background image
background image

Z norweskiego przełożyła

ANNA MARCINIAKÓWNA

POL-NORDICA

Otwock 1997

Rodzina czarnoksiężnika Móriego wraz z przyjaciółmi przekroczyła wreszcie tajemnicze Wrota. Nikt 

nie wiedział jednak, co ich czeka po tamtej stronie.

Na szczęście ani Tiril, ani nikt z jej bliskich nie zauważył, że w ostatniej chwili doszło do straszliwej 

katastrofy, w wyniku której czarnoksiężnik i jego najstarszy syn nie zdążyli przejść przez Wrota. . .

Nie dowierzaj wszystkiemu, co czytasz!

Pozwól jednak swojej wyobraźni w to wierzyć!

Wyobraźnia prowadzi własne życie

równoległe do twojego, realnego.

Wyobraźnia może poszerzyć

granice twojego świata.

background image

„Wielkie Wrota” to pierwsza książka w trzeciej i ostatniej części wielotomowej trylogii.

Część pierwsza nosi tytuł „Saga o Ludziach Lodu”, druga to „Saga o Czarnoksiężniku”. 

Każdą z tych serii można czytać niezależnie od innych.

background image

CZĘŚĆ PIERWSZA

BOGINI-DZIEWICA

background image

1

Bębny umilkły. Jedyne, co było jeszcze słychać, to suche, przytłumione trzaski pochodni, 

zatkniętych półkolem w ziemię płaskowyżu.

Dziewczyna siedziała wyprostowana. Mała, drobna i kompletnie naga na zbyt dla niej 

wielkim tronie.

Duży   otwarty   plac   otoczony   był   lasem.   Srebrzyste   liście   połyskiwały   matowo   w 

półmroku. Nad osadą zaległa złowieszcza cisza.

Pozbawione   wyrazu   oczy   dziewczyny   ukrywały   śmiertelny   strach,   który   ogarniał   ją 

zawsze, ilekroć spojrzała na swoich zgromadzonych poddanych.

Jej  czas  się  dopełnił.  Wiedziała  o tym.  Wiedziała  też,  że nie  udało  jej  się wykonać 

zadania.

Przez dziesięć lat była dla swojego ludu boginią-dziewicą. Działo się tak od chwili, gdy 

skończyła cztery lata i gdy oni zamordowali jej poprzedniczkę.

Teraz przyszła kolej na nią, ponieważ Światło nie wróciło w ciągu tych dziesięciu lat, 

kiedy im panowała. Wprawdzie wciąż jeszcze była dziewicą, tak jak wymagało tego prawo, 

lecz przestała już być dzieckiem. Jej ciało nadal zachowało szczupłość małej dziewczynki, 

ale piersi zaczynały się wyraźnie zarysowywać. Na razie leciuteńko, ledwo zauważalnie, 

wystarczająco jednak, by mężczyźni mogli jej pożądać, a ich grzeszne myśli unicestwiały 

obraz   czystości   i   niewinności,   niezbędnej,   by   Światło   wróciło   do   tego   ich   pustego   i 

mrocznego świata.

Miała na imię Siska, a jej przodkowie należeli do scytyjskiego plemienia, pochodzącego 

z bezkresnych stepów Rosji i Środkowej Azji.

Przybyli  tutaj dawno temu, być może nawet stało się to przed dwoma tysiącami lat. 

Włosy dziewczyny nadal pozostały czarne i lśniące tak jak u jej przodków. Wyrosły teraz 

długie, ukrywały całe jej drobne ramiona i plecy. Oczy miała lodowato szare, osadzone pod 

czarnymi niczym węgiel brwiami. Usta kusząco czerwone, ponieważ one również zaczynały 

dojrzewać.

Mężczyźni to zauważali. Siska obserwowała, jak ich zgłodniałe oczy błądzą po jej ciele, 

tak samo jak błądziły dziesięć lat temu po ciele poprzedniej bogini-dziewicy, kiedy miano 

składać ją w ofierze. Patrzyła teraz na młodych, silnych wojowników i małych chłopców, 

niewiele starszych od niej, a także dojrzałych mężczyzn spoglądających na nią pożądliwie. I 

background image

starców, śliniących się na jej widok.

Niczym dzikie zwierzęta krążyli wokół jej tronu, zrobionego ze świętego giętego drewna. 

Teraz stanowiła dozwoloną prawem zdobycz. Wiedzieli o tym i pilnowali nawzajem jeden 

drugiego. Każdy chciał być pierwszy, bowiem odebranie jej dziewictwa oznaczało wielkie 

szczęście. Chociaż następni też mieliby z jej boskości wiele pożytku. A kiedy już ją posiądą, 

jeden po drugim, wtedy będą ją mogli złożyć w ofierze. To cena, którą Siska musi zapłacić 

za przywilej, jakim ją obdarzono, za to, że niemal przez całe swoje życie była ich boginią. Za 

to,   że   nosili   ją   na   rękach,   oddawali   jej   wszystko,   co   mieli   najlepszego,   wszystko,   z 

wyjątkiem wolności i przyszłości. Mieszkała w najokazalszej chacie, otoczona usługującymi 

jej kobietami, przyjmowała w ofierze owoce i najdelikatniejsze pokarmy. Najstarsze kobiety 

plemienia uczyły ją tak, by mogła się stać wszystkowiedzącą wyrocznią.

Ale to się na nic nie zdało. Nie wypełniła swojego zadania. W dalszym ciągu nad lasem 

trwał mrok.

A teraz wszystko się skończyło. Kobiet nigdzie nie widać. Pochowały się.

Siska dygotała   z  przerażenia,  ale  starała   się  za  wszelką   cenę  nie  pokazać,  co  czuje. 

Przypominała sobie swoją poprzedniczkę. Ona sama miała wtedy co prawda zaledwie cztery 

lata, ale już wiedziała, że jest następną wybraną. Dlatego pozwolono jej siedzieć w ukryciu 

na drzewie, w pobliżu tronu. Teraz na tym drzewie siedzi z pewnością jej następczyni, choć 

z   ziemi   nikt   jej   nie   widzi.   Mała   trzyletnia   dziewczynka,   wybrana   w   wyniku 

skomplikowanych zabiegów dokładnie tak samo, jak niegdyś została wybrana Siska.

Biedne   dziecko!   Ale   prawdopodobnie   ta   mała   wyobrażała   sobie   teraz   to   samo,   co 

niegdyś Siska. Patrzyła na swoją poprzedniczkę na tronie i myślała: „Ech, co tam, ta jest 

przecież taka stara, ja mam przed sobą niemal cale życie i ja sprawię, że Światło powróci do 

naszego lasu. Ja naprawdę zostanę boginią mojego ludu”.

Nadzieje   Siski   jednak   się   nie   spełniły.   Teraz   czas   minął   i   nikt   już   nie   udzieli   jej 

prolongaty.

Tamtego   dnia   przed   dziesięcioma   laty   nie   bardzo   rozumiała,   co   się   dzieje   z   jej 

poprzedniczką, zapamiętała jednak wszystkie wydarzenia bardzo dokładnie. Wówczas także, 

podobnie   jak   teraz,   mężczyźni   jakby   się   przemienili   w   dzikie   bestie,   skradali   się   z 

gorączkowym  sapaniem wokół tronu, strzegli nawzajem jeden drugiego, nie spuszczali z 

siebie rozpłomienionego wzroku tak, aby żaden nie podszedł za blisko do dziewicy, a potem 

z wyciem, które długo odbijało się echem w lesie, rzucili się wszyscy na nieszczęsną istotę. 

Z   przerażeniem   w   oczach   Siska   patrzyła,   jak   ściągnęli   ją   z   tronu,   chociaż   biedaczka 

rozpaczliwie trzymała się oparcia. Rzucili ją na ziemię, przepychali się nad nią, odtrącali 

background image

jeden drugiego, tłoczyli się niby rój pszczół wokół swojej królowej. Drobne ciało dziewczy-

ny całkiem zniknęło w ciżbie. Tylko jej rozpaczliwe krzyki niosły się daleko po lesie.

Krzyczała   jednak   tylko   na   początku.   Potem   umilkła.   Mężczyźni   jeden   po   drugim 

zaspokajali swoje żądze. Siska nie pojmowała, co oni robią. Widziała tylko dziwne ruchy i 

słyszała obrzydliwe jęki. Czuła się od tego chora i przerażona tak, że o mało nie spadla z 

drzewa.

Zamknęła oczy, zaciskała je mocno, bardzo mocno. Kiedy je znowu otworzyła, długo 

potem,   gdy   krzyki   umilkły,   zobaczyła,   że   dziewica   leży   na   ziemi   niczym   porzucony 

łachman.   Twarz   miała   białą,   ciało   zbroczone   we   krwi.   Po   chwili   mężczyźni   zabrali 

dziewczynę   i   ponieśli   ją   w   kierunku   ogniska,   które   tymczasem   zostało   rozpalone   na 

wzniesieniu,   w   lesie   za   polanką.   Teraz   za   plecami   Siski   znajdowało   się   takie   samo. 

Wiedziała o tym  dobrze. Tamtego  dnia rozpalono mdły ogień, który miał  przywabić do 

siebie Światło. Ale nic takiego się oczywiście nie stało. Jasno było tylko w kręgu płomieni.

Poza tym nad lasem panował zwykły mrok.

W rozpaczy Siska skierowała wzrok ku Światłu, które majaczyło daleko za górami. Ku 

Światłu, które nigdy nie docierało do ich lasu i do ich wymarłej doliny.

Określenie   „wymarła   dolina”   jest   oczywiście   niesłuszne,   ponieważ   ludzie   w   niej 

mieszkali od dawna. Była to jednak uboga i nieurodzajna ziemia, pogrążona w wiecznym 

półmroku.

Dziewczyna drgnęła. Mężczyźni zaczynali podchodzić coraz bliżej. Większość z nich 

rozpięła pasy i pozbyła się ubrania. Siska mimo woli zacisnęła kolana. Teraz wiedziała już 

bardzo   dobrze,   co   oni   zamierzają   z   nią   zrobić.   To   niemożliwe,   to   się   nie   może   stać, 

pomyślała   nagle.   Dotychczas   z   rezygnacją   poddawała   się   losowi,   który   ciążył   nad   jej 

młodym życiem. Teraz jednak obudził się w niej bunt. Nie chce. Za nic nie chce zostać 

potraktowana tak, jak jej poprzedniczka.

Widziała, że mężczyźni są gotowi. To przepełniało ją obrzydzeniem i niewypowiedzianą 

wściekłością,   która   zdawała   się   zagłuszać   nawet   strach.   Nie   poddam   się   dobrowolnie, 

powtarzała w duchu. Ta myśl rozpaliła się w niej niczym  ogień i dodawała sił, których 

istnienia Siska przedtem nawet nie podejrzewała.

Nagle  zerwała  się   z  miejsca  i   wskoczyła   na  oparcie  tronu,   ponieważ  za   jej   plecami 

znajdowało się znacznie mniej mężczyzn niż przed nią. Zanim zdążyli się zorientować, o co 

chodzi, Siska wyskoczyła w powietrze ponad ich głowami, przewróciła dwóch, którzy stali 

jej   na   drodze,   upadła   na   ziemię,   stoczyła   się   w   wielkim   pędzie   po   zboczu,   po   czym 

natychmiast zerwała się na równe nogi i pobiegła przez płaskowyż.

background image

Z   ponurym   wyciem   tłum   mężczyzn   rzucił   się   w   pogoń.   Siska   chwyciła   pochodnię 

przygotowaną do rozpalenia ogniska i rzuciła nią w ścigających. Wycelowała precyzyjnie. 

Najbliżsi uskoczyli w tył, zatrzymując całą gromadę. Siska skorzystała z zamieszania i co 

tchu pobiegła w las. Mignęło jej kilka postaci kobiet, które się tam ukryły, ale nie miały teraz 

odwagi mieszać się w wydarzenia. Ani po to, żeby jej pomóc, ani po to, by ją powstrzymać. 

Stały tylko z otwartymi ustami i patrzyły, kiedy je mijała.

Słyszała, że mężczyźni się zbliżają. Ożywiona nową siłą dobiegła do wysokiej skały i 

zaczęła   się   po   niej   wspinać.   Gołe   stopy   i   ręce   same   wynajdywały   punkty   oparcia. 

Przypominała leśne zwierzę, które instynktownie wie, jak się zachować.

Mężczyźni   byli   od   niej   ciężsi   i   bardziej   niezdarni.   Stracili   dużo   więcej   czasu,   żeby 

wspiąć się na górę. Ich obute w skórzane mokasyny stopy ślizgały się po gładkiej skale. 

Jeden ze ścigających odpadł od ściany, stoczył się w dół i pociągnął za sobą innych. Ale 

Siska umknęła już wtedy daleko w las, w którym rosły drzewa o srebrzystych liściach.

Długo jeszcze słyszała przejmujące, wściekłe nawoływania ścigających, ale docierały do 

niej z coraz większej i większej odległości.

W końcu musiała  się  zatrzymać.  Czuła, że  siły ją opuszczają. Oddychała  z wielkim 

wysiłkiem,   w   piersiach   czuła   bolesną   ranę.   Opadła   na   ziemię.   Wiedziała   jednak,   że 

mężczyźni za nic nie zrezygnują z pościgu. Próbowała rozejrzeć się wokół, czy nie znajdzie 

jakiejś drogi ucieczki. Wzrok jej się mącił ze zmęczenia, krew pulsowała w skroniach, całe 

ciało było wiotkie, zupełnie pozbawione sił, jakby nie chciało jej słuchać.

Co   ja   zrobiłam?   Zbuntowałam   się   przeciw   prawu,   pomyślała   przestraszona,   ale 

natychmiast odrzuciła od siebie lęk. Gdyby postąpiła zgodnie z prawem, teraz już by nie 

żyła.   Jej   zmaltretowane,   zbroczone   krwią   ciało   płonęłoby   prawdopodobnie   na   stosie. 

Dziewica złożona w ofierze...

Chociaż wyrzuty sumienia nie ustawały i wciąż wracało pytanie: „Co ja zrobiłam? Co ja 

zrobiłam?” – to wiedziała, że ze swojego punktu widzenia postąpiła słusznie.

Teraz chodziło o to, by przeżyć, by znaleźć kryjówkę, do której tamci nie dotrą.

Ale jak może dokonać czegoś takiego ktoś, kto nigdy nie wyszedł poza granicę osady? 

Kto właściwie nigdy nie opuszczał swojej chaty.

Nie   było   jej   zimno,   ponieważ   w   lesie   zawsze   panowało   ciepło.   Pochodziło   ono   od 

Światła. Siska wiedziała o tym, tylko że to święte Światło znajdowało się strasznie daleko.

W świecie Siski nie istniała noc ani dzień, tylko nieustanny wieczny półmrok. Ale tutaj, 

gdzie znalazła się teraz, w tej ciasnej, porośniętej lasem dolinie, ciemność była głębsza niż 

ta, do której przywykła w rodzinnej osadzie. To ją przerażało, chociaż nie aż tak bardzo jak 

background image

ścigający   mężczyźni.   Musi   uciekać,   tutaj   zostać   nie   może.   Gdy   tylko   natężyła   słuch, 

natychmiast   docierały   do   niej   ich   wrzaski.   Znajdowali   się   daleko,   ale   z   pościgu   nie 

zrezygnowali.

Gdyby tylko mogła utrzymać się na nogach...

Nic dziwnego, że jest tak śmiertelnie zmęczona. Ona, która nigdy nie wychodziła poza 

drzwi   własnego   domu.   Wyrosła   na   bladą   i   szczupłą   dziewczynę,   przypominała   ziele 

wyhodowane w piwnicy. Na początku tej szalonej ucieczki gnała ją nieznana dotychczas siła 

woli. Pędziła przed siebie, nie zwracając uwagi na to, że wielkie korzenie drzew czają się na 

nią podstępnie, nie zauważając, że stopy ma coraz bardziej poranione, że trawa i rozrzucone 

wszędzie gałęzie kaleczą jej skórę. Nie zważała na to, że przewraca się raz po raz, chciała 

uciekać, znaleźć się stąd jak najdalej.

Teraz zdała sobie sprawę ze wszystkiego. Czuła, że jej nie przyzwyczajone do wysiłku 

płuca o mało nie pękną. Każdy oddech był straszną udręką. Musiała kaszleć, ale próbowała 

to tłumić. Zasłaniała usta rękami przerażona, że ścigający ją usłyszą. Bała się tak, jak musi 

się bać tropione leśne zwierzę. Pomóż mi, pomóż mi, błagała w duszy, choć wiedziała, że nie 

ma nikogo, do kogo mogłaby się modlić. Przecież to ona właśnie była boginią swojego ludu. 

To do niej inni zwracali się z prośbą o pomoc.

Teraz już nikt nie prosił jej o radę. Pragnęli natomiast ją schwytać i złożyć w ofierze.

Światła prosić o pomoc nie mogła. Światło ją zdradziło, a ona zdradziła Światło. Światło 

nie chciało nic wiedzieć o jej powołaniu. Osada nadal trwała pogrążona w ciemnościach, 

opuszczona przez Światło.

Opuszczona? Przecież nigdy go tam nie było.

Mieszkańcy osady żądali od niej tak wiele. I chociaż zrobiła właściwie wszystko, czego 

oczekiwali...

Nawoływania w lesie.

Czy nie brzmią  jakby bliżej? Nie była  w stanie tego określić. Nie wiedziała,  czy to 

wyobraźnia, zresztą jak mogłaby coś takiego wiedzieć, skoro krew pulsowała jej w skroniach 

z głośnym hukiem, a oddech wydobywał się z piersi ze świstem?

Udręczona podniosła się z trudem i oparła o pień drzewa. Rozglądała się, szukając drogi 

ucieczki. Po chwili ruszyła dalej, wciąż mając osadę za plecami. Nagle zrozumiała, dlaczego 

tutaj, gdzie się znalazła, jest tak ciemno. Zbliżyła się przecież do gór, które zasłaniają drogę 

ku Światłu. I tutaj ich cień jest bardziej intensywny niż w Srebrzystym Lesie.

Ale   jakie   znaczenie   mogły   mieć   dla   niej   góry?   Wszyscy   przecież   wiedzieli,   że   są 

niedostępne, że nikt nie zdoła się przez nie przedrzeć.

background image

Mimo to kierowała się w ich stronę. Po prostu nie miała innej drogi. Wszystko wokół 

niej  było  nowe, obce  i  przerażające.  Siska,  której  nigdy  nie  pozwolono  radzić  sobie  na 

własną rękę, której usługiwano od rana do wieczora, uświadomiła sobie teraz, jak bezradną i 

bezbronną istotą uczynili ją poddani.

Z trudem zrobiła jeszcze kilka kroków i nagle zatrzymała się, bo dotarł do niej jakiś głos.

Oddech w dalszym ciągu rozrywał jej piersi. Skórę poocierała i podrapała do krwi, ale 

rany nie wyglądały zbyt groźnie, piekły tylko. Całe ciało miała poobijane i obolałe.

Dźwięk, czy to nie... Czy to nie sącząca się woda?

Siska   nie   znała   lasu.   Wiedziała   jednak,   że   na   skraju   osady   płynie   szeroki   potok.   I 

wiedziała, gdzie bierze on swój początek. Tak, czyż opiekunki i doradczynie nie opowiadały, 

że potok wypływa z gór?

Bez   konkretnego   celu,   nie   wiedząc   nawet,   dlaczego   tak   robi,   skierowała   się   ku 

szemrzącej   wodzie.   Była   kompletnie   nie   przyzwyczajona   do   poruszania   się   w   otwartej 

przestrzeni.   Większość   czasu   spędzała   przecież   siedząc   w   drzwiach   swojej   chaty,   gdzie 

przyjmowała ludzi, przychodzących do niej po radę.

Nikt   oprócz   tych   starych   kobiet,   które   jej   usługiwały,   nie   mógł   jej   nigdy   dotknąć. 

Nikomu nie wolno było się do niej zbliżyć. Służące jej kobiety nie miały w osadzie żadnego 

znaczenia. Nikt się nimi nie przejmował. To mężczyźni reprezentowali siłę i to oni panowali. 

Kobiety znały się co prawda na różnych sprawach, ale to się nie liczyło. Prawdziwe wartości 

to siła i odwaga.

Bogini-dziewica była wyrocznią. To ona miała uratować swój lud, wyprowadzić go z 

wiecznego mroku.

Siska wiedziała ponadto, że ona sama stawiana jest znacznie wyżej niż jej nieszczęsne 

poprzedniczki. Ona była wielką nadzieją plemienia. Sam wódz wybrał ją na boginię w dniu, 

w którym się urodziła. Wybrał swoją córkę.

Tak, Siska była córką wodza. Była Księżniczką. Lud oczekiwał od niej bardzo wiele. 

Żywiono nadzieję, że nawet Światło pochyli się przed nią z respektem.

Nic takiego się jednak nie stało.

Mimo to zdawała sobie sprawę, że właśnie ona została lepiej przygotowana do swojego 

zadania  niż wszystkie  poprzednie  dziewice,  które złożono w ofierze.  Opiekujące się nią 

kobiety   też   tak   twierdziły.   Siska   uczyła   się   szybciej   i   łatwiej,   umiała   wyciągać   własne 

wnioski   z   tego,   co   jej   mówiono,   i   rozumiała   prawo,   a   także   wiedziała   wiele   o   życiu 

plemienia w lesie.

Co   się   teraz   stanie   z   jej   ojcem?   Siska   na   wspomnienie   ojca   zadrżała   z   przerażenia. 

background image

Patrząc na swoje poranione stopy powlokła się dalej, przytrzymując się drzew. Paliły ją 

podeszwy, przywykłe do poruszania się po miękkiej podłodze chaty.

Co ludzie w osadzie zrobią z jej ojcem, skoro ona zdradziła i uciekła sprzed ofiarnego 

stosu?

Otrząsnęła się z ponurych myśli. Teraz nie miała na nie czasu. Ojciec z pewnością da 

sobie radę. Był bardziej władczy i silniejszy niż wszyscy inni razem wzięci. Przynajmniej na 

razie. Wkrótce jednak zrobi się stary i...

Ojca nie było w osadzie wtedy, kiedy miano ją składać w ofierze. Siska wiedziała, że 

bardzo kochał swoją córkę-dziewicę. Nie byłby w stanie patrzeć, jak płonie na stosie.

Może ze względu na ojca... Może ze względu na niego powinna wrócić?

Nie, nie, nigdy nie wróci, nigdy, nigdy.

Nagle drgnęła. W lesie rozległ się odgłos biegnących stóp. Ktoś, potykając się, wspinał 

się po zboczu.

Trzeba uciekać, ale dokąd? Akurat teraz stała na otwartej polanie, a przed sobą miała...

Tak... serce dziewczyny uderzyło szczególnie mocno. Za drzewami wznosiła się wysoka 

górska  ściana,  a  po  tej  ścianie   spływał  strumyk.  Widziała,   że  wydobywa   się  ze  skały i 

przemienia w piękny, mały wodospad. Woda spadała z niezbyt dużej wysokości, nie było jej 

też wiele, ale  tworzyła  obraz niezwykłej  urody.  Siska nie miała  jednak czasu dłużej  go 

podziwiać, nie wiedziała, czy biec dalej, czy schronić się na drzewo. Nieliczne drzewa rosły 

tu w rozproszeniu, a poza tym miały wysokie pnie, pozbawione od dołu gałęzi. Nie byłaby w 

stanie wspiąć się po żadnym z nich. Głośne kroki samotnego mężczyzny zbliżały się coraz 

bardziej. Wkrótce ścigający znajdzie się na polanie i zobaczy ją. Gdzie, gdzie mogłaby się 

ukryć?

2

Niegdyś był najsilniejszym i najodważniejszym mężczyzną w osadzie. Sam nadal się za 

takiego uważał, choć inni myśleli coś dokładnie przeciwnego. Młodzi chłopcy przewyższali 

go teraz zarówno pod względem odwagi i siły, jak i urody, ale Les tego nie zauważał. Jego 

imię, Les, oznaczało las. I, oczywiście, znał bardzo dobrze ten las, przez który się teraz 

skradał.

Nie zauważał tylko, że to skradanie słychać z daleka. Les ścigał dziewicę. Poszedł inną 

background image

drogą niż reszta mężczyzn, ponieważ nie chciał dzielić się z nimi zdobyczą.

Ostatnimi czasy powodziło mu się bardzo źle. Jego kobieta zrobiła się stara i brzydka, 

nie dawała mu już w łóżku żadnej radości. Kto chciałby dotykać takiej pomarszczonej i 

obwisłej skóry? W każdym razie nie on, nie Les, taki przystojny i urodziwy. Nie chciał 

przyjąć do wiadomości, że on sam też jest pomarszczony i ma obwisłą skórę.

Prawo jednak zabraniało mu dotykać innych kobiet, a prawa Les przestrzegał.

Wszelkie naruszenia surowo karano.

Ale teraz bogini-dziewica, księżniczka, była zdobyczą dozwoloną przez prawo. Chciał 

znaleźć w jej ciele zaspokojenie po długich, nudnych miesiącach z żoną, a poza tym chciał 

odebrać  jej cnotę,  bo to  zapowiedź  wielkiego  szczęścia  dla  dzielnego  mężczyzny,  który 

weźmie   ją   w   posiadanie.   A   potem   zabić.   To   jeszcze   większe   zwycięstwo.   Dzięki   temu 

uzyska wszystko, czego w tym życiu może zapragnąć.

Choć Les sam przed sobą się do tego nie przyznawał, to jednak najbardziej podniecała go 

myśl, że zaraz znowu posiądzie młodą, piękną kobietę. Że będzie mógł wedrzeć się w jej 

kruche ciało, które ledwo zaczęło się rozwijać. A księżniczka była piękna. Żadna inna nie 

miała takich długich, gęstych i czarnych włosów jak ona, żadna nie kusiła takimi soczystymi 

wargami.   Widywał   ją   wielokrotnie   ostatnimi   czasy.   Często   chodził   prosić   o   radę   w 

sprawach, co do których nie miał najmniejszych wątpliwości. Chodził tam tylko po to, by 

znowu poczuć, jak soki życiowe zaczynają w nim krążyć. To on zwrócił uwagę plemienia, że 

bogini jest już bardziej kobietą niż dzieckiem. To on przyspieszył wydarzenia.

Szczerze mówiąc, Les był zadowolony, że bogini udało się uciec. Dzięki temu stanie się 

jego zdobyczą. Tylko jego. Wiedział bardzo dobrze, że tłoczący się wokół tronu młodzi 

mężczyźni   próbowali   go   odepchnąć   na   bok   i   że   im   się   to   udawało,   co   przyznawał   z 

niechęcią. Mógłby mieć problemy, żeby dostać to, co mu się sprawiedliwie należało.

Teraz miał ją tylko dla siebie. Dostrzegał ślady małych bosych stóp wszędzie tam, gdzie 

ziemia była miękka. Tylko on wiedział, w którą stronę bogini pobiegła. Byłby skończonym 

głupcem, gdyby pokazał ślady innym.

Czuł rozkoszne mrowienie pod skórą. Nowa kobieta, dziewica-bogini, księżniczka!

Teraz dziewczyna już mu się nie wymknie, nie ma najmniejszej szansy.

Świetnie wiedział, że biegnie ku górom. A tam wpadnie we własną pułapkę.

Odwrócił   głowę,   by   się   przekonać,   że   jest   sam   ze   swoją   zdobyczą.   I   rzeczywiście, 

nigdzie żywej duszy. Tamci głupcy pognali w przeciwnym kierunku.

Na chwilę przystanął, żeby odetchnąć. Młodsi mężczyźni twierdzili, że on nie biega już 

tak lekko jak niegdyś. Cóż za głupstwa! Był równie niedościgły jak zawsze. Teraz jednak 

background image

zasapał się trochę, ponieważ przebył znacznie dłuższą drogę niż tamci. Oni by też sapali, 

gdyby musieli biec tak daleko, i to pod górę. Dużo bardziej by sapali.

Stał i patrzył  za siebie.  W dali poza osadą wznosiły się złe góry.  Ogromne  szczyty 

celowały w   niebo,  długi  łańcuch  zamieszkany  przez   groźne  duchy.  Wielokrotnie  słyszał 

głuche zawodzenia, kiedy wszyscy w osadzie już spali.

Czy ci głupi młodsi mężczyźni nie rozumieją, że Sisce nigdy by nie przyszło do głowy 

uciekać właśnie w tamtą stronę? Do gór, którymi władają duchy?

Tylko on miał dość rozumu, by przewidzieć, dokąd ona się skieruje. Ku Światłu.

Les podjął pościg. Teraz spoza drzew widział wyraźnie górską ścianę. Siska znalazła się 

w pułapce.

Kroki   przybliżały   się.   Rozbieganym   wzrokiem   dziewczyna   szukała   jakiejś   kryjówki. 

Oczywiście mogła schować się za pniem któregoś drzewa, ale na jak długo? Na pewno 

bardzo szybko zostałaby znaleziona.

Raz czy drugi mignął  jej  między drzewami  prześladowca. Wciąż  jeszcze  był  bardzo 

daleko, ale potrafiła już rozpoznać jego charakterystyczny, skradający się krok. Zwłaszcza 

teraz   kiedy   biegł.   Les,   najokropniejszy   z   nich   wszystkich.   Siska   przypominała   sobie   z 

obrzydzeniem jego pożądliwy wzrok, którym wodził po jej ciele, kiedy przychodził prosić o 

radę.   Zadawał   tak   głupie   pytania,   że   nawet   dziecko   potrafiłoby   na   nie   odpowiedzieć. 

Zaczynał się starzeć. Miał zaokrąglony brzuch i kościste kolana. Zachował jednak jeszcze 

męskie siły. Tak przynajmniej twierdziły usługujące jej kobiety. Ale wiele pożytku już z 

niego nie będzie, dodawały i śmiały się przy tym nieprzyjemnie.

Siska wiedziała, co Les zamierza z nią zrobić, gdyby udało mu się ją pochwycić. Jego 

obrzydliwe ciało przyciśnie ją do ziemi, a twarde ręce będą ją szarpać pożądliwie. Była 

bliska histerii, kiedy rozpaczliwie poszukiwała drogi ucieczki.

Tak mało czasu, tak niewiele możliwości.

Może wspiąć się po górskiej ścianie?

To niemożliwe, jest tam zbyt stromo i skała zbyt gładka.

Może ukryć się za wodospadem? Nie, to niewykonalne. Woda jest przezroczysta i spada 

za blisko górskiej ściany.

Nigdzie ani jednego drzewa, na które można by się wdrapać. A biec wzdłuż gór i tam 

próbować szukać jakiegoś ratunku też nie mogła. Była taka zmęczona, nogi nie chciały jej 

już nieść. Z trudem utrzymywała ciało w pozycji pionowej.

Źródło. Miejsce, w którym strumień wypływa z góry?

O, nie, otwór jest bardzo ciasny. Nawet gdyby wsunęła głowę do otworu, to co jej to da? 

background image

Po pierwsze, udusi się pod wodą, a po drugie, Les będzie widział jej ciało wystające na 

zewnątrz.

Ale czy rzeczywiście otwór jest zbyt ciasny? Wąski, to prawda, ale... Siska nie miała 

innego wyjścia.

Czepiając się palcami skały tak, że zdarła sobie paznokcie, pięła się pospiesznie w stronę 

źródełka. Teraz była  widoczna z bardzo daleka. Przykucnęła przy otworze i wsunęła do 

niego rękę. Mech wokół był miękki, ustępował pod naciskiem jej dłoni.

A może?

Gdyby teraz...?

Jest przecież nieduża i drobna. Nie zastanawiając się więcej, wsunęła nogi do wąskiej 

szczeliny. Jęknęła, gdy zanurzyła stopy w zimnej wodzie. Choć może nie aż tak zimnej, jak 

się   spodziewała.   Dziewczyna   przemieszczała   się   w   głąb   jak   daleko   mogła.   Utopię   się, 

myślała. Ale muszę spróbować. To moja jedyna szansa.

Najtrudniej było przecisnąć klatkę piersiową, ale nie mogła przecież tak zostać, leżąc na 

plecach,   na   pól   ukryta   w   szczelinie.   Musiała   przepychać   się   dalej.   Nie   miała   odwagi 

pomyśleć o tym, co będzie, gdyby chciała znowu wydostać się na zewnątrz. Jakaś ostra 

krawędź rozorała jej skórę wzdłuż mostka. Nie mogła temu zapobiec. Żeby tylko rana nie 

okazała się bardzo głęboka, myślała z twarzą wykrzywioną bólem.

Wreszcie zdołała wcisnąć klatkę piersiową do środka. Ramiona wsunęły się już lekko.

Co ja teraz zrobię? zastanawiała się, zdjęta paniką. Moje długie, czarne włosy znajdują 

się przecież na zewnątrz w strumieniu, ale nie mogę przechylić głowy, bo wtedy woda mnie 

zaleje.

On mnie widzi, on mnie widzi. On już wkrótce tutaj będzie. A ja go nawet nie słyszę, bo 

szum wody wszystko zagłusza.

Nogi   Siski   znajdowały   się   w   boleśnie   niewygodnej   pozycji.   Nurt   opływał   ją   ze 

wszystkich   stron,   próbując   ominąć   przeszkodę,   jaką   stanowiło   jej   ciało.   Ostra   skalna 

krawędź raniła jej jedno biodro. Instynktownie poruszyła nogą i...

Mogła ją unieść! Wysoko! Spróbowała z drugą. Też poszło gładko.

We wnętrzu skały strumień wyżłobił szerokie koryto!

Nie wahając się dalej, Siska przeciskała się w głąb. Zachłysnęła się wodą, rozpaczliwie 

usiłowała złapać odrobinę powietrza. Umrę teraz, zaraz się uduszę, myślała z rozpaczą. Ale 

odwrotu nie było. Wpełzła już tak głęboko, że nikt z zewnątrz nie mógłby zobaczyć  jej 

włosów.   Sprawdziła   zdrętwiałą   ręką,   czy   wszystkie   znajdują   się   w   skalnej   szczelinie. 

Szarpnęła kilkakrotnie gwałtownie całym ciałem, zaciskając wargi pogrążyła się pod wodą, 

background image

przesunęła jeszcze bardziej i w końcu mogła unieść głowę. Otwór był znowu wolny i cała 

wezbrana woda została wyrzucona na zewnątrz z wielką siłą. Siska miała nadzieję, że Les 

nie zwróci na to uwagi.

Ona sama  znajdowała się teraz ponad spienioną powierzchnią  potoku. Znowu mogła 

oddychać. Och, jakie cudowne uczucie!

Mimo   wszystko   była   wciąż   tak   przerażona,   że   nie   miała   odwagi   pozwolić   sobie   na 

odpoczynek.   Leżąc   na   plecach   przepychała   się   głową   do   przodu,   po   chwili   zdołała   się 

przewrócić na brzuch i pełzła teraz dalej, wciąż w głąb góry, nie mogąc się pozbyć dręczącej 

świadomości, że wisi nad nią straszliwy ciężar potężnej skały. Z rzadka tylko miała odwagę 

zatrzymać się na moment w tej szalonej ucieczce. Wtedy siadała w wodzie i szlochając z 

rozpaczy nie potrafiła zdobyć się na żadną rozsądną myśl.

Les wyszedł na polankę pod wodospadem w tej samej chwili, gdy potężna kaskada wody 

została gwałtownie wyrzucona z otworu. Dlatego nie zwrócił uwagi na nic szczególnego. Po 

prostu myślał, że tak powinno być. Jeśli w ogóle cokolwiek myślał.

Zdumiony   rozglądał   się   wokół.   Jeszcze   przed   chwilą   migała   mu   między   drzewami 

sylwetka uciekającej dziewczyny, był tego absolutnie pewien. Siska musiała znajdować się 

gdzieś tutaj. Nigdzie jednak nie widział ani śladu człowieka.

Górska ściana tworzyła w tym miejscu niewielkie zagłębienie. Znakomita pułapka. Skała 

po obu stronach zamykała drogę ucieczki, ale Siski nie było. Nigdzie żadnej dziewicy do 

zdobycia.

Les nie używał słowa „gwałt”, ale właśnie tego rodzaju postępki miał na myśli.

Oszukany, pozbawiony pysznego kąska.

Gorączkowo przeszukiwał wzrokiem okolicę. Wypatrywał w koronach drzew. Nigdzie 

nic. Może za drzewami? Biegał szybko dookoła pni, żeby nie zdążyła mu umknąć.

A może wysoko, na górskiej ścianie. Niemożliwe. Nie jest przecież owadem.

A w strumieniu?

Za płytko.

Les wdrapał się na górę i zatrzymał koło małego wodospadu. Też nic.

Woda wygładziła wszystkie ślady ciała Siski na mchu. Otwór wyglądał znowu jak nie 

tknięta przez nikogo szczelina w skale. Lesowi nie przyszło do głowy, żeby starannie zbadać 

miejsce, skąd wypływała  woda. Nikt przecież  nie mógł się tam wcisnąć. Szczelina była 

beznadziejnie wąska i ciasna.

Pozostawała   tylko   jedna   droga.   Dziewczyna   musiała   pobiec   wzdłuż   skalnej   ściany   i 

skierować się na północ. Ku południowi bowiem droga była widoczna jak na dłoni.

background image

Z rykiem wściekłości zdesperowany Les zeskoczył na ziemię i podjął przerwany pościg. 

Będzie ją miał jeszcze dzisiaj. Był tego absolutnie pewien.

Nikt nie zdoła oszukać Lesa, najdzielniejszego mężczyzny w osadzie.

3

Kiedy najgorszy gwałtowny atak płaczu minął, Siska poczuła, że przemarzła do szpiku 

kości. Wilgotny chłód ciągnący od wody i od skał przenikał ją na wylot. Zrozumiała, że zbyt 

długo nie może w tym miejscu zostać.

Czy powinna zawrócić tą samą drogą, którą przyszła, i wyjść znowu na zewnątrz w 

Srebrzystym Lesie?

Na myśl  o tym  wszystko  się w niej burzyło.  Jaka przyszłość  czekała  ją w osadzie? 

Straszna.

Z   drugiej   jednak   strony   tutaj,   w   ciemnym   wnętrzu   góry,   też   nie   widziała   szans   na 

przeżycie.

Nie miała nic do stracenia. Zdecydowała się dokładniej zbadać głębię.

A zresztą, czy to naprawdę głębia? W gruncie rzeczy przecież posuwała się do przodu 

wzdłuż koryta potoku. W sposób naturalny woda spadała z góry i nie ulegało wątpliwości, że 

strumień bierze swój początek na wyższym poziomie.

Ale   z   zewnątrz   widać   było   tylko   ten   uskok.   Większa   część   strumienia   musiała   się 

znajdować w głębi góry.

Cóż, jak tylko długo się da, powinna brnąć przed siebie, żeby zobaczyć, jak to wygląda 

dalej.

Siska roześmiała się. Chociaż zabrzmiało to jak histeryczne stłumione łkanie. Jakichż to 

słów   ona   używa?   Zobaczyć!   Nie   odróżniała   przecież   nic   na   wyciągnięcie   ręki.   Takich 

ciemności jak tutaj nigdy w życiu, nie widziała.

Stare kobiety w osadzie przekazały jej tradycje i legendy plemienia. Opowiadały jej o 

tym, że plemię przybyło z kraju, w którym czas dzielił się na ciemną noc i jasny dzień, w 

którym był zmierzch i brzask. Pochodzili z kraju o zielonych latach i płomiennie żółtych 

jesieniach   oraz  zimach   z  białym  deszczem,  który  niczym   kołdra  kładł  się  na  ziemi,   i z 

wiosną, kiedy wszystko ponownie budziło się do życia. Legendy! Do zadań Siski należało 

opowiadanie  ich  nie   dowierzającym   młodym  kobietom  i  mężczyznom,  którzy  śmiali  się 

background image

szyderczo.

Jej osada znała jedynie półmrok. Odwieczny i nieustanny.

W niektórych miejscach łatwo było pełznąć naprzód pod prąd. Kilkakrotnie mogła nawet 

stanąć i wyprostować się. Wkrótce jednak uderzała głową o wystające nad nią kamienie i 

znowu musiała brnąć dalej na czworakach. Dygotała z zimna, ale nie płakała już i przestała 

się   nad  sobą   rozczulać.   Stare   kobiety  w   osadzie   mówiły,   że   ani   płacz,   ani   użalanie   się 

niczego dobrego nie przynosi. Mądre słowa, teraz to pojmowała.

W pewnym momencie usłyszała plusk wody z innej strony, a wkrótce potem natrafiła na 

jeszcze jeden strumień – mniejszy. Niepewna, co zrobić, siedziała w kucki i wymacywała w 

mroku rękami, żeby się przekonać, który z potoków jest szerszy i bardziej godzien zaufania.

Przez cały czas  nie opuszczał  jej lęk. W każdej chwili  przecież  droga mogła  zostać 

zamknięta. W każdej chwili mogło się okazać, że otwór stał się zbyt ciasny i Siska przez 

niego nie przejdzie.

Ale właściwie dokąd zmierzała? Nie wiedziała nic. Stare kobiety nigdy jej nie mówiły o 

drogach strumieni. Nie mówiły ani skąd się biorą, ani w ogóle nic. Wiedziała tylko, że za 

osadą płynie strumień i że bierze on początek w górach. To wszystko.

Nieoczekiwanie   ogarnęło   ją   leciutkie   uczucie   triumfu.   Teraz   wiedziała   na   temat 

strumienia więcej niż ktokolwiek inny w osadzie.

Chociaż, czy to jej w czymś pomoże? Oni nie chcieli już nic o niej słyszeć. Potrzebna im 

była tylko jako dziewica, którą można złożyć w ofierze i być może skłonić Światło, by do 

nich powróciło. Mogła im się przydać jeszcze po to, żeby mieli się na kim zemścić. Za to, że 

zawiodła.

Przygnębiająca myśl, odebrało jej to resztki odwagi.

Siska zdawała sobie sprawę, że musi się przez cały czas poruszać, że jeśli się zatrzyma, 

to jej ciało zesztywnieje. Bolały ją wszystkie członki, ręce i nogi nie chciały jej dźwigać. 

Musiała mieć zupełnie sine wargi, bo dzwoniła zębami, a jej długie włosy, mokre i lodowate, 

lepiły się do skóry. Rany piekły, czuła się okropnie.

Zawsze przecież mogę zawrócić, myślała. Ale to była niewielka pociecha.

W końcu zdarzyło się to, co absolutnie zdarzyć się musiało:

Okazało się, że skała nad nią schodzi skośnie w dół. Tak nisko, że Siska musi położyć się 

w   korycie   strumienia.   Przejście   stawało   się   coraz   węższe,   mimo   to   wciąż   posuwała   się 

naprzód, przeciskała pod wiszącą ścianą... I nagle wpadła w panikę. Poczucie zamknięcia w 

ciemności. Świadomość ciężaru wiszących ponad nią skał, jej własna małość i samotność... 

Nikt nie wiedział, co się z nią stało, nie mogła się wydostać z pułapki. Znajdowała się w 

background image

potrzasku. Czuła, że rozpacz mąci jej rozum.

Zaczęła krzyczeć dziko i rozdzierająco, szarpiąc jednocześnie ciałem, by wydostać się z 

potrzasku. Z trudem mogła  oddychać,  uczucie,  że się dusi, dominowało  nad wszystkim. 

Szlochała, zachłystywała się wodą, płakała, krzyczała stłumionym głosem, od czasu do czasu 

chwytała odrobinę powietrza i nieustannie z wściekłością próbowała się wyrwać z uwięzi. 

Zdawała   sobie   sprawę,   że   nie   ma   już   przed   sobą   drogi,   mimo   to   wciąż   parła   naprzód. 

Przejście było coraz ciaśniejsze, woda zalewała ją raz po raz, dziewczyna z trudem chwytała 

oddech, pewna, że za chwilę umrze. Czuła, że skała szarpie jej skórę na kawałki... Ciemność, 

ciemność, przerażająca ciemność!

W ataku histerii nawet nie zauważyła, iż wydostała się z pułapki. Czołgała się dalej, 

ogarnięta   najstraszniejszą   klaustrofobią.   Obijała   się   o   skałę,   potykała,   pełzła   w   górę 

strumienia, połykała mnóstwo wody, zachłystywała się, walczyła z niewidzialnymi wrogami, 

wspinała  na   wystające   skały  i  spadała   głową  w   dół,  w   którymś  momencie   uderzyła   się 

boleśnie w czoło, ale nawet to jej nie powstrzymało. Płakała, krzyczała rozpaczliwie i brnęła 

dalej, dopóki zmęczenie nie zmusiło jej do zatrzymania się. Łokcie i kolana ugięły się pod 

nią, osunęła się na dno płytkiego strumienia i słyszała, jak woda z szumem przepływa ponad 

nią.

Śmiertelnie udręczona zdołała jednak unieść głowę nad wodą. Odpoczywała, oparta o 

duży kamień, kaszlała, pluła i wciąż zanosiła się bezradnym szlochem.

Minęło bardzo wiele czasu, zanim zdołała się pozbierać i mogła ruszyć dalej. Zmęczona, 

śmiertelnie zmęczona i przerażona.

Koryto strumienia zamykała stroma ściana. Siska przewidziała to. Od dłuższego czasu 

słyszała już szum wodospadu, a teraz droga była definitywnie odcięta.

W jakiś sposób jednak udało jej się pokonać również tę przeszkodę. Skała była gładka i 

wysoka,  ona  jednak wpinała  się  po niej  z  gniewną desperacją. Cóż  miała  do stracenia? 

Machnęła ręką na wszystko.

Ponad spiętrzeniem łatwiej było się poruszać. Zauważyła też, że łożysko się rozszerza. 

Woda płynęła wolniej, momentami stała prawie nieruchomo jak w małych sadzawkach. Po 

chwili   znowu   trzeba   się   było   wspinać   na   skałę,   a   potem...   Nagle   Siska   zatrzymała   się, 

otworzyła usta i patrzyła. Widziała światło!

Daleko, daleko przed nią majaczyła jasna plama. Ale, ale... |

Jeszcze   przecież   nie   skończyła   przedzierać   się   przez   ciasne   przejścia.   Kiedy   znowu 

dostrzegła przed sobą skałę, przeniknął ją lodowaty dreszcz strachu. Ale po drugiej stronie 

zza kamiennej ściany sączyła się wiązka matowego światła.

background image

– O, nie – zawołała cicho i drgnęła na dźwięk własnego głosu. – O, nie, nikt nie może 

mnie już zatrzymać.

Wiele razy głęboko wciągała powietrze podniecona tym, że może widzieć, co znajduje 

się przed nią.

Siska zaciskała zęby i pełzła przed siebie na poranionych kolanach. Musi stąd wyjść!

Na moment zatrzymała się znowu. Nie wiedziała przecież, w jakim miejscu wyjdzie na 

zewnątrz. A jeśli wróciła do doliny? Jeśli znowu znajdzie się w Srebrzystym Lesie?

Mrużyła   oczy,   by lepiej  widzieć.   Czyż   na  zewnątrz  wieczny półmrok   nie  jest  jakby 

trochę jaśniejszy niż w rodzinnej osadzie? Nie potrafiła tego rozstrzygnąć. Odległość była 

zbyt duża.

Przejście... Przejście wydawało się niemożliwe do sforsowania. Znajdowała się teraz tuż-

tuż przy nim.

Na szczęście jednak z daleka wyglądało to gorzej, niż w rzeczywistości było. Nie miała 

wątpliwości, że tym razem będzie się musiała przedzierać głową naprzód. A więc powinna, 

wstrzymując oddech, zanurzyć głowę pod wodę. Jeśli jednak utknie w przejściu, będzie to 

oznaczało koniec księżniczki Siski, bogini-dziewicy z osady w Srebrzystym Lesie.

Długo oceniała sytuację. Tym razem nie mogła popełnić najmniejszego błędu.

Otwór był wąski, ale niespecjalnie niski. Siska najpierw wsunęła głowę i ramiona, a 

potem   tak   poruszała   ciałem,   by   przeszły   barki.   Położyła   się   na   boku,   starając   się   leżeć 

płasko, niczym kromka chleba. Woda zamykała się wokół niej, dziewczyna zaciskała wargi i 

oczy. Nie było innej rady, musiała wypuścić trochę powietrza z płuc. Nie poddawaj się, 

Sisko, nie poddawaj, myślała gorączkowo. Nie ulegaj panice. Wytrzymaj, wytrzymaj!

Tkwiła w potrzasku. Mogła się jeszcze wycofać. Mogła zacząć pełznąć w tył, ale nagle 

odkryła w sobie jakiś nowy, nieznany upór. Nigdy w tył, nigdy!

Nie   miała   w   płucach   ani   odrobiny   powietrza.   Czuła,   że   za   chwilę   rozpadną   się   na 

kawałki, i nagle zauważyła, że zrobiło się jakby luźniej. Szarpnęła całym ciałem, w wyniku 

czego przesunęło się leciutko, i nieoczekiwanie ramiona zostały uwolnione. Skórę na bokach 

miała poocieraną do krwi, teraz biodra tkwiły w tym samym potrzasku co przedtem barki, 

dziewczyna mogła jednak unieść twarz nad wodą i z bolesnym świstem łapczywie wciągała 

powietrze.

Woda wokół niej zabarwiła się na czerwono, nie miało to jednak żadnego znaczenia. 

Biodra bez trudu udało się przesunąć przez otwór i oto była wolna.

–   Chciałabym   zobaczyć   takiego   śmiałka   z   osady,   który   by   ścigał   mnie   tą   drogą   – 

szepnęła sama do siebie z triumfem w głosie. Śmiertelnie zmęczona, wciąż boleśnie, głęboko 

background image

oddychając, czołgała się na drżących rękach i kolanach w stronę Światła.

A ono stawało się coraz intensywniejsze... Nie ulegało już żadnej wątpliwości: tutaj było 

jaśniej niż nad jej osadą w Srebrzystym Lesie. Różnica niewielka, ale jednak. Siska zresztą 

sądziła, że jest to najsilniejsze światło, jakie w ogóle istnieje.

Tak więc znajdowała się na zewnątrz po tamtej stronie gór. Mogła podnieść się i stanąć 

na chwiejnych nogach, choć nie była w stanie ruszyć  się z miejsca. Stała, oślepiona nie 

znanym dotychczas blaskiem.

Pierwsze   uczucie,   jakiego   doznała,   to   lęk   przed   przyszłością.   Co   ją   tutaj   czeka? 

Wiedziała, że jest wysoko w górach, ale co to oznacza?

Znajdowała się w niewielkiej, otwartej kotlince pomiędzy szczytami. Było tutaj małe 

jeziorko, z którego brał początek strumień. Woda toczyła się sennie wśród kamieni i traw, a 

potem znikała we wnętrzu góry. Właśnie w miejscu, w którym stała Siska.

Dziewczyna   nie   miała   kłopotu   z   orientacją,   ponieważ   Światło,   owo   święte   Światło 

znajdowało się w dalszym ciągu przed nią, za kolejnym stosunkowo niskim łańcuchem gór. 

W takim razie rodzinna osada musiała znajdować się po drugiej stronie tego wyższego rzędu 

szczytów za jej plecami.

To by się zgadzało. Z ulgą myślała o tym, że nie musi już oglądać czarnych gór, w 

których zbierają się duchy zmarłych. Tych gór, które majaczyły niczym mroczne ostrzeżenie 

daleko, daleko po drugiej stronie rodzinnej osady. Teraz stały się zupełnie niewidoczne.

Ogarnęło   ją   uczucie   straszliwej   samotności.   Okolica   była   taka   wymarła,   taka   pusta, 

nigdzie najmniejszego znaku życia.

Dawał też o sobie znać głód. Woda, którą wypiła po drodze, nie była w stanie go stłumić. 

Siska przywykła, że usłużne ręce podsuwają jej tacę z owocami i chlebem, i wszystkim co 

natura dawała ludziom w rodzinnej okolicy. Teraz musiała znaleźć sobie coś sama. A tutaj 

nie było niczego.

Przygnębiona skuliła się, chociaż powietrze nie było  zimne, W rzeczywistości chyba 

cieplejsze niż w osadzie, ale Siska przemarzła do szpiku kości. Po długotrwałej wędrówce 

wewnątrz   góry  i   w   lodowatej   wodzie   strumienia   dzwoniła   zębami.   Musiała   natychmiast 

znaleźć coś, co ją ogrzeje. Ale gdzie, skoro tutaj wszystko jest takie nagie i nieprzytulne.

Jedyne, co mogła zrobić, to poruszać się, biegać lub skakać, dopóki skóra i włosy jej nie 

wyschną. Tylko jak, skoro jest obolała i poraniona, a najmniejszy ruch odczuwa jak ukłucie 

nożem. Cała skóra stanowiła jedną wielką ranę.

Nad   brzegiem   jeziorka   rosła   trawa.   Siska   zaczęła   po   niej   biegać,   zastanawiając   się 

jednocześnie   nad   tym,   co   robić   dalej.   Myśli   pomagały   jej   stłumić   ból   ciała   i   poczucie 

background image

samotności. Przywykła do tego, by myśleć szybko, rozważnie i racjonalnie. W osadzie to 

właśnie należało do jej obowiązków i teraz doświadczenie okazało się przydatne. Mimo woli 

kierowała się w stronę źródła Światła. To jej wielka nadzieja. Tak jak zawsze Światło było 

wielką nadzieją dla mieszkańców osady. Przyglądała się łańcuchowi szczytów, przez który 

będzie musiała się przedostać. Gdy go pokona, z pewnością zobaczy Światło.

Ach, Siska, Siska! Bardzo niewiele, a właściwie zupełnie nic nie wiedziała o pewnej 

nieprzyjemnej   właściwości   gór.   Nie   przypuszczała   nawet,   że   za   jednym   łańcuchem 

szczytów, który udaje się człowiekowi zdobyć, na ogół rozciąga się drugi, jeszcze bardziej 

niedostępny.

Z ufnością podjęła wspinaczkę. Zaciskając zęby z bólu, podpierając się poranionymi 

rękami, szła w górę. Nagość jej nie martwiła. W swojej chacie na ogół nosiła lekką szatę, ale 

w   obecności   innych   mieszkańców   osady   zawsze   musiała   być   naga.   To   należało   do   jej 

godności. Wszyscy musieli widzieć, że jest niewinnym  dzieckiem, dziewicą, która może 

przebłagać Światło.

Rozgrzała się teraz, rany nie dokuczały jej już tak bardzo jak przedtem, głód jednak 

dręczył coraz dotkliwiej i dziewczyna zaczynała odczuwać zmęczenie. Ponieważ w świecie 

Siski nie istniał dzień ani noc, dobę dzielono na czas pracy i czas snu. W czasie snu ludzie 

udawali   się   do   swoich   chat   i   starannie   zasłaniali   wszystkie   otwory   tak,   by   wewnątrz 

panowały zupełne ciemności. Przyzwyczajenie sprawiało, że budzili się mniej więcej o tej 

samej porze, by zacząć nowy okres pracy.

Siska   musiała   przystanąć.   Znajdowała   się   dość   wysoko,   z   góry   spoglądała   na   małą 

dolinkę z jeziorem otoczonym żółtozieloną trawą. Teraz widziała, jakie naprawdę potężne są 

góry, i pojmowała, dlaczego nikt nigdy nie wspiął się na nie i nie przeszedł na drugą stronę. 

Praktycznie biorąc, były nie do pokonania.

I tylko ona znalazła przejście.

Wokół panowała cisza. W świecie Siski nie istniał wiatr, tylko od czasu do czasu dawał 

się odczuć jakiś słaby ruch powietrza.

Teraz włosy jej już dawno wyschły i dziewczyna odzyskała trochę odwagi. Po drugiej 

stronie łańcucha gór znajdowało się Światło. Ono mogło dać jej wszystko: jedzenie, ciepło, 

obecność innych ludzi, miejsce do mieszkania, kogoś, kto opatrzy jej rany, wciąż jeszcze 

krwawiące. Musi iść dalej. Wyczuwała, że zbliża się pora snu. Trzeba poszukać jakiegoś 

miejsca, w którym będzie można odpocząć.

Znajdowała się już niemal na samej górze, gdy nagle z boku, po lewej stronie, pojawiło 

się coś bardzo nieprzyjemnego.

background image

Strome szczyty gór zamieszkanych przez duchy. Więc nawet tutaj nie może się od nich 

uwolnić...

W takim razie będzie musiała... Przystanęła i zaczęła się rozglądać. To znaczy, że te 

okropne góry zataczają półkole wokół wielkiej doliny, którą znała przez całe swoje życie, i 

wokół górskich okolic, do których teraz dotarła, zamykają ponurym kręgiem cały jej świat.

Stała jednak niemal w najwyższym punkcie przejścia. Jeszcze tylko kawałek, a potem 

Światło ją uratuje.

Skały miały żółtoczerwony kolor i były mocno spękana przynajmniej na powierzchni. Z 

pewnością   w   głębi   są   znacznie   twardsze.   Mogła   się   zresztą   o   tym   przekonać   wewnątrz 

nieszczęsnej   góry,   przez   którą   dopiero   co   się   przedarła.   Pełna   otuchy   ruszyła   dalej. 

Wymacywała rękami skalne występy i krok po kroku pięła się coraz wyżej. Ostatni odcinek 

był dość stromy. Stopy same znajdowały punkty oparcia, nie potrzebowała nawet o tym 

myśleć.   Warunki   do   wspinaczki   panowały   tutaj   dobre.   Powstrzymywał   ją   tylko   ból   w 

dłoniach i w stopach.

Nareszcie na górze!

Rezygnacja i rozczarowanie zwaliły się na Siskę niczym ciężki głaz. Przed nią rozciągał 

się bezbrzeżny świat gór. Dokładnie taki sam jak ten, z którego właśnie przybyła. Jak okiem 

sięgnąć, ciągnęły się brudnoszare łańcuchy szczytów.

A poza nimi jaśniało Światło. Równie niedostępne jak, zawsze.

Siska   wybuchnęła   szlochem.   Opadła   na   zimną   skałę,   przesłaniając   rękami   oczy. 

Ponieważ czas snu już się rozpoczął, została w tym miejscu, skuliła się samotna i po długim, 

rozdzierającym płaczu zasnęła.

W osadzie Siski panowało straszne zamieszanie i podniecenie. Mężczyźni wściekali się z 

powodu ucieczki bogini-dziewicy. Najstarsi gadali coś na temat nieuchronnej kary, jaka na 

nich spadnie. Przepowiadali, że Światło zgaśnie całkiem z oburzenia i gniewu, tak że będą 

musieli żyć w wiecznych ciemnościach, podobnych do tych, jakie zapadają w chatach, gdy 

zasłoni się wszystkie otwory. Zapewniali, że gniew Światła z powodu postępku Siski będzie 

straszny. Nikt jednak nie myślał o tym, jak tragiczny los przypadłby dziewczynie, gdyby 

została w osadzie i pozwoliła im ze sobą zrobić, co zamierzali.

Kobiety były wstrząśnięte, większość z nich wykrzykiwała w podnieceniu złe słowa o 

niegodziwości i tchórzostwie, jakiego dopuściła się Siska. Tylko najstarsze milczały. One 

wiedziały,  że te rozwścieczone niczym  osy nigdy nie okazałyby takiej odwagi jak mała, 

drobna Siska. Stare kobiety w milczeniu podziwiały dziewczynę, zarazem jednak drżały o 

background image

własną skórę. To przecież one ją wychowały, a rezultat okazał się taki oto. Krwawa ofiara 

nie może zostać dopełniona, bo dziewica zniknęła. Kiedy mężczyźni ochłoną z pierwszego 

gniewu,   z   pewnością   spróbują   znaleźć   kozła   ofiarnego,   a   wtedy   mogą   dojść   do   bardzo 

nieprzyjemnych konkluzji.

Mała dziewczynka, którą wyznaczono na następczynię bogini-dziewicy, niewiele z tego 

wszystkiego pojmowała. Trzyletnie dziecko nie rozumie wszystkich pomysłów dorosłych. 

Była przerażona zamieszaniem, zarazem jednak zachwycona, że może zamieszkać w pięknej 

chacie Siski, że będzie karmiona smakowitymi kąskami i wszyscy będą jej dogadzać.

Wódz zamknął się u siebie i w samotności pił sfermentowany sok z jagód.

Żona Lesa nie wiedziała, gdzie się podziewa jej mąż. Zaciekle tropił w lesie księżniczkę. 

Inni czynili to jakby mniej uparcie, wyruszali na poszukiwania od czasu do czasu, często 

odpoczywali. Ale nie Les. Żona podziwiała jego siłę woli i zdecydowanie. Spłynęłaby na 

nich wielka chwała, gdyby znalazł dziewczynę i uratował krwawą ofiarę dla osady. Inne 

myśli nie przychodziły jej do głowy. Wiele czasu minęło od chwili, kiedy Les po raz ostatni 

pożądał swojej małżonki. Przypuszczała, że kobiety w ogóle go już nie interesują.

Powinna by go jednak zobaczyć, kiedy jak szalony biegał tam i z powrotem u podnóża 

gór, tylko że on znajdował się bardzo daleko od osady, dalej niż ktokolwiek kiedykolwiek 

dotarł. Grymas wściekłości wykrzywiał mu twarz, oddychał ciężko, ze świstem, wzrok miał 

dziki, oczy przekrwione. Za każdym razem kiedy myślał o młodym ciele Siski, odczuwał 

mrowienie pod skórą. Był tak podniecony, że musiał się zatrzymywać, by uspokoić trochę 

swoje ciało. Cała wieczność minęła od czasu, kiedy po raz ostatni posiadł kobietę. Prawo 

bowiem zabraniało mężowi dotykać innej niż własna żona. Dziewica była jedyną dozwoloną 

przez prawo zdobyczą i on musi ją mieć.

