LORNA MICHAELS
Odmienne stany uczuć
(The Reluctant Hunk)
ROZDZIAŁ 1
– MoŜe pan jechać szybciej? – Ariel Foster pochyliła się w stronę taksówkarza.
Musiała mocno wytęŜać głos, Ŝeby przekrzyczeć dobiegające z radia ostre dźwięki
muzyki grupy Led Zeppelin. Spojrzała na zegarek: dziewiąta pięćdziesiąt. Zostało
zaledwie dziesięć minut.
– Nie da rady, szanowna pani. JuŜ raz w tym miesiącu zarobiłem mandat. –
Szofer wydmuchnął balonik z gumy do Ŝucia i skręcił w przecznicę. – Ma pani randkę
albo coś w tym stylu?
– Coś w tym stylu – mruknęła Ariel. Prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziała, po co
gna na złamanie karku przez centrum Houston. Przyjechała tutaj na pilne wezwanie
ojca.
– Koniec trasy – oznajmił parę minut później szofer. Taksówka zatrzymała się
przed budynkiem Kanału 6 stacji KHTX. – Dzięki – dodał z zachwytem, gdy Ariel
wetknęła mu w rękę banknot i wyskoczyła z samochodu.
Przez moment chciała wrócić i sprawdzić, ile mu zapłaciła, ale zaraz wzruszyła
ramionami. Zostały cztery minuty. W holu studia zerknęła na swoje pantofelki.
Niewygodnie biegać na wysokich obcasach. Do diabła z elegancją, zdecydowała w
duchu, zdjęła buty i popędziła do windy. Martin Foster nie tolerował spóźnień. Nawet
o minutę.
Ariel pchnęła ramieniem drzwi i z impetem wpadła do środka. Za progiem stanęła
jak wryta. W miękkich fotelach siedzieli jej dwaj starsi bracia, Chad i Daniel. Byli
równie zdumieni jak ona.
– Wy teŜ? – spytała zdyszana. – Skąd to zebranie?
– SkaŜ mnie Bóg, nie wiem – odparł Chad. Daniel odgarnął z czoła falujące blond
włosy.
– Wczoraj dostałem faks od taty, więc jestem.
Ariel opadła na wolny fotel i próbowała uspokoić oddech.
– Myślicie, Ŝe...
W wewnętrznych drzwiach stanęła sekretarka.
– Mogą juŜ państwo wejść – powiedziała z namaszczeniem.
Ariel przygładziła jasne włosy, Ŝeby nadać sobie równie dystyngowany wygląd i
wkroczyła do obszernego gabinetu szefa radiowo-telewizyjnej sieci Fostera. Nie czuła
się zbyt pewnie, ale próbowała nadrabiać miną.
– Cześć, tato. – Cmoknęła ojca w policzek. Martin Foster przywitał się z synami i
poczekał, aŜ wszyscy zajmą miejsca przy stole konferencyjnym.
– Wezwałem was do Houston, Ŝeby coś zaproponować, małe wyzwanie –
powiedział z uśmiechem, a jego głos zdawał się wypełniać cały pokój.
Ariel kopnęła Chada pod stołem. Mogła domyślić się wcześniej. Od dzieciństwa
wraz z braćmi uczestniczyła w dziesiątkach, a moŜe setkach rodzinnych „wyzwań”.
Dobra, tato, pomyślała buńczucznie, moŜesz mówić. Jestem gotowa do następnej
próby.
Chad i Daniel najwyraźniej przyjęli podobną postawę. Spięli się niczym konie
gotowe do biegu.
Martin wsparł łokieć o blat stołu i potarł podbródek.
– Doszedłem do wniosku, Ŝe po trzydziestu pięciu latach kierowania stacją
telewizyjną naleŜy mi się nieco odpoczynku. W przyszłym roku odchodzę na
emeryturę.
Emeryturę? Ariel była kompletnie zaskoczona. Martin Foster – Ŝywiołowy, w
pełni sił, choć ukończył sześćdziesiąty ósmy rok Ŝycia – mówił o emeryturze?
Człowiek, który kilka miesięcy temu wziął udział w maratonie i potrafił pokonać
synów w mocowaniu na rękę?
– Dlaczego? Martin splótł dłonie.
– Chcę więcej czasu spędzać z waszą matką. Wyjedziemy gdzieś, uŜyjemy Ŝycia,
póki jesteśmy dostatecznie młodzi.
Ariel powiodła wzrokiem po pokoju. Gruby biały dywan, masywne biurko, na
ś
cianie oryginalny obraz LeRoya Neimana... Sanktuarium ojca. Nie potrafiła sobie
wyobrazić, jak dynamiczny menedŜer, stawiający czoło kaŜdemu wyzwaniu, leŜy w
słońcu na plaŜy niczym nie dopieczony kartofel. I...
– Co ze studiem? – spytała.
– Jedno z was zajmie moje miejsce.
Ariel ostroŜnie popatrzyła na braci. KaŜde z nich wprost marzyło o tym, aby
wreszcie wypłynąć na szersze wody. Ze źle ukrywanym napięciem czekali na decyzję
ojca.
Martin uparcie milczał. Pozwolił sobie tylko na lekki uśmiech. Ariel nie
wytrzymała.
– Kto? – spytała.
Ojciec uśmiechnął się szerzej.
– To będzie mały sprawdzian. Wszyscy macie własne, niewielkie ośrodki. Za rok
spojrzę w wyniki. To z was, które zdoła przyciągnąć najwięcej słuchaczy i widzów,
przeniesie się do Houston.
W sieci Fostera studio w Houston naleŜało do najwaŜniejszych. Miało od dawna
ustaloną renomę i wielu zwolenników. Ariel za wszelką cenę chciała tu pracować.
Oczami wyobraźni widziała siebie za biurkiem ojca. Nie... jej biurko musiałoby
być duŜo mniejsze. Najpierw wywiad... powiedzmy, z dziennikarzem „Houston
Business Now”. „Pani Foster, proszę o kilka słów na temat najbliŜszych planów”.
Eeeee... Po co się zadawać z lokalną prasą? Lepiej niech będzie to ktoś z „Forbesa”.
Kanał 6 kusił sam w sobie, lecz przyjazd do Houston oznaczał takŜe powrót do
domu.
Ponownie popatrzyła na braci. Starszemu, Chadowi, wypłowiałe od słońca włosy
i mocna opalenizna nadawały wygląd plaŜowego playboya, ale miał serce wojownika.
Ciemnoniebieskie oczy błyszczały mu zawadiacko, a w kącikach ust igrał wyzywający
uśmieszek. Pewnie w myślach pakował walizki na wyjazd do Houston.
Daniel uchodził w rodzinie za czarnego konia. Nikt nie wiedział, czego się moŜna
po nim spodziewać. Rozparty na krześle, wbił wzrok w okno. Ktoś mógłby
przypuszczać, Ŝe spogląda na lądowisko, na śmigłowiec opatrzony znakiem sieci
Fostera. Ariel nie dała się zwieść pozorom. Rozmarzone piwne oczy Daniela skrzyły
się nieprzeciętną inteligencją.
– Co wy na to? – zapytał Martin. – Podejmiecie rękawicę?
Naprawdę musiał pytać? JuŜ dawno zaszczepił w dzieciach chęć do rywalizacji.
„Zwycięstwo to nie wszystko, ale z drugiej strony...” – lubił powtarzać. Ariel, Chad i
Daniel byli w pełni gotowi do walki. Szykował się największy wyścig w ich Ŝyciu.
– Jasne – odparł Chad i mrugnął do Ariel. Mówił tak, jakby juŜ pierwszy dotarł
do mety.
– MoŜecie na mnie liczyć – dodał Daniel. – Znudziło mi się w El Paso.
– Ariel? – spytał Martin.
– Oczywiście.
Chad pochylił się w jej stronę i poklepał ją po ramieniu.
– Lepiej zrezygnuj póki czas. Nigdy mnie nie pokonasz. Ariel posłała mu
najbardziej promienny uśmiech, na jaki potrafiła się zdobyć.
– Pilnie obserwuj, co się będzie działo – powiedziała. – Wracam do Corpus
Christi i biorę się do pracy. Notowania stacji podskoczą tak wysoko, Ŝe za rok na stałe
zostaniesz w San Antonio, a ja spokojnie zasiądę w Houston. Mam zamiar wygrać.
Przegrywała. Wyścig z wolna dobiegał końca. Minęło osiem miesięcy, a jej stacja
wciąŜ była daleko w tyle. Ariel z kwaśnym uśmiechem spojrzała na plik papierów
zalegających biurko. PrzecieŜ nie wolno jej przegrać.
Wstała i zaczęła krąŜyć po pokoju. Nie był zbyt duŜy. ZałoŜyła ręce na karku i
powiodła wzrokiem wokoło. Nigdy nie zamierzała pozostać tu na stałe, więc nie
przywiązywała zbytniej wagi do wystroju. Zwykłe biurowe meble: biurko z imitacji
orzecha, dwa kryte czarną dermą krzesła, sofa nieokreślonej barwy, a na ścianach
dwie lub trzy marne akwarele. NajwyŜszy czas się przenieść do prawdziwego
gabinetu. Ariel podeszła do okna, skąd rozciągał się wspaniały widok na parking.
Zabębniła palcami o parapet. Była posłuszną córką i bez słowa skargi wspinała się
mozolnie po szczeblach kariery w przedsiębiorstwie Fostera. Robiła niemal wszystko
– począwszy od sprzątania studia po produkcję własnych programów. Sprawdziła się.
Była równie dobra jak bracia, być moŜe nawet lepsza. Kanał 4 z Corpus Christi okazał
się dobrą szkołą Ŝycia, ona jednak wolała Houston. Ogarniała ją coraz większa
determinacja.
Opadła na krzesło. Znajome dźwięki czołówki dały jej znać, Ŝe nadeszła pora
popołudniowego serialu „Nasze miejsce pod słońcem”. Przetarła oczy i ponownie
zerknęła w ostatnie wyniki badań popularności stacji. Zastanawiała się, co jeszcze
moŜna zmienić w ramówce. Opracowała nową formę „Rozmów przy śniadaniu” i
wiadomości nadawanych o szóstej wieczór, ale niewiele to pomogło. Konkurenci,
czyli Kanał 12, mieli o wiele lepszy serial komediowy, sprawniejszą ekipę reporterów
i pełną seksu, długonogą spikerkę od prognozy pogody. Serialu nie da się
przeskoczyć, myślała Ariel, zatem trzeba coś zrobić z dziennikiem. I to szybko.
Odsunęła papiery na bok i zamyślonym wzrokiem spojrzała w przestrzeń. Jednym
uchem słuchała dialogu z ekranu.
„Kocham cię, Elliot. Zawsze cię kochałam. Nie jestem głupi, Sabrino. Jak mam ci
wierzyć? Poślubiłaś Luke’a, zaszłaś w ciąŜę z Cullenem... Przerywamy program, aby
nadać specjalną wiadomość”.
Ariel odwróciła głowę w stronę monitora.
„Narodowy Instytut Meteorologii donosi, Ŝe tajfun Belle z narastającą prędkością
sunie ze wschodnich Karaibów na północny zachód, w stronę Florydy. Zaledwie
przed dziesięcioma dniami huragan Arthur nawiedził Karolinę Północną. O wiele
potęŜniejszy Belle stanowi nowe zagroŜenie dla mieszkańców wybrzeŜa”.
Ariel wzdrygnęła się. Huragany! Sama myśl o nich napawała ją lękiem. Burze,
wichry, pioruny!
– Floryda – mruknęła pod nosem. – Powiedział „Floryda”, tchórzu, a nie Teksas.
Floryda jest setki kilometrów stąd.
Westchnęła z ulgą, potem zmarszczyła brwi. Tak była pochłonięta wynikami
ankiet, Ŝe zapomniała o huraganach. W zeszłym roku nad Teksasem panował spokój,
ale teraz...
Czy wystarczy jej sił i ludzi, Ŝeby w razie czego poradzić sobie z rzetelną relacją?
Jak zachowa się Perry Weston dyŜurujący w dziale prognozy pogody? Pracował juŜ
półtora roku i chociaŜ na wizji zachowywał się sztucznie, wciąŜ nie mogła znaleźć
nikogo na jego miejsce. Naszkicowała jego podobiznę w notatniku: wpółotwarte usta,
ciasno zawiązany krawat pod wystającym jabłkiem Adama. Rzecz wymagała pilnego
przemyślenia.
„Kent Ackerman dołączył do komisji badań nad przyczynami huraganów,
obradującej właśnie w Nowym Orleanie” – ciągnął sprawozdawca. – „Oddajemy mu
głos. Kent... Jest ze mną doktor Jeff McBride, były pracownik Narodowego Centrum
Badań Meteorologicznych, obecnie zatrudniony w prywatnej firmie Gulf Coast
Weather Technology z siedzibą w Corpus Christi, w Teksasie. Doktorze McBride, ma
pan opinię znakomitego specjalisty od huraganów. Co moŜe pan powiedzieć o
anomaliach pogodowych, jakie obserwujemy w tym roku?”
Ariel kończyła szkic, malując małe kropki na krawacie Perry’ego. Teraz brzuch
zwisający nad paskiem...
„Pogoda nad obszarem wschodniego Atlantyku niezwykle sprzyja powstawaniu
silnych wiatrów... „
Ołówek zawisł w powietrzu. Ariel zamknęła oczy i zaczęła słuchać. Nie chodziło
jej o to, co mówił doktor McBride, ale jak mówił. Odruchowo dopasowała jego głos
do wymogów programu. Głębokie, dźwięczne tony, zdolne bez wątpienia przyciągnąć
uwagę telewidzów. Gdyby tak jeszcze wygląd był równie doskonały...
Otworzyła oczy i spojrzała w ekran.
– Fiuu... – gwizdnęła pod nosem. W dziesięciopunktowej skali ocen doktor
McBride zasługiwał na jedenastkę.
Miał szczególną urodę: ów nieuchwytny, trudny do zdefiniowania urok rzucający
się w oczy od pierwszego wejrzenia. Wyglądał dobrze. Bardzo dobrze. Silne, męskie
rysy, efektowna opalenizna... Ariel zapomniała przez moment o swojej pracy i zaczęła
mu się przyglądać jako kobieta.
– Dobry BoŜe, co za marnotrawstwo... – mruknęła. – Nie powinno się go trzymać
w jakimś laboratorium. Mógłby raczej...
Energiczne pukanie przerwało jej rozwaŜania.
– Proszę – zawołała.
Do pokoju wpadł Steve Loggins. Rudowłosy i piegowaty, przypominał
irlandzkiego setera. Pełnił funkcję zastępcy kierownika stacji. Uśmiechem potrafił
rozbroić kaŜdego i tylko Ariel wiedziała, Ŝe w rzeczywistości jest niemal chorobliwie
nieśmiały.
– Znad Karaibów nadciąga kolejny tajfun – wysapał prawie bez tchu. –
Przewidują, Ŝe latem będzie ich jeszcze więcej. Chciałem juŜ dawno z tobą
porozmawiać o pewnej sprawie, lecz wciąŜ zwlekałem... – Usiadł na sąsiednim
krześle. – Chodzi o Perry’ego.
– Tak, Pan Automat. – Ariel pokazała mu świeŜo ukończoną karykaturę.
– Podobny jak dwie krople wody – przytaknął Steve. – Co zrobimy?
– MoŜemy go rozruszać albo... Nie, zaczekaj. – Odwróciła się w stronę monitora.
Doktor McBride – nadal rozmawiał z dziennikarzem.
– Jeff McBride – wycedziła z namysłem. – Dyplomowany meteorolog, były
pracownik Narodowego Centrum Badań, obecnie na etacie w Corpus Christi. – Jej
głos nabrał silniejszych tonów. – Jest w mieście, zna się na huraganach i aŜ grzech nie
wziąć go przed kamerę. Oto remedium na nasze największe kłopoty. – Wsparła ręce
na biurku i z uśmiechem popatrzyła na swego zastępcę. – Znajdź jego numer telefonu,
Steve. Chcę tego faceta mieć u siebie.
Jeff McBride przeszedł przez obszerny sekretariat, w którym rządziła
przydzielona aŜ trzem meteorologom Moira Lehrer. Zaprzątnięty myślami, nawet na
nią nie spojrzał.
Dopiero głośne „hmmm” przyciągnęło jego uwagę. Zobaczył dłoń z jaskrawo
pomalowanymi paznokciami i zwisającą spomiędzy palców kartkę. Powiódł
wzrokiem dalej. Trzy złote bransoletki na przegubie, rękaw w kolorach pomarańczy,
Ŝ
ółci i zieleni... potem twarz. Dobry BoŜe, przemknęło mu przez głowę, kiedy byłem
w Nowym Orleanie, przefarbowała się na rudo. MoŜe zresztą zrobiła to juŜ wcześniej,
tylko nie zdąŜył zauwaŜyć.
– Wiadomość – powiedziała Moira i wskazała oczami kartkę.
Jeff stał bez ruchu. Miał nadzieję, Ŝe Moira załatwi za niego wszystkie mniej
pilne sprawy. Dopiero wczoraj wrócił z konferencji i czekała go masa zaległej pracy.
Chodziło przede wszystkim o program obserwacji huraganów, którym zajmował się
razem z profesorem uniwersytetu stanowego na Florydzie. W tej chwili nie miał
ochoty na nic innego.
– Co to? – spytał.
– Kanał Czwarty – odpowiedziała Moira. – Proszą o garść uwag na temat
huraganów.
– Mówiłem o tym dwa dni temu.
– To był wywiad dla telewizji krajowej – z przesadną cierpliwością wyjaśniła
Moira. – Teraz chodzi o lokalną stację i o cały cykl pogadanek. – Porozumiewawczo
mrugnęła okiem. – Wypadłeś tak dooobrze, Ŝe chcą zrobić z ciebie prawdziwego
gwiazdora.
Wcisnęła mu papier w rękę.
– Bez Ŝartów, Moira – mruknął Jeff.
– Jestem równie powaŜna jak ta dama z Kanału Czwartego. Powinieneś z nią
porozmawiać i dowiedzieć się, o co naprawdę chodzi. – Obrzuciła go taksującym
spojrzeniem. – Na twój widok niemal kaŜda dostaje palpitacji serca.
Jeff zmarszczył brwi.
– Dobrze, dobrze. Przepraszam. Prawdziwy z ciebie Freddie Krueger, a nie Ŝaden
Mel Gibson. śarty na bok. Przemyśl to raz jeszcze, Jeff. Ludzie muszą wiedzieć coś
więcej o huraganach.
Moira często próbowała ingerować w Ŝycie szefów. Jeffa to draŜniło, lecz teraz
musiał przyznać jej rację. Wygładził zmiętą przed chwilą kartkę.
– Zastanowię się i oddzwonię – obiecał.
Wszedł do gabinetu i zamknął drzwi. Był zadowolony, Ŝe wrócił, chociaŜ czekał
na niego zastraszająco wysoki stos pism i dokumentów. Po hałaśliwej konferencji
biuro wydawało mu się przytulne i ciche. Miękkie fotele barwy morskiej wody, ściany
i dywan złociste niczym piasek plaŜy, marynistyczny obrazek nad biurkiem, po
drugiej stronie mapa huraganów. Mógł tu przesiadywać całymi dniami. To było jego
sanktuarium; strefa ciszy w oku cyklonu.
Spojrzał na kartkę.
Proszę się ze mną skontaktować w sprawie cyklu programów o tajfunach.
Ariel Foster, KCOR, Kanał 4.
Moira miała słuszność, mówiąc, Ŝe ludzie powinni wiedzieć coś więcej na temat
huraganów. Dotychczas, w chwili zagroŜenia, postępowali zgoła instynktownie. MoŜe
napisać parę artykułów do lokalnego „Marinera”? – zastanawiał się Jeff. Tak, to
chyba dobry pomysł, lepszy od wygłupów na szklanym ekranie.
Nie lubił telewizji. Zaczęło się to przed wielu laty, w Tulsie, podczas skandalu
związanego z bankiem, w którym pracował jego ojciec. Nie obyło się bez
wszechobecnych kamer, rozgadanego tłumu dziennikarzy, napastliwych pytań i
nieustannych aluzji, chociaŜ wkrótce udowodniono ponad wszelką wątpliwość, Ŝe
starszy pan McBride nie miał nic wspólnego ze wspomnianą aferą. Nagonka była tak
powszechna, Ŝe narzeczona Jeffa – ambitna córka sędziego o politycznych aspiracjach
– zdecydowała się zerwać zaręczyny. Od tamtej pory Jeff uwaŜał wszystkich
reporterów za pozbawionych skrupułów.
Wywiadu w Nowym Orleanie udzielił przez przypadek. Właśnie opuścił
audytorium po wygłoszeniu referatu, kiedy ktoś podetknął mu pod nos mikrofon i
nakłonił do wypowiedzi. Praca w studiu to co innego. Musieliby go najpierw związać
i na noszach zanieść do telewizji.
Pamiętał wieczór na uczelni, tuŜ przed magisterium. Siedział z grupą kolegów z
akademika, snując plany na temat przyszłości. Skończyło się na wygłupach. Ktoś tam
miał zostać dyrektorem Narodowego Instytutu Meteorologii, ktoś miał podjąć
współpracę z Rosjanami...
– A McBride będzie zapowiadał pogodę w dzienniku – padło na koniec.
– Z jego wyglądem to całkiem prawdopodobne.
Jeffa gniewały takie Ŝarty. Nie cierpiał telewizji, ale jeszcze bardziej nie lubił być
oceniany ze względu na urodę. W głębi ducha podjął stanowczą decyzję, Ŝe na złość
kolegom zrobi prawdziwą karierę. I zrobił. Z wyróŜnieniem ukończył studia, podjął
pracę i osiągnął niemałe sukcesy zawodowe. Nie miał zamiaru pokazywać się w
telewizji. Ani teraz, ani kiedy indziej.
Chwycił za słuchawkę i wystukał numer Ariel Foster. Po chwili usłyszał głos
sekretarki.
– Mówi doktor McBride – rzucił krótko. – Chcę zostawić wiadomość dla pani
Foster.
– Właśnie czeka na pański telefon. Zaraz pana połączę.
– Nie mam w tej chwili czasu na rozmowę. Proszę jej tylko przekazać, Ŝe nie
jestem zainteresowany występami w telewizji.
OdłoŜył słuchawkę, rzucił zmiętą kartkę do kosza na śmieci i zajął się pracą.
Spojrzał na zegarek dopiero, gdy poczuł ssanie w Ŝołądku. Druga. Wstał, przeciągnął
się i wyszedł z gabinetu. Myślał wyłącznie o tym, jak wycisnąć nieco więcej funduszy
na planowaną obserwację huraganów.
– Patrz, jak chodzisz, Jeff! – zawołał kierownik działu, Wayne Nesbit, uskakując
mu z drogi.
– Och... przepraszam, Wayne. Moira uniosła wzrok znad komputera.
– Załatwiłeś sprawę programu dla Kanału Czwartego? – spytała.
Wayne z nagłym zainteresowaniem popatrzył na Jeffa.
– Jakiego programu?
– Nic waŜnego – lekcewaŜąco mruknął McBride. Wayne nie dał się zbyć.
– A dokładnie?
– Planują cykl o huraganach. – Jeff ruszył w stronę drzwi.
– Odmówiłem.
– Dlaczego? – spytał Wayne.
– Z powodów osobistych.
– To niedobrze. Przydałoby się trochę reklamy, tobie i całej firmie. – Wayne
zawsze mówił łagodnym tonem, lecz nie zwykł owijać w bawełnę. – Zrób to.
– A moŜe ty? – Jeff chwycił się ostatniej deski ratunku.
– Jesteś tu przecieŜ szefem.
– Mnie nie prosili.
– Zadzwonię i podam twoje nazwisko.
Wayne poprawił okulary i przetarł łysiejące czoło.
– Nie pasuję do telewizji.
– Ja teŜ nie.
– Mowa... – dobiegł z kąta stłumiony, lecz wyraźny głos Moiry.
– Wiesz przecieŜ, Ŝe zabiegamy o kontrakt ze SłuŜbą Morską Teksasu – ciągnął
Wayne. – Mamy powaŜnych konkurentów. Potrzebna nam, jak to się mówi, dobra
prasa.
To prawda, przyznał w duchu Jeff. Ale telewizja?...
– Przykro mi, Wayne...
– Będzie głośno o tym nawet na Florydzie i moŜe ktoś przyzna ci dotację na
podjęcie badań. Pomyśl o tym – zakończył Wayne i zniknął za drzwiami własnego
gabinetu.
– Piękne dzięki – warknął Jeff do Moiry. Obdarzyła go niewinnym spojrzeniem.
– Za co?
– Za co? – powtórzył z gniewem. – Za to, Ŝe z premedytacją wspomniałaś przy
nim o telewizji.
Wzruszyła ramionami.
– I co z tego? Jeff zacisnął zęby.
– Moira... nie dam się w to wrobić.
– Gadanie. To twoje przeznaczenie. Jesteś Strzelcem, prawda? – Wysunęła
szufladę i wyjęła poranne wydanie „Marinera”. – Strzelec – przeczytała głośno. –
Nieoczekiwany telefon przyniesie gwałtowną zmianę w twoim Ŝyciu. Starannie
rozwaŜ kaŜdą propozycję. Widzisz?
Jeff wymamrotał coś pod nosem i wyszedł z biura. Znał siłę perswazji Wayne’a i
wiedział, Ŝe w tej sprawie nie padło jeszcze ostatnie słowo.
ROZDZIAŁ 2
Ariel pedałowała wściekle na ćwiczebnym rowerku.
Jeff McBride doprowadzał ją niemal do szału. Zaraz po lakonicznej odpowiedzi
próbowała się z nim porozumieć, ale bez rezultatu.
– Nawet nie miałam szansy z nim porozmawiać – burknęła pod nosem i otarła pot
z czoła. – „Nie jestem zainteresowany występami w telewizji”. – Mocniej naparła na
pedały. – Kretyn.
Dlaczego odrzucił jej propozycję? Przeciętny śmiertelnik wręcz marzył o tym, by
się zaprezentować na szklanym ekranie. Czemu McBride miał być inny? Nie wyglądał
na tchórza; w trakcie wywiadu zachowywał się z niewymuszoną swobodą.
MoŜe wolał pozostawać w ukryciu ze względu na tajemniczą przeszłość? MoŜe
był szpiegiem? Malwersantem? Bigamistą? Nie... Wtedy nie wystąpiłby takŜe przed
kamerami w Nowym Orleanie. MoŜe więc zawarł cichy układ z konkurencją? O,
właśnie. Był miliarderem i potajemnie dzierŜył główny pakiet akcji Kanału 12. A
moŜe najzwyczajniej nie miał czasu? Kiepskie wytłumaczenie, ale najbardziej
prawdopodobne.
PrzecieŜ sam pomysł był naprawdę dobry. Ludzie niezbyt duŜo wiedzieli o
huraganach, więc kto miał zapełnić tę lukę jak nie telewizja? McBride wyglądem i
elokwencją na pewno przyciągnąłby widzów. Ariel juŜ odbierała sygnały, Ŝe krótki
wywiad wzbudził poruszenie.
– Podobał się – trajkotała w słuchawkę dziewczyna z działu łączności z widzami.
Warto więc było iść za ciosem.
Co robić? Zdobyć prywatny adres McBride’a i koczować do skutku pod jego
drzwiami? Nie... to moŜe przynieść opaczny skutek. Zaczekać na parkingu i w
ostatniej chwili rzucić „mu się pod koła samochodu? Pomysł niezły, ale Ariel nie była
pewna, czy starczyłoby jej odwagi. Poza tym przecieŜ mógł ją przejechać.
Nie, zadecydowała w końcu, najlepsza będzie najprostsza droga. Jutro rano
spotkam się z nim w biurze i postaram się go przekonać. MoŜe mnie nie wpuści, ale
na pewno warto spróbować.
Zeszła z roweru, wykąpała się i pościeliła łóŜko. Przed snem powtórzyła
dwukrotnie:
– Mam duŜą siłę perswazji. To mój atut. KaŜdego umiem przekonać do swoich
pomysłów.
Otuliła się kołdrą i zasnęła.
Następnego ranka włoŜyła prosty jasnoniebieski kostium i wpięła w uszy duŜe
złote kolczyki. Włosy zaczesała do góry. McBride powinien wiedzieć, Ŝe ma do
czynienia z profesjonalistką. Spokojną, pewną siebie i rzeczową. Wystarczy kilka
rozsądnie wywaŜonych argumentów...
Krytycznym wzrokiem przejrzała się w lustrze. Przede wszystkim zwróciła uwagę
na buty. Najnowsze wyniki badań prowadzonych w Centrum Medycznym w Nowej
Anglii głosiły, Ŝe osoby niskiego wzrostu mają gorsze wyniki w pracy. Dotyczyło to
zwłaszcza kobiet. Pantofelki na wysokim obcasie były bardzo pomocne. Zwłaszcza
wobec kogoś takiego jak McBride.
Nie zaszkodzi teŜ odrobina zmysłowego czaru, pomyślała, perfumując się
dyskretnie. W pełni zadowolona z siebie, zasiadła za kierownicą czerwonej corvetty i
jak wicher pomknęła w stronę budynku Gulf Coast Weather Technology. Postanowiła
udawać, Ŝe jest umówiona na spotkanie. Skoro McBride oddzwonił osobiście, mógł
przecieŜ nie zwierzać się sekretarce ze swoich planów. Ariel energicznym krokiem
weszła do biura. TuŜ za progiem zobaczyła kobietę w średnim wieku, o płomieniście
rudych włosach, ubraną w przeraźliwie róŜową suknię z długimi rękawami. Zmusiła
się do uśmiechu.
– Nazywam się Ariel Foster. Byłam umówiona z doktorem McBride’em.
– Kanał Czwarty? – Twarz sekretarki pojaśniała radością. – Codziennie, kiedy się
ubieram, oglądam wasz poranny program.
Zdaniem Ariel, to wyjaśniało dziwny dobór jej strojów. Patrzyła w ekran, nie w
lustro.
– Zawsze się cieszę, gdy mam okazję poznać któregoś z naszych widzów, pani...
– Ariel zerknęła na stojącą na biurku tabliczkę z nazwiskiem – Lehrer.
A moŜe pani Lehrer była po prostu dziwaczką? Wśród starannie poukładanych
dokumentów i skoroszytów leŜał tani egzemplarz „Znaków miłosnych na kaŜdy
miesiąc” oraz jeszcze jeden tomik opatrzony tytułem „Astrologia: klucz do Twojego
Ŝ
ycia”.
Sekretarka otworzyła notatnik oprawny w brązową skórę.
– Na pewno była pani na dziś umówiona? Nie mogę znaleźć pani nazwiska.
Pierwsza trudność, ale Ariel miała gotową odpowiedź.
– Rozmawiałam z doktorem dość późno. Pewnie zapomniał wpisać.
– Często mu się to zdarza – przytaknęła Moira.
– CóŜ, meteorolog z głową w chmurach – wesoło stwierdziła Ariel.
W oczach Moiry zamigotały iskierki humoru. Ariel odetchnęła z ulgą, lecz w tej
samej chwili dostrzegła, Ŝe sekretarka spogląda w stronę telefonu. Nie dzwoń, błagała
w myślach. Nie dzwoń i nie sprawdzaj.
– Pewnie na panią czeka – powiedziała Moira. Uff... – Proszę za mną.
Pierwszy kłopot z głowy. Teraz do McBride’a.
Moira wsunęła głowę przez wpółotwarte drzwi gabinetu.
– Jeff, masz spotkanie – powiedziała znaczącym tonem, który dawał do
zrozumienia, Ŝe znowu zapomniał ją powiadomić.
Zanim McBride zdąŜył zareagować, Ariel minęła sekretarkę i podeszła do biurka.
– Dzień dobry. – Wyciągnęła dłoń. Za sobą usłyszała stuk zamykanych drzwi.
Ś
wietnie.
Był naprawdę przystojny. Dziesięć razy bardziej niŜ na ekranie. Szare oczy i
ciemne, falujące włosy, wprost kuszące, by je pogładzić...
McBride z lekkim zaŜenowaniem wstał z krzesła. Uścisnął wyciągniętą dłoń.
– Proszę usiąść – rzekł z nieśmiałym uśmiechem. – Byliśmy umówieni?
Ariel usadowiła się w fotelu.
– Jestem Ariel Foster. Uśmiech zniknął.
– Zatem nie byliśmy. – Jeff zdąŜył takŜe usiąść, lecz teraz wstał znowu.
Ariel nie ruszyła się z miejsca.
– Wiem.
– Więc po co pani przyszła?
– Chciałam z panem przez chwilę porozmawiać – odparła najbardziej ujmującym
tonem, na jaki potrafiła się zdobyć.
Nie podziałało. Jeff obrzucił ją niechętnym spojrzeniem.
– Nie mamy o czym. Chyba jasno odpowiedziałem na pani propozycję.
Jeśli chciał ją zbić z tropu, to mu się nie udało.
– Nawet pan nie wysłuchał, co to za propozycja. MoŜe mi pan poświęcić odrobinę
uwagi?
Przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem. Potem McBride usiadł i spojrzał na
zegarek.
– Daję pani pięć minut.
Pierwszy punkt dla mnie, pomyślała Ariel.
– Wystarczą trzy – powiedziała z uśmiechem i pochyliła się w jego stronę. – W
tym roku były juŜ dwa huragany. Trzeci zmierza prosto w stronę Corpus Christi.
Jeff skinął głową. Ariel, zachęcona, mówiła dalej:
– Ludzie powinni wiedzieć, co im grozi, i podjąć odpowiednie przygotowania.
Chcę zrobić krótki, powiedzmy tygodniowy, cykl programów o huraganach i...
– Nie – usłyszała w odpowiedzi. – Pomysł jest znakomity, lecz po prostu nie
mogę i nie chcę tego robić. PrzecieŜ ma pani kogoś od pogody, prawda?
– Myślałam o prawdziwym fachowcu.
– Takich nietrudno znaleźć – odparł Jeff. – Dam pani parę nazwisk...
Grubych, nadętych nudziarzy jak mój Perry.
– Szczerze mówiąc, wolałabym pana. Wsparł brodę na dłoni.
– Dlaczego?
Bo pod jednym spojrzeniem twoich szarych oczu kaŜda dziewczyna przed
telewizorem dostanie gęsiej skórki. PoniewaŜ chcę wygrać i przejąć sieć ojca, a nie
uda mi się bez twojej pomocy. Skoro pochlebstwa nie pomagały, trzeba było
spróbować z innej beczki.
– Obawiam się, Ŝe największy problem tkwi w nikłej wiedzy naszego
społeczeństwa na temat przyczyn i skutków huraganu. Dałoby się uniknąć niejednej
szkody, gdyby ktoś pana pokroju... – Zdała sobie sprawę, Ŝe mówi w pustkę, więc
zapytała wprost: – Co mam zrobić, Ŝeby pana przekonać?
– Nic. Nie zamierzam wystąpić w telewizji. Powiedział to z taką stanowczością,
Ŝ
e nie umiała powstrzymać ciekawości.
– Dlaczego?
– Mam swoje powody – odparł chłodno.
– Na przykład?
Zawahał się, po czym zrobił kwaśną minę.
– Dwa lata temu zrobiliście za duŜo szumu wokół huraganu Clark. Mieszkańcy
porzucali domy, powstał ścisk na autostradzie, doszło nawet do kilku, na szczęście
niegroźnych, wypadków. A burza najzwyczajniej przeszła bokiem.
– W takim razie tym bardziej powinien pan pomóc. Choćby dla uniknięcia
podobnych błędów. – Zanim Jeff zdołał odpowiedzieć, dodała: – Przed dwoma laty
nie pracowałam w Kanale Czwartym. Próbuję sporo zmienić.
McBride powątpiewająco pokręcił głową.
– Nie mam czasu.
– Dostosujemy czas nagrania do pańskich wymagań. MoŜemy całość zrealizować
wcześniej, w kaŜdej dogodnej chwili.
– Trudno będzie mi znaleźć taką chwilę.
– Ale...
– Przykro mi, musi pani poszukać kogoś innego.
– Ale...
– Jestem naukowcem i nie interesuje mnie kariera w telewizji. Nie będę
zapowiadał pogody. Czarodziej Pogody z Tampa co wieczór występował z
kryształową kulą.
Zatem tu tkwił zasadniczy problem. Doktor McBride bał się ośmieszenia.
– Bez obaw – powiedziała Ariel uspokajającym tonem. – U nas nie ma
kryształowej kuli ani Tańca Deszczu. To będzie.. . ściśle naukowy program.
Przez sekundę myślała, Ŝe zmiękł i próbował się nawet uśmiechnąć, lecz to
wraŜenie zniknęło równie szybko, jak się pojawiło.
– Usłyszała juŜ pani moją odpowiedź. Otworzyła usta, ale Jeff spojrzał na zegarek
i dodał:
– Trzy minuty minęły. Nawet pięć.
Miała wczoraj rację. Kretyn. Przystojny do granic bólu, ale kretyn.
Z błyskiem w oku zerwała się z fotela i wsparła ręce na biurku.
– A co z pańskim poczuciem odpowiedzialności obywatelskiej, doktorze
McBride? Mieszkańcy Corpus Christi potrzebują pańskich fachowych porad. Co się
stanie z nadejściem huraganu? Jak się pan będzie czuł, wiedząc, Ŝe mógł pan
uratować czyjeś Ŝycie? Niech pan się dobrze nad tym zastanowi!
Obawiała się, Ŝe ją bardziej poniosą nerwy, więc na wszelki wypadek odwróciła
się i wybiegła z gabinetu.
Jeff otworzył drzwi i wszedł do mieszkania. Zerknął na stos listów starannie
ułoŜony na stoliku, po czym zajrzał do kuchni. Sprzątająca co tydzień Opal Hayes
była naprawdę dobrą gospodynią. Chromowana pokrywa piekarnika i biały blat stołu
błyszczały jak nowe.
Jeff wziął piwo, zdjął kapsel i popatrzył na kartkę wiszącą na drzwiach lodówki.
Pani Hayes, domorosła ekspertka od spraw Ŝywienia, ogrodnictwa i kotów, często
zostawiała mu róŜne uwagi.
Kot...
Nie je? Łysieje? Z trudem mógł odczytać pełne ozdobnych zakrętasów słowa.
Aaa... linieje.
Kot linieje. Za gorąco, za duŜo słońca. Trzeba go oszukać, Ŝe nadeszła zima.
Najlepiej włączyć klimatyzację i zaciągnąć zasłony.
– Babska wyobraźnia – mruknął Jeff i zawołał głośniej: – Huragan!
