background image

Siergiej Eisenstein 
 
 

Dickens, Griffith i my 

 

 

 

 

„(...) Mówiono, jakoby przed Wagnerem nie istniała   

 

 

muzyka dramatyczna lub ilustracyjna czy też przed    

 

 

Whistlerem – malarstwo 

impresjonistyczne. Jeśli chodzi o    

 

mnie, to wykryłem, że najpewniejszą drogą zmierzającą do 

 

 

 

wywołania wrażenia śmiałego nowatorstwa i oryginalności,    

 

było 

odnowienie dawnego uroku długich okresów  

 

 

 

retorycznych,  ścisłe  trzymanie 

się metod Moliera i  

 

 

 

odtwarzanie  charakterów  zaczerpniętych  z  książek  Karola 

 

 

 

Dickensa” 

 

 

 

 

 

 

 

Bernard Shaw

1

 

 
 

 

„Zaczął imbryk...” 

 

Tak rozpoczyna Dickens swojego 

Świerszcza zaA kominem. 

 

„Zaczął imbryk...” 

 

Cóż, zdawałoby się, że może mieć mniej wspólnego z filmem. 

 

Pociągi, kowboje, pościg... I nagle Świerszcz za kominem? 

 

„Zaczął imbryk...” 

 

Ale choć tak dziwne się to zdaje – stąd właśnie wzięła początek sztuka filmowa. 

 

Stąd, od Dickensa, od wiktoriańskiej powieści wywodzi się pierwsze źródło rozkwitu 

estetyki filmu amerykańskiego, na zawsze związane z nazwiskiem Davida Warka Griffitha. 
 

jakkolwiek na pierwsze wejrzenie jest to raczej wywód nieoczekiwany i, zdawałoby 

się,  sprzeczny  ze  wszystkimi  naszymi  pojęciami  o  kinematografii  amerykańskiej,  w 

rzeczywistości jednakże tak właśnie było i, jak zobaczymy później, związek ten jest przy tym 

w pełni organiczny i „genetycznie” konsekwentny. 
 

Uwagi Griffitha na temat związku jego metody twórczej z Dickensem zachowały się 

w pracach jego biografów i historyków filmu. 
 

Przede wszystkim jednak przypatrzmy się uważnie owemu podłożu, gdzie być może 

ni

e tyle począł się film, ile po raz pierwszy rozkwitł on wspaniale w rozmiarach niebywałych 

i nieprzewidywalnych. 
 

Wiemy,  w  jakim  kraju  kinematografia  zdobyła  rozgłos  światowy.  Znamy  jej 

nierozerwalny związek z rozwojem superindustrializacji Ameryki. 
 

Wiemy

, jak na przemyśle, na sztuce i na literaturze odbił się kapitalistyczny rozmach i 

ustrój Stanów Zjednoczonych. 
 

Film  amerykański  jest  najważniejszym,  najbardziej  typowym  odzwierciedleniem 

sytuacji kapitalizmu amerykańskiego. 
 

Cóż,  zdawałoby  się,  może  być  wspólnego  pomiędzy  tym  molochem  współczesnego 

przemysłu, zawrotnym tempem miast i metropolii, wrzaskiem konkurencji, lawiną transakcji 

giełdowych, a... spokojnym, patriarchalnym, wiktoriańskim Londynem z powieści Dickensa? 
 

Zacznijmy jednak od owego „zawrotnego tempa”, „lawiny” i „wrzasku”. 

 

Prawdę mówiąc, taką Amerykę, a raczej ściśle taką – wyobraża sobie tylko ten, kto ją 

zna z książek to w dość ograniczonym i niezbyt świetnym wyborze. 
 

Cudzoziemca  w  Stanach  Zjednoczonych  dość  szybko  przestaje  zdumiewać  całe  to 

morze  świateł  (istotnie,  niezmierzone),  ten  wir  giełdowych  transakcji  (istotnie,  nie  mający 

sobie równych), cały ten zgiełk (istotnie, zdolny ogłuszyć każdego). 
 

Co  się  tyczy  szybkości  ruchu  ulicznego,  to  na  ulicach  wielkich  miast  podobna 

szybkość  nie  może  oszołomić  nikogo  z  tej  prostej  przyczyny,  że  w  ogóle  nie  istnieje. 
                                                 

1

 B. Shaw, Back to Methuselah, London 1921, s. VIII. 

background image

Zabawna ta sprzeczność wynika stąd, że samochodów superszybkich i błyskawicznych jest tu 

takie mnóstwo, iż hamują sobie nawzajem swobodę poruszeń i zmuszone są wlec się od bloku 
do 

bloku  superżółwim  krokiem,  nieruchomiejąc  na  długo  na  każdym  skrzyżowaniu,  a 

skrzyżowania alej i ulic spotyka się tu dosłownie co krok. 
 

I otóż, siedząc w takiej limuzynie i poruszając się żółwim tempem pośród morza gęsto 

ścieśnionych  takich  samych  superpotężnych  i  prawie  nieruchomych  wozów,  człowiek 

zastanawiać  się  zaczyna  mimo  woli  nad  dwoistością  dynamicznego  obrazu  Ameryki  i  nad 

tym, że owa dwoistość jest tu głęboko współzależna od wszystkiego i we wszystkim. (...) 
 