Les nie przejmował się już sprawami osady. Prawo wymagało, by przyprowadził boginię 

nietkniętą do miejsca, gdzie wzniesiono stos ofiarny. On jednak za nic nie chciał tego zrobić. 

Wtedy bowiem musiałby się nią podzielić z innymi i może nawet nie byłby jej pierwszym. 

Młodsi i bardziej urodziwi wyrośli na nieprzyjemnie silnych konkurentów.

Chciał sam posiąść swoją zdobycz tutaj, w lesie, gdzie nikt by mu nie przeszkadzał. Tutaj 

sięgnie   po   swoje   męskie   prawo.   Tutaj   po   wielekroć   będzie   zaspokajał   z   boginią 

rozgorączkowane ciało, a potem rozpali ogień i złoży ją w ofierze Światłu. Zaczął liczyć, ilu 

mężczyzn żyje w osadzie. Wielu, naprawdę wielu. Teraz wyprzedził ich wszystkich. Ta myśl 

podniecała go ponad wszelkie wyobrażenie.

Tutaj złoży swoją prywatną ofiarę z dziewicy, a potem mrok na zawsze opuści rodzinną 

osadę i cała sława spłynie na Lesa.

background image

Tak rozmyślał, ignorując kompletnie fakt, że inni mężczyźni poczują się z pewnością 

oszukani tym, iż nie mogli uczestniczyć w krwawej ofierze.

Les drgnął. Przed nim w półmroku wznosiło się coś ciemnego.

Poczuł, że zimna obręcz ściska mu serce. Tak długo biegł wzdłuż górskiej ściany ze 

wzrokiem wbitym w ziemię, gdzie szukał śladów stóp dziewicy, że nie zauważył, dokąd 

właściwie zmierza.

To ciemne przed nim, to góra. Straszna, czarna góra, wznosiła się nad nim i zdawała się 

nie mieć końca. Les nie zauważył również, że w tych okolicach jest dużo ciemniej niż w jego 

rodzinnej osadzie.

Nie wiedział tego, ale zdawał sobie sprawę, że góra jest strasznie wysoka i że stanowi 

część tego potwornego łańcucha, w którym mieszkają duchy zmarłych.

Zdawało mu się, że słyszy ich przeciągłe, głuche zawodzenia, wiedział, że polują na 

żywych ludzi, by zagarnąć w posiadanie ich ciała.

On,   Les,   znajdował   się   w   zasięgu   mocy   strasznych   duchów.   Wkrótce   odkryją   jego 

obecność. Był tak przerażony, że stracił kontrolę nad funkcjami swojego ciała. Poczuł na 

udach ciepły strumień moczu. Chciał zawrócić i uciec jak najszybciej, ale potknął się i upadł 

na mech. Wybuchnął rozpaczliwym szlochem. Ze strachu stracił świadomość.

4

Przez długi czas Siska błąkała się pośród gór. Jej jedynym celem było Światło, które 

teraz rzeczywiście zdawało się podchodzić bliżej. To ono trzymało ją przy życiu. Przez wiele 

dni piła tylko wodę. Od czasu do czasu jednak trafiała na niewielkie dolinki, w których 

znajdowała trochę roślinności, i wtedy mogła zbierać korzonki, a nawet jagody. Zawsze w 

takich miejscach pozostawała na dłużej.

Przywykła   już   do   wymarłego   pustkowia   wokół   siebie.   Dlatego   doznała   głębokiego 

szoku, kiedy pewnego dnia na gliniastej ziemi nad brzegiem rzeczki spostrzegła ślady stóp.

Były   to   duże   męskie   stopy.   Wyglądało   na   to,   że   zostawiło   je   trzech   ludzi.   Twarde 

podeszły   zostały   przybite   do   butów   gwoździkami.   A   zatem   nie   mógł   to   być   nikt   z   jej 

rodzinnej osady, tam bowiem używano szytego obuwia. A przeważnie ludzie chodzili boso. 

Zresztą nie należało się spodziewać, że ktoś z tamtych dotarł aż tutaj.

Oczywiście marzyła o tym, by spotkać ludzi, ponieważ czuła się bezgranicznie samotna. 

background image

Te ślady jednak sprawiały wrażenie... w jakimś sensie niebezpiecznych. Głupio tak myśleć, 

oczywiście. Siska zdawała sobie sprawę, że to ta długa, samotna wędrówka czyni ją lękliwą. 

Z jednej strony bardzo chciała spotkać innych ludzi, z drugiej jednak okropnie się tego bała.

Ślady kierowały się w tę samą stronę co ona, a zatem ludzie znajdowali się przed nią. 

Tak, to mężczyźni, rozmiar stóp na to wskazywał. Ale jak dawne mogą być ślady?

Trudno to określić. Umiejętności Siski dotyczyły spraw bardziej abstrakcyjnych. Nigdy 

nie uczyła się niczego, co miało związek z naturą poza jej rodzinną osadą. Tego typu wiedza 

stanowiła   domenę   mężczyzn.   Siska   mogła   udzielać   rad   w   trudnych   sprawach,   mogła 

wyjaśniać   prawo,   opowiadać   stare   legendy.   Umiała   też   pomagać   zakochanym   młodym 

ludziom, umiała opowiadać o śmierci i o tym, dlaczego rzeczy są takie, jakie są. Wszystko to 

jednak miało związek z naturą człowieka. Bogini-dziewica nigdy nie powinna narażać swego 

życia na niebezpieczeństwo. Nie wolno jej było zatem opuszczać osady.

Dlatego tak niewiele wiedziała o otoczeniu. O świecie poza swoją chatą.

To z pewnością dziwna reakcja, ale na widok tych śladów nagle odczuła swą nagość jako 

coś bardzo nieprzyjemnego. Po raz pierwszy w ciągu tej gorączkowej wędrówki zapragnęła 

mieć coś, czym mogłaby się okryć.

Cóż  by to  jednak  mogło   być?  Skąd  wziąć  coś  takiego  w   tej   nieurodzajnej,  górskiej 

okolicy?

Pożałowała teraz, że nie  przygotowała  sobie czegoś  do okrycia,  kiedy przed paroma 

dniami   nocowała   w   żyznej   dolinie   nad   rzeczką.   Znajdowały   się   tam   rośliny   o   dużych 

liściach,   rosła   też   grupa   srebrzystych   drzew.   Najpierw   na   widok   tych   drzew   Siska   się 

przeraziła, przyszło jej do głowy, że oto zatoczyła krąg i znalazła się znowu w domu, w tej 

szerokiej   dolinie,   która   otaczała   rodzinną   osadę.   Zaraz   jednak   uświadomiła   sobie 

absurdalność   tej   myśli.   Szła   przecież   przez   cały   czas   ku   Światłu.   Zresztą   drzewa   o 

srebrzystych liściach mogły rosnąć i tutaj, zwłaszcza że teraz schodziła w dół.

Światło   z   każdym   dniem   stawało   się   intensywniejsze,   choć   wciąż   nie   widziała   jego 

źródła. W każdym razie było ono intensywniejsze w oczach Siski, przywykłej wyłącznie do 

nocnego półmroku. Panujące tutaj Światło też było przytłumione, nie bardzo ciemne, ale 

jednak dalekie od pełnej jasności.

Siska stała nad śladami stóp, jakby ponownie starała się określić swoją sytuację.

O ubraniu zapomniała. Znacznie gorsze były rany. Musi uzyskać pomoc. Ktoś musi ją 

opatrzyć.   Niektóre   skaleczenia   zagoiły   się   wprawdzie   same,   te   najgłębsze   jednak   wciąż 

bolały i wypływała z nich żółta ciecz. Na początku ledwo mogła stawiać stopy na ziemi, 

takie były poranione, a dłonie piekły i paliły. Teraz ręce już jej nie dokuczały, ból w stopach 

background image

też ustąpił, zresztą do wszystkiego można się przyzwyczaić. Poza tym większość zadrapań 

się   zagoiła.   Najgorzej   wyglądały   długie,   głębokie   rany,   których   się   nabawiła   podczas 

pokonywania   wąskich   przejść   we   wnętrzu   góry.   W   niektórych   miejscach   miała   ciało 

rozorane aż do kości. Siska wzdychała przygnębiona.

Instynkt   samozachowawczy   okazał   się   jednak   silniejszy   niż   strach   i   uczucie 

osamotnienia. Co prawda płakała wielokrotnie przez sen, na ogół niewygodnie skulona w 

jakimś miejscu, gdzie zmęczona długą wędrówką mogła trochę odpocząć, ale nadzieja nigdy 

jej do końca nie opuszczała. Najgorsza była świadomość, że wszyscy w rodzinnej osadzie 

odwrócili się od niej. Goryczą napełniała ją również myśl o przyszłości. Czy w ogóle miała 

przed sobą jakąś przyszłość?

Jedyną pociechę dawało jej Światło.

Gdyby tylko nie było takie nieosiągalne!

Chyba jednak nie jest aż tak źle, może w końcu uda jej się do niego dotrzeć. Siska 

stwierdzała każdego dnia, że powoli, lecz nieustannie się do niego przybliża. Nie umiała 

sobie tylko wyobrazić, jak daleko od niego się znajduje.

Długo stała niezdecydowana nad śladami  stóp, nie wiedząc, co począć. Jeśli pójdzie 

naprzód, będzie się przybliżać do tych trzech ludzi w dużych butach.

Niestety,   nie   miała   wielkiego   wyboru.   Nieznajomi   poszli   jedyną   dostępną   drogą,   w 

stronę doliny pomiędzy wysokimi skałami.

Siska oglądała się niepewnie za siebie z wyrazem bólu. Nie, wrócić nie może! To by była 

najokrutniejsza porażka. Musi tylko teraz zachować niesłychaną ostrożność, skoro nie jest 

już sama na tych górskich bezdrożach.

Próbowała zgadywać, kim są ludzie przed nią i co oni tutaj robią?

Do tej pory Siska widywała tylko od czasu do czasu jakieś małe gryzonie, które niczym 

błyskawice przemykały po ziemi i znikały w norkach. Wielkie ptaki, które krążyły nad jej 

rodzinną doliną, niekiedy ukazywały się również tutaj. Poza tym jednak nie dostrzegła nigdy 

żadnej łownej zwierzyny.

Co ci ludzie tu robią?

W pewnej chwili Siska znalazła się na wysokich skałach i wtedy odkryła coś nowego, 

niestety, niezbyt przyjemnego.

Ponury,   mroczny   łańcuch   gór,   które   nazywała   Górami   Duchów,   okazał   się   znacznie 

rozleglejszy, niż się spodziewała. Z lewej strony szczyty wznosiły się tak daleko, że ledwie 

mogła ogarnąć je wzrokiem, i nie wyglądały sympatycznie.

Zobaczyła jednak także coś innego. Trochę bardziej radosnego. Jej długa wędrówka w 

background image

wymarłych górach miała się wkrótce skończyć. Siska widziała pod sobą dość płaską dolinę 

porośniętą   srebrzystym   lasem   i   jakimiś   ciemniejszymi   drzewami,   których   nie   znała.   Po 

drugiej   stronie   doliny   dojrzała   niezbyt   wysokie   wzgórza.   I   teraz   nie   było   już   żadnej 

wątpliwości:   z  tyłu   za  nimi  znajdowało  się   Światło.  Przestrzeń  za   wzgórzami   spowijała 

cudowna jasność, która przepełniła  serce Siski radosnym  spokojem. Przed nią w dolinie 

panował jeszcze ów irytujący półmrok, który stopniowo, choć ledwie zauważalnie, z każdym 

dniem w miarę jak przybliżała się do celu, stawał się jaśniejszy. Ale za łańcuchem wzgórz... 

Tam, tam Siska musi koniecznie dotrzeć!

Co jednak spodziewała się tam znaleźć? Światło. Tak, oczywiście. Ale nikt przecież nie 

wiedział, jak ono wygląda ani skąd się bierze. Dreszcz lęku przeniknął ją od stóp do głów, 

lecz szybko się opanowała.

Zejście w dolinę zajęło jej sporo czasu. Kiedy jednak znalazła się nareszcie na dole w 

lesie, doznała cudownego uczucia, jakby wróciła do domu. Ciemne drzewa były dla niej 

czymś nowym, nie rosły na nich liście jak na drzewach srebrzystych, tylko długie kłujące 

ząbki czy raczej igiełki.  Korę miały grubą i brązową, wcale niepodobną do kory drzew 

srebrzystych. Siska stwierdziła jednak, że nie byłoby trudno się na nie wdrapać.

Szukała roślin o wielkich liściach, ale niczego takiego nie znalazła.

Teraz kiedy korony drzew zasłaniały jej widok i tłumiły Światło, trudniej było posuwać 

się   we   właściwym   kierunku.   Ostatnie,   co   zdołała   zobaczyć,   zanim   zeszła   do   lasu,   to   z 

pewnością   Góry   Duchów.   Tak   przerażająco   bliskie   i   straszliwie   wysokie,   pogrążone   w 

głębokim mroku. Zostawiła je teraz na lewo od siebie. W lesie już ich jednak nie widziała. 

Miała tylko dojmującą świadomość, że istnieją i że za nimi panują absolutne ciemności.

Na razie straciła z oczu ślady ludzkich stóp i nie żałowała tego. Dlatego z tym większym 

zaskoczeniem stwierdziła nagle, że stoi na jakiejś ścieżce.

Nie, to niemożliwe, myślała, nie jestem jeszcze przygotowana na spotkanie z ludźmi. 

Muszę najpierw czymś okryć swoje ciało. Chcę dowiedzieć się czegoś więcej o tych obcych 

stworzeniach, zanim one mnie zobaczą.

Poza tym spotkanie z ludźmi nie jest moim celem. Oni będą jedynie przeszkodą w drodze 

do Światła.

Ciekawość   jednak   zwyciężyła,   Siska   ruszyła   ścieżką.   Powtarzała   sobie,   że   czyni   tak 

dlatego, bo prowadzi ona we właściwym kierunku, ku Światłu.

Ścieżkę, którą szła, przecinały inne szlaki. Wkrótce zobaczyła szeroką drogę, ale tamtędy 

nie odważyła się pójść, prawdopodobnie bowiem droga wiodła do jakiejś osady. Siska nie 

chciała jeszcze znaleźć się tak blisko ludzi. Co prawda była potwornie głodna, ale to uczucie 

background image

towarzyszyło   jej   od   dawna   i   zdążyła   się   do   niego   przyzwyczaić.   Poza   tym   w   lesie 

znajdowała sporo korzonków i innych jadalnych roślin. Nigdy zresztą nie jadła zbyt dużo. 

Głębokie rany wciąż jeszcze bolały dotkliwie, ale przykładała do nich chłodny mech, gdy 

tylko nadarzyła się taka okazja. Miała nadzieję, że potrafi wyleczyć się sama.

Tak   więc   Siska   przecięła   szeroką   drogę   i   poszła   dalej   ku   łańcuchowi   wzniesień,   za 

którymi znajdowało się Światło.

Wkrótce gwałtownie przystanęła.

Nie   była   w   tym   lesie   sama.   Usłyszała   coś...   Chociaż   odgłosy   były   niewyraźne, 

pośpiesznie wspięła się na jedno z tych kłujących drzew. Pojękiwała cicho, kiedy ostre igły 

drażniły jej rany, ale wspinała się najwyżej jak mogła tak, by nie zobaczono jej z ziemi, lecz 

by ona sama miała widok między gałęziami.

To,   co   zobaczyła,   sprawiło,   że   omal   nie   krzyknęła.   Wyglądało   to   jak   jakaś   dziwna 

zabawa. Siska nigdy nie miała prawa do zabawy, zawsze musiała siedzieć w swojej chacie i 

tylko z daleka obserwowała, jak inne dzieci biegają po osadzie radosne, roześmiane, czasem 

płaczące, kiedy któreś się uderzyło. Mogły jednak być razem, mogły mieć kolegów, ona nie 

miała nikogo, ona była święta, musiała zachowywać się z godnością. Niejednokrotnie mała 

dziewczynka znosiła to z trudem. Ta strona życia, zabawy, radość, budziła w niej największą 

tęsknotę w czasach, gdy traktowano ją jak boginię

Teraz siedziała wygodnie i miała przed sobą otwarty widok na sporą część lasu.

Znowu   usłyszała   głosy.   Głosy   męskie,   podniecone,   choć   przytłumione.   Słyszała   też 

kroki, które zbliżały się do jej drzewa. Wyglądało nawet na to, że kierują się wprost na to 

właśnie drzewo... Chyba jej... nie widzieli. A może to ona jest zwierzyną, na którą polują?

I   wtedy   ich   zobaczyła,   wiele   postaci,   które   szły   szybko,   prawie   biegły   pomiędzy 

drzewami.

Serce Siski waliło tak mocno, że bała się, iż tamci usłyszą.

Byli   wyżsi   niż   mężczyźni   w   jej   rodzinnej   osadzie   i...   jasnowłosi!   Wytrzeszczyła   ze 

zdumienia   oczy,   kiedy   sobie   to   uświadomiła.   Nigdy   przedtem   nie   widziała   czegoś 

podobnego. Nie rozumiała też, co ci ludzie mówią, ale najwyraźniej im się spieszyło. Biegli 

dokądś w jakiejś bardzo ważnej sprawie. Byli zajęci. Wszyscy mieli bardzo dziwne ubrania, 

w różnych kolorach, i nosili broń. Krótkie szpady, tak to przynajmniej wyglądało. Jakie to 

wszystko niezwykłe!

Najwyraźniej byli przyzwyczajeni do poruszania się w lesie, ale... ich buty? To nie te 

buty zostawiły ślady, które widziała. Ci mężczyźni tutaj nosili ciężkie, ale miękkie, wysokie 

obuwie o grubych podeszwach, bez szwów na brzegach.

background image

Musiało więc istnieć wiele różnych stworzeń w tym niezwykłym  świecie, do którego 

trafiła.

Na tych mężczyzn na dole przyjemnie było patrzeć. Sprawiali jednak wrażenie dzikich i 

nieobliczalnych. Z pewnością byli niebezpieczni.

O, nie! Przystanęli teraz, by się naradzić. Zatrzymali się dokładnie pod drzewem Siski.

Dlaczego wybrała właśnie to największe i najbardziej samotne drzewo w lesie? Straszna 

myśl przemknęła jej przez głowę i sprawiła, że Siska zamarła: sądziła, że jest niewidoczna, 

ale teraz spojrzała w dół. Skoro ona miała taki otwarty widok, to z ziemi pewnie też nic jej 

nie przesłaniało. Jeśli tylko któryś z nich podniesie wzrok, natychmiast ją zobaczy.

Siska zwróciła uwagę, że jedną stopą opiera się mocno na grubej gałęzi i że na tej gałęzi 

pod jej podeszwą znajduje się mała odłamana gałązka. Jeśli poruszy nogą, choćby leciutko, 

gałązka natychmiast spadnie w dół i wyląduje na głowie któregoś z nich.

Od długiego siedzenia w bezruchu zdrętwiały jej łydki.

Tamci rozmawiali ze sobą podnieceni, coś pokazywali, jeden potrząsał bronią w tym 

kierunku, inny wskazywał ręką na pogrążony w półmroku las.

Siska miała wrażenie, że rozumie. Toczy się tu jakaś wojna między plemionami. Znała to 

z   własnej   doliny,   gdzie   często   dochodziło   do   awantur   z   prymitywnym   plemieniem 

mieszkającym w pobliżu.

Owi wysocy, jasnowłosi mężczyźni byli bardzo wzburzeni. Coś musiało się wydarzyć i 

teraz oni mieli się zemścić. Może to tamci trzej mężczyźni, których ślady widziała, dokonali 

przestępstwa, a ci ich ścigają?

Siska nie zamierzała się mieszać w sprawy obcych, ledwie miała odwagę oddychać. Za 

nic nie chciała, żeby odkryli jej obecność.

Jeszcze raz dotkliwie uświadomiła sobie swoją nagość, ale teraz w jakiś inny sposób. 

Mężczyźni pod drzewem byli bardzo przystojni, wzbudzali w niej pragnienia, jakich nigdy 

przedtem   nie   odczuwała.   Od   dawna   zdawała   sobie   sprawę,   że   zaczyna   być   dojrzała   do 

małżeństwa. Wiedziała jednak także, iż nigdy nie wyjdzie za mąż. Miała pozostać wieczną 

dziewicą, która musi umrzeć, bowiem nie spełniła pokładanych w niej nadziei.

W   końcu   ożywiona   dyskusja   pod   drzewem   dobiegła   końca   i   mężczyźni   oddalili   się 

równie szybko, jak przyszli. Siska jednak siedziała na drzewie jeszcze długo. Złamana gałąz-

ka dawno spadła na dół, dopiero po jakimś czasie dziewczyna odważyła się zsunąć po pniu.

Schodzenie   okazało   się   znacznie   trudniejsze   niż   wspinanie   w   górę.   Podrapała   się 

boleśnie,   łamała   gałązki   i   zawodziła   żałośnie.   W   końcu   jednak   znalazła   się   na   ziemi 

przestraszona, że gdyby mężczyźni wrócili, nie będzie się miała gdzie schronić. Mogli się 

background image

zresztą pojawić również inni.

Na szczęście nikt nie nadchodził. Siska mogła podjąć swoją przerwaną wędrówkę ku 

Światłu.

Zbliżał się czas snu. Półmrok panował wciąż ten sam, ale instynkt, który skłaniał ludzi do 

spania   w   określonym   czasie,   został   głęboko   zakorzeniony   u   wszystkich   członków   jej 

plemienia. Ponadto natura wykształciła w nich wspaniały wzrok i znakomity słuch, żeby 

mogli   poruszać   się   w   mroku.   Wielu   starszym   ludziom   z   plemienia   oczy   błyszczały   w 

ciemnościach,   zwłaszcza   w   blasku  płonącego   ognia.  Siska  była  na  to   za  młoda,  ale   też 

bardzo dobrze widziała wszystkie szczegóły na niewiarygodnie dużą odległość.

Teraz majaczyły przed nią już ostatnie, stosunkowo niskie góry, przesłaniające Światło. 

Mimo   że   Siska   czuła   obezwładniające   zmęczenie,   chciała   iść   dalej.   Chciała   zobaczyć 

Światło jeszcze tego dnia czy też w ciągu tego czasu pracy, jak ona to określała.

Była straszliwie głodna, a rany bolały. Nogi uginały się pod nią ze zmęczenia, wlokła się 

jednak po stromym zboczu uparta, coraz bardziej zdecydowana w miarę zbliżania się do 

celu.

Ostatnie   kroki   były   prawdziwą   udręką.   Obolałe   płuca   z   trudem   wciągały   powietrze. 

Dziewczyna musiała co chwila odpoczywać, zawsze jednak wstawała i ruszała dalej.

Szczyty gór znajdowały się niemal w zasięgu ręki. Jeszcze tylko parę kroków i wtedy...

Siska stanęła i jak wyciosana w kamieniu, bez najmniejszego drgnienia, patrzyła i patrzy-

ła na to, co znajdowało się po drugiej stronie gór. Nie mogła uwierzyć własnym oczom.

Docierały do niej skądś jakieś niewyraźne dźwięki, nie była jednak w stanie oderwać 

wzroku od tego, co widzi, ani zacząć myśleć o niczym innym. Serce tłukło się w piersi 

dziko, otworzyła usta, próbowała zrozumieć, ale bez powodzenia.

Dźwięki za nią narastały. W końcu odwróciła się i stwierdziła, że stoi niczym posąg na 

tle nieba, samotna postać w wymarłym krajobrazie.

Została   odkryta.   Prawdopodobnie   nie   przez   grupę   wojowników,   których   widziała 

przedtem, ci bowiem zniknęli w przeciwnym kierunku. To była inna gromada, złożona z 

mężczyzn i kobiet, wykrzykujących coś podnieconymi głosami. Biegli za nią, za Siską, po 

porośniętym lasem zboczu.

Dziewczyna wiedziała, że znalazła się w pułapce. Co teraz? Wybrać ucieczkę w dół na 

nieznaną równinę, czy też czekać na spotkanie z tym tłumem, na spotkanie, które mogło 

oznaczać przyjaźń i opiekę, lecz równie dobrze wrogość i śmierć?

Stała przez chwilę niezdecydowana, po czym na łeb na szyję rzuciła się w dół ku dolinie, 

ku temu nieznanemu, niepojętemu, co nazywano Światłem.

background image

Teraz   jednak   musimy   opowiedzieć   o   tym,   co   wydarzyło   się   dwadzieścia   lat   przed 

ucieczką Siski.

background image

CZĘŚĆ DRUGA

PO TAMTEJ STRONIE WRÓT

background image

Dla  tych,   którzy  nie   czytali   „Sagi  o  Ludziach   Lodu”  ani   „Sagi  o  Czarnoksiężniku”, 

przedstawiamy krótkie streszczenie obu tamtych opowieści. Ważna jest zwłaszcza „Saga o 

Czarnoksiężniku”,   której   bieżąca   historia   jest   kontynuacją.   Ludzie   Lodu   żyli   własnym 

życiem, choć i w ich losach znalazłoby się wiele nie rozwiązanych zagadek.

Mamy nadzieję, że wszystkie one zostaną teraz wyjaśnione.

PREHISTORIA

Streszczenie 47 tomów „Sagi o Ludziach Lodu” i 15 tomów „Sagi o Czarnoksiężniku”:

Dawno temu w pradawnych czasach, jeszcze przed erą Atlantydy, istniał na ziemi lud 

nazywany Lemurami. Z pomocą Obcych rozwinęli się oni z prymitywnych istot w wysoko 

postawiony   lud.   Ich   państwo,   Lemuria,   w   czasach   największego   rozkwitu   obejmowało 

ogromne   połaci   ówczesnego   świata.   Z   czasem   jednak   ograniczyło   się   do   niewielkiego 

kontynentu   w   południowo-wschodniej   części   dzisiejszej   Azji.   Obecnie   kontynent   ten 

całkowicie pokrywa morze.

Największym skarbem Lemurów były trzy kamienie: Święte Słońce oraz niebieski szafir 

i czerwony farangil. Wszystkie one posiadały niezwykłą siłę, Słońce jednak było najpotęż-

niejsze. Rozsiewało wokół siebie światło i miłość. Lemurowie otrzymali je od Obcych.

Kiedy w okresie wielkich katastrof Lemuria pogrążyła się morzu, ostatni jej mieszkańcy 

wyruszyli do świata Obcych. Musieli w tym celu przejść przez Wrota. Pozostawili jednak na 

ziemi Święte Słońce po to, by czworo Strażników szafiru i farangila mogło kiedyś podążyć 

za   nimi.   Wszystkie   trzy   kamienie   zostały   ukryte.   Również   Słońce   i   góra,   w   której 

znajdowały się Wrota, miały swoich Strażników. W ciągu pierwszej połowy XVIII wieku 

islandzki czarnoksiężnik Móri oraz jego norweska i austriacka rodzina walczyli przeciwko 

złemu zakonowi rycerskiemu, przeciwko Zakonowi Świętego Słońca. Powodem tej wojny 

było   właśnie   owo   zaginione   Słońce.   Móri   wiedział,   że   jeśli   Słońce   wpadnie   w   ręce 

zakonnych rycerzy, zostanie zanieczyszczone i zbrukane złem.

Niekiedy   w   walce   z   Zakonem   pomagali   mu   przodkowie   Ludzi   Lodu.   Wreszcie 

niezwykły syn czarnoksiężnika, Dolg, zdołał odnaleźć dwa szlachetne kamienie. Następnie 

odnaleziono również Wrota, a w końcu Święte Słońce. Wszyscy postanowili podążyć  za 

background image

Słońcem   do   świata   Obcych,   ponieważ   świat   ludzki   zaczynał   być   dla   nich   zbyt 

nieprzychylny. W ostatniej podróży towarzyszyła im liczna gromada elfów oraz ogników. 

Wszystko   to   byli   Lemurowie,   którzy   w   wyniku   oddziaływania   Słońca   nigdy   nie   mogli 

całkiem umrzeć. Wyruszyły z nimi również różne nadprzyrodzone istoty, które chciały uciec 

od niczego nie rozumiejących ludzi. Szły też duchy zmarłych, które nie znalazły po śmierci 

spokoju. Wśród przechodzących na drugą stronę Wrót znajdowało się czworo Madragów, 

przedstawicieli bawolego rodu, plemienia dawno już wymarłego. Osiem duchów Móriego 

również chciało opuścić ziemski świat. Towarzyszyło im ponadto wielu ludzi oraz czworo 

Strażników Lemurów i dwu Obcych. Jednego z nich nazywano Strażnikiem Słońca, drugiego 

zaś Strażnikiem Góry. Był też Cień, ostatni Lemur i, oczywiście, pies Nero.

W ostatnim momencie jednak Móri i Dolg zostali schwytani przez kilku pozostających 

jeszcze przy życiu zakonnych rycerzy i oni obaj nie zdołali przekroczyć  Wrót. Zarówno 

ojciec, jak i syn dzięki długotrwałej bliskości trzech kamieni byli  nieśmiertelni. Rycerze 

pochowali Móriego głęboko w starym lesie w zachodniej Szwecji, a dla wszelkiej pewności 

przebili ciało zaostrzonym osikowym palem. Czarnoksiężnik wprawił się w stan letargu tak, 

że niczego nie czuł.

Dolg nie wiedział, jaki los spotkał jego ojca. On sam zdołał przenieść się na Islandię, 

gdzie udręczony i samotny spotkał pozostałe jeszcze na świecie elfy. To one zaprowadziły 

go do Gjáin w Alvedalen, i tu został przeniesiony do ich królestwa.

Tak kończy się historia o czarnoksiężniku. Ostatnie wydarzenia miały miejsce w roku 

1746.

Ludzie   Lodu   prowadzili   swoją  walkę.   Ich   historia   zaczyna   się   bardzo   dawno,  w   XI 

wieku, od Tengela Złego, przodka rodu, który ściągnął przekleństwo na swoich potomków i 

zniszczył  ich życie  na wiele stuleci. Dopiero w roku 1960 udało im się przełamać jego 

władzę.

Przekleństwo Tengela Złego miało też pewien pozytywny aspekt. Otóż dotknięci nim 

członkowie rodu mogli po śmierci powracać na ziemię w postaci duchów i pomagać swoim 

nieszczęsnym   potomkom.   W   XVIII   wieku   przypadkiem   spotkali   oni   czarnoksiężnika 

Móriego i od tej chwili stanowili dla jego rodziny wielką pomoc.

Ale duchy Ludzi Lodu nie towarzyszyły bliskim czarnoksiężnika na drugą stronę Wrót. 

Przed nimi było jeszcze dwieście lat walki z Tengelem Złym.

Opowieść o czarnoksiężniku urywa się, jak powiedziano, w roku 1746. Nie jest to jednak 

koniec historii tej rodziny. Wiele zagadek pozostaje nie rozwiązanych.

background image

Na przykład: Co się stało z tymi wszystkimi, którzy przeszli na drugą stronę Wrót? I co 

może się stać z człowiekiem, który jest nieśmiertelny? Było takich wielu, zarówno Móri, jak 

i jego synowie Dolg i Villemann. A w roku 1861 przyszedł na świat nieśmiertelny z rodu 

Ludzi Lodu – Marco.

Co stało się z Gabrielem, chłopcem, który został wybrany, by opowiedzieć o Ludziach 

Lodu?   Jak   potoczyło   się   jego   życie   w   dojrzałych   latach,   kiedy   większość   wybitnych 

członków Ludzi Lodu opuściła już ziemię i przeniosła się do Czarnych Sal?

No a owe Sale? Gdzie się one znajdują? Co dzieje się z ludźmi, którzy tam podążyli? 

Czy to do Czarnych Sal wiodą tajemnicze Wrota?

Czas nie ma znaczenia ani w państwie elfów, ani po tamtej stronie Wrót. Ktoś, kto zyskał 

nieśmiertelność, uwalnia się od paraliżującego uścisku czasu. To, co dla nas trwa setki lat, 

dla elfów lub Obcych trwać może zaledwie rok. Czas po prostu nie istnieje.

A co się stało z małą Fionellą i jej uczuciem dla jednego z Obcych? Albo z Tiril, która 

utraciła zarówno męża, jak i syna? Co z Mórim, który leży pochowany w jakimś miejscu w 

Västergötland i nie może umrzeć? Co z Dolgiem?

Posłuchajmy teraz, jak potoczyły się losy ich wszystkich.

Oto lista przedstawicieli rodzaju ludzkiego, którzy szukali Wrót, by przejść na drugą 

stronę:

Móri, czarnoksiężnik.

Tiril, jego żona.

Dolg, ich niezwykły syn, lat 23.

Villemann, żądny przygód brat Dolga, lat 21.

Taran, wielka optymistka, bliźniacza siostra Villemanna, lat 21.

Uriel, dusza licząca sobie tysiące lat, mąż Taran.

Theresa, księżna, matka Tiril.

Erling, mąż Theresy, stary przyjaciel Tiril i Móriego.

Rafael, marzyciel, przybrany syn Theresy i Erlinga, lat 23.

Amalie, ukochana Rafaela.

Danielle, łagodna i bezbronna siostra Rafaela, lat 19.

Leonard, jej ukochany.

Mariatta,   z   pochodzenia   Finka,   kobieta   znająca   się   na   czarach,   lat   22,   ukochana 

Villemanna.

Greta i Jonas, dzieci Mariatty.

background image

Fionella, młoda pokojówka Theresy.

Heinrich  Reuss  von  Gera,  dawny rycerz  zakonny,  który przeszedł   na  stronę czarno-

księżnika.

background image

5

Przeszli na drugą stronę Wrót.

Najpierw Święte Słońce lśniło intensywnie, a teraz pierwsi „emigranci” nagle znaleźli się 

w   kompletnych   ciemnościach.   Wielu   ludzi   nienawidzi   dźwięku   noża   przesuwanego   po 

powierzchni garnka. Działa im to na nerwy, dostają gęsiej skórki. U Taran, szalonej córki 

Móriego, podobne uczucie  wywoływało  dotknięcie palcami  ziemi.  Kiedy teraz, stojąc w 

kompletnych ciemnościach, wyciągnęła ręce nad głową i dotknęła sufitu, doznała właśnie 

tego okropnego wrażenia.

Ziemia, skalne ściany poprzerastane grubymi korzeniami drzew, wilgoć, zaduch jak w 

głębokiej piwnicy. Innymi słowy wszystko, czego człowiek może oczekiwać, kiedy wpadnie 

do bezdennej rozpadliny wśród gór.

Dlatego więc Tiril zawołała: „Oj, to wcale nie jest to, czego się spodziewałam!”

Bo też to nie było to. Żadne z nich nie wiedziało dokładnie, czego oczekują po tamtej 

stronie Wrót. Mieli jednak nadzieję na coś bardziej wysublimowanego, coś wznioślejszego 

niż jama w ziemi.

Początkowo widzieli niewiele, wciąż jeszcze oślepieni blaskiem Świętego Słońca. Po 

chwili w ciemności ukazało się mdłe światełko. Pochodziło ono z pochodni, które sześcioro 

Strażników zatknęło w ścianach, by im pomóc Powoli zaczynali dostrzegać wokół siebie 

różne rzeczy.

Wykute w ziemi schody wiodły w dół.

– Och, nie – jęknęła matka Tiril, Theresa. – Dokąd my właściwie zmierzamy?

Wielu w grupie zaczynało odczuwać lęk.

Dlaczego myśmy to zrobili? zastanawiała się Tiril. Musieliśmy chyba zwariować, albo 

sama nie wiem... Żeby opuszczać bezpieczną Ziemię i przenosić się w jakiś fantastyczny 

świat, którego nie znamy!  Ci pomocnicy mogli nas przecież oszukać. Cóż my wiemy o 

Obcych? Cień... To on z takim przejęciem opowiadał o tym nieznanym świecie. Dlatego mu 

wierzyliśmy? On przecież miał do załatwienia własne sprawy, a my jesteśmy ludźmi. Co nas 

łączy z tymi wszystkimi elfami i upiorami?

„Bezpieczną Ziemię...”

Ziemia nie była już bezpieczna. W każdym razie nie dla rodziny Tiril. Utracili swoje 

ziemskie dobra, od dziesięcioleci byli prześladowani.

background image

– Potrzebujemy teraz spokoju – powiedziała głośno. Przestraszona rozejrzała się wokół, 

ale nie wyglądało na to, by ktoś usłyszał jej słowa.

Kiedy jakiś człowiek zdecyduje się wyjechać, myślała, to traci związek z miejscem, które 

zamierza opuścić. I dzieje się tak na długo przedtem, zanim je naprawdę porzuci.

Nie, Tiril nie tęskniła. Dręczyła ją tylko straszliwa niepewność, czy wybrali słusznie.

W półmroku przed nią rozległ się czyjś ciepły, dający poczucie bezpieczeństwa głos. 

Rozpoznała jednego ze Strażników.

– Idź za mną – powiedział uspokajająco. – Nie bój się.

Teraz widziała, że została tylko grupa ludzi, wszystkie inne istoty gdzieś zniknęły. Tiril 

wyciągnęła rękę, jakby szukała dłoni Móriego, ale jego tutaj nie było. Ach, tak, prawda. On, 

Uriel i Dolg mieli przyjść jako ostatni. Razem z nimi Villemann i Strażnik Słońca. Była taka 

duma ze swojego męża i obu synów. To oni w tym ostatnim wielkim momencie odgrywali 

główne role.

Strażnik,   teraz   go   widziała,   to   jeden   z   tej   trójki,   która   strzegła   farangila.   Dotknął 

delikatnie   jej   ramienia   wskazując,   by   zaczęła   schodzić   po   schodach.   Tak,   bo   chyba 

zatrzymała się na chwilę, jakby czekała na Móriego.

Odwróciła się raz jeszcze, ale nie zobaczyła ani męża, ani Dolga, ani żadnego z tamtych. 

Wahając się ciągle, pośpieszyła za swoją grupą. Nie była ostatnia, ale znajdowała się wśród 

ostatnich.   Jakie   okropnie   niewygodne   te   schody!   Nierówne,   pośpiesznie   wyciosane   w 

ciężkim kamieniu. Wspierała się rękami o ściany po obu stronach i wiedziała, że Taran musi 

się teraz czuć bardzo źle. Ona, która nienawidziła dotykania suchej ziemi opuszkami palców.

Nagle wokół zrobiło się bardzo jasno. Światło docierało skądś z tyłu. A daleko poza sobą 

usłyszeli ciężki łoskot. To Wrota się zamknęły. Święte Słońce znajdowało się po ich drugiej 

stronie. Zadanie zostało wypełnione.

Czy Tiril tylko to sobie wyobraziła, czy też naprawdę usłyszała czyjś krzyk przerażenia? 

Nie, oczywiście że nie przerażenia. To z pewnością okrzyk  triumfu. Cokolwiek to było, 

docierało z tak daleka, że mogło jej się po prostu przywidzieć.

Zrezygnowana ruszyła dalej.

Niestety, Tiril słyszała dobrze. Wrota zatrzasnęły się za nimi, ale zarówno Uriel, jak i 

Villemann oraz Strażnik Słońca wiedzieli, iż Móri i Dolg zostali po tamtej stronie...

Na schodach panował taki tłok, że Tiril nie mogła czekać na ostatnich. Musiała po prostu 

iść wraz z tłumem.

Właściwie jak głęboko będą musieli zejść? To wszystko chyba  nam się śni, myślało 

wielu schodzących po schodach.

background image

Ale Święte Słońce oświetlało podziemne łuki cudownym blaskiem tak, że ani ziemia, ani 

nagie skały nie wydawały się przerażające. O, nareszcie koniec schodów. A teraz trochę w 

górę. Bardzo dobrze!

Domyślali   się,   że   musiało   minąć   tysiące   lat   od   czasu,   kiedy   ktoś   tędy   przechodził. 

Potwornie stara gęsta pajęczyna oblepiała im twarze, kleiła się do warg i brwi. W niektórych 

miejscach stropy wisiały nisko, ściany przybliżały się do siebie, nigdy jednak nie wyglądało 

to niebezpiecznie. Coś im mówiło,  że to stara naturalna  droga pod powierzchnią  Ziemi. 

Później ktoś ją trochę uporządkował tak, że stała się dostępna dla istot ludzkich. W każdym 

razie dla niewielkich istot. Po co?

Nero zaciekawiony,  ale spokojny kroczył  u boku Taran. Na samym  początku węszył 

trochę tu i tam, ale wszędzie znajdował jedynie pył i piasek.

Nigdzie już nie widać korzeni, pomyślała Tiril. To bardzo dobrze.

Wiedziała, że to ona zmieniła się najbardziej w toku długotrwałej walki z rycerskim 

zakonem. Początkowo wszystko wydawało się jej niezwykle ekscytujące. Móri dawał jej tyle 

radości. Później walka zaczynała się dłużyć, wciąż narastał lęk o rodzinę. Synowie, Dolg i 

Villemann, widzieli tylko przygody i podniecenie. Taran się bawiła. Móri brał wszystko 

poważnie   i   koncentrował   się   na   walce   z   braćmi   złego   Zakonu.   Theresa   rozkwitła   w 

małżeństwie z Erlingiem, a ich przybrane dzieci, Rafael i Danielle, uważały, że po swoim 

bardzo trudnym dzieciństwie znalazły się w raju.

Tylko Tiril wciąż się zamartwiała. Bała się o swoją rodzinę, byli tacy nieostrożni!

Teraz w końcu będzie mogła odpocząć. Ale czy miejsce, do którego dotarli, wygląda 

rzeczywiście tak spokojnie? Szli to w górę, to w dół, wciąż dalej i dalej nie wiadomo dokąd.

Jeszcze jedna sprawa dręczyła ją coraz bardziej, mianowicie narastający lęk o synów. 

„Coś się musiało stać z moimi synami”, powtarzała sobie wielokrotnie. Dusza i tutaj nie 

mogła zaznać spokoju.

Zgodnie z dość niepewnymi obliczeniami Tiril cała grupa musiała się teraz znajdować 

tuż pod powierzchnią Ziemi.

Korytarz   rozszerzał   się.   Weszli   do   czegoś   w   rodzaju   dużej   groty,   w   której   ich 

przewodnik nareszcie przystanął.

Wkrótce   zobaczyli   też   swoich   towarzyszy   i   przyjaciół.   Wielkie,   niezdarne   postaci 

Madragów o dobrotliwych oczach. Duchy Móriego, szelmowskie, rozbawione. Ukazała się 

duża grupa elfów, a za nimi nieszczęśliwi umarli, którzy wyglądali teraz dużo spokojniej. 

Dlaczego oni się nie boją? Może dlatego, tak, chyba dlatego, że są umarli. Łatwiej było 

zrozumieć,   z   jakiego   powodu   prastarzy   Lemurowie   wyglądają   na   uszczęśliwionych. 

background image

Wszystko wskazywało na to, że znaleźli się w czymś na kształt punktu zbornego.

Strażnicy rozmawiali ze sobą półgłosem. Potem Strażnik Góry poprosił wszystkich, by 

usiedli pod ścianami, to zostaną przewiezieni dalej.

Tiril posłuchała. Trochę ją rozbawiło wyrażenie „przewiezieni”, nie pasowało tutaj, tak 

głęboko   pod   ziemią,   ale   miała   nadzieję,   że   tamci   wiedzą,   o   czym   mówią.   Próbowała 

odszukać wzrokiem swoją rodzinę, ale dostrzegała jedynie rodziców i ich przybrane dzieci, a 

nieco dalej Taran i Nera. Och, Bogu dzięki, jest jeszcze Uriel i Villemann. Z pewnością Móri 

i Dolg też idą gdzieś z tyłu.

Ale dlaczego Uriel i Villemann są tacy bladzi? No tak, to chyba sprawa tego światła. Bo 

teraz w grocie pojawiło się samo Słońce i zalało ją intensywnym blaskiem.

Usiedli wszyscy z wyjątkiem Strażników. Dwaj Obcy podeszli do grupy Tiril. Strażnik 

Słońca odłożył złotą kulę i pochylił się nad Tiril. Przysiadł w kucki tuż obok i coś szeptał, 

przesuwając   jednocześnie  ręką   przed  jej  twarzą,   ale   jej   nie  dotykał.  Miała  wrażenie,  że 

słyszy słowa:

– Zapomnij o czasie. Ani dni, ani lata nie mają już teraz znaczenia. Dobre przydarzy się 

jutro.   Zawsze   jutro,   podczas   dni,   które   nadejdą   i   które   staną   się   jednym.   Nie,   cóż   za 

głupstwa! Musiała się przesłyszeć. Poczuła, że powieki ciążą jej jak z ołowiu. Ostatnie, co 

do niej dotarło, to to, że Strażnik Słońca pochylił się teraz nad Taran i robił to samo, co z nią, 

a potem pochylił się nad Heinrichem Reussem von Gera.

Móri, dlaczego cię tutaj nie ma? Czy nie możesz przyjść i usiąść obok mnie? Jesteś mi 

potrzebny. Tak się boję.

To była ostatnia myśl Tiril. Potem straciła świadomość.

Kiedy   wszystkie   istoty   posnęły   głębokim   snem   pozbawionym   marzeń,   można   było 

kontynuować podróż, ale teraz już w inny sposób, który dla śpiących na zawsze pozostał 

tajemnicą.

6

Theresa, niegdyś  księżniczka Habsburżanka, miała za sobą niezwykłe  doświadczenia. 

Najpierw   doprowadziła   do   skandalu,   który   szczęśliwie   udało   jej   się   ukryć.   W   zimnej 

Norwegii   urodziła   potajemnie   dziecko,   o   którym   później   starała   się   zapomnieć,   ale   bez 

powodzenia.   Ponure   małżeństwo   z   księciem   Adolfem   von   Holstein-Gottorp...   Wreszcie 

background image

połączenie z córką Tiril, za którą zawsze tek strasznie tęskniła.

Wtedy księżna musiała gruntownie odmienić swoje życie. Wędrówki z Tiril i Mórim, a 

później   także   z   ich   przyjacielem   Erlingiem.   Dwór   Theresenhof   w   Austrii,   gdzie   mogła 

zamieszkać na stałe razem ze swą nową rodziną. Potem przyszły wnuki: Dolg, dziecko, które 

sprawiło im tyle bólu, które wszyscy kochali, ale którego nikt nie rozumiał. Taran, pyskata, 

enfant terrible rodziny, i Villemann, zawsze radosny, szalony poszukiwacz przygód.

Duchy Móriego! Początkowo z trudnością je akceptowała. Mimo wszystko jednak były 

one lepsze niż ci rozbójnicy, rycerze Zakonu Świętego Słońca. Od tylu lat prowadzili walkę 

z tą zgrają. Theresa zadrżała na samo wspomnienie.

A potem zdarzyło się najlepsze ze wszystkiego: rodząca się nieśmiało miłość do Erlinga. 

Małżeństwo z nim, takie piękne, pełne wzajemnego zrozumienia. Później spotkali dwoje 

nieszczęsnych dzieci, rodzeństwo Virneburg, Rafaela i Danielle. Erling i Theresa wzięli je do 

siebie i wychowali jak swoje. Patrzyli, jak dorastają...

Lata płynęły tak szybko. Mimo woli pogładziła się po włosach. Stały się szare i dużo 

rzadsze. Theresa nie była już młoda. Dawało to o sobie znać na różne sposoby. Najbardziej 

dokuczliwe ze wszystkiego  były niedomagania  ze zdrowiem, co sprawiało, że nigdy nie 

czuła się bezpieczna. Zwykła ironizować od czasu do czasu; „Niektórzy zostali stworzeni do 

wielkich rzeczy, inni po to, by biegać do toalety”.

Tyle lat, mój Boże. A teraz zakon rycerski został pokonany i...

Theresa   uświadomiła   sobie,   że   nie   śpi   i   że   musi   to   trwać   już   jakiś   czas.   Gdzie   się 

znajduje, co się z nią stało?

Spojrzała   w   górę   w   tym   samym   momencie,   gdy   czyjaś   przyjazna   dłoń   dotknęła   jej 

ramienia i pomogła wstać.

Wokół panowała noc. Wielu ludzi, wiele szurających stóp, szepczące głosy. No, Bogu 

dzięki, nareszcie są na zewnątrz, na świeżym powietrzu.

– Erlingu – szepnęła, szukając dłoni męża.

– Tutaj – odpowiedział spokojnym głosem i wziął ją za rękę.

– Gdzie jesteśmy?

– Nie wiem. Ale powinniśmy zachowywać się spokojnie.

Skinęła głową, choć przecież on nie mógł tego zobaczyć.

– Dlaczego nie zapalą pochodni albo nie uniosą w górę Słońca?

– Nie wolno tego zrobić. Tak mi powiedział jeden ze Strażników. Mam wrażenie, że 

znajdujemy się we wrogim kraju.

– Nie – rozległ się głos jednego ze Strażników. – My tego nie nazywamy wrogim krajem. 

background image

To jest niebezpieczna ziemia, ale nie zostaniemy tu długo, musimy tylko jak najszybciej 

przez to przejść, a potem już będzie dobrze.

Wydano im polecenie, by trzymali się razem. Każdy odpowiadał za swego najbliższego 

towarzysza tak, by nikt się nie zgubił i żeby nie wiem co się działo, nie wolno nikomu 

krzyczeć. Cisza, cisza to podstawowy warunek, by mogli się spokojnie przedostać przez 

niebezpieczny rejon.

Ale co im zagraża, albo kto? Na to nie otrzymali odpowiedzi.

Było   tutaj   dość   ciepło   i   przemykali   się   cicho   w   ciemnościach.   Nie   żaden   upał,   ale 

przyjemna temperatura, jak latem.

Theresa potknęła się na jakimś korzeniu.

– Nienawidzę ciemności – mruknęła. – Czy nie możemy zaczekać do świtu?

– Myślę, że nie – odpowiedział jej Erling szeptem. – Chyba najbezpieczniej jest właśnie 

teraz.

Dlaczego to robimy? zastanawiał się. W co myśmy się znowu wdali? Wciągamy nasze 

dzieci i wnuki w dużo bardziej niebezpieczną przygodę niż ta, z której dopiero co zdołaliśmy 

się wydostać.

Erling zawsze uważał rodzinę Theresy za swoją. Nigdy nie myślał o Daniellle i Rafaelu 

jako o młodych Virneburgach. Są dziećmi jego i Theresy, zresztą jedynymi dziećmi.

Mimo woli powrócił myślami do Bergen, do egzystencji, jaką tam prowadził, zanim w 

jego życiu pojawiła się Tiril z Nerem. Syn kupca z dobrej hanzeatyckiej rodziny, Erling 

Müller,   odbył   bardzo   długą   drogę   do   tego   miejsca,   w   którym   się   dzisiaj   znajdował. 

Początkowo   w   małżeństwie   z   księżną   Theresa   z   Habsburgów   zdarzały   się   trudniejsze 

momenty. Było to, zanim Erling uświadomił sobie, jak powinien się do niej odnosić. Teraz 

już od dawna nie mieli żadnych problemów. Czuli się sobie równi. Zresztą Erling nie myślał 

wcale o szlacheckim tytule, jaki nadał mu cesarz Karol. Najważniejsza dla niego stała się 

harmonia pomiędzy nim a małżonką.

Gdzie oni właściwie są? Wokół panowała taka ciemność, że nie widział kompletnie nic. 

Ludzie   jednak,   jeśli   to   konieczne,   potrafią   zastępować   jedne   zmysły   innymi.   Niczym 

nietoperz wyczuwał w pobliżu duże drzewa, szli po stosunkowo równej ziemi, kroki były 

stłumione, jakby wędrowali po trawie. Od czasu do czasu potykali się o jakieś duże korzenie, 

poza tym jednak nic im nie przeszkadzało.

Nagle Erling uświadomił sobie, że znaleźli się w nowej okolicy. Odgłos kroków odbijał 

się teraz echem od skalnych ścian.

Jeden ze Strażników prowadził orszak z podziwu godną intuicją.

background image

Erling wytężył słuch. Gdyby nie szelest licznych stóp, mógłby przysiąc, że coś słyszy. 

Coś,   co   dociera   z   bardzo   daleka.   I   chyba   rzeczywiście,   ponieważ   przewodnik   nagle 

przystanął.

Erling usłyszał, że ktoś za nim się potknął, doleciało do niego zirytowane „do diabła” i 

poznał, że to Taran.

Taran miała lepszy słuch niż Erling, słyszała więcej niż on.

Co nas tutaj otacza, zastanawiała się, ściskając mocniej rękę Uriela. Co tak mamrocze i 

szeleści gdzieś w pobliżu, niezbyt blisko, ale też i niezbyt daleko?

Mamy ze sobą wielu obrońców, próbowała się uspokajać. Duchy ojca są z nami, a także 

Cień, nie mówiąc już o Obcych czy Strażnikach. Poza tym wszystkie istoty nadprzyrodzone, 

no i oczywiście Uriel.

Kochany Uriel!

Taran poczuła ciepło w sercu na myśl o nim. Przypomniała sobie, jaka była w czasie, 

kiedy go spotkała. Niczego nie traktowała poważnie. Uwielbiała szaleństwa, złośliwe repliki. 

Urielowi zresztą też dokuczała, wyśmiewała się z niego, kiedy miał problemy z codziennymi 

sprawami w nowoczesnym świecie. On przeżył już nieskończenie długie życie. Dusza jego 

błąkała się długo i o mało nie została włączona do gromady aniołów. Uriel prosił jednak o 

jeszcze jedno życie ze względu na nią. Ale co będzie teraz, kiedy opuścili własny świat i 

znaleźli się w kompletnie nieznanym miejscu, w tych przeklętych, piekielnych ciemnościach, 

nie  wiedząc,  jaka  przyszłość   ich  czeka?  Czy  przez  nią  Uriel   nie  stracił  szansy zostania 

aniołem?

No cóż, nic już teraz nie pomoże. Mimo wszystko była szczęśliwa i wdzięczna losowi za 

to, że ma go przy sobie. Razem może uda im się szczęśliwie przejść również i przez tę 

przygodę?

Cudowny Uriel ze swoimi złotoblond lokami i czystym spojrzeniem, niczym rycerz z 

dawnych czasów, wysoki i przystojny, a taki szlachetny, że na początku właśnie to irytowało 

ją najbardziej. Dopóki nie uświadomiła sobie, że to przecież ona jest śmieszna ze swoimi 

złośliwymi refleksjami na temat innych ludzi.

O   mało   się   nie   potknęła   i   nie   wpadła   na   Erlinga.   Erling,   mąż   babci,   zawsze   był 

bezpieczną opoką dla całej rodziny. Bardzo przystojny mężczyzna, teraz już starzejący się, 

niestety. Widziała, że jego plecy nie są już takie wyprostowane jak dawniej, twarz poorały 

głębokie bruzdy i zmarszczki wokół oczu. Zawsze jednak był tak samo przyjazny i tak samo 

stanowczy w działaniu. Kochany dziadek Erling!

Okropne jednak są te szelesty i pomrukiwania w ciemności. Taran odwróciła głowę, by 

background image

zobaczyć otoczenie obok i ponad nimi, ale oczy nie przywykły jeszcze do mroku. Zeszli 

chyba zbyt głęboko, a sądząc po temperaturze, musieli być gdzieś na Południu.

Tylko z lewej strony majaczyło przed nią jakieś światło ale też bardzo, bardzo daleko. 

Coś jakby brzask w świecie pozbawionym światła. Czy można to tak wyrazić? Owszem noce 

na   Południu   bywają   przecież   zawsze   bardzo   ciemne.   Teraz   owo   słabe   światełko   znowu 

zasłoniły drzewa i skały.  Tak Taran przypuszczała, bo nie miała przecież najmniejszego 

pojęcia o tym, jak wygląda okolica.

Z tyłu za Taran podążał Villemann z ponurą, ale bardzo stanowczą miną i prowadził za 

rękę Gretę. Dziewczynka drugą ręką trzymała dłoń swego brata, Jonasa. Po drugiej stronie 

chłopca szła Mariatta, matka obojga.

Nikt nie może odebrać nam dzieci w tym okropnym świecie, myślał Villemann uparcie. 

Będzie ich bronił, nawet gdyby go to miało kosztować życie. Będzie bronił dzieci i Mariatty. 

Jest teraz za nich odpowiedzialny. Villemann, wesołek i szaleniec, którego tak naprawdę 

znal tylko Dolg. Teraz Villemann miał nareszcie kogoś, kim mógł się zająć. Kogoś, kogo 

mógł kochać, a przecież zawsze myślał, że nikt nie zechce potraktować go poważnie. Nikt 

nie zechce kochać go szczerze i z oddaniem.

Mariatta chciała. Również jej dzieci go zaakceptowały. Musi pokazać, że jest godzien ich 

zaufania.

Ale   wygląd   bardzo   przeszkadzał   Villemannowi.   Kto   może   wzbudzić   w   sobie 

romantyczne myśli na widok młodego człowieka o wesołych oczach, zawsze skłonnego do 

żartów, o ustach, które wyglądają, jakby przez cały czas próbowały tłumić śmiech, o stale 

potarganych włosach i gibkim ciele, nieustannie chętnym do dziecinnych wygłupów?

Mariatta potraktowała go poważnie i odpowiedziała uczuciem na jego miłość. Mariatta, 

taka piękna, o typowo  fińskich  rysach  twarzy,  obdarzona niezwykłymi  zdolnościami  tak 

dobrze znanymi rodzinie czarnoksiężnika. Ta dziewczyna natychmiast stała się jedną z nich.

Villemann wiedział, że zdobył  serce Grety.  Nieco gorzej miały się sprawy z małym 

Jonasem,  który został  zbyt  surowo wychowany przez złego ojca. Chłopcu trzeba będzie 

wiele czasu, by mógł polubić kogoś nowego. Yillemann musiał to zrozumieć.

Rozglądał się ukradkiem wokół, ale oczywiście niczego nie widział. Strażnik powiedział, 

że pójdą tylko kawałek. Tymczasem szli już i szli od dłuższego czasu, atmosfera stawała się 

coraz   bardziej   napięta,   czujność   Strażników   wzrastała   w   miarę   posuwania   się   naprzód, 

wędrowcy czuli się źle i niepewnie.

Nagle gdzieś  z tyłu  rozległ  się stłumiony krzyk  i  powstał  okropny tumult.  Jeden ze 

Strażników przemknął obok Villemanna i pobiegł w tamtą stronę. A zatem oni widzą w 

background image

ciemnościach,   pomyślał   Villemann.   Słyszał,   że   Leonard   klnie   okropnie   na   kogoś,   kto 

najwyraźniej zaatakował Daniellle. Strażnik prosił go szeptem, by milczał, i zaraz potem 

rozległo się głuche plaśnięcie,  jakby komuś  wymierzono cios. Strażnik trafił  bezbłędnie, 

pomyślał   Villemann,   który   zdążył   już   także   dotrzeć   do   miejsca   walki.   Pochylił   się,   by 

podnieść Danielle, ale wielu uczyniło to już przed nim. Villemann dotknął czyjegoś gołego 

ramienia o dziwnej konsystencji, tak mu się przynajmniej wydawało. Z obrzydzeniem cofnął 

rękę. Stwierdził,  że inni pomogli  wstać przestraszonej  Danielle,  i usłyszał  ściszony głos 

Strażnika:

– Villemann! Leonard! Pomóżcie mi przenieść go gdzieś na bok i ukryć.

– Zabiłeś go – szepnął Leonard głosem drżącym z niepewności o los Danielle.

– Nie, nie, tylko go ogłuszyłem. To nie jest nasze terytorium. Nie możemy oskarżać go o 

napad. Zostawimy go tutaj, wkrótce się ocknie.

Strażnik polecił Erlingowi pilnować, by nikt nie krzyczał i nie hałasował. Tiril już od 

dłuższego czasu trzymała mocno ręką pysk wojowniczo usposobionego Nera.

Jakie to niezwykłe uczucie stać w absolutnych ciemnościach, w kompletnej ciszy i nie 

wiedzieć, gdzie się człowiek znajduje, mieć natomiast wokół siebie mnóstwo ludzi i innych 

stworzeń.

Jeszcze bardziej niezwykłe było przenoszenie tej niesamowitej istoty, która zaatakowała 

Danielle. Villemann zadrżał z obrzydzenia, kiedy jej dotknął. Nie mógł pojąć, co to jest. 

Ciężkie, pozbawione sierści ciało, ale z niewiarygodnie długą i jedwabiście miękką grzywą. 

Skórę owa istota miała delikatniejszą niż ludzie, mimo to była zbudowana podobnie jak oni. 

Villemann   jednocześnie   chciał   i   nie   chciał   dotknąć   twarzy   owego   stworzenia,   by   się 

przekonać, jak wygląda. Po chwili jednak zrezygnował.

Znaleźli kryjówkę w skalnej niszy i tam złożyli nieznajomą istotę.

– Dlaczego on zaatakował akurat Danielle? – zapytał Leonard.

Strażnik odpowiedział szeptem:

– Prawdopodobnie ze względu na tę jej piękną, połyskującą złociście suknię.

I Leonard, i Villemann o mało nie wykrzyknęli głośno „co?” Opamiętali się jednak w 

porę. Villemann szepnął z pewnością w głosie:

– Wiemy, że ty widzisz w ciemnościach. Czy oni także widzą?

– Oczywiście. Dlatego musimy się na ich terytorium poruszać tak ostrożnie.

Kiedy wracali do reszty grupy, w głowie Villemanna kłębiły się najrozmaitsze myśli. 