Wielki kocur wkroczył do kuchni i otarł się o jego nogi, pozostawiając mu na
spodniach kłaczki białego futra.
– Rzeczywiście liniejesz.
Jeff podrapał kota po głowie, potem ze zrozumiałą skruchą przykręcił termostat o
trzy stopnie i zaciągnął roletę w kuchennym oknie.
Z piwem w dłoni przeszedł do pokoju, zrzucił buty, wyciągnął się na kanapie i
zaczął przeglądać listy. Zaproszenie od kumpla na kolację z grilla, pocztówka od
dziewczyny, którą poznał w czasie urlopu, i rachunki.
Huragan wskoczył na fotel i pozostawił na oparciu nową porcję sierści. Jeff
wszędzie widział podobne ślady. Miał nadzieję, Ŝe zmiana temperatury rzeczywiście
powstrzyma linienie, gdyŜ za nic w świecie nie chciał mieszkać z łysym kotem.
Popijał piwo i spoglądał przez okno na niebo ciemniejące nad Zatoką
Meksykańską. Wrócił myślami do spotkania z Ariel Foster. Musiał przyznać, Ŝe miała
tupet. Mógł ją przecieŜ po prostu wyprowadzić za drzwi. Po prawdzie, nawet chętnie
wziąłby ją w ramiona...
Chętnie i bez wysiłku. Była drobna i. krucha. Delikatne kości, regularne rysy –
zadarty nosek, wydatne usta i turkusowe oczy, lśniące niczym zatoka w pełnym
blasku słońca. Pod tą filigranową postacią kryło się zdecydowanie, które pozwoliło jej
wtargnąć do jego gabinetu. Pamiętał, jak stała, zaczerwieniona i zagniewana.
Co gorsza, miała zupełną rację. WciąŜ słyszał jej pytanie: „Jak się pan będzie
czuł, wiedząc, Ŝe mógł pan uratować czyjeś Ŝycie?”
Winny. Jeff cisnął poduszką w kąt pokoju. Nie dość, Ŝe przestraszył kota, to
jeszcze tylko cudem nie strącił statku stojącego na półce z ksiąŜkami.
– Szlag by trafił! – ZŜymał się na samą myśl o występie w telewizji. – Jeff
McBride, Jeździec Burzy – mruknął pod nosem. Oczami wyobraźni ujrzał się w
czarnoksięskim płaszczu, wywijającego róŜdŜką nad mapą pogody.
Rzadko oglądał telewizyjne prognozy, ale dwa dni temu miał okazję porównać
zapowiedzi w obu konkurencyjnych programach. Wiecznie uśmiechnięta spikerka
Kanału 12 wyglądała jak Ŝywcem wyjęta z reklamy pasty do zębów. Pewnie z tą samą
miną witała pierwszy dzień lata i klęski Ŝywiołowe. Facet od Ariel Foster – Perry
Jakiśtam – zbyt ciasno wiązał krawat i mówił o pogodzie smętnym, monotonnym
głosem, jakby czytał swój własny nekrolog.
Pseudometeorologowie... Ledwie umieli wyrecytować parę linijek oficjalnego
komunikatu. Teraz on miał dołączyć do ich grona. Dawni koledzy ze studiów
skręcaliby się ze śmiechu. Uwaga Ariel na temat potrzeb mieszkańców Corpus Christi
poruszyła w nim czułą strunę. „Mógł pan uratować czyjeś Ŝycie... „
Huragan jakby wyczuwał rozterkę swego pana, gdyŜ wskoczył na kanapę i potarł
łebkiem o policzek Jeffa. McBride pogłaskał go z roztargnieniem. Nie odrywał
wzroku od okna. Na ciemnym niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy.
Co miał począć? Nie tęsknił za rozgłosem; wolał spokojne, ciche Ŝycie. Z drugiej
strony wywiad, jakiego udzielił w Nowym Orleanie, nie zachwiał jego egzystencji. W
czym mógł mu zaszkodzić krótki cykl programów? W niczym, a Gulf Coast Weather
Technology miałby większe szanse na ciekawy kontrakt. No i pozostawała sprawa
uniwersytetu z Florydy. Jeff wiązał duŜe nadzieje z projektem badań, a telewizja była
potęŜnym medium...
Raz jeszcze rozwaŜył wszystkie za i przeciw, wreszcie, choć z cięŜkim sercem,
podjął decyzję.
Znalazł w ksiąŜce telefonicznej numer biura Kanału 4, zadzwonił i oświadczył, Ŝe
ma wiadomość dla pani Foster. W odpowiedzi usłyszał, Ŝe szefowa jeszcze nie wyszła
z pracy. Specjalnie go to nie zdziwiło, chociaŜ dochodziła dziewiąta wieczór.
– Halo – po chwili rozległ się w słuchawce głos Ariel. Miękki i zmysłowy.
– Mówi Jeff McBride. Zapadła cisza.
– Doktor McBride? – ostroŜnie spytała Ariel. – Straciłam juŜ nadzieję, Ŝe znów
się usłyszymy. Zmienił pan zdanie?
– Tak.
– Zrobi pan dla nas cykl programów?! – zawołała z wyraźnym podnieceniem. Jeff
wyobraził sobie jej radosny uśmiech.
– Przekonała mnie pani.
– Cudownie. Mam gotową umowę, prześlę ją panu faksem z samego rana. Kiedy
ją pan przeczyta, omówimy resztę warunków. Mam przyjechać do pańskiego biura?
– Jadąc w stronę domu, mijam budynek Kanału Czwartego. MoŜe wpadłbym
któregoś dnia, około szóstej?
– Jutro?
– Nie traci pani czasu.
– Kto się waha, przegrywa. To moja dewiza. Udowodniła to juŜ wcześniej, w jego
gabinecie.
– Zobaczymy się jutro – obiecał.
Ariel odłoŜyła słuchawkę i pozwoliła sobie na stłumiony okrzyk triumfu. Doktor
Jeff McBride przestał być kretynem. Stał się znowu wspaniałym, pełnym męskiego
czaru uzupełnieniem ekipy KCOR. Zaraz powiadomiła Steve’a o najnowszym
nabytku, potem, stwierdziwszy, Ŝe juŜ późno, pojechała do domu.
W sypialni migotała lampka automatycznej sekretarki. Ariel wcisnęła klawisz i po
chwili usłyszała podniecony głos Chada:
– Moje notowania wzrosły w tym miesiącu aŜ o trzy punkty. Co u ciebie?
Ariel ponurym wzrokiem spojrzała na stojące obok nocnej lampki zdjęcie brata.
Od samego początku był jej najgroźniejszym rywalem w wyścigu do Houston.
Początkowo chciała przylepić fotografię do ściany i zrobić z niej cel dla rzutków, ale
później stwierdziła, Ŝe będzie lepiej, jeśli ustawi ją tuŜ przy łóŜku. Spoglądała na nią
co rano, – zaraz po przebudzeniu, i wieczorem, tuŜ przed zaśnięciem. Przypominało
jej, kogo ma pokonać.
Gdyby McBride zgodził się na stały kontrakt, wysłałaby Perry’ego pod adresem
Chada. W pięknym opakowaniu. Wielki Brat miałby od razu niŜsze notowania.
Sięgnęła po słuchawkę, by zadzwonić do Chada, lecz po chwili zmieniła zdanie. Nie
chciała słuchać jego przechwałek. Zamiast tego wysłała faks: „Dobrze wiesz, Ŝe idzie
mi nie najlepiej, ale nie mam zamiaru rezygnować. Załatwiłam nowego faceta od
pogody, więc nie ciesz się przedwcześnie, bo potem moŜesz płakać. Jeszcze cztery
miesiące przed nami”.
Parę minut później z faksu wysunęła się odręcznie napisana odpowiedź Chada.
„Wszystkie swoje nadzieje pokładasz w pogodzie? Nie słyszałaś, Ŝe nie wolno wbijać
setki jaj w jeden – tu było kilka słów skreślonych – omlet?”
Ariel odpisała krótko: „Skąd wiesz, Ŝe to tylko jeden omlet?”
Po namyśle dodała: „Nie czekam na odpowiedź”. Wyłączyła faks. Niech się
braciszek głowi do rana nad jej innymi „omletami”.
Poszła do kuchni wznieść toast szklanką chudego mleka. Jutro z rana raz jeszcze
przejrzy kontrakt McBride’a. Potem pojedzie do Boutique de la Mer i kupi sobie
najpiękniejsze bikini.
ROZDZIAŁ 3
– Proszę wejść, doktorze McBride.
Jeff odwrócił się na dźwięk głosu Ariel Foster.
Stała w drzwiach gabinetu. Włosy złotą kaskadą spływały jej na ramiona. Jeff
miał przez chwilę nieodparte wraŜenie, Ŝe czuje ich jedwabisty dotyk na swoich
policzkach... Prędko odpędził niewczesne myśli, lecz kiedy podszedł bliŜej, poczuł
zmysłowy zapach wykwintnych perfum.
Ariel wyciągnęła rękę. Skórę miała delikatną jak płatek róŜy, lecz uścisk dłoni
energiczny i mocny. Jeff wszedł do gabinetu i zajął miejsce w fotelu naprzeciw
biurka.
Kwadrans po dziesiątej rano otrzymał faksem wstępną wersję umowy. Oznaczało
to, Ŝe radca prawny Ariel wyjątkowo wcześnie rozpoczął dzień pracy. Ariel teŜ
zapewne nie spała wiele, mimo to wyglądała tak świeŜo, jakby przed chwilą wyszła z
salonu piękności. Wprost tryskała energią.
Jeff prezentował się duŜo gorzej. Po całym dniu w biurze miał juŜ mocno
wymiętą koszulę, a gdy potarł ręką brodę, poczuł pod palcami ślad zarostu. Rozejrzał
się po gabinecie.
Nic nadzwyczajnego. Spodziewał się większej fantazji w urządzeniu wnętrza.
Ariel wyciągnęła z duŜej koperty swój egzemplarz umowy, skierowała spojrzenie
turkusowych oczu na Jeffa i spytała:
– Chce pan coś zmienić lub wyjaśnić?
– Jeden, moŜe dwa punkty – odparł. Wzięła pióro. – Zwłaszcza jeden. Mówiła
pani o cyklicznym, krótkim programie na temat huraganów. – Stuknął palcem w
dokument. – Skąd więc pomysł „codziennej analizy” w razie klęski Ŝywiołowej? O
niczym takim przedtem nie słyszałem.
– To prawda. Dodałam ten punkt, uprzedzając pańskie Ŝyczenie.
Jakie Ŝyczenie? Jeff zapadł głębiej w niewygodny fotel i ze zdumieniem popatrzył
na Ariel.
– Nie rozumiem.
Uśmiechnęła się. Widok jej kuszących ust sprawił, Ŝe Jeff na chwilę zapomniał o
rozdraŜnieniu.
– Poprzez wstępny cykl pogadanek o huraganach stanie się pan dla widzów kimś,
komu zechcą zaufać, prawda?
– Prawda – przyznał niechętnie.
– KtóŜ zatem miałby im pomóc przy realnym zagroŜeniu? Zostawiłby ich pan w
takiej chwili?
Zapędziła go w kozi róg. Jakkolwiek nie zamierzał robić kariery w telewizji,
musiał zaakceptować ten argument.
– Chyba nie.
Spuściła głowę, pewnie po to, by ukryć błysk radości w oczach.
– Miejmy nadzieję, Ŝe nie dojdzie do prawdziwej klęski – powiedziała. – ChociaŜ
w innych przypadkach...
Jeff uniósł brwi.
– W jakich? Lawiny? Burzy śnieŜnej?
– Powodzi. – Ariel pochyliła się nad biurkiem, tak Ŝe bez przeszkód mógł
obserwować łagodny zarys jej szyi.
Nie, nie... Nie dam się złapać na twoją urodę, pomyślał spiesznie.
– Tylko gdy woda wyleje wskutek tajfunu.
– Jest pan fachowcem od pogody... Przerwał jej energicznym ruchem głowy.
– Specjalizuję się w huraganach. Tyle mogę dla pani zrobić. – Dostrzegł, Ŝe Ariel
chce coś powiedzieć, więc dodał szybko: – Koniec, kropka.
– MoŜna to jeszcze przedyskutować.
– śadnych dyskusji. A umowa wygasa wraz z końcem lata. Większa część roku
jest wolna od huraganów.
– MoŜe choć krótki program o tym, jak pogoda wpływa na gospodarkę
nadmorskich stanów?
Czy ta dziewczyna nigdy nie rezygnuje?
– JuŜ pani wspominałem, Ŝe jestem naukowcem, a nie telewizyjnym
komentatorem.
– Mógłby pan zdobyć dodatkowy fach – powiedziała z uwodzicielskim
uśmiechem.
Jeśli liczyła na to, Ŝe go zmiękczy, to się grubo myliła.
– Nie szukam innej pracy – odparł zimno. – Ze względu na pani widzów zgadzam
się na cykl o huraganach, lecz na tym koniec.
– Dobrze – westchnęła z przesadnym Ŝalem i zapisała coś w notatniku. Potem
zerknęła na Jeffa z porozumiewawczym błyskiem w oku.
– Sezon huraganów trwa pół roku. Zostało jeszcze pięć miesięcy. Będę miała
wystarczająco duŜo czasu, Ŝeby nakłonić pana do zmiany zdania.
– Wątpię – odpowiedział twardo, chociaŜ coraz słabiej panował nad sobą.
Uśmiech Ariel przywodził mu na myśl jedwabną pościel i gorące uściski. Chrząknął.
Do rzeczy, doktorze McBride.
Omówili jeszcze parę punktów.
– Emisja za dwa tygodnie – zakończyła Ariel. – Muszę mieć nieco czasu, by
przygotować widzów.
Odwróciła się do komputera i przebiegła palcami po klawiaturze.
– Krótka wzmianka o cyklu w wieczornych wiadomościach, plansza z pańskim
zdjęciem i symbolem stacji...
– Nie! – krzyknął Jeff. Popatrzyła na niego ze zdziwieniem.
– Słucham?
– Chyba wyraziłem się jasno. śadnych zdjęć.
– Dlaczego?
Jeff niemal kipiał ze złości.
– To nauka, a nie showbiznes.
– To telewizja – sprostowała Ariel. – Co nam przyjdzie z pańskiego cyklu, skoro
nikt go nie będzie oglądał? Jakoś muszę przyciągnąć uwagę widzów.
– MoŜe stanę przed supermarketem i rozdam parę autografów? – zgryźliwie
spytał McBride.
– O tym nie pomyślałam – przyznała z rozbawieniem. – Jeśli pan zechce...
– Wróćmy do sedna sprawy – powiedział pośpiesznie. – Zgoda na wzmiankę w
dzienniku, na notatkę w programie, ale bez fotografii.
Ariel skinęła głową, stuknęła w kilka klawiszy, potem zapytała:
– Co ma pan przeciwko zdjęciom?
– Chcę, Ŝeby mnie postrzegano wyłącznie jako naukowca.
Nie zamierzam pozować do plakatu. Moja twarz i tak nie wzbudzi Ŝadnego
zainteresowania.
Ariel miała minę, jakby nagle ugryzła się w język.
– MoŜe króciutki wywiad wstępny w „Rozmowach przy śniadaniu”? – zmieniła
temat.
Jeff miał wraŜenie, Ŝe znalazł się w środku burzy. Tajfun Ariel!
– Nie. Bez wywiadu. Bez podchodów, inaczej nici z umowy. RozłoŜyła szeroko
ręce.
– Dobrze. Wygrał pan. Do jutra zmienię kontrakt zgodnie z pańskim Ŝyczeniem.
Wkrótce skontaktuje się z panem Kara Taylor. To nasza szefowa produkcji. Ma parę
własnych ciekawych pomysłów realizacyjnych, ale będzie lepiej, jak usłyszy pan o
nich bezpośrednio od niej. – Ariel wpisała coś do komputera i nagle obdarzyła
McBride’a niemal bezczelnym uśmiechem. – Twardy z ciebie zawodnik, Jeff, ale
lubię takich. Mam nadzieję na owocną współpracę.
Współpracę? Jeff wahał się, czy ją udusić, czy... Nie dokończył myśli.
– Ja równieŜ – mruknął. Wbrew sobie uśmiechnął się w odpowiedzi.
Przez długą chwilę mierzyli się wzrokiem. Coś wisiało w powietrzu – nastrój
napięcia, nadziei, podniecenia...
– Czekam więc na telefon od pani Taylor – powiedział w końcu Jeff. Szybko
wstał z fotela, poŜegnał się i wyszedł z gabinetu.
Ariel odprowadziła go wzrokiem. Twarz nie budząca zainteresowania? Chyba
nigdy nie przeglądał się w lustrze. Kiedy mieszkanki Corpus Christi chociaŜ raz ujrzą
go na ekranie, prognoza pogody stanie się prawdziwym przebojem. Pozwoliła sobie
na leniwy uśmiech. Mam nadzieję na owocną współpracę, powtórzyła w myślach.
Więcej niŜ owocną. Od dawna juŜ nie spotkała równie interesującego męŜczyzny.
Do tej pory znała bogatych – i bezgranicznie nudnych – biznesmenów. Jeff
McBride był zupełnie inny. Naukowiec o wzniosłych ideałach... W dzień zapewne
chodził zamyślony po plaŜy, a wieczorami słuchał kojącej muzyki. Zastanawiało ją,
jaki umysł kryje się za przystojną twarzą. Napisała na skrawku papieru: „Co dzień
odkrywam coś nowego i ciekawego u Jeffa McBride’a”, potem schowała kartkę do
torebki. Zabrała z drukarki notatki poczynione w czasie rozmowy z Jeffem i wezwała
sekretarkę.
– Peg, nadaj to faksem do Billingsa. Niech przepisze umowę z doktorem
McBride’em. Pilna sprawa. Jutro chcę mieć ostateczną wersję.
Była przekonana, Ŝe notowania programu pójdą w górę juŜ po pierwszym
występie Jeffa. Zadzwoniła do Steve’a.
– Misja zakończona. Jutro McBride podpisze kontrakt.
– Bomba! Stawiam pizzę.
Ariel sięgnęła do biurka i zerknęła na torbę opatrzoną napisem , Boutique de la
Mer”. ZasłuŜyła na taki prezent. A co z pizzą? Zawsze przecieŜ mogła siąść na rower
i spalić nadmiar kalorii.
– Spotkamy się za pięć minut.
Steve zabrał ją do Pizza Italiana i zamówił dwie pepperoni.
– McBride to strzał w dziesiątkę – oświadczył. – Bilet do Houston.
Wzniósł toast kuflem piwa. Ariel upiła łyk mroŜonej herbaty.
– A ty przejmiesz po mnie Kanał Czwarty – obiecała. Ze wszystkich
pracowników studia tylko Steve wiedział o rodzinnym turnieju Fosterów.
– Co u braci? – zapytał.
– Lepiej, niŜ się spodziewałam. Niestety. Daniel wymyślił nowy program dla
dzieci, nadawany w angielskiej i w hiszpańskiej wersji językowej. Od razu zyskał
poklask w El Paso, pisały o tym gazety. Daniel to mózg rodziny. Wynalazca. Nie
jestem zaskoczona, Ŝe wpadł na tak dobry pomysł.
– AChad?
– Podobno teŜ pracuje nad czymś wyśmienitym, ale nie chce powiedzieć nad
czym. Cały on, tajemniczy do końca. Jak królik chowa się w cylindrze, póki nie
przyciągnie uwagi widzów. W ten sam sposób uprawiał szermierkę, jeszcze podczas
studiów. – Ariel uśmiechnęła się do wspomnień. – Finta, finta, finta, aŜ przeciwnik go
zlekcewaŜył. Wtedy rzucał się do ataku.
– Bez obaw – mruknął Steve. – Na pewno wygrasz.
– Mam nadzieję. – Houston było dla niej niczym wymarzony garniec złota,
jaśniejący na końcu tęczy, pozornie bliski, a jednak poza zasięgiem ręki. Dom i
stabilizacja...
Zbyt długo prowadziła Ŝycie koczownika, wciąŜ wędrując od studia do studia.
Raz nawet poświęciła miłość dla kariery. Chciała wreszcie gdzieś osiąść... a gdzie
mogła znaleźć lepsze miejsce niŜ w rodzinnym Houston? Poczuła nagły przypływ
rozpaczy. Co zrobi, jeśli przegra? Odegnała niepokojące myśli i wróciła do bieŜących
spraw.
– Wiesz, co zaproponowała Kara? Chce wprowadzić McBride’a do przeciętnej
rodziny i na jej przykładzie pokazać, co robić w czasie huraganu. Wstępne
przygotowania, dobytek, i tak dalej.
– Świetny pomysł. To będzie prawdziwa bomba.
Steve umiał ją pocieszyć w najgorszych chwilach. Od początku był jej
przyjacielem, zastępczym bratem, z którym na dodatek nie musiała rywalizować.
Ariel w zamian wysłuchiwała jego zwierzeń z nie spełnionej miłości do Kary. Nie
spełnionej, gdyŜ na nieszczęście Steve’a, Kara nigdy nie narzekała na brak
adoratorów.
Steve odłoŜył trzymany kawałek pizzy i zamglonym wzrokiem popatrzył w talerz.
– McBride na pewno zawróci jej w głowie. Ariel uśmiechnęła się.
– Nie przejmuj się – powiedziała. – Zrobię wszystko, Ŝeby nasz pan doktor nie
miał czasu na amory.
Na dźwięk dzwonka Jeff przetarł zaspane oczy, wstał z łóŜka, narzucił szlafrok i
boso poczłapał do przedpokoju. Kto miał czelność budzić go w sobotę rano? Spojrzał
na zegarek. Było duŜo później, niŜ myślał. Mimo to nie zamierzał wstawać przed
południem.
Otworzył drzwi i wlepił zdumiony wzrok w młodego posłańca z bukietem letnich
kwiatów i kolorowym balonem w ręku.
– Chyba pomyliłeś adres, chłopcze. Posłaniec zerknął na kartkę.
– Pan Jeff McBride. Apartament tysiąc dwieście cztery.
– To ja, ale...
– Proszę tu podpisać. – Wręczył Jeffowi długopis i pokwitowanie.
Jeff naskrobał swoje nazwisko, odebrał bukiet i tępym wzrokiem popatrzył na
balon. Potem ostroŜnie odłoŜył kwiaty na stolik. Huragan natychmiast przybiegł
zobaczyć, co się dzieje, powąchał stokrotkę i musnął łapą cynię.
– Niedobry kocur! – Jeff pogroził mu palcem. Sięgnął po załączony liścik.
Witam w Kanale 4 i zapraszam do Driftwood Country Club na wspólną zabawę z
okazji Święta Niepodległości.
Ariel Foster
Nawet bez podpisu poznałby jej charakter pisma. Widział przecieŜ, jak nanosiła
poprawki na kontrakcie. Potrząsnął głową i wybuchnął śmiechem. Co za
dziewczyna... odwaŜna, sprytna i do tego cholernie ładna. Wyczuwał, Ŝe nawiązała się
pomiędzy nimi nić tajemnego porozumienia. Zresztą, jeśli zastanowić się głębiej,
dlaczego miałoby być inaczej?
Właśnie, dlaczego? Po pierwsze, ich znajomość była ściśle związana z pracą. Jeff
wspomniał swój nieudany romans z laborantką z Narodowego Centrum Badań. Kay
polegała wyłącznie na nim, nie potrafiła podjąć najprostszej decyzji. W końcu doszło
do katastrofy gorszej niŜ najpaskudniejsza burza. Ariel wyglądała na całkiem inną,
ale... Gdyby poznał ją bliŜej, bez wątpienia zaczęłaby go prosić, Ŝeby na stałe zaczął
pracować w telewizji. Nalegałaby tak długo, aŜ by się zgodził. Poza tym... na pewno
kogoś miała. Była zbyt piękna i Ŝywiołowa, by pędzić Ŝycie zupełnie sama.
W niczym nie przypominała kobiet, które znał dotychczas. Lubił ciche, mądre
dziewczęta, nie stroniące od wizyt w filharmonii i wieczornych przechadzek po plaŜy.
Ariel na pewno była mądra, ale cicha? Wolne Ŝarty. Wrócił myślami do zaproszenia.
Kara Taylor takŜe proponowała mu, Ŝeby przyszedł.
– Będzie pan miał okazję poznać ludzi z produkcji i resztę obsługi studia –
powiedziała.
Jeff podziękował jej, ale stwierdził, Ŝe nie jest pewien, czy zdoła znaleźć wolny
czas. Zgodził się na współpracę z telewizją tylko przez wzgląd na mieszkańców
Corpus Christi. Jego umowa nie obejmowała wspólnych przyjęć z pracownikami
Kanału 4. Czwartego lipca chciał wypłynąć z przyjaciółmi w krótki rejs jachtem.
Piekielna Ariel Foster! Zdawał sobie sprawę, Ŝe wezmą go na języki, jeśli nie
przyjmie jej zaproszenia. Zgonił Huragana ze stolika, smętnym wzrokiem popatrzył
na kwiaty i poszedł do kuchni. Miał nadzieję, Ŝe filiŜanka mocnej kawy rozjaśni mu
av głowie. Na śniadanie po prostu odgrzał resztki kolacji. Huragan otarł mu się nogę.
– JuŜ nie liniejesz? – mruknął Jeff. – Pani Hayes miała rację. Jak zwykle.
Kot nie przejawiał zainteresowania swym futrem. Wskoczył na kredens i tęsknie
spojrzał w stronę lodówki.
– Miauu...
– Dobrze, dobrze. – Jeff nalał mu pełną miskę mleka. Potem wypił kawę – gorzką
i mocną. Odpędziła resztki senności.
Co miał zrobić? Zadzwonić do Ariel, podziękować za kwiaty i przeprosić, Ŝe nie
będzie na przyjęciu? Na pewno znalazłaby argument, by go przekonać.
Dobrze, zdecydował. Wpadnę na godzinę do Driftwood Country Club, poznam
pracowników Kanału 4, podziękuję za bukiet i po prostu wyjdę. Konwenansom stanie
się zadość, a panna Foster nie będzie miała czasu na dalsze podchody. CóŜ się
bowiem moŜe wydarzyć złego przez sześćdziesiąt minut?
ROZDZIAŁ 4
Ariel wyciągnęła się na leŜaku nad basenem. Z uśmiechem spoglądała na słońce
igrające na powierzchni wody i flagi łopoczące w lekkim wietrze. Goście i obsługa
Kanału 4 bawili się wyśmienicie. Z dala dobiegały wesołe okrzyki dzieci, lecz i
dorośli zachowywali się nie mniej hałaśliwie. Ariel co chwila przerywała rozmowę z
Karą Taylor i Heidi Lockhart, Ŝeby popatrzeć, co się dzieje.
Heidi była dziennikarką współpracującą z „Marinerem”. Ariel poznała ją tuŜ po
przyjeździe do Corpus Christi. Wkrótce stały się bliskimi przyjaciółkami. Heidi
pociągnęła łyk Krwawej Mary i odgarnęła z czoła długie, czarne włosy.
– Czego pragną kobiety? – spytała.
– Tego samego co męŜczyźni: sukcesu, władzy, powodzenia – odpowiedziała
Ariel. Lekko posmarowała ramiona kremem do opalania. Miała na sobie nowe bikini:
skąpe, w kolorach purpury i turkusowej zieleni.
– Tak? – pokręciła głową Heidi. – A czego oczekują od męŜczyzn?
– To o wiele ciekawsza sprawa – odezwała się Kara.
– Ty na pewno znasz prawidłową odpowiedź – mruknęła Ariel.
Kara wprost nie mogła odpędzić się od amantów, lecz nikogo to nie dziwiło, gdyŜ
była ładną, Ŝywiołową blondynką o uroczo zadartym nosku i przemiłym usposobieniu.
– Gdybym to wiedziała, dawno załoŜyłabym rodzinę – powiedziała do Ariel. –
Tymczasem skończyłam dwadzieścia dziewięć lat i wciąŜ jestem panną.
– Nie mów, Ŝe nie miałaś szansy – przypomniała jej Ariel.
– Trzy panny przed trzydziestką – głośno westchnęła Heidi. – Czego zatem
oczekujemy?
– ZaleŜy od zapatrywań – stwierdziła Ariel. – Co waŜniejsze: pierwsze wraŜenie
czy widoki na dłuŜszą znajomość?
– Zacznijmy od wraŜeń – zaproponowała Heidi.
– Szukasz nowych tematów do działu „Z kobiecego punktu widzenia”? – spytała
Ariel.
– Owszem. Na ten miesiąc, do pierwszej części artykułu. W drugiej chcę się
skupić na cechach męskiej osobowości.
– I będziesz nas cytować? – z niepokojem zapytała Kara.
Heidi przyłoŜyła rękę do serca.
– śadnych nazwisk – obiecała solennie. – Zaczynaj, Ariel.
– Dobrze... więc wraŜenia. – Ariel zastanawiała się przez chwilę, po czym
powiedziała: – Wysoki, śniady i dobrze zbudowany. O urzekającym spojrzeniu...
Przypomniała sobie właściciela wyjątkowo urzekających szarych oczu. Gdzie się
podziewał? Przyjęcie trwało od dwóch godzin, a on do tej pory się nie pokazał. Była
zawiedziona. Początkowo, po wysłaniu kwiatów, zamierzała nawet zadzwonić, ale
potem uznała, Ŝe to przesada. Przyszła więc w końcu ze Steve’em, który nie miał dość
odwagi, by poprosić Karę. Teraz całą złość skupiła na Heidi.
– Po co chcesz o tym pisać? To takie płytkie.
– Fakt, ale kto będzie czytał powaŜniejsze rzeczy w środku lata? Mózg się lasuje
w tym upale.
Kara pokiwała głową.
– Zatem kolej na twojego idola. Heidi uśmiechnęła się chytrze.
– Zaskoczę was. Lubię lekko przerzedzone włosy i głęboko osadzone niebieskie
oczy.
Ariel i Kara wybuchnęły śmiechem.
– Naprawdę! – zawołała Heidi. – Tydzień temu rozmawiałam z jednym z
dyrektorów Lone Star Oil Exploration. Zafascynowała mnie aura władzy, a takŜe
niezwykła inteligencja.
Kara potrząsnęła głową.
– Osobiście wolę muskularnych blondynów. ChociaŜ z drugiej strony... – zerknęła
w bok i uniosła rękę w geście powitania – nie mam nic przeciwko wysokim i
ś
niadym.
Heidi popatrzyła w tym samym kierunku.
– Och! KtóŜ to taki? Jeśli ratownik, to w tej chwili rzucam się do basenu.
– Będziemy z nim robić program – odpowiedziała Kara. – Cykl o huraganach.
Huraganach. Ariel omal nie zerwała się z leŜaka.
Jeff stał w bramie klubu, wodząc wzrokiem po tłumie gości. Białe szorty mocno
kontrastowały z ciemną opalenizną nóg, a rozpięta koszula odsłaniała szeroką pierś.
Ariel westchnęła. Ten facet był prawdziwym dziełem sztuki. Sztuki erotycznej.
Przez chwilę patrzył prosto na nią. Ariel wstała.
– MoŜesz o nim wspomnieć w swoim artykule – rzuciła przez ramię do Heidi.
Nie czekając na odpowiedź, podeszła do Jeffa.
– Taki zapowiadacz pogody wywoła prawdziwą burzę w mieście – parsknęła
Kara.
– Święte słowa – przytaknęła Heidi. – Nie rób sobie zbyt wielkich nadziei. Ktoś
inny juŜ przed tobą zagiął na niego parol.
Jeff obserwował nadchodzącą Ariel. Blond włosy zaczesane w koński ogon,
smukłe nogi, złocista skóra... MoŜe postąpił słusznie, przyjmując zaproszenie?
Uśmiechnęła się i juŜ wiedział: tak, to był znakomity pomysł.
– Cieszę się, Ŝe przyszedłeś – powiedziała na przywitanie.
– Miło mi. I dziękuję za kwiaty. Cudowna niespodzianka.
– Lubię zaskakiwać ludzi. Chodź. – Wzięła go za rękę. – Poznasz resztę zespołu.
Podeszli do męŜczyzny w średnim wieku, sączącego drinka.
– To Perry Weston, zapowiada u nas pogodę.
Jeff widział Westona na ekranie. Rzecz jasna teraz, bez garnituru, za to w
szerokich szortach, wypuszczonej na wierzch koszuli i w baseballowej czapce z
emblematem Teksas Rangers prezentował się inaczej. Mruknął niezbyt przyjaźnie
„dzień dobry” i z ociąganiem uścisnął dłoń Jeffa.
– Jestem pewna, Ŝe Perry da ci parę cennych wskazówek przed twoim pierwszym
występem w studiu – powiedziała Ariel.
– Będę wdzięczny. – Jeff wiedział, Ŝe wbrew woli wkroczył na cudze podwórko i
Ŝ
e Ariel próbowała nie dopuścić do konfliktu. – Muszę przyznać, Ŝe w tych sprawach
jestem zupełnym nowicjuszem.
– Po prostu bądź sobą – wycedził Weston. Ariel zacisnęła usta.
– Racja – przyznał Jeff. – MoŜe kiedyś pogadamy o tym przy małym drinku?
– Nie piję.
Jeff zerknął na bursztynowy płyn w szklance Westona, podejrzanie
przypominający whisky.
– Więc tylko porozmawiamy – zaproponował. W głębi duszy oczekiwał, Ŝe Perry
i tym razem odmówi.
– MoŜe... – usłyszał w odpowiedzi.
– Perry, wrócisz po wiadomościach, Ŝeby obejrzeć pokaz fajerwerków? – Ariel
zmieniła temat.
Weston pokiwał głową.
– Zatem jeszcze się zobaczymy. Pociągnęła Jeffa za sobą.
– Fiuu! – westchnął McBride. – W środku lata poczułem mroźny powiew zimy.
– Perry widzi w tobie powaŜne zagroŜenie. Wybuchnął śmiechem.
– Nie jestem Ŝadnym zagroŜeniem.
Ariel uśmiechnęła się, lecz nic nie powiedziała. Prowadziła Jeffa od jednej grupy
gości do drugiej, przedstawiała go i poznawała z członkami zespołu. Jeff zdąŜył juŜ
zapomnieć połowy zasłyszanych nazwisk.
– Niezły tłum – bąknął w końcu.
– Mamy duŜe studio. Przyszło parę osób z rozgłośni radiowej KCOR, ale
większość to moi pracownicy.
– Wszyscy wzięli dzień wolny?
– Nie. Część obsługi ma normalny dyŜur – odparła i popatrzyła na niego
uwaŜniej. – Zdejmij koszulę.
– Co takiego?
– Za gorąco ci. – Palcem musnęła jego pierś, w miejscu, gdzie po skórze spływała
wąska struŜka potu.
Zrobiła to od niechcenia, całkiem naturalnie. Co chwila . łapała kogoś za łokieć,
wichrzyła dzieciom włosy i wykonywała wiele innych podobnych gestów, ale Jeff
nagle poczuł, Ŝe skóra płonie mu Ŝywym ogniem. WciąŜ na niego patrzyła.
Zrozumiał, Ŝe czekała, aŜ spełni jej prośbę. Zdjął koszulę i przewiesił ją sobie przez
ramię.
– DuŜo lepiej – oznajmiła Ariel. – Chodźmy na drinka.
– Świetnie.
Jeff marzył o czymś bardzo zimnym. Wziął od barmana duŜy kufel piwa i w ślad
za Ariel podszedł do stolika, przy którym siedziały dwie pary. Po krótkiej wymianie
grzeczności, Ariel powiedziała:
– Zaraz wracam. Muszę zadbać o innych gości. Moment oddechu, z ulgą
pomyślał Jeff, ale juŜ po chwili zaczął się rozglądać za piękną gospodynią. Kiedy ją
odszukał wzrokiem, patrzyła w jego stronę, jakby teŜ Ŝałowała chwilowego rozstania.
Zmiękł jak wosk pod wpływem jej promiennego uśmiechu.
Jedną z osób siedzących przy stoliku była Kara Taylor. Roześmiana i jasnowłosa,
przypominała beztroską uczennicę przed balem maturalnym. Jeff zdąŜył się juŜ
przekonać, Ŝe to tylko pozory. Za wyglądem czupurnej nastolatki krył się bystry
umysł i nieugięty charakter.
Prócz Kary przy stoliku siedzieli zastępca Ariel, Steve Loggins, dziennikarka
„Marinera” Heidi Lockhart oraz prezenter wieczornych wiadomości Hal Monroe. Jeff
od razu poczuł do niego sympatię. Spod oka obserwował pozostałych gości. Steve
wodził za Karą rozmarzonym wzrokiem, ale ona zdawała się tego nie zauwaŜać.
Heidi, patriotycznie wystrojona w biel, czerwień i błękit, mówiła raczej mało, za to z
uwagą potrafiła słuchać.
Wróciła Ariel. Hal narzekał właśnie, Ŝe ze względu na pracę zbyt rzadko bywa w
domu.
– CóŜ zrobić, ciągle coś się dzieje. Jesteś za to w samym centrum wydarzeń –
pocieszała go Ariel.
– Jakim centrum? – biadolił Hal. – Sezon ogórkowy. Wczoraj sensacją dnia był
poŜar śmietnika, do którego dzieciaki wrzuciły petardę.
– Rozejrzyj się więc. za jakimś skandalem – zaproponowała Ariel.
Jeff poczuł nagły ucisk w Ŝołądku. W ten sposób szukała poklasku u widzów?
Skandal... Wystarczyło to jedno słowo, by przywołać najbardziej bolesne
wspomnienia. Widok bladej twarzy ojca wychodzącego z gmachu sądu po złoŜeniu
zeznań... i natrętny tłum reporterów blokujących mu drogę. Koniec dobrej zabawy.
Czas się zbierać. Jeff odstawił pusty kufel i podniósł się z krzesła. Nagle zamarł w pół
ruchu, słysząc piskliwy okrzyk. Do stolika podbiegł mały chłopiec. Usta i policzki
miał umazane krwią.
– Tato!
Hal zerwał się jak oparzony i chwycił syna w ramiona.
– Robbie! Co się stało?!
Malec nie odpowiadał, tylko wciąŜ płakał.
– Niech ktoś przyniesie ręcznik! – krzyknął Hal. – I trochę lodu!
– Ratownik! – jęknęła Kara. – Na pewno ma apteczkę. Pobiegła w stronę basenu.
Ariel przyłoŜyła chusteczkę do ust chłopca, a Hal ciągle próbował go uspokoić.
Wokół zebrał się spory tłum gości.
– Spadł z huśtawki – wyjaśniła trochę starsza dziewczynka.
