background image

MARGIT SANDEMO

SAMOTNY WILK

Z norweskiego przełożyła

LUCYNA CHOMICZ - DĄBROWSKA

POL - NORDICA

Otwock 1998

background image

ROZDZIAŁ I

Młody   mężczyzna   stal   jak   skamieniały,   bezradnie   prześlizgując   się   wzrokiem   po 

niewielkiej   mrocznej   izbie.   W   jego   oczach   czaiła   się   rozpacz.   Znikąd   pomocy.   We 

wszechogarniającej ciszy świtu nawet morze jakby zamarło, a mewy umilkły.

Już trzeci dzień stary rybak leżał nieruchomo w łóżku. Nie podnosił powiek, wydawał 

się zimny i obcy.

Młodzieniec nie raz już zetknął się ze śmiercią. Widział martwe ryby i ptaki. Ale to nie 

to   samo!   Staruszek   przecież   stanowił   dla   niego   jedyną   podporę,   nie   powinien   był   więc 

umierać!

Teraz pozostawało jedynie zapewnić mu godny pochówek.

Zwykle kiedy starzec wypływał łodzią do miasta, żeby wymienić suszone ryby na 

żywność   i   rzeczy   potrzebne   na   odludziu,   zakładał   odświętne   ubrania.   Nigdy   jednak   nie 

zabierał ze sobą swego młodego podopiecznego. Dawał mu jedynie do zrozumienia, że w 

mieście żyją ludzie i nie można im się pokazać w byle jakich łachach.

Młodzieniec przeszukał komodę. W słabym świetle budzącego się dnia, wdzierającego 

się przez uchylone drzwi, z trudem rozróżniał przedmioty. Znalazł spraną koszulę i chustkę, 

którą rybak od święta zawiązywał na szyi.

Idąc   w   stronę   łóżka,   zatrzymał   się   z   wahaniem   przy   stole.   Tuż   przed   śmiercią 

staruszek wskazał palcem na zawiniątko i skinięciem głowy dał znak wychowankowi, że to 

dla niego.

Chłopak wziął do ręki pakunek i popatrzył nań ze zdziwieniem, a gdy obrócił go w 

dłoniach, szmata rozwinęła się i odsłoniła pięknie rzeźbioną szkatułkę, na której wyryto sześć 

tajemniczych znaków. Nie miał pojęcia, co one oznaczają, nie potrafił czytać. Jednak dziwny 

przedmiot   obudził   na   moment   drzemiące   gdzieś   głęboko   w   pamięci   nikłe   wspomnienie. 

Niezdarnie owinął z powrotem szkatułkę i ukrył za połami koszuli

Jeszcze raz omiótł spojrzeniem izbę i nagle jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu. 

Podszedł do ściany, na której wisiał osobliwy obrazek, i szorstkimi od ciężkiej pracy dłońmi 

pogładził   delikatnie   papier.   Rysunek,   wykonany   dziecięcą   ręką,   ale   z   dużym   talentem, 

przedstawiał samotnego wilka wyjącego do księżyca. Oczy zwierzęcia, utkwione nieruchomo 

w mistycznej bladej tarczy na niebie, wyrażały niemal ludzką rozpacz.

Młodzieniec zdjął ze ściany rysunek i zwinąwszy go w rulon, wetknął za pazuchę. 

Potem przebrał starca i ostrożnie przeniósł jego kruche ciało do łodzi. W kilka chwil później 

odbił od brzegu i mocno uderzając wiosłami, pośpiesznie oddalił się od wyspy.

background image

Słońce   stało   wysoko   na   niebie,   kiedy   łódź   przybiła   do   przystani   w   miasteczku. 

Przenikliwy odór smoły i ryb uderzał w nozdrza. Chłopak z trudem łapał oddech. Zewsząd 

otaczały go ludzkie głosy.

A więc tak ludzie rozmawiają ze sobą!

Gromada mężczyzn ze zdumieniem przyglądała się wysokiemu, prostemu jak struna 

młodzieńcowi, który podszedł do nich niepewnym krokiem. Ktoś rzucił kpiącą uwagę, ale 

gdy obcy przybysz podniósł na niego niewinny wzrok, zawstydzony żartowniś spuścił oczy. 

Kiedy zgromadzeni na kei rybacy przyjrzeli się dokładniej, kogo nieznajomy niesie na rękach, 

rozległy się okrzyki:

- Ależ to stary Angus!

- Nie żyje!

- Co to za Angus? - zapytał obcy w tych stronach mężczyzna.

- Eee... To dziwak. Głuchoniemy. Mieszkał sam na niewielkiej wyspie z dala od ludzi. 

Stary rybak, odmieniec...

Młodzieniec patrzył to na jednego, to na drugiego. Rozumiał ich, rozmawiali w taki 

sam sposób, w jaki on myślał.

Wiedział, że ma głos. Ale nie potrzebował go używać, przebywając ze staruszkiem. 

Tylko czasem, gdy nieoczekiwanie nachodziła go niepojęta tęsknota, stawał na brzegu morza 

i wykrzykiwał w stronę horyzontu swą bezsilność.

Własny krzyk - to był jedyny głos, który słyszał.

Rybacy   z   największą   ostrożnością   wzięli   od   młodzieńca   ciało   staruszka.   Chłopak 

pokiwał głową uspokojony.

- Biedny stary - powiedział któryś z miejscowych. - Musimy się chyba zatroszczyć o 

jego pochówek. Był przecież zupełnie sam.

- Ciekawe, czy miał pieniądze? - mruknął inny.

- E, skąd! Całe życie klepał biedę.

- Nieprawda! Pamiętacie? Wiele lat temu Angus szastał na prawo i lewo srebrnymi 

monetami.

- Te pieniądze dawno się rozpłynęły - zażartował stary rybak.

- Kim jest ten młodzik, który przywiózł ciało? Trzeba go zapytać!

Odwrócili się,  ale nieznajomy zniknął. Rybacy wzruszyli  obojętnie ramionami,  po 

czym udali się do miasteczka, by przygotować wszystko do ostatniej drogi Angusa.

„Sandra wszystko potrafi! Sandra poradzi sobie w każdej sytuacji! Nigdy nie traci 

zimnej krwi!” - mawiali zwykle przyjaciele dziewczyny.

background image

Teraz jednak sprawy przybrały fatalny obrót.

Ojciec Sandry na wieść o bankructwie popełnił samobójstwo i dziewczyna musiała 

stanąć twarzą w twarz z rozwścieczonymi wierzycielami, którzy zażądali spłaty długów. Jej 

rodzinny dom, piękna ogromna posiadłość, poszedł pod młotek wraz z meblami i innymi 

przedmiotami, do których dziewczyna była tak bardzo przywiązana. Cały majątek skurczył 

się i zniknął. Zniknęli też przyjaciele.

Sandra nie wiedziała, co sądzą o jej nowej sytuacji, po strasznej tragedii bowiem nie 

spotkała żadnego z nich. Najbardziej obawiała się reakcji Stephena.

Przybył do dworu już po licytacji. Spacerował po pustych pokojach ograbionych bez 

najmniejszych skrupułów przez ostatniego wierzyciela, po którego wyjeździe Sandrze ostało 

się niewiele ponad suknię, w którą była ubrana.

Dziewczyna starała się zapanować nad sobą, by nie pokazać, jak bardzo jest jej ciężko.

Dobrze wiedziała, po co przyjechał Stephen. Czuła się upokorzona i przygnębiona, ale 

mimo to dumnie trzymała głowę. Zauważyła, że Stephen jest spocony ze zdenerwowania, ale 

nie zamierzała mu niczego ułatwiać.

-   Jak   przypuszczam,   pragniesz   odwołać   nasze   zaręczyny?   -   zapytała   jednak   bez 

ogródek.

Wzdrygnął się, a na jego urodziwej twarzy pojawiła się irytacja. Sandra zepsuła mu 

starannie przygotowane przemówienie.

- Skądże - zaprzeczył pośpiesznie. - Sądzisz, że opuściłbym cię w takiej sytuacji? 

Zastanawiałem się jedynie, czy nie moglibyśmy przesunąć nieco terminu ślubu. Nie ma to 

żadnego związku z twoimi kłopotami, po prostu jestem obecnie bardzo zajęty.

Właściwie prawie mu współczuła. Choć bardzo marzyła o miłości, dobrze wiedziała, 

że   Stephen   nigdy  tak   naprawdę   jej   nie   kochał   i   zaręczył   się   z   nią   jedynie   dla   majątku. 

Niejeden raz podczas przyjęć i balów słyszała za plecami szepty: „Ta Sandra Winter jest 

zimna niczym nazwisko, które nosi... a przy tym nie grzeszy urodą. Co ten Stephen w niej 

widzi? Na pewno chodzi mu tylko o posag!”

To   prawda,   że   nie   była   zdolna   do   uczuciowych   burz.   Jej   ojciec,   niegdyś   oficer, 

wcześnie   obarczony   odpowiedzialnością   za   córkę,   wychowywał   ją   bardzo   surowo. 

Nieustannie upominał ją, by pamiętała, jakie zachowanie przystoi pannie z dobrego domu.

Postępowała   więc   zgodnie   z   jego   oczekiwaniami.   Podstawiała   Stephenowi   do 

pocałunku policzek i tłumaczyła się bólem głowy, ilekroć narzeczony pragnął zostać z nią 

sam na sam. Nic dziwnego, że nie zdobyła jego serca.

Rozmowa   z   narzeczonym   zaczynała   jej   ciążyć.   Czuła   się   zażenowana.   Niezbyt 

background image

wylewny w okazywaniu swych uczuć Stephen teraz bardziej niż kiedykolwiek wydawał się 

nieszczery. W końcu pożegnali się bez scen. Na twarzy Stephena odmalowała się taka ulga, że 

dziewczyna z trudem skryła pełen goryczy uśmiech.

Pogrążona w zadumie podeszła do lustra.

Pomyślała z żalem, że nie jest zbyt urodziwa.

Wysoka i szczupła, zawsze wyprostowana jak struna, wszelkie uczucia skrywała pod 

maską chłodu i opanowania.

Miała   miedzianorude,   gładko   uczesane   włosy,   zielone   oczy,   lekko   ukośne   brwi   i 

niewielki kształtny nos. Lekko wystające kości policzkowe i zaciśnięte usta nadawały jej 

twarzy surowy wyraz.

Kołatanie u drzwi wejściowych odbiło się głuchym echem o puste ściany domu.

- O, nie - wyszeptała, przymykając oczy. - Dość już na dzisiaj gości!

W chwilę później w salonie pojawił się wysoki ciemnowłosy mężczyzna o poważnym, 

nieco zgorzkniałym wyrazie twarzy. Witając się, podał swe nazwisko: Colin Hall. Przyjrzała 

mu   się   z   uwagą.   Zaintrygowały   ją   jego   ciemne   oczy   i   badawcze   spojrzenie,   w 

przeciwieństwie do sprawy, z którą przyszedł.

Okazało   się,   że   ojciec   Sandry   był   mu   winien   tyle   pieniędzy,   iż   dziewczyna, 

usłyszawszy   sumę,   poczuła,   jak   nogi   się   pod   nią   uginają.   Dopiero   co   przejrzała   księgi 

rachunkowe i wyliczyła, że dochód ze sprzedaży dworu wraz z całym majątkiem z trudem 

pokryje długi ojca. Teraz jednak sytuacja była beznadziejna.

- Oczywiście postaram się zwrócić pieniądze, które się panu należą - powiedziała 

zrezygnowana - chwilowo jednak nie widzę możliwości...

Gość rozejrzał się po pustym salonie.

- Jak widzę, wszystko zostało już zabrane - stwierdził.

- Tak. Wszystko poszło na spłatę długów mojego ojca. Pragnę wypełnić wszelkie jego 

zobowiązania. Nie miałam pojęcia, że ojciec i panu zalegał z płatnościami.

- Byłem za granicą. Czy stajnie także opróżniono?

- Tak, konie zostały sprzedane wraz z całym dworem. Najpóźniej jutro muszę się stąd 

wyprowadzić.

- W takim razie w jaki sposób zamierza pani mnie spłacie?

- Nie wiem jeszcze, ale na pewno jakoś zdołam to uczynić.

W ciemnych oczach nieznajomego pojawił się błysk sympatii.

- Samobójstwo to najprostsze rozwiązanie, pozwala uciec od odpowiedzialności. Tyle 

tylko, że cierpią na tym najbliżsi.

background image

-   Mój   ojciec   zawsze   troszczył   się   o   mnie   najlepiej,   jak   potrafił   -   wybuchnęła 

dziewczyna z gniewem w głosie. - Nie wierzę, by w pełni był świadom tego, co robi, w chwili 

gdy targnął się na życie.

Gość pokiwał bez przekonania głową, nie spuszczając z niej wzroku. W tym samym 

momencie Sandra uzmysłowiła sobie, że rozmawia z lordem Colinem Hallem, właścicielem 

Elms of Goram, największej posiadłości w okolicy.

Dreszcze przeszły dziewczynie po plecach, gdy przypomniała sobie okropne plotki, 

które krążyły o Elms of Goram. Ten dwór dotknęła straszna tragedia: z licznej rodziny ostało 

się tylko troje jej członków: lord Colin Hall, jego niezamężna siostra i ich macocha. Sandra 

słyszała, że lord Colin był żonaty, ale jego żona uciekła z kochankiem. Przed dwudziestu laty 

wybuchł w okolicy wielki pożar. Chyba właśnie wtedy zginęli w płomieniach członkowie 

rodziny lorda. Jego młodszy brat, wówczas jeszcze dziecko, był z guwernantką w mieście. 

Pobiegł im na ratunek ojciec Colina, ale żadne z tej trójki nie ocalało. Ogień dosięgnął także 

Elms   of   Goram.   Co   prawda   pałac   uratowano,   ale   sąsiedni   budynek   spłonął   doszczętnie. 

Zginęli w nim wdowa po stryju Colina i jej dziecko.

Odtąd w wielkim pałacu mieszkało troje samotnych ludzi...

- Co zamierza pani teraz uczynić? - przerwał jej rozmyślania głos gościa.

- Nie wiem.

- Dokąd się pani przeniesie? Ma pani rodzinę, przyjaciół?

- Nie mam krewnych, a moi przyjaciele nagle zniknęli.

- Przyszedł mi do głowy pewien pomysł, ale proszę obiecać, że się pani nie obrazi, w 

razie gdyby... - zaczął z wahaniem.

Kiwnęła głową na znak, że się zgadza, i popatrzyła na niego wyczekująco.

- Moja macocha, która notabene jest siostrą zmarłej matki, ma już swoje lata i nie ze  

wszystkim  sobie   radzi.   Pomaga   jej   moja   siostra   Moira,   ale   to   raczej   nie   najszczęśliwsze 

rozwiązanie. Moira robi to niechętnie i nawet nie próbuje ukryć niezadowolenia. Zresztą 

siostra w ogóle odznacza się dość trudnym charakterem i dlatego też nie udaje nam się przez 

dłuższy czas utrzymać służby.

Sandra słuchała lorda z rosnącą niechęcią.

- Czy zgodziłaby się pani zamieszkać u nas i zaopiekować moją macochą? Przydzielę 

pani osobne pomieszczenia, a pensję, którą powinienem pani wypłacać, potraktujemy jako 

spłatę długu.

Wszystko w dziewczynie protestowało.

Nie mogę! myślała. Nie wyobrażam sobie, bym mogła pracować dla kogoś. Przez całe 

background image

życie na każdym kroku mi usługiwano. Jak więc bym zniosła polecenia wydawane mi przez 

innych? Nawet gdybym bardzo się starała, to przecież nie jestem w stanie w tak krótkim 

czasie zmienić swej mentalności i nawyków.

Poza tym Sandra wiele słyszała na temat Colina Halla. Odkąd uciekła od niego żona, 

krążyły plotki o jego licznych podbojach wśród panien z wyższych sfer. Rzeczywiście był 

niezwykle przystojny, musiała sama to przyznać, ale właśnie także z tego powodu nie miała 

ochoty zamieszkać z nim pod jednym dachem.

Nie potrafiła rozszyfrować nieprzeniknionego spojrzenia, jakim ją obrzucił.

Ponieważ milczała, mówił dalej przyjaznym tonem:

- Doskonale rozumiem, że musi się pani trochę zastanowić nad moją propozycją. Nie 

oczekuję natychmiastowej odpowiedzi. Pragnę jedynie zapewnić, że drzwi do mojego domu 

zawsze stoją otworem. Może pani podjąć u mnie pracę. Proszę to przemyśleć, panno Winter. 

Nie wiem, co innego może uczynić młoda kobieta pozbawiona krewnych, przyjaciół i domu. 

Co prawda w mieście znajduje się przytułek dla samotnych niewiast, ale nie sądzę...

Sandra w zamyśleniu zagryzła wargi.

- Mój ojciec uważał, że zapewnił mi znakomite wychowanie - odrzekła po chwili. - 

Wiem wszystko o etykiecie obowiązującej w wyższych sferach. Mówię po francusku, potrafię 

tańczyć, haftować, grać na szpinecie i tym podobne. Z woli ojca dorastałam pod kloszem, nie 

mam więc pojęcia o prawdziwym świecie. Bardzo jestem wdzięczna za pańską propozycję, 

lordzie   Hall,   muszę   ją   jednak   dokładnie   rozważyć.   Poza   tym   spróbuję   wykorzystać   inne 

możliwości. Mam nadzieję, że mnie pan zrozumie.

- Oczywiście. Proszę jednak zachować ostrożność. Młoda niedoświadczona kobieta 

może łatwo napytać sobie biedy.

Sandra, odprowadzając wzrokiem lorda Halla, postanowiła w duchu, że musi sobie 

poradzić. Ten człowiek chciał ją tylko nastraszyć! Po prostu potrzebuje kogoś do usługiwania 

staruszce, ponieważ służba nie zagrzewa długo miejsca u niego w pałacu. Inne powody, jakie 

przedstawił, to czysty wymysł. Za żadne skarby nie skończy jako służąca w Elms of Goram!

Sandra z ciężkim sercem opuszczała rodzinny dwór, który teraz stał się własnością 

zupełnie obcych ludzi. Ani razu nie obejrzała się za siebie.

Jesień rozpłomieniła się czerwienią i złotem, tuż przy drodze pasło się stado saren. 

Dziewczyna uśmiechnęła się. Jak zwykle na widok zwierząt jej twarz złagodniała. Takiej 

Sandry nie znali jej tak zwani przyjaciele, którzy uważali dziewczynę  za osobę chłodną, 

zachowującą dystans wobec otoczenia. Ona sama zaś nigdy nie starała się nawet przekonać 

ich, że nie mają racji.

background image

Cały   dobytek   Sandry   pomieścił   się   w   jednej   walizce,   która   jednak   w   miarę 

pokonywania kilometrów stawała się coraz cięższa. Dziewczyna postanowiła zatrzymać się 

na jakiś czas w miasteczku, by otrząsnąć się po tragicznych zdarzeniach i zorientować lepiej 

w sytuacji. Nie kusiła jej zbytnio propozycja pracy we dworze Elms of Goram. Na samą myśl 

o tym, jak bardzo zmieniłoby się jej życie, czuła się nieprzyjemnie poruszona. Ona służącą! 

Niedoczekanie!

W swej  naiwności nie  przypuszczała nawet,  jakie napotka  przeszkody.  Jak można 

wynająć pokój czy jakiekolwiek inne pomieszczenie, jeśli się nie ma pieniędzy? Sandrze 

zawsze   wydawało   się   czymś   najbardziej   naturalnym   na   świecie,   że   jej   życzenia   są 

natychmiast spełniane i nigdy nawet przez myśl jej nie przeszło, że należy za to płacić.

Nie spodziewała się też, że w mieście spotka ją takie przykre powitanie. Wszak Sandrę 

Winter zawsze wszyscy traktowali z wielką uprzejmością, wręcz uniżenie. Szybko się jednak 

przekonała, że powinna wymknąć się z domu nocą, by pod osłoną ciemności odejść jak 

najdalej od rodzinnych stron.

Zatrzaskiwano jej drzwi przed nosem. Ludzie przyglądali się jej bezczelnie lub też 

odwracali się z niemą pogardą. Z początku ją to złościło, ale wnet gniew przemienił się w 

głęboki niepokój.

Jednak największy szok przeżyła, mijając dom na rogatkach miasteczka, przed którym 

stało kilka kobiet. Jedna z nich zawołała:

- Patrzcie no! Kogo widzą moje oczy? Jej Wysokość! Jak się czujesz, będąc jedną z 

nas?

Sandra zatrzymała się i głęboko wstrząśnięta odwróciła za siebie.

Zachęcona   szyderczym   śmiechem   swych   towarzyszek   chuda,   wynędzniała   kobieta 

podeszła do Sandry i wysyczała przez zęby:

-   Przeklęta   paniusia   w   rękawiczkach!   Pewnie   teraz   skończą   się   wreszcie   twoje 

przejażdżki konne przez miasto? Zadzierałaś nosa, nigdy nawet na nas nie spojrzałaś! Masz, 

na co zasłużyłaś!

- Kłaniałyście się mi zawsze nisko - wykrztusiła wreszcie Sandra, ochłonąwszy nieco. 

- Ale to pewnie tylko z powodu moich pieniędzy?

Pod   wpływem   zdecydowanego   wzroku   Sandry   zbita   z   tropu   kobieta   uciekła 

spojrzeniem. Tymczasem nadeszło dwóch mężczyzn.

- Zawsze miałem chęć sprawdzić, jak się przytula taką elegancką lalunię - odezwał się 

szyderczo jeden z nich. - Chodź tu bliżej, panienko, dostaniesz całusa, którego nie zapomnisz 

do końca życia!

background image

Ręka, która dawno nie miała kontaktu z mydłem i wodą, objęła Sandrę.

Dziewczyna aż zadrżała z obrzydzenia. Wyrwała się i ruszyła pędem przed siebie, 

słysząc za plecami prostacki śmiech. Kątem oka spostrzegła, że mężczyźni ruszają za nią w 

pogoń.

Przerażona, biegła drogą, zostawiając za plecami miasteczko. Ciężka walizka uderzała 

ją o łydki. Zdawała sobie sprawę, że powinna ją zostawić, ale nie miała odwagi. Uświadomiła 

sobie bowiem nagle z całą jaskrawością, że jest to cały majątek, jaki posiada.

Skręciła   z   drogi   na   wąską   leśną   ścieżkę.   Ścigający   ją   mężczyźni   zaśmiali   się   z 

nadzieją w głosie. Bawili się z nią w kotka i myszkę. Kiedy na moment dziewczyna straciła 

ich z oczu, cisnęła walizkę w krzaki. Teraz mogła poruszać się znacznie szybciej. Głosy za nią 

trochę przycichły.

Ścieżka przez cały czas pięła się pod górę. Sandra zatrzymała się na chwilę zasapana i 

rozejrzała się wokół badawczo. Gdzie jestem? pomyślała. Często jeździła konno przez las, 

znała więc okolicę, jednak, uciekając w popłochu, straciła całkiem orientację w terenie.

Ucichło. Może mężczyźni zrezygnowali z pościgu?

Otaczał  ją  gęsty las. Co  robić?  Wąska  ścieżka  prowadzi  chyba  w stronę  pokrytej 

wrzosem łąki rozciągającej się pomiędzy wzniesieniami i dalej do...

Przypomniały   jej   się   na   pół   zapomniane   urywki   rozmów,   zasłyszane   pogłoski, 

ściszone szepty o tym okropnym, tajemniczym miejscu. Zdaje się, że ten osobliwy azyl miał 

za patrona świętego Krzysztofa. Mury średniowiecznego klasztoru ofiarowały schronienie 

różnym   społecznym   wyrzutkom:   umysłowo   chorym,   kalekom,   a   także   niebezpiecznym 

przestępcom. Przyprowadzano tu wszystkich, których z różnych powodów trzeba było ukryć 

przed światem. A w pobliżu klasztoru, w skleconych z niczego chatach, osiadali ludzie, którzy 

sami skazywali się na życie poza społeczeństwem: nieudacznicy, słabeusze, wreszcie tacy, 

którzy kryli się przed stróżami prawa. Ta mieszanina losów czyniła z klasztoru świętego 

Krzysztofa przerażające miejsce, nad którym ciążyła zła sława.

Sandra słyszała także o dziwnym duchownym, który poświęcił swe życie, by służyć 

wszystkim tym ludziom. Nazywał się ojciec Andrzej. Czyż mógł wiele zdziałać? Starał się 

wybierać najlepszych i obdzielać ich swoistym życiowym posłannictwem. O „niewidzialnych 

pomocnikach”   z   klasztoru   wiedzieli   wszyscy.   Nocami   wspierali   oni   biedaków   z   parafii: 

wieśniaków, którzy sami nie dawali rady ze zwózką siana do stodoły, wdowy, które nie były 

w stanie zapewnić bytu swym dzieciom, i wszystkich tych, którzy potrzebowali pomocy.

Ci cisi, niewidzialni pomocnicy nie chcieli zapłaty, choć sami nie mieli grosza przy 

duszy. Ich wsparcie przyjmowano z wdzięcznością pomieszaną ze strachem, ale nikt nigdy 

background image

nie został odprawiony z kwitkiem, kiedy szukał ratunku u ojca Andrzeja.

- Nie wolno ci jeździć konno w pobliżu klasztoru świętego Krzysztofa - ostrzegał ją 

zawsze ojciec. - Tam na wzgórzu ulokowała się największa hołota. Trzymaj się z daleka od 

tego miejsca!

Nagle znów usłyszała za plecami męskie głosy. Co robić? pomyślała w panice. Nie 

mogę przecież iść ścieżką, która prowadzi do klasztoru!

Weszła w gęstwinę i zaczęła się przedzierać przez zarośla. W podartej sukience, z 

twarzą i dłońmi podrapanymi do krwi, parła desperacko do przodu. W pewnej chwili, kiedy 

obejrzała   się   za   siebie,   nieoczekiwanie   straciła   grunt   pod   nogami   i   runęła   w   przepaść. 

Usiłowała się czegoś przytrzymać, ale ręce natrafiły na próżnię i potoczyła się w dół. Zaraz 

potem otoczył ją zbawienny mrok.

background image

ROZDZIAŁ II

Sandra odzyskała przytomność, zachłysnąwszy się wodą, którą ktoś wlewał jej do ust. 

Kiedy otworzyła oczy, w bladej poświacie księżyca ujrzała nad sobą twarz okoloną jasną 

aureolą włosów. Nieznajomy podtrzymywał ją, a jego uśmiech wydawał się taki łagodny i 

pełen czułości, że Sandra zapomniała o lęku.

Na nagim ramieniu poczuła dotyk szorstkiej tkaniny. Spod przymrużonych powiek 

przyjrzała się dokładniej swemu wybawcy. Był to młody mężczyzna o czystych klasycznych 

rysach i niewinnym spojrzeniu dziecka.

Gdy   spróbowała   się   podnieść,   potrząsnął   ostrzegawczo   głową,   a   w   jego   oczach 

pojawiło się zatroskanie.

Sandra nie była w stanie powstrzymać cichego jęku, jaki wydobył się jej z ust. Bolało 

ją całe ciało, poobijane na skutek upadku ze skarpy. Najbardziej dokuczał jej stłuczony łokieć. 

Zauważyła, że jest owinięty mchem i liśćmi.

Nieznany opiekun pogładził dziewczynę po włosach, niezdarnie, jakby do tego nie 

przywykł, a potem podrapał ją za uchem.

- Kim jesteś? - zapytała.

Uśmiechnął się promiennie, ale nic nie odpowiedział.

Nie potrafi mówić, uświadomiła sobie i nagle ją olśniło.

- Jesteś z klasztoru świętego Krzysztofa?

Pokiwał energicznie głową, ale z jego ust nie wydobyło się żadne słowo.

Słyszy, ale nie mówi, pomyślała z rosnącym niepokojem. To dziwne. Może to jakiś 

złoczyńca, któremu za karę obcięto język?

Zaraz   jednak   porzuciła   tę   obawę.   Prosty   habit,   jaki   miał   na   sobie   nieznajomy, 

wskazywał raczej na coś innego.

- Jesteś jednym spośród „niewidzialnych pomocników” od ojca Andrzeja, prawda?

Uśmiechnął się znowu i dał jej znak, by spróbowała wstać. Dźwignęła się, ale tylko 

przez   moment   zdołała   utrzymać   równowagę.   Młodzieniec,   widząc,   jak   się   zachwiała, 

pośpiesznie przyszedł jej z pomocą. Nagle cofnął się jak oparzony. Nim zdążyła pojąć, o co 

mu chodzi, ponownie zaskoczył ją swym zachowaniem.

Dotknął   dłonią   jej   piersi   i   odsunął   się   gwałtownie   o   parę   kroków.   Jego   twarz, 

oświetlona bladym światłem księżyca, wyrażała głęboką trwogę. Patrzył na nią zdumionym, 

nie   pojmującym   niczego   spojrzeniem,   ale   jednocześnie   chłonął   zafascynowany   każdy 

szczegół jej ciała.

background image

Poczuła się tak zażenowana, że na moment zapomniała o bólu.

- Przestań się na mnie gapić! - wybuchnęła zirytowana..

Młodzieniec, boleśnie dotknięty, odwrócił wzrok.

Nagle   Sandra   przypomniała   sobie   pewne   zdarzenie   z   dzieciństwa.   Ona,   radosna, 

ruchliwa dziewczynka, biega za rękę ze służącym, a w uszach dźwięczą jej karcące słowa 

ojca:

- Sandra! Natychmiast do mnie!

Dostała lanie, a za karę zamknięto ją w pokoju.

Wraz z upływem lat coraz mniej było w niej prawdziwej radości. Pod sztucznym 

uśmiechem przylepionym do twarzy skrywała strach.

A teraz oto stoję w ponurym lesie razem z obcym mężczyzną o smutnych oczach, 

młodzieńcem wywodzącym się ze świata, którego nie znam, pomyślała z goryczą.

- Chyba muszę już iść... - zaczęła, a głos na moment jej się załamał. - Wybacz mi, 

proszę, że zapomniałam ci podziękować za pomoc. To miło z twojej strony.

Zerkał   na   nią   z   ukosa,   zawstydzony.   Sandra   domyśliła   się,   że   miotają   nim 

przeciwstawne uczucia: chęć pomocy i strach, że uczyni coś nie tak i narazi się na jej gniew.

- Trudno mi utrzymać równowagę - odezwała się z wymuszonym uśmiechem. - Czy 

mógłbyś mi pomóc?

Jego oczy na nowo rozbłysły. Z niezwykłą ostrożnością ujął ją za rękę i wskazał 

kierunek.

- Do klasztoru świętego Krzysztofa? Nigdy! - zaprotestowała.

Popatrzył ze zdumieniem na dziewczynę.

- A zresztą - westchnęła. - Szczerze mówiąc, nie mam dokąd pójść. Nie wiem, kto 

mógłby mi pomóc.

Uśmiechnął się znów, jakby chciał dodać jej otuchy i zapewnić, że przy nim nie ma się 

czego bać. Ustąpiła więc i z drżącym sercem pozwoliła się poprowadzić w stronę klasztoru.

Myślała,   że   śni.   Czuła   się   tak,   jakby   leżała   w   swoim   łóżku   w   rodzinnym   domu 

dręczona koszmarem: oto nieznany człowiek w habicie prowadzi ją nocą do budzącego grozę 

miejsca.   Przeżycia   ostatniej   doby   wydawały   się   Sandrze   tak   bardzo   oderwane   od 

rzeczywistości, że nie chciała wierzyć, by mogły być realne.

Dziwiła się tylko, że nie boi się bardziej. Zerkała ukradkiem na swego dziwnego 

towarzysza. Był bosy, najwyraźniej zresztą do tego przywykł. Mocne, zwinne stopy zapewne 

nigdy   nie   były   krępowane   butami   Spod   przykrótkiego   habitu,   przewiązanego   w   pasie 

sznurem, wystawały sięgające do pół łydki nogawki płóciennych portek. Już bardziej licho 

background image

nie można było być odzianym. Jednak Sandra nie odczuwała zwykłej pogardy dla ubóstwa, 

przeciwnie - naszła ją przemożna ochota, by uścisnąć mocniej dłoń młodzieńca i przytulić się 

do niego. Stłumiła jednak w sobie tę chęć.