Toteż,  by  zrozumieć  Griffitha,  musimy  poza  obrazem  mknących  samochodów, 

rozpędzonych  lokomotyw,  błyskawicznie  przesuwających  się  taśm  telegraficznych  oraz 

transporterów pamiętać i o tej drugiej Ameryce – tradycjonalnej, patriarchalnej, parafiańskiej. 

I wtedy znacznie mniej zdziwi nas ów związek Griffitha z Dickensem. 
 

Nurty obu tych Ameryk splotły się w twórczości i indywidualności Griffitha niczym 

najfantastyczniejszy z jego równoległych montaży. 
 

Lecz  n  najbardziej  interesujące  jest  to,  że  tenże  sam  Dickens  okazał  się  w  równym 

stopniu suges

tywny  dla  obu  występujących  w  twórczości  Griffitha  nurtów,  ukazujących 

obydwa nieodłączne oblicza Ameryki: Amerykę prowincjonalną i ultradynamiczną.  
 

Z  łatwością  zgodzimy  się  na  ten  wywód,  jeżeli  chodzi  o  Griffitha  „intymnego”, 

odtwórcę  współczesności  czy  przeszłości  amerykańskiej  ukazanej  w  głęboko  nowatorskiej 

interpretacji reżyserskiej, a także jeśli chodzi o filmy, o których Griffith sam mówił mi, że 

„powstawały dla samych siebie, a przy wynajmie spotykała je niechybna klęska”. 
 

Będziemy  jednak  nieco  zdziwieni  spostrzegłszy,  że  dla  Griffitha  „oficjalnego”, 

wspaniałego, dla Griffitha huraganowych temp, zawrotnej akcji, oszałamiających pościgów – 

zapładniającym źródłem doświadczeń jest również tenże Dickens. Tymczasem okazuje się, że 

tak właśnie było. 
 

Ale najpierw o Dickensie „intymnym”. 

 

A zatem... „Zaczął imbryk...” 

 

Wystarczy rozpoznać w tym imbryku typowy „wielki plan”

2

, aby wykrzyknąć: „Że też 

wcześniej  tego  nie  zauważyliśmy!  Oczywiście,  że  jest  to  najczystszy  Griffith.  Ileż  razy 

widzieliśmy w jego obrazach analogiczne zbliżenie na początku epizodu, sceny, filmu!”. 
 

Nie należy przy tym zapominać, że jednym z najwcześniejszych obrazów Griffitha był 

właśnie Świerszcz za kominem. 
 

Informuje o tym obiecująca reklama w „The New York Dramatic Mirror” z 3 grudnia 

1913 roku. 
 

Jest  on  z  kolei  dwudziestym  spośród...  stu  pięćdziesięciu  małych  i  kilku  „dużych” 

obrazów w rodzaju Judyty z Berthulii 

(pierwszego filmu amerykańskiego, który składał się aż 

z czterech serii), wykonanych przez Griffitha w latach 1909-1913. 
 

Oczywiście, że ów imbryk to najbardziej typowy wielki plan Griffitha.  

 

Wielki plan, nasycony – 

teraz dostrzegamy to wyraźnie – typowo   d i c k e n s o w s k 

ą  „atmosferą”, jaką Griffith z równym mistrzostwem potrafi powlekać zarówno surowy obraz 

życia w Way Down East (Droga  na  Wschód),  jak  i      m  r  o  ż  ą  c  y      c  h  ł  ó  d      oblicza 

moralnego bohaterów, spychający winowajczynię Lilan Gish na chyboczącą   k r ę   l o d o w 

ą. 
 

Czyż nie taką samą   a t m o s f e r ę   n i e u b ł a g a n e g o         c h ł o d u   stwarza 

Dickens, na przykład w powieści Dombey i syn? Poprzez chłód i pruderię odsłania się nam 

postać mister Dombeya. I oto już   p i ę t n o   c h ł o d u   spoczywa na wszystkich dokoła.  

                                                 

2

 

Jakkolwiek w polskiej terminologii filmowej przyjął się termin „zbliżenie”, uważamy za wskazane zachować 

dosłowne  tłumaczenie  z  rosyjskiego:  „krupnyj  plan”,  gdyż  jest  ono  przedmiotem  specjalnych  rozważań  i 

teoretycznych uzasadnień autora (przyp. tłum.) 

background image

 

„Atmosfera”  jest  zawsze  i  wszędzie  jednym  z  najbardziej  charakterystycznych 

środków obrazujących świat wewnętrzny i moralne oblicze bohaterów.  
 

Tę  samą  metodę  Dickensa  rozpoznajemy  również  w  jedynych  w  swoim  rodzaju, 

epizodycznych  postaciach  Griffitha,  które  jak  gdyby  wprost  z  życia  przeniesiono  na  ekran. 
Nie 

pamiętam  już,  kto  z  kim  rozmawia  w  epizodach  ulicznych  filmu  Nietolerancja.  Lecz 

nigdy  nie  zapomnę  maski  przechodnia  o  długim  nosie,  sterczącym  pomiędzy  okularami  a 

obwisłą brodą, jego założonych do tyłu rąk i chodu maniaka. Pojawienie się jego przerywa w 

najbardziej  patetycznym  momencie  rozmowę  dwóch  zrozpaczonych  młodzieńców  i 

dziewczyny.  Tych  trojga  prawie  sobie  nie  przypominam,  natomiast  przechodzień,  który  na 

sekundę  pojawi  się  w  kadrze,  stoi  mi  w  oczach  jak  żywy,  choć  oglądałem  ten  film 

dwadzieścia lat temu! 
 