Hal tulił syna, póki nie nadbiegł ratownik. Okazało się, Ŝe Robbie był bardziej
wystraszony niŜ naprawdę poszkodowany.
– Ma rozciętą wargę i podrapaną brodę – oznajmił ratownik. – Wystarczy mała
dezynfekcja i będzie po sprawie.
– Nieeee! – zawołał malec.
– Robbie, nie wierć się – prosił go ojciec.
– Pozwól, Ŝe ci pomogę – odezwała się Ariel. PołoŜyła dłoń na ramieniu chłopca.
– Wszystko będzie dobrze – powiedziała miękko. – Pan ratownik posmaruje ci buzię
lekarstwem.
– T-to b-boli? – wyjąkał Robbie.
– Tylko trochę, ale ty jesteś bardzo dzielny i na pewno wytrzymasz. Złap mnie
mocno za rękę.
Nie przestawała mówić, gdy ratownik przemywał twarz malca.
– Szczypie – syknął Robbie.
– Daj, podmucham, to zaraz przestanie – powiedziała Ariel. Jeff obserwował ją z
uśmiechem. Tak samo kiedyś postępowała jego matka.
Tłumek gapiów rozchodził się powoli, Robbie przytulił się do ojca.
– Dzielny chłopak – uśmiechnęła się Ariel.
– Jak Batman?
– Oczywiście.
Robbie wsunął paluszek do buzi.
– Znasz jakieś opowiadanie o Batmanie? Ariel potrząsnęła głową.
– Nie, ale znam takie, w którym występują Wielki Ptak, Bert i Emie. Chcesz
posłuchać?
Robbie przytaknął radośnie, więc zaczęła:
– Pewnego razu...
Opowiadała ze swadą, nie zapominając ani przez chwilę, Ŝe i Robbie powinien
znaleźć swoje miejsce wśród bohaterów. Prowadziła dialog, zmieniała głosy i tak
ś
wietnie grała kaŜdą rolę, Ŝe nawet Jeff przysłuchiwał się z rozbawieniem.
Gdy skończyła, Robbie wysunął się z objęć ojca i pobiegł do kolegów. Ariel
odprowadziła go wzrokiem.
– Poszedł się pochwalić swoimi ranami. – Z uśmiechem zerknęła na Hala i
dodała: – CięŜko być ojcem. Chyba potrzebujesz dobrego drinka, tatku.
Hal skinął głową i ruszył w stronę baru. Ariel takŜe wstała.
– Muszę znowu pokręcić się wśród gości.
Jeff postanowił jej towarzyszyć. Chciał lepiej poznać kobietę, z którą miał
współpracować. Z przyjemnością obserwował jej stosunek do najmłodszych
uczestników przyjęcia.
– Lubisz dzieci – zauwaŜył.
– Uhm. Kiedyś chciałam nawet pracować w przedszkolu. Wyobraził ją sobie w
tłumie rozbrykanych malców. Pewnie wraz z nimi siedziałaby na podłodze.
– Dlaczego zmieniłaś plany?
Milczała przez chwilę, potem wzruszyła ramionami.
– Kiedy cała rodzina zajmuje się telewizją, trudno robić cokolwiek innego.
Chcesz być tam, gdzie coś się naprawdę dzieje.
– śałujesz czasem, Ŝe nie poszłaś za głosem serca? – spytał całkiem powaŜnie, bo
sam przeŜył coś podobnego.
– Nie. Wystarczy mi świadomość, Ŝe kiedyś będę miała własne dzieci. Teraz chcę
kierować najlepszym studiem telewizyjnym w Corpus Christi.
Jeff miał ochotę spytać, w jaki sposób zamierza dopiąć celu, skoro większość
widzów wolała Dwunastkę. Ktoś jednak krzyknął:
– Są ochotnicy do siatkówki? Ariel natychmiast pobiegła.
– Chodź! – pociągnęła za sobą Jeffa. Po chwili dołączyli do grupy siatkarzy. Ariel
przypominała Ŝywe srebro. Ścinała, skakała i niemal ochrypła od krzyku. Jeff patrzył
na nią jak urzeczony. Była wspaniałą zawodniczką. Tym gorzej dla przeciwników,
pomyślał. Biedny Kanał 12.
Po meczu otarła spocone czoło.
– Popływam trochę przed kolacją. A ty?
– Skąd u ciebie tyle energii? – jęknął Jeff.
– Kwestia diety. Staram się zdrowo odŜywiać – odparła ze śmiechem i podbiegła
do basenu.
Jeff w ślad za nią wskoczył do chłodnej wody. Bez pośpiechu płynęli ramię w
ramię.
– Nie grałam w siatkówkę od czasu studiów – nieoczekiwanie powiedziała Ariel.
– Byłaś w druŜynie uniwersyteckiej?
– Nie. Traktowałam to jak zabawę. Uprawiałam szermierkę.
– Serio?
– Tak – odparła. Dopłynęła do brzegu i przysiadła na krawędzi basenu. StruŜki
wody spłynęły po jej piersiach. Jeff wstrzymał oddech. Nagle wyobraził sobie, Ŝe
gładzi jej nagie ciało...
Ariel jedną nogą bełtała wodę. Z ciekawością spoglądała na Jeffa.
– Uwielbiam szermierkę – podjęła rozmowę. – Uczy strategii i płynności ruchów.
A ty bez wątpienia byłaś pojętną uczennicą, pomyślał Jeff. Nie wyszedł z wody,
lecz przysunął się bliŜej dziewczyny.
– Do tej pory nie znałem nikogo, kto by uprawiał szermierkę – przyznał. Wsparł
się łokciami o krawędź basenu. – Jak trafiłaś na pierwszy trening?
– Chad... Mój starszy brat był w uczelnianej reprezentacji Teksasu. Chodziłam na
jego mecze, a potem... doszłam do wniosku, Ŝe mogę mu dorównać.
– I zaczęłaś ćwiczyć?
– Tak. Miałam dobre wyniki, choć on zdobył więcej medali – stwierdziła kwaśno.
Jeff parsknął śmiechem na widok jej miny.
– Ktoś kiedyś powiedział, Ŝe zwycięstwo nie jest najwaŜniejsze.
– A ktoś inny odparł, Ŝe to prawdziwy smak Ŝycia.
– Komu wierzysz? – zapytał cicho.
– Lubię wygrywać.
– A jeśli przegrasz?
– Wolę o tym nie myśleć – odpowiedziała powaŜnie.
Jeff zapragnął nagle, Ŝeby się znowu uśmiechnęła. Przeciągnął mokrym palcem
po jej dłoni. W oczach Ariel na powrót zamigotały wesołe ogniki.
– Na tamtym trawniku zasiedli do kolacji. Ścigamy się?
– Piękne dzięki. Nie mam ochoty na wyścigi z takim dryblasem. Z góry wiem,
jaki będzie wynik.
Zjedli kurczę z grilla, sałatkę ziemniaczaną i kawałek soczystego arbuza. Jeff
dodatkowo sycił się widokiem Ariel. Cieszyło go, Ŝe postanowił zostać.
Steve, który zdołał zająć miejsce u boku Kary, uśmiechnął się z wyraźnym
zadowoleniem.
– Przypomniały mi się pikniki z rodzicami, jakie urządzaliśmy kiedyś w Illinois.
– Mnie takŜe, tylko ja dorastałam w Missouri – wesoło odpowiedziała Kara.
– Co roku czwartego lipca chodziliśmy do parku Hermann w Houston – dodała
Ariel. – Orkiestra grała „Uwerturę tysiąc osiemset dwunastego roku”, potem był salut
armatni i pokaz sztucznych ogni.
Jeff był pewien, Ŝe ponownie usłyszał nutkę tęsknoty w jej głosie. Co ją gryzło?
Naprawdę, Ariel Foster była zagadkową dziewczyną.
Zanim skończyli jeść, zapadł wieczór. Ariel uśmiechnęła się do siebie. To był
udany dzień. Na dodatek jeszcze nie dobiegł końca.
Wyrzuciła do kosza pusty papierowy talerz i popatrzyła na Jeffa.
– Chodźmy na mały spacer – powiedział.
Skinęła głową. Szli w milczeniu, póki nie dotarli na plac zabaw. Ariel stanęła
przy huśtawce. Po chwili wskoczyła na siedzenie i skinęła na Jeffa.
– Siadaj – powiedziała naglącym tonem. Nie dał się długo prosić.
Ariel kołysała się coraz wyŜej, wyŜej, jak wtedy, kiedy była małą dziewczynką...
Nad sobą widziała niebo.
– Pierwsza gwiazda – mruknęła. – Powinniśmy pomyśleć jakieś Ŝyczenie.
Zmarszczyła brwi.
– Co sobie pomyślałaś? – spytał Jeff.
– Nie spełni się, jak ci powiem – odparła, kręcąc głową. Zawsze prosiła o to
samo, ale gwiazdy nie chciały jej słuchać. – A ty?
Jeff chwycił łańcuch jej huśtawki i zatrzymał ją w miejscu.
– Oto.
Stanął tuŜ przed Ariel i z wolna pochylił głowę. Ariel czekała, nagle poczuła jego
wargi na swoich i naraz, sama nie wiedząc kiedy, zarzuciła mu ramiona na szyję.
Bum!
Odskoczyli od siebie. Przez krótką, zwariowaną chwilę Ariel była pewna, Ŝe to jej
serce zabiło tak gwałtownie. Potem zobaczyła na niebie rozkwitające pióropusze
fajerwerków. Wzięła głęboki oddech, Ŝeby się uspokoić. Wszystko to działo się zbyt
szybko.
– Trzeba wracać – szepnęła.
Jeff nie zaoponował, ale opiekuńczym gestem otoczył ją ramieniem. Powoli szli
w stronę tłumu zgromadzonego nad basenem. W górze wciąŜ tryskały złote, czerwone
i zielone fontanny ognia. KaŜdy strzał nagradzały gromkie brawa. Ariel myślała
jednak wyłącznie o Jeffie. Przystanęła przy kępie drzew.
– Zostańmy tutaj – poprosiła.
Po ostatniej serii fajerwerków Jeff ponownie pochylił się w jej stronę.
– Ariel...
– Ariel – rozległ się inny głos – powiesz parę słów na zakończenie imprezy?
Z cienia wychynął Steve Loggins. Pospiesznie uwolniła się z objęć Jeffa.
– O... oczywiście. – Zerknęła w bok.
– Idź – podpowiedział Jeff. Z jego tonu nie potrafiła wyczytać Ŝadnych uczuć.
Z ociąganiem poszła za Logginsem. Nad basenem weszła na krzesło.
– To był udany dzień – powiedziała donośnie. – DuŜo słońca i duŜo przysmaków.
Mam nadzieję, Ŝe wszyscy się dobrze bawili. Ja na pewno.
– Wiemy – zawołał ktoś z gości. Zerwała się burza oklasków.
– Teraz pora do domu – dokończyła Ariel. – Dobranoc. Jutro zaczynamy zgodnie
z planem.
Zeskoczyła z krzesła.
– Za chwilę wracam – mruknęła do Steve’a i pobiegła do kępy drzew. Po drodze
kilka razy musiała stawać, Ŝeby poŜegnać wychodzących gości. Kiedy dotarła na
miejsce, Jeffa juŜ nie było.
ROZDZIAŁ 5
Jeff stał przed schludnym domkiem i z udanym spokojem patrzył na krzątaninę
operatorów. Stojąca obok Debra Tucker ze zdenerwowania obgryzała paznokcie.
– Nie... nie wiem, czy to naprawdę dobry pomysł. A jeśli palnę jakieś głupstwo?
– Na pewno nie – odparł Jeff, chociaŜ podzielał jej obawy. Zdawał sobie sprawę,
Ŝ
e program nie będzie nadawany na Ŝywo, a mimo to nie umiał zapanować nad
nerwami. Co będzie, jeśli zapomni tekstu albo zrobi z siebie durnia na oczach całego
miasta?
– Zawsze moŜna w montaŜu wyciąć wszystkie błędy – wtrąciła Kara. – Nie ma
pani najmniejszych powodów do niepokoju. Będzie pani prawdziwą gwiazdą.
– Właśnie – westchnęła Debra. – Ludzie w sklepie stojący za mną w kolejce do
kasy będą mnie błagać o autografy. Słyszeliście?! – krzyknęła do trójki malców
siedzących na werandzie. – Mama zostanie gwiazdą.
– A kto to taki? – spytał Travis, najstarszy z rodzeństwa, siedmiolatek o
piegowatej buzi. Dwoje młodszych, Mark i Tammy, z ciekawością czekało na
odpowiedź.
– Ktoś sławny tak jak Madonna.
Chłopcy zachichotali, Debra przyłączyła się do nich.
– Nie mogą sobie wyobrazić, Ŝeby mama była choć trochę podobna do Madonny.
Dobrze chociaŜ, Ŝe ścięłam włosy. – Przesunęła dłonią po krótkiej, jasnej czuprynie i
uśmiechnęła się do Jeffa.
Na swój sposób przypominała Ariel. Radosna, zmienna i pełna Ŝycia. Kara
wybrała ją z bez mała setki kandydatek, które odpowiedziały na ogłoszenie o naborze
do nowego, cyklicznego programu o huraganach. Debra była samotną matką,
próbującą połączyć wychowanie dzieci z pracą w wypoŜyczalni wideo. śycie jej nie
rozpieszczało, mimo to umiała zachować dobry humor.
Kara kiwnęła ręką na dzieci.
– Chodźcie, stańcie przy mamie. Wy teŜ będziecie gwiazdorami.
Operator wciąŜ dokonywał ostatnich oględzin sprzętu. Jeff nie posiadał się ze
zdumienia, ile potrzeba czasu na przygotowanie zaledwie trzech minut reportaŜu.
Wcześniej, na potrzeby pierwszego odcinka, odwiedził kilka rodzin w Corpus
Christi, zadając jedno jedyne pytanie:
– Co państwo sądzą o prognozach, Ŝe w tym roku czeka nas wyjątkowo wiele
huraganów?
MałŜonkowie w średnim wieku, którzy niedawno przeprowadzili się do Teksasu z
Kalifornii, z dezaprobatą potrząsnęli głowami.
– Uciekliśmy od trzęsień ziemi – zatrwoŜył się mąŜ – a pan mówi o huraganach...
Starszy pan stwierdził, Ŝe przeŜył niejedną burzę.
– Nie ma strachu, wytrzymam i huragan.
Nauczycielka ze szkoły podstawowej oświadczyła z powagą, Ŝe rozmawiała z
dziećmi na ten temat na lekcji wychowawczej.
Teraz przyszedł czas na wybraną rodzinę i...
– MoŜemy kręcić – zawołał operator.
– BoŜe – jęknęła Debra – zaraz się pochoruję.
Ja teŜ, pomyślał Jeff. JuŜ wiedział, co go powstrzymywało przed występami w
telewizji: nerwy.
Zmusił się do uśmiechu i klepnął Debrę po ramieniu.
– Dasz sobie radę, Madonno. Zaczynamy. – Stanął przed kamerą. – Znajduję się
przed domem Debry Tucker, od roku mieszkającej w Corpus Christi wraz z trójką
dzieci. Zeszłe lato upłynęło bez huraganów, tym razem ma być duŜo gorzej. Jakie
przygotowania poczyniono w domu Tuckerów?
– śadnych – odparła Debra. – Przyjechaliśmy z Amarillo, huragany znam tylko ze
słyszenia. Nie mam pojęcia, jak się zachować w razie katastrofy. Mieszkam niemal
nad brzegiem morza...
– NaleŜy po pierwsze wykazać zapobiegliwość, a po drugie czujność – wtrącił
Jeff. – Będziemy towarzyszyć pani Tucker i jej dzieciom w przygotowaniach na
wypadek klęski Ŝywiołowej. Nauczymy was, jak ochronić rodzinę przed huraganem.
Dodał jeszcze kilka słów o następnych odcinkach i przerwał. Operator wyłączył
kamerę. Debra otarła spocone czoło.
– BoŜe! Myślałam, Ŝe zemdleję. Jak wyszło?
– Znakomicie – zapewniła ją Kara. – Będzie pani w dzienniku o szóstej.
– Słyszeliście? – zawołała Debra do dzieci. – Zobaczycie się w telewizji.
Popatrzyła na Jeffa.
– Często pan to robi?
– Udzieliłem kilku wywiadów, ale nigdy dotąd nie pracowałem przy całym cyklu.
Jestem równie zdenerwowany jak pani. Mam na imię Jeff.
– Jeff... – powtórzyła. – Trzeba przyznać, Ŝe radzisz sobie przed kamerą jak stary
wyga.
– Szkoda, Ŝe mój Ŝołądek wcześniej o tym nie wiedział – odparł
konfidencjonalnym szeptem.
– Na pewno bym zemdlała, gdybyś nie nazwał mnie Madonną – zachichotała
Debra. – Dzięki.
Wskazała na drzwi domu.
– Wstąpicie na małego drinka? Kara spojrzała na zegarek.
– Niestety, musimy jechać. Czeka nas jeszcze wizyta w stacji meteorologicznej.
– Ani słowa więcej o pogodzie – jęknęła Debra. – Zaraz mam głowę pełną
huraganów. Do zobaczenia w przyszłym tygodniu.
Wsiedli do mikrobusu. Jeff odetchnął z ulgą.
– Uff! Dobrze, Ŝe mam to za sobą.
– Hej, McBride, tylko mi nie wmawiaj, Ŝe taki duŜy chłopiec boi się kamery –
zaŜartowała Kara.
– Boi? To mało powiedziane.
Godzinę później byli juŜ z powrotem w studiu. Na korytarzu spotkali Ariel. Jeff
widział ją po raz pierwszy od przyjęcia zorganizowanego w Święto Niepodległości.
Przystanęła niepewnie, lecz zaraz na jej twarzy zagościł promienny uśmiech.
– Jak poszło? – spytała.
– Dobrze. – Jeff takŜe czuł się zaŜenowany. WciąŜ miał w pamięci tamten
wieczór. Obserwował ją, kiedy Ŝegnała zgromadzonych gości. Kochała swoją pracę.
Kochała telewizję, czyli coś, czego on po prostu nie cierpiał. To podziałało na niego
jak kubeł zimnej wody. Po cichu wymknął się z przyjęcia i pojechał do portu. Resztę
wieczoru spędził na pokładzie jachtu, w towarzystwie Adama i Natalie Gormanów.
Ariel dołączyła do nich i przez chwilę szli ramię w ramię. Jeff kątem oka widział
jej smukłą szyję i zgrabne piersi wyraźnie zarysowane pod bluzką.
– Musisz zmienić koszulę – powiedziała nagle. Po co? Znów się spocił?
– Dlaczego? – spytał.
– W tej chodziłeś całe popołudnie. Na ekranie musisz wyglądać świeŜo. Zobacz,
czy znajdziesz coś odpowiedniego – zwróciła się do Kary.
– Jasne. – Kara popatrzyła na Jeffa. – Szesnastka? Miała miarę w oku, ale Jeff nie
chciał się przebierać.
– PrzecieŜ nałoŜę jeszcze marynarkę – zaprotestował. – Nikt nie zobaczy koszuli.
ś
adna z nich nie zwróciła na niego uwagi.
– Niebieską – powiedziała Ariel. – Będzie pasować do cery.
– Dobrze by było, Ŝeby się ogolił.
– Wystarczy puder...
– Puder? Jaki puder?! – zawołał Jeff.
– Telewizyjny, Ŝebyś się nie świecił – wyjaśniła Ariel. Na widok jego przeraŜonej
miny dodała: – Waltera Cronkite’a teŜ pudrują. Wszystkich. Nawet Arnolda
Schwarzeneggera.
– Chwileczkę! – Jeff stanął na środku korytarza. – Puder pudrem, lecz pozwól, Ŝe
sam zdecyduję, czy się będę golił i czy włoŜę inną koszulę. – Zmarszczył brwi. –
Kontrakt nic nie wspominał o tym, Ŝe będziesz rządzić w mojej garderobie.
– Pomyśl rozsądnie, Jeff – ze spokojem upomniała go Ariel. – Masz przecieŜ
wystąpić w telewizji. Nie chcesz chyba przed całym stanem zaprezentować się jak
łajza.
– Nie wyglądam jak łajza – burknął w odpowiedzi.
– Koszula. – Ariel ruchem ręki odprawiła Karę i znów popatrzyła na Jeffa. –
Dziennik wieczorny to najwaŜniejszy punkt programu. Musisz wywrzeć dobre
wraŜenie.
– Proszę bardzo. – Jeff włoŜył marynarkę i wsunął ręce w kieszenie. – Widzisz?
Nie mam resztek spaghetti na klapach ani dziur na rękawach. Wystarczy?
– MoŜe... – westchnęła Ariel. – Co za irytujący facet...
– Co w takim razie powiesz o sobie? Uśmiechnęła się nieoczekiwanie.
– Chyba jesteśmy kwita. – Wyciągnęła rękę. – Rozejm? Uścisnął jej dłoń. Błąd.
Znów poczuł mrowienie w krzyŜu.
– Rozejm – mruknął pod nosem.
– Dobrze. Koszula niepotrzebna – krzyknęła do Kary, ale Jeff mógłby przysiąc, Ŝe
po cichu dodała: – Przynajmniej na dzisiaj.
Weszli na zaplecze studia.
– Do tego jeszcze ten puder... – narzekał Jeff.
– Normalka w telewizji – wyjaśniła Kara. MakijaŜem i charakteryzacją
zajmowała się Lynn Nelson.
Jeff ze stoickim spokojem poddał się jej zabiegom, zaprotestował tylko na widok
puderniczki.
– Co to ma być, maska na Halloween? Będę przecieŜ wyglądał jak Duch Wielkiej
Dyni.
– Więcej luzu – parsknęła śmiechem Kara. – W światłach reflektorów odzyskasz
ludzkie cechy.
Uwierzył jej na słowo. Raz jeszcze rzucił okiem na jaskrawo-pomarańczowe
odbicie w lustrze i poszedł do studia.
Właśnie trwały przygotowania do dziennika. Hal, komentator sportowy oraz Perry
Weston – wszyscy upudrowani – czekali juŜ na swoich miejscach.
Perry spojrzał na wchodzącego Jeffa i mruknął coś pod nosem. Dobrze, Ŝe
mikrofony były wyłączone, gdyŜ za taką uwagę od razu wyleciałby z pracy.
– Wejdziesz tuŜ przed prognozą pogody – szepnęła Kara.
– W czasie pierwszej reklamy dam ci znak, gdzie masz usiąść.
– Mrugnęła okiem. – Połamania nóg, McBride.
Ariel wpatrywała się w monitor. Toczył się właśnie wywiad z zaŜywną
właścicielką salonu samochodowego. Do występu Jeffa pozostało sześćdziesiąt
sekund.
Bała się dzisiejszego spotkania. Bała się zwłaszcza dlatego, Ŝe po namiętnym
pocałunku na przyjęciu Jeff tak po prostu... zniknął. Co wywołało tę zmianę nastroju?
Czy powinna go o to spytać, czy udawać, Ŝe nic nie zaszło? Sama zdawała sobie
sprawę ze swoich uczuć, ale Jeff... MoŜe po programie znajdą chwilę, by o tym
porozmawiać.
Popatrzyła przez grubą szybę oddzielającą reŜyserkę od studia. Jeff zajął juŜ
swoje miejsce, a jeden z asystentów przypiął mu mikrofon do klapy. Perry,
usadowiony poza polem kamery, spoglądał na rywala ponurym wzrokiem.
Co teraz czujesz, Jeff? – pytała w myślach Ariel. Nie wyglądał na przejętego swą
rolą.
– Denerwujesz się, Ariel? – usłyszała nad uchem szept Steve’a.
– Skąd wiesz? Parsknął śmiechem.
– Drzesz kartkę na setki małych kawałków...
– Dobrze, dobrze. Trochę się niecierpliwię. Trzydzieści sekund.
– Wcale ci się nie dziwię – mruknął Steve. – Mam nadzieję, Ŝe McBride nie
zawali sprawy.
– A ja mam nadzieję, Ŝe nie uderzy pięścią w stolik i Ŝe nie zejdzie z wizji.
Wściekł się jak diabli, kiedy mu zaproponowałam, Ŝeby zmienił koszulę.
Steve roześmiał się jeszcze głośniej.
– I nie zmienił?
– Nie. Ani się nie ogolił.
Dziesięć sekund. Wstrzymała oddech.
Dokładnie o wyznaczonym czasie Jeff zaczął mówić:
– Huragany. Najczystsza postać Ŝywiołów natury... Ariel odetchnęła z ulgą i
wygodniej rozparła się w krześle.
Zerknęła w monitor i przez chwilę syciła wzrok widokiem przystojnej twarzy.
Zapomniała o pocałunkach; obserwowała Jeffa jak profesjonalistka. Był wspaniały.
Swobodny, bez śladu tremy, jakby od lat występował przed kamerami. Prawdziwy
przebój sezonu. Z uśmiechem klepnęła w dłoń Steve’a.
– Czuję się jak kwoka doglądająca kurczęcia. Steve wyszczerzył zęby.
– Nie wątpię.
– Odkryłam go. Mam do tego prawo.
– Tak – pokiwał głową – widziałem was na przyjęciu. W niczym wówczas nie
przypominałaś kwoki.
Ariel spłonęła rumieńcem.
– Hmmm... Pójdziemy po programie do chińskiej restauracji?
– Pewnie – zgodził się Steve. – Weźmiesz McBride’a?
– I Karę.
– Myślisz, Ŝe się zgodzi? – spytał z nadzieją w głosie.
– Załatwię to.
Porozmawiały parę minut później. Kara ochoczo przystała na pomysł wspólnej
kolacji. Ariel wybiegła na korytarz, Ŝeby złapać Jeffa, lecz ten właśnie zniknął gdzieś
z Westonem.
Pewnie chcieli pogadać o programie, pomyślała z rozczarowaniem.
– Było juŜ pięć telefonów z pochwałami za pomysł cyklu o huraganach! –
krzyknął w jej stronę któryś z asystentów.
– Świetnie. Powtórzmy występ Jeffa w dzienniku o dziesiątej – zaproponowała
Ariel.
– Dobrze – przytaknęła Kara. – Tylko przejrzę taśmę. Poszli na parking i wsiedli
do samochodu Steve’a. Ariel zajęła miejsce z tyłu. Widziała, jak uszy Steve’a
czerwienieją za kaŜdym razem, gdy Kara zwracała się wprost do niego. Biedny
chłopak, naprawdę to przeŜywał.
Zjedli kolację w Moo Goo Gai Pan, chwilę zabawili w pobliskim sklepie, a potem
wrócili do ośrodka. Kara wpadła w wir przygotowań do ostatniego wydania
dziennika, a Steve zaczął się pomału zbierać do domu. Ariel weszła na moment do
działu łączności z widzami.
– WciąŜ dzwonią w sprawie huraganów – powitał ją asystent, wymachując
plikiem zapisanych kartek.
– Wyśmienicie. – Ariel wzięła notatki, Ŝeby spokojnie przeczytać je w domu.
Weszła do gabinetu po torebkę i podśpiewując pod nosem, zjechała windą na parking.
Cieszyła ją reakcja widzów na występ Jeffa. W myślach juŜ układała faks do Chada.
„Lepiej się pilnuj, Wielki Bracie”.
Wsiadła do corvetty, ruszyła, lecz po chwili zauwaŜyła, Ŝe samochód wyraźnie
ś
ciąga w bok. Coś było nie tak.
– Och... – jęknęła.
Wysiadła, Ŝeby sprawdzić, co się stało. Tak jak podejrzewała, złapała gumę.
Dawno juŜ powinna zmienić mocno starte opony, ale nigdy nie miała czasu. Dobrze
chociaŜ, Ŝe woziła w bagaŜniku zapasowe koło. Wyciągnęła je teraz, podstawiła
lewar, zdjęła kołpak i zaczęła odkręcać śruby. Było juŜ zupełnie ciemno, więc musiała
pracować w świetle latarki. Po paru minutach miała juŜ duŜą plamę smaru na samym
przodzie nowej białej sukienki.
– Cudownie – mruknęła i wróciła do niewdzięcznej roboty.
– Co ty wyprawiasz? – zabrzmiało nagle tuŜ przy niej. Podskoczyła jak oparzona.
– Jeff, ale mnie przestraszyłeś! – zawołała, lecz jednocześnie poczuła ogromną
ulgę. Z wraŜenia upuściła klucz.
– Nic dziwnego. Sama, na ciemnym parkingu... Wzruszyła ramionami i wpełzła
pod samochód, by odnaleźć narzędzie. JuŜ i tak była brudna, trochę więcej piachu na
pewno nie zaszkodzi.
– Jestem juŜ dorosła – rzuciła przez ramię. – Dam sobie radę.
– Dorosła i miła – cierpko zauwaŜył Jeff. – Macie tutaj chociaŜ jakiegoś
straŜnika?
Ariel wydostała klucz i przysiadła na piętach.
– Mamy, ale go nie wołałam. Nie raz i nie dwa zmieniałam koło...
– Wierzę. – Jeff klęknął obok niej i obdarzył ją przeciągłym spojrzeniem. – Nie o
to chodzi. Zapadł zmrok, a ty jesteś całkiem sama.
Ariel machnęła kluczem.
– W kaŜdej chwili mogłabym krzyknąć na straŜnika. Okolica jest spokojna i
uwaŜałam...
– Nieprawda – skarcił ją Jeff. – Stanąłem tuŜ za tobą i zdałaś sobie sprawę z
mojej obecności dopiero wtedy, gdy się odezwałem. – Chwycił klucz. – A to kiepska
broń.
Rozzłoszczona Ariel próbowała mu wyrwać narzędzie... i nagle znalazła się na
ziemi, zamknięta w stalowym uścisku Jeffa.
Przez dłuŜszą chwilę w milczeniu patrzyli sobie w oczy. Jeff uśmiechnął się lekko
i Ariel . wstrzymała oddech.
– Puść mnie – szepnęła. Pokręcił głową.
– Widzisz, do czego moŜe dojść na ciemnym parkingu? – spytał schrypniętym,
nieswoim głosem.
– Jeff...
Pochylił się. Tylko jeden maleńki całus... Musnął wargami jej usta. Klucz
wysunął mu się z dłoni i zadzwonił o beton. Ariel leŜała bez ruchu, jakby zatopiona w
ekstatycznym transie. Nagle wyciągnęła ręce, objęła go za szyję i mocniej
przyciągnęła do siebie.
Po raz drugi smakował słodycz jej warg i czuł upojny zapach delikatnego ciała.
Podniecała go jej namiętność. Zrozumiał, Ŝe lepiej zakończyć tę grę, póki jeszcze
panował nad odruchami. Niechętnie odchylił głowę.
Podniósł klucz i pomógł Ariel wstać z ziemi. Miała potargane włosy, drŜące usta i
nieprzytomne spojrzenie.
– Co?... – zaczęła.
Jeff próbował znaleźć logiczne wytłumaczenie swego zachowania.
– W kaŜdej chwili moŜe nas ktoś zobaczyć. Chcesz być gwiazdą ostatnich
wiadomości?
– Nie. – Szybko odwróciła głowę, ale zdąŜył zobaczyć Ŝal w jej oczach.
PołoŜył rękę na jej ramieniu.
– Ariel...
– Daj mi klucz – powiedziała spokojnie.
– Sam zmienię koło.
– Jeff...
– Nie kłóć się – odparł, kucając przy samochodzie. – Muszę czymś się zająć,
skoro nie ma w pobliŜu kubła z zimną wodą.
Pokiwała głową. Przez parę minut Ŝadne z nich nie odezwało się ani słowem.
Jeff prawie skończył, kiedy podbiegł do nich mocno zaniepokojony straŜnik.
– Panno Foster? Zobaczyłem światło latarki... Wszystko w porządku?
– Tak, George – odpowiedziała lekko rozedrganym głosem. – Nic się nie stało.
Złapałam gumę, ale juŜ po kłopocie.
– Mogła mnie pani zawołać.
– Tak, tak, mogłam.
– Idę, skoro nie jestem potrzebny...
Ariel skinęła głową. Po chwili straŜnik zniknął za rogiem budynku.
Jeff dokręcił ostatnią śrubę, wcisnął kołpak i zwolnił lewar. Wstał. Czuł się
niepewnie, będąc tak blisko Ariel. Z biciem serca spoglądał na jej usta.
– Jedź do domu – powiedział nagle. Odwrócił się i odszedł w drugą stronę.
Ariel jak oniemiała patrzyła za nim. Znów ją zabrał na krótką jazdę kolejką
górską – z wyŜyn namiętności w otchłań odtrącenia. Znów pocałował i zniknął.
Skrzywdził ją dwukrotnie. Wystarczy. Postanowiła, Ŝe od tej chwili doktor
McBride będzie dla niej tylko biletem do Houston. Przewidywane ochłodzenia, z
moŜliwością lodowatych spojrzeń. Ot, i wszystko.
Z trzaskiem zamknęła drzwiczki i ruszyła z piskiem opon. W domu
przepedałowała na rowerku dziesięć kilometrów, wciąŜ czując na swych wargach usta
Jeffa.
ROZDZIAŁ 6
„A teraz powracamy do dzisiejszego odcinka serii «Nasze miejsce pod słońcem»”
Ariel przeniosła wzrok na ekran, na którym pojawiły się dwie kobiety.
„Lukę ci nie wystarcza, Sabrino? Teraz chcesz, Ŝeby wrócił Elliot? Widzę, w jaki
sposób na niego patrzysz, jak korzystasz z kaŜdej sposobności, by go dotknąć. Nie
ośmieszaj się, Angeliko. Poza tym, co cię gnębi? Elliot jest twoim bratem.
Przyrodnim bratem, Sabrino. Nie zapominaj o tym”.
Ariel ściszyła głośnik. Jak teŜ ta Sabrina radziła sobie w Ŝyciu... Lukę, Elliot,
Cullen. W szóstym miesiącu ciąŜy wciąŜ odgrywała femme fatale. Ariel wsparła brodę
na rękach i zamyśliła się. Ktoś taki jak Sabrina nie pozwoliłby się bezkarnie całować
nawet Jeffowi McBride’owi...
– Kretyn! – mruknęła pod nosem, chwyciła z biurka kartkę papieru, zmięła i
cisnęła w drugi kąt pokoju.
W drzwiach pojawiła się Kara.
– Świetny rzut – powiedziała z uśmiechem. – Słuchaj, Ariel, mogę przysłać do
ciebie Jeffa? Podsunęłam mu kilka pomysłów do następnej części, ale chyba powinien
skonsultować je z tobą.
– Pewnie, przyślij. Z rozkoszą z nim pogadam... – Ariel odczekała, aŜ Kara
zniknie na korytarzu, po czym dokończyła:
– i powiem mu, co o nim myślę.
Naturalnie nie mogła i nie zamierzała spełnić tej groźby.
Co prawda, Jeff zranił jej uczucia, ale była wystarczająco twarda, by przejść nad
tym do porządku. Popełniła błąd, dopuszczając do zbytniej poufałości. Od tej pory
musiała pamiętać, Ŝe jej stosunki z Jeffem są ściśle słuŜbowe. Czas zapomnieć o
pocałunkach i skupić się na pracy. Być miłą i nic więcej. Traktować McBride’a jak
siedemdziesięcioparoletniego bankiera. Siwy włos i zmarszczki na wysuszonej
twarzy... Nic prostszego.
Jednak kiedy Jeff stanął w progu, doszła do wniosku, Ŝe będzie trudniej, niŜ
przypuszczała. Twarz bankiera zupełnie nie pasowała do smukłej, muskularnej
sylwetki.
Ariel chrząknęła głośno.
– Jeśli chodzi o przyszły tydzień...
– Myślałem, Ŝe najpierw pomówimy o zeszłym tygodniu. Właśnie. Pora wyrzucić
wszystko z siebie i oczyścić atmosferę. Ariel skinęła głową i wzięła głęboki oddech.
– Sądzę, Ŝe...
– Chciałem...
– Ty pierwszy – zdecydowała. – Mów.
– Chciałem cię przeprosić – urwał.
Za co? Za pocałunki? Za to, Ŝe cię poŜądałam?
– Za to, Ŝe pewne rzeczy wymknęły się spod kontroli – dokończył Jeff.
– Przeprosiny przyjęte – odparła z wymuszonym uśmiechem. – Oboje jesteśmy
winni. W końcu łączą nas tylko interesy.
– Racja.
Kosmyk ciemnych włosów opadł mu na czoło. Ariel aŜ zaświerzbiały ręce, Ŝeby
go odgarnąć.
– Co było, minęło. Puśćmy w niepamięć miniony tydzień. Zostańmy przyjaciółmi.
– Dobrze. – Jeff patrzył na jej usta. Miał lekko rozszerzone źrenice i niespokojnie
wiercił się w miejscu.
– Jeśli chodzi o przyszły tydzień...
Nie podjął tematu. Był nieobecny myślami.
– Przyszły tydzień – głośniej powiedziała Ariel.
– Co? Ach, tak. Kara wymyśliła, Ŝeby razem z Debrą wybrać się po zakupy.
Wiesz... chodzi o rzeczy, które mogą się przydać w razie katastrofy. Zrobiłem listę.
– Dobry pomysł. Rzucimy na ekran planszę, a twój spis będzie takŜe dostępny
gratis drogą wysyłkową. – Ariel odwróciła się w stronę komputera. – Umieścimy na
nim znak stacji i godzinę rozpoczęcia programu. To przypomni widzom, Ŝeby o
właściwej porze zasiedli przed telewizorem.
Zadowolona, Ŝe jej stacja moŜe tak wiele pomóc mieszkańcom Corpus Christi, z
promiennym uśmiechem popatrzyła na Jeffa.
Odpowiedział jej uśmiechem. Ariel nie potrafiła oderwać oczu od jego twarzy.
– To juŜ wszystko – powiedział z wolna i odwrócił się w stronę drzwi.
– Jeszcze... lista – przypomniała mu Ariel. Odgarnęła włosy z policzka.
Jeff zerknął na nią.
– Lista?
– Lista zakupów, którą zrobiłeś.
– Mam ją tutaj. – Wyjął kartkę z kieszeni i podał Ariel. Przez przypadek lekko
dotknął jej palców. Oboje drgnęli.
– Spójrzmy – prędko powiedziała Ariel, Ŝeby ukryć nagły przypływ emocji. –
Baterie, latarka, świece...
– Na wypadek gdyby zabrakło prądu.
– Prądu – powtórzyła. Tego nigdy nie mogło zabraknąć. Powietrze aŜ iskrzyło od
napięcia. – Zrobię z tego kopię.
– Dobrze.