Nie przypuszczała, że znajdują się tak blisko klasztoru. Zaledwie po kilku minutach, 

gdy wyszli z lasu, zza wyłaniających się z mroku wzniesień dobiegły ich stłumione krzyki i 

żałosne wołania. Dziewczyna zatrzymała się gwałtownie, ale nieznajomy objął ją ramieniem i 

przygarnął do siebie. Na policzku poczuła szorstkie płótno. Nie opierała się, wyczuwała, że 

młodzieniec, choć sam jest przerażony, stara się ją chronić. Poklepał ją leciutko po głowie, tak 

samo jak uczynił już wcześniej.

Zdecydowanym ruchem uwolniła się z jego objęć i kiwnęła głową na znak, że jest 

gotowa do dalszej drogi.

W kilka minut później oczom idących ukazała się niewielka dolina, w której wznosiła 

się   stara,   na   wpół   zrujnowana   budowla,   otoczona   wysokim   murem.   To   właśnie   stamtąd 

dochodził żałosny chór ludzkich głosów.

Sandra nigdy nie zastanawiała się nad losem ubogich, a tym bardziej nie zaprzątała 

sobie   głowy   żebrakami   i   kalekami.   W   przypływie   wielkoduszności   co   najwyżej   kazała 

czasem słudze rzucić trochę grosza biedakowi, sama jednak nawet nie spoglądała w jego 

stronę.

Widok, który ukazał się jej oczom, sprawił, że poczuła ucisk w gardle. Stała jak wryta 

i z przerażeniem patrzyła na nędzne szałasy sklecone pod klasztornymi murami.

Młodzieniec pociągnął ją w bok od ścieżki prowadzącej do klasztoru. Popatrzył na 

dziewczynę i pokręcił głową. Zrozumiała, że przestrzega, by tamtędy nigdy nie chodziła.

Palcem   wskazał   zaś   na   cel   ich   wędrówki:   kawałek   dalej   na   wzgórzu,   wokół 

niewielkiej kaplicy, stały niskie domki.

Sandra dopiero teraz uświadomiła sobie w pełni powagę swego położenia. Zaledwie 

kilkanaście godzin temu opuściła bezpieczny dom i wyruszyła w świat, przed którym zawsze 

przestrzegał ją ojciec. I od razu poniosła całkowitą klęskę. A sądziła, że sobie poradzi. W 

przypływie   samokrytycyzmu   przyznała   sama   przed   sobą,   że   zupełnie   brakuje   jej 

doświadczenia. Jakże naiwna była, sądząc, że w miasteczku zostanie przyjęta z otwartymi 

rękami! Dopiero teraz pojęła, jaki jest stosunek prostych ludzi do uprzywilejowanej klasy. 

Rozumiała ich złośliwą satysfakcję i radość z jej nieszczęścia. Ona - która zawsze wyobrażała 

sobie,   że   jest   obiektem   podziwu   i   zazdrości   pospólstwa   -   doznała   doprawdy   brutalnego 

przebudzenia.

Na domiar wszystkiego znalazła się w tym strasznym klasztorze!

background image

Kolejny raz zdumiała ją własna reakcja: właściwie nie odczuwała lęku. Ciepła dłoń, 

trzymająca   jej   własną,   działała   na   nią   uspokajająco.   Nie   bała   się   tego   dziwnego 

nieznajomego. Chyba przez ten jego uśmiech i jasne szczere spojrzenie...

Co   prawda   przemknęło   jej   przez   myśl,   że   może   chłopak   jest   upośledzony   albo 

opóźniony w rozwoju, ale intuicyjnie wyczuwała w nim prostotę i dobroć. Księżyc oświetlał 

jego twarz, a dziewczynie wydawało się, że w oczach młodzieńca czai się głęboka troska. Nie 

krył swego zachwytu dla niej. Wyraźnie też uważał się za jej obrońcę i opiekuna. Raz po raz z 

klasztoru, który teraz mieli za plecami, dolatywały ich przeraźliwe krzyki, a wówczas chłopak 

przyciskał ją mocniej. Uratował ją i czuł się za nią odpowiedzialny.

Minęli pole, na którym rosło zboże, potem ogródek z ziołami i sad. Mieszkańcy doliny 

byli samowystarczalni. Między chatami stojącymi wokół kapliczki znajdowała się też stodoła 

i stajnia. Stanęli przed drzwiami niskiego budynku mieszkalnego. Opiekun Sandry zapukał, a 

po chwili otworzył im niewysoki siwy mężczyzna w habicie.

- Ależ, mój drogi - szeptem odezwał się do towarzysza Sandry. - Co ty wyprawiasz? 

Przecież wiesz, że nie wolno tu nikogo przyprowadzać, a szczególnie...

-   Przepraszam   -   przerwała   dziewczyna   zakonnikowi,   widząc   nieszczęśliwą   minę 

swego wybawcy. - Proszę pozwolić mi wszystko wyjaśnić!

I w kilku słowach przedstawiła swoją historię.

-   Sandra   Winter!   -   zawołał   poruszony   mnich.   -   Z   tego   dużego   majątku?   Muszę 

przyznać, że nie słyszałem o tragedii dziedzica! Wejdź do środka, moje dziecko. Spróbuję cię 

jakoś przemycić do mojej celi. Tylko po cichu! Jestem ojciec Andrzej.

Kiedy w swym skromnym pomieszczeniu zakonnik przygotowywał posiłek, Sandra 

poczuła nagle dojmujący głód. Drżała na całym  ciele, nie mogąc się uspokoić. Zapewne 

dopiero   teraz   nastąpiła   reakcja   na   przykre   przeżycia   minionego   dnia.   Nie   wolno   mi   się 

załamać, pomyślała i wyciągnęła bezradnie rękę do swego wybawcy. Chłopak ścisnął jej dłoń, 

aż zabolało. Ból jednak pomógł jej wziąć się w garść. Wyprostowała się dumnie, tak jak 

zawsze uczył ją ojciec, i cofnęła rękę, zawstydzona, że szuka wsparcia u nędzarza.

- To nie było potrzebne, panno Sandro - powiedział łagodnie ojciec Andrzej, który 

obserwował tę scenkę. - Nasz młody przyjaciel nie wyznaje się na konwenansach i różnicach 

społecznych. Chyba nie chce go pani urazić?

Odwróciła się do chłopaka, który stał ze wzrokiem wbitym w podłogę.

- Wybacz mi - poprosiła Sandra, a kiedy podniósł głowę, popatrzyła mu prosto w oczy. 

- Bardzo mi przykro. Ale rozumiesz... Niełatwo z dnia na dzień się zmienić. Przez całe życie 

wychowywano   mnie   w   pogardzie   dla   ludzi   niższych   stanem.   Teraz   się   całkiem   w   tym 

background image

wszystkim pogubiłam.

Choć tak naprawdę kierowała swoje słowa do zakonnika, przez cały czas spoglądała 

na   młodzieńca.   Mimo   że  wszystko   w  niej   protestowało,  zmusiła   się,  by  podać  mu   rękę. 

Siedzieli obok siebie na ławie zbitej z nie heblowanych desek. Chłopak niepewnie położył 

swoją dłoń na jej dłoni, a wtedy Sandra po raz pierwszy od bardzo długiego czasu poczuła 

odprężenie i ulgę. Nareszcie zrozumiała, że znalazła się wśród ludzi, kierujących się innymi 

zasadami niż przedstawiciele wyższych sfer, w których towarzystwie dotąd się obracała.

Dostali po kubku herbaty ziołowej i po kromce razowego chleba. Młodzieniec nie 

spuszczał oka z dziewczyny, pilnując, by niczego jej nie brakło. Chciał jej nawet przytrzymać 

kubek.

Kiedy skończyli posiłek, zakonnik zwrócił się do chłopaka:

- Idź, doglądnij zwierząt! Tymczasem ja się zajmę panienką Sandrą!

Gdy tylko za dziwnym młodzieńcem zamknęły się drzwi, dziewczyna zapytała:

- Kim on jest?

- Hmm... Gdybym to ja wiedział! - westchnął zakonnik. - Przybył tu przed kilkoma 

miesiącami  w opłakanym  stanie.  Nawet  ja, który  widziałem w życiu  niejedno, doznałem 

wstrząsu.   Ale   to   dobry   chłopak,   bardzo   gorliwie   wykonuje   swoją   pracę.   Powiedz   mi, 

panienko... czy zachował się wobec ciebie nieprzystojnie tam w lesie?

-   Nieprzystojnie?   -   Sandra   nie   pojmowała,   o   co   chodzi   zakonnikowi.   -   Nie, 

przeciwnie.

Ale gdy nagle uświadomiła sobie, co ojciec Andrzej miał na myśli, targnęła nią złość i 

uczucie wstydu.

Jak można pytać o takie sprawy, żachnęła się w duchu, w dodatku duchowny?

Stary zakonnik zdawał się nie zauważać jej zakłopotania.

-   Chłopak   jest   bardzo   wrażliwy  na   los   bezdomnych   psów   i   w   ogóle   na   krzywdę 

zwierząt. Bez przerwy opiekuje się jakimś stworzeniem.

Sandra popatrzyła ze zdumieniem, a potem roześmiała się rozbawiona.

- Rzeczywiście, poklepywał mnie po głowie. Trochę mnie to zdziwiło. Wie ojciec, 

przypomniało mi się, że drapał mnie za uchem.

- Tak przypuszczałem - zakonnik także się uśmiechnął. - Zdaje się, że potraktował 

panienkę   jak   bezdomnego   psa   albo   kota.   Istotę,   którą   mógłby   obdarzyć   troskliwością   i 

miłością.

- To znaczy, że jest podobny do mnie - zamyśliła się Sandra. - Moi znajomi zawsze mi 

wyrzucali tę słabość charakteru, ale nic na to nie poradzę, że jestem wrażliwa na krzywdę 

background image

zwierząt.

- Nie nazwałbym tego słabością - mruknął ojciec Andrzej.

- Czy on sam przyszedł do klasztoru?

- Nie, przyprowadził go tu Colin Hall z majątku Elms of Goram.

Colin Hall! Znowu on!

- Jak to przyprowadził?

- Tego młodzieńca, pobitego, na wpół utopionego w studni, znaleziono na terenie 

posiadłości   Halla.   Niewątpliwie   szukał   we   dworze   schronienia   przed   uliczną   hołotą,   a 

uciekając, w popłochu wpadł do studni. Colin Hall z matką obmyli i opatrzyli mu rany, po 

czym   go   odprawili.   Tymczasem   jeszcze   tej   samej   nocy   chłopak   wrócił   i   śmiertelnie 

przestraszył starszą panią, która ujrzała go siedzącego na gzymsie niczym jakiegoś ducha.

- O mój Boże! - wymamrotała Sandra.

- Colin Hall uznał, że chłopak jest upośledzony, więc przyprowadził go tutaj. Być 

może uczynił to dlatego, że wybierał się za granicę i nie chciał więcej narażać swej matki na 

takie przykre przeżycia.

- Macochy - poprawiła zakonnika Sandra. - Co właściwie dolega temu chłopakowi? 

Rozumiem, że jest niemy, zachowuje się jak dziecko, ale...

- Nie jest niemy. Potrafi mówić, w każdym razie trochę, tylko że nie chce.

- Nie chce?

- A może nie ma odwagi? Często modlimy się w kaplicy. Kilka dni temu znalazłem go 

tam klęczącego i wypowiadającego pod nosem słowa modlitwy, którą słyszał od nas. Mówił z 

wysiłkiem, tak jakby nie przywykł do artykułowania słów. Przyprowadziłem go potem tu, do 

swej celi, i poprosiłem, by powiedział kilka prostych wyrazów. Wyglądało tak, jakby bardzo 

chciał spróbować, ale ukrył twarz w dłoniach, niby zawstydzone dziecko.

- Sądzi więc ojciec, że on nie przywykł do mówienia?

- Właśnie!

- Biedak! I jest całkiem nieszkodliwy?

- Zupełnie. Nigdy jeszcze nie spotkałem tak poczciwej duszy.

- Ale skąd on pochodzi?

- Nie mam pojęcia. Śmiertelnie bał się ludzi, tutaj odnalazł spokój.

- Nie ma żadnego imienia?

- Moi podopieczni nazywają go Świętym Krzysztofem, wierzą bowiem, że sam święty 

powrócił w jego osobie na ziemię. Są dość naiwni. Ja natomiast nazywam go Duncan.

- Dlaczego właśnie Duncan?

background image

- Chłopak miał przy sobie dwie rzeczy, które jak przypuszczam, mają związek z jego 

przeszłością Jedna to niewielka, dość oryginalna szkatułka, rzeźbiona w kości słoniowej, z grą 

literową.   Możliwe,   że   znalazł   ją   albo   ukradł.   Na   szkatułce   jest   wygrawerowane   imię 

„Duncan”.

- A ta druga pamiątka?

- To rysunek, pożyczyłem go nawet od niego, ponieważ bardzo mnie zaintrygował. 

Leży w szufladzie. Niech panienka popatrzy! Czyż nie jest fantastyczny?

Rysunek przedstawiał samotnego wilka wyjącego do okrągłej tarczy księżyca.

Sandrze dreszcze przeszły po plecach.

- Zupełnie jak żywy! - wyrwało się jej. - I jaki straszny!

- Narysował go właśnie Duncan.

- Skąd ojciec może to wiedzieć?

Uśmiechnął się.

-   To   nie   jedyne   jego   dzieło.   Gdyby   panienka   zobaczyła   przydzieloną   mu   celę! 

Niestety, nie mogę tam panienki zaprowadzić, bo tuż obok znajduje się sypialnia męska, o ile 

można   użyć   takiego   określenia   na   wielką   salę   przeznaczoną   do   nocnego   wypoczynku. 

Duncan wyrzeźbił wiele różnych pięknych przedmiotów, zarówno w drewnie, jak i z innego 

surowca. Nie ulega wątpliwości, że ten młodzieniec jest artystycznie uzdolniony.

- Powiedz, ojcze... - zaczęła niepewnie. - Czy on jest opóźniony w rozwoju?

- Trudno powiedzieć - odrzekł z ociąganiem zakonnik - Wydaje mi się, że nic mu nie 

dolega, tyle tylko że nie dane mu było dorastać w normalnych warunkach.

Pokiwała głową zamyślona i po chwili milczenia powiedziała:

- Tam w lesie stało się coś dziwnego.

- To znaczy?

- Wydaje mi się, że ten chłopak nigdy dotąd nie widział kobiety, choć brzmi to dość 

niedorzecznie.

- Dziwne, ale też o tym pomyślałem - odpowiedział zakonnik. - Tutaj w klasztorze 

przebywają   wyłącznie   mężczyźni.   Ale   moi   pomocnicy   rozmawiają   często   o   kobietach, 

fantazjują,   niektórzy,   niestety,   wyrażają   się   o   nich   w   dość   grubiański   sposób.   Duncan 

przysłuchuje się  im z  otwartymi  ustami  i wygląda  tak, jakby nie pojmował, o czym  oni 

mówią. Nie wiem, czy...

Zakonnik umilkł, bo drzwi do celi otworzyły się i pojawił się w nich młodzieniec. W 

pomieszczeniu tymczasem zrobiło się jaśniej. Przez jedyne okno wpadały pierwsze promienie 

budzącego się dnia. Sandra zobaczyła wyraźniej twarz swojego wybawcy. Znów uderzyło ją 

background image

szczere   spojrzenie   jego   niebieskich   oczu,   czyste   szlachetne   rysy   i   dziecięca   wprost 

niewinność. Odszukał dziewczynę wzrokiem. Stary zakonnik podszedł do niego i położywszy 

mu dłoń na ramieniu, zapytał łagodnie:

- Domyśliłeś się, że panienka Sandra jest kobietą?

Duncan pokiwał głową, rozchylając usta w uśmiechu, a jego wzrok prześliznął się z 

czułością po ciele Sandry. A kiedy ujrzał w jej dłoni rysunek, skwapliwie pokazał, by sobie go 

zatrzymała.

- Ależ nie mogę... - zaczęła, ale ojciec Andrzej jej przerwał.

- Proszę przyjąć. To najcenniejsza rzecz, jaką posiada ów młodzieniec, nie wolno więc 

panience odmówić, bo bardzo by go to zraniło.

- Dziękuję, Duncanie - uśmiechnęła się. - Powieszę ten rysunek na... na ścianie.

Zająknęła się, uświadomiwszy sobie, że przecież nie ma gdzie mieszkać.

- Wyprowadzę stąd panienkę Sandrę - zwrócił się do młodzieńca zakonnik. - O, nie, 

mój przyjacielu, ona nie może tutaj zostać. Musisz to zrozumieć. Przecież nie obronisz jej 

przed wszystkimi tutejszymi mężczyznami! Tak, wiem, że ci przykro z tego powodu, musicie 

się jednak teraz rozstać.

Dolna warga młodzieńca zaczęła niebezpiecznie drgać. Patrzył bezradnie i błagalnie 

na zakonnika, obejmując Sandrę ramieniem.

-   Nie,   teraz   ją   puść!   -   przemówił   ojciec  Andrzej   łagodnie.   -   Ja   ją   odprowadzę. 

Wprawdzie jesteś, mój chłopcze, niewinny jak baranek, ale droga do miasteczka jest długa i 

nigdy nie wiadomo... Mam nadzieję, że panienka mnie rozumie?

Skinęła   głową,   a   jej   policzki   spłonęły   ognistym   rumieńcem,   choć   nie   do   końca 

pojmowała, co miał na myśli stary, mądry zakonnik.

- W takim razie idziemy!

- W lesie w zaroślach ukryłam moją walizkę.

- Mam nadzieję, że uda nam się ją odnaleźć.

Sandra odwróciła się, by pożegnać Duncana, który z oczami pełnymi łez w błagalnym 

geście   wyciągnął   ku   niej   ręce,   a   potem   szybkim   krokiem   ruszyła   za   ojcem  Andrzejem. 

Zdążyli odejść kawałek ścieżką prowadzącą w dół w stronę lasu, gdy zakonnik zatrzymał się 

nagle i zapytał:

- A tak właściwie... Czy panienka w ogóle wie, dokąd się wybiera?

Sandra obejrzała się za siebie w stronę budzącego grozę klasztoru. Przypomniała sobie 

radujących   się   z   jej   nieszczęścia   ludzi,   którzy   wygnali   ją   z   miasteczka.   Na   górze   obok 

kapliczki mignęła jej sylwetka Duncana. Wytrzymała pytające spojrzenie duchownego.

background image

- Tak, wiem - odpowiedziała zdecydowanie. - Do dworu Elms of Goram.

background image

ROZDZIAŁ III

Niedaleko miasteczka ojciec Andrzej pożegnał się z Sandrą. Widać już było wieżyczki 

Elms   of   Goram,   więc   wiedziała,   że   sobie   poradzi.   Gorąco   podziękowała   za   pomoc   i   z 

wahaniem dodała:

- Bardzo bym chciała coś podarować Duncanowi. Niestety, niewiele mi pozostało. Jak 

ojciec sądzi, czy to go ucieszy?

Poszperała w torbie i wyjęła komplet akwareli, pędzle i papier.

- Kiedyś zdawało mi się, że mam talent - uśmiechnęła się. - Niestety, szybko mi się 

znudziło malowanie. Mam nadzieję, że Duncanowi farby sprawią więcej radości.

- Nic by go bardziej nie mogło uradować - zapewnił zakonnik. - Z przyjemnością mu 

to przekażę.

- Chciałabym napisać parę słów, czy mogę? To znaczy, czy mi wypada?

- Może panienka. Duncan jest cudownie nieskomplikowaną istotą, z pewnością doceni 

ten szczery gest.

Sandra wyjęła kartkę papieru i napisała: „Dla Duncana najgorętsze podziękowania 

wraz z życzeniami pogodnej przyszłości. Przyjaciółka Sandra”.

Włożyła kartkę do pudełka i podała zakonnikowi. Pokiwała na pożegnanie i samotnie 

ruszyła do miasta.

Minęła ciasne, brudne uliczki, noszące ciągle jeszcze ślady pożaru sprzed dwudziestu 

lat. Sandra była zbyt młoda, by pamiętać to straszne wydarzenie, ale wiele o nim słyszała. 

Podobno największa tragedia dosięgnęła mieszkańców domów stojących blisko rynku. Zostali 

uwięzieni w płomieniach i nie było dla nich ratunku.

Elms of Goram leżało w najbardziej ekskluzywnej części miasta nad samym morzem. 

Z daleka widać było cztery okrągłe wieżyczki górujące nad zabudowaniami.

Obdarte dzieciaki rozdziawiały usta na widok nieznajomej, kobiety lekkich obyczajów 

stały w bramach, żebracy, cuchnący potem i chorobą, leżeli na ulicach.

Sandra  ze   zgrozą,  uświadomiła  sobie,   że  nędza   i  głód   mogłyby dotknąć  także  ją, 

gdyby Colin Hall wspaniałomyślnie nie zaoferował jej pracy.

Przestronny pałac stał przy wytwornej ulicy. Wraz z upływem lat miasteczko rozrosło 

się   i   podpełzło   bliżej   dworu.   W  sąsiedztwie   straszyły   zwęglone   resztki   budowli.   Sandra 

przypominała   sobie,   że   mieszkał   tam   kiedyś   brat   starego   lorda   Halla.   Jego   dom   spłonął 

podczas   wielkiego   pożaru.   Sandra   zauważyła,   że   i   pałac   trochę   ucierpiał   od   płomieni. 

Narożnik sąsiadujący z ruinami pozostał osmalony.

background image

Tuż przy bramie od strony morza rosły stare wiązy, od których wziął swą nazwę 

dwór

1

. Nie były jednak na tyle stare, by - jak sugerował drugi człon nazwy - mogły zostać 

posadzone w piątym wieku, w czasach panowania legendarnego władcy szkockiego Gorama.

Sandra   niepewnie   minęła   otwartą   bramę   wejściową   i   weszła   na   przepiękny 

dziedziniec,   ozdobiony   rzeźbami.   Na   środku   znajdowała   się   studnia.   To   pewnie   w   niej 

Duncan omal nie utonął, pomyślała dziewczyna, omiatając spojrzeniem plac.

Przy głównym wejściu zobaczyła czarny powóz zaprzężony w karego konia. Chudy 

woźnica, ubrany od stóp do głów na czarno, odwrócił głowę w jej stronę.

Blada, nieruchoma twarz z długimi bokobrodami sprawiała wrażenie martwej maski, 

ale Sandrze wydawało się, że na jej widok w ciemnych oczach błysnął chłodny triumf. W tej 

samej chwili z budynku wyszedł Colin Hall i skierował się wprost do powozu. Wsiadając, 

dostrzegł Sandrę.

Na jego widok dziewczyna poczuła, że serce zabiło jej radośniej. Ile on właściwie ma 

lat? zastanowiła się. Na oko koło czterdziestki. Patrzyła na ciepły uśmiech na jego twarzy i 

myślała, że mało która kobieta zdoła się oprzeć urokowi osobistemu właściciela Elms of 

Goram. Na niej w każdym razie zrobił duże wrażenie.

- Witam, panno Winter. Odważyła się pani tu przyjść, mimo wszystko?

Sandra uśmiechnęła się z przymusem.

- Tak, przekonałam się, że świat za bramą jest bardziej okrutny, niż się spodziewałam. 

Jeśli więc pańska propozycja nadal jest aktualna...

-   Oczywiście   -   przerwał   jej.   -   Niestety,   tak   się   składa,   że   właśnie   wyjeżdżam. 

Wybieram się wraz z lady Cynthią z ważną wizytą. Wrócimy późno. Ale rozmawiałem o pani 

zarówno z macochą, jak i z siostrą. Obie wierzyły gorąco, że pani się u nas pojawi. Moira 

zajmie  się panią  do czasu,  póki  nie  wrócę.  Mam nadzieję,  że  mi   pani  wybaczy.  Tak mi 

przykro, że nie mogę przyjąć pani osobiście, ale moja macocha potrzebuje opieki.

Sandra skinęła głową ze zrozumieniem. Colin Hall wsiadł tymczasem do powozu, 

który natychmiast ruszył. Kiedy zakręcał przy bramie, Sandra dostrzegła w okienku ubraną na 

czarno damę.

Znów   została   sama   na   dziedzińcu.   Jej   wzrok   przyciągnęły   stare   kamienne   ściany 

porośnięte   dzikim   winem,   którego   liście   przybrały   barwę   purpury.   To   był   naprawdę 

przepiękny zakątek, unosił się nad nim duch przeszłości. Sandra miała wrażenie, że znalazła 

się w innym świecie. Rozejrzała się wokół, ale nie dostrzegła najmniejszego znaku życia. 

Tylko   suche   liście   tańczyły   wokół   studni   poderwane   podmuchem   chłodnego   jesiennego 

1 Elm (ang.) - wiąz.

background image

wiatru. Z lekkim wahaniem dziewczyna podeszła do ciężkich odrzwi i zastukała kołatką.

Upłynęła zaledwie chwila, gdy usłyszała odgłos kroków, po czym drzwi otworzyła 

drobna spłoszona służąca. Sandra przedstawiła się i została wprowadzona do przestronnego 

holu,   który   wydał   jej   się   dość   ponury.   Służąca   zniknęła,   pozostawiając   na   moment 

dziewczynę samą, zaraz jednak szerokimi schodami zeszła na dół szczupła, wręcz koścista 

kobieta.   Gdyby   nie   malujące   się   na   jej   twarzy   rozgoryczenie,   byłaby   piękna.   Elegancko 

ubrana, z misternie ułożoną fryzurą, prezentowała się efektownie, jednak jej oczy o ciepłej 

brązowej barwie patrzyły zaskakująco chłodno.

- Pani sobie życzy?

Sandra przedstawiła się po raz kolejny, choć intuicyjnie wyczuwała, że dla tej kobiety 

nie było tajemnicą, kim jest i w jakiej przybywa sprawie.

- Ach, Sandra Winter!  Tak, słyszałam... Jakie to uczucie spaść z piedestału na samo 

dno?

- Nie miałam jeszcze czasu, by oswoić się z tą nową dla mnie sytuacją - odpowiedziała 

Sandra z wymuszonym uśmiechem.

- O, im prędzej do tego przywykniesz, tym lepiej, zapewniam cię - stwierdziła dama. - 

Po pierwsze, tutaj są schody kuchenne, z których będziesz korzystać. Nie sądź, że w związku 

z twoim pochodzeniem przysługiwać ci będą jakieś specjalne prawa.

- Wcale tego nie oczekuję - odrzekła Sandra, starając się zapanować nad wzbierającym 

w niej gniewem.

- Jest jeszcze parę spraw, które możemy ustalić od razu - ciągnęła niesympatyczna 

kobieta. - Przede wszystkim chcę cię uprzedzić, że jeśli żywisz jakieś nadzieje względem 

mojego   brata,   to   najlepiej   od   razu   je   porzuć.   Colin   nie   zamierza   się   żenić,   nie   po   tym 

wszystkim, co zgotowała mu ta dziwka Elaine. Poza tym chyba rozumiesz, że postawiłaś 

Colina w bardzo niezręcznej sytuacji. Żeby odpracować cały dług, musiałabyś pozostać na 

służbie kilkaset lat. Colin ulitował się nad tobą, tylko jemu zawdzięczasz swoją obecność w 

tym domu.

Sandra milczała. Bała się otworzyć usta, by nie wypłynęły z nich ostre słowa. Nie 

miała   dokąd   pójść.   Posada   w   Elms   of   Goram   stanowiła   dla   niej   ostatnią   deskę   ratunku. 

Dziewczyna wiedziała dobrze, że jeśli chce tu pozostać, musi znieść wszelkie zniewagi.

- Chyba domyśliłaś się, że jestem Moira Hall? - nie przestawała mówić władczym 

tonem siostra Colina, a wskazując palcem na walizkę Sandry, pogardliwie zapytała: - To cały 

twój bagaż?

- Tak, to cały mój majątek.

background image

-   Ach,   tak.   Chodź   za   mną,   zobaczysz   przydzielone   ci   pomieszczenia.   Colin 

zadecydował, że jeśli przyjmiesz jego propozycję, zamieszkasz w pokojach nad głównym 

wejściem. Lady Cynthia, nasza macocha, była temu przeciwna, ja także uważam, że powinnaś 

mieszkać razem ze służbą, jednak Colin bardzo się upierał. Tędy.

Sandra podążała krętymi korytarzami za szczupłą, wyprostowaną kobietą. Zatrzymały 

się przed ciężkimi bukowymi drzwiami.

- Tu znajdowała się kiedyś pracownia mojego dziadka - oznajmiła Moira. - Dziadek, 

ku utrapieniu najbliższych, trwonił swój czas na artystyczne fanaberie. Po jego śmierci nikt 

nie korzystał z tych pomieszczeń.

W pokoju panował zaduch i unosił się zapach stęchlizny. Kiedy Moira odsłoniła okna, 

z ciemnych aksamitnych zasłon wzbił się obłok kurzu.

- Sama tu sobie uprzątniesz - oznajmiła kategorycznie. - Służba nie będzie tracić na to 

czasu. Drewno do  kominka  znajdziesz  w piwnicy,   a po  pościel  zgłoś  się  do pokojówek. 

Doprawdy nie pojmuję, dlaczego Colin postanowił oddać ci te pomieszczenia, ale pewnie 

miał swe powody.

- Są... są bardzo ładne - zająknęła się Sandra i z niechęcią rozejrzała się wokół. Ściany, 

pokryte złoconą tapetą, zapewne niegdyś bardzo wytworną, podniszczyły się wraz z upływem 

czasu, za to nieliczne stojące w pokoju meble wydały się Sandrze niezwykle piękne, choć 

leżała na nich gruba warstwa kurzu. W rogu pokoju stały sztalugi i stolik z zaschniętymi 

farbami w tubach.

- Czy pani dziadek był dobrym malarzem?

- Beznadziejnym! Dla świętego spokoju jednak rodzina tolerowała jego bohomazy 

porozwieszane w salonach. Kiedy umarł, mniej więcej przed trzydziestoma laty, pozbyliśmy 

się tego całego bałaganu.

Sandra zastanawiała się, w jakim wieku może być Moira. Z pewnością była starsza od 

Colina, prawdopodobnie liczyła sobie około czterdziestu pięciu lat.

Mniejsze pomieszczenie, w którym urządzono sypialnię, znajdowało się dokładnie nad 

głównym wejściem do pałacu. Odsunąwszy zasłony, Sandra zobaczyła dziedziniec, a także 

wschodnie skrzydło budowli, które załamywało się ostro tuż przed oknem. W eleganckim 

salonie widać było meble przykryte białymi pokrowcami.

-   Wschodnie   skrzydło   stoi   nie   używane   -   poinformowała   Moira.   -   Wymaga 

gruntownego   remontu,   pożar   poczynił   w   nim   znaczne   spustoszenia.   Zamierzamy   w 

przyszłości odrestaurować tę część pałacu, ale to kosztowne przedsięwzięcie. Jak tylko się 

rozpakujesz, zejdź do kuchni. Trzeba wyczyścić srebra! Pokojówka sama nie poradzi sobie ze 

background image

wszystkim. Jest młoda i strasznie głupia! Cóż, w dzisiejszych czasach tak trudno o służbę. 

Trzeba się zadowolić tym, co się ma.

Ostatnie zdanie było najwyraźniej kamyczkiem do ogródka Sandry.

Mam czyścić srebra? Duma Sandry znów dała o sobie znać. Ale cóż, musi się nauczyć, 

jak tłumić w sobie takie uczucie.

Pokojówka,   młodziutka   dziewczyna,   która   rumieniła   się,   gdy   tylko   ktoś   na   nią 

spojrzał, wobec Sandry zachowywała się z wyższością i próbowała ją nawet pouczać.

Zubożała  arystokratka  tymczasem usiadła  przy  stole  w  przygotowalni,  niechętnym 

wzrokiem obrzuciła stertę srebra i zabrała się do pracy.