Jeśli ta istota, która napadła na Daniellle, oraz Strażnicy wykształcili zdolność widzenia w 

ciemnościach, to nie wróży to nic dobrego dla przyszłości przybyłych tutaj ludzi. Czy będą 

background image

żyć w wiecznym mroku? Nie, chyba nie, przecież zdarzało się od czasu do czasu, że widzieli 

coś jakby światło brzasku, a poza tym znajdują się przez cały czas na świeżym powietrzu.

Jeśli jednak ta istota zaatakowała Daniellle ze względu na jej połyskliwą sukienkę... co 

by to mogło oznaczać? Że jest prymitywna? Że lubi błyskotki i że być może ani ona, ani jej 

pobratymcy nie są niebezpieczni. Czy w ogóle ktoś atakujący znienacka może okazać się 

niegroźny? Chyba nie zawsze.

Znowu   potykając   się   i   zataczając   ruszyli   w   drogę.   Bardziej   teraz   przestraszeni   niż 

poprzednio. Ludzie szli bliżej siebie i podskakiwali przy najlżejszym szeleście.

Nic nie wskazywało na to, że inne tubylcze istoty wiedziały o ataku na Danielle. Tamten 

musiał być sam. W dalszym ciągu jednak docierały do nich dźwięki, jakby wydawane przez 

wiele innych stworzeń nie całkiem w pobliżu, ale i też nie bardzo daleko.

I wtedy stało się to, co stać się nie powinno, ale z czym jednak powinni byli się liczyć. 

Fionella,   owa   młoda   dziewczyna,   która   zakochała   się   w   Strażniku   Góry,   podbiegła   do 

Theresy, do której miała największe zaufanie.

– Wasza wysokość, co ja mam robić, ja muszę!

Theresa zdławiła ciężkie westchnienie. Bardzo dobrze rozumiała dziewczynę, zwierzyły 

się sobie kiedyś nawzajem, że obie mają problemy z pęcherzem.

– Nie wiem, Fionello – rzekła Theresa przyjaźnie, ale zmartwionym głosem. – Czy nie 

mogłabyś zaczekać?

– Czekałam już zbyt długo.

Theresa wiedziała, że to tylko nerwy, ale również „tylko nerwy” mogą być okropnie 

męczące i strasznie działać na wyobraźnię.

– Porozmawiam ze Strażnikiem – obiecała.

– Och, nie, ja nie mogę...

Theresa   już   podeszła   do   Strażnika,   który   okazał   zrozumienie.   Nakazał   wszystkim 

przystanąć i zadbał, by Fionella (i Greta, i Jonas, i jeszcze kilkoro innych) pod dyskretną 

opieką mogła na chwilę opuścić ścieżkę.

Kiedy czekali, Villemann, Leonard i Danielle z wielką troską nasłuchiwali dźwięków 

wydawanych przez niewidzialne obce istoty gdzieś daleko w ciemnościach. Gdy ustał szelest 

stóp, słychać je było wyraźniej. Docierały do nich nie tylko dziwne mamrotania w pobliżu, 

ale od czasu do czasu również gorączkowe dyskusje, prowadzone chyba przez liczne grupy 

w głębi nieznanego lasu, i niekiedy jakieś przeciągłe i bardzo nieprzyjemne głosy. Żałosne, 

udręczone wołania kogoś, kto latami cierpiał, nie otrzymując znikąd pomocy. W każdym 

razie  trójka przyjaciół  tak sobie to  tłumaczyła.  Tyle  tylko  że owe krzyki  nadchodziły z 

background image

bardzo daleka i właściwie mogły oznaczać wszystko.

Liczna grupa wędrowców ponownie ruszyła w drogę. Strażnik obiecał, że teraz to już na 

pewno niedaleko, i sprawiał wrażenie, że nie usłyszał złośliwego szeptu Taran: „To samo 

mówiłeś pół godziny temu”. Tym razem jednak powiedział prawdę. Wkrótce znaleźli się 

wśród   wysokich   skał,   a   przejście   stawało   się   coraz   węższe.   Strażnik   wszedł   na   wysoki 

występ skalny, wszyscy inni wspinali się za nim i z wielkim trudem trzymali się skalnych 

ścian. Strażnik znowu zeskoczył na dół, przeciskał się pomiędzy skalnymi blokami, pomagał 

zejść innym... I w końcu szepnął:

– No, to najgorsze mamy za sobą.

Strażnicy wspólnymi siłami odsunęli wielki głaz. W chwilę później wędrowcy stali w 

kompletnych  ciemnościach  w   jakimś   przestronnym   pomieszczeniu.   Strażnik  poprosił,   by 

usiedli wygodnie pod ścianami.

– O, nie, tylko znowu nie to – jęknęła Taran.

– Owszem, znowu to – odparł Strażnik, a w jego głosie zdawał się brzmieć śmiech.

Wkrótce   potem   wszyscy   spali   znowu   tym   samym   hipnotycznym   snem   co   przedtem. 

Villemann jednym ramieniem obejmował Mariattę, a drugim Gretę. Erling i Theresa trzymali 

się za ręce, Fionella natomiast obgryzała paznokcie i zastanawiała się, czy znowu nie będzie 

musiała pójść na stronę.

Na szczęście zasnęła, zanim zdążyła coś postanowić.

Ostatnia myśl Tiril była następująca: Teraz Móri i Dolg powinni tutaj być. Dlaczego oni 

się tak spóźniają?

Taran formułowała swoje myśli znacznie mniej subtelnie: Cholerni Strażnicy, czy oni 

zawsze muszą nas usypiać, kiedy zaczyna być interesująco? Jestem już znużona tą przeklętą 

ciemnością, jeśli to ma być nasza przyszłość, to ja chcę wracać.

Droga powrotna była jednak przed nimi zamknięta.

7

Taran obudził głośny szczebiot ptaków. Ich radosna pieśń rozpaliła w niej niezwykłą 

chęć życia, rzadko bywała w tak znakomitym humorze.

Zanim zdążyła otworzyć oczy, dotarły już do niej inne wrażenia. Dłonie głaskały miękką, 

chłodną   pościel.  Skóra  wyczuwała  delikatne   ciepło  i  Taran,  owa  szalona,   a  momentami 

background image

agresywna Taran czuła się niezwykle życzliwie usposobiona do świata. Pragnęła dobra dla 

wszystkich, choć przecież nie była to dominująca cecha jej charakteru.

Otworzyła   oczy,   a   to,   co   zobaczyła,   było   jej   całkowicie   obce.   Taran   przywykła   do 

podróży   i  nocowania   w   różnych   miejscach,   to   jednak,   co   widziała   teraz,   nie   mogło   się 

równać z niczym. Nie widziała nad sobą ciemnobrunatnego sufitu gospody, nie widziała 

zniszczonych, poczerniałych ścian. Wszystko było lśniące i przyjazne. Człowiek opromieniał 

się na sam widok tego pomieszczenia.

Sufit miał kształt kopuły zdobionej piękną, jasną mozaiką. W suficie znajdowały się 

również otwory okienne. Od centrum kopuły rozchodziły się na przemian pasy mozaiki oraz 

okiennych   przezroczystych   szyb.   Im   dalej   od   centrum,   tym   były   szersze.   Wyglądało   to 

niczym piękny kwiat.

Światło po tamtej stronie było ciepłe i zarazem łagodne. Miało stłumiony kolor starego 

złota. Pokój wyglądał niezwykle pięknie, umeblowany został wygodnie, wszystko w jasnych 

kolorach, tak że chcąc nie chcąc człowieka ogarniał pogodny nastrój.

Na krawędzi łóżka, odwrócony do niej plecami, siedział Uriel. Miał na sobie pastelową 

koszulę z krótkimi rękawami, której Taran nigdy przedtem nie widziała.

– Uriel, mój kochany – powiedziała. – Sprawiasz wrażenie równie zaskoczonego jak ja. 

Gdzie my jesteśmy?

– Nie wiem, Taran. Właśnie przed chwilą się obudziłem i niczego nie pojmuję.

Ujęła jego dłoń, a głos drżał jej lekko, kiedy mówiła:

– Najważniejsze, że jesteśmy razem, muszę jednak przyznać, że to wszystko trochę mnie 

przeraża.

– Tu jest bardzo pięknie – rzekł Uriel niepewnie. – Złowieszczo pięknie.

Rozległ się cichuteńki dźwięk dzwonka.

– To u drzwi – szepnęła Taran gorączkowo. – Jak ja wyglądam? O Boże, ratunku! Co ja 

mam na sobie?

Ubrana   była   w   koszulkę   tego   samego   koloru   i   uszytą   z   tego   samego   miękkiego, 

jedwabistego materiału, co koszula Uriela, jej ubranie jednak, ozdobione haftem i delikatną 

koronką,   miało   nieco   bardziej   kobiecy   charakter.   Ciemne   loki   Taran   jeszcze   pogłębiały 

urodę stroju.

– Prezentuję się nieźle – stwierdziła. – Proszę wejść.

Mimo to desperacko ściskała rękę Uriela i podciągnęła kołdrę wysoko pod brodę.

Drzwi w ścianie rozsunęły się i do pokoju wszedł Strażnik Słońca, a zatem jeden z 

background image

owych tajemniczych Obcych.

Taran wsparła się na łokciu.

– Powiedz mi... – zaczęła niepewnie z przepraszającym uśmiechem. – Wiesz, nigdy sobie 

nie wyobrażałam, że mogłabym trafić do nieba, ale... Czy my umarliśmy?

–   Wprost   przeciwnie   –   roześmiał   się.   –   Po   prostu   przekroczyliście   granicę   Czasu   i 

staliście się nieśmiertelni. Będzie to trwało tak długo, jak zechcecie.

– Kto by nie chciał – mruknęła Taran, choć serce biło jej tak mocno, że aż sprawiało ból. 

– To jednak brzmi zbyt dobrze, by mogło być prawdziwe.

– Ale gdzie jesteśmy? – zapytał znowu Uriel.

– Wkrótce się o tym dowiecie. W pokoju obok znajdują się wasze nowe ubrania. Te, w 

których   przyszliście,   są   zbyt   ciepłe.   Wykorzystajcie   ten   dzień   na   zapoznanie   się   z 

otoczeniem. Jeśli będziecie głodni, to wszystko, czego sobie życzycie, znajdziecie w kuchni. 

To jest teraz wasz dom.

– Nie najgorszy – uśmiechnęła się Taran. – A co z innymi? Co z mamą, babcią i tak 

dalej?

–   Oni   też   tutaj   są.   Wszyscy   mieszkają   we   własnych   domach.   Niektórzy   z   waszych 

towarzyszy zostali ulokowani w innej części... kraju. Ale cała rodzina znajduje się tutaj. 

Będę na was czekał w hallu, bo chciałbym pokazać wam dom.

Uprzejmie skłonił głowę i wyszedł z pokoju.

Patrzyli po sobie trochę spłoszeni, a trochę wzruszeni.

– Chciałbym pokazać wam dom – powtórzył Uriel. – No, no, ale to brzmi!

– Jeśli reszta wygląda tak jak ten pokój, to nie ma się na co skarżyć – powiedziała Taran 

beztrosko, chociaż w głębi duszy wciąż była bardzo, bardzo niepewna. I przestraszona. 

Cień i Strażnicy zapewniali, że po tamtej stronie Wrót będzie im dużo lepiej. Nawet się 

nie spodziewają, jak dobrze. Mimo to ani Taran, ani Uriel nie mieli odwagi im zaufać. Przez 

cały czas krążyła im w głowach myśl, że może to jakaś pułapka.

Znajdowali się na piętrze wewnątrz kopuły. Stąd wychodziło się do czegoś w rodzaju 

przedpokoju, gdzie znajdowały się ich ubrania. Taran zachwycona oglądała jedną sztukę po 

drugiej.

– Uriel, popatrz na tę bieliznę, jaka delikatna i cieniutka, a mięciutka jak nie wiem co! Po 

prostu ginie mi w dłoniach. Och, jakie to wspaniałe... Wiesz, będę chodzić tylko w tym.

–   Wybij   to   sobie   z   głowy   –   oznajmił   Uriel   surowo,   kiedy   ubrała   się   w   tę   niemal 

przezroczystą delikatność. – Natychmiast włóż coś jeszcze!

Taran uśmiechnęła się do niego szeroko i posłuchała.

background image

– Zrozum jednak, że to coś zupełnie innego niż moje własne grube majtki.

Teraz i on nie był już w stanie dłużej zachowywać powagi. Przez chwilę niczym dzieci 

podziwiali  się nawzajem w  swoich nowych  ubraniach.  Prostych,  ale  wspaniałych.  Taran 

miała długą do pół łydki suknię o pięknie zdobionym brzegu. Uriel natomiast nieco bardziej 

męską bluzę, a do tego długie spodnie. Oboje nosili lekkie obuwie zrobione z czegoś, co 

wyglądało na giemzową skórkę, choć nie była to skóra zwierzęcia, lecz jakiś inny nie znany 

im materiał.

– Więc co będziemy robić teraz? – zapytała  Taran, kiedy już nazachwycali  się sobą 

nawzajem.

– Są tutaj tylko jedne drzwi – mruknął Uriel.

Taran powstrzymała go.

– Urielu, czy pamiętasz, co oni mówili o tym, że Wrota oczyszczają?

– Tak, i myślę, że mieli rację.

– No właśnie. Czuję się jakby odmieniona. Jakaś przesadnie dobra.

– Chyba to nie to – odparł jej mąż krótko. – Ale wiem, co masz na myśli. Życie tutaj 

wydaje się takie lekkie. Człowiek jest przepełniony życzliwością, bliski euforii.

– Tak, właśnie tak. Chciałoby się, by wszystkim ludziom było dobrze. Czuję się tak, 

jakbym nie miała żadnych wrogów.

Umilkła. Cień lęku przemknął po jej twarzy.

– Rozumiem – powiedział Uriel z powagą. – Nie wiemy tylko, jak długo potrwa ta rajska 

egzystencja. Nie wiemy nawet, gdzieśmy się znaleźli.

– Zanim się tego nie dowiem i zanim się nie przekonam, że nasi bliscy są tutaj z nami i 

też czują się dobrze, nie odważę się uwierzyć w to szczęście.

Uriel z powagą kiwał głową. Podeszli do drzwi, które cichutko otworzyły się przed nimi. 

Oboje podskoczyli zdumieni.

– Tutejsze drzwi mają bardzo nieprzyjemny zwyczaj – westchnęła Taran. – Mam ochotę 

zajrzeć na drugą stronę, żeby zobaczyć, kto tam za nimi stoi i po kryjomu je przed nami 

otwiera.

Po   tamtej   stronie   jednak   nie   było   nikogo.   Znaleźli   się   w   niewielkim   pokoju   o 

cylindrycznym kształcie.

– Nie, to jakaś garderoba czy coś w tym rodzaju – stwierdziła Taran i nie chciała wejść 

do środka. Uriel okazał się odważniejszy. Zresztą nie było innej drogi. Ujął więc mocno rękę 

żony i wprowadził ją do pomieszczenia. Gdy tylko się tam znaleźli, drzwi zasunęły się z 

powrotem. Taran rzuciła się na nie przekonana, że teraz to już na pewno znaleźli się w 

background image

pułapce. I że na pewno pułapka zatrzasnęła się za nimi. Uriel zatrzymał ją i oboje wydali jęk 

przerażenia,   kiedy   podłoga   zaczęła   się   pod   nimi   zapadać.   Po   prostu   nie   pojmowali,   że 

znajdują   się   w   windzie.   Było   to   urządzenie   na   bardzo   wysokim   poziomie   technicznym. 

Nawet trzysta lat później mogło budzić zdumienie.

Przerażeni,   bardziej   jednak  oszołomieni   tymi  wszystkimi  interesującymi  nowościami, 

stwierdzili, że gdy tylko winda stanęła, drzwi znowu się rozsuwają. Wyszli na zewnątrz, a 

tam czekał na nich Strażnik Słońca w towarzystwie jakiejś kobiety. I Nero.

– Nero, stary druhu – zawołała Taran wzruszona, odpowiadając na jego pełne zachwytu 

powitanie. – Jak to wspaniale, że jesteś z nami i że nic ci się nie stało! Teraz czuję się dużo 

bardziej bezpieczna.

Podziękowała za ubrania,  stłumiła  jednak chęć podniesienia  sukienki i pokazania  im 

delikatnej bielizny.

– To jest Lia – przedstawił swoją towarzyszkę Strażnik. – Ona się wami zajmie.

Skinął im głową i odszedł.

Lia   mogła   mieć   jakieś   trzydzieści   lat,   była   ładna   i   sympatyczna.   Nosiła   podobną 

sukienkę jak Taran, tylko w innym kolorze i ozdobioną innym wzorem. Taką też chciałabym 

mieć, pomyślała Taran.

– Chodźcie, to oprowadzę was po domu – zaprosiła Lia przyjaźnie.

Uff, nie bądź taka cholernie oficjalna, przynajmniej dopóki się nie dowiem, gdzieśmy się 

znaleźli, pomyślała Taran ze złością.

Człowiek bywa skłonny do irytacji, kiedy ma do czynienia z niezrozumiałą dla siebie 

sytuacją.

Nie zatrzymując się szli od jednego pokoju do drugiego. Nera prowadzili na smyczy. 

Hall okazał się niezwykle piękny, a kuchnia po prostu cudowna i bardzo zainteresowała 

Uriela.   Wypytywał   i   wypytywał.   Gdzie   miejsce   na   palenisko?   Co   oznaczają   te   różne 

kolorowe przyciski i instrumenty? Lia zaś tłumaczyła i pokazywała. Taran, która nigdy nie 

miała serca do prac domowych, zobaczyła,  że na zewnątrz rosną fantastycznie wielkie i 

piękne kwiaty, a nieco dalej rozciąga się sad owocowy, pełen wspaniałych drzew i krzewów. 

Dojrzała także grządki z rozmaitymi  warzywami. Dla Madragów to po prostu marzenie, 

pomyślała. Głośno zaś powiedziała:

– Och, to wszystko powinny zobaczyć mama i babcia, a przede wszystkim Madragowie.

Ciemnowłosa kobieta bez wieku uśmiechnęła się.

– Widzą to. Twoja matka, Taran, ma taki sam dom na wzniesieniu obok, a księżna i jej 

mąż w dolinie po tamtej stronie. Również Villemann i jego rodzina otrzymali podobny dom 

background image

tu w pobliżu. Madragowie natomiast zamieszkali w innej osadzie.

Aha, więc Villemann ma już rodzinę. No cóż, znakomicie. Zasłużyli sobie na to oboje, i 

on, i Mariatta, a także jej dzieci.

– Jaki piękny krajobraz – powiedziała Taran z podziwem patrząc na łagodne, pokryte 

kwiatami wzgórza, skąpane w złocistym świetle.

Wysokie, podobne do cyprysów drzewa rysowały się wyraźnie na tle jasnego nieba, a w 

dolinie pod nimi znajdowały się skupiska domów przypominających ich własny. Białe, o 

kopulastych lub mających kształt piramidy dachach. Tu i tam wznosiły się wysokie wieże 

podobne do minaretów, niemal sięgające nieba. Dachy i wieżyczki mieniły się światłem, 

które jednak nigdy nie było ostre ani nieprzyjemne. Wszystko tonęło w łagodnym i ciepłym 

złocistym blasku. Gdzie tu zastawiono na nas pułapkę? Taran rozglądała się podejrzliwie.

Właściwie trudno powiedzieć, że znajdują się w osadzie. Było tu zbyt wiele przestrzeni, 

pomiędzy  domami  rozciągały  się  skwerki   i ogrody.   Po prostu  osiedle   rozproszonych   na 

łagodnych stokach domostw.

– To miejsce musi przypominać święte miasto Lemurów – powiedziała Taran cicho.

– I rzeczywiście tak jest – potwierdziła Lia. – Stolica Lemurii została zbudowana na 

takim samym planie.

– Czy macie tutaj wiele takich... osad czy miasteczek, nie wiem jak to nazwać?

– To bez znaczenia, jak się je nazywa – uśmiechnęła się kobieta. – Ale, owszem, mamy 

ich trochę.

Uriel zdołał się w końcu oderwać od fantastycznych urządzeń kuchennych i przyłączył 

się do pań. Wskazał ręką na grupę drzew rosnącą na zboczu na prawo od nich.

– To jest Srebrzysty Las – wyjaśniła Lia. – Nazywamy go tak ze względu na wygląd 

liści.

– Ja mam raczej wrażenie, jakby liście zostały zrobione ze złota – wtrąciła Taran.

– To zależy od światła. Jeśli człowiek podejdzie bliżej, różnica jest wyraźna, ale my 

rzadko tam chodzimy. Czy możemy kontynuować oglądanie domu?

„Dlaczego tam nie chodzicie?” chciała zapytać Taran, ale Uriel nie dopuścił jej do słowa. 

Uniósł wzrok ku złocistemu niebu. Słońca nie było, mimo to wszystko tonęło w złotym 

świetle.

– Gdzie my właściwie jesteśmy? – zapytał z naciskiem.

– Czy nikt wam tego nie powiedział?

– Nie – odrzekł Uriel. – Przeszliśmy przez Wrota i weszliśmy w głąb Ziemi. Potem 

znowu szliśmy pod górę, aż znaleźliśmy się w jakiejś wielkiej grocie. Po jakimś  czasie 

background image

wydostaliśmy się z niej i brnęliśmy w ciemnościach przez las pełen bardzo nieprzyjemnych 

zjawisk. A potem nagle znaleźliśmy się tutaj. W innym świecie tak obcym, że przepełnia nas 

lękiem.

–   I   zdziwieniem   –   wtrąciła   Taran   pospiesznie,   nie   chciała   bowiem   wyglądać   na 

nieuprzejmą lub niewdzięczną. Nie była jednak w stanie opanować drżenia ciała.

– Tak jest, zdziwieniem również – przyznał Uriel.

– No cóż, skoro nikt wam niczego nie powiedział, to i mnie nie wypada podejmować 

wyjaśnień   –   rzekła   kobieta   lekkim   tonem.   –   Wkrótce   dostaniecie   wszystkie   potrzebne 

informacje. Chodźmy dalej.

Przez chwilę przyglądała się obojgu przybyszom. Szlachetny Uriel o czystych rysach i 

ufnym wzroku, o pięknych blond włosach, wysoki, mówiono o nim: prawie anioł... Tak, to 

by się mogło zgadzać. I dziewczyna. Owa młoda Taran. Obdarzona wyjątkową, niezwykłą 

urodą, szelmowska i pełna wdzięku. Jaka piękna para! Trudno znaleźć drugą taką. Taran z 

pewnością   może   stwarzać   pewne   problemy,   w   każdym   razie   dopóki   nie   zawładnie   nią 

łagodność Słońca.

Wolno ruszyli do następnego pokoju. Tak samo sterylnie czystego i wspaniałego jak 

poprzednie pomieszczenia.

Dlaczego oni są tacy tajemniczy?  zastanawiała się Taran. Jest w tym  wszystkim coś 

podejrzanego. Mogłabym przysiąc, każdy napięty do ostateczności nerw w moim ciele mi o 

tym mówi.

Czy to jest piekło, to miejsce, w którym się znaleźliśmy? Jeśli tak, to wszyscy ludzie na 

Ziemi powinni grzeszyć, jak tylko potrafią. Nie, trudno uwierzyć, że to piekło. W takim razie 

co?

– Powiedz mi – zapytała ostrożnie przewodniczkę. – Powiedz mi, czy my się znajdujemy 

w innym wymiarze?

Lia wahała się przez chwilę, niepewna, co powiedzieć.

– Nie – rzekła w końcu.

–   W   takim   razie   niczego   nie   rozumiem   –   westchnęła   Taran.   –   Nie   umarliśmy,   nie 

znaleźliśmy się w piekle ani w innym wymiarze, w takim razie w niebie pewnie także nie, bo 

nie sądzę, że ja mogłabym sobie na to zasłużyć. Urielu, ty przecież w pewnym sensie byłeś 

już   w   niebie,   w   każdym   razie   miałeś   okazję   zerknąć   na   raj.   Czy   to   ci   niczego   nie 

przypomina?

– Nie – odrzekł. – To jest znacznie lepsze, bardziej żywe, zachęcające do badań.

– No właśnie, jesteśmy nadal żywi. Znajdujemy się w jakimś cudownym świecie albo... 

background image

A   może   my   jesteśmy   na   jakiejś   gwieździe?   Dostaliśmy   się   tam   w   czasie   tej   dziwnej 

drzemki...

Lia pochyliła głowę, żeby ukryć uśmiech.

– Znajdujecie się bliżej Ziemi, niż można przypuszczać.

Taran westchnęła zrezygnowana.

Szli dalej. Reszta domu również była wspaniała. Wszędzie komfort, wszystko urządzone 

z wyszukanym smakiem i tak niepodobne do domów, jakie dotychczas oglądali, że Uriel 

mruknął:

– Można sądzić, iż znaleźliśmy się w przyszłości odległej o tysiące lat od naszego czasu.

Wtedy Lia uśmiechnęła się tajemniczo.

– Wszystko jest takie perfekcyjne – poskarżyła się Taran na koniec. – Zbyt perfekcyjne, 

jak na nas. Brak mi tutaj wielu rzeczy, do których przywykłam.

– Wiemy o tym – rzekła Lia łagodnie. – Dlatego mamy dla was małą niespodziankę.

Mięśnie Taran mimo woli się napięły.

– Bardzo radosną niespodziankę – dodała Lia. – Chodźcie ze mną.

Otworzyła   jakieś  drzwi  i  poprowadziła  ich  do  innego  skrzydła   czy  też  przybudówki 

głównego domu. Trzy znajdujące się tam pokoje stały kompletnie puste.

– Och! – zawołała Taran zachwycona. – Skąd wiedzieliście, że tego mi właśnie brakuje?

– Każdy człowiek, który urządza sobie mieszkanie, chce to uczynić zgodnie z własnym 

smakiem.  Musicie nam wybaczyć,  że główny dom został już umeblowany.  Tutaj jednak 

możecie robić, co się wam podoba.

– Fantastycznie – szepnęła Taran niemal bezgłośnie. – Ale skąd weźmiemy meble? Kto 

utka materiały, których będziemy potrzebować?

–   Rzemieślnicy   mieszkają   na   dole   w   centrum   osady.   Zamówicie,   co   będzie   wam 

potrzebne, a oni już to załatwią. Poza tym można kupić różne gotowe rzeczy. A pieniądze 

nie stanowią problemu. Mamy tutaj własny system.

Uriel nadal był sceptyczny.

– Wszystko wygląda tak strasznie... wygodnie. Tam, skąd przychodzimy, człowiek musi 

się bardzo natrudzić, żeby zdobyć niezbędne rzeczy.

Lia spoważniała.

– Tutaj także nic nie spada z nieba. Każdy bez wyjątku ma swoje zadania do spełnienia. 

Nikt nie chodzi bezczynnie, bo w przeciwnym razie dopiero by powstawały problemy.

– Powiedz to Rafaelowi – mruknęła Taran. – Ale znakomicie. Co my będziemy robić?

– Wkrótce się dowiecie – uśmiechnęła się kobieta.

background image

Uriel rzekł pospiesznie:

– Chociaż nie widzieliśmy jeszcze zbyt wielu mieszkańców osady, wygląda na to, że 

panuje tu bardzo spokojna i przyjazna atmosfera.

– Takie wrażenie zawdzięczamy Światłu – wyjaśniła Lia.

– Czy zdarzają się przestępstwa kryminalne?

Przewodniczka wahała się przez chwilę.

– Nie. Nie... w obrębie.

– W obrębie czego? – zapytała Taran ostro.

– W obrębie Światła.

– Więc istnieje także Ciemność?

– Daleko stąd – odparła Lia. – Teraz jednak muszę was opuścić. Wykorzystajcie ten 

dzień na zapoznanie się z otoczeniem. I zachowajcie spokój, nie martwcie się niczym. Nic 

nie zakłóci wam życia, dopóki sami nie będziecie tego chcieli. A jestem przekonana, że tak 

nie będzie. Tego typu myśli tutaj znikają.

– Całkowicie?

Lia znowu się zawahała.

– Niemal całkowicie. Niedaleko stąd jest osada dla takich, którzy nie potrafili przeżyć 

okresu przejściowego. Nie umieli się dostosować do wszelkich nowości. Są niezadowoleni, 

ale ponieważ drogi powrotnej nie ma, muszą pozostać. Wasza osada jednak przypomina 

zwyczajną osadę z dawnego świata. Ludzie również.

Chciałabym odwiedzić tę wioskę, o której ona mówi, pomyślała Taran. Gdybym tutaj 

czuła się źle, to zawsze mogłabym się tam przeprowadzić, jeśli oczywiście Uriel zechce mi 

towarzyszyć.

Lia pożegnała się uprzejmie i odeszła.

Małżonkowie spoglądali po sobie. Taran zbliżyła się do Uriela, jakby szukając u niego 

bezpieczeństwa, on objął ją i mocno przytulił. Stali tak przez dłuższą chwilę z uczuciem 

bezradności i opuszczenia.

– Obszar pogrążony w ciemności znajduje się daleko stąd – szepnęła Taran.

–   Tak,   zastanawiam   się   tylko,   czy   to   ta   sama   ciemność,   przez   którą   musieliśmy 

przechodzić   tam,   gdzie   znajdowały   się   te   okropne   niewidzialne   stworzenia.   Villemann 

mówił, że mężczyzna, który zaatakował Danielle, miał ciało o bardzo dziwnej konsystencji, 

to znaczy jego skóra była dziwna.

– Tylko że my chyba szliśmy przez zwyczajne, nocne ciemności – zaprotestowała Taran. 

– Mrok, o którym mówiła Lia, jest inny, to coś jakby odmienny świat, nie taki jak ten, w 

background image

którym my się znajdujemy.

– Chyba tak. Od początku wiedziałem, że to wszystko jest zbyt piękne, by mogło być 

prawdziwe.

Taran   niepokoiły   inne   sprawy.   Jesteśmy   zwyczajnymi   ludźmi,   myślała.   Nie   mamy 

żadnych nadprzyrodzonych zdolności takich jak ojciec i Dolg, a mimo wszystko odczuwam, 

że tutaj kryje się coś więcej. Dziwne określenie „odczuwam”, ale nie umiem tego inaczej 

wyrazić.

Wszystko jest po prostu wielką, niepojętą dla nas zagadką.

8

Tego samego dnia po południu rodzina siedziała w domu Taran i Uriela. To znaczy nie 

było   Rafaela   i   Danielle   ani   ich   towarzyszy   życia:   Amalie   i   Leonarda.   Brakowało   też 

Heinricha Reussa von Gera. Oni wszyscy otrzymali mieszkania w zachodniej części kraju. 

Theresa zapytała, dlaczego tak się stało. „Dlatego, że ani Rafael, ani Danielle, ani Reuss nie 

są tacy silni jak wy. Będzie dla nich bezpieczniej mieszkać tam dalej”. Tak odpowiedział jej 

przewodnik. „A zatem wschodnia część jest niebezpieczna?” – zapytała  ostro. „Nie, nie, 

tylko że tutaj znajdujemy się bliżej Ciemności. Pani, księżno, a także pani mąż, Erling, mogą 

również przeprowadzić się do zachodniej części, gdyby sobie państwo tego życzyli”.

Dla Theresy i Erlinga był to trudny wybór. Bardzo nie lubili, kiedy rodzina się dzieliła.

„Zaczekajmy z tym do rana, kiedy wrócą Móri i Dolg" – zdecydował Erling.

Tiril była spokojna i pełna ufności. Wiedzieli już, że Móri i Dolg zostali zatrzymani u 

Wrót. Była tam potrzebna ich pomoc, chodziło o jakieś sprawy związane z magią. Mieli 

wrócić „jutro”. Ani Uriel, ani Villemann nie pamiętali już, że obaj czarnoksiężnicy, ojciec i 

syn,   zostali   napadnięci   przez   czterech   ostatnich   rycerzy   złego   Zakonu.   Strażnik   Słońca 

wymazał ten straszny moment z ich mózgów.

Tego popołudnia podano im przepyszne ciastka oraz kawę i herbatę, napoje, które w ich 

starym świecie były zupełną nowością. Wyglądało na to, że tutaj używane są od dawna.

Po raz nie wiadomo który ktoś stwierdził: „To wszystko jest zbyt piękne, żeby mogło być 

prawdziwe”,   na   co   ktoś   inny   przypomniał,   że   Cień   obiecywał   przecież,   iż   czeka   ich 

wspaniałe życie, niech no tylko przekroczą Wrota.

– A widzieliście wygódki? – zawołała Taran z entuzjazmem.

background image

–   Oczywiście,   że   widzieliśmy   –   odparł   Villemann   ze   śmiechem.   –   Są   fantastyczne. 

Człowiek nie musi wychodzić na dwór i wszystko znika, gdy tylko...

– Dobrze już, dobrze – przerwał mu Erling. – Nie musisz się wdawać w szczegóły. Ale 

rzeczywiście urządzenie jest genialne, muszę to przyznać. Jonas, już ani jednego ciastka 

więcej dla Nera – dokończył cicho.

Mały synek Mariatty, zawstydzony, spuścił wzrok. Nero siedział pomiędzy nim i jego 

siostrą Gretą, ponieważ w tym miejscu spadało ze stołu najwięcej okruchów.

– Jaka szkoda, że Rafaela i Danielle nie ma z nami – westchnęła Theresa.

– Wszyscy inni otrzymali te same informacje co wy – zapewnił Strażnik Słońca, który 

towarzyszył im wraz ze Strażnikiem z plemienia Lemurów o imieniu Ram.

–   Czy   będziemy   mogli   ich   od   czasu   do   czasu   spotykać?   –   zapytała   Theresa 

przestraszona.

– Oczywiście, komunikacja pomiędzy osadami nie jest trudna.

– Czy my mieszkamy w stolicy? – zapytała Tiril.

– Nie. Stolica leży w centrum kraju.

– Ano tak, prawda. Przecież znajdujemy się w części wschodniej, w pobliżu Ciemności – 

przypomniała sobie Taran. – Ta część osady nazywana jest Wschodnią Rzeką, prawda?

– Tak  jest –  potwierdził   Strażnik  Słońca  z  powagą.  Nagle  umilkł,   ponieważ  dał  się 

słyszeć cichuteńki, dzwoniący sygnał. Ram odpiął od swego pasa jakiś czarny przedmiot i 

przyłożył go sobie do ucha. Najwyraźniej rozmawiał z kimś, kogo oni ani nie widzieli, ani 

nie słyszeli.

Spoglądali po sobie, wytrzeszczając oczy. Mimo że byli razem i że w tym nieznanym 

świecie   otaczał   ich   komfort   oraz   same   piękne   przedmioty,   znowu   ogarnął   ich   głęboki 

niepokój.   Czy   rzeczywiście   wszystko   jest   takie   wspaniałe,   jak   Obcy   chcą   im   wmówić? 

Pamiętali przecież, że i Heinrich Reuss, i mały Jonas wpadli w panikę i chcieli uciekać do 

starego, bezpiecznego świata, który zresztą już od dawna bezpieczny nie był. I wiedzieli, że 

muszą walczyć z tym nieustannym lękiem, który niekiedy zaczynał się przeradzać w histerię.

Po   każdej   chwili   spokoju   nieuchronnie   pojawiał   się   znowu   podstępny   lęk   przed 

nieznanym.   Czym   zajmuje   się   Strażnik?   Nie   pomagało   to,   że   siedzieli   na   wspaniałych 

białych kanapach i mieli przed sobą tyle pyszności, że w narożnikach stały bukiety pięknych 

kwiatów, że powietrze w pokoju było świeże i ciepłe. To przecież mogła być pułapka.

Lemur Ram zakończył swoją niezwykłą rozmowę i odłożył dziwny czarny przedmiot. 

Przez chwilę Strażnicy szeptali coś między sobą, a reszta czekała w niepokoju.

Wreszcie Ram uniósł głowę i popatrzył na nich.

background image

– Otrzymałem  wiadomość od moich zleceniodawców. Jestem im potrzebny,  a ściślej 

biorąc, potrzebne im są moje powozy. Pewien rolnik ma problem, którego nie potrafi sam 

rozwiązać. Mianowicie przed kilkoma dniami zgięło mu nieduże cielę. A tutaj inwentarz jest 

niesłychanie ważny, ponieważ nie możemy sprowadzić nowych zwierząt. To zbyt trudne. 

Moi zwierzchnicy życzą sobie, bym wyruszył na poszukiwanie cielęcia. Ktoś mógł porwać 

zwierzątko, jest ono zresztą takie młode, że długo samo nie da sobie rady.

Wszyscy   byli   wzruszeni,   że   ów   władczy   człowiek   okazuje   tyle   troskliwości 

bezbronnemu zwierzęciu.

– Powozy znalazły się tutaj ze względu na was – ciągnął Ram. – Miałem was zaprosić na 

małą wycieczkę...

W głowach ludzi zaświtała pewna myśl. Strażnik Słońca popatrzył na nich i uśmiechnął 

się.

– Świetny pomysł – skinął głową. Wszyscy wstali.

– A matka? To znaczy krowa... – zapytała Tiril. – Czy ona nie mogłaby znaleźć cielęcia?

– Zwierzęta rozłączyły się z winy kilku bezmyślnych dzieciaków – wyjaśnił Strażnik 

Słońca. – Dzieci z osady nieprzystosowanych goniły cielę dla zabawy i oddzieliły je od 

stada, a potem zostawiły własnemu losowi.

Mimo że jego głos brzmiał bezbarwnie, wszyscy domyślali się, co sądzi o mieszkańcach 

tamtej osady.

– A ja wierzyłam, że wszystko tutaj jest doskonałe – rzekła Taran z odrobiną złośliwości.

Strażnik Słońca uśmiechnął się cierpko.

– To pewnie Cień tak mówił, prawda? Że wszystko będzie jak w raju, wystarczy, że 

przekroczycie Wrota.

– Ależ,  Taran,   musisz  chyba  przyznać,   że  tu  jest  naprawdę  fantastycznie.  Po prostu 

niewiarygodnie pięknie – rzekła Tiril z wyrzutem w głosie.

– Oczywiście, oczywiście, ale przypominam sobie, że miało być idealnie. Wrota miały 

przecież oczyścić nas, grzeszne stworzenia.

Strażnik Słońca wolno potrząsnął głową.

– Nic nie będzie doskonałe, dopóki pozostaniecie żywymi ludźmi, Taran. A jeśli chodzi 

o owo oczyszczenie,  to  odnosiło  się ono jedynie  do waszych  charakterów.  Dzięki  temu 

wszystko tutaj wyda wam się łatwiejsze i prostsze. Stare zmartwienia i niepokoje znikną. 

Tak to właśnie miało być.

– I chyba rzeczywiście tak jest – przyznała Taran. – Ale przecież nie staliśmy się dzięki 

temu od razu sympatycznymi aniołami, prawda?

background image

– Chyba rzeczywiście nie – uśmiechnął się Strażnik i wszyscy wybuchnęli śmiechem.

Villemann wrócił do sprawy zaginionego cielęcia:

– Sądzicie więc, że moglibyśmy wziąć udział w poszukiwaniach? Bardzo chętnie.

– Jeśli ktoś chciałby zostać w domu, to oczywiście może.

Ale nikt nie zamierzał  zostawać,  któż by nie chciał  spróbować odnaleźć bezradnego 

zwierzęcia?

Nagle zapomnieli o niedawnych lękach. Teraz chodziło o ratowanie zagrożonego życia.

–   Wspaniale   –   ucieszył   się   Strażnik   Słońca,   a   Ram   kiwał   głową.   –   W   takim   razie 

połączymy przyjemne z pożytecznym: wyruszymy na poszukiwanie zaginionego cielęcia, a 

jednocześnie   wy   będziecie   mogli   obejrzeć   swoją   nową   ojczyznę   i   poznać   ją   bliżej. 

Pojedziemy aż do granicy.

– Której nie wolno przekraczać! – zawołała nieznośna Taran.

– Której wy nie możecie przekraczać – sprostował Strażnik Słońca.

– A zatem jesteśmy więźniami?

– Nie, kraj jest duży, będziecie tutaj bardziej wolni, niż byliście kiedykolwiek przedtem, 

ale masz rację, stąd drogi powrotnej na zewnątrz nie ma.

Coś w jego głosie sprawiło, że Taran nie do końca mu wierzyła. Bardzo jestem ciekawa 

tych granic, myślała uparta jak zawsze.

W jakiś czas potem wyruszyli na poszukiwania połączone z oglądaniem nowego kraju. 

Przybysze spodziewali się, że przy bramie wspaniałego ogrodu zobaczą konie. Ale niczego 

takiego nie było. Poproszono ich natomiast, by wsiedli do jakichś dość dziwnych wozów. 

Bardzo pięknych i bardzo wygodnych, ale pozbawionych kół.

Na przedzie usiadł woźnica, natomiast Strażnik Słońca zajął wraz ze wszystkimi miejsce 

z tyłu.

– Niemal jak w łodzi – zdziwił się Villemann zakłopotany. – Ale przecież stąd daleko 

jest do Złocistej Rzeki, która płynie przez osadę.

Villemann zdążył już wyjść i rozejrzeć się po okolicy, w czym nikt mu nie przeszkadzał.

W jednym powozie by się nie zmieścili, podstawiono więc dwa, i każdy z nich miał 

swojego woźnicę. Ram wsiadł do drugiego pojazdu.

Wszystko   wokół   nich   było   cudownie   piękne,   harmonijne   i   zadbane.   Taran   niemal 

zaczynała tęsknić za widokiem jakiejś rozpadającej się ruiny na jednym z zielonych, pełnych 

kwiatów wzgórz. Za czymś, co zakłóciłoby ten wspaniały porządek.

Nie omieszkała poinformować o tym zebranych, a w jej głosie pobrzmiewała agresja.

Strażnik Słońca uśmiechał się z pobłażaniem.

background image

–   Wiesz,   Taran,   spodziewałem   się,   że   powiesz   coś   podobnego.   Mogę   cię   jednak 

pocieszyć, że istnieją tego rodzaju okolice również w naszym państwie, zwłaszcza w starych 

jego częściach. Ta osada jest stosunkowo nowa.

– W to akurat wierzę – mruknął Villemann, rozglądając się uważnie wokół. – Chciałem 

powiedzieć,   że   to   wszystko   sprawia   na   mnie   wrażenie   utopii,   jakbyśmy   się   znaleźli   w 

świecie z odległej przyszłości.

Strażnik Słońca znowu uśmiechnął się tajemniczo.

– A ja bym bardzo chciała zobaczyć stare części kraju – powtarzała Taran z uporem.

– Jeszcze zobaczysz.

Muszę   się   trochę   opanować,   myślała   Taran.   Czy   ja   naprawdę   nigdy   nie   mogę   być 

zadowolona?

Woźnica, jak go nazywali, ubrany był w niebieską bluzę i spodnie. Upewnił się, czy 

pasażerowie siedzą wygodnie, po czym zakręcił półkolistym przedmiotem, który miał przed 

sobą, i ludzie krzyknęli głośno z lęku i zdumienia. Nero szczeknął krótko, zaniepokojony.

Powóz   albo   łódź,   czy  jak  to   nazwać,   uniósł   się   lekko   z   ziemi   i  popłynął   ponad   jej 

powierzchnią na wysokości mniej więcej łokcia.

Oczy Villemanna zrobiły się wielkie jak spodki.

– Co to jest? – zapytał.

– My to nazywamy powietrzną gondolą – odparł Strażnik Słońca wyraźnie ubawiony ich 

reakcją. – Mamy również zwyczajne gondole, które pływają po wodzie, poza tym mamy 

jeszcze pojazdy posuwające się po ziemi, te jednak wykorzystujemy bardzo rzadko. Niszczą 

one bowiem wiele roślinności i zostawiają po sobie głębokie ślady. Najlepsze są pojazdy 

latające.

– Czy to właśnie jest jeden z nich? – upewniała się Taran, podczas gdy pojazd zataczał 

łuk wokół domu jej i Uriela. Również od tej strony domostwo prezentowało się wspaniale.

– Ten powóz należy do nisko latających. Mamy jeszcze inne, które wznoszą się znacznie 

wyżej i latają dużo szybciej.

– Szybciej? – jęknęła Mariatta, trzymająca się kurczowo oparcia. – Mnie się wydaje, że 

to już wystarczy.

Dwójka jej dzieci pokrzykiwała radośnie, kiedy przepływali nad ich ogrodem i placem 

zabaw, który zdążyły odwiedzić przed południem.

Gondola przeleciała nad domami na stoku i teraz znajdowała się nad centrum osady. 

Ludzie   w   pięknych   ubraniach   machali   do   nich   radośnie.   Oni   odpowiadali   tym   samym. 

Niektórzy z podróżnych  w  dalszym  ciągu  nie mogli  pozbyć  się lęku,  inni zaczynali  się 

background image

uspokajać.

– Wspaniale – wzdychała Taran, która zdążyła już zaakceptować i szybkość pojazdu, i 

komfort podróży. – A jak sympatycznie wyglądają tutejsi mieszkańcy!

– Jedna rzecz jest istotnie bardzo miła – rzekła Mariatta w zamyśleniu. – Ci ludzie, 

których widzieliśmy, nie są specjalnie urodziwi, owszem, zdarzają się i tacy, przeważnie 

jednak są dość pospolici.

Villemann skinął głową.

– Znajdują się tu reprezentanci wszystkich ras: biali, żółci, czerwoni i czarni.

– Trafna obserwacja – przyznał Strażnik Słońca. – Nie przeprowadzamy żadnej selekcji.

– Co to znaczy? – szepnęła mała Greta.

– To znaczy, że nikogo się nie wybiera. Nie wybiera się na przykład najładniejszych i nie 

wyrzuca tych mniej udanych – wyjaśnił Villemann.

– Więc ja mogę tu zostać?

Nieśmiałe pytanie dziewczynki wzruszyło go.

– Ależ oczywiście, zwłaszcza tacy jak ty, Greto, mogą tu przebywać. Ludzie o dobrych 

sercach.

Strażnik   Słońca   przysłuchiwał   się   ich   rozmowie   z   lekkim   uśmiechem.   Kiwał   małej 

przyjaźnie głową. Ona uspokoiła się i mocno trzymała braciszka Jonasa za rękę.

– Jonasa również gospodarze zaprosili – zapewnił ją Villemann. – Zresztą zaprosili nas 

wszystkich.

Dziewczynka   westchnęła   z   drżeniem,   a   na   jej   wargach   ukazał   się   pełen   szczęścia 

uśmiech.

W drugiej gondoli powietrznej widzieli Tiril, Erlinga i Theresę. Wszyscy troje sprawiali 

wrażenie, że otrząsnęli się już ze zdumienia. Teraz siedzieli spokojnie i pokazywali sobie 

nawzajem różne ciekawe rzeczy w dole. Nero, wyprostowany, z wytrzeszczonymi oczyma, 

nie odstępował ani na krok Tiril. Taran była przekonana, że wbił mocno pazury w podłogę 

gondoli.

– Spójrzcie, główna ulica – pokazywał Uriel. – Znajdują się tam wszelkie sklepy, jakie 

tylko można sobie wyobrazić. O! Tam sprzedają gotowe ubrania, a tam artykuły spożywcze. 

Dalej widzę aptekę...

– Apteka to by było coś dla ojca i Dolga. Musimy im o tym jutro opowiedzieć – wtrąciła 

Taran.

– Cukiernia – zawołał Villemann przejęty. – Wiecie co? Myślę, że osiedlę się w tym 

kraju.

background image

– I dopiero teraz wpadłeś na ten pomysł? – chichotała Taran zaczepnie.

Spotykali inne pojazdy z pasażerami. Woźnice pozdrawiali się nawzajem. Nowo przybyli 

przyglądali się wszystkiemu coraz spokojniej. Podejrzliwość powoli ich opuszczała.

– Zdaje mi się, że nie powinniśmy ich nazywać woźnicami – rzekła Taran. – Jak wy o 

nich mówicie?

– Kierowcy – odparł Strażnik Słońca. – To są kierowcy gondoli.

– Aha, to rzeczywiście lepiej brzmi. Woźnica kojarzy się właściwie z koniem, prawda?

Villemann chciał zapytać, czy mają też konie, ale akurat znaleźli się poza granicami 

osady i zainteresowały go inne rzeczy. Kierowca przyśpieszył, włosy pasażerów powiewały 

teraz   na   wietrze,   a   oni   dyskretnie   chwycili   się   mocniej   oparć.   Wciąż   rozglądali   się   za 

zbłąkanym cielęciem.

Lecieli   ponad   urodzajnymi   polami   z   żółtozłocistym   zbożem,   nad   wspaniałymi, 

pokrytymi   kwieciem   wzgórzami   i   nad   liściastymi   zagajnikami.   W   oddali   na   wysokich 

zboczach widzieli Srebrzysty Las. A ponieważ nauczyli się już rozróżniać kierunki świata, 

wiedzieli, że leży na wschodzie.

Tam gdzie ciemności?

Pewnie dlatego kierowcy nie jechali w tamtą stronę, ale we wprost przeciwną. Taran 

przeniknął dreszcz. Dlaczego te ciemności ją tak przerażają?

– Czy nie moglibyśmy zajechać na Zachodnie Łąki? – Zapytał Uriel. – Do Rafaela i 

pozostałych.

– Później. Najpierw obejrzymy sobie stolicę.

– Czy mamy na to czas? – zaniepokoiła się Taran. – W stolicy raczej nie znajdziemy 

cielęcia.

– Masz rację, Taran, przyjaciółko zwierząt. Miasto może poczekać.

Kierowca   gondoli   zatoczył   łuk   nad   bajecznie   piękną   doliną   i   ciemnymi   lasami   na 

otaczających ją wzgórzach.

– Tutaj osiedlili się wasi przyjaciele elfy i inne istoty natury – wyjaśnił Strażnik Słońca. 

– Spotkali tu wielu pobratymców z dawnych czasów.

– To znakomicie – ucieszyła się Taran. – A Madragowie?

– Ach, oni – uśmiechnął się Strażnik Słońca. – Nigdy jeszcze nie widziałem równie 

szczęśliwych   i   radosnych   istot.   Oni   mieszkają   dalej   na   południe.   Razem   ze   swoimi 

krewniakami   i   przedstawicielami   innych   ras,   na   Ziemi   już   wymarłych.   Madragowie 

nareszcie odnaleźli dom.

Na   Ziemi!   Villemann   otworzył   usta,   by   zapytać,   gdzie   się   właściwie   znajdują,   ale 

background image

Strażnik Słońca dał mu nieznaczny znak ręką.

– Wkrótce – uspokoił go.

Czy oni również czytają w myślach? zastanawiał się Villemann lekko spłoszony. Uznał 

jednak, że bardzo łatwo było się domyślić, o co chciał zapytać.

Krajobraz pod nimi był teraz bardziej zróżnicowany, nie mieli jednak dobrego widoku, 

gondola bowiem sunęła bardzo nisko nad ziemią.

Uriel, który z pewnością wiedział o świecie więcej niż inni, marszczył brwi. Tutaj nie ma 

żadnego   horyzontu,   myślał   zdumiony.   Znajdujemy   się   stosunkowo   wysoko   nad 

powierzchnią ziemi, a linia horyzontu nie znika tak, jak to się dzieje na pełnym morzu, a 

nawet przeciwnie, wznosi się coraz wyżej i wyżej, łukowato wygięta.

Niepojęte!

Spojrzał   w   niebo.   Nigdzie   żadnych   chmur,   tylko   ten   ciepły   złocisty   blask   jak   przy 

pięknym zachodzie słońca w pogodny dzień. Jednak ów blask trwa tutaj i we dnie, i w nocy. 

Dziś rano Uriel obudził się, kiedy Taran jeszcze spała, i widział, jak okna w kopulastym 

suficie się otwierają wolno i bezgłośnie. Kiedy kopuła była szczelnie zamknięta, pokój tonął 

w ciemnościach.

A zatem na dworze wciąż jest jasno?

Będzie to musiał sprawdzić dzisiejszej nocy.

Przelatywali nad kwiatami, jakich nigdy przedtem nie widzieli, nad niewielkimi leśnymi 

jeziorkami, zabarwionymi na złoto tak jak niebo w górze, mijali niewielkie wioski i grupy 

domów zbudowane w jakimś starszym chyba stylu niż ich własna osada. Tutaj dachy były 

czerwone, a domy białe, świetne połączenie kolorów na tle szmaragdowozielonej trawy.

Nigdzie jednak ani widu samotnego cielęcia. Im bliżej dużej osady niezadowolonych, 

tym częściej spotykali gromadki pasącego się bydła. Krowy chodziły przeważnie spokojne i 

szczypały trawę. Tylko jedna ryczała żałośnie i rozglądała się nieustannie wokół. Ludziom 

zrobiło jej się żal. Rozumieli, co musi czuć.

Taran westchnęła.

– Teraz powinniśmy mieć tutaj Móriego albo Dolga. Oni by znaleźli zagubione cielę w 

jednej chwili. Po prostu pomyśleliby o tym i już.

– No, no – roześmiał się Villemann. – Aż tacy zdolni to oni nie są.

–  No  może  nie,   ale   czuję  się  bez   nich  jakoś  niepewnie.  My wszyscy   jesteśmy  tacy 

beznadziejnie zwyczajni.

– Naprawdę? – zapytał Uriel przeciągle.

background image

–   Co   masz   na   myśli?   Żadne   z   nas   nie   potrafi   przecież   odnajdywać   zagubionych 

przedmiotów.

Uriel zwrócił głowę ku dziewczynie, która siedziała obok Villemanna.

– Mamy przecież Mariattę – oznajmił spokojnie.

Młoda   Finka,   wnuczka   prawdziwych   szamanów   z   fińskich   lasów,   patrzyła   na   niego 

przestraszona.

9

Strażnik Słońca przyglądał się Mariatcie z zainteresowaniem. Dziewczyna rumieniła się 

i,   zakłopotana,   próbowała   protestować.   Ależ   ona   niczego   takiego   nie   potrafi.   Może   ze-

chciałaby przynajmniej spróbować, przekonywali ją. Nie, nie, ja przecież nigdy... No, może 

zresztą kiedyś, jeszcze jako dziecko znalazłam papiery, które mama schowała nie wiadomo 

gdzie. Znalazłaś je? Tak... Nie... Owszem, rzeczywiście znalazłam, ale nie wiem, czy to był 

przypadek, czy... coś innego. Spróbuj, Mariatto. Do chóru proszących dołączały się coraz to 

nowe głosy. Spróbuj, Mariatto. Tu chodzi przecież o bezradne cielątko. Czas nagli.

Strażnik Słońca dał znak kierowcy gondoli, by się zatrzymał.  Zobaczyli,  że również 

druga   gondola   natychmiast   zwolniła.   Obie   wylądowały   na   trawie   w   pobliżu   osady 

niezadowolonych i pasażerowie wysiedli. Na polecenie Strażnika Słońca wszyscy znaleźli 

sobie jakieś miejsca do siedzenia. Nero wyglądał na bardzo uradowanego.

Taran spojrzała ukradkiem na przewodników. Tylko Strażnik Słońca należał do Obcych. 

Pozostali trzej wyglądali na Lemurów. Można to było poznać po ich wielkich, czarnych 

niczym węgiel oczach bez białek, po pięknych rysach twarzy, co czyniło ich tak podobnych 

do Dolga, i po wysokich, zgrabnych sylwetkach.

Obcy, Strażnik Słońca, był jeszcze wyższy. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka wyglądał 

dokładnie tak jak ludzie, to różnił się od nich pod wieloma względami. Te jego oczy, które 

promieniały   łagodnością,   bezgraniczną   miłością   i   zrozumieniem,   te   jego   lśniące   włosy, 

układające się niczym hełm wokół pięknej głowy, a zwłaszcza te dziwne, graniaste palce. W 

jego ruchach wyczuwało się godność, a głos brzmiał delikatnie.

Wszyscy natychmiast podporządkowywali się Obcemu, mimo że przecież nie wiedzieli, 

ani kim jest, ani skąd przyszedł.

Podczas gdy niezwykli przewodnicy grupy nad czymś z ożywieniem dyskutowali, trzy 

background image

kobiety   o   imionach   zaczynających   się   na   T:   Theresa,   jej   córka   Tiril   i   wnuczka   Taran, 

przyglądały się ładnej osadzie rozłożonej na zboczach.

– Dobrze wiedzieć, że to miejsce istnieje – powiedziała Theresa. – I że można tutaj 

zamieszkać, gdyby te wspaniałe nowości wydały nam się zbyt przytłaczające.

– Tak – zgodziła się Tiril. – Myślałam o tym samym. Sądzę, że nigdy nie zdołam się 

przyzwyczaić do mojego niezwykle pięknego i komfortowego domu. Wszystko w nim jest 

takie obce.

– My z Urielem też o tym rozmawialiśmy – rzekła Taran. – Oczywiście jest w naszym 

mieszkaniu   mnóstwo  niepojętych  drobiazgów,  którymi   można  się  cieszyć,   całość  jednak 

sprawia jakieś zimne i nieprzyjemne wrażenie.

– Właśnie! – wykrzyknęła Theresa. – Te rzeczy są takie bezosobowe.

Mariatta chciała na chwilę zostać sama. Była przekonana, że próba się nie powiedzie, 

jeśli jednak miała ją podjąć, musiała się skoncentrować w spokoju.

Wszyscy to, oczywiście, znakomicie zrozumieli. Wycofali się i usiedli na trawie z dala 

od   niej.   Villemann   chętnie   by   jej   towarzyszył.   Wiedział   jednak,   że   bardziej   będzie 

przeszkadzał niż pomoże.

Zamyślony  zerwał  jakiś   piękny  kwiatek.   Unosił  w   górę płatki  i  przyglądał   się  temu 

niezwykłemu, szalenie kolorowemu dziełu natury.

Gdzie my jesteśmy? pomyślał po raz już chyba tysiączny.

Mariatta siedziała bez ruchu. Nigdy mi się to nie uda, myślała. Czego oni ode mnie 

żądają?  Co innego znać  się na starych  fińskich czarach,  a co innego znaleźć  zagubione 

zwierzątko. Może powinnam spróbować telepatii? Nie, bo jeśli cielę nie żyje, to telepatia nie 

pomoże, a ja będę myślała, że w ogóle nic nie potrafię.

Tak sądzę.

Wiele razy odetchnęła głęboko i próbowała zapomnieć o tym, co ją otacza. Trudne do 

wykonania przedsięwzięcie, ponieważ wszystko wokół było takie nowe i egzotyczne.

Podciągnęła w górę kolana, objęła je ramionami i oparła na nich głowę. Siedziała tak, 

skulona, i próbowała się koncentrować.

Czuła, że jest bardzo zmęczona, nagle jednak uświadomiła sobie, że chyba coś jej się 

uda. Bardzo tego chciała. Nie ze względu na prestiż, chociaż może i to trochę też, ale przede 

wszystkim ze względu na małe, samotne zwierzątko.

Cielę  żyje.   Niejasne  początkowo  wrażenie   stawało  się  coraz  wyraźniejsze   i Mariatta 

zdawała sobie sprawę, że jest na właściwej drodze. Odnajdowała żywą istotę. Wyczuwała 

jej... Jak by to nazwać? Wibracje? Tak, to chyba najwłaściwsze określenie.

background image

Zachęcona sukcesem, posuwała się dalej. Szło to wolno, ale...

Ciemność. Lęk. Głód.

Brud i odpady. Ból w boku. Samotność... przerażenie.

Poczucie smutku i nieszczęścia. Gdzie jest mama?

Mariatta zdwoiła koncentrację. Teraz najważniejsze jest otoczenie...

Nie mogła się w żaden sposób zorientować, gdzie zwierzę teraz przebywa. Czy to jakaś 

rozpadlina   w   skale?   Nie...   Sufit.   Ciasnota.   I   te   wszystkie   śmieci.   Co   to   może   być?   I 

ciemność?

Nagle zobaczyła samo zwierzątko. Uniosła w górę rozjaśnioną twarz. Tak. Udało się.

Siedzący wraz z innymi na trawie Villemann kontynuował swoje rozważania na temat 

sytuacji, w jakiej się znaleźli.

Domyślał się, że jest na właściwym tropie. Nie był jednak w stanie ogarnąć całości.

Spojrzał w górę na wciąż złociste niebo.

– Czy wy tu nigdy nie macie deszczu?

– Oczywiście – odparł Ram. – Jeśli jest potrzebny, to go uwalniamy w nocy.

„Uwalniamy go”? Villemann nie miał odwagi pytać o więcej. To wszystko było zbyt 

dziwne.

Taran zastanawiała się nad innymi sprawami.

–   To   duże   miasto,   które   mijaliśmy   jakiś   czas   temu,   to   stolica,   prawda?   –   zapytała 

Strażnika.   –   Nie   mam   co   do   tego   żadnych   wątpliwości.   Duże   miasto   i   takie   piękne,   z 

wieloma wieżyczkami jak u minaretów, nigdy przedtem czegoś takiego nie widzieliśmy.

–   Słusznie,   to   rzeczywiście   nasza   stolica.   Przeważnie   mieszkają   z   niej   Lemurowie. 

Dzisiaj już się tam nie wybierzemy, bo na zwiedzanie miasta potrzeba co najmniej dnia. A, 

jak sama powiedziałaś, musimy najpierw odnaleźć cielę.

– Oczywiście, to jasne – zgodziła się Taran. – Ale w samym środku miasta wznosi się 

nieprawdopodobnie wysoka wieża. Pojęcia nie mam, do czego mogłaby służyć.

– Ja też nie – przyznał Uriel.

– I gdzie ona się właściwie kończy? – pytała dalej Taran podejrzliwie. – Nie widzieliśmy 

jej iglicy.