Czasem ci niezapomniani ludzie rzeczywiście wchodzili do filmu niemalże z ulicy – 

był to albo podrzędny aktorzyna, który w rękach Griffitha stawał się gwiazdą, albo człowiek, 

który już nigdy więcej nie znalazł się przed obiektywem, albo... wybitny profesor matematyki 

Lewis Wallheim, któremu powierzono rolę straszliwego oprawcy w Ameryce, a który później 

stworzył niezapomnianą kreację żołnierza w Na Zachodzie bez zmian. 
 

Wreszcie  – 

w  tradycji  Dickensa  tkwią  bardzo  mocno  sympatyczni  staruszkowie, 

sz

lachetni,  odrobinę  jednostronni;  cierpiący  młodzieńcy,  wiotkie  dziewczęta,  plotkarki 

wiejskie i przeróżni dziwacy. U Dickensa są oni wyjątkowo przekonywający, gdy występują 
epizodycznie. (...) 
 

Nie będziemy się jednak wdawać w szczegóły. Zajmijmy się raczej faktem, że i drugi 

nurt twórczego kunsztu Griffitha – 

czarodzieja tempa i montażu – wypływa, tym razem już 

całkiem niespodziewanie, znów z tego samego źródła wiktoriańskiego. 
 

Wspomina o tym i Gilbert Seldes w swej książce An Hour with the Movies and the 

Talkies – 

przytaczając słowa Griffitha, że myśl równoległej akcji nasunęły mu dzieła Karola 

Dickensa. 
 

Ale,  mówiąc  uczciwie,  zdziwienie  z  tego  powodu  czy  też  pozorna  niezwykłość 

podobnego  oświadczenia  mogą  być  złożone  li  tylko  na  karb  naszej...    nieznajomości 
Dickensa.  
 

Czytaliśmy go wszyscy w dzieciństwie, pochłanialiśmy, niezbyt myśląc o tym, że jego 

urok polega nie tylko na zapierających dech  przygodach z dziecięcych biografii bohaterów, 

ale  i  na  dziecięcej  bezpośredniości  relacji,  równie  typowej  dla  Dickensa, jak i dla filmu 

amerykańskiego,  który  zadziwiająco  subtelnie  potrafi  wykorzystać  w  celach  oddziaływania 

infantylne  cechy  swego  audytorium.  Jeszcze  mniej  interesowała  nas  technika  jego 

kompozycji;  nie  myśleliśmy  o  tym  –  urzeczeni metodami owej techniki,  śledziliśmy 

gorączkowo, stronica po stronicy, dzieje jego bohaterów; to tracąc ich z oka w najbardziej 

krytycznym  momencie,  to  znów  odnajdując  między  poszczególnymi  ogniwami  równolegle 

toczącej się drugoplanowej akcji. 
 

W dzieciństwie nie zwracaliśmy na to uwagi. 

 

Jako dorośli – rzadko czytywaliśmy powtórnie jego powieści. 

 

A gdy zostaliśmy filmowcami brakowało nam czasu na to, żeby zajrzeć do nich, żeby 

dojść,  co  mianowicie  tak  nas  urzekało  i  czym  tak  nieodparcie  przykuwały  naszą  uwagę  te 
nieprawdopodobne wielostronicowe tomy! 
 

Griffith okazał się przezorniejszy... 

 

Ale  zanim  odkryję,  co  na  kartach  książki  Dickensa  ujrzeć  mógł  wzrok 

amerykańskiego filmowca, chciałbym wspomnieć, czym postać Davida Warka Griffitha była 

dla nas, młodych filmowców z lat dwudziestych. 
 

Powiem po prostu, bez osłonek – objawieniem. (...) 

 

Świetne,  nowe  metody  filmu  amerykańskiego  kojarzyły  się  u  niego  z  głęboko 

emocjonalnym  tematem,  z  naturalnością  gry,  ze  śmiechem  i  łzami,  a  to  wszystko  –  z 

background image

przedziwną  umiejętnością  zachowania  całego  blasku  dynamicznego  święta,  które  tak 

zachwyciło w Szarym cieniu i w Znaku Zorro i w Domu nienawiści. 
 

Przeczucie,  że  kinematografia  kryje  w  sobie  nieporównanie  większe  możliwości,  że 

właśnie  one  staną  się  podstawowym  zadaniem  rozwijającej  się  radzieckiej kinematografii, 

narzucało  się  z  wielką  siłą  w  twórczości  Griffitha,  znajdując  w  niej  coraz  to  nowe 
potwierdzenia. 
 

Zaostrzona dociekliwość twórców z tych lat w zakresie               k o n s t r u k c j i   i   

ś r o d k ó w   w y r a z u   szybko  rozpoznała, gdzie kryje się jeden z najbardziej potężnych 

czynników decydujących o sile oddziaływania obrazów wielkiego Amerykanina. 
 

Rozpoznała go w mało dotychczas znanej dziedzinie, której nazwa bliska nam była nie 

w związku ze sztuką, lecz z budową maszyn i sprzętem elektrycznym, a która po raz pierwszy 

pojawiła się na  czołowym odcinku sztuki – w kinematografii. 
 

Tą dziedziną, tą metodą, podstawą kompozycji i konstrukcji był   m o n t a ż. 