W   godzinę   później   z   całych   sił   nienawidziła   unoszącego   się   zapachu   pasty   do 

czyszczenia,   od   której   czerniały   dłonie.   Sterta   okropnego   srebra   zdawała   się   nie   maleć. 

Kilkakrotnie zaglądała do nich kucharka, co prawda nie odezwała się słowem, ale zerkała na 

Sandrę   z   wyraźną   niechęcią.   Sandra   od   razu   wiedziała,   że   nigdy   nie   zdoła   się   z   nią 

porozumieć, zresztą w gruncie rzeczy wcale nie miała na to ochoty.

Moira zjawiła się po kilku godzinach.

- Jeszcze tu siedzisz? - wybuchnęła. - Ależ jesteś powolna! - A potem zwróciła się do 

pokojówki: - Dokończ to sama, Mary, bo inaczej nie uporamy się z tym dzisiaj. A ty, Winter, 

idź na górę i napal w kominku w salonie zielonym. Chcemy wypić tam herbatę.

Sandra, choć z trudem stłumiła złość, posłusznie wzięła do ręki kosz, który jej podano.

Drewno było wilgotne i nie chciało się palić. Sandra przyklękła przed kominkiem w 

salonie, w którym zielone jedwabne tapety kontrastowały z białymi meblami, i dmuchała w 

liche płomyki. Płatki sadzy padały jej na suknię. Poczerniałą dłonią dziewczyna otarła pot z 

czoła, brudząc sobie przy tym twarz.

- A cóż to, na miłość boską? - rozległ się nagle głos od strony drzwi. - Moira! Coś ty 

wymyśliła?

Sandra podniosła wzrok w momencie, gdy Colin i jego macocha przekraczali próg 

salonu. Niemal jednocześnie nadeszła Moira. Colin powiedział ostro:

- Panna Winter nie jest naszą służącą. Zostało postanowione, że będzie dotrzymywać 

towarzystwa lady Cynthii.

- Dama do towarzystwa! - prychnęła Moira. - Ty i te twoje pomysły! Albo będzie 

pracowała jak inni w tym domu, albo... wcale. Takie nie wiadomo co, stanie się nieznośne dla 

wszystkich.   Jak   ty  to   sobie   wyobrażasz?   Może   mam   mówić:   „Panno  Winter,   wprawdzie 

wiem, że dorównuje mi pani urodzeniem, proszę jednak uniżenie, by odprowadziła pani moją 

macochę do jej pokoju?”

background image

- Przesadzasz, droga Moiro! - wtrąciła cichym głosem lady Cynthia. - Podobnie jak ty 

żywię pewne obawy co do tego, jak ułożą się stosunki między nami, ale to nie powód, by 

upokarzać pannę Winter, która i bez tego ma dość kłopotów.

Sandra posłała pełen wdzięczności uśmiech starszej pani, która od razu podbiła jej 

serce, i powoli wstała.

Właściwie   trudno   było   określić,   w   jakim   wieku   jest   macocha   Colina   i   Moiry.   Z 

pewnością jednak była młodsza, niż dziewczynie się zdawało na pierwszy rzut oka. Zapewne 

miała koło sześćdziesiątki. Sądząc po bladej cerze, nieczęsto wychodziła na świeże powietrze.

- Lady Hall, proszę wybaczyć mi mój wygląd. Zaraz pójdę do siebie i doprowadzę się 

do porządku...

- Niestety, los sprawił, że nie dane mi było zostać lady Hall - przerwała jej starsza pani 

i uśmiechnęła się ze smutkiem. - Nazywaj mnie, moje dziecko, lady Cynthia.

Sandra oblała się rumieńcem, zrozumiawszy, że popełniła duże faux pas. W myślach 

usiłowała poskładać pojedyncze plotki o posiadłości Elms of Goram, które w ciągu wielu lat 

dochodziły do jej uszu.

Kiedy lady Hall umarła w połogu, wydając na świat młodszego brata Colina i Moiry, 

pogrążonemu w żałobie wdowcowi pospieszyła z pomocą siostra zmarłej, lady Cynthia, i 

zajęła się nim oraz trójką dzieci. Kilka lat później wdowiec zamierzał ożenić się ze swą 

szwagierką,   ale   nie  zdążył.  Zginął   wraz   z  najmłodszym   synkiem  w  wielkim  pożarze.  Ta 

tragedia tak bardzo dotknęła Cynthię, że właściwie nigdy nie zdjęła żałoby.

- Czy pani coś jadła? - spytał Colin, przerywając Sandrze rozmyślania.

- Dopilnuję, by wystawiono coś w kuchni - powiedziała Moira.

- W kuchni? - uniósł się ponownie Colin. - Nie, tego już za wiele! Panna Winter 

oczywiście wypije herbatę razem z nami. To jej pierwszy dzień w tym domu i doprawdy, 

Moiro, mogłabyś się zdobyć na bardziej przyjazne powitanie.

Kiedy nieco później tego samego dnia Sandra robiła porządki w przydzielonych jej 

pomieszczeniach, usłyszała pukanie do drzwi. Weszła Moira z czystymi ręcznikami i mydłem.

- Colin prosił mnie, bym to przyniosła - rzekła z wyraźną niechęcią w głosie.

- Serdecznie dziękuję, to bardzo miło z twojej strony, nie musiałaś jednak...

- Wypraszam sobie taką poufałość, proszę nie zwracać się do mnie po imieniu.

- Przepraszam.

Moira zatrzymała się przy wyjściu i nerwowo gniotąc fałdę swej sukni, najwyraźniej 

szukała właściwych słów. Minęła krótka chwila, nim zaczęła mówić:

- Colin ma tylko mnie. To ja się nim zajmowałam od śmierci matki.

background image

Sandra patrzyła na nią zdumiona. Skąd to nagłe wyznanie? O co w tym wszystkim 

chodzi?

- Sądziłam, że lady Cynthia...

- Macocha zajmowała się głównie naszym najmłodszym bratem, w pewnym sensie był 

jej dzieckiem. Przecież opiekowała się nim od urodzenia. Śmierć chłopca oraz naszego ojca 

zupełnie ją załamała. Nie, Colin i ja zawsze byliśmy pozostawieni samym sobie. Bardzo 

byliśmy do siebie przywiązani, zawsze mógł na mnie liczyć.

- Rozumiem.

- Uprzedzałam go, że popełnia straszny błąd, dając się omotać tej Elaine, a potem 

żeniąc się z nią. Miałam rację. Kiedy go rzuciła, tylko we mnie miał wsparcie.

Sandra poczuła dreszcz przebiegający jej po plecach. Jeśli Elaine zgotowano takie 

samo przyjęcie jak mnie, pomyślała, to nic dziwnego, że stąd uciekła.

- Zresztą Colin nie interesuje się kobietami - ciągnęła Moira niemal triumfalnie. - 

Bawi się nimi przez jakiś czas, ale one nic dla niego nie znaczą. Każda pragnie tylko jednego: 

zostać panią na Elms of Goram. Mogłyby sobie oszczędzić tych wysiłków, bo Colin nigdy się 

nie ożeni.

Sandra miała dość. Odwróciwszy się z wściekłością w stronę Moiry, krzyknęła:

- Ja również nie zamierzam wychodzić za mąż! I proszę, by to dotarło do wszystkich! 

Wcale nie chcę zawrócić Colinowi Hallowi w głowie. Dopiero co przeżyłam upokarzającą 

historię   miłosną.   Poza   tym   straciłam   ojca,   straciłam   dom   i   wszystko,   co   kochałam. 

Rozpaczliwie usiłuję utrzymać się na powierzchni. Musi pani posypywać solą moje świeże 

rany?

Moira popatrzyła na nią zdumiona, po czym odwróciła się na pięcie i wyszła.

Sandra   osunęła   się   na   łóżko   i   drżącymi   palcami   zaczęła   rozpinać   suknię,   by   się 

przebrać.

W miarę upływu kolejnych dni Sandra przekonywała się ze zdziwieniem, że to krótkie 

spięcie zmieniło nieco zachowanie siostry Colina. Moira unikała jej, na ile to było możliwe, 

ale kiedy już musiała się odezwać, mówiła wprawdzie krótko, lecz uprzejmie.

Sandra zaczynała powoli odzyskiwać spokój i przyzwyczajała się do rytmu życia w 

Elms of Goram. Dotrzymywanie towarzystwa lady Cynthii nie było szczególnie męczące, 

choć   nie   ulegało   wątpliwości,   że   niedoszła   macocha   rodzeństwa   Hall   potrzebowała   jej 

pomocy. Była słaba, poruszała się o lasce, ale od Sandry wymagała jedynie, by zjawiała się o 

poranku i pomagała jej ubrać się i uczesać. Poza tym dziewczyna czytała trochę starszej pani, 

wychodziła z nią na krótkie spacery, grała w karty i różne gry towarzyskie.

background image

W głębi ducha Sandra musiała przyznać, że tak do końca nie była szczera wobec 

Moiry,   Colin  bowiem zrobił  na niej   wielkie  wrażenie.  Był   wobec  niej   bardzo  przyjazny, 

najczęściej   jednak   chodził   pogrążony   w   posępnych   rozmyślaniach,   zamknięty   w   sobie, 

nieszczęśliwy. Sandra chętnie by z nim porozmawiała, pragnęła go trochę rozweselić, ale nie 

chciała się narzucać. Ograniczała się zatem do wykonywania swoich obowiązków i starała się 

być dla wszystkich miła.

Dość   szybko   poznała   otoczenie.   Pałac   zwiedziła   niemal   w   całości,   z   wyjątkiem 

wschodniego skrzydła, do którego drzwi były zamknięte na klucz. Pokojówka powiedziała, że 

tego klucza nie ma w całym domu. Po wielkim pożarze przejście do wschodniego skrzydła 

zostało zamknięte i od tamtej pory nikt nie postawił tam stopy.

Największy kłopot sprawiało Sandrze ułożenie stosunków ze służbą zatrudnioną w 

pałacu. Nie czuła się pokojówką, ale nie należała również do państwa. Traktowała wszystkich 

grzecznie, zachowując jednakże pewien dystans. Kucharce bardzo się to nie podobało, ale 

pokojówka   Mary   traktowała   Sandrę   jak   koleżankę   i   chętnie   zwierzała   się   jej   ze   swoich 

sercowych kłopotów.

Natomiast   stosunki   Sandry   z   Emersonem,   woźnicą,   były   znacznie   łatwiejsze   do 

określenia.  Wysoki   milczek,   ubrany  zawsze   na   czarno,   napawał   ją  lękiem.   Bała   się   jego 

szyderczego uśmiechu i choć Emerson z całej służby najdłużej pracował w pałacu, Sandra nie 

odważyłaby   się   nigdy   zapytać   go   ani   o   historię   rodu   Hallów,   ani   o   dzieje   ich   siedziby. 

Właściwie była wdzięczna, że panuje między nimi lodowate milczenie.

Czwartej nocy w Elms of Goram Sandra nabrała podejrzeń, że wielki pałac kryje jakąś 

straszną tajemnicę.

Miała kłopoty z zaśnięciem, wciąż wracały wspomnienia szczęśliwego życia w domu 

ojca. Wstała i bezradnie zaczęła krążyć po niewielkim pomieszczeniu, wreszcie zatrzymała 

się przy oknie.

Była północ, cały dom spał pogrążony w ciemnościach.

Sandra  popatrzyła  na   dziedziniec,   na  oświetloną  księżycowym   blaskiem  studnię,   i 

myśli jej powędrowały ku Duncanowi. Szybko jednak porzuciła marzenia, bo oto nagle w 

opuszczonej części pałacu mignęło coś nieokreślonego.

Serce jej zamarło. Przecież tam od dwudziestu lat nikt nie chodził!

Przetarła oczy i jeszcze raz popatrzyła. Nie, to nie było światło, to jakaś postać. Twarz 

okolona jasnymi włosami. Wprost bała się oddychać, ale przysunęła się bliżej do szyby, żeby 

dokładniej widzieć.

Tajemnicza postać podeszła do okna tak samo jak ona i popatrzyła... prosto na nią.

background image

Dziewczyna   instynktownie   cofnęła   się   o   kilka   kroków.   Nie   wiedziała,   kto   to   był. 

Najpewniej szyba zniekształcała obraz, ale Sandrze zdawało się, że w twarzy, którą ujrzała, 

lśniły zalęknione, bezradne oczy;

W   tej   samej   chwili   księżyc   skrył   się   za   chmurami   i   dziewczyna   skłonna   była 

przypuszczać, że dała się zwieść złudzeniu, gdyż okno naprzeciwko było ciemne i puste.

Wróciła do łóżka i usiadła na jego krawędzi, zastanawiając się, co powinna zrobić.

Dziwne, ale nie czuła specjalnego lęku. Nigdy nie wierzyła w duchy.

Zresztą... oczy, błagające o pomoc, zwrócone były jakby ku niej.

Szybko zarzuciła coś na siebie, żeby nie kręcić się po korytarzu w nocnej koszuli, 

wzięła do ręki świecznik i wyślizgnęła się ze swego pokoju.

Najciszej jak potrafiła, przemknęła obok pomieszczeń dla służby i doszła do centralnej 

części   pałacu.   Przez   cały   czas   znajdowała   się   na   piętrze.   Zerkała   z   obawą   na   drzwi 

prowadzące do sypialni Moiry i Colina, ale na szczęście nikt jej nie usłyszał. Lady Cynthia 

zajmowała pokoje na parterze, więc dziewczyna nie musiała się lękać, że ją obudzi. Wreszcie 

minęła drzwi prowadzące do bocznego holu i znalazła się przed wejściem do wschodniego 

skrzydła pałacu.

Serce waliło jej jak młotem i trochę pożałowała, że coś ją podkusiło, by tu przyjść. 

Położyła jednak ostrożnie dłoń na mosiężnej klamce.

Nieprzyjemny   zgrzyt   uświadomił   dziewczynie,   że   od   ostatniego   razu,   gdy   ktoś 

naciskał klamkę, upłynęło wiele czasu.

Drzwi były zamknięte.

background image

ROZDZIAŁ IV

Sandra obudziła się z uczuciem, że jest już poranek, mimo że w sypialni panował 

gęsty mrok. Przypomniała sobie jednak, że przecież w nocy pozaciągała aksamitne kotary.

Wstała, odsłoniła okna i zmrużyła oczy porażona światłem, które wpadło przez szyby. 

Czuła się zmęczona. Po emocjach, jakie przeżyła koło północy, jeszcze przez kilka godzin nie 

mogła zasnąć. Dopiero nad ranem zdołała się nieco uspokoić, tłumacząc sobie, że uległa 

złudzeniu. Prawdopodobnie przyklejona do szyby twarz, na której malowała się rozpacz i 

błaganie, była tworem jej wyobraźni, a tak naprawdę to tylko światło księżyca  odbite w 

szybie podpowiedziało jej taki obraz.

Sandra odwróciła się od okna i zaskoczona zauważyła na podłodze białą kartkę, którą 

ktoś musiał wsunąć przez szparę pod drzwiami.

Podniosła   papier   i   na   widok   pejzażu   wykonanego   akwarelą   ściągnęła   brwi   ze 

zdumienia.   Poznała   ten   motyw:   szare   klasztorne   mury   wznoszące   się   wśród   łagodnych 

zielonych wzgórz, poznała też papier i farby, które podarowała Duncanowi.

Sandra poczuła wzruszenie, od razu też pomyślała o troskliwości, wręcz czułości, jaką 

okazał jej ten dziwny chłopak.

Obrazek był znakomity, wspaniale ukazywał niepowtarzalne piękno krajobrazu.

Tylko jak się znalazł w jej pokoju? Przecież pałac na pewno zamykano na noc.

Jasne  włosy,  bezradne  spłoszone  oczy... To nagłe  przypomnienie  przyprawiło  ją o 

dreszcz. Czy to możliwe, że w nocy we wschodnim skrzydle widziała Duncana? Czyżby 

pojawił się w pałacu po raz trzeci?

Nie zdziwiłoby Sandry może tak bardzo, gdyby wszedł do pomieszczeń, które jej 

przydzielono. Jak jednak dostał się do zamkniętego na cztery spusty wschodniego skrzydła, 

on, zupełnie nie obeznany z topografią pałacu? Zresztą... nie, to niedorzeczne. Przecież nie 

mógł także wiedzieć, gdzie ją ulokowano.

Zagadka wydała się Sandrze nie do rozwiązania, uznała więc, że nie ma co łamać 

sobie nią głowy, i zabrała się do swoich codziennych obowiązków.

W porze południowej lady Cynthia zwykle udawała się na odpoczynek i wówczas 

Sandra miała wolne.

Przeglądała   właśnie   książki   na   półkach   w   bibliotece   w   nadziei,   że   znajdzie   jakąś 

ciekawą lekturę, kiedy wszedł Colin Hall.

- Znalazła pani coś dla siebie, panno Winter? - zapytał.

Sandra oblała się rumieńcem, obecność Colina bowiem jak zwykle wprawiła ją w 

background image

zakłopotanie.   Rozzłościła   się   w   duchu   na   samą   siebie   i   mruknęła   w   odpowiedzi   coś 

niezrozumiałego.

- Jest pani bardzo blada - ciągnął Colin przyjaźnie, nie zrażony jej zachowaniem. - Za 

wiele   czasu   spędza   pani   w   murach.   Właśnie   wybieram   się   na   przejażdżkę   konną,   nie 

zechciałaby pani mi towarzyszyć?

- Och, dziękuję, z przyjemnością, lordzie Hall - odparła uradowana.

- Może porzucimy te tytuły? - zaproponował z uśmiechem.

- Ale co na to powie panna Moira? - spytała Sandra spontanicznie.

- Moira? - powtórzył, unosząc ze zdumieniem brwi. - A jakież to ma znaczenie?

- Może rzeczywiście niewielkie - odpowiedziała z wahaniem.

W kwadrans później cwałowali w stronę lasu. Był ciepły jesienny dzień. Sandra czuła 

się wspaniale, tak dobrze było znów dosiąść wierzchowca!

Zatrzymali się na wzgórzu i popatrzyli na pałac Elms of Goram, górujący nad innymi 

budynkami w okolicy.

Sandra, siedząc w siodle, przestała, o dziwo, odczuwać zakłopotanie.

Przywykła  do  towarzystwa  ludzi  z   wyższych   sfer,   umiała  prowadzić  konwersację, 

znała konwenanse. Nie obchodziło jej, że lord jest najlepszą partią w promieniu wielu mil. 

Wyczuwała w nim pokrewną duszę, w porównaniu z nim Stephen wydawał jej  się teraz 

żałosnym sztubakiem.

-   Imponująca   posiadłość   -   odezwała   się,   pragnąc   za   wszelką   cenę   przegonić 

zdradzieckie myśli.

- Gmach pałacu w obecnej postaci liczy sobie około kilkuset lat. Jednak samo miejsce 

jest bardzo stare. Pod pałacem znajdują się fragmenty murów sprzed wielu wieków.

- W takim razie zadomowiły się tu też pewnie duchy - rzuciła Sandra pozornie lekkim 

tonem.

- Tak - zaśmiał się. - Jeden czy dwa może krążą po nocy, choć żaden z obecnych 

mieszkańców pałacu do tej pory nie zauważył niczego podejrzanego.

- A to nie zamieszkane skrzydło wschodnie... - zaczęła Sandra, czując, że głos jej drży. 

- Takie miejsce jest chyba dla nich wymarzone.

- Nic o tym nie słyszałem.

Rozmowa urwała się. Konie stały obok siebie i Sandrze nie udało się cofnąć kolana, 

którym   dotykała   nogi   Colina,   a   kiedy   ten   na   dodatek   położył   rękę   na   jej   dłoni,   wprost 

zesztywniała.   Stało   się   to   tak   nieoczekiwanie,   że   zupełnie   zapomniała,   jak   powinna 

zareagować dama w takiej sytuacji.

background image

- Czy mógłbym odwiedzić cię dziś wieczór, Sandro?

- Od... odwiedzić mnie? - wyjąkała.

- Nie kryguj się - przerwał jej zniecierpliwiony. - Chyba nie jesteś na tyle głupia, by 

nie pojąć moich intencji. Zapewniłem ci pokoje na uboczu, zaoferowałem dom i pracę, którą 

w gruncie rzeczy trudno nazwać pracą. Coś ty sobie właściwie wyobrażała?

-   Spodziewałam   się,   że   pracą   spłacę   długi   mego   ojca   -   odrzekła,   uwalniając 

gwałtownym szarpnięciem dłoń.

- Taką pracą nigdy nie zdołasz spłacić długów. Zdawało mi się, że zrozumiałaś, iż 

możesz uczynić to w inny sposób. Czy ty kompletnie nie masz pojęcia o życiu?

Bez słowa próbowała zawrócić swego konia, ale Colin trzymał go mocno za uzdę.

- Minęło wiele lat, odkąd opuściła mnie żona - ciągnął z goryczą. - Nie ożeniłem się 

ponownie, bo nie mam zamiaru powtórzyć tego samego błędu. Ale przecież nie muszę wieść 

życia pustelnika przez resztę moich dni. Nie udawaj! Wyraźnie zauważyłem, że wzbudziłem 

twoje zainteresowanie. Co za nierealne marzenia snujesz o życiu? Czas zstąpić na ziemię! 

Przecież nic nie posiadasz, jesteś nikim, a uważasz się za zbyt dumną, by poślubić mężczyznę 

z niższych sfer. Dobrze więc przemyśl moją propozycję!

- Już zdecydowałam - odpowiedziała chłodno. - Jeszcze dziś wieczorem opuszczę 

pałac.

Popędziła   swego   konia,   tak   że   Colin   musiał   wypuścić   jego   uzdę,   po   czym 

pocwałowała w stronę pałacu.

Pakowała   właśnie   swe   rzeczy,   gdy   ktoś   zapukał   do   drzwi.   Ujrzawszy   Colina, 

odwróciła   głowę,   dając   mu   do   zrozumienia,   że   nie   ma   ochoty   na   rozmowę.   On   jednak 

podszedł ku niej bliżej i zaczął z wahaniem:

- Nie masz pojęcia, jak bardzo żałuję swego zachowania Proszę, zapomnij o całym 

zdarzeniu! Moja macocha bardzo cię potrzebuje.

Milczała, nie przestając układać w walizce swojego dobytku.

- Przyznaję, że źle cię oceniłem - mówił dalej. - Sprawiasz wrażenie osoby pewnej 

siebie, wyzwolonej, poza tym byłaś przecież zaręczona ze Stephenem Milsem, który znany 

jest z tego, że nie żyje w celibacie, sądziłem więc...

Skuliła się, jakby ją uderzył.

- Przepraszam - ciągnął już mniej pewnie. - Zdaje się ze jeszcze pogorszyłem sprawę. 

Po prostu wydawało mi się, że zawiązała się między nami nić porozumienia.

Sandra nadal nie odpowiadała, ale przestała się pakować.

-   Wydajesz   się   taka   doświadczona,   Sandro.   Teraz   jednak,   kiedy   dokładnie   ci   się 

background image

przyjrzałem, zastanawiam się, czy nie pomyliłem się co do twego wieku. Ile właściwie masz 

lat?

- Dziewiętnaście.

- Ależ, moja droga, byłem pewien, że masz przynajmniej dwadzieścia pięć!

-   Doprawdy   osobliwy   komplement   -   odpowiedziała,   nie   mogąc   powstrzymać 

uśmiechu.

-   Boże   drogi!   Dziewiętnaście   lat!   Teraz   rozumiem!   Nic   dziwnego,   że   tak   cię 

przeraziłem.   Błagam,   Sandro,  zostań!  Nie  tylko  ze   względu  na  macochę,   ale   również  ze 

względu na mnie. Tak przyjemnie spotykać cię w salonie, gawędzić, dyskutować, żartować. 

Twoja obecność podziałała na nas wszystkich jak ożywcza bryza. Odkąd pozostaliśmy w 

pałacu tylko we troje, Moira, macocha i ja, bardzo tu posmutniało. Obiecuję, że nigdy więcej 

nie złożę ci takiej propozycji jak dziś. Proszę cię Sandro, zostańmy przyjaciółmi!

Oczy dziewczyny złagodniały. Po chwili wahania skinęła głową.

- Cieszę się - odetchnął Colin z wyraźną ulgą. - Usiądźmy teraz i porozmawiajmy! 

Opowiedz trochę o sobie!

Sandra, usadowiwszy się wygodnie w fotelu, zaczęła wspominać beztroskie lata w 

rodzinnym majątku, mówiła o balach, przyjaciołach, spotkaniach.

- Naprawdę nie miałaś żadnych kłopotów? - zapytał cicho. - Byłaś szczęśliwa?

Poruszyła się trochę niespokojnie.

-  Chyba   tak   Nie   znałam   innego   życia.   Dopiero   teraz   zrozumiałam,   że   żyłam  pod 

kloszem. Ojciec wpoił mi surowe zasady, którymi kieruję się w życiu. Chyba nie potrafię się 

zmienić.

Popatrzył na nią sceptycznie.

Sandra jednak mówiła dalej - o wstrząsie, który przeżyła tamtego ranka, gdy znalazła 

martwego ojca, o koszmarze, jaki się później rozegrał. Wspomniała też o Stephenie, który, jak 

się przekonała, nigdy jej nie kochał, a chodziło mu tylko o jej pieniądze.

- Zresztą ja także właściwie nic do niego nie czułam. Z niechęcią myślę o tym, jaka 

byłam kiedyś powierzchowna, pusta. Bujałam w obłokach.

Nie   wspomniała   jednak,   kiedy   nastąpił   przełom   w   jej   świadomości.   Opuściła   ją 

odwaga, gdy doszła do nieoczekiwanego spotkania z Duncanem niedaleko klasztoru, ominęła 

więc ów epizod.

Kiedy zamilkła, Colin stwierdził:

- Posiadasz w sobie potężną siłę.

-   Musiałam   nauczyć   się   samodyscypliny,   czasem   zastanawiam   się,   czy   w   ogóle 

background image

zachowałam jeszcze jakieś ludzkie odczucia.

- Na pewno! Tylko że rzadko pozwalasz sobie na to, by je okazać.

- Czy teraz w rewanżu opowiesz mi o Elaine? - zapytała.

Jego twarz wykrzywiła się z bólu.

- Nie, nie mogę.

- Kochałeś ją, prawda?

- Tak, niestety. To była wspaniała istota. Bardzo do siebie pasowaliśmy. Dlatego tak 

strasznie przeżyłem jej odejście. Uciekła bez słowa wyjaśnienia z jednym z mych przyjaciół, 

który wybierał się do Indii. Chyba pojechali tam razem. Pewnego dnia po prostu zniknęła. - 

Milczał   przez   chwilę,   a   potem   dodał   zamyślony:   -  Często   usiłowałem   dociec   przyczyny. 

Najbardziej prawdopodobne, że Elaine po prostu zakochała się w nim, chociaż nic na to nie 

wskazywało. Być może skrzętnie to przede mną ukrywali. Ale gdzieś w głębi serca wydaje mi 

się, że prawdziwym powodem było to, że nie mogę mieć dzieci.

- Och - szepnęła Sandra poruszona.

-  W  dzieciństwie   poważnie   chorowałem   i   przeszedłem   wiele   operacji.   O   tym,   że 

jestem bezpłodny, dowiedziałem się jednak dopiero po ślubie. Wiedzieliśmy o tym tylko my 

dwoje, teraz wiesz jeszcze i ty. To także jedna z przyczyn, dla których nie chcę się ponownie 

żenić. Od kiedy Elaine wyjechała, miałem kilka przelotnych romansów, nie tyle jednak, ile 

przypisują mi plotki. Szczerze mówiąc, Sandro... ogromnie mi wstyd za moje zachowanie w 

lesie.

- Nie myśl już o tym. Właściwie dzięki temu zostaliśmy przyjaciółmi.

-   Chyba   masz   rację   -   uśmiechnął   się.   -   Dawno   już   nie   spotkałem   nikogo,   komu 

mógłbym się zwierzyć. Ale czy nie czas już na ciebie? Macocha pewnie czeka.

- Oczywiście - poderwała się Sandra.

- Zrobimy zestawienie i wyliczymy dokładnie, ile twój ojciec jest mi winien - rzekł 

Colin, także wstając z miejsca. - Za każdy miesiąc twego pobytu w pałacu dług zmniejszać się 

będzie o ustaloną przez nas sumę.

- Bardzo ci dziękuję, Colin - wyszeptała.

Kiedy  następnego   dnia   Sandra   zeszła   do   kuchni,   zastała   tam   sympatyczną   starszą 

panią, która przedstawiła się jako pani Fields. Była to osoba otwarta i szczera, tak że po 

chwili rozmowy dziewczynie zdawało się, że zna ją od zawsze.

Okazało się, że pani Fields przed wielu laty pracowała w pałacu. Teraz przypadkiem 

bawiła w miasteczku i nie mogła sobie odmówić przyjemności odwiedzenia starych kątów. 

Kucharka   jednak,   jak   zwykle   naburmuszona,   potraktowała   ją   nieprzyjaźnie.   Sandra 

background image

zaproponowała więc gościowi, by porozmawiały w przygotowalni.

Pani Fields była osobą bardzo pogodną, chętnie opowiadała o dawnych czasach.

- Żeby tylko panna Howard mnie nie zobaczyła - szepnęła dziewczynie na ucho.

- Panna Howard?

- Zdaje się, że teraz każe się nazywać lady Cynthia. Nie chce wspominać szczęśliwych 

lat w Elms of Goram i wielkiej tragedii, która wydarzyła się, kiedy wybuchł pożar. Właśnie 

wtedy zostałam zwolniona razem z całą służbą. Nie chciała, by cokolwiek przypominało jej o 

ukochanym lordzie Hallu i małym George’u. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby ktoś tak 

rozpaczał.   Zresztą   to   poniekąd   zrozumiałe,   stracić   narzeczonego   na   kilka   tygodni   przed 

ustaloną datą ślubu.

- George... czy to najmłodsze dziecko? - zapytała Sandra.

- Tak, lady Cynthia traktowała go jak własnego syna. Bardzo go rozpieszczała. Tego 

łobuziaka wszędzie było pełno. Syn Wiliama Halla, brata starego lorda Halla, uwielbiał go i 

bezgranicznie podziwiał.

- Wiem - pokiwała Sandra. - Podobno zginął wraz z matką, wówczas już wdową, w 

płomieniach.

- Och, panno Winter, co to była za tragedia! Pamiętam wszystko, jak gdyby wydarzyło 

się wczoraj. Tamtego dnia wiał ciepły wiatr z południowego zachodu. W jednej chwili całe 

miasto stanęło w morzu ognia.  Miałam wolne, ale gdy zorientowałam się, co  się dzieje, 

przybiegłam natychmiast do pałacu, Dom, w którym mieszkałam, znajdował się po drugiej 

stronie miasta, więc pożar mu nie zagrażał...

Nagle umilkła i odchyliła się od okna.

- Uff! Idzie ten obrzydliwy Emerson, nigdy nie mogłam go znieść. Truposz! Tak go 

zawsze nazywam w myślach. Boże drogi, jak on się zestarzał.

- To on także tu pracował w tamtym czasie?

- Tak, tylko on jeden ostał się z całej służby. Służył jeszcze w rodzinnym domu sióstr 

Howard, znały go od zawsze.

Sandra popatrzyła na panią Fields, zastanawiając się w duchu, o co jeszcze może ją 

zapytać.

- Znała pani prawdziwą panią Hall, siostrę lady Cynthii?

- Oczywiście. Możesz mi wierzyć, moje dziecko, że była  to prawdziwa piękność, 

szkoda, że tak słabego zdrowia. Miała włosy czarne jak noc. Lord Hall zaś przypominał 

trochę wikinga: ot, rubaszny mężczyzna o jasnych włosach i niebieskich oczach. Tak... - 

urwała nagle, a na jej okrągłej twarzy odmalowało się przerażenie. - Słyszę głos panny Moiry, 

background image

zaraz będzie awantura.

Zamilkły, nasłuchując rozmowy siostry Colina z kucharką. Pani Fields odprężyła się 

dopiero wtedy, gdy głosy ucichły.

- Niebezpieczeństwo zostało zażegnane - uśmiechnęła się. - Ale chyba lepiej będzie, 

jeśli sobie już pójdę.