Strażnik Słońca wciągał powietrze. Długo i głęboko.

–   Wkrótce   nadejdzie   czas   i   dowiecie   się   całej   prawdy   o   tym,   dokąd   przybyliście. 

Przyjmowaliśmy tutaj już wielu ludzi i większość z nich dostawała ataków histerii, ponieważ 

nie rozumieli, gdzie są. Muszę wam powiedzieć komplement. Wy odbieracie to wszystko z 

niezwykłym spokojem.

background image

Villemann uśmiechnął się radośnie. Uwielbiał pochwały.

Strażnik Słońca mówił dalej:

– Jesteście już sami blisko odkrycia prawdy. Nie potrwa długo i sformułujecie właściwe 

wnioski.   Posługujecie   się   zresztą   tym   wyjątkowym   wynalazkiem   od  Madragów.  Owymi 

aparacikami, które sprawiają, że człowiek rozumie wszystkie języki i może rozmawiać z 

każdym, jeśli tylko obie strony posiadają urządzenie. To naprawdę cudowny wynalazek. I 

cieszymy się, że superinteligentni Madragowie są z nami, to naprawdę wielka pomoc.

– Świetnie – Theresa uśmiechnęła się łagodnie. – Madragowie to naprawdę fantastyczne 

istoty.

– My też tak uważamy.

– I pomyśleć, że w naszym starym świecie byliby traktowani jak niezdarni idioci, a może 

jeszcze gorzej. Nie mogliby pokazywać się wśród ludzi, żeby jacyś przesądni durnie, dużo 

od nich głupsi, nie zrobili im krzywdy.

–   Niestety,   to   prawda,   ale   oto   nadchodzi   Mariatta.   Posłuchajmy,   czego   zdołała   się 

dowiedzieć.

Serce Villemanna tłukło się mocno w piersi. Miał nadzieję, że nikt nie będzie pogardzał 

Mariattą, jeśli jej próby się nie powiodły.

Ona zaś uśmiechała się nieśmiało.

– Nie do końca to wszystko rozumiem, ale udało mi się przywołać obraz...

– Tak?

– Miałam rację. Musimy się śpieszyć. Ten mały biedak długo już nie pożyje. Znajduje się 

w prawdziwej potrzebie. Myślę... myślę, że został schwytany i ukryty.

– Schwytany i ukryty? – powtórzył Ram. – Ale przecież w tym kraju nikt nie kradnie...

Spojrzał w stronę osady niezadowolonych.

– Z wyjątkiem może tego miejsca.

– Właśnie! – zawołał Mariatta. – Ja też tak myślę. Cielątko leży ukryte w jakiejś ciemnej 

komórce i jest mu tam bardzo niedobrze.

– Zaprowadź nas do niego – poprosił Strażnik Słońca z goryczą i wsiadł do gondoli. 

Wszyscy poszli za jego przykładem i wkrótce pojazd znalazł się nad osadą.

– Nie jestem pewna, gdzie ta komórka się znajduje – powiedziała Mariatta. – Może Nero 

mógłby mi pomóc?

– Znakomicie – rzekł Strażnik Słońca.

Gondole   leciały   tak   blisko   siebie,   że   Nero   słyszał,   co   mówią.   Miał   bardzo   dumną, 

wyrażającą zadowolenie z siebie minę. Kolejne zadanie!

background image

Wylądowali na rynku i wysiedli.

– Jak tu pięknie! – zachwycała się Theresa. – Prawie tak jak w domu.

– Przeprowadzamy się tutaj – mruknęła Taran.

– Postanowione – odparła Tiril cicho.

Mieli  przed  sobą  miasteczko   o prawdziwych  ulicach,  w  którym  bochenek   chleba  na 

szyldzie oznajmiał, gdzie znajduje się piekarnia, a wymalowany pięknie but informował o 

warsztacie szewskim. Chodniki zostały wyłożone kamieniami, a pod ścianami domów rosły 

kwiaty.   Na   dziedzińcach   kobiety   rozwieszały   pranie.   Teraz   niektóre   sztuki   spadały   na 

ziemię, ponieważ kobiety z zaciekawieniem przyglądały się przybyszom.

Nic   nie   wskazywało   na   to,   że   Ram   jest   szczególnie   popularny   wśród   mieszkańców 

miasteczka. Na jego widok kobiety odwracały wzrok. Nero biegał po chodniku z nosem przy 

ziemi, by odnaleźć trop.

– No, Mariatto, jak tam? – zapytał Strażnik Słońca.

Dziewczyna przystanęła i zaczęła się rozglądać. Nieco dalej na ulicy bawiły się dzieci.

– Chyba straciłam ślad – rzekła spłoszona.

Ram podjął decyzję.

– Trzeba porozmawiać z Rozalindą. To jedyna rozsądna osoba w tej osadzie.

Zastukali   do   drzwi   małego   domku   przy   rynku.   Czyjś   zachrypnięty   głos   zawołał: 

„Proszę!”

Wszyscy   nie   mogli   wejść   do  małego   wnętrza,   poszły   więc   z   Ramem   tylko   kobiety. 

Strażnik Słońca, Villemann, Uriel i inni mężczyźni zostali na zewnątrz i pilnowali Nera, 

który wciąż próbował odnaleźć trop.

Ram otworzył drzwi, a wtedy panie cofnęły się gwałtownie, bo powietrze wewnątrz było 

aż gęste od tytoniowego dymu i innych zapachów. W małym saloniku siedziały przy stole 

cztery kobiety. Przesłaniały je kłęby dymu tak gęste, jakby strzelano tutaj z armat.

– Och, czyż to sam główny pasterz Ram przyszedł do nas w odwiedziny? – zawołała 

wesoło   jedna   z   obecnych,   z   pewnością   Rozalindą,   gospodyni   tego   domu,   starając   się 

jednocześnie ukryć grube cygaro. – Wchodźcie, wchodźcie, siedzimy tu sobie i plotkujemy.

– Nie plotkujemy – mruknęła inna z pań. – Dyskutujemy!

Sąsiadki Rozalindy taksowały Theresę od stóp do głów. Nie przypuszczały,  że nowi 

przybysze rozumieją każde wypowiadane przez nie słowo.

– Nowi, jak widzę – stwierdziła jedna z nich. – Czy nikt nie powiedział tej damulce, że 

jest za stara na taki strój?

Theresa, która ze względu na swój wiek otrzymała bluzę o dłuższych rękawach oraz 

background image

dłuższą spódnicę, poczerwieniała.

Jedna z kobiet nie okazywała żadnego zainteresowania temu, co się dzieje.

– Czy nikt nie słyszy, co ja mówię? – powtarzała raz po raz. – Mówię, że złamałam 

paznokieć. Co mam teraz zrobić? Rozalindo, nie masz jakichś nożyczek?

Ram zwrócił się do gospodyni:

– Mogłabyś wyjść z nami na chwilę?

–   Zwariowałeś?   Moje   zdrowie   nie   znosi   powietrza   –   roześmiała   się,   ale   wstała   nie 

zwlekając. Ledwo zdążyła zamknąć drzwi, dwie z siedzących przy stole kobiet pochyliły do 

siebie głowy i zaczęły coś z ożywieniem szeptać. „Czy widziałaś...?” Trzecia zajmowała się 

swoim złamanym paznokciem.

Po drugiej stronie ulicy dwaj sąsiedzi kłócili się, stojąc każdy po swojej stronie płotu. 

Najpierw  wymyślali  sobie  głośno,  potem  zaczęli  rzucać  w   siebie   kawałkami  drewna,  w 

końcu w ruch poszły ogrodowe krzesełka.

–   Czego   sobie   życzycie?   –   zapytała   Rozalindą   przymilnie.   Była   to   dama   o   pełnych 

kształtach,   w   nieokreślonym   wieku   jak   wszyscy   ludzie,   których   dotychczas   spotykali. 

Zaniedbana i brudna, ale nie pozbawiona pewnego stylu.

Ram wytłumaczył jej, z czym przychodzą, i zapytał, czy nie widziała albo nie słyszała 

gdzieś   w   pobliżu   cielęcia.   Rozalinda   otworzyła   drzwi   i   głośno   powtórzyła   jego   pytanie 

swoim gościom.

Po krótkiej wymianie zdań usłyszeli w odpowiedzi:

– Niech on sobie sam pilnuje swoich krów! Nas nie obchodzą sprawy chłopów!

Ram pospiesznie chwycił za rękę Taran, która sprawiała wrażenie, że zaraz wpadnie do 

domu i nawymyśla kobietom.

Rozalinda powiedziała, że rzeczywiście przed kilkoma dniami słyszała w pobliżu jakieś 

zwierzę, a później w nocy przerażone pobekiwania. W końcu jednak wszystko ucichło.

– Skąd mogły pochodzić te dźwięki? – dopytywał się Ram.

Popatrzyła na niego czułym wzrokiem.

– Uważam, że to niezwykłe, iż sam najwyższy pasterz wszystkich zwierząt przychodzi 

tutaj, żeby szukać nieszczęsnego cielęcia.

Nie, nie umiała  powiedzieć,  skąd pochodziło  beczenie.  Poradziła  im natomiast,  żeby 

przepytali tych przeklętych smarkaczy z ulicy Małej. To strasznie rozpuszczone bachory. 

Podziękowali jej, a ona pospieszyła do mieszkania. „Zanim zamarznę na śmierć”, burknęła. 

Tiril nie pojmowała, że ktoś może marznąć w tym łagodnym powietrzu.

Odszukali pozostałą na dworze grupę i wszyscy razem poszli na ulicę Małą. Nero tropił 

background image

nieustannie i z wielkim zapałem. Taran nie wierzyła, że coś znajdzie, ale nie przeszkadzała 

mu.

Rodzice dzieci byli głęboko poruszeni tym, że ktoś tak wysoko postawiony oskarża ich 

pociechy   o   niecne   czyny.   Rzeczywiście   przed   kilkoma   dniami   dzieci   przyprowadziły   tu 

jakiegoś cielaka, ale przecież trzeba im pozwolić na trochę zabawy. Gdzie się teraz cielę 

podziewa, to chyba mogłyby powiedzieć same dzieci. Bawiły się z nim gdzieś tu niedaleko, 

karmiły   je,   dawały   mu   trawę   i   kawałki   chleba,   cielę   jednak   nie   chciało   jeść,   więc   cóż 

biedactwa miały robić? Zostawiły je w końcu własnemu losowi. Najlepiej by dla niego było, 

gdyby zdechło.

Strażnik Słońca i Ram nakrzyczeli na rodziców i tamci wyraźnie spokornieli.

– Gdzie jest zwierzę? – dopytywali się Strażnicy nieoczekiwanie ostrymi głosami.

Rodzice niestety tego nie wiedzieli. Wyglądało jednak, że Nero natrafił w końcu na jakiś 

trop. Ciągnął Uriela w stronę ogrodu, gdzie znajdowały się jakieś szopy i komórki.

Znaleźli cielaka dokładnie w takim miejscu jak to, które opisała Mariatta. W niedużej 

szopie pełnej starych  gratów. Zwierzę było  wychudzone i tak przerażone, że musieli  do 

niego długo przyjaźnie przemawiać, zanim mogli je zabrać. Było maleńkie i Uriel niósł je na 

rękach. Z troską oglądał sterczące żebra i zmierzwioną sierść. Poszli razem z cielęciem na 

rynek i tam wsiedli do swoich gondoli.

Trzy kobiety o imionach zaczynających się na T spoglądały po sobie i kiwały głowami. 

Dobrze jest nam w naszych nowych domach, zdawały się mówić ich spojrzenia, a o to, żeby 

były przytulne, zatroszczymy się same.

Szukający pamiętali, w którym miejscu widzieli stado bydła. Gondole wzięły kurs w 

tamtą stronę i po niedługim czasie wylądowały w pobliżu pasących się zwierząt. Uriel i Ram 

zanieśli cielątko do matki, a wszyscy ze wzruszeniem oglądali scenę powitania. Cielę było 

zbyt słabe, by utrzymać się na nogach, więc obaj mężczyźni podpierali je, gdy spożywało 

swój pierwszy od trzech dni posiłek.

Ludzie na długo mieli zapamiętać wielkie, zdumione i przerażone oczy cielaka, kiedy 

odkryli go w zagraconej komórce.

Ram poprosił młodego chłopaka z najbliższej zagrody, by doglądał matki i cielęcia przez 

kilka dni, dopóki malec nie wydobrzeje. Potem Strażnik Słońca zarządził kurs w kierunku 

stolicy. Wylądowali na wzgórzach ponad miastem i wysiedli.

– Teraz już naprawdę zasłużyliście sobie na to, by dowiedzieć się, gdzie rzucił was los – 

powiedział ów Obcy, o którego pochodzeniu ani Cień, ani Lemurowie nic nie wiedzieli. – 

Mam jednak wrażenie, że przynajmniej Villemann zdążył już odkryć prawdę.

background image

–   Nie   do   końca   –   odparł   młody   człowiek.   –   Chociaż   sądzę,   że   posuwam   się   we 

właściwym kierunku.

– Jestem tego pewien.

Taran słuchała, co mówią, a jednocześnie pochłaniały ją własne myśli.  W tym kraju 

nigdy nie wieje wiatr, stwierdziła. Nigdy nie poczułam nawet najlżejszego powiewu. Zawsze 

jest tak jak trzeba, ani nie za chłodno, ani nie za ciepło.

Strażnik Słońca oznajmił:

– Muszę zacząć od wyjaśnienia sprawy tej wysokiej wieży, która zdaniem Taran nie ma 

końca. Rzeczywiście Taran była bliska prawdy. Wieża jest nieprawdopodobnie wysoka. Jak 

wiecie, w naszym świecie nie ma słońca. Wiecie jednak również, że my, Obcy, pewnego 

razu otrzymaliśmy wielki dar...

– Tak, tak – wtrącił Villemann. – Dostaliście płomień będący częścią Wielkiego Światła, 

tego, który posiada największą władzę nad wszystkim. Światła Miłości.

– Słusznie, Villemann. Rzeczywiście otrzymaliśmy ogromnie dużo tej płonącej miłości, 

owego łagodnego światła ze skraju wieczności. Podzieliliśmy je na wiele świętych słońc. W 

swoim czasie Lemurowie otrzymali jedno z nich. O tym wiecie. Było to owo Święte Słońce, 

z którym zawarliście znajomość na dobre i na złe. Złe reprezentował w tym wypadku zakon 

Świętego Słońca. Wielka część świętego światła, które otrzymaliśmy, została przeniesiona 

tutaj, tu bowiem okazało się ono bardzo potrzebne.

Teraz   nareszcie   cała   prawda   dotarła   do   Villemanna.   Patrzył   z   niedowierzaniem   na 

Strażnika Słońca, odpowiadającego uśmiechem na jego zdziwione spojrzenie.

– Widzę, że rozwiązałeś zagadkę, Villemannie. Tak jest, rzeczywiście tak jest, ale czy 

pojąłeś również tajemnicę wysokiej wieży?

Villemann z ożywieniem kiwał głową.

– Chyba tak. Ponieważ nie macie słońca krążącego po niebie i dającego światło oraz 

ciepło, to pozatykaliście święte płonące blaskiem kule na szczytach owych... minaretów.

– Otóż to! Z tą tylko różnicą, że mają one niewiele wspólnego z minaretami. Musieliśmy 

jednak   umieścić   kule   tak   wysoko,   by   mogły   rozjaśnić   świat   ciemności   możliwie   jak 

najbardziej. Na najwyższej wieży znajduje się największa kula.

– Zaczekajcie, zaczekajcie! – wykrzyknęła Taran cierpliwie. – Villemann twierdzi, że 

pojął prawdę. My natomiast nie. Możemy się jedynie domyślać, że znajdujemy się na jakiejś 

ciemnej planecie lub innym pogrążonym w mroku ciele niebieskim.

– Nie, nie – zaprotestował Villemann. – Czy nie pamiętasz, jak ktoś powiedział: jesteście 

bliżej Ziemi, niż wam się wydaje? Myślę, iż rzeczywiście nie można znajdować się bliżej.

background image

Taran wytrzeszczała oczy.

– Chcesz powiedzieć, że... Nie, nie mogę w to uwierzyć!

– Ale to prawda, Taran – rzekł Strażnik Słońca łagodnie. – Posunęliście się w swojej 

wiedzy  bardzo  daleko.  Ludzkość  odkryje  to  wszystko  dopiero  w  przyszłości.   Zwłaszcza 

fizycy będą tu mieli dużo do powiedzenia. Powinnaś jednak zrozumieć, że wiele dużych i 

małych ciał niebieskich zostało zbudowanych mniej więcej w ten sam sposób...

Wszyscy starali się nadrabiać minami, ale nie było to łatwe. Zostali przytłoczeni takim 

mnóstwem niepojętych informacji...

– Nie, nie będę was już więcej dręczył – oświadczył Strażnik Słońca. – Czy wystarczy, 

jeśli powiem, że wiele ciał niebieskich zostało zbudowanych wokół pustej przestrzeni? To 

wielkie uproszczenie, rzecz jasna, może nawet zbyt wielkie, jeśli jednak zastanowicie się nad 

tym,  że   Ziemia   również  została  ukształtowała  według  tej  samej  zasady,  to   z  pewnością 

zrozumiecie prawdę.

I rzeczywiście. Nareszcie zaczynało do nich docierać, co się stało. Podróż w dół. Kraj 

pozbawiony słońca. Kraj, w którym nigdy nie wieje wiatr. Linia horyzontu...

– Podziemne korytarze nigdy nie wiodły w górę – stwierdziła Mariatta.

– Czasami tylko tak się wydawało. Przeważnie jednak szliśmy po równym terenie.

– Znajdujemy się w centralnym punkcie Ziemi – szepnął Erling.

– Otóż to – przyznał Strażnik Słońca z łagodnym uśmiechem.

10

W milczeniu, jakie zaległo po tych słowach, ludzie wyczuwali ową wielką, totalną ciszę, 

jaka zawsze panowała w ich nowym świecie.

– Oko cyklonu – szepnął Uriel.

Wszyscy   popatrzyli   na   niego,   wciąż   nie   mogąc   wykrztusić   słowa   po   szokujących 

informacjach Strażnika Słońca.

Uriel próbował wytłumaczyć, co ma na myśli.

– Mówi się, że w samym centrum każdej wielkiej burzy, w środku szalejącego sztormu, 

znajduje się miejsce absolutnej  ciszy.  Nazywa  się je okiem burzy lub okiem cyklonu.  I 

myślę, że chyba właśnie coś takiego... że znajdujemy się w czymś podobnym, prawda?

Włączyła się Theresa:

background image

–   Chodzi   ci   o   to   zamieszanie   wokół?   O   wichury,   deszcze   i   niepogodę,   a   także   o 

nieustanne   walki   prowadzone   przez   ludzi,   prawda?   I   że   my   znajdujemy   się   teraz   w 

całkowicie wyciszonym centrum?

– A czyż tak nie jest? – zapytał Villemann.

Wszyscy kiwali głowami na znak, że się zgadzają.

– No, Urielu, bardzo niegłupia definicja – rzekł Strażnik Słońca. – W każdym razie do 

naszej krainy słońca się to odnosi.

Na   zewnątrz,   pomyślała   Taran   zdjęta   dreszczem.   Na   zewnątrz   poza   tą   osadą   i   jej 

najbliższą okolicą znajdują się tylko ciemności.

Przez chwilę w całkowitym milczeniu zastanawiali się nad tym, co zostało powiedziane, 

a potem posypały się pytania.

Zadawano je Strażnikowi Słońca bardzo długo, on próbował odpowiadać najlepiej, jak 

potrafił.

– Tak, Erlingu, istnieje wiele Wrót i prowadzi do nich wiele dróg, ale nie wszystkie 

wiodą do Królestwa Światła.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Pusta przestrzeń we wnętrzu Ziemi ma średnicę długości tysięcy mil.

Słuchający go ludzie wychowali się i żyli w XVIII wieku, dlatego Strażnik musiał czynić 

wiele dygresji i wyjaśniać im mnóstwo spraw, jak choćby to, jaką długość ma mila. Zabrało 

to sporo czasu, a i tak trudno im było pojąć, jaka to naprawdę droga wiedzie z powierzchni 

Ziemi do Królestwa Światła. W ogóle trudno było to wytłumaczyć, ponieważ wnętrze Ziemi 

to nie gładka równina, znajdują się w nim masywy górskie znacznie wyższe od wszystkiego, 

co poznali na powierzchni.

Kiedy wyjaśniono już najważniejsze wątpliwości, Strażnik Słońca podjął opowiadanie:

– Ale święte słońca nie oświetlają aż tak ogromnej przestrzeni liczącej sobie tysiące mil, 

nie są w stanie rozjaśnić całego tego wewnętrznego świata. Dlatego byliśmy zmuszeni do 

ograniczenia naszego królestwa.

– I dlatego wciąż mówicie o ciemnościach? – szepnęła Taran.

– Tak. Niedługo zrobimy wycieczkę do granic naszego królestwa, więc sami zobaczycie. 

Moi przodkowie wykonali tutaj nieprawdopodobną pracę. Wznieśli coś w rodzaju kopuły, 

której   właściwie   nie   można   zobaczyć,   ale   która   mimo   to   istnieje.   Wszystko   po   to,   by 

zatrzymać światło w jej obrębie.

– To musi być ogromna kopuła – rzekła Theresa w zamyśleniu.

–   Rzeczywiście,   bardzo   wielka.   Nasze   królestwo   obejmuje   setki   tysięcy   kilometrów 

background image

kwadratowych. Powiedzmy mniej więcej tyle, ile... no, ile wynosi powierzchnia Islandii

– Niezły kawałek – przyznał Villemann spokojnie.

– Rzeczywiście, sporo – westchnęła Tiril.

– Macie rację – potwierdził Strażnik Słońca. – Sporo, ale i tak nasze królestwo zajmuje 

jedynie niewielki fragment wnętrza Ziemi.

Taran milczała. W tym jest coś więcej, myślała. Sens, zagadka, tajemnica, jedno wielkie 

dlaczego.

Villemann zastanawiał się marszcząc czoło.

– Nasza  powierzchnia   Ziemi,   to  znaczy powierzchnia   po tamtej   stronie,  zewnętrzna, 

zawiera w sobie..., no, jest w tym jakaś konsekwencja. Wiedzie... Uff, jak mam to wyrazić? 

Otacza ona całą Ziemię, jeśli nie brzmi to zbyt głupio...

– Rozumiemy.

– Dziękuję. Natomiast ta, nazwijmy to tak, powierzchnia wewnętrzna ma kształt muszli. 

W takim razie nad nami musi się wznosić coś w rodzaju sufitu.

– Słusznie. Znajduje się on jednak tak wysoko, że nie ma żadnego znaczenia – uspokoił 

go Strażnik Słońca.

– Czy tam wysoko... ktoś mieszka?

– Nie. To są niedostępne masywy górskie.

Mimo woli Taran spojrzała w górę.

– Mam nadzieję, że żadna skała nie spadnie nam na głowy – szepnęła.

– Nie ma obawy, siła odśrodkowa tutaj również działa i nic nie zmieni miejsca. A poza 

tym jest przecież ów dach... Kopuła.

Uriel spoglądał zamyślony na zlocistożółte niebo.

– Ale światło może z pewnością rzucać blask na góry?

– Nieznaczne. Odległości są zbyt wielkie i, jak powiedziałem, zamknęliśmy nasze święte 

słońce we wnętrzu kopuły.

– Aha. Tak, rozumiem, że umieściliście mniejsze słońca w każdej osadzie na terenie 

całego kraju – rzekł Uriel. – Natomiast główne słońce zostało ulokowane na najwyższej 

wieży.

– Otóż to właśnie. Znajduje się ono niezmiernie wysoko i obejmuje swym zasięgiem cały 

kraj.

– Ale jakaś część światła musi się chyba przedzierać przez mury – wtrąciła Taran, która 

nie mogła zapomnieć o ciemnościach. – Czy może poza murami jest zupełnie ciemno?

– Nie, nie tak zupełnie, w każdym razie nie w pobliżu murów. Tam panuje szary mrok.

background image

– I ludzie tam mieszkają? A może... jakieś inne istoty, wyrzucone z naszego świata do 

wiecznego mroku?

Strażnik Słońca wahał się przez chwilę, lekko uśmiechnięty.

–   Chyba   nigdy   nie   przywyknę   do   twojego   sposobu   wyrażania   się,   Taran,   ale   tak, 

rzeczywiście mieszkają tam inne plemiona.

– Dlaczego nie pozwolicie im przenieść się do światła?

– Już to mówiłem. Wiele dróg prowadzi tutaj z powierzchni Ziemi, ale nie wszystkie 

wiodą do Królestwa Światła. Ta droga, którą my przybyliśmy, była tak stara, że musieliśmy 

się przedzierać przez Królestwo Ciemności, wy również. Plemiona, które mieszkają tam od 

dawna, rozwinęły w sobie... konieczne zdolności.

Wszyscy pamiętali spotkanie z tym jakimś dziwnym stworzeniem w głębi ciemnego lasu.

Urodziwa,   trochę   surowa   twarz   Strażnika   Słońca   spoważniała.   Zastanawiał   się   nad 

czymś  i  wyglądało,  jakby zapomniał  o swoich  podopiecznych.  Po chwili  otrząsnął  się i 

powiedział:

– W takim razie pojedźmy do granicy, sami zobaczycie mur.

Ponownie więc znaleźli się w tych niezwykłych powozach, które młodzi mężczyźni i 

dzieci zdążyli  już polubić. Villemann  i Uriel ostrożnie wypytywali,  czy prywatne  osoby 

mogą posiadać coś takiego, i dowiedzieli się, że oczywiście, jest to możliwe, ale że trzeba się 

wiele nauczyć, żeby móc się z nimi obchodzić.

To   zrozumiałe,   obaj   młodzi   ludzie   patrzyli   na   siebie   rozradowani.   W   tajemnicy 

studiowali uważnie wszystko co robił kierowca, oglądali wszelkie niepojęte instrumenty i 

przyciski.

Łagodnie   ruszyli   z   miejsca   i   znowu   lecieli   nad   pięknymi   dolinami   oraz   niezwykle 

urodziwymi kotlinami. Kiedy z daleka oglądali dość duże miasto, Strażnik Słońca wyjaśnił:

– To jest miasto Lemurów. Jak wiecie, był taki czas, kiedy przybyło tutaj bardzo wielu 

Lemurów. Większość ich potomków mieszka teraz w stolicy, część jednak żyje tutaj.

–   Ojej,   od   czasu   kiedyśmy   przybyli   do   Królestwa   Światła,   nie   widziałam   Cienia   – 

poskarżyła się Taran. – Bardzo mi go brakuje.

– Cień też  mieszka  tutaj, właśnie w tym  mieście  – wyjaśnił  Strażnik Słońca bardzo 

spokojnie. – Odwiedzi was, kiedy nadejdzie odpowiednia pora.

– Tak, on pewnie potrzebuje sporo czasu, żeby się tutaj zaaklimatyzować – zaśmiała się 

Taran. – I pewnie bardzo się cieszy, skoro nareszcie dotarł do celu.

– Z pewnością – zgodził się Strażnik Słońca.

Nie chciał mówić swoim podopiecznym, że Cień przeżywa głęboką depresję i potrzebuje 

background image

szczególnych zabiegów, by odzyskać równowagę. Cień wiedział mianowicie, że Dolg i Móri 

zostali   po   tamtej   stronie   Wrót,   i   tęsknił   za   Dolgiem,   którego   kochał   jak   syna.   Cierpiał 

bardziej,   niż   można   to   sobie   wyobrazić.   Uważał,   że   to   z   jego   winy   tamci   dwaj   zostali 

zatrzymani, i to w chwili, na którą wszyscy czekali od tak wielu lat.

Strażnik Słońca otrząsnął się z ponurych myśli.

Kierowca prowadził powóz ponad jedną z najstarszych części królestwa i Taran mogła 

zobaczyć budowle o rozległych dachach z wysokimi wieżami, połączone ze sobą mostami 

wznoszącymi się łukowato w powietrzu. Pomiędzy poszczególnymi budowlami widać było 

wymarłe, na wpół zarośnięte ścieżki i wąskie uliczki osady.

– Tutaj mogłabym się osiedlić – oznajmiła.

– Nie jestem tego taki pewien – odparł Strażnik Słońca.

– Czy nikt tam nie mieszka?

– Owszem, ale to stara, zupełnie ci nieznana rasa, tak samo nieznana jak niegdyś byli 

Madragowie, Silinowie i Lemurowie. Oni w ogóle nie potrafią mówić,  nie mają  organu 

mowy, wydają z siebie jedynie ostre syknięcia. Byli jednak tutaj przed nami i dlatego mimo 

wszystko mogli pozostać. Niektórzy z nich są bardzo, bardzo starzy.

Gondola powietrzna ponownie zawróciła, opuszczali teraz okolice z pięknymi starymi 

budowlami.

Kiedy   powóz   brał   kurs   na   wschód,   wszyscy   pomyśleli   to   samo...   W   całym   tym 

niezwykłym   królestwie   widzi   się   tylko   dorosłych   mężczyzn   i   dorosłe   kobiety.   Można 

również spotkać dzieci. Nie ma jednak zupełnie ludzi starych.

Theresa i Erling poczuli się troszkę niepewnie. Czy będą jedynymi osobami w starszym 

wieku? A poza tym, co się dzieje ze starymi? Czy są eliminowani, czy może umieszcza się 

ich w tych starych wsiach z na wpół zrujnowanymi domami, które by znakomicie pasowały 

do Prowansji albo Toskanii?

Theresa poszukała dłoni Erlinga i mocno ją ścisnęła. Połączył ich niepokój.

Strażnik Słońca kazał zatrzymać gondolę na wysokim wzniesieniu. Stąd rozciągał się 

piękny widok na ogromne połacie kraju.

– Tam jest nasza osada, prawda? – pokazywał ręką Villemann. – Wschodnia Łąka.

– Zgadza się. Przejdźmy jednak na drugą stronę wzniesienia.

Stamtąd mieli nowy widok, długo stali i przyglądali mu się w milczeniu. Na prawo od 

nich znajdował się Srebrzysty Las. Był dużo bardziej rozległy, niż przypuszczali, rozciągał 

się daleko ku jakiemuś dziwnemu... jakby to nazwać? Ogrodzenie? Płot?

W powietrzu coś się mieniło, jakieś refleksy. W dole, bliżej lasu, zdawały się bardziej 

background image

intensywne, sprawiały wrażenie połyskliwego muru lub ściany, jeśli można się tak wyrazić o 

czymś mieniącym się i przezroczystym. Im bliżej ziemi, tym ów dziwny twór zdawał się być 

gęstszy.

Strażnik Słońca wyjaśnił:

– Byliśmy zmuszeni wzmocnić mur, ponieważ w dawnych czasach często zdarzały się 

próby sforsowania go.

Villemann uniósł wzrok. Dostrzegał owo ledwo widoczne ogrodzenie bardzo daleko, aż 

do miejsca, w którym rozpływało się w złocistym świetle.

– Czy tutaj nie ma żadnych chmur? – zapytał nagle.

– Oczywiście. Skoro mamy rzeki i jeziora, to chmury są czymś naturalnym. Przesuwamy 

je jednak przy pomocy specjalnych turbin do miejsca, gdzie możemy mieć z nich pożytek.

„Jak to?”, chciał zapytać Villemann, lecz jego mózg nie był w stanie przyjąć już więcej 

nowych wiadomości. Skinął więc tylko głową.

Taran, wciąż zajęta kwestią ciemności poza murem, usiłowała przeniknąć go wzrokiem.

–   Po   tamtej   stronie   panuje   półmrok   –   stwierdziła   wreszcie.   –   Wygląda   na   to,   że 

rzeczywiście udało wam się zamkną światło pod kopułą, mimo że mur jest przezroczysty.

– Tak jest – potwierdził Strażnik Słońca, ów bardzo wysoki, przystojny mężczyzna z 

dziwnej, całkowicie im obcej rasy. – Mur jest tylko z pozoru przezroczysty. Światło się przez 

niego nie przedostaje, a jeśli już, to w bardzo niewielkim stopniu. Musimy je oszczędzać dla 

siebie.   Tak,   Taran,   ja   wiem,   o   czym   ty   myślisz.   Wszystko,   co   mówię,   brzmi   bardzo 

nieprzyjemnie, ale uwierz mi, to było jedyne rozwiązanie. Oni zaś, tamci, którzy mieszkają 

po drugiej stronie, mają ogniska i pochodnie, mogą sobie nimi świecić.

Taran nie skomentowała jego słów.

– Tam na zewnątrz znajduje się jakieś rozległe zbocze, prawda? I coś bardzo ponurego w 

tle.

– Tak. Najpierw, tuż za murem, rozciąga się równina, porośnięta srebrzystymi drzewami, 

takimi jak te tutaj. Rosły one zarówno po wewnętrznej, jak i po zewnętrznej stronie, kiedy 

nasi przodkowie wznosili mur. Więcej po zewnętrznej. My zatrzymaliśmy tylko ten mały 

lasek tutaj na prawo. Dalej wznosi się owo, jak mówisz, zbocze. Ciągnie się ono aż do 

rozległego płaskowyżu. Zresztą niezbyt wysokiego. Wszędzie tam jest sporo wystających 

skal  i  niewielkich  płaskich   wzniesień,   a...  dalej,  jeśli  spojrzycie  w   lewo,  widać   łańcuch 

bardzo wysokich i stromych gór z czerwonawego kamienia. Widzicie to?

– Niewyraźnie – odparł Villemann. – Sprawiają wrażenie potwornie stromych.

–   Tak,   w   istocie   zamykają   one   ogromną   część   świata   w   głębi   Ziemi.   Oprócz   tego, 

background image

zarówno na prawo, jak i na lewo, a także na wprost przed nami znajdują się czarne góry.

– Oj, to ciemne, co widać w oddali, to są góry? – zapytała Taran.

– Owszem, ale nikt, pod żadnym pozorem, nie powinien się tam wyprawiać.

Nie   byliby   rodziną   czarnoksiężnika,   gdyby   na   to   ostrzeżenie   nie   wykrzyknęli 

natychmiast zgodnym chórem:

– Dlaczego?

Strażnik Słońca uśmiechnął się z wyższością i odwrócił się do nich plecami.

– Te góry mają bardzo złą opinię. Zresztą to nieważne bo wy i tak nie będziecie mogli 

opuścić Królestwa Światła. Nie zdołacie wyjść na zewnątrz, a poza tym co byście tam robili? 

Chodźcie, wracamy do domu.

W   drodze   do   powietrznych   gondoli,   gdy  większość   szła   w   milczeniu,   Tiril   zapytała 

nagle:

– A te święte kamienie, które Dolg miał ze sobą... Co się z nimi stało?

Strażnik przystanął i popatrzył na nią z pełnym życzliwości uśmiechem.

– One zostaną umieszczone w wielkiej świątyni w stolicy. Trzeba jednak zaczekać, aż 

Dolg i Móri dołączą do nas. To przecież oni przynieśli kamienie.

– Tak – rzekła Tiril z rozjaśnioną twarzą. – Oni przybędą tu jutro, prawda?

Chwila ciszy. Jakby Strażnik się wahał.

– Oczywiście, przybędą jutro – potwierdził z udaną swobodą.

Reszta podróżnych dogoniła ich. Dzieci już zdążyły ulokować się w gondolach. Uriel 

spytał zaciekawiony:

–  Byliśmy  już  na  wschodzie   i  na  zachodzie,   na  południu   i  w   centrum   kraju.  A  jak 

wygląda północ?

– Tam się nie wybieramy.

I znowu owo zwykłe, zadawane chórem pytanie:

– Dlaczego?

Strażnik Słońca zwlekał z odpowiedzią.

–   Zaczekaj,   nie   musisz   jeszcze   nic   mówić   –   odezwała   się   Taran.   –   To   jest   wasze 

terytorium, prawda? Ziemia Obcych.

Strażnik Słońca westchnął i uśmiechnął się niepewnie.

– Właściwie to nie wiem, czy dobrze się czuję z takimi dociekliwymi ludźmi jaki wy. 

Czy nie mamy prawa zachować żadnej tajemnicy? Oczywiście, Taran, masz rację. Nasza 

część kraju znajduje się na północy i to jest strefa zamknięta. Nigdy nie próbujcie się tam 

dostać!

background image

Taran spoważniała.

–   Nie   będziemy.   Obiecujemy,   że   powstrzymamy   swoją   ciekawość,   przynajmniej   na 

razie.

Reszta bąkała coś na znak, że myśli podobnie.

– Tak, wierzę wam – rzekł Strażnik Słońca z uśmiechem. – Ale czas wracać do domu. 

Dzień minął. Czy nie jesteście głodni?

– Jesteśmy. To był bardzo długi dzień! – zawołała Mariatta.

– Dłuższy niż sądzisz – stwierdził Strażnik patrząc na nią z powagą. – Czy pamiętacie, 

jak powiedziałem, że teraz przekroczyliście granicę czasu?

– Pamiętamy – potwierdził Uriel.

– To nie było całkiem ścisłe wyrażenie, to...

– Zaczekaj, ja wiem – wtrącił Villemann pośpiesznie. – Ziemia obraca się wokół własnej 

osi w ciągu doby, to pamiętamy. Wszystko zależy od szybkości obrotów Ziemi. Ale tutaj, w 

jej wnętrzu, obroty są znacznie krótsze. Tutaj doba musi mijać szybciej, prawda?

– Można tak powiedzieć. Z tym jednym zastrzeżeniem, że my, których wy nazywacie 

Obcymi,   posiadamy   możliwość   manipulowania   czasem   według   własnej   woli.   Wkrótce 

będziecie mogli się o tym przekonać. Nie wydobyliśmy się całkiem spod władzy czasu... 

Zrobiliśmy jednak coś innego.

– Co takiego? – rozległo się chóralne pytanie.

Strażnik spoglądał na nich w zamyśleniu. Ożywione twarze Villemanna, Taran i Uriela. 

Tiril  i Mariatta  były  raczej  przestraszone. Erling  i  Theresa  zatroskani.  Dzieci  i pies  nie 

rozumiały niczego.

– Chciałem powiedzieć, że sądzę, iż otrzymaliście dzisiaj tyle informacji, ile byliście w 

stanie   sobie   przyswoić.   Nie   chcemy   was   zasypać   nowymi   wiadomościami   i   nowymi 

przeżyciami. Czas nie ma znaczenia, ale to wytłumaczymy wam kiedy indziej.

Przystali na takie rozstrzygnięcie, choć najmłodsi w grupie trochę marudzili.

W drodze powrotnej do osady rozglądali się wokół szczęśliwi, że znaleźli się w takim 

cudownym świecie, głęboko poruszeni tym wszystkim, co przeżyli, i wciąż jeszcze nie czuli 

się tutaj zadomowieni. Strażnik Słońca przyglądał im się ukradkiem.

Miał nadzieję, że Móri i Dolg zdołali ujść cało ze starcia z rycerzami. Wierzył, że jakimś 

sposobem   uda   im   się   przedostać   do   Królestwa   Światła.   Nie   da  się   utrzymywać   Tiril   w 

nieświadomości przez całą wieczność. Ona zresztą prawdopodobnie nie zniosłaby takiego 

ciosu jak świadomość, że już nigdy nie zobaczy męża i syna.

Tiril   pod   względem   psychicznym   była   najsłabsza   ze   wszystkich.   Dojrzała, 

background image

odpowiedzialna, opiekuńcza, nie miała jednak siły na walkę z przeciwieństwami, których w 

życiu musiała pokonać tak wiele. Za bardzo się niepokoiła o swoich ukochanych.  Teraz 

mogłaby nareszcie żyć w spokoju, wolna od wszelkich trosk, ale cóż, kiedy znowu Móriego i 

Dolga musiała spotkać ta fatalna przygoda.

A oni dwaj byli jej najbliżsi. Ukochany mąż, czarnoksiężnik, i ich syn, który przyczynił 

im tyle bólu.

Taran i Villemannowi nic nie groziło. Oni zresztą zawsze niczym koty spadali na cztery 

łapy.

Taran... no cóż... Od czasu do czasu odnosiło się wrażenie, że Taran wie.

Nie,   to   niemożliwe,   przecież   nie   mogła   wiedzieć,   w   głębi   duszy   jednak   żywiła 

podejrzenie, że w tym nowym świecie jest coś jeszcze...

Taran była osobą bardzo inteligentną, chociaż nie przyniosła ze sobą na świat żadnych 

ponadnaturalnych zdolności.

Miała teraz swego Uriela i pragnęła żyć z nim w spokoju. Villemann także tego pragnął, 

choć przecież miał opinię szalonego i żądnego przygód. I on, i jego siostra dawali sobie radę 

w różnych sytuacjach.

Natomiast Dolg...

Wybrany przez Cienia i duchy. Wykorzystany przez nich do załatwienia ich trudnych 

spraw, z których najważniejszą było odnalezienie trzech świętych kamieni. Skazany przez 

nich na samotność i w ostatniej chwili przez nich zdradzony.

On i jego ojciec, czarnoksiężnik, będą musieli znaleźć drogę do innych Wrót, ale w jaki 

sposób?

Czas zaczynał naglić.

Jedna z tajemnic, których Strażnik Słońca nie chciał przekazywać swoim podopiecznym, 

zwłaszcza Tiril, to to, że podczas gdy tutaj od ich przybycia minęły zaledwie dwie doby, to 

na powierzchni Ziemi upłynęło ich już dwanaście.

11

Podczas wesołej ceremonii Nero i Mariatta zostali mianowani  wysoko  postawionymi 

osobami, niemal bohaterami, i później już zawsze musieli pomagać w rozwiązywaniu na 

pierwszy rzut oka niemożliwych do rozstrzygnięcia problemów.

background image

Po trzech miesiącach wszyscy byli zadomowieni w nowym świecie i czuli się tak, jakby 

nigdy nie mieszkali gdzie indziej.

Tymczasem   na   Ziemi   upłynęły   całe   trzy   lata.   Oni   jednak   nie   mieli   o   tym   pojęcia. 

Królestwie Światła wszystko  było  nieopisanie  proste i łatwe, a ludzie życzliwi.  Rodzina 

czarnoksiężnika urządziła puste pokoje w swoich domach, poznała sąsiadów, z wieloma z 

nich się zaprzyjaźniła. Wielokrotnie odwiedzała Zachodnie Łąki i dość dobrze poznała kraj, 

a wszystko to dostarczało jej członkom wyłącznie radości.

Tiril żyła w nieustannym oczekiwaniu, że Móri wróci jutro, a razem z nim Dolg. Reszta 

jej   bliskich   również   w   to   wierzyła.   Każdego   ranka   zapominali,   że   wczoraj   mówiono 

dokładnie to samo. Ci, których brakowało, mieli przyjść „jutro”.

Po wielu „ale” i „jeśli” Theresa i Erling przeprowadzili się w końcu do Zachodnich Łąk, 

ponieważ chcieli być jak najbliżej swoich przybranych dzieci, dużo przecież młodszych od 

Tiril. Również wnuki, Taran i Villemann, byli dorośli i zupełnie samodzielni. Przy nich 

babcia i dziadek czuli, że to raczej oni sami potrzebują wsparcia.

Pewnego dnia Theresa stała przed lustrem w hallu i przyglądała się sobie uważnie.

–   Erlingu,   wczoraj   powiedziałeś   coś   bardzo   sympatycznego...   że   wyglądam   dużo 

młodziej niż dawniej.

Erling podszedł blisko, położył  dłonie na ramionach żony i patrzył  na jej odbicie w 

lustrze.

– Rzeczywiście – uśmiechnął się ciepło. – A ty powiedziałaś to samo o mnie.

– No właśnie, Erlingu. Przyjrzyj się nam, ale uważnie.

Oboje w milczeniu oglądali swoje odbicia.

Erling głęboko wciągnął powietrze.

– Thereso, masz rację. Jesteśmy młodsi. Nie za bardzo, ale jednak zupełnie wyraźnie.

Theresa podjęła decyzję. Chwyciła swój cienki lniany żakiet i pociągnęła męża za sobą.

– Chodź, zapytamy naszych sąsiadów.

Sąsiedzi, para mniej więcej trzydziestopięcioletnia, siedzieli właśnie na werandzie i jedli 

drugie śniadanie. W tej zawsze pięknej, ciepłej tutejszej pogodzie nigdy nie trzeba było się 

osłaniać od słońca. Światło było zawsze przyjemne dla oczu.

Theresa i Erling opowiedzieli im o swoich obserwacjach.

Reakcja była zaskakująca.

W Królestwie Światła wiek ludzi jest niemal nieograniczony, dowiedzieli się goście. Ale 

byłoby przecież bez sensu spędzać długie lata w podeszłym wieku, być może w chorobach i 

słabości. I właśnie dlatego nigdzie nie widać starych ludzi. Dzieci owszem, dzieci rodzi się 

background image

sporo, ale proces starzenia, czy może raczej dojrzewania, zatrzymuje się około trzydziestego, 

trzydziestego piątego roku życia. Później, w miarę upływu lat, człowiek staje się mądrzejszy, 

bardziej doświadczony, ale wciąż zachowuje swój młodzieńczy wygląd.

– A wy?

Wtedy sąsiadka uśmiechnęła się szeroko.

– My też byliśmy starszymi ludźmi, kiedyśmy tu przybyli. I tak samo się dziwiliśmy, 

kiedy nam się wydawało, że stajemy się młodsi.. Dokonywało się to powoli, bardzo powoli, 

aż doszliśmy do wieku, w którym jesteśmy teraz.

Theresa   rozważała   w   milczeniu   te   tak   istotne   informacje.   Potem   uśmiechnęła   się 

radośnie.

– A więc żadnego sadełka w talii? Żadnych obwisłych mięśni? Żadnych siwych włosów, 

które wypadają, żeby je nie wiem jak pielęgnować? Żadnych problemów z wchodzeniem 

pod górę ani z wkładaniem pończoch, żadnego biegania na stronę po parę razy dziennie, 

żadnego irytującego zapominania ani zmęczenia, kiedy człowiek sobie tego nie życzy...

– Żadnych dokuczliwych chorób ani paskudnych starczych plam, żadnych zmarszczek – 

kontynuował jej wywody Erling. – Ani wsłuchiwania się w alarmujące sygnały z własnego 

wnętrza. Czy to może być prawda?

Sąsiedzi z ożywieniem kiwali głowami.

Theresa i Erling popatrzyli na siebie, a potem padli sobie w objęcia.

– Musimy o tym opowiedzieć Heinrichowi Reussowi – rzekł Erling. – Nie widzieliśmy 

go   od   paru   tygodni,   ciekawe,   czy   i   on   też   się   zmienił.   A   skoro   już   o   tym   mowa,   to 

chcielibyśmy dowiedzieć się o was czegoś więcej – zwrócił się do sąsiadów. – Skąd wy 

właściwie przybyliście? Owszem, po języku poznaję, że jesteście z pochodzenia Włochami, 

ale jak to się stało, iż znaleźliście się tutaj?

Mężczyzna zaczął opowiadać:

– Wraz z pięcioosobową grupą prowadziliśmy badania jaskiń. Działo się to w czasach, 

kiedy   na   Ziemi   był   rok   tysiąc   siedemset   piąty.   Kiedyś   postanowiliśmy   wybrać   się   do 

legendarnych   kopalń   króla   Salomona,   w   których   miały   się   jakoby   znajdować 

nieprawdopodobne   skarby.   Po   wielu   nieprzyjemnych   przeżyciach,   zwłaszcza   po   trudnej 

ucieczce   przed   wojownikami   Watusi,   dotarliśmy   w   końcu   do   głębokiego   podziemnego 

korytarza. Żadnych skarbów nie znaleźliśmy, natomiast zgubiliśmy drogę. Błąkaliśmy się 

długo po podziemnych sztolniach i wreszcie doszliśmy do wniosku, że będziemy musieli tam 

umrzeć. I wtedy przytrafiło się coś bardzo dziwnego. Kiedy już zrezygnowaliśmy z walki i 

przygotowywaliśmy  się na śmierć, ponieważ korytarze schodziły wciąż głębiej  i głębiej, 

background image

poza tym skończyły się wszystkie zapasy, a latarnie pogasły, nagłe zjawiły się przed nami 

jakieś   wysokie   istoty   trzymające   w   rękach   promieniste   słońce.   One   to   sprawiły,   że 

straciliśmy   świadomość   i   ocknęliśmy   się   już   tutaj.   O   lepsze   przebudzenie   człowiek   nie 

mógłbyby się nawet modlić.

Rozmawiali ze sobą jeszcze długo z wielkim ożywieniem o tych wszystkich dziwnych 

rzeczach, jakie towarzyszyły przybyciu do Królestwa Światłości.

Jacyś inni sąsiedzi przechodzili wyłożoną kamieniami uliczką, kłaniali się uprzejmie i 

pozdrawiali uniesieniem ręki.

Erling wstrzymał oddech.

– Czy to byli Indianie? – zapytał. – Oni muszą pochodzić z Nowego Świata.

– Dla nich to z pewnością nie był Nowy Świat – uśmiechnęła się sąsiadka.

–   Nie,   oczywiście   –   rzekł   Erling   zawstydzony.   –   Na   Ziemi   słyszeliśmy   wiele   o 

Indianach. Opowiadano o nich nieprawdopodobne historie. Wiedzieliśmy, że statek „May-

flower” pożeglował do Nowego Świata z pierwszymi imigrantami jakieś mniej więcej sto lat 

temu i że potem ich śladem podążyło wielu innych. Słyszeliśmy, że osadnicy pisywali do 

domów o ciężkich walkach z barbarzyńskimi tubylcami, którzy za nic nie chcą zrozumieć, co 

jest   dla   nich   najlepsze.   Wydawało   nam   się   wtedy,   że   to,   najłagodniej   mówiąc,   głupie 

rozumowanie wynikające ze złych intencji. Chociaż jednak nigdy nie widzieliśmy żadnego 

Indianina, natychmiast,  kiedy spotkaliśmy tych  tutaj, wiedzieliśmy,  że to właśnie oni. A 

przecież w stolicy i w naszej osadzie mieszka ich wielu. To znakomicie, że zachowali swoją 

kulturę   i   swoje   obyczaje.   Ale,   ale,   mamy   jeszcze   do   przekazania   państwu   nowinę, 

mianowicie dziś rano nasza córka Daniellle poinformowała, że oczekuje dziecka.

– Serdeczne gratulacje! – zawołała sąsiadka. – Czy to będzie pierwszy wnuk? Nie, nie, 

prawda, przecież państwo mają już dorosłe wnuki.

– Tak, oboje założyli już rodziny. Zarówno nasza Wnuczka Taran, jak i Mariatta, żona 

Villemanna, niebawem urodzą nam prawnuki. Niesamowite, jak my się rozmnażamy! Poza 

tym   Mariatta   ma   już   przecież   dwoje   dzieci   z   pierwszego   małżeństwa,   Gretę   i   Jonasa. 

Naprawdę, rodzina rozwija się wspaniale. Musimy o tym opowiedzieć Móriemu i Dolgowi, 

którzy jutro do nas dołączą.

Sąsiedzi zaczęli nagle pospiesznie sprzątać ze stołu. Nie wiedzieli wprawdzie, co się 

dzieje z czarnoksiężnikiem i jego synem, obiecali jednak, że nie będą na ten temat z jego 

rodziną   rozmawiać.   Przede   wszystkim   ze   względu   na   Tiril,   ale   też   przez   wzgląd   na 

pozostałych.

Theresa i Erling uszczęśliwieni wrócili do domu urządzonego już zgodnie z ich własnym 

background image

smakiem. Zachowali nowoczesne wyposażenie głównej części domu, postarali się natomiast, 

by   boczne   skrzydło   przypominało   w   jakimś   stopniu   Theresenhof.   Stolarze   pomogli   im 

stworzyć   właściwą   atmosferę.   Z   dawnego   świata   przynieść   mogli   jedynie   nieliczne 

drobiazgi. Theresa zadbała jednak, by każdy zabrał parę rzeczy. Tyle, ile zdołał unieść. Te 

przedmioty miały zarówno wartość emocjonalną, jak i ekonomiczną.

Erling   „przeszmuglował”   też   gałązkę   austriackiej   winorośli   Schloss   Theresenhof,   jak 

zwykł nazywać ten gatunek trochę dla żartu, ale również z odrobiną powagi. Mieli więc 

zamiar w nowej ojczyźnie uprawiać winorośl. Pomagali im w tym Leonard i Daniellle, a 

sąsiedzi   obserwowali   ich   wysiłki   z   radością,   ponieważ   wino   w   Zachodnich   Łąkach 

rzeczywiście potrzebowało uszlachetnienia.

Theresa   wiedziała,   że   Taran   i   Uriel   w   dalszym   ciągu   szukają   dla   siebie   jakiegoś 

sensownego   zajęcia.   Natomiast   Villemann   i   Mariatta   wpadli   na   zupełnie   nieoczekiwany 

pomysł, zajęli się mianowicie hodowlą psów. Nero został głównym reproduktorem. Okazało 

się bowiem, że przed nimi w Królestwie Światła znajdowały się już trzy suki. Ich właściciele 

z zachwytem przyjęli wiadomość, że oto pojawił się również wspaniały samiec.

Początkowo Villemann protestował: „Nie, nie, Nero jest za stary na takie rzeczy, a poza 

tym on w ogóle nie ma pojęcia, o co chodzi z sukami”. Tiril go jednak przekonała. Pamiętała 

ten dzień sprzed niemal dwudziestu pięciu lat, kiedy to Nero zniknął na jakiejś samotnej 

wędrówce na obrzeżach Christianii. Teraz Tiril obiecała Villemannowi pomóc w pracy przy 

szczeniakach, ponieważ właściciele suk nie mieli czasu zająć się malcami.

– No dobrze, mamo, skoro nam pomożesz... – rzekł w końcu Villemann zrezygnowany.

Tiril była przejęta przynajmniej tak samo jak Greta i Jonas.

Nero sprawił się znakomicie. Wciąż jeszcze zachował wspaniałą potencję. Pierwszego 

miotu oczekiwano już za kilkanaście dni i wszyscy bardzo się na to cieszyli. Tak więc i Nero 

zaczynał się rozmnażać. Niecodzienne zadanie jak dla niego.

Faktem, że tworzą oto nową mieszankę rasową, nikt się specjalnie nie przejmował. W 

całym   Królestwie   Światła   opowiadano   sobie   anegdoty,   „stworzymy   nową   odmianę”, 

obiecywali   zachwyceni   właściciele   suk.   Sam   Nero   reprezentował   rasę   dość   wątpliwą, 

należałoby raczej powiedzieć, że łączy w sobie wiele wspaniałych ras. Suki na szczęście 

były spore, uniknięto więc poważniejszych problemów. Jedna miała chyba wśród przodków 

dużego pudla, druga była psem myśliwskim, trzecia natomiast, silnie zbudowana, pochodziła 

z równie nieokreślonej rasy jak Nero, chociaż innej maści i zupełnie do Nera niepodobna. 

Wszyscy cieszyli  się, że małe nie będą zbyt  blisko spokrewnione z psami myśliwskimi, 

ponieważ w tutejszych lasach żyły piękne jelenie i wiele innej zwierzyny.

background image

Tak więc w nowym świecie przybysze czuli się znakomicie.

Wkrótce Taran urodziła syna, któremu dano na imię Jori.

– Ty chyba nie masz dobrze w głowie, Taran. Jori to przecz imię dla dziewczynki – 

zwrócił jej uwagę Villemann.

– Na tamtym świecie, w Norwegii, może – odparła Taran. – Ale teraz jesteśmy tutaj i nie 

przejmuję się tym, co zostało za nami. Chciałam uczcić w ten sposób Móriego, czy ty tego 

nie   rozumiesz?   Zresztą   norweskie   imię   dla   dziewczynki   brzmi   Jorid   albo   Jofrid,   a   to 

absolutnie nie to samo.

Villemann skinął głową, ale nie dał za wygraną.

– Ja nie wiem, pod jakim względem imię Jori przypomina  Móri – stwierdził. – Jori 

wymawia się J o r i, natomiast imię naszego ojca wymawiamy M ó ł r i.

– Zrobiłeś się okropnie pedantyczny – syknęła Taran urażona.

Villemann złagodniał i roześmiał się.

– Ale poza tym zostałem wujkiem wspaniałego małego chłopaczka. Hej, Jori, powiedz 

„Villemann”. Potrafisz? Villemann.

– Ty głuptasie – zachichotała Taran, tuląc malca, który uśmiechał się radośnie do wuja.

Villemann   również   został   ojcem   jasnowłosego   chłopczyka,   któremu   dano   na   imię 

Jaskari,   na   pamiątkę   ukochanego   dziadka   Mariatty.   Wymawiało   się   to   z   akcentem   na 

pierwszą sylabę i brzmiało jak najprawdziwsze imię fińskie. „Mój Boże” – wzdychała Taran. 

–   „Można   sądzić,   że   Jaskari   to   pierwsze   dziecko   na   świecie.   Villemann   chodzi   dumny 

niczym paw. Pokazuje chłopca wszystkim, i ludziom, i psom, i wiewiórkom, które spotyka 

na spacerze. Ale rzeczywiście, chłopak jest wspaniały. Prawie tak samo urodziwy jak Jori. 

Prawie”.

Danielle urodziła córeczkę, i dała jej imię Elena, na pamiątkę Erlinga, który czul się tym 

niebywale zaszczycony. „Wybacz mi, mamo" – mówiła Danielle do Theresy. – „Wybacz, ale 

mamy w rodzinie już tak wiele imion zaczynających się na »T«, więc nie mogliśmy ochrzcić 

naszej dziewczynki po tobie. Przepraszam cię, kochana mamo”.

„Znakomicie to rozumiem – uśmiechnęła się Theres, z dnia na dzień młodsza. – Nie 

mogłaś wybrać lepszego imienia, twój ojciec jest uszczęśliwiony”.

Przyszły też wiadomości od młodej Fionelli. Osiedliła się ona na terytorium północnym, 

ponieważ   zamieszkała   razem   ze   Strażnikiem   Góry,   należącym   do   Obcych.   Zwykłym 

ludziom nie wolno było tam jeździć, mogli natomiast przesyłać informacje. Teraz bardzo 

przejęta i uszczęśliwiona Fionella donosiła, że urodziła synka, bardzo pięknego i naprawdę 

wyjątkowego chłopczyka, który przyniósł na świat niezwykłe umiejętności, choć matka nie 

background image

mogła pojąć, po kim je odziedziczył. Z wdzięczności dla Mariatty, w której domu spotkała 

swego ukochanego, nadała synkowi jedyne fińskie imię, jakie znała, mianowicie Armas.

Wszyscy napisali do Fionelli długi list z gratulacjami i wyrazili nadzieję, że wkrótce 

będą się mogli spotkać, żeby podziwiać nawzajem swoje dzieci.

Nieco gorzej miały się sprawy Rafaela i Amalie. Dziewczyna była już w takim wieku, że 

pojawiły się problemy z donoszeniem ciąży. Dopiero po trzech nieudanych próbach urodziła 

maleńką   ciemnowłosą   „księżniczkę”,   którą   nazwano   Berengaria.   Romantyczne   imię,   to 

prawda, ale czegoś takiego właśnie można się było spodziewać po Rafaelu. Dziewczynka 

była   dużo   młodsza   od   innych   dzieci   w   rodzinie,   które   przyszły   na   świat   niemal 

równocześnie.

Nero także został ojcem licznej gromady wspaniałych szczeniąt.

Rzeczywiście, rodzina się rozrastała.

I wszyscy czuli się znakomicie.

Były, rzecz jasna, różne problemy, które ich niepokoiły, zwłaszcza gdy zaczynali się nad 

nimi zastanawiać.

Jak na przykład to: w Królestwie Światła i ludzie, i inne istoty żyły setki lat. Rodziły się 

dzieci, nikt jednak nie przekraczał wieku trzydziestu,  trzydziestu  pięciu lat. Śmierć była 

osobistą   decyzją   każdego.   Kto   chciał,   mógł   żyć   niemal   nieskończenie.   Powinno   więc 

panować straszne przeludnienie

Niczego takiego jednak nie zauważali.

Wreszcie Uriel znalazł odpowiedź na dręczące ich pytania. Kiedy oboje z Taran bez 

powodzenia   próbowali   mieć   drugie   dziecko,   Uriel   zaczął   się   czegoś   domyślać.   Poszedł 

wtedy do jednego ze Strażników w stolicy i usłyszał jak się rzeczy mają.

Praktykowano   tutaj   coś   w   rodzaju   kontroli   urodzin.   Wszystko   zależało   od   tego,   ile 

właśnie ludzi żyło w Królestwie Światła. Akurat teraz było ich sporo, wobec czego każda 

rodzina mogła mieć tylko jedno dziecko. Gdyby liczba ludności w państwie się zmniejszyła, 

wtedy rodziny uzyskają prawo do posiadania dwojga dzieci. Nigdy jednak więcej, ponieważ 

ciągle   trwa   imigracja   do   Królestwa   Światła.   Nieustannie   przychodzą   tutaj   ludzie   i   inne 

stworzenia z zewnątrz. Trzeba to trać pod uwagę.

Po   tej   rozmowie   Uriel   zastanawiał   się   nad   nową   kwestią.   Nad   tym,   co   powiedział 

Strażnik, że wszystko zależy od tego, ile ludzi znajduje się właśnie w Królestwie Światła... 

To by świadczyło, że niektórzy z nich w jakiś sposób znikają. Ale jak? Co się z nimi dzieje? 