 

Montaż,  którego  podwaliny  założyła  amerykańska  kultura  filmowa, lecz którego 

rozkwit,  ostateczne  przeanalizowanie  i  uznanie  przez  cały  świat,  jest  dziełem  filmu 
radzieckiego. 
 

Montaż, którego powstanie będzie na zawsze związane z imieniem Griffitha. 

 

Montaż, który w twórczości Griffitha odgrywał rolę najpoważniejszą i przyniósł mu 

wspaniałe sukcesy. 
 

Griffith doszedł do niego poprzez zastosowanie równoległej akcji. I właściwie na tym 

poprzestał. 
 

Nie  wybiegajmy  jednak  naprzód.  Zobaczymy,  jaką  drogą  montaż  przyszedł  do 

Griffitha czy też Griffith – do montażu. 
 

Griff

ith odkrył go poprzez zastosowanie równoległej akcji. 

 

A myśl równoległej akcji nasuną mu Dickens! 

 

Stwierdza to sam Griffith. 

 

Wystarczy  jednak  choćby  powierzchownie  zapoznać  się  z  twórczością  znakomitego 

pisarza angielskiego, by się upewnić, że Dickens mógł podsunąć i podsunął filmowi znacznie 

więcej koncepcji aniżeli  sam montaż akcji równoległej. 
 

Pokrewieństwo twórczości Dickensa i cechami filmu, a więc pokrewieństwo metody, 

kompozycji, specyfiki widzenia i środków wyrazu, jest doprawdy zdumiewające. I być może, 

że  właśnie  we  właściwości  tych  cech  wspólnych  i  Dickensowi,  i  filmowi  kryje  się  część 

tajemnicy tego powszechnego powodzenia, które jest udziałem ich obydwu i które zależy od 

właściwej im specyfiki odtwarzania zjawisk za pomocą obrazów i słów. 
 

Czym  były  powieści  Dickensa  dla  współczesnej  mu  epoki?  Odpowiedź  jest  jedna: 

„Tym samym, czym dzisiaj dla tychże warstw stał się... film”. 
 

Kazały  one  czytelnikowi  przeżywać  te  same  namiętności.  Tym  samym  głosem 

przyzywały  ku  dobru,  sentymentalnemu  jak  film;  uczyły  wzdragać  się  przed  występkiem, 

pozwalały  uciec  od  nudy,  prozy  i  codzienności  w  dziedziny  spraw  niezwykłych, 

fantastycznych. Co więcej, odzianych przy tym w pozór powszechności i prozy życia. 
 

I  oświetlona  wtórnym  odblaskiem,  padającym  z  kart  książki  na  życie,  owa 

codzienność,  wydawać  się  zaczęła  romantyczną;  szarzy,  powszedni  ludzie  byli  wdzięczni 

autorowi za to, że zaliczył ich do rzędu postaci potencjalnie romantycznych. 
 

Z tego samego źródła pochodziło ongiś wielkie przywiązanie do powieści Dickensa, a 

dzisiaj do filmu. Stąd pochodzi również ów oszałamiający, powszechny sukces jego powieści. 
(...) 
 

Griffith przede wszystkim jest niezrównanym mistrzem w dziedzinie, która 

najbardziej działa na odbiór zmysłowy – mistrzem       m o n t a ż u    r ó w n o l e g ł e g o. A 

więc  w  pierwszym  rzędzie  z  ogromnym  kunsztem  włada  montażem,  tworząc  jednostajne 

przyspieszenie  i  narastanie  tempa  (zwłaszcza  we  wskazanych  wyżej  formach  montażu 

background image

równoległego). Szkoła Griffitha to właśnie szkoła tempa. Niemniej z młodą szkołą montażu 

równoległego nie był w stanie współzawodniczyć pod względem ekspresji i siły działania   r y 
-

t m u, którego rola daleko przekracza pojęcie tempa w ścisłym znaczeniu tego sowa.  

 

W  pierwszych  filmach  radzieckich,  jakie  pojawiły  się  w  Ameryce, zwrócono 

szczególną uwagę właśnie na tę cechę   d r u z g o- c z ą c e g o   r y t m u,   w   o d r ó ż n i e 

n i u   o d   e f e k t ó w          t e m p a.   Niezależnie od różnorodnej reakcji na tematykę i 

ideową  wymowę    naszych  filmów,  w  latach  19925-1926  prasa  amerykańska  najbardziej 

akcentuje tę odrębną właściwość naszej twórczości.  
 

Istotą  rytmu  jest  przede  wszystkim  jedność  organiczna;  nie  kolejny  ciąg 

antagonistycznych  tematów,  wciętych  mechanicznie  jeden  w  drugi  lub  przeplatających  się 
wzaje

mnie,  lecz  właśnie  jedność,  która  poprzez  grę  sprzeczności  wewnętrznych,  poprzez 

zmienność  napięcia,    daje  wykres  organicznego  pulsowania  obrazu.  Nie  jest  to 

powierzchowna  jedność  akcji,  którą  widzimy  w  klasycznych  scenach  pogoni,  lecz  owa 

wewnętrzna  jedność,  którą  uświadamiamy  sobie  w  montażu  jako  zupełnie  inną  metodę 

kompozycyjną, gdzie tak zwany montaż równoległy nie należy ani do najświetniejszych, ani 

zbyt głębokich jej odmian. 
 