Wyszła zza biurka. Partnerzy w interesach zwykle podają sobie ręce przy
poŜegnaniu. Wyciągnęła dłoń.
Jeff stawił czoło wyzwaniu, choć lekko wzmocnił uścisk i Ariel przez jedną
krótką chwilę, nie dłuŜszą niŜ uderzenie serca, miała nieodparte wraŜenie, Ŝe
zamierzają przyciągnąć bliŜej i zamknąć w ramionach. Szczerze mówiąc, oczekiwała
tego. Jednak Jeff McBride potrafił tylko całować i znikać.
– Zobaczymy się w studiu – powiedziała.
Skinął głową i wyszedł. Ariel wpatrywała się w zamknięte drzwi.
– Przyjaciele – mruknęła ponuro. – StrzeŜ mnie, BoŜe, od takich jak McBride.
Jeff przystanął na korytarzu.
– Przyjaźń – westchnął. – Rzeczywiście.
Przyjaźń z Ariel była moŜliwa jedynie na odległość. W bezpośrednich kontaktach
prędzej czy później musiało dojść do wybuchu emocji. I to raczej prędzej.
W środę Jeff przyjechał do biura duŜo później niŜ zwykle. Większą część dnia
spędził na rozmowach ze SłuŜbą Morską Teksasu. Negocjacje jeszcze nie dobiegły
końca.
Moira jak zwykle tkwiła na swoim miejscu, stukając w klawiaturę komputera.
Miała chyba dzień dobroci dla Indian, gdyŜ włoŜyła bufiastą bluzkę i naszyjnik, bez
wątpienia wykonany przez plemię Hopi, srebrno-turkusowe kolczyki, zestaw
dźwięczących bransoletek i z pół tuzina pierścionków, kupionych w rezerwacie w
Santa Fe. Złodziej biŜuterii dostałby przepukliny pod cięŜarem takiego łupu.
Jeff uniósł dłoń na powitanie i poszedł dalej. W korytarzu stały dwie młode
praktykantki z księgowości. Na jego widok zachichotały i zaczęły szeptać. Ze
wzruszeniem ramion zniknął za drzwiami gabinetu.
RozłoŜył na biurku plik dokumentów. Miał twardy orzech do zgryzienia i po
chwili doszedł do wniosku, Ŝe będzie mu się pracowało o wiele lepiej, jeśli nasyci
swój organizm porządną porcją mocnej kawy. Zabrał więc pokaźny kubek i z
marsową miną poszedł do bufetu.
TuŜ za drzwiami spotkał sąsiada, teŜ meteorologa, Paula Larsona.
– Zadumany? – spytał Larson.
– Hmmm?
– Wiesz przecieŜ. „Śniady i zadumany... „
Jeff mruknął coś na odczepnego i poszedł dalej. Nie miał pojęcia, o co chodziło
Larsonowi, i nie zamierzał go o to pytać. W bufecie nalał sobie kawy i zawrócił do
gabinetu. W holu omal nie wpadł na studentkę, która na czas wakacji podjęła pracę w
Gulf Coast Weather Technology.
– Przepraszam pana, doktorze McBride – powiedziała, po czym zakryła usta i
poczerwieniała jak burak. Prawie biegiem uciekła w głąb korytarza.
Czy wszyscy powariowali? Jeff czuł się, jakby nieświadomie trafił w strefę
mroku. Wokół słyszał szepty i stłumione śmiechy.
Zamknął drzwi gabinetu i złapał za słuchawkę.
– Moira, co się tu dzieje?
– Wayne jeszcze nie wrócił, spotkanie z zarządem Mannox Shipping wyznaczono
na...
– Nie o to chodzi. Wszyscy się wyśmienicie bawią, a ja nie mam zielonego
pojęcia, co ich śmieszy.
– Śmieszy? – Moira umilkła na chwilę, potem spytała: – A czytałeś moŜe
dzisiejsze gazety?
– Tylko parę tytułów. Byłem na zebraniu.
– To przeczytaj. Felieton w „Marinerze” – przejawiała zadziwiającą ostroŜność. –
„Z kobiecego punktu widzenia”. Mam ci przynieść?
– Nie trzeba. Mam.
Rzucił słuchawkę na widełki i wyjął gazetę z teczki. Czuł, Ŝe nie spodoba mu się
to, co w niej znajdzie. Odszukał właściwą stronę, resztę rzucił po prostu na podłogę.
Felieton z cyklu „Z kobiecego punktu widzenia” zajmował niemal całą lewą szpaltę.
Obok tytułu „Czego pragną kobiety?” widniało zdjęcie uśmiechniętej Heidi Lockhart.
Czego pragniemy do męŜczyzn? Bez względu na nasze oczekiwania w pierwszej
chwili polegamy wyłącznie na zmysłach. Tak, drogie panie, przede wszystkim liczy
się wygląd. Jaki? Doliczyłam się aŜ siedmiu wzorców najbardziej poŜądanego
męŜczyzny.
Jeff zmarszczył brwi. Zdziwił się, Ŝe ktoś tak inteligentny jak Heidi mógł
wypisywać podobne bzdury. Zerknął na wspomniane „wzorce”. Dobry BoŜe! „Silny,
opalony kowboj”. „PowaŜny nauczyciel, najlepiej w okularach”. „Kulturysta”.
„Wysoki, śniady i zadumany... „ PrzecieŜ Paul powiedział właśnie „zadumany”.
Jeff zaczął czytać od tego akapitu:
Wysoki, śniady i zadumany. Lord Byron, Heathcliff. Czujne, nieco posępne oczy,
patrzące spod zmarszczonych brwi, zmysłowe usta, dołek w brodzie. Spojrzenie poety
i marzyciela. .. lub kochanka. Ucieleśnieniem tych cech jest meteorolog, doktor Jeff
McBride, którego od niedawna mamy okazję podziwiać na Kanale 4, w kaŜdy
poniedziałek o osiemnastej i dwudziestej drugiej. Tego po prostu nie wolno
przegapić.
– Szlag by trafił! – Jeff cisnął gazetę na biurko. Nic dziwnego, Ŝe wszystkim tak
wesoło. Spełnił się najgorszy koszmar jego Ŝycia. Wiedział, kogo za to winić.
Zadzwonił telefon.
– Tak? – burknął Jeff do słuchawki.
– Doktorze McBride, mówi Glenda Poe z „Marinera”. Po dzisiejszym porannym
artykule dostaliśmy sporo telefonów z prośbą o zamieszczenie pańskiego zdjęcia.
Mógłby pan nam dostarczyć jakiś negatyw?
– Nie.
– Ale...
– Nie! – wykrzyknął Jeff i z trzaskiem odłoŜył słuchawkę. Tego było za wiele.
Nie cierpiał rozgłosu i zamieszania wokół swojej osoby, a teraz wpadł jak śliwka w
kompot. Chwycił gazetę i wybiegł z gabinetu. Nawet nie zabrał teczki i dokumentów.
Nie zamierzał juŜ dziś pracować.
– Jeff?! – zawołała za nim Moira.
– Wychodzę. Będę dopiero jutro.
– O rany... – mruknęła i pośpiesznie sięgnęła po tomik „Znaków miłosnych na
kaŜdy miesiąc”. Jeff trzasnął drzwiami.
Przez całą drogę do studia Kanału 4 jechał na granicy dozwolonej prędkości. Nie
chciał, Ŝeby jakiś gliniarz chwalił się potem, Ŝe wlepił mandat „wysokiemu, śniademu
i zadumanemu” piratowi.
Z piskiem opon zatrzymał samochód na parkingu i jak burza wpadł do holu, nie
zwracając uwagi na zdziwione spojrzenia kilku przechodzących osób.
Sekretarka Ariel uniosła się znad biurka.
– Witam, doktorze McBri... Do diabła z grzecznościami.
– Jest u siebie?
– Tak.
– To dobrze.
Ruszył w stronę drzwi. Peg ze zdumioną miną opadła na krzesło.
Jeff szybkim krokiem wszedł do gabinetu. Ariel, odwrócona bokiem do biurka,
rozmawiała z kimś przez telefon. Drgnęła, gdy drzwi zamknęły się z głośnym
trzaskiem.
– Oddzwonię później – powiedziała i odłoŜyła słuchawkę. – Jeff, co tu robisz w
ś
rodę? Siadaj.
Był wściekły, ale nie na tyle, Ŝeby nie zauwaŜyć złotych, lśniących włosów i ust
rozchylonych jakby w oczekiwaniu pocałunku. Odpędził czym prędzej niestosowne
myśli i rzucił na biurko mocno juŜ zmiętą gazetę.
– To twój pomysł?
Nie przestraszyła się groźnego tonu; nie próbowała kłamać. Nawet nie udawała,
Ŝ
e nie wie, o co chodzi.
– Cały artykuł nie, twoje nazwisko tak – odparła.
– PrzecieŜ wyraźnie powiedziałem, Ŝe nie Ŝyczę sobie podobnych „rewelacji”.
– Powiedziałeś, Ŝe nie chcesz Ŝadnych zdjęć ani wywiadów. – Stuknęła palcem w
gazetę i uśmiechnęła się z triumfem. – Widzisz? Nie ma zdjęcia.
Ciekawe, czy wiedziała, Ŝe juŜ do niego dzwoniono z „Marinera”.
– To bez znaczenia. Zrobiłaś ze mnie, .. – z trudem wypowiedział kolejne słowa –
symbol seksu.
Ariel zerknęła na felieton.
– MoŜliwe... a cóŜ to szkodzi?
– DraŜni mnie. – Jeff nie spuszczał wzroku z gazety.
– Dlaczego? PrzecieŜ to ci tylko przyda popularności.
– Nie chcę być popularny! – wykrzyknął z gniewem. – A juŜ na pewno nie w ten
sposób. „Wysoki, śniady, zadumany.. . „ – mruknął z niesmakiem.
– PrzecieŜ to prawda. Jesteś wysoki, jesteś śniady, a jak nie jesteś zadumany, to
patrzysz na mnie wilkiem.
– W tej chwili jestem przede wszystkim wściekły! – wypalił.
– Hmmm... wolałbyś, Ŝeby było napisane „wysoki, śniady, wściekły”?
Szczerze? – pomyślał Jeff. Wolałbym być teraz setki kilometrów stąd, na jakiejś
bezludnej wyspie.
– Obawiam się, Ŝe juŜ za późno, Ŝeby zniszczyć cały nakład porannego wydania
„Marinera” – oznajmiła Ariel z teatralnym westchnieniem. – Rzecz jasna, zawsze
moŜesz zaŜądać od Heidi, by zamieściła sprostowanie.
– Oczywiście. Po takim sprostowaniu cała sprawa nabrałaby pikanterii.
– MoŜliwe – przytaknęła Ariel. – MoŜna jednak napisać, Ŝe zaszło
nieporozumienie, Ŝe tak naprawdę jesteś niski, masz jasne włosy i...
– Dobrze. – Uniósł ręce obronnym ruchem. – Wszystko rozumiem, ale spróbuj
choć na chwilę wczuć się w moje połoŜenie. Nie lubię takich zagrywek. To
dziecinada. JuŜ na samym początku dałem ci wyraźnie do zrozumienia, Ŝe Ŝyczę
sobie, by mnie oceniano wyłącznie na podstawie mojej wiedzy. – Oparł się o blat
biurka. – Ostrzegam, przy następnej okazji uznam to za pogwałcenie warunków
kontraktu i zrezygnuję z udziału w twoim programie. Ariel pokiwała głową.
– Nie wątpię. A teraz powaŜnie: Jeff, wiesz, ile osób zacznie cię oglądać tylko z
powodu tego felietonu? Przy okazji dowiedzą się, co robić w razie huraganu.
– Tu masz rację.
– To dlaczego nie przestaniesz się ciskać? Nie bądź... ponurakiem.
W jej oczach pojawiły się wesołe iskierki. Jeff wbrew sobie uśmiechnął się
kącikiem ust.
– Rozejm? – zapytała Ariel, wyciągając rękę.
– Pod warunkiem, Ŝe przyjmiesz moje zastrzeŜenia.
– Przyjmuję. Pozwól, Ŝe na przeprosiny postawię ci kolację. Co ty na to?
Powinien odmówić i jak najdalej uciec od jej błyszczących oczu i promiennego
uśmiechu... Wystarczyło przecieŜ uwaŜać...
– Dobrze.
– Poczekaj parę minut, tylko coś skończę. Przez drzwi wetknął głowę Hal
Monroe.
– Ariel, moŜesz poświęcić mi kilka sekund?
– Tak, wejdź.
– Wolałbym na osobności...
– Wybacz – powiedziała Ariel do Jeffa. – Zaraz wracam. Zamknęła za sobą
drzwi, lecz głęboki głos Hala i tak docierał do gabinetu.
– Pamiętasz, jak mówiłaś, by wyszukać jakiś skandal? Chyba trafiłem na coś
interesującego...
– Ekstra... – Głosy ścichły w oddali.
Skandal. Jeff mocno zacisnął pięści. Co on tu robił? Dlaczego przyjął zaproszenie
kogoś, kto Ŝerował na nieszczęściu innych? Czym się naprawdę róŜnił Kanał 4 od
telewizji z Tulsy? Najlepiej będzie jechać do domu i ograniczyć kontakty z Ariel
Foster do niezbędnego minimum. Tylko ten zapach perfum wciąŜ unoszący się w
powietrzu...
Ariel stanęła w drzwiach i obdarzyła go czarującym uśmiechem.
– Gotów?
Jeff skinął głową. Ariel wzięła torebkę.
– Pojedziesz za mną?
Znakomity pomysł. Gdyby jechali razem, musieliby przejść przez parking, a tam
czekało za duŜo niebezpiecznie Ŝywych wspomnień.
Ariel wybrała U Cezanne’a, niewielką francuską restaurację w bocznej uliczce,
kilka przecznic od śródmieścia Corpus Christi. Zapalone świece na stołach, na
ś
cianach widoki ParyŜa, a w tle cicha muzyka skrzypiec. Miejsce wprost wymarzone
dla zakochanych, ale Ariel starała się pamiętać, Ŝe jej stosunki z Jeffem nie powinny
wykraczać poza pewną granicę.
Uniosła kieliszek z winem.
– Za przyjaźń.
– Za przyjaźń – jak echo zawtórował Jeff, po czym dodał cicho: – Nigdy
dotychczas nie miałem takiej przyjaciółki.
Chciała zapytać, co to miało znaczyć, ale po namyśle odpowiedziała cytatem:
– „Przyjaciel to prawdziwe dzieło przyrody”. Ralph Waldo Emerson.
– Tak dobrze znasz literaturę? – zdziwił się.
– Skończyłam anglistykę.
Jeff obrzucił ją taksującym spojrzeniem i uśmiechnął się lekko. Ariel przeszył
dreszcz podniecenia.
– Sądziłem, Ŝe pociągają cię bardziej... dynamiczne rzeczy.
– Na przykład sumo? Parsknął śmiechem.
– Albo stepowanie. Poza tym wykłady z anglistyki nie są najlepszym
wprowadzeniem do pracy w telewizji.
Ariel wypiła łyk wina.
– Kocham dobrą literaturę, a telewizji... nauczyłam się w Houston. W wakacje
pracowałam w tamtejszej stacji.
– Co robiłaś? – Wziął ją za rękę i delikatnie przesunął kciukiem po aksamitnej
skórze.
– Wszystko – wykrztusiła. – Razem z braćmi dostawaliśmy niewielkie
wynagrodzenie, ale tata orał w nas. Raz dał mi nawet rolę w przedstawieniu dla
dzieci.
– Jaką?
– Bohaterką była kocica. Ja naleŜałam do grona kociąt. Jeff roześmiał się.
– Kociątko... – powiedział takim głosem, jakby miał zamiar ją pogłaskać.
Ariel głośno przełknęła ślinę.
– Jeff – powiedziała drŜącym głosem.
– Hmmm?
– Nie rób tego.
Poczuła lekkie muśnięcie warg na skórze.
– Dlaczego?
– Jesteśmy przyjaciółmi.
Znów leciutko dotknął wargami jej dłoni.
– Zachowuję się nieprzyjaźnie?
– Nie, ale...
– Potrawka z kurczęcia – przerwał im kelner.
Jeff puścił rękę Ariel. Cofnęła ją pośpiesznie, wciąŜ jeszcze ciepłą od jego
pocałunku. Z roztargnieniem patrzyła na krzątaninę kelnera. Jeff próbował ją uwieść...
i chyba dopiąłby swego. Po co? śeby po raz trzeci odejść? Nie mogła na to pozwolić.
Postanowiła wrócić na bezpieczniejszy grunt – na przykład skupić się na jedzeniu.
– Potrawka z kurczęcia nie naleŜy do najzdrowszych posiłków – powiedziała,
marszcząc nos. – Pomyśl tylko o tych wszystkich tłuszczach wędrujących przez Ŝyły
niczym oddział wroga...
Jeff uśmiechnął się znacząco. Wiedział, Ŝe z rozmysłem zmieniła temat.
– Mnie to nie przeszkadza – stwierdził i zabrał się do maślanych bułeczek. –
Najpierw jarzyny – wskazał na smakowicie przyrządzone szparagi.
Ariel starannie unikała niebezpiecznych tematów i zabawiała go głównie
wspomnieniami z dzieciństwa. Opowiadała o swoich braciach, lecz spod oka
obserwowała twarz Jeffa, zmarszczki wokół jego oczu, patrzyła, jak blask świecy
wydobywa linię nosa i ust. Pragnęła, Ŝeby znów jej dotknął. Nie, nie chciała... Sama
nie wiedziała, czego chce naprawdę.
Kelner zabrał puste nakrycia. Ariel popatrzyła na Jeffa. Mów do niego, strofowała
się w duchu. Nie przerywaj.
– A ty? – zapytała. – Hmmm... jak to się stało, Ŝe zostałeś meteorologiem?
– Przez przypadek, pod koniec ósmej klasy. Południowa część Tulsy padła ofiarą
tajfunu, więc postanowiłem głębiej zbadać przyczyny huraganów. Zaprezentowałem
swoją pracę na szkolnym konkursie naukowym i dostałem nagrodę towarzystwa
meteorologicznego. Była to ksiąŜka o pogodzie.
– Dlaczego huragany?
– MoŜe z powodu ich nieujarzmionej siły... Człowiek, choć się uwaŜa za władcę
ś
wiata, jest w istocie bezradny wobec sił natury. Zwykła burza potrafi zmienić bieg
historii.
– W jaki sposób? – Ariel chciała jak najwięcej wiedzieć o Jeffie i jego
zainteresowaniach.
– PrzecieŜ to pogoda przyczyniła się do klęski hiszpańskiej armady. Ocalałe z
bitwy stoczonej z flotą angielską okręty próbowały umknąć, płynąc wokół Szkocji
oraz Irlandii, lecz gwałtowny sztorm zepchnął je na przybrzeŜne skały. Większa część
floty nigdy nie powróciła do macierzystych portów i tak zakończyła się władza
Hiszpanii nad oceanami. Gdyby nie było sztormu, świat mógłby teraz wyglądać
całkiem inaczej.
Ariel słuchała go w zamyśleniu.
– To ciekawe... Zawsze sądziłam, Ŝe meteorologia jest nudna, a ty znalazłeś w
niej i naukę, i historię, i dramat.
– Właśnie.
– MoŜe to wina Perry’ego.
– Nie mnie o tym sądzić – roześmiał się Jeff.
– Jak myślisz, czy w tym roku dotknie nas klęska Ŝywiołowa? – spytała nagle.
– Wielce prawdopodobne – odparł z powagą.
– Będzie duŜo zniszczeń?
– To zaleŜy od siły wiatru. Potrafimy śledzić trasę tajfunu, co, w połączeniu z
naszym cyklem programów edukacyjnych, powinno zmniejszyć straty do minimum.
Ariel odetchnęła z ulgą, gdy kelner podał deser.
Jeff najwidoczniej nie przepadał za słodyczami, za to Ariel dała się skusić na
kawałek tortu czekoladowego z kremem jagodowym.
– To twoja zdrowa dieta? – zapytał. Potrząsnęła głową.
– Wyjątek, który potwierdza regułę. – Szelmowsko mrugnęła okiem.
Jadła powoli, delektując się kaŜdym kęsem. Oblizała wargi, na których pozostała
drobina kremu i w tej samej chwili poczuła na sobie rozpalone spojrzenie Jeffa.
– Gdzie pracowałeś przed przyjazdem do Corpus Christi? – spytała.
– Tylko w Centrum Badawczym w Miami. Chciałem jednak mieć nieco więcej
swobody w realizacji własnych pomysłów, więc wybrałem prywatną firmę.
– Przeznaczenie... – mruknęła Ariel.
– Słucham?
Zrobiła nieokreślony ruch ręką.
– Nasze drogi spotkały się we właściwym miejscu i czasie. Miasto potrzebowało
twojej wiedzy, a ja znalazłam sposób na widzów. Jeśli chodzi o naszą pracę, chyba
stanowimy dobraną parę.
Ciekawe, czy uwierzył, Ŝe chodziło wyłącznie o to. Ariel skinęła na kelnera i
poprosiła o rachunek. Restauracja, jeszcze do niedawna pełna gości, teraz juŜ prawie
opustoszała. Kiedy wyszli na zewnątrz, lekki powiew zwichrzył włosy Jeffa i
przyniósł słoną woń zatoki.
– Pojadę za tobą – powiedział McBride. – Chcę mieć pewność, Ŝe bezpiecznie
dotrzesz do domu.
Nic w jego głosie nie wskazywało, by ta propozycja skrywała coś więcej. BoŜe,
co za denerwujący facet, pomyślała Ariel. Zmienny jak pogoda.
– Dobrze.
Gdy juŜ byli na miejscu, pomachała mu przez otwarte okno samochodu. Jeff
uniósł dłoń na poŜegnanie i odjechał. Ariel weszła do domu, wzięła duŜy arkusz
papieru i napisała szminką: Jeff McBride – partner w interesach. Potem przykleiła ów
napis taśmą na lustrze w łazience. Była szczerze zadowolona, Ŝe wieczór skończył się
właśnie tak, jak się skończył.
– Akurat! – mruknęła ze złością i wsiadła na rower treningowy.
Jeff zastanawiał się po drodze, co by było, gdyby wstąpił do domu Ariel, gdyby
zasnęli obok siebie... a moŜe nie zasnęli... MoŜe w ten sposób przestałby się
zadręczać? Nie będziesz wiedział, jeśli nie spróbujesz, pomyślał i nieco poweselał.
ROZDZIAŁ 7
Jeff przejrzał sportową stronę poniedziałkowego wydania „Marinera” i odłoŜył ją
na bok. Huragan skorzystał z okazji i rozciągnął się leniwie na tabelach z wynikami
niedzielnych meczów ligi baseballu. Jeff odruchowo pogładził kota po łebku i zerknął
w rubrykę towarzyską.
– A niech to diabli h – wykrzyknął i dołoŜył jeszcze kilka soczystych przekleństw.
Wystraszony Huragan błyskawicznie zeskoczył ze stołu i zaszył się w kącie za
lodówką.
Jeff nie dowierzał własnym oczom. Jeszcze raz zaczął czytać:
W restauracji U Cezanne’ a doszło do romantycznego spotkania, w którym wzięła
udział szefowa Kanału 4 Ariel Foster oraz Tajfun Jeff McBride.
To teŜ robota Ariel?
Jeff zamknął oczy i wsparł głowę na rękach. Mogli go przecieŜ nazwać
„Ekspertem od pogody” albo po prostu „Naukowcem”. Nie, napisali „Tajfun”! Jakby
był jakimś piosenkarzem albo zapaśnikiem. JuŜ wolał określenie „wysoki, śniady i
zadumany”.
Zadzwonił telefon. Jeff sięgnął po słuchawkę.
– Tak?
– To nie moja wina – bez zbędnych wstępów oświadczyła Ariel.
Jeff wydał z siebie coś pomiędzy parsknięciem a gardłowym śmiechem.
– Bardzo mnie to cieszy, w przeciwnym razie... – nie dokończył.
– Chyba ktoś „Ŝyczliwy” zawiadomił prasę – ciągnęła Ariel. – Przepraszam.
– Przepraszasz, ale wcale nie jest ci przykro.
– Dzięki temu ściągniemy większą publiczność.
– Jaką? – spytał przez zęby. Robił to dość często od czasu, gdy poznał Ariel.
Powinien jej chyba wysłać rachunek od dentysty.
– KaŜdy, kto nas ogląda, wyniesie z tego pewną korzyść – odparła Ariel draŜniąco
rześkim głosem.
Jeff zdobył się tylko na krótki pomruk. I tak nie zrozumiesz, o co mi naprawdę
chodzi, pomyślał. OdłoŜył słuchawkę. Ariel dorastała w otoczeniu mediów,
tymczasem jego ojciec...
Rodzice marzyli o spokojnym Ŝyciu. Jeff początkowo był całkiem inny. W
młodych latach ciągnęło go do świata, ale po aferze z bankiem i zerwanych
zaręczynach zaczął stronić od ludzi. Teraz nawet nie napisał do ojca, Ŝe występuje w
telewizji. Nie chciał go niepotrzebnie martwić. Odstawił kubek z kawą na gazetę,
ubrał się i pojechał do biura.
– Dzień dobry! – zaświergotała Moira, gdy tylko stanął w progu. – JuŜ wiem o
tobie i pannie Foster.
– Niby co? – spytał z głupia frant.
– Jesteś sławny. Najbardziej...
– To Ŝadna sława...
– Przeznaczenie. Oczywiście. Pasujecie do siebie. – Złote kółka w jej uszach
podzwaniały przy kaŜdym ruchu głowy. – Ona na pewno jest spod znaku Wagi.
Zdobądź jej datę urodzin, miejsce i godzinę, a przygotuję odpowiedni horoskop.
– Moira...
– Och, to takie podniecające. Wasza miłość jest zapisana w gwiazdach.
Pamiętasz, jak zadzwoniła po raz pierwszy? Przepowiedziałam ci Ŝyciową zmianę.
Jeff oparł się o biurko.
– Moira! – podniósł głos. – Nic mnie nie łączy z panną Foster. Nie jesteśmy parą.
Nie chodzę z nią. Pracujemy razem, to wszystko.
Sekretarka skinęła głową i konspiracyjnie zmruŜyła oko.
– Rozumiem. – Wyciągnęła z szuflady jakieś czasopismo. – Tu masz swój
dzisiejszy horoskop. Przeczytaj.
Nie miał na to ochoty, ale nie potrafił odmówić. Zresztą Moira najwaŜniejsze
rzeczy zakreśliła wściekle róŜową kredką. „Strzelec: Same niespodzianki”. Pewnie.
„W ciągu kilku najbliŜszych dni twój ustalony rytm Ŝycia będzie podlegał ciągłym
zakłóceniom”. Wyśmienicie!
Jeff usłyszał za sobą stłumione śmiechy i kobiece głosy. Wyraźnie padło słowo
„Tajfun”. Potarł czoło. Nagle rozbolała go głowa. Przeciągle popatrzył na Moirę.
– Jeszcze raz powtórzę, trochę wolniej. Nic mnie nie łączy z Ariel Foster. Jeśli
znowu usłyszę jakąś uwagę na ten temat, to – zabrakło mu słów – to moŜecie
naprawdę obawiać się tajfunu. A Tajfun Jeff potrafi siać zniszczenie.
Wszedł do gabinetu i trzasnął drzwiami. Chwilę potem odezwał się telefon.
Dzwonił przyjaciel Jeffa, a zarazem właściciel jachtu, Adam Gorman.
– Cześć, stary – powiedział na wstępie. – Widzę, Ŝe masz nowy przydomek. A jak
tam Ariel? Warta zachodu?
– Za parę dni sam się przekonasz – odparł McBride, zapominając, Ŝe przed chwilą
gorączkowo wszystkiemu zaprzeczał.
Następna rozmowa była mniej przyjemna. Dzwonił Tom Carson, wiceprezes
SłuŜb Morskich Teksasu.
– Telefonowałem godzinę temu – rzucił ze zniecierpliwieniem.
Zegarek Jeffa wskazywał trzy po dziewiątej.
– Przepraszam. Właśnie zasiadłem za biurkiem. Carson zamruczał coś z
gniewem.
– Nie ma dnia, Ŝeby nie pisano o tobie w gazetach. Masz jeszcze czas na pracę dla
nas?
Jeff zapewnił go, Ŝe juŜ podjął przygotowania. Carson uspokoił się nieco, za to
Jeff zupełnie stracił humor. Wbrew optymistycznym prognozom Wayne’a występ w
telewizji nie przydał mu popularności wśród kolegów po fachu. Wprost przeciwnie,
podwaŜał jego wiarygodność. Co będzie, gdy podobna opinia dotrze na Florydę?
Strach myśleć.
Ariel pośpiesznie przejrzała zapis rozmów telefonicznych z widzami i sięgnęła po
listy. Najpierw wpadła jej w rękę duŜa róŜowa koperta zaadresowana dziecięcym
pismem.
Droga Redakcjo Kanału 4,
Chodzę do siódmej klasy. W zeszłym roku uczyliśmy się duŜo o pogodzie, ale
mnie to zupełnie nie interesowało. Rety, ale byłam głupia. Huragany są super,
zwłaszcza kiedy o nich mówi Jeff McBride. MoŜecie go poprosić, Ŝeby mi przysłał
zdjęcie z autografem, mapę huraganów i spis lektur? Chciałabym dowiedzieć się
czegoś więcej o burzach.
Jody Miller
Ariel z uśmiechem skończyła czytać. Nie zdziwiło jej, Ŝe Jody szukała nauk u
takiego wykładowcy jak Jeff. Mogła tylko Ŝałować, Ŝe on nie lubił fotografów.
Napisała odpowiedź:
Droga Jody,
Dziękuję za list. Cieszy mnie, Ŝe spodobał Ci się cykl naszych programów.
Niestety, chwilowo nie mamy Ŝadnych zdjęć, ale załączam mapę huraganów,
podpisaną przez doktora McBride’a oraz spis lektur, o który prosiłaś. Oglądaj nas.
Ariel Foster
Zamierzała wieczorem poprosić Jeffa, Ŝeby złoŜył parę podpisów i opracował
listę ksiąŜek dla Jody.
Dzięki „Tajfunowi” oraz niektórym innym posunięciom Ariel widownia Kanału 4
rosła w niespotykanym tempie. Ale co się stanie po zakończeniu cyklu o huraganach?
MoŜe warto coś zmienić w oprawie dziennika? Ariel podniosła słuchawkę telefonu i
wystukała prywatny numer ojca. Po chwili usłyszała po drugiej stronie dobrze znany
głos i bez większych wstępów przeszła do rzeczy.
– Tato, chcę zatrudnić spikerkę. MoŜesz mi jakoś pomóc?
– Jeszcze dzisiaj roześlę informację do innych stacji.
– Dzięki. Co słychać u Chada i Daniela?
– Chad wystartował z cyklem komentarzy politycznych, a Daniel zrobił sześć
programów na temat walki z przestępczością – odparł ojciec.
Ariel zmarszczyła brwi i na skrawku papieru naszkicowała podobizny obu braci.
– A u ciebie? – spytał Martin Foster. Uśmiechnęła się.
– Co tydzień mam trzyminutowy wykład o huraganach. Prawdziwy przebój.
– O huraganach? – Na ojcu nie wywarło to Ŝadnego wraŜenia. – Ten twój
fachowiec od pogody nie potrafi rozsądnie mówić nawet o kataklizmie.
Ariel dorysowała pod twarzą Chada trupią czaszkę ze skrzyŜowanymi
piszczelami. Tak samo postąpiła z podobizną Daniela.
– Nie widziałeś mojego najnowszego nabytku. Facet wygląda jak hollywoodzki
gwiazdor. – I całuje jak urodzony amant, dodała w myślach.
– Co takiego? Manekin udaje specjalistę? – W głosie ojca pobrzmiewała wyraźna
dezaprobata.
– Nie, tato. To naukowiec. Z tytułem doktora. Połączenie meteorologa z tajfunem.
– Słucham?!
– Z tajfunem. Gazety określiły go mianem „Tajfun”.
– Naprawdę? – Martin Foster wybuchnął śmiechem. – Nie zmarnuj okazji.
– Nie zamierzam.
Ariel odłoŜyła słuchawkę i z westchnieniem spojrzała na list Jody. Szkoda, Ŝe Jeff
z uporem unikał reklamy. Potrafiłaby zdziałać duŜo więcej, gdyby tylko zechciał
współpracować.
Jeff wyszedł z biura, wsiadł do samochodu i pojechał w stronę sklepu, w którym
miał razem z Debrą zrobić zakupy na wypadek klęski Ŝywiołowej. Oznaczało to
kolejne spotkanie z ekipą Kanału 4. Rano pracował bez wytchnienia, gdyŜ wiedział,
Ŝ
e po południu nie zdoła wiele zrobić. Zatrzymał się przed pralnią, Ŝeby odebrać kilka
koszul. Kiedy wszedł, siedząca za ladą kobieta w średnim wieku powitała go
szerokim uśmiechem.
– Dzień dobry. Jeff skinął głową.
– Chciałem odebrać pranie. McBri...
– Nie musi pan podawać swojego nazwiska – przerwała z machnięciem ręki. –
Znam pana. Pan Tajfun.
Jeff milczał. Co innego mu zostało?
Jak mógł myśleć, Ŝe po spotkaniu z Ariel jego Ŝycie wciąŜ będzie biegło zwykłym
torem? Sam sobie napytał biedy. Mógł się nie pchać do telewizji albo wcześniej iść do
psychiatry.
Zapłacił za pranie i ruszył w dalszą drogę. Nagranie przebiegło bez
niespodzianek. Debra chyba nie czytała gazet, gdyŜ ani razu nie wspomniała o
Tajfunie. Za to Perry Weston wciąŜ kręcił nosem.
– Symbol seksu – mruknął, gdy Jeff wszedł do studia. Tylko spokojnie, powtarzał
sobie w duchu Jeff podczas charakteryzacji. Lynn Nelson, która go pudrowała, była
dziewczyną o egzotycznej urodzie i czarnych jak noc włosach, sięgających niemal do
pasa. Zanim zdąŜyła przerobić Jeffa na róŜowe widmo, ktoś zapukał.
– Proszę – zawołała.
W drzwiach stanęły Kara i Ariel. Jeff patrzył tylko na nią. Włosy zaczesała w tył i
spięła złotą spinką. Miała na sobie jasnozieloną spódnicę i bluzkę z połyskliwego
materiału, przypominającego jedwab. W uszy wpięła cienkie złote kolczyki.
– Cześć – powiedziała lekko zachrypniętym głosem, który stokroć lepiej
brzmiałby w sypialni. – Mam do ciebie niewielką prośbę.
Uwaga! Jeff zdwoił czujność. Prośby Ariel z reguły kończyły się katastrofą.
Wskazała na plik papierów.
– Dostałam list od uczennicy, którą zaraziłeś miłością do pogody i która prosi o
spis odpowiednich lektur oraz twój autograf.
Wcisnęła mu do ręki długopis. Uff... Nic groźnego. Podpisał się zamaszystym
ruchem.
– Spis ksiąŜek przefaksuję ci jutro rano.
– Dzięki. – Ariel przysiadła na brzegu stołka. Lynn kontynuowała swą pracę. W
wyobraźni Jeffa zamieniły się miejscami. To palce Ariel gładziły go po twarzy i
odgarniały włosy z czoła. To Ariel pochylała się w jego stronę do pocałunku. W jaki
sposób potrafiła przemienić gniew w poŜądanie?
Spojrzał na nią. Siedziała ze zmarszczonymi brwiami.
– Kara, krawat. Co?
– O co chodzi z krawatem? – spytał.
– Zbyt mdły – powiedziała Ariel.
– Właśnie – dodała Kara.
– Uhm – przytaknęła Lynn.
Wszystkie trzy miały takie miny, jakby nagle ktoś im podrzucił brudną ścierkę.
– To drogi krawat – burknął Jeff.
– Prawie nie widać wzoru. – Lynn potrząsnęła głową.
– Bez wyrazu – oświadczyła Kara.
– Bez gustu – poprawiła ją Ariel. – Do tego za ponury. Znajdź coś Ŝywszego,
moŜe w odcieniu srebra.
– Zaraz wracam. – Kara zniknęła w korytarzu.
– Powinniśmy teŜ coś zrobić z włosami – ciągnęła Ariel, najwyraźniej nie zdając
sobie sprawy, Ŝe Jeff panował nad sobą ostatkiem sił.
– Zaczęli dziennik! – zawołał ktoś za drzwiami. – Wchodzi pan za pięć minut,
doktorze McBride.
– Nieco pianki. – Lynn przekrzywiła głowę. – Nie, lepiej je lekko pofalować.
Sięgnęła po lokówkę.
– Akurat! – warknął Jeff.
Ariel połoŜyła mu rękę na ramieniu.
– Spokojnie. To zajmie najwyŜej minutę. Masz jeszcze mnóstwo czasu.
Zanim zdąŜył zareagować, poczuł na swoich włosach rozgrzane szczęki lokówki.
– Au!
– Przepraszam – powiedziała Lynn. – Zaraz skończę. Jeff bezradnie tkwił na
fotelu. Lynn odłoŜyła lokówkę i przez chwilę pracowicie machała grzebieniem, aŜ w
końcu doszła do wniosku, Ŝe powstało prawdziwe dzieło sztuki. Odstąpiła o krok.
– Jak ci się podoba? – zwróciła się do Ariel. A mnie nikt nie zapyta? – pomyślał
Jeff.
– Nieźle – oświadczyła Ariel. Weszła Kara, niosąc dwa krawaty.
– Który?
– Ten z czerwonym wzorem – zdecydowała Ariel. Cholera, zachowują się,
jakbym w ogóle nie istniał, klął w duchu Jeff. Jakbym był jakąś chodzącą lalką.
Lynn wciąŜ patrzyła na jego głowę.
– Nie zaszkodzi nieco lakieru – mruknęła i odwróciła się w stronę toaletki.
– Starczy tego dobrego! – nie wytrzymał Jeff. Zerwał się z fotela. Zdjął krawat i
rozpiął kołnierzyk.
– Mam dosyć!
Zrzucił marynarkę i zawinął za łokcie rękawy koszuli.
– Nie jestem manekinem! – Przeczesał palcami świeŜo ułoŜone włosy. –
Chciałyście naukowca, no to go macie! Tak wyglądam podczas pracy!
Wypadł z garderoby i pobiegł w stronę studia. Lynn, Kara i Ariel patrzyły za nim
otępiałym wzrokiem.
– Jeszcze zobaczycie – zabrzmiały z oddali pogróŜki.