Uriel wiedział, że w pobliżu stolicy znajduje się cmentarz. Grobów jednak było tam mało.

background image

A przecież nie ma drogi powrotnej na powierzchnię Ziemi... Uriel już chciał o to zapytać 

Strażnika, ten jednak popatrzył na niego z życzliwym uśmiechem, ale stanowczo odmówił 

dalszej rozmowy. Nie, nie, żadnych więcej pytań.

Tak więc Uriel musiał szukać odpowiedzi na własną rękę.

Wielu   z   tych,   którzy   mieszkali   w   pobliżu   wschodniej   granicy,   przeżywało   czasem 

nocami dziwne rzeczy.

Pierwsza zwróciła na to uwagę Tiril.

Pewnej nocy w pierwszym roku pobytu w Królestwie Światła obudziła się pod wpływem 

koszmarnego  snu. Usiadła na posłaniu, nie mogąc  się otrząsnąć  ze strasznego wrażenia. 

Śniło   jej   się   coś   okropnego,   jakieś   wysokie   góry   tonące   w   mroku,   które   niewyraźnie 

majaczyły   tuż   przed   nią.   Poza   górami   jednak   dostrzegała   chybotliwie   falujące   światło, 

pojawiało   się   i   znikało,   pojawiało   i   znikało.   Słyszała   przy  tym   jakieś   straszne   odgłosy. 

Wysokie, przeciągłe, pełne skargi jęki i wycia. A za łańcuchem gór czaił się wielki strach. 

We   śnie   czuła   to   wyraźnie.   Coś   naprawdę   potwornego,   co   trwało,   jakby   czekając   na 

zdobycz.

Tiril długo wciągała powietrze. Nagle uświadomiła sobie, że chociaż już nie śpi, wciąż 

słyszy te nieludzkie zawodzenia.

Tiril mieszkała sama w domu przeznaczonym dla niej i dla Móriego, który miał przyjść 

„jutro”. Teraz jednak była samotna i potwornie przerażona, jak się bywa w koszmarnym 

śnie. Mimo to opanowała lęk i wyszła na werandę.

Jak zwykle na zewnątrz panowało światło, chociaż trwała pora snu i nigdzie nie widziało 

się ludzi. Wioski i łąki ciche, oblane tym samym światłem, co za dnia, ale zdaniem Tiril 

nastrój był zupełnie inny.

I nagle znowu usłyszała owe budzące grozę jęki. Odwróciła się i pospiesznie weszła do 

domu. To tak jakbym słyszała duchy Móriego, pomyślała.

Zawodzące krzyki  pochodziły z bardzo daleka. Wydawało się co prawda dziwne, że 

słyszała  je tak wyraźnie w swojej sypialni. Prawdopodobnie jednak zostały wzmocnione 

przez senny koszmar.

Z osady nie widziała granicy ani tego, co znajdowało się poza nią. Mimo to wyczuwała, 

że  krzyki   nie  pochodzą  ze  wzgórz  położonych  najbliżej   muru.   Płynęły  z  dużo większej 

odległości.   Była   niemal   pewna,   że   muszą   docierać   z   tych   wysokich   czarnych   szczytów 

ledwo widocznych z jej domu. Dokładnie tak, jak to przeżywała we śnie. Co to powiedział 

pewnego   razu   Strażnik   Słońca?   Że   tam   nie   wolno   im   się   wyprawiać.   Oni   zaś   zapytali: 

dlaczego? Wtedy odpowiedział, że nic ważnego, ale krążą na temat tych miejsc jakieś głupie 

background image

pogłoski.

Tiril nie wierzyła już, że to tylko głupie pogłoski.

Kiedy usłyszała, że inni również mówią o niesamowitych, pełnych rozpaczy krzykach, 

podzieliła się swoimi doświadczeniami, a wtedy okazało się, że wszyscy przeżyli to samo. 

Próbowali   przejść   nad   tym   do   porządku   dziennego,   nigdy   jednak   nie   zdołali   się 

przyzwyczaić.

Jeszcze jedna sprawa mogła budzić wątpliwości, ale w tym przypadku sami Strażnicy 

popełnili   błąd.   Spostrzegli   mianowicie,   że   ciekawości   Taran   i   Villemanna   nie   da   się 

zlekceważyć.  Dlatego Strażnik Słońca zebrał wszystkich nowo przybyłych  na terytorium 

wschodnim   i   tam   dokonał   rytuału   podporządkowania   ich   swojej   woli.   W   stanie 

przypominającym hipnotyczny sen przekazał im, że nigdy nikomu nie wolno odwiedzać ani 

nawet pytać o północne terytorium należące do Obcych, ani o Srebrzysty Las, ani też o stare 

wsie   ze   zrujnowanymi   budowlami.   I   oczywiście   nigdy   nikomu   nie   wolno   przekraczać 

granicznego muru. Nie mogą też starać się rozwiązać wielkiej zagadki.

Taran i Uriel, Villemann i Mariatta, i wszyscy pozostali obiecali solennie, że nigdy nie 

będą wykazywać zainteresowania zakazanymi rejonami.

Później Strażnik Słońca to samo zrobił z Tiril i mieszkańcami Zachodnich Łąk, chociaż 

nie   przypuszczał,   by   Theresa   i   Erling   czy   któreś   z   ich   dzieci   chciało   złamać   obietnicę 

złożoną w chwili przybycia do Królestwa Światła. Heinrich Reuss również nie.

Strażnicy zapomnieli jednak o nowej generacji...

background image

CZĘŚĆ TRZECIA

NIEMĄDRA ODWAGA

background image

12

Z okresu dorastania dzieci warto wspomnieć jedynie o wydarzeniach w czasie, kiedy 

najstarsze miały po piętnaście, a mała Berengaria jedenaście lat.

Nikomu,   jak   wiadomo,   nie   było   wolno   odwiedzać   rejonów   północnych,   natomiast 

Fionella miała prawo wyjeżdżać stamtąd i zwykle zabierała ze sobą Armasa, najlepszego 

kolegę chłopców z rodziny czarnoksiężnika. Elena i Berengaria mieszkały nieco dalej i nie 

mogły się zbyt często z chłopcami spotykać, ale wszystkie dzieci przyjaźniły się ze sobą 

serdecznie. Większość zresztą łączyły więzy krwi.

Poza tym Elena i Berengaria miały w sąsiedztwie kolegę, pewnego indiańskiego chłopca. 

Szczerze   powiedziawszy,   to   on   najchętniej   odwiedzał   swoje   małe   sąsiadki,   kiedy   Jori   i 

Jaskari bawili u nich z wizytą. Niekiedy zastawał tam również Armasa.

Dla   wszystkich   najmłodszych   wspaniałą   starszą   siostrą   była   Greta.   To   do   niej 

przybiegali, kiedy chcieli zwierzyć się z jakiejś tajemnicy, smutku lub radości. Greta wyrosła 

na   dobrą   i   sympatyczną   panienkę.   Nerwowość,   która   tak   wyraźnie   cechowała   ją   w 

dzieciństwie,   ustąpiła   dzięki   poczuciu   bezpieczeństwa   w   nowym   świecie.   Dziewczyna 

zachowała fińskie cechy urody, miała wystające kości policzkowe i ładną, pociągłą twarz, 

była łagodna i kochana przez wszystkich, zarówno dużych, jak i małych.

Jej   młodszy   brat,   Jonas,   chodził   natomiast   własnymi   drogami.   Miał   kolegów   wśród 

dzieci   sąsiadów   i   żył   odrębnym   życiem,   niezależnym   od   tego,   co   robił   Jaskari   i   jego 

przyjaciele. Uważał ich zresztą za zbyt dziecinnych, po prostu za małych na towarzystwo dla 

siebie.

Rzecz   jasna   co   jakiś   czas   ktoś   w   rodzinie   zaczynał   się   zastanawiać   nad   wciąż 

powtarzanym   zdaniem:   „Jutro   kiedy   Móri   i   Dolg   przybędą...”   Nie   można   było   dłużej 

oszukiwać   Tiril.   Strażnicy   uznali,   że   ci   dwaj   nie   zdołają   już   nigdy   przekroczyć   Wrót. 

Widocznie wtedy na skraju lasu w Tiveden rycerze zamordowali ich obu.

W tej sytuacji Strażnicy postanowili odbyć poważną rozmowę z dorosłymi członkami 

rodziny.  Miało to miejsce na kilka lat przed opisywanymi  tu wydarzeniami  i większość 

zdążyła się już otrząsnąć z dojmującego smutku i bólu. Tamtego dnia, kiedy dowiedzieli się 

o tragedii i o tym, że dłużej nie powinni się łudzić, wszyscy szukali odosobnienia, każdy 

pragnął zostać sam ze swoim smutkiem. Tylko Taran i Villemann nie chcieli zrezygnować i 

zamierzali wyprawić się na poszukiwania. Dla Tiril świat się po prostu zawalił.

background image

Strażnicy bardzo im współczuli, ale cóż mogli zrobić? I tak zwlekali bardzo długo ze 

złymi wiadomościami. Wciąż też mieli nadzieję, że Dolg i Móri zdołali się jakimś cudem 

uratować.   Kiedy  jednak   oczekiwanie   się   przeciągało,   Strażnicy   byli   po   prostu   zmuszeni 

wyjawić brutalną prawdę.

Wielokrotnie   wysyłali   zwiadowców   do   starego   świata,   ale   Móriego   i   Dolga   jakby 

zmiotło   z  powierzchni  Ziemi.  Poza  tym  na  Ziemi  minęło   już  tymczasem  ponad  sto lat. 

Śmiertelni czy nieśmiertelni, nie należało oczekiwać rzeczy niemożliwych.

Tiril, która mieszkała sama w domu przeznaczonym dla niej i Móriego, nie chciała w to 

uwierzyć. I ją, i jej dwoje dzieci, Taran i Villemanna, kilkakrotnie przyłapywano na próbach 

powrotu do starego świata. Ale przecież kto raz przekroczył Wrota, nie ma już możliwości, 

żeby się cofnąć. Taran i Villemann poddali się w końcu. Z Tiril było gorzej. Zamknęła się 

we własnym, fantastycznym świecie, z którego Móri i Dolg wyszli jedynie na chwilę. Na nic 

się nie zdało przemawianie jej do rozsądku, doszło więc do tego, że Strażnicy musieli ją 

zabrać   do   stolicy   i   poddać   specjalnym   zabiegom.   Przez   jakiś   czas   pozostawała   w 

zamkniętym pokoju, w blasku jednego z mniejszych świętych słońc. Trwało to tak długo, aż 

ponownie odzyskała chęć życia.

Wtedy   wróciła   do   domu.   Czuła   się   znacznie   lepiej,   zawsze   jednak   miała   w   oczach 

tęsknotę   i   smutek.   Nabrała   teraz   zwyczaju   wychodzenia   z   Nerem   na   długie   spacery. 

Strażnicy zawsze śledzili ją dyskretnie i pilnowali, by znowu nie podjęła próby ucieczki.

Jak powiedzieliśmy, od tamtych smutnych wydarzeń minęło kilka lat.

Owego wyjątkowego dnia, o którym chcemy opowiedzieć, panował jakiś dziwny nastrój. 

Greta   chodziła   zamyślona,   jakby   nieobecna   duchem,   i   nie   miała   czasu   dla   młodego 

rodzeństwa. Zakochała  się w pewnym  młodym  chłopcu ze stolicy,  a jej uczucia  były w 

najwyższym   stopniu   odwzajemniane.   Mariatta   uważała   oczywiście,   że   dziewczyna   jest 

jeszcze bardzo młoda, i prosiła ją, by nie śpieszyła się z niczym, w tym wieku uczucia są 

przecież   takie   zmienne.   Greta   kręciła   się   więc   po   domu   z   nieobecną   miną   i   wyrazem 

błogości w oczach, a chłopcy, teraz kilkunastoletni, czuli się odrzuceni.

Poza tym tego dnia babcia Tiril bardzo długo pozostawała poza domem i rodzina się 

niepokoiła.   Wielu   wyszło,   żeby   jej   szukać.   Mariatta   próbowała   nawet   odnaleźć   Tiril   za 

pomocą telepatii.

Najmłodsze dzieci nie znały Móriego ani Dolga, słyszały tylko mnóstwo historii o ich 

niezwykłych   dokonaniach.   Greta   spotkała   obu   i   od   tej   pory   żywiła   dla   nich   podziw 

graniczący z uwielbieniem.

Chłopcy czuli się niepotrzebni, zabawy przestały ich interesować, zresztą pewnie już z 

background image

nich   wyrośli.   Mieli   przecież   obaj   po   piętnaście   lat.   Rozpogodzili   się   dopiero,   kiedy 

przyjechali goście: Armas i jego matka Fionella.

Fionella nigdy nie opowiadała o północnych rejonach nie miała do tego prawa. Armas 

także nic nie mówił, chociaż chłopcy wypytywali go zaciekawieni.

Tego dnia witali przyjaciela szczególnie serdecznie, ponieważ Armas osobiście kierował 

powietrzną gondolą. To on przywiózł matkę. Nie było z nimi żadnego kierowcy, uznano 

bowiem, że chłopiec jest na tyle dorosły, by móc wykonywać skomplikowane manewry bez 

niczyjej pomocy.

Armas wyrósł na niezwykłego młodego chłopca. Był bardzo wysoki, ale proporcjonalnie 

zbudowany.   O   jego   matce   Fionelli   powiadano,   że   nadrabia   serdecznością,   czułością   i 

zrozumieniem dla ludzi wszystko, czego nie pojmuje lub nie potrafi. Zresztą w ostatnich 

latach, mieszkając w kraju swojego ukochanego, Strażnika Góry, nauczyła się wiele. Armas 

odziedziczył   po   niej   łagodny   charakter,   po   ojcu   zaś   inteligencję.   Wyglądem   natomiast 

przypominał i jedno, i drugie. Był zarówno podobny do normalnych ludzi, jak i do Obcych. 

Nie  miał  wprawdzie   sześciograniastych  palców,   odziedziczył   natomiast  po  ojcu  głęboko 

osadzone,   przenikliwe   oczy   i   owe   niezwykłe   jedwabiste   włosy,   które   niczym   peleryna 

spływały   mu   na   ramiona.   Sylwetkę   miał   prostą,   uśmiechał   się   z   powagą,   jakby   w 

zamyśleniu,   umiał   jednak,   jeśli   to   konieczne,   działać   bardzo   szybko.   Pozostałe   dzieci 

wiedziały,   że   Armas   przyniósł   też   na   świat   pewne   umiejętności,   które   różnią   go   od 

normalnych ludzi. Nigdy jednak nie odważyły się rozmawiać o tym głośno.

Jori   i   Jaskari   nie   posiadali   się   z   zachwytu   na   wieść   o   tym,   że   Armas   sam   potrafi 

prowadzić gondolę. Przepychali się na miejscu kierowcy,  obaj bowiem chcieli dokładnie 

obejrzeć wszystkie instrumenty. Armas tłumaczył im cierpliwie.

Jori podobny był i do ojca, i do matki, chociaż nie odziedziczył ani czarnych włosów 

Taran, ani blond loków Uriela. Wziął od każdego po trochu, włosy bowiem miał brązowe, 

lekko faliste i teraz chyba trochę zbyt długie. Patrzył na świat łagodnym spojrzeniem swego 

ojca,   ale   przejął   też   wiele   beztroski   matki.   Bardzo   chciał   być   przywódcą   w   grupie 

rówieśników, nigdy mu się to jednak nie udawało. Silny, pogodny Jaskari z jasnymi lokami 

miał dużo więcej autorytetu niż on. Nie mówiąc już o Armasie, który pod tym względem 

przewyższał Joriego co najmniej dziesięciokrotnie.

Wszyscy trzej chłopcy i Elena byli prawie rówieśnikami. Jedynie dwa miesiące dzieliły 

najstarszego od najmłodszego.

Teraz już nie wiadomo, kto pierwszy wpadł na szalony pomysł, ale natychmiast wszyscy 

się z nim zgodzili: pobiegli do znajdujących się jeszcze w domu dorosłych i poprosili, by 

background image

pozwolono im udać się na poszukiwanie Tiril. Oczywiście gondolą.

Taran i Fionella popatrzyły na siebie. Owszem, dlaczego nie, dobra myśl. Poszukiwania 

z powietrza zawsze są dużo skuteczniejsze, a ta gondola wznosi się wszak bardzo wysoko...

– I Tiril ma przecież ze sobą Nera – rzekł Jori z ożywieniem. – Dwoje nietrudno będzie 

odnaleźć.

Taran zaproponowała nieśmiało, że może ona również mogłaby się wybrać, ale chłopcy 

stanowczo zaprotestowali. Bo co by się stało, gdyby Tiril wróciła do domu podczas ich 

nieobecności? Ktoś przecież musi tutaj na nią czekać.

Zanim Taran zdążyła powiedzieć, że jest Mariatta, Armas już poderwał gondolę z ziemi, 

zatoczył elegancki krąg nad ogrodem, w którym stały obie panie, i pojazd zniknął.

– Do licha – rzekła Taran.

–   Nie   martw   się.   Armas   wie,   co   robi   –   uspokajała   Mariatta,   chyba   troszkę   zanadto 

optymistycznie.

Bo   tego   właśnie   nie   można   było   o   chłopcach   powiedzieć.   Szczerze   mówiąc,   nie 

wiedzieli, co robią.

Przez jakiś  czas  krążyli  nad łąkami  i zagajnikami,  widzieli  z góry szukających  Tiril 

członków rodziny i wreszcie postanowili pojechać do Zachodnich Łąk, żeby zaimponować 

mieszkającym tam kuzynkom.

Bardzo podnieceni dotarli na miejsce. Podczas lotu zarówno Jori, jak i Jaskari próbowali 

prowadzić maszynę dokładnie wbrew napomnieniom, których Strażnik Góry nie szczędził 

synowi. Obaj chłopcy postanowili, że będą się tak długo naprzykrzać rodzicom, aż także 

dostaną własne gondole.

Dostał Armas, to oni też chcą!

Pojazd nie należał wprawdzie do Armasa, dano mu go tylko na tę jedną podróż, ale co 

szkodzi spróbować?

Elena,   spokojna,   pewna   siebie   i   sympatyczna,   choć   nie   przesadnie   urodziwa,   była 

zachwycona. Wszyscy razem pobiegli do Berengarii, która z podziwu nie mogła wykrztusić 

słowa.   Naprawdę   bardzo   jej   to   zaimponowało,   że   chłopcy   mają   prawdziwą   gondolę 

powietrzną.

–  Chcecie  się  przejechać?  –  zapytał   Armas   i  cała  gromadka  pospiesznie   wsiadła  do 

pojazdu.

– Ale czy nam wolno? – zastanawiała się Berengaria o wielkich oczach.

Elena pomyślała chwilę, pokusa była jednak zbyt wielka.

– Nasi rodzice przecież wyszli i szukają cioci Tiril, więc... Zresztą zaraz wrócimy.

background image

– A dokąd polecimy? – chciała wiedzieć Berengaria.

–   Tylko   tak   polatamy   sobie   tu   i   tam.   Trochę   pomożemy   szukającym   –   odparł   Jori 

beztrosko. Chłopcy czuli się teraz silni i niepokonani.

Dziewczynki chciały zaprosić na przejażdżkę również swego indiańskiego przyjaciela.

– Nic nie stoi na przeszkodzie – zapewniali kuzynowie. – Chętnie.

Zbliżała się właśnie inicjacja młodego Indianina. Miał zostać wprowadzony do świata 

dorosłych i otrzymać prawdziwe imię podczas trwającej cztery dni i nocy ceremonii. W tym 

czasie będzie musiał pozostawać na pustkowiu sam, bez jedzenia, bez żadnego towarzystwa. 

To próba męskości. Dziewczynki nie były więc pewne, czy zechce teraz pojechać z nimi.

Młody Indianin wyrósł na bardzo ładnego chłopca, który, gdyby mu było dane żyć na 

Ziemi,   zostałby   pewnie   dzielnym   wojownikiem.   Włosy   miał   długie   i   proste,   czarne   z 

niebieskim   odcieniem,   oczy   ciemne   jak   noc,   a   profil   niezwykle   szlachetny.   Berengaria 

podziwiała go. Był kilka lat starszy od reszty dzieci. To, czego on nie wiedział na temat 

śladów i różnych znaków w naturze, nie było warte poznania.

Podczas lotu do domu, w którym mieszkała indiańska rodzina, Berengaria siedziała z 

tyłu  i  rozkoszowała się  tym,  że  może  przebywać  ze  starszymi  od siebie  kuzynami.  Dla 

jedenastoletniej  dziewczynki  bowiem piętnastoletni  chłopcy są prawie dorośli.  A swoich 

kuzynów   Berengaria   traktowała   jak   idoli,   bohaterów   godnych   najwyższego   szacunku.   Z 

promiennym wzrokiem pobiegła do domu przyjaciela, zapytać jego rodziców, czy mógłby 

się   z   nimi   przejechać.   Niczym   młoda   kózka   wbiegła   na   marmurowe   schody   ozdobione 

kwiatami.   W   ogrodzie   wzniesiono   niewielki   wigwam,   a   obok   niego   znajdowały   się 

dekoracyjne totemy.

Ponieważ chłopiec miał jeszcze tylko swoje dziecięce imię, którego bardzo nie lubił, 

wszyscy nazywali go Bezimienny. Berengaria zadzwoniła, rzucając raz po raz ukradkowe 

spojrzenia na czekającą przed domem gondolę.

Córka Rafaela w pełni zasługiwała na swoje romantyczne imię. Miała długie, brązowe i 

kędzierzawe włosy tak jak jej ojciec, po nim też i po delikatnej ciotce Danielle odziedziczyła 

wiotkie ciało i promienne ciemne oczy. Charakter dziewczynki był mieszaniną wszystkich 

ludzkich cnót i słabości. Wciąż jeszcze była dzieckiem, ale mama Amalie zamartwiała się, 

która z cech małej dziewczynki zwycięży w przyszłości.

Drzwi otworzyły się, Berengaria dygnęła grzecznie przed matką chłopca i przedstawiła 

swoją   prośbę,   zdyszana   ze   szczęścia   i   niepokoju,   czy   pozwolą   wyjść   jej   przyjacielowi. 

Ojciec chłopca, Ptak Burzy, jak zwykle pozostawał poza domem. Podobnie jak Ram, który 

odpowiadał za cały inwentarz w kraju, Ptak Burzy był również osobą publicznego zaufania. 

background image

Powierzono mu zarząd nad wszystkimi lasami w Królestwie Światła.

Z tyłu  za plecami  matki  pojawił się Bezimienny.  Berengaria  zarumieniła  się i coraz 

bardziej zdyszana powtórzyła prośbę.

Ciemne,   niezgłębione   oczy   szesnastolatka   natychmiast   dostrzegły   przed   domem 

machających   mu   przyjaźnie   gości,   siedzących   bez   opieki   dorosłych   w   gondoli.   Między 

matką i synem wywiązała się krótka wymiana zdań. Spokojna, ale stanowcza.

Bezimienny był chłopcem samotnym, zamkniętym w sobie. W tej części Zachodnich Łąk 

nie miał rówieśników z wyjątkiem dwóch białych dziewczynek, Eleny i Berengarii.

Ta   ostatnia,   która   dosłownie   w   ostatniej   chwili   powstrzymała   się   od   pytania,   czy 

Bezimienny może wyjść i bawić się z nimi, czekała z sercem w gardle. Była dumna z siebie, 

wiedziała bowiem, że Bezimienny bardzo nie lubi wyrażenia „wyjść i bawić się z nami”. Coś 

takiego było rzecz jasna poniżej godności szesnastoletniego Indianina. Elena już dawno to 

Berengarii wytłumaczyła.

W   końcu   matka   chłopca   skinęła   głową   i   synowi,   i   stojącej   w   progu   dziewczynce. 

Bezimienny może pójść.

Mała podskakiwała radośnie, ucieszona, że tak znakomicie załatwiła sprawę. Trzymała 

Bezimiennego mocno za rękę, niepewna, czy nie zostanie odwołany z powrotem do domu 

albo sam się nie rozmyśli.

Bezimienny powściągliwie, jak to on, przywitał się z chłopcami i z Eleną, a potem, nie 

zdradzając najmniejszym grymasem zainteresowania, wsiadł do gondoli. Berengaria już była 

na górze, za młoda jeszcze, by po kobiecemu czekać, aż chłopiec jej pomoże. Przyjaznym 

gestem wskazała mu miejsce obok siebie, Jori jednak był bezlitosny.

– Elena, zrób miejsce Bezimiennemu. On powinien zobaczyć instrumenty sterownicze.

Tak więc dziewczęta zostały odesłane na tył pojazdu. Nie pierwszy to raz w historii tak 

potraktowano pasażerki i chyba nie ostatni.

Przez dłuższy czas krążyli ponad doliną i osadami, aż w końcu któreś zaproponowało:

– A może przyjrzeć się z góry tej starej osadzie?

– Osadzie Duchów? Czyś ty zwariował? Przecież tam nawet zbliżać się nie wolno! – 

zawołała Elena.

– Nie, no oczywiście, wiem, ale skoro teraz nikt z dorosłych nas nie widzi...

Wszyscy uznali, że propozycja brzmi nader interesująco. Oni przecież nie zostali przez 

Strażników   zahipnotyzowani.   Nie   wierzyli   więc,   że   odwiedzanie   starej   osady   może   być 

niebezpieczne. Poza tym akurat w tej chwili czuli się niezwykle odważni, bo Jonas i jego 

przyjaciele widzieli ich, jak wyruszają na wycieczkę. Jonas wpatrywał się w pojazd i pewnie 

background image

był wściekły, że to nie on, prawie dorosły mężczyzna, otrzymał prawo prowadzenia pojazdu.

W dorastającej gromadce trudno by się doszukać jakichś nieprzyjaznych uczuć, wszyscy 

jednak nieustannie ze sobą konkurowali. Właśnie dlatego, że Jonas nazywał ich młodszych 

dziećmi.

Nasza   gromadka,   czterej   chłopcy   i   dwie   dziewczynki,   bardzo   przejęta   leciała   ponad 

skąpanym w złocistym świetle krajem. Łagodny blask świętych słońc dodawał krajobrazom 

przyjemnego   ciepła,   pojazd   sunął   absolutnie   bezszelestnie.   Mogli   spokojnie   ze   sobą 

rozmawiać i z dołu nikt ich nie widział. Rozkoszowali się pędem.

Tymczasem   Tiril   i   Nero   wrócili   do   domu,   gdzie   przyjęto   ich   z   radością.   Młodzi   w 

gondoli   interesowali   się   co   prawda   bardziej   swoją   przygodą   niż   poszukiwaniem   Tiril, 

wspominali jednak o niej, lecąc nad szerokim strumieniem.

– Przecież wasza babcia wie, że nie można stąd powrócić do świata zewnętrznego – 

irytował się Armas.

– Tak, wie – przyznał Jori. – Ale nigdy nie zapomniała dziadka ani wuja Dolga, w 

każdym razie nie całkiem.

–   Tak   to   właśnie   z   nią   jest   –   westchnął   Jaskari   i   przekazał   kierowanie   pojazdem 

Bezimiennemu. Przelecieli nad kolejną doliną, mieli przed sobą zupełnie nieznane tereny. 

Sprawiały one wrażenie nie zamieszkanych, zeszli więc niżej, żeby lepiej się przyjrzeć.

– Zawsze mi się jednak wydawało dziwne, że oni tak mało tęsknią do przeszłości. Często 

wprawdzie   opowiadają   o   świecie   zewnętrznym,   o   tym,   jakie   życie   tam   było   trudne   i 

beznadziejnie staromodne, czasami bywają smutni i sentymentalni, ale wracać by nie chcieli. 

Chodzi mi o to, że człowiek przecież zawsze powinien tęsknić do miejsc swego dzieciństwa, 

prawda?

– Tak, tak – zgadzali się kuzyni.

Przypominali   sobie   teraz,   co   prababka   Theresa   i   inni   opowiadali   o   białym   śniegu, 

padającym  cicho  na   ziemię,  o  świętach  Bożego   Narodzenia   w  Theresenhof   z  zapachem 

pysznego   jadła   i   płonącymi   świecami.   O   koniach   zaprzężonych   do   sań   i   dzwoniących 

dzwoneczkach, o ciepłych napojach w zimne dni. To wszystko brzmiało tak przyjemnie. 

Dorośli malowali przeszłość w niezwykłych barwach i często miewali przy tym błyszczące 

oczy. Ale tylko na chwilę.

– Ojciec mówi, że Wrota oczyszczają – wtrącił Jori, syn Uriela. – Że kto przez nie 

przejdzie, nie tęskni za tym, co stracił.

–   Z   pewnością   tak   jest   –   przyznał   Jaskari,   jasnowłosy   i   niebieskooki   potomek 

Villemanna i Mariatty.

background image

– Ale czy nie jest również tak, że człowiek sam stwarza własne tradycje? Chodzi mi o to, 

że przecież mamy wiele tradycji tutaj w Królestwie Światła. Ty, Bezimienny, również znasz 

wiele waszych dawnych rytuałów, prawda?

– No jasne – przyznał młody Indianin. – Ojciec pieczołowicie je chroni.

– Moim zdaniem, określenie „świat zewnętrzny” brzmi niedobrze – stwierdziła Elena, 

sympatyczna,   nieco   powolna   córeczka   Danielle.   Była   bardziej   podobna   do   swego   ojca, 

chłopskiego syna Leonarda, niż do delikatnej matki. Elena swoją troskliwością o wszystkich 

najbardziej chyba przypominała Gretę. Wyglądem jednak się różniły. Elena, krępa i silniej 

zbudowana, poruszała się też bardziej niezdarnie.

– Pamiętajcie, co Taran i Villemann opowiadają o wszystkich złych, ponurych ludziach, 

o rycerzach Zakonu Świętego Słońca i przestępcach, których w tamtym świecie było tak 

wielu.

– Masz rację – przyznał Jori i nagle twarz mu się rozjaśniła. – Z drugiej jednak strony 

brzmi to wszystko niezwykle podniecająco.

–   Tutaj   też   mamy   mnóstwo   okropnych   rzeczy   –   rzekł   Jaskari.   –   Zwłaszcza   poza 

granicami   Królestwa   Światła.   Wszyscy   chyba   słyszeliście   te   zdławione   wycia,   które 

docierają do nas z tak daleka?

Grupa młodych ludzi umilkła.

– Myślę, że zbliżamy się już do prastarej osady – oznajmił Armas cicho.

W oddali, w samym centrum doliny, majaczyły wysokie wieże wsparte na wygiętych 

łukowato fundamentach. Przypominało to jakiś zamek rycerski ze złej baśni. Cała osada 

sprawiała takie wrażenie. Ponure miejsce, otoczone złą sławą i podaniami o ukrytych wśród 

ruin strasznych tajemnicach.

Nic dziwnego, że młodych podróżników przenikały dreszcze.

13

Właśnie w tym momencie w gondoli rozległ się delikatny dźwięk dzwonka. Wszyscy 

podskoczyli na swoich miejscach. Wszyscy, z wyjątkiem Armasa.

– To mama – oznajmił spokojnie. – Zastanawia się pewnie, gdzie się podziewamy.

I rzeczywiście Fionella niepokoiła się nieobecnością młodzieży. Poprosiła Armasa, żeby 

natychmiast wracali, tym bardziej że Tiril i Nero już się odnaleźli.

background image

– Zaraz będziemy, mamo – obiecał Armas, patrząc spokojnie na swoich towarzyszy. – 

Chcieliśmy tylko jeszcze zejść nieco w dół nad rzekę i przyjrzeć jej się z góry.

To nie było kłamstwo, tylko inaczej wyrażona prawda.

Poprosił   matkę,   by   porozmawiała   sobie   jeszcze   z   przyjaciółkami,   i   jego   propozycja 

padła, zdaje się, na bardzo podatny grunt.

– Tylko  nie  wałęsajcie  się tam zbyt  długo – upomniała  na koniec Fionella  i Armas 

obiecał, że postarają się wrócić tak szybko jak to możliwe.

Cokolwiek to oznaczało, obietnica brzmiała dość uspokajająco.

– Co my właściwie wiemy o tej osadzie? – zapytała Elena, kiedy zbliżyli się już do celu. 

–   Wszystko   tu   wygląda   groźnie.   Niegdyś   pewnie   było   wspaniale,   ale   teraz   mury   się 

rozpadają, przejścia pomiędzy budynkami zawalone gruzem. Okienka na wieżach gapią się 

niczym puste oczy, a zwieńczenia murów, poszczerbione, wyglądają jak zepsute zęby. Wiele 

łuków, które dawniej musiały się wznosić wysoko, również popadło w ruinę.

– Czy ktoś tutaj jeszcze mieszka? – zastanawiała się Elena.

– Za dużo pytań jak na jeden raz – odparł Armas. – Ojciec opowiadał mi o tej osadzie, 

ale tylko trochę. Zbyt wiele więc nie wiem.

Wszystkich   bardzo   interesowała   osoba   ojca   Armasa,   czyli   Strażnika   Góry,   który   z 

pewnością miał też normalne imię, tyle tylko że nikt go nie używał. Syn jednak, pomny 

ojcowskich zakazów, milczał jak zaklęty, nigdy nie mówił nic na temat spraw związanych z 

należącym do Obcych obszarem królestwa, to znaczy z jego północnymi rejonami. Była to 

największa część kraju i mieli tam słońce umieszczone niemal tak wysoko, jak w stolicy. 

Zresztą sam Armas także nie znał dobrze północnych części królestwa, a wyłącznie rejon, w 

którym   mieszkali.   Jego   ojciec   często   przebywał   poza   domem,   pracował   w   okrytych 

szczególną tajemnicą okolicach jeszcze dalej na północ albo wyprawiał się w jakieś tajemne 

podróże, Armas nie wiedział dokąd.

Niegdyś obiecywano dzieciom, że będą mogły odwiedzić Armasa. Jakoś jednak nigdy do 

tego nie doszło. Pewnie dorośli ufali, że w końcu dzieci same wykażą rozsądek i przestaną 

prosić.

Wszyscy   uważali,   że   Armas   bardzo   ładnie   odnosi   się   do   swojej   matki.   Wiadomo 

przecież, że Fionella, kiedy spotkana Strażnika Góry, była, najdelikatniej mówiąc, prostą 

dziewczyną. On zaś, obojętnie przecież nastawiony do ziemskich kobiet, zainteresował się 

nią ze względu na jej dobroć, prostolinijność i zaufanie, jakim go obdarzyła,  a także ze 

względu na te wszystkie piękne ludzkie cechy, których miała tak wiele. Sądząc po tym, co 

mówił Armas, ich osobliwe małżeństwo było bardzo szczęśliwe. Pewnie dlatego, że Obcy 

background image

zatroszczył   się   również   o   rozwój   Fionelli   i   nauczył   ją   wielu   rzeczy,   nie   niszcząc 

jednocześnie jej łagodności i ufności. Dzieci wiedziały,  że Armas szanuje i kocha swoją 

matkę.

Teraz chłopiec opowiadał im, co wiedział o osadzie duchów.

Kiedyś dawno, dawno temu, w praczasach, Obcy przybyli tutaj przez ukryte przejście, 

czyli ich własne Wrota, których nikt inny nie znał, i osiedlili się w północnej części kraju. 

Działo   się   to   na   długo   przedtem,   zanim   na   Ziemi   zapanował   gatunek   ludzki.   Tutaj,   w 

centrum Globu, wszystko tonęło w ciemnościach i Obcy w zajmowanej przez siebie części 

ulokowali jedno ze swoich słońc. To najmniejsze. Mieli jednak zamiar zbadać całą okolicę i 

kiedy przesunęli się bardziej na południe, dostrzegli tam słabe światło.

Nieśli ze sobą własne słońce, widzieli więc, że wędrują przez bardzo piękną okolicę. 

Poza tym jednak krajobraz spowijał mrok. Przed nimi tliło się tylko to jedno jedyne słabe 

źródło światła.

Kiedy podeszli bliżej, przekonali się, że pochodzi ono z ogniska i sączy się na zewnątrz 

przez otwory okienne jakiejś budowli właśnie w tym grodzie, w którym teraz znalazła się 

gromadka młodych.

Obcy   byli   ludem   życzliwie   usposobionym   do   świata,   posiadali   jednak   groźną   broń. 

Mogli   z   łatwością   uśmiercić   mieszkańców   twierdzy.   Uznali   to   jednak   za   zupełnie 

bezsensowne, ponieważ mieszkańcy grodu znajdowali się tutaj przed nimi...

–   Gdyby   tak   biali,   którzy   przybyli   do   kraju   Wakan   Tanka,   okazali   się   równie 

wielkoduszni   –  mruknął   Bezimienny,  a   inni  kiwali  w   milczeniu   głowami.   Wiedzieli,  że 

przodkowie Indian pojawili się w Królestwie Światła stosunkowo niedawno. Przedstawiciele 

pokolenia dziadka Bezimiennego trafili tutaj zupełnie przypadkowo.

Tak   więc   Armas   opowiadał,   że   Obcy   oraz   tajemniczy   lud   ze   zrujnowanej   osady, 

oczywiście w tamtych czasach była to wspaniała twierdza, a nie ruiny jak teraz, doszli do 

porozumienia. Obcym pozwolono zająć kraj poza obrębem twierdzy, natomiast mieszkańcy 

otrzymali światło i rozległa dolina, nad którą dopiero co przelatywała gromadka młodych 

przyjaciół, miała stać się ich terytorium. Obcy zapewnili, że nikt im tam nie zakłóci spokoju.

Tak też się stało. Mieszkańcy twierdzy pogrążali się jednak w stagnacji, przestali się 

rozwijać i raz po raz dochodziło do napięć między nimi a tymi, którzy mieszkali poza doliną.

– Czy myślicie, że oni będą do nas wrogo nastawieni? – zapytała Elena nerwowo.

– Tego nikt nie wie – odparł Armas. – Na wszelki wypadek jednak nie powinniśmy im 

się pokazywać.

– Phi, oni nas już z pewnością widzieli – prychnął Jori.

background image

– Nie sądzę. Sam widzisz, że w murze od tej strony nie ma zbyt  wielu otworów, a 

nigdzie   też   nie   widzieliśmy   żadnego   wartownika.   Wykonaj   jeszcze   jedno  okrążenie   nad 

lasem, Bezimienny, a potem zejdziemy w dół.

Młody Indianin uznał, że najlepiej jest oddać kierowanie pojazdem Armasowi, który bez 

trudu wylądował na polanie w lesie w pobliżu osady tak, by pojazd nie mógł być zauważony 

przez ewentualnych obserwatorów z wież.

– Myślę, że byłoby najlepiej, gdyby dziewczęta zaczekały w gondoli – zaproponował 

Jaskari.

One   jednak   nie   chciały   o   niczym   takim   słyszeć.   Pójdą   z   chłopcami,   a   jeśli   nie,   to 

natychmiast   wracają   do   domu.   Cóż   było   robić,   pozwolono   im.   Tylko   bez   żadnych 

histerycznych wrzasków, ostrzegali chłopcy.

– To myślicie, że będzie się tam czego bać? – zapytała Elena zaczepnie.

– I żadnego trzymania się za ręce.

Berengaria zawstydzona cofnęła dłoń, którą zdążyła wyciągnąć w stronę Bezimiennego.

Przekonani, że mieszkańcy osady zdołali ich już zobaczyć z wysokich wież, przemykali 

się przez las. Nagle ze zdumieniem stwierdzili, że znajdują się pod jakimś wysokim murem.

– Stara, bardzo stara budowla – mruknął Jori.

Odnaleźli   w   murze   drzwi,   jak   się   okazało,   otwarte.   Zawiasy   skrzypnęły   żałośnie. 

Wszystko wskazywało na to, że mieszkańcy tego miejsca czuli się przez bardzo wiele lat 

bezpieczni, skoro zostawili wejście zupełnie nie strzeżone.

Jeśli w ogóle istnieli tu jeszcze jacyś mieszkańcy.

Kiedy   przybysze   posuwali   się   ostrożnie   wąską   uliczką,   pełną   zwiędniętych   liści,   i 

przeciskali się pomiędzy pochylonymi ze starości domami, nagle usłyszeli, że spod ich stóp 

dobywają się jakieś dźwięki. Móri nazwałby pewnie to zjawisko wibracjami śmierci, chociaż 

może to jednak co innego. Każdy zresztą odbierał dźwięki zupełnie inaczej. Elena w ogóle 

niczego nie słyszała, Berengaria przestraszona wpatrywała się pod własne nogi, Bezimienny 

rozglądał się czujnie, jak przystało na prawdziwego Indianina. Jaskari słyszał tylko delikatne 

brzęczenie, natomiast Armas i Jori zasłaniali uszy rękami. Mieli wrażenie, że ziemia trzęsie 

się pod ich stopami, a towarzyszy temu głuchy łoskot.

Na szczęście po chwili wszystko przycichło, choć całkiem nie ustało.

Wydarzyło się jednak coś innego: teraz nie mieli już wątpliwości, że są obserwowani.

– Ktoś nas śledzi z okien – szepnęła Elena.

– Tego nie może robić jedna istota – odpowiedział Jaskari. Miał on najgłębszy głos ze 

wszystkich chłopców, a mimo to bardzo lubił jeszcze go obniżać.

background image

– Ich musi tu być więcej.

–  Nie   wiem,   domy   stoją   tak   blisko   siebie,   że   jeśli   są  nie   zamieszkane,   to  można   z 

pewnością przebić otwory przez ściany – rzekł Armas. – Mam wrażenie, że jest tam tylko 

jedna istota, która biegnie z pokoju do pokoju, z domu do domu.

– W takim razie... – zaczął Jori.

Armas dokończył za niego:

– W takim razie ten dźwięk był sygnałem alarmowym, zostaliśmy dostrzeżeni.

Domy były tak wysokie i stały tak blisko jeden drugiego, że pomiędzy nimi panował 

mrok. Nie przywykli do tego w Królestwie Światła. Mała Berengaria odnosiła wrażenie, że 

pełzają jej po plecach jakieś paskudne stworzenia, zrozumiała reakcja, kiedy człowiek czuje 

się obserwowany od tyłu. Nie miała odwagi odwrócić się ani spojrzeć w stronę okien.

Musieli przejść jakimś bardzo ciemnym korytarzem.

Jaskari głęboko wciągnął powietrze i ruszył jako pierwszy.

– Chodźcie za mną – polecił najgłębszym głosem, na jaki mógł się zdobyć.

Reszta z ulgą przyjęła fakt, że ktoś inny wykazał inicjatywę.

Posuwali się w milczeniu naprzód. Wciąż w głąb nieznanego.

– Uff, ale ciemno! – szepnęła Berengaria drżącym  głosem. – Myślę, że powinniśmy 

zawrócić.

Nagle zaczęła histerycznie krzyczeć:

– Ratunku, oślepłam, nic nie widzę! Wszystko jest czarne, oślepłam, oślepłam!

– Nie bądź niemądra – szepnął Jori. – Nikt tutaj nic nie widzi, a przecież nie mogliśmy 

nagle oślepnąć wszyscy jak jeden mąż. Idź przede mną. Będę cię osłaniał.

– Dobrze, dziękuję – nieoczekiwanie zachichotała Berengaria. Czuła się teraz znacznie 

odważniejsza. – Ja tylko żartowałam, nie zauważyłeś tego?

Nikt   jej   nie   uwierzył,   zwłaszcza   że   po   chwili,   nastąpiwszy   na   obluzowaną   deskę, 

wrzasnęła przeraźliwie. Jori położył jej rękę na ustach i zdławił krzyk.

– Wiecie, mam wyrzuty sumienia – rzekł Armas cicho. – Przecież przy bramie nie było 

żadnego wartownika, a to znaczy, że oni czują się bezpieczni. Żyli tutaj w spokoju, dopóki 

my... Cii! Co to było?

„To   ty   gadałeś”   –   chciała   powiedzieć   Elena,   ale   przystanęła   tak   jak   inni   i   zaczęła 

nasłuchiwać.

Początkowo w ciemnym  korytarzu  panowała kompletna cisza, dopiero po chwili coś 

usłyszeli, jakiś brzęczący czy syczący dźwięk. Jakby ktoś mówił, ale nie wydobywał głosu, 

poruszał tylko językiem i wargami. Nie rozróżniali żadnych słów. Mieli swoje aparaciki, 

background image

które dostali od Madragów, i mogli rozumieć każdy obcy język, te dźwięki brzmiały jednak 

zbyt obco, były zbyt ciche i zbyt niewyraźne.

Zresztą może to w ogóle nie żadna mowa, tylko po prostu szelest?

Dźwięk   dochodził   z   domu   na   prawo   od   nich.   Zanim   którekolwiek   zdołało   zawołać: 

„Uciekamy”   i   zawrócić   w   ciemnym   korytarzu,   coś   zeskoczyło   przed   nimi   na   ziemię   z 

okropnym   łoskotem.   Słyszeli   jakieś   świsty   i   parskania,   jakby   spotkali   przestraszoną 

wiewiórkę.

– O rany, co to? Nic nie widzę... – zaczęła Elena ogarnięta paniką.

– Ale ja widzę – odpowiedział Armas spokojnie. W jego żyłach płynęła krew Obcych i 

potrafił   widzieć   w   ciemnościach.   –   To   jakiś   mały,   obrzydliwy   potwór,   cały   zielony   w 

brunatne plamy, nieustannie wymachuje dwoma kijami i robi przy tym potworny hałas.

– Czy on jest niebezpieczny?

– Raczej niezdarny, powiedziałbym.

– Docierają do mnie jakieś słowa – zawołał Bezimienny. – On coś mówi.

Aparaciki   Madragów   sprawiły,   że   zaczynali   pojmować   znaczenie   tych   jego   syków: 

„Wynoście się stąd, ale już! Uciekajcie, myślicie że się was boję?”

– Tak myślimy – mruknął Jori.

– No, no, spokojnie – Armas zwrócił się przyjaźnie do stworzenia, którego nikt oprócz 

niego nie widział. – Nie chcemy ci zrobić nic złego i przestań już wymachiwać tymi kijami! 

Uspokój się. Och, ależ jestem głupi! Mam przecież ze sobą słońce mojego ojca.

Nieznajoma istota nieustannie skakała przed nimi, starając się na wszystkie sposoby ich 

przestraszyć.   Tymczasem   Armas   wyjął   z   kieszeni   nieduże   pudełeczko   i   otworzył   je. 

Natychmiast pomieszczenie wypełniło się cudownym światłem i zobaczyli, że sufit grozi 

zawaleniem.

Zaraz   też   ujrzeli   ową   obcą   istotę.   Była   mniej   więcej   tego   samego   wzrostu  co   oni   i 

prawdopodobnie   liczyła   sobie   tyle   samo   lat,   w   każdym   razie   na   tyle   wyglądała.   Jak 

powiedział Armas, skóra tego potworka przypominała leśne podszycie. Brunatnozielona w 

żółte plamy. Natomiast oczy i włosy miały intensywną barwę topazu. Z potarganych włosów 

sterczało   dwoje   uszu   takich   jak   u   elfa.   Ale   istota   elfem   nie   była.   Przypominała   raczej 

człowieka. Ciało pozbawione mięśni, gibkie, ubrane w jakąś szatę tego samego koloru co 

skóra.

–   Przystojniaczek   –   szepnęła   Elena,   która   skończyła   już   piętnaście   lat   i   zaczynała 

interesować się mężczyznami.

Choć bardzo ruchliwy, dziwny ten młodzian był okropnie niezdarny. Kiedy promienie 

background image

światła padły na jego twarz, przeraził się, zamachnął i mocno uderzył się w rękę. Odrzucił 

oba kije, które z hałasem upadły na ziemię, on sam zaś skakał wokół, wywijając bolącą ręką 

i krzywiąc się strasznie. Zobaczyli, że zęby ma białe i bardzo ostre, poza tym twarz dosyć 

pociągającą, choć w jakiś dziwny, trudny do określenia sposób. Oczy żywe jak u łasicy i 

wyraźnie zaznaczone, szerokie usta. Było w nim coś z fauna.

Jori zaczął:

– Zapewniam, że przychodzimy w dobrych zamiarach...

Rozległo się nowe mlaskanie i parskanie, z czego zrozumieli, że stwór zastawił na nich 

pułapkę, w którą zaraz wpadną.

– Chodzi ci o to rusztowanie z tyłu za tobą? – zapytał Jori wskazując ręką.

Fakt,   że   Jori   zrozumiał   jego   słowa,   był   dla   tego   dziwnego   młodzieńca   kompletnie 

niepojęty. Patrzył na nich zdumiony, nie będąc w stanie się poruszyć.

Bezimienny wyjął z kieszeni jeszcze jeden aparacik Madragów i zamierzał przymocować 

go do ramienia  chłopca  tak, by mogli  nareszcie zacząć  ze sobą rozmawiać.  Ten jednak 

bardzo się przestraszył i z nieoczekiwaną zwinnością wskoczył na występ muru. Poruszył 

przy tym sufit, który natychmiast zawalił się ze strasznym łoskotem. Młodzieniec wpadł we 

własną pułapkę.

Chłopcy   wykorzystali   sytuację   i   rzucili   się   na   niego.   Mimo   szaleńczego   oporu   – 

próbował   ich   nawet   gryźć   –   udało   się   Bezimiennemu   przymocować   mu   aparacik   do 

ramienia, pozostali chłopcy natomiast trzymali go za ręce, by nie mógł urządzenia odrzucić. 

Owe aparaty, wspaniały wynalazek Madragów, przykleja się bezpośrednio do skóry i bez 

trudu można je z powrotem oderwać.

W   końcu   do   pojmanego   dotarło,   że   on   też   rozumie,   co   mówią   jego   przeciwnicy. 

Spoglądał to na aparacik, to na nich, dopóki nie zorientował się, na czym cała sprawa polega.

–   Jesteśmy   przyjaciółmi   –   mówił   Jori   z   uśmiechem,   chociaż   z   trudem   opanowywał 

wściekłość, ponieważ istota wciąż się szamotała i kopała go. – Chcielibyśmy porozmawiać 

w spokoju. Zgódź się, potem cię wypuścimy.

Młody „faun” leżał na plecach i przyglądał się sześciu pochylonym nad nim twarzom. 

Mniej lub bardziej życzliwym, chociaż starali się wyglądać sympatycznie.

– Ja mam na imię Armas – powiedział syn Obcego. – A jak ty się nazywasz?

Żadnej odpowiedzi, tylko wściekłe syczenie przez zęby.

Przedstawili mu się wszyscy po kolei. W końcu on również wykrztusił swoje imię jakimś 

syczącym, bezgłośnym szeptem , jakby wypychał słowa językiem pomiędzy zębami:

– Tsi-Tsungga.

background image

Tak to przynajmniej zabrzmiało.

– Tsi-Tsungga – powtórzyła Elena.

Tamten z ożywieniem kiwał głową. Twarz mu się powoli rozjaśniała, ale wciąż jeszcze 

nie   odzyskał   pewności   siebie.   Kiedy   spróbowali   go   uwolnić,   natychmiast   rzucił   się   do 

ucieczki.

– O, nie, nie! – zawołał Jaskari. – Jeśli nie chcesz współpracować, to będziemy cię 

trzymać tak długo, dopóki me dowiemy się czegoś więcej o tej twierdzy i jej mieszkańcach.

Podnieśli go z ziemi i pozwolili usiąść, wciąż jednak nie zwalniając chwytu, i zaczęli 

wypytywać.

Nadal   wrogo   usposobiony   i   przestraszony   Tsi-Tsungga   zachował   jednak   godność   i 

odpowiadał im monosylabami na wszelkie pytania.

– Czy dużo stworzeń mieszka tutaj w twierdzy i w osadzie?

– Nikt.

– Ale Obcy mówią, że jest was tutaj wielu.

– To było dawno temu.

Jori zwrócił się do swoich towarzyszy:

– Zgadza się, bo Obcy nie odwiedzali tych miejsc od wielu lat.

– Od tysięcy lat – przyznał Armas – gdyby stosować ziemską rachubę.

Czyżby więc Tsi-Tsungga był ostatnim ze swojego rodu? To nieprawdopodobne.

– Kto zbudował twierdzę? – zapytała Elena.

– Tamci.

– Jacy tamci?

Popłynęły jakieś szmery i szelesty, długa opowieść której mimo wysiłków dokładnie nie 

pojmowali. Dotarło do nich tyle, że pojawił się tu kiedyś jakiś straszny lud, który przybył z 

zewnątrz. Działo się to w trudnej do określenia przeszłości. Ów lud nie był zbyt liczny, ale 

bardzo  zły  i  wkrótce   przemienił  przodków   Tsi-Tsunggi  w  swoich  niewolników,   których 

zmusił do zbudowania twierdzy i domów w osadzie. Plemię Tsi-Tsunggi nie chciało tam 

mieszkać, ale zostało do tego przymuszone.

Władcy twierdzy źle znosili niektóre rodzaje tutejszego pożywienia. Lud Tsi-Tsunggi, 

który znał naturę jak nikt inny, dawał im do jedzenia trujące rośliny, tak że nie mogli się 

więcej rozmnażać. Z czasem władcy twierdzy postarzeli się i wymarli. Wtedy przybyli Obcy 

i przynieśli ze sobą światło. Plemię Tsi-Tsunggi miało dość rządów innych, zawarło więc z 

przybyszami ów kompromis, który dawał Obcym prawo pozostania w kraju w zamian za 

światło i za to, że nie będą niepokoić pierwotnego ludu.

background image

– A więc to wy jesteście tutejszym pierwotnym ludem? – zapytał Jaskari.

– Tak. Ta ziemia była nasza – odparł Tsi-Tsungga dumnie. – My byliśmy tutaj zawsze.

– No, w to zawsze to ja nie bardzo wierzę – mruknął Jori.

– I teraz też nie chcemy żadnych  intruzów – prychnął Tsi-Tsungga. – Nie mieliście 

prawa tutaj przychodzić i jeśli was złapię, to ja wam... – Reszta zdania przybrała formę 

strasznych pogróżek.

–   Dziękuję,   że   wykazałeś   chęć   współpracy   –   rzekł   Armas.   –   A   teraz   zabierzemy   z 

powrotem nasz aparacik tak, by...

Tsi-Tsungga nie chciał jednak o tym słyszeć. Zamierzał zatrzymać aparat i wywiązała się 

wściekła szamotanina, z której oczywiście chłopcy wyszli obronną ręką. Bezimienny zdołał 

zerwać pożyczony aparat i wszyscy odetchnęli z ulgą.

– Teraz chętnie bym obejrzał twierdzę – zaczął Jaskari, ale Tsi-Tsungga wyrwał się i 

błyskawicznie zniknął w jednym z chylących się domów. – Do licha! – zawołał Jaskari. – Co 

my teraz zrobimy?

– Obejrzymy twierdzę – odparł Jori krótko.

14

W chwilę później znaleźli się w rozległej hali, przekonani teraz, że Tsi-Tsungga jest 

ostatnim przedstawicielem swojej rasy.

I tak chyba było najlepiej. Sprawiał, delikatnie mówiąc, wrażenie wrogo usposobionego.

Wędrówka   przez   zrujnowaną   osadę   okazała   się   bardzo   niebezpieczna.   Musieli   się 

przeprawiać przez gruzowiska zniszczonych domów, stojące jeszcze resztki murów groziły 

w   każdej   chwili   zawaleniem,   pod   ich   stopami   ziały   ogromne   dziury.   Wielokrotnie 

przyjaciele musieli ratować się nawzajem z poważnych opresji.

Najgorsze były schody, w których brakowało wielu stopni. Młodzi wędrowcy przeszli 

przez główną bramę i znaleźli się wewnątrz twierdzy. Ciekawe, co by powiedziały matki, 

gdyby zobaczyły, w jakim stanie są ich ubrania.

Rozglądali się wokół. Wszędzie prastare, pociemniałe, zimne i ponure ściany. Kamienne 

schody wiodły do wyższych pięter, do nadbudówek i wież. Drzwi, które już dawno wypadły, 

prowadziły do sal i pokojów.

– Teraz to chyba powinniśmy już wracać do domu – mrukną Elena.

background image

Nikt jednak nie chciał o tym słyszeć.

– Tam, moim zdaniem, nie należy wchodzić – rzekł Jaskari, mając na myśli wysokie, na 

wpół zawalone schody.

– Tam także nie – dodał Jori, pokazując w inną stronę.

–  O  ile  dobrze   widzę,  to   dostępne  są  tylko   jedne   schody  –  stwierdziła   Elena.  –  Te 

wielkie.

–   A   czy   nie   powinniśmy   najpierw   rozejrzeć   się   po   dolnych   salach?   –   zapytała 

Berengaria, której schody wydawały się zbyt niebezpieczne.

– Nie, ja chcę jak najszybciej wejść na wieżę – oznajmił Jori i zaczął pokonywać kolejne 

stopnie. – Chcę obejrzeć jeden z tych wysokich do nieba pomostów.

– Chyba nie masz całkiem dobrze w głowie! – wołał Jaskari, biegnąc za nim. – Toż to 

niechybne samobójstwo.

– Ależ skąd, jestem niepokonany.

– To bardzo niebezpieczny sposób myślenia, zaczekaj na nas.

Wkrótce   wszyscy   stanęli   na   wyższym   poziomie,   na   którym   znajdowała   się   wielka 

paradna sala. Wejście do niej było otwarte, a po obu stronach leżały kupki spróchniałego 

drewna. To pewnie dawne drzwi.

Wstrzymując oddech wemknęli się do środka. Stąpali ostrożnie, bo podłogi nie budziły 

zaufania. Z daleka widzieli, że z parkietu w wielkiej sali zostały same belki. Reszta po prostu 

zniknęła.

– Oj, czyście zauważyli? – szepnął Jori.

Wszyscy poszli za jego wzrokiem. W drugim końcu sali pod samą ścianą stała jakaś 

dziwna statua, wyglądała jak posąg bóstwa. Wysoka, pompatyczna i przerażająca. Niegdyś 

musiała  przedstawiać  jakąś istotę, coś pośredniego  pomiędzy człowiekiem  a jaszczurem. 

Teraz jednak niewiele zostało z dawnej wspaniałości.

–   To   bóstwo   mieszkańców   twierdzy   –   mruknął   Armas.   –   W   końcu   wiemy,   jak   oni 

wyglądają.

– Zgadzam się z Tsi-Tsunggą, że musiały to być bardzo złe istoty – szepnęła Elena z 

przerażeniem  pomieszanym  z  szacunkiem.  – Ale czy już gdzieś  nie widzieliśmy  czegoś 

podobnego?

– W każdym razie słyszeliśmy o tym – rzekł Jori z nie wróżącym nic dobrego spokojem.

– Tak jest – potwierdził Jaskari. – Ojciec opowiadał o takich istotach. One są straszne.

– Owszem, to Silinowie – oznajmił Jori. – Mama i ojciec ich spotkali. To właśnie oni 

więzili Madragów.

background image

Roztrząsali te sprawy jeszcze przez jakiś czas i stwierdzili, że rodzice prawie każdego z 

nich,   albo   ojciec,   albo   matka,   albo   oboje,   spotkali   kiedyś   Silinów.   Ojciec   Jaskariego 

Villemann,   mama   i   ojciec   Joriego,   Taran   i   Uriel,   matka   Eleny,   Danielle,   oraz   ojciec 

Berengarii, Rafael. Tylko rodzice Armasa i Bezimiennego nie mieli do czynienia z nikim z 

jaszczurzego plemienia.

– Ale jakim sposobem oni dostali się tutaj? – zastanawiał się Armas.

–   Twierdza   Silinów   została   zniszczona   podczas   wielkiej   katastrofy   światowej   całą 

wieczność temu – wyjaśnił Jaskari. – I pewnie od tamtej pory przedstawiciele tego plemienia 

znajdują   się   również   tutaj.   Sigilion   i   kilku   innych   zostali   z   resztkami   swojej   twierdzy 

wyrzuceni   wysoko   ponad   ziemię   i   wylądowali   w   Himalajach.   Inni   Silinowie   też   mogli 

ocaleć. Ziemia się otworzyła albo też wpadli w jakąś rozpadlinę w morskim dnie. Przecież 

właściwie oni żyli w morzu. W każdym razie kilku z nich prawdopodobnie odnalazło drogę 

tutaj.

– Bogom niech  będą dzięki  za to, że  lud Tsi-Tsunggi zdołał  ich  unicestwić  – rzekł 

Bezimienny.

Jori potwierdził z ożywieniem:

– Tak, i kiedy opowiadał o tym, jak pozbawili ich płodności, a tym samym możliwości 

rozmnażania się, przyszło mi do głowy, że już kiedyś coś takiego słyszałem, bo przecież 

dokładnie to samo uczynili Madragowie z ostatnimi Silinami w Himalajach, a zwłaszcza z 

tym... jak to on się nazywał?

– Sigilion – podpowiedział Jaskari. – Prawdziwa stara świnia, erotoman i...

Właśnie wtedy chłopcy odkryli, że statua przedstawia kogoś pochodzącego z tej samej 

rasy   co   Sigilion.   Ona   też   miała   ogromny   organ   płciowy.   Całe   szczęście,   że   Berengaria 

zawołała:

– Ja nie chcę tutaj stać! Pomyślcie, gdyby tak on ożył?

– Phi! – roześmiał się Jori.

Zarówno jednak on, jak i cała reszta zawróciła pośpiesznie, wdzięczna Berengarii, że 

przerwała nieprzyjemne rozważania. Żaden z chłopców nie miał odwagi spojrzeć na Elenę, 

pozostawała tylko nadzieja, że dziewczyna niczego nie zauważyła.

Ale   ona   widziała   wszystko.   Płomiennie   czerwona   gapiła   się   na   posąg   bóstwa, 

zafascynowana tym, co widzi. Potem również odwróciła się na pięcie i pobiegła do wyjścia. 