Oczywiście,  koncepcja  montażu  Griffitha,  a  więc  montażu  w  pierwszym  rzędzie 

równoległego,  jest  jak  gdyby  odwzorowaniem  dualistycznego  obrazu  świata,  który  dwoma 

równoległymi  torami  –  biednych i bogaczy –  zmierza  do  jakiegoś  hipotetycznego 

„pojednania”  tam,  gdzie...  przecinają  się  linie  równoległe,  to  znaczy  w  nieskończoności 
rów

nie niedostępnej jak i owo „pojednanie”! Podobnie oczywiste jest to, że nasza koncepcja 

montażu musiała zrodzić się z zupełnie innego „obrazu” pojmowania zjawisk, która odkrył 

nam monistyczny i dialektyczny pogląd na świat. Dla nas mikrokosmos montażu zawrzeć się 

musiał  w  obrazie  jedności,  która  wskutek  naporu  wewnętrznych  przeciwieństw  uległa 

rozdwojeniu, aby znów złączyć się w nową jedność, wyższą jakościowo, w nowym kształcie 

rozpoznaną i przeżytą.  
 

Przypadła mi w udziale próba teoretycznego sformułowania         o g ó l n e j   t e n d e 

n c j i   naszego rozumienia montażu. Wyłożyłem ją w artykule z 1929 roku zatytułowanym 
Poza kadrem, 

najmniej chyba myśląc o tym, jak bardzo nasza metoda montażu sprzeczna jest 

z metodą Griffitha, zarówno pod względem genezy jak i założeń.  
 

Punktem wyjścia była teza o   s t a d i a l n y m   związku między kadrem a montażem. 

O tematycznej jednostce tr

eści  filmu,  to  znaczy  o  kadrze,  pisałem:  „Kadr  w  ogóle  nie  jest 

elementem montażu”. „Kadr to   k o m ó r k a   montażu. Po tamtej stronie dialektycznego 

skoku  w  jednym  szeregu:  kard  wraz  z  montażem”.  Montaż  to  przerastanie  konfliktu 

wewnątrzkadrowego  (czytaj:  sprzeczności)  początkowo  w  konflikt  dwóch  zestawionych  ze 

sobą  fraz:  „Konflikt  wewnątrzkadrowy  –  potencjalny  montaż  –  rozbijający  w  narastającej 

intensywności  swą  prostokątną  klatkę  i  wyrzucając  y  swój  konflikt  w  postaci  impulsów 

montażowych pomiędzy poszczególnymi frazami montażowymi”. Następnie konflikt rozbija 

się na cały system planów,  poprzez które ... „na nowo łączymy w całość rozbity na epizody 

obraz, tym razem zgodnie z naszym założeniem, w myśl naszej oceny zjawiska”.  
 

W ten sposób   j e d n 

o s t k a   m o n t a ż o w a   - klatka, rozszczepia się na łańcuch 

rozdwojeń, które   z n ó w   ł ą c z ą   s i ę   w   n o w ą   j e d n o ś ć:   w e   f r a z ę   m o n t a 

ż o w ą,   k t ó r a     j e s t   o s t a t e c z n y m   k s z t a ł t e m   k o n c e p c j i   o b r a z u                
z j a w i s k a. (...) 
 

Przedstawiłem  powyżej  odrębność  naszego  poglądu  na  montaż.  Jednakże  różnica 

pomiędzy  naszą  a  amerykańską  koncepcją  montażu  uwypukli  się  jeszcze  bardziej,  jeśli 

zwrócimy uwagę na drugą nie mniej istotną nowością, wprowadzoną do kinematografii przez 

Griffitha, a którą my również interpretujemy we wręcz odmiennym sensie. 
 

Chodzi o tak zwane „zbliżenie”. 

background image

Ta zasadnicza różnica zaczyna się w  gruncie rzeczy już od samej nazwy. My mówimy, że 
prz

edmiot czy osoba pokazane są w „dużym planie”, czyli są   d u ż e.  Amerykanin mówi:   b 

l i s k o   (dosłowne znaczenie terminu close-up). My zatem określamy   j a k o ś c i o w ą   

stronę danego zjawiska, związaną z jego znaczeniem ( w analogiczny sposób mówimy o   d u 

ż y m   talencie, czyli o takim, który wybija się spośród innych skalą swej wartości, albo też o 

dużej czcionce, która łączy się ściśle z podkreśleniem czegoś bardzo istotnego i ważnego). 
 

Amerykanin wiąże ów termin z   w i d z e n i e m. 

 

My -   

z   o c e n ą   w i d z i a n e g o. 

 

Jak  bardzo  zasadnicza  jest  tu  różnica,  przekonamy  się,  gdy  zanalizujemy  metodę 

stosowania  zbliżenia  przez  nasz  film  i  porównamy  ją  ze  sposobem  używania  close-up  

filmie amerykańskim. Przy tej konfrontacji uwypukla  się  najistotniejsza  funkcja  wielkiego 

planu w naszej kinematografii, polegająca nie tylko i nie tyle na   p o k a z a n i u   i   p r z e d 

s t a w i e n i u,  ile na tym, by   w y j a w i ć,   o k r e ś l i ć,   o c e n i ć.  W wyniku tego 

doszliśmy bardzo szybko do własnej interpretacji istotnego znaczenia bliskiego planu wtedy, 

gdy w praktyce filmu amerykańskiego był on ledwie dostrzegalnym środkiem wyrazu. Przy 

zastosowaniu  wielkiego  planu  jedna  jego  właściwość  najbardziej  nas  urzekła  –  była  to 

możliwość       t w o r z e n i a   n o w e j    j a k o ś c i o w o   całości poprzez zestawienie 

szczegółów.  Tam,  gdzie  u  Griffitha  wyodrębniony  bliski  plan  w  tradycji  dickensowskiego 

imbryka był szczegółem – często decydującym czy też „kluczowym”, tam, gdzie kolejność 

zbliżeń  twarzy  była  niemą  antycypacją  przyszłego  dialogu  synchronicznego  (dodajmy,  że 