Kara pierwsza ochłonęła ze zdumienia.
– Mam go dogonić? – spytała.
– Nie. JuŜ za późno. Zrobiłby awanturę przed kamerą – odparła Ariel.
Lynn wciąŜ stała z lakierem w ręku.
– Pryskasz sobie na buty.
– Och. – Lynn spojrzała na wilgotne rajstopy.
– Kup sobie nową parę. Na rachunek firmy – powiedziała Ariel. – Chodź, Karo.
Poszły do reŜyserki. Jeff właśnie zaczynał mówić.
– Nie wierzę własnym oczom – szepnęła Kara. – Spójrz na niego. Przed kamerą w
samej koszuli.
– Tak, widzę. – Ariel wskazała na monitor. Jeff przemawiał spokojnym,
zrównowaŜonym tonem, choć w oczach wciąŜ migotały mu iskierki złości. Wyraźnie
widać było jego silne, opalone ręce, ciemny meszek zza rozchylonego kołnierzyka
koszuli i rozwichrzone włosy. Wspaniały okaz męskiego seksu. Marzenie setek kobiet
siedzących przed telewizorem.
Ariel trzęsła się ze śmiechu.
– Karo, ręczę ci, Ŝe po dzisiejszym dniu wszystkie kobiety w Corpus Christi będą
z utęsknieniem czekać na następny program. McBride stanął na wysokości zadania.
Sam o tym jeszcze nie wie, ale trafił w dziesiątkę.
ROZDZIAŁ 8
Jeff zamknął drzwi i rzucił teczkę na kanapę. Po wczorajszych emocjach i
poranku w pracy musiał odpocząć. Rozsiądzie się przed telewizorem. ChociaŜ nie.
Ostatnio dość miał telewizji. Poczyta ksiąŜkę. Coś z fantastyki naukowej.
Huragan czekał na niego w kuchni. Spacerował po kredensie i donośnym
miauczeniem domagał się obiadu.
– Dobrze, dobrze, zaraz dostaniesz – uspokoił go Jeff. Sięgnął do szafki po torbę
z karmą dla kotów. Była pusta.
Zajrzał więc do lodówki, czy nie zostały jakieś resztki. Nic. oprócz kiełbasy.
Wkroił kilka cienkich plasterków do miski kota. Huragan zeskoczył z kredensu,
ostroŜnie powąchał pokarm, z dezaprobatą pomachał ogonem i odwrócił się tyłem.
Jeff obrzucił go posępnym spojrzeniem.
– Kto cię nauczył takich manier?
– Miau...
– Dobrze, stary. Zaraz pójdę do sklepu.
Kot, nie przestając miauczeć, odprowadził go do samych drzwi.
Jeff podjechał do najbliŜszego sklepu i zgarnął do koszyka pół tuzina puszek z
karmą. W połowie drogi do kasy usłyszał za sobą przyciszone głosy:
– To on...
– Rzeczywiście! Tajfun!
Miał się schować za pudełkami chrupek? Rzucić koszyk i uciekać? Za późno.
Otoczyły go trzy chichoczące dziewczyny.
Kształtna blondynka w obcisłych szortach i krótkim podkoszulku rzuciła mu
powłóczyste spojrzenie spod długich rzęs.
– Uwielbiam pana program, panie McBride – zagruchała. Jej ciemnowłosa
koleŜanka, ubrana... a moŜe rozebrana?
Jeff wolał nie zagłębiać się w tę kwestię. Zatem jej ciemnowłosa koleŜanka
energicznie pokiwała głową.
– Oglądałyśmy wczoraj pański program. W rozpiętej koszuli wyglądał pan tak...
seksy.
– MoŜemy prosić o autograf? – niemal bez tchu spytała trzecia, o włosach barwy
piasku. Jeff znalazł się w pułapce, przyciśnięty do półki z proszkiem do prania.
– Tak... naturalnie wyjąkał.
– Potrzymam pański koszyk – zaproponowała brunetka.
– Niech pan pisze tutaj, na liście zakupów – powiedziała trzecia. Rozejrzała się za
jakimś pulpitem, ale nic nie znalazła. – MoŜe na moich plecach?
Jeff złoŜył dwa podpisy na dwóch oddzielnych kartkach. Blondynka wyciągnęła z
torebki dolarowy banknot.
– Nie mam listy, więc...
Przysunęła się jeszcze bliŜej. Jeff nie miał gdzie uciekać.
– Chodzimy do technikum – powiedziała. – Czy mógłby pan przyjechać do
Lubbock na gościnny wykład?
– Jeśli nie będę zajęty przy huraganach – oświadczył Jeff. Oddał jej podpisany
banknot.
– Dziękujemy! – wykrzyknęły chórem. Na odchodnym słyszał ich głosy.
– Mmmmm!
– Ekstra facet!
– Nigdy nie wydam tego dolara.
Jeff z wypiekami na twarzy zapłacił za zakupy i uciekł do samochodu. Sam sobie
nawarzył piwa. Ot co!
Ariel powitała Jeffa uśmiechem. Od pamiętnej kłótni w garderobie minął juŜ cały
tydzień, więc miał wystarczająco duŜo czasu, by ochłonąć. Niestety, z jego
zachowania nic nie umiała wyczytać.
– Peg wspomniała, Ŝe chcesz mnie widzieć – powiedział.
– To prawda. Jak minął tydzień?
– Lepiej nie pytaj.
– Były... jakieś reakcje po twoim poniedziałkowym występie?
Westchnął cięŜko i przeczesał palcami włosy.
– Parę niespodziewanych spotkań w supermarkecie, mnóstwo listów w skrzynce
pocztowej, setki zgłoszeń zarejestrowanych przez automatyczną sekretarkę. Ludzie
potrafią być natrętni. Zastanawiam się nad zmianą numeru telefonu, Ŝeby przespać
choć parę nocy. Dzisiaj o trzeciej w nocy dzwoniło jakieś dziewczę z propozycją...
zresztą niewaŜne, – Część korespondencji do ciebie przychodzi pod naszym adresem.
– Ariel wskazała stojące w kącie duŜe tekturowe pudło, niemal po brzegi wypełnione
kartkami pocztowymi i listami.
Jeff zerknął w tamtą stronę i poruszył ustami, ale nie powiedział ani słowa.
– MoŜe przeczytasz chociaŜ kilka – zaproponowała Ariel.
– Udostępnię ci komputer, jeśli zechcesz napisać odpowiedź.
– Jasne – mruknął. Przyciągnął pudło bliŜej biurka. Ariel wyszła, pozostawiając
go przy lekturze. JuŜ zza drzwi słyszała, jak mówił do siebie coś, co brzmiało: „Nie
wierzę własnym oczom...”
W sali konferencyjnej, pod przewodnictwem Kary, zebrał się zespół wiadomości.
Omawiano plan na nadchodzący tydzień – akcja sprzątania plaŜy, petycja od
mieszkańców w sprawie wzmocnienia sił policyjnych, zabójstwo w dzielnicy
willowej.
– Co jeszcze? – spytała Kara.
Hal Monroe poprawił się w krześle i rozprostował swoje długie nogi.
– Rozmawiałem o tym juŜ z Ariel. Coś niedobrego dzieje się w szpitalu Świętej
ElŜbiety.
– Modernizują go, prawda? – spytał Steve.
– Owszem. Zaczęli prace ziemne pod budowę oddziału dziecięcego.
– To chyba ich największe przedsięwzięcie – powiedziała Kara.
– Większe, niŜ ci się zdaje – odparł Hal. – Dowiedziałem się, Ŝe jeden z
dyrektorów był osobiście zainteresowany kupnem gruntu. Dopuścił się naduŜycia...
– Ho, ho... – mruknął Steve. – Coś śmierdzi.
– I to wyjątkowo paskudnie – potwierdził Hal. – Potrzebuję jedynie zeznań
jeszcze jednego świadka i moŜemy to puścić na antenę.
– Tylko sprawdź dobrze kaŜdy szczegół – poleciła Ariel.
W głębi ducha miała nadzieję, Ŝe pogłoski okaŜą się fałszywe, ale z drugiej
strony... Byłaby to prawdziwa bomba, z pewnością zauwaŜona przez krajowe środki
przekazu.
Wyobraźnia podsuwała jej obraz zmagań na ostatnich metrach wyścigu do
Houston. Ariel wychodzi na prostą, przesuwa się do przodu, atakuje... Tak, juŜ
dobiega do linii mety... Jest! Ariel wygrywa o długość nosa, przed Chadem i
Danielem.
Wróciła do gabinetu. Jeff zawzięcie stukał w klawisze komputera. Przypatrywała
mu się przez chwilę. Rzeczywiście wyglądał interesująco... i seksownie. Dzięki niemu
juŜ w przyszłym roku być moŜe przeniesie się do Houston. Podeszła do biurka i
zerknęła na list.
Drogi Doktorze
McBride, Mam dziewięć lat. Widziałem Pana program i chcę być metrorologiem,
jak urosnę. MoŜe mi Pan napisać, co robić, Ŝeby mieć taką pracę?
Sean Wellman
Jeff parsknął śmiechem, napisał odpowiedź i odłoŜył list Seana na stos kartek
piętrzący się na podłodze. Otworzył następną kopertę.
Jeff,
Przez całe Ŝycie czekałam na kogoś w Twoim typie. Mam dwadzieścia dziewięć
lat, sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, pozostałe wymiary:
dziewięćdziesiąt jeden, sześćdziesiąt dwa, dziewięćdziesiąt trzy. Mój numer telefonu:
555-8319. Sypiam nago. A ty?
Candy Lovell
– Mmmm... Candy. Cukiereczek – mruknęła Ariel. Jeff pokręcił głową i cisnął list
na drugi, większy stos papierów.
– Śmieci? – spytała Ariel.
– Dział NN. Natręci i nimfomanki.
Ariel roześmiała się. Usiadła na kanapie, Ŝeby przejrzeć własną korespondencję.
– Posłuchaj tego – odezwał się Jeff. – „Drogi doktorze McBride, Pański program
na Kanale 4 jest czymś szczególnym dla mieszkańców Corpus Christi. PrzeŜyłem
tajfun Connie w 1983 roku i wiem, jak waŜne są wcześniejsze przygotowania.
Dziękuję, Ŝe pomyślał Pan o nas wszystkich”. Właściwie to powinien być
zaadresowany do ciebie – powiedział. – Ty wymyśliłaś ten cykl.
– A ty go realizujesz.
– Bo mnie zmusiłaś.
– Stanowimy dobrany zespół.
– Właśnie – odparł.
Wrócili do swoich zajęć. Szeleściły kartki, stukały klawisze komputerów, ale
Ariel wciąŜ czuła bliską obecność Jeffa. Słyszała szmer jego ruchów, zduszony
ś
miech, westchnienia, którymi kwitował niektóre listy, czuła zdecydowany, męski
zapach płynu po goleniu. Przez krótką chwilę dała się ponieść wyobraźni; pomyślała,
Ŝ
e przecieŜ tak mogłoby być zawsze. Wspólne weekendy, poranne spacery, gorące
dyskusje i namiętna miłość...
Nagle usłyszała jęk. Uniosła głowę. Jeff wyjął z duŜej szarej koperty parę
czarnych damskich majteczek.
Ariel otworzyła usta ze zdumienia.
– Ciekawe... Prześwitujące. Nigdy dotąd takich nie widziałam. – OdłoŜyła majtki
na biurko. – Mogę przeczytać list?
– Jaki list?
– Ten, który tak pachnie, Ŝe go czuć w całym gabinecie.
Jeff szybko chwycił róŜową, mocno skropioną perfumami kartkę i podarł ją na
drobne strzępy.
– Nie ma najmniejszej potrzeby, Ŝebyś to czytała. – Wyrzucił skrawki do kosza. –
Koniec.
– Jeff... – zaczęła Ariel uspokajającym głosem – po co się tak przejmujesz
głupimi listami? PrzecieŜ nie dzieje ci się krzywda.
– Nie? – Odepchnął pudło na bok. – Nic nie rozumiesz! Zaintrygowana przecząco
pokręciła głową.
– PrzecieŜ kobiety wciąŜ narzekają, Ŝe są postrzegane tylko jako symbol seksu, Ŝe
czują się tym poniŜone.
– Tak, ale...
– Myślisz, Ŝe z męŜczyznami jest inaczej?
– Nigdy nie rozpatrywałam tego od tej strony – przyznała Ariel.
Jeff nerwowym ruchem przygładził włosy.
– Jestem naukowcem. Jak mam zachować wiarygodność, skoro moje nazwisko
pojawia się w gazetach w zupełnie innym kontekście?
– Jeff, tak mi przykro... Nawet nie pomyślałam o takich konsekwencjach.
– Na przyszłość pomyśl.
Skinęła głową. Jeff spojrzał na zegarek.
– Muszę się juŜ zbierać – powiedział i bez poŜegnania wyszedł z gabinetu.
Tej nocy Ariel śniła o Jeffie – był jej kochankiem, pełnym namiętności i oddania.
Zbudziła się rozgorączkowana i drŜąca. Zegar na nocnej szafce wskazywał kwadrans
po piątej. Ariel wstała, wyszła na balkon i wbiła wzrok w szarzejące niebo. Czuła
słodki zapach zroszonej trawy i podmuch porannej bryzy znad zatoki. Otaczała ją
cisza. Nad horyzontem pojawił się słaby blask jutrzenki, wśród Ŝywopłotu mignęła
wiewiórka ziemna, lecz poza tym panował niezmącony spokój. Sprzyjało to
rozmyślaniom. Ariel rzadko miała okazję doświadczać takiej chwili; zwykle jej Ŝycie
przypominało zawziętą gonitwę.
Zrobiło jej się wstyd. PrzecieŜ to za jej namową Heidi wstawiła do artykułu
nazwisko Jeffa. Grała nie fair, myśląc tylko o rywalizacji z braćmi.
Chciała w blasku chwały pojechać do Houston. Z kim jednak miała świętować
swój triumf? Zwierzyła się Jeffowi, Ŝe tęskni za załoŜeniem rodziny. Naprawdę?
PrzecieŜ ponad wszystko przekładała pracę. Chad juŜ od dawna stał się niewolnikiem
telewizji. Był po rozwodzie. A ona? Do tej pory wiecznie podróŜowała, od studia do
studia, nigdzie nie zagrzewając miejsca na tyle długo, Ŝeby się ustatkować. Od prawie
roku myślała wyłącznie o Houston... Nie zamierzała zostać w Corpus Christi. Nagle
poczuła się samotna i opuszczona. Za jej plecami, w sypialni, rozległ się donośny
terkot budzika. Westchnęła głośno. Czas na przygotowania do nowego dnia.
Zanim dotarła do biura, zdąŜyła juŜ zapomnieć o porannej melancholii. Jak
zwykle tryskała pomysłami i energią. W południe odebrała szereg gratulacji za cykl o
huraganach i Ŝałowała tylko, Ŝe nie dane jej było dzielić tej radości z Jeffem.
Potem odbyła krótką telefoniczną naradę z przedstawicielem głównego kanału
telewizji krajowej, który czasem brał materiały z sieci Fostera, a resztę dnia spędziła
na przeglądaniu listów. Nie, Kanał 4 nie jest zainteresowany programem dla dzieci, w
którym aktorzy występowaliby przebrani za świerszcze. Nie, nie nadają programów
po arabsku. Tak. chętnie podejmą współpracę z miejskim departamentem policji
podczas akcji na rzecz ograniczenia przestępczości.
Spotkała się teŜ ze Steve’em, by przejrzeć listę kandydatek do prowadzenia
dziennika. Wybrali cztery. Steve miał je zaprosić do studia na wstępne przesłuchanie.
O szóstej po południu postanowili zrobić sobie małą przerwę. W korytarzu spotkali
Jeffa i Karę. Jeff taszczył kawał drewna, a Kara skrzynkę z narzędziami.
Steve natychmiast podbiegł do Kary.
– Pozwól, Ŝe ci pomogę.
– Dzięki. Zrobiliśmy zakupy do następnego programu. Jeff będzie mówił, jak
zabezpieczyć dom przed nadchodzącą wichurą. Chodźcie, pokaŜę wam, gdzie to
złoŜyć.
Ariel szła obok Jeffa. Wczoraj był tak zirytowany, Ŝe nie wiedziała, czy zechce z
nią rozmawiać.
– Ciągle się zastanawiam, kiedy Kara nareszcie się obudzi i zauwaŜy, Ŝe ten facet
szaleje za nią – rzucił przyciszonym głosem.
Ariel popatrzyła na niego. Jak to się stało, Ŝe dostrzegł zachowanie Steve’a?
– Bywa i tak, Ŝe na to potrzeba czasu – bąknęła, Ŝeby coś powiedzieć.
– A moŜe w delikatny sposób dać jej do zrozumienia, co się dzieje? –
zaproponował Jeff.
– Niektórzy ludzie nie chwytają delikatnych aluzji. – Ariel spojrzała mu prosto w
oczy. Jeff bez wątpienia naleŜał do tej kategorii.
– MoŜe wybralibyśmy się na kolację, jeśli nie masz nic pilnego do roboty? –
spytał Jeff.
– JuŜ skończyłam – odparła, choć pamiętała o stosie listów zalegających biurko.
Jeff zaprosił ją po raz pierwszy, więc nie miała ochoty z tego zrezygnować.
Wybrali się do Lin Wan, przytulnej chińskiej knajpki w pobliŜu studia. Na deser
były ciasteczka z wróŜbą. Ariel pierwsza rozłamała swoje.
„Uwierz w siebie, a spełnią się twoje marzenia” – przeczytała. Schowała
karteczkę do torebki. Dobre motto na cały jutrzejszy dzień.
– Co znalazłeś’? – spytała.
– Nawet nie spojrzałem – odparł Jeff. – Mam dość astrologii. Moja sekretarka się
nią pasjonuje.
– Dalej, nie wstydź się.
Jeff pokręcił głową, więc wzięła jego ciasteczko i wyciągnęła kartkę.
– „Śmiej się, a zobaczysz, Ŝe cały świat poweseleje z tobą. Zacznij chrapać, a
będziesz spał sam”. – Zachichotała. – Chrapiesz?
– Nie.
– Więc nie musisz się obawiać, Ŝe... – urwała i popatrzyła na niego
rozradowanym wzrokiem.
Przez chwilę panowała cisza, aŜ w końcu rozległ się głos kelnerki:
– Państwo proszą o rachunek? Jeff zamrugał.
– Co?... tak. Oczywiście.
Po kolacji pojechali na plaŜę. TuŜ za granicą miasta Jeff zjechał z szosy.
– Chodźmy na spacer.
Ariel zdjęła sandały. Wędrowali po chłodnym piasku.
– Nocą plaŜa wygląda całkiem inaczej – powiedziała, wsłuchana w monotonny
szum fal. Niebo bez poświaty lamp i neonów wydawało się smoliście czarne. –
Większa i tajemnicza...
– Odległa od świata.
– Nie czujesz się przez to samotny? – spytała, przypomniawszy sobie poranek na
balkonie.
Roześmiał się i wziął ją za rękę.
– Nie ma mowy o samotności. Od czasu gdy zacząłem występować w telewizji,
mam wraŜenie, Ŝe pracuję w cyrku. – Zatoczył krąg ręką. – Tylko tutaj mogę być
naprawdę sobą.
– A kim jesteś, Jeff?
Zatrzymał się i ogarnął ją wzrokiem.
– Zwykłym, spokojnym facetem.
– Przede wszystkim szukasz... spokoju?
– Nie jestem pustelnikiem, Ariel, lecz cenię odrobinę prywatności.
– Byłeś kiedyś Ŝonaty?
– Nie. Zaręczyny zastały zerwane.
– Dlaczego?
– PoróŜniła nas telewizja.
Przez chwilę sądziła, Ŝe to dowcip, ale nie... mówił całkiem powaŜnie.
– Nie rozumiem.
Jeff westchnął cięŜko i wbił wzrok w fale.
– Kilku pracowników banku, którym zarządzał mój ojciec, było zamieszanych w
aferę z praniem brudnych pieniędzy. Ojciec nic o tym nie wiedział, lecz zarzucono mu
współudział. Tak przynajmniej postrzegały tę sprawę środki przekazu. Gdziekolwiek
się ruszył, czekał na niego tłum reporterów, kamery, mikrofony... Nie podobało się to
mojej narzeczonej, Elaine. – Roześmiał się gorzko. – Widzisz, jej ojciec był
prawnikiem, sędzią, a ona sama zamierzała zrobić karierę. Marzyła o pracy w
Kongresie i nie chciała się wiązać z kimś, na kim ciąŜył choćby najmniejszy cień
podejrzenia o korupcję. Zerwała zaręczyny.
– Musiało ci być cięŜko. Pokiwał głową.
– Jak tylko wybuchł skandal, zaczęła się spotykać z synem senatora z Kolorado.
Bez wątpienia stanowił duŜo lepszą partię. W końcu się pobrali.
Nic dziwnego, Ŝe wprost nie cierpiał telewizji i Ŝe tak trudno było pozyskać jego
zaufanie. Ariel cisnęło się na usta tylko jedno zdanie:
– Głupia baba.
Jeff skwitował to krótkim śmiechem.
– Ktoś mógłby nazwać ją „zręcznym politykiem”. Pochylił się, podniósł z piasku
muszlę i cisnął ją w fale.
– I tak bym jej nie poślubił, skoro za moimi plecami spotykała się z innym.
– Ja teŜ byłam zaręczona – po chwili wyznała Ariel. – TuŜ przed przeprowadzką
do Corpus Christi.
– Co się stało?
Czasem dobrze podzielić się wspomnieniami z kimś, kto chce cię wysłuchać.
MoŜna wtedy na nowo ocenić pewne sprawy...
– Mieszkałam w Fort Worth. Pracowałam tam jako zastępca kierownika
miejscowej stacji telewizyjnej. Keith wraz z bratem prowadził sieć sklepów z męską
odzieŜą. Zrobiliśmy im parę reklam... a po pół roku byłam juŜ zaręczona. Tyle tylko
Ŝ
e Keith wciąŜ mnie namawiał, Ŝebym rzuciła pracę. Chciał ze mnie zrobić
prawdziwą damę...
– Nie wyobraŜam sobie, Ŝebyś mogła usiedzieć w domu.
– Nie?
Parsknął śmiechem.
– Huragan Ariel? Jesteś szybsza i bardziej zwrotna od graczy Małej Ligi.
– Przyjęłam jego oświadczyny.
– Chyba cię źle oceniłem – odparł ze zdumieniem.
– Nie, to ja popełniłam błąd. Chciałam, Ŝeby Keith był szczęśliwy. Kochałam go,
a przynajmniej sądziłam, Ŝe kocham.
– Co się zmieniło?
– Wiele rzeczy. Początkowo nikomu nie mówiliśmy o naszych planach. Nawet
najbliŜszej rodzinie. Nagle tata zadzwonił z propozycją, Ŝebym przejęła kierownictwo
Kanału Czwartego w Corpus Christi. – Puściła rękę Jeffa i odwróciła się w stronę
morza. Poczuła słone krople na policzkach.
Jeff stanął tuŜ za nią i połoŜył dłonie na jej ramionach.
– I?
– Zrozumiałam, Ŝe nie zrezygnuję z tej pracy.
– Nie chciałaś być damą?
– Nie – odparła z kwaśnym uśmiechem. – Próbowałam przekonać Keitha, Ŝe moja
decyzja nie zawaŜy na naszym szczęściu. Miał przecieŜ dwa sklepy branŜowe w San
Antonio i Austin. Mógł otworzyć trzeci, w Corpus Christi. Obiecywałam mu, Ŝe
stworzę prawdziwy dom i Ŝe na pewno nie będzie niczego Ŝałował. – Westchnęła. –
Odparł na to, Ŝe nie wyjedzie z Fort Worth. Dla mnie najwaŜniejsza była jednak
kariera, choć bardzo przeŜyłam rozstanie. Gdybym wcześniej powiedziała ojcu...
– Byłabyś teraz nieszczęśliwą Ŝoną – dokończył. Ciepłe palce masowały jej kark i
łagodziły napięcie.
– Chyba masz rację.
Stali w milczeniu, zatopieni we własnych myślach. Nagle rozległ się głośny
warkot. Na plaŜę wjechała grupa motocyklistów.
– Tu będzie ekstra miejsce! – zawołał któryś.
– Robimy imprezę!
Z głośników buchnął heavymetal. Dźwięki muzyki zagłuszyły szum fal i zburzyły
ciszę nocy.
Wrócili do samochodu. Jeff podwiózł ją na parking i odprowadził do auta.
– Muszę wyjechać na parę dni na Florydę, Ŝeby sfinalizować plan projektu –
powiedział przy poŜegnaniu. – Zobaczymy się w poniedziałek.
– Dobrze.
Lekko przyciągnął ją do siebie.
– Po dzienniku pójdziemy coś zjeść, zgoda?
– Zgoda.
Pochylił głowę. Ariel zamknęła oczy.
Poczuła jego usta na swoich wargach.
BoŜe, pomyślała, czując, jak uginają się pod nią nogi. Zapomniała o całym
ś
wiecie w uścisku silnych męskich ramion...
A potem powróciło poczucie krzywdy, poniewaŜ przypomniała sobie, jak
ostatnim razem pozostawił ją samą, takŜe przy samochodzie. Wezbrał w niej gniew.
Tym razem to właśnie ona odeszła bez słowa.
ROZDZIAŁ 9
W ciągu kilku następnych dni Ariel i Steve odbywali spotkania z kandydatkami
na prezenterkę wieczornych wiadomości. Pod koniec czwartego przesłuchania Ariel
zerknęła na swego asystenta, a ten lekko skinął głową: Bez wątpienia Wendy Norris
pokonała swoje rywalki – wysoka, zgrabna, obdarzona duŜą pewnością siebie, o
twarzy, która łatwo zapadała w pamięć widzów: ciemne, falujące włosy, duŜe
brązowe oczy i szczery uśmiech. Świetnie wyglądała przed kamerą, więc Ariel uznała,
Ŝ
e warto ją posadzić obok Hala.
– Podobasz się nam, Wendy – powiedziała bez ogródek. – Jeśli wciąŜ chcesz
pracować u nas, moŜemy spisać kontrakt.
– Chcę.
Ariel podała jej wysokość proponowanej na początek pensji.
– Tym bardziej chcę – stwierdziła Wendy.
– Powinnaś zacząć jak najszybciej. MoŜe pierwszego września?
Wendy skinęła głową.
– Świetnie – z uśmiechem powiedziała Ariel. – Zaraz przygotuję umowę. MoŜe
uczcimy to wspólnym lunchem? Będziesz miała okazję poznać szefową produkcji
Karę Taylor oraz kolegę, z którym poprowadzisz dziennik, Hala Monroe. Kara
zabrała się z Halem, a Ariel dosiadła się do Steve’a. Steve z galanterią otworzył przed
Wendy drzwiczki. Kiedy pomknęli brzegiem morza, Wendy patrzyła przez okno na
rzędy palm, połyskującą wodę i tłumy opalonych plaŜowiczów. Mniej odwaŜni
czciciele słońca kryli się pod osłoną róŜnobarwnych parasoli.
– Nie mogę się wprost doczekać, Ŝeby spędzić tu nieco więcej czasu – odezwała
się w pewnej chwili. Popatrzyła na Steve’a. – Uprawiasz surfing?
– Trochę. Przy dobrej pogodzie – odparł. Ariel słuchała go ze zdumieniem. Nie
miała najmniejszego pojęcia, Ŝe Steve surfuje.
– A ty? – spytał.
– W Abilene nie miałam na to Ŝadnych szans, ale bardzo chcę się nauczyć. –
Wendy obdarzyła go promiennym uśmiechem. Steve aŜ pokraśniał z radości, a w
restauracji wybrał miejsce tuŜ przy niej i zaproponował, by zamówiła pasta
primavera.
Ariel wzięła do ręki kieliszek wina.
– Za nowego pracownika Kanału Czwartego – zaproponowała.
– Za moją nową koleŜankę – dodał Hal.
– Za długą i owocną współpracę – powiedział Steve. Ariel zamrugała ze
zdziwienia. Steve rzadko wygłaszał toasty.
W czasie lunchu Wendy oznajmiła:
– Muszę się rozejrzeć za jakimś mieszkaniem. Kto mógłby mi coś polecić?
Kara wspomniała o apartamencie w pobliŜu plaŜy, Hal rzucił adres domku
wystawionego na sprzedaŜ. Wendy popatrzyła naSteve’a.
– PomoŜesz mi w wyborze?
Steve zerknął na Karę, lecz ta była całkowicie pochłonięta jedzeniem.
– Jasne.
– Zadzwonię do ciebie. Przygotujemy plan marszruty. Początek romansu,
pomyślała Ariel. Ciekawe, czy ktoś oprócz niej to zauwaŜył.
– Widziałaś ją? – burknęła Kara, gdy wraz z Ariel wróciły do studia.
– Niby kogo?
– Tę Wendy Norris. ZauwaŜyłaś, jak się zalecała do Steve’a? Zaskakujące,
pomyślała Ariel. PrzecieŜ Kara nie zwracała najmniejszej uwagi na zachowanie
Wendy.
– Chyba go polubiła.
– Polubiła?! „Co proponujesz, Steve? PomoŜesz mi w wyborze? Przygotujemy
plan marszruty...” – fuknęła jak rozzłoszczona kotka. – „A moŜe zamieszkam u
ciebie?”
– Tego nie powiedziała.
– Ale tak pomyślała.
Ariel z trudem powstrzymywała się od śmiechu.
– Co w tym złego? Steve od dawna jest pełnoletni.
– A teraz trafił na barrakudę.
– Nie przesadzaj. Potrafi o siebie zadbać.
Kara zmierzyła ją złym spojrzeniem i skrzyŜowała ręce na piersiach.
– Na pewno? Jest taki miły i słodki. Niemal... niewinny. Połknie go na śniadanie.
Ariel uniosła brwi. Bawiła się coraz lepiej.
– MoŜe chce być połknięty.
– Ha!
– Niektóre z nas są łase na niewinnych chłopców... – chytrze dodała Ariel.
– A ty?
Natychmiast pomyślała o Jeffie. Nie, on nie naleŜał do niewinnych. Zwłaszcza
gdy całował.
– Nie w twoim typie, prawda? – Kara uśmiechnęła się domyślnie. – Wolisz
wysokich, śniadych i zadumanych.
Ariel spłonęła rumieńcem.
– Steve wcale nie jest tak niewinny, na jakiego wygląda – skierowała rozmowę na
właściwe tory.
– Nie?
– Nie.
Kara zmarszczyła brwi.
– Skąd wiesz?
– Sama nie mam w tym względzie Ŝadnych doświadczeń, ale słyszałam to i owo...
– Naprawdę? – Kara z trudem powstrzymywała rozpierającą ją ciekawość. – Od
kogo?
– Znasz naczelną zasadę dziennikarstwa: „Nigdy nie ujawniaj źródeł”.
Ariel z uwagą obserwowała grę emocji na twarzy Kary: zaskoczenie,
zainteresowanie, nawet błysk zazdrości. Następny ruch naleŜał bezsprzecznie do niej.
Kara nie zastanawiała się długo.
– Potrzebujesz mnie jeszcze? Jak nie, to muszę pędzić. Zdecydowanym krokiem
skierowała się do pokoju Steve’a.
Stanęła w progu i spytała:
– MoŜemy chwilę porozmawiać?
Ariel wróciła do swojego biurka, tłumiąc śmiech. Cieszyło ją, Ŝe Kara przejrzała
na oczy. Słodki i miły Steve wpadł we właściwe sidła. Ciekawe, co z tego wyjdzie.
Zadzwonił telefon. Gubernator stanu zamierzał jutro złoŜyć wizytę w mieście.
Ariel natychmiast połączyła się z redaktorem dyŜurnym, Ŝeby sprawdzić, kto z
reporterów będzie mógł przygotować krótki wywiad. Wkrótce gruchnęła wieść, Ŝe na
autostradzie doszło do karambolu. Wycie syren dało się słyszeć aŜ w biurze Ariel. Z
lądowiska poderwał się śmigłowiec opatrzony znakiem Kanału 4. Do gabinetu Ariel
zajrzał Perry Weston. Wspomniał coś o burzach przewidywanych na koniec tygodnia.
– Kto o nich będzie mówił? Pan Tajfun? – spytał z przekąsem.
– Ty – warknęła poirytowana Ariel.
Perry wycofał się. Znowu zadzwonił telefon. I znowu.
Ariel pracowała niemal do jedenastej wieczór. Wróciła do domu zmęczona i
ś
piąca, a mimo to pomyślała o Jeffie. Jak mu się wiedzie na Florydzie? Jak spędza
kaŜdy wieczór? Znalazł kogoś do towarzystwa czy nadal pamięta o niej? TuŜ przed
zaśnięciem ujrzała jego twarz i poczuła słodki smak pocałunku. Ciekawe, co wymyśli
przy następnym spotkaniu? – przebiegło jej przez głowę.
Budzik zadzwonił punktualnie o szóstej rano. Wstawał nowy, jak zawsze
burzliwy dzień. Problemy techniczne ze śmigłowcem, operator ranny w starciu ze
złodziejem próbującym obrabować sklep, jeden z dziennikarzy złoŜony chorobą. Ariel
nie miała czasu, by złapać głębszy oddech.
Nawet w weekend nie dane jej było odpocząć. W sobotę wzięła udział w
spotkaniu American Association of University Women i w przyjęciu wydanym przez
Padre Island Tourist Association. Dowlokła się do domu o drugiej w nocy. Wkrótce,
zgodnie z prognozą, rozpętała się burza, więc przesiedziała do rana skulona pod
kołdrą, nasłuchując huku piorunów.
W niedzielę spotkała się ze Steve’em na roboczym śniadaniu w The Coffee Shop.
Steve był dziwnie roztargniony.
– Nie słuchasz mnie – w końcu skarciła go Ariel.
– Przepraszam. Myślałem o czym innym.
– O czym? – spytała, choć wydawało jej się, Ŝe zna odpowiedź.
– Kara zaprosiła mnie dziś na kolację.
– Naprawdę? – Przyjrzała mu się uwaŜniej. – Nie wyglądasz na szczęśliwego.
PrzecieŜ marzyłeś o tym całe Ŝycie.
Steve przez chwilę dłubał widelcem w talerzu.
– Tak, ale powiedziała, Ŝe chce ze mną przedyskutować parę spraw związanych z
dziennikiem o dziesiątej. Sam nie wiem... Nigdy wcześniej mnie o to nie prosiła.
MoŜe chodzi o tego faceta, z którym ostatnio się spotykała?
Ariel poklepała go po dłoni.
– Steve, a nie pomyślałeś o tym, Ŝe chodzi wyłącznie o ciebie?
Z namysłem zmarszczył brwi.
– Przedtem była zupełnie inna.
– MoŜe nagle odkryła, Ŝe warto ci wierzyć? W oczach Steve’a błysnął promyk
nadziei.
– Ciekawe, co zrobiłem, Ŝe zmieniła zdanie.
Nic. Podziękuj Wendy Norris. Ariel z uśmiechem wzruszyła ramionami.
– Pewnie się dowiesz dziś wieczorem.
Po rozmowie Ariel pojechała do studia, Ŝeby załatwić tylko dwie, trzy sprawy, i
rzecz jasna przesiedziała za biurkiem do wieczora. W poniedziałek rano chodziła jak
lunatyczka, a wstała na tyle wcześnie, Ŝeby przed pracą zdybać Steve’a i spytać go o
miniony wieczór.
– Było fajnie – odparł. – Rozmawialiście o facetach? – Nie. O pracy – powiedział.
– Ale... jakoś inaczej. Kara patrzyła na mnie, jakby widziała mnie pierwszy raz w
Ŝ
yciu.
– Brzmi to zachęcająco – oznajmiła Ariel i obiecała sobie w duchu, Ŝe przed
końcem dnia musi poznać relację drugiej strony.
Okazja nadarzyła się tuŜ po lunchu, gdy Kara przyszła do jej gabinetu z jakimiś
dokumentami.
– Wiem z dobrze poinformowanych źródeł, Ŝe wczorajszy wieczór spędziłaś w
towarzystwie Steve’a. Podobno rozmawialiście o programie.
– Owszem. Nigdy nie przypuszczałam, Ŝe Steve moŜe mieć w sobie tyle seksu...
na swój nieśmiały sposób.
– Cicha woda – roześmiała się Ariel. Znów pomyślała o Jeffie.
Po wyjściu Kary wzięła się do czytania listów. Pierwszy został wysłany z
Houston. Sieć Fostera planowała w sierpniu i emisję nowego serialu kryminalnego z
dość duŜą dawką erotyzmu. Świetnie! Oczywiście Chad i Daniel teŜ na tym
korzystają, lecz przecieŜ brakowało im jeszcze jednego asa w postaci McBride’a.
Mimo radości Ariel szybko ogarnęło znuŜenie. Zerknęła na kanapę stojącą w rogu
pokoju. Nie była zbyt wygodna, ale o niebo lepsza od twardego krzesła. Ariel zgarnęła
z biurka plik papierów, zsunęła buty i z ulgą zmieniła miejsce pracy. Litery skakały jej
przed oczami, rozmazywały się w ciemną plamę... Chyba trochę odpocznę, pomyślała,
rzucając dokumenty na podłogę.
– Wiesz co, Jeff?! – Debra Tucker otworzyła drzwi i z rozpłomienionym
wzrokiem zaprosiła McBride’a do środka. – W zeszłym tygodniu ktoś mnie poznał na
stacji benzynowej.
Jego teŜ – u szewca, w drogerii i na lotnisku, kiedy wchodził do samolotu
lecącego z Tallahassee.
– Dobrze być gwiazdą? – spytał.
– Wcale nie jest prawdziwą gwiazdą – wtrącił Travis.
– Jestem, kochanie.
– Nie. Powiedziałaś, Ŝe gwiazda to tak jak Madonna. Ludzie aŜ wrzeszczą na jej
widok. A Ŝaden łudź nie wrzeszczał na stacji benzynowej.
– Nie mówi się „łudź”, tylko człowiek – pouczyła Debra synka.
– śadne człowieki nie wrzeszczały na stacji benzynowej.
– Ale przecieŜ ktoś wiedział, kim jest twoja mama – zaoponował Jeff. – Jak się
poczułaś, Debro?
– Bosko! I nie zwracaj uwagi na Travisa. Ze wszystkimi lubi się kłócić. A potem
w kółko opowiada kolegom o swojej sławnej mamie.
Jeff osobiście nie przepadał za sławą. Nawet zaczął nosić ciemne okulary, co
zresztą nie przeszkodziło kilku egzaltowanym panienkom rozpoznać go na ulicy.