Sandra poczuła zawód, bo nie zdążyła zapytać pani Fields o to, co najbardziej leżało 

jej na sercu: o małżeństwo Colina i Elaine. Choć niechętnie przyznawała to przed samą sobą, 

Colin nadal bardzo ją interesował. Jego nieprzystojna propozycja zaszokowała ją wprawdzie, 

równocześnie jednak obudziła w niej osobliwe uczucia. Oczywiście nigdy nie zgodziłaby się 

na tak upokarzający układ, nie dało się jednak zaprzeczyć, że patrzyła teraz na Colina innym 

okiem. Wyobraziła sobie, że mógłby ich łączyć miłosny związek - oczywiście przyzwoity i 

uczciwy, jednak...

Och, głupia jesteś, Sandro! zganiła się w duchu. Uczciwy związek jest równoznaczny 

z małżeństwem, tymczasem Colin wyraził się jasno, że nie zamierza się ponownie ożenić. 

Odsunęła   od   siebie   natrętne   myśli   i   uśmiechnąwszy   się   przyjaźnie   do   pani   Fields, 

powiedziała:

- Było mi bardzo miło panią poznać. Z przyjemnością pogawędziłabym sobie jeszcze 

kiedyś z panią. Mieszka pani gdzieś w pobliżu?

- Mieszkam w małej osadzie oddalonej stąd o kilka kilometrów, ale wzdłuż plaży 

prowadzi droga na skróty. Proszę mnie odwiedzić, zapraszam! - I wytłumaczyła, jak trafić do 

jej domu.

Sandra odprowadziła sympatycznego gościa do wyjścia. Pani Fields zatrzymała się 

przy   drzwiach   i   zadarłszy   głowę,   popatrzyła   na   pokryty   miedzianą   blachą   dach   nad 

pomieszczeniami   zajmowanymi   przez   Sandrę,   a   na   jej   ustach   błąkał   się   sentymentalny 

uśmiech.

- Panno Winter, widzi pani ten gzyms na samej górze? Niesforny George miał w 

zwyczaju sadowić się tam ku przerażeniu wszystkich i machać nogami. Znał każdy kąt, każdą 

najmniejszą szparę w pałacu. Jeśli uparł się, że wyjdzie na dwór, w żaden sposób nie dało się 

temu zapobiec. Miał w sobie wiele wdzięku, ale trudno doprawdy było z nim wytrzymać.

Kiedy pani Fields wyszła, Sandra pogrążyła się w zadumie. Nic dziwnego, że lady 

Cynthia przeżyła szok, kiedy przed kilkoma miesiącami zobaczyła na dachu „ducha”.

- Nie, ojcze Andrzeju - szepnęła sama do siebie. - Obawiam się, że się mylisz. Twój 

gość niemowa nie nazywa się Duncan, nazywa się George. George Hall!

background image

ROZDZIAŁ V

Po odejściu gadatliwej pani Fields Sandra zamyśliła się głęboko. Czy to możliwe, 

żeby młody mężczyzna, którego ojciec Andrzej nazywał Duncanem, w rzeczywistości był 

Georgem, który, jak przypuszczano, przed wielu laty zginął w płomieniach?

Co powinna w takim razie uczynić? Oznajmić mieszkańcom pałacu, że pupilek lady 

Cynthii   żyje.  Ale   jeśli   mimo   wszystko   okaże   się,   że   to   nieprawda?   Po   co   niepotrzebnie 

rozbudzać w nich nadzieję?

Może najpierw powinna porozmawiać z Duncanem, to znaczy z Georgem. Tyle że ten 

chłopak   nie   przywykł   do   mówienia.   Poza   tym   naprawdę   nie   miała   ochoty   odwiedzać 

ponownie klasztoru świętego Krzysztofa.

Może więc Colin mógłby pomóc? Gdyby tak umiejętnie skłoniła go do wspomnień, 

może dowiedziałaby się czegoś bliższego o wydarzeniach owego feralnego dnia i poznała 

nowe okoliczności śmierci George’a. Póki co wiadomo jej jedynie, że chłopiec był wtedy z 

guwernantką w mieście. Na wieść o pożarze jego ojciec, lord Hall, wyruszył do ogarniętego 

płomieniami miasteczka na poszukiwanie syna.

Do kogo właściwie poszła guwernantka z chłopcem?

Zrobiło się już późno i Sandra, nie wymyśliwszy niczego, położyła się spać.

Była   jednak   coraz   bardziej   przekonana   o   tym,   że   Duncan   to   cudem   uratowany  z 

płomieni   George   Hall.   Zjawiał   się   przecież   w   Elms   of   Goram   kilkakrotnie,   wyraźnie 

orientował się w topografii pałacu. Potrafił nawet w niewyjaśniony dla Sandry sposób dotrzeć 

do wyłączonego z użytku wschodniego skrzydła. Im dłużej nad tym rozmyślała, tym bardziej 

upewniała się w przekonaniu, że twarz, którą dostrzegła nocą w oknie, nie była złudzeniem. 

Poza tym któż inny wsunąłby do jej pokoju przez szparę w drzwiach tę piękną akwarelę?

Młodzieniec najwyraźniej odziedziczył talent po swym dziadku.

Obudził   ją   jakiś   hałas.   Zdezorientowana   usiadła   na   łóżku.   Wydawało   jej   się,   że 

słyszała stłumiony krzyk i szybkie kroki, ale nie była pewna, czy te odgłosy pochodziły z jej 

snu, czy też coś naprawdę zakłóciło nocną ciszę. Nasłuchiwała przez chwilę, ale w pałacu nie 

rozległ się nawet najlżejszy szmer. Noc była bezksiężycowa, za oknem panowały egipskie 

ciemności.

Pewnie mi się coś śniło, pomyślała, kładąc z powrotem głowę na poduszkę.

Nie minęło jednak kilka minut, gdy Sandra znów się poderwała. Tym razem nie miała 

żadnych wątpliwości: z korytarza dochodził pośpieszny tupot. Ktoś zatrzymał się pod jej 

drzwiami i zaskrobał cicho w drzwi.

background image

Szybko wyskoczyła z łóżka i zapaliła lampę. Ciepłe światło wypełniło pokój złotą 

poświatą,   dodając   dziewczynie   odwagi.   Otuliła   się   szlafrokiem   i   przeszła   z   sypialni   do 

saloniku, po drodze uzbroiwszy się w pogrzebacz z kominka.

- Kto tam? - zapytała z duszą na ramieniu, starając się, by jej głos zabrzmiał groźnie.

Nikt nie odpowiedział, ale ponownie dało się słyszeć drapanie w drzwi i cichy żałosny 

jęk.

-   O   mój   Boże   -   wyszeptała   Sandra   przerażona.   Odłożyła   na   bok   pogrzebacz   i 

przekręciwszy klucz w zamku, otworzyła drzwi.

Ku swemu zaskoczeniu zobaczyła Duncana opierającego się ciężko o futrynę. Z jednej 

jego ręki na posadzkę kapała krew.

- Ależ mój drogi! - krzyknęła. - Co ci się stało?

Zdążyła tylko dostrzec wykrzywioną z bólu twarz i chłopak osunął się nieprzytomny u 

jej stóp.

Przez moment wpatrywała się w Duncana osłupiałym wzrokiem, ale szybko ocknęła 

się i wciągnąwszy go do pokoju, pośpiesznie zamknęła drzwi.

Uklęknęła   obok   rannego,   usiłując   go   odwrócić,   ale   nie   miała   na   to   dość   siły. 

Przyniosła z sypialni lampę i postawiła w saloniku na stole, żeby dokładnie obejrzeć, co się 

właściwie stało. Zauważyła podarty na plecach habit i lekkie draśnięcie na skórze.

Niemożliwe,   żeby   taka   rana   tak   mocno   krwawiła,   pomyślała   Sandra.   Widząc,   że 

Duncan lekko się poruszył, pochyliła się nad nim.

- Duncan, słyszysz mnie? - wyszeptała. - Muszę zdjąć ci habit, zęby opatrzyć ranę, 

postaraj się mi trochę pomóc.

Ranny westchnął głęboko i obrócił się na wznak. Przez chwilę patrzył na nią, jakby 

nic nie rozumiejąc, ale zaraz jego twarz rozjaśniła się w ciepłym uśmiechu. Podniósł zdrową 

rękę i delikatnie pogłaskał dziewczynę po policzku.

Sandra! Wyczytała swe imię z ruchu warg rannego, bo nie wydobył z siebie głosu.

Ścisnęło ją w gardle. Prawie zapomniała, jak bardzo działała na nią jego bliskość. Miał 

taką piękną twarz, dobrą i niewinną.

-   Strasznie   krwawisz,   Duncanie,   spróbuję   zdjąć   ci   habit   -   powiedziała   cicho   i 

rozsupłała węzeł przewiązanego w pasie sznura.

Poszło łatwiej niż przypuszczała.

Dla Sandry, która nigdy nie widziała obnażonego mężczyzny, było to zupełnie nowe 

doświadczenie. Dotykając koniuszkami palców śniadego torsu, dostrzegała drżenie mięśni. W 

duchu wdzięczna była losowi, że chłopak jest taki dziecinny. Pomogło jej to powstrzymać 

background image

napływającą   falę   osobliwych   uczuć   i   skoncentrować   się   na   ranie.   Wyglądała   okropnie. 

Powierzchowne draśnięcie na plecach kończyło się głęboką raną kłutą na barku.

-   O   mój   Boże!   -   zawołała   zatroskana.   -   Jesteś   w   stanie   przez   chwilę   siedzieć   o 

własnych siłach? Muszę obmyć ranę.

Posłuchał od razu. Sandra przyniosła wodę i mokrym ręcznikiem zaczęła ostrożnie 

zmywać   krew.   Duncana   musiało   bardzo   boleć,   bo   patrzył   na   nią   z   wyrzutem,   a   usta 

wykrzywiło mu cierpienie.

Miękka skóra chłopca i bijące od niego ciepło wywołały rumieniec na twarzy Sandry. 

Musiała mocno wziąć się w garść, by jej głos zabrzmiał naturalnie:

- Na szczęście nie jest tak źle, jak się wydawało. Rana jest płytsza, niż sądziłam.

Opatrzywszy go starannie, oznajmiła:

- No, gotowe! Wstań teraz, pomogę ci założyć habit.

Podniósł się z trudem, blady jak kreda, i zachwiał się niebezpiecznie. Na szczęście 

Sandra   podtrzymała   go   w   porę   i   choć   nie   bez   wysiłku,   zdołała   jakoś   podprowadzić   do 

sypialni. Duncan westchnął z ulgą, gdy znów znalazł się w pozycji leżącej. Sandra patrzyła z 

niepokojem na jego bladą twarz, przymknięte oczy i sine usta. Musiał odpocząć, nic więcej 

nie mogła dla niego zrobić. Zostawiła go więc i wyszła na korytarz ze szmatą, żeby zetrzeć z 

podłogi ślady krwi. Potem zabrała się do usuwania czerwonych plam z posadzki w saloniku. 

Zużyła prawie całą wodę z dzbanka, by doprowadzić wszystko do ładu.

Kiedy   wróciła   do   sypialni,   zobaczyła,   że   Duncan   patrzy   na   nią   przytomnym 

wzrokiem. Wydawał  się zmęczony,  a  jednocześnie trochę  zażenowany.  Sandra usiadła na 

brzegu łóżka i uścisnęła zdrową rękę młodzieńca. Niepewny, lekko zawstydzony uśmiech 

rozjaśnił jego oblicze. Odpowiedziała mu równie ciepłym uśmiechem.

- Posłuchaj, Duncanie - odezwała się doń jak do dziecka. - Wiem, że potrafisz mówić. 

Opowiedz mi co się wydarzyło dziś w nocy. Kto cię zranił?

Przez jego twarz przemknął cień. Potrząsnął głową.

- Nie wiesz?

Znów potrząsnął głową.

- Ale gdzie to się stało? - dociekała dalej. - W pałacu czy na dziedzińcu? A może na 

ulicy?

Otworzył usta, jakby chciał odpowiedzieć, ale zaraz ukrył twarz w dłoni. Delikatnie 

odsunęła   jego   rękę,   spostrzegłszy   jednak,   jak   bardzo   jest   nieszczęśliwy,   postanowiła   nie 

wywierać na niego presji.

Zamiast zadać kolejne pytanie, powiedziała:

background image

- Nie nazywasz się Duncan, jesteś George.

Popatrzył na nią zdumiony, a jego wargi poruszyły się, jakby wymawiały wymienione 

przez dziewczynę imię. Pokręcił głową.

- Ależ tak. Masz na imię George, tylko że o tym zapomniałeś. Zresztą nic dziwnego. 

Gdy zaginąłeś, nie miałeś więcej niż pięć lat. Pojęcia nie mam, gdzie się podziewałeś przez 

taki długi czas.

Ale   on   jej   nie   słuchał.   Leżał,   powtarzając   bezgłośnie:   „George”.   Z   początku   ze 

zdziwieniem w oczach, a potem ze smutkiem, tak jakby to imię kojarzyło mu się z kimś, ale 

dokładnie nie wiedział z kim.

- I jak, George? - uśmiechnęła się.

Pokręcił głową.

-   Jak   chcesz   -   westchnęła.   -   Jeśli   to   się   nie   mieści   w   twojej   łepetynie...   och, 

przepraszam, nie chciałam cię urazić.

Popatrzył na nią, nic nie rozumiejąc.

- Wybacz, klepię coś bez sensu. Nie zwracaj na to uwagi.

Przez dłuższy czas wpatrywała się w niego zamyślona.

- Omal nie utonąłeś w studni... - mruknęła. - A teraz ktoś zranił cię nożem lub innym 

ostrym narzędziem. O co w tym wszystkim chodzi, Duncan?

Nagle w oczach chłopaka pojawił się lęk, teraz jego spojrzenie przywodziło na myśl 

ścigane zwierzę. Sandra, próbując go uspokoić, pogłaskała lekko jego włosy. Wtedy ścisnął 

mocno jej dłoń, a potem usiadł i drżąc na całym ciele, wtulił się w ramiona dziewczyny. 

Sandra opanowała zaskoczenie i zaczęła głaskać go po plecach.

- Kochany dzieciaku... - szeptała. - Duncanie, najdroższy...

W   chwilę   później   po   raz   pierwszy   usłyszała   jego   głos.   Był   to   zaledwie   szept, 

nieśmiały i niewyraźny.

- Sandro,  odeszłaś  ode mnie,  a  ja  chcę  być   z tobą.  Bardzo  się boję, ty mnie  też 

potrzebujesz.

Rozumiała, co miał na myśli. Bał się tego wszystkiego, co się wokół niego działo, a 

jednak chciał ją chronić. Instynkt podpowiadał mu, że ona jest istotą słabszą od niego.

- Kochany... - zaczęła, zrzucając sztuczną maskę obojętności. - Kochany przyjacielu, 

nawet nie wiesz, jak jesteś mi bliski.

Nigdy nie pozwoliłaby sobie na równie szczere wyznanie wobec Stephena, nigdy też 

nie odważyłaby się mówić tak otwarcie do Colina, ale Duncanowi mogła wyjawić uczucia 

ukryte na samym dnie skutego lodem serca. Nieoczekiwanie poczuła się cudownie wolna. 

background image

Tuliła   młodzieńca   mocno,   głaskała   jego   kark   i   całowała   jego   szyję.   Po   raz   pierwszy  od 

śmierci ojca wstrząsnął nią gwałtowny szloch.

Duncan   znieruchomiał,   wyczuwając,   że   role   nagle   się   odwróciły.   Intuicja   mu 

podpowiedziała, że w duszy Sandry nastąpił przełom, że ta chwila coś w niej zmieniła. Uniósł 

delikatnie twarz dziewczyny i napotkał jej spojrzenie.

- Sandro - wyszeptał. - Gołąbeczko moja, nie płacz! Jestem przy tobie.

Przylgnęła   mocniej   do   niego,   wtulając   policzek   w   jego   pierś.   Rozkoszowała   się 

uściskiem mocnych ramion.

Nagle   na   korytarzu   rozległy  się   czyjeś   kroki.   Sandra   i   Duncan   zadrżeli   z   trwogi. 

Dziewczyna  pośpiesznie zgasiła lampę, ale nie puściła dłoni młodzieńca. Rozpoznała ten 

chód, niepewne utykanie, rytmiczne stukanie laski.

- To lady Cynthia - wyszeptała. - Cicho.

Kroki na korytarzu umilkły i ktoś delikatnie zapukał do drzwi.

- Kto tam? - odezwała się Sandra zaspanym głosem.

- To ja, lady Cynthia. Czy wszystko u ciebie w porządku, moja droga?

- Tak, a o co chodzi?

- Nic takiego, troszkę się tylko wystraszyłam. Obudził mnie Emerson, twierdząc, że 

ktoś chyłkiem wśliznął się do pałacu. Podobno rabuś zniknął mu z oczu gdzieś na piętrze.

Sandra słyszała, jak Duncan przełyka ślinę zdenerwowany.

-   Nic   nie   słyszałam   ani   nie   widziałam!   -   zawołała.   -   Spałam   jak   kamień,   zresztą 

zawsze dokładnie zamykam drzwi.

- To dobrze. Wybacz, że cię obudziłam

- Nic nie szkodzi! Lady Cynthio, czy mam odprowadzić panią do sypialni?

- Nie, dziękuję. Emerson jest ze mną. Dobranoc.

- Dobranoc.

Sandra i Duncan odetchnęli z ulgą, gdy kroki się oddaliły. Sandra zapaliła lampkę i 

zauważyła, że jej nocny gość położył się na łóżku i dotykał opuszkami palców stylizowanych 

ptaków na atlasowej tapecie.

- Schody... - wyszeptał.

- O co ci chodzi? - spytała, nic nie rozumiejąc.

Duncan   odwrócił   się   do   dziewczyny   i   popatrzył   pustym   wzrokiem,   jakby   jej   nie 

rozpoznawał.

- Duncan, musisz już iść! Tutaj nie jesteś bezpieczny. Może spotkamy się gdzieś poza 

pałacem, żeby porozmawiać? Na przykład któregoś wieczoru w lesie? Jutro nie, bo w pałacu 

background image

odbędzie się przyjęcie. Powiedzmy pojutrze, zgoda?

- Zgoda - przytaknął żarliwie, po czym podniósł się z łóżka i wymknął bezszelestnie 

na korytarz. Sandra stała w oknie i tak długo odprowadzała wzrokiem ciemną sylwetkę, póki 

nie skryły jej rosnące rzędem wiązy.

Następnego ranka Sandra wróciła do swych codziennych zajęć. Nie wyglądała jednak 

tak jak zwykle. Włosy, zazwyczaj ciasno związane, opadały teraz kaskadą rudych loków na 

kark.   Brązową   suknię   ożywił   jasny   kołnierzyk.   W   kącikach   ust   dziewczyny   błąkał   się 

zagadkowy uśmiech, a oczy promieniały.

Lady Cynthia zauważyła tę odmianę już przy porannej toalecie i nie omieszkała jej 

skomentować.

- Mam nadzieję, że nie ma pani zastrzeżeń do mojej pracy - odpowiedziała na to 

Sandra, ale uśmiech zastygł na moment na jej ustach.

-  Ależ   oczywiście,   że   nie   -   starsza   pani   uśmiechnęła   się,   uchwyciwszy  w   lustrze 

spojrzenie dziewczyny.  - Uważam, że do twarzy ci w tym nowym uczesaniu. Można by 

przypuszczać, że jesteś zakochana!

Sandra zarumieniła się na samą myśl, że lady Cynthia mogłaby odkryć jej słabość do 

Colina.

W głębi serca radowała się, że znów go zobaczy. Była ciekawa, czy zauważy, że 

wystroiła  się  dla  niego.  Była  głęboko  wdzięczna  Duncanowi,  który  w  pewnym  sensie  ją 

uzdrowił. To on sprawił, że już nie bała się własnych, tak starannie dotąd tłumionych uczuć.

Duncan!  To osobliwe, dorosłe dziecko. Miała nadzieję, że poradzi sobie w życiu. 

Kiedy już zostanie panią Elms of Goram, zatroszczy się o to...

Upuściła   grzebień,   przerażona   swoimi   myślami.   Zarumieniona   schyliła   się,   by   go 

podnieść. Co też jej się tłucze po głowie? Przecież nigdy nie zostanie panią w tym wielkim 

pałacu!   Colin   nie   zamierza   się   żenić,   zresztą   i   ona   zadeklarowała   głęboką   niechęć   do 

zamążpójścia.

Grzebień drżał jej w rękach, gdy czesała cienkie siwe włosy lady Cynthii, a w duchu 

znów roztrząsała dręczące ją wątpliwości. Jak powinna postąpić w sprawie Duncana, który na 

pewno   jest   Georgem?   Wydarzenia   ostatniej   nocy   sprawiły,   że   zaczęła   się   lękać   o 

bezpieczeństwo   swego   przyjaciela   i   wybawcy.   Postanowiła,   że   póki   nie   zbierze   więcej 

informacji, nie zaprezentuje w Elms of Goram cudem odnalezionego George’a.

- Czy ujęto nocnego złodzieja? - spytała, udając obojętność.

- Nie, zapewne uciekł w sposób równie tajemniczy, jak wszedł. Zupełnie tego nie 

pojmuję. Pałac był zamknięty na wszystkie spusty, a mimo to udało mu się dostać do środka.

background image

Sandra   mruknęła   coś   niezrozumiale.   Kiedy   podniosła   wzrok,   napotkała   w   lustrze 

spojrzenie starych, mądrych oczu lady Cynthii.

- Mam nadzieję, dziecko, że jest ci u nas dobrze.

- Tak, dziękuję. Bardzo jestem wdzięczna, że mogłam się tu zatrzymać.

-   Świetnie   sobie   radzisz!   -   Lady  Cynthia   poklepała   dziewczynę   po   ramieniu   swą 

delikatną   dłonią.   -   Nigdy   bym   nie   przypuszczała,   że   ten   układ   tak   dobrze   będzie 

funkcjonował.

- Szczerze mówiąc, ja też nie - roześmiała się Sandra.

- Colin i Moira także są zadowoleni. Ufam, że wybaczysz Moirze jej zachowanie. Jej 

świat  jest, niestety,  trochę ograniczony.  Poświęciła całe swoje życie dla Colina.  Czasami 

przypomina mi matkę, która chorobliwie czepia się jedynego syna.

Starsza pani uśmiechnęła się, jakby przepraszając za swą otwartość, ale Sandra tylko 

pokiwała głową ze zrozumieniem.

- Teraz nagle Moira odkryła, że życie jej umknęło - westchnęła lady Cynthia. - Colin 

też powinien  przestać  rozpaczać po Elaine  i ożenić się z  kimś  równym  sobie wiekiem i 

pochodzeniem. Najlepiej z jakąś zamożną panną. Wprawdzie rodzinny majątek jest dosyć 

pokaźny, utrzymanie pałacu jednak pochłania spore sumy, a interesy Colina w ostatnim czasie 

nie szły najlepiej.

Sandra poczuła się dotknięta aluzją zawartą w tych słowach, ale lady Cynthia nie 

zwróciła wcale uwagi na jej zakłopotanie i ciągnęła niewzruszona:

- W gruncie rzeczy zarówno Moira, jak i Colin to dobrzy ludzie. Z pozoru co prawda 

można odnieść wrażenie, że są trochę twardzi, ale nie należy zapominać, że mieli ciężkie 

życie.

- Pani też nie było łatwo, lady.

- Colin i Moira zachowali się wobec mnie naprawdę wspaniałomyślnie. Nigdy nie dali 

mi odczuć, że jestem w pałacu gościem.

W nagłym olśnieniu Sandra uświadomiła sobie, że status lady Cynthii w tym domu 

jest dość nieokreślony. Na dobrą sprawę była tu obca.

- Na pewno zawsze uważali panią za prawowitą dziedziczkę - rzekła.

Lady Cynthia pokiwała głową.

-  Ja   sama   zawsze   też   się   tak   czułam.   Straciłam   wprawdzie   narzeczonego,   ale   nie 

zmieniło to powszechnie znanego faktu, że mieliśmy być sobie poślubieni.

- Wiem, że zastąpiła pani matkę swoim siostrzeńcom.

- Może, poświęcając się George’owi, trochę zaniedbałam starsze rodzeństwo, teraz 

background image

jednak dziękuję Opatrzności, że przelewałam na niego tyle miłości. Musiałam podświadomie 

wyczuwać, że nie dane mu będzie długo żyć.

Sandra   skinęła   głową   zakłopotana,   ale   nic   nie   rzekła.   Cóż   bowiem   można   było 

powiedzieć? Doskonale pojmowała, że ta rodzina przeszła ciężkie chwile, ale uważała mimo 

wszystko, że jej członkowie stanowczo zbyt wiele czasu poświęcają przeszłości.

W pałacu czas stanął w dniu tragedii przed dwudziestoma laty. Trudno się było oprzeć 

wrażeniu, że żałoba mieszkańców Elms of Goram nigdy się nie skończy.

background image

ROZDZIAŁ VI

Był to wyjątkowo pracowity dzień. Na obiad zaproszono wielu gości, więc Sandra 

musiała   pomóc   w   przygotowaniach.   Moira   krążyła   naburmuszona,   nie   szczędząc   jej 

uszczypliwych uwag. Radość malująca się na twarzy dziewczyny wytrącała ją z równowagi. 

Wiedziała, że Colin wybrał się z Sandrą na przejażdżkę konną, a potem odwiedził ją w jej 

salonie. Przy byle okazji więc przygadywała dziewczynie złośliwie.

Kucharka rządziła niepodzielnie w kuchni, a Mary, pokojówka, biegała to tu, to tam, 

wysyłana równocześnie w kilka miejsc.

Kiedy   Sandra   składała   serwetki,   do   przygotowalni   wszedł   niedbałym   krokiem 

Emerson. Obrzucił dziewczynę badawczym spojrzeniem, ale nie odezwał się ani słowem. 

Sandra   usiłowała   sobie   wyobrazić   go   z   nożem   w   ręku,   zadającego   cios   Duncanowi,   i 

bynajmniej nie wydało jej się to całkiem niemożliwe.

Colina tego przedpołudnia nie widziała, gdyż wyjechał do miasteczka do swego biura.

Późnym popołudniem Moira złożyła Sandrze zaskakującą propozycję.

-   Winter!   -   zawołała,   kiedy   dziewczyna   wychodziła   właśnie   z   przyozdobionej   na 

przyjęcie jadalni.

Sandra zadrżała. Nienawidziła, gdy Moira się w ten sposób do niej zwracała, a jeszcze 

bardziej denerwował ją jej ton. Odwróciła głowę i zdumiała się, dostrzegłszy przepraszający 

uśmiech na wąskich ustach Moiry.

-   Mam   nadzieję,   że   nie   masz   mi   za   złe   mojego   podenerwowania.   Zbyt   wiele 

obowiązków spoczywa na mych barkach z powodu ciągłych kłopotów ze służbą. Czasami 

bardzo mi to ciąży.

Sama jesteś sobie winna, pomyślała Sandra. W innych majątkach nie brakuje służby, 

ale tego pałacu ludzie unikają jak zarazy. Zresztą doskonale ich rozumiem.

-   Byłaś   mi   dziś   wielką   pomocą   -   nie   przestawała   mówić   Moira,   nie   zrażona 

milczeniem Sandry. - Chciałabym ci się jakoś odwdzięczyć. Przyjmij, proszę, zaproszenie na 

przyjęcie! Przecież wiem, że przywykłaś do towarzystwa ludzi z wyższych sfer.

Sandra słuchała Moiry z mieszanymi uczuciami.

-   Dziękuję   za   uprzejmość   -   odrzekła   w   końcu.   -   Nie   jestem   jednak   pewna,   czy 

powinnam. Co powie lady Cynthia? Jak przyjmie to lord Hall?

- Na pewno nie pożałują ci tej odrobiny przyjemności - zapewniła pośpiesznie Moira.

Ponieważ Moira tak rzadko bywała miła, Sandra, uśmiechając się z rezerwą, przyjęła 

zaproszenie, po czym niespokojna poszła do siebie.

background image

Okazało się, że przeczucie jej nie myliło, choć nie od razu przejrzała zamiary Moiry.

Podczas obiadu przeżyła prawdziwy koszmar. Nie przypuszczała, że spotka swych 

dawnych   przyjaciół,   którzy   teraz   albo   całkowicie   ją   ignorowali,   albo   udawali   fałszywe 

zdumienie na wiadomość,  że jest w pałacu  damą do towarzystwa.  Colin  także  posłał jej 

kilkakrotnie chłodne spojrzenie, po czym oddał się eleganckiej konwersacji z młodziutkimi 

arystokratkami. Sandra domyśliła się, że Moira nie uprzedziła go o zaproszeniu.

Siedzący obok niej kawaler poklepał ją poufale po plecach i ze złośliwym uśmiechem 

zagadnął:

- A więc, pani, jesteś tu teraz damą do towarzystwa? Doskonale wiem, co się za tym 

kryje, bo przed kilkoma laty przyjęła tę posadę w Elms of Goram moja kuzynka. Teraz wyszła 

uczciwie za mąż i udaje świętą. Proszę popatrzeć, jak wszystkich poucza! Nikt by się nie 

domyślił, że kiedyś baraszkowała pod pierzyną z lordem Hallem.

Sandra poczuła mdłości. Podążywszy za spojrzeniem swego sąsiada, z niesmakiem 

zatrzymała wzrok na przysadzistej blondynie obwieszonej klejnotami.

Kiedy obiad wreszcie dobiegł końca i wszyscy podnieśli się z krzeseł, by przejść do 

salonu, Sandra wycofała się dyskretnie na bok, nerwowo szukając w myślach wymówki, jaką 

mogłaby się posłużyć, opuszczając gości.

Kiedy tak stała, z trudem hamując złość, zauważyła nagle, że przy oknie na półpiętrze 

ktoś do niej kiwa. Mignął jej szeroki rękaw mnisiego habitu.

Rozejrzała się wokół przerażona, ale na szczęście nikogo nie było w pobliżu.

Co za głupiec, przecież zabroniłam mu przychodzić dziś wieczorem! pomyślała.

Odnalazła lady Cynthię i skarżąc się na ból głowy, zapytała, czy może wyjść, na co 

starsza pani łaskawie przyzwoliła.

Sandra pośpiesznie wbiegła po schodach i pociągnęła Duncana w bezpieczny kąt za 

balustradą.

- Oszalałeś? - wyszeptała wzburzona. - Emerson węszy tu wszędzie. Może...

Ale   Duncan,   nie   zważając   na   jej   wyrzuty,   uśmiechał   się,   wprost   promieniejąc 

szczęściem.

- Musiałem cię zobaczyć, Sandro.

Daremnie   usiłowała   stłumić   radość   ze   spotkania.   Nie   pojmowała,   dlaczego   ten 

wysoki, nieporadny młodzieniec czyni ją taką szczęśliwą.

- Nie możemy tutaj zostać - wyszeptała nerwowo. - Boję się też wprowadzić cię na 

moje pokoje, bo Emerson mnie podejrzewa. Wczoraj wieczorem widział, jak zniknąłeś mu w 

korytarzu na piętrze.

background image

- Chodź! - Duncan wziął ją za rękę i poprowadził na górę tą samą drogą, którą już 

kiedyś sama szła. Zachowywał się tak swobodnie, jakby nie był mu obcy żaden zakamarek w 

tym   pałacu.   Szybko   stanęli   przed   podwójnymi   drzwiami   prowadzącymi   do   wschodniego 

skrzydła.

Sandra bez słowa podążała za Duncanem. Nie zdziwiła się nawet, kiedy ze szpary za 

deskami wyjął klucz, po czym najzwyczajniej na świecie włożył go do dziurki i przekręcił. 

Naciśnięta klamka zazgrzytała. Weszli do środka i zamknęli za sobą starannie drzwi. Klucz 

Duncan ukrył pod habitem.

Powoli spacerowali wzdłuż korytarza, zaglądając do kolejnych pomieszczeń. Sandra 

wytężała wzrok, pragnąc dostrzec w mroku wszystkie szczegóły, zaś Duncan nie odrywał od 

niej oczu.