Griffith  nie  wniósł  do  filmu  dźwiękowego  żadnej  nowości)  –  my  wysunęliśmy  koncepcję 

zupełnie nowego  s t o p u   j a- k o ś c i o w e g o   wynikającego z ciągu   z e s t a w i e ń. Już 
w pierwszych moich wypowiedziach – 

ustnych  bądź  drukowanych  –  z lat dwudziestych 

określiłem film jako przede wszystkim „sztukę zestawień”. (...) 
 

Nie wystarczało nam to   i l o ś c i o w e   n a r a s t a n i e   nawet w takim   „ z w i e l 

o k r o t n i e n i u”. Szukaliśmy i znaleźliśmy w zestawieniach znacznie więcej  -  s k o k   j a 

k  o  ś  c  i  o-  w  y.      Skok  wykraczał  poza  granice  możliwości  sceny,  a  nawet  poza  granice 
sytuacji – 

by to skok w dziedzinę obrazu montażowego, montażu jako   k a t e g o r i i,   jako 

elementu kompozycyjnego, służącego przede wszystkim do wyjawienia   k o n c e p c j i   i d 
e o -   l o g i c z n e j. (...) 
 

M  o  n  t  a  ż  o  w  i      r  ó  w  n  o  l  e  g  ł  e  m  u,    kolejnej  zmianie  planów  w  filmie 

amerykańskim – nasz film przeciwstawił te momenty stopione w jedną całość:   t r o p   m o n 

t  a  ż  o  w  y.    Wiemy  z  teorii  literatury,  że  „trop...  jest  to  wyraz  lub  zdanie  w  znaczeniu 

przenośnym...”, na przykład   o s t r y   słuch   (w znaczeniu dosłownym:   o s t r a   szabla). 
 

Film  Griffitha  nie  zna  tego  rodzaju  kompozycji  montażowej.  Bliskie  plany  w  jego 

dziełach tworzą atmosferę, akcentują charakterystykę osób, występują na przemian w dialogu 

bohaterów,  nasilają  tempo  w  scenach  pogoni  prześladowców  i  prześladowanych.  Wszędzie 

jednak Griffith pozostaje na płaszczyźnie   i l u s t r a c j i         p r z e d m i o t o w e j, nigdzie 

nie stara się dać   o b r a z u                      s k o j a r z e n i o w e g o.  Griffith ma zresztą w 

swej praktyce jedną taką próbę i to na wielką skalę. Mianowicie film Nietolerancja. 
 

Historyk filmu amerykańskiego, Terry Ramsay, w swojej książce A Million and One 

Night 

słusznie nazywa ów film „ogromną metaforą”. Jednocześnie z nie mniejszą słusznością 

określa  go  jako  „wspaniałą  klęskę”.  Jeśli  bowiem  Nietolerancja  –  w swej wersji 

amerykańskiej  –  jest  nieprześcignionym  przez  samego  Grifiitha  świetnym  wzorem  jego 

własnej metody montażu, to zamiar wyjścia poza ramy opowieści w dziedzinie uogólnienia i  

metafory  kończy  się  istotnie  zupełnym fiaskiem. Terry Ramsay nie ma jednak racji 

odrzucając w ogóle wszelką możliwość narracji obrazowej w filmie, dopuszczając metaforę, 

porównanie itp. najwyżej w tytułach! Przesłanka niepowodzenia kryła się w czymś innym. A 
mianowicie: Griffith nie pojmowa

ł  w  pełni  tego,  że  metafora  i  obraz  mieszczą  się  w 

background image

kategoriach zestawień montażowych, a nie w samych tylko  i l u s t r a- c y j n y c h  o d c i n 

k a c h  m o n t a ż u. Stąd nieudany refren kadru, w którym Lilian Gis porusza kolebkę. (...) 
 

Chybiona kon

cepcja montażowa nie pozwala mu stworzyć obrazu powtarzalności „fal 

czasu”, albowiem skojarzenie miarowego ruchu kolebki jest plastycznie nieprzekonywujące; 

oprócz  tego  Griffith  popełnia  tu  jeszcze  jeden  błąd  i  to  w  punkcie  przeciwległym  –  przy 

połączeniu  wszystkich  czterech  wątków  tematycznych  filmu  według  tejże  zasady  swego 

montażu. Oto splecenie  czterech  epok zostało imponująco pomyślane.  Griffith pisał o tym: 

„(...) początkowo te          cztery wątki fabularne popłyną niby cztery  potoki oglądane ze 
szc

zytu  góry.  Najpierw  każdy  będzie  biegł  osobno,  równo  i  spokojnie.  Lecz  w  miarę  swej 

drogi  zbliżać  się  zaczną  do  siebie  coraz  bardziej,  coraz  szybciej,  aż  na  koniec,  w  ostatnim 

akcie, spłyną w jeden potężny nurt burzliwej emocji”

3

. 

