepnęła ledwie słyszalnie. 

- Możliwe - zgodził się. - Tak, zdecydowanie. Ale nie tylko... 

Rozpiął suknię do końca i wsunął dłoń pod delikatne muśliny. 

- To było coś więcej - ciągnął, dotykając ustami jej skóry. - Moje 

uczucia  szybko  przerodziły  się  w  uwielbienie  i...  miłość.  Musisz 

obchodzić  się  ze  mną  łagodnie,  kochanie,  bo  nigdy  wcześniej  coś 

takiego mi się nie przydarzyło. 

- Naprawdę mnie kochasz? 

background image

- Tak. 

Dłonie Jacka wędrowały po jej ciele, pieściły, zataczały delikatne 

kręgi,  rozbudzały  w  Thei  miłość  i  pragnienie.  Znowu  ją  pocałował  i 

był  to  długi,  gorący  pocałunek.  Thea  czuła,  że  się  otwiera,  że  jest 

gotowa na jego przyjęcie. 

- Domyślam się, że robiłeś to już wcześniej - szepnęła. 

- Tym razem jest inaczej... 

Thea  otworzyła  oczy  rozświetlone  pożądaniem.  Bez  słowa 

wsunęła palce  w jego  włosy, przyciągnęła go do siebie i teraz to  ona 

całowała.  Miłość,  pożądanie,  pełna  triumfu  zaborczość,  wszystko 

złączyło  się  w  jedno  i  Jack  powoli,  z  nieskończoną  delikatnością 

uczynił ją swoją. 

Kiedy  się  obudził,  słońce  jasną  smugą  kładło  się  na  skłębionej 

pościeli. Thea klęczała w nogach łóżkach i wyciągała głowę, próbując 

dojrzeć  godzinę  na  zegarze  kominkowym,  a  jej  włosy  złociły  się  w 

słońcu, tworząc wokół głowy czarodziejską aureolę. 

Thea była czarodziejką, rzuciła na niego urok i już nigdy nie miał 

się  uwolnić  spod  jej  zaklęcia.  Jack  na  chwilę  zatrzymał  się  przy  tej 

myśli,  spodobała  mu  się  nadzwyczajnie,  przyjął  ją  z  uśmiechem  i 

przeciągnął  się  leniwie.  Thea  natychmiast  odwróciła  głowę:  ciemna 

sylwetka,  zarys  postaci  z  opromienionymi  słońcem  włosami,  i  w 

Jacku na nowo obudziło się pożądanie. 

Całe  życie  przed  nami,  pomyślał.  Codziennie  będzie  mógł 

przyglądać  się  Thei,  uczyć  się  na  pamięć  jej  twarzy,  odkrywać  na 

nowo  jej  ciało.  Kiedy  omal  nie  straciła  równowagi  na  skłębionej 

background image

pościeli  i  pochyliła  się,  szukając  oparcia,  namiętność  wzięła  górę. 

Chwycił ją w talii i jednym ruchem przyciągnął do siebie. 

- Tak sobie myślę, ja wyznałem ci miłość w największej pokorze, 

serce moje, ale ty nie powiedziałaś mi, że mnie kochasz. 

Thea  spojrzała  na  niego  ze  zdumieniem.  Miała  zaróżowione 

policzki, lekko rozchyliła usta. 

- Och... myślałam, że wiesz. Oczywiście, że cię kocham. 

Jack pocałował ją delikatnie. 

-  W  takim  razie  muszę  jechać  po  licencję  na  ślub.  Natychmiast. 

Nie ma czasu do stracenia. 

Thea poruszyła się niespokojnie, jej dłonie ożyły, pieściły Jacka. 

- Jack... czy to nie może trochę zaczekać? 

- Cóż... - wszedł w nią łagodnie - chyba może trochę zaczekać. 

On na pewno nie mógł czekać, a Thea reagowała tak zmysłowo i 

żywiołowo, że wszystkie postanowienia wzięły w łeb. 

A przyrzekał sobie, że będzie delikatny, że będzie wprowadzał ją 

w  miłosne  arkana  powoli,  stopniowo,  ze  zrozumieniem  dla  jej  braku 

doświadczenia. Nic z tego. Kochali się jak dwoje spragnionych siebie 

szaleńców,  do  utraty  tchu  i  całkowitego  wyczerpania.  Leżeli  potem 

spleceni, nasyceni sobą, szczęśliwi. Powoli wracali na ziemię. 

- Dzieci niedługo wrócą - mruknęła Thea. 

Jack odmruknął coś sennie w odpowiedzi. 

-  Musimy  wstawać.  -  Thea  uwolniła  się  z  jego  objęć  i  zaczęła 

zbierać  ubranie  rozrzucone  po  całym  pokoju.  -  Daisy  będzie 

dopominała  się  bajki  na  dobranoc,  Clara  zechce  ci  zagrać  coś  na 

background image

fortepianie,  chłopcy,  jeśli  przegrali  mecz  we  wsi,  będą  żądali 

kolejnych lekcji krykieta. 

Jack  przewrócił  się  w  pościeli  i  zmierzył  Theę  od  stóp  do  głów 

tym swoim spojrzeniem hultaja. 

- A ty czego będziesz ode mnie chciała, kochanie moje? 

- Och, tylko tyle, żebyś się ze mną ożenił - odparła Thea lekko. - 

To  w  zupełności  wystarczy.  -  Spojrzała  na  niego  z  uśmiechem.  - 

Wiem, że te rzeźby są warte fortunę, ale z powodów sentymentalnych 

nie  mogę  się  z  nimi  rozstać.  Ojciec  tak  bardzo  je  lubił.  Bardzo  mi 

przykro, Jack - nachyliła się i pocałowała go - muszę wyjść za ciebie 

dla twoich pieniędzy. Nie mam innego wyboru.