– Wiesz co, Travis? Nadejdzie dzień, Ŝe ty takŜe będziesz gwiazdorem. Nowy
Macaulay Culkin.
Malec szeroko otworzył oczy.
– O kurcz...
– Travis! – Debra obrzuciła go karcącym spojrzeniem. – Natychmiast przeproś. –
Zmarszczyła nos. – Nie wiem, kto go uczy takich wyraŜeń.
– Przepraszam – powiedział Travis. – śartował pan?
– A mógłbym? Dzisiaj przed kamerami opowiem twojej mamie, jak wyjaśnić
dzieciom, co to są huragany.
– Na przykład: „Idzie burza i lepiej się schować. MoŜe ci zdmuchnąć domek”.
– Jak Zły Wilk od trzech świnek? – zapytała czteroletnia Tammy. – „Dmuchnę,
chuchnę i wydmuchnę domek”. – Z głośnym chichotem wydęła policzki.
– Niezupełnie w ten sposób – powiedział Jeff.
– Dzieci niewiele wiedzą o pogodzie – wtrąciła Debra. – Boją się duŜego wiatru.
– Bo to tchórze – zawołał Mark.
– Po naszym dzisiejszym wykładzie będą wiedzieć o wiele więcej o burzach –
obiecał Jeff. Operator włączył kamerę.
– PrzeraŜeniem napawa myśl, Ŝe nasz dom moŜe znaleźć się w samym centrum
szalejącego huraganu – zaczął Jeff. – Najbardziej boją się dzieci. Psycholog, doktor
Don Carroll, twierdzi, Ŝe w takiej sytuacji trzeba z dziećmi jak najwięcej rozmawiać.
Dziś, przy udziale rodziny Debry Tucker, pokaŜemy wam, jak to robić.
Jeff ledwo zdąŜył do studia. Miał nadzieję, Ŝe spotka Ariel, ale nawet nie zajrzała
do reŜyserki. Zaraz po nagraniu poszedł jej szukać.
Myślał o niej na Florydzie, i to w najmniej odpowiednich momentach. W czasie
lunchu z przedstawicielem stanowych władz usłyszał nagle perlisty śmiech i przez
chwilę sądził, Ŝe to właśnie ona. To znowu poczuł zapach perfum... KaŜdej nocy,
samotny w pokoju hotelowym, marzył o miłości z Ariel.
Teraz zamaszystym krokiem przeszedł przez korytarz wprost do jej gabinetu.
Sekretarka, która wciąŜ jeszcze pamiętała jego groźne wtargnięcie, przesłała mu
niepewny uśmiech.
– Jest u siebie.
– Dzięki. – Otworzył drzwi i wszedł do środka. Przez kilka sekund myślał, Ŝe
pokój jest pusty. Potem zobaczył Ariel leŜącą na kanapie.
Spała, skulona niczym dziecko, z ręką podłoŜoną pod głowę. Pasmo złocistych
włosów opadło na policzek. Jeff podszedł bliŜej. Patrzył na piersi, biodra, smukłe
nogi i drobne stopy. Spod cienkich rajstop prześwitywały pomalowane na róŜowo
paznokcie. Chciał ją przytulić, pieścić, kochać.
Westchnęła przez sen. Jeff zdjął z krzesła Ŝakiet i przykrył ją. Poruszyła się.
Otworzyła zaspane oczy i popatrzyła na niego ze zdumieniem. Śpiąca Królewna,
obudzona najlŜejszym dotykiem.
– Jeff... – szepnęła i dotknęła jego policzka. – Śniłeś mi się.
– Naprawdę? – Był ciekaw, czy jej sny były równie erotyczne jak jego.
– Kiedy przyszedłeś? – spytała Ariel.
– Przed chwilą. Chciałem cię zobaczyć.
Pochylił się i pocałował ją. Poczuł ciepło jej ust na swoich wargach. Przyklęknął,
odrzucił na bok okrywający ją Ŝakiet i pogłębił pocałunek. Dłonią objął pierś i przez
cienką bluzkę delikatnie pieścił brodawkę. Ariel jęknęła, a ten jęk zerwał ostatnie
okowy. Jeff stracił panowanie nad sobą. Ariel bez przerwy powtarzała jego imię.
Chciał się z nią kochać tu i teraz, na ciasnej kanapie, przy błyskającym w tle
monitorze komputera i przy Bóg wie ilu ludziach za ścianą.
– Pragnę cię – wyszeptał. – Pragnę...
Zza drzwi dobiegł stłumiony śmiech. Jeff otrzeźwiał. Pod niósł się i drŜącą dłonią
pogładził Ariel po policzku.
– Jedźmy do domu – zaproponował chrapliwym szeptem – Dobrze –
odpowiedziała, podając mu rękę.
Pomógł jej wstać z kanapy. Przywarła do niego całym ciałem. Czemu zwlekałem
tak długo? – pytał w myślach. Czy zdołam wytrzymać jeszcze chwilę?
To, co się stało – co miało stać się nieco później – było nieuniknione.
ROZDZIAŁ 10
Przez hol budynku, w którym mieszkał Jeff, przeszli mocno przytuleni. W
windzie przylgnęli do siebie w namiętnym pocałunku.
Chwilę później znaleźli się w mieszkaniu.
– Masz... ochotę na małego drinka?
– Wolę ciebie – zaśmiała się Ariel.
– Dzięki Bogu. Jeszcze minuta i... – Jeff szeroko rozwarł ramiona, a ona rzuciła
mu się na szyję. Przez długi czas trwali w zmysłowym pocałunku, aŜ w końcu Jeff
chwycił ją na ręce i zaniósł do sypialni. Obsypywał pocałunkami i jednocześnie
rozbierał ją z taką wprawą, jakby robił to juŜ wiele razy. Po chwili leŜała naga pod
jego płonącym spojrzeniem.
Podniosła się i pomogła mu zrzucić ubranie. Trwało do dosyć długo, gdyŜ Jeff
wciąŜ muskał ustami jej jedwabistą skórę.
– Rozpraszasz mnie – powiedziała w końcu.
– Uhm... – Zacisnął usta wokół jej sutka.
Jęknęła cicho i chwyciła go za ramiona. Z westchnieniem powitała gorący dotyk
jego skóry. Poczuła jego ręce na swoich plecach, sunące wzdłuŜ kręgosłupa, w stronę
pośladków...
– Śniłem o tobie od dnia, w którym wtargnęłaś do mojego gabinetu – szepnął
między jednym pocałunkiem a drugim. – Jesteś piękna.
– A ja uwaŜałam cię za kretyna. Zamarł w bezruchu.
– Słucham?
Deszcz całusów spadł mu na piersi.
– Za wspaniałego, pełnego seksu durnia.
Ze śmiechem próbował uciec, ale go przytrzymała.
– Mmmm... Co do jednego miałam rację. Jesteś seksy. Roześmiał się chrapliwie.
– JuŜ nie jestem durniem?
– Nie. Pomyliłam się.
Uwolniła się z jego uścisku i nagle, szybkim ruchem, ściągnęła mu slipki. Jeff
jęknął, czując dotyk jej palców. Potem nie było juŜ zbędnych słów, tylko pieszczoty
spragnionych dłoni i ust. Gdy się połączyli, namiętność wciągnęła ich w swój
niespokojny rytm, by mogli wznieść się na szczyt rozkoszy. Z wolna, zmęczonym
ruchem, opadli na pościel. Ariel otworzyła oczy.
– Wróciliśmy?
– Chyba tak.
– Gdziekolwiek byłam, dotarłam tam po raz pierwszy.
– Wydawało mi się, Ŝe lecę porwany wichrem – wyznał Jeff. Pocałował ją lekko.
– Tornado Ariel.
Kilka minut leŜeli w milczeniu. Jeff wodził palcem po jej twarzy.
– Dlaczego uwaŜałaś mnie za durnia?
– A ten znowu swoje... Naprawdę cię to martwi?
– Zwykła ciekawość. Ariel uniosła się na łokciu.
– Miałam znakomity pomysł, a ty mnie wcale nie chciałeś słuchać.
– KaŜdy, kto się z tobą nie zgadza, musi być durniem? Pocałowała go prosto w
nos.
– Nie, ale byłam wściekła. Koniecznie chciałam zrobić ten cykl programów, lecz
w głębi serca pragnęłam ciebie.
Jeff wybuchnął śmiechem.
– MoŜesz korzystać ze mnie, ile zechcesz.
– Tak szybko?
– Lepiej się przytul. Zaraz będzie ciąg dalszy.
Tym razem ich wspólne przeŜycia były jeszcze bardziej kolorowe. Nieco później
Ariel, wtulona w silne ramiona Jeffa, zdała sobie sprawę, Ŝe jej Ŝycie uległo
całkowitej zmianie. To, co się wydarzyło, było czymś więcej niŜ udanym spełnieniem.
Ariel budziła się powoli. Nie otwierała oczu, a mimo to czuła ciepły blask słońca,
sączący się przez kotary, i dotyk rozgrzanego ciała Jeffa. Wtem usłyszała ciche
mruczenie. Uchyliła powieki i spojrzała wprost w parę wielkich zielonych oczu, które
naleŜały do duŜego białego kota leŜącego przy jej ramieniu.
– Cześć, kiciu – powiedziała. Jeff teŜ juŜ nie spał.
– Huragan?
Kot wstał z głośnym miauknięciem, przeszedł przez Ariel i rozciągnął się na
piersi Jeffa.
– Lokator? – Ariel wyciągnęła rękę, Ŝeby pogładzić lśniące białe futro.
– Tak. Całe szczęście, Ŝe wczoraj nam nie przeszkadzał. Jeff pogłaskał ulubieńca
po głowie. Kot zamruczał z rozkoszą. Wcale ci się nie dziwię, pomyślała Ariel, twój
pan tu prawdziwy mistrz.
– Nabrałaś ochoty na śniadanie?
– Uhm. Masz sok pomarańczowy?
– Grejpfrutowy.
Zmarszczyła brwi i głośno cmoknęła go w policzek.
– W pomarańczowym jest więcej witaminy C.
– Dopiszę go do listy zakupów. Tymczasem pozwól, Ŝe zajrzę do lodówki. MoŜe
znajdę coś równie poŜywnego.
Odsunął kota i wstał z łóŜka.
Ariel zerknęła na swoje pogniecione ubranie leŜące na podłodze.
– Masz coś, co mogłabym na siebie włoŜyć? – spytała. Jeff musnął ją
spojrzeniem.
– A moŜe zjemy nago?
– To jeden z pomysłów Candy?
– Czyj?
– Chyba nie zapomniałeś. Dziewięćdziesiąt jeden, sześćdziesiąt dwa,
dziewięćdziesiąt trzy. Dostałeś od niej list. Doszło do spotkania?
Jeff popchnął Ariel na poduszki.
– Znasz odpowiedź – szepnął, obsypując pocałunkami jej twarz i szyję. Kot
miauknął z dezaprobatą, zeskoczył na podłogę i podreptał do drzwi.
– Dajmy sobie spokój ze śniadaniem – zaproponował Jeff.
– Nigdy nie wolno zapominać o posiłkach, doktorze McBride. To jedna z moich
głównych zasad. Teraz bądź dobrym chłopcem i pozwól mi się ubrać.
– Twarda z ciebie sztuka, panno Foster – westchnął. Wstał, wciągnął dŜinsy,
potem wyjął z szafy szary podkoszulek z czerwonym nadrukiem „Carpe Diem”.
– Ciesz się chwilą. Całkiem dobre motto.
Wciągnęła podkoszulek Jeffa i wstała. Sięgał jej niemal do kolan.
– Chyba trochę za długi.
– Wyglądasz bardzo seksownie. – Oczy Jeffa pociemniały. – Na pewno nie chcesz
chociaŜ na chwilę zapomnieć o śniadaniu?
Podszedł bliŜej.
– Nie kuś...
– Mówiłaś kiedyś, Ŝe wyjątek potwierdza regułę.
– Łapiesz mnie za słówka? – roześmiała się Ariel. – Muszę wcześnie być w pracy.
MoŜe innym razem.
Złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie.
– śadnych „moŜe”.
Wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.
– Na pewno.
Potem wyślizgnęła się zręcznym ruchem i uciekła do łazienki. Spojrzała na swoje
odbicie w lustrze. Oczy jej błyszczały. Wargi były opuchnięte od pocałunków. Na szyi
widniał maleńki ślad po szczególnie namiętnym pocałunku. Miała wypisaną na twarzy
upojną noc. Wykąpała się i poszła do kuchni, skąd dochodził smakowity zapach
ś
niadania. Na moment przystanęła w salonie, zdumiona widokiem rozciągającym się
za ogromnym oknem.
– Nie zauwaŜyłam tego przedtem. Jak cudnie...
Okno wychodziło wprost na zatokę, migoczącą teraz setkami złotych plamek
rzucanych przez wschodzące słońce. Nad plaŜą, na tle bezchmurnego nieba,
przelatywały śnieŜnobiałe mewy. W oddali płynęła kolorowa Ŝaglówka. Ariel
otworzyła przeszklone drzwi i wyszła na balkon. Głęboko wciągnęła w płuca słoną
woń morza.
– To szczęście mieszkać w takim miejscu – zawołała przez ramię. – Co dzień
rano oglądać ocean. Wspaniałe.
Jeff podszedł do niej i objął ją.
– Pięknie, bo ty tu jesteś. – Musnął pocałunkiem jej skroń. – Przyjdziesz
wieczorem?
– Tak. O, do licha, dziś jak co miesiąc cały nasz zespól wybiera się do kręgielni.
Dołączysz do nas? Potem...
– .. . się pokochamy. Dobrze.
Na śniadanie były grzanki i jajecznica. Ariel wpadła na chwilę do domu, by się
przebrać. Smętnym wzrokiem popatrzyła na rower, lecz ostatecznie doszła do
wniosku, Ŝe moŜe sobie darować poranną porcję ćwiczeń.
Wieczorem Jeff podjechał pod kręgielnię. Nie przepadał za tym sportem, ale teraz
nie mógł się doczekać, by wejść na salę. Niemal biegiem pokonał schodki.
Wewnątrz było gwarnie i tłoczno. Zewsząd dobiegał łoskot kul i klekot
przewracanych kręgli. W powietrzu unosiła się gęsta chmura papierosowego dymu.
Gracze w koszulkach z napisami „Lucky Strikes” albo „AHey Cats” okupowali
większość ławek. Jeff przepchnął się przez ciŜbę i po drugiej stronie sali dostrzegł
parę osób ze studia.
Ariel pomachała radośnie w jego stronę. Z włosami związanymi w kucyk
wyglądała jak nastolatka. Miała na sobie dŜinsy i Ŝółto-zielono-pomarańczową bluzę
ze znakiem Kanału 4 oraz napisem „StriKCORps”, co miało pewnie znaczyć „Strike
Corps”.
– Jak się masz, Jeff. – Hal Monroe wyciągnął rękę na powitanie. – Miło cię. tu
widzieć. Potrzebujemy dodatkowego gracza. Lubisz kręgle?
– Pewnie. – Musiał się czymś zająć, Ŝeby odpędzić niestosowne myśli. Patrzył na
Ariel tylko krótką chwilę, ale to wystarczyło, by poczuł mrowienie w lędźwiach. Miał
nadzieję, Ŝe gra nie potrwa długo, bo...
– Wybierz sobie kulę – powiedział Hal.
– Co?
– Kulę – powtórzył Hal. – Tam leŜą.
– Aaa... prawda. Muszę teŜ włoŜyć trampki. – Jeff zniknął w szatni.
Gdy powrócił, Hal przedstawił mu Ŝonę, Janelle, drobną ciemnooką kobietę, która
dziś wieczór takŜe po raz pierwszy brała udział w grze. Ona, Hal, Ariel i Jeff
stanowili jedną druŜynę, Kara, Steve i dwóch reporterów dziennika – drugą. Jeff ze
zdumieniem spostrzegł, Ŝe Kara siedziała tuŜ obok Steve’a. Lekko trącił Ariel i
ukradkowym ruchem głowy wskazał na nich.
– Co się stało? – szepnął.
– Zazdrość to potęga.
Przytaknął. Nie wiedział wprawdzie, co było powodem zazdrości Kary, ale musiał
przyznać, Ŝe podziałało. Sądząc z wyrazu twarzy, Steve całkowicie wpadł w jej sieci.
– Ty pierwsza, Ariel – odezwał się Hal.
ZwaŜyła kulę w ręku, zmruŜyła oczy i za jednym razem strąciła wszystkie kręgle.
– Jest! – Triumfalnie uniosła zaciśniętą pięść i wróciła na ławkę.
Jeff z uwielbieniem spoglądał na nią do końca wieczoru. Gdy po meczu wracali
do samochodów, powiedział:
– Grałaś jak zawodowiec. MoŜna by pomyśleć, Ŝe to były mistrzostwa świata, a
nie zabawa kolegów z pracy.
– Mam to we krwi – odpowiedziała. – Tata był obrońcą w druŜynie futbolowej
Teksas Longhorns i zaszczepił w dzieciach chęć do rywalizacji. Zawsze powtarzał:
„Bądźcie najlepsi”. Walczyliśmy ze sobą wszędzie: w szkole i na boisku.
– Nie kłóciliście się?
– Nie. Tata nauczył nas takŜe przegrywać. NajwaŜniejsza była sama walka.
– Jak ci się wiodło? Chyba byłaś najmłodsza.
– Tak, i najmniejsza, a do tego dziewczyna. Ale tu się zdziwisz, gdyŜ nieraz
pierwsza docierałam do mety. – Uśmiechnęła się. – DuŜo lepiej pływałam, duŜo lepiej
jeździłam konno i miałam lepsze stopnie z angielskiego. Chad robił masę błędów, a
Daniela interesowały wyłącznie nauki ścisłe.
Wsiadła do samochodu.
– Do zobaczenia za dziesięć minut.
W drodze do domu Jeff wrócił myślami do rozmowy. Nie rozumiał, jak moŜna
namawiać własne dzieci do tak ostrej rywalizacji, ale w końcu był jedynakiem, więc
wyrastał w innych warunkach. Z drugiej strony miał niezachwianą pewność, Ŝe jego
ojciec postąpiłby inaczej, nawet gdyby miał dwanaścioro dzieci. Ciekawe, jak
dzieciństwo wpłynęło na charakter Ariel. Czy nadal wszystko postrzegała wyłącznie
przez pryzmat walki?
Nie były to wesołe myśli. Na szczęście, kiedy zobaczył Ariel wysiadającą z
samochodu, zapomniał o boŜym świecie.
Ariel wyciągnęła z auta duŜą papierową torbę.
– Pomogę ci – oświadczył Jeff. – Dobry BoŜe, aleŜ to cięŜkie! Zabrałaś parę kul z
kręgielni?
– Nie. Zresztą zobaczysz. – Wyjęła jeszcze plecak i zarzuciła go na ramię.
Jeff zaniósł papierową torbę do kuchni. Huragan natychmiast wskoczył na stół,
Ŝ
eby asystować przy rozpakowywaniu. Jeff zgonił go i sięgnął po pierwszą paczkę.
– Płatki.
– Na śniadanie.
Ś
wieŜy sok pomarańczowy, kiełki, ser sojowy i puszka kociej karmy.
– Smakołyki dla ciała...
– Dla ducha teŜ będą – powiedziała z chytrym uśmieszkiem.
– Jakie?
– Zobaczysz. – Pomachała puszką w stronę kota.
– Miau! – Huragan otarł się o jej nogi.
– Droga do serca męŜczyzny wiedzie przez kota – oznajmiła Ariel. – Mogę go
nakarmić?
Jeff skinął głową i ponownie sięgnął do torby. Herbata ziołowa, cytryna...
– Jasny gwint! – Wyjął kłębek nylonu i koronek. – A to co?
– Mówiłam przecieŜ, Ŝe będą inne smakołyki.
– Jeśli to na śniadanie, to chcę jeść juŜ teraz. Zabrała mu paczuszkę.
– To na dzisiejszą noc. Spróbuj się najpierw trochę odpręŜyć.
– OdpręŜyć? – powtórzył głucho. NiemoŜliwe. Jak miał się odpręŜyć, kiedy w
wyobraźni juŜ widział Ariel odzianą w podniecająco skąpy skrawek materiału.
Ariel roześmiała się, wzięła go za rękę i pociągnęła do sypialni.
– Nieco muzyki. O, właśnie. Rozgłośnia KCOR... Muzyka dla wszystkich.
Z głośnika dobiegał głos Whitney Houston.
– Teraz łóŜko.
Jeff pomógł jej zdjąć narzutę i rozłoŜyć pościel. Ariel przysunęła się bliŜej niego.
– Teraz ty...
Rozwiązała mu krawat i powoli rozpięła koszulę. Jeff próbował skłonić ją do
pośpiechu, ale przecząco potrząsnęła głową.
– Zrobię to po swojemu. Chcę, Ŝebyś był gotowy.
– Gotowy? – roześmiał się chrapliwie. – Zaraz eksploduję.
– Na pewno nie. – Zrzuciła mu koszulę z ramion i popchnęła lekko na łóŜko.
– LeŜ spokojnie. Jak mówiłam, zrobię to po swojemu. LeŜał na plecach,
zatopiony w nieziemskiej rozkoszy. Ariel działała bez pośpiechu, draŜniąc go i
jednocześnie kusząc powolnością ruchów. Tu mały pocałunek, tam muśnięcie dłoni...
– Traktuję cię jak obiekt seksu – powiedziała z błyszczącymi oczami. – Gniewasz
się?
Gniewasz? Jeff był pijany szczęściem. Miał wraŜenie, Ŝe w magiczny sposób
dotarł w sam środek świata erotycznych fantazji.
– Jakoś to zniosę – odparł bez tchu.
ś
adna z poprzednich partnerek nie doprowadziła go do takiego stanu – ale teŜ
Ŝ
adna w niczym nie przypominała Ariel. Wyciągnął ręce w jej stronę, lecz znów mu
umknęła.
– Zaczekaj – szepnęła i zniknęła w łazience.
Po chwili rozległ się szum wody płynącej z prysznica. Jeff chciał się zerwać i
pobiec za Ariel, ale cierpliwie czekał na rozwój sytuacji.
Kiedy w końcu stanęła w drzwiach, zaparło mu dech z wraŜenia. W czarnym
negliŜu wyglądała jak ucieleśnienie męskich marzeń.
Zerwał się, chwycił ją w ramiona i zaniósł do łóŜka. Połączyli się gwałtownie,
spragnieni siebie, niezdolni zwlekać dłuŜej. Rozkosz, która na nich spłynęła, była
jeszcze bardziej oszałamiająca, choć wydawało się to niemoŜliwe. Tej nocy kochali
się jeszcze kilka razy.
Od tamtej pory wszystkie noce spędzali razem.
W poniedziałek Jeff po nagraniu przyszedł do gabinetu Ariel, która przeglądała
jeszcze dokumenty. W pewnej chwili zajrzał do nich Hal Monroe.
– Nowe wieści – powiedział od progu.
Ariel popatrzyła na niego wyczekująco, lecz Hal wskazał oczami Jeffa.
– MoŜesz mówić – uspokoiła go.
– Chodzi o tę aferę ze szpitalem Świętej ElŜbiety – oznajmił.
Jeff poczuł nagły ucisk w Ŝołądku. „Aferę?” Niby jaką? Przypomniała mu się
„afera” z jego własnym ojcem.
– Mów. – Oczy Ariel błyszczały ciekawością.
– Sprawa zatacza coraz szersze kręgi – wyjaśnił Hal. – AŜ trzech członków
zarządu miało powiązania z korporacją, która odsprzedała ziemię pod budowę
nowego oddziału.
– Masz dowody?
– Tyle, Ŝe w kaŜdej chwili moŜna puścić to na antenę. Potwierdzenia z trzech
niezaleŜnych źródeł. Ale to jeszcze nie wszystko. Kontrakt na budowę teŜ był
ukartowany. Rodzinny interes, rozumiesz? Obyło się bez łapówek, a wpływy sięgają
milionów.
Jeff miał dosyć. śałował, Ŝe przyszło mu uczestniczyć w tej rozmowie. Ciekaw
był tylko reakcji Ariel.
– Przygotuj materiał do emisji. – Zniknął gdzieś miękki, uwodzicielski głos
kochanki. Teraz miał przed sobą zimną, wyrachowaną dziennikarkę, węszącą skandal.
Z dezaprobatą patrzył na jej triumfalny uśmiech. Czuł niechęć do samego siebie.
Postąpił jak ostatni dureń: związał się z kobietą, która reprezentowała to, czym
gardził. NajwyŜszy czas zakończyć tę znajomość.
ROZDZIAŁ 11
Przed wyjściem postanowił jednak powiedzieć Ariel, co naprawdę sądzi ojej
postępowaniu.
– Masz więc swój skandal – mruknął, gdy Hal zniknął za drzwiami.
– Chyba tak – odpowiedziała. Najwyraźniej nie wyczuła sarkazmu w jego głosie.
– Ilu niewinnych ludzi ucierpi z tego powodu? Zmarszczyła brwi.
– Nikt. Słyszałeś przecieŜ, co mówił Hal. Nie powtarzamy plotek. Mamy
potwierdzenia z trzech niezaleŜnych źródeł.
– Takie „źródła” są tyle warte co plotki z magla. Zastanowiłaś się choć przez
chwilę nad motywami ich postępowania?
– Dlatego właśnie szukałam potwierdzenia – cierpliwie tłumaczyła Ariel. – Nigdy
się nie opieram na nie sprawdzonych wiadomościach.
Jeff zaklął, zerwał się z krzesła i zaczął krąŜyć po pokoju.
– Wszyscy dziennikarze są tacy sami. Wierzą obcym, bo widzą w tym własny
interes. Obskoczycie zarząd szpitala niczym stado szakali. Nic was nie obchodzi,
kogo skrzywdzicie.
– W gruncie rzeczy nie mówisz o szpitalu, prawda? – cicho spytała Ariel. –
Myślisz o swoim ojcu.
– Prawda – burknął. – W Tulsie teŜ były niezaleŜne „źródła”, zainteresowane
przede wszystkim tym, Ŝeby odsunąć podejrzenia od siebie. Ojciec porzucił pracę w
banku. Nie mógł ścierpieć towarzystwa ludzi, którzy próbowali uczynić z niego
ofiarę. Był bez winy, a mimo to nie znalazł Ŝadnej innej posady. Dlaczego? PoniewaŜ
został wcześniej osądzony i skazany przez dziennikarzy. Dopiero po dwóch latach
zatrudnił go mały prowincjonalny bank na podrzędnym stanowisku. Skandal, na
którym Ŝerowała telewizja, zrujnował mu Ŝycie.
– Przykro mi, Jeff. Być moŜe w Tulsie panowały inne prawa. Hal jest ostroŜny, w
przeciwnym razie nie pracowałby dla KCOR. Sieć Fostera nie zajmuje się plotkami.
UwaŜamy na kaŜde słowo.
Jeff oparł się o ścianę. Zmierzył Ariel ponurym spojrzeniem.
– Tak ci się tylko zdaje.
– Nie, to prawda. Uwierz mi, Jeff.
– Nie potrafię – odparł z bólem. Odwrócił głowę.
– Zatem potępiasz mnie i mój zawód tylko dlatego, Ŝe ktoś w Tulsie wykazał się
brakiem profesjonalizmu i taktu? Ludzie wciąŜ oglądają prognozę pogody, chociaŜ ta
bywa zazwyczaj mylna.
Ariel podeszła bliŜej. Popatrzył na nią.
– To nie to samo.
– Prawie to samo. Słuchaj, w przyszłym tygodniu zjedzie tu moja rodzina.
Chciałabym, Ŝebyś ich lepiej poznał, zwłaszcza mojego ojca, i dowiedział się, w jaki
sposób kieruje całą siecią.
– Wątpię, czy mnie przekona.
Ruszył w stronę drzwi. Ariel złapała go za ramię.
– Nie odchodź. Nie będę cię błagać, ale pozwól mi chociaŜ przedstawić moje
racje.
Jeff zatrzymał się i popatrzył Ariel w oczy. Wyzierała z nich determinacja.
– Jeff... Nie pozwól, Ŝeby sprawa szpitala stanęła między nami – powiedziała
Ariel.
Chciał ją odepchnąć, ale nagle, wbrew sobie, pochwycił ją w objęcia. Skąd mu
przyszło do głowy, Ŝeby ją rzucić wyłącznie ze względu na jej pracę? Nie, nie mógł
odejść – przynajmniej nie teraz. Chwycił Ariel na ręce i podszedł do kanapy. Nie
chciał czekać. Ona zresztą takŜe. Potrzebowali się nawzajem.
Dzień później sprawa szpitala znalazła się w wieczornych wiadomościach.
Członkom zarządu zapewniało moŜliwość zabrania głosu, nikt z nich jednak nie
skorzystał z prawa do obrony. Jeff pilnie śledził rozwój wydarzeń. Musiał przyznać,
Ŝ
e wszyscy reporterzy Kanału 4 zachowywali się z duŜym taktem i wyczuciem.
– Będzie jeszcze lepiej, jak poznasz tatę – zapewniła go Ariel.
Przy pierwszym spotkaniu z jej rodzicami Jeff ze zdumieniem otaksował
barczystą postać Martina Fostera. Siwowłosy olbrzym wyglądał bardziej na
emerytowanego futbolistę albo kierowcę cięŜarówki niŜ na wpływowego właściciela
prywatnej sieci telewizyjnej.
– Cieszę się, Ŝe do nas dołączyłeś – zadudnił Foster na przywitanie, mierząc
wzrokiem Jeffa.
– A to moja mama, Wirginia – wtrąciła Ariel.
Starsza pani, o jasnych, przetykanych srebrem włosach, i szczupłej, niemal
dziewczęcej sylwetce, była wciąŜ atrakcyjna na tyle, by przyciągać męskie spojrzenia.
– Bardzo mi miło cię poznać, Jeff – powiedziała lekko chropawym głosem,
przypominającym głos córki.
Wieczorem wybrali się do Alhambra Room.
– I co sądzisz o pracy w telewizji, Jeff? – spytał Martin, gdy kelner przyniósł
przystawkę z krewetek.
Jeff rzucił szybkie spojrzenie w stronę Ariel.
– Ciekawe... doświadczenie – odparł ostroŜnie.
– Jeff pilnie śledzi sprawę szpitala – dodała Ariel.
– Tak? Co nam o tym powiesz?
Jeff nie miał ochoty od razu dyskutować o swoich przemyśleniach. Bardziej go
interesowała opinia Fostera.
– Wstyd, zwłaszcza dla zarządu. Jestem dumny z Ariel, Ŝe podjęła ten temat, ale
jeszcze bardziej mnie cieszy ton reportaŜy dopuszczonych przez nią na antenę.
– Dziękuję, tato. Jeff był ciekaw, w jaki sposób podchodzimy do tak delikatnej
sprawy.
– Uczciwość przede wszystkim – odparł Foster. – To nasza dewiza. Fakty, a nie
spekulacje.
Jeff zdąŜył juŜ zauwaŜyć, Ŝe zespół Ariel w niczym nie przypominał stada sępów
z Tulsy.
Martin sięgnął po swoją szklankę, upił solidny łyk i spod oka zerknął na Jeffa.
– Ariel mi wspominała, Ŝe miałeś wiele niedobrych doświadczeń z telewizją.
Przykro mówić, lecz dziennikarze z Tulsy od dawna mają ugruntowaną opinię
łowców sensacji. Gdyby ktoś u mnie próbował podobnych sztuczek, od razu by
wyleciał, i to z hukiem.
– To dobrze – odparł Jeff, choć nie był do końca przekonany, czy Foster mówi
zupełnie szczerze. Z drugiej strony, na własne oczy widział, jak Kanał 4 radził sobie
w sprawie szpitala...
– Powiedzcie mi coś więcej o waszym wspólnym cyklu – poprosił Foster.
– Jeff zebrał masę pochwał od widzów – oznajmiła z dumą Ariel.
– O, właśnie – przypomniał sobie Martin. – Słyszałem o Taj...
– O tajnych planach związanych z przygotowaniami. Czeka nas wyjątkowo
burzliwy koniec lata. – Ariel wpadła ojcu w słowo.
– Na to się zanosi – odparł Jeff.
– Rozmawialiśmy juŜ z radiem KCOR – dodała Ariel. – Będziemy
współpracować w razie bezpośredniego ataku huraganu. Jeff odbył takŜe spotkanie z
zarządem Stanowej Komisji do Spraw Zapobiegania ZagroŜeniom. Podsunął im kilka
wyśmienitych pomysłów.
Popatrzyła na niego z uśmiechem. Popisy przed ojcem? – pomyślał Jeff. Poczuł
się jak tresowany piesek. „Popatrz, tato, ile potrafi sztuczek”. Na szczęście Ariel
zmieniła temat.
– Och, tato, zapomniałam ci powiedzieć... Dostałam zaproszenie na doroczną
konferencję pod hasłem „Kobiety w środkach masowego przekazu”. Mam wygłosić
referat we wrześniu w San Antonio.
Pogratulowali jej serdecznie, a potem gawędzili jeszcze, aŜ do chwili gdy
orkiestra zaczęła grać pierwszy utwór.
– To chyba nasz taniec, Ginny – powiedział Martin do Ŝony.
Jeff i Ariel podąŜyli za nimi na parkiet.
– Co chciał powiedzieć twój ojciec, zanim mu przeszkodziłaś? – spytał Jeff.
– A kto to wie?
Odchylił głowę i spojrzał wprost w jej błękitne, niewinne oczy. – Ty. Ariel wzięła
głęboki oddech.
– Chciał cię nazwać Tajfunem. Jeff wybuchnął śmiechem.
– Nie gniewasz się?
– Nie – odpowiedział, nie przestając się śmiać. – Zaczynam się przyzwyczajać do
tych wszystkich wariactw.
– Co myślisz o podejściu taty do roli mediów?
– Niezłe... przynajmniej w teorii – odparł.
– Zamierzam ci udowodnić, Ŝe tak jest równieŜ w praktyce.
Z całego serca pragnął jej wierzyć. Wyczerpała go huśtawka uczuć – z jednej
strony namiętność, z drugiej brak zaufania. .. Westchnął i przytulił Ariel mocniej.
Gdy muzyka przestała grać, Martin wyciągnął rękę do córki.
– Chodź, pokaŜesz się teraz ze staruszkiem. Ariel mrugnęła do Jeffa.
– Tata zawsze usiłuje przekupić swoich pracowników dobrą kolacją i tańcami.
– Tylko tych najładniejszych – sprostował Martin.
– Pani Foster? – zaproponował Jeff.
– Z przyjemnością.
W czasie tańca rozmawiali o róŜnych rzeczach, aŜ wreszcie Wirginia
powiedziała:
– Cieszę się, Ŝe Ariel znalazła... przyjaciela. Jeff odruchowo spojrzał na sąsiednią
parę.
– Jest wyjątkowa.
– Serce matki pęcznieje z dumy, słysząc taką opinię – odparła Wirginia, lecz
nagle westchnęła ze smutkiem. – Czasem się o nią martwię... MoŜna by pomyśleć, Ŝe
ma u stóp cały świat, a przecieŜ w gruncie rzeczy często bywa samotna.
– ZauwaŜyłem. – Tak było podczas spaceru po plaŜy czy na pikniku z okazji
Ś
więta Niepodległości.
Orkiestra zaczęła grać szybciej. Jeff i Wirginia wrócili do stolika, ale Foster i
Ariel zostali na parkiecie. Jeff z zachwytem patrzył na ich taniec. Wprost nie potrafił
oderwać oczu od Ariel.
– Powinna zostać tancerką – zauwaŜył.
– Przez parę lat chodziła do szkoły baletowej. Nauczyła się takŜe stepowania – z
uśmiechem oznajmiła Wirginia. – Jej ojciec teŜ nie jest ostatnim fajtłapą.
Jeff skinął głową. Przy swoim wzroście i tuszy Martin tańczył zadziwiająco
lekko. Inne pary usunęły się z parkietu i utworzyły krąg. Wraz z ostatnim taktem
buchnęła burza
u
oklasków.
Rozradowany Foster powrócił do stolika, prowadząc Ariel. Była podobna do
matki, lecz uśmiech bez wątpienia odziedziczyła po ojcu.
– ZwycięŜyłaś w konkursie tańca. – Martin poklepał córkę po dłoni.
– ZwycięŜyłam? Kogo? – spytała. – Innych pracowników?
– Braci.
– Nigdy nie tańczyłeś z Chadem i z Danielem. Skąd moŜesz wiedzieć, czy nie są
lepsi? – zaoponowała, choć widać było, Ŝe pochwała ojca sprawiła jej radość.
Przy kolacji spytała:
– Mamo, czemu tym razem postanowiliście jechać do Meksyku zamiast do
GaWeston?
– Dla odmiany – odpowiedziała Wirginia. Potem spojrzała na Jeffa, jakby czując,
Ŝ
e naleŜą mu się dodatkowe wyjaśnienia. – Mamy domek w Galveston, ale wolimy
pozostawić go dzieciom.
– To przecudowne miejsce – wtrąciła Ariel. – DuŜa, dwupiętrowa willa od strony
Pirate’s Beach. Daniel i Chad zawsze wspinali się po pnączach, które rosły na
skarpie...
– Naprawdę? – spytał Martin Foster. Kiedy Ariel skinęła głową, dodał: – Mieli
duŜo szczęścia, Ŝe ich nie przyłapałem. Dostaliby za swoje.
– Czasem tęsknię do czasów, kiedy wszyscy byliśmy razem – wtrąciła Wirginia. –
Płynęliśmy promem na Bolivar Island, braliśmy Ŝaglówkę...
– Nie lubię Ŝeglować – odezwała się nagle Ariel. – Źle się czuję na wodzie.
Rodzice popatrzyli na nią ze zdumieniem. Jeff takŜe był zaskoczony. Zabrał ją na
jacht Gormanów i bawiła się znakomicie.
– Zawsze zachowywałaś się jak urodzony Ŝeglarz – powiedziała Wirginia.
– Musiałam – odparła Ariel i popatrzyła wprost na ojca. – Nie chciałam psuć
zabawy.
Rozmowa zeszła na inny temat, ale Jeff popadł zadumę. Myślał o Ariel. Na co
potrafiła się zdobyć dla ojcowskiej aprobaty? Martin Foster bez wątpienia naleŜał do
nieprzeciętnych ludzi i z łatwością mógł wzbudzić w swoich dzieciach pęd do
rywalizacji.
Później, nocą, kiedy trzymał Ariel w ramionach, nie potrafił powstrzymać się od
pytania:
– Dlaczego nauczyłaś się Ŝeglować?