 

Lecz efekt chybił. Albowiem w rezultacie wyszło zestawienie czterech różnych akcji, 

a  nie  stop  czterech  wątków  w  jednym  uogólnionym  obrazie.  Nietolerancja  –  „dramat 

porównań”, tak Griffith nazwał swoje przyszłe dzieło. Istotnie, Nietolerancja pozostała tylko 

dramatem porównań, zamiast stać się jednolitym wielkim uogólnieniem. I tu błąd wynika z 

nieumiejętności  wydzielenia  obrazu,  który  w  danej  sytuacji  nie  da  się  przekształcić  w  nic 

innego  i  zachowuje  charakter  ściśle  ilustracyjny.  Dlatego  Griffith  nie  może  rozwiązać 

żądnych założeń „ponadobrazowych”, metaforycznych. 
 

Tylko oddzielając  pojęcie „gorąca” od   w s k a ź n i k a                t e m p e r a t u r y,  

można mówić o „gorącym uczuciu”. Tylko traktując „głębokość” w oderwaniu od   m e t r ó 

w      i      s  ą  ż  n  i,    można  mówić  o  „głębokim  uczuciu”.  Tylko  wyzwalając  „upadek”  spod 

formuły    p r z y s p i e s z e n i a   s p a d a j ą c e g o   c i a ł a   można mówić o „spadku 
nastroju”! 
 

Lecz  „niejednolitość”  wątków  Nietolerancji  miała  jeszcze  jedną  przyczynę:  cztery 

epizody, k

tóre  pokazał  Griffith,  rzeczywiście  są  niemożliwe  do  połączenia.  Formalna 

porażka,  jeśli  chodzi  o  zespolenie  ich  w  jednolity  obraz  Nietolerancji,  jest tylko odbiciem 

błędu tematycznego i ideologicznego. (...) 
 

Zagadnienie montażowego obrazu skojarzeniowego jest zależne od ściśle określonego 

ładu  i  systemu  myślenia;  może  się  ono  skonkretyzować  i  skonkretyzowało  się  tylko  przez 

poznanie  kolektywne,  będące  odzwierciedleniem  nowego  (socjalistycznego)  stadium 

społeczeństwa  i  rezultatem  ideowej  i  filozoficznej  szkoły  myślenia,  ściśle  związanej  z 

ustrojem tego społeczeństwa. Nasza  g ł ę- b o k o   i d e o w a   i   i n t e l e k t u a l n a   

epoka  odczytać  musiała  przede  wszystkim  w  kadrze  cechy  jego  ideologicznej  engramy

4

  

znaku; przede wszystkim musiała ujrzeć w   z e s t a w i e n i u   k a d - r ó w   k s z t a ł t o w 

a n i e   s i ę   n o w e g o   e l e m e n t u   j a k o- ś c i o w e g o,  nowego obrazu, nowego   p 

o j ę c i a.   Zobaczywszy to, musieliśmy dokonać gwałtownego skoku w tym kierunku.  
 

W filmie 

Październik  wcięliśmy  w  scenę  z  przemówieniami  mienszewików  harfy  i 

bałałajki.  Harfy  te  nie  oznaczały  realnych  instrumentów,  lecz  były  plastyczną  definicją 

miodopłynnych przemówień oportunizmu mienszewickiego na Drugim Zjeździe Rad w roku 

1917. Bałałajki zaś ilustrowały dokuczliwe brzękanie pustych słów w obliczu nadciągających 

wydarzeń historii. Stawiając między siebie mienszewika i bałałajkę, mienszewika i harfę   p r 
z e s u w a l i -

ś m y      r a m y   m o n t a ż u   r ó w n o l e g ł e g o   w   n o w ą   j a -k o ś ć,   

w   n o w ą   d z i e d z i n ę  -  ze sfery   a k c j i   w sferę         s k o j a r z e n i a. 
 

Okres tych dość naiwnych zestawień minął stosunkowo szybko. Podobne rozwiązania, 

trochę  z  gruba  ciosane,  w  wielu  wypadkach  starały  się  (niezbyt  przy  tym  fortunnie)  za 

pomocą środków, jakimi dysponował film niemy, wypowiedzieć to, co później z łatwością 

wyrażała muzyka w filmie dźwiękowym. Rozwiązania te szyb ko ze szły z ekranu. Została 
                                                 

3

 

Według L. Jacobsa, The Rise of The American Film. New York 1933, s. 189. 

4

  Engrama  – 

trwały  ślad  powstały  w  mózgu  pod  wpływem  bodźców  zewnętrznych, fizjologiczna podstawa 

ludzkiego doświadczenia (przyp. tłum.) 

background image

jednak  rzecz  najgłówniejsza,  zostało  zrozumienie  montażu  nie  tylko  jako  środka  dla 
tworzenia efektów, lecz przede wszystkim  jako instrumentu   w y p o w i e d z i,   e k s p o z 

y c j i   myśli za pomocą specyficznego     j ę z y k a   f i l m o w e g o. 
 

Droga do zrozumienia normalnego języka filmowego całkiem naturalnie wiodła przez 

stadium wypadu w dziedzinę  p r y m i t y w -  n e j   m e t a f o r y. Ciekawe, że pod tym 

względem zbliżyliśmy się do metody twórczej starożytności.  Na przykład „poetycki” obraz 

centaura jest przecież połączeniem człowieka i konia, co ma wyrażać myśl, której nie sposób 

oddać za pomocą   b e z p o ś r e d n i e g o   o b r a - z u   (a mianowicie, że ludzie w danej 

miejscowości są „bystronodzy”, chyżo biegają). 
 