W osmalonych pokojach stały przykryte białymi  pokrowcami meble. W powietrzu 

unosił się zaduch charakterystyczny dla starych zamkniętych pomieszczeń. Weszli do salonu, 

który przylegał do głównej części pałacu. Sandra pogładziła ścianę i wyczuła, że ułożono na 

niej nowe deski. Z remontu całego zniszczonego przez pożar skrzydła jednak najwyraźniej 

zrezygnowano.

Duncan i Sandra usiedli na podłodze i oparli się plecami o ścianę, na której były 

umieszczone okna. Młodzieniec popatrzył na dziewczynę, po czym ujął ją za rękę.

- Potrafię mówić - rzekł z dumą. - Dziś długo rozmawiałem z ojcem Andrzejem. 

Dziękuję ci za to, Sandro.

- Naprawdę ci pomogłam? - zapytała z radością w głosie. - Cieszę się, ale wiedz, że i 

ty mi bardzo pomogłeś.

- Jak to?

- Poczułam się przy tobie wolna, a teraz nawet w obecności innych tak się czuję. To 

dla mnie coś całkiem nowego. Przez całe życie bowiem tłumiłam w sobie emocje, ukrywałam 

własne myśli i sądy.

Duncan milczał, Sandra zaś nie przestawała mówić drżącym głosem:

- Och, Duncanie, nawet sobie nie wyobrażasz, co ja przeżyłam na tym przyjęciu! Jak 

strasznie zostałam upokorzona. Och, przytul mnie, przyjacielu! Tak bardzo pragnę poczuć, że 

jest ktoś, kto mną nie gardzi.

W jego objęciach było ciepło i bezpiecznie.

- Teraz mi dobrze - mruknęła uspokojona Sandra.

- Czy to tak wiele dla ciebie znaczy... być jedną z nich? - zapytał nieoczekiwanie 

Duncan.

background image

Zdumiona uniosła głowę. Rzeczywiście, cóż znaczy przynależność do tak zwanych 

wyższych sfer? Czy naprawdę jest o co zabiegać?

- Nie - zaczęła niepewnie. - Właściwie teraz już nie. Ale nikt nie lubi być poniżany.

Przyciągnął ją do siebie, a ona przytuliła się mocno.

- Wczoraj polizałaś mnie w szyję - powiedział. - To było takie przyjemne, czy nie 

mogłabyś uczynić tego raz jeszcze?

- Nie polizałam, lecz pocałowałam - roześmiała się dziewczyna. - Wydaje mi się, że 

nie powinniśmy tego powtarzać. Lepiej mi wytłumacz, skąd wiedziałeś, gdzie leży klucz od 

tej części pałacu?

- Nie pojmuję - wymamrotał bezradnie. - Po prostu wiedziałem.

- A dlaczego usiadłeś na gzymsie?

- Bo to strasznie zabawne. Zawsze miałem ochotę tego spróbować.

- Ale w jaki sposób wchodzisz nie zauważony przez nikogo do pałacu?

- Znam wiele przejść, zarówno takich, które prowadzą do środka, jak i takich, którymi 

można wydostać się na zewnątrz.

- To znaczy, że znasz Elms of Goram! Musiałeś kiedyś już być w pałacu!

- Nie wiem. Po prostu tu przyszedłem. Dlaczego nie chcesz tego zrobić jeszcze raz?

- Czego?

- Pocałować mnie.

- Ponieważ może to prowadzić do czegoś innego.

- Do czego?

- Duncan! - wybuchnęła z desperacją w głosie. - Nie potrafię o tym mówić.

- Nie rozumiem. Przecież umiesz mówić! Dlaczego nie chcesz mnie nauczyć tego 

wszystkiego, czego nie potrafię?

- Ależ, Duncanie... - zaczęła wzburzona, ale zaraz uświadomiła sobie sens jego słów. - 

Chcesz, żebym cię nauczyła czytać, pisać i tym podobne?

- Tak - pokiwał głową z zapałem. - Nie potrafię dobrze mówić, nic nie umiem, nic nie 

wiem. Możesz mnie tego nauczyć. Bardzo bym chciał stać się prawdziwym człowiekiem.

Sandra popatrzyła zamyślona na jego czysty profil odcinający się na tle ściany, a 

potem z czułością odgarnęła mu włosy z czoła.

-   Chyba   nie   jestem   właściwą   osobą,   Duncanie.   Wiesz...   Boję   się,   że   mogłabym 

nadużyć   twego   zaufania.   Jesteś   niczym   bryła   gliny,   którą   można   formować   w   dowolny 

sposób. To bardzo kuszące, ale i niebezpieczne.

Popatrzył na nią błagalnie.

background image

- Proszę cię! Tak bardzo pragnę być podobny do innych. Mam tylko ciebie.

- Dobrze - zgodziła się w końcu z ciężkim westchnieniem. - W miarę możliwości 

pomogę ci poznać i zrozumieć skomplikowane prawa rządzące światem ludzi.

W jej oczach czaił się smutek, kiedy gładziła Duncana delikatnie po karku.

-   Pomyśleć   tylko   -   mruknęła   pod   nosem.   -   Będę   uczyć   pozbawionego   fałszu, 

wspaniałego i pełnego dobroci człowieka, jak stać się obłudnikiem. I to po to, by uczynić go 

normalnym!

Wziął do ręki jej dłoń i przyłożył do swego policzka, a ona pogłaskała go lekko. 

Nigdy dotąd nie doświadczyła takich pieszczot, nigdy zresztą nie była tak blisko z drugim 

człowiekiem.   Dotykając   jego  cieplej   skóry  doznawała   niezwykłej   błogości.   Przy  nim  nie 

musiała niczego udawać, mogła być sobą bez obawy, że ją wyszydzi.

- Znalazłaś mój rysunek? - zapytał.

- Tak, dziękuję, jest piękny.

- Tak bardzo się ucieszyłem z farb i papieru - rzekł. - Dlatego, że ty mi je podarowałaś, 

moja Sandro.

Zawstydzona spuściła głowę, ale zaraz popatrzyła mu w oczy i zapytała:

- Gdzie się podziewałeś przez te wszystkie lata? Skąd pochodzisz?

Wyobraziła sobie raczej, niż ujrzała, że zacisnął powieki, jakby intensywnie myślał.

- Byłem u starca.

- Starca?

- Tak, na wyspie na morzu daleko od brzegu. Starzec był głuchy,  nie potrafił też 

mówić, ale okazał mi wiele dobroci. Bardzo za nim tęsknię - wyszeptał drżącym głosem. - 

Zostałem sam, zupełnie sam... Przyszedłem wówczas tu, a oni mnie pobili. Potem trafiłem do 

ojca  Andrzeja. To   dobry  i   miły  człowiek.   Pomaga   innym.   Później   znalazłem  ciebie.   Nie 

pojmuję dlaczego, ale czynisz mnie takim szczęśliwym, że ból niemal rozsadza mi piersi.

- To wspaniale, Duncanie, że potrafisz doznawać tak głębokich uczuć. Ja jestem zimna 

jak głaz, nic nie czuję.

- Jak to? Ty, najsłodsza istota pod słońcem?

- Nie zrozumiałeś mnie - westchnęła. - Życie nie jest takie proste, ludzie nie dzielą się 

jedynie na miłych i niemiłych. Wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane. Mnie teraz 

też nie jest lekko.

- Pomogę ci.

- Już mi pomogłeś - uśmiechnęła się z goryczą. - Ale to tylko pogorszyło sprawę.

Wpatrywał się w nią z uwagą.

background image

- Miałam poślubić pewnego mężczyznę - odezwała się po długiej chwili milczenia.

- Poślubić?

- Tak,  być   z nim razem przez  całe  życie,  mieć  z  nim dzieci...  to  właśnie  znaczy 

poślubić.

- Ale nie zrobiłaś tego?

- Nie. Kiedy straciłam wszystkie pieniądze, cały majątek, nie chciał mnie.

- Bardzo dobrze! - zawołał Duncan.

Jego spontaniczna reakcja rozbawiła Sandrę.

- Kiedy zamieszkałam tu, w pałacu, zrozumiałam, że bardzo, ale to bardzo kocham 

Colina Halla.

- Colina Halla? Tego ciemnowłosego poważnego mężczyznę, który mnie odprowadził 

do klasztoru? Nie jest już taki młody!

- Nie uważam, by był szczególnie stary, zresztą potrzebuję kogoś dojrzałego, kogoś, 

kto otoczyłby mnie opieką i byłby dla mnie jak ojciec. Wydawało mi się, że Colin też mnie 

lubi,   ale   przeżyłam   niemiłe   zaskoczenie,   kiedy   zaproponował   mi,   żebym   została   jego 

kochanką.

- Kochanką? - powtórzył niepewnie Duncan. - A co to takiego?

- Och, Duncanie! Musisz się czepiać każdego słowa? To znaczy... nie, nie mogę ci 

tego wyjaśnić.

- Musisz!

- To znaczy... to tak, jak wtedy, gdy cię całowałam, tyle że o wiele więcej. Dwoje ludzi 

jest o wiele bliżej siebie.

Cóż za nieudolne wyjaśnienie! Nic jednak nie mogła poradzić na to, że nie przywykła 

rozmawiać swobodnie na takie tematy.

- Chyba wiem, co masz na myśli - odezwał się po chwili Duncan. - Słyszałem, jak 

rozmawiali o tym mężczyźni w klasztorze. Tylko nie rozumiem dokładnie... W jaki sposób?

-   Nie!   -   niemal   krzyknęła.   -   Nic   ci   więcej   nie   powiem!   Nie   potrafię.   Nigdy   nie 

sądziłam, że będę z kimś mówić o takich sprawach. Jesteś wyjątkiem, ale są granice!

- To znaczy, że nie chciałaś zostać jego kochanką? - pytał dalej.

- Nie! Nie takiej miłości pragnę. Nie chcę być aż tak blisko z Colinem. Chętnie jednak 

wspierałabym go, chciałabym żyć razem z nim w szczęśliwym, pełnym ciepła związku, tu w 

Elms   of   Goram.   Chciałabym   z   nim   rozmawiać,   dyskutować,   być   mu   przyjacielem, 

towarzyszką życia. Ale przecież nie mieliśmy rozmawiać o mnie, lecz o tobie. Powiedz, czy 

pamiętasz swoją matkę?

background image

Znów zacisnął powieki, a na jego twarzy odmalowało się zamyślenie.

- Samotny wilk... - wymamrotał. - Wilk... śpi...

Czekała   chwilę,   ale   Duncan   nie   powiedział   już   nic   więcej.   Odsunęła   się   więc   od 

młodzieńca i rzekła:

- Nie możemy tutaj tak siedzieć. Muszę wstać wcześnie rano, ty zaś zapewne będziesz 

w nocy pomagał ojcu Andrzejowi. Przecież jego pomocnicy zawsze działają nocą.

Wstali i popatrzyli przez okno na gości tańczących w sali balowej.

- Przyglądamy im się ukryci w mroku, a oni sobie nawet nie zdają z tego sprawy. 

Dziwne uczucie... Ale to nieładnie. Lepiej wymknijmy się stąd, póki droga wolna. Chodź!

Odwróciła się i zamierzała iść dalej, ale Duncan chwycił ją i przyciągnął do siebie. 

Dłonie przesunęły się badawczo po jej ciele, jedna dotknęła piersi. Sandra znieruchomiała. 

Wydawało jej się, że to wszystko nie dzieje się na jawie. Dokonywały się rzeczy zakazane, 

któż by jednak się tym przejmował, skoro pochodziły wprost z krainy snu? Nie lękała się 

Duncana, przy nim nie czuła wstydu. Był taki prostoduszny, taki szczery. Mogła mu zaufać.

- Jak wygląda kobieta? - wyszeptał, a w jego głosie Sandra wyczuła drżenie.

Coś się z nią działo... Jestem wolna! zapragnęła krzyknąć na cały głos.

- Chcesz dotknąć?

Odpięła stanik sukni. Z bijącym sercem chwyciła dłoń Duncana i położyła na swej 

piersi. Gładził palcami jej skórę, jakby chciał poznać każdy najmniejszy jej skrawek, a jego 

oddech stawał się coraz cięższy. W ciele dziewczyny pulsowała krew, a skóra pod opuszkami 

jego palców zdawała się płonąć.

Kiedy ciałem Sandry wstrząsnął gwałtowny dreszcz, wyrwała się z objęć Duncana.

- Chodźmy - wyszeptała. - Błagam cię, idźmy już!

- Tak - jęknął przerażony. - Chodźmy!

Kiedy tak   szli,  trzymając  się  za   ręce,   przez  długi  korytarz   wschodniego  skrzydła, 

Sandra pomyślała: Nie jestem martwa ani oziębła, żyję i potrafię odczuwać jak prawdziwa 

kobieta. Dziękuję ci, Duncan. Teraz już wiem, że potrafiłabym pokochać mężczyznę całą 

sobą. Może Colina...

Gdy doszli do drzwi, Duncan zatrzymał się.

- Nie mogę się spotkać z tobą jutro - rzekł. - Dlatego przyszedłem dziś wieczór.

- Nie możesz przyjść? - zapytała zawiedziona.

- Nie. Wyjeżdżam daleko stąd. Na długo. Ojciec Andrzej życzy sobie, żebym pomógł 

komuś przy budowie domu. Uważa, że najlepiej będzie, jeśli wyjadę.

- Być może - odrzekła zakłopotana. - To znaczy, może dobrze, byśmy się przez jakiś 

background image

czas nie spotykali.

- Nie! Muszę cię jeszcze zobaczyć, nim odjadę.

- Dobrze, tylko że nie nocą ani wieczorem, lecz za dnia. Czy możemy się spotkać w 

lesie, w tym samym miejscu, w którym umówiliśmy się na jutro? Ale w samo południe.

Spontanicznie przytuliła się do niego, a on mocno objął ją ramionami.

- Przyjdę, przyjdę na pewno - powtarzał. - Kiedy samotnie mieszkałem na wyspie, 

wciąż tęskniłem za czymś, czego nie pojmowałem. Teraz już wiem, tęskniłem za tobą.

Zrozumiała,   że   za   moment   znów   da   się   pochłonąć   uczuciom,   odsunęła   go   więc 

łagodnie, lecz zdecydowanie.

Westchnął  ciężko,  otworzył  drzwi i  ukradkiem wymknęli  się z bocznego skrzydła 

pałacu.

Potem przez okno na półpiętrze patrzyła, jak znika w mroku nocy wśród rosnących 

przed pałacem wysokich wiązów.

background image

ROZDZIAŁ VII

Odprowadziwszy   Duncana   spojrzeniem   i   upewniwszy   się,   że   wymknął   się 

niezauważony, Sandra wróciła do swego pokoju i zamknęła za sobą drzwi na klucz.

Och, to straszne! uświadomiła sobie. Nie zapytałam w końcu, co go łączy z Elms of 

Goram. Przecież tego przede wszystkim powinnam się dowiedzieć, zamiast dawać ponosić się 

nieznanym pragnieniom, nad którymi zupełnie nie potrafimy zapanować.

Na wspomnienie pieszczot Duncana dłonie dziewczyny same przesunęły się wzdłuż 

ciała, a policzki się zapłoniły.

Poczuła się trochę niezręcznie, gdy uświadomiła sobie, jak intymne doznania łączą ją 

z młodszym bratem Colina. Duncan - wolała go tak nazywać, choć dobrze wiedziała, że 

naprawdę   ma   na   imię   George   -   był   dzieckiem   natury,   młodzieńcem   prostolinijnym   i 

nieskomplikowanym wewnętrznie. Aż dziw, że jest bliskim krewnym poważnego i trochę 

skrytego Colina.

Przypomniała sobie dwa obrazki, które dostała od Duncana. Chociaż było już późno, 

Sandra przyczepiła na ścianie niewielki rysunek przedstawiający wilka wyjącego do księżyca. 

Przez chwilę przyglądała mu się z uwagą, nabierając coraz bardziej pewności, że stanowi 

odzwierciedlenie ukrytych pragnień Duncana. Żyjący w izolacji chłopiec porównywał się do 

samotnego wilka, który tak samo jak on tęskni do nieznanej rzeczywistości.

Następnego ranka Sandra była w doskonałym nastroju, co lady Cynthia skwitowała 

stwierdzeniem, że dziewczyna kwitnie i z dnia na dzień staje się piękniejsza.

Kiedy   wychodziła   z   pokoju   starszej   pani,   natknęła   się   w   holu   na   Colina,   który 

wyglądał na bardzo zmęczonego. Mimowolnie zaczęła się zastanawiać, jak też skończyło się 

wczorajsze przyjęcie z udziałem tylu pięknych młodych dam.

Popatrzyła na stojący w kącie zegar, dochodziła dziesiąta. Za dwie godziny miała się 

spotkać w lesie z Duncanem. Nagle te dwie godziny wydały jej się wiecznością.

- Jesteś dziś taka radosna, jakby odmieniona - zauważył Colin. - I to zdecydowanie na 

korzyść.

Podszedł bliżej i podniósł do ust dłoń Sandry. Zaskoczona, odruchowo poruszyła się, 

jakby chciała cofnąć rękę.

- Nadal jesteś taka nieśmiała? - droczył się z nią Colin.

Przypomniało jej się, co czuła, gdy Duncan położył gorącą dłoń na jej piersi, i po 

pensjonarsku spiekła raka.

- Droga Sandro - rzekł łagodnie Colin. - Czy wiesz, że obudziłaś we mnie całkiem 

background image

nowe, nie znane mi uczucia? Niektóre kobiety mnie odtrącały, przekonane, że dzięki temu 

będę ich mocniej pożądał, ale na mnie nie działają takie sztuczki. Z tobą jest inaczej. Przy 

tobie jest mi po prostu dobrze i nie chodzi mi bynajmniej o przeżywanie wielkiej namiętności. 

Mam nadzieję, że uznasz to za komplement.

-   Oczywiście   -   uśmiechnęła   się   dziewczyna.   -  Ale   muszę   ci   wyznać,   że   i   ja   się 

zmieniłam. Spadłam z obłoków na ziemię.

- Spadłaś, ale nie upadłaś - zażartował. - Ciągle pragniesz trwać w cnocie?

- Owszem - odpowiedziała równie lekkim tonem i dygnęła.

Obrzucił ją badawczym spojrzeniem, ale Sandra pośpiesznie zmieniła temat.

- Czy to portret Moiry i twój? - zapytała, wskazując na płótno przedstawiające dwoje 

dzieci w uroczystych pozach.

- Tak - roześmiał się. - Do dziś pamiętam, jak okropnie nienawidziłem tej koszuli z 

koronkami. Zdawało mi się, że wyglądam w niej jak dziewczyna.

Mały Colin na obrazie miał około siedmiu lat, Moira była cztery, a może pięć lat 

starsza od niego.

- Czy nie było was troje rodzeństwa?

- Owszem, ale kiedy został namalowany ten portret, George’a jeszcze nie było na 

świecie. Berbeć pozował osobno, gdy skończył osiem lat.

- Czy ten portret został zniszczony w czasie pożaru?

- Nie, wisi w pokoju Moiry.  Miałabyś  ochotę  obejrzeć  największego  łobuziaka w 

naszej rodzinie?

- Bardzo chętnie.

Z trudem hamowała swój zapał i niecierpliwość. Za chwilę zyska ostateczną pewność, 

że Duncan tak naprawdę jest zaginionym Georgem. Ucieszyłaby się, gdyby mogła przekazać 

tę radosną wiadomość Colinowi.

- W takim razie chodźmy!

Weszli na piętro i udali się do tej części pałacu, w którym rezydowała Moira. Colin 

poprowadził Sandrę do niewielkiego salonu, którego ściany wyłożone były błękitną tapetą.

- Zobacz, oto on! Łobuz i pełen uroku osobistego skrzat, George - Colin wskazał ręką 

na wiszący nad sofą portret.

- Ale... on ma przecież ciemne włosy - wyjąkała Sandra, wstrzymując oddech. - No i 

piwne oczy!

-  Tak,   George   był   z   nas   najciemniejszy,   miał   włosy  czarne   jak   węgiel   i   iskrzące 

brązowe ślepia. Śliczny chłopiec, prawda?

background image

Pokiwała głową.

- Dlaczego tak cię zaskoczyło, że Mały był ciemnowłosy? - zapytał.

- Och, nie wiem. Wyobrażałam sobie, że był podobny do ojca.

- Nie. Całe nasze rodzeństwo odziedziczyło ciemną karnację i czarne włosy po mamie. 

Zresztą podobno zawsze ciemny barwnik dominuje.

- Tak, słyszałam - mruknęła Sandra, kiedy wychodzili z salonu. - Powiedz, ile lat miał 

George, kiedy zginął?

- Dziesięć.

Dziesięć   lat   przed   dwudziestu   laty.   Dzisiaj   miałby   więc   trzydzieści.   Coś   się   nie 

zgadza, Duncan jest młodszy. Z żalem musiała przyznać, że tym razem się pomyliła.

Nad   wzgórzami   otaczającymi   miasteczko   świeciło   słońce.   Sandra   już   z   daleka 

dostrzegła Duncana i pokiwała mu z zapałem. Rozradowany biegł jej na spotkanie, aż habit 

trzepotał mu na wietrze. Z bliska jednak wcale nie wyglądał chłopięco. Po raz pierwszy 

ujrzała go w świetle dnia i odkryła nowe rysy w jego twarzy. Oczy miały barwę niezabudek, 

ale linie wokół ust zdradzały, że doświadczył niejednej biedy i poniżenia. Życie z pewnością 

go nie rozpieszczało. Ze zdumieniem odkryła, że Duncan jest przynajmniej o pięć lat od niej 

starszy, a kto wie, czy nie więcej.

Ujął ją za ręce i popatrzył na nią z miłością.

- Sprawdziłam, jednak nie jesteś Georgem - powiedziała Sandra. - Właściwie cieszę 

się z tego powodu.

- Oczywiście, że nie mam na imię George - uśmiechnął się, nie pytając, dlaczego tak 

ją to uradowało. - Chodź! Pokażę ci ładne miejsce.

Pociągnął ją za rękę. Weszła za nim do lasu.

- Przypuszczam, że to Emerson dźgnął cię nożem - zagadnęła Sandra. - Wiesz... ten 

woźnica o wyglądzie trupa, który wszędzie węszy.

- Nie, to nie on. Widziałem go tamtego wieczoru, jak pilnował bramy.

- Jesteś pewien?

- Tak, to nie mógł być on.

- Wszystkie moje teorie rozpadają się jak domki z kart - westchnęła. - Chwilami 

wydaje mi się, że duszę się w tym domu. Przez cały czas muszę się pilnować, by nie popełnić 

jakiejś gafy, nie powiedzieć czegoś niestosownego. Teraz, kiedy poznałam ciebie i wiem, że 

akceptujesz mnie taką, jaka jestem, jeszcze gorzej znoszę tę atmosferę.

Weszli   na   niewielką   polanę   otoczoną   gęstym   lasem.   Duncan   odwrócił   się   do 

dziewczyny i dotknął jej pośladków.

background image

- Jesteś wspaniała, moja Sandro - wyszeptał rozpromieniony. - Taka piękna...

Znów porwała ją ta niezwykła beztroska i radość życia, którą mógł jej dać tylko on. 

Zarzuciła Duncanowi ręce na szyję i przytuliła się do niego. Jego dłonie przesunęły się w 

stronę  piersi. Widząc, jak niezdarnie  rozwiązuje wstążki,  Sandra pomogła  mu  poluzować 

wiązania  w staniku  sukni. Kiedy dotknął jej  nagiej  skóry,  przymknęła oczy i westchnęła 

cicho.

Zwróciła twarz ku słońcu i z uśmiechem chłonęła muśnięcie jego drżących  dłoni, 

delikatnie sunących pod tkaniną i zaciskających się na jej plecach.

Utkwiwszy   w   dziewczynie   zalękniony   wzrok,   Duncan   z   niezwykłą   ostrożnością 

pociągnął ją za sobą na ziemię.

Sandra, odurzona, niczym na lekkim rauszu, pocałowała go w szyję. Nagle wyzbyła 

się wszelkich obaw, całkowicie ulegając nastrojowi tej niezwykłej chwili i pozwalając swym 

ustom szukać jego warg. Duncan, dygocząc na całym ciele, wstrzymał oddech, pojmował 

jednak intencje dziewczyny.

Ten ich pierwszy pocałunek zdawał się trwać niemal całą wieczność, zaraz jednak 

opanowała ich  niecierpliwość. Pośpiesznie  zdejmowali  ubrania, Duncan  pomagał  Sandrze 

poluzować wiązania sukni. Słońce świeciło za jego plecami, a dziewczynie zdawało się, że on 

sam jest słońcem. Oszołomiona, zanurzyła się w jego złotym gorącym blasku. Chłopak nie 

wiedział nic poza tym, co podpowiadał mu instynkt, Sandrze także brakowało doświadczenia. 

A  jednak   to   właśnie   ona   musiała   mu   pomóc,   mimo   ze   sama   potrzebowała   pociechy   i 

zrozumienia. Duncan od razu to odgadł i szeptem poprosił o wybaczenie.

Gdy potem ze łzami w oczach patrzył na dziewczynę, na jego twarzy malowały się 

czułość i miłość. Ona zaś śmiała się i płakała na przemian, szepcząc:

- Duncan, najdroższy. Kocham cię, kocham...

- Ojciec Andrzej zabronił mi pokazywać się w Elms of Goram, nigdy więcej nie wolno 

mi tam przyjść - rzekł Duncan, głaszcząc dziewczynę po włosach. - Ale nie można zatrzymać 

morza wdzierającego się w głąb lądu.

Uśmiechnęła się, słysząc to porównanie, ale zaraz spoważniała.

- Wrócisz niebawem, prawda?

- Jak szybko zdołam.

- Będzie mi się dłużyło bez ciebie.

- Mnie też, Sandro, nie zapominaj nigdy, że należymy do siebie, ty i ja.

Pocałował ją znowu. Niechętnie oderwała usta od jego gorących warg, było jednak już 

późno i musiała wracać. Odwróciła się jeszcze raz i popatrzyła na Duncana. Chwycił ją taki 

background image

żal,   że   zapragnęła   go   zatrzymać.   Nie   mogła   wszak   tego   uczynić.   Cóż   więc   innego   jej 

pozostało, jak pomachać na pożegnanie i pośpieszyć do Elms of Goram.

W   kilka   dni   później   Sandra   zamyślona   wyglądała   przez   okno   swego   pokoju   na 

dziedziniec. Tyle spraw zaprzątało jej głowę. Nie mogła pozbyć się uczucia, że w pałacu 

dzieje się coś niedobrego, że jakieś zło zawisło nad tym domostwem, nie potrafiła jednak 

wskazać nic konkretnego. Uporczywie powracała jedna myśl: Dlaczego Duncan czuje się w 

pałacu jak u siebie? Przypomniała sobie, że pani Fields, która kiedyś była w Elms of Goram 

kucharką, wspomniała coś na ten temat podczas rozmowy, tyle że nie zapamiętała dokładnie 

jej słów.

Colin   spędzał   z   Sandrą   coraz   więcej   czasu.   Dziewczyna   bardzo   lubiła   z   nim 

rozmawiać,   był   wszak   bardzo   inteligentny   i   wrażliwy.   Miał   jednak   jedną   wadę:   nie   był 

Duncanem.   Uważała   co   prawda,   że   jest   bardzo   pociągający,   ale   miłość   do   tajemniczego 

młodzieńca,   który   dał   jej   tyle   szczęścia,   całkiem   przyćmiła   wcześniejsze   zauroczenie. 

Tęsknota   za   Duncanem   przyprawiała   ją   niemal   o   fizyczny   ból.   Nigdy   dotąd   nie 

przypuszczała, że można tak bardzo tęsknić za innym człowiekiem.

Jej spojrzenie powędrowało mimowolnie w stronę wschodniego skrzydła pałacu. Przy 

oknie na piętrze w pomieszczeniu sąsiadującym z głównym budynkiem siedzieli z Duncanem 

tamtego wieczoru podczas przyjęcia. Sandra przypomniała sobie ścianę salonu obitą nowymi 

deskami i nagle doznała olśnienia. Przecież między jej sypialnią a oknami tamtego salonu 

znajdują się dwa okna! To znaczy, że istnieje jeszcze jedno pomieszczenie, pokój narożny! 

Wszak   od   strony   wschodniego   skrzydła   nie   było   żadnych   drzwi,   które   mogłyby   doń 

prowadzić. Czyli?

Gobelin!

Na ścianie w sypialni wisiał duży barwny gobelin przedstawiający scenę polowania. 

Sandra szarpnęła za brzeg tkaniny, jednak ta była przytwierdzona do ściany gęsto wbitymi 

gwoździami. Kiedy dokładnie pomacała tkaninę, nagle pod palcami wyczula kontury drzwi.

Pełna zapału chwyciła nożyce i z uporem zaczęła wyjmować ze ściany gwóźdź po 

gwoździu. Szło jej to dość opornie, denerwowała się, bo miała już mało czasu. Wreszcie 

jednak szczelina była na tyle duża, że Sandra mogła się przez nią przecisnąć. Za zakurzonym 

gobelinem znajdowały się zabite deskami drzwi.

Rozległ się trzask, gdy dziewczyna, używając całej siły, wyrwała pierwszą deskę. Za 

grubą tkaniną było ciemno, ale Sandra, nie zważając na to, pracowicie odrywała kolejne 

deski.

Wreszcie zdołała uchylić drzwi i przez wąską szparę przecisnęła się do dosyć sporego 

background image

pomieszczenia.  Ależ   to   ruina!   Języki   płomieni,   które   sięgnęły   aż   po   sufit,   zostawiły   w 

atłasowej   tapecie   czarne   wypalone   dziury.   Dostrzegła   także   ślad   po   schodkach,   które 

najprawdopodobniej   prowadziły   do   wschodniej   wieżyczki.   Chyba   próbowano   naprawić 

szkody,   ale   wyraźnie   zaniechano   remontu.   Dwa   okna   pozbawione   zasłon   pokryte   były 

pajęczynami.   Całe   umeblowanie   tego   pomieszczenia   stanowiły   zniszczony   stół   i   szafa. 

Wszystko inne zostało usunięte. Podłoga wydawała się w dobrym stanie, ale Sandra mimo 

wszystko obawiała się po niej stąpać.

Zamknięte   pomieszczenie.   Po   prostu   odizolowano   je   ze   względu   na   zniszczenia 

dokonane przez pożar i zagrożenia, które tu czyhały.

Czego właściwie oczekiwała? Ukrytego skarbu, którego spadkobiercą okazałby się 

Duncan? Ale przecież Duncan nie jest Georgem Hallem. Duncan jest zagadką. Dlaczego 

rodzina Hallów starała się go pozbyć za wszelką cenę?

Usłyszała   bicie   zegara.   Musiała   się   spieszyć.   Nie   miała   czasu,   by   doprowadzić 

wszystko do wcześniejszego stanu, wsunęła więc tylko gwoździe i deski za gobelin, a potem 

szybko   umyła   ręce   i   poprawiła   włosy.   Pięć   minut   później   poszła   podać   lady   Cynthii 

popołudniową kawę.

Kilka dni później Sandrę odwiedził ojciec Andrzej. Pełna złych przeczuć wprowadziła 

go do swego saloniku i posadziła w najlepszym fotelu. Poprosiła Mary, by przyniosła herbatę, 

po czym spojrzała wyczekująco na gościa.

Zakonnik od razu przeszedł do rzeczy.

- Wiesz, panienko, że wysłałem Duncana, by pomógł przy budowie domu, prawda?

- Tak.

- Z pałacu dochodziły mnie skargi, że ciągle się tu kręci.

Sandra zagryzła wargi, ale nic nie powiedziała.

- Ale nie był to jedyny powód - ciągnął ojciec Andrzej. - Wiem, że spotkaliście się 

dwukrotnie, i chciałem położyć temu kres.

- Dlaczego? - zapytała wzburzona.

-  Duncan   całkiem  oszalał   na   punkcie   panienki   Dla  niego   to   jeszcze   za   wcześnie. 