Czuła jednak, że coś dziwnego dzieje się z jej ciałem, i bardzo jej się to nie podobało.

Powoli weszli po schodach na jeszcze wyższe piętro, ale ta wspinaczka bardzo działała 

im na nerwy. Wszędzie w murach ziały ogromne otwory po blokach kamiennych, które 

background image

obluzowały się i spadły w dół. Schody zaś były tak zniszczone, że właściwie trudno było 

mówić o jakichś stopniach.

Na szczęście wkrótce znaleźli się na czymś w rodzaju galeryjki otaczającej całą twierdzę. 

Wydawało się, że są pod główną wieżą, tym bardziej że balkon został solidnie zbudowany z 

kamieni i otoczony balustradą.

Przed ich oczyma rozciągał się wspaniały widok na dolinę, z której przyszli. Okolica 

była  porażająco piękna, chociaż  całkowicie  wymarła. Po chwili Jori podszedł wygiętego 

łukowato   mostu   łączącego   galerię   z   mniejszą   częścią   twierdzy,   zakończonej   niższą 

wieżyczką.

– Nie rób tego – poprosiła Elena.

– Ale on wygląda bardzo pewnie.

– Żebyś się tylko nie oszukał.

Jori przyglądał się uważnie mostowi. Przejście na górze było proste i równe, dolną część 

mostu stanowił pięknie wygięty łuk.

Armas, z zachwytem podziwiający piękne widoki, zaczął nagle podśpiewywać z radości, 

że znalazł się tak wysoko, a pewnie też i po to, by usłyszeć, jak jego głos niesie się ponad 

doliną. Berengaria dołączyła do niego, a po chwili również Jaskari.

Bezimienny natomiast wciąż uważnie oglądał balkon. I nagle zawołał:

– Cii! Do licha, uciszcie się i chodźcie tutaj popatrzeć.

Pobiegli natychmiast.

– Oj – jęknęła Elena.

Znajdowali się teraz w tylnej części twierdzy. W tej zwróconej ku górom. Na zboczach 

poza obrębem zrujnowanej osady rozciągały się starannie uprawione pola i łąki, a wśród 

drzew,   których   nigdy   przedtem   nie   widzieli,   rozłożyła   się   osada   małych   budynków   o 

okrągłych dachach. Budowle wzniesiono z ziemi i trawy, tak że stapiały się z krajobrazem i 

trzeba było czasu, żeby je dostrzec, obudowano ich jednak mnóstwo i leżały blisko siebie.

– A więc to tam oni mieszkają – szepnął Jaskari.

– „Nie chcieliśmy mieszkać w twierdzy” – powtórzyła Elena słowa Tsi-Tsunggi.

– Jakie śliczne małe domki – zachwycała się Berengaria. – Z pewnością żyją w nich 

krasnoludki.

– Nie, to domy ludu Tsi-Tsunggi – odparł Bezimienny. – Spójrzcie, kilku z nich chodzi 

po polu.

Nawet z tak daleka widzieli wyraźnie, że ciała tamtych mają te same barwy ziemi co Tsi-

Tsungga.

background image

Nagle Bezimienny zawołał:

– Padnij! Zostaliśmy odkryci!

Wszyscy schowali się za balustradą, ponad którą Jori ostrożnie wyglądał.

– Tak jest, zobaczyli nas! A może usłyszeli naszą pieśń? Widzę jednego, który stoi przed 

domem i z przejęciem pokazuje w naszą stronę. Musimy zwiewać, i to szybko!

Armas także wyjrzał sponad balustrady.

– Oj! Wychodzą z ziemianek. Ruszają w naszą stronę. Och, ratunku, jak oni szybko 

biegają!

– No właśnie, widzieliście  przecież,  jak zręcznie  potrafi  się poruszać Tsi-Tsungga – 

rzekła Elena, kiedy uciekali galeryjką ku schodom.

–   Nie,   zatrzymajcie   się!   –   zawołał   Bezimienny.   –   Oni   są   już   przy   twierdzy.   Chyba 

zostaliśmy otoczeni.

– Wszyscy na most! – nakazał Jori.

– Nie, my... – zaczął Jaskari, lecz również on uznał, że to jedyne wyjście. Tsi-Tsungga 

był do nich usposobiony wrogo, ale działał sam, więc nic nie mógł zrobić. Teraz wrogów jest 

kilkuset i wszyscy znajdują się już na terenie twierdzy.

Nie wahając się dłużej, młodzi wędrowcy weszli na most. Tylko Berengaria stała przez 

chwilę przerażona wysokością i tym, że most jest taki stary. Ale Bezimienny pociągnął ją za 

sobą tak mocno, że o mało nie wyrwał jej ręki ze stawu. Zamknęła oczy, by nie widzieć 

bezdennej głębi pod sobą.

Pośrodku mostu Jori zachwiał się i spod jego stóp wypadł kamień, który zleciał w dół do 

przepaści. Pozostali obchodzili ostrożnie niebezpieczne miejsce.

– Żebyśmy się znowu nie znaleźli w tej sali z posągiem bóstwa – mruknęła Elena – bo 

teraz już byśmy się chyba nie wydostali.

– Nie bój się – uspokajał ją Jaskari, gdy schodzili na inny, położony niżej balkon. – 

Nasza wieża nie ma połączenia z tamtą częścią twierdzy. Chodźcie szybko, nie ma chwili do 

stracenia.

Schody wiodące w dół były bardzo wąskie i okrążały wielokrotnie wieżę, wyglądały 

jednak na dość stabilne.

Zeszli już prawie na sam dół do ostatniej hali. Tam jednak okazało się, że schodów, 

którymi mogliby uciec na wolność, nie ma.

Słyszeli pościg coraz bliżej. Nie było wyjścia. Jori zeskoczył na dół, wysokość w końcu 

nie była zbyt duża. Bezimienny popchnął Berengarię w ślad za nim i sam skoczył również. 

Elena wahała się, ale Jaskari był już na dole i wołał do niej, że nie ma się czego bać. Armas 

background image

popchnął dziewczynę z całej siły i sam skoczył za nią.

Szczęśliwie   wszyscy   znaleźli   się   na   dole.   Trochę   podrapani   i   poobijani,   ale   to   bez 

znaczenia.

– Uciekamy! – nakazał Jaskari.

Wkrótce wybiegli na coś w rodzaju małego ryneczku. Słyszeli za sobą zbliżającą się 

hordę i przez chwilę stali bezradni. Gdzie się znajdują? W którą stronę powinni uciekać?

– Tutaj!  –  wrzasnął  Jaskari  i  pobiegł  w   kierunku  najbliższej,  ciasnej   uliczki.   Reszta 

ruszyła za nim.

Chwilę uciekali, przez nikogo nie niepokojeni, i nagle uświadomili sobie, że wpadli w 

pułapkę. Nie wszyscy prześladowcy wbiegli do twierdzy. Pewna grupa okrążyła budowlę i 

teraz zamykała im drogę. Stała na drugim końcu ulicy, gotowa powstrzymać uciekinierów. 

Prześladowcy   wyglądali   bardzo   groźnie.   Podobni   do   Tsi-Tsunggi,   wydawali   się   jednak 

starsi, a poza tym wszyscy byli uzbrojeni. Młodzi przybysze nie potrafili jednak określić, co 

to za broń.

Pośpieszne spojrzenia za siebie, na prawo i na lewo, przekonywały młodych ludzi, że 

możliwości   ucieczki   jest  niewiele.   Z  tyłu   mogła   w  każdej  chwili  nadejść  główna  grupa 

pościgu, wejście w uliczkę po prawej stronie było kompletnie zasypane gruzem, uliczka z 

lewej strony okazała się wprawdzie wolna, ale za to krótka. Po prostu ślepy zaułek. Woleli 

jednak to, niż wpaść w ręce owych nieznanych istot.

Na   szczęście   okazało   się,   że   od   ślepej   uliczki   odchodzi   jeszcze   jakaś   przecznica. 

Przejścia   były   coraz   węższe   i   coraz   szczelniej   zasypane   gruzem,   w   końcu   musieli   się 

zatrzymać. Wokół siebie mieli już tylko ruiny.

– Co zrobimy? – krzyknęła Elena ogarnięta paniką.

Musieli zawrócić, innego wyjścia nie było.

I wtedy zobaczyli jego, Tsi-Tsunggę. Stał na piętrze domu z tyłu za uciekającymi i dawał 

im znaki ręką, żeby czym prędzej do niego biegli.

Zawahali   się   na   ułamek   sekundy.   On   przecież   także   nie   żywił   dla   nich   szczególnie 

ciepłych uczuć, ale co im pozostawało? Ruszyli na górę, Tsi-Tsungga wyciągnął ręce, by 

pomóc Berengarii, Jaskari podniósł ją i wkrótce znalazła się na piętrze. Wspólnymi siłami 

zdołali   się   wdrapać   w   ślad   za   nią.   Już   na   górze,   biegnąc   z   pokoju   do   pokoju,   słyszeli 

nadciągających prześladowców.

Tsi-Tsungga trzymał Berengarię za rękę, Elena podążała tuż za nią. Posuwali się gęsiego 

jedno za drugim tak, jak ich prowadził przez kolejne pomieszczenia pierwszego piętra, a 

potem na tym samym poziomie przechodzili z jednego domu do drugiego. To najwyraźniej 

background image

on wybił dziury w ścianach, zresztą w ogóle świetnie orientował się w położeniu. W końcu 

sprowadził ich do jakiejś piwnicy, a stamtąd przeszli do ruin kolejnego domu.

Po chwili  znaleźli  się w kompletnie  ciemnym  korytarzu,  w którym  pachniało  mokrą 

ziemią. Brodzili po błocie, wszędzie ziemia i ciemność...

Nagle uświadomili sobie, że znajdują się poza obrębem twierdzy. W lesie pod jakimś 

skalnym nawisem, tak wysokim, że mogli stać wyprostowani.

Wciąż przerażeni, spoglądali na Tsi-Tsunggę, który patrzył na nich ze złością.

– Dziękuję – wykrztusił Jaskari i inni dziękowali również. Tylko Bezimienny pojął, że 

Tsi-Tsungga niczego nie rozumie, i podał mu aparacik Madragów. Tym razem Tsi-Tsungga 

się   nie   sprzeciwiał.   Chętnie   pozwolił,   by   umocowano   mu   aparacik   na   gołym   ramieniu. 

Powtórzyli raz jeszcze podziękowania, tym razem dużo serdeczniej, on zaś prychał i mlaskał, 

że   powinni   się   śpieszyć.   Elena   zapytała,   gdzie   się   teraz   znajdują,   a   Tsi-Tsungga 

odpowiedział, że ich powietrzny statek czeka niedaleko stąd.

– Uciekajcie – powtarzał nerwowo.

Chciał oderwać aparacik i oddać, ale Bezimienny zaprotestował ruchem dłoni.

– Zachowaj go, jest twój. Chociaż tyle możemy dla ciebie zrobić za to, że nas uratowałeś.

Tsi-Tsungga rozjaśnił się w uśmiechu od ucha do ucha.

– Czy będę dzięki niemu rozumiał zwierzęta?

– Będziesz – zapewnił Jori, ponieważ on właśnie bardzo często rozumiał, co Nero chce 

przekazać. – Ale pilnuj go dobrze i nie pokazuj byle komu.

Zielone oczy zrobiły się wielkie.

– Nikomu – zapewnił. – Ale śpieszcie się.

Berengaria podbiegła i pocałowała go w policzek. Potem uciekła razem ze wszystkimi.

Tsi-Tsungga   stał   w   miejscu.   Śledził   wzrokiem   gondolę,   dopóki   nie   zniknęła   za 

wierzchołkami drzew.

Kiedy nareszcie doszli trochę do siebie, Elena zapytała:

– Czy zwróciliście uwagę, że nigdy nie widzi się tego wielkiego słońca, to znaczy nie 

widzi się go nad stolicą, teraz przecież znajdowaliśmy się bardzo wysoko i byliśmy blisko 

niego, a jednak pozostało niewidoczne.

Odpowiedział jej Armas:

– To dlatego, że światło jest tam wyjątkowo intensywne.

Elena westchnęła:

– Jak my mało wiemy na temat Królestwa Światła.

– Owszem – przytaknął Jori. – Mama wciąż powtarza, że to czy tamto jest tajemnicą i że 

background image

za tym wszystkim kryje się coś wielkiego.

– Twoja mama ma rację – stwierdził Armas krótko.

Zgromadzili się wokół niego. To on kierował teraz gondolą.

– Czy wyjaśnienie tych tajemnic kryje się w północnej części kraju? – zapytał Jaskari.

– Nie wolno wam o to pytać.

– No właśnie, nie wolno pytać o rejony położone najdalej na północ, prawda? I ani o to, 

skąd przybyli Obcy? Ani o to, kim są.

– Tak jest.

– A czy wolno pytać o ciemność poza granicami Królestwa Światła? – rzekł Bezimienny.

– Nie.

– Ani o Srebrzysty Las? – tym razem pytała Berengaria.

– Ani o Srebrzysty Las.

– Ani o mur graniczny i o dochodzące z daleka żałosne wołania?

– O to także nie.

– Ani o to, co właściwie zamierzają Obcy, ani o wielką zagadkę? – włączyła się Elena.

– Nie.

Jori spoglądał na Armasa podejrzliwie.

– A czy ty znasz odpowiedź na te pytania?

– Nie.

Wtedy wybuchnęli śmiechem. Armas również.

Wrócili   do   domu,   każde   do   siebie,   i   wszyscy   musieli   wysłuchać   wymówek   swoich 

przestraszonych matek.

Nie wyjawili jednak, gdzie się podziewali. Nie starczyło im na to odwagi.

15

OKO NOCY

Większość rodzin indiańskich mieszkała poza obrębem miast. Tylko niektórzy z nich 

wybrali stolicę albo tak jak rodzice Bezimiennego osiedlili się w Zachodnich Łąkach.

Pewnego dnia, w parę tygodni po niebezpiecznej wyprawie młodzieży do zrujnowanej 

twierdzy,   wszyscy   Indianie   z   Królestwa   Światła   zebrali   się   u   Ptaka   Burzy.   Jego   ogród 

wypełniły wigwamy,  czyli  namioty zbudowane z palików i skóry. Indianie zamierzali tu 

background image

pozostać przez wiele dni, ponieważ Bezimienny miał być poddany męskiej próbie i, jeśli 

wyjdzie z niej zwycięsko, otrzymać swoje właściwe imię.

Matka chłopca uszyła piękną narzutę, na której będzie siedział samotnie na pustkowiu 

przez cztery dni i cztery noce. Nie wolno mu w tym czasie ani jeść, ani pić, musi radzić sobie 

zupełnie sam, a jeśli wszystko pójdzie tak jak trzeba, to powinien mieć w tym czasie wizje, 

które staną się drogowskazami na całe przyszłe życie.

Chłopiec musiał przejść przez wiele ceremonii, zanim uznano, że gotów jest wyjść na 

pustkowia. Przed podróżą spożywał rytualne posiłki. Wszyscy członkowie jego plemienia 

trwali w niezwykle uroczystym nastroju. Dzieci również towarzyszyły obrzędom, chociaż to 

sprawy ze świata dorosłych, do którego obecnie Bezimienny miał wkroczyć.

Wielkim problemem był wybór odpowiedniego górskiego szczytu. Przodkowie chłopca 

w Ameryce mieli Świętą Górę z tak zwaną Grotą Wizji, czegoś takiego jednak we wnętrzu 

Ziemi nie było. Ponadto, zgodnie ze starą tradycją, noce powinny być ciemne i przerażać 

takiego   młodego   chłopca.   W   Królestwie   Światła   jednak   noc   nigdy   nie   zapadała.   Tutaj 

zawsze, przez okrągłą dobę, panuje światło.

Dlatego postanowiono, że Bezimienny musi opuścić Królestwo Światła i udać się do 

Królestwa Ciemności.

W dotarciu tam jednak musieli mu pomóc Obcy, ponieważ tylko oni znali drogę. To 

zresztą ta sama droga, którą rodzina czarnoksiężnika przybyła do Królestwa Światła.

Z grona Obcych towarzyszył chłopcu Strażnik Słońca i jeszcze jeden o imieniu Rok. 

Obaj  uczestniczyli  też  w   licznych  ceremoniach  przygotowawczych  i  obaj   wysoko  cenili 

Indian za ich wiedzę i rozsądek oraz poczucie godności, a także za to, że żyją tak blisko 

natury oraz licznych duchów.

Ojciec Bezimiennego, Ptak Burzy, również przybył tą drogą do Królestwa Światła, lecz 

jej nie poznał, albowiem i on, i jego krewni pokonali ją w głębokim śnie.

Zgodnie z rachubą czasu stosowaną w Królestwie  Światła  Indianie  pojawili  się tutaj 

stosunkowo niedawno. W świecie zewnętrznym obowiązywały jednak inne miary i według 

nich   wydarzyło   się   to   dawno   temu.   Około   roku   1690   pewne   plemię   indiańskie   zostało 

przepędzone ze swoich terenów przez Czirokezów. Ptak Burzy, który był wtedy młodym 

chłopcem   i   dopiero   co   otrzymał   dorosłe   imię,   towarzyszył   swoim   rodzicom   i   innym 

członkom plemienia w ucieczce. Grupa liczyła nie więcej niż dwadzieścia siedem dusz. By 

przebłagać duchy, udali się do Świętej Góry, nigdy tam jednak nie dotarli, ponieważ zgubili 

się w otoczonej złą sławą Jaskini Mamuciej w Kentucky, jednej z najdłuższych jaskiń świata, 

liczącej   prawdopodobnie   około trzystu  sześćdziesięciu   kilometrów  długości.   Indianie  nie 

background image

wiedzieli, gdzie się znajdują, zrozpaczeni schodzili wciąż głębiej i głębiej. Krążyli całymi 

dniami po ciemnych grotach, aż w końcu kompletnie stracili orientację. Wyczerpani głodem 

i zmęczeniem poddali się, ułożyli na ziemi i czekali na śmierć. I wtedy pojawiły się przed 

nimi wysokie jasne istoty, które nakazały im iść za sobą. To one doprowadziły Indian do 

Królestwa Światła.

Tutaj zadomowili się szybko, korzystali zresztą z wielkiej swobody.

Bezimienny   był   pierwszym   młodzieńcem,   któremu   miano   nadać   imię   zgodnie   z 

indiańską tradycją.  Całe plemię  bowiem przestrzegało w nowym  świecie swoich starych 

zwyczajów.

Nadeszła wreszcie oczekiwana chwila. Ptak Burzy pożegnał się ze swoimi gośćmi, zabrał 

syna  oraz dwóch Obcych, a także wszystko, co Bezimiennemu  mogło być  potrzebne na 

pustkowiu.

Nie   było   tego   wiele,   przede   wszystkim   narzuta   i   fajka.   Owa   fajka,   której   chłopiec 

nienawidził, ponieważ kiedy raz zaciągnął się dymem, poczuł się kompletnie chory. Fajka 

jest jednak niezbędna podczas męskiej próby. Dzięki niej młody człowiek może nawiązać 

kontakt z duchami. Prócz tego Bezimienny miał jeszcze koszyk z wysuszonej trawy, pełen 

różnych małych przedmiotów, pomocnych przy odpędzaniu złych duchów, gdyby takie się 

pojawiły.

I to wszystko.

Matka   chłopca   płakała   cicho,   gdy   opuszczał   dom.   Nigdy   żaden   Indianin   nie   był 

zmuszony odbyć swojej męskiej próby w takiej budzącej grozę okolicy. W dawnym świecie 

na powierzchni Ziemi też czyhały na młodych ludzi niebezpieczeństwa, ale były one na ogół 

znane. Tutaj nie wiadomo nic. Królestwa Ciemności lękali się wszyscy.

Matka   wiedziała,   że   dziadek   Bezimiennego   pragnie,   by   chłopiec   został   szamanem 

znającym   się   na   uzdrawianiu   chorób,   ponieważ   nikogo   takiego   Indianie   w   Królestwie 

Światła nie mieli. Ona jednak tego nie chciała. W osadzie znajdują się przecież doświadczeni 

lekarze, zawsze gdy trzeba, można uzyskać u nich pomoc. Dziadek złościł się i nazywał ją 

głupią   squaw,   która   nie   powinna   porównywać   białego   doktora   z   indiańskim   szamanem, 

ponieważ pracują oni w zupełnie odmienny sposób i w innych wymiarach.

Zresztą dopiero na pustkowiu miało się okazać, czy Bezimienny zostanie szamanem.

Ptak   Burzy   i   jego   syn   zostali   pogrążeni   w   głębokim   śnie   i   przewiezieni   tajemnymi 

tunelami do Królestwa Ciemności. Bezimienny nigdy tam nie był. Myślał teraz o swoich 

przyjaciołach. Co by oni powiedzieli o lesie, w którym się znalazł, czy też by się lękali? 

Panował tutaj głęboki mrok. Obcy poruszali się mimo to pewnie i zdecydowanie wiedli ich 

background image

w górę. Bezimienny czuł pod obutymi w mokasyny stopami grube korzenie, rozpoznawał 

surowy zapach ziemi i mokrych od deszczu drzew.

Nikt nic nie mówił.

Zupełna   cisza   panowała   do   chwili,   gdy   Bezimienny   przystanął   gwałtownie.   Inni 

zatrzymali się również.

– Widzę jakieś światło w oddali – szepnął. – Słaby strumień światła.

– To blask odbity znad naszego królestwa – odparł jeden z Obcych z uśmiechem. – Teraz 

widzisz, jak daleko od domu jesteśmy.

Po chwili Bezimienny znowu przystanął.

– Ja coś słyszę...

– To te istoty, które mieszkają w lesie. Nie bój się, znajdujemy się wysoko ponad nimi.

W końcu doszli do stromej  góry.  Powietrze  stało nieruchome,  ciemności  były  gęste, 

nieprzeniknione.

Oprócz...

Znowu dostrzegał jasny promień znad Królestwa Światłości. Widział jednak coś jeszcze.

Czarne góry. Tam, ponad sterczącymi  szczytami  i górskimi przejściami, od czasu do 

czasu przetaczały się jakieś świetlne zjawiska. Gwałtowne niczym błyskawice.

– Ojcze – szepnął Bezimienny pobladłymi wargami. – To burza. Jestem zgubiony.

Zgodnie z indiańską tradycją burza podczas męskiej próby oznaczała kompletną porażkę. 

Młody człowiek został wystawiony na pogardę i lekceważenie wszystkich.

– Spokojnie, chłopcze – powiedział Rok. – To trwa przez cały czas, bez przerwy, światło 

jednak nie może się do ciebie zbliżyć, jeśli nie będziesz wzywał złych duchów, które tam 

mieszkają.

– Czy to te, które krzyczą tak żałośnie w ciche noce?

– Tak, to właśnie one. To są pokutujące dusze z Ziemi.

Bezimienny nie słyszał nigdy o chórze umarłych czarnoksiężników. Móri jednak, gdyby 

tu   był,   rozpoznałby   podobieństwo   w   brzmieniu   skarg.   Chociaż   chór   czarnoksiężników 

zawodził żałosną pieśń, a ci tutaj wydawali jedynie wysokie, głuche okrzyki. Ptak Burzy stał 

przygnębiony. Nie chciał zostawiać syna w takim strasznym miejscu.

Dawno   temu   Ptak   Burzy   rozmawiał   z   synem   o   swoim   imieniu.   Nie   miało   ono   nic 

wspólnego   z   burzą   ani   piorunami   podczas   jego   męskiej   próby.   Zostało   mu   nadane   na 

pamiątkę Wielkiego Ptaka, który istniał w Starym Świecie, na powierzchni Ziemi.

Bezimienny   wciąż   jeszcze   zachował   ciepłą   i   gładką   skórę   po   gorącej   kąpieli,   jakiej 

musiał się poddać w domu, ty się oczyścić przed spotkaniem z duchami. Teraz miał na sobie 

background image

jedynie mokasyny i otulił się ową piękną narzuta matki. Kąpiel w parze była straszliwie 

gorąca. Wiedział jednak, że owe białe gorące obłoczki w specjalnie w tym celu zbudowanym 

szałasie to mowa duchów. Dlatego wytrzymał  i wdychał możliwie jak najwięcej gorącej 

pary.

W Krainie Ciemności było chłodniej niż w Królestwie Światła, ale trudno to nazwać 

zimnem. Trzej dorośli mężczyźni wyszukali miejsce, na którym miał siedzieć, osłonięte ze 

wszystkich stron. Usadzili go, pomogli otulić się narzutą i poszli. Mieli powrócić po czterech 

dniach.

Ostatnie słowa ojca do syna brzmiały:

– Zwracaj uwagę na wszystko, co widzisz. Twoje imię zostanie utworzone na podstawie 

tego, co tu przeżyjesz.

Bezimienny, przejęty powagą chwili, w milczeniu skinął głową.

Tak więc został sam.

Ciemność podpełzała coraz bliżej. A za ciemnością podchodziło pustkowie. Wkrótce stał 

się jego częścią. Dźwięki dochodzące z położonego w dole lasu przerażały go. Starał się ich 

nie słyszeć. Skulił się i naciągnął narzutę na głowę.

Po jakiejś godzinie wyjął fajkę oraz tytoń sporządzony z czerwonej kory, ojciec przyniósł 

go ze Starego Świata. Gliniana fajka również miała czerwoną barwę. Przechodziła ona z 

pokolenia   na   pokolenie,   a   używanie   jej   było   wielkim   honorem.   Fajka   stanowiła   więź 

pomiędzy Wielkim Duchem Wakan Tanka i ze wszystkimi dobrymi duchami. Dym, który 

teraz chłopiec wydychał, był jego mową skierowaną do duchów, a ten, który wciągał do 

płuc, był ich głosem i ich siłą

Bezimienny wiedział, że krewni Joriego i Jaskariego, znani czarnoksiężnicy,  również 

mieli za pomocników duchy. Znajdowały się teraz w Królestwie Światła, chociaż on nigdy 

ich nie widywał. Natomiast czarnoksiężnicy Móri i Dolg zostali po tamtej stronie Wrót. 

Wszyscy martwili się z tego powodu, również duchy. Tak mówiono.

Fajka została zapalona. Bezimienny zebrał całą odwagę i zaciągnął się mocno.

Nie było tak źle jak za pierwszym razem. Zaciągnął się ponownie, tym razem głębiej, i 

zakręciło mu się w głowie, poczuł dym aż w żołądku.

Ale to dobrze. Dziadek i ojciec zapewniali, że dym pomoże mu wprawić się w trans.

Żeby tylko nie było tak ciemno. Dziadek i ojciec mieli przynajmniej jasne dni pomiędzy 

okresami ciemności. On musiał przetrwać sam w wiecznej nocy.

Żar z fajki rozjaśniał maleńki fragmencik pustkowia.

Tutaj w górze, gdzie siedział, Bezimienny miałby szeroki widok, gdyby nie ciemność. 

background image

Niestety, jedyne, co dostrzegał, to mdła poświata nad Królestwem Światła. Natomiast po 

drugiej stronie rozciągał się łańcuch czarnych gór, nad którymi od czasu do czasu przetaczał 

się błysk światła i z których niekiedy dochodziły owe zawodzące wołania.

Jakim sposobem zdoła nawiązać kontakt z duchami?

Fajka. Zmęczenie. Głód.

Mógł tylko czekać.

Żałosne nawoływania rozpraszały go. Do tego jednak nie wolno było dopuścić. Musiał 

za wszelką cenę przestać myśleć o krzykach.

Ale to nie takie łatwe.

Mijały   godziny.   Bezimienny   skulił   się   pod   swoją   narzutą,   fajka   już   zgasła,   trzeba 

oszczędzać tytoń.

W grupie swoich towarzyszy Bezimienny był najstarszy. Wiedział, że wszyscy traktują 

go   z   szacunkiem,   że   jest   autorytetem   nie   tylko   dla   Berengarii.   Teraz   czuł   się   mały   i 

bezradny.

Musi zebrać całą odwagę. Musi sprostać zadaniu.

Dziadek i ojciec powiedzieli, że ta chwila jest najważniejsza w życiu Indianina. Że to 

uroczystość nie mająca sobie równej. Że człowiek poznaje wtedy całą historię plemienia, 

staje się jej częścią, a także częścią nieba i ziemi oraz tego, co na tej ziemi żyje i się porusza.

Ale Bezimienny niczego takiego nie odczuwał.

Głosy dochodzące z lasu stawały się coraz głośniejsze. Chłopiec nie wiedział, czy wolno 

mu   wstać,   ale   mimo   wszystko   zrobił   to.   Spojrzał   w   dół   i   pospiesznie   wrócił   na   swoje 

miejsce.

W oddali dostrzegł ognisko, jakby znajdowała się tam wioska czy też może obozowisko 

grupy nomadów. Nie potrafił tego określić.

Z głośno bijącym sercem skulił się znowu w swojej niewielkiej niszy. Cały omotał się 

narzutą.

– Duchy – szeptał, ponieważ nie był w stanie mówić głośno. – Duchy, wysłuchajcie mnie 

w mojej samotności. O ty, Duchu Gór, który nosisz szary płaszcz, przemów do mnie w tę 

długą, ciemną noc. Duchu Drzewa, ty, który dajesz nam cień i płonące światło, ty, który 

dajesz nam wiele z tego, czego potrzebujemy,  przybądź do mnie i daj ukojenie mojemu 

niespokojnemu sercu. Duchu Nieba, okryj mnie swoją uwagą jak ciepłym płaszczem. Duchu 

Wody,   poznaj   moje   pragnienie   i   nie   potęguj   go,   pozwól,   by   naczynie   pełne   twojej 

życiodajnej ochłody stało przede mną, kiedy wrócę stąd do domu. Duchu Zwierząt, wskaż, 

jakie zwierzę da mi siłę. A ty, wielki Wakan Tanka, prowadź mnie właściwą drogą, spraw, 

background image

bym był ciebie godzien.

Ciemność   i   cisza   spowijały   szczyty   gór.   Ani   jeden   podmuch   wiatru   nie   pojawił   się 

pośród skał. Dziadek opowiadał o kunach i kojotach, ale czyż tego rodzaju zwierzęta istnieją 

tutaj? Czy w ogóle jakieś stworzenie mogłoby go zaatakować?

Bezimienny nie wiedział już, czy minęły dni, czy lata. Kiedy głód dawał o sobie znać, 

młody Indianin zaciągał się dymem  z fajki. Wyobrażał sobie, że duchy go słuchają. On 

słyszał   je   również   jako   coś   nieokreślonego.   Czasami   był   nawet   pewien,   że   to   tylko 

wyobrażenie, powstające w jego duszy. Ciało bolało go od siedzenia w jednej pozycji dzień 

za dniem, jednak słabo sobie ten ból uświadamiał. Popadł w jakieś przypominające śmierć 

odrętwienie, wywołane zmęczeniem ciała i tytoniowym dymem.

Później   otrząsnął   się,   jakby   trochę   doszedł   do   siebie.   Znajdował   się   w   dziwnym 

zamroczeniu, mimo to czuwał. Nagle stwierdził, że coś się wokół niego zmieniło. Trwało 

dobrą chwilę, zanim zrozumiał, co to.

Okolica zalana była światłem. Widział wokół siebie góry. Widział rośliny pokrywające 

zbocza. I stwierdził, że nie jest już sam.

Jakieś zwierzę, które to przystawało, potrząsając głową, powoli, jakby z namysłem, to 

znowu   chodziło   czujnie   po   małym   płaskowyżu,   na   którym   siedział   Bezimienny.   Takich 

zwierząt w Królestwie Światła, w którym  Bezimienny się urodził i wychował,  nie było. 

Mimo to one istniały, Bezimienny widział je na obrazku.

Miał oto przed sobą niedźwiedzia.

Serce biło mu głośno. Próbował stać się niewidzialny, nikt mu nie mówił, że te wielkie 

zwierzęta żyją w Królestwie Ciemności.

Czy powinien potrząsnąć swoim koszyczkiem z trawy, by przestraszyć przybysza? Czy 

kiedy bestia go dostrzeże, nie będzie jeszcze gorzej?

Światło było takie ostre, takie migotliwe, że nie mógł na nie patrzeć. Oczywiście oczy 

miał po długiej nocy nieprzywykłe.

Ale co się stało z niedźwiedziem?

Już go teraz nie widział.

To, co Bezimienny przed chwilą zobaczył, to było jego zwierzę. To zwierzę, które każdy 

człowiek ma sobie przypisane. Niedźwiedzia Indianie uważają za bardzo szlachetne zwierzę 

opiekuńcze. Bezimienny uświadomił to sobie z radością.

Usiadł i wpatrywał się w stronę Królestwa Ciemności. Widział przed sobą bezkresne 

lasy, a nieco bliżej drzewa, tak blade, jakby wyrastały pod ziemią. Wysokie, strome ściany 

gór. Próbował określić, gdzie poprzedniego wieczora widział ogniska.

background image

Poprzedniego   wieczora...   Bezimienny   nie   miał   pojęcia,   ile   czasu   upłynęło,   odkąd   tu 

przyszedł, Zamroczenie mogło trwać krótką chwilę, ale równie dobrze całą dobę. Mógł mieć 

przed sobą jeszcze  bardzo  długie  oczekiwanie,  mogło  się też  zdarzyć,  że  ojciec  i Obcy 

zapomnieli o nim bardzo dawno temu.

To była straszna myśl.

Wibrujące światło zniknęło. Z ponurym westchnieniem rozejrzał się znowu. Nie zdążył 

jeszcze spojrzeć w stronę czarnych gór, albo może nie chciał tam patrzeć, w każdym razie 

wdzięczny był losowi, że nie musi tego robić. Może zresztą właśnie chodziło o to, by tego 

nie robił?

Nie, cóż on sobie wyobraża? Że już nawiązał porozumienie z duchami i to one decydują, 

co jest dla niego najlepsze? Nie powinien wmawiać sobie takich rzeczy.

Z uczuciem, że nie jest już tutaj sam, pogrążył się ponownie w drzemce czy też w transie, 

czy może w przypominającym śmierć śnie. Nie wiedział, jak to określić. Płuca miał pełne 

szarego   tytoniowego   dymu,   w   głowie   mu   się   kręciło,   w   mózgu   zaczynały   się   pojawiać 

dziwne obrazy.

Albo... Czy naprawdę spał? Czy snem jest to wszystko,  co przetacza  się przed jego 

wzrokiem? Był tak zmęczony, że nie potrafił sobie odpowiedzieć. Wszystko wydawało się 

takie prawdziwe, takie rzeczywiste.

Bezimienny   patrzył   na   świat,   którego   nie   znał.   Nie   do   końca   to   rozumiał.   Prawdę 

powiedziawszy, nie rozumiał prawie nic. Ale przecież te oderwane obrazy muszą się w jakiś 

sposób ze sobą łączyć.

Widział człowieka, który został pochowany w lesie. Twarz jego była jednak żywa, choć 

oczy   miał   zamknięte.   Jakaś   nieprawdopodobnie   piękna   mała   dolinka   z   wodospadem   i 

niebieskimi strumykami, zielone kotlinki, pełne żółtych kwiatów, i małe istoty poruszające 

się tak lekko, że ledwie dotykają ziemi.

Widział niebo usiane migotliwymi punkcikami. Gwiazdy i sierp księżyca dokładnie taki, 

jaki dziadek widywał w starym świecie.

Nagła odmiana. Mroczne tajemnice znajdują się teraz coraz bliżej. Statek, który mknie w 

powietrzu.   Nowe   wizje:   wielkie...   Co   to   jest?   Laboratorium,   tak   blisko   niego...   żal   i 

podniecenie. Istoty poruszające się wewnątrz. On je rozpoznaje...

Wizje   przesuwały   się   w   oszałamiającym   tempie,   szybciej,   coraz   szybciej,   dawne 

wydarzenia   na   prerii,   przemieszane   z   indiańskimi   tajemnicami,   jakiś   głos   wołający   w 

wielkiej  ciemności,  która go otacza:  „Nie możesz  zostać szamanem,  ponieważ  nie masz 

nauczyciela. Mimo to sprawisz, że twoi przodkowie będą z ciebie dumni”. Potem pojawiły 

background image

się sceny z Królestwa Światła. Wiele z nich rozpoznawał, inne były całkiem nowe, nieznane, 

na przemian przerażające, piękne, pełne napięcia, smutne i radosne.

Potem   wszystko   eksplodowało.   Stało   się   jedną   przejmująco   wyrazistą   wizją.   Tak 

intensywną, że Bezimienny usiadł i wrzasnął:

– Nie!

Obudził się.

Wciągał głęboko powietrze, próbując się uspokoić i zrozumieć, co się stało. Kiedy się 

nad tym zastanawiał, ostatnia wyraźna wizja rozwiała się niby poruszona wiatrem mgła.

Rozdygotany otulał się swoją piękną narzutą. Wciąż próbował zebrać myśli, uświadomić 

sobie, co się stało, gdy nagle usłyszał, że ktoś idzie po płaskowyżu.

Przestrach natychmiast ustąpił miejsca uldze.

Ojciec. I dwóch Obcych.

– No i jak poszło, synu? – zapytał Ptak Burzy.

– Czy mogę dostać trochę wody? – poprosił Bezimienny matowym głosem.

Bezimienny musiał wobec zebranych gości zdać sprawę ze swego czuwania w górach. 

Przybyli tutaj najstarsi członkowie plemienia, którzy jednak wyglądem wcale nie różnili się 

od   młodych.   Zjawił   się   również   Wódz.   Bezimienny   poprosił,   by   wolno   mu   było 

przyprowadzić na inicjację swoich towarzyszy. Był to przecież jakby jego chrzest, niezwykle 

uroczysty moment w życiu.

Rozumiało   się   samo   przez   się,   iż   Bezimienny,   gdy   dorośnie,   powinien   ożenić   się   z 

indiańską dziewczyną. Nic innego nie wchodziło w rachubę. Matkę chłopca niepokoiła więc 

jego przyjaźń z białymi dziećmi, zwłaszcza zaś z dziewczynkami, mieszkającymi najbliżej, a 

już specjalnie z małą Berengarią, która go uwielbiała. Ale, oczywiście, wciąż jeszcze byli 

dziećmi, cieszyła się więc, że syn ma kolegów i przyjaciół.

Bezimienny kilkakrotnie przełknął ślinę, zanim zaczął mówić.

– Boję się, że nie wszystko poszło, jak trzeba – zaczął cicho. – Nie przeżyłem żadnego 

spotkania z duchami.

Potem   rozpoczął   swoją   opowieść   o   niedźwiedziu   i   o   tym,   jak   wygląda   Królestwo 

Ciemności.   W   każdym   razie   ta   jego   część,   którą   widział.   O   swoich   wizjach,   przede 

wszystkim tych, mających coś wspólnego z życiem Indian na prerii, a także o części wizji, 

dotyczących   królestw   Światła   i   Ciemności.   Kiedy   jednak   doszedł   do   ostatnich   przeżyć, 

umilkł.

– Tak, synu, słuchamy – zachęcał go Ptak Burzy. – Co chciałeś nam opowiedzieć?

Bezimienny   spojrzał  na   obu  Obcych,   siedzących  wśród  innych   gości  na  trawniku  w 

background image

pięknym ogrodzie. On i Obcy długo patrzyli sobie w oczy.

Potem chłopiec zwrócił się znowu do starszyzny, bo tam siedzieli również jego ojciec i 

dziadek.

– Nie – powiedział beznamiętnym głosem po długiej, bardzo długiej przerwie. – Nie, już 

nic. To tylko takie  dziwne sny.  Wybacz  mi, ojcze, że zawiodłem. I ciebie,  dziadku, też 

proszę o wybaczenie. Nie okazałem się godny, duchy odwróciły się ode mnie.

Znowu nastało długie milczenie. W końcu starsi plemienia zaczęli o czymś między sobą 

szeptać, a reszta zebranych  czekała,  aż szacowna grupa skupiona wokół wodza uzgodni 

swoje poglądy.

Dziadek chłopca podniósł się wolno z miejsca i stanął przed nim.

– Synu mojego syna – zaczął głosem drżącym z przejęcia. – Czy ty właściwie zdajesz 

sobie sprawę, o czym mówi twój język? Czego ty się spodziewałeś, że duchy staną przed 

tobą i będą cię poklepywać po ramionach? Czy naprawdę możesz tak nie doceniać Wakan 

Tanka?   Czyż   nie   widziałeś   swego   zwierzęcia?   Nie   słyszałeś   głosu,   który   do   ciebie 

przemawiał? Czyż ciemność nie opuściła twoich oczu? Czy nie widziałeś ziemi i nieba w 

miejscach, których nigdy nie odwiedziłeś? Czyż nie widziałeś zarówno tego, co minione, jak 

i tego, co teraz trwa, a nawet tego co przyszłe? To prawda, że nie zostaniesz szamanem, jak 

marzyłem. Zaprawdę jednak jesteś wybrany, a duchy dotykały cię bardziej, niż to czyniły w 

stosunku zarówno do twojego ojca, jak i do mnie. Mędrcom plemienia łatwo było znaleźć 

odpowiednie dla ciebie imię, bowiem otrzymałeś dar widzenia w ciemnościach. Otrzymujesz 

tedy imię niezbyt  odmienne od dawnego. Od tej chwili twoje imię brzmieć będzie Oko 

Nocy.

Po kolejnym uroczystym dniu goście zaczęli się żegnać, strażnik Słońca i Rok wyszli 

zamyśleni przez bramę ogrodu.

– On wie – stwierdził Rok. – Nie jest to jeszcze dla niego całkiem jasne, ale on wie.

– Tak – potwierdził Strażnik Słońca. – A więc mamy jeszcze jednego.

– Owszem. Jest jednym z tych, których wybieramy. A co z resztą młodych? Co z jego 

przyjaciółmi z rodziny czarnoksiężnika?

– Są zbyt niedojrzali. Za mało jeszcze o nich wierny

– Tak to jest. – Rok westchnął. – Powinniśmy tutaj mieć czarnoksiężnika i jego syna. To 

prawdziwa tragedia, żeśmy ich utracili.

– Tak.

Poszli dalej pogrążeni w myślach. Wielu z wizji młodego Indianina nie rozumieli. Na 

przykład nie wiedzieli, co może oznaczać grób w lesie, w którym znajduje się żyjąca istota. 

background image

Ani czym jest piękna dolina z wodospadami, porośnięta żółtym kwieciem. Skąd pochodzą 

tego rodzaju wizje?

Właściwie to wielka szkoda, że na uroczystości nie było rodziców białych przyjaciół 

chłopców. Taran, Uriel i Villemann by zrozumieli. A w każdym razie domyśliliby się sensu 

wizji chłopca. Wciąż bowiem żyli nadzieją. Może udzieliliby Obcym ważnych wskazówek?

Rok jednak i Strażnik Słońca nie pojmowali niczego.

Odwrócili   się   jeszcze   raz   i   pomachali   na   pożegnanie   gospodarzom,   którzy   wciąż 

dziękowali im serdecznie za tak wiele wsparcia w ceremonii wprowadzenia syna do świata 

dorosłych.

Obaj Obcy wsiedli do gondoli, która szybko przeniosła ich na północ, do tamtejszych 

okrytych tajemnicą rejonów.

background image

CZĘŚĆ CZWARTA

ROZWAŻANIA MŁODYCH O MIŁOŚCI

background image

16

ELENA

Theresa,   teraz   młoda   niczym   trzydziestolatka,   wraz   ze   swoim   równie   młodzieńczym 

mężem   Erlingiem   wysiadła   z   gondoli   powietrznej   przed   bramą   domu   Taran.   Zostali 

zaproszeni na przyjęcie  urodzinowe. Czworo równolatków: Jori, Jaskari, Elena  i Armas, 

połączyło swoje dziewiętnaste urodziny i miały one być obchodzone u Joriego. Zmieniało się 

to z roku na rok, tym razem Taran przyjmowała u siebie całą radosną i dość wymagającą 

gromadkę.

Theresa była szczęśliwa jak nigdy przedtem. Cieszyła się, że Erling może ją oglądać taką 

młodą i pociągającą. Wprawdzie kiedy spotkali się po raz pierwszy, nie była o wiele starsza 

niż teraz, ale wtedy przygniatały ją zmartwienia, była zgaszona, blada i, aż strach teraz o tym 

pomyśleć,   posiniaczona   przez   swego   ówczesnego   męża   księcia   Adolfa.   Teraz   stała   się 

ładniejsza niż kiedykolwiek przedtem i w pełni zdawała sobie z tego sprawę. W dawnym 

życiu  Theresa nigdy nie była  wielką pięknością, uważała  więc, że zasłużyła  sobie na tę 

przyjemną przemianę.

Erling również odzyskał dawną urodę. Theresa wiedziała bardzo dobrze, że w latach 

młodości  miał   wielkie   powodzenie   u kobiet,   ale  wtedy  ona  jeszcze  go  nie  znała.   Teraz 

dochowywał jej absolutnej wierności, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Takie 

rzeczy po prostu się wie.

– Mamy wspaniałe dzieci i wnuki – uśmiechnęła się do męża.

– Masz rację – potwierdził Erling. – Wszyscy są naprawdę cudowni.

Dzieci chodziły do szkoły, teraz już do wyższej, ale właśnie miały ferie.

Erling  otworzył  furtkę.  Żadne  z nich  nie wspomniało  o tym,  o czym  oboje myśleli. 

Szczerze mówiąc, dwoje wnucząt przysparzało  im nieco zmartwień. Berengaria płocha i 

roztrzepana, oraz bardzo do niej podobny Jori.

Najgorsze, że w realizację swoich szalonych pomysłów wciągali resztę młodzieży.

Że też ten chłopiec w najmniejszym stopniu nie przejął spokoju Uriela, wzdychała często 

Theresa. Natomiast szaloną naturę Taran odziedziczył w całości.

– Zjawił się też Armas, jak widzę – ucieszył się Erling. – W takim razie możemy być 

spokojni. On utrzyma porządek. On, Jaskari, a także Elena stoją obiema nogami na ziemi. 

Podobny charakter ma Oko Nocy i, jak widzę, on też już przyjechał.

background image

– Jaka to wspaniała gromadka – zachwycała się Theresa, stojąc na ogrodowej alejce, 

wysadzanej pięknymi różami. – Żeby tylko nie wymyślili czegoś, co wystawi cierpliwość 

Obcych na próbę.

– Miejmy nadzieję, że będą panować nad temperamentami. A jak się czuje Tiril?

– Myślę, że dobrze – odparła Theresa, gładząc dłonią dorodny bladoróżowy kwiat – ale 

ona nigdy nie zapomni.

Erling przystanął również.

– Myślisz, że nie zamierza wyjść ponownie za mąż?

– Starających się ma kilku, ale dla niej istnieje tylko Móri. Żaden inny mężczyzna nie 

może się z nim równać.

– Czy nie mogłaby się zgodzić na kogoś chociaż w połowie tak dobrego? Ciągle się boję, 

że ona w końcu poprosi o to, by mogła umrzeć.

– Dopóki ma dzieci i wnuki, to chyba nie, ale przecież one się wkrótce usamodzielnią... 

Dobry Boże...

Theresa wyprostowała się, zapomniała o róży, którą dopiero co podziwiała.

– Co się stało? – zapytał Erling.

– Dlaczego myśmy o tym nie pomyśleli wcześniej? Cóż za idioci!

– Z pewnością od czasu do czasu bywamy niemądrzy, ale co teraz masz na myśli?

– Po prostu uświadomiłam sobie, co sprawia, że ona ciągle ma nadzieję. W każdym razie 

jeśli chodzi o Dolga.

– A ja wciąż tego nie rozumiem.

– Czy nie pamiętasz, że dopóki żyje Dolg, żyje również Nero? I odwrotnie. Oni mogą 

umrzeć tylko razem.

Erling stał bez ruchu.

– Rzeczywiście, zapomniałem o tym – rzekł matowym głosem.

– Och, Dolg, mój kochany Dolg – jęknęła Theresa. – Jak mało go znaliśmy. Dlatego 

pewnie też kochaliśmy go najbardziej z całej trójki wnuków.

– Z pewnością. Tak trudno było go zrozumieć, a poza tym zdawaliśmy sobie sprawę, jaki 

los go czeka.

– I nie koniec na tym. Kto mógł sobie wyobrazić, że to właśnie on i Móri nie będą mogli 

przekroczyć Wrót.

– Przeklęci rycerze! Ich straszne łapy wyciągają się za nami aż tutaj – powiedział Erling 

z goryczą. – Czy naprawdę nie ma żadnej możliwości, by ktoś z nas mógł wyjść na Ziemię i 

podjąć poszukiwania?

background image

–   Żadnej,   absolutnie   żadnej.   Tiril   przecież   tyle   razy   pytała,   próbowała   dosłownie 

każdego sposobu, ale ja myślę, że ona nie zapomniała tak jak my o tej sprawie z Dolgiem i 

Nerem.

– Zastanawiam się, czy mimo wszystko Obcy nie mogliby podjąć poszukiwań?

– Chodzi ci o to, czy oni nie mogliby wyjść jakimiś własnymi drogami? Cóż, na to nie 

mamy wpływu...

Z domu rozległo się wołanie Taran:

– Jeśli napodziwialiście się dość już moich pięknych róż, to może moglibyśmy zacząć 

przyjęcie? Jori od dłuższego czasu stara się spróbować śmietankowego tortu.

– O mój Boże, a ja myślałam, że on jest zbyt dorosły na takie rzeczy – uśmiechnęła się 

Theresa do Erlinga.

– Mam do ciebie prośbę: nie mówmy na razie nic na temat Dolga i Nera, dobrze?

– Nie, oczywiście, że nie. Przecież i tak chyba tylko Tiril zdaje sobie sprawę z tego, co 

oznacza fakt, że Nero żyje.

– I nic dziwnego, że nigdy się z nim nie rozstaje. O mój Boże, iluż to młodych gości się 

zebrało! Myślisz, że to nie będzie zbyt męczące?

– To są ich szkolni koledzy. Cała trójka naszych wnuków chodzi przecież do tej samej 

klasy. Tylko Armas uczy się w szkole Obcych w północnej części kraju. Odwagi, Thereso, 

nie jesteśmy jeszcze tacy starzy.

– No pewnie – roześmiała się Theresa. – Patrz, idzie Tiril z Nerem, zaczekajmy na nich.

Urodzinowe przyjęcie minęło spokojnie i większość gości rozeszła się już do domów. 

Wszyscy byli podnieceni i radośni. Zostało tylko sześcioro przyjaciół, którzy nie chcieli się 

jeszcze rozstawać. Ktoś wpadł na pomysł, by wybrać się na niewielki spacer, co wszyscy 

przyjęli z radością.

Taran też się ucieszyła, że wyszli, będzie mogła spokojnie posprzątać po orgii obżarstwa.

Co prawda zbliżała się pora snu, ale któż by się przejmował takimi sprawami w czasie 

ferii szkolnych, zwłaszcza że przecież w tym kraju światło trwało przez całą dobę.

– Chodźcie, pójdziemy brzegiem Złocistej Rzeki – rzekł Armas. – Nie byłem tam już 

bardzo dawno, a w ogóle to zawsze miałem ochotę zobaczyć, skąd ona wypływa.

Wszyscy natychmiast przystali na propozycję, tylko Jori, który niechętnie brał udział w 

nazbyt spokojnych przedsięwzięciach, zawołał, że najlepiej będzie, jeżeli wyruszą jego nową 

gondolą, którą dostał na urodziny. To całkiem nowy typ gondoli, porusza się zarówno w 

powietrzu, jak i na wodzie. Jori cieszył  się ogromnie z prezentu i niechętnie zostawiłby 

background image

pojazd w domu.

Ów pomysł Joriego miał im wkrótce uratować życie, ale na razie jeszcze o tym  nie 

wiedzieli.

To  podniecające  być   poza  domem   w   porze  snu,  zwłaszcza   że  surowo  przestrzegano 

zasad, cała społeczność musiała się im podporządkowywać, w przeciwnym razie bowiem 

powstałby w kraju trudny do opanowania chaos. Młodzi ludzie jednak zawsze uwielbiają 

nocne spacery i fakt, że w Królestwie Światła nigdy nie zapada zmrok, nie miał tu nic do 

rzeczy. Ta noc była zresztą wyjątkowa, poza tym mieli pozwolenie rodziców. Tylko Rafael i 

Amalie trochę protestowali. Berengaria nie skończyła jeszcze szesnastu lat. Miała jednak 

swoje sposoby, żeby przekonać rodziców, więc wkrótce i oni się zgodzili.

Kiedy znaleźli się już nad rzeką i pojazd Joriego delikatnie osiadł na połyskującej złotem 

wodzie, stwierdzili, że powietrze jest tej nocy dziwnie czyste, a wokół panuje niezmącony 

spokój. Nie było w tym świecie błękitnego nieba, które mogłoby się odbijać w wodzie, 

wszędzie panowało złociste światło. Glosy dźwięczały donośnie, na wzgórzach, za plecami 

spacerowiczów,   leżały   pogrążone   we   śnie   zabudowania.   Okna   w   domach   szczelnie 

pozamykano,  nikt nie mógł widzieć młodych,  którzy odważnie wędrowali w górę rzeki. 

Berengaria była ogromnie podniecona.

Nagle Elena przystanęła.

– Cii! Słyszeliście?

Rzeczywiście,   przystanęli   i   zaczęli   nasłuchiwać   jakichś   okropnych,   „śmiertelnych 

jęków”, dochodzących z daleka.

– Tutaj słychać je dużo wyraźniej niż w domu na Zachodnich Łąkach – rzekł Oko Nocy.

– Masz rację – potwierdził Jori. – Złocista Rzeka znajduje się bliżej Ciemności.

Berengaria wsunęła dłoń w rękę Jaskariego.

– Myślicie, że oni mogą tutaj przyjść?

– Oczywiście, że nie – odparł Jaskari. – Nie przedostaną się przecież przez mur.

Ruszyli znowu. Znajdowali się teraz bardzo daleko od domu. Dalej niż kiedykolwiek w 

tym kierunku zaszli, nie widzieli już stąd swojej osady. W ogóle żadnej osady.

Elena  szła  z  tyłu  za  innymi   i  przyglądała   im  się  w  ostrym,   złocistym   świetle  nocy. 

Patrzyła   na   małą   sylwetkę   Berengarii   i   wzdychała   w   głębi   duszy   z   goryczą.   Mama 

Berengarii   jest   duża   i   niezdarna,   myślała.   Córka   jednak   odziedziczyła   urodę   po   swoim 

pięknym, romantycznym, delikatnie zbudowanym ojcu, Rafaelu. Moja matka jest drobna i 

krucha, we wszystkich mężczyznach budzi instynkty opiekuńcze. Jest śliczna jak rzadko kto, 

ta   moja   mama   Danielle.   Ja   natomiast   wszystko   wzięłam   od   ojca,   dużego   i   silnego 

background image

chłopskiego syna. Bardzo kocham tatę, ale dlaczego los jest taki niesprawiedliwy? Dlaczego 

człowiek może się urodzić z talią podchodzącą pod ramiona i biodrami jak wyciosanymi z 

ciężkiej kłody drewna?

„Bądź tylko miła i pogodna, a wszyscy będą cię lubili” – powtarza zwykle mama na 

pociechę, ale to przecież kłamstwo. Jaka dziewczyna chciałaby być lubiana za to, że jest 

godna zaufania i sympatyczna, natomiast nie budzi żadnego zainteresowania chłopców. Kto 

chciałby mieć takie włosy...

Mimo   woli   Elena   przeczesała   palcami   swoją   gęstą,   kędzierzawą   grzywę.   Podziwiała 

ciemne, falujące włosy Berengarii i bardzo chciała mieć takie same. Ale ona nosiła na głowie 

trudny do rozczesania gąszcz, który spływał na plecy i sięgał niemal do talii, a z przodu 

przesłaniał znaczną część twarzy. „Obetnij to” – powtarzała mama. „Obetnij to” – mówiła 

Taran  i  wielu  innych,  którzy sądzili,   że  wiedzą  lepiej,  Elena   jednak  nie  chciała  ostrzyc 

włosów. Ona chciała wyglądać tak jak Berengaria.

Spoglądała teraz na swoją piękną wyjściową sukienkę z delikatnego materiału w zielony, 

niebieski i złoty wzór, długą do kolan. Bardzo piękna sukienka, wszyscy to mówili, ale tak 

naprawdę   to   zachwycali   się   ogniście   czerwoną   sukienką   Berengarii.   Tego   dnia   Elena 

umalowała wargi. Zrobiła to bardzo dyskretnie i delikatnie, prawdopodobnie teraz nic już z 

tego nie zostało, a ona ma twarz czerwoną i wszystkie wypryski na brodzie i policzkach 

wyraźnie widoczne, zaś ufne oczy spoglądają dokładnie tak jak zawsze, bez cienia wdzięku 

czy uwodzicielskiej kokieterii.

Solidna Elena, pospolita Elena. Gdyby stanęła na jakimś neutralnym tle, po prostu nie 

byłoby   jej   widać,   niczym   by   się   nie   wyróżniała.   Wygląd   decyduje   o   wszystkim.   O 

wszystkim, myślała rozżalona.

Chłopcy w grupie... podkochiwała się w nich po kolei, żadnemu, oczywiście, o tym nie 

wspominając ani słowem. Byłaby głupia, gdyby coś takiego zrobiła. W szkole jej kuzyni 

mieli wielkie powodzenie u dziewcząt, zresztą w ogóle byli bardzo popularni i tylko przy 

takich okazjach jak dzisiejsza, kiedy zbierała  się cała rodzina, młodzi mogli  być  znowu 

razem.

Dlaczego dzieciństwo musi się kończyć? Za kilka lat rozejdą się w różne strony.

Kuzyni  nie mieli pojęcia o tym,  że Elena tak źle myśli  o sobie samej. W ogóle nie 

przychodziło im do głowy nic na temat talii pod pachami ani kanciastych bioder. To byty jej 

wymysły, na dodatek mocno przesadzone. Jeśli w ogóle o niej myśleli, to na ogól coś w 

rodzaju, że to znakomita dziewczyna, powinna się tylko ostrzyc.

Tej nocy jednak Elena szła i rozmyślała o swoich czterech kuzynach i przyjaciołach. 

background image

Wspominała, co było dawniej. Jori... Mogli mieć wtedy po piętnaście lat. Podczas jakiegoś 

przyjęcia   znaleźli   się   sami   w   pustym   pokoju.   Wtedy   Jori   zaczął   mówić   o   sprawach 

związanych  z miłością,  o tym  co dorośli robią ze sobą po ślubie i w ogóle. Elena była 

kompletnie   nieprzygotowana   na   coś   takiego,   więc   przeważnie   milczała.   W   końcu   Jori 

położył się na kanapie z rękami pod głową i skrzyżowanymi nogami, leżał tak, patrzył w 

sufit i mówił głośno: „Wiesz, Eleno, jestem okropnie ciekawy, jak się to wszystko odbywa, 

co się wtedy mówi i jak to jest mieć dziewczynę?” Elena nie była w stanie odpowiedzieć. 

Wtedy on usiadł i objął ją. „Czy mógłbym spróbować, Eleno? Mógłbym poczuć, jaka jest w 

dotyku skóra dziewczyny?”

Ona ze zdumienia przestała oddychać, zerwała się z miejsca i uciekła. Potem żałowała 

okropnie i długo o nim myślała. Robiła wszystko, żeby znowu znaleźć się z Jorim sam na 

sam, ale nigdy jej się to nie udało. Teraz była rada, że tamta sprawa tak się skończyła. Nigdy 

nie wiadomo, do czego to mogło doprowadzić. Może grupa przyjaciół by się rozpadła albo... 

nie, o tym nie miała odwagi myśleć.

Jaskari. W okresie dojrzewania był trochę niezdarny, teraz jednak bardzo wyprzystojniał. 

Jaskari   był   niezwykle   silny,   kiedy   raz   przenosił   ją   przez   kamienny   murek,   poczuła 

przyjemne mrowienie pod skórą w miejscu, którego dotykały twarde mięśnie jego ramienia, i 

od tamtej pory śniła o nim po nocach. To znaczy właściwie to nigdy nie był on, zawsze 

widziała   jakieś   obce   twarze,   kiedy   się   jednak   budziła,   myślała   właśnie   o   Jaskarim. 

Romantyczne,   piękne   sny,   że   na   przykład   on   przytula   ją   do   siebie   i   całuje.   Czy   raczej 

zamierza pocałować, bo nigdy w żadnym śnie do tego nie doszło, zawsze coś ją gwałtownie 

budziło w ostatniej chwili. Po jakimś czasie również zauroczenie Jaskarim minęło.

Kolejnym, który zaprzątał jej myśli, był Armas. Taki niebywale urodziwy z tymi rysami 

Obcych i jakiż przystojny! Elena zaczęła snuć długie historie, że na przykład Armas ratuje ją 

z jakiejś okropnie niebezpiecznej sytuacji albo jeszcze lepiej na odwrót – że to ona ratuje go 

w ostatniej chwili od śmierci, wtedy on zarzuca jej ramiona na szyję, patrzy na nią i szepcze 

coś niebywale tajemniczego, co dotyczy tylko ich dwojga.

Po jakimś czasie te fantazje, które snuła za dnia, zaczęły jej się śnić po nocach, że na 

przykład   znajduje   się   w   domu   zawładniętym   przez   duchy   i   Armas   przychodzi,   by   ją 

uratować. Biegnie z nią przez pokoje, jak najdalej od strasznej, budzącej grozę bestii, której 

nigdy nie widzieli. Uciekają z domu do lasu, nagle znajdują się na ziemi, a wtedy on...