A zatem powstawanie prostych pojęć jest wynikiem procesu zestawiania. 

 

Dlatego też   g r a   z e s t a w i e ń   ma w montażu tak silną wymowę. Z drugiej 

bowiem strony poprzez początkowo  w  y j a w  i o -n e   z e s t a w i e n i a   powinien 

powstawać  system  złożonego  wewnętrznego  zestawienia  (już  nie  dającego  się  odczytać 

zewnętrznie),  które  daje  każda  fraza  normalnego  umiejętnego  języka  montażu.  (...)
 

Pierwsze „próby pióra” w tym nowym samodzielnym kierunku występują już bardzo 

licznie w Strajku  (1924). Masowe rozstrzeliwanie demonstrantów w finale, splecione z 
k

rwawymi  scenami  w  rzeźniach  miejskich  (w  tym  „dziecinnym”  okresie  naszego  filmu 

brzmiało  to  zupełnie  przekonywająco  i  wywierało  ogromne  wrażenie!)    stapiają  się  w 

metaforę  filmową  „rzeźni  ludzkiej”,  apelującej  do  pamięci  krwawych  represji  ze  strony 
despotó

w. Nie są to już proste „spekulatywne”   k o n t r a s t y   z Pałacu i twierdzy,  ale – 

choć jeszcze prymitywna, choć lapidarna – konsekwentna i świadoma próba   s k o j a r z e n i 
a. 
 

Skojarzenia  zmierzającego  ku  temu,  by  opowiedzieć  o  rozstrzelaniu  robotników nie 

tylko  w sposób obrazowy, lecz także przez uogólniający „plastyczny tok mowy”, budzący 

analogię ze słownym obrazem „krwawej rzeźni”. 
 

W  Pancerniku Potiomkinie 

trzy   n i e z a l e ż n e   duże plany     r  ó ż n  y c h   

marmurowych   l w ó w   w   

r ó ż n y c h   pozach stapiały się w jednego lwa w skoku, co 

więcej – w inny  w y m i a r      f i l m o w y,  w ucieleśniony okrzyk metaforyczny: „Ryknęły 
kamienie!” (...) 
 

Nasza  koncepcja  montażu  znacznie  przerosła  klasyczną,  dualistyczną  estetykę 

mo

ntażu Griffitha, którą symbolizują dwa nie zespolone, a jedynie przeplatające się pasma 

równoległe, barwne tematycznie i tak zestawione, by wzmóc zainteresowanie fabułą, napięcie 
i tempo. 
 

Dla nas montaż stał się narzędziem, które pozwoliło nam osiągnąć   j e d n o ś ć   w y ż 

s z e g o   r z ę d u  -  p o p r z e z   o b -    r a z   m o n t a ż o w y   d o j ś ć   d o   m o n i s t y 
c z n e j   k o n c e -

p c j i      i d e o w e j,  o b e j m u j ą c e j   w s z y s t k i e   e l e m e n - t 

y,  szczegó

ły i detale dzieła filmowego. 

 

W ten sposób pojęty montaż okazał się znacznie szerszym od montażu filmowego – w 

ścisłym  znaczeniu  tego  słowa;  wnosi  on  wiele  twórczych,  wzbogacających  elementów  do 

metody sztuki w ogóle. Zgodnie z tym zasadę naszego montażu rozumieć należy jako zasadę       

j e d n o ś c i   w   w i e l o ś c i. 
 

Montaż  ostatecznie  pokonuje  sprzeczności  usuwając  kontrasty  dualizmu  i 

mechanicznego  paralelizmu  między  dziedziną  dźwięku  a  widzenia  i  osiągając  to,  co  dziś 

nazywamy montażem dźwiękowo-wizualnym („pionowym”). 
 

Do całkowitej jedności artystycznej dojdziemy przez rozwiązanie problemu jedności 

syntezy wizualno-

dźwiękowych  środków  wyrazu;  problem  ten  jest  u  nas  obecnie 

opracowywany,  tymczasem  w  badaniach  amerykańskich  nawet  się  o  nim  jeszcze nie 
wspomina. 
 

Trójwymiarowość i kolor realizowane są na naszych oczach. 

background image

 

Zbliża  się  chwila,  kiedy  nie  tylko  poprzez  metodę  montażu,  ale  przez  syntezę  idei, 

dramatyzmu gry aktorskiej, obrazu na ekranie, dźwięku, trójwymiarowości i koloru – a więc 
jedno

lite dzieło filmowe – wkroczy w to samo prawo jedności w wielości, które jest zasadą 

naszego myślenia, podstawą naszej filozofii i w równej mierze przenika metodę montażu od 

najdrobniejszego ogniwa do skończonego kształtu obrazu filmowego. 
 
 
 

 

Artykuł  napisany  w  Ałma-Acie w latach 1941-1942; po raz pierwszy opublikowany w 1944 r. w 

zbiorze Griffith (Wyd. Goskinoizdat). 
 

Przytaczamy  według  wydania  polskiego:  Siergiej  Eisenstein,  Wybór  pism,  przeł.  Irena  Piotrowska. 

warszawa 1959, s. 46-

93 (w tekście dokonano znacznych skrótów).