Proszę go zostawić w spokoju! Powinien poznać innych ludzi. Panienka jest pierwszą kobietą, 

którą   widział.   Celowo   wysłałem   go   do   miejsca,   gdzie   spotka   inne   młode   kobiety.   Nie 

uczyniłem tego, by sprawić wam ból, dobrze panience życzę, ale Duncan nie może zostać w 

klasztorze. Musi mieć szansę odnalezienia swego miejsca w życiu. Czy nie uważa panienka, 

że mam rację?

Do  pokoju  weszła  Mary z  herbatą,  więc   Sandra  szczęśliwie  uniknęła   odpowiedzi. 

background image

Kiedy znów zostali sami, zakonnik rzeki:

- Wiem, że on panienki teraz bardzo potrzebuje...

- A ja jego! - wykrzyknęła spontanicznie.

- Ale wy nie pasujecie do siebie! On taki pełen prostoty i ty skażona konwenansami...

- Już nie. Zmieniłam się.

-  Ale   niewystarczająco,   panno   Sandro.   Dla   ciebie   Duncan   jest   tylko   ekscytującą 

przygodą. Proszę, zostaw go w spokoju, zanim sprawy zajdą za daleko.

-   Już   zaszły   za   daleko   -   odezwała   się   cicho.   -   Dałam   mu   to,   o   co   prosił,   bez 

zastanowienia, lecz z całą moją miłością. I nie żałuję.

- Tym gorzej. W takim razie należy działać szybko. Przekażę Duncanowi wiadomość, 

że nie chcesz go więcej widzieć.

- Ależ ojcze! Nie powinieneś! - zawołała z rozpaczą. - Może i ma ojciec rację, że 

Duncan   powinien   mieć   możliwość   wyboru.  Ale   pozwól   mi   powiedzieć   o   tym   podczas 

rozmowy w cztery oczy.

- Może to wcale nie będzie konieczne? Doszły mnie słuchy, że Duncan świetnie się 

czuje w nowych warunkach. Nie powinna panienka być zdziwiona, gdy się już tu więcej nie 

pokaże.  Tak   zresztą   byłoby  najprościej.   Dostał   od   panienki   to,   czego   chciał,   może   więc 

przestała go panienka interesować.

Westchnął.

- Ta  rozmowa  sprawiła   mi  przykrość   -  rzekł  w  chwilę   później.  -  Nigdy bym  nie 

przypuszczał, że panienka tak się zachowa. Drogie dziecko, jakże teraz z czystym sumieniem 

będziesz mogła stanąć na ślubnym kobiercu?

Po wyjściu ojca Andrzeja Sandra siedziała na krześle nieporuszona. Na samą myśl, że 

już nigdy więcej nie zobaczy Duncana, poczuła przejmujący ból.

Dni mijały. Sandra pracowała ciężko, pragnąc zagłuszyć swój smutek. Podejmowała 

się stale nowych zajęć, byleby tylko nie rozmyślać za wiele. Któregoś dnia wpadła na dość 

szalony   pomysł.   Postanowiła   zaprosić   na   herbatę   do   swego   saloniku   lady   Cynthię   oraz 

rodzeństwo Hall. Ku jej zdumieniu zgodzili się, choć propozycja trochę ich zaskoczyła i nieco 

rozbawiła.

Tego wieczoru miały miejsce trzy zdarzenia, które na długo zapadły jej w pamięć.

Zaraz po przyjściu gości, gdy Sandra weszła na moment do sypialni, usłyszała jakiś 

szelest z salonu, a kiedy wróciła, zdawało się jej, że w pomieszczeniu czegoś brakuje. Ale nie 

zorientowała się, czego. Rozmowa toczyła się gładko jakby nigdy nic.

Drugie   zdarzenie   miało   miejsce   za   sprawą   Moiry.   Colin   drażnił   się   żartobliwie   z 

background image

Sandrą, a w końcu ujął ją pojednawczo za rękę. Czy to się stało przypadkowo, czy też Moira 

uczyniła   to   z   premedytacją,   Sandra   nie   była   pewna.   W   każdym   razie   potrącona   przez 

zazdrosną siostrę filiżanka przewróciła się i gorąca herbata wylała się prosto na ich dłonie. 

Moira bardzo przepraszała, ale Sandra wiedziała swoje.

Najbardziej   jednak   poruszyły   dziewczynę   wspomnienia   lady   Cynthii,   która, 

opowiadając różne epizody z dzieciństwa Moiry i Colina, napomknęła coś o sankach.

- Tak, pamiętam - przerwała jej Moira. - Co się z nimi stało? Zdaje się, że dostał je 

Duncan, ale...

Sandra,   która   podchodziła   właśnie   do   stolika,   na   którym   stał   imbryk   z   herbatą, 

odwróciła się gwałtownie.

- Duncan?

Wszyscy troje popatrzyli na nią zdumieni i w tym momencie dziewczyna uświadomiła 

sobie, że popełniła poważny błąd.

- Miałam młodszego brata, który miał na imię Duncan - rzuciła gorączkowo. - Umarł 

w wieku zaledwie kilku lat, dlatego tak zareagowałam na to imię.

- Rozumiem - pokiwał głową Colin. - Nie, zdaje mi się, że sanki nie przetrwały. 

Rozpadły się na kawałki, kiedy nasz Maluch pożyczył je od tego biednego chłopca.

- Szkoda - rzekła Moira. - Aha, Colin, musisz porozmawiać z Mary, ona...

Okazja   przepadła,   teraz   już   Sandra   nie   mogła   zapytać,   kim   był   Duncan,   nie 

wzbudzając przy tym podejrzeń.

Po wyjściu gości osunęła się na fotel, uświadamiając sobie w pełni, jak bardzo była 

zdenerwowana   podczas   ich   wizyty.   Na   szczęście   wszystko   poszło   właściwie   gładko, 

atmosfera była nie najgorsza...

Nagle   Sandra   utkwiła   wzrok   w   ścianie,   w   miejscu   gdzie   umieściła   rysunki   od 

Duncana. Teraz wisiała tam tylko akwarelka przedstawiająca klasztor na wzgórzu.

Wilk wyjący do księżyca zniknął.

Nagle przypomniała sobie szelest dartego papieru, który dobiegł ją z salonu, gdy przez 

moment przebywała w sypialni. Które z trojga gości zerwało rysunek ze ściany? I dlaczego? 

Nie   ulegało   najmniejszej   wątpliwości,   że   nie   spadł   sam,   na   ścianie   pozostały   białe   rogi 

arkusza.

Sandra zdenerwowała się nie na żarty. Jakim prawem to uczyniono? Przecież to był jej 

rysunek, dostała go od Duncana. Bez wielkiej nadziei zaczęła go szukać. Na czworakach 

zaglądała pod meble, nawet pod obrus.

I znalazła! Zauważyła go za szafą, ale ponieważ nie mogła tam wsunąć dłoni, pomogła 

background image

sobie grzebieniem. Nie powiesiła obrazka z powrotem na ścianie, lecz starannie ukryła. Nikt 

jej go już nie zabierze.

W myślach odtworzyła sobie raz jeszcze rozmowę przy stole. A więc istniał jakiś 

Duncan!

„George pożyczył sanki od tego biednego chłopca i zepsuł je...”

Myśli przebiegały jej w głowie jak błyskawice

Och, ależ jestem niemądra. Przypomniało jej się, jak Duncan powiedział, że zawsze 

miał   ochotę   usiąść   na   gzymsie   i   pomachać   nogami.   Łobuziak   George   był   na   pewno 

bezgranicznie podziwiany przez osieroconego synka Wiliama Halla.

Pożar   pochłonął   pięć   ofiar   lorda   Halla,   George’a,   guwernantkę   oraz   tych   dwoje, 

wdowę po Wiliamie Hallu i jej dziecko, którzy spłonęli w sąsiadującym z pałacem budynku. 

Czy ten chłopiec, zapewne młodszy od swego kuzyna George’a, to mógł być Duncan?

Sandra musiała się co do tego upewnić. Ale nie mogła zapytać nikogo z domowników, 

nikomu już nie ufała.

Nagle doznała olśnienia. Pani Fields! Tak, tylko ona mogła jej pomóc!

Sandra postanowiła poprosić następnego dnia o wolne popołudnie i odwiedzić w tym 

czasie gadatliwą panią Fields.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Sandra kierowała się wzdłuż plaży w stronę niewielkiej osady, w której mieszkała pani 

Fields. Obłoki mgły znad morza przesuwały się ku lądowi, fale miękko uderzały o piasek. Tu 

i ówdzie ścieżka wiodła przez wydmy.

Mniej więcej w połowie drogi dziewczyna zorientowała się, że ktoś ją śledzi. Z tyłu 

kilkakrotnie mignęła jej wynurzająca się z oparów mgły szczupła ciemna postać. Osobnik ów 

przez cały czas utrzymywał ten sam odstęp, by nie zostać rozpoznany. Sandra, zaniepokojona, 

przyspieszyła kroku, w końcu zaczęła biec i dopiero na widok pierwszych chat rybackich 

odetchnęła z ulgą.

Dotarłszy   do   przytulnego   domku   pani   Fields,   była   przekonana,   że   zgubiła   swego 

prześladowcę. Sympatyczna kobieta przyjęła ją z radością. Uwielbiała pogawędki, a już ze 

szczególnym sentymentem wspominała lata, kiedy była kucharką w Elms of Goram.

Przy herbatce i domowych ciasteczkach Sandra musiała jednak najpierw wysłuchać 

szczegółowej relacji gospodyni o nękającym ją reumatyzmie, a także wymienić uwagi na 

temat rodziny królewskiej. Dyplomatycznie kierowała rozmowę na inne tory, by wydobyć od 

pani domu to, co interesowało ją najbardziej.

- Ma pani taką świetną pamięć, pani Fields, na pewno mogłaby mi pani pomóc. W 

Elms of Goram, dzieje się coś niedobrego, nie wiem dokładnie co, ale wyczuwam, że ma to 

związek z przeszłością. Człowiek, którego bardzo cenię, znajduje się w niebezpieczeństwie.

Oczy pani Fields zaokrągliły się ze zdumienia.

- Czy możliwe, że któraś z pięciu osób uznanych za ofiary wielkiego pożaru mimo 

wszystko zdołała ujść z życiem? - mówiła dalej Sandra. - Mam mianowicie wszelkie powody, 

by przypuszczać, że tak się stało.

- Hmm, nie wiem - wymamrotała kucharka - Na pewno nie George ani guwernantka, 

bo ich ciała zidentyfikowano.

- A co z innymi?

- Lord Hall, który pobiegł szukać syna, dostał się w rejon największego zagrożenia i 

zginął w płomieniach bez szans na ratunek. Ginny zaś, wdowa po Wiliamie, wraz z dzieckiem 

spłonęła w swym domu. Z budynku ostały się tylko zgliszcza.

- Dziecko Ginny? Czy to był chłopiec?

- Tak, bardzo urodziwy chłopczyk ale odrobinę nieporadny. Trochę było mi go żal, bo 

George, wyjątkowo inteligentny i bystry malec, często stroił sobie z niego żarty. Nazywałam 

ich Aniołkiem i Diabełkiem.

background image

- Jak miał na imię syn Ginny?

- Duncan. Moim zdaniem był ładniejszy od George’a. Miał złociste włosy i błękitne 

oczy, a przy tym takie dobre serce... Nie spotkałam nigdy kogoś tak poczciwego.

Sandra poczuła, jak ściska ją w gardle.

- Nie zmienił się wcale, pani Fields. Udało mu się przeżyć, to bez wątpienia on.

- Ale to niemożliwe! Gdzie się podziewał przez te wszystkie lata?

-   Nie   mam   co   do   tego   całkowitej   pewności.   Z   tego   co   mówi,   domyślam   się,   że 

mieszkał na jakiejś wyspie razem ze starym głuchoniemym rybakiem.

- O mój Boże! - wyrwało się pani Fields.

- Czy Wiliam Hall był najstarszy z braci? - zapytała Sandra.

- Nie, najstarszy był lord Hall, ojciec Colina, to on odziedziczył tytuł i majątek.

Kolejna teoria Sandry nie sprawdziła się. Duncan nie był spadkobiercą, którego ktoś 

chciał usunąć, by utorować sobie drogę do majątku.

-   Mój   Boże   -   powtórzyła   ekskucharka   głosem   zdradzającym   wzruszenie.   -   Mały 

Duncan żyje.

-   Pani   Fields,   czy   kiedy   następnego   dnia   po   pożarze   zjawiła   się   pani   w   pałacu, 

zauważyła pani duże straty?

- Podobno pożar w Elms of Goram wybuchł, kiedy w miasteczku gaszono już ostatnie 

płomienie. Dom Wiliama Halla jednak spłonął doszczętnie.

- Dobrze, że udało się chociaż uratować ten piękny pałac!

- Tak - pokiwała głową pani Fields. - Pałac jest zbudowany z kamienia, więc mocno 

nie ucierpiał, natomiast dom Wiliama był drewniany. Zresztą wiatr wiał od morza.

- Nurtuje mnie jeszcze jedno, pani Fields - z lekkim ociąganiem rzekła Sandra. - Kiedy 

uciekła żona Colina Halla? Zdaję sobie sprawę, że od tamtych wydarzeń minęło wiele lat, 

gdyby   jednak   mogła   pani   sobie   przynajmniej   przypomnieć,   czy   to   było   przed,   czy   po 

pożarze?

Pani Fields z wrażenia upuściła łyżeczkę od herbaty i szybko pochyliła się, by ją 

podnieść. Jej odpowiedź zabrzmiała trochę niepewnie:

- Wydaje mi się, że w tym samym czasie. Chyba tak... Panno Winter, jeszcze panience 

nie pokazywałam serwetki, którą właśnie haftuję. Koniecznie musi panienka zobaczyć...

Ale Sandra nie zamierzała dać za wygraną.

- Dlaczego właściwie Elaine Hall uciekła?

- Panno Winter, nie mogę - odpowiedziała pani Fields.

- Czego pani nie może?

background image

W pokoju zapanowała całkowita cisza.

- Co wiem, to wiem - odparła po chwili ekskucharka i zacisnęła usta.

- Bardzo bym chciała to usłyszeć.

- Przyznaję, że lubię poplotkować o dawnych czasach, uważam też, że panienka jest 

bardzo  mila,  ale...  o  lady  Elaine  nie  chcę  rozmawiać.  Przyrzekłam jej  to  kiedyś  i  słowa 

dotrzymam.

- Szanuję to, oczywiście. Proszę wybaczyć mi ciekawość, miałam jednak szczególny 

powód,   by   o   to   zapytać.   Nie   będę   już   pani   dłużej   męczyć.   Jeszcze   tylko   na   koniec 

chciałabym, by rzuciła pani okiem na wykonany przez Duncana rysunek. Wydaje mi się, że 

on coś znaczy. Proszę popatrzeć!

Pani Fields pobladła jak ściana, krew odpłynęła jej z okrągłych policzków. Wypuściła 

z rąk kartkę z narysowanym wilkiem na tle tarczy księżyca, jakby się sparzyła.

- Naprawdę narysował to Duncan? Nie, nigdy w to nie uwierzę.

- Dlaczego?

- Bo to niemożliwe! Duncana nie było jeszcze na świecie, kiedy to się stało.

- Co się stało?

- Wszystko zostało zniszczone.

- W pożarze?

- Nie,  dużo  wcześniej. To  chyba   jakieś  moce  nieczyste,  nie  chcę  mieć  z  tym  nic 

wspólnego.

Nerwowo ściskała krzyżyk ze srebra, który miała zawieszony na szyi.

Rozmowa zakończyła się frazesami na temat robótek ręcznych i pogody.

Sandra pożegnała się i ruszyła w drogę powrotną. Kiedy opuściła osadę i wyszła na 

ścieżkę   wśród   skał,   w   gęstniejącej   mgle   ujrzała   jakąś   postać,   przyczajoną   nieopodal. 

Odwróciła się po chwili za siebie, a wówczas mignął jej szczupły człowiek ubrany na czarno. 

Domyśliła się, że to Emerson.

Jest stary, próbowała się uspokoić Sandra. W razie czego zdążę mu uciec. Nie wierzę, 

by chciał mi zrobić coś złego, po prostu mnie szpieguje.

Ostrożnie odwróciła głowę, ciemna postać podeszła bliżej. Sandra przyspieszyła kroku 

i   po   chwili   gdzieś   z   przodu   usłyszała   głosy.   Drogą   do   miasta   podążały   dwie   kobiety   z 

kilkorgiem dzieci. Z wielką ulgą Sandra przyłączyła się do nich i szła w grupie, póki nie 

zauważyła majaczących we mgle wieżyczek pałacu Elms of Goram.

Wieczorem tego samego dnia Sandra grała z lady Cynthią w karty i trochę się u niej 

zasiedziała. Wracała do siebie jak zwykle przejściem dla służby. Nie chciało jej się szukać 

background image

świecznika, znała wszak doskonale wąskie kamienne schodki obok kuchni, bo korzystała z 

nich kilkakrotnie w ciągu każdego dnia Co prawda schody nie miały poręczy, ale Sandra 

przeważnie przytrzymywała się ściany.

Doszła   do   ostatniego   stopnia,   gdy   nagle   pośliznęła   się   i   upadła.   Rozpaczliwie 

wymachując rękoma, próbowała się czegoś złapać, ale natrafiwszy na pustkę, poturlała się w 

dół. Poobijana, jęknęła z bólu i z trudem się podniosła. Wczołgując się powoli na górę, 

poczuła   intensywny   zapach,   a   gdy   dotknęła   ostatniego   stopnia,   wyczuła   na   nim   grubą 

warstwę ługu.

Bezmyślna   Mary!   pomyślała   zagniewana.   Pewnie   szorowała   schody   i   zapomniała 

dokończyć.

Chwyciła   szmatę   i   starła   maź,   a   potem,   pojękując   cicho,   pokuśtykała   do   swego 

pokoju.

Długo nie mogła zasnąć. Bolało ją kolano. Ale nie to ją martwiło najbardziej. Od kilku 

już dni jej myśli krążyły bez przerwy wokół jednego: odbierała niepokojące sygnały wysyłane 

przez swoje ciało. Piersi nabrzmiały i były bardzo wrażliwe. Poza tym całkiem straciła apetyt.

Duncan, ukochany, dlaczego nie wracasz? pomyślała z rozpaczą.

Policzyła dni od ich ostatniego spotkania i wyszło jej, że minął już trzeci tydzień. Co 

zrobię, jeśli on nie wróci? zamartwiała się.

Odwróciła się do ściany i zasnęła na mokrej od łez poduszce.

Następnego wieczoru rodzina Hallów pojechała na przyjęcie i Sandra została w pałacu 

sama. W jadalni wystawiono dla niej kolację, ale dziewczyna nie była głodna. Mdliło ją, gdy 

tylko spojrzała na jedzenie.

Och, Duncanie, co myśmy najlepszego zrobili? Jak wybrniemy z tego kłopotu?

Równocześnie jednak wbrew wszystkiemu odczuwała cichą radość, mimo że pewnie 

inna dziewczyna w podobnej sytuacji by się załamała.

Wmusiła w siebie odrobinę ryby i jarzyn, kierując się raczej zdrowym rozsądkiem niż 

apetytem,   jednak   na   widok   salaterki   z   puddingiem   migdałowym   zemdliło   ją.   Niechętnie 

nabrała budyniu na łyżeczkę, trochę zjadła, ale zaczął rosnąć jej w ustach. Pośpiesznie więc 

wyniosła tacę do kuchni, a resztkę puddingu wyrzuciła do śmieci.

Wróciła do swego pokoju spocona jak mysz, do tego kręciło jej się w głowie i ledwie 

poradziła sobie ze zdjęciem ubrania. Kiedy wreszcie położyła się do łóżka, poczuła potworny 

ból   żołądka.   Skuliwszy   się   pod   kołdrą,   mocno   zacisnęła   zęby,   by   nie   krzyczeć.   W 

otumanionym mózgu dziewczyny roiły się wizje, wydawało jej się, że jakaś ręka dosypuje 

czegoś do miski z puddingiem, jednak wyobraźnia nie podpowiedziała jej, czyja to mogła być 

background image

ręka.

Czuła, że ściany wokół niej wirują. Wiedziała, że powinna zawiadomić Mary o swojej 

chorobie, ale ściany nagle stawały się podłogą, po której czołgała się, zaciskając zęby.

Panicznie obawiała się, że nie wytrzyma i zacznie krzyczeć z bólu i ze strachu.

Świat   Sandry   zasnuł   się   nierzeczywistą   mgłą,   dni   i   noce   zlały   się   w   jedno. 

Dziewczyna słyszała jednak jakieś szepty i dostrzegała nad sobą coraz to nowe twarze. Jedna 

z nich, z brodą, była całkiem obca, ale wydała jej się przyjazna.

- ... na pewno jakieś zatrucie. Proszę podawać chorej te krople kilka razy dziennie.

Dziewczyna z wysiłkiem przemówiła:

-   Doktorze,   proszę   mnie   stąd   zabrać...   grozi   mi   niebezpieczeństwo...   proszę   mnie 

obronić.

- Majaczy - rozległ się ostry glos Moiry. - Dopilnuję, żeby przyjmowała krople.

- Czy je straciłam? Proszę mi powiedzieć, że wszystko w porządku! - Sandra wlepiła 

w doktora oczy, które w bladej wychudzonej twarzy zdawały się większe niż zwykle.

Poklepał ją uspokajająco po ramieniu, nie pojmując wcale, o czym dziewczyna mówi.

W następne dni Sandrze przyświecała tylko jedna jasna myśl: Nie wolno mi wziąć 

niczego do ust, cokolwiek by mi podawano. Ani jedzenia, ani płynów!

Jedynie od lekarstw nie udało jej się wykręcić, ale krople zdawały się łagodzić boleści.

Mimo że dręczyło ją okropne pragnienie i język przyklejał się do podniebienia, nie 

tknęła żadnego napoju, jaki jej podawano.

Wreszcie   poczuła   się   lepiej.   Przez   pierwsze   dni,   całkiem   wycieńczona,   z   trudem 

utrzymywała się na nogach, ale już mogła sama przygotować sobie w kuchni coś do jedzenia. 

Regularne odżywianie szybko pomogło jej odzyskać formę i oczy nie wydawały się już tak 

nienaturalnie   duże.  Wróciła   do  swych  obowiązków,  choć   nadal   była  bardzo   blada   i  przy 

większym wysiłku mdlała.

Colin spędził wiele godzin przy łóżku chorej Sandry, trzymając ją za rękę. Któregoś 

dnia, kiedy byli sami na parterze, zawołał dziewczynę do salonu.

- Gdybyś wiedziała, jak bardzo się cieszę, widząc cię zdrową, Sandro - zaczął, gdy 

usiadła naprzeciw niego. - Nie przypuszczałem, że czyjeś życie może tak wiele dla mnie 

znaczyć.   Poddaję   się,   nie   mam   siły   dłużej   bronić   się   przed   własnymi   uczuciami.   Czy 

wyjdziesz za mnie?

Popatrzyła na Colina w największym zdumieniu.

- Mam wyjść za ciebie? Ależ Colin, sądziłam...

-   Ja   też   -   uśmiechnął   się.   -  Ale   zmieniłem   zdanie.   Dlatego   właśnie   pytam,   czy 

background image

zostaniesz moją żoną.

- Jeszcze niedawno przyjęłabym z radością twoje oświadczyny - odrzekła dziewczyna. 

- Ale dziś już nie. Za późno.

- O co ci chodzi? Czy... Nie, niemożliwe, byś poznała jakiegoś mężczyznę.

-   Jednak   to   prawda,   Colin   -   odpowiedziała,   spuściwszy   głowę.   -   Niedługo   będę 

musiała wyjechać z Elms of Goram.

- Dlaczego? - zapytał, marszcząc brwi.

Milczała przez chwilę, ale wreszcie zebrała wszystką odwagę i popatrzyła mu w oczy.

- Sądzę, że będę miała dziecko.

- Czy ty w ogóle wiesz, co mówisz? - patrzył na nią z niedowierzaniem. - Chyba to 

jakiś kiepski żart. Nie wierzę, Sandro, że ty, uosobienie cnoty...

- Nie żartuję - przerwała mu. - Mówię zupełnie poważnie.

- Co za łotr się tego dopuścił?

- To nie jego wina - przerwała. - Moja też nie. To, co się stało, było nieuniknione.

Na długą chwilę zapadła cisza.

- Czy on się z tobą ożeni?

- Wydaje mi się, że już nigdy go nie zobaczę - wyszeptała.

Colin wstał i podszedł do okna. Cisza zawisła ciężko w pokoju.

- To niesłychane - mruknął w końcu Colin, nie mogąc się powstrzymać od ironicznego 

uśmiechu. - To ja tu przez cały czas obchodzę się z tobą jak z jajkiem, mając na uwadze twą 

płochość i surowe wychowanie, a ty tymczasem zachodzisz w ciążę z innym mężczyzną! Kto 

to jest? - Odwrócił się gwałtownie. - Tu w pałacu oprócz mnie i Emersona nie ma innych 

mężczyzn, a starego woźnicy nie podejrzewam. Jak to się stało, u diabła? I z kim?

Nie odpowiedziała, więc znów zapatrzył się w widok za oknem.

- Od kiedy?

- Od miesiąca.

- Jesteś pewna?

- Niestety tak.

- Dziwne, ale nie wydajesz się specjalnie zrozpaczona.

- Nie jest mi lekko - rzekła z wysiłkiem. - Boję się nawet myśleć, co będzie, jeśli on 

mnie zawiedzie.

- Czy to prawy człowiek? To znaczy... Czy ma dobry charakter? Jest inteligentny? Czy 

nie odstrasza wyglądem?

- O jego inteligencji nie mogę jeszcze zbyt wiele powiedzieć - odpowiedziała Sandra z 

background image

ociąganiem. - Ale mogę zapewnić, że to człowiek wyjątkowo szczery, prostolinijny i ma złote 

serce. Jest też bardzo przystojny. Wysoki, szczupły...

- Podtrzymuję moją propozycję - przerwał jej. - Czy chcesz mnie poślubić?

-   O   czym   ty   mówisz?   Oszalałeś?   Prosisz   mnie   o   rękę   po   tym   wszystkim,   co   ci 

wyznałam?

- Właśnie. Posłuchaj, przecież to dopiero miesiąc! Uznam dziecko za swoje. Moim 

największym zmartwieniem jest brak dziedzica. Najmilsza Sandro... Tylko ty i ja wiemy, że 

nie mogę mieć dzieci. Tak cię proszę, zgódź się!

Wstała, nie mogąc oderwać oczu od Colina, w głowie zaś tłukły jej się niespokojne 

myśli.

Ojciec jej dziecka... Uniknie wstydu... Elms of Goram... Pani tego pięknego pałacu, 

Colin...

Wspomnienie   Duncana   wywołało   w   niej   jednak   prawdziwą   burzę   uczuć.   Pod 

powiekami zapiekły ją łzy.

- Ojciec dziecka ma jasne włosy i niebieskie oczy - wyszeptała.

- Mój ojciec także był blondynem i miał niebieskie oczy.

- To dobrze, ale...

Nagle Colin popatrzył na nią badawczo i rzekł powoli:

- Niebieskooki blondyn, powiadasz? Nie, to niemożliwe, żebyś go spotkała.

Przeciągnął dłonią po czole, jakby się nad czymś mocno zastanawiał, a potem wziął 

dziewczynę za rękę.

- A więc, Sandro, co powiesz na moją propozycję?

-   Czy   pozostawisz   mi   trochę   czasu   do   namysłu?   To   dla   mnie   trudna   decyzja. 

Rozumiesz chyba, że całym sercem kocham ojca swego dziecka.

- Ale przecież cię zostawił.

- Tak wygląda, może jednak wróci. Może...

- Nie należy czekać zbyt długo. Powiedzmy, że masz tydzień do namysłu. Wystarczy?

- Niech tak będzie. Dziękuję ci, Colin.

Przytulił ją mocno. Podniosła głowę i napotkała jego wzrok. Nie opierała się, kiedy ją 

pocałował. Ale jej ciało nie zareagowało.

background image

ROZDZIAŁ IX

Tego   wieczoru   Sandra   długo   nie   mogła   zasnąć.   Oświadczyny   Colina   bardzo   ją 

zaskoczyły, ale musiała przyznać sama przed sobą, że poślubienie go byłoby najprostszym 

sposobem na rozwiązanie wszystkich jej problemów. Nie kochała lorda Halla, na małżeństwo 

gotowa była zgodzić się jedynie przez wzgląd na dziecko.

Od Duncana nie miała żadnych wieści. Colin dał jej tydzień do namysłu, nie odpowie 

mu jednak nic konkretnego, póki nie rozmówi się z Duncanem. Tylko w jaki sposób ma się z 

nim skontaktować? Przecież nawet nie wie, dokąd wyjechał. Ojciec Andrzej pewnie mógłby 

jej pomóc, ale żeby się o tym przekonać, musiałaby pójść do klasztoru. Nie czuła się jednak 

na siłach, by pokonać długą drogę przez las.

Zasnęła,   nic   nie   wymyśliwszy.   Obudziły   ją   odgłosy   kroków   na   korytarzu.   Gdy 

usłyszała pukanie do drzwi, zerwała się gwałtownie.

- Otwórz, Sandro!

Zadrżała, bo od razu poznała ten głos. Wyskoczyła z łóżka i w jednej chwili znalazła 

się   przy   drzwiach.   Była   tak   zdenerwowana,   że   nie   mogła   przekręcić   klucza   w   zamku. 

Wreszcie jednak znalazła się w bezpiecznych objęciach Duncana.

-   Och,   Duncanie   -   wyszeptała.   -   Wróciłeś!  A  już   myślałam,   że   całkiem   o   mnie 

zapomniałeś!

-   Próbowali   mnie   utrzymać   z   dala   od   ciebie   -   odpowiedział   z   gniewem.   -   Gdy 

zbudowaliśmy   dom,   nadeszła   wiadomość   od   ojca  Andrzeja,   żebyśmy   zbudowali   jeszcze 

jeden, a potem jeszcze jeden. W końcu stamtąd uciekłem. Sandro, kocham cię!

- Naprawdę? Naprawdę mnie kochasz? Ojciec Andrzej, odwiedziwszy mnie w czasie 

twojej   nieobecności,   nie   krył,   że   wysłał   cię   daleko   od   klasztoru,   żebyś   miał   możliwość 

poznania innych młodych dziewcząt. Tak bardzo mnie przestraszył.

- Zyskałem wielu przyjaciół, spotkałem też niejedną pannę, ale cóż mi po nich? Przez 

cały czas myślałem tylko o tobie.

Wypuścił Sandrę z objęć i popatrzył na nią badawczo.

- Jesteś taka blada... Zeszczuplałaś. Byłaś chora?

- Tak, byłam ciężko chora. Ja...

- Chodź! - Na rękach zaniósł ukochaną do sypialni i delikatnie położył na łóżku. 

Potem zdjął habit i wsunął się pod kołdrę obok niej. Oparłszy głowę na ramieniu Duncana, 

Sandra głaskała leciutko jego twarz, jakby chciała zanotować w pamięci każdy jej fragment.

- Opowiedz mi teraz, co się stało - poprosił.

background image

Zaczęła od tego, że ustaliła wreszcie jego tożsamość. Wspomniała potem, że spadła ze 

śliskich schodów i że ktoś chciał ją otruć puddingiem migdałowym.

Duncan przycisnął Sandrę mocniej do siebie, złorzecząc pod nosem, co dziewczynie 

uświadomiło, że nauczył się niejednego przez ten czas, gdy się nie widzieli.

- Muszę ci coś jeszcze opowiedzieć - dodała po chwili milczenia. - Spodziewam się 

dziecka.

Uniósł się na łokciach i w mroku odszukał jej spojrzenie.

- Dziecka? - powtórzył. - Masz na myśli nasze dziecko?

- Tak.

Położył się z powrotem i długo milczał.

-   Dowiedziałem   się   wszystkiego   od   kolegów,   z   którymi   stawiałem   domy   -   rzekł 

wreszcie.

Sandra poczuła gorące łzy kapiące z jego oczu na jej policzek. Objęła go za szyję i 

przytuliła mocno.

- Czy to może być prawda? - szeptał. - Chyba nie istnieje większe szczęście.

-   Tak,   to   szczęście.   Dziecko   jest   zapewne   bardzo   silne,   skoro   przetrzymało   mój 

niebezpieczny upadek ze schodów i zatrucie. Ale co my zrobimy?

- Nie obawiaj się, moja gołąbeczko. Duncan jest przy tobie i nigdy więcej cię nie 

zostawi samej. Zatroszczę się o was oboje.

Z lękiem pomyślała, co na to wszystko powie ojciec Andrzej. Łudziła się jednak, że 

zakonnik ugnie się pod wpływem okoliczności. Nie wspomniała Duncanowi o oświadczynach 

Colina, których w tej sytuacji i tak nie zamierzała przyjąć. Uznała, że najlepiej dla wszystkich 

będzie wyrzucić z pamięci ten epizod.

Leżeli   przytuleni,   szepcząc   sobie   do   ucha   miłosne   wyznania,   ale   nie   zdołali 

powstrzymać ogarniającej ich gorączki. Duncan przyciągnął Sandrę mocniej do siebie, jego 

usta niecierpliwie szukały jej warg. Odpowiedziała mu pocałunkiem, w który włożyła całą 

swoją miłość. Kiedy poczuła błądzące po jej ciele dłonie, nagle wszystkie kłopoty przestały 

istnieć.

Zaczynało dopiero świtać, krople deszczu monotonnie uderzały o szyby. Sandra leżała 

w łóżku wsłuchana w spokojny oddech Duncana.

Wspólnie   zadecydowali,   że   w   trosce   o   dobro   dziecka   opuszczą   Elms   of   Goram, 

porzucając na zawsze dwór i jego mroczne tajemnice.

Ich   wspólna   przyszłość   napełniała   Sandrę   pewnymi   obawami.   Duncan   nie   chciał 

nawet słuchać o tym, że ma prawo ubiegać się o spuściznę po swym ojcu, Wiliamie Hallu. 

background image

Uznał, że lepiej nie wracać do przeszłości, nie miał zamiaru powstać z martwych. Pragnął 

jedynie zabrać Sandrę i odjechać jak najdalej od tego miejsca. Był młody i silny. Wierzył, że 

w ten czy inny sposób zdoła zapewnić byt swym najbliższym.

Sandra w zamyśleniu wodziła palcem po wzorzystej tapecie. Przypomniało jej się, że 

Duncan czynił podobnie, kiedy odwiedził ją po raz pierwszy. Co on wówczas powiedział? To 

były jedne z pierwszych słów, jakie usłyszała z jego ust.

„Schody”. Powiedział „schody” i popatrzył ze zdumieniem w górę.

Sandra zmarszczyła czoło, a w jej głowie zalągł się zupełnie szaleńczy pomysł.

Schody... i atłasowa tapeta w stylizowane wzory ptaków.

- Duncanie, obudź się! - lekko potrząsnęła śpiącym, który wymamrotał coś pod nosem 

niewyraźnie i przytulił się mocniej do niej. Sandra jednak nie rezygnowała.

- Duncanie! Obudź się, wstawaj, natychmiast! Mam coś ważnego!

- Już na nas czas? - spytał zaspanym głosem.

- Nie, jeszcze nie. Powiedz mi jednak... Co pamiętasz z dzieciństwa?

- Niewiele. Dlaczego pytasz?

- Czy byłeś już kiedyś w tym pomieszczeniu... to znaczy czy byłeś tu jako dziecko?

- Chyba tak. Poznałem wzór na tapecie, tyle że...

- W tym pomieszczeniu były schody, prawda?

- Właśnie.

Sandra wygramoliła się na podłogę.

- Ubieraj się, Duncan. Wpadłam na pewien pomysł.

Wstał i założył habit. Zegar wybił godzinę czwartą. Sandra odsłoniła okna, by wpuścić 

do sypialni blade światło budzącego się dnia.

- Chodź, zobaczysz coś! - Podeszła do wielkiego gobelinu i odchyliwszy róg, pokazała 

Duncanowi ukryte drzwi.

- Co to?

-   To   drzwi   do   pokoju   narożnego.   Chodź!   Pochyleni   weszli   pod   gobelin   i 

przecisnąwszy się przez wąską szparę w drzwiach, stanęli na progu pomieszczenia.

- A niech mnie! - wyjąkał Duncan. - Tu się paliło!

- Wiesz, coś mi się nie zgadza. Pani Fields wspomniała, że tamtego feralnego dnia 

wiał wiatr od morza. Powiedziała także, że Elms of Goram i sąsiedni dom zostały dopiero na 

końcu zaatakowane przez płomienie, ale to chyba niemożliwe.

- Miasteczko leży na wschód od dworu - zaczął z namysłem Duncan.

- I dom twojego ojca także. A tymczasem pałac zaczął się palić pierwszy. To dziwne.

background image

- Tak, nie rozumiem tego, ale może pani Fields nie pamięta już dokładnie.

Sandra ostrożnie przeszła kilka kroków.

- Zwróciłeś uwagę na tapetę?

- Tak, takie same ptaki.

- Właśnie, i spójrz tam, ślady schodów.

Oboje   przesunęli   wzrokiem   po   odcinającym   się   na   ścianie   jaśniejszym   zygzaku, 

biegnącym aż pod sufit. W miejscu, gdzie się kończył, przybite były solidne deski.

- Tam jest na pewno wejście do pokoiku na wieży.

Duncan   nagle   chwycił   mocniej   ramię   Sandry  i   wczepił   się   w   nie   paznokciami,   z 

przestrachem wpatrując się w sufit. W szarej poświacie brzasku wydawał się trupio blady.

- Wolałbyś tam nie wchodzić? - domyśliła się.

Nic nie odpowiedział.

- Jeżeli pomożesz mi przynieść tu stół i ustawić coś na nim, to dalej już sobie poradzę 

- przekonywała.

Duncan pokiwał głową nieobecny duchem.

- Bierzmy się do pracy!

Przeciągnęli   stół   i   ustawili   w   miejscu,   nad   którym   w   suficie   przybite   były  deski. 

Duncan przyniósł krzesło i postawił je na stole, a Sandra w tym czasie rozejrzała się za 

narzędziami.

Kiedy już wdrapała się na stół, Duncan ocknął się.

- Zejdź! Ja to zrobię! - powiedział, po czym wspiął się na ustawioną konstrukcję i 

zabrał się do usuwania solidnych desek.

Deszcz nadal uderzał o szyby, ale za oknem wstawał świt i w pomieszczeniu robiło się 

coraz jaśniej.

Kiedy mniej więcej po godzinie Duncan uporał się z robotą, ich oczom ukazał się 

właz, niestety także zabity deskami. Duncan pracował z coraz większym zapałem, gwóźdź po 

gwoździu spadał na podłogę.

- Teraz moja kolej - powiedziała Sandra, kiedy skończył. Widziała bowiem, że coś 

powstrzymuje tego silnego mężczyznę przed otwarciem wejścia do pokoju na wieży.

Zamienili się więc miejscami. Dziewczyna pchnęła pokrywę włazu, która po chwili 

ustąpiła. Kurz i śmieci posypały się z góry na jej głowę.

- Przynieś z mojej sypialni świecę - poprosiła Sandra. - Tu jest zupełnie ciemno.

Czekając na Duncana, wsłuchiwała się w odgłosy deszczu uderzającego o dach.

Duncan  wrócił  ze świecznikiem i podał  go Sandrze. Dziewczyna  nie  bez strachu, 

background image

mimo że była asekurowana, wdrapała się na oparcie krzesła. Teraz już mogła swobodnie 

rozejrzeć się po pomieszczeniu na górze.

- Och, jak tu wspaniale! - zawołała, zadzierając głowę.

- Tak, tam jest pięknie. - Głos Duncana dochodził do niej jakby z innego świata.

- Wiesz co, Duncan? Tutaj ukryty jest prawdziwy skarb, obrazy namalowane przez 

twojego dziadka! Ha, więc to tutaj wszystko pochowali.

Obróciła się ostrożnie, żeby obejrzeć drugą część pomieszczenia. Poczuła mocniejszy 

uścisk Duncana na swych kostkach.

- O, jeszcze więcej obrazów, całe mnóstwo... I... wiesz, przede mną...

Zamilkła gwałtownie.

- Co się stało? - zapytał zaniepokojony.

Wpatrywała się szeroko otwartymi oczami, a potem zaczęła krzyczeć jak opętana. 

Krzesło zachwiało się. Duncan ledwie zdążył złapać Sandrę, cudem nie spadła na ziemię. 

Świecznik potoczył się w kąt, ale na szczęście płomień zgasł.

Sandra wyrwała się Duncanowi i pobiegła do swej sypialni. Kiedy pośpieszył za nią, 

znalazł dziewczynę na łóżku, zwiniętą w kłębek, drżącą niczym w gorączce. Próbował ją 

uspokoić, ale ona tylko potrząsnęła głową.

- Zamknij! - jęknęła. - Zamknij ten straszny pokój. Zamknij, słyszysz!

Szybko zamknął drzwi i spuścił gobelin. Potem wziął dziewczynę w ramiona.

- Jesteś taka blada. Coś ci dolega?

Pokręciła głową i mocniej przywarła do niego.

- Och, Duncanie! Mój kochany - zaszlochała. - Co oni tobie zrobili?

Wiedziała, że do końca życia nie zapomni tego, co ujrzała w pokoiku na wieży.

Na podłodze obok wielkiego obrazu przedstawiającego samotnego wilka wyjącego do 

księżyca leżały szczątki dwojga ludzi.

Sandra i Duncan, trzymając się za ręce, szli wąskimi uliczkami miasteczka. Siąpił 

deszcz. Sandra wystawiła twarz, pozwalając kroplom obmywać ją z łez. Sprawiało jej to ulgę.

Kierowali   się   w   stronę   posterunku   policji.   Sandra   bywała   tam   już   wcześniej   w 

związku z samobójczą śmiercią ojca i kłopotami finansowymi, które po sobie pozostawił.

Nieliczni   przechodnie,   których   mijali,   patrzyli   ze   zdumieniem   na   osobliwą   parę: 

przystojnego młodzieńca w przykrótkim habicie i młodą kobietę z wyższych sfer, której z 

twarzy ściekały krople deszczu.

- Zmarłych nie powinno się pochować - odezwał się Duncan znienacka. - Powinno się 

ich ułożyć do snu w pięknej komnacie.

background image

- Pamiętasz? - zapytała.

- I tak, i nie...

- Teraz dopiero rozumiem, dlaczego mieszkańcy Elms of Goram chcieli się ciebie 

pozbyć. Na pewno cię rozpoznali. A kiedy zobaczyli w moim pokoju rysunek wilka, domyślili 

się, że się spotkaliśmy.

Zagryzła wargi w zamyśleniu, a po chwili dodała:

- Nie wydaje mi się, by wszyscy troje byli wprowadzeni w całą sprawę. Rysunek ze 

ściany w moim pokoju zerwała Moira albo Colin, albo lady Cynthia. Ten, kto to uczynił, 

działał powodowany strachem,  że obrazek  zobaczy dwoje pozostałych członków rodziny. 

Pani Fields także rozpoznała motyw. Kiedy pokazałam jej twój obrazek, zachowywała się tak, 

jakby ujrzała ducha. Sądziła, że płótna namalowane przez twojego dziadka zostały zniszczone 

na wiele lat przed twoim urodzeniem.

Duncan nic nie odpowiedział, szli więc w milczeniu.

Komisarz Wright przywitał Sandrę uprzejmie:

- Dzień dobry, panno Winter. Zapraszam do środka. Jest pani całkiem przemoczona. 

No cóż, ostatni raz widzieliśmy się w niezbyt miłych okolicznościach. Może dziś sprowadzają 

panią do nas mniej ponure sprawy?

- Niestety nie - pozbawiła go złudzeń Sandra.

W kilka godzin później Elms of Goram wypełniło się obcymi ludźmi, którzy starannie 

zbadali zamknięte od lat pomieszczenie na górze.

Komisarz Wright zwołał do zielonego salonu całą rodzinę: lady Cynthię, najwyraźniej 

przytłoczoną   nadmiarem   trosk,   Colina   i   Moirę,   a   także   Emersona,   jedynego   spośród 

służących, który pracował w pałacu przed dwudziestu laty. Sandra weszła razem z Duncanem. 

Zebrani zerkali na zmianę to na niego, to na komisarza.

Colin, ujrzawszy jasne włosy i błękitne oczy Duncana, popatrzył pytająco na Sandrę. 

Nic nie mówiąc, skinęła lekko głową. Colin zacisnął usta, ale nie wyglądał na zagniewanego. 

Na jego twarzy malowało się raczej zmęczenie.

- Co tu robi ten zakonnik? - zapytała Moira ostro.

- To jeden z pomocników ojca Andrzeja - wyjaśnił komisarz. - Zresztą państwo na 

pewno go znają, sami się przecież zatroszczyliście, by trafił na wzgórze do klasztoru świętego 

Krzysztofa.

- Tak, przypominam sobie - odezwał się Colin. - Nie rozumiem jednak, jaki jest powód 

jego obecności w moim pałacu, nie pojmuję, dlaczego wciąż się tutaj zjawia.

- Nie rozpoznaje więc pan swego kuzyna?

background image

- Kuzyna? - wybuchnęła Moira. - Mieliśmy tylko jednego kuzyna, nazywał się... O 

Boże, chyba nie chce pan powiedzieć, że to jest Duncan?

Colin poderwał się, tylko lady Cynthia siedziała cicho, potrząsając głową.

- Niemożliwe, Duncan spłonął w swym domu - odezwała się wreszcie.

-   On   nie   zginął   w   płomieniach   -   przerwał   jej   ostro   komisarz.   -   Ktoś   spośród   tu 

zebranych kłamie, a na dodatek starał się zabić Duncana: ugodził go nożem w ramię, innym 

razem zaś omal nie utopił w studni. A wszystko po to, by zamknąć mu usta. Ktoś za wszelką 

cenę   próbował   nie   dopuścić   do   wyjawienia   okropnej   tajemnicy,   którą   skrywa   pokoik   na 

wieży.

Sandra popatrzyła zamyślona na Emersona, który, jak zwykle odziany na czarno, w 

milczeniu stał oparty o kominek. Nie miała cienia wątpliwości, że to właśnie on prześladował 

ostatnio Duncana, ale też wiedziała, że nie robił tego z własnej inicjatywy. Kogo chronił? 

Lady   Cynthię,   której   służył   jeszcze   w   jej   rodzinnym   domu?   Czy   Moirę,   której 

wstawiennictwo u Colina pomogło mu zachować posadę, mimo że zwolniono całą służbę? A 

może Colina, którego podziwiał i obdarzał prawdziwym respektem jako służący? A może całą 

trójkę?

-   Tak   mi   przykro   -   odezwała   się   Sandra   cicho   do   lady   Cynthii.   -   Tak   bardzo 

pragnęłabym,   by   zostało   to   pani   oszczędzone.   By   nie   musiała   pani   przez   to   wszystko 

przechodzić.

- Moje dziecko, zrozumiałe, że musiałaś to zgłosić na policji - odpowiedziała starsza 

pani, machając niecierpliwie ręką. - Nie pojmuję jedynie, jak coś takiego mogło się zdarzyć w 

moim domu.

Colin  siedział  blady  i  zgnębiony,  z  oczu  Moiry  wyzierał  strach,  zaś  lady  Cynthia 

odezwała się surowo do policjanta:

- Ależ to szaleństwo, panie komisarzu! Skąd może pan wiedzieć, że to jest Duncan? 

Skąd by się tu nagle wziął? Gdzie był przez wszystkie te lata, jeżeli rzeczywiście udało mu się 

ujść cało z pożaru? To musi być jakiś oszust, który chce podstępem uzyskać prawo do spadku.

Duncan nerwowo szukał czegoś za pazuchą, wreszcie wyjął szkatułkę, którą położył 

na stole. Colin i Moira podeszli bliżej.

- To gra literowa Duncana - stwierdził Colin, podnosząc szkatułkę z kości słoniowej. - 

Pamiętasz,   Cynthio?   Obaj   chłopcy   dostali   takie   gry   w   prezencie   od   podróżnika,   który 

przyjechał z Afryki. Gra George’a zachowała się, leży gdzieś pośród jego rzeczy, ale Duncana 

zniknęła.

Lady Cynthia wytarła oczy chusteczką z szydełkową koronką, a potem zwróciła się do 

background image

Wrighta z pytaniem:

- Czy udało się panu zidentyfikować odnalezione zwłoki?

- Jeszcze nie. Wiemy tylko, że to mężczyzna i kobieta i że oboje zostali zastrzeleni. Na 

razie nie potrafimy powiedzieć nic więcej. - Komisarz odwrócił się do Colina z pytaniem: - 

Kiedy pańska żona wyjechała do Indii, lordzie Hall?

Colin pobladł jeszcze bardziej, a Moira głośno jęknęła.

- Nie... Tego nie pamiętam - wyjąkał.

- Przed czy po pożarze?

- Po! - wtrąciła pośpiesznie Moira.

- Nie, mylisz się - zaprotestowała lady Cynthia. - To było jeszcze przed pożarem, 

może kilka miesięcy wcześniej.

Moira najwyraźniej usiłowała ratować brata z opresji. Jednak nie udało jej się.

- Właśnie otrzymałem interesującą wiadomość - rzekł komisarz. - Cedric Armstrong, 

mężczyzna, z którym uciekła pańska żona, także zaginął bez śladu. Po wyjeździe od państwa, 

z tego miasteczka, nie dał rodzinie znaku życia. Jak się domyślam, pan także nie otrzymał 

żadnej wiadomości od żony?

- Nie - mruknął Colin.

- Jeszcze nie ustaliliśmy, dokąd się udali, o ile w ogóle stąd wyjechali...

- Nic nie zrobiłem! - Colin podniósł glos. - Mój Boże... Jak pan może w ogóle tak 

myśleć? Ja... kochałem Elaine.

- Może właśnie dlatego.

Sandra podeszła do Colina i wzięła go za rękę.

- Wiem, że kochałeś Elaine - powiedziała cicho. - I nadal ją kochasz, prawda?

Próbował   się   uśmiechnąć,   ale   na   jego   twarzy   pojawił   się   jedynie   grymas.   Potem 

obrócił się zdecydowanie w stronę Duncana i ściskając go za ramiona, rzekł:

- Nie powitaliśmy cię zbyt serdecznie, ale uwierz mi, że naprawdę bardzo się cieszę, 

widząc cię wśród żywych. I obiecaj mi, że będziesz dobry dla Sandry. Zasłużyła na to.

- Żona mojego brata obeszła się z nim bardzo źle - odezwała się nagle Moira ostro. - 

Miał wszelkie powody, by ją znienawidzić. Ale żeby z tego powodu miał ją zamordować... 

nie, nie była tego warta.

- Moira! - zawołał Colin.

- Może lepiej będzie trzymać się faktów - przerwał jej komisarz. - Wiemy, że młody 

Duncan czegoś się wówczas dowiedział. Na pewno nie był świadkiem morderstwa, bo ono 

mogło mieć miejsce wcześniej. Ale kiedy wybuchł pożar w mieście, najprawdopodobniej 

background image

wszedł po istniejących jeszcze wówczas schodach do pokoju w wieży i zaskoczył winowajcę 

w chwili, gdy ten zacierał ślady zbrodni. Zauważył  też dwa ciała leżące obok wielkiego 

malowidła przedstawiającego wilka w blasku księżyca i oczywiście strasznie się przeraził. 

Uciekł, a wtedy przestępca zamknął właz do pokoju w wieży i podpalił pokój narożny. Nasi 

specjaliści   są   pewni,   że   właśnie   tam   podłożono   ogień.  W  tym   samym   czasie   w   mieście 

najgorsze już minęło. Podpalacz nie zdążył jednak sprawdzić, czy pożar rozprzestrzenił się w 

pożądanym kierunku, musiał przecież podążyć za chłopcem. Nie wziął pod uwagę silnego 

wiatru. Pożar przeniósł się na sąsiedni dom, który spłonął do cna, gdy tymczasem w pokoju 

narożnym i pracowni pod kopułą nie wyrządził większych szkód. Matka Duncana stała się 

kolejną ofiarą tego mordercy.

Sandra ścisnęła Duncana za rękę.

- Ale co się stało z chłopcem? - zapytała lady Cynthia.

- Pobiegł znaną mu drogą do portu, nad morze. Dziś trudno dokładnie ustalić, co się 

tam wydarzyło. Jeden ze starych rybaków pamięta jednak, że po pożarze głuchoniemy rybak 

Angus nieoczekiwanie bardzo się wzbogacił. Angus niedawno umarł i, jak powiadają rybacy, 

jego zwłoki przyniósł do miasta młody jasnowłosy mężczyzna, który nie potrafił mówić. 

Według mojej teorii winowajca, nie będąc w stanie zdobyć się na zabicie dziecka, przekupił 

rybaka Angusa, by je zabrał na swoją wyspę. Został za to sowicie nagrodzony, ale musiał 

obiecać, że nigdy nie pokaże chłopca innym ludziom. Oczywiście są to tylko przypuszczenia, 

bo Duncan nie potrafi ani potwierdzić tego, ani temu zaprzeczyć. Niewiele pamięta, jednak 

epizod w pokoju na wieży musiał wywrzeć na nim niezwykle silne wrażenie, bo jeszcze jako 

dziecko   narysował   z   pamięci   wilka   w   blasku   księżyca,   motyw   malowidła,   które   wraz   z 

wieloma innymi zostało schowane po śmierci dziadka w jego pracowni.

Godzinę   później   z   pałacu   Elms   of   Goram   wyprowadzono   Colina,   podejrzanego   o 

dokonanie morderstwa na swej żonie Elaine i jej kochanku Cedricu Armstrongu.

background image

ROZDZIAŁ X

Colin, zanim jeszcze opuścił z komisarzem Elms of Goram, zatroszczył się o Duncana 

i Sandrę, którzy zdecydowanie odmówili pozostania w pałacu. Skierował ich do dobrego 

zajazdu, a przede wszystkim przekazał im niezwykłą wiadomość: spadek po Wiliamie i Ginny 

Hall w całości został umieszczony na koncie w banku.

Colin przyznał, że parę razy kusiło go, by skorzystać z tych pieniędzy, ale ponieważ 

sytuacja finansowa go do tego nie zmuszała, dotąd nie uruchomił konta rezerwowego, jak je 

nazwał, i bardzo się teraz z tego cieszył.

Sandra tylko jęknęła, kiedy Colin poinformował ją o wartości spadku.

- W takim razie będziemy mogli spłacić dług, jaki masz wobec Colina - odezwał się 

Duncan bez wahania.

- Ależ... przecież nie możesz... - przerwała mu Sandra, ale Colin jej wszedł w słowo.

- Pozwól mu na ten gest! Mnie bardzo przydadzą się te pieniądze, a Duncanowi aż tak 

wiele nie ubędzie.

- Kamień spadł mi z serca - westchnęła Sandra. - Colinie, byłeś dla mnie doprawdy 

wspaniałomyślny. Spróbuję ci się jakoś za to wszystko odwdzięczyć.

- W jaki sposób? - zapytał zrezygnowany.

- Porozmawiam z kimś, kto ma wieści o Elaine.

- Kto to taki?

- Pani Fields. Swego czasu dała słowo, że nikomu o tym nie powie, ale sądzę, że w tej 

sytuacji będzie zmuszona złamać przysięgę.

- Pani Fields? - popatrzył Colin zdziwiony. - Znasz ją? A cóż takiego może wiedzieć 

pani Fields, co mogłoby mi pomóc? I kto wymógł na niej, by milczała? Może Emerson? 

Szczerze   mówiąc,   odnoszę   wrażenie,   że   pani   Fields,   zamiast   mi   pomóc,   pragnie   raczej 

zacisnąć mi pętlę na szyi.

Sandra uświadomiła sobie w tej samej chwili, że jeśli sąd udowodni, iż Colin jest 

mordercą, zgodnie z prawem zostanie powieszony. To straszne!

Popatrzyła z uwagą na dwóch spokrewnionych z sobą mężczyzn. Jasnowłosy Duncan, 

mimo   że   młodszy   od   Colina,   wydawał   się   znacznie   silniejszy,   zarówno   fizycznie,   jak   i 

psychicznie.   Colin  tak   naprawdę  zawsze   był   trochę   nieśmiały.  Pod  maską   zarozumiałego 

lorda ukrywał własną niepewność. Czy inaczej dałby się tak bardzo zdominować Moirze?

Poza   tym   dlaczego   nie   odprawił   Emersona   wraz   z   resztą   służby   zwolnionej   po 

pożarze?

background image

Do  serca   Sandry  zakradły  się  wątpliwości  Czy rzeczywiście   Colin  był   całkowicie 

niewinny, jak pragnęła wierzyć?

Rozprawa przeciwko Colinowi miała się odbyć za dwa dni, Sandrze więc nie zostało 

dużo czasu.

Razem z Duncanem zamieszkali w zajeździe, w osobnych pokojach, jak nakazywała 

przyzwoitość.   Duncan   udał   się   na   wzgórze   do   klasztoru   świętego   Krzysztofa,   żeby 

porozmawiać z ojcem Andrzejem, a Sandra w tym czasie podążyła wzdłuż plaży w kolejne 

odwiedziny do pani Fields.

Po   deszczu   powietrze   było   krystalicznie   czyste.   Fale   uderzały   o   brzeg,   usiłując 

pochwycić stopy dziewczyny.

Była zupełnie sama, szła ścieżką wzdłuż brzegu, tuż przy krawędzi wznoszących się 

niemal pionowo urwistych wydm.

Nagle stoczyło się z góry kilka kamieni i upadło na piasek tuż przed nią. Sandra 

instynktownie cofnęła się o kilka kroków i przywarła całym ciałem do wydmy.  W kilka 

sekund później na miejsce, w którym przed chwilą stała, runął wielki głaz.

Bez chwili namysłu ruszyła biegiem w stronę osady. Kolana pod nią drżały, ale nie 

przestawała biec, rozglądając się z lękiem dokoła. Nie zauważyła jednak żywej duszy.

Czyżby   ktoś   próbował   pozbawić   ją   życia?   Dlaczego?   Teraz,   kiedy   wyjaśniła   się 

sprawa rysunku przedstawiającego wilka, nie stanowiła przecież dla nikogo zagrożenia!

Zrozumiała   wszystko   lepiej,   dopiero   gdy   poznała   fakty   utrzymywane   przez   panią 

Fields   w   tajemnicy.   Korpulentna   starsza   pani   w   milczeniu   wysłuchała   długiej   opowieści 

Sandry o tym, co zostało znalezione w zamkniętej od wielu lat pracowni. Kiedy dziewczyna 

umilkła, pokiwała z powagą głową.

- A więc tak się sprawy mają? W takim razie jestem zmuszona złamać przyrzeczenie i 

wszystko wyjawić.

Niewielka   sala   rozpraw   pękała   w  szwach.   Duncan   i   Sandra   siedzieli   w   pierwszej 

ławce. Sandra zerknęła na lady Cynthię, która wydawała się blada i osłabiona, ale siedziała 

wyprostowana jak struna. Moira wyglądała tak, jakby od aresztowania Colina nie zmrużyła 

oka, ale jak zwykle spokojna i opanowana, zachowywała się nienagannie.

Nie tak dawno byłam do niej podobna, pomyślała Sandra. Zanim spotkałam Duncana i 

zanim on mi pomógł odnaleźć samą siebie.

Przypomniano wszystkie okoliczności sprawy. Nazwisko Sandry i Duncana pojawiało 

się w protokołach wielokrotnie. Na stole sędziowskim leżały różne dowody rzeczowe, między 

innymi wykonany przez Duncana rysunek wilka.

background image

Colin, blady jak kreda, siedział na ławie oskarżonych, ale zapytany przez sąd nie 

przyznał się do winy. Kazano mu więc złożyć dokładne wyjaśnienia, co robił w dniu pożaru.

- Po dwudziestu latach trudno pamiętać wszystkie szczegóły - przemówił Colin. - 

Pamiętam   jedynie,   że   krążyłem   między   płonącym   miasteczkiem   a   zachodnią   przystanią, 

dokąd ewakuowaliśmy ludzi. Nie miałem pojęcia, że mój własny ojciec i brat znajdują się w 

mieście. Kiedy wydawało się, że najgorsze minęło, dostrzegłem, jak staje w płomieniach dom 

mojego   stryja.   Pognałem   ile   sił   w   nogach   w   tamtą   stronę,   ale   nie   było   już   co   ratować. 

Mogliśmy jedynie ugasić wschodnie skrzydło Elms of Goram. Wtedy właśnie dowiedziałem 

się, że George i ojciec, a także wielu innych zginęło w pożarze.

- Czy podczas gaszenia pożaru był pan w narożnym salonie na piętrze?

- Oczywiście, że tak. Przecież tam paliło się najmocniej.

- Pamięta pan, czy wejście na strych było otwarte?

- Bardzo dokładnie pamiętam, że było zamknięte, płomienie tylko lekko liznęły właz, 

natomiast schody paliły się całe i musieliśmy je porąbać. Ktoś nawet rzucił uwagę, że to 

wyjątkowe szczęście, iż ogień nie dostał się do pracowni.

- Powiada pan, że schody paliły się najbardziej intensywnie?  Czy to możliwe, że 

właśnie tam podłożono ogień?

- Nigdy nie przyszło mi to do głowy.

Colinowi pozwolono wrócić na miejsce i na świadka wezwano Moirę.

- Tego dnia byłam w domu - wyjaśniała siostra Colina. - Leżałam chora na grypę w 

swoim pokoju. Nagle usłyszałam okropny hałas, a gdy wyjrzałam przez okno, zobaczyłam 

purpurowe niebo. Pamiętam, że wołałam i dzwoniłam, ale nikt się nie zjawiał. Służba miała 

tego dnia wychodne. Wstałam więc i z trudem zeszłam na dół, ale i tam nikogo nie spotkałam. 

Źle się czułam, dlatego też wróciłam do łóżka. Nie mam nic więcej do dodania.

- Czy leżała pani w łóżku także wówczas, gdy Elms of Goram zaczęło się palić?

- Kiedy w pałacu wybuchł pożar, część służby zdążyła wrócić i zniesiono mnie na dół.

- Czy widziała pani tego dnia Duncana Halla?

- Nikogo nie widziałam.

Jako następna zeznania miała złożyć lady Cynthia. Wsparta na ramieniu urzędnika, 

podeszła bliżej stołu.

-   Siedzieliśmy   z   lordem   Hallem   w   salonie   i   planowaliśmy   nasz   ślub,   kiedy 

dowiedzieliśmy   się,   że   w   miasteczku   wybuchł   pożar   -   opowiadała.   -   Natychmiast 

pomyśleliśmy o George’u, który tego dnia wybrał się z guwernantką do miasteczka odwiedzić 

swego   kolegę.   Lord   Hall   wybiegi   natychmiast,   usiłowałam   go   przestrzec,   ale   go   nie 

background image

powstrzymywałam,   bo   sama   drżałam   z   niepokoju   i   nie   mogłam   sobie   znaleźć   miejsca. 

Krążyłam wokół pałacu, podeszłam nawet kawałek drogą w stronę miasteczka i zobaczyłam z 

daleka to piekło. A mój ukochany nigdy stamtąd nie wrócił.

Starsza pani zamilkła i dopiero po dłuższej chwili pozbierała się na tyle, by mówić 

dalej.

- Zwłoki George’a i guwernantki znaleziono w domu przyjaciela chłopca. Wszyscy w 

nim   zginęli.   Jednak   ciała   lorda   Halla   nie   odnaleziono.   Nigdy   więcej   już   nie   ujrzałam 

najdroższego mi człowieka.

- Czy przebywając poza pałacem widziała pani Colina Halla?

-   Nie.   Dopiero   znacznie   później,   wtedy   gdy   ogień   buchnął   w   salonie   narożnym. 

Pomagał w gaszeniu.

- Tak więc wszyscy troje przebywaliście w różnych miejscach i nie widzieliście się 

wzajemnie?

- Zgadza się.

Wezwano na świadka Emersona. Jego zeznania jednak nie wniosły do sprawy niczego 

nowego.   Feralnego   dnia   miał   wolne,   a   kiedy   wrócił   do   pałacu,   z   sąsiedniego   budynku 

pozostały zgliszcza.

Sędzia zamierzał ustalić wszystkie szczegóły dotyczące pożaru i dopiero wówczas 

przejść do następnej sprawy. Pozostał ostatni świadek - Duncan.

Wyglądał niezwykle młodo i sprawiał wrażenie zupełnie bezbronnego, kiedy stanął 

przed   stołem   sędziowskim.   Sandrze   krwawiło   serce,   gdy   patrzyła   na   niego.   Posłała   mu 

uśmiech, pragnąc podnieść go na duchu, i wtedy jakby się trochę odprężył. Sędzia poprosił 

go, by opowiedział wszystko, co pamięta.

Zachrypniętym głosem Duncan zaczął mówić o tym, co zachowało się w jego pamięci. 

Niejasne wspomnienie malowidła, śpiący ludzie.

- Dlaczego poszedłeś do narożnego salonu na górze? Przecież nie mieszkałeś w tym 

domu.

Dziwne, pomyślała Sandra, wszyscy zwracają się do Duncana per ty. Ale nie wynika 

to z chęci upokorzenia go, raczej przeciwnie.

- Może... Chyba coś usłyszałem - wyjąkał. - Nie wiem... A może kogoś szukałem.

- Kuzyna George’a?

- Możliwe.

- Tak więc wszedłeś do salonu narożnego, a potem do pokoiku w wieży. Co tam 

zobaczyłeś?

background image

Wszyscy obecni na sali wstrzymali oddech. Duncan bezradnie pokręcił głową.

- O mój Boże - wymamrotała Sandra. - To dla niego zbyt trudne. Czy oni nie pojmują, 

że ten silny mężczyzna boi się jak dziecko?

Duncan   wyprostował   się,  próbując  się  opanować.   Sandra  zauważyła,  że   ma  czoło 

mokre od potu.

- Obraz - rzekł z ociąganiem. - I dwoje śpiących ludzi. Bolało.

- Co bolało?

Duncan nie był w stanie odpowiedzieć, zaszlochał tylko. Sędzia nie powtórzył pytania.

- Czy znałeś Elaine? - spytał oskarżyciel, a Colin poderwał się z miejsca.

- Elaine? - powtórzył Duncan, nie rozumiejąc.

Sędzia zwrócił się do pozostałych członków rodziny.

- Czy ktoś z państwa mógłby opowiedzieć, jakie stosunki panowały między Elaine i 

Duncanem?

-   Duncan   ją   uwielbiał   -   powiedziała   lady   Cynthia   ze   smutkiem.   -   Elaine   zawsze 

znajdowała czas, by się z nim pobawić. Jej śmierć na pewno bardzo by go zabolała. Tak, on 

ubóstwiał Elaine.

Moira prychnęła z irytacją.

Sieć zaciska się wokół Colina, pomyślała Sandra i dreszcz przebiegł jej po plecach.

- Czy widziałeś jeszcze kogoś w pracowni? - zapytał ostrożnie prokurator. - Widziałeś 

kogoś, kto nie spał?

Duncan ukrył twarz w dłoniach i długo milczał. W końcu podniósł głowę i rzekł:

- Tak, widziałem kobietę.

W sali rozległy się szepty, ale Sandra nie była zaskoczona. Nie wierzyła, że Colin 

mógłby być mordercą. Oczywiście, że rozpaczał i stał się zgorzkniały, kiedy żona postanowiła 

go opuścić dla innego mężczyzny, ale przecież nie przestał jej kochać. Nie można zemścić się 

w tak okrutny sposób na kimś, kogo się kocha.

Ale to znaczy, że ktoś inny spośród mieszkańców pałacu pałał żądzą zemsty.

Może ta, która rozpieszczała swego brata i zastępowała mu matkę, Moira? Postępek 

Elaine   dotknął   ją   osobiście.   Od   początku   nie   znosiła   swej   bratowej,   zresztą   nie   darzyła 

sympatią nikogo, kto zbytnio zbliżył się do Colina.

Sandra ocknęła się i rozejrzała wokół. Wśród obecnych na sali zapanowało napięcie.

- Zobaczyłeś kobietę? - przerwał mu oskarżyciel. - Jesteś tego pewien?

Duncan znowu zaczął się wahać.

- Nie. Nie jestem pewien, ale mignęła mi długa spódnica. Mimo to nie ma pewności, 

background image

że...

- Nie, nie ma - przerwał mu sędzia. - To mógł być mężczyzna trzymający w dłoniach  

odzież zamordowanej. Albo mężczyzna w przebraniu. Nie sądzę, że powinniśmy dalej iść tym 

tropem.

Ten człowiek dobrze zna swoje obowiązki. Ma za zadanie wydać wyrok na Colina i 

nie ulega wątpliwości, że uczyni to w majestacie prawa, pomyślała Sandra i zerknęła na 

Moirę. Jej twarz była zupełnie pozbawiona wyrazu, ale wymuszone ruchy zdradzały, że jest 

bardzo zdenerwowana.

Nie ulegało wątpliwości, że Moira się boi. Tylko o kogo? O Colina czy o siebie?

Kolejne pytania skierował do Duncana obrońca Colina.

- Powiedz, Duncan, czy usłyszałeś z salonu narożnego jakieś odgłosy, które sprawiły, 

że tam poszedłeś? Czy był to może trzask płomieni?

- Nie. Wtedy się tam jeszcze nie paliło.

- Może krzyk?

- Beznadziejne pytanie - wtrąciła się lady Cynthia. - Przecież morderstwo zostało 

popełnione kilka miesięcy wcześniej.

Ona jest przekonana, że to Colin zamordował żonę, pomyślała Sandra. Nic dziwnego, 

że jest taka przygnębiona. Jej cały świat legł w gruzach. Dzieci, którymi zaopiekowała się po 

śmierci siostry, spotkał okrutny los. Jedno zginęło w pożarze, drugie jest mordercą.

- Ależ lady Cynthio - wyszeptała Moira zesztywniałymi wargami. - Przecież Colin jest 

niewinny. Jak ktoś w ogóle może myśleć, że...?

Starsza pani posłała jej smutne spojrzenie.

- Proszę o spokój na sali! - zawołała sędzia. - Duncanie, mów dalej!

- Nie, to nie był krzyk, ale jakiś dziwny dźwięk. Pamiętam, jak wybiegłem z mojego 

domu.   Nie   miałem   pewności,   skąd   dobiegł   ten   odgłos...   Chyba   kogoś   szukałem.   Może 

George’a? Nie, nie sądzę. Nie pamiętam...

Znów   ukrył   twarz   w   dłoniach   i   długo   się   nie   odzywał.   Nagle   uniósł   głowę   i 

powiedział:

- Usłyszałem strzał.

W zatłoczonej sali zapadła całkowita cisza. Oczy wszystkich zebranych skierowały się 

na jasnowłosego świadka. Obrońca, kręcąc się nerwowo, zapytał:

- Czy jesteś pewien, że opowiadasz o dniu pożaru?

Sandra widziała, że Duncan patrzy dokoła rozbieganym wzrokiem.

- Jak mogę pamiętać coś takiego? - zawołał. - Niech pan sam spróbuje przypomnieć 

background image

sobie coś, co wydarzyło się choćby cztery czy pięć lat temu.

- Rozumiem - rzekł spokojnie obrońca. - To jest dla ciebie bardzo trudne zadanie. 

Możesz usiąść na swoim miejscu. Dziękuję.

Nastrój na sali osiągnął punkt krytyczny. Colin siedział blady i zgnębiony, nie mógł 

udawać, że nie słyszy oskarżycielskich szeptów rozlegających się za jego plecami. Sprawiało 

mu to ból. Moira nie wytrzymała napięcia. Zemdlała i trzeba ją było wynieść z sali. Wróciła 

po chwili blada jak ściana i spięta do granic wytrzymałości.

Na świadka powołano mężczyznę, który brał udział w akcji gaszenia pożaru w Elms 

of Goram. Zeznał, że zdziwiło go, dlaczego drewniane schody do pracowni tak się mocno 

paliły. Wyjaśnił również, że Colin z wielkim zapałem pomagał je rąbać.

Potem   zeznawała   kobieta,   która   opowiedziała   o   Cedricu   Armstrongu   i   jego 

domniemanym   związku   z   Elaine   Hall.   Przydługą   historię   przerwała   pani   Fields,   która, 

poderwawszy się z miejsca, zawołała:

- Nie mogę już dłużej milczeć. Nie chcę marnować cennego czasu wysokiego sądu!

Sędzia zastukał młotkiem w stół, ale pani Fields wcale nie zamierzała umilknąć.

-  A  cóż   takiego   chce   nam   pani   wyjawić,   pani   Fields?   -   zdumiał   się   obrońca.   - 

Domyślam się, że coś ważnego?

- Jak najbardziej! W samą porę doszłam do głosu. Zdenerwowałam się, przysłuchując 

się tej gadaninie. Jestem jedyną osobą, która wie coś naprawdę. Przyrzekłam milczeć i zwykle 

dotrzymuję słowa. Ale kiedy panna Winter przyszła do mnie i opowiedziała, jak się wszystko 

zagmatwało, zdecydowałam się wyjawić, co wiem.

- Do rzeczy, pani Fields!

- Tak, nie mogłam jednak niczego uczynić, nim nie porozumiałam się z pewną osobą. 

Poprosiłam, by zwolniła mnie z danego słowa i pozwoliła zeznawać. Przyprowadziłam tu tę 

osobę, ale na salę rozpraw weszłam sama. Moja przyjaciółka czeka w holu. Nie mogę...

- Pani Fields, proszę w końcu przejść do rzeczy - powtórzył zniecierpliwiony adwokat.

- Przecież mówię! - zdenerwowała się pani Fields. - Powinien mnie pan pierwszą 

powołać na świadka, powiedziałam to już woźnemu, ale nie chciał mnie słuchać...

- Pani Fields! - odezwał się surowo sędzia. - Proszę mówić na temat!

-   Tak,   więc...   och,   nie...   Byłoby   mi   łatwiej   mówić,   gdyby   na   salę   weszła   moja 

przyjaciółka.

Sędzia   przymknął   oczy   i   westchnął   zrezygnowany.  Woźnemu   nakazał   wezwać   do 

środka przyjaciółkę świadka.

Oczy wszystkich zwróciły się ku drzwiom, w których pojawiła się szczupła dama po 

background image

czterdziestce. Z całą pewnością była kiedyś prawdziwą pięknością, teraz jednak w jej oczach 

gościł smutek. Widać było, że wiele wycierpiała.

Colin zerwał się na równe nogi, a lady Cynthia ledwie zdołała stłumić okrzyk. Moira 

kolejny raz zemdlała.

Colin zachwiał się, nie spuszczał jednak oka z przybyłej.

- Elaine - wyszeptał. - To nie może być prawda. Przecież to jest Elaine!

background image

ROZDZIAŁ XI

Po sali rozpraw przeszedł szmer zdziwienia. Oczy wszystkich zebranych zwróciły się 

w stronę niepozornej kobiety, która oznajmiła, że nazywa się Elaine Hall. Podniecone szepty 

wypełniły   pomieszczenie.   Sędzia   kilkakrotnie   uderzył   młotkiem   w   stół,   by   uciszyć 

zgromadzenie, po czym zażądał od osób postronnych opuszczenia sali rozpraw. Pozostali z 

wdzięcznością przyjęli jego decyzję.

Colin zerwał się, chcąc natychmiast podbiec do swej żony,  ale go powstrzymano. 

Elaine została powołana na świadka. Moira, ocknąwszy się z oszołomienia, zapytała, czy 

może   wrócić   do   domu,   ale   sąd   nie   wyraził   na   to   zgody.   Lady   Cynthia,   ocierając   oczy 

chusteczką, siedziała skulona, jakby przytłoczona biegiem wypadków. W żałobnych szatach 

wydawała się dużo starsza.

Elaine opowiedziała swoją historię.

- Prawdą jest, że udałam się do Indii z Cedrikiem Armstrongiem, ale nie łączyło nas 

nic poza zwykłą przyjaźnią. Nie byłam jego kochanką, jak plotkowano, nawet nie byliśmy w 

sobie zakochani, po prostu obawiałam się sama jechać w taką podróż. Po przybyciu do celu 

rozstaliśmy się i odtąd nawet o nim nie słyszałam. Wiem natomiast, że w rejonie, do którego 

Cedric   zamierzał   dotrzeć,   w   tym   czasie   szalała   epidemia   czarnej   ospy.   Przebywałam   w 

Indiach przez kilka lat, ale nie mogłam się przyzwyczaić do tamtejszych warunków. W końcu 

wróciłam, mimo że przyrzekłam, iż będę się trzymać z daleka od Elms of Goram.

- Przyrzekłaś? - przerwał jej Colin. - Komu...?

Sędzia stuknął młotkiem w stół.

- Proszę nie przeszkadzać świadkowi. Lady Hall, proszę kontynuować.

Elaine zerknęła na Colina, a potem ciągnęła dalej:

-   Po   powrocie   w   rodzinne   strony   przypadkowo   spotkałam   panią   Fields.   Zawsze 

żyłyśmy ze sobą w przyjaźni, więc i teraz nawiązała się między nami szczera rozmowa. 

Dowiedziałam się, że mój mąż nigdy się ponownie nie ożenił. Zdziwiło mnie to, ponieważ...

Zamilkła i opuściła głowę.

- Co pani chce przez to powiedzieć?

- To nie ma znaczenia w sprawie.

- W tej sprawie wszystko jest ważne. Proszę mówić.

Elaine westchnęła.

- Wówczas, przed dwudziestoma laty, usłyszałam, że jestem Colinowi przeszkodą, że 

stoję na drodze jego szczęściu.

background image

- Co ty opowiadasz? - poderwał się Colin.

- Lordzie Hall, proszę usiąść! - nakazał sędzia.

Elaine długo milczała, najwyraźniej niechętnie o tym mówiła.

- Dowiedziałam się, że mój mąż zakochał się w innej kobiecie, ale nie chce rozwodu w 

obawie przed skandalem. Zasugerowano mi, że jeśli go naprawdę kocham, powinnam mu 

zwrócić wolność, najlepiej wyjeżdżając z kraju.

Podczas gdy Elaine składała zeznania, na twarzy Colina odmalowała się cała gama 

uczuć:   zdumienie,   nadzieja,   wreszcie   wściekłość.   Siłą   woli   powstrzymywał   się,   by   nie 

poderwać się z miejsca. Ale Sandra wykazała mniejsze opanowanie.

- To nieprawda, Elaine! - wykrzyknęła. - Colin nigdy nie kochał innej kobiety prócz 

ciebie. Wiem to na pewno!

Elaine popatrzyła na nią ze smutkiem.

- Domyślam się, kto ci opowiadał takie rzeczy - ciągnęła Sandra ze złością. - Moira, 

prawda, że się nie mylę?

Elaine pokiwała głową.

- Moira? - powtórzył Colin. - Czy to możliwe?

Wstał obrońca Colina.

-   Wysoki   sądzie,   wnoszę   o   ogłoszenie   kilkuminutowej   przerwy.   Dobrze   byłoby 

najpierw   dokładnie   wyjaśnić   nieporozumienia   rodzinne.   Potem   będziemy   kontynuować 

rozprawę.

- Sąd ogłasza przerwę.

- Moira! - odezwał się Colin tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Jego siostra zagryzła wargi, a po chwili zaczęła mówić:

- Spróbuj mnie zrozumieć, Colin! Przez tyle lat ci matkowałam, wiem, co dla ciebie 

najlepsze. Elaine nie pasowała do ciebie, chciała tobą rządzić, dominować. Nie pozwalała, 

żebym wyręczała cię w załatwianiu niektórych spraw. We własnym domu nie miałam nic do 

powiedzenia. Czy nie byłam zawsze dla ciebie dobrą siostrą, Colinie?

-   Dwadzieścia   lat   -   wyszeptał   z   rozpaczą   oskarżony.   -   Ukradłaś   Elaine   i   mnie 

dwadzieścia lat.

Odwrócił się do niej plecami.

- Colin! - zawołała Moira błagalnie, wstając z miejsca.

Zbył ją milczeniem, a zwracając się do sędziego, rzekł:

- Zabierzcie ją stąd! Nie mogę znieść jej widoku.

- Nie możemy - odparł sędzia. - Najpierw musimy wyjaśnić motyw morderstwa.

background image

- Rozumiem - odpowiedział Colin. - W takim razie proszę mi pozwolić przynajmniej 

przez parę minut porozmawiać z żoną na osobności.

Sędzia  pokiwał  głową  na  znak,  że  się zgadza,  i  Colin,  nie  spojrzawszy  nawet  na 

Moirę, wyszedł do pokoju sąsiadującego z salą rozpraw.

- Nie rozumiem... - odezwał się niepewnie obrońca. - Jeżeli to nie były ciała Elaine i 

jej kochanka, Cedrica.... to w takim razie czyje?

- Rozprawa zostanie wznowiona za kilka minut - rzekł sędzia zmęczonym głosem.

Sandra podeszła do lady Cynthii i pochyliła się nad nią.

- Jak się pani czuje? Tyle przykrych zdarzeń to chyba za wiele naraz.

Lady Cynthia podniosła głowę i położyła swą dłoń na dłoni Sandry.

- Jest mi niewymownie smutno - wyszeptała. - Wszystko to jest okropne. Dręczy mnie 

niepewność i strach. Biedny Colin, pytają go o tak osobiste sprawy, i Moira... Jak ona mogła 

postąpić w taki sposób wobec Colina i Elaine? Nie pojmuję.

- Szczerze mówiąc, ja także nie - odparła Sandra. - Może zapytam, czy nie pozwolono 

by pani wrócić do pałacu?

- Och, tak... Gdyby to tylko było możliwe. Tak bardzo bym pragnęła o wszystkim 

zapomnieć.   Biedni   ci   moi   siostrzeńcy.   Moira   jest   taka   niezrównoważona   emocjonalnie. 

Sądzisz, że to ona..?

Nie dokończyła, patrząc na Sandrę rozszerzonymi oczyma.

-   Na   pewno   nie!   -   Dziewczyna   usiłowała   się   uśmiechnąć.   -   Morderstwa   musiał 

dokonać ktoś inny. Zresztą nie wiadomo, czyje zwłoki zostały odnalezione, może to ciała 

jakichś obcych ludzi?

- Tak - westchnęła starsza pani. - Pewnie masz rację.

Trzymając się za ręce, Colin i Elaine weszli do sali. Ich oczy promieniały.

- Możemy kontynuować - rzekł Colin.

- Właściwie sprawę można uznać za zakończoną - oznajmił sędzia. - Colin Hall został 

oczyszczony z wszelkich podejrzeń o zabójstwo żony, Elaine Hall, i jej przyjaciela Cedrica 

Armstronga. Tajemnica jednak nie została wyjaśniona. Proponuję, byśmy wspólnie podjęli 

próbę rozwikłania tej zagadki.

Wszyscy z wyjątkiem Emersona przytaknęli z aprobatą. Stary sługa siedział milczący, 

nieruchomy   niczym   czarny   cień.   Sandra   była   pewna,   że   właśnie   on   miałby   coś   do 

powiedzenia na ten temat. Tylko jak zmusić go do wyjawienia prawdy?

Nagle poczuła przemożny apetyt na coś słonego. Powiedziała o tym Duncanowi, na co 

ten szepnął:

background image

- Ja również jestem głodny jak wilk.

Słowo „wilk” wywołało w dziewczynie nagłe skojarzenie. „Uśpiony wilk...”

Zbladła   i   przez   moment   siedziała   niczym   skamieniała.   Później   wolnym   krokiem 

podeszła do adwokata Colina, przez chwilę rozmawiali szeptem, a potem adwokat wstał i 

zbliżył się do sędziego.

- Wysoki sądzie, zaistniały nowe okoliczności w sprawie. Chciałbym złożyć wniosek, 

by Duncan Hall na chwilę opuścił salę.

- Dlaczego? - zdenerwował się Duncan.

- Mógłbyś w tym czasie przynieść coś do jedzenia - poprosiła go Sandra. - Dla mnie 

najlepiej coś ostrego.

Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, Sandra wstała i zaczęła mówić:

- Wydaje mi się, że wiem, kim była jedna z zabitych osób. Dlatego właśnie sądziłam, 

że lepiej będzie, jeśli Duncan tego nie usłyszy.

- Proszę wyrażać się jaśniej - upomniał ją sędzia.

- Tak jest. Na ślad naprowadziły mnie dwa zdarzenia. Duncan powiedział, że owego 

feralnego   dnia   kogoś   szukał.   Kogo   może   szukać   pięcioletnie   dziecko?  To   jedno   pytanie. 

Drugie   będzie   mi   chyba   nieco   trudniej   sformułować.   Jakiś   miesiąc   temu,   zanim   jeszcze 

dowiedziałam się, kim Duncan jest, zapytałam go, czy nie pamięta matki. Jego odpowiedź 

wydała mi się dziwna. Myślał długo i intensywnie, by w końcu rzec: „Wilk... wilk... śpi!” Na 

początku sądziłam, że mówił o śpiącym wilku. Ale może on miał na myśli obraz z wilkiem i 

dwoje leżących przed nim ludzi? Proszę pamiętać, że pytałam o matkę.

- Rzeczywiście, to nie jest wykluczone - rzekł z namysłem sędzia.

- Poza tym Duncan wyraźnie się wzbraniał przed wejściem do pokoiku w wieży - 

ciągnęła z zapałem Sandra. - Chociaż nie potrafił wyjaśnić powodu. - Zwróciwszy się w 

stronę rodziny Hallów, spytała: - Czy ktoś mógłby opisać matkę Duncana?

- Mogę to zrobić - odezwał się Colin. - Ginny była czarującą kobietą. Pełna ciepła, 

radosna, przyjazna. Może nie wyróżniała się urodą, ale miała w sobie dużo wdzięku. A przy 

tym była bardzo mądra i wyrozumiała.

- Ile miała lat?

- Około trzydziestu, tak mi się zdaje.

Sandra usiadła, westchnąwszy ciężko:

- Proszę, żeby ktoś mnie wyręczył.

- Wyręczył? W czym? - zdziwiła się Moira.

- Przypomnę to, o czym wszyscy zdają się nie pamiętać - powiedziała pani Fields. - 

background image

Panna Winter nie jest głupia, teraz zaczynam rozumieć, co się naprawdę wydarzyło przed 

dwudziestu laty.

Dawna kucharka podeszła kilka kroków bliżej, a sędzia skinął głową, jakby chciał jej 

dodać otuchy.

- Pamiętam, że w Elms of Goram trwały przygotowania do ślubu i wesela - wyjaśniała 

pani Fields. - Ślubu ówczesnego lorda Halla i panny Howard, którą teraz wszyscy nazywają 

lady Cynthią, mimo że przecież nie wyszła nigdy za mąż. Pamiętam doskonale, że wchodząc 

do   salonu,   nie   raz   wyczuwałam   napiętą   atmosferę.   Dlaczego?  Ano   dlatego,   że   lord   Hall 

faktycznie   częściej   przebywał   w   sąsiednim   budynku   niż   we   własnym   domu.   Pamiętam 

jeszcze coś! Dzień przed pożarem doszło do okropnej kłótni między lordem Hallem a panną 

Howard. Dotąd nie przywiązywałam do tego większej wagi, dopiero teraz zrozumiałam.

- A cóż to za niewiarygodne plotki próbuje pani sprzedać? - przerwała jej lady Cynthia 

ostrym tonem. - Emerson może zaświadczyć, jak naprawdę było. Emersonie, czy słyszałeś 

kiedykolwiek jakieś sprzeczki między mym ukochanym lordem Hallem a mną?

- Nie, lady Cynthio, nigdy.

- Kiedy tak rozmawiamy o tamtych czasach, mnie także coś się przypomina. - Colin 

wstał   i   podszedł   do   swej   niedoszłej   macochy.   -   Pamiętam   pewną   rozmowę   z   ojcem. 

Powiedział: „Mój chłopcze, mężczyzna popełnia czasem straszny błąd. Ale jeszcze nie jest za 

późno, by go naprawić. Wkrótce usłyszysz zaskakującą wiadomość, ale uwierz, że ta zamiana 

wyjdzie   mi   na   dobre.   Zresztą   tobie   i   twojemu   rodzeństwu   także”.  Tak   mniej   więcej   się 

wyraził. Wtedy nie rozumiałem, o czym  mówi, dopiero teraz mnie olśniło. Podczas tego 

procesu przez cały czas usiłowałaś doprowadzić do tego, bym został skazany za morderstwo. 

Bałaś się, że wyjdzie na jaw prawda. Zabiłaś matkę Duncana, Ginny, i mojego ojca za to, że 

się pokochali i chcieli się pobrać, bo nie chciałaś zostać odrzucona.

Ciemne oczy lady Cynthii zapłonęły nienawiścią. Kobieta bezwiednie przysunęła się 

do Emersona.

- Emerson zaświadczy, że to nieprawda - powiedziała zdumiewająco spokojnie.

- Emerson? - powtórzył Colin szyderczo. - On przecież sam siedzi w tym po uszy! 

Zawsze był twym najwierniejszym sługą, gotowym na każde skinienie. Pamiętam, że kiedy 

byliśmy  dziećmi,   Moira   i   ja   nazywaliśmy  go   ukochanym   cioci   Cynthii.   Zdaje   się,   że   to 

właśnie on pomagał ci pozbyć się Duncana i Sandry.

Lady Cynthia spojrzała błagalnie na sędziego.

- Jak pan może, panie sędzio, na to pozwolić? - wyszeptała. - Jestem starą kobietą, 

chyba należy się jakiś szacunek dla moich siwych włosów.

background image

- Kiedy się to zdarzyło, miałaś niewiele ponad czterdzieści lat! - zawołał bezlitośnie 

Colin. - Zniszczyłaś Duncanowi całe dzieciństwo i młodość.

- Wydaje mi się, że kiedy Duncan mieszkał na wyspie ze starym rybakiem, nie działa 

mu się krzywda - wtrąciła się Sandra. - Ale tego oczywiście lady Cynthia nie mogła wiedzieć.

Starsza pani w milczeniu posyłała wszystkim wrogie spojrzenia. W tej samej chwili 

wszedł do sali Duncan, niosąc z dumą słoik kiszonych ogórków. Staruszka popatrzyła na 

niego i wycedziła z nienawiścią:

- Ty głupcze! Po co wróciłeś? Czemu nie pozwoliłam ci zginąć, kiedy uciekając mi, 

wpadłeś do wody? Byłam sentymentalna, oddałam cię w ręce rybaka, darowałam ci życie! 

Przez wszystkie te lata lękałam się, że kiedyś wrócisz.

Teraz Sandra pojęła wszystko. Nagle zrozumiała, dlaczego rana na ramieniu Duncana 

nie była głęboka - po prostu zadała ją kobieca ręka. Dziewczynie nietrudno było się też teraz 

domyślić,   czyja   dłoń   dosypała   trucizny   do   puddingu   migdałowego.   Inne   próby 

unieszkodliwienia niewygodnych osób podjął z pewnością Emerson, wierny i oddany swej 

pani jak pies.

Niepozorna dama w czerni stała wyprostowana, wspierając się drżącą ręką na lasce. 

Ale kobieca dłoń, która przed dwudziestu laty nacisnęła spust, na pewno nawet nie zadrżała. 

Widząc zło wyzierające z ciemnych oczu lady Cynthii, Sandra nie miała co do tego żadnych 

wątpliwości.

Duncan patrzył zdziwiony, kiedy z sali wyprowadzono lady Cynthię i Emersona.

- Co się stało? - zapytał.

- Wszystko ci później wytłumaczę - powiedziała Sandra, czując, jak ją ściska w dołku. 

- I proszę cię, odstaw na bok te ogórki!

Moira   wymknęła   się   z   sali   rozpraw,   świadoma,   że   oto   zakończył   się   w   jej   życiu 

pewien etap, że musi wszystko rozpocząć od nowa, i to na zupełnie nowych warunkach.

- Czy kiedykolwiek zdołam ci się odwdzięczyć? - spytał Colin, podchodząc wraz z 

Elaine do Sandry.

Ta, uśmiechnąwszy się, zażartowała:

- Uczyń mi tę przysługę i uświadom swemu niecywilizowanemu kuzynowi, że skoro 

wpędził dziewczynę w kłopoty, powinien poprosić ją o rękę.

- Czyżby ten łobuziak jeszcze tego nie uczynił? - zaśmiał się Colin.

-   Duncan   nie   wyznaje   się   na   konwenansach   -   wyjaśniła   Sandra   z   błyszczącymi 

oczami. - A sytuacja zaczyna być krytyczna! Sama, szczerze mówiąc, nie mam odwagi go o to 

zapytać.

background image

- Ogórki kiszone - pokiwała głową Elaine. - Wszystko rozumiem...

- Sandro, uważaj na to, czym się odżywiasz - żartował Colin. - Nie zapominaj, że 

karmisz dziedzica sporej fortuny!

- W tym całym zamieszaniu całkiem o tym zapomniałam - roześmiała się Sandra.

Cóż za ironia losu! Colin zaproponował jej małżeństwo, żeby w ten sposób uczynić 

dziecko spadkobiercą majątku, nie przypuszczając nawet, że jako potomek Duncana ma ono 

już do niego prawo.

- Nie wiem, czy... - urwała Sandra, ale Colin w mig zrozumiał, o czym myślała.

- Odnowimy pałac i urządzimy go na nowo, nim nadejdzie czas. Pozbędziemy się 

wszystkiego, co mogłoby nam przypominać upiory sprzed lat.

Potem Colin wziął Elaine pod rękę i razem podeszli do Duncana. Colin szeptał z 

kuzynem   o   czymś   przez   chwilę.   Duncan,   najpierw   wyraźnie   zdumiony,   wreszcie   się 

rozpromienił i zawołał na cały głos:

-   Sandro,   wyjdziesz   za   mnie?   Sądzę,   że   powinnaś   się   zgodzić,   skoro   oczekujesz 

naszego dziecka!

Ruszył ku niej, a ona jak na skrzydłach wybiegła mu na spotkanie. Nie zważając na 

nikogo, zarzuciła ukochanemu ręce na szyję i radośnie zawołała:

- Tak, Duncanie, z wielką radością cię poślubię!

W dwa tygodnie po zakończeniu procesu Sandra i Duncan, trzymając się za ręce, 

podążali   ścieżką   prowadzącą   ku   dolinie   pomiędzy   wzgórzami.   W   wieczornym   blasku 

księżyca   Sandra   ujrzała   znów   stary   klasztor   świętego   Krzysztofa   i   jak   kiedyś   doszły   ją 

stamtąd żałosne jęki i pełne lęku wołania.

Odbyli z ojcem Andrzejem długą rozmowę. Zaczynało już świtać, a oni wciąż siedzieli 

i zastanawiali się, jak pomóc odrzuconym przez społeczeństwo nieszczęśnikom, żyjącym u 

stóp klasztoru. Duncan i Sandra postanowili przeznaczyć połowę majątku na budowę domu, 

w którym chorzy, kalecy i opuszczeni mogliby żyć w nie uwłaczających ludzkiej godności 

warunkach.

Łagodne oczy ojca Andrzeja promieniały radością, kiedy patrzył na Sandrę.

- Czy mogłabyś zapomnieć o wszystkim, co ci powiedziałem? - zapytał cicho. - Nigdy 

nie przypuszczałem, że mogę tak mylnie ocenić bliźniego.

- Wcale mnie to nie dziwi, ojcze - uśmiechnęła się Sandra. - Kiedy się spotkaliśmy po 

raz   pierwszy,   byłam   zupełnie   innym   człowiekiem.   Dopiero   dzięki   Duncanowi   zmieniłam 

całkowicie stosunek do życia.

Odwróciwszy się, popatrzyła na męża z miłością.

background image

Duncan także się zmienił. Przestał wreszcie przypominać samotnego wilka, który w 

prymitywnym strachu wyje do księżyca. Stał się na nowo człowiekiem wśród ludzi.


Document Outline