– JuŜ ci mówiłam – odpowiedziała sennie. – śeby nie psuć innym zabawy.
– Mogłaś przecieŜ zostawać w domu.
– I wszyscy by uwaŜali mnie za mięczaka.
– Wszyscy? Czy tylko ojciec?
– Cała rodzina – odparła z naciskiem. – Co to za róŜnica?
– Cierpiałaś po to, by zadowolić ojca? Ariel usiadła sztywno.
– Nie bądź śmieszny – powiedziała, nie patrząc na Jeffa. – Nikomu się nie
podlizywałam. Robiłam to wyłącznie dla siebie.
Pocałował ją w kark.
– Tornado Ariel. Nie mogłabyś być mięczakiem, nawet gdybyś bardzo chciała.
– Po co o tym mówimy? – spytała dziwnie napiętym głosem. – Stare dzieje.
Pogłaskał ją po głowie.
– Myślę, Ŝe do tej pory najbardziej liczysz się z jego zdaniem.
– Bzdury.
– Chcę tylko, Ŝebyś była naprawdę szczęśliwa. Odwróciła się w jego stronę.
– Jestem szczęśliwa... z tobą.
Usłyszał nutę bólu w jej głosie i przytulił ją mocniej.
– Kochaj mnie, Jeff. Jesteś mi potrzebny.
ROZDZIAŁ 12
„Mariner” na pierwszej stronie pochwalił sposób, w jaki Kanał 4 relacjonował
aferę. Nawet Jeff przyznawał, Ŝe gra była uczciwa.
Ankieta przeprowadzona pod koniec sierpnia wykazała znaczny wzrost
popularności Kanału 4. Ariel natychmiast wysłała faksy do braci, a sobie – w nagrodę
– kupiła komplet koronkowej bielizny.
Pierwszego września do zespołu dołączyła Wendy Norris i juŜ po pierwszym
występie przypadła do gustu publiczności. Znacznie gorzej poszło jej ze Steve’em,
gdyŜ ten był pilnowany przez Karę, ale nie narzekał z tego powodu.
Ariel teŜ była bardzo szczęśliwa. Szczęśliwsza niŜ kiedykolwiek. Na razie nie
planowała wspólnej przyszłości z Jeffem. Bała się, Ŝe na to jeszcze za wcześnie.
Miała jednak powód do niepokoju. Od sprawy szpitala Jeff wierzył jej bez
zastrzeŜeń, lecz nic nie wiedział o konkursie wymyślonym przez Martina Fostera. Co
będzie, gdy się dowie? Jak przyjmie wieść o przeprowadzce Ariel do Houston?
Lato minęło bez burz, ale piątego września tajfun o imieniu Chester zawirował
nad Zatoką Meksykańską i zaczął powoli sunąć w stronę lądu.
– Dotrze do nas? – spytała Ariel ze strachem w piątek wieczorem.
– Nie wiem na sto procent – odparł Jeff. – MoŜliwe, Ŝe się zakotwiczy gdzieś na
wybrzeŜu Meksyku. Nie musimy jutro rezygnować z pikniku. Wieczorem najwyŜej
trochę popada.
Następnego dnia, w południe, rozłoŜyli koc na trawniku w niewielkim parku, w
sąsiedztwie domu Ariel. Dzień był upalny i duszny. Podobna pogoda panowała
czwartego lipca, gdy po raz pierwszy spędzili wspólnie nieco więcej czasu. Jeff
nastawił radio i sięgnął do koszyka po sałatkę z kurczaka i owoce. Potem wyciągnął
się leniwie u boku Ariel.
W górze pokrzykiwały mewy, hałaśliwe jak grupa rozbrykanych dzieci. W
gałęziach drzew uganiały się plotkujące wróble, białe chmury powoli płynęły po
niebie, ale nad horyzontem pojawiła się ciemna plama.
– Piękny dzień – mruknął Jeff i wziął głęboki oddech. – Taktu cicho...
– Nie przeszkadza ci juŜ popularność?
– Zaczynam się przyzwyczajać. – Uśmiechnął się. – Wczoraj dostałem
zaproszenie do udziału w obradach jury w wyborze Miss Corpus Christi.
– Tak? – spytała z lekkim przekąsem. Konkurs piękności. Dobre sobie.
– Chyba się zgodzę.
– Tak? – powtórzyła, tym razem ostrzej. Popularność popularnością, ale
oglądanie półnagich ślicznotek to całkiem inna sprawa.
Jeff zerwał źdźbło trawy.
– śartuję. Odmówiłem. Szkoda tylko, Ŝe nie umiem się uwolnić od róŜnych
zwariowanych kobiet, które wciąŜ się za mną uganiają. Jedna wczoraj przysłała mi
biustonosz.
– Masz juŜ chyba całkiem niezłą kolekcję damskiej bielizny – roześmiała się
Ariel. – Co z nią robisz?
– Oddaję Armii Zbawienia.
– Mimo wszystko przyznasz, Ŝe popularność ma swoje dobre strony.
Jeff zastanawiał się chwilę.
– NajwaŜniejsze, Ŝe mogę coś zrobić dla tego miasta – odpowiedział w końcu. –
JuŜ przywykłem, Ŝe ludzie rozpoznają mnie na ulicy, ale nigdy nie będę czuł się tak
swobodnie jak ty w tej roli. Jesteśmy tak róŜni, Ŝe czasem zadaję sobie pytanie, jak
wytrzymujemy ze sobą.
– Przeciwieństwa się przyciągają.
– Dlaczego mnie nie ostrzegłaś wcześniej?
– Bądź choć trochę powaŜny, Jeff. Nigdy przedtem nie pomyślałam, Ŝe moŜna
tylko we dwoje spacerować po wydmach Padre Island.
– Zaprosiłabyś pewnie pół setki gości i zorganizowała mecz siatkówki.
– Chyba tak... ale dzięki tobie zaczęłam bardziej cenić prywatność.
– Miło mi to słyszeć.
Ariel obdarzyła go uśmiechem. Przewróciła się na brzuch i wbiła wzrok w trawę.
Zobaczyła pająka zawzięcie snującego pajęczynę. Jeff połoŜył się na boku, Ŝeby takŜe
popatrzeć na pająka.
– Naukowcy twierdzą, Ŝe przy duŜej wilgotności powietrza i spadku ciśnienia
pająki są aktywniejsze i snują większe sieci. Ten jest wyjątkowo zapracowany. Spójrz
na niebo.
Szare chmury znad widnokręgu przesunęły się znacznie bliŜej.
– Przed samym deszczem ściągnie pajęczynę w dół, by krople nie spłukały
schwytanych owadów.
– Bardzo mądrze.
– Domowe pająki pracują jak szalone w czasie burzy i kończą dopiero, kiedy
zaczyna się przejaśniać.
– Na tym właśnie polega praca meteorologa? – zaŜartowała Ariel. Westchnęła i
przekręciła się na plecy.
– Tak tu cicho... chyba zaraz usnę.
– Czemu nie? – spytał Jeff. – Przez cały tydzień ganiałaś jak szalona. Zasługujesz
na odpoczynek.
Kiedy Ariel się obudziła, niebo było juŜ zasnute ciemnymi chmurami. Pająk snuł
za sobą kolejne nitki srebrzystej sieci.
– Będzie burza – odezwała się Ariel, czując gwałtowny podmuch wiatru. –
Myślisz, Ŝe to początek huraganu?
– Tajfunu – sprostował Jeff. – Nie. Wiatr jest zbyt słaby. Prawdziwie zła pogoda
będzie gdzieś dalej na południu. Do nas dotrą najwyŜej jakieś odpryski.
– Wracamy? – spytała z niepokojem i usiadła. Jeff fachowym okiem popatrzył na
niebo.
– Mamy sporo czasu, zanim zacznie padać – stwierdził. Włączył radio. –
Posłuchajmy, co mówią na ten temat.
– Tajfun Chester, o prędkości wiatru chwilami przekraczającej dziewięćdziesiąt
pięć kilometrów na godzinę, sunie w tej chwili wzdłuŜ wybrzeŜa, czterdzieści
kilometrów na południe od meksykańskiego miasta Matamoros. Do stałego lądu
powinien dotrzeć dziś między siódmą a dziesiątą wieczór. Mieszkańcy zagroŜonych
rejonów powinni podjąć odpowiednie przygotowania. Patrole pogodowe
rozmieszczono wzdłuŜ całego wybrzeŜa Teksasu, od Corpus Christi do Brownsville.
Jeff zmarszczył nos.
– „Odpowiednie przygotowania”! To brzmi enigmatycznie. Mam nadzieję, Ŝe
ludzie wiedzą, co robić.
– W przyszłym roku wydamy kasetę z twoim programem. MoŜemy ją opatrzyć
hiszpańskim komentarzem. – Dziwne, Ŝe pomyślała o przyszłym roku. PrzecieŜ
będzie juŜ w Houston...
Kolejny podmuch wiatru smagnął ją po policzkach. Trawa zafalowała niczym
zielone morze. Ariel zerknęła na trawę. Pająk zniknął.
– Zacznijmy się pakować, Jeff.
Nerwowym ruchem sięgnęła po ciemne okulary. LeŜały na skraju koca.
Pośpiesznie wrzuciła je do torebki i popatrzyła na niebo. Robiło się coraz ciemniej. Z
dali dobiegło głuche echo gromu.
– Buty... Gdzie one się podziały?
Jeff nadal słuchał radia i nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. Ariel wreszcie
znalazła pantofle pod kocem i zaczęła mocować się z paskami.
– Cholera! Dlaczego zawsze tak się dzieje, kiedy człowiek się spieszy?
Jeff przeciągnął się.
– Mamy mnóstwo czasu.
– Nie... nie chcę zmoknąć.
– Nie zmokniesz – odparł z draŜniącą niefrasobliwością – ale skoro ci pilno,
moŜemy się spakować.
Wstał, zabrał koszyk i radio.
Ariel skakała na jednej nodze, usiłując włoŜyć drugi pantofel. Jeff patrzył na nią z
rozbawieniem.
– Obiecuję, Ŝe nie zniszczysz sobie fryzury.
– Pośpiesz się, Jeff. Meteorologia nie jest nauką ścisłą. – Błyskawica przecięła
niebo. – Widzisz?!
Ariel chwyciła koc i popędziła w stronę samochodu. Huknęło. Przyśpieszyła
kroku, nadepnęła na skrawek koca i upadła na ziemię.
Skuliła się i zamknęła oczy. Jeff był juŜ przy niej.
– Nic sobie nie zrobiłaś? Rozpłakała się.
– Nie. Tak. Nie wiem. Objął ją.
– Kochanie, co się stało?
– Nic. Chciałam tylko...
Wiatr porwał jej dalsze słowa. Znów zagrzmiało. Ariel, drŜąc na całym ciele,
przywarła do Jeffa.
– Jesteś śmiertelnie przestraszona.
Ariel wstydziła się swojego zachowania, ale nie mogła zapanować nad nerwami,
więc skinęła głową.
– Burza...
– JuŜ wszystko dobrze. – Pomógł jej wstać. – Pojedziemy do domu.
Ariel posłusznie dreptała u jego boku. Czuła się jak sześciolatka. Myślisz, Ŝe
masz władzę nad całym światem? – utyskiwała w duchu. Nie, jesteś zwykłą beksą i
fajtłapą. Postanowiła, Ŝe jak juŜ bezpiecznie dotrą do samochodu, wytłumaczy
Jeffowi powody swego zachowania.
Kiedy wyjechali z parkingu, wzięła głębszy oddech.
– Myślisz pewnie, Ŝe jestem skończonym tchórzem – zaczęła. Tak zawsze mówił
o niej Daniel, kiedy podczas burzy chowała się w pokoju i zasłaniała uszy.
– Myślę tylko, Ŝe boisz się grzmotów. Nie wiem jednak, z jakiego powodu.
– Wszystko się zaczęło, kiedy miałam pięć lat – odpowiedziała. – Chad, Daniel i
ja bawiliśmy się w chowanego. W domu akurat był mały remont. Jeden z robotników
zostawił otwarte drzwi na strych, więc postanowiłam z tego skorzystać. Było juŜ
późne popołudnie. Ukryłam się na strychu. Parę minut później robotnik wrócił i mnie
zamknął. Początkowo uwaŜałam to nawet za zabawne. Słyszałam, jak Chad biega po
pokojach i szuka mnie w szafach, ale nie odezwałam się ani słowem. Pomyślałam
sobie, Ŝe w pewnej chwili zacznę tupać mu nad głową i go wystraszę. On jednak
pobiegł szukać mnie gdzie indziej i zabawa nagle przestała być śmieszna.
– Co się stało?
– Zaczęło padać, potem rozpętała się burza. – Powróciła myślami do tamtej
strasznej chwili, gdy siedziała zamknięta na ciasnym i mrocznym poddaszu.
– Padał grad. – TuŜ nad swoją głową usłyszała tamten łomot kulek lodu. –
Grzmiało. Okropnie grzmiało. Było ciemno jak w nocy. Zaczęłam myśleć o szczurach
i nietoperzach. O wampirach. Bałam się, Ŝe piorun strzeli w dach i wszystko wraz ze
mną wyleci w powietrze.
– Nie próbowałaś uciec?
– Pewnie, Ŝe próbowałam. Pchałam drzwi z całej siły, ale nie mogłam ich
otworzyć. Wrzeszczałam i tupałam w podłogę, lecz chłopcy chyba byli w innej części
domu. Nikt mnie nie słyszał. Byłam zamknięta, sama... – Zadygotała. – Ściany
zbliŜały się do mnie...
Jeff ścisnął jej rękę.
– Biedna...
– Po chwili wprost nie mogłam oddychać. Wyobraziłam sobie, Ŝe jakiś potwór
wyssał całe powietrze. Chyba nawet zemdlałam, bo kiedy otworzyłam oczy, było juŜ
po burzy.
Ktoś mnie wołał. Nie Chad i nie Daniel, ale ojciec. PrzeŜyłam wówczas
prawdziwy koszmar. Wszystko słyszałam, lecz nie mogłam wykrztusić ani jednego
słowa. Jak oszalała zaczęłam kopać w podłogę. Tata przyszedł na górę i otworzył
drzwi. Kiedy zniósł mnie na dół, zobaczyłam światło i blade, wystraszone twarze
braci. Od tamtej pory okropnie boję się burzy – zakończyła. – Śmieszne, prawda?
– Zrozumiałe – sprostował Jeff. – A co ojciec sądzi o twoim zachowaniu?
– Nigdy mu o tym nie mówiłam.
Skinął głową. Ariel obrzuciła go nadąsanym spojrzeniem.
– Dlaczego wciąŜ pytasz o mojego ojca?
– PoniewaŜ uwaŜam, Ŝe przez całe Ŝycie wszystko robisz pod jego dyktando.
– Nie wygłupiaj się.
– Nie? WciąŜ porównujesz się z braćmi. Twój faks działa dniem i nocą.
Ariel nie odpowiedziała. Odwróciła głowę i wbiła wzrok w okno. Co by
powiedział Jeff, gdyby znał prawdę?
DojeŜdŜali do domu Jeffa, kiedy w dach auta zabębniły pierwsze krople deszczu.
W windzie Jeff wrócił do tematu:
– KaŜdą fobię moŜna wyleczyć. Zastanawiałaś się kiedyś nad podjęciem
odpowiedniej terapii?
Potrząsnęła głową. Dobrze chociaŜ, Ŝe przestaliśmy mówić o ojcu, pomyślała.
– Po burzy zaraz o tym zapominam – wyjaśniła. – Do następnej mam spokój.
Huragan przycupnął pod stolikiem.
– TeŜ nie przepada za burzą – powiedział Jeff. Wyciągnął rękę do kota. Huragan
zadrŜał i cofnął się głębiej. – Zdaje się, Ŝe jeszcze mu nie przeszło.
– Wreszcie poznałam twój sekret. Obserwujesz koty zamiast pająków.
Za oknem zadudniło. Ariel drgnęła i przysunęła się bliŜej Jeffa.
– Zdobądź się na odrobinę spokoju – mruknął. – Chcesz spróbować?
Zabrzmiało to jak wyzwanie. Nie mogła odmówić. O to juŜ się zatroszczył Martin
Foster.
– Oczywiście.
– Chodź do sypialni.
Podszedł do okna i szeroko rozsunął zasłony. Ariel stała bez ruchu, choć deszcz
bił głośno o szyby.
– Chodź do mnie.
Zmusiła się do paru kroków. Jeff wziął ją w ramiona i pocałował. Miękko,
łagodnie...
– OdpręŜ się – mruknął, gładząc jej włosy. – Zamknij oczy. Pomyśl o łące
skąpanej w popołudniowym słońcu.
– Mmmm... – Widziała lekko rozkołysane trawy, zieleń drzew i konia pasącego
się pod starym drewnianym płotem.
Jeff rozebrał ją z wolna. Kiedy była juŜ całkiem naga, szepnął:
– Teraz powoli otwórz powieki.
Deszcz nadal bębnił w okno, lecz między nią i burzą ciemniała muskularna
sylwetka Jeffa. Delikatnie połoŜył ją na łóŜku.
– Zaraz wrócę.
Przekręciła się na brzuch, znowu zamknęła oczy i pomyślała o polanie pełnej
róŜnobarwnych kwiatów. Po chwili usłyszała, Ŝe Jeff wrócił. Zerknęła w jego stronę.
Stał rozebrany do szortów, z butelką w dłoni.
– Zrobię ci masaŜ – powiedział. – OdpręŜ się i patrz w okno.
Posłuchała go. Spoglądała na spływające po szybie strugi deszczu. Nagle
zagrzmiało. Napięła wszystkie mięśnie i zacisnęła pięści.
– Ciii... – szepnął Jeff. – Nic się nie dzieje. Uspokoiła się. Jego ręce koiły.
Oddychała głęboko, zanurzona w dziwnym deszczowym świecie...
– Odwróć się.
Masował jej piersi, brzuch i biodra. Odgłosy burzy ścichły, jakby dochodziły
gdzieś z daleka.
– Jeff... – wyszeptała, patrząc mu prosto w oczy. – Kochaj mnie.
Zrzucił szorty i klęknął przy niej. Kochali się powoli, z czułością.
Kiedy skończyli, Ariel długą chwilę leŜała bez ruchu. Wiedziała, Ŝe od tej pory
huk gromu będzie jej przypominał o tym popołudniu. Chciała, by Jeff był zawsze przy
niej. śeby nie stał się tylko pięknym, ale odległym wspomnieniem.
Pocałowała go w policzek.
– Burza nabrała dla mnie całkiem innego znaczenia.
– Dla mnie takŜe.
W następnym tygodniu nadeszły wieści o kolejnym huraganie. Nadano mu imię
Daphne. Jeff z uwagą śledził jego trasę. Ariel drŜała na samą myśl o nadciągającym
kataklizmie. Grzmotów juŜ się nie bała, ale huragan to coś innego... Fascynujący w
teorii, lecz przeraŜający swą siłą.
Na szczęście Daphne nie zmierzała w stronę Teksasu. Zahaczyła o wschodnie
wybrzeŜe, przebiegła przez obie Karoliny, stany nad środkowym Atlantykiem, nawet
przez Nową Anglię. Jak nieśmiała kochanka to podchodziła bliŜej, to się cofała. W
końcu odeszła nad ocean.
NadbrzeŜne miasta odetchnęły z ulgą, a wtedy pojawiło się nowe zagroŜenie.
– Ten rośnie nadzwyczaj szybko – zauwaŜył Jeff. W wieczornym programie
doradził mieszkańcom Corpus Christi. Ŝeby pilnie śledzili prognozę pogody. – Koniec
września moŜe się okazać nadzwyczaj burzliwy – dodał.
Nowy huragan otrzymał imię Ethan. Ariel odbyła krótką naradę ze Steve’em,
potem zadzwoniła do Jeffa i poprosiła go, by wieczorem przyjechał do studia.
– Musimy porozmawiać – oświadczyła lapidarnie. W studiu Jeff spytał juŜ na
wstępie:
– Co się stało? Jesteś bardzo powaŜna.
– Powinniśmy zwiększyć liczbę twoich wystąpień przed kamerami. Proponuję
półminutowe wejście codziennie, po wiadomościach o szóstej i o dziesiątej. Co ty na
to?
Z niepokojem czekała na odpowiedź.
– MoŜe być – odparł niedbałym tonem. Ariel odetchnęła z ulgą. – I tak tu jestem
co wieczór – dodał.
Wyciągnął przed siebie ręce i z niepokojem przyjrzał się dłoniom.
– MoŜemy jednak zrezygnować z charakteryzacji? Pory mi się pozalepiały, a
skóra nabrała pomarańczowej barwy.
– To tylko światło – roześmiała się Ariel. – JuŜ o tym mówiliśmy. Bez pudru
wyglądałbyś jak upiór.
– To lepsze niŜ Tajfun – mruknął. – Dobrze, ale powiedz Lynn, Ŝe na
półminutowe wejście potrzeba pięć szóstych pudru mniej niŜ na trzy minuty.
– Umowa stoi – oznajmiła Ariel. – Zaczniemy w poniedziałek. Zawiadomię Karę.
Kara była zachwycona. Steve takŜe. Tylko Perry Weston spuścił nos na kwintę.
– Protestował, kiedy mu o tym powiedziałam – zwierzała się Kara. – Spytał, jak
moŜna ograniczyć czas lokalnej prognozy z powodu śmiesznego huraganu odległego
o setki kilometrów.
– Śmiesznego? Naprawdę tak się wyraził?
– Tak. Nie wierzyłam własnym uszom. Oznajmiłam mu wreszcie, Ŝe decyzja
zapadła.
– I?
– Syknął coś pod nosem i odszedł.
– Sama z nim porozmawiam – westchnęła Ariel. Dopadła Perry’ego w korytarzu
tuŜ po wieczornych wiadomościach.
– Chcę z tobą zamienić parę słów.
– O czym?
Cały Perry. Rzecz jasna, doskonale wiedział o czym. Ariel usiłowała jednak
dyplomatycznie wybrnąć z sytuacji.
– Domyślam się, Ŝe niechętnym okiem patrzysz na udział w naszych programach
doktora McBride’a.
Twarz Perry’ego nie wyraŜała Ŝadnych uczuć.
– O czym tu dyskutować?
– To krótki kontrakt, na czas huraganu.
– Jakiego huraganu? – spytał Perry. – Nie ma Ŝadnego huraganu.
Ariel z trudem się powstrzymała, Ŝeby go nie kopnąć.
– Tajfunu – poprawiła się.
– Naprawdę?
– Tak.
– Więc nie ma sprawy. – Odwrócił się i odszedł. Ariel powtórzyła rozmowę
Steve’owi.
– On doprowadza mnie do szału – dodała na koniec. – Ale jeśli teraz stracimy
Perry’ego, znajdziemy się w kropce. Trzeba go zatrzymać, póki nie trafi się ktoś
odpowiedni na jego miejsce.
– MoŜe niepotrzebnie się tak przejmujesz – uspokajał ją Steve. – Perry powiedział
przecieŜ, Ŝe nie ma sprawy.
– Tak, ale co naprawdę sobie pomyślał?
Coś jej podpowiadało, Ŝe daleko jeszcze do końca afery z Perrym.
I rzeczywiście.
W poniedziałek wieczorem, podczas występu Jeffa, Weston jawnie objawiał
swoje niezadowolenie. Potem po prostu wyszedł.
Następnego dnia juŜ od rana czekał pod pokojem Ariel.
– Musimy porozmawiać.
– Wejdź. – Ariel gestem zaprosiła go do gabinetu. CięŜko opadł na krzesło.
– O co chodzi?
– OTajfuna.
Ariel w pierwszej chwili nie zrozumiała.
– Otajfuna?
Perry popatrzył na nią, jakby była niespełna rozumu.
– O doktora Tajfuna. Meteorologa – parsknął. – MoŜe zna się na huraganach, ale
nic nie wie o telewizyjnej pogodzie.
Ariel juŜ chciała spytać, czym się róŜni telewizyjna pogoda od zwyczajnej, ale w
porę ugryzła się w język. Perry zresztą nie czekał na odpowiedź.
– Pracuję tu od siedemnastu lat – burknął. – Teraz widzę, Ŝe szykują się duŜe
zmiany. Przychodzą tacy, o których moŜna pisać w rubryce towarzyskiej...
– Jeff nie jest...
– Dotąd byłem cierpliwy – przerwał jej Perry. – Zniosłem komputerowe mapy
pogody, spikerki w minispódniczkach, ale tego za wiele. Kanał Czwarty chce
naśladować MTV? Proszę bardzo, ale beze mnie. – Wyjął z kieszeni jakąś kartkę i
rzucił ją na biurko.
– Składam wymówienie.
ROZDZIAŁ 13
Ariel spodziewała się wprawdzie kłopotów ze strony Perry’ego, ale nie
przewidziała, Ŝe zrezygnuje z pracy.
– Nie... nie moŜesz – wyjąkała. Perry wstał.
– Mogę. Jutro wystąpię po raz ostatni. Ariel zerwała się z krzesła.
– Podpisałeś kontrakt.
– Podaj mnie do sądu – rzucił przez ramię i cięŜkim krokiem wyszedł z gabinetu.
Ariel przez chwilę patrzyła w drzwi. W końcu zmęczonym ruchem opadła na
krzesło i sięgnęła po słuchawkę telefonu.
– Steve, wpadnij do mnie. Mamy problem.
Czekając, przypomniała sobie inne trudne momenty w swej burzliwej karierze.
Na przykład w Beaumont, kiedy Hector – kozioł, który miał wystąpić w programie dla
dzieci – tuŜ przed nagraniem zŜarł połowę dekoracji. W Fort Worth komentator
sportowy wszedł do studia pijany i oświadczył widzom, Ŝe futbolowa druŜyna Dallas
Cowboys została właśnie sprzedana do Meksyku i od tej pory będzie nosić nazwę
Chihuahuas... przez co o mały włos nie doszło do zamieszek wśród kibiców. Zawsze
jednak w porę umiała zaŜegnać kryzys. Na pewno da sobie radę i tym razem.
– O co chodzi? – wyrwał ją z zamyślenia głos Steve’a.
– Perry złoŜył rezygnację.
– PrzecieŜ na to właśnie liczyłaś.
– Nic nie rozumiesz – odparła. – Pojutrze juŜ go nie będzie.
– O, nie... – Steve aŜ usiadł z wraŜenia. – Nie wierzę.
– Lepiej uwierz. – Pokazała mu pismo Perry’ego. Steve przebiegł wzrokiem tekst,
po czym stwierdził:
– Nie przypuszczałem, Ŝe okaŜe tyle odwagi. – OdłoŜył kartkę. – Co robimy?
– Mamy plan A... i plan A.
– Jednym słowem, kompletny brak wyboru.
– MoŜemy skorzystać z Charlesa.
Charles Henke pracował od pół roku i zapowiadał pogodę w porannym wydaniu
dziennika.
– Spisuje się nieźle – przytaknął Steve. – Widzowie go lubią. Co prawda, rano
mamy mniej liczną i mniej wymagającą publiczność...
– Właśnie – wpadła mu w słowo Ariel. – Brak mu doświadczenia. A najgorsze,
Ŝ
e...
– Nie jest meteorologiem.
– OtóŜ to – ciągnęła. – Ma dobre chęci, ale trudno go porównywać...
– ... z Jeffem McBride’em – dokończył Steve.
– A wchodziłby na antenę tuŜ przed nim. Poza tym mamy kolejny huragan i nic
nie moŜemy zrobić, chyba Ŝe... chyba Ŝe...
– Tryby poszły w ruch – skomentował Steve. – JuŜ się domyślam, co powiesz.
– Tak. – Ariel z podnieceniem pochyliła się w jego stronę.
– MoŜemy przecieŜ poprosić Jeffa, Ŝeby na stałe zajął miejsce Perry’ego. Ludzie
go uwielbiają. Znakomite rozwiązanie. Zróbmy to.
– Nie zapomniałaś o czymś? – spytał Steve. – On juŜ ma pracę.
– Drobiazg.
– Lubi swoją pracę.
Ariel niecierpliwie machnęła ręką.
– Porozmawiam z nim dziś wieczorem.
– Porozmawiaj – zgodził się Steve. – Nie chcę psuć ci nastroju, ale na pewno się
nie zgodzi.
– Nie.
– Ale Jeff...
– Nie! Absolutnie, nieodwołalnie i ostatecznie nie. – SkrzyŜował ręce na
piersiach.
– Bądź rozsądny.
– Nie, to ty zdobądź się na odrobinę odpowiedzialności.
– Popatrzył na nią z góry i dodał: – Nie zamierzam pracować w telewizji. Nie
chcę pracować w telewizji. Zgodziłem się na cykl programów tylko dla dobra
mieszkańców Corpus Christi, a nie dla własnej kariery.
– Sam mówiłeś, Ŝe czeka nas wyjątkowo burzliwy wrzesień. Miasto cię
potrzebuje – powiedziała z naciskiem.
– BoŜe, tylko nie próbuj znowu wzbudzić we mnie poczucia winy. – Dlaczego
wcześniej się nie domyślił, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi? – Przykro mi z
powodu Perry’ego, ale nie licz na mnie. Masz przecieŜ jeszcze jednego spikera. Weź
go.
– Nie ma twojej fachowej wiedzy.
Jeff potrząsnął głową.
– To niech po prostu czyta komunikaty. Czytać chyba umie?
Ariel zignorowała ostatni przytyk.
– Są nowe wieści o Ethanie?
– Ze zwykłej burzy zmienił się huragan. Jest teraz trzysta pięćdziesiąt kilometrów
na wschód od Hispanioli.
Zapadła cisza. Jeff niemal słyszał myśli Ariel: „W całym Corpus Christi nikt nie
wie więcej o huraganach niŜ ty”.
– Mam pracę – przypomniał jej. – Nie mogę zaniedbywać obowiązków.
– Porozmawiamy z twoim szefem.
– Odmówi.
– Nie moŜesz tego wiedzieć, skoro go nie pytałeś. Marnowała talent. Powinna być
negocjatorem w Departamencie Stanu.
– Nie chcę go o to pytać.
– To ja spytam – zaproponowała. – Wyjaśnię mu, Ŝe wrócisz, jak tylko Ethan
ucichnie.
– Naprawdę? Energicznie skinęła głową.
– Dasz mi to czarno na białym?
– Podpiszę własną krwią, jeśli zajdzie potrzeba – obiecała. Jeff bezradnie rozłoŜył
ręce. Ariel chwyciła za telefon.
W ciągu kilku minut oczarowała Wayne’a, który bez oporów wyraził zgodę.
Oddała słuchawkę Jeffowi.
– Kontrakt ze SłuŜbą Morską mamy praktycznie w kieszeni – oznajmił Wayne. –
Pracy mało, więc moŜesz wziąć miesięczny urlop. Nie ma sprawy.
– Widzisz? – uśmiechnęła się Ariel, gdy Jeff skończył rozmowę. – Wszystko się
ułoŜyło.
– Jeszcze jedno.
– Tak?
– Jesteś mi za to coś winna.
– Wiem – powiedziała powaŜnie. – śądaj, czego zechcesz.
– Dobrze – mruknął. – Pierwszą wypłatę odbiorę, jak tylko dotrzemy do domu. W
łóŜku.
Praca w telewizji okazała się mniej absorbująca, niŜ Jeff przypuszczał. W
przerwach pomiędzy dziennikami miał wystarczająco duŜo wolnego czasu, by
dopilnować szczegółów związanych z uniwersyteckim programem badawczym. A
przede wszystkim czuł się potrzebny miastu. I to było najwaŜniejsze.
Ethan przez parę dni szalał nad Atlantykiem, potem, jakby pod wpływem nagłej
decyzji, nabierając szybkości, ruszył na Hispaniolę.
W piątek wieczorem Jeff znów zasiadł przed kamerą.
„Wczoraj o dwudziestej trzeciej czterdzieści huragan Ethan dotarł do Hispanioli.
Prędkość wiatru miejscami dochodziła do stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę.
Huragan przemknął ze wschodu na zachód, nad terytorium Republiki Dominikany i
Haiti. Oto kilka migawek z miejsc dotkniętych kataklizmem”.
Film pokazywał drzewa wyrwane z korzeniami, zniszczone domy, hotel, w
którym zamiast okien ziały puste dziury, i basen pełen szkieł i gruzu.
„Zginęło jedenaście osób, kilkaset odniosło rany. Na całych Karaibach
wprowadzono stan podwyŜszonej gotowości. W tej chwili Ethan z powrotem odszedł
nad morze”.
Ariel z niepokojem czekała na Jeffa pod drzwiami studia.
– Straszny Ŝywioł... Sądzisz, Ŝe jeszcze moŜe przybrać na sile?
– Tak – odparł. – Póki jest nad oceanem, zachodzi taka moŜliwość.
W nocy Ethan przetoczył się przez Karaiby, zachodni cypel Kuby i dotarł nad
Zatokę Meksykańską. Tu na chwilę przystanął, jakby odpoczywał. Jeff uznał jednak,
Ŝ
e przerwa nie potrwa długo.
Nikt poza nim się nie przejmował.
Większość mieszkańców Corpus Christi nie zwracała większej uwagi na potwora
szalejącego nad zatoką.
– Pewnie strzeli gdzieś w Missisipi – mruknął facet na stacji benzynowej. – U nas
rzadko bywają huragany.
– Ten zmierza prosto w naszą stronę – odpowiedział Jeff.
– Skręci.
– Raczej nie – upierał się Jeff. – Jestem meteorologiem. MęŜczyzna strzyknął
przed siebie śliną zabarwioną tytoniem.
– Ja tam nie wierzę w te naukowe gadki. Kości mi mówią, Ŝe burza przejdzie
bokiem.
Ethan zawzięcie parł na zachód. Jeff juŜ wiedział, Ŝe na pewno nie skręci w
kierunku Missisipi.
Nikt jednak nie chciał go słuchać. Konkurencyjna stacja uwaŜała prognozy za
grubo przesadzone. Nancy Barker, która zapowiadała pogodę na Kanale 12, ani przez
chwilę nie traciła dobrego humoru i czarowała widzów zniewalającym uśmiechem.
– Zapowiada się wspaniały weekend – świergotała. – Pogodny i ciepły. –
Wskazała dłonią na mapę. – Huragan Ethan jest w tej chwili pięćset kilometrów na
wschód od Corpus Christi i powoli przesuwa się na północny zachód. Na razie nie ma
większych obaw, Ŝeby dotarł do nas, więc nie musimy rezygnować z niedzielnych
pikników lub wycieczek na plaŜę. Do zobaczenia.
– Dobrze wiedzieć, Ŝe Ethan nie stanowi Ŝadnego zagroŜenia – skomentował jej
słowa spiker prowadzący dziennik.
Jeff z dezaprobatą pokręcił głową.
– Powinni się leczyć. Ludzie wolą ich słuchać, bo wciąŜ pamiętają, co było dwa
lata temu.
– Pracowałam wtedy w Fort Worth – przypomniała mu Ariel.
– Wiem. Kanał Czwarty narobił duŜo szumu wokół tajfunu Clark, zarządzono
nawet przygotowania do ewakuacji miasta, a wicher skręcił nad Luizjanę.
– Teraz moŜe być całkiem inaczej.
– Tak, ale nikt nie chce w to wierzyć.
– A ty co sądzisz?
– Jestem starym skautem. Ufam przygotowaniom.
Ariel przyłoŜyła rękę do serca i z powagą skinęła głową. Jeff wyłączył telewizor.
– Dobrze chociaŜ, Ŝe burmistrz Cameron podziela moje zdanie. Postawił w stan
gotowości policję, straŜ poŜarną i szpitale...
– Więc jednak coś się dzieje.
– Teoretycznie. Na ulicach jak dotąd tego nie widać.
W niedzielę rano Ariel wyszła na balkon, Ŝeby odetchnąć świeŜym morskim
powietrzem. Dzień był przepiękny: czyste niebieskie niebo i lekka bryza znad zatoki.
– MoŜe Nancy Barker tym razem się nie myliła... – szepnęła z nadzieją w głosie.
Jak nigdy dotąd, Ŝyczyła konkurentom udanej prognozy.
Jeff usłyszał ją i pokręcił głową.
– Cisza przed burzą.
Ariel zerknęła przez ramię w głąb pokoju, na kota drzemiącego w wąskiej smudze
słonecznego światła.
– Huragan nie wygląda na zaniepokojonego.
– Ciśnienie wciąŜ utrzymuje się na zwykłym poziomie. – Jeff połoŜył jej rękę na
ramieniu. – Chodź. Pojedziemy do studia. Przejrzę ostatnie doniesienia.
Ariel zadrŜała lekko. Nie chciała wychodzić z domu ani słyszeć o nadciągającym
wichrze.
– Jedź sam – odparła. – Muszę... zrobić pranie. Obrzucił ją zdumionym
spojrzeniem, ale nic nie powiedział.
Nie było go parę godzin. Kiedy wrócił, zaczął bez Ŝadnych wstępów:
– Ethan nieco zwolnił, ale wciąŜ sunie wprost na nas. Ogłoszono stan pogotowia.
– Co robimy?
– Przede wszystkim podjedziemy do sklepu i kupimy kilka solidnych desek.
– Po co? PrzecieŜ nie ma bezpośredniego zagroŜenia.
– Kupimy i juŜ. Jeśli poczekamy, aŜ Ethan się zbliŜy, moŜe zabraknąć
najpotrzebniejszych rzeczy.
Ariel nie chciała kupować desek, ale cóŜ miała odpowiedzieć? Posłusznie
pojechała do sklepu, wybierała narzędzia i gwoździe, aŜ Jeff spytał:
– Miałaś w rodzinie jakiegoś cieślę? Wzruszyła ramionami.
W drodze powrotnej zauwaŜyła cierpko:
– Sklep był prawie pusty. Nikt prócz nas nie kupował desek.
– Nikt prócz ciebie nie sypia z meteorologiem.
Na schodach spotkali sąsiada, zaŜywnego trzydziestolatka.
– Co się dzieje? – spytał na widok desek. – Mały remont?
– Przygotowania na przyjęcie Ethana – odparł Jeff, nie odwracając głowy.
– Chodzi o huragan – dodała Ariel. Sąsiad jęknął z wyraźną przesadą.
– Jezu, znowu? Byliście u wróŜbity? Jeff stanął tuŜ przed drzwiami.
– Sam jestem wróŜbitą. – Wskazał na wschód. – Widział pan chmury nad
horyzontem?
– Te skrawki? – Sąsiad przyłoŜył dłoń do czoła i wyjrzał przez najbliŜsze okno. –
Ledwo je widać.