Elena zarumieniła się na samo wspomnienie tego, co tam miało zajść. On dotknął jej 

dłonią, a ona natychmiast poczuła, że...

Nie, nie chciała o tym nawet myśleć. Obudziła się wtedy, to było okropnie nieprzyjemne 

background image

i zawstydzające przeżycie, chciała je wymazać z pamięci.

Jedynym,   który  nigdy  nie   wzbudzał   w   niej   żadnych   romantycznych   ani   erotycznych 

emocji, był Oko Nocy. Po pierwsze, to najlepszy przyjaciel Berengarii, a poza tym Elena 

uważała, że chyba nie jest stworzony do takich spraw. Głupio byłoby zakochać się w kimś, 

kto został wybrany do zupełnie innego życia, no i Oko Nocy nigdy nie patrzył na nią w ten 

sposób. Zresztą chyba w ogóle na nią nie patrzył.

Inni chłopcy w grupie też na ogół spoglądali na nią z rzadka.

To bardzo przykra myśl!

O przyszłości dziewczyny decyduje jej wygląd, myślała Elena z goryczą.

Ale Oko Nocy też jest niebywale przystojny i jakiż to wspaniały człowiek! Szczęśliwa ta 

indiańska dziewczyna, która go dostanie!

Jeszcze jedna bardzo przykra myśl.

Patrzyła   na   swoich   czterech   przyjaciół.   Fakt,   że   znali   się   z   dzieciństwa,   miał   swoje 

niedobre strony, wiele się przy tym traci, nie ma tej ciekawości wobec nieznanego.

Ale inni chłopcy w szkole? Nie! Nie, nie, żaden z nich nie mógł się nawet mierzyć z jej 

najbliższymi przyjaciółmi.

Znajdowali się teraz naprawdę daleko od domu. Zaczął padać drobny, nocny deszcz, 

więc   wszyscy   schronili   się   w   gondoli   Joriego   i   zaciągnęli   dach.   Zrobiło   się   bardzo 

przytulnie, a nawet intymnie,  i w tym  nastroju kontynuowali wycieczkę. Nikt nie chciał 

jeszcze  wracać  do domu,  mieli  zresztą  gondolę, która  przecież  bardzo  szybko  w każdej 

chwili może ich odstawić na miejsce.

Powóz mknął więc w górę rzeki, a oni śmiali się, śpiewali i tryskali humorem. Nowe 

okolice położone z dala od domu. Ostatnie osady minęli już bardzo dawno temu, wciąż 

jednak przebywali w dzielnicy wschodniej. Życie było takie podniecające, noc cudownie 

piękna, a oni młodzi. Wyprawa wydłużała się niebezpiecznie. Od czasu do czasu na brzegu 

widzieli tablice ostrzegawcze, ale nic sobie z tego nie robili.

Gondola przepłynęła rozległe zakole i wtedy...

– Oj! – zawołał Armas. – Srebrzysty Las! Rzeka wypływa ze Srebrzystego Lasu! Ale czy 

płynie również przez jego teren?

17

background image

JASKARI

Jori zatrzymał gondolę. Kiedy ustał chlupot wody, zrobiło się bardzo cicho. Rzeka nie 

należała do burzliwych, ledwie zauważało się prąd. Deszcz przestał padać, wszyscy więc 

wyszli spod dachu. Wokół nich rozciągały się pustkowia, nigdzie jak okiem sięgnąć ani 

śladu ludzkiej osady.

W ciszy dotarł do nich daleki, pełen skargi krzyk znad Czarnych Gór.

– Srebrzysty Las widać z naszego domu – powiedział Jori. – Na wzniesieniu kawałek od 

osady,  ale   to krańce   leśnych   terenów,  natomiast   teraz  znaleźliśmy   się w   samym   środku 

puszczy, tak mi się przynajmniej wydaje.

Rozglądali się dookoła w milczeniu. Las sprawiał ponure wrażenie, pod koronami drzew 

o   srebrzystych   liściach   czaił   się   mrok.   Wszystko   wydawało   się   takie   tajemnicze   i 

podniecające...

– Chyba nie wolno nam... – zaczęła Elena zdławionym głosem.

– Nie ma tu przecież żadnych tablic ostrzegawczych – rzekł Jori w zamyśleniu.

– Może byśmy zajrzeli... tylko na chwilkę – zaproponowała Berengaria niepewnie.

– To chyba nie zaszkodzi – zgodził się z nią Jaskari.

Armas był nieco bardziej ostrożny. W ogóle miał więcej poczucia odpowiedzialności niż 

inni, ale w końcu jego status pól-Obcego zobowiązuje.

– Tylko zajrzymy. Naprawdę na chwilkę – upierała się Berengaria. – Moim zdaniem las 

wygląda dość nieprzyjemnie. Bałabym się pójść dalej w głąb.

Ale właśnie jej obawy rozpaliły ciekawość Eleny.

– A ja pójdę!

Dlaczego   ja   to   robię?   pomyślała   zaraz   zawstydzona.   Berengaria   jest   moją   najlepszą 

przyjaciółką, najbardziej zaufaną osobą, podziwiam ją i strasznie lubię, dlaczego wobec tego 

występuję przeciwko niej?

Elena   sama   nie   rozumiała   swoich   reakcji,   ale   przecież   w   tym   wieku   działaniem 

człowieka kierują często zaskakujące, ukryte gdzieś w głębi duszy motywy.

– Ja też chcę iść – oznajmił Jaskari.

Bogu dzięki, pomyślała Elena. Sama nigdy bym się nie odważyła.

– Ja też! – dołączył Oko Nocy.

Jeszcze lepiej.

Jori wahał się pomiędzy chęcią pójścia z przyjaciółmi a obowiązkiem pilnowania swojej 

nowej gondoli. Tata Uriel przykazał, by nie spuszczał jej z oczu, natomiast drzewa miały 

background image

gałęzie tak nisko, nad rzeką znajdowały się jeszcze jakieś zarośla, więc gondolą do lasu 

wjechać by nie mógł.

– Teraz widać wyraźnie, że liście mają srebrzystą barwę – stwierdził Armas ze wzrokiem 

utkwionym   w   najbliższe   drzewo.   –   A   przecież   często   połyskują,   jakby   były   złote. 

Berengario, zostanę tutaj z tobą i ty też powinieneś zostać, Jori.

Jori z westchnieniem przyznał mu rację, ale ostrzegł biegnącą do lasu trójkę:

– Tylko nie zapuszczajcie się zbyt daleko!

– Będziemy do was krzyczeć – obiecała Elena przejęta tym, że wyrusza w towarzystwie 

dwóch przystojnych i silnych młodzieńców. Berengaria również wyglądała na zadowoloną 

ze swojego towarzystwa.

Pochyleni zaczęli się przemykać pod koronami drzew.

Ziemię porastała miękka i bardzo zielona trawa. Był to niezwykle piękny las i Jaskari, 

który przejął kierownictwo, nie mógł pojąć, dlaczego nie wolno im tutaj przychodzie Drzewa 

rosły stosunkowo rzadko, ale ich gałęzie zwieszały się nisko w dół niczym u płaczących 

wierzb, był to jednak zupełnie inny gatunek drzew. Tu i tam ziemię pokrywały małe, różowe 

kwiatki,   których  też  nie   byli  w  stanie   zidentyfikować.   Znajdowali  się  jakby  w   zupełnie 

obcym świecie, odmiennym od tego, który dotychczas znali.

O wszystkich swoich obserwacjach donosili głośno czekającym nad rzeką przyjaciołom.

By   nie   zabłądzić,   trzymali   się   brzegu   rzeki.   Stawała   się   ona   teraz   coraz   węższa, 

wyglądała niczym niewielki potok, w końcu przemieniła się w płynący wolno strumyczek.

– Może powinniśmy zawrócić? – zaniepokoiła się Elena.

– Za chwilkę – obiecał Jaskari, który uważał, że to wszystko jest zbyt interesujące, żeby 

przerywać wycieczkę.

Las stawał się coraz gęstszy, kwiatki tu już nie kwitły, zamiast trawy ziemię pokrywał 

ciemny mech.

Jaskari nawet nie zauważył, że przemyka się do przodu najciszej jak tylko może. To on 

był   kierownikiem   grupy,   wiedział   jednak,   że   Oko   Nocy   jest   najzdolniejszym   z   nich 

wszystkich   tropicielem   śladów,   chociaż   akurat   tutaj   nie   ma   chyba   żadnych   śladów   do 

tropienia.

W koronach drzew zaczynały się budzić ptaki. Villemann, ojciec Jaskariego, mówił, że 

niektóre gatunki ptaków w Królestwie Światła są takie same jak na Ziemi. Inne natomiast 

zupełnie na Ziemi nie występują. Jaskari znał wiele gatunków ptaków i umiał rozróżniać ich 

śpiew.

Chyba wkrótce będzie rano, myślał. A może ptaki mają inny rytm dobowy niż ludzie, 

background image

chyba tak, bo czas snu rozpoczął się dopiero co.

Jaskari był młodzieńcem bardzo silnej budowy. Miał długie, jasne włosy i szeroką twarz. 

Reprezentował dużo bardziej fińską urodę niż jego mama Mariatta. Bardzo lubił pracę na 

świeżym powietrzu i nie unikał fizycznego wysiłku. Miał więc rozwinięte muskuły, które 

napinały się tak, iż czasami odnosiło się wrażenie, że rękawy koszuli Jaskariego popękają. 

Był najsilniejszy w grupie przyjaciół.

Mama   i   ojciec   chcieli,   by   został   lekarzem,   ponieważ   miał   bardzo   sympatyczne 

usposobienie   i   zawsze   pomagał   słabszym   lub   bezradnym.   Sam   Jaskari   nie   miał   nic 

przeciwko   temu,   pod   warunkiem   jednak,   że   od   czasu   do   czasu   będzie   mógł   pracować 

fizycznie. Zastanawiał się ciągle, czy zostać lekarzem, czy też weterynarzem. Miał bowiem 

od   dzieciństwa   do   czynienia   z   psami   i   innymi   chorymi   lub   okaleczonymi   zwierzętami, 

którymi   zajmowała   się   Tiril.   Babcia   Tiril   była   najlepszą   przyjaciółką   Jaskariego,   u   niej 

zawsze mógł szukać rady i z nią najwięcej rozmawiał o wyborze zawodu. Teraz jego myśli 

zajmowała   jedna   ze   szkolnych   koleżanek.   Ona   również   uczestniczyła   w   urodzinowym 

przyjęciu, śmiała się dużo i żartowała ze wszystkimi chłopcami, także z Jaskarim, ale pod 

żadnym względem go nie wyróżniała. On zaś nie nabrał jeszcze pewności w kontaktach z 

dziewczętami i właśnie teraz, podczas wycieczki, z irytacją wyrzucał sobie, że nie okazał jej 

wyraźniej, jak bardzo się nią interesuje.

Przystanął, kiedy Oko Nocy szepnął: „Cii!”

Wszyscy troje stali bez ruchu. Nagle droga powrotna wydała im się nieprawdopodobnie 

długa.

– Co to za odgłos? – szepnęła Elena.

Nasłuchiwali znowu. Docierał do nich jakiś słaby szmer, trudny do określenia. Oko Nocy 

położył się i przycisnął ucho do ziemi. Reszta poszła za jego przykładem.

Teraz   Jaskari   odkrył,   co   to   takiego.   Delikatne   drganie   ziemi.   Jakiś   bardzo   cichy, 

nieprzerwany odgłos jakby dalekiego grzmotu albo szum...

– Trzęsienie ziemi? – szepnęła Elena, kiedy wszyscy wstali.

– Nie, nie – odparł Oko Nocy. – To chyba w ogóle nie jest głos natury.

Inni kiwali głowami. Uważali, że Oko Nocy ma rację.

– Czy powinniśmy to zbadać? – zapytała Elena.

– Myślę, że nie, w każdym razie nie teraz. To dociera do nas z bardzo daleka, a sądzę, że 

nasi przyjaciele zaczynają się już niepokoić. Chodźcie, wracamy nad rzekę!

Ruszyli z powrotem tą samą drogą, którą przyszli, ale niełatwo było utrzymać kurs.

– Czy naprawdę zaszliśmy tak daleko od rzeki? – niepokoiła się Elena. – Las nie był 

background image

przecież aż taki gęsty.

Byli  teraz niemal kompletnie otoczeni czymś,  co mogło przypominać las iglasty,  ale 

drzewa, rosnące bardzo blisko siebie, miały jednak coś w rodzaju liści, a nie szpilki, gałęzie 

zaś sięgały aż do ziemi.

– Oko Nocy – zapytał Jaskari. – Czy potrafisz odnaleźć drogę powrotną?

Indianin stał przez chwilę bez ruchu, próbując się zorientować w stronach świata.

– Jesteśmy bardzo blisko rzeki – powiedział w końcu. – Zaszliśmy tylko głębiej w las. 

Chodźcie!

Poprowadził ich poprzez przypominające dżunglę zarośla i wkrótce stanęli nad rzeką, 

która w tym miejscu była bardzo wąska.

– Niemal jak... jakby płynęła w rurze – rzekł Jaskari zdumiony. – Albo jakby to był 

kanał.

– Możliwe, że to kanał – zgodził się Oko Nocy.

– Zaczekajcie chwileczkę – poprosiła Elena. – Coś mi wpadło do buta.

Usiedli na sporym kamieniu i pomogli jej doprowadzić but do porządku.

Nagle wszyscy troje spojrzeli po sobie.

– Co to było? – zapytał Jaskari cicho.

– Szept? – zdziwiła się Elena. – Może to strumyk...?

– Nie – odparł Oko Nocy. – To nie strumyk. Słuchajcie! Znowu!

Trudno było rozróżnić słowa, ale ktoś szeptał gdzieś w pobliżu.

Spojrzeli ku gęstym liściom, spod których wypływał strumyk.

Po   chwili   wstali   i   poszli   w   górę   rzeczki.   Musieli   odsuwać   zwisające   gałęzie,   żeby 

przejść.

Nagle ich ręce natrafiły na opór.

Wyraźnie wyczuwali dłońmi przeszkodę, ale jej nie widzieli.

– To mur – szepnął Jaskari. – Niesłychane. Doszliśmy aż do samego muru!

Byli już kiedyś pod murem, w pobliżu Wschodniej Rzeki. Poszli tam z Ramem, który 

chciał im go pokazać, ale to było coś zupełnie innego. Zdawali sobie sprawę, że znajdują się 

na zakazanym terenie. Nie wolno im samodzielnie odwiedzać okolic muru, tak przykazał 

wtedy   Ram,   i   to   samo   słyszeli   wielokrotnie   od   najwcześniejszego   dzieciństwa.   Mur, 

Srebrzysty Las, północna część kraju i stara osada w pobliżu twierdzy to były cztery surowo 

zakazane rejony.

Okazuje się, że trzy z tych zakazów zdążyli już złamać, nie zakradli się jeszcze tylko do 

północnej części kraju.

background image

Odkryli, że woda strumienia wyprowadzana jest na drugą stronę muru poprzez mnóstwo 

wąskich rur, tak aby nikt niepowołany nie mógł przedostać się wodą. Rury były tak wąskie, 

że nikt by się przez nie nie przecisnął.

Badali  rękami  mur.  Był  gładki  i prawdopodobnie  bardzo gruby,  tak  to przynajmniej 

wyglądało przy samym strumieniu.

– Nie wolno nam o tym wspomnieć nikomu z dorosłych  – powiedział Jaskari lekko 

drżącym   głosem.  Wiedział  bowiem  dobrze,   że  złamali  jedną  z  głównych  obietnic,   jakie 

kiedyś musieli złożyć.

– Tylko naszym przyjaciołom – potwierdziła Elena.

– To oczywiste. Chodźcie, wiejemy stąd jak najprędzej. Odwrócili się już gotowi do 

ucieczki, gdy znowu usłyszeli szept. Teraz wyraźniejszy i jakby desperacki.

Oglądali  wprawdzie uważnie mur ponad strumieniem,  ale nie rozglądali  się na boki. 

Kiedy teraz ponownie odwrócili się ku niemu, zobaczyli coś, co zaparło im dech w piersiach.

Po tamtej stronie stała jakaś istota, przyciśnięta do grubej, przypominającej szkło tafli. 

Rozpostarła szeroko ramiona, jakby chciała przecisnąć się przez mur.

Czułe serce Jaskariego skurczyło się boleśnie, a w oczach chłopca pojawiły się łzy. Po 

tamtej stronie stała mała dziewczynka, mniej więcej taka duża jak Berengaria, kompletnie 

naga, o długich, czarnych włosach, i nawet przez ten gruby mur można było zobaczyć, że jej 

oczy płoną przerażeniem i błagalną prośbą o ratunek.

Teraz zaczynali rozumieć również jej szept. W jakimś bardzo obcym języku błagała: 

Pomóżcie mi! Pomóżcie! Oni przyjdą i mnie złapią. Zostanę złożona na ofiarnym stosie! 

Albo rozszarpią mnie na kawałki i pożrą! Ratunku! Zlitujcie się, pomóżcie mi!

I rzeczywiście, docierały do nich podniecone, okropne, dzikie wrzaski. Słychać je było 

na wielkiej przestrzeni. Wciąż jeszcze dalekie, nie ulegało jednak wątpliwości, że przybliżają 

się coraz bardziej.

18

ARMAS

– Jak można słyszeć szept – zastanawiał się Jaskari, – przez taki gruby mur?

Wkrótce jednak to zrozumiał. Niektóre rury umieszczone zostały ponad powierzchnią 

wody.   To   one   przerodziły   dźwięk.   Pochylił   się   więc   i   zawołał   tak   głośno,   że   aż   metal 

background image

zadźwięczał:

– Przyjdziemy, pomożemy ci!

Ona  oczywiście   nie  rozumiała,  co  powiedział,   ale  skuliła  się  rozpaczliwie   po tamtej 

stronie i podjęła swoje błagalne prośby. Jaskari, który dzięki aparatowi Madragów mógł ją 

rozumieć, posłużył się tymi kilkoma słowami z jej języka, które dziewczynka wypowiadała:

– Przyjdziemy! Pomoc przyjdzie.

Potem odwrócił się do przyjaciół.

– Oko Nocy, ty jesteś najszybszy, sprowadź innych, wyjaśnij im, o co chodzi. Może 

Armas będzie wiedział jak ją uratować.

Oko Nocy bez słowa pomknął wzdłuż brzegu strumienia.

– Co robić? – pytała Elena gorączkowo.

Jaskari pochylił się i zaczął szarpać metalowe rury w strumieniu, które jednak trwały 

nieporuszone. Cały układ był jak zamurowany. Trzeba by chyba wielkiej siły, żeby usunąć 

choć jedną z nich.

Rzucił   się   na   ziemię   i   zaczął   rękami   kopać   tuż   przy   murze,   po  chwili   zobaczył,   że 

dziewczynka po tamtej stronie robi dokładnie to samo. Przerwali też oboje równocześnie. 

Było oczywiste, że mur wchodzi zbyt głęboko w ziemię.

Zrozpaczeni patrzyli na siebie nawzajem przez szklaną taflę.

– Schowaj się! – zawołała Elena. – Schowaj się przed swoimi prześladowcami, a my 

postaramy się cię uratować.

Dziewczynka nie rozumiała jednak ich języka.

W miejscu gdzie zostawiono łódź, na brzegu siedział Armas i rozmyślał.

Bardzo   mu   się   nie   podobała   ta   cała   wyprawa.   To   prawda,   że   przebywanie   w 

towarzystwie piątki kuzynów było niezwykle podniecające, oni zawsze potrafili wymyślić 

coś ekstra, ale teraz wszedł w konflikt z surowymi zakazami ojca. Sprawiało mu to ból, 

ponieważ chciał być lojalny wobec obu stron.

Armas wiedział, że nie jest podobny do swoich rówieśników. Nie przypominał też wcale 

Obcych i sam zwykł  mówić o sobie, że jest bastardem. Jego najlepszym  sojusznikiem i 

przyjacielem był Uriel, ojciec Joriego. Często ze sobą rozmawiali i rozumieli się nawzajem 

znakomicie. Obaj pochodzili z takich samych związków, ich ojcami byli Obcy, a matkami 

ziemskie   kobiety,   to   znaczy   Uriel   przyszedł   na   świat   przed   tysiącami   lat   i   jego   dusza 

wędrowała już od jednego ludzkiego ciała do drugiego, nigdy jednak nie wyzbył się cech 

odziedziczonych   po   Obcych.   Bardzo   wysoki   i   szlachetny,   o   włosach   blond,   piękny   i 

background image

utalentowany.

Armas nie miał pewności, czy i on posiada te wszystkie cechy. Mówiono mu często, że 

tak. Powtarzali to i jego przyjaciele, i dorośli, on jednak nie całkiem w to wierzył. Czuł się 

kimś pospolitym, obarczonym wszystkimi słabościami i grzechami świata. Wiedział tylko, 

że jego kodeks moralny jest dużo bardziej surowy niż innych.

Ojciec   miał   w   stosunku   do   syna   wielkie   plany,   ale   mu   ich   nie   wyjawiał.   „Skończ 

najpierw szkołę” – odpowiadał, kiedy chłopiec pytał. – „Później zobaczysz”.

Wspominano też czasami, że Armas powinien ożenić się z dziewczyną pochodzącą z 

Obcych. Dla zachowania wysokiej inteligencji. I to mówił ojciec, ten, który wziął sobie za 

żonę małą Fionellę! Armas wiedział, że wzajemna miłość jego rodziców jest obecnie tak 

samo silna jak w czasach, kiedy on był jeszcze dzieckiem. Dlaczego więc on sam nie miałby 

sobie wybrać dziewczyny z rodu ludzkiego?

Ale   co   tam,   na   razie   nie   ma   to   znaczenia,   ponieważ   Armas   nie   dojrzał   jeszcze   do 

małżeństwa. Czuł się tylko  niepewnie wśród zwykłych  dziewcząt, ponieważ pochodził z 

Obcych, a także wśród kobiet Obcych, ponieważ w połowie był zwyczajnym śmiertelnikiem.

Bardzo wiele rozmawiał o tych sprawach z Urielem. Ten bowiem, zanim zjawił się na 

Ziemi jako prawie anioł, przeżywał podobne kłopoty. „To się jakoś ułoży” – zwykł mawiać 

Uriel uspokajająco. – „Zobaczysz, że się ułoży, kiedy czas nadejdzie, wszystko rozwiąże się 

samo z siebie”.

Armas miał co do tego poważne wątpliwości.

Krajobraz   tonął   w   złocistym   blasku.   Rodzice   mówili,   że   na   zewnątrz   ponad   Ziemią 

znajduje się niebieskie niebo. To musi być piękne. Na Ziemi istnieją też podobno pory roku. 

Cudowna wiosna. Jesień. Theresa tak ładnie opowiada o złotej jesieni. Wszystkie barwy...

Armas   przypominał   sobie   taką   rozmowę   z   Theresa   nie   tak   dawno   temu,   kiedy   co 

najmniej przez godzinę opowiadała mu o tym, jak jest na Ziemi. Theresa twierdzi, że bardzo 

lubi z nim rozmawiać. „Ponieważ jesteś bardzo inteligentny, Armasie” – tak powiedziała 

ostatnio   z   łobuzerskim   błyskiem   w   oku.   –   „Ty   umiesz   słuchać.   Ludzie,   którzy   umieją 

milczeć i słuchać, są mądrzy”.

Po tych słowach oboje wybuchnęli śmiechem.

Armas zapytał ją potem, czy nigdy nie tęskni do tej bajecznej krainy na zewnątrz. Tak, 

ponieważ  dla Armasa  i  jego rówieśników  zewnętrzny świat był  krainą  z baśni. Theresa 

westchnęła wtedy ciężko i odparła, że jej stary świat w swojej katastrofalnej niedoskonałości 

jest z pewnością czymś unikatowym, ale że oczywiście często, bardzo często odczuwa za 

nim głęboką tęsknotę.

background image

„Bo   widzisz,   Armasie,   tęsknota   jest   czymś,   co   ludzie   przynoszą   ze   sobą   na   świat. 

Człowiek, który za niczym nie tęskni, jest tylko w połowie sobą. Ja na przykład wcale nie 

mam  ochoty opuszczać   Królestwa  Światła,   ponieważ  wszystko  tutaj   jest  takie   cudowne. 

Muszę   jednak   mieć   prawo   do   tęsknoty.   Ty   przecież   także   tęsknisz   do   tamtego   świata, 

prawda?”

„Oczywiście”   –   przyznał   wtedy.   –   „Ale   ja   chyba   tęsknię   najbardziej   za   odkryciami, 

jakich mógłbym tam dokonać. Domyślam się bowiem, że ten zewnętrzny świat jest dużo 

większy   od   naszego   i   dużo   bardziej   zróżnicowany.   Z   pewnością   istnieją   jeszcze   tereny 

zupełnie nie odkryte”.

„Jasne, że istnieją. Ale na tamtym świecie istnieje też bardzo wiele zła, nie zapominaj o 

tym! Wiele barbarzyństwa. Wiele ucisku ludzi i zwierząt. Wojny religijne, których ja nigdy 

nie byłam w stanie zrozumieć, ale to nie jest moja sprawa. Nie, nie, ja tęsknię za znacznie 

mniejszymi  sprawami,  za powiewem wiatru wczesną wiosną nad przysypanym  śniegiem 

Theresenhof, za moim wygodnym fotelem przy kominku...”

Armas długo się nad tym zastanawiał. „Wszyscy, których znam, za czymś tęsknią. Ojciec 

również,   ale   nie   wiem,   za   czym,   zresztą   ja   sam   także   tęsknię   za   czymś   bardzo 

nieokreślonym”.

Theresa uśmiechnęła się leciutko.

„Rozumiem cię. To jest wieczna, głęboka tęsknota młodości, Armasie”.

Nagle coś się musiało stać w pobliżu miejsca, w którym siedział.

Gwałtownie   odwrócił   głowę   tak,   że   jego   długie   jedwabiste   włosy   uniosły   się   w 

powietrzu.   Ciemne   oczy   w   doskonale   ukształtowanej   twarzy   spostrzegły,   że   z   lasu   w 

strasznym pośpiechu wypada Oko Nocy.

Trójka czekająca na brzegu zerwała się z okrzykiem:

– Co się stało?

Oko Nocy pospiesznie wyjaśnił sytuację.

– Musimy sprowadzić pomoc – zakończył zdyszany. – Musimy powiedzieć Strażnikom.

– Oczywiście, ja mogę pojechać moją gondolą... – zaczął Jori, lecz Armas mu przerwał.

– Nie, zaczekaj! Trzeba się dobrze zastanowić. Ojciec powiada, że istoty, znajdujące się 

po tamtej stronie muru, robią co mogą, by przedostać się do Królestwa Światła. Oszukują i 

używają podstępów na wszystkie możliwe sposoby. Musimy więc mieć pewność.

Oko Nocy patrzył na niego z wielką powagą.

– Armas, to jest mała dziewczynka, blada jak kreda, chuda i bezradna. Jeśli kiedykolwiek 

widziałem prawdziwą rozpacz i śmiertelny lęk, to właśnie w jej oczach.

background image

–   Nie   ma   w   sztuce   aktorskiej   niczego,   co   łatwiej   i   prościej   wyrazić   niż   właśnie 

przerażenie i rozpacz – upierał się Armas.

– W takim razie chodźcie i przynajmniej zobaczcie sami. Oceńcie, czy ona oszukuje!

– Oczywiście!

Pomogli Joriemu ukryć łódź wśród drzew i pobiegli przez las.

– Poza tym słyszeliśmy jej prześladowców – poinformował Oko Nocy. – W ich głosach 

brzmi żądza mordu.

– To też może być  gra – powiedział Armas. – Och, wybaczcie mi, ale musimy być 

ostrożni. Zdarzały się okropne rzeczy, kiedy niepowołani przedarli się do Królestwa Światła. 

Działo się to dawno, zanim jeszcze my się urodziliśmy,  ale miały tu miejsce prawdziwe 

rzezie niewinnych mieszkańców... Jeśli jednak na dziewczynie można polegać, to oczywiście 

powinniśmy zrobić wszystko co można.

Pojmowali   jego   niechęć,   nawet   Jori,   który   sam   miał   nieczyste   sumienie   z   powodu 

gondoli. Zdawali sobie sprawę z tego, że weszli na zakazany teren i że Armas postępuje 

wbrew rozkazom swego ojca.

Nie przebyli jeszcze nawet połowy drogi, gdy zatrzymali się przerażeni, a zaraz potem 

ukryli się bez słowa za grubymi pniami drzew.

Poprzez piękny las szły dwie groteskowo wyglądające istoty pogrążone w rozmowie.

Oko Nocy i Armas byli wstrząśnięci. Nigdy przedtem nie widzieli nikogo takiego i w 

przeciwieństwie do swoich towarzyszy nie rozumieli, z kim mają do czynienia.

Widzieli oto przed sobą dwie potężne sylwetki okropnie niezdarne, mimo to poruszające 

się z niezwykłą lekkością. Stworzenia te miały duże, ciężkie głowy i po trzy palce u rąk 

zamiast pięciu. Zmierzwione włosy opadały na szerokie czoła nad fantastycznie pięknymi, 

zwierzęcymi   oczyma   i   szerokimi   płaskimi   nosami.   Chociaż   chodziły   na   dwóch   nogach, 

poruszały się i rozmawiały ze sobą niczym ludzie, to najbardziej przypominały zwierzęta. 

Zwierzęta kopytne?

Jori wyszedł ostrożnie ze swojej kryjówki.

– Ludzie-bawoły? Bawoli ród, Madragowie! – wykrzyknął zachwycony. – Przyjaciele 

mamy i ojca, i wszystkich naszych staruszków. Nigdy przedtem ich nie widziałem, chociaż 

słyszałem mnóstwo opowieści o ich geniuszu i w ogóle.

Reszta młodych również opuściła kryjówki, choć czyniła to nie bez obawy.

Madragowie zatrzymali się zdumieni.

–  Ależ,   drogie   dzieci,   co   wy  tutaj   robicie?   –  odezwał   się  jeden   w   dziwnym   języku 

Madragów. – Przecież nie wolno wam tutaj przebywać.

background image

– Wiemy o tym – przyznał Oko Nocy i ukłonił się onieśmielony. – Chodzi jednak o to, że 

musimy uratować życie pewnej małej dziewczynki.

W kilku słowach wyjaśnił całą sprawę. Madragowie spoglądali to na jedno, to na drugie.

– Ty musisz być synem Taran – uśmiechnął się jeden z nich do Joriego. – Taran i Uriela. 

Jesteś podobny do nich obojga.

– Dziękuję. Traktuję to jako komplement, ale...

– A ty jesteś córką... Rafaela czy Danielle?

–   Rafaela.   Mam   na   imię   Berengaria   –   szepnęła   dziewczynka   spłoszona   i   dygnęła 

głęboko.

– Piękne imię, ale reszty z was nie rozpoznaję. Ty, który wyglądasz, jakbyś źle się czuł w 

tym lesie, musisz mieć w żyłach krew Obcych.

– Częściowo – odparł Armas sztywno. Stał jak na szpilkach.

–   A   ty   pochodzisz   chyba   z   tego   dumnego   ludu   –   rzekł   Madrag   do   Oka   Nocy 

przestępującego niecierpliwie z nogi na nogę, ale pragnącego zachować się uprzejmie.

Drugi z Madragów rzekł:

– Ja ciebie poznaję, ty jesteś Oko Nocy, prawda?

– Owszem, jestem, ale jakim sposobem...?

– Wiele się od ciebie oczekuje. Tak, rozumiem was bardzo dobrze, ale, niestety, dla tej 

małej dziewczynki nic nie można zrobić. Mur został wzniesiony w pradawnych czasach z 

niezniszczalnego materiału, do tego potrzebna jest magiczna siła.

– Gdybyśmy tylko  mogli się z nią jakoś porozumieć  – powiedział Oko Nocy,  który 

widział   dziewczynkę.   –   Próbowaliśmy   nawiązać   z   nią   kontakt,   jedyne   słowa,   jakie 

zrozumieliśmy z tego, co powiedziała, to „ratunku” i „oni mnie złapią!”

Wymawiał słowa w dziwnym języku dziewczynki.

Madragowie zmarszczyli czoła.

– Nie znamy tej mowy. To nie jest jeden z tych języków, którymi mówiono po tamtej 

stronie muru. Ona musiała przyjść z bardzo daleka. Być może z krainy, w której panuje 

jeszcze większy mrok... A w takim razie, Oko Nocy, masz rację, ona potrzebuje pomocy.

–   Tak,   i   my   jesteśmy   w   stanie   ją   zrozumieć,   tylko   że   ona   nie   rozumie,   co   do   niej 

mówimy. Musi poszukać sobie jakiejś kryjówki i schować się, ale nie potrafimy jej tego 

wytłumaczyć.

–   Dzieci   kochane,   to   przecież   da   się   bardzo   prosto   załatwić.   Wciąż   pracujemy   nad 

sposobami rozumienia obcych języków. Proszę. Oko Nocy, weź ten aparacik, dziewczynka 

zrozumie, co mówisz, nawet jeśli sama nie będzie miała aparatu.

background image

Wszyscy stali bez słowa, zdumieni nowym wynalazkiem. Oko Nocy przyjął aparat z 

uprzejmym podziękowaniem.

– Czy ona jest teraz sama? – zapytał jeden z Madragow.

–  Nie   –   odparł   Jaskari   –   syn   Villemanna   oraz   Elena,   cóka   Danielle,   dotrzymują   jej 

towarzystwa. Niczego więcej nie mogą dla niej zrobić.

– Ach, rodzina czarnoksiężnika – rzekł jeden z Madrgów wzruszony. – Bardzo za nimi 

tęsknimy.

– W takim razie prosimy w odwiedziny – zawołał Jori spontanicznie. – Nasi rodzice 

wciąż tyle o was opowiadają!

– Odwiedzimy was chętnie, tylko zakończymy tę sprawę tutaj. Teraz jednak musimy iść, 

już i tak jesteśmy spóźnieni, a wy powinniście zmykać z tego lasu, zanim ktoś was dostrzeże.

– Tak – obiecał Armas. – I dziękujemy za pomoc. Czy wy mieszkacie tutaj?

– Tutaj pracujemy – odpowiedzieli uprzejmie. – Żegnajcie na razie. Jakby co, to myśmy 

was nie widzieli.

Armas   stał   jeszcze   przez   chwilę   i   patrzył   w   ślad   za   Madragami,   podczas   gdy   jego 

przyjaciele pobiegli już w stronę muru.

Rzeczywiście w państwie mojego ojca znajduje się wiele niezwykłych rzeczy, myślał 

chłopiec. Niemal każdego dnia znajduję coś nowego. Co właściwie kryje ten las?

A   przecież   jeszcze   nie   widziałem   najdalej   na   północ   położonych   części   kraju,   tych 

leżących na północ od rejonu, w którym sam mieszkam. Nawet mnie nie wolno w tamtą 

stronę spoglądać, a co dopiero moim przyjaciołom.

Trzeba biec do muru.

19

BERENGARIA

Ze zgrozą spoglądali w stronę muru. Elena i Jaskari próbowali podtrzymywać odwagę w 

dziewczynce najwyraźniej bez powodzenia. Nawoływania prześladowców rozlegały się teraz 

okropnie blisko.

– Możemy tylko mieć nadzieję, że oni jej nie znajdą, przecież nie muszą wybiec z lasu 

akurat tutaj – westchnął Jaskari.

Armas powiedział coś, co sprawiło, że włosy na głowach jego przyjaciół stanęły dęba.

background image

– Oni kierują się węchem, są niczym zwierzęta, tropią wzdłuż strumienia, oczywiście, że 

ją znajdą.

Oko  Nocy pokazał  im  swój   nowy aparacik.   Wszyscy   odetchnęli   z  ulgą.  W   wielkim 

pośpiechu Jori opowiedział o spotkaniu z Madragami, po czym wszyscy podeszli do muru.

– Pozwól, że ja to zrobię – poprosiła Berengaria.

Spojrzeli na nią zaskoczeni. To niepodobne do tej rozchichotanej, kłótliwej dziewczynki. 

Teraz miała łzy w oczach, a dłoń, w której ściskała aparacik, drżała.

Bez słowa pozwolili jej podjąć próbę nawiązania kontaktu z nieznajomą. Ze zdumieniem 

stwierdzili, że obie są do siebie podobne, choć oczywiście twarzy tamtej obcej dokładnie nie 

widzieli. Była też chudsza niż Berengaria, szczerze mówiąc była wycieńczona, jakby przez 

długi czas odżywiała się jedynie wodą.

Zdawało się, że Berengaria nawiązała z nią kontakt, zanim jeszcze zdążyła posłużyć się 

aparacikiem. Działo się tak pewnie dzięki temu, że obie dziewczynki były w tym samym 

wieku, ale po części pewnie też dlatego, że mała po tamtej stronie z ulgą przyjmowała do 

wiadomości   spotkanie   z   normalnymi   ludźmi.   Niestety,   sprawa   zaczynała   się   trochę 

komplikować. Dziewczynka nie chciała odejść od muru, nie chciała zrozumieć, że to dla niej 

jedyny ratunek.

Wtedy Berengaria zaczęła się posługiwać nowym aparatem i wszyscy zebrani patrzyli 

zdumieni, jaka rozsądna jest ich najmłodsza przyjaciółka.

Początkowo   nieznajoma   dziewczynka   była   wyraźnie   przerażona   tym,   że   musi   się 

komunikować w taki dziwny sposób. Kiedy jednak uświadomiła sobie, że rozumie słowa 

Berengarii, zaczęła słuchać bardzo uważnie.

– Niewiarygodni  Madragowie  – szepnął Jaskari z podziwem w głosie. – Szkoda, że 

jeszcze ich nie poznałem.

– Wszystko przed tobą – mruknął Jori. – Uważaj teraz, słuchaj, co mówi Berengaria.

Ich mała przyjaciółka przemawiała wolno i wyraźnie:

– Oni cię tropią, dlatego musisz wejść do strumyka. Idź kawałek wodą, a potem wyjdź na 

brzeg i wdrap się na to wysokie drzewo, tam... – Berengaria pokazywała ręką, a dziewczynka 

śledziła jej ruch wzrokiem. – Spróbuj jak najmniej dotykać ziemi, kiedy wyjdziesz z wody. 

Przemknij się na palcach i natychmiast wchodź na drzewo. I śpiesz się, myśliwi dopadną cię 

lada moment!

Słuchali jej słów z drżeniem. Skąd przyszło jej do głowy słowo „myśliwi?” Zdawali 

sobie jednak sprawę, że to najwłaściwsze określenie.

Dziewczynka po raz ostatni rozpaczliwie przycisnęła całe ciało do „szklanej” tafli muru, 

background image

jakby uparcie prosiła, by jej nie opuszczali, po czym skinęła głową.

– Jak masz na imię? – zapytała Berengaria.

– Siska – odparła nieszczęsna dziewczynka. – Jestem księżniczką. I byłam boginią. Teraz 

już nie. Oni chcieli złożyć  mnie w ofierze, ale im uciekłam. Później zaczęli mnie gonić 

tamci. Nieznajomi. Żegnajcie! I bardzo dziękuję! Nie zapominajcie o mnie! Tak bym chciała 

przyjść do was, do Wielkiego Światła. Czy będę mogła potem?

„Po czym?” pomyśleli wszyscy, zgnębieni.

– Tak, tak – obiecała Berengaria. – Ale teraz śpiesz się, śpiesz.

Nareszcie mała Siska zdołała oderwać się od przyciągającego ją z wielką siłą światła i 

pobiegła,   jak   jej   kazała   Berengaria,   brzegiem   strumienia.   Widzieli,   że   macha   im   na 

pożegnanie,   i   widzieli,   jak   wspina   się   na   gałęzie   wielkiego   drzewa.   Po   chwili   zniknęła 

całkiem wśród listowia.

– Wysoko, Siska! Tak wysoko, jak tylko potrafisz! – wołała Berengaria.

Zaległa   cisza,   jedyne,   co   ją   zakłócało,   to   podniecone   wycia   prześladowców   Siski, 

zbliżających się nieuchronnie. Najwyraźniej było ich wielu, rozproszonych po całej okolicy.

– Idziemy – rzekła Elena.

–   Ja   chciałbym   ich   zobaczyć   –   zaprotestował   Jori.   Inni   zresztą   też   podzielali   jego 

ciekawość. Berengaria pragnęła dotrzymać obietnicy danej Sisce i zostać przy niej.

– Mieli  ją złożyć  w  ofierze – rzekł Armas  ze współczuciem.  – Prawda, że i o tym 

wspomniała?

– Tak, chyba rzeczywiście jest tak, jak mówił jeden z Madragów. Ona przyszła tutaj z 

bardzo daleka.

– Może z tych pogrążonych w nieprzeniknionym mroku części Królestwa Ciemności, 

które kiedyś odwiedziłem – zastanawiał się Oko Nocy. – Jest taka blada, jakby nigdy jeszcze 

nie widziała światła.

Armas odnosił się sceptycznie do całej sprawy.

– Mój ojciec powiada, że istnieją różne odcienie mroku tam na zewnątrz. Myślę, że ona 

nie   pochodzi   z   tych   najciemniejszych,   na   to   by   wskazywało   jej   zachowanie.   Ale   też   z 

pewnością nie wychowała się w jasnych okolicach poza murem.

– No właśnie. A co to za istoty ci, którzy ją prześladują? – zastanawiała się Berengaria. – 

Co to za bestie?

–   Istnieje   wiele   odmian   różnych   stworzeń.   Te,   jak   sądzę,   należą   do   półzwierząt, 

przenikniętych żądzą mordu. Istnieją jednak również inne, o blond włosach, nie takie dzikie 

jak te tutaj.

background image

– Musimy ją przeprowadzić na tę stronę muru – rzekła Berengaria w rozmarzeniu.

Armas westchnął:

– Oczywiście. Ale sama słyszałaś, mur może zostać otwarty jedynie przy pomocy siły 

magicznej.

– A my takiej nie posiadamy – westchnął Jori zgnębiony. – Nawet Madragowie nie mogą 

nam pomóc, powinniśmy mieć teraz przy sobie dziadka Móriego. Albo Dolga.

– Tak, ale w żadnym razie nie wolno nam o tym rozmawiać z Obcymi. Oni nigdy by się 

nie zgodzili na otwarcie muru – rzekł Jaskari. – Może Cień? Nie, jego nigdy jeszcze nie 

widziałem. Elfów zresztą także nie.

W oczach Joriego zabłysło światełko.

– Mam  pewien  pomysł   – rzekł   z wolna.  –  Najpierw   myślałem   o samym  słońcu,  że 

mogłoby utworzyć przejście, ale przecież ono właśnie jest chronione przez ten mur, więc to 

się pewnie nie uda, natomiast szlachetne kamienie...

Armas spoglądał na niego zdumiony.

– Szafir i farangil? Czyś ty zwariował?

Jori   nie   ustępował.   I   w   końcu   nawet   Armas   zaczął   się   interesować   jego   planami. 

Farangila nie odważyliby się nawet tknąć. Jest zbyt niezbezpieczny dla kogoś, kto nie wie, 

jak się z nim obchodzić, ale szafir...? Szafir posiada wielką moc, sądząc po tym, co mówią 

rodzice i inni dorośli. Żeby tylko jakoś się do niego dostać.

Pożyczyć go nie mogli. To pewne. Wszyscy jednak wiedzieli, gdzie przechowywane są 

cudowne   klejnoty.   W   wielkim   budynku   w   największym   mieście.   Budynek   nazywa   się 

świątynia i jest niedostępny.

Ale...?

– Ja krążyłem ponad świątynią w mojej gondoli – rzekł Armas. – Znajduje się tam wiele 

powietrznych kanałów oraz wyraźne szczeliny w ścianie przy dachu. Nikt się jednak nie 

zdoła przez nie przecisnąć, musiałby być szczuplejszy niż Berengaria.

Krzyki i wycie dzikich myśliwych rozlegały się coraz bliżej, a tymczasem cała szóstka 

dyskutowała z ożywieniem, nie znajdując rozwiązania. Spojrzeli sobie w oczy i nagle chyba 

wszyscy pomyśleli to samo.

– Ja od tamtego czasu często go wspominałem – powiedział Jori cicho.

– I ja również – potwierdziła Elena. – Sprawiał wrażenie strasznie samotnego.

– Jakby został odepchnięty przez wszystkich – skinął głową Armas.

– Ale też był dosyć złośliwy – wtrącił Jaskari.

– No, powiedzmy niezbyt życzliwie usposobiony – przyznał Oko Nocy.

background image

– Ale jest szczuplutki – rzekła Berengaria. – Szczuplejszy niż ja i nieprawdopodobnie 

zwinny.

– Tak jest – potwierdziła Elena.

– Mogę wziąć gondolę – zdecydował Jori, a pozostali się z nim zgodzili.

– W jaki sposób zamierzasz nawiązać z nim kontakt? – zawołał Armas za odchodzącym 

Jorim. – Czy pomyślałeś, że on może już nie mieć swojego aparatu?

– To zmartwienie zostaw mnie – odparł Jori zarozumiale. – Szkoda tylko, że nie będę 

mógł zobaczyć tych dzikich myśliwych. Pokażcie im język w moim imieniu.

Po tych słowach zniknął.

Wszyscy patrzyli w ślad za nim z ulgą.

–   Tyle   razy   o   nim   rozmyślałam   –   rzekła   Berengaria   z   rozjaśnioną   twarzą.   –   Wciąż 

miałam wrażenie, żeśmy go w jakiś sposób zawiedli.

– Ja też nie mogłam się pozbyć wyrzutów sumienia – powiedziała Elena z błyszczącymi 

oczyma. – Mam nadzieję, że Jori go znajdzie.

– Dzicy nadchodzą! – zawołał Armas. – Co robimy?

– Będziemy ich drażnić – zaproponował Jaskari.

– Nie ! – wykrzyknęła Elena. – Berengaria, rozbieraj się! Oszukamy ich.

– Rozbierać się?

– Tak, tak, pośpiesz się! Nie, nie, majtki możesz zostawić, ale nic więcej. A my wszyscy 

powinniśmy się ukryć.

Błysk zrozumienia pojawił się w oczach Berengarii. Nie zastanawiając się dłużej, zdjęła 

z siebie krótką sukienkę, a także buty i stała teraz tylko w cielistego koloru majteczkach. 

Przez gruby mur z pewnością trudno je zauważyć.

Stanęła tuż przy przezroczystej tafli. Czekała...

Wreszcie się pojawili.

Parskający,   wściekli,   że   wciąż   jeszcze   nie   dopadli   zdobyczy,   pędzili   przed   siebie. 

Wrzeszczeli  coś  podnieceni  i  nagle odkryli,  że  stoją przed  znienawidzonym  murem.  Na 

chwilę zaległa śmiertelna cisza, a potem po drugiej stronie zobaczyli Berengarię.

Byli straszni, nie tylko dlatego, że wyglądali ohydnie, obdarci i brudni ponad wszelkie 

wyobrażenie,   tak   że   nie   można   było   określić   koloru   ich   skóry,   ale   nie   to   przerażało 

najbardziej.   Największą   grozę   budziła   dzika   zaciekłość   w   ich   twarzach.   Owa   zwierzęca 

nienawiść   wobec   wszystkiego,   co   nie   jest   podobne   do   nich   samych.   Nie   ma   bardziej 

niebezpiecznych indywiduów niż te, które uważają, że tylko one mają rację.

Przez   kilka   sekund   Berengaria   była   jak   sparaliżowana   ze   strachu   i   ponad   wszystko 

background image

pragnęła uciec, ukryć się gdzieś, pamiętała jednak o zadaniu, którego sama się podjęła. Miała 

odwrócić uwagę bestii od małej bezbronnej Siski, schowanej w koronie drzewa. Podeszła 

więc   bliżej,   wsadziła   kciuki   w   uszy   i   machając   dłońmi   przy   twarzy,   pokazywała 

prześladowcom język.

Oni   również   nareszcie   ocknęli   się   ze   zdumienia.   Znowu   zaczęli   wydawać   z   siebie 

wściekle wojenne okrzyki, rzucali się na mur, tłukli w niego kijami i siekierami, próbowali 

ciąć nożami, rozzłoszczeni tak, że Berengaria zaczynała się ich bać, bo co by się stało, gdyby 

mur nie wytrzymał.

Mur   jednak   trwał   niewzruszony.   Dzicy   próbowali   też   wyrwać   rury  ułożone   na   dnie 

strumyka. A przez cały czas Berengaria podskakiwała i tańczyła, żeby ich jeszcze bardziej 

rozdrażnić.

Kiedy zdyszani dali na chwilę spokój rurom, usłyszała, że jeden z nich ryknął:

– Jeśli ona mogła przejść na drugą stronę, to my też przejdziemy!

Wtedy   Berengaria   zrozumiała,   że   dzicy   tak   szybko   stąd   nie   odejdą.   Dla   Siski   nie 

oznaczało  to   niczego   dobrego.  Berengaria  zresztą  też  nie   mogła   teraz   po  prostu   odejść. 

Musiała coś wymyślić, i to zaraz.

Kiedy dzicy ponownie zbliżali się do muru, tym razem z wielkim kamieniem, którym 

zamierzali zaatakować przeszkodę, wyprostowała się i zawołała:

–   Nie!   Wy   tędy   nie   przejdziecie,   bo   powinniście   wiedzieć,   że   ja   jestem   boginią   i 

otworzyłam mur za pomocą magii jednym jedynym ruchem dłoni. Wy tego nie potraficie. 

Nie dokonacie tego nawet za sto lat!

Dopiero teraz przystanęli zdumieni tym, że dziewczyna rozumie, co mówią, a także tym, 

że   oni   rozumieją   jej   słowa.   Berengaria   trzymała   przecież   wciąż   w   dłoni   najnowszy 

wynalazek Madragów.

Kamienny blok upadł na ziemię z hukiem, który usłyszała, a także poczuła.

Zawołała głośno do dzikich prześladowców, skoro już zaczęli jej słuchać:

– I mogę przywołać z lasu wojowników, żeby mnie ochronili, popatrzcie tylko!

Strzeliła palcami. Wyjdźcie teraz, pokażcie się, moi przyjaciele! Wyjdźcie do cholery!

To było  brzydkie  słowo, ale w tej  chwili  bardzo go potrzebowała.  Pomyśleć,  co się 

stanie, jeśli przyjaciele nie usłyszą...?

Ale, oczywiście, usłyszeli. Armas i Oko Nocy, i Jaskari wyszli z lasu, próbując wyglądać 

jak potężni wojownicy. Wysocy i przystojni chłopcy robili ogromne wrażenie, zwłaszcza że 

dzicy byli niewielkiego wzrostu.

– Brawo, Berengario – mruknął Armas. – Daj mi aparat. Teraz ja z nimi porozmawiam.

background image

Oddała  mu  z wdzięcznością,  że będzie mogła  choć na chwilę odetchnąć.  Zauważyła 

teraz, że drży na całym ciele.

– Nędznicy! – wołał Armas, największy z chłopców, władczym głosem. – Wracajcie do 

swoich siedzib, zanim dosięgną was promienie świętego Światła.

Tamci drgnęli, ale najwidoczniej Armas ich jeszcze nie przekonał.

Wtedy   wyjął   z   kieszeni   małą   szkatułkę,   w   której   przechowywał   przewodnie   światło 

swojego ojca, małe słońce.

Skierował jego promienie ku napastnikom, którzy z przeraźliwym wyciem odwrócili się i 

po chwili zniknęli w Srebrzystym Lesie.

Teraz również Elena wyszła ze swojej kryjówki, nie mogła już przecież zepsuć wrażenia 

„dzielnych wojowników”.

– Siska! – zawołał Armas. – Pozostań jeszcze w kryjówce. Musimy na chwilę odejść, ale 

tylko na chwilę, i nie pójdziemy daleko. Musimy przygotować wszystko tak, żeby pomóc ci 

przedostać się przez mur.

Nie obiecuj zbyt wiele, pomyślała Berengaria.

W koronie drzewa rozległ się cichutki pisk:

– Nie odchodźcie!

–  My nie  odchodzimy,  ale  nie   bój   się,  oni   już  nie   wrócą   i  nie   będą  cię  szukać,   są 

przekonani, że znajdujesz się po drugiej stronie muru.

– Rozumiem.

– Wkrótce do ciebie zawołamy.

– Tak, dziękuję.

Odwrócili się i poszli, zostawiając mur za sobą.

– Berengaria, byłaś wspaniała – rzekł Jaskari.

– Tak, rzeczywiście – potwierdzali inni.

Dziewczynka rozpromieniła się, słysząc tyle pochwał. Ujęła dłoń Oka Nocy tak samo, 

jak robiła to w czasach dzieciństwa, i tym razem on swojej ręki nie cofnął.

– Naprawdę byłam dzielna? – zapytała rozjaśniona niczym słoneczko.

– Byłaś fantastyczna – odpowiedział Oko Nocy.

Och,   kocham   was   wszystkich,   myślała   Berengaria,   jesteście   takimi   cudownymi 

przyjaciółmi   i   wytrzymujecie   ze   mną   tyle   czasu.   Tym   razem   jednak   chyba   naprawdę 

zrobiłam coś ważnego. Życie jest cudowne.

Kocham cię, rozkoszowała się tymi  słowami tak, jak to czyniła co najmniej sto razy 

przedtem. Nigdy nie wymawiała ich, myśląc o kimś szczególnym. Chciała tylko sprawdzać, 

background image

jaką te słowa mają władzę, lubiła, gdy wprawiały ją w oszołomienie.

Kocham cię, kocham cię, kocham...

Szła teraz rozdarta pomiędzy chęcią pojechania gondolą razem z Jorim a obowiązkiem 

zostania z Siską, wiedziała, że inni mocują się z tym samym problemem, czytała to w ich 

twarzach, ale Siska bardziej potrzebowała wsparcia niż Jori.

– Mam nadzieję, że Jori go odnajdzie – westchnęła.

– Tak, chociaż może mieć niejakie problemy – odparł Oko Nocy.

– On był taki sympatyczny – uśmiechnęła się Berengaria szeroko.

Oko Nocy zachichotał.

– Sympatyczny? To jest mała bestia, ale zasłużył sobie na naszą przyjaźń.

– Absolutnie. Oko Nocy, czy ja naprawdę dzisiaj byłam dzielna?

20

JORI

Jori gnał ponad krajem w swojej nowej gondoli. Wszystkie  napomnienia  taty Uriela 

uleciały z wiatrem, czy raczej, ściślej biorąc, z tym strumieniem powietrza, który wzbudzał 

pojazd Joriego. Rzeczywiście była dobra okazja, by przekonać się, co ta gondola potrafi 

osiągnąć.

Potrafiła   sporo.   Jori   pędził,   urzeczony   szybkością,   lecz   także   gnany   strasznymi 

wyrzutami sumienia. Ale co tam, nikogo nie było na dworze, mógł szaleć jak tylko chciał w 

kryształowo czystym powietrzu nocy.

W pobliżu wielkiego miasta zwolnił nieco i wykonał kilka okrążeń nad wielką budowlą, 

w   której   przechowywano   cudowne   skarby   kraju.   Nad   wielką   świątynią.   Rzeczywiście, 

Armas mówił prawdę. Wysoko ponad ulicami znajdowało się coś w rodzaju powietrznych 

kanałów.   O   ile   mógł   się   przekonać,   żaden   człowiek   nie   byłby   w   stanie   się   tamtędy 

przedostać.

Wyglądało na to, że owe wentyle wiodą wprost do najświętszych sal. Jori zwiedzał je 

kiedyś ze szkolną wycieczką i nauczyciel, pewien uczony Lemur, opowiedział im co nieco o 

cudownych   klejnotach.   Uczniom   nie   pozwolono   wejść   do   pomieszczenia,   w   którym 

przechowywano   szafir   i   farangil,   Jori   jednak   widział   kamienie   poprzez   szklaną   ścianę. 

Gdyby ktoś znajdował się w tamtym pomieszczeniu, z łatwością mógłby je wziąć.

background image

Owego dnia kamienie leżały spokojnie, lecz Jori, który słyszał o nich znacznie więcej niż 

nauczyciel,   wiedział,   iż   kiedy   je   stosować,   ożywają.   Niebezpieczny   farangil,   obrońca, 

atakuje   wszystko   co   złe,   może   płonąć   intensywnym   czerwonym   blaskiem   oraz   wysyłać 

rozżarzone promienie śmierci i unicestwiać każdego, kto nosi w duszy zło.

Szafir, ów piękny niebieski klejnot, leczy rany, ratuje życia i dokonuje prawdziwych 

cudów. Na Ziemi po tamtej stronie Wrót potrafił również przedłużać ludziom życie. Oba 

kamienie   były   wielkie   jak   dłonie   Joriego   i   przezroczyste.   Gdyby   jednak   znalazły   się   w 

posiadaniu  kogoś  niegodnego,  zmętnieją  i staną się bezużyteczne,  w przeciwieństwie  do 

Świętego Słońca, którym może się posługiwać również zło i które w takim wypadku staje się 

śmiertelnie niebezpieczne, bowiem Słońce wzmacnia to, co ochrania.

A   gdyby   tak   teraz   kamienie   były   zmętniałe?   I   gdyby   nie   można   by   ich   użyć   do 

wykonania zadania?

Jori,   pogrążony   w   rozmyślaniach,   opuścił   już   okolice   stolicy.   Gnał   przed   siebie   w 

tempie, którego mama i ojciec z pewnością by nie pochwalali... no, zresztą mama to może 

jeszcze, ona zawsze chętnie popierała jego szaleństwa. Z pewnością jednak martwiłaby ją 

samotna wyprawa nieposłusznego syna.

Jori chichotał pod nosem.

Od czasu do czasu jednak mimo wszystko doznawał wyrzutów sumienia. Wiedział, że 

czeka ich rozwiązanie co najmniej dwóch mało zabawnych problemów. Po pierwsze, jak 

zdołają naprawić mur, kiedy będzie już po wszystkim? A poza tym, jakim sposobem odłożą 

szafir na miejsce w szczelnie zamkniętej sali?

Ale co tam, przyjdzie czas, znajdzie się i rada.

Było to ulubione powiedzenie Joriego, które zresztą przejął od matki.

W dole ukazała się stara twierdza duchów, twierdza Silinów, którzy wymarli  dawno 

temu. Teraz przejęli ją... Jak to Armas ich nazwał? Jakiś rodzaj istot natury czy też elfów. 

Odpowiedniejsza byłaby chyba nazwa „istoty ziemi”. Cokolwiek się tam kiedyś stało, to te 

właśnie   istoty   najpierw   zagarnęły   twierdzę,   potem   ją   opuściły   i   wróciły   do   swoich 

ziemianek.

Z wyjątkiem może jednej.

Co stwór, którego spotkali, robił wtedy, przed czterema laty, sam w twierdzy? Dlaczego 

pomógł im, swoim arcywrogom? Ojciec Armasa mówił, że oni wszyscy są niezwykle wrogo 

usposobieni do innych mieszkańców Królestwa Światła, które niegdyś stanowiło część ich 

pogrążonego   w   mroku   świata.   Otrzymali   Światło,   to   prawda,   ale   obszary   ich   władztwa 

skurczyły się do jednej doliny.

background image

Nic dziwnego, że złościli się na intruzów.

Gondola zatoczyła krąg nad twierdzą. Jori nie miał odwagi polecieć nad jej zapleczem, 

jeszcze nie teraz, najpierw chciał zbadać ruiny.

Cicho zawołał w ich stronę:

– Tsi-Tsungga?

Gdy nie doczekał się reakcji, powtórzył imię, tym razem głośniej:

– Tsi-Tsungga! Masz jeszcze nasz aparat? Do diabła, włóż go!

Czy będę musiał wylądować poza twierdzą? myślał zaniepokojony. Pamiętał, jak szybko 

poruszają się istoty ziemi, spotkanie z nimi w tym ich gnieździe os, czy raczej mrowisku, 

mogłoby być bardzo nieprzyjemne.

Jednak muszę wylądować, nie mogę przecież tak krążyć bez końca.

Wylądować w tym samym miejscu co przedtem? A potem niepostrzeżenie przemknąć do 

osady?

Uff!

Nagle do jego uszu dotarło intensywne brzęczenie. Wściekłe: „Dlaczego zapomnieliście 

o mnie na tyle lat? Czy myślisz, że teraz będę się czołgał na pierwsze zawołanie”?

Jori odpowiedział:

–   Uważam,   że   ty   nie   będziesz   się   czołgał   przed   nikim   Tsi-Tsungga.   My   wszyscy 

tęskniliśmy   za   tobą,   ale   nie   mogliśmy   nikomu   opowiedzieć   o   naszym   spotkaniu.   Teraz 

jednak potrzebujemy twojej pomocy.

„Aha, więc teraz jestem dobry?”

–  Zamknij   się,   ty  ponuraku!   Mówię,   że   tęskniliśmy   za   tobą,   nie   słyszałeś?   A   może 

należysz do takich płaczków, którzy są najszczęśliwsi, kiedy mogą się nad sobą rozczulać? 

Tutaj chodzi o ratowanie życia. Ale jeśli nie chcesz, to...

Jori uświadomił sobie, że chyba nie jest najodpowiedniejszą osobą do załatwiania takich 

interesów. Zamiast niego powinien tu przyjechać ktoś bardziej opanowany.

Od strony Tsi-Tsunggi rozległo się parskanie, prychanie i syczenie. Kiedy już wyładował 

pierwszy gniew, powiedział z uporem:

„A ja za wami nie tęskniłem. Ani przez chwilę”.

– Oczywiście, że nie – rzekł Jori sucho. – To jasne. Czy mogę wylądować?