– Wkrótce będzie ich więcej. Po hiszpańsku nazywają się rabos de gallo. Koguci
ogon. Nieomylny znak nadciągającej burzy.
– Przesada.
Ariel z całego serca chciała, by miał rację.
ROZDZIAŁ 14
Następnego dnia chmury nadciągnęły bliŜej. Burza wisiała w powietrzu. O ósmej
wieczór huragan szalał trzysta dwadzieścia kilometrów na południowy wschód od
Corpus Christi i zbliŜał się coraz bardziej.
Jeff i Debra wcześniej niŜ zwykle zakończyli nagranie. Sfilmowano, jak się
pakują i odjeŜdŜają do najbliŜszego ośrodka Czerwonego KrzyŜa.
– Na powaŜnie? – spytała Debra po zakończonej pracy.
– Powinnaś chyba skorzystać z okazji. Widzisz te chmury i poświatę wokół
słońca? To zły znak.
Debra pobladła.
– Przez całe lato mówiliśmy o huraganach, lecz sądziłam, Ŝe to tylko fikcja.
– Koniec udawania. Idzie prawdziwa nawałnica. Spojrzała na dom.
– Nie chcę stąd wyjeŜdŜać – oznajmiła roztrzęsionym głosem. – Co będzie, kiedy
wrócę i zastanę jedynie kupę gruzu?
Jeff otoczył ją ramieniem.
– Rozumiem cię. Mimo wszystko uwaŜam, Ŝe powinnaś jechać.
– Chyba tak...
– Nie wyłączaj telewizora. Będziemy na bieŜąco informować o sytuacji. Kiedy
powiem, Ŝe czas się zbierać, nie czekaj ani chwili.
– Dobrze. Pomogę teŜ innym. Przez ostatni miesiąc sporo się nauczyłam o
huraganach.
– To mi się podoba. – Jeff serdecznie uścisnął jej rękę. – Jak juŜ będzie po
wszystkim, zrobimy specjalny program o twoim powrocie do domu.
– Zgoda. Jeff! – zawołała za nim, gdy zaczął się zbierać do odejścia. – Byłeś
wspaniały. Jeśli przeŜyjemy huragan... kaŜdy, kto się uratuje... to tylko dzięki tobie.
– Dziękuję. – Podszedł do mikrobusu, gdzie czekała reszta ekipy. – Odwieźcie
mnie do studia, potem jedźcie na plaŜę i zróbcie kilka ujęć nieba i narastającej fali.
Ariel czekała w holu, z walizką w ręku.
– A ty dokąd?
– Do San Antonio. Nie pamiętasz? Jutro rano mam wystąpić na konferencji.
Zapomniał. Złapał ją za ramię, zanim zdąŜyła odejść.
– Nie powinnaś jechać. Uwolniła się z jego uścisku.
– Muszę.
Jeff rozejrzał się. Było zbyt duŜo ludzi.
– Wejdźmy na pięć minut do twojego gabinetu – zaproponował.
Posłuchała. Zamknął za sobą drzwi.
– Ariel...
– Jeff, San Antonio jest dwieście pięćdziesiąt kilometrów stąd, w głąb lądu. Poza
obszarem zagroŜenia.
– Nie o to chodzi. Nie podoba mi się, Ŝe znajdziesz się całkiem sama na pustej
autostradzie. Ethan moŜe spaść na nas, gdy będziesz wracać.
Przez chwilę wyglądała na szczerze przestraszoną.
– Jest juŜ tak blisko?
– Uhm. Znów przystanął, ale spodziewam się, Ŝe ruszy lada chwila.
Nerwowo zerknęła w okno.
– Chyba powinnam przed wyjazdem zabezpieczyć własne mieszkanie.
Jeff zamyślił się. Skoro juŜ musiała jechać, lepiej, Ŝeby nie jechała nocą.
– Zostaw mi klucze, sam to zrobię.
– Dziękuję. – Odstawiła torbę, dała mu klucz i uścisnęła go na poŜegnanie.
– Jeff, wiesz przecieŜ, Ŝe okropnie boję się burzy. Jeśli Ethan podejdzie zbyt
blisko, zostanę w San Antonio. Zatrzymam się u Chada.
Objął ją i spojrzał prosto w oczy.
– Obiecaj.
– Obiecuję.
– Gdzie odbędzie się konferencja?
– W hotelu Marriott.
– Wzięłaś telefon komórkowy?
– Oczywiście.
Pocałował ją. Nie chciał nawet myśleć o tym, Ŝe coś mogłoby się jej przytrafić.
– Bądź ostroŜna.
– Będę. Zobaczymy się jutro. Wracam koło wpół do dwunastej. Jeff westchnął
cięŜko i odprowadził ją spojrzeniem. Nieokiełznany Ŝywioł. DuŜo gorszy od
huraganu.
O siódmej wieczór Ariel dotarła do domu Chada zbudowanego w stylu
hiszpańskim. Dom był przepiękny: czerwony dach, białe ściany i szeroki trawnik,
pełen krzewów i kwiatów.
Ariel stanęła przed drzwiami, lecz zanim zdołała zadzwonić, znalazła się w
uścisku potęŜnych ramion brata.
– Cześć, maleńka – zawołał Chad. – Zjawiłaś się w samą porę na kolację.
– Coś upichciłeś?
– Znasz mnie. Zostaw torbę i pójdziemy do...
– ... wegetariańskiej restauracji – dokończyła.
– ... lokalu, gdzie podają wyśmienite kurczaki.
– Chad, nie mówisz chyba powaŜnie.
– Dlaczego nie? – Kiedy nadal patrzyła na niego z politowaniem, wyjął z kieszeni
dwudziestopięciocentową monetę. – Dobrze, spróbujemy.
– Nie ma sprawy. Orzeł, wegetarianie, reszka, wegetarianie.
– UwaŜaj, mała, grasz ze swoim starszym bratem.
– Niech będzie, dam ci szansę. Reszka, kurczaki. Wypadła reszka, więc poszli do
zatłoczonego i hałaśliwego baru BlackEyed Pea. Usiedli za drewnianym stołem, z
pełnymi talerzami i kubkami mroŜonej herbaty. Ariel obrzuciła brata krytycznym
spojrzeniem.
– Wyglądasz mi na zmęczonego. Za duŜo pracy? MoŜe powinieneś nieco zwolnić
tempo. Chcesz się nabawić wrzodów?
– Sądzisz, Ŝe zdołasz mnie namówić, Ŝebym wycofał się z konkurencji?
– Ja? – spytała niewinnym tonem.
– Tak, ty. Nie martw się, . za parę tygodni odpocznę. W Houston. – Popatrzył na
nią znad krawędzi kubka. – Rywalizacja ci słuŜy. Dawno nie widziałem cię tak
kwitnącej.
Ariel odłoŜyła widelec.
– Zakochałam się.
– W meteorologu?
– Skąd wiesz?
– Wróble ćwierkają – zaśmiał się Chad. – PowaŜnie... Rozmawiałem z rodzicami,
nim wyjechali do Meksyku.
– Szaleję za nim – westchnęła Ariel.
– A on?
– Nie mówiliśmy o tym, ale jak tylko minie to całe zamieszanie z huraganami...
Chad spowaŜniał nagle.
– Bądź ostroŜna, siostrzyczko. Znasz go od niedawna. Przystopuj trochę.
– Chad, chcesz odgrywać rolę opiekuńczego starszego brata? – spytała prawie z
gniewem. – Wiem, co robię.
Pogładził ją po dłoni.
– Nie chcę tylko, Ŝebyś po raz drugi przeŜyła rozczarowanie.
– Znalazł się specjalista od spraw uczuciowych. Chad poczerwieniał.
– To cios poniŜej pasa. Zgoda, moje małŜeństwo zakończyło się fiaskiem. Od
tamtej pory jestem podwójnie ostroŜny.
– Za duŜo pracujesz. To wszystko. Szeroko rozłoŜył ręce.
– Nie kłóćmy się.
– Masz rację – powiedziała cicho.
– Dobrze. Opowiedz mi o nim.
– Musisz wracać dziś wieczór do studia? – spytała. Gdy przecząco potrząsnął
głową, dodała: – To świetnie, bo opowieść moŜe potrwać do rana.
Następnego ranka Jeff ponurym wzrokiem zerknął na ołowiane niebo. Noc
spędził wraz z Huraganem w gabinecie Ariel. Z okna widział pusty jeszcze parking.
Myśli Jeffa błądziły wokół Ariel. Powiedziała, Ŝe wróci koło wpół do dwunastej.
Popatrzył na zegarek. Jeszcze parę godzin.
Wystąpił przed kamerami o ósmej i o dziewiątej. O dziesiątej do gabinetu zajrzał
Charles.
– Jeff, chyba powinieneś przyjść. Łobuz znów się ruszył i sunie wprost na
Corpus.
Jeff wybiegł na korytarz. Niemal się zderzył z redaktorem dyŜurnym kolejnego
wydania wiadomości.
– Potrzebujemy cię na antenie – wysapał redaktor i wręczył mu plik papierów.
Jeff przeczytał komunikat.
„Huragan Ethan przesuwa się na północny zachód z prędkością dwudziestu
kilometrów na godzinę. Wszczęto alarm na całym wybrzeŜu Teksasu, od Brownsville
do High Island, nie wyłączając Corpus Christi i jego okolic. Atak huraganu
spodziewany jest dziś po południu, około czwartej. Powtarzam, obowiązuje alarm.
Ethan jest wyjątkowo groźny, siła wiatru w porywach przekracza dwieście
kilometrów na godzinę. Wzywa się mieszkańców do podjęcia stosownych
przygotowań”.
– Jeff, teraz będzie bezpośrednia relacja z gabinetu burmistrza – usłyszał w
słuchawce. – Zostań. Wracasz na wizję zaraz po zakończeniu transmisji.
Ariel! – pomyślał Jeff. Musiał do niej zadzwonić, Ŝeby nie wracała.
– Kiedy kończymy? – szepnął do realizatora.
– Za pięć minut.
Pięć minut. Teraz było dziesięć po dziesiątej. MoŜe jeszcze nie zdąŜyła wyjechać
z San Antonio.
Burmistrz Cameron wezwał mieszkańców Corpus Christi do rozsądku i
zachowania spokoju.
– Wracamy do ciebie, McBride – rozległo się w słuchawkach.
– Tu Jeff McBride... – Powtórzył ostrzeŜenie. Gdy tylko program dobiegł końca,
odpiął mikrofon i wypadł na korytarz, niemal przewracając jednego z techników. W
gabinecie Ariel zaczął nerwowo wertować ksiąŜkę telefoniczną. Jak, u diabła,
nazywał się ten hotel?! Aha, Marriott!
W San Antonio było aŜ sześć hoteli o tej nazwie. Zanim dodzwonił się do
właściwego, był zdenerwowany do granic moŜliwości.
– Chciałbym pilnie rozmawiać z Ariel Foster. Przemawiała na dzisiejszej
konferencji.
– Wydaje mi się, Ŝe uczestnicy juŜ się rozeszli – odpowiedziała recepcjonistka.
– Mimo to niech pani spróbuje ją wywołać.
– Dobrze.
Czekał przez kolejne pięć minut.
– Niestety... – odezwała się recepcjonistka.
– To bardzo powaŜna sprawa. MoŜe ktoś z organizatorów wie, czy panna Foster
jest jeszcze w San Antonio.
– Poślę boya.
Znów chwila przerwy. Jeff ze zdenerwowania zaczął ogryzać paznokcie.
– Przewodnicząca zebrania twierdzi, Ŝe panna Foster wyjechała tuŜ po
zakończeniu przemówienia.
– Dziękuję.
Za wcześnie, Ŝeby usłyszała ostrzeŜenie. Jeff spojrzał na zegarek. Wpół do
jedenastej. Za godzinę powinna dotrzeć do Corpus Christi. Zadzwonił pod numer
komórkowy.
– Wszystkie połączenia zajęte. Proszę spróbować ponownie. Pewnie. Dziesiąta
trzydzieści dwie. MoŜe... Wziął głęboki oddech, siadł za biurkiem i pustym wzrokiem
zapatrzył się w przestrzeń.
Huragan tkwił skulony w najdalszym kącie.
– Mógłbyś występować w telewizji – mruknął Jeff. – Huragan, kot od pogody.
Najlepszy barometr, jaki miałem w Ŝyciu.
– Jeff... – Peg wsunęła głowę do pokoju. – Proszą cię, Ŝebyś odpowiedział na
kilka telefonów.
– JuŜ idę. Znajdź mnie, jeśli zadzwoni Ariel.
O jedenastej znów wrócił do studia. Ethan był coraz bliŜej. Kierował się na
Corpus Christi.
Jedenasta dziesięć. Ariel miała przyjechać za dwadzieścia minut. Pewnie zjawi
się wcześniej. Wprost uwielbiała szybką jazdę.
Jednak minęło wpół do dwunastej, a jej wciąŜ nie było. Jeff wyszedł na parking.
Chmury gnały nisko, ciemne, groźne. Dął coraz silniejszy wiatr. Wrócił do budynku i
spytał Peg, czy Ariel nie telefonowała. Usłyszał, Ŝe nie.
W południe wyemitowano kolejny komunikat. Jeff krąŜył między studiem i
gabinetem Ariel. Dwunasta dwadzieścia siedem. Co robić? Ariel obiecała, Ŝe w razie
czego przeczeka nawałnicę. MoŜe schroniła się w którymś z miasteczek na trasie z
San Antonio? Liczył na jej rozsądek.
Usiadł przy biurku Ariel. Miał przed oczami jej postać, słyszał jej śmiech, czuł
zapach perfum. Strach chwycił go za gardło. Gdzie ona się podziewa?
ROZDZIAŁ 15
Ariel zacisnęła spocone dłonie na kierownicy. Gwałtowny podmuch wiatru
szarpnął jej niewielkim sportowym samochodem i omal nie zerwał wycieraczki z
przedniej szyby. Deszcz tłukł w okna.
– MoŜe pani zostanie chwilę po konferencji? – zapraszała ją przewodnicząca
zebrania.
Ariel pokręciła głową.
– Niestety, nie mogę. Obiecałam, Ŝe o wpół do dwunastej będę z powrotem w
Corpus Christi.
Wychodząc z hotelu, popatrzyła na zegarek. Przed wjazdem na autostradę skręciła
na stację benzynową, by zatankować. Chciała uniknąć wszelkich niespodzianek.
Włączyła radio. W pewnej chwili muzyka umilkła i rozległ się głos spikera:
„Przerywamy program, Ŝeby podać najnowszy komunikat o huraganie Ethan”. Potem
nadano apel burmistrza. Ariel poczuła, Ŝe Ŝołądek podchodzi jej do gardła. Ethan
pędził prosto na nią, na Corpus Christi. Co robić?
– Wracaj do San Antonio – mruknęła pod nosem, potem zerknęła na licznik
kilometrów. Za późno. Pokonała juŜ ponad połowę drogi.
Niebo zasnuły niskie, ciemne chmury.
– Jestem dzielna i całkiem spokojna – zaczęła recytować Ariel. – Nie boję się
burzy. Dojadę do Corpus Christi na długo przed huraganem. Jestem dzielna i cał...
Na poboczu zobaczyła jakieś unieruchomione auto i wymachującą rękami kobiecą
postać. Zahamowała bez zastanowienia i opuściła szybę w oknie. Nieznajoma, z
twarzą pokrytą grubą warstwą pyłu, podbiegła w jej stronę.
– Dzięki Bogu! – zawołała. – Tkwię tu juŜ od godziny i nikt się nie chciał
zatrzymać!
– Co się stało? – spytała Ariel, wysiadając z samochodu.
– Nie mam pojęcia. Wóz zaczął tańczyć, skrzypieć, ledwo utrzymałam kierunek
jazdy. Potem... Jimmy, nie! – krzyknęła i wróciła do auta. – Nie wysiadaj! Wracaj do
ś
rodka. – Energicznie trzasnęła drzwiczkami.
– Złapała pani gumę? Nieznajoma pokręciła głową.
– Akumulator wysiadł?
– Nie, działa.
We dwie zajrzały pod maskę. Ariel potrafiła zmienić koło, ale na tym kończyły
się jej umiejętności.
– Sprawdzimy olej. – Pochyliła się, Ŝeby wyjąć miarkę. – Wszystko w porządku.
– Pani ubranie...
Ariel spojrzała w dół. Na jedwabnej kamizelce miała ogromną tłustą plamę.
– To nic. Zejdzie w praniu. – Taką miała przynajmniej nadzieję. – Niestety, nie
wiem, co się stało z pani samochodem. Mogę jedynie zabrać panią do najbliŜszego
serwisu. Na pewno przyślą furgonetkę.
– Dziękuję – odpowiedziała kobieta i wyciągnęła rękę. – Jestem Susan.
– Ariel.
Syn Susan zajął miejsce wśród walizek na tylnym siedzeniu.
– Nie wiem, jak mam dziękować – odezwała się Susan.
– Bałam się, Ŝe zostaniemy tutaj, a zanosi się chyba na burzę.
Ariel z niepokojem spojrzała na niebo.
– Nie słuchałaś radia?
– Popsute.
– Ethan zmierza prosto w tę stronę.
– Kto to jest Ethan?
– Huragan. Susan zbladła.
– Grozi nam jakieś niebezpieczeństwo?
– Jeszcze nie. – Ariel wprost nie mogła uwierzyć, Ŝeby ktoś nie słyszał o burzy
szalejącej nad zatoką. – Skąd jedziecie? – spytała.
– Z Kalifornii. MąŜ wyjechał słuŜbowo na trzy miesiące na Hawaje, więc
postanowiłam zabrać Jimmy’ego do krewnych w Corpus Christi.
– Nie mogliście wybrać gorszej pory – mruknęła Ariel.
– Burmistrz zarządził ewakuację.
– Krewni nie wyjadą. Wiedzą, Ŝe miałam się zjawić dziś rano.
– Chyba jest jakiś warsztat.
Ariel skręciła na podjazd. Stacja wyglądała na opuszczoną... Nie, ktoś kręcił się w
budynku. Na widok samochodu wystawił głowę przez drzwi i krzyknął:
– Zamknięte!
– Chwileczkę! – zawołała Ariel. Mechanik niechętnie podszedł do niej.
– Mój samochód został na autostradzie – wyjaśniła Susan.
Mechanik roześmiał się.
– Nie mogę pani pomóc. Zaraz będzie cholerna burza. Nic tu po mnie.
– A co z furgonetką?
– Niech pani spróbuje tam dalej, u Gallupa, chociaŜ wątpię, Ŝeby był otwarty.
Przy huraganie...
– Mogę zadzwonić?
Zmarszczył brwi, ale po chwili skinął głową i podał jej numer. Susan wbiegła do
budynku. Po kilku minutach była z powrotem.
– Nikt nie odpowiada.
– Mówiłem.
– Co mam robić? – jęknęła Susan.
– Musi pani zostawić auto na drodze. Ubezpieczone? Skinęła głową.
– To dobrze, bo jak sądzę, więcej go pani nie zobaczy. Jak nie ucierpi od wichru,
to na pewno wpadnie w łapy jakichś oberwańców. – Po tej ponurej przepowiedni
męŜczyzna na dobre zniknął we wnętrzu warsztatu.
Susan zaczęła płakać. Ariel poklepała ją po ramieniu.
– Słyszałaś, co powiedział. Ubezpieczenie wyrówna straty.
Zegar na tablicy rozdzielczej wskazywał dziesiątą pięćdziesiąt. Ariel próbowała
zadzwonić z telefonu komórkowego, ale wszystkie połączenia były zajęte. Włączyła
radio. „Ethan przesuwa się wzdłuŜ wybrzeŜa Teksasu z prędkością dwudziestu dwóch
kilometrów na godzinę. W tej chwili jest sto sześćdziesiąt kilometrów na wschód od
Corpus Christi. Silny wicher połączony z ulewą... „
CóŜ było robić? Ariel postanowiła jechać dalej. Zaczęło padać. Samochód sunął
wolno, z trudem przebijając się przez strugi deszczu. W pobliŜu Corpus Christi na
szosie pojawiły się inne wozy, ale wszystkie zmierzały w przeciwnym kierunku.
– Gdzie mieszka twoja rodzina? – spytała Ariel.
Susan podała jej adres. Dzięki Bogu, było to zaledwie pięć minut drogi w bok. W
południe dotarły do granic miasta. Po piętnastu – zamiast pięciu – minutach Susan
stanęła przed drzwiami domu krewnych i przeczytała wiszącą tam kartkę.
– Napisali, jak dotrzeć do szkoły, w której się schronili. Na szczęście budynek stał
w pobliŜu. Ariel pomogła Susan przenieść liczne bagaŜe. Uściskały się na poŜegnanie
i Ariel wróciła do samochodu, brodząc w wodzie po kostki. Wiatr dął coraz silniej. W
powietrzu fruwały śmieci, szkło z rozbitych neonów, gałęzie... Ariel, pozbawiona
towarzystwa Susan, nagle poczuła się samotna i przeraŜona.
– Jestem spokojna i dzielna – zaczęła znowu. – Jestem spokój... Do diabła z tym!
Wcale nie była spokojna. Bała się jak nigdy w Ŝyciu. W końcu dotarła do ośrodka.
Chwyciła torbę i cięŜkim krokiem poszła w stronę gabinetu. Peg nie było.
Prawdopodobnie pojechała do domu. Jeff siedział za biurkiem z twarzą ukrytą w
dłoniach.
– Wróciłam – oświadczyła Ariel i odstawiła na bok torbę.
– Ariel! – Zerwał się i przez chwilę patrzył na nią nieprzytomnym wzrokiem. –
Gdzie byłaś tyle czasu?! Jak się czujesz?
– Wszystko w porządku. – Zaczęła szczękać zębami. – T-trochę mmi zimno.
Chwycił ją w ramiona, utulił, rozpakował torbę i pomógł się przebrać.
Zmęczonym ruchem opadła na kanapę. Ktoś zapukał.
– Doktorze McBride...
– JuŜ idę! – Jeff westchnął. – Muszę wpaść do studia. – Pocałował Ariel w
policzek. – PołóŜ się. Zaraz wracam.
– Nie mogę. Muszę sprawdzić...
– Steve panuje nad sytuacją. Udawaj, Ŝe zostałaś w San Antonio.
Okrył ją własną marynarką. Ariel uśmiechnęła się.
– Znów wystąpisz w samej koszuli?
– Zaryzykuję. A teraz śpij. – Zgasił światło. – Przynajmniej pół godziny.
– Dziesięć minut – sprzeciwiła się Ariel.
Kiedy otworzyła oczy, było juŜ bardzo ciemno. Przespała cały dzień? Nie, to
tylko chmury. Czarne, złowrogie chmury... Spojrzała na zegarek. Trzecia. Zerwała się
z kanapy i pobiegła do pokoju Steve’a. Drzwi były uchylone.
– Steve!
Zamarła w progu. Steve i Kara stali objęci serdecznym uściskiem.
– Oooops! – jęknęła Ariel i cofnęła się o krok. Steve odwrócił głowę w jej stronę,
ale nie puścił Kary.
– Wejdź, proszę.
– Na pewno? Nie chcecie... być sami?
– Nie – odpowiedziała Kara. – Powinnaś chyba dowiedzieć się pierwsza.
Jesteśmy zaręczeni.
– Zaręczeni? O BoŜe! – Ariel nie wierzyła własnym uszom. – Serdeczne
gratulacje! Kiedy ślub?
– Jeszcze nie ustaliliśmy ostatecznej daty. MoŜe na Święto Dziękczynienia, a
moŜe na Gwiazdkę.
– Trzeba to uczcić. Co prawda nie dzisiaj...
– Właśnie – zgodziła się Kara. – Na pewno chcesz porozmawiać ze Steve’em o
programie. Idę do studia.
Ariel odbyła krótką naradę ze swoim zastępcą, potem wróciła do gabinetu. Tam ją
odnalazł Jeff. Zmęczony, lecz juŜ uspokojony. Włączył monitor. Po kilku minutach
zgasły wszystkie światła. Ariel stała bez ruchu w zupełnej ciemności. Nagle poczuła
czyjąś rękę na ramieniu.
– Usiądź – powiedział Jeff.
– Dobrze chociaŜ, Ŝe wciąŜ jesteśmy na antenie... Włączono awaryjne zasilanie.
Dzień zmienił się w noc, na zewnątrz ryczał wicher, Jeff wciąŜ ogłaszał nowe
komunikaty i nawoływał do spokojnego opuszczania miasta. Ariel poszła za nim do
studia.
Nagle wszystkie ekrany pociemniały.
– Nie ma prądu! – ktoś krzyknął.
– Nadajemy? – spytała Ariel.
– Tak... nie. Cholera! Zwaliło wieŜę.
– Szlag by trafił! – Steve kopnął w krzesło. – Co teraz?
– Jak tylko znajdziemy się w oku huraganu i będzie odrobina ciszy, pojadę do
rozgłośni KCOR. – Jeff usiadł obok Ariel. – Niech ktoś mnie obudzi we właściwym
czasie. Muszę się zdrzemnąć. – PołoŜył głowę na jej ramieniu i zasnął.
Wycie wiatru stało się niemal nie do zniesienia. Budynek trzeszczał w posadach.
Nagle wszystko ucichło.
– Oko! – ktoś szepnął.
– Jeff! – Ariel potrząsnęła go za rękę. – Musimy jechać. Usiadł i przetarł oczy.
– Ty nie jedziesz.
Wybiegł ze studia. Ariel popędziła za nim. Spojrzał na nią z gniewem, lecz potem
machnął ręką. Jechali przez opustoszałe ulice. Wokół panowała upiorna cisza.
Najmniejszy promień słońca nie docierał na ziemię przez grubą warstwę ołowianych
chmur. W końcu dotarli pod budynek rozgłośni. Ledwie zdąŜyli wysiąść z
samochodu, gdy poczuli na twarzach silne uderzenie wiatru.
– Biegnij! – krzyknął Jeff i pociągnął Ariel za rękę. Dała dwa kroki i upadła.
Pokaleczyła palce o szkło rozsypane na chodniku. Jeff chwycił ją w ramiona i wniósł
do holu.
– Jak się czujesz? – spytał z niepokojem.
– Dobrze – westchnęła.
– Trzymaj się z daleka od drzwi i okien. Masz być cała, jak wrócę.
Bite sześć godzin spędził przed mikrofonem. Ariel przynosiła mu kawę,
masowała ramiona... W końcu ktoś zawołał, Ŝe wicher ustępuje. Huragan przemieścił
się dalej.
ROZDZIAŁ 16
Nie mieli nawet siły, by się cieszyć. Po dwudziestu czterech godzinach pracy Jeff
ledwo trzymał się na nogach. Ulice spływały wodą, więc noc spędzili w hotelu, w
pobliŜu rozgłośni.
Następnego ranka wrócili do budynku Kanału 4. Ariel z przeraŜeniem patrzyła na
zniszczone miasto.
– Coś strasznego – szepnęła.
– Straty pójdą w miliony dolarów – ocenił Jeff. Członkowie zespołu zgodnym
chórem pogratulowali Jeffowi postawy podczas kataklizmu.
– Teraz, kiedy ludzie wychodzą ze schronów, moŜemy sfilmować powrót Debry
do domu – dodała Kara.
– Dobrze – zgodził się Jeff. – Zerknę tylko na swoje mieszkanie, zostawię kota i
przyjadę. – Popatrzył na Ariel. – Zobaczymy się później. Musimy porozmawiać.
– Tak... – Ledwo się mogła doczekać.
Dom Debry takŜe mocno ucierpiał w czasie huraganu. W dachu ziała głęboka
dziura, w ogródku leŜało pełno śmieci, odłamków metalu i gałęzi. Przez otwarte
drzwi jakiś rozebrany do pasa męŜczyzna wyciągał właśnie przemokniętą kanapę.
Postawił ją obok sterty połamanych krzeseł.
– O BoŜe... – jęknęła Debra. – Nie wierzę. Łzy pociekły jej po policzkach.
– Wyłącz kamerę – rzucił Jeff do operatora.
– Co takiego?
– Słyszałeś. Wyłącz.
– Muszę wszystko sfilmować.
– Nie musisz. To prywatna sprawa.
Jeff objął płaczącą Debrę i odprowadził na bok. Operator chrząknął.
– Doktorze McBride, nie jestem nieczuły na nieszczęście, ale muszę postępować
zgodnie z poleceniami panny Foster. Tylko ona moŜe mi kazać wyłączyć kamerę.
– Dobrze. Zadzwonimy do niej.
Jeff wszedł do kuchni i zatelefonował do studia. Potem wręczył słuchawkę
operatorowi, który rozmawiał przez chwilę, po czym spojrzał na Jeffa i wzruszył
ramionami.
– Mam pracować dalej.
Oddał mu słuchawkę, zarzucił kamerę na ramię i wyszedł.
– Ariel – zdenerwował się Jeff. – Nie moŜesz w takiej chwili...
– Muszę. Po pierwsze, mam to zagwarantowane w kontrakcie. Po drugie, jestem
to winna naszym widzom.
– Rób co chcesz, ja w tym nie będę uczestniczył. Rzucił słuchawkę na widełki i
popatrzył na Debrę.
– Przepraszam cię za wszystko.
– Nie szkodzi. – Pociągnęła nosem. – Nie twoja wina. Doceniam wszystko, co dla
nas zrobiłeś. Wiesz – próbowała się uśmiechnąć – takie jest Ŝycie gwiazdy. Madonnę
teŜ filmują w dobrych i złych chwilach.
– Zadzwonię jutro – obiecał. – Pomogę ci się pozbierać.
– Dziękuję.
Jeff wrócił do ośrodka. Nie zastał Ariel.
– Pojechała do siebie – powiedziała Peg.
– Zaczekam.
Po chwili nadszedł Steve.
– Odwaliłeś kawał naprawdę dobrej roboty – powiedział z uznaniem.
– Dziękuję.
– Z początku nie wierzyłem, Ŝe to się uda, ale Ariel naprawdę miała nosa. Tak –
pokiwał głową – wygrała. I to tylko dzięki tobie.
– Słucham?
– Oglądalność sięgnęła bez wątpienia dziewięćdziesięciu procent, a to oznacza, Ŝe
pokonała braci i moŜe juŜ spokojnie myśleć o przeprowadzce do Houston. Nie mogłeś
zjawić się w lepszej chwili. A przy okazji, słyszałeś najnowsze wieści? śenię się z
Karą.
– Gratuluję – wykrztusił Jeff.
– Dzięki. Teraz wybacz, muszę pogadać z szefem od reklamy.
– Na razie.
Jeff powoli krąŜył po gabinecie Ariel, choć wewnątrz kipiał niczym wzbierający
wulkan. Całkowicie stracił poczucie czasu.
– Cześć.
Drgnął na dźwięk jej głosu. Odsunął się, kiedy próbowała go pocałować na
powitanie.
– Wiem, Ŝe jesteś zły z powodu Debry. Chcesz o tym porozmawiać?
– O tym... i o paru innych rzeczach. – Usiadł.
Ariel westchnęła.
– WciąŜ chyba nie rozumiesz, jak naprawdę działa telewizja.
– Masz rację. Nie rozumiem. A moŜe nie potrafię myśleć wyłącznie o zdobyciu
jak największej liczby widzów? O tak zwanej oglądalności? Niech się pali, niech się
wali, niech ludzie płaczą.
– Mylisz się.
– Więc mi to wytłumacz.
– Dzięki nam kaŜdy w mieście moŜe utoŜsamić się z Debrą. Jeśli teŜ dotknęło go
nieszczęście, będzie mniej samotny.
– Nieprawda.
– Przykro mi, ale nic nie poradzę na twój upór! – wybuchnęła. – Chciałeś jeszcze
o czymś pomówić?
– Owszem. O rodzinnych konkursach. Ariel zbladła jak kreda.
– Ja...
– Zaprzeczysz?
– Nie – odpowiedziała cicho.
– Więc oczekuję wyjaśnień.
– Tata odchodzi na emeryturę i zapowiedział, Ŝe najlepsze z nas...
– Dostanie po nim studio w Houston.
– Tak.
– Ty, rzecz jasna, musiałaś być najlepsza. Zatrudniłaś mnie tylko po to...
– Nie. – Łzy zalśniły w jej oczach.
– Wykorzystałaś mnie.
– Jeff...
– Wykorzystałaś tak samo jak Debrę. Liczy się tylko oglądalność.
– BoŜe, czy ty zawsze musisz wszystko widzieć wyłącznie w czarnobiałych
barwach?!. Świat jest bardziej skomplikowany!
– Dlaczego mi nie powiedziałaś?
– I tak byś nie zrozumiał. śyjesz zamknięty w wieŜy z kości słoniowej.
– Pracuję dla siebie, nie dla ojca. Skuliła się, jakby ją uderzył.
– Ja... nie...
– Właśnie, Ŝe tak. Nawet się nauczyłaś Ŝeglować, Ŝeby go zadowolić. I wciąŜ
konkurujesz z braćmi. Pamiętasz wizytę rodziców. „Spójrzcie, co on potrafi? Ile zna
sztuczek?” BoŜe, a ja byłem przekonany, Ŝe cię pokochałem. – Głos drŜał mu z
gniewu.
– Jeff... To ja cię kocham – zaszlochała. – Między nami wytworzyło się... coś
cudownego. Nie pozwól tego zniszczyć.
– Sama to zniszczyłaś.
Nawet nie spojrzał na jej błagalnie złoŜone ręce.
– Zawiodłaś moje zaufanie. Miałaś rację: Ŝyłem zamknięty w wieŜy z kości
słoniowej. Zamierzam tam wrócić. Huragan odszedł, zatem nasza umowa takŜe
dobiegła końca. Charles moŜe poprowadzić prognozę pogody. Mnie juŜ tu nie ma. –
Nie czekając na jej odpowiedź, wypadł z gabinetu.
ROZDZIAŁ 17
Następnego dnia Jeff odwiedził Debrę. Pomógł jej załatwić sprawy ubezpieczenia
i z grubsza uprzątnąć teren wokół domu. Wayne dał mu dodatkowy miesiąc urlopu,
więc postanowił wyjechać, aby nie widywać Ariel. Był zły i przygnębiony. Wybrał się
do Austin, wynajął pokój w pobliŜu jeziora Travis i poszedł nad wodę z wędką. Nie
mógł zapomnieć o Ariel. Śnił o niej kaŜdej nocy. Bezskutecznie próbował czymś
zająć myśli. KsiąŜki nie pomagały. MoŜe więc telewizja?
„Mieszkańcy Corpus Christi wciąŜ odczuwają skutki huraganu Ethan... „ tylko
tego mu było trzeba! Znów to samo. Zamierzał zmienić kanał, gdy zauwaŜył znajomą
twarz Debry. „Relacjonowana przez lokalną stację historia Debry Tucker wywołała
Ŝ
ywiołowy oddźwięk wśród jej sąsiadów i całkiem obcych osób. Zewsząd
nadchodziły paczki z Ŝywnością, odzieŜą i lekarstwami. Ochotnicy z Florydy i
Michigan pośpieszyli z pomocą do wszystkich, którzy ucierpieli podczas huraganu... „
Jeff patrzył z osłupieniem. Nie spodziewał się, Ŝe łzy Debry wywołają aŜ taki
efekt. Więc Ariel miała nieco racji. Wyłączył telewizor i poszedł nad jezioro.
Przypomniały mu się słowa Ariel: „Czy zawsze musisz wszystko widzieć w
czarnobiałych barwach?” Właśnie. Nie była święta, lecz czy on szukał ideału? Czy
prawdziwa miłość nie polegała na wybaczaniu? Na kompromisach?
Następnego ranka spakował „się i ruszył w powrotną drogę. Po przyjeździe
zamierzał udać się wprost do gabinetu Ariel i na kolanach zapewnić ją o swojej
miłości. Nawet przed kamerami.
Nim to jednak uczynił, napisał list do „Marinera”, w którym serdecznie
podziękował całej załodze Kanału 4 za współpracę przed i w czasie huraganu.
„Największe wyrazy uznania naleŜą się inicjatorce przedsięwzięcia, pannie Ariel
Foster” – zakończył. W redakcji zapewniono go, Ŝe list ukaŜe się na pierwszej stronie,
Ariel zrozumiała prawdziwe przesłanie tej wiadomości. Niespokojna i stremowana
następnego dnia rano zjawiła się w biurze Jeffa. Moira z uśmiechem wpuściła ją do
gabinetu.
– Znowu bez uprzedzenia? – spytał Jeff na jej widok. – Usiądź. Po co przyszłaś?
– Chcę z „tobą porozmawiać.
– O czym?
– O Debrze. – To było najłatwiejsze. – Widziałeś się z nią?
– Nie, ale widziałem ją w telewizji.
– I?
– Miałaś rację. Jej smutek znalazł drogę do serc ludzi.
– Tak. Zareagowali naprawdę wspaniale... – przerwała na chwilę. – Tak
naprawdę, to chciałam pomówić o twoim liście do . Marinera”. Sądzisz...
– Tak – odpowiedział powaŜnie. – Działałem zbyt pochopnie. Zamiast cię
wysłuchać, skazałem bez procesu. Wybacz.
Poczuła łzy pod powiekami.
– Nie trzeba...
– Konkurs dobiegł końca?
– Tak.
– Kto wygrał?
– Ja.
– To znaczy, Ŝe wyjeŜdŜasz do Houston – skomentował bezbarwnym głosem.
– Nie. Zrozumiałam nagle, Ŝe to nic dla mnie nie znaczy. Postanowiłam zostać w
Corpus Christi. Kanał Czwarty zyskał niemałą popularność i mam parę nowych
pomysłów. Chad jedzie do Houston, a Steve zajmie jego miejsce w San Antonio.
– Zostajesz – powtórzył Jeff, jakby wracał z innego świata.
– Tak. Nawet kupiłam parę nowych rzeczy. Całym sercem naleŜę do tego miasta.
I do ciebie, dodała w duchu.
– Znajdziesz tam trochę miejsca dla mnie?
– N-nie rozumiem...
Wyszedł zza biurka i wziął ją za ręce.
– Proszę cię, byś została moją Ŝoną.
Przez chwilę nie odpowiadała. Potem spontanicznie zarzuciła mu ręce na szyję.
– Z radością! Tak!
Jak cudownie było znów poczuć smak jego pocałunków...
– Zwycięstwo to nie wszystko. NajwaŜniejsza jest miłość.
– Dla mnie takŜe. Ariel westchnęła cicho.
– Wszystko dobre, co się dobrze kończy.
– Znów coś pomyliłaś, kochanie. To nie koniec. To dopiero początek.
Pocałował ją. I jeszcze raz. I jeszcze...