„W tym samym miejscu co przedtem. To znaczy, dla mnie możesz wcale nie lądować, 

nie interesuje mnie to”.

Jori odszukał znajomą polankę, wylądował i czekał. Starał się ocenić sytuację...

Jori, najmniejszy i najmniej szanowany z czterech chłopców, starał się rekompensować 

background image

braki największą odwagą i szalonymi pomysłami. Po części odziedziczył te cechy po Taran, 

ale najważniejsze było to, że nie zniósłby, gdyby trzej przyjaciele pod każdym względem go 

przewyższali. No i rzeczywiście, jego radość życia bardzo się podobała dziewczętom.

Teraz jednak czuł, że chyba posuwa się za daleko. Ale co tam, cóż warte jest życie bez 

ryzyka i śmiałych przygód.

Nie musiał czekać długo, po chwili z lasu przy murze twierdzy wyłonił się Tsi-Tsungga z 

wiewiórką na ramieniu. Nie była to zwyczajna wiewiórka, chyba ze dwa razy większa niż te 

żyjące na Ziemi i sprawiała wrażenie oswojonej.

–   Muszę   wszędzie   nosić   swojego   przyjaciela   –   powiedział   Tsi-Tsungga   tonem 

usprawiedliwienia.

– Oczywiście – Jori uśmiechnął się szeroko. – W naszym gronie zwierzę jest zawsze 

serdecznie witane. Miło znowu cię widzieć!

–   Hm   –   mruknął   Tsi-Tsungga,   wdrapując   się   do   gondoli.   Wahał   się   trochę,   bo   z 

pewnością nigdy jeszcze w czymś takim nie siedział. Przytulał do siebie wiewiórkę i szeptał 

jej uspokajające słówka, żeby zwierzę nie przestraszyło  się i nie uciekło.  Ci dwaj mieli 

bardzo podobny sposób wyrażania się.

Tsi-Tsungga wyrósł w ostatnich latach, Jori zresztą również. W jego przypominającej 

elfa twarzy pojawiła się jakaś powaga i smutek, których przedtem Jori nie dostrzegał. Nie 

było w nim też tej łobuzerskiej chęci psot, co dawniej. Jori odnosił wrażenie, że w ciągu tych 

ostatnich lat nie wiodło mu się zbyt dobrze.

Poza tym miał teraz wyraźnie szersze ramiona. Czy w tej sytuacji zdoła przedostać się 

przez powietrzny wentyl?

Gondola   uniosła   się   i   Tsi-Tsungga,   siedzący   obok   Joriego,   zesztywniał.   Jedną   rękę 

zaciskał na oparciu pojazdu tak mocno, że palce mu zbielały, drugą obejmował wiewiórkę i 

wciąż przemawiał do niej uspokajająco.

– Mieszkasz w twierdzy? – zapytał Jori.

– Tak, w ruinach.

– Dlaczego? Dlaczego nie jesteś razem ze swoimi?

Tsi-Tsungga znowu prychnął gniewnie.

– Bo ci przeklęci idioci nie chcą zostawić w spokoju moich zwierząt. Strzelają do nich, 

zabijają je i potem zjadają. Teraz został mi już tylko Czik.

– W takim razie świetnie cię rozumiem – westchnął Jori. – I jednego możesz być pewien: 

wszyscy moi przyjaciele są przyjaciółmi zwierząt.

– Ale dlaczego nigdy potem do mnie nie przyszliście?

background image

– Bo nie wolno nam przebywać w twojej dolinie. Poprzednim razem zostaliśmy surowo 

ukarani.

Wtedy nareszcie Tsi-Tsungga się roześmiał. Szeroko, bardzo zadowolony.

– Mnie też nie wolno przebywać w waszym świecie! Dokąd jedziemy?

– Na dość niebezpieczną wycieczkę. Widzisz, na pewną małą dziewczynkę po tamtej 

stronie muru polują kanibale. Żeby ją uratować, musimy zdobyć cudowny szafir, a tylko ty 

jesteś na tyle mały i drobny, by się do niego dostać.

– Co to jest szafir?

– Magiczny kamień, który potrafi dokonywać cudów. Jest bardzo czujnie strzeżony w 

jednym z budynków w stolicy. W najświętszym pałacu, zwanym świątynią.

–   Czy   wam   rozum   odebrało?   –   wrzasnął   Tsi-Tsungga.   –   Ukraść   coś,   co   jest   tak 

strzeżone?

– Pożyczyć – sprostował Jori. – Nikt nie musi o tym wiedzieć. Trzeba się spieszyć, bo 

zaraz rozpocznie się czas pracy. Czy tylko z powodu zwierząt mieszkasz w ruinach?

– Nie – odparł Tsi-Tsungga cicho. – Nie tylko dlatego. Mój ojciec był Lemurem i tamci 

nie chcą mnie znać. Nawet własna matka mnie porzuciła.

– Mnie się też wydawało, że jesteś jakby większy i bardziej, powiedziałbym, ludzki z 

wyglądu niż tamci, którzy mieszkają w ziemiankach. No nic, nie bój się. Armas też jest tak 

zwanym bastardem. Kimś pośrednim między ludźmi a Obcymi, natomiast brat mojej matki, 

Dolg, miał w swoich żyłach krew i ludzi, i Lemurów. Ale jego już nie ma.

Zdawało   się,   że   te   słowa   uspokoiły   Tsi-Tsunggę.   Jori   odsunął   na   bok   urodzinowe 

prezenty, by jego gość mógł posadzić na podłodze wiewiórkę Czika. Żadne z jego przyjaciół 

nie   chciało   się   rozstać   z   prezentami.   Dziewczęta   dostały   wspaniale   ubrania,   chłopcy 

natomiast   różne   wynalazki   techniczne.   Armas   na   przykład   otrzymał   pistolet   miotający 

promienie, nie wolno mu jednak było go wypróbować, dopóki nie zapozna się z instrukcją, 

zastrzeżono zresztą, że w żadnym razie nie wolno mu używać pistoletu jako broni. Nie do 

takich celów został przeznaczony. Jori dostał, jak wiadomo, tę gondolę, Oko Nocy zaś wiele 

świętych przedmiotów swojego plemienia, został bowiem wyznaczony na nowego wodza i 

miał objąć panowanie, kiedy obecny wódz już odejdzie. Ze stanowiska, oczywiście, nie ze 

świata,   bo   o   tym   każdy   może   sam   decydować.   Jaskari   dostał   bardzo   skomplikowaną 

maszynę do liczenia, również absolutną nowość techniczną.

Dla białych dziewiętnaste urodziny to ważny moment. Od tej chwili uważa się człowieka 

za dorosłego. Oko Nocy przeżył inicjację już przed wieloma laty, poza tym on i Berengaria 

urodzin teraz nie obchodzili, ale również dostali prezenty.

background image

O, tak, to była wielka uroczystość i chyba nie można się dziwić temu, co się stało po 

przyjęciu. Niełatwo przerwać, kiedy zabawa jest znakomita.

W   stolicy   obaj   pasażerowie   gondoli   przeżyli   rozczarowanie,   okres   pracy   już   się 

rozpoczął, wszędzie spotykali mnóstwo ludzi i pojazdów.

– Nigdy nam się nie uda – mruknął Jori. – Skoro już jednak jesteśmy...

Koło wspaniałej budowli czekał ich kolejny cios. Tsi-Tsungga w żaden sposób nie byłby 

w stanie przecisnąć się przez wąski otwór, okazał się za duży. Przez moment zastanawiali 

się, czy by nie wysłać do świątyni Czika, bowiem Tsi-Tsungga znakomicie potrafił nim 

kierować na odległość. Szafir był jednak zbyt ciężki dla małego bądź co bądź zwierzątka.

Chwilę stali przy wentylu i zaglądali do wnętrza.

– Ten czerwony jest o wiele ładniejszy – westchnął Tsi-Tsungga przejęty.

– Miej się na baczności! – ostrzegł Jori. – Schyl się! Zbliża się jakaś gondola, musimy 

zwiewać!

Mieliby się z pyszna, gdyby ich ktoś odkrył w pobliżu skarbów.

Pozostawało im tylko powrócić do Srebrzystego Lasu. Niczego nie osiągnęli. Jori był 

okropnie zawiedziony i zmartwiony.  Czy powinni spróbować następnej nocy?  Jak długo 

Siska poradzi sobie sama? I na co się zda czekanie do nocy, skoro i tak nie zdołają dostać się 

do świątyni?

A może chociaż...?

Mieli już przed sobą Srebrzysty Las i nagle Joriemu przyszedł do głowy pewien pomysł.

– Podaj mi ten pistolet – zwrócił się do Tsi-Tsunggi. – Nie, nie, tamten czarny futerał. 

Ten, tak. Muszę przeczytać instrukcję obsługi. Potrzymaj tymczasem kierownicę! Po prostu 

trzymaj, nie ruszaj ani w jedną, ani w drugą stronę.

Sztywny z napięcia i wzruszenia Tsi-Tsungga zamienił się z Jorim na miejsca i w tej 

chwili odkrył, że taka będzie jego przyszłość. Zanim Jori bezlitośnie odebrał mu kierownicę, 

zdążył wykonać kilka odważnych ewolucji.

Jori odłożył pistolet do futerału i spokojnie zajął się prowadzeniem pojazdu.

– Żebym zbyt wiele z tego zrozumiał, to nie powiem – rzekł z wolna. – Chyba jednak 

warto spróbować. Absolutnie warto.

Urządzenie, z którym się właśnie próbował zapoznać, było pistoletem laserowym.

Dwadzieścia   lat   przed  opisanymi  wydarzeniami   rodzina   czarnoksiężnika  przybyła  do 

Królestwa Światła.

W świecie zewnętrznym minęło tymczasem lat dwieście czterdzieści.

background image

Na Ziemi dokonał się postęp techniczny niemal równy temu w kraju Joriego. Większość 

ziemskich   osiągnięć   można   z  pewnością   przypisać   faktowi,   że   Obcy  stosunkowo   często 

wchodzili w związki krwi z ludźmi.

21

Zdumienie młodych na widok Tsi-Tsunggi było ogromne. Oczekiwali, że zobaczą małą, 

brzydką, ale zręczną niczym łasica istotę. Tymczasem wygląd starego znajomego kompletnie 

ich zaskoczył.

– No, no – rzekł Armas cicho, a Jaskari i Oko Nocy kiwali głowami.

Berengaria szepnęła: „Jaki on śliczny!” A Elena? Elena po prostu głośno westchnęła i 

wpatrywała się w przybysza szeroko otwartymi oczyma.

Tsi-Tsungga nie do końca pojmował jej reakcję.

On sam nie bardzo wiedział, jak teraz wygląda, ponieważ w ruinach twierdzy nie miał 

lustra. Był wyższy niż jego pobratymcy, z tego zdawał sobie sprawę, i miał znacznie niż oni 

szersze   barki.   Zielone,   brązowo  nakrapiane   ciało   stało   się   bardzo   zwinne   i   wytrzymałe, 

mogło znieść nieprawdopodobny wysiłek, ale Tsi-Tsungga pojęcia nie miał, jak bardzo jego 

twarz zyskała na dojrzałości. Wszystkie linie były jakby troszkę przesadnie wyrzeźbione. 

Miał wysokie kości policzkowe, owalne, połyskujące zielenią oczy, ostry podbródek, jeszcze 

bardziej spiczaste uszy, pięknie wygięte łuki brwi, kształtny nos i usta niczym u fauna.

Nic dziwnego, że obdarzone fantazją dziewczęta tak reagowały na jego widok!

Zdziwienie trwało krótką chwilę, po czym wszyscy zaczęli się głośno i radośnie witać. 

Tsi-Tsungga zapomniał, że jest obrażony. Teraz zresztą wiedział już, że to zakaz dorosłych 

rozdzielił go z gromadką przyjaciół.

Nie wspomniał jednak ani słowem o tamtym dniu, kiedy opuścił rodzinną dolinę i wybrał 

się w długą drogę do stolicy.  Wypatrywał  tam młodych,  którzy kiedyś  odwiedzili  go w 

zrujnowanej osadzie, ale żadnego z nich nigdzie nie dostrzegł. Nie miał natomiast odwagi 

wejść   do   miasta.   Droga   powrotna   była   bardzo   trudna,   okazała   się   bowiem   drogą   do 

samotności. Został odrzucony przez wszystkich, najpierw przez swoich współplemieńców, a 

inni też go nie chcieli.

Teraz jednak wróciły dobre czasy. Jori powiedział, że Tsi-Tsungga będzie mógł zostać w 

ich   części   kraju.  To   być   może   trochę   lekkomyślna   obietnica,   żadne   z   nich   bowiem   nie 

wiedziało, co Lemurowie i Obcy powiedzą na taką przeprowadzkę. Tyle jednak zakazów 

background image

złamali dzisiejszej nocy, że jeden drobiazg więcej nie robił różnicy.

„Phi!” jak to zwykł był mawiać Jori.

Teraz syn Taran wyjaśnił przyjaciołom, że jego wyprawa poniosła fiasko.

– A zatem znajdujemy się w punkcie wyjścia – rzekł Jaskari przygnębiony. – Mała Siska 

zeszła  z  drzewa  i  siedzi  na  brzegu  strumienia   skulona,  bliska  utraty wszelkiej   nadziei   i 

odwagi, my zaś przedyskutowaliśmy już wszystkie możliwości, do kogo moglibyśmy się 

zwrócić   z   prośbą   o   otwarcie   muru,   myśleliśmy   o   Cieniu,   ale   on   jest   tylko   Lemurem, 

myśleliśmy   też   o   duchach   Móriego,   lecz   nie   wiadomo,   gdzie   się   one   podziewają,   nie 

możemy   spytać   o   to   nikogo   z   dorosłych,   bo   musielibyśmy   wyjaśnić,   dlaczego   nas   to 

interesuje i...

– Może  byś  czasami  przerwał,  choćby dla  zaczerpnięcia  powietrza  – zaproponowała 

Elena. – Za takie zdanie w szkole dostałbyś dwóję.

Jori uniósł dłoń.

– Uciszcie się. Mam szalony pomysł!

Zanim ktokolwiek zdążył zawołać jak zwykle: „Nie, nie, znamy twoje pomysły”, Jori 

wyciągnął drugą rękę, którą dotychczas chował za plecami.

– Mój pistolet? – zawołał Armas. – Dlaczego go wziąłeś?

– Dlatego, że przeczytałem instrukcję, zobacz sam!

Armas, odbierając swój urodzinowy prezent, powiedział cicho:

– Cieszę się, że wam się nie udało, Jori. Miałem okropne wyrzuty sumienia, a ojciec 

nigdy by nam nie wybaczył, gdybyśmy bez pozwolenia wzięli szafir. Cieszę się natomiast, 

że przyprowadziłeś ze sobą Tsi-Tsunggę.

Tsi-Tsungga, który promiennym wzrokiem obserwował Berengarię, jak chodzi tam i z 

powrotem, tuląc w objęciach Czika, z policzkiem dotykającym miękkiego futra wiewiórki, 

kiwał radośnie głową, słuchając tego, co mówi Armas. Na krótką chwilę znowu wszyscy 

zwrócili uwagę na tę istotę, która kiedyś uratowała im życie.

Teraz chodziło o życie Siski. Trzeba przejść na drugą stronę muru.

– Zastanawiam się, co robią nasi rodzice – mruknęła Elena. – Czas pracy zaczął się już 

dawno i wszyscy z pewnością się pobudzili, na pewno się o nas martwią.

– Tak – przyznał Jaskari z poczuciem winy. – Ale nie możemy zostawić tej dziewczyny 

własnemu losowi.

– Nie możemy też posłać nikogo do domu, by uspokoić rodziców. W takim razie bowiem 

musielibyśmy wytłumaczyć, co robiliśmy w nocy. Uff! Nie skończy się to dobrze dla naszej 

dzielnej szóstki.

background image

– Która niedługo przekształci się w ósemkę. Jeśli wszystko pójdzie dobrze. No i jak, 

Armas?

– Rzeczywiście, chyba masz rację. Czy mógłbym na czymś wypróbować pistolet?

Rozejrzeli się wokół. Nikt nie chciał niszczyć pięknej roślinności.

– A dlaczego nie na murze? – zapytał Oko Nocy spokojnie.

To chyba rzeczywiście najlepszy pomysł. Armas poprosił wszystkich, by odsunęli się na 

bok, zaś Berengaria przekazała Sisce, iż powinna zostać na brzegu strumienia. Nie wolno jej 

podchodzić bliżej, dopóki nie zawołają. Widzieli, że drobna postać skuliła się na swoim 

miejscu.

Armas skierował pistolet na mur.

– Powinienem? – zapytał z nerwowym uśmiechem.

– Zamknij oczy i strzelaj – zachichotał Jori.

– Tylko ty możesz powiedzieć coś takiego – prychnął Armas.

Wskazującym palcem powoli nacisnął spust.

Długa, piękna wiązka oślepiająco niebieskich promieni trafiła w mur dokładnie w tym 

miejscu, w którym się spodziewali. Armas przez chwilę trzymał pistolet bez ruchu, po czym 

wolniutko przesunął wiązkę w dół.

– Powstała szczelina – szepnęła Elena. – Głęboka szczelina, i to na wylot!

Wszyscy odetchnęli.

Armas wolniutko przesuwał promienie w dół. Kiedy dotarł do ziemi, skierował pistolet 

ponownie w górę do punktu wyjścia i zaczął wolno kreślić łuk po drugiej stronie.

– To wygląda jak drzwi – szepnęła Berengaria z podziwem. – Teraz trzeba je tylko 

popchnąć i będzie można przejść na drugą stronę.

– Powinieneś również wyciąć próg – rzekł Oko Nocy rzeczowo.

O tym Armas nie pomyślał. Okazało się jednak, że mur wchodzi daleko w głąb ziemi. 

Tsi-Tsungga zdążył to odkryć, już dawno, położył się tuż przy ścianie z uchem przy ziemi i 

„nasłuchiwał”,  dokładnie  tak samo  jak Oko Nocy nasłuchiwał  przy strumieniu.  Ci dwaj 

zresztą porozumieli się natychmiast, obaj bowiem byli ludźmi natury. Jeśli oczywiście Tsi-

Tsunggę   można   nazywać   człowiekiem,   co   jest,   niestety,   wątpliwe.   Teraz   siedział   przy 

samym murze i powtarzał: „Głęboko, głęboko! Bardzo głęboko!”

Armas dokończył dzieła, przecinając mur na poziomie ziemi.

Dopiero teraz zdali sobie sprawę, jak bardzo gruby jest ten mur. Armas przeciął go z 

jednej strony nieco ukośnie i było oczywiste, że nie da się go tutaj przesunąć. Trzeba było 

więc powtórzyć  czynność i wyciąć próg dokładnie nad ziemią. Pozostali chłopcy bardzo 

background image

chcieli   mieć   takie   same   pistolety,   wiedzieli   jednak,   że   to   narzędzie   przeznaczone   jest 

wyłącznie dla Obcych.

W  końcu wyglądało   na to,  że  drzwi  są wycięte   jak trzeba   i wystarczy  je po  prostu 

otworzyć. Pomagali wszyscy. Z ciężkim sapaniem wspólnymi siłami pchnęli mocno wycięty 

fragment, który wysunął się i z łoskotem upadł po tamtej stronie na ziemię.

Wszyscy oddychali wolno, patrząc w zdumieniu na swoje dzieło.

Armas gładził czule swój pistolet.

– Czarodziejska różdżka – powiedział z uśmiechem.

– Tak, techniczne zdolności Obcych i Madragów coraz bardziej zaczynają przypominać 

czary – stwierdził Jaskari. – Pomyślcie tylko o tym aparacie, który dostałem w prezencie. 

Ale teraz najważniejsza jest Siska. Chodźcie, trzeba ją przeprowadzić przez otwór.

–   Ale   jakim   sposobem   zdołamy...   –   zaczęła   Elena,   kiedy   ruszyli   w   stronę   otworu. 

Zakończyła onieśmielona tak cicho, że nikt jej nie usłyszał: – ...Wstawić drzwi na miejsce i 

załatać mur?

– Siska! – zawołał Jaskari cicho, gdy tylko znalazł się po drugiej stronie, w Królestwie 

Ciemności.

Jakie   to   okropne   uczucie.   Tam   na   zewnątrz   światło   było   wyraźnie   przytłumione   i 

człowiek   zaczynał   tęsknić   za   pełnym   blaskiem.   Ale   jasny   blask   wpadał   jedynie   przez 

„drzwi”, a one były przecież niewielkie.

Oko Nocy powiedział coś, o czym nikt nie myślał:

– Pamiętajcie!... Ona jest księżniczką!

–   I   będziemy   ją   traktować   jak   księżniczkę   –   odpowiedział   Armas   z   powagą.   – 

Berengario, idź i przyprowadź ją do nas.

Najmłodsza w grupie skinęła głową i pobiegła na brzeg. Bez chwili wahania zdjęła z 

siebie sukienkę i podała dziewczynce, która niepewnie szła jej na spotkanie.

– Weź to, ja mogę zostać w samych majtkach.

Siska   przyjęła   ubranie   z   wdzięcznością,   okryła   się   chętnie   przed   spotkaniem   z   tak 

licznym gronem nie znanych sobie ludzi.

–   Wejdź   do   Królestwa   Światła   i   bądź   pozdrowiona   –   rzekła   Berengaria   swoim 

najłagodniejszym głosem, starając się nie przestraszyć małej dziewczynki.

Z bardzo uroczystą miną Siska przekroczyła granicę.

Przyglądali jej się wszyscy uważnie i witali ją z szacunkiem, każdy na swój sposób, tak 

jak się wita nadchodzącą osobistość, księżniczkę, a może nawet boginię.

Z bliska nie była już tak bardzo podobna do Berengarii. Miała o wiele ładniejsze oczy, 

background image

ogromne,   odrobinę   skośne   i   lodowato   szare.   To,   co   w   niej   najbardziej   zwracało   uwagę 

oprócz tej nieprawdopodobnej bladości, to pełne, czerwone wargi i bardzo długie, wspaniałe 

czarne włosy. Gładkie i jedwabiste, żadne z nich nie sądziło, że włosy mogą być aż tak 

piękne.

Była to śliczna dziewczyna, ale chociaż Berengaria również odznaczała się urodą, różniły 

się od siebie bardzo.

– Ty chyba pochodzisz z jakiegoś wschodniego plemienia – stwierdził Jori rzeczowo.

–   W   każdym   razie   jestem   spokrewniona   z   ludami   scytyjskimi   ze   wschodu.   Moi 

przodkowie pochodzą z wielkich stepów.

– Aha, teraz rozumiem. Musieli jednak opuścić stepy wiele stuleci temu.

– Tak – potwierdziła Siska, która dostała aparacik Madragów, gdy tylko przekroczyła 

mur. – Potem jednak bardzo długo mieszkaliśmy w Ciemnościach.

Patrzyła  uważnie na wszystkich  po kolei.  Biali  ludzie  zdawali  się nie budzić  w niej 

żadnych szczególniejszych uczuć, natomiast w wielkim skupieniu przyglądała się Oku Nocy. 

Bardzo jej się spodobało jego powitanie, pełne szacunku, a przy rym młody Indianin ani na 

sekundę nie stracił nic ze swojej godności. To król, pomyślała.

I tak bardzo się nie pomyliła. Oko Nocy miał przecież zostać wodzem Indian.

Tsi-Tsunggi w ogóle nie pojmowała. Starała się do niego nie zbliżać, mógł się okazać 

wrogiem. Poza tym trzymał w objęciach zwierzę. To niedobry znak, należało się wystrzegać 

zniżania do poziomu zwierzęcia, tak mówi prawo.

– Musisz coś zjeść – oznajmił ten, o którym mówiono Jori i który śmiał się często, na 

wszelkie sposoby starał się okazywać jej życzliwość, nawet trochę z tym przesadzał. Siska 

przywykła do tłumaczenia sobie zachowań ludzi i wiedziała mimo wszystko, że ów Jori 

życzy jej jak najlepiej.

Cała gromadka życzy jej wyłącznie dobrze.

– Rzeczywiście, jestem głodna – przyznała. – Przygotujcie mi tacę z owocami!

Dały więc o sobie znać nawyki księżniczki, która przyzwyczaiła się do pełnej obsługi...

Młodzi ludzi spoglądali po sobie odrobinę skrępowani, nie znali takich manier.

W lesie zaległa cisza.

Dopiero   teraz   Siska   uwierzyła   naprawdę,   że   znalazła   się   na   terenie   objętym 

wytęsknionym   Światłem,   które   sączyło   się   przez   korony   drzew   zabarwiając   na   złoto 

srebrzyste liście.

I wtedy się załamała.

Dni bólu, głodu i bezgranicznego strachu miała za sobą. Została uratowana, znajduje się 

background image

wśród życzliwych ludzi i chyba naprawdę nie będzie musiała wracać do wszystkiego, co w 

jej życiu było złe.

Jaskari, ów wysoki i silny, objął ją, przytulał mocno do siebie i szeptał uspokajające 

słowa. Początkowo stała przy nim sztywna, mężczyźni przecież nie mieli prawa jej dotykać, 

później jednak się poddała. Oni przygotują jej posiłek z owoców, znajdą dla niej dom, w 

którym   będzie   mogła   spać  i nie   będzie  się  musiała   niczego  bać.  Trzeba   tylko   zaczekać 

jeszcze trochę, a wszystko się ułoży...

Nagle Jaskari popatrzył przerażony na swoich towarzyszy. Oni, również przestraszeni, 

odwrócili głowy i zrozumieli, co tak niepokoi Jaskariego.

Stoją oto w lesie z dwojgiem swoich nowych podopiecznych przy ogromnym wycięciu w 

murze, do którego obiecali się nigdy nawet nie zbliżać.

A gdzieś za murem znajduje się horda przerażających dzikusów, która tylko czeka, by 

przejść   na   drugą   stronę,   zniszczyć   wszystko   i   zawładnąć   Królestwem   Światła.   Młodzi 

„bohaterowie” zaś nie mają najmniejszego pojęcia, co zrobić, by załatać dziurę. Zadanie 

niewykonalne choćby dlatego, że „drzwi” leżą po drugiej stronie. Gdyby chcieli wstawić je 

na miejsce, jedno z nich powinno tam przejść i je podnieść, a potem wepchnąć w otwór. I co 

dalej? Czy ta osoba musiałaby już tam zostać? Jak naprawić szkodę i zatrzeć ślady, nie 

mówiąc nic Obcym?

Na co oni się ważyli w swoje pierwsze dorosłe urodziny?

Uratowali życie, to prawda. I inną istotę uratowali od strasznej samotności.

Ale cena, cena...

Nie unikną odpowiedzialności za swoje lekkomyślne przestępstwo! Odpowiedzialności i 

kary.

Sytuacja wyglądała naprawdę ponuro.

background image

CZĘŚĆ PIĄTA

NASZA STARA, UDRĘCZONA ZIEMIA

background image

22

Na Ziemi  od owego fatalnego  dnia, w którym  Móri i Dolg zostali  zatrzymani  przez 

ostatnich rycerzy zakonnych i nie zdołali przejść przez Wrota, minęło ponad dwieście lat.

Theresa nie miała pojęcia o upadku habsburskiego tronu ani o rewolucji francuskiej, 

która zmiotła jeden z najsolidniejszych domów panujących w Europie. Nie wiedziała nic o 

Napoleonie, władcy, który pojawił się właściwie znikąd, zatrząsł w posadach europejskim 

porządkiem i skończył jako samotny, opuszczony przez wszystkich więzień. Nie wiedziała 

nic   na   temat   wielkich   odkryć   i   wynalazków,   wiek   dziewiętnasty   był   dla   niej   czymś 

kompletnie nie znanym, podobnie jak wiek dwudziesty, stulecie gwałtownych wstrząsów z 

wielkim   rozwojem   cywilizacyjnym,   wojnami   światowymi   i   przemianami   ludzkiej 

świadomości, rozpadem rodziny oraz swobodą obyczajową. Królestwo, „w którym słońce 

nigdy nie zachodzi”, czyli Imperium Brytyjskie, skurczyło się do rozmiarów zwyczajnego 

państwa,   a   w   krajach   skandynawskich   pojawiały   się   tymczasem   i   przemijały   wielkie 

nazwiska takie, jak Ibsen, Grieg, Strindberg, Sibelius i Carl Nielsen.

Szczęśliwie nie dotarły do niej wiadomości o katastrofach takich, jak zatonięcie Titanica 

czy trzęsienie ziemi w San Francisco. Oko Nocy uniknął informacji na temat prześladowania 

Indian. Po drugiej wojnie światowej zaczęto wiele mówić  o UFO i innych  niezwykłych 

zjawiskach.   Władza   Kościoła   zmalała,   pojawiły   się   natomiast   inne   parareligijne   ruchy 

alternatywne, a wszystkich którzy znaleźli schronienie w czeluściach Ziemi, ominęły też 

informacje o wielkich przemeblowaniach politycznych, dokonujących się na całym świecie.

Kiedy w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku zapanowała chwila względnego 

spokoju,   choć   świat   wcale   nie   stał   się   bardziej   rozsądny,   pewne   młode   szwedzkie 

małżeństwo, Jenny i Peter Johanssonowie, zakupili działkę na terenie budującego się nowego 

osiedla mieszkaniowego. Bardzo pięknie położoną działkę, trzeba dodać. Na wzniesieniu, 

skąd rozciągał się widok na rozległe równiny Västergötland.

Dawniej okolicę porastał gęsty las, ale granice miasta poszerzały się nieustannie i drzewa 

stopniowo   karczowano.   Jenny   i   Peterowi   przypadła   ostatnia   działka   pod   samym   lasem. 

Zdołali też uprosić, by oszczędzono kilka najpiękniejszych sosen.

Często   odwiedzali   swoją   nową   posiadłość   i   patrzyli,   jak   dom   nabiera   kształtów. 

Pomagali przy budowie, oczyszczali teren przyszłego ogrodu, który, niestety, nie wyglądał 

zbyt obiecująco, wciąż jeszcze był to po prostu kawałek kamienistej, leśnej ziemi.

background image

Robotnicy budowlani nie sprawiali wrażenia zadowolonych. Raz nawet Peter zapytał, 

czy może przeszkadzają im te odwiedziny właścicieli, może przychodzą tu zbyt często. Ale 

nie, tamci mamrotali w odpowiedzi, że to nie to.

– Zbudowałem już wiele domów – powiedział w końcu majster. – Nigdy mi się nic 

podobnego nie przytrafiło, nie wiem, jak to nazwać, ale z tą ostatnią działką jest coś nie w 

porządku.

Pozostali robotnicy byli podobnego zdania.

– Coś tu jest nie tak jak trzeba – stwierdził najstarszy.

– Ale co takiego? – dopytywali się Peter i Jenny trochę zirytowani i urażeni. – Czy w 

planach coś się nie zgadza?

– Z domem wszystko w porządku.

Po tych słowach zaległa cisza.

– No... To w takim razie, co? – nie dawał za wygraną Peter.

– My... nie wiemy. Czujemy się po prostu na tej działce źle.

Peter i Jenny popatrzyli po sobie, potem rozejrzeli się wokół. Spoglądali na dom, który 

rozrastał się z każdym dniem, na sosny, na rozległy widok poniżej oraz na swoje niezbyt 

udane próby uporządkowania porośniętego mchem terenu.

Po chwili znowu popatrzyli sobie w oczy. Robotnicy wyrazili jedynie to, co oni sami od 

dawna odczuwali i o czym rozmawiali. Oni również natrafiali tu na coś, jakby opór...

Nie, opór to nieodpowiednie słowo. Raczej jakby niecierpliwość, niepokój...

Dziwne określenia, ale też i dziwne odczucia.

W końcu Peter rzekł:

– My też to zauważyliśmy. To nie jest sympatyczne miejsce, niezależnie od tego, jak 

bardzo chcemy wyobrażać sobie coś przeciwnego. Ale wyłożyliśmy na ten dom wszystkie 

nasze pieniądze, to marzenie życia, a z czegoś takiego nie rezygnuje się przecież ot tak sobie.

Robotnicy świetnie ich rozumieli. Majster zarządził przerwę śniadaniową i odbyła się 

poważna rozmowa. Wszyscy po kolei mówili o swoich przeżyciach.

Wyglądało na to, że sam dom leży jakby poza zasięgiem owego niepokoju czy jak to 

nazwać. Jego źródło znajdowało się chyba  na skraju lasu. Każdy,  kto przeszedł na tyły 

domu,   czuł   się   w   jakiś   sposób   obserwowany.   Niektórzy   mieli   wrażenie,   że   słyszą 

przemawiający cicho głos, bez słów, ale jakby w błagalnej prośbie.

Po zebraniu opowieści wszystkich obecnych tyle zdołano ustalić. To trochę pomogło, 

nastrój się poprawił, nikt nie chce czegoś takiego przeżywać w pojedynkę.

– No i co o tym myślicie? – zapytała Jenny drżącym głosem.

background image

Robotnicy spoglądali na siebie. Większość z nich zapewniała, że nie wierzy „w takie 

sprawy”,   ale   nawet   oni   nie   mogli   zaprzeczyć,   że   na   tyłach   domu   dzieje   się   coś 

nieprzyjemnego.

– Czy ktoś zna historię tego miejsca? – zapytała znowu Jenny.

–   Nieee   –   odparł   najmłodszy   z   nich,   jeszcze   właściwie   chłopiec,   z   wahaniem.   – 

Mieszkam w okolicy całe życie, ale tutaj zawsze był tylko las.

– Nikt nigdy tu nie mieszkał?

– Nigdy. Wuj mojej dziewczyny pracuje w bibliotece i on się interesuje lokalną historią, 

mówi, że tu zawsze były lasy, zresztą to widać. Tylko niegdyś, dawno temu, wiodła przez las 

droga. Wąska dróżka dla konnych...

Wszyscy zwrócili głowy w stronę lasu. Najpierw z nadzieją, później ze sceptycyzmem.

– Czy w lesie mogą być niedźwiedzie? – zapytał Peter.

– Ale skąd, mowy nie ma! – roześmiał się majster.

Rozmowa wygasła.

Wieczorem jednak Peter i Jenny powrócili do przerwanego tematu.

– Czy mielibyśmy zaczynać od nowa? – wzdychała Jenny, wpatrując się w mrok pokoju, 

który wypożyczyli im jej rodzice.

– To okropne, nie dalibyśmy już rady.

Znowu zastanawiali się, co robić.

– A może powinniśmy poszukać jakiegoś magika od duchów, egzorcystę czy jak się to 

nazywa? – powiedział nagle Peter.

– Nie gadaj głupstw! Mnie wcale nie jest do śmiechu.

– Ale ja mówię poważnie.

Jenny milczała przez chwilę.

– Znasz może kogoś takiego? – zapytała w końcu.

–   Nie   znam,   ale   wiem,   że   sprawy   tak   zostawić   nie   można.   Nie   będziemy   przecież 

mieszkać w miejscu, w którym czujemy się źle.

– Albo się boimy.

Peter przewrócił się na drugi bok.

– Musimy to dokładnie przemyśleć.

Jenny nie mogła  spać. Ssało ją w dołku. Tyle  lat  tęsknili  za własnym  domem  i co, 

mieliby teraz zrezygnować?

– Może powinniśmy porozmawiać z sąsiadami? Może inni też coś zauważyli?

Peter westchnął zaspany.

background image

– Ale nie wolno się wystawić na pośmiewisko – mruknął.

Na to Jenny nie miała odpowiedzi.

Z sąsiadami rozmawiać nie musieli, bo w kilka dni później rozwiązanie znalazło się 

samo. A przynajmniej nadzieja na rozwiązanie.

Peter i Jenny próbowali usunąć wielki kamień leżący przed domem, pracowali jednak 

bez zapału, jakby nie mieli nigdy tutaj zamieszkać. I wtedy przyszli robotnicy.

– Rozmawialiśmy trochę z ludźmi w okolicy – powiedział majster.

Młodzi   właściciele   działki   wyprostowali   plecy.   Byli   to   dość   zwyczajni   ludzie,   nie 

zwracali na siebie uwagi ani wyglądem, ani sposobem bycia, ale robotnicy lubili ich i chcieli 

im pomóc.

Peter zaprosił wszystkich, by usiedli na stosie desek.

– No i co? – zapytał.

Majster zdjął swoją czapeczkę z daszkiem i rękawem otarł czoło.

– No więc nasz Ernst – wskazał ręką na najmłodszego kolegę. – Ernst rozmawiał z 

Kallem, tym, który pracuje w bibliotece, a mnie przyszedł do głowy pewien pomysł.

–   Tak,   no   więc   wuj   Kalle,   to   znaczy   nie   mój   wuj,   tylko   mojej   dziewczyny,   ale   to 

nieważne, on rozmawiał z jedną swoją koleżanką, a tamta zna rodzinę egzorcystów. Tylko że 

to jest w Norwegii.

– A ja pytałem o radę moją starą matkę – wtrącił majster. – I też się dowiedziałem tego i 

owego.

– Świetnie – ucieszyła się Jenny.

–   Otóż   moja   matka   słyszała   bardzo   dziwną   historię   o   ludziach,   którzy   zniknęli   z 

powierzchni ziemi...

Słuchacze   w   napięciu   czekali   na   dalszy   ciąg.   Peter   bez   słowa   częstował   zebranych 

piwem w puszkach, które przyjmowano również w milczeniu, dziękując jedynie skinieniem 

głowy.

– Ale to się stało dawno temu. I nie dokładnie tutaj.

Zainteresowanie przygasło.

– Sprawa może mimo wszystko mieć jakiś związek z naszą okolicą – ciągnął majster 

ostrożnie.

W końcu zdecydował się opowiedzieć im całą historię od początku do końca.

– Podobno kiedyś, w osiemnastym wieku, zniknęła pewna matka z dwojgiem małych 

dzieci.   Kompletnie   bez   śladu.   Na   imię   jej   było   Mariatta   czy   jakoś   tak.   I   miało   się   to 

background image

przydarzyć kilkadziesiąt kilometrów stąd. Na południe od Tiveden.

– Ale to przecież nie tak daleko! – wołali zdumieni mężczyźni. – Nietrudno uwierzyć, że 

zabłądzili i doszli gdzieś tutaj, a potem już nie mieli sił...

– Moja mama też tak mówi, tylko że wtedy, kiedy się to stało, tam działy się i inne 

dziwne rzeczy.

– Opowiadaj! – ponaglał Peter.

– To była niesamowita noc – rzekł majster przepraszającym tonem, ponieważ nie chciał 

się ośmieszać, z drugiej jednak strony pochlebiało mu zainteresowanie słuchaczy. – Ludzie 

widzieli na północnej stronie nieba jakąś potworną błyskawicę i słyszeli straszne grzmoty, 

chociaż nie było  wcale burzy.  A w środku nocy tabun bezpańskich koni przeleciał koło 

jednego gospodarstwa. Widziano te konie jeszcze wielokrotnie w innych miejscach.

– Jezu – jęknął któryś z robotników.

– Nieprawdopodobne – powiedziała Jenny.

– Tak, ale nie dość na tym. Na kilka dni przedtem w okolicy kręcili się jacyś  obcy. 

Dziwni mężczyźni w szerokich opończach niczym magowie albo czarnoksiężnicy, poza tym 

orszak jeźdźców podobnych do rycerzy. A potem tej jednej nocy wszystko zniknęło.

– Rany boskie – szepnął inny z robotników. – Ale to, oczywiście, tylko takie gadanie?

Peter nie był tego pewny.

– Sądzisz, że wymysły  przetrwałyby  ponad dwieście lat?  To bardzo interesujące, co 

mówisz – zwrócił się do majstra, a potem do najmłodszego, czyli Ernsta: – Do jakich to 

wniosków doszedł twój wuj Kalle? Powtórz jeszcze raz. Jakiś egzorcysta w Norwegii?

–   No,   to   podobno   jest   cała   rodzina   –   wyjaśnił   Ernst.   –   To   wszystko   brzmi   dosyć 

fantastycznie, ale ta bibliotekarka o nich słyszała.

– Wymieniła jakieś nazwisko... albo adres?

– Tego nie wiem, ale mogę zapytać.

Peter podjął decyzję.

– Nie. Zrobię to sam, daj mi tylko telefon tej dziewczyny, która słyszała o egzorcyście z 

Norwegii. Może się okaże, że jacyś jej krewni uzyskali kiedyś od niego pomoc, na przykład 

uwolnił ich dom od nieprzyjemnych dźwięków albo coś podobnego.

Wkrótce okazało się, że bibliotekarka zapomniała, jak się egzorcysta nazywa, pamiętała 

tylko, że to jakieś krótkie nazwisko.

Peter stracił wszelką nadzieję, ale wtedy Jenny zapytała dziewczynę:

– No a może twoi krewni wiedzą coś więcej?

Bibliotekarka rozjaśniła się.

background image

– Tak, no pewnie! Mieszkają przecież w Norwegii, to powinni wiedzieć...

Telefonowanie do Norwegii i czekanie trwało kilka dni. W końcu Peter dostał numer 

telefonu lektora Gabriela Garda.

W   tym   czasie   już   sytuacja   na   działce   pogorszyła   się   do   tego   stopnia,   że   jeden   z 

robotników zamierzał zrezygnować z pracy. Nerwy miał w strzępach i po prostu nie był w 

stanie więcej znieść. On to bowiem kładł dach na części domu skierowanej w stronę lasu i 

mógłby przysiąc, że ktoś go nieustannie wzywa. „Chodź” – błagalne wołanie dochodziło raz 

po raz z lasu. – „Chodź, czas nagli! Nie odchodź, pomóż nam! Pomóż!”

Robotnik był przekonany, że to prosi owa zaginiona kobieta i jej dzieci.

Peter odważył się sam pójść do lasu za domem. Dotychczas nigdy tego nie robił. Jenny 

też nie. Dziwne, bo przecież cóż jest bardziej naturalnego niż dokładne zwiedzanie okolic 

swego przyszłego obejścia? Zwłaszcza że świetnie znali tu każdą małą uliczkę, wszystkie 

zaułki, byli też na wzgórzach zarówno po prawej, jak i po lewej stronie osiedla, zwiedzili 

piękną dolinę, tylko ten las omijali. W każdym razie nigdy nie wchodzili między drzewa tuż 

za swym domem. Peter znał też dróżkę, o której opowiadał majster. Owszem, zdarzało się, 

że chodzili  również przez las, ale zawsze zataczali  wielkie kręgi, jak najdalej od terenu 

osiedla.

Dlaczego, na Boga, tak właśnie się zachowywali?

Teraz się to wyjaśniło. Podświadomie unikali nieprzyjemnych miejsc.

Tak, bo on sam zawsze czuł się jakoś dziwnie na tyłach swego domu. Unikał również 

przylegającej do lasu części przyszłego ogrodu. „Założymy tam trawnik” – zdecydowała kie-

dyś Jenny. – „I postawimy suszarkę do bielizny”. A on potwierdził: „Tak będzie najlepiej”.

Później nie wspomnieli o tej sprawie ani jednym słowem.

Dziwne!

Żadne okna też na las nie wychodziły, tylko małe okienko z łazienki i jeszcze jedno takie 

samo   z   pomieszczenia   przeznaczonego   na   pralnię.   Cieszyli   się   w   duchu   z   takiego 

rozwiązania, sami nie wiedząc czemu.

Tego dnia, kiedy Peter zdecydował się pójść do lasu, poprosił Jenny i robotników, by 

trzymali się gdzieś w pobliżu. Nikogo nie nakłaniał, by mu towarzyszył, nikt sam też mu 

tego nie zaproponował.

Zastanawiał się, dlaczego planujący osiedle akurat w tym miejscu wytyczyli granicę. Był 

to przypadek czy też...?

Peter nie wierzył w przypadek.

Co, na Boga, kryje ten las, że atmosfera tak przeraża ludzi?

background image

Kiedy zbliżał się do pierwszych drzew, starał się przypomnieć sobie dzień, kiedy oboje z 

Jenny   wędrowali   starą   leśną   dróżką.   Było   to   jakiś   rok   temu,   brnęli   w   roztopionym 

marcowym   śniegu,   a   w   koronach   drzew   śpiewały   ptaki.   Dróżka   wiodła   równolegle   do 

granicy lasu, może jakieś trzysta metrów od niej.

Czy wtedy już coś wyczuwał? Nie potrafił sobie przypomnieć, minęło tyle czasu.

Nie,   nic   nie   pamiętał.   Miał   tylko   niejasne   wspomnienie   czegoś   nieprzyjemnego,   ale 

trudno powiedzieć, czy prawdziwe. Może sobie to tylko teraz wyobrażał. Kiedy się jednak 

dłużej nad tym zastanawiał, nabrał pewności, że jakoś bardzo szybko zeszli wtedy z tej starej 

drogi. Niegdyś służyła konnym jeźdźcom, ale mogły też po niej jeździć powozy. Tego typu 

transport wyszedł z użycia chyba na krótko przed drugą wojną światową. Jazda wierzchem 

jako sposób pokonywania odległości została zarzucona dużo dawniej, może nawet jakieś sto 

lat.

Byłoby więc rzeczą naturalną, że droga do tego celu wykorzystywana zarosła. Ale droga 

dla ruchu kołowego? Prowadząca z zachodu na wschód? Dlaczego zbudowano ją tu sto lat 

temu, a prawdopodobnie jeszcze dawniej? Czy były po temu jakieś powody? Co takiego 

oznaczało to miejsce? Może tędy, przez wielkie lasy, jeździło się do Norwegii?

Peter zdał sobie sprawę z tego, że od dłuższej chwili stoi na skraju lasu, a tamci na 

działce przyglądają mu się zaniepokojeni.

Dlaczego nie poszedł dalej?

Nie  wyczuwał  żadnego  oporu,  wprost  przeciwnie,  odnosił   wrażenie,   że  coś   go  pcha 

naprzód. Z wielką, przerażającą silą i to on się opiera.

Peter   nasłuchiwał.   Dał   znak   robotnikom,   by   zachowali   milczenie.   Zupełnie 

niepotrzebnie, bo i bez tego stali cichuteńko jak myszy.

I wtedy również Peter usłyszał owo rozpaczliwe, ciche: „Chodź! Pomóż!” Dokładnie 

takie, o jakim opowiadał robotnik.

Jestem zbyt słaby, pomyślał Peter i zawrócił tak szybko, że wyglądało to na ucieczkę. 

Mam nadzieję, że nawiążemy kontakt z tymi strachami.

Bo przecież wszyscy chcemy im pomóc, nie tylko się ich pozbyć.

23

–  Nie  –  odpowiedział  Gabriel  Gard  w   telefonicznej  rozmowie.  –  Ja  sam  nie  jestem 

egzorcystą. Ale w naszej rodzinie mieliśmy wielu posiadających takie zdolności.

background image

„Mieliśmy”? Nie brzmi to zbyt obiecująco, pomyślał Peter.

Lektor Gard mówił dalej:

– Teraz zostało chyba tylko troje, którzy zajmują się takimi sprawami, a i to tylko w razie 

absolutnej konieczności. Poza tym oni, mój wuj Nataniel Gard, jego żona Ellen oraz dalsza 

krewna, Tova Morahan, są już dość starzy. Wszyscy troje po sześćdziesiątce...

– To przecież żaden wiek – zaprotestował Peter.

– No nie, zwłaszcza w ich przypadku. Mamy chyba jeszcze jedną osobę... Chociaż nie, 

ona jest za młoda.

– Kto taki? – zapytał Peter.

– Nie, nie, proszę o tym zapomnieć. Miałem na myśli moją młodszą córkę, ale ona z 

pewnością przesadza, kiedy opowiada, że ma nadprzyrodzone zdolności. Mówi czasem, że 

widuje istoty z innych wymiarów, ale tego rodzaju głupstwa były w mojej rodzinie znane od 

dawna.

– Sądzi pan, że to głupstwa? – zapytał Peter cicho.

Po drugiej stronie przewodu zaległa cisza.

– Nie – dało się słyszeć w końcu. – Nie, to nie to, ale przywykłem do szyderczych 

uśmieszków, jeśli nie zaprzeczam wszystkiemu bez namysłu. Przepraszam, pan sobie na to 

nie zasłużył.

– Ale rozumiem pana bardzo dobrze. Trzeba chwytać byka za rogi – stwierdził Peter.

Odpowiedział mu krótki śmiech.

– Peterze Johansson, jesteś, jak widzę, niezłym psychologiem. Myślę, że wuj Nataniel 

wyrazi zgodę na spotkanie, kiedy mu o tobie opowiem. Więc powiadasz, że to była kobieta i 

dwójka jej dzieci?

– Nic pewnego nie wiemy, ale to jedyna możliwa do przyjęcia teoria, skoro oni zginęli 

nagłą śmiercią i pewnie nie zostali pochowani w poświęconej ziemi.

– Rozumiem. Porozmawiam z wujem Natanielem.

– Bardzo o to proszę – powtórzył Peter. – Byłbym bardzo wdzięczny, gdyby zechciał 

przyjechać.

Oficjalnie Gabriel Gard i cała jego rodzina przestała używać nazwiska „Ludzie Lodu”. 

Wszyscy jednak nadal byli z niego bardzo dumni.

Gabriel   miał   teraz   czterdzieści   siedem   lat.   Już   dawno   zapomniał   o   tamtym 

przestraszonym dwunastolatku, który brał udział w ostatecznej walce z Tengelem Złym i 

jego zastępami, ale blizny w duszy pozostały i od czasu do czasu dawały o sobie znać, mimo 

background image

że zdołał sobie ułożyć zarówno życie osobiste, jak i zawodowe. Wciąż jeszcze budziły go po 

nocach koszmarne wspomnienia ostatniej bitwy albo żal, że ci, którzy go wtedy ochraniali, 

zniknęli z powierzchni ziemi. Gdyby chociaż kilkoro zostało, byłaby to dla niego wielka 

pociecha.

W dorosłym życiu spotkała go straszna tragedia. Jego żona, Gro Volden z Ludzi Lodu, 

oraz   ich   jedyny   syn   zginęli   w   bezsensownym   wypadku   samochodowym.   Jakiś   pijany 

kierowca zajechał im drogę i tak się skończyło szczęśliwe małżeństwo Gabriela, a także 

wielkie nadzieje, jakie wiązał z synem. Trzeba było wielu lat, zanim zdołał opanować ból i 

pogodzić się ze swoją sytuacją.

Został sam z dwiema córkami, Indrą i Mirandą, obie miały teraz po kilkanaście lat.

Nie zawsze było mu łatwo.

Córki   miały,   łagodnie   mówiąc,   oryginalne   charaktery,   poza   tym   jednak   różniły   się 

między sobą niczym dzień i noc. Indra, starsza, była chyba najdziwniejszą nastolatką świata, 

żeby nie powiedzieć najśmieszniejszą. Nie brakowało jej jednak wdzięku. Z błyskiem w 

oczach   i   autoironicznym   uśmieszkiem   potrafiła   unikać   wszystkiego,   co   wymagało 

jakiegokolwiek   wysiłku.   Rówieśnicy   bardzo   ją   lubili,   a   klasa   po   prostu   zazdrościła   jej 

umiejętności wymigiwania się od trudniejszych zadań i unikania niewygodnych pytań ze 

strony nauczycieli. Gabriel nie pojmował, jakim sposobem to osiągała, zawsze jednak miała 

zupełnie przyzwoite stopnie. Nigdy nie wątpił w jej inteligencję, ale...

Dziewczyna przeważnie spędzała czas leżąc na swoim łóżku, gdzie czytała albo słuchała 

muzyki, zaopatrzona w słodycze i napoje, z telefonem w zasięgu ręki. Często rozwiązywała 

krzyżówki, a wszystko, czego potrzebowała, musiało znajdować się obok, żeby nie trzeba 

było sięgać zbyt daleko.

Wielbicieli miewała od chwili, gdy skończyła czternaście lat, i jej zapotrzebowanie pod 

tym względem poważnie martwiło Gabriela.

Nie odznaczała się specjalną urodą, raczej dość pospolita, chłopców uwodziła swoim 

wdziękiem, któremu naprawdę trudno się było oprzeć.

Prawdziwą   troską   Gabriela   była   jednak   Miranda,   siedemnastolatka.   Nie   wierzył 

wprawdzie, by brała narkotyki, jeszcze nie, należała jednak do tych, którzy mogą chcieć 

spróbować. Z czystej ciekawości.

Bo ciekawa była życia ponad wszelkie wyobrażenie. A poza tym pragnęła naprawiać 

wszystko, co na tym świecie było złe lub niedoskonałe. Czasami ktoś taki w domu bywa 

nieco męczący. Z drugiej jednak strony, ta jej cecha stanowiła też prawdziwą pociechę dla 

ojca.   Jej   poczucie   sprawiedliwości   i   dążenie   do   doskonałości   traktował   jako   dowód,   że 

background image

Miranda   nie   ma   do   czynienia   z   narkotykami.   Mogła   próbować,   owszem,   w   jej   klasie 

zdarzały się takie przypadki, raz czy drugi zakończone nawet sporym skandalem, ona jednak 

chyba poprzestała na próbie, chciała posmakować, nic więcej.

Na tyle znał swoją młodszą córkę.

Miała ona w sobie żywotność tak charakterystyczną  dla Gro. Gabriel uważał, że jest 

ładna,  ale  to  chyba  przez   te  bystre  oczy i  nieustanne   zaangażowanie,  ono  dodawało   jej 

blasku.   Niebieskooka   blondynka   o   żywym   usposobieniu   i   ładnej   sylwetce.   O   jej 

romansowych   sprawach   wiedział   niewiele.   Jeśli   coś   takiego   się   zdarzało,   to   uważała   to 

chyba za sprawę absolutnie prywatną. W domu nigdy nie mówiła, co robi, kiedy wychodzi z 

przyjaciółmi. W domu  rozprawiała  jedynie o swoich wspaniałych  planach przebudowy i 

naprawy świata.

Dziewczęta nie miały wspólnych przyjaciół, a ich wzajemne stosunki charakteryzowało 

nieustanne, choć pozbawione złośliwości drażnienie się. „Jeśli nie przestaniesz tak ciągle 

leżeć, to niedługo zaczniesz przypominać hipopotama” – zwykła mawiać Miranda. A Indra: 

„Kogo dzisiaj zamierzasz zmieniać?”

Gabriel nie wiedział, czy jest dla nich dobrym ojcem, ale poza okresami buntowniczych 

wybuchów   w   najtrudniejszym   okresie   dojrzewania   i   wymyślania   mu   od   sklerotycznych 

starców obie go chyba kochały.

Mimo to martwił się. Czasy niosły tyle okropnych niebezpieczeństw.

Gabriel zadzwonił do Nataniela. Jak zawsze miło  było  usłyszeć spokojny głos wuja. 

Nataniel zadał kilka dodatkowych pytań i natychmiast postanowił jechać do Szwecji, by 

zbadać sprawę. Wyglądała bardzo interesująco, zwłaszcza że tyle osób odczuwało to samo. 

Nie miał też wątpliwości, że Ellen zechce mu towarzyszyć. Nudziła się trochę w domu od 

czasu, kiedy dzieci dorosły.

Szkoły miały akurat ferie, więc i Gabriel się długo nie zastanawiał.

–   Przeszkadzałoby   wujowi,   gdybym   i   ja   się   wybrał?   I   zabrał   ze   sobą   dziewczęta. 

Powinny się trochę rozerwać.

Nataniel ucieszył się, zawsze to przyjemność spotkać się z rodziną.

Indra jednak stanęła dęba. Ona nie jedzie, poznała właśnie pewnego młodego człowieka, 

który sprawia bardzo interesujące wrażenie, a poza tym jest okropnie zazdrosny!

W końcu jednak zmieniła zdanie i postanowiła towarzyszyć ojcu i siostrze.

No   i   po   kilku   dniach,   w   pewien   niezwykle   piękny   wiosenny   wieczór,   znaleźli   się 

wszyscy na małej działce Petera.

background image

Przyszli, oczywiście, gospodarze, Peter i Jenny, oraz robotnicy, bardzo ciekawi rodziny 

egzorcystów. Oprócz nich Nataniel z Ellen oraz Gabriel i jego córki.

Zebrani uważnie obserwowali Nataniela z Ludzi Lodu, najważniejszego egzorcystę, jak 

go nazywali.

Był to bardzo przystojny mężczyzna, w ciemnych włosach mieniły się gęsto srebrne nitki 

siwizny. Stał teraz bez ruchu i zdawał się chłonąć atmosferę miejsca. Pozostali z przejęcia 

wstrzymywali dech. Panowała absolutna cisza.

Skrzydełka nosa Nataniela drgały. Znalazł się znowu w swoim żywiole, myślała Ellen, 

znająca go jak nikt. Wiele czasu minęło od chwili, gdy po raz ostatni podjęli się podobnego 

zadania,   chociaż   wyprawę   do   Szwecji   traktowali   w   znacznej   mierze   jako   odmianę   w 

monotonnej codzienności.

– Owszem – rzekł po chwili Nataniel cicho. – Coś tutaj jest.

Zrobił kilka niepewnych kroków w stronę lasu, reszta poszła za nim.

Czy naprawdę tego chcę? zastanawiał się. Czy pragnę tego bólu? Czy będę w stanie 

wrócić   do   starych,   zapomnianych   praktyk,   do   tego,   co,   jak   sądziłem,   należy   już   do 

przeszłości?

–   Ktoś   tu   szepcze   rozpaczliwe   prośby   –   powiedział   głośniej.   –   Słyszę   desperackie 

wołanie o pomoc.

– Czy to ta zaginiona kobieta i jej dzieci? – zapytał Peter stłumionym szeptem.

Nataniel znowu nasłuchiwał przez dłuższą chwilę.

– Nie.

Zrobił   jeszcze   kilka   kroków   między   drzewami   i   przystanął   obok   porośniętej   mchem 

kupki kamieni.

– Tutaj... – rzekł niepewnie.

Przez co najmniej minutę stał bez ruchu, wstrzymując oddech, i nagle zgiął się wpół, 

jakby go przeniknął nieznośny ból.

Towarzyszący mu ludzie nie wiedzieli, co począć, stali jak sparaliżowani.

W końcu Nataniel wyprostował się ze zgrozą w oczach.

– Dobry Boże – szeptał. – Dobry, miłosierny Boże.

– Co to jest? – zapytała Ellen spokojnie.

Odetchnął głęboko i popatrzył na zebranych. Wyglądał na wstrząśniętego.

– To nie żaden upiór, który prosi, by go pochować w poświęconej  ziemi.  To żywy 

człowiek. Nie umarł, pogrzebano go żywcem.

– Och, nie – jęknęła Ellen, pamiętająca potworne spotkania przodków Ludzi Lodu z 

background image

takimi,   którzy   nie   mogli   umrzeć.   Heike...   Jego   makabryczne   przeżycia   w   Transylwanii, 

spotkanie z tą o imieniu Skrzydła Kruka. Eskil z Eldafjordu. I wielu innych.

– Nie, nie – rzekł Nataniel z tą osobliwą niecierpliwością, która charakteryzowała jego 

zachowanie, kiedy miał do czynienia ze sprawami ponadnaturalnymi. – Nie, Ellen, tutaj nie 

ma zła. Czary, to tak, a poza tym jedynie niepojęta tragedia.

– Kto to w takim razie jest? – dopytywał się Gabriel.

Nataniel popatrzył na zebranych.

– W czasie,  kiedy nasi zmarli  przodkowie uczestniczyli  w walce z Tengelem  Złym, 

odbyłem kiedyś rozmowę z Sol. Wspomniała mi ona o czymś, czym się specjalnie wtedy nie 

przejąłem, ale teraz przypominam sobie wyraźnie. Powiedziała mi mianowicie, że dopiero co 

pomogli jakiejś niezwykłej rodzinie. Rodzinie austriackiej księżnej, której zięć i wnuk należą 

do islandzkich czarnoksiężników. Tak, brzmi to dziwacznie, ale Sol tak właśnie powiedziała. 

Podobno walczyli oni ze strasznym potworem, istotą podobną do wielkiego jaszczura, i Sol 

się wmieszała w tę sprawę. Ci ludzie mieli też porachunki ze złym zakonem rycerskim. 

Zwyciężyli, ale Sol powiedziała: „Czarnoksiężnik zniknął! I to bardzo dziwne, był bowiem 

nieśmiertelny”.

– Oj – jęknęła Miranda. – I ty myślisz, że to może być on...?

– Miejsce mogłoby na to wskazywać, on miał zaginąć w pobliżu Tiveden.

Nataniel wpatrywał się w usypisko kamieni, po chwili podniósł wzrok.

– Tu jednak chodzi o taką magię, z którą sam sobie nie poradzę. Będę potrzebował 

pomocy.

– Czyjej? – zawołała Ellen.

– Znam tylko jednego, który może mi pomóc. Zdarzało mi się nawiązywać z nim kontakt 

psychiczny... zastanawiam się więc, czy... On sam też jest przecież nieśmiertelny i chociaż 

akurat teraz nie ma go w naszym świecie, to...

– O kim ty myślisz?

– O Marcu. Marcu z Ludzi Lodu.

– Oczywiście – szepnęła Ellen z wyraźną ulgą. – To jedyna  istota, która może tutaj 

pomóc. Spróbuj nawiązać z nim kontakt!

–   Już   dawno   nie   odbierałem   od   niego   żadnych   sygnałów.   Naprawdę   nie   wiem,   czy 

można dotrzeć do kogoś, kogo nie ma na świecie...

Robotnicy i Peter spoglądali na siebie, sprawa zaczynała przekraczać granice ludzkiego 

pojmowania.

Skulili się pod wpływem podmuchu zimnego wiatru, który nagle zerwał się w lesie